background image

David Ferring 
 
Ostrze 
 
 
Stanisław Belina 
 
  
 
Tom III trylogii Konrad 
Tytuł oryginału: Warblade 
1998 Wydawnictwo MAG 
 
  
 
 
  
Rozdział pierwszy  
 
  
 
— Konrad! — wysyczał znajomy głos. — Czekaliśmy na ciebie. 
 
Litzenreich i Ustnar leżeli na ziemi. Nadzy i ukrzyżowani. Ich dłonie i stopy przybito 
gwoździami do skały. 
 
Ale nie były to ich jedyne rany. Po umęczonych ciałach jeńców spływały czerwone 
strumyczki sączące się z niezliczonych skaleczeń. Za­kneblowano ich, aby nie mogli 
krzyczeć. 
 
Konrad zorientował się, że pozostawiono między nimi wolne miejsce — dla niego. Obok, na 
kamieniu, przygotowano już podłużne gwoździe. 
 
Wokół leżących postaci kłębiło się mnóstwo nagich kształtów — ma­łych, bezpłciowych, 
bezwłosych i humanoidalnych. Przypominały dzieci, Konradowi wydawało się, że słyszy ich 
płacz, ale pod żadnym innym względem nie były do nich podobne. 
 
Wokoło stały dziesiątki karłów o wielkich, zniekształconych głowach, ogromnych, różowych 
oczach i ciałach białych jak u robaków. Byli jakąś odmianą jaskiniowych zwierzołaków o 
długich językach, ostrych kłach, na­pęczniałych cielskach i krótkich ogonach. Ich skóra 
pokryta była łuskami, a na końcu każdej kończyny znajdowały się trzy szpony. Przepychali 
się i tłoczyli, gorączkowo pragnąc napić się krwi z ran czarownika i krasno­luda. To właśnie 
owe monstra wydawały te okropne zawodzenia i wycia pełne pożądania żywego ciała. 
 
Krwawiące rany ofiar zapewne były śladami ich ukąszeń. Stwory za­częły już swoją 
kanibalską ucztę. 
 
Był tu też Srebrne Oko. Stał blisko Gaxara, trzymając przed sobą tar­czę z tajemniczym 
złotym herbem. Wysunął język i Konrad przypomniał sobie pocałunek skavena, gdy gryzoń 
zlizywał jego krew. Znajdowały się tu również jakieś inne potwory, ale Konrad nie widział 

background image

ich dokładnie. Stały na wysokiej, skalnej półce z drugiej strony jaskini, jak widzowie 
cze­kający na przedstawienie. 
 
Wzrok Konrada zarejestrował wszystko to w niecałą sekundę — tę samą sekundę, w której 
przerzucił miecz do lewej dłoni, prawą sięgnął do ukrytej pod płaszczem kabury, wydobył z 
niej nową broń, wycelował i wy­strzelił. 
 
Była to jednoręczna kusza o precyzyjnie wykonanym mechanizmie, składającym się z 
mosiężnych kółek i stalowych trybów. Piętnastocenty­metrowy bełt tkwił już na miejscu, 
cięciwa z drutu była naciągnięta. Kon­rad ćwiczył posługiwanie się tą bronią przez ostatni 
tydzień. 
 
Gaxar mógł być Szarym Prorokiem, ale nie miał wystarczająco szybkiego refleksu, aby się 
uratować. Pocisk trafił go w prawe oko, odrzu­cając do tyłu. Próbował wyszarpnąć bełt prawą 
ręką — ale kikut nie był wy­starczająco sprawny. Bez najmniejszego dźwięku powoli 
przewrócił się i zastygł w bezruchu. 
 
Rozległ się straszliwy wrzask, ryk do tego stopnia mrożący krew w ży­łach, że Konrad zamarł 
na chwilę. Krzyczał Srebrne Oko, zrozpaczony śmiercią swego pana. Szczuroczłek rzucił się 
w stronę Konrada, ale oficer z Altdorfu zastąpił mu drogę. Ich miecze uderzyły o siebie. 
 
Konrad odrzucił kuszę i skoczył do przodu, tnąc mieczem atakują­cego go pierwszego 
karłowatego drapieżnika. Odcięta głowa stwora wrzeszczała, lecąc przez kryptę. 
 
Konrad zabijał blade obrzydlistwa, rojące się w jaskini. Skakały na niego ze skał, usiłując 
wbić mu pazury w twarz. Inne chwytały go za nogi, szarpiąc jego ciało, próbując przewrócić 
swoją masą. Odrzucał je kopnia­kami, odrywał od siebie, ciął i uderzał sztychem, 
rozdeptywał. Dźwięki, które wydawały umierając, były jeszcze gorsze od odgłosów ich uczty. 
 
Dotarł do Litzenreicha i pochylił się, wyrywając mu knebel z ust. W tym czasie kilka 
skarłowaciałych mutantów skoczyło na niego i omal nie stracił równowagi. Przy tej liczbie 
wrogów, gdyby znalazł się na ziemi, nie miałby najmniejszej szansy. 
 
— Magia! — wrzasnął. — Czar! 
 
— Uwolnij mi rękę — poprosił słabym głosem czarownik. 
 
Konrad odrzucił niebezpieczny ciężar. Jego miecz zawirował. Kilka zniekształconych głów 
odpadło, rozbryzgując naokoło krew. Znowu po­chylił się, na próżno usiłując wyciągnąć 
palcami gwóźdź z prawej dłoni Lit­zenreicha. 
 
— Ręka, pociągnij rękę! 
 
Konrad spełnił polecenie i choć na ćwieku pozostały fragmenty kości i skrwawionego ciała, 
dłoń maga odzyskała swobodę ruchów. Czarownik krzyknął, podniósł gwałtownie prawą rękę 
i jego wrzask obniżył tonację, przemieniając się w zaklęcie. Z zakrwawionego wskazującego 
palca strzeliła błyskawica. 
 

background image

Inkantacji odpowiedział szaleńczy wrzask, gdy pierwszy dręczyciel przemienił się w ognistą 
kulę. Potem zaczął płonąć następny, za nim jesz­cze jeden, aż całą jaskinię wypełnił odór 
palonego mięsa. 
 
Konrad przeszedł teraz do Ustnara, zabijając po drodze kolejnych przygarbionych 
troglodytów. Wsunął klingę pod główkę ćwieka tkwiącego w przegubie krasnoluda, oparł 
sztych o ziemię i podważył gwóźdź. Ustnar wyciągnął uwolnioną rękę, schwycił jednego z 
napastników za gardło i zgniótł mu grdykę, gdy tymczasem Konrad uwalniał mu drugą dłoń. 
 
Wstrętnych stworów było coraz mniej, a mimo wszystko atakowały z taką samą szaleńczą 
wściekłością. Gdy Konrad uwalniał drugą nogę Ust­nara, Litzenreich zdołał oswobodzić się i 
wstał. Miecz Konrada pękł na pół, kiedy ostatni ćwiek wyłaził ze skały. 
 
Rozejrzał się wokoło. Oficer z Altdorfu leżał na ziemi i wygląd jego skulonego ciała 
świadczył o tym, że nie żyje. Nigdzie nie było widać Srebrnego Oka ani Gaxara. Skaven 
musiał uciec, zabierając ze sobą ciało pana. Postaci na skalnej półce również chyba zniknęły. 
Wszyscy pigmej­scy mutanci albo już nie żyli, albo stawali się ofiarami ognistej zemsty 
Lit­zenreicha i teraz umierali w płomieniach, wypełniając powietrze odorem spalonego ciała. 
 
Konrad, Litzenreich i Ustnar stali, spoglądając na siebie. Krew ciekła z ich ran. Byli sami 
wśród śmierci i zniszczenia. Słychać było tylko ich cięż­kie oddechy i dziecięce kwilenie 
śmiertelnie rannych bestii. 
 
Nagle rozległ się jeszcze inny dźwięk. Dobiegał z głębi jednego z tu­neli prowadzących do 
krypty. Konrad rozpoznał go bez trudu — były to bo­jowe okrzyki zwierzołaków Chaosu. Ale 
te zwierzołaki nie będą karłowate ani bezbronne i będzie ich więcej niż da się policzyć. 
 
— Rzeka! — rozkazał Konrad. — To nasza jedyna szansa wydostania się stąd! 
 
Podbiegli do brzegu. Rzeka wydawała się niczym nie różnić od in­nych, a jej pokryta pianą 
woda pędziła korytem wyżłobionym w skale i zni­kała w niskim otworze na skraju krypty. 
 
— Nienawidzę wody! — burknął Ustnar. I wskoczył w fale. 
 
Zniknął pod powierzchnią i pojawił się po kilku sekundach w połowie drogi do ściany krypty. 
Litzenreich jakby się wahał, więc Konrad po­pchnął go ręką. Czarownik wpadł do wody, a 
potem jego podskakująca na falach głowa przepadła w głębi tunelu. 
 
Konrad odrzucił hełm, zerwał płaszcz i ściągnął półpancerz. Zrzucił kopniakiem jeden but, ale 
na pozbycie się drugiego nie starczyło już czasu. Dostrzegł w jednym z korytarzy błysk 
czerwonych oczu, po czym pojawiła się następna para, a za nią jeszcze jedna. Wskoczył do 
rzeki i nie wynurzał się, pozwalając, aby szybki nurt niósł go w stronę tunelu. 
 
Na chwilę przed zniknięciem w otworze Konrad uniósł głowę nad po­wierzchnię i rozejrzał 
się. Na skalnej półce w dalszym ciągu znajdowały się dwie postaci. Teraz mógł dokładnie im 
się przyjrzeć. 
 
Jedną z nich był Czaszkolicy. 
 

background image

Tym razem nie mógł się mylić. Mimo upływu pięciu lat pamiętał go, jakby to było wczoraj. 
To samo chude ciało, ta sama łysa głowa, która zda­wała się nie mieć ciała na kościach. 
 
U jego boku stał ktoś, kogo Konrad również nie widział pięć lat, ale także nigdy nie mógłby 
zapomnieć, aczkolwiek z zupełnie innego powodu. Teraz była starsza, ale również poznał ją 
natychmiast. 
 
Na krótką chwilę ich oczy spotkały się. Jego — zielone i złote, jej — czarne jak węgiel 
 
Elyssa... 
 
W tej samej chwili wezbrany nurt wody wciągnął Konrada w mrok tu­nelu i było to wszystko, 
co mógł sobie potem przypomnieć. 
 
Pamiętał. 
 
Przez ponad pięć lat wierzył, że Elyssa nie żyje, że została zamordo­wana, gdy ich wioskę 
napadła i całkowicie zniszczyła pustoszącą kraj armia zwierzołaków. Aż do tej pory Konrad 
był przekonany, że tylko jemu udało się ocaleć. 
 
Atak miał miejsce pierwszego dnia lata, w święto Sigmara. Kilkana­ście godzin wcześniej 
Konrad próbował opuścić wioskę, ale nie udało mu się przemknąć przez otaczający dolinę 
pierścień wrogich wojsk. Ubrany w skórę zabitego zwierzołaka i zmuszony do powrotu przez 
plemię skavenów, stał się świadkiem całkowitego zniszczenia jedynego domu, jaki 
kiedykolwiek miał. 
 
A później, przemykając wśród ruin i zgliszcz, dotarł wreszcie do dworu, łudząc się nadzieją, 
że może zdoła ocalić dziewczynę. Ale dom ro­dziny Kastringów też płonął i w jego wnętrzu 
nikt nie mógł przeżyć. Żaden człowiek. 
 
Ale spomiędzy szalejących płomieni wyłoniła się nie tknięta żywio­łem, przypominająca 
szkielet nieludzka postać. Konrad nazwał ją w myśli Czaszkolicym. 
 
Uniósł łuk i wysłał jedną ze swoich czarnych strzał w serce stwora. Gdyby wychudzona 
postać była człowiekiem, zginęłaby natychmiast. Ale Czaszkolicy jedynie wyciągnął strzałę z 
nagiej piersi... na której nie poja­wiła się krew, nie było widać rany. 
 
Konrad odwrócił się i uciekł. On ocalał, ale nikt inny nie miał naj­mniejszej szansy. Był o tym 
przekonany. 
 
Elyssa... 
 
Elyssa, która była pierwszą i, jak do tej pory, jedyną miłością Kon­rada. 
 
Elyssa, która nadała mu imię. 
 
Elyssa, która odmieniła jego życie. 
 
I która ofiarowała mu kołczan, łuk oraz strzały, a każdy z tych przed­miotów nosił na sobie 
tajemniczy herb. Taki sam jaki widniał na tarczy, którą obecnie posługiwał się Srebrne Oko. 

background image

 
Czaszkolicy musiał więc pojmać dziewczynę i dla jakichś szatańskich celów zachował ją przy 
życiu aż do tej chwili. 
 
Po niepowodzeniu sprzed pięciu lat miał jeszcze jedną szansę oca­lenia Elyssy. 
 
Zapuścił się w labirynty pod Altdorfem, aby wydostać Litzenreicha i Ustnara z cel, do 
których zostali wtrąceni przez władze miasta. Miał dług wdzięczności wobec Ustnara, jeżeli 
nie wobec obydwu więźniów. Krasno­lud był jedynym ocalałym członkiem grupy, która 
wyrwała go ze szponów Gaxara i uwolniła z więzienia, do którego wtrąciły go podstępne 
machi­nacje maga poszukującego spaczenia skavenów. Konrad jednak za późno dotarł do 
Litzenreicha i Ustnara. Tym razem oni znaleźli się w mocy Sza­rego Proroka. 
 
Konrad był pewien, że zabił Gaxara. Ale Srebrne Oko uciekł, zabie­rając tarczę, z powodu 
której Konrad ścigał obu skavenów od Middenhe­imu do stolicy Cesarstwa. 
 
Teraz jednak nie miała ona żadnego znaczenia, podobnie jak Litzen­reich i Ustnar. Liczyła się 
jedynie Elyssa. 
 
Chciał wrócić, popłynąć z powrotem do krypty, w której widział dziew­czynę, ale prąd wody 
był zbyt silny i niósł go nieubłaganie wąskim przepu­stem. Uświadomił sobie, że to Elyssa 
nauczyła go pływać. 
 
Wniosła tak wiele do jego życia, że z trudem przypominał sobie cokol­wiek sprzed dnia, w 
którym się spotkali. Zupełnie jakby do tamtego mo­mentu nie żył prawdziwym życiem. Była 
córką pana włości, a on chłopskim wyrostkiem, który pracował w gospodzie. Ocalił jej życie, 
zabija­jąc zwierzołaka, który zaatakował ją na skraju lasu. W zamian za to dała mu 
osobowość... ale w dalszym ciągu nie wiedział, kim naprawdę był ani skąd pochodził. 
 
Szalejący nurt nie wypełniał całkowicie tunelu i gdy Konrad wypłynął na powierzchnię starał 
się trzymać usta zamknięte i oddychać jedynie przez nos. Część ścieków stolicy była 
odprowadzana do podziemnej rzeki, ale nie była to jednak najbardziej zapaskudzona woda, w 
jakiej zdarzyło mu się pływać. 
 
Nie widział niczego w ciemności i większość czasu przebywał pod wodą, obijając się o 
kamienie po obu stronach tunelu. Doszedł do wniosku, że lepiej narazić się na obrażenia 
kończyn, niż rozwalić sobie głowę o obniżające się nagle sklepienie. 
 
Gdy po raz trzeci wypłynął, aby nabrać powietrza, zauważył, że ciemność przed nim nie jest 
już tak kompletna. Była noc i mógł zbliżać się do miejsca, w którym rzeka wypływała spod 
miasta. Skoro tak, wyjście mo­gła zamykać brona, rodzaj przegrody, która pozwalała 
swobodnie przepły­wać wodzie, ale jednocześnie uniemożliwiała intruzom przedostanie się 
do miasta systemem kanalizacyjnym. Poza tym przy wylocie kanału mogły być wystawione 
straże. 
 
Przecież gdy Konrad i oficer zobaczyli, że dwie cele na dolnym pozio­mie wojskowego 
więzienia są puste, dowódca straży wydał rozkaz, by Lit­zenreichowi i Ustnarowi 
uniemożliwiono ucieczkę podziemną rzeką. I te­raz zapewne wartownicy czekali na każdego, 
kto wyłoni się z ujścia tu­nelu. 
 

background image

Po raz pierwszy, zamiast pozwolić unosić się prądowi, podjął próbę zmniejszenia prędkości, z 
jaką niosła go woda. Nurt był zbyt silny, by pły­nąć w przeciwną stronę, ale postanowił 
spróbować. Zwolnił nieco, ale róż­nica była niemal niezauważalna. Wyciągnął na oślep rękę, 
w nadziei, że uda mu się złapać jakiś występ skalny i zatrzymać. W przeciwnym razie 
wkrótce i tak zakończy swój spływ, rzucony na kraty czy jakąkolwiek inną przegrodę 
zamykającą wylot tunelu. 
 
Czerń zmieniła się w szarość i wydało mu się, że widzi zarys otworu. Gdzie są Litzenreich i 
Ustnar? Czy potężny nurt cisnął nimi o grubą siatkę i uderzenie odebrało im przytomność? A 
może prąd wody wciągnął ich pod powierzchnię i utonęli? 
 
Szarawa plama zbliżała się coraz bardziej, w miarę jak prąd zdawał się unosić Konrada ze 
wzrastającą szybkością. A potem dostrzegł odległy blask. Albo na zewnątrz tunelu było już 
jasno, albo były to pochodnie oczekujących strażników. Obrócił się tyłem, przygotowując na 
nieunik-nione zderzenie z metalowymi prętami stanowiącymi część systemu obronnego 
miasta. 
 
I nagle znalazł się na zewnątrz tunelu. Przegradzająca podziemną rzekę krata z zaostrzonych 
prętów była rozerwana i wygięta na zewnątrz. Był to niewątpliwie rezultat działania magii 
Litzenreicha. 
 
Teraz znajdował się w o wiele szerszej i głębszej rzece. Musiał to być Reik. Wydostał się z 
Altdorfu, poza obręb miejskich murów. 
 
Ujrzał latarnie przy wylocie tunelu i trzymające je niewyraźne po­stacie, usłyszał głosy... i 
nagły okrzyk. 
 
— Tam! Jeszcze jeden! 
 
Zanurkował gwałtownie i strzała uderzyła w wodę tuż przy jego twa­rzy. Woda zmieniła tor 
jej lotu i grot minął ramię Konrada o parę centyme­trów. Kolejna strzała przemknęła koło 
jego piersi. Konrad zanurzył się głę­biej, zawrócił i zaczął płynąć pod prąd, w stronę miasta. 
Miał nadzieję, że żołnierze nie spodziewali się takiego wybiegu. Nurt nie był tak silny jak w 
podziemnej rzece. 
 
Przez chwilę zastanawiał się, o co chodzi żołnierzom, ale w zaistniałej sytuacji wolał nie 
wdawać się z nimi w dyskusję. 
 
Jego pierwotny plan zakładał uwolnienie Litzenreicha i Ustnara z cel, a potem wspólną 
ucieczkę z miasta. Nie miał powodu zatrzymywać się dłu­żej w Altdorfie — było mało 
prawdopodobne, by przebywał tu Srebrne Oko — a udzielenie pomocy w ucieczce dwóch 
więźniów oznaczało, że sam również nie mógł zostać. 
 
Teraz jednak musiał powrócić, dostać się z powrotem do stolicy ; Ce­sarstwa, gdzie 
Czaszkolicy więził Elyssę. 
 
Przestał płynąć i odwrócił się na plecy. Ostrożnie unosząc twarz po­nad powierzchnię wody, 
złapał oddech. Był gotów w każdej chwili ponow­nie zanurkować. Zobaczył światła jakieś 
czterdzieści metrów w dole rzeki, na drugim brzegu. Chwilowo był bezpieczny i miał 
nadzieję, że mag i kra­snolud również. 

background image

 
Wymknięcie się patrolowi milicji nie powinno sprawić Litzenreichowi specjalnego problemu. 
Chociaż on i Ustnar byli ranni, nadzy i bezbronni, znalazłszy się poza miastem, bez trudu 
mogli stawić czoło każdemu nie­bezpieczeństwu. 
 
Konrad bardzo by chciał, aby obaj byli tu razem z nim. Byliby bardzo pożytecznymi 
towarzyszami w czasie wyprawy w nie znaną sieć korytarzy pod miastem. Ustnar, ze względu 
na swoją znajomość tuneli i umiejęt­ność walki, Litzenreich — dzięki wiedzy magicznej. 
 
Przez chwilę myślał o Wilku. Gdzie się obecnie znajduje? Może w Kis­levie, na granicy? Czy 
granica nadal istnieje, czy też hordy z północy zalały już kraj? Ale gdyby sprawy ułożyły się 
aż tak źle, wiadomości dotarłyby już do Altdorfu i sierżant Taungar, werbując Konrada do 
gwardii cesar­skiej, z całą pewnością wspomniałby o szykującej się kampanii. 
 
Płynął wolno w górę rzeki. Był to chyba najlepszy sposób przedosta­nia się do stolicy, ale 
mury miasta znajdowały się daleko i najwyraźniej wcale się nie zbliżały. Nurt Reiku był 
jednak dość silny, a Konrad czuł ogarniające go coraz większe zmęczenie, zupełnie jakby 
walczył z jakimś bezlitosnym przeciwnikiem. Pamiętał, że przez rzekę przerzucono 
pływa­jącą zaporę, uniemożliwiającą statkom dalszą żeglugę w górę Reiku bez ze­zwolenia i 
uiszczenia należnych opłat. 
 
Rzekę zawsze przegradzano na noc i widział, że cała ta jej część jest bardzo dobrze 
oświetlona. Z całą pewnością objęta była również stałym nadzorem, zwłaszcza po ogłoszeniu 
alarmu. Lepiej byłoby więc znaleźć jakąś inną drogę. Zaczął szukać miejsca, żeby wyjść z 
wody. 
 
Jednak brzegi nie opadały do rzeki w zwykły sposób. Nawet poza mu­rami miejskimi cały 
Reik był obramowany wysokimi nabrzeżami, do któ­rych cumowały statki i barki oczekujące 
na wpłynięcie do stolicy. Skie­rował się do północnego brzegu, który zdawał się mniej 
zatłoczony. 
 
Chociaż zdarzyło się tak wiele, uświadomił sobie, że minęła zaledwie godzina od chwili, gdy 
przyszedł do koszar. Było jeszcze stosunkowo wcześnie i na jednostkach zacumowanych 
wzdłuż rzeki panował dosyć ożywiony ruch. Musiał uważać, aby go nie zauważyli ani nie 
usłyszeli lu­dzie pełniący wachtę na pokładach statków i łodzi. 
 
Pomiędzy pełnomorskim żaglowcem kupieckim a skromną barką rzeczną widniała 
trzydziestometrowa luka i Konrad wpłynął w nią. Schwycił wystrzępioną linę, zwisającą z 
pachołka znajdującego się przy górnej krawędzi wysokiego na trzy metry nabrzeża. Przez 
kilka minut tkwił nieruchomo, unosząc jedynie głowę nad powierzchnię wody. Oparty o 
drewniane pale łapał oddech, rozglądając się jednocześnie wokoło i w górę, aby zorientować 
się, czy został zauważony. Noc była ciemna, ża­den z księżyców jeszcze nie wzeszedł. 
 
Wreszcie zaczął wychodzić z wody. W większości wypadków na taką wysokość wspiąłby się 
po linie w ciągu dwóch, trzech sekund. Był jednak wyczerpany, lina mokra i śliska, więc 
przebycie połowy drogi trwało dwa razy dłużej. 
 
Usłyszał nad sobą głosy. Podniósł wzrok i ujrzał patrzące na niego dwie twarze. Zamarł 
nieruchomo w nadziei, że może go nie zauważyli w ciemnościach. Wtedy jednak lina 

background image

zakołysała się lekko i zaczęła unosić. Wciągali go na górę. Właśnie miał zamiar puścić ją i 
ponownie schronić się w rzece, gdy któryś z mężczyzn zawołał do niego. 
 
— Trzymaj się, stary! Wyciągniemy cię... 
 
Mówili z nieznanym akcentem. Nie byli altdorfskimi żołnierzami — za-pewne marynarzami z 
odległej części Imperium, którzy uznali, że Konrad wpadł do rzeki z jakiejś zacumowanej 
wyżej łodzi. 
 
Zgubił but w tunelu i jedynymi przedmiotami, które mogły zdradzić jego obecny zawód, były 
pas i pochwa. Teraz, gdy nie miał miecza, były bez wartości. Jedną ręką rozpiął więc pas i 
upuścił go do wody. 
 
— Dobrze se radzisz, stary. Zara cie wyciągniem. 
 
Dwaj mężczyźni wyholowali go na górę i wyciągnęli ręce, aby złapać go pod pachy. Nie 
chcąc ryzykować, przyjął pomoc tylko jednego z nich. Gdyby to była pułapka, 
obezwładniliby go bez trudu. Sekundę lub dwie później był już na nabrzeżu. Marynarz puścił 
go i razem z kolegą spojrzeli na Konrada i wybuchnęli śmiechem.. 
 
— Dzięki — powiedział. Zatoczył się na bok, udając, że stara się złapać równowagę. — Nie 
mogę się przyzwyczaić, że ziemia nie rusza mi się pod nogami. 
 
— Taa — skinął głową ten, który złapał go pod ramię. — Wiemy. Gdzie twój statek? 
 
Konrad kciukiem wskazał w górę rzeki, w stronę miasta. 
 
— O tam, tam. Wszystko będzie w porządku. Dzięki. Nic mi nie jest. A może chcecie się 
napić? Może wpadlibyśmy gdzie na jednego, co? 
 
— Chiba kiedy indziej, stary — odparł drugi marynarz. — Widzi mi się, że masz już dosyć. 
Pewnie nie chcesz jeszcze raz plusnąć w te wache, no nie? 
 
Konrad energicznie pokręcił kilkakrotnie głową. 
 
— Nie — oświadczył. — Nie. Nie. — cofnął się nieco, zataczając z lekka. — Ale następnym 
razem, następnym razem ja stawiam. Dobra? 
 
— Dobra. 
 
Pomachał swoim ratownikom i wolno ruszył wzdłuż nabrzeża. Domy­ślał się, że w dalszym 
ciągu go obserwują, sprawdzając, czy nie zboczy z kursu i nie wleci ponownie do Reiku. 
Dotarł na wysokość barki, odwrócił się, pomachał do nich i ruszył dalej. Gdy obejrzał się 
powtórnie, nie było ich już widać. 
 
Wyprostował się, otarł wodę z twarzy i zaczął się zastanawiać, w jaki sposób ponownie wejść 
do miasta. Altdorf był stolicą Cesarstwa. Nie za­mykał wszystkich bram o zmierzchu. Jego 
obywatele wieczorem nie bary­kadowali się w domach z obawy przed stworami, 
wychodzącymi nocą na łowy. W mieście nie marnowano godzin ciemności, tak jak działo się 

background image

to w wielu miejscowościach Cesarstwa. Altdorf czuł się bezpieczny, ponie­waż było tam dość 
wojska, aby chronić ludzi przed jakimkolwiek niebez­pieczeństwem. 
 
Istotnie, Altdorf nie musiał się obawiać niczego, co mogłoby mu za­grozić spoza miejskich 
murów, ale Konrad odkrył, że największe niebez­pieczeństwo leży pod fundamentami stolicy. 
 
Szedł wzdłuż nabrzeża w stronę białych murów miasta, do miejsca, gdzie ostatnia potężna 
wieża wydawała się wyrastać z głębin rzeki. W nor­malnych okolicznościach nie miałby 
żadnych problemów z przekrocze­niem bramy. Za kilka miedziaków łapówki dla 
wartowników marynarze, których statki cumowały w dole rzeki, wchodzili i wychodzili z 
Altdorfu o dowolnej porze. Najczęściej odwiedzanym przez nich miejscem była Ulica Setki 
Gospod, ale korzystali również z innych nocnych atrakcji, które największe miasto Cesarstwa 
miało do zaproponowania zarówno swoim mieszkańcom, jak i gościom. 
 
Ostrożnie, starając się trzymać w cieniu, Konrad zbliżył się do wej­ścia. Odniósł wrażenie, że 
brama rzeczna jest lepiej strzeżona niż było to konieczne. Jej otoczenie zostało dobrze 
oświetlone i widać było, że oprócz zwykłej straży służbę wartowniczą pełnią również 
żołnierze. Kilku maryna­rzy z rozmaitych krajów wykłócało się, chcąc opuścić miasto, ale 
zanim po­zwolono im na to, każdy z nich był dokładnie przesłuchany i sprawdzony. 
 
Kilku mężczyzn nadchodzących z drugiej strony przepuszczono bez takich trudności. Milicja 
sprawdzała jedynie wychodzących. Najprawdopo­dobniej miała rozkaz znaleźć maga i 
krasnoluda. Gdyby Ustnar spróbował wyjść, nawet milicja nie miałaby problemu z 
rozpoznaniem zbiega. Kon­rad zastanawiał się, w jaki sposób mieli zamiar złapać 
czarownika. Być może na wartowni znajdował się jakiś mag, który mógł wykryć 
znajdują­cego się w pobliżu kolegę po fachu. 
 
Gdyby nie był przemoczony do suchej nitki i miał przy sobie kilka mo­net, wszedłby do 
stolicy zupełnie bez trudu, ale ociekał wodą i nie miał ani grosza. Złota korona, otrzymana od 
Taungara w chwili werbunku, prze­padła. Teraz, w nocy i przy zaczynających się zimowych 
chłodach, jego ubranie długo nie wyschnie. Już dygotał z zimna i wiedział, że musi jak 
naj­szybciej zmienić odzież. 
 
Konrad obserwował marynarzy, których wypuszczano z miasta. Naj­częściej szli grupkami, 
on zaś potrzebował samotnego wędrowca, ponie­waż swój plan musiał zrealizować szybko i 
po cichu. Poza tym ten, którego wypatrywał, powinien mieć mniej więcej jego wymiary. 
Czekał cierpliwie. Wreszcie z bramy wyłonił się marynarz, którego wzrost i tusza wydawały 
się odpowiednie. Szedł bardzo wolno, starając się zachować równowagę, ale mimo wszystko 
zataczał się lekko. 
 
— Skurwysyny — mamrotał pod nosem. — Altdorfskie skurwysyny — obejrzał się, 
popatrzył na miasto i splunął przez ramię. 
 
— Masz zupełną rację, stary — przytaknął Konrad, wychodząc z ciemności. 
 
— Taa — burknął pijany żeglarz. — Najpierw zabierają nam całą forsę, a potem nie chcą 
wypuścić z tego przeklętego miasta. 
 
— Jasne — oznajmił Konrad i objął mężczyznę za ramiona. 
 

background image

— Jesteś cały mokry — zauważył marynarz, próbując się uwolnić, Konrad podniósł rękę, 
zakrył dłonią usta mężczyzny, aby go uciszyć, a po­tem wciągnął go w mrok. Żeglarz 
próbował się bronić, ale na próżno. Otrzymał szybkie uderzenie zaciśniętą pięścią w głowę i 
znieruchomiał. Se­kundę później leżał już na ziemi. Jeszcze pół minuty i Konrad rozebrał go 
z wierzchniej odzieży. Potem sam szybko zerwał z siebie ubranie i nałożył koszulę, kurtkę, 
spodnie i buty pijanego marynarza. 
 
Przekonał się, że mężczyzna mówił prawdę. W Altdorfie dokładnie oczyszczono go z 
pieniędzy. Konrad zapiął klamrę marynarskiego pasa i obejrzał przypięty do niego sztylet. 
Miał krótkie, wąskie ostrze i zapewne właściciel używał go do patroszenia ryb. Odciął z 
nowej kurtki metalowe guziki. Udając monety, powinny mu; pomóc dostać się do miasta. 
Miał na­dzieję, że strażnicy nie będą mieli ochoty ścigać go z powodu kilku groszy. Gdyby 
jednak okazało się inaczej, tym gorzej dla nich. 
 
— Dzięki, kolego — szepnął do leżącego marynarza. — W Altdorfie wszyscy jesteśmy 
skurwysynami. 
 
Naciągnął mocniej czapkę na mokre włosy i podszedł do bramy, ści­skając w dłoni trzy 
lśniące, metalowe guziki. Odzież leżała na nim w miarę dobrze, chociaż buty były luźne i 
ocierały kostki nóg. Wartownik w bramie ledwo spojrzał na Konrada i gestem kazał mu iść 
dalej. 
 
— Jakoś nie zgarniacie dzisiaj zbyt wiele, Haraldzie — usłyszał żołnie­rza, zwracającego się 
do jednego z wartowników. 
 
— Szkoda, że wy, chłopaki, nie możecie postać tu każdej nocy — od­parł wysoki mężczyzna 
z mosiężną odznaką. — Ale przypuszczam, że gdy­byście to robili, wojacy, sami 
zaczęlibyście brać swoją działkę. 
 
Konrad minął obu oficerów i znalazł się ponownie za murami Alt­dorfu. 
 
  
Rozdział drugi  
 
  
 
Konrad zdawał sobie sprawę, że jedynym sposobem powrotu do pod-ziemnej jaskini, w której 
widział Elysse i Czaszkolicego, jest powtórne przebycie tej samej trasy. Wiedział, że jeśli 
nawet odnajdzie drogę do ja­skini, na pewno dawno już ich tam nie będzie, ale musiał podjąć 
tę próbę. 
 
Oznaczało to, że musi wrócić do budynku dowództwa, a stamtąd zejść na dół przez wojskowe 
więzienie. Spodziewał się, że w koszarach bę­dzie panowało zamieszanie. Być może 
zwierzołaki, które słyszał w tunelu, spróbowały nawet przedrzeć się do stolicy. 
 
Gdy dotarł do bramy, przez chwilę obserwował, stojąc ukryty w cie­niu. Odniósł wrażenie, że 
panuje tu taki sam spokój jak w czasie jego pierwszego przybycia na kwaterę. Dwaj piechurzy 
pilnowali otwartej bramy, ale stali oparci o mur i rozmawiali ze sobą po cichu. Wszystko 
wskazywało na to, że nikt w pełni nie uświadomił sobie znaczenia tego, co się stało. 
 

background image

Zbiegło dwóch więźniów, a oficer, który odkrył ucieczkę, wyruszył na ich poszukiwania, 
wydawszy uprzednio rozkazy, żeby pilnowano wszyst­kich wyjść z miasta. Oficer jednak nie 
żył, a wiadomość o jego śmierci mo­gła jeszcze tu nie dotrzeć. Może przypuszczano, że w 
dalszym ciągu ściga zbiegów, podążając za nimi przez podziemny labirynt. A jeżeli 
odnale­ziono jego ciało, nie natrafiając na żaden ślad stworów, uznano, iż został 
zamordowany przez Litzenreicha i Ustnara. 
 
Gdyby bowiem wiedziano, że oficer padł ofiarą skavenów, a horda stworów Chaosu jest tak 
blisko, wtedy koszary byłyby postawione na nogi i wszystkie siły wojskowe Altdorfu 
szykowałyby się do wzięcia udziału w wyprawie przeciwko podstępnym najeźdźcom. 
 
Infiltracja skavenów wciąż była tajemnicą, nikt o niej nie słyszał. Wy­dawać się mogło, że 
wie o niej tylko Konrad. Może to i lepiej. W pojedynkę będzie miał chyba większą szansę 
odnalezienia Elyssy. Wielka wyprawa odwetowa niewątpliwie wywołałaby przedwczesny 
alarm i ci, w których niewoli znajdowała się dziewczyna, mieliby wystarczająco dużo czasu, 
aby uciec ze swoją zakładniczką. 
 
Konrad musiał przedostać się pod miasto przez lochy pod koszarami. Tam również mógłby 
się zaopatrzyć w niezbędną broń i zbroję. Po­przednio nie miał kłopotów z wejściem do 
koszar, ale wtedy ubrany był w mundur gwardii cesarskiej, a na hełmie powiewał mu 
szkarłatny oficer­ski pióropusz. Teraz jednak jego cywilna odzież wyglądała o wiele mniej 
imponująco. 
 
Zdjął czapkę i wetknął ją do kieszeni. Jego włosy były ścięte tak krótko, że już zdążyły 
wyschnąć, a tego rodzaju fryzura dobrze pasowała do ascetycznego wyglądu typowego dla 
kadry oficerskiej altdorfskich puł­ków. Konrad zbliżył się ukradkiem do kwatery głównej 
milicji. Teraz cof­nął się do miejsca, w którym nie był już widoczny od strony wejścia, a 
po­tem wyprostował się i stukając obcasami tak głośno, jak potrafił, ruszył zdecydowanym 
krokiem w stronę bramy. 
 
— Baa...czność! — rozkazał. 
 
Słysząc rozkaz, dwaj wartownicy wyprężyli się, gdy Konrad wyłonił się z mroku. 
 
— Na wprost patrz! — polecił. 
 
Obydwaj patrzyli obok niego, trzymając w wyprostowanych prawych rękach halabardy 
pochylone dokładnie pod tym samym kątem. Konrad przeszedł między nimi przez bramę i 
przeciął dziedziniec, kierując się w stronę ceglanego budynku wartowni. 
 
Kolejny wartownik stał przy drzwiach i uważnie obserwował Konrada zbliżającego się do 
niego pewnym krokiem. 
 
— Kto idzie? — zapytał, kładąc dłoń na rękojeści miecza. 
 
— Panie! — warknął Konrad. — Zwracaj się do mnie „panie”, albo uka­rzę cię za 
bezczelność. 
 
— Panie! — powtórzył strażnik, stukając obcasami. Zerknął w stronę wartowni. 
 

background image

Był to ten sam żołnierz, który pełnił służbę wtedy, gdy Konrad przy­był tu po raz pierwszy. 
 
— Spocznij — rzucił łagodniejszym tonem Konrad. — Oczekuje mnie twój dowódca. 
 
Gdy zrównał się ze strażnikiem, ten odwrócił się, żeby go przepuścić. 
 
— Znam cię! — powiedział nagle. 
 
Był bardzo spostrzegawczy. Rozpoznał Konrada w słabym świetle, mimo że miał on wtedy na 
sobie zupełnie inną odzież i jego twarz czę­ściowo przesłaniał hełm. 
 
Wartownik zdążył do połowy wydobyć miecz z pochwy, ale Konrad trzymał już w dłoni 
sztylet marynarza. Korpus strażnika chroniony był pancerzem oraz kolczugą, więc ręka 
Konrada wystrzeliła do góry, zadając pchnięcie w gardło. Nie miał czasu na półśrodki. 
Strażnik zginął, ponie­waż zbyt dobrze pełnił służbę... i ponieważ nie był wystarczająco 
szybki. 
 
Konrad zacisnął dłoń na ustach żołnierza, aby uciszyć jego ostatni okrzyk, i podtrzymał 
osuwające się na ziemię ciało. Potem wyjął ofierze miecz z ręki. Trzymając w jednej ręce 
miecz, a w drugiej sztylet, przebiegł przez drzwi wejściowe. 
 
— Gunther? Co się dzieje? 
 
Konrad dostrzegł wewnątrz budynku najpierw jedną postać w zbroi, zmierzającą w stronę 
wejścia, a potem następną. Był pewien, że upora się z obydwoma, zanim zorientują się, co się 
dzieje, ale nie wiedział, ilu jesz­cze żołnierzy jest w środku. Chciał przedostać się bezgłośnie, 
przemknąć niepostrzeżenie przez koszary i dostać się do położonych w dole tuneli. Gdyby 
nawet przedarł się przez tak wielu przeciwników, stałby się zwie­rzyną, a nie myśliwym. 
Sprawa była już przegrana, należało się wycofać. 
 
Machnął mieczem, przecinając linę, podtrzymującą wiszącą nad wej­ściem lampę oliwną. 
Gdy spadła na ziemię, kopnięciem posłał ją w głąb wartowni. Tam rozleciała się na kawałki, 
oblewając płonącą cieczą pod­łogę i ściany. W ciągu kilku sekund pojedynczy płomień 
przerodził się w szalejący pożar. Konrad odwrócił się i popędził w stronę głównej bramy. 
Dwaj wartownicy zaczęli rozglądać się wokoło. 
 
— Pali się! — wrzasnął, biegnąc w ich stronę. — Pali się! 
 
Żołnierze rzucili się w stronę ognia. Jeden z nich nagle zatrzymał się i krzyknął w stronę 
kolegi, który również się zawahał. 
 
— Zostańcie na posterunkach! — zawołał Konrad. — Ogłoszę alarm. 
 
Zanim zdołali wrócić, podjąć decyzję i zagrodzić mu drogę, Konrad przebiegł obok nich i 
znalazł się na placu przed bramą. Nie zwalniał tempa do chwili, gdy znalazł się w odległości 
kilku przecznic. Dopiero wtedy oparł się o mur piekarni i rozejrzał. Nie było śladu pościgu, 
ale widział chmurę gęstego, czarnego dymu unoszącego się wolno w ciemne niebo. 
 
Zastanawiał się, co robić dalej. 
 

background image

Musiał pozostać w Altdorfie ze względu na Elyssę. Jedynym znanym mu miejscem w stolicy 
był Pałac Cesarski. Mógłby powrócić i dalej służyć w cesarskim elitarnym oddziale 
wojskowym udając, że wydarzenia kilku ostatnich godzin nie mają żadnego związku z jego 
osobą. 
 
Konrad ruszył w powrotną drogę do koszar gwardii cesarskiej. Wy­brał okrężną, dalszą trasę 
przez most Karla-Franza, prowadzący do połu­dniowej części miasta. Wciąż zaciskał w dłoni 
miecz wartownika. I nagle uświadomił sobie, że w obecne tarapaty wpędziła go broń innego 
pole­głego żołnierza. 
 
Gdy wziął udział w szturmie na fortecę skavenów położoną głęboko pod Middenheimem, 
walczył mieczem należącym do jednego z żołnierzy miasta-fortecy — tego, którego zabił. 
Gaxar i Srebrne Oko uciekli z pod­ziemnej kryjówki, zabierając ze sobą więźnia, który 
według Litzenreicha był sobowtórem samego cesarza. 
 
Konrad wiedział, że Gaxar potrafił tworzyć ożywieńców, będących ide­alnymi replikami 
ludzi, ponieważ sam stoczył pojedynek z taką właśnie kopią — dziełem Szarego Maga. Jeżeli 
Gaxar rzeczywiście stworzył replikę Karla-Franza, uczynił to z jednego tylko powodu. Aby 
dokonać zamiany na tronie Cesarstwa... 
 
Litzenreich stwierdził wówczas, że Gaxar musi udać się do Altdorfu poprzez podziemia 
skavenów, labirynt tuneli, który łączył wszystkie mia­sta i miasteczka, nękane przez 
szczuroludzi. Tą samą drogą chciał powę­drować Konrad, aby odnaleźć Srebrne Oko, a 
zwłaszcza jego tarczę z her­bem, który znajdował się na łuku, kołczanie i strzałach. Konrad 
był przeko­nany, że tajemniczy złoty symbol — pięść w pancernej rękawicy pomiędzy 
dwiema skrzyżowanymi strzałami — ma niezwykłe znaczenie. Uważał, że gdyby zdołał 
dowiedzieć się czegoś o tych fragmentach uzbrojenia, a może nawet ustalić tożsamość ich 
poprzedniego właściciela, rozwiązałby za­gadkę własnego pochodzenia. 
 
Zdarzenia w Middenheimie zmusiły również Litzenreicha do opuszczenia Miasta Białego 
Wilka. Wyruszył do Altdorfu, aby kontynu­ować badania nad zastosowaniem spaczenia. W 
rezultacie Konrad, Litzen­reich i Ustnar, jedyny pozostały przy życiu członek krasnoludzkiej 
służby maga, przybyli do Altdorfu tym samym dyliżansem. Ale po przyjeździe krasnolud i 
czarownik natychmiast zostali aresztowani za złamanie cesar­skiego prawa. 
 
Używanie spaczenia było zakazane, chyba że robiono to w służbie Ce­sarstwa. Karą była 
śmierć i z Middenheimu wysłano wiadomość, że na wol­ności znajdują się dwaj 
niebezpieczni przestępcy. Nie było nakazu areszto­wania Konrada, ponieważ nikt nie 
wiedział, że towarzyszy Litzenreichowi, a nikomu poza tą trójką nie udało się przeżyć bitwy 
w zorganizowanej przez Gaxara rafinerii spaczenia. Ale sierżant Taungar z gwardii 
cesar­skiej zauważył, że Konrad ma miecz z symbolem wilczego łba oznaczają­cym, że broń 
pochodzi z middenheimskiego pułku. Taungar znał Konrada z czasów, gdy razem walczyli w 
Kislevie, podczas oblężenia Praag. Sier­żant wiedział, jak doskonałym wojownikiem jest 
Konrad i chciał go zwerbować do gwardii cesarskiej jako instruktora. W zamian obiecał 
za­chować dyskrecję w sprawie middenheimskiego miecza. 
 
Takie rozwiązanie odpowiadało Konradowi. Musiał zatrzymać się w Altdorfie, ale nie miał 
zamiaru przebywać w szeregach gwardii zbyt długo. 
 

background image

Wydawało się również, że niewiele dłużej potrwa jego przynależność do straży przybocznej 
cesarza. 
 
Miecz strażnika był funkcjonalną bronią, może jedynie trochę za ciężką i nie najlepiej 
wyważoną. Nie mógł się równać z klingą, którą wal­czył w podziemiach Middenheim, ani z 
mieczem gwardii cesarskiej, który pękł, gdy podważał ostatni gwóźdź, którym przybito 
Ustnara do ziemi. 
 
Na moście było pusto. Konrad przechylił się nad balustradą i upuścił oręż wartownika w 
ciemne wody Reiku. Nie cierpiał być bez broni, ale po­nieważ nóż marynarza również 
przestał być użyteczny, postąpił z nim tak samo. Wyciągnął czapkę z kieszeni kurtki i nałożył 
ją na głowę. Może, je­żeli ktoś go zauważy, pomoże ona ukryć jego tożsamość. 
 
Gdy naciągał wełnianą czapkę niemal na same oczy, spostrzegł krew na prawej ręce i 
przedramieniu. Należała do wartownika. Zdjął kurtkę i najlepiej jak potrafił wytarł skórę 
rękawem, plując na grzbiet dłoni, aby zmyć zaschniętą krew, a potem rzucił kurtkę przez 
balustradę mostu. Luźne buty za bardzo hałasowały, więc także wylądowały w rzece. 
 
Bruk był lodowato zimny i para oddechu unosiła się przed nim chmurą, gdy ponownie ruszył 
w stronę pałacu. Potężny budynek był czar­nym cieniem na nocnym niebie, a sylwetka wieży 
rysowała się ostro na tle otaczających ją gwiazd. 
 
Wejście do koszar, w których służył, mogło być bardziej kłopotliwe niż dostanie się do 
wojskowej kwatery głównej. Mógł bez problemów przejść przez bramę, ale wtedy musiałby 
tłumaczyć, co się stało z jego mundurem. Wychodząc kilka godzin temu nie planował 
powrotu, a więc teraz musiał sprawiać wrażenie, że w ogóle nie opuszczał kwatery. Nie miał 
przepustki i nigdzie nie rejestrowano jego wyjścia. Wartownicy, któ­rzy widzieli jak 
przechodził przez bramę, nie podejrzewali, że wychodzi bez zezwolenia. Nie musieli więc 
meldować o tym fakcie, a jeżeli dopisze mu choć trochę szczęścia, nikt nie będzie ich 
przesłuchiwał. 
 
Idąc na bosaka, Konrad czuł się tak, jakby cofnął się do czasów, gdy w jego życiu jeszcze nie 
było Elyssy. Nadal bez trudu zamieniał się w cień wśród cieni i umiał poruszać się cicho, 
niewidocznie. Dzięki temu karczmarz, u którego wtedy służył, nigdy nie orientował się, gdzie 
jest jego posługacz. Potem, przez pięć lat pracy dla Wilka, nauczył się również umiejętności 
maskowania i podstępów niezbędnych, by przeżyć w Kis­levie, na granicy pomiędzy 
ludzkością a nieludzkością. 
 
Konrad często przenikał przez stanowiska wroga i chociaż wrogowie byli podludźmi, ich 
zmysły często przewyższały ludzkie. Nazywano ich zwierzołakami, ponieważ nie 
dysponowały żadnymi szlachetnymi ce­chami rodzaju ludzkiego, ale były czujnie jak bestie. 
Lepiej widziały w ciemnościach, słyszały niemal niesłyszalne dźwięki, ich węch wyczuwał 
najsłabszy nawet zapach przeciwnika. Tę ostatnią przewagę niwelowano tłumiąc go innym, 
bardziej intensywnym odorem. Nie raz Konrad ukrywał swoje człowieczeństwo pod 
zapachowym kamuflażem zwierzęcej krwi. 
 
Tej nocy jego przeciwnik nie miał tak wyostrzonych zmysłów. Strażnicy w pałacu byli tylko 
ludźmi, a poza tym jego kolegami. Ale gdyby popełnił błąd i dał się zauważyć, mógł się 
spodziewać tylko jednego. Na in­truza czekał bełt wystrzelony bez ostrzeżenia z kuszy. 
 

background image

Gdy po raz pierwszy znalazł się w obrębie murów fortecy, przede wszystkim zbadał cały 
system obrony. Ta wiedza mogła się przydać, gdyby zaistniała konieczność opuszczenia tego 
miejsca w pośpiechu. Znał już wszystkie stanowiska wartowników, wszystkie baszty obronne, 
wszystkie punkty obserwacyjne. Pory patroli często ulegały zmianie, także zmiany wart 
przeprowadzano w nieregularnych odstępach czasu. Kiedy kilkakrotnie wyprawiał się, aby 
zbadać Altdorf, wychodził z pałacu własnymi, nieoficjalnymi drogami. Tym razem sytuacja 
wyglądała nieco inaczej. Wartownicy mieli zapobiec wtargnięciu intruzów, a nie wyjściu 
jednego z ich grona. 
 
Tej nocy nie mogło się zdarzyć nic, co zakłóciłoby rutynowe obchody patroli w obrębie 
cytadeli. Nic, co wzbudziłoby jakiekolwiek podejrzenia. Nie wolno mu było w żaden sposób 
zwrócić na siebie uwagi straży — ich służba musiała pozostać zwykłą rutynową sprawą — 
jak do tej pory. 
 
Przez jakiś czas obserwował główne wejście. Przyglądał się uważnie, gdy zatrzymano do 
kontroli dyliżans z ubranymi w liberię woźnicą i pocztylionem. Ruch był obecnie bardzo 
niewielki, ponieważ cesarz prze­bywał z wizytą w Talabheim. Konrad wiedział, że gdyby 
monarcha znajdo­wał się w pałacu, pojazdy przyjeżdżałyby i wyjeżdżały aż do późnych 
go-dzin nocnych, a ambasadorzy, arystokraci, dworzanie, kupcy i służba krę­ciliby się, 
spełniając swoje obowiązki lub poszukując przyjemności. 
 
Wartownicy porozmawiali z woźnicą i pocztylionem, otworzyli drzwi pojazdu, zasalutowali i 
sprawdzili dokumenty pasażerów. Jeden z nich obejrzał spód dyliżansu, zanim w końcu 
strażnicy pozwolili mu przejechać przez dziedziniec. Widząc jak przeprowadzana jest 
kontrola, Konrad zre­zygnował z tego sposobu przedostania się do środka. Ale do cytadeli 
można było przedostać się wieloma innymi drogami, nie tylko przez bramy. 
 
Wszystko sprowadzało się do wspinania i skoków, czekania i skra­dania się. Konrad wspinał 
się więc po zewnętrznej części muru pomiędzy dwiema basztami obserwacyjnymi, gdzie miał 
największe szanse przedo­stać się nie zauważony. Wdrapywał się wolno, sprawdzając każdy 
chwyt, każde miejsce, w które wczepiał się czubkami palców stóp. Wreszcie bły­skawicznie 
przeskoczył przez parapet i wylądował na położonym niżej da­chu stajni. Tutaj, leżąc 
nieruchomo na gontach, poczekał, aż strażnicy przejdą z jednego końca muru na drugi. 
Następnie wolno przedostał się przez dalsze dachy. Wspinał się na nie i ześlizgiwał w dół, 
kryjąc się za ko­minami, aż wreszcie zszedł na dół i przez strzelnicę przemknął do sali, w 
której był zakwaterowany. 
 
Chociaż miał ten sam stopień, co inni rekruci, ze względu na przy­dzielone stanowisko 
instruktora walki i w uznaniu jego zasług wojsko­wych, Konradowi wyznaczono osobną niszę 
sypialną. Dostał się do niej nie zauważony przez nikogo, ale wciąż nie mógł pozwolić sobie 
na odpo­czynek. Utracił miecz, hełm, zbroję, mundur i teraz musiał zająć się uzu­pełnieniem 
tych braków. 
 
  
 
*   *   * 
 
— Tyle lat służę w gwardii imperialnej, ale nigdy nie widziałem ta­kiego apelu. 
 

background image

Taungar chodził tam i z powrotem, patrząc z niedowierzaniem na żoł­nierzy ustawionych na 
dziedzińcu pałacowym do porannego przeglądu. 
 
— Zdarzało się, że moi ludzie tracili hełmy, gubili bluzy albo portki. Bywało, że przepadały 
im ostrogi. Od czasu do czasu któryś gubił prawie wszystko. Zapodziewały im się miecze, 
lance, sztylety, rękawice, buty, na­pierśniki, tarcze czy konie. Ale nigdy, nigdy nie zdarzyło 
mi się, aby tak wielu moich ludzi utraciło w tym samym czasie tak wiele przedmiotów! 
Brakuje całego, kompletnego munduru. Czy sam sobie odszedł? Czy to Dzień Błaznów? Na 
pewno nie. A nawet gdyby był, gwardia cesarska nie jest miejscem na urządzanie sobie 
kretyńskich dowcipów. Wcale mnie to nie bawi. I każdy, kto utracił choćby jeden kawałek 
galonu nie będzie śmiał się przez miesiąc! Dostanie zakaz opuszczania koszar, prace poza 
kolejnością i utraci miesięczny żołd — skoro ma taki talent do tracenia rze-czy. A poza tym, 
będzie musiał odkupić wszystko, co zgubił. Jak można od was oczekiwać, że ochronicie 
cesarza, skoro nawet nie potraficie upilno­wać mundurów, które łaskawie pozwolił wam 
nosić? Wy bezużyteczna bando niekompetentnych idiotów. Nie mam pojęcia, po co w ogóle 
po­zwolono wam zaciągnąć się do gwardii. Nie nadajecie się nawet do służby w armii. Nie 
nadajecie się nawet do miejskiej straży. 
 
W swoim nowym mundurze Konrad patrzył obojętnie przed siebie, gdy Taungar przechodził 
przed nim, opieprzając ponad połowę swoich podkomendnych. Nie miał możliwości dotrzeć 
do magazynu kwatermi­strza i zdobyć w nim brakujące umundurowanie i broń. Zamiast tego 
mu­siał skonfiskować wszystko, co mu było potrzebne u innych żołnierzy w sali sypialnej 
koszar — parę butów od jednego, pas od drugiego i tak dalej. W rezultacie skompletował całe 
oporządzenie. Wiele czasu zajęło mu upewnienie się, że wszystko dobrze na nim leży. Gdyby 
byli bardziej czujni, Konradowi nie udałaby się ta sztuczka, a oni uniknęliby kary. Woj­skowa 
sprawiedliwość była subiektywna i surowa. Tylko tego mógł się spo­dziewać każdy, kto 
zaciągnął się do wojska. Być może będzie to dla nich pożyteczna lekcja. Uświadomią sobie, 
że nigdy nie powinni czuć się bez­pieczni bez względu na to, gdzie się znajdują i że nigdy nie 
powinni ni­komu ufać. 
 
Wszyscy stali w szyku, na baczność, bez napierśników, spodni czy też innych utraconych 
elementów wyposażenia. O świcie w koszarach zapano­wało straszliwe zamieszanie, gdy 
przed świtem gwardziści zaczęli ubierać się po ciemku. Ci, którzy pierwsi zauważyli, że coś 
im zginęło, próbowali zdobyć brakujące elementy wyposażenia u mniej spostrzegawczych 
kole­gów i wybuchło kilka bójek. Zaczęły się poszukiwania, ale bez rezultatów. Bo też i 
niczego nie można było znaleźć — Konrad wszystko miał na sobie. 
 
— Ubiegłej nocy wojsku udało się podpalić własną wartownię — cią­gnął dalej Taungar. — 
Gdybyście wy byli na ich miejscu, przypuszczam, że udałoby się wam spalić cały pałac! Z ich 
więzienia zbiegło dwóch więźniów, wartownik nie żyje, a oficer zaginął. 
 
Taungar zatrzymał się przed Konradem. 
 
— Twierdzą, że odpowiedzialność za wszystko, co się stało, ponosi członek gwardii 
cesarskiej — hełm Konrada nie był w stanie zasłonić wszystkich świeżych ranek i zadrapań 
na jego twarzy. Sierżant wpatrywał się w niego przez chwilę i dodał — Ale oczywiście 
wojacy kłamią, żeby ukryć własną nieudolność. 
 
A więc nie znaleziono poległego oficera i nie została przekazana żadna wiadomość o 
skavenach lub jakichś innych bestiach z piekła rodem gnieżdżących się w podziemiach 

background image

Altdorfu. Nawet stolica Cesarstwa nie była bezpieczna przed tymi spłodzonymi przez 
ciemność stworami. A może właśnie ze względu na swoją stołeczność Altdorf stał się 
głównym ośrodkiem działań Chaosu? 
 
Miasto stało się stolicą Sigmara, gdy dwa i pół tysiąca lat temu zjedno­czył on osiem 
zwalczających się ludzkich plemion. Wtedy nazywało się Re­ikdrof. W dalszym ciągu 
pozostawało sercem Cesarstwa — a najszybszym sposobem zabicia większości istot było 
zadanie im ciosu w serce. A to oznaczało zamach na samego cesarza, Karla-Franza z domu 
Wilhelma Dru-giego. 
 
Może teraz, gdy cesarz znajdował się poza stolicą, nie było bezpośred­niego 
niebezpieczeństwa. Jeżeli Gaxar zamierzał zastąpić Karla-Franza stworzonym przy pomocy 
swojej nekromantycznej sztuki sobowtórem, po śmierci Szarego Maga najprawdopodobniej 
zaniechano realizacji jego planu. Wszak Gaxar był jedyną istotą, która potrafiła kontrolować 
tego stwora, który teraz zapewne utracił już pozory życia. Litzenreich na pewno wiedziałby, 
jak przestawia się sytuacja. Swego czasu mag zapowia­dał, że ma zamiar pokrzyżować 
Gaxarowi plan umieszczenia na tronie oży­wionego czarami uzurpatora. Czarownik i Szary 
Prorok byli odwiecznymi wrogami. 
 
Zabity przez Konrada wartownik był jedynym człowiekiem, który mógłby go rozpoznać. Ani 
strażnicy przy bramie, ani towarzyszący mu żoł­nierz i oficer w lochach nie mieli czasu ani 
okazji, aby przyjrzeć mu się do­kładniej. W każdym razie wszystko wskazywało na to, że 
cesarska gwardia nie potraktowała poważnie wysuniętych przez wojsko oskarżeń. Obie te 
formacje nie żywiły do siebie szczególnej sympatii. 
 
Ale Taungar patrzył na Konrada tak, jakby podejrzewał, że jego pod­władny miał jakiś 
związek z wydarzeniami minionej nocy. 
 
— Wszyscy regulaminowo ubrani — polecił sierżant, ponownie rozpo­czynając swoją 
wędrówkę tam i z powrotem wzdłuż szeregu — jeden krok wystąp! 
 
Konrad i siedmiu gwardzistów wykonało rozkaz. 
 
— Ty, ty i ty, za mną biegiem marsz! 
 
Konrad wraz z dwoma towarzyszami ruszył za sierżantem. Okazało się, że zostali członkami 
pocztu, który wspinał się dwieście stóp na przed­ostatni poziom pałacu, na ostatni bastion, 
gdzie — wysoko nad miastem, nad całym państwem — co ranka rozwijano cesarskie 
sztandary. W czasie całej dotychczasowej służby Konrada jeden z drzewców zawsze 
pozosta­wał pusty. Był to złocony maszt flagowy, na którym podnoszono osobisty sztandar 
władcy, gdy ten przebywał w swojej rezydencji. 
 
W tym miejscu, nad którym górowało jedynie stanowisko obserwa­cyjne na wieży, miało się 
u stóp całe rozpościerające się w dole miasto. Konrad widział wojskowe koszary, choć nie 
dostrzegł już żadnego śladu pożaru. Ujrzał Reik i bramę w białych murach obronnych, przez 
którą po­wrócił do Altdorfu. Spoglądał ponad czerwonymi dachami murów i przez chwilę 
zastanawiał się, jak daleko do tej pory zdołali uciec Litzenreich i Ustnar. 
 
Miał wrażenie, że gdyby się pochylił, mógłby podnieść znajdujące się w dole budynki, jak 
domki dla lalek, i zobaczyć, gdzie Czaszkolicy ukrył Elyssę. 

background image

 
Gdy uroczystość dobiegła końca i ostatnie nuty trąbki herolda wciąż odbijały się echem od 
widniejącej nieopodal kopuły katedry Sigmara, do­wódca warty poprowadził żołnierzy 
spiralnymi schodami z powrotem w dół. 
 
Taungar i Konrad jako ostatni zaczęli tę długą wędrówkę i gdy przez chwilę byli sami, 
sierżant oznajmił: 
 
— Będę dziś wieczorem w „Wypoczynku Wędrowca”. 
 
  
Rozdział trzeci  
 
  
 
Słowa Taungara nie były rzuconym mimochodem zaproszeniem towa­rzyskim. Sierżanci i 
szeregowcy nie nawiązywali przyjaźni, a „Wypoczynek Wędrowca” nie był knajpą, którą 
zazwyczaj odwiedzaliby członkowie gwardii cesarskiej. Konrad ubrany był tak jak w chwili 
przybycia do Alt­dorfu i miał przepustkę pozwalającą mu na opuszczenie koszar na cały 
wieczór. Szedł do gospody okrężną drogą, aż przez mosty: najpierw Sig­mara, a potem 
Oswalda Bohatera. Przechodząc przez pierwszy z nich, wy­rzucił resztę marynarskiej 
odzieży, którą po powrocie do koszar ukrył w sienniku. Wreszcie dotarł do karczmy. 
 
Lokal nie różnił się od tysięcy innych karczm. Był zatłoczony i gwarny, wszędzie słyszało się 
rozmowy, śmiechy i kłótnie. Ściany oraz sufit czarne były od odkładającej się przez 
dziesięciolecia sadzy, a powie­trze przesycał zapach ale, kwaśny odór zwietrzałego piwa 
rozlewanego i wsiąkającego przez lata w podłogę, a także uderzający do głowy chmie­lowy 
aromat świeżego piwa, które wciąż warzono za salą dla gości. 
 
Początkowo nie zauważył Taungara, pomyślał więc, że sierżant jesz­cze nie przyszedł. W 
końcu zobaczył go siedzącego w kącie. Przez moment miał jednak wątpliwości, czy 
rzeczywiście jest to jego dowódca. Niektórzy po zdjęciu zbroi wyglądali na mniejszych, ale 
nie Taungar. Nie był wpraw­dzie wysokim mężczyzną, ale dobrze zbudowanym i 
umięśnionym. Cy­wilna odzież dziwnie nie pasowała do jego wyglądu i pokrytej szramami 
twarzy. Mógł się ubrać jak doker albo robotnik, wybrał zaś strój bogatego kupca. Miał na 
sobie dobrze skrojoną kurtkę z filcu, dopasowane do niej spodnie, koszulę z niebieskiej 
satyny i żółtawy jedwabny szalik owinięty wokół szyi, spięty złotą spinką o jakimś 
skomplikowanym wzorze. Obcięte niemal tak samo krótko jak u Konrada siwe włosy były 
staranie wyszczot­kowane. Na biodrze wisiała pochwa ze sztyletem o maksymalnej długości 
klingi, na jaką zezwalano cywilom. Rękojeść sztyletu sprawiała wrażenie wykonanej ze 
srebra. 
 
Palił fajkę, a na stole stał przed nim prawie pełen puchar wina. Kon­rad skinął głową na znak, 
że go poznaje i miał zamiar zawrócić w stronę be­czek w drugim kącie sali, ale Taungar 
przywołał go skinieniem głowy. 
 
— Dziewko! — ryknął, jakby musztrował swój oddział. 
 

background image

Konrad usiadł naprzeciwko swojego sierżanta. Po kilku minutach przez tłum przecisnęła się 
młoda dziewczyna, z trudem trzymając w rę­kach tacę zastawioną kuflami pełnymi piwa. 
Postawiła ją przed nimi na stole. 
 
Mogła mieć najwyżej jakieś dwanaście lat, prawie białe włosy a w jej wyglądzie było coś, co 
przypominało Konradowi osobę, o której wolałby nie pamiętać. Gdy stawiała przed nim 
kufel, jej łagodne, orzechowe oczy dostrzegły, że ją obserwuje. Uśmiechnęła się. Taungar 
zapłacił, a ona pod­niosła tacę i ruszyła dalej. 
 
Jej uśmiech był taki sam jak Krysten — ciepły, uczciwy, ale również kpiarski. 
 
Krysten, którą niemal kochał, którą opuścił, gdy wyjechał z kopalni w poszukiwaniu świątyni 
krasnoludów. Schwytana wówczas przez armię najeźdźców z północy być może już nie żyła. 
Miał tylko nadzieję, że umarła szybko i bez cierpień. Nagle uświadomił sobie, jak bardzo ją 
ko­chał. 
 
Konrad podniósł kufel i jednym haustem opróżnił go do połowy. 
 
Taungar obserwował go przez chwilę, aż wreszcie się odezwał: 
 
— Czy chciałbyś mi powiedzieć, co się stało? 
 
Konrad wzruszył ramionami. 
 
— Nie musisz nic wyjaśniać, ale może będę w stanie ci pomóc. 
 
Konrad spojrzał na niego. Taungar był weteranem wielu kampanii, przeżył więcej niż Konrad 
mógł sobie wyobrazić. Służył we wszystkich za­kątkach Imperium, walczył i zwyciężał 
wszelkiego rodzaju przeciwników. Ludzi i innych. Konrad rozejrzał się wokoło, przyglądając 
się siedzącym w karczmie gościom. Niektórzy z nich znajdowali się w zasięgu głosu. 
 
— Najlepszym miejscem do prowadzenia rozmów, których treść po­winna zostać w 
tajemnicy, jest takie, w którym panuje hałas — stwierdził Taungar. — A najlepszym 
miejscem dla tych, którzy pragną być nie zauwa­żeni, jest takie, gdzie jest pełno ludzi. A 
więc?.. 
 
Konrad wypił jeszcze jeden łyk piwa. 
 
— Chaos — oznajmił cicho i Taungar pokiwał ze zrozumieniem głową. 
 
Często używane słowo, ale niewielu rozumiało jego sens — nawet Konrad nie był pewien 
jego prawdziwego znaczenia. Zresztą większość ludzi w ogóle się nim nie interesowała. 
Zajęci swoimi codziennymi sprawami, nawet nie podejrzewali jego istnienia i nie zdawali 
sobie sprawy z jego wpływu na ich życie i cały świat. 
 
— Jest tutaj — dodał Konrad. — W Altdorfie. 
 
Taungar pociągnął ze swojej fajki i wypuścił dym pomiędzy zębami. 
 
— Wiem o tym — rzekł. 

background image

 
— Od jak dawna? Od Praag? 
 
— Jeszcze wcześniej. I rozpoznałem wrogie siły, które przewodziły oblężeniu. Niemal 
zginąłem. Jestem podobny do ciebie. Obaj żyjemy na krawędzi śmierci. Byłem w armii, która 
przełamywała oblężenie i niewiele brakowało, a nie przeżyłbym tej akcji. Czasem wyobrażam 
sobie, że rzeczy­wiście nie żyję, że od tamtych czasów jestem duchem. — Taungar 
uśmiechnął się na tę myśl i wypił łyk wina. — Kiedy człowiek się starzeje, coraz bardziej 
uświadamia sobie, że jest śmiertelny, Konradzie. Gdy by­łem młodszy, często ryzykowałem, 
walczyłem, nie przejmując się swoim lo­sem — wypił kolejny łyk i odstawił puchar. 
 
— Wiem o Chaosie — ciągnął dalej. — Jakieś dwadzieścia lat temu by­łem jednym z tych, 
którzy poszli do zamku Drachenfels, aby uprzątnąć bałagan. Wstąpiłem do gwardii cesarskiej, 
żeby walczyć za cesarza — to były czasy Luitpolda — aby bronić jego i Cesarstwa. Byłem 
młody i nie­winny, ale wyrosłem z jednego i drugiego. Wszystkie moje poglądy o tym 
świecie uległy całkowitej zmianie, gdy znaleźliśmy się w Szarych Górach i natknęliśmy na 
nieprawdopodobne stwory, jakie żyły w twierdzy wiel­kiego maga. Torturowaliśmy je, 
wieszaliśmy, paliliśmy, ale nie byliśmy w stanie usunąć ich z pamięci. Były wyjątkowo 
koszmarne: bardziej zwie­rzęce niż zwierzęta, gorsze niż złe. Były całkowitym 
zaprzeczeniem wszyst­kiego, co ludzkie. Były Chaosem. 
 
— I są tutaj, w Altdorfie — rzekł Konrad. — Spiskują przeciwko mia­stu. 
 
— Zawsze spiskuje się przeciwko cesarzowi — odparł bardzo spokoj­nie Taungar. 
 
— Skaveni chcą go zastąpić sobowtórem. 
 
— Nie może być gorszy niż Karl-Franz. 
 
Konrad spojrzał na Taungara ze zdziwieniem. Nie była to reakcja, ja­kiej można by się 
spodziewać po członku gwardii cesarskiej. Wspomniał o spisku Gaxara tylko dlatego, bo 
potrzebował pomocy Taungara, która niewiele miała wspólnego z ochroną Karla-Franza. Miał 
nadzieję, że Taungar zechce go wesprzeć. Potrzebny był mu ktoś, kto zna Altdorf i 
wie­działby, w jaki sposób odnaleźć ukryte przejścia pod miastem. 
 
— Czy cesarz coś dla mnie zrobił? — zapytał Taungar, zauważywszy zdziwioną minę 
Konrada. — Służyłem mu wiernie przez ćwierć wieku, ale wciąż jestem sierżantem. 
Kobaltowy pióropusz jest wszystkim, co osią­gnę, ponieważ nie urodziłem się w 
odpowiedniej rodzinie. Wiele czasu upłynęło, zanim do mnie dotarło, Konradzie, że należy 
służyć wyłącznie sa­memu sobie. Nie obowiązuje wierność wobec nikogo, tylko wobec 
samego siebie. Wszystko, co będę robił w przyszłości, będę robił wyłącznie w swoim 
własnym, najlepiej pojętym interesie. 
 
— Ale... co będzie, jeżeli Cesarstwo zostanie zaatakowane przez le­giony Chaosu... jeżeli 
staniemy się niewolnikami ciemności? 
 
— Jesteśmy niewolnikami, wcale o tym nie wiedząc. Czyż jeden pan może być gorszy od 
drugiego? 
 
— Nie możemy dopuścić do triumfu Chaosu! 

background image

 
— To jedynie mit rozpowszechniany przez naszych władców, by zmu­sić nas do 
posłuszeństwa. Żyjemy w lęku, aby oni żyli w luksusie. 
 
— A co z Praag? To nie był mit. Mówiłeś przecież, że omal tam nie zgi­nąłeś! A co z tymi 
wszystkimi obrzydliwymi stworami, które zabiłeś w zamku Drachenfels? 
 
— Walka w tak zwanej słusznej sprawie nie dała mi nic poza ranami i cierpieniami. Dlaczego 
miałoby mnie obchodzić, co dzieje się z cesarzem i Imperium? Dopóki żyję i teraz, kiedy 
mam już za sobą ponad połowę życia, chcę dla siebie wszystkiego, co najlepsze. 
 
Słowa Taungara znalazły odzew w umyśle Konrada. Tak bardzo przy­pominały jego własne 
rozważania. Wszak dla niego najważniejszym zada­niem było ocalenie Elyssy. Zastanawiał 
się, jaką cenę jest gotów zapłacić za jej bezpieczeństwo. Jeżeli ceną za dziewczynę byłoby 
życie cesarza, nie miał wątpliwości, że wybrałby Elyssę. Uświadomienie sobie tego faktu 
brzmiało niemal jak herezja. Ale przecież na miejsce Karla-Franza przy­szedłby inny cesarz. 
Ktokolwiek, kto występowałby w roli symbolicznej głowy państwa. Ale Elyssa była tylko 
jedna. 
 
Tego rodzaju myśli nie były jedynie czczymi dywagacjami. 
 
Gaxar spiskował przeciwko cesarzowi — a Elyssa była w tej samej pod­ziemnej krypcie, w 
której był Szary Mag. 
 
— Mówię ci to — ciągnął dalej Taungar — ponieważ nie chcę, abyś stracił w życiu tyle, co 
ja. 
 
Konrad pokręcił głową. 
 
— Nie, nie. Musimy być w stanie robić jedno i drugie. Walczyć z Cha­osem i realizować 
nasze własne cele. Jedno nie wyklucza drugiego. 
 
— Nic nie rozumiesz. Jesteś bardzo podobny do mnie, Konradzie, do takiego, jakim byłem 
niegdyś — mówiąc te słowa Taungar wpatrywał się uparcie w Konrada, trzymając oburącz 
przeguby rąk młodszego mężczy­zny. — Musisz mi pozwolić, abym ci udowodnił, że mam 
rację. Przekonasz się, gdy zobaczysz dowód. 
 
Konrad nie tego oczekiwał. Zrozumiał, że nie uzyska od sierżanta po­mocy. Był sam — jak 
zawsze. Tylko on jeden wiedział o Elyssie i dbał o jej los. Cokolwiek należało zrobić, tylko 
on mógł i chciał podjąć taką próbę. 
 
Konrad szarpnięciem uwolnił ręce i wstał. 
 
— Wracam do koszar — oznajmił. 
 
— Byłoby lepiej, gdybyś poszedł ze mną — powiedział Taungar. Nie musiał już niczego 
dodawać. Konrad zdawał sobie sprawę, że sierżant musi wiedzieć o jego udziale we 
wczorajszej ucieczce z więzienia i że jeżeli tylko zechce, będzie mógł zadenuncjować 
Konrada. 
 

background image

Sięgnął po kufel i napił się. Miał niewielki wybór. Był bez broni i cho­ciaż uważał, że w razie 
potrzeby mógłby dać sobie radę z Taungarem, ko­lejna śmierć jeszcze bardziej 
skomplikowałaby jego sytuację. 
 
— Jegomość, którego odwiedzimy, przypadkiem jest również w do­brych stosunkach z 
Mathiasem, doradcą Wielkiego Teogonisty — oznajmił Taungar. — Jeżeli chcesz, możesz 
mu opowiedzieć swoją historię o uzurpatorze, a potem zostanie ona przekazana dalej zwykłą 
drogą służ­bową. To jedyny sposób, aby cię wysłuchano, któż bowiem uwierzyłby 
sze­regowcowi albo nawet sierżantowi gwardii cesarskiej? 
 
Wypił ostatni łyk wina, a kiedy wstał, Konrad wreszcie mógł dokład­nie zobaczyć wzór na 
jego złotej broszy. Przedstawiał dwie nagie kobiety splecione w uścisku. Taungar uśmiechnął 
się i dodał: 
 
— Ale sądzę, że zdołamy ci wytłumaczyć, że naprawdę twój interes po­lega na czymś 
zupełnie innym. Możemy iść? 
 
Przecisnęli się przez tłum. Taungar szedł pierwszy i w pewnej chwili obejrzał się, aby 
sprawdzić, czy Konrad idzie za nim. W tym samym mo­mencie zderzył się z niosącą kufle 
blondynką. Poślizgnęła się, taca wy­padła jej z rąk, a zawartość kufli rozlała się na podłogę. 
W sali na chwilę za­padła cisza. Ludzie oglądali się, ale wkrótce znowu rozległy się 
rozmowy, śmiechy i sprzeczki. 
 
Taungar zaklął i wytarł krople piwa, które zmoczyły mu spodnie. Ob­szedł naokoło 
dziewczynę, która klęczała, podnosząc puste naczynia. 
 
Konrad zatrzymał się i spojrzał na służącą. Teraz nie przypominała mu już Krysten, ale raczej 
jego samego. Przypomniał sobie wszystkie lata przepracowane w karczmie Brandenheimera. 
Był niewiele więcej niż nie­wolnikiem, bitym i kopanym za każdym razem, gdy w czymś 
zawinił, a na­wet wtedy, gdy nie zrobił nic złego. 
 
— Trudi! — zawołał krępy, łysiejący mężczyzna, nadbiegając z dru­giego końca karczmy. — 
Coś ty narobiła? 
 
Niewątpliwie był to właściciel i Konrad domyślał się, że dziewczynę czeka lanie. Zrobił krok 
do przodu. Tego wieczoru równie dobrze cięgi może zebrać karczmarz. 
 
— Bardzo mi przykro, herr Runze — powiedziała. 
 
— Mnie również — odparł mężczyzna. — Eee, mniejsza z tym. To były tylko zlewki. Ta 
banda nie jest już w stanie o tej porze poczuć jakiejkol­wiek różnicy. 
 
Runze odwrócił się i wrócił tam, skąd przyszedł. Konrad rozluźnił dłoń. Trudi spojrzała na 
niego, uśmiechnęła się jeszcze raz i przez mo­ment znowu wyglądała jak Krysten — takie 
same włosy, twarz, oczy... 
 
Konrad odwrócił wzrok i wyszedł w noc za Taungarem. 
 
  
 

background image

*   *   * 
 
Konrad zastanawiał się, czy mógłby po prostu dyskretnie odłączyć się do Taungara i porzucić 
służbę w gwardii cesarskiej, ale wiedział, że znala­złby się wówczas w gorszej sytuacji. Jeżeli 
nie powróci do pałacu, straci miejsce, z którego mógłby działać. Nie mógłby pozostać w 
mieście, ponie­waż gwardia poszukiwałaby go jako dezertera. Nie miałby dokąd iść, żad­nych 
kontaktów, pieniędzy i broni, a bez tego jego szanse odnalezienia Elyssy stałyby się jeszcze 
mniejsze. 
 
Fakt, że Taungar wcale nie jest lojalnym gwardzistą, mógł się okazać korzystny dla Konrada. 
Słowa sierżanta świadczyły, że bierze on udział w jakiejś przestępczej działalności. 
Prawdopodobnie to właśnie miał na myśli, gdy twierdził, że od tej pory będzie działał, mając 
na względzie tylko własne interesy. Altdorf był portem, zapewne chodziło więc o udział w 
przemycie. Cła na niektóre importowane wyroby były bardzo wysokie i ci, którzy mieli 
możność dostarczania takich luksusów, dorabiali się for­tun. A członkowie bandy 
przemytników najprawdopodobniej lepiej znali podziemne miasto pod Altdorfem niż gwardia 
cesarska. 
 
Taungar zapewne prowadził go na spotkanie z innym zleceniodawcą, szefem tajnej 
organizacji, dla której pracował. Zrozumiałe, że taki człowiek zna doradcę Wielkiego 
Teogonisty kultu Sigmara, ponieważ bo­gaci i wpływowi ludzie często mniej szanowali 
prawo niż biedota. Konrad pamiętał słowa Litzenreicha, że układają oni prawo tak, aby 
działało na ich korzyść. Był skłonny przyznać mu rację. Gdyby bogaty obywatel został 
przyłapany na łamaniu prawa, jego sędziami okazaliby się równi mu sta­nem, którzy zapewne 
ukaraliby go w możliwie jak najłagodniejszy sposób. Ale, oczywiście, nie dotyczyło to 
liczniejszej i mniej zamożnej części społe­czeństwa. Bez względu na to, jak drobne było 
wykroczenie, wymierzano za nie bardzo surową karę — bolesną albo czasem nawet w 
najwyższym wymiarze. 
 
Żołd, jaki otrzymywał Konrad jako członek gwardii, był bardzo niski, a poza tym nie mógł go 
otrzymać przed odsłużeniem miesiąca. Niezależ­nie od rozwoju wydarzeń wątpił czy w tym 
momencie będzie jeszcze w Alt­dorfie, ale nie miał nic przeciwko zarobieniu paru koron. 
Najemnicy na północnej granicy zawsze marzyli o zrobieniu wielkiego majątku. Nawet 
Wilkowi takie ambicje finansowe nie były obce, o czym świadczyło zorgani­zowanie 
ekspedycji w poszukiwaniu starego złota krasnoludów i klejno­tów w zagubionej świątyni w 
górach Kislevu. Wilk, Konrad i Anvila istot­nie odnaleźli taką świątynię, ale nie było w niej 
ukrytego bezcennego skarbu, lecz horda jaskiniowych goblinów. 
 
Minęło już ponad pięć lat od momentu wzięcia Elyssy do niewoli. Konrad próbował nie 
myśleć o straszliwych katuszach, jakie z całą pewno­ścią musiała przeżyć w tym czasie. 
Teraz, gdy wiedział, że dziewczyna wciąż jeszcze żyje, wszystkie zmysły nakazywały mu nie 
tracić ani chwili i natychmiast odnaleźć ją i uwolnić. Ale gdy rozważył tę sprawę logicznie, 
uświadomił sobie, że w porównaniu ze wszystkimi torturami, które dziew­czyna zniosła do tej 
pory, kilka dni nie mogło uczynić specjalnej różnicy. 
 
Problem polegał na tym, że Czaszkolicy mógł już opuścić miasto, za­bierając ze sobą jeńca. 
Gdyby tak się stało, Konrad już byłby się spóźnił. Gdyby jednak było inaczej, miał w ciągu 
następnych dni szansę precyzyj­nie wszystko przemyśleć i zaplanować. Gdyby udało mu się 
wytropić stwora, którego nazywał Czaszkolicym, w jaki sposób byłby w stanie zabić istotę, 
umiejącą wyciągnąć sobie strzałę z serca, nie pozostawiając nawet śladu rany? 

background image

 
Pamiętał doskonale nienaturalnie chudą postać zapewne jedynego człowieka biorącego udział 
w napadzie i masakrze mieszkańców rodzinnej wioski. Tak ludzki, a zarazem tak obcy. Gdy 
wtedy wyszarpnął ze swojej piersi strzałę, na której nie widać było najmniejszego śladu krwi, 
obejrzał uważnie herb i dopiero później przełamał drzewce. Ten gest sprawiał wra­żenie, 
jakby Czaszkolicy rozpoznał złoty znak. Podobnie Wilk, ujrzawszy herb na kołczanie 
Konrada, zachował się tak, jakby już go kiedyś widział. 
 
Idąc przez miasto obok Taungara, Konrad ziewał. Od dwóch nocy nie wysypiał się i czuł się 
wyczerpany. Nie był obecnie tak sprawny jak na gra­nicy. Jego siły zostały nadszarpnięte w 
czasie wielotygodniowej niewoli u bandy rabusiów Kastringa, a uwięzienie w spiżowej zbroi 
jeszcze bar­dziej nadwątliło jego witalność. Minęły niecałe dwa tygodnie od przybycia do 
Altdorfu. Służąc w gwardii, bardzo starał się odtworzyć swoje mięśnie i wytrzymałość. 
 
Rany, które odniósł w czasie bitwy stoczonej pod ziemią z karłowa­tymi, zwierzokształtnymi 
stworami, były jedynie powierzchownymi zadra-paniami i ugryzieniami. Ale takie, pozornie 
niewinne obrażenia często oka­zywały się najgroźniejsze. Ślina, która przy ugryzieniu 
przedostała się do krwi, mogła być trująca i zabić ofiarę wolno i bardzo boleśnie. Ale zęby i 
pa­zury mięsożerców zwyciężonych ubiegłej nocy przez Konrada chyba nie były pokryte taką 
śmiercionośną wydzieliną, ponieważ obrażenia na jego lewym ramieniu i dłoni goiły się 
bardzo dobrze. Gdy pełnił służbę w Kis­levie, niemal stracił ramię z powodu gangreny, która 
wdała się w ranę. Kończynę ocalił mu wtedy elf obdarzony magicznymi zdolnościami 
uzdrawiającymi i od tej pory rany na lewej ręce Konrada goiły się o wiele szybciej niż na 
innych częściach ciała. 
 
Elyssa również dysponowała ukrytą mocą uzdrawiającą. Wyleczyła obrażenia, które odniósł 
zabijając atakującego ją zwierzołaka. Być może właśnie owe talenty magiczne ocaliły jej 
życie, gdy wioska została zdobyta przez siły Chaosu. 
 
Konrad nie lubił przebywać w osadach i miastach. Czuł się w nich za­mknięty. Fortyfikacje 
Altdorfu sprawiały wrażenie stworzonych po to, aby trzymać mieszkańców wewnątrz, a nie 
by uniemożliwić napastnikom wdarcie się do środka. Miał uczucie, że prawie każdy, z kim się 
tu spo­tykał, mógł być potencjalnym wrogiem, a on nie był w stanie go rozpo­znać. Na 
granicy nie było z tym problemów, ale w mieście sytuacja wyglą­dała zupełnie inaczej. W 
mieście nie było zwierzołaków, w każdym razie nie na powierzchni. Tu byli jedynie ludzie. 
Ale ludzie są najbardziej zdra­dzieckimi, najbardziej niebezpiecznymi przeciwnikami. 
 
Ze względu na swoje bogactwo Altdorf miał więcej złodziei i rabusiów niż każde inne miasto. 
Główne ulice były szerokie, oświetlone przez całą noc i regularnie patrolowane, ale Konrad 
wciąż nasłuchiwał, czy za jego plecami nie rozlegnie się na bruku odgłos kroków. Każdy 
łotrzyk, który podjąłby ryzyko, mógłby znaleźć coś więcej niż by się spodziewał. Tylko 
banda rzezimieszków mogłaby odważyć się napaść na dwóch sprawnych i trzeźwych 
mężczyzn. Ale bandyci niekoniecznie musieli odznaczać się zdrowym rozsądkiem. Konrad 
rozglądał się więc wokoło i szerokim łu­kiem omijał każdy zaułek, obok którego 
przechodzili. Pozostawali w pół­nocnym rejonie miasta, kierując się w stronę handlowej 
dzielnicy, aż w końcu ujrzeli cel wędrówki. 
 
Dom stał na szczycie wzgórza w odległości jakichś dwustu metrów od granic miasta, 
otoczony białymi murami, będącymi dokładną kopią mu­rów miasta. Była tam również 
wewnętrzna fosa, którą przekroczyć można było po zwodzonym moście, usytuowanym za 

background image

potężną, drewnianą bramą. Taungar dał znać o ich przybyciu, stukając ciężką, żelazną kołatką 
w kształcie legendarnego młota bojowego Sigmara, Ghalmaraza. 
 
Szczupły chłopiec, w wieku może piętnastu lub szesnastu lat, na­tychmiast otworzył drzwi i 
skłonił się nisko, wpuszczając ich do środka. Był ubrany cały na biało — pantofle, obcisłe 
spodnie, luźna bluza, okrągła czapka, wszystko było białe. Poprowadził ich do budynku 
znajdującego się pośrodku otoczonego murem ogrodu. Teren oświetlony był lampami 
ozdobionymi znakiem słynnej, dwuogoniastej komety, która pojawiła się na niebie Starego 
Świata w chwili narodzin Sigmara. Z każdej padał po­dwójny promień światła, ukazując 
urządzony z przepychem ogród. 
 
Znajdowało się tu kilka fontann. W środku każdej widniały rzeźby przedstawiające 
groteskowe postaci umierających orków i goblinów, a z ich ran tryskały strugi wody imitujące 
krew. Prawdopodobnie przedsta­wiały wrogów, którzy padli pod ciosami młota Sigmara 
podczas bitwy na Przełęczy Czarnego Ognia. Od fontann biegło kilka strumieni, wijących się 
meandrami po terenie parka Przerzucono przez nie mostki, będące minia­turowymi kopiami 
sześciu mostów Altdorfu. Pomiędzy tymi strumykami, wpadającymi do wewnętrznej fosy, 
leżały wysepki porośnięte egzotycz­nymi drzewami i krzewami. Choć była już zima, na 
gałęziach niektórych z nich w dalszym ciągu wisiały owoce. 
 
Dom o białych ścianach i czerwonym dachu stał pośrodku ogrodu. Mury wzniesiono z cegieł 
z motywem podwójnej komety. Każda z dachó­wek miała kształt podwójnej głowicy 
bojowego młota, a okna — zarys ośmioramiennych gwiazd. Przed samym wejściem 
przerzucony był jesz­cze jeden mostek. Sługa otworzył drzwi, skłonił się i gestem zaprosił 
Taungara i Konrada do hollu. 
 
— Czy mogę zabrać wasze płaszcze, panowie? — zapytał kolejny sługa czekający w sieni. 
 
Konrad uświadomił sobie, że jest to dziewczyna, identycznie ubrana i w podobnym wieku, 
jak poprzedni służący. Jej włosy wsunięte były pod białą czapeczkę. Powiesiła ich płaszcze na 
ozdobnym wieszaku i poprowa­dziła obu gości szerokim korytarzem o ścianach wyłożonych 
boazerią z ciemnego drewna i obwieszonych gobelinami oraz obrazami przedstawia­jącymi 
rozmaite zwycięstwa Sigmara. Kilka kryształowych kandelabrów migotało płomykami świec. 
Dziewczyna zastukała do drzwi przy końcu hollu, otworzyła je, po czym ukłonem zaprosiła 
Konrada i Taungara do środka. Znaleźli się obszernej komnacie. Stały w niej pod ścianami 
ele­ganckie serwantki, rzeźbione skrzynie i najrozmaitszego rodzaju bogato zdobione meble. 
 
— Rolf! To cudowne, że cię widzę! 
 
Taungara powitał mężczyzna, który pospieszył im na spotkanie. Był przeciętnego wzrostu, ale 
miał zdecydowanie większy niż przeciętny ob­wód talii. Wydawał się ukrywać swoją tuszę 
pod luźną, jasnobłękitną szatą, ale jego wysiłki nie były uwieńczone jakimś szczególnym 
powodze-niem. Musiał mieć około pięćdziesiątki, a jego tłuste policzki pokrywała siatka 
popękanych żyłek. Włosy miał szpakowate i przerzedzone, związane na karku wstążką 
dopasowaną barwą do koloru szaty. W upierścienionej dłoni trzymał zdobiony rubinami 
srebrny puchar. 
 
Objął ramionami Taungara, przytulając mocno do siebie i całując w oba policzki. Konrad 
zastanawiał się, czy gospodarz pochodzi z Bre­tanii, gdzie mężczyźni zachowywali się tak w 
stosunku do innych męż­czyzn. 

background image

 
— Witaj Wernerze — rzekł Taungar. — To jest Konrad, człowiek, o którym ci mówiłem — 
odwrócił się do swojego towarzysza. — A to Wer-ner Zuntermein — przedstawił gospodarza. 
 
— Ach, Konrad! — zawołał Zuntermein, kierując się w jego stronę. — Jakże jestem rad z 
zawarcia tej znajomości. 
 
Konrad cofnął się, aby uniknąć uścisków, ale Zuntermein zamiast go objąć, podniósł rękę i 
pogłaskał Konrada po twarzy. 
 
— Co się stało? Walczyliście? — westchnął i pokręcił głową. — Chłopcy zawsze pozostaną 
chłopcami — stał, wpatrując się w Konrada. — Jaki przystojny. A oczy, jakie niezwykłe! 
 
Konrad miał oczy różnego koloru. Jedno i drugie na pierwszy rzut oka było zielone, ale 
przyjrzawszy się bliżej, można się było zorientować, że lewe jest właściwie złote. Swego 
czasu różnica nie polegała tylko na bar­wie. Lewe oko ostrzegało go o niebezpieczeństwo, 
ponieważ często był w stanie zobaczyć nim to, co miało się stać i odpowiednio się 
przygoto­wać. W miarę upływu lat ten dar proroczego widzenia stawał się coraz bar­dziej 
kapryśny i w końcu zniknął, gdy Litzenreich wydobył Konrada ze spi­żowej zbroi. 
 
Konrad odchylił się do tyłu, aby uniknąć dotknięcia Zuntermeina 
 
— Szkoda, że masz te szramy — dodał Zuntermein. — Ale, niestety, nic na tym świecie nie 
jest doskonałe. Siadajcie. Coś do picia? — nie cze­kając na odpowiedź strzelił palcami i 
kolejny służący napełnił dwa pu­chary zdobione drogimi kamieniami. 
 
Konrad usiadł tak daleko od Zuntermeina, jak to było możliwe. Słu­żący podał mu puchar, 
który był zapewne wart tyle koron, ile Konrad byłby w stanie zarobić przez pięć lat w gwardii 
cesarskiej Czymkolwiek zaj­mował się Zuntermein było to z całą pewnością dochodowe 
zajęcie. Słu­żący ubrany był w tym samym stylu, co po została dwójka, ale Konrad nie był w 
stanie zorientować się, jakie płci jest ten trzeci. 
 
— Rolf powiedział mi, że mógłbyś zostać jednym z nas — oznajmił Zuntermein, sadowiąc 
się na sofie, na której pomieściłoby się dwóch ludzi o normalnych wymiarach. 
 
— Wyznawcą Sigmara? — zapytał Konrad. 
 
— Niezupełnie — odparł Zuntermein. 
 
Konrad podniósł kielich do warg, korzenny aromat uderzył go w noz­drza. Domyślał się, że 
blady płyn jest bardzo mocny, a moment wymagał zachowania pełnej sprawności umysłu. 
Przez chwilę trzymał srebrny pu­char przy ustach, udając że pije, a potem go opuścił. Taungar 
nie skończył w karczmie swojego wina, ale teraz łykał niezwykły napój, jakby umierał z 
pragnienia. 
 
— Zna pan doradcę Wielkiego Teogonisty? — zapytał Konrad uznając, że nadeszła pora, aby 
przejąć inicjatywę. 
 
— Mathiasa? Tak, owszem. Ale wyjechał razem z cesarzem. 
 

background image

— Skaveni zamierzają zabić cesarza i zastąpić go sobowtórem. 
 
Zuntermein milczał przez kilka sekund. A potem wypił łyk wina i rzu­cił od niechcenia: 
 
— Doprawdy? 
 
— Tylko tyle ma pan do powiedzenia? Musimy ostrzec cesarza. 
 
— Jeżeli wiesz o tym spisku, Konradzie i jeżeli nie jest on jedynie jakąś głupią pogłoską, 
jakich wiele ciągle krąży, jestem pewien, że ci, któ­rzy chronią drogiego Karla-Franza, 
równie dobrze zdają sobie sprawę z niebezpieczeństwa. Wszak tydzień bez przynajmniej 
tuzina zagrożeń jego osoby jest doprawdy bardzo nudny. Nie obawiaj się, cesarz jest 
najdo­kładniej pilnowanym człowiekiem w Starym Świecie. 
 
„Jeżeli ochrona cesarza przejmuje się swoimi obowiązkami w takim samym stopniu, jak 
Taungar i Zuntermein, to Karl-Franz ma poważne kło­poty” — pomyślał Konrad, ale nie 
odezwał się ani słowem. W końcu mu­siał myśleć o sprawach ważniejszych niż los cesarza. 
Upił łyk wina, które okazało się rzeczywiście tak mocne, jak oczekiwał. Przełknął je powoli, 
czu­jąc jak ciepło spływa gardłem i promieniuje przez całe ciało. Zauważył, że Taungar 
podsuwa swój pusty puchar służącemu, aby go ponownie na­pełnił. 
 
— Mam wrażenie, że służyłeś w Kislevie? — zapytał Zuntermein. — Byłeś tam w czasie 
oblężenia Praag? 
 
Konrad dwukrotnie skinął głową. 
 
— Poznałeś już świat lepiej niż większość ludzi w ciągu całego życia — mówił dalej 
Zuntermein. — To znaczy, prawdziwy świat. Wiemy, jaki jest, co się dzieje i będzie działo. 
My... — leniwym ruchem ręki wskazał Kon­rada, Taungara i siebie. — Wiemy. I możemy to 
wykorzystać. 
 
— A co to takiego? 
 
— Chaos — stwierdził Zuntermein. 
 
Konrad nie odpowiedział. 
 
— Pustkowia Chaosu — dodał Zuntermein, kołysząc zawartością pu­charu i wpatrując się w 
nią. — Co twoim zdaniem tam robiłeś, Konradzie? Broniłeś granicy przed najeźdźcami z 
północy? Powstrzymywałeś Chaos? Ale Chaosu nie można zatrzymać przy pomocy zbrojnej 
siły, ponieważ nie ma on granic. Jest jak powietrze, którym oddychamy. Znajduje się 
wszędzie. Tutaj — w Cesarstwie, w Altdorfie — podniósł głowę i spojrzał Konradowi w 
oczy. — W tym pokoju. 
 
Konrad popatrzył na Taungara, który się nie odezwał. Uśmiechał się tylko i popijał 
przyprawione wino. 
 
— Powietrze, którym oddychamy — powtórzył Zuntermein. — Cha-osu potrzebujemy tak 
samo jak powietrza do oddychania. To jest jedno i to samo. 
 

background image

Konrad odstawił puchar na intarsjowany stolik i zaczął podnosić się z miejsca, ale się 
rozmyślił. Wyjście stąd byłoby czczym gestem, ponieważ nie miał dokąd pójść. Postanowił 
towarzyszyć Taungarowi, więc teraz mu­siał pozostać i wysłuchać, co Zuntermein miał do 
powiedzenia, chociaż, podobnie jak wcześniej w karczmie, nie takiej rozmowy się 
spodziewał. Czuł, że jest spokojny, rozluźniony i nic mu nie grozi. Równie dobrze mógł 
pozostać i skończyć swój napój. 
 
— Niektórzy wierzą, że ludzkość jest tworem Chaosu — kontynuował Zuntermein. — I 
dlatego właśnie ludzie są jego najlepszym sługami. Ale Chaos służy także i nam, a nagrody, 
które daje, są nit do pogardzenia. 
 
Konrad roześmiał się krótko, pogardliwie. 
 
— Nie szydź z tego, Konradzie — rzekł Zuntermein spokojnie. — Ja już zostałem dotknięty 
Chaosem. 
 
— Co ma to znaczyć? — zapytał Konrad, ale znał już odpowiedź. 
 
Zuntermein również zdawał sobie z tego sprawę. Uśmiechnął się do Konrada i wypił łyk 
wina. 
 
— Nie możesz z tym walczyć, Konradzie. Jesteś częścią Chaosu, a on częścią ciebie. 
 
— Czego pan chce? 
 
— Możemy nawzajem sobie pomóc, Konradzie. Przyłącz się do nas. W twoim życiu było tak 
wiele bólu. Nadeszła pora na zadośćuczynienie. Nadszedł czas na radość, na przyjemności. 
 
— Nie — zaprotestował Konrad, wstając z miejsca. — Nie sądzę aby­śmy mieli jeszcze jakiś 
temat do omówienia, herr Zuntermein. 
 
— Wernerze, nazywaj mnie Wernerem — gospodarz również się pod­niósł. — Miałem 
nadzieję, że zostaniemy przyjaciółmi, Konradzie. 
 
— A więc pomylił się pan. 
 
— Przynajmniej nie rozstawajmy się jako wrogowie. 
 
Zuntermein wyciągnął prawą dłoń, Konrad odruchowo odpowiedział tym samym gestem i 
uścisnęli sobie ręce w wojskowy sposób, ściskając dłonią przegub. Ręka Zuntermeina stawała 
się cieplejsza, bardzo ciepła, podczas gdy przegub Konrada był coraz zimniejszy. Próbował 
się uwolnić, ale bez skutku. Całe ramię miał unieruchomione i całkowicie pozbawione sił 
życiowych. 
 
Zuntermein był czarownikem... 
 
— Wiem, gdzie ona jest — oznajmił i puścił rękę. 
 
Konrad zatoczył się do tyłu i zaczął rozcierać lodowatą prawą rękę lewą dłonią, starając się z 
powrotem ją ożywić. 

background image

 
— Kto? — spytał Konrad wiedząc, że odpowiedź może być tylko jedna. 
 
— Ta, o której myślisz. 
 
— Gdzie jest? Zaprowadź mnie do niej! 
 
— To nie takie proste, Konradzie — Zuntermein zamknął oczy i do­tknął czoła czubkami 
palców prawej dłoni. — Jednak może uda się coś za­łatwić — otworzył oczy i się uśmiechnął. 
— Istotnie, mógłbyś ją spotkać... jeżeli obiecasz przyjść na jedno z naszych spotkań 
towarzyskich i poważ­nie rozważyć możliwość przyłączenia się do nas. 
 
— Zrobię wszystko, co powiesz, wszystko, co zechcesz. 
 
— Cieszę się — odparł Zuntermein. — Rolfie, odprowadź Konrada. W ciągu kilku dni 
przyślę wiadomość. 
 
Taungar wstał i podszedł do drzwi, które służący przed nim otworzył. Konrad wyszedł w ślad 
za nim do hollu. 
 
W dalszym ciągu rozcierał swoje przedramię, czując jak odrętwienie stopniowo ustępuje. 
Chciał zadać jeszcze wiele pytań, ale nie wiedział, od czego zacząć. 
 
— Za kilka dni — szepnął Zuntermein i pocałował go w lewy policzek. Konrad cofnął się w 
samą porę, aby uniknąć drugiego całusa. 
 
  
Rozdział czwarty  
 
  
 
Kolejny świt, kolejne rozwinięcie cesarskich sztandarów wysoko nad pałacem, stolicą i 
Imperium. Konrad spoglądał na północ, gdzie mógł do­strzec czerwony dach domu 
Zuntermeina. 
 
Nigdy nie wierz czarownikowi... 
 
Ale właściwie nie miał wyboru. Odnalezienie Elyssy na własną rękę było beznadziejnym 
przedsięwzięciem. 
 
Tylko raz zdradził komuś imię dziewczyny. Stało się to wtedy, gdy Wilk oglądał czarny 
kołczan, a Konrad wyjaśnił mu, że dostał go od Elyssy. 
 
Dotykając Konrada, Zuntermein poznał jego najtajniejszą myśl — o Elyssie — i to 
wykorzystał. Chciał go skłonić, by się do niego przyłączył, ale równie dobrze mógł kłamać. 
Skąd bowiem mógł wiedzieć, gdzie jest Elyssa? Konrad miał zamiar wrócić do domu 
Zuntermeina. Gdyby okazało się, że dziewczyny tam nie ma — wyjdzie natychmiast — ale 
przedtem ze­mści się na czarowniku. 
 
Kilka dni. Zuntermein powiedział, że za kilka dni coś będzie wiedział. 

background image

 
Konrad zerknął na stojącego na baczność Taungara, salutującego roz­wijanym właśnie bogato 
haftowanym sztandarom. Sierżant zwerbował go do gwardii cesarskiej, a teraz zamierzał 
zrobić z nie go wyznawcę Cha­osu... 
 
Czy Zuntermein istotnie był czcicielem Chaosu? Konrad raczej w to wątpił. Pamiętał 
Kastringa i jego pogański oddział. W ciągu minionych lat zetknął się z niezliczoną liczbą 
innych fanatyków. Znał cenę ich bluźnier­czej wiary. Kosztowała ich wszystko. Przekształcali 
się, stając na wpół zwierzętami, na wpół ludźmi, zmieniając w końcu w zwierzołaków, 
praw-dziwe twory Chaosu, zdeformowane na duszy i na ciele. 
 
Może rzeczywiście za tą szacowną fasadą, w domu ozdobionym świętymi symbolami Młota 
Sigmara, mieszkał wyznawca Chaosu. Bardzo prawdopodobne, że była to najnowsza moda 
wśród bogaczy w Altdorfie. Taungar wplątał się w tę sprawę być może dlatego, że można 
było na niej zrobić pieniądze. 
 
— Potrzebuję trochę gotówki — powiedział Konrad do sierżanta, gdy ponownie jako ostatni 
opuszczali mury obronne. — A także przepustkę. Muszę dziś wyjść na miasto. 
 
Taungar spojrzał na niego. Pamiętał słowa Zuntermeina — chociaż nie mógł wiedzieć, kogo 
czarownik miał na myśli, mówiąc „ona” — i zda­wał sobie sprawę, że Konrad musi powrócić. 
Skinął głową. 
 
— Pięć koron ci wystarczy? — zapytał. — Mogę zwolnić cię ze służby dziś po południu. 
 
Konrad skinął głową i po ranku poświęconym na ćwiczeniu walki na topory wyszedł z pałacu. 
Tak jak poprzedniego wieczoru, był ubrany w cy­wilne ubranie, ponieważ nie wykonywał 
żadnych oficjalnych czynności. 
 
Przeszedł przez Altdorf, czując taki sam niepokój, jak ubiegłej nocy. Wolałby się znaleźć 
zupełnie gdzie indziej, wszędzie, byle nie w naj­większym mieście Cesarstwa. 
 
Jedynym miastem, w którym przebywał dłużej, było Praag, ale zna­lazł się tam w zupełnie 
innych okolicznościach. Zdobyte i zajęte przez od­działy Chaosu Praag zostało odbite, po 
czym zrównano je z ziemią i odbu­dowano od nowa. Większość budynków Altdorfu było 
więc o wiele star­sza. Ulice stolicy przebiegały według planu przyjętego tysiące lat temu, a 
niektóre domy stały w miejscach, które zamieszkiwano bez przerwy od czasów Sigmara. 
 
A jednak nie budynki, bez względu na ich wiek, wywierały szczególny wpływ na Konrada; 
ani ulice, ani zaułki, wybrukowane na pradawnej ziemi, która od wieków nie widziała 
słonecznego światła. Cały ciężar histo­rii przypominał przytłaczające Konrada opary. Miał 
wrażenie, że nie może się ruszyć, nie wpadając na kogoś. Nawet gdy nikogo nie było w 
pobliżu, duchy z tak wielu tysiącleci zdawały się przegradzać mu drogę. W porów­naniu z 
tym miastem nawet ponure, zaśnieżone równiny Kislevu były o wiele przyjaźniejsze. 
 
Być może to tylko wielkie skupisko ludzi wywierało na nim tak niepo­kojące wrażenie. 
Przypomniał sobie, co powiedział Zuntermein: że ludzie są tworami Chaosu... 
 
Czy taka była prawda? W takim razie istniało tu największe skupisko energii Chaosu, z jakim 
kiedykolwiek się zetknął. Nic też dziwnego, że takie okazały się jego reakcje. 

background image

 
A skoro Konrad sam był teraz stworzeniem Chaosu, a podobieństwa się odpychają... tak 
przynajmniej stwierdził kiedyś Litzenreich. Czy nie dlatego właśnie siły Chaosu były 
podzielone i nieustannie ze sobą wal­czyły? Wszak legiony przeklętych bóstw toczyły ze sobą 
bezustanne wojny. Bez przerwy trwała bitwa jednej armii zła przeciwko drugiej. 
 
Litzenreich uważał, iż zło nie jest synonimem Chaosu. Chaos po pro­stu istniał, a ludzie 
jedynie warunkowali jego byt. Litzenreich porównywał Chaos do wody, a Zuntermein do 
powietrza, ale Konrad nie wierzył ani jednemu, ani drugiemu. 
 
Był uwięziony wewnątrz zbroi ze spiżu — zbroi Chaosu, co oznaczało, że został skażony 
Chaosem. Litzenreich uwolnił go z metalowego więzie­nia, ale użył w tym celu spaczenia... 
Mag przy znał potem, że tajemnicza substancja w rzeczywistości pochodził z pustkowi i 
uważa się, iż jest przy­czyną wszelkich mutacji i właśnie ona stworzyła zwierzołaków. 
 
Konrad był więc podwójnie przeklęty. 
 
A Zuntermein to wyczuł. 
 
Konrad był pewien, że czarownik wykorzystał swe magiczne zdol­ności. 
Najprawdopodobniej również majątek zdobył dzięki nim, a nie kul-towi Chaosu. Tego 
rodzaju związek wpłynąłby przecież na jego wygląd. Także czary pozwoliły mu przeniknąć w 
myśli Konrada i umożliwiły tak szybkie odnalezienie Elyssy - jeżeli istotnie tego dokonał. 
 
Starając się — aczkolwiek bez większego sukcesu — nie myśleć o dziewczynie i o tym, co 
może zdarzyć się w ciągu kilku następnych dni, próbował skupić się na innej sprawie. Przybył 
przecież do Altdorfu z jed­nego powodu: tarczy, którą posługiwał się Srebrne Oko, gdy 
walczyli pod Middenheimem. Konrad chciał wiedzieć gdzie skaven znalazł tarczę. Miał 
również nadzieję, że dowie się czegoś o złotym herbie. Był to problem, który intrygował go 
ponad dziesięć lat, od chwili gdy Elyssa dała mu łuk, strzały i dziesięć strzał w kołczanie z 
czarnej, karbowanej skóry. A teraz wreszcie pojawiła się okazja... 
 
  
 
*   *   * 
 
Poza Pałacem Cesarskim i Katedrą Sigmara, Kolegium Heraldyczne było najstarszym 
budynkiem, jaki Konrad kiedykolwiek widział. Mieściło się na tyłach domów, w zaułku, 
który niegdyś musiał być o wiele szerszy. Przesmyk między domami był tak ukryty, że 
początkowo wcale go nie za­uważył. W rezultacie musiał się cofnąć krętą, boczną ulicą. 
Wszystkie po­zostałe budynki w sąsiedztwie były budowane i odbudowywane wiele razy, 
natomiast pradawne kolegium zapadło się do połowy w ziemię, jakby uświadamiając sobie 
swój wiek i próbując się ukryć. Przez wieki wy­rzucane przez mieszczan śmiecie i odpadki 
nagromadziły się grubą war­stwą, aż poziom jezdni się podniósł, a niższe piętra kolegium 
stały się sute­reną. Dach pokryty był gontem i dachówkami, z których każda wydawała się 
innego rozmiaru i barwy, swoją różnorodnością pokazując, jak wiele razy dach był 
remontowany. Wszystkie mury, łuki i szczyty były przekrzy­wione. Cały budynek pochylił 
się ze starości, jak kaleka, któremu jakimś cudem udało się przetrwać pomimo 
zniekształcających go zmian. 
 

background image

Konrad zszedł po wydeptanych stopniach i zastukał do drzwi. Niżej istniał jeszcze 
przynajmniej jeden poziom — Konrad zauważył, że drzwi były osadzone w dawnym oknie. 
Drewno osypywało się pod dotknięciem palców. Nikt nie odpowiedział, popchnął więc drzwi, 
które otworzyły się ze skrzypieniem zardzewiałych zawiasów, a potem wszedł w mrok. 
 
W środku pachniało jednocześnie kurzem i wilgocią. Konrad odcze­kał kilka sekund, aby 
jego oczy przywykły do ciemności. W oddali do­strzegł migoczące światło i ruszył w jego 
kierunku wąskim korytarzem. Podłoga była nierówna, ściany powykrzywiane. Gdy wzrok 
Konrada przy­zwyczaił się już do braku światła, zauważył, że wzdłuż całego korytarza 
umieszczono tablice — niektórej okrągłe, inne w kształcie stylizowanej tar­czy, a na każdej z 
nich znajdował się odmienny wzór. Uświadomił sobie, że są to herby, setki herbów, a widząc, 
jak farba na nich wyblakła lub się osypała, wywnioskował, że musiały być bardzo stare. Na 
ścianach do­strzegł kilka luk w miejscach, skąd tarcze spadły i niczego już tam nie 
umieszczono. 
 
Przyglądając się im, nastąpił na coś, co pękło pod jego ciężarem. Po­chylił się, aby obejrzeć 
dokładniej ten przedmiot. Była to jedna z brakują­cych tarcz przedstawiająca srebrny krzyż na 
czerwonym tle z jakimiś czar­nymi sylwetkami ptaków myśliwskich w jednym z pól. 
Pozostałych trzech figur nie był w stanie rozpoznać, ponieważ gdy nadepnął tarczę farba 
od­padła. Odłożył dwa przerdzewiałe kawałki i ponownie ruszył w stronę światła. 
 
Korytarz rozszerzał się, tworząc większe pomieszczenie. Ściany, od sufitu do podłogi, 
zastawione były tysiącami stojących na półkach ksią­żek. Regały zostały ściśle wypełnione, a 
inne książki piętrzyły się w sto­sach na podłodze. Nic nie było tu proste, półki wyginały się 
pod rozma­itymi kątami, nawet sterty książek na podłodze nie stały pionowo, ale przechylały 
się w różne strony, Wszystko pokryte było kurzem i pajęczy­nami, zupełnie jakby od wieków 
niczego tu nie ruszano. 
 
A jednak w samym środku pokoju, przy biurku pełnym dokumentów i rękopisów sypiących 
się na podłogę, siedziało dwóch ludzi. Pomiędzy nimi stała latarnia. Byli tak zajęci 
badaniami, iż wydawało się, że nie do­strzegają gościa. Przeglądali rozmaite księgi, robiąc 
notatki na leżących przed nimi kartach pergaminu. 
 
— Dobry wieczór — odezwał się Konrad. W niezwykłej ciszy biblioteki jego głos zabrzmiał 
bardzo głośno. 
 
Żaden z mężczyzn przez kilka sekund nie zwracał na niego uwagi, aż wreszcie młodszy 
podniósł głowę. Młodszy w porównaniu ze swoim ko­legą, ponieważ miał mniej więcej 
sześćdziesiąt lat i siwe włosy, jakby przy­prószone kurzem. Ten drugi, wyglądający na 
przynajmniej o trzydzieści lat starszego, dalej zajmowali się swoją pracą. 
 
— Przyszedł pan w sprawie ścieków? — zapytał młodszy bibliotekarz. 
 
— Nie — odparł Konrad. — W sprawie herbu. 
 
Mężczyzna westchnął, przesuwając okulary na czubek nosa i przetarł oczy. 
 
— Szkoda. Wie pan, na najniższym poziomie są trzy stopy wody i sytu­acja może się jedynie 
pogorszyć. Niektóre utracone materiały są bez­cenne, po prostu nie do zastąpienia. 
 

background image

— A herb? — przypomniał mu Konrad. 
 
— Przyszedł pan w niewłaściwe miejsce. Tutaj są archiwa. Jeżeli chce pan kupić herb, musi 
pan pójść do nowego budynku. 
 
— Byłem tam i przysłano mnie tutaj. 
 
„Nowy budynek” miał przynajmniej dwieście lat. Był w zdecydowanie lepszym stanie i 
pracowało w nim więcej ludzi. Gdy urzędnik przy pierwszym biurku usłyszał, o co 
Konradowi chodzi, pokręcił tylko głową, a następnie skierował go do starego kolegium. Za 
swoje usługi zażądał ko­ronę. 
 
— O co chodzi? — spytał archiwista, przesuwając okulary z powrotem na miejsce. 
 
— Chciałbym, żeby mi pan objaśnił pewien herb. Może pan to zrobić? 
 
— Wie pan, że będzie pan musiał zapłacić? Mamy obowiązek pobierać opłatę za nasze 
opinie. 
 
— Mogę zapłacić — potwierdził Konrad, podrzucając na dłoni cztery korony. 
 
Archiwista wziął kawałek papieru, a potem gestem przywołał Kon­rada. Starszy skryba w 
dalszym ciągu nie podnosił głowy. Siedział pochy­lony nad leżącym na biurku pergaminem, 
zaglądając od czasu do czasu do znajdującej się obok niego potężnej księgi. 
 
— Może mi pan opisać ten klejnot? Bardzo dokładnie, z każdym szczegółem. Niektóre herby 
są tak podobne do innych, że tylko specjalista może ustalić różnicę. 
 
— Rysunek jest bardzo prosty. 
 
— To, co wydaje się proste dla laika, może okazać się bardzo skompli­kowane dla specjalisty. 
 
Konrad spojrzał na skrybę, którego twarz pozostała jednak zupełnie obojętna. 
 
— Zacznijmy więc od tynktur. 
 
— Od czego? 
 
— No, wie pan, od barw heraldycznych — mężczyzna wskazał ręką szereg sterczących przed 
nim gęsich piór. 
 
Konrad w tym momencie zorientował się, że są one zanurzone w ka­łamarzach z tuszami o 
różnych barwach. 
 
— Są tylko dwie — oznajmił Konrad. — Złota i czarna. 
 
— My nazywamy je or i sable. 
 
— A rysunek przedstawia parę skrzyżowanych strzał... 
 

background image

— Czyli fleche en croix. 
 
— ...i pomiędzy nimi dłoń w pancernej rękawicy. 
 
— Poing maille. 
 
— Strzały i rękawice są złote. Cała reszta jest czarna. Przynajmniej za­zwyczaj. 
 
— Zazwyczaj? 
 
— Na strzałach wzór jest odwrócony. Strzały są z czarnego drewna z wąską złotą obwódką 
koło upierzenia, a rysunek został wycięty w złocie tak, że widać pod spodem drewno. 
 
— A więc fleches, jest sable dans or, zamiast or dans sable? 
 
— Skoro tak pan twierdzi. 
 
— Gdzie pan widział ten herb? Na ecusson? 
 
— Na czym? 
 
— Na tarczy. 
 
— Tak. Złoto na czarnym. Podobnie na łuku i kołczanie. 
 
— Archet i carquois — mężczyzna sporządził kolejną notatkę, a po­tem zaczął zadawać 
dalsze pytania. — Pod jakim kątem są strzały? Czy ich groty skierowane są w górę, czy w 
dół? I czy są bardzo duże w stosunku do drzewców? A czy upierzenie jest bardzo duże w 
proporcji do drzew­ców? Z której ręki jest pięść, dexter czy sinister! Czy widać palce? Z 
której strony jest kciuk? Jak w stosunku do czubków strzał umieszczona jest podstawa pięści? 
Jak do długości strzał ma się rozmiar pięści? 
 
Odpowiedział na wszystkie pytania tak precyzyjnie, jak tylko potrafił, a skryba każdą 
odpowiedź notował na papierze. Konrad zastanawiał się, ile czasu wymagałoby sporządzanie 
opisu, gdyby herb był bardziej skomplikowany. 
 
— Dobrze — mężczyzna wziął następny kawałek papieru i z szeregu kałamarzy wyjął pióro. 
Minutę później zapytał: — Czy tak wyglądał? 
 
Gestem poprosił Konrada, aby przyjrzał się temu, co robi. Czarnym atramentem naszkicował 
na białym papierze strzały i pięść w pancernej rę­kawicy. Wyglądały dokładnie tak, jak je 
Konrad zapamiętał. 
 
— Tak jest. 
 
— Zapewne jest dosyć stary. Późniejsze herby są zazwyczaj bardziej skomplikowane, 
częściowo z estetycznych powodów, a częściowo dlatego, że wszystkie podstawowe wzory 
zostały już wykorzystane. 
 
— Nie ma takiego herbu. 

background image

 
Tym razem odezwał się starszy mężczyzna. Odłożył swoje pióro oraz księgę, którą studiował. 
Wstał z trudem i spojrzał na ilustrację sporzą­dzoną przez towarzysza. Był przygarbiony, 
jakby wciąż ślęczał nad pracą, przechylał się też na bok, chociaż wcale nie sięgał po ciężki 
tom. Sprawiał wrażenie, jakby sam nadał sobie kształt najlepiej pasujący do układu 
bi­blioteki. Albo być może pracował tu tak długo, że jego ciało wykrzywiło się i powyginało 
pod nieubłaganym ciśnieniem czasu, tak samo jak kolumny i cegły kolegium. 
 
— Ale przecież go widziałem — zaprotestował Konrad. 
 
— Mógł pan widzieć ten sam wzór na różnych częściach uzbrojenia — odparł młodszy 
mężczyzna obserwując, jak jego kolega wolno kuśtyka przez pomieszczenie. — Ale to nie 
oznacza, że są elementem herbu. 
 
— Czy nie może pan sprawdzić? Poszukać w jednej z waszych ksiąg? 
 
— Nie ma takiej potrzeby. Herr Renemann jest encyklopedią, jeżeli chodzi o heraldykę. Jeżeli 
stwierdził, że nie ma takiego herbu, to znaczy, że taki herb nie istnieje. 
 
— Ale przecież nie może znać wszystkich. 
 
— Jednak zna. 
 
— A jeśli to bardzo stary herb, taki, który już nie jest używany? 
 
— Wtedy też istnieje. Wie pan, rodzina może wymrzeć, ale jej herb po­zostaje. Mamy go 
gdzieś w naszych aktach. 
 
— W takim razie pochodzi spoza Imperium. 
 
— Nie. Nasze dane obejmują cały Stary Świat od Albionu do Księstw Granicznych, od 
Kislevu do Królestw Estalijskich. Nie chcemy ryzykować pomyłki i nadania w Altdorfie 
herbu, który być może już należy, na przy­kład, do jakiegoś szlachetnego domu w Magritcie. 
Chociaż te sprawy nie są już w kompetencji mojego wydziału — mężczyzna pokręcił ze 
smutkiem głową. — Herb, który pan opisał, nie istnieje. Jeżeli jednak pan chce, może pan 
podjąć niezbędne kroki, aby powołać go do życia. Jeste­śmy w stanie spowodować, że taki 
herb zostałby nadany panu i pana po­tomkom. W dalszym ciągu możemy to robić — 
rozpromienił się na tę myśl, kiwając głową z aprobatą. 
 
Konrad był całkowicie pewien, że Renemann się myli. Pięść w pancer­nej rękawicy i 
skrzyżowane strzały nie mogły być zwykłymi ozdóbkami na częściach uzbrojenia. 
 
— Chyba jednak nie skorzystam — rzekł. — Ile jestem panu winien? 
 
— Dwie korony? 
 
Konrad położył dwie monety na lewej dłoni mężczyzny. 
 
— Wspomniał pan o wymarłych rodach. Czy przechowujecie dane o herbowych rodzinach? 
 

background image

— Tak. 
 
— Chcę dowiedzieć się czegoś o rodzinie Kastringów. 
 
— Skąd pochodzili? 
 
— Z wioski w Ostlandzie niedaleko miasta Ferlangen. 
 
Była to jego własna wioska, w której żył odkąd sięgał pamięcią, cho­ciaż nigdy nie miał 
wrażenia, że jest z nią naprawdę związany. Jeżeli wio­ska miała jakąś nazwę, Konrad nigdy 
jej nie poznał. On sam również nie miał imienia, dopóki nie nadała mu go Elyssa Elyssa, 
której rodowe nazwi­sko brzmiało Kastring. 
 
Skryba przesunął okulary na czubek nosa i spojrzał nad nimi powoli przypatrując się 
bibliotecznym regałom. Po raz pierwszy wstał ze stołka i zrobił krok w stronę najbliższego 
szeregu regałów. Przez kilka chwil wo­dził po nich wzrokiem, a potem odwrócił się w stronę 
regału koło wejścia. Stał zdecydowanie za daleko, aby odczytać słowa, tam gdzie jeszcze były 
widoczne na grzbietach ksiąg, Można było odnieść wrażenie, że spodziewa się, iż znajdzie 
właściwy informator nie ruszając się z miejsca. 
 
— Aha! — rzekł, jakby zorientował się dokładnie, w którym tomie znajduje się genealogia 
Kastringów. Podszedł do odległych półek i skinie­niem ręki dał znak Konradowi, aby szedł za 
nim. 
 
— Tutaj — oznajmił mężczyzna, gdy dotarli do wypełnionych książkami półek. — Pięć 
rzędów od tej, siódmy, ósmy i dziewiąty wolumin od tej odwróconej do góry nogami w 
czerwonej oprawie. Widzisz? 
 
— Zatytułowana Chron Ost XXXVI, Jul-Kel? 
 
Mężczyzna spojrzał na Konrada i kiwnął głową. 
 
— Niech ją pan stamtąd zdejmie, dobrze? Jest pan chyba zręczniejszy ode mnie. 
 
Żaden ze znajdujących się w sąsiedztwie tomów nie miał choćby po­dobnego tytułu. Jakby 
książki w całej bibliotece były ustawione bez żad­nego systemu. Ta, którą wymienił skryba, 
stała zbyt wysoko, by do niej do­sięgnąć, więc Konrad rozejrzał się wokoło, poszukując 
drabiny. Musiała tu być, ponieważ tylko przy jej pomocy można było dotrzeć do górnych 
półek. 
 
— Niech pan skorzysta z tego — poradził mężczyzna, wskazując na stertę książek obok 
siebie. 
 
— Jeżeli tak pan sobie życzy. 
 
Konrad wspiął się na jeden z niższych stosów książek, a potem na wyższy, wykorzystując 
rozsypujące się stare tomy zamiast stopni. W dal­szym ciągu nie mógł sięgnąć tam, gdzie 
chciał. Postawił więc jedną stopę na książkach znajdujących się na najbliższej półce, sięgnął 
do góry i zdołał wsunąć czubki palców pod grzbiet potrzebnego tomu. Wyciągał go powoli, 
cal po calu. Schwycił go, gdy spadał, a potem zeskoczył na podłogę. 

background image

 
— Trzymamy tu kopie jedynie współczesnych materiałów — poinfor­mował skryba. Położył 
tom na szczycie stosu rozpadających się książek i otworzył na pierwszej stronie. — Oryginały 
są w nowym budynku. Ten prawdopodobnie wymagał uzupełnień, ale trudno się temu dziwić. 
Mamy pewne braki personalne, jak zapewne mógł pan zauważyć — zaczął kartko­wać 
księgę. — Jest... Kastring. 
 
Na górnej części karty narysowany był herb, który Konrad poznał bez trudu — niebieska, 
ułożona poziomo ręka, rozdzielająca dwie połowy tar­czy. Na górnym polu przedstawiono 
dwie wieże połączone murem z blan­kami — czerwone na białym tle. Na dolnym prawym 
znajdował się sygnet, srebrny na purpurowym tle, a umieszczony na nim herb był 
powtórze­niem całego klejnotu Kastringów. 
 
— Zamek i pierścień — skomentował bibliotekarz kręcąc głową. — Po­doba mi się to, że 
klejnot na pierścieniu musi maleć w nieskończoność. Ale czego chciał się pan dowiedzieć? 
 
Konrad stał przy nim i czytał wpis, który kończył się w dolnej części strony. Księga istotnie 
wymagała aktualizacji. Nie wspomniano w niej, że dwór Kastringów został spalony, a rodzina 
wymordowana. 
 
— Według tego — zauważył — Kastring miał trzech synów — Wil-helma, Sigismunda i 
Friedricha. A co z córką? 
 
— Pozwoli pan, że popatrzę — palec mężczyzny przesunął się po drzewie genealogicznym 
rodu. — Szlachetnie urodzony Wilhelm Kastring. Ożenił się z Ulricą Augenhaus z 
Middenheimu. Proszę zwrócić uwagę, że najstarszy syn nazwany został imieniem ojca, 
Rodzinna tradycja. Dwaj inni synowie... 
 
— Dlaczego nie wspomniano o córce? Ponieważ była najmłodsza i nie zdążono jej wpisać? 
 
— Możliwe, choć wątpię. Widzi pan, z genealogicznego punktu widze­nia córki nie są zbyt 
ważne. Jedynym zadaniem kobiety jest dostarczać sy­nów. To oni zachowują nazwisko i 
przedłużają ród, Córki uważane są czę­sto za niepotrzebny zbytek — od chwili urodzin do 
zamążpójścia, ponie­waż aby małżeństwo doszło do skutku, rodzinie pana młodego należy 
wy­płacić posag. Ale nawet jeśli istotnie w rodzinie Kastringów była jakaś córka, powinno się 
ją zapisać. Dla porządku. Czy to wszystko? 
 
Konrad skinął głową. Mężczyzna zamknął księgę i położył na niej rękę. 
 
— Proszę ją tu zostawić. Trzeba ją uaktualnić. Może któregoś dnia... — wzruszył ramionami. 
 
Konrad ponownie odliczył monety. Bibliotekarz przetarł ręce, by oczy­ścić je z kurzu i brudu. 
Konrad dał mu cztery korony. Rozważał, czy nie po­prosić o rysunek tajemniczego herbu, 
skoro już za niego zapłacił, ale zrezy­gnował. 
 
— Dziękuję — rzekł mężczyzna i włożył monety do kieszeni bluzy. — Jeżeli kiedykolwiek 
będzie pan czegoś od nas potrzebował, chętnie słu­żymy informacją. 
 
Cała ta wizyta nic nie dała. Udowodniono mu tylko, że Elyssa i herb w ogóle nie istniały... A 
przecież wiedział, że i w jednym, i w drugim przy­padku nie jest to prawda. 

background image

 
— Jest pan całkowicie pewien, że nie ma takiego herbu? 
 
— Jeżeli istnieje — odparł bibliotekarz — to nie pieczętuje się nim ża­den człowiek. 
 
Żaden człowiek... 
 
Słowa te dźwięczały echem w myślach Konrada przez dwa następne dni. Bibliotekarz 
prawdopodobnie miał na myśli sztandary i proporce, któ­rymi posługiwali się wojownicy 
Chaosu, ale Konrad wiedział, że wszystkie te flagi i znaki zawierały bluźnierczy symbol 
bóstwa, które czcili członko­wie danego oddziału. Skrzyżowane strzały i pięść w pancernej 
rękawicy nie były skażone takim bałwochwalstwem. 
 
Gdy wkrótce po napadzie Konrad powrócił do swojej wsi, jedynymi śladami istniejącego tu 
kiedyś życia były wypalone w ziemi zarysy budyn­ków. Pan Wilhelm i pani Ulrica musieli 
zginąć w piekle, które pochłonęło ich dwór, i aż do przedwczoraj Konrad sądził, że Elyssa 
straciła życie ra­zem z rodzicami. 
 
Jej bracia o wiele wcześniej opuścili dolinę, aby zrobić karierę w świe­cie i jeden z nich stał 
się później dręczycielem Konrada w czasie długiej i nużącej, wędrówki z Kislevu do 
Cesarstwa. 
 
Konrad stał się jeńcem bandy wyznawców krwawego boga Khorne'a, której szlak, znaczony 
śmiercią i zniszczeniami, sięgnął daleko poza gra­nice Północnych Pustkowi. Sprawcą jego 
niewoli był Gaxar. Udający czło­wieka Szary Mag oszukał Konrada, a potem ogłuszył. Gdy 
Konrad nieco później odzyskał zmysły, okazało się, że jest ofiarą przeznaczoną dla łowcy 
dusz. Ale przywódca krwiożerczej bandy ciągle nosił herb Kastrin­gów na swojej zbroi. 
Konrad poznał go i to ocaliło mu życie — przy­najmniej na jakiś czas. 
 
Bez względu na to, czy był to Wilhelm, Sigismund czy Friedrich, za­czął już płacić wysoką 
cenę za swoją występną wiarę. Twarz i ciało Ka­stringa uległy przemianie, z czaszki 
wyrastały rogi, skórę pokryło futro, a zęby zmieniły się w kły. 
 
Jego banda maruderów była zbieraniną bestii, ale to Konrada trakto­wano jak zwierzę w 
klatce, dręczono i torturowano. W końcu wywarł straszliwą pomstę, zabijając dziesiątki 
psiogłowych mutantów podczas krwawej bitwy, która mogła zaćmić nawet ich ponure 
ceremonie. A ostatnim, który zginął, był sam Kastring, nadziany na kopię Konrada — kopię 
rycerza ze spiżu... 
 
Kastring w rozmowie o Elyssie stwierdził, że nie jest ona jego praw­dziwą siostrą. 
Prawdopodobnie też Elyssa nie zdawała sobie sprawy, że z jej pochodzeniem wiązały się 
jakieś wątpliwości. Kastring nie znał do­kładnie szczegółów, ale utrzymywał, że Elyssa była 
tylko jego siostrą przy­rodnią — jeżeli w ogóle istniały między nimi jakieś więzy krwi. Być 
może mówił prawdę i mogło to tłumaczyć, dlaczego jej imię nie zostało wpisane w rodowe 
spisy Kastringów. 
 
Elyssa znalazła łuk i strzały głęboko w podziemiach dwom, Konrad za­pytał więc Kastringa, 
czy zna herb przedstawiający pięść w pancernej ręka­wicy i skrzyżowane strzały. 
 
„Może elfa? — zastanawiał się Kastring. — Może jakoś związany jest z elfami?” 

background image

 
Czy Konrad widział więc fragmenty elfiego uzbrojenia? Czy Srebrne Oko posługiwał się 
teraz tarczą elfów? Elfy były równie wysokie jak ludzie i być może Konrad nauczył się 
łucznictwa, korzystając z ich broni? 
 
Ludzie i elfy mogli wydawać wspólne potomstwo, a więc może ojciec Elyssy był elfem? 
 
Żaden człowiek... 
 
Słowa te rozbrzmiewały w myślach Konrada przez następne dwa dni... A potem nadeszło 
wezwanie Zuntermeina. 
 
  
Rozdział piąty  
 
  
 
Dom zdawał się dziś całkowicie odmieniony. 
 
Z zewnątrz wyglądał dokładnie tak samo, jak przed trzema wieczo­rami. Konrada i Taungara 
wpuścił w obręb zewnętrznych murów ten sam ubrany na biało służący, który poprowadził 
ich przez iluminowany ogród. Szli miniaturowymi mostkami nad krętymi strumieniami, aż do 
drzwi domu. 
 
Natomiast wnętrze uległo całkowitemu przekształceniu. 
 
Młoda służąca oczekiwała na nich w holu i dzisiaj od razu było widać, że jest kobietą. Biała 
liberia znikła zastąpiona przez różową, jedwabną szatę, odsłaniającą prawą pierś. Nie miała 
czapki i widać było, że jej włosy również są różowe. Były ufarbowane i rozpuszczone, sięgały 
do połowy pleców. Przypominała Konradowi kogoś lub coś, chociaż nie był w stanie 
przypomnieć sobie, co to takiego. 
 
— Czy mogę zabrać wasze ubrania, panowie? — zapytała. 
 
Kilka dni temu dom był bardzo cichy, teraz wypełniał go gwar. Z po­mieszczeń wzdłuż 
całego korytarza dobiegały odgłosy śmiechu i rozmów, a rytm wielkiego bębna zdawał się 
wstrząsać całym budynkiem do funda­mentów. Dziwny, słodki zapach przesycał powietrze 
zamglone wijącymi się cieniutkimi smugami różnokolorowych dymów. Nie było najmniejszej 
wątpliwości, że odbywa się jedno ze spotkań towarzyskich Zuntermeina. Liczbę gości można 
było ocenić widząc wieszak pełen ubrań. Nawet na podłodze leżały stosy różnej odzieży, nie 
tylko płaszczy. 
 
Konrad zdjął kurtkę i podał służącej, która niedbale rzuciła ją na zie­mię. A potem zauważył, 
że Taungar nie poprzestał na zdjęciu płaszcza. Dalej zrzucał kolejne części ubrania. 
 
— Wszystko — powiedział, dając Konradowi znak ręką, żeby się roze­brał. 
 
Był już nagi. Miał na sobie jedynie swoje kosztowności, zapewne no­szone zawsze, nawet 
pod mundurem. Powyżej łokci znajdowały się dwie srebrne bransolety z wygrawerowanymi 
na ich powierzchniach skompliko-wanymi znakami, a do złotego łańcucha na szyi 

background image

umocowany był wisior w takim samym kształcie. Był to krąg ze sterczącym z niego czymś, 
co przy­pominało wychyloną w prawo rękojeść miecza, której górna część two­rzyła 
mniejszy krąg. Konrad widywał ten znak na proporcach i sztanda­rach wielu oddziałów 
diabolicznych wojowników, z którymi walczył i któ­rych zabijał na granicy. 
 
Służąca podała Taungarowi szatę podobną do tej, którą miała na sobie, ale w 
pastelowobłękitnym kolorze. Nałożył ją przez głowę. 
 
— Dalej! — odezwał się do Konrada. — Nie bądź taki wstydliwy! 
 
Niechęć Konrada do pozbycia się odzieży wynikała z faktu, że oznaczałoby to rozstanie się ze 
sztyletem, który ukrył za cholewą prawego buta, oraz drugim, zatkniętym za pasek spodni. 
 
Był prawie pewien, że Zuntermein zwabił go tu pod fałszywym pretek­stem. Mało 
prawdopodobne, aby dziś w nocy Elyssa znalazła się w tym domu. Ale gdyby tak się stało, 
dalsze działania Konrada byłyby oczywiste: musiał z nią uciec. W jaki sposób miał tego 
dokonać, nie bardzo jeszcze wiedział, ale niewątpliwie broń mogła się przydać. 
 
Ale Elyssa mogła się pojawić jedynie za pozwoleniem Czaszkolicego — który zapewne 
również byłby tu obecny. 
 
Konrad starał się nie myśleć o takiej możliwości. Postać Cza­szkolicego w dalszym ciągu 
mroziła mu krew w żyłach. Tamtego dnia, gdy rodzinna wioska została zniszczona przez 
bandę maruderów, Konrad był świadkiem wielu okropnych widoków, ale obraz niewiele 
różniącej się od szkieletu postaci Czaszkolicego, przechodzącej go bez szwanku przez 
pło­mienie pożerające dwór Kastringów, był z nich najstraszliwszy. 
 
Przez następne lata Konrad zetknął się z wieloma jeszcze bardziej zdumiewającymi 
przejawami odporności. Widział stwory porąbane do tego stopnia, że mogły jedynie pełzać na 
pokrwawionych kikutach nóg lub macek, ale wciąż nie chciały umierać; widział obcięte 
kończyny, które zda­wały się żyć własnym życiem i stawały się nowymi żołnierzami wrogich 
hord; obserwował, jak martwi wstają i wracają do walki przeciwko żywym, chociaż ich 
gnijące, pełne robaków ciało odpadało od kości, gdy kuśtykali do boju. 
 
Ale mimo to, wciąż prześladowało go wspomnienie Czaszkolicego. Wiele zjawisk, które 
widział, i spraw, z którymi się zetknął, często napa­wało go lękiem. Strach jednak pomagał 
wojownikowi w czasie bitwy, wy­ostrzając jego zmysły i reakcje. Najeźdźcy zdawali się nie 
znać strachu, po­nieważ wszelkiego rodzaju ludzkie uczucia były im obce. Nigdy się nie bali, 
ale i nigdy nie byli dzielni. Odnosiło się wrażenie, że żyją po to, aby walczyć i ginąć, zabijać i 
być zabijanymi. Często wydawało się, że nie ma dla nich znaczenia, kto cierpi, jeżeli tylko w 
walce padały ofiary. Na­jeźdźcy zabijali bez wyboru, sojusznika czy wroga, i nie obchodziło 
ich na­wet to, że mordowano ich samych. 
 
Konrad wolałby jednak stawić czoło całemu legionowi takich berser­kerów, niż ponownie 
spotkać się z Czaszkolicym... 
 
Elyssa była najważniejszą osobą w jego życiu. Bez niej w dalszym ciągu byłby nikim i 
zapewne już by nie żył, ponieważ nie uciekłby podczas masakry wioski. Czaszkolicy był 
najstraszliwszą istotą, jaką kiedykolwiek widział. Świadomość, że Elyssa tak długo 
przebywała w jego niewoli, była wręcz odrażająca. 

background image

 
Dlatego Konrad miał przy sobie dwa ukryte sztylety. Miał niewielką nadzieję, że uda mu się 
ich użyć, ale musiał podjąć taką próbę. Jeżeli bo­wiem Czaszkolicy zdołał przeżyć trafienie 
strzałą w serce, cios nożem bę­dzie dla niego równie nieszkodliwy jak ugryzienie pchły dla 
smoka. 
 
Ale nie miał wyboru, musiał postąpić zgodnie z poleceniem Taungara. Konrad zdjął ubranie, 
wsuwając drugi sztylet za cholewę le­wego buta, i nałożył długą, jedwabną szatę. Była 
jaskrawo żółta i — podob­nie jak szaty Taungara i służącej — skrojona w taki sposób, że 
pozosta­wiała odsłoniętą prawą pierś. Czuł się idiotycznie w tym stroju, ale jego 
sa-mopoczucie nie miało żadnego znaczenia. Trzy dni temu powiedział Zuntermeinowi 
prawdę — dla Elyssy jest gotów na wszystko. 
 
Tego wieczora świece w kandelabrach były czerwone i widmową po­światą oświetlały 
korytarz, przez który prowadziła ich dziewczyna. Gobe­liny i obrazy na ścianach również 
były inne niż poprzednio. Zamiast zwy­cięstw Sigmara, największego bohatera ludzkości, 
przedstawiały najbar­dziej wyuzdane sceny, na jakie mógł zdobyć się zdeprawowany ludzki 
umysł. 
 
Konrad nigdy dotąd nie widział tak wielu obrzydliwych obrazów i z trudem mógł uwierzyć, 
że tego rodzaju ohydne perwersje można było wymyślić, a co dopiero wykonać. Mężczyźni, 
kobiety, zwierzęta połączeni w najbardziej wyuzdanych formach kopulacji. Każda scena 
obrzydliwsza od poprzedniej. Obrazy przedstawiały chyba to, jak stworzona została ohydna 
rasa, znana pod nazwą zwierzołaków. Dowodziły one, że istotnie jej członkowie byli 
bękarcim potomstwem powstałym z rozpustnych związków pomiędzy ludźmi a bestiami. 
 
— Rolf! Konrad! Jakże się cieszę, że przyjęliście moje zaproszenie. 
 
Był to Zuntermein, chociaż Konrad rozpoznał go z trudem. Gospo­darz miał na sobie 
zwiewną szafranową szatę, odsłaniającą prawą pierś. Pierś kobiety. Nie ulegało jednak 
wątpliwości, że całe ciało Zuntermeina jest ciałem mężczyzny, mimo że wargi miał 
uszminkowane, a popękane żyłki na policzkach ukryte zostały pod warstwą różu. Z płatków 
uszu zwi­sały długie kolczyki, których wzór był identyczny z widniejącym na wisio­rze 
Taungara. Gospodarz — tłusty, jaskrawo ubrany, z siwymi włosami przykrytymi żółtą peruką 
— stanowił karykaturę szczupłej służącej. Dziew­czyna pozostała na zewnątrz i zamknęła za 
nimi drzwi. 
 
Zuntermein uścisnął Taungara i ucałował go w oba policzki. Konrad cofnął się, aby uniknąć 
tych serdeczności, i szybko obrzucił spojrzeniem pomieszczenie. 
 
— Teraz jesteśmy sześciorgiem — oznajmił Zuntermein, gestem ręki wskazując pozostałe 
osoby. — Sześć razy sześć — pierścienie na jego pal­cach błysnęły w płomieniach świec, a 
wino przelało się przez krawędź kryształowego kielicha. 
 
— Czy ona jest tutaj? — zapytał Konrad. 
 
— Cierpliwości, drogi chłopcze. Noc jest jeszcze młoda. Jedzmy, pijmy i weselmy się. A 
jeżeli będziesz dobry, jeżeli będziesz naprawdę do­bry, wtedy... — Zuntermein uśmiechnął 
się i odwrócił, wciąż obejmując Taungara za ramiona. 
 

background image

Wszyscy w pokoju byli ubrani w takie same stroje. Ich kolory trudno było rozróżnić w 
szkarłatnym świetle. Wydawało się, że jest tu tyle samo mężczyzn, co kobiet, chociaż trudno 
było to ustalić. 
 
Młody służący, który w czasie poprzedniej wizyty podawał im przy­prawione wino, wręczył 
teraz ozdobne puchary zdjęte z zastawionej tacy. Konrad wciąż nie był w stanie ustalić czy 
jest to mężczyzna, czy kobieta. Odsłonięta prawa pierś wyglądała niewątpliwie jak pierś 
mężczyzny, ale błękitne włosy sługi były długie i ufryzowane, twarz pokryta pudrem i 
ró­żem. Konrad miał już odmówić napoju, ale uznał, iż najlepiej będzie uda­wać, że 
przyłączył się do zabawy. Wziął puchar i przyłożył go do ust, ale przez zaciśnięte wargi nie 
przedostała się ani kropla. 
 
Był to ten sam pokój, w którym znajdował się poprzednio, ale rów­nież zmieniony nie do 
poznania. Eleganckie meble zniknęły, a na ich miej­scu znalazły się jedwabne poduszki 
zaścielające podłogę. Na ścianach wi­siały długie aksamitne draperie. Dudnienie dobiegało od 
strony dwóch bębnów, w które uderzał gołymi dłońmi potężny, łysy mężczyzna. W rogu, 
obok niego, siedziała drobna kobieta, która szarpała struny harfy. Instru­ment ten wydawał się 
nie pasować do tak hałaśliwego akompaniamentu, ale mimo to rytm owego dziwnego duetu 
posiadał hipnotyczną moc. 
 
Wokół rozlegały się dźwięki, unosiły zapachy, roztaczały widoki. Kon­rad wprawdzie nie 
ulegał pokusom, ale czuł, że jego zmysły zostały niemal przytłoczone tym, co działo się 
naokoło. Powietrze było gęste od woni naj-rozmaitszych egzotycznych substancji. 
Rozpoznawał korzeń omamów, a także wiele innych zakazanych aromatów. Czuł się coraz 
bardziej oszoło­miony samym oddychaniem tym powietrzem. 
 
Wszyscy rozmawiali i śmiali się, tańczyli i całowali. Tymczasem Kon­rad wciąż pozostawał 
tylko obserwatorem. Wędrował po pokoju udając, że pije, i starając się, aby jego brak 
zaangażowania w jak najmniejszym stopniu rzucał się w oczy. 
 
W tym czasie dźwięki stawały się głośniejsze, zapachy intensywniej­sze, widoki coraz 
bardziej nieprzyzwoite. 
 
— Konrad! — zawołał jeden z podpitych biesiadników, klepiąc go w plecy. — To jest życie, 
co? 
 
Popatrzył na uśmiechniętą twarz, która pojawiła się tuż przy jego twa­rzy. Wydawała się 
znajoma. Spróbował wyobrazić ją sobie pod hełmem gwardii cesarskiej i wreszcie poznał 
człowieka, który go zaczepił. Był to ka­pitan Holwald, oficer, który dowodził pocztem 
podnoszącym każdego ranka cesarskie sztandary nad pałacem. Konrad zastanawiał się, jak 
wielu innych gwardzistów jest tu obecnych. 
 
— Tak jest, panie — przytaknął. 
 
— Panie? Panie! — Holwald roześmiał się i wino pociekło mu strużką po brodzie. — Tu 
wszyscy jesteśmy sobie równi, Konradzie, Mów mi Man­fred. A jak ty masz na imię, 
Konradzie? 
 
— To właśnie moje imię. I nazwisko. Moje jedyne nazwisko. 
 

background image

— A oto Sybille — oznajmił Holwald, wskazując kobietę u swego boku. — Przywitaj się z 
Konradem Konradem, Sybille. 
 
Wysoka, jasnowłosa i bardzo kobieca Sybille na nagiej piersi miała wy­tatuowany ten sam 
runiczny znak, który posiadali wszyscy z wyjątkiem Konrada. Była zdecydowanie mniej 
odurzona niż jej towarzysz. Zlustro­wawszy z nieukrywanym podziwem Konrada, spojrzała 
mu w oczy i uśmiechnęła się. 
 
— Przynieś mi jeszcze coś do picia, Manfredzie — poleciła, nie spoj­rzawszy nawet na 
Holwalda. 
 
Kapitan odszedł chwiejnym krokiem, a Sybille przysunęła się bliżej Konrada. 
 
— Werner wie, jak urządzić dobrą zabawę — powiedziała. 
 
Konrad kiwnął głową. Zabawa, dobre sobie. Spotkanie gwałtownie przekształcało się w 
wieczór rozpusty, który mógł być traktowany jako dzi-waczna orgia bogatych i znudzonych 
mieszkańców stolicy, ale nie miał nic wspólnego z Chaosem. Po prostu zaspokajali swoje 
niskie instynkty, od­dając się dostępnym dziś wieczór hedonistycznym przyjemnościom, 
po­nieważ później będą musieli znowu nałożyć ubrania i powrócić do zwy­kłych, 
szacownych zajęć. 
 
A czego innego się spodziewał? Podniósł do ust puchar i tym razem wypił łyk. Płyn był gęsty 
jak śmietanka, rzeczywiście mocny, jak się spo­dziewał, a gdy go przełknął, miętowy posmak 
rozgrzał mu usta i gardło. 
 
— Próbowałeś tego? — spytała Sybille, biorąc go za rękę i prowadząc przez pokój. — Są 
cudowne. Muszę poprosić kuchmistrza Wernera o prze­pis — wskazała srebrną tacę na stole i 
zaczerpnąwszy z niej dłonią nieco potrawy podniosła ją do ust. 
 
— Nie, dziękuję — odparł Konrad, poznając danie. 
 
Jego głównym składnikiem były grzyby, chętnie jedzone przed bitwą przez niektórych 
żołnierzy na granicy. Twierdzili, że dzięki nim są od­porni na rany. Być może, ponieważ 
rzeczywiście niewielu, którzy spożyli taki posiłek, odnosiło jakiekolwiek rany — zazwyczaj 
ginęli. Niektórzy twierdzili, że grzyby zmieniają ich zdolność postrzegania i pozwalają lepiej 
wyczuć niebezpieczeństwo. Konrad uważał, że jest akurat odwrotnie. Ich zmysły ulegały 
takiemu przytępieniu, że nie obchodziło ich, czy zostaną za­bici. Grzyby sprawiały, że 
niewiele różnili się od zwierzołaków. 
 
— Chyba niezbyt się rozluźniłeś, Konradzie — stwierdziła Sybille, nie wypuszczając ręki 
Konrada ze swojej dłoni. 
 
Była wyjątkowo ładna i wrażenia tego nie psuły nawet zielone włosy. Konrad zorientował się, 
że w innej sytuacji mógłby ją nawet uznać za po­ciągającą. Sybille musiała zauważyć, że 
patrzy na nią w szczególny sposób, ponieważ nagle pochyliła się do przodu i go pocałowała. 
Konrad poczuł ciepło jej nagiej piersi na swoim ciele i nie opierał się, przynajmniej do chwili, 
gdy w czasie pocałunku próbowała mu wcisnąć do ust nieco grzy­bów. 
 

background image

Cofnął się, pijąc kolejny łyk wina. Trzymał puchar między nimi, jakby naczynie było tarczą, a 
Sybille nieprzyjacielem, którego trzeba poskromić. 
 
— Daj mi trochę twojego wina — powiedziała. Konrad podał jej swój puchar. — Ale nie tak 
— odsunęła od siebie kielich. — Najpierw ty się napij. Chcę je spróbować z twoich ust. 
 
Pokręcił głową i wreszcie uwolnił rękę, nie chcąc nawet jej dotykać. 
 
— Jesteś między przyjaciółmi — powiedziała Sybille. — Wszyscy tu je­steśmy przyjaciółmi 
— rozejrzała się. — Dlaczego nie mielibyśmy się przyłączyć do zabawy? 
 
Konrad zauważył, że on i Sybille byli właściwie jedynymi osobami, które jeszcze stały. Teraz 
w pokoju panowała niemal całkowita cisza. Wszyscy byli zajęci czymś zupełnie innym. 
Nieważne było, kto legł z kim. Dobosz i harfistka nie grali już na instrumentach, ale robili coś 
całkowicie odmiennego. Trzeci służący znajdował się w objęciach kogoś o równie 
nie­określonej płci. Taungar udowadniał, że służąca o różowych włosach po­trafi coś więcej 
niż tylko prowadzić gości przez pałacyk. Nawet kapitan Holwald w czasie krótkiej rozłąki z 
Sybille zdołał znaleźć sobie inne part­nerki. Ale nigdzie nie było ani śladu Zuntermeina, który 
powinien łatwo rzucać się w oczy. Jego nieobecność zaniepokoiła Konrada. 
 
Dłonie Sybille zaczęły błądzić po jego ciele. Odpychał ją, początkowo łagodnie, potem 
bardziej zdecydowanie. Wzruszyła ramionami, odwróciła się i szybko znalazła gorące 
przyjęcie gdzie indziej. 
 
Bez względu na to czy Zuntermein był czarodziejem, czy nie, nadeszła pora, by go odnaleźć i 
stawić mu czoło. Konrad ruszył przez pokój do miej­sca, gdzie za atłasowymi draperiami 
ukryte były drzwi. 
 
W tej samej chwili opadła zasłona po drugiej stronie pokoju, Podczas pierwszej wizyty 
Konrada była tam ściana, która teraz jednak zniknęła, od­słaniając ukryte pomieszczenie. 
 
I Zuntermeina. Stał na podwyższeniu przed wielkim posągiem swojego występnego boga, a 
przy nim znajdowała się dziewczyna — bez-bronna i naga. 
 
Nie była jednak Elyssą. 
 
W przeciwieństwie do dziewczyny na podwyższeniu, Elyssa była wy­soka, szczupła i 
długonoga. Jej włosy były grube, proste i kruczoczarne; dziewczyny natomiast krótkie, jasne, 
delikatne i falujące. Oblicze Elyssy było owalne, nos dość wydatny i prosty, ta zaś miała 
okrągłą twarz, mały i zadarty nos. Oczy Elyssy były tak czarne, że tęczówka i źrenica niemal 
nie różniły się barwą, a nie piwne. 
 
Przed Konradem stała nie Elyssa. 
 
To była Krysten...! 
 
  
 
*   *   * 
 

background image

Nieco później, zanim Konrad zdołał zareagować na ten widok, od tyłu mocno schwyciły go 
ramiona, całkowicie unieruchamiając. 
 
Ogromny posąg przedstawiał istotę na wpół męską, na wpół żeńską. Lewa strona jego 
humanoidalnego ciała posiadała męskie cechy, podczas gdy prawa należała niewątpliwie do 
kobiety. Na jego czaszce znajdowały się dwie pary rogów, sterczące spomiędzy długich, 
złotych włosów. Po­stać, ubrana w strój z jasnego aksamitu nałożonego na kaftan kolczy, 
trzymała w lewej dłoni jaspisowe berło, a w lewej mały sztylet. 
 
— Slaanesh! Slaanesh! Slaanesh! Slaanesh! Slaanesh! 
 
Niemal sparaliżowany Konrad popatrzył na monstrualny posąg. Był zarazem odpychająco 
brzydki, a jednak, w jakiś paradoksalny sposób, piękny. 
 
— Slaanesh! Slaanesh! Slaanesh! Slaanesh! Slaanesh! 
 
Wszyscy, którzy przed paroma zaledwie sekundami z zapałem uczestniczyli w orgii, teraz 
klęczeli i jak bluźnierczą modlitwę wyśpiewy­wali dwie sylaby imienia swojego duchowego 
pana i władcy. 
 
To właśnie oni tworzyli świętokradcze zgromadzenie, tu właśnie znaj­dowała się 
bałwochwalcza świątynia, a Zuntermein był pogańskim kapła­nem. 
 
Czarownik w dalszym ciągu miał na sobie ten sam strój jak po­przednio, ale już nie wyglądał 
w nim komicznie. Zmienił się w ple­miennego szamana odzianego w rytualne szaty. 
Świecidełka, które miał na sobie, stały się magicznymi talizmanami, makijaż — barwami 
wojen­nymi, peruka była identycznej barwy jak złota grzywa jego pana i stano­wiła oznakę 
religijnej władzy. 
 
— Slaanesh! Slaanesh! Slaanesh! Slaanesh! Slaanesh! 
 
— Slaanesh... 
 
Slaanesh, jedno z najpotężniejszych bóstw w panteonie Chaosu, był panem rozkoszy, bogiem 
hedonizmu i cielesnego pożądania. 
 
— Slaanesh! Slaanesh! Slaanesh! Slaanesh! Slaanesh! 
 
Konrad znał to imię i przypomniał sobie, że symbol obojnaczego bó­stwa stworzono z 
połączenia starodawnego znaku męskości i znaku kobie­cości — koła ze strzałą skierowaną 
do góry i w prawo oraz koła z umiesz­czonym na nim krzyżem. Ten właśnie motyw widniał 
na biżuterii wier­nych albo ich tatuażach. 
 
— Slaanesh! Slaanesh! Slaanesh! Slaanesh! Slaanesh! 
 
Ołtarz bóstwa rozwiązłości i deprawacji dominował nad postacią Zuntermeina i piętrzył się 
groźnie nad jego bezbronną ofiarą. 
 

background image

Krysten stała z opuszczoną głową przed śpiewającym tłumem. Wokół szyi miała owinięty 
łańcuch, a Zuntermein trzymał w dłoni jego drugi ko­niec, jakby była jakimś dzikim 
zwierzęciem, które musiał poskromić 
 
— Slaanesh! Slaanesh! Slaanesh! Slaanesh! Slaanesh! 
 
Zuntermein uniósł dłoń i śpiew umilkł. 
 
— Dotrzymałem obietnicy — oznajmił, spoglądając w dół, na Kon­rada. — Wiem, że byłbyś 
rozczarowany, gdybym tego nie zrobił. 
 
Konrad wierzył, że Krysten nie żyje, że zginęła tak samo jak pięć lat temu Elyssa. Sądził, że 
obie zostały zabite w Sigmarzeit, pierwszego dnia lata. Dzisiaj w nocy miał nadzieję zobaczyć 
Elyssę. A teraz, wiedział, że obie kobiety żyją... Przynajmniej na razie... 
 
— Zauważyłem, że sprawiasz wrażenie, jakby nasza gościnność nie­zbyt przypadła ci do 
gustu — rzekł Zuntermein, jakby on i Konrad byli zu­pełnie sami i prowadzili prywatną 
rozmowę. — Być może nie mamy do za­proponowania niczego, co mogłoby ci się spodobać. 
Mogę to zrozumieć. Każdy ma inne upodobania, jedni bardziej wyrafinowane, inni mniej. Ale 
pragniemy dostarczać naszym gościom takich przyjemności, jakich najbar­dziej pragną. Teraz 
już nie masz żadnych wymówek, Konradzie. Posia­damy dokładnie to, czym możemy cię 
kusić. 
 
Słysząc imię Konrada, Krysten po raz pierwszy się poruszyła. Uniosła lekko głowę i 
popatrzyła przed siebie. Gdy ujrzała Konrada, jej oczy roz­szerzyły się i zrobiła krok do 
przodu. Mogła przesunąć się tylko tyle, po­nieważ łańcuch ograniczał jej ruchy. Wyciągnęła 
do niego ręce. 
 
— Konradzie — szepnęła błagalnie. — Konradzie. 
 
— Puść ją! — wrzasnął i po raz pierwszy zaczął wyrywać się z uścisku ramion, trzymających 
go za kark i kończyny. Prawie nie mógł się poru­szać, zupełnie jakby całe jego ciało też 
skrępowane było łańcuchami. Jego przeciwnicy byli mistrzami w obezwładnianiu. Byli wśród 
nich Taungar i Holwald. 
 
— Nie bądź głupi — oznajmił Zuntermein. — Zadałem sobie wiele trudu z twojego powodu, 
Konradzie. Powinieneś być mi bardzo zobowią­zany, chociaż, jak sądzę, na twoją 
wdzięczność nie mogę liczyć. Czyż nie jesteś rad, że ponownie widzisz swoją przyjaciółkę? 
 
— Czy nic ci się nie stało? — zamiast dopowiedzieć magowi-kapła­nowi, Konrad zwrócił się 
z pytaniem do dziewczyny. Zdawał sobie sprawę, że to, co mówi, jest zupełnie bez sensu, ale 
nie mógł wymyślić niczego in­nego. 
 
Krysten pokręciła głową, ale jej gest świadczył raczej o dezorientacji niż był próbą 
odpowiedzi. 
 
— Myślałam — odezwała się. — Myślałam... — patrzyła na Konrada, a po jej policzkach 
spływały łzy. Wytarła je czubkami palców. 
 

background image

— Puść ją! — wrzasnął ponownie. Uświadomił sobie, że tylko tego pra­gnie i jego żądanie 
wcale nie jest bez sensu. 
 
— Wyobrażam sobie, Konradzie, jak bardzo się cieszysz widząc, że twoja piękna 
przyjaciółka jest bezpieczna. Mam wrażenie, że nie widziałeś jej od dosyć dawna, prawda? A 
to oznacza, że macie wiele do nadrobienia. Zapewne cudownie byłoby pocałować ją znowu, 
przytulić. Pomyśl o cze­kającej cię przyjemności. Sądzę, że powinieneś nam pokazać, jak 
bar­dzo ci jej brakowało. 
 
Konrad patrzył na niego, doskonale zdając sobie sprawę z tego, co mag ma na myśli. 
Oczekiwano od niego, że będzie się zachowywał w rów­nie nieskrępowany sposób jak 
wszyscy pozostali goście. Konrad przysiągł, że uczyni wszystko, aby ocalić Elyssę, ale 
odnosiło się to również do Kry­sten. Zamierzał spełnić każde polecenie, chociaż zdawał sobie 
sprawę, że bez względu na to, jak bardzo poniży siebie i Krysten, Zuntermein nie ma zamiaru 
pozwolić im dożyć świtu. 
 
Opuścił oczy i skinął głową. 
 
— Cokolwiek każesz — rzekł cicho. 
 
— Wiedziałem, że mnie zrozumiesz — stwierdził Zuntermein. — Przyprowadźcie go tutaj. 
 
Konrada popchnięto w stronę stopni prowadzących na podwyższe­nie. Przypomniał sobie, że 
gdy był jeńcem bandy Kastringa schwytała ona grupkę maruderów wyznających inne bóstwo. 
Ci, którzy więzili Konrada, byli wyznawcami Khorne'a, a tamci — Slaanesha. Czciciele boga 
krwi i ci, którzy wielbili boga rozkoszy, byli zaprzysięgłymi wrogami, albowiem za­sady ich 
wiary diametralnie się różniły. 
 
Kastring przygotowywał dla wyznawców Slaanesha bardzo specjalny rodzaj śmierci, 
zadbawszy, aby umierali o wiele dłużej i w większych cier­pieniach niż którakolwiek z ofiar, 
które jego podwładni tak regularnie skła­dali łowcy dusz. Wyznawcy dwóch bóstw 
nienawidzili się i pogardzali sobą nawzajem — a sami bogowie wiecznie toczyli walkę, 
rywalizując o władzę nad królestwem Chaosu. 
 
Zuntermein z trudnością odciągnął Krysten na kraniec ołtarza. Wsunęła dłonie pod łańcuch, 
dzięki czemu metalowe ogniwa nie wrzynały się jej w gardło, natomiast, aby utrzymać 
Konrada przy krawędzi podwyż­szenia, potrzebne były trzy pary silnych rąk. 
 
— Przytrzymajcie ją — rozkazał Zuntermein i jeden z ludzi obez­władniających Konrada 
rozluźnił chwyt i podszedł do maga, aby wziąć od niego łańcuch Krysten. 
 
— Mówisz szczerze? — zapytał mag, podchodząc wolno do Konrada. — Rzeczywiście masz 
zamiar zademonstrować swoje uczucie do niej... do nas? 
 
W głowie Konrada tkwiło dotąd tylko jedno — w jaki sposób zabić Zuntermeina. Na razie 
jednak rozpaczliwie starał się zmienić bieg swoich myśli — wyobrazić sobie, że razem z 
Krysten spełniają perwersyjne żą­danie maga. 
 

background image

Zuntermein oparł dłoń o nagi tors Konrada i był to lodowato zimny dotyk. Konrad czuł, jak 
ciepło opuszcza jego ciało, ale nie było to istotne. Ważne było jedynie to, co czarownik 
wykradał z jego umysłu. 
 
— Nie powinieneś był próbować mnie oszukać — westchnął Zunter­mein, robiąc krok do 
tyłu. — Chciałeś wyrządzić mi krzywdę! — pokręcił ze smutkiem głową. — Cóż za 
przykrość. Gdy spotkaliśmy się po raz pierwszy, miałem nadzieję, że zostaniemy dobrymi 
przyjaciółmi. Niestety, nic z tego. A więc, jeżeli nie uczynisz tego, czego od ciebie żądam... 
 
— Nie! — krzyknął Konrad. 
 
— Tak — uśmiechnął się Zuntermein. 
 
Konrad znowu zaczął się szarpać. Teraz trzymało go tylko dwóch lu­dzi, ale czuł się o wiele 
słabszy, zupełnie jakby mrożący krew dotyk cza­rownika pozbawił go również sił. 
 
Bezradnie obserwował, jak Zuntermein wolnym krokiem przechodzi przez podest, kierując 
się w stronę Krysten. Dziewczyna próbowała przed nim uciec, ale mężczyzna trzymający 
metalową smycz nie pozwalał jej się cofnąć. Uderzyła czarownika, ale nie zwracając uwagi 
na jej ciosy wycią­gnął rękę, aby pogłaskać ją po policzku. Po tym dotknięciu zaprzestała 
go­rączkowych ruchów i się uspokoiła. Ręce Krysten ciągle się poruszały, ale w bardzo 
zwolnionym tempie. 
 
Zuntermein spojrzał na Konrada. 
 
— Jest rozkosz w rozkoszy — rzekł. — I jest rozkosz... 
 
Sięgnął do góry, do lewej dłoni potężnego posągu i wyjął z niej sztylet. W ręku maga nóż nie 
wydawał się już taki mały, ponieważ broń zo­stała wykonana na ludzką miarę. Był to sztylet 
gwardii cesarskiej i Konrad wiedział, że jest to jeden z tych, które miał przy sobie. 
 
— ...w bólu! 
 
— Nie! — z ust Konrada wyrwał się pełen cierpienia wrzask. 
 
— Slaanesh, Slaanesh — zebrani znowu zaczęli wyśpiewywać imię swojego obrzydliwego 
bóstwa. Ich początkowo ciche głosy narastały do crescendo, aż wreszcie rozbrzmiewały 
głośniej niż poprzednio. — Sla-anesh! Slaanesh! Slaanesh! Slaanesh! Slaanesh!!! Slaanesh!!! 
 
Zuntermein podszedł do Krysten, której dłonie wciąż unosiły się wolno, próbując go 
odepchnąć. Skinął głową mężczyźnie, który zdjął z jej szyi łańcuch i odsunął się na bok. 
Mag-kapłan pochylił się nad dziewczyną i szepnął jej coś na ucho. Potem pocałował ją w oba 
policzki — i podał jej nóż... 
 
— Slaanesh! Slaanesh! Slaanesh! Slaanesh! Slaanesh! 
 
Przez chwilę Konrad nie zdawał sobie sprawy z tego, co się dzieje. Oczekiwał, że Zuntermein 
użyje noża, aby torturować Krysten. Ale teraz ona miała sztylet. Jej szkliste, niewidzące oczy 
opętanej skierowały się w stronę Konrada i dziewczyna wolno ruszyła w jego stronę, unosząc 
do góry ostrze. 

background image

 
Znajdowała się pod władzą Zuntermeina i mag na pewno kazał jej zabić Konrada! 
 
— Krysten! — zawołał. — Krysten! 
 
Wiedział jednak, że jego wołanie nie wystarczy, by wyrwać dziew­czynę z hipnotycznego 
transu. Znowu spróbował się uwolnić, ale był rów­nie bezsilny jak Krysten. Oboje byli 
więźniami Zuntermeina. Konrad już nie kontrolował swojego ciała, a dusza Krysten była 
podporządkowana czarownikowi. 
 
— Slaanesh! Slaanesh! Slaanesh! Slaanesh! Slaanesh! 
 
Krysten przysunęła się do Konrada. Z każdym jej krokiem zbliża się śmierć. W 
najokrutniejszej postaci — śmierci z ręki kochanki. 
 
Uświadomił sobie, że po to właśnie został tu zwabiony. Aby zginąć, złożony w ofierze 
władcy rozkoszy. 
 
— Slaanesh! Slaanesh! Slaanesh! Slaanesh! Slaanesh! 
 
Dziewczyna zatrzymała się metr przed Konradem. W wyciągniętej ręce trzymała nóż 
skierowany w jego gardło. Jej twarz była zupełnie bez wyrazu, oczy patrzyły nic nie widząc. 
 
— Krysten! — krzyknął ponownie. 
 
Mrugnęła i dłoń z nożem drgnęła lekko. 
 
Szepnęła coś. Konrad pomyślał, że jest to jego imię, ale słowo zostało zagłuszone rytualnym 
zaśpiewem. 
 
— Slaanesh! Slaanesh! Slaanesh! Slaanesh! Slaanesh! 
 
— Krysten! 
 
I nagle dziewczyna odzyskała całkowicie panowanie nad swoim cia­łem i umysłem. Jej 
kończyny utraciły nienaturalną sztywność i Krysten uśmiechnęła się przelotnie. Powtórzyła 
jeszcze raz to słowo, tym razem o wiele głośniej. I wreszcie wykrzyknęła je na całe gardło, 
Jednocześnie trzymane przez nią ostrze opadło na pierś Konrada. 
 
— KHORNE...! 
 
  
Rozdział szósty  
 
  
 
— KHORNE...! 
 
Czubek ostrza ciął na ukos przez pierś Konrada, pozostawiając krwawą ranę. 
 

background image

Gdy w sali rozbrzmiało imię znienawidzonego boga-rywala, pełen przejęcia chór akolitów 
zamilkł gwałtownie, a Konrad poczuł, że przytrzy­mujące go dłonie rozluźniły uchwyt... A 
wtedy się wyswobodził. 
 
Wbił lewy łokieć w twarz Taungara, miażdżąc nos sierżanta, który wrzasnął z bólu, zrobił 
krok do tyłu i spadł na stłoczony pod nim tłum. 
 
Holwald trzymał prawe ramię jeńca nieco dłużej, do momentu gdy Konrad z półobrotu 
uderzył go pięścią w krtań, zgniatając ją jednym potęż­nym ciosem. Ofiara nie była w stanie 
nawet jęknąć z bólu, a Konrad wsu­nął mu kant dłoni pod podbródek i szarpnął gwałtownie 
do tyłu. Kark Hol­walda pękł z obrzydliwym trzaskiem i kapitan umarł, zanim jeszcze 
do-tknął podłogi. 
 
Mężczyzna, który trzymał łańcuch Krysten, rzucił się w jej stronę. Twarz miał wykrzywioną 
grymasem nienawiści, palce wyciągniętych dłoni były zakrzywione niczym szpony. 
Dziewczyna nie poruszyła się od chwili, gdy cięła Konrada nożem, ale teraz się obróciła. 
Zrobiła niewielki unik, a potem wbiła sztylet w brzuch atakującego ją wyznawcy Slaanesha. 
Stęk­nął z bólu i zaskoczenia i po chwili przewrócił się na ziemię, wyszarpując nóż z dłoni 
Krysten. 
 
Zabiła fanatyka dokładnie według wskazówek Konrada, który jakiś czas temu uczył ją bronić 
się przed napaścią. Spojrzał na dziewczynę, ale jej twarz zmieniona była nie do poznania. Jej 
rysy wykrzywiał pełen wro­gości grymas pozbawiony nawet cienia dawnej niewinności. 
Uwolniona od zaklęcia Zuntermeina, znajdowała się pod władzą o wiele potężniejszej mocy. 
 
Chociaż krew spływała po piersi Konrada, nie czuł żadnego bólu. Od­niósł już wiele 
poważniejszych ran. Gdyby chciała go zabić, mogła zrobić to szybkim i celnym ciosem w 
serce. Była to kolejna umiejętność, której ją nauczył. 
 
Ale wcale nie pragnęła śmierci Konrada — ale jego krwi... 
 
— Khorne...! — zawołała ponownie, unosząc do góry dłonie w modli­twie do boga krwi. 
 
Konrad wyczuł jakiś ruch nad swoją głową i spojrzał w górę, Posąg Sla­anesha wydawał się 
migotać. Jego kształty rozpływały się, rysy zmieniały, a na podium zaczęła zstępować inna 
ogromna postać. Odziana była w spi­żową zbroję, siedziała na tronie ustawionym na kościach 
swoich ofiar, trzymała potężny topór bojowy i tarczę ze znakiem w kształcie X. 
 
Przypomniał sobie, jak niedawno stał przed podobnym ołtarzem. Wtedy dziewczyna-zwierzę 
o imieniu Silk ostrzem noża nakreśliła iden­tyczny runiczny krzyż na piersi jednego z jeńców 
Kastringa... 
 
Dotknął piersi, czując ciepłą wilgoć spływającą z rany, jakby i sam składał ofiarę bogowi 
śmierci i cierpienia. 
 
Wydawało się, że czas zamarł, rozciągając się w nieskończoność. Kry­sten spojrzała na 
Konrada i ich oczy wreszcie się spotkały. Wydawało się, że jej źrenice płonęły czerwienią, 
jakby sam Khorne dawał Konradowi szansę złożenia przysięgi krwi... A więc jedynym 
sposobem ucieczki przed wyznawcami Slaanesha jest przyłączenie się do ich najbardziej 
znienawi-dzonego wroga? 

background image

 
Puls bił mu gwałtownie, serce łomotało i krew zaczęła obficiej sączyć się z rany. 
 
Krysten stała się jedną z wyznawczyń Khorne'a. Wszystkie pragnie­nia Konrada przebudziły 
się ponownie, gdy przypomniał sobie namięt­ności, które z nią dzielił. Pragnął być z nią 
znowu, mniejsza o to, za jaką cenę; chciał również uciec ze świątyni Slaanesha, również bez 
względu na cenę. 
 
A jednak coś go powstrzymywało: świadomość tego, jak wysoka by­łaby ta cena. Zdawał 
sobie sprawę, że byłoby to coś więcej niż jego życie. 
 
Krysten uśmiechnęła się, przyzywając go gestem. 
 
A potem krzyknęła. 
 
Nie był to jednak krzyk uwielbienia, skierowany do czczonego przez nią obrzydliwego 
bóstwa, ale wrzask wywołany najstraszliwszym bólem. Całe ciało dziewczyny skuliło się 
ogarnięte spazmem cierpienia i Krysten runęła na podłogę, wijąc się w drgawkach. 
 
Dokonał tego Zuntermein. Wystarczyło parę sekund i czarownik po­nownie spętał 
dziewczynę swą magiczną mocą. 
 
Khorne został odegnany. Ołtarz Slaanesha znowu stał się widoczny i lada chwila Zuntermein 
mógł rzucić czar na Konrada. A przeciwko tego rodzaju magicznym atakom nie był w stanie 
się obronić. 
 
Zaczął działać natychmiast. Nie miał broni, a zarazem nie chciał do­tknąć czarownika gołymi 
rękami, obawiając się magii, która mogłaby prze­płynąć pomiędzy ich ciałami. Wyskoczył w 
górę, w stronę jaspisowego berła, które posąg Slaanesha trzymał w prawej dłoni. Konrad 
wyszarpnął pokryte kunsztownymi rzeźbami i zwieńczone symbolem berło z dłoni po­sągu, 
po czym skoczył na Zuntermeina, który wznosił właśnie ręce, aby rzucić następne zaklęcie. 
 
Zanim mag zdołał wypowiedzieć choćby jedną sylabę inkantacji, Kon­rad uciszył go, 
wbijając trzonek berła w jego usta, a potem wepchnął go do gardła. 
 
I przekonał się, że maga można zabić równie łatwo jak zwykłego czło­wieka. Byli śmiertelni, 
a więc mogli umrzeć. 
 
Zuntermein umarł. 
 
Przed chwilą dźwięk wykrzykniętego nagle imienia wrogiego bóstwa sprawił, że tłum 
wiernych umilkł i znieruchomiał. Teraz jednak wszyscy odzyskali głosy i zdolność 
poruszania się. Fanatycy wspinali się już na podwyższenie, wywrzaskując swoją żądzę krwi. 
Konrad cisnął zwłoki Zuntermeina w stronę schodów, przewracając kilku napastników. 
 
Wyszarpnął nóż z ciała ofiary Krysten i rzucił się do przodu, atakując dwóch pierwszych 
mężczyzn, którzy zdołali wedrzeć się na podium. Je­den runął, a z jego rozchlastanego gardła 
trysnęła fontanna krwi. Drugi upadł z wyrwanym z dłoni Konrada sztyletem tkwiącym w 
sercu. 
 

background image

Chociaż żaden z jego przeciwników nie miał broni, fanatyków atako­wało zbyt wielu, aby 
można się było z nimi uporać w pojedynkę. Tego ro­dzaju dysproporcja sił rzadko kiedy 
zniechęcała go do walki, ale teraz jego umysł zaprzątało co innego. Musiał wydostać stąd 
Krysten. 
 
Spojrzał na wiszący w górze kandelabr, na tkwiące w nim świece i ich czerwone płomienie, a 
następnie przeniósł spojrzenie na atłasowe zasłony okrywające ściany tajemnej świątyni. 
 
Konrad odwrócił się w stronę ołtarza i jeszcze raz skoczył na gigan­tyczny posąg. Tym razem 
jednak schwycił palec Slaanesha, podciągnął się po kończynach figury jak po stopniach, 
wspiął na rogatą głowę bóstwa i stamtąd sięgnął w stronę bogato zdobionej lampy. 
Znajdowała się metr poza zasięgiem jego ręki, więc Konrad rzucił się w górę, chwytając za jej 
dolną krawędź. Połączony ciężar lampy i jego ciała wyrwał łańcuch, na któ­rym była 
umocowana do sufitu, i Konrad razem z nią runął w dół. Spadł na stojących pod nim 
fanatyków, ściągając na nich ciężką lampę. Tam, gdzie rozsypały się odłamki kryształu, 
znowu trysnęła krew. 
 
Większość świec zgasła w chwili upadku, ale kilka paliło się dalej. Bijąc i kopiąc, Konrad 
uwolnił się i wyszarpnął dwie świece z gniazd, w któ­rych były osadzone. Trzymając je w 
dłoniach, podbiegł do jednej ze ścian i przyłożył płomień do draperii. Materiał natychmiast 
zajął się ogniem, który w ciągu kilku chwil gwałtownie się rozprzestrzenił. 
 
Oderwawszy z następnej zasłony kawał aksamitu, Konrad zwinął go w kulę i zapalił od 
szalejących płomieni. Gdy cisnął go przez całą szero­kość pomieszczenia, materiał rozpalił 
się mocniej, jak wystrzelona z bali­sty beczka ze smołą, a draperie na przeciwległej ścianie 
również zaczęły się palić. 
 
Okrzyki pełne nienawiści bardzo szybko zmieniły się w rozpaczliwe wrzaski strachu. 
Fanatycy, zamiast atakować Konrada, próbowali uniknąć płomieni. Nie wszystkim udało się 
jednak wystarczająco szybko usunąć na bok. Przeciw nim Konrad używał gołych dłoni 
zamiast broni. Nie sprawiało mu różnicy czy przeciwnikiem jest mężczyzna, czy kobieta. 
Wszyscy stawali się ofiarami Konrada przedzierającego się z powrotem na podium i do 
Krysten. 
 
Leżała na wznak. Jej oczy były otwarte, powieki nieruchome. Nad­przyrodzony atak 
Zuntermeina nie pozostawił żadnych widocznych obra­żeń i dziewczyna wciąż jeszcze żyła. 
 
— Konrad — westchnęła, gdy ukląkł obok niej. — Myślałam, że nie ży­jesz... 
 
— Nie umarłem — odparł, wsuwając ręce pod jej kolana i plecy. — Ty również nie umrzesz 
— obiecał. 
 
Krysten jęknęła z bólu, gdy Konrad ją podnosił. Przeniósł ją obok ołta­rza, w dół po 
schodach, przez kłębiący się dym, i w stronę płomieni. Pło­nęły już nie tylko zasłony, ogień 
ogarnął wszystko. Wewnątrz świątyni pa­nował absolutny chaos. Obok Konrada przebiegł 
oszalały fanatyk z płoną­cymi włosami. Inni rozpaczliwie szarpali na sobie palące się szaty, a 
straszliwy żar pokrywał ich ciała pęczniejącymi pęcherzami. 
 
Draperie na ścianach spaliły się, odsłaniając drzwi na korytarz. Przy nich zgromadziła się 
grupa fanatyków, ale straszliwy żar uniemożliwiał im dalszą ucieczkę. Przepychali się do 

background image

przodu, ale natychmiast cofali się szybko na środek sali — jedynego miejsca nie objętego 
jeszcze płomie­niami. Pożar szalał wzdłuż ścian, a języki ognia już lizały łapczywie pod­łogę 
i sufit. 
 
Świątynia pełna była dymu i smrodu palących się ciał. Rozbrzmiewały przeraźliwe wrzaski i 
huk pożogi. 
 
Jeszcze chwila i ogień zniszczy już wszystko. 
 
Konrad przeniósł Krysten przez płomienie, które w tym momencie jakby się rozstąpiły. Na 
chwilę powstała droga, ścieżka, którą tylko on był w stanie wyczuć i która nie stanowiła 
części tego pokoju, Atldorfu, czy na­wet tego świata... 
 
Szedł pomiędzy sczerniałymi zwłokami wrogów w stronę jedynego miejsca w sali, którego 
nie ogarnął jeszcze ogień. Gdy dotarł do drzwi, otworzył je kopniakiem i wyszedł do 
znajdującego się za nimi korytarza. Był bezpieczny. 
 
Drzwi zatrzasnęły się za nim z hukiem. Chwilę przedtem Konrad wi­dział ogromny stos 
pogrzebowy i był świadkiem straszliwej śmierci w pło­mieniach wszystkich, których uwięziła 
pożoga. 
 
Uświadomił sobie, że drzwi musiały zostać zatrzaśnięte przez prze­ciąg wywołany 
gwałtownym napływem powietrza wciąganego przez szale­jące w pomieszczeniu piekło, ale 
jednocześnie wiedział, że skazanych na zagładę wyznawców Slaanesha uwięziło coś więcej 
niż ogień. Jakaś groźna siła trzymała ich wśród płomieni, uniemożliwiała ucieczkę, a jednak 
po­zwoliła mu wyjść i wynieść Krysten. I chociaż żar płomieni był straszliwy, nie osmalił mu 
wet włosów. 
 
Gdy znaleźli się w korytarzu, nagle zapanowały spokój i cisza. Nie do­latywał tu nawet swąd 
spalenizny. Można było odnieść wrażenie, że pożar szaleje gdzieś daleko stąd. Podtrzymując 
Krysten jedną ręką, dotknął dło­nią ściany i cofnął ją gwałtownie. Drewniana boazeria byłą 
gorąca, bardzo gorąca. Konrad zrozumiał, że lada chwila ogień wyrwie się zza otaczają­cych 
ich ścian. 
 
Przeszedł na koniec korytarza i położył dziewczynę na stosie ubrań. Skrzywiła się z bólu. Do 
tej pory oczy miała zamknięte, teraz jednak otworzyła je znowu i uśmiechnęła się na widok 
Konrada. 
 
— Cieszę się, że żyjesz — powiedziała cicho. 
 
— A ja, że ty żyjesz — odparł i pocałował ją w czoło. 
 
Uniosła głowę i objąwszy go za szyję przyciągnęła do siebie, aby poca­łował ją w usta — i 
poczuł smak ciepłej krwi. Spojrzał na swoje ręce i zoba­czył, że są nią pokryte. Przez chwilę 
myślał, że pochodzi ona z jego ran, ale nagle uświadomił się, że to krew Krysten. Przy ołtarzu 
odniósł wrażenie, że oczy Krysten są czerwone, ale teraz całe jej ciało przybrało tę barwę. 
Wyglądała jakby ktoś obdarł ją żywcem ze skóry. 
 
— Musimy iść — powiedział, uwalniając się z jej objęć, i wstał. 
 

background image

Uśmiechnął się, chcąc w ten sposób ukryć przed nią swój niepokój. Rozejrzał się, szukając 
dla niej jakiegoś okrycia, i znalazł najpierw jeden, a potem drugi płaszcz z zielonego 
aksamitu. Takie płaszcze nosili dworza­nie w pałacu, ale dotychczasowi właściciele na pewno 
nie będą już ich po­trzebowali. Konrad owinął nimi Krysten. 
 
Rozchyliła usta do następnego pocałunku i Konrad spełnił jej życze­nie. Tym razem krwi 
było jeszcze więcej. 
 
— Dlaczego mnie opuściłeś? — zapytała. I umarła. 
 
Konrad z niedowierzaniem spojrzał na jej ciało. Zdjął z policzka Kry­sten luźne pasemko 
blond włosów, otarł krew z twarzy i po raz ostatni do­tknął czubkami palców warg. A potem 
naciągnął jeden z aksamitnych płaszczy na głowę dziewczyny i otulił ją nim, jakby układał do 
snu. 
 
Wstał, odnalazł swoją odzież i szybko się ubrał. Drugi sztylet wciąż tkwił w cholewie jego 
buta. 
 
Krysten odeszła, pozostało jedynie jej ciało. Konrad położył resztę ubrań na zwłoki i wokół 
nich, a potem wyjął świecę z kinkietu i podpalił stos odzieży. Następnie ruszył korytarzem 
dalej, przykładając płomień do gobelinów i wszystkiego, co mogło się palić. Wreszcie dotarł 
do prowadzą­cych na zewnątrz drzwi. Wyszedł w noc. 
 
Tu czekał już na niego młodziutki służący. Trzymał w ręku włócznię i gwałtownym 
pchnięciem usiłował trafić Konrada w brzuch. Ten zrobił krok w bok i schwycił przesuwające 
się obok jego biodra drzewce. Szarpnął, przyciągając chłopaka do siebie, prosto na klingę 
sztyletu. 
 
Służący jęknął z bólu, gdy ostrze wbiło się w jego pierś. A kiedy uświadomił sobie, że 
umiera, z jego ust wyrwał się okrzyk rozpaczy. 
 
Konrad zabił go. Wolno, z zimną krwią i bez litości. Zadawał ciosy raz za razem, aż biała 
liberia stała się całkowicie czerwona. Dopiero wtedy strącił kopniakiem ciało do fosy, której 
wody zabarwiły się wypływającą krwią. 
 
Następnie przeszedł przez ogród otaczający dwór Zuntermeina. Gdy dotarł do bramy, obejrzał 
się. Ten ogień był o wiele bardziej widowiskowy niż pożar wartowni. 
 
  
 
*   *   * 
 
Konrad poznał Zuntermeina po spotkaniu w karczmie z Taungarem. Młoda służąca 
przypomniała mu Krysten i dlatego, gdy mag sondował jego umysł, odnalazł w nim Krysten. 
 
I dzięki temu, po trwającej tak wiele miesięcy rozłące, Konrad ponow­nie się z nią spotkał. 
 
„Nie istnieje coś takiego jak przypadek” — często powtarzał Wilk. Albo to twierdzenie było 
prawdą, albo jego odwrotność: miało miejsce zbyt wiele przypadków. Wydarzyło się zbyt 
wiele rzeczy, które nie sposób było przypisać ślepemu trafowi. Tak wiele splatających się ze 

background image

sobą zda­rzeń mogło stanowić jedynie część jakiegoś większego wzoru, ale Konrad 
znajdował się zbyt blisko, aby odnaleźć w nim swoje miejsce. 
 
Po powrocie ze świątyni krasnoludów, którą odkryli wspólnie w Wil­kiem i Anvilą, Konrad 
przekonał się, że przygraniczna kopalnia została zniszczona, a wszyscy jej mieszkańcy zabici 
lub wzięci do niewoli. Wyglą­dało na to, że ocalał tylko jeden człowiek, jednoręki mężczyzna 
o imieniu Heinler, który jednak w rzeczywistości był skavenem Gaxarem. Szary Mag 
przybrał postać górnika i zniszczył wieże obserwacyjne, umożliwiając na­jeźdźcom skryte 
podejście do umocnionej osady. 
 
Nie znalazłszy wśród ruin ciała Krysten, Konrad uznał, że stała się jeń­cem pogańskich hord. 
Tropiąc łupieżcze armie, wyjawił Gaxarowi, że po­wodem jego pościgu jest chęć 
odnalezienia i ocalenia porwanej dziew-czyny. 
 
Wtedy Gaxar go ogłuszył. A gdy Konrad się ocknął, był jeńcem bandy czcicieli Khorne'a. 
Krysten została pojmana w kopalni przez inną grupę wyznawców Khome'a i odebrano jej coś 
więcej niż ciało. Zdeprawowano ją, skłoniono, aby zaczęła oddawać cześć krwawemu 
bogowi. A potem, w jakiś sposób, dostała się w ręce Zuntermeina. 
 
Konrad uciekł z oddziału Kastringa zakładając zbroję spiżowego wo­jownika, rycerza 
nazywanego przez Wilka bratem bliźniakiem. Była to ta sama postać, którą Konrad i Elyssa 
widzieli przejeżdżającą przez wioskę dzień przed tym, jak rój oszalałych zwierzołaków 
całkowicie zniszczył wszystkich i wszystko w obrębie doliny. 
 
Ze spiżowego więzienia uwolnił Konrada Litzenreich. Także przez Lit­zenreicha Gaxar stracił 
prawą łapę. To właśnie czarownik przekonał Kon­rada, że po zniszczeniu gniazda 
skaveńskiego maga przez wojska Midden­heimu Gaxar musiał skierować się do Altdorfu. 
 
I rzeczywiście, Szary Prorok znalazł się w stolicy Cesarstwa — podob-nie jak Elyssa... 
Czaszkolicy... i Krysten. 
 
Nie było czegoś takiego jak przypadek. 
 
Konrad miał wrażenie, że zaplątał się w gigantyczną sieć i przez cały czas gmatwa się w niej 
coraz bardziej. Pajęcze nici wydawały się łączyć wszystkich ludzi, których kiedykolwiek znał 
— zarówno wrogów, jak i przyjaciół. 
 
Elyssę i Kastringa; Kastringa i Gaxara; Gaxara i Krysten; Krysten i Zuntermeina... 
 
Wilka i spiżowego rycerza; spiżowego rycerza i Litzenreicha... 
 
Elyssę i Czaszkolicego; Czaszkolicego i Gaxara... 
 
Srebrne Oko i złoty herb; złoty herb i Elyssę... 
 
Przypadek... 
 
Tak wielu z nich znalazło się w głębokich lochach pod Altdorfem: Lit­zenreich, Gaxar, 
Srebrne Oko, Elyssa, Czaszkolicy... 
 

background image

I on sam. 
 
Nie łączyła ich ze sobą tylko pojedyncza nić. Każdego wiązało kilka krzyżujących się, 
powiązanych w różnoraki sposób splotów. I niezależnie od tego, gdzie rozpoczynał swoje 
poszukiwania, za każdym razem wracał do punktu wyjścia. 
 
Chaos... 
 
Był pionkiem Chaosu rzuconym bezradnie na łaskę wiatrów losu, ka­wałkiem drewna 
dryfującego tam, gdzie zechcą ponieść go prądy i fale morskie, wyrzucanym na jakiś obcy 
brzeg, a następnie porywanym następ­nym przypływem. Wierzył, że przybycie do Altdorfu 
było jego własną de­cyzją, ale się mylił. Wszystko, co czynił było graniem roli, którą 
wyzna­czyło mu przeznaczenie. 
 
A poza tym stał się stworzeniem mroku, odmienionym przez spaczeń znajdujący się w 
spiżowych okowach, które tak długo go więziły. Później jeszcze bardziej został skażony przez 
nową dozę tej piekielnej substancji użytej przez Litzenreicha do wydostania go ze zbroi. 
 
Zuntermein rozpoznał piętno, jakie Chaos wycisnął na Konradzie. Konrad zaś wiedział, że 
nigdy nie zdoła uciec przed tym piętnem. Skaveni nawet węchem potrafili wyczuć 
przesycający jego ciało spaczeń. 
 
Czy kiedy Krysten wykrzyknęła imię łowcy dusz, rzeczywiście przywo­łała wizję krwawego 
władcy? Przez kilka chwil Konrad wierzył, że na ołta­rzu widzi Khorne'a i czuł wtedy, jak 
coraz bardziej pragnie złożyć hołd jego przeklętym mocom. Czyżby okrutne bóstwo przydało 
mu jakąś po­gańską potęgę, która pozwoliła mu uciec? 
 
Tym razem było inaczej niż wówczas, gdy walczył z jaskiniowymi go­blinami w starożytnej 
świątyni krasnoludów pod górami Kislevu. Teraz nie czuł w sobie żadnej ożywiającej go 
nieludzkiej mocy. Kiedy zabijał Zuntermeina i walczył przeciwko wyznawcom Slaanesha, nie 
miał wra­żenia, że został jakoś odmieniony. To jego własna nienawiść przydała mu sił 
niezbędnych do walki z pogańskimi wrogami. 
 
Jednak uciekł razem z Krysten ze skazanej na zagładę świątyni, gdy tymczasem wszyscy inni 
zginęli. Nie mógł zaprzeczyć, że odniósł wra­żenie, że jakaś nadnaturalna siła pomogła mu 
przetrwać, przeprowadza­jąc go całego i zdrowego przez zabójcze płomienie. 
 
Czy ocalił go właśnie krwawy bóg po to, aby następnie zażądać za swoją pomoc ofiary, którą 
stałą się Krysten? 
 
Konrad nie mógł znać odpowiedzi i nie miał zamiaru zastanawiać się nad tym problemem. 
Ani teraz, ani nigdy. 
 
Przede wszystkim musiał wydostać się z Altdorfu. Sieć oplątywała go coraz mocniej, 
wciągając go do środka, gdzie czekało na niego to, co miało być jego przeznaczeniem. 
Dlatego musiał koniecznie opuścić stolicę. 
 
Wiedział, że może uciec z miasta bez najmniejszej trudności i zdawał sobie sprawę, że 
najrozsądniej byłoby zabrać przed odejściem nieco kosztowności Zuntermeina. Uważał 

background image

jednak, że w całym pałacyku była tylko jedna cenna rzecz. Przez wiele miesięcy wierzył, że 
Krysten umarła. Teraz stało się to prawdą. 
 
A kiedy opuszczał miasto, przemykając się w nocy obok straży jak cień, był pewien, że nigdy 
już tu nie powróci. 
 
  
Rozdział siódmy  
 
  
 
Mógł udać się wszędzie, gdzie miał ochotę, do każdego miejsca w Im­perium albo poza nim 
— ale nigdzie nie chciało mu się iść ani nic robić. 
 
Jego jedynym zawodem była wojaczka i mógłby poszukać pracy jako najemnik w dowolnym 
kraju znanego świata. Zawsze toczono jakieś wojny i bitwy, zawsze trzeba było walczyć, 
zabijać, grabić i niszczyć. Mógłby wrócić do Kislevu, dalej brać udział w wiecznej bitwie 
przeciwko najazdowi armii z Północnych Pustkowi. Na granicy przynajmniej wia­domo było 
kim są nieprzyjaciele — nie tak jak w Altdorfie. 
 
W stolicy dworzanie Karla-Franza mogli być fanatykami Slaanesha, a przyboczną gwardią 
cesarza dowodzili wyznawcy Chaosu. 
 
Konrad chciał znaleźć się możliwie jak najdalej od Altdorfu, panują­cych tu zdrad i intryg, ale 
część jego istoty wciąż pozostawała w murach ce­sarskiej stolicy. 
 
Była to pamięć o Elyssie, krótki moment, gdy ich oczy spotkały się, za­nim prąd 
podziemnego potoku uniósł go z jaskini. Dziewczyna tak długo była ważną częścią jego 
życia, że nie był w stanie usunąć jej ze swojego umysłu. Do niedawna był przekonany, że 
zginęła. A teraz, kiedy wiedział, że ocalała, coraz więcej czasu poświęcał na rozmyślania o 
niej. 
 
Konrad znajdował się w identycznej sytuacji jak przed pierwszym spo­tkaniem z Elyssą. 
Wtedy jego jedynym dobytkiem było ubranie i nóż. W chwili obecnej również posiadał tylko 
to, i niczego więcej nie potrzebo­wał 
 
Krysten umarła w jego ramionach. Konrad starał się teraz pogodzić z faktem, że utracił 
również Elyssę. Być może fizycznie wciąż jeszcze żyła, ale dusza jej już dawno temu musiała 
zostać spętana. Jeżeli Krysten zo­stała znieprawiona w ciągu kilku krótkich miesięcy, to 
Elyssa w ciągu tych lat, które minęły od momentu jej uwięzienia, niewątpliwie stała się jedną 
z przeklętych. Tak długo była więźniem Czaszkolicego, że musiała zostać skażona 
pogańskimi wpływami. Teraz zapewne była jego wspólniczką i so­juszniczką oraz takim 
samym stworem Chaosu jak on sam. 
 
Dla Krysten męka się skończyła, dla Elyssy jeszcze trwała. 
 
A Konrad nie mógł zrobić niczego, oprócz jednego — zapomnieć o niej. Ale to było prawie 
niemożliwe. 
 

background image

Przybył do Altdorfu, ścigając skavena Srebrne Oko, posiadającego ta­jemniczą tarczę. Ale 
teraz, gdy jego pan zginął, być może szczurzy wojow­nik uciekł z tuneli pod cesarską stolicą. 
Spisek, który miał na celu zastąpie­nie cesarza jego sobowtórem, z chwilą śmierci Gaxara 
stracił swój sens. 
 
Po ucieczce ze stolicy Konrad ruszył na południe przez Las Reikwald. Przypominał mu 
ostępy, w których spędził wczesne lata życia. Przez kilka pierwszych dni miał wrażenie, że 
powrócił do takiej właśnie egzystencji. 
 
W puszczy było wiele zwierzyny, co oznaczało, że w okolicy jest nie­wiele zmutowanych 
drapieżników. Większość ptaków i zwierząt nie była ścierwojadami. Nie żyłyby długo, 
pożerając szczątki zmasakrowanych przez zwierzołaków ofiar. 
 
Las Cieni wyglądał na bardzo stary. Było w nim wiele odwiecznych, omszałych drzew. 
Swego czasu Konrad urażał wszechobecny odór roz­kładu za coś oczywistego, ponieważ nie 
wiedział, że może być inaczej. Teraz zdawał sobie sprawę, że nie tylko wiek powykręcał pnie 
i konary i sprawił, że drzewa ulegały rozkładowi — było to piętno Chaosu. W Ostlandzie lasy 
wciąż zamieszkiwało mnóstwo zwierzołaków, potom­ków tych, które dwa wieki wcześniej 
wzięły udział w ostatniej wielkiej in­wazji Chaosu. Ziemie te wciąż nie mogły się uporać ze 
skutkami najazdu, jak również z wpływem obecności paskudnych stworów wciąż kryjących 
się w najciemniejszych ostępach. 
 
Spotykało się je w całym znanym świecie, ale w tej części Imperium, tak blisko stolicy, było 
mniej tego rodzaju odmieńców. Gdy Konrad był młody, jego dar przewidywania wielokrotnie 
uchronił go przed niebezpie­czeństwem. Ale nawet bez tej umiejętności proroczego widzenia 
czuł się bezpieczniejszy w tym lesie niż dawniej, w swojej rodzinnej dolinie. Drzewa były 
zdrowsze i nie sprawiały groźnego wrażenia. W Lesie Cieni szeregi pni tworzyły często 
wrażenie nieprzeniknionych murów, które miały powstrzymać napastników albo tworzyły 
labirynt uniemożliwiający ucieczkę. 
 
Zima zbliżała się szybko. Konrad nie miał zamiaru pozostawać w lesie dłużej niż to było 
konieczne. Bez konia nie odjechałby daleko, co oznaczało, że będzie musiał zatrzymać się w 
pierwszej napotkanej wiosce. Ale nie miał pieniędzy, żeby zapłacić za pokój w gospodzie. 
 
Wioska była większa niż ta, w której się wychował. Znajdowała się na skrzyżowaniu dróg. 
Drogowskaz informował, że szlak prowadził w jedną stronę do Carroburga, a w drugą do 
Altdorfu. W największym budynku mieściła się karczma i zajazd. Na wywieszce nad 
drzwiami widniał napis „Pod Szarym Gronostajem” i wyobrażenie tego zwierzęcia. 
 
Powinien mieć coś, co mógłby sprzedać. Żałował, że nie ma ze sobą łuku i kołczanu, które 
ułatwiłyby zadanie. Zdołał jednak złapać w sidła młodą łanię. Sprawił zwierzę, przerzucił 
przez ramię i skierował się do wio­ski. 
 
Konrad przypomniał sobie moment swojego przybycia do Ferlangen. Niósł wtedy na sprzedaż 
królika, a w konsekwencji został skazany na śmierć za kłusownictwo. Wyrok wydał baron 
Otto Krieshmier, mężczyzna, którego Elyssa miała poślubić. 
 
Krieshmier i Elyssa — kolejna nitka w pajęczynie, w którą był zaplą­tany. 
 

background image

Ocalił go wówczas Wilk, wyzywając Krieshmiera na pojedynek i zabija­jąc za to, że baron 
oszustwem pozbawił go kiedyś jakiejś sumy pieniędzy. 
 
Wilk i Krieshmier — kolejna nitka... 
 
Tym razem Konrad mógł stoczyć swoją własną walkę. Nie był już tym samym przerażonym 
młodzieniaszkiem jak pięć i pół roku temu. Nikt nie ośmieliłby się zarzucić mu kłusownictwa, 
nie zapewniwszy sobie uprzednio towarzystwa garści zbrojnych, którzy poparliby oskarżenie. 
Mimo to był ostrożniejszy i do „Szarego Gronostaja” wszedł dopiero po zmierzchu, tylnymi 
drzwiami i ukrył swoją zdobycz za rzędem baryłek. 
 
Przy palenisku kuchennym chłopak obracał prosię na rożnie. Na krze­śle bujanym na dwóch 
płozach siedział mężczyzna z nogami opartymi na stole. Przeżuwał kawałek mięsa. Żaden z 
nich nie zauważył Konrada, który cicho zamknął drzwi i stanął za ich plecami. Nagle 
mężczyzna się od­wrócił. Ujrzał Konrada, stracił równowagę i runął jak długi na podłogę. 
Leżał na plecach, ściskając w dłoni rękojeść miecza, na której widniała ce­sarska korona. Był 
to miecz gwardii cesarskiej. 
 
— Nie podchodź bliżej — ostrzegł mężczyzna. — Jestem z gwardii ce-sarskiej. 
 
Chociaż Konrad zauważył miecz, bardzo wątpił, że ma do czynienia z gwardzistą. Mężczyzna 
miał za długie włosy i brodę oraz zbyt pospolitą wymowę jak na oficera. A poza tym, chociaż 
był odpowiedniego wzrostu, nadmierna tusza dyskwalifikowała go jako członka elitarnych 
oddziałów cesarza. 
 
— Jesteś właścicielem? 
 
— Bo co? 
 
— To ja zadaję pytania. Jesteś właścicielem? 
 
— Nie — odparł mężczyzna wstając i cofając się. Ściskał w dłoni ręko­jeść miecza, ale 
oceniwszy wzrokiem Konrada najwyraźniej doszedł do wniosku, że dobywając broni 
wykazałby się brakiem rozsądku. 
 
— Sprowadź go — rozkazał Konrad. 
 
— Idź po Netzlera — zwrócił się do chłopca fałszywy gwardzista. 
 
— Powiedziałem, żebyś ty go zawołał — oznajmił Konrad, odsuwając krzesło i siadając. 
 
Mężczyzna patrzył na niego przez chwilę, aż wreszcie otworzył we­wnętrzne drzwi i wyszedł 
z kuchni. Chłopak spojrzał na Konrada. 
 
— Dieter nie służy w gwardii cesarskiej — oznajmił chłopak i roze­śmiał się, zupełnie jakby 
nigdy w życiu nie widział niczego głupszego. — Nie potrafił nawet upilnować kuchni — 
dodał i roześmiał się ponownie. 
 
Konrad również się uśmiechnął. Chłopak miał jakieś osiem, dziewięć lat, brudną twarz, 
odzież w strzępach i robił dokładnie to, czym Konrad zajmował się piętnaście lat temu. W 

background image

karczmie Brandenheimera Konrad musiał wykonywać najbrudniejsze, najnudniejsze i 
najcięższe prace. Tak wyglądało całe jego dzieciństwo, ale w przeciwieństwie do tego 
chłopca nigdy nie miał okazji do śmiechu. Zawsze musiał milczeć, nawet udawać, że w ogóle 
jest niemową. Do momentu spotkania z Elyssą nie miał nawet ochoty odezwać się do 
kogokolwiek. 
 
— Lepiej zacznij znowu obracać rożen, bo ci się świnia przypali — ode­zwał się Konrad i 
chłopak szybko wrócił do swojego zajęcia. 
 
Chwilę później drzwi ponownie otworzyły się szeroko i do kuchni wkroczył karczmarz. 
Szczupły, bez tak charakterystycznego dla jego branży wydatnego brzucha piwosza, bardziej 
sprawiał wrażenie zamoż­nego kupca. Dieter wszedł za nim do kuchni i stanął na baczność, 
jakby pełnił wartę. 
 
— Co się dzieje? — zapytał gospodarz. 
 
— Mam pewną handlową propozycję, która może być korzystna dla nas obydwu, herr Netzler 
— oświadczył Konrad. 
 
— To zawsze mnie interesuje, herr...? 
 
— Taungar — odparł Konrad. Nazwisko sierżantowi już do niczego nie mogło się przydać, 
podczas gdy Konrad miał powody, by zachować swoje w tajemnicy. 
 
— Przynieś herr Taungarowi coś do picia, Dieterze. Na co ma pan ochotę? 
 
— Piwo. 
 
— Piwo — powtórzył Netzler, siadając naprzeciwko Konrada. 
 
— Hans — Dieter zwrócił się do chłopca kuchennego. — Piwo. 
 
— Sam je przynieś — polecił Dieterowi Netzler. — A potem weź się do roboty — gdy drzwi 
zamknęły się za mężczyzną, wyjaśnił Konradowi: — Służy w gwardii cesarskiej — 
uśmiechnął się, a Hans roześmiał się w głos. 
 
— I przychodzi tu pracować po służbie? — zapytał Konrad. 
 
— Wygląda na to, że przez cały czas jest po służbie. Ale dość o tym. Co mogę dla pana 
zrobić? 
 
— Więcej ja mogę zrobić dla pana. 
 
— Sądziłem, że tak właśnie pan odpowie. 
 
— Mam trochę świeżego towaru, który może pan zechce kupić. 
 
— Co? 
 
Konrad spojrzał na rożen. 

background image

 
— Dziczyznę — odparł. 
 
— Mam nadzieję, że nie cesarską dziczyznę. 
 
— Będzie taka, jeżeli przyjdzie tu, żeby coś zjeść. 
 
— Karl-Franz jadł tu obiad i kosztował coś innego. Danie, które mie­liśmy właśnie do 
zaproponowania. 
 
Dieter wrócił niosąc kufel piwa. Z trzaskiem postawił go na stole, po­pchnął w stronę 
Konrada i wyszedł. Kufel był napełniony tylko do połowy. 
 
— Na zewnątrz, z lewej, za baryłkami — powiedział Konrad, upijając łyk piwa, a potem 
opróżniając kufel dwoma dużymi haustami 
 
Netzler wyszedł tylnymi drzwiami, wrócił, skinął głową i zapytał: 
 
— Ile? 
 
Targowali się przez chwilę. 
 
— ...i to jest moja ostateczna cena — oświadczył wreszcie karczmarz. 
 
— Zgoda. 
 
— I nie zażądam zapłaty za ten kufel piwa. 
 
— W takim razie — rzekł Konrad, gestem głowy wskazując pusty kufel — poproszę o druga 
połowę. 
 
  
 
*   *   * 
 
Jeszcze kilka piw, posiłek składający się z chleba, wieprzowiny i rzepy, łóżko na nocleg i 
połowy pieniędzy Konrada już nie było. Nic dziwnego, że Netzler ubierał się jak bogaty 
kupiec. Był nim rzeczywiście. 
 
„Szary Gronostaj” był większy niż Konrad początkowo przypuszczał. Był też czymś więcej 
niż tylko karczmą, obsługującą wieśniaków. Raczej można by go uznać za zajazd, w którym 
podróżni spędzali noc przed rusze­niem w dalszą drogę przez Imperium. Na piętrze 
znajdowały się usytu­owane nieco na uboczu prywatne pokoje przeznaczone dla arystokratów 
z Altdorfu, którzy przybywali tu ze stolicy na noc przyjemności. W tym celu „Szary 
Gronostaj” był w stanie dostarczyć czegoś więcej niż tylko wiktu i noclegu. 
 
Konrad pił powoli, siedząc samotnie w kącie i obserwując wszystko wokół. Zauważył zasłony 
z drugiej strony sali, które skrywały schody pro­wadzące na następne piętro. Goście na galerii 
woleli pić importowane wina i egzotyczne likiery zamiast miejscowego piwa, a posługujące 

background image

tam dziewczyny były najmłodsze i najładniejsze spośród pracujących w karczmie. Zapewnić 
mogły coś więcej niż tylko napoje wyskokowe. 
 
Konrad obserwował przede wszystkim Dietera. Wydawało się, że za­trudniono go, aby 
pilnował porządku w lokalu i nieźle mu szło wbijanie pijakom rozumu do głowy oraz 
wyrzucanie ich za drzwi. Konrad spojrzał przez okno i zobaczył, że znowu zaczął padać 
śnieg. Uświadomił sobie, iż pobyt w gospodzie będzie go kosztował jedną sarnę na dwa dni. 
Ale może było inne wyjście... 
 
Dieter najwyraźniej spędzał większość czasu pijąc z dwoma przyja­ciółmi. Konrad spostrzegł, 
że właśnie on zawsze przynosił nowe kufle z pi­wem, które napełniał z jednej z wielkich 
beczek, ale nigdy nie płacił. Od czasu do czasu Dieter obchodził salę jak na patrolu, trzymając 
dłoń na rę­kojeści miecza, a Netzler niezmiennie zaglądał minutę później, wyglądając zza 
drzwi prowadzących do sali albo przechylając się przez balustradę galerii. 
 
— Dieter! — krzyknął Konrad, gdy mężczyzna zaczął swoją kolejną rundę. — Chodź tu. 
 
— Czego chcesz? — zapytał Dieter podchodząc. 
 
Konrad odczekał, aż mężczyzna znajdzie się w odległości metra, a po­tem popchnął w jego 
stronę kufel. 
 
— Przynieś mi następne piwo. 
 
Dieter wytrzeszczył oczy. 
 
— Co? 
 
— Słyszałeś. Przynieś mi następne piwo. 
 
— Nie jestem żadnym cholernym posługaczem. 
 
— Widziałem, co robisz. Obsługiwałeś swoich przyjaciół. I nie płacili. A więc przynieś mi 
darmowe piwo... Albo powiem Netzlerowi. 
 
— Tylko mi nie groź! Jestem cesarskim gwardzistą! 
 
Konrad wyciągnął sztylet i położył go przed sobą na stole. Skompliko­wany wzór na klindze 
świadczył, że jest to broń gwardii cesarskiej. Splunął Dieterowi na buty i oświadczył: 
 
— Kłamiesz, beko tłuszczu. 
 
— Powtórzysz to jeszcze raz — przestrzegł go Dieter, dobywając mie­cza. — a zginiesz. 
 
— Co mam powtórzyć? Że kłamiesz, czy że jesteś beką tłuszczu? 
 
— I to, i to! 
 
— A więc kłamiesz i jesteś beką tłuszczu. 
 

background image

W całej karczmie zapanowała prawie kompletna cisza. Wszystkie oczy w sali i na galerii 
wpatrzone były w Konrada i Dietera. Netzler znajdo­wał się wśród patrzących i tylko on nie 
tkwił nieruchomo. Przepychał się korytarzem w stronę przeciwników. 
 
— Jaaaa! — wrzasnął Dieter i pchnął mieczem w pierś Konrada. 
 
Konrad wciąż siedział na krześle i tylko przechylił się w bok. Sztych miecza minął go i wbił 
się w otynkowaną ścianę, przy której siedział. Od­sunął się, wstał zza stołu, po czym wyrżnął 
Dietera w brzuch i gdy ten padał, poprawił ciosem w kark. Fałszywy gwardzista runął na 
ziemię jak worek. Walka była skończona, ale żeby pokazać wszystkim, że traktuje sprawę 
poważnie, Konrad kopnął Dietera kilka razy w żebra i Dieter za­czął pluć piwem, które wypił 
w ciągu minionych dwóch godzin. 
 
Wsunąwszy sztylet do pochwy, Konrad podniósł miecz Dietera i zoba­czył, że kiedyś klinga 
złamała się przy jelcu i została niechlujnie przyspa­wana. Konrad wbił sztych w podłogę, a 
następnie skręcił rękojeść. Gdy zo­stała mu w ręku, upuścił ją także. 
 
— Gwardia cesarska, też mi coś — powiedział do Netzlera, gdy wreszcie gospodarz dotarł do 
niego. Pozostali goście wracali już do swoich napitków i rozmów. 
 
— Jest kłamcą i złodziejem. 
 
— Wiem. Ale potrzebuję kogoś do tej roboty. Jego poprzednik został pchnięty nożem miesiąc 
temu i wykrwawił się na podwórzu. 
 
— Potrzebuje pan kogoś lepszego niż on. 
 
— Masz na myśli siebie? 
 
— Tak. 
 
Netzler zerknął w stronę stołu, przy którym siedzieli kumple Dietera, a potem przeniósł wzrok 
na Konrada. Doskonale było widać, że zdaje sobie sprawę z tego, co się dzieje. Obydwaj 
mężczyźni sprawiali wrażenie, że to, co stało się z Dieterem, niezbyt ich obchodzi. 
 
Konrad podszedł do stołu, przy którym pili obaj mężczyźni. Wziął sto­jące przed nimi kufle i 
wylał ich zawartość na podłogę. 
 
— Nie zapłaciliście za nie — wyjaśnił. — A więc nie będziecie pić. 
 
Spojrzeli na niego ze złością i próbowali wstać, ale załapał ich za włosy i stuknął głowami. 
 
— Uważam, że powinniście zapłacić za wszystko, co już wypiliście. Według mnie — pół 
litra. Macie ochotę na drugie? — wciąż trzymał ich za włosy i zrobił taki gest, jakby chciał 
ponownie zderzyć ich głowy. 
 
— Nie — odparł jeden z mężczyzn, podczas gdy jego towarzysz się­gnął do sakiewki i rzucił 
na stół garść monet. 
 
— Dziękuję, panowie — oznajmił Konrad, zgarniając pieniądze. — Ży­czę dobrej zabawy. 

background image

 
— Pozbądź się go — rzekł Netzler, gdy Konrad przyniósł mu zapłatę. Skinął głową w stronę 
Dietera. — A potem przyjdź do mnie. 
 
Konrad szarpnięciem podniósł gramolącego się niezdarnie Dietera. Wsunął do pochwy 
złamaną klingę, wetknął mu za pazuchę rękojeść, na wpół zawlókł go do głównych drzwi 
wejściowych i wypchnął na zewnątrz, w śnieg. 
 
— Musisz tylko dopilnować, żeby nie było kłopotów — oświadczył go­spodarz chwilę 
później. — Jeżeli coś się zdarzy, zajmij się wszystkim tak, jak uznasz za słuszne. Załatw 
sprawę po cichu, dyskretnie, a ja nie chcę o niczym wiedzieć. Czasami będziesz musiał 
pomagać przy koniach albo zająć się jakimiś innymi pracami. 
 
— Nie będę podawał napojów — oznajmił Konrad — sprzątał ze sto­łów, zamiatał. 
Wykonałem swoją porcję tych zajęć w pierwszym okresie życia. 
 
— Oczywiście. Zamieszkasz w jednym pokoju z Hansem, dostaniesz pełne wyżywienie, 
możesz pić w rozsądnych granicach, a jeżeli któraś z dziewcząt na górze nie będzie zajęta, 
możesz się z nimi dogadać. 
 
— Za co? Ile będzie mi pan płacił? 
 
Znowu zaczęli się targować, a kiedy doszli do porozumienia, Netzler dodał: 
 
— A kiedy będziesz miał wolny czas, kupię wszystko, co przyniesiesz z lasu. 
 
Jedynym zawodem Konrada była żołnierka i mógłby poszukać zatrud­nienia jako najemnik w 
dowolnym kraju. Został jednak strażnikiem w karczmie. 
 
Praca w zajeździe sprawiała wrażenie powrotu do lat wczesnej mło­dości i początkowo 
nieustannie powracał myślą do dni spędzonych w go­spodzie rodzinnej wioski. Zapach 
fermentującego piwa, mnóstwo co­dziennych zadań niezbędnych do funkcjonowania 
karczmy, wszystko przypominało mu o dawnych czasach. Teraz jednak do wykonywania 
większości prac było wiele innych osób i żadna z nich nie zbierała takich cięgów jak Konrad 
od Otta Brandenheimera. 
 
„Szary Gronostaj” miał również inne uroki. Konrad spędzał wiele czasu z dziewczynami 
podającymi napoje na galerii dla specjalnych gości oraz obsługującymi swoich klientów za 
drzwiami, które z niej prowadziły. Czasami, gdy ostatni gość poszedł do domu albo zasnął, 
siadywał razem z nimi przy szklaneczce, aby porozmawiać i pożartować. 
 
Ale tej nocy, gdy przybyli po niego jeźdźcy, zajmował się z Giną i Mar­cellą czymś zupełnie 
innym... 
 
  
 
*   *   * 
 
Zaczął się nowy rok. Najgorsza część zimy byłą już za nimi. Oba księ­życe stały wysoko i 
świeciły najjaskrawiej. Chociaż uwaga Konrada była rozproszona, powinien usłyszeć 

background image

zbliżające się konie, ale dopiero przeszy­wający noc mrożący krew w żyłach krzyk 
uświadomił mu, że coś się dzieje. 
 
Było wiele odmian krzyków i w czasie swojego życia Konrad słyszał już wszystkie. 
Rozpoznał wrzask najstraszliwszego przerażenia, który urwał się tak gwałtownie, że 
przyczyną tego mogła być tylko śmierć. Krzyczał mężczyzna i Konrad już wiedział, że 
właśnie zamordowano Netzlera. 
 
Odepchnął obie dziewczyny, które teraz obejmowały go ze strachu, a nie z namiętności, i 
chwytając odzież oraz sztylet, wyjrzał przez okno. A wtedy zobaczył jeźdźców przed 
„Szarym Gronostajem”. Światło księżyca błyszczało na spiżowych hełmach i napierśnikach. 
Chociaż ciemność nie pozwalała mu rozpoznać barwy, Konrad wiedział, że mają ozdobione 
sza­merunkami szkarłatne mundury z guzikami z masy perłowej, a ich obfite pióropusze 
oznaczają stopień wojskowy. 
 
Byli członkami gwardii cesarskiej. 
 
Dwaj znajdowali się pod oknem, trzymając dodatkowe osiodłane konie bez jeźdźców. W 
ciemnych postaciach było coś dziwnego, ale Kon­rad nie miał czasu, aby zastanawiać się nad 
tym dłużej. Musiał uciekać, a zadanie wcale nie było łatwe. Przybysze należeli do najlepszych 
wojsk w całym Imperium, otoczyli gospodę — i niewątpliwie przyszli po niego. 
 
Miał już łuk i kołczan pełen strzał, ale znajdowały się na dole w po­koju, który dzielił z 
chłopcem kuchennym. Najwyraźniej jacyś gwardziści byli już w gospodzie, ale gdyby mógł 
dostać się tam przed nimi, byłby w stanie ustrzelić paru jeźdźców i zmniejszyć dysproporcję. 
 
Gina podeszła ostrożnie do okna, wyjrzała na zewnątrz i jęknęła, wi­dząc groźne postaci na 
podwórzu. 
 
— Nie idź — szepnęła błagalnie. — Ochroń nas. 
 
— Nie zrobią wam nic złego — zapewnił obie dziewczyny Konrad i w tej samej chwili z 
głębi gospody rozległ się kolejny wrzask. Tym razem krzyczała kobieta i też był to 
przedśmiertny krzyk. 
 
— Szybko — powiedział, przywołując dziewczyny. — Na dach. 
 
Owinęły się w koce i wyszły za nim na korytarz. Otwierały po drodze kolejne drzwi, dając 
gestami znaki pozostałym kobietom, aby szły za nimi. Gdy znaleźli się przy drabinie na 
strych, Konradowi towarzyszyła już cała piątka. 
 
— Cicho — szepnął, pomagając dziewczynom wspinać się po szczeblach. — Jeden dźwięk i 
wszyscy zginiemy. 
 
Zdążył zbadać strych tuż po zamieszkaniu w karczmie. Była to roz­legła, zakurzona 
przestrzeń pełna zapomnianych gratów, przez dziesięcio-lecia gromadzonych pod krokwiami. 
Gdy dziewczyny wdrapały się już na górę, Konrad cofnął się korytarzem i ostrożnie wyjrzał 
przez balustradę galerii. Co jakiś czas rozlegał się nowy wrzask, obwieszczający o nowym 
morderstwie. Wszystko wskazywało na to, że intruzi wycinali w pień wszystkich, zachowując 

background image

się jak banda maruderów lub rabusiów — ale po­dejrzewał, że tym właściwie stała się 
gwardia cesarska. 
 
Musieli się w niej znajdować inni wyznawcy Slaanesha, nie tylko Taungar i Holwald, i jakimś 
sposobem udało im się wytropić Konrada w jego kryjówce. Nie mogli mieć pewności, że jest 
w „Szarym Gronostaju”, ale nie przejmowali się takim drobiazgiem. Podobnie jak całe 
potomstwo Chaosu, stwory te żyły jedynie dla rzezi i zadawania śmierci. Nikt nie zo­stanie 
oszczędzony. 
 
Konrad miał jedynie nóż i raczej niewielkie szanse, by dotrzeć do łuku i strzał. Chwilę 
później jego obawy potwierdził przedśmiertny krzyk Hansa. Musieli znaleźć chłopaka i 
przeciąć jego krótki żywot. Wkrótce za­bójcy wymordują wszystkich na parterze i udadzą się 
na następne piętro. Szukanie kryjówki na strychu w nadziei, że zdoła się ukryć w 
ciemno­ściach, było bez sensu. 
 
Będzie musiał zaskoczyć pierwszego z odmienionych gwardzistów, który wejdzie na galerię, 
zabić go nożem, zabrać mu miecz i przez jakiś czas zatrzymać pozostałych napastników. 
Schody były wąskie i tylko jeden z nich mógł po nich wchodzić. Ponownie podszedł do stóp 
drabiny. 
 
— Hej! — syknął i nad jego głową pojawiła się przestraszona twarz Marcelli. — Zabieram 
drabinę. Zamknijcie właz, a nie zorientują się, że tam jesteście. Macie sztylety? 
 
Zobaczył błysk kling. Dziewczyny miały do samoobrony noże — ale te nie pomogłyby im w 
starciu z gwardzistami. 
 
— Zróbcie dziurę w strzesze — polecił Konrad. — Jeżeli będziecie mu­siały, wyjdźcie koło 
komina kuchennego. 
 
Wziął drewnianą drabinę, ale nie odstawił jej na bok, ponieważ od razu stałoby się oczywiste, 
do czego miała tu służyć. Wrócił korytarzem i miał właśnie zrzucić ją z balkonu, gdy na 
szczycie schodów pojawił się pierwszy gwardzista. Konrad dostrzegł jedynie refleks spiżowej 
zbroi, ale runął prosto na przybysza, używając końca drabiny jako tarana. Trafił gwardzistę w 
pierś i zepchnął go na dół. 
 
Zrzucił drabinę z balkonu, wyciągnął nóż z pochwy i wbiegł do po­koju, z którego wyszedł 
zaledwie dwie minuty temu. Zamknął za sobą drzwi, podparł je krzesłem, po czym 
bezszelestnie otworzył okno i stanął na wąziutkim gzymsie. Dwaj jeźdźcy ciągle znajdowali 
się na dole, podob­nie jak konie, które trzymali dla swoich towarzyszy masakrujących 
miesz­kańców zajazdu. 
 
Jedyną szansą ucieczki było zdobycie konia. Należało więc zabić obu gwardzistów i zniknąć 
stąd, zanim pozostali zorientują się, co zaszło. Od ziemi dzieliło go jakieś siedem metrów, do 
pancernych jeźdźców nieco mniej. Byli zbyt daleko od siebie, aby mógł zaatakować ich 
jednocześnie. 
 
Konrad skoczył na bliższego jeźdźca nogami do przodu, strącając go z siodła. Przetoczył się 
po ziemi i rzucił na mężczyznę, którego właśnie wy­sadził z siodła — ale to wcale nie był 
człowiek... 
 

background image

A więc dlatego jeźdźcy robili tak dziwne wrażenie. Nie byli ludźmi, ale zwierzołakami. 
Zwierzołakami w mundurach gwardii cesarskiej! 
 
Ten, którego Konrad przewrócił, miał głowę byka, zielone, okrągłe oczy i bardzo jasną sierść. 
Otrząsnąwszy się z zaskoczenia, Konrad wbił sztylet w kark stwora, którego przyciskał do 
ziemi. Gorąca krew trysnęła z rany i zwierzołak ryknął, umierając. 
 
Gdy podobna do byka istota wciąż wiła się w agonii, Konrad zerwał się i natychmiast musiał 
zrobić unik, ponieważ miecz drugiego bykoczłeka przeciął powietrze nad jego głową. Skoczył 
do przodu, wbijając klingę sztyletu między skórzane pasy spiżowego półpancerza. Znowu 
trysnęła skażona krew i ponownie rozległ się zwierzęcy wrzask bólu i wściekłości. 
 
Konrad nie miał dość czasu, by wykończyć drugiego przeciwnika. Ko-nie z puszczonymi 
luźno cuglami cofały się płochliwie, ale Konradowi udało się schwycić wodze jednego z nich. 
Chwilę później jego lewa stopa tkwiła już w strzemieniu i popędził konia, zanim jeszcze 
dobrze usadowił się w siodle. 
 
Nagle przed koniem pojawił się cień. W świetle księżyców błysnęła stal i koń runął do 
przodu. Konradowi udało rzucić się w bok, zanim przy­gniotło go martwe zwierzę. 
 
Próbując wstać, skręcił stopę i osunął się z powrotem na bruk. Zanim zdołał wstać, otoczyły 
go zwierzołaki: trzy, cztery, a wreszcie pięć. 
 
Sztychy mieczy dotykały jego ciała. Konrad mocniej ścisnął rękojeść sztyletu. Pięć 
gwardyjskich mieczy przeciwko jednemu gwardyjskiemu sztyletowi. Podkuty obcas mocno 
przycisnął jego rękę do bruku i Konrad musiał wypuścić broń. Inny but odrzucił kopniakiem 
sztylet. 
 
— To on, to on! — krzyknął bardzo człowieczy głos. 
 
Za mrocznymi sylwetkami zwierzołaków stał Dieter. To właśnie on musiał przyprowadzić 
jeźdźców, ale ten fakt nie miał specjalnego znacze­nia. Konrad starał się policzyć 
przeciwników. Zabił jednego, zranił dru­giego, otaczało go pięciu, a przy Dieterze stał 
kolejny. 
 
— Widzicie? Jestem jednym z was — stwierdził Dieter, zwracając się do stojącego obok 
niego napastnika. — Jestem z gwardii cesarskiej. 
 
Ósmy zwierzołak musiał być dowódcą oddziału i dopiero teraz dobył miecza. Przywołał 
gestem Dietera, który zrobił krok do przodu. I nagle jed­nym, zamaszystym ruchem stwór 
ściął Dieterowi głowę. Potoczyła się w ciemność, a ciało wolno osunęło się na ziemię. 
 
Dowódca przywołał dwóch wojowników, którzy cofnęli się i po chwili skierowali do 
karczmy. Ich nieludzki wódz, kulejąc, ruszył w stronę Kon­rada. Jego ukryte pod pancerzem 
ciało musiało być jeszcze bardziej powy­kręcane i zdeformowane niż u pozostałych. 
 
Nagle rozbłysło światło. Dwaj przybysze zapalili pochodnie i wnieśli je do gospody. W ich 
poświecie Konrad dostrzegł twarz dowódcy. Była jeszcze straszliwsza niż otaczających go 
bykogłowych zwierzołaków. 
 

background image

Kiedyś musiał być człowiekiem, ale został ciężko doświadczony przez los. Chociaż jego 
twarz prawie w całości zakrywał hełm, widać było, że była bezkształtną masą poczerniałego, 
jakby roztopionego ciała. Nie miał warg, nosa, prawe oko sprawiało wrażenie bardzo 
wielkiego, ponieważ po­wieki uległy spaleniu; w miejscu lewego ziała dziura. 
 
Trzymał sztych miecza przy gardle Konrada, a gorąca, lepka krew Die­tera skapywała z 
ostrza. 
 
Taungar — albo raczej to, co z niego zostało. 
 
  
Rozdział ósmy  
 
  
 
„Szary Gronostaj” zapłonął błyskawicznie. Jego wysuszona, drewniana konstrukcja paliła się 
jak papier. W blasku szalejących pło­mieni Konrad spoglądał na straszliwie zniekształcone 
rysy Taungara. 
 
Całe jego ciało musiało być zniszczone w równym stopniu jak twarz. Wydawało się 
niemożliwe, aby komukolwiek udało się wydostać z piekła, które ogarnęło dwór 
Zuntermeina, i równie nieprawdopodobne, aby ktoś tak potwornie okaleczony jak Taungar 
mógł w ogóle utrzymać się przy życiu. 
 
Oddech miał chrapliwy i nierówny, zupełnie jakby jego płuca wciąż były pełne dymu. Zęby 
miał czarne jak węgiel, jak pniaki spalonych drzew. Gdy mówił, jego pozbawione warg usta 
wykrzywiały się jeszcze bardziej, a słowa wydobywały się z nich świszczącym szeptem. 
 
— Dlatego mnie oszszszczędzono i wybawiono od ognia — wysyczał, łapiąc haust powietrza 
pomiędzy każdą sylabą. — Żżżebym mógł cię zzza­bić, zzzdrajco. 
 
— Sam jesteś zdrajcą, Taungarze — warknął Konrad. — Zdrajcą wszystkich ludzi. 
 
Taungar wcisnął sztych miecza w miękkie ciało pod brodą Konrada i kilka kropli jego krwi 
zmieszało się z krwią Dietera. 
 
— Musiszszsz cierpieć, jak ja cierpiałem — wyszeptał. — Wciążżż cier­pię, a ty będziesz 
cierpiał przez wieczność. 
 
Nacisnął mocniej i kropelki krwi połączyły się w strumyk. Jeszcze tro­chę i klinga 
przecięłaby tchawicę Konrada, ale Taungar cofnął miecz i ge­stem przywołał zwierzołaków. 
Dwóch postawiło :Konrada na nogi, a trzeci poszedł zbadać powalonego towarzysza. Bestia 
nie żyła i bykoczłek ruszył do stwora, którego Konrad ranił. Siedział on na ziemi, starając się 
za­trzymać krew wypływającą z rany w boku. 
 
Dwóch pozostałych dalej buszowało po gospodzie, podpalając wszystko, co się dało. Chociaż 
ręce pary przytrzymującej Konrada były jak z żelaza, Taungar odkuśtykał na bezpieczną 
odległość. Musiał pamiętać, jak Konrad zdołał się uwolnić, gdy to on był jednym z tych, 
którzy mieli go poskromić w szatańskiej świątyni Zuatermeina. 
 

background image

— Módl się do swojego boga o pomoc — powiedział kpiąco. Zapewne wierzył, że Konrad, 
podobnie jak Krysten, jest wyznawca, Khorne'a. 
 
— Nie potrzebuję pomocy, żeby rozprawić się z tobą i twoim bastar­dzim bogiem! 
 
Taungar wydał rozkaz w gardłowym języku mutantów — cios w skroń niemal pozbawił 
Konrada przytomności. Jeden ze zwierzołaków uderzył go pięścią twardą jak skała. Głowa 
poleciała mu do przodu, a krew z rany zaczęła spływać po twarzy. A potem drugi stwór 
oderwał pas materiału z bluzy Konrada i wetknął mu do ust jako knebel. 
 
Konrad zastanawiał się, czy ci odmienieni gwardziści mają ludzkie ciała pod pancerzami i czy 
pięść, która go uderzyła, była tak twarda, ponie­waż stała się zmutowanym kopytem. Stali 
wyprostowani jak ludzie, ale czy ich ciała pokrywało blade futro? Ich oddechy cuchnęły, 
nieludzkie głowy miały nadnaturalne rozmiary, a w spiżowych hełmach widniały 
wy­wiercone otwory, przez które sterczały pokręcone rogi. Wiedział, że pra­gnęli jego krwi 
równie silnie jak Taungar. 
 
Konrad został zakneblowany, trzymano go tak mocno, że miał wra­żenie, iż jest od stóp do 
głów zakuty w kajdany. Nie miał broni, otaczały go zwierzołaki, które sprawiały wrażenie 
członków elitarnego oddziału wojskowego Cesarstwa. Czuł, jak żar bijący od płonącego 
zajazdu pali jego ciało. Gorąco nie wywierało większego wrażenia na jego strażnikach, 
chro­nionych przez zbroje i ich zwierzęce skóry, a Taungarowi już nic nie mogło zaszkodzić. 
 
Wyglądało na to, że tylko Taungarowi udało się uciec z ruin pogań­skiej świątyni 
Zuntermeina. Czy miał zamiar zemścić się w podobny spo­sób i spalić Konrada żywcem? 
Czy właśnie dlatego rozkazał podpalić go­spodę, aby cisnąć go w płomienie? Ale Taungar 
zapowiadał mu powolną śmierć, a fanatycy Chaosu, mówiąc o morderstwie i torturach, 
zazwyczaj nie przesadzali. 
 
Konrad miał jedynie nadzieję, że jego strażnicy w którymś momencie osłabią chwyt. Każdy z 
nich był od niego wyższy i cięższy, obaj mieli broń i zbroje. Gdy dwójka podpalaczy powróci 
z gospody, stosunek sił stanie się dla niego bardzo niekorzystny. Trzymano go tak mocno, iż 
miał wra­żenie, że jeśli zacisną dłonie jeszcze choć trochę, jego kości i ciało zostaną 
zmiażdżone. 
 
— Zassstanawiałem ssie, co zrobię, jeżeli cię zzznajdę, Konradzie — szepnął Taungar. — 
Miałem tyle pomysssłów. 
 
Konrad był w stanie dostrzec tylko dolną połowę ciała Taungara. Uj­rzał, jak gwardzista 
uniósł miecz i ponownie wsunął klingę pod brodę swojego jeńca. Użył go jako dźwigni, aby 
unieść głowę Konrada i przeko­nać się, że wciąż jest przytomny. Spojrzeli na siebie i jedyne 
oko Taungara błysnęło w pozostałości twarzy. 
 
— Zzzacznę od twoich oczu — dodał Taungar i sztych miecza nagle do­tknął dolnej powieki 
lewego oka Konrada. 
 
Ten odruchowo szarpnął głową do tyłu i zdołał poruszyć się o parę centymetrów, zanim 
ponownie nie unieruchomiła go pancerna rękawica jednego z bykoludzi. Czubek klingi 
powrócił do lewego oka, tym razem ce­lując prosto w źrenicę. Miecz wciąż oblepiony był 

background image

krwią, jego ostrze bły­snęło w świetle płomieni i Konrad uświadomił sobie, że jest to ostatnia 
rzecz, jaką zobaczy jego lewe oko. 
 
Próbował odsunąć się choć trochę albo odwrócić głowę, ale nie był w stanie tego zrobić. 
Zacisnął powieki, szykując się na ból w chwili, gdy gałka oczna zostanie nadziana na miecz 
Taungara. 
 
I nagle jego głowa odskoczyła gwałtownie do tyłu i się odwróciła. Po­czuł, jak ostrze ociera 
się o jego policzek, rozcinając ciało i zahaczając o kość, a potem zaczął padać... 
 
Tylko zaczął, ponieważ jeden ze strażników trzymał go w dalszym ciągu — drugi jednak 
puścił go, wydając przeraźliwy jęk bólu. 
 
Konrad otworzył oczy i zobaczył jak Taungar spogląda za jego plecy. Bez wahania obrócił się 
na pięcie i wbił prawą pięść w byczy pysk fana­tyka, który wciąż ściskał jego lewe ramię. 
Drugi zwierzołak wił się na ziemi, krzycząc — i umierając. Uderzenie Konrada odrzuciło 
ocalałego strażnika krok do tyłu, a chwilę później również zawył w śmiertelnej męce trafiony 
w plecy. 
 
Odskakując w bok przed atakującym Taungarem, Konrad wyrwał z ust knebel, zerknął za 
siebie i zobaczył za plecami postać w zbroi. Miała na sobie czarny pancerz, trzymała czarny 
miecz, którym zabiła strażni­ków, a na głowie miała czarny hełm w kształcie głowy 
zwierzęcia, głowy... 
 
Wilka! 
 
— Jest mój! — wrzasnął Konrad, gdy czarny rycerz opuścił miecz, aby przeszyć nim 
Taungara. 
 
Wilk odsunął się w bok i Taungar chwiejnym krokiem przebiegł obok niego. Konrad 
schwycił miecz jednego z umierających zwierzołaków, więc Taungar odwrócił się, aby stawić 
mu czoło. Bykoczłek, który opatrywał towarzysza ranionego wcześniej przez Konrada, rzucił 
się na Wilka, który skrzyżował z nim klingi. 
 
Taungar i Konrad spoglądali na siebie. Były sierżant uniósł miecz pio­nowo, salutując 
przeciwnikowi w pojedynku. Konrad powtórzył jego gest. 
 
— Kiedy stałeś się niewolnikiem Chaosu? — zapytał. 
 
Taungar wolno pokręcił swoją zdeformowaną głową i gdzieś z głębi jego gardła wydobył się 
paskudny, zduszony dźwięk - coś, co zapewne miało być śmiechem. 
 
— Niewolnikiem? Nnnigdy! W Praag stałem się wolny. Myślałem, że zginąłem, ale wtedy 
naprawdę zzzacząłem żyć. 
 
— Ale już długo nie pożyjesz! 
 
Opuścili miecze, skrzyżowali je i dwie klingi gwardii cesarskiej przez chwilę dotykały się 
lekko — a potem zaczęła się walka na śmierć i życie. 
 

background image

Konrad zaatakował gwałtownie, chcąc szybko wykończyć przeciw­nika. Jego przewaga 
wydawała się oczywista. Dysponował pełnią sił, gdy tymczasem ciało Taungara była 
poskręcane i zniekształcone ogniem. Ale dawny sierżant był wytrawnym szermierzem i 
nadrabiał doświadczeniem tam, gdzie ustępował zręcznością. Właśnie te umiejętności 
pomogły mu utrzymać się przy życiu wystarczająco długo, aby stać się weteranem, ale 
dopiero jego poddanie się Chaosowi pozwoliło mu przetrwać pożar domu Zuntermeina. 
 
Taungar był również ubrany w zbroję, chroniącą go przed większo­ścią ciosów Konrada. Ten 
zaś musiał odskakiwać poza zasięg jego miecza za każdym razem, gdy sierżantowi udawało 
się minąć jego obronę. Gdyby został trafiony, oznaczałoby to jego koniec. I tak krwawił już z 
ran na szyi, głowie i policzku. 
 
Klingi dzwoniły o siebie i niemal jak echo rozlegały się odgłosy uderza­jących mieczy dwóch 
pozostałych przeciwników. Potem rozległ się pełen bólu, zwierzęcy wrzask i przeciwnik 
Wilka runął, a jego zawodzące wycie było żałobnym lamentem nad własną niechybną 
śmiercią. Wilk pozostawił swojego przeciwnika, wijącego się i kopiącego nogami w kałuży 
krwi, i ru­szył, by dobić zwierzołaka ranionego wcześniej przez Konrada. Stwór usi­łował się 
podnieść, ale udało mu się jedynie pełzać. Niedaleko. 
 
A Konrad wciąż nie był w stanie pokonać swojego przeciwnika. Na­wet mając tylko jedno 
oko, Taungar był w stanie dokładnie ocenić wymie­rzone w niego ciosy, sparować je i 
zaatakować samemu. Jego zmysły były silniejsze niż ludzkie, chociaż on sam był czymś 
mniej niż człowiekiem. Tkwiące w nim wrogie moce zapewniały sierżantowi tak wielką siłę. 
 
Obydwaj walczyli tylko mieczami, nie parując ciosów tarczami. Zabite przez Wilka 
zwierzołaki były uzbrojone w gwardyjskie miecze — jeden z nich podniósł Konrad. A więc 
drugi leżał gdzieś w pobliżu. Zaczął się cofać w stronę zwłok, a Taungar zaatakował tak 
gwałtownie, że Konrad nieomal przewrócił się potykając o pierwsze ciało. Klinga Taungara 
prze­cięła powietrze, niemal pozbawiając go głowy. Konrad pochylił się, schwycił drugi 
miecz i gwałtownie odwrócił się w stronę przeciwnika. 
 
Trzymał teraz broń również w lewej ręce, chowając ją za plecami, i walczył jedynie mieczem 
w prawej ręce. Gdy Taungar chwilę później za­atakował z wypadu, Konrad związał swoją 
klingą klingę jego miecza, zablo­kował ją na jelcu i zaczął coraz dalej odpychać w bok ramię 
przeciwnika. 
 
A potem zadał cios drugim mieczem, wbijając go prosto w pozostałe oko Taungara. Głownia 
przeszyła mózg i wyszła z tyłu czaszki. 
 
Usta byłego sierżanta otworzyły się szeroko, zanim jednak zdołał krzyknąć, wypełniła je 
krew, uciszając go na zawsze. Konrad pchnął nieco mocniej lewą ręką, puścił rękojeść i 
Taungar runął na wznak. 
 
Konrad rozejrzał się wokoło. Wszystkie zwierzołaki leżały na ziemi, a ich ciała oświetlały 
płomienie palącej się gospody. Wszystkie zabił Wilk — jeżeli rzeczywiście był to Wilk. 
 
W czarną zbroję mógł być ubrany ktokolwiek. Chociaż najwyraźniej był sojusznikiem, który 
przyszedł Konradowi z pomocą, fakt ten znaczył niewiele. Równie dobrze mógł być wrogiem 
nie tylko któregoś z zabitych, ale i Konrada. 
 

background image

Czarna postać wbiła głownię miecza w ziemię. 
 
— Wyczyść go — rozkazała. To rzeczywiście był Wilk. 
 
Zdjął hełm i Konrad ujrzał twarz człowieka, który był jego panem, ale stał się przyjacielem. 
Białe włosy i brodę wciąż miał krótko przycięte, a za­ostrzone zęby i czarny tatuaż sprawiały, 
że jego twarz przypominała pysk zwierzęcia, którego nazwę przybrał. 
 
 
— W środku są jeszcze dwa — poinformował Konrad, opuszczając miecz i wycierając krew 
pokrywającą mu połowę twarzy. Odwrócił się w stronę gospody. Ogień buchał z każdego 
okna i drzwi. 
 
— Wiem — rzekł Wilk. — I już z niej nie wyjdą. 
 
Nie tylko one, uświadomił sobie Konrad, odskakując gwałtownie przed płonącym kawałkiem 
drewna. Gospoda stała się huczącym piekłem. Strzecha płonęła gwałtownie i nagle większa 
jej część się zapadła. Konrad miał nadzieję, że dziewczyny uciekły przez dach, ponieważ nikt, 
kto prze­bywał na strychu, nie mógł ujść z życiem. Cała gospoda gwałtownie prze­kształciła 
się w jedno ogromne ognisko. 
 
— Wyczyść go — powtórzył Wilk. — Jesteś mi winny dwa dni. 
 
— I masz zamiar zażądać następnych pięciu lat służby za to, że znowu ocaliłeś mi życie? — 
zapytał Konrad, biorąc do ręki czarny miecz. 
 
— Gdybym za każdym razem, gdy ratowałem ci życie, żądał pięciu lat służby, pracowałbyś 
dla mnie przez wieczność — Wilk pokręcił głową z kpiarskim zdziwieniem. — Nie mogę 
pojąć, w jaki sposób udało ci się przeżyć tyle miesięcy beze mnie. 
 
Niegdyś Wilk pojedynkował się z Otto Krieshmerem i zabił go, ratu­jąc Konrada przed 
stryczkiem. Konrad zgodził się wówczas służyć najem­nikowi jako giermek przez równe pięć 
lat. Okres ten prawie minął, gdy zo­stawił rannego Wilka pod opieką Anvili i ruszył na 
poszukiwanie rycerza ze spiżu. Nie wspomniał, że wkrótce przedtem to on ocalił Wilkowi 
życie, uwalniając go z niewoli goblinów, ponieważ Wilk doskonale o tym wie­dział. 
 
— Jak mnie znalazłeś? — zapytał Konrad. 
 
Wilk wzruszył ramionami. 
 
— Przypadek — odparł. 
 
— Nie ma czegoś takiego jak... — zaczął Konrad i w tej samej chwili za­uważył, że Wilk 
uśmiecha się, odsłaniając zaostrzone zęby. 
 
Wytarł czarną klingę do czysta o płaszcz jednego ze zwierzołaków, a Wilk tymczasem 
zniknął w ciemności. Gdy pojawił się ponownie, dosia­dał czarnego rumaka i prowadził 
jucznego konia. Wierzchowiec musiał być następcą Północy, białego ogiera zabitego przez 
gobliny, które wzięły Wilka do niewoli. 
 

background image

— Ruszajmy — rzekł Wilk, biorąc miecz i chowając go do pochwy. 
 
Konrad miał ochotę zapytać „Dokąd?”, ale zamiast tego zaczął szukać wierzchowca dla 
siebie. 
 
Zawsze przestrzegano go przed dotykaniem broni nieprzyjaciela. Była często skażona 
kontaktem z poprzednimi właścicielami. Dopiero nie­dawno Konrad uświadomił sobie, że 
chodziło tu o skażenie Chaosem — nie znał tego słowa, ale wiedział, jakie są jego 
zdradzieckie skutki. Teraz już sam zaliczał się do przeklętych. 
 
Po raz pierwszy trzymał tego rodzaju broń po powrocie do swojej wio­ski albo raczej miejsca, 
w którym kiedyś była jego wioska. Trzy purpu­rowo-złote stwory zanurkowały na niego oraz 
Wilka i wtedy zmusił jed­nego z nich do wypuszczenia miecza. Gdy go podniósł, poczuł jak 
całe ciało ogarnia gwałtowna fala mocy. Od tej pory stykał się z wieloma in­nymi 
egzemplarzami nieludzkiej broni, ale nigdy więcej nie wyczuł w nich takiej uśpionej potęgi. 
 
Miecz, którym walczył z Taungarem, nie różnił się od innych. Zbadał go, myśląc o 
zwierzołaku, do którego poprzednio należał. Czy ten stwór rzeczywiście był członkiem 
gwardii cesarskiej? Jak wielu żołnierzy tej eli­tarnej jednostki zostało w podobny sposób 
skażonych wpływem Chaosu? Jak wielu z nich służyło Slaaneshowi, a nie cesarzowi? 
 
A jak było z innymi żołnierzami oddziałów stacjonujących w Altdor­fie? Czy oni również 
zostali w podobny sposób zwerbowani? Komu można było ufać w straży miejskiej, w armii 
Reiklandu i w pozostałych cesarskich pułkach? Jak wielu pozostało lojalnych cesarzowi, a jak 
wielu zaprzedało się mocom ciemności? 
 
Taungar był członkiem cesarskiej straży przybocznej, ale okazał się zdrajcą, jednym z 
przeklętych. Konrad zrozumiał teraz, dlaczego sierżant zupełnie się nie przejął słysząc o 
spisku Gaxara, w wyniku którego Karl-Franz miał zostać zastąpiony przez uzurpatora. I 
chociaż Konrad uznał, że zagrożenie musiało zniknąć wraz ze śmiercią Szarego Proroka, 
wcale nie musiało to być prawdą. Czaszkolicy wciąż żył. A przecież przebywał ra­zem z 
Gaxarem i musiał być ściśle związany z jego diabolicznym planem. 
 
Konrad wziął pochwę i wsunął do niej miecz. Nie zainteresował się żadnymi elementami 
zbroi... Zbyt dobrze pamiętał spiżowy pancerz i pu­łapkę, w którą został złapany. Udało mu 
się odnaleźć swój sztylet, a po­tem podszedł do jednego z koni, które nie uciekły daleko od 
ognia, chwycił cugle i wskoczył na siodło. 
 
Wilk nie skomentował jego wyboru. Podał mu wodze jucznego konia i Konrad ruszył za 
najemnikiem przez ciemną i cichą wioskę. Wszystkie drzwi były zamknięte, okna zasłonięte 
okiennicami, a mieszkańcy kryli się, ogarnięci przerażeniem, przed niszczącą eksplozją 
przemocy, która wdarła się w ich spokojne życie. 
 
Odjeżdżając, Konrad spojrzał w stronę karczmy. Płomienie nie bu­chały tak gwałtownie, bo 
nie miało już co się palić. Do świtu zostaną jedy­nie zgliszcza i kilka poczerniałych kości 
wśród dymiących popiołów. 
 
Wilk również spojrzał przez ramię. 
 

background image

— Szkoda — oznajmił. — Na wiele mil wokoło było to jedyne miejsce, gdzie można było się 
napić. 
 
  
 
*   *   * 
 
— Zobaczyłem ich na trakcie w połowie drogi między tamtą wiochą a Altdorfem — wyjaśnił 
Wilk. Siedzieli przy ognisku, które Konrad roz­palił, aby ogrzewało ich w czasie długich 
godzin dzielących od świtu. — I postanowiłem pojechać za nimi, żeby się przekonać, o co im 
chodzi. A po­tem zobaczyłem ciebie. 
 
— A co robiłeś na drodze? — spytał Konrad. 
 
Wilk zapatrzył się w ogień, aż w końcu się odezwał: 
 
— Byłem w stolicy, a potem wyjechałem. Mogłem ruszyć dowolnym szlakiem, ale wybrałem 
tę drogę. Albo może została wybrana dla mnie? — wpatrywał się w płomienie, a w końcu 
zapytał: — A ty Konradzie, co ro­biłeś od pierwszego dnia lata? 
 
Konrad wzruszył ramionami, nie wiedząc ani od czego ma zacząć, ani ile chciałby powiedzieć 
Wilkowi. Było wiele spraw, których wolał nie wyja­wiać nikomu. Wilk był oprócz Elyssy 
najważniejszą osobą w jego życiu, ale tak wiele zdarzyło się od chwili, gdy udali się każdy 
swoją drogą, że teraz wydawał mu się właściwie kimś obcym. 
 
— Widziałem wojownika ze spiżu — rzekł Konrad. — Czy Anvila po­wiedziała ci o tym? 
 
Wilk skinął głową. 
 
— Ostatni raz widziałem go pięć lat wcześniej, dokładnie pięć lat. W przeddzień zniszczenia 
mojej wioski przez hordę zwierzołaków. A dzień po tym, jak spotkałem go w Kislevie, 
kopalnia została zniszczona przez wojsko najeźdźców. 
 
W mroku Wilk ponownie skinął głową. 
 
— Znalazłeś go? 
 
— Zanim zszedłem z gór, już zniknął. — to była prawda, ale prawdą był również fakt, że 
nieco później Konrad odnalazł wojownika ze spiżu. Nie wspomniał o tym jeszcze i nie 
wiedział, czy kiedykolwiek to zrobi. — Kiedyś mi powiedziałeś, że był twoim bratem, 
bratem-bliźniakiem i że spo­tkał go los gorszy od śmierci. Został stworem Chaosu? 
 
— Tak. 
 
— Jak się to stało? 
 
Wilk milczał chwilę. Wciąż patrzył w płomienie ogniska i Konrad do­szedł do wniosku, że 
już nie odpowie, gdy jego towarzysz zaczął mówić. 
 

background image

— Jestem starszy o kilka minut. Fizycznie byliśmy identyczni, tyle tylko że moje włosy były 
białe, a jego czarne. Pod każdym innym względem byliśmy jednak swoimi przeciwieństwami. 
Może początkowo różniło nas niewiele, ale Jurgen stał się... inny. Jego zainteresowanie 
ma­gią i czarnymi sztukami doprowadziło go do skażenia. Zaczął wierzyć, że jest tylko 
połową człowieka, że nie stanie się całością, dopóki nie zniszczy mnie i nie pochłonie mej 
duszy. Był przekonany, że musi mnie zabić, musi uczynić to, używając broni, a nie magii. 
Stworzył spiżową zbroję, aby po­służyć się nią w czasie walki ze mną. Ale... tak się nie stało. 
 
Wilk zamilkł ponownie i Konrad zastanawiał się, czy jego towarzysz kiedykolwiek opowiadał 
o tym komukolwiek. Wciąż wpatrywał się w pło­mienie, ale jego oczy widziały coś bardzo 
odległego — dawno minioną część jego życia. 
 
— Zdradzony przez najbliższą osobę — rzekł cicho Konrad, wspomi­nając coś, co Wilk 
powiedział wkrótce po ich spotkaniu, ale ten nie usły­szał albo udał, że nie słyszy. 
 
Konrad zastanawiał się również nad zbroją Wilka, czarnym pance­rzem, który najemnik nosił 
od tak dawna. Miał też ciężki, czarny miecz oraz czarną tarczę bez żadnego herbu — te same, 
co pięć lat temu. Rzadko którym elementom uzbrojenia udawało się wytrzymać tak długo, 
ponie­waż krew zwierzołaków i ich wstrętnych sojuszników działała jak kwas, po­wodując 
rdzawienie metalu, jego nadwątlenie i kruchość. Miecz Wilka przelał wiele takiej krwi, ale 
jego klinga nie nosiła żadnych śladów uszko­dzeń. Czy istniał jakiś związek między zbroją ze 
spiżu a czarną zbroją? Ta pierwsza zawierała spaczeń... ale ta druga? 
 
Gdyby był to ktoś inny, a nie Wilk, Konrad podejrzewałby, że w pro­dukcji czarnej zbroi 
zastosowano jakieś magiczne procesy. Ale Wilk zaw­sze nienawidził magii i magów — 
zapewne nienawiść ta wynikała ze zdrady jego brata bliźniaka. 
 
Jurgen von Neuwald wykonał zbroję ze spiżu, a Litzenreich ją roz­montował. Brat Wilka i 
mag z Middenheimu: kolejny wątek. Im więcej Konrad wiedział, tym bardziej 
skomplikowana stawała się oplatająca go sieć. 
 
Spiżowa zbroja musiała pożreć Jurgena, wysysając jego siły życiowe dokładnie tak samo, jak 
zaczynała pożerać Konrada. Pancerz Chaosu no­siło zapewne wielu innych wojowników, nie 
tylko Jurgen i Konrad. Wszystkich zniszczył bez reszty. Jurgen był pierwszy, Konrad ostatni i 
tylko on zdołał się ocalić. 
 
Konrad czekał, aż Wilk zacznie mówić dalej, ale ciszę przerywało jedy­nie potrzaskiwanie 
palących się szczap i odległe pohukiwanie sowy w le­sie. Bez słowa dotknął bandaża na szyi. 
Krew już wyschła, rana zaczynała się zasklepiać i dlatego nieco rozluźnił pasek materiału. 
Głowę i policzek miał identycznie opatrzone. 
 
Niegdyś Konrad martwiłby się, że zginie od trucizny na klindze prze­ciwnika. Pozornie 
niewinne skaleczenie mogło spowodować śmierć w mę­czarniach, jak po ugryzieniu 
jadowitego węża. Ale w ciągu minionych lat był wielokrotnie ranny i zawsze wracał do 
zdrowia. Przestał się więc przejmować takimi obrażeniami. Istniała możliwość bolesnej 
śmierci w przypadku, gdyby drobna rana zaczęła się paskudzić zamiast goić, ale teraz było to 
już bardzo mało prawdopodobne. 
 
Przez chwilę Konrad myślał o Taungarze i o tym, co się z nim stało. Przecież sierżant 
wspominał, że w czasie oblężenia Praag nieomal zginął; tymczasem stał się stworem Chaosu. 

background image

Czy to właśnie niekiedy zdarzało się wojownikom, którzy walczyli z najeźdźcami z północy? 
Zaczynało ich za­truwać obecne zewsząd skażenie. Rana wcale nie musiała być śmiertelna, 
ale powodowała przemiany, podobnie jak ugryzienie wampira mogło spo­wodować śmierć 
albo stworzyć kolejnego takiego samego stwora. Niewy­kluczone, że między innymi dzięki 
temu legiony przeklętych stawały się coraz liczniejsze, ponieważ rekrutowały nowych 
wojowników z tych od­działów, które usiłowały odrzucić je z powrotem w piekielne regiony, 
w których się wylęgły. 
 
W kilku krótkich zdaniach Wilk więcej powiedział o swoim wcześniej­szym życiu niż w 
ciągu pięciu lat, w czasie których Konrad mu służył. Wpatrywał się w swoją przeszłość i 
chociaż wszystko wskazywało na to, że nie ma już zamiaru powiedzieć niczego więcej o 
bracie, pierwszym wojow­niku ze spiżu, Konrad miał jednak więcej pytań. 
 
— Gdy spotkaliśmy się po raz pierwszy — odezwał się — miałem koł­czan z czarnej 
karbowanej skóry. Pamiętasz? 
 
Początkowo sądził, że Wilk znowu go nie usłyszał, ale po kilku sekun­dach jego towarzysz 
pokręcił głową. 
 
— Był na nim złoty herb — tłumaczył dalej Konrad. — Pięść w pancer­nej rękawicy 
pomiędzy parą skrzyżowanych strzał. Zapytałem cię, czy po­znajesz ten znak. Zaprzeczyłeś, 
ale odniosłem wrażenie, że wydał ci się znajomy. 
 
— Tak — przyznał Wilk po upływie kilku dalszych sekund. — Pamię­tam. Już wcześniej 
widziałem taki herb, na tarczy. 
 
Tarcza! Tarcza, która teraz należała do skavena, przezwanego przez Konrada Srebrnym 
Okiem. Ale była to kolejna nitka w pajęczynie... 
 
— Do kogo należała? — zapytał Konrad. 
 
Znowu zapadła cisza, aż wreszcie Wilk się odezwał: 
 
— Do wroga. Wroga, który mógł mnie zabić, ale oszczędził mi życie. 
 
— Kto to taki? 
 
Musiał być to ktoś, kto był dawniej właścicielem łuku i strzał, przeka­zanych Konradowi 
przez Elyssę. Kolejna nitka łącząca Wilka i Elyssę. 
 
— Elf — odparł Wilk. 
 
— Elf? — tłumaczyłoby to informację, jaką Konrad otrzymał w Kole­gium Heraldycznym, że 
tajemniczy herb nie należał do człowieka. 
 
— Byliśmy wrogami. Mógł mnie zabić. Nie zrobił tego. 
 
— Kiedy? 
 

background image

— Dwadzieścia lat temu — Wilk pokiwał wolno głową, jakby odlicza­jąc kolejno rok po 
roku. — A może więcej. 
 
— Gdzie? 
 
— Na wschodzie, w Middenheimie. 
 
Czy rzeczywiście mogło to się wiązać z przeszłością Elyssy? Może jej ojcem był elf i 
dziewczyna nieświadomie przekazała Konradowi broń, która należała do jej prawdziwego 
rodzica? 
 
— Niedaleko miejsca, gdzie się spotkaliśmy? — zapytał Konrad. 
 
— Być może. 
 
— Co się stało z elfem, z jego bronią? 
 
— Nie wiem. Starałem się o nim zapomnieć... do chwili, gdy zobaczy­łem cię z tym 
kołczanem. 
 
— Jak się nazywał? 
 
Wilk wzruszył ramionami. 
 
Konrad odchylił się do tyłu i spojrzał w gwiazdy. Od chwili, gdy Mannslieb skryła się za 
horyzontem, noc stała się jeszcze ciemniejsza. Większy księżyc otrzymał swoją nazwę na 
cześć Mananna, boga mórz. „Ukochana Mananna” była tej nocy w pełni i pojawi się 
ponownie za dwa­dzieścia pięć dni. Ale Morrslieb w dalszym ciągu stała wysoko na niebie i 
jej niesamowity blask słabo oświetlał okolicę. Nazwana na cześć boga śmierci Morra, miała 
nieregularny kształt i nie sposób było przewidzieć, kiedy się pojawi. Czasem była większa, 
kiedy indziej mała, a jej kształt zda­wał się zmieniać niemal co noc. Jedna z legend 
twierdziła, że „Ukochana Morra” składa się całkowicie ze spaczenia. Było to wierzenie 
rozpowszech­nione wśród wyznawców Chaosu, którzy organizowali swoje bluźniercze 
ceremonie, gdy Morrslieb wydawała się największa. Banda Kastringa, któ­rej bóstwem był 
Khorne, składała jej ofiary za każdym razem, gdy mniejszy księżyc był w pełni. Tak było 
również dzisiejszej nocy i dlatego dowodzeni przez Taungara fanatycy Slaanesha zapolowali 
na Konrada. 
 
— Co się stało z Anvilą? — zapytał Konrad, ponieważ wydało mu się, że kobieta-krasnolud 
jest jedyną istotą, która nie ma związku z czymkol­wiek w jego życiu. 
 
— Przez wiele dni kopiowała wszystkie runy w świątyni, jakie udało się jej znaleźć — odparł 
Wilk. — Na szczęście gobliny już nie wróciły. Gdy odzyskałem siły na tyle, aby móc 
wyruszyć w podróż, zeszliśmy z gór, od­naleźliśmy konie, które nam zostawiłeś, i wróciliśmy 
do kopalni. Albo ra-czej do tego, co z niej zostało. I tam się pożegnaliśmy. Anvila ruszyła do 
Gór Krańca Świata, bo miała zamiar wrócić na uniwersytet w Everpeak, czyli, jak mówią 
krasnoludy, w Carac-a-Carak, „Wiecznej Drodze na Szczyt”. Zamierzała napisać książkę o 
swoich odkryciach. A ja pojechałem na wschód i w końcu znalazłem się w Altdorfie. Od 
mojego ostatniego po­bytu wiele się tam zmieniło i wszystko na gorsze. Nie miałem co robić 
w stolicy, a więc wyjechałem. No, i się spotkaliśmy. 

background image

 
W wyglądzie najemnika nie zaszły wielkie zmiany w porównaniu z dniem ich pierwszego 
spotkania. Wyjątek stanowiła jedynie twarz, na której pojawiło się więcej zmarszczek i blizn. 
 
— Czy cesarz wrócił do Altdorfu? — zapytał Konrad. 
 
— Postanowił spędzić zimę w Talabheim, ale krążą pogłoski o jakichś romantycznych 
przyczynach, które skłoniły go do pozostania. Rzekomo wysłał cesarzową z powrotem do 
Altdorfu wcale nie dlatego, że tak bardzo zajmowały go sprawy państwowe. Niektórzy 
twierdzą, że ma romans z sio­strzenicą Arcylektora Anglima, inni uważają, że sama księżna 
Elise Kre-iglitz-Untermensch cieszy się cesarską przychylnością, a jeszcze inni gło­szą, że 
spędza każdą noc w Świątyni Sigmara — za każdym razem z inną kapłanką. 
 
Wilk roześmiał się. 
 
— Czasami żałuję, że nie noszę aksamitnej peleryny. Byłby ze mnie wspaniały dworak, 
doskonale potrafiłbym rozsiewać plotki i wymyślać po­głoski. Ale przypuszczam, że bardzo 
by mi brakowało wielu innych rzeczy w życiu — sięgnął za pazuchę, podrapał się i wyciągnął 
rękę, trzymając zaciśnięty kciuk i palec wskazujący, w której trzymał pchłę. — Ale w 
cesar­skim pałacu pchły są szlachetniejszego gatunku. 
 
— Gdy cesarz powróci do Altdorfu, zostanie zabity i zastąpiony na tro­nie przez kogoś, kto 
będzie go udawał. 
 
Wilk skinął głową tak obojętnie, jakby poinformowano go, jaka jest pora dnia. Szturchnął 
patykiem drewno w ognisku, a potem dorzucił kilka nowych kawałków 
 
— Skąd o tym wiesz? — zapytał. — Udało ci się wykręcić od opowie­dzenia czegokolwiek o 
tym, co działo się z tobą. 
 
— Opuściłem Kislev — wyjaśnił Konrad — i pojechałem do Middenhe­imu. Potem 
przybyłem do Altdorfu i wreszcie znalazłem się tutaj — staran­nie pomijał milczeniem 
Kastringa, spiżową zbroję, Litzenreicha, Gaxara i skavenów. 
 
Po raz pierwszy od początku całej rozmowy Wilk popatrzył wprost na Konrada, chociaż 
upłynęło sporo czasu, zanim odezwał się ponownie. 
 
— Jesteś jakiś inny — stwierdził. — Coś cię odmieniło. Jesteś jakiś inny niż wtedy, gdy 
powróciłeś po przełamaniu oblężenia Praag, chociaż właśnie wtedy widziałeś tyle 
okrucieństw, musiałeś walczyć z niewiarygod­nymi stworami. A to oznacza, że od naszego 
rozstania zdarzyło się z tobą coś o wiele, wiele gorszego. W twojej duszy jest mrok, 
Konradzie. 
 
Konrad nigdy nie słyszał, aby Wilk używał tego rodzaju sformułowań. Chociaż jego 
towarzysz głosił, że jest wyznawcą Sigmara i że swego czasu miał zamiar wstąpić do Zakonu 
Kowadła, nigdy nie odznaczał się szczególną religijnością. W gruncie rzeczy Konrad 
naśladował Wilka w dość obojętnym stosunku do modlitw i ceremonii religijnych. Uwagę 
żołnierzy na granicy oddzielającej ludzkość od piekielnych najeźdźców bardziej zaprzątały 
problemy, w jaki sposób przeżyć niż jak zostać zbawio­nym. 
 

background image

— Chaos — powiedział Konrad. — To były ostatnie słowa, które wypo­wiedziałeś, zanim 
opuściłem świątynię krasnoludów. Co chciałeś przez to powiedzieć? To było ostrzeżenie, 
ale... 
 
Wilk ziewnął, przeciągnął się i rzekł: 
 
— Jutro ruszymy do Jałowych Krain... 
 
— Jałowych Krain? 
 
— Zrobisz, co każę — oznajmił Wilk. — Przynajmniej przez następne dwa dni. I jeżeli masz 
choć trochę rozsądku, pozostaniesz ze mną tak długo, jak będzie to potrzebne. Teraz wiem, że 
jesteś wybranym... 
 
— Wybranym? 
 
— Tym, kogo muszę przyprowadzić. Jest ktoś, kogo musisz spotkać, kto mógłby 
odpowiedzieć na wszystkie twoje pytania, kto będzie ci mógł powiedzieć, co naprawdę 
zdarzyło się z tobą w ciągu minionych miesięcy. 
 
Konrad spojrzał osłupiałym wzrokiem na Wilka. Ktoś, kto mógłby od­powiedzieć na 
wszystkie jego pytania? 
 
I gdy patrzył nad migoczącymi płomieniami ogniska, uświadomił sobie, że mają z Wilkiem 
więcej wspólnego niż poprzednio. Zbroja Jur­gena von Neuwalda i użyty do wyzwolenia ze 
spiżowego więzienia spa­czeń napiętnowały Konrada, ale już o wiele wcześniej Wilk został 
skażony uwodzicielskim pocałunkiem Chaosu. 
 
  
Rozdział dziewiąty  
 
  
 
Jałowe Krainy leżały na zachód od Reikwaldu i dotarcie do granicy za­jęło Konradowi i 
Wilkowi zdecydowanie więcej niż dwa dni. Minęło już pięć lat służby Konrada, ale żaden z 
nich w ogóle o tym nie wspomniał. 
 
Jałowe Krainy były niegościnne i pozbawione życia, a zimny wiatr od Morza Środkowego 
bez przerwy omiatał ich równiny. Tereny te były tak słabo zaludnione, że w całym regionie 
znajdowało się tylko jedno miasto. Był nim Marienburg, największy port w całym Starym 
Świecie. Ale Wilk nie tam prowadził Konrada, więc nie zatrzymywali się ani w wioskach, ani 
w folwarkach, gdzie żyła pozostała część ludności Jałowych Krain. 
 
Wilk nie mówił nic o celu ich wędrówki, ani kogo tam spotkają, i Kon­rad wkrótce przestał 
zadawać pytania. Jechali wspólnie przez Jałowe Kra­iny, aby spotkać tajemniczą istotę, która 
zdoła odpowiedzieć na wszystkie pytania Konrada na temat Chaosu. 
 
Albo przynajmniej mógł udawać, że tak właśnie zamierzał los, że nie może nic zrobić, tylko 
zgodzić się, aby niósł go dalej wytyczonym przez sie­bie kursem. A im dalej podążał na 

background image

zachód, tym większe ogarniało go prze­świadczenie, że wymyka się z pajęczyny, która 
groziła uwięzieniem go w splątanych niciach jego własnego życia. 
 
Wilk odmówił także odpowiedzi na pytanie, gdzie i jak został skażony Chaosem. Konrad 
doskonale to rozumiał. Sam też nie miał ochoty rozma­wiać o swoim uwięzieniu w spiżowej 
zbroi. Jednakże fakt, że Wilk zdołał przetrwać tak długo od chwili swojego skażenia i w 
dalszym ciągu był nie­ubłaganym wrogiem Chaosu, dawał Konradowi nową nadzieję. 
Wiedział, że zetknięcie ze spaczeniem skazało go na ostateczną zagładę, ale może zdoła 
opóźnić swoją nieuniknioną zgubę. 
 
Przez cały czas ich znajomości Wilk walczył z Chaosem, chociaż nigdy nie używał tego 
słowa. Wilk zdawał sobie sprawę, że walka przybiera różne postacie, a światu grozi 
niebezpieczeństwo z wielu stron. Ponieważ był wojownikiem, postanowił zwalczać legiony 
piekła w jedyny znany so­bie sposób — siłą oręża. Wykorzystywał ją, aby powstrzymać 
hordy z pół­nocy, które starały się przełamać linie obrony w Kislevie, i odniósł na tym polu 
wielkie sukcesy. Zorganizowana przez niego armia najemników zdo­łała nawet odepchnąć 
barbarzyńskie hordy poza granicę. Wtedy jednak nastąpił moment, w którym najeźdźcy 
uderzyli na południe, niszcząc gór­nicze miasteczko i mordując wszystkich jego 
mieszkańców. Albo prawie wszystkich. Krysten była ostatnią ofiarą. 
 
Konrad i Wilk jechali dalej przez dziką okolicę, dzień za dniem. Na­zwa Jałowych Krain 
całkowicie odpowiadała rzeczywistości. Trawa była wysuszona i pożółkła, rzadko rosnące 
drzewa były karłowate i poskrę­cane. Roślinności zaledwie wystarczało, aby wyżywić kilka 
dzikich ptaków i niewielkich zwierząt, które udało się im zobaczyć. Nic dziwnego, że 
lud­ności było tu tak niewiele. Wyglądało to tak, jakby cały kraj został zagar­nięty przez 
Chaos, a następnie porzucony jako bezwartościowy. 
 
Nie napotkali dróg, ponieważ nie żyło tu wystarczająco dużo ludzi, aby z nich korzystać. Na 
pozbawionej życia ziemi nie było nawet prymityw­nych szlaków, więc Konrad zastanawiał 
się, skąd Wilk wie, w którą stronę się skierować. 
 
Wreszcie Konrad zobaczył na horyzoncie zielony punkt. W miarę jak odległość się 
zmniejszała, przekształcił się w kępę drzew. Prawie zapadł zmierzch, więc rozłożyli obóz na 
noc. Następnego ranka zorientowali się, że lasek jest małą wyspą roślinności, całkowicie 
otoczoną przez szerokie jezioro. Jednak sama tylko obecność wody nie mogła tłumaczyć 
żyzności tego skrawka ziemi. Sprawiał niemal wrażenie zamku otoczonego fosą z drzewami 
zamiast murów. 
 
— Tutaj właśnie mieszka Galea — oznajmił Wilk, ściągając cugle konia, gdy dotarli do 
brzegu jeziora. 
 
— Kim jest Galea? — zapytał Konrad, chociaż nie bardzo wierzył, że otrzyma odpowiedź. 
 
— Najmądrzejsza osoba na świecie — Wilk spojrzał na Konrada i się uśmiechnął. — 
Przynajmniej w Starym Świecie. 
 
— Powie mi wszystko, co chce wiedzieć? 
 
— I wiele takich rzeczy, o których nie widziałeś, że chcesz wiedzieć. 
 

background image

— Czy już tu byłeś? 
 
— Tak — Wilk pokiwał z namysłem głową. 
 
— W takim razie ruszajmy — Konrad skierował konia w stronę wody. 
 
— Nie — Wilk zatrzymał go ruchem ręki. — Musisz się tam przedo­stać sam. Na bosaka, z 
gołą głową, bez broni i zbroi. 
 
Konrad spoglądał na niego przez kilka sekund. 
 
— Skoro tak twierdzisz — zsiadł z konia, rozpiął pas z mieczem, odło­żył sztylet i zdjął buty. 
Potem znowu spojrzał na wodę. — Jesteś pewien, że się nie mylisz? 
 
— Tak. Tu nie jest głęboko. Możesz przejść w bród. 
 
Wyspa miała średnicę około pięćdziesięciu metrów i znajdowała się w takiej samej odległości 
od brzegu. 
 
— Gdy dojdziesz do połowy — dodał Wilk — musisz zanurzyć się z głową. Trzykrotnie. 
 
— Jesteś pewien tego wszystkiego? 
 
— Tak. Byłem tutaj raz, a nikomu nie wolno wracać. 
 
Konrad patrzył na Wilka. Wierzył mu bez reszty, ale mimo wszystko czuł się nieswojo. 
Wszak od pobytu jego towarzysza w tym miejscu mu­siało minąć wiele lat i sytuacja mogła 
się zmienić. 
 
— Wszystko, co zechcę wiedzieć? — zapytał, spoglądając na wyspę. 
 
— Tak. I nie jedz niczego, niczego nie dotykaj, nie próbuj niczego za­brać. Musisz również 
wziąć ze sobą jakiś prezent. 
 
— Co? 
 
— To — rzekł Wilk i podał Konradowi mały grzebień z kości słonio­wej. — Miałem go ze 
sobą od dawna, przygotowany na ten właśnie dzień. 
 
Konrad obejrzał grzebień. Nie sprawiał wrażenia czegoś szczegól­nego. Schował go do 
kieszeni bluzy. 
 
— Czy chcesz mi powiedzieć coś jeszcze o Galei? 
 
— Będziesz wiedział wszystko, gdy znajdziesz się na miejscu. Dla mnie była to 
niespodzianka, więc nie chcę ci psuć twojej. 
 
— Lepiej, żeby ta wyprawa była tego warta. 
 
— Będzie — zapewnił Wilk. 

background image

 
Konrad odwrócił się i wszedł do wody. Była bardzo zimna, a po kilku krokach sięgnęła mu do 
pasa. 
 
— Czy mogę przepłynąć? — zawołał. 
 
— Nie wiem, ale pamiętaj, żeby całkowicie zanurzyć się pod po­wierzchnię, gdy dotrzesz na 
środek. 
 
„To jak bicie pokłonów w świątyni” — pomyślał Konrad, robiąc wolno dwa następne kroki. 
Woda sięgnęła mu do piersi, ale dalej głębokość już się nie zwiększała. Przepłynął resztę 
drogi, na środku zanurkował trzykrot­nie i podążył dalej. 
 
Gdy wychodził na brzeg, zobaczył, że błoto powyżej linii wody jest białe. Wyglądało na tak 
stare, że pochylił się, wziął całą garść i przyjrzał mu się dokładniej. Zauważył, że widnieją w 
nim kawałki kości i nagle uświadomił sobie, że kości są jedynym składnikiem białego błota! 
Cała wy­spa otoczona była murem ze zmielonych kości, wyrzuconych tu przez wody jeziora. 
 
Czy taki był los tych, którzy nie zachowali odpowiedniej etykiety? Tych, którzy nie zdjęli 
nakrycia głowy, nie odłożyli mieczy? Albo zapo­mnieli złożyć odpowiedniego hołdu w 
połowie przeprawy przez jezioro... 
 
Jeżeli tak, ofiar, które zginęły w zimnych wodach, musiały być setki, może tysiące. Konrad 
wzdrygnął się i wytarł dłonie w wilgotne spodnie, starając się nie myśleć, z czego je 
właściwie wyciera. 
 
Wyspa wydawała się teraz większa niż widziana z brzegu. O wiele większa. I gdy spojrzał na 
brzeg, na którym pozostawił Wilka, nie zobaczył niczego poza wodą. 
 
Powinien był widzieć oddalony o pięćdziesiąt metrów brzeg, ale roz­pościerało się przed nim 
jedynie jezioro, które przepłynął. Sprawiało wra­żenie równie szerokiego jak Morze 
Szponów, od którego brzegów od­dzielały ich setki mil. Nagle miał ochotę zawrócić, ale 
uznał, że nie byłoby to rozsądne, że nigdy nie zdoła dotrzeć do przeciwległego brzegu, który 
obecnie mógł się znajdować w odległości wielu mil. Był to zapewne ko­lejny czynnik, który 
zwiększał liczbę ofiar pochłoniętych przez jezioro i do­dawał ich zbielałe kości do tych, które 
otaczały już zieloną wyspę. 
 
Gdy Konrad ruszył w głąb wyspy, zorientował się, że jest o wiele cie­plej niż kilka minut 
temu, a jego ubranie szybko wysycha w tej temperatu­rze. Słońce wisiało niemal prosto nad 
głową, wyżej niż widział je kiedykol­wiek dotąd. Niebo miało głęboki odcień błękitu — 
kolor, jaki widywał jedy­nie w środku lata. Nigdy dotąd nie widział też takich egzotycznych 
roślin i drzew. Zaskoczył go ten widok. Odniósł wrażenie, że znalazł się w zupeł­nie innym 
kraju. 
 
Być może tak właśnie się stało. Nie dotarł na jakąś zwykłą wyspę. Miał uczucie, że 
przekraczając wodę, dotarł na zupełnie inny kontynent... 
 
Rozglądał się wokoło oszołomiony, gdy usłyszał nagle ryk, który na­tychmiast sprowadził go 
na ziemię. Odruchowo sięgnął po nóż. Od kiedy sięgał pamięcią, zawsze miał jakiś przy 
sobie. Pierwszym był sztylet o fali­stej klindze, ukradziony żołnierzowi z oddziału, który 

background image

przybył do wioski, aby oczyścić ze zwierzołaków tę część lasu. Wiele lat później Wilk 
wyjaśnił mu, że jest to kris, broń pochodząca z drugiego końca świata. Najnowszy sztylet 
Konrad otrzymał wraz z całym ekwipunkiem, zaciągając się do gwardii cesarskiej. Ale teraz 
nie miał nic. 
 
Ryk stawał się coraz głośniejszy, coraz bliższy. Przez gęste poszycie skradała się w jego 
stronę jakaś drapieżna bestia i Konrad szybko rozej­rzał się wokół siebie, poszukując 
wzrokiem czegoś, co mógłby użyć jako broń. Gałąź mogła posłużyć za maczugę, sięgnął więc 
w górę, aby ją obła­mać z najbliższego drzewa. Zanim jednak zacisnął na niej dłoń, 
przypo­mniał sobie ostrzeżenie Wilka: nie dotykaj tam niczego. 
 
Zawahał się, a potem cofnął. Jego jedyną bronią było to, z czym przy­szedł na świat i co do 
tej pory dobrze mu służyło — gołe ręce. 
 
Chwilę później pojawił się i sam stwór, zbliżając się do niego pewnym krokiem. Był to 
wielki, czarny kot, na którego piersi, na czarnym futrze, widniał biały romb. Spodziewał się 
ujrzeć jakiegoś nadnaturalnego po­twora, tymczasem pojawił się jedynie lampart o gładkim, 
lśniącym futrze i długich, ostrych kłach. Zwierzę zwolniło, a potem stanęło. Jego ogon 
poruszał się wolno, a potem zwierzę otworzyło szeroko paszczę i ryknęło wyzywająco. 
 
Wolałby mieć do czynienia ze zwierzołakiem, bo ten zaatakowałby na­tychmiast. Działania 
dzikiego zwierzęcia były mniej przewidywalne i dla­tego to bardziej niebezpieczne. 
 
— Witaj — rozległ się głos u boku Konrada. Odwrócił się gwałtownie. 
 
Cztery czy pięć metrów od niego stała młoda dziewczyna i gryzła jabłko. Miała jakieś osiem 
lat, czarne włosy splecione w dwa warkocze, bose nogi; ubrana była w wieśniaczą sukienkę 
wielokrotne łataną i cero­waną. Na jej umorusanej buzi widniała dość dziwna mina, której 
Konrad nie był w stanie zrozumieć. 
 
— Eee... Witaj — odparł i zerknął na czarnego lamparta. 
 
— Nie zrobi ci krzywdy — oświadczyła dziewczynka. — Chyba że bę­dziesz niedobry. Masz 
dla mnie prezent? 
 
Konrad wciąż obserwował zwierzę, które bez przerwy cicho poryki­wało. 
 
— Przyszedłem spotkać się z Galeą. Wiesz, gdzie on jest? 
 
— To ja jestem Galea. 
 
Konrad znowu zerknął na dziewczynkę. 
 
— To ja — powtórzyła i odgryzła kolejny kęs jabłka. — Naprawdę. 
 
Konrad spojrzał na nią z osłupieniem. Najmądrzejsza istota na świe­cie. To właśnie musiała 
być niespodzianka, o której wspomniał Wilk. 
 
— Kto cię tu przyprowadził? — zapytała. 
 

background image

— Wilk. Wolfgang von Neuwald. 
 
Galea skinęła głową. 
 
— Pamiętam. Przyniósł mi bransoletę, a ja mu powiedziałam, że chciałabym grzebień... 
 
Wydawało się niemożliwe, że Wilk widział dziewczynkę w czasie swojej bytności na wyspie, 
że z nią rozmawiał. Nawet gdyby udał się tu na­tychmiast po opuszczeniu granicy, kilka 
tygodni przed spotkaniem Kon­rada, mogła mieć wówczas zaledwie dwa albo trzy lata. 
 
Wydawało się niemożliwe, a jednak się zdarzyło. 
 
— To dla ciebie — rzekł Konrad, podając grzebyk z kości słoniowej. 
 
— Och, dziękuję! — zawołała Galea, robiąc krok do przodu i przyjmu­jąc prezent. Ujęła 
jeden z warkoczy i obejrzała postrzępiony kawałek szmatki, którą był przewiązany. — 
Następnym razem chciałabym dostać wstążkę. Chyba jedwabną. I czerwoną... 
 
— Następnym razem? — zapytał Konrad, spoglądając jej w oczy. I na­gle uświadomił sobie, 
co dziwnego dostrzegł w jej wyglądzie. 
 
Miała oczy jak kot. Były całkowicie złote, bez śladu białek, a źrenice tworzyły wąski, czarny 
owal. 
 
Spojrzał na lamparta, który przestał pomrukiwać. Oczy miał takie same jak dziewczyna. 
Dokładnie takie same. A jej włosy były tak czarne jak futro zwierzęcia. 
 
Galea wróciła do lamparta i wyciągnęła rękę, żeby podrapać go po karku. Jej głowa sięgała 
grzbietu zwierzęcia, które zaczęło mruczeć, gdy drapała je za uszami. 
 
— Jak się nazywasz? — spytała. 
 
— Konrad. 
 
— Chodź ze mną, Konradzie — powiedziała. Odwróciła się i ruszyła pomiędzy drzewami ze 
swoim oswojonym lampartem u boku. Konrad obejrzał się i w dalszym ciągu nie mógł 
zobaczyć niczego poza po­wierzchnią wody. Ruszył za Galeą w głąb wyspy. 
 
  
 
*   *   * 
 
Powiedział jej. Wszystko. O sprawach, z których nigdy dotąd nikomu się nie zwierzył, lecz 
teraz mógł je wreszcie wyrzucić z głębi duszy. 
 
Siedzieli na trawie, ukryci przed słońcem wśród kępy drzew, a ol­brzymi lampart spoczywał u 
boku Galei. Nie prosiła go, aby jej opowiadał o sobie, ale gdy tylko spojrzał w jej mądre, 
kocie oczy, od razu wiedział, co powinien zrobić. Chociaż Konrad nie wiedział, dlaczego tak 
sądzi, był pe­wien, że robi to z własnej woli, że Galea nie stosuje wobec niego swojej 
nadnaturalnej mocy. 

background image

 
Opowiedział jej historię swojego życia od najwcześniejszych dni do momentu ponownego 
spotkania z Wilkiem. Wspominał wszystkich ludzi, z którymi zetknął się w ciągu ostatnich 
kilku lat, i o ich wzajemnych powią­zaniach. Opowiedział o tajemniczym złotym herbie — 
pancernej pięści po­między dwiema skrzyżowanymi strzałami, o walce z goblinami w 
zagubio­nej świątyni krasnoludów i owym niezwykłym przypływie sił życiowych, ja­kiego 
doświadczył w czasie masakry zielonych wrogów, a także o dziwnym złudzeniu, że walczy 
młotem bojowym, a nie toporem. Mówił o uwięzieniu w spiżowej zbroi i skażeniu go 
spaczeniem. Opisał dziwne wizje, jakich do­świadczał, gdy Litzenreich i jego krasnoludy 
wyzwalali go ze spiżowego pancerza, uważając za umarłego. O tym, jak wydawało mu się, że 
wędruje wśród gwiazd, o zmartwychwstaniu w swoim poprzednim ciele, o wspo­mnieniach, 
które do niego nie należały, o pomyleniu śmierci Elyssy ze śmiercią Evane, pierwszej miłości 
Sigmara, zamordowanej przez bandę go­blinów. O tym fakcie Konrad dowiedział się w 
swoim śnie, a potwierdził go później, czytając historię życia Sigmara. 
 
Większą część tej historii opowiadał spontanicznie, bez naj­mniejszego przymusu, jakby 
przygotowywał ją od dawna, chociaż czasami Galea musiała podpowiedzieć mu jakieś słowo, 
poprosić o wyjaśnienia lub o jakieś szczegóły. Niekiedy łapał się na tym, że powtarza coś, co 
już po­wiedział, dla podkreślenia jakiegoś fragmentu. Aż wreszcie zakończył opo­wieść. 
 
Zupełnie zapomniał, że pozornie zwraca się do małej dziewczynki, po­nieważ zdawał sobie 
sprawę, że naprawdę Galea wcale nie jest dzieckiem. 
 
Przez cały czas, gdy Konrad mówił, siedziała bez ruchu. Teraz rozpu­ściła włosy i zaczęła 
czesać je grzebykiem z kości słoniowej. Przypominały Konradowi włosy Elyssy, ale starał się 
odpędzić te skojarzenia. Wkrótce jego myśli zaprzątnęły inne sprawy. Galea, czesząc włosy, 
zaczęła mówić. Tym razem to ona opowiadała, a Konrad mógł jedynie siedzieć, słuchać i 
zdumiewać się. 
 
— Wyobraź sobie — zaczęła — że świat jest wyspą, wyspą otoczoną Chaosem. Niekiedy 
wody przypływu wzbierają wyżej i światu grozi, że zo­stanie całkowicie zatopiony. Tak 
właśnie dzieje się obecnie. 
 
Ludzkość ukształtowała się wiele tysiącleci temu, gdy świat również był zalany Chaosem, 
gdy jego surowa materia najpierw zestaliła się pod postacią spaczeniowego kamienia i pyłu. 
Jego działanie w mniejszym stop­niu dotknęło elfy i krasnoludy niż nową rasę, znaną jako 
ludzie. Miały one swoje czasy szczytowego rozwoju, stanowiły wtedy przewodnie rasy. Gdy 
jednak ludzkość wystąpiła jako pretendent do dominacji nad światem, nie był on już taki jak 
dawniej. Zmieszanie spaczenia z substancjami naszego świata doprowadziło do powstania 
Pustkowi Chaosu i gwałtownego zwiększenia liczby mutantów, które żyły tam już wcześniej, 
ale teraz za­częły pojawiać się wszędzie. Zwierzołaki są rezultatem pojawienia się na tym 
świecie Chaosu, podobnie jak gobliny, orki, skaveni i wszelkiego ro­dzaju inne ohydne, 
znieprawione istoty. 
 
Ludzi również można uznać za twór Chaosu. 
 
W granicach tego, co nazywamy Starym Światem, krasnoludy zastą­piły elfy, które 
przepłynęły Zachodni Ocean. Wszystko zdawało się wskazywać na to, że krasnoludy utracą 
swe ziemie na rzecz goblinoidowa­tych ras. Pojawiło się niebezpieczeństwo, że mutanty 
wkrótce staną się pa­nami ziem na zachód od Gór Krawędzi Świata. Wtedy jednak osiem 

background image

wal­czących ze sobą ludzkich plemion, które zamieszkiwały te tereny, zostało zjednoczonych 
przez Sigmara. Ten zawarł sojusz z krasnoludami, które dały mu swój święty młot bojowy, 
Ghalmaraza. Sprzymierzeńcy zniszczyli armie goblinów w bitwie na Przełęczy Czarnego 
Ognia. Działo się to dwa i pół tysiąca lat temu, a Sigmar Młotodzierżca — Młot na Gobliny 
— za­łożył Imperium. 
 
Sigmar jest obecnie czczony jako bóg. Ma swoją katedrę w Altdorfie, świątynie na całym 
znanym świecie i niezliczone rzesze wyznawców. Wszyscy mieszkańcy Imperium są jego 
dziećmi i to zarówno w metaforycz­nym, jak i dosłownym sensie tego słowa. Żył tak dawno, 
że fakt iż każdy człowiek wywodzi się z jego linii, wydaje się czymś nieuniknionym. W 
każ­dym jest jakaś cząstka Sigmara. 
 
Galea przerwała i spojrzała na Konrada. 
 
— W tobie jest więcej Sigmara niż w innych — oznajmiła. 
 
Spojrzał na nią podejrzliwie. Może swoją opowieścią zasugerował Galei taki właśnie związek 
z Sigmarem. Powiedział jej przecież o bitwie z goblinami, w czasie której wyobrażał sobie, że 
walczy młotem bojowym, a nie toporem, a także że posiada niemal nadnaturalną siłę. 
Wyjawił także swój sen, w którym jego przeszłość splotła się z życiem Sigmara. 
 
— Nie staram się ci pochlebić — rzekła Galea. — Sam już podejrze­wasz, że Sigmar 
wyznaczył ci jakiś cel. I masz rację. 
 
— Jaki cel? — zapytał Konrad. — Jaki? 
 
— Nie znam przyszłości, chociaż gdy przybył tu Wilk, wiedziałam, że któregoś dnia 
przyprowadzi do mnie kogoś. Takie jest jego zadanie, Kon­radzie. Od dnia, w którym się 
spotkaliście, jest twoim przewodnikiem. 
 
Konrad nic nie odpowiedział, zbyt zajęty zastanawianiem się nad wszystkim, co wynikało z 
wyjaśnień Galei. 
 
— Jesteś ważny dla Sigmara — mówiła dalej. — A to oznacza, że masz wielu wrogów, 
którzy pragną pokrzyżować jego zamiary. Szczególnie jeden posługuje się swoimi różnymi 
sługami, aby zrealizować swoje podłe zamysły. 
 
Konrad doskonale wiedział, o kim mówi Galea. 
 
— Czaszkolicy! Kim on jest? Czego ode mnie chce? 
 
Tym razem Galea nic nie odpowiedziała. 
 
— Powiedz mi coś więcej o Sigmarze — poprosił Konrad. 
 
— Pół wieku po koronowaniu się na cesarza — podjęła opowieść Ga­lea — Sigmar powrócił 
w Góry Krawędzi Świata, aby odnieść Ghalmaraza krasnoludom. Od tej pory nie widziało go 
już żadne ludzkie oko i uważa się, że jego doczesne ciało zginęło. Ciało stanowi część 
materialnego świata, ale dusza częściowo jest Chaosem. W chwilach największego napię­cia 
śmiertelnik może sięgnąć po wewnętrzne zasoby duszy i tym samym czerpać swoją moc 

background image

bezpośrednio z Chaosu. Po śmierci ludzki duch po­wraca do Chaosu, aby przyłączyć się do 
innych dusz albo oczekiwać na reinkarnację. Niewiele dusz się odradza, ale te, które to 
spotyka, stają się coraz potężniejsze po każdych powtórnych narodzinach. 
 
Chaos jest niekiedy nazywany Morzem Zagubionych Dusz. Mogą one zespolić się w większą 
całość, tworząc skupisko energii powstałej z połą­czenia podobnych duchów. Te ośrodki 
energii są więc stworzone przez samą esencję życia i znane jako moce Chaosu. Albo bogowie 
Chaosu... 
 
I dlatego można twierdzić, że ludzie uczynili bogów na swój kształt i podobieństwo, podczas 
gdy sami bogowie wywierali wpływ na ludzkość. Albo może jest tylko jeden bóg, a wszyscy 
inni są jedynie jego rozmaitymi postaciami? Czy jest tylko jedna dusza, którą dzielą wszyscy 
ludzie? Czy ta jedna dusza stanowi część jednego boga, czy też jeden bóg jest częścią jednej 
duszy? 
 
Dobro i Zło, Porządek i Chaos. Czy jedno może istnieć bez drugiego? A może są jedynie 
odmiennymi przejawami tego samego wierzenia? 
 
Wiem tyle tylko, czego się nauczyłam. Poznałam wiele. Być może pewne sprawy wydają się 
sprzeczne, ale możemy się opierać jedynie na na­szych wspomnieniach i naszej wierze w 
doświadczenia nas samych i in­nych. A jednak ludzkie wspomnienia są zawodne i nie można 
na nich cał­kowicie polegać. Może żadne z nich nie są prawdziwe, a może tylko nie­które. To, 
co mi powiedziałeś, mogło nigdy się nie zdarzyć albo nie jest tym, za co je bierzesz. Może 
krasnoludy nigdy nie mieszkały w Starym Świecie, a starodawna świątynia, którą odnalazłeś, 
mogła powstać po­przedniego dnia. Coś, o czym czytamy w księgach historycznych, może 
zo­stało napisane wczoraj, a kurz, który spoczywa na wytartych okładkach tych tomów, został 
stworzony zaledwie przed chwilą. Nie ma i nie może być na to dowodu. 
 
Galea powiedziała Konradowi to i o wiele więcej, a potem oznajmiła, że niczemu nie można 
wierzyć. On sam dobrze już wiedział, że coś, co mo­gło być prawdą jednego dnia, następnego 
mogło stać się fałszem. 
 
— Czemu powiedziałaś mi o tym wszystkim? — zapytał. 
 
— Ponieważ powinieneś wiedzieć — odparła. 
 
Patrzył na nią, starając się przeniknąć poza postać małej dziewczynki, poza jej kocie oczy. 
 
— Kim jesteś? 
 
— Jestem tą, która została zbawiona. Wiele lat temu byłam opętana przez mroczną stronę 
Chaosu. Przez długi czas byłam demonem. 
 
Konrad dobrze znał to słowo, ale z trudem mógł sobie wyobrazić, co oznaczało. 
 
— Zostałam jednak wyzwolona przez potężniejszą siłę, podobną do tej, która przyciągała cię 
w twojej wizji życia po życiu — ale nieskończenie potężniejszą. I jej teraz służę. 
 

background image

Biała gołębica usiadła na ramieniu Galei. Dziewczynka wzięła ptaka do ręki i zaczęła gładzić 
jego pióra. Gołębica zaczęła gruchać, podobnie jak czarny lampart mruczał, gdy gładziła jego 
sierść. 
 
— Co muszę zrobić? — zapytał Konrad. 
 
— Musisz zrobić to, co musisz. 
 
— Kim jestem? 
 
Galea uśmiechnęła się i pokręciła głową. Konrad nie wiedział, czy oznacza to, że nie chce, 
czy też, że nie może odpowiedzieć. 
 
Schwyciła gołębicę jedną ręką i nagle rzuciła ją w stronę lamparta. Jeden kęs, mlaśnięcie i 
ptak zniknął w gardle wielkiego kota. 
 
  
 
*   *   * 
 
Gdy Konrad wszedł do zimnej wody i zaczął płynąć z powrotem, od razu pojawił się drugi 
brzeg jeziora. Był zadowolony i nie miał ochoty opuszczać wyspy, ale nie było już niczego, o 
czym chciałby się jeszcze do­wiedzieć. Dopiero gdy dotarł do drugiego brzegu, uświadomił 
sobie, że w gruncie rzeczy Galea powiedziała mu bardzo niewiele. Nie wszystko mu­siało być 
prawdą, o większości spraw już wiedział i nieważne, czy była to prawda, czy nie. Galea 
wyjaśniła istotę Chaosu, ale jej interpretacja nie musiała być prawdziwa. 
 
Pomimo wszystko, to czego się dowiedział, podniosło go na duchu. Świat miał sens, a on — 
poważną rolę do odegrania; nie wątpił, że w tym przypadku Galea powiedziała mu prawdę. 
Dowiedział się, że poza tym światem jest inny — rozleglejsza płaszczyzna istnienia i to, co 
działo się w jednym, miało znaczący wpływ na wydarzenia w drugim. Wszystko było 
powiązane ze sobą, tak samo jak łączyły się ze sobą wszystkie ważne osoby w jego życiu. 
Jeszcze nie potrafił określić wzoru, ale przynajmniej wiedział, że istnieje i może kiedyś zdoła 
zrozumieć go w całości. 
 
Konrad nie dowiedział się niczego o swoim pochodzeniu, ale miało to niewielkie znaczenie w 
porównaniu ze świadomością swojej roli w dziejach. Przeszłość była już nieistotna, ponieważ 
nie miała na niego wpływu. Wszystko, co będzie robił teraz i w przyszłości, będzie miało dla 
niego o wiele większe znaczenie. 
 
Gdy wyszedł z powrotem na brzeg, Wilk czekał na niego przy ogni­sku. Zapadł już wieczór i 
Konrad popatrzył na zachodzące słońce. 
 
— Nie wiedziałem, że nie było mnie tak długo — rzekł, grzejąc się przy ogniu. 
 
— Wiesz, że to były trzy dni? 
 
— Trzy dni? 
 
— Tam czas biegnie inaczej. 

background image

 
Konrad popatrzył na miejsce, w którym do niedawna przebywał i kiw­nął potakująco głową. 
 
— A teraz dokąd? — spytał Wilk. 
 
Odpowiedź mogła być tylko jedna. Wilk do tej pory był przewodni­kiem Konrada, ale ta rola 
dobiegła końca. 
 
— Do Altdorfu — odparł Konrad. 
 
— Ja również. Jechałem w stronę granicy, bo tam znajdował się nie­przyjaciel. Teraz wróg 
jest w stolicy i wiem, jak sobie z nim radzić — Wilk schwycił rękojeść miecza, wyciągając do 
połowy klingę, a potem wsunął ją z powrotem do natłuszczonej, czarnej pochwy tak 
gwałtownie, jakby wbi­jał ostrze w ciało przeciwnika. 
 
Konrad wciąż spoglądał na wyspę Galei. Sprawiała wrażenie takiej małej, pogrążonej w 
mroku, ale dobrze wiedział, że słońce ciągle świeci nad jej rozległą przestrzenią. 
 
„Wiem teraz, że jesteś wybrany — powiedział Wilk po walce z mutan-tami w mundurach 
gwardii cesarskiej. — Tym, którego muszę przyprowa­dzić”. — I przywiódł go tutaj. 
 
Czy dlatego wiele lat temu Wilk uczynił Konrada swoim giermkiem? Czy wszystko, co 
zdarzyło się w czasie następnych lat, miało jedynie przywieść go do Galei? 
 
Konrad przypomniał sobie, że propozycja Wilka, aby został jego giermkiem, padła dopiero 
wówczas, gdy zobaczył w jego dłoni czarny koł­czan z tajemniczym herbem. 
 
— Możemy dotrzeć do Marienburga w kilka dni — dodał Wilk. — A po­tem popłynąć łodzią 
w górę Reiku do Altdorfu. 
 
Patrząc na miejsce, które sprawiało wrażenie wyspy na środku je­ziora, Konrad zastanawiał 
się, jak odbyło się spotkanie Wilka z Galeą. Jak dawno miało ono miejsce i kto go tutaj 
przyprowadził? I kto odwiedził ją poprzednio, gdy poprosiła o bransoletkę, którą przywiózł 
jej Wilk? 
 
Nie zapytał o to, ponieważ wiedział, że Wilk mu nie odpowie. Zastana­wiał się jednak, czy 
któregoś dnia sam tu powróci i będzie stał w tym miej­scu, w czasie gdy ktoś inny popłynie 
przez jezioro. Może przy następnej okazji powinien kupić nieco czerwonej wstążki i mieć ją 
przy sobie do mo­mentu, gdy nastąpi czas, by zaprowadzić kogoś do wiecznego dziecka. 
 
  
Rozdział dziesiąty  
 
  
 
Niecały wiek temu Jałowe Krainy były częścią Cesarstwa, jednak w miarę upływu lat 
burmistrzowie Marienburga uzyskiwali dla swojego miasta szereg zamorskich koncesji 
handlowych, które skrępowały ruchy kupców z wnętrza państwa i sprawiły, że to Marienburg 
stał się jednym z niewielu okien Cesarstwa na świat. Przy poparciu Bretanii Jałowe Kra­iny 
ostatecznie dokonały secesji i uzyskały niepodległość. 

background image

 
Brzegi ujścia Reiku dzieliła mila, ale w delcie znajdowało się wiele wy­sepek i w rezultacie 
rzeka wpadała do oceanu przez szereg wąskich kana­łów. Marienburg został wybudowany na 
tych właśnie wyspach i po­szczególne dzielnice miasta połączone były licznymi mostami. 
Tylko jeden kanał został pogłębiony na tyle, aby mogły nim pływać najwyższe nawet statki. 
Jego brzegi spinał jeden most, tak wysoko sklepiony, że mieściły się pod nim najdłuższe 
maszty. Nazwany został Wysokim Mostem. Prze­biegający pod nim główny tor żeglugowy 
znajdował się w południowej czę­ści Marienburga, a na jego brzegach leżały baseny portowe. 
 
Miasto otoczone było murami, które broniły przed napadami piratów i chroniły suwerenności 
państwa, a przeważająca część dużych domów przypominała fortece. Wilk wyjaśnił, że 
należały one do bogatych rodzin kupieckich, których przodkowie-założyciele sami byli 
zapewne piratami lub korsarzami. Konradowi zaimponowało swego czasu portowe miasto 
Erengrad na granicy Kislevu, które jednak w porównaniu z rozmiarami i wspaniałością 
największego portu Starego Świata kojarzyło mu się raczej z zapadłą wioską rybacką. 
 
Razem z Wilkiem spoglądali na miasto i położoną za nim redę w sze­rokiej zatoce, gdzie 
wszystkie statki stały na kotwicy oczekując na przy­pływ, który pozwoli im wejść do portu. 
Jednostki były najrozmaitszych kształtów i rozmiarów, a piloci i urzędnicy celni przepływali 
od jednego za­granicznego statku do drugiego na pokładach licznych łódek z powiewa­jącą 
flagą z herbem Marienburga — syreną trzymającą miecz w prawej ręce, a sakiewką monet w 
lewej. 
 
— Chodźmy się napić — zaproponował Wilk. — Chociaż, skoro zna­lazłeś się w mieście, 
może się zdarzyć, że każda tutejsza karczma pójdzie z dymem. 
 
— Myślałem, że jedziemy do Altdorfu. 
 
— Pójdziemy do jednej z portowych gospod. Tam najłatwiej znaj­dziemy jakiś statek. A 
kiedy już tam będziemy, równie dobrze możemy się odświeżyć po podróży. 
 
— A jak zapłacimy za przejazd? 
 
— Mam trochę pieniędzy — oznajmił Wilk i była to chyba najbardziej zadziwiająca rzecz, 
jaką Konrad kiedykolwiek od niego usłyszał. 
 
Przez cały czas służby u Wilka ogólna suma zarobków Konrada nie przekroczyła garści 
koron. Wilk od samego początku nigdy nie miał pienię­dzy. Gdy podążali na granicę Kislevu, 
dał jucznego konia za miejsca na po­kładzie statku płynącego do Praag rzeką Lynsk. Wilk 
miał nadzieję zbić majątek, służąc jako najemnik w kopalni złota, i marzył o 
niewyobrażal­nych bogactwach zdobytych w zagubionej świątyni krasnoludów. 
 
— A co ze spiskiem i planami zamiany cesarza na sobowtóra? — za­pytał, gdy jechali w 
stronę Reiku. 
 
Obydwaj wiedzieli, że jest to przyczyna ich powrotu do Altdorfu. Ale do tej pory nie 
rozmawiali na ten temat. Aczkolwiek Karl-Franz nie zali­czał się do bezpośrednich 
potomków Sigmara, był zarazem ostatni z jego dynastii — i dlatego musiał być chroniony. 
 

background image

Jeszcze kilka miesięcy temu Konrad nie interesował się cesarzem, ale od tej pory wiele się 
wydarzyło. Teraz orientował się, na czym polega jego misja i czego oczekuje od niego 
Sigmar. 
 
Początkowo nie chciał wyjawić wszystkiego, co się z nim działo w cza­sie miesięcy, które 
minęły od opuszczenia Kislevu, a teraz, kiedy znowu był razem z Wilkiem, wszystko to 
przestało mieć jakiekolwiek znaczenie. 
 
— Skaven zrobił sobowtóra cesarza — powiedział. — Widziałem go. 
 
Swego czasu Konrad był więźniem Gaxara w lochach głęboko pod Middenheimem, ale 
podczas ataku ludzi na kryjówkę skavenów, gdy Kon­rad walczył ze Srebrnym Okiem, 
Gaxara widziano z jakimś innym zakładni­kiem. Litzenreich rozpoznał go jako cesarza. Nie 
mógł to być prawdziwy Karl-Franz, lecz jego replika. Konrad widział później portrety cesarza 
— podobieństwo rzeczywiście było całkowite. 
 
Nie był to pierwszy sobowtór wykonany przez Gaxara. Szary Mag spo­rządził również 
replikę Konrada — którą Konrad pokonał i zabił. 
 
— Skaven chciałby posiadać sobowtóra Karla-Franza tylko dlatego, aby móc zamordować 
prawdziwego cesarza i zastąpić go marionetką — kontynuował Konrad. — Gwardia cesarska 
musi należeć do spisku i dla­tego próbowali mnie zabić, kiedy go wykryłem. 
 
— Możliwe. 
 
— Możliwe? 
 
— Być może gwardziści stali się wyznawcami Slaanesha, a bóstwem skavenów jest przecież 
Rogaty Szczur. Mało prawdopodobne, by te dwa kulty zechciały ze sobą współpracować. 
Skaveni, ewentualnie, mogliby połączyć swoje siły z hordami Nurgle'a, ale nie ze sługami 
władcy rozko­szy. Prędzej bym przypuszczał, że poprzegryzają sobie gardła. 
 
— Ale zwalczające się siły Chaosu niekiedy współdziałają, gdy oczekują, że będzie to 
korzystne dla wszystkich stron. Wiesz dobrze o tym. A zniszczenie cesarza, symbolu oporu 
ludzkości, byłoby doskona­łym celem dla wyznawców obu bóstw. 
 
A Konrad domyślił się, kto stworzył ów sojusz przeklętych — Cza-szkolicy. 
 
Widział go zaledwie dwa razy, ale przypominająca szkielet postać zaw­sze kryła się w cieniu, 
spiskując i pociągając za sznurki swych marionetek. 
 
To Czaszkolicy musiał pokierować spiżowym rycerzem, wywabiając Konrada ze świątyni 
krasnoludów, a potem zadbał, aby zbroja znalazła się na miejscu, aby pojmać Konrada po 
jego ucieczce z niewoli bandy Ka­stringa. Chciał, aby Konrad zginął, pochłonięty przez 
zbroję Chaosu, ale jego plany zawiodły. 
 
Zapewne również Czaszkolicy sprawił, że Krysten wpadła w łapy Zuntermeina. Skażona 
stykaniem się ze zdeprawowaną wiarą w Khorne'a w czasie niewiarygodnej podróży z 
Kislevu do Altdorfu, stała się zakład­niczką kultu Slaanesha. Krysten była przynętą, która 
miała zwabić Kon­rada, ale i tym razem udało mu się ujść cało. 

background image

 
I to Czaszkolicy miał Elyssę... 
 
— Może — powtórzył Wilk. — Ale co możemy zrobić? 
 
— Możemy go ostrzec. Powiedzieć mu, że gwardia cesarska to sami zdrajcy, że skaveni mają 
zamiar go zabić. 
 
— Chcesz powiedzieć, że trzeba mu wysłać list? 
 
— Nie! 
 
— Masz rację. Poczta nie jest już taka jak dawniej. Pewnie doręczyliby go za późno. 
 
Konrad spojrzał ostro na Wilka. 
 
— Nie traktujesz sprawy zbyt poważnie. 
 
Wilk popatrzył na niego kpiarsko. 
 
— A ty zbyt się nią przejmujesz. 
 
Zdawał się wiedzieć, że Konrad ma inny motyw, by powrócić do Alt­dorfu, chociaż aż do tej 
pory Konrad nie przyznał się do tego nawet sam przed sobą. 
 
Elyssa została skażona Chaosem i Konrad doszedł do wniosku, że zo­stała zgubiona na wieki. 
Ale Galea była kiedyś przeklęta w jeszcze większym stopniu niż Elyssa, a jej dusza została 
zbawiona. Może więc i Elyssę również da się ocalić? 
 
— Co, według ciebie, powinniśmy zrobić? — zapytał. 
 
— Jak sam powiedziałeś, ostrzec cesarza. Jeżeli nie wrócił jeszcze do Altdorfu, popłyniemy 
rzeką do Talabheim i znajdziemy go tam. 
 
— Albo zatrzymamy się w Altdorfie i spróbujemy zorientować się, co się dzieje... i to 
powstrzymać. 
 
— Zwyciężyć gwardię cesarską, zwyciężyć skavenów, znaleźć i zlikwi­dować uzurpatora? 
Tylko we dwójkę? — chociaż Wilk starał się zachować powagę, nie potrafił ukryć uśmiechu. 
 
— Masz lepszy pomysł? 
 
— Może. 
 
Konrad czekał i czekał. 
 
— Co? — przynaglił go w końcu. 
 
— Napadniemy na miasto. 
 

background image

— Tylko we dwójkę? 
 
— Nie, z innymi. Zorganizujemy armię najemników, która zaatakuje Altdorf. Korzystając z 
zamieszania, wśliźniemy się do miasta i spraw­dzimy, co dzieje się naprawdę. 
 
— Zaatakujemy stolicę Cesarstwa? Rzeczywiście, niezłe zamieszanie. A gdzie znajdziemy tę 
armię? 
 
— Tutaj — Wilk wskazał miasto u ich stóp. — Wszyscy nienawidzą Alt­dorfu i jego 
mieszkańców, nawet ja — a przecież stamtąd pochodzę. Alt­dorfczycy są tacy zarozumiali 
wierząc, że stanowią elitę ludności Cesar­stwa, a nawet Starego Świata i innych krain. 
Ograbimy miasto, spalimy je! 
 
Konrad wytrzeszczył oczy. 
 
Wilk wzruszył ramionami. 
 
— Może będziesz mógł spalić kilka karczm, Konradzie. Te, w których sprzedają najgorsze 
piwo. 
 
— Jak zdołamy zorganizować tu armię? 
 
— Możemy zwołać tu taką armię, jaką będziemy chcieli. Taką, która narobi wystarczająco 
dużo hałasu, zwróci na siebie uwagę i da się wy­rżnąć, absorbując mnóstwo cennego czasu... 
podczas gdy my zrobimy to, co trzeba. 
 
Na granicy Wilk nie wahałby się poświęcić grupy swoich ludzi, jeżeli uznałby to za 
konieczne. Potraktowałby ich jako przynętę, pozwalającą zwabić klany Chaosu w pułapkę, 
aby później je unicestwić. Nigdy nie uwa­żał tych ludzi za prawdziwych wojowników. 
Większość żołdaków, którzy nazywali siebie najemnikami, traktował z równa pogardą jak 
pogańskie od­działy, z którymi walczyli. Ich jedynym zadaniem było umrzeć. Jeżeli przed 
śmiercią zdołali zabić trochę nieprzyjaciół, Wilk uważał to za dodat­kową premię. 
 
Mordercy, złodzieje, bandyci, rzezimieszki, robactwo Cesarstwa — na­zywali się 
najemnikami wierząc, że przywłaszczony sobie tytuł uprawo­mocni ich tchórzliwe 
okrucieństwo. Z tego właśnie powodu Wilk stwierdził kiedyś, że woli uważać się za 
„żołnierza fortuny”, ponieważ nie życzy sobie, aby kojarzono go z rynsztokowymi śmieciami, 
dzięki którym walka za pieniądze tak źle się kojarzy. 
 
Gdy Wilk i Konrad po raz pierwszy przybyli do kopalni złota, znajdo­wali się tam już ludzie 
wynajęci jako strażnicy. Niewiele różniło ich od gór­ników, którzy bez wyjątku byli 
przestępcami i odbywali tu swoje wyroki. Strażnicy prawdopodobnie uciekli z rodzinnych 
stron, aby uniknąć więzie­nia, natomiast górnicy mieli pecha, bo dali się złapać. 
 
Dopiero po objęciu dowództwa przez Wilka zwerbowano prawdzi­wych żołnierzy, ludzi, 
którzy wiedzieli jak walczyć twarzą w twarz, zamiast wbijać przeciwnikowi nóż w plecy; 
szkolonych przez wiele lat, zdyscyplino­wanych i posłusznie wykonujących rozkazy — 
przynajmniej w większości przypadków. Rabusie i mordercy wyginęli, podczas gdy 
prawdziwi wojow­nicy spełnili swoje zadanie. Wtedy zawodowa armia Wilka zaczęła 
spy­chać najeźdźców i zamiast czekać, by zaatakowali kopalnię, sama przejęła inicjatywę. 

background image

 
Marienburg znajdował się na granicy Starego Świata i tu właśnie gro­madziły się wyrzutki z 
wszystkich ziem i krajów, był to bowiem najdalszy punkt, do którego mogli dotrzeć. Miasto 
pełne było zbiegów, kryminali­stów uciekających przed sądem i karą, dezerterów, którzy 
uciekli, gdy tylko ich statek zawinął do portu, bandziorów gotowych poderżnąć tuzin gardeł 
za kubek gorzałki. Było to idealne miejsce, by zwerbować oddział pseudonajemników. 
 
— Znajdziemy naszą armię w portowych karczmach? — zapytał Kon-rad. 
 
— Otóż to. A przy okazji możemy wypić parę kufelków. 
 
Konrad roześmiał się i pokręcił głową. 
 
— Mam nadzieję, że masz dużo pieniędzy. Będzie ci potrzebna for­tuna, żeby wyposażyć tę 
armię i doprowadzić ją do Altdorfu. 
 
— Znajdziemy sponsorów — odparł Wilk. — Sfinansują wyprawę za udział w łupach. 
 
Konrad, słuchając tych wyjaśnień, obserwował Wilka i zaczął się zasta­nawiać, czy jego 
kompan rzeczywiście ma zamiar ograbić Altdorf i tylko dlatego chce wrócić do stolicy 
Cesarstwa. 
 
— Będą się spodziewali zabójczych łupów — zakończył Wilk. — I w ja­kimś sensie będą 
mieli rację — uśmiechnął się paskudnie, błyskając za­ostrzonymi zębami. 
 
— Może jednak lepiej przedostać się do Altdorfu tylko we dwóch — zasugerował Konrad. 
 
— O, nie — Wilk pokręcił głową. — Wiedzą, że nie zostałeś zabity i spo­dziewają się 
twojego powrotu... Ale nie oczekują najazdu. Im więcej ludzi, tym lepiej. 
 
Konrad nie wyzbył się wątpliwości, ale uznał, że dyskusja w tym mo­mencie byłaby próżnym 
zajęciem. Dojechali do brzegu rzeki, który wyzna­czał granice miasta. Właściwy Marienburg 
zaczynał się po drugiej stronie kanału, ale przez lata na południowym brzegu również wyrosły 
liczne bu­dynki i cumowało tu kilka statków. Wozy oraz karety przeprawiano przez rzekę 
promem, ale jeźdźcy i piesi mogli przedostać się na drugi brzeg po Wysokim Moście. 
 
Zbliżał się zmierzch. Niebo gwałtownie ciemniało, gdy Konrad spoj­rzał na most. 
Przypominał długą drogę, która wije się po zboczu góry, pro­wadząc w stronę bram 
Middenheimu. Chociaż do Miasta Białego Wilka do­cierało się po szeregu wiaduktów i 
szerszą oraz wyżej położoną drogą, szlak wiodący do Marienburga był też bardzo 
malowniczy. Na połu­dniowym brzegu wzniesiona została wysoka, kamienna wieża, a droga 
wiła się wokół jej zewnętrznej strony, prowadząc coraz wyżej i wyżej. 
 
Główny most w Erengradzie miał dłuższe przęsło, ale był wzniesiony z drewna, a jego 
środkowa część mogła być podnoszona jak most zwo­dzony. Natomiast Wysoki Most został 
zbudowany w całości z potężnych bloków kamiennych. Dopasowane do siebie, tworzyły 
szeroki łuk utrzymy­wany własnym ciężarem. Na przeciwległym, północnym brzegu most 
opie­rał się o skaliste urwisko, do którego mocowały go dwie solidne kolumny. 
 

background image

Mytnik wziął od Wilka monety, a strażnicy u podstawy wieży ledwo zerknęli na nich i 
machnięciem ręki kazali im ruszać dalej. Dwaj jeźdźcy za­częli wspinaczkę. Ich konie wolno 
podążały spiralną jezdnią ku wierzchoł­kowi stopniowo zwężającemu się ku górze. Chociaż 
Konrad nie był już słu­żącym Wilka, jak zazwyczaj prowadził jucznego konia i obserwował 
rozpo­ścierający się poniżej ciemniejący krajobraz. 
 
Na wschodzie, tam skąd przyjechali, znajdowały się pustynne tereny, które dały Jałowym 
Krainom swoją nazwę. Na północy, za zatoką, leżało Morze Szponów o szarych i groźnych 
wodach. Z południa, od Altdorfu, z głębi Cesarstwa płynęła rzeka Reik, której dopływy 
rozpościerały się da­leko — do Czarnych Gór, Sudenlandu, Averlandu, Stirlandu, Gór Krańca 
Świata, a na północy aż do Kislevu. A przed nimi leżał sam Marienburg i właściwie widać 
było tylko to miasto i jego światła, wyspy i mosty, domy i sklepy, stajnie i karczmy, rynki i 
składy, koszary i świątynie, rzeki i statki. 
 
Most był węższy niż Konrad oczekiwał, a jego krawędzie chronione były niskimi parapetami. 
Wiatr na tej wysokości był ostry, uderzał lodowa­tymi powiewami i Konrad cieszył się, że na 
drugą stronę nie jest zbyt da­leko. 
 
Jechał przed Wilkiem po kamiennym łuku i ujrzał dwóch jeźdźców, zbliżających się z 
przeciwnej strony. Początkowo nie zwracał na nich uwagi, starając się nie myśleć o tym, jak 
blisko jest krawędzi i jak daleko w dole jest rzeka. 
 
Pierwszy jeździec był niski, krępy i rudobrody — krasnolud. Drugi był człowiekiem w 
czarnych szatach z opuszczonym kapturem, o długiej, si­wiejącej brodzie. 
 
Konrad ściągnął nieco cugle i zjechał na bok, dając podążającym z na­przeciwka 
wystarczająco dużo miejsca na wyminięcie. W tejże chwili po raz pierwszy spojrzał 
dokładniej na krasnoluda — i rozpoznał go. 
 
Jednocześnie usłyszał gniewny okrzyk Wilka: 
 
— Litzenreich! 
 
  
 
*   *   * 
 
Wilk dobył miecza i zawrócił konia w stronę maga, ale Ustnar zaje­chał mu drogę. Krasnolud 
trzymał już w dłoni topór bojowy o podwójnym żeleźcu, który do tej pory miał przewieszony 
przez ramię. Wilk był w zbroi, ale z odkrytą głową, podczas gdy Ustnar ubrany był w grube 
futra chroniące go przed chłodem. 
 
— Z drogi, kurduplu! — warknął Wilk. — Albo umrzesz pierwszy! 
 
— Nawet nie próbuj — mruknął Ustnar, zataczając łuk toporem. 
 
— Czyżby był jakiś problem? — zainteresował się Litzenreich. 
 
— Problem? Problem! — wrzasnął Wilk, wskazując mieczem maga. — To ty jesteś 
problemem, sukinsynu! Ale nie na długo! 

background image

 
— Wilk! — ostrzegł go Konrad, poganiając konia. — On jest czarowni-kiem... 
 
Jedną błyskawicą Litzenreich mógł cisnąć płonące ciało Wilka poza parapet mostu — a przy 
okazji również trupa Konrada. 
 
— Wiem — syknął Wilk. — I między innymi dlatego musi umrzeć! — machnął mieczem w 
stronę Ustnara. — Precz! 
 
Krasnolud zatrzymał czarną klingę toporzyskiem i obaj popatrzyli na siebie wściekłym 
wzrokiem. Żaden z nich jeszcze nie próbował przełamać obrony przeciwnika, ale w ciągu 
kilku sekund mogła się zacząć prawdziwa walka. 
 
Podmuch mroźnego wiatru rozwiał włosy Konrada, który spojrzał w dół i ujrzał cień statku 
przepływającego wąskim kanałem pod mostem. Ostatnie promienie słońca odbijały się od 
powierzchni rzeki, która wyda­wała się być bardziej oddalona niż w rzeczywistości. 
 
Nie miał żadnych pretensji do Litzenreicha i Ustnara, ale Wilk był jego towarzyszem i gdyby 
doszło do walki, Konrad stanąłby u jego boku. W normalnych okolicznościach nawet tak 
zajadły wojownik jak Ustnar miałby niewielkie szanse z Wilkiem, ale te okoliczności trudno 
było uznać za normalne, a czarownik był idealnym sojusznikiem w każdej bitwie. 
 
— Precz! — powtórzył Wilk. 
 
Tym razem cięcie było szybsze i mocniejsze, ale Ustnar sparował je z równą zręcznością i 
siłą. 
 
— Nie! — odparł Ustnar. — To ty odejdź! Z drogi! — i machnął topo­rem jeszcze szybciej, 
mocniej i bliżej ciała przeciwnika. 
 
Konrad spojrzał na Litzenreicha. 
 
— Czy nie możemy rozejść się w pokoju? 
 
— Nie! — zawołał Wilk i jego czarna klinga znowu wyskoczyła do przodu. Tym razem 
prawie się nie powstrzymywał. 
 
— Pokój! — parsknął Litzenreich. — On... ten facet... nie zna takiego słowa. 
 
— Facet! Nie dziwię się, że zapomniałeś, jak się nazywam. Myślałeś, że zginąłem, prawda? 
Zostawiłeś mnie, żebym zginął. Ale teraz jestem tu, żeby cię zabić. Wilk! Tym właśnie 
jestem. Nie będziesz miał czasu zapo­mnieć, bo to jest twoja ostatnia chwila! 
 
Kolejne cięcie mieczem, kolejny zamach toporem. 
 
— Nie rozumiem, dlaczego narzekasz — stwierdził Litzenreich. — Przecież nie umarłeś. 
Gdyby stało się inaczej, nie byłoby cię tutaj. 
 
Wilk nie był w nastroju do dyskusji. Zrobił fintę w lewo, cofnął się, a gdy Ustnar przechylił 
się, aby sparować cios, pochylił się do przodu w strzemionach i zadał pchnięcie. Ustnar 

background image

uchylił się w porę, sztych minął go i teraz Wilk musiał robić unik przed spadającym toporem 
krasnoluda. 
 
Obaj walczący i ich konie zajmowali większą część szerokości mostu i Konrad mógł jedynie 
obserwować, jak pojedynek staje się coraz bardziej zażarty. Litzenreich trzymał wodze 
swojego konia lewą ręką i Konrad spo­dziewał się, że lada chwila wyciągnie prawą, by z 
wyprostowanych palców strzelić w Wilka piorunem. Ale można było odnieść wrażenie, że 
mag zado­wala się jedynie rolą widza. A potem Konrad spostrzegł jego prawą rękę albo 
raczej to, co z niej zostało. Przewiązane kawałkiem skóry przedramię czarownika kończyło 
się na przegubie. 
 
To przez Litzenreicha Gaxar stracił prawą łapę, chociaż Konrad nie wiedział, w jakich 
okolicznościach. A potem, gdy Litzenreich głęboko pod Altdorfem dostał się do niewoli 
Szarego Maga, jego kończyny zostały przy­bite do ziemi. Wtedy rozkazał Konradowi, aby 
uwolnił mu prawą dłoń, aby mógł rzucać czary przeciwko atakującym ich karłowatym 
troglodytom. Ale magowie nie mogli leczyć własnych ran i wszystko wskazywało na to, że 
okaleczona dłoń Litzenreicha nie zagoiła się po tym, jak została siłą ode­rwana od gwoździa, 
którym była przybita do skały. Gaxar zginął, ale ze­mścił się na magu. 
 
Gdy Konrad przyglądał się wcześniej Wysokiemu Mostowi, zauważył szereg postaci idących 
po kamiennym przęśle. Teraz uświadomił sobie, że kiedy razem z Wilkiem podążali stromą 
spiralną drogą do góry, nie spo­tkali nikogo jadącego z naprzeciwka. Jedynymi osobami, 
których napo­tkali na moście, byli Litzenreich i Ustnar. Czterech jeźdźców, pięć koni i poza 
nimi nikt inny nie próbował przejechać po moście. Konrad odniósł wrażenie, że coś jest nie w 
porządku. Zapadająca ciemność nie powinna była przeszkodzić innym podróżnym w 
przekraczaniu mostu z południa na północ. 
 
Wilk i Ustmar walczyli zajadle, wymieniając ciosy. Litzenreich jednak zachowywał się tak, 
jakby pojedynek niezbyt go interesował. Odrzucił kap­tur, przechylił głowę na bok 
nadsłuchując i wolno spojrzał w kierunku, z którego przyjechał wraz z Ustnarem. Drugi 
koniec mostu osadzony był w stromym zboczu skalnym i czarny granit po obu stronach 
kolumn zo­stał wydrążony, tworząc przejścia prowadzące bezpośrednio na most. 
 
Na horyzoncie zamigotał niewyraźny kształt. Wschodził Morrslieb, mniejszy księżyc, tak 
ważny dla wyznawców Chaosu. 
 
I nagle pojawili się na moście — groźne postacie pędzące w ich stronę... 
 
— Skaveni! — wrzasnął Konrad, puszczając wodze jucznego konia i wyciągając miecz. 
 
Spojrzał przez ramię i zobaczył jeszcze jedną bandę szczuroludzi, pę­dzącą od strony wieży z 
drugiej strony mostu. Trzej ludzie oraz krasnolud zostali zaatakowani z obu stron, przyłapani 
na samym środku przez dzi­kich napastników. 
 
Konrad zabił pierwszego. Zrobił unik przed zamaszystym ciosem i z rozwalonego cieciem 
owłosionego gardła prowadzącego atak stwora try­snęła fontanna krwi. Drugi skaven 
zaatakował mierząc sztychem w brzuch Konrada. Odbił cios głownią i pchnął bestię w 
wyszczerzoną paszczę, gdy rozpędzona wpadła na jego konia. 
 

background image

Wilk i Ustmar przerwali pojedynek i odwrócili się — krasnolud, by bronić Litzenreicha, 
najemnik, aby przyłączyć się do Konrada. Ich głownie cięły szarżujące na nich zmutowane 
szczury. Konrad widział błyski ja­skrawego światła padające zza jego pleców, czuł odór 
palonego mięsa i wiedział, że Litzenreich walczy ze wspólnymi wrogami, korzystając z 
ma-gicznych mocy. 
 
Obaj z Wilkiem górowali nad drapieżną hordą, ale Konrad wolał w ta­kich sytuacjach 
walczyć pieszo. Siedząc na końskim grzbiecie, zabloko­wany na moście, pozbawiony 
przestrzeni pozwalającej na jakiś manewr, był lepszym celem i łatwiej byłoby ściągnąć go na 
dół. Zanim jednak zdążył zsiąść, koń runął pod nim z podciętymi nogami. Wyskoczył z 
siodła, a Wilk zrobił to samo. Walczyli teraz ramię w ramię. 
 
Skaveni bardzo rzadko bili się walcząc ostrze przeciwko ostrzu. Ich taktyka bardziej polegała 
na ataku przeważającymi siłami z zasadzki. Gnieździli się pod ziemią i woleli atakować w 
cuchnących tunelach, gdzie ich wzrok dawał im przewagę w ciemności. 
 
Ale teraz postanowili walczyć na otwartej przestrzeni, na Wysokim Moście. Wszystkie inne 
okoliczności działały jednak na ich korzyść — za­sadzka, liczebna przewaga, nadciągająca 
noc. 
 
Byli uzbrojeni w ząbkowane miecze i zakrzywione ostrza osadzone na długich drzewcach. 
Konrad rozpoznał znak umieszczony na ich tarczach, proporcach i wytatuowany na ciele — 
krąg z prowadzącą ku środkowi pio­nową linią i dwoma innymi liniami, biegnącymi od 
środka do krawędzi kręgu. Był to klanowy znak skavenów, dowodzonych przez Gaxara, z 
któ­rymi walczył pod Middenheimem. 
 
Teraz skaveni chyba nie mieli dowódcy. Byli zajadli, silni, dzicy — zbyt dzicy. W czasie 
bitwy potrzebne było jednak coś więcej niż sama siła — trzeba było posiadać mózg, nie tylko 
mięśnie. Drapieżcy byli do tego stopnia opętani żądzą krwi, że ich przewaga liczebna straciła 
znaczenie. Wszyscy chcieli atakować jednocześnie i w rezultacie przeszkadzali sobie 
nawzajem. Wiele szczuroludzi ogarniętych szałem bojowym zostało ran­nych szaleńczymi 
ciosami zadawanymi przez ich własnych pobratymców, ale nie zważając na nic, rzucali się do 
przodu, rycząc i plując. 
 
Początkowo Konrada i Wilka chroniły jedynie ciała zabitych koni, ale wkrótce trupy zabitych 
skavenów powiększyły tę barykadę. 
 
Konrad wypatrywał Srebrnego Oka. Gdyby tu się znajdował, tłuma­czyłoby to ten 
nieoczekiwany atak — obrońca Gaxara chciał pomścić śmierć swojego pana. Ale Konrad 
nigdzie nie mógł go wypatrzyć. 
 
Z mieczem w jednym ręku i sztyletem w drugim, walczył tak zaciekle, jak dawno tego nie 
czynił. Nocne powietrze przeszywały wrzaski napastni­ków oraz bojowe okrzyki jego i 
Wilka. Szczuroludzie wyli atakując i wyli umierając. Kamienie mostu były śliskie od krwi 
skavenów, lśniącej w wid­mowym świetle Morrslieba. 
 
Konrad zadawał ciecia i sztychy mieczem, zabijając z bezlitosną sku­tecznością. Odcinał 
kończyny i głowy, rozpruwał brzuchy i gruchotał kości. Pomagał sobie nogami i sztyletem, 
kopiąc rannych, zadając ciosy tym, których nie udało mu się skutecznie obezwładnić. Nawet 
na kikutach nóg i rąk wciąż mogli się czołgać, wciąż mogli kąsać. 

background image

 
Nagle wszystko się uspokoiło. Cisza nie zapadła, ponieważ wiele ohydnych bestii wyło 
jeszcze, gdy krew wypływała z ich śmiertelnych ran, a płuca chwytały ostatni haust 
powietrza. 
 
— Jak za dawnych czasów — Wilk zwrócił się do Konrada, spoglą­dając na scenę rzezi i 
wycierając rękawicą krew z twarzy. 
 
W czasie starcia wydawało się, że z obu końców mostu atakuje ich cały legion nieludzi, ale 
wokół nich można było naliczyć zaledwie kilkana­ście ciał.. 
 
Nagle rozległ się jeszcze jeden krzyk i ostatni, oszalały skaven prze­skoczył pagórek trupów, 
rzucając się w stronę Konrada i Wilka. Obaj zare­agowali jednocześnie, nabijając stwora na 
swoje klingi — czarną i gwardyj­skiego miecza. Szczuroczłek zachwiał się, szarpany 
drgawkami, i zawył. Wilk zdążył wyciągnąć głownię z ciała umierającej bestii, ale broń 
Konrada została wyszarpnięta z jego dłoni. Próbował schwycić ją powtórnie, ale rękę miał 
śliską od krwi. 
 
Ostatni wróg zatoczył się na krawędź mostu, na próżno starając się wyjąć miecz Konrada z 
piersi, ale udało mu się jedynie obciąć pazury ostrzem klingi. Wpadł na niski parapet, 
zatoczył się i przewrócił do tyłu. Zaczął spadać w dół, w stronę powierzchni Reiku, aż jego 
przedśmiertne, pełne bólu wycie stawało się coraz cichsze. 
 
— Wszystko w porządku? — zapytał Wilk. 
 
— Chyba tak — Konrad był cały zachlapany lepką krwią, ale tylko nie­wielka jej część 
wypływała z jego ran. 
 
Odwrócili się w stronę Litzenreicha i Ustnara, którzy również ocaleli. Ich konie także zostały 
zabite, a wokół piętrzył się stos zakrwawionych i osmalonych ohydnych stworów. Mag i 
krasnolud popatrzyli na Konrada i Wilka. 
 
— Rozejm — zaproponował Konrad, zwracając się jednocześnie do Wilka i Litzenreicha. 
 
Ustnar opierał się na ociekającym krwią toporze. Wiadomo było, że zrobi wszystko, co poleci 
mu czarownik. 
 
— Bardzo dobrze — zgodził się Litzenreich. — Wygląda na to, że mamy wspólnego wroga, 
co jest dobrym punktem wyjścia do negocjacji. 
 
— Sprawa nie jest zakończona, Litzenreich — oznajmił Wilk, ale rów­nież przytaknął 
skinieniem głowy. A potem powiedział Konradowi: — Ale przede wszystkim trzeba się 
napić... 
 
Chciał podać Konradowi miecz, aby oczyścił klingę, ale przypomniał sobie, że minęło już 
wyznaczonych pięć lat służby. Wytarł broń o derkę pod siodłem i wyjął to, co było mu 
potrzebne z juków zabitego konia. Je­den ze skavenów drgał jeszcze, więc Wilk dobił go 
paroma kopniakami. 
 

background image

— Gdyby mieli choć trochę rozsądku — powiedział — poczekaliby, aż pozabijamy się 
nawzajem. 
 
Litzenreich powiedział coś do Ustnara oglądającego trupy skavenów. Konrad, który utracił 
miecz, zaczął oglądać broń, którą posługiwali się na­pastnicy. Była jednak poważna różnica 
pomiędzy posługiwaniem się mie­czem gwardii cesarskiej, używanym jedynie przez 
wyznawcę Chaosu, a bronią, która zawsze należała do jednego z przeklętych. Pozostawił na 
miejscu ich skażone klingi, nie dotykając ich nawet. 
 
Stwory musiały ocaleć ze szturmu na ich leża pod Middenheimem. Miasto Białego Wilka 
znajdowało się w odległości setek mil, ale prowa­dziło z niego do Marienburga jedno z 
podziemnych przejść, które łączyły wszystkie miejsca zamieszkane przez skavenów. 
Wszędzie, gdzie żyli lu­dzie, najprawdopodobniej znajdowały się również leża szczuroludzi. 
 
Dlaczego jednak ten klan przybył do Jałowych Krain? Prawdopodob­nie ich cel był tylko 
jeden — aby jego, Konrada, odnaleźć i zabić. Litzen­reich także miał ogromny udział w 
zniszczeniu gniazda skavenów głęboko pod Altdorfem. Szczuroludzie być może chcieli 
również zemścić się na magu. 
 
— Skąd znasz Litzenreicha? — zapytał Konrad. 
 
— Z Middenheimu. To było... — Wilk przerwał. — Znasz go? No tak, przecież wiesz, że jest 
magiem. 
 
Konrad kiwnął głową. 
 
— Spotkaliśmy się. 
 
Wilk czekał na dalsze wyjaśnienia, ale ponieważ się ich nie doczekał, mówił dalej: 
 
— Gdy przybyłem do Ferlangen i spotkałem ciebie, przybyłem prosto z Middenheimu. Tam 
Litzenreich niemal stał się przyczyną mojej śmierci. 
 
Wilk i Litzenreich... 
 
Kolejna nitka w pajęczynie spowijającej Konrada. Jej pasma zaciskały się coraz bardziej, jak 
pętla na gardle. 
 
  
Rozdział jedenasty  
 
  
 
Wilk i Ustnar szli przodem w stronę zejścia z mostu, trzymając miecz i topór w pogotowiu na 
wypadek następnego ataku. Doszli do północnej krawędzi, obok kamiennych kolumn, i przez 
wykuty w skale tunel skiero-wali się do serca Marienburga. 
 
Mytnik urzędujący przy wejściu na most leżał martwy, żołnierze w wartowni również byli 
zakrwawionymi trupami, zmasakrowanymi przez skavenów. To samo musiało się stać z 
ludźmi z drugiej strony mostu. 

background image

 
Gdy cała czwórka ostrożnie zjechała krętą drogą z Wysokiego Mostu, Mannslieb wzeszedł na 
wschodzie, rozpraszając cienie, które mogły kryć następnych wrogów, i oświetlając drogę do 
miasta. Niżej pod nimi wid­niały światła domów, słychać było głosy, a po ulicach przesuwało 
się parę niewyraźnych kształtów. Nikt jeszcze nie zdawał sobie sprawy z tego, co stało się 
zaledwie sto metrów dalej, wysoko nad ich głowami. 
 
I chyba nikt się nie dowie. O świcie na moście zapewne nie będzie już ani jednego martwego 
zwierzołaka, ponieważ ich ciała znikną w ciągu nocy, usunięte przez skavenów z 
Marienburga. Pozostaną jedynie ciała ta­jemniczo zamordowanych strażników i pięć zabitych 
koni. 
 
Dotarli do rzeki niedaleko miejsca, gdzie pochylnia opadała ku zim­nym i ciemnym wodom 
Reiku. Konrad wszedł prosto do rzeki. Wciąż trzymając sztylet w prawej ręce zanurzył się 
całkowicie, aby zmyć pokry­wającą jego ciało i odzież posokę skavenów, a także obmyć 
rany. Wilk w czasie walki miał na sobie czarną zbroję, więc musiał zmyć z metalu krew, 
mózg i okruchy kości zabitych bestii, zanim zaschną w śmierdzącą skorupę. Pochylił się przy 
krawędzi wody i umył twarz. 
 
Jeżeli było to w ogóle możliwe, Ustnar był jeszcze bardziej brudny niż Konrad. Brodę i włosy 
miał posklejane krwią skavenów. Mimo to bardzo niechętnie zabrał się do mycia. Stał i 
przyglądał się, jak Konrad zdejmuje ubranie, aż wreszcie jego obrzydzenie do pokrywających 
go cuchnących szczątków wzięło górę nad niechęcią do wody. Ściągnął wierzchnie futra, a 
potem wolno wszedł do rzeki i z głową zanurzył się pod powierzchnię, nie wypuszczając 
jednak z dłoni topora. Konrad i krasnolud stali od siebie w odległości dwóch metrów, 
obserwując się czujnie, ale nie odezwali się ani słowem. 
 
Tylko Litzenreich nie został splamiony wrażą krwią, więc czekał na górze pochylni. Trzymał 
przed sobą ręce, jakby je badał, porównując lewą dłoń z miejscem, gdzie powinna znajdować 
się prawa. 
 
Bez względu na to, jak dokładnie Konrad mył swoje ciało i ubranie, nie mógł się pozbyć 
cuchnącego odoru śmierci. Aby się oczyścić, powinien się wymoczyć w gorącej wodzie, a 
ubranie spalić. Wyszedł z rzeki na na­brzeże, wyżął koszulę i ją nałożył. Wykonując te 
czynności, dygotał z zimna i słyszał, jak Ustnar kicha za jego plecami. Cieszył się, że jego 
włosy nie są tak długie jak u krasnoluda, i że odrastająca broda nie jest tak gęsta jak dawniej. 
 
— Musimy znaleźć jakieś miejsce na nocleg — odezwał się do niego Wilk. — Gdzieś, gdzie 
będziesz mógł się osuszyć i ogrzać, a ja — oczyścić. 
 
— Przyłączymy się do was — oznajmił Litzenreich. 
 
— Doprawdy? — zapytał Wilk. 
 
— Musimy omówić różne sprawy. 
 
— Niczego nie będę z tobą omawiać, ty zdradziecki sukinsynu. Zniknij mi z oczu, zanim... — 
Wilk schwycił za rękojeść miecza i Ustnar wbiegł po pochylni, aby stanąć pomiędzy nim a 
Litzenreichem. 
 

background image

— Powinniśmy zachować nasz rozejm — powiedział mag. — Mamy chyba wspólne interesy. 
Wszak znaleźliśmy się na moście dokładnie w tym samym momencie, chociaż podążaliśmy w 
przeciwnych kierun­kach, i tak samo jak wy, zostaliśmy zaatakowani przez te bestie. Czy to 
nasze spotkanie było tylko zbiegiem okoliczności? 
 
— Tak! 
 
Wilk poczuł, że Konrad mu się przygląda i wzruszył ramionami. 
 
Przypadek, szansa, szczęście. Wilk nie wierzył w nic takiego. 
 
— No dobrze — zgodził się. — Porozmawiamy. 
 
Tak też zrobili. 
 
Istnienie Marienburga zależało od morza i wpadającej do niego rzeki. Było to miasto 
położone w równym stopniu na lądzie, jak i na wodzie. Jego mosty były czymś więcej niż 
tylko połączeniami pomiędzy po­szczególnymi dzielnicami. Stanowiły część miasta w takim 
samym stopniu jak każda z jego ulic. Były wybudowane nad wodą, a nie na lądzie, ale 
naj­szersze z nich w niczym nie ustępowały ulicom w dowolnej części Cesar­stwa. Wzdłuż 
mostów wznosiły się domy, sklepy i karczmy. 
 
Czterech sojuszników z przymusu znalazło pokoje w gospodzie „Pod Ośmioma Dzwonami”, 
stojącej na środku jednego z mostów przerzuco­nych nad Tussenkanal, jednym z wielu 
odgałęzień Reiku. Pierwszym żąda­niem Konrada była wanna z gorącą wodą, drugim — 
komplet nowego ubra­nia. Odzież zapewne należała poprzednio do jakiegoś gościa, który nie 
był w stanie zapłacić rachunku, ale była o wiele czystsza od tej, którą wy­rzucił. 
 
Wilk zażądał, aby wieczerzę podano im do pokoju, dzięki czemu jego rozmowy z 
Litzenreichem nie mógł usłyszeć nikt niepowołany. Było już za późno, aby ukryć fakt, że cała 
czwórka jest razem. Ustnar prawie się nie odzywał przez cały wieczór, a Litzenreich 
zachowywał się tak, jakby jego towarzysz w ogóle nie istniał. Krasnolud siedział z toporem u 
boku, gotów rozsiekać Wilka, gdyby ten tylko ośmielił się zagrozić magowi. Pas z 
przywieszonym czarnym mieczem Wilka był przewieszony przez oparcie krzesła. 
 
Konrad był równie małomówny. Miał niewiele do powiedzenia, ale uznał, że może wiele się 
dowiedzieć, słuchając. W czasie jedzenia z tru­dem udawało mu się trzymać oczy otwarte. Po 
raz pierwszy od wielu tygo­dni przebywał w zamkniętym pomieszczeniu i było mu ciepło. 
Żar bijący od ognia wprawiał go w odrętwienie, a przecież jeszcze przed walką ze 
szczuroludźmi był zmęczony długą podróżą do Marienburga i wolałby ra­czej wyspać się niż 
jeść. 
 
— Przechodziłem mostem, żeby wsiąść na łódź do Altdorfu — wy­jaśnił Litzenreich. — A 
ty? 
 
Wilk zastanawiał się moment, zanim udzielił odpowiedzi. Wyraźnie nie dowierzał magowi, 
co Konrad mógł doskonale zrozumieć, i miał opory przed wyjawieniem swoich zamiarów. 
Powoli żuł kęs baraniny, potem obejrzał dokładnie chrząstkę wydobytą z ust, aż wreszcie 
podjął decyzję, co powinien odpowiedzieć. 
 

background image

— Dopiero co przyjechaliśmy do Marienburga i również mamy zamiar popłynąć do Altdorfu 
— oznajmił zgodnie z prawdą. 
 
— Przebywałem tu jakiś czas, ale uznałem, że nadeszła pora wrócić do stolicy. 
 
— Wrócić? 
 
— Byłem gościem altdorfskiego garnizonu. To długa historia, ale twój przyjaciel... — 
Litzenreich wskazał widelcem Konrada. 
 
— Konrad — rzekł Wilk. 
 
— Tak, trochę o tym wie — czarownik potarł kikut prawej ręki. — Po­dążałem dalej w dół 
rzeki, chociaż nie rzeką. Wreszcie dotarłem do Ma­rienburga. Byłem zdania, że doskonale 
nada się do moich celów. Ponie­waż jest portem, można tu znaleźć wszelkie udogodnienia, 
jeżeli się wie, gdzie szukać i o kogo pytać. I jeżeli można zapłacić żądaną cenę. Oczywi­ście 
wiesz, o jakiej substancji mówię, prawda? 
 
— O spaczeniu — warknął Wilk i popatrzył najpierw na Litzenreicha, a potem na Konrada, 
uświadamiając sobie, że ów tajemniczy pierwiastek połączył tych dwóch mężczyzn. — 
Wiesz, czym jest spaczeń? 
 
Konrad skinął głową. Wiedział, albo uważał, że wie, ale zdawał sobie również sprawę z tego, 
że niczego nie może być pewny. 
 
— Spaczeń jest wytworem Chaosu — rzekł Wilk. — A Chaos jest źró­dłem całej magii. Czy 
wiesz o tym? 
 
Konrad ponownie skinął głową, chociaż nie uświadamiał sobie, kiedy się o tym dowiedział. 
Może była to jedna z rzeczy, o których powiedziała mu Galea albo stopniowo zaczął zdawać 
sobie sprawę z tego faktu w cza-sie swoich kontaktów z Litzenreichem. 
 
— Magia i Chaos są takim samym złem — oświadczył Wilk. 
 
Litzenreich roześmiał się, rozpryskując jedzenie po całym stole i po­kręcił z niedowierzaniem 
głową. 
 
Konrad doszedł do wniosku, że Wilk jest uprzedzony do magii, ponie­waż z jej powodu 
spotykało go w życiu samo zło — poczynając od zdrady brata, a kończąc na tym, co uczynił 
mu Litzenreich. W chwili obecnej Kon­rad nie wierzył już we wszystko, co usłyszał od Wilka 
— czy kogokolwiek innego. Wiązanie magii ze złem było zbyt wielkim uproszczeniem. Może 
Litzenreich miał rację: Chaos wcale nie musiał być złem. Po prostu był, sta­nowił część tego 
świata. Skutki działania Chaosu, zarówno pozytywne, jak i negatywne, można było różnie 
interpretować. 
 
— Magia uratowała mi życie — stwierdził. 
 
— Nauka — poprawił go Litzenreich. 
 

background image

Konrad jednak nie miał na myśli sposobu, w jaki został wydobyty ze spiżowej zbroi. Podniósł 
do góry prawą dłoń. 
 
— Tamten elf — rzekł do Wilka. — Pamiętasz? 
 
Litzenreich spojrzał na rękę Konrada, a potem przeniósł wzrok na swoją. 
 
— Zostałeś wyleczony przez elfa? — zapytał i Konrad skinął głową. — Szkoda, że nie 
mogłem znaleźć żadnego, żeby mi pomógł. Sądziłem, że ma­gia elfów działa tylko na elfy, 
ale twoje słowa dowodzą, iż ich sztuka bez przerwy się rozwija. Dlatego właśnie muszę 
wrócić do Altdorfu. Muszę mieć więcej spaczenia, żeby dalej prowadzić badania. W 
Marienburgu jest go bardzo mało. 
 
— I przypuszczasz, że ci pomożemy? — spytał Wilk. 
 
— Wierzę, że będziemy pomagali sobie nawzajem. Po co chcesz się do­stać do Altdorfu? 
 
Wilk spojrzał na Konrada, a potem odpowiedział Litzenreichowi. 
 
— Nie mamy nic szczególnego do roboty, więc pomyśleliśmy, że mo­glibyśmy uratować 
cesarza i ocalić Cesarstwo. Konrad mi powiedział, że skaveni mają zamiar wyrządzić jakąś 
psotę i że kopia Karla-Franza czeka, aby zastąpić oryginał. 
 
— Zgadza się. Została sporządzona przez Gaxara. 
 
— Gaxara! 
 
— Tak, ale on już nie żyje. Konrad zabił go w katakumbach Altdorfu, kiedy uciekałem — 
zerknął na prawą rękę. — Albo raczej moja większa część. 
 
Konrad obserwował Wilka, który wyszczerzył zęby w grymasie wściekłości. Oczy jego 
towarzysza były szeroko otwarte, pięści zaciśnięte, a mięśnie przypominały napięte powrozy. 
 
Litzenreich przewiózł do Middenheimu uwięzionego w spiżowej zbroi Konrada, który 
głęboko pod tym miastem po raz pierwszy zetknął się z Gaxarem w jego skaveniej postaci. 
Ale na długo przedtem właśnie w Mid­denheimie Litzenreich porzucił Wilka, skazując go na 
niemal pewną śmierć. Najwidoczniej ta zdrada miała jakiś związek z Gaxarem. Czy to Szary 
Prorok niemal go zabił? 
 
Wilk i Gaxar... 
 
  
 
*   *   * 
 
Można było odnieść wrażenie, że Konrad niczego nie zrobił z własnej, nieprzymuszonej woli 
i jedynie odgrywa wyznaczoną mu role. Bez względu na to, co robił, zawsze mógł się 
poruszać wyłącznie w granicach skomplikowanej sieci, której nici łączyły wszystko, co znał. 
 

background image

Teraz siedział, przyglądał się i słuchał, jak Wilk i Litzenreich, który zdążył już opowiedzieć 
jego kompanowi o niedawnych wydarzeniach w Middenheimie i Altdorfie, planują następną 
część jego życia. 
 
— Byłeś bardzo zajęty, Konradzie — stwierdził Wilk. — Zawsze chciałem jeszcze raz 
spotkać się z Gaxarem i wyrównać z nim rachunki, ale wygląda na to, że oszczędziłeś mi 
kłopotu — spojrzał na Litzenreicha i mówił dalej: — Ale skoro Gaxar nie żyje, co stało się ze 
stworzonym przez niego uzurpatorem? Czy on również umarł? 
 
— Niekoniecznie — odpowiedział Litzenreich. — Gaxar musiał ożywić zwłoki, 
przekształcając je na obraz i podobieństwo cesarza. Sobowtór był już ożywieńcem, więc niby 
jak mógł umrzeć? 
 
— Ale bez skaveńskiej magii, która utrzymywałaby go w całości, roz­padłby się całkowicie. 
 
— Jestem pewien, że replika ciągle istnieje. Najtrudniejszą sprawą było jej stworzenie i 
dlatego uważam, że w dalszym ciągu może funkcjono­wać. Istnieje wielu Szarych Magów, 
którzy mogą się tym zająć. Nawet bez Gaxara skaveni są w stanie zrealizować swój plan i 
zamienić cesarza. 
 
Konrad tak właśnie podejrzewał, ale zdawał sobie sprawę, że Litzen­reicha wcale nie 
obchodzi los cesarza. Czarownik przyznał przecież, że za­leży mu wyłącznie na spaczeniu. W 
Altdorfie znajdowali się skaveni, co oznaczało, że jest tam również ta magiczna substancja. 
Musiał jednak przekonać Wilka, że szczuroludzie w dalszym ciągu zagrażają Karlowi-
Franzowi i że tylko on może zapobiec niebezpieczeństwu. 
 
Być może była to nawet prawda, albo jej część. 
 
Litzenreich był więźniem skavenów w katakumbach pod Altdorfem i nie miał ochoty 
ponownie dać się złapać. Musiał wierzyć, że jego powrót do stolicy byłby mniej 
niebezpieczny, gdyby Wilk i Konrad pomagali jemu, a on im. 
 
— Nasze interesy są zbieżne? — rzekł Wilk, powtarzając jedno z po­przednich zdań 
Litzenreicha. 
 
— Tak. 
 
Wilk wzruszył ramionami. 
 
— Może. 
 
— Tak — nalegał Litzenreich. 
 
— W takim razie pojedziemy do Altdorfu razem. 
 
Konrad przez chwilę zastanawiał się, czy Litzenreich przekonał Wilka przy pomocy swoich 
sił magnetycznych. Obaj rozmówcy siedzieli naprze­ciwko siebie i mag patrzył w czasie 
rozmowy prosto na Wilka. Gdy ten jed­nak spojrzał na Konrada, z jego spojrzenia można 
było wywnioskować, że z przyjemnością poderżnąłby magowi gardło. 
 

background image

— Dobrze — zgodził się Litzenreich, podnosząc w toaście kielich z wi­nem. 
 
Wilk i Konrad podnieśli kufle. Ustnar popatrzył przez okno na pogrą­żone w mroku miasto i 
beknął. 
 
— Kiedy odpływamy? — spytał mag. 
 
— Gdy tylko będzie gotowa nasza armia. 
 
— Nasza armia? 
 
— Ustnar ze swoim toporem może się przydać — stwierdził Wilk. — Ty również potrafisz 
zrobić parę sztuczek, ale żeby dostać się do stolicy, potrzeba będzie czegoś jeszcze. Mamy 
zamiar najechać Altdorf na czele armii najemników. 
 
— Uważasz ten pomysł za rozsądny? 
 
— Nie wiem, ale to nasza najlepsza szansa. 
 
— Jeżeli wymaszerujesz z najemnikami na Altdorf, będą wiedzieli, że nadchodzimy. 
 
— Będą o tym wiedzieli, gdy tylko zacznę werbunek. A poza tym, po­płyniemy rzeką, a nie 
pomaszerujemy. 
 
— Rozumiem — powiedział Litzenreich, kiwając głową. Wypił łyk wina, a potem wytarł usta 
grzbietem lewej dłoni. Na środku dłoni, tam gdzie była przybita do ziemi, widniała zaogniona 
szrama. — Manewr pozo­rujący? Uważam, że najlepiej byłoby, gdybyśmy poszli tylko w 
czwórkę. Czy tak zrobimy, gdy twoje wojska zaatakują miasto? 
 
— Tak. 
 
— Czy werbunek najemników nie zajmie zbyt dużo czasu? 
 
— Może. 
 
— Mam lepszy pomysł. 
 
Wilk westchnął. 
 
— Jaki? 
 
— Zamiast werbować armie, a potem wynajmować łodzie, żeby ją przewieźć, czy nie lepiej 
byłoby zmobilizować jeden lub dwa pirackie okręty? W Marienburgu są cesarscy szpiedzy, 
którzy szybko zorientują się, co się dzieje i zameldują do stolicy. Żeby jednak się upewnić, że 
dowie­dzą się o planowanym ataku, namówimy bandytów, aby w czasie rejsu w górę rzeki 
spalili parę wiosek nad Reikiem. Sądzę, że nie powinniśmy mieć z tym trudności. 
 
Wilk popatrzył ze zdziwieniem na Litzenreicha. Najwyraźniej strate­giczne myślenie maga 
wywarło na nim wrażenie i jednocześnie było widać, że nie chce dać tego po sobie poznać. 
 

background image

— Być może — powiedział i przytaknął ruchem głowy. — Powinniśmy zejść ze statków 
daleko przed Altdorfem, ponieważ władze nie dopuszczą, aby dopłynęły gdzieś w pobliże 
miasta. Najprawdopodobniej zablokują rzekę, żeby nie dać piratom szansy na 
przeprowadzenie ataku, i wyślą woj­ska, by ich zniszczyły. Już samo to powinno 
wystarczająco odwrócić uwagę i ułatwić nam dostanie się do miasta. 
 
— Doskonale — rzekł Litzenreich. — Ocalimy cesarza przed skavenami, a za swoje usługi 
zażądam tyle spaczenia, ile zdołają odnaleźć. 
 
Możliwe, że będą musieli stawić czoło czemuś więcej niż tylko skavenom, pomyślał Konrad, 
ale pewnie Litzenreichowi jest to obojętne. Jedyną rzeczą, jaką kiedykolwiek się interesował, 
był spaczeń, a zmuto­wane szczury były najbardziej prawdopodobnym źródłem uzyskania tej 
substancji. Dlatego planował powrót do stolicy, zanim jeszcze spotkał Wilka i Konrada. 
 
— Pomimo moich talentów — dodał Litzenreich, przenosząc spojrze­nie z Wilka na Konrada, 
a potem na Ustnara — zawsze lubię mieć wsparcie zręcznych wojowników z bronią na 
podorędziu. 
 
— Będzie ci potrzebny nowy miecz, Konradzie — zauważył Wilk. 
 
— A co z łukiem i strzałami? — spytał Konrad. 
 
— Chłopska broń — odparł Wilk, uśmiechając się lekko. 
 
Strzała z łuku Konrada ocaliła Wilka przed złożeniem w ofierze przez gobliniego czarownika. 
Gdy Konrad wszedł do podziemnej świątyni, w któ­rej trzymano Wilka, szaman zginął 
pierwszy. 
 
— Nigdy nie miałeś własnego miecza, prawda? — mówił dalej Wilk. — A więc najwyższa 
pora — dotknął rękojeści czarnego miecza, a Ustnar schwycił za toporzysko. 
 
— Kowal Magnin cieszy się dobra opinią — ciągnął Wilk, nie zwracając uwagi na 
krasnoluda. — Możemy mu złożyć wizytę po zakończe­niu naszych spraw w Altdorfie. 
 
— Jeżeli chcesz miecz — powiedział Litzenreich — może będę mógł pomóc. 
 
— Potrafisz zrobić magiczny miecz? — parsknął szyderczo Wilk. 
 
— Ustnar zna najlepszego miecznika w Marienburgu — zauważył Lit­zenreich, pierwszy raz 
wspominając o krasnoludzie. — Jak się nazywa? 
 
— Barra — mruknął Ustnar. 
 
— Zrobił Ustnarowi nowy topór. Poleciłbyś jego umiejętności? 
 
— Tak, panie. 
 
— Jeżeli chcesz miecz, Barra ci go zrobi. 
 
— Mogę obejrzeć topór? — zapytał Wilk, wyciągając rękę. 

background image

 
— Obejrzeć możesz — odparł Ustnar i popatrzył na swoją broń o po­dwójnym żeleźcu. — 
Ale, żeby go dotknąć, będziesz musiał wyciągnąć go sobie z głowy. 
 
Wilk uśmiechnął się. 
 
— Pewnego dnia, Ustnarze, wrócimy do tego, co nam dzisiaj prze-rwano — odwrócił się do 
Konrada. — Chcesz miecz? 
 
Konrad wzruszył ramionami. 
 
— Nie mam miecza i oczywiście potrzebuję go, ale nie wiem, czy chcę mieć go na własność. 
Gdy przychodzi do walki, ważny jest człowiek, nie broń. 
 
— Człowiek i broń. Kiedy będę szukał jakichś piratów, którzy ze­chcieliby spróbować sił w 
grabieniu Altdorfu, możesz kazać zrobić sobie miecz. Jestem pewien, że Ustnar z radością 
przedstawi cię Barrowi. 
 
Konrad i Ustnar popatrzyli po sobie. 
 
— Z radością — mruknął Ustnar. 
 
— Litzenreich może się przydać — stwierdził Wilk, gdy mag i krasno­lud poszli. 
 
— Podobnie myśli o nas — odparł Konrad. 
 
— Dopóki on i my mamy o sobie takie same zdanie, wszystko po­winno dobrze się ułożyć. 
Wole mieć Litzenreicha przy sobie, bo dzięki temu przynajmniej dokładnie wiem, gdzie ten 
skurwysyn jest. 
 
— Czy zrobimy tak, jak mówiłeś? Znajdziemy bandę piratów, żeby za­atakować Altdorf? 
 
— Tak. 
 
— W jaki sposób chcesz ich namówić? 
 
— Obietnicami o niewyobrażalnych bogactwach — ponieważ Altdorf jest najbogatszym 
miastem Cesarstwa i Starego Świata — i kłamstwami. Przekonam ich, że stolica jest 
dojrzałym owocem, gotowym do zerwania, a ja mam klucz od sadu — uśmiechnął się. — 
Przeczytałem to kiedyś w książce, chociaż mam wrażenie, że dotyczyło jakiegoś haremu w 
Arabii. 
 
— Uwierzą ci? 
 
— Nie wiem, ale to moje zmartwienie. Pomyśl, jakiego rodzaju miecz chciałbyś mieć. Kiedy 
będziesz już miał własną broń, przygotowaną we­dług twoich wymagań, nigdy więcej nie 
będziesz chciał używać innej klingi. 
 
O tym właśnie myślał z zatroskaniem Konrad, gdy poszedł do swojego pokoju. W czasie 
minionych lat utracił tyle mieczy... Ten, który dzisiaj wyrwano mu z dłoni, był po prostu 

background image

ostatnim z długiej serii. Łamały się w walce albo psuły na skutek zetknięcia z jadowitą krwią 
wroga. Miecz był tylko mieczem, narzędziem do zabijania. Jedne były lepsze od dru­gich, ale 
nauczył się posługiwać wszystkimi typami. Uczyli go specjaliści, najemnicy służący na 
granicy, których Wilk wyznaczał jako jego in­struktorów, i uczył się sam. 
 
Chociaż czuł się znużony, sen nie chciał nadejść. Zbyt silnie przeży­wał wydarzenia 
minionych godzin, a także to, co czekało go w najbliższych dniach. 
 
Zostali zaatakowani przez hordę skavenów, co oznaczało, że wrogo­wie już wiedzieli o ich 
obecności w Marienburgu. Miasta zawsze wzbudzały w Konradzie niepokój. Maleńki pokój 
w „Ośmiu Dzwonach” przypominał pułapkę. Pomimo przeciągu, leżał przy otwartym oknie 
ze sztyletem w ręku w nadziei, że jeśli karczma zostanie napadnięta, będzie mógł skoczyć do 
przepływającej w dole rzeki. 
 
Konrad zastanawiał się nad planem ataku na Altdorf. Był pomyślany jako dywersja, dzięki 
której cała czwórka łatwiej przedostanie się do mia­sta. Ale co będzie, jeżeli piratom uda się 
przedrzeć przez linie obrony mia­sta? Co będzie, jeżeli skorumpowana gwardia cesarska i 
wszystkie inne armie przeklętych, które potajemnie zamieszkiwały Altdorf, przyłączą się do 
napastników, aby spalić i złupić stolicę? Czy nie o to właśnie chodziło legionom Chaosu? 
 
Wszystko, co pozostanie ze stolicy cesarstwa, stanie się ruinami i zgliszczami, idealnym 
środowiskiem dla skavenów. Szczuroludzie już nie będą dłużej zamieszkiwały labiryntów pod 
miastem, ponieważ cały Alt­dorf będzie należał do nich. 
 
  
Rozdział dwunasty  
 
  
 
— Ustnar? Jak topór? 
 
— Świetnie. 
 
W ustach Ustnara był to prawdziwy komplement, najprawdopodob­niej coś, co niemal można 
było uznać za przejaw entuzjazmu. Bez przerwy jednak minę miał obojętną. 
 
Barra również był krasnoludem, ale jego gęste włosy i broda były nie­mal białe. Sprawiał 
wrażenie równie szerokiego jak wysokiego, tors i koń­czyny pokryte miał potężnymi 
mięśniami. Mimo chłodu był rozebrany do pasa, miał na sobie jedynie kilt i sandały. Ciało 
spływało mu potem — mu­siał wyjść na zewnątrz, aby ochłonąć. Za drzwiami, przed którymi 
stał Barra, Konrad dostrzegł blask żarzących się węgli, czuł też fale gorąca pły­nące od 
paleniska. 
 
Działo się to dzień po tym, jak Wilk i Litzenreich postanowili połączyć siły. Ustnar prowadził 
Konrada przez ulice i mosty Marienburga, nie odzy­wając się ani słowem. Konrad ocalił go 
przed skavenami w podziemiach Altdorfu, ale można było odnieść wrażenie, że ów fakt jest 
niegodny wspo­mnienia, a cóż dopiero podziękowań. Krasnolud prawdopodobnie uważał 
nawet, że wyrównali rachunki. Wszak uwolnił Konrada w podobnej sytu­acji w katakumbach 
Middenheimu, chociaż udał się tam, aby wyrwać z łap skavenów swojego brata. Ale Varsung 

background image

już nie żył, a więc Ustnar i dwa towarzyszące mu krasnoludy ocaliły Konrada. Oba 
krasnoludy, Hjornur i Joukelm, również już nie żyły. 
 
Kuźnia stała samotnie w zrujnowanej części miasta. Wszystkie oko­liczne budynki były albo 
wypalone, albo miały drzwi i okna pozabijane de­skami. Sam warsztat również kiedyś musiał 
znajdować się w opłakanym stanie, ale w chwili obecnej większa część uszkodzeń została 
załatana no­wym drewnem. Prace remontowe w dalszym ciągu trwały i na dachu sie­dział 
jeszcze jeden krasnolud, wymieniając połamane gonty. Wyglądał młodo, ale prawdopodobnie 
był dwa razy starszy od Konrada. Na jego ra­mieniu przycupnął kruk, jakby nadzorując pracę. 
 
— Konrad chce miecz — oznajmił Ustnar, ruchem głowy wskazując Konrada. 
 
Barra bardzo szybko powiedział coś w języku krasnoludów. Ustnar odpowiedział równie 
szybko, bez przerwy wskazując Konrada. Chociaż tro­chę rozumiał po krasnoludzku, Konrad 
nie był w stanie niczego pojąć z tej wymiany zdań, ale wyraźnie widział, ze Barra jest zły. 
 
Barra przez chwilę przyglądał się uważnie Konradowi, a potem wolno pokiwał głową. 
 
— Możesz zapłacić? — zapytał w staroświatowym. 
 
Konrad poklepał się po kieszeni i zadzwoniły w niej złote korony, które otrzymał od Wilka. 
 
— Ulubiony dźwięk Barry. 
 
Konrad poznał wymowę Barry. Gdy po raz pierwszy ją słyszał, wyda­wała mu się całkowicie 
niezrozumiała. Kilku ludzi mówiących w taki spo­sób służyło jako najemnicy na granicy. 
Pochodzili z kraju, który leżał na północy Albionu, znanego również jako Albany, 
mieszkańcy woleli jednak nazwę Scotia. Twardzi i odważni żołnierze, nie zwracający uwagi 
na wła­sne bezpieczeństwo, nie wycofywali się nigdy, nie bacząc na to, jak wielką przewagą 
dysponował przeciwnik. Rzadko dożywali późnego wieku. W końcu Konrad nauczył się ich 
dziwnego języka. 
 
Chociaż krasnoludy miały swoją własną pradawną ojczyznę, założyły swoje osady w całym 
Starym Świecie. Barra musiał więc przybyć do Ma­rienburga ze Scotii. 
 
— Specjalny miecz — rzekł Ustnar. 
 
— Dobry miecz — poprawił go Konrad. 
 
— Barra robi tylko dobre miecze. Wszystko, co robi Barra, jest najlep-sze — wskazał na 
zakrzywione kawałki metalu ustawione wzdłuż drąga przy drzwiach, które najwyraźniej były 
jego dzisiejszą produkcją. — Na-wet podkowy. 
 
Wypełniwszy swoje zadanie, Ustnar odwrócił się i odszedł. Konrad i Barra obserwowali, jak 
wychodzi z podwórza. 
 
— Barra woli raczej robić broń niż coś innego — przesunął dłonią po podkowach, które 
zadźwięczały pod jego dotykiem. — Ale Barra musi zarobić na życie. 
 
— Chce... 

background image

 
Krasnolud podniósł dłoń i Konrad umilkł. 
 
— Barra wie, czego chcesz. Barra wie lepiej niż ty, czego chcesz. Barra zrobi, co Barra chce, 
a to jest to, czego ty chcesz. 
 
— Ale... 
 
Znowu nakazujący milczenie gest, któremu Konrad się podporządko­wał. 
 
— Co wiesz o mieczach? 
 
— Wiem, jak ich używać. 
 
— Wyciągasz miecz z pochwy, walczysz, zabijasz, chowasz miecz z po­wrotem do pochwy. 
Co jeszcze wiesz? 
 
Konrad w milczeniu wzruszył ramionami. 
 
— Barra wie wszystko o mieczach. Barra wie, co nikt inny nie wie. A czego nie wie Barra, 
nie wie nikt. 
 
— Ja zaś czuję, kiedy trzymam dobry miecz — rzekł Konrad, wycią­gając prawą rękę i 
wyobrażając sobie, że ściska w dłoni rękojeść. To samo dotyczy również koni, pomyślał. 
Mógł dać sobie radę z każdym wierz­chowcem i mógł szybko ustalić, jakiego rodzaju zwierzę 
najlepiej będzie się nadawało pod siodło, ale nie był w stanie wyjaśnić, skąd ma tę wiedzę. 
Między jeźdźcem a koniem istniała więź, podobna do związku między szermierzem a jego 
bronią. 
 
— Ale Barra wie, jak zrobić dobry miecz, wspaniały miecz. I Barra zrobi go dla ciebie, co? 
 
— Tak — przytaknął Konrad. 
 
A wtedy Barra dodał: 
 
— Jeżeli Barra uzna, że jesteś wystarczająco dobry, żeby mieć miecz Barry... 
 
— Co? 
 
— Lodnar! — zawołał kowal do krasnoluda na dachu. — Dwa miecze! 
 
— Co? — powtórzył Konrad. — Mam udowodnić co jestem wart, za­nim zrobisz dla mnie 
miecz? 
 
— Tak. Przyprowadził cię tutaj Ustnar, a to ważne. Ale musisz po­kazać, że jesteś godny 
sztuki Barry. 
 
— A czy konie, którym przybijesz to do kopyt — powiedział Konrad, wskazując ręką 
podkowy — są wszystkie warte twojej sztuki? 
 

background image

— To rzemiosło Barry — wyjaśnił. — Sztuką Barry są klingi. 
 
Barra wprawdzie zirytował Konrada, ale również rozbawił go pomy­słem udowodnienia 
swojej wartości. Przyglądał się, jak młody krasnolud schodzi po drabinie. Gdy znalazł się już 
na ziemi, kruk zerwał się z jego ra­mienia i usiadł na dachu nad drzwiami. Lodnar był 
szczuplejszy od Barry i miał ciemną brodę. Wszedł do kuźni i po chwili wrócił z dwoma 
mie­czami. Podał je Barrowi, który wręczył jeden Konradowi. 
 
Miecz był doskonały, znakomicie wyważony, o odpowiednim cię­żarze, świetnej, prostej 
klindze, z wyśmienitymi ostrzami i sztychem. Rę­kojeść miał owiniętą miękką skórą. Konrad 
wykonał kilka gwałtownych ciosów i zasłon — bardziej popisując się przed Barrą, niż chcąc 
wypróbo­wać miecz. Byłby szczęśliwy, gdyby mógł posiadać tę broń i używać jej w walce. 
Miał ochotę zapytać o cenę. Przecież chyba nie musiał mieć mie­cza specjalnie wykutego dla 
niego, skoro ten był bardziej niż odpowiedni. 
 
— Bardzo zgrabnie — zauważył Barra, gdy Konrad zakończył swój wy­imaginowany 
pojedynek. — Ruszasz się jak wojownik, a twoje blizny świadczą, że musiałeś brać udział w 
paru bitwach. Ale jak dobrze potrafisz walczyć? Spróbuj zrobić parę pchnięć. — uniósł prawą 
ręką miecz. 
 
— Nie obawiasz się, że mogę cię zabić? 
 
— Zabijesz Barrę i Barra nie będzie mógł zrobić ci miecza. 
 
— Ale jeżeli cię zabiję, czy oznacza to, że byłbym dla ciebie wystarcza­jąco dobrym 
szermierzem, żeby zrobić dla mnie miecz? 
 
Barra roześmiał się i nagle zadał pchnięcie w brzuch Konrada. Gdyby ten nie zablokował i nie 
odbił głowni, miałby już piętnaście centymetrów stali w bebechach. Barra mógł powstrzymać 
cios zanim by doszedł celu, ale czy by tak zrobił...? 
 
Walczyli i Konrad właściwie wcale nie markował. Pojedynek z przeciw­nikiem, którego 
miecz poruszał się na innej wysokości niż miecz kogoś równego wzrostem, był trudniejszy. 
Barra był doświadczonym szermie­rzem, co było rzadkością u krasnoludów, które zawsze 
wolały posługiwać się toporem. Technikę miał niezbyt wyrafinowaną i wymachiwał mieczem 
jak toporem, ale jego refleks i umiejętność przewidywania były bardzo dobre. Można było 
odnieść wrażenie, że serio stara się zranić Konrada i niezbyt go obchodzi, czy rana będzie 
śmiertelna. 
 
Żeby zdenerwować krasnoluda, Konrad nagle przerzucił miecz do lewej dłoni i walczył dalej. 
Krył się za gardą i nie przechodził do ataku, a po pół minuty znowu zaczął walczyć prawą 
ręką. Zamarkował ruch lewą ręką, cofnął ja szybko, gdy miecz Barry skoczył w tę stronę, i 
udał, że znowu chce przełożyć broń. Barra szybko zareagował, żeby sparować na­stępny cios, 
ale wtedy Konrad rzucił się z mieczem wysuniętym do przodu w prawej ręce. Chwilę później 
odskoczył do tyłu, a na piersi Barry pojawił się czerwony krzyż, dwie krwawe linie 
przecinające się na torsie krasno­luda w miejscu, gdzie znajdowało się jego serce. 
 
Barra cofnął się i spojrzał na krew spływającą po spoconej piersi. Opu­ścił miecz. 
 

background image

— Nie dziwię się, że zarabiasz na życie robieniem podków — powie­dział Konrad. — Ilu 
klientów zabiłeś? 
 
— Niewielu — odparł Barra i uśmiechnął się. 
 
— Ale jeżeli kazałeś Ustnarowi, aby udowodnił, co jest wart, dziwię się, że w ogóle jeszcze 
żyjesz. 
 
— Niekiedy Barra dziwi się, że Barra żyje — uśmiechnął się jeszcze szerzej i oddał miecz 
Lodnarowi. — Barra zrobi ci miecz, Konradzie. Ale nigdy i nikomu nie powiesz, od kogo 
masz ten miecz. Rozumiesz? — znowu spoważniał. 
 
Konrad skinął głową. Zorientował się, że o to spierali się Barra i Ust-nar — o wyjawienie 
Konradowi, kto zrobił topór krasnoluda. Barra nie był do wynajęcia. On sam wybierał, komu 
wykonać broń. 
 
— Daj Lodnarowi trochę pieniędzy — Barra odwrócił się i poszedł do kuźni. 
 
Konrad niechętnie oddał miecz i sięgnął do kieszeni. 
 
— Ile? 
 
Wilk dał mu garść koron i w końcu powiedział, skąd pochodzą pienią­dze. Starożytna 
świątynia krasnoludów nie była całkowicie pozbawiona skarbów. Wielkie soczewki, przez 
które kierowano światło z powierzchni góry w podziemia, wykonane były z półszlachetnych 
kamieni. Chociaż eks­plozja prochu Anvili pokruszyła je na kawałki, okazały się warte 
okrągłą sumę. 
 
— Dziesięć koron — odparł Lodnar. — Po to, by się upewnić, że traktujesz sprawę poważnie. 
Jutro przynieś trochę więcej. 
 
Konrad odliczył dziesięć złotych monet, kładąc je na dłoni krasno­luda. Lodnar włożył 
pieniądze do kieszeni i zaczął wchodzić po drabinie. Kruk przefrunął na jego ramię. 
 
— Czy jutro będzie gotów? — zapytał Konrad. 
 
Lodnar popatrzył na niego. 
 
— Barra miał rację. Niewiele wiesz o mieczach. 
 
  
 
*   *   * 
 
Gdy Konrad wrócił następnego ranka, zobaczył stojących na po­dwórku Ustnara i Lodnara. 
Mówił wyłącznie młody krasnolud. Kruk sie­dział na dachu, nad drzwiami, wyglądając jak 
żywy herb. A w kuźni, razem z Barrą, znajdował się Litzenreich. Konrad zaczął się pocić, gdy 
tylko wszedł do rozgrzanego wnętrza, ale mag najwyraźniej czuł się tu równie dobrze jak 
krasnolud. 
 

background image

— Rozmawiamy o twoim mieczu — wyjaśnił Litzenreich. 
 
— A jaki ma to związek z tobą? — zapytał Konrad. Jeżeli jemu sa-memu nie pozwolono 
powiedzieć Barrowi, jakiej chce broni, to dlaczego mag miałby mieć większy wpływ na jej 
powstanie? 
 
— Jeżeli masz być ze mną — oznajmił Litzenreich — musisz mieć naj­lepszy miecz, jaki 
może istnieć. Wybieramy się do Altdorfu i nawet nie jesteś w stanie sobie wyobrazić, jaką siłą 
dysponują ci, przeciwko którym wystąpimy. Będziesz potrzebował całej pomocy, jaką 
będziesz mógł do­stać. Musisz mieć specjalny miecz. 
 
Ustnar to samo powiedział Barrowi poprzedniego dnia, a teraz Kon­rad uświadomił sobie 
dokładnie, co oznacza słowo „specjalny”. 
 
Spaczeń... 
 
— Nie chcę mieć nic wspólnego z tym świństwem! 
 
— Trochę za późno zaczynasz się tym martwić, nie sądzisz? — zauwa­żył Litzenreich. Nie 
chcąc, żeby Barra go usłyszał, wyszedł z kuźni, dając Konradowi znak, aby poszedł za nim. 
 
— Nie chcę, żeby mnie jeszcze bardziej skaził — wyjaśnił Konrad. — I gdyby Wilk wiedział, 
co robisz... 
 
— Więc nic mu nie mów. 
 
W pojęciu Wilka spaczeń był złem i nie przyjmował żadnych argu­mentów w tej sprawie, 
chociaż Galea również i jemu musiała wyjaśnić po­chodzenie tej substancji. A może każdemu 
gościowi na jej tajemniczej wy­spie opowiadała inną historię? Konrad nie rozmawiał z 
Wilkiem o Galei i jej słowach. Miał wrażenie, że przejął jej wiedze, ale nie był stanie 
dysku­tować na temat tego, o czym się dowiedział. 
 
— Jeżeli ten miecz ma w sobie spaczeń, nie dotknę go — oświadczył. 
 
— Czy myślisz, że mam ochotę stracić tę niewielką ilość spaczenia, jaką jeszcze posiadam? 
— zapytał Litzenreich. — Dysponuję tylko odrobiną, tą, którą zdobyłem na skavenach na 
moście, i staram się ją wy­korzystać jak najlepiej. Potrzebuję cię, Konradzie. Musisz mieć 
miecz. A twój miecz wymaga spaczenia. Powinieneś zwalczać Chaos Chaosem. Nie ma innej 
drogi. 
 
— Ale ja sam jestem Chaosem! Jego częścią. Zostałem tak skażony spaczeniem, że skaveni 
mogą mnie wyczuć węchem. 
 
— Wszyscy jesteśmy częścią Chaosu, a Chaos częścią nas. Spacze­niowy pył w mieczu 
pomoże zrównoważyć twoje niepożądane chaotyczne skłonności. Jeżeli wierzysz, że już 
jesteś przeklęty, to co masz do stra­cenia? Ale w tym może być twoje ocalenie. 
 
Konrad popatrzył na Litzenreicha. Wiedział, że magowi nie można ufać, ale zdawał sobie 
sprawę, że musi podjąć ryzyko. 
 

background image

— A dzięki spaczeniowi — dodał Litzenreich — będziesz miał więcej szans na realizację 
swojej misji w Altdorfie... czymkolwiek w rzeczywi­stości jest. 
 
Czarodziej najwyraźniej podejrzewał, że Konrad ma inne powody, aby udać się w górę Reiku, 
niż tylko uratowanie cesarza Karla-Franza, a Konrad zastanawiał się, czy Litzenreich ma w 
stolicy Cesarstwa swoją własną tajną misję do zrealizowania. 
 
Czy rzeczywiście wracał, aby zdobyć więcej spaczenia? Miał obsesję na punkcie tej 
substancji i Konrad dobrze wiedział, że mag zrobiłby wszystko, byle tylko zgromadzić jak 
najwięcej zapasów. W stolicy już go raz aresztowano i oskarżono o zdradę. Gdyby wykryto 
go w mieście, cze­kała go kara śmierci. W takich okolicznościach nikt nie powróciłby z 
wła­snej woli, ale gorączka spaczeniowa sprawiała, że Litzenreich był ślepy na wszelkie 
niebezpieczeństwo. 
 
Wreszcie Konrad skinął głową. 
 
— Powiedz mu, żeby kontynuował — polecił Litzenreich i Lodnar wró­cił do kuźni. 
 
Litzenreich i Ustnar stali na zewnątrz, ale Konrad ruszył w stronę drzwi i zaczął się 
przyglądać, jak Barra z Lodnarem przystępują do pracy. 
 
Barra wybrał kilka wstęg metalu z rozmaitych stosów, znajdujących się w warsztacie — jedną 
z lśniącej stali, jedną z ciemnego żelaza, inną sprawiającą wrażenie wykonanej ze srebra, 
kolejną, przypominającą spiż, i jeszcze jedną o błękitnawym odcieniu, której Konrad nie 
rozpoznał. Wszystkie były mniej więcej tych samych rozmiarów. 
 
W tym czasie Lodnar rozgrzewał w palenisku mały, metalowy pojem­nik. Przedmiot ten 
sprawiał wrażenie formy, do której lano roztopione złoto, by je uformować w sztaby. 
Wyjąwszy formę z płomieni, poczekał aż ostygnie, by później umieścić w niej rozmaite olejki 
i proszki, po czym roz­mieszał je na papkę. Barra zbadał powstałą mieszankę, zamieszał ją 
znowu i dodał jeszcze kilka kropli gęstego płynu. Powiedział coś do Lo­dnara, który wyszedł, 
by przyprowadzić Litzenreicha. 
 
Mag wszedł do środka z krasnoludem, sięgnął za pazuchę i wyjął amulet zawieszony na 
łańcuchu. Amulet był czarny i miał kształt odwró­conej piramidy — zapewne znajdował się 
w nim pył spaczeniowy, który Ustnar zebrał od martwych skavenów na Wysokim Moście. 
 
Litzenreich zdjął łańcuch z szyi, otworzył piramidę i nasypał szarego proszku do masy. 
Potrząsnął amuletem jedną ręką, upewniając się, że w środku nie pozostało ani trochę 
rafinowanego pyłu spaczeniowego, a po­tem dokładnie przemieszał wszystko. Rozmawiał z 
Barrą po cichu i wreszcie krasnolud wziął pierwszy wybrany kawałek metalu. Małym 
pę­dzelkiem Litzenreich rozprowadził spaczeniowe ciasto po powierzchni stali. 
 
Wykonywał tę czynność czterokrotnie i za każdym razem na wierzchu kładziona była nowa 
sztabka, dzięki czemu masa tworzyła war­stwę pomiędzy rozmaitymi odmianami metalu. 
Związane razem drutem, uformowały wiązkę mniej więcej o rozmiarach miecza. 
 
Powiesiwszy z powrotem amulet na szyi, Litzenreich wyszedł z kuźni. Minął Konrada, ale 
nagle zatrzymał się i spojrzał w dół. 
 

background image

— Co to takiego? — zapytał. 
 
Konrad popatrzył na wzór, który bezmyślnie nakreślił na ziemi trzymanym w dłoni patykiem. 
Był to herb, który znajdował się na łuku i strzałach otrzymanych od Elyssy, ale pięść w 
pancernej rękawicy okazała się zbyt trudna do narysowania i starł tę część butem. 
 
— Dwie skrzyżowane strzały — odparł. — A bo co? 
 
— Dwie? — Rzekł Litzenreich. — Czy cztery? 
 
Pochylił się. Litzenreich zamazał narysowane przez Konrada opierze­nia strzał i dodał groty. 
Dwie strzały miały je teraz z każdego końca. 
 
— W dalszym ciągu są tylko dwie — rzekł zdziwiony Konrad. 
 
Litzenreich wysunął palec wskazujący i narysował dwie linie przecho­dzące przez punkt, w 
którym strzały się przecinały — jedną pionową, a drugą poziomą. Potem również dodał groty 
na ich końcach. Teraz wzór przypominał szprychy koła. 
 
— Osiem strzał Chaosu — wyjaśnił mag. Podniósł się i pokazał Konra­dowi amulet 
zawieszony na szyi. 
 
Na każdej z odwróconych trójkątnych powierzchni znajdował się złoty, miniaturowy wzór — 
ten sam wzór, który Litzenreich narysował na ziemi. 
 
— To symbol unikany przez wszystkich, poza Czarnymi Magami — oznajmił Litzenreich, a 
potem odwrócił się i odszedł. Ustnar podążył za nim. 
 
Gdy Konrad spojrzał w dół, elementy, które Litzenreich dodał do ry­sunku, zniknęły. 
Pozostały jedynie strzały naszkicowane przez Konrada. Zatarł wzór butem, starając się nie 
myśleć, czy elfi herb mógł rzeczywiście być związany z symbolem Chaosu, i zerknął przez 
drzwi kuźni. 
 
Barra położył wiązkę metalu bokiem na rozżarzonych węglach w pale­nisku. Podczas gdy 
Lodnar dmuchał miechami, podsycając ogień, wsunął koniec wiązki w jego najgorętszą część. 
W miarę wzrostu temperatury, metal zaczął zmieniać kolor, a masa pomiędzy warstwami 
wydzielała pę­cherzyki, sycząc. 
 
Konrad podszedł bliżej, przyglądając się, co robią krasnoludy. Nie zwracały na niego uwagi. 
Chociaż znajdował się kilka metrów od pale­niska, owionęło go straszliwe gorąco, więc po 
kilku minutach zdjął wierzchnią odzież. 
 
Nieco później Barra przeniósł kleszczami metal z paleniska na kowa­dło i zaczął miarowo 
walić ciężkim młotem w rozpalony koniec sztaby. Co chwila przerywał, uważnie oglądał 
swoje dzieło, obracając wiązkę pięciu pasów metalu, a potem uderzał znowu. Metal ciemniał 
stygnąc i krasno­lud odwinął kleszczami drucianą pętlę z dolnej części sztaby, a potem 
przeniósł wiązkę z powrotem do ognia. Tym razem w najgorętszej części paleniska ułożył 
fragment, z którego odwinął drut. Gdy uznał, że metal uzyskał odpowiednią temperaturę, 
ponownie położył go na kowadle i za­czął uderzać młotem. Powtarzał te czynności do 

background image

momentu, gdy cała sztaba została poddana temu samemu procesowi. Była teraz dłuższa i 
szer­sza niż poprzednio, a pięć oddzielnych pasków zostało zespolonych w jedną całość. 
 
Potem Barra i Lodnar wyszli na dwór, żeby ochłonąć, i każdy z nich wypił duszkiem kilka 
kubków wody. Konrad wyszedł za nimi żałując, że na zewnątrz nie ma kislevskiej zimy. 
 
— Nie przejmujesz się faktem, że pracujesz ze spaczeniem? — zapytał Barrę. 
 
Krasnolud ryknął śmiechem. 
 
— Scottia jest daleko na północy i tam nawet dzieci budują zamki ze spaczeniowego błota. 
Tej substancji jest tu mniej niż we krwi Barry — gru­bym palcem dotknął krzyża, który 
Konrad narysował sztychem miecza na wysokości jego serca. 
 
— A ty? — Konrad zapytał Lodnara. 
 
— To dla mnie kolejna praca. 
 
— A co z toporem Ustnara? Czy w nim również jest spaczeń? 
 
— To tajemnica — odparł Barra. — Pomiędzy Ustnarem i Barrą. Mo­żesz spróbować go 
zapytać. 
 
Konrad wiedział, że może spróbować, ale zdawał sobie sprawę, że by­łaby to jedynie strata 
czasu. 
 
— Do roboty — polecił Barra. — Wracasz do środka? 
 
Wilk wyraźnie stwierdził, że prowadzi bardzo delikatne negocjacje, byłoby więc najlepiej, 
gdyby mógł spotkać się z pirackim dowódcą sam na sam. Ani Ustnar, ani Litzenreich nie byli 
jego ulubionymi towarzyszami, a nikogo innego w Marienburgu nie znał. Konrad mógł pójść 
się czegoś napić do jednej z licznych karczm w mieście, co po straszliwym upale w kuźni 
byłoby nawet wskazane, ale praca Barry i Lodnara dziwnie go za­interesowała i dlatego 
odpowiedział: 
 
— Tak. 
 
Wrócili do kuźni, gdzie Lodnar umieścił czubek mocnego dłuta w jed­nej trzeciej odległości 
od końca metalowej sztaby i przeciął ją niemal na wylot. Powtórzył tę czynność w połowie 
pozostałej długości, po czym ude­rzeniami młota złożył sztabę w zaznaczonych miejscach. W 
rezultacie obra­biany kawałek metalu miał długość zredukowaną do jednej trzeciej, ale 
grubość powiększoną trzykrotnie. Poszczególne warstwy posmarowano jeszcze większą 
ilością oleistej masy spaczeniowej, po czym jeden koniec został wsunięty głęboko pomiędzy 
rozpalone do czerwoności węgle. Pro­ces rozgrzewania i kucia, kucia i rozgrzewania trwał do 
momentu, aż sztaba metalu stała się jednolitą bryłą o piętnastu warstwach grubości. 
 
Praca ta trwała cały dzień, a potem następny, zaś Konrad płacił każ­dego dnia po dziesięć 
koron. 
 

background image

Wieczorami Ustnar przychodził do kuźni, aby masę spaczeniową i metal, w którym 
uwięziono istotę Chaosu, zabrać na przechowanie. On i Litzenreich nocowali za każdym 
razem w innej gospodzie. Konrad zasta­nawiał się, czy czarownik przypadkiem nie ma 
nadziei, że zapach spacze­nia przywabi skavenów, dzięki czemu zdobędzie jeszcze więcej 
tajemni-czej substancji. 
 
  
 
*   *   * 
 
Pod koniec trzeciego dnia było trzysta sześćdziesiąt złączonych cie­niutkich warstw metalu. 
Konrad liczył dokładnie i wiedział, że pomiędzy każdą warstwą znajdowała się spaczeniowa 
masa. Metalowe płaszczyzny były bardzo cienkie, ale dzięki swoim odmiennym kolorom 
doskonale wi­doczne. Barra nazywał sztabę metalu „kęsem”. Miała mniej więcej wy­miary 
miecza, jak wówczas, gdy była jeszcze pięcioma wstęgami metalu. 
 
— Jutro — oznajmił Barra — zacznie się prawdziwa praca. Zakładając, że skaveni nie 
ukradną w nocy kęsa. Kiedy będziesz go nosił, miecz przy­ciągnie ich, jak ser myszy! 
 
Barra się roześmiał, ale Konradowi nie było do śmiechu. Wtedy jed­nak uświadomił sobie, że 
nie sprawi to większej różnicy. Szczuroludzie i tak potrafili wyczuć spaczeń płynący w jego 
żyłach. Miecz nie zwróci większej uwagi niż jego własne, skażone ciało. 
 
— Oczywiście, nie tylko skavenów — mówił dalej Barra. — Zrobię tak wspaniały miecz, że 
każdy zechce go mieć. Będziesz musiał zabijać więcej ludzi i nieludzi z powodu tej głowni. 
Ale dzięki niej łatwiej uda ci się zwy­ciężać wrogów. Potrzebujesz dobrego miecza, ponieważ 
masz dobry miecz, a ponieważ masz dobry miecz, potrzebujesz dobrego miecza — roześmiał 
się znowu. 
 
Chociaż Konrad nie do końca wiedział, do jakiego stopnia Barra mówi poważnie, dobrze 
rozumiał, co krasnolud ma na myśli. Rabusie chętniej wybiorą swoją ofiarę wśród bogatych 
albo tych, którzy sprawiają wrażenie zamożnych. Jeżeli Konrad będzie nosił miecz, który 
sprawia wrażenie dro­giego, zwróci na siebie większą uwagę. Obserwując pracę, jaką Barra 
wło­żył w przygotowanie odkuwki, Konrad zdawał sobie sprawę, że będzie to wyjątkowy 
okaz mistrzowskiego rękodzieła. 
 
— W takim razie — powiedział — zrób tak, aby wyglądał jak zwyczajna broń — dopóki go 
nie dobędę. Nie chcę fikuśnego jelca ani zdobionej gło­wicy, a pochwa powinna być tylko 
wygodna. 
 
Barra na samym początku oświadczył, że zrobi mecz w taki sposób, jaki sam uzna za słuszny, 
ale teraz skinął głową z aprobatą. Jednak miało minąć jeszcze kilka dni, zanim miecz był na 
tyle gotów, by zająć się jelcem i głowicą. 
 
Dni mijały, a Konrad każdą godzinę i minutę spędzał w kuźni, obser­wując jak Barra dalej 
zajmuje się swoim rzemiosłem, swoją sztuką, a Lo­dnar pomaga mu w pieczołowitym 
przekształcaniu surowca w idealną klingę. 
 
Powoli wyłaniał się kształt miecza: stopniowo zwężająca się ku szty­chowi głownia o 
wyszlifowanych ostrzach, zbieg sztychu, zbroczą na pła­zach. Dwukrotnie cała klinga była 

background image

nagrzewana w palenisku, a potem zanu­rzana gwałtownie w głębokim korycie pełnym wody, 
gdzie syczała, wznosząc kłęby pary. Odbywał się proces hartowania, dzięki któremu metal 
był utwardzany, a przez cały czas głownia miecza była kuta, szlifo­wana i polerowana 
wieloma rozmaitymi narzędziami, wykorzystywanymi przy różnych etapach obróbki. 
Polerowano ją i oliwiono, oliwiono i polero­wano. Barra ani razu nie wykonał żadnego 
pomiaru. Wszystko robione było na oko, na dotyk, w oparciu o talent, sztukę, o lata 
doświadczenia. 
 
Został przyspawany jelec — ciemny i funkcjonalny, z solidnej stali, o lekko wygiętych ku 
górze wąsach. Sama rękojeść, owinięta brązowym za­mszem, zapewniała dobry chwyt, 
świetnie wchłaniała pot i krew, i łatwo można ją było wymienić, gdy za bardzo przemokła. 
Głowica, zwykła mo­siężna kulka, została przyśrubowana na wierzchu rękojeści. Jelec, 
ręko­jeść, głowica, wyglądały zupełnie zwyczajnie. Ale głownia, sama głownia... 
 
— O ile miecz nie jest dwuręczny — wyjaśnił Barra — jego punkt rów-nowagi powinien 
znajdować się w odległości mniej więcej trzech cali od jelca. Oczywiście sposób wykonania 
klingi, jej rozmiary i przekrój mają wpływ na wyważenie, ale ważny jest również ciężar 
głowicy. Barra uważa, że najlepsza jest mała głowica i taka powinna najlepiej pasować do 
tego miecza... i do ciebie. 
 
Konrad miał wielką ochotę wziąć broń do ręki, ale Barra trzymał ją mocno, wyjaśniając 
rozmaite elementy konstrukcji. 
 
— Dzięki pogłębieniu zbroczy klinga jest lżejsza, chociaż nie traci wcale wytrzymałości. Te 
rozmaite warstwy metalu sprawiają, że miecz jest o wiele bardziej sprężysty i mocny. Jak 
wiesz, jest w nim pył spaczenia. A także srebro — Barra przygryzł dolną wargę, odsłaniając 
zęby. — Dobry na wampiry! — roześmiał się. 
 
— Tak — zgodził się Konrad, wyciągając rękę w stronę wypolerowanej broni. 
 
— A dzięki tym wszystkim warstwom — rzekł Barra, odsuwając klingę — samo ostrze jest o 
wiele mocniejsze i wytrzymalsze. Przekonasz się, że ponowne naostrzenie nie jest zbyt 
trudne. Dopilnuj, żeby robić to jedna­kowo po obu stronach, wolno, po kilka cali. 
 
— Tak, tak. 
 
— Barra da ci osełkę, za dodatkową dopłatę. 
 
Krasnolud ujął broń prawą dłonią, podniósł ją i obracał, sprawdzając, czy nie ma jakichś 
usterek. Ostrze połyskiwało w czerwonej poświacie pa­dającej z paleniska. Kowal wyszedł na 
zewnątrz, a Konrad ruszył za nim. Na podwórzu stał wóz i Lodnar trzymał cugle konia 
stojącego pomiędzy dyszlami. Zwierzę było bardzo spłoszone. To, co znajdowało się na 
samym wozie, było osłonięte wielką płachta brezentu. Lodnar podał Barrowi klucz. 
 
— Musiałeś słyszeć historie o kowalach, którzy wbijają nowe klingi w żywe ciało, aby 
zahartować metal — powiedział Barra, podchodząc do tylnej części wozu. 
 
Konrad skinął głową. Teraz już wiedział, co znajduje się pod płótnem. Czuł już jego zapach. 
 

background image

— Ale to do niczego. Barra próbował ten sposób. Żar rozmiękcza głownię i chociaż ciało 
sprawia wrażenie bardzo miękkiego, jest w nim dużo kości, które mogą uszkodzić gorący 
metal. A po takiej pracy, kto miałby na to ochotę? Ale zbiornik wypełniony krwią może 
zupełnie do­brze spełnić taką rolę. 
 
Zsunął brezent z tylnej części wozu, odsłaniając klatkę. W jej wnętrzu znajdował się 
zwierzołak. 
 
Obrzydliwy stwór cofnął się przed nagłym światłem i szarpnął pazu­rami jednej łapy solidne 
kraty. Druga łapa zmutowała się w zakrzywioną klingę. Miał dwa metry wzrostu, wężowy 
ogon i pokryty był zielonkawymi łuskami. Na ptasiej głowie o ostrym dziobie i małych, 
czarnych oczkach, widniał grzebień z żółtych kolców. Z kłów ściekał mu jad, a pazury na 
no­gach i łapie były ostre jak brzytwa. 
 
— Złapano go w ubiegłym tygodniu — wyjaśnił kowal. — Dostał się do miasta ściekami i 
zabił troje dzieci, które bawiły się na brzegu jednego z ka­nałów. W każdym razie Barra ma 
nadzieję, że zabił je przed rozszarpa­niem i pożarciem ich wnętrzności. 
 
— Dlaczego nie zabito go zaraz po złapaniu? 
 
— Ponieważ jest cenny. Zwierzołaków wykorzystuje się w czasie zawo­dów sportowych, w 
walkach z innymi mutantami, ze stadami psów, a cza­sem nawet z ludźmi. Pokazy na arenie. 
Stosuje się je do wabienia innych bestii, a niekiedy bojowych mutantów rozmnaża się w 
niewoli. To niele-galne, ale na zakładach zarabia się mnóstwo pieniędzy. 
 
— A co to tu robi? — zapytał Konrad, chociaż zaczął już podejrzewać. 
 
— Kupiłem go — wyjaśnił Barra, spoglądając na warczącego jeńca. — Może pomysł 
wbijania rozpalonego do czerwoności ostrza w żywe ciało jest mitem, ale nieźle brzmi. Jak 
zauważyłeś, Barra jest tradycjonalistą i dlatego wykonanie miecza zajmuje tak wiele czasu — 
i dlatego miecze Barry są najlepsze. A Barra ci mówi, że twoja głownia jest jedna z 
najlep­szych. Barra robi miecze, a one odchodzą. To niewłaściwe, Barra powinien użyć tego 
miecza zanim ty to zrobisz, ponieważ ta głownia najpierw nale­żała do Barry. Barra żąda dla 
siebie prawa pierwszej krwi, aby poświęcić ją jako ofiarę dla bogów Barry i jego przodków. 
Dla bogów ognia, stali i broni. 
 
Wyciągnął rękę w stronę klatki i wsunął klucz do zamka, obrócił go, a potem szybko 
odskoczył do tyłu, gdy okratowane drzwi otworzyły się gwałtownie i reptilion wyrwał się na 
wolność. Jego drapieżna paszcza otworzyła się i wysunął się z niej rozdwojony język, gdy 
potwór wysyczał głośno swoje nieludzkie wyzwanie. Ale zanim jego nogi dotknęły ziemi, 
Barra ponownie skoczył do przodu i lśniące ostrze przebiło łuski zdefor­mowanego torsu. 
Gejzer krwi wytrysnął z rany, a potem rozległo się wycie potwora. Klinga była tak ostra, że 
Barra nawet nie poczuł, jak przebija obrzydliwe cielsko. 
 
Bryzgając krwią i jadem, wyjąc z wściekłości i bólu, potwór stanął nad Barrą. Jednym ruchem 
przekształconego przedramienia mógłby przeciąć krasnoluda na pół, a uderzenie wijącego się 
ogona roztrzaskałoby mu czaszkę. 
 
Zmutowana kończyna cięła z rozmachem, ale Barra zręcznie odsko­czył na bok, parując 
chitynowe ostrze nowym mieczem. Paszcza zwierzo­łaka atakowała, pazury machały w 

background image

powietrzu, ogon uderzał, ale kowal od­powiadał na każdy atak pchnięciem lub cięciem klingi. 
Wyglądało to tak, jakby jego szermiercze umiejętności zwiększały się z każdą chwilą, 
dorów­nując wspaniałości broni, którą walczył. 
 
Mutant ryczał coraz głośniej, gdy Barra wytaczał jego trującą krew. Atakował coraz bardziej 
szaleńczo. Jednak każda próba kończyła się ni­czym. Bestia nie potrafiła się bronić, jedyną 
znaną formą walki narzucaną jej przez instynkt był atak. 
 
W miarę jak spadały na nią dalsze nieubłagane ciosy, jej wzywające ryki zmieniły się w pełne 
desperacji wrzaski. Ruchy potwora stawały się coraz wolniejsze i bardziej niezgrabne, gdy 
wykrwawiał się na śmierć. Kra­snolud nie rąbał stwora, on go ćwiartował. Albo raczej 
przeprowadzał po­wolną wiwisekcję, wycinając kawałki ciała, wnętrzności, obnażając kości... 
 
Ale potwór nie chciał umierać. Wciąż wył i szarpał się, chociaż całe jego ciało tworzyło 
krwawą masę. W pewnym momencie Barra przerwał preparowanie reptiliona i cofnął się, by 
obejrzeć miecz. A potem znowu ru­szył do przodu, uniósł klingę i ciął od góry, przecinając 
łuski i ścięgna, kości i naczynia krwionośne. Głowa zwierzołaka potoczyła się po ziemi, a 
ciało padło, by wić się w obrzydliwej parodii życia. 
 
Krasnolud oparł miecz o koło wozu. Klinga byłą lepka od świeżej krwi. Odsunął się od broni, 
nie spuszczając jej z oczu, a potem wskazał ją gestem dłoni. 
 
— Jest twój — rzekł i skierował się do kuźni. 
 
— Masz — Lodnar podał mu kawał szmaty w zamian za ostatnią por­cję złotych koron. 
 
Konrad przeszedł po mokrym od krwi bruku i ujął prawą dłonią ręko­jeść miecza. Ukląkł 
przed nim i wytarł do sucha jednym długim ruchem. I wtedy po raz pierwszy zobaczył 
głownię dokładnie. 
 
Była rzeczywiście wspaniała. 
 
Jej powierzchnia przypominała rtęć — kiedy patrzyło się na nią pod nieco innym kątem, 
zdawała się lekko drżeć. Na płazach widniały żyłkowa­nia, jak klejnoty o nieskończenie 
odmiennych fasetach, sprawiające nie­kiedy wrażenie płomienistych wirów jaśniejących tym 
bardziej, im głębiej sięgały ich spirale, a czasami wyglądających jak skrzące się pryzmaty, z 
których na całą długość klingi rozlewała się jasność. 
 
Zbroczę w środku klingi przypominało wyrytą przez tysiąclecia do­linę, odsłaniającą różne 
warstwy prastarych skał, całą wielobarwną tęczę, wytworzoną przez pięć pierwotnych warstw 
metalu. 
 
A sztych i krawędzie były niewiarygodnie ostre i miały trudną do okre­ślenia barwę. Była 
czymś o wiele więcej niż tylko sumą ich poprzednich od­cieni. Zostały one zwielokrotnione 
dodatkiem ognia i powietrza, chłodzą­cej je wody i rozgrzewających węgli. Każdą warstwę 
metalu można było od­różnić nawet tam, gdzie klinga przechodziła w sztych — wszystkie 
trzysta sześćdziesiąt: pięć metali składowych potrojonych i podwojonych, potem znowu 
potrojonych i podwojonych, i podwojonych raz jeszcze. 
 

background image

Wreszcie Konrad podniósł miecz, trzymając go mocno w dłoni, czując jego ciężar i 
wyważenie. 
 
Wzniósł go wysoko nad głowę, jakby zwycięstwo już należało do niego. 
 
Jakby ta klinga zawsze stanowiła część jego osoby. 
 
  
Rozdział trzynasty  
 
  
 
Konrad do tej pory właściwie nie interesował się, jakim mieczem wal­czy. Po prostu była to 
broń i nie miało znaczenia, z czego jest wykonana ani skąd pochodzi. Miał już wiele mieczy, 
ale obchodziło go jedynie, czy spełniają swoją funkcje. 
 
Ale to, czego był ostatnio świadkiem, sprawiło, że zaczął na naj­prostszy ze sztyletów 
spoglądać z szacunkiem. Każdy z nich był bowiem początkowo bezkształtnym kawałkiem 
żelaza, który uzyskał ostateczną formę dzięki umiejętnościom wioskowego kowala. A jeszcze 
wcześniej metal był bryłą rudy, wykopaną z ziemi, przetopioną i odlaną w sztaby. Konrad 
orientował się nieco, jak przebiega taki proces, ponieważ widział obróbkę złota w kopalni w 
Kislevie. 
 
Myślał o pięciu metalach, które posłużyły do wykonania jego miecza i zastanawiał się, gdzie 
mogły być wykopane. Czy każdy z nich pochodził z innego rejonu świata, był sprowadzony 
przez rozległy ocean z odległego kontynentu, aby ostatecznie wszystkie razem zostały 
przekute w jedną głownię? 
 
Na granicy zniszczona broń było często przetapiana, a uzyskany metal wykorzystywany 
ponownie. Nigdy jednak nie robiono tego z orę­żem pokonanych wojowników Chaosu, 
ponieważ mógł on skazić czysty metal, spowodować jego gwałtowną korozję i zniszczenie. 
Wszelkie me­tale były bardzo cenne i niewykluczone, że niektóre z materiałów 
wykorzy­stanych przez Barrę w nowym mieczu niegdyś stanowiły część broni wo­jowników 
z odległych krajów, którzy walczyli w pradawnych bitwach. Lu­dzie, którzy nosili te klingi, 
dawno umarli, przemienili się w proch, ale ich broń odrodziła się w wyjątkowym mieczu 
Konrada. 
 
A któregoś dnia, dawno po tym, jak Konrad umrze i zostanie zapo-mniany, jego klinga stanie 
się częścią całego arsenału legionu przyszłych wojowników: grotów włóczni i strzał, 
żeleźców toporów, głowni mieczy i sztyletów. 
 
Konrad mógł jedynie mieć nadzieję, że czas ten okaże się bardzo odle­gły i że jego nowy 
miecz odsunie w czasie ów dzień, gdy ostatecznie pad­nie w walce. 
 
Ale gdy patrzył na rzekę Reik, uświadamiał sobie, że podróż ta coraz bardziej przybliża dzień 
śmierci. Był przekonany, że Czaszkolicy i Elyssa wciąż znajdują się w Altdorfie. Zupełnie, 
jakby nadal posiadał dar przepo­wiadania, domyślał się, że spotka ich oboje, gdy tylko dotrze 
do cesarskiej stolicy. Wiedział także, że nie przeżyje walki z Czaszkolicym. Lecz „starcie to 
było czymś, do czego zmierzało całe jego życie, i tak jak nie mógł po­wstrzymać się przed 
oddychaniem, nie był w stanie zrezygnować z tej po­dróży. 

background image

 
Konrad spędzał możliwie jak najwięcej czasu na pokładzie, ponieważ pod nim czuł się jak w 
klatce. Jego dłoń spoczęła na rękojeści miecza, gdy spojrzał na żagle pirackiego okrętu. Tak 
jak nigdy nie zastanawiał się, w jaki sposób robiony jest miecz, do tej pory nie myślał też o 
tym, jak okręt może żeglować w górę rzeki, pod prąd i pod wiatr. 
 
Po raz pierwszy w życiu płynął łodzią w górę rzeki Lynsk, z Erengradu do Praag, ale wtedy 
nie interesował się ani statkiem, ani tym, dzięki czemu się porusza. Wtedy nie zwrócił prawie 
wcale uwagi na statek i spo­sób jego funkcjonowania. Był zbyt zajęty oglądaniem nowego 
kraju, przez który przepływali. Teraz jednak przez cały czas obserwował okręt, ponie­waż 
wolał to od zastanawiania się nad tym, co go czeka po przybyciu do Altdorfu. 
 
Wilk namówił dwóch piratów do pożeglowania w stronę stolicy, tłu­macząc im, że miasto jest 
słabo bronione, ponieważ armia została osła­biona wysłaniem wielu oddziałów na granicę w 
Kislevie. Przekonał rów­nież dowódców, że jest jedynym człowiekiem, który potrafi odkryć 
sekret niezmierzonych bogactw miasta. Każdy statek był zwykłą, kupiecką łajbą, ale jego 
ładunek na pewno trudno było uznać za zwyczajny. Powierzchnia pod pokładami zatłoczona 
była bezlitosnymi rzezimieszkami, ludźmi, któ­rzy przez całe życie siali śmierć i zniszczenie, 
atakując bezbronne statki i rabując ich towar. Zazwyczaj mieli dwóch nieprzyjaciół — okręt, 
który atakowali, i ocean. Morze potrafiło być równie niebezpiecznym i nieubłaga­nym 
przeciwnikiem jak piraci, ale na Reiku, ku swemu zadowoleniu, nie mieli takich wrogów. 
 
Zamiast tego, siedzieli ukryci pod pokrywami luków. Niezliczone ba­ryłki piwa i rozrywki, 
które sami sobie zorganizowali, sprawiały, że zacho­wywali się cicho. Ale nie za bardzo. 
Jedynie w nocy, gdy statki cumowały do brzegu na okres ciemności, pozwalano im wyjść na 
pokład. 
 
Okręty trzymały się daleko od siebie, jakby nic je ze sobą nie łączyło. Plan Wilka zakładał, że 
pierwsza jednostka powinna wpłynąć do Altdorfu i zacumować u szczytu jednej z wielu kei 
portowych. Drugi okręt miał wtedy przestać się maskować, wytoczyć działa zakamuflowane 
jako ładu­nek pokładowy, i rozpocząć bombardowanie stolicy. Artylerię przetrans­portowano 
na jego pokład z szybkich, oceanicznych jednostek, na których piraci zazwyczaj żeglowali. 
Armaty były potężne, odlane z metalu i ozdobione smokami oraz rozmaitymi hieroglifami. 
Wykonano je w Ki­taju, a artylerzyści również pochodzili z tego słynnego kraju. W skład 
załóg obu okrętów wchodzili ludzie ze wszystkich stron świata. 
 
Bombardowanie artyleryjskie miało na celu odwrócenie uwagi, gdy piraci na pokładzie 
pierwszego okrętu rozpoczną swój atak. Tak przy­najmniej powiedział im Wilk... 
 
Wszyscy czterej — Wilk, Konrad, Litzenreich i Ustnar — znajdowali się na pierwszym 
okręcie. Przepisy w Marienburgu były bardzo liberalne, dzięki czemu przed odpłynięciem w 
górę rzeki nie przeprowadzono na okręcie żadnej kontroli. Na Reiku było kilka miejsc, gdzie 
przepływające jednostki zatrzymywano pod murami fortec i pobierano opłaty żeglu­gowe. 
Zależały one od rodzaju przewożonego ładunku, ale większość celni­ków wolała prowadzić 
pertraktacje bez trudzenia się wyprawą na pokład kontrolowanego statku. Urzędnicy 
przywykli do załatwiania spraw z przemytnikami i, o ile ich prywatne stawki były 
regulowane, z radością stosowali ulgowe taryfy celne. 
 
Reik był najważniejszą rzeką w Cesarstwie i całym Starym Świecie. Jego źródła znajdowały 
się daleko na południowym zachodzie, w obrębie Gór Krańca Świata. Jedno z nich 

background image

znajdowało się na Przełęczy Czarnego Ognia i według legend wytrysnęło w miejscu, w 
którym Sigmar pierwszy raz odłożył Ghalmaraz po zwycięstwie nad goblinami. 
 
Reik był najdłuższą ze wszystkich rzek i jego wody niosły wiele stat­ków oraz okrętów 
rozmaitego typu i rozmiarów. Koryto było tak szerokie i głębokie, że do stolicy mogły 
dopływać nawet oceaniczne jednostki. Gdy przepływały pod mostami, nie trzeba było 
opuszczać nawet najwyższych masztów, ponieważ środkowa część każdego mostu na rzece 
dawała się podnieść lub obrócić, by przepuścić statek. 
 
Piracki okręt płynął wolno w górę rzeki, mijając wioski i miasta, które wyrosły na jej 
brzegach. Wszystkie one musiały stanowić źródło pokusy dla rabusiów, chociaż nad każdą 
miejscowością piętrzył się groźny zamek, wzniesiony na wysokim występie skalnym. Mijali 
pojedyncze farmy, sa­motne wiatraki, opadające tarasami pola winnic i ciągnące się milami 
nie­przebyte puszcze. Rzeka rzadko kiedy biegła prosto na długim odcinku; prawie zawsze 
wiła się w głębokich dolinach albo tworzyła zakola na ży­znych pastwiskach, niosąc okręt 
coraz bliżej Altdorfu. 
 
Mijały dni i noce. Konrad był zadowolony, że jego miecz nie rzuca się w oczy. Każdy z 
piratów chętnie by go zabił, aby tylko zdobyć tę klingę, mimo że podobno byli sojusznikami. 
Wiadomo, iż szeregowi piraci, a także ich oficerowie, zabijali nawet dla skromniejszych 
łupów. Konrad rzadko kiedy widywał kapitana okrętu, wszystkimi codziennymi sprawami 
kierował pierwszy oficer. 
 
Pochodził ze Estalijskich Królestw i przedstawił się Konradowi jako Guido. Wyjaśnił, że nie 
może podać rodowego nazwiska, ponieważ w jego żyłach płynie królewska krew i dlatego 
woli zachować anonimowość. Kon­rad pomyślał sobie wówczas, że jeśli chce się zachować 
incognito, naj­lepiej nie mówić, że usiłuje się to zrobić. 
 
— Uciekłem na morze — rzekł Guido — a teraz jestem otoczony lą­dem. Kiedy na niego 
patrzę, robi mi się niedobrze, bo przez cały czas jest taki nieruchomy. 
 
Guido był mniej więcej trzydziestoletnim mężczyzną, średniego wzrostu oraz szczupłej 
budowy ciała i w niczym nie przypominał pirata, ja­kiego wyobrażał sobie Konrad. Był 
dobrze wychowany, wykształcony i być może rzeczywiście wysokiego rodu. Zawsze 
elegancko ubrany, zmieniał odzież codziennie, a wszyscy na pokładzie okrętu wykonywali 
jego roz­kazy z największym pośpiechem. Jego władza wynikała ze stanowiska, a nie z siły 
fizycznej. Jedynym przypadkiem czegoś, co można było nazwać kłopotami na pokładzie, była 
sytuacja, kiedy mocowanie topsla nie odpo­wiadało wymaganiom Guida. Dwaj 
odpowiedzialni za to niedociągnięcie marynarze zostali natychmiast wychłostani, a Guido 
obserwował całą eg­zekucję w czasie, gdy golił go chłopak okrętowy. Nawet kapitan de 
Tevoir traktował swojego pierwszego oficera z szacunkiem, należnym raczej do­wódcy niż 
podwładnemu. 
 
— Moi przodkowie byli bandytami i rabusiami — wyjaśnił Guido. — Setki lat temu wykroili 
sobie kawałek Estalii i zostali jego władcami. Ale tam nie ma dla mnie miejsca. Mój 
najstarszy brat odziedziczył tron po moim ojcu zanim jeszcze przyszedłem na świat. Miałem 
szczęście, że po­zwolił mi przeżyć. Ja miałem szczęście, ale on nie. Pewnego dnia wrócę, 
strącę Alphonso z tronu i sam zagarnę królestwo — wzruszył ramionami. — Jeżeli 
kiedykolwiek zadam sobie trud powrotu do tej dziury. 
 

background image

Przyglądał się przepływającej obok żaglowej barce, kierującej się w dół rzeki. W jego wzroku 
było coś drapieżnego i z całą pewnością ża­łował, że nie może zrezygnować z kamuflażu i 
ograbić mijanego statku. 
 
Początkowo Konrad starał się unikać Guida. Nie chciał mieć do czy­nienia z człowiekiem, 
którego będzie musiał zdradzić, a może nawet zabić. Trudno było jednak trzymać się na 
uboczu, przebywając na pokładzie tak niewielkiej jednostki, i obaj mężczyźni coraz więcej 
czasu zaczęli spędzać w swoim towarzystwie. Guido pożyczał mu książki, opowieści, jakich 
Kon­rad nawet sobie nie wyobrażał. Dopiero po jakimś czasie uświadomił sobie, że czyta 
zwykłe baśnie, wymyślone historie, których podobieństwo do rzeczywistych wydarzeń było 
bardzo niewielkie. Gdy tylko się o tym przekonał i uznał, że nie musi studiować tych książek 
tak pilnie jak wszyst­kich, które czytał poprzednio, zaczął doskonale bawić się tymi 
nieprawdo­podobnymi historiami. A opowieści Guida były prawie tak samo atrakcyjne jak 
historie, które czytał Konrad. 
 
Od chwili opuszczenia rodzinnej wioski Konrad podróżował z jed­nego końca Cesarstwa w 
drugi, a nawet poza jego granice. Ale Guido przewędrował cały świat, a nawet opłynął go 
dookoła, powracając do miej­sca, z którego wyruszył. 
 
Konrad nie miał pojęcia, jak wiele z tego, co usłyszał, było i prawdą, ani jak wiele z tego, co 
opowiadał Guido, rzeczywiście zdarzyło się pira­towi, ale fascynowały go historie o 
rozmaitych krajach oraz zamieszkują­cych je ludziach i stworach. 
 
— Byłem wszędzie — powiedział Guido. — Widziałem wszelkiego ro­dzaju ludzi, i 
zabijałem — mówiąc te słowa, przeciągnął palcem po gardle, uśmiechając się ponuro. 
 
Dopiero w tym momencie Konrad uświadomił sobie, z kim ma do czy­nienia — z 
zimnokrwistym zabójcą, kimś, kto bez wahania zabiłby bez­bronne niemowlę. Na tym 
polegało życie Guida — na mordach i grabieży — i po to na pokładzie tego okrętu płynął do 
Altdorfu. Starał się o najwyż­szą nagrodę w Starym Świecie, o samą stolicę Cesarstwa. Nie 
miało znacze­nia, ile osób będzie musiało ucierpieć lub zginąć, jeżeli tylko Guido oraz jego 
towarzysze zarobią na tej rozbójniczej wyprawie. 
 
Przepłynęli bez kłopotów poza Carroburg, gdzie rzeka Bogen wpadała do Reiku, i wreszcie 
zatrzymali się jakieś dwadzieścia mil poniżej stolicy, pomiędzy wioskami Rottefach i Walfen. 
 
— Pora, żebyśmy zeszli na brzeg — odezwał się Wilk do kapitana. — Musimy pójść 
przodem na zwiady. 
 
Po raz pierwszy od wypłynięcia z Marienburga na pokładzie znaleźli się wszyscy trzej 
towarzysze Konrada. Wielu członków załogi wspięło się na maszty, gdzie zwijali żagle, inni 
cumowali statek do brzegu. 
 
— Ależ oczywiście — przytaknął de Tevoir. — Zdobędziesz konie w na­stępnej wiosce? 
 
— Tak. 
 
— Będziesz potrzebował tylko dwóch. 
 

background image

— Dwóch? — zapytał Wilk i chwilę później jego dłoń spoczęła na rę­kojeści czarnego 
miecza. 
 
Konrad zareagował w tej samej chwili, ponieważ uświadomił sobie, co kapitan ma na myśli, i 
po raz pierwszy zaczął dobywać swoją nową broń. Jednak żaden z nich nie okazał się 
wystarczająco szybki. Natychmiast skrępowały ich liny rzucone przez marynarzy na rejach. 
Litzenreich i Ust­nar również zostali schwytani, chociaż krasnolud zdołał zerwać pierwsze 
spowijające go sznury. Zanim jednak udało mu się machnąć toporem, cios w głowę ogłuszył 
go i powalił na pokład. 
 
— Dwa konie — powtórzył de Tevoir. — Jeden dla ciebie, drugi dla niego — wskazał ręką 
Litzenreicha. — Macie wrócić przed świtem, w prze­ciwnym bowiem razie ci dwaj zginą. 
 
Było prawie południe. Gdy Konrad odwrócił się, zobaczył statek wy­pływający zza zakrętu. 
Rozpoznał drugi okręt piracki. Przyłączali się do nich po raz pierwszy od opuszczenia portu. 
 
— To za mało czasu — zaprotestował Wilk. 
 
— Do świtu — powtórzył de Tevoir. — Musicie obaj wrócić tu do świtu, albo... 
 
— Wrócimy — zgodził się Wilk i spojrzał na Konrada. 
 
— A do tej pory załatwicie wszystko tak, żebyśmy mogli spokojnie wpłynąć do Altdorfu. 
Razem. 
 
— Oczywiście — oświadczył Wilk, jakby takie były jego plany od sa­mego początku. 
 
Kapitan wydał rozkaz. Najemnika i maga uwolniono z więzów. 
 
— Jeżeli was tu nie będzie — dodał de Tevoir — i tak dalej popły­niemy w górę rzeki. Ale na 
pokładzie będzie nas już mniej — na wypadek, gdyby Konrad nie był pewien, o co mu 
chodzi, wskazał kordelasem jeń­ców. 
 
Konrad szarpnął sznurami, ale na próżno. Schwytano go i przywią­zano mocno do 
grotmasztu. Rozpięto mu pas i zabrano nowy miecz. Nie miał najmniejszej szansy go 
wydobyć, użyć w walce, wytoczyć nim krew nieprzyjaciela. 
 
Oparty o nadburcie Guido obserwował, jak Wilk i Litzenreich odcho­dzą. Odwrócił się, gdy 
Ustnara podniesiono i przywiązano do tego samego masztu, co Konrada. Stali odwróceni 
plecami do siebie, a pierwszy oficer przeszedł wolno przez pokład i stanął przed Konradem. 
Wyciągnął rękę, a jeden z piratów podał mu pas z mieczem Konrada. 
 
— Ja na ich miejscu — powiedział — wcale bym nie wrócił. 
 
— Ale oni nie są tobą — odparł Konrad. 
 
— Nie, ale czy sądzisz, że wrócą? 
 
Konrad nic nie odpowiedział. 
 

background image

— A ty? — zapytał Guido. 
 
— Tak. 
 
Guido wolno skinął głową. 
 
— Pewnie tak. Wilk też. Mag — nie. 
 
To właśnie niepokoiło Konrada. Litzenreich myślał tylko o sobie. Nie zechce powrócić, 
choćby po to, żeby pomóc Ustnarowi. Nawet gdyby nie wiązało się to z żadnym 
niebezpieczeństwem, Litzenreich nie zrobiłby nic, co nie leżałoby w jego własnym interesie. 
A powrót na piracki okręt na pewno do takich nie należał. 
 
— Ale muszą powrócić obaj — przypomniał Guido, obracając głowę na południowy wschód, 
w stronę Altdorfu. Spojrzał na broń, którą trzymał w ręku, ujął pochwę w lewą, a rękojeść w 
prawą dłoń, po czym za­czął powoli wyciągać klingę z naoliwionej pochwy. 
 
— Ładny — rzekł. — Doprawdy, bardzo ładny. 
 
  
 
*   *   * 
 
— Gdyby to ode mnie zależało — powiedział Guido po południu — roz­wiązałbym cię, 
Konradzie. Ale muszę spełniać rozkazy. Pewnie nie chciałbyś zostać uwolniony, gdyby 
krasnolud pozostał związany. Mogę ufać tobie, ale nie jemu. Rozumiesz mój problem? I 
swój? 
 
 
— Po prostu zamknij się, dobra? — warknął wściekle Konrad. 
 
— Czyżby moje gadanie cię irytowało? W takim przypadku będę dalej mówił. 
 
Konrad czuł się bardzo zmęczony, ręce i nogi zesztywniały mu zupeł­nie. Związano go po 
mistrzowsku. Prawie nie mógł się poruszać, a mimo to sznury nie wrzynały mu się w ciało i 
nie utrudniały krążenia krwi. 
 
— Nie jesteśmy głupi — mówił dalej Guido. — Przynajmniej niektó­rzy. Czy naprawdę 
przypuszczaliście, że pozwolimy wam wszystkim odejść? W naszej branży często bierzemy 
zakładników. Niektórzy ludzie są zbyt cenni, aby ich zabić i można ich zatrzymać dla okupu. 
Ile jesteś wart, Konradzie? Czy jest ktoś, kto zapłaciłby za twoją wolność? Nie? To samo ze 
mną. Jesteśmy tacy do siebie podobni. Obaj mamy tylko imię, chociaż jakoś wątpię, że jesteś 
szlachetnej krwi. A jeżeli mówimy już o krwi, mam wrażenie, że wkrótce stracisz sporo 
swojej. Oczywiście, ra­zem z życiem. Czy kiedykolwiek myślałeś choć trochę o krwi, 
Konradzie? Zastanawiam się, po co ją mamy? Do czego jest nam potrzebna? 
 
Guido przerwał na chwilę, jakby zastanawiając się nad naturą krwi, a potem rzekł: 
 
— Czy chciałbyś, żebym ci poczytał, Konradzie? Na przykład słynną opowieść o odległej 
Lustrii? 

background image

 
— Nie. 
 
— A może historię o tym, co stało się kiedyś nieszczęsnemu uliczni­kowi w Naggaroth? 
 
— Nie. 
 
— A o jednej z moich przygód w Arabii? 
 
— Nie! 
 
— Niektórym nie sposób dogodzić — westchnął Guido, którego coraz bardziej bawiła 
irytacja Konrada. — Zdajesz sobie sprawę, że któregoś dnia będę opowiadał o tym, jak 
brałem udział w grabieży Altdorfu. Ten fakt przejdzie do historii. Jaka szkoda, że tego nie 
ujrzysz. Ale zapewniam cię, że tam będziesz — powieszony na rei. Kapitan de Tevoir uważa, 
że ciała najnowszych ofiar przynoszą szczęście okrętowi. Zastanawiam się, w jaki sposób cię 
zabije? 
 
Konrad przygryzł dolną wargę, całą siłą woli powstrzymując się, by nie odpowiedzieć. 
 
— Uważam, że powinien zrobić to twoim mieczem. Bardzo właściwe i poetyczne, nie 
sądzisz? Wykonanie egzekucji na tobie będę uważał za za­szczyt, Konradzie. A możesz mi 
wierzyć, zrobię to szybko i tak bezbole­śnie, jak to możliwe. 
 
Konrad przygryzł wargę jeszcze mocniej i poczuł smak krwi Zacisnął pięści i zamknął oczy. 
Czyżby miał zostać pierwszym człowiekiem, który padnie od tej wspanialej klingi wykutej 
specjalnie dla niego? 
 
— Ale co z krasnoludem? Co mam z nim począć? Obciąć mu głowę jego toporem? 
 
— Może wepchniesz sobie swoją głowę w tyłek? — warknął Ustnar, odzywając się po raz 
pierwszy od chwili jego uwięzienia. — Tam powinna się znaleźć twoja gęba. 
 
— Możemy to zrobić z twoim paskudnym łbem — stwierdził Guido. — Czy taka będzie 
twoja przedśmiertna wola? 
 
— Każ się zmutować! — burknął Ustnar. 
 
— Może powinniśmy urządzić wam pojedynek — zaproponował Gu­ido. — Walczylibyście 
ze sobą. Dzięki temu jeden z was by zginął. Załoga uwielbia oglądać takie pojedynki i dzięki 
temu ma mniejszą ochotę bić się ze sobą. Człowiek przeciwko krasnoludowi, miecz 
przeciwko toporowi. Moglibyście używać swojej broni. Może powinienem zasugerować to de 
Tevoirowi. 
 
— Wydaje się, że nie masz żadnych wątpliwości, iż Wilk i Litzenreich nie wrócą — rzekł 
Konrad. Inna sprawa, że sam również był tego niemal pewien. 
 
— Wiem, że nie wrócą — odparł Guido. — No dobra, nie mogę tu tak stać i gadać przez cały 
dzień. W przeciwieństwie do was dwóch mam coś do roboty. 
 

background image

Reszta dnia mijała powoli. Konradowi zdawało się, że na rzece jest mniej łodzi niż 
zazwyczaj, ale równie dobrze mogło to być złudzenie. Wy­obrażał sobie mnóstwo rzeczy — 
że wojenna flota z Altdorfu lada moment zaatakuje pirackie okręty albo że batalion wojska 
zrobi to samo od strony brzegu, lub że Wilk i Litzenreich wrócą, aby ich ocalić. 
 
Ale nic się nie stało. Okręty stały spokojnie przy brzegu rzeki. Deski ich poszycia 
poskrzypywały w rytm lekkiego kołysania. Na pokładach ma­rynarze ostrzyli miecze i noże, 
szykując się do czekającego ich szturmu na największe miasto Starego Świata. 
 
Zapadła noc, a razem z mrokiem nadciągnął chłód. Na wschodzie po­jawił się Mannslieb, ale 
nie wznosząc się zbyt wysoko nad horyzontem, kilka godzin później zsunął się za widnokrąg. 
Morrslieb nie pojawił się wcale. Konrad z przyjemnością powitałby mniejszy księżyc, nie 
bacząc na jego widmowe światło. Na pokładach nie zapalono latarni i dwa okręty wtopiły się 
w ciemność. Spoglądał na gwiazdy, nie mogąc i nie chcąc za­snąć. Zastanawiał się, czy 
dożyje następnego świtu. 
 
Obudził go odgłos cichych kroków na deskach pokładu. Początkowo rozzłościł się sam na 
siebie, że jednak zasnął, a potem zaczął czujnie wsłuchiwać się w te nowe dźwięki. Niebo 
wciąż było czarne i nic nie zapo­wiadało jeszcze wschodu słońca. A więc to jeszcze nie po 
niego, uznał. Poza tym zbliżał się tylko jeden człowiek. 
 
Niedaleko masztu stało dwóch wartowników, ale to nie oni się poru­szali. Dźwięk był tak 
słaby, że zapewne żaden z nich go nie usłyszał. Możliwe zresztą, że obaj zasnęli. Konrad 
usłyszał, jak ginie pierwszy mary­narz. Został zabity tak sprawnie, że jego towarzysz w ogóle 
się nie zo­rientował. Potem znowu rozległ się dźwięk ostrza przecinającego grdykę i drugie 
ciało osunęło się na pokład. 
 
Konrad poczuł, że krępujące go sznury zostały przecięte i odwrócił się, aby popatrzeć na 
twarz Wilka. 
 
— Zabierajmy się stąd — znajomy głos szepnął do niego i Ustnara. 
 
Znajomy, ale nie Wilka. Uwolnił ich Guido. 
 
Nie było czasu na zadawanie pytań i razem z krasnoludem podążyli za niewyraźną sylwetką 
pierwszego oficera. Zaprowadził ich do burty statku, a potem, po drabince sznurowej, do 
czekającej w dole małej łódki. Guido ujął wiosła i ruszyli w górę rzeki. Płynęli wolno pod 
prąd, oddalając się od dwóch pirackich okrętów, a zbliżając do Altdorfu. Guido wiosłował 
godzinę, aż wreszcie niebo nad wzgórzami na wschodzie zaczęło różowieć. Wtedy skierował 
łódź do południowego brzegu rzeki i przybił do błotnistej łachy. 
 
— Jesteśmy — oznajmił, składając wiosła. A potem sięgnął za siebie i wyciągnął miecz 
Konrada i topór Ustnara. 
 
Konrad wstał i zapiął pas z mieczem. Ustnar popatrzył na Guida, a po­tem zarzucił topór na 
plecy. Wreszcie całą trójka wyszła z łodzi, wycią­gnęła ją na brzeg i ukryła w gęstych 
zaroślach kilka metrów od wody. 
 
— O co tu chodzi? — zapytał Konrad. 
 

background image

— Wilk zwerbował mnie w Marienburgu — wyjaśnił Guido. — Wie­dział, że de Tevoir nie 
pozwoli wam odejść. Moim zadaniem było uwolnić każdego ewentualnego zakładnika 
pozostawionego na okręcie. 
 
— A co z tego będziesz miał? — zapytał Ustnar, podejrzliwie przyglą­dając się piratowi. 
 
— Uznałem, że w dniu dzisiejszym zdrowiej dla mnie będzie znaleźć się na lądzie niż na 
statku. No, i korzystniej finansowo. 
 
Wyglądało na to, że Guido w dalszym ciągu wierzy, iż Wilk ma zamiar zaatakować skarbiec 
Cesarstwa — i być może, pomyślał Konrad, wcale się nie myli... 
 
— Wilk i Litzenreich czekają na nas w Altdorfie — powiedział Guido. — ale oba okręty 
pierwsze dopłyną do miasta. Zanim my tam dotrzemy, w Altdorfie powinno być dość gorąco. 
 
  
Rozdział czternasty  
 
  
 
Guido się mylił. Dwa pirackie okręty nie dotarły przed nimi do Alt-dorfu. Ten, na którym 
uwięzieni byli Konrad i Ustnar, został zatopiony przez cesarskie wojska, które zablokowały 
rzekę. Druga jednostka, ziejąc ogniem z armat, zdołała się jednak przebić przez 
przegradzającą rzekę flo­tyllę i popłynęła w górę Reiku w stronę stolicy. Cała trójka zdołała 
obejść blokujące rzekę okręty zanim zaczęła się bitwa i z brzegu obserwowała starcie. 
Wojskowe oddziały Altdorfu patrolowały teren po obu stronach Reiku. Ich zadaniem było 
zabicie wszystkich rozbitków z pierwszego okrętu pirackiego i dopilnowanie, by żadna grupa 
wrogów nie była w sta­nie dotrzeć do miasta drogą lądową. Najwyraźniej dowództwo 
obrońców uważało, że walki na rzece są częścią połączonych działań. 
 
Wyminięcie wszystkich patroli zajęło Konradowi, Ustnarowi i Guido nieco czasu. Po 
wielogodzinnym uwięzieniu krasnolud rwał się do boju, chcąc zemścić się za to, co mu się 
przytrafiło, i na dobrą sprawę nie miało dla niego znaczenia, kogo zabije. W pewnym 
momencie ukrywali się w odległości dwunastu metrów od pieszego patrolu. Ustnar ścisnął 
topór ze wszystkich sił, jakby powstrzymując broń, by sama nie rzuciła się na żoł­nierzy. 
Zapewne zdawał sobie sprawę, że chwilowo musi stłumić żądzę krwi. Żołnierze mieli nad 
nimi zbyt wielką przewagę liczebną i krasnolud nie mógł liczyć na to, że zdoła się 
przeciwstawić wojskowej potędze mia­sta i przeżyć. 
 
„Gdy dotrzemy do Altdorfu — pomyślał Konrad — będziemy musieli stawić czoła nie tylko 
wojsku. Naszym wrogiem będzie każdy — zarówno piraci, którzy atakowali miasto, jak i siły, 
które go broniły, a także wszystkie przeklęte stwory mieszkające pod stolicą. A co z gwardią 
cesar­ską? Czy każdy człowiek w mundurze straży przybocznej cesarza został przeciągnięty 
na stronę Chaosu, stał się jego niewolnikiem?” 
 
Na długo zanim zobaczyli białe mury miasta, ponownie usłyszeli od­głos kanonady. Ocalały 
okręt piracki bombardował Altdorf. Widzieli po­żary w stolicy i chmury gęstego, czarnego 
dymu, unoszące się z rozma­itych źródeł ognia. Wyglądało na to, że Wilkowi udało się 
zorganizować działania odwracające uwagę obrońców. 
 

background image

— Gdzie jest Wilk? — zapytał Konrad. 
 
— Spotkamy się z nim o zmierzchu — odparł Guido. 
 
Czyli, gdy dotrą do miasta. Czekała ich długa droga, a marsz musiał przebiegać wolno, 
ponieważ, aby uniknąć żołnierzy, trzymali się z dala od leśnych ścieżek. 
 
— A Litzenreich? — zapytał Ustnar. 
 
— Kto wie? — odparł Guido. 
 
Konrad zastanawiał się, czy opuszczając okręt, mag zdawał sobie sprawę, że Wilk umówił się 
z Guidem, że ten uwolni zakładników de Tevoira — i czy w ogóle go to obchodziło. Ale 
Litzenreich zadbał, by nowa broń Konrada zawierała spaczeń, a czarownik nigdy niczego nie 
robił bez powodu. 
 
Ustnar spełniłby każde polecenie Litzenreicha. Guido robił wrażenie człowieka, który ma 
zamiar zrabować tyle, ile zdoła unieść. Oprócz zor­ganizowania podróży do Altdorfu i całego 
obecnego zamieszania, Wilk mu­siał zaplanować również dalsze działania. A Konrad znowu 
miał wrażenie, że jest niesiony biegiem wydarzeń. Uświadamiał sobie jednak, że teraz było to 
coś więcej. Oddzielne części jego życia zaczynały przynajmniej do siebie pasować, tworząc 
wzór, który był w stanie niemalże rozpoznać. Miał zamiar pokrzyżować plany przeklętych, 
uniemożliwić im nałożenie cesarskiej korony na głowę uzurpatora. Konrad był pewien, że 
Cza-szkolicy tkwi w samym centrum tego zbrodniczego spisku, a to oznaczało, że walka z tą 
tajemniczą postacią jest nieunikniona. 
 
Ale pragnął w tej chwili czegoś więcej niż tylko walki. Pragnął stanąć oko w oko z 
Czaszkolicym. 
 
A także odnaleźć Elyssę, bez względu na to, co się z nią stało. 
 
Minionej nocy, kiedy był więźniem na pokładzie okrętu de Tevoira, przypuszczał, że nie 
ujrzy następnego dnia. Ale umarł nie on, lecz do­wódca piratów. Konrad widział, jak de 
Tevoir zginął, wydostając się na brzeg po zatopieniu okrętu. 
 
Nadciągała następna noc i tym razem Konrad już nie wątpił, że nie ujrzy świtu. Wiedział o 
tym... 
 
Z ich punktu obserwacyjnego widział, że drugiemu okrętowi pirac­kiemu nie udało się 
przedrzeć za mury miejskie, skąd mógłby skuteczniej bombardować Altdorf. Jednostka 
znajdowała się na środku rzeki, ostrzeli­wała umocnienia i odpierała wszelkie próby 
abordażu. Trudno było jed­nak dostrzec, co dzieje się naprawdę, ponieważ obserwację 
utrudniał za­padający zmierzch oraz snujące się dymy wystrzałów i pożarów. 
 
Gdy zbliżyli się do miasta, Konrad spostrzegł, że widoczność ogra­nicza nie tylko snujący się 
dym. Na rzece pojawiała się niesamowita, blada mgła, której kłęby zbijały się, łącząc z 
nadciągającą nocą i najwyraźniej po­wodując wcześniejsze zapadnięcie mroku. Gęste opary 
ograniczały jednak nie tylko widzenie, ale i inne zmysły. Niektóre dźwięki stawały się 
głośniej­sze, podczas gdy inne były zdecydowanie wygłuszone. 
 

background image

Odległy szczęk broni i wrzaski umierających, rozlegające się nad rzeką, wydawały się 
pochodzić od całej walczącej armii. W mieście widać było o wiele więcej zniszczeń niż byłby 
w stanie dokonać jeden piracki okręt — bez względu na to, jak wielu bandytów znajdowało 
się na jego po­kładzie — a przecież żaden z morskich rozbójników nie wylądował jeszcze w 
stolicy. 
 
Czy legiony Chaosu wybrały ten właśnie moment, aby powstać prze­ciwko wojskom 
cesarskim? Czy to był prawdziwy cel zorganizowanego przez Wilka dywersyjnego ataku? 
Konrad pamiętał, że jego towarzysz, po­dobnie jak on sam, również został ogarnięty 
działaniem Chaosu. Ale czy skażenie objęło całe ciało Wilka? W jakim stopniu jego okryte 
czarną zbroją ciało uległo mutacji? 
 
Guido prowadził. Oddalili się od Reiku, kierując na ukos w stronę południowo-zachodniego 
krańca miejskich murów. Bitwa na rzece była niewidoczna, ale dobrze słyszalna. Konrad bez 
przerwy obserwował blanki. Gdyby choć jeden z obrońców przypadkiem spojrzał w dół, 
na­tychmiast by ich zobaczył i całą trójkę naszpikowano by strzałami. Ale baszty sprawiały 
wrażenie opuszczonych. Mgła znad rzeki zaczęła przesu­wać się nad lądem i otaczać miasto, 
jakby podążając ich śladem. Począt­kowo snuła się na wysokości kostek, ale powoli zaczęła 
wznosić się ku górze. Była zimna, bardzo zimna i przeszywała Konrada jak kislevski wiatr. 
Wzdrygnął się, czując jak chłód przeszywa go do szpiku kości. 
 
Dotarli do wąskiej furty umieszczonej przy jednej z głównych bram prowadzących do stolicy. 
Zarówno wrota, jak i mniejsze drzwi były dokład­nie zamknięte, dowodząc tym samym jak 
poważnie potraktowano sytu­ację w mieście. Altdorf chlubił się, że można wejść do niego 
nawet w środku nocy. Przecież nie był zapadłą, głuchą wioską, zamieszkaną przez ludzi 
bojących się nocy i jej stworów. 
 
Mgła podniosła się na wysokość twarzy Guida. Zatrzymał się, oparł o mur i przyłożył dłoń do 
ust, usiłując stłumić nagły kaszel. Konrad ledwo go widział, a Ustnar w ogóle zniknął w 
oparach. 
 
— Poczekajmy — szepnął Guido, podnosząc kołnierz, żeby osłonić usta. 
 
— Podobno znasz drogę — powiedział Konrad, spoglądając w stronę wież nad potężną 
bramą. One również sprawiały wrażenie nieobsadzo­nych przez wojsko. 
 
— Byłem wszędzie — odparł Guido i ogarnęła go mgła. Znajdował się w odległości metra, 
ale zupełnie nie było go widać. 
 
Konrad wydobył swój nowy miecz. Robił tak wiele razy od chwili, gdy Barra wykuł dla niego 
klingę, chociaż ani razu nie uczynił tego na pokła­dzie pirackiego okrętu. Początkowo jedynie 
podziwiał broń, pragnąć użyć jej w walce. Teraz trzymał obnażony miecz, ponieważ czuł się 
bezpieczniej z bronią w ręku. W tej chwili po raz pierwszy uwierzył, że będzie musiał się nią 
posłużyć. 
 
Mgła wciskała się chłodem w nozdrza Konrada i paliła jego skórę. Sta­rał się oddychać 
płytko, nabierając możliwie jak najmniej nienaturalnego powietrza w płuca. 
 

background image

Usłyszał uderzenia dzwonu. Ten dźwięk musiał dobiegać z daleka, chociaż brzmiał dość 
blisko. W czasie pobytu w Altdorfie słyszał go każ­dego wieczoru. Był to sygnał zapadnięcia 
zmierzchu, chociaż opary spowo­dowały, że trudno było ustalić czy to dzień, czy noc. 
 
A potem dobiegł go inny dźwięk i odwrócił się gwałtownie. Furta, przed którą stali, otworzyła 
się nagle i pojawiły się w niej dwie postaci — Wilka, w jego czarnej zbroi, i Litzenreicha, w 
ciemnych szatach. Trójka przybyszów szybko przeszła na drugą stronę murów i Wilk 
ponownie za­mknął za nimi wejście, odcinając dopływ bladej mgły. 
 
— Zajęło to wam trochę czasu — powiedział. 
 
Konrad oskarżycielskim gestem wyciągnął palec w stronę Guida. 
 
— On jest z nami — wyjaśnił Wilk. — Czyżbym zapomniał ci o tym po­wiedzieć? — 
uśmiechnął się, obnażając zaostrzone zęby. 
 
Trzymał hełm pod pachą. Jeżeli nawet ciało uległo przemianie, nie miało to wpływu na tatuaż 
zdobiący jego twarz. 
 
W obrębie murów nie było ani śladu mgły. Poza najemnikiem i ma­giem nie było widać 
nikogo innego. Zupełnie jakby cała stolica była wylud­niona. 
 
Wilk zatrzymał się nagle i odwrócił, spoglądając na miasto. 
 
— Czemu jest ciemno? — zapytał, dobywając czarny miecz i spojrzał na Litzenreicha. — 
Gdzie są wszyscy? 
 
A więc kilka sekund temu musiało być tu światło i ulice pełne ludzi. 
 
Teraz panowała niemal kompletna czerń. Za murami był zmierzch, a tutaj środek nocy. Na 
niebie widać było jedynie Morrslieba, rzucającego zielonkawą poświatę na stolicę Cesarstwa. 
Widmowy księżyc wydawał się większy i bliższy niż kiedykolwiek. Zdawał się wisieć 
bezpośrednio nad Pałacem Cesarskim, niemal dotykając umocowanej do wierzchołka wieży 
repliki bojowego młota Sigmara. 
 
Wszędzie panowała cisza. Jakby poza murami nie trwała rozpaczliwa walka, jakby w jego 
granicach nie było powstania wywołanego przez kry­jące się tu legiony Chaosu. 
 
Konrad ujrzał gwałtowny ruch u swoich stóp i natychmiast pchnął mieczem. Rozległ się pisk, 
a gdy uniósł klingę, zobaczył nabitego na nią szczura. Cisnął wijące się ciało w bok i 
zauważył, że po ulicach przemykają tysiące tych stworzeń. Można było odnieść wrażenie, że 
jest to miasto gry­zoni, że w obrębie murów stolicy nigdy nie mieszkała ludzka istota. 
 
Otoczone mroźną mgłą miasto znajdowało się pod władzą potężnego czaru. 
 
Zerknął na Litzenreicha, który mruczał coś pod nosem i rytualnym ge­stem wyciągał swoją 
laskę, najwyraźniej przygotowując jakieś własne za­klęcie, które miałoby osłonić jego i 
towarzyszy. 
 
— I co teraz? — zapytał Wilka. 

background image

 
— Oczywiście, ocalimy cesarza — odparł Wilk. — A cóż by innego? 
 
— Ocalimy cesarza? — powtórzył Guido. — Przed kim? 
 
Konrad ponownie przeniósł wzrok na Litzenreicha. Wyglądało na to, że nie sprzeciwia się 
oświadczeniu Wilka. Mag obserwował biegające stada szczurów i potakująco skinął głową. 
Za wydarzenia w stolicy Cesar­stwa musieli być odpowiedzialni skaveni, a to oznaczało, że 
do swojej zde­prawowanej magii musieli używać spaczenia. 
 
— Do Pałacu Cesarskiego — oznajmił Wilk, nakładając hełm. W czasie pobytu w Altdorfie 
cesarz rezydował właśnie tam, a więc najwidoczniej po­wrócił ze swojej wyprawy do 
Talabheim. 
 
Wilk odwrócił się i zaciął iść szybkim krokiem. Litzenreich i Ustnar ru­szyli za nim, to samo 
zrobił Konrad. 
 
— Nic nie wiem o ratowaniu cesarza — oznajmił Guido, równając krok z Konradem. — Ale 
nie mam zamiaru pozostać tu sam jak palec. 
 
Altdorf był największym miastem Starego Świata, a jednak sprawiał wrażenie całkowicie nie 
zamieszkanego — jeżeli nie liczyć stad szczurów. W domach i karczmach paliły się światła, 
lecz w środku nie było widać ni­kogo. Tak samo na ulicach — znajdowała się na nich tylko 
ich piątka. 
 
Ale Konrad nagle uświadomił sobie, że nie są sami. Na placu widać było wiele niewyraźnych 
kształtów. Dziesiątki nieruchomych, przezroczy­stych postaci stawało się widocznych 
dopiero wówczas, gdy się do nich zbliżali. Byli to mieszkańcy Altdorfu, przypominający teraz 
postaci na obrazie — ale o wiele mniej materialne. 
 
Czy wszyscy już nie żyli, a to były ich duchy? 
 
Ale wóz nie mógł posiadać ducha, a bezpośrednio przed nim znajdo­wał się właśnie pojazd 
zaprzężony w dwa konie. Konrad wyciągnął rękę, żeby dotknąć boku jednego ze zwierząt i 
jego dłoń zagłębiła się w ete­ryczne ciało jak w wodę. Jego palce natychmiast zdrętwiały pod 
wpływem paraliżującego chłodu. 
 
Natychmiast cofnął rękę, poruszając palcami i potrząsając nimi, aby przywrócić im ciepło i 
sprawność, a potem szybkim krokiem wyminął za­marłe zjawy. 
 
Cywile uciekający przed napaścią, wojska spieszące do walki: wszyscy stali się duchami — 
czymś więcej niż trupami, ale mniej niż żyją­cymi. 
 
A wszyscy rzeczywiście umrą, gdy tylko Chaos ostatecznie zaciśnie w swej pięści stolicę. 
 
  
 
*   *   * 
 

background image

Konrad biegł bezszelestnie, w świetle księżyca jego ciało nie rzucało cienia. Gdy dostrzegł 
swoich czterech towarzyszy, odniósł wrażenie, że poruszają się w zwolnionym tempie. Biegli 
jak postaci widziane we śnie. Wydawało mu się, że porusza się normalnie, ale utrzymywał to 
samo tempo, co pozostali, a więc jego własne ruchy musiały być w równym stop­niu 
zwolnione. 
 
Konrad cieszył się, że trzyma w dłoni rękojeść miecza — coś, co mógł czuć i czemu mógł 
zaufać. Pragnął spotkać wroga, nawet setkę wrogów — i był przekonany, że nie będzie musiał 
długo czekać. Weszli do pałacu głównym wejściem. Bramy były otwarte na oścież, ale 
intruzów nie okrzyk­nięto, ponieważ na posterunkach nie było wartowników, nawet 
widmo-wych. 
 
Gwardia cesarska odpowiadała za ochronę pałacu, ale skoro wszyscy stali się sługami 
Slaanesha, ich nieobecność łatwo było wytłumaczyć. Za każdym razem, gdy Morrslieb był w 
pełni, nadchodziła noc, w czasie któ­rej Chaos dysponował pełną mocą. 
 
A Konrad nie znalazł się nigdy dotąd w sytuacji, która byłaby równie groźna. Wszystko 
wokół sprawiało wrażenie, jakby legiony Chaosu stały tuż pod Altdorfem i w każdym 
momencie mury mogłyby pęknąć, a stolica na zawsze stać się częścią przeklętych Pustkowi 
Chaosu. 
 
Wilk zatrzymał się na dziedzińcu. Był pusty, poza widmowym od­działem kawalerii. Rycerze 
byli Templariuszami Sigmara, a jeźdźcy i konie zastygli jak niesamowite posągi. Litzenreich i 
Ustnar dopędzili go, a po­tem do całej trójki dołączył Konrad oraz Guido, i wszyscy spojrzeli 
w stronę stojącego przed nimi ogromnego gmachu. 
 
— Co się dzieje? — Konrad zapytał Litzenreicha. 
 
— Nic — odparł Litzenreich. — Zupełnie nic. Świat przestał się poru­szać. Czas stanął — 
rozejrzał się wokoło. — To robi duże wrażenie, prawda? 
 
Konrada i jego towarzyszy zjawisko to nie dotknęło, nie dotknęło też szczurów, które 
zazwyczaj zamieszkiwały kanały pod miastem. A czas rów­nież nie musiał zastygnąć dla 
tych, którzy rzucili ten poważny czar tempo­ralny — przeklętych stworów, które zagarnęły 
Pałac Cesarski. 
 
Wilk uniósł czarny miecz, Konrad swoją nową klingę, Guido kordelas, Ustnar topór, a 
Litzenreich magiczną różdżkę. Cała piątka ramię w ramię zaczęła wchodzić biegnącymi 
szerokim łukiem schodami, które prowa­dziły do pałacowego wejścia. Kamienne stopnie były 
ogromne, zupełnie jakby zbudowano je dla gigantów, i wszystko wewnątrz głównego 
bu­dynku również było skonstruowane w nadnaturalnej skali. 
 
Pierwsze drzwi były tak wielkie, że niemal mógłby przez nie wpłynąć piracki okręt de 
Tevoira. Znajdująca się za nimi sala była rozległa, a jej wy­soko sklepione sufity podpierały 
przypory, na których wyrzeźbiono wszelkiego rodzaju mityczne istoty i stwory. Wszędzie pod 
ścianami, jak oddziały wojska, stały gigantyczne posągi dawnych cesarzy, odzianych we 
wspaniałe ceremonialne szaty. 
 

background image

Marmurowe schody po obu stronach komnaty prowadziły na wyższe poziomy pałacu, gdzie 
toczyła się codzienna procedura zarządzania Cesar­stwem, oraz do prywatnych apartamentów 
cesarza. 
 
— Tędy — oznajmił Litzenreich, wskazując różdżką bezpośrednio przed siebie. 
 
Wilk zawahał się, ale Konrad nie. Ruszył biegiem w stronę łuku. Wie­dział, że za nim każda 
komnata poświęcona jest kolejnemu władcy. Wypeł­nione trofeami i łupami z zapomnianych 
dawno wojen sale ozdobione były obrazami i gobelinami, ilustrującymi całą historię każdego 
panowa-nia. 
 
A w samym środku pomieszczenia umieszczony był kamienny cokół, na którym spoczywały 
doczesne szczątki cesarza. Niektóre umieszczone były w kamiennych trumnach, inne w 
złotych sarkofagach. Czasami były to pokryte złotem kości, a czasami na cokole nie było 
niczego. Altdorf nie zawsze był stolicą Cesarstwa i wielu władców pochowano gdzie indziej. 
Ale każdy miał w pałacu swoją salę i przy każdym cokole, bez względu na to czy był pusty, 
czy nie, stał wartownik z gwardii cesarskiej. Gwardia była nie tylko ochroną obecnego 
cesarza, ale również wszystkich poprzednich. 
 
Cała czwórka podążyła za Konradem, który wszedł do pierwszej sali poświęconej 
Luitpoldowi, ojcu Karla-Franza. Jego ciało spoczywało w wy­sadzanej drogimi kamieniami 
trumnie, na wieku której umieszczono po­dobiznę zmarłego. Oświetlała ją widmowa poświata 
Morrslieba, wpada­jąca przez umieszczoną w sklepieniu rozetę z witrażem. Obok cokołu stał 
wartownik w lśniącym mundurze. Wszystko wydawało się być jak zwykle — z tą tylko 
różnicą, że wartownik nie był człowiekiem... 
 
W przeciwieństwie do wszystkich poza obrębem pałacu, strażnik na pewno nie był 
bezcielesnym duchem. Był, podobnie jak ci, którzy zaatako­wali karczmę „Pod Szarym 
Gronostajem”, zwierzołakiem o byczym łbie z rogami i sterczącymi z pyska kłami. 
 
Konrad miał go już zaatakować, gdy spostrzegł, że stwór sprawia wra­żenie w równym 
stopniu martwego jak Luitpold. Bestia stała nie oddycha­jąc, nawet nie mrugając oczami, 
wydawała się tak samo pozbawiona życia jak posągi w zewnętrznym holu i jak wszyscy inni 
w Altdorfie. 
 
W dzień i w nocy święte komnaty oświetlone były wonnymi świecami umieszczonymi w 
kinkietach na ścianach. W ich świetle było jednak coś dziwnego i Konrad zatrzymał się, aby 
obejrzeć jedną ze świec. Była zapa­lona, ale płomień się nie kołysał, z perfumowanego wosku 
nie unosił się żaden zapach, a światło nie dawało cienia. Zawahał się chwilę, a następnie 
przesunął dłonią przez płomień. Poczuł chłód, zupełnie jakby płomień był z lodu. Zadrżał i 
najpierw spróbował zdmuchnąć płomień, a potem ugasić go, zaciskając knot między 
kciukiem, a palcem wskazującym. Bez skutku. Cała piątka ruszyła dalej. Następna komnata 
okazała się podobna do pierwszej: trumna strzeżona przez zwierzołaka w mundurze gwardii 
cesar­skiej, otoczona pamiątkami po cesarzu, ozdobiona wyobrażeniami przedstawiającymi 
sceny jego tryumfów i oświetlona niesamowitym bla­skiem księżyca oraz widmowymi 
płomieniami świec. 
 
Każde następne pomieszczenie było starsze od poprzedniego, ponie­waż wybudowano je po 
śmierci cesarza, któremu było poświęcone. Tam, gdzie pozwalała na to przestrzeń zbudowano 
korytarze — niekiedy zakrę­cające pod kątem prostym, niekiedy prowadzące na inny poziom. 

background image

Przecho-dzenie z jednej sali do drugiej, cofanie się o całe wieki w czasie, przypomi­nało 
wędrówkę po labiryncie. 
 
Wilk, który biegł kilka kroków za Konradem, zawołał nagle: 
 
— Teraz umrzesz! 
 
Konrad odruchowo odskoczył w bok i odwrócił się, wznosząc swój nowy miecz — ale okrzyk 
Wilka adresowany był do kogoś innego, jakiejś niewidzialnej istoty. 
 
Najemnik machnął czarnym mieczem, przecinając klingą puste powie­trze. A potem rzucił się 
do przodu, unosząc szybko tarczę, jakby zasłaniał się przed ciosem. 
 
Konrad patrzył z niedowierzaniem, jak Wilk zostaje odrzucony do tyłu ciężarem 
bezcielesnego wroga i uderza w antyczną szafkę z bezcenną kolekcją porcelany, zmieniając ją 
w drobny pył. Potem Wilk ponownie rzucił się do ataku na przeciwnika, który był widoczny 
tylko dla niego i pchnął mieczem w pustkę. 
 
Trzej pozostali towarzysze Konrada poszli dalej, podczas gdy on sam zatrzymał się w nadziei, 
że zdoła pomóc Wilkowi — ale nie był w stanie do­strzec wroga. 
 
Wilk walczył z nieznanym przeciwnikiem z przeszłości. Była to więc jego prywatna walka. 
Konrad powinien iść dalej. Musiał iść dalej. 
 
Odwrócił się i ruszył za magiem, krasnoludem i piratem przez kolejną salę, bezgłośnie 
krocząc po marmurowej podłodze. 
 
Minutę później Ustnar padł ofiarą widmowego wroga z przeszłości. Mijał właśnie starożytny 
sarkofag, gdy nagle wykrzyknął krasnoludzkie przekleństwo bojowe i szeroko zamachnął się 
toporem, wbijając wzrok w coś, czego nikt inny nie był w stanie dostrzec. Broń wykonana dla 
niego przez Barrę czyniła spustoszenie w sanktuarium. Zwierzołak w mundurze gwardzisty 
nie był jego wrogiem, ale zamaszyste cięcie przecięło na pół pancerz i wartownika. Obie 
części osunęły się wolno na podłogę, ale nie wypłynęła z nich ani jedna kropla krwi. 
 
Topór Ustnara w poszukiwaniu wroga, który zdawał się chować za materialnymi 
przedmiotami, raz za razem przecinał powietrze i wszystko, co znalazło się w jego zasięgu. 
Gobeliny szły w strzępy, płótno obrazów pę­kało, fragmenty antycznych zbroi rozlatywały się 
na boki, krucha ka­mienna trumna spadła z cokołu, na którym spoczywała od wieków i pękła, 
wysypując na podłogę kruche kości cesarza. Ustnar odrzucił kopniakiem czaszkę, 
wykrzykując kolejne straszliwe przekleństwo i rzucił się znowu na niewidzialnego wroga, 
niszcząc wszystko, co znajdowało się na jego drodze. 
 
I tym razem Konrad niczego nie mógł dostrzec. Zdawał sobie jednak sprawę, że nic nie 
powinno go zatrzymywać, podążył więc dalej w głąb pa­łacu, przez sale z grobami i 
pamiątkami po cesarzach, którzy żyli i umarli piętnaście wieków temu. Odgłosy walki 
Ustnara wkrótce ucichły, jakby stłumione odległością — lub upływem czasu. 
 
Czuł chłód, chłód jeszcze silniejszy niż wówczas, gdy mgła ogarniała jego ciało, ale po skórze 
spływały drażniące krople potu. Przez chwilę spo­glądali na siebie z Litzenreichem i widać 
było, że mag również zastanawia się, kto następny ulegnie tajemnym mocom broniącym 

background image

pałacu. Szli razem, rozdzielając się jedynie po to, by wyminąć kolejny cokół i strzegącego go 
zmutowanego strażnika, a Guido nie odstępował ich na krok. 
 
— Proszę! — krzyknął błagalnym głosem Litzenreich, padając na ko­lana i wbijając wzrok w 
pustkę: w nic i we wszystko. 
 
Ale nawet błagając, wyciągnął przed siebie różdżkę i szykował czar — celował w 
niewidzialne zagrożenie i lada chwila miał posłużyć się swą ma­giczną mocą, by zadać cios. 
 
Nagle całą komnatę rozjaśniły smugi wielobarwnych błyskawic, wy­strzelone przez 
niewidzialnego dla innych wroga i pomknęły w stronę Lit­zenreicha. Przy pomocy swej 
różdżki odtrącał je, jak szermierz parujący ciosy klingą. A potem z powrotem stanął na nogi, 
przechodząc do ataku i strugi energii wystrzeliły z jego różdżki. 
 
Przebywanie w sąsiedztwie Litzenreicha było groźniejsze niż towarzy­stwo Ustnara, więc 
Konrad pozostawił maga, by dalej sam prowadził swój pojedynek. Razem z Guidem ruszyli 
do następnej sali umarłych, a potem do kolejnej i dalej. Każda komnata, przez którą 
przechodzili, była krokiem w przeszłość w ich wędrówce przez stulecia. 
 
Aż wreszcie dotarli do ostatniego sanktuarium. Sali poświęconej sa­memu Sigmarowi. 
 
  
Rozdział piętnasty  
 
  
 
O Sigmarze Młotodzierżcy opowiadano więcej legend niż o jakimkol­wiek innym cesarzu, a 
jednak poświęcona mu sala była niemal pusta. Sig­mar założył Cesarstwo. Ściany 
sanktuarium pokryte były poświęconymi mu, licznymi fryzami, ale wszystkie obrazy i rzeźby 
wykonano długo po pa­nowaniu Sigmara. Pierwszy cesarz żył dwa i pół tysiąca lat temu i nie 
wie­dziano go od chwili, gdy wyruszył w swoją ostatnią podróż na Przełęcz Czarnego Ognia, 
aby oddać Ghalmaraz krasnoludom. W każdym razie nie widział go żaden przedstawiciel 
ludzkiej rasy. Na cokole, gdzie powinny spoczywać jego doczesne szczątki, leżała czarna, 
aksamitna poduszka, a na niej jedyna znana relikwia z okresu jego panowania. Była to 
rękojeść sztyletu, który Sigmar miał przy sobie w czasie bitwy na Przełęczy Czarnego Ognia. 
 
Konrad zatrzymał się. Tutaj droga się kończyła, ponieważ ta komnata była ostatnia i 
znajdowały się w niej tylko jedne drzwi. Rozejrzał się wo­koło, zdając sobie sprawę, że to, co 
go czeka, jest właśnie tutaj. Popatrzył do góry, widząc za witrażem zniekształconego 
Morrslieba. W każdej kom­nacie nekropolii księżyc tkwił dokładnie w tej samej pozycji. 
Normalnie przesuwał się przez nocne niebo o wiele szybciej. Ale dzisiejszej nocy za­marł 
nieruchomo. Czas rzeczywiście przestał istnieć. Czasu nie było — i czas był wszystkim. 
 
Spojrzał na Guida, który odpowiedział mu spojrzeniem. Pirat zmarsz­czył brwi i podniósł 
dłoń do ust. Otworzył usta, jakby chciał coś powie­dzieć i Konrad zobaczył, jak język pirata 
porusza się — i nagle uświadomił sobie, że to nie może być język. Brązowy, pokryty futrem... 
 
Z ust Guida wyłoniła się głowa szczura! 
 

background image

Jeden policzek pirata napęczniał i pękł, a przez ciało przedarł się za­krwawiony pysk 
następnego szczura. Lewe oko zniknęło i z oczodołu wy­łonił się trzeci gryzoń — jego ostre 
zęby wpiły się w gałkę oczną. 
 
Całe ciało Guida trzęsło się i dygotało, a potem nagle rozpadło się na kawałki, gdy całe stado 
zakrwawionych szczurów wydobyło się z jego brzu­cha, piersi, ramion i nóg. Był pożerany 
od wewnątrz, a jego ludzki kształt podtrzymywał jedynie szkielet. 
 
Konrad patrzył z przerażeniem, jak ubranie Guida i kordelas padają na ziemię. Piszcząca 
horda szczurów rozproszyła się po komnacie, zni­kając w dziurach w ścianach. 
 
Rzeczywiście, była to skaveńska magia. Gwardia cesarska mogła stać się wyznawcami 
Slaanesha, ale to słudzy Rogatego Boga zwabili Konrada do samego centrum Pałacu 
Cesarskiego. 
 
Trzymając mocno nowy miecz, Konrad przypomniał sobie, że spa­czeń w klindze został 
zabrany szczuroludziom, którzy zaatakowali go na Wysokim Moście. Czy skaveni ci byli 
świadomą ofiarą, mającą zwabić go w górę Reiku? A gdy płynął do Altdorfu, właśnie 
skonstruowany przez skavenów Guido dopilnował, aby udało mu się uciec z pirackiego 
okrętu? 
 
A teraz Konrad ponownie był sam, co często zdarzało się w jego życiu. Miał sucho w ustach, 
serce dudniło mu w piersi, dłonie miał suche. 
 
Został wciągnięty w pułapkę. Jedyną drogą ucieczki była ta, którą przyszedł. Odwrócił się — 
i zobaczył pędzącego w jego stronę zdeformowa­nego stwora. Pojawił się i zniknął, jakby 
nigdy nie istniał. 
 
Potwór miał przezroczyste ciało i był jednym z najbardziej prymityw­nych mutantów, z 
jakimi Konrad się zetknął — kuśtykał niezgrabnie, miał pozlepiane szare futro, kły sterczące 
z psiego pyska i pazury na palcach nóg i łap. Uzbrojony był w zardzewiały miecz. 
 
Bestia wydawała się znajoma, ale Konrad nie wiedział, skąd ją zna. Podniósł miecz i zadał 
szybki cios w kark mutanta, starając się ściąć mu głowę. Miecz przeszedł na wylot, nie 
napotykając żadnego oporu. Zjawa zaczęła się jednak rozpływać, ale natychmiast na jej 
miejsce pojawił się na­stępny zwierzołak. 
 
Ten z kolei był wielki, z odwróconą głową, ubrany w kawałki spatyno­wanej zbroi. 
Wymachiwał toporem wyrastającym z przegubu prawej ręki. Tego Konrad rozpoznał. Była to 
bestia, którą Konrad zabił w dniu zniszcze­nia jego wioski, obdarł ze skóry i przebrał w nią. 
Próbował zabić stwora po­nownie, wbijając mu miecz w pierś, ale mutant już się rozwiewał i 
na­tychmiast pojawił się następny potwór — tym razem skaven. 
 
W tej samej chwili Konrad przypomniał sobie, kiedy po raz pierwszy widział poprzednie 
monstrum. Był to zwierzołak, zabity przez niego, gdy atakował Elyssę. Wtedy, w czasie ich 
pierwszego spotkania, ocalił dziew­czynie życie. 
 
Ciął na odlew skavena, który również rozpłynął się w powietrzu, ustę­pując miejsca stworowi 
sprawiającemu wrażenie na wpół owada i na wpół człowieka. Miał ludzkie nogi i ciało 
mrówki z czterema górnymi kończy­nami, wyrastającymi z czarnego odwłoku. Podobnie jak 

background image

całą reszta, insek­toid był dawną ofiarą Konrada. Zabił stwora strzałą z łuku podczas ataku na 
wioskę. Kolejny duch, jak wszyscy dotychczasowi przeciwnicy. Odniósł wrażenie, że atakują 
go widma wszystkich zwierzołaków, jakie padły z jego ręki — za każdym razem, gdy 
zadawał cios, przeciwnik znikał, a na jego miejsce pojawiał się następny. Konrad czuł, że 
słabnie. 
 
Gdy zmaterializowała się kolejna bestia — tym razem nad jego głową, spróbował unieść 
miecz, ale miał wrażenie, że broń jest zbyt ciężka. Tym razem jego przeciwnikiem okazał się 
jeden z latających stworów, na któ­rego Konrad natknął się powracając z Wilkiem do 
zniszczonej wioski. Po­twór był bardziej materialny niż poprzednie, ale mimo to miecz 
Konrada nie był w stanie go zranić. Podobnie jak w poprzednich przypadkach, klinga przeszła 
bez oporu przez pokrytą łuskami skórę i niematerialne ciało. 
 
I nagle Konrad zauważył, że jego broń także staje się przezroczysta — podobnie jak jego 
ręka! Wydało mu się, że rękaw kurtki zniknął, zniknęła też skóra. Widział żyły, którymi 
płynęła krew, ścięgna do tej pory przy­kryte mięśniami. A potem rozwiały się również one, 
pozostawiając jedynie zbielałe kości, które także zniknęły, jakby pochłonęły je tysiąclecia. 
 
Jego energia wysączała się przez miecz, przepływała w stwory, które usiłował zniszczyć. 
Zamiast tego — one go zabijały. Stawały się coraz sil­niejsze i bardziej materialne, a jego siły 
życiowe nikły. Konrad zdawał się ginąć, a jego ciało stawało się niewidzialne. 
 
Cofnął się, nie chcąc posługiwać się mieczem, ponieważ zorientował się, w jaki sposób go 
osłabiano. Pył spaczeniowy pochodził od skavenów i właśnie spaczeń wysysał jego siły 
życiowe. 
 
Kiedy jednak Konrad zaprzestał prób obrony, latający zwierzołak natarł gwałtowniej, tnąc 
mieczem. Broń przeszła przez ciało Konrada nie pozostawiając śladu, ale kradnąc część jego 
cielesności. 
 
Wokół niego materializowało się coraz więcej ohydnych kształtów, cieni jego dawnych ofiar. 
Zginęły dawno temu, ale robiły wrażenie o wiele bardziej żywych niż Konrad. Teraz on 
należał do królestwa cieni. Gasł coraz szybciej, gdy tymczasem jego wrogowie 
wywrzaskiwali niemy okrzyk tryumfu, z każdą chwilą materializując się coraz bardziej. A 
jedno­cześnie, z każdą chwilą Konrad rozpływał się coraz bardziej. 
 
Poczuł, że jest coraz silniej przyciskany do cokołu, na którym leżała je­dyna relikwia Sigmara 
— mocniej i mocniej... 
 
Wysunął do tyłu lewą rękę, próbując się oprzeć o postument i zoba­czył, jak jego palce 
przenikając głęboko w kamień. Przesuwając rękę przez cokół, przez atłasową poduszkę, 
dotknął wreszcie szczątków sztyletu i nagle poczuł pod palcami antyczną rękojeść z kości 
słoniowej. Schwycił ją mocno i w tej samej chwili jego dłoń odzyskała kształt i barwę. 
 
Konrad znowu zobaczył swoją dłoń — a także klingę noża. Metal sztyletu Sigmara, który 
zmienił się w rdzawy pył całe wieki temu, ponow­nie stał się widoczny — ostry i lśniący, 
jakby dopiero co został wykuty. Konrad poczuł ciepło płynące wzdłuż jego ramienia, które 
szybko traciło swoją przezroczystość. 
 

background image

Stopniowo znowu stawał się sobą, a nawet czymś więcej niż sobą. Fala energii ogarniała jego 
ciało, odtwarzając utraconą siłę. Poczuł się cał­kowicie wypoczęty i rzucił się na hordę 
wrogów. Zniszczył ich już raz i teraz musiał zrobić to raz jeszcze. 
 
Teraz, zamiast pozbawiać go ducha, klinga ze spaczeniem dodawała Konradowi nowych sił. 
Miecz przecinał powietrze — i ohydne cielska — za­bijając ożywieńców. Należeli do 
pomiotu Chaosu, z którym walczył na gra­nicy Kislevu. I skoro hordy te odrodziły się w sercu 
Cesarstwa, musiał zwy­ciężyć je raz jeszcze. Ich zmutowane ciała zgniły dawno temu, ale 
teraz niszczył ich dusze, skazując je na wieczny niebyt. 
 
Posługiwał się trzymanym w lewej dłoni ostrzem Sigmara, aby odpę­dzić od siebie hordę 
ożywieńców, tnąc ciała, które nie były już ciałami i które traciły materialność w takim samym 
tempie, w jakim powracały jego własne siły. 
 
Miał też uczucie, jakby bronią władała jakaś zewnętrzna moc, jakby miał władzę nad prawą 
częścią swojego ciała, podczas gdy lewa znajdo­wała się pod wpływem jakiejś potężniejszej 
istoty. Czuł się jak kiedyś, w czasie bitwy z jaskiniowymi goblinami. Wiedział, że wtedy był 
prawdzi­wie nawiedzony, zmuszony do największego wyczynu potęgą duchowej mocy, która 
władała całą jego istotą. 
 
„W każdym jest jakaś cząstka Sigmara — powiedziała mu Galea. — W tobie jest więcej 
Sigmara niż w kimkolwiek innym”. 
 
Konrad ponownie był wybranym wojownikiem Sigmara, niszczącym najeźdźców, którzy 
ośmielili się napaść najstarszą świątynię bóstwa. 
 
Natychmiast uświadomił sobie wszystko. To nie skaveni zwabili tu Konrada, chociaż tak im 
się wydawało. Był to duch Sigmara, który skie­rował Konrada do tego miejsca, do tego czasu. 
 
Konrad otworzył swój umysł przed założycielem Cesarstwa, przed człowiekiem, który stał się 
bogiem. 
 
Razem, jak jedna istota walcząca w jednym ciele, niszczyli pułki prze­klętych, odrzucali je z 
powrotem w otchłań ciemności, która je spłodziła. 
 
Tryskały rzeki niewidzialnej krwi, odpadały dziesiątki niematerial­nych kończyn, pękały 
niewidzialne kości, rozpadały ciała. Wszystkie do­tychczasowe lata krwawych walk Konrada 
skoncentrowały się w jednym gigantycznym paroksyzmie śmierci. Ponownie zabijał robactwo 
Chaosu, z którym zawsze walczył. Gobliny w świątyni krasnoludów i pogański wódz 
Kastring, bladzi jaskiniowcy pod Altdorfem i kapłan Slaanesha — Zuntermein, sierżant — 
zdrajca Taungar i banda skavenów, która zaatako­wała ich na moście w Marienburgu. 
 
Atakujący byli jedynie słabymi wcieleniami ich dawnych postaci, na zawsze skazanymi na 
wygnanie siłą miecza Konrada i wewnętrzną mocą świętego sztyletu Sigmara. 
 
I nagle było już po bitwie. Wszyscy wrogowie zostali zniszczeni i Kon­rad znowu został sam. 
Duch Sigmara powrócił do świata, w którym obecnie przebywał, a Konrad czuł się zarazem 
wyczerpany i odrodzony. 
 

background image

Rozejrzał się wokoło i odniósł wrażenie, że nic się nie zmieniło. Gwardia cesarska wciąż stała 
na swoich miejscach, wciąż nieruchoma, wciąż pod postacią bykoludzi. Morrslieb rzucał 
swoje upiorne światło na mauzoleum, a płomienie świec tkwiły nieruchomo. 
 
Konrad spojrzał na sztylet trzymany w lewej ręce, która ponownie do niego należała, i 
widział, jak ostrze powoli rozpływa się w nicość. Ze sztyletu Sigmara znowu została krucha, 
kościana rękojeść. Odłożył reli­kwię z powrotem na czarną, atłasową poduszkę. Aż nagle, 
poza szczątkami Guida na marmurowej posadzce, wszystko było tak jak w chwili, gdy wszedł 
do komnaty. 
 
Jeżeli nie liczyć Srebrnego Oka... 
 
  
 
*   *   * 
 
— Konradzie — wysyczał skaven. — Czy masz zamiar spróbować zabić mnie jeszcze raz...? 
 
Szczuroczłek stał w rogu komnaty, zupełnie jakby zmaterializował się z cieni. Wyglądał jak 
Srebrne Oko, miał te same znaki plemienne, tę samą skompletowaną z różnych kawałków 
zbroję, metalowe zęby, kawałek spa­czenia zamiast lewego oka, miecz o zębatym ostrzu i 
trójkątną tarczę, na której widniał złoty herb, przedstawiający pięść w pancernej rękawicy i 
skrzyżowane strzały. Ale jego głos nie przypominał głosu Srebrnego Oka. 
 
— Gaxar! — zawołał Konrad. 
 
— A któż by inny? 
 
Konrad podniósł miecz i rzucił się na skavena. 
 
— Stać! — rozkazał Gaxar, unosząc swój miecz. — Stój! Jeden krok, a cesarz zginie! 
 
Dopiero teraz Konrad spostrzegł, że przekształcony Szary Mag nie stoi sam w półmroku. Z 
jego prawej strony widniała ludzka postać, którą Konrad poznał z obrazów i monet. Był to 
Karl-Franz z domu Wilhelma Drugiego, cesarz we własnej postaci. Albo też sobowtór, 
którego Gaxar stworzył w swojej kryjówce w podziemiach Middenheimu. 
 
— To nie cesarz — odparł Konrad, ale jednak stanął. 
 
— Może i nie — przyznał Gaxar. — Ale jeżeli ten nie jest cesarzem, musi nim być tamten! 
 
Wskazał w lewą stronę, a tam obok niego stał w mroku następny człowiek. Kolejny cesarz 
Karl-Franz. 
 
Jeden z nich był prawdziwym imperatorem, ale który? A może obaj byli uzurpatorami 
stworzonymi za pośrednictwem nekromantycznych umiejętności Gaxara. 
 
— Wiem, że potrafisz nadać umarłym pozory życia — rzekł Konrad. — Ale w jaki sposób 
ożywiłeś siebie? 
 

background image

— Dzięki mojemu lojalnemu członkowi straży przybocznej. Kiedy mnie zabiłeś, Fenbrod 
uczynił mi zaszczyt i zjadł moje wnętrzności — mózg, serce i wątrobę. Spożył to, co 
stanowiło kwintesencję mojej osoby, dzięki czemu mogłem odrodzić się w jego ciele. 
 
— A Fenbrod? — Konrad nie znał wcześniej prawdziwego imienia Srebrnego Oka, ale też 
specjalnie go to nie obchodziło. 
 
— W jego ciele istniało miejsce tylko dla jednego z nas. Uczynił tak, jak lojalny sługa zrobić 
powinien — poświęcił się dla mnie. Muszę przy­znać, że to przyjemne uczucie, mieć znowu 
dwie łapy, chociaż brak oka jest niemiły. 
 
— A więc zabijając cię, wyświadczyłem ci przysługę? 
 
— Ha! — Gaxar zaśmiał się ochryple. — Teraz ja cię zabiję, Konradzie. Ale kiedy ty 
umrzesz, umrzesz na zawsze! 
 
— A co z tarczą? — zapytał Konrad. 
 
— Tarczą? — zdziwił się Gaxar. 
 
— Skąd masz tę tarczę? 
 
Gaxar przez chwilę spoglądał na trzymaną w ręku poobijaną pawęż. 
 
— A skąd mam wiedzieć? — burknął. — Walczmy! 
 
— Dlaczego? 
 
— Dlaczego? Dlaczego! Ponieważ chcę cię zabić, Konradzie. Dlatego! Teraz dysponuję siłą 
Fenbroda, a także moimi magicznymi umiejętno­ściami. Mam zamiar cię zniszczyć. Zabicie 
mnie nikomu nie może ujść pła­zem — Gaxar ponownie zaniósł się swoim szczekającym 
śmiechem. 
 
Być może wspomnienia strażnika zostały wymazane w chwili, gdy Szary Prorok zawładnął 
jego futrem i kośćmi, i dlatego Gaxar nic nie wie­dział o tarczy. Ale musiał wiedzieć coś o 
Elyssie, ponieważ dziewczyna znajdowała się w podziemnej komnacie razem ze skaveńskim 
czarowni­kiem i przyglądała się jak krzyżowano Litzenreicha i Ustnara — a była tam razem z 
Czaszkolicym. 
 
Konrad wzruszył ramionami i zrobił krok do tyłu. 
 
— Nie masz odwagi walczyć? Nie chcesz ocalić swojego cesarza? 
 
— Mojego cesarza? A dlaczego miałoby mnie obchodzić, co się z nim stanie? 
 
— Zabiję go! Zabiję! — wrzasnął Gaxar i groźnie odwrócił się w stronę postaci z prawej 
strony. Zatrzymał się jednak nagle i odwrócił gwałtownie, mierząc klingą w drugą, identyczną 
sylwetkę. — Ci ludzie są tacy pod­stępni, tacy podstępni! 
 

background image

Bliźniacze postaci miały na sobie identyczne ubrania i stały bez ruchu. Chociaż nie 
przypominały posągów jak cesarscy gwardziści, sto­jący na posterunkach w całym pałacu, 
było oczywiste, że Gaxar rzucił na nie czar i nie są w stanie postępować zgodnie ze swoją 
wolną wolą. Ale tylko jeden z nich mógł ją kiedykolwiek posiadać. Drugi zawsze był 
wytwo­rem Szarego Maga, przywiezionym przezeń z Middenheimu do stolicy. 
 
Schwytany przez skavenów prawdziwy cesarz miał właśnie być zamie­niony na swojego 
sobowtóra, marionetkę skavenów. Ta operacja niewąt­pliwie została zaplanowana na 
dzisiejszą noc. Gdyby Karla-Franza udało się zastąpić sługą Chaosu, trudno było sobie 
wyobrazić wszystkie kosz­marne konsekwencje tego faktu. 
 
— No, to go zabij — rzekł Konrad, udając całkowitą obojętność. 
 
— Nie! — krzyknął Gaxar. — Ty go zabij! Wybieraj, Konradzie. Który z nich ma żyć, a 
który umrzeć? Jeden z nich jest prawdziwym Karlem-Franzem? Musisz wybrać, a potem 
zabić tego drugiego! 
 
— A dlaczego ja? 
 
— Ponieważ tak ci rozkazuję! 
 
Przeszywające spojrzenie Gaxara zdawało się przewiercać przez oczy Konrada do jego 
mózgu. Próbował odwrócić wzrok, ale było za późno. Gaxar zahipnotyzował go i nagle 
poczuł, ze wolno posuwa się do przodu. Próbował się zatrzymać, ale na próżno. Jego prawa 
ręka zaczęła podnosić miecz, ale to nie on miał zadecydować, który Karl-Franz umrze. Gaxar 
za­dba, by przeżył uzurpator, by na tronie zasiadła jego marionetka. 
 
Ponad głową Gaxara znajdował się fryz przedstawiający koronację pierwszego cesarza. 
Zwrócił uwagę Konrada, ponieważ to nie Sigmar był na nim koronowany. Na tronie zasiadał 
skaven — Rogaty Szczur we wła­snej osobie... 
 
A jeżeli zginie Karl-Franz, umrze ostatni ze spadkobierców Sigmara — zamordowany przez 
Konrada. 
 
Konrad zrobił kolejny krok do przodu i klinga uniosła się jeszcze wy­żej. Zbierając wszystkie 
zasoby energii, Konrad zdołał wymamrotać dwie sylaby: 
 
— Sigmar — wyszeptał. 
 
W oddali rozległ się odgłos, dudnienie przypominające odległą kano­nadę. Być może piracki 
okręt zdołał przedrzeć się przez zaporę na Reiku i bombarduje Altdorf. Konrad poczuł, że 
ziemia drży i spojrzał w dół w samą porę, by zobaczyć, jak marmurowe płyty pod jego 
stopami pokry­wają szczeliny i pęknięcia. Cały świat musiało ogarnąć zamieszanie 
wstrząsające fundamentami, na których wzniesiona była stolica Cesar­stwa i pałac. 
 
Idąc dalej, Konrad potknął się i niemal upadł. Może był to wynik trzę­sienia ziemi, a może 
fakt, że hipnotyczna kontrola Gaxara zaczęła słabnąć. Sprzeciwiał się jeszcze bardziej, 
próbując odeprzeć wrogi wpływ skavena i skupił się na swoich własnych mocach 
umysłowych, których ukryte głę­bie dopiero niedawno odkrył. 
 

background image

— Sigmar — powiedział jeszcze raz, tym razem głośniej i słowo to do­dało mu wystarczająco 
dużo sił, by krzyknąć: — Sigmar! 
 
W oddali rozjarzył się gwałtowny, jaskrawy błysk, który przedarł się przez rozetę witraża i 
Konrad podniósł głowę w samą porę, aby zobaczyć podwójny zygzak rozcinającej niebo 
błyskawicy. Był tak jasny, że całko­wicie przytłumił makabryczną poświatę Morrslieba. 
 
Nad pałacem rozległ się grzmiący huk. Piorun musiał trafić w szczyt wierzy wybudowanej z 
granitowych bloków przywiezionych z Przełęczy Czarnego Ognia i cały wielki budynek 
zadygotał jeszcze raz. Tym razem zygzakowata szczelina przecięła ścianę. 
 
Gaxar z niepokojem spojrzał w górę, uwalniając Konrada ze swoich nadnaturalnych pęt. 
 
I nagle, bez ostrzeżenia, sufit pękł pod uderzeniem gigantycznego, ka­miennego bloku.. 
 
Konrad odskoczył do tyłu, zaś Gaxar w bok, a potężny odłamek skalny spadł pomiędzy nimi, 
rozbryzgując kamienne okruchy po całej komnacie. 
 
Pomieszczenie wypełniły chmury pyłu, ale nagle zapanowała cisza. Nie było widać ani 
cesarza, ani uzurpatora. A gdy kurz i kamienne okru­chy opadły, Konrad zobaczył, co 
uderzyło w mauzoleum Sigmara. Była to kopia młota Ghalmaraza, która spadła z pałacowej 
wieży. Trzykrotnie większy od człowieka kamienny młot bojowy został strącony piorunem i 
spadł prosto na centralną salę tego skrzydła pałacu. W suficie widniała ogromna dziura, ale 
widać przez nią było jedynie niebo i gwiazdy. Morrslieb zniknął. Wszystkie świece paliły się 
normalnie i ich płomienie kołysały się pod wpływem wiatru, dmącego przez otwór w 
sklepieniu. 
 
Na antycznym fryzie Sigmar wrócił na swoje prawowite miejsce na ce­sarskim tronie. 
 
Konrad odwrócił się, słysząc jakiś dźwięk. Potężne uderzenie przewróciło gwardzistę 
stojącego w komnacie. Teraz jednak wstał i rzucił się na Konrada, wznosząc miecz do ciosu. 
 
Czas ruszył znowu, serce gwardzisty zaczęło bić ponownie, ale było to serce mutanta. Wciąż 
pozostawał sługą przeklętych, czcicielem władcy roz­koszy. 
 
Broń Konrada smagnęła gardło stwora, prawie odcinając mu głowę. Trysnęła krew, bestia 
wrzasnęła i umarła. 
 
Obróciwszy się, Konrad zauważył, że jedna z dwóch postaci, które zo­stały magicznie 
zniewolone przez Gaxara, stoi wyprostowana i rozgląda się wokoło z całkowicie 
zdezorientowaną miną. Druga leżała zmiażdżona wielką granitową rzeźbą i była obecnie 
jedynie masą rozkładającego się mięsa. Legendarny młot Sigmara zabrał kolejną ofiarę. 
Uzurpator ponow­nie był tylko trupem. 
 
Gaxar stał nieruchomo przez kilka sekund, jakby oszołomiony gwałtowną zmianą sytuacji. 
Konrad podbiegł i zasłonił Karla-Franza przed skavenem. 
 
— Jestem... — powiedział z wahaniem cesarz. — Jestem... — Potrzą­snął głową i zachwiał 
się lekko. 
 

background image

Nagle rozległ się odgłos wielu kroków, zmierzających w stronę sali. Do sali wpadło kilku 
gwardzistów. Kiedyś najbardziej lojalni słudzy cesa­rza, teraz nie mieli w sobie ani krzty 
człowieczeństwa. Z ich byczych py­sków wyrwał się bojowy ryk. 
 
Konrad zerknął w stronę Gaxara, ale nie miał już czasu, by zabić Sza­rego Maga — zabić go 
ponownie — zanim dosięgną go gwardziści. Zasłonił sobą cesarza. Musiał obronić Karla-
Franza za każdą cenę. Taka była jego misja, dlatego Sigmar go tu sprowadził. Całe 
dotychczasowe życie stano­wiło przygotowanie do tej właśnie chwili. 
 
Walczył, a jego nowa klinga uderzała sztychem, by zabić następną ofiarę, a po chwili cięła na 
odlew, trafiając kolejną. W komnacie dźwię­czała zderzająca się stal, rozlegały się krzyki 
umierających mutantów. Kon­rad zapamiętał się w walce, wykrzykując zawołanie bojowe 
równie głośno jak jego wrogowie, dający upust żądzy krwi. I umierali z przedśmiertnym 
wrzaskiem wśród przelewanej bezlitośnie ich nieludzkiej krwi. 
 
W pomieszczeniu pojawiły się nowe postaci, ale to nie miało już żad­nego znaczenia. Konrad 
i tak walczył z przeważającym wrogiem. Umrzeć mógł tylko raz i nieważne czy atakował go 
tuzin wrogów, czy setka. 
 
Nagle zobaczył czarne ostrze przecinające powietrze i wiedział, że nie jest już sam. Wilk był 
razem z nim. Przewaga wroga zmniejszyła się o po­łowę i Konrad zaczął walczyć ze 
zdwojonym zapałem. Zapłonęła błyska­wica i rozbłysk jaskrawego światła rozjaśnił salę. 
Litzenreich włączył się do walki. 
 
We wnętrzu pałacu zadudniły pędzące kopyta. Konrad spojrzał w stronę następnej sali 
podejrzewając, że przybyły posiłki dla przeklę­tych. W tej samej chwili do komnaty wpadł 
konny rycerz — Templariusz Sigmara — a jego czerwona kopia przeszyła jednego z 
przeobrażonych gwardzistów. 
 
Do sanktuarium Sigmara wjechali następni jeźdźcy, włączając się do walki. Była to kawaleria 
uwięziona w zastygłym czasie na dziedzińcu pa­łacu. Hełmy rycerzy zwieńczone były rogami 
— natomiast rogi ich przeciw­ników wyrastały bezpośrednio z czaszek. 
 
Gaxar krył się w kącie komnaty, czekając na chwilę, w której mógłby rzucić się na Karla-
Franza. Uznał jednak, że w tej chwili różnica sił jest zbyt wielka i obrócił się gwałtownie. 
Obok jego stóp w podłodze pojawił się otwór, wylot tunelu otwierającego się na jego 
magiczny rozkaz, i skaven ruszył w tę stronę, przygotowując się do ucieczki. 
 
— Gaxar! — zawołał Konrad, a Szary Mag się zawahał. 
 
Odwrócił się, a może raczej w taki sposób zareagowała zachowana w nim cząstka osobowości 
wojownika. Ciało Srebrnego Oka musiało zacho­wać jego odruchy i nawyki. Wyzwania nie 
można było zignorować. 
 
Skaven uśmiechnął się, odsłaniając metalowe zęby, i oblizał wargi. Konrad przypomniał 
sobie szorstki dotyk języka Srebrnego Oka, kiedy ten oblizywał jego krew, smakując spaczeń 
przepływający przez żyły. Gaxar — jeżeli to rzeczywiście Gaxar sprawował kontrolę nad 
szczurzym kształtem — podniósł zębaty miecz, zasłonił się tajemniczą tarczą i rzucił na 
Konrada. 
 

background image

Walczyli, wymieniając ciosy. Gaxar miał przewagę, ponieważ mógł chronić się za trójkątną 
tarczą. Ale to skaven się bronił, zdając sobie sprawę z tego, że znalazł się w pułapce. Nawet 
gdyby udało mu się poko­nać Konrada, w zrujnowanej komnacie było wielu rycerzy, z 
którymi rów­nież musiałby walczyć. A oni nie atakowaliby w pojedynkę. Kilku rycerzy 
zsiadło z koni i zwartym szykiem otoczyło Cesarza. Konrad kątem oka do­strzegł Wilka i 
Litzenreicha obserwujących morderczy pojedynek. Żaden z nich nie pozwoliłby Szaremu 
Magowi ujść z życiem — chociaż Litzen­reich pewnie mógłby pójść na jakąś ugodę, gdyby 
miał szansę zdobycia spaczenia. 
 
Nowa klinga Konrada uderzała o zakrzywiony miecz Gaxara. Czę­ściowo pochodziła od 
skavenów i nadeszła pora, aby posmakowała skaveń­skiej krwi. Ostrze cięło przez brązowe 
futro — na kurz, który grubą war­stwą pokrywał marmurową posadzkę, zaczęła kapać krew. 
Gaxar zawył z bólu, a Konrad ponownie zaatakował. Sztych miecza wbił się w pierś Gaxara, 
a potem ciął go przez prawą łapę. Jeszcze więcej krwi, nowe szczurze piski. Gaxar walczył 
jeszcze zacieklej, rzucając się do przodu, uła­twiając tym samym kontrataki. I znowu krew i 
piski. 
 
Skaven walczył coraz rozpaczliwiej. Nagle cisnął tarczą w Konrada, obrócił się i rzucił w 
utworzony przez siebie tunel. Ale żaden skaven nie był w stanie biec szybciej niż człowiek i 
Konrad dopędził Szarego Maga, za­nim tamtemu udało się uciec. Schwycił go za ogon i 
szarpnął do tyłu. Gaxar zawył, bardziej z wściekłości niż z bólu. Odwrócił się, odciął własny 
ogon, żeby się uwolnić, i popędził dalej. Na chwilę udało mu się zwiększyć dystans i niemal 
zdołał dotrzeć do dziury w ziemi, gdy Konrad wbił sztych miecza pomiędzy płyty zbroi, w 
grzbiet szczuroczłeka. Skaven zamarł na moment, a Konrad cofnął miecz. Gaxar odwrócił się 
wolno. Krew tryskała mu z rany w piersi i na grzbiecie. 
 
Uniósł miecz, jakby chciał zadać cios, ale broń wypadła mu z łapy. Otworzył paszczę, ale nie 
wydobył się z niej żaden dźwięk. Upadł, umierając, zanim dotknął podłogi. W tej samej 
chwili zniknął czarny otwór, który skaven otworzył swoją magią. 
 
Konrad opuścił wzrok na powalonego wroga. Uniósł miecz, przyglą­dając się krwi. Broń 
zalśniła w świetle świec i skaveńska posoka wyraźnie podkreślała różne warstwy metalu, 
lśniąc w rozmaitych odcieniach. 
 
— To Gaxar — wyjaśnił Konrad Wilkowi i Litzenreichowi, ruchem głowy wskazując trupa 
skavena. Popatrzył na nich uważnie: — Ustnar? — zapytał. 
 
— Nie żyje — odparł Wilk. Zgubił gdzieś hełm i na jego twarzy widać było świeże ślady 
cięć. Zbroję miał powgniataną i porysowaną, kilku frag­mentów brakowało. 
 
Litzenreich nie wyglądał lepiej. Odzież miał poszarpaną, część wło­sów na głowie i w brodzie 
sprawiała wrażenie spalonych, na twarzy widać było pęcherze i ślady poparzeń. Jego laska 
poczerniała od ognia, a straszliwy żar zmienił jej czubek w kawałek węgla drzewnego. 
 
— Kim jesteście? 
 
Cała trójka spojrzała w stronę cesarza, który przecisnął się między dwoma rycerzami. 
 
— To Konrad — wyjaśnił Wilk. — To Litzenreich. A ja nazywam się... Wilk — zawahał się, 
ale nie podał prawdziwego nazwiska. 

background image

 
— Niewiele pamiętam z tego, co się wydarzyło — oznajmił Karl-Franz. — Ale zdaję sobie 
sprawę, że zawdzięczam wam życie — spojrzał na rozkła­dające się ciało sobowtóra, 
przygniecione kopią Rozbijacza Głów. — Jak sądzę, szczególnie tobie — dodał, zwracając 
się do Konrada. Mówił po­woli, jakby w obcym języku. — Muszę odpocząć. Ale zostaniecie 
nagro­dzeni, wszyscy. Nie zapomnę. Odwrócił się i został odprowadzony przez dwóch 
swoich Templariuszy. 
 
— Zapomni — powiedział Wilk, przyglądając się cesarzowi opuszczają­cemu zrujnowaną 
komnatę. Wszyscy kawalerzyści wyszli, prowadząc konie — i pozostawiając za sobą 
martwych zwierzołaków. 
 
Jedyną rzeczą, która pozostała nienaruszona, był kamienny cokół w samym środku rozległej 
sali, a także leżące na nim aksamitna poduszka i kościana rękojeść sztyletu Sigmara. 
 
— Ocaliliśmy cesarza — powiedział ze zmęczeniem Konrad. — Ocalili­śmy Cesarstwo. Czy 
nie to właśnie powinniśmy zrobić? 
 
— Doprawdy? Wiedziałem, że po coś tu przyszliśmy — Wilk się uśmiechnął. Otarł twarz 
grzbietem ręki, rozmazując pot i krew po swoich tatuażach. Trzymał w ręku ociekający krwią 
miecz. 
 
Konrad ukląkł, aby obejrzeć trójkątną tarczę możliwie najdokładniej, nie dotykając jej. Była 
stara i poszczerbiona, ze śladami rdzy w miejscach, w których odpadła czarna farba. Złoty 
herb był jednak prawie nietknięty i wiernie powtarzał wzór na strzałach, łuku i kołczanie, 
które dawno temu dała mu Elyssa. 
 
— Czy to tarcza elfa? — zapytał Konrad. 
 
Wilk wzruszył ramionami, wyraźnie dając do zrozumienia, że nie ma ochoty wspominać elfa, 
który go pokonał, a potem oszczędził mu życie. 
 
Czy całe to uzbrojenie należało do prawdziwego ojca Elyssy, elfa? I gdzie Srebrne Oko 
zdobył tę tarczę? 
 
Litzenreich oglądał ciało Gaxara, obchodząc je naokoło i stukając o podłogę swoją nadpaloną 
laską. Powiedział coś tak cicho, że Konrad nie dosłyszał słów, a potem dalej mruczał coś do 
siebie. Aż nagle, gdy otwór w podłodze otworzył się ponownie, Konrad uświadomił sobie, że 
mag rzuca czar. 
 
W podłodze ziała czarna dziura, dokładnie w tym samym miejscu, co wlot do tunelu 
stworzony przez Gaxara. Litzenreich popatrzył w dół i Wilk przyłączył się do niego. 
 
Konrad uświadomił sobie, że niemal nadszedł już świt. Cała noc zo­stała ukradziona przez 
Chaos. 
 
W coraz silniejszym świetle Konrad dostrzegł stopnie prowadzące w dół od wyczarowanego 
przez Litzenreicha wejścia. Musiało to być jakieś tajne przejście pod pałacem. 
 
— Czy powinniśmy tam wejść? — zapytał Litzenreich, wpatrując się w ciemną głębie. 

background image

 
Musiał wierzyć, że w dole gnieździ się więcej skavenów, a tam, gdzie zamieszkują 
zwierzołaki, powinien być i spaczeń — a spaczeń był źródłem magii. 
 
Wilk skinął głową i Konrad zastanowił się, dlaczego jego towarzysz może mieć ochotę wejść 
w podmiejski labirynt. Może dlatego, że było to miejsce skażone Chaosem, a dla Wilka 
oznaczało to jeszcze więcej wro­gów, z którymi mógłby walczyć. 
 
Obydwaj towarzysze spojrzeli na Konrada. Wcale nie miał ochoty na powrót do 
zdradzieckich labiryntów pod Altdorfem, ale jednocześnie był pewien, że jeszcze raz musi 
zagłębić się w podziemny świat. 
 
Wszak była tam Elyssa. 
 
A także Czaszkolicy. 
 
Konrad podniósł czarną tarczę, przełożył lewą rękę przez pętlę uchwytu i zacisnął w dłoni 
miecz. Tak jak w przypadku nowego miecza, od­niósł wrażenie, że tarcza została wykonana 
dla niego. 
 
Wilk wziął jedną z wielkich świec i ruszył do tunelu, Litzenreich za­brał drugą i przyłączył 
się do niego. Konrad również wyjął jedną z perfu­mowanych świec z kinkietu, a potem 
spojrzał w górę i zobaczył na nocnym niebie pierwsze ślady błękitu. 
 
Zdając sobie sprawę, że może już nigdy nie zobaczy światła dziennego i nie powróci z 
podziemnego świata, Konrad po raz ostatni odetchnął po­wietrzem na powierzchni i ruszył za 
swoimi towarzyszami tam, gdzie wie­dział, że prawdopodobnie znajdzie swój grób. 
 
 
  
Rozdział szesnasty  
 
  
 
Wykute w litej skale tunele były dokładnie takie, jak pod Middenhe­imem. Podobnie jak 
przejścia znajdujące się pod Miastem Białego Wilka, zapewne zostały wybudowane przez 
krasnoludy. Na długo przed pojawie­niem się ludzi Stary Świat zamieszkany był przez 
krasnoludy — a przed nimi przez elfy. Krasnoludy wybudowały tunele na obszarze tego, co 
dzi­siaj było Cesarstwem, łącząc wiele ze swoich miast i miasteczek. Ich porzu­cone siedziby 
zostały zajęte przez młodszą rasę ludzką, ale sieć przejść po­została. 
 
Ludzie zajęli miasta, ale tunele należały teraz do skavenów... 
 
Wszystko było tak dobrze znane Konradowi: smród zmutowanych gryzoni wypełniających 
wąski tunel, w który zagłębiali się trzej ludzie. Szczuroludzie mogli wyczuć spaczeń, będący 
obecnie częścią Konrada, ale on również rozpoznawał je węchem. 
 
Nienawidził skavenów bardziej niż jakichkolwiek innych stworów Chaosu. Jego nienawiść 
wywodziła się z czasów, kiedy był więziony przez Gaxara. Może wiązało się to z faktem, że 
skaveni tak bardzo przypominali ludzi, a jednocześnie tak diametralnie się od nich różnili. 

background image

Byli inteligentni, dobrze zorganizowani, ale jednocześnie wydawali się niemal parodią ludzi i 
ich cech. 
 
Wilk nienawidził każdego przejawu Chaosu z równą zajadłością. Dla niego skaveni nie byli 
ani lepsi, ani gorsi od dowolnego pomiotu z piekła rodem. Przypominali robactwo, które 
należało wytępić jak wszystkie inne mutanty. Natomiast stosunek Litzenreicha do skavenów 
był niejedno­znaczny. Potrzebował ich, ponieważ to właśnie oni rafinowali spaczeń — a 
Litzenreich potrzebował go, aby prowadzić to, co nazywał swoimi „bada­niami”. 
 
Konrad był bardzo zdenerwowany wiedząc, że wszędzie naokoło są skaveni. Szedł z tyłu za 
towarzyszami i nie widział nic przed sobą, gdy za­głębiali się w labirynt ciemnych, 
wilgotnych korytarzy. Prowadził Wilk. Z każdym krokiem szli coraz dalej, ale czy 
rzeczywiście on był przewodni­kiem? 
 
Nie tylko skaveni mieszkali głęboko pod Altdorfem i używali tych tuneli. Bardzo często 
napotykali płonące latarnie, których nie potrzebo­wali skaveni. Jakie więc inne stwory żyły w 
tych głębinach? Kimkolwiek były, Konrad mniej się ich obawiał niż zdradzieckich 
szczuroludzi. 
 
Czas mijał, znajdowali się coraz głębiej i Konrad zaczął się uspokajać. Czemu Gaxar był 
sam? Czy to możliwe, że pod Altdorfem nie było innych skavenów, że wszyscy opuścili 
miasto? Może jakieś inne istoty objęły w po­siadanie ich nory i dlatego szczuroludzie nie 
zaatakowali. 
 
W tej samej chwili jednak zaatakowali... 
 
Nagle rozległy się przed nimi obrzydliwe piski skavenów i szczęk me­talu o metal, gdy Wilk 
mieczem zaczął odpierać obrzydliwych napastni­ków. Konrad próbował przejść do przodu, 
ale drogę zagradzał mu Litzen­reich, który wcale nie miał ochoty zbliżać się do rejonu 
zagrożenia. Kon­rad przecisnął się obok niego do obszernej jaskini, która niespodziewanie 
otworzyła się przed nimi. Pieczara była niska, ale rozległa i oświetlało ją kilka latarni 
wiszących na ścianach. Konrad niemal wolał, by światła nie było, ponieważ wtedy nie 
widziałby zwartych szeregów dziesiątków skavenów, zapewne czekających cierpliwie, aż 
nieostrożni ludzie wyłonią się z ciemności. 
 
Konrad przyłączył się do Wilka i razem walczyli przeciwko napływa­jącej fali zmutowanych 
szczurów. Ich klingi cięły wrogów, powalając ich, rozcinając na pół. Wkrótce obaj byli 
obryzgani skaveńską posoką, ale na miejsce każdego zabitego stwora pojawiał się następny. 
Wszyscy przeciw­nicy byli szczurzymi wojownikami wzrostu człowieka, uzbrojonymi jak 
zwykle w zębate miecze i włócznie z hakowatymi grotami. Ale gdy tracili broń, walczyli 
zębami i pazurami. Mimo swojej tarczy, Konrad wkrótce krwawił z wielu ran. 
 
 
Zamiast utrzymywać pozycję w tunelu, z którego wyszli, Wilk ruszył do przodu, nacierając 
na szeregi skavenów, wycinając przejście wśród hordy wrogów. Po drugiej stronie jaskini 
widniał kolejny tunel i tam wła­śnie najemnik zdawał się kierować. Konrad ruszył za nim, 
walczyli ramię przy ramieniu. Ich klingi cięły i kłuły, gdy bronili jeden drugiego. 
 
Litzenreich przeszukiwał zwłoki skavenów sprawdzając, czy któryś z nich ma przy sobie 
spaczeń, ale żaden z żyjących stworów go nie atako­wał. Skupiły całą swą uwagę na 

background image

Konradzie i Wilku. Konrad przypuszczał, że mag ochrania się jakimś czarem. Teraz, kiedy 
odnalazł źródło spacze­nia, nie potrzebował już sojuszników. Ale w tej samej chwili 
Litzenreich wstał, podniósł swoją laskę i jaskinię przecięła jaskrawa smuga światła. Jednego 
ze skavenów, który zamachnął się, by ciąć Konrada, nagle spo­wiły płomienie i stwór zawył 
przeraźliwie, paląc się żywcem. Mag zaczął przedzierać się przez jaskinię, zabijając każdego 
sakvena, który ośmielił się stanąć mu na drodze. 
 
Wilk wycinał krwawy szlak wśród szczuroludzi, a jego miecz nie spo­czywał ani przez 
chwilę. Walcząc, wykrzykiwał jedno ze swoich zwierzę­cych zawołań bojowych i wreszcie 
razem z Konradem dotarł do drugiego krańca jaskini. Litzenreich przyłączył się do nich kilka 
sekund później. Wiele dziesiątków skavenów leżało martwych lub umierających, spalo­nych 
lub palących się, ale w pomieszczeniu było ich jeszcze bardzo dużo. A z tunelu, którym 
nadeszli trzej ludzie, wysypywały się nowe posiłki. 
 
Horda skavenów zaatakowała z nowym zapałem. Wilk wepchnął swoich towarzyszy do 
tunelu za sobą, a następnie zajął pozycję u jego wlotu, blokując wejście własnym ciałem i 
mieczem. 
 
— Idź! — krzyknął do Konrada, który ledwo go zrozumiał, ponieważ głos najemnika brzmiał 
bardzo dziwnie. 
 
A wtedy zauważył twarz Wilka. 
 
Zaczęła się zmieniać. Czoło cofnęło się, szczęki wysunęły i spłasz­czyły, białe włosy na 
głowie i w brodzie pokryły całą twarz, a zaostrzone zęby wydłużyły się jak kły. Podobnie 
wyglądał, gdy gobliny wzięły go do niewoli, chociaż wtedy Konrad uznał, że zawodzi go 
wzrok. 
 
A więc w taki sposób Wilk został skażony Chaosem. 
 
Przybierał obraz zwierzęcia, którego nazwę nosił. Stawał się wilkoła­kiem... 
 
Zmieniał się kształt jego ciała, nie tylko twarz. Pochylił się niżej, jego korpus rozciągnął się i 
zbroja pękła, gdy wilcze ciało wyrwało się z czar­nego metalu. 
 
— Idź! 
 
Jego słowa były już całkowicie niezrozumiałe. Przypominały jedynie zwierzęcy ryk, ale 
Konrad wiedział, co muszą oznaczać. 
 
Najemnik przemienił się w wielkiego, białego wilka. Nie miał już zbroi, a jedynie łańcuch na 
szyi — łańcuch, na którym trzymano Wilka w niewoli, i który nosił po to, aby przypominał 
mu, by nigdy więcej nie wpaść w ręce wroga. Czarny miecz leżał na ziemi. Wilki nie 
potrzebują broni. Ich potężne szczęki są w stanie błyskawicznie zmiażdżyć gardło skavena, a 
pazury rozpruć mu brzuch. 
 
— Tędy — rozkazał Litzenreich. 
 
Mag szybko ruszył w głąb drugiego tunelu. Konrad zawahał się, ale posłusznie podążył jego 
śladem. Tak jak w komnacie na górze, gdy Wilk został zmuszony do walki z niewidzialnym 

background image

wrogiem, również teraz w ni­czym nie można mu było pomóc. Istota, która kiedyś była 
Wilkiem, nie po­trzebowała ludzkiego wsparcia, by zniszczyć każdego skavena usiłującego ją 
wyminąć. Tunel dudnił wilczymi rykami i piskami gryzoni. 
 
Minęli kilka skrzyżowań i początkowo Litzenreich wybierał kierunek bez wahania, ale po 
pewnym czasie zwolnił tempo marszu. 
 
Odgłosy walki dźwięczały echem w labiryncie tuneli i teraz już słychać było okrzyki bólu nie 
tylko skavenów. Bojowe powarkiwania Wilka przery­wane były teraz bolesnym wyciem. 
Stanął sam przeciwko ogromnej groma­dzie nieprzyjaciół i jego klęska była nieunikniona. 
Bronił dostępu do tu­nelu, aby Konrad mógł iść dalej. Nie mógł więc upaść na duchu i 
zawieść towarzysza. 
 
Szedł dalej, ale zatrzymał się Litzenreich. 
 
— Idź dalej w tym kierunku — powiedział ledwo słyszalnym głosem. 
 
— Co tam znajdę? 
 
Czarownik pokręcił głową. 
 
— Muszę wrócić — rzekł niemal szeptem. 
 
W słabym świetle Konrad ujrzał jego twarz. Nagle postarzała się. Bar­dzo. Do tej pory 
Litzenreich sprawiał wrażenie mężczyzny w średnim wieku, ale teraz widać było po nim jego 
prawdziwy wiek. Okolona białą brodą twarz pokryta była głębokimi zmarszczkami, lewa ręka 
była wychu­dzona i poskręcana. Stał zgarbiony, zgięty niemal wpół i był najstarszym 
człowiekiem, jakiego Konrad kiedykolwiek widział. 
 
— Już raz opuściłem Wilka — mówił dalej Litzenreich. Oddychał szybko, płytkimi haustami. 
— Wtedy, gdy groziła mu śmierć. Być może wy­równam rachunek, jeżeli umrzemy razem. A 
poza tym, razem może zdo­łamy powstrzymać skavenów nieco dłużej. Po to, abyś ty mógł iść 
dalej. 
 
— Ale dlaczego? — zapytał Konrad. — Dokąd? 
 
Sędziwy mag zdawał się nie słyszeć jego słów. Ruszył z powrotem tu­nelem, powracając do 
odgłosów bitwy. Jego przygarbiona postać zniknęła w mroku. 
 
Litzenreich był starcem. Wilk bestią. I obaj mieli wkrótce zginąć po to, aby Konrad mógł 
pójść dalej ciągnącym się przed nim czarnym tune­lem. 
 
Stał chwilę bez ruchu. Nie chciał zagłębiać się w ciemność kryjącą nie­wiadomą. Jego 
skazani na zagładę towarzysze zdawali się lepiej od niego wiedzieć, dlaczego się tu znalazł i 
co go czeka. 
 
Podjął decyzję. Zawrócił i pobiegł z powrotem. On i Wilk byli towarzy­szami od tak dawna, 
że nie mógł go porzucić, a Litzenreich także stał się jego sojusznikiem. Przeżyją wspólnie 
albo razem zginą. 
 

background image

Pędził tunelami, kierując się dźwiękami rozpaczliwej walki i wreszcie dojrzał w tunelu przed 
sobą słabe światełko. Powietrze przesycone było ostrym odorem skaveńskiej krwi. 
 
Gdy dotarł do jaskini, zatrzymał się i ogarnął spojrzeniem scenę rzezi. Całe stada skavenów 
leżały pokotem, ale nie mniejsza ich liczba wal­czyła dalej. Wilk znajdował się wśród nich, 
bardziej martwy niż żywy. Nie był już białym, lecz czerwonym wilkiem, ponieważ każdy 
skrawek jego sier­ści sklejała krew — i większa jej część musiała należeć do niego. Krwawił 
z setki ran, ale walczył. Jego szczęki zatrzaskiwały się, pazury szarpały. Mógł zginąć w 
każdej chwili, zalany falą nacierających z wrzaskiem skavenów. 
 
Litzenreich również się tu znajdował. Stał koło wylotu tunelu, ale wro­gowie znowu nie 
zwracali na niego uwagi, jakby nie przedstawiał żadnego niebezpieczeństwa. 
 
Konrad zdawał sobie sprawę, że to ostateczna bitwa. Z podziemnej sali nie było już drogi 
odwrotu. Ale czyż można było lepiej zginąć niż z mie­czem w dłoni, walcząc u boku 
towarzyszy przeciwko najbardziej znienawi-dzonemu wrogowi? 
 
Ruszył do przodu, ale zatrzymał się, gdy Litzenreich odwrócił się gwałtownie i spojrzał na 
niego. 
 
Mag skierował swoją laskę w stronę Konrada, dając mu znak, by się cofnął, a potem 
skierował ją ku górze i wystrzelił z niej biały zygzak błyska­wicy. Chwilę później rozległ się 
ogłuszający trzask, odgłos pękających po­tężnych bloków skalnych i całe sklepienie jaskini 
się zapadło. Niezliczone tony głazów runęły w dół, miażdżąc wszystkich — skavenów, 
człowieka i tego, który kiedyś był człowiekiem. 
 
Ani Litzenreich, ani Wilk nie mogli przeżyć tego kataklizmu. 
 
Zginęli, aby Konrad mógł kontynuować swoje dzieło i nie pozostało mu nic innego, jak tylko 
zawrócić i ruszyć przed siebie. 
 
Poszedł, zagłębiając się w mrok, na spotkanie z przeznaczeniem. 
 
  
 
*   *   * 
 
Minąwszy miejsce, w którym zawrócił Litzenreich, gdzie tunel roz­dzielił się na dwa 
korytarze, Konrad intuicyjnie wybrał lewe odgałęzienie. Na następnym mrocznym 
skrzyżowaniu skręcił w prawo, znowu kierując się wewnętrznym przekonaniem, że musi iść 
w tym właśnie kierunku, cho­ciaż wciąż nie orientował się, jaki będzie punkt docelowy. Miał 
niemal wra­żenie, że widzi dalszą drogę — zupełnie jakby utracony dar przewidywa­nia 
powrócił, by nim kierować. 
 
Z zagadkową tarczą w jednej dłoni i nowym mieczem w drugiej, Kon­rad zanurzał się coraz 
bardziej w półmrok. Drogę oświetlały mu migo­czące latarnie, których refleksy wabiły go 
coraz dalej i dalej. 
 
Panowała całkowita cisza. Nie było dobiegającego z oddali szczęku broni, pełnych bólu 
przedśmiertnych wrzasków. Wyjście z jaskini zostało całkowicie zablokowane przez 

background image

spadające bloki skalne i żadna horda gry­zoni nie była w stanie go ścigać — przynajmniej 
chwilowo. 
 
Ale ten podziemny świat był królestwem skavenów, które z całą pew­nością znały każdy 
szlak w labiryncie pod cesarską stolica. Konrad domy­ślał się, że już niedługo pozostanie 
sam. Nasłuchiwał odgłosów zbliżania się wrogów. 
 
Na razie jedynymi dźwiękami był odgłos jego butów stąpających po zimnej, kamiennej 
podłodze i tarczy ocierającej się od czasu do czasu o wilgotne ściany wąskiego korytarza. 
Puls Konrada zdążył już się uspokoić po zaciekłej walce w jaskini, ale wciąż czuł krew 
mknącą przez jego żyły. Wydawało mu się, że słyszy swoje dudniące serce i że dźwięk ten 
ostrzega wszystkich kryjących się przed nim wrogów. 
 
Być może do szczuroludzi dołączyły już stada ich ohydnych sojuszni­ków. Każdy stawiany 
przez niego krok zbliżał go do następnej zasadzki, każda mijająca sekunda mogła nieść 
groźbę ataku. Ale po jednym kroku następował drugi, a potem jeszcze jeden i wciąż nie było 
śladu skavenów. Konrad wchodził coraz głębiej w podziemia miasta, coraz bardziej oddalał 
się od powierzchni. 
 
Momentami miał wrażenie, jakby nie panował nad swoim ciałem. Gdyby nawet chciał się 
zatrzymać i zawrócić, nie byłby w stanie tego zro­bić. Znajdował się tu, gdzie skierowało go 
przeznaczenie, w obliczu tego, co miał dokonać, i musiał odegrać wyznaczoną mu rolę. Po to 
Wilk i Lit­zenreich oddali swoje życia. 
 
Dotarł do następnego skrzyżowania, bez namysłu skręcił w lewo i zo­baczył przed sobą 
odległe światło. Jego źródłem nie było jednak światło jednej z mijanych olejnych lamp. Jego 
natężenie nie ulegało zmianie i znaj­dowało się na poziomie ziemi, jakby sączyło się pod 
framugą drzwi. 
 
Ruszył ostrożnie przed siebie. Rzeczywiście, bezpośrednio przed nim znajdowały się drzwi. 
Sprawiały wrażenie jakby zamykały wyjście z labi­ryntu tuneli, ponieważ padało zza nich 
dzienne światło. Ale przecież było to zupełnie niemożliwe — wszak znajdował się zbyt 
głęboko pod ziemią. 
 
Konrad zatrzymał się przy końcu korytarza, na odległość klingi mie­cza od drewnianych 
drzwi. Sprawiały znajome wrażenie, zupełnie jakby powinien je rozpoznać. Serce ponownie 
zaczęło mu szybciej bić, a na roz­grzane ciało wystąpił zimny pot. Rozejrzał się wokoło, 
popatrzył przez ramię w nieprzeniknioną ciemność. W wąskim tunelu wciąż panowała 
cał­kowita cisza, a jednak czuł, że nie jest już sam. Coś znajdowało się przed nim, coś czekało 
również za drzwiami. 
 
Coś albo ktoś. 
 
Otwarcie drzwi było łatwą rzeczą, ale przerażała go myśl o tym, co może za nimi odnaleźć. 
 
Otarł przedramieniem pot z czoła. Twarz miał lepką od krwi z jego własnych ran i 
wytoczonej z zabitych skavenów. 
 

background image

Konrad nie orientował się, jak długo stał w ciemności, z mieczem go­towym do zadania ciosu 
temu czemuś, co pojawi się przed nim, gdy otworzą się drzwi. Ale się nie otworzyły. 
Wiedział, że musi to zrobić sam. 
 
Dotknął sztychem miecza drewnianą deskę, wyciągnął rękę, pchnął drzwi i jednym susem 
przeskoczył próg, natychmiast szykując się do obrony przed spodziewanym atakiem. 
 
Tak jak oczekiwał, nie znalazł się na zewnątrz. 
 
Był w środku... w środku karczmy Adolfa Brandenheimera! 
 
Drzwi zatrzasnęły się za Konradem, więżąc go w przeszłości, w karczmie, gdzie pracował 
przez większą część życia. 
 
Wszystko było złudzeniem, wizją przeszłości, która miała go spętać. Karczma spłonęła w 
dniu, gdy hordy Chaosu całkowicie zniszczyły wioskę. 
 
W środku nie było ludzi, ale każdy szczegół stanowił idealną kopię detali oryginalnego 
budynku. Na palenisku płonął ogień, klepisko pokry­wała słoma, stały prymitywne stoły i 
ławy, sufit czerniał od sadzy. Konrad zauważył, że przez okna widać kawałek wioski. Nad 
ogniem piekł się dzik, na stole, przed baryłkami z piwem, stały cynowe kufle. Można było 
od­nieść wrażenie, że lada chwila Brandenheimer wrzaśnie na Konrada, aby obrócił rożen 
albo napełnił kufle. 
 
Ale karczmarz nie żył już od dawna. Konrad widział, jak głową Brandenheimera posłużono 
się zamiast piłki w koszmarnym meczu, który triumfujące mutanty rozegrały po rzezi 
urządzonej w wiosce. 
 
Nic tu nie było prawdziwe. 
 
Uwagę Konrada zwróciło nagle coś, czego poprzednio nie było w karczmie. Wreszcie 
poruszył się, wolno zmierzając w stronę stołu, na którym leżał ów obcy przedmiot. 
 
Było to owalne lusterko, którego ramka i rączka zrobione zostały ze srebra wysadzanego 
drogimi kamieniami. 
 
Lusterko Elyssy. 
 
W nim właśnie po raz pierwszy zobaczył własną twarz, ujrzał, że jego oczy różnią się od 
siebie barwą, i tak wiele innych szczegółów... 
 
To również musiał być czar, ale nagle zorientował się, że zsuwa tarczę z lewego ramienia, 
kładzie ją na stole i podnosi lusterko. Nie miał ochoty spoglądać w jego taflę, ale nie mógł się 
przed tym powstrzymać. Przyglą­dał się swojemu odbiciu — brodatej, ochlapanej krwią 
twarzy — i przypo­mniał sobie, że już się takim widział — dokładnie takim. 
 
Nagle wydało mu się, że jego twarz się rozpływa, zamieniona przez oblicze kogoś innego, 
kogoś o wiele młodszego, ale o oczach, z których również każde było innego koloru — jedno 
zielone, drugie złote. 
 

background image

I uświadomił sobie, że patrzy na siebie takiego, jakim był dawniej, wi­dział swoją młodą 
twarz z dnia, kiedy po raz pierwszy popatrzył w lustro — dokładnie to samo lustro. 
 
Poczuł za sobą czyjąś obecność i odwrócił się gwałtownie. 
 
To był Czaszkolicy! 
 
Siedział przy jednym ze stołów, popijając piwo z kufla. 
 
— Napijesz się? — zaproponował, podsuwając Konradowi drugi kufel. — Wyglądasz jakby 
ci się przydał łyczek piwa. 
 
Konrad skoczył do przodu, z zakrwawioną klingą wymierzoną w sie­dzącą postać. 
Czaszkolicy nawet nie drgnął. Jego blada postać była jak dawniej nienaturalnie chuda, na 
głowie przypominającej trupią nie było ani jednego włoska. Był ubrany w strój dworzanina 
— zieloną pelerynę, ha­ftowaną bluzę, eleganckie spodnie i wyglansowane buty, ale nie 
widać było u jego boku rapiera z ozdobną gardą. Wszystko wskazywało na to, że jest bez 
broni. 
 
Spojrzał na sztych miecza, znajdujący się kilka cali od jego torsu, i wy­pił łyk piwa. 
 
— Nawet kiedy byłem człowiekiem, nie miałem serca — oznajmił, uśmiechając się 
ironicznie. 
 
Nie było wątpliwości, co miał na myśli. Jego aluzja dotyczyła owego momentu, gdy Konrad 
trafił go strzałą w pierś — i nie wytoczył ani kropli krwi. 
 
Konrad czekał od tak dawna na chwilę, gdy będzie miał szansę zabić Czaszkolicego. Ale jak 
można zgładzić nieśmiertelnego? 
 
Do tej pory przypuszczał, że w czasie spotkania z Czaszkolicym bę­dzie przerażony, ale 
zamiast lęku czuł ogromny spokój. Wiele bowiem zda­rzyło się od chwili, gdy po raz 
pierwszy spotkał tę wychudzoną postać, która wyszła bez szwanku z piekła, w jakie zmienił 
się dwór Kastringów. Konrad później widział wiele dziwniejszych rzeczy i był świadkiem 
jeszcze bardziej niewiarygodnych zdarzeń. 
 
Spoglądali na siebie. Nieludzkie spojrzenie oczu, w których nawet nie drgnęła powieka, 
wydało mu się dziwnie znajome. Zarówno tęczówki, jak i źrenice były czarne jak węgiel — 
dokładnie tak samo jak u Elyssy. 
 
— Gdzie jest Elyssa? — zapytał Konrad. — Co z nią zrobiłeś? Jeżeli wy­rządziłeś jej 
krzywdę... 
 
— Nigdy nie skrzywdziłbym rodzonej córki. 
 
— Twojej córki? 
 
— Już ci mówiłem — kiedyś byłem człowiekiem. Dlaczegóż więc nie miałbym mieć córki? 
 

background image

— Ale... — Konrad potrząsnął głową. W głowie kłębił mu się w wir sprzecznych myśli i 
wspomnień, pomysłów i podejrzeń. 
 
Doszedł już do wniosku, że wszystkie części jego życia były ze sobą związane, że wszyscy 
ludzie, z którymi się zetknął, są połączeni jakąś nie­widzialną siecią, która więzi go w 
nieubłagany sposób. I to właśnie Cza­szkolicy uplótł tę kunsztowną plątaninę nici, w które 
Konrad był zaplą­tany od tak dawna. Był pająkiem, wciągającym go do wnętrza swej 
śmiercionośnej pułapki, a tu znajdowało się jego gniazdo. 
 
— Odłóż miecz, Konradzie — oznajmił Czaszkolicy. — Stal nie może mnie zabić, nawet 
jeżeli do metalu klingi domieszano pył spaczenia. 
 
Konrad patrzył na widmową postać, która od tak dawna go prześlado­wała. 
 
— Wiem wszystko — odparł Czaszkolicy, odpowiadając na nie zadane pytanie. — Napij się 
— dodał i jego kościste palce ponownie przesunęły kufel w stronę Konrada. 
 
Konrad wciąż trzymał miecz wymierzony w swojego odwiecznego wroga, ale odłożył lustro 
na stół i ujął kufel lewą ręką. Podniósł naczynie do ust, powąchał napój, a potem spróbował 
 
— Kim jesteś? — zapytał i wypił duży haust. 
 
— Ojcem Elyssy. 
 
— Kim jesteś? — powtórzył Konrad. — Jakiemu podłemu bóstwu Cha­osu służysz? 
Kimkolwiek on jest, twój podstępny plan zawiódł. Karl-Franz żyje i wciąż jest cesarzem. 
Spisek skavenów się nie udał. 
 
— Skaveni! — Czaszkolicy roześmiał się bez cienia wesołości w głosie. Wypił kolejny łyk 
piwa i ponownie spojrzał na Konrada. — Cesarz nie ma tu żadnego znaczenia, Konradzie. Ty 
natomiast jesteś o wiele ważniejszy dla przyszłości Cesarstwa. I dlatego musisz umrzeć. 
Dlatego już kilkakrot­nie próbowałem spowodować twoją śmierć. 
 
— Wioska? — rzekł Konrad. 
 
— Została zniszczona, aby można było cię zabić. A potem kopalnia — Czaszkolicy wzruszył 
ramionami niemal ludzkim gestem. — I kilka innych przypadków. Jesteś bardzo odporny. 
Dlatego zostałeś sprowadzony wła­śnie tutaj, w podziemia Altdorfu, aby można cię było 
usunąć. Spisek prze­ciwko cesarzowi był jedynie podstępem, który miał doprowadzić do 
twojej zguby. Ale być może nie powinienem był powierzać skavenom dzieła twego 
zniszczenia. 
 
Konrad pokręcił z niedowierzaniem głową, starając się zrozumieć to, co przed chwilą 
usłyszał. Był o wiele ważniejszy od cesarza? 
 
— Pewnie by się im udało — dodał Czaszkolicy. — gdyby nie ci dwaj, mag i najemnik. 
Poświęcili się, abyś mógł przeżyć. Tylko ludzie dobrowol­nie rezygnują ze swego życia, na 
rzecz swego pobratymca — znowu napił się piwa. — Niemal czuję się dumny, że należałem 
kiedyś do tego ga­tunku. 
 

background image

— Nigdy nie mógłbyś być jednym z mojego gatunku — rzucił wyzywa­jąco Konrad. 
 
— Ale nim byłem, zanim stałem się... — Czaszkolicy przerwał w pół zdania. 
 
— Stałeś się kim? — zapytał Konrad. 
 
W Czaszce wciąż jeszcze było widać wiele ludzkich cech. Nie można było dostrzec żadnych 
objawów mutacji i nie nosił symboli żadnego z bóstw Chaosu. Był jednym z przeklętych. 
Jego pan zapewne wynagro­dził go umiejętnością przechodzenia przez ogień i przeżycia ran, 
które mu­siały dla każdej innej żywej istoty okazać się śmiertelne. Czaszkolicy mu­siał być 
nie jakimś zwyczajnym sługą, ale jednym z Szermierzy któregoś z wrogich bóstw. 
 
— Czy masz zamiar mnie zabić? — zapytał Konrad, nie słysząc odpo­wiedzi na poprzednie 
pytanie. 
 
— Gdybym chciał, mógłbym cię zabić w twojej wiosce — odparł Cza­szkolicy — ale ja nie 
zabijam. 
 
— Nie... Wysyłasz innych, żeby to zrobili. 
 
Koścista postać podniosła kufel, w geście uznania dla szybkiej orientacji Konrada. 
 
I nagle Konrad uświadomił sobie, któremu władcy Chaosu Cza­szkolicy służy. Tylko jeden 
uczynił z podstępu i zdrady sztukę i manipu­lował każda inną istotą, dla własnej perwersyjnej 
przyjemności. Niekiedy znany był jako Zmieniający Drogi albo jako Wielki Spiskowiec; inni 
mówili o nim jako o Twórcy Losu albo Mistrzu Fortuny. 
 
— Tzeentch! — syknął. 
 
— Ty również mógłbyś służyć mojemu panu, Konradzie — oznajmił Czaszkolicy. 
 
— Co?! 
 
Konrad wciąż stał nad nieczłowiekiem, a jego nowa klinga mierzyła w pierś Szermierza. 
 
— Masz do odegrania wielką rolę w przyszłości Cesarstwa i Starego Świata. Czemu nie 
miałbyś jej odegrać tak, aby przyniosła korzyść właśnie tobie? Wcale nie musimy być 
wrogami, jeżeli mamy szansę być sojuszni­kami, Konradzie. 
 
— Co to za podstęp? 
 
— Podstęp? Ja? — Czaszkolicy roześmiał się. Popatrzył obok Konrada na trójkątną tarczę. — 
Sądziłem, że cię to zainteresuje? 
 
Konrad uważał dotąd, że tarcza należała kiedyś do elfa, który był prawdziwym ojcem Elyssy. 
Ale teraz wiedział, że Czaszkolicy mówi prawdę i istotnie jest ojcem dziewczyny. Mieli takie 
same oczy i właśnie po nim musiała odziedziczyć magiczny talent. 
 
— Dlaczego powinno mnie to zainteresować? — zapytał Konrad. 
 

background image

— Herb. Taki sam jak na strzale, którą we mnie wypuściłeś. Dlatego dałem tę tarczę 
członkowi straży przybocznej Gaxara, abyś mógł ją zoba­czyć i ruszyć w pościg. 
 
— Ty mu ją dałeś? A skąd ją miałeś? 
 
— Od twojego ojca. 
 
— Co..? 
 
Konrad wpił spojrzenie w czarne oczy Czaszkolicego. Całkowicie zdezorientowany, opuścił 
na chwilę wzrok i popatrzył na owalne lustro. Powinien był w jego tafli zobaczyć odbicie 
Czaszkolicego, ale zamiast tego, ujrzał inną postać siedzącą przy stole. 
 
Elyssa! 
 
Czaszkolicy zniknął. Na jego miejscu siedziała Elyssa. Być może nigdy go tu nie było i to 
dziewczyna przybrała postać swojego ojca — albo może Szermierz Tzeentcha teraz ukrywał 
się, udając swoją córkę. 
 
Czarne włosy dziewczyny sięgały pasa. Miała na sobie białą, wełnianą suknię bez żadnych 
ozdób. Postarzała się od chwili, gdy Konrad ją poznał i teraz patrzyła na niego ze złośliwym 
rozbawieniem. Było to spojrzenie, które już widział i przypomniał sobie, iż jego dar 
przewidywania dawno temu przepowiedział mu, że Elyssa się zmieni i pewnego dnia stanie 
się przyczyną jego śmierci. 
 
Teraz właśnie nastąpił ów dzień. 
 
Spoglądali na siebie i widział swoje odbicie w jej czarnych oczach. 
 
— Dałam ci imię — powiedziała. — Dałam ci wszystko. Uczyniłam cię, Konradzie. 
 
— A ja cię kochałem — odparł. 
 
Elyssa była stworem Chaosu. Zapewne zawsze nim była i być może rzeczywiście Chaos 
można było zwalczyć jedynie Chaosem. 
 
Jeszcze mocniej zacisnął dłoń na rękojeści miecza. 
 
„To już nie Elyssa — powiedział sobie. — To nie dziewczyna, którą ko­chałem, którą wciąż 
kocham”. 
 
Zatoczył łuk mieczem, mierząc klingą w jej kark i zamknął oczy na mo-ment przed tym, jak 
metal przeciął ciało dziewczyny, odrąbując jej głowę. 
 
— Jeszcze się spotkamy, Konradzie — rozległy się ciche słowa. Kon­rad nie wiedział, czy 
rzeczywiście je słyszał, czy też ów głos, który mógł należeć zarówno do Elyssy, jak i do 
Czaszkolicego, zabrzmiał jedynie w jego wyobraźni. 
 
Patrzył na leżącą na podłodze odciętą głowę, starając się nie zwracać uwagi na krew 
mieszającą się z kurzem. Oczy Elyssy były otwarte i wyda­wały się spoglądać prosto na 

background image

niego, ale nie było w nich nienawiści. Sprawiała wrażenie znowu młodej, rysy jej twarzy były 
pełne spokoju i po­gody. Może ta śmierć była ocaleniem, zbawieniem jej duszy. 
 
Konrad zamknął na chwilę powieki i odmówił w myśli modlitwę. Przypomniał sobie coś 
jeszcze z tego ważnego dnia sprzed pięciu lat — przyszłe wspomnienie tego właśnie 
wydarzenia. Wtedy wyobraził sobie Elyssę martwą. 
 
Konradowi udało się dotrzeć tak daleko jedynie dzięki mocy zawartej w jego nowym mieczu, 
ale spaczeń nie wystarczał, by zabić Szermierza Chaosu. 
 
I chociaż Elyssa być może umarła, ten los na pewno nie spotkał Cza­szkolicego. 
 
Obraz karczmy zaczął się rozpływać. Miraż się kończył. Ściany, pod­łoga i sklepienie z 
powrotem stawały się częścią podziemnej jaskini. 
 
Konrad podniósł trójkątną tarczę, nasunął ją na lewe ramię i zacisnął w dłoni miecz. Czuł, 
jakby stanowiła część jego osoby, podobnie jak łuk i strzały, które otrzymał od Elyssy. 
Wszystkie te przedmioty należały daw­niej do elfa... I czy rzeczywiście elf był jego ojcem? 
 
Czaszkolicy wcale nie miał powodu, żeby powiedzieć mu prawdę, kłamstwo leżało w jego 
naturze. 
 
Gdy ułuda zniknęła, Konrad uświadomił sobie, że przezwyciężył prze­znaczenie, które 
skazało go na śmierć. 
 
Zginęła Elyssa. Jej obcięta głowa i martwe ciało leżały na podłodze tu­nelu. Jedyne dowody 
podstępu Czaszkolicego. 
 
Nie istniało więc coś takiego jak przeznaczenie. Los Konrada zależał wyłącznie od niego 
samego, od jego umysłu i dłoni. 
 
Spojrzał przed siebie i ujrzał niezliczone pary czerwonych ślepi pa­trzące na niego z mroku. 
 
Był panem swojego życia i nic nie było mu z góry przeznaczone — ale miał jeszcze wiele 
bitew do stoczenia, przeciwników do zabicia, podbojów do dokonania. 
 
Konrad ucałował jelec swego miecza, podniósł broń w milczącym salu­cie dla Sigmara, a 
potem ruszył przed siebie tunelem w gąszcz czekają­cych wrogów. 
 
Jego klinga spadała na ich zwierzęce ciała. 
 
Tarcza, która być może stanowiła własność jego ojca, odbijała śmiercionośne ciosy. 
 
Konrad przebijał się przez ohydne hordy Chaosu, kierując się przed siebie, w bój, na 
spotkanie światła. 
 
  
 
 
 

background image