background image

Madeline Harper 

 

TYM RAZEM NA ZAWSZE 

(This Time Forever) 

background image

ROZDZIAŁ 1 

 

Kayla  Hartwell  spóźniała  się.  Przechodziło  to  w  stan  chroniczny,  który  nasilał  się  w 

trakcie tej jazdy przez cały kraj.  

Między  zachodnim  i  południowym  wybrzeŜem  Stanów  było  tak  wiele  nęcących 

widoków, tak wiele do zobaczenia, tyle rozwidlających się dróg. Tydzień, który przeznaczyła 

na tę podróŜ, przeciągnął się do dziesięciu dni, a ona jeszcze nie dotarła do celu.  

JuŜ trzykrotnie dzwoniła do biura prawnika ciotki, aby zmienić termin spotkania. KaŜdy 

następny telefon wprawiał ją w coraz większe zakłopotanie. Nie chciała jeszcze raz dzwonić, 

ale chyba będzie musiała. JuŜ i tak była bardzo spóźniona, a do przebycia miała jeszcze ponad 

trzydzieści kilometrów.  

Nie  powinnam  się  zatrzymywać  w  Salem,  pomyślała.  To  tylko  kolejna  historyczna 

miejscowość,  jedna  z  wielu  w  tych  stronach.  Ale  poniewaŜ  pochodziła  z  Kalifornii,  gdzie 

„historyczny”  znaczyło  z  reguły  kilkudziesięcioletni,  ciągle  miała  ochotę  na  zwiedzanie 

prawdziwych zabytków. 

Salem zaciekawiło ją równieŜ z innego powodu.  

Nigdy nie fascynowany „ją czarownice, a tym bardziej muzea czarownic. Ale po lunchu 

w Hawthorne Hotel doszła do wniosku, Ŝe moŜe sobie pozwolić na krótką wycieczkę. Bardzo 

krótką. PrzecieŜ Muzeum Czarownic znajdowało się naprzeciwko hotelu.  

Mieściło się w budynku sprawiającym wraŜenie na poły gotyckiego, na poły romańskiego 

i, sądząc po tłumie oczekującym na wejście, było najwyraźniej duŜą atrakcją turystyczną. Nie 

cierpiała kolejek i chciała juŜ zrezygnować, gdy usłyszała fragment intrygującej rozmowy.  

–  To  przygnębiające  –  mówiła  jakaś  kobieta.  –  Wszyscy  ci  niewinni  ludzie  skazani  na 

ś

mierć. I za co? PrzecieŜ czarownice nie istnieją.  

– MoŜe i tak – odparła jej sąsiadka z błyskiem w oku.  

– A moŜe nie – dorzucił jej mąŜ.  

– Ja w kaŜdym razie w to nie wierzę – oświadczył kolejny rozmówca.  

– To dlaczego stoi pan w kolejce? 

– Po prostu z ciekawości.  

Usłyszawszy to Kayla dołączyła do oczekujących. RównieŜ była ciekawa.  

 

Godzina  spędzona  w  muzeum  tylko  wzmogła  tę  ciekawość.  Kayli  nie  mieściło  się  w 

głowie, Ŝe niecałe trzysta lat temu dziewiętnaścioro męŜczyzn i kobiet zostało powieszonych 

w Salem. Było to znacznie bardziej fascynujące, niŜ się spodziewała. Nie tylko fascynujące. 

Intrygujące i zatrwaŜające równieŜ.  

W  samochodzie  spojrzała  na  zegarek.  Postanowiła,  Ŝe  przejedzie  jeszcze Trasą  Pamięci, 

ale nie moŜe sobie pozwolić na kolejne postoje.  

Skąd miała wiedzieć, Ŝe trasa wiedzie obok Domu Siedmiu Szczytów? Zamierzała tylko 

zwolnić i rzucić okiem. Doszła jednak do wniosku, Ŝe powinna zatrzymać się na kilka minut.  

Oto  ten  legendarny,  dumnie  wznoszący  się  gmach,  z  szarymi  szczytami  malującymi  się 

background image

na tle błękitnego nieba. Kayla pospieszyła do wnętrza z grupą turystów.  

Przewodnik inteligentnie powiązał fakty historyczne z powieścią Hawthorne’a. Dom był 

piękny, ale Kayla wyszła z niego z uczuciem niepokoju, którego nie mogła się pozbyć.  

Znów czarownice, stwierdziła w duchu ponuro. Opowieść Hawthorne’a nawiązywała do 

procesów  w  Salem  w  1692  roku,  kiedy  to  niewinny  męŜczyzna  został  oskarŜony  o  czary, 

tylko dlatego Ŝeby pułkownik Pyncheon mógł przejąć jego majątek.  

Kayla uruchomiła samochód i włączyła ogrzewanie. DrŜała. Czy sprawiła to pogoda, czy 

myśli wywołane niedawną podróŜą w przeszłość? 

KsiąŜka przynajmniej zakończyła się szczęśliwie. Po wiekach rodziny pułkownika i jego 

ofiary  połączyły  się.  Kayla  włączyła  światła  i  z  niepokojem  patrzyła  w  zapadający  mrok. 

Niestety,  jej  wypad  w  świat  czarownic  z  Salem  wpłynie  na  teraźniejszość.  Spóźni  się  na 

spotkanie  z  Benem  Montgomerym.  Naprawdę  miała  wyrzuty  sumienia,  zwłaszcza  Ŝe 

odwołała poprzednie spotkania.  

Będzie  zły,  przypuszczała,  lecz  grzeczny.  Odpędziwszy  myśli  o  Salem  i  czarownicach, 

Kayla  skoncentrowała  się  na  osobie  prawnika.  Ich  korespondencja  była  tak  sztywna  i 

formalna,  Ŝe  mogła  go  sobie  niemal  wyobrazić:  chudego  i  przygarbionego,  w  okularach  w 

rogowej oprawie, łysiejącego i w lekko zalatującym stęchlizną ubraniu, ale szarmanckiego.  

No  cóŜ,  będzie  musiała  stawić  mu  czoło,  uprzejmie  przeprosić,  wziąć  klucze  do  domu 

ciotki i udać się tam.  

Chyba Ŝe pan Montgomery zmęczył się oczekiwaniem i poszedł do domu na herbatę.  

Nagle  zobaczyła  zieloną  tablicę  z  białym,  dobrze  widocznym  napisem:  New  Sussex, 

Massachusetts. Liczba mieszkańców: 9621.  

– Od dziś 9622 – powiedziała na głos Kayla i uśmiechnęła się.  

 

Benjamin  Montgomery  odepchnął  krzesło  od  biurka  i  spojrzał  na  zegarek,  a  później  na 

terminarz. Kayla Hartwell miała tu być o czwartej. Dochodziła piąta, a ona tym razem nawet 

nie raczyła zadzwonić.  

Podniósł swoje metr dziewięćdziesiąt z krzesła, przeciągnął się i opuścił rękawy koszuli. 

Był zirytowany, mimo iŜ przypomniał sobie, Ŝe jego klientka pochodzi z Kalifornii i zapewne 

nie ma nawyku punktualności. Wynikało to z jej dotychczasowego zachowania.  

–  Długo  jeszcze  posiedzisz?  –  W  drzwiach  stała  sekretarka,  Theresa  Fiore,  zapinając 

płaszcz i wkładając rękawiczki.  

– Trudno powiedzieć, Terrie. Czekam na panią Hartwell.  

Ben podszedł do okna i wyjrzał. Ulica była spokojna i pusta.  

– Mam nadzieję, Ŝe nie miała wypadku.  

– MoŜe po prostu utknęła w korku. Gdzieś tam są godziny szczytu, choć nie domyśliłbyś 

się tego, sądząc po ulicach New Sussex – odparła. – Czy mam zostać? 

– AleŜ nie. Idź do domu. Andy i dzieciaki pewnie juŜ cię wyglądają.  

– Mam nadzieję, Ŝe zaczęli szykować kolację. Dziś kolej na nich. – Terrie owinęła szalik 

wokół szyi. – Do zobaczenia rano, szefie.  

Ben kiwnął głową i pomachał do pleców Terrie, a jego myśli zaprzątnęła Kayla Hartwell. 

background image

Ta nieznajoma i dotychczas nie widziana klientka zaintrygowała go, choć uosabiała to, czego 

zawsze unikał – brak poczucia odpowiedzialności. Bez wątpienia, gdy ją pozna, zareaguje tak 

jak  zawsze.  Do  tego  czasu  pozwoli  sobie  na  błądzenie  myślami  wokół  nieznanego,  co  nie 

zdarzało mu się zbyt często.  

Tymczasem  Terrie  wyszła,  a  Ben  nie  przejął  się  tym,  Ŝe  nawet  nie  powiedział  jej  „do 

widzenia”.  W  ciągu  dziesięciu  lat  pracy  w  biurze,  a  nawet  wcześniej,  gdy  jeszcze  spotykała 

się z Andym, Terrie stała się niemal członkiem rodziny.  

Ben  i  Andy  Fiore  chodzili  razem  do  szkoły  średniej,  występowali  w  zwycięskich 

zespołach koszykówki i piłki noŜnej, a od czasu do czasu wciąŜ jeszcze grywali we dwójkę. 

W New Sussex w ciągu  tych lat niewiele się zmieniło. Chwilami Ben bolał, Ŝe tak było, ale 

coraz łatwiej przychodziło mu się z tym godzić.  

Popatrzył na odjeŜdŜającą Terrie, a potem znów opadł na krzesło pod olejnym portretem 

ojca. Klienci często wygłaszali uwagi na temat wyjątkowego podobieństwa rodzinnego – taki 

sam prosty nos, mocno zarysowane szczęki, chłodne zielone oczy i stanowczy podbródek.  

W  sekretariacie  wisiał  portret  dziadka  Bena.  Kilkoro  staruszków  jeszcze  go  pamiętało  i 

wszyscy  byli  zgodni  co  do  tego,  Ŝe  Ben  to  „wypisz  wymaluj  współcześnie  ubrany  starszy 

pan”.  

Ben znów spojrzał na zegarek i jego gniew na Kaylę Hartwell zaczął narastać. Gdyby nie 

ona,  byłby  juŜ  w  domu  i  siedziałby  przy  kominku  ze  szklaneczką  szkockiej,  słuchając 

muzyki.  Myślałby  o  telefonie  do  jednej  z  przyjaciółek  z  sąsiedniego  miasteczka  i  wspólnej 

wyprawie na kolację.  

Ben,  urodzony  i  wychowany  w  New  Sussex,  aŜ  za  dobrze  znał  komplikacje  związane  z 

umawianiem  się  z  miejscowymi  dziewczętami.  Ciotka  Lii  i  cała  reszta  rozplotkowanego 

miasteczka zaręczyłyby go w ciągu tygodnia, a oŜeniły po miesiącu. Jego taktyka była lepsza. 

Zapewniała  mu  swobodę  i  niepodejmowanie  zobowiązań.  Lubił  kobiety,  a  im  chyba  teŜ 

odpowiadały  jego  niewymuszone,  choć  nieco  ceremonialne  maniery.  Dotychczas  jednak  nie 

spotkał nikogo, na kim by mu naprawdę zaleŜało, nikogo, kto wywołałby przyspieszone bicie 

serca, jak wówczas, gdy był zakochanym nastolatkiem.  

Ben  czasami  musiał  sobie  przypominać,  Ŝe  serca  trzydziestopięcioletnich  męŜczyzn 

rzadko tak biją. Nauczył się Ŝyć ze świadomością, Ŝe miłość od pierwszego wejrzenia nigdy 

mu  się  nie  przytrafi,  a  zaangaŜowanie  się  to  luksus,  na  który  nie  moŜe  sobie  pozwolić,  w 

kaŜdym razie jeszcze nie teraz.  

Poza tym zawsze mam swoją „ucieczkę”, pomyślał i uśmiechnął się do siebie.  

RozwaŜał  włączenie  wysłuŜonej  maszynki  do  kawy,  ale  zrezygnował.  Postanowił  pójść 

do domu. Nie zamierzał dłuŜej czekać.  

Szybko  zmienił  plany  na  wieczór.  Kolacja,  długi  gorący  prysznic,  a  później  łóŜko. 

Poprzedniej nocy nie spał dobrze. Znów nawiedził go ten przeklęty sen, w którym tajemnicza 

kobieta przyzywała go do siebie. Prześladujące go od kilku tygodni sny były denerwujące, a 

jednak intrygowały go. Nie mógł wytłumaczyć sobie ich znaczenia.  

Były  to  zawsze  te  same  krótkie  sceny.  Ścigał  w  nich  kobietę,  nieuchwytną  jak  poranna 

mgła.  Gdy  próbował  jej  dotknąć,  budził  się.  Doskonale  ją  jednak  pamiętał.  Miała  w  sobie 

background image

pierwotną siłę, która paliła niczym ogień. Przyciągała i groziła zarazem.  

Po tym śnie nigdy juŜ nie był w stanie się zdrzemnąć, nawet w środku nocy. MoŜe dziś 

będzie spał jak kłoda. Tego właśnie potrzebował – ale czy na pewno? Tajemnicza kobieta ze 

snu fascynowała go bardziej niŜ ktokolwiek, kogo znał na jawie.  

Ben  znów  spojrzał  na  zegarek  i  sięgnął  po  płaszcz.  Wtedy  ujrzał  światła  samochodu, 

zatrzymującego się przed biurem. Zanim gość doszedł do stopni, Ben był juŜ w sekretariacie.  

Otworzył drzwi. Gwałtowny podmuch wiatru niemal wwiał do środka młodą kobietę. Ben 

zaniemówił.  

Przez  jedną  cudowną  chwilę  jego  serce  tłukło  się  jak  oszalałe...  Szybko  opanował  się  z 

nadzieją,  Ŝe  jego  reakcja  pozostała  nie  zauwaŜona,  i  popatrzył  badawczo,  ale  mniej 

natarczywie, na stojącą przed nim kobietę.  

Była  niezwykła.  Jej  potargane  blond  włosy  wiły  się  wokół  twarzy.  Miała  oczy  koloru 

niewiarygodnie  błękitnego  letniego  nieba,  a  policzki  zaróŜowione  od  zimna.  Ubrana  była  w 

dŜinsy,  sweter  i  Ŝakiet,  elegancki,  lecz  niedostatecznie  ciepły  na  przedwiośnie  w 

Massachusetts. Dostrzegł zgrabną, a zarazem po kobiecemu zaokrągloną sylwetkę.  

Bena poruszyło jednak coś innego. Stojąca przed nim kobieta była ucieleśnieniem zjawy, 

która ostatnio nawiedzała go w snach.  

–  Pan  Montgomery?  –  spytała,  wyciągając  rękę  i  marszcząc  lekko  czoło  na  widok  jego 

uporczywego spojrzenia. Ben oprzytomniał i ujął jej dłoń. Była miękka, lecz silna.  

–  Tak.  Nazywam  się  Ben  Montgomery,  a  pani  jest  zapewne  panią  Hartwell?  –  Czuł  się 

jak idiota. Kim innym mogłaby być? 

– Tak, jestem Kayla – odparła z uśmiechem. – Przepraszam za spóźnienie, ale coś mnie 

zatrzymało...  

–  Nie  szkodzi.  I  tak  miałem  pracować  dziś  wieczór  –  skłamał.  Wreszcie  z  ociąganiem 

puścił jej dłoń. Weszli do gabinetu.  

Popatrzyła  na  krzesła  o  wysokich  oparciach,  biurko  z  ruchomym  blatem  i  półki  pełne 

oprawnych w skórę tomów. Potem zatrzymała wzrok na portrecie.  

– Pański ojciec? 

–  Tak  –  kiwnął  głową  Ben.  –  A  w  sekretariacie  wisi  portret  mego  dziadka.  Prawnicy  z 

rodziny  Montgomerych  działali  juŜ  w  czasach  purytańskich.  –  Z  zaskoczeniem  usłyszał 

przepraszającą nutę w swoim głosie.  

– Ciotka Elinor była jedyną moją krewną z Nowej Anglii, którą kiedykolwiek widziałam. 

Gdy byłam małą dziewczynką, przyjechała raz do Kalifornii na święta BoŜego Narodzenia.  

– Czy była pani kiedyś w New Sussex? Potrząsnęła przecząco głową.  

– To moja pierwsza podróŜ.  

– Zabawne. Mam wraŜenie, Ŝe gdzieś juŜ panią widziałem. – Musi być jakieś racjonalne 

wyjaśnienie tego, Ŝe śnił o niej, zanim się spotkali, pomyślał.  

–  Nie,  nie  spotkaliśmy  się.  –  Kayla  zmarszczyła  lekko  brwi,  a  jej  oczy  nagle  stały  się 

czujne i podejrzliwe.  

Ben  odwrócił  wzrok,  wiedząc,  Ŝe  jego  słowa  zabrzmiały  jak  wyświechtany  frazes. 

Zakłopotany, zmienił temat.  

background image

– Z testamentu pani ciotki wynika, Ŝe bardzo panią lubiła.  

– Myślę, Ŝe tak, choć nigdy mnie nie wyróŜniała. Mama wysyłała jej od czasu do czasu 

zdjęcia rodziny i wymienialiśmy karty na święta.  

Ben  westchnął.  MoŜe  widział  fotografię  Kayli  u  jej  ciotki.  Kiedy  dowiedział  się,  Ŝe 

dziewczyna przyjeŜdŜa do New Sussex, podświadomość podsunęła mu jej obraz.  

–  Mam  starszego  brata  i  siostrę  –  powiedziała.  –  Nie  wiem,  dlaczego  ciotka  Elinor 

zapisała dom właśnie mnie.  

Ben wziął do ręki testament.  

–  To  wyjątkowo  jasna  sprawa.  Jest  pani  jedyną  właścicielką  domu  i  umeblowania.  Pani 

rodzeństwo otrzymuje trochę akcji i biŜuterii, ale dom naleŜy wyłącznie do pani.  

– A ja nie mogę się doczekać, Ŝeby  go zobaczyć. Właściwie zamierzam wprowadzić się 

tam juŜ dzisiaj.  

– Nie jestem pewien, czy to rozsądne – zmarszczył brwi Ben.  

–  Dlaczego?  Czy  coś  jest  nie  tak?  –  W  błękitnych  oczach  pojawił  się  niepokój,  który 

zmienił ich barwę na szaroniebieską.  

–  Nie,  wszystko  w  porządku  –  zapewnił  i  przerwał,  podziwiając,  jak  jej  oczy  znów 

promienieją.  –  Po  prostu  dom  był  przez  pewien  czas  nie  zamieszkany  i  myślę,  Ŝe  lepiej  go 

obejrzeć  po  raz  pierwszy  przy  świetle  dziennym.  Radzę  pani  pojechać  do  Salem  i 

przenocować w motelu.  

– Nie – szybko i z naciskiem odparła Kayla. – Nie ma powodu. PoniewaŜ zamierzam tu 

osiąść i prowadzić sklep z antykami, mogę równie dobrze zacząć przyzwyczajać się do domu 

juŜ teraz.  

Ben,  zajęty  obserwowaniem  Kayli,  nie  zwracał  zbytniej  uwagi  na  jej  słowa.  Był 

zafascynowany  zmieniającym  się  kolorem  jej  oczu,  dołeczkami,  które  pojawiały  się  niemal 

magicznie,  gdy  się  uśmiechała,  i  piegami  na  nosie.  Ciekaw  był,  jak  by  zareagowała,  gdyby 

powiedział, Ŝe wyszła prosto z jego snu.  

Ponownie koncentrując się na rozmowie, pojął znaczenie jej ostatnich słów.  

– Niech mi pani nie mówi, Ŝe zamierza pani osiedlić się w New Sussex? 

–  Oczywiście,  Ŝe  tak.  Dlaczego,  u  licha,  miałabym  sprzedawać  dom  ciotki  Elinor? 

Właśnie go odziedziczyłam.  

– No cóŜ, poniewaŜ nigdy tu pani nie mieszkała i wydaje się pani taka... taka...  

– Młoda? – wpadła mu w słowo. – Niedoświadczona? Słaba? Nieudolna? 

Ben  podniósł  rękę,  przeraŜony,  Ŝe  w  oczach  koloru  letniego  nieba  mogą  pojawiać  się 

równieŜ chmury burzowe.  

–  Nie.  Po  prostu...  –  wycofał  się  szybko  i  szukał  słów  zachęty.  –  Jestem  pewien,  Ŝe  ma 

pani doświadczenie w handlu antykami – zaryzykował.  

–  Nie  mam  Ŝadnego  doświadczenia  w  prowadzeniu  tego  rodzaju  sklepu.  –  Kayla 

podniosła  na  niego  wyzywająco  oczy.  Nie  spodziewała  się  takich  pytań  od  sympatycznego 

prawnika  rodziny.  Musiała  jednak  przyznać,  Ŝe  Ben  Montgomery  nie  przypominał  osoby, 

którą  sobie  wyobraziła.  Nie  myślała,  Ŝe  będzie  młody,  wysoki  i  przystojny,  o  wspaniałych, 

szarozielonych, zmysłowych oczach.  

background image

To było całkiem miłe. Nie podobał jej się natomiast dziwny sposób, w jaki na nią patrzył, 

niemal tak jakby widział zjawę. Zaczynała się czuć nieswojo. Zastanawiała się, czy wie o niej 

coś, o czym nie mówi.  

– W kaŜdym razie pewnie prowadziła pani jakiś sklep – sondował.  

Zabrzmiało to raczej jak pytanie niŜ stwierdzenie i zirytowało ją. Naprawdę nie widziała 

potrzeby tłumaczenia się przed nim. Zawahała się przez chwilę, a potem odparła: 

– Niezupełnie, ale do dwudziestego szóstego roku Ŝycia podejmowałam się róŜnych prac, 

niektóre  były  całkiem  odpowiedzialne.  –  I  zanim  zadał  kolejne  pytania,  dodała:  –  To 

naprawdę nie ma znaczenia. Liczy się tylko to, Ŝe zamierzam osiągnąć tu sukces. KaŜdy musi 

gdzieś  zacząć.  A  wiec  –  ciągnęła  z  wymuszonym  uśmiechem  –  chciałabym  dostać  klucze 

teraz,  jeśli  nie  ma  pan  nic  przeciwko  temu.  Jestem  na  nogach  od  piątej  rano  i  marzę  o 

odpoczynku.  

– Oczywiście. – Ben zaczął szperać w szufladzie w poszukiwaniu kluczy do domu Elinor 

Hartwell.  –  Po  prostu  przypuszczałem,  Ŝe  przyjechała  pani  uporządkować  sprawy  ciotki, 

obejrzeć dom i sprzedać go.  

–  Niech  pan  nigdy  nie  przypuszcza  –  powiedziała  Kayla,  tym  razem  z  gorzko-słodkim 

uśmiechem.  –  Nie  nauczyli  pana  tego  na  studiach?  ZałoŜę  się,  Ŝe  był  to  Harvard  –  dodała 

niemal złośliwie.  

– Istotnie – odparł Ben, zarumieniwszy się lekko. Kayla odczuła satysfakcję. A jednak mu 

dopiekła.  

Nie wiedziała, dlaczego tak ją to cieszy. Chyba go jednak nie zniechęciła.  

–  Powinna  pani  zrozumieć,  Ŝe  kancelaria  „Montgomery”  próbuje  troszczyć  się  o  coś 

więcej niŜ podstawowe sprawy swoich klientów – wyjaśnił. – Zawsze byliśmy z tego dumni. 

Miałbym wraŜenie, Ŝe źle wykonałem swoją pracę, gdybym nie poinformował pani o ryzyku 

związanym  z  rozpoczynaniem  interesów  w  New  Sussex,  zwłaszcza  przy  pani  niewielkim 

doświadczeniu.  

Zabrzmiało  to  wyniośle  i  bardzo  protekcjonalnie.  Kayla  chciała  znów  zaatakować,  lecz 

zdobyła się na ponury uśmiech i przypomniała mu: 

– Nie niewielkim doświadczeniu, panie Montgomery – braku doświadczenia.  

Ben  na  swoje  nieszczęście  zignorował  ton  jej  głosu,  ale  był  podniecony  i  zdecydowany 

podzielić się swą wiedzą.  

– Jestem pewien, Ŝe zna pani dane statystyczne dotyczące nowych przedsięwzięć. Niemal 

dziewięćdziesiąt procent z nich upada. Większość jest niedoinwestowana, a to akurat nam nie 

grozi.  

– Nam? – Kayla nie mogła uwierzyć własnym uszom.  

–  Gdyby  zechciała  pani  przyjść  jutro,  przejrzę  aktywa,  opracuję  dla  pani  kilka  opcji  i 

sporządzę wykaz sklepów w okolicy... – ciągnął ze znawstwem.  

–  Wyjaśnię  pani,  jak  zdobyć  klientelę  –  to  bardzo  waŜne.  Chciałbym  teŜ 

skomputeryzować inwentarz pani ciotki. – Być moŜe się popisywał, ale był przeświadczony o 

swojej wiedzy.  

Usłyszawszy to Kayla wstała gwałtownie, a jej niebieskie oczy ciskały błyskawice.  

background image

– Panie Montgomery – skandowała kaŜdą sylabę – przyszłam tu po klucze do domu mojej 

ciotki, nie na wykład z ekonomii. Proszę mi wierzyć, dość się juŜ nasłuchałam od rodziców i 

przyjaciół  w  Kalifornii  i  niech  pan  sobie  nie  wyobraŜa,  Ŝe  jest  pan  w  stanie  namalować 

czarniejszy obraz niŜ oni.  

Kayla poczuła tak gwałtowny przypływ nieoczekiwanego gniewu, Ŝe głos jej drŜał, choć 

próbowała  się  opanować.  Ten...  ten  nieznajomy  pouczał  ją,  jak  ma  Ŝyć.  Nie,  nie  tylko 

pouczał, próbował przejąć kontrolę. O, nie, tego nie mogła ścierpieć – ani ze strony rodziny, 

ani od przyjaciół, ani od Bena Montgomery’ego.  

Ben próbował odpowiedzieć, ale nie dała mu szansy.  

–  W  końcu  –  ciągnęła  –  oni  znają  mnie  bardzo  dobrze  i  mają  prawo  udzielać  rad. 

Chciałabym  zauwaŜyć,  Ŝe  jest  pan  wyjątkowo  zarozumiały.  Dziś  zobaczyłam  pana  po  raz 

pierwszy  w  Ŝyciu.  Dotychczas  kontaktowaliśmy  się  listownie  i  kilkakrotnie  rozmawiałam 

przez telefon z pańską sekretarką.  

–  A  czy  ja  mogę  zauwaŜyć,  Ŝe  te  rozmowy  dotyczyły  odwoływania  spotkań,  co  niezbyt 

dobrze  świadczy  o  kimś,  kto  chce  odnieść  sukces  w  interesach?  –  przerwał  jej  gwałtownie 

Ben.  

To cios poniŜej pasa, pomyślała Kayla, a jego zadowolenie z siebie rozzłościło ją na tyle, 

Ŝ

e odpowiedziała, choć miała świadomość. Ŝe stoi na niepewnym gruncie: 

–  Obawiam  się,  Ŝe  wyciąga  pan  zbyt  pochopne  wnioski,  panie  Montgomery,  a  to  nie 

wystawia panu najlepszego świadectwa. Naprawdę miałam powody do odwoływania spotkań.  

– To brzmi trochę defensywnie, pani Hartwell.  

– Jeśli tak, mam do tego powód. Znam pana od kilkunastu minut, a pan juŜ zdecydował, 

Ŝ

e  sklep  prawdopodobnie  splajtuje  z  powodu  mego  braku  doświadczenia.  Nawet  gdyby  pan 

miał prawo mnie osądzać – a nie ma pan – jest pan w błędzie. Mogę odnieść sukces i wiem, 

Ŝ

e tak będzie.  

Ben Montgomery zazwyczaj nie wpadał szybko w złość. Teraz jednak miał ochotę złapać 

Kaylę za te prześliczne ramiona i potrząsnąć nią. Była tak irytująca  w swym zdecydowaniu, 

aby go nie słuchać. Gdyby się uspokoiła, zrozumiałaby, Ŝe on chce jej pomóc.  

Najwidoczniej nie miała zamiaru się uspokoić. Głęboko odetchnąwszy spytała? 

–  Da  mi  pan  klucze  czy  będę  je  musiała  wziąć  sama?  Potrafię  to  zrobić,  naprawdę...  – 

zawiesiła dramatycznie głos – mam czarny pas w karate.  

Ben poczuł drgający mu na wargach uśmiech, ale starał się go stłumić.  

–  PoniewaŜ  zniszczyła  mnie  pani  werbalnie,  nie  chcę  dopuścić  do  rękoczynów.  Oto 

klucze.  

Kayla pochwyciła je i wepchnęła do kieszeni.  

–  Zwalniam  pana  od  dalszej  odpowiedzialności  za  posiadłość  –  powiedziała  sztywno.  – 

Ewentualny  rachunek  proszę  przesłać  pod  adresem  mojej  ciotki.  –  Z  tymi  słowami  obróciła 

się na pięcie i wyszła z podniesioną głową.  

Ben popatrzył za nią, zastanawiając się, co się z nim, u licha, stało. Kiedy wiatr wwiał do 

biura potarganą piękność, która wyglądała jakby wyszła wprost z jego snu, doznał szoku. Ale 

nawet  wtedy,  gdy  przezwycięŜył  oszołomienie  na  widok  dziwnie  znajomej  uroczej  twarzy, 

background image

nic nie poszło tak jak naleŜy.  

Nie zamierzał jej zraŜać. Chciał tylko pomóc. Westchnął. No, niezupełnie. Chciał zrobić 

na niej wraŜenie. Zamiast tego rozwścieczył ją. Sprawy wyśliznęły mu się z ręki.  

Ale,  do  licha,  ona  mogła  doprowadzić  do  szału.  Rozmyślnie  ignorowała  wszystko,  co 

mówił.  Nie  był  do  tego  przyzwyczajony.  Dziwna  kobieta.  Przybyła  do  obcego  miasta, 

uwaŜając, Ŝe wie wszystko, nie chcąc słuchać rad, najlepszych rad.  

Ben opadł na krzesło i uśmiechnął się do siebie. Jedno było pewne: nie wyszła jeszcze z 

jego Ŝycia. Czekał cierpliwie.  

Po kilku minutach drzwi otworzyły się i przed biurkiem pojawiła się Kayla. Spojrzał na 

nią i stłumił uśmiech, próbując nie okazywać zbyt wielkiej satysfakcji.  

–  Musi  pani  pojechać  główną  ulicą  obok  poczty  i  skręcić  w  ulicę  Mulberry,  drugą 

poprzeczną na prawo. Dom stoi na rogu. Jest duŜy, biały, drewniany. Nie moŜna nie trafić. – 

Gdy wychodziła, rzucił za nią: – Witam w New Sussex, pani Hartwell.  

Podszedł  do  okna  i  patrzył  na  odjeŜdŜający  samochód,  pewny,  Ŝe  ją  jeszcze  zobaczy. 

Kayla  Hartwell  wyszła  z  jego  snu  wprost  w  jego  Ŝycie.  Była  niewiarygodnie  pociągająca,  a 

zarazem  niebezpieczna,  i  miał  przeczucie,  Ŝe  z  jej  powodu  jego  Ŝycie  juŜ  nigdy  nie  będzie 

takie samo.  

 

Kayla  skręciła  w  opustoszałą  główną  ulicę.  śałowała  nagłego  wybuchu.  Nie  miała 

zwyczaju się złościć i teraz czuła się zakłopotana. Po prostu nie mogła się powstrzymać. To 

właśnie było tak dziwne i niezrozumiałe. Ten męŜczyzna miał w sobie coś, co ją intrygowało.  

Ben  był  pierwszą  osobą,  którą  spotkała  w  New  Sussex,  i,  było  to  okropne  spotkanie. 

Straciła zupełnie panowanie nad sobą. Wszystko przez to, Ŝe udzielił jej rady – być moŜe nie 

w porę i zbyt obcesowo, ale miał pewnie dobre intencje. Nie mógł wiedzieć o tym, Ŝe tylko 

powtarza przestrogi jej bliskich z Kalifornii: AleŜ Kaylo, kochanie, miałaś juŜ tyle prac... Nie 

masz Ŝadnego doświadczenia w prowadzeniu interesów... Znudzi cię to w miesiąc...  

Teraz słyszała ich głosy podobnie jak podczas drogi do New Sussex. Nikt nie chciał, Ŝeby 

tu przyjeŜdŜała. Wszyscy sądzili, Ŝe poniesie klęskę.  

Ben Montgomery najwidoczniej dołączył do nich po spędzeniu z nią zaledwie kilkunastu 

minut. Gniew Kayli znów dał znać o sobie. Kim był, Ŝeby tak szybko osądzać ludzi? 

Pomyślała  o  swym  upokorzeniu,  gdy  musiała  wrócić  po  wskazówki,  jak  dojechać. 

Zachował  się  tak  wyniośle,  Ŝe  postanowiła  nie  przepraszać.  W  New  Sussex  muszą  być  inni 

prawnicy.  

Zmyliła drogę, co jeszcze bardziej popsuło jej humor. Ponownie przeczytała zanotowane 

wskazówki. Nie były skomplikowane. Po prostu nie uwaŜała. Następstwa spotkania z Benem 

Montgomerym dawały o sobie znać.  

Wreszcie  odnalazła  ulicę  i  zobaczyła  dom.  W  tym  momencie  zapomniała  o  całym 

ś

wiecie.  Dwupiętrowy,  tajemniczo  oświetlony  nikłym  światłem  księŜyca,  zdawał  się 

zapraszać do wejścia.  

Kayla wjechała na Ŝwirowany podjazd i wyłączyła światła samochodu.  

– CóŜ – powiedziała miękko do siebie. – Witaj w domu, Kaylo.  

background image

Trudno byłoby to nazwać radosnym przyjazdem. Nie było nikogo, kto odpowiedziałby na 

jej powitanie, ani otwartych zapraszająco drzwi, ani nawet światła oświetlającego podjazd.  

Kayla  sięgnęła  po  latarkę  i  otworzyła  drzwi  samochodu.  Właśnie  wtedy  wschodzący 

księŜyc  skrył  się  za  chmurami  i  jej  niepokój  nasilił  się.  Była  jednak  podekscytowana.  Ten 

dom  stanowił  klucz  do  nowego  Ŝycia.  Czuła  to  i  nie  miała  zamiaru  dać  się  zniechęcić. 

Nikomu.  

Wiedziała,  Ŝe  sklep  z  antykami  zajmuje  parter  frontowej  części  domu,  pchnęła  więc 

skrzypiącą metalową furtkę i skierowała się na tyły. Droga była zarośnięta zielskiem i trawą, 

ale Kayla jakoś dotarła do tylnej werandy.  

Stopnie  trzeszczały,  a  podłoga  werandy  lekko  się  ugięła.  Kayla  nie  przeraziła  się  tym. 

Wypróbowała kilka kluczy, zanim znalazła właściwy.  

Odetchnąwszy głęboko pchnęła drzwi i weszła do domu.  

Przekręciła kontakt.  

– Do licha – mruknęła. Powinna była się domyślić, Ŝe wyłączono elektryczność. Dom był 

teŜ prawie na pewno pozbawiony ogrzewania i wody.  

Przesunęła  światłem  latarki  po  kuchni.  Była  duŜa  i  zatrwaŜająco  staroświecka.  Ale 

zobaczyła  teŜ  całkiem  nowy  piecyk  i  lodówkę.  Przekręciła  kurek  nad  zlewem.  W  rurach 

niepokojąco zabulgotało i zajęczało, a potem popłynął strumień rdzawej wody.  

Zakręciła  kurek  i  ponownie  rozejrzała  się  po  kuchni.  W  pobliŜu  drzwi  zauwaŜyła 

termostat  piecyka.  OdwaŜyła  się  go  włączyć.  Na  próŜno.  Ale  w  kuchni  był  kominek  i  to 

napełniło ją otuchą, zanim nie zobaczyła, Ŝe stojący obok pojemnik na drewno jest pusty.  

W  kuchni  było  jednak  coś,  co  podniosło  ją  na  duchu.  W  rogu  w  pobliŜu  kominka  stało 

biurko. Być moŜe ciotka Elinor siadywała wieczorami przy ogniu, prowadząc rachunki. Kayla 

postanowiła zatrzymać w pamięci ten obraz. Sądząc po wyglądzie domu, będzie potrzebowała 

tego rodzaju wizji, aby się nie załamać.  

Otworzyła drzwi obok kominka i znalazła się w ciemnej wąskiej sieni. KrąŜyła po niej, aŜ 

znalazła kolejne drzwi. Pchnąwszy je weszła do pokoju.  

Krzyk trwogi uwiązł w jej gardle, a potem sparaliŜował ją strach – ktoś tu był.  

Trwało  to  moment.  Potem  odwróciła  się  i  zaczęła  biec  przez  sień.  Biegnąc  zobaczyła  w 

myśli siebie w drzwiach pokoju w niebieskim Ŝakiecie i z burzą jasnych włosów. Zatrzymała 

się. Obca postać w pokoju była jej odbiciem.  

OdwaŜnie powróciła, otworzyła drzwi i stanęła naprzeciwko bogato zdobionego lustra w 

pozłacanej  ramie.  Znów  zobaczyła  swoje  odbicie  w  zmatowiałym  szkle,  ale  tym  razem 

roześmiała się.  

– Widać, jaka jesteś zmęczona – powiedziała do siebie – skoro dostrzegasz to, czego nie 

ma. – Głos odbił się echem, szarpiąc jej nerwy.  

– Lepiej stąd wyjdę – oznajmiła głośno, by dodać sobie otuchy – zanim całkiem zwariuję.  

Ale  ciekawość  zatrzymała  ją.  Pokój  był  interesujący,  mogła  to  ocenić  na  podstawie 

jednego mignięcia latarką. Sądząc po niskim suficie i poczerniałych kamieniach na kominku, 

był  prawdopodobnie  starszy  od  reszty  domu.  Meble  pochodziły  z  róŜnych  epok,  od 

siedemnastego  do  dziewiętnastego  wieku.  Niektóre  pewnie  naleŜą  do  sklepu,  pomyślała,  ale 

background image

nie miała zamiaru oglądać ich teraz. Dość emocji na jeden wieczór.  

Wycofała  się  do  sieni  i  właśnie  doszła  do  kuchni,  gdy  usłyszała  pukanie.  Opanowała 

przeraŜenie  i  spróbowała  myśleć  rozsądnie.  Demony  na  ogół  nie  pukają,  podobnie  jak 

złodzieje i mordercy. Był to więc ktoś znajomy.  A do tej pory poznała w New Sussex tylko 

jedną osobę.  

background image

ROZDZIAŁ 2 

 

Kayla  oświetliła  latarką  drzwi  kuchni.  Przez  zmatowiałe  szkło  ujrzała  Bena 

Montgomery’ego w trenczu z podniesionym kołnierzem i z brązowymi, wilgotnymi od mgły 

włosami.  

Ucieszyła  się  na  widok  Bena,  ale  mocno  przeŜyła  ich  pierwsze  spotkanie  i  postanowiła 

tego nie okazywać. A juŜ na pewno nie zamierzała przyznać się, Ŝe widziała duchy.  

Otworzyła ostroŜnie drzwi.  

–  Przyniosłem  prezenty  –  oznajmił  Ben.  Wszedł  do  kuchni  i  skierował  się  w  stronę 

kominka  z  naręczem  drewna  do  podpałki  i  kilkoma  małymi  polanami.  –  Podejrzewałem,  Ŝe 

pojemnik na drewno jest pusty. – Przyklęknął i natychmiast zaczął rozniecać ogień.  

Kayla zastanawiała się, czy wiedział równieŜ o tym, Ŝe nie ma elektryczności i leci tylko 

wąska  struŜka  rudej  wody,  ale  nic  nie  powiedziała.  Dobrze,  Ŝe  będzie  miała  ogień,  który 

zapewni trochę ciepła na pierwszą noc w New Sussex.  

– Dzięki – wykrztusiła wreszcie. – To ciepło pomoŜe mi przetrwać noc.  

Ben uniósł głowę znad ognia, który szybko rozpalił.  

– Chyba nie zamierza pani tu zostać? 

– Oczywiście, Ŝe tak – odparła buntowniczo.  

–  Myślałem,  Ŝe  jak  zobaczy  pani  dom...  Właściwie  nie  zdecydowała  jeszcze,  czy  trwać 

przy pierwotnym planie, czy nie, ale gdy tylko o tym wspomniał, klamka zapadła.  

– Zostaję. Będę tu koczować w śpiworze.  

– Nie sprawia pani wraŜenia osoby... – zaczął i przerwał.  

–  Pozory  mogą  mylić  –  powiedziała  oschle.  –  A  czy  nie  postanowiliśmy,  Ŝe  najlepiej 

niczego nie przypuszczać? 

–  Przynajmniej  jedno  z  nas  to  zrobiło  –  odparł.  To  dziwne,  pomyślał,  Ŝe  samo 

przebywanie w towarzystwie tej kobiety przyprawia go o zawrót głowy.  

Gdy ogień rozpalił się na dobre, ogrzewając kuchnię i rozpraszając mrok, wstał z klęczek. 

W nikłym świetle nie widział jednak Kayli tak wyraźnie, jak tego pragnął.  

Stała  przy  ogniu  i  ogrzewała  dłonie.  Blask  bijący  od  kominka  tańczył  na  jej  włosach  i 

chwilami  kusząco  opromieniał  twarz.  Ben  postanowił  zignorować  napięcie  między  nimi. 

Wcześniejsza utarczka nie doprowadziła do niczego.  

–  MoŜe  rzucimy  nieco  światła  na  całą  sprawę?  –  zaproponował  na  swój  najbardziej 

niedbały sposób, po czym podszedł do drzwi i przekręcił kontakt, oświetlając pokój.  

– Jak pan... ? – Kayla otworzyła szeroko oczy ze zdziwienia.  

– Zaraz po pani wyjściu zadzwoniłem do elektrowni.  

– Ale jest juŜ po godzinach pracy.  

–  Chodziłem  do  szkoły  średniej  z  kierownikiem  nocnej  zmiany  –  roześmiał  się  Ben.  – 

Wie pani, jak to jest w małych miasteczkach.  

–  Nie,  nie  wiem.  Ale  jeśli  właśnie  tak,  myślę,  Ŝe  to  mi  się  spodoba.  Dzięki  –  dodała 

miękko. – Mam nadzieję, Ŝe wybaczy mi pan moje zachowanie w biurze. Proszę mi wierzyć, 

background image

zazwyczaj taka nie jestem. To był naprawdę cięŜki dzień.  

Spojrzał na nią z góry, taką małą, kruchą i słabą. Miał ochotę wyciągnąć rękę, poprawić 

jej potargane jasne włosy i zdjąć pajęczynę z policzka. Zamiast tego powiedział: 

–  Właściwie  przyszedłem,  Ŝeby  panią  przeprosić  za  moje  kazanie.  Miała  pani  rację, 

zachowałem  się  nieodpowiednio.  To  pani  sprawa,  co  pani  robi.  Na  swoją  obronę  muszę 

jednak powiedzieć, Ŝe jestem przyzwyczajony do dawania rad.  

– I do tego, Ŝe ludzie się do nich stosują? – zaŜartowała.  

–  Właśnie.  W  ten  sposób  zarabiam  na  Ŝycie.  Ale  pani  nie  prosiła  o  radę.  Jestem 

przekonany, Ŝe bardzo starannie przemyślała pani całe przedsięwzięcie.  

–  Tak  –  potwierdziła.  Usiłowała  nie  zauwaŜać  wielkiej  staroświeckiej  kuchni.  –  Przez 

ostatnie miesiące otrzymałam tyle rad, Ŝe wystarczą mi do końca Ŝycia. Pan jednak nie mógł o 

tym wiedzieć.  

–  Zacznijmy  więc  od  nowa.  –  Ben  wyciągnął  rękę.  –  Nazywam  się  Ben  Montgomery. 

Witaj w New Sussex.  

– Halo, Ben. Jestem Kayla Hartwell. – Znów zobaczyła, jak zielone są jego oczy, i przez 

chwilę miała wraŜenie, Ŝe się zarumienił.  

Musiał to być blask ognia na jego twarzy. MęŜczyźni tak pewni siebie i tak przystojni jak 

Ben  Montgomery  nie  rumienią  się.  W  kaŜdym  razie  Kayla  nie  miała  takich  doświadczeń. 

Przeciwnie,  zazwyczaj  w  takiej  chwili  przechodzili  do  ofensywy.  To  pokrzepiające,  Ŝe  Ben 

chciał  tylko  słuŜyć  pomocą,  bez  Ŝadnych  ukrytych  zamiarów.  Nie  miała  pojęcia,  w  jaki 

sposób ich pierwsze spotkanie wymknęło się im spod kontroli, ale teraz wszystko wydawało 

się w porządku.  

– Czego jeszcze potrzebujesz? – spytał. – Oczywiście, telefonu.  

– Przydałoby się teŜ ogrzewanie.  

– Ma się rozumieć.  

– I mogą być kłopoty z wodą.  

– Zanotowałem. Zajmę się wszystkim z samego rana.  

– śartujesz.  

–  AleŜ  nie  –  uśmiechnął  się  szeroko.  –  Jak  widzisz,  to  nie  jest  duŜe  miasto.  Pogadam  z 

Andym Fiore, a on przyśle tu o świcie ekipę.  

ZauwaŜywszy jej zdziwione spojrzenie dodał: 

–  Andy  i  ja  jesteśmy  starymi  przyjaciółmi,  a  jego  Ŝona  pracuje  u  mnie.  Andy  jest  teŜ 

szefem słuŜb miejskich.  

– Dobrze mieć przyjaciół na stanowiskach. Bardzo dziękuję.  

–  Jestem  po  prostu  dobrym  sąsiadem  –  zaŜartował,  stawiając  ekran  przed  kominkiem.  – 

Teraz wyjmiemy twoje rzeczy z samochodu i odpoczniemy przy kolacji.  

–  To  brzmi  wspaniale  –  powiedziała  Kayla.  Lunch  zdawał  się  tak  odległy.  –  Przyjmij 

moje zaproszenie do najlepszej restauracji wmieście jako propozycję pojednania.  

Ben zaczął się śmiać.  

– O co chodzi? – nie wiedziała, co go tak rozbawiło.  

– W New Sussex jest tylko jedna restauracja, którą otwierają wyłącznie w porze śniadania 

background image

i lunchu – wyjaśnił. – Na obrzeŜach miasta jest bar przy parkingu cięŜarówek, ale to daleko 

stąd.  

– Och, wiec dlaczego...  

–  Zaprosiłem  cię  na  kolację?  –  dokończył.  –  PoniewaŜ  mam  jedną  z  najlepiej 

zaopatrzonych  lodówek  w  mieście  i  chociaŜ  nie  mogę  ci  zaproponować  Ŝadnej  nowinki 

kulinarnej, gwarantuję, Ŝe znajdzie się coś ciepłego i poŜywnego.  

– Nie, nie mogłabym... – zaczęła Kayla.  

–  Oczywiście,  Ŝe  mogłabyś  –  przerwał.  –  I  ja  teŜ.  To  moja  gałązka  oliwna.  A  teraz 

rozładujmy samochód, zanim umrzemy z głodu. Ja równieŜ nic nie jadłem. Miałem kłopoty z 

nową  klientką.  –  Uniósł  jedną  brew  i  uśmiechnął  się  ujmująco.  Kayla  nie  była  w  stanie 

odmówić.  

 

Odchyliwszy  się  do  tyłu  w  wielkim  fotelu  na  biegunach,  Kayla  westchnęła  z 

zadowoleniem.  Pokój  wypełniała  muzyka  Mozarta,  a  na  kominku  buzował  jasny  ogień. 

Pociągnęła  łyk  francuskiego  koniaku  i  usiłowała  ukryć  zdziwienie,  które  towarzyszyło  jej 

przez cały wieczór.  

Ben  Montgomery  z  pewnością  nie  był  zasuszonym  staruszkiem.  RównieŜ  pod  innymi 

względami  znacznie  się  róŜnił  od  osoby,  którą  sobie  wyobraziła.  Był  dobrym  kucharzem  – 

wprawdzie  nie  smakoszem,  ale  steki  i  sałatka  były  znakomite  i  poŜywne.  Jego  zamiłowanie 

do muzyki klasycznej nie zaskoczyło Kayli, a upodobanie do utworów Mozarta wyjątkowo jej 

odpowiadało, poniewaŜ był to równieŜ jej ulubiony kompozytor.  

W Kalifornii Kayla byłaby czujna. Nie bez powodu. Wspaniała kolacja, zainteresowanie 

Mozartem, wszystko to mogło stanowić uwerturę do seksualnej opery. Ale ten wieczór nie był 

zaplanowany i jego przebieg nie budził zastrzeŜeń.  

Czuła  się  wspaniale.  Ben  usadowił  się  na  kanapie  naprzeciwko,  pociągnął  łyk  koniaku  i 

uśmiechnął  się.  Śmiało  wpatrywała  się  w  swego  gospodarza  i  podziwiała  jego  urodę.  Miał 

wyraziste  rysy  twarzy,  wystające  kości  policzkowe,  mocny  podbródek,  wydatny  nos  i 

zmysłowe usta o pełnej dolnej wardze. I te oczy, szarozielone o długich czarnych rzęsach.  

Zdjął marynarkę, rozluźnił krawat i podwinął rękawy koszuli. Ujrzała smukłe, lecz dobrze 

umięśnione  ręce  i  duŜe  dłonie  o  długich,  zwęŜających  się  palcach.  Wspomniał,  Ŝe  grywa  w 

koszykówkę, i Kayla z łatwością wyobraziła go sobie na boisku.  

Ben równieŜ przyglądał się Kayli. Uśmiechał się beztrosko, słuchał muzyki i cieszył się tą 

chwilą. Oboje milczeli. Wszystko przebiegało tak naturalnie! Poprzednie napięcie zniknęło i 

Kayla nie czuła się wcale skrępowana.  

– Było bardzo miło – przerwała wreszcie ciszę. – Nie spodziewałam się, Ŝe mój pierwszy 

wieczór w New Sussex tak przyjemnie się zakończy.  

–  Nie  jestem  pewien,  czy  mój  poczęstunek  był  odpowiedni  dla  mieszkanki  Kalifornii  – 

odparł  Ben.  –  Nie  zawierał  kiełków,  płatków  róŜy  ani  kiwi.  Zdaje  się,  Ŝe  to  najnowsze 

szaleństwa kulinarne? 

Uśmiechnęła się, usłyszawszy ten Ŝart.  

–  W  pewnych  kręgach,  ale  nie  w  moim,  choć  mama  próbowała  swego  czasu  kaŜdej 

background image

kuchni. My, dzieci, byliśmy królikami doświadczalnymi.  

– Ilu było małych Hartwellów? 

– Troje. Starsza siostra, która jest lekarzem, i młodszy brat – student w szkole biznesu w 

Stanford.  Są  najlepsi  we  wszystkim.  W  przeciwieństwie  do  ich  siostry.  –  Na  jej  wargach 

ukazał się wymuszony uśmiech.  

– Nie wierzę – sprzeciwił się Ben.  

–  Och,  to  prawda.  Nie  ukończyłam  college’u,  bo  miałam  wraŜenie,  Ŝe  nie  uczę  się 

niczego poŜytecznego. A co do prac, które podejmowałam, cóŜ, mój ojciec powiedziałby ci, 

Ŝ

e to więcej niŜ mi się naleŜało w mojej krótkiej karierze.  

– Podejrzewam, Ŝe chciałaś się trochę rozejrzeć, zanim się ustatkujesz.  

–  Podoba  mi  się  taki  sposób  myślenia.  –  Kayla  uniosła  szklankę  jak  do  toastu. 

Uśmiechnął  się  do  niej  ciepło  i  po  przyjacielsku  i  znów  pomyślała,  jak  róŜni  się  od  innych 

znanych jej męŜczyzn. Nie podrywał jej. Naprawdę się nią zainteresował. Świadczyły o tym 

nawet jego rady.  

– Co to były za prace? – spytał.  

Kayla odstawiła szklankę i zaczęła wyliczać na palcach.  

– Pracowałam w kwiaciarni, w butiku, uczyłam gry ‘ w tenisa w klubie, do którego naleŜą 

moi rodzice. Ostatnio załoŜyłam z przyjaciółką agencję reklamową.  

– I co się stało? 

–  Przyjaciółka  wyszła  za  mąŜ,  a  mnie  chyba  przeszło.  Właśnie  wtedy  odziedziczyłam 

dom  ciotki  i  postanowiłam  przyjechać  tutaj.  –  Kayla  nagle  się  zmieszała.  Chyba  ojciec  miał 

rację. Nigdy nie wytrwała przy niczym wystarczająco długo. Ben na pewno odkrył w niej tę 

wadę.  

– Zazdroszczę ci – powiedział ku jej zdziwieniu.  

– Jak to? 

– Naprawdę. Świat stoi przed tobą otworem.  

– A przed tobą nie? – spytała zaskoczona. – Miałeś tyle okazji w Ŝyciu co ja.  

– MoŜe – zamyślił się przez chwilę – ale nie rozglądałem się za nimi. Chwyciłem tę, która 

była mi dana. W końcu kaŜdy męŜczyzna z rodziny Montgomerych, jak sięgnąć pamięcią, był 

prawnikiem.  

– AleŜ to wspaniale – skomentowała Kayla – mieć taką ciągłość i tradycję. To naprawdę 

godne podziwu.  

– Masz rację – uśmiechnął się Ben. – Ja z pewnością nie chciałem być tym, który złamie 

tradycję. Ale z tego powodu spędziłem niemal całe Ŝycie w New Sussex.  

– Nie ma nikogo, kto przejąłby pałeczkę? – spytała Kayla. – śadnych braci ani sióstr? 

–  Jestem  jedynakiem  –  odparł.  –  Przejąłem  firmę  walkowerem...  –  urwał  w  połowie 

zdania.  

– Czego byś chciał? 

–  Cokolwiek  by  to  było  –  rzucił  ze  śmiechem  –  ty  pewnie  chciałabyś,  Ŝebym  tyle  nie 

mówił.  –  Zaczął  grzebać  w  kominku  i  Kayla  domyśliła  się,  Ŝe  nie  pozna  skrytych  Ŝyczeń 

Bena Montgomery’ego. W kaŜdym razie nie teraz.  

background image

Obserwując  go  pochylonego  nad  ogniem,  widząc  kasztanowate  błyski  w  ciemnych 

włosach  i  mięśnie  pleców  odznaczające  się  pod  koszulą,  zapragnęła  pochylić  się,  dotknąć 

jego szerokich ramion i przegarnąć palcami gęstą czuprynę.  

Szybko  zwalczyła  tę  pokusę  i  sięgnęła  po  kieliszek  koniaku,  aby  zająć  czymś  ręce.  Nie 

miała  pojęcia,  skąd  wzięły  się  te  zachcianki,  ale  trudno  było  im  się  oprzeć.  I  pomyśleć,  Ŝe 

przed trzema godzinami miała ochotę go udusić.  

Ben  wstał,  oparł  łokieć  na  gzymsie  kominka  i  patrzył  na  nią.  Miała  nadzieję,  Ŝe  nie 

dostrzega wyrazu jej oczu.  

–  Ty  teŜ  moŜesz  czerpać  z  tradycji,  Kaylo  –  powiedział.  –  Hartwellowie  równieŜ 

mieszkali w New Sussex od wieków.  

– Ale mój ojciec wyjechał na stałe na zachód.  

–  Gdzie  spotkał  twą  matkę,  osiedlił  się  i  wychował  troje  prześlicznych  jasnowłosych 

dzieci  –  dokończył,  a  potem  spojrzał  na  nią.  –  Przynajmniej  jedno  z  nich  jest  jasnowłose  i 

bardzo piękne.  

Ben mógłby przysiąc, Ŝe Kayla zarumieniła się, ale szybko doszedł do wniosku, Ŝe mu się 

tylko  wydawało.  Mieszkanki  Kalifornii,  zwłaszcza  tak  urocze  jak  Kayla,  na  pewno  są 

przyzwyczajone  do  komplementów.  Pewnie  nie  mają  zwyczaju  się  rumienić.  Rzeczywiście 

pochodziła  z  Kalifornii,  była  jednak  kobietą  zupełnie  niepodobną  do  tych,  które  spotykał 

dotąd.  

Była pełna werwy i z pewnością niezaleŜna. Ale miała teŜ w sobie jakąś kruchość, która 

przyciągała go niczym magnes. Kręciło mu się w głowie z poŜądania. Pragnął zanurzyć ręce 

w jej włosach, przejechać palcami po policzku, otoczyć rękami smukłą talię i poczuć bliskość 

giętkiego  ciała.  Chciał  jej  mówić  rzeczy,  których  nie  mówił  nigdy  i  nikomu.  Więź  między 

nimi stawała się z minuty na minutę silniejsza; był pewny, iŜ ona odczuwa to samo. Czuł się 

przy niej jak na podniecającej przejaŜdŜce kolejką górską w wesołym miasteczku.  

Oczywiście nic takiego nie zrobił ani nie powiedział. Po prostu zebrał się w sobie i zadał 

jej pytanie, które prześladowało go przez cały wieczór.  

– Powiedz mi, Kaylo, czy naprawdę masz czarny pas karate? 

Odrzuciła głowę w tył i roześmiała się, zaskoczona pytaniem.  

–  Szczerze  mówiąc:  nie.  Nie  mam  czarnego  pasa.  Ale  trenowałam  karate  i  potrafię 

zatroszczyć się o siebie.  

– O tak, wierzę w to. Pewnie opanowałaś sztukę samoobrony choćby po to, aby odpierać 

ataki tych wszystkich męŜczyzn w twoim Ŝyciu. – Nie dbał o to, Ŝe podtekst tej uwagi jest aŜ 

nadto wyraźny.  

– W takim razie musiałam wykonać kawał roboty  – odparła – bo w moim Ŝyciu nie ma 

nikogo.  

– CóŜ, moŜe teraz, w New Sussex, coś się zmieni.  

– Ben starał się nie pokazać po sobie, jaką ulgę sprawiły mu te słowa.  

– Och, oczekuję całej masy cudownych zmian – rzuciła.  

Ben  uświadomił  sobie,  Ŝe  ukrywa  swoje  uczucia,  i  zastanawiał  się,  czy  Kayla  robi  to 

samo. Miał taką nadzieję, więc znów odezwał się niewinnie: 

background image

– Zawsze moŜesz liczyć na mnie.  

Kayla  wciąŜ  nie  mogła  wytłumaczyć  sobie  róŜnicy  między  Benem  a  innymi 

męŜczyznami, którzy w takiej chwili usiłowaliby zaciągnąć ją do łóŜka.  

–  Będę  o  tym  pamiętać  –  powiedziała  po  prostu  –  ale  teraz  chcę  tylko  wydostać  się  z 

twego wygodnego fotela i przytulnego domu. JuŜ późno i muszę wracać do siebie.  

Ben  nie  był  w  stanie  wymyślić  niczego,  co  mogłoby  ją  zatrzymać.  Nigdy  przedtem  nie 

był w takiej sytuacji. Pragnął tej kobiety tak gorąco i tak rozpaczliwie – i nie wiedział, jak jej 

o tym powiedzieć.  

Z pozorną obojętnością zgodził się, Ŝe czas wracać.  

 

Gdy  dojechali do domu  Hartwellów, nastrój się  zmienił. Budynek wyglądał posępnie na 

tle nocnego nieba i w Ŝadnym razie nie zachęcał do wejścia.  

– Wejdę i pomogę ci się urządzić – powiedział, ale w tej samej chwili nabrał pewności, Ŝe 

nie moŜe zostawić jej tu samej.  

Wnętrze domu było równie ponure. Kayla zdawała się tego nie zauwaŜać.  

–  Spójrz,  ogień  jeszcze  się  tli  –  powiedziała  niemal  z  entuzjazmem.  –  JeŜeli  dołoŜymy 

kilka polan, powinno wystarczyć do rana. Gdybym tylko je miała – dodała.  

– Chyba coś jeszcze zostało – odparł Ben. – Zobaczę.  

Gdy powrócił z dwoma sporymi klocami, nie mógł uwierzyć w jej radość.  

– To juŜ koniec – oznajmił, kierując się w stronę kominka.  

–  W  zupełności  wystarczy  na  noc,  a  jutro  zamówię  kolejną  porcję  –  przerwała  i 

popatrzyła na niego z zakłopotaniem. – Jeśli powiesz mi, do kogo zadzwonić.  

–  Oczywiście,  Ŝe  powiem  –  odparł.  Przesunął  ekran  i  umieścił  kłody  na  przygasającym 

ogniu.  –  Ale  szczerze  mówiąc,  myślę,  Ŝe  wszystko  moŜe  zaczekać  do  jutra.  RównieŜ  twoja 

obecność tutaj. Nie ma ogrzewania, mało wody...  

–  Poradzę  sobie  –  upierała  się.  –  Mam  bardzo  ciepły  i  wygodny  śpiwór.  Chyba  Ŝe  – 

dodała, patrząc na niego Ŝartobliwie – w New Sussex grasuje szaleniec.  

–  Tutaj  największym  przestępstwem  jest  parkowanie  w  niewłaściwym  miejscu  – 

roześmiał  się  Ben.  Podtrzymywał  Ŝartobliwy  nastrój,  ale  wciąŜ  martwił  się  o  Kaylę.  –  Po 

prostu zostawienie cię tu nie wydaje mi się w porządku.  

– Doceniam twój kodeks dŜentelmena, ale nic mi się nie stanie – orzekła stanowczo. – A 

teraz pomogę ci przy tych kłodach.  

Wspólnie  dołoŜyli  do  ognia  i  przestawili  ekran.  Wówczas  nie  pozostało  mu  nic  innego, 

jak wyjść. Była to ostatnia rzecz, jakiej pragnął na ziemi.  

Szukając pretekstu do pozostania choć przez chwilę, zaproponował: 

– MoŜe powinniśmy obejrzeć resztę domu, piętro i sklep? 

–  Nie  sądzę,  aby  to  było  konieczne,  Ben.  Znaleźlibyśmy  tam  tylko  kurz  i  pajęczynę  – 

odparła i Ben znów poczuł się bezradny.  

– Jeśli jednak masz ochotę przyjść jutro ze szczotką i szmatą, moŜemy zrobić obchód. – 

Znów Ŝartowała, ale juŜ nieodwołalnie postanowiła spędzić pierwszą noc tutaj i Ben wiedział, 

Ŝ

e nic na to nie poradzi. Kayla Hartwell była bardzo upartą kobietą.  

background image

– Och, wrócę. MoŜesz być tego pewna. – SpowaŜniał i zatopił wzrok w jej oczach.  

Oczarowany  Kaylą,  był  niezbyt  świadomy  tego,  co  działo  się  wokół.  Gdzieś  tam,  w 

innym świecie, trzaskał ogień i rytmicznie uderzało jego serce. Te odgłosy nie rozpraszały go. 

Widział  puls  bijący  na  jej  szyi  i  zapragnął  ucałować  to  miejsce.  Tak  całkowicie  owładnęła 

nim od pierwszej chwili, Ŝe dziwił się, jak kiedykolwiek mógł wątpić w miłość od pierwszego 

wejrzenia. Pierwszego wejrzenia, do licha. Była w jego snach. Była jego przeznaczeniem.  

Nie  mógł  przestać  na  nią  patrzeć,  poŜerać  jej  oczami.  Wreszcie,  zaniepokojona,  lekko 

rozchyliła  usta  i  koniuszkiem  języka  oblizała  spieczone  wargi.  Ten  ruch  podziałał  na  niego 

jak afrodyzjak. Instynktownie pochylił się ku niej, chcąc ją ucałować.  

Wtedy właśnie Kayla przerwała ciszę.  

–  Jeszcze  raz  dziękuję  za  wszystko,  Ben.  Nie  dziw  się,  jeśli  wezmę  cię  za  słowo  i 

poproszę o pomoc w sprzątaniu domu.  

Mówiła  szybko,  zdławionym  głosem.  Był  pewien,  Ŝe  ona  równieŜ  odczuwa  to  dziwne 

napięcie. Ale ręka, którą wyciągnęła w przyjaznym geście na poŜegnanie, nie drŜała.  

Ujął  jej  dłoń,  a  kiedy  chciała  ją  oswobodzić,  ścisnął  ją,  przyciągnął  do  ust  i  zaczął 

całować. Przepełniała go radość.  

Kayla miała zamknięte oczy. Był pewien, Ŝe jej równieŜ sprawia to przyjemność.  

– Kaylo – zaczął, ale nie mógł znaleźć słów. Nic nie wydawało się odpowiednie, nic nie 

wydawało się właściwe prócz wzięcia jej w ramiona – i właśnie to zrobił. Z łatwością, która 

go zaskoczyła, objął Kaylę i pocałował.  

Miała miękkie i słodkie usta, tak jak tego oczekiwał. Wtuliła się w jego objęcia i ledwie 

mógł uwierzyć, jak doskonale do siebie pasują.  

Wyczuwał  jej  uda,  brzuch,  piersi  i  poŜądanie  rosło,  w  miarę  jak  natęŜenie  pocałunku 

zmieniało się. Przyciągnął ją jeszcze bliŜej, aŜ przylgnęli do siebie.  

Czuł, Ŝe odpowiada na jego pocałunki, ciasno splata ramiona wokół jego szyi, tuli się do 

niego.  Wsunął  język  w  jej  usta  i  usłyszał,  jak  szybko  złapała  oddech.  Po  chwili  napięcia 

oddała pocałunek.  

Krew  Bena  pulsowała  w  Ŝyłach,  a  serce  waliło  jak  młotem.  Trzymał  ją  jednak  mocno  i 

nie przestawał całować.  

To ona pierwsza się oderwała. Ale Ben nie pozwolił jej się wyśliznąć ze swoich ramion, a 

po chwili przemówił: 

– Mam wraŜenie, Ŝe czekałem na ciebie całe Ŝycie. Wyszłaś z moich snów.  

Gdy  wypowiedział  te  słowa,  zdał  sobie  sprawę  z  ich  prawdziwości.  Była  kobietą  z  jego 

snów, ale nie wiedziała o tym i pewnie uwaŜała je za banał.  

Kayla  nie  miała  pojęcia,  co  o  tym  wszystkim  myśleć.  Musiała  jednak  przyznać,  Ŝe  ich 

wspólny wieczór prowadził właśnie do takiego końca. Podświadomie pragnęła tego tak samo 

jak Ben, a teraz całkowicie poddała się magii pocałunków.  

Była podniecona, trochę przestraszona i nie panowała nad sobą. Jej serce wciąŜ tłukło się 

w piersiach jak oszalałe. Całował ją głęboko i namiętnie słodkimi, ciepłymi wargami i tulił w 

mocnych ramionach. Wiedziała, Ŝe gdyby ją puścił, nie utrzymałaby się na nogach. Oszołomił 

ją, a to nieczęsto się jej  przytrafiało. Na ogół było odwrotnie.  A teraz po  jednym pocałunku 

background image

Bena Montgomery’ego czuła się jak ogłuszona.  

Była teŜ zła na siebie i na niego. Okazał się taki sam jak inni. Nawet to, co powiedział o 

wyjściu z jego snu, brzmiało jak oklepany  frazes, a  co  gorsza, zachwyciła się tym. Czekała, 

mając  nadzieję  na  przeprosiny,  na  coś,  co  pozwoliłoby  zapomnieć  o  pocałunkach  i 

udowodniło jej, Ŝe jest inny niŜ wszyscy.  

Nic  takiego  nie  nastąpiło.  Wprost  przeciwnie,  kolejne  słowa  Bena  napełniły  ją  jeszcze 

większym sceptycyzmem.  

– Kayla – powiedział. – Nie chcę, Ŝebyś zostawała tu sama. Wróć do mnie.  

Usłyszawszy to Kayla zesztywniała i odsunęła się od niego.  

– Wiesz, Ŝe tego właśnie chcemy oboje – dodał. W głębi duszy Kayla uwaŜała, Ŝe Ben ma 

rację,  ale  nie  mogła  tego  głośno  przyznać.  Nie  mogła  teŜ  wyznać,  co  myśli.  Ten  wieczór, 

który tak wiele dla niej znaczył, zakończył się rozczarowaniem wraz z pocałunkiem, którego 

chciała  i  nie  chciała  zarazem.  Wszystko  było  zbyt  zagmatwane  i  nie  była  w  stanie  o  tym 

myśleć. W kaŜdym razie nie dziś.  

–  Nie  –  odparła.  –  Chcę,  jak  juŜ  mówiłam,  spędzić  noc  w  moim  własnym  domu.  Nie 

nalegaj, Ben. Pozostaw sprawy ich własnemu biegowi.  

– Nie, Kaylo – zaprotestował. – Nie mogę. Nie teraz, kiedy wiem, co naprawdę czujesz.  

– Wydaje ci się, Ŝe wiesz, co jest dla mnie najlepsze – powiedziała oschle. Wyczerpanie 

jeszcze bardziej pogłębiało jej zamęt uczuciowy.  

– Zamierzasz ukryć swoje uczucia tylko po to, by postawić na swoim? – raczej stwierdził, 

niŜ  zapytał.  Kayla  wyczuła  zniecierpliwienie  w  głosie  Bena  i  zorientowała  się,  Ŝe  on  nie 

zamierza się łatwo wycofać.  

–  Niczego  nie  ukrywam  –  odparła  ze  złością.  –  Ale  tu  właśnie  zamierzam  Ŝyć  i 

pracować... jeśli mi wolno przypomnieć. – Uniosła wyzywająco podbródek.  

–  JuŜ  to  zrobiłaś  –  rzucił  oschle,  sięgając  po  marynarkę  –  i  masz  rację.  Nigdy  nie 

spotkałem bardziej nieznośnej kobiety – wymamrotał pod nosem.  

Widząc  gniewną,  a  zarazem  rozczarowaną  twarz  Bena,  Kayla  ze  zdziwieniem  i 

przestrachem  uświadomiła  sobie,  Ŝe  ten  świeŜo  poznany  męŜczyzna  bardzo  ją  pociąga.  Nie 

była  w  stanie  opanować  swoich  reakcji.  Jednego  była  pewna.  Nie  wróci  do  jego  domu. 

Zostanie w domu ciotki – nie, w swoim, i zostanie sama.  

–  Będziemy  w  kontakcie  –  powiedział  Ben  wychodząc  i  dodał  niepotrzebnie:  –  Nie 

zapomnij zamknąć drzwi, Kaylo.  

Kayla zrobiła wściekłą minę.  

–  Nie  zapomnę  –  rzuciła.  Patrzyła,  jak  odchodzi,  i  zastanawiała  się,  czy  uwaŜa  ją  za 

ostatnią ofiarę.  

 

–  Do  licha,  do  licha,  do  licha  –  mruczała  Kayla.  –  Nie  mogę  w  to  uwierzyć.  Od 

szesnastego  roku  Ŝycia  miała  do  czynienia  z  męŜczyznami  i  nigdy  nie  dopuszczała  do  tego, 

aby sytuacja wymknęła jej się spod kontroli. Dlaczego przy Benie była taka porywcza i zła? 

Wiedziała dlaczego. Miała wraŜenie, Ŝe po niewiarygodnie trudnym starcie idą po omacku ku 

prawdziwej  przyjaźni.  Była  pewna,  Ŝe  on  jest  inny  niŜ  natarczywi  męŜczyźni  z  Kalifornii. 

background image

Rozczarowana,  zezłościła  się  na  siebie  za  tak  szybkie  poddanie  się  i  za  tak  dziecinne 

zachowanie później.  

Pragnęła  go  i  broniła  się  przed  nim.  śar  jego  namiętności  przyciągał  ją  i  zarazem 

odpychał.  Gdy  byli  razem,  natychmiast  pomiędzy  nimi  pojawiało  się  napięcie,  i  to  bardzo 

określone. Atmosfera wokół nich iskrzyła się. Nie mogła tego zrozumieć. Nie pojmowała siły, 

która zdawała się nimi kierować. I nie była teraz w stanie zastanawiać się nad tym.  

Wyczerpanie juŜ ją niemal pokonało. Stłumiła ziewnięcie i wyciągnęła z torby flanelową 

koszulę  nocną.  Potem  poszperała  w  poszukiwaniu  szczoteczki  do  zębów  i  powlokła  się  do 

łazienki na parterze.  

W  powrotnej  drodze  do  kuchni  zerknęła  z  ukosa  na  drzwi  do  salonu,  skąd  wcześniej  o 

mało  nie  uciekła  ze  strachu.  Co  za  dzień,  pomyślała,  spotkanie  Bena  Montgomery’ego  i 

widma – obu w ciągu zaledwie kilku godzin.  

Przez  krótką  chwilę  zastanawiała  się,  czy  przeprowadzka  do  New  Sussex  nie  jest 

pomyłką.  Ale  szybko  odrzuciła  tę  myśl.  Nie  miała  ochoty  rozpamiętywać  popełnionych 

błędów. Wybieganie w przyszłość było bardziej w jej stylu.  

A  nie  moŜna  było  zaprzeczyć,  Ŝe  częścią  tej  przyszłości  w  New  Sussex  będzie  Ben.  O 

nim teŜ nie chciała myśleć. Ani o stanowczości, z jaką próbował pokierować jej Ŝyciem, ani o 

ich ostatnich, pełnych zawziętości słowach.  

Ale  trudno  było  zapomnieć  o  innym  Benie,  jego  opiekuńczości,  sile,  ramionach,  cieple 

warg...  

Kayla  odsunęła  zamek  błyskawiczny  śpiwora  i  wśliznęła  się  do  środka  z  głową 

zaprzątniętą myślami o Benie Montgomerym.  

 

Ben przyjechał do domu wściekły. Wpadł z impetem do salonu i zatrzasnął za sobą drzwi. 

Co takiego było w tej kobiecie, Ŝe tak na niego działała? 

Mógł  na  palcach  jednej  ręki  policzyć,  ile  razy  stracił  zimną  krew  w  ciągu  ostatnich 

dziesięciu lat, z tego dwa razy przydarzyło mu się to podczas jednego dnia z Kaylą Hartwell. 

Ale, u licha, przecieŜ tego nie chciał.  

Chciał tylko jej pomóc i okazać, Ŝe się nią interesuje. Był nią zafascynowany, gdy tylko 

jednak  próbował  jej  to  powiedzieć,  zaczęli  się  kłócić.  Jak  na  męŜczyznę,  który  szczycił  się 

powściągliwością, wyjątkowo szybko przestał nad sobą panować. Ale przecieŜ wszystko, co 

zdarzyło się, odkąd wiatr przywiał Kaylę do biura, było dziwne, niezwykłe.  

Mimo  gniewnych  słów  przy  poŜegnaniu  nie  przestawał  myśleć  o  Kayli.  Jak  wspaniale 

było trzymać ją w uścisku, całować i czuć jej ciało przy swoim.  

To był dzień, zamyślił się Ben, juŜ w łóŜku. Nigdy przedtem nie spotkał kobiety takiej jak 

Kayla. Nie był zaskoczony, gdy tej nocy pojawiła się ponownie w jego śnie.  

Tym  razem  sceneria  zmieniła  się.  Był  mglisty  poranek  późnego  lata,  a  on  spacerował 

ulicami  New  Sussex,  ale  w  innych  czasach.  Nie  zastanawiał  się  nad  tym,  świadom  jedynie 

gorąca i cięŜkiego staromodnego ubrania.  

Ujrzał  ją  w  oddali,  gdy  schodził  ku  strumieniowi.  Jej  jasne  falujące  włosy  spływały  na 

ramiona i błyszczały w porannym słońcu.  

background image

Nie  chcąc  jej  niepokoić,  odwrócił  się  i  spiesznie  podąŜył  w  przeciwną  stronę.  Ale  gdy 

odszedł na pewną odległość, spojrzał na nią ponownie. Stała na brzegu strumienia w rozpiętej 

sukni i pochylona polewała chłodną wodą twarz, szyję i ramiona.  

Ten  widok  pobudził  jego  zmysły.  Zawładnęło  nim  pragnienie,  które  nie  znało  granic. 

Pocił  się  pod  grubym  ubraniem.  Wstrzymywał  oddech,  gdy  przesuwała  powolnym  ruchem 

wzdłuŜ ramion. Gdy uniosła rękę, suknia zsunęła się i ujrzał jej pierś, doskonale zaokrągloną, 

białą i gładką, o ciemnoróŜowej sutce, lekko zmarszczonej w porannym powietrzu.  

Ben  zacisnął  szczęki.  DrŜał.  Gdyby  tylko  mógł  jej  dotknąć.  Gdyby  tylko  mógł  poczuć 

miękkość jej skóry pod swoimi dłońmi, słodycz jej piersi przy swoich ustach. Jego poŜądanie 

pulsowało niczym nie hamowane. Musiał ją mieć. NiewaŜne jak.  

Zawołał  zduszonym,  ochrypłym  głosem.  Zaskoczona  odwróciła  się  i  zobaczył  ją  całą, 

złote włosy, alabastrową skórę, doskonale gładkie i gibkie ciało. Suknia opadła zapomniana w 

płytką wodę na brzegu strumienia. Skierował się ku niej ponownie.  

Zobaczyła  go  i  jej  twarz  przybrała  nagle  wyraz  pogardy.  Spojrzenie  paliło  go.  Zawołał 

znów, próbując ją uspokoić.  

Wtedy obudził się, zlany potem. Nie śnił tak erotycznego snu od czasów szkoły średniej, 

a z pewnością nigdy nie trapił go sen tak pogmatwany.  

LeŜał  na  mokrych  prześcieradłach,  analizując  sen.  Kobietą  była  oczywiście  Kayla.  W 

tym,  Ŝe  o  niej  śnił,  nie  było  niczego  dziwnego.  PrzecieŜ  budziła  w  nim  poŜądanie. 

Tajemniczość tkwiła w szczególnych okolicznościach, tak odmiennych od tych z poprzednich 

snów.  Nie  mógł  wytłumaczyć  sobie  scenerii  z  innej  epoki,  powodów,  dla  których  Kayla 

kąpała się w strumieniu, ani swego dziwnego stroju.  

To intrygujące, w jaki sposób sny wiąŜą w całość wydarzenia minionego dnia, przeszłość, 

teraźniejszość  i  wszelkie  doznania,  pomyślał.  Były  dziwne,  ale  równieŜ  cudowne  –  gdy 

pojawiała się w nich Kayla.  

Nadejdą  inne  noce  z  Kaylą,  nie  tylko  w  snach.  Ale  musi  zdobyć  jej  zaufanie.  Kiedyś 

nastanie dzień, w którym ona go nie odepchnie. A wtedy ze snu zstąpi w jego ramiona.  

background image

ROZDZIAŁ 3 

 

Słońce  wkradło  się  przez  okiennice  i  obudziło  Kaylę.  Wygrzebała  się  ze  śpiwora, 

dołoŜyła kolejne polano do ognia i znów wśliznęła się w ciepłe legowisko. Zamierzała wstać, 

gdy w pokoju zrobi się cieplej, ale znowu zmorzył ją sen.  

Delikatne  pukanie  do  drzwi  obudziło  ją  ponownie.  Nasłuchiwała  przez  chwilę. 

Podejrzewała, Ŝe to Ben.  

Wreszcie  wstała,  naciągnęła  płaszcz  od  deszczu,  który  miał  posłuŜyć  za  szlafrok,  i 

powlokła się do drzwi.  

–  Ben...  –  zawołała  z  wahaniem,  uchylając  je.  W  końcu  był  jedyną  znaną  jej  osobą  w 

mieście. KtóŜ inny mógłby to być? 

– Nie Ben, ale w kaŜdym razie Montgomery. Czy wpuścisz mnie do środka? 

Kayla  ujrzała  kobietę  wyŜszą  od  niej  o  dobre  dziesięć  centymetrów.  Ciemne  oczy 

błyszczały  w  czerstwej,  pomarszczonej  twarzy,  okolonej  krótkimi,  kręconymi  siwymi 

włosami.  

– Och... przepraszam – wyjąkała.  

–  AleŜ  nie,  moja  droga.  To  ja  powinnam  przeprosić  za  wdzieranie  się  do  ciebie  o  tej 

godzinie. Jestem Lilith, ciotka Bena. Mogę wejść? 

–  Tak,  proszę.  –  Kayla,  przejęta,  cofnęła  się,  a  kobieta  wkroczyła  do  kuchni  z  duŜym 

koszykiem, który umieściła bez ceremonii na stole.  

Zdejmując Ŝakiet, uśmiechnęła się szeroko do Kayli i zaczęła rozpakowywać koszyk.  

–  Pomyślałam,  Ŝe  będziesz  miała  ochotę  na  śniadanie.  Przypuszczam,  Ŝe  nie  zrobiłaś 

zakupów.  

– Dobrze pani przypuszcza – odparła Kayla. – To pewnie Ben napomknął, Ŝe niczego tu 

nie mam.  

Lilith Montgomery spojrzała na Kaylę szczerymi, ciemnymi oczami.  

–  Nie,  nie  zrobił  tego,  ale  musiał  dziś  rano  pojechać  do  Salem  po zeznanie  i  spytał,  czy 

mogłabym wpaść. Zgodziłam się z prawdziwą przyjemnością – dodała. – Kawy? 

– Bardzo chętnie. śebym tylko znalazła filiŜanki.  

–  Kayla  zajrzała  do  kilku  szafek  i  wreszcie  wyszukała  dwie  filiŜanki.  Umieściła  je  na 

stole obok termosu, wciąŜ nieśmiała w obecności obcej kobiety.  

Lilith nalała kawę.  

– A co powiesz na domową bułeczkę z jagodami, posmarowaną masłem i jeszcze ciepłą? 

–  Och,  panno  Montgomery,  pani  jest  cudowna!  –  wybuchnęła  Kayla  ze  szczerym 

zachwytem.  

– Mów do mnie Lii. Wszyscy tak mnie nazywają.  

– Lilith usiadła przy stole obok Kayli, jeszcze raz spojrzała na nią badawczo i stwierdziła: 

– CóŜ, Ben powiedział mi, Ŝe jesteś ładna, i miał rację.  

– Zdaje się, Ŝe powiedział równieŜ parę innych rzeczy – odparła Kayla z przekąsem.  

– Tylko to, Ŝe przyda ci się pomoc.  

background image

– Domyślam się, Ŝe to widać.  

–  Nie.  Mój  bratanek  jest  po  prostu  trochę  nadgorliwy.  To  rodzinne.  Nawiasem  mówiąc, 

prosił  o  przekazanie  ci,  Ŝe  zadzwonił  do  słuŜb  telefonicznych  i  ciepłowniczych.  –  W 

ciemnych oczach Lii pojawiły się iskierki humoru. – Czy jesteś zła? 

– Nie – odparła Kayla. – Dlaczego pytasz? 

– Ben stwierdził, Ŝe pewnie będziesz.  

– MoŜe bym była, gdybym znajdowała się w innym połoŜeniu, ale teraz jestem wdzięczna 

za to rządzenie się. To znaczy troskliwość – poprawiła się i roześmiała razem z Lii.  

–  Nie  jestem  w  stanie  wyrazić,  jak  się  cieszę,  Ŝe  w  tym  domu  mieszka  znowu  ktoś  z 

Hartwellów  –  powiedziała  Lii.  –  Mam  nadzieję,  Ŝe  uda  nam  się  zatrzymać  ciebie  w  New 

Sussex.  

–  Na  pewno,  jeśli  tylko  powiedzie  mi  się  ze  sklepem  –  odparła  Kayla  z  powagą.  –  Czy 

jestem szalona, uwaŜając, Ŝe to moŜliwe? 

– W tego typu interesach przydaje się trochę szaleństwa – powiedziała Lii z uśmiechem.  

– Czy to znaczy tak, czy nie? 

– Dlaczego nie odpowiesz sobie sama? – spytała Lii. – Czy widziałaś juŜ „Otwierające się 

Drzwi”? 

– Wieczorem nawet nie próbowałam, ale teraz jestem gotowa.  

– Ubierz się więc. Będę twoją przewodniczką.  

Po paru minutach Kayla podąŜyła za Lii przez sień w kierunku frontu domu.  

– Elinor wykorzystywała na sklep salon od frontu.  

– Salon? Wieczorem byłam w pokoju po drugiej stronie kuchni, który sprawiał wraŜenie 

salonu.  

–  Bo  nim  jest  –  potwierdziła  Lii.  –  Salon  na  tyłach  stanowi  część  starego  domu.  Elinor 

uwielbiała go, ale przyjmowała tam tylko rodzinę i przyjaciół. – Otworzyła drzwi i odsunęła 

się na bok. – Oto sklep.  

Kayla  stała  w  progu  niezdolna  przemówić  słowa.  DuŜy  pokój  był  zapchany 

bieliźniarkami,  kredensami,  stołami,  biurkami  i  krzesłami.  Stały  tam  teŜ  biblioteczki  ze 

starymi ksiąŜkami, serwantki wypełnione szkłem i porcelaną, a takŜe lichtarze, lampy, laski z 

miedzianymi rączkami i lustra w miedzianych ramach.  

– Jestem przytłoczona – powiedziała wreszcie.  

– Elinor nigdy nie była dobrą organizatorką – zauwaŜyła Lii.  

– Hm – mruknęła pod nosem Kayla, przeciskając się między meblami i zastanawiając się, 

jak klienci – jeśli jacyś w ogóle byli – mogli się tu poruszać. Zatrzymała się obok pary krzeseł 

i  potarła  jedno  z  nich  rękawem  Ŝakietu.  –  Te  są  niezłe.  Krzesła  w  stylu  Windsor  w  dobrym 

stanie.  

– A więc znasz się na antykach? 

–  Trochę  zajmowałam  się  dekorowaniem,  nic  powaŜnego,  niestety  –  przyznała  Kayla. 

Gdy  uwaŜniej  przyjrzała  się  zawartości  pokoju,  jej  podniecenie  stopniowo  przeszło  w 

rozczarowanie.  Wiele  mebli  było  uszkodzonych  albo  niedbale  wykonanych,  nie  moŜna  ich 

było  uznać  za  antyki.  Wszystko  to  sprawiało  wraŜenie,  jakby  ciotka  Elinor  wykupiła  pchli 

background image

targ.  

Kayla była bliska rozpaczy.  

–  MoŜe  Ben  miał  rację  –  przyznała  na  głos.  –  MoŜe  powinnam  wszystko  sprzedać  i 

wracać do domu.  

– Nie wyglądasz na kogoś, kto ucieka.  

Kayla  nie  odpowiedziała.  Lii  nie  mogła  wiedzieć,  Ŝe  często  w  Ŝyciu  uciekała.  Ale  tym 

razem będzie inaczej.  

–  MoŜe  –  powiedziała  z  namysłem  –  powinnam  zorganizować  wyprzedaŜ.  To  byłoby 

jakieś  rozwiązanie.  Po  prostu  wystawić  te  śmieci  przed  dom,  sprzedać  co  moŜna,  wyrzucić 

resztę i rozpocząć wszystko od nowa.  

– Niezły pomysł – zgodziła się Lii. – Pomogę ci to posegregować i wystawić na sprzedaŜ. 

Teraz, gdy juŜ nie uczę, mam trochę wolnego czasu.  

– Angielski? – starała się zgadnąć Kayla.  

–  Biologia.  Moja  specjalność  to  botanika.  –  Ujęła  Kaylę  pod  rękę  i  poprowadziła  w 

kierunku schodów. – Chodź i zobacz resztę domu. Tam widać prawdziwy gust Elinor.  

Niezapomniane wraŜenie wywarła na Kayli sypialnia, usytuowana na wprost schodów.  

Gdy tylko weszła do środka, doznała dziwnego uczucia. Pokój okazał się wspaniały, ale 

przypominał raczej muzeum niŜ sypialnię.  

–  Jest  zachwycający  –  przyznała.  –  Ale  nie  sądzę,  Ŝebym  się  w  nim  dobrze  czuła.  To 

wciąŜ pokój Elinor.  

– No cóŜ, poszukajmy więc sypialni dla ciebie. MoŜna wybierać w trzech pozostałych.  

Starając się ukryć niepokój, Kayla odwróciła się do wyjścia i właśnie wówczas zobaczyła 

olejny  obraz  wiszący  w  pobliŜu  drzwi.  Był  to  portret  kobiety,  pociemniały  ze  starości,  ale 

wciąŜ przykuwający uwagę. ZbliŜyła się, nie odrywając od niego wzroku.  

Kobieta miała na sobie siedemnastowieczny odświętny strój, a z jej twarzy, złotej skóry, 

błękitnych oczu i blond włosów, utrwalonych na płótnie, emanował niezwykły urok.  

Kayla  cofnęła  się  o  krok,  a  potem  podeszła  znów,  oniemiała.  Kobieta  na  portrecie 

wyglądała dokładnie jak ona.  

– Ja... – nie mogła znaleźć słów.  

–  Wiem,  o  czym  myślisz  –  powiedziała  Lii,  lecz  Kayla  nie  była  tego  pewna.  Ilu  ludzi 

kiedykolwiek spojrzało w przeszłość i zobaczyło siebie? 

– Elinor mówiła mi, Ŝe jesteś szalenie podobna do kobiety z portretu.  Ona nazywała się 

Katherine. Jest twoją antenatką. Prawda, Ŝe dziedziczenie jest czymś fascynującym? – Dla Lii 

podobieństwo było sprawą genów, chromosomów i DNA.  

Dla Kayli oznaczało to coś całkiem innego. Nie mogła oderwać oczu od obrazu.  

– Czy wiesz coś o Katherine? – spytała.  

– Znam tylko jej imię.  

Kayla dotknęła lekko płótna koniuszkami palców.  

–  Ten  obraz  ma  co  najmniej  trzysta  lat.  –  Ustaliła  to  na  podstawie  ubrania  kobiety, 

pochodzącego z czasów procesów w Salem.  

Oczy  Katherine  patrzyły  na  nią  bez  wyrazu,  ale  nie  było  to  martwe  spojrzenie.  Kayla 

background image

zadrŜała.  To  niepokojące  uczucie  ujrzeć  własną  twarz  na  portrecie  pochodzącym  sprzed 

wieków. Wreszcie doszła do siebie i uśmiechnęła się promiennie do Lii.  

– Kończmy ten obchód – powiedziała, pewna, Ŝe ten portret przyciągnie ją jeszcze nieraz.  

 

Lii  wyszła  przed  południem,  obiecawszy,  Ŝe  wkrótce  ją  odwiedzi.  Udzieliła  Kayli  rad 

dotyczących miejscowych sklepów.  

–  Po  prostu  powiedz,  Ŝe  jesteś  bratanicą  Elinor,  a  będziesz  lepiej  obsłuŜona.  Pamiętaj, 

teraz jesteś stąd. Bądź nieustępliwa.  

Kayla zastosowała się tylko częściowo do rad Lii. Przedstawiła się właścicielowi sklepu z 

artykułami  gospodarstwa  domowego,  rzeźnikowi,  właścicielowi  sklepu  spoŜywczego  i 

aptekarzowi.  Ten  osobisty  kontakt  był  dla  niej  czymś  nowym  i  z  pewnością  nie  zamierzała 

być  „nieustępliwa”.  Przeciwnie,  słuchała,  kiwała  głową  i  starała  się  nie  sprawiać  wraŜenia 

obcej.  

Po powrocie z zakupów  Kayla odgrzała zupę z puszki na szybki lunch.  Nie miała czasu 

do stracenia. To był wielki dzień. Lata odkładania spraw na później były poza nią. Nadeszła 

pora na ustatkowanie się.  

Chciała  zacząć  od  kuchni,  następnie  sprzątnąć  sypialnię,  którą  sobie  wybrała,  a  potem 

łazienkę. Gdy tylko pokoje będą się nadawały do zamieszkania, zacznie się martwić o sklep z 

antykami, który – jak miała nadzieję – pozwoli jej zarabiać na Ŝycie. Ale wszystko w swoim 

czasie, powiedziała sobie i sięgnęła po szczotkę.  

Szybko  uporała  się  z  kurzem  i  sadzą  w  kuchni.  Potem  wrzuciła  barwne  dywaniki  do 

pralki automatycznej – zadowolona, Ŝe ciotka miała przynajmniej to nowoczesne urządzenie 

– wyczyściła stół i szafki, napełniła pojemnik na drewno i wypolerowała sprzęt kominkowy. 

Wreszcie stanęła, aby podziwiać swoje dzieło.  

Ś

wiatło słoneczne przedostawało się przez lśniące okno i odbijało w błyszczącym blacie 

dębowego stołu sprawiając, Ŝe cała kuchnia wyglądała schludnie. Kayla uśmiechnęła się, ale 

bez chwili zwłoki udała się na górę.  

Na  sypialnię  wybrała  największy  pokój  w  starej  części  domu.  Po  obu  stronach 

znajdowały się okna, które wychodziły na zapuszczony tylny dziedziniec i walący się garaŜ. 

Kayla  nie  zraziła  się  tym  widokiem.  GaraŜ  mógł  uchodzić  za  malowniczy,  a  podwórze 

wyglądać będzie lepiej, gdy zakwitną pierwsze wiosenne kwiaty.  

WyłoŜyła  świeŜą  pościel  na  duŜe  łóŜko  z  baldachimem,  zdjęła  zasłony  i  dorzuciła  je  do 

prania,  a  potem  wypolerowała  komodę,  biurko  i  szafę,  nie  zauwaŜając  nawet,  jak  cienie 

zaczęły się wydłuŜać i nie myśląc o bólu w plecach.  

Wyczyściła  wyłoŜoną  biało-czarnymi  kaflami  łazienkę  i  właśnie  miała  zabrać  się  do 

starej  wanny  na  nóŜkach,  gdy  usłyszała  syk  kotła  do  centralnego  ogrzewania.  Dziś  wreszcie 

będzie  ciepło  i  będzie  spała  w  prawdziwym  łóŜku,  w  prawdziwej  pościeli.  Ale  przedtem 

weźmie gorącą kąpiel. Na razie dość pracy.  

Wkrótce  wanna  lśniła  i  spływała  do  niej  przejrzysta  gorąca  woda.  Z  błyskiem  w  oku 

Kayla wlała do niej pół butelki ulubionego płynu do kąpieli. Czas na przyjemność. Ściągnęła 

brudne ubranie i zanurzyła się w spienionej wodzie, zamierzając zostać tu na zawsze.  

background image

I zrobiłaby to, gdyby woda nie zaczęła stygnąć, co zmusiło ją do wytarcia się, otulenia w 

bawełniany  szlafrok  i  przejścia  z  pozycji  horyzontalnej  w  wannie  do  podobnej  w  łóŜku. 

Polezę sobie tylko przez chwilę, pomyślała, aŜ znów nabiorę sił. Zamknęła oczy.  

 

Ben  późno  wrócił  z  Salem.  Zamierzał  jechać  prosto  do  domu  i  stamtąd  zadzwonić  do 

Kayli,  ale  bezwiednie  skręcił  w  ulicę  Mulberry.  Gdy  dojechał  do  rogu,  zobaczył  światła  w 

kuchni  i  w  jednym  z  górnych  pokojów  domu  Hartwellów.  Kayla  najwidoczniej  jeszcze  nie 

spała, więc postanowił wstąpić. Muszą wreszcie zawrzeć pokój, a im wcześniej, tym lepiej.  

Myślał o niej cały dzień – i całą noc. Tajemniczą kobietą we śnie była z pewnością Kayla, 

choć sceneria wydawała się niecodzienna.  

Jedno  wszakŜe  było  oczywiste:  to,  co  czuł  poprzedniego  wieczora,  trzymając  Kaylę  w 

ramionach,  ciepłą  i  uległą,  jeszcze  przed  tym  nieszczęsnym  nieporozumieniem.  Zdecydował 

w końcu, Ŝe wina leŜała po jego stronie, choć z Kaylą nie było łatwo dojść do ładu. Był gotów 

przeprosić, pewien, Ŝe potrzebują tylko trochę czasu, aby się lepiej poznać. Miał nadzieję, Ŝe 

Kayla myśli tak samo.  

Zajechał  na  podjazd  i  zaparkował  obok  jej  jaskrawoczerwonego  fiata.  Obszedł  go, 

zauwaŜył,  Ŝe  przednie  prawe  koło  siada,  i  zanotował  w  myśli,  aby  jej  o  tym  powiedzieć. 

Uśmiechnął  się  szeroko  do  siebie,  zastanawiając  się,  czy  to  teŜ  zostanie  potraktowane  jako 

przejaw nadopiekuńczości.  

Nie  doczekał  się  odpowiedzi  na  pukanie,  ale  był  pewien,  Ŝe  Kayla  jest  w  domu. 

Przekonując  sam  siebie,  Ŝe  jako  sąsiad  ma  obowiązek  sprawdzić,  co  się  dzieje,  nacisnął 

klamkę i wszedł do kuchni. Oczywiście zignorowała jego radę, aby zamykać drzwi na klucz. 

To typowe dla tej upartej i niezaleŜnej dziewczyny. Zawołał ją.  

Odpowiedziała  mu  cisza.  Znów  zawołał  i  jego  głos  odbił  się  echem.  Przypomniawszy 

sobie o świetle na piętrze, wszedł do sieni i wspiął się na schody, nie tyle zaniepokojony, co 

trochę zaskoczony.  

Gdy  dotarł  do  półpiętra,  domyślił  się  wszystkiego.  Po  drodze  widział  przecieŜ  lśniącą 

kuchnię,  wypolerowany  stół,  wyczyszczony  i  napełniony  polanami  miedziany  pojemnik  na 

drewno.  Spędziła  cały  dzień  na  sprzątaniu,  a  teraz  pewnie  poszła  na  górę  odpocząć,  moŜe 

nawet usnęła.  

Wiedząc, Ŝe powinien zawrócić i wyjść, albo przynajmniej zawołać i obudzić ją, Ben nie 

zrobił ani jednego, ani drugiego. Światło z drzwi sypialni przedostawało się do sieni. ZbliŜył 

się. cicho.  

Kayla spała na łóŜku zwinięta na boku, zjedna ręką pod poduszką. Końce palców drugiej 

ręki  lekko  dotykały  ust,  jakby  została  zaskoczona  w  trakcie  przesyłania  pocałunku.  Piękne 

jasne włosy rozsypały się na poduszce. Kilka kosmyków opadło na czoło i muskało policzek. 

Wyglądała tak niewinnie jak dziecko i tak kusząco jak bogini.  

Zaschło  mu  w  gardle  i  czuł,  jak  serce  mu  zamiera.  Szlafrok  Kayli  rozchylił  się  lekko, 

odkrywając skrawek opalonego ramienia i długą gładką szyję. Doświadczał czegoś więcej niŜ 

wraŜenia déjà vu. Była jego snem, który się zmaterializował.  

Tak jak we śnie, pragnął zbliŜyć się do niej. Chciał dotknąć miękkiego ramienia i wodzić 

background image

po  szyi  i  w  dół  do  zagłębienia  między  piersiami.  Chciał  całować  nie  tylko  jej  usta,  ale 

policzki, oczy i smukłą szyję.  

Stał  w  progu  i  patrzył  na  nią  przez  długą  chwilę,  snując  erotyczne  marzenia.  Co  by  się 

stało,  gdyby  podszedł  i  obudził  ją?  Czy  otworzyłaby  ramiona  i  pociągnęła  go  za  sobą  na 

łóŜko? Czy teŜ popatrzyłaby na niego tak jak we śnie, z pogardą w szaroniebieskich oczach? 

Nagle,  jakby  słysząc  jego  myśli,  Kayla  drgnęła  i  otworzyła  oczy.  Potem  zamknęła  je 

znowu, nie wierząc temu, co zobaczyła. Zamrugała jeszcze raz i popatrzyła wprost na niego, 

nie ruszając się.  

– Ben – odezwała się wreszcie.  

Ben poczuł się jak mały chłopczyk z ręką w słoju z ciastkami.  

–  Wołałem  –  powiedział  –  ale  chyba  nie  słyszałaś.  Kayla  przekręciła  się  i  usiadła, 

machinalnie naciągając szlafrok na ramię.  

– Nie, nie słyszałam. Musiałam spać jak zabita. Która godzina? 

Ben spojrzał na zegarek.  

– Dochodzi siódma.  

– Wielkie nieba, chciałam poleŜeć i odpocząć przez parę minut, a spałam ponad godzinę – 

roześmiała się i przeciągnęła.  

Przy  tym  ruchu  napięła  szlafrok  na  piersiach,  ukazując  ich  zarys.  Ben  odczuł  to  jak 

prowokację.  Usiłował  skierować  wzrok  gdzie  indziej  i  próbował  coś  powiedzieć,  aby 

usprawiedliwić swoją obecność tutaj.  

–  Przepraszam  za  najście  –  wykrztusił  wreszcie.  –  Ale  myślałem,  Ŝe  moŜe  potrzebujesz 

pomocy...  

– Zganił się w myśli za głupotę wymówki.  

Przesunęła się na skraj łóŜka i zwiesiła stopy nad podłogą.  

–  Przynajmniej  raz  nie  potrzebuję  pomocy,  ale  dzięki  za  propozycję.  –  Jej  uśmiech 

rozświetlił pokój.  

– Podoba ci się? – spytała nagle.  

– Co? – wyjąkał zaskoczony.  

– Mój pokój.  

–  Jest...  sympatyczny.  –  Potem  roześmiał  się.  –  To  znaczy  uwaŜam,  Ŝe  to  wspaniały 

pokój.  

– Myślę, Ŝe będę tu szczęśliwa. – Znów się uśmiechnęła i Ben odpowiedział uśmiechem. 

Była  tak  serdeczna,  Ŝe  poczuł  się  bardziej  pewnie,  prawie  swojsko  w  tym  intymnym 

otoczeniu.  

Kayla nie zdziwiła się, widząc Bena w drzwiach sypialni. Gdy zdała sobie z tego sprawę, 

nie mogła pojąć, co wpłynęło, Ŝe nie czuła zaskoczenia. To, Ŝe Ben się pojawił, wydawało się 

po prostu naturalne. I miłe.  

Pomyślała,  Ŝe  dobrze  wygląda  w  granatowym  garniturze  z  kamizelką,  koszuli  i 

wyczyszczonych  do  połysku  czarnych  butach,  prawdziwy  prawnik.  Potem  przypomniała 

sobie ich rozstanie poprzedniej nocy i spróbowała przybrać mniej przyjazną postawę.  

– Myślę, Ŝe jestem na ciebie zła – powiedziała z namysłem.  

background image

– Ale nie bardzo – odparł Ben z nadzieją w głosie.  

– Nie – przyznała – nie bardzo. Tak naprawdę doceniam wszystko, co zrobiłeś. Zwłaszcza 

przysłanie ciotki Lii. PoŜytecznie spędziłyśmy czas.  

– Miałem wraŜenie, Ŝe znajdziecie wspólny język. Pasujecie do siebie.  

–  Bardzo  mi  pomogła  –  powiedziała  Kayla.  –  Zdaje  się,  Ŝe  rodzina  Montgomerych 

traktuje mnie jak Ŝywą maskotkę.  

Kayla nie wiedziała, jak rozumieć uśmiech Bena. Przypomniała sobie poprzedni wieczór i 

zaniepokoiła  się,  Ŝe  jednak  rozumie  ten  uśmiech.  Zanim  zareagowała,  pośpieszył  z 

wyjaśnieniem, które przekonało ją, Ŝe nie miała racji.  

– Przepraszam za wczorajszy wieczór. Byłem zbyt natarczywy. To nie jest w moim stylu.  

– Nie podejrzewałam cię o to, Ŝe jest. Ja teŜ zachowałam się irracjonalnie, co równieŜ jest 

niepodobne do mnie.  

– MoŜe powinniśmy to złoŜyć na karb tego, co się dzieje, gdy jesteśmy razem.  

– Przynajmniej nie jesteśmy nudni i konwencjonalni. Ben roześmiał się.  

–  Czy  myślisz,  Ŝe  kiedykolwiek  będziemy?  –  Zanim  zdąŜyła  odpowiedzieć,  dodał:  – 

Razem... to znaczy...  

jeśli będziemy się widywać... jako przyjaciele... rozumiem przez to...  

Kiedy stało się oczywiste, Ŝe Ben nic więcej nie powie, odparła: 

–  Chciałabym,  Ŝebyśmy  zostali  przyjaciółmi,  ale  niczym  więcej.  Najpierw  muszę 

uporządkować swoje Ŝycie.  

–  Ja  teŜ  tak  to  odczuwam  –  powiedział  Ben  i  kiwnął  głową  ze  zrozumieniem.  –  Nie 

miałem czasu angaŜować się na serio. Nawet gdybym, ty pewnie... ostatniej nocy...  

Tym razem przerwy były  bardziej prowokacyjne. Kayla  czuła, jak jej ciało sztywnieje, i 

bezwiednie otuliła się szlafrokiem. Ben zauwaŜył to i urwał w środku zdania.  

Zrozumiał,  Ŝe  to  nieodpowiedni  czas  i  miejsce,  tutaj,  w  jej  sypialni,  gdy  była  całkiem 

bezbronna. Ben nigdy  w Ŝyciu nie postąpił nieszlachetnie i tym bardziej nie chciał zaczynać 

teraz, u progu przyjaźni z Kaylą. Pamiętał swój sen i wyraz pogardy we wzroku kobiety. Nie 

chciał ujrzeć go w oczach Kayli.  

–  Ostatnia  noc  to  ostatnia  noc  –  powiedziała  Kayla  wstając  –  a  dzisiejszy  dzień  to 

dzisiejszy  dzień,  a  raczej  wieczór  –  poprawiła  się,  patrząc  przez  okno  w  mrok.  –  Chyba 

powinnam się ubrać i przygotować dla nas kolację, nie sądzisz? Jestem ci to winna.  

– To brzmi wspaniale, ale wiem, gdzie czeka na nas gotowe spaghetti.  

– Słyszałam, Ŝe nie ma tu restauracji...  

– Nie ma, ale to wieczór spaghetti u Fiore’ów. Chętnie ugoszczą dodatkową dwójkę.  

– Ben, nie moŜemy...  

–  Oczywiście,  Ŝe  moŜemy.  Andy  i  Terrie  chcą  cię  poznać.  Im  wcześniej,  tym  lepiej. 

Chodźmy.  

– Czy pozwolisz mi się chociaŜ ubrać? – spytała Kayla ze śmiechem.  

– W porządku. Poczekam na dole. Pięć minut? 

– Dziesięć – zaŜądała, popychając go delikatnie w kierunku drzwi.  

Gdy  ubrała  się  i  wyszczotkowała  włosy,  uśmiechnęła  się  do  siebie.  Właśnie  takiej 

background image

przyjaźni potrzebowała. Na początku obawiała się, Ŝe Ben wszystko zniszczy, zbyt wcześnie 

domagając się czegoś więcej. Ale teraz wycofał się i Kayla z jakiegoś powodu ufała mu.  

Nagle zorientowała się, Ŝe przez jej głowę przebiegają inne myśli. To dlatego, Ŝe Ben jest 

tak  bardzo  atrakcyjny.  Gdy  obudziła  się  i  ujrzała  go  stojącego  w  drzwiach,  opanowało  ją 

trudne  do  zwalczenia  pragnienie,  by  wyciągnąć  ramiona  i  zaprosić  go  do  łóŜka.  Zamiast 

ubierać się, mogła teraz być w jego ramionach.  

Na szczęście, pomyślała, odkładając szczotkę, oparła się pokusie – i będzie tak robiła. Ma 

i  tak  zbyt  wiele  na  głowie.  Zna  Bena  od  dwudziestu  czterech  godzin  i  nie  zdąŜyła  się 

zastanowić nad swymi uczuciami.  

Potrząsnęła  głową  i  popatrzyła  na  włosy  spływające  w  naturalnych  falach  na  ramiona. 

Dobrze  jest  jak  jest,  bez  wikłania  się  w  związek,  który  odebrałby  jej  energię  i  skazał  na 

uczuciową huśtawkę. Nie potrzebowała tego. Miała dość komplikacji i kłopotów.  

OdłoŜyła szczotkę, wzięła torebkę i wyłączyła światło. Czuła się wspaniale i była bardzo 

opanowana. Gdyby jeszcze mogła zignorować te erotyczne marzenia Bena, które wciskały się 

do jej tak pod innymi względami rozwaŜnego umysłu.  

background image

ROZDZIAŁ 4 

 

Kayla wróciła od Fiore’ów zdumiona, Ŝe tak szybko zyskała nowych przyjaciół.  

Andy  i  Ben  nie  mogli  bardziej  róŜnić  się  miedzy  sobą.  Ben  był  wysoki  i  dobrze 

zbudowany,  natomiast  Andy  był  szczupły  i  zwinny,  z  kręconymi  czarnymi  włosami  i 

młodzieńczą, niemal dziecinną twarzą. I bez przerwy Ŝartował.  

W pewnej chwili spytał Kaylę: 

– Teraz, gdy nas poznałaś, powiedz, o której odlatuje twój samolot do Kalifornii? 

– MoŜesz mi wierzyć albo nie, ale chyba pozwolę mu odlecieć beze mnie – roześmiała się 

Kayla. – Od dziś to moje miasto.  

– To pewnie z powodu mojego sosu do spaghetti? 

–  Raczej  ze  względu  na  twoją  Ŝonę  i  dzieci  –  odparła.  Synowie  gospodarzy,  pięcio-  i 

siedmioletni, szybko przypadli jej do serca.  

– Dobrze ich wychowałem.  

– Andy – zaprotestowała Terrie – oni jeszcze nie są „wychowani”. Zwróciła się do Kayli: 

– Myślę, Ŝe teraz powinniśmy napić się kawy i usłyszeć, jakie masz plany co do sklepu.  

Kayla westchnęła.  

– MoŜe pomogę przygotować kawę – powiedziała wymijająco.  

–  Och,  nie  –  zaprotestował  Andy.  –  Tym  zajmie  się  Ben.  Tylko  to  zdołał  opanować  w 

pełni.  

Ben,  juŜ  wcześniej  pokonany  w  rozgrywce  słownej,  skierował  się  milcząco  do  kuchni  i 

tylko jego wzniesiony ku niebu wzrok świadczył o tym, Ŝe usłyszał.  

– Mów, Kaylo – nalegała Terrie.  

–  Myślę,  Ŝe  aby  otworzyć  sklep,  trzeba  dokonać  dwóch  rzeczy.  Obie  są  niemal 

niewykonalne.  

– To na pewno przytłaczające – pokiwała głową Terrie.  

– Delikatnie mówiąc. Przede wszystkim muszę zrobić spis towarów. Potem chcę sprzedać 

przedmioty, które nie odpowiadają profilowi sklepu – jeśli ktokolwiek je kupi.  

–  Kupią  na  wyprzedaŜy  –  zapewniła  Terrie  –  jeŜeli  ceny  będą  wystarczająco  niskie. 

Oczywiście nie zyskasz duŜo pieniędzy...  

– Ale przynajmniej zyskam trochę miejsca.  

– Miło będzie zobaczyć sklep znów otwarty. Elinor była bardzo Ŝyczliwa, choć nigdy nie 

zrobiła  olśniewających  interesów.  Pamiętam  komplet  filiŜanek,  które  kupiłam  dla  matki. 

Elinor wiedziała o nich wszystko włącznie z nazwiskiem pierwszego właściciela. Dzięki temu 

prezent nabrał bardziej osobistego charakteru.  

–  To  mogłoby  być  interesujące  –  odezwał  się  nieoczekiwanie  Ben.  –  Gdybyś  znała 

historię kaŜdego przedmiotu, mogłabyś spisywać ją na dołączonej karcie, nadając ten osobisty 

charakter, o czym mówiła Terrie.  

– Gdybym tylko znała te historie! – zawołała Kayla.  

– MoŜe poznasz – rzucił Ben. Trzy pary oczu skierowały się pytająco ku niemu. – Elinor 

background image

prawdopodobnie prowadziła notatki dotyczące zakupów.  

– Teraz, kiedy mamy nową koncepcję, moŜe warto zmienić nazwę sklepu – zastanawiała 

się  Kayla.  –  Zawsze  intrygowało  mnie  wyraŜenie  „Otwierające  się  Drzwi”,  ale  nie  mam 

pojęcia, co się za nim kryje. To brzmi tak niesamowicie.  

– Ale jest rzeczywiście intrygujące – zgodził się Andy.  

– I gdzieś nawet moŜesz znaleźć wytłumaczenie tej nazwy.  

–  Jeśli  je  znajdziesz,  zatrzymaj  dla  siebie  –  odezwała  się  Terrie.  –  Niech  to  pozostanie 

tajemnicą.  

– Dobrze – powiedziała Kayla. – Jest jednak inna tajemnica, którą chcę poznać. Chodzi o 

portret. – Zobaczywszy zdziwione spojrzenia wyjaśniła: – To olejny portret kobiety z połowy 

siedemnastego wieku. Ona wygląda dokładnie jak ja.  

– To niesamowite – powiedział Andy. – Co o niej wiesz? 

– Tylko to, Ŝe miała na imię Katherine.  

– CóŜ, jej przeszłość nie pozostanie długo tajemnicą. W kaŜdym razie nie tutaj.  

– To prawda – wtrąciła się Terrie. – W Salem jest doskonała biblioteka.  

–  Tutejsi  mieszkańcy  są  niesłychanie  zainteresowani  swoją  przeszłością  –  zaŜartował 

Andy.  –  Zwłaszcza  ci,  których  przodkowie  przybyli  tu  kilkaset  lat  temu,  w  epoce 

purytańskiej, jak w przypadku Bena.  

Ben zareagował ripostą, która wznowiła słowny pojedynek. Ciągnął się on aŜ do późnego 

wieczora  i  obejmował  kilka  wybranych  historyjek  o  Benie,  z  którymi  on  sam  nie  zamierzał 

Kayli zapoznawać.  

–  Wszystko  po  to,  Ŝeby  mnie  wprawić  w  zakłopotanie  –  narzekał  Ben  podczas  powrotu 

do domu. – Mam nadzieję, Ŝe nie wierzysz w te wszystkie opowieści.  

–  Wprost  przeciwnie  –  odparła.  –  Ale  nie  jestem  zaskoczona.  Od  samego  początku 

podejrzewałam, Ŝe masz drugą naturę.  

– AleŜ, Kaylo – zaprotestował Ben – to są historie z dzieciństwa.  

–  Raz  szalony,  zawsze  pozostanie  szalony  –  pamiętasz,  jak  zostałeś  złapany  na 

nurkowaniu nago...  

Ben potrząsnął głową, skręcając na podjazd Kayli.  

– Co miałaś na myśli mówiąc „od samego początku”? 

–  Po  prostu.  Natychmiast  rozpoznałam  opiekuńczego  Bena,  chętnie  udzielającego  porad 

prawnych.  

– NiezaleŜnie od tego, czy o nie prosiłaś – uzupełnił.  

–  Właśnie.  Zobaczyłam  teŜ  serdecznego  i  chętnego  do  pomocy  Bena,  który  potrafi  być 

dobrym  przyjacielem.  Jeszcze  nie  widziałam  innego,  szalonego  Bena,  ale  domyślałam  się 

jego istnienia. – I, zakłopotana swą bezpośredniością, dodała: – Na ogół nie analizuję ludzi w 

ten sposób.  

Ben  nie  miał  hic  przeciwko  temu  –  tak  naprawdę  zgodziłby  się  na  wszystko,  co 

zatrzymałoby ją w samochodzie. Chciał, Ŝeby wieczór trwał.  

– Podoba mi się to. Opowiedz mi coś jeszcze.  

– Nie wiem nic więcej. Na razie – odparła. Potraktował to jako zachętę. Aby dowiedzieć 

background image

się  czegoś  o  nim,  będzie  musiała  spędzać  z  nim  duŜo  czasu.  To  zabrzmiało  wspaniale,  ale 

wiedział,  Ŝe  musi  być  ostroŜny.  Mieli  za  sobą  długi  wieczór.  Czuł,  Ŝe  Kayla  chce  go 

zakończyć. Nie był jednak w stanie jej zostawić.  

– Robi się późno... – zaczęła.  

–  Wiem  –  odparł,  nie  ruszając  się  z  miejsca.  Zareagował  dopiero,  gdy  Kayla  wzięła  za 

klamkę.  

Szybko wysiadł, obszedł samochód i pomógł jej wysiąść. Nie miał zamiaru Ŝegnać się na 

odległość.  

Gdy  szukała  klucza,  stał  oczekująco,  zmuszając  się  do  cierpliwości.  Światło  padające  z 

werandy  utworzyło  aureolę  wokół  jej  głowy.  To  wystarczyło,  by  poczuć  gwałtowną  chęć 

złamania  milczącej  obietnicy  i  wzięcia  jej  w  ramiona.  Wtedy  klucz  obrócił  się  w  zamku  i 

Kayla  otworzyła  drzwi.  Ben  stłumił  westchnienie  ulgi.  Przetrzyma!  kolejny  niebezpieczny 

moment.  

Kayla, nieświadoma, co z nim się dzieje, powiedziała pogodnie: 

– To był uroczy wieczór, Ben. Było mi miło poznać twoich przyjaciół.  

– Cieszę się. Teraz to równieŜ twoi przyjaciele. – Przez chwilę oboje zastanawiali się, co 

powiedzieć.  Potem,  dokładnie  w  tym  samym  momencie,  Kayla  wyciągnęła  rękę,  a  Ben 

pochylił się, aby pocałować ją w policzek. Zderzyli się głowami.  

– Przepraszam...  

– Przepraszam... Pochwycił jej dłoń.  

– Dobranoc, Kaylo.  

– Dobranoc, Ben.  

Gdy skierowała się do sieni, zawołał na nią.  

– Kaylo...  

– Tak? – W jej głosie wyczuł oczekiwanie.  

– ZauwaŜyłem dziś po południu, Ŝe twoje przednie koło siada. Powinnaś to sprawdzić. – 

Nie  mogąc  odczytać  wyrazu  jej  twarzy,  Ben  zastanawiał  się,  czy  nie  zepsuł  wszystkiego  tą 

nieproszoną radą. Wtedy usłyszał jej śmiech.  

– Dzięki – powiedziała. – Jutro zajrzę na stację obsługi. – WciąŜ uśmiechnięta odwróciła 

się do drzwi.  

– Nie zapomnij zamknąć drzwi na klucz – zawołał i w duchu zwymyślał się od idiotów. 

Kolejna rada.  

Kayla,  świeŜa  po  dobrze  przespanej  nocy,  była  gotowa  zabrać  się  energicznie  do 

„Otwierających  się  Drzwi”.  Ale  przede  wszystkim  poszperała  w  biurku  Elinor  w  kuchni, 

gdzie  miała  nadzieję  odszukać  wykaz  zakupów.  Nie  znalazła  nic  poza  stertą  starych 

rachunków  i  kwitów.  Z  westchnieniem  wstała  z  krzesła.  Wtedy  właśnie  zauwaŜyła  pod 

biurkiem dwie zakurzone ksiąŜki. Jedną z nich był rejestr.  

–  Dzięki  Bogu!  –  zawołała  po  chwili.  Elinor  spisywała  w  nim  wszystkie  nabytki,  daty  i 

miejsca  zakupów,  nazwiska  poprzednich  właścicieli  i  ciekawostki  związane  z  kaŜdym 

przedmiotem.  

Teraz czekało ją trudne zadanie – dopasowanie numerów w rejestrze do rzeczy w sklepie, 

background image

zlokalizowanie ich i podjęcie decyzji, które powinny zostać, a które trzeba usunąć.  

Kayla  spędziła  większą  część  przedpołudnia,  odnajdując  niektóre  ze  spisanych 

przedmiotów, począwszy od duŜej brzydkiej szafy, która, jak podejrzewała, była w sklepie od 

dnia  otwarcia.  Udało  jej  się  teŜ  zidentyfikować  komplet  pucharków  z  ciętego  szkła  wraz  z 

karafką i krzesła w stylu Windsor, które zauwaŜyła poprzedniego dnia.  

JuŜ  wyobraŜała  sobie  kartę,  którą  dołączy  do  kaŜdej  pozycji,  wypisaną,  czarnym 

atramentem na solidnym kremowym papierze.  

TuŜ  przed  dwunastą  odkryła  rzeźbiony  kufer,  stół  w  stylu  Chippendale  i  starą  latarnię 

sztormową. Zidentyfikowała w ten sposób tuzin przedmiotów, które mogły stanowić zaląŜek 

jej sklepu. NaleŜało je tylko doprowadzić do stanu uŜywalności.  

Ale  jeszcze  nie  teraz.  Na  razie  dość,  postanowiła.  Czas  na  lunch.  OdłoŜyła  rejestr  i 

otworzyła dyŜurną puszkę zupy. Gdy zupa się grzała, powodowana ciekawością, wzięła drugą 

ksiąŜkę.  Historia  rodziny  Hartwellów.  MoŜe  dowie  się  czegoś  o  Katherine,  kobiecie  z 

portretu.  

Zupa  juŜ  bulgotała,  gdy  Kayla  odnalazła  zdjęcie  portretu.  Najpierw  spojrzała  na  daty  – 

urodzona w 1666, zmarła w 1692. Miała dwadzieścia sześć lat, gdy zmarła. Po plecach Kayli 

przebiegł dreszcz. Była dokładnie w jej wieku.  

 

 

Chciwie przeczytała kilka krótkich zdań, w których zawarło się Ŝycie Katherine.  

Córka Edwarda i Sarah Hartwell.  

Zaręczona z Johnem Marstonem. OskarŜona o czary.  

 

Powieszona w dwudziestym szóstym roku Ŝycia.  

Powieszona  jako  czarownica!  Kayla  utkwiła  wzrok  w  tekście,  a  dreszcz  przenikał  teraz 

całe jej ciało. To wszystko było tak nieprawdopodobne.  

Gryzący  zapach  napełnił  kuchnię  i  Kayla  zobaczyła  kipiącą  zupę.  Wyłączyła  palnik, 

sięgnęła  po  łapkę  do  garnków  i  wylała  wszystko  do  zlewu.  Oto  cena  za  zagłębianie  się  w 

dzieje Hartwellów.  

Jednak  ksiąŜka  wciąŜ  ją  przyciągała.  Przechodząc  obok  stołu,  Kayla  przystanęła  i 

spojrzała  na  zdjęcie.  Powinna  być  ubawiona  podobieństwem.  Ale  nie  była.  Powinna 

pomyśleć,  jak  wykorzystać  portret  do  reklamy  sklepu.  Ale  nie  mogła.  Nie  czuła  się  ani 

rozbawiona, ani zaciekawiona. W jej głowie panował zamęt.  

Natrętny dzwonek telefonu wyrwał ją z zadumy.  

– Czy rozmawiam z nową właścicielką „Otwierających się Drzwi”? – spytał kobiecy głos.  

– Tak – odparła, dodając dla wyjaśnienia: – Jestem bratanicą Elinor Hartwell.  

– Miło mi. Właśnie prowadzę wyprzedaŜ w pewnej posiadłości. Zawsze zawiadamiałam 

„Otwierające się Drzwi”, więc...  

–  Cieszę  się,  Ŝe  pomyślała  pani  o  tym  teraz.  Proszę  mi  powiedzieć,  gdzie  to  jest.  Zaraz 

tam będę.  

Opuściła dom z ulgą. MoŜe naleŜało pójść na górę i spojrzeć na portret, spróbować zebrać 

background image

myśli  i  poszukać  odpowiedzi  na  wiele  pytań,  ale  nie  miała  siły.  Chciała  tylko  poddać  się 

przemoŜnemu impulsowi odizolowania się od domu, który wydawał się tak pełen przeszłości.  

Słońce świeciło, a chmury płynęły wysoko po niebie. Kayla wdychała świeŜe powietrze i 

czuła  się  uwolniona  od  niepokojących  opowieści,  które  odnalazła  na  kartach  zakurzonej 

ksiąŜki.  

 

Zatrzymała się na przedmieściach New Sussex, gdzie nabrała paliwa i sprawdziła koła, a 

potem pojechała do Lower Bostick.  

Dom był wyjątkowo szkaradny. Na zewnątrz parkował długi szereg samochodów. Kayla 

miała nadzieję, Ŝe nie spóźniła się. Mimo nie zachęcającej fasady budynku podejrzewała, Ŝe 

wewnątrz kryją się skarby. I nie pomyliła się.  

ChociaŜ  wiedziała,  Ŝe  to  lekkomyślne,  opuściła  dom  z  pudełkiem  na  biŜuterię,  parą 

lichtarzy i starym fotelem na biegunach sprzed wojny secesyjnej. Była z siebie zadowolona.  

Cieszyła ją jazda do domu krętą szosą o czarnej nawierzchni, obsadzaną po obu stronach 

wysokimi  wiązami,  które  właśnie  zaczynały  się  zielenić.  Przez  długi  czas  miała  drogę  tylko 

dla  siebie.  Nagle  pojawił  się  motocyklista,  który  z  kaŜdym  zakrętem  przybliŜał  się  do  niej. 

Kayla zwolniła, Ŝeby mógł ją wyprzedzić. Nie skorzystał z tego. Gdy przyspieszyła, zrobił to 

samo. Gdy zwolniła, on teŜ.  

Jechał  na  wielkim,  czarno-srebrnym  motocyklu,  który  wyglądał  groźnie,  nie  bardziej 

jednak  niŜ  jego  właściciel,  ubrany  w  czarną  skórzaną  kurtkę  i  metaliczny  kask  z  maską 

zasłaniającą twarz.  

Postanowiła  nie  dać  się  przestraszyć,  była  jednak  zirytowana  nie  chcianym 

towarzystwem. Gdy pojawił się znak postoju dla cięŜarówek, gwałtownie skręciła na parking 

przed restauracją.  

Sądząc  z  liczby  samochodów  na  parkingu,  było  to  najwyraźniej  popularne  miejsce,  co 

Kayli bardzo odpowiadało. Nagle poczuła dotkliwy głód.  

Najwidoczniej motocyklista był takŜe głodny – albo ją ścigał. Przejechał zakręt, zawrócił 

i  wjechał  za  nią  na  parking.  Kayla  zastanowiła  się.  Mogła  zrobić  przedstawienie  i  nacisnąć 

klakson. Mogła uciekać. Mogła teŜ wyjść z samochodu, wejść do restauracji i coś zjeść. Było 

późne popołudnie, a ona nie jadła lunchu.  

Zdecydowała  się  na  ostatni  wariant.  Przed  wypełnioną  ludźmi  restauracją  nie  groziło  jej 

Ŝ

adne niebezpieczeństwo. Poza tym chciała, Ŝeby tajemniczy męŜczyzna wiedział, Ŝe ona się 

go nie boi.  

Otworzyła  drzwi  samochodu  i  patrzyła  kątem  oka,  jak  się  zbliŜa.  WciąŜ  miał  na  głowie 

kask,  ale  coś  w  jego  sposobie  poruszania  się  zastanowiło  Kaylę.  Gdy  podszedł  bliŜej,  zdjął 

kask i chciał chwycić ją za rękę.  

Zaczerpnęła  gwałtownie  powietrza.  Odzianym  w  czarną  skórę  motocyklistą  okazał  się 

Ben Montgomery.  

– Nie mogę w to uwierzyć! – zawołała. Uśmiechnął się do niej szeroko.  

– To słabo zaludniony okręg. Ciągle spotykam znajomych.  

–  Wiesz,  Ŝe  nie  to  mam  na  myśli  –  powiedziała  Kayla,  zerkając  przez  ramię  na  czarno-

background image

srebrny pojazd.  

–  Ach,  to  –  odparł.  –  CóŜ,  musiałem  odebrać  dokumenty  w  Gloucester,  więc  wziąłem 

motocykl. Jest ładna pogoda i...  

–  To  teŜ  nie  o  to  chodzi  –  przerwała  Kayla.  –  To,  w  co  nie  mogę  uwierzyć,  to  Ben 

Montgomery na motocyklu.  

Tym razem Ben roześmiał się głośno.  

– Właśnie wczoraj odkryłaś, Ŝe bywam szalony.  

– Rzeczywiście – przyznała. – Widzę, Ŝe znam się na ludziach.  

– Więc znasz mnie na tyle dobrze, Ŝeby wybrać się ze mną na przejaŜdŜkę.  

– MoŜe później. – Kayla przyglądała się nieufnie motocyklowi.  

– Pozwól więc, Ŝe postawię ci kawę.  

– Myślałam o czymś konkretnym. Nie jadłam lunchu – ostrzegła.  

–  Wchodzimy  –  zdecydował  Ben.  Otworzył  drzwi  i  poszedł  za  nią  w  głąb  sali 

restauracyjnej,  w  której  znajdowała  się  szafa  grająca  i  stół  do  bilardu.  Kelnerka,  która 

najwidoczniej znała Bena, nie ukrywała swego zainteresowania nim.  

Kayla  nie  dziwiła  się.  Ben  wyglądał  niesamowicie  seksownie  w  dŜinsach  opinających 

długie  nogi  i  wąskie  biodra.  Obcisła  czarna  koszulka,  którą  nosił  pod  skórzaną  kurtką, 

podkreślała muskuły klatki piersiowej i ramion.  

Czuł  się  tu  jak  u  siebie.  Rzucił  kurtkę  na  wolne  krzesło  i  Kayla  patrzyła  z  ledwo 

skrywanym  zafascynowaniem  na  mięśnie,  które  drgały  na  odsłoniętych  rękach.  Była  w  nim 

jakaś  siła,  coś  niemal  niebezpiecznego.  Wydawał  jej  się  jakiś  inny.  Nie  spodziewała  się 

jednak, Ŝe druga strona jego natury będzie tak przytłaczająca.  

Ale swobodna rozmowa przypomniała jej, Ŝe to ten sam Ben Montgomery, z którym jadła 

kolację wczoraj wieczór.  

–  Co  robisz  w  tych  stronach?  –  spytał.  –  Dostarczasz  coś  klientowi? Widziałem  fotel  w 

twoim bagaŜniku.  

– Niezupełnie – odpowiedziała wymijająco. – Raczej kupuję.  

Ben uniósł jedną brew.  

– Czy nie powiedziałaś nam wczoraj, Ŝe „Otwierające się Drzwi” są wypełnione do granic 

moŜliwości? 

–  I tak jest istotnie – westchnęła. –  Ale nie mogłam się oprzeć. Te rzeczy  tak pasują do 

twego pomysłu.  

– Mojego pomysłu? – zdziwił się Ben.  

–  śeby  nadać  kaŜdemu  przedmiotowi  osobisty  charakter.  Odnalazłam  rejestr  Elinor  i 

sądzę, Ŝe to moŜliwe. To nada mojej działalności nowy wyraz bez zrywania z tradycją.  

– ZaleŜy ci na tym, prawda? 

– Tak – potwierdziła stanowczo.  

– Cieszę się więc, Ŝe pomogłem, choć niewiele.  

– Nie wygłosisz jednego ze swych słynnych wykładów z ekonomii, dlatego Ŝe kupiłam, 

zamiast sprzedać? 

–  CzyŜbym  ci  tego  nie  powiedział,  Kaylo?  Skończyłem  z  wykładami  –  odparł  Ben  z 

background image

łagodnym uśmiechem.  

Nadeszła kelnerka ze smaŜoną rybą dla Kayli oraz ciastkiem i kawą dla niego.  

Kayla wyglądała na lekko zakłopotaną, pałaszując rybę.  

Ben roześmiał się.  

–  Lubię  dziewczęta  o  zdrowym  apetycie.  Zabrałbym  cię  takŜe  na  kolację,  gdybym  nie 

musiał  dziś  pracować  nad  tymi  dokumentami.  WyjeŜdŜam  jutro  na  parę  dni  do  Bostonu  – 

dodał.  

–  Nie  jesteś  za  mnie  odpowiedzialny  –  zapewniła  go  Kayla.  –  Mogę  się  sama  o  siebie 

zatroszczyć i idzie mi to bardzo dobrze. – Pomyślała o portrecie i zaskakujących informacjach 

o Katherine. – Dość dobrze – poprawiła.  

Ben zauwaŜył nutę niepewności w głosie Kayli i spojrzał pytająco.  

Aby uprzedzić pytania, zagadnęła go sama.  

– Czy znasz jakieś dobre księgarnie w Bostonie? 

–  Około  tuzina.  Chcesz,  Ŝebym  wybrał  coś  dla  ciebie:  ksiąŜki  o  marketingu, 

rozpoczynaniu biznesu, takie rzeczy? 

– Niezupełnie. Myślałam raczej o czarownicach.  

–  Czarownice?  Nie  mów  mi  tylko,  Ŝe  chcesz  powiązać  sklep  z  tym  okropnym  Muzeum 

Czarownic w Salem? 

– Nie jest okropne – sprzeciwiła się Kayla – chociaŜ był to z pewnością tragiczny okres w 

historii. Wizyta w muzeum podobała mi się.  

Ben w milczeniu skończył ciastko i popił kawą.  

–  Być  moŜe  się  mylę,  ale  mam  wraŜenie,  Ŝe  to  właśnie  Muzeum  Czarownic  było 

przyczyną twego spóźnienia na nasze pierwsze spotkanie.  

Kayla uniosła hardo podbródek.  

– Oraz Dom Siedmiu Szczytów. Uznałam oba miejsca za... intrygujące.  

– Tylko dla turystów. – Ben machnął lekcewaŜąco ręką.  

–  Wtedy  mogłam  być  turystką,  ale  juŜ  nie  jestem  i  chcę  wiedzieć  więcej  o  procesach 

czarownic.  

– Czarownice, słudzy szatana, czarna magia – to wszystko śmieszne, Kaylo, obliczone na 

zysk.  

Kayla popatrzyła na niego z powagą.  

–  Przyrzekłeś,  zenie  będziesz  mnie  pouczać  –  przypomniała  mu.  –  I  nie  wszystko  jest 

zmyślone – dodała.  

– Nie zaprzeczam, Ŝe w Massachusetts rozegrała się tragedia i zginęło wielu niewinnych 

ludzi, ale teraz to tylko fakt historyczny.  

Kayla wiedziała, Ŝe nie  powinna się spierać, tylko miło się uśmiechnąć i  zmienić temat. 

Ale  on  mówił  tak  niefrasobliwie  o  kobiecie  noszącej  nazwisko  Hartwell,  którą  powieszono 

jako czarownicę. Nie mogła milczeć.  

– Historia ubarwia zarówno teraźniejszość, jak przyszłość, nie sądzisz? 

Ben utkwił w niej uwaŜne spojrzenie.  

–  W  porządku,  Kaylo,  o  co  chodzi?  KsiąŜki,  czarownice,  historia,  to  wszystko  tworzy 

background image

jakąś całość.  

ChociaŜ  wiedziała,  Ŝe  Ben  będzie  sceptyczny,  poczuła  ulgę,  mówiąc  mu  o  swoim 

odkryciu.  

– Pamiętasz ten portret, który zobaczyłam w sypialni Elinor? 

– Oczywiście, Ŝe pamiętam – skinął głową.  

–  Dziś  odnalazłam  jego  zdjęcie  w  ksiąŜce  historycznej  i  dowiedziałam  się  czegoś  o 

Katherine. – Kayla nie była w stanie zapanować nad głosem. – Ona zginęła, gdy była w moim 

wieku, Ben. Została powieszona jako czarownica.  

Ben nie ukrywał zaskoczenia.  

–  Rozumiem,  dlaczego  interesujesz  się  tym  rozdziałem  dziejów  rodziny,  ale  czy  nie  za 

bardzo się w to wgłębiasz? 

Kayla najeŜyła się.  

–  Nie  wgłębiam  się.  Po  prostu  opowiadam  ci,  jak  się  czuję.  Nawet  przedtem,  zanim 

dowiedziałam  się  o  Katherine,  miałam  takie  dziwne  uczucie  przy  zwiedzaniu  muzeum  i 

Domu Siedmiu Szczytów.  

– To ich atmosfera, Kaylo – powiedział sucho.  

– Ale odniosłam to samo wraŜenie,  gdy zobaczyłam portret – tłumaczyła. – To było jak 

dotknięcie zimnej ręki. Gdybym nie czuła się tak niepewnie, powiesiłabym go w sklepie. Ale 

nie  zrobiłam  tego.  Zostawiłam  go  na  miejscu  i  więcej  tam  nie  poszłam.  –  Nie  wspomniała 

nawet  o  starym  salonie  i  nieprzyjemnym  wraŜeniu,  jakiego  w  nim  doznała.  Do  tego  pokoju 

równieŜ więcej nie weszła od wieczora, w którym przyjechała do New Sussex.  

Ben siedział nad wystygłą kawą, milcząc przez długi czas. Wreszcie zapytał z troską: 

– Czy myślisz, Ŝe jesteś w jakiś sposób powiązana z Katherine? 

Jako  rasowy  prawnik  nie  pozwolił  jej  odpowiedzieć.  ZałoŜył,  Ŝe  potwierdza,  i  zadał 

następne pytanie: 

– Czy mówimy o energii paranaturalnej i psychicznej i temu podobnych bzdurach? 

Kayla milczała, ciągnął więc delikatniej.  

– Czy trochę nie przesadzasz? 

– Być moŜe – przyznała. – Ale czy ty nie zachowujesz się protekcjonalnie? 

– Nie sądzę.  

– Posłuchaj mnie, Ben. Przyjechałam tu nic nie wiedząc o Katherine ani o New Sussex i 

niewiele  o  czarownicach.  Potem  poszłam  do  muzeum.  Później  zobaczyłam  jej  portret. 

Odczułam, Ŝe coś mnie z nią wiąŜe. Chcę o niej wiedzieć więcej. Chcę zrozumieć, dlaczego 

ten portret tak silnie na mnie działa. Nie uwaŜam, Ŝe to dziwne.  

– Nie mówiłem, Ŝe to dziwne – sprostował.  

–  Czy  nie  chciałbyś  dowiedzieć  się  czegoś  więcej  o  swym  przodku,  który  wyglądał 

dokładnie tak samo jak ty? – spytała Kayla.  

Usłyszawszy to Ben zaczął się śmiać.  

–  Wszyscy  męŜczyźni  z  rodziny  Montgomerych  wyglądają  tak  samo,  Kaylo.  I  tak 

wyglądali  od  wieków.  ZdąŜyliśmy  się  do  tego  przyzwyczaić.  –  Ujrzawszy  chmury,  które 

zbierały  się  w  jej  błękitnych  oczach,  dodał:  –  Ta  historia  rodziny  z  Nowej  Anglii  jest  dla 

background image

ciebie czymś nowym i rozumiem, dlaczego się nią interesujesz.  

– Mimo Ŝe uwaŜasz to za głupie – uzupełniła.  

– Tego nie powiedziałem – odparł Ben. – Wygłaszałem tylko racjonalną opinię.  

– Która ma sens, jeśli wygłasza ją prawnik, a nie facet szalejący na czarnym motocyklu – 

rzuciła  ze  śmiechem.  –  Skoro  ja  nie  kpię  z  twoich  dziwactw,  dlaczego  ty  nie  miałbyś 

akceptować moich? Sięgnął przez stół i wziął ją za rękę.  

–  Spróbuję  być  bardzo  tolerancyjny  –  powiedział,  ale  widać  było,  Ŝe  myśli  o  czymś 

innym.  Dłoń  Kayli  była  ciepła  i  miękka  i  samo  trzymanie  jej  sprawiło,  Ŝe  czuł  dreszcz 

przebiegający  przez  ciało.  W  tym  nie  dostrzegał  niczego  nienormalnego.  Było  to  doprawdy 

bardzo  zwyczajne  i  ludzkie.  Jak  dobrze  byłoby  zapomnieć  o  pracy,  mieć  wolny  wieczór  i 

objąć Kaylę ramionami. Posadziłby ją na motocykl i pojechał ciemnymi krętymi drogami do 

tajemniczych miejsc, których Ŝadne z nich nie widziało. Robiliby wspaniałe rzeczy nie znane 

im przedtem, przeŜywaliby magiczne chwile, których nawet sobie nie wyobraŜali.  

– Och, jesteś tu, prawda? – spytała Kayla. Ben otrząsnął się z zamyślenia.  

– Tak, będę tak tolerancyjny, Ŝe nawet przywiozę ci ksiąŜki, o które prosiłaś. Czy po tej 

łapówce jesteś gotowa na przejaŜdŜkę? 

Spojrzała w okno.  

– Robi się ciemno i oboje mamy duŜo pracy. Ale wezmę to pod uwagę przy pierwszym 

słonecznym weekendzie.  

–  Umowa  stoi.  –  Kelnerka  pojawiła  się  z  rachunkiem  i  mniej  przyjaznym  spojrzeniem. 

Ben zorientował się, Ŝe wciąŜ trzyma Kaylę za rękę. Puścił ją niechętnie.  

Na  dworze  stali  przy  jej  samochodzie  w  zapadającym  zmierzchu.  Nad  ich  głowami 

zamrugała  słabo  pierwsza  wieczorna  gwiazda.  Łagodny  powiew  zburzył  włosy  Kayli. 

Odgarnęła je z twarzy tak zachwycającym gestem, Ŝe Ben poczuł ból.  

– Dzięki, Ŝe zatroszczyłeś się o mój Ŝołądek – powiedziała. – Teraz na mnie kolej, będzie 

to domowy posiłek.  

– Nie mogę się doczekać.  

– MoŜesz się wycofać, gdy spróbujesz mojej kuchni – roześmiała się Kayla.  

–  Nie  boję  się  twojej  kuchni  –  powiedział  Ŝartobliwie.  –  Lubię  Ŝyć  niebezpiecznie, 

pamiętasz? 

–  Tak,  i  zaczynam  w  to  wierzyć  –  odparła  miękko  i  podniosła  głowę,  Ŝeby  spojrzeć  na 

niego.  

Nie  mógł  się  powstrzymać.  Gdy  pochylał  się  do  jej  ust,  usłyszał,  jak  lekko  westchnęła. 

Ale nie odwróciła się, uniosła twarz ku niemu i ich usta się spotkały.  

Smakowała jak nektar. Otworzył usta i poczuł, jak jej wargi rozchylają się zapraszająco. 

ś

arliwie oddawała mu pocałunek. Zamknął ją w ramionach. Przylgnęła do niego właśnie tak, 

jak tego pragnął.  

Wyczuwał  jej  piersi,  brzuch,  uda,  bliŜej,  bliŜej,  aŜ  w  głowie  mu  się  kręciło  od 

czarownego dotyku jej ciała. Jej ręce przesunęły się przez jego włosy, paznokcie drapały go w 

szyję,  a  język  stykał  się  z  jego  językiem.  To  była  odpowiedź,  o  której  marzył,  ale  nigdy 

naprawdę  jej  się  nie  spodziewał.  Przyciągnął  Kaylę  jeszcze  bliŜej,  pragnąc,  by  stopili  się  w 

background image

jedno.  Nigdy  dotychczas  nie  czuł  się  tak  z  Ŝadną  kobietą.  Nigdy  w  Ŝyciu  nie  pragnął  tak 

Ŝ

adnej kobiety. Pragnął do bólu, aby ta chwila trwała, ale w końcu oderwali się od siebie.  

Oparła  czoło  na  jego  ramieniu,  a  on  przytulił  ją  delikatnie,  słuchając,  jak  ich  serca 

powracają do normalnego rytmu.  

– Myślę, Ŝe ty teŜ lubisz Ŝyć niebezpiecznie – szepnął.  

– Mogłabym to polubić – odpowiedziała zdławionym głosem.  

– MoŜe więc pójdziemy w jakieś spokojniejsze miejsce, na przykład do mnie? 

Ramiona Bena wciąŜ ją otaczały, ciepłe i kojące. W głowie jej się kręciło na wspomnienie 

jego  pocałunków.  Tak  łatwo  byłoby  powiedzieć:  „tak”  i  dać  się  porwać  do  krainy  śmiałych 

erotycznych marzeń.  

–  Powiedz:  tak,  Kaylo.  Od  naszego  pierwszego  spotkania  było  nieuniknione,  Ŝe 

zostaniemy kochankami. Wiem, czego chcę i, co waŜniejsze, wiem, czego ty chcesz.  

Kayla  zesztywniała  w  jego  ramionach.  Gdy  pochylił  się,  aby  znów  ją  pocałować,  jego 

wargi napotkały jej policzek.  

– Słucham? – spytała.  

Ben zdał sobie sprawę z błędu i próbował go naprawić. Na próŜno.  

– Oczywiście, mogę się mylić, Kaylo.  

–  CóŜ,  to  moŜliwe  –  odparła.  Ciepło,  które  tak  niedawno  czuła,  nagle  zmieniło  się  w 

przejmujący  chłód.  –  Zadziwiasz  mnie  swoją  wiedzą  o  tym,  co  jest  dla  mnie  najlepsze. 

Oczywiście, twoim zdaniem, to Ben Montgomery. Niestety, mylisz się. – Jej oczy błyszczały 

gniewem.  

Oczy Bena odpowiedziały ogniem.  

– Dlaczego zawsze tak pospiesznie i źle mnie osądzasz? To prawda, Ŝe cię pragnę. Ale ty 

teŜ mnie pragniesz. Twoje ciało nie umie kłamać, Kaylo. Jesteś po prostu zbyt uparta, by się 

do tego przyznać. Albo się boisz.  

– Nie boję się – odparowała. – Ale nie mogę się zdecydować. Nie chcę, Ŝebyś to robił za 

mnie. Choć raz pozwól mi myśleć i mówić za siebie. Wiem, czego chcę.  

–  Czy  naprawdę,  Kaylo?  –  Dotknął  delikatnie  jej  włosów  i  wówczas  znów  znalazła  się 

przy nim. Jej usta miaŜdŜył brutalny pocałunek, jego wargi paliły jej wargi, a język poruszał 

się zmysłowo i z absolutną pewnością.  

Gdy w końcu oderwali się od siebie, Kayla ledwo trzymała się na nogach. Przepełniała ją 

namiętność.  

Nigdy nie była bardziej świadoma swego stanu niŜ teraz, gdy kaŜdy nerw palił ją od Ŝaru, 

który wzbudził w niej Ben.  

Odsunęła się chwiejnie, przeraŜona wpływem, jaki Ben na nią wywiera. Nie wiedząc, co 

powiedzieć, spojrzała na niego, wciąŜ czując smak jego ust, i dotyk jego ciała przy swoim.  

–  Pomyśl  o  tym,  Kaylo  –  powiedział.  W  milczeniu  patrzył  na  nią  przez  długą  chwilę. 

Wreszcie  ujął  ją  pod  ramię  i  otworzył  drzwi  samochodu.  –  Porozmawiamy  o  tym  znów, 

zapewniam cię. Teraz wsiadaj i zamknij drzwi. Nigdy nie wiadomo, jakie niebezpieczne typy 

moŜna spotkać na tych  ciemnych drogach. – Pochylił się,  ale nie dotknął jej. –  A nawiasem 

mówiąc, to, Ŝe zostaniemy kochankami, jest nieuchronne. Uwierz mi.  

background image

Kayla  patrzyła,  jak  odchodzi,  wsiada  na  motocykl,  wkłada  kask  i  odjeŜdŜa  w  mrok  z 

rykiem  silnika.  Przez  długi  czas  siedziała  nieruchomo  z  drŜącymi  wciąŜ  rękami,  myśląc  o 

tym, co zaszło między nimi. Jego pocałunki poruszyły ją do  głębi. Nigdy tak zachłannie nie 

odpowiadała  na  pocałunki.  Ale  teŜ  nigdy  nie  była  tak  namiętnie  całowana.  Chciała,  Ŝeby  to 

się zdarzyło jeszcze raz i jeszcze.  

A  więc  dlaczego  tak  trudno  było  to  przyznać?  Ben  miał  rację  –  pragnęła  go.  Co 

powstrzymało ją od powiedzenia: tak? 

Zawsze  było  tak  samo:  to,  co  wydawało  się  tak  dobrze  zaczynać,  kończyło  się  klęską. 

CzyŜby specjalnie prowokowała to napięcie, Ŝeby trzymać go na dystans? Czy bała się, jak on 

twierdził? 

Kayla  musiała  przyznać,  Ŝe  myśl  o  całkowitym  oddaniu  się  komuś  była  przeraŜająca.  A 

zdawała sobie sprawę, Ŝe z Benem nie będzie mowy o półśrodkach.  

JuŜ zajął waŜne miejsce w jej Ŝyciu. A potrafił być przytłaczający. Gdy byli razem, gniew 

i  namiętność  stapiały  się  niemal  w  jedno.  Wiedziała,  Ŝe  ich  zbliŜenie  fizyczne  byłoby  tak 

bezgraniczne  jak  ich  zaangaŜowanie,  i  zastanawiała  się,  ile  z  siebie  moŜe  dać  Benowi. 

Odetchnęła głęboko, przeraŜona, a zarazem podniecona tym, co moŜe przynieść przyszłość.  

W  głębi  duszy  wiedziała,  Ŝe  on  ma  rację.  Ich  zbliŜenie  jest  nieuniknione.  Nieuchronne, 

powiedział Ben. Brzmiało to dramatycznie, ale chyba zmierzali w tym kierunku.  

Powzięła decyzję. Następnym razem powie te słowa. Powiedziała je teraz, głośno: 

– Pragnę cię, Benjaminie Montgomery.  

Raz  wypowiedziane,  nie  wydawały  się  wcale  trudne.  Wiedziała,  Ŝe  obawy  przed 

nieznanym zniknęły. Teraz nadszedł czas, aby otworzyć drzwi dla siebie i dla Bena.  

background image

ROZDZIAŁ 5 

 

Ben  odsunął  stos  ksiąŜek  na  biurku  i  nalał  kolejną  filiŜankę  kawy.  Nie  chciało  mu  się 

spać.  Nigdy  nie  był  tak  przytomny.  Potrzebował  kofeiny,  by  skoncentrować  się  na  pracy. 

Podczas  długich  godzin  spędzonych  nad  aktami  myślał  głównie  o  Kayli,  a  nie  o  tym,  co  go 

czeka w sądzie.  

Wspomnienie popołudniowego spotkania z Kaylą nie opuszczało go. Jak kaŜde spotkanie 

z nią, równieŜ i to było pełne niespodzianek, napięcia erotycznego. Miało posmak zmysłowej 

przygody.  

Ich  pocałunki  za  kaŜdym  razem  pozostawiały  wraŜenie  niedosytu,  potęgowały  jego 

namiętność.  

Ale  pamiętał  nie  tylko  pocałunek  –  pamiętał  równieŜ  wyraz  jej  oczu,  gdy  rozmawiali  o 

tajemniczym portrecie Katherine Hartwell.  

Oczywiście  powinien  być  ostroŜniejszy  i  nie  draŜnić  jej.  Niestety,  gdy  wszystko  szło 

dobrze, nie mógł powstrzymać się od słów, które wywoływały jej gniew.  

Istniało teŜ coś innego. W kaŜdym z nich tkwiła jakaś siła, która sprawiała, Ŝe się ciągle 

kłócili. Cokolwiek to było, zastanawiało go i frustrowało, ale nigdy nie nudziło.  

Ben  wypił  łyk  kawy,  skrzywił  się,  czując  jej  gorzki  smak  i  obiecał  sobie  solennie,  Ŝe  w 

obecności  Kayli  będzie  trzymał  język  za  zębami.  Uśmiechnął  się.  Zdał  sobie  sprawę,  Ŝe  nie 

raz składał to ślubowanie, po to, aby je łamać przy kaŜdym spojrzeniu w jej twarz. Kusiła go, 

a  zarazem  rzucała  wyzwanie.  Wkrótce  musi  wydarzyć  się  coś,  co  rozwiąŜe  tę  patową 

sytuację.  Byli  skazani  na  siebie  –  tego  był  pewny.  Teraz  pozostawało  mu  przekonać  o  tym 

Kaylę.  Zadzwoni  z  samego  rana.  Do  tego  czasu  Kayla  się  uspokoi.  Jej  wybuchy  były  jak 

letnia burza, gwałtownie nadchodziły, rozświetlały  niebo,  ale kończyły się po najkrótszym z 

deszczy.  

Ben  odchylił  się  w  krześle,  oparł  nogi  na  biurku  i  nawet  nie  przyszło  mu  do  głowy 

sięgnąć  po  dokumenty.  Myślał  o  swych  snach  i  zastanawiał  się,  co  by  się  stało,  gdyby 

opowiedział  o  nich  Kayli.  Byłaby  z  pewnością  zaciekawiona  i  oczywiście  miałaby  gotową 

interpretację.  

Nie,  nie  wspomni  Kayli  o  snach,  dopóki  ich  nie  zanalizuje.  W  marzeniu  sennym  po  ich 

pierwszym spotkaniu znalazł odbicie pociąg seksualny, który do niej odczuwał. Jeśli chodzi o 

te  wszystkie  sny  przed  jej  pojawieniem  się,  cóŜ,  do  tej  pory  nie  znalazł  logicznego 

wytłumaczenia  i  wciąŜ  nie  mógł  sobie  przypomnieć,  gdzie  widział  zdjęcie  Kayli.  Ale 

przypomni  to  sobie.  Teraz  mógł  myśleć  tylko  o  przyjemniejszych  sposobach  wspólnego 

spędzania czasu.  

Z  westchnieniem  sięgnął  po  najbliŜszy  tom.  Właśnie  udało  mu  się  odrobinę 

skoncentrować,  gdy  do  jego  uszu  dobiegł  warkot  samochodu,  zatrzymującego  się  przed 

biurem.  Gdy  usłyszał,  jak  drzwi  wejściowe  otwierają  się,  serce  zaczęło  mu  bić  szybciej. 

Wiedział, Ŝe to nie moŜe być Kayla, miał jednak nadzieję, I Ŝe się myli.  

I  Przez  krótką,  lecz  zachwycającą  chwilę  oddał  się  erotycznym  marzeniom.  Wreszcie 

background image

okiełznał wyobraźnię, wstał, przeszedł do sekretariatu i otworzył drzwi.  

Stała tam ciotka Lilith. Rozczarowanie na jego twarzy musiało być widoczne.  

– Nie, mój drogi – zaczęła Lii – to nie Kayla, tylko twoja stara ciotka wpadająca z wizytą.  

Ben wziął się w garść, przeszedł przez pokój i złoŜył pocałunek na jej policzku.  

– Ogromnie się cieszę, Ŝe cię widzę, Lii, ale czy to trochę nie za późno na wizytę? 

– Być moŜe, lecz grałam dziś w triktraka u Crowellów. Wracając do domu, zobaczyłam u 

ciebie światło i pomyślałam, Ŝe przyda ci się odrobina wytchnienia. Czy to powaŜna sprawa? 

– Bardzo. Jutro w Bostonie jest rozprawa.  

Lii weszła z Benem do gabinetu i usiadła na wygodnym skórzanym fotelu obok biurka.  

– Musisz być bardzo pewny siebie – zauwaŜyła.  

– Jest bardzo późno, Lii, a ja jeszcze ślęczę nad aktami. Czy twoim zdaniem tak wygląda 

pewność siebie? 

–  CóŜ,  myślałam,  Ŝe  skoro  popołudnie  spędziłeś  na  tym  postoju  cięŜarówek  w  pobliŜu 

Bostick...  

Ben  milczał.  Czekał,  siedząc  na  krawędzi  biurka.  Lii  uśmiechała  się  niewinnie,  co 

oznaczało, Ŝe juŜ dłuŜej nie wytrzyma.  

– ... to musisz być przygotowany – dokończyła.  

Ben odpowiedział uśmiechem.  

– Słyszałam, Ŝe Kayla teŜ tam była.  

– Aha – przytaknął. – Wreszcie doszliśmy do sedna sprawy. Pytanie tylko, w jaki sposób 

wiadomości rozchodzą się tak szybko? Nie przypominam sobie, Ŝebym  widział tam kogoś z 

twego towarzystwa do triktraka.  

– MoŜe przypomnisz sobie, Ŝe widziałeś szwagra Mary Crowell.  

– O tak. Grał w bilard.  

– On zawsze był taki nietaktowny – dodała dla porządku Lii.  

– Co zrobił? Zadzwonił do Mary czy odwiedził ją? – dociekał Ben.  

–  CóŜ,  wpadł  do  niej.  Oczywiście  w  porze  kolacji.  Nie  będę  ukrywała,  Ŝe  widział,  jak 

całujesz Kaylę.  

– Nie mogę powiedzieć, Ŝebym był zaskoczony.  

– Na samym środku parkingu! Do jutra to się rozniesie po całym mieście.  

– Wiesz co? Nic mnie to nie obchodzi – oświadczył Ben.  

– Tak teŜ sądziłam – odparła Lii – ale nie byłam pewna. Zawsze byłeś bardzo ostroŜny.  

–  Tym  razem  to  co  innego.  Nigdy  w  stosunku  do  nikogo  nie  czułem  tego,  co  czuję  do 

Kayli. Chwilami doprowadza mnie do szału, ale jestem całkowicie pod jej urokiem. I wiesz, 

co jeszcze? Nie obchodzi mnie, jeśli twoi znajomi się o tym dowiedzą.  

Lii odrzuciła głowę do tyłu i roześmiała się.  

– JuŜ wiedzą – powiedziała. – Do jutra będzie wiedziało całe New Sussex. Myślę, Ŝe to 

wspaniale.  

Ben nie zaryzykowałby takiego stwierdzenia. Ale teŜ nie zamierzał przejmować się opinią 

publiczną. To samo w sobie było juŜ wielką zmianą, bo dotychczas był bardzo na to czuły.  

–  Ja  teŜ  lubię  Kaylę  –  mówiła  Lii.  –  Jutro  pomogę  jej  uporządkować  sklep  na  sobotnią 

background image

wyprzedaŜ.  

– To chyba dobry plan. Razem będziecie nie do pobicia.  

–  Tak  myślę  –  zgodziła  się  Lii.  Spojrzała  na  zegarek.  –  JuŜ  prawie  północ.  –  Wstała  i 

pogładziła  bratanka  po  policzku.  –  Powodzenia  w  Bostonie,  Ben.  Ty  teŜ  będziesz  nie  do 

pobicia. Zawsze byłeś – zawahała się przez chwilę, nim dodała: – w sądzie.  

Ben odczekał, aŜ znalazła się w holu, a potem zawołał za nią: 

– Hej, co to znaczy? 

Lii wychodząc rzuciła zdanie, z którego najwidoczniej była bardzo zadowolona.  

–  To  znaczy,  Ŝe  jako  profesjonalista  nie  masz  sobie  równych,  ale  prywatnie  chyba 

spotkałeś godnego siebie przeciwnika. Moim zdaniem, juŜ najwyŜszy czas.  

Ben  stał  w  progu  i  patrzył,  jak  Lii  odjeŜdŜa.  Trafiła  w  sedno.  Jego  przeciwnikiem  jest 

Kayla.  Omal  nie  roześmiał  się  głośno.  Był  gotów  poddać  się.  Nadszedł  czas,  aby  zawrzeć 

pokój i przejść do następnego etapu znajomości.  

 

Dla  Kayli  popołudnie  na  postoju  zaczęło  się  i  skończyło  niespodzianką.  Ale  rozstanie  z 

Benem  w  gniewie  skłoniło  ją  do  pewnych  przemyśleń.  Nie  chciała  przestać  go  widywać. 

Musiała  tylko  zdobyć  się  na  większą  szczerość.  Wszystko  wskazywało  na  to,  Ŝe  koleje  ich 

Ŝ

ycia muszą się połączyć. Los i przypadek najwyraźniej popychały ich ku sobie.  

Udało  jej  się  złapać  Bena  telefonicznie,  zanim  wyjechał  do  Bostonu.  Ich  rozmowa  była 

lekka i przyjazna. Ben obiecał odezwać się natychmiast po powrocie.  

Postanowiwszy,  Ŝe  tym  razem  go  nie  odepchnie,  Kayla  przestała  myśleć  o  Benie  i 

skoncentrowała się na wyprzedaŜy, którą planowała na weekend. Razem z Lii usunęły zbędne 

przedmioty  z  „Otwierających  się  Drzwi”.  Przy  pomocy  dwóch  dawnych  uczniów  Lii 

wystawiły je na podwórko o szóstej rano w sobotni poranek. Tłum juŜ się zbierał. Pod koniec 

dnia na podwórzu nie było ani ludzi, ani mebli.  

–  Nie  mogę  uwierzyć,  Ŝe  tego  dokonałaś  –  powiedziała  Lii,  opadłszy  na  krzesło  przy 

kuchennym stole.  

– Dokonałyśmy – poprawiła Kayla. Liczyła po raz drugi pieniądze i nawet nie próbowała 

ukryć  zadowolenia.  –  To  chyba  najbardziej  udana  wyprzedaŜ  podwórzowa  w  dziejach  New 

Sussex, jak sądzisz? 

–  Oczywiście  –  zgodziła  się  Lii.  –  Wątpię,  czy  ci  jankescy  łowcy  okazji  kiedykolwiek 

widzieli tyle rupieci w jednym miejscu.  

– Rupieci? – powtórzyła Kayla.  

– CóŜ, myślę, Ŝe to co jest dla jednego rupieciem, dla drugiego moŜe być skarbem.  

– Na nasze szczęście – powiedziała zupełnie wykończona Kayla. – Jak ty to robisz? 

– Co robię? – odpowiedziała pytaniem starsza pani.  

– Funkcjonujesz – wyjaśniła Kayla. – Ja mogę mieć tylko nadzieję, Ŝe starczy mi sił, by 

wgramolić się do wanny.  

– A ja myślałam, Ŝe zajmiemy się polerowaniem mebli. śartowałam – dodała szybko Lii, 

zauwaŜywszy zaskoczone spojrzenie Kayli. – Sama mam ochotę na odpręŜającą kąpiel. A nie 

pracowałam  ani  w  połowie  tak  cięŜko  jak  ty.  Wy,  młodzi,  nigdy  nie  znajdujecie  czasu  na 

background image

odpoczynek. Jutro jest niedziela. Wykorzystaj ją dla siebie.  

– Jeszcze zostało tyle do roboty...  

–  Rzymu  nie  zbudowano  w  jeden  dzień,  Kaylo.  Dokonałaś  cudów,  a  teraz  czas  zwolnić 

tempo. Poza tym – dodała z szerokim uśmiechem – czy Ben nie wrócił dziś z Bostonu? 

– Nie – odparła Kayla. – Miał czegoś poszukać wmieście. Będzie w domu wieczorem. – 

Poczuła, Ŝe się rumieni.  

–  Ach,  tak?  –  Lii  nie  miała  dalszych  uwag.  Obrzuciła  Kaylę  przenikliwym  spojrzeniem, 

uścisnęła  ją  i  sięgnęła  po  Ŝakiet.  –  Przyszłość  „Otwierających  się  Drzwi”  jest  na  dobrej 

drodze. Przewiduję wielki sukces.  

– Wierzę, Ŝe masz rację – uśmiechnęła się Kayla.  

–  Oczywiście,  Ŝe  mam.  Członkowie  rodziny  Montgomerych  zawsze  mają  rację.  CzyŜby 

Ben ci tego nie powiedział? – rzuciła Lii ze śmiechem.  

Po  zamknięciu  za  nią  drzwi  Kayla  nalała  sobie  duŜy  kieliszek  wina  i  skierowała  się  do 

swego  pokoju.  JuŜ  szła  się  kąpać,  ale  nagle  zmieniła  zdanie.  Nie  mogła  iść  spać,  zanim 

jeszcze raz nie rzuci okiem na sklep.  

Przekonała  się,  Ŝe  moŜna  juŜ  w  miarę  swobodnie  poruszać  się  wśród  pięknych 

mahoniowych,  dębowych  i  orzechowych  mebli,  wprawdzie  wymagających  pokrycia 

woskiem, ale wyglądających wspaniale w łagodnym świetle lampy.  

–  To  juŜ  lepiej  –  powiedziała  głośno.  –  Teraz  „Otwierające  się  Drzwi”  mają  szyk.  – 

Chodziła po pokoju i dotykała kaŜdej sztuki, nie bacząc na kurz. To będzie teraz jej Ŝycie, a 

jeśli Lii się nie myliła i sklep będzie miał powodzenie, przyszłość rysuje się zachęcająco.  

Nie tylko sklep był wypełniony antykami. Myślała o tym od kilku dni. W starym salonie i 

na  strychu  stało  ich  całe  mnóstwo.  Mogłaby  przeznaczyć  część  na  sprzedaŜ.  W  końcu  musi 

przecieŜ z czegoś Ŝyć.  

Właśnie zamykała drzwi, gdy usłyszała telefon.  Idąc do kuchni, miała wraŜenie, Ŝe wie, 

kto dzwoni.  

Myliła się.  

– Pomyślałam, Ŝe jeszcze nie śpisz – oznajmiła Lii – więc postanowiłam przypomnieć ci, 

Ŝ

ebyś schowała pieniądze. W biurku jest sejf.  

– Znalazłam go – odparła Kayla. – Ale dziękuję za przypomnienie. – Uśmiechnęła się do 

siebie. Ta rodzina uwielbia dawać instrukcje.  

–  Dobrze  –  powiedziała  Lii.  –  Więc  moŜesz  iść  do  łóŜka.  Jeśli  nie  planowałaś  późnej 

randki – dodała z nadzieją.  

–  śadnych  widoków.  Poza  tym  Ben  się  nie  odezwał  –  odparła  Kayla,  zauwaŜając,  Ŝe 

zabrzmiało to nieco smutno. Byłoby cudownie móc powiedzieć mu dobranoc przez telefon. – 

Prawdę  mówiąc,  chciałam  obejrzeć  salon  na  tyłach  domu  i  zobaczyć,  co  mogę  przenieść  do 

sklepu.  

– Nie jestem taką tradycjonalistką, Ŝeby krzywo patrzeć na wyprzedaŜ schedy rodzinnej, 

ale nie zaczynaj dziś, Kaylo. Idź do łóŜka, zanim padniesz.  

– Tylko jeden rzut oka na pokój. Obiecuję. – Kayla nie zamierzała dotrzymać obietnicy. 

Wiedziała, Ŝe samo zerknięcie nie zaspokoi jej ciekawości.  

background image

Gdy szła przez sień, przejął ją dreszcz, choć ogrzewanie działało bez zarzutu. W pobliŜu 

starego  salonu  temperatura  zdawała  się  spadać.  Zapięła  Ŝakiet,  pchnęła  drzwi  i  zapaliła 

ś

wiatło.  

Odniosła wraŜenie, Ŝe przeniosła się w odległą przeszłość. Nie chodziło o umeblowanie. 

W  tym  pokoju  z  niskim  sufitem,  okopconymi  belkami  i  wilgotnymi  kamieniami  kominka 

panowała inna atmosfera. I ten wyczuwalny chłód w powietrzu.  

Oczy  Kayli  instynktownie  powędrowały  do  lustra,  które  tak  ją  przestraszyło  pierwszej 

nocy.  Znów  ujrzała  w  nim  swoje  odbicie.  Wyglądała  na  zmęczoną.  Jej  twarz  była  bez 

makijaŜu,  włosy  potargane.  Podeszła  bliŜej,  najpierw  ciekawa,  a  potem  zahipnotyzowana 

swym własnym odbiciem. Wydała się sobie nierzeczywista, zupełnie inna.  

Lustro  odbijało  jej  twarz  i  oczy,  ale  wyraz  twarzy  był  inny.  Poczuła,  jak  jej  czoło 

przecięła zmarszczka, której nie zobaczyła w lustrze. Zaczęła dygotać. Chciała zetrzeć kurz ze 

szkła, lecz jej ręka zastygła w powietrzu.  

W  lustrze  odbijał  się  nie  jej  Ŝakiet,  tylko  bladozielony  rękaw  z  szerokim  białym 

mankietem.  Opuściła  rękę  i  z  dziwnie  beznamiętną  ciekawością  pochyliła  się  ku  przodowi, 

patrząc uwaŜniej.  

Odbicie  w  lustrze  pochodziło  z  siedemnastego  wieku.  Blond  włosy  były  częściowo 

zakryte purytańskim, zawiązanym pod brodą czepkiem. Suknia z białym  kołnierzykiem była 

zapięta wysoko pod szyją.  

Serce  Kayli  waliło  w  piersi  i  czuła,  jak  drŜą  jej  nogi.  Ale  nie  poruszyła  się.  Próbowała 

zastanowić się nad tym, co widzi.  

– To ten obraz – powiedziała półgłosem. – WyobraŜam sobie obraz. – Zmęczony umysł 

płatał jej figle. Właśnie tak, nic innego.  

Próbowała  odejść,  jednak  oczy  w  lustrze  nie  pozwalały  jej.  Zmuszały  ją  do  ponownego 

spojrzenia i uwierzenia w to, co widzi. To była jej twarz, jej rysy, lecz naleŜały do kobiety o 

niespokojnych, przeraŜonych oczach. Patrzyła w twarz Katherine Hartwell.  

Z cichym jękiem Kayla próbowała zasłonić dłonią oczy i zimny strach zmroził jej krew w 

Ŝ

yłach.  Ręce  w  lustrze  były  miękkie  i  białe.  Na  jednym  palcu  dostrzegła  pierścionek,  który 

próbowała rozpoznać. Ale nie mogła z powodu drŜenia rąk, które nie były jej rękami.  

Z walącym sercem, miękkimi kolanami i urywanym oddechem Kayla wreszcie odwróciła 

się i wybiegła, zatrzasnąwszy za sobą drzwi salonu. Przebiegła przez kuchnię, złapała klucze i 

wypadła na zewnątrz. Potykając się w ciemności, skierowała się do samochodu.  

To  było  beznadziejne.  Nie  mogła  nawet  otworzyć  samochodu,  tak  drŜały  jej  ręce. 

Rzuciwszy spojrzenie za siebie na dom, uciekła w noc.  

 

Po  przyjeździe  z  Bostonu  Ben  rozpakował  się,  przygotował  sobie  kanapkę  i  przejrzał 

pocztę. Powrócił myślami do Kayli, od czego powstrzymywał się podczas rozprawy. Nie było 

to łatwe. Cały czas wspomnienie o niej tkwiło w jego podświadomości.  

Byłoby wspaniale ją zobaczyć, pomyślał i sięgnął po telefon. Ale powstrzymał się. Robiło 

się  późno,  ona  miała  za  sobą  cięŜki  dzień  i  prawdopodobnie  chciała  odpocząć.  Jutro  będzie 

dość czasu.  

background image

Z ociąganiem wziął do ręki bestseller, który juŜ od dawna zamierzał przeczytać. Spróbuje 

dzisiaj po zimnym prysznicu, który powinien ochłodzić jego umysł.  

Prysznic nie na wiele się zdał. NałoŜywszy dŜinsy  i  golf, Ben wrócił do wcześniejszego 

pomysłu  i  sięgnął  po  telefon.  Właśnie  zaczął  nakręcać  numer,  gdy  usłyszał  gorączkowe 

stukanie we frontowe drzwi.  

Boso, z wilgotnymi po prysznicu włosami, zszedł na dół, całkowicie nie przygotowany na 

widok Kayli. Stała przed nim z wypiekami na policzkach i patrzyła przestraszonymi oczami. 

Ben wziął ją za rękę i pociągnął do środka.  

– O co chodzi, Kaylo? Jakiś wypadek? Czy coś się stało Lii? 

Kayla potrząsnęła głową, nie była w stanie wykrztusić z siebie słowa.  

Objąwszy ją ramieniem, Ben poprowadził Kaylę do sofy i posadził obok siebie. Poruszała 

się niczym automat, chwytała powietrze jak po biegu. Cokolwiek się stało, było to coś złego. 

Wyglądała na śmiertelnie przeraŜoną.  

–  JuŜ  w  porządku  –  zapewnił,  chwytając  ją  za  ramiona  i  patrząc  jej  w  oczy.  Nie 

odpowiedziała na jego spojrzenie i Ben zdał sobie sprawę, Ŝe dziewczyna moŜe być w szoku. 

– Weź się w garść i opowiedz mi, co się wydarzyło – zaŜądał.  

Kayla odetchnęła głęboko i wydawała się powracać do Ŝycia.  

– Biegłam przez całą drogę – powiedziała zdumiona. – Nie myślałam, Ŝe będę w stanie, a 

jednak.  

Ben mocniej ścisnął jej ramiona.  

– Dlaczego biegłaś, Kaylo? 

– Nie chodzi o Lii. – WciąŜ nie odpowiadała wprost. – U Lii wszystko w porządku.  

– Kaylo...  

To nie był szok, jak podejrzewał. Nie mogła jednak się zmusić do opowiedzenia mu, co 

jej się przydarzyło.  

– Nie uwierzysz w to – powiedziała wreszcie.  

– Spróbuj – odparł, wciąŜ mocno ją trzymając. Zaczerpnęła tchu.  

– Nie jestem nawet pewna, czy sama w to wierzę.  

–  Wierzyłaś  na  tyle,  Ŝeby  się  przerazić  i  biec  tu  całą  drogę.  Opowiedz  mi,  Kaylo  – 

nalegał.  

–  Widziałam  coś...  nieprawdopodobnego.  Ale  widziałam  to.  Naprawdę  widziałam  – 

dodała pospiesznie. Jej oczy błagały go o coś, prosiły, by zrozumiał to, czego nawet nie była 

w stanie wytłumaczyć.  

Ben  posadził  ją  wygodniej  na  sofie  i  otoczył  ramieniem.  Potem  czekał  cierpliwie,  bez 

dalszych pytań.  

– Po wyprzedaŜy rozmawiałam przez chwilę z Lii, a potem zostałam sama. Byłam bardzo 

zmęczona,  ale  chciałam  rozejrzeć  się  po  domu.  –  Mówiła  wolno,  dobitnie,  starając  się,  aby 

zabrzmiało to logiczne.  

–  Przyszło  mi  do  głowy,  Ŝe  niektóre  rzeczy  moŜna  by  sprzedać  w  „Otwierających  się 

Drzwiach”.  

– To dobry pomysł – zgodził się Ben.  

background image

– A więc nalałam sobie kieliszek wina, zamknęłam sklep i postanowiłam rzucić okiem na 

salon  z  tyłu  domu.  Potem  zadzwoniła  Lii  i  powiedziałam  jej,  co  zamierzam  zrobić.  –  Kayla 

zdobyła się na uśmiech.  

– Kazała mi iść do łóŜka.  

Ben przytaknął niecierpliwie, lecz nie przerywał.  

– Wreszcie poszłam do starego salonu. – ZadrŜała i głos jej się załamał.  

Ben trzymał ją mocno, obejmując ramieniem.  

– W porządku, Kaylo, jestem tutaj. Ciągnęła pospiesznie: 

– Rozejrzałam się i wtedy spojrzałam w lustro. Zobaczyłam tam moje odbicie. Ale to nie 

byłam ja.  

– Nie ty? 

–  Ona,  odbicie  w  lustrze,  wyglądała  jak  ja  –  próbowała  wyjaśnić  Kayla.  –  Ale  tylko  na 

pozór.  Wyraz  twarzy  był  inny,  pełen  udręki.  A  jej  ubranie  było  starodawne.  Ben,  ona  była 

ubrana jak purytanka. – Kayla spuściła głowę, unikając jego wzroku.  

–  Czy  chcesz  mi  powiedzieć,  Ŝe  zobaczyłaś  w  lustrze  Kathenne?  –  Ben  nie  był  pewny, 

czy zrozumiał, do czego ona zmierza.  

– Wiem, Ŝe to brzmi idiotycznie, ale wiem równieŜ, co widziałam. – Spojrzała na niego, 

unosząc wojowniczo brodę dobrze mu juŜ znanym ruchem.  

– Co myślałaś, Ŝe widzisz – poprawił delikatnie. – Czy paliło się światło? 

– Tylko lampa przy drzwiach.  

– Najprawdopodobniej ze słabą Ŝarówką.  

– Chyba tak – odpowiedziała Kayla, nie przygotowana na to wypytywanie.  

– Lustro jest stare ze zmatowiałym szkłem... – naprowadzał ją teraz.  

Kayla tylko przytaknęła.  

– A ty byłaś zmęczona, wypiłaś wino...  

–  Tylko  jeden  kieliszek –  przypomniała  mu.  –  I  to  nawet  niepełny.  Byłam  wykończona, 

ale  myślałam  jasno  –  upierała  się,  gotowa  stawić  mu  teraz  czoło.  –  Spojrzałam  w  lustro  i 

zobaczyłam Katherine.  

Tym razem Ben nie odpowiedział. Kayla kontynuowała opowieść: 

– To ręce mnie przekonały. Spójrz na moje ręce, Ben. – Wyciągnęła je przed siebie. – Są 

opalone  i  nawykłe  do  pracy.  Jej  dłonie  były  miękkie  i  białe,  delikatniejsze  od  moich.  Miała 

smukłe  palce,  nosiła  pierścionek.  Mignął  mi  tylko,  lecz  teraz  przypominam  go  sobie 

wyraźnie. Były to trzy złączone złote kółka. Nie mam takiego pierścionka, Ben.  

Ben nie odzywał się, świadom, Ŝe nie ma sensu spierać się z Kaylą w takiej chwili. Jego 

pytania  tylko  by  ją  rozzłościły.  Było  oczywiste,  Ŝe  naprawdę  wierzy  w  to,  co  widziała. 

Potrzebowała jednak słuchacza, bo jej niepokój był aŜ nadto realny.  

– Jak myślisz, co to znaczy, Kaylo? – spytał łagodnie.  

– Nie wiem, mogę się najwyŜej domyślać.  

Ben nie był tym zaskoczony. Rozluźnił uścisk i słuchał.  

– Wierzę, Ŝe chce się ze mną skontaktować. Myślę, Ŝe to ona mignęła mi w tym samym 

lustrze  pierwszej  nocy,  gdy  się  wprowadziłam,  ale  wtedy  nie  spostrzegłam  tego.  To 

background image

wydarzyło  się,  zanim  zobaczyłam  portret,  Ben  –  przypomniała  mu  triumfująco,  jakby 

udowodniła swą rację. – Nawet nie wiedziałam wówczas o istnieniu Katherine.  

– Dlaczego pragnęłaby się z tobą skontaktować, Kaylo? Jeszcze mi tego nie powiedziałaś. 

– Ben ze zdumieniem stwierdził, Ŝe zaczyna go to wciągać. – Czego ona chce? – spytał, choć 

uwaŜał to pytanie za absurdalne.  

– MoŜe widzi we mnie pokrewną duszę, bo jestem do niej podobna.  

– Kaylo! – Ben nie mógł juŜ dłuŜej tego znieść. Wstał z sofy i przeszedł parę kroków, a 

potem odwrócił się i spojrzał na nią. Nadszedł czas, aby ją przywołać do rzeczywistości. Ale 

musi postępować ostroŜnie. Inaczej nic z tego nie będzie.  

Znów usiadł i ujął jej rękę.  

–  Wiem,  Ŝe  jesteś  zmęczona  –  powiedział  miękko.  –  Wiem,  Ŝe  dom  wzbudza  wiele 

wspomnień  rodzinnych.  Myślałaś  o  Katherine,  o  czarach.  Jeśli  wyglądasz  jak  ona,  to 

naturalne, Ŝe wyobraŜasz sobie...  

Wiedział, Ŝe popełnił błąd, zanim dokończył zdanie.  

– WyobraŜam! – prychnęła. – Ja sobie nie wyobraŜam, Ben. Ja widziałam.  

Ben  westchnął.  Racjonalne  tłumaczenie  nic  tu  nie  pomoŜe.  Oczywiście,  Ŝe  widziała 

Katherine,  ale  tylko  dlatego,  Ŝe  odczuwała  taką  potrzebę.  Zdecydował  się  zatrzymać  dla 

siebie tę opinię. Zamiast tego spróbował praktycznego podejścia.  

– Czy chciałabyś, Ŝebym obejrzał dom?  

Kayla potrząsnęła głową.  

– Nie, nie zostawiaj mnie. Nie teraz.  

–  To  właśnie  chciałem  usłyszeć.  –  Znów  przyciągnął  ją  do  siebie.  –  Cieszę  się,  Ŝe 

przyszłaś do mnie, Kaylo.  

Spojrzała  na  niego  i  jeszcze  raz  poczuł  się  zniewolony  magnetyczną  siłą  jej  spojrzenia. 

Uśmiechnęła się i oparła mu głowę na ramieniu.  

–  Zostań  dziś  tutaj  –  zaproponował,  wiedząc,  Ŝe  dziewczyna  potrzebuje  raczej 

pocieszenia  niŜ  miłosnych  uniesień.  Zwróciła  się  do  niego,  szukając  pomocy,  i  był 

zadowolony, Ŝe jest przy niej. Potem uśmiechnął się. – Raz cię juŜ o to prosiłem i spotkałem 

się z odmową.  

– Nie znałam cię wówczas – odpowiedziała Kayla. – I mój dom nie był nawiedzany przez 

duchy – dodała ze śmiechem.  

Był szczęśliwy, Ŝe słyszy ten śmiech. Oznacza to, Ŝe powróciło jej poczucie humoru.  

– Zagrzeję ci mleko.  

– Mleko? – jęknęła Kayla.  

– Oczywiście. Czy twoja matka nigdy nie dawała ci szklanki ciepłego mleka przed snem? 

– Nigdy – potrząsnęła głową.  

–  CóŜ,  moŜe  to  nie  jest  kalifornijskie  lekarstwo.  Ale  według  mojej  matki  to  środek  na 

wszystko.  

–  Niech  będzie  –  powiedziała  szybko  Kayla.  –  Podoba  mi  się  ten  twój  instynkt 

macierzyński – dodała z lekką ironią.  

Ben  zamyślił  się  melancholijnie,  grzejąc  mleko.  Postanowił,  Ŝe  dzisiaj  zapanuje  nad 

background image

swoimi uczuciami. Kayla była wytrącona z równowagi. I wierzyła mu. Nie chciał naduŜyć jej 

zaufania.  

Gdy  nalewał  ciepłe  mleko  do  kubka,  myślał  o  ich  ostatnim  spotkaniu  na  postoju 

cięŜarówek  i  o  gorących  pocałunkach.  To  nie  będzie  łatwa  noc,  mimo  wszystkich 

szlachetnych postanowień.  

Kayla  pojawiła  się  w  drzwiach  kuchni,  a  jej  widok  wystarczył,  aby  Ben  zachwiał  się  w 

swym postanowieniu.  

–  Och,  Kaylo  –  wykrztusił  wreszcie.  –  Proszę,  mleko  dla  ciebie.  –  Wziął  ją  za  rękę.  – 

Chodź, znajdę ci coś do spania.  

Po kilku minutach Kayla wyszła z łazienki ubrana w górę od piŜamy Bena. Sięgała jej do 

połowy uda.  

– Scena jak z filmu z lat czterdziestych – powiedziała z uśmiechem, podwijając rękawy. – 

Bohaterka popada w tarapaty i ląduje w cudzym mieszkaniu bez koszuli nocnej.  

Ben mógł dostrzec okrągłości piersi i zarys sutek. Kayla miała długie, opalone, kształtne 

nogi.  Więcej  widywał  tylko  w  snach.  Musiał  teraz  przyznać,  Ŝe  jego  wyobraŜenia  nie 

dorównywały rzeczywistości.  

–  Chodź  –  powiedział  burkliwie.  –  PołoŜysz  się  do  łóŜka,  a ja  cię  otulę. –  Przynajmniej 

nie będzie widział jej skóry, a te piękne piersi będą bezpiecznie schowane pod kocem. Kayla 

wśliznęła się do łóŜka w gościnnym pokoju i Ben podał jej mleko. Patrzył, jak pije.  

– To dobrze robi – przyznała.  

–  Matki  mają  zawsze  rację  –  odparł  Ben.  Ale  nie  myślał  o  swojej  matce.  Kayla  miała 

odrobinę mleka na górnej wardze i rozwaŜał pomysł scałowania go.  

Wiedział  jednak,  Ŝe  gdy  raz  dotknie  jej  warg,  nie  będzie  w  stanie  się  od  nich  oderwać. 

Będzie  chciał  dotykać  piersi  i  ud,  czuć  jej  ciało  przy  swoim.  To  zmaganie  z  własną 

namiętnością stawało się niemal heroiczne.  

Z udaną obojętnością podał jej serwetkę. Ze śmiechem otarła usta, dopiła mleko i oddała 

mu kubek.  

UłoŜyła  się  wygodnie  i  Ben  owinął  koc  wokół  niej,  próbując  nie  zauwaŜać  intymności 

sytuacji.  

– Zostań ze mną przez chwilę – poprosiła.  

– Jasne. – Opadł na krzesło obok łóŜka.  

–  Jestem  zmęczona  –  powiedziała.  Zamknęła  oczy,  otworzyła  je  na  kilka  sekund  i 

zamknęła znowu. – Dzięki, Ben – zamruczała sennie. – Cieszę się, Ŝe tu byłeś.  

–  Jestem  tu  wciąŜ,  Kaylo  –  poprawił  i  został,  aŜ  zapadła  w  głęboki  sen.  Patrząc  na  nią, 

wiedział,  Ŝe  wciąŜ  jej  bezgranicznie  pragnie.  Doszło  jednak  nowe,  inne  uczucie.  Chciał  ją 

chronić, opiekować się nią, osłaniać przed krzywdą i strachem. Było to wspaniałe, podniosłe 

uczucie, a jednocześnie wielka odpowiedzialność. Bardziej niŜ kiedykolwiek czuł, Ŝe są sobie 

przeznaczeni, Ŝe Kayla jest jego przyszłością.  

Patrzył na nią przez długi czas. Wreszcie wstał i pocałował lekko w policzek.  

– Śpij dobrze, kochanie – szepnął.  

Poruszyła się jak śpiące dziecko i znieruchomiała. Ben wyszedł cicho i poszedł do swojej 

background image

sypialni, mając nadzieję, Ŝe jego sen będzie tak głęboki i kojący jak sen Kayli, ale to Ŝyczenie 

się nie spełniło.  

Ś

niła  mu  się  piękna  blondynka  o  włosach  tak  lśniących  jak  włosy  Kayli  i  tak  samo 

niebieskich  oczach,  ubrana  w  starodawny,  siedemnastowieczny  strój.  Ale  nawet  w  mrokach 

snu czuł, Ŝe to nie Kayla.  

Ten  sen  przeraził  go.  Kobiecie  zagraŜało  niebezpieczeństwo.  Była  ścigana  i 

prześladowana.  Rzucano  w  nią  kamieniami.  Ben  ujrzał  siebie,  jak  próbuje  powstrzymać  ten 

atak.  Odepchnięto  go.  Im  bardziej  walczył,  aby  do  niej  dotrzeć,  tym  bardziej  oddalała  się. 

Bezskutecznie wyrywał się w jej stronę.  

Obudził  się  w  środku  nocy,  zlany  potem  i  drŜący.  Czuł  się  bezradny.  LeŜąc  w  zupełnej 

ciemności,  próbował  wytłumaczyć  sobie  sen.  MoŜe  to  dowód  na  to,  jak  bardzo  pragnie 

troszczyć się o Kaylę? 

Przekonując się o słuszności tego wytłumaczenia, ponownie zapadł w sen i otworzył oczy 

dopiero wtedy, gdy do pokoju zajrzało poranne słońce.  

background image

ROZDZIAŁ 6 

 

Gdy  Ben  zszedł  rano  do  kuchni,  kawa  była  juŜ  gotowa.  Kayla  spojrzała  na  niego  z 

promiennym uśmiechem.  

–  Znalazłam  w  szafce  konfitury  jagodowe  i  syrop  klonowy  i  doszłam  do  wniosku,  Ŝe 

przepadasz za naleśnikami. Ja teŜ, więc... – wskazała na miskę z rzadkim ciastem.  

– Odkryłaś jedną z moich skrywanych słabości – powiedział lekko. Myślał o tym, jak to 

wspaniale obudzić się i ujrzeć Kaylę w swojej kuchni.  

–  Znam  jeszcze  inną  –  przekomarzała  się.  –  Twój  motocykl.  Ciekawa  jestem,  ile  ich 

jeszcze masz? 

– Motocykli? Roześmiała się.  

– Nie, słabości.  

– Mnóstwo – zaŜartował. Podszedł do Kayli i objął ją ramieniem. – Jak się dziś czujesz? 

– Wspaniale! Wypoczęta i znacznie spokojniejsza. Wczoraj byłam wykończoną. Jestem ci 

nieskończenie wdzięczna za wyrozumiałość. Wielu męŜczyzn zachowałoby się inaczej.  

– Powiedzmy po prostu, Ŝe czasem jestem w stanie postąpić jak naleŜy.  

Kayla spojrzała mu z uśmiechem w oczy.  

–  Myślę,  Ŝe  znów  miałeś  rację,  gdy  sugerowałeś,  Ŝe  poniosła  mnie  wyobraźnia.  Dziś  to 

wszystko wydaje się snem.  

–  Wiem,  Ŝe  miałem  rację  –  odparł,  choć  lekko  się  wzdrygnął  na  słowo  „sen”.  Nie 

wypuszczając jej z uścisku, nalał obojgu po filiŜance kawy. – Hej, jest wspaniała – powiedział 

po spróbowaniu. – Jaki jest twój sekret? 

– Nigdy go nie zdradzę – odparła z szerokim uśmiechem i zaczęła smaŜyć naleśniki.  

– Jeśli dokonasz takich samych cudów z naleśnikami, co z kawą, mogę cię nigdy stąd nie 

wypuścić, Kaylo.  

–  Jestem  tylko  taką  sobie  kucharką  –  przyznała.  –  Ale  mam  styl.  –  Przerzuciła  zręcznie 

naleśnik na talerz, posmarowała masłem i podała Benowi. 

Ugryzł duŜy kęs i pokiwał głową z uznaniem.  

– Poproszę o największą porcję.  

– JuŜ się robi.  

Spałaszowali  po  pół  tuzina  naleśników  i  kończyli  po  drugiej  filiŜance  kawy,  zanim 

zaczęli rozmawiać o wydarzeniach z ubiegłego wieczora.  

– Muszę wrócić i spojrzeć w oczy temu, co zobaczyłam w lustrze – oświadczyła Kayla.  

– Ale nie sama – powiedział Ben. – Zostanę tam przez chwilę.  

– Tylko przez chwilę? – spytała z Ŝalem.  

– Tak. Potem wyjeŜdŜamy. Jest niedziela, świeci słońce i wyruszamy w drogę.  

– Motocyklem? 

Ben skinął głową, sięgając po ostatni ociekający syropem kawałek naleśnika.  

–  To  właściwy  czas,  ja  jestem  właściwym  męŜczyzną,  a  ty  jesteś  z  pewnością  właściwą 

kobietą.  

background image

– To kuszące, ale mam tyle pracy w domu.  

– Kaylo – powiedział surowo – nie dziś.  

– Mówisz jak twoja ciotka. Roześmiał się.  

– Nikt mi tego wcześniej nie powiedział, ale moŜe coś w tym jest. Jestem przekonany, Ŝe 

poradziła ci, abyś czasem pozwoliła sobie na odpoczynek. Co do mnie, jest odpowiedni czas, 

jestem odpowiednim męŜczyzną...  

– Wiem, a ja odpowiednią kobietą. Przekonałeś mnie. Kiedy wyruszamy? 

–  Po  jeszcze  jednej  filiŜance  kawy,  ale  juŜ  bez  naleśników.  Sześć  to  granica  moich 

moŜliwości  –  roześmiał  się.  –  Zatrzymamy  się  przy  domu,  ja  się  rozejrzę,  a  ty  się 

przebierzesz. Czy masz coś z czarnej skóry, kochanie? – powiedział przeciągle.  

Kayla uśmiechnęła się prowokacyjnie.  

– MoŜe cię to zdziwić, doradco.  

W  jaskrawym  słońcu  dom  wyglądał  sympatycznie,  ale  Kayla  była  zadowolona,  Ŝe 

towarzyszy jej Ben. Wewnątrz było ciepło i przytulnie.  

– Zacznijmy od nowa. Najpierw spójrzmy w lustro – zaproponował Ben.  

– Ben...  

– Chodź, Kaylo – nalegał. – Czy to tędy? – Przeszedł przez sień z ociągającą się Kaylą. 

Pokój zalewało poranne słońce. Przez chwilę oswajał się z blaskiem, który zdawał się bić nie 

od okna, lecz od antycznego zwierciadła.  

ZbliŜył się do lustra, przysłaniając ręką oczy. Ujrzał swoje odbicie, ale ponad ramieniem 

dostrzegł teŜ inne.  

Była to kobieta o blond włosach przykrytych czepkiem, ubrana w zieloną suknię z białym 

kołnierzem. Wstrzymał oddech. Nie mógł uwierzyć w to, co zobaczył.  

Po  chwili  wizja  ustąpiła.  Odwrócił  się  do  Kayli  z  całym  spokojem,  na  jaki  mógł  się 

zdobyć,  i  odetchnął  z  ulgą.  Stała  obok  niego,  a  w  lustrze  odbijała  się  jej  postać.  Podszedł 

bliŜej do lustra.  

– Co tam widzisz? – spytała.  

–  Nic.  To  znaczy  nasze  odbicia.  To  wszystko.  –  Ben  obejrzał  dokładnie  lustrzaną  taflę. 

Była zmatowiała i stara, zasnuta w jednym rogu pajęczyną. Tamten przelotny obraz był z całą 

pewnością złudzeniem.  

– Moim zdaniem wszystko w porządku, Kaylo. Nie widzę niczego niezwykłego.  

– Wiem – powiedziała, juŜ przekonana. – To tylko moja bujna wyobraźnia. – Rozejrzała 

się  po  oświetlonym  słońcem  pokoju.  –  Jak  w  ogóle  moŜna  sobie  wyobrazić  ducha  w  tym 

blasku? – uśmiechnęła się do niego, szukając potwierdzenia.  

– Wyobraźnia to zabawna rzecz, prawda? – wypowiedział te słowa bardziej do siebie niŜ 

do niej. – Dobrze się czujesz? 

Oczekiwał  twierdzącej  odpowiedzi.  Kayla  wydawała  się  być  w  świetnym  humorze  –  co 

innego on. Zdobywszy się na uśmiech, zaproponował: 

– Dość juŜ duchów. Zbierajmy się do drogi.  

–  Dobry  pomysł  –  zgodziła  się.  –  Jeśli  dasz  mi  dziesięć  minut,  przebiorę  się  i  moŜemy 

ruszać.  

background image

– Czy mam iść z tobą na górę? 

– Nie, duchy czmychnęły i nic mi się nie stanie. – Po chwili zaŜartowała: – Przyjdź, jeśli 

nie wrócę za dziesięć minut.  

Ben  popatrzył  na  nią,  a  potem  wszedł  do  sklepu,  który  prezentował  się  zupełnie  inaczej 

niŜ  dawniej.  Uśmiechnął  się  na  ten  widok,  lecz  jego  myśli  wciąŜ  błądziły  wokół  obrazu  w 

lustrze. Wydawał się zbyt  realny jak na twór wyobraźni. Ale czym innym mógł być? Po raz 

pierwszy nie znalazł racjonalnego wytłumaczenia.  

Wyszedłszy ze sklepu, zatrzymał się u stóp schodów.  

– Czy jesteś gotowa, Kaylo? – Miał ochotę zapytać, czy wszystko w porządku. Nie chciał 

jej jednak niepokoić.  

– Prawie. Jak myślisz, czy powinniśmy zrobić kanapki? 

–  Dobry  BoŜe,  nie!  –  zawołał.  –  Po  dzisiejszym  śniadaniu  nie  będę  w  stanie  niczego 

przełknąć. Czy mam ci w czymś pomóc? 

– Mam wraŜenie, Ŝe chcesz przyjść – zawołała.  

– Zgadłaś.  

– Więc chodź. JuŜ jestem ubrana.  

– A to pech – zaŜartował, przeskakując po dwa stopnie naraz.  

– Rzuć okiem na portret Katherine. Wisi w pierwszym pokoju po prawej.  

Ben  zatrzymał  się  na  progu.  Portret  był  godny  uwagi  ze  względu  na  podobieństwo  do 

Kayli. To były jej rysy, jej włosy, jej owal twarzy. Marszcząc brwi, spojrzał na suknię. Była 

taka  sama,  jak  ta,  którą  nosiła  kobieta  z  jego  ostatniego  snu  i  kobieta,  której  obraz  ujrzał 

przelotnie w lustrze. Głęboko odetchnął i próbował zlekcewaŜyć ogarniający go niepokój.  

Ale  był  naprawdę  przejęty.  Patrząc  na  portret,  przypomniał  sobie,  Ŝe  odzieŜ  purytanów 

była tego właśnie kroju. Kayla zasiała ziarno w jego umyśle i naturalnie wyobraził sobie taką 

suknię, jaką nosiła Katherine.  

Jednak  nie  było  przyjemnie  stać  przed  portretem  kobiety,  która  wyglądała  jak  Kayla,  a 

jednocześnie przypominała mu kobietę ze snu.  

Cofnął się i wyszedł z pokoju, zamykając za sobą drzwi. Skierował się z ulgą do pokoju 

Kayli.  

Przez  uchylone  drzwi  ujrzał  inne  lustro,  a  w  nim  odbicie  prawdziwej  Kayli,  jego  Kayli. 

Była  boso,  miała  na  sobie  obcisłe,  czarne  spodnie  i  jaskrawoczerwony  sweter.  Otworzył 

szerzej drzwi i chciał ją zawołać,  gdy nagłe ściągnęła sweter i sięgnęła do szuflady komody 

po inny.  

Koronkowy biały biustonosz więcej odsłaniał, niŜ zakrywał. Jej skóra była lekko opalona 

i delikatna. Kayla wciąŜ trzymała w ręku sweter, odcinający się plamą czerwieni od czarnych 

spodni.  

Ben przybliŜył się o krok, z bijącym sercem i spieczonymi ustami. PoŜądanie przenikało 

go na wskroś i wiedział, Ŝe tym razem nie odejdzie.  

Właśnie  wtedy  odwróciła  się,  wyczuwając  jego  obecność.  Patrzyła  mu  prosto  w  oczy,  a 

ręka trzymająca sweter przesunęła się ku piersiom.  

Wreszcie odwaŜył się przemówić.  

background image

– Myślałem, Ŝe jesteś ubrana. To znaczy byłaś ubrana, kiedy otworzyłem drzwi...  

– Wiem. W porządku. – Głos jej drŜał, jakby nie mogła złapać tchu. – Zmieniłam zdanie 

co do swetra...  

– Lubię czerwony.  

– Tak? 

– A te spodnie są fantastyczne.  

– Czarna skóra – powiedziała, nie odrywając oczu od jego twarzy. Miała niski, miękki i 

lekko ochrypły głos.  

– Skóra... – Zrobił kolejny krok i zwilŜył usta językiem.  

– Miękka i delikatna i... – nie dokończyła zdania. Zamiast tego postąpiła krok ku niemu i 

znalazła  się  w  jego  ramionach.  Ręce  męŜczyzny  leniwie  gładziły  nagą  skórę  jej  pleców, 

przesuwając się wzdłuŜ kręgosłupa i niŜej.  

Ujął  w  dłonie  jej  pośladki  i  przyciągnął  ją  mocno  do  siebie.  Przez  obcisłe  spodnie 

wyczuwał kuszący zarys jej pupy i urocze wklęśnięcie, tam gdzie łączyła się z udami.  

Przytulił ją jeszcze mocniej i jego usta odnalazły jej wargi. Kayla rozchyliła usta.  

Była jego sennym marzeniem, które w nieprawdopodobny sposób się urzeczywistniło.  

– Och, Kaylo, moja Kaylo... – Ocierał się o jej szyję i policzki i powtarzał bez końca jej 

imię.  

Odpowiadała  mu  całą  sobą,  zamierając  w  jego  uścisku,  wpierając  się  nabrzmiałymi 

piersiami  w  jego  tors,  oplatając  ramionami  szyję.  Potem  przemówiła,  a  jej  słowa  rzuciły  na 

niego czar: 

– Kochaj mnie, Ben. Teraz. Tak cię pragnę. – Mówiła szeptem, ale jej słowa brzmiały w 

uszach Bena jak krzyk.  

Wypowiedziała  je  spontanicznie,  pod  wpływem  namiętności,  którą  w  niej  rozpalił. 

Wszędzie, gdzie jej dotykał, była erotycznie naładowana – czuła jego wargi na ustach, ręce na 

piersiach, ramionach i plecach, biodra napierające na jej biodra.  

Gdy tylko ujrzała go w otwartych drzwiach, wiedziała, co się stanie.  

Wziął ją za rękę i poprowadził do łóŜka. Uśmiechnęła się i chciała rozpiąć biustonosz, ale 

Ben powstrzymał ją.  

– Pozwól mi – powiedział, delikatnie odsuwając jej ręce. Odpiął zameczek, uwalniając jej 

piersi.  Kayla  patrzyła,  jak  palcami  muska  jej  sutki.  Drobne  fale  rozkoszy  przebiegały  przez 

skórę.  

Ben powoli zsunął stanik z jej ramion i znów pieścił jej sutkę. Kayla zadrŜała. Wszystkie 

zakończenia włókien nerwowych zdawały się zbiegać tu, pod jego palcami. Czując lekki jak 

piórko dotyk, myślała tylko o tym, co by się stało, gdyby ją posiadł. ZadrŜała w oczekiwaniu.  

–  Jesteś  piękna  –  wyszeptał.  –  Ale  chcę  cię  widzieć  całą.  –  Sięgnął  do  błyskawicznego 

zamka  jej  spodni  i  ściągnął  je,  zdziwiony,  jak  łatwo  skóra  zsuwała  się  z  ud,  bioder,  łydek, 

odsłaniając ciało piękniejsze teraz niŜ wówczas, gdy pozostawało ukryte pod ubraniem.  

Jedwab  cicho  zaszeleścił,  gdy  ściągał  jej  majteczki.  Dłońmi  leniwie  wodził  po  jej  ciele. 

Niespiesznie  podniecająco  gładził  jej  nogi,  tylko  odrobinę  bardziej  zmysłowo  niŜ  wcześniej 

piersi. Kayla zatracała się w swym pragnieniu. Właśnie wtedy jednak przerwał, odsunął się i 

background image

wstał, nie spuszczając z niej oczu.  

Rozebrał  się  szybko.  Kayla  nie  czuła  zakłopotania.  Podziwiała  jego  ciało,  smukłe,  ale 

zdumiewająco mocne. Opadli na łóŜko.  

Z wolna pochylił się nad nią, aŜ jego usta dotknęły jej uda, a potem stopniowo sunęły ku 

górze.  

Gdy  dotarł  do  bioder  Kayli,  zaczął  delikatnie  kąsać  wewnętrzną  stronę  uda,  a  po  chwili 

odnalazł źródło rozkoszy.  

–  Och,  Ben  –  zawołała  głosem,  który  wyzwolił  wszystkie  powstrzymywane  dotychczas 

uczucia.  –  Ben,  Ben  –  jęczała.  Wbiła  mu  paznokcie  w  ramiona.  W  końcu  porwały  ją  fale 

rozkoszy, która przeszła w krzyk pod wpływem wypełniających ją całą przeŜyć.  

Ben wolno wodził ustami w górę do jej talii, a w końcu do piersi. Pocałował wypręŜoną 

róŜową sutkę. Znów jęknęła. Wszystko w niej wołało o niego. Nie było juŜ odwrotu.  

Wreszcie uniósł głowę, przyciągnął Kaylę jeszcze bliŜej i ucałował jej oczekujące usta.  

Kayla  Ŝarliwie  oddała  pocałunek.  Językiem  wolno  i  delikatnie  badała  jego  usta,  a  ręce 

błądziły  po  plecach,  wcięciu  w  pasie,  twardych  pośladkach.  Ciała  przylegały  do  siebie. 

Przejęła teraz inicjatywę. Odnalazła własne pragnienia i wtajemniczała go w nie. Było to dla 

niej zupełnie nowe odczucie. PoŜądanie ogarnęło ją z nie znaną dotąd siłą.  

Ben nie był zaskoczony tą Ŝarliwością. Od początku wyczuwał w niej wielką namiętność, 

oczekiwał jej, a jednak rzeczywistość przeszła jego najśmielsze wyobraŜenia.  

– Cudowne – powiedział na głos z ustami wciąŜ przy jej wargach. – Cudowne – szepnął 

jej wprost do ucha.  

Kayla pieszcząc go, upajała się jego okrzykami niekłamanej rozkoszy.  

Wreszcie Ben ubrał w słowa wszystkie swoje odczucia.  

–  Tak  bardzo  cię  pragnę  –  wyszeptał.  –  Niemal  za  bardzo,  by  to  znieść.  Nie  mogę  juŜ 

czekać, Kaylo.  

Ona równieŜ nie mogła  czekać. Powiedział mu o tym jej uśmiech,  gdy uniosła twarz do 

kolejnego pocałunku.  

Wypowiedział  to  w  imieniu  ich  obojga  –  cudownie  było  zespalać  się  w  ten  sposób  i 

wiedzieć, Ŝe naleŜą do siebie. Chciała mu o tym powiedzieć, lecz nie była w stanie wymówić 

tych słów, Ŝadnych słów. Mogła tylko poddać się tej szalonej namiętności, która prowadziła 

do oczekiwanej, niewyobraŜalnej rozkoszy.  

Ben poruszał się teraz szybciej, a ona uniosła biodra na jego spotkanie, krzycząc, gdy ich 

ciała,  jak  ich  pragnienia,  spotkały  się  i  złączyły,  aŜ  nadeszło  spełnienie,  które  przeobraziło 

oboje.  

Później  Ben  tulił  ją  do  siebie,  odgarniając  jej  wilgotne  włosy  z  twarzy,  całując  oczy, 

szyję, a wreszcie miękko, delikatnie, usta.  

– Pasujemy do siebie, prawda, Kaylo? – Jego głos był pełen satysfakcji i dumy.  

Kayla przeciągnęła się i ułoŜyła wygodnie obok niego.  

– Jaką byłam idiotką – stwierdziła, gryząc go delikatnie w ramię – tropiąc duchy i cienie, 

gdy powinnam szukać krwi – ugryzła mocniej, nie zwaŜając na jego jęk – i kości.  

–  PoniewaŜ  nie  chcę  uwaŜać  cię  za  idiotkę,  proponuję,  Ŝebyśmy  zostali  w  łóŜku  przez 

background image

cały dzień, nadrabiając stracony czas. – Ben pogładził ją po biodrze.  

Ale Kayla usiadła i odgarnęła wilgotne pasma włosów, wijące się wokół jej twarzy.  

– Później – zdecydowała. – Teraz mam nieprzezwycięŜoną chęć na trochę podniecenia...  

– Proszę bardzo – zaproponował.  

– Potęgi...  

Ben napiął muskuł. Kayla stłumiła uśmiech.  

– I siły.  

– Jestem do usług.  

Kayla pocałowała go szybko, wyskoczyła z łóŜka i otuliła się szlafrokiem.  

– Po pierwsze, ciepły prysznic, a potem – przejaŜdŜka na twoim słynnym motocyklu! 

Ben odchylił się na łóŜku i roześmiał.  

– PowaŜnie? 

– AleŜ tak. Czuję przypływ odwagi i mam ochotę poeksperymentować. Oczywiście, jeśli 

jesteś zbyt zmęczony...  

Ben odrzucił koce.  

– To śmiałe słowa, moja pani. Gdzie jest prysznic? 

 

Kaylę  zachwyciło  to  przelatywanie  z  łoskotem  po  wąskich  krętych  drogach,  z  rękami 

otaczającymi  ciasno  Bena,  z  udami  obejmującymi  jego  uda.  Oczekiwała  szybkości,  ryku 

motoru,  ale  nie  dreszczu,  który  ją  przenikał.  Powietrze  pachniało  wiosną.  Wszystko  poza  tą 

jazdą wydawało się tak odległe! Chciało jej się krzyczeć z radości.  

Mknęli brzegiem rzeki, a słońce szło ich śladem, odbijając się od wody i muskając skały. 

Właśnie wtedy gdy pomyślała, Ŝe mogłaby tak pędzić bez końca, Ben zawołał: 

–  Jadę  do  Rockbridge.  Myślę,  Ŝe  ci  się  spodoba.  Znów  wyjechali  na  szosę.  Wkrótce 

dotarli do miejsca równie malowniczego jak poprzednie.  

Poprzez  drzewa  ujrzała  spienione  morze,  na  którym  nieliczne  Ŝaglówki  zmagały  się  z 

wiatrem,  kołysząc  się  na  grzywiastych  falach.  Mewy  igrały  nad  wodą.  Kayla  wciąŜ  była  w 

wyśmienitym humorze.  

W  parę  chwil  później  Ben  zwolnił  i  dołączył  do  strumienia  samochodów  jadących  w 

kierunku Rockbridge. Na miejscu zajechał na parking i wyłączył silnik.  

Nagła cisza zaskoczyła Kaylę.  

– WciąŜ mam wraŜenie, Ŝe nie usłyszysz mnie, jeśli nie będę krzyczeć – powiedziała.  

– Wiem – przytaknął Ben. – Czy hałas cię zmęczył? 

– Bałam się, Ŝe tak będzie – przyznała. – Ale on tak jakby zrasta się z jazdą.  

–  To  szczera  prawda.  –  Ben  roześmiał  się  i  poklepał  motocykl.  –  Z  cicho  mruczącym 

silnikiem  wydawałby  się  beznadziejnie  zniewieściały.  –  Spojrzał  na  Kaylę  i  odgarnął  jej 

włosy z twarzy. – A więc podobała ci się przejaŜdŜka? 

– Szalenie.  

– Spodoba ci się teŜ mój następny pomysł.  

–  Och,  wszystkie  twoje  dzisiejsze  pomysły  mi  się  podobają  –  odparła  z  figlarnym 

uśmiechem.  

background image

Uściskał ją.  

– Więc spróbuj tego – bułeczki z homarem.  

– Co? – Kayla nie mogła uwierzyć, Ŝe Ben jest głodny.  

–  W  Rockbridge  moŜna  dostać  najlepsze  owoce  morza  na  całym  wybrzeŜu,  a  homar  to 

ich specjalność.  

– Nie mogłabym przełknąć ani kęsa.  

– Ja jestem głodny jak wilk, więc przynajmniej dotrzymaj mi towarzystwa.  

Gdy  dotarli  do  małej  restauracji  i  Ben  złoŜył  zamówienie,  Kayla  doszła  do  wniosku,  Ŝe 

jednak się skusi.  

– Wiedziałem – roześmiał się i podzielił się z nią swoją porcją – ale potem pójdziemy na 

długi spacer.  

– Zgoda – odparła i ugryzła duŜy kawałek homara.  

W drodze do doków zatrzymała się nagle.  

– Patrz, Ben. Księgarnia.  

Popatrzył  na  okno  wystawowe,  wypełnione  ksiąŜkami  o  siłach  nadprzyrodzonych, 

czarownicach i reinkarnacji.  

– Chodź – nalegała. – Wejdźmy.  

–  Nie.  –  Nie  miał  ochoty  na  zgłębianie  sił  nadprzyrodzonych.  Zwłaszcza  dziś,  gdy 

wszystko tak dobrze się układało.  

–  Dlaczego  nie?  –  Kayla  potrafiła  być  uparta.  –  WciąŜ  mnie  to  interesuje,  nawet  jeśli 

moja czarownica jest tworem wyobraźni. – Nieznaczny ruch brody przypominał o jej uporze. 

Ś

wiadczył,  Ŝe  wciąŜ  nie  miała  pewności  co  do  swojej  czarownicy.  Dziś,  bardziej  niŜ 

kiedykolwiek, Ben chciał uniknąć tego tematu.  

Ale gdy zaczęła wchodzić na schodki wiodące do księgarni, złapał ją za rękę.  

– Nie musisz tam wchodzić, Kaylo. Kupiłem ci ksiąŜki w Bostonie.  

Otworzyła szeroko oczy ze zdziwienia.  

– Kupiłeś dla mnie ksiąŜki? 

Przytaknął, trochę zły na siebie i, jak przyznał, bardziej niŜ trochę zaŜenowany.  

– Chciałaś je mieć, a ja nie popieram cenzury w Ŝadnej postaci. Nigdy nie popierałem – 

dodał  z  dumą  –  nawet  gdy  chodzi  o  lekko  absurdalne  obsesje  pewnej  całkiem  dorosłej 

kobiety.  

– CóŜ, nie jestem pewna, czy to absurd czy obsesja. Ale nie będę się spierać, skoro masz 

te ksiąŜki.  

– Mam je naprawdę. To przynęta na ciebie, abyś wróciła ze mną do domu.  

–  Obiecuję  –  powiedziała,  wdzięczna  za  jego  troskliwość.  –  Wiesz,  Benie  Montgomery, 

czasem mnie zaskakujesz. – Wspięła się na palce i pocałowała go w policzek.  

Ben  otoczył  ją  ramieniem  i  tak  przytuleni  weszli  na  molo.  Stali  tam  ramię  w  ramię,  aŜ 

zaczęło się zmierzchać.  

Ben pochylił się i pocałował ją delikatnie w usta.  

–  Nie  wiem,  co  w  tobie  jest,  Kaylo  Hartwell,  ale  mam  niepohamowaną  chęć  całowania 

cię w miejscach publicznych.  

background image

Rozejrzała się. Na nabrzeŜu było tylko kilkoro maruderów.  

– MoŜe moglibyśmy poczekać, aŜ wszyscy się wyniosą – zaproponowała, unosząc twarz 

do kolejnego pocałunku. – A moŜe nie...  

Tym  razem  pocałunek  odebrał  jej  dech  w  piersi.  Czuła  smak  morza  na  wargach  Bena  i 

zapach słonego powietrza na jego skórze.  

– A jednak szkoda, Ŝe nie jesteśmy sami – zauwaŜył.  

–  Istotnie  –  zgodziła  się,  opierając  mu  głowę  na  piersi,  gdzie  mocno  biło  jego  serce. 

Spojrzawszy w górę zmruŜyła oczy na widok zachodzącego słońca, które tańczyło gorejącymi 

refleksami na jego ciemnych włosach. Jej ciało zadrŜało na wspomnienie dzisiejszego ranka. 

Ogarnęło ją poŜądanie, które domagało się zaspokojenia.  

– Wracajmy do domu, Ben. Chcę być tylko z tobą. Bez słowa wziął ją za rękę.  

Byli w połowie drogi do New Sussex, gdy Kayla usłyszała pierwszy grzmot i zobaczyła, 

jak strzępiasta błyskawica przecięła niebo. W powietrzu wisiała burza.  

Ben  włączył  reflektor.  Samotny  snop  światła  prowadził  ich  wzdłuŜ  krętej  drogi  miedzy 

majaczącymi po obu stronach wysokimi drzewami. Słychać było tylko ryk silnika, ale nawet 

on wydawał się przytłumiony. Niczym widmo zbliŜył się samochód, minął ich i zniknął. Gdy 

zapadła ciemność, znów byli sami. Przez tę chwilę byli jedynymi ludźmi na świecie.  

Kaylę  przenikało  ciepło  bijące  od  ciała  Bena  i  nadal  czuła  się  bezpieczna,  nawet  gdy 

dopadła ich burza. Zamknęła oczy i poddała się nastrojowi chwili.  

I  wtedy,  w  ułamku  sekundy  nie  dłuŜszym  niŜ  czas,  w  którym  kolejna  błyskawica 

przecięła niebo, zrozumiała, dlaczego Ben kocha swą ucieczkę od realnego świata. Motocykl 

dawał  mu  poczucie  przygody,  a  czasem  nawet  posmak  szaleńczego  niebezpieczeństwa.  Był 

jego wolnością.  

Gdy  dojeŜdŜali  do  New  Sussex,  niebo  otwarło  się  i  lunął  na  nich  wiosenny  deszcz.  Był 

ciepły, gwałtowny, pachniał ziemią i morzem.  

Struga deszczu chlusnęła za zapięcie kurtki Kayli. Jej ręce uczepione Bena były śliskie, a 

woda bryzgała na spodnie i buty. Nie przeszkadzało jej to. Przeciwnie, zachwycało. Odrzuciła 

w tył głowę i roześmiała się.  

Ben  uniósł  maskę  kasku  do  góry,  Ŝeby  widzieć  drogę.  Kayla  pomyślała  o  podniesieniu 

swojej  i  pocałowaniu  go.  Groziło  to  jednak  wypadkiem.  Oparła  się  więc  pokusie.  Ale  nie 

mogła  powstrzymać  śmiechu.  Ogarnął  ją  znowu,  gdy  pomyślała,  Ŝe  zaledwie  parę  dni  temu 

była jak najdalsza od myśli o szalonej jeździe motocyklem z własnym prawnikiem. W końcu 

był to ten sam męŜczyzna, którego wyobraziła sobie jako chudego i przygarbionego starszego 

pana, popijającego herbatę w gabinecie.  

Gdy  Ben  wziął  ostry  zakręt  na  podjazd  przed  swoim  domem  i  wjechał  do  garaŜu,  znów 

powróciła do rzeczywistości. Ben chwycił ją za rękę i pobiegli do ciepłej kuchni.  

Zdjęli  kaski  i  buty,  ściągnęli  mokre  kurtki.  Krople  deszczu  lśniły  na  czole  Bena  i 

połyskiwały w jego włosach.  

– Przykro mi... – zaczął.  

– Nie ma powodu. – Kayla zaczęła się śmiać i przegarnęła palcami swoje wilgotne włosy. 

–  Chyba  mi  się  kręci  w  głowie.  Ale  jazda  była  wspaniała,  fantastyczna.  Poczułam  się  tak 

background image

wolna, odwaŜna i szalona... – Spojrzała na niego, unosząc głowę.  

Jej  blond  włosy  ściemniały  od  deszczu  i  zwisały  wilgotnymi  pasmami  wokół  twarzy. 

Przód  czerwonego  swetra  miała  przemoczony,  a  mimo  to  była  pełna  kobiecego  wdzięku, 

krucha i bardzo pociągająca.  

– To będzie bardzo prywatny pocałunek – powiedział Ben. Pochylił się ku niej, ujmując 

jej  twarz  w  dłonie  i  dotknął  jej  ust  najpierw  delikatnie,  a  potem  z  całej  mocy.  Czuła  jego 

poŜądanie, gdy wyszeptał przy jej wargach: 

– Tak bardzo cię pragnę. Bardziej niŜ dzisiejszego ranka, jeśli to w ogóle moŜliwe.  

–  Ja  teŜ  cię  pragnę,  Ben  –  powiedziała.  Całowała  jego  twarz  i  szyję,  podczas  gdy  ręce 

walczyły z guzikami koszuli Bena. Jesteś mokry – wyszeptała tuŜ przy jego piersi.  

– Ty teŜ – odparł. – Przeziębimy się, jeśli nie ściągniemy ubrań.  

Z  prowokacyjnym  uśmiechem  zdjęła  czerwony  sweter  i  stała  przed  nim  tak  jak 

dzisiejszego  ranka.  Czuła,  jak  pod  głodnym  spojrzeniem  męŜczyzny  jej  skóra  napręŜa  się  w 

oczekiwaniu pieszczot.  

Odczytując poŜądanie na jej twarzy, Ben chwycił ją na ręce i ruszył ku schodom. Jej usta 

były znów na jego wargach, gorące i spragnione. Aby odpowiedzieć na pocałunek, zatrzymał 

się u stóp schodów i postawił ją.  

Pod  cieniutką  koronką  biustonosza  ujrzał  napręŜone  i  twarde  sutki.  Pochylił  głowę  i 

przypadł  do  jednej  z  nich  ustami.  Kayla  zatraciła  się  w  jego  ramionach,  poddając  się 

pocałunkom.  Była  oszołomiona.  Nogi  uginały  się  pod  nią  i  tylko  mocne  ręce  Bena 

podtrzymywały ją, gdy błądził ustami po jej wraŜliwej skórze.  

–  Nigdy  nie  dojdę  na  górę  –  szepnął,  wtórując  myślom  w  jej  wirującej  głowie.  Wolno 

połoŜył  ją,  ściągnął  koszulę  i  wcisnął  za  plecy  Kayli,  aby  osłonić  ją  od  twardych  schodów. 

Widziała, jak pulsuje mu Ŝyła na skroni, gdy pochylił się, usiłując uwolnić ją z oblepiających 

ciało spodni. Słyszała gwałtowne bicie jego serca.  

Waliło jak młotem, a krew wrzała mu w Ŝyłach. Ukląkł i pocałował najpierw jej kolano, a 

potem jedwabistą skórę na udzie. Wreszcie dotarł do źródła rozkoszy, a ona wplotła palce w 

jego włosy, wijąc się spazmatycznie i łapiąc powietrze.  

Przestało  dla  niej  istnieć  wszystko  poza  dotykiem  Bena.  Uwolnił  tkwiące  w  niej 

szaleństwo.  

Wiedział,  Ŝe  jest  gotowa,  podobnie  jak  on.  Rozpiął  dŜinsy,  ale  daremnie  usiłował  je 

ś

ciągnąć.  Kayla powstrzymała  go. WciąŜ klęcząc z rękami na schodku za nią, Ben patrzył z 

bijącym sercem, jak uniosła biodra na spotkanie z jego ciałem. Czuł, jak oddech więźnie mu 

w gardle.  

– Och, Kaylo – wykrztusił wreszcie. – Kaylo.  

Po  chwili,  prowadzony  tylko  jej  kochającymi  rękami,  wszedł  w  oczekującą  miękkość. 

Jego dŜinsy ocierały się o nią, ale przyciągnęła go jeszcze bardziej.  

Poruszali  się  razem  gwałtownie,  szaleńczo.  Ich  ciepłe  i  wilgotne  ciała  pręŜyły  się,  serca 

waliły  jak  młotem.  Kayla  objęła  Bena  nogami,  jakby  chciała  wciągnąć  go  jeszcze  głębiej. 

Wahał  się,  próbując  chronić  ją  przed  intensywnością  własnego  poŜądania,  ale  wygięła  się 

zapraszająco w łuk.  

background image

Kochali  się  zupełnie  inaczej  niŜ  rano,  namiętnie,  niemal  brutalnie,  lecz  doznali  równie 

doskonałego zaspokojenia.  

Potem Kayla przytuliła się do Bena. Ukryła głowę na jego ramieniu.  

–  Skoro  mowa  o  podniecającym  i  szaleńczym...  –  Pocałowała  go  w  ramię.  –  Jesteś 

najbardziej zmysłowym męŜczyzną, jakiego znałam, Benie Montgomery.  

–  A  ty  najbardziej  niezwykłą  kobietą.  –  Opadł  obok  niej  i  z  zakłopotanym  uśmiechem 

zaczął zapinać spodnie.  

– Dlaczego ich nie zdejmiesz? – spytała prowokująco. – Moja szaleńcza faza właśnie się 

zaczyna. – Z tymi słowy wstała i weszła na górę, ukazując Benowi spręŜyste pośladki, mocne, 

kształtne nogi i szczupłe kostki. Idąc odpięła biustonosz i rzuciła go na schody.  

Ben  szybko  ściągnął  dŜinsy  i  podąŜył  za  nią.  Gdy  wszedł  do  pokoju,  leŜała  juŜ  otulona 

pościelą.  

– Chodź – zaprosiła. – W końcu to twoje łóŜko. Wśliznął się pod kołdrę i przyciągnął ją 

do siebie.  

Była uległa, giętka i ciepła w jego ramionach.  

–  Uwielbiam  cię  dotykać,  Kaylo  –  powiedział,  gładząc  jej  plecy,  wcięcie  w  talii,  krągłe 

pośladki.  

– Ja teŜ – pocałowała go w ramię i smakowała językiem słoną skórę. – A wiesz, co mi się 

najbardziej podobało? 

Ben spojrzał na nią Ŝartobliwie.  

– Mam nadzieję, Ŝe to prośba o więcej.  

– Mhm – zamruczała jak kotka. – Ale nie teraz.  

– CóŜ to – krytyka mojej techniki miłosnej? 

– Och, nie – zawołała. – Jak mogłabym krytykować coś tak doskonałego? 

Ben próbował się skromnie uśmiechnąć, lecz mu się nie udało.  

– A więc co? 

– Naprawdę podobało mi się, Ŝe przez cały dzień ani razu się nie pokłóciliśmy – odparła.  

– Proszę, jaki ze mnie wyrozumiały facet. Kayla przerzuciła przez niego nogę.  

– Gdy stawiasz na swoim – przypomniała mu.  

– Co rzadko zdarza się przy tobie – zaŜartował.  

– Z wyjątkiem dzisiejszego dnia i za to jestem ci wyjątkowo wdzięczny.  

– Ja takŜe.  

–  Widzisz, Ŝe  moŜemy  się  ze  sobą zgodzić  bardzo,  bardzo  dobrze.  –  Znów  ją  delikatnie 

pocałował.  

– Tak, moŜemy, zwłaszcza kiedy nie jesteś taki arbitralny.  

– Arbitralny? Ja? Daj spokój, Kaylo.  

– Nie zaprzeczaj, Ben. To prawda, ale to chyba po prostu silniejsze od ciebie – stwierdziła 

ze smutkiem.  

– Mówisz to tak, jakbym był chory. Kayla roześmiała się.  

–  „Arbitraloza”.  –  Uniosła  się  na  łokciu  i  spojrzała  na  niego.  –  Ale  wiesz  co?  – 

powiedziała uroczyście.  

background image

– Nie dbam o to. – Dotknęła jego twarzy, a potem pochyliła się i pocałowała go.  

Nie  był  to  delikatny  pocałunek,  jak  zamierzała.  On  o  to  zadbał,  a  Kayla  nie  pozostała 

obojętna.  

– Och, Ben – wyszeptała – czy znów moŜemy się kochać? 

background image

ROZDZIAŁ 7 

 

Koło północy zwlekli się z łóŜka i poszli do kuchni. Ben usmaŜył jajka na bekonie. Kayla 

zjadła  wszystko,  oświadczając  między  kolejnymi  kęsami,  Ŝe  to  znacznie  zdrowsze  niŜ 

naleśniki.  

–  Nie  jestem  taki  pewny  –  zaprotestował  Ben,  wyskrobując  talerz.  –  Mnóstwo  w  tym 

cholesterolu.  

– Mhm – mruknęła wymijająco Kayla.  

– Pomyśl tylko – przypomniał – naleśniki, bułeczka z homarem, a teraz jajka na bekonie. 

Nie moŜna powiedzieć, Ŝe to zdrowe jedzenie.  

– A stek, który przygotowałeś pierwszego wieczora? 

– Znów cholesterol.  

– W kaŜdym razie wypełnia Ŝołądek.  

–  Wszystko,  co  jedliśmy,  wypełnia  Ŝołądek,  Kaylo.  Zupa  ze  skorupiaków  i  ta  smaŜona 

ryba, którą jadłaś na postoju cięŜarówek.  

– I to mówi facet, który zmiótł największy na świecie kawałek ciasta z jabłkami.  

–  MoŜemy  się  chyba  przyznać,  Ŝe  nie  naleŜymy  do  miłośników  zdrowej  Ŝywności  – 

powiedział Ben. – Choć moglibyśmy kiedyś spróbować.  

– Po co się męczyć? – spytała Kayla ze śmiechem. – Potem i tak bylibyśmy głodni.  

Uprzątnęli naczynia. Ben spostrzegł ze zdziwieniem, Ŝe Kayla zbiera się do wyjścia.  

– O tej godzinie? To szaleństwo – zauwaŜył. – Twoje miejsce jest przy mnie.  

–  AleŜ  nie  –  zaprzeczyła.  –  Moje  miejsce  jest  w  moim  domu.  Poza  tym  chcę  tam  być. 

Chcę stawić czoło temu wszystkiemu.  

– Nie w środku nocy – sprzeciwił się.  

–  Ben,  jest  dopiero  za  kwadrans  pierwsza.  Późno,  ale  nie  środek  nocy.  Lepiej,  Ŝebym 

wyszła teraz, bo sąsiedzi będą plotkować.  

– Nie obchodzi mnie to.  

– Ani mnie – przyznała. – Ale nie mogę przyzwyczajać się do zostawania u ciebie. Mam 

teraz własny dom, zapomniałeś? 

Ben  przejechał  ręką  po  potarganych  włosach.  Gdy  wstali,  włoŜył  dŜinsy,  ale  wciąŜ  był 

boso.  

– Poczekaj, aŜ nałoŜę buty – powiedział – i odwiozę cię do domu. Nie chcę, Ŝebyś weszła 

tam sama.  

– Doceniam to – przyznała Kayla.  

Za chwilę wrócił z butami i torbą na zakupy.  

–  To  dla  ciebie.  KsiąŜki,  z  Bostonu.  Choć  nie  jestem  przekonany,  czy  powinienem 

popierać  te  bzdury  Kayla  postanowiła  nie  zwracać  uwagi  na  lekcewaŜenie,  które  wyczuła  w 

jego głosie.  

–  Gdybyś  nie  kupił  mi  ksiąŜek,  zdobyłabym  je  w  inny  sposób.  –  Otworzyła  torbę  i 

wyłoŜyła je na stół. – Są świetne – powiedziała po chwili. – Dokładnie o to mi chodziło.  

background image

– Tak, tu znajdziesz wszystko, co chciałaś wiedzieć o czarownicach. – Wstał, wyjął jej z 

rąk  ksiąŜkę,  którą  wydawała  się  najbardziej  zainteresowana,  i  objął  Kaylę  ramionami.  –  Nie 

mówmy o czarownicach. Mówmy o nas.  

–  W  porządku  –  roześmiała  się  Kayla.  –  Nie  sprzeciwiam  się,  gdy  przychodzi  do 

uścisków.  

– Spędziliśmy miły dzień – przypomniał.  

– Więcej niŜ miły – przyznała, tuląc się do niego.  

– A teraz czas do łóŜka.  

– Tak.  

– U ciebie czy u mnie? 

Kayla nie mogła powstrzymać się od uśmiechu.  

– Ty u siebie, ja u siebie.  

– Jesteś pewna? – Zanim odpowiedziała, pocałował ją wolno i namiętnie.  

– CóŜ – westchnęła – teraz nie jestem juŜ taka pewna. Ale wciąŜ uwaŜam, Ŝe tak będzie 

najlepiej, Ben. Jutro mam cięŜki dzień.  

– Ja teŜ – przyznał z Ŝalem. – Nie znoszę poniedziałków.  

– Będą inne weekendy. DuŜo wspólnych weekendów.  

– Nie pozwolę ci zapomnieć o tej obietnicy – powiedział Ben.  

 

Tej nocy Kayla zaczęła czytać pierwszą ksiąŜkę, ale minęły dwa dni, zanim mogła znów 

do  niej  sięgnąć.  Były  to  dwa  bardzo  czynne  dni,  spędzone  na  decydowaniu,  jakie  meble  z 

domu  sprzedać,  na  przenoszeniu  ich  ze  strychu  i  salonu  do  sklepu,  przygotowywaniu  do 

sprzedaŜy, a wreszcie obsłudze klientów.  

Drugiego  dnia,  gdy  Lii  poszła  do  domu,  Kayla  skorzystała  z  chwili  spokoju.  Usiadła  w 

starym fotelu i otworzyła jedną z ksiąŜek o czarownicach.  

Mimo  intrygującego  tematu  nie  mogła  się  skoncentrować.  MoŜe  była  zbyt  zmęczona.  A 

moŜe jej myśli błądziły gdzie indziej.  

Tak było rzeczywiście. Od niedzieli wiele myślała o Benie. Wpadł dwa razy do sklepu i 

dzwonił, gdy tylko miał wolną chwilę. Kayla zauwaŜyła, Ŝe czeka na te telefony. Cały wolny 

czas wypełniało jej wspominanie wspólnie spędzonych godzin i intymnych przeŜyć. Ben był 

namiętnym męŜczyzną, który odkrył w niej, ku jej zaskoczeniu, podobny temperament.  

Ale ta namiętność zastąpiła przyjaźń. Co się stało, pomyślała posępnie, z postanowieniem 

o  utrzymywaniu  z  Benem  wyłącznie  przyjacielskich  kontaktów?  Westchnęła.  Powzięła  je, 

zanim  się  pierwszy  raz  kochali.  Uśmiechnęła  się.  Która  kobieta  nie  uległaby  urokowi 

odzianego w czarną skórę Bena Montgomery’ego? 

Zaprzeczanie  nie  miało  sensu.  WciąŜ  doskonale  pamiętała  szaloną  jazdę  podczas  burzy, 

namiętne  pieszczoty,  chwile  nieopisanej  rozkoszy.  Nie,  Kayla,  zwolnij.  Wszystko  dzieje  się 

zbyt szybko.  

Ben stał się jej obsesją, myślała o nim ciągle, pragnęła go, wciąŜ na nowo przeŜywała ich 

zbliŜenie.  Była  bliska  zakochania  się  w  nim,  a  wiedziała,  co  dzieje  się  z  miłością,  która 

wybucha gwałtownie, nieokiełznanie. Równie szybko się wypala, zwłaszcza gdy związek jest 

background image

tak burzliwy jak ich.  

Nie chciała, Ŝeby tak się stało. Ona i Ben mieli szansę na coś więcej, jeśli jej nie zmarnują 

i postarają się dobrze siebie poznać i zrozumieć. Znów westchnęła.  

Zaprosiła go tego wieczoru na kolację. Muszą porozmawiać. Ale najpierw kolacja, a ona 

obiecała  coś  ugotować.  To  będzie  dla  niej  nowe  doświadczenie.  Zamierzała  przyrządzić  coś 

zdrowego. Przypuszczała, Ŝe Ben doceni tę zmianę. śadnych smaŜonych ryb i naleśników.  

A więc co? Będzie musiała o tym pomyśleć, moŜe trochę poeksperymentować w kuchni. 

Jeszcze  nie  nadeszła  pora  zamknięcia  sklepu,  a  na  podjazd  wjechał  właśnie  samochód  z 

rejestracją Ohio, z którego wysiadła para w średnim wieku.  

– Witam w „Otwierających się Drzwiach” – zawołała, gdy wchodzili na schody.  

– Jak dobrze być tu znowu – odparła kobieta, która przedstawiła się jako Ada. – Jesteśmy 

od dawna klientami Elinor. PrzejeŜdŜamy tędy kilka razy w roku. Będzie nam jej brakować. – 

Zapadła  chwila  ciszy.  –  Ale  cieszymy  się,  Ŝe  sklep  znów  funkcjonuje.  Po  prostu  uwielbiam 

kupować.  

– A ja sprzedawać – odparła Kayla, nie będąc całkiem pewna, czy to prawda.  

Oglądając  zawartość  sklepu,  Ada  wydawała  okrzyki  zachwytu,  ale  niczego  nie  kupiła. 

Kayla czuła, Ŝe coś jest nie w porządku i Ada w końcu wyjaśniła, o co chodzi.  

–  Elinor  miała  o  wiele  więcej...  o  wiele  więcej  rzeczy.  Co  się  stało?  Czy  jakiś  magnat 

naftowy wszystko wykupił? 

Kayla poczuła ucisk w Ŝołądku. Jeśli tacy ludzie byli powaŜnymi klientami, to znaczy, Ŝe 

wpakowała  się  w  kabałę.  MoŜliwe,  Ŝe  popełniła  błąd,  organizując  wyprzedaŜ,  bo  klienci 

szukają rupieci.  

–  Postanowiłam  wszystko  uporządkować  –  wyjaśniła  –  i  zorganizowałam  wielką 

wyprzedaŜ.  

– NiemoŜliwe? Kiedy? 

– W ubiegłym tygodniu.  

– Słyszysz, Charlie? A my byliśmy w Maryland.  

Ośmielona  Kayla  podtrzymywała  rozmowę,  pokazując  Adzie  nowe  nabytki  i  ręcznie 

spisane historie.  

– Świetny pomysł – stwierdziła Ada. – Ale brak mi tych drobiazgów, które znajdowałam 

po kątach, zakurzonych i brudnych.  

Wtedy  Kayla  przypomniała  sobie  o  przyniesionych  ze  strychu  akcesoriach  kuchennych, 

które miała oczyścić.  

– W magazynie mam trochę wyposaŜenia kuchennego z przełomu wieków.  

– To brzmi interesująco – zawołała Ada i udała się z Kaylą na tyły domu.  

Gdy Ada oglądała z zainteresowaniem rozmaite sprzęty, Kayla zdała sobie sprawę, Ŝe ta 

kobieta po prostu jest zachwycona, kiedy sądzi, Ŝe sama coś odkryła.  

– To juŜ lepiej – mówiła Ada. – Gdyby jeszcze były jakieś historie...  

–  Szczerze  mówiąc,  jest  jedna  –  powiedziała  Kayla,  w  myśli  dziękując  Lii  za 

wspomnienia z jej wizyt w kuchni panny Hartwell. – Ten pojemnik na ciasto naleŜał do matki 

Elinor,  a  mojej  prababki.  –  Wskazała  na  drewnianą  skrzynkę  z  zardzewiałymi  metalowymi 

background image

drzwiczkami.  –  Pewnego  lata  ciasto  i  ciastka  zaczęły  znikać.  Matka  Elinor  podejrzewała 

dzieci,  ale  okazało  się,  Ŝe  to  sprawka  oswojonego  szopa.  Nauczył  się  podnosić  uchwyt  i 

uciekać z porcją ulubionych ciasteczek.  

Ada  była  zachwycona.  Kayla  podała  umiarkowaną  cenę  i  natychmiast  sprzedała 

pojemnik. Obiecała nawet spisać historię i przesłać ją później.  

– Nie ma pośpiechu – zapewniła Ada.  

Gdy  Kayla  poŜegnała  klientów,  uświadomiła  sobie,  Ŝe  dla  dobra  sprawy  musi  zostawić 

parę zakurzonych rzeczy upchniętych po kątach, aby umoŜliwić ich „odkrycie”.  

Zanim  samochód  zniknął  za  rogiem,  podjechał  następny.  Kayla  z  ulgą  powitała  Terrie 

Fiore. Chwilowo miała dość klientów.  

– Czy spóźniłam się? – zawołała Terrie.  

– Tylko jeśli chcesz coś kupić. Na kieliszek wina przybyłaś w samą porę.  

– To właśnie miałam nadzieję usłyszeć – oznajmiła Terrie. – Mam ochotę na plotki.  

–  To  świetne  miejsce  na  coś  takiego  –  odparła  Kayla.  Odwróciła  napis  na  drzwiach  i 

powiedziała: 

–  Wreszcie  zamknięte.  A  teraz  chodź  ze  mną  do  prywatnego  skrzydła,  które  składa  się 

wyłącznie  z  kuchni,  –  Moje  ulubione  miejsce  w  kaŜdym  domu  –  oświadczyła  Terrie,  idąc 

obok Kayli.  

– Och, pewnie chciałaś obejrzeć sklep? 

–  Niekoniecznie  –  odparła  Terrie.  –  Nie  wiem  nic  o  antykach,  poza  tym,  Ŝe  są  stare. 

Czekały długo, mogą jeszcze zaczekać. Zobaczę sklep kiedy indziej.  

Kayla roześmiała się.  

– To mi się podoba. Ja teŜ mam dosyć sklepu na dziś.  

– Ale to był dobry dzień? 

–  Dobre  dwa  dni.  Jak  tak  dalej  pójdzie,  będę  potrzebowała  księgowego,  Lii  radzi  mi 

zatrudnić osobę o takich kwalifikacjach. – Wyciągnęła z kieszeni ostatnie czeki.  

– Sukces – zauwaŜyła Terrie. – Wypijmy za to. – Trąciły się kieliszkami, a potem Terrie 

zawołała: – Och, byłabym zapomniała. Mam ci powiedzieć, Ŝe Ben spóźni się na kolację.  

– To dobrze.  

Terrie popatrzyła na Kaylę ze zdziwieniem.  

– Będę miała więcej czasu na zastanowienie się, co przygotować.  

–  Zapewniam  cię,  Ŝe  nie  musisz  się  spieszyć.  Ben  zajmuje  się  jednym  z  naszych 

najbardziej gadatliwych klientów, który właśnie po raz kolejny zmienia swój testament.  

– CięŜkie Ŝycie – zaŜartowała Kayla.  

–  Nie  dla  mnie. Ja  mówię:  do  widzenia  i znikam.  A  więc  co  gotujesz?  – zmieniła  nagle 

temat Terrie.  

– Chciałam ugotować coś zdrowego.  

– To byłaby miła odmiana dla Bena.  

–  Dla  mnie  teŜ  –  przyznała  Kayla.  –  Myślałam  o  warzywach  duszonych  na  sposób 

chiński.  

– Dobry pomysł.  

background image

– Szczerze mówiąc, nie jestem najlepszą kucharką na świecie, ale tego nawet dziecko nie 

moŜe zepsuć.  

– Czy masz chiński garnek? 

Kayla wyjęła z szafki duŜy, wysłuŜony garnek.  

– Pokroić warzywa, dodać oleju arachidowego, sosu sojowego i gotowe – wyrecytowała.  

– A moŜe trochę mięsa? – podsunęła Terrie. Kayla potrząsnęła głową.  

– Próbuję wyeliminować cholesterol.  

– Kurczak? 

– Masz rację – zgodziła się Kayla. – Wkroję trochę białego mięsa.  

Zmieniając znów temat, Terrie spytała: 

– A wiec w niedzielę odbyłaś przejaŜdŜkę motocyklem? 

Kayla roześmiała się.  

– Wiadomości szybko rozchodzą się w New Sussex.  

– Czy jesteś zaskoczona? 

– AleŜ nie. Dobrze się bawiliśmy, choć złapał nas deszcz.  

– Gdy Ben pozwala sobie na luz, potrafi być zabawny – powiedziała Terrie.  

Kayla uśmiechnęła się do siebie.  

– Tak, potrafi.  

– On cię naprawdę lubi.  

– Ja go teŜ.  

Terrie zdawała się czekać, Ŝe Kayla rozwinie ten wątek.  

– Tb wszystko, co zamierzam powiedzieć – uśmiechnęła się szeroko do Terrie. – Ben i ja 

jesteśmy po prostu przyjaciółmi.  

Terrie roześmiała się.  

–  Zrozumiałam.  Ale  ja  naprawdę  nie  wścibiam  nosa  w  nie  swoje  sprawy.  Po  prostu 

bardzo lubię Bena. To nasz najlepszy przyjaciel i świetny facet.  

–  Wiem.  –  Teraz  Kayla  miała  okazję  porozmawiać  o  Benie,  lecz  powstrzymała  się.  Za 

wcześnie  na  ujawnianie  uczuć.  Zamiast  tego  postanowiła  pokazać  Terrie  ksiąŜki  o 

czarownicach.  

– W tej natknęłam się na coś bardzo interesującego – powiedziała, podając Terrie ksiąŜkę.  

– Jak to? 

–  Znalazłam  coś  o  tym  wyraŜeniu,  które  mnie  zaciekawiło.  Pierwszy  rozdział  opisuje 

„otwierające się drzwi”. To wejście do świata mistycyzmu i czarów.  

–  PowaŜnie?  –  zdziwiła  się  Terrie,  najwyraźniej  zaintrygowana.  –  Czy  dowiedziałaś  się 

czegoś więcej o Katherine? 

Kayla skinęła głową. W ułamku sekundy zdecydowała się nie wspominać o zjawie, choć 

był  to  temat,  który  zainteresowałby  Terrie.  Ale  Kayla  wciąŜ  próbowała  przekonać  samą 

siebie, Ŝe Ben miał rację, mówiąc, iŜ zjawa jest tworem jej wyobraźni.  

– CóŜ więc nowego na temat tajemniczej antenatki? 

– ponaglała Terrie.  

– Zdaje się, Ŝe Katherine Hartwell została powieszona za „przestawanie z czarownicami”.  

background image

– „Przestawanie z czarownicami”? Jaki dziwny zwrot.  

– Odkryłam, Ŝe Katherine organizowała coś w rodzaju podziemnego szlaku dla czarownic 

i przemycała oskarŜone kobiety poza obręb miasta. Została ujęta, skazana i powieszona.  

– Jak sądzisz, czy ktoś ją wydał, czy teŜ złapano ją na gorącym uczynku? 

– Nie wiem, ale miejscowa społeczność najpewniej była wzburzona jej zachowaniem. Jak 

się wydaje, nie naleŜała do osób, które podporządkowują się komukolwiek.  

– Wspaniałe – powiedziała Terrie ze śmiechem.  

– Bratnia dusza. Podoba mi się.  

– Bardzo nowoczesna kobieta – dodała Kayla.  

–  Prawdopodobnie  to  ją  zgubiło  –  zamyśliła  się  Terrie.  –  Sprawia  równieŜ  wraŜenie 

silnej. Chciałabym o niej wiedzieć więcej.  

–  Postanowiłam  wszystko  dokładnie  zbadać.  Te  ksiąŜki  tylko  o  niej  napomykają.  Gdy 

znajdę wolną chwilę, zajrzę do miejscowej biblioteki.  

–  Nie  jest,  niestety,  największa  –  poinformowała  ją  Terrie.  –  Będziesz  miała  większe 

szanse w Salem, gdzie dokumentacja jest pełniejsza. Tam moŜesz uzupełnić to, co juŜ masz. 

To wspaniała historia, młoda kobieta odwaŜnie i samotnie przeciwstawiająca się ówczesnemu 

prawu i konwenansom. – Uśmiechnęła się szeroko. – Czy ona kogoś nie przypomina? 

Kayla roześmiała się.  

– Ciekawa jestem, czy w jej Ŝyciu nie było wysokiego, przystojnego męŜczyzny? 

– Tylko bez porównań, Terrie.  

– CóŜ, między tobą a Katherine jest fizyczne podobieństwo...  

–  To  prawda,  ale  na  tym  podobieństwa  się  kończą.  Zamierzam  jednak  posłuchać  twojej 

rady  i  pojechać  do  Salem.  Gdy  zwiedzałam  muzeum  i  Dom  Siedmiu  Szczytów,  nie  miałam 

pojęcia, jak blisko jestem związana z tą historią.  

– Teraz będziesz miała inny punkt widzenia – powiedziała Terrie.  

– Moja ciekawość niewątpliwie została rozbudzona. Muszę się dowiedzieć wszystkiego o 

Katherine – postanowiła Kayla.  

Terrie spojrzała na zegarek.  

–  Skoro  mowa  o  apetycie,  dziś  ja  gotuję  i  mam  wraŜenie,  Ŝe  kolejka  juŜ  się  ustawia.  – 

Szybko dokończyła wino i wstała.  

– Proszę, wpadnij wkrótce – zapraszała Kayla.  

– Nie zachęcaj mnie, bo będziesz miała we mnie codziennego gościa.  

– Jeśli moje duszone warzywa okaŜą się smaczne, to odwaŜę się zaprosić na nie ciebie i 

Andy’ego.  

– Bardzo chętnie – odparła Terrie. – Jemy wszystko.  

– Szczęśliwie Ben tak samo.  

 

Kayla miała rację. Ben spałaszował kolację w rekordowym tempie.  

–  Doskonałe  warzywa  i  świetne  przyprawy  –  stwierdził.  –  Jestem  zaskoczony,  Ŝe 

dotychczas nie ujawniłaś talentu do gotowania.  

– To właściwie moje jedyne danie – przyznała się Kayla.  

background image

– Och, nie – zaprzeczył. – Robisz wspaniałe naleśniki.  

Kayla roześmiała się.  

–  Wystarczy  tylko  rozgrzana  patelnia.  A  tutaj  wszystko  zaleŜy  od  dobrze  nagrzanego 

chińskiego garnka.  

– Czy to znaczy, Ŝe wystarczy kupić takie naczynie? 

– spytał, wskazując garnek.  

–  Wątpię,  czy  w  sklepie  znajdziesz  duŜo  chińskiego  sprzętu  kuchennego.  Ale  będę 

szczęśliwa, mogąc słuŜyć ci swoim.  

Przez  długi  czas  Ben  nie  odpowiadał.  Myślał  o  Kayli.  WłoŜyła  naczynia  do  zlewu  i 

podała wielką miskę owoców na deser. Patrzył na nią z przyjemnością. Chciał jej powiedzieć, 

jaka jest wspaniała, jak bardzo się nią zachwyca.  

– Mam lepszy pomysł – odezwał się wreszcie.  

–  MoŜemy  co  wieczór  jeść  razem.  W  ten  sposób  to,  co  moje  jest  twoje  i  odwrotnie.  W 

porządku? 

Gdy  tylko  wypowiedział  te  słowa,  zdał  sobie  sprawę,  Ŝe  popełnił  duŜy  błąd.  Kayla 

milczała.  

– Domyślam się, Ŝe znów działam zbyt szybko – powiedział. – Jak za pierwszym razem. 

Nie mogę się nauczyć, prawda? 

Kayla usiadła obok niego.  

–  Myślę,  Ŝe  oboje  działamy  zbyt  szybko,  Ben.  Przeskoczyliśmy  stadia  pośrednie. 

Głównym wrogiem kochanków jest pośpiech.  

– Czy moŜemy zwolnić? 

– Myślę, Ŝe tak. Musimy – dodała.  

– Spróbuję – oświadczył Ben. – Ale to nie będzie łatwe, bo tak dobrze gotujesz – dodał, 

natychmiast rozładowując atmosferę.  

Właśnie tego potrzebowała.  

– Szybko znudziłyby ci się naleśniki i duszone warzywa.  

– Wypróbuj mnie. Nie, zapomnij, Ŝe to powiedziałem – doradził Ben – i opowiedz mi, jak 

idą interesy w „Otwierających się Drzwiach”.  

– Lepiej niŜ przypuszczałeś.  

– Tego nie powiedziałem – odparł.  

– Ale pewnie pomyślałeś. W porządku, ja teŜ tak myślałam. – Podeszła do biurka i wyjęła 

kasetkę  na  pieniądze.  –  Spójrz  na  to.  Wszystkie  czeki,  jakie  otrzymałam  od  dnia  otwarcia  – 

rozpostarła je. – Nieźle, prawda? 

– Całkiem nieźle.  

–  Zatrudniam  księgowego  –  oznajmiła  z  dumą.  Ben  wziął  czeki  z  jej  ręki  i  przejrzał  je 

pobieŜnie, marszcząc brwi.  

–  O  co  chodzi?  –  spytała  i  szybko  dodała:  –  Teraz  nie  prowadzę  wyprzedaŜy 

podwórzowej, Ben. Nie mogę. 

– Jasne, Ŝe nie. – Oddał jej czeki. 

– Więc o co chodzi? 

background image

–  Kaylo,  powinnaś  odnotować  nazwiska  tych  ludzi,  ich  prawa  jazdy  i  numery  kart 

kredytowych.  

Kayla zacisnęła usta, zła na siebie.  

– Nie pomyślałam o tym. Ale to naprawdę nie ma znaczenia – dodała. – Większość z nich 

mieszka w New Sussex i nie wygląda na oszustów.  

– Nigdy nie moŜna być pewnym.  

– Ja jestem pewna – powiedziała buntowniczo.  

– No wiesz, Lii zna wszystkich miejscowych klientów.  

– A co z przyjezdnymi? – Nie chciał się sprzeczać, ale nie mógł powstrzymać się przed 

udowodnieniem swojej racji.  

– Oni wszyscy byli bardzo mili, Ben, starsze panie, małŜeństwa, które tu kiedyś bywały...  

– Kaylo, najsympatyczniejsi ludzie czasem okazują się kryminalistami.  

– Nie ci ludzie, Ben. Istotnie, nabywcy pojemnika na ciasto mieszkają w Ohio, ale bywali 

tu poprzednio.  

– Tak powiedzieli.  

– I ja im wierzę, Ben. Tym razem – podniosła głos – nie masz racji.  

–  Mam  nadzieję.  Ale  jeśli  zamierzasz  prowadzić  interesy,  zmusisz  być  bardziej 

praktyczna.  To  wszystko,  co  mam  do  powiedzenia.  –  Z  wyrazu  oczu  Kayli  i  jej 

niezadowolonej miny powinien się zorientować, Ŝe wchodzi z nią w konflikt, lecz tym razem 

nie  zamierzał  się  wycofać.  Chciał,  Ŝeby  Kayla  odniosła  sukces.  A  nie  osiągnie  go,  jeśli 

pozostanie tak naiwna.  

Jednak nie zamierzała łatwo przyznać mu racji.  

–  A  więc  znów  mnie  osądzasz.  Krytykujesz,  zamiast  się  cieszyć.  Mówisz  mi,  Ŝe  nie 

wiem, jak prowadzić interesy… 

– Kaylo...  

Nie pozwoliła mu dokończyć.  

–  Prowadzę  je  po  swojemu,  Ben.  A  jeśli  tak  się  składa,  Ŝe  wierzę  ludziom,  to  moja 

sprawa.  

– Ale później mógłby z tego wyniknąć problem. – Powinien milczeć. Nie mógł się jednak 

powstrzymać.  

– Mój problem, nie twój – rzuciła. Ben podniósł rękę do góry. Bez skutku.  

– Dopóki to tylko zabawa i przejaŜdŜki motocyklem, dogadujemy się wspaniale. Ale gdy 

przychodzi do czegoś powaŜnego, po prostu nie moŜesz się ze mną zgodzić, czy tak? 

–  Wszystko  w  tobie  aprobuję,  Kaylo.  Gdybyś  chwilę  pomyślała,  wiedziałabyś,  Ŝe  to,  co 

jest  waŜne  dla  ciebie,  jest  waŜne  równieŜ  dla  mnie.  Poza  tym  –  dodał  z  półuśmiechem  – 

przeŜyliśmy chyba coś więcej niŜ tylko zabawę, prawda? 

Kayla uparcie milczała.  

–  Troszczę  się  o  ciebie,  Kaylo.  PoniewaŜ  się  troszczę,  próbuję  ci  radzić.  –  Ben  zdawał 

sobie  sprawę,  Ŝe  zajmuje  obronną  pozycję.  Nie  miał  jednak  wyboru.  Zdawała  się  go  nie 

rozumieć.  

– Nie prosiłam o radę, prawda? – Uśmiechnęła się słodko i ugryzła duŜy kęs jabłka.  

background image

– Jesteś nierozsądna, Kaylo. Myślę, Ŝe wiem dlaczego.  

– Jestem pewna, Ŝe mi powiesz. – Zacisnęła usta.  

–  Tak,  powiem.  Zaczęłaś  tę  kłótnię,  poniewaŜ  nie  chcesz  rozmawiać  o  niedzieli. 

Próbujesz stawiać przeszkody i znów ode mnie uciekasz.  

Kayla przez długą chwilę milczała, a potem odparła: 

– A więc doszła jeszcze psychologia. Zadziwiasz mnie, Ben..  

– Robisz uniki – stwierdził.  

Kayla z westchnieniem odchyliła się do tyłu i spojrzała na niego zamyślona.  

– Gdybyś się zastanowił, zrozumiałbyś, Ŝe chcę nam dać czas na przemyślenia. Kochanie 

się to wspaniała rzecz, ale są teŜ inne sprawy.  

– Wymień choć jedną – wyzwał ją Ben.  

–  W  porządku.  Spójrzmy  prawdzie  w  oczy.  Po  pierwsze,  zawsze  oceniasz  moje  decyzje 

bez wysłuchania moich racji.  

Chciał  przerwać,  ale  zrezygnował.  Słowo  „po  pierwsze”  wskazywało,  Ŝe  to  dopiero 

początek.  

–  To  mnie  rani  i  złości,  odkąd  się  poznaliśmy.  Myślę,  Ŝe  posunęliśmy  się  zbyt  daleko  i 

zbyt szybko w naszej znajomości.  

Nie to chciał usłyszeć. Nie był jednak zaskoczony.  

–  Tak,  niedziela  była  wspaniała,  tak,  chcę  się  z  tobą  widywać.  Ale  potrzebuję  trochę 

przestrzeni i czasu, Ŝeby się zastanowić. Ty teŜ, Ben.  

– Ty mi mówisz, Ŝebym to przemyślał? – uśmiechnął się ponuro.  

–  Tak.  Jesteś  prawnikiem,  a  nie  typem  człowieka,  który  działa  irracjonalnie,  złości  się  i 

nie panuje nad sobą. Ja teŜ zachowałam się irracjonalnie – przyznała.  

– Nic podobnego – zaprzeczył Ben, chcąc uniknąć kolejnej utarczki.  

–  Zdajesz  sobie  sprawę,  co  jest  powodem  naszych  kłótni,  prawda?  –  Zanim  zdąŜył 

odpowiedzieć, Kayla zrobiła to sama. – Próbujesz rządzić moim Ŝyciem.  

–  Chwileczkę  –  przerwał  Ben.  –  Czy  mogę  ci  przypomnieć,  Ŝe  to,  co  ty  nazywasz 

rządzeniem,  ja  określam  mianem  przyjaźni.  Chcę  się  o  ciebie  troszczyć.  Chcę  dla  ciebie 

wszystkiego,  co  najlepsze.  Jak  myślisz,  jak  się  czuję,  gdy  ty  odpowiadasz  atakiem?  –  Nie 

mógł opanować narastającego gniewu.  

–  Tak  samo  jak  ja  się  Czuję,  gdy  mnie  osądzasz  i  mówisz,  co  mam  robić  –  odparła.  – 

Wtedy mam ochotę wysłać cię do wszystkich diabłów. Tak byłoby łatwiej. – Kayla zamilkła 

na chwilę. – To znów się zaczyna, prawda? Powinniśmy zbliŜać się do siebie, a uderzamy na 

oślep. Coś złego pojawia się między nami.  

–  Niekoniecznie  złego,  ale  z  pewnością  niezwykłego  –  powiedział  Ben.  –  śadna  inna 

kobieta  nie  wyprowadziła  mnie  tak  szybko  z  równowagi  ani  tak  mocno  mnie  nie  pociągała. 

Pragnąłem cię od pierwszej chwili. To się nie zmieniło.  

Kayla westchnęła. Pojmowała jego namiętność, bo sama teŜ ją odczuwała.  

– Nawet, jak się złościmy, coś nas do siebie przyciąga, prawda? Wściekam się na ciebie i 

emocje są prawdziwe. A kiedy zastanowię się nad tym później... – pokręciła głową, niezdolna 

ubrać myśli w słowa. Wreszcie powiedziała w zamyśleniu: 

background image

–  Gniew  i  namiętność  są  tak  powiązane,  a  moje  uczucia  tak  intensywne,  Ŝe  nie  mogę 

uwierzyć, Ŝe są moje.  

– Wiem, co masz na myśli, bo ja czuję to samo. Wszystko przydarza się  mnie, a jednak 

reakcje są jakby kogoś innego – potrząsnął głową Ben. – Nie wiem, co o tym myśleć. Odkąd 

cię spotkałem, zdaje mi się, Ŝe jestem na przejaŜdŜce kolejką górską.  

Kayla uśmiechnęła się.  

– Ja teŜ mam takie wraŜenie.  

–  Dokąd  zajedziemy?  –  spytał  Ben.  –  Czy  będziemy  zbliŜać  się  do  siebie,  a  potem 

uderzać  na  oślep,  aŜ  zdarzy  się  wybuch,  którego  skutków  nie  zdołamy  naprawić?  Czy  w  tej 

sytuacji moŜemy coś przedsięwziąć? 

– MoŜemy, choć nie wiem co.  

– Wyrwijmy się – zaproponował Ben. – Z tego domu i tego miasta.  

– Nie wiem, Ben...  

–  Nie  teraz.  Za  parę  dni.  Moglibyśmy  pojechać  do  Gloucester  albo  Salem.  Moglibyśmy 

pójść do kina, zjeść homara. To jest zdrowe – dodał Ŝartobliwie.  

– Rzeczywiście – zgodziła się z uśmiechem.  

– A więc? 

– Bardzo bym chciała. Porozmawiamy na ten temat za parę dni.  

Odprowadziła go do drzwi. Pocałował ją lekko w policzek i doradził: 

– Nie zapomnij...  

– Wiem. Zamknąć drzwi.  

Ben uśmiechnął się szeroko. Wszystko będzie w porządku, pomyślał.  

– Jeszcze jedno, Kaylo – powiedział niemal surowym głosem.  

– Tak, Ben? – czekała cierpliwie.  

– Moje gratulacje z powodu sklepu. Jestem z ciebie dumny.  

background image

ROZDZIAŁ 8 

 

Kayla otworzyła nagle oczy. Obróciła się i spojrzała na zegarek. Piąta trzydzieści – nawet 

nie  świt.  Wtuliła  się  w  pościel.  Mogła  jeszcze  pospać  przynajmniej  godzinę,  gdyby  tylko 

zdołała zasnąć.  

Na próŜno. Gdy zamykała oczy, otwierały się znów. Nigdy nie miewała takich kłopotów. 

Zwykle  natychmiast  zasypiała  kamiennym  snem.  Co  stało  się  teraz?  To  przez  Bena, 

pomyślała.  Jeśli  chciała  zrzucić  na  kogoś  winę  za  swoją  bezsenność,  on  był  właściwym 

kandydatem.  

Mimo  Ŝe  rozstali  się  w  przyjaźni,  ubiegły  wieczór  nie  zadowolił  Ŝadnego  z  nich.  Znała 

powód.  WciąŜ  ich  znajomość  przypominała  przejaŜdŜkę  górską  kolejką,  w  górę  i  w  dół,  ze 

szczytu w przepaść. Miała nadzieję, Ŝe wspólny wyjazd im pomoŜe. Ale zastanawiała się, czy 

kiedykolwiek będą w stanie Ŝyć ze sobą bez wstrząsów.  

WciąŜ  go  pragnęła.  To  się  nie  zmieniło.  Nawet  teraz  pamiętała,  co  czuła,  gdy  go 

obejmowała,  całowała,  kochała  się  z  nim.  Doznawała  wtedy  czegoś  nowego,  nieznanego  i 

wspaniałego.  

W  takim  razie  dlaczego  wszystko  jest  tak  skomplikowane?  Pytanie  pozostawało  bez 

odpowiedzi. Ben zaprzątał jej myśli. Teraz juŜ na pewno nie zaśnie.  

Wiec  co  robić?  Z  westchnieniem  powzięła  decyzję.  Odrzuciła  kołdrę  i  sięgnęła  po 

ubranie. Było tylko jedno wyjście.  

Wygodny dres był jej codziennym strojem w Kalifornii. SłuŜył do wszystkiego, od tenisa, 

przez  zakupy,  do  odpoczynku  w  domu.  Dziś  spełni  swą  podstawową  funkcję.  WłoŜyła 

skarpetki, tenisówki, związała włosy i zeszła na dół.  

Powietrze było krystaliczne i chłodne, doskonała pora na bieg. Rozpoczęła od rozgrzewki 

w dół stromego wzgórza. Wiedziała, Ŝe u stóp wzgórza płynie strumień.  

Odetchnęła  głęboko  powietrzem  przesyconym  aromatem  wiosny.  W  taki poranek  mogła 

biec  bez  końca.  Przedarła  się  przez  drzewa  rosnące  nad  strumieniem  i  pobiegła  wzdłuŜ 

brzegu.  

Potem strumień gwałtownie skręcił, spłynął po kamieniach i zwęził się tak, Ŝe drzewa nad 

nim  niemal  się  stykały.  Kayla  zwolniła,  szukając  miejsca  do  przejścia  i  zachwyciła  się 

otaczającym ją pięknem. Słońce wynurzało się wolno zza horyzontu, pokrywając czerwienią 

szczyty  drzew,  powietrze  stawało  się  cieplejsze,  a  niebieskawa  mgła  podnosiła  się  znad 

strumienia.  Wszystko  wyglądało  tajemniczo  i  jak  z  innego  świata.  Zwolniła,  zaczęła  iść, 

wreszcie się zatrzymała.  

Mgła, która kłębiła się nad wodą, zdawała się przybierać kształty, gdy tak wznosiła się i 

opadała,  wirując  w  oszalałym  tańcu.  Serce  Kayli  zaczęło  walić  w  piersi.  Odczuła  znajome 

ukłucie na karku jak dotknięcie zimnej, wilgotnej ręki. Wiedziała, co się dzieje, i nie była w 

stanie temu zapobiec.  

Z  mgły  wyłaniała  się  kobieta.  Kayla  stała  nieruchomo.  Patrzyła,  jak  mgła  przybiera 

znajome kształty, sylwetki kobiety, w ubraniu z grubego, zielonkawo-szarego materiału.  

background image

Katherine  –  bo  nie  ulegało  Ŝadnej  wątpliwości,  Ŝe  to  ona  –  patrzyła  wprost  na  nią  z 

napięciem w oczach. Kayla oniemiała, stała jak zahipnotyzowana.  

Nie  było  słychać  Ŝadnego  dźwięku.  Wydawało  się,  Ŝe  ucichło  nawet  bulgotanie 

strumienia. Wreszcie Kayla zdołała wykrztusić: 

– Czego... czego... ty... chcesz ode mnie? 

Mogłaby  przysiąc,  Ŝe  Katherine  zamierzała  odpowiedzieć.  Jej  oczy  błagały  o  coś,  ręka 

wyciągała  się  ku  Kayli,  która  chciała  uciec,  ale  miała  wraŜenie,  Ŝe  coś  ją  przyciąga  ku  tej 

nieszczęsnej postaci.  

Nigdy  się  nie  dowiedziała,  co  mogłoby  nastąpić.  Nagły  podmuch  wiatru  rozwiał  mgłę  i 

Katherine zniknęła.  

Kayla  stała  jak  zamurowana.  Cała  drŜała.  Nie  próbowała  się  ruszyć.  Patrzyła  na  mgłę, 

jakby czekając na coś jeszcze. Wreszcie przez opary przedarło się słońce.  

Wówczas  odwróciła  się  i  wolno  udała  się  w  kierunku  domu,  potykając  się  co  krok.  W 

głowie  miała  zamęt.  Nie  chciała  wierzyć  własnym  oczom.  Ale  wiedziała,  Ŝe  to,  czego  była 

ś

wiadkiem, zdarzyło się naprawdę.  

Gdy do sklepu zajrzała Lii, Kayla pracowała w magazynie.  

– Usiłuję wypolerować to krzesło – zawołała. – Czy mogłabyś zastąpić mnie w sklepie? 

Lii zgodziła się, ale była zaintrygowana. Zazwyczaj przed otwarciem sklepu plotkowały. 

Kayla nie była jednak w stanie rozmawiać.  

Wtarła szczotką środek czyszczący w poręcz dębowego krzesła i poczekała, aŜ wsiąknie, 

a  potem  starła  powłokę  farby,  odsłaniając  naturalne  drewno.  Jest  piękne,  pomyślała. 

Czyszcząc je, nagle uświadomiła sobie, Ŝe to krzesło, własność rodziny Hartwellów, pochodzi 

z siedemnastego wieku. Mogło nawet naleŜeć do Katherine.  

Cofnęła  rękę  jak  oparzona.  Potem  przywołała  się  do  porządku  i  znów  zabrała  do  pracy. 

To przecieŜ tylko krzesło.  

Ale  odstawiła  je  i  gdy  około  pierwszej  Lii  znów  wetknęła  głowę  do  magazynu,  Kayla 

wymieniała guzy na pikowanej kanapie.  

– Co powiesz na lunch? – spytała Lii. – Przyniosłam trochę grochówki.  

Kayla juŜ miała odmówić, ale zmieniła zdanie.  

– Z chęcią zjem zupę – przyznała – i potrzebuję odpoczynku.  

– Na pewno – zgodziła się Lii. – Pracowałaś cięŜko cały ranek.  

W tym momencie Kayla zdecydowała się opowiedzieć Lii, co się wydarzyło.  

Nie  było  łatwo  ująć  w  słowa  wraŜenia  ze  spotkania  nad  strumieniem.  Nawet  Benowi 

zwierzyła się ze swoich przeŜyć dopiero pod wpływem autentycznego przeraŜenia.  

Słuchała, jak Lii plotkuje o ludziach szukających prezentów ślubnych, oglądających, lecz 

nie kupujących.  

–  Ale  tworzymy  sobie  dobrą,  solidną  klientelę  –  stwierdziła.  –  Wrócą  tu.  Jestem  tego 

pewna.  

–  Mam  nadzieję  –  odparła  Kayla.  Wiedziała,  Ŝe powinna  okazać  więcej  entuzjazmu,  ale 

nie była w stanie  go  w sobie wzbudzić. Musiała przestać myśleć o zjawie, którą ujrzała nad 

strumieniem, a na to był tylko jeden sposób – opowiedzenie o niej.  

background image

Kolejne pytanie Lii umoŜliwiło jej zmianę tematu rozmowy.  

– Nie myślisz teraz o interesach, prawda? – zauwaŜyła starsza pani.  

– Jesteś bardzo spostrzegawcza – przyznała Kayla.  

–  KaŜdy  by  się  zorientował,  Ŝe  jesteś  wytrącona  z  równowagi.  Mam  nadzieję,  Ŝe  nie  z 

powodu mego bratanka.  

Kayla  zawahała  się  przez  moment.  Mogła  odpowiedzieć  twierdząco  i  sprowadzić 

pogawędkę  na  inne  tory.  Rozmowa  o  Benie  byłaby  pretekstem,  aby  zaniechać  zwierzeń. 

Kayla postanowiła jednak zaryzykować.  

– Nie, to nie Ben – odparła. – To Katherine.  

– Katherine? – Przez chwilę Lii nie wiedziała, co powiedzieć. Potem przypomniała sobie. 

– Och, Katherine, ta z portretu.  

– Właśnie ta. Trochę poszperałam i dowiedziałam się, Ŝe powieszono ją jako czarownicę.  

Lii skończyła zupę, a zmarszczki na jej twarzy się pogłębiły.  

– Słyszałam o tym – powiedziała.  

–  Naprawdę?  Nie  sądziłam,  Ŝe  wiesz  coś  o  Katherine.  –  Kayla  była  podniecona.  MoŜe 

uda jej się pobudzić pamięć Lii i usłyszeć stare historie rodzinne.  

– Wiesz, jacy są starzy ludzie. Pamiętają tylko to, co ich interesuje, a czasem nawet i tego 

nie.  Czarownice  i  magia  nigdy  nie  zaprzątały  mojej  uwagi.  Elinor  była  inna.  Często 

rozmawiała z moją matką o dziejach New Sussex. Zdaje się, Ŝe rodzina Montgomery eh była 

wplątana  w  tę  sprawę.  –  Lii  pokiwała  głową.  –  Powinnam  była  przysłuchiwać  się  tym 

opowieściom, ale nigdy tego nie robiłam.  

– A więc nie pamiętasz niczego z rozmów matki i Elinor? 

– Ani słowa poza tym, Ŝe Katherine została powieszona. Tak, to pamiętam. Obawiam się, 

Ŝ

e  dla  mnie  to  stare  dzieje.  Przykro  mi,  Kaylo.  Ty  jesteś  zafascynowana  tą  sprawą,  a  ja  nie 

mogę ci pomóc.  

– Rzeczywiście, zafascynowana. Ale nie ogarnięta obsesją – dodała szybko.  

Lii spojrzała na nią.  

– Och, moja droga, nie powiedziałam, Ŝe to obsesja.  

–  Wiem,  Ŝe  nie.  –  Kayla  zmusiła  się  do  uśmiechu.  –  Myślę,  Ŝe  się  trochę  bronię.  Ale 

historia jest szokująco niezwykła. Kiedy się nią zainteresowałam, nie mogłam juŜ przestać – 

roześmiała się. – To brzmi jak przyznanie się do nałogu.  

– Nie – zaprzeczyła Lii. – To po prostu ciekawość.  

– Prosiłam Bena o wyszukanie w Bostonie ksiąŜek o czarach.  

– Co, jak podejrzewam, zrobił niechętnie. Kayla przytaknęła.  

– Chciałam wiedzieć o tym więcej, bo... bo...  

– Mów, dziecko. Teraz ja zaczynam być ciekawa.  

– PoniewaŜ zobaczyłam Katherine, to znaczy zjawę... albo coś w tym rodzaju... – Kayla 

umilkła. Potem pod wpływem zachęcającego spojrzeniem Lii szybko opowiedziała, jak po raz 

pierwszy zobaczyła Katherine w lustrze.  

–  Powiedziałam  Benowi  –  przyznała  się.  –  Właściwie  nie  miałam  wyboru,  bo  z  mojego 

zachowania domyślił się, Ŝe zdarzyło się coś naprawdę niezwykłego.  

background image

– WyobraŜam sobie, Ŝe miał na to jakieś racjonalne wyjaśnienie.  

– Mnóstwo – odparła Kayla. – I wierzyłam w kaŜde z nich, a przynajmniej się starałam. 

AŜ do dzisiejszego ranka...  

– Znów ją zobaczyłaś? 

–  Nad  strumieniem,  wyłaniającą  się  z  mgły.  Lii,  widziałam  ją  jak  teraz  ciebie  i 

przysięgam, Ŝe próbowała mi coś powiedzieć.  

Wreszcie to z siebie wyrzuciła. Teraz czekała na reakcję Lii. Starsza pani milczała.  

– Widzę, Ŝe mi nie wierzysz. Myślisz, Ŝe oszalałam – prowokowała Kayla. – Myślisz, Ŝe 

mam halucynacje...  

Lii uniosła rękę, aby powstrzymać Kaylę, ale odpowiedziała dopiero po chwili.  

– Sądzę, Ŝe nie oszalałaś. Mądrzejsi ode mnie próbowali obcować ze światem duchów...  

Kayla skrzywiła się w myśli.  

– I niektórzy z nich twierdzą, Ŝe im się to udało. śycie jest tak pełne tajemnic, Ŝe nigdy 

nie powiedziałabym, iŜ nie widziałaś... czegoś.  

– Widziałam ją, Lii – upierała się Kayla.  

– Hm. – Lii odsunęła na bok talerz i oparła podbródek na ręku. – Nie wiem, co widziałaś, 

ale  mam  tylko  jedną  radę.  Zbadaj  to.  Cokolwiek  to  było,  nie  próbuj  się  przed  tym  chować 

albo odsuwać od siebie. Zbadaj to, Kaylo.  

Kayla odetchnęła z ulgą.  

–  Och,  Lii.  Sprawiasz,  Ŝe  czuję  się  normalnie.  To  właśnie  zamierzałam  zrobić.  KsiąŜki 

kupione  przez  Bena  traktują  o  czarownicach,  ale  nie  o  mojej  rodzinie.  KsiąŜka,  którą 

znalazłam  w  biurku  Elinor,  zawierała  pewne  fakty,  ale  ja  potrzebuję  o  wiele  więcej. 

Potrzebuję dowodów, szczegółów.  

– Jest przecieŜ Salem, Kaylo.  

– Wiem i zamierzam jechać tam podczas weekendu. Czy mogłabyś zająć się sklepem? 

– Oczywiście – odparła uszczęśliwiona Lii.  

 

Ben  zerknął  na  kalendarz.  Upewnił  się,  Ŝe  to  koniec  przedpołudniowych  zajęć.  Terrie 

wyszła  na  zakupy,  a  za  chwilę  w  drzwiach  pojawi  się  Andy.  Ben  przeciągnął  się  z 

zadowoleniem. Zamierzali pograć w koszykówkę.  

W oczekiwaniu na przyjaciela Ben postanowił porozmawiać z Kaylą. Sygnał odezwał się 

kilkakrotnie, zanim odebrała.  

– Cieszę się, Ŝe cię zastałem – powiedział. – Myślałem, Ŝe wyszłaś.  

– Polerowałam krzesło na zapleczu – odparła.  

– Tęskniłem za tobą. – Ben przeszedł od razu do rzeczy.  

– Od ubiegłego wieczora? 

–  Tak.  –  Ben  nie  dbał  o  to,  Ŝe  sprawia  wraŜenie  zakochanego  smarkacza.  –  Wiem, 

mieliśmy  odczekać  parę  dni,  zanim  się  znów  zobaczymy.  Ale  tak  się  składa,  Ŝe  za  parę  dni 

będzie weekend. Co ty na to? 

– CóŜ, ja... – zawahała się Kayla.  

– Nie mów tylko, Ŝe odmawiasz. Uzgodniliśmy, Ŝe spędzamy czas razem.  

background image

– Wiem, ale myślę o czymś, co chcę zrobić. Ben, ty nie...  

– O czym, Kaylo? 

– Powiedziałeś, Ŝe moglibyśmy pojechać do Salem.  

– Albo do Bostonu albo do Gloucester na kolację i do kina – dodał.  

–  To  musiałoby  być  Salem,  Ben.  Chcę  czegoś  poszukać  w  bibliotece.  Wiem,  Ŝe  miałeś 

inne plany.  

– Przyznaję – powiedział Ben beznamiętnie. – Ale chcę być z tobą. Jak moŜemy dojść do 

porozumienia? 

– Mogę pójść na kompromis. MoŜe zwiedziłbyś Dom Siedmiu Szczytów, a ja poszłabym 

do biblioteki – zaŜartowała.  

– Czy jesteś zdecydowana? 

– Jestem i doceniam twoją cierpliwość. Po prostu wiem, Ŝe w Salem znajdę odpowiedź na 

moje wątpliwości.  

–  Czy  znów  coś  się  wydarzyło,  Kaylo?  –  spytał.  Czuł  instynktownie,  Ŝe  tak  i  Ŝe  to  coś 

złego.  

– Tak jakby – odparła z rezerwą. – Opowiem ci w czasie weekendu, jeśli się wybierzemy 

razem.  

– Nie zamierzam tracić takiej okazji – zapewnił, choć pomysł wizyty w bibliotece wydał 

się mu podejrzany. – Wyjaśnimy wszystko.  

– Dobrze.  

–  Wpadnę  po  ciebie  w  piątek  po  południu  i  pojedziemy  do  Rockbridge.  Jest  tam 

wspaniała gospoda. Ręczę, Ŝe ci się spodoba.  

Teraz kiedy Ben mówił o tym, Ŝe spędzą razem cały weekend, Kayla uświadomiła sobie, 

Ŝ

e ona równieŜ tego pragnie.  

–  W  sobotę,  jeśli  wciąŜ  będziesz  chciała  jechać  do  Salem,  pójdę  raczej  do  Muzeum 

Czarownic – zaŜartował.  

Kayla odpręŜyła się.  

– Czy gospoda jest zwyczajna, czy luksusowa? 

–  Jedno  i  drugie  –  stwierdził  Ben.  –  Zwyczajna  w  ciągu  dnia,  a  luksusowa  wieczorem. 

Jest tam orkiestra i dancing, jeśli lubisz takie rzeczy. – Nagle uświadomił sobie, Ŝe tak mało o 

niej wie.  

– Uwielbiam tańczyć i uwielbiam się stroić. Och, Ben – powiedziała ciepło. – Dokładnie 

takiego weekendu potrzebuję.  

–  Ja  teŜ.  –  Instynktownie  zniŜył  głos.  Terrie  wprawdzie  wyszła,  ale  to,  co  zamierzał 

powiedzieć,  miało  zdecydowanie  intymny  charakter.  –  Nie  mogę  się  doczekać,  Ŝeby  cię 

porwać na dwa dni. – Zaczął snuć fantazje. – MoŜe przez cały czas nie wypuszczę cię z łóŜka. 

MoŜe będę cię tam trzymać, aby ci pokazać, jak bardzo za tobą tęskniłem.  

– Od wczoraj? – spytała znów.  

– JuŜ mówiłem – odparł.  

Kayla roześmiała się cicho i gardłowo.  

– Pomysł wycieczki coraz bardziej mnie intryguje.  

background image

Ben  myślał  o  tym,  jak  się  pierwszy  raz  kochali,  i  wyobraził  sobie  jej  smukłe,  lekko 

opalone  ciało.  Odsunął  od  siebie  tę  wizję.  Była  zbyt  kusząca.  PrzecieŜ  dopiero  skończył  się 

ranek. Takie obrazy mogłyby zniszczyć resztę dnia.  

– Ben – spytała – czy wciąŜ tam jesteś? 

– Tak – roześmiał się. – Jestem. Myślałem właśnie o kochaniu się z tobą...  

–  Ben  –  powiedziała  ostrzegawczo,  wiedząc,  Ŝe  dzwoni  z  biura,  gdzie  ktoś  moŜe  go 

usłyszeć.  

– I zacząłem sobie wyobraŜać, Ŝe widzę cię, jak leŜysz...  

– Ben... – Tym razem jej głos zdradzał tajoną namiętność.  

– W moich marzeniach patrzysz na mnie dokładnie tak jak wtedy, gdy się kochaliśmy, a 

ja dotykam cię, i całuję. I co ty na to? 

– To brzmi zachęcająco – przyznała.  

–  To  właśnie  chciałem  usłyszeć.  Zaraz  zadzwonię  i  zarezerwuję  pokój.  Mam  tylko 

nadzieję, Ŝe wytrzymam do weekendu – dodał.  

– Ja teŜ – odpowiedziała miękko Kayla. Miała niski, kuszący głos.  

– Mów jeszcze – poprosił.  

– O czym? 

– O czymkolwiek. Lubię słuchać twego głosu. Właśnie zaczęła spełniać jego prośbę, gdy 

inny głos, bynajmniej nie kuszący, przywrócił Bena do rzeczywistości.  

–  W  porządku,  bracie  –  usłyszał.  –  Kończ  ten  telefoniczny  flirt  i  zmień  ciuchy.  Czas 

ucieka.  

Ben spojrzał na zegarek, a potem na stojącego w drzwiach przyjaciela.  

– Właśnie mam gościa – powiedział Kayli. – Zgadnij, kto to? 

– W porządku. Nie zamierzam wtrącać się w utarczkę między tobą a Andym.  

– Dobrze odgadłaś – roześmiał się Ben.  

– Ben...  

–  Do  piątku  –  powiedział  głosem,  z  którego  jasno  wynikało,  Ŝe  nie  dba  o  to,  czy  Andy 

słucha, czy nie.  

Ben zmarnował pierwszy rzut i odtąd Andy stale miał przewagę.  

–  Nie  uwaŜasz  –  ostrzegł  przyjaciela,  gdy  kolejne  podanie  Bena  okazało  się  niecelne. 

Pochwycił piłkę z szerokim uśmiechem.  

– Czas na przerwę, mądralo.  

Obaj męŜczyźni skierowali się ku ławce i ręcznikami otarli pot z twarzy.  

– Ona naprawdę ci się podoba, co? – spytał Andy. Ben napił się kawy z termosu.  

– Kto? 

– Kelnerka z Lobster House w Bostonie.  

– O czym ty mówisz? 

– Co się z tobą dzieje, Ben? Doskonale wiesz, mówię o Kayli. Widzę, Ŝe jesteś równieŜ 

umysłowym wrakiem. Mam nadzieję, Ŝe nie musisz być dziś w sądzie.  

Ben nie mógł powstrzymać się od śmiechu.  

– Nie, na szczęście nie muszę. Tak, ogromnie mi się podoba. Bardzo się jednak róŜnimy.  

background image

– Tak jak Terrie i ja, a popatrz, jak zgraną tworzymy parę.  

– Kayla i ja świetnie się zgadzamy. Chyba Ŝe walczymy ze sobą.  

Andy roześmiał się.  

– Znam to. Ona się nie poddaje, prawda? 

– Z całą pewnością, i ja to podziwiam.  

– Widzę – odparł sarkastycznie Andy.  

– Tak. Ale zarazem irytuje mnie to – przyznał Ben. – Byłoby tak łatwo, gdyby wszystko 

szło po mojej myśli. Jednak z Kaylą to wykluczone. Dałem jej dobrą radę w sprawie sklepu...  

– Ale zrobiła po swojemu i, z tego co słyszę, nieźle na tym wychodzi. W czym problem, 

boisz się, Ŝe ona nie będzie cię potrzebować? 

Ben w pierwszej chwili zaprzeczył. Pomyślał jednak, Ŝe coś w tym jest.  

– MoŜe – odparł.  

– A więc moŜe cię potrzebuje, ale na inny sposób. Ben potrząsnął głową.  

– Nie jestem Pigmalionem, Andy. Dawałem jej tylko rady.  

– Dlaczego? 

– Dlaczego dawałem jej rady? 

– Nie, dlaczego ona ci się podoba? 

– Andy, nie zmieniaj tematu.  

– Zawsze tak rozmawiam. Jesteś dziś po prostu zbyt tępy, Ŝeby nadąŜyć – odparł Andy.  

Ben nie odpowiedział na zaczepkę i odparł: 

– Jest piękna.  

– Bez wątpienia. – Andy parę razy odbił piłkę, a potem rzucił ją do kosza. – Trzy punkty 

– powiedział zdawkowo.  

Ben ciągnął, nie zauwaŜywszy strzału.  

– Inteligentna, dowcipna, seksowna...  

– Zgadza się – powiedział Andy.  

– Obdarzona wyobraźnią – dodał Ben – i niepodobna do Ŝadnej innej.  

– Wiec w czym problem? 

–  Czy  mówiłem,  Ŝe  istnieje  jakiś  problem?  –  spytał  Ben,  a  potem  odpowiedział  sam 

sobie: – Istotnie jest. Tylko trudno ująć to w słowa.  

– Ale ty sobie poradzisz.  

Ben zignorował komentarz Andy’ego.  

– Jest wspaniale, a potem... to będzie brzmiało idiotycznie.  

–  Wyrzuć  to  z  siebie  –  poradził  Andy.  –  Jestem  pewien,  Ŝe  mówiłeś  mi  bardziej 

idiotyczne rzeczy.  

– To tak, jakby ktoś inny sprawiał, Ŝe ja wściekam się na nią, a ona na mnie. To się nie 

mieści w głowie, Andy.  

– Rozumiem, Ŝe wasza kłótnia nie przypomina zwykłej sprzeczki zakochanych? 

–  Naprawdę  nie  jestem  w  stanie  tego  wyjaśnić.  –  Postanowił  nie  mówić  Andy’emu  o 

swoich snach. Skierował rozmowę na inne tory: – Na przykład Kayla i sprawa czarownicy.  

– Co to za sprawa? – spytał Andy.  

background image

– Czy Terrie nie mówiła ci o Katherine, którą powieszono w Salem? 

– Ach, tak.  

– Kayla uwaŜa, Ŝe widziała tę kobietę.  

– Co to znaczy „widziała”? 

– Widziała – podkreślił Ben – zjawę czy coś w tym rodzaju.  

– No no.  

–  Właśnie.  Chce  spędzić  część  naszego  wspólnego  weekendu  w  bibliotece  w  Salem, 

szukając informacji o Katherine Hartwell. Myślę, Ŝe powinna dać temu spokój, u licha.  

–  Mam  wraŜenie,  Ŝe  chcesz,  Ŝeby  myślała  tak  jak  ty.  –  Andy  wszedł  na  boisko  i  wziął 

piłkę. – Pozwól jej być sobą.  

– Mimo czarów? 

– Mimo. Chce się dowiedzieć, o co w tym wszystkim chodzi. To normalne.  

– MoŜe masz rację.  

– Ben, ja zawsze mam rację.  

Ben nauczył się nie zwracać uwagi na takie zaczepki.  

– Jeśli ją kocham – zamyślił się, nieświadom, Ŝe to powiedział – dlaczego nie pozwalam 

jej  być  sobą?  –  Jednym  płynnym  ruchem  odebrał  piłkę  Andy’emu,  podryblował  do  kosza  i 

perfekcyjnie  strzelił.  Potem  spojrzał  na  przyjaciela  z  szerokim  uśmiechem,  ale  nie  myślał  o 

grze. Myślał o Kayli. – Kocham ją – powiedział półgłosem, gdy Andy pognał za piłką.  

 

Gospoda  „The  Windswept  Inn”  wznosiła  się  na  skalistym  cyplu,  który  otaczały  wody 

oceanu.  Miała  trzy  piętra  i  była  zbudowana  z  szarego  kamienia,  takiego  samego  jak  skały. 

Ben zarezerwował naroŜny pokój na najwyŜszym piętrze z widokiem na morze.  

Rzuciwszy  okiem  na  fale  uderzające  o  brzeg  pod  nimi,  Kayla  zapragnęła  iść  na  spacer. 

Ben  stał  obok  niej  i  obejmował  ją  ramieniem.  Nie  pamiętał,  kiedy  czuł  się  tak  cudownie. 

Spacer będzie na pewno wspaniały.  

Powietrze  było  wiosennie  ciepłe  i  świeciło  słońce,  lecz  od  oceanu  wiała  silna  bryza. 

Kayla  miała  na  sobie  wiatrówkę  i  długi  szal,  którym  okręciła  głowę.  Trzymając  się  za  ręce, 

schodzili po skałach i brnęli potem przez piach na plaŜy.  

Czasem przystawali, zbierali muszle, puszczali kaczki albo patrzyli w milczeniu na fale.  

Na  końcu  cypla  wyrastała  latarnia  morska,  a  jej  samotne,  niebieskawe  światło  mrugało 

jednostajnie.  

Dobiegli  do  niej  i  siedzieli  przez  jakiś  czas  w  milczeniu,  ciesząc  się  pięknem  przyrody. 

Wreszcie Kayla powiedziała: 

– Widok jest wspaniały. Ale latarnia mnie rozczarowała.  

– Pewnie trochę zbyt nowoczesna jak na twój gust? 

– Właśnie. Gdzie jest stary latarnik? 

– Zastąpił go automat, niestety.  

– Jak nieromantycznie – narzekała Kayla.  

–  Hej  –  powiedział  Ben,  przyciągając  ją  do  siebie.  –  Zaraz  moŜe  być  romantycznie.  – 

Pochylił się i pocałował ją. 

background image

Kayla objęła  go ramionami za szyję i oddała pocałunek. Czuła ciepło słońca na skórze i 

morski  wiatr  we  włosach.  Słyszała  szum  fal.  Ale  to  nie  otoczenie  sprawiło,  Ŝe  była  w  tak 

wspaniałym nastroju. To bliskość Bena oszołamiała.  

Kayla rozchyliła usta. Złączyli się w pocałunku. Ogarnęło ich bezgraniczne szczęście.  

– Och, Ben, jaki to cudowny weekend.  

– Prawda? A to dopiero początek – zapewnił ją. – Będzie jeszcze lepiej – obiecał. Potem, 

patrząc na Kaylę z błyskiem w oku, dodał: – Umawiamy się: ja nie będę cię pouczał, a ty nie 

będziesz się kłócić.  

Oparła głowę na jego ramieniu, a ich ręce splotły się.  

– Zgoda. Ale nie wykluczasz dyskusji, prawda? 

– Oczywiście, Ŝe nie. Jeśli nie przeradzają się w kłótnie.  

– A więc opowiem ci o Katherine.  

– Och – jęknął Ben. – Nie wiem, czy jestem gotów. To zepsuje nastrój.  

– Obiecałeś – przypomniała mu Kayla. – śadnych pouczeń.  

– Nie pouczałem cię.  

– Ale miałeś ochotę.  

–  Pewnie  masz  rację  –  zgodził  się.  –  Opowiedz  mi  o  niej.  –  Odwrócił  rękę  Kayli  i 

ucałował  wnętrze  jej  dłoni.  –  To  dobry  moment.  Jestem  spokojny  i  zrelaksowany.  – 

Pocałował jej przegub i zaczął wodzić ustami w górę ramienia.  

– Ben...  

– W porządku. Mów. – Niechętnie puścił jej rękę.  

– Widziałam ją znów – oznajmiła.  

Ben  milczał.  Ostatnia  rzecz,  o  jakiej  chciał  usłyszeć,  to  kolejne  odwiedziny  Katherine. 

Gdyby mógł postawić na swoim, ta kobieta z przeszłości nie zakłócałaby weekendu.  

– To się zdarzyło nad strumieniem za moim domem...  

Ben milczał.  

– Wiem, Ŝe ją widziałam, więc się nie spieraj.  

–  Nawet  o  tym  nie  myślałem  –  powiedział  niewinnie  i  rzeczywiście  nie  myślał.  Tym 

razem  potraktuje  wszystko  bardzo  lekko.  Jeśli  Kayla  podzieli  jego  nastawienie,  moŜe 

zapomni o wyprawie do Salem i do biblioteki. Podejrzewał, Ŝe jej poszukiwania mogą zepsuć 

weekend. Ujął znów jej rękę i lekko powiódł językiem po nadgarstku.  

– Ben...  

– Mów dalej. Nie będę przerywał.  

– Wiem, ale mógłbyś...  

– Mógłbym – zgodził się ze śmiechem. Kayla próbowała się opanować.  

– Oszczędzę ci szczegółów – powiedziała. – Ale naprawdę wierzę, Ŝe ona chce się ze mną 

skontaktować.  

– Ja teŜ. – Ben nie zamierzał zaprzeczać. Nie mógł jednak zdobyć się na powagę.  

– Ben, ja myślę, Ŝe ona czegoś ode mnie chce. Przyciągnął ją do siebie i objął ramionami.  

– To nie jest takie dziwne – stwierdził.  

– Nie? – Poczuła, jak wali jej serce.  

background image

– Nie. Ja teŜ czegoś od ciebie chcę. – Pocałował ją wolno i namiętnie, a potem jego usta 

powędrowały na jej podbródek, szyję i znów dotknęły warg.  

Gdy uniósł głowę, Kayla zdołała wyszeptać: 

– Obawiam się, Ŝe nie traktujesz tego powaŜnie.  

– AleŜ tak.  

– Nie mam na myśli nas.  

– Sądziłem, Ŝe o to chodzi. – Znów ją pocałował.  

– Myślę o Katherine.  

– A czy ty traktujesz ją powaŜnie? – spytał.  

– Tak – odparła i delikatnie dotknęła jego twarzy.  

– Byłem pewien. Ale teraz czas na kolację i dancing – powiedział i pomógł Kayli wstać. 

Oczywiście  nie  obeszło  się  przy  tym  bez  kolejnego  pocałunku.  To  był  ich  weekend  i  Ben 

obiecał sobie, Ŝe Katberine go nie zepsuje.  

– MoŜe potem... – poddała Kayla, otrzepując się z piasku.  

– Jasne, Ŝe tak – odparł. – PoniewaŜ po kolacji zamierzam... – zaczął szeptać jej do ucha.  

– Benie Montgomery, nie mógłbyś! 

– Poczekaj, a przekonasz się, Kaylo.  

background image

ROZDZIAŁ 9 

 

Po  kolacji  dźwięki  orkiestry  zwabiły  ich  do  duŜej  sali,  w  której  na  środku  królował 

parkiet.  Wybrali  stolik  przy  oknie  wychodzącym  na  wzburzony  ocean  zalany  blaskiem 

księŜyca. Jego promienie tańczyły na grzywiastych falach. Ben nie zwracał jednak uwagi na 

nic, dostrzegał tylko Kaylę.  

Wszystko bladło w porównaniu z nią. Liczyła się tylko ona. Kochał ją. Był tego pewny, 

choć jeszcze jej o tym nie powiedział. Przyznał się tylko Andy’emu – i sobie – tamtego dnia 

na  boisku.  Teraz  wyzna  jej  miłość.  Właśnie  miał  zamiar  to  zrobić,  gdy  przy  stoliku 

bezszelestnie pojawiła się kelnerka.  

WciąŜ trzymając Kaylę za rękę, Ben zamówił kawę. Kayla spojrzała na niego. Zatonęli w 

sobie  oczami  i  zdał  sobie  sprawę,  Ŝe  jej  uczucia  są  równie  głębokie  jak  jego.  Przez  długą 

chwilę siedzieli w milczeniu.  

–  Tu  jest  jak  w  raju  –  powiedziała  wreszcie  Kayla.  –  Po  wspaniałej  kolacji  mam 

urzekający widok, piękną muzykę i – ciebie.  

– To ostatnie to niewiele – odparł.  

– Nieprawda – sprzeciwiła się. – Jesteś...  

– Tak? – spytał Ben z szerokim uśmiechem, domagając się pochwał.  

Chciała  powiedzieć  coś  bardzo  czułego,  ale,  nagle  onieśmielona,  zdołała  tylko 

wykrztusić: 

– Najbardziej atrakcyjnym męŜczyzną na sali. Ben rozejrzał się.  

– To bardzo niewielkie zgromadzenie – zauwaŜył. – Ale ty jesteś...  

– Tak? – spytała, naśladując go. Odpowiedział bez wahania: 

–  Najpiękniejszą  kobietą  na  świecie.  –  Pokręcił  głową.  –  JuŜ  od  dawna  nie 

zachowywałem  się  jak  zakochany  nastolatek.  –  OdwaŜył  się  uŜyć  słowa  „zakochany”  i 

zabrzmiało to tak, jak powinno.  

– Trochę mi się kręci w głowie. Jak myślisz, czy to z powodu wina do kolacji? 

– A jak ci się wydaje? 

–  Nie  –  odparła.  –  To  z twojego  powodu,  Ben.  Miała  ochotę  krzyczeć  z  radości.  Była  z 

Benem,  a  on  patrzył  na  nią  takim  zakochanym  wzrokiem!  Zapomniała  o  swoim 

przyrzeczeniu.  Jej  uczucia  dla  Bena  okazały  się  silniejsze.  Kochała  go  i  świadomość  tego 

napełniała ją bezmiernym szczęściem. Jakiekolwiek są ich problemy, stawią im czoło. Nie ma 

innego wyjścia.  

Nie  tknęli  kawy,  którą  kelnerka  postawiła  na  stoliku.  Ale  przemówiła  do  nich  muzyka. 

Grano znaną melodię z lat czterdziestych.  

–  Chciałbym  z  tobą  zatańczyć  –  powiedział  Ben  i  znów  poczuł  się  jak  zakochany 

nastolatek.  

Weszli na parkiet. Początkowo poruszali się spokojnie w takt muzyki. Jednak bliskość ich 

ciał wkrótce ich usidliła. Ben zsunął ręce na jej talię i przycisnął ją do siebie. Kayla objęła go 

za szyję i uniosła głowę.  

background image

Zatrzymali  się,  zapominając  o  całym  świecie.  Jej  uniesiona  twarz  była  zaproszeniem, 

którego potrzebował.  

Pochylił  się  i  pocałował  ją.  Chciał,  Ŝeby  pocałunek  był  krótki  i  delikatny.  Ale  stało  się 

inaczej. Gdy oderwali się od siebie, rozejrzał się szybko.  

– Nie zauwaŜyli – wyszeptał.  

– ZauwaŜyli.  

– Ale są po prostu dyskretni? 

– Tak myślę.  

– Co powinniśmy zrobić? – Przysunął usta do jej ucha i poczuła jego ciepły oddech.  

– Wydostać się stąd? – odpowiedziała pytaniem.  

– Wspaniały pomysł.  

Orkiestra  wciąŜ  grała,  lecz  nie  zwracali  na  to  uwagi–  Nie  chcę  z  tobą  tańczyć  – 

powiedział, nie odrywając oczu od jej twarzy. – Chcę się z tobą kochać.  

Gdyby jej nie dotykał, wypowiadając te słowa, Kayla mogłaby wziąć go za rękę i przejść 

przez parkiet jak kaŜda inna kobieta na sali. Ale dotykał jej, i czuła, Ŝe słabnie. Była po uszy 

zakochana.  Kiedyś  Ben  zwierzył  się,  Ŝe  jest  kobietą  z  jego  snów.  Co  powiedziałby  teraz, 

gdyby wyznała, Ŝe on jest męŜczyzną z jej snów, fantazji i nadziei? 

Spojrzała w górę na twarz, którą kochała najbardziej na świecie.  

– Ja teŜ tego chcę, ale chyba będziesz musiał mnie zanieść – szepnęła.  

– Cała przyjemność po  mojej stronie – odparł z  uśmiechem. Wreszcie Kayla opanowała 

się. Wzięła go za rękę i skierowali się przez hol do windy.  

Zanim drzwi się za nimi zamknęły, znów była w jego ramionach. Przywarł do jej ust  w 

długim, namiętnym pocałunku.  

Rękami pieścił plecy, a potem odnalazł suwak przy sukience.  

–  Ben  –  próbowała  protestować  Kayla  –  zaczekaj,  aŜ  wejdziemy  do  pokoju.  Ktoś 

mógłby...  

Nie dokończyła zdania. Zamknął jej usta pocałunkami.  

–  Droga  wolna  –  powiedział,  gdy  drzwi  się  otwarły.  Gdy  jednak  porwał  ją  w  ramiona  i 

zaczął iść przez korytarz, zza rogu wyszła jakaś para.  

–  Dobry  wieczór  –  powiedział  Ben,  gdy  ich  mijali,  a  Kayla  uśmiechnęła  się  ponad 

ramieniem Bena do zaskoczonych ludzi.  

Ś

miejąc się dotarli do pokoju, ale gdy tylko drzwi zamknęły się za nimi, Ben spowaŜniał, 

pospiesznie rozpiął suwak u sukienki Kayli i przyglądał się, jak opada.  

–  Piękna  suknia  – zauwaŜył,  patrząc  na  lśniący,  czerwony  jedwab,  który  leŜał  wokół  jej 

stóp. – Ale nie wytrzymuje porównania z właścicielką. – Wyciągnął rękę i dotknął jej nagich 

piersi.  –  Wiedziałem,  Ŝe  nie  masz  nic  pod  spodem.  To  mnie  doprowadzało  do  szaleństwa 

przez cały wieczór.  

Kayla westchnęła głęboko, gdy ujął w dłonie jej piersi. Potem przypomniała mu: 

– Mam na sobie pończochy i majtki.  

– Nie na długo.  

Miał rację. Wkrótce Kayla zdjęła pantofle, a za chwilę Ben odpiął jej pończochy i zsunął 

background image

je  szybko  wraz  z  majteczkami  i  koronkowym  pasem,  nie  zatrzymując  się  przy  gładkich 

wygięciach od biodra do kostki.  

– Później – powiedział głośno, gdy kładł ją na łóŜku.  

LeŜała przed nim, ucieleśnienie jego snów, i pragnął jej tak bardzo, Ŝe zapierało mu dech. 

Szarpnął gorączkowo krawat.  

–  Pozwól  mi  –  powiedziała  Kayla.  Usiadła  na  krawędzi  łóŜka  i  pociągnęła  go  bliŜej. 

Zwinne  palce  rozpięły  mu  koszulę,  pasek  i  przez  chwilę  marudziły  przy  suwaku  od  spodni. 

Wolno skończyła rozbierać Bena, otoczyła rękami jego biodra i przytuliła go do siebie.  

Badała  jego  ciało  z  początku  z  wahaniem,  potem  ze  śmiałością,  o  którą  nigdy  się  nie 

podejrzewała. Wargi musnęły zagłębienie pępka, a potem przesunęły się niŜej.  

Ben  jęknął  głucho.  Ukrył  dłonie  we  włosach  Kayli  i  przycisnął  ją  do  siebie.  Odrzucił  w 

tył głowę i zamknął oczy. Kręciło mu się w głowie. Nerwy miał napięte do ostatnich granic.  

– Och, Kaylo – powiedział półgłosem. – To, co ze mną robisz...  

Uniosła  głowę  i  popatrzyła  na  niego.  Jej  oczy  wyraŜały  ogromną  namiętność.  Skóra 

płonęła.  Krew  wrzała.  Czuła  go  kaŜdą  cząsteczką  ciała.  Narastało  w  niej  dzikie,  szaleńcze 

podniecenie,  gwałtownie,  jakby  miało  za  chwilę  wybuchnąć,  wywołując  nowe,  niezwykłe 

wraŜenia.  

Ben spojrzał na nią zamglonymi z poŜądania oczami.  

– Tak cię pragnę. Och, Kaylo, tak cię pragnę.  

Pochylił  się,  objął  ją  i  uniósł,  aŜ  stanęła  na  palcach,  a  jej  nagie  ciało  przyciskało  się  do 

jego ciała. Ich usta spotkały się w pocałunku tak głębokim i tak namiętnym, Ŝe oboje zadrŜeli. 

Czuła jego poŜądanie.  

Kayla  zanurzyła  palce  w  kędzierzawych  włosach  i  przywarła  ustami  do  jego  warg,  tak 

jakby chciała wchłonąć go całego. Potem znaleźli się w łóŜku i usłyszała jego szept: 

– Kocham cię, Kaylo. Kocham cię.  

– I ja cię kocham, najdroŜszy – szepnęła. Teraz nie brakowało juŜ niczego. Ich zbliŜenie 

było całkowite.  

Westchnienie  wydarło  się  z  ust  Bena,  gdy  nie  ustawała  w  pieszczotach.  Całowała  jego 

usta, policzki, podbródek. Odkryła wyjątkowo wraŜliwe miejsce za uchem, co przyprawiło go 

niemal o spazm.  

Kayla wydała cichy okrzyk satysfakcji, szczęśliwa, Ŝe tak na niego działa.  

Wolno powiodła ustami wzdłuŜ szyi do obojczyka. Smakowała go językiem i ustami, aŜ 

wreszcie  przesunęła  usta  ku  szerokiej  piersi.  DraŜniła  twardą  sutkę  i  uśmiechnęła  się,  gdy 

gwałtownie złapał oddech. Jęknął z rozkoszy, a ona nie odrywając ust przesunęła niŜej rękę.  

Upajała się zmysłową radością. Dzielili tę radość.  Im więcej przyjemności dała Benowi, 

tym więcej odczuwała jej sama. Miała wraŜenie, Ŝe nie istnieje doznanie zbyt intymne, by je 

dzielić, Ŝadna cząsteczka ich ciał zbyt skryta, by ją badać. Stanowili jedność.  

Ben  dotykał  jej  we  wszystkich  sekretnych  miejscach,  co  sprawiło,  Ŝe  płonęła.  Odnalazł 

ź

ródło jej rozkoszy. Kayla krzyknęła, a potem szepnęła cicho: 

– Proszę, Ben. Teraz, proszę...  

Namiętnie,  a  zarazem  czule  uniósł  ją,  trzymając  ręce  na  jej  biodrach.  Z  początku  Kayla 

background image

leŜała nieruchomo. Wreszcie zaczęła poruszać się wraz z nim wolno, potem szybciej, aŜ ich 

ciała odnalazły rytm dla tego cudownego aktu miłości.  

Kayla  z  trudnością  chwytała  oddech.  Narastała  w  niej  szalona  rozkosz,  aŜ  wreszcie 

nastąpiło spełnienie o nieopisanej sile.  

Ben  drŜąc  tulił  ją  do  siebie,  rękami  przegarniał  wilgotne  loki,  ustami  sunął  po  miękkich 

brwiach. W końcu ich oddechy uspokoiły się, a serca zaczęły bić zwykłym rytmem.  

Znów wypowiedział te słowa, napawając się nimi: 

– Tak bardzo cię kocham, Kaylo. Jesteś kobietą z moich snów i nie mogę wyobrazić sobie 

Ŝ

ycia bez ciebie.  

Przytuliła się jeszcze mocniej.  

–  Och,  Ben,  ja  teŜ  cię  kocham.  Dzień,  w  którym  weszłam  do  twego  biura,  był 

najszczęśliwszym dniem w moim Ŝyciu.  

Pojechali zalanymi słońcem drogami w kierunku Salem. Drzewa zaczynały się zielenić, a 

niekiedy przy murku czy furtce ogrodowej złociła się kępa Ŝonkili. Ben zastanawiał się, czy 

kiedykolwiek przepełniała go taka radość. Spojrzał na Kaylę.  

– Powiedz mi, jak się czujesz – zaŜądał.  

– Prawdę? 

– Oczywiście – odparł, nagle zaskoczony. Wyraz jej twarzy nie powiedział mu niczego.  

– Czuję się... – zdradziła swój sekret, rumieniąc się lekko – jak zakochana kobieta.  

Ben z ulgą pokiwał głową.  

– Przez chwilę się zaniepokoiłem.  

– A ty? – spytała.  

– To samo, w męskiej wersji – zaŜartował.  

– Niezły sposób na uniknięcie wyznań – zauwaŜyła.  

Usłyszawszy to, zawołał głośno w wiosenny poranek: 

– Kocham Kaylę Hartwell! – Potem zaczął się śmiać. – Nigdy w Ŝyciu czegoś takiego nie 

robiłem,  nawet  jako  nastolatek.  Nigdy  nie  robiłem  równieŜ  tego.  –  Zatrzymał  samochód  na 

skraju szosy i wziął ją w ramiona, obsypując pocałunkami.  

–  Nigdy  nie  całowałeś  dziewczyny  w  zaparkowanym  samochodzie?  –  spytała 

podejrzliwie Kayla, gdy skończyli się całować. – A teraz powiedz prawdę.  

– CóŜ, nigdy nie całowałem dziewczyny wiosną na drodze do Salem o dziesiątej rano w 

zaparkowanym samochodzie – oznajmił i dodał po kolejnym pocałunku: – Dwukrotnie.  

– Ale zdarzało ci się zrobić to chociaŜ raz? 

– Być moŜe – odparł – ale nie z piękną blondynką z Kalifornii.  

– Widzę, Ŝe jestem tylko pozycją na długiej liście – roześmiała się Kayla.  

Wyjechawszy znów na drogę, Ben powiedział: 

–  Lista  kończy  się  na  tobie,  Kaylo.  „Oczarowany”  to  właściwe  słowo,  aby  opisać,  jaką 

władzę masz nade mną.  

– MoŜe wyglądam jak Katherine, ale nie mam jej magicznej mocy.  

– Nie jestem tego taki pewien. – Ben pogładził jej rękę.  

Kayla nagle spowaŜniała.  

background image

– Właściwie mogę mieć z nią coś wspólnego.  

– Tak? 

–  Tak.  Czytałam,  Ŝe  wiele  czarownic  z  Massachusetts  było  prześladowanych  za...  – 

szukała właściwego słowa – ... zbytnią wyniosłość.  

– Wyniosłość? – Ben nie mógł powstrzymać śmiechu.  

–  To  prawda  –  zapewniła  go  Kayla.  –  Niektóre  z  nich  to  zamoŜne  kobiety,  które 

postanowiły nie wychodzić za mąŜ i nie przekazywać majątku swoim męŜom, kobiety, które 

nie chciały się poddać dyktatowi męŜczyzn. Były więc prześladowane.  

Benowi nie podobał się obrót, który przybrała rozmowa, i spróbował znów skierować ją 

ku samej Kayli.  

– Były takie jak ty, prawda? Silne, niezaleŜne i uparte.  

– Tak twierdzą autorzy jednej z moich ksiąŜek.  

– A więc moŜemy wywieść twoją skłonność do niezaleŜności od Katherine.  

–  Mam  nadzieję  –  odparła  Kayla.  –  Nie  mogę  się  doczekać,  Ŝeby  dowiedzieć  się  o  niej 

czegoś więcej. Co mi przypomina – dodała, patrząc na zegarek – Ŝe biblioteka czeka.  

– Więc nie zapomniałaś. – Ben zmarszczył brwi. – Upierasz się, Ŝeby tam iść? 

W jej oczach pojawiło się zaskoczenie.  

– Myślałam, Ŝe to uzgodniliśmy.  

–  ZałóŜmy,  Ŝe  mam  lepszy  pomysł.  Na  przykład  przejaŜdŜka  do  Maine  albo  Cape, 

znalezienie  małej  gospody  z  kominkiem  w  sypialni  i  duŜym  podwójnym  łóŜkiem. 

Moglibyśmy wskoczyć do łóŜka i przytulić się...  

–  W  biały  dzień?  –  przekomarzała  się.  Zanim  odpowiedział,  połoŜyła  mu  rękę  na 

ramieniu i po raz pierwszy uświadomiła sobie, jaki jest zmęczony.  

W ostrym słońcu ujrzała koła pod oczami.  

–  Biedactwo  –  powiedziała.  –  Potrzebujesz  odpoczynku.  Nie  dawałam  ci  spać  aŜ  do 

późnej nocy.  

Ben uśmiechnął się.  

– Za taką noc jak ta wyrzekłbym się snu na zawsze. Ale nie jestem zmęczony – skłamał. – 

Myślę po prostu, Ŝe ta wyprawa do biblioteki to wielka strata czasu.  

– To dla mnie waŜne, Ben.  

– Babskie gadanie i przesądy. Czy nie lepiej byłoby dać sobie z tym spokój? 

Oczy Kayli zwęziły się.  

– Czy jest coś, o czym mi nie mówisz, coś, o czym wiesz? Co się stało? 

– Nic, Kaylo, na litość boską – odpowiedział porywczo. – Po prostu nie uwaŜam tego za 

najlepszy pomysł.  

–  Mogę  przecieŜ  pojechać  sama.  Jeśli  zabierzesz  mnie  do  domu,  mogę  wziąć  mój 

samochód i pojechać do Salem.  

– To absurdalne – powiedział z irytacją. – Mieliśmy spędzić ten weekend razem.  

– I pojechać do Salem – przypomniała mu.  

– W porządku – odparł i uruchomił silnik. – Jesteśmy juŜ w połowie drogi, więc równie 

dobrze moŜemy zmierzać dalej. – Wyjechał na drogę, udając, Ŝe nie zauwaŜał przenikliwego 

background image

spojrzenia Kayli. Wiedziała, Ŝe coś jest nie w porządku, ale nie podzielała jego niepokoju.  

Oczywiście nic nie wiedziała o śnie, który miał ostatniej nocy. Nie odwaŜył się jej o nim 

opowiedzieć. Nadałaby mu za duŜe znaczenie i znowu skończyłoby się kłótnią.  

Bez  względu  na  to,  jak  starał  się  przekonać  samego  siebie  o  bezsensowności  tej  całej 

historii,  widok  biblioteki  w  Salem  napełnił  go  szczególnym  niepokojem.  Był  to  zwyczajnie 

wyglądający  stary  budynek  z  czerwonej  cegły,  o  białych  kolumnach  i  wysokich,  wąskich 

oknach. Z biblioteką sąsiadował rozległy park.  

– MoŜe spotkamy się w parku za dwie godziny? – zaproponował.  

– Doskonale. – Kayla wzięła notatnik i otworzyła drzwiczki samochodu. – Jesteś pewny, 

Ŝ

e nie chcesz mi towarzyszyć? 

Potrząsnął głową.  

–  Myślałem,  Ŝe  poszukam  dla  nas  noclegu  –  odpowiedział,  co  nawet  dla  niego  samego 

brzmiało  mało  przekonująco.  Odczekał  chwilę  i  patrzył,  jak  Kayla  wchodzi  po  schodach. 

Potem skręcił za róg, odszukał parking i wyłączył silnik.  

Odetchnął  głęboko  i  próbował  uporządkować  myśli.  Zamierzał  odwieść  ją  od  zamiaru 

odwiedzenia biblioteki, zwłaszcza po swoim ostatnim śnie. Ale łatwiej było obiecać sobie, Ŝe 

wpłynie na zmianę zdania Kayli, niŜ to zrobić. Teraz miał przeczucie, Ŝe stanie się coś złego. 

Stanie  się  coś  strasznego,  a  on  nie  moŜe  temu  zapobiec  –  a  to  był  stan,  którego  Ben 

Montgomery nie znosił.  

To sen wzbudzał jego niepokój, ten cholerny sen, który pojawił się właśnie wówczas, gdy 

wszystko szło tak dobrze, po wspaniałej nocy spędzonej z Kaylą. W tym świecie rzadkością 

było  znalezienie  kobiety,  którą  moŜna  było  tak  kochać.  Jeszcze  rzadziej  miłość  ta  bywała 

odwzajemniona.  Kayla  była  jego  drugim  ja,  a  ostatnia  noc  byłaby  najpiękniejszą  w  jego 

Ŝ

yciu.  

Gdyby  nie  sen.  Łatwo  zasnął  z  Kaylą  w  objęciach.  TuŜ  przed  świtem  miał  sen.  Kobieta 

wyglądała  jak  Kayla.  Wiedział  jednak,  Ŝe  to  Katherine.  Tym  razem  nie  była  sama.  We  śnie 

pojawił  się  męŜczyzna  w  sędziowskiej  todze,  który  przewodniczył  rozprawie.  Był  to  proces 

Katherine,  a  Ben  był  z  całą  pewnością  sędzią,  poniewaŜ  widział  salę  sądową  z  pulpitu 

sędziowskiego.  

Widział  Katherine  na  ławie  oskarŜonych  z  dumnie  uniesioną  piękną  głową,  której  nie 

spuściła  nawet,  gdy  został  ogłoszony  wyrok  –  głosem,  który  był  mu  nie  znany,  a  jednak 

naleŜał  do  niego.  Bronił  się  przed  wypowiedzeniem  tych  słów,  ale  wiedział,  Ŝe  nie  ma 

wyjścia. Czuł się tak, jakby zatapiano mu nóŜ w piersi. Zaczął mówić.  

Zanim skończył, obudził się zlany potem. LeŜąc nieruchomo, by nie niepokoić Kayli, na 

nowo przeŜywał sen, nie rozumiejąc jego znaczenia.  

Zastanawiał  się,  czy  jest  mniej  odwaŜny  od  Kayli.  Ona  była  podobna  do  Katherine, 

szukała prawdy, gotowa stanąć z nią oko w oko.  

–  Do  diabła  –  powiedział  na  głos,  otwierając  drzwiczki  samochodu.  –  MoŜe  nie  mam 

racji. – Tak czy inaczej musiał się dowiedzieć. Za biurkiem przy drzwiach biblioteki siedział 

młody męŜczyzna. Poprosił Bena o wpis w ksiąŜce czytelników i poinformował go, Ŝe panna 

Hartwell jest w dziale mikrofilmów.  

background image

Zapytany, czy chciałby do niej dołączyć, Ben potrząsnął głową.  

–  Nie,  chyba  Ŝe  dokumenty,  których  potrzebuję,  są  równieŜ  na  mikrofilmach.  Szukam 

informacji o rodzinie Montgomerych z New Sussex.  

MęŜczyzna chętnie wskazał Benowi Ŝądane ksiąŜki.  

Dwie  godziny  później  blada,  wstrząśnięta  Kayla  stanęła  przed  Benem  w  otoczonym 

murem ogrodzie przed biblioteką. W ręku ściskała odbitki z przejrzanych ksiąŜek.  

Ben  oparł  się  o  mur  z  rękami  wbitymi  w  kieszenie  i  patrzył,  jak  Kayla  chodzi  tam  i  z 

powrotem. Wreszcie usiadła na marmurowej ławce. Podszedł, usiadł obok niej i słuchał, jak 

czyta.  

–  „Sędzią  na  procesie  Katherine  Hartwell  był  Benjamin  Montgomery  z  New  Sussex, 

który w trybie doraźnym skazał ją na karę śmierci”.  

Wzięła jedną z kartek i wymachiwała mu nią przed nosem.  

–  Kaylo...  –  zaczął,  próbując  ją  uspokoić  albo  być  moŜe  powstrzymać  słowa,  które,  jak 

wiedział, zaraz zostaną wypowiedziane.  

– Nigdy mi nie powiedziałeś, nigdy. Dlaczego? Widział jej ból i złość, i jak podejrzewał, 

głęboko ukryty strach.  

–  Nie  wiedziałem,  Kaylo.  A  jeśli  nawet,  to  zapomniałem.  MoŜe  słyszałem,  jak  dziadek 

opowiadał  o  przodku  powiązanym  z  procesami  czarownic,  ale  to  nie  miało  dla  mnie 

znaczenia.  

– Więc dlaczego zakradłeś się za moimi plecami do biblioteki? Dlaczego, Ben? 

–  Nie  zakradłem  się,  Kaylo.  Gdy  wysiadłaś  z  samochodu,  postanowiłem  dowiedzieć  się 

czegoś o moim przodku. To nie miało nic wspólnego z tobą ani z Katherine.  

Spojrzenie Kayli nie pozostawiało wątpliwości, Ŝe nie wierzy w ani jedno słowo.  

– Wiec teraz, gdy wiesz, Ŝe był sędzią na moim procesie...  

–  Jak  to  na  twoim  procesie,  Kaylo?  Rozmawiamy  o  Katherine.  –  Bena  przebiegł  zimny 

dreszcz.  

–  No  tak.  Ale  fakt  pozostaje  faktem  –  upierała  się  Kayla.  –  Twój  przodek  wydał  na  nią 

wyrok. Czy to dla ciebie nic nie znaczy? 

Ben czuł, Ŝe musi opanować tę niesamowitą sytuację.  

–  Dla  mnie  znaczy  to  tyle,  Ŝe  wyciągnęłaś  na  światło  dzienne  ciekawy  kawałek  historii, 

który nas nie dotyczy.  

Kayla uczuła nagle chłód mimo pięknej słonecznej pogody. Jej ręce, wciąŜ ściskające te 

przeraŜające kartki, były wilgotne i zimne.  

–  To  znaczy  –  mówiła  powoli  –  Ŝe  to  twój  przodek  był  odpowiedzialny  za  śmierć 

Katherine.  

– Uwierz mi, Kaylo, to nie ma nic wspólnego z nami.  

–  AleŜ  ma  –  upierała  się.  –  To  nas  w  jakiś  sposób  z  nimi  wiąŜe.  Ja  wyglądam  jak 

Katherine,  ty  jak  sędzia.  Tu  jest  zbyt  duŜo  zbiegów  okoliczności.  Nawet  ty  –  powiedziała, 

starając się, by nie brzmiało to sarkastycznie – będziesz musiał wziąć to pod uwagę.  

–  AleŜ  biorę.  –  Ben  był  najwyraźniej  rozdraŜniony.  –  O  co  ci  właściwie  chodzi?  Twoja 

antenatka  została  powieszona  jako  czarownica,  mój  przodek  był  sędzią.  Wiele  lat  później 

background image

spotykamy  się.  To  jasne,  Ŝe  masz  powiązania  z  New  Sussex,  a  więc  nic  nie  wydaje  mi  się 

naciągane.  

–  To  nie  jest  naciągane  –  zgodziła  się.  –  Jest  tak,  jakby  to  musiało  się  stać,  jakby  było 

przeznaczone.  

– Dobrze – powiedział Ben. – Podoba mi się ta interpretacja. Było mi pisane, Ŝebym cię 

spotkał,  i  jestem  szczęśliwy.  A  więc  kontynuujmy  nasz  weekend.  Mam  ochotę  na  lunch  – 

oświadczył, pragnąc odwrócić jej myśli.  

Kayla potrząsnęła głową.  

–  Musimy  stanąć  z  tym  oko  w  oko,  Ben,  nie  chować  się  przed  tym.  Pamiętasz,  jak 

początkowo kłóciliśmy się, jaką do siebie czuliśmy antypatię? 

Pamiętał, a ona o tym wiedziała.  

– To nie było naturalne zachowanie Ŝadnego z nas – ciągnęła. – MoŜe te uczucia przeszły 

z Katherine i sędziego. – Odetchnęła głęboko i cała spięta czekała na odpowiedź Bena.  

Twarz Bena wyraŜała najpierw niedowierzanie, później oburzenie, a wreszcie wybuchnął: 

–  Kaylo,  nie  chcę  więcej  o  tym  słyszeć.  Próbujesz  mnie  przekonać,  Ŝe  Ŝyjemy  cudzym 

Ŝ

yciem...  

–  Nie  próbuję  przekonywać  cię  o  niczym  –  odparowała.  –  Szukam  wyjaśnienia.  Usiłuję 

wszystko dopasować do siebie i nic więcej.  

– AleŜ to nonsens.  

– Dzięki za niearbitralną postawę – odparła z ironią. – Teraz widzę, co odziedziczyłeś po 

swoim przodku.  

–  Ta  uwaga  była  zupełnie  zbyteczna  –  powiedział.  Wstał  i  zaczął  spacerować,  aby  się 

opanować.  

–  Ale  to  prawda,  Ben  –  upierała  się.  –  Właśnie  tak  reagujesz,  gdy  się  ze  mną  nie 

zgadzasz.  

– A ty rzucasz się bez namysłu na pierwszy lepszy pomysł. Prawdą jest, Ŝe wiele lat temu 

niewinni ludzie zostali powieszeni. To przykre, Ŝe mój przodek brał w tym udział, ale my nie 

mamy z tym nic wspólnego. Uwierz mi.  

– AleŜ mamy! – upierała się Kayla. – Czy tego nie widzisz? Czy nie czujesz? – błagała, 

zniŜywszy głos, bo w ogrodzie pojawiła się inna para. – To jest tak oczywiste.  

Kayla  wiedziała,  Ŝe  ma  rację  bez  względu  na  prawa  logiki.  Między  nimi  a  dwiema 

istotami sprzed wieków istniało silne powiązanie, tajemnica, która teraz wychodzi na światło 

dzienne. Ben nie pomoŜe jej w wyjaśnieniu tej sprawy – i nie chce. To zabolało ją najbardziej. 

MęŜczyzna, z którym była juŜ tak blisko, jest teraz po przeciwnej stronie.  

– Chodź – rzucił – potrzebujemy chwili spokoju. W samochodzie napięcie pomiędzy nimi 

wzrosło.  

Kayla  wiedziała,  Ŝe  Ben  chce  zapomnieć  o  tym,  czego  się  dowiedzieli.  Budziło  to  jej 

sprzeciw. Ich znajomość znalazła się w punkcie krytycznym.  

Bardzo jej zaleŜało, aby go skłonić do słuchania. Z ręką opartą o jego ramię wyznała, jak 

się męczyła od początku, choć o niczym nie wiedziała.  

–  Gdy  przyjechałam  do  New  Sussex,  wszystko  zostało  jakby  wprawione  w  ruch. 

background image

Odczułam to natychmiast – w domu i między nami.  

– To oczywiste. Czuliśmy do siebie tak silny pociąg, Ŝe Ŝadne z nas nie mogło się oprzeć.  

– Właśnie – powiedziała, prawie uspokojona.  

–  Kaylo,  to  chemia,  bioprądy  czy  jak  chcesz  to  nazwać.  To  się  zdarza  i  cieszę  się,  Ŝe 

zdarzyło  się  nam.  NaleŜymy  do  szczęśliwców.  Ale  to  nie  ma  nic  wspólnego  z  naszymi 

przodkami.  

Kayla czuła, jak jej rozczarowanie rośnie. Spróbowała znów.  

–  Te  uczucia  były  czymś  więcej.  Czasami  moje  uczucia  były  tak  pogmatwane,  Ŝe 

przeraŜały mnie. Wiesz o tym, Ben.  

Westchnął głęboko.  

– Bardzo cię pragnę, Kaylo. Ale to ja, nie sędzia.  

–  Nawet  chęć  kontrolowania,  przeświadczenie,  Ŝe  zawsze  masz  rację,  jest  typowe  dla 

ciebie? 

Ben milczał, a Kayla ciągnęła: 

– Gdy zobaczyłam Katherine albo zdawało mi się, Ŝe zobaczyłam – poprawiła się, chcąc 

uniknąć dalszej dyskusji – potrzebowała pomocy.  

– I przyszła do ciebie? – Ben nie krył sceptycyzmu.  

–  Dlaczego  nie? Jestem jej  krewną,  a  ty  jesteś  potomkiem  sędziego.  Ty  teŜ  jesteś  z tym 

powiązany.  

– Jestem związany z tobą, Kaylo, nie z Katherine – upierał się. Zaczynał się spór, którego 

się tak obawiał. Był zadowolony, Ŝe nie opowiedział Kayli o swoich snach. To tylko dolałoby 

oliwy do ognia.  

Ale Kayla nie zamierzała dać za wygraną.  

–  Sędzia  przyczynił  się  do  jej  śmierci,  Ben.  Wierzę,  Ŝe  ona  chce,  byśmy  wszystko 

uporządkowali.  

–  Świetnie  –  powiedział  Ben.  –  MoŜemy  to  zrobić.  Zamieszkajmy  razem,  zaręczmy  się. 

Do licha, pobierzmy się. Czy to zadowoli ducha Kathenne i usunie ją z naszego Ŝycia? 

W oczach Kayli ujrzał ból.  

–  W  tych  okolicznościach  chyba  nie  oczekujesz,  Ŝe  potraktuję  twoją  propozycję 

powaŜniej, niŜ ty traktujesz całą tę sprawę. Chcesz, Ŝeby to się skończyło, prawda? 

– Tak, do diabła – potwierdził złym głosem.  

– Ja teŜ.  

– A wiec dobrze.  

– Ale chcę skończyć to na jej sposób. Ona otwiera dla mnie drzwi, Ben, a ja chcę przez 

nie wejść.  

– Jak, Kaylo? 

– Nie wiem.  

Ben uniósł w irytacji ręce.  

– Wiem tylko, Ŝe Kathenne próbuje mówić do nas albo przez nas – argumentowała.  

– I chcesz, Ŝebyśmy – nie, nie mów mi, o czym myślisz, Kaylo. Tylko nie seans.  

– Tego nie powiedziałam, Ben.  

background image

– Ale pomyślałaś, prawda? – odparował.  

– Nie – powiedziała stanowczo, po czym dodała mniej pewnie: – Nie wiem. Chciałabym 

tylko, Ŝebyś nie był taki uparty i nietolerancyjny.  

– Nie wierzę w to, Ŝe jesteśmy wcieleniami naszych dawno nieŜyjących przodków.  

– Ja tylko twierdzę, Ŝe powinniśmy być gotowi na to, by ich wysłuchać.  

– Ja słuchałem, a wszystko, co usłyszałem, to bzdury o zjawach, czarownicach i duchach 

zza  grobu.  –  Ben  uruchomił  samochód.  –  Nie  mogę  tego  zaakceptować,  Kaylo.  Nie  zrobię 

tego.  

Kayla westchnęła. Spór trwał i nie było w nim zwycięzcy.  

–  Chciałabym  tylko  –  powiedziała  Ŝałośnie  – Ŝebyś  przez  chwilę  pozwolił,  aby  te  drzwi 

się choć trochę uchyliły.  

Ben odwrócił się i spojrzał w kierunku Salem.  

– Dzieje się coś niezwykłego – ciągnęła Kayla. – Jeśli zaakceptujesz ten fakt, moŜesz być 

zaskoczony.  

–  Jestem  zaskoczony  wyłącznie  tym,  Ŝe  nasz  weekend  tak  się  zakończył.  Wracamy  do 

New Sussex, Kaylo.  

Ben przemierzał godzinami kuchnię, pijąc kawę i myśląc, dlaczego nie opowiedział Kayli 

o swoich snach. W końcu przestał krąŜyć i opadł na krzesło, zastanawiając się, co począć.  

Doszedł do jednego wniosku: Kayla mogła mieć rację, gdy powiedziała, Ŝe jest władczy i 

arbitralny. A jeśli tak, to pewnie przez upór nie  opowiedział jej o wszystkim co przeŜył. To 

nie było w porządku.  

Wiedział  jednak,  Ŝe  gdyby  wspomniał  o  snach  i  kobiecie,  którą  w  nich  widywał,  Kayla 

nie  przepuściłaby  okazji.  W  tej  chwili  znajdowaliby  się  w  Bostonie  w  gabinecie  jakiegoś 

medium i cofali w inne Ŝycie. Nie mógł się na to zgodzić.  

A moŜe jednak? 

Ze złością odsunął filiŜankę letniej kawy, wstał i poszedł się połoŜyć.  

Szczęśliwie jutro niedziela i moŜe pospać dłuŜej. Obudzi się silny, pewny siebie i zdolny 

do tego, aby zająć się Kaylą. Choć oświadczyny nie nastąpiły we właściwym czasie i miejscu, 

zamierzał  je  ponowić.  Kochał  Kaylę  i  chciał  z  nią  być.  Nie  radziłby  nikomu  –  ani  Ŝadnemu 

duchowi – stanąć na swojej drodze.  

Dziwne,  Ŝe  po  tylu  kawach  Ben  zasnął  twardo,  gdy  tylko  przyłoŜył  głowę  do  poduszki. 

TuŜ przed świtem obudziło go światło padające na łóŜko. Przekręcił się i spojrzał na zegarek. 

Była dopiero piąta, daleko do wschodu słońca. A jednak...  

Uniósł  się  na  łokciu,  a  drugą  ręką  przysłonił  oczy.  Drzwi  zaczęły  otwierać  się  szerzej  i 

szerzej, wpuszczając więcej światła.  

Przysłonił oczy ręką i zawołał: 

– Kto tam? 

Usłyszał te słowa, ale jego usta się nie poruszyły. Pomyślał je tylko, a myśl zmieniła się 

w  dźwięk.  Ben  zadrŜał.  To  było  niesamowite.  Ale  działo  się  i  musiał  wiedzieć  więcej. 

Oderwał rękę i spojrzał wprost w światło, które natychmiast zbladło.  

Wtedy zobaczył ją. Nie wymówił jej imienia. Pomyślał je tylko.  

background image

Katherine.  

Słowo  odbiło  się  echem  w  pokoju.  Znów  myśl  stała  się  słowem.  Kobieta  podeszła  do 

niego ubrana w purytański strój, z rękami złoŜonymi na piersiach. Na smukłym bladym palcu 

widniały trzy złączone złote kółka.  

Potem  zobaczył  za  nią  kogoś.  Gdy  męŜczyzna  wynurzył  się  z  mroku,  Ben  ujrzał  twarz, 

której  nie  widział  w  ostatnim  śnie.  Nie  zaskoczyła  go.  MęŜczyzna  miał  białą  perukę  i 

sędziowską togę. Sędzia Benjamin Montgomery.  

Zatrzymał  się  obok  Katherine  i  stali  oboje  skąpani  w  blasku,  wzywając  go  przez 

otwierające się drzwi.  

–  Nie,  nie  –  wołał  Ben,  wiedząc,  Ŝe  to  tylko  sen.  Ale  po  raz  pierwszy  w  Ŝyciu  poczuł 

strach. Jeśli był to sen, nie mógł się z niego obudzić.  

Potem drzwi zamknęły się i zapanowała ciemność.  

background image

ROZDZIAŁ 10 

 

Gdy tylko w pokoju Kayli zapaliło się światło, Ben wysiadł z samochodu. Siedział w nim 

ponad  godzinę,  czekając,  aŜ  Kayla  się  obudzi,  i  cały  zesztywniał.  Zanim  dotarł  do  tylnych 

drzwi, równieŜ okno kuchenne rozbłysło światłem.  

– Wiem, Ŝe jest wcześnie, ale... – zaczął, gdy otworzyła drzwi.  

– Nie tłumacz się – przerwała. – Nie spałam dobrze w nocy i cieszę się, Ŝe przyszedłeś. 

Musimy porozmawiać.  

Wszedł za nią do kuchni.  

– Chcesz kawy? – spytała przez ramię.  

– Och, nie. Wypiłem wieczorem chyba dziesięć filiŜanek. Ale chętnie napiłbym się soku.  

Podeszła  do  lodówki  i  nalała  mu  szklankę  soku  pomarańczowego.  Zaniósł  ją  do  stołu, 

odsunął  krzesło  i  usiadł  w  milczeniu,  próbując  uniknąć  nieuchronnego.  Tak  przytulnie  i 

swojsko było w kuchni Kayli. Chciał się przez chwilę tym nacieszyć.  

Kayla usiadła naprzeciwko niego w przyjaznym milczeniu.  

– Wczorajszy dzień to kolejny przykład na to, Ŝe wszystko wymyka się nam spod kontroli 

– powiedziała po dłuŜszej chwili. – Ale myślę, Ŝe moŜemy to zmienić.  

– Ja teŜ tak sądzę, Kaylo. Ja ponoszę winę za to, co się stało.  

–  Nie  –  zaprotestowała.  –  To  moja  wina.  Nalegałam,  abyś  mnie  słuchał,  a  nie 

wysłuchałam ciebie.  

Ben z przyjemnością wypił chłodny, orzeźwiający sok. Czuł się teraz lepiej i umysł miał 

jasny, gdy odparł: 

– Nie winię cię za to. Nie mówiłem prawdy. Kayla zaskoczona zmruŜyła oczy.  

– Prawdy o czym? 

– O tobie i o mnie – powiedział po prostu. – O Katherine i sędzi.  

– Nie rozumiem.  

–  Och,  Kaylo,  oczywiście,  Ŝe  nie  –  odparł,  a  słowa  więzły  mu  w  gardle  –  bo  nie  byłem 

szczery.  

W myślach Kayli panował taki zamęt, Ŝe nawet nie próbowała ich uporządkować. Mogła 

tylko czekać na wyjaśnienia.  

– Czy mam opowiedzieć od początku? 

– Proszę. – Kayla upiła łyk kawy.  

– To zaczęło się wtedy, gdy weszłaś do mojego biura. – Zawiesił głos. – Znałem cię.  

– Co? Nie rozumiem. Kiedy się spotkaliśmy? 

–  Ty  mnie  nie  znałaś,  ale  ja  widziałem  ciebie.  W  moich  snach.  Wiem,  Ŝe  to  brzmi  jak 

banalny  komplement  –  nawet  mi  to  kiedyś  powiedziałaś.  Ale  tak  nie  jest.  Śniłem  o  tobie, 

zanim  się  spotkaliśmy.  Więc  wtedy,  gdy  ujrzałem  cię  w  biurze  jako  kogoś  z  krwi  i  kości, 

oszołomiło mnie to.  

– Śniłeś o mnie? – Kayla wciąŜ była zaintrygowana.  

– O kimś, kto wyglądał dokładnie jak ty.  

background image

– Dlaczego nie opowiedziałeś mi o tych snach? 

–  Z  wielu  powodów  –  przyznał  Ben.  –  Gdy  próbowałem  ci  powiedzieć  pierwszego 

wieczora,  zabrzmiało  to  jak  frazes.  Gdy  zaczęliśmy  się  spierać  o  zjawiska  paranaturalne, 

byłem zbyt uparty, aby przyznać się, Ŝe doświadczam czegoś... – nie dokończył. – Pomyśl o 

tym,  Kaylo.  Znasz  mnie  przecieŜ.  Chciałem  wszystko  przemyśleć  i  osądzić  logicznie  i 

racjonalnie. Wtedy i tylko wtedy wyjaśniłbym ci to i przedstawił rewelacyjne wnioski.  

– Nie jestem pewna, czy rozumiem – powiedziała Kayla. – Co twoje sny mają wspólnego 

z sędzią i Katherine? 

– W końcu doszedłem do wniosku, Ŝe nigdy nie śniłem o tobie. Pamiętaj, powiedziałem, 

Ŝ

e kobieta ze snów wygląda jak ty. Ale to była Katherine.  

– Katherine? W twoich snach? Opowiedz mi wszystko, Ben – nalegała.  

Ben wreszcie był gotów to właśnie zrobić.  

–  Na  kilka  tygodni  przed  twoim  przybyciem  do  New  Sussex  zacząłem  śnić  o  ślicznej 

blondynce,  która  była  zawsze  poza  moim  zasięgiem.  Była  fascynująca  i  intrygująca  i 

pragnąłem nieodparcie kochać się z nią. Potem ujrzałem ciebie i cóŜ, po prostu wzięło mnie.  

– Tak jak mnie – szepnęła Kayla.  

–  Tamtej  nocy  po  spotkaniu  miałem  kolejny  sen.  Był  erotyczny  i  sądziłem,  Ŝe  znam 

powód.  Seksualna  fantazja  była  łatwa  do  wytłumaczenia,  bo  ogromnie  mnie  pociągałaś.  Z 

wyjątkiem tego, Ŝe – jak sobie teraz przypominam – sen odnosił się do realiów z innej epoki. 

–  Zmienił  wątek,  próbując  wszystko  wyjaśnić.  –  Sny  to  dziwne  zjawiska,  prawda?  Nic 

wówczas nie wiedziałem o Katherine i nie zwracałem uwagi na scenerię snów.  

– To niesamowite, Ben.  

–  Jest  coś  więcej.  Śniłem,  Ŝe  ta  kobieta  jest  prześladowana  i  sądzona.  PoniewaŜ  jestem 

realistą  –  to  równieŜ  zignorowałem,  tłumacząc  sobie,  Ŝe  twoje  fantazje  o  Katherine  w  jakiś 

sposób  wdarły  się  w  moją  podświadomość.  Prawda  jest  taka,  Ŝe  wcale  nie  chciałem  o  tym 

myśleć.  

– Powiedziałeś, Ŝe dotyczyło to sędziego Montgomery’ego i Katherine – wtrąciła Kayla. 

– Czy śnił ci się sędzia? 

– Teraz zaczynam rozumieć, co znaczyły te sny – przyznał Ben z ociąganiem. – Myślę, Ŝe 

to  było  tak,  jakby  śnił  je  sędzia.  To  nie  ja  marzyłem  o  tobie.  To  sędzia  marzył  o  Katherine. 

Nie mogę uwierzyć, Ŝe to mówię, ale to ona była w moich snach.  

Kayla czuła, jak wali jej serce. Te rewelacje przeraziły ją. Ale sprawiły teŜ, Ŝe nie czuła 

się  juŜ  osamotniona.  Między  nią,  Benem  i  przeszłością  musiał  istnieć  jakiś  szczególny 

związek.  

– Sprawiasz wraŜenie przekonanego, Ben.  

– Po ostatniej nocy jestem. Widziałem sędziego i Katherine razem. Nie wiem, czy był to 

sen,  wizja  czy  zmora  nocna.  Ale  byli  w  moim  pokoju  i  przywoływali  mnie  do  siebie  przez 

otwarte drzwi.  

Gdy wypowiedział te słowa, w kuchni zrobiło się nagle bardzo cicho.  

– Boję się, Kaylo. Spojrzała na niego zaskoczona.  

– Och, nie duchów ani istot nadprzyrodzonych, choć przyznaję, Ŝe ostatni sen wstrząsnął 

background image

mną.  Boję  się  o  nas.  Jestem  przeraŜony,  Ŝe  los  naszych  przodków  mógłby  w  jakiś  sposób 

wpłynąć na nasze Ŝycie.  

Czuł, jak jej ręka drŜy.  

–  Oczywiście,  nie  do  tego  stopnia,  ale  moglibyśmy  zostać  rozdzieleni,  rozłączeni.  Czy 

rozumiesz, co mam na myśli, Kaylo? 

Kiwnęła głową.  

–  MoŜe  coś  zburzyłoby  nasz  związek.  –  Powiedziawszy  to  Ben  zdał  sobie  sprawę,  jak 

dramatycznie zabrzmiały jego słowa.  

– To się nie stanie – powiedziała stanowczo Kayla.  

– Jak temu zapobiec? – zapytał, uświadamiając sobie, Ŝe teraz ona jest silniejsza. Nie miał 

nic  poza  kilkoma  niejasnymi  sugestiami.  –  Moglibyśmy  wciąŜ  mieć  sny,  widzieć  zjawy  i 

spierać się. MoŜemy teŜ zaakceptować Katherine i sędziego i zaprosić ich na kolację.  

Wyobraziwszy  to  sobie,  Kayla  wybuchnęła  śmiechem.  Po  chwili  Ben  jej  zawtórował. 

Kayla z trudem łapała oddech.  

– Przynajmniej mamy oboje wciąŜ jeszcze poczucie humoru.  

– Mamy więcej. – Pocałował ją wolno w usta. – Ale nie mamy rozwiązania.  

Kayla westchnęła.  

– Znajdziemy je – powiedziała z przekonaniem.  

– Przede wszystkim musimy ustalić, czego chcą.  

– Doprowadzić nas do szaleństwa – poddał Ben.  

– Zdaje się, Ŝe widziałem Katherine równieŜ w lustrze.  

– Ben, i nic mi nie powiedziałeś? 

–  Jak  miałem  to  zrobić,  gdy  nie  mogłem  przyznać  się  przed  samym  sobą?  Ja,  Ben 

Montgomery, widzący zjawy? Do diabła, nie. Jeśli jednak widziałem, musi być jakiś powód.  

–  I  jest.  Zawsze  myślałam,  Ŝe  Katherine  potrzebuje  pomocy,  ale  teraz,  gdy  pojawił  się 

sędzia...  

– Proszę, Kaylo – powiedział Ben. – Nie bądźmy zbyt mistyczni.  

Kayla  rzuciła  mu  wyzywające  spojrzenie,  ale  nie  odpowiedziała,  nie  chcąc  wszczynać 

kłótni teraz, gdy byli bliscy porozumienia.  

– MoŜe oni chcą nam powiedzieć coś o sobie, coś, czego nie wiemy. – Zmarszczyła czoło 

w napięciu.  

–  MoŜe  czekali  setki  lat,  abyśmy  znaleźli  się  razem,  we  właściwym  czasie  i  miejscu. 

Teraz, kiedy to się stało, skorzystali z okazji. To ma sens, prawda? 

– Nic nie ma sensu – zaprzeczył Ben. – Ale jestem skłonny próbować wszystkiego.  

–  Więc  jak  sprawimy,  Ŝeby  się  z  nami  porozumieli?  –  spytała  Kayla.  –  Czy  w  New 

Sussex są jacyś spirytyści? 

Ben potrząsnął głową.  

– Wątpię. Muszę jednak przyznać, Ŝe nic nie wiem na ten temat.  

Kayla uśmiechnęła się i wstała, aby nalać sobie kolejną filiŜankę kawy.  

– Dla mnie teŜ – poprosił Ben.  

– Myślałam, Ŝe masz dość kawy.  

background image

– JuŜ nie – odparł z uśmiechem. – Teraz potrzebuję czystej kofeiny.  

Gdy znalazła filiŜankę i nalała mu kawy, powiedziała: 

– DuŜo o tym czytałam.  

– Wiem.  

–  Zazwyczaj  kontakt  z  postaciami  z  zaświatów  nawiązuje  się,  gdy  podmiot  jest 

wprowadzony w trans albo gdy istota przemawia przez kogoś innego, na przykład medium.  

Ben wzdrygnął się.  

– Co za słownictwo – istota, podmiot, medium. To brzmi coraz dziwniej.  

– Ben...  

– Nie martw się – pocieszył ją. – Ja się nie wycofuję. Tylko powiedz mi, co teraz zrobić? 

Czy powinniśmy jechać do Bostonu i poszukać hipnotyzera? 

Kayla uśmiechnęła się do niego.  

– Nigdy nie myślałam, Ŝe usłyszę od ciebie coś takiego. Pomysł jest szalony.  

– Szalony, zgadzam się – potwierdził. – Ale co teraz? Czy spróbujemy znaleźć kogoś, kto 

by nam pomógł? 

Kayla westchnęła.  

–  Chciałabym,  Ŝebyśmy  mogli  poradzić  sobie  sami,  tylko  we  dwoje.  Albo  we  czworo  – 

dodała. – Będziemy jednak potrzebować pomocy. Zastanawiam się, czy powinnam poszukać 

w ksiąŜce telefonicznej? – zaŜartowała, próbując rozładować atmosferę.  

–  Pozwól  mi  się  tym  zająć  –  powiedział  Ben.  –  Ja  zdobędę  nazwisko  i  numer  telefonu, 

jeśli ty nawiąŜesz kontakt.  

– Umowa stoi – zgodziła się Kayla. – Ale od czego chcesz zacząć? 

– Nie od ksiąŜki telefonicznej – zapewnił ją – ani ogłoszeń w gazetach. Mam kontakty z 

innymi  prawnikami,  lekarzami,  psychologami.  Powinienem  za  ich  pośrednictwem  kogoś 

znaleźć.  

Kayla próbowała ukryć uśmiech, ale udało jej się to tylko częściowo.  

– O co chodzi? 

– Właśnie myślałam, jak będziesz dzwonił do jednego ze swoich statecznych kolegów po 

fachu  i  pytał,  czy  nie  zna  jakiegoś  dobrego  hipnotyzera.  To  naprawdę  nie  pasuje  do  twego 

wizerunku, Ben. Przynajmniej nie do wizerunku dawnego Bena.  

Uśmiechnął się szeroko.  

– Odkąd cię spotkałem, Kaylo Hartwell, całe moje Ŝycie przewróciło się do góry nogami. 

Robię  i  mówię  rzeczy,  o  które  nigdy  się  nawet  nie  podejrzewałem.  A  więc  załóŜmy,  Ŝe  te 

poszukiwania  to  część  mojego,  hm,  duchowego  dojrzewania.  Oczywiście  jeśli  się  rozniesie, 

Ŝ

e mam coś wspólnego z mistycyzmem, mogę stracić klientów.  

– Nigdy ci nie zabraknie klientów. Wiesz o tym. – Kayla podeszła do Bena i pocałowała 

go  delikatnie  w  usta.  –  Czy  ci  ostatnio  nie  mówiłam,  Ŝe  jesteś  prawdziwym  męŜczyzną  i 

bardzo cię kocham? 

–  Tak  –  odparł  z  niespodziewanym  rumieńcem  –  ale  mogę  tego  słuchać  ciągle.  To 

właśnie  pozwala  mi  funkcjonować.  Teraz  powiedz,  gdzie  jest  telefon.  Zacznę  dzwonić  juŜ 

teraz.  

background image

– Kayla na drugiej linii do ciebie, Ben – zawołała Terrie.  

– Hej, co się dzieje? – Ben próbował mówić spokojnie, choć serce mu biło mocno. Dziś 

właśnie miał przyjechać hipnotyzer, z którym Kayla się umówiła. Ben czekał na ten telefon i 

zastanawiał się, jak, u licha, wplątał się w coś takiego, i jak ma się z tego wyplątać. Uzgodnili 

z Kaylą, Ŝe doprowadzą sprawę do końca. Teraz godzina prawdy nadeszła.  

– On tu jest – szepnęła Kayla. – Pije właśnie herbatę w kuchni. Pan Leo Justice jest tutaj.  

– I... – podsunął Ben.  

– Jest bardzo miły i bardzo normalny – ciągnęła z ulgą w głosie. – Zachwycił się sklepem 

i mógłby nawet kupić...  

– Kaylo – przerwał Ben – a co z... no wiesz? 

–  Rzucił  ostroŜne  spojrzenie  w  stronę  drzwi.  Usiłował  ukryć  przed  wszystkimi  to,  co  z 

Kaylą planowali.  

–  Wiem  –  zapewniła  go  Kayla  –  seans.  On  będzie  gotowy,  jak  tylko  przyjedziesz. 

Zamierzam pokazać mu portret Katherine, a potem zabrać do starego salonu. Przyjedź zaraz.  

– Jestem trochę zajęty – mruknął Ben.  

–  Nie,  nie  jesteś  –  powiedziała  Kayla.  –  I  nie  czekasz  na  Ŝadnych  klientów.  –  Jej  głos 

złagodniał. – Ja teŜ jestem zdenerwowana, najdroŜszy, ale nadszedł czas. Naprawdę musimy 

doprowadzić sprawę do końca. Mogę na ciebie liczyć, prawda? 

Ben wziął głęboki oddech.  

– Jeśli jest ktokolwiek, na kogo moŜesz liczyć, to ja. Myślę, Ŝe to po prostu trema. Za pięć 

minut ruszam. I, Kaylo, nie zaczynaj beze mnie.  

 

Kayla miała rację. Leo Justice był zwyczajnie wyglądającym męŜczyzną. Ben poczuł się 

natychmiast raźniej. Justice, polecony jako jeden z najlepszych hipnotyzerów w okolicy, był 

niewysoki  i  łysiejący,  o  rumianej  twarzy  i  bladoniebieskich  oczach.  Miał  niski,  melodyjny 

głos,  a  jego  maniery  były  bez  zarzutu.  Staroświecki  dŜentelmen,  pomyślał  Ben.  Wszystko 

wyglądało  na  przypadkowe  spotkanie  towarzyskie,  a  nie  na  seans,  którego  rezultaty  mogły 

zawaŜyć na ich przyszłości.  

–  Pomyślałem,  Ŝe  przeniesiemy  portret  Katherine  do  salonu  –  poinformował  go  Leo.  – 

Kayla opowiedziała mi, jak waŜną rolę odegrał ten wizerunek w waszym Ŝyciu.  

Przeszli przez sień i weszli do salonu. Nad niskim stołem wisiał portret, który odbijał się 

w  lustrze.  Ben  uśmiechnął  się.  Kayla  i  Leo  juŜ  stworzyli  odpowiednią  atmosferę  w  starym 

pokoju.  

Salon  oświetlały  tylko  świece  umieszczone  na  gzymsie  kominka,  komodzie  i stole  obok 

sofy.  Było  późne  popołudnie  i  na  dworze  zapadała  ciemność.  Migotanie  świec  działało  na 

nich niezwykle kojąco.  

– Wykonaliście niezłą robotę – zauwaŜył Ben. Kayla podeszła i wzięła go za rękę.  

–  Pomyśleliśmy,  Ŝe  to  najlepsze  miejsce  na  naszą...  sesję.  Tutaj  najsilniej  odczuwam 

obecność Katherine.  

– Usiądźcie na sofie – zaproponował Leo.  

A więc za chwilę się zacznie. Benem zawładnął nagle strach. Chrząknął z niepokojem.  

background image

– Myślę, Ŝe juŜ to pan parę razy robił? – zwrócił się do Leo.  

–  Tak,  istotnie  –  odparł  Leo  –  choć  za  kaŜdym  razem  jest  inaczej.  Opowieść  Kayli  jest 

jedną z ciekawszych, jakie słyszałem. Mam nadzieję, Ŝe wyjdzie z tego coś wyjątkowego.  

–  My  teŜ  jesteśmy  podekscytowani  –  powiedziała  Kayla.  Ściskała  mocno  rękę  Bena, 

który czuł emanujące z niej napięcie. – I trochę przestraszeni.  

– Spojrzała na Bena, który uspokajająco ścisnął jej dłoń.  

–  To  dobrze  –  powiedział  łagodnie  Leo.  –  Ta  energia  moŜe  nam  pomóc.  Naprawdę 

wyczuwam energię w tym pokoju. Myślę, Ŝe wy teŜ. – Nagle, jakby zdał sobie sprawę z tego, 

Ŝ

e jego słowa zwiększyły tylko niepokój Kayli i Bena, uśmiechnął się uspokajająco.  

–  Jak  wiecie,  zjawisko  hipnozy  jest  znane  od  tysięcy  lat.  W  rękach  właściwych  ludzi  to 

całkowicie bezpieczne. Chcę, Ŝebyście oboje odpręŜyli się. Chcę, Ŝebyście cieszyli się na to, 

co ma nastąpić.  

– Cieszymy się. To znaczy, ja się cieszę – odparła Kayla.  

–  A  ja  mam  opory  –  wyznał  Ben.  –  Nie  dlatego,  Ŝe  wątpię  w  istnienie  duchów.  Tak 

naprawdę  nigdy  nawet  o  nich  nie  myślałem.  Jednak  ostatnie  wydarzenia  sprawiły,  Ŝe 

zacząłem rozwaŜać moŜliwość...  

– A więc pan zgadza się na to doświadczenie z pewną obawą? – spytał Leo.  

–  Nie  tyle  obawą,  ile  sceptycyzmem.  Ale  kocham  Kaylę  na  tyle,  aby  przezwycięŜyć  tę 

niewiarę. Jeśli jest to w ludzkiej mocy – przerwał, zastanawiając się nad  doborem słów – to 

chcę  spróbować  skontaktować  się  z  Katherine  i  sędzią.  Jeśli  wyświetlenie  tajemnic 

przeszłości ochroni naszą miłość, to jestem za tym bez zastrzeŜeń.  

– Ja teŜ – zgodziła się Kayla. – Chcę, Ŝeby Katherine i sędzia wiedzieli, Ŝe ten pokój jest 

wypełniony miłością i zrozumieniem, i Ŝe z radością ich tu widzimy.  

Leo uśmiechnął się łagodnie.  

– Wyczuwam tę miłość. Myślę, Ŝe czas juŜ zacząć. Teraz chcę, Ŝebyście oboje zamknęli 

oczy i słuchali mego głosu – polecił. – Musicie całkowicie się odpręŜyć.  

Kayla,  uspokojona,  spełniła  jego  polecenie.  Ale  następne  słowa  Leo  znów  napełniły  ją 

niepokojem.  

– Benie i Kaylo, zapadniecie teraz w głęboki i kojący sen, najbardziej kojący w waszym 

Ŝ

yciu. OdpręŜcie się. Zapadacie się głębiej i głębiej.  

To  wydało  się  Kayli  sztuczką  podrzędnego  hipnotyzera.  Oczekiwała  czegoś  więcej. 

Próbowała jednak zrobić to, o co prosił Leo, i skoncentrowała się na jego monotonnym głosie.  

–  Myślcie  o  pływaniu  w  ciepłym  i  spokojnym  morzu,  na  falach,  które  was  unoszą  i 

kołyszą.  Płyniecie  dalej  i  dalej.  Jesteście  spokojni  i  zrelaksowani,  stanowicie  część  morza. 

Dalej i dalej...  

Ma  rację,  pomyślała  Kayla.  Była  coraz  bardziej  spokojna  i  zrelaksowana,  tak  jakby 

naprawdę  płynęła  przez  cudowne  morze.  Przyjemnie  było  słuchać  głosu  Leo.  Czuła,  jak 

powieki robią się cięŜkie. Próbowała je otworzyć, ale na próŜno.  

–  Teraz,  gdy  policzę  do  dziesięciu,  zaśniecie,  ale  będziecie  mnie  słyszeć.  Odpowiecie 

szczerze na wszystkie moje pytania i będziecie to pamiętać. Zapamiętacie wszystko.  

background image

ROZDZIAŁ 11 

 

Leo zaczął wolno liczyć. Kayli wydawało się, Ŝe jego głos płynie z oddali. A jednak był 

wyraźny, bardzo wyraźny.  

– ... dziewięć, dziesięć. Czy słyszysz mnie, Kaylo? Odpowiedz.  

– Tak, słyszę.  

– A ty, Ben? 

– Słyszę cię. – Ben odpowiedział wolniej niŜ Kayla.  

–  Dobrze  –  powiedział  Leo.  –  Teraz  chcę,  Ŝebyście  się  cofnęli  w  czasie.  Chcę,  abyście 

powrócili do dnia swoich szesnastych urodzin. Czy widzicie się? Czy pamiętacie? 

Ben i Kayla odpowiedzieli niemal jednym głosem: 

– Tak, tak.  

Stopniowo  Leo  przeniósł  ich  do  pierwszych  dni  w  szkole,  a  wreszcie  do  okresu 

niemowlęctwa.  

– Teraz chcę od was czegoś więcej. Cofnijcie się dalej, dalej, aŜ do czasów, gdy byliście 

innymi ludźmi.  

Na chwilę zapadła cisza, a potem Leo znów przemówił.  

– Kaylo, czy wiesz, kim jesteś? Odpowiedz.  

– Tak, wiem. – Głos był inny, niŜszy, z obcą intonacją.  

– Kim jesteś? Jak się nazywasz? 

– Jestem Kathenne – powiedziała ostroŜnie. – Kathenne Hartwell – powtórzyła. Teraz w 

jej głosie nie było wahania. Mówiła prawdę.  

– A ty, Benie? Kim ty jesteś? Padła natychmiastowa odpowiedź.  

– Jestem Benjamin Montgomery.  

– Ach tak, Benjamin Montgomery. A który mamy rok, szanowny panie? 

Znów odpowiedź była błyskawiczna, z nutą zniecierpliwienia.  

– Jest rok pański 1692 w Massachusetts.  

– Tak – zgodził się Leo. – A czym się pan zajmuje? 

– Jestem sędzią w New Sussex i wszyscy mnie znają.  

– Niewątpliwie. A czy zna pan Kathenne Hartwell? 

–  Kathenne,  Kathenne.  –  Głos  był  niemal  zduszony.  –  Tak  ją  kochałem.  Była 

najpiękniejszą kobietą w New Sussex, a jednak dręczyła mnie.  

– Dręczyła pana? W jaki sposób? 

– Tak jej pragnąłem. Tak ją kochałem... – urwał. – Wiele razy stałem pół dnia na rynku, 

aby tylko ujrzeć ją w przelocie. Czasem rozmawiała ze mną, czasem nie. Wyśmiewała się ze 

mnie. Myślałem o niej nawet w kościele. Pragnąłem jej. Chciałem ją poślubić, ale nie chciała 

mnie. Wybrała innego.  

Westchnął głęboko i boleśnie.  

– A potem... gdy przyszli i powiedzieli, Ŝe jest czarownicą, nie mogłem uwierzyć. Moja 

Kathenne nie mogła nią być.  

background image

– Czy byłaś czarownicą, Kathenne? Czy te opowieści były prawdziwe? – spytał Leo.  

Zaśmiała się niskim, melodyjnym śmiechem przypominającym szmer strumienia.  

–  Oczywiście,  Ŝe  nie.  Nie  byłam  czarownicą.  Nie  były  nimi  teŜ  kobiety,  którym 

pomagałam. Udzielałam im pomocy, gdy musiały uciekać spod szubienicy.  

–  Nawet  tej,  która  przyrządzała  napoje  lecznicze?  –  Sędzia  zwrócił  się  wprost  do 

Katherine. Leo westchnął z satysfakcją.  

Sędzia ciągnął: 

– Dawała wywary lecznicze połowie kobiet w mieście wbrew zakazom ich męŜów.  

– Były skuteczniejsze niŜ te z apteki – odparła Katherine. – Nie Ŝałuję, Ŝe pomagałam jej i 

wszystkim innym.  

Głos Benjamina był pełen goryczy.  

–  Nie,  to  ja  Ŝałuję,  Katherine,  Ŝe  złapałaś  mnie  w  pułapkę.  Twoja  wyniosłość  i 

lekcewaŜenie  członków  rady  miejskiej  zwróciły  ich  przeciwko  tobie.  Przyszli  do  mnie  i 

zaŜądali, Ŝeby cię poddać próbie czarownic. Spierałem się z nimi. Powiedziałem, Ŝe okaŜesz 

skruchę. Próbowałem cię uratować. Och, moja Katherine. Dałem ci szansę, dałem ci szansę.  

–  Moją  wolność,  gdybym  wyszła  za  ciebie?  śaden  męŜczyzna  nie  ustanawiał  dla  mnie 

reguł, Benjaminie Montgomery. Wiedziałeś o tym, ale wciąŜ nalegałeś.  

–  Byłem  opętany  myślą  o  tobie.  Jak  mogłem  nie  nalegać?  Gdybyś  tylko  mnie  słuchała, 

gdybyś...  –  Do  goryczy  w  głosie  doszedł  wielki  ból.  –  Nikogo  nie  słuchałaś.  Nosiłaś  ten 

pierścionek, choć ostrzegłem cię, Ŝe wszyscy o tym mówią.  

–  Ładna  błyskotka,  którą  dostałam  od  wędrownego  handlarza.  Dlaczego  miałam  się 

przejmować tym, co ludzie plotą? Och, wiem, opowiadali, Ŝe to pierścionek diabła z trzema 

kręgami zła. To mnie bawiło.  

– Mówiono, Ŝe to talizman szatana.  

Tym razem śmiech jej zabrzmiał szczerze i wyraźnie.  

– Ich pomysły były tak śmieszne i głupie jak oni sami. Dlaczego miałam ich słuchać? 

– Nie słuchałaś nikogo, Katherine. Nie chciałaś przyznać się do błędu.  

– Ty teŜ nie, Benjaminie, ty teŜ nie. Och, byliśmy zbyt podobni do siebie, aby się zgodzić. 

Nasze dusze nie pozwoliłyby nam być razem, a jednak ty nalegałeś.  

–  Tak  cię  kochałem,  Katherine.  Chciałem  cię  uratować  i  zrobiłbym  to,  nawet  bez 

małŜeństwa. Mogłaś wydać czarownice, powiedzieć mi, gdzie się ukrywają...  

– Nigdy bym tego nie zrobiła. Wiedziałeś o tym.  

– Tak, i to złamało mi serce. Wszystko w tobie  złamało mi serce, twój uśmiech, sposób 

poruszania się. Dlaczego nie chciałaś mej miłości? 

Nastąpiła długa cisza. Wreszcie Katherine odpowiedziała z wysiłkiem: 

–  PoniewaŜ  twoja  miłość  przeraziła  mnie.  Gdybym  jej  się  poddała...  Nie  widzisz  tego? 

Oddałabym  cząstkę  siebie.  Za  bardzo  bałam  się  pokochać  ciebie.  Ja,  która  nie  bałam  się 

niczego.  

– I wybrałaś innego. – Głos Benjamina był oschły.  

–  Jego  miłość  była  subtelna,  lecz  nigdy  nie  czułam  do  niego  tego,  co  do  ciebie, 

Benjaminie.  

background image

Z ust sędziego wyrwał się bolesny okrzyk.  

–  Och,  Katherine,  Ŝycie  nas  obojga  zostało  zmarnowane.  Gdybyś  mnie  poślubiła, 

uchroniłbym  cię  przed  gniewem  miasta,  przed  procesem.  Do  ostatniej  chwili  myślałem,  Ŝe 

wyrazisz skruchę. Ale nie było skruchy, tylko twoja przedwczesna śmierć i moje lata cierpień, 

zanim  mnie  takŜe  zabrała  śmierć.  –  Spojrzał  na  nią  błyszczącymi  oczami.  –  Nie  pozwolę  ci 

odejść, nie po tylu latach. Uwierz w to, moja miłości.  

Pokój  wypełnił  się  niemal  dotykalną  ciszą,  a  potem  przemówiła  Katherine,  niskim  i 

niepokojącym głosem.  

– Och, Benjaminie, widzę, co utraciłam, wszystkie nasze wspólne lata. Zawsze myślałam, 

Ŝ

e  jestem  dzielna  i  odwaŜna.  Teraz  jednak  widzę,  Ŝe  byłam  tchórzem,  uciekając  się  przed 

twoją miłością.  

–  Będziemy  mieć  jeszcze  jedną  szansę,  Katherine.  Musimy  tylko  z  niej  skorzystać.  Czy 

wybaczysz mi przeszłość? 

– Jeszcze jedną szansę. – Głos Katherine załamał się, a po policzkach zaczęły jej płynąć 

łzy. – Ja takŜe potrzebuję przebaczenia za odrzucenie tak bezgranicznej miłości.  

– Wybaczam... wybaczam...  

Znów  nastąpiła  cisza,  zakłócana  jedynie  tykaniem  zegara  i  głębokimi,  wolnymi 

oddechami. I wtedy przemówił Leo.  

–  Nadszedł  czas,  Ŝebyście  się  obudzili,  oboje,  pamiętając  o  tym,  co  się  zdarzyło,  nie 

czując lęku. Gdy policzę do dziesięciu, będziecie znów Kaylą i Benem. I odzyskacie spokój.  

Kayla  otworzyła  oczy  i  poczuła  smak  łez,  które  spłynęły  po  policzkach  do  kącika  ust. 

Spojrzała  na  Bena  i  ujrzała  ślad  łez  na  jego  twarzy.  Z  cichym  okrzykiem  rzuciła  się  w  jego 

ramiona.  

Godzinę później przechadzali się po New Sussex. Leo zachęcał ich, aby porozmawiali o 

tym, co się stało, ale początkowo nie mogli znaleźć słów. Spacerowali w milczeniu, ściskając 

się za ręce, podekscytowani, zakłopotani, niespokojni.  

– Czy to zdarzyło się naprawdę? – zaczęła wreszcie Kayla.  

– Tak – odparł Ben.  

– Nie byłam pewna, czy słyszałeś. Myślałam, Ŝe moŜe tylko ja...  

– Nie, obydwoje byliśmy katalizatorami.  

– A więc słyszałeś wszystko, co powiedziałam? 

– Wszystko, co ona powiedziała – poprawił. – To nie był twój głos. To było niesamowite 

uczucie  –  dodał  –  wiedzieć,  Ŝe  siedzisz  obok  mnie,  a  jednocześnie  słyszeć  słowa  i  poznać 

myśli Katherine. – Wzdrygnął się lekko i Kayla uściskała go. Potem znów wzięli się za ręce i 

spacerowali, aŜ nagle Ben powiedział: – Nie wierzę w to.  

– Co masz na myśli? – spytała zaskoczona Kayla.  

– Ze naprawdę rozmawiamy o tej... wizycie i Ŝe w nią wierzymy.  

– Byliśmy tam, Ben. Nie moŜemy temu zaprzeczyć.  

– Ale czy to byli naprawdę Katherine i sędzia? 

– Tak – powiedziała stanowczo. – Mówili za naszym pośrednictwem, bo tego chcieliśmy.  

– Wiec wywołaliśmy ich z naszej wyobraźni przy pomocy Leo? 

background image

–  Tak  sądzę  –  odparła  Kayla  z  namysłem.  –  Czy  to  waŜne,  dlaczego  tak  się  stało,  czy 

liczy się tylko to, Ŝe tak się stało? 

– Jeśli się stało – dodał Ben.  

– MoŜe nawet to nie ma znaczenia.  

–  MoŜe  –  powtórzył.  –  Wiem  tylko,  Ŝe  coś  czułem.  Było  to  zbyt  silne,  aby  mogło  być 

opisane słowami. Czułem tę miłość do Katherine. On kochał ją tak bardzo jak ja ciebie.  

Kayla mocniej ścisnęła go za rękę.  

– Zobaczyłem siebie w nim, Kaylo – powiedział Ben. Potem stanął i spojrzał na nią. – To 

było przeraŜające, to pragnienie kontrolowania, posiadania.  

– Ale ty nie jesteś taki jak on – zaprotestowała Kayla. – Z wyjątkiem tej chwili – dodała 

prawie z uśmiechem – gdy mnie osądzasz.  

–  Są  inne  podobieństwa  –  przypomniał  jej  Ben.  –  Oczarowałaś  mnie  tak,  jak  Katherine 

oczarowała jego. Wdarłaś się w moje myśli i sny i zmusiłaś mnie, bym poszedł twoją drogą.  

Spacerowali przez chwilę, trzymając się za ręce.  

– Kto wie – powiedział z półuśmiechem. – Trzysta lat temu mógłbym uwaŜać kogoś tak 

niezaleŜnego i wolnego jak ty za czarownicę.  

Kayla roześmiała się niepewnie.  

– Dzięki Bogu, Ŝe nie Ŝyjemy trzysta lat temu. Jestem pewna, Ŝe ten rodzaj niezaleŜności 

przysporzyłby mi kłopotów.  

– Pewnie masz rację – zgodził się Ben.  

–  Biedna  Katherine  –  zadumała  się  Kayla.  –  Nie  mogła  nagiąć  się,  podobnie  jak  sędzia. 

ś

adne z nich nie uznawało kompromisu.  

– Tak samo jak nie uznawali siły swej miłości – przypomniał jej Ben. – To była potęŜna 

siła.  

– To takŜe lekcja dla mnie – powiedziała Kayla.  

–  Dla  nas  obojga  –  poprawił  Ben.  –  Teraz  rozumiem  napięcie  między  nami  i  to 

przemoŜne wraŜenie, gdy po raz pierwszy się spotkaliśmy, Ŝe musisz być moja. To było tak, 

jakby sędzia znów spotkał Katherine.  

–  PrzeŜywaliśmy  ich  uczucia  i  nasze  własne  jednocześnie.  Nic  dziwnego,  Ŝe  było  to 

zawsze tak zmienne.  

– Jakbyśmy odbywali przejaŜdŜkę kolejką górską – zauwaŜył Ben.  

– Sędzia i czarownica – zamyśliła się Kayla.  

–  W  połączeniu  z  prawnikiem  i  piękną  dziewczyną  z  Kalifornii.  Niezła  czwórka,  Stali 

przed domem Hartwellów, oświetlonym srebrnym blaskiem księŜyca.  

– Wiesz – powiedział Ben z namysłem – myślę, Ŝe nie ma znaczenia, czy Katherine była 

czarownicą, czy nie.  

Kayla przytaknęła.  

– Ani czy sędzia uzyskał przebaczenie. Ben spojrzał na nią.  

– Rozumiesz mnie, prawda? Przytaknęła.  

–  Liczy  się  tylko  to,  Ŝe  nauczyliśmy  się  walczyć  o  naszą  miłość  wszelkimi  sposobami, 

zawsze pamiętając, Ŝe kompromis jest częścią miłości.  

background image

– I zrozumienie. To mnie zmieniło – dodała Kayla.  

–  I  mnie  –  odparł  Ben  i  pochylił  się,  aby  ją  pocałować.  –  Jestem  tak  szczęśliwy,  Ŝe  cię 

mam, Kaylo. Gdybyś mnie kiedykolwiek opuściła, byłbym tak zrozpaczony jak sędzia.  

Kayla uśmiechnęła się chytrze.  

– CóŜ, myślę, Ŝe...  

– śe co? – powiedział oczekująco.  

– śe cię nigdy nie opuszczę.  

Usłyszawszy to, pocałował ją znów, a potem szepnął: 

– Chcę się z tobą kochać, Kaylo, za te wszystkie lata, gdy nasze dusze były osobno, i za te 

lata, gdy będziemy razem.  

 

Dotykali  się,  ale  nie  tak  jak  poprzednio.  Wtedy  nagliła  ich  świeŜo  odkryta  namiętność. 

Teraz  odczuwali  niesłychaną  bliskość,  poprzednio  Ŝadnemu  z  nich  nie  znaną.  Nadeszła  z 

przeszłości i była przyszłością.  

Kayla  pieszcząc  Bena,  miała  wraŜenie,  Ŝe  dotyka  siebie,  bo  odczuwała  to  co  on.  Jego 

skóra  była  ciepła  i  spręŜysta.  Jej  piersi  wspierały  się  o  jego  pierś.  Wiedziała,  Ŝe  ogromna 

rozkosz wkrótce będzie ich udziałem.  

– Zawsze powinniśmy być tak blisko – szepnęła.  

– Będziemy, Kaylo. Nigdy nie pozwolę ci odejść. Zawsze będzie tak jak teraz. Obiecuję.  

Jego usta dotknęły jej warg w długim namiętnym pocałunku, a potem zwróciły się ku jej 

szyi. Przebiegał językiem po wraŜliwej skórze do ucha, policzka i z powrotem do ust. Kayla 

wygięła się w łuk.  

Ben  nade  wszystko  pragnął  połączyć  się  z  Kaylą,  stać  się  jej  częścią  i  kochać  ją  swym 

ciałem tak całkowicie, jak kochał ją swym sercem.  

Nie odrywał oczu od jej twarzy, którą chciał widzieć kaŜdego dnia przez resztę Ŝycia. Jej 

rozkosz była jego rozkoszą, jej radość – jego radością. Razem wznosili się na wyŜyny.  

Chciał  pokazać  Kayli,  Ŝe  kaŜda  chwila  z  nią  jest  cenna  i  wspaniała.  Czuł,  jak  jej  ręce 

przywarły  do  niego.  Wykrzyknęła  jego  imię,  a  jej  wygięte  zapraszająco  ciało  mówiło,  Ŝe 

nadszedł czas spełnienia. Była kochająca, pełna pasji, radości i pragnęła go tak jak on jej.  

Ich obopólna rozkosz przyszła nie w silnym crescendo, ale jak intensywne zaspokojenie, 

które  trwało  i  trwało,  zanim  oboje  doznali  ukojenia.  Potem  objął  ją  mocno  i  wyszeptał  jej 

imię.  

– Kaylo, najdroŜsza, moja najdroŜsza Kaylo. Uniosła usta do kolejnego pocałunku.  

– Mógłbym się z tobą kochać tysiąc razy i nigdy nie mieć dość – powiedział półgłosem.  

Przytuliła się do niego i oparła mu głowę na piersi.  

–  Czuję  się  tak  blisko  ciebie,  Ben.  To  tak  jakby...  –  przerwała,  niezdolna  dokończyć 

myśli.  

– Tak jakby nie tylko nasze ciała były złączone? 

– Tak – odpowiedziała prawie nieśmiało.  

– Tak jakby złączone były równieŜ nasze dusze.  

– Tak, tak – powiedziała, szczęśliwa, Ŝe zrozumiał.  

background image

– Czuję to takŜe. Mam wraŜenie, Ŝe czekałem na ciebie całe Ŝycie. – Roześmiał się na te 

słowa. – Naprawdę.  

– To przeznaczenie, prawda, Ben? 

– Tak – odparł cicho.  

– śadnych zbiegów okoliczności? 

–  śadnych  –  powiedział  stanowczo.  –  Było  zapisane  w  gwiazdach,  Ŝe  się  spotkamy...  i 

pobierzemy.  

Uniosła lekko głowę i spojrzała na niego.  

– To twoje drugie oświadczyny.  

–  WciąŜ  te  same.  Wtedy  naprawdę  miałem  to  na  myśli,  choć  nie  rozumiałem,  co  się 

dzieje.  Wiedziałem,  Ŝe  zawsze  cię  pragnąłem.  Teraz  rozumiem  wszystko  i  wciąŜ  cię  pragnę 

na zawsze. Będę pytał i pytał, aŜ odpowiesz: tak. Powiedz „tak”, Kaylo.  

– Tak – odpowiedziała po prostu. – Tak, tak, tak. Pocałował ją znów.  

– Jest tylko jeden problem – zauwaŜyła Kayla.  

– Co takiego? – spytał bez większego niepokoju. Nic nie mogło im teraz przeszkodzić.  

– Jak sądzisz, czy arbitraloza jest dziedziczna? Nie chciałabym, Ŝeby nasze dzieci na nią 

cierpiały.  

Ben wziął ją w ramiona, patrząc na nią z udawanym gniewem.  

– Nie jestem arbitralny – powiedział. Kayla zaczęła się śmiać i Ben jej zawtórował.  

– No dobrze – poprawił. – Nie będę juŜ nigdy dyktatorski. Ten etap mojego Ŝycia dobiegł 

końca – przyrzekł.  

– MoŜe naprawdę tak – odparła powaŜnie Kayla.  

–  Zaufaj  mi  –  poprosił  Ben.  –  Nie  chcę  jednak  utracić  nic  z  tego  wszystkiego,  co  nas 

łączy, nawet sporów. To dodaje pikanterii.  

–  Czasem  trochę  za  duŜo.  –  Kayla  przypomniała  sobie  niektóre  z  ich  poprzednich 

spotkań. – Ale chyba masz rację. śadne z nas nie moŜe całkowicie poddać się woli drugiego. 

Ale  to  juŜ  nie  ma  znaczenia.  Teraz  potrafimy  rozmawiać  i  rozwiązywać  problemy.  Znamy 

alternatywę – rozstanie. Nie sądzę, Ŝeby któreś z nas wybrało takie wyjście.  

–  Nigdy.  –  UłoŜył  ją  sobie  wygodniej  w  ramionach.  –  Gdzie  będziemy  wychowywać  te 

niearbitralne dzieci? Masz jakiś pomysł? 

–  Myślę,  Ŝe  powinniśmy  zamieszkać  tutaj.  Dom  jest  wystarczająco  duŜy  i  wydaje  się 

właściwe,  Ŝeby  potomkowie  Montgomerych  i  Hartwellow  wychowywali  się  w  Sussex.  Są 

sprzeciwy? 

– Ani jednego – odparł i dodał: – Myślałaś, Ŝe będę się spierać, prawda? 

– No, szczerze mówiąc... Ben roześmiał się.  

– Nie, cudownie byłoby mieszkać tu z tobą. Mógłbym przenieść biuro do mojego domu i 

powiększyć je.  

– Ben, to wspaniały pomysł.  

–  Wszystko  więc  ustalone  –  powiedział  i  pocałował  kącik  jej  ust.  –  Z  wyjątkiem 

pierścionka.  

– Mam pewien pomysł – rzuciła Kayla.  

background image

– Czy mogą być trzy złote kółka? 

– Myślę, Ŝe to wyjątkowo stosowne – mruczała zadowolona.  

– A co z „Otwierającymi się Drzwiami”? 

– Chciałabym zatrzymać sklep – powiedziała.  

– Dobrze.  

Kayla przytuliła się mocniej do Bena.  

–  Gdy  to  wszystko  odziedziczyłam,  nie  miałam  pojęcia,  jakie  drzwi  naprawdę  się  dla 

mnie otworzą.  

–  Dla  nas  obojga  –  przypomniał.  –  Do  całkiem  nowego  świata.  Chcę,  Ŝebyś  odniosła 

sukces, Kaylo, i wiem, Ŝe tak będzie. Ale chcę teŜ, Ŝebyś miała dla mnie czas.  

Jego  głos  był  odrobinę  smutny.  Uniosła  się  na  łokciu,  spojrzała  na  swego  męŜczyznę  i 

zapewniła go: 

– Zawsze będę miała dla ciebie czas, najdroŜszy. Całe wieki czasu.  

Ich usta spotkały się, gdy księŜyc uniósł się wysoko w nocne niebo.  

background image

EPILOG 

 

Na  skraju  łąki  przy  strumieniu  światło  księŜyca  opromieniało  mgłę  unoszącą  się  nad 

wodą. Migocąc i tańcząc, prześliznęła się po łące, a potem nabrała kształtu.  

Pojawiły się dwie niewyraźne postacie, które zniknęły, by za chwilę znów wynurzyć się z 

mglistej nocy. Kobieta miała na sobie strój purytanki. Biały kołnierz jej sukni lśnił widmowo 

w świetle księŜyca, a złote włosy tworzyły aureolę wokół głowy.  

Płynęła w noc z pełnym wdzięku zdecydowaniem. Nie była sama.  

MęŜczyzna był wysoki i dobrze zbudowany, ubrany w czarną sędziowską togę, o surowej 

twarzy. Ale gdy patrzył na nią, jego wzrok łagodniał.  

Nagle  ich  spojrzenia  przyciągnął  dom  Hartwellów.  Stał  wysoko  na  wzgórzu  skąpany  w 

blasku księŜyca. Przez długi czas obserwowali dom, a potem zwrócili się ku sobie.  

Kobieta rozchyliła usta w półuśmiechu. Uniosła rękę i podała mu ją. Na smukłym palcu 

błyszczał  pierścionek.  Jej  ręka  musnęła  jego  twarz  cieniem  dotyku  tak  delikatnym  jak 

wiosenny deszcz, tak miękkim jak podmuch wiatru.  

I wówczas, wraz z pojawiającym się wiatrem, dwie postacie zniknęły, rozpływając się we 

mgle, z której powstały.  Pozostał tylko ledwie słyszalny szept wiatru, tak delikatny jak  ruch 

gałązki, tak zduszony jak wołanie stworzeń nocy.  

– WciąŜ cię kocham, Katherine. WciąŜ cię kocham...  

Potem zapadła cisza.