background image

Macomber Debbie 

 

Święto zakochanych 01 

 

Opłacona randka 

 
 
 
 
 
 
 

Przed trzema laty mąż opuścił Dianne, by związać się 

z dużo młodszą kobietą. Od roku jej dzieci oraz 

matka swatają ją ze wszystkimi kawalerami w 

okolicy. Zbliża się walentynkowy bankiet, rodzina 

oczekuje, że Dianne znajdzie odpowiedniego 

partnera. Zdesperowana Dianne proponuje płatną 

randkę pierwszemu napotkanemu mężczyźnie... 

 

 
 
 
 
 
 
 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 
Dianne Williams dopracowała scenariusz w najdrobniejszych 
szczegółach. Wszystko miało się zdarzyć w pobliskim sklepie 
spożywczym. Będzie pchać wózek wzdłuż półek z mrożonkami, 
kiedy wysoki, ciemnowłosy, przystojny mężczyzna podejdzie i 
powie z oszałamiającym uśmiechem: „Te niskokaloryczne dania 
na pewno nie są pani potrzebne". 
Spojrzy na niego i nagle rozlegną się dźwięki symfonii 
Rimskiego-Korsakowa albo zabrzmią gdzieś w dali dzwony (nie 
przemyślała jeszcze do końca szczegółów) i w tej właśnie chwili 
serce zrozumie, że tego właśnie mężczyznę wybrał jej los na 
resztę dni. 
Owszem, Dianne zdawała sobie sprawę, że wizja jest dziecinna i 
niezbyt mądra. Taka fantazja, typowa dla marzeń nastolatek. 
Jednak powrót, po kilkunastu latach małżeństwa, do grona 
samotnych kobiet, spowodował masę problemów, których nie 
miała ochoty wspominać. 
Przed trzema laty mąż opuścił Dianne i dzieci, 

background image

by poszukiwać własnego ja. Zamiast tego znalazł SMP (Słodką 
Młodą Panienkę), przeprowadził rozwód i wyjechał na drugi 
koniec kraju. To zabolało. Zabolało bardziej, niż cokolwiek 
innego w życiu. Dianne jednak była silna. Zawsze. Pewnie dla-
tego Jack nie miał śladu wyrzutów sumienia, gdy ją zostawiał, by 
samotnie wychowywała Jasona i Jill. 
Dzieci, jak się okazało, miały niezwykle elastyczne charaktery. 
Już po roku namawiały Dianne, by zaczęła się z kimś spotykać. 
Ich ojciec to zrobił, przypominały irytująco często. A gdyby 
nawet nie zwracała uwagi na dzieci, to jej własna, kochana 
mamusia też nie dawała spokoju. 
Kiedy przychodziło do znalezienia odpowiedniego partnera dla 
rozwiedzionej córki, Martha Janes nie miała sobie równych. Od 
kilku miesięcy Dianne znosiła spotkania z długim szeregiem sa-
motnych mężczyzn. Niestety, stan wolny był ich jedynym 
atutem. 
Po randce z kandydatem, który na nisko wiszącym żyrandolu 
stracił perukę, Dianne stwierdziła, że wystarczy. Będzie sama 
szukać sobie partnera. 
Okazało się, że łatwiej powiedzieć, niż wykonać. W ciągu 
ostatnich sześciu miesięcy nie miała ani jednej randki. A teraz 
potrzebowała kogoś, i to szybko. Nie byle kogo. Mężczyzny 
wysokiego, ciemnowłosego i przystojnego. Miłym dodatkiem 
 
 
 
 
 
 

background image

byłby także spory majątek, ale nie miała czasu na przebieranie. 
Bankiet z okazji świętego Walentego w Centrum Kultury w Port 
Blossom zaplanowano na sobotę wieczór. Najbliższą sobotę. 
Od chwili gdy sześć tygodni temu powieszono plakat, Jason i Jill 
uparli się, że musi pójść. Z pewnością przez ten czas mama 
potrafi znaleźć sobie adoratora. Najlepiej kogoś przystojnego. 
Chodziło o honor rodziny. 
Ale teraz do bankietu pozostało kilka dni, a Dianne nie zbliżyła 
się do celu nawet o krok. 
- Wróciłem - wrzasnął Jason, wkraczając do domu. Frontowe 
drzwi trzasnęły tak mocno, że zadrżały okna w kuchni. Chłopiec 
rzucił książki na stolik, poszedł prosto do lodówki, otworzył ją i 
wsunął do wnętrza górną połowę swego czternastoletniego ciała. 
- Weź sobie kanapkę. - Dianne z uśmiechem pokręciła głową. 
Jason pojawił się znowu, zaciskając w zębach udko kurczęcia. W. 
jednym ręku trzymał kawałek ciasta z wiśniami, w drugim talerz 
z plastrami krojonego mięsa. 
- Co w szkole? 
Wzruszył ramionami, odłożył ciasto i wyjął z buzi udko. 
- W porządku. 
Dianne wiedziała, co zaraz nastąpi. Zadawał to 

background image

 
pytanie codziennie, od kiedy wywiesili zawiadomienie o 
bankiecie. 
- Znalazłaś kogoś? - Oparł biodro o stół i spoglądał na nią 
przenikliwie. Jej syn miał niesamowite oczy. Potrafiły przebić 
najmocniejsze postanowienia i kilka warstw maski. 
- Nikogo - odparła wesoło. W każdym razie na tyle, na ile było to 
możliwe w danych okolicznościach. 
- Bankiet będzie w tę sobotę. Jakby musiał jej przypominać. 
- Wiem. Nie denerwuj się, kogoś znajdę. 
- To nie może być po prostu jakiś „ktoś" - zaznaczył z mocą 
Jason, jakby zwracał się do osoby o osłabionym słuchu. - Musi 
robić odpowiednie wrażenie. Porządny facet. 
- Wiem, wiem. 
- Babcia niedawno mówiła, że może cię skontaktować z... 
- Nie - przerwała stanowczo Dianne. - Kategorycznie odmawiam 
uczestnictwa w tych babcinych randkach. 
- Ale nie zostało ci już zbyt dużo czasu na szukanie. Przecież... 
- Staram się - oświadczyła, wiedząc, że nie stara się za bardzo. 
Owszem, próbowała spotkać kogoś, kto pójdzie z nią na bankiet, 
ale nie miała pojęcia, że to takie potwornie trudne. 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Póki nie została zmuszona do udziału w tym wydarzeniu, nie 
zdawała sobie sprawy, jak ograniczony ma wybór. Od kilku lat 
prawie nie spotykała samotnych mężczyzn, jeśli nie liczyć tych, 
których przyprowadzała mama. Dwóch poznała w 
przedsiębiorstwie, gdzie pracowała na pół etatu w księgowości, 
żadnego jednak nie traktowała jak poważnego partnera. Obaj byli 
zbyt wygładzeni, zbyt miejscy, podobni do Jacka. Zresztą 
mieszanie życia towarzyskiego i zawodowego zawsze rodziło 
kłopoty. Zanadto ryzykowna sprawa. 
Drzwi wejściowe otworzyły się znowu i zamknęły, tym razem 
ciszej. 
- Jestem! - oznajmiła dziesięcioletnia Jill. Rzuciła tornister na 
podłogę i pomaszerowała do kuchni. Stanęła w progu, oparła ręce 
na biodrach i spojrzała groźnie na brata. 
- Nawet nie próbuj zjadać tego ciasta do końca. Ja też chcę 
kawałek. 
- Uważaj, bo ci kurzajki wyrosną ze zmartwienia - odparł 
złośliwie Jason. - Wystarczy dla wszystkich. 
Jill przeniosła spojrzenie na matkę. Nie było ani odrobinę mniej 
groźne. Dianne bezgłośnie powtarzała za córką pytanie. 
- Znalazłaś kogoś? 
- Nie znalazła - pospieszył z odpowiedzią Jason. - Zostało jej pięć 
dni, żeby spotkać jakiegoś 

background image

porządnego faceta, a potrafi tylko powiedzieć, że się stara. 
- Mamusiu... - Orzechowe oczy Jill wyrażały głęboką troskę. 
- Proszę was, dzieci... 
- Wszyscy idą na to przyjęcie - poinformowała Jill, jak gdyby 
Dianne nie wiedziała o tym doskonale. - Musisz tam być, po 
prostu musisz. Powiedziałam koleżankom, że pójdziesz. 
To przymus! Ostatnia rzecz, jakiej potrzebowała Dianne. Mimo 
to uśmiechnęła się pogodnie i raz jeszcze zapewniła, że dzieci 
naprawdę nie mają się o co martwić. 
Godzinę później, kiedy szykowała obiad, usłyszała z salonu głosy 
Jasona i Jill. Siedzieli przed telewizorem i szeptali coś do siebie. 
Wyraźnie snuli jakąś intrygę i planowali zmiany w jej życiu. 
Pewnie dobierali jej towarzystwo na bankiet. I pewnie tego faceta 
z peruką. 
- Stało się coś? - spytała Dianne, stając w drzwiach. To 
niezwykłe, że o tej porze oglądali telewizję, a jeszcze bardziej, że 
się przy tym nie kłócili. Od razu wiedziała, że włączyli telewizor, 
by zagłuszał ich rozmowę. 
Odskoczyli od siebie nerwowo. 
- Stało? - powtórzył Jason, który opanował się pierwszy. –   
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Rozmawiałem z Jill, to wszystko. Mam ci w czymś pomóc? 
Ta propozycja była wystarczającym dowodem winy obojga. 
- Jill, mogłabyś nakryć do stołu? - spytała, jeszcze raz uważnie 
spoglądając na dwójkę dzieci. Potem wróciła do kuchni. 
Jason i Jill najwyraźniej coś knuli. Dianne mogła tylko 
zgadywać, o co chodzi. Z pewnością zamierzali włączyć do akcji 
babcię. 
Rzeczywiście, kiedy Jill układała sztućce, Jason gdzieś dzwonił. 
Naciągnął przewód tak daleko, jak potrafił, i mamrotał cicho do 
mikrofonu. Dianne nie słyszała, o co chodzi. 
Podejrzenia zyskały potwierdzenie, kiedy zaraz po obiedzie 
zjawiła się matka Dianne. A po kilku minutach Jason i Jill wyszli 
z kuchni, informując, że muszą odrabiać lekcje. 
- Napijesz się herbaty, mamo? - spytała Dianne, przerażona 
nadchodzącą rozmową. Nie potrzebowała zdolności Sherłocka 
Holmesa, by zgadnąć, że dzieci wezwały babcię, aby znalazła jej 
jakiegoś awaryjnego partnera. 
- Nie rób sobie kłopotu. Mama zawsze tak odpowiadała. 
- Żaden kłopot. 
- No, to zaparz. 
Ze względu na dzisiejsze zajęcia aerobiku Dianne przebrała się i 
przygotowała do szybkiego, w razie konieczności, wyjścia. 

background image

Czekając na zagotowanie wody, zdjęła z półki ceramiczny 
dzbanek. 
- Zanim zapytasz, a wiem, że tak - oznajmiła niecierpliwie - 
powiem od razu: nie znalazłam nikogo na bankiet z okazji św. 
Walentego. 
Matka wolno kiwnęła głową, jakby właśnie wysłuchała jakiejś 
niezwykle ważnej informacji. Martha pochodziła ze starej szkoły 
i lubiła krążyć wokół przedmiotu rozmowy, zadając w tym czasie 
mnóstwo pytań, sugerujących zasadniczy temat. Dianne kochała 
ją bardzo, ale nikt na świecie szybciej nie wyprowadzał jej z 
równowagi. 
- Masz niezłą figurę - stwierdziła z powagą matka. - To ułatwia 
sprawę - pogładziła palcem podbródek i kiwnęła głową. - Masz 
oczy po ojcu i ładne, gęste włosy. Możesz być za nie wdzięczna 
dziadkowi. Miał takie włosy... 
- Mamo, nie wiem, czy ci mówiłam, że mam dziś aerobik. 
- Nie chciałabym przeszkadzać - Martha zesztywniała 
natychmiast. 
- Może będę musiała wyjść, zanim zdążysz powiedzieć to, co 
najwyraźniej zamierzasz. Chciałabym poznać powód twojej 
nieoczekiwanej wizyty. 
Martha rozluźniła się, ale tylko odrobinę. 
- Nie martw się. Powiem, co mam do powiedzenia, a potem 
możesz iść. Słowa matki nie są tak ważne, jak gimnastyka. 
 
 
 
 
 
 

background image

Kłótnia bulgotała jak bąbelki w puszce coca-coli, ale Dianne 
jakoś to przełknęła. Okazywanie słabości byłoby grubym błędem 
taktycznym. Zrobiła więc herbatę, pośtawiła dzbanek na stole i 
usiadła. 
- Skórę masz nadal świeżą... 
- Mamo - rzuciła ostrzegawczym tonem Dianne. - Nie musisz mi 
tego mówić. Wiem, że mam ładną cerę. Wiem też, że 
zachowałam dobrą figurę i gęste włosy, i że słusznie, twoim 
zdaniem, noszę je długie. Nie potrzebuję reklamy. 
- Cóż... - westchnęła Martha. - W tym właśnie się mylisz. 
Dianne nie mogła się powstrzymać i demonstracyjnie wzniosła 
oczy w górę. Kiedy miała piętnaście lat, dostałaby za to klapsa, 
lecz teraz, gdy skończyła lat trzydzieści trzy, Martha zastosowała 
bardziej subtelną taktykę: poczucie winy. 
- Niewiele lat mi zostało... 
- Mamo! 
- Nie przerywaj. Jestem starą kobietą i mam prawo mówić, co 
zechcę. Zwłaszcza że Pan w każdej chwili może wezwać mnie do 
siebie. 
Dianne zamieszała herbatę, co dało jej chwilę na odzyskanie 
kontroli. Oparła łokcie o stół i podniosła filiżankę. 
- Więc powiedz to. 
Matka wyraźnie złagodniała i skinęła głową. 

background image

- Straciłaś wiarę w siebie - stwierdziła. 
- To nieprawda. 
Uśmiech Marthy Janes był w najlepszym razie dość suchy. 
- Jack cię zostawił, więc uznałaś, że coś z tobą nie w porządku. 
Ale musisz zrozumieć, że odszedłby nawet wtedy, gdybyś była 
piękna jak Marilyn Monroe. Jego odejście nie miało nic wspól-
nego z tobą. Ma po prostu taki charakter. 
Rozmowa wkraczała na tor, którego Dianne wolała unikać. Nie 
chciała dyskutować o Jacku. Nie rozumiała, czemu ma 
rozdrapywać zaschnięte blizny i jeszcze raz badać stare rany. 
Jack odszedł. Pogodziła się z tym i jakoś ułożyła życie swoje i 
dzieci. To, że matka wspomniała o byłym mężu, zaskoczyło 
Dianne zupełnie. 
- Boże! - krzyknęła, chwytając się za nadgarstek. - Spójrz, która 
godzina. 
- Zanim wyjdziesz, posłuchaj - Martha uwięziła jej ramię w 
uścisku. - Dziś po południu, u rzeźnika, spotkałam bardzo 
miłego, młodego człowieka. Powiedziała mi o nim Marie 
Zimmermann, więc wybrałam się go obejrzeć. 
- Mamo... 
- Bądź cicho i słuchaj. Jest rozwiedziony, ale z tego, co mówi, to 
wina jego żony. Robi kaszankę. Dał mi kawałek na spróbowanie i 
była świetna. Rozpływała się w ustach. Nigdy jeszcze równie 
 
 
 
 
 
 
 

background image

pysznej nie jadłam. Mężczyzna o takich zdolnościach to 
znakomity nabytek dla rodziny. 
Wielkie nieba! Mama już zdążyła ją wydać za tego człowieka! 
- Opowiedziałam mu o tobie, a on uprzejmie się zgodził pójść z 
tobą. 
- Wystarczy, mamo. Mówiłam, że mam dość kupowania kota w 
worku. 
- Jerome jest bardzo miły. 
- Nie chcę być nieuprzejma, ale naprawdę muszę już wyjść. 
Dianne zerwała się, chwyciła płaszcz i krzyknęła do dzieci, że 
wróci za godzinę. 
Dopiero w samochodzie zrozumiała, że czekały na jej 
oświadczenie: że ma już z kimś iść na wa-lentynkowy bankiet. 

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 
- Do licha! - mruknęła Dianne, dziesiąty raz przerzucając 
zawartość torebki. Wiedziała, że nic to nie da, ale czuła się 
zobowiązana do kontynuowania poszukiwań. 
- Niech to diabli wezmą! - zaklęła, stawiając pękatą, skórzaną 
torebkę na masce wozu. Krople deszczu rozpryskiwały się 
dookoła, zwiększając tylko jej irytację. 
Wreszcie ruszyła z powrotem do Centrum Kultury Port Blossom. 
- Chyba zatrzasnęłam kluczyki w samochodzie - poskarżyła się 
recepcjonistce. 
- Ojej! Czy może pani kogoś wezwać? 
- Należę do autoklubu, przyjadą i pomogą mi. Chciałabym też 
zadzwonić do domu i uprzedzić, że się spóźnię. Mogę skorzystać 
z telefonu? 
- Oczywiście - kobieta uśmiechnęła się uprzejmie. - Proszę tylko 
pamiętać, że za kwadrans zamykamy. 
Po półgodzinie, gdy Dianne czekała cierpliwie na parkingu 
oparta o drzwiczki samochodu, pod- 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

jechała czerwona ciężarówka pomocy drogowej. Okrążyła plac i 
zatrzymała się obok niej. 
Słabo widoczny w mroku kierowca opuścił szybę i wystawił 
łokieć. 
- Czy to pani dzwoniła w sprawie zatrzaśnięcia kluczyków? 
- Nie - mruknęła. - Dla przyjemności stoję tu sobie na deszczu w 
kostiumie gimnastycznym. 
Zaśmiał się, zgasił silnik i zeskoczył na ziemię. 
- Jak widzę, to jeden z tych pechowych dni. 
Przytaknęła. Nagle zrobiło się jej przykro. Niepotrzebnie na 
niego warczała. Był przecież miły i sympatycznyr 
- Może wejdzie pani do kabiny i zaczeka, aż skończę. Zmarzła 
pani. - Otworzył drzwi po stronie pasażera i zaprosił ją do środka. 
Uśmiechnęła się słabo. 
- Nie chciałam być niegrzeczna - wyjaśniła, wsiadając. 
- Nie ma sprawy - błysnął zębami w szerokim uśmiechu. 
Mimo woli przyjrzała mu się dokładniej. Nosił szary, pasiasty, 
ubrudzony smarem kombinezon. Imię „Steve" wyhaftowano 
czerwoną nicią na kieszeni na piersi. Włosy miał starannie 
uczesane i chyba niedawno przycięte, oczy piwne i - szukała 
właściwego słowa - chyba łagodne. 
Steve zamknął drzwi kabiny, po czym podszedł 

background image

do jej niewielkiego samochodu i poświecił latarką, by zbadać typ 
zamka. Dianne opuściła szybę. 
- Na ogół bardziej uważam. Jeszcze nigdy nie zatrzasnęłam 
kluczyków. Nie wiem, co mi się dzisiaj stało. Głupio mi. 
Wrócił do ciężarówki, otworzył drzwi i zaczął szukać jakichś 
narzędzi. 
- Każdy czasem o czymś zapomina - pocieszył ją. - Nie ma się 
czym przejmować. 
- Mam ostatnio sporo kłopotów. Wyprostował się i spojrzał ze 
współczuciem. 
Zauważyła, że ma miłą, wesołą twarz. Szczerze mówiąc, był 
wściekle przystojny. Kombinezon nie psuł tego wrażenia, 
sugerował za to pewną twardość. Okazał się sympatyczny i 
przyjazny, gdy Dianne zaczynała już wierzyć, że nie ma takich 
ludzi. Zresztą, czekając samotnie na deszczu, każdy może się 
czuć porzucony, mimo że Port Blosson było niewielkim 
miasteczkiem, gdzie panowała przyjacielska, niemal rodzinna 
atmosfera. 
Steve wrócił do jej samochodu i zaczął manipulować przy zamku. 
Dianne nie mogła usiedzieć spokojnie. Wysiadła z szoferki. 
- To przez ten bankiet jestem wciąż taka zdenerwowana. 
- Bankiet? 
- Ten bankiet z okazji św. Walentego, który 
 
 
 
 
 
 

background image

wydaje Centrum Kultury w sobotę wieczór. Dzieci koniecznie 
chcą, żebym poszła. Nie wiem na pewno, ale chyba chodzi o 
zakład, bo traktują to jak sprawę bezpieczeństwa narodowego. 
- Rozumiem. Dlaczego mąż pani nie zabierze? 
- Jestem rozwiedziona - wyjaśniła otwarcie. -Chyba nikt się nie 
spodziewa, że akurat jemu trafi się rozwód. Przez dwanaście lat 
uważałam swoje małżeństwo za trwałe jak opoka, ale to był błąd. 
Jack ożenił się po raz drugi. Mieszka w Bostonie. 
Dianne nie wiedziała, dlaczego to wszystko opowiada. Gdy już 
raz otworzyła usta, jakoś nie mogła przerwać. Przecież zwykle 
nie plotkuje z obcymi o szczegółach własnego życia małżeń-
skiego. 
- Nie zimno pani? 
- Nie, wszystko w porządku. 
To niezupełnie prawda - trochę zmarzła. Ale bardziej od śmierci z 
zimna martwił ją brak partnera na to idiotyczne przyjęcie. 
Ciekawe, pomyślała, czy Jason, Jill i mama uznaliby zapalenie 
płuc za wystarczające usprawiedliwienie nieobecności na 
bankiecie. 
- Na pewno? Chyba pani drży. Ignorując pytanie, roztarta dłonie. 
- Wtedy moja matka zaproponowała Jerome'a. 
- Jerome'a? 
- Ona uważa, że potrzebuję przewodnika. 

background image

Steve spojrzał na nią zaskoczony. 
- W randkowym świecie - wyjaśniła Dianne. - Ale mam już dość 
tych spotkań, które mi organizuje. 
- Katastrofy? 
- Bliskie spotkania najgorszego rodzaju. Jeden z nich, na 
przykład, podpalił serwetkę. 
Steve parsknął. 
- To wcale nie było zabawne. Przestraszyłam się. On wpadł w 
panikę, zaczął nią wymachiwać, aż w końcu przybiegł kelner z 
gaśnicą i dopiero wtedy zaczęło się piekło. 
Dianne uśmiechnęła się na wspomnienie pechowego zdarzenia. 
- Kiedy teraz o tym myślę, rzeczywiście wszystko to wydaje się 
dość śmieszne. 
Steve patrzył jej prosto w oczy. 
- Z pani słów wynika, że zdarzały się też inne katastrofy? 
- Wolę nie wspominać. 
- I pani matka znowu wkroczyła do akcji? 
- Ale tym razem z poparciem dzieci. Mama trafiła na pewnego 
rzeźnika, specjalistę od... zresztą, to nieważne. Problem w tym, że 
jeśli nie znajdę kogoś w ciągu najbliższych dwóch dni, będę 
musiała pójść na bankiet z Jerome'em. 
- Może nie będzie tak źle - stwierdził, a Dianne wyczuła, że z 
trudem powstrzymuje śmiech. 
 
 
 
 
 
 
 

background image

- To ładnie, że chce mnie pan pocieszyć -mruknęła, krzyżując 
ręce na piersi. Dwa razy obeszła samochód, nim odezwała się 
znowu. - Dzieci próbują mnie nawet pouczać, co to ma być za 
mężczyzna. 
- Tak? 
Dianne nie była pewna, czy ją usłyszał. Zamek odskoczył z 
trzaskiem, Steve otworzył drzwi i wyjął tkwiące w stacyjce 
kluczyki. Wzięła je z podziękowaniem i postawiła nogę na progu. 
- Jason i Jill, czyli moje dzieci, chcą, żebym poszła z kimś 
ciemnowłosym, przystojnym... -przerwała nagle, wyciągając 
rękę, jakby traciła równowagę. 
Steve spojrzał na nią zaskoczony. 
- Coś się pani stało? 
Dianne powoli przyłożyła palce do skroni i skinęła głową. 
- Chyba tak, chociaż nie jestem pewna - odetchnęła głęboko i 
wskazała latarnię. - Czy zechciałby pan na moment stanąć w 
świetle? 
- Ja? - stuknął palcem w pierś, jakby nie był pewien, czy mówi do 
niego. 
- Proszę. 
Wzruszył ramionami i przesunął się o kilka kroków. 
Pomysł nabierał barw. Steve z pewnością był wysoki, ponad metr 
osiemdziesiąt pięć, co dobrze 

background image

pasowało do jej skromnego metr sześćdziesiąt. I ciemnowłosy - 
czupryna miała barwę ciemnego mahoniu. Co do punktu 
„przystojny", zauważyła to już wcześniej. 
- Czy coś się nie zgadza? - zapytał. 
- Nie, nie - zapewniła Dianne z nieśmiałym uśmiechem, chociaż 
to, co planowała, na pewno nie było nieśmiałe. - Ile pan ma lat? 
Trzydzieści? Trzydzieści jeden? 
- Trzydzieści pięć. 
- To dobrze. Doskonale. - Okazał się parę lat starszy od niej. 
Dzieciaki będą zadowolone. 
- Dobrze? Doskonale? - zdawało się, że zwątpił w jej psychiczną 
równowagę. 
- Żonaty? - upewniła się. 
- Nie. Jakoś nigdy do tego nie doszło, choć raz naprawdę niewiele 
już brakowało - podejrzliwie zmrużył oczy. 
- To jeszcze lepiej. Nie sądzę, by miał pan zazdrosną 
przyjaciółkę... albo szaloną kochankę, która tylko szuka 
pretekstu, żeby kogoś zamordować? 
- Ostatnio nie. 
- Znakomicie. - Dianne odetchnęła z ulgą. 
- Drzwi są otwarte - przypomniał, jakby marzył już o odjeździe. - 
Muszę jeszcze zapisać numer pani karty z autoklubu. 
- Tak, wiem. - Przyglądała mu się, stojąc ze skrzyżowanymi 
ramionami. Wyglądał nawet le- 
 
 
 
 
 
 
 

background image

piej, niż sądziła na początku. - Czy ma pan porządny garnitur? 
Chyba uznał to pytanie za zabawne, bo parsknął śmiechem. 
- Tak. 
- Ale jakiś naprawdę elegancki, nie ten, w którym odbierał pan 
świadectwo. 
- Mam naprawdę elegancki garnitur. Dianne nie chciała go 
obrazić, ale musiała 
sprawdzić wszystkie szczegóły. 
- To jeszcze lepiej - orzekła. - Czy nie miałby pan ochoty w 
sobotę wieczorem zarobić dodatkowych trzydziestu dolarów? 
- Słucham? 
- Proponuję panu trzydzieści dolarów za pójście ze mną na 
bankiet w Centrum, właśnie tutaj. 
Steve przyglądał się jej, jakby podejrzewał, że uciekła niedawno 
ze szpitala dla psychicznie chorych. 
- Proszę mnie wysłuchać. Rozumiem, że to niezwykła propozycja 
- mówiła pospiesznie Dianne. - Ale jest pan niemal doskonały. 
No, może nie „doskonały", ale dokładnie taki, jakiego oczekują 
moje dzieci. Nie mam już czasu na poszukiwania. Odpowiedni 
mężczyzna jakoś się nie pokazał, jeśli pan rozumie, o co mi 
chodzi. 
- Chyba rozumiem. 
- Potrzebuję kogoś. Pan się nadaje i pewnie przyda się panu 
trochę gotówki. Wiem, że to nie 

background image

zbyt dużo, ale trzydzieści dolarów to chyba uczciwa zapłata. 
Bankiet zacznie się o siódmej i nie potrwa dłużej, niż do 
dziewiątej. Jak sądzę, piętnaście dolarów za godzinę to mniej 
więcej poziom pańskich obecnych zarobków. 
- No... 
- Wiem, co pan myśli, ale daję słowo, że nie zwariowałam. Mam 
złotą kartę kredytową, a nie dają ich byle komu. 
- A kartę biblioteczną? 
- Też mam, chociaż zalegam z książkami. Chciałam je oddać 
jutro - zaczęła przeszukiwać torebkę, by udowodnić, że naprawdę 
posiada obie karty, gdy zdała sobie sprawę, że z niej żartuje. 
- Pani... 
- Dianne Williams - wyciągnęła rękę. 
Długie, silne palce objęły jej dłoń. Po raz pierwszy spojrzał na nią 
z uwagą, ciepło. I uścisnął rękę. Ten drobny gest przekonał 
Dianne, że trafiła na odpowiedniego mężczyznę, który zabierze ją 
na ten głupi bankiet. Raz jeszcze nie potrafiła powstrzymać słów 
wyjaśnienia. 
- Rozumiem, że to trochę szalone. Nie będę miała pretensji, jeśli 
uzna mnie pan za wariatkę. Ale nie jestem nią, naprawdę. Co 
niedziela chodzę do kościoła, pomagam w szkole i od jesieni 
opiekuję się dziewczęcą drużyną piłkarską. 
- Czemu wybrała pani właśnie mnie? 
 
 
 
 
 
 
 

background image

- To trochę skomplikowane, ale ma pan ładne oczy, a kiedy pan 
zaproponował, żebym wsiadła do wozu, zamiast stać na deszczu, 
chociaż to tylko mżawka... - przerwała i nabrała tchu. - Zrozu-
miałam, że ma pan dobre serce i może nie odrzuci od razu czegoś 
tak... 
- ...niezwykłego - dokończył. 
Dianne przytaknęła, patrząc mu prosto w oczy. Bariery runęły - 
teraz musiała już wyznać prawdę. 
- Jestem w rozpaczliwej sytuacji. Tylko kobieta zdesperowana 
może złożyć taką propozycję. 
- Mówi pani: w sobotę wieczorem? 
Przy jej szczęściu zaraz sobie przypomni, że zaplanował coś, 
czego nie może przesunąć. Coś niezwykle ważnego. Na przykład 
odkurzanie pucharów zdobytych w kręgle. 
- Od siódmej do dziewiątej. Obiecuję, że nie dłużej. Jeśli 
trzydzieści dolarów nie wystarczy... 
- Trzydzieści to aż nadto hojna oferta. Odetchnęła z ulgą. 
- Więc zgadza się pan? 
Steve potrząsnął głową, jakby chciał pokazać, że nawet 
rozważenie tej propozycji wymaga głębokiego namysłu. 
- Dobrze - oznajmił po chwili. - Nigdy nie umiałem odmówić 
kobiecie w potrzebie. 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 
- Cześć wszystkim! - zaśpiewała Dianne, wbiegając do domu. 
Zatrzymała się w salonie i zauważyła, że dzieci i matka patrzą na 
nią, otwierając szeroko oczy. W pokoju unosiła się aura cichego 
zdumienia. - O co chodzi? 
- Co z tobą?! - krzyknął Jason. - Wyglądasz okropnie! 
Przypominasz Sierotkę Marysię, skarbie -oznajmiła Martha. 
Pracowała szydełkiem w takim tempie, że przędza jak wąż sunęła 
między palcami. 
- Dzwoniłam przecież i uprzedzałam, że wrócę później - 
przypomniała Dianne. 
- Ale nie wspomniałaś, że tonęłaś. Co się stało? 
- Zatrzasnęłam kluczyki w samochodzie. Mówiłam już. 
Jill podeszła do matki, wzięła ją za rękę i podprowadziła do lustra 
w przedpokoju. Obraz, jaki z niego wyjrzał, był wstrząsający. 
Długie, gęste włosy Dianne zwisały w mokrych kosmykach na 
ramiona. Tusz do rzęs, podobno wodoodporny, spływał czarnymi 
strumykami na policzki. Dianne 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

była przemoczona do suchej nitki i przypominała mysz, którą kot 
przywlókł na werandę. 
- Ojej - szepnęła. Poczuła ucisk w żołądku na wspomnienie 
zdziwionych spojrzeń Steve'a i uwagi, że to pewnie „jeden z tych 
pechowych dni". Nic dziwnego. Wyglądała na uciekinierkę z 
domu wariatów. 
- Może pójdziesz na górę i weźmiesz gorący prysznic - 
zasugerowała matka. - Od razu poczujesz się jak nowo 
narodzona. 
Zawstydzona z powodów, których w większości wolała nie 
zdradzać, Dianne posłuchała rady. 
Jak zwykle, Martha miała rację. Kiedy po półgodzinie Dianne 
zeszła na dół, okryta grubym, fro-towym szlafrokiem, w 
różowych, futrzanych kapciach, czuła się o wiele lepiej. 
Parząc herbatę, wspominała wydarzenia tego wieczoru. Nawet 
jeśli Steve tylko z litości zgodził się towarzyszyć jej na bankiecie, 
to bez znaczenia. Ważne, że miała z kim pójść. Powie o tym 
rodzinie i wreszcie dadzą jej spokój. 
- Przy okazji - rzuciła obojętnie, wchodząc z filiżanką do pokoju. 
- Mam już kogoś na sobotę. 
Zapadła cisza. Nawet głos z telewizora rozpłynął się w nicości. 
Dwójka dzieci i ich babcia odwrócili się powoli z wyrazem 
niepomiernego zaskoczenia na twarzach. 
- Nie macie się co tak dziwić - stwierdziła 

background image

Dianne z lekkim, niedbałym uśmiechem. - Mówiłam przecież, że 
się staram. Nikt nie wierzył, że potrafię sama znaleźć sobie 
towarzystwo. Myliliście się wszyscy. 
- Kto to jest? - spytała Martha, podejrzliwie mrużąc oczy. 
- O, kobieto małej wiary. - Dianne poczuła tylko drobne ukłucie 
winy. - Nazywa się Steve Creighton. 
- Kiedy go spotkałaś? 
- No... - nie była przygotowana na przesłuchanie. - Kilka tygodni 
temu. Trafiłam na niego dzisiaj. Spytał, z kim idę w sobotę na 
bankiet. Powiedziałam naturalnie, że z nikim, więc zapropo-
nował, żebyśmy wybrali się razem. Nic wielkiego.. 
- Steve Creighton - matka powtórzyła to kilka razy, wsłuchując 
się w każdą sylabę, jakby usiłowała sobie przypomnieć, skąd zna 
to nazwisko. Po chwili potrząsnęła głową i wróciła do szydeł-
kowania. 
- Nigdy o nim nie mówiłaś. - Jason spojrzał z wyrzutem. Siedział 
na dywanie z kolanami pod brodą i rozważał konsekwencje 
nieprzewidzianego rozwoju wypadków. 
- Pewnie, że nie. Gdybym tylko wspomniała, wszyscy troje 
zamęczylibyście mnie pytaniami. Tak, jak w tej chwili. 
Martha szarpnęła przędzę. 
- Jak się poznaliście? 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Dianne zupełnie nie wiedziała, co powinna odpowiedzieć na tego 
typu pytanie. Miała nadzieję, że informacja o znalezieniu 
odpowiedniego towarzysza na walentynko we przyjęcie zaspokoi 
wymagania rodziny. Chyba była naiwna. Chcieli znać szczegóły. 
I to możliwie dużo szczegółów, a Dianne mogła tylko wymyślać 
je na poczekaniu. Nie wchodziło w grę przyznanie się, że poznała 
Steve'a dopiero kilka godzin temu i w rozpaczy zaproponowała 
mu pieniądze w zamian za pójście z nią na bankiet. 
- Spotkaliśmy się, no... kilka tygodni temu, w sklepie - zaczęła z 
wahaniem, spuszczając wzrok. Miała nadzieję, że to zaspokoi ich 
ciekawość. Kiedy jednak przerwała, by napić się herbaty, trzy 
pary oczu wpatrywały się w nią wyczekująco. 
- No, mów - przynagliła matka. 
- Ja... stałam przy mrożonkach, a... Steve też tam był i... 
uśmiechnął się i przedstawił. 
- A co powiedział? - chciała wiedzieć Jill. Wyraźnie nie mogła się 
doczekać dalszego ciągu. Martha była chyba równie ciekawa. 
Odłożyła włóczkę i szydełko, całą uwagę koncentrując na 
opowieści córki. 
- No więc... przedstawił się i powiedział, że na pewno nie muszę 
korzystać z tych dietetycznych porcji... i że wyglądam doskonale 
- słowa spływały,z ust sztywne jak kawałki tektury. Mu- 

background image

siała być zdesperowana, skoro streszczała publicznie swoje 
intymne marzenia. 
To prawda. Była zdesperowana. 
Jill uniosła ramiona i westchnęła głęboko. 
- Jakie to romantyczne! Lecz Jason zmarszczył brwi. 
- Ten facet wygląda mi na ofermę. Prawdziwy mężczyzna nie 
podchodzi do kobiety i nie opowiada takich głupot. 
- Steve jest bardzo miły. 
- Może i jest, ale moim zdaniem to jakieś ciepłe kluchy. 
- A ja uważam, że jest słodki - zaprotestowała Jill. Broniąc 
Steve'a, popierała mamę. - Jeśli mamie się podoba, to mnie też. 
- Kręci się sporo łobuzów - Martha najwyraźniej czuła się w 
obowiązku wygłosić taką opinię. 
Dianne z trudem stłumiła pragnienie przypomnienia swej 
kochanej, troskliwej mamusi, że kilku przyprowadzonych przez 
nią adoratorów też kwalifikowało się do tej oceny. 
- Musimy go poznać - stwierdził stanowczo Jason. - Przecież to 
może być jakiś seryjny morderca albo zboczeniec. 
- Jason - Dianne uśmiechnęła się z przymusem. - Nie bądź 
głuptasem. Spotkacie go zresztą w sobotę wieczorem. 
- Wtedy już będzie za późno. 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

- Jason ma rację, kochanie - oświadczyła Martha Janes. - Nie 
wierzę, żeby wcześniejsze przedstawienie tego młodego 
człowieka rodzinie mogło w czymkolwiek zaszkodzić. 
- Ale... na pewno ma mnóstwo zajęć... Pracuje w różnych 
godzinach i... 
- A co robi? 
- No... - nie potrafiła szybko wymyślić żadnego kłamstwa, 
musiała więc wyznać prawdę. -Prowadzi ciężarówkę. 
Po jej słowach zapanowała martwa cisza. Dzieci i babcia 
wymienili znaczące spojrzenia. 
- Słyszałam różne historie o kierowcach ciężarówek - oznajmiła 
dramatycznie Martha. - Nie chcę ich powtarzać przy dzieciach, 
ale... 
- Mamo, jesteś... 
- Jason ma absolutną rację. Musimy poznać tego Steve'a. 
Kowboje i kierowcy ciężarówek nie są ludźmi godnymi zaufania. 
Dianne wzniosła oczy ku górze. 
Matka chyba jej wybaczyła, gdyż dodała: 
- Masz prawo o tym nie wiedzieć, moja droga, skoro tak wcześnie 
wyszłaś za mąż. 
- Tata ożenił się z tobą, kiedy miałaś szesnaście lat. To mniej, niż 
ja, kiedy brałam ślub - przypomniała spokojnie Dianne. Nie 
chciała kłótni, ale znalazła się w pułapce. 
- Owszem. Za to żyję o wiele dłużej - Martha 

background image

pogroziła córce szydełkiem. - Matki wiedzą o takich sprawach. 
- Babcia ma słuszność - wtrącił Jason bardzo dorosłym tonem. - 
Musimy poznać tego Steve'a, zanim gdziekolwiek z nim 
pójdziesz. 
Dianne w rozpaczy wzniosła ręce w górę. 
- Przecież sami się upieraliście, żebym koniecznie wybrała się na 
ten bankiet. 
- Owszem, ale istnieją pewne normy. - Jill też była przeciwko 
niej. 
- Zobaczę, co da się zrobić - mruknęła Dianne. 
- Zaproś go na kolację w czwartek - zaproponowała Martha. - 
Przygotuję strogonowa i upiekę szarlotkę. 
- Ale... może być w pracy. 
- Więc zaproś go na środę - poradził Jason nieprzyjemnie 
znajomym tonem. Tego tonu używała Dianne, kiedy była 
śmiertelnie poważna. 
Nie miała wyjścia. 
- Dobrze. Spróbuję na czwartek. 
Boże, pomyślała, w co ja się wpakowałam? 
Zadzwoniła do Steve'a dopiero następnego popołudnia. Dał jej 
wizytówkę, którą przyczepiła do ściennego kalendarza w kuchni. 
Nie cieszyła jej perspektywa rozmowy. Będzie chyba musiała 
zapłacić za tę wizytę. Trudno oczekiwać, by przyszedł wyłącznie 
z dobroci serca. 
 
 
 
 
 
 

background image

- Pomoc Drogowa Port Blossom - zabrzmiał w słuchawce młody, 
damski głos. 
- Tu... mówi Dianne Williams. Chciałabym zostawić wiadomość 
dla Steve'a Creightona. 
- Steve jest w biurze - rozległ się cichy trzask i przeciągłe 
buczenie. 
- Słucham - odezwał się Steve. 
- Dzień dobry... - Dianne nie umiała znaleźć właściwych słów. 
Miała nadzieję, że przekaże tylko, by do niej zadzwonił przy 
okazji. Nie była przygotowana do bezpośredniej rozmowy. 
- To ty, Dianne? 
- Tak. Skąd wiesz? 
Zaśmiał się cicho. Brzmiało to ciepło i sympatycznie. 
- Lepiej nie będę ci tłumaczył. Pewnie chcesz sprawdzić, czy się 
nie wycofuję? Nie martw się. Byłem nawet dziś rano w Centrum i 
wykupiłem dwa zaproszenia na bankiet. 
- Niepotrzebnie się przejmowałeś, ale dziękuję. Pieniądze oddam 
ci później. 
- Dopisz do rachunku - rzucił lekkim tonem. Dianne zadrżała i 
odetchnęła głęboko. 
- Właściwie - zaczęła - dzwonię, żeby porozmawiać o moich 
dzieciach. 
- Dzieciach? 
- Tak. Jason, Jill i moja matka też, koniecznie chcą cię poznać. 
Przekonywałam, że przecież zo-

background image

baczą cię w sobotę wieczorem, ale to im chyba nie wystarcza. 
- Rozumiem. 
- Według Jasona, wtedy będzie za późno, a przecież możesz być 
seryjnym mordercą albo kimś jeszcze gorszym. Matkę niepokoi 
to, że jesteś kierowcą ciężarówki. 
- Czy mam również zmienić pracę? To dość kłopotliwe. Do 
soboty mogę nie zdążyć. 
- Nie martw się. A teraz, co do czwartku, bo wtedy właśnie 
chcieliby cię widzieć na kolacji. Mama obiecała przyrządzić 
strogonowa i upiec ciasto. Z jabłkami - dodała, jakby ta 
informacja miała go ostatecznie przekonać. 
- Czwartek wieczorem? 
- Zapłacę ci dodatkowo dziesięć dolarów. 
- Dziesięć dolarów? - Chyba był urażony, więc Dianne podniosła 
cenę: 
- Niech będzie piętnaście, ale na więcej nie mogę sobie pozwolić. 
Mam raczej skromne środki. 
To przedsięwzięcie miało kosztować masę pieniędzy. 
Zaproszenia były po piętnaście dolarów od osoby i trzeba będzie 
zwrócić Steve'owi koszty. Dodatkowo trzydzieści za 
towarzyszenie jej na bankiecie i jeszcze piętnaście, jeśli zgodzi 
się na wizytę. 
- Za piętnaście umowa stoi - powiedział w końcu. — Jeszcze coś? 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Dianne zamknęła oczy. Zbliżało się najgorsze. 
- Tak - z wysiłkiem przełknęła ślinę. - Tylko jedno. Chcę... chcę 
cię zapewnić, że na ogół nie wyglądam tak fatalnie. 
- Daj spokój. Mówiłem przecież, że nie ma się czym przejmować. 
Miałaś zły dzień. 
- Ale nie chcę, żebyś się martwił. Nie przyniosę ci wstydu na tym 
bankiecie. Możesz tam spotkać jakichś znajomych, a po moim 
przesłuchaniu, czy masz odpowiedni garnitur i w ogóle, wiesz, 
pewnie poczujesz się pewniej, kiedy ci powiem, że... - urwała, 
zamknęła oczy i wykrztusiła: - Postanowiłam zmienić tusz do 
rzęs. 
Wahał się tylko przez moment. 
- Dzięki, że mi o tym mówisz. Teraz mogę spać spokojnie. 
Dianne uznała, że należy pominąć tę uwagę milczeniem. W 
końcu właściwie sama o nią prosiła. Nie rozumiała, dlaczego tak 
trudno jej rozmawiać z tym człowiekiem. Chociaż... to chyba 
proste. Przecież zrobiła z siebie kompletną idiotkę. Płacenie 
mężczyźnie za to, że pójdzie z nią na przyjęcie, nie należało do 
osiągnięć, którymi chciałaby się chwalić. 
- Aha, jeszcze coś. - Dianne pragnęła jak najszybciej zakończyć 
nieprzyjemną rozmowę. - Mama i dzieci zadały mi kilka pytań na 
temat... nas dwojga. Jak się poznaliśmy i w ogóle. Może warto, 

background image

żebym ci opowiedziała. Nasze historie powinny do siebie 
pasować. 
- Może pójdziemy gdzieś na kawę? 
- No... kiedy? 
- Powiedzmy... o siódmej, w „Pancake Haven". Nie martw się, ja 
stawiam. 
Dianne z trudem powstrzymała złośliwą reakcję na tę 
„wielkoduszną" ofertę. 
- Zgoda - szepnęła tylko. - Ale nie będę miała wiele czasu. 
- Obiecuję, że nie zatrzymam cię dłużej, niż to będzie konieczne. 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 
- No dobrze - mruknął z powątpiewaniem Steve, gdy kelnerka 
podała im kawę. - Jak się poznaliśmy? 
Dianne opowiedziała, zniżając głos przy fragmencie o 
dietetycznych mrożonkach. Było jej wstyd, że musi po raz drugi 
zdradzać szczegóły swych najskrytszych marzeń. Zwłaszcza 
Steve'owi. 
Kiedy skończyła, zrobił zdumioną minę. 
- Chyba żartujesz. 
Dianne poczuła się urażona. Wykpiwał jej romantyczne sny, a 
przecież nawet nie wspomniała symfonii 
Rimskiego-Korsakowa ani o cichym dźwięku dzwonków. 
- Nie miałam czasu na wymyślanie czegoś lepszego - wyjaśniła z 
irytacją. - Ledwie weszłam, Jason zaczął wypytywać. Nie byłam 
przygotowana. 
- A jak zareagował, kiedy to wszystko opowiedziałaś? 
- Uznał, że jesteś ofermą. 
- Trudno mieć pretensje. Dianne była załamana. 

background image

- Nie przejmuj się - pocieszył ją Steve. - Jakoś to załatwię, kiedy 
go spotkam we czwartek. 
Ton głosu mówił wyraźnie, że nie będzie to łatwe zadanie. 
- Tylko żebym nie wyszła na jeszcze większą idiotkę niż do tej 
pory. Dobrze? 
- Postaram się - mruknął z takim samym powątpiewaniem, jak na 
początku rozmowy. 
Dianne nie miała o to żalu. Cała afera komplikowała się coraz 
bardziej i to wyłącznie z jej winy. Kto mógł przypuszczać, że 
poszukiwanie partnera na przyjęcie w dniu św. Walentego 
spowoduje takie kłopoty? 
Popijając kawę, obserwowała siedzącego naprzeciw niej 
mężczyznę. Z pewnym zdziwieniem zauważyła, że przy drugim 
spotkaniu wyglądał nawet lepiej niż poprzednio. Nosił luźne 
spodnie i gruby, jasny sweter z prawdziwej wełny. Uśmiechał się 
często, a oczy, oglądane teraz w pełnym świetle, miały głęboki, 
piękny odcień brązu, tak samo jak włosy. Nadal sprawiał 
wrażenie człowieka sympatycznego i uczynnego. Pewnie taki 
właśnie jest. Nikt inny nie zgodziłby się łatwo na udział w tej 
intrydze, przynajmniej bez poważniejszej zachęty. 
- Obawiam się, że przedstawiłam dzieciom wizerunek nie do 
końca prawdziwy - wyznała, -Kiedy wróciły ze szkoły, miały 
mnóstwo pytań. Jason pozostał sceptyczny, ale Jill była, jak 
zwykle, 
 
 
 
 
 
 

background image

romantyczna. Ciekawe, po kim to odziedziczyła. Oboje domagali 
się coraz to nowych szczegółów. 
- Spróbuję ich nie rozczarować - zapewnił szybko Steve. 
Dianne oparła łokcie na blacie i odgarnęła z twarzy kosmyk 
włosów. 
- Naprawdę mi przykro, że cię w to wplątałam. 
- Teraz nie ma odwrotu. Wyłożyłem gotówkę na karty wstępu. 
W ten niezbyt subtelny sposób przypominał, że powinna mu 
oddać pieniądze. Dianne sięgnęła do torebki i wyjęła książeczkę 
czekową. 
- Póki pamiętam, wypiszę ci czek za te zaproszenia. 
- Nie ma sprawy - lekceważąco machnął ręką. 
Dianne nalegała. Jeśli zapłaci w ratach, nie będzie się tak 
denerwować całkowitym kosztem przedsięwzięcia. Żywiła 
pewne obawy, że zanim bankiet dobiegnie końca, wyda tyle 
pieniędzy, że wystarczyłoby na wakacje na Hawajach. 
- Jak myślisz - spytała, nie podnosząc oczu, gdy złożyła już 
zamaszysty podpis na czeku - jeśli dołożę jeszcze pięć dolarów, 
dałbyś radę wyglądać na... zauroczonego? 
- Zauroczonego? - powtórzył Steve, jak gdyby słyszał to słowo po 
raz pierwszy w życiu. 
- No wiesz, oszołomionego. 
- Oszołomionego? 

background image

Znowu powiedział to tak, jakby mówił w nieznanym języku. 
- Zachwyconego - spróbowała po raz trzeci, tak głośno, że 
zwróciła uwagę kelnerki, która podeszła do stolika i z dzbanka 
dolała kawy do niemal pełnych filiżanek. 
- Nie udaję głupiego, po prostu nie całkiem rozumiem, o co ci 
chodzi. 
- Sprawiaj wrażenie, że jesteś mną zachwycony - wyjaśniła 
rozgorączkowanym szeptem, pochylając się nad stołem. 
- Rozumiem. Więc to się nazywa „zauroczony". - Łyknął kawy, a 
Dianne miała wrażenie, że chce w ten sposób ukryć uśmiech. 
- To wcale nie dowcip. - Parząc wargi, wypiła łyk kawy. W 
innych okolicznościach skrzywiłaby się z bólu, a przynajmniej 
sięgnęła po szklankę z wodą. Teraz jednak powstrzymała się od 
tego. W końcu każda kobieta ma swoją dumę. 
- Powtórzmy, bo nie wiem, czy dobrze zrozumiałem - stwierdził 
rzeczowo Steve. - Za dodatkowe pięć dolarów chcesz, żebym 
wyglądał na „oszołomionego". 
- Tak - odparła Dianne z taką godnością, na jaką tylko potrafiła 
się zdobyć. 
- Załatwione - oświadczył Steve z uśmiechem, a ona poczuła się 
jeszcze bardziej głupio. - Tylko nie jestem pewien, czy wiem, jak 
to zrobić. 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Usiadł prosto, wypiął pierś i zamknął oczy. 
- Steve - szepnęła Dianne i rozejrzała się. Miała nadzieję, że nikt 
ich nie obserwuje. Mężczyzna sprawiał wrażenie pogrążonego w 
jakiejś wschodniej medytacji. Nie zdziwiłaby się, gdyby zaczął 
mamrotać pod nosem mistyczne formułki. - Co ty wyprawiasz? 
- Zastanawiam się, jak wygląda oszołomiony człowiek. 
- Żartujesz ze mnie? 
- Skądże. Jeśli płacisz za to piątkę, sprawa musi być dla ciebie 
ważna. Chcę to załatwić bez zarzutu. 
Dianne uznała, że lepiej od razu wyjaśnić tę skomplikowaną 
kwestię. 
- Nie dla mnie. Dla mojej dziesięcioletniej córki, która 
przypadkiem ma romantyczną naturę. Jill była taka wzruszona 
historią naszego spotkania, że... miałam nadzieję, że zechcesz... 
no, wiesz. 
Teraz, kiedy powiedziała to głośno, Dianne nie była już niczego 
pewna. Wiedziała tylko, że propozycja, by robił wrażenie 
zauroczonego jej osobą, była pomyłką. 
- Spróbuję. 
- Będę wdzięczna. 
- Może tak? 
Steve spojrzał na nią, lekko przechylił głowę, po czym opuszczał 
powieki, aż były w połowie zamknięte. Rozciągnął wargi w 
krzywym uśmie- 

background image

chu i poruszył ramionami, co zdaniem Dianne miało sugerować 
głębokie, tęskne westchnienie. Po chwili zastanowienia 
przycisnął dłonie do serca i oddychał głośno. 
- Udajesz bernardyna? - warknęła Dianne, wciąż niepewna, czy 
kpi, czy naprawdę próbuje spełnić jej prośbę. - Wyglądasz, jak... 
jak pies. Może Jason miał rację i naprawdę jesteś ofermą. 
- Próbowałem wyglądać jak ktoś zauroczony 
- zapewnił Steve. - Przecież o to chodziło. Jakby miało to 
poprawić rezultat, przechylił głowę 
w drugą stronę i powtórzył całe przedstawienie. 
- Żartujesz sobie ze mnie i wcale mi się to nie podoba. - Dianne 
wstała i rzuciła na stół serwetkę. 
- Czwartek o szóstej wieczorem i proszę, żebyś przyszedł 
punktualnie. 
Zarzuciła na ramię torebkę i wymaszerowała z restauracji. 
Steve poszedł za nią do samochodu. 
- Masz rację, przepraszam. Trochę mnie poniosło. 
Dianne skinęła, głową. Sama także nieco przesadziła, choć w 
mniejszym stopniu. Twierdziła, że ma się nią zachwycać głównie 
ze względu na Jill, co nie do końca odpowiadało prawdzie. Steve 
był przystojny i miły. Byłoby jej naprawdę przyjemnie, gdyby 
patrzył na nią z uczuciem. 
Przyznanie tego, nawet przed sobą, wywołało rodzaj szoku. Trzy 
lata samotności wzmocniły pan- 
 
 
 
 
 

background image

cerz wokół jej spękanego serca. Z powodów, których nie potrafiła 
określić, ten kierowca z pomocy drogowej obudził dawną 
wrażliwość. 
- Chętnie spróbuję jeszcze raz, jeśli nie zmieniłaś zdania - 
powiedział. - Tylko... 
- Tak? - Zaparkowała samochód na tyłach, gdzie oświetlenie było 
raczej słabe. Cień okrywał twarz Ste-ve'a, więc nie wiedziała, czy 
mówi poważnie. 
- Chodzi o to - mówił wolno - że się nie pocałowaliśmy. Nie chcę 
cię zmuszać, rozumiesz. Ale wymagasz, bym wyglądał w pewien 
szczególny sposób, a dość trudno to osiągnąć bez wcześ-
niejszego... hm, bliskiego kontaktu fizycznego. 
- Rozumiem. - Serce Dianne biło tak mocno, jakby miało 
wyłamać żebra. 
- Czy pozwolisz, żebym cię pocałował? 
To była ostatnia szansa i nie miała wielkiego wyboru. Nie miała 
też nic do stracenia. 
- No dobrze, skoro się upierasz. 
Odetchnęła głęboko, przechyliła głowę, zamknęła mocno oczy i 
wysunęła wargi. Gdy oczekiwanie na pocałunek przedłużało się 
w nieskończoność, otworzyła oczy. 
- Coś nie w porządku? 
- Nie mogę tego zrobić. 
Dianne poczuła się w najwyższym stopniu zakłopotana i oparła 
ręce na biodrach. 
- Nie rozumiem. 

background image

- Wyglądasz, jakbyś właśnie miała zostać złożona w ofierze 
okrutnym bogom. 
- Wypraszam sobie! - Nie była pewna, czy dobrze zrozumiała. Co 
za upokorzenie! A przecież spełniała tylko jego prośbę. 
- Nie mogę całować kobiety, która sprawia wrażenie, jakby 
czekało ją najbardziej odrażające doświadczenie całego życia. 
- Więc twierdzisz, że... że... - Zbyt wściekła, by mówić, Dianne 
pociągnęła. Steve'a za łokieć do miejsca, gdzie kawałek dalej 
zaparkował swoją ciężarówkę. Wskoczyła na platformę i 
spojrzała na niego z góry. Ta pozycja dawała poczucie pewności. 
Gniewnie błyskała oczami, czemu mężczyzna przyglądał się z 
lekkim zaciekawieniem. 
- Co chcesz zrobić, Dianne? - zapytał. 
- Powinieneś wiedzieć, że w swoim czasie świetnie się 
całowałam. 
- Nie mam wątpliwości. 
- Owszem, przed chwilą miałeś. A teraz słuchaj, i to słuchaj 
uważnie, bo nie będę powtarzać. 
Pomachała mu palcem przed nosem i nagle urwała, opuszczając 
rękę. Miał rację, nie przejawiała specjalnego entuzjazmu dla tego 
drobnego eksperymentu z pocałunkiem. W końcu to dość 
niewinna propozycja, jednak złożona przez Steve'a, więc Dianne 
poczuła się zagrożona. 
- Powiedz. 
 
 
 
 
 
 

background image

Zawstydzona, odwróciła wzrok i zeskoczyła na ziemię. Czuła, że 
zachowała się śmiesznie i głupio. 
- Co uważasz za tak ważne, że wymachiwałaś mi palcem przed 
nosem? - nie ustępował Steve. 
Narobiła zamieszania, więc teraz nie miała innego wyjścia - 
musiała wyjaśnić sprawę do końca. 
- Kiedy byłam w szkole... chłopcy na ogół lubili się ze mną 
całować. 
- Nadal by lubili - zapewnił cicho Steve. -Gdybyś tylko im 
pozwoliła. 
Podniosła głowę i zamrugała, by usunąć nieoczekiwane łzy. Jeśli 
od kobiety odchodzi mąż, to cóż dziwnego, że ogarnia ją 
zwątpienie. Jack zniknął, pozostawiając ją w oceanie cierpienia. 
Kiedyś była pewna siebie i spokojna - teraz pełna wątpliwości i 
niemal pogardy dla własnej osoby. 
- Chodź. - Steve chwycił ją delikatnie za ramiona. - Spróbujemy. 
Potem łagodnie i czule przysunął usta do jej ust. Dianne była 
zupełnie nieprzygotowana. Chciała zaprotestować, ale ich wargi 
zetknęły się i już nie mogła odmówić. 
Zareagowała instynktownie. Objęła go ramionami, przyciskając 
palcami twarde mięśnie grzbietu. I nagle wrzące pod 
powierzchnią świadomości emocje wezbrały jak tajfun, a serce 
zupełnie oszalało. 
Steve zanurzył palce w jej włosach, skręcał długie pasma i 
zgarniał je pod szyją. Usta miał de- 

background image

likatne, lecz zaborcze. Dianne jęknęła cicho, gdy język przełamał 
zaporę jej warg - szybko jednak zaakceptowała głębię pocałunku. 
Wreszcie Steve odsunął się, wolno i niechętnie. Przez długą 
chwilę Dianne nie otwierała oczu. Kiedy to uczyniła, napotkała 
jego badawczy wzrok. 
Mrugnął. 
Ona także mrugnęła. 
Po chwili znowu pochylił ku niej głowę. 
Dianne nie umiała się powstrzymać. Odetchnęła głęboko i 
zapadła w niego, zawisła w silnym uścisku. Czuła, że nogi ma jak 
z waty, a świat wokół wiruje szaleńczo. Jej dłonie sunęły w górę, 
aż zatrzymały się na fałdzie kołnierza. 
Pocałunek był długi i głęboki - najsłodszy ze wszystkich, jakie 
Dianne pamiętała. I najbardziej namiętny. 
Kiedy wreszcie Steve oderwał wargi od jej ust, uśmiechnął się 
czule. Przez długą chwilę nie wymówił ani słowa. 
- Nie sądzę, bym miał jakieś trudności z zauroczonym wyglądem 
- szepnął. 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 
- Steve już jest! - wrzasnął Jason, puszczając zasłonę w oknie 
salonu. - Właśnie wjechał na parking przed domem. 
- Przyjechał swoją ciężarówką - Jill wtórowała bratu piskliwym 
głosikiem. - Jest czerwona i... 
- ...zabójcza - skończył Jason, składając najwyższy nastoletni 
hołd pojazdowi Steve'a. 
- A nie mówiłam - stwierdziła ponuro Martha Janes, mieszając 
pospiesznie kipiący strogonow. -Jeździ czerwoną, zabójczą 
ciężarówką. Ten człowiek jest pewnie pomiotem szatana! - 
zakończyła, histerycznie podnosząc głos. 
- Mamo, „zabójczy" znaczy dla Jasona „cudowny". 
- W życiu nie słyszałam większej bzdury. 
Brzęknął dzwonek. Dianne zerwała fartuch, rzuciła na stołek, 
wyprostowała się i przeszła do przedpokoju. Jason, Jill i babcia 
tłoczyli się za jej plecami. 
- Mamo, proszę - jęknęła Dianne. - Zostawcie trochę miejsca. 
Dzieci, cofnijcie się, dobrze? 

background image

Wszyscy troje zrobili dwa kroki do tyłu. Jednak w chwili, gdy 
dłoń Dianne dotknęła klamki, natychmiast podeszli znowu. 
- Dzieci! Mamo! - szepnęła gorączkowo. Stali tak blisko, że z 
trudem mogła oddychać. 
Jill i Jason poczłapali niechętnie do salonu i jak szmaciane 
kukiełki klapnęli na podłogę przed telewizorem. Martha nawet 
nie drgnęła. 
Dzwonek zadźwięczał po raz drugi. Kiedy gniewne spojrzenie 
nie wywołało żadnej reakcji matki, Dianne otworzyła drzwi. Za 
progiem stał Steve. W jednej ręce trzymał wielki bukiet czer-
wonych róż, pod pachą drugiej ściskał dużego, pluszowego 
misia. 
Dianne drgnęła, obliczając w myślach koszt pięknych kwiatów i 
wypchanego zwierzaka. Nie stać jej było nawet na goździki. A 
jeśli już koniecznie musiał przynieść misia, to czemu nie wybrał 
mniejszego, z tych tańszych? 
- Mogę wejść? - spytał po chwili milczenia. Martha szturchnęła 
córkę w żebra i uśmiechnęła się szeroko. 
- Steve, prawda? Jak miło cię poznać. Powiedziała to tak 
uprzejmym tonem, jakby od 
wieków miała jak najlepsze zdanie o kierowcach ciężarówek. 
Przytrzymując drzwi, Dianne zmusiła się do słabego uśmiechu. 
Steve wkroczył do jej domu. Jason 
 
 
 
 
 
 
 

background image

i Jill wrócili do przedpokoju, stanęli obok babci i z nieskrywaną 
ciekawością obserwowali nowego adoratora mamy. Choć, 
zdaniem Jasona, Steve mógł się okazać maniakalnym mordercą, 
jedno spojrzenie na jaskrawoczerwoną ciężarówkę wystarczyło, 
by obawy chłopca zniknęły jak sen. 
- Steve, poznaj moją rodzinę. - Dianne wskazała gestem całą 
trójkę. 
- Więc ty jesteś Jason. - Steve wyciągnął rękę i po męsku uścisnął 
dłoń czternastolatka. - Naprawdę się cieszę, że cię poznałem. 
Matka bardzo cię chwaliła. 
Jason rozpromienił się. 
Steve zwrócił się do Jill, podając jej przeroś-niętego misia. 
- To dla ciebie - oświadczył. - Szukałem czegoś specjalnego dla 
córki Dianne, ale nic innego nie umiałem wymyślić. Mam 
nadzieję, że nie jesteś rozczarowana. 
- Uwielbiam misie. - Jill z całej siły przytuliła zabawkę. - Mama 
ci powiedziała? 
- Nie. - Steve skoncentrował na dziewczynce całą moc swego 
olśniewającego uśmiechu. - Sam się domyśliłem. 
- Dziękuję, bardzo dziękuję. - Wciąż ściskając misia, 
zachwycona Jill pobiegła do schodów. 
Steve chwilę śledził ją wzrokiem, po czym jego roześmiane oczy 
napotkały niezbyt przyjazne spoj- 

background image

rzenie Dianne. W jednym ułamku sekundy dała mu do 
zrozumienia, że nie jest zbytnio zachwycona. Zmarszczył czoło, 
ale opanował się szybko i wręczył bukiet Marcie. 
- Dla mnie?! - zawołała i jakby przestraszona, przytknęła palce do 
warg. - Naprawdę, to niepotrzebne. Boże mój, już nie pamiętam, 
kiedy ostatnio dostałam kwiaty od mężczyzny. - Rogiem fartucha 
dyskretnie otarła oczy. - To przemiły gest. 
- Może włożysz je do wody, mamo - zaproponowała rzeczowo 
Dianne. 
- Ojej, rzeczywiście. Bardzo ładnie się zachowałeś, Steve. 
Naprawdę bardzo ładnie. 
- Jason, idź pomóż babci. 
Chłopiec spojrzał na nią, jakby chciał zaprotestować, ale zmienił 
zdanie i posłusznie ruszył za Maithą do kuchni. 
- Nie sądzisz, że jednak trochę przesadziłeś? - szepnęła gniewnie 
Dianne, gdy tylko została ze Steve'em sama. Była tak wściekła, 
że z trudem artykułowała słowa. - Nie stać mnie na te wszystkie 
prezenty. 
- Nie musisz się martwić. 
- Ale się martwię. Więcej nawet, jestem przestraszona. Wydajesz 
moje pieniądze w takim tempie, że chyba będę musiała wziąć 
kredyt z banku. 
- Ciszej, bo zwrócisz na nas uwagę. 
 
 
 
 
 
 
 

background image

W takim nastroju Dianne była skłonna do czegoś o wiele 
gorszego. 
- Ja... 
Steve położył palec na jej wargach. 
- Poznałem bardzo skuteczny sposób zamknięcia ci ust. Nie 
zmuszaj mnie, żebym z niego skorzystał. Całowanie cię zaraz po 
wejściu mogłoby wywrzeć złe wrażenie. 
- Nie ośmielisz się. 
Kąciki jego ust uniosły się powoli w zwycięskim uśmiechu. 
Dianne przestraszyła się, że jednak mógłby to zrobić. 
- Po prostu staram się, jak umiem, żeby wyglądać na 
zauroczonego - stwierdził. 
- Ale nie musiałeś w tym celu wydawać takich sum. Otwieranie 
przede mną drzwi, przysuwanie krzesła... o takie rzeczy mi 
chodziło. A ty najpierw przewracasz oczami i sapiesz jak 
bernardyn, a potem przepuszczasz majątek. 
- Kolacja gotowa! - zawołała z kuchni Martha. 
Dianne rzuciła jeszcze jedno mordercze spojrzenie i 
poprowadziła gościa do kuchni. Steve odsunął jej krzesło. 
- Jesteś teraz zadowolona? - szepnął, gdy usiadła. 
Przytaknęła. Wprawdzie było już za późno, ale nie mogła 
protestować. Przecież sama o to prosiła. Po chwili cała piątka 
zasiadła wokół dużego sto- 

background image

łu. Martha odmówiła modlitwę, a Dianne tymczasem gorąco 
prosiła Boga o własne sprawy. Chciała, by Steve wywarł dobre 
wrażenie... ale bez przesady. 
Kiedy wszyscy nałożyli sobie porcje makaronu i strogonowa, a 
także surówki z sałaty i ogórków i wzięli po bułeczce domowego 
wypieku, Jason poruszył sprawę, która męczyła go od samego 
początku. 
- Mama mówiła, że poznaliście się w sklepie. Steve kiwnął 
głową. 
- Blokowała przejazd. Poprosiłem, żeby przesunęła wózek. 
Chciałem się dostać do pasztetów. 
Jason wyprostował się dumnie. Był wyraźnie 
usatysfakcjonowany. 
- Spodziewałem się czegoś takiego. 
- Nie rozumiem - Steve udał naiwnego. Chłopiec chrząknął, 
spojrzał na matkę, po czym 
zniżył głos. 
- Szkoda, że nie słyszałeś maminej wersji historii waszego 
spotkania. 
- Jeszcze makaronu? - Dianne energicznie postawiła przed synem 
salaterkę. 
Jill była rozczarowana. 
- Ale nie uśmiechnąłeś się do mamy? I nie powiedziałeś, że 
wygląda doskonale taka, jaka jest? 
Steve zastanawiał się, co powiedzieć, smarując masłem trzecią 
bułeczkę. Dianne pojęła, że szuka 
 
 
 
 

background image

sposobu zadowolenia obojga dzieci. Gdyby przyznał, że wygłosił 
opinię na temat jej znakomitej figury i braku potrzeby 
korzystania z dietetycznych mrożonek, ryzykował pretensje ze 
strony Jasona. Zdaniem chłopca, żaden zdrowy psychicznie 
mężczyzna nie mówiłby takich głupstw. Z drugiej strony, gdyby 
temu zaprzeczył, zraniłby romantyczne serduszko Jill. 
- Sama jestem ciekawa - wtrąciła Martha zadowolona, że Steve 
wziął drugą porcję strogonowa. - Dianne jest strasznie 
tajemnicza. W ogóle o tobie nie wspominała. Dopiero 
przedwczoraj. 
- Szczerze mówiąc - Steve odsunął się nieco od stołu - nie bardzo 
pamiętam, co wtedy powiedziałem. Byłem zły, bo zablokowała 
przejazd między półkami, ale kiedy poprosiłem, żeby się prze-
sunęła, była bardzo zmieszana i szybko cofnęła wózek. 
Jason z zadowoleniem kiwał głową. 
- Potem się jej przyjrzałem i pomyślałem sobie, że już bardzo 
dawno nie spotkałem tak pięknej kobiety. 
Jill westchnęła, rozanielona. 
- Niczego takiego sobie nie przypominam. -Dianne sięgnęła po 
bułeczkę, rozerwała ją ze złością i rozsmarowała masło na obu 
połówkach. Dopiero wtedy zauważyła, że druga, nie napoczęta, 
leży obok talerza. 

background image

- Sądzę, że po kolacji zabiorę Jasona na przejażdżkę ciężarówką - 
oznajmił po kilku minutach Steve. 
- Naprawdę? - Chłopiec aż podskoczył. 
- Tak zaplanowałem. Myślałem, że bardziej cię zaciekawi 
działanie wszystkich mechanizmów niż prezent, jaki mógłbym ci 
podarować. 
- Pewno. - Jason był tak podniecony, że z trudem potrafił 
usiedzieć na miejscu. 
- Kiedy wrócimy, chciałbym wziąć na przejażdżkę ciebie, 
Dianne. 
- Nie interesuje mnie to. - Pokręciła głową. -Dziękuję. 
Trzy pary oczu spojrzały na nią z wyrzutem. Zdawało się, że 
popełniła zdradę stanu i rodzina nie ma innego wyjścia, jak oddać 
ją w ręce CIA. 
- Córka na pewno nie chciała tego powiedzieć - pospieszyła z 
wyjaśnieniem Martha, uśmiechając się ciepło do Steve'a. - 
Ostatnio jest przemęczona i nie bardzo nad sobą panuje. 
Dianne popatrzyła na matkę w zdumieniu. 
- Możemy już jechać? - spytał Jason, na wszelki wypadek 
podnosząc się z krzesła. 
- Jasne. Jeśli tylko mama pozwoli. - Steve spojrzał pytająco. 
Dianne skinęła głową, więc mężczyzna dokończył bułeczkę i 
wstał. 
- Szarlotka będzie gotowa, kiedy wrócicie   
 
 
 
 
 
 
 

background image

obiecała Martha, odprowadzając Steve'a i wnuka do drzwi. 
- Co chciałaś przez to powiedzieć? - spytała groźnie Dianne, gdy 
tylko matka wróciła do kuchni. 
- Przez co? - Martha udała, że nie rozumie. 
- Że jestem przemęczona i nie panuję nad sobą? 
- Ach, to. - Zaczęła sprzątać naczynia. - Steve chce być z tobą 
sam na sam przez parę minut. To w końcu zrozumiałe. Musiałam 
cię jakoś wytłumaczyć. 
- Tak, ale... 
- Zachowałaś się niegrzecznie, moja droga. Kiedy dżentelmen 
daje do zrozumienia, że chciałby spędzić kilka chwil w twoim 
towarzystwie, powinnaś się z tego cieszyć. 
- O ile sobie przypominam, mamo, to nazwałaś Steve'a pomiotem 
szatana. Pamiętasz? 
- Kiedy go bliżej poznałam, zmieniłam zdanie. 
- A co z tym rzeźnikiem, Jerome' em? Byłaś pewna, że jest 
odpowiednią partią. 
- Steve jest lepszy. To dobry człowiek. Byłabyś głupia, gdybyś 
pozwoliła mu się wyśliznąć, udając obojętność. 
- Wcale nie udaję. 
Martha Janes potrząsnęła głową z wyrazem absolutnej niewiary. 
- Widziałam, jak rozbłysły ci oczy, kiedy wchodził. Możesz 
oszukać swoje koleżanki, ale nie 

background image

zdołasz omamić własnej matki. Zakochałaś się w tym młodym 
człowieku i, szczerze mówiąc, jestem z tego bardzo zadowolona. 
Polubiłam go. 
Dianne zmarszczyła brwi. Jeśli jej oczy rozbłysły, to wyłącznie 
dlatego, że zastanawiała się, jak zwrócić koszty bukietu róż i 
misia. Żadnych romantycznych uczuć. 
A może jednak? 
Boże wielki, przecież chyba nie zakocha się w tym mężczyźnie. 
Ten problem nie dawał jej spokoju podczas zapełniania 
zmywarki do naczyń. 
- Steve jest naprawdę słodki - oznajmiła Jill. Dla Jill nawet Hun 
Attyla byłby słodki, gdyby 
przyniósł jej misia. Dianne jednak nie powiedziała tego głośno. 
- Jest trochę podobny do Toma Cruise'a, nie sądzisz? - mówiła 
dalej dziewczynka. 
- Nie zauważyłam. 
Drobne kłamstewko. Zauważyła o wiele więcej, niż miała chęć 
przyznać. Mimo pewnych zarzutów, zachował się naprawdę 
znakomicie. Płaciła mu, naturalnie, ale zrobił więcej, niż 
wynikało z umowy. Choćby ta przejażdżka z Jasonem. Chociaż 
Dianne naprawdę nie umiała zrozumieć, czemu ktoś miałby się 
cieszyć z jazdy tą wielką machiną. 
- Uważam, że Steve Creighton to doskonały kandydat na męża - 
stwierdziła z powagą Martha, 
 
 
 
 
 

background image

wyjmując z piekarnika szarlotkę. - Tak sobie myślę, że letni ślub 
byłby całkiem przyjemny. Krewnym o wiele łatwiej dojechać 
przy ładnej pogodzie. Czerwiec albo lipiec... 
- Proszę cię, mamo! Steve i ja prawie się nie znamy. 
- Wręcz przeciwnie. - Steve wkroczył do kuchni, stanął za 
plecami Marthy i z zachwytem wciągnął w nozdrza aromat 
świeżego ciasta. - Tak się składa, że też mam słabość do letnich 
ślubów. 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 
- Nie sądzisz, że trochę przeholowałeś? - spytała Dianne, gdy 
tylko Steve wyprowadził ciężarówkę na ulicę. 
Siedziała przypięta pasami i miała wrażenie, że wpadła w 
pułapkę. W dodatku została zdradzona przez własną rodzinę. 
Uparli się, żeby pojechała na przejażdżkę i spędziła kilka chwil 
sam na sam ze Steve'em. On przecież naprawdę nie chciał zo-
stawać z nią sam, ale skąd dzieci i mama mieli o tym wiedzieć? 
- Może rzeczywiście wszedłem za ostro -przyznał, oślepiając ją 
uśmiechem. 
Dianne uznała, że dla jej duchowej równowagi lepiej będzie, jeśli 
powstrzyma się od patrzenia w jego stronę. Ich spojrzenia mogą 
się spotkać zupełnie niewinnie, potem on błyśnie tym 
oszałamiającym, trochę krzywym uśmiechem, a w niej coś 
pęknie. Jeśli to potrwa trochę dłużej... 
- Mogę zrozumieć kwiaty i to wypchane zwierzę - oznajmiła 
zimno. Obiektywnie rzecz biorąc, musiała go pochwalić. - 
Chciałeś zrobić dobre 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

wrażenie. Doskonale. Ale uwaga o letnich ślubach była już 
zupełnie nie na miejscu. Dokładnie coś takiego chciała usłyszeć 
od ciebie moja matka. 
- Masz rację. 
Zgadzał się całkiem bez oporu, co budziło uzasadnione 
podejrzenia, że coś jest nie w porządku. Zresztą wyczuła to od 
razu, gdy tylko wsiadła do kabiny. Zamknął drzwi, a w niej 
napięła się jakaś struna. Dostała ataku melancholii, której dotąd 
nie znała. 
Wyprostowała się i spojrzała przed siebie. Postanowiła nie ulegać 
jego czarowi, jak jej matka i dzieci. 
- Podejrzewam, że mama codziennie zapala na ołtarzu świeczkę i 
prosi Boga o męża dla mnie. Uważa przy tym, że Bogu trzeba 
trochę pomóc i dlatego ciągle organizuje mi randki. 
- Oczywiście. Chyba nie powinienem się wypowiadać o letnich 
ślubach - przyznał Steve. -Ale uznałem, że zauroczony 
mężczyzna powiedziałby właśnie coś takiego. 
Dianne westchnęła. Nie miała żadnych argumentów. A on robił 
wszystko, co w jej mocy, żeby pożałowała tej głupiej prośby. Nie 
miała pojęcia, czemu ją wygłosiła, a teraz owszem, żałowała 
każdej wypowiedzianej sylaby. 
- Chwileczkę! Gdzie mnie wieziesz? - spytała, gdy skręcili z ulicy 
na główną drogę. 

background image

Steve uśmiechnął się szeroko i dla lepszego efektu poruszył 
gęstymi brwiami. 
- Na przejażdżkę. Nie możemy przecież wrócić po pięciu 
minutach. Twoja rodzina... 
- ...będzie czekać pod drzwiami. Spodziewają się mnie lada 
chwila. 
- Wcale się nie spodziewają. 
- A dlaczego nie? - zapytała z coraz większym niepokojem. Ta 
jazda miała być tylko krótkim kursem dookoła osiedla. Zresztą 
nawet do tego trzeba było ją namawiać. 
- Ponieważ powiedziałem twojej matce, że wrócimy za godzinę. 
Może nawet później. 
- Godzinę?! - krzyknęła Dianne, jakby właśnie się dowiedziała, 
że została porwana. - Niemożliwe! To znaczy, chodzi o twój czas. 
Z pewnością nie masz go za wiele. 
- Założyłem, że zechcesz dołożyć parę dolarów. W końcu robię to 
wszystko, żeby wywrzeć odpowiednie wrażenie. Właśnie to... 
- Wiem, wiem - przerwała. - Udajesz zachwyconego. 
Problem polegał na tym, że Dianne głośno narzekała na coś, od 
czego serce biło jej szybciej i mocniej. Sam pomysł wyjazdu we 
dwoje zanadto ją pociągał. Dlatego właśnie tak długo się 
opierała. Z każdą chwilą Steve był bardziej fascynujący. Bez 
specjalnego wysiłku zdołał oczarować jej ro- 
 
 
 
 
 
 

background image

dzinę, a także ją, choć nie chciała tego przyznać. Steve Creighton 
to uśmiech i urok. Od razu poznała, że nie jest podobny do Jacka. 
Tacy ludzie nie porzucają żony i dzieci na pastwę losu. 
Zesztywniała na moment, gdy przemknęła jej myśl, że łatwiej 
byłoby rozgrywać życie kartami, jakie rozdaje przeznaczenie, 
gdyby nie spotykała mężczyzn tak na pozór wspaniałych, jak ten 
kierowca z pomocy drogowej. Wygodniej jest wierzyć, że 
wszyscy faceci są nieczuli i bezmyślni. 
Steve okazał się zaprzeczeniem tej teorii i Dianne wcale nie była 
z tego zadowolona. Najwyraźniej zamierzał strzaskać mur, który 
wybudowała wokół swego spokojnego, bezpiecznego świata. A 
tak się starała go wzmocnić... 
- Jeszcze jedno - rzuciła chłodno i stanowczo, unikając patrzenia 
w jego stronę. - Nie możesz dłużej szastać moimi pieniędzmi. 
- Nie oczekuję zwrotu za te prezenty - wyjaśnił spokojnie. 
- Będę nalegać. 
- Ho, ho, ależ jesteśmy dumni! Kupiłem kwiaty i zabawkę dla Jill 
z własnej inicjatywy. Nie musisz płacić rachunku. 
Dianne nie była pewna, czy ma obstawać przy swoim, czy 
zrezygnować. Wprawdzie mówił spokojnie, lecz w jego głosie 
dźwięczała stal. Cokolwiek powie, nie zdoła zmienić jego 
decyzji. 

background image

- To nie wszystko - postanowiła zostawić tę kwestię i zająć się 
inną, może nawet poważniejszą. Zachowywała się jak jędza, ale 
skoro on o tym nie pomyślał, to ona musi. 
- Chcesz powiedzieć, że jest jeszcze coś? -jęknął, udając 
przerażenie. 
- Proszę cię, Steve. - Z łękiem zauważyła, jak niepewnie brzmią 
jej słowa. Z trudem rozpoznała własny głos. - Przestań być taki... 
cudowny - dokończyła po namyśle.. 
Zahamował przed czerwonym światłem i zwrócił się ku niej, 
opierając ramię na oparciu fotela. 
- Nie wiem, czy dobrze zrozumiałem. Czy zechciałabyś 
powtórzyć to zdanie? 
- Nie możesz ciągle być taki... - szukała innego określenia - 
...czarujący. 
- Czarujący - powtórzył, jakby słyszał to słowo po raz pierwszy w 
życiu. 
- Dla moich dzieci i matki - uściśliła. - Prezenty można jakoś 
wytrzymać, tak samo jak przejażdżkę ciężarówką z Jasonem. Ale 
dyskusja z mamą o letnich ślubach albo gra z moim synem w 
koszykówkę to z pewnością więcej, niż się umawialiśmy. 
- Prywatnie sądziłem, że najbardziej cię zirytuje to, że mama 
zmierzyła mi obwód piersi i długość rąk, bo chce zrobić dla mnie 
sweter. 
- To też! - zawołała. 
 
 
 
 
 
 
 

background image

- Możesz mi wyjaśnić, dlaczego to wszystko stanowi problem? 
- Czy to nie oczywiste? Jeśli będziesz tak postępował, zechcą, 
bym się z tobą spotykała po bankiecie. A szczerze wyznam, że 
mnie na to nie stać. 
Parsknął, jakby opowiedziała jakiś doskonały żart. Ale sytuacja 
wcale nie była zabawna. 
- Moje środki są raczej skromne... - kontynuowała. 
- Nie musimy się tym przejmować. 
- Ja się przejmuję - westchnęła głośno. - Jedna randka! Na tyle 
mogę sobie pozwolić i tyle mnie interesuje. Jeśli nadal będziesz 
taki... taki... 
- Cudowny? - podpowiedział. 
- Czarujący - poprawiła. - Będę musiała się mocno tłumaczyć, 
dlaczego już cię nie widuję. 
- Więc chcesz, żebym powściągnął swój czar? 
- Proszę. 
- Postaram się. - W jego oczach błysnęły wesołe iskierki, jak 
chyba przy większości okazji. 
Gdyby nie była taka wzburzona, pewnie by się ucieszyła, że bawi 
go jej towarzystwo. 
- Dziękuję. - Spojrzała znacząco na zegarek. - Czy nie 
powinniśmy już wracać? 
- Nie. 
- Nie? Rozumiem, że uprzedziłeś mamę i spodziewa się nas za 
godzinę, ale to naprawdę za długo i... 

background image

- Zabieram cię do Jackson Point. 
Serce Dianne zabiło nagle w oszalałym rytmie i podeszło do 
gardła. Jackson Point znajdował się nad wąskim torem wodnym 
pomiędzy półwyspem Kitsap a wyspą Vashon. Widok stamtąd, 
czy to w dzień, czy nocą, był wspaniały, lecz ci, którzy po ciemku 
przyjeżdżali go podziwiać, byli zwykle bardziej zajęci sobą niż 
migotliwymi światłami wyspy i leżącego dalej Seattle. 
- Fakt, że nie protestujesz, uznaję za dobry znak - zauważył. 
- Uważam, że powinniśmy wracać do domu -oświadczyła z całą 
stanowczością, na jaką potrafiła się zdobyć. Niestety, nie było jej 
zbyt wiele. Ostatnim razem była na Jackson Point chyba w po-
przednim życiu. Chodziła wtedy do szkoły i po raz pierwszy 
szaleńczo się zakochała i jak dotąd, po raz ostatni. 
- Już niedługo wrócimy. 
- Steve - jęknęła, z trudem powstrzymując łzy. - Dlaczego to 
robisz? 
- To chyba jasne. Chcę cię znowu pocałować. Dianne obiema 
rękami odgarnęła odpadające na 
twarz włosy. 
- Nie uważam tego za dobry pomysł - powiedziała drżącym 
głosem, który przypominał raczej głos jej czternastoletniego 
syna. 
Zanim zdążyła pomyśleć o argumentach, Steve 
 
 
 
 
 
 
 

background image

zjechał z autostrady w wąską drogę, wiodącą do popularnego 
punktu widokowego. Dianne nie chciała pamiętać o ich 
pierwszym pocałunku. Popełniła błąd. Wiedziała, że 
rozczarowała Steve'a - nie samym pocałunkiem, ale własną 
reakcją. Wyraźnie oczekiwał na wyznanie, jak mocno to 
przeżyła. Nie dała mu wtedy satysfakcji. 
Teraz chciał się zemścić. 
Serce biło jej jak oszalałe, gdy Steve zahamował i wyłączył 
silnik. Za wodą światła migotały na powitanie. Najbliższe 
płonęły na wyspie Vashon, prawie nie zamieszkanej i osiągalnej 
jedynie promem. Dalsze pochodziły z zachodniego Seattle. 
- Jak tu pięknie - szepnęła. Wewnętrzne napięcie trochę opadło i 
odprężyła się nieco. 
- To prawda - przyznał Steve. Przysunął się bliżej i objął ją 
ramieniem. 
Dianne zamknęła oczy. Wiedziała, że nie potrafi mu odmówić. 
Był tak wspaniały dla mamy i dzieci... więcej niż wspaniały. 
Teraz kolej na nią i choć próbowała ze wszystkich sił, nie 
znalazła chęci, by opierać się jego szczególnej magii. 
- Pozwolisz się pocałować? - szepnął jej czule do ucha. 
Kiwnęła głową. 
Zanurzył palce w jej włosach - kierując usta do jej ust. Całował ją 
długo i lekko, jakby obawiał się przestraszyć. Wargi miał ciepłe i 
wilgotne, 

background image

delikatne i stanowcze. Dianne czuła, jak mięknie. Jeśli miała 
przeżyć to wszystko bez ran w duszy, musiała myśleć szybko. 
Niestety, procesy myślowe były spowolnione. 
Kiedy oderwali się od siebie, odetchnął głęboko. Dianne opadła 
na fotel. Zauważyła, że Steve nie otwiera oczu. Wykorzystała ten 
moment, by wrócić do rzeczywistości. Odsunęła się, jak mogła 
najdalej, i oparła kark o klamkę drzwi. 
- Dobry jesteś - stwierdziła. Usiłowała nadać głosowi obojętne 
brzmienie, wiedziała jednak, że bez rezultatu. 
Otworzył oczy i zmarszczył brwi. 
- Uznaję to za komplement. 
- Słusznie. 
Steve był mężczyzną, który mógł przyciągnąć spojrzenia kobiet 
w każdych okolicznościach. Nie zainteresuje go rozwódka i duże 
dzieci, choćby nie wiem jak próbowała siebie przekonać, że jest 
inaczej. Zgodził się zabrać ją na bankiet jedynie dlatego, że mu 
płaci. Czysto finansowa sprawa. 
Musnął palcem jej policzek. Patrzył na nią z czułością, ale 
milczał. 
- Chyba powinniśmy porozmawiać o sobotnim wieczorze - 
oświadczyła, z wysiłkiem powstrzymując się od spojrzenia w 
jego stronę. - Jest kilka spraw do omówienia i... nie zostało wiele 
czasu. 
- Jak chcesz. - Szeroki uśmiech dowodził, że 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Steve nie dał się oszukać. Dokładnie wiedział, o co jej chodzi. 
- Bankiet zaczyna się o siódmej, więc najlepiej będzie, jeśli 
przyjedziesz kwadrans wcześniej. 
- Dobrze. 
- Nie musimy chyba robić sobie kłopotu ani ponosić kosztów 
kwiatów do sukni. 
- Co włożysz? 
Dianne nie zdążyła się nad tym zastanowić. 
- Ponieważ to dzień św. Walentego, więc chyba coś czerwonego. 
Mam taką suknię w białe i czerwone pasy. Powinna wystarczyć. 
Miała ją wprawdzie od kilku lat, ale bankiet nie był rewią mody. 
Zresztą nie mogła sobie pozwolić na nic nowego. 
Spojrzała na zegarek, choć w ciemności i tak nie widziała 
wskazówek. 
- Rozumiem to jako sygnał, że pora wracać do domu. 
- Tak. 
Jej szczerość wyraźnie go rozśmieszyła. 
- Tak właśnie myślałem - stwierdził i bez dalszej dyskusji wrzucił 
wsteczny bieg. 
Gdy tylko skręcili na ich ulicę, Jason i Jill wybiegli z domu na 
spotkanie. Dianne domyśliła się, że oboje siedzieli w oknie i 
niecierpliwie czekali na powrót mamy. 
Pomyliła się. To Steve'a chcieli zobaczyć. 

background image

- Gdzieście byli tak długo? - dopytywał się Jason, gdy tylko Steve 
wyszedł z kabiny. 
- Babcia pokroiła już ciasto. Jesteś gotów? -Jill złapała 
mężczyznę za rękę i patrzyła na niego wyczekująco. 
Dianne z konsternacją obserwowała całą scenę. Steve wkroczył 
do jej własnego domu, z jedną ręką na ramieniu Jasona, i Jill 
uwieszoną u drugiej. Jakby była niewidzialna! Żadne z dzieci nie 
zaszczyciło jej nawet jednym słowem! 
Co prawda Jason obejrzał się przed drzwiami. 
- Idziesz, mamo? 
- Zamykam tyły - mruknęła w odpowiedzi. Jill pokręciła głową, a 
jej ramiona uniosły się 
i opadły w geście zniecierpliwienia. 
- Musisz mamie wybaczyć - wyjaśniła Steve'owi 
porozumiewawczo. - Czasami okropnie marudzi. 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 
- Och, mamo - szepnęła Jill. - Wyglądasz prześlicznie. 
Dianne przestudiowała swoje odbicie w dużym lustrze. W 
ostatniej chwili raz jeszcze opętało ją szaleństwo: poszła do 
sklepu i kupiła nową suknię. 
Nie było jej na to stać. I nie potrafiła sobie wytłumaczyć, 
dlaczego zdecydowała się na ten potworny wydatek. Kiedy 
jednak zauważyła na wystawie kwiecistą, różową kreację, 
postanowiła przymierzyć. To był jej pierwszy błąd. A dokładniej: 
to był kolejny błąd z długiej listy, rozpoczętej propozycją złożoną 
Steve'owi Creightonowi. 
Suknia wyglądała najwspanialej ze wszystkich, jakie miała w 
życiu. Dianne zachwiała się i niemal chwyciła za serce, gdy 
spojrzała na cenę. Ale nie dokonała zakupu pod wpływem 
impulsu. Na to była za mądra. Została prawie bez grosza, a 
zbliżała się dopiero połowa miesiąca. Nię ułatwiało to decyzji. 
Usiadła w kawiarni obok sklepu i przez dziesięć czy piętnaście 
minut wypisywała na skrawku papieru kolumny cyfr. W końcu 
zgniotła 

background image

karteczkę i mimo wszystko postanowiła kupić suknię. Była jej 
prezentem na urodziny, Dzień Matki i Gwiazdkę równocześnie. 
- Przyniosłam swoje perły - oznajmiła Martha, bez tchu wpadając 
do sypialni córki. Spóźniła się, czego nigdy nie robiła, ale Dianne 
wiedziała, że na pewno zdąży przed jej wyjściem. 
Martha stanęła osłupiała, złożyła ręce jak do modlitwy i patrzyła 
w zachwycie. 
- Och, Dianne, wyglądasz... 
- Prześlicznie - dokończyła za babcię Jill. 
- Prześlicznie - powtórzyła Martha. - Myślałam, że pójdziesz w 
tej czerwonej sukience. 
- Przechodziłam ulicą i przypadkiem zobaczyłam na wystawie tę. 
Nie wspomniała, że pojechała na Tacoma wyłącznie w celu 
nabycia czegoś specjalnego na wieczór. 
- Steve przyjechał! - wrzasnął z dołu Jason. 
- Oto moje perły. - Martha z godnością wręczyła je córce. Perły 
były rodzinną pamiątką, noszoną jedynie przy wyjątkowych 
okazjach. 
- Mamo, nie wiem... 
- Twoje pierwsze oficjalne wyjście ze Steve'em - odparła, jakby 
ów fakt miał znaczenie równe wręczeniu Mojżeszowi tablic z 
Dziesięcioma Przykazaniami. Po czym bez słowa zapięła kolię na 
szyi córki. 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

- Musisz je wziąć - dodała cicho. - Ojciec też tego chce. 
- Mamo? - Dianne odwróciła głowę, by spojrzeć w twarz matki. - 
Znowu rozmawiałaś z tatą? 
Ojciec Dianne nie żył już od ponad dziesięciu lat. Jednak przez 
kilka lat po jego śmierci Martha utrzymywała, że prowadzą 
regularne dyskusje. 
- Niezupełnie. Ale wiem, że chciałby, gdyby był z nami. A teraz 
idź już. To niegrzecznie kazać mu tam czekać. 
Dianne na moment zamknęła oczy. Była zdenerwowana. To 
głupie, przekonywała samą siebie. Przecież nie idzie na 
prawdziwą randkę. Płaci Steve'owi za zaszczyt towarzyszenia jej 
na przyjęciu. Starała się o tym pamiętać podczas całej toalety: idą 
na bankiet z okazji św. Walentego, ponieważ to ona go poprosiła. 
Nawet więcej: obiecała pokryć wszelkie koszty. 
Jill przemknęła na korytarz i jak strzała zbiegła po schodach. 
- Już idzie i wygląda prześlicznie. 
- Twoja matka zawsze wygląda prześlicznie -usłyszała Dianne 
rzeczową odpowiedź Steve'a. Szukała go wzrokiem, zstępując na 
pierwsze stopnie. Stał w drzwiach, wysoki i elegancki w 
ciemnoszarym garniturze. 
Podniósł głowę i ich spojrzenia spotkały się na 

background image

chwilę. Z zadowoleniem spostrzegła, że lekko wytrzeszczył oczy. 
- Pomyliłem się. Dzisiaj jest wyjątkowo piękna - szepnął. Jeśli 
zwracał się do dzieci, to nie patrzył na nie. Ani na moment nie 
spuszczał wzroku z Dianne, co spowodowało, że bardziej się zde-
nerwowała. 
Stali tak, wpatrzeni w siebie niby zakochani z romansu. Wreszcie 
Jill pociągnęła Steve'a za rękaw. 
- Chyba powinieneś dać mamie kwiaty? 
- A tak, rzeczywiście - stwierdził, jakby zapomniał o trzymanym 
w ręku ośmiokątnym plastikowym pudełku. 
Dianne zmarszczyła brwi. Uzgodnili przecież, że to zbędne. I tak 
już przekroczyła budżet, a kwiaty nie były dla niej aż tak ważne. 
- To do mankietu - wyjaśnił, otwierając pudełko. - Mówiłaś 
chyba, że pójdziesz w czerwonej sukni, więc obawiam się, że nie 
będą idealnie pasować. 
Trzy białe kwiaty róż otaczała pajęczyna czerwonych i białych 
jedwabnych wstążek. Dianne miała suknię w kilku odcieniach 
różu, lecz w kwiatach na materiale były plamki czerwieni 
dokładnie odpowiadającej barwie wstążek. Można by sądzić, że 
Steve widział już tę suknię i dobrał bukiet, by ją upiększyć. 
- Są... 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

- Prześliczne - podpowiedziała po raz drugi Jill, wyraźnie 
zadowolona z siebie. 
- Możemy iść? - spytał Steve. 
Jason podszedł, niosąc płaszcz, jakby nie mógł się doczekać, 
kiedy matka wreszcie wyjdzie z domu. Steve wziął płaszcz i 
podał Dianne. Rodzeństwo odstąpiło kilka kroków do tyłu, 
przyglądając się im, dumne jak pawie, że zorganizowało całą tę 
historię. 
Przed wyjściem Dianne wydała jeszcze ostatnie instrukcje i 
kolejno pocałowała dzieci w policzek. Jason nie lubił całowania, 
ale zniósł to mężnie. 
Martha stała na szczycie schodów i chusteczką higieniczną 
ocierała oczy, jakby cała czwórka tworzyła najbardziej 
romantyczną scenę, jaką kiedykolwiek widziała. Dianne modliła 
się w duchu, by Steve niczego nie zauważył. 
- Postaram się nie wracać za późno - obiecała, gdy Steve otworzył 
drzwi. 
- Nie przejmuj się - uspokoił ją Jason. - Nie ma powodu do 
pośpiechu. 
- Bawcie się dobrze! - zawołała Jill. Pierwszą rzeczą, jaką 
zauważyła Dianne, gdy 
znalazła się na zewnątrz, był brak ciężarówki Steve'a na 
podjeździe. Rozejrzała się uważnie, oczekując widoku tego 
czerwonego monstrum. 
Steve wziął ją pod ramię i poprowadził do luksusowej limuzyny. 

background image

- Co to jest? - spytała z obawą. Bała się, że wypożyczył 
samochód. Jeśli tak, od razu mu wyjaśni, że nie ma zamiaru za to 
płacić. 
- Mój wóz. 
- Twój? 
Steve otworzył drzwi, więc wśliznęła się na miękką, białą skórę 
fotela. Kierowcy ciężarówek z pomocy drogowej najwyraźniej 
zarabiali lepiej, niż przypuszczała. Gdyby wiedziała, zapropono-
wałaby mu dwadzieścia, nie trzydzieści dolarów. 
Obszedł samochód z przodu i zajął miejsce przy kierownicy. Po 
drodze rozmawiali trochę. Paplając o jakichś głupstwach, Dianne 
starała się ukryć zdenerwowanie. 
Parking był prawie pełen samochodów, ale Steve znalazł wolne 
miejsce z boku niskiego, ceglanego budynku. 
- Gotowa? - zapytał. 
Przytaknęła. Brała udział w dziesięciu takich bankietach. Nie 
było powodów do strachu. Spotka tam przyjaciół i sąsiadów. I 
naturalnie zechcą spytać o Steve'a i o nią. Tym razem jednak była 
na to przygotowana. 
Steve wysiadł, okrążył samochód, otworzył drzwiczki i pomógł 
jej wysiąść. Zauważyła, że zmarszczył czoło. 
- Czy coś jest nie w porządku? - zapytała przestraszona. 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

- Jesteś blada. 
Chciała wyjaśnić, że to nerwy, ale przerwał jej. 
- Nie martw się. Mam na to lekarstwo. Zanim zrozumiała, co 
zamierza, pochylił się 
i musnął wargami jej usta. 
Miał rację. W chwili, gdy ich wargi się zetknęły, gorący 
rumieniec oblał jej policzki. Czuła, jak osuwa się na niego. Steve 
podtrzymał ją za ramiona. 
- To był błąd - szepnął, gdy stanęła pewniej. - Teraz chcę tylko 
ciebie. Zapomnijmy o tym bankiecie. 
- Chyba... chyba powinniśmy już wejść. - Rozejrzała się 
dyskretnie. Miała nadzieję, że nikt nie zauważył ich pocałunku. 
Przez szerokie, podwójne drzwi budynku Centrum Kultury Port 
Blossom padało jaskrawe światło i dobiegały rozbawione głosy. 
Wchodzących gości witały ciche dźwięki romantycznej ballady. 
Steve wziął od niej płaszcz i powiesił na wieszaku w korytarzu. 
Czekała, bardziej zdenerwowana niż kiedykolwiek. Objął 
ramieniem jej talię i razem weszli do głównej sali. 
- Steve Creighton! - zawołał krzepki mężczyzna ze szpakowatą 
brodą, ledwie przekroczyli próg. Spojrzał z zaciekawieniem na 
Dianne, Steve'a klepnął po ramieniu. - Najwyższa pora, żebyś 

background image

zaczął wypełniać swoje towarzyskie obowiązki -dodał. 
Steve przedstawił go jako Sama Hortona. Nazwisko wydało się 
Dianne znajome, chociaż nie mogła sobie przypomnieć, gdzie je 
słyszała. 
- Sam jest prezesem Izby Handlowej - wyjaśnił Steve, jakby 
potrafił czytać w myślach. 
- Ach tak. - Poznanie jednego z najznakomitszych przedstawicieli 
lokalnych wyższych sfer zrobiło na Dianne duże wrażenie. 
- Moja żona, Renee. - Sam rozejrzał się z roztargnieniem. - Jest 
gdzieś w tym tłumie. Czy macie już stolik? Będziemy 
zaszczyceni, jeśli dotrzymacie nam towarzystwa. 
- Co ty na to, Dianne? 
- Z przyjemnością, dziękuję. 
Ciekawe, co powie mama. Ona i Steve przy stoliku prezesa Izby 
Handlowej! Dianne uśmiechnęła się. Z pewnością Martha uzna, 
że to perły przyniosły córce szczęście. 
Sam ruszył na poszukiwanie żony. Nie mógł się doczekać, żeby 
przedstawić jej Dianne. 
- Dianne Williams! Jak to dobrze, że przyszłaś, kochanie! 
Głos należał do Betty Martin, która podążała ku nim, wlokąc za 
sobą Ralpha, swojego męża. Dianne poznała Betty w komitecie 
rodzicielskim. W zeszłym roku wspólnie przygotowywały festi- 
 
 
 
 
 
 
 

background image

wal wiosny. Dianne wykonywała większość prac, podczas gdy 
Betty pełniła funkcje reprezentacyjne. Te doświadczenia 
przekonały Dianne, by w tym roku nie zgłaszać się do pomocy. 
Przedstawiła im Steve'a. Z dumą obserwowała, jak Betty mierzy 
mężczyznę wzrokiem. Nie żałowała teraz nawet centa z tych 
trzydziestu dolarów, jakie mu płaciła. 
Porozmawiali chwilę, po czym Steve przeprosił na moment. 
Dianne patrzyła, jak idzie przez salę, śledzony spojrzeniami 
kobiet. Naprawdę zwracał uwagę, zwłaszcza w tym świetnie 
skrojonym garniturze. 
- Jak dawno znasz Steve'a Creightona? - spytała Betty, gdy tylko 
obiekt zainteresowania znalazł się poza zasięgiem głosu. 
- Od paru tygodni. 
Betty wyraźnie liczyła na szczegóły, ale Dianne nie miała ochoty 
na zwierzenia. 
- Dianne. - Podeszła do nich Shirley Simpson, kolejna znajoma z 
komitetu rodzicielskiego. -Czy to ty przyszłaś ze Steve' em 
Creightonem? 
- Tak. 
Nie miała pojęcia, że Steve jest tak powszechnie znany. 
- Słowo daję, to najlepszy facet w okolicy. Palce mnie świerzbią 
na jego widok. 
Kiedy składała Steve'owi propozycję, nie przy- 

background image

puszczała, że stanie się przedmiotem zazdrości przyjaciółek. 
Naprawdę się opłacało. 
- Macie już miejsce? Może siądziecie z nami - spytała Shirley. 
Betty najeżyła się urażona, że pierwsza nie wpadła na ten pomysł. 
- Sam Horton już nas zaprosił. Ale dziękuję. 
- Sam Horton - powtórzyła Betty, spoglądając na Shirley 
znacząco. - No, no. Widzę, że obracasz się w wyższych sferach. 
No cóż, powodzenia. I szczęścia ze Steve'em Creightonem. Od 
dawna uważam, że już pora, by ktoś go złapał. Mam nadzieję, że 
tobie się uda. 
- Dzięki. - Dianne trochę zdziwił nieoczekiwany rozwój 
wypadków. Wszyscy znali Steve'a, łącznie z przyjaciółkami z 
komitetu rodzicielskiego. Nie bardzo to wszystko rozumiała. 
Steve wrócił po kilku minutach, niosąc dwa smukłe kieliszki 
szampana. 
- Chciałbym, żebyś poznała paru moich znajomych - oświadczył i 
zaprowadził ją na drugi koniec sali, gdzie stało kilka par. 
Rozstąpili się, robiąc im miejsce. Dianne natychmiast rozpoznała 
burmistrza i kilku innych notabli. 
Spojrzała na Steve'a ze zdziwieniem. Z pewnością był 
zwierzęciem społecznym, ale ludzie, których znał... chociaż, 
czemu się tu dziwić? Kierowca z pomocy drogowej ma mnóstwo 
okazji do spotkań z przedstawicielami wyższych sfer. 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

A Steve był niezwykle sympatyczny i łatwo zawieral znajomości. 
I Kwartet zagrał starego swinga z lat czterdziestych i Dianne 
zaczęła przytupywać do rytmu. 
- W przyszłym roku zamiast bankietu powinniśmy zorganizować 
wieczorek taneczny - zaproponował z uśmiechem Steve. Położył 
jej rękę na ramieniu tak swobodnie, jakby robił to od miesięcy. 
- Niezły pomysł - ocenił burmistrz Port Blosson. - Złóż wniosek 
na marcowym posiedzeniu. 
Dianne zmarszczyła brwi. Nie była pewna, czy dobrze 
zrozumiała. Dopiero po kilku minutach miała okazję wyjaśnić tę 
kwestię ze Steve'em. - Należę do rady nadzorczej Centrum 
Kultury - oświadczył krótko,   - Naprawdę? 
Wypiła łyk szampana. Pewne szczegóły zaczynały się mieszać i 
wcale nie była pewna, czy to

 wyłącznie wpływ alkoholu.             

- Jesteś zaskoczona? 
  - Owszem. Myślałam, że trzeba być... no wiesz, właścicielem 
firmy albo kimś podobnym, żeby zasiadać w radzie nadzorczej. 

           

Tym razem Steve zmarszczył brwi. - Przecież jestem. 
- Jesteś? - Dianne zacisnęła palce na wąskiej nóżce kieliszka. - 
Jaka to firma? 
- Pomoc Drogowa Port Blossom. 

background image

Tego już było za wiele. Dianne jednym łykiem wypiła resztkę 
szampana. 
- Chcesz powiedzieć, że jesteś właścicielem? 
- Tak. Tylko nie mów, że nie wiedziałaś. Spojrzała na niego 
gniewnie, nieufnie mrużąc 
oczy. 
- Nie wiedziałam. 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 
Steve Creighton zrobił z niej idiotkę. 
Dianne była tak wściekła, że nie mogła się doczekać, kiedy 
wreszcie zostaną sami. Powie mu wtedy, co o nim myśli. I to 
głośno. 
- A jakie to ma znaczenie? - zapytał. Dianne spoglądała na niego 
gniewnie, niezdolna 
do odpowiedzi. Nie chodziło o to, że był właścicielem 
przedsiębiorstwa pomocy drogowej ani że zasiadał w radzie 
nadzorczej Centrum. Chodziło o to, że ją oszukał. 
- Powinieneś mnie uprzedzić, że jesteś właścicielem. 
- Dałem ci wizytówkę. - Wzruszył ramionami. 
- Dałeś mi wizytówkę - przedrzeźniała go wściekłym szeptem. - 
Mogłeś powiedzieć. Czuję się jak idiotka. 
Steve zmarszczył czoło, jakby nie potrafił doszukać się sensu w 
jej słowach. 
- Szczerze mówiąc, uznałem, że wiesz. Specjalnie tego nie 
ukrywałem. 

background image

To nie jedyna kwestia, która budziła niepokój Dianne. Ta druga 
była właściwie jeszcze gorsza. 
- Skoro już mówimy o tobie, to kim ty właściwie jesteś? Jakimś... 
bożkiem miłości? 
- Co?! 
- Od kiedy tylko weszliśmy, wszystkie kobiety, które znam, a 
nawet kilka, których nie znam, kręcą się wokół mnie i zadają całą 
masę znaczących pytań. Jedna z przyjaciółek wyznała, że na twój 
widok świerzbią ją palce. A inna... mniejsza z tym. 
Steve był wyraźnie zadowolony. 
- Palce ją świerzbią? 
Jakież to męskie, pragnienie słuchania komplementów. 
- Nie o to chodzi. 
- Więc o co? 
- Wszyscy uważają nas za główny temat dnia. 
- No to co? Przecież tego właśnie chciałaś. Dianne miała ochotę 
krzyczeć. 
- Zechciej uprzejmie spojrzeć na to z mojego punktu widzenia. 
Wpadłam przez ciebie w paskudne tarapaty. 
Zmarszczył czoło, więc wyjaśniła bardziej szczegółowo: 
- Niby co mam mówić im wszystkim, nie wyłączając własnej 
matki i dzieci, kiedy będzie już po bankięcie? Dlaczego 
właściwie wcześniej o tym nie pomyślałam? 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

- O czym? 
- O tobie i o mnie - odparła cicho, używając krótkich słów, żeby 
nie miał problemów ze zrozumieniem. - Nie chciałam nawet tu 
przychodzić. Oszukałam własną rodzinę, a co gorsza, płacę 
mężczyźnie za to, że mi towarzyszy. To chyba najgorszy moment 
mojego życia, a ty potrafisz tylko

 stać sobie i głupio się 

uśmiechać, Steve parsknął. Wargi mu drgnęły, jakby tylko

 

najwyższym wysiłkiem woli tłumił śmiech. - Ten głupi uśmiech, 
który zasłużył na twoje potępienie, to zauroczony wygląd. Przez 
cały tydzień ćwiczyłem przed lustrem. 
Dianne ukryła twarz w dłoniach. - A teraz... teraz dowiaduję się 
nagle, że jesteś młodym przedsiębiorcą, a do tego... 
podrywaczem. 
- Nie jestem podrywaczem - zaprotestował. 
- Może i nie... skąd miałabym o tym wiedzieć. Ale poznałam 
twoją reputację. Nie ma tu kobiety, która by mi nie zazdrościła. 
Cała historia przybrała taki obrót, że Dianne z trudem broniła się 
przed całkowitym załamaniem i wybuchem płaczu. Szukała tylko 
dobrze wyglądającego mężczyzny, który poszedłby z nią na 
bankiet i w ten sposób zaspokoił żądania dzieci. Prowadziła 
spokojne, proste życie, i nagle stała się głównym tematem plotek 
całego towarzystwa. 
Sam Horton podszedł do mikrofonu i ogłosił, 

background image

że zaraz podadzą kolację, więc niech wszyscy obecni zechcą 
zająć miejsca przy stołach. 
- Nie bądź taka ponura - szepnął Steve. Stał z tyłu, delikatnie 
opierając dłonie na jej ramionach. -Kobieta, której zazdroszczą 
wszystkie inne, nie powinna być smutna. Spróbuj się 
uśmiechnąć. 
- Nie wiem, czy potrafię. 
Dotknięcie Steve'a wcale nie pomagało. Uspokajało, dodawało 
odwagi, ale nie życzyła sobie ani jednego, ani drugiego. 
Zwłaszcza od niego. I tak nie mogła pozbierać myśli. Rozum 
podpowiadał jedno, a serce coś całkiem innego. 
- Zaufaj mi, Dianne. Przesadzasz z tym wszystkim. Przecież nie 
chciałem cię oszukiwać. Spróbujmy dobrze się bawić. 
- Tak mi głupio... 
Kilka osób przeszło obok nich, przystając na moment, by się 
uśmiechnąć i skinąć głową. Dianne starała się, jak mogła, by 
reagować w odpowiedni sposób. 
- Nie zrobiłaś nic głupiego. 
Objął jej szczupłą talię i poprowadził do stołu, gdzie czekali już 
Sam z żoną i jeszcze dwie pary, których Dianne nie znała. 
Uśmiechnęła się, a Steve przysunął jej krzesło. Dżentelmen aż do 
końca, pomyślała niechętnie. Otwiera drzwi, przysuwa krzesła, a 
ona przez cały czas robi z siebie idiotkę na oczach całego mia-
steczka. 
 
 
 
 
 
 

background image

Gdy tylko usiedli, przedstawił jej dwa inne małżeństwa. Larry i 
Louise Lester, właściciele pobliskiej restauracji, oraz Dale i 
Maryanne Atwater. Dale był szefem najpoważniejszej firmy 
księgowej w mieście. 
Młodzi ludzie w olśniewająco białych marynarkach podali 
sałatki. Lesterowie i Atwaterowie rozmawiali cicho, dyskutując o 
pogodzie i podobnych, równie nieważnych sprawach. Zatopiona 
w ponurych myślach Dianne jadła sałatkę i nie zwracała na nich 
uwagi. Nagle, w najmniej oczekiwanym momencie, usłyszała 
swoje imię. Podniosła głowę. Z nieznanych powodów sześć par 
oczu wpatrywało się w nią z uwagą. 
Odłożyła widelec i spojrzała na Steve'a, modląc się w duchu, by 
chociaż on wiedział, o co chodzi. 
- Doskonale do siebie pasujecie - stwierdziła Renee Horton. 
Mówiła obojętnym tonem, choć wcale nie wyglądała na obojętną. 
Każdy gest świadczył o wytężonej ciekawości. 
- Dziękuję - odparł Steve, po czym obdarzył Dianne tym, co ona 
uznała za głupawy uśmiech, a on za przejaw zauroczenia. 
- A jak właściwie się poznaliście? - spytała z pozorną 
nonszalancją Maryanne Atwater. 
- No... - Myśli Dianne wirowały szaleńczo, zagubione we mgle 
półprawd i wyobrażeń. Nie była pewna, czy potrafi raz jeszcze 
powtórzyć te wymysły o spotkaniu w sklepie. Jednakże nic in- 

background image

nego nie przychodziło jej do głowy. Myślała, że jest 
przygotowana, ale kiedy tylko znalazła się w centrum uwagi, cała 
pewność nagle ją opuściła. 
- Akurat byliśmy równocześnie w tym samym sklepie - wyjaśnił 
gładko Steve. Po tylu powtórzeniach historia brzmiała całkiem 
jak prawdziwa. 
- Zablokowałam Steve'owi drogę w dziale mrożonek - podjęła 
opowieść w jego wersji. Była trochę zakłopotana, widząc, jak 
pozostałe pary w napięciu słuchają tej bajki. 
- Poprosiłem Dianne, żeby przesunęła wózek, a ona przeprosiła 
za nieuwagę. Zanim się zorientowałem, rozmawialiśmy w 
najlepsze. 
- Byłam tam! - Louise Lester zamachała rękami, a jej błękitne 
oczy rozbłysły podnieceniem. - Więc to was dwoje? Widziałam 
wszystko na własne oczy! 
Otarła serwetką kąciki ust i dla pewności sprawdziła dyskretnie, 
czy wszyscy już na nią patrzą. 
- Przysięgam, że to najbardziej romantyczne spotkanie, jakie w 
życiu widziałam. 
- Z całą pewnością - przyznał Steve, spoglądając na Dianne, która 
z najwyższym trudem powstrzymywała się od kopnięcia go w 
łydkę. Nie zasłużył na nic lepszego. 
- Wózek Steve'a z rozpędu wpadł na wózek Dianne - mówiła 
dalej Louise, uśmiechając się szeroko do Steve'a. 
 
 
 
 
 
 

background image

- Tylko z rozpędu? - zakpił Sam Horton i parsknął śmiechem 
dostatecznie głośnym, by zwrócić powszechną uwagę. Choć to 
oczywiste szaleństwo, Dianne miała wrażenie, że wszyscy w 
calutkiej sali przerwali jedzenie, by wysłuchać opowieści Louise. 
- W każdym razie zaczęli rozmawiać i słowo daję, czułam się jak 
w kinie. Dianne przeprosiła, naturalnie. Nie wiedziała, że blokuje 
przejście. Potem Steve zaczął grzebać w jej wózku i naśmiewać 
się. Wiecie przecież, jak lubi sobie pożartować. 
Z sympatią pokiwali głowami. 
- Kupowała te dietetyczne porcje - wyjaśnił Steve, ignorując 
wściekłe spojrzenie Dianne. - Powiedziałem, że chyba nie 
potrzebuje ich dla siebie. 
Trzy kobiety westchnęły chórem. Dianne miała ochotę schować 
się pod stół. 
- To jeszcze nie koniec - oznajmiła rozpromieniona Louise, 
dumna z ogólnego zainteresowania. Na jej twarzy pojawił się 
wyraz rozmarzenia. -Stali tak i rozmawiali chyba przez wieki. 
Kilka minut później skończyłam zakupy i przechodziłam tamtędy 
w drodze do kasy. Wciąż tam byli. A kiedy stałam już w kolejce, 
widziałam, jak idą obok siebie, każde pchając swój wózek. 
Wyglądali tak słodko, że brakowało tylko, żeby ktoś zaczął grać 
na skrzypcach. 
- Jakie to piękne - szepnęła Renee Horton. 

background image

- Też tak pomyślałam. Gdy tylko wróciłam do domu, 
opowiedziałam o wszystkim Larry'emu. Pamiętasz, kochanie? 
Larry przytaknął posłusznie. 
- Louise powtórzyła mi tę historię ze trzy razy. 
- Nie wiedziałam tylko, że to właśnie ty, Steve. Niesamowite: ze 
wszystkich ludzi, jacy przychodzą do sklepu, właśnie ja trafiłam 
na ciebie i Dianne w chwili, kiedy spotkaliście się po raż 
pierwszy. Zycie jest pełne niespodzianek, prawda? 
- O tak, rzeczywiście - przyznała Dianne. Steve uśmiechnął się 
dyskretnie, a ona musiała 
odpowiedzieć mu tym samym. 
- To najcudowniejsze spotkanie, jakie w życiu widziałam - 
powtórzyła Louise. 
- Wierzysz w tę historię Louise Lester? - zapytał później Steve. 
Siedzieli w samochodzie i czekali w kolejce na wyjazd z 
parkingu. 
- Nie - odparła krótko Dianne. 
Jakoś przetrwała do końca bankietu, choć zużyło to jej ostatnie 
rezerwy opanowania i samokontroli. Od chwili gdy weszli 
frontowymi drzwiami, do momentu gdy późnym wieczorem 
Steve podał jej płaszcz, znajdowali się w centrum uwagi. I byli 
głównym tematem rozmów. 
Louise Lester, niby trzmiel w ogrodzie, przebiegała od stolika do 
stolika, by powtarzać historię 
 
 
 
 
 
 

background image

spotkania Steve'a i Dianne... i tego, jak ona sama była na miejscu 
i wszystko widziała. 
- Nigdy jeszcze nie czułam się tak... - Dianne nie mogła znaleźć 
odpowiedniego słowa, by opisać własne uczucia. - To chyba 
najgorszy wieczór w moim życiu. 
Opadła na siedzenie i zakryła oczy. 
- Myślałem, że dobrze się bawisz. 
- Jak mogłabym? - załkała. Opuściła ręce na chwilę 
wystarczającą, by zmierzyć go gniewnym wzrokiem. - Na samym 
wstępie dowiaduję się, że jesteś bogatym playboyem. 
- Daj spokój, Dianne. Mam własną firmę. To jeszcze nie oznacza, 
że tarzam się w pieniądzach. 
- Pomoc Drogowa Port Blossom to jedno z najszybciej 
rozwijających się przedsiębiorstw okręgu Kitsap - powtórzyła 
informację, której z satysfakcją udzielił jej Sam Horton. - Nie 
rozumiem, dlaczego mama o tobie nie słyszała. Już od miesięcy 
wyszukuje odpowiednich mężczyzn. To chyba cud, że... - 
przerwała nagle, zaciskając usta. 
- Co? 
- Mama szukała, to prawda. Ale jest realistką i trzymała się 
własnej sfery. Jesteś pierwszoligowym graczem. Mama zna tylko 
mężczyzn z okręgówki: rzeźników, nauczycieli. Zwyczajnych 
ludzi. 
Chociaż teraz sobie przypomniała: mama poznała chyba 
nazwisko Steve'a, kiedy Dianne wy- 

background image

mieniła je po raz pierwszy. Prawdopodobnie słyszała o nim, choć 
nie wiedziała gdzie. 
- Pierwszoligowy? Zabawne porównanie. 
- Wcale nie. Kiedy pomyślę, że proponowałam ci pieniądze za 
pójście ze mną na ten bankiet... - Zesztywniała, myśląc o 
doznanym poniżeniu. Potem rozluźniła się powoli. - Nie 
rozumiem tylko jednego. Dlaczego nie miałeś już towarzystwa? 
Do bankietu pozostało wtedy pięć dni. Z pewnością najbardziej 
atrakcyjny kawaler w całym mieście, który mógł przebierać w 
kobietach do woli, miał jakąś partnerkę. 
- To proste. Nie mam nikogo. 
- Założę się, że wyłeś ze śmiechu, kiedy chciałam ci zapłacić... 
Nie wspomniała już o przesłuchaniu na temat garnituru. 
- Szczerze mówiąc, bardzo mi to pochlebiało. 
- Nie wątpię. 
- Dalej jesteś zdenerwowana? 
- Tak, jestem. 
„Zdenerwowana" to bardzo łagodne określenie. 
Ponieważ mieli do domu tylko parę kilometrów, Dianne sięgnęła 
do torebki po książeczkę czekową. Odczekała, aż samochód 
zahamuje na podjeździe, po czym wypisała czek. 
- Co to jest? - zapytał Steve. 
- To, co jestem ci winna. Nie znam ceny tego 
 
 
 
 
 
 

background image

wypchanego zwierzaka Jill, ale chyba nie pomyliłam się za wiele. 
Ceny kwiatów są różne w różnych sklepach, więc wzięłam 
średnią. 
- Chyba nie powinnaś mi płacić przed zakończeniem wieczoru - 
stwierdził stanowczo, otwierając drzwi wozu. 
Dla Dianne koniec nastąpił w chwili, gdy dowiedziała się, kim 
jest Steve. 
- Co jeszcze planujesz? - spytała, gdy otworzył drzwi po jej 
stronie. 
Wziął ją pod rękę i zaprowadził przed dom, w światło latarni. 
Chwyci! ją za ramiona. Zdziwiona, zmarszczyła czoło. 
- Zamierzam uczciwie zapracować na swoją pensję - wyjaśnił. 
- Nie rozumiem. 
- Jason, Jill i twoja matka. 
- Co z nimi? 
- Wyglądają zza firanki. Czekają, żebym cię pocałował. Nie mam 
zamiaru ich rozczarować. 
- Nawet nie próbuj - zaprotestowała. 
Lecz kiedy spojrzał jej w oczy, poczuła, że gniew ulatnia się 
nagle. Wolno, jakby wyczuwając zmianę nastroju, pochylił 
głowę. Wiedziała, że chce ją pocałować. Wiedziała też, że nie 
zrobi niczego, by go powstrzymać... 

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 
- Wziąłeś czek? - spytała, gdy odzyskała spokój na tyle, by znowu 
myśleć w miarę logicznie. Próbowała w ten sposób wyrwać się z 
pajęczyny magii, którą Steve z taką łatwością oplątał jej serce. 
Mężczyzna wyjął czek z kieszeni marynarki i bezceremonialnie 
przedarł go na dwie części. 
- Nigdy nie miałem zamiaru przyjmować od ciebie choćby centa. 
- Musisz! Taka była umowa! 
- Chcę cię znowu zobaczyć - oznajmił, kładąc dłonie na jej 
ramionach. 
Dianne zaniemówiła. Gdyby stwierdził, że jest przybyszem z 
Marsa, nie zaskoczyłby jej bardziej. Nie wiedziała, co 
odpowiedzieć. 
- Żartujesz sobie ze mnie, prawda? - spytała, patrząc na niego w 
zamyśleniu. 
Uśmiech przemknął mu po wargach. Czyżby przewidział taką 
reakcję? 
- Nigdy w życiu nie byłem bardziej poważny. 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

Szok minął i Dianne szybko podjęła decyzję. 
- Jestem zaszczycona, oczywiście... ale nie. 
- Nie? - Steve nie mógł uwierzyć. Całą sekundę czy dwie 
próbował odzyskać panowanie. 
- Dlaczego? 
- Chcesz powiedzieć, że po dzisiejszym wieczorze wciąż nie 
wiesz? 
- Jak widać. - Cofnął się i przeczesał włosy palcami z taką 
energią, że Dianne zadrżała. - Nie 
mogę uwierzyć - mruknął. - Kiedy pocałowałem cię pierwszy raz, 
zrozumiałem, że łączy nas coś wyjątkowego. Myślałem, że też to 
czujesz. 
Dianne nie mogła zaprzeczyć, jednak nie miała zamiaru 
potwierdzać. Spuściła głowę, by uniknąć spojrzenia jego 
rozpłomienionych oczu. 
- Nie chcę, byś zniknęła z mojego życia - podjął Steve po chwili 
milczenia. - Gdybyś się jeszcze nie domyśliła, to szaleję za tobą, 
Dianne. 
Nagłe łzy przesłoniły jej widok. Otarła je grzbietem dłoni i 
pociągnęła nosem. Nic takiego nie miało prawa się zdarzyć. 
Chciała, by zerwanie było czyste i ostatecznie. Żadnych dyskusji. 
Żadnych łez. Steve był przystojny i zaradny, inteligentny i i 
czarujący. Jeśli ktokolwiek zasługiwał na SMP, to właśnie on, 
kawaler i doskonała partia. Ona była już mężatką, a życie 
komplikowała jej dwójka dzieci i matka-intrygantka. 

background image

- Powiedz coś - zażąda!. - Nie stój tak ze łzami w oczach. 
- To nie są łzy. To... - nie dokończyła, gdyż nowe krople spłynęły 
po policzkach. 
- Jutro po południu - zaproponował. - Wpadnę tu i razem z 
dziećmi wybierzemy się do kina. Jeśli chcesz, możesz zabrać 
matkę. 
Dianne stłumiła szloch. Oskarżycielskim gestem wyciągnęła ku 
niemu rękę. 
- To najobrzydliwsza, najohydniejsza propozycja, jaką można 
sobie wyobrazić. 
- Że wezmę ciebie i dzieci, a nawet matkę do kina? - zdumiał się. 
- T... tak. Wykorzystujesz przeciwko mnie moje własne dzieci, a 
to... 
- Obrzydliwe i ohydne - dokończył, marszcząc brwi. - No dobrze, 
jeśli nie chcesz w to mieszać Jasona i Jill, pojedziemy do kina we 
dwoje. 
- Powiedziałam już, że nie. 
- Dlaczego? 
Ramiona drżały jej lekko, gdy rozmazywała łzy po twarzy. 
- Jestem rozwiedziona - wyznała takim tonem, jakby mówiła o 
pilnie strzeżonej tajemnicy. 
- I co z tego? - Nadal marszczył czoło. 
- Mam dzieci. 
- Wiem o tym. Nie wyrażasz się zbyt jasno, Dianne. 
 
 
 
 
 
 

background image

- Nie o to chodzi. Nie tylko. Możesz się spotykać z każdą kobietą, 
jaką wybierzesz. 
- Ale chcę z tobą. 
- Nie! 
Trzęsła się cała. Usiłowała zapanować nad sobą, ale zadanie było 
beznadziejne, kiedy Steve stał tak blisko i miała wrażenie, że 
zaraz uściśnie ją i pocałuje znowu. 
Gdy była już w miarę pewna, że zniesie potęgę fascynacji tym 
mężczyzną, spojrzała mu prosto w oczy. 
- Pochlebiasz mi, Steve - zapewniła. - Naprawdę. Ale nic z tego 
nie będzie. 
- Skąd wiesz? 
- Wiem. Właśnie, że wiem. Gramy w różnych ligach, ty i ja. Cała 
ta sprawa kompletnie wymknęła się spod kontroli. - 
Wyprostowała się, jakby wyższy wzrost mógł w czymkolwiek 
pomóc. - Umowa przewidywała, że zapłacę ci za pójście na 
bankiet. Tylko potem skomplikowałam wszystko, prosząc, żebyś 
był mną oszołomiony. Załatwiłeś to tak dobrze, że przekonałeś 
samego siebie. Ale nie zachwycasz się mną. To niemożliwe. 
- Ponieważ jesteś rozwiedziona i masz dwoje dzieci - powtórzył. 
Zapominasz o matce, z paskudną skłonnością do intryg. 

background image

Steve zacisnął pięści. 
- Wcale nie zapominam. Jestem jej wdzięczny. Spojrzała 
podejrzliwie. 
- Teraz wiem, że nie możesz mówić poważnie. 
- Twoja matka jest bardzo mądra, twoje dzieci wspaniałe. A 
gdybyś była całkiem ślepa, to chcę cię poinformować, że jesteś 
piękna. 
Dianne bezwiednie skręcała w palcach sznur pereł. Mężczyzna, 
który stał teraz przed nią, był wcieleniem kobiecych marzeń. Nie 
wiedziała, co ma o nim myśleć. Jednego była pewna. Poniżył ją 
dzisiaj, pozwolił, by mu zapłaciła za pójście z nią na bankiet, by 
zrobiła z siebie idiotkę. Nie mogła się z nim dłużej widywać. 
- Nie przypuszczam - odparła chłodno. - Żegnaj, Steve. 
- To twoja ostateczna decyzja? 
- Tak. - Była już w połowie drogi do drzwi. 
- Jak chcesz. Proszę bardzo. - Machnął gniewnie ręką. - Jeśli tego 
właśnie sobie życzysz, niech będzie. Doskonale. 
I wściekły ruszył do samochodu. 
Dianne wiedziała, że w domu nie dadzą jej spokoju. Gdy tylko 
przestąpiła próg, Jason i Jill zasypali ją pytaniami o bankiet. 
Odpowiadała możliwie ogólnie i tłumacząc się zmęczeniem, 
uciekła do sypialni. Widocznie jej wzrok mówił wyraźnie, 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

że chce zostać sama, gdyż nikt już nie przeszkadzał jej tej nocy. 
Następnego ranka obudziła się wcześnie, trochę nieswoja. Jason 
już wstał i pochłaniał właśnie w kuchni wielki talerz płatków. 
- I co? - zapytał, gdy weszła Dianne. - Kiedy znowu spotkasz się 
ze Steve'em? 
- Sama nie wiem. 
Nastawiła kawę, cały czas próbując wypchnąć z głowy wszelkie 
myśli o swym wczorajszym partnerze. Bez rezultatu. 
- Przecież chce się z tobą spotkać. 
- Nie jestem pewna. 
- Nie jesteś? - zdumiał się Jason. - Jak to? Widziałem wczoraj, jak 
się do siebie lepicie. Lubię Steve'a. Jest fajny. 
- Wiem. 
Odwróciła się plecami do syna i stanęła przed ekspresem, 
patrząc, jak ciemna ciecz spływa do szklanego dzbanka. 
- Trzeba trochę odczekać. Zobaczyć, jak wszystko się ułoży - 
wymamrotała. 
Ku jej uldze Jason przyjął takie wyjaśnienia i nie wypytywał 
więcej. Po południu, z matką, nie miała tyle szczęścia. 
- Porozmawiaj ze mną - rzekła Martha. Szydełko migotało w jej 
palcach. - Cały dzień nic nie mówisz. 

background image

- Wcale nie - Dianne nie wiedziała właściwie, czemu protestuje. 
Mama miała rację. Rzeczywiście chodziła zamyślona. 
- Telefon nie dzwoni. A powinien. 
- Dlaczego? 
- Steve. Poznał twoją matkę, poznał twoje dzieci, zabrał cię na 
przyjęcie... 
- Mówisz to takim tonem, jakbyśmy mieli już ustalać datę ślubu. - 
Chciała, by zabrzmiało to żartobliwie, lecz spojrzenie Marthy 
wyraźnie wskazywało, że nie należy żartować z rzeczy świętych. 
- Kiedy znowu macie się spotkać? 
Gdy Dianne nie odpowiedziała od razu, Martha szarpnęła 
włóczkę, jakby chciała wyrwać z córki wyznanie. 
- Przez najbliższe kilka dni oboje mamy sporo zajęć. 
- Zajęć? Nie pozwolisz chyba, żeby jakieś zajęcia stanęły na 
drodze miłości. 
Dianne zignorowała tę wypowiedź. Tak było łatwiej. Przez cały 
dzień Martha atakowała ją pytaniami, jednak po wielu 
bezskutecznych próbach uzyskania jakichkolwiek informacji, w 
końcu zrezygnowała. 
Trzy dni po bankiecie Dianne robiła zakupy w sklepie po 
przeciwnej stronie miasta. Świadomie unikała tego, w którym 
rzekomo nastąpiło ich 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

pierwsze spotkanie ze Steve'em. I zupełnie niespodziewanie 
trafiła na Betty Martin. 
- Dianne! - krzyknęła przyjaciółka, goniąc ją między półkami. 
A niech to, pomyślała Dianne. Betty była ostatnią osobą, którą 
chciałaby widzieć. Z pewnością miała mnóstwo pytań na temat 
Steve'a. 
I rzeczywiście. 
- Od tygodnia się zbieram, żeby do ciebie zadzwonić. - Uśmiech 
Betty tchnął taką słodyczą, że Dianne miała wrażenie, jakby 
wpadła do kadzi z miodem. 
- Cześć, Betty. - Udawała, że wybiera coś z półek. Dopiero po 
chwili spostrzegła, że stoi przed ścianą jednorazowych pieluszek. 
Odskoczyła jak oparzona. 
Betty zauważyła jej zakłopotanie. 
- Wiesz, nie jesteś jeszcze za stara na dzieci - stwierdziła. - Ile 
masz lat? Trzydzieści trzy, trzydzieści cztery? 
- Coś koło tego. 
- Gdyby Steve chciał dziecka, mogłabyś... 
- Nie mam najmniejszego zamiaru wychodzić za Steve'a 
Creightona - zapewniła kwaśno Dianne. - Jesteśmy tylko 
przyjaciółmi. 
Betty w zdumieniu uniosła brwi. 
- Moja kochana, słyszałam coś wręcz przeciwnego. Całe Port 
Blossom dudni od plotek na wasz 

background image

temat. Steve był takim zatwardziałym kawalerem. Często się z 
kimś spotykał, tak przynajmniej słyszałam, ale wszyscy, 
naprawdę wszyscy uważają, że masz go na widelcu. W sobotę 
sama widziałam, jak na ciebie patrzył - miałam łzy w oczach. Nie 
wiem, co mu zrobiłaś, ale jest twój. 
- Na pewno ci się wydawało. - Dianne nie mogła przecież 
przyznać, że mu zapłaciła za ten zachwyt. A on dobrze wykonał 
zadanie: przekonał wszystkich, ze sobą włącznie, że jest w niej 
zakochany po uszy. 
- Chyba nie - uśmiechnęła się Betty. Dianne przeprosiła, 
możliwie szybko skończyła 
zakupy, zapłaciła i ruszyła do domu. Lecz i tam nie zaznała 
spokoju. Jason i Jill już czekali i to wcale nie po to, żeby pomóc 
jej dźwigać torby. 
- To już trzy dni - oświadczyła Jill. - Steve powinien chyba się 
odezwać. 
- Jeśli nie dzwoni, zadzwoń sama - zaproponował Jason. - 
Dziewczyny bez przerwy robią takie rzeczy, chociaż babcia 
uważa, że nie wypada. 
- Wiecie... - Dianne nerwowo szukała jakiegoś wyjścia. 
Oczywiście, nie znalazła. 
- Tu jest jego wizytówka - Jason wyjął kartonik zza kalendarza. - 
Dzwoń. 
Dianne patrzyła na wypukłe, czerwone litery. Pomoc Drogowa 
Port Blossom, poniżej numer telefonu. W rogu mniejszą, 
skromniejszą czcionką 
 
 
 
 

background image

wypisane nazwisko Steve'a i jedno bardzo ważne słowo: 
właściciel. 
Serce zabiło jak oszalałe. Dianne zamknęła oczy. Nie kłamał, 
mówiąc, że przecież nie chciał jej oszukiwać. Zakładał, że wie. 
Miał powody. Dał jej wizytówkę, gdzie wszystko było wyraźnie 
napisane, tylko ona nie zauważyła. 
- Mamo - głos Jasona przerwał zadumę. Otworzyła oczy. Syn i 
córka przyglądali się jej 
z troską. 
- Co zrobisz? - chciała wiedzieć Jill. 
- Poćwiczę. 
- Aerobik? - zdziwił się Jason. - Po co? 
- Potrzebuję czegoś takiego - odparła. Naprawdę. Już dawno 
odkryła, że kiedy miała 
jakieś problemy, wyczerpujące ćwiczenia fizyczne pomagały 
uspokoić umysł. Nie przepadała za tym - nie lubiła bólu. Ale 
zajęcia aerobiku w Centrum przeprowadziły ją już przez niejeden 
kryzys emocjonalny. Jeśli się pospieszy, zdąży jeszcze na 
ostatnią popołudniową grupę. 
- Dzieci, rozpakujcie zakupy, dobrze? - rzuciła, ruszając po 
schodach na górę. W biegu zerwała sweter. Guziki bluzki 
zajmowały za dużo czasu, więc gdy tylko znalazła się w sypialni, 
ściągnęła ją przez głowę. Zatrzasnęła nogą drzwi. 
W ciągu pięciu minut włożyła kostium, ucałowała dzieci i 
wybiegła na dwór. Wyjeżdżając na 

background image

ulicę, poczuła się lekko winna, gdy obejrzawszy się, zobaczyła na 
werandzie wyraźnie przygnębionych Jasona i Jiłl. 
Kiedy weszła na salę, trwała rozgrzewka. Przez następną godzinę 
skakała, kopała, robiła skłony i wymachy, starając się 
dotrzymywać kroku pozostałym. Pod koniec zajęć była 
wykończona, ale ani na krok bliższa decyzji, czy zadzwonić do 
Steve'a. 
Z ręcznikiem na szyi podeszła do samochodu. Układ krążenia 
miała w idealnym stanie, ale niestety, nic poza tym. Sięgnęła do 
torebki po kluczyki. Potem sprawdziła w kieszeniach płaszcza. 
Nic. 
Przerażona, osłoniła oczy dłońmi i zajrzała przez szybę. Tam, 
stercząc niewinnie ze stacyjki, wisiały kluczyki. 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 
- Jason. - Dianne zamknęła oczy, dziękując w duchu, że to syn 
odebrał telefon. Jill zasypałaby ją pytaniami i udzieliła więcej 
rad, niż zawierały rubryki listów w dziewczęcych tygodnikach. 
- Cześć, mamo. Myślałem, że poszłaś ćwiczyć. 
- Owszem. I jeszcze długo nie wrócę, jeśli mi nie pomożesz. - 
Nabrała tchu. - Chcę, żebyś poszedł do mojego pokoju, otworzył 
szufladę z bielizną i poszukał zapasowego kompletu kluczyków 
do samochodu. 
- Są w szufladzie z bielizną? 
- Tak. 
To był rozpaczliwy plan zrozpaczonej kobiety. Nie miała odwagi 
telefonować do autoklubu - bała się, że przyślą jej Pomoc 
Drogową Port Blossom w osobie niejakiego Steve'a Creightona. 
- I naprawdę się spodziewasz, że będę grzebał w twoich, no, 
rzeczach? 
- Posłuchaj uważnie, Jason. Zatrzasnęłam kluczyki i nie mam 
innego wyjścia. 

background image

- Zatrzasnęłaś kluczyki? Znowu? Co się z tobą dzieje, mamo? 
- Musimy do tego wracać? - spytała. 
Syn powtarzał tylko to, co w ciągu ostatnich kilku minut 
powiedziała sobie przynajmniej ze sto razy. Była tak 
zdenerwowana, że jedynie najwyższym wysiłkiem 
powstrzymywała szloch. 
- Poproszę, żeby Jill poszukała tych kluczyków - zgodził się 
Jason. Westchnienie było dowodem, że spełnienie prośby matki 
wymaga straszliwego samozaparcia, nie wspominając już o 
nieprawdopodobnym harcie ducha. 
- Dziękuję ci - Dianne odetchnęła z ulgą. -Teraz dalej. Musisz 
wyciągnąć rower z garażu i przyjechać tutaj, do Centrum 
Kultury. 
- To znaczy, że sam mam ci przywieźć te kluczyki? 
- Tak. 
- Przecież pada! 
- To tylko mżawka. - Była to prawda, chociaż w zasadzie Dianne 
nie pozwalała Jasonowi zimą jeździć na rowerze. 
- Ciemno się robi - nie ustępował Jason. 
- Masz rację. W takim razie najlepiej będzie, jeśli zawiadomisz 
babcię. Niech podjedzie do was, zabierze kluczyki i przywiezie je 
tutaj. 
- Mam dzwonić do babci? 
- Jasonie, masz kłopoty ze słuchem? Tak, za- 
 
 
 
 
 
 

background image

dzwoń do babci. Jeśli jej nie będzie, zawiadomisz mnie. Czekam 
w Centrum Kultury przy telefonie - podała mu numer. - I jeszcze 
jedno. Jeśli nie znajdziesz kluczyków w szufladzie z bielizną, 
niech babcia przywiezie druciany wieszak. Zrozumiałeś? 
- Tak, mamo - potwierdził z wahaniem. Westchnął ponownie. - 
Na pewno dobrze się czujesz? 
- Oczywiście. 
Zapamięta mu to, kiedy następnym razem poprosi, żeby puściła 
go na obóz. 
Miała wrażenie, że czeka przez całą wieczność. Przy recepcji 
tłoczyli się ludzie kończący pracę. Nie chciała przeszkadzać i 
dzwonić jeszcze raz, by sprawdzić, co zatrzymało Jasona. 
Czterdzieści minut po zakończeniu zajęć wciąż spacerowała w 
holu budynku Centrum Kultury. Co pewien czas przystawała, by 
wyjrzeć przez okno. Podczas takiego właśnie przystanku 
zauważyła skręcającą na parking czerwoną ciężarówkę. 
Nie potrzebowała zdolności telepatycznych, by wiedzieć, że 
mężczyzna za kierownicą to Steve. 
Mamrocząc pod nosem jakieś przekleństwa, wyszła mu na 
spotkanie. 
Steve czekał przy samochodzie. Zauważyła, że nie ma na sobie 
szarego kombinezonu, jak wtedy, gdy zobaczyła go po raz 
pierwszy. Nosił spodnie i sweter, jakby przyjechał prosto z biura. 

background image

- Co tu robisz? - Najlepszą obroną jest atak, jak wieki temu uczył 
ją trener szkolnego zespołu koszykówki. 
- Jason mnie zawiadomił - odparł, unikając jej wzroku. 
- Zdrajca - mruknęła Dianne. 
- Powiedział mniej więcej to, że nie ma zamiaru grzebać w twojej 
bieliźnie, a do babci nie może się dodzwonić. A wszystko to 
miało związek z twoim wyjściem na ćwiczenia. 
Wprawdzie Steve mówił równym, obojętnym głosem, ale czuła 
wyraźnie, że cała ta sytuacja szczerze go bawi. 
- Te ćwiczenia to tylko aerobik - wyjaśniła chłodno. - Nie musisz 
się tak przejmować. Nie wstąpiłam jeszcze do Legii 
Cudzoziemskiej. 
- Miło to słyszeć. - Otworzył drzwi ciężarówki i wyjął narzędzia, 
których używał za pierwszym razem. 
- A tak w ogóle - oparł się o dach jej samochodu - co u ciebie 
słychać? 
- Wszystko w porządku. 
- Nie wyglądasz najlepiej, ale to pewnie dlatego, że jesteś 
rozwódką z dwojgiem dzieci i mat-ką-intrygantką. 
Naturalnie, musiał jej to wypomnieć. 
- Miło, że pamiętasz - stwierdziła z ironią. 
- A jak ci idzie z Jerome'em? 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

- Jerome'em? 
- Tym rzeźnikiem, którego podsunęła ci matka - mruknął 
niechętnie. - Sądzę, że przez te parę dni spotkaliście się już 
przynajmniej kilka razy. 
Wyraźnie chciał być złośliwy. 
- Nie widuję się z nim. - Na samą myśl o kaszance dostawała 
mdłości. 
- To dziwne. Sądziłem, że z radością powitasz możliwość wyjścia 
z kimś innym niż ja. 
- Przedtem mnie nie interesował. Dlaczego uważasz, że teraz 
powinien? I dlaczego nie otwierasz drzwi? Przecież po to cię 
wezwano. 
Zignorował tę uwagę. 
- Dianne, to nie może trwać dłużej. 
- Zabawne. Bardzo zabawne. - Skrzyżowała ramiona na piersi i 
spojrzała wyzywająco. 
- Przyjechałem, żeby jakoś przemówić ci do rozsądku - wyznał. 
- Według mojej matki, nie masz żadnych szans. Jestem 
beznadziejnym przypadkiem. 
- Gdybym w to wierzył, nie widziałabyś mnie tutaj. - Podszedł 
bliżej i delikatnie wziął ją za ramię. - Dianne, może naprawdę 
przez te parę dni wszystko u ciebie było w najlepszym porządku. 
Ale ja jestem wrakiem człowieka. 
- Naprawdę? - Miała uczucie, że za chwilę utonie w jego oczach. 
A kiedy się uśmiechnął, ledwo powstrzymała łzy. 

background image

- W życiu nie spotkałem bardziej upartej kobiety. 
- Jestem okropna. - Zarumieniła się. - Wiem. 
- Może... - spojrzał z nadzieją - może usiądziemy gdzieś i 
porozmawiamy? 
- To... to chyba dobry pomysł. - W tej chwili niewielu rzeczy 
potrafiłaby mu odmówić. Do tej pory nie wiedziała, co począć ze 
sobą i całą sytuacją. Teraz odpowiedź stawała się jasna. 
- Może powinnaś uprzedzić Jasona i Jill? 
- A tak, rzeczywiście. - Jak mogła zapomnieć o własnych 
dzieciach? Ruszyła do budynku. 
Steve zatrzymał ją, po czym uśmiechnął się od ucha do ucha. 
- Nie martw się. Już to załatwiłem. Nawiasem mówiąc, 
dzwoniłem też do twojej matki. Już jedzie do ciebie. Przygotuje 
dzieciakom kolację - przerwał na moment. - Miałem nadzieję, że 
przyjmiesz moje zaproszenie. Podobno „U Walkera" podają 
doskonałą morską sałatkę. 
Jeśli przyjmie jego zaproszenie? Miała ochotę się rozpłakać. 
Steve Creighton był najsłodszym, najlepszym, 
najprzystojniejszym mężczyzną, jakiego spotkała. A przy tym 
patrzył na nią tak, jakby to on miał powody, by uważać się za 
szczęściarza. 
Bez trudu otworzył zamek w drzwiach jej samochodu. 
 
 
 
 
 
 
 

background image

- Kupię ci magnetyczny breloczek do kluczy. Będziesz mogła 
trzymać zapasowy komplet pod zderzakiem i w przyszłości 
unikniesz takich przypadków. 
- Kupisz? 
- Tak. W przeciwnym razie ciągle będę się o ciebie martwił. 
Nikt nigdy się o nią nie martwił, z wyjątkiem najbliższej rodziny. 
Zawsze sama dawała sobie radę. Cieknące rury, zgubione czeki, 
nieszczelny dach - nic nie zdołało jej pokonać. Nawet Jack nie 
potrafił. Ale wystarczył jeden uśmiech Steve'a, a zmieniła się w 
istny kłębek nerwów. Zamrugała, by usunąć łzy spod powiek, i 
zaczęła mu dziękować. Słowa pędziły jedno za drugim. 
- Dianne! 
Przerwała i przygryzła wargę. 
- Tak? 
- Albo natychmiast pójdziemy do restauracji 
i porozmawiamy spokojnie, albo pocałuję cię od razu, na 
parkingu. 
Mimo wszystko zdołała się uśmiechnąć. 
- Nie pierwszy raz. 
- Nie. Ale wątpię, żeby jeden pocałunek mi wystarczył. 
Spuściła wzrok. Mnie chyba także nie, pomyślała. 
- Spotkamy się w restauracji. 

background image

Droga zajęła nie więcej niż pięć minut. Jechał za nią przez miasto 
i zaparkował tuż obok. W restauracji zajęli stolik przy oknie z 
widokiem na zatokę Sinclair. 
- Chciałbym opowiedzieć ci pewną historię -oświadczył Steve, 
gdy Dianne otworzyła menu. 
- Dobrze - zgodziła się. Rozmowa była ważniejsza niż decyzja, co 
zamówić. 
- To historia o kobiecie, która dwa miesiące temu, w Centrum 
Kultury, zwróciła na siebie uwagę pewnego mężczyzny. 
Dianne podniosła szklankę wody, upiła trochę. Ich oczy spotkały 
się. 
- Mów dalej. 
- Ta dama nie zdawała sobie sprawy z pewnych faktów... 
- Na przykład? 
- Przede wszystkim wyraźnie nie wiedziała, jak bardzo jest 
atrakcyjna i jak podziwia ją ten człowiek. Robił wszystko, niemal 
stawał na głowie, by zwrócić jej uwagę. Bez skutku. 
- A co konkretnie robił? 
- Zjawiał się tam w tych samych porach, co ona, dźwigał 
ciężary... i znakomicie wyglądał w koszulce i spodenkach. 
- A dlaczego nie próbował powiedzieć o tym... tej kobiecie? 
Steve parsknął. 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

- Widzisz, przyzwyczajony był do kobiet, które chętnie darzyły 
go względami. Ignorując go, ta osoba poważnie naruszyła jego 
dumę. Potem się rozzłościł. A w końcu przyszło mu do głowy, że 
ona nie lekceważy go świadomie. Po prostu go nie zauważa. 
- Mam wrażenie, że ten mężczyzna był dość zarozumiały. 
- Nie mogę odmówić ci słuszności. 
- Nie? - zdziwiła się Dianne. 
- Uznał, że w morzu jest całe mnóstwo ryb i wcale nie potrzebuje 
ślicznej rozwódki z dwójką dzieci... popytał wśród znajomych, 
więc tyle już o niej wiedział. 
Dianne wygładziła na kolanach lnianą serwetkę. 
- I co dalej? 
- Pewnego wieczoru siedział w swoim biurze. To był pracowity 
dzień, jeden z ludzi zachorował, więc nasz bohater całe 
popołudnie spędził za kierownicą. Marzył o domu i gorącej 
kąpieli. Wtedy zadzwonił telefon. Odebrała nocna telefonistka. 
To był autoklub. Okazało się, że pewna dama zatrzasnęła 
kluczyki w wozie, na parkingu obok Centrum Kultury. Ktoś 
musiał jej pomóc. 
- I postanowiłeś sam jechać? To znaczy, ten mężczyzna 
postanowił. 
- Właśnie tak. Chociaż w najśmielszych snach nie przewidział, że 
ona praktycznie rzuci mu się 

background image

w ramiona. I to nie dlatego, że otworzył jej samochód. Po prostu 
rozpaczliwie potrzebowała kogoś, kto by ją zabrał na bankiet w 
dniu św. Walentego. 
- Ten fragment o padaniu ci w ramiona jest odrobinę przesadzony 
- z poczucia obowiązku zaznaczyła Dianne. 
- Może i tak, ale po raz pierwszy w życiu otrzymał propozycję 
zapłaty za randkę. I to najzabawniejsza część tej historyjki. Przez 
całe tygodnie usiłował zainteresować sobą tę kobietę, za-
imponować jej dźwiganiem morderczych ciężarów. Miał 
wrażenie, że wszystkie kobiety w mieście patrzą na niego z 
zachwytem. Z wyjątkiem tej jednej, która się liczyła. 
- Czy pomyślałeś kiedyś, że pewnie z tego powodu wydała mu się 
tak atrakcyjna? Ignorowała go, więc uznał to za rodzaj wyzwania. 
- Tak, zastanawiał się nad tym. Ale kiedy ją poznał i pocałował, 
od razu zrozumiał, że instynkt go nie zawiódł. Musiał pokochać 
tę kobietę. 
- I co? - głos Dianne był tylko chrapliwym szeptem. 
- To druga część historii. 
- Druga? - nie zrozumiała Dianne. 
- Po tytułem: „i żyli długo i szczęśliwie". Dianne otarła serwetką 
łzy, które nagle stanęły 
jej w oczach. 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

- Nie mógł o tym wiedzieć. 
Steve błysnął swym cudownym, beztroskim uśmiechem 
wagabundy - uśmiechem, który nieodmiennie poprawiał jej 
nastrój. 
- Błąd. Wiedział już od dawna. Musiał ją tylko do tego 
przekonać. 
Dianne pociągnęła nosem. 
- Mam dziwne przeczucie, że ta kobieta nie potrafiła od razu 
rozpoznać księcia, którego spotkała na drodze. Przez większą 
część życia musiała się zadowolić opieką nad żabą. 
- A teraz? 
- A teraz chce... chce się przekonać, o co chodzi w tym „żyli 
długo i szczęśliwie".