background image

STANISŁAW GOSZCZURNY

DŁUGI PROSI O KARĘ ŚMIERCI

„KB”

background image

Powieść niniejsza narodziła się na tle autentycznego wydarzenia, jakie miało miejsce 

na  Wybrzeżu.  Nie  jest  to  jednak  reportaż  ani   kronika,  toteż  wszystkie   nazwiska,  nazwy, 

metody śledztwa i główne okoliczności akcji są wytworem fantazji. Wszelkie podobieństwo 

postaci z tej książki do osób żyjących może być tylko przypadkowe.

Autor

background image

PROLOG

No   tak,   więc   chcecie,   żebym   wam   opowiedział   o   jakiejś   ciekawej   sprawie,   którą 

prowadziłem.

To wcale nie jest takie proste, jak by się mogło wydawać. Nie, nie dlatego, żebym nie 

chciał   opowiadać.   Ostatecznie   opowiadanie   o   swojej   pracy   daje   jakąś   przyjemność. 

Satysfakcję stanowi fakt, że ktoś słucha o tym, co przez długie dni, tygodnie czy miesiące 

zaprzątało   mnie,   co   było   tylko   moją   sprawą   i   z   czym   musiałem   sobie   jakoś   poradzić. 

Człowiek, choćby był  najskromniejszy,  lubi pokazywać  swoje dzieło, pochwalić  się tym, 

czego dokonał. Jeśli wam ktoś powie, że tego nie lubi, to mu nie wierzcie: kieruje się albo 

fałszywym wstydem, albo jakimś ukrytym kompleksem, albo w ogóle gardzi innymi ludźmi, 

bo uważa, że go nie zrozumieją czy nie docenią.

A ja lubię od czasu do czasu porozmawiać o swojej pracy i jeśli w tej rozmowie mogę, 

bez zbędnych przechwałek, odrobinę zabłysnąć, to korzystam z okazji. Ostatecznie poza gażą 

i   satysfakcją   z   dokonanej   pracy   potrzebna   jest   też   pewna   doza   uznania   nie   tylko 

przełożonych, ale kolegów, bliskich, znajomych...

Dlaczego wybrałem właśnie tę sprawę, a nie choćby sprawę tego chłopaka, którego 

ludzie ochrzcili mianem „wampira”, bo udusił dwie kobiety. Atrakcyjna sceneria: cmentarz, 

małe miasteczko, noc. Albo choćby sprawę człowieka, który w tajemniczy sposób zniknął ze 

statku, pozostawiwszy po sobie tylko kilka krwawych śladów na ścianach kabiny i kępkę 

włosów   przylepionych   do   znalezionego   tam   wielkiego   młota.   Nie   wybrałem   żadnej   z 

makabrycznych  spraw, efektownie  prowadzonych  i błyskotliwie  rozwikłanych,  bo zawsze 

miały   one   motywy   proste:   skrzywienie   psychiczne,   odrażająca   żądza   mordu,   zemsta, 

pragnienie zdobycia łatwą drogą wielkiego majątku. Już same motywy określały przyczyny 

postępowania i charakteryzowały sylwetki przestępców.

Interesująca mnie sprawa obok niby również prostych motywów: chęci zysku, łatwego 

życia   ukazała   tajemnicze   motywy   psychologiczne   i   dla   nich   uznałem   ją   za   godną 

opowiadania.

Od czego zacząć? Chyba dość daleko trzeba sięgnąć wstecz.

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY

1

Podczas dnia przez kawałek okna więziennej celi, w trzech czwartych zasłoniętego i w 

dodatku   podzielonego   kratami,   widać   było   skrawek   szarego   nieba   i   ołowiane   chmury 

ciągnące nad miastem. W czasie krótkich zimowych dni mieszkańcy celi często patrzyli w to 

okno,  śledzili  wzrokiem  bieg   chmur,  wypatrywali  ptaków.  Ale   ptaki   dawno  odleciały  na 

południe, a do wiosny było  daleko. Widzieli  więc tylko  chmury,  raz jaśniejsze, ciągnące 

wyżej, to znów ciemne, jakby groźne, brzuchami niemal dotykające dachów miasta, których 

przez okno nie można było dostrzec.

W nocy nie widać było nieba, chmur, nie można się było domyślić, w którą stronę 

wieje   wiatr   i   jaka  jest  pogoda.   Przewracali   się   obaj   długo.   Czasem   nawet   pogadywali   o 

rzeczach obojętnych, udając, że tamto za oknem nic ich nie obchodzi. Zasypiali późno, a gdy 

nadchodziła pora pobudki, wstawali źli, wilkiem patrzący na siebie, z twarzami zmęczonymi i 

z podkrążonymi oczami.

Andrzej i Józek niezbyt długo mieszkali w tej celi gdańskiego więzienia. Przedtem 

odsiadywali kary osobno i nigdy się nie znali. Dopiero teraz, kiedy ich wyroki dobiegały 

końca, zrządzenie losu czy przypadkowa decyzja władz więziennych zetknęła ich razem.

Andrzej był starszy. Wysoki, szczupły blondyn, z jasnymi oczami, którymi potrafił 

patrzeć zimno, uparcie, jakby badał wnętrze człowieka. Gdy tak patrzył, poważny i spokojny, 

z   ustami   zaciśniętymi   w  wyrazie   skupienia,   miało   się   wrażenie,   że   coś   waży,   kalkuluje, 

ocenia. Szykuje się do konsekwentnego działania. Był skryty, nie mówił współtowarzyszowi 

o sobie, wolał pytać niż odpowiadać.

background image

Józek,   młodszy   od   Andrzeja   o   dwa   lata,   był   fizycznym   jego   przeciwieństwem. 

Znacznie niższy, o czarnych włosach i wesołych, żywych, równie czarnych jak włosy oczach; 

krępy, silnie zbudowany, gdy ściągnął koszulę, chętnie prężył bicepsy i robił pozy kulturysty, 

demonstrował swoją siłę. Ale zarazem był żywiołowy, naiwny, szukający towarzystwa, skory 

do rozmowy i zwierzeń. Tylko oschłość Andrzeja i jego nieustanna czujność zmusiły go do 

nieufności i zamknięcia się w sobie. W dodatku zaraz na początku ich wspólnego pobytu 

zdarzyło się coś, co go wielce speszyło i postawiło na baczność.

Rozbierali się przed snem i Józek stanął w ulubionej pozie z naprężonymi mięśniami, 

niczym zapaśnik przed walką na macie. Chciał wywołać zachwyt u Andrzeja. Prowokował go 

milcząco, ale tamten zdawał się nie zwracać na niego uwagi. Wtedy Józek nie wytrzymał.

- Dotknij, jakie twarde - zaproponował.

Andrzej zareagował wzruszeniem ramion.

-   No,   pomacaj,   boisz   się,   czy   co?   -   prowokował   Józek.   -   Chciałbyś   mieć   takie 

muskuły! A może chcesz się spróbować?

Andrzej siedział na pryczy i nawet nie drgnął, tylko patrzył przeciągle na Józka. A 

temu się wydało, że jest w tym wzroku drwina czy prowokacja. Ukłuła go myśl, że kolega 

zadziera nosa, nie chce z nim nawet gadać, traktuje jak smarkacza. Poczuł ogarniającą go 

złość i zbliżył się do siedzącego.

- Boisz się? No, czego tak patrzysz?

Wówczas Andrzej, w dalszym ciągu nie mówiąc ani słowa, wstał. Teraz patrzył na 

Józka nieco z góry. Lekko przymrużył oczy i już wyraźnie widać było, że kpi z kolegi. Ale 

Józek   nie   czuł,   że   jest   w   tej   kpinie   nie   tylko   poczucie   wyższości,   lecz   także   przewaga 

przeciwnika. Podsunął pod nos Andrzejowi pięść i powiedział:

- Powąchaj, chcesz jej spróbować?

Nagle stało się coś, czego nie przewidział. Jego ramię wyciągnięte w stronę Andrzeja 

odskoczyło  w bok. Potem  poczuł silne  uderzenie  w żołądek,  odruchowo przyjął  postawę 

bokserską   i   schylił   się,   żeby   zasłonić   brzuch   przed   ciosem.   Nim   jednak   zdążył   uderzyć, 

Andrzej lekkim kopnięciem w kostkę podciął mu nogę. Zachwiał się i byłby upadł na bok, ale 

silny cios w szczękę odrzucił go do tyłu. Zamroczyło  go trochę. Oparł się o chropowatą 

ścianę i bezradnie opuścił ręce. Ta lawina ciosów spadła na niego tak błyskawicznie, że nie 

wiedział, co się stało. Potrząsnął kilka razy głową, złapał się za bolącą szczękę i dopiero 

wtedy spojrzał na przeciwnika.  A tamten  stał spokojnie na dawnym  miejscu koło swojej 

pryczy i wzrokiem, w którym teraz nie było kpiny, tylko zimna złość i zaciętość, patrzył na 

background image

niego, gotów do dalszej walki. Lecz Józek miał dość tej jednej lekcji. Ogarnął go nagle strach 

i bał się oderwać od ściany.

- Masz dosyć czy chcesz jeszcze? - zapytał wreszcie Andrzej.

- Dobra - powiedział Józek, uciekając wzrokiem przed tym złym spojrzeniem. - Nie 

ma sensu się bić. Chciałem się tylko pomocować, a ty zaraz poważnie...

- W porządku - Andrzej rozluźnił się i usiadł znów na swej pryczy. - Idziemy spać i 

nie podskakuj więcej.

Gdy zgasło światło i leżeli już w mroku, Józek wiercił się przez jakiś czas na swym 

twardym posłaniu, aż wreszcie zagadnął:

- Nie wiedziałem, żeś taki mocny. Jeszcze mnie nikt tak szybko nie załatwił jak ty! - 

Było w tym uznanie dla silniejszego i przyznanie się do porażki.

Andrzej przez jakiś czas milczał, a kiedy Józek pomyślał ze złością, że kolega śpi i 

cała jego pokora na nic się zdała, nagle usłyszał:

- Zapamiętaj, że każdy głupi może być silny. Oprócz muskułów trzeba jeszcze mieć 

coś niecoś pod włosami, a wtedy zawsze zrobisz, co chcesz...

Józef nie wiedział, co odpowiedzieć. Upokorzony, milczał przez długą chwilę.

Na drugi dzień wstał pełen obaw, że jego zwycięzca będzie teraz okazywał swoją 

przewagę i zatruje mu życie w ciasnej celi. Ale Andrzej zachowywał się tak, jakby nic między 

nimi nie zaszło. Był nadal skryty,  nie zwierzał się i nie zamierzał wyciągać zwierzeń od 

naburmuszonego Józka.

Dni   mijały   im   monotonnie,   odmierzane   posiłkami,   spacerami   i   rzadkimi   w   zimie 

pracami. Obaj wkrótce mieli opuścić więzienie i czekali na tę chwilę, choć prawie nigdy o 

tym nie mówili.

Ale kiedyś, gdy grudzień zbliżał się ku końcowi i nastrój świąteczny docierał nawet 

tu, do ich celi, doszło między nimi do rozmowy. Stało się to nocą, bo noc, gdy już leżeli na 

pryczach, była do tego porą najstosowniejszą. Józek nie wytrzymał i zaczepił Andrzeja:

- Choinkę przywieźli, widziałeś?

Usłyszał, jak tamten poruszył się na pryczy, a potem dobiegł go zły głos:

- No to co z tego?

- Święta za parę dni. A zaraz po świętach fiuu, na wolność. Pierwszego kończy mi się 

kara, tobie też, nie?

- Mhm...

- Mogliby, cholera, wypuścić te parę dni wcześniej - rozgadał się Józek. - Święta 

spędziłoby się na wolności, co im zależy ten tydzień krócej...

background image

- Tak cię ciągnie do rodzinki? - niespodziewanie zapytał Andrzej.

- No wiadomo, święta... - mruknął Józek nieco rozmarzony, ale zaraz przybrał zwykły 

ton. - Zresztą co tam rodzinka. Koledzy, znajome... Wiesz, jak to jest... Święta to wesoły 

okres... A tak człowiek wyjdzie dopiero na Nowy Rok... Szkoda...

Zapadła chwila milczenia. Słychać było odgłos kroków strażnika wędrującego gdzieś 

korytarzem. Mocno przytłumiony przez grube mury jęk tramwaju na zakręcie doleciał jak 

sygnał z innego świata.

-   A   właściwie   za   co   siedzisz?   -   pytanie   Andrzeja   padło   tak   niespodziewanie,   że 

zupełnie   zaskoczyło   Józka.   Myślał   o  czym   innym,   wspomnienie   o  świętach   sprawiło,   że 

zatęsknił do swego brudnego przedmieścia, do jasno oświetlonych okien Domu Kultury, pod 

którymi spotykał się z kolegami, do kiosku z piwem, znajomych twarzy, wesołego gwaru, 

rubasznych   żartów   i   kawałów.   Zatęsknił   do   tego   wszystkiego,   co   było   jego   życiem   na 

wolności. Nie myślał, czy to było dobre, czy złe życie. Nie znał innego, nie miał innych 

kolegów i nawet do innych, weselszych, ładniejszych dzielnic Gdańska jeździł tylko wtedy, 

kiedy musiał, bo czuł się tam nieswojo. Szybko jednak otrząsnął się z tego rozmarzenia i 

odpowiedział z ociąganiem:

- Eee tam, takie głupstwa... Miałem kolesia, wiesz, taki jeden z Oruni. Trzymaliśmy 

się zawsze razem. Jak trzeba było do kogoś podskoczyć, to lepiej było z nim. Jak byliśmy we 

dwóch,   nikt  nam   nie   mógł  dać   rady.   Ale  wiesz,  jak  to  jest...  Człowiekowi   czasem   floty 

brakowało. Jak ja miałem, to dawałem, a jak on miał, to też się dzielił. Ale zdarzało się, że 

obydwaj nie śmierdzieliśmy groszem. Wtedy się jakoś kombinowało. Też razem. Wiesz... 

Jeden pilnował, a drugi robił, co trzeba... I tak jakoś leciało. Ale kiedyś nas nakryli. Taki głupi 

wypadek. Podawałem mu z kiosku trochę towaru i wtedy musiał przestać uważać, bo odbierał 

paczkę. No i na to wlazł glina. Przyskrzynił nas obu. Nie było jak pryskać.

- Dużoś dostał?

- Półtora roku.

- Sporo, jak na pierwszy raz.

- Wiesz, jak to jest. Dołożyli mi inne kioski i jeszcze jakieś samochody, z których coś 

poginęło. Uskładali na półtoraka. Koleś wpadł gorzej, dostał dwa i pół. U mnie wzięli pod 

uwagę młody wiek.

- Ile masz lat?

- Wtedy miałem osiemnaście.

- Toś jeszcze szczeniak. Zresztą to widać.

background image

- A tyś znów taki stary - obraził się Józek. - Nie masz więcej jak dwadzieścia jeden, 

dwa...

- Ale na taką głupią robotę bym nie poszedł - odciął się Andrzej. - A nawet jakbym 

poszedł, toby mnie w kiosku nie nakryli.

- A jednak cię złapali. Za co siedzisz?

- Nieważne - wykręcił się Andrzej. - W każdym razie nie za takie głupstwa.

- Powiedz, coś taki ważny?

- Nie o wszystkim można mówić... Pamiętaj, że jak ci ktoś nie chce opowiadać, to 

znaczy, że nie trzeba go wypytywać. Ma powody, żeby nie mówić, rozumiesz?

- Iii, co za powody? - powątpiewał Józek. - Możesz najwyżej się wstydzić, żeś głupio 

wpadł, a udajesz ważnego...

- Co z tobą będę gadał - uciął Andrzej. - Dziecko jeszcze jesteś!

Józek umilkł urażony.  Ale rozmowa, którą po raz pierwszy prowadzili, mocno go 

podnieciła i nie potrafił długo milczeć.

background image

Pomyślał, że może jednak Andrzej ma rzeczywiście powody, żeby nie o wszystkim 

mówić. Tajemniczość kolegi imponowała mu i zarazem go podniecała. Toteż po chwili znów 

się odezwał:

- Obraziłeś się? Co ty, nie ma o co, nie chcesz mówić, to nie, twoja sprawa.

- Co się miałem obrażać - podjął Andrzej. - Tylko musisz zrozumieć, że jak się chce 

zrobić coś naprawdę wielkiego, to trzeba umieć milczeć i myśleć...

- A co, myślisz,  że ja nie potrafię  milczeć? U nas jak chłopak za dużo gadał, to 

niedoczekanie... Zbierał gnaty do worka...

- Milczeć może i umiesz - zgodził się Andrzej. - Ale z myśleniem to masz kłopoty.

Tym razem Józek się nie obraził. Czuł, że kolega przewyższa go inteligencją, tak jak i 

sprawnością fizyczną.

- Wiesz, z nas to by była niezła para, co? - oświadczył nagle i było w tym przyznanie 

się do uległości wobec kolegi, deklaracja współpracy i uznanie dla wyższości tamtego.

Andrzej   pogrzebał   chwilę   w   posłaniu,   wyciągnął   kawałek   papierosa   tam 

przechowanego,   zapalił   ukradkiem   pod   kocem   i   zaciągnął   się   głęboko.   Dopiero   wtedy 

odpowiedział:

- Możemy spróbować. Ja też wychodzę na Nowy Rok.

- Wiem.

- Jak chcesz, to się spotkamy na wolności.

- No pewnie - niemal z entuzjazmem zgodził się Józek. - Daj adres, przyjdę do ciebie, 

jak tylko nas wypuszczą...

- Widać, że jesteś naiwny i niedoświadczony - z wyższością stwierdził Andrzej. - Po 

co ci adres?

- No to jak się spotkać? Może chcesz mój? Ale to daleko, za Orunią, prawie na wsi.

- Coś ty z tymi adresami? Po diabła to? Możemy się spotkać w biurze pośrednictwa 

pracy.

- Zgoda, masz rację. Tam kupa ludzi przychodzi, kręcą się, można się spotkać. A 

kiedy?

- Będę tam zaglądał po Nowym Roku. Przychodź, to mnie spotkasz. Nie ma sensu się 

konkretnie umawiać. Jak się mamy spotkać, to i tak się spotkamy.

- No dobra - zgodził się Józek nieco rozczarowany, że nie umówili się dokładniej. Był 

jednak zadowolony i podniecony całą tą rozmową. Toteż długo jeszcze się kręcił na pryczy, 

usiłował zagadywać Andrzeja, ale ten już nie odpowiadał. Roztarł na pył resztkę papierosa, 

odwrócił się na bok i zasnął po chwili.

background image

2

Niezbyt wielkie pomieszczenie było brudne i zadymione. Na podłodze leżały skrawki 

porzuconych gazet, roztarte butami błoto przylepiało się do podeszew, wszędzie walały się 

niedopałki, choć dwie wielkie popielnice stały pod ścianami. Mimo że codziennie rano było 

tu  czysto,   już  po dwóch-trzech   godzinach  nikt  by  tego  nie  poznał.  Sprzątaczka   wiecznie 

narzekała na ten jeden pokój i stale mówiła, że wolałaby sprzątać trzy inne zamiast tego.

Ale nie było na to rady. Codziennie sporo osób przewijało się przez tę poczekalnię. Na 

ścianie   wisiały   wykazy   instytucji   i   fabryk   poszukujących   pracowników.   Przy   każdej 

podawano   warunki   i   żądane   kwalifikacje.   Mężczyźni   i   kobiety   stawali   przed   tymi 

ogłoszeniami,   czytali   je   uważnie,   rzucali   uwagi,   wzruszali   ramionami,   czasem   szli   do 

sąsiedniego pokoju, gdzie przy okienku od urzędniczki można się było dowiedzieć bliższych 

szczegółów, a także wziąć skierowanie do pracy. Byli też tacy, którzy przychodzili tu często, 

zbyt   często   jak   na   ludzi   naprawdę   szukających   zajęcia.   Grymasili,   nie   odpowiadały   im 

warunki, zrażały dojazdy, przebierali, potem niekiedy brali jakieś skierowanie, lecz po paru 

dniach wracali, aby znów rozpoczynać poszukiwania, sami nie bardzo wiedząc czego...

Często przewijały się tutaj kobiety, mniej śmiałe od mężczyzn, uważniej czytające 

wykazy,   chętnie   biorące   skierowania,   gdy   tylko   nadarzyła   się   jakaś   praca   jako   tako   im 

odpowiadająca.

Wśród tych ludzi bywali także młodzi, którzy wchodzili tu krokiem pewnym, jakim 

stały bywalec wkracza do znajomej knajpy. Większość z nich nawet nie rzucała okiem na 

ogłoszenia. Siadali po prostu na krzesłach rozstawionych pod ścianami, zapalali papierosy. 

Było im tu ciepło i zacisznie. Można było posiedzieć, nie mając grosza, jak długo się chciało, 

bo dopóki urząd był czynny, nikt ich nie wypraszał. Na ogół zresztą nie czekali, aż urzędnicy 

opuszczą biurka i rada narodowa zamknie podwoje. Zbierali się grupkami, znali się doskonale 

między sobą, umawiali na dalszy ciąg dnia. Czasem robili po cichu składkę na butelkę

background image

wina, które pili, starając się, aby nikt z urzędu ich nie zauważył, bo wówczas podnosił 

się krzyk, grożono milicją i wyrzucano ich z przytulnego miejsca. A na dworze było zimno. 

Styczeń przyniósł mrozy dość silne, jak na Wybrzeże, a wraz z nimi śniegi, które pobieliły 

strome dachy gdańskich kamieniczek i okryły białym płaszczem nagiego Neptuna na Długim 

Targu.

Kiedy minął okres noworoczny i skończyły się powitania z kolegami, którzy ciekawi 

przeżyć więziennych Józka stawiali grzane piwo w małych brudnych knajpkach, począł Józek 

zaglądać do „pośredniaka”.

Domu rodzicielskiego nigdy nie lubił. Drażniła go atmosfera, jaka tam panowała. Nie 

mógł   znieść   natarczywości   matki,   domagającej   się,   aby   zajął   się   jakąś   pracą.   Z   ojcem 

rozmawiał rzadko, bo rzadkie były chwile, w których stary potrafił rozmawiać trzeźwo. Na 

ogół dochodziło do awantur, sprzęty fruwały w powietrzu, a od krzyku trzęsły się ściany 

starej chałupy. Młodsze dzieci chowały się wtedy po kątach.

Mieszkali na samym krańcu miasta, właściwie już na wsi. Był to jeden z ostatnich 

domów tej dzielnicy. Kawałek ziemi, którą uprawiali, dawał im nieco ziemniaków i kapusty 

na zimę, a warzyw w lecie. Właściwie tylko matka, stara, schorowana kobieta, trzymała to 

wszystko   jako   tako,   bo   ojciec   już   od   dłuższego   czasu   nie   widział   świata   poza   butelką. 

Alkoholik niekiedy dawał się zmusić do jakiejś pracy, przy sprzątaniu ulic albo gdzieś w 

fabryce jako robotnik, ale prędko wylatywał stamtąd za pijaństwo i znów zajmował swój kąt 

lub znikał gdzieś, aby wrócić zamroczony, zaczepny, gotów do bicia i awantur.

Młodsze   rodzeństwo:   trzech   braci   i   dwie   siostry,   gromadka   obdarta,   chciwa, 

przebiegła, wiecznie patrzyła Józkowi na ręce, zaglądała do kieszeni, byle tylko gdzieś coś 

uzyskać,   coś   zdobyć,   wyciągnąć.   Mieli   ubrania   z   opieki   społecznej,   młodsi   nosili   po 

starszych,   bo   takie   tu   panowało   prawo,   że   nic   nie   powinno   się   zmarnować.   Dwoje 

najstarszych chodziło do szkoły i tam dostawali obiady, ale trójka młodszych (od dwóch do 

sześciu lat) była, często głodna. Matka, kiedy już nie mogła wytrzymać pijackich wyczynów 

ojca, pokazywała mu te dzieci, mówiła o wstydzie, jaki musi cierpieć, o ich biedzie. Ale stary, 

choć potrafił czasem wzruszyć  się po pijacku i przyrzec poprawę, na drugi dzień jednak 

znikał i wracał w nocy na nogach miękkich, z ustami pełnymi przekleństw, zionący odorem 

kwaśnego piwa i taniego wina...

Po wyjściu z więzienia Józek uległ matce, kiedy uparcie się domagała, żeby poszedł 

do pracy i pomógł jej utrzymać dom. Sama wyprosiła w administracji tymczasowe zajęcie dla 

niego. Odgarniał śnieg z chodników okolicznych ulic i miał za to dostać kilkaset złotych 

miesięcznie.

background image

Ale z tą nie lubianą pracą załatwiał się szybko, wczesnym rankiem, a potem uciekał z 

domu. Szukał kolegów, chciał z nimi kontaktu. Wystawał w sklepiku na rogu, gdzie można 

było   na   stojąco   wypić   piwo.   Wieczorami   zaglądał   do   Domu   Kultury,   gdzie   było   rojno, 

gwarno i ciepło, a co najważniejsze: można było spotkać kolegów.

A przy tym wszystkim nie zapomniał o swej rozmowie z Andrzejem. Z czasem zatarły 

się kontury wypowiedzianych wówczas zdań i wydawało mu się, że to spotkanie będzie dla 

niego wybawieniem, że otworzy przed nim jakąś bramę, przez którą przejdzie do innego 

życia.   Chodził   więc   do   „pośredniaka”.   Trochę   szukał   tam   pracy,   bo   odgarnianie   śniegu 

zbrzydło   mu   prędko.   Uważał   to   zresztą   za   zajęcie   niezbyt   zaszczytne,   a   kiedy   koledzy 

dowcipkowali na ten temat, wręcz wstydził się tego machania wielką drewnianą łopatą i kucia 

lodu w rynsztoku. Ale niezbyt pilnie czytał wykazy wolnych miejsc pracy. Częściej rozglądał 

się   po   brudnej   i   zadymionej   sali,   a   gdy   dojrzał   kogoś   znajomego,   rozpromieniał   się. 

Rozpoczynały się gadki, zdarzało się wino, palili papierosy i tak jakoś czas mijał.

Któregoś dnia przyszedł do urzędu koło południa. Był w niezbyt dobrym humorze, bo 

w nocy spadł obfity śnieg i od wczesnego ranka musiał się zdrowo napracować, żeby oczyścić 

swój rejon. Zanim jednak skończył,  śnieg począł prószyć  na nowo, niwecząc jego pracę. 

Cisnął więc swoją drewnianą łopatę i nie zważając na gniewne krzyki matki wyszedł z domu.

W urzędzie rozejrzał się, ale nie dostrzegł żadnej znajomej twarzy. Stanął więc pod 

ścianą i nieuważnym wzrokiem począł się prześlizgiwać po długim szeregu czarnych liter.

„Stocznia Gdańska poszukuje spawaczy elektrycznych, tokarzy, ślusarzy...” - czytał i 

zaraz dalej przenosił wzrok: „Zarząd Portu zatrudni...”.

background image

Nagle poczuł, że ktoś położył mu rękę na ramieniu i usłyszał znajomy głos:

- Jesteś?

Odwrócił się błyskawicznie i nie potrafił ukryć radości.

- Andrzej, to ty? - zawołał ucieszony. - Szukałem cię tu parę razy. Myślałem, że już 

nie przyjdziesz!

- Stęskniłeś się do mnie, czy co? - zaśmiał się Andrzej. Był teraz weselszy, bardziej 

przystępny i jego jasne oczy patrzyły mniej zimno niż wtedy, w celi.

- No pewnie! - wołał Józek. - Nie masz pojęcia, jak cię chciałem spotkać!

- No to dobrze - Andrzej także sprawiał wrażenie zadowolonego. - Nie przychodziłem 

wcześniej, bo nie było po co. Trzeba było odpocząć po tym, no wiesz... - zająknął się i zaraz 

zaproponował: - Chodźmy stąd, pogadamy trochę...

- Ale dokąd? - zatroskał się Józek - na dworze zimno i śnieg...

- A kto by chodził po dworze w taką pogodę? - roześmiał, się Andrzej. - Chodź, 

wpadniemy „Pod Wieżę”...

- Ale ja... wiesz, nie tego... - jąkał się Józek, nie wiedząc, jak powiedzieć, że jest bez 

grosza.

- Co się martwisz, przecież ja zapraszam... - powiedział Andrzej wspaniałomyślnie.

- Jak tak, to co innego - ucieszył się Józek i jego szacunek dla kolegi, który miał 

pieniądze, wzrósł jeszcze bardziej. 

Opuścili nieprzyjemny pokój i wyszli na ulicę. Śnieg padał tak gęsty, że olbrzymia 

bryła   kościoła   Mariackiego,   choć   znajdowała   się   tuż   przed   nimi,   była   ledwie   widoczna. 

Podnieśli kołnierze i pędem przebiegli kawałek drogi dzielący ich od kawiarni „Pod Wieżą”. 

Otrzepali śnieg, zostawili okrycia w szatni i weszli do sali w piwnicy. Było w niej mroczno. 

Przy stolikach siedziało niewiele osób; jakaś para szeptała w kącie, trzy młode dziewczyny w 

pobliżu bufetu chichotały denerwująco, dwóch chłopaków obok spoglądało na nie z zaczepką 

w oczach.

Andrzej   i   Józek   usiedli   na   prawo   od   drzwi,   w   miejscu,   które   było   szczególnie 

mroczne.   Kelnerka   czytająca   gazetę   obok   bufetu   spojrzała   na   nich   z   urazą   i   niechętnie 

podniosła się z miejsca.

- Co podać? - zapytała nie bawiąc się w zbyteczne grzeczności.

Andrzej   nie   zwracając   uwagi   na   jej   niechęć   rzucił   jakiś   żart,   czym   ją   nieco 

rozchmurzył, potem zamówił dwie kawy i po dużym serniku. Kiedy wreszcie zostali sami, 

zapytał:

- No jak tam u ciebie?

background image

Józek jadł łapczywie słodki sernik i musiał przełknąć, zanim odpowiedział:

- Eee tam, szkoda gadać!

- Marnie?

-   Żyć   się   nie   chce,   bracie!   -   wyrzucił   z   siebie   chłopak.   -   W   chałupie   nie   mogę 

wytrzymać, forsy nie ma, najlepszy koleś jeszcze siedzi, mówię ci, chwilami to mnie taka 

złość bierze, że...

- Szukałeś roboty w pośredniaku?

- Skądże! Jaką robotę mogę dostać? Pójdę na fizycznego? Taką robotę to mam i bez 

pośredniaka.

- A co robisz?

- Wstyd  mówić! Odgarniam śnieg na ulicy.  Nie poszedłbym,  ale matka marudzi i 

marudzi. Wiesz, jak jest, jakbym się nie zgodził, toby mi zryć nie dała...

Zapadła dłuższa chwila ciszy. Andrzej pił kawę, a Józek ze spuszczoną głową kończył 

sernik. Widząc to, Andrzej podsunął mu swój.

- Masz, zjedz - zaproponował. - Mnie się nie chce...

- Coś ty! - obraził się Józek. - Myślisz, że jestem taki głodny?

-   Jak   chcesz   -   wzruszył   ramionami   Andrzej.   -   Zapalisz?   Poczęstował   Józka 

papierosami i obaj zaciągnęli się głęboko.

Teraz Józek zaczął wypytywać:

- Au ciebie co? Jak ci leci?

- Nie mogę narzekać - pogodnie odpowiedział Andrzej. - Jakoś idzie. Moi koledzy nie 

siedzą. Zresztą ja z byle kim nie idę na robotę... Jak już coś zaplanuję, to poważnie i bez 

pudła...

- A jednak...

- Tamto było co innego - Andrzej przerwał mu wpół słowa. - Dałem się zamknąć, bo 

się bałem, że będzie gorzej.

- Jak to gorzej? Przecież gorzej nie może być, niż jak człowieka zamkną...

background image

- Co ty, bracie, wiesz! Obrażasz się, jak ci mówię, że jesteś jeszcze zielony, ale to fakt. 

Jak człowiekowi grozi piętnaście lat albo dożywocie, to woli dwa czy trzy lata, rozumiesz? 

Zresztą mówiłem ci, że są sprawy, o których lepiej nie mówić. Za poważne...

- Ale ze mną możesz. Wiesz, stary, ja jak grób... - Józek za wszelką cenę pragnął, aby 

go kolega dopuścił do swych tajemnic. Fascynowały go te półsłówka. A Andrzej rozgniótł 

papierosa w popielniczce, wyjął z pudełka drugiego, zapalił go natychmiast i dopiero patrząc 

przez kłęby dymu na kolegę powiedział ściszonym głosem:

- Jak się przekonam, jaki jesteś, to może przyjmę cię na jakąś robotę.

- Jak chcesz, ja się nie pcham - Józek odsunął się lekko. Andrzej skinął na niego, aby 

się nachylił i począł mówić:

- Wiesz, ja mam czasem taką robotę, że lepiej o niej nie gadać. Sam rozumiesz, różne 

zadania muszę wykonywać. A jak to się zbiegnie z jakimś normalnym skokiem, to dobrze. 

Nawet staram się, żeby moja praca wyglądała na zwykły skok, kradzież, rabunek czy coś 

takiego...

- Szpiegostwo? - przestraszył się Józek, odruchowo odsuwając głowę.

Andrzej niecierpliwie sapnął i mówił dalej:

- Po co tyle  gadasz? Nie wypytuj, tylko jak chcesz coś ze mną zadziałać, musisz 

słuchać i robić, co ci każę.

- Ale za to można zarobić... - Józek przejechał palcem po szyi. Był teraz szczerze 

przerażony, lecz mimo to ciekawie nadstawiał ucha, kiedy Andrzej mówił:

-   Co   ty   pieprzysz!   Mówię   ci,   że   wszystko   planuję   pierwszorzędnie.   Moja   robota 

zawsze wygląda zwyczajnie, jak jakiś normalny skok. Ale ten, kogo obrobię, wie za co i 

siedzi cicho! Zresztą jak się boisz, to nie ma o czym gadać, szkoda czasu...

Teraz   Andrzej   wyprostował   się,   jakby  uważał   rozmowę   za   skończoną.   Wypił   łyk 

wystygłej kawy i począł się rozglądać po sali. Józek nie pytając go wziął papierosa, drżącymi 

palcami zapalił i hamując ciekawość niby od niechcenia zapytał:

- A co, masz teraz coś takiego?

- No chyba. A jak myślisz, po co cię szukałem, żeby kawki się napić? Mnie, bracie, 

szkoda czasu na takie rzeczy. Ale widzę, że się boisz, to co będę mówił...

- Co ty, ja się boję? - zaperzył się Józek. - Tylko mówisz tak niejasno, że człowiek  

sam nie wie, o co chodzi...

- Co cię obchodzi? Powiedziałem tyle, ile mogłem. Chcesz ze mną iść, to dobrze, nie, 

to znajdę sobie drugiego i w porządku.

background image

Józek   popatrzył   w   okno.   Za   matowymi   szybami   widać   było   śnieżycę   zasypującą 

miasto. Pomyślał, że w domu teraz zimno i nieprzytulnie, a kiedy przyjdzie, matka zrobi mu 

awanturę, że nie odgarniał śniegu. Potem będzie machał łopatą, a rano znów śnieg wszystko 

zasypie.   Usłyszał   charkot   ojca   i   przekleństwa,   które   ten   rzucał   nawet   przez   sen.   Słowa 

Andrzeja docierały do niego jak przez mgłę:

- Czy ja cię trzymam, czy co?. Idź do śniegu albo poszukaj pracy w pośredniaku, 

zarobisz tysiąc albo może nawet dwa, jak się będziesz grzecznie starał. Robota lubi głupich, 

idź, jak chcesz... W nagrodę poślą cię do szkółki i za dwa lata dostaniesz podwyżkę, a może 

nawet zrobią z ciebie brygadzistę...

-   Eee,   co   tam   chrzanisz   -   Józek   oderwał   się   wreszcie   od   swych   myśli   i   był   już 

zdecydowany. - Jak naprawdę chcesz, żebym z tobą poszedł, to gadaj, o co chodzi.

- A jutro ci się nie odmieni? Nie zaczniesz trząść portkami ze strachu?

- Jak mówię, że idę z tobą, to idę.

Andrzej jednak nie spieszył się zbytnio. Jak dobry reżyser chciał napiąć do maksimum 

ciekawość swego słuchacza. Skinął na kelnerkę, która teraz nieco skwapliwiej podeszła do ich 

stolika. Poprosił o dwa kieliszki wina, a kiedy je dostali, zatrzymał  rękę Józka, sięgającą 

natychmiast po naczynie.

- Zaczekaj, zdążymy. Najpierw ci powiem z grubsza, o co chodzi. Wszystkiego nie 

musisz wiedzieć, ale pamiętaj, że to nie jest taka sobie zwykła sprawa, jak by wyglądało. 

Pójdziemy do gościa, na którym trzeba się zemścić.

- Trzeba mu mordę skuć? Andrzej ofuknął Józka:

- Nie przeszkadzaj, tylko słuchaj. Takiemu gościowi mordy nie trzeba tłuc. Są lepsze 

metody ukarania. Obrobimy mu mieszkanie, to go bardziej zaboli.

- Gdzie, kiedy? - znów niecierpliwie przerwał Józek.

- Coś taki   w gorącej   wodzie   kąpany?   Dzisiaj  ci  wszystkiego   nie  powiem.  Nie  to 

żebym ci nie ufał, ale rozumiesz, tak będzie lepiej. Dowiesz się szczegółów, jak pójdziemy na 

robotę. W każdym razie to jest w Trójmieście i nie musisz się bać, wszystko pójdzie łatwo. 

Mam   dokładny   plan.   Znam   tego   faceta,   to   taki   jeden   inżynier   i   wykładowca   w   szkole 

zawodowej. Oboje z żoną pracują. Poradzimy sobie bez kłopotu, a co zabierzemy, to nasze. 

No zgoda?

- Zgoda - Józek podał przez stół rękę Andrzejowi, którą ten mocno uścisnął. Zaraz też 

sięgnął po kieliszek i stuknął się z kolegą:

- No, za powodzenie, stary, napij się!

background image

Józek wychylił duszkiem wino i rzucił jeszcze pytanie; - Powiedz chociaż kiedy, może 

trzeba się przygotować...

-   Nic   nie   trzeba.   Jak   przyjdzie   pora,   to   przyjdę   po   ciebie.   Na   razie   siedź   cicho, 

odgarniaj śnieg, niech cię widzą, że grzecznie pracujesz. No, idziemy, za długo nam tu zeszło, 

we Wrzeszczu na mnie czekają...

Kiedy się rozstali, Józek pojechał szóstką na Orunię. Śnieg sypał nadal, ale teraz nie 

wydawał mu się już tak straszny.

3

Józek odsunął właśnie talerz i zaczął grzebać w kieszeni szukając papierosa, kiedy 

rozległo się pukanie do drzwi. Maciek poderwał się pierwszy, a za nim gromadka pozostałych 

dzieci pobiegła ciekawa, kto przyszedł. Józek nie ruszył się z miejsca. Był zły i nie wyspany. 

Wczorajszy śnieg dokładnie zasypał ulice i dziś od piątej rano pracował, żeby go jako tako 

poodgarniać.

Przed samym obiadem skończył robotę i teraz marzył o tym, żeby się trochę przespać, 

zanim wyjdzie w okolice Domu Kultury. Matka krzątała się po kuchni trzaskając naczyniami. 

Dziś   nic   mu   nie   mówiła,   bo   widziała,   że   się   solidnie   napracował,   nawet   przy   obiedzie 

dokładała mu kartofli, jakby pragnąc podkreślić, że kto tak pracuje, ten ma specjalne u niej 

względy. Teraz wysadziła tylko ciekawie głowę i zapytała:

- Kogo tam przyniosło?

background image

- Józek, to do ciebie - wołała Magda sepleniąc poprzez szczerby w mlecznych zębach.

- Do mnie? - zdziwił się Józek i niechętnie wstał od stołu. Zanim zdążył wyjść z 

kuchni, dzieci wpuściły gościa do środka.

Był to Andrzej, w porządnej ortalionowej kurtce z kołnierzem ze sztucznego misia i 

czapce z nausznikami. Józek speszył się na jego widok, bo kuchnia była brudna i ciasna. 

Wstydził   się   też   rodzeństwa   natrętnie   otaczającego   gościa   i   po   trosze   matki,   która   nie 

ukrywając swej ciekawości, z talerzem pełnym odpadków w ręce stała przy piecu.

- Ledwo cię tu znalazłem - śmiał się swobodnie Andrzej, nie zwracając uwagi na 

rodzinę i skrępowanie kolegi. - Dzień dobry pani - ukłonił się matce. - Ależ tu mieszkacie 

państwo na końcu świata...

- Chodź stąd, chodź do pokoju - Józek zagarniał kolegę rękami, byle jak najprędzej 

wyprowadzić go z kuchni. Ogarnęło go podniecenie, domyślał się, z czym tamten przyszedł, a 

równocześnie   zbudziła   się   w   nim   nonsensowna   obawa,   że   Andrzej   zacznie   mówić   przy 

wszystkich. Gdy stanęli w ciasnym, wypełnionym starymi meblami pokoju, poprosił: - Masz 

coś zapalić? Daj, bo nie mam nawet peta.

Andrzej poczęstował go i sam także zapalił. Józkowi trzęsły się palce i oczy biegały 

niespokojnie.

- To już? - zapytał szeptem.

Andrzej skinął głową, ale powiódł znacząco wzrokiem po gromadce dzieci i odparł:

- Może się przejdziemy? Masz trochę czasu?

- Mam, a jakże, możemy iść - skwapliwie zgodził się Józek i zaraz sięgnął po swoją 

starą kurtkę pokrytą nieprzemakalnym brezentem. Owinął szyję szalikiem, na głowę wcisnął 

wysoką baranią czapkę i zapominając o obowiązkach gospodarza sam pierwszy ruszył do 

wyjścia. Usłyszał niezadowolony głos matki:

- A wróć na kolację, nie włócz się tam do nocy z koleżkami! Nie zwrócił na to uwagi, 

tylko zatrzasnął drzwi, aż śnieg osypał się z dachu na ich głowy.

- Gdzie idziemy? - zapytał oddychając z ulgą, że nareszcie są sami.

background image

- Wszystko jedno - odparł Andrzej - byleby tam, gdzie ludzi nie ma.

Ruszyli  wolno szosą w kierunku Kościerzyny.  Wyglądali  jak dwaj  młodzi  ludzie, 

którzy wracają do którejś z pobliskich wiosek leżących pod Gdańskiem. Pora była jeszcze 

wczesna, południe minęło niezbyt dawno. Po wczorajszej śnieżycy pogoda zrobiła się piękna, 

słońce przygrzewało, jakby wiosna miała zamiar już zawitać na Wybrzeże. Ciężkie od śniegu 

gałęzie drzew uginały się ku ziemi, a daleki las na horyzoncie odcinał się wyraźną linią na tle 

białej, niczym nie skalanej przestrzeni pól. Mechaoniczny i pług odgarniał rano śnieg z szosy, 

szli więc jakby w wąwozie obrzeżonym skarpami ze skrzącego się w słońcu śniegu.

Andrzej podniósł głowę w górę, popatrzył na niebo i powiedział:

- Ale pogoda! Jak wytrzyma do jutra, to będzie odwilż. Utoniemy w wodzie.

- Chyba nie po to przyszedłeś, żeby gadać o pogodzie? - zniecierpliwił się Józek, który 

dreptał obok kolegi, czekając chciwie I na wiadomości.

Andrzej uśmiechnął się i zapytał:

- Czekałeś na mnie?

- Nie spodziewałem się, że tak prędko przyjdziesz.

- No widzisz. Ze mną tak jest. Jak się do czegoś zabieram, toj nie marnuję czasu. 

Zresztą mówiłem ci, że cały plan jest gotowy.

- To kiedy idziemy?

- Jutro.

- Myślałem, że dziś.

-   Niecierpliwy   jesteś,   ale   nie   można   tak   na   wariata.   Mówiłem,   i   że   przyjdę   cię 

uprzedzić, więc przyszedłem. Musimy się teraz konkretnie umówić.

- No to gadaj! - Józek już nie ukrywał zniecierpliwienia.

- Dobra, tylko pamiętaj: ani słowa, bo...

- Co, mam ci przysięgę składać? Przecież ja też nie chcę siedzieć - zdenerwował się 

Józek. - Mów gdzie, co i jak ma być.

- Jutro o godzinie dziesiątej wsiądziesz do kolejki elektrycznej na dworcu Głównym. 

Tylko pamiętaj, pojedziesz tym pociągiem, który odchodzi punktualnie o dziesiątej.

- To sam mam jechać, a ty? - zaniepokoił się Józek.

background image

- Słuchaj, nie gadaj tyle - Andrzej przybrał ton szefa. - Mówię ci, że masz być w tym 

pociągu, który jedzie punktualnie o dziesiątej, bo spotkamy się właśnie w nim. Ja wsiądę we 

Wrzeszczu. Pojedziesz w drugim wagonie od końca, jasne? Tylko  nic nie pomyl,  bo się 

będziemy szukać...

- Co mam pomylić, matoł jestem, czy co? - obraził się Józek.

-   Ten   facet   mieszka   w   Gdyni.   Już   ci   mówiłem,   co   za   jeden.   Zresztą   dla   nas   to 

nieważne kto, tylko mamy zrobić swoje.

- A jak się dostaniemy do środka?

- Zwyczajnie, otworzy nam dziewczyna.

- Jaka dziewczyna, twoja? Przecież to podpadnie. Gliny nie są głupie.

- Nie martw się o to, co nie do ciebie należy. To nie jest żadna moja dziewczyna, na 

oczy   mnie   nie   widziała.   Zwyczajna   służąca,   która   pilnuje   im   dzieciaka.   Smarkula,   ma   z 

piętnaście, może szesnaście lat.

- To i dzieciak jest? Andrzej, czy ich tam nie za dużo? Mogą podnieść krzyk i co 

wtedy?

- Nie będzie żadnego krzyku. Dzieciak się nie liczy. To gówniarz, ledwo chodzi, nie 

ma chyba jeszcze dwóch lat. A dziewczynę musimy związać, żeby za prędko nie narobiła 

alarmu.

- Związać? - przestraszył się Józek. - A jak się nie pozwoli? Narobi wrzasku, będzie 

się szarpała, to co wtedy?

-   Na   pewno   sama   się   nie   pozwoli   związać   jak   cielę.   Trzeba   wejść   sposobem. 

Powiemy, że pan nas przysłał po coś i wtedy ona nas wpuści do środka. Jak już będziemy w 

mieszkaniu, to raz dwa ją złapiemy i uciszymy. Jakby bardzo się rzucała, to dasz jej po łbie, 

żeby się uspokoiła, tylko nie za mocno...

- Ja?

- Cały plan jest bardzo precyzyjny. Jak ty się nią zajmiesz, ja będę robił co innego. 

Trzeba pomyśleć o telefonie, dzieciaku, rozejrzeć się po mieszkaniu. Potem zapakujemy co 

się da i jazda z powrotem. W ciągu paru minut musi wszystko być zrobione.

Józek   milczał,   oszołomiony   planem   przedstawionym   mu   przez   kolegę.   Był   nieco 

rozczarowany. Spodziewał się czegoś bardziej efektownego, jakiejś akcji bojowej, która by 

pasowała do obrazu tajemniczej działalności, jaki zasugerował mu poprzednio Andrzej. A ten 

od razu wyczuł to wahanie.

background image

- Co, namyślasz się? A może się boisz? - zapytał i zaraz dorzucił groźnie: - No, bracie, 

wczoraj sam mnie błagałeś, żeby cię dopuścić do roboty, a teraz coś kręcisz. Uważaj...

- Nic nie kręcę - gorąco zaprzeczył Józek - tylko myślę, jak stamtąd wrócimy, chyba 

taksówką.

- Mówiłem ci, że ja wszystko planuję w najdrobniejszych szczegółach. Niech cię o nic 

głowa   nie   boli.   Wrócimy,   tak   jak   pojedziemy,   kolejką   elektryczną.   Taksówka   jest 

niebezpieczna. Milicja przede wszystkim będzie pytała taksiarzy, czy wieźli takich dwóch jak 

my i w dodatku z tobołkami, bo przecież z pustymi rękami stamtąd nie wyjdziemy.  A w 

kolejce takich pasażerów nikt nie zauważy. Żywy duch nie będzie wiedział, żeśmy z Gdańska 

pojechali do Gdyni i wrócili.

- Masz rację - zgodził się Józek, uspokojony tym, że kolega o wszystkim pomyślał. 

Pierwszy lęk już przeminął. Teraz nadchodziło podniecenie i chęć czynu.

Andrzej wyczuwszy w nim tę zmianę klepnął go z rozmachem w plecy i wykrzyknął:

- Zobaczysz,  stary,  jak ładnie wszystko pójdzie. A opłaci się, ja ci to mówię.  To 

bogata rodzinka. Będzie forsa, skończy się odgarnianie śniegu!

Józek wystraszył się tego głośnego okrzyku i spojrzał dokoła, czy nikt ich nie słyszy. 

Ale szosa była pusta i tylko śnieg z gałęzi osypywał się z szelestem.

Wracali lekko i swobodnie, jak dwaj chłopcy,  którzy z przyjemnością przeszli się 

zaśnieżoną drogą. Przed domem nawet zaczęli się obrzucać śnieżkami, śmiejąc się beztrosko. 

Na progu Andrzej pożegnał się z Józkiem.

- Idź do chaty - powiedział niczym troskliwy opiekun. - Nie łaź już dziś nigdzie, żebyś 

się w jaką drakę nie wplątał. - I pamiętaj, jutro o dziesiątej!

- Dobra jest! - wesoło wykrzyknął Józek i uścisnął mu dłoń na pożegnanie.

Matka   była   szczerze   zdziwiona,   że   wrócił   tak   wcześnie.   Próbowała   go   nawet 

wypytywać o Andrzeja, ale Józek zbył ją niczym. Do kolacji kręcił się po mieszkaniu, trochę 

bawił młodsze dzieci, ale gdy nadszedł wieczór, zjadł, co dostał od matki, i poszedł spać.

background image

ROZDZIAŁ DRUGI

1

Na   dworzec   przyszedł   znacznie   wcześniej,   niż   należało.   Wyszedł   z   domu   już   o 

dziewiątej, z Oruni miał daleko i obawiał się, że może tramwaj się spóźnić lub zajść jakaś 

inna nieprzewidziana okoliczność. Tak więc była dopiero za piętnaście dziesiąta.

Matka   niechętnie   patrzyła   na   to   jego   wczesne   wyjście   z   domu.   Próbowała   go 

zatrzymać, ale wykręcił się brakiem zajęcia, bo śniegu w nocy nie było.

- Pójdę, rozejrzę się, może coś znajdę lepszego niż to odgarnianie śniegu - powiedział.

Nie protestowała dłużej, sama byłaby rada, gdyby przyjął wreszcie pracę w stoczni, w 

porcie   lub   w   jakiejś   innej   fabryce.   Jeszcze   tylko   się   zbuntowała,   kiedy   ją   poprosił   o 

dwadzieścia złotych. Nie miał nawet na wykupienie biletu.

- Mama da dwie dychy, oddam pierwszego, jak mi za ten śnieg zapłacą - prosił.

- Po co ci aż tyle? Do śródmieścia dojedziesz za złotówkę. Dam ci pięć złotych.

- Ale co, mama, przecież muszę choć raz fajek kupić. Już mnie wstyd przed kolegami, 

stale ich opalam, jak jaki żebrak. Oddam na pierwszego.

Matka uległa w końcu, ale zapowiedziała, że przy wypłacie odbierze mu wszystko, a 

nie tylko te dwadzieścia złotych. Nie spierał się z nią dłużej i pobiegł do tramwaju.

Teraz   kręcił   się   po   holu   dworca   Głównego,   niecierpliwie   spoglądając   na   tarczę 

elektrycznego zegara wiszącego nad wejściem do tunelu. Był jeszcze czas. Przespacerował się 

więc pasażem, zajrzał do bufetu, gdzie mężczyźni w długiej kolejce cierpliwie czekali na 

piwo. Przez moment nawet się wahał, czy nie wypić „dużego jasnego”, niecierpliwość jednak 

nie pozwoliła mu stać w kolejce. Wrócił do holu, kupił paczkę sportów i palił łapczywie, 

odbijając sobie zaległości od wczorajszego wieczoru.

Dwóch   młodych   chłopców   w   ceratowych   czapkach,   z   włosami   wyłażącymi   na 

kołnierze kusych kurtek, podeszło do niego.

background image

- Cześć, Józek - zagadnął wyższy, w spodniach dzwonowato rozszerzonych u dołu. - 

Jak leci? Czekasz na kogoś?

Józek podał im dłoń i odpowiedział niechętnie:

- Tak, mam się spotkać z takim jednym.

- Organizujecie coś? Może się dołożymy, zimno, to by się coś wypiło.

- Nic z tego, jestem zajęty. Roboty szukam - skłamał. Zgodnie się roześmiali.

- Z bykaś spadł? Ty, roboty?

- No dobra, dobra, spływajcie - usiłował się ich pozbyć. - Spotkamy się wieczorem, 

jak chcecie.

- Tak to co innego - domyślnie zauważył ten drugi, w butach, z wysoko zadartymi 

nosami niczym góralskie kierpce. - Mów od razu, że czekasz na dziewczynę, to nie będziemy 

przeszkadzali. Chodź, Maniek. - Nie żegnając się odeszli w kierunku bufetu z piwem. Józek 

spojrzał na zegar i stwierdził, że jest za pięć dziesiąta. Odczekał, aż koledzy zniknęli za 

drzwiami bufetu, i poszedł korytarzem. Po drodze kupił bilet w automacie i z rękami wbitymi 

głęboko   w   kieszenie   swej   brezentowej   kurtki   powędrował   na   peron.   Pociąg   z   Gdyni 

podjeżdżał właśnie i stawał z piskiem hamulców. Zastukały drzwi, rozległ się syk sprężonego 

powietrza i nieliczni pasażerowie wysypali się z wagonów. Mijali go spiesznie, potrącając 

łokciami i rzucając krótkie „przepraszam”. Wszedł do wagonu, jak wszyscy opuścili peron. 

Od   razu   ogarnęło   go   przyjemne   ciepło.   Choć   na   dworze,   jak   przewidział   Andrzej,   była 

odwilż,   zmarzł   porządnie,   czekając   w   pełnym   przeciągów   holu.   Wybrał   teraz   miejsce   z 

grzejnikiem pod spodem, wtulił się w kąt, daleko wyciągając nogi. Drzwi zatrzasnęły się i 

pociąg ruszył prawie pusty.

O tej porze mało kto podróżował w kierunku Gdyni - ruch zaczynał się dopiero, kiedy 

w fabrykach  kończyła  się zmiana  i ludzie wracali do domów lub spieszyli  do pracy.  Na 

przystankach Stocznia Gdańska i Politechnika nikt nie przybył do przed-: ostatniego wagonu.

Gdy pociąg stanął we Wrzeszczu, Józek wstał i zajął miejsce w pobliżu drzwi. Zaraz 

też   dostrzegł   Andrzeja,   który   zwinniej   wskoczył   do   środka   i   pociągnął   go   na   ławkę. 

Przywitali siej w milczeniu, czekając, aż pociąg ruszy i turkot kół zagłuszy ich słowa, na 

pobliskich bowiem ławkach usadowiły się dwie osoby przybyłe na tym przystanku.

- No jak, w porządku? - zapytał Józek, kiedy już jechali.

- A jak ma być? - odpowiedział Andrzej głosem, w którym brzmiała pewność siebie. - 

U ciebie nic się nie zmieniło?

- Jasne!

- Nikomu nie gadałeś?

background image

- Oszalałeś?

- W porządku - Andrzej zatarł ręce i wyciągnął papierosy, ale przypomniawszy sobie, 

że w elektrycznym nie wolno palić, schował je na powrót do kieszeni.

- Zobaczysz, jak nam ładnie pójdzie. Tylko nie nawal w ostatniej chwili. Szybko, 

odważnie i zdecydowanie.

Józek już nic nie odpowiedział, skinął głową na znak, że Andrzej może być spokojny.

W ciągu dalszej drogi koledzy niemal się już do siebie nie odzywali. Wszystko było 

ustalone. Józek zauważył, że Andrzej, skupiony, patrzył po dawnemu, ostro, przenikliwie, 

spod lekko ściągniętych  jasnych brwi. Przemknęło mu przez myśl, że może kolega tylko 

udaje takiego odważnego i zdecydowanego, a w duchu też się boi, ale zaraz odrzucił tę myśl, 

bo nic go nie upoważniało do takich wniosków. Dotychczas tamten konsekwentnie dążył do 

celu i jemu także nie pozostawiał czasu na wahania.

Gdy   wysiedli   w   Gdyni,   Andrzej   poszedł   pierwszy   schodami   do   holu   kolejki 

elektrycznej. Tu skręcił koło kas biletowych i pociągnął Józka do kabiny telefonicznej.

- Co, jeszcze po kogoś dzwonisz? - zdziwił się Józek, ale Andrzej burknął gburowato:

-   Zamknij   się   wreszcie   i   skończ   z   tymi   pytaniami.   Zaczynamy   robotę.   Trzeba 

sprawdzić, kto jest w domu u naszego profesorka.

Docisnął   mocniej   drzwi,   żeby   jego   głos   nie   wydostał   się   na   zewnętrz.   Wrzucił 

pięćdziesięciogroszówkę do automatu, zdjął mikrotelefon i okrył go chusteczką. W kabinie 

panowała taka cisza, że słychać było sygnał, jaki rozległ się w słuchawce. Józkowi serce 

zaczęło bić tak mocno, że z trudem oddychał. Czuł się, jakby za chwilę miało go spotkać coś 

groźnego i niedobrego. Zasłaniał plecami szybkę drzwi i patrzył na Andrzeja, który

background image

z pochyloną lekko głową i słuchawką przyciśniętą do ucha tkwił nieruchomo przy automacie. 

Wreszcie przeciągły sygnał urwał się, w aparacie trzasnęło, brzęknęła opadająca moneta i 

jasny, wyraźny głos dziewczęcy spytał:

- Słucham?

- Czy to mieszkanie inżyniera Walatka? - Andrzej ścisnął sobie palcami gardło, żeby 

zmienić głos.

- Tak, kto mówi?

- Czy zastałem pana inżyniera albo jego żonę?

- Nie, są teraz w pracy. A kto mówi? - natarczywie dopytywała się dziewczyna.

- To przepraszam - rzucił Andrzej krótko - zadzwonię do pana później. Do widzenia - 

i szybko odłożył słuchawkę, jakby go parzyła w dłoń. Schował chusteczkę do kieszeni i Józek 

dostrzegł, jak ukradkiem wyciera spocone dłonie. Nie zdziwił się, bo sam miał koszulę mokrą 

na plecach.

W holu Józek spojrzał pytająco na kolegę. Ten uśmiechnął się z przymusem i lekko 

zmrużył oko.

- Dobra. - szepnął. - Koza jest sama w domu.

- To idziemy? - Józek chciałby szybko mieć wszystko za sobą.

- Trzeba z pół godziny odczekać - powstrzymał go kolega. - Niech zapomni o tym 

telefonie. Może ta siksa nie jest taka głupia, jak nam się zdaje, i połączy sobie telefon z 

naszym przyjściem.

Poczęstował Józka papierosem, potem poprowadził go do holu głównego, gdzie przy 

półokrągłym, mokrym bufecie wypili po wielkiej bombie piwa. Nie mówili nic, ale obaj byli 

pełni napięcia, naprężeni, choć starali się ukryć zdenerwowanie jeden przed drugim.

Wreszcie gdy zegar wskazał godzinę jedenastą, Andrzej powiedział krótko: - Idziemy!

2

Zosia Kurek nie należała do dziewczyn nie mogących żyć bez pracy. Chlebodawczyni 

Zosi   dość   często   robiła   uwagi   na   temat   jej   pracowitości,   a   gdy   w   końcu   miała   różnych 

zaniedbań dość dochodziło do rozmowy z matką, która błagała, żeby dziewczynę zostawić 

jeszcze na jakiś czas, a na pewno się ustatkuje i będzie z niej pociecha. Toteż pani Walatkowa 

ulegała, pozwalała Zosi pozostać, po trosze litując się nad matką, która miała z dziewczyną 

kłopoty, a po trosze dlatego, że o pomoc domową było trudno, mała Joasia zaś wymagała 

opieki, kiedy oboje z mężem szli do pracy.

background image

Przystojna, może nieco za pulchna dziewczyna, o oczach zaczepnie świdrujących i o 

naturze nazbyt ciekawej, potrafiła zdobyć sobie sympatię państwa Walatków, była bowiem 

rozgarnięta, wygadana, bystra, a półtoraroczna Joasia wręcz za nią przepadała. Toteż choć 

poza bawieniem dziecka niewiele z niej było pociechy, Zosia pracowała u państwa Walatków 

już blisko rok.

W tym dniu od morza ciągnęła mgła, mokry śnieg osuwał się ze stromych dachów, a 

w  powietrzu  pełno  było  wilgoci   tak  typowej   dla  Wybrzeża.   Zosia,  która  wstała   razem  z 

gospodarzami   i   pomogła   przygotować   śniadanie,   potem,   gdy   została   sama,   niemal   siłą 

wcisnęła dziecko do łóżeczka i sama się położyła, żeby jeszcze trochę pospać. Dopiero koło 

dziesiątej wstała, ubrała się jako tako i z apetytem zjadła drugie śniadanie. Potem postała 

trochę w oknie, patrząc na niezbyt piękny dziś świat.

Mieszkanie znajdowało się na piątym piętrze nowego osiedla w Gdyni i widok stąd 

był rozległy. W dole ciągnęła się szeroka, niezbyt jeszcze ruchliwa ulica. Daleko na wprost 

okna, między dwoma dużymi blokami stojącymi naprzeciwko, widniało morze rozciągające 

się niebieską płaszczyzną aż po Półwysep Helski. Na widocznej doskonale redzie zawsze 

można  było  dostrzec jakieś statki, które w dziewczynie  wywoływały  tęsknotę do obcych 

krajów, do ciepła, egzotyki i w ogóle do czegoś innego niż jej dzień powszedni.

Ale dzień powszedni dawał o sobie znać płaczem głodnej Joasi, bo panna zapomniała 

jej dać drugiego śniadania. Zosia lubiła małą, sama jeszcze była niemal dzieckiem, miała 

niespełna szesnaście lat, toteż chętnie zajmowała się dziewczynką, bawiły się razem, fikały 

koziołki na dywanie.

Zosia   szybko   podgrzała   mleko,   posmarowała   masłem   kawałek   bułki   i   nakarmiła 

Joasię.   Kiedy   po   tej   czynności   spojrzała   na   zegarek,   ogarnął   ją   strach.   Było   już   późno, 

zmarnowała masę czasu. Pani kazała jej dziś solidnie posprzątać mieszkanie, potem porobić 

niektóre zakupy i z grubsza przygotować obiad. A tymczasem minęło już wpół do jedenastej. 

Dziewczyna obłożyła dziecko kolorowymi książeczkami i pobiegła do kuchni, żeby najpierw; 

pozmywać naczynia stojące w zlewie od śniadania. Przy tym zajęciu poprzez szum wody 

doleciał ją dźwięk dzwonka telefonu. Spiesznie wytarła ręce i pobiegła do aparatu.

Kiedy rozmowa dość niespodziewanie się skończyła, przez chwilę trzymała jeszcze 

słuchawkę, a potem rzuciła ją na widełki i wzruszyła ramionami. Pomyślała, że to ktoś z 

wielu   znajomych   pana,   ale   jakoś   nie   mogła   sobie   przypomnieć   tego   głosu.   A   znała 

wszystkich,  którzy bywali  u jej  państwa. Zaraz  jednak woda cieknąca  z kranu w kuchni 

przypomniała jej o zajęciu, przestała więc sobie zaprzątać tym głowę.

background image

Po zmyciu naczyń zabrała się od razu do sprzątania kuchni. Przejechała dość niedbale 

ścierką po sprzętach, pośpiesznie poukładała naczynia, szczotką byle jak omiotła podłogę, 

zagarniając   I   śmieci   pod   szafkę   i   rozpylając   je   po   kątach.   Śpieszyła   się,   żeby   I   zdążyć 

wszystko zrobić, ale słów pani, aby było dziś porządnie I posprzątane, nie bardzo sobie wzięła 

do serca.

Kończyła zamiatanie, kiedy znów usłyszała dzwonek, tym razem od drzwi. Zawahała 

się, czy w ogóle podejść, ale Joasia z pokoju zaczęła coś wykrzykiwać. Zosia pomyślała więc, 

że ten za drzwiami i tak się domyśli, iż ktoś jest w domu, i podeszła do drzwi. Nie otwierając  

zapytała:

- Kto tam? Odpowiedział jej młody męski głos:

- Proszę otworzyć, przyszliśmy z polecenia inżyniera Walatka.

- A o co chodzi?

- Proszę otworzyć, przecież nie będę tłumaczył wszystkiego przez drzwi.

Dziewczyna   zawahała   się.   Głos   był   młody,   śmiały,   przyjemny.   Nie   bała   się,   ale 

pamiętała, jak państwo wielekroć ją upominali, aby nikogo obcego podczas ich nieobecności 

nie wpuszczała den mieszkania. Już położyła rękę na klamce, jeszcze jednak zapytała:

- Proszę powiedzieć, o co chodzi, jestem sama w domu państwo w pracy.

- Wiem - głos za drzwiami brzmiał teraz niecierpliwie.

Przecież   mówię,   że   przychodzimy   z   polecenia   pana   profesora.   Przysłał   nas   po 

dzienniczki uczniowskie, których zapomniał z domu, a są mu potrzebne na wykłady.

Zosia nie wiedziała, co zrobić. Wyjaśnienie brzmiało prawdopodobnie, głos nie budził 

niepokoju. Ale ostrzeżenie państwa jeszcze ją powstrzymywało.

- A gdzie są te dzienniczki, to ja podam - zaproponowała.

- Skąd mogę wiedzieć, są gdzieś w mieszkaniu.  Proszę nas wpuścić, przecież nie 

będziemy tak rozmawiać!

Ale Zosia już podjęła decyzję. Nieufność zwyciężyła i postanowiła ich nie wpuszczać.

- To ja zadzwonię do pana i zapytam - powiedziała.

- A my mamy tak czekać pod drzwiami? - denerwował się mężczyzna.

- To nie potrwa długo, chwileczkę - niefrasobliwie odparła dziewczyna i nie wdając 

się już w dłuższe rozmowy sięgnęła po słuchawkę telefonu, który stał tuż obok w przedpokoju 

na małym  stoliczku. Znała numer stoczni na pamięć, szybko go więc wybrała i zażądała 

połączenia z inżynierem Walatkiem.

Józek poczuł, że robi mu się coraz cieplej. Koszula znów przylepiła, mu się do pleców 

jak w czasie rozmowy w budce telefonicznej. Podczas pertraktacji Andrzeja z Zosią stał nieco 

background image

z   boku,   obserwował   klatkę   schodową   i   drzwi   sąsiednich   mieszkań.   Każdy   nerw   w   nim 

dygotał z napięcia. Zdawało mu się, że ktoś lada chwila otworzy, wyjdzie z mieszkania i 

zacznie krzyczeć: milicja, na pomoc, złodzieje! Czapka ciążyła mu na głowie, jakby była z 

ołowiu, nogi lekko dygotały w kolanach i najchętniej odszedłby czym prędzej z tego miejsca. 

Ale zabrnął już zbyt  daleko. Spod tych  drzwi sam nie mógł zawrócić. Co innego gdyby 

Andrzej podjął taką decyzję: był od niego zależny, całkowicie mu się podporządkował. Kiedy 

Zosia zaczęła telefonować do inżyniera, nie wytrzymał i zaproponował szeptem:

- Zwiewajmy, teraz się wszystko wyda!

Andrzej,   sam   blady   ze   zdenerwowania,   obrzucił   go   spojrzeniem,   w   którym   była 

pogarda i zarazem zawziętość.

- Czekaj!

-  Ale!...  -  zaczął   Józek   i  natychmiast   umilkł,  ujrzawszy  na  twarzy  kolegi  grymas 

wściekłości.

background image

Tymczasem spoza drzwi dobiegł ich głos dziewczyny:

- Czy to sekretariat inżyniera Walatka? Proszą mnie połączyć z panem inżynierem. 

Go, nie ma? A kiedy będzie? Och, nic, tylko przyszli tu panowie po jakieś dzienniczki i nie 

wiem,   co   robić.   Aha,   tak,   dziękuję,   to   zadzwonię   za   chwilą...   -   trzasnęła   odkładana 

słuchawka.

Józek poczuł, jak nagle cały się odpręża. Zrozumiał, że niebezpieczeństwo minęło i 

spojrzał przytomniej na Andrzeja. A tamten także musiał odczuć ulgę, bo gdy odezwał się do 

Zosi, jego głos był niemal wesoły:

- No i co, panienko?

- A nic - odparła Zosia, nadal nie otwierając drzwi. - Pana nie ma w biurze, wyszedł 

gdzieś na teren stoczni, ma za chwilę wrócić.

- To co robimy? Poszukamy razem tych dzienniczków?

- Nie, zadzwonię jeszcze do pani, zapytam, co mam robić. - Zosia widocznie nie tylko 

skrupulatnie chciała wykonać zalecenie państwa, ale również lubiła telefonować.

Józek zacisnął dłonie i zobaczył, że Andrzej znów zbladł ze złości. Ta dziewczyna 

doprowadzała ich obu do pasji. Ale nie mogli protestować. Andrzej powiedział tylko:

- To nie ma sensu, pani też pewnie nic nie poradzi.

- A może będzie wiedziała, gdzie są te dzienniczki - odparła Zosia i już wybierała 

numer.

Znów zapadła pełna napięcia cisza. Stojący pod drzwiami słyszeli każdy szelest, do 

ich uszu dobiegło gaworzenie Joasi W tym momencie rozległ się przeciągły dźwięk i Józek aż 

podskoczył ze strachu. Dopiero po chwili uprzytomnił sobie, żel to winda ruszyła z dołu i 

szybko jedzie na górne piętra.

Obaj z Andrzejem odwrócili głowy i czujnie nasłuchiwała Dźwięk narastał, brzmiał 

coraz głośniej. Byle tylko nie tu, byli nie tu - powtarzał w duchu Józek. Dom miał siedem 

pięter I i zachodziło prawdopodobieństwo, że ktoś jedzie windą wyżeł A tymczasem Zosia 

otrzymała połączenie. Słyszeli, jak mówiła!

- Poproszę panią Walatkową...

Odgłos windy nagle ucichł i rozległ się trzask drzwi. Jednaj stanęła na ich piętrze i 

teraz ktoś wychodził na klatkę. A może to sam inżynier? - przemknęło nagle Józkowi przez 

myśl. Było to rzeczą prawdopodobną, przecież Zosia nie zastała go w pracy. Szarpnął się i 

miał zamiar skoczyć w stronę schodów, aby uciec jak najprędzej, ale nagle poczuł, że dłoń 

Andrzeja zaciska się na jego rękawie. Chwyt był silny i osadził go w miejscu. Obaj stali teraz 

background image

twarzą do drzwi i niemal wtulali się w nie, jakby chcieli, żeby się wreszcie otwarły. Usłyszeli, 

jak Zosia mówi, zawiedziona:

- Nie ma? Tak, rozumiem, zaraz wróci? To dobrze...

Józek kątem oka dostrzegł, że z windy wyszła starsza, gruba kobieta z małym, może 

czteroletnim chłopcem. Zatrzasnęła za sobą drzwi i wolno poszła do swego mieszkania. Nie 

zwracała na nich uwagi, spojrzała tylko przelotnie i zaraz zaczęła manipulować kluczem.

- No więc jak będzie? - teraz już głos Andrzeja nie był taki wesoły i pewny.

- Słyszał pan przecież. Nie ma ani pana, ani pani - odparła bezradnie Zosia.

- Poskarżę się panu profesorowi, że musieliśmy tak długo stać pod drzwiami - zagroził 

Andrzej. Kobieta z chłopcem weszła już do mieszkania i znów byli sami na klatce schodowej. 

Mimo to Józek nie mógł się uspokoić i czuł, jak serce omal nie rozsadzi mu piersi. Groźba 

Andrzeja widocznie poskutkowała, bo Zosia zapytała:

- No to co mam robić?

- Wpuścić nas do mieszkania - twardo zażądał Andrzej. - Poczekamy, jak pan wróci 

do biura, wtedy panienka zadzwoni i dowie się, gdzie są dzienniczki.

- No dobrze - zgodziła się Zosia i obaj usłyszeli, że przekręca zatrzask. Drzwi otwarły 

się   i   ujrzeli   w   przedpokoju   młodą   dziewczynę   o   miłej   twarzy,   nieco   nachmurzoną,   ale 

ciekawie na nich zerkającą. Andrzej ukłonił się i nie zdejmując czapki pierwszy przekroczył 

próg. Józek wszedł za nim. Zosia zamknęła drzwi i powiedziała:

- Proszę do pokoju, tam panowie poczekają...

3

Józek z ciekawością rozejrzał się po mieszkaniu. Było tu ładnie. Nowoczesne meble 

wypełniały wnętrze. Pod jedną ze ścian stała długa wersalka, na której leżały rozrzucone 

książeczki  Joasi. W  rogu trzy fotele  otaczały  stolik,  obok pochylała  się lampa  z  ładnym 

abażurem. Niski bufet z wielkim wazonem pełnym kwiatów uzupełniał to wnętrze. Przez 

otwarte drzwi widać było drugi pokój z wysuwającą się na pierwszy plan dość dużą szafą.

- Proszę, siadajcie, panowie - Zosia była teraz gościnna. Jej dotychczasowa nieufność 

zniknęła   zupełnie,   coraz   śmielej   na   nich   spoglądała,   a   do   Andrzeja   zaczęła   się   nawet 

uśmiechać. - Może panowie zdejmą kurtki, tu jest ciepło.

- Nie, chyba nie warto - oświadczył Andrzej. - Pan inżynier pewnie zaraz wróci, to 

panienka zadzwoni do niego i weźmiemy te dzienniczki.

background image

-   No   tak,   ale   na   razie   trzeba   chwilę   poczekać.   Proszę,   proszę   nie   krępujcie   się, 

panowie. - Zgarnęła książeczki, odsunęła nieco Joasię, która dreptała za nią krok w krok i z 

zaciekawieniem oglądała gości.

Usiedli.   Józek   zauważył,   że   Andrzej   nie   zdjął   rękawiczek   i   w   tym   momencie 

uświadomił sobie, po co tu weszli. Spojrzał na kolegę, jakby go wzrokiem pytał, co dalej. Nie 

mógł sobie wyobrazić, jak w tej sytuacji, przy małym dziecku, mają zaatakować dziewczynę. 

Andrzej widocznie także jeszcze się nie zdecydował, co robić, bo siedział i tylko rozglądał się 

uważnie po mieszkaniu. Sytuacja stawała się niezręczna. Dziewczyna stała nad nimi, Joasia 

dreptała po pokoju. Obaj rozumieli, że w nieskończoność niej mogą czekać. W pewnej chwili 

dziecko podeszło do Józka i poczęło szczebiotać. Chłopak obyty z dziećmi, nie namyślając 

się, wziął małą na kolana i zaczął huśtać, udając, że wiezie ją na koniu. Mała uradowana 

zaśmiewała się. Objęła go ufnie rączkami za szyję i wołała:

- Pata taj, patataj, patataj...

- Widzę, że Joasia się dobrze przy panach czuje - powiedziała Zosia. - To ja panów z 

nią na chwilę zostawię. Pójdę do kuchni, nie skończyłam swojej roboty, a już jest późno...

-   Ależ   oczywiście,   proszę   sobie   nie   przeszkadzać.   My   poczekamy   -   skwapliwie 

zachęcał ją Andrzej, czując, że nadchodź wreszcie swobodny moment do działania.

Zosia   nie   miała   już   co   dłużej   robić   w   pokoju.   Poszła   do   kuchni   i   nawet   drzwi 

zamknęła za sobą. Nie chciała, żeby widzieli, jak przed lustrem w przedpokoju poprawia 

włosy. Pomyślała też, że zaraz ponownie zatelefonuje do pana.

Gdy dziewczyna  odeszła, Andrzej przez chwilę nasłuchiwał pochylony do przodu. 

Usłyszawszy, że już jej nie ma w przedpokoju, odezwał się szeptem:

- Teraz jak wejdzie, trzeba jej dać w łeb. Tylko pamiętaj: szybko, szkoda czasu i tak 

go dosyć zmarnowaliśmy przez tę gęś.

- Ale jak to zrobić? Czym? Przy dziecku? - pytał przestraszony Józek?

- Tu masz - Andrzej z rękawa wyciągnął drewnianą pałkę. - To wystarczy.

- Ale dziecko - Józek obejmował Joasię rękami i bezwładnie jeszcze ją kołysał na 

kolanie.

Andrzej nagle się rozzłościł. Porwał małą i postawił gwałtownie na podłodze.

- Zostaw tego szczeniaka i przestań się nim przejmować - niemal krzyknął.

Joasia nagle zaczęła płakać - nie wiadomo czy dlatego, że ją zbyt mocno popchnął, 

czy z żalu, że skończyła się zabawa. Józek odruchowo schował pałkę za siebie.

W przedpokoju już było słychać kroki Zosi. Weszła do pokoju mówiąc:

background image

- Co to się stało? Czemu dziecko płacze? Przecież panowie nie zrobią Joasi nic złego... 

- Pochyliła się nad małą i miała zamiar wziąć ją na ręce. W tym momencie Andrzej dał 

wzrokiem   znak   Józkowi.   Chłopak   poczuł,   jak   znów   oblewa   się   potem.   Ręce   mu   nagle 

zdrętwiały i nie był zdolny wykonać najmniejszego ruchu. Chciał działać, ale palce tylko 

kurczowo zaciskały się na pałce, którą trzymał za plecami. Nagle zobaczył, że ręka Andrzeja 

obciągnięta rękawiczką unosi się do góry i z całą siłą spada na głowę dziewczyny pochyloną 

nad dzieckiem. Zośka krzyknęła i upadła na bok. Ale nie straciła przytomności. Wtedy jego 

niemoc minęła. Usłyszawszy okrzyk Andrzeja „bij!”, jak w transie podniósł w górę pałkę i 

zadał dwa ciosy w głowę. Dziewczyna krzyknęła jeszcze raz. Na jej czole pokazała się krew. 

Joasia była tak przerażona, że aż przestała płakać.

- Jeszcze, idioto, widzisz, że przytomna! - krzyczał Andrzej. Józek znów podniósł 

pałkę, ale w tym momencie Zosia uchyliła się. Turlała się po podłodze, zasłaniała głowę 

przed jego uderzeniami i błagała:

- Panowie, nie zabijajcie! Ja nic nie powiem! Darujcie! Panowieee!

To było ponad jego siły. Ręka sama opadła w dół. Pierwszy szał minął i teraz już nie 

mógłby uderzyć płaczącej, pokrwawionej dziewczyny.

- Nie mogę! - jęknął. Ze strachem spojrzał na Andrzeja, ale ten także widocznie miał 

już dosyć tej sceny.

- Będziesz milczała? - zapytał. - Nie powiesz milicji, kto cię bił?

- Nie powiem. Przecież was nie znam! - wyjęczała Zosia.

- Dobrze, ale pamiętaj, jak piśniesz słówko, to cię znajdziemy i wtedy zginiesz! - 

zagroził Andrzej. Józek z ulgą odrzucił pałkę, którą przytomny kolega natychmiast schował 

pod ubraniem. Obaj przenieśli dziewczynę na wersalkę. Andrzej otworzył  wąską szafę w 

przedpokoju i wyciągnął stamtąd froterkę. Odwinął długi sznur i podał Józkowi:

- Zwiąż jej nogi, tylko mocno!

Józek posłusznie począł wykonywać polecenie. Ręce mu się przy tym trzęsły i nie 

mógł sobie poradzić z zaciągnięciem węzła, tym bardziej że sznura nie odcięli i froterka mu 

bardzo przeszkadzała. Zanim się uporał z tym zadaniem, Andrzej już zdążył otworzyć szafę. 

Wyciągnął z niej pęk krawatów i rzucił go ze słowami: - A tym zwiąż jej ręce! - Był już 

opanowany, widocznie zdenerwowanie mu minęło, bo działał pewnie i precyzyjnie. Zostawił 

Józka   z   dziewczyną,   a   sam   zaczął   plądrować   mieszkanie.   W   przedpokoju   znalazł   dwie 

walizki i torbę turystyczną, ustawił je na podłodze. Z szafy począł wygarniać rzeczy i co 

cenniejsze pakował do środka.

background image

Tymczasem Józek niezgrabnie związał  Zosię. Dziewczyna  miała  zamknięte  oczy i 

cicho pojękiwała. Z czoła ciekła jej krew i spływała po policzku cienką zasychającą strużką. 

Dygotała z przerażenia i bezwolnie pozwalała się wiązać.

Józek, kiedy tak patrzył z bliska w jej twarz, poczuł litość. A poza tym dopiero teraz 

zauważył,  że jest ładna. Jej gładka cera, świeża buzia, ciemne gęste włosy - wszystko to 

zrobiło na nim wrażenie.

- Boli cię? - zapytał. Odpowiedziała jękiem. Rozejrzał się wokoło i dostrzegł stertę 

wypranych pieluszek Joasi. Wziął jedną i jak umiał, okręcił głowę dziewczyny. Rogiem starł 

jej krew z twarzy, mówiąc przy tym: - No już dobrze, nie jęcz, nic ci nie będzie. Ledwo cię 

stuknąłem. Musiałem przecież, bo inaczej byś nam nic nie pozwoliła zrobić. Zresztą to on mi 

kazał - dodał nagle, jakby się usprawiedliwiał. Zosia otworzyła oczy i spojrzała na niego 

niespodziewanie   przytomnie.   Ucieszył   się.   -  O,   widzisz!   Nie  jest  tak   źle.   Fajna   z   ciebie 

dziewczyna.   Jak   chcesz,   to   możemy   się   umówić.   Przyjedź   do   Kartuz,   tam   się   możemy 

spotkać w „Rybce”. Tylko nikomu ani słowa, słyszałaś, co on powiedział?

Skinęła  głową,  ale  się  nie  odezwała.   Joasia,  która  dotychczas   z  zainteresowaniem 

przyglądała się wszystkiemu, znów zaczęła płakać, widząc, że się nią nie zajmują. Józek 

wziął ją na ręce i posadził Zosi na kolanach.

- Siedź tu sobie, póki mama nie przyjdzie - powiedział. Andrzej ukazał się w drzwiach 

zasapany z pośpiechu. Zawołał na Józka:

- Długo tak się będziesz z nią cackał? Sam mam wszystko robić?

- Już idę - skwapliwie odparł Józek. - Musiałem ją przecież związać i dziecko uciszyć.

- Tam, z tej szafy w przedpokoju trzeba jeszcze zabrać ciuchy - dyrygował Andrzej. - 

Ja sprawdzę biurko, może tam coś jeszcze jest!

Józek posłusznie wyszedł do przedpokoju i niemal na ślepo począł ładować garderobę 

do   torby   stojącej   na   podłodze.   Kiedy  była   pełna,   zamknął   ją   na   zamek   i   postawił   obok 

napełnionych już poprzednio przez Andrzeja walizek.

- Gotowe - powiedział niezbyt głośno.

- Dobra - odparł Andrzej ukazując się w drzwiach. - Nic tu więcej nie ma. Wiejemy! - 

Starannie zamknął drzwi od pokoju, w którym siedziała związana Zosia oparta plecami o 

ścianę, z Joasią na kolanach. Rozejrzał się jeszcze dokoła i dostrzegł aparat telefoniczny 

czerwieniejący na stoliku. Jednym szarpnięciem wyrwał przewód ze ściany. Wziął walizkę i 

powtórzył: - Wiejemy!

background image

Chwilę nasłuchiwali, a kiedy się przekonali, że na klatce nikogo nie ma, wyszli z 

mieszkania zatrzaskując drzwi za sobą.

ROZDZIAŁ TRZECI 

1

Nie mieli klucza od windy i dlatego z piątego piętra musieli zejść po schodach. Józek 

znajdował się w takim stanie, że właściwie poruszał się jak bezwolny automat. Tempo całej 

akcji, wstrząs, jaki wywołało w nim bicie Zosi, wreszcie strach tak go oszołomiły, iż nie 

zdawał sobie dobrze sprawy, gdzie jest i co czyni. Gdyby był sam, chyba by rzucił zdobycz 

albo w ogóle nic by nie wyniósł z mieszkania Walatków.

Ale Andrzej czuwał nad wszystkim. Miał bez przerwy oko na kolegę i popędzał go 

nieustannie.

- Prędzej, prędzej, ruszaj się, do cholery!

To popędzanie wywierało dodatkowy wpływ na Józka, gdyż wyobrażał sobie, że są 

zagrożeni, ktoś ich ściga i lada chwila zostaną zatrzymani. Toteż objuczony walizkami gnał 

po schodach na złamanie  karku, przeskakując po dwa stopnie na raz. Kiedy ujrzał jasny 

prostokąt drzwi, zatrzymał się nagle. Zdał sobie sprawę, że oto musi wyjść na ulicę, po której 

chodzą ludzie, a każdy z tych ludzi może ich zatrzymać, lecz Andrzej nie dawał mu czasu do 

namysłu.

- Ruszaj się - rzucił ostro. A kiedy Józek niemal pędem wypadł z bramy, powstrzymał 

go ostrym szeptem: - Nie tak, idioto, wolniej, spokojnie. Idź jak gdyby nigdy nic.

Ulica była  niezbyt  ruchliwa. Szeroka, nowoczesna arteria jeszcze nie przyciągnęła 

zbyt wielu przechodniów, którzy woleli starą Świętojańską, przy której znajdowało się więcej 

sklepów,   kawiarni   i   do   której   z   dawna   byli   przyzwyczajeni.   Nieliczni   przechodnie   szli 

szybko, zajęci swymi myślami, nikt nie zwracał uwagi na dwóch młodzieńców z walizkami.

A   oni   skręcili   w   lewo,   kierując   się   w   stronę   przystanku   kolejki   elektrycznej   na 

Wzgórzu Nowotki. Szli teraz obok siebie i wyglądali tak, jakby jeden drugiego odprowadzał 

na   dworzec   kolejowy.   Ale   gdyby   ktoś   im   się   przyjrzał   uważniej,   dostrzegłby   coś 

nienaturalnego w ich ruchach, uderzyłyby ich szeptem wymieniane krótkie zdania, spłoszone 

spojrzenia, jakie rzucali dokoła.

- Wolniej, spokojniej - pouczał Andrzej.

Józek skinął głową, że rozumie, ale mimo woli wyrywał się do przodu, nogi same 

chciały   uciekać.   Był   spocony,   ręce   zaczynały   go   boleć   od   ciężkich   walizek,   najchętniej 

rzuciłby wszystko i uciekł jak najdalej od Andrzeja, i tego miejsca.

background image

- Złapią nas, cholera, stary, złapią... - wyrzucił z siebie rozpaczliwie.

- Zamknij się - warknął Andrzej. - Już niedaleko.

- Ale w kolejce... Lepiej było taksówką...

- Uspokój się, bo się zerżniesz w portki ze strachu! Idź tak jak ja. Zaraz będziemy na 

dworcu, a w kolejce nic nam nie zrobią. Teraz nie ma ruchu.

- No właśnie, każdy nas zauważy, zapamiętają... potem powiedzą...

Andrzej   już   nie   odpowiadał,   bo   choć   przechodnie   rzadko   ich   mijali,   to   jednak 

zachodziło   prawdopodobieństwo,   że   ktoś   może   usłyszeć   tę   rozmowę.   Zbliżali   się   do 

skrzyżowania.   Szybko   przeszli   przez   jezdnię   obok   stacji   benzynowej   i   po   chwili   już 

dochodzili do dworca.

- Idź na peron jakby nigdy nic - dyrygował Andrzej.

- A ty? Sam nie pójdę! - rozpaczliwie zaprotestował Józek.

- Idź, do cholery, przecież muszę bilety kupić!

- Pójdę z tobą - uparł się Józek.

Andrzej zgrzytnął zębami, ale nie sprzeciwiał się, kilka osób kręciło się po małym 

dworcu  kolejki  elektrycznej,   i  nie  chciał,   aby na  nich  zwrócili   uwagę.  Pchnął   ze  złością 

wahadłowe drzwi i puścił je za sobą, aż grzmotnęły Józka, który mając ręce zajęte nie mógł 

ich przytrzymać.  Chłopak  był  już  teraz  całkiem  mokry  i dyszał  ciężko.  Strach i  wysiłek 

zupełnie   go   wykończyły.   Gdy  Andrzej   kupował   bilety,   on   pogrzebał   w   kieszeni,   znalazł 

sporty i chciwie zapalił. Zanim zdążył się parę razy zaciągnąć, tamten już był przy nim.

background image

- Jazda, nie ma tu co sterczeć. Idziemy na peron. Pociągi za trzy minuty.

Po wzniesionym wysoko peronie kręciło się sporo osób czekających na kolejkę do 

Gdańska. Józek aż się skulił, kiedy siei tam znalazł. Zdawało mu się, że każda z tych osób 

patrzy na nich podejrzliwie i każda się domyśla, kim oni są i co zrobili! Miał wrażenie, że jest 

wystawiony   na   widok   publiczny,   jakby   się   znajdował   w   oszklonej   ze   wszystkich   stron 

gablocie i całe miasto go oglądało. Stanął przy słupie, postawił swoje walizka i nie patrzył w 

oczy Andrzejowi, bo obawiał się, że tamten wyczyta z jego twarzy strach i będzie się złościł. 

Bał się nie tylko ludzi, ale także swego kolegi.

Andrzej tymczasem swobodnie postawił wypchaną łupem torbę na ławce i niby od 

niechcenia  rozglądał  się wokoło. Powiódł nawet  wzrokiem  za zgrabnymi  łydkami  jakiejś 

dziewczyny.   Nie   widać   było   po   nim   strachu.   Tylko   oczy   miał   czujne.   Obserwował   w 

skupieniu twarze przechodzących obok ludzi. Niczym nie zdradzał swego napięcia i Józkowi 

się wydawało, że jest oni zupełnie spokojny, nawet nonszalancki.

Od strony dworca Głównego zbliżał się szybko z głośnym stukotem kół wąż żółtych 

wagonów.   Z   szumem   zajechał   na   stację   i   drzwi  otwarły  się   równocześnie.   Wzięli   swoje 

bagaże, ale Andrzej nie wsiadał. Przeszedł szybko kawałek wzdłuż pociągu szukając wagonu, 

w którym było najmniej pasażerów. Wreszcie wskoczył zwinnie do środka, a za nim wszedł 

Józek, taszcząc obie walizki. Znaleźli sobie miejsce na końcu wagonu, gdzie nie było nikogo. 

Postawili bagaże przy nogach i usiedli w kącie.

- Ale bym teraz zapalił - zwierzył się Józek.

- Szkoda gadać. Jakby wybuchła draka, to zwrócą na nią uwagę. Lepiej siedzieć cicho. 

Wytrzymasz.

Józek oparł głowę o dygocącą ścianę wagonu. Czapka mu się przekrzywiła, a na czole 

wystąpiły grube krople potu. Był tak zmęczony, jakby odbył bieg dziesięciokilometrowy. W 

tym momencie pożałował, że poszedł na ten skok. Wiele dałby za ta żeby znaleźć się na swej 

Oruni, nawet z łopatą do odgarniania śniegu. Ale był to tylko moment. Zmęczenie mijało 

szybka Wokół nich było pusto, stopniowo się więc uspokajał. Gdy spój rżał na walizki i torbę, 

przeszło mu przez myśl, że oto wiózł pieniądze, których tak bardzo pragnął. Ocknął się z 

zamyślenia, słysząc głos Andrzeja:

-   Ale   z   ciebie   tchórz.   Myślałem,   żeś   odważniejszy.   Nie   odpowiedział,   tylko   się 

zaczerwienił ze wstydu.

-   I   słaby   jesteś,   chociaż   się   lubisz   chwalić   muskularni.   Takie   dwie   walizeczki   z 

ciuchami, a tyś się zasapał, jakby w nich były kamienie.

- Dobrze ci mówić, tyś wziął tylko torbę. Wygodny hrabia - odciął Józek.

background image

Pociąg przystanął w Orłowie i nagle Józek zdrętwiał z przerażenia. Do przedziału 

wsiadł milicjant. Chłopak zacisnął kurczowo palce i, nieprzytomnym wzrokiem wpił się w 

przybysza.   Andrzej,   który   był   odwrócony  bokiem   do   wejścia,   zorientował   się   po   twarzy 

kolegi, że coś się stało. Spojrzał i też drgnął, ale natychmiast się opanował. Kopnął Józka w 

kostkę i syknął:

-  Nie  rób  takich  min,   cholera,   bo  cię   zostawię   samego!  Józek  oderwał   wzrok  od 

milicjanta i spojrzał na kolegę.

Przeżył moment takiego strachu, że aż mu zabrakło tchu. Pomyślał, że ten milicjant 

przyszedł po nich. A tymczasem plutonowy, w zimowej, uszatej czapce, nawet na nich nie 

zwrócił uwagi, poszedł w głąb wagonu i usiadł gdzieś na wolnym miejscu pod oknem. Józek 

odetchnął, jakby mu zdjęto z pleców stukilowy ciężar. Andrzej już nic nie mówił, patrzył na 

Józka niemal z nienawiścią i zacisnął  swoje wąskie wargi tak, że miał na twarzy cienką 

poziomą kreskę.

-   Opanuj   się   -   syknął   wreszcie.   -   W   Sopocie   wsiądzie   dużo   ludzi.   Tam   zawsze 

wsiadają.   Siedź   spokojnie,   jakby   nigdy   nic,   bo   ci   przy   wszystkich   mordę   zbiję.   Inaczej 

wpadniemy tylko przez twoją głupią facjatę.

Józek skinął głową i zapytał:

- Gdzie z tym pojedziemy?

- Nie twoja głowa. Jak przez ciebie nie wpadniemy, to schowamy to tak, że diabeł nie 

znajdzie.

Znów   był   przystanek.   Tym   razem   wsiadła   konduktorka,   która   od   nich   zaczęła 

sprawdzanie biletów. Ale teraz już Józek był spokojniejszy. Zresztą bilety miał Andrzej i on 

nawet nie musiał się odzywać. W Sopocie, wbrew obawom Andrzeja, Józek także zachował 

się spokojnie. Najgorszy strach już mu minął. A wśród pasażerów, którzy teraz wypełnili 

wagon,  poczuł   się  raźniej.   W   tłumie   był   jak   w  lesie,   zniknęło   wrażenie,   że   wszyscy   go 

obserwują.

2

Za Oliwą, na przystanku Polanki, Andrzej podniósł się z miejsca i dał Józkowi znak, 

że wysiadają. Szybko opuścili peron i wyszli na pustą, odludną ulicę. Przed nimi w kierunku 

morza   widać   było   wysokie,   nowe   wieżowce,   dźwigi   budowlane   strzelające   w   niebo,   w 

pobliżu przejeżdżały ciężarówki wyładowane betonowymi elementami.

- Idziemy na Przymorze? - domyślił się Józek.

background image

Andrzej pokręcił głową i ruszył  pod wiaduktem w przeciwnym  kierunku. Przeszli 

aleję   Grunwaldzką   i   znaleźli   się   niemal   na   polu.   Były   tu   ogródki   działkowe   z   małymi 

budkami i altankami pustymi teraz i zasypanymi śniegiem. Między ogródkami niemal polna 

droga wiodła w stronę wąskich wieżowców zwanych żyletkowcami. Było tam rozrzucone 

wielkie osiedle niskich domków, otoczonych drzewami will, ciągnących się aż po morenowe 

wzgórza na zapleczu Oliwy.

- Dokąd idziemy? - uparcie dopytywał się Józek, taszcząc z wysiłkiem walizy. Domki 

były daleko i nie uśmiechała mu się wędrówka odkrytą drogą aż do tej części Oliwy. Znów 

zdawało mu się, że pierwszy lepszy człowiek ich zatrzyma, uczucie bezpieczeństwa minęło, a 

wrócił strach.

-   Mam   kolesiów   na   Grottgera   -   odpowiedział   Andrzej.   -   Żywy   duch   nas   tu   nie 

znajdzie.

- Ale ich starzy? Co powiedzą, jak nas zobaczą?

- Nie bój się, ofiaro! Oni pracują w stoczni. Tu nie mają starych. Mieszkają w pokoju 

wynajętym. Zresztą zobaczysz, zaraz będziemy na miejscu.

- A jak ich nie zastaniem w domu? - niepokoił się Józek, który teraz widział same 

przeciwności.

- Będą - Andrzej uspokoił go. - Myślisz, że o tym nie pomyślałem? W tym tygodniu 

pracują na nocnej zmianie. Mówiłem ci, że wszystko jest zaplanowane, to czego jęczysz?

background image

Józek   już   o   nic   nie   pytał,   tylko   sapiąc   głośno   podążał   za   kolebą   w   stronę   coraz 

bardziej zbliżających się domków. Po chwili zeszli z odkrytej drogi i skręcili w prawo. Teraz 

szli uliczką typowo podmiejską, ze starannie wykończonym chodnikiem, oczyszczonym ze 

śniegu, wśród ogrodzeń z siatki drucianej. W pewnej chwili Andrzej skręcił i pchnął furtkę. 

Znaleźli się przed niewielkim jednopiętrowym domkiem, starym i odrapanym. Drzwi były 

zamknięte i domek sprawiał wrażenie nie zamieszkałego. Andrzej jednak nacisnął przycisk 

dzwonka   i   długo   trzymał   palec   na   białym   krążku.   Gdzieś   w   głębi   domu   słychać   było 

przeciągły terkot. Potem raz krótko i znów długo. Trzasnęły drzwi na dole i zły kobiecy głos 

zawołał:

- Panie Ryśku, to do was, nie słyszycie? Dzwonią, jakby tu byli głusi!

- Już, już lecę otworzyć - odpowiedział młody chłopięcy głos i kroki zadudniły na 

drewnianych schodach.

Drzwi otworzył chłopak z gęstą czupryną zaczesaną misternie aż na brwi. Na widok 

stojących na progu zamrugał ze zdumienia, a potem powiedział prędko:

- A, to ty? Co się stało, dawno cię tu nie było!

- Mówiłem ci, że dzisiaj wpadnę - przypomniał Andrzej.

- Mówiłeś, ale nie myślałem, że tak wcześnie. A to kto?

- Koleś. Potem się będziemy przedstawiać, puszczaj do środka. Sam jesteś?

- Jest jeszcze Burek. Ale...

-   Zamykajcie   drzwi,   zimno   leci   -   wrzasnęła   gospodyni.   -   Koksu   człowiek   nie 

nastarczy, jak tak będziecie wietrzyć.

- Wchodźcie - Rysiek otworzył szerzej i wpuścił ich wreszcie do środka. Poprowadził 

schodami na piętro. Gospodyni patrzyła za nimi z otwartych drzwi kuchni i odprowadzała 

złym  wzrokiem. Mruczała coś przy tym.  Nie zwrócili na to uwagi. Weszli do niedużego 

mansardowego pokoju. Niewielkie okno wpuszczało niewiele światła, a dym snujący się pod 

sufitem   jeszcze   bardziej   wszystko   zaciemniał.   Pokój   był   brudnawy,   a   duchota   i   przykry 

zapach nie pranych skarpetek świadczyły, że gospodarze hołdowali zasadzie, iż „od smrodu 

jeszcze nikt nie umarł, a od świeżego powietrza można się przeziębić”.

Nie było tu wiele sprzętów. Pod przeciwległymi ścianami stały dwa żelazne łóżka, 

niedbale zaścielone kocami o podejrzanej czystości. W rogu przy oknie stała stara drewniana 

szafa, a na środku królował nakryty szarym papierem stół, wokół którego ustawiono dwa 

krzesła. Na jednym  z łóżek w ubraniu i butach leżał  pryszczaty chłopak z rozkudłanymi 

niesamowicie włosami. Czytał jakąś postrzępioną książkę, której resztki okładki wskazywały, 

background image

że należała do serii „kryminałów”. Na widok wchodzących podniósł nieco głowę, spojrzał z 

niechęcią i miał zamiar wrócić do lektury, ale kolega powiedział:

- Rusz się, Burek, gości mamy. Andrzej przyszedł.

- Przecież widzę - niechętnie odparł leżący.  - Przyszedł do ciebie, mnie dupy nie 

zawracajcie - i podsunął sobie książkę pod nos.

- On zawsze taki - roześmiał się Rysiek. - Nie przejmujcie się, ze wsi przyszedł, 

jeszcze nie zna towarzyskich obowiązków. Ale jak wyciągniecie pół litra, to wstanie, nawet 

zagrychy poszuka.

- I po drugie poleci - rzucił Burek nie odrywając oczu od książki.

- Nie mam dziś pół litra - oświadczył  Andrzej. - Będzie innym razem, nawet litr. 

Dzisiaj nie mamy czasu.

- To po cholerę żeście przyszli? I kto jest ten koleś, przedstaw go wreszcie - żartował 

Rysiek, ale bystrym wzrokiem lustrował Józka i jego walizki.

Józek wyciągnął  rękę, wymienili  swoje nazwiska. W tym  czasie  Andrzej  ściągnął 

kurtkę i bezceremonialnie usiadł przy stole. Rysiek wskazał Józkowi drugie krzesło, a sam 

przycupnął na brzegu łóżka.

- No, co  jest?  - zagadnął.  Widać  było,  że  płonie  z ciekawości.  Lecz  Andrzej  nie 

spieszył  się z odpowiedzią. Wobec gospodarzy zachowywał tę samą  pełną nonszalancji i 

wyższości postawę co wobec Józka. Wyjął papierosy, poczęstował wszystkich i dopiero kiedy 

zapalili, zagęszczając do niemożliwości i tak nieczyste powietrze w pokoju, odezwał się:

- Przynieśliśmy trochę bagażu.

- Widzę - mruknął Rysiek bez entuzjazmu.

Burek oderwał wzrok od swojej książki, rzucił okiem na walizki i ni to zapytał, ni to 

stwierdził:

background image

- Podpieprzyliście?

Józek kręcił się niespokojnie. Miał kolegów, których styl bycia był podobny do tych 

chłopców, ale nigdy jeszcze nie znajdował się w takiej sytuacji jak teraz. Toteż czekał, co 

powie Andrzej. A ten wyjaśnił krótko:

- Mamy tu trochę rozmaitych rzeczy. Kupiłem od jednego niemieckiego marynarza w 

Gdyni. Do domu tego nie chcę taszczyć, zostawię u was.

- Co tam jest?

- Ciuchy. Sam nawet dobrze nie wiem, bo kupowałem w ciemno. Ale myślę, że za 

patyka było warto.

- Nie podpieprzyliście wy, to podpieprzył ten matros - zauważył Burek. - Na jedno 

wychodzi: i tak śmierdzi, i tak śmierdzi.

Andrzej nagle położył obie ręce na stole i uniósł się lekko, jakby poczuł od dołu lekkie 

ukłucie. Zimne oczy zaświeciły mu złowrogo i Józek pomyślał, że za chwilę z Burkiem stanie 

się coś złego. Ale tamten nawet nie zwrócił na to uwagi, bo nadal czytał swój kryminał.

Rysiek pytał dalej:

- A jak tu przyjdą po te ciuchy, to kto będzie siedział? Ty czy ja?

- Powiedziałem, że kupione od marynarza - Andrzej opadł z powrotem na krzesło i 

wziął drugiego papierosa. - Niech on poświadczy - wskazał głową Józka.

- No jasne, byłem przy tym - potwierdził spokojnie Józek. Od czasu jak minął lęk 

przed ludźmi, mógł już myśleć spokojnie i rozumiał, czego od niego oczekuje Andrzej.

Rysiek był dociekliwy.

- Jak sam nie wiesz dobrze, co tam jest, to zobacz teraz - zaproponował.

-   Dobra   -   niespodziewanie   zgodził   się   Andrzej.   -   Józek,   dawaj   walizki   na   stół, 

obejrzymy, na cośmy wydali patyka.

Teraz   ciekawość   zwyciężyła   u   Burka.   Odłożył   książkę,   spuścił   nogi   z   łóżka   i 

wyciągając szyję przyglądał się, jak otwierają walizki i wykładają ich zawartość. Na widok 

futra gwizdnął przeciągle. Garnitury omacał, a spodnie obejrzał pod światło, czy nie przetarte 

na siedzeniu. Koszulę niemnącą wziął do rąk i zaczął  przykładać do siebie.

- Chyba dobra by była, co, Rysiek? - pytał. - Przydałaby się, dawno chciałem sobie 

kupić non dron, ale forsy nie miałem - wyznał.

- To sobie ją weź - nagle zaproponował Andrzej.

- Za ile? - rzeczowo pytał Burek.

- Dasz stówę i będzie twoja.

- A za przechowanie nic się nie należy? - Burek chytrzą zmrużył oczy.

background image

- Za to tak ci tanio daję. Non iron kosztuje pięć stów. To używana, warta cztery. Trzy 

setki zarabiasz. Bierz, jak chcesz a nie, to oddawaj.

Burek wahał się, przykładał do siebie. Wreszcie włożył koszulą i z zadowoleniem 

stwierdził, że jest w sam raz.

- Dobra, dam stówę - zgodził się - ale nie dziś. Po wyj płacie.

- Weź i nie marudź - zniecierpliwił się Andrzej.

Burek mruknął z zadowoleniem i przestał się nimi interesować. Józek, w milczeniu 

obserwujący tę scenę, poczuł ukłucie zazdrości. On też od dawna chciał mieć taką niemnącą 

koszulę która zawsze wygląda elegancko. Nie mógł sobie na to pozwolić i teraz był zły, że 

Burek sprzątnął mu ją sprzed nosa. Toteż widząc drugą koszulę wyciągniętą właśnie z walizki 

pozbył się niej śmiałości i oświadczył:

- To ja wezmę sobie tę.

Andrzej obejrzał go krytycznie i skinął głową. A po chwili dorzucił:

- Mógłbyś też tę swoją starą kurtkę zamienić na porządna ortalion - podał Józkowi 

płaszcz, który ten chwycił skwapliwie i począł oglądać. Był nieco za duży na niego, ale kiedy 

ściągnął go paskiem w talii, wyglądał całkiem dobrze. Andrzej tym czasem zwrócił się do 

Ryśka:

- A ty co byś chciał?

Rysiek odsunął się, siadł na powrót na łóżku i odparł obojętnie:

- Mnie tam nic nie potrzeba. Co będę stare ciuchy brał.

- Patrzcie, jaki honorowy - roześmiał się Burek.

background image

- W porządku - Andrzej zaczął upychać na powrót rzeczy do walizek i torby.

- Ta torba to by mi się przydała - niespodziewanie odezwał się Rysiek. - Jak ci nie 

będzie potrzebna, mogę ją wziąć.

- Dobrze - zgodził się Andrzej. - Tylko potem, jak odbierzemy te rzeczy. Na razie 

niech wszystko tu zostanie.

Nie pytając  gospodarzy o zdanie, otworzył  szafę i ustawił bagaże na dole. Ryśka 

jednak widocznie nurtowały jeszcze jakieś wątpliwości, bo pytał:

- Andrzej, a jak będą z tego jakieś kłopoty, to co?

- Jakie kłopoty? - Andrzej zrobił zdziwioną minę.

- No wiesz... Przecież mi nie wmówisz, że to czysta sprawa. Nawet jeśli kupiłeś od 

marynarza, to musi być kradzione. Kto by sprzedał tyle ciuchów za tysiąc złotych? I futro! 

Jaki marynarz takie rzeczy wozi ze sobą? To nie był marynarz, tylko...

- Co cię to obchodzi? - przerwał mu ostro Andrzej. - Ja ci mówię, że kupiłem od 

marynarza i koniec. Nawet jakby cię kto o to pytał, to twoja głowa spokojna. Powtórzysz to, 

co wiesz ode mnie. Ale nie martw się, nikt cię nie będzie pytał.

- Długo to tu będzie leżało? - Rysiek zdawał się być nie przekonany argumentami 

Andrzeja.

- Niedługo. Nie kłopocz się o to. Najlepiej obaj zapomnijcie, żeśmy tu byli  i coś 

zostawili. A jak przyjdziemy zabrać, to będzie oblewanie. - Podniósł się z miejsca na znak, że 

sprawę uważa za załatwioną.

3

Kiedy znaleźli się na ulicy, Józek najpierw przez jakiś czas kroczył zadowolony z 

nowego płaszcza. Czapkę wsadził z fantazją na bakier, ręce swoim zwyczajem wbił głęboko 

do kieszeni i czuł się jakby odmieniony. Poprzednie uczucia, które nim targały w drodze z 

Gdyni do Oliwy, minęły bez śladu. Gdy pozbył się uciążliwego ładunku, odzyskał humor, a 

nowy  płaszcz  i  koszula  jeszcze  bardziej   poprawiły jego samopoczucie.  W  pewnej   chwili 

przypomniał sobie jednak scenę z Burkiem i powiedział z żalem:

- Ale tamtej koszuli mi szkoda, ja też wolałbym białą!

background image

Józek skinął głową na znak zgody i posłusznie zatrzymał się na wysepce. Przez długą 

chwilę   patrzył   na   plecy   oddalającego   się   Andrzeja,   który   szedł   szybko   drogą   między 

działkami. Dopiero tramwaj, który nadjechał od Oliwy, zasłonił mu sylwetkę kolegi.

ROZDZIAŁ CZWARTY

Siedziała długo nie mając odwagi nawet się poruszyć. W głowie czuła lekki szum i 

ćmiący ból, cała była zdrętwiała w niewygodnej pozycji. Bała się również, żeby Joasia nie 

spadła jej z kolan na podłogę. A dziecko czuło się dobrze, jeździło jej rączkami po twarzy, 

usiłowało   rozwiązać   pieluchę   i   wierciło   się   nieustannie,   sprawiając   dodatkowy   ból   w 

wyciągniętych nogach. Z wolna Zosia przychodziła do siebie. Mogła już myśleć spokojniej, 

paraliżujący strach mijał. Przypomniała jej się w pewnej chwili jakaś książka o Indianach i 

przyszło jej na myśl, że oto jest związana przez okrutnych wrogów, ale żywa i cała a więc 

może mieć nadzieję na uratowanie. Zaraz jednak uprzytomniła sobie, że to nie żadni Indianie, 

ale jacyś dwaj bandyci  poturbowali ją i ograbili mieszkanie. Łzy napłynęły jej do oczu i 

płakała długą chwilę, trochę pod wpływem powracającej fali strachu, a trochę z litości nad 

sobą.

Jej żywa natura nie znosiła zbyt  długiej bezczynności.  Zrozumiała,  że tamci  dwaj 

odeszli i teraz już nie potrzebuje się ich obawiać. Zaczęła więc przemyśliwać, jak by się 

wyswobodzić. Chciała krzyknąć, ale usta miała związane pieluszką, dość zresztą niedbale, 

niemniej ledwo mogła wydobyć z siebie cienki pisk. Pojęła, że to na nic się zda, bo nikt i tak 

jej nie usłyszy. Zaczęła więc się lekko obracać, żeby łagodnie zrzucić dziecko z kolan. Udało 

się. Mała padła bokiem na wersalkę i myśląc, że to nowi rodzaj zabawy, poczęła się śmiać i 

miała zamiar ponownie się wdrapać na kolana Zosi. Dziewczyna odsunęła ją i wiercąc się na 

wszystkie   strony   poczuła,   że   krawaty   krępujące   jej   ręce   zaczynają   się   rozluźniać. 

Zdenerwowany Józek niezbyt dokładnie wykonał swe zadanie. Po chwili więzy się zsunęły i 

Zosia miała wolne ręce. Odwiązanie sznura od froterki i oswobodzenie nóg było już rzeczą 

łatwą.   Wstała   i   natychmiast   musiała   z   powrotem   usiąść.   W   głowie   kręciło   jej   się,   a   w 

skroniach dziwnie pulsowało. Odpoczęła chwilkę, potem poszła do kuchni, napiła się wody i 

mokrymi   palcami   przejechała   po   twarzy.   Ulżyło   jej   znacznie.   Teraz   mogła   poruszać   się 

swobodniej,   a   choć   głowa   jeszcze   bolała,   to   jednak   nie   odczuwała   już   zawrotów.   Znów 

chciało   jej   się   krzyczeć,   lecz   zrezygnowała   z   tego   i   poszła   do   przedpokoju,   żeby 

zatelefonować do pana Walatka. Kiedy jednak podniosła słuchawkę, nie usłyszała zwykłego 

sygnału. Dopiero wówczas zobaczyła sznur luźno zwisający na podłogę.

background image

Poczuła się bezradna i znów ogarnął ją lęk. Odruchowo otworzyła drzwi na klatkę 

schodową,   ale   zanim   zdążyła   wyjrzeć,   zaraz   je   na   powrót   zamknęła.   Przestraszyła   się 

naiwnie, że któryś z bandytów może jeszcze stoi i kiedy ona się ukaże, znów ją zaatakuje.

Z pokoju dobiegł płacz Joasi.

- Zosiaaa, Zosiaaa!

Zosia przybiegłszy zaczęła ją uspokajać. Sama jednak jeszcze bardziej potrzebowała 

pociechy.  Trzymając małą w ramionach rozpłakała się bezradnie. Nie słyszała nawet, jak 

zazgrzytał klucz w zamku i dopiero znajomy głos pani przywrócił jej przytomność.

- Jezus Maria, Zosiu, co tu się stało?

2

Pani   Walatkowa   nieprzypadkowo   tak   prędko   znalazła   się   w  domu.   W  pracy  była 

nieobecna tylko kilka minut. Wyszła coś załatwić w pobliskiej instytucji i zaraz wróciła do 

swego pokoju. Koleżanka, która odbierała telefon, była bardzo pochłonięta swoim zajęciem i 

zapomniała   jej   powiedzieć,   że   Zosia   dzwoniła.   Może   zresztą   nie   przywiązywała   do   tego 

zbytniej Wagi, bo Zosia telefonując rozmawiała spokojnie i tylko pytała o swą panią, nie 

prosząc, aby jej powtórzono, że dzwoniła.

Pani Maria spokojnie powiesiła płaszcz na wieszaku i zabrała się do jakichś nudnych 

wykazów, które miały być gotowe na jutro. Utonęła w kolumnach cyfr i kiedy odezwał się w 

pokoju dzwonek telefonu, nawet nie wyciągnęła ręki po słuchawkę. Dopiero na dźwięk głosu 

koleżanki podniosła głowę.

- Proszę, to do pani...

Dzwoniła   sekretarka   jej   męża.   Ta   solidna   starsza   pani,   znająca   doskonale   swoje 

obowiązki,   starała   się   czuwać,   aby   szef   miał   wszystko   załatwione   nie   tylko   w   pracy. 

Przypominała  mu  o niektórych  sprawach pozasłużbowych  i w ogóle uważała  się za jego 

przyjaciółkę i opiekunkę, bo była starsza o dobrych dwadzieścia lat. Pan Walatek cenił ją za 

to i stale powtarzał, że taka sekretarka to prawdziwy skarb. Mógł jej spokojnie powierzyć 

każdą pracę i bez kontrolowania wiedział, że będzie wykonana na czas i bez zarzutu. Pani 

Jadwiga   znała   jego   żonę,   nawet   bywała   u   szefa   w   celach   na   pół   urzędowych,   na   pół 

towarzyskich, bo kobiety znajdowały wspólny język, jeśli trzeba było coś kupić, i lubiły się 

wzajemnie.

Po   telefonie   od   Zosi   pani   Jadwiga   była   trochę   niespokojna.   Znała   dziewczynę, 

wiedziała, że jest trzpiotowata i uważała, że państwo Walatkowie powinni mieć w domu 

background image

kogoś odpowiedniejszego. Teraz pomyślała, że ta historia z kimś, kto przyszedł po jakieś 

dzienniczki,  była  niezbyt  wyraźna.   Wiedząc,  że  inżynier   wykłada   w  wieczorowej  szkole, 

sądziła, że jest rzeczą prawdopodobną, aby miał w domu dzienniczki. Ale znała go dobrze, 

nie był roztargniony, niemal nigdy niczego nie zapominał, dlaczego więc akurat dziś miałby 

zapomnieć dzienniczków? I dlaczego ktoś zgłosił się po nie teraz, gdy inżynier był w stoczni, 

a nie w szkole? Przecież nie mógł nikogo posyłać dziś, bo zrobiłby to dopiero po południu. A 

jeśli nie wysłał dziś, to tym bardziej nie mógł prosić o to wczoraj, bo przecież mógł je rano 

zabrać z domu sam i w teczce zanieść do szkoły wprost z pracy.

Coś tu nie pasowało. Im dłużej pani Jadwiga o tym myślała, tym bardziej czuła się 

niespokojna. A inżynier jak na złość nie wracał. Poszedł do którejś z hal i utknął tam zapewne 

na   długo.   Rozmyślała,   że   może   dobrze   będzie   poszukać   go   telefonicznie,   ale   zaraz 

uprzytomniła sobie, że to nie jest takie łatwe, bo jeśli inżynier jest w którymś z wydziałów 

stoczni, to dużo czasu upłynie, zanim go odszukają i podejdzie do telefonu. Zważywszy to 

wszystko, pani Jadwiga, postanowiła zadzwonić do żony szefa.

- Pani Mario, dzwoniła tu Zosia z państwa domu - informowała teraz. - Chciała mówić 

z mężem pani, ale go nie było i nie ma do tej pory.

- Zosia? - zdziwiła się pani Maria. - A cóż jej się stało? Nie wie pani, czego chciała?

- Mówiła, że jacyś mężczyźni przyszli do domu po dzienniczki uczniowskie. Rzekomo 

przysłał ich pan inżynier. Nie wiedziała, co zrobić i chciała go zapytać...

-   Dzienniczki?   -   zdziwiła   się   Maria.   -   Ależ   mój   mąż   żadnych   dzienniczków   nie 

przynosił ostatnio do domu. Przecież bym je widziała.

- No właśnie - podchwyciła pani Jadwiga. - Mnie też to się wydało dziwne...

- Co to za historia? - pani Maria jeszcze się zastanawiała, ale już w głowie zaczynało 

jej coś świtać. Zanim zrozumiała, czego się lęka, pani Jadwiga uprzedziła jej domysły:

-  Nie   chcę   być   złym   prorokiem,   ale   to   mogą   być   jacyś   złodzieje...   Może...   -   nie 

dokończyła, bo pani Maria nagle krzyknęła:

- O Boże! Ta idiotka gotowa ich wpuścić do mieszkania!

Koleżanka  zdziwiona spojrzała na panią Marię, nie rozumiejąc,  o co chodzi. Pani 

Jadwiga chciała jeszcze coś powiedzieć, ale słuchawka już opadła na widełki. Pani Maria 

gorączkowo poczęła wykręcać numer własnego domu. Odetchnęła, gdy usłyszała sygnał. Ale 

przeciągły dźwięk brzmiał długo, powtarzał się uparcie, lecz nikt nie podnosił słuchawki. Pani 

Maria denerwowała się jak nigdy, kręciła się niespokojnie na krześle, nie odpowiadała na 

pytania zdumionej koleżanki. Wreszcie rzuciła słuchawkę.

background image

-   Tam   chyba   stało   się   coś   strasznego!   -   zawołała   i   dopadła   do   wieszaka.   Ze 

zdenerwowania nie mogła trafić w rękawy płaszcza. Nie zapinając się wybiegła prędko z 

biura.   Rozejrzała   się   za   taksówką,   ale   postój   był   dość   daleko.   Zniecierpliwiona,   Pełna 

najgorszych przeczuć, poczęła biec ulicami, roztrącając przechodniów, którzy przystawali i 

patrzyli na nią zdziwieni. Nie co dzień zdarza się zobaczyć elegancką kobietę w rozwianym 

płaszczu, bez nakrycia głowy pędzącą na złamanie karku ulicą. Pani Maria na nic nie zważała. 

Po piętnastu minutach była  już pod swoim domem. Takiego tempa nigdy dotychczas nie 

osiągnęła,   nawet   najbardziej   się   spiesząc.   Chwilę   szukała   klucza   od   windy,   znalazła   go 

wreszcie i pojechała na górę, dygocąc ze zdenerwowania i niecierpliwości. Gdy znalazła się 

na  swoim  piętrze,  nawet   nie   zamknęła  za   sobą   drzwi  od  windy  spiesząc   do  mieszkania. 

Wpadłszy do środka ujrzała Zosię trzymającą Joasię w ramionach i zanoszącą się od szlochu. 

Na jej okrzyk dziewczyna spojrzała półprzytomnie i zawołała:

- O, proszę pani, jak to dobrze, że pani już przyszła, jak to dobrze! - i łzy znów obficie 

puściły jej się z oczu.

- Mów, mów, co tu się stało? - pani Maria krzyczała i tarmosiła dziewczynę, aż Joasia 

poczęła także płakać.

- Dwóch bandytów... - mówiła Zosia nie przestając szlochać. - Mówili, że pan ich 

przysłał...   Ja   dzwoniłam,   ale   nie   było   ani   pana,   ani   pani...   Weszli,   potem   mnie   pobili... 

Okradli, wszystko zabrali!...

Dziewczyna miała jeszcze na głowie pieluszkę, którą owiązała ranę Józek, a zastygła 

na twarzy krew wyglądała groźnie. Pani Maria rzuciła się do niej.

- Co ci zrobili? Pokaż głowę. Trzeba natychmiast po pogotowie... Boże, jaka rana, ile 

krwi!...

- Mnie nic już nie jest, proszę pani - Zosia powoli się uspokajała. - Ale mieszkanie... 

Okradli, zabrali walizki...

- A dziecko? Joasia, moje dziecko! - pani Maria porwała małą z rąk Zosi i poczęła ją 

nerwowo tulić do siebie. Była bliska histerycznego ataku. Jednak gdy stwierdziła, że córeczce 

nic się nie stało, a Zosia trzyma się dość dzielnie, zaczęła myśl leć nieco trzeźwiej.

- Milicja, trzeba natychmiast zawiadomić milicję. I pana  też!  Oddała dziecko Zosi i 

ruszyła do telefonu.

- Ja chciałam dzwonić - powstrzymała ją dziewczyna - ale oni telefon popsuli. Sznur 

jest wyrwany i nie można telefonować.

background image

Lecz pani Maria już była całkiem przytomna i działała zdecydowanie. Tak jak stała, 

jeszcze   w  płaszczu,   wybiegła   na  korytarz   i  poczęła   dobijać   się   do  sąsiadów.   Dopiero   w 

drugim mieszkaniu rozległ się kobiecy głos:

- Kto tam?

- To ja, sąsiadka, Walatkowa. Proszę mnie puścić do telefonu. Bandyci napadli na 

moje mieszkanie... Muszę wezwać milicję i męża...

Na progu stanęła starsza otyła kobieta, która niedawno wróciła (z chłopcem. Jej twarz 

wyrażała ciekawość i emocję.

- Bandyci? Pani mieszkanie?

- Tak  -  niecierpliwie   odparła  pani  Maria  wchodząc  do  środka.  Szukała   wzrokiem 

telefonu, a sąsiadka pytała dalej:

- Dwaj? Kiedy?

- Nie wiem.  Niedawno, jakieś pół godziny temu  - rzuciła  pani Maria sięgając po 

słuchawkę i nakręcając numer milicji.

- To ja ich widziałam! - sąsiadka plasnęła w ręce. - Mój Boże, żebym to wiedziała. 

Stali pod drzwiami i rozmawiali z pani służącą!

Pani Maria podniosła na nią wzrok.

- Widziała ich pani?

- Ależ tak! Dwaj młodzi ludzie, właściwie chłopcy. Twarzy nie rozpoznam, bo byli 

odwróceni w stronę drzwi, ale sylwetki na pewno. Żebym to wiedziała!

W słuchawce odezwał się głos:

- Dyżurny Komendy Miejskiej, słucham!

- Napad, dwaj  bandyci.  Obrabowali  mieszkanie!  - chaotycznie  wykrzykiwała  pani 

Maria.

Dyżurny przerwał jej rzeczowo:

- Proszę mówić spokojnie i po kolei. Adres pani? Nazwisko?

- Maria Walatek, ulica Władysława IV...

- Proszę niczego nie ruszać, zaraz przyjedzie ekipa - oświadczył dyżurny i odłożył 

słuchawkę. Sąsiadka, która milczała w czasie składania meldunku, teraz znów miała zamiar 

podjąć rozmowę, ale pani Maria nie zwracając na nią uwagi nakręciła numer męża. Pani 

Jadwiga natychmiast się zgłosiła.

- Proszę z mężem, tylko prędko, pani Jadwigo - zażądała pani Maria.

background image

- Nie ma już pana inżyniera - odpowiedziała sekretarka. - Poszedł do domu, jak tylko 

mu powiedziałam o tym telefonie Zosi i wizycie  dwóch mężczyzn. Nikogo do domu nie 

posyłał.

- Tak, wiem, wiem.

- Ale co się stało? Chyba nic strasznego?

Pani Maria siłą powstrzymała się, żeby nie odłożyć słuchawki, i odpowiedziała:

-   Tak,   eee   nie,   okradli   nas,   pani   Jadwigo,   to   byli   złodzieje!   -   Co   pani   powie?   - 

wykrzyknęła sekretarka i zabierała się do dłuższej rozmowy, ale pani Maria teraz już bez 

skrupułów odłożyła słuchawkę. Poszła do swego mieszkania, dość niegrzecznie zamykając 

drzwi przed nosem ciekawej sąsiadki.

3

Jeszcze nie zdążyła wszystkiego opowiedzieć mężowi, kiedy rozległ się dzwonek.

-  Już   są  -  domyślił   się  inżynier  i  poszedł   otworzyć  drzwi.   Na  progu  stało  trzech 

milicjantów   w   mundurach   z   jakimiś   narzędziami,   aparatem   fotograficznym   i   walizeczką. 

Przepuszczali niskiego mężczyznę w ubraniu cywilnym. Inżynier Walatek domyślił się, że to 

oficer, z którym przybyła ekipa.

- Proszę bardzo - powiedział wpuszczając gości. - Walatek jestem, to moja żona, a to 

dziewczyna, która była świadkiem napadu - ręką pokazywał prezentowane osoby.

Mężczyzna ukłonił się lekko.

- Porucznik Wróbel z Komendy Miejskiej Milicji Obywatelskiej. Co tu się stało?

- Napad bandycki - rzeczowo wyjaśnił inżynier. - Dwóch młodych mężczyzn mniej 

więcej godzinę temu dostało się do mieszkania. Pobili dziewczynę, obezwładnili ją, a potem 

obrabowali mieszkanie.

Porucznik skinął głową. Lubił krótkie rzeczowe wyjaśnienia. Cenił czas, zwłaszcza 

jeśli znajdował się na miejscu wkrótce po wypadku. Wiedział, że niekiedy liczy się każda 

minuta.

- Niczego państwo nie ruszaliście do tej pory?

- Nie, tak jak panowie kazali - odparła tym razem pani Maria.

Porucznik znów skinął głową z uznaniem i dał znak stojącym z boku technikom.

- Proszę bardzo, róbcie swoje, może coś się po nich znajdzie. Milicjanci rozeszli się po 

mieszkaniu, poczęli szukać śladów, zdejmując odciski, robić zdjęcia otwartych szaf, biurka i 

background image

innych sprzętów, które ruszali przestępcy. Tymczasem porucznik wraz z całą rodziną i Zosią, 

ciągle jeszcze pochlipującą, wszedł do pokoju i wyciągnął notes.

- Kiedy mniej więcej opuścili mieszkanie? - pytanie rzucił do wszystkich.

- Z tego, co mówi Zosia, około dwunastej, może nieco wcześniej.

- To panna była w mieszkaniu, jak oni przyszli? - teraz wzrok porucznika spoczął na 

Zosi.

Poczuła,   jak   nagle   ogarnia   ją   strach.   Wszyscy   na   nią   patrzyli   wyczekująco. 

Zrozumiała to jako oskarżenie, że ich wpuściła...

- No mówże, Zosiu! - ponagliła pani Maria.

- Taak, ale ja nie wiedziałam. Nie chciałam wpuścić, tylko... Porucznik przerwał jej 

niecierpliwie:

- Potem, potem wszystko sobie wyjaśnimy. Teraz powiedz, jak wyglądali.

- No... byli młodzi... Jeden starszy, ale niedużo. Trochę wyższy od tamtego - jąkała się 

Zosia.

- Spokojnie, mów, dziecko, spokojnie i po kolei - zachęcał porucznik. - Najpierw jak 

wyglądał jeden, powiedzmy, ten wyższy. Ile mógł mieć lat? Jakie miał włosy, jak był ubrany?

-   Mógł   mieć   ze   dwadzieścia,   dwadzieścia   dwa   lata.   Był   blondynem,   jasnym 

blondynem. Dosyć wysoki, taki jak pan inżynier, może trochę wyższy.

- Dobrze, jak był ubrany?

-   Miał   na   głowie   beret.   I   nosił   kurtkę,   wie   pan,   taką   ortalionową,   granatową   z 

kołnierzem   z   beżowego   misia.   Spodni   nie   pamiętam...   Aha,   miał   rękawiczki,   zwykłe, 

wełniane, czarne, ale nie zdejmował ich przez cały czas, jak tu byli, nawet wydało mi się to 

dziwne...

- Dobrze - przerwał jej porucznik. - Teraz drugi.

- Ten był zupełnie inny. Sporo niższy, jakieś dziesięć do piętnastu centymetrów, i 

jakby grubszy, bardziej przysadzisty. Miał ciemne włosy. Nosił kurtkę z zielonego brezentu, 

taką starą i nawet trochę poplamioną. Na głowie miał czapkę z szarego baranka...

- Ile mógł mieć lat?

- Był młodszy o jakieś dwa, trzy lata. I był, proszę pana czarny. Miał zupełnie czarne 

włosy. On był zresztą bardziej sympatyczny...

-   Dobrze,   na   razie   dziękuję   -   porucznik   nie   dopuścił   do   dalszych   zwierzeń 

dziewczyny. Pospiesznie pisał coś na wyrwanej z notatnika kartce. Potem powiedział do Zosi: 

-   Blond,   wzrósł   około   metr   osiemdziesiąt,   ubrany   w   granatową   ortalionowi   kurtkę   z 

kołnierzem z beżowego misia, wiek około dwudziestu dwóch lat. Szatyn, wzrost około metr 

background image

siedemdziesiąt,   brezentowi   zielona   kurtka,   czapka   z   szarych   baranków,   wiek   około 

dwudziestu lat. Zgadza się?

- Tak, zgadza się - potwierdziła Zosia.

- W czym wynieśli skradzione rzeczy?

- Zabrali dwie walizki i turystyczną torbę.

Porucznik dopisał te dane do swej notatki i skinął na jednego z funkcjonariuszy.

- Konopka, zanieście to prędko do radiowozu. Niech nadadzą te rysopisy do komendy, 

a stamtąd do wszystkich radiowozów. Powiedzcie, że proszę, żeby też zawiadomili Gdańsk i 

Sol pot, może to opryszki z ich terenu.

Konopka bez słowa wziął kartkę i wyszedł z mieszkania.

A porucznik wyjaśnił inżynierowi:

- Jest wpół do pierwszej, wyszli stąd stosunkowo niedawno. Może jeszcze uda się ich 

złapać gdzieś w drodze, jeśli nie pojechali taksówką do swojej meliny...

Dopiero teraz porucznik skorzystał z zaproszenia gospodarza i usiadł w jednym  z 

foteli.   Zanotował   skrupulatnie   dokłada   dane   wszystkich   obecnych,   potem   zaproponował 

gospodyni:

- Technicy już skończyli,  jeżeli  były  jakieś  ślady,  to je zł brali.  Może pani  teraz 

sprawdzi, co zginęło, potrzebny będzie dokładny opis i wykaz.

Pani Maria skinęła głową i odeszła do przedpokoju. Inżynier poczęstował porucznika 

papierosami. Obaj zapalili i zapadła dłuższa chwila milczenia. Zosia, stojąca skromnie obok, 

poczuła się nieswojo. Wzięła za rączkę małą Joasię i chciała odejść za panią, ale zatrzymał ją 

głos oficera.

- Nie, nie odchodź, panno, siądź tu z nami i opowiadaj po kolei, jak to się odbyło.

Dziewczyna   nie   wypuszczając   małej   usiadła   posłusznie,   nieco   zażenowana,   ale   z 

oczami błyszczącymi podnieceniem. Coraz bardziej jej się podobało, że stała się ośrodkiem 

zainteresowania wszystkich. Posłusznie zaczęła opisywać całą historię, starając się barwnie 

oddać wszystkie szczegóły. Kiedy opowiedziała, jak wpuściła natarczywych młodzieńców do 

mieszkania, inżynier nie wytrzymał:

- Tyle razy cię upominaliśmy, żebyś nikogo nie wpuszczała, jak nas nie ma! - skarcił 

ją.

Zosia zaczerwieniła się, a porucznik przyszedł jej z pomocą:

- Nie pora teraz na wymówki, panie inżynierze. Przecież i tak długo się wahała i 

wydzwaniała do pana i żony.

background image

Dziewczyna spojrzała z wdzięcznością i z zapałem podjęła swoją opowieść. Od czasu 

do czasu przerywał jej pytaniami, pragnąc wydobyć każdy szczegół.

- Więc jak się pochyliłam nad Joasią, to wtedy nagle poczułam mocne uderzenie w 

głowę i przewróciłam się na podłogę. Potem dalej mnie bili aż do krwi - odruchowo sięgnęła 

palcami do głowy.

Porucznik zrobił współczującą minę i przerwał jej pytaniem:

- Który uderzył wtedy, jak się pochyliłaś?

- Ten wysoki blondyn. On stał akurat nade mną. Ten niski nie mógł, bo siedział i 

przedtem bawił się z Joasią. Dopiero jak się przewróciłam, to blondyn krzyknął: „bij ją”, a ten 

czarny wyciągnął zza siebie pałkę i zaczął mnie bić po głowie.

- To ten bardziej sympatyczny? - w głosie porucznika zadrżała nutka ironii.

-   Tak,   ten.   Blondyn   mu   kazał.   Uderzył   mnie   dwa   razy,   aż   poszła   krew,   ale   jak 

zaczęłam prosić, żeby nie bił, to przestał. Powiedział nawet „nie mogę”. I wtedy ten wyższy 

kazał mu mnie związać...

- Z tego wynika, że ten blondyn był szefem? - pytał porucznik.

- Tak, na pewno tak. On był taki jakiś... no, jak by powiedzieć... On mógłby człowieka 

zabić, taki zawzięty. A ten bawił się z Joasią, potem, jak już przestali mnie bić, wiązał nie za 

mocno   i   pieluszkę   mi   położył   na   głowę,   bo   krew   leciała   po   twarzy,   więc   chciał   ją 

zatamować... - Samarytanin, psiakrew - wtrącił inżynier. „Porucznik pytał dalej:

- Co mówili potem? Jak już przestali bić?

-   No,   ten   czarny   mnie   wiązał   i   bandażował   głowę,   a   ten   blondyn   zaraz   poszedł 

wygarniać ubrania z szaf. Potem zawołał...

-   Nie,   nie,   dojdziemy   i   do   tego.   Proszę   pokazać,   jak   cię   związali   i   czym,   Zosia 

posłusznie pokazała froterkę i krawaty, wszystko zresztą leżało w nieładzie na podłodze obok 

wersalki. Ale musiała dokładnie wyjaśnić, jak miał związane ręce, a jak nogi i w jaki sposób 

Joasia siedziała na jej kolanach. Trochę ją dziwiło, że porucznik wypytuje o takie szczegóły, 

ale odpowiadała chętnie i wyczerpująco.

- No, a czarny? Co mówił, kiedy cię wiązał? Jak się zachowywał?

- O, on był naprawdę sympatyczniejszy od tego drugiego. Powiedział mi... -.Zosia 

nagle zacięła się i na policzki wypłynął  jej rumieniec. Zdziwiło to porucznika. Odczekał 

chwilę a widząc, że Zosia nie mówi dalej, zapytał:

- No cóż takiego powiedział?

- Ee nic. To nieważne. Wygłupiał się na pewno.

- Ale co mówił? Proszę powiedzieć, każde słowo ma znaczenie.

background image

- Takie tam gadanie... Ale jak pan porucznik każe... Powiel dział, że jestem fajna 

dziewczyna i chciał się ze mną umówił

-   Umówić?   -   mężczyźni   spojrzeli   po   sobie   ze   zdumieniem.   A   Zosia   mówiła   już 

znacznie śmielej:

- Mówił, że jak się chcę z nim spotkać, to żebym przyjechała do Kartuz. Tam go mogę 

spotkać w lokalu, to ma być jakaś „Szprotka” czy „Płotka”... Nie, chyba „Rybka”. Tak, na 

pewno mówił, że w „Rybce” w Kartuzach.

- No dobrze i co dalej?

- A już nic. Joasia płakała, więc mi ją posadził na kolanach.

Żal mu chyba było dziecka. Zresztą przedtem bawił się z nią, nic a nic go się nie bała. 

A ten drugi, znaczy się blondyn, przyszedł i był wściekły, że on tu się ze mną tak długo 

guzdrze i mu nie pomaga pakować rzeczy. Wtedy ten czarny mnie zostawił i poszedł do 

przedpokoju wyjmować wszystko z szafy. I już więcej nic nie wiem. Bo oni zaraz poszli, a ja 

zostałam. Głowa mnie bolała, byłam prawie nieprzytomna i bardzo się bałam. Aha, i jeszcze 

mi grozili, że jak powiem coś milicji albo komuś o nich, to mnie znajdą i zabiją...

- A jednak nie boisz się wszystkiego mi opowiadać? - znienacka zapytał porucznik.

Zosia patrzyła na niego speszona i bąkała:

- No bo pan porucznik kazał i pan inżynier kazał mówić... I chyba trzeba powiedzieć... 

A oni nie będą wiedzieli, że to ja... Zresztą pan ich złapie! - ostatnie zdanie wykrzyknęła z 

taką naiwną pewnością, że obaj mężczyźni zgodnie się roześmieli.

- Postaram się - zapewnił ją Wróbel. - Już ich szukam, a twoje opowiadanie może mi 

w tym pomóc.

-   Bardzo   bym   chciała!   Tak   mi   przykro,   że   okradli   państwa...   -   ostatnie   słowa 

skierowała Zosia do inżyniera.

Porucznik   wałkował   długo   ekstramocnego   w   palcach,   przyjął   ogień   od   inżyniera, 

przez kłęby dymu popatrzył na Zosię i wreszcie wolno zapytał:

- Powiedz mi, panienko, ale przedtem dobrze się zastanów, zanim odpowiesz... Czy 

znasz któregoś z tych bandytów?

- Ja? Skądże! - niemal z oburzeniem zaprotestowała dziewczyna.

Porucznik uspokoił ją ruchem dłoni.

- Mówiłem, żebyś się zastanowiła, zanim odpowiesz. Przecież nie twierdzę, że któryś 

z nich był twoim narzeczonym albo kolegą. Tylko może gdzieś któregoś z nich widziałaś? 

Może w kawiarni, na ulicy, na plaży, czy ja wiem gdzie?

background image

Zosia   zmarszczyła   brwi,   jakby   rzeczywiście   z   całym   wysiłkiem   chciała   sobie 

przypomnieć. Wyglądała teraz bardzo dziecinnie, jakby nie miała nawet swoich szesnastu lat. 

Wreszcie pokręciła przecząco głową.

- Nie, na pewno żadnego nie widziałam.

- A poznasz ich, jeśli ci pokażę któregoś?

background image

- To pan porucznik ich zna? - znów tyle było naiwnego zdumienia w tym pytaniu, że 

mężczyźni się roześmieli.

- Nie, nie znam - odparł porucznik Wróbel - ale mam nadzieję, że poznam... A teraz 

dziękuję ci. Idź do łazienki obmyć twarz, może potrzebny będzie opatrunek. Potem posiedź w 

kuchni i postaraj się nam nie przeszkadzać.

Zosia wyszła  dygnąwszy jak grzeczna  uczennica  i zabrała  Joasię z sobą. Inżynier 

zapalając nie wiadomo już którego papierosa, zwrócił się do Wróbla:

- No i co, panie poruczniku?

Porucznik zamiast odpowiedzieć, sam zapytał:

- Czy ona zawsze taka jest grzeczna jak teraz? Inżynier wzruszył ramionami.

- Oczywiście nie. Dziewczyna  ma  swoje zagrania.  Trzymał  my ją w braku kogoś 

lepszego i dlatego, że matka ciągle błaga żonę, żeby jej nie wyrzucała. Ale sprawia nam 

nieraz   kłopoty.   Jest   niezbyt   zdyscyplinowana,   roztrzepana,   nieporządna.   Potrafi   wyjść   po 

zakupy i zniknąć na parę godzin z koleżankami w kawiarni. Kładziemy to na karb młodości. 

Smarkata ma szesnaście lat. Nie dostała się do szkoły już drugi raz i pracuje u nas.

- Taak - przeciągnął porucznik patrząc na notatnik. Inżynier zainteresował się:

- Pan ją podejrzewa?

- Zostawmy ją na razie - porucznik wykręcił się od odpowiedzi. - A pan, inżynierze, 

co pan myśli o tym napadzie?

- Ja? - inżynier był szczerze zdziwiony. - Nie zdążyłem się jeszcze dobrze zastanowić. 

To   stało   się   tak   nagle.   Telefon;   mnie   nie   było.   Potem   sekretarka   powiedziała   mi,   że 

rozmawiała: z żoną. Przybiegłem więc, bo nie można się tu było dodzwonić i to wszystko... 

Naprawdę nie mam jeszcze swojego zdania...

- Niech pan pamięta, że oni przyszli rzekomo po dzienniczki! A więc wiedzieli, że pan 

wykłada w szkole zawodowej...

- Przypuszcza pan, że to ktoś z mojego otoczenia? Uczniowie?

- Nic nie przypuszczam, szukam tylko śladu - niechętnie) odparł Wróbel.

- A wie pan, że to możliwe! - zaczynał się zapalać do ta myśli inżynier. - Nawet 

bardzo prawdopodobne. Jeśli to by ktoś ze szkoły albo choćby ze stoczni, to wiedział, że o tej 

porze jestem w pracy. Mogli też wiedzieć, że żona pracuje, skoro mnie znali...

- Niech pan nie idzie za daleko w swoich domysłach, to często zawodzi - ostrzegł 

porucznik.

-  No  bo   skąd  ktoś   obcy   mógł   wiedzieć,   że   Zosia   jest   sama   w  domu?   -   dociekał 

inżynier. - Chyba że to był któryś z jej znajomych...

background image

-   Niekoniecznie,   panie   inżynierze,   niekoniecznie   -   hamował   go   porucznik.   Nagle 

jakby sobie coś przypomniał, zawołał: - Zosiu, panno Zosiu, proszę jeszcze na chwilę.

Dziewczyna zjawiła się i wtedy Wróbel zapytał:

- A przedtem, zanim ci dwaj przyszli, czy nie zaszło tu nic godnego uwagi? Nikt nie 

pukał, nikt nie dzwonił?

- Nie, nikt nie przychodził - odparła Zosia - ale telefon to był... Ktoś pytał o pana 

inżyniera,   potem   o   panią.   Pytałam   nawet,   kto   mówi,   ale   mi   się   nie   przedstawił,   tylko 

powiedział, że później do pana zadzwoni.

- A głos? Czy nie był taki sam jak któregoś z tych, co tu przyszli?

- Nie, chyba nie - z namysłem zaprzeczyła Zosia. - Zresztą tamten był niewyraźny, 

jakiś przytłumiony, nie poznałabym tego, co telefonował.

- Dziękuję, możesz już odejść - odprawił ją porucznik, a kiedy wyszła, zwrócił się do 

inżyniera: - Widzi pan, w taki sposób sprawdzili, ozy ktoś z państwa jest w domu, To wcale 

nie musiał być ktoś z pańskiej szkoły czy stoczni.

- Ale mógł, dużo o nas wiedział...

- Ludzie pana znają, Zosia też rozmawiała z koleżankami i kolegami, panie inżynierze 

- zauważył porucznik i urwał, bo do pokoju weszła pani Maria. Była zapłakana. Widocznie 

przegląd strat zrobił na niej duże wrażenie. Usiadła na trzecim fotelu i przyjęła od męża 

papierosa. Przez ten czas porucznik taktownie milczał, pozwalając jej przyjść do siebie. W 

końcu, gdy już uznał, że milczenie zbyt długo się przeciąga, zapytał:

- Sprawdziła pani straty?

-   Tak,   wszystko   dokładnie   przejrzałam   -   odparła   pani   domu.   -   Okradli   nas 

doszczętnie...

- Jest pani w stanie wyliczyć, co zginęło? Musimy zrobić spis.

- Chyba tak, może jakiś drobiazg pominę, ale najważniejsze straty już znam.

Inżynier bez słowa wstał, wyszedł do drugiego pokoju, a po chwili wrócił z arkuszem 

papieru i długopisem w ręku. Był gotów notować. Żona wyliczała:

- Futro z baranów, nienowe, ale całkiem dobre. Garnitur męża, ciemnoszary...

- Chwileczkę - przerwał jej porucznik. - Proszę określać możliwie dokładnie każdą 

rzecz i podawać jej wartość.

- Dobrze - zgodziła się pani Maria. - Futro było warte jakieś osiem-dziesięć tysięcy. 

Nowe kosztuje dwanaście. Garnitur około dwóch tysięcy, był jeszcze całkiem dobry. Dwie 

koszule non iron, prawie nowe, po czterysta złotych.

- Jakie koszule? Proszę opisać - znów przerwał porucznik.

background image

-   Jedna   biała,   druga   w   ciemny   prążek.   Drugi   garnitur   męża,   granatowy,   bardziej 

zniszczony niż tamten, wart około tysiąca. Dwa płaszcze ortalionowe po tysiąc złotych...

Lista   skradzionych   rzeczy   wydłużała   się.   Pani   Maria   rzeczywiście   dokładnie 

przejrzała szafy i wiedziała, co zginęło. Kiedy już wyliczyła  wszystko, porucznik jeszcze 

zapytał:

- A to w czym wynieśli? Dwie walizki i torba turystyczna, tak?

-  Tak.   Jedna   walizka   była   starsza,   podniszczona,   zwykła,   brązowa,   ze   sztucznego 

tworzywa, takiego jak dykta. Warta sto złotych, nie więcej. Ale druga, mniejsza, zupełnie 

nowa. Kupiłam ją w Czechosłowacji. Była jasna w czarne paski, takie jak podszewka do 

rękawów. Warta jakieś czterysta złotych.

- Jakie miała wymiary?

- Jakieś osiemdziesiąt na pięćdziesiąt na dwadzieścia centymetrów - ocenił fachowo 

inżynier.

- Torba turystyczna z brezentu, zwyczajna, za sto pięćdziesiąt złotych, zapinana na 

zamek błyskawiczny, ciemnozielona - uzupełniła żona.

Jeszcze raz sprawdzono całą listę, potem podsumowano wartość zaginionych rzeczy. 

Wyszło   blisko   dwadzieścia   pięć   tysięcy   złotych.   Porucznik   poprosił,   żeby   gospodarze 

podpisali tę listę i schował ją do portfela. Zaraz też podniósł się z miejsca na znak, że wstępne 

czynności uważa za skończone.

- To co będzie, panie poruczniku, myśli pan, że ich złapiecie? - pytała pani domu.

Wróbel rozłożył ramiona.

- Zrobimy wszystko, co w naszej mocy. Za rezultat nie ręczę, mogę tylko powiedzieć, 

że takie sprawki prędzej czy później wychodzą na jaw.

- Ale do tego czasu nasze rzeczy przepadną - ponuro zauważył inżynier.

- Zrobimy wszystko, co w naszej mocy - powtórzył porucznik i dodał: - Będziemy 

oczywiście jeszcze wzywać państwa w tej sprawie, Zosię także. Do widzenia.

Opuścił mieszkanie Walatków i po chwili jechał radiowozem do komendy.

4

W dość obszernym gabinecie zastępcy komendanta siedzieli we trzech wokół niskiego 

podłużnego stolika. Porucznik Wróbel i jego przełożony, naczelnik Janik, zostali wezwani 

przez   majora,   który   chciał   zapoznać   się   ze   sprawą.   Porucznik   przygotował   szczegółowy 

background image

raport, w którym opisał wypadek, a także czynności, jakie dotychczas wykonał, ale zastępca 

odsunął papier na bok i zażądał:

- Opowiadaj, potem to przeczytam.

-   Wczoraj   o   godzinie   jedenastej...   -   zaczął   porucznik.   Major   przerwał   mu 

niecierpliwym gestem.

- Początek znam. Telefon, rozmowa pod drzwiami, szukanie inżyniera i jego żony 

przez tę dziewczynę, potem rabunek - to wszystko jasne. Co dalej?

-   No   więc   byłem   w   tym   mieszkaniu,   obejrzałem   je   dokładnie,   porozmawiałem 

wstępnie z gospodarzami i dziewczyną - zaczął Wróbel.

- Kto to jest ten Walatek?

-   Inżynier,   kierownik   wydziału   w   stoczni.   Rozsądny,   spokojny   jegomość.   Oprócz 

pracy w stoczni wykłada  po południu w szkole zawodowej. To właśnie posłużyło  im za 

pretekst, żeby się dostać do mieszkania.

background image

Major skinął głową w milczeniu i słuchał dalej. Porucznik, uzupełniał:

- Jego żona pracuje jako główna księgowa w „Polfrachcie”. Oboje bywali za granicą, 

dom jest dość zasobny, nieźle wyposażony, na dobrym poziomie.

- Co zastałeś na miejscu?

-   Mieszkanie   było   wybebeszone   porządnie.   Tu   jest   dokładny   spis,   co   zostało 

zrabowane. Wartości około dwudziestu pięciu tysięcy.

Major wziął spis w palce, przejrzał go pobieżnie i zauważył:

- Brali, co popadło. Nieźle się obłowili. A czego się dowie działeś?

- Najciekawsza jest - na pewno ta dziewczyna. To smarkula, ma dopiero szesnaście 

lat, ale bystra i wygadana jak rzadko. Mówiła dużo i chętnie. Może nawet za chętnie.

- Widać miała wyrzuty sumienia, że ich wpuściła, i chciała wykazać dobrą wolę - 

zauważył naczelnik.

- Na pewno tak było - porucznik skinął głową. - Ale ona w ogóle nie bardzo mi się 

podoba. Nie to, żebym ją podejrzę wał, ale jest w niej coś takiego, no wiecie, bywają takie 

osoby,   niby   miłe,   chętne   do   współpracy,   a   jednak   coś   od   nich   odpycha,   coś   człowieka 

ostrzega.

- Nie kieruj się uczuciami, ale faktami - powiedział zastępca.

- Tak, oczywiście - zgodził się porucznik. - A fakty znamy do tej pory tylko z jej 

relacji. Oczywiście wszystko wygląda prawdopodobnie. Uderzyli ją, kiedy się nachyliła nad 

dzieckiem. To fakt chyba niezaprzeczalny, bo głowę miała rozbitą. Ale potem obchodzili się z 

nią jakoś bardzo dziwnie. Łagodnie, nie jak zawodowi bandyci, a jakby koledzy. Niby ją 

związali, ale tak, że z łatwością się oswobodziła. Z tym biciem też, nawet w jej relacji, było  

coś nie tak, jak trzeba. Niby ją bił ten jeden, ale w końcu się zlitował i dał jej spokój. Albo to 

partacka robota, albo mieli dla niej względy.

- Ja bym wcale głowy nie dał, że to byli zawodowcy - zauważył naczelnik. - Mogli 

być jacyś zieloni, co to dopiero zaczynają. Mogli być też amatorzy, którzy zrobili jeden skok 

Wcale nie jest powiedziane, że to jakieś stare oprychy.

- Oczywiście  - przytwierdził  zastępca.  - Az tym  biciem to też różnie  mogło  być. 

Weźcie pod uwagę moment psychologiczny. Młody chłopak tłucze dziewczynę po łbie, ale 

ona nie traci przytomności, tylko zaczyna szlochać i prosić o litość. Dziewczyna ładna. Mógł 

się zawahać?

- Naturalnie że mógł - zgodził się porucznik. - Jeżeli to był młody i początkujący 

bandzior,   to   mogło   go   nawet   sumienie   ruszyć,   jak   zobaczył   krew.   Mógł   po   prostu   nie 

wytrzymać jatki, jaką sam zrobił, i dlatego jej darował. Ale przecież związać powinien ją 

background image

porządnie! - Ostatnie zdanie zabrzmiało tak, jakby porucznik miał pretensję do bandytów, że 

swoją robotę wykonali niechlujnie.

- I tak, i nie - zastanawiał się naczelnik. - Weź pod uwagę, że ten, co bił i wiązał, był 

prawdopodobnie pomocnikiem. Wygląda na to, jakby tamten dyrygował, a ten wykonywał. 

Był w ogóle bardziej miękki i jakby się bał czy coś takiego. Jeżeli był taki, to pod wpływem 

strachu mógł ofiarę związać byle jak.

- Ale żeby się jeszcze umawiał z nią na randkę?

- Co to było? - zainteresował się major.

- Podobno powiedział jej, że jest fajną dziewczyną i zaproponował spotkanie w jakimś 

lokalu w Kartuzach. „Rybka” czy coś takiego.

- Jest tam taki lokal?

- Nie wiem - wzruszył ramionami Wróbel - ale to możliwe.

- To mi wygląda na zwyczajny wygłup szczeniacki - zauważył naczelnik. - Jest rzeczą 

nieprawdopodobną, żeby się umawiał poważnie.

- Bardzo możliwe, że ot, tak gadał, jak to szczeniaki. I to by świadczyło o tym, że 

sprawcy byli  młodzi  i niedoświadczeni  - snuł rozważania  zastępca.  - A co ty sądzisz?  - 

zwrócił się do naczelnika. - Nie wygląda ci to na robotę któregoś z twoich znajomych?

Roześmiali się zgodnie, ale naczelnik zaraz spoważniał i odparł:

-   Zastanawiałem   się   nad   tym.   On   zresztą   też.   Ale   nie,   takiej   roboty   u   nas   nie 

pamiętamy.   Były,   owszem,   podobne,   ale   ta   ma   jakieś   cechy   charakterystyczne,   które   ją 

odróżniają. Gadatliwość bandytów, sposób dostania się do mieszkania - tak żaden z moich 

„znajomych” nie pracuje.

- Czyli może być ktoś obcy, z innego terenu?

- Oczywiście, wszystko możliwe - powiedział naczelnik. - Albo ktoś nowy.

-   Dobrze   -   zastępca   skinął   głową   i   zwrócił   się   do   Wróbla:   -   Co   wiesz   o   tej 

dziewczynie? Zebrałeś jakiś materiał?

- Tak, coś niecoś zdążyłem się dowiedzieć. Wygląda wszystko ciekawie. Walatkowie 

chyba niezbyt dobrze wiedzą, kogo mają w domu.

- Coś mi się wydaje, że ta dziewczyna  pasuje do jakiejś twojej teorii - zauważył 

zastępca. - Uważaj, nie sugeruj się za wcześnie.

- Staram się niczym nie sugerować, ale niech major sani powie, czy ona nie wydaje się 

najbardziej podejrzana? Mieszki razem z matką na Świętojańskiej. Matka osoba starsza, dość 

spokojna i chyba porządna. Wynajmuje pokój facetowi o nazwisku Kubik. Z tym Kubikiem 

mieszka osoba, którą dobrze zna dzielnicowy. Znają ją także nasi z obyczajówki.

background image

- To co, ten Kubik jest sutenerem? - chciał wiedzieć dokładnie major.

- Wygląda, że tak. A ta mała przyjaźni się z „narzeczoną” Kubika. To daje dość 

szerokie wejście do podejrzanego towarzystwa, które tam przychodzi. A oprócz tego w tym 

samymi   domu   jest   kawiarnia   „Oaza”.   Frania,   czyli   ta   narzeczona   Kubika,   jest   tam   stałą 

rezydentką. Zosia, jak tylko  ma  czas, tej także tam przesiaduje i często właśnie razem z 

Franią. Jasne, że nie siedzą same, tylko poznają różnych facetów.

- Czyżby ta smarkata już też?... - spytał naczelnik.

- Nie, nasi tego nie stwierdzają. Ale jest na najlepszej drodze, bo ta Frania i Kubik 

wyedukują ją, jak należy. A rzecz najważniejsza, że to jest droga, którą mogły pójść od Zosi 

wiadomości o Walatkach i ich mieszkaniu...

- Tak, to możliwe. A co z matką tej dziewczyny?

- Na lokatorów przymyka oczy. Płacą dobrze, a u niej się nie przelewa. To zresztą 

prosta   kobieta,   mocno   już   teraz   starsza   i   schorowana.   Ale   o   Zosię   się   martwi   i   dlatego 

wypycha ją z domu. Uważa, że u Walatków jest jej dobrze i w ten sposób chce ją pewnie 

uchronić od demoralizacji.

- No dobrze - major sięgnął po papierosy i poczęstował podwładnych. - Dajmy na 

razie spokój tej małej. Co wiesz bliżej o inżynierze i jego żonie?

- Żona ma tu chyba najmniejsze znaczenie. Ale inżynier pracuje i uczy w szkole. 

Obraca się między różnymi ludźmi, W stoczni jest kilka tysięcy pracowników. Większość z 

nich to młodzi chłopcy.

- Rozumiem - powiedział major. - Ale nic konkretnego nie masz? Ma jakichś wrogów, 

naraził się komuś? Może komuś dokuczył?

- To trzeba dopiero zbadać. Nie było jeszcze czasu.

- Jasne. Coś zrobił do tej pory?

- Wczoraj dałem od razu telefonogram na całe Trójmiasto z rysopisem tych facetów. 

Byłem na miejscu jakieś pół godziny po rabunku, myślałem, że może jeszcze ich się gdzieś 

przyuważy - porucznik lubił czasem używać żargonu, z którym stykał się w swej pracy.

- Rezultatów nie było? - domyślił się major.

- Nie.  Albo  już  się schowali,  albo  pojechali   taksówką, która  mogła   gdzieś  blisko 

czekać. W każdym razie nikt ich nie widział.

- Taksówki trzeba sprawdzić. Przepytajcie taksiarzy, czy nie wieźli takich dwóch z 

bagażami.

- To już się robi - oznajmił naczelnik. - Co masz jeszcze?

background image

- Dziś z samego rana zrobiłem raport - porucznik Wróbel wskazał na pogardzane 

dotychczas przez zastępcę papiery. - Ten, kto będzie prowadził, ma wszystko jasne - dodał od 

niechcenia.

Naczelnik uśmiechnął się i zrobił do niego oko.

- Czego się krygujesz, wiesz, że tobie dam tę sprawę.

- Nie palę się do niej - odpadł Wróbel. - Mam przecież robotę a...

- Wiem, wiem, ale tamto odłożysz na parę dni. Załatwisz raz dwa tych gagatków i 

wrócisz do swojej dłubaniny. 

-   Przytyk,   dotyczył   sprawy,   którą   porucznik   prowadził   od   trzech   miesięcy.   Była 

mocno rozgałęziona, wymagała konsultacji, wyjazdów do innych województw, ale porucznik 

zawziął się i chciał ją jak najprędzej doprowadzić do końca.

- No więc widzę, że w wydziale postanowiono, kto to będzie prowadził - powiedział 

zastępca. - Zresztą dobrze tak, tyś tam był pierwszy, znasz już sporo szczegółów, masz jakiś 

obraz.

- On już prawie ma przestępcę, w każdym razie podejrzanego - zaśmiał się naczelnik.

- Tak? - zdziwił się zastępca, nie zrozumiawszy aluzji. - Kogo?

- No tę dziewczynę, przecież ją wyraźnie podejrzewa - naczelnik lubił żartować i 

docinać nieszkodliwie.

- Nikogo jeszcze nie podejrzewam - obruszył się Wróbel. - Mówiłem, co wiem.

- No dobrze, już dobrze - major wrócił do poważnego tonu. - Zebrałeś coś na miejscu? 

Ślady są?

- Nie było nic. Technicy mają trochę linii papilarnych. Posłaliśmy do laboratorium w 

Gdańsku.   Będą   jutro,   pojutrze.   Ale   to   się   przyda   dopiero,   jak   będziemy   któregoś   mieli. 

Zresztą jeden był w rękawiczkach, wszedł w nich i nie zdejmował przez; cały czas - wyjaśnił 

Wróbel.

-   Taak   -   przeciągnął   major   przeglądając   leżący   przed   nimi   raport   -   jakby   chciał 

zapamiętać niektóre szczegóły opisanej przez porucznika Wróbla. - Macie coś jeszcze?

- Nie, to już wszystko - odparł za porucznika naczelnik - W takim razie trzeba się 

zastanowić, co dalej.

- Skoro on będzie prowadził sprawę, musi przygotować piani operacyjny - zauważył 

naczelnik.

- Nie ma na co czekać - oznajmił zastępca. - Naszkicujemy zaraz plan w ogólnych 

zarysach.

background image

Porucznik   był   rad   z   takiego   obrotu   sprawy.   Z   doświadczenia   wiedział,   że   jeśliby 

opracował plan samodzielnie, choćby był najlepszy, zawsze naczelnik coś w nim znajdzie, a 

potem   major   Będą   kreślić,   uzupełniać,   a   przez   to   sprawa  mogłaby   się  przeciągnąć.   Jeśli 

opracują plan wspólnie, można będzie od razu zabierać się do pracy.

ROZDZIAŁ PIĄTY

Mróz znów wrócił na Wybrzeże. Poranna mgła snuła się nisko nad miastem, a od 

portu dobiegał przeciągły jęk buczków mgłowych.

Zosia tym razem nocowała w domu. Po napadzie czuła się nieswojo. Nikt jej nic nie 

mówił,   nie   słyszała   żadnych   wymówek   ani   uwag,   a   jednak   atmosfera   była   ciężka   i 

dziewczyna wolała wymknąć się do domu.

Matka wiedziała o wszystkim, bo była przepytywana przez milicjanta, toteż powitała 

dziewczynę z płaczem. Oglądała jej głowę, ubolewając nad krzywdą córki. Ale Zosia była 

wesoła, bagatelizowała całe zdarzenie, a z rany była niemal dumna.

- Nic mi się nie stało, mamo - mówiła pogodnie. - Do wesela się zagoi.

- Ale mogli cię zabić!

- Eee tam, zaraz zabić! Uderzył mnie dwa razy, a jak poprosiłam, żeby dał spokój, to 

przestał.

Imponowało Zosi, że zdołała wywrzeć wpływ nawet na takiego bandytę. Była niemal 

dumna ze swego udziału w tej całej historii. Opowiadała wszystkim chętnie, jak to się odbyło, 

a   w  każdym   opowiadaniu   przedstawiała   swoje   zachowanie   coraz   bardziej   bohatersko.   W 

końcu słuchacze mogli się domyślać, że wszystko skończyło się tylko na kradzieży jedynie 

dzięki postawie Zosi, bo mogło być znacznie gorzej. Nie wyjaśniała, jak sobie wyobrażała to 

„znacznie   gorzej”,   ale   każdemu   przychodziło   na  myśl,   że   bandyci   na   przykład   mogli   na 

odchodnem   podpalić   mieszkanie,   lecz   nie   zrobili   tego,   bo   przestraszyli   się   dzielnej 

dziewczyny.

Kiedy już wszystkie sąsiadki zapoznały się z tym zdarzeniem, Zosia poszła jeszcze do 

współlokatorów,   gdzie   Frania   i   jej   amant   wysłuchali   opowiadania   z   wielkim 

zainteresowaniem,  Kubik nawet wypytywał  o pewne fachowe szczegóły,  jak na przykład 

czym dostała po głowie, pałką drewnianą czy żelaznym łomem, albo jak wyglądali i jak się 

zachowywali napastnicy.

Po kolacji Frania wyciągnęła Zosię do kawiarni. Matka chciała wprawdzie zatrzymać 

dziewczynę i położyć do łóżka, ale ona zdecydowanie się temu sprzeciwiła. Oświadczyła, iż 

background image

czuje   się   doskonale   i   nie   ma   zamiaru   marnować   życia   w   łóżku.   Poszła   więc   z   Franią, 

obiecując jedynie matce, że nie będzie tam zbyt długo.

Kawiarnia   była   niewielka,   mocno   zadymiona   i   szczelnie   nabita   gośćmi.   Przy 

okrągłych   stolikach   ze   szklanymi   blatami   siedziały   młode   dziewczyny,   przeważnie   w 

towarzystwie mężczyzn stawiających im wino i wiśniówkę. Zapach kawy z ekspresu miel szał 

się z tytoniowym dymem, a gwar głosów zagłuszał dźwięki fortepianu, na którym starszy, 

skromnie ubrany mężczyzna wygrywał niemodne szlagiery.

Frania i Zosia nie speszyły się tym, że wszystkie stoliki były zajęte. Chwilkę postały 

w drzwiach, usiłując poprzez kłęby dyl mu rozpoznać znajome sylwetki. Wreszcie Frania 

dojrzała ją przy gęsto obsadzonym stoliku i pożeglowała przez salę, a Zosia podążyła za nią. 

Po drodze wzięły sobie niskie stołeczki i wcisnęły się między kobiety zajmujące stolik.

- Jeszcze was tu brakowało! - zawołała bez wrogości szczupła czarnulka z mocno 

podcienionymi oczami i wielką grzywa wysoko utapirowanych włosów.

- Zmieścimy się - pogodnie odparła Frania zajmując miejsce bez ceregieli. - Co same 

tak siedzicie?

Jakby   w   odpowiedzi   jedna   z   dziewcząt   podniosła   się   z   miejsca   i   przeszła   do 

sąsiedniego  stolika, przy którym  siedziało  dwóch modnie  ubranych  młodych  mężczyzn  o 

wyglądzie zagranicznych  marynarzy.  Czupryny mieli czarne i błyszczące na skroniach od 

brylantyny. Pili wino.

- Dzieci powinny już spać - uszczypliwie powiedziała czarnulka, patrząc wymownie 

na Zosię.

Dziewczyna się zaczerwieniła, a Frania przyszła jej w sukurs.

- Ona dziś nie będzie spała przez całą noc - oznajmiła. Dostała po łbie!

- Co, twój chlebodawca zaczyna cię bijać? - roześmiała się któraś z dziewczyn. Frania 

odparła poważnie:

- Nie śmiejcie się. Był u nich napad. Zośka oberwała, a jej państwa nieźle obrobili.

- Fiu! - gwizdnęła czarnulka. - A wiesz chociaż, od kogoś dostała?

- Skąd? - odpowiedziała Zosia. - W życiu ich nie widziałam.

- A może to z miłości tak ci dosunął? - zakpiła inna. Zosia potraktowała to poważnie.

- Z miłości, nie z miłości, ale jeden chciał się umówić.

- Zwariowałaś? Balona z ciebie robił.

-   Poważnie.   Powiedział,   żebym   przyjechała   do   Kartuz,   tam   się   mamy   spotkać   w 

„Rybce”.

- To jedź, głupia, co ci szkodzi!

background image

Rozgadały   się   i   poczęły   wszechstronnie   wałkować   ten   problem.   Tylko   drobna, 

spokojna   blondynka   dyskretnie   wstała   i   opuściła   stolik,   bo   tamta,   która   przysiadła   do 

zagranicznych sąsiadów, dała jej znak, że może siąść z nimi. Potem jesizcze jedna znalazła 

sobie partnera i opuściła z nim kawiarnię, ale na jej miejsce przybyła nowa i rozmowa toczyła 

się wartko, bez przeszkód. Zosia opowiedziała znów wszystkie szczegóły, postawiły jej za to 

lampkę wina i kawę. Dziewczyna była w siódmym niebie. Czuła się bohaterką dnia. Do domu 

wróciła dopiero koło północy.

A  teraz   nie   wyspana   i   zziębnięta   wyszła   z   domu   w  ten   mroźny   i   mglisty   ranek, 

ziewając szeroko i szczelnie otulając się lekkim płaszczykiem. Była dopiero siódma, i Zosia 

wiele dałaby za to, żeby jeszcze się przespać choć z godzinę, ale obiecała państwu Walatkom, 

że przyjdzie, zanim będą musieli wyjść do pracy.

Truchtem pobiegła do pobliskiego sklepu, kupiła pieczywo i z siateczką w ręku poszła 

do swoich chlebodawców.

W   domu   Walatków   Zosia   siedziała   do   czwartej.   Gospodarze   przyszli   z   pracy   po 

trzeciej, razem zjedli obiad i wtedy dziewczyna znów wyszła od nich, żeby przenocować w 

domu.

Pogoda od południa zmieniła się radykalnie. Mgła przyniosła z sobą wilgoć, a potem 

ciepły podmuch wiatru przepędził mróz. Z dachów poczęło kapać i chodniki znów zrobiły się 

mokre.

Zosia, wyszedłszy od Walatków, nie poszła wprost do domu. Było jeszcze wcześnie, a 

ruch   o   tej   porze   panował   w   mieście   największy.   Toteż   dotarła   do   Świętojańskiej   i   tu 

zatrzymała się nie zdecydowanie na rogu 10 Lutego.

Młoda,   wyższa   od   niej   dziewczyna,   ubrana   w   szary   płaszczyk   z   futrzanym 

kołnierzem, zatrzymała się z okrzykiem:

- Zośka, to ty? Myślałam, że leżysz w szpitalu!

- Stefka! - odpowiedziała nie mniej uradowana Zosia. - Gdzie cię niesie?

- Wyszłam przelecieć się po sklepach. Może znajdę śniegowce. Masz czas? Chodź ze 

mną!

Podały   sobie   ręce,   potem   ruszyły   Świętojańską,   rajcując   wesoło.   Oglądały   okna 

wystawowe, wchodziły do sklepów z obuwiem! Śniegowce przymierzały obydwie, bo Zosia 

nie chciała przepuścić takiej okazji, żeby trochę sobie poprzymierzać. Po drodze opowiedziała 

znów koleżance swoją przedwczorajszą historię, rada, że znalazła nową słuchaczkę. Stefka co 

chwila wydawała z podziwu okrzyki.

background image

Robiło   się   już   szaro,   kiedy   Zosia   zapytała,   która   godzina.   Dochodziła   piąta. 

Otrzymawszy od Stefki informację, zawołała:

- Oj, jak późno, już muszę lecieć!

- Gdzie ci się spieszy? - Stefka była rozczarowana. - Wpadłybyśmy jeszcze na ciastka, 

ja stawiam.

- Nie, nie, umówiłam się, muszę lecieć.

- Z kim? - żywo zainteresowała się Stefka.

- Eee, taki jeden - zbyła ją Zosia i pożegnała się koło Międzynarodowego Klubu Prasy 

i Książki. Zaraz też zawróciła na pięcie i niemal pobiegła ulicą.

Pod kinem „Warszawa” zatrzymała się przy jasno oświetlonych witrynach sklepu ze 

słodyczami  i poczęła się rozglądać doi koła. Ulicą przelewał się gęsty tłum. Grupy ludzi 

cisnęły się dc kas kina, gromady chłopców z długimi włosami i spodniami rozszerzonymi u 

dołu  stały  bezczynnie,   rzucając  uwagi  pod adresem  przechodzących   dziewcząt.   Zosię  też 

próbowali   zaczepiać,   ale   nie   odpowiadała,   uparcie   rozglądała   się   z   coraz   większą 

niecierpliwością.

Chłopak   ukazał   się   niespodziewanie   zza   grubego   filara.   Podszedł   do   niej 

nonszalanckim krokiem i nie wyjmując rąk z kieszeni przywitał się:

- Jesteś? Cześć.

- Cześć, Sławek - odparła tym samym tonem Zosia. - Już chciałam iść.

-   Spieszysz   się   gdzieś?   -   obrzucił   ją   przelotnym   spojrzeniem   i   zaraz   jego   wzrok 

powędrował za sylwetką przechodzącej obok dziewczyny.

- Nie, ale nie lubię czekać.

- No dobra, nie złość się - wywołał na twarz grymas, który miał być uśmiechem. - Pięć 

minut to nie spóźnienie...

- Nie kłóćmy się, tylko chodźmy stąd gdzieś - zaproponowała Zosia, którą zaczynało 

irytować to, że młodzieńcy stojący wokół nich bez przerwy robili jakieś głośne uwagi. Były 

to słowa rzucane niby w przestrzeń, ale dobrze wiedziała, że dotyczą jej. Zresztą w tym 

jaskrawo oświetlonym miejscu czuła się zbyt wystawiona na widok publiczny. Chłopak nie 

zaprotestował, bez słowa dał nura w tłum, ruszając przed siebie i nie zwracając uwagi, czy 

dziewczyna idzie za nim. Nie obraziła się, poszła także, starając się dotrzymać mu kroku. Gdy 

uszli kawałek, chłopiec skręcił w boczną uliczkę. Było tu ciemniej, tłum pozostał za nimi.

- Sławek, nie leć tak - poprosiła.

Chłopak, jakby teraz przestał się wstydzić, że jest z dziewczyną, zwolnił i szli dalej 

ramię przy ramieniu. Był sporo wyższy od niej. Ceratową oprychówkę opuścił lekko na czoło, 

background image

kołnierz od kusego płaszoza postawił, choć było ciepło. Zosia wzięła go pod ramię. Nie wyjął 

rąk z kieszeni, ale zrobił ruch, jakby się do niej przytulił.

- Gdzie chcesz iść? - zapytał. Porzucił dawny ton, mówił miękko. - Może wstąpimy na 

kawę?

- Nie - odparła - wolę się przejść. Głowa mnie jeszcze trochę boli - chciała zwrócić 

uwagę na swój wypadek.

Sławek już dawno zauważył rozcięcie na jej czole.

- Kto ci tak dosunął?

- Nie wiesz? - zdziwiła się - przecież mnie pobili, był napad u nas.

- W domu czy tam, gdzie służysz?

- U państwa Walatków - wytwornie odpowiedziała Zosia, nie lubiła słowa „służysz”. 

Nie opowiadała dalej, czekając na Pytania, ale Sławek kroczył w milczeniu, kierując się w 

stronę przystanku trolejbusowego. Prawie już nie odzywali się do siebie. Wsiedli i pojechali 

kawałek w kierunku Orłowa. Koło Prezydium Miejskiej Rady Narodowej wyszli z trolejbusu 

i Sławek poprowadził Zosię w lewo, na Polankę Redłowską. Ludzi było tu coraz mniej. Tylko 

od czasu do czasu słyszeli stuk butów na chodniku albo z dala widzieli cienie przechodniów. 

Nie zwracali jednak na nikogo uwagi. Przytulali się coraz ciaśniej do siebie, a kiedy weszli 

między pierwsze drzewa, chłopak objął ją wpół i dalej już kroczyli mocno złączeni. Nawet 

nie troszcząc się o to, czy ich ktoś nie widzi, przystanęli, długo się całowali, a potem poszli 

dalej w las.

Robiło się coraz ciemniej. Rzadkie drzewa zlewały się, tworzyły jednolitą ścianę, aż 

wreszcie   wszystko   pochłonął   mrok.   Wokół   było   cicho   i   tylko   szum   pobliskiego   morza 

rozlegał się monotonnie, uparcie.

Po godzinie  Zosia i  Sławek wyszli  z lasu  i skierowali  się na powrót w kierunku 

miasta. Kroczyli lekko, wesoło. Wkrótce znaleźli się w kręgu światła pierwszej latarni. Zosia 

przystanęła, poprawiła sobie włosy, pociągnęła szminką wargi i zaproponowała:

- Teraz byśmy mogli gdzieś wstąpić.

- Spieszę się - oznajmił Sławek. - Przed siódmą mam być w internacie, bo kolacji nie 

dostanę.

Nadąsała  się,   ale   nim  doszli   do  trolejbusu,  znów  miała  pogodną  minę.  Zanim   go 

pożegnała, umówili się na spotkanie za trzy dni. Zosia poszła do domu. Zastała tam wezwanie 

dostarczone przez dzielnicowego na jutro do Komendy Miejskiej Milicji.

2

background image

Pani Maria była lekko zdenerwowana, choć starała się tego nie okazywać. Pomyślała, 

że rozmowa tutaj robi jednak zupełnie inne wrażenie niż tamta, w jej mieszkaniu, tuż po 

napadzie Siedzący za biurkiem porucznik był wprawdzie ujmująco uprzejmy, podsuwał jej 

papierosy, uśmiechał się, ale czuła, że obserwuje ją jakoś czujnie i uważnie. Siedzący przy 

drugim biurku sierżant, wkręcający formularz do maszyny, dodatkowo ją peszył.

- To będzie przesłuchanie? - zapytała splatając ręce na ko łanach.

- Zwykła formalność - odparł porucznik Wróbel. - Potrzebuję nieco informacji od 

pani.

- Oczywiście, rozumiem - uśmiechnęła się. - Ale jednak to trochę dziwne. Okradziono 

mnie i jeszcze jestem przesłuchiwana.

- Przecież nie jako oskarżona - roześmiał się porucznik.

- Mam nadzieję. Ale mimo wszystko jest mi niewyraźnie, pierwszy raz w życiu to 

mnie spotyka - wyjaśniła.

- Przykro mi, że to ja pierwszy muszę panią trudzić - zapewnił ją porucznik. - Ale nie 

ma rady, pani informacje mogą się okazać bardzo cenne.

- Rozumiem, ale cóż ja mogę powiedzieć? Wszystkiego dowiedział się pan od nas 

podczas swojej wizyty po tym wypadku.

- Och, nie! Wtedy rozmawialiśmy o rzeczach ogólnych, tych które się same nasuwały. 

Rozumie   pani,   to   były   informacje   wstępne.   Teraz   chciałbym   szczegółów,   jak   najwięcej 

szczegółów.

- Jakich? - zapytała pani Maria i wyjęła z torebki papierosa. Wróbel podał jej ogień, 

sam zapalił ekstramocnego i zaproponował:

-   Zacznijmy   od   początku.   Proszę   o   pani   personalia,   proszę   wybaczyć,   ale   to 

formalność konieczna do protokołu.

Pani Maria podała imię, nazwisko, adres i wszystko, o co ją pytał Wróbel. Potem 

powtórzyła swoją wersję wypadku, poczynając od telefonu aż do stwierdzenia, co zostało 

skradzione.

- A jak się czuje Zosia? - zapytał dość niespodziewanie porucznik. Specjalnie zwlekał 

z pytaniem o dziewczynę, nie chciał bowiem sugerować pani Marii, że ją podejrzewa.

- Zosia? - pani Maria przez chwilę patrzyła na niego, jakby nie zrozumiała pytania. - 

Dobrze, nie można powiedzieć... Łatwo przeżyła ten wstrząs.

- Miała szczęście - zauważył porucznik. - Musieli ją niezbyt mocno poturbować.

background image

-   Tak,   rana   jest   niewielka.   Dziewczyna   w   każdym   razie   nie   skarży   się,   pracuje 

normalnie. Tylko trochę jest, no, jak by to powiedzieć, speszona...

-   Prawdopodobnie   obawia   się,   że   państwo   macie   do   niej   żal   -   zauważył   Wróbel, 

patrząc badawczo na panią Marię.

Zaciągnęła się głęboko, starannie zadusiła niedopałek i dopiero wtedy odpowiedziała:

background image

-   Prawdę   mówiąc,   to   trochę   mamy.   Staramy   się   jej   tego   nie   okazywać,   ale   pan 

rozumie, gdyby wykazała więcej rozsądku, nie doszłoby do tego...

- Rozumiem - przytaknął Wróbel - ale czy państwo nie za wiele od niej wymagacie? 

Starała   się   zasięgnąć   rady,   telefonowała.   W   końcu   im   uległa.   To   przecież   bardzo   prosta 

dziewczyna.

- O, niech pan nie sądzi, że Zosia jest głupia albo naiwna! - zaprotestowała pani 

Maria. - To bardzo bystra dziewczyna. Powiedziałabym nawet, że jest przebiegła, może nawet 

za przebiegła jak na swój wiek...

- Skąd takie wnioski? - Wróbel zerknął, czy sierżant protokołuje skrupulatnie.

- Ona przebywa u nas już od roku, zdążyłam ją poznać dość dobrze. Niewielką mam z 

niej pociechę, tyle  co pobawi się z Joasią. Gdyby mi nie było żal matki, dawno bym  ją 

zwolniła.

- Jest młoda, w tym wieku niezbyt chętnie się pracuje, tym bardziej u kogoś obcego - 

próbował bronić Zosi porucznik.

Pani Maria zaoponowała:

- To nie jest sprawa jej stosunku do pracy. Muszę powiedzieć, że wymagam od niej 

niezbyt wiele i w zasadzie robi to, co każę. Ale ona ma trochę pstro w głowie. Imponują jej 

stroje, chciałaby się bawić, biegać na randki, przesiadywać w kawiarniach...

- W tym wieku to nic dziwnego, znam starsze panie, które pragną tego samego, tyle 

tylko że one mogą sobie na to pozwolić, a Zosia nie.

- Obawiam się, że pan mnie nie rozumie - pani Maria nie ustępowała. - Nie jestem 

ostatecznie   taka   stara,   żeby   nie   wiedzieć,   co   pociąga   taką   młodą   dziewczynę.   Mam   też 

nadzieję, że jestem dość wyrozumiała, żeby nie gorszyć  się tym,  że dziewczyna idzie na 

randkę albo posiedzi z koleżankami w kawiarni. Alf nie o to chodzi. Jej imponuje specjalne 

towarzystwo. Nie wiem czy pan się orientuje, jaka osoba mieszka u jej matki. Ta właśnie pani 

jest powiernicą i najbliższą przyjaciółką Zosi. Jej matka obawia się, że dziewczyna po prostu 

zacznie uprawiać nie? rząd. Dlatego ciągle mnie błaga, żeby ją u siebie zatrzymywać, bo 

myśli, że przez to zapobiegnie złu...

-   Ale   przecież   u   państwa   Zosia   zachowuje   się   przyzwoicie   -   ni   to   zapytał,   ni   to 

stwierdził porucznik.

Pani Maria spojrzała na niego uważnie. Po namyśle odparła:

- Tak, niby tak, ale jednak nie mam do niej stuprocentowego zaufania...

-   Niech   pani   to   umotywuje.   A   może   są   to   tylko   wrażenia,   odczucia   trudne   do 

określenia?

background image

- Nie, to są rzeczy całkiem konkretne. Na przykład ostatnio, w Sylwestra, zdarzyła się 

historia, która mnie bardzo zdenerwowała. Prosiła o wolny wieczór, ale nie zgodziliśmy się, 

bo szliśmy na zabawę, a trudno było zostawić Joasię samą na całą noc. Zosia została więc w 

domu. Ale tak się złożyło, że zabawa nam się nie udała. Poczułam się bardzo źle i zaraz po 

północy   wróciliśmy   do   domu.   Niech   pan   sobie   wyobrazi,   zastaliśmy   Zosię   w   gronie 

koleżanek i kolegów. Urządziła sobie sylwestrową zabawę w mieszkaniu bez naszej wiedzy. 

Było  wino, tańce,  ona paradowała  w mojej  sukni. A jakie to było  towarzystwo!  Jakbym 

spotkała takiego kogoś w ciemnej ulicy, to bym chyba zaczęła wzywać pomocy.

-   Nie   było   wtedy   nikogo,   kto   by   odpowiadał   rysopisom   sprawców   napadu?   - 

znienacka zapytał porucznik.

Pani Maria popatrzyła na niego, mrugając szybko, ale pokręciła głową.

- Nie... chyba jednak nie... Ale widzę, że pan ją podejrzewa?

- zapytała nagle.

- Nie, tylko szukam sprawców - chłodno odparł Wróbel.

- I nie wolno mi przeoczyć żadnej ewentualności. Porozmawiał jeszcze przez dłuższą 

chwilę, wypytał o stosunki w pracy u niej i u męża, ale niczego interesującego się już nie 

dowiedział.   Poprosił   więc   sierżanta   o   protokół   i   głośno   go   przeczytał.   Pani   Maria 

zaakceptowała   wszystko   i   podpisała   się   u   dołu.   Odprowadził   ją   do   drzwi   i   pożegnał 

uprzejmie.

3

Gdy zamknęły   się  drzwi  za   panią   Marią,  natychmiast   z  drugiego   pokoju  wyszedł 

podporucznik Mazur. Jego młodzieńcza twarz płonęła z niecierpliwości. W ręku miał teczkę z 

jakimiś papierami.

- No i jak, szefie? Powiedziała coś ciekawego?

- Iii, w zasadzie nic - skrzywił się Wróbel. - Nie lubi tej I małej i jest przekonana, że to 

przez nią okradli jej mieszkanie. 

- Podała jakieś fakty?

- Domysły, same domysły. To, że dziewczyna urządziła sobie Sylwestra w czasie ich 

nieobecności, uważa za największe przestępstwo. No nic, zobaczymy, co ta mała nam powie, 

powinna zaraz być.

- O jedenastej - przypomniał Mazur - a teraz jest dopiero wpół.

- Dobrze, mamy trochę czasu, wal, co tam masz - zażądał Wróbel.

background image

-   Mam   tu   trochę   danych,   może   się   przydadzą   szefowi   do   rozmowy   z   tą   Zosią   - 

powiedział podporucznik ze skromną miną.

- Dawaj, dawaj, nie kryguj się jak dziewica - popędził porucznik.

Mazur podał mu sztywne arkusze z ponaklejanymi odbitkami!

- To zdjęcia miejsca przestępstwa - wyjaśnił. - A tu linie papilarne. Te i te należą do 

domowników - pokazywał palcem! - A te są obce. Nie pasują do nikogo z Walatków ani do 

Zosi.

-   Nie   ma   co   się   podniecać   -   ostudził   go   Wróbel.   -   Mogą   należeć   do   kogoś   ze 

znajomych Walatków. Skąd je zdjęto?

- Z froterki - niemal  z  triumfem zawołał Mazur. - Wątpię, żeby ktoś ze znajomych 

froterował Walatkom podłogi.

- To już lepiej - przyznał porucznik. - Ale schowaj to, Kaziu. Przydadzą się dopiero, 

jak będziemy mieli tego, do kogo należą. Na razie niech sobie polezą w teczce. Co masz 

jeszcze?!

- Meldunki z terenu. W Trójmieście nie znają nikogo, kto by odpowiadał rysopisom. 

Taksówkarze z Gdyni  nikogo takiego  nie wieźli. Była  w tym  dniu w Gdyni  taksówka z 

Sopotu, która woziła dwóch gości, rysopisy są trochę niewyraźne, bo taksiarz słał bo im się 

przyjrzał. Chcę z nim przejechać tą samą trasą, co wtedy jeździł, może coś z tego wyjdzie, ale 

wątpię.

- Dobra, jakby się okazało, że zatrzymywał się na dłużej koło Walatków, to musisz się 

do tego zabrać solidniej. Co jeszcze? 

- Mamy już albumy z Sopotu, Gdańska i Wejherowa. Pokażemy tej pannie?

- Pokażemy, ale najpierw z nią pogadam.

- To niech szef przed tą rozmową  przeczyta  sobie to - Mazur niemal  z triumfem 

podsunął porucznikowi gęsto zapisany arkusz papieru. Był to meldunek wywiadowcy z dnia 

wczorajszego.

„O   godzinie   7.05   wyszła   ze   swego   mieszkania   i   udała   się   do   sklepu   przy   ulicy 

Świętojańskiej, gdzie nabyła pieczywo. Potem poszła do mieszkania Walatków przy ulicy 

Władysława IV. Przebywała tam do godziny czwartej. Następnie opuściła dom i wyszła na 

ulicę. Zatrzymała się na skrzyżowaniu Świętojańskiej z 10 Lutego, gdzie spotkała koleżankę, 

do której odzywała się per Stefka, ubraną w szary płaszcz z futrzanym kołnierzem. Wiek 

koleżanki   siedemnaście-osiemnaście   lat.   Razem   poszły   Świętojańską,   oglądały   wystawy   i 

przymierzały obuwie w sklepach. O piątej podejrzana pożegnała koleżankę i udała się pod 

kino »Warszawa«, gdzie spotkała kolegę. Kiedy się witali, powiedziała do niego: »Sławek«. 

background image

Wzrost metr siedemdziesiąt centymetrów, na głowie oprychówka z ceraty, krótki jesienny 

płaszcz.   Twarz   pociągła,   bez   zarostu,   wiek   około   siedemnastu-osiemnastu   lat.   Wspólnie 

pojechali trolejbusem, wysiedli koło Prezydium Miejskiej Rady Narodowej, następnie udali 

się na Polankę Redłowską i około godziny przebywali tam w lesie. Kiedy się żegnali, Sławek 

oświadczył,   że   się   spieszy,   bo   musi   przed   siódmą   być   w   internacie.   Następnie   Sławek 

pojechał trolejbusem, dokąd, nie stwierdzono, a podejrzana udała się do swego domu, już tego 

dnia nie wychodziła”.

Porucznik gwizdnął i powtórnie przeczytał końcową partię raportu.

- Nieźle - powiedział. - Sławek z internatu. W tym może coś być. Ładnie się spisał ten 

Pilarek, ma niezłe oczy i uszy.

- Ale  zmarzł   jak diabli   - podporucznik   roześmiał   się. -  Szef  sobie  wyobraża,  jak 

przeklinał ich za te amory w lesie?

- Dobrze, Kaziu, nie ma się z czego śmiać. Trzeba coś z tym Sławkiem zrobić.

-   To   nie   będzie   takie   trudne,   szefie.   -   Mazur   wyciągnął   z   kieszeni   kopertę   i   z 

triumfującą miną podał porucznikowi. - Tu jest ten Sławek.

Wróbel   otworzył   kopertą.   Wyleciały   z   niej   trzy   zdjęcia.   Były   trochę   ciemne,   ale 

widniał na nich całkiem wyraźnie młody, człowiek w oprychówce i kusym płaszczyku. Jedno 

ze zdjęć; przedstawiało go w towarzystwie Zosi na tle wystawy z cukierkami i czekoladkami.

- Dostaniesz naganę, Kaziu - oświadczył porucznik.

- Ja? Za co? - zdumiał się podporucznik.

- Za ukrywanie przed przełożonym najciekawszych materiałów - roześmiał się Wróbel 

i widać było, że jest bardzo zadowolony. - Ten Pilarek zarobił na premię, zdolny chłopak, 

powiedz mu to!

- Zrobi się, a premię mu obiecać?

- Nie spiesz się, poczekaj, aż złapiemy tych ptaszków. No, jak tam, jest już nasza 

panna? - pytanie było skierowane do sierżanta, który cierpliwie, w milczeniu czekał, aż znów 

będzie   musiał   protokołować.   Teraz   podniósł   się   i   wyszedł   z   pokoju.   Już   poprzednio 

zadzwonił do biura przepustek, żeby wpuścili Zosię, kiedy się zjawi. Sekretarka miała ją 

zatrzymać, dopóki porucznik nie wezwie jej na przesłuchanie.

Mazur   począł   zbierać   dokumenty,   ale   Wróbel   go   powstrzymał:   -   Zostaw   mi   ten 

protokół i zdjęcia - zażądał - resztę weź do akt.

Sierżant wrócił i oznajmił, że Zosia już czeka w sekretariacie.

- Proś ją! - rozkazał porucznik. Mazur wyszedł, a sierżant wykonał polecenie szefa.

background image

4

Zosia weszła do pokoju i rozejrzała się nieco wystraszona Kiedy jednak dostrzegła 

porucznika, uśmiechnęła się z ulgą. Widok znajomej twarzy dodał jej widocznie otuchy.

-   Proszę,   proszę,   chodź   bliżej,   siadaj   -   zapraszał   Wróbel   starając   się   pogodnym 

uśmiechem i wesołym niemal tonem ośmielić dziewczynę.

Podeszła do jego biurka, usiadła na brzeżku krzesła i patrzyła mu w oczy, czekając na 

pytania.

- Jak tam głowa? - zapytał Wróbel. - Boli?

- Trochę, a właściwie już nie - odpowiedziała, odruchowo sięgając palcami do skroni.

- Lekarz to oglądał? - troskliwie dociekał porucznik.

- Nie, skądże? Takie głupstwo! Porucznik jednak wyraził niezadowolenie.

- To niedobrze. Trzeba ranę pokazać lekarzowi. Z takimi historiami nie ma żartów. 

Może być pęknięcie i potem zaczną się komplikacje.

- Naprawdę? - przestraszyła się Zosia.

- Oczywiście, takie rzeczy mogą się ujawnić dopiero po pewnym czasie. Ale się nie 

martw. Mamy tu lekarza na miejscu. Jak sobie porozmawiamy, to sierżant cię zaprowadzi. 

Lekarz zbada głowę, a jak będzie trzeba, to zrobi porządny opatrunek.

- Ale nie trzeba, przecież już się prawie zagoiło - próbowała oponować, lecz Wróbel 

nie ustępował:

- Będę spokojny, jak lekarz wyda swoją opinię.

Zosia była przyjemnie zaskoczona, że tak się o nią tutaj troszczą. Nie domyślała się, 

że porucznik, tak jak i ona, był przekonany, iż rana jest niegroźna. Musiał jednak mieć wyniki 

badań lekarskich. Chodziło o stwierdzenie, jakim narzędziem została zadana rana i czy jest 

głęboka. Można było przypuszczać, że jeśli dziewczyna jest zamieszana w napad, to mogła 

sobie   sama   skaleczyć   głowę,   aby   w   ten   sposób   uzyskać   alibi.   Badanie   lekarskie   mogło 

potwierdzić lub wykluczyć taką ewentualność.

- Jak pan porucznik uważa - zgodziła się Zosia wreszcie i siedząc skromnie czekała na 

dalsze pytania. A Wróbel patrzył na nią długo i zastanawiał się od czego zacząć. Próbował 

sobie wyobrazić, jakie pomysły mogły się narodzić w jej głowie, ale im dłużej tak patrzył, 

tym   bardziej   słabło   w   nim   podejrzenie   o   jej   udział   w   przestępstwie.   Gąska,   ale   chyba 

niewinna - pomyślał i przystąpił do przesłuchania.

- Czy od dnia napadu nic się nie zmieniło? Nic nowego nie zaszło?

background image

- Nie - żywo  zaprzeczyła  Zosia. - Wszystko  jest tak jak przedtem,  tylko  państwo 

ciągle o tym mówią, a zwłaszcza pani.

- To naturalne - zauważył porucznik. - Ale czy ty niczego sobie nie przypomniałaś? 

Może jakiś nowy szczegół nasunął ci się w ciągu tych dni? Chyba myślałaś o tej sprawie, 

rozmawiałaś z kimś?

- No tak, przecież pan porucznik nie mówił, żeby nie rozmawiać...

- A przedtem, zanim był ten napad, z kim rozmawiałaś o swoich gospodarzach?

- Jak to z kim?  - zdziwiła się Zosia. - Przecież wszyscy wiedzieli, gdzie pracuję. 

Rozmawiałam z koleżankami, kolegami, w domu...

- Z Franią też?

Dziewczyna jakby się trochę speszyła. Uciekła wzrokiem w bok, ale zaraz opanowała 

ten odruch i spojrzała zaczepnie porucznikowi w oczy.

- A co, miałam nie rozmawiać?

- Nie, nikt tego nie powiedział. Chcę tylko wiedzieć, kto zna twoich państwa, kto 

wiedział, że tam można się nieźle obłowić..

- To na pewno nikt z moich znajomych - gorąco zapewniała dziewczyna. - Ja się z 

takimi nie zadaję!

- Naprawdę? - porucznik przeciągnął nieco to pytanie. - I A Frania to może święta? 

Albo ten jej narzeczony?

- To nie narzeczony, tylko mąż - zaprotestowała. - Żyją razem jak małżeństwo, a to 

przecież nikogo nie obchodzi, czy mają ślub, czy nie.

- Widzę, że jesteś zorientowana w naszym prawodawstwie - z przekąsem zauważył 

Wróbel. Ta wymiana zdań trochę go zirytowała. Postanowił nieco energiczniej przycisnąć 

Zosię. Zapalił papierosa i zapytał:

- A czy podczas nieobecności państwa często wpuszczałaś obcych do domu?

- Ja? - Zosia aż się uniosła z oburzenia. - Nigdy! Przecież wiem, że nie wolno.

- Mam na myśli nie całkiem obcych, ale takich, których znałaś. Obcych dla państwa.

- Nigdy w życiu! To nie mój dom, więc nikogo nie przyjmowałam.

- Ani przez telefon nie rozmawiałaś z nikim ze swoich znajomych?

- Przez telefon to co innego. Przecież porozmawiać można, nie? Człowiek może się z 

nudów urwać, jak tak przez parę godzin posiedzi zamknięty z dzieciakiem. Czasem sobie 

zadzwoniłam do koleżanki albo ona do mnie.

- Do której? Jak się nazywa?

- A taka jedna, Stefka...

background image

- Podaj nazwisko i adres. Co ona robi?

Zosia niechętnie spełniła życzenie porucznika i zaraz go zapewniła:

- Ona jest z porządnego domu, na pewno nie ma z tym nic wspólnego. Zresztą to byli 

mężczyźni.

- Wiem, wiem, ale muszę wszystko zanotować dla porządku - uspokoił ją porucznik. 

Patrzył na nią przez chwilę badawczo, aż spuściła wzrok, i wolno zapytał: - Więc mówisz, że 

z kolegami nie rozmawiałaś?

- Nie...

- I nie przyjmowałaś ich podczas nieobecności państwa?

- Co pan porucznik myśli, że ja kłamię? Jak Boga...

- Zaraz, zaraz, bo popełnisz krzywoprzysięstwo - powstrzymywał ją unosząc dłoń do 

góry. - Ja, córeczko, nie tylko myślę, ale wiem, że kłamiesz.

- To pani musiała na mnie naskarżyć! - dziewczyna nagle zrobiła się czerwona i w 

oczach zabłysły jej łzy. - Ona mnie nie lubi. Nie wiem dlaczego, ale nie lubi mnie...

- Coś mi się wydaje, że nie bardzo rozumiesz, po co tu jesteś - dość ostro powiedział  

porucznik. - Myślisz, że ja mam czas na to, żeby się zajmować twoimi przywidzeniami? Pani 

na ciebie się nie skarżyła, tylko mówiła prawdę, bo tu trzeba mówić tylko prawdę, jeśli się 

chce wykryć przestępców. Chyba że ty tego nie chcesz!

- Jak to nie chcę, co pan porucznik?... Oni mnie pobili, okradli państwa, a ja miałabym 

ich kryć?

- No to czemu nie mówisz prawdy? Jak to było w Sylwestra?

background image

- To tylko ten jeden raz. Miałam iść na zabawę, ale pani nie pozwoliła, bo sami szli. 

To zaprosiłam koleżankę i dwóch kolegów. Nic złego nie robiliśmy. Gdyby nie wrócili tak 

wcześnie, to nawet by nie wiedzieli, że ktoś był w domu...

- Kto to taki? Podaj nazwiska, adresy...

- Koleżanka była ta sama, Stefka. A koledzy to... - zawahała się i jakoś mniej pewnie 

dokończyła: - ...nie znam ich.J To ona ich przyprowadziła.

Porucznikowi zachciało się śmiać. Kłamstwo było tak nieudolne, że sama mina Zosi ją 

zdradzała. Ale równocześnie poczuł coś jakby niepokój. Pierwsze wrażenie, któremu uległ na 

początku   rozmowy,   że   Zosia   jest   niewinna,   poczęło   się   rozwiewać.;   Skoro   tak   uparcie 

chroniła chłopaka, to musiało się coś za tym kryć.

- Dobrze - odezwał się i zmienił temat. - Powiedz mi, co robiłaś na przykład wczoraj.

- Wczoraj? - Zosia zrobiła minę, jakby ją pytano o bardzo: odległe czasy. - Wczoraj? 

No,   rano   kupiłam   pieczywo,   bo   nocowałam   w   domu   i   pani   chciała,   żebym   przyszła   ze 

świeżym. Potem państwo poszli do pracy, a ja jak zwykle byłam z Joasią. Jak wrócili, to 

zjedliśmy obiad i po południu już pani mi pozwoliła iść do domu.

- Poszłaś prosto do domu?

- Tak, eee, to znaczy nie... Spotkałam koleżankę, tę Stefkę, i razem trochę połaziłyśmy 

po mieście. Ona szukała botków, więc chodziłam z nią, żeby pomóc wybrać. A potem to już 

poszłam do domu.

- I nie wychodziłaś?

- Nie, było zimno, mokro, chciało mi się spać. Głowa mniej bolała...

Porucznik pochylił się nad biurkiem i z bliska zajrzał dziewczynie w oczy. Próbowała 

wytrzymać to spojrzenie, ale zaraz spuściła wzrok.

- Czy ty się orientujesz, córeczko, co grozi za ukrywanie sprawców przestępstwa? - 

zapytał surowo.

- Jak, co? Ja nikogo nie ukrywam! - niemal z płaczem zawołała Zosia.

- Nie mam zamiaru cię straszyć, ale muszę cię ostrzec, żebyś potem nie mówiła, że nie 

orientowałaś się, co ci grozi. Jesteś jeszcze niepełnoletnia, więc do więzienia cię nie zamkną, 

ale do domu poprawczego możesz pójść.

- Za co, panie poruczniku, za co?

- Bo kłamiesz i przez to pomagasz przestępcom. Albo to są twoi znajomi i chcesz ich 

uchronić od kary, albo po prostu nieświadomie kryjesz kogoś, na kim ci zależy...

- Kiedy ja naprawdę...

background image

- Znów będziesz przysięgała? Pamiętaj, że kto raz skłamał, temu już się nie wierzy. A 

ty raz skłamałaś i teraz kłamiesz po raz drugi.

Zosia nagle się rozpłakała. Przyłożyła palce do policzków i usiłowała nimi zetrzeć łzy. 

Porucznik czekał cierpliwie, aż jej trochę przejdzie, a potem zapytał:

- No więc będziesz mówiła prawdę? Skinęła głową, nie odejmując rąk od twarzy.

- Mów, jak to było wczoraj po południu.

-   To   pan   porucznik   wie?   -   nagle   przestała   płakać   i   patrzyła   bystro,   pragnąc 

wywnioskować,  ile  powinna powiedzieć,  żeby zaspokoić  jego ciekawość, a równocześnie 

zataić to, co chciała przed nim ukryć.

- O czym mam wiedzieć? - z głupia frant zapytał Wróbel.

- No o tym, to jest, że... - jąkała.

- Dobrze - oświadczył Wróbel. - Pomogę ci. Po południu spotkałaś się z chłopcem. 

Nie musisz mówić, gdzie byliście i co robiliście. To mnie nie obchodzi, choć powinienem ci 

za to skórę przetrzepać. Obchodzi mnie, co to był za chłopak.

- Aaa, taki jeden. Sławek ma na imię. Spotykamy się czasem - wypieki nie schodziły z 

twarzy dziewczyny.

- Jak się nazywa?

- Musiał, Musik czy tak jakoś, nie wiem nawet dokładnie...

- Jak to, spotykasz się z chłopcem, spędzasz z nim czas i nawet nie wiesz dobrze, jak 

się nazywa?

- No tak... Poznaliśmy się kiedyś w kinie. Teraz się umawiamy od czasu do czasu pod 

„Warszawą”. Czasem on do mnie zadzwoni...

- To ten? - porucznik podsunął jej zdjęcie Sławka zrobionej wczoraj.

Zosia szeroko otworzyła oczy ze zdumienia. Skinęła głową i zapytała:

- Skąd pan ma jego zdjęcie? Mnie nie dał...

- Mnie też nie. Powiedz przynajmniej, co on robi.

- Uczy się - skwapliwie odpowiedziała dziewczyna, wyraźnie rada, że wreszcie może 

się   wykazać   dobrymi   chęciami.   -   Jest   w   Technikum   Hotelarskim.   Mieszka   w   internacie. 

Opowiadał mi, bo tam mają zespół i on gra na gitarze, zawsze przed siódmą idzie na próby...

Porucznika wypełniły sprzeczne uczucia: z jednej strony zawód, że ten chłopak nie 

jest  uczniem   szkoły,   w  której  wykładał  Walatek,   a więc  najprawdopodobniej  nie  ma  nic 

wspólnego  z  przestępstwem,  a  z  drugiej  ulga,  że  jednak  Zosia  okazała   się, przynajmniej 

dotychczas, niewinna.

background image

- No dobrze - powiedział. - Teraz widzę, że mówisz prawdę. Ale pamiętaj, na drugi 

raz nie kłam i nie plącz niczego, bo my sporo wiemy, a czego nie wiemy, to i tak wyjdzie na 

jaw...   Jeżeli   chcesz,   żeby   ci,   co   cię   tak   urządzili,   zostali   ujęci,   to   musisz   nam   szczerze 

pomagać, a nie kręcić...

- Ja nie kręcę, panie poruczniku... Tylko tak... Głupio mi.

- Wiem, wiem i myślę, że masz jeszcze czas na takie randki jak wczoraj - nie mógł 

powstrzymać się od uwagi, choć wiedział, że to i tak się na nic nie zda... Poprzekładał nieco 

papierów na biurku i znów wrócił do oficjalnego tonu: - Więc twierdzisz z całą pewnością, że 

to nie był nikt z twoich znajomych?

- Nie, na pewno nie! - dziewczyna zapewniła z takim zapałem, że trudno jej było nie 

wierzyć.

- I na pewno byś ich poznała, gdybym ci pokazał któregoś z nich?

- Tak, na pewno. Przecież rozmawiałam z nimi, byliśmy tak blisko!

- Dobrze, spróbujemy - oświadczył porucznik. - Chcę się przekonać, czy naprawdę 

masz zamiar nam pomóc.

- Ale jak? - gorliwie spytała Zosia.

- Zobaczysz.

Porucznik skinął na sierżanta, który wyszedł do sąsiedniego pokoju, a po chwili wrócił 

razem z podporucznikiem Mazurem. Młody oficer niósł grube albumy oprawione w sztywne 

okładki. Położył je na biurku przed porucznikiem i czekał, patrząc z ciekawością na Zosię.

- Tu mamy fotografie - informował dziewczynę Wróbel. - przyjrzyj im się uważnie. 

Nie spiesz się, patrz spokojnie, mamy czas. Jeżeli któreś ze zdjęć będzie ci przypominało 

chociaż trochę tych z napadu, to mów.

Zosia   skinęła   głową   na   znak,   że   rozumie.   Poprawiła   się   na   krześle   i   z   oczami 

błyszczącymi od ciekawości czekała, aż porucznik otworzy pierwszy album. Ale on jeszcze 

pouczał:

- Niczym się nie sugeruj. Pamiętaj, że tu ich może nie być. Nie staraj się na siłę 

dopasować   zdjęcia   do  tego,   co   ci   zostało   w  pamięci.   A  z   drugiej   strony  nie   bój   się,   że 

wskażesz niewinnego. Jeśli ten, którego nam pokażesz, będzie niewinny, to mu krzywdy nie 

zrobimy...

Przesunął   wreszcie   pierwszy   album   bliżej   dziewczyny   i   otworzył   go.   Były   tam 

powklejane   rzędem   zdjęcia   różnych   osób.   Galeria   była   okazała.   Niektóre   twarze   już   na 

pierwszy rzut oka wzbudzały niechęć, inne były niewinne, nikt by nie posądził, że należą do 

przestępców   wielokrotnie   notowanych   w   aktach   milicyjnych.   Były   twarze   zapijaczone,   z 

background image

podkrążonymi   oczami   i   kilkudniowym   zarostem,   i   młode,   niemal   dziecinne,   z   oczami 

bezczelnymi, wyzywająco patrzącymi w obiektyw. Sporo znajdowało się tam zdjęć kobiet i 

dziewcząt, ale przeważali mężczyźni.

Zosia   wolno   wodziła   wzrokiem   od   jednego   zdjęcia   do   drugiego.   Czasem   się   na 

którymś zatrzymała, czasem wracała, ale potem znów patrzyła dalej, na następną fotografię. 

Porucznik tymczasem śledził jej wyraz twarzy. Chciał uchwycić to drgnienie, które musiało 

nastąpić, jeśliby dziewczyna poznała kogoś na zdjęciu.

Nagle ujrzał, jak zabłysły jej oczy. Otworzyła usta, ale zaraz zamknęła je i poleciała 

wzrokiem dalej... - Co, kto to był? - zapytał i zajrzał do albumu.

background image

- Nie, nie - zaprzeczyła prędko - to nie żaden z nich. Porucznik uśmiechnął się. W 

albumie widniały zdjęcia en face i z profilu Frani, a obok niej taka sama kolekcja fotografii jej 

przyjaciela.

- Jak widzisz, mamy tu twoich znajomych - zauważył, chcąc dać Zosi małą lekcję. - 

Nieraz byli w areszcie, a on miał nawet grubsze sprawy. To nie jest towarzystwo dla ciebie...

- Nie wiedziałam - bąknęła Zosia, wyraźnie zawstydzona i jakby ten temat sprawiał jej 

przykrość, przewróciła kartkę.

Potem jeszcze przejrzeli uważnie pozostałe albumy z Gdańska Sopotu i Wejherowa, 

ale żadna twarz nie przypominała Zosi nawet w przybliżeniu sprawców napadu. 

- Nie ma ich tu - stanowczo stwierdziła. Porucznik nie był rozczarowany. Spodziewał 

się, że  wśród tych  figurantów  kronik milicyjnych  nie znajdzie  przestępców Oswoił  się z 

myślą, że to byli jacyś młodzi albo nowi w tym fachu. Zresztą wiedział, że w albumach nie 

ma zdjęć wszystkich przestępców lub podejrzanych o przestępstwo, bo to było niemożliwe.

- Dziękuję ci - powiedział, zamykając albumy i oddając Mazurowi. - Na dziś już 

dosyć, ale będziemy cię jeszcze potrzebowali.

Zosia wstała i zapinając płaszcz popatrzyła zdziwiona.

- Ja już nic nie wiem - bąknęła.

- Chcemy cię zaprosić na nocną zabawę - zaśmiał się Wróbel. 

- Mnie? Pan żartuje - dziewczyna szeroko otworzyła oczy.

- Tak, ciebie. Przejdziesz się z jedną panią i panem po nocnych lokalach. Może tam 

zobaczysz kogoś podobnego do tyci bandytów. - Było to jedno z posunięć, które przewidywał 

milicyjny plan postępowania w odniesieniu do tej sprawy.

- Aha! Dobrze, chętnie - ucieszyła się Zosia. Podpisała odczytany jej protokół i nie 

ukrywając ulgi opuściła komendę.

- No i co, zawiodła? - zapytał po jej wyjściu Mazur.

- Na razie tak - przyznał porucznik. - Ale zobaczymy, może się jeszcze przydać. W 

końcu to nasz główny świadek.

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Podłużna sala kina „Znicz” z wolna wypełniała się publicznością. Janka stała jeszcze z 

grupą koleżanek w poczekalni. Do rozpoczęcia seansu pozostało kilka minut, i nie spieszyły 

się do dusznej sali. Paliły papierosy, rozmawiały dość głośno, rozglądały się dokoła.

background image

Janka była dwudziestokilkuletnią dziewczyną, dość znaną w tej dzielnicy Gdańska. 

Przed dwoma  czy trzema  laty,  kiedy jeszcze mieszkała  sama,  jej  pokój był  miejscem,  w 

którym spotykano się na wesołe zabawy. Często sąsiedzi musieli stukać do drzwi i domagać 

się spokoju, ale niewiele to pomagało. Janka była nie tylko wesoła, ale potrafiła odpowiedzieć 

wulgarnie, a w razie potrzeby nie wahała się urządzić awantury na całą okolicę. Toteż ludzie, 

którzy mieszkali w pobliżu, woleli z nią nie zadzierać. Tym bardziej że jej goście mieli gorące 

głowy, usta pełne przekleństw, a ręce prędkie do bitki.

Potem jej tryb  życia  nieco się zmienił, a przynajmniej  na tyle,  że spokojni ludzie 

trochę   odetchnęli.   Janka   przyjęła   do   swego   pokoju   Adama   Wyrobka,   mężczyznę   w   sile 

wieku, niezbyt  ogładzonego,  ale  nie awanturnika. Wypić  lubił, czasem nawet sprowadzał 

kolegów   do   mieszkania,   większych   jednak   awantur   nigdy   nie   urządzał,   a   Jance   zakazał 

kontaktów z młodzieńcami, którzy przedtem u niej bywali.

- Jak chcesz iść na poważną robotę, to idź, pieniądze przynieś, ale tu mi nikogo nie 

przyprowadzaj. A tych gówniarzy, co potrafią tylko rozróbki robić, w kawiarni „Toto” wino 

popijać,  nie   chcę  tu  widzieć.  Przeważnie   groszem  nie  śmierdzą!  W  ten  sposób wyraźnie 

określił jej zajęcie i towarzyskie kontakty. Sam zresztą nie leniuchował. Pracował niekiedy, 

ale   za-jęcia   te   nie   były   zbyt   systematyczne,   bo  dość   często   widywano   go   w  mieszkaniu 

zamiast w pracy. Mówiono, że pracuje, żeby stworzyć pozory normalnego życia, ale czasem 

robi jakiś wyskok, tylko jest ostrożny i nie daje się złapać milicji. Teraz Janka była w kinie z 

koleżankami, a jej Adam pozostał w domu, nie czując się dobrze po wczorajszym pijaństwie.

Już   miały   ruszyć   na   salę,   kiedy   Janka   dostrzegła   w   drugim   końcu   poczekalni 

wysokiego młodego mężczyznę dopalającego I papierosa. I on kierował się w stronę sali, a 

wtedy także ją dojrzał. Uśmiechnął się i skinął głową. Koleżanki natychmiast to zauważyły.

-   Co   to   za   facet?   -   zapytała   niska,   pulchna   blondynka,   migająca   zbyt   grubo 

umalowanymi rzęsami.

- A, taki jeden - niechętnie mruknęła Janka.

- Co, nie wiesz? - pośpieszyła z wyjaśnieniem druga koleżanka. - Przecież to Kuba, jej 

były ukochany.

- Co bredzisz? Jaki ukochany, znaliśmy się trochę i tyle.

- Czego się wypierasz. Kochałaś się w nim, a potem w jego młodszym bracie, tym, jak 

mu tam, Długim, może nie?

- Chodźmy, chodźmy, zaraz się film zacznie - Janka chciała zakończyć rozmowę. Ale 

w tym momencie Kuba zbliżył sieli do nich i nie witając się z koleżankami Janki pociągnął ją 

za łokieć.

background image

- Co jest? - zapytała opryskliwie.

- Mam do ciebie interes - powiedział niezbyt głośno.

- Film się zaczyna.

- Po filmie będę czekał przed wyjściem. Tylko nie ucieknij, to ważna sprawa.

Kiwnęła głową na znak zgody i poszła z koleżankami, które dyskretnie oddaliły się w 

stronę wejścia na widownię. Gdy tyli ko usiadły, wścibska blondynka zaczęła ją wypytywać:

- Chciał cię poderwać? Czemuś go tak spławiła?

-  Przecież  ma   swojego  Adama  -  zauważyła  druga.   -  Mordę   by  jej  skuł,  jakby ją 

zobaczył z drugim.

- Może byście się zamknęły - zaproponowała Janka.

- Jak ty nie chcesz, to przedstaw go mnie - oświadczyła blondynka. - Przystojny i 

wygląda dość porządnie...

- Porządny... Dopiero co wyszedł z kicia - poinformowała z satysfakcją Janka.

- No to co? - blondynka wzruszyła ramionami. - Niech sobie wyszedł. Jak ci...

- Och, przestań, do cholery! - Janka zdenerwowała się nie na żarty.

Druga koleżanka powiedziała z chichotem do blondynki:

- Czego się pchasz? Nie widzisz, że jej jeszcze na nim zależy?

Janka chciała odpowiedzieć ostro, ale się powstrzymała, bo światła na widowni zgasły 

i wokoło rozległo się sykanie, żeby zamilkły. Rozpoczynał się dodatek rysunkowy.

Janka mimo że te kreskówki bardzo lubiła, nie mogła się skupić i uważnie patrzeć na 

ekran. Koleżanka miała rację. Spotkanie z Kubą poruszyło w niej jakąś starą strunę. Dawniej 

przez jakiś czas żyli ze sobą blisko. Kuba nawet mieszkał u niej przez kilka miesięcy. I choć 

na jej oczach umawiał się z innymi dziewczynami, choć czasem nawet kazał się wynosić z 

mieszkania, bo chciał się tu spotkać z którąś z jej koleżanek, nie miała siły, żeby go wyrzucić. 

Nie zastanawiała się, czy go kochała, czy nie. Po prostu musiała z nim być, bez względu na to 

jak się zachowywał i jak ją traktował.

Potem przyłapano  go na jakimś napadzie i poszedł do więzienia.  I wtedy właśnie 

oszołomienie minęło tak nagle, jak przyszło. Janka odetchnęła z ulgą, poczuła się wyzwolona 

od jego uroku. Nie odwiedziła go ani razu, a pierwszym, z którym się pocieszyła, był brat 

Kuby, Długi, młody wówczas jeszcze chłopak. Później poznała Adama, przyjęła go do swego 

mieszkania i zapomniała o Kubie i jego bracie.

Teraz   widok   tego   wysokiego,   przystojnego   blondyna   z   bezczelną   miną,   zawsze 

pewnego siebie, jakby cały świat należał do niego, wywołał w niej sprzeczne uczucia. Była 

ciekawa, co się z nim dzieje, co robi po wyjściu z więzienia, a równocześnie czuła jakiś 

background image

dziwny lęk, że tamto, co kiedyś z nim przeżywała, znów powróci. Był wprawdzie Adam, ale 

czuła, że gdyby Kuba chciał, nie miałaby siły mu się oprzeć...

Myślała o tym i ogarniało ją coraz większe zdenerwowanie. Zastanawiała się, czego 

Kuba może od niej chcieć i szybko doszła do wniosku, że ten wielki interes, o którym mówił, 

to zwykły pretekst. Sądziła, że będzie chciał się z nią po prostu umówić, a potem... nie miała 

odwagi myśleć, co będzie potem.

Na ekranie odbywała się jakaś strzelanina, trupy padały getto wśród amerykańskich 

prerii Dzikiego Zachodu, ale Janka Prawie tego nie widziała, nie mogąc oderwać myśli od 

Kuby.

background image

Dopiero chyba w połowie filmu zainteresowała ją cukierkowa, miłosna scena między 

kowbojem  a  wysmukłą  dziewczynę  o  rudych  włosach  i  uważniej  już  teraz  śledząc   akcję 

powoli się uspokajała.

Kiedy ekran pojaśniał i zapłonęły światła, natychmiast tamto, wróciło. Kuba siedział 

dwa rzędy przed nią, a teraz szedł między krzesłami, odwrócony bokiem i dawał jej znaki, że 

będzie czekał na ulicy.

- Kiwa na ciebie, Janka, widzisz? - powiedziała jedna z koleżanek.

- Nie wtrącajcie się! - burknęła Janka.

- To jak, zaczekać na ciebie czy nie? - zapytała blondynka.

- Idźcie powoli, to was dogonię - oświadczyła Janka.

Zrobiło się już całkiem ciemno i trudno było rozpoznać poszczególne twarze ludzkie, 

ale Janka od razu dostrzegła wysoką sylwetkę Kuby. Stał po drugiej stronie pod samą latarnią. 

Nie żegnając się z koleżankami odsunęła się od nich i podeszła dc niego.

- Jesteś? - ucieszył się. - Straciłem cię z oczu i myślałem, że się pogubimy.

- Taki byłeś pewny, że przyjdę?

- A czemu miałabyś nie przyjść? Co to, boisz się mnie czy co?

- Nie, ale wiesz...

- Nie zawracaj głowy - roześmiał się. - Co było, to było, teraz się nie liczy. Mówiłem, 

że mam do ciebie interes...

Poczuła nagle rozczarowanie. Nie przypuszczała, że tak lekko pożegnał się z tym, co 

było  między nimi dawniej. Ambitnie jednak nie dała poznać po sobie, że ją to zabolało. 

Powiedziała szorstko:

- Jak masz interes, to gadaj, koleżanki czekają.

- Co ci się stało? Gniewasz się na mnie?

- Nie, tylko nie mam czasu.

- Dobra. Mój brat, wiesz, Długi, chce się z tobą zobaczyć.

- O co chodzi?

- Ma jakieś rzeczy do opylenia. Podobno niezłe ciuchy. Może byś mu pomogła?

- Coś ty, wiesz, że się tym nie zajmuję. - Janka podniosła głowę i po raz pierwszy 

spojrzała mu w oczy. Stali nadal pod latarnią. Wszyscy ludzie wyszli już z kina, spłynęli w 

dół ulicą i teraz wokół nich było pusto. Jedynie daleko, w pobliżu Grunwaldzkiej, słychać 

było kroki i jakieś głosy przechodniów. Kuba roześmiał się.

- Nie bój się, towar jest pewny. Długi kupił to od jakiegoś niemieckiego marynarza. 

Możesz ładnie zarobić. Nie przyda ci się forsa?

background image

- Takie gadki możecie obaj zakładać nie do mnie - odparła. - Jak gliny to znajdą u 

mnie, mogą być kłopoty.

- Janka! - Kuba ujął ją za rękę i uśmiechnął się. - Mówię ci, nie bój się. Trzeba 

Długiemu pomóc. Zrób to dla mnie, no, zrobisz?

Opuściła głowę. Nie chciała dłużej patrzeć na jego twarz dobrze widoczną w świetle 

jarzeniówki. I żeby uspokoić swoje sumienie, pomyślała, że Adam ucieszy się z zarobku.

- Dobra - powiedziała - niech przyjdzie do mnie. Pogadamy.

- No widzisz - Kuba uścisnął jej rękę. - Wiedziałem, że to zrobisz. On wpadnie jeszcze 

dziś. Cześć, trzymaj się, Janka!

Dopiero  gdy odszedł, uświadomiła  sobie, że chciała  go przecież  zapytać,  co robi, 

gdzie się obraca i jak mu się powodzi. Zła na siebie i rozczarowana poszła szybko wąskimi 

uliczkami w stronę Alei Wojska Polskiego. Dogoniła koleżanki, ale kiedy ją namawiały, żeby 

poszła jeszcze z nimi do „Akwarium” na kawę, odmówiła.

-   Spieszę   się,   Adam   czeka   -   powiedziała   i   pożegnała   się   z   nimi   na   przystanku 

tramwajowym.

2

Andrzej długimi krokami wchodził po stopniach. Klatka schodowa była ciemna, ale z 

okien na półpiętrach padało dość światła, poruszał się więc szybko i pewnie. Wspiął się na 

trzecie   piętro   i   stanął   na   podeście.   Były   tu   tylko   jedne   drzwi,   podobne   do   tych,   które 

prowadzą na strych. Poszukał palcami dzwonka

background image

na futrynie, a kiedy znalazł, nacisnął energicznie. Odczekał chwilę, a gdy miał zamiar 

jeszcze raz zakołatać, rozległ się skrzyp drzwi, kroki i kobiecy głos zapytał:

- Kto jest?

- To ja, Andrzej, Długi - poprawił się, wiedząc, że ten pseudonim szybciej mu otworzy 

drzwi. 

Zgrzytnął zamek i wpuszczono go do środka. Znalazł się w ciasnym, zatłoczonym 

starymi gratami przedpokoju, oświetlonym słabą żarówką wiszącą pod sufitem. Przed nim 

stała Janka w grubym swetrze zapiętym wysoko pod szyję. Andrzej patrzył chwilę na jej 

twarz, która w świetle żarówki wydała mu się stara i zmięta. Spoza kobiety, gdzieś z głębi 

mieszkania, doleciał ochrypły okrzyk:

- Kogo tam diabli przynieśli?

- To ten,  co ci  mówiłam  - rzuciła  Janka przez  ramię,  równocześnie  podając rękę 

Andrzejowi. - Udawaj, że się małej znamy - szepnęła.

Andrzej skinął głową i poczuł się trochę nieswojo. Znów rozległ się tamten głos:

- No to dawaj go tu, czego tam marudzisz?

Janka poprowadziła Andrzeja dalej i po chwili znaleźli się w obszernym pokoju o 

tylko   jednym   oknie   wychodzącym  na  dach   sąsiedniego   domu.   Mieszkanie   widocznie 

przerobiono ze strychu. Gospodarze niezbyt musieli się troszczyć o jego wygląd, bo ściany 

były odrapane, podłoga zaśmiecona, łóżko rozgrzebanej a na stole walały się resztki jedzenia. 

Na parapecie okiennymi stała bateria pustych butelek po wódce i winie.

Otyły, nie golony mężczyzna siedział przy stole podparty łokciami i patrzył uważnie 

na Andrzeja. Jego małe czarne oczki zdawały się przewiercać gościa na wylot. Biegnące od 

nosa do kącików ust bruzdy nadawały tej obrzękłej twarzy wyraz skrzywienia. W pokoju było 

zimno. Mężczyzna ubrany był w granatowy gruby golf, z plamami na piersiach świadczącymi 

o niechlujności właściciela. Gospodarze widocznie mieli dopiero zamiar napalić w piecu, bo 

na   podłodze   stało   wiadro   pełne   węgla,   a   obok   drzwiczek   na   kawałku   blachy   widniała 

piramida popiołu wygarniętego z paleniska.

- Cześć, siadaj, synu - mężczyzna podał Andrzejowi rękę i pokazał krzesło. - Co jest?

- Brat mówił, żeby tu przyjść - zaczął Andrzej. - Rozmawiał podobno z... - zawahał się 

i szybko dokończył: - ...z panią Janką.

- Rozmawiał - potwierdziła Janka. - Ale dokładnie nie mówił, o co chodzi.

- No to gadaj, szkoda czasu - zażądał mężczyzna. - Fajki jakieś masz? - spytał jeszcze, 

zanim Andrzej zaczął mówić. - I możeś przyniósł coś do picia?

background image

- Papierosy mam - Andrzej podał przez stół paczkę. - Ale do picia nic... Jakoś nie 

tego...

- No to jak przychodzisz w gości, synu? - Zapalił nie zwracając uwagi na Andrzeja i 

już nieco łagodniej powtórzył: - Gadaj, o co chodzi.

- Mam coś niecoś do opylenia...

Adam palił obojętnie nie patrząc na gościa. Janka rozpaliła w piecu i teraz nakładała 

węgiel  łopatką,   robiąc  hałas,  że  na  razie  trudno  było  rozmawiać.   Adam  przeczekał.  Gdy 

podniosła się z klęczek, zapytał:

- Co masz?

- Ciuchy. Nawet niezłe. Jest futro z baranów, dwa garnitury, sporo innych rzeczy.

- Kogoś zrobił? - fachowo zapytał Adam.

- Skądże! - obruszył się Andrzej: - Uczciwie kupione od niemieckiego matrosa. Był 

pijany i potrzebował forsy. Okazja była, to kupiłem.

- Dobra, dobra - Adam zmrużył oko, przejechał językiem po spieczonych wargach i 

znów się skrzywił boleśnie. - Cholera, ale mam kaca, że też nie pomyślałeś, że interesy bez 

wódki nie idą.

- Zrobimy interes, będzie wódka.

- To już co innego - Adam próbował się uśmiechnąć. - Ale nie mam zamiaru siedzieć 

przez parę głupich ciuchów.

- To jest warte z piętnaście patyków.

Adamowi oczy zabłysły. Janka zdążyła już umyć ręce i przysiadła na krześle koło 

nich. Patrzyła z zainteresowaniem to na jednego, to na drugiego.

background image

- Jak myślisz - zwrócił się Adam do niej - warto się tym paprać?

- Jak ciuchy dobre, to się sprzeda - oświadczyła.

-   Trzeba   to   zobaczyć   -   zdecydował   Adam.   -   Przywieź   tu   ten   majdan,   synku,   to 

pogadamy.

- Dobrze - zgodził się szybko Andrzej - ale gotówka będzie zaraz?

- Jak to: zaraz? - nastroszył się Adam. - Co, myślisz, że mam bank?

- Forsa mi potrzebna.

- Zobaczymy. Jak będzie o czym gadać, to dam zaliczkę. Reszta po spyleniu. Przywieź 

to, a po drodze nie zapomnij coś do przepłukania gardła.

Andrzej podniósł się z miejsca, ale jeszcze nie odchodził. Przestępował z nogi na 

nogę, jakby się wahał.

- No, co jeszcze, synku? Przecież wszystko chyba jasne, nie? 

- Tak. Ale z tym wypiciem... Groszem nie śmierdzę. Postawię, jak sprzedam, chyba że 

pan da teraz coś...

Adam mruknął groźnie i oczka mu zaświeciły złowrogo.

- Daj mu ze sto złotych - powiedziała Janka. - Nie zwie-; je, ja go znam i jego brata 

też...

- Za dużo ich znasz - mruknął Adam, ale sięgnął do tylnej kieszeni spodni, wyjął sto 

złotych i podał Andrzejowi.

3

Andrzej   wskoczył   do   tramwaju   i   pojechał   w   stronę   Gdańska.   Przed   dworcem 

Głównym przesiadł się do taksówki. Nie była wprawdzie jeszcze późno, dochodziła dopiero 

siódma, ale na Orunię miał kawał drogi, a stamtąd do Oliwy musiał przejechać przez cały 

Gdańsk. Obawiał się, że to potrwa zbyt długo.

Przed domem Józka kazał taksówkarzowi zaczekać, a sam zapukał do drzwi. Otworzył 

mu brat Józka.

- Jest Józek? - niecierpliwie spytał Andrzej.

- A bo co?

- Umówiliśmy się - skłamał na poczekaniu.

- Nie ma - flegmatycznie odparł chłopak. - Mało kiedy o tej porze jest w domu.

- A gdzie może być?

background image

- Ja wiem? Może w Domu Kultury, a może pojechał gdzieś z kolesiami do Gdańska? 

Czy ja go pilnuję?

Andrzej nie wdawał się już dłużej w rozmowę, tylko pobiegł do taksówki i kazał 

jechać   w   stronę   niezbyt   odległego   Domu   Kultury.   Zajrzał   do   kawiarni,   a   potem   do   sali 

telewizyjnej. Tu w mroku wreszcie odnalazł Józka zapatrzonego w srebrny ekran. Pociągnął 

go za ramię i krótko rozkazał:

- Chodź!

Józek szarpnął się:

- Czego? - ale poznawszy kolegę rozchmurzył się i wstał z miejsca. - Co jest?

Andrzej nie odpowiedział, tylko poszedł przodem do wyjścia. Dopiero gdy znaleźli się 

na zewnątrz, zrobił mu wymówkę:

- Szukam cię po całym Gdańsku, wszystką forsę wydam przez ciebie na taksę.

- Nie wiedziałem,  że  przyjdziesz.  A co się stało?  Może?... - w jego głosie nagle 

zabrzmiał strach.

- Siadaj - Andrzej komenderował. - Jedziemy do Oliwy. Mam kupca na te rzeczy.

- Nareszcie będzie forsa - ucieszył się Józek wsiadając do taksówki.

Po drodze Andrzej kazał się jeszcze zatrzymać przed Delikatesami, kupił pół litra i 

teraz już ruszyli prosto do Oliwy. Gdy stanęli przed domem na Grottgera, długo grzebał po 

kieszeniach, żeby uzbierać na taksówkę. Wódka kosztowała pięćdziesiąt złotych, a taksometr 

wybił ponad sześćdziesiąt. Na szczęście Józek miał parę złotych i jakoś zapłacili.

- Może ich nie ma - niepokoił się Józek. - Mogli wyjść już do roboty.

- Chodzą na dziesiątą w tym tygodniu, na pewno jeszcze są - uspokoił go Andrzej. 

Schylił się, nabrał w garści śniegu, uformował kulę i rzucił w najwyższe okno jaśniejące 

słabym blaskiem. Nie trafił, rozległo się tylko mocne uderzenie w dachówki. Józek zrobił 

drugą kulę i też rzucił. Na dole gwałtownie otwarły się drzwi i rozległ się jazgotliwy głos 

gospodyni:

- Co to za chuligaństwo? Przestańcie, bo zawołam milicję!

-   Przepraszam...   -   bąknął   speszony   Andrzej   -   my   do   kolegów...   Nie   chcieliśmy 

dzwonić...

background image

- Za to chcieliście szyby powybijać! - gospodyni burczała jeszcze, ale wpuściła ich do 

domu, nieco udobruchana pokornym głosem Andrzeja.

Obaj pospiesznie wbiegli na piętro i Andrzej bez pukania pchnął drzwi. Rysiek mył 

się nad miednicą na jednym z krzeseł w kącie pokoju. Burek siedział przy stole i jadł chleb z 

kiełbasą nie popijając niczym.

- Cześć - powiedział Rysiek. - To wyście tak tłukli w okno?

- Nie mogłeś otworzyć? - złościł się Andrzej. - Musiała ta stara wychodzić?

- A co, nie może? Za co bierze forsę? - Burek mówił z pełnymi ustami. - Stocznia jej 

płaci za nas po cztery stówy miesięcznie. Niech chociaż za to drzwi otwiera!

Rysiek wycierając twarz i szyję podszedł do stołu. Kiedy tak stał w świetle lampy, 

wyglądał jak młody atleta z dobrze rozwiniętą klatką piersiową i mięśniami drgającymi pod 

skórą przy każdym ruchu. Zwrócił się do Andrzeja:

- Co cię tak przycisnęło, że teraz przychodzisz?

- Chcemy zabrać te rzeczy - oznajmił Andrzej.

- No to zabierajcie - flegmatycznie zgodził się Rysiek. - Będzie spokój. - Otworzył 

szafę i wystawił obydwie walizki naj podłogę. Torbę zostawił na miejscu.

- A to? - Andrzej sięgnął po torbę. Rysiek złapał go za rękę.

- To moje. Dałeś mi, nie pamiętasz?

- Torbę, ale nie to co w środku - zaoponował Andrzej.

- W porządku, ona jest pusta. Ciuchy przełożyłem do walizek. Andrzej wziął do ręki 

torbę turystyczną, zajrzał, czy nic w niej nie zostało, i zapytał podejrzliwie:

- Wszystko przełożyłeś?

- Coś ty,  myślisz, żeś to zostawił u jakich złodziei? - obraził się Rysiek, a Burek 

kończąc jedzenie zaproponował:

- Jak ci nie wierzy, to niech sobie sprawdzi.

- Dobra, nie mam czasu - Andrzej już brał jedną walizkę za rączkę. - Potem sprawdzę. 

Jak coś brakuje, to...

Rysiek wzruszył ramionami i począł wciągać koszulę. Józek  wziął drugą walizkę i 

obaj już ruszyli do wyjścia, kiedy nagle Burek wstał i zagrodził im drogę.

-   Te,   koleś   -   zaczepnie   zwrócił   się   do   Andrzeja.   -   Miało   być   coś   mokrego   za 

przechowanie. Tak chcecie zwiać?

- A tyś miał dać forsę za koszulę! - odparował Andrzej.

-   To   co   innego.   Powiedziałem,   że   po   wypłacie.   A   tu   się   nam   obydwóm   należy, 

obiecałeś.

background image

- Nie ma teraz czasu. Jak opchnę, to przyjadę z wódą.

- A to co? - Burek bez ceremonii sięgnął do kieszeni Andrzeja, z której sterczała 

główka półlitrówki. - Sami chcecie wypić? Rysiek, dawaj szkła!

- Zostaw! - Andrzej postawił walizkę i błyskawicznie wyrwał Burkowi butelkę z ręki. 

- To nie dla was. Muszę postawić facetowi, który kupuje te rzeczy.

- A my to pies? - upierał się Burek.

- Powiedziałem, że postawię, jak sprzedam. Możemy jeszcze dziś wrócić. Gość da 

forsę, to zaraz przyjedziemy.

- Dobra, zostaw go - powiedział Rysiek. - Nie będę się szarpał o głupie pół litra. 

Zobaczymy, czy masz słowo.

- Przekonacie się - rzucił Andrzej, ponownie ruszając do wyjścia.

Szybko zbiegli po schodach i po chwili spiesznie kroczyli w stronę tramwaju.

Teraz już nie mieli zbyt daleko. Przejechali cztery przystanki i wysiedli przy Alei 

Wojska Polskiego. Józek przez cały czas milczał. Nie pytał o nic. W duchu cieszył się tylko, 

że Andrzej tak sprawnie wszystko załatwia i wkrótce będą mieli pieniądze. Posłusznie szedł 

za nim ulicą, potem wspinał się na poddasze. Wreszcie znaleźli się w mieszkaniu Janki i jej 

przyjaciela.

- Więcej was matka nie miała? - Adam z niezadowoleniem łypał oczkami. - Musiałeś 

go tu przyholować?

- Sam bym nie dał rady - tłumaczył się Andrzej - walizki ciężkie. Zresztą to mój koleś, 

razem kupowaliśmy te ciuchy i razem sprzedajemy.

Józek pocałował Jankę w rękę, zakręcił się trochę nieśmiało i siadł wreszcie przy stole 

na   krześle   wskazanym   mu   przez   grubego   gospodarza.   Andrzej,   nim   zaczął   rozmowę, 

wyciągnął  butelkę  z kieszeni. Adamowi  oczka rozjaśniły się żywszym  blaskiem.  Grymas 

zniknął z jego twarzy, a fałdy tłuszczu ułożyły się w uśmiech.

- No tak to co innego! - zawołał. - Janka! kieliszki i coś na ząb! Od rana męczy mnie 

cholerny kac. Teraz się dopiero jako tako poczuję.

Kiedy wypili po jednej kolejce, Janka znowu napełniła kieliszki, gospodarz już nie 

spiesząc się do picia, zażądał:

- No to pokażcie, coście tam przytaskali.

Józek   posłusznie   wziął   walizkę.   Janka   chwyciła   drugą   i   postawiła   ją   na   łóżku. 

Chłopak poszedł w jej ślady. Wszyscy wstali i skupili się przy łóżku. Janka otwierała walizki 

i   poczęła   kolejno   wyjmować   rzeczy.   Pierwszym   przedmiotem   było   futro.   Rozwinęła   je, 

strzepnęła i uniosła w górę.

background image

- Ładne - powiedziała z nieukrywanym zachwytem. - Widać, że mało noszone.

- Iii tam, pewnie mole je nadżarły, trzeba dobrze obejrzeć - skrzywił się Adam. Ale 

Janka już wkładała je na siebie, podeszła do starego lustra i przeglądała się, strojąc miny, 

podnosząc i opuszczając duży kołnierz.

- W sam raz na mnie - stwierdziła. - Ile ma kosztować?

- Warte jest z dziesięć patyków - powiedział Andrzej.

- Ty nie mów, ile warte, synku, tylko ile chcesz - osadził go Adam.

- No z osiem, a najmniej siedem tysięcy.

- Weź je sobie od razu - Adam machnął ręką. - Nie mamy o czym gadać. Jak chcesz 

takie pieniądze, to idź do komisu.

- No dobra - Andrzej od razu zrobił się bardziej ugodowy.

- Ile pan da?

- Ja nic nie dam, bo go nie kupię - odparł Adam. - Ale jak znajdę kupca, to mogę mu 

powiedzieć pięć tysięcy. Tysiąc będzie dla mnie, ty dostaniesz cztery.

- To mało - zaprotestował Andrzej.

- Jak mało, to sprzedawaj sam. I tak nie wiem, czy kupca znajdę.

- Dobra, niech będzie, pogodzimy się - zmiękł Andrzej. - Ale nie mniej niż cztery 

patyki dla nas do ręki.

- Zobaczymy - mruknął Adam i rzucił do Janki: - Zdejmij to, bo się przyzwyczaisz.

- Adam... A jakbyśmy tak my... dla mnie? Adam wściekle błysnął oczkami.

-   Zwariowałaś?   W   kradzionym   chcesz   chodzić?   Żeby   zamknęli   cię   razem   z   tym 

futrem?

- To nie kradzione - zaprotestował Andrzej. - Mówiłem...

- Dobra, dobra... Pokazuj, co masz tam jeszcze.

Obejrzeli dokładnie całą zawartość obu walizek. Rozkładali każdą rzecz, naradzali się, 

ustalali   cenę   z   reguły   niższą   co   najmniej   o   połowę   od   rzeczywistej   wartości.   W   końcu 

wszystko leżało wyłożone, a na łóżku pozostały tylko puste walizki. Andrzej wskazał na nie.

- To się też chyba liczy, nie? - zapytał.

- Co, te stare graty? Na cholerę to komu?

- No, ta może zostać za darmo, jako dodatek - Andrzej wskazał na bardziej zużytą 

walizkę. - Ale ta jest bardzo” ładna, zagraniczna. Warta parę złotych.

- No to zostaw ją, zobaczymy,  może razem z ciuchami ktoś weźmie - zgodził się 

Adam i wrócił do stołu. Nie zapraszając gości sam wychylił kieliszek wódki. Andrzej również 

uniósł swój kieliszek, a Józek i Janka zrobili to samo. Kiedy wypili, Andrzej podsumował:

background image

- Futro cztery, garnitury po osiemset to tysiąc sześćset... reszta dwa i pół, razem osiem 

tysięcy sto złotych.

- Nie będziemy się spierać - odparł Adam. - Dostaniecie siedem i pół patyka i będzie 

dosyć.

- Co? - oburzył się Andrzej.

- Dobrze - ustąpił nagle Adam - pogadamy, jak to opchnę.

- To nie będzie forsy zaraz? - powiedział Józek z takim rozczarowaniem, że wszyscy 

spojrzeli na niego.

Adam uśmiechnął się wyrozumiale.

- Kto dziś ma pod ręką taką gotówkę? Zresztą mam sobie założyć z tym komis czy 

jak? Sprzedam, to dostaniecie.

- Futro może weźmie moja siostra ze wsi - wtrąciła się Janka.

- No widzicie, to pójdzie prędko, ale trzeba trochę poczekać.

- Obiecał pan chociaż zaliczkę - Andrzej też był rozczarowany.

- Dostałeś przecież...

background image

- Te sto złotych? To było na wódkę.

- No dobra - Adam sięgnął do kieszeni i wyciągnął zwitek banknotów. - Nie chcę się z 

wami targować, bo widzę, że groszem nie śmierdzicie. Macie tu - położył  na stole kilka 

czerwonych banknotów. - To będzie osiem setek.

- Tu jest siedem - Andrzej przeliczył pieniądze.

- No przecież setkę dostałeś - zezłościł się Adam. - Coś myślał, że jeszcze ja wam 

będę stawiał?

Nie targowali się dłużej. Umówili się tylko, że Andrzej wpadnie za kilka dni, żeby się 

dowiedzieć, co sprzedane, i odebrać resztę pieniędzy. Adam rozlał pozostałą wódkę.

- No to zdrowie - powiedział - żeby interes dobrze poszedł!

- Zdrowie - Odpowiedzieli równocześnie. Wypili i zaraz zaczęli się żegnać.

Gdy wyszli na ulicę, Józek sapnął ze złością.

- Ależ to drań. On nas wykiwa, zobaczysz, że nas wykiwa.

- Nie odważy się - z pewnością siebie odparł Andrzej. - Wie, że bym mu tego nie 

podarował.

- Zobaczymy - mruknął Józek i zaraz zapytał: - To co robimy? Wcześnie jeszcze.

- Obiecałem tym dwóm z Oliwy, że wpadniemy do nich - przypomniał Andrzej.

- Możemy - zgodził się Józek. - Warto by coś jeszcze wypić, pół litra na tyle osób to 

było nic.

Poszli do pobliskiego sklepu, kupili litr wódki, kilo kiełbasy i kilka bułek. Z tymi 

zakupami wsiedli do tramwaju. Kiedy już jechali, Józek siedzący naprzeciw kolegi pochylił 

się i powiedział:

-   A  my   kiedy   się   policzymy?   -   Myśl   o   pieniądzach   nurtowała   go   od   dawna,   ale 

dopiero teraz znalazł okazję, żeby się upomnieć o swoją część.

Andrzej bez słowa wyciągnął z kieszeni banknoty, odliczył dwieście złotych i podał 

mu.

- Trzymaj - burknął z niechęcią. - To twoje.

- Tylko tyle? Przecież dostałeś osiem stów.

- A ileś chciał? Setka poszła na taksówkę i tamto pół litra. Teraz wydaliśmy dwie 

setki. Zostało pięć.

- No to należy mi się dwie i pół - nalegał Józek.

- A tej setki, co ci dałem zaraz po skoku, już nie pamiętasz? Józek zamilkł i nie 

spierając  się dłużej  schował pieniądze  do kieszeni.  Był  jednak naburmuszony.  Liczył,  że 

wreszcie będzie miał sporo pieniędzy, a tymczasem musiał się zadowolić tylko tymi dwiema 

background image

setkami.   Pomyślał,   że   jeśli   tak   dalej   będzie,   to   niewiele   więcej   zobaczy,   i   po   raz   drugi 

pożałował, że wziął udział w tym napadzie. Kiedy uprzytomnił sobie, ile przeżył strachu i ile 

włożył w to wszystko wysiłku za tak mały zysk, zżymał się wewnętrznie i ogarniała go coraz 

większa złość.

Jazda trwała krótko i nim dojrzał w nim wybuch buntu, już ponownie stali przed willą 

na Grottgera. Tym razem nie rzucali śniegiem w okna, tylko normalnie zadzwonili. Rysiek 

natychmiast zbiegł na dół, żeby ich wpuścić, ale gospodyni i tak zdążyła wyjrzeć na korytarz i 

słyszeli, jak mruczała:

- Kręcą się tu jak po jakim hotelu! Spokoju człowiek nie ma z tymi lokatorami!

Nie odpowiedzieli na tę zaczepkę, szybko zniknęli za drzwiami.

- Myślałem, że nawalicie! - powitał przybyłych wesoło Burek. - Fajne z was chłopaki!

- A coś myślał? - Józek czuł się tu już śmielej niż za pierwszym razem, zresztą wypite 

trzy kieliszki dodawały mu animuszu. - Jak się słowo dało, to mur!

Rysiek   zgarniał   ze   stołu   sterty   rozmaitych   śmieci,   a   Burek   wyciągał   brudnawe 

szklanki i poobtłukiwane kubki. Postawił też szczerbaty talerz, na którym położyli kiełbasę 

pokrajaną w duże kawałki. Bułki złożyli na starej gazecie. Józek sprawnie uderzył w dno 

butelki i korek wyskoczył, a wódka prysnęła na ścianę.

- Uważaj, nie rozlewaj - zawołał Rysiek - wódki szkoda!

- Starczy, jest jeszcze druga - uspokoił go Józek, a Andrzej postawił na stole następną 

butelkę.

Łapczywie rzucili się na wódkę i pili dużymi porcjami, niemal nie zagryzając. Jedynie 

Burek rwał kiełbasę zdrowymi zębami i jadł mlaskając głośno.

Józkowi zrobiło się ciepło. Rozpiął marynarkę, ukazując wymiętą flanelową koszulę. 

Było mu dobrze i poprzedni gniew z powodu pieniędzy przeminął.

Andrzej pił mało. Pociągał ostrożnymi łykami, kiełbasy ledwo dotknął, cały czas palił. 

Nigdy nie miał zbyt mocnej głowy i wolał wino niż wódkę. Nie chciał jednak okazać się inny 

niż oni.

A dwaj gospodarze łykali hausty wódki jak wytrawni pijacy. Rysiek dostał wypieków, 

Burek zrobił się rozmowniejszy, oczy; zaczynały im się świecić.

- Jak będziecie jeszcze kiedy coś mieli, to możecie tu wstawić - wylewnie zapraszał 

Rysiek. - U nas jak w banku, nic nie zginie.

- Tylko zawsze starajcie się jak dziś - roześmiał się Burek, sięgając po drugą butelkę.

- Pozalewamy się - zauważył Andrzej, który wcześniej niż inni czuł szmer w głowie.

background image

- No to co? - Burek już podnosił w górę swój kubek. - Jak jest, to się pije. Odmawiam 

tylko pacierze, wódki nigdy! - wygłosił stary slogan.

- A robota? - zatroskał się nagle Józek. - Zalani pojedziecie?

- Nie twój interes - Rysiek roześmiał się wesoło. - Robota lubi głupich, a my nie głupi.

- Nic wam nie  powiedzą,  jak zobaczą,  że  jesteście  po kielichu?  - interesował  się 

Andrzej.

Teraz Burek się roześmiał.

- Kto? Na nocnej zmianie? Wlezie się gdzieś w kąt i prześpi do rana. Albo wcale nie 

pójdziemy i też będzie dobrze! Najwyżej dniówkę potrącą!

- Co tam robota, pijmy, póki jest! - zawołał Rysiek. - Sto lat, sto lat!

Zgodnym chórem zaśpiewali głośno, wrzaskliwie, aż się ściany trzęsły. Potem Burek 

zaintonował   jakąś   świńską   piosenkę,   którą   odśpiewali   z   przytupywaniem   i   wybuchami 

śmiechu.

W  butelkach  pokazało  się  dno. Wszyscy  już  byli  pijani,  weseli,   pełni  animuszu   i 

zadziorności.

Nagły łomot do drzwi uciszył ich. Spojrzeli po sobie półprzytomni, a Rysiek zapytał:

- Kto?

- Ciszej tam, musicie tak wrzeszczeć? - sierdziła się gospodyni. - Noc już, ludzie chcą 

spać, a oni się drą na całe gardło! Do roboty idźcie, bo się spóźnicie!

- Dobrze, mamusiu,  dobrze! - odkrzyknął  Burek i natychmiast  począł  ryczeć  big-

beatową piosenkę, wytłukując butelką rytm na stole.

Drzwi   otwarły   się   z   trzaskiem   i   na   progu   stanął   gospodarz.   Był   to   starszy   już 

mężczyzna, z grubymi, obwisłymi wąsami. Miał na sobie spodnie i podkoszulkę z długimi 

rękawami. Twarz skurczyła mu się we wściekłym grymasie.

- Milczeć! - huknął, aż zadrżały szyby. - Milczeć, bo powyrzucam wszystkich na zbite 

mordy!

Chłopcy   podnieśli   się   z   miejsc   jak   na   komendę   i   ze   strachem   cofali   się   przed 

rozwścieczonym gospodarzem. Od razu spotulnieli i umilkli.

- No czego? - bąknął Rysiek. - Przecież nic takiego... Co pan?...

- Jak jeszcze raz usłyszę, że tak ryczycie, to wylecicie wszyscy z domu! - zagroził 

gospodarz. - A jutro pójdę do stoczni. Powiem w dyrekcji i radzie zakładowej, że nie chcę u 

siebie takich bandziorów!

- No dobrze, dobrze, już nie będziemy - łagodził Rysiek. Andrzej z trudem przełykając 

ślinę wysunął się do przodu i powiedział:

background image

- Nie ma co się złościć, eee... panie. Co to, pośpiewać nie wolno?

- Wynocha, pókim dobry! - krzyknął gospodarz i groźnie podszedł do Andrzeja.

Już mieli się wziąć za klapy, kiedy wmieszał się Józek. Ujął kolegę za ramię i szarpnął 

do tyłu.

- Idziemy - powiedział. - Spływamy stąd!

- Tylko prędko - popędził ich gospodarz.

- Wszyscy idziemy - zdecydował nagle Burek.

- Co, tak się dajecie wypędzić? - w Andrzeja nagle wstąpił bojowy duch. - Ja nigdzie 

nie idę, wolno mi być u kolegów! - krzyczał coraz głośniej, a gospodarz znów ruszył w jego 

stronę. Ale koledzy, których awantura nieco otrzeźwiła, mocno chwycili Andrzeja pod pachy. 

Siłą wcisnęli na niego kurtkę, nabili na oczy beret i choć się szarpał i wyrywał, wyprowadzili 

z pokoju. Na schodach nagle zaparł się nogami, rękami ujął poręcz i oświadczył:

- Nigdzie nie idę... Puśćcie, wszarze! Co mi  tu... - nagle ucichł, sflaczał  i począł 

gwałtownie przełykać ślinę.

- Weźcie go prędko, bo mi zarzyga dom! - krzyknęła gospodyni stojąca przez cały 

czas za mężem.

Ale   już   nie   zdążył.   Andrzej   zwymiotował   na   schody.   Teraz   dał   się   bez   oporu 

wyprowadzić Józkowi i Ryśkowi, a Burek przeklinając go został, aby posprzątać.

Potem   w   trójkę   odwieźli   przelewającego   się   przez   ręce   Andrzeja   do   Wrzeszcza. 

Chcieli go jeszcze zabrać na kawę, żeby się otrzeźwił, ale odepchnął ich i poszedł sam gdzieś 

w kierunku ulicy Matki Polki. Józek, Burek i Rysiek nie zmartwili się tym. Poszli do „Cafe 

Toto” i wypili butelkę kwaśnego wina, które kupili w pobliskich Delikatesach, żeby było 

taniej.

ROZDZIAŁ SIÓDMY

 1

Józek jadł pospiesznie, szeroko rozstawiwszy łokcie na stole. Głośno pociągał herbatę 

z aluminiowego kubka, smarował chleb margaryną i żuł go pełnymi ustami.

Siedział przy stole razem z matką i resztą rodzeństwa. Ojca nie było w domu. Zniknął 

gdzieś zaraz po obiedzie, a na pytanie żony, dokąd idzie, nawet nie odpowiedział.

Ostatnio stary pracował przez jakiś czas w którymś z przedsiębiorstw budowlanych, 

prowadzących mimo pełnej zimy intensywne roboty. Nawet sobie chwalił, że jest mu ciepło, 

bo wnętrze domu, który budowali, było sztucznie ogrzewane dmuchawami  wtłaczającymi 

ciepłe powietrze. Dość regularnie wychodził rano, jeszcze po ciemku, a wracał po czwartej. 

background image

Matka cieszyła się z tego i niecierpliwie czekała na pierwszą wypłatę,  obliczając, co za to 

kupi. Mężowi zapowiedziała, że samą z nim pójdzie do biura, żeby nie zdążył po drodze 

przepić tego, co zarobił.

I   właśnie   dziś   stary   znów   rozpoczął   swoje   kolejne   pijaństwo.   Z   roboty  przyszedł 

zaczerwieniony,  z błyszczącymi  oczami. Ale matka nic nie powiedziała. Była  rada, że w 

ogóle wrócił po pracy. Podała mu obiad, zagadywała przychylnie, wiedząc, że każda kłótnia 

skończy się jego wyjściem z mieszkania.

Wszystko to na nic się jednak zdało. Ledwo skończył jeść, wyciągnął waciak, czapkę 

wbił na głowę i ruszył do drzwi.

- Gdzie idziesz? - próbowała go zatrzymać żona. - Posiedź, odpoczynij po robocie - 

jeszcze chciała z nim łagodnie, ale już w jej głosie brzmiała irytacja.

Nie zatrzymaj się, nie odpowiedział i nawet nie spojrzał w jej kierunku, tylko uciekł 

pośpiesznie z mieszkania.

Matka wybuchnęła spóźnionym gniewem, wytłukła najmłodszą córkę za zmoczenie 

majtek, zasypała też Józka wyrzutami, że jest taki sam jak ojciec, choć chłopak siedział cicho 

i nie dał jej powodu do wymówek. Musiała przecież wyładować na kimś swój gniew, tak 

robiła zawsze i dopiero po długiej litanii przestała narzekać i przeklinać.

Józek z trudem przetrzymał tę burzę. Był moment, że chciał pójść w ślady ojca, ale 

powstrzymała go myśl, że nie dostanie za to kolacji. Był umówiony z Andrzejem na ósmą, 

chciał więc przetrwać do tej pory i przed wyjściem zjeść, co matka da. Jeszcze gdyby miał 

pieniądze, może by sobie kupił coś w barze do jedzenia, ale to, co dostał od Andrzeja, już się 

rozpłynęło. Prawie całe sto złotych wydał tego samego wieczora, kiedy z Burkiem i Ryśkiem 

poszli do „Cafe Toto” na kawę i wino. A drugie znalazła matka, kiedy nazajutrz, zła za to, że 

wrócił   późno   i   w   dodatku   pijany,   przetrząsnęła   mu   kieszenie.   Nie   pomogły   protesty   i 

zaklinania, że to pożyczone i musi oddać. Pieniądze zostały skonfiskowane bezpowrotnie.

Dziś mieli się spotkać z Andrzejem o ósmej w barze „Jacek” koło Hali Targowej. 

Umówili   się,   że   Andrzej   pojedzie   do   Janki,   bo   może   już   coś   udało   się   sprzedać   i   będą 

pieniądze. Józek naciskał, żeby wydębić od Adama choćby drugą zaliczkę. Andrzej, który też 

był już bez grosza, sam zaproponował, że załatwi tę sprawę, a potem się spotkają i odda 

Józkowi jego część.

Chłopak   nie   powiedział   matce,   że   ma   zamiar   po   kolacji   jeszcze   wyjść   z   domu. 

Wiedział, że będzie z tego powodu nowa burza i może się nawet skończyć szarpaniną, a już 

co najmniej musi wysłuchać krzyku i narzekań. Przeczekał więc cierpliwie całe popołudnie, a 

background image

teraz spiesznie jadł kolację, gdyż minęła siódma i pora była wychodzić. Do „Jacka” miał 

kawał drogi.

- Czego się tak śpieszysz? - zapytała matka podejrzliwie. - Udławisz się tym chlebem.

Józek przełknął ostatni kęs i wycierając usta ręką odparł: - Bo muszę iść.

- Gdzie? Gdzie cię znów niesie?

Wstał i pochyliwszy nad nią głowę skłamał:

- Pójdę na telewizję do Domu Kultury.

- W domu byś posiedział! Latasz ciągle tak jak twój ojciec. Taki sam rośniesz! Ja to 

nie mam czasu na żadne telewizje ani kina!

- Pójdę z tobą - zaproponował nagle młodszy brat.

- Siedź w domu, matce pomożesz - burknął Józek.

- A ty byś nie pomógł? Nasprzątam się w administracji i w domu też sama wszystko 

muszę zrobić. Gdzie cię niesie? Taki sam rośniesz jak ojciec...

-   Mama   by   chciała,   żebym   z   kurami   chodził   spać.   A   ja   mam   już   przecież 

dziewiętnaście lat i mogę robić, co chcę.

- Jak zarobisz na siebie, to będziesz sobie robił, co chcesz! Mój chleb jesz, grosza nie 

zarobisz,  boś wałkoń,  a  jeszcze  pyskujesz!  Już  by cię  lepiej  do  wojska wzięli,   bo znów 

pójdziesz siedzieć, jak tak będziesz latał!

Matka liczyła na to, że w wojsku chłopak się ustatkuje, nauczy dyscypliny. Ale Józka 

nic tak nie denerwowało jak myśl o wojsku. Teraz jednak nie chciał się dłużej kłócić, bo 

właśnie wskazówka starego zegara wiszącego na ścianie wskazywała piętnaście po siódmej i 

już był najwyższy czas, żeby wyjść. Obawiał się, że jeśli Andrzej przyjdzie pierwszy i go nie 

zastanie, gotów odejść, a wówczas znów musiałby chodzić bez pieniędzy. Wciągnął więc 

pośpiesznie swój ortalionowy płaszcz, z którymsię teraz nie rozstawał, i już chciał wyjść, 

kiedy nagle drzwi otworzyły się z hukiem i do środka wtoczył się ojciec.

Był teraz o wiele bardziej pijany niż po południu. Waciak rozpiął, koszulę pod szyją 

miał rozchełstaną, a czapka zjechała mu na tył głowy. Trzasnął drzwiami, zatoczył  się w 

stronę   stołu   i   nic   nie   mówiąc,   począł   się   rozbierać.   Zaczynał   od   brudnych   butów,   które 

usiłował ściągnąć z nóg, nie odwiązawszy sznurowadeł.

Matka patrzyła w milczeniu, jakby zabrakło jej słów. Młodsze dzieci, jak spłoszone 

stado wróbli, uciekły momentalnie na łóżka, a Józek usiłował się przemknąć bokiem, żeby nie 

zawadzić o pijanego. Ale ojciec dojrzał go, podniósł nogę do góry i zawołał:

- Ściągnij to, no, pomóż ojcu!

W tym momencie matka wybuchnęła strasznym krzykiem:

background image

- Że też święta ziemia chce nosić takiego pijaka! To ja haruję, ręce sobie po łokcie 

urabiam, dzieciom nie ma co do pyska włożyć, a ty wszystko przepijesz! Jeden kryminalista, 

drugi pije jak ostatnia świnia! Za co mnie pan Bóg pokarał, za co?

Krzyczała   spazmatycznie   chwyciwszy   dłońmi   głowę,   nieprzytomna   z   gniewu   i 

rozpaczy. Dzieciaki już zaczynały pochlipywać. A stary podniósł z trudem obrzękłą od wódki 

twarz, zamrugał powiekami i powiedział spokojnie: - Zamknij mordę, czego się tak drzesz?

Józek  nie  czekał  na dalszy ciąg. Wiedział,  że  skończy się to  rozbijaniem  mebli  i 

sprzętów   przez   ojca.   Nie   chciał   brać   w   tym   udziału.   Czym   prędzej   dopadł   drzwi   i   nim 

ktokolwiek zdążył go zatrzymać, już był na ulicy. Krzyki matki dobiegały aż tutaj, smagały 

go, zmuszały do szybszej ucieczki.

Józek zawsze w takich momentach ogromnie się denerwował. Nie przywykł do tych 

scen, choć był ich świadkiem i uczestnikiem od wielu lat. Zawsze miał ochotę stanąć po 

stronie matki, niekiedy nawet próbował tego, jeśli ojciec zabierał się do rękoczynów, ale 

wtedy wszystko skupiało się na nim i w rezultacie obrywał porządnie. Wprawdzie teraz był i 

wyższy, i silniejszy od starego, nie umiał jednak wyzyskać tej przewagi nad ojcem. Bronił się, 

unikał  ciosów, czasem  nawet przyjmował  postawę zaczepną,  ale  nie odważył  się jeszcze 

uderzyć. Najwyżej szarpał się z nim i odpychał pijanego, ale po tym zawsze zostawały mu 

ślady w postaci podbitego oka czy paru siniaków.

Niejeden raz po takiej awanturze miał ochotę uciec z domu i nigdy już nie wracać. 

Bywały   momenty,   że   włóczył   się   przez   dwie,   nawet   trzy   doby,   nocował   gdzieś   w   nie 

zamkniętych piwnicach, żył z tego, co skombinował lub ukradł, w końcu jednak wracał. Jakoś 

nie umiał sobie wyobrazić samodzielnego życia, wrósł w ten dom, którego nie kochał, ale 

który był jednak jego domem.

Tym razem nie miał czasu na rozważanie sytuacji, jaką zostawił w mieszkaniu. Był 

zbyt  zaabsorbowany umówionym  spotkaniem z Andrzejem. A że było już bardzo późno, 

popędził do tramwaju, żeby zdążyć do „Jacka” na ósmą.

2

Duża   sala   z   prostokątnymi   filarami   sprawiała   wrażenie   poczekalni   dworcowej   po 

dwudziestu   czterech   godzinach   ruchu.   Stoliki   pokryte   szkłem   zastawione   były   brudnymi 

talerzami z resztkami jedzenia. Widniały na nich kałuże piwa i wódki, w których rozmakały 

niedopałki  i  popiół z  papierosów, okruchy pieczywa.  Od strony wejścia zalatywały  ostre 

wonie z ubikacji. Przy bufecie, znajdującym się w drugim końcu sali, tłoczyli się mężczyźni 

background image

niecierpliwie   domagający   się   piwa.   Bufetowa   obsługiwała   ich   sprawnie,   nakładała   na 

talerzyki zakąski, odkorkowywała butelki i podawała kelnerom, którzy nieśli to do stolików. 

Pili tu bywalcy pobliskiej hali targowej, ubijano niezbyt czyste interesy, a ci, którzy zaczęli 

libacje gdzie indziej, tu przychodzili, żeby się doprawić „dużym jasnym” lub „setką” czystej. 

Kiedy już kelner komuś zbyt pijanemu nie chciał podać więcej alkoholu, przypominał sobie o 

zasadzie obowiązującej tu od dawna i mówił:

- Nie podam samej wódki. Jedna wódka, jedno danie!

- Dobra - odpowiadał nie speszony bywalec baru. - Daj pan dużą wódkę i małe piwo, 

to też zakąska, nie? - kelner szedł w stronę bufetu wykonać zamówienie, bo wiedział, żer z 

tymi gośćmi lepiej nie zadzierać.

Józek zatrzymał się na progu, jakby zaduch panujący w barze osadził go na miejscu. 

Chwilę patrzył przed siebie, usiłując poprzez sine kłęby dymu rozpoznać sylwetkę Andrzeja, 

ale sala była  duża, w dodatku załamana  pod kątem prostym,  musiał  więc postąpić  dalej. 

Zaczerpnął   powietrza   głęboko   i   wszedł.   Zaraz   zderzył   się   z   jakimiś   dwoma   pijanymi 

mężczyznami,  którzy balansując między stolikami  opuszczali  lokal.  Jeden z nich zaklął  i 

błysnął wściekle przekrwionymi oczami, ale drugi, nieco trzeźwiejszy, szarpnął go za ramię i 

pociągnął do drzwi.

Józek przeszedł całą salę, obejrzał wszystkich gości i z rozczarowaniem stwierdził, że 

Andrzeja jeszcze nie ma. Nie bardzo wiedział, co ma robić. Nie miał pieniędzy, żeby sobie 

coś   zamówić,   a   wiedział,   że   bez   zamówienia   kelner   nie   pozwoli   mu   zająć   miejsca. 

Zdecydował się jednak zostać, licząc, że Andrzej zaraz przyjdzie. Podszedł do stolika, przy 

którym   siedział   tylko   jeden   mężczyzna.   Był   pijany,   głowę   smętnie   zwiesił   i   drzemał 

posapując  przez  nos. Od  czasu  do czasu  otwierał   oczy,   drżącą  ręką  brał  ogromny  kufel, 

pociągał łyk piwa i znów przymykał powieki.

- Można? - grzecznie zapytał Józek.

Pijany czknął, podniósł jedną powiekę i mruknął:

- Nie pieprz, tylko siadaj. - A gdy Józek siadł, otworzył drugie oko i zapytał sepleniąc: 

- Postawisz setkę?

Kelner już podszedł do stolika i pochyliwszy się nad nimi pytał:

- Co podać? - zwracał się do Józka, jakby tego drugiego w ogóle nie było.

- Piwo - zamówił Józek, wywołując nieznaczny grymas na twarzy kelnera.

- Dla mnie setkę czystej - zawołał nagle pijany. - Koleś płaci - wskazał na Józka.

Kelner podniósł pytająco brwi, ale Józek bez ceremonii zaprzeczył:

- Mowy nie ma, kup se pan sam!

background image

- To wypieprzaj od stolika - zdenerwował się pijak.

- Spokój - powiedział nagle kelner. - Dosyć już, zjeżdżaj pan - to było do pijanego, 

który nagle wpadł w złość i huknął pięścią w stół.

- Kto ma zjeżdżać, ja? Ja wam!... - ale nie zdążył dokończyć, co im zrobi, bo kelner 

wolno, a przy tym zdecydowanie, ujął go za łokieć i tak szarpnął, że gość podskoczył jakby 

pchnięty sprężyną. Wrzasnął i zaklął, kelner jednak nie zwracając na to uwagi popchnął go 

brutalnie do drzwi i wyrzucił na ulicę. Otrzepał potem elegancko ręce, wrócił, zabrał ze stołu 

kufel i poszedł po piwo dla Józka.

Chłopak   rozglądał   się   dokoła.   Nie   raził   go   widok   pijanego   ani   brudu   w   knajpie. 

Nurtował go jedynie niepokój, co będzie, jeśli Andrzej nie przyjdzie w ogóle. Nie miał nawet 

tyle pieniędzy, żeby zapłacić za kufel piwa. Pomyślał więc, że trzeba będzie w razie czego 

wymknąć się chyłkiem. Ale właśnie gdy rozważał tę możliwość, dojrzał w drzwiach wysoką 

postać Andrzeja. Zamachał ręką, tamten zobaczył go natychmiast i ruszył do stolika.

- Jesteś? - ucieszył się. - Coś zamówił?

Nim Józek zdążył odpowiedzieć, kelner znalazł się przy nich i postawił wielki kufel.

- Piwo? - skrzywił się Andrzej.

- A masz ochotę na coś mocniejszego? - bystro zapytał Józek i zaraz dodał: - To 

postaw, ja też chętnie się napiję.

- To co dać? - kelner stał wyczekująco. - Ćwiartkę - zarządził Andrzej i zaraz się 

poprawił -  albo nie, daj pan pół litra, po co dwa razy chodzić. I śledzika na zakąskę. W 

śmietanie.

Józkowi, słuchającemu  tego zamówienia,  humor od razu się poprawił. Gdy kelner 

odszedł, zapytał niecierpliwie:

- Forsę masz? Andrzej skrzywił się.

- Niech go jasna cholera, tego Adama.

- Co ty, co się stało? - przestraszył się Józek. - Wykiwał nas?

- Eee, co to, to nie! Spokojna głowa, mnie  on nie wykiwa.  Ale kręci  trochę,  nie 

spieszy się, jeszcze prawie niczego nie opylił.

- Ale coś jednak poszło? - w głosie Józka była nadzieja. Andrzej nie odpowiedział, bo 

właśnie nadszedł kelner. Postawił butelkę, podsunął im talerzyki ze śledziami, od razu nalał 

do kieliszków. Kręcił się, choć już nic tu nie miał do roboty. Andrzej nie paprząc na niego 

powiedział:

- Sobie też!

background image

Kelner błyskawicznie wyciągnął z kieszeni duży kieliszek i nalał do pełna. Ukradkiem 

rozejrzał się po sali, czy nikt nie patrzy, mrugnął do nich i rzuciwszy krótkie „na zdrowie” 

jednym   haustem   wlał   alkohol   do   gardła.   Chłopcy   także   wypili,   stuknąwszy   się   lekko 

kieliszkami.

- No to jak jest? - pytał niespokojnie Józek, kiedy kelner odszedł wreszcie od ich 

stolika. - Sprzedał coś czy nie?

- I tak, i nie - mruknął Andrzej nie patrząc na niego.

- Co to znaczy? Albo tak, albo nie, mów wyraźnie!

- To futro - zaczął ściszonym głosem Andrzej. - Wzięła je jakaś baba ze wsi, nie wiem 

kto, jakaś krewna Janki, zresztą wszystko jedno kto. Tylko nie dała jeszcze całej forsy. Dała 

patyka zaliczki.

- Tylko patyka? - Józek nie ukrywał rozczarowania.

- Resztę ma przywieźć za parę dni, jak będzie w Gdańsku. Oni mówią, że to pewna 

sprawa, bo babę dobrze znają.

- Niech to szlag trafi. Raz setka, raz dwie i właściwie człowiek forsy nie widzi - 

narzekał Józek, nalewając wódki do kieliszków.

Andrzej teraz już pewniej patrzył na niego, rozumiejąc, że najgorsze przeszło. Nie był 

pewny, czy Józek spokojnie przyjmie wiadomość, że przyniósł tak mało pieniędzy.

- Jakoś to będzie - pocieszył kolegę. - Ktoś wziął też garnitur. Ma przymierzyć i jak 

będzie   dobry,   to   zaraz   zapłaci.   Reszta   też   poleci.   Zresztą   co   się   martwisz,   na   dłużej   ci 

starczy...

- Taki skok - biadał Józek - i gówno mamy nie forsę. - Podniósł kieliszek. Andrzej 

poszedł w jego ślady i obaj wypili.

- Iii, co za skok! - Andrzej powiedział wylewnie. - Dla mnie to nic. Taka robota to 

śmiech!

Józek popatrzył na niego spode łba, ale słuchał zaciekawiony.

- Mówisz, jakbyś nie wiem co robił - rzucił prowokacyjnie.

Andrzej zabłysnął oczami, machnął lekceważąco ręką i wypił swoją wódkę. Józek nie 

pozostał w tyle.

- A ja ci mówię, że nic nie wiesz - upierał się Andrzej. - To, co było, to frajer. Ja, 

bracie, mogę robić nie takie skoki, mówię ci, żebym tylko chciał...

- Gadasz, gadasz, a chodzisz bez grosza jak i ja - z przekąsem zauważył Józek.

Andrzeja to nie speszyło. Roześmiał się i pochyliwszy głowę w stronę kolegi szeptał:

background image

- Bo ja na forsę nie lecę, kapujesz? Jak coś się podłapie, to dobrze, frajer by nie wziął,  

ale dla mnie forsa to nic, mogę mieć, ile chcę.

- Skąd? - rzeczowo spytał Józek. - I dlaczego nie masz, jak możesz mieć?

- Bo nie chcę. A zresztą co ci będę tłumaczył, to nie są sprawy dla ciebie! Szkoda 

gadania!

- Możesz mnie pocałować... - obraził się Józek, który pod wpływem alkoholu był 

odważniejszy wobec kolegi. - Jak cii byłem potrzebny, toś poszedł ze mną i co, nawaliłem?

- Nie, aleś w portki o mało nie narobił ze strachu. A ze mną, bracie, tak nie można. 

Facet musi być odważny, gotowy na wszystko!

- Jaki facet, co chrzanisz?

- No ten, co ze mną idzie. Nie ma co się łamać, albo rybka, albo pipka, jak się idzie, to 

na całego. To są za duże sprawy, żeby nawalać...

- Gadasz, a nic z tego nie można skapować - zirytował się Józek. - Mów wyraźnie, a 

jak nie, to trzymaj jadaczkę i daj mi spokój...

- Dobrze, bracie, tak trzeba - niespodziewanie pochwalił go Andrzej. - Nie pchać się, 

nie pytać, a słuchać i robić to, co każę...

- Ale co mi tam zawracasz... Napijmy się jeszcze, dawaj forsę i idziemy...

- Nie spiesz się, koleś,  mamy  czas - powstrzymał  go Andrzej. - Możemy  wypić, 

pewnie, ale ja chcę jeszcze trochę pogadać z tobą...

- To mów, ale wyraźnie - Józek nie ukrywał złego humoru. Wypili wódkę i przez 

chwilę panowało milczenie. Andrzej wydłubywał z paczki papierosa. Poczęstował kolegę, 

zapalili i dopiero wtedy, przysunąwszy się bliżej, zaczął mówić cicho. Zmienił się przy tym. 

Stał się jakiś czujny, oczy latały mu bystro dokoła.

- Nie wierzysz mi. Dobra. To ci powiem, jak chcesz. Mam kogoś w Zielonej Górze. 

Taką dziewczynę, wiesz, no... nieważne. Ale przez nią poznałem faceta. Jest szoferem w 

pekaesie. Jeździ za granicę, do Austrii i Włoch...

- No to co z tego? - rzeczowo pytał Józek.

- To, że taki facet ma kontakt z zagranicą. Jakby nam się tu coś stało, to pomoże 

prysnąć jak nic. Jeździ takimi wozami, że może słonia przywieźć. Ale to tak ci mówię, żebyś 

wiedział, że jesteśmy bezpieczni. Przez tego gościa można to i owo przerzucić za granicę, 

jasne?

- No! - mruknął Józek niepewnie, bo nie chciał się przyznać, że w dalszym ciągu 

niewiele z tego rozumie.

background image

- Ale to jeszcze nic - kontynuował  Andrzej. - Znam też jedną w Nowym  Porcie. 

Trochę stara, ale dobra... To żona kapitana, bracie... On też fajny gość, stale pływa za granicę. 

Jak kiedyś jego nie było, poznałem u niej jednego kapitana z Niemiec Zachodnich. To duży 

gość, bracie, i płaci dolarami... Teraz widzisz, że jak będę chciał, to w każdej chwili mogę 

mieć forsy o, tyle - Andrzej przeciągnął palcem pod nosem.

- No to czemu nie chcesz?

- Bo ja, bracie, nie chcę robić tego za forsę. Jak mi trzeba na ćwiartkę, to robię sobie 

skok i już forsa jest. Mówiłem ci, pamiętasz? Łączę to z tamtymi sprawami... To jest coś, nie 

takie sobie zwykłe latanie na pierwszą lepszą robotę...

Słowa Andrzeja wywołały w głowie Józka chaos. Ciągle nie bardzo jeszcze rozumiał, 

o czym tamten mówi, ale coś mu zaczynało świtać i czuł się coraz bardziej niespokojny. Nie 

bardzo   wierzył   słowom   kolegi,   ale   tamten   mówił   z   taką   pewnością   siebie,   przykłady   z 

Zielonej Góry i Nowego Portu były tak przekonujące, że Józek wahał się, czy jednak czasem 

coś   w   tym   nie   tkwi   prawdziwego...   Miał   ochotę   zapytać   wprost,   co   to   oznacza,   ale   się 

obawiał, że Andrzej znów nazwie go głupcem i wyśmieje bezlitośnie. Zdobył się więc jedynie 

na pytanie:

- Po co mi to wszystko mówisz? Co mnie to obchodzi?...

- Nie chcesz, to nie słuchaj - obruszył się Andrzej. - Myślałem, że jak raz zacząłeś ze 

mną kombinować, to będziesz chciał dalej...

- Czemu nie, mogę - odparł Józek. - Ale jak to coś śmierdzącego, to wolę nie...

- Coś śmierdzącego? - zaperzył się Andrzej. - Albo idziesz na wszystko ze mną, albo 

się boisz i siedzisz w chacie. Zdecyduj się!

W tej chwili Józkowi przypomniała się scena, jaką przeżył przed wyjściem z domu. 

Zdawało mu się, że słyszy jeszcze krzyk matki, przed oczyma ukazała mu się czerwona z 

przepicia twarz ojca i ujrzał wystraszone oczy rodzeństwa. Z trudem otrząsnął się od tych 

myśli. Och, gdybym miał forsę - pomyślał. Zdawało mu się, że pieniądze pozwolą mu się 

wyrwać z tego, wyzwolić z szarzyzny dni, które musiał przeżywać.

- Jasne, że pójdę z tobą - oświadczył zdecydowanie.

- Tylko pamiętaj, ja jestem dowódcą! - niemal pełnym głosem zawołał Andrzej. - 

Mnie słuchasz i morda na kłódkę! Zobaczysz, jak razem zadziałamy! Nie pożałujesz. A o 

forsę się nie martw, tu masz twoje, a reszta też będzie, już ja się tym zajmę - wyciągnął 

banknoty z kieszeni i położył je przed Józkiem. Ale gdy ten chciał wszystko schować, złapał 

go   za   rękę   i   odliczył   połowę.   Nie   był   jednak   tak   pijany,   jak   się   poprzednio   zda-:   wało 

Józkowi.

background image

Kelner przechodził w pobliżu. Józek spojrzał pytająco na kolegę:

- Napijemy się jeszcze? - zapytał.

- Najwyżej po setce - odparł Andrzej. - Ja, bracie, dużo nie piję. To nie dla mnie, 

muszę być zawsze trzeźwy...

Józek   słuchał   go  niezbyt   uważnie.   Skinął  na   kelnera,   zamówił   dwa  duże  kielichy 

wódki.

-   No   to   za   powodzenie!   -   lekko   oszołomiony   Józek   usłyszanymi   od   Andrzeja 

wiadomościami skwapliwie sięgnął po dostarczony przez kelnera alkohol. Chciał się oderwać 

od wszystkiego, poczuć lekkość, swobodę i pewność siebie, jaką mu zawsze dawała wódka. 

Wypili. Andrzej nie zwracał uwagi na Józka, był zajęty jakimiś myślami i planami.

- Ech, bracie - westchnął niespodziewanie. - Kopyto by się przydało.

- Co? - nie zrozumiał Józek.

- No, spluwa! Jak rozkręcimy robotę, to koniecznie trzeba ją mieć. Tu, bracie, gliny do 

ciebie, a ty bach, bach...

- Stary, coś ty, oszalał? - Józek aż się odsunął od kolegi.

- Głupi jesteś! Jak iść, to na całego... A kopyto koniecznie trzeba zdobyć... Słuchaj - 

Andrzej przysunął się jeszcze bliżej - Słuchaj, już dawno o tym myślę. To wcale nie takie 

trudne. W mojej dzielnicy milicjant przeważnie sam koło północy obchodzi swój rejon...

- No to co? - Józek czuł, że ogarnia go coraz większy strach.

- Jak to co? - roześmiał się Andrzej. - W czapę go i po krzyku. Tam są płotki, drzewa, 

krzaczki, można się schować. Jak podejdzie, to go z tyłu i już jest spluwa...

Józek   nie   odpowiedział.   Był   wstrząśnięty   planami   kolegi.   W   pierwszym   odruchu 

chciał się poderwać z miejsca, zostawić Andrzeja i uciekać jak najdalej od niego. Ale dojrzał 

brudną kurtkę kelnera pochylającego się nad nimi.

- Dać jeszcze coś? - pytał - bo zaraz zamykamy. Dziesiąta.

- Dodaj pan jeszcze dwie setki - zażądał Józek.

- Niech będzie - zgodził się Andrzej i dorzucił w stronę kelnera. - Trzy, dla pana też. I 

rachunek.

Kelner obsłużył ich z nadzwyczajną szybkością. Wypili w trójkę. Józek poczuł, że 

nagle wszystko wydało mu się łatwe i proste. Andrzej zaś jakoś oklapnął i milczał patrząc 

smętnie przed siebie. Od czasu do czasu tylko podrzucała nim czkawka. Józek sięgnął po 

rachunek. Przeraziła go jego wysokość.

- Coś pan? - wykrzyknął do kelnera - datę urodzenia pan tu wypisał czy jak?

- Płacić, bo zamykamy - kelner już sprzątał naczynia, nie patrząc na gości.

background image

Ale Józek nie dał się zagadać. Począł sprawdzać.

- Była jedna półlitrówka, a nie dwie! - wykrzyknął triumfalnie.

- Taak? - przeciągnął kelner. - Panowie nie pamiętacie. Jesteście pijani. Każdy, jak się 

zaleje, mówi, że mniej wypił.

background image

- Była jedna półlitrówka i pięć setek - upierał się Józek. - A tu są dwie, siedem setek i 

cztery śledzie.

- Płacicie? - groźnie spytał kelner. Andrzej nagle się ocknął. Podniósł głowę.

- Co jest? Józek, o co chodzi?

- Wypisał nam podwójny rachunek, popatrz!

Andrzej nawet nie spojrzał na podsuniętą kartkę. - Podniósł się, oparł ręce o mokre 

szkło na stole i pochyliwszy głowę, jak byk atakujący przeszkodę, zwrócił się do kelnera 

stłumionym z wściekłości głosem:

- Ach, ty wszo śmierdząca! To ja ci wódkę stawiam, a ty mnie chcesz wykiwać? - 

Chwycił kelnera za gardło. - Józek, bierz go! - wrzasnął, aż nieliczni pijacy siedzący jeszcze 

w barze poodwracali głowy w ich kierunku, a bufetowa krzyknęła rozpaczliwie: - Ratunku, 

bandyci!

Andrzej nie zważał na nic. Dusił kelnera i trząsł nim ze wszystkich sił w napadzie 

nieprzytomnej   wściekłości.   Józek   podskoczył   z   drugiej   strony   i   już   chciał   pomagać 

przyjacielowi, ale kelner nagle jednym rozpaczliwym rzutem ciała wyrwał się, odskoczył dwa 

kroki do tyłu i zaczął skamleć:

- Panowie, o co chodzi? To pomyłka... Pewnie pomyliłem z drugim stolikiem. Po co 

zaraz tak... Cóż to, pomylić się nie można? - cofnął się, przerażony.

- To ile płacimy? - Andrzej zatrzymał się wyczekująco.

- Zaraz, zaraz - kelner podskoczył do stołu, chwycił rachunek, udawał, że jeszcze raz 

oblicza... Ale Andrzej już nie czekał. Wyciągnął pieniądze, odliczył dwieście złotych, rzucił 

je na stół ze słowami:

- Masz tu, gnido, i na drugi raz nie próbuj tego ze mną, bo ci gnaty połamię...

Kelner ukłonił się, rad z takiego obrotu sprawy,  bo i tak otrzymał  więcej, niż się 

należało. - Chodź, stary, idziemy - Andrzej wziął Józka pod rękę.

3

Po wyjściu z baru skręcili do pobliskiej bramy i kiwając się na wszystkie strony długo 

załatwiali swą potrzebę fizjologiczną.

- Aleś mu dał! - powiedział z uznaniem Józek: - Piszczał jak szczur.

- Iii tam, rozniósłbym go, jakbym chciał - chełpliwie odpowiedział Andrzej.

Kroczyli teraz wąskim chodnikiem ulicy prowadzącej do Targu Drzewnego. Obaj byli 

porozpinani, buchało z nich gorąco, rozpierali się, jakby cały świat do nich należał.

background image

- Zapłaciłeś wszystko - przypomniał sobie nagle Józek. - Oddam ci połowę - sięgnął 

do kieszeni, ale Andrzej powstrzymał go:

- Zostaw, mówiłem ci, że mi nie zależy na forsie.

- Jak nie, to nie - szybko zgodził się Józek, rad z takiego obrotu sprawy.

- Trzymaj się mnie - ciągnął Andrzej - to będziesz miał forsę. Na każde zawołanie. Ile 

będziesz chciał.

- Opowiadasz!

- Co, nie wierzysz? Chcesz się przekonać?

- No, w jaki sposób?

- Mam zaplanowany nowy skok. Nie taki jak tamten - Andrzej się zatrzymał, ściszył 

głos. - Wszystko gotowe. Pójdziesz?

- Pójdę!

- To chodź - Andrzej ruszył naprzód.

- Coś ty, teraz, tak od razu? - przestraszył się Józek.

- Chodź, baranie, pokażę ci, gdzie to jest. Potem pogadamy. Józek już o nic nie pytał, 

tylko posłusznie poszedł za kolegą.

Skierowali się w stronę Targu Węglowego, gdzie był postój taksówek.

- Do Wrzeszcza - zarządził Andrzej opadając na siedzenie. Taksówkarz obejrzał się, 

popatrzył na nich podejrzliwie, ale widząc, że jeszcze trzymają się jako tako, ruszył.

W czasie jazdy nie odzywali się do siebie. Palili papierosy i patrzyli  przez szyby 

samochodu na przemykające światła miasta. Koło Jaśkowej Doliny Andrzej kazał zatrzymać 

taksówkę i sięgnął po pieniądze, ale Józek ambitnie go ubiegł. Wysiedli.

Zegar na narożnym budynku wskazywał wpół do jedenastej. Jasno oświetlona szeroka 

ulica była pusta, cienka pokrywa lodu lśniła matowo w świetle latarni. Tylko od pobliskiej 

restauracji „Pod Kominkiem” dobiegały przytłumione dźwięki orkiestry. Andrzej pstryknął 

niedopałkiem na środek jezdni i zapiął szczelnie kurtkę. Trzeźwiał i teraz czuł ogarniający go 

chłód. Józef także otulił się swym ortalionowym płaszczem. Spojrzał na kolegę pytająco.

-  Chodź!   -   Andrzej   był   czujny,   spokojny  i   sprężony   jak   zwykle.   Poszedł   w  górę 

Jaśkową Doliną. Wkrótce skręcili w jedną z bocznych ciemnych uliczek i zatrzymali się przed 

kilkupiętrowym starym domem.

W niektórych tylko oknach jarzyło się jeszcze światło. Otwarta brama wyglądała jak 

wejście do tajemniczej groty. Wewnątrz na klatce schodowej było ciemno i ziało stamtąd 

stęchlizną.

- Co tu jest? - zapytał Józek.

background image

Andrzej nie odpowiedział. Cofnął się na drugą stronę ulicy i zadarłszy głowę, długo 

patrzył w okna, jakby je chciał policzyć.

- Jest w domu - powiedział jakby do siebie.

- Kto? - zapytał Józek.

- No ta, co ją zrobimy - wyjaśnił Andrzej. - Moja ciotka.

- Coś ty, ciotka? - przestraszył się Józek. Andrzej ciągle szokował jakimiś nowymi 

pomysłami.

- A cóż to ciotka? - odparł Andrzej z nutą zniecierpliwienia. - Taka sama cholera jak 

każda inna, może nawet gorsza.

Józek już nic nie mówił, tylko także począł patrzyć w okna. Nie wiedział, które z nich 

należy do ciotki Andrzeja, ale wyobrażał sobie, że jedno z tych jasno oświetlonych, wysoko, 

na czwartym czy piątym piętrze.

Tymczasem Andrzej ruszył dalej ulicą. Po kilkudziesięciu krokach zatrzymał się przed 

jedną z bram. Józek, towarzyszący mu jak cień, stanął posłusznie obok.

- Tu mieszkam - niespodziewanie oznajmił Andrzej.

- Tu? - zdumiał się Józek. - Tak blisko?

- A co to przeszkadza? - Andrzej wzruszył ramionami. - Będzie łatwiej ją zrobić, 

znam tu każdy kamień.

- To kiedy i jak? - Józek chciał już wiedzieć wszystko.

-   Nie   pali   się.   Jutro   spotykamy   się   w   probierni   wina   na   Piwnej,   to   ci   wszystko 

powiem. Płyń do chaty, bo późno, spać się chce i zimno.

Słabło działanie alkoholu i teraz obydwaj odczuwali chłód zimowej nocy. Uścisnęli 

sobie w milczeniu dłonie i Józek powędrował z powrotem ku Grunwaldzkiej.

Szedł wolno. Nie chciało mu się jeszcze wracać do domu. Ale tanie knajpy były już 

pozamykane, a na nocny lokal żal mu było pieniędzy. Żeby więc jak najbardziej opóźnić swój 

powrót, pojechał tramwajem i do domu dotarł dopiero po północy, kiedy wszyscy już spali i 

nikt nie robił mu wymówek.

ROZDZIAŁ ÓSMY

 1

- Tu jest papierek od doktora - podporucznik Mazur położył przed Wróblem kartkę 

papieru zapisaną niewyraźnymi literami i opatrzoną pieczęcią. - Ale ta mała była zdumiona, 

że tak się troszczymy o jej zdrowie!

background image

Porucznik   nie   odpowiedział,   tylko   zabrał   się   do   czytania   diagnozy.   Z   trudem 

rozszyfrował niewyraźne hieroglify, a im dalej brnął, tym bardziej marszczył brwi.

- Niech ich diabli wezmą! - wykrzyknął skończywszy czytanie.

- Kogo? - zainteresował się Mazur.

-   A   tych   całych   specjalistów.   Jeszcze   nie   spotkałem   jednoznacznej   opinii   tych 

facetów. Zapytasz,  czy podejrzany jest wariat,  a oni ci tak odpowiedzą,  że ni czorta  nie 

zrozumiesz. Może wariat, a może zdrowy. Zapytasz lekarza, czym i jak została zraniona ta 

mała, a ten ci odpisuje, zresztą posłuchaj...

- Wiem, czytałem - przyznał się podporucznik. - „Rana powierzchowna, zadana tępym 

narzędziem.   Mogła   to   być   pałka   drewniana  lub  metalowa   o   słabej   sile   uderzenia.   Nie 

wyklucza   się   możliwości   autozranienia,   np.   o   futrynę   lub   kant   drzwi.   Z   całą   pewnością 

pochodzenia rany stwierdzić nie można, gdyż  siłę uderzenia zamortyzowały włosy, a także 

obserwuje się daleko posunięte objawy normalnego gojenia”.

- Kaziu, czy ty masz wszystkich w domu? - Porucznik patrzył podejrzliwie na swego 

podwładnego.

- Co się stało, szefie?

- Uczyłeś się tego jak wiersza w szkole?

- Zawsze byłem zdolny - powiedział Mazur. Roześmiali się zgodnie. - Taki kwiatek 

trzeba zapamiętać, dzieciom się będzie opowiadało. Gość nie napisze, że rana goi się szybko, 

tylko „obserwuje się daleko posunięte objawy normalnego gojenia”.

- No dobra - Wróbel spoważniał. - Pośmialiśmy się z niewinnego doktora, ale sprawa 

jak stała tak stoi w miejscu. Ani kroku naprzód.

- Fakt - zgodził się Mazur. - Niech to cholera, a tak liczyłem na tego chłopaka Zosi. 

Nie mógł to on tego zrobić? Byłoby po kłopocie.

-   Nie   wygłupiaj   się   -   skarcił   go   dobrodusznie   porucznik.   -   To,   żeśmy   go 

wyeliminowali, już coś znaczy. Jeden ślad mniej.

-   Taksiarza   też   wyeliminowaliśmy   -   uzupełnił   Mazur.   -   Wcale   nie   był   w   rejonie 

mieszkania Walatków.

-  Myślę,   że   musimy   się   trzymać   tej   smarkuli   -   Wróbel   paląc   papierosa   mówił   w 

zamyśleniu.

- Sądzisz, że jednak coś z niej wyciągniemy? - poważnie pytał Mazur. - Zdaje się, że 

wypompowałeś ją do dna...

background image

-   Możliwe,   chociaż   nigdy   nic   nie   wiadomo.   Próbowała   mnie   bujać.   Skąd   mogę 

wiedzieć, czy kogoś jednak przede mną nie ukryła? Walatkowa ma rację, ta koza jest za 

przebiegła jak na swój wiek...

- To co z nią zrobimy, kazać Pilarkowi jeszcze jej się przyjrzeć?

- Nie, to nic nie da. Zmarznie chłopak i najwyżej jeszcze raz ją odprowadzi z tym 

Sławkiem na spacer.

- Więc co?

- Masz, Kaziu, jakiś przyzwoity cywilny garnitur? Twarz podporucznika zamieniła się 

w znak zapytania.

- Chcesz mnie zaprosić na urodziny? - zapytał uprzejmie.

- Niezupełnie - podparł Wróbel. - Ale pójdziesz się dziś pobawić. Wypijesz trochę, 

potańczysz, a przy okazji popatrzysz sobie, posłuchasz...

- Szefie - jęknął podporucznik - pierwszy niedaleko, a gaża najniższego oficera MO 

wcale nie jest taka wielka jak kierownika sekcji.

- Nie martw się - uspokoił go Wróbel. - Nie musisz ruszać żałosnych resztek twojej 

pensji.

- Szef stawia?

- Zgłupiałeś? Ja to nie czekam pierwszego? Pójdziesz służbowo. Inaczej mówiąc, dziś 

w nocy zwiedzasz lokale na koszt komendy.

- To co innego - rozpogodził się Mazur. - Jeśli zrozumiałem, to otrzymuję rozkaz 

zrobienia tury po gdyńskich knajpach w celu przyjrzenia się różnym typkom i poszukania 

wśród nich kogoś pasującego do rysopisu naszych bohaterów, tak?

- Niezupełnie - zaprzeczył Wróbel. - Otrzymujesz rozkaz zwiedzenia knajp nie tylko 

Gdyni, ale całego Trójmiasta!

- Fiuu, szefie, kto to wytrzyma?! Trzeba mieć końskie zdrowie i łeb z żelaza.

- Twoja sprawa, nie każę ci przecież pić w każdej knajpie po pół litra. Zresztą uważaj, 

bo księgowy nie uzna ci rachunku, jak będzie więcej niż po litrze na głowę - żartował. - Nie 

uwierzy, że tyle można wytrzymać.

- Powiedziałeś „na głowę”? Mam komuś stawiać?

- Zależy od okoliczności, Kaziu. Możesz się nawet zaprzyjaźnić z jednym albo drugim 

bandziorem, to ci dobrze zrobi. Jak wypijesz brudzia, to cię zaproszą na robotę. Łatwiej 

przetrzymasz do pierwszego, jak sobie tak z nimi zarobisz na boku...

- Nie lubię żartów - skrzywił się pociesznie Mazur. - Ja mam się całować z jakimiś 

typami? Jeszcze żeby coś w spódnicy, to nie powiem...

background image

- Czemu nie, Kaziu, czemu nie? Będziesz miał okazję, jak rzadko. Pójdziesz z „płcią 

piękną”, i to nie jedną, a dwoma.

- Szefie, ja mam narzeczoną - jęknął Mazur. - Będziesz mnie odwiedzał w szpitalu? 

Nie   możesz   tym   paniom   przydzielić   jakiegoś   wywiadowcę,   musisz   męczyć   człowieka   z 

kwalifikacjami oficerskimi? - żartował, ale widać było, że zadanie teraz mu się już mniej 

podoba.

background image

- Nie ma rady, Kaziu - odpowiedział Wróbel poważnie Tego me dam wywiadowcy. 

Pójdziesz po prostu z tą małą, może ona kogoś rozpozna. A może znów będzie chciała kogoś 

kryć?   Będziesz   obserwował   nie   tylko   bywalców   lokali,   ale   i   ją.   Zresztą   będzie   z   tobą 

wywiadowca w spódnicy. Ta druga dama pracuje w naszej obyczajówce.

- Rany boskie, ale towarzystwo, ona przecież zna wszystkie kurewki. Co będzie, jak te 

jej znajome zaczną się do nas dobierać?

- Nie znasz ich, Kaziu. Mowy nie ma. One ją znają, to fakt, ale draki milicjantce nie 

zrobią. A są takie, które pomogą w razie potrzeby.

- Jak ją znają, to po co ona idzie z nami? Nie lepiej jakbym poszedł sam ze smarkatą?

- Myślę, że nie. Funkcjonariuszka zna lokale, zna sporo ludzi, nieraz przecież tam 

chodzi   po   nocach.   Wszystkie   panny   i   jej   opiekunowie,   którzy   ją   znają,   pomyślą,   że   to 

normalny przegląd obyczajówki. Nie domyśla się, że szukacie czegoś innego. To taka mała 

zasłonka dymna, kapewu?

- Trudno - zgodził się z rezygnacją podporucznik. - Ale spiję się jak nic, bo nie mam 

treningu. Niech nikt ode mnie nie oczekuje, że rano przyjdę do pracy!

- Kaziu, raport będzie u mnie o dwunastej, jasne? A teraz zjeżdżaj, prześpij się trochę, 

przygotuj. Aha, nie zapomnij poinformować matkę Zosi i Walatków, że ją zabierasz służbowo 

na nocną hulankę. Niech wiedzą, bo mogą  dziewczynę  podejrzewać o różne rzeczy.  No, 

cześć!

2

O dwudziestej podporucznik Mazur w dobrze skrojonym ciemnoszarym garniturze, 

śnieżnej koszuli, wyczesany i wygolony jak na własne wesele wstępował na schody jednego z 

domów przy Świętojańskiej. Czuł się niezbyt  pewnie, jakby szedł na prywatną  randkę w 

tajemnicy  przed narzeczoną.  Sprawdził tabliczkę  na  drzwiach i  stwierdziwszy,  że  jest na 

miejscu, zadzwonił. Miał stąd zabrać koleżankę z sekcji do walki z nierządem. Umówili się, 

że razem potem pójdą po Zosię i  już wspólnie  rozpoczną  swój  nocny rajd. Uprzedzona, 

telefonicznie Zosia miała na nich czekać u matki.

Drzwi   otworzył   mężczyzna   mogący   liczyć   około   czterdziestki.   Był   w   domowych 

pantoflach i koszuli wpuszczonej w spodnie od piżamy.

- Przepraszam, czy tu mieszka pani Fałkowska?

-   Tu,   tu,   niech   pan   wejdzie   -   mruknął   bez   entuzjazmu   mężczyzna.   Poprowadził 

podporucznika do pokoju. Zza otwartych drzwi rozległ się głos kobiecy:

background image

- To pan, panie poruczniku? Już, już, kończę się ubierać, sekundę, zaraz będę gotowa. 

Zapalcie sobie w tym czasie z mężem, poznajcie się...

Mazur tak się zdumiał, że o mało nie upuścił kapelusza. Znał funkcjonariuszkę bardzo 

luźno, tyle tylko co się widywali czasem w komendzie na jakiejś ogólnej odprawie, zebraniu 

czy akademii. Nie miał pojęcia, że jest ona mężatką. Mężczyzna, który go wpuścił, wyciągnął 

teraz rękę i przedstawił się. Mazur czuł się głupio jak nigdy. Pierwszy raz w życiu znalazł się 

w takiej sytuacji, że przychodził po kobietę, aby z nią pójść na nocną zabawę, i stawał twarzą 

w twarz z mężem, który miał pozostać w domu. Szybko jednak otrząsnął się z tego uczucia i 

zażartował swobodnie:

- Ale to historia! Powinien mnie pan wyrzucić, wyzwać na pojedynek czy coś w tym 

guście.

- Za co? - nie zrozumiał mąż Fałkowskiej.

- No przecież podrywam panu żonę!

- Ech, przyzwyczaiłem się - odparł tamten niezbyt wesoło.

- On przecież też pracuje w milicji, to wie, jaką mamy służbę:- mówiła koleżanka 

wchodząc do pokoju.

Mazur   automatycznie   podniósł   się   z   miejsca.   Wyglądała   zupełnie   inaczej   niż 

wówczas, kiedy ją widywał  w komendzie. Była  ubrana skromnie,  ale elegancko. Fryzurę 

miała świeżo ułożoną, paznokcie wylakierowane, nigdy by nie powiedział, że to milicjantka, 

która idzie na służbę.

- Musiałaś się tak ubrać? - dość kąśliwie zapytał mąż.

- Nie mogę przecież iść jak Kopciuszek. Teraz trzeba w nocnych lokalach wyglądać 

przyzwoicie, nie wiesz?

- Nie wiem, bo nie chodzę.

background image

- No dobrze już, dobrze - pocałowała męża w policzek. - Zawsze ma zły humor, kiedy 

wychodzę na noc - wyjaśniła Mazurowi. - Tylko pamiętaj, uważaj na Kasię, żeby nie miała 

mokro! - zwróciła się do męża. - Zmień pieluszkę, jak usłyszysz, że płacze. O północy dasz 

jej mleko, jest przygotowane we flaszce, stoi w piecyku. Jakby wystygło, podgrzej trochę, ale 

nie za bardzo, żeby się dziecko nie poparzyło...

- Co jeszcze? Może dać jej piersi?

- Musimy iść - Fałkowska nie przejmując się złym nastrojem męża odwróciła się do 

Mazura. - Aha, musimy sobie mówić per ty. Jestem Elżbieta, a ty?

- Kazik - odparł szybko i mimo woli spojrzał na męża funkcjonariuszki. Ale ten już się 

nimi   nie   zajmował.   Ruszył   do   drugiego   pokoju,   bo   właśnie   rozległo   się   popiskiwanie 

paromiesięcznego dziecka.

Elżbieta rzuciła na odchodnym:

- Trzymaj się, wrócę chyba nad ranem. Dobranoc.

- Dobranoc - odpowiedział mąż już z tamtego pokoju. - Tylko nie pij dużo, jutro 

będziesz się źle czuła.

- Dobranoc - powiedział też Mazur, który nagle poczuł przypływ sympatii do tego 

człowieka zostającego na noc w domu, kiedy żona szła wykonywać swoją niezbyt  miłą i 

wdzięczną pracę.

Na schodach funkcjonariuszka zatrzymała się i powiedziała:

- Nie ma rady, zachowujmy się albo jak narzeczeni, albo jak starzy dobrzy znajomi, co 

wolisz?

- Dobrzy znajomi - powiedział Mazur, przypominając sobie twarz narzeczonej.

- W porządku - zgodziła się Elżbieta. - Tylko się nie myl. Mów Ela. A ta druga co za 

jedna?

- Smarkata, ma na imię Zosia, szesnaście lat.

- Trochę za stara na córkę, a za młoda na narzeczoną. Będzie twoją siostrą, chcesz? 

Zresztą to tylko tak na wszelki wypadek, nie musimy się przedstawiać, ale ktoś może cię 

pytać   co   za   cizie   przytargałeś   ze   sobą   -   zakończyła   żargonem,   z   którym   była   świetnie 

obeznana.

Uzgodniwszy te szczegóły, już szybko podążyli do mieszkania Zosi, która czekała 

gotowa do wyjścia. Jej matka powitała przybyszów niemal z płaczem. Załamując ręce po 

wiejsku mówiła:

- Mój Boże, czy to się nigdy nie skończy z tą historią? Niechby już miała dziewczyna 

spokój, bo nic dobrego z tego nie wyniknie.

background image

-   Mamy   nadzieję,   że   Zosia   pomoże   nam   rozpoznać   przestępców   -   wyjaśnił 

podporucznik.

- To do tego potrzeba w nocy po knajpach chodzić? - dziwiła się matka.

- Trzeba, nie ma rady - zapewniła Ela. - Próbujemy różnych sposobów. Może właśnie 

znajdziemy ich gdzieś w knajpie. Zosia ich rozpozna.

- Na pewno - oświadczyła z zapałem dziewczyna.

- Nie ma to innych sposobów? - biadała matka. - Kto to widział...

- Niech pani się nie martwi - Ela objęła kobietę ramieniem. - Nic się Zosi nie stanie. 

Będziemy nad nią czuwali i odstawimy całą nad ranem.

- Jeszcze ją tam który pobije albo co...

- Chodźmy - zniecierpliwiła się Zosia. - Niech, mama się nie boi, co mi się może stać?

Opuścili   wreszcie   mieszkanie.   Energiczna   Ela   pouczyła   Zosię,   jak   ma   się 

zachowywać, i poleciła, aby mówiła im po imieniu. Potem zwróciła się do Mazura, którego, 

jako najstarszego stopniem, traktowała jak dowódcę wyprawy.

- Od której knajpy zaczynamy?

-   Czy   ja   wiem?   -   zastanawiał   się   podporucznik.   Nie   miał   doświadczenia   w   tych 

sprawach, po raz pierwszy otrzymał takie zadanie. - Może od „Polonii” - zaproponował na 

chybił trafił.

Ela postanowiła przejąć inicjatywę.

- Nie, to nie ma sensu - powiedziała obcesowo. - W „Polonii” nocne życie zaczyna się 

później, koło dziesiątej. A w „Bałtyku” jeszcze później. Teraz przelećmy się po gorszych 

knajpach, tych, co są otwarte do dziesiątej, jedenastej. Zgoda? - zapytała dla formalności.

Bez   sprzeciwu   przyjęto   jej   propozycję   i   poszli   do   pierwszej   z   brzegu   restauracji. 

Zanurzyli się w dymie, wyziewach alkoholu, gwarze głosów ludzi siedzących przy stolikach. 

Nie zagrzewali długo miejsca. W pierwszej wypili po jednym kieliszku winiaku, w drugiej też 

nie przekroczyli tej miary. Brali do tego niezbyt wystawne zakąski, kawą, herbatę. Dla Zosi 

zamiast alkoholu zamawiali sok, co nie w smak było dziewczynie. Mazur rozglądał się z 

ciekawością, obserwował twarze ludzkie. Miał wrażenie, jakby go wrzucono do stawu i teraz 

musi koniecznie nauczyć się pływać. Z zazdrością zauważył, że Ela czuje się tu doskonale, 

rozmawia   swobodnie,   żartuje,   czasem   rzuci   dowcip.   A   równocześnie   baczne   ma   oko   na 

wszystko, co się dzieje wokół nich. Raz dostrzegł, że jedna z kobiet siedząca przy stoliku z 

mocno podchmielonym mężczyzną skinęła głową. Odkłonił się także, ale Ela uśmiechnęła się 

lekko, mówiąc:

background image

- Nie musisz być taki wytworny. To jedna z moich „podopiecznych”, Pyskata Jolka. 

Zasłużyła na ten przydomek. Jak rozpuści buzię, nie daj Boże. Ale mnie się trochę boi - 

dokończyła chełpliwie.

- I tak nie możesz im nic zrobić - zauważył Mazur.

- Pewnie, ale zawsze dobrze jest mieć na nie oko. Znam je tak, że jak obrobią jakiegoś 

pijanego amatora miłości, to wystarczy, żeby powiedział, jak była uczesana jego donna, a już 

ją znajdę.

- To pani... to znaczy ty się zajmujesz mewkami? - zapytała Zosia. - Każdą znasz?

- Z Gdyni każdą - potwierdziła Ela. - Dwanaście lat pracuję w obyczajówce. Chyba że 

jakaś nowa przyjdzie ze wsi albo z innego miasta, to jej nie znam. Ale wystarczy parę dni, a  

już wiem, co to za jedna. One same mi wszystko powiedzą. Czasem nawet próbują mnie 

napuszczać na konkurencję. Zresztą tu ich mało. Zobaczycie w „Bałtyku”...

W „Polonii” zamówili gorącą kolację, bo było już po dziesiątej i czuli głód. Zresztą 

Ela rozsądnie zauważyła:

- Będziemy musieli jeszcze trochę wypić, a na pusty żołądek to szkodzi A ty nie patrz 

tak nachalnie na mężczyzn - zwróciła uwagę Zosi. - Jeszcze cię posądzą, że jesteś mewką. 

Rób to dyskretnie, rzuć okiem, jakby nigdy nic... Mów, rozmawiaj z nami, a równocześnie się 

rozglądaj. Nie strzelaj oczkami, boś nie przyszła tu nikogo uwodzić.

- Marnie jakoś nam idzie - zauważył Mazur, żeby podtrzymać rozmowę. - Ludzi mało 

po knajpach...

-   Chciałeś   od   razu   trafić   na   swoich   opryszków?   -   Ela   zaśmiała   się   swobodnie, 

popijając   wodę   sodową.   -   Widać,   że   mało   miałeś   takich   zadań.   To   żmudna   robota   i 

niewdzięczna.   I   prawdę   mówiąc,   rzadko   daje   rezultaty.   Już   prędzej   czegoś   się   można 

dowiedzieć od moich „znajomych” - albo od innych naszych kontaktów - użyła służbowego 

słowa. Mazur nieznacznie pokazał wzrokiem Zosię, przypominając, że mała jednak nie jest 

pracownikiem milicji i nie należy jej wtajemniczać we wszystkie arkana ich pracy. Ale Zosia 

niemal ich nie słuchała. Pałaszowała befsztyk z pieczarkami, strzelała oczkami na prawo i 

lewo i w ogóle robiła wrażenie zadowolonej z tej eskapady.

- Zatańczymy? - podporucznik zwrócił się do Eli, ale ona pokręciła przecząco głową.

- Tu nie ma sensu. Wystarczy, żeśmy zjedli kolację. A w ogóle to tańcz lepiej z nią, na 

parkiecie możecie kogoś zobaczyć. Pamiętaj o tym w „Bałtyku”. Do baru też trzeba zajść...

Mazur nie miał do niej pretensji za to pouczanie. Był jej nawet wdzięczny, bo czuł się 

swobodniej, wiedział, jak ma postępować.

background image

Zapłacił rachunek i opuścił „Polonię”. Na ulicy zaczął się rozglądać za taksówką, ale 

Ela znów go powstrzymała:

- Przejdziemy, to przecież kawałek. Spacer dobrze nam zrobi.

Podporucznik zgodził się chętnie. Spojrzał na zegarek i zmartwił się. Dopiero minęła 

jedenasta, do końca wędrówki było jeszcze daleko.

W następnym lokalu ogarnął ich nastrój zupełnie inny. Gdy zeszli w dół po schodach i 

znaleźli się na sali, porucznik od razu wyczuł, że tu odbywa się zabawa, jakiej jeszcze nie 

widział.

Zresztą już na progu natknęli się na pierwszą przeszkodę w postaci portiera. Zagrodził 

im drogę i nie bawiąc się w grzeczności oświadczył:

- Miejsc nie ma, wszystkie stoliki zajęte.

Mazur spojrzał bezradnie na Elę, ale ona uśmiechnęła się tylko i wysunęła się do 

przodu.

background image

- No, panie Franciszku, w barze pewnie będzie tam jakiś wolny stołek...

Na jej widok portier zmienił się w oka mgnieniu. Na twarzy pojawił się uśmiech, 

skłonił się nisko i odpowiedział gościnnie:

- Oczywiście, dla pani zawsze, proszę bardzo. Gdzie się pchacie, mówiłem, że miejsc 

nie ma! - krzyknął w stronę grupy młodzieńców, którzy usiłowali się przemknąć, korzystając, 

że portier otworzył drzwi Eli i jej towarzystwu.

- Stary kombinator - mruknęła Ela do Mazura, kiedy już byli w środku. - Jak dostanie 

setkę od łebka, to miejsce znajdzie. Zobaczysz, że ci faceci dogadają się z nim i zaraz będą w 

środku.

Nie   myliła   się,   bo   zanim   zdążyli   zdjąć   okrycia,   już   ujrzeli   tamtych   wesoło 

zstępujących po schodach do wnętrza lokalu.

Stoliki   wszystkie   były   zajęte.   Towarzystwo   wypełniające   lokal   było   już   w 

doskonałych humorach, rozlegały się śmiechy i okrzyki przebijające się nawet przez dźwięki 

zbyt   głośno   grającej   orkiestry.   Na   małym   parkiecie   kilkadziesiąt   par   tłoczyło   się 

niemiłosiernie. Niektóre z nich, szczelnie zwarte, nie mogły się niemal poruszać. Ten i ów 

partner całował bez żenady swoją tancerkę albo mówił coś do ucha, zapominając o orkiestrze 

i tańcu. Kelnerzy z trudem przeciskali  się przez  tę ciżbę, unosząc nad głowami  tace,  na 

których z daleka widać było białe etykietki wyborowej i ciemne jak herbata butelki koniaku.

Stali jeszcze przy wejściu, kiedy orkiestra przestała grać. Pary rozchodziły się leniwie, 

niektóre kobiety odchodziły sam do stolików, a ich partnerzy kierowali się do baru. Nie 

bardzo   już   młoda   kobieta,   silnie   umalowana,   o   zmęczonych   oczach   i   nie   zbyt   kształtnej 

figurze podniosła się od pobliskiego stolika i podeszła do Eli. Mazur usłyszał, jak zapytała:

- Pani kierowniczka szuka miejsca? Może się pani przysiądzie, jest nas tylko trójka 

przy stoliku.

- Co, nie masz jeszcze nikogo? - przyjacielsko zapytała Ela

- Nieważne - kobieta wzruszyła ramionami - do rana daleko. To jak z tym stolikiem?

- Dziękuję ci - powiedziała Ela. - Nie jestem sama. Chce my się pobawić. Dziś nie 

mam służby - dorzuciła konfidencjonalnie.

Kobieta uśmiechnęła się wyrozumiale. Ela wiedziała, że jej informacja natychmiast 

rozejdzie się po lokalu i dzięki temu nie będą na nich zwracać tak bacznej uwagi jak w tej 

chwili. Bo choć ani Mazur, ani Zosia tego nie widzieli, ona zdawała sobie jednak sprawę, że 

są   w   tej   chwili   przedmiotem   pilnej   obserwacji.   Nad   salą   zawisło   coś,   jakby   nastrój 

niepewności czy wyczekiwania. Znała to. Prostytutki niepewne, po co przyszła, uciszały się 

nieco, hamowały partnerów, nie chciały jej się zbytnio rzucać w oczy.

background image

Tymczasem starszy, szpakowaty mężczyzna przecisnął się do nich między stolikami.

- Proszę bardzo, zaraz będzie stolik - powiedział. - Już kelner dostawia, tam koło 

orkiestry.

-   Dobrze,   dziękuję   bardzo   -   odparła   Ela,   a   Mazur   rzucił   na   nią   spojrzenie   pełne 

zdziwienia.

- To kierownik - wyjaśniła szeptem, kiedy szli do ustawionego właśnie przez kelnera 

stolika. - Zna mnie.

Usiedli i podporucznik natychmiast zamówił u kelnera wódkę i zakąski. Już sam się 

orientował, że tu nie wypada wykręcać się byle kieliszkiem lub kawą. Poprosił więc butelkę 

jarzębiaku, łososia, cielęcinę na zimno i w duchu zastanawiał się czy ten rachunek mu uzna 

finansowy komendy.

- Uważaj tutaj - powiedział do Zosi. - Może ktoś ci wpadnie w oko...

Dziewczyna i bez tego z ciekawością rozglądała się dokoła. Była po raz pierwszy w 

takim lokalu. Dotychczas nie wyszła poza kawiarnię w swoim domu i towarzystwo Frani. 

Teraz doskonale rozumiała, co to za kobiety siedzą przy stolikach. Zdumiewało ją, że tak 

mało się krępują, czuła się trochę speszona atmosferą panującą w restauracji. A równocześnie 

ogromnie jej się tu podobało. Dekoracje, fraki kelnerów, ciemne ubiory mężczyzn, orkiestra, 

bar - wszystko to sprawiało wrażenie świata z bajki, bez trosk, wesołego, takiego, o jakim 

niekiedy marzyła.

- Napijemy się - zaproponował Mazur. Tym razem Zosi także nalał jarzębiaku.

Ela wzięła kieliszek i powiedziała do Zosi:

background image

- Uważaj, mała, pij połówkami, bo więcej nie dostaniesz. Wypili. Zosia, nieco się 

zakrztusiła, bo był to jej pierwszy dziś łyk alkoholu. Dotychczas udawało się jej opiekunom 

postępować   tak,   że   dziewczyna   piła   wodę   sodową   albo   sok   owocowy.   Teraz   uznali,   że 

mogłoby się to wydać nienaturalne.

Rozmawiali   udając   swobodę,   a   naprawdę   jedna   tylko   Ela   była   swobodna   i 

nieskrępowana. Sporo kobiet kiwało do niej głowami, a niektóre nawet podchodziły, żeby się 

przywitać.

Po następnym kieliszku Mazur skłonił się przed Zosią.

- Zatańczymy?

Wstała i przylepiła się natychmiast do niego. Podporucznik nieco się przestraszył tego 

jej odruchu, ale już wciągnął go wir par na parkiecie i tańczył z dziewczyną, rzucając od 

czasu do czasu krótkie spojrzenia na twarze mężczyzn.

W  pewnej   chwili  spojrzał  na   swoją  partnerkę.   Zarzuciła   mu   rękę  na   szyję,  drugą 

położyła na klapie marynarki i tańczyła z przejęciem. Miała przymknięte oczy i nuciła cicho 

melodię graną przez orkiestrę. Mazur poczuł, że ogarnia go złość na smarkulę. Nachylił się i 

syknął jej do ucha:

- Otwórz oczy, patrz, co się dokoła dzieje. Zapomniałaś? Podniosła leniwie powieki i 

uśmiechnęła się do niego.

- Nie - powiedziała - nie zapomniałam. Ale tu tak ładnie... Dobrze mi...

- Zobacz, ten jest trochę jakby podobny. Też blondyn - porucznik usiłował zwrócić jej 

uwagę na wysokiego młodego mężczyznę miętoszącego grubawą blondynkę.

Zosia spojrzała przelotnie i pokręciła głową:

- Nie, to nie on... Zresztą... - nie dokończyła, usiłowała przytulić policzek do twarzy 

porucznika.

Miał   ochotę   potrząsnąć   nią   albo   uszczypnąć,   żeby   przestała.   Ale   nie   mógł   robić 

widowiska. Próbował więc tylko dyskretnie odsuwać Zosię od siebie i co chwila zmuszał ją, 

by   patrzyła   na   twarze   migające   wokół   nich   w   tańcu.   Zosia   reagowała   leniwie,   ciągle 

przecząco kręciła głową. Chciała tańczyć, bawić się, lgnęła do porucznika.

Odetchnął z ulgą, kiedy orkiestra przestała grać. Silnie chwycił dziewczynę za ramię i 

zbyt energicznie poprowadził do stolika. Ogarniała go coraz większa złość.

-   Co,   do   cholery?   -   rozgniewał   się   nie   na   żarty,   kiedy   usiedli.   -   Myślisz,   że 

przyszedłem   tu   z   tobą   na   amory   i   zabawy?   -   Eli   nie   było   jeszcze   przy   stoliku.   Jakiś 

mężczyzna poprosił ją do tańca i teraz odprowadzał, kłaniając się elegancko na pożegnanie.

- Co macie takie miny? - natychmiast zauważyła. - Stało się coś?

background image

- Pan... On na mnie krzyczy - poskarżyła się Zosia. - Tańczę, jak umiem, a on...

- Masz myśleć o czym innym, a nie o tańeu - hamując się powiedział Mazur.

-   Ooo,   widzę,   że   panna   jest   rozmarzona.   Ten   jeden   kieliszek   też   było   za   dużo   - 

stwierdziła Ela. - Zaraz dostaniesz kawy. Uważaj na siebie, bo nam zaśniesz. I nie uwodź 

porucznika - dodała z szelmowskim uśmiechem, czym wywołała grymas niezadowolenia na 

twarzy Mazura.

Pobawili się jeszcze z godzinę w tym lokalu. Mazur z Elą byli w barze, tańczyli, 

obserwowali gości, którzy się kręcili po sali i przy wejściu.

Zosia też, jakby sobie wzięła do serca ich uwagi, usiłowała się skupić i starała się 

uważnie obserwować gości. W końcu jednak doszli do wniosku, że czas ruszyć dalej. Tu nie 

mieli już co dłużej robić.

Pojechali do Gdańska, gdzie odwiedzili „Monopol”, potem dostali się po dłuższych 

perypetiach „Pod Kominek”, a w „Akwarium” Ela musiała dyskretnie poinformować portiera, 

kim są, o trzeciej bowiem nie chciał ich za nic wpuścić do środka.

Na   koniec   wylądowali   w   sopockim   Grand   Hotelu,   gdzie   w   barze   „Caro”   trwała 

jeszcze zabawa na całego. Ale i tu nie zobaczyli nikogo, kto by przypominał poszukiwanych.

Dochodziła piąta nad ranem, kiedy taksówka zawiozła ich z powrotem do Gdyni. Zosi 

kleiły   się   oczy   i   nawet   nie   miała   siły   się   z   nimi   pożegnać.   Poszła   od   razu   do   domu, 

odprowadzona przez Mazura aż pod same drzwi mieszkania.

- Pamiętaj - powiedział na pożegnanie. - Nie rozgaduj nigdzie i nikomu o tej naszej 

wyprawie, rozumiesz?

background image

-   Rozumiem   -   Zosia   półprzytomnie   skinęła   głową.   Nagle   zrobiła   ruch,   jakby   go 

chciała pocałować.

Mazur odsunął się szybko i czym prędzej wrócił do taksówki.

Elę pożegnał także przed drzwiami jej mieszkania. Oboje byli bardzo zmęczeni. W 

żółtym świetle żarówki oświetlającej klatkę schodową widział bruzdy, jakie utworzyły się 

koło jej  ust, drobne zmarszczki  koło oczu. Fryzura,  tak elegancka  wieczorem,  była  teraz 

zburzona, oczy matowe, klejące się ze znużenia.

- Dobranoc - powiedziała i starając się podtrzymać humor, który jej nie opuszczał 

przez cały wieczór, zapytała: - Dobrze się bawiłeś?

- A ty? - Mazur zapytał poważnie.

- Och, jak ja mam tego dosyć - wyrzuciła z siebie niespodziewanie. - Żebyś wiedział, 

jak dosyć... No, ale nic - kończyła prędko. - Wyśpię się i jutro znów będę w formie. Trzeba 

zrobić raport...

- Nie martw się tym, ja zrobię - zapewnił ją. - Dziękuję ci, Ela, przepraszam, pani Elu 

- poprawił się, chcąc podkreślić, że wspólną służbę już skończyli. - Dobranoc...

- Dobranoc - odparła i przekręciła klucz w zamku.

Stał jeszcze chwilę na schodach i słuchał, czy nie dobiegną go odgłosy wymówek 

męża Eli, ale nic nie usłyszał. Poszedł więc do domu, myśląc po drodze, że będzie spał do 

południa, nie przejmując się Wróblem ani żadnym innym przełożonym.

3

A jednak o dwunastej zjawił się w pokoju i wesoło powitał porucznika Wróbla. Ten 

uśmiechną się szeroko na widok podwładnego i zawołał:

- No, Kaziu,  myślałem,  że  nawalisz.   Czekam  na  ciebie.   Wypiłeś  z  tymi   facetami 

brudzia?

- Aha, mam ich obu w kieszeni - podporucznik od razu wpadł w zwykły ton.

- Z tego wynika, że nici? - domyślił się Wróbel.

- Zgadłeś, szefie. Ojczyzna niepotrzebnie wydała pieniądze na wódkę dla mnie.

- Miałeś jakieś ciekawe przygody?

-   Niespecjalnie.   Tyle   że   przyjrzałem   się   trochę   różnym   typkom   w   „Bałtyku”,   w 

„Grandzie”, w „Akwarium”...

- Przyda ci się - roześmiał się porucznik. - No nic, Kaziu, prawdę mówiąc, nie bardzo 

liczyłem, że osiągniemy sukces.

background image

- Szkoda było czasu i zarwanej nocy - Mazur ziewnął.

- Nie, wcale nie szkoda - zaprzeczył Wróbel. - Widzisz, Kaziu, zacieśnia się teren 

działania. Możliwości, jakie nam zostają, są coraz mniejsze, obracamy się w coraz węższym 

kręgu. A to przecież jest posuwanie się naprzód, nie sądzisz?

-   Nie   wiem   -   podporucznik   wzruszył   ramionami.   -   Mnie   się   w   ogóle   zdaje,   że 

błądzimy po omacku, macamy przed sobą rękami, bo oczy mamy zawiązane. Jak trafimy na 

coś, to będzie przypadek, ale zachodzi prawdopodobieństwo, że nie trafimy i sprawa pójdzie 

do akt nie wyjaśniona.

-  Pewnie,  może   być  i  tak  -  zgodził  się  Wróbel.  -  Na  pewno  błądzimy   trochę  po 

omacku. Ale pamiętaj, Kaziu, że nie działamy sami. Szukają ich też w Gdańsku, Sopocie i 

Wejherowie, szukają dzielnicowi, szukają z Komendy Wojewódzkiej. Kto wie, może gdzieś 

w komisie czy na bazarze pokaże się coś z tych  skradzionych rzeczy.  Wtedy już sprawa 

poleci.

- Ale na razie nic takiego się nie pokazało?

- Jesteś dziś niewyspany,  to pesymizm  cię ogarnia - zauważył  Wróbel. - Machnij 

raport z tej nocnej wyprawy.

- Mam już gotowy - odparł Mazur, wyciągając z teczki arkusze papieru.

- O, toś bardziej sumienny niż wyglądasz, awans cię nie minie... za dziesięć lat. Połóż 

to tutaj, a w nagrodę pokażę ci coś ciekawego.

- Więc jednak szef coś ma? - zainteresował się podporucznik. Od początku rozmowy 

podejrzewał, że dobry humor Wróbla ma swoje przyczyny.  Teraz domyślał się, że musiał 

wpłynąć jakiś ciekawy materiał dotyczący ich sprawy.

Wróbel rozłożył na biurku papiery i skinął na Mazura, żeby usiadł bliżej niego.

- Nie sam piłeś dziś wódkę za państwowe pieniądze - zaczął.

- Pewnie że nie sam - zgodził się Mazur. - Jeszcze paru mankowiczów.

background image

- Eee, Kaziu, nie porównuj się do takich typków. Mam na myśli naszego Pilarka. 

Chłopak narzeka, że jak tak dalej pójdzie i nie zmienię mu przydziału służbowego, to się 

rozpije,   żona   go   rzuci   i   wyląduje   w   szpitalu   na   odwykówce.   Ale   on   ma   głowę,   jest 

wytrzymały i po takim wyskoku przychodzi jeszcze wcześniej niż ty.

- Szef ma pretensje? - podporucznik poczuł się urażony.

- Nie - zaśmiał się Wróbel. - Tylko Pilarek złożył wcześniej raport z dzisiejszej nocy.

- Trafił na coś?

- Kto wie, kto wie? - Wróbel uśmiechnął się pod nosem i w ogóle był w doskonałym 

humorze. - Posłuchaj, Kaziu, co pisze ta nasza perła:

Przebiegł oczyma dokument, chwilę szukał odpowiedniego fragmentu.

„Następnie   przez   dwie   godziny  przebywałem   w  lokalu...”   -   nie,   to  mało   ważne   - 

mruknął  Wróbel. - O, tu jest: „Zygfryd  wdał się ze mną  w dłuższą  rozmowę  o różnych 

sprawach. Między innymi udzielił mi informacji, że pewien osobnik o pseudonimie Karaluch 

chciał ostatnio sprzedać torbę turystyczną z jakimiś używanymi rzeczami. W tej torbie miały 

być   dwie   koszule   non   iron,   które   Karaluch   chciał   nawet   sprzedać   osobno,   bo   pilnie 

potrzebował pieniędzy. Zygfryd nie orientował się, czy Karaluch sprzedał w końcu te rzeczy, 

ale przypuszcza, że tak, bo jeden osobnik, znany w lokalach pod pseudonimem Mrówka, był 

tym zainteresowany i targował się tylko o cenę”.

- Szefie - wykrzyknął z entuzjazmem podporucznik. - To jest coś! Torba turystyczna, 

a w niej dwie koszule non iron! I ten pseudonim Karaluch. Karaluch jest czarny, a przecież 

jeden z nich był niski i czarny!

- Spokojnie, Kaziu, spokojnie - studził zapał podporucznika Wróbel. - Jeżeli on, to już 

go  mamy.   Pilarek   jeszcze   dziś   przyniesie   mi   dane   o   Karaluchu.   To   facet   dość   znany   w 

gdyńskim półświatku, jeszcze nie siedział, ale na pewno nie jest kryształowy. Przyjrzymy mu 

się, zobaczymy...

- A ten Mrówka?

- On jest chyba nieważny - rozważał Wróbel. - Jeżeli chciał kupić, to nie mógł ukraść, 

ale na wszelki wypadek Pilarek ma też dowiedzieć się coś niecoś o nim.

- To jednak jedziemy naprzód - teraz podporucznikowi poprawił się humor i jakby 

zapomniał o nie przespanej nocy. - Jak Zosia rozpozna Karalucha, to...

- Zaczekaj, Kaziu, zaczekaj, jeszcze nie wieczór - Wróbel hamował podwładnego. - A 

na wszelki wypadek zobacz to - podsunął mu drugi dokument. Była to notatka milicyjna z 

jednego z rejonów Gdyni.

Mazur zaczął szybko czytać:

background image

„Budek po pijanemu chwalił się przed kolegami, że zrobił niedawno jakiś skok i może 

im stawiać wódkę. Mówił jeszcze, że szykuje coś nowego. Podobno ma działać razem z 

jakimś kolegą, bliżej nie znanym. Nadmienia się, że osobnik o nazwisku Budek mieszka na 

Grabówku,   jest   w  wieku   około   dwudziestu   pięciu   lat,   wysoki,   blondyn.   Utrzymuje   się   z 

niewiadomych źródeł. W aktach MO nie jest notowany, ale zachodzi podejrzenie, że środki 

materialne czerpie z kradzieży, a także sutenerstwa”.

- To jest mniej ciekawe niż raport Pilarka - skrzywił się Mazur.

- Kaziu - ostrzegł porucznik. - To może być taki sam ślad jak tamten.

- Co z nim robimy?

- Zajmiesz  się tym  Budkiem.  Sprawdzisz dokładniej, co za jeden, jak żyje,  gdzie 

dokładnie mieszka i co robił w dniu napadu. Jak będzie trzeba, to poprosimy prokuratora o 

nakaz rewizji i aresztowania. Wszystkie inne ślady zawiodły, to musimy dobrze sprawdzić te, 

które mamy.

- Jasne! - Mazura już ogarnęła żądza czynu. - Grunt, że się zaczyna jakiś ruch w 

interesie. Już było nudno, szefie!

- No to bierz się do roboty - zdecydował Wróbel. - Ja pójdę do stoczni i do tej szkoły. 

Trzeba jeszcze raz tam pogadać i popatrzeć. Spotkamy się o trzeciej. Musimy przygotować 

wszystkie materiały na jutro, stary zapowiedział odprawę w tej sprawie.

Podporucznik zapomniał o zmęczeniu i ruszył wykonać polecenie. Wróbel także po 

jakimś czasie wyszedł z gmachu komendy.

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

1

Wstał z dość silnym bólem głowy. W mieszkaniu panowała cisza. Andrzej podszedł 

do okna i odsunął zasłonę. Potok jaskrawego światła zalał pokój. Musiał aż przymrużyć oczy 

przed tą powodzią światła.

Pokój był mały, umeblowany starymi sprzętami. Na półce przy ścianie stały książki z 

kolorowymi okładkami. Stolik w pobliżu kaloryfera był zawalony tygodnikami, na starym 

biurku   opodal   okna   walały   się   sterty   jakichś   papierów,   fotografii,   wycinków   z   gazet. 

Wszystkie zawierały materiały o różnych przestępstwach, napadach, aferach kryminalnych. 

Wśród książek na półce przeważały wydawnictwa kryminalne, a tylko gdzieniegdzie między 

nimi   dojrzeć   można   było   okładkę   iskrowskiej   serii   „Dookoła   Świata”   albo   innej   książki 

przygodowej.

Andrzej pogrzebał w kieszeni spodni rzuconych niedbale na krzesło koło tapczanu i 

zapalił. Skrzywił się przy pierwszym hauście, bo dym silnie przeorał mu płuca. Patrzył długo 

na ulicę, pustą i cichą o tej porze. W nocy spadło trochę śniegu, który skrzył się teraz w 

blasku słońca. Wróble na drzewie pod oknem rajcowały zawzięcie, a co odważniejszy siadał 

na parapecie szukając okruchów.

Andrzej poczłapał do łazienki i siedział w niej długo. Mył się starannie, puszczał na 

potylicę strumień zimnej wody, żeby przepędzić skutki wczorajszego pijaństwa. Potem ubrał 

się i poszedł do kuchni.

Była   niewielka,   ale   czysta,   starannie   rozplanowana,   pełna   pożytecznych   sprzętów. 

Zajrzał   do   lodówki,   potem   do   szafki   z   pieczywem,   ale   nie   znalazł   nic,   co   by   go 

zainteresowało. Właściwie nie miał apetytu. Chciało mu się jedynie pić. Nalał sobie ciepłego 

mleka   z   garnczka   stojącego   na   płycie   kuchenki   gazowej   i   wypił   duszkiem.   Potem   znów 

wrócił do swojego pokoju i stanął przy oknie.

Tym razem patrzył w określonym kierunku. Przytknął czoło do szyby i obserwował 

dom znajdujący się w prawym końcu ulicy. Kiedy tak trwał w bezruchu, do jego uszu dotarł 

trzask drzwi wejściowych. Potem rozległy się ciche kroki i delikatnie pchane drzwi otwarły 

się z ledwo dosłyszalnym  szelestem. Kiedy odwrócił głowę, ujrzał ojca zaglądającego do 

pokoju.

- Wstałeś? - zapytał ojciec.

- Już dawno! - mruknął Andrzej niezbyt grzecznie.

- No nie, jak wychodziłem, jeszcze spałeś, a nie było mnie tylko piętnaście minut.

background image

- Nieważne... - burknął Andrzej, sięgając po drugiego papierosa.

- Nie pal, jeszcze nic nie jadłeś - powiedział ojciec.

Był   to   mocno   już   starszy   człowiek,   z   rzadką,   zupełnie   białą   czupryną.   Gładko 

wygolona twarz sprawiała wrażenie rześkiej, a przy niej dziwiła niepewność, z jaką poruszał 

się mężczyzna. Miał na sobie podniszczone ubranie z końcami rękawów obszytymi tasiemką, 

żeby się nie strzępiły.

Andrzej był od ojca wyższy o głowę i miał zupełnie inne rysy twarzy.

- Chodź do kuchni, zrobimy sobie śniadanie - zaproponował ojciec. - Przyniosłem 

świeże bułeczki.

- Nie chce mi się jeść - skrzywił się syn. Ojciec spojrzał na niego z wyrzutem.

- Piłeś wczoraj? - zapytał z lekką naganą w głosie.

- Trochę. Nie ma o czym mówić...

- Nie radzę ci, nie radzę - ojciec używał tonu łagodnego, przyjacielskiego, a zarazem 

takiego,   jakiego   się   używa   w  stosunku   do  małych   dzieci,   nieco   krnąbrnych,   lecz   bardzo 

drogich.

- Oj, wiem, wiem... Chyba mi z tego powodu nie palniesz mówki?

- Czemu tak do mnie mówisz? - zapytał ojciec z wyrzutem. - Przecież nigdy tego nie 

robię. Staram się tylko jakoś z tobą porozumieć.

-  Ojciec,   od  czasu  jak  przeszedł   na  emeryturę,   szuka   zdaje  się  kolegi   -  złośliwie 

zauważył syn.

Stary zamrugał, jakby go zabolały słowa Andrzeja.

- Nie masz z czego kpić - zauważył z goryczą. - To wcale nie jest wesołe. Ale myślę, 

że tobie bardziej niż mnie jest potrzebny dobry kolega.

- Więc jednak będzie kazanko! - Andrzej podniósł oczy w górę.

background image

Ale starszy pan nie zważając na miny syna kontynuował:

- Dawno miałem zamiar z tobą porozmawiać...

- Słyszę to od lat.

- Słyszysz, ale nie słuchasz mnie. A teraz, po tym jak wyszedłeś z... - ojcu nie mogło 

przejść   przez   gardło   słowo   „więzienie”   -   uważam,   że   tym   bardziej   powinniśmy   z   sobą 

pogadać jak mężczyzna z mężczyzną. Postępujesz źle, jesteś niedobry i niesprawiedliwy dla 

mnie i dla matki...

- Co ci się dziś stało? - Andrzej podszedł bliżej i spojrzał zaczepnie ojcu w oczy.

Ten był już rozdygotany. Ręce mu się trzęsły, mrugał nerwowo i widać było, że ta 

rozmowa z synem kosztuje go bardzo wiele.

-   Tak,   tak,   pora,   żebyś   to   wreszcie   zrozumiał!   -   ojciec   niemal   krzyczał.   -   Jesteś 

niedobry dla matki, tyranizujesz nas, lenisz się, do żadnej nauki nie można cię zmusić...

- To już wszystko było!

- A tak, było! I co z tego? Chodzisz własnymi drogami. Żadnej szkoły nie ukończyłeś, 

zewsząd cię wylewano. I czym to się skończyło? Kryminałem! A czym się jeszcze skończy? 

Szubienicą?

- Co ty wygadujesz! - krzyknął Andrzej, a ojciec umilkł przestraszony.

-   Uniosłem   się   -   powiedział   starając   się   opanować   zadyszkę.   -   Ale   sam   musisz 

zrozumieć, że to już jest nie do wytrzymania. Martwimy się o ciebie. Matka i ja. Przecież 

jesteś dorosłym mężczyzną, a siedzisz bezczynnie w domu i nic nie robisz. Zjadasz to, co 

zarobi matka, i tę moją emeryturę. Wstydu nie masz? Co u ciebie jest w piersiach, kamień czy 

serce?

Andrzej odwrócił się tyłem do ojca i znów stanął przy oknie. Ale choć patrzył na 

ulicę,   nie   widział   niczego   przed   sobą.   Surowe   słowa   zrobiły   jednak   na   nim   wrażenie. 

Wreszcie nie odwracając się zaczął mówić z początku cicho, a potem z coraz większą siłą:

- Czego ode mnie chcecie, czego? Żebym był przez całe życie marnym urzędniczyną 

jak ty? Od małego mówiliście, że to nie dla mnie, że będę wielki, że zadziwię wszystkich. I 

będę! Zobaczysz! Nie pójdę za parę złotych marnować życia przy biurku. Ja się do tego nie 

nadaję. Jeszcze osiągnę swoje! Zrobię coś takiego, co zadziwi was i wszystkich, zobaczysz!

- Ale co zrobisz? Co chcesz osiągnąć, przecież lata płyną? - przerwał mu ojciec.

- A niech płyną! Przyjdzie moja chwila. Muszą o mnie ludzie usłyszeć, muszą mnie 

słuchać i bać się! Zobaczysz, jak będzie o mnie głośno!

background image

- Andrzej, synku, co ty wygadujesz! - przeląkł się ojciec. Ale ten wpadł w jakiś stan 

nienormalnego   podniecenia,   oczy   mu   błyszczały,   twarz   wykrzywił   grymas,   rękami 

gestykulował, jakby miał przed sobą tłum słuchaczy.

- Ty przez całe życie słuchałeś innych, a ja chcę, żeby mnie ludzie słuchali! Tylko 

wtedy można się czuć silnym, jak człowieka słuchają, robią wszystko, co im każę!

- Ależ ty powinieneś iść do wojska, zostać dowódcą! - wykrzyknął ojciec.

- Do wojska?! - zaśmiał się Andrzej. Teraz? W czasie wojny - tak! Ale co może 

zdziałać człowiek w wojsku teraz, kiedy nie ma wojny? W jaki sposób zostać bohaterem? 

Nie, to dla naiwnych. Jakby była wojna, to co innego. Strzela się, walczy, można pokazać 

odwagę i siłę. Żeby chociaż brali ochotników gdzieś do Afryki czy Wietnamu. Ale można 

zgnić i do niczego człowiek nie dojdzie.

- To co chcesz zrobić? Jak masz zamiar się wybić?

- Znajdzie się sposób. Tylko mnie zostawcie w spokoju, a zobaczycie!

- Obawiam się, że matce będzie trudno to zrozumieć - cicho zauważył ojciec. - Ona co 

dzień na ósmą chodzi do pracy... i boli ją to, że ty śpisz do południa, a wieczorami długo nie 

wracasz...

- Ech, matka!... - było w tym okrzyku tyle lekceważenia, że ojciec aż się żachnął. 

Powstrzymał się jednak od zrobienia uwagi synowi, bo gniew już w nim wygasł i znów był 

cichym, skromnym, nieco niezaradnym urzędnikiem na emeryturze.

- Chodź, chodź, zjemy śniadanie - powiedział. - Mimo wszystko jeść trzeba...

2

Koło południa, nic nie mówiąc ojcu, nałożył swoją kurtkę i ruszył do wyjścia. Starszy 

pan wyjrzał z kuchni, gdzie przygotowywał jarzyny do obiadu i zapytał:

- Wychodzisz? Kiedy wrócisz?

- Nie mam pojęcia - odburknął Andrzej. - Bo matka... - zaczął ojciec.

- Wiem, wiem - syn przerwał mu gwałtownie - będzie się martwiła. Powiedz jej, że 

mam   już   sporo   ponad   dwadzieścia   łat.   I   jak   mnie   nie   przestaniecie   męczyć,   to   się 

wyprowadzę, tak jak Karol. - Wiedział, że ten przykład zawsze działał na rodziców. Nie 

chcieli być sami. Od czasu jak ich starszy syn wyprowadził się i rozpoczął samodzielne, 

niezbyt chwalebne życie, drżeli na myśl, że i młodszy, Andrzej, także może odejść. Dopóki 

był z nimi, łudzili się, że mają na niego wpływ i jeszcze się zmieni. Andrzej dobrze wiedział, 

background image

że rodzicom zależy na tym, aby pozostał w domu i wykorzystywał to bezlitośnie, szantażując 

ich, gdy go zbytnio zasypywali wyrzutami za nienormalny tryb życia.

Zanim ojciec zdążył coś odpowiedzieć, trzasnął drzwiami i pobiegł po schodach w 

dół. Przed domem, który go tak interesował od wczoraj, zwolnił nieco kroku, ale się nie 

zatrzymał, tylko rzucił przelotne spojrzenie na okna i mimo woli się uśmiechnął. Zaraz jednak 

przyśpieszył   kroku   i   po   chwili   już   jechał   „dwójką”   do   Gdańska.   Wysiadł   koło   Bramy 

Wyżynnej, przeciął na ukos Targ Węglowy i pasażem w Zbrojowni przedostał się do Piwnej. 

Tu skręcił do probierni win, w której umówił się z Józkiem.

Zastał go już sączącego wolno rubinowy napój. Poza nim było jeszcze trzech czy 

czterech mężczyzn. Rozmawiali o jakichś interesach, pociągając małymi łykami wino.

- Józek ucieszył się na widok kolegi.

- Zamówić ci lampkę? - zaproponował.

- Nie chcę. Mówiłem ci, że mało piję.

- Ale wczoraj żeś pociągnął zdrowo.

- Czasem trzeba przeczyścić organizm. Ale w ogóle picie to dobre dla słabeuszów bez 

charakteru.

Józek spojrzał ze zdziwieniem na kolegę. Skąd w jego ustach taka maksyma? Andrzej 

tymczasem rozkazał:

- Kończ. Idziemy!

- A gdzie? - Józek jednym haustem połknął wino i już był gotów.

- Skończ raz z tymi pytaniami! - zniecierpliwił się Andrzej. Józek zamilkł i posłusznie 

podążył za nim na ulicę. Ogarnął ich tłum ludzi spieszących we wszystkich kierunkach.

Ulica   była   wesoła,   zalana   słońcem,   krople   wody   z   topniejącego   śniegu   padały   z 

dachów.   Z   wieży   pobliskiego   ratusza   rozległy   się   majestatycznie   dźwięki   carillonu 

wygrywającego „Rotę”. Minęła dwunasta.

- Pamiętasz, o czym wczoraj mówiliśmy? - zapytał Andrzej, kiedy już przebrnęli przez 

najgęstszy tłum i znaleźli się na wąskiej uliczce prowadzącej do Długiej.

- Co mam nie pamiętać? - Józek niemal się obraził. - Przecież byłem trzeźwy. Jakbym 

nie pamiętał, to bym nie przyszedł dzisiaj.

- Fajno - Andrzej skinął głową. - Postanowiłem to przyspieszyć.

- Pójdziemy dziś? - interesował się Józek.

- Nie zdążymy, już późno. Zresztą nie wszystko jeszcze gotowe.

- To kiedy?

- Jutro na pewno.

background image

Józek spojrzał spod oka na kolegę. Im dłużej się znali, tym bardziej mu imponował. 

Podziwiał   go   za   spokój,   pewność   siebie,   zdecydowanie,   ale   i   bał   się   po   trosze,   choć 

równocześnie czuł się jakby bezpieczniejszy w jego towarzystwie.

Znaleźli   się   już   na   Długiej.   Szeroka   ulica   z   rzędami   renesansowych   kamieniczek 

wyglądała   pięknie.   Śnieg   i   sople   dodawały   uroku   kolorowym   frontonom   i   fantazyjnym 

szczytnicom kupieckich domów. Ludzie chodzili tu jezdnią, którą zamieniono na wygodny 

szeroki deptak.

- Przejdziemy się trochę - zaproponował nagle Andrzej, jakby go pociągnął urok ulicy. 

- Mamy jeszcze czas, umówiłem się o wpół do pierwszej.

- To jeszcze ktoś ma być?

background image

- Aha, taki jeden kumpel. Raczek się nazywa.

- Sami nie damy rady? - Józek już myślał o tym, że zdobycz trzeba będzie dzielić na 

trzech zamiast na dwóch.

-   Mój   plan   przewiduje,   że   potrzeba   trzech   -   odparł   Andrzej   z   wyższością,   jakby 

wszelką dyskusję na ten temat uważał za osobistą obelgę. Ale domyśliwszy się, o co chodzi 

koledze, odparł: - Nie bój się, jak zrobimy tę babę, to starczy na trzech. Będziesz miał tyle 

forsy jak nigdy w życiu.

Józek pomyślał, że to może nie być znów tak wiele. Ostatecznie w życiu nie miewał 

zawrotnych   sum.   A   zarazem   zrodziła   się   w   nim   obawa,   żeby   się   nie   skończyło   tak   jak 

ostatnim   razem.   Ciągle   go   niepokoił   fakt,   iż   Andrzej   nie   wydobył   jeszcze   wszystkich 

pieniędzy od Adama, i w duchu coraz bardziej się obawiał, że zostali wyprowadzeni w pole 

przez tego grubasa i jego „żonę”. Nie wypowiedział jednak głośno swych myśli, gdyż obawiał 

się, że zirytuje tym Andrzeja.

Doszli do Fontanny Neptuna. Nagi bóg morza stał w szeroko rozwartym kielichu z 

trójzębem wzniesionym do uderzenia. Z muskularnego ramienia i końców trójzęba zwisały 

malowniczo   ostre   sople   lodu,   a   gołębie   bezceremonialnie   siedziały   na   głowie   Neptuna   i 

otaczających fontannę metalowych sztachetkach.

- Nikomu nie mówiłeś o tamtym wypadzie? - zapytał nagle Andrzej.

- Coś ty? - żachnął się Józek.

- W porządku, nie szarp się - osadził go Andrzej. - Chciałem ci tylko przypomnieć, bo 

gliny na pewno szukają. Jakbyś rozpaplał, mogłoby się roznieść i dotrzeć do nich.

- Ja nie rozpaplę, ale żeby nie złapali czegoś z tych rzeczy...

- E, co to, to nie, Adam jest za cwany, żeby wpaść tak głupio. Wie, że też by dostał za 

paserstwo.

- Przecież mówiłeś mu, że to od marynarza.

- On nie taki naiwniak, żeby uwierzyć w tę bajeczkę. Ale co mnie to obchodzi, niech 

pilnuje swojej skóry.

Doszli   jeszcze  wolnym  krokiem  do Zielonej  Bramy,  a  potem  zawrócili.   Zegar  na 

ratuszu wskazywał wpół do pierwszej. Nie rozmawiając - już, bo nie bardzo mieli o czym, 

poszli w stronę czerwonego budynku poczty. Andrzej skierował się wprost do holu głównego, 

gdzie przy okienkach stały długie kolejki interesantów. Na ławce pośrodku sali siedział młody 

chłopak i rozglądał się dokoła. Był brudny, nogi w zabłoconych butach wyciągnął daleko i 

palił   papierosa,   choć   na   ścianie   widniał   wielki   napis   zakazujący   palenia.   Gdy   zobaczył 

wchodzących, podniósł się szybko, zadeptał niedopałek i ruszył na ich spotkanie.

background image

- Cześć - pozdrowił Andrzeja. - Kogoś przytargał? Myślałem, że masz tylko do mnie 

samego interes.

- Zamknij japę - krótko osadził go Andrzej. - Poznajcie się: to Józek, a to Raczek. 

Idziemy stąd.

- Już, tak od razu? - zdziwił się Raczek.

- Do „Kameralnej”, baranie - objaśnił Andrzej. - Przecież nie będziemy tu gadali.

We trójkę opuścili gmach poczty i po chwili już byli w kawiarni znajdującej się po 

drugiej stronie ulicy.

3

- Co stawiasz? - bezczelnie zapytał Raczek, kiedy zajęli miejsca przy stoliku w rogu 

sali, z dala od rzadkich gości znajdujących się w kawiarni.

- Mogę ci postawić herbatę, kawę, oranżadę - zaproponował Andrzej.

- A mleka nie? - obraził się Raczek.

-   Jest?   -   Andrzej   zwrócił   się   do   kelnerki,   która   stała   obok   stolika   niecierpliwie 

czekając na zamówienie.

- Nie prowadzimy - odparła z godnością. - Może być wino, likier albo koniak.

- Stawiasz koniak? - Raczek był natarczywy.

- Niech pani mu da jedno wino, tobie też? - zwrócił się do Józka.

- Może być.

- To dwa, a dla mnie kawę, podwójną.

- Kieliszka koniaku żałujesz? - Raczek był rozczarowany.

- Zamknij się - powiedział Andrzej groźnie, zniecierpliwiony natręctwem kolegi. - 

Jelenia sobie znalazłeś? Jak ci się nie podoba, to...

- No dobra już, dobra - wycofywał się Raczek, przestraszony miną i tonem Andrzeja. - 

Na żartach się nie znasz?

Józek odczuł po tej scenie coś w rodzaju satysfakcji, bo przedtem myślał, że Raczek 

nie boi się Andrzeja i jest przez niego inaczej traktowany niż on.

Nie zaczynali rozmowy, dopóki kelnerka nie przyniosła tego, co zamówili. Dopiero 

kiedy Andrzej był pewny, że ich nikt nie słyszy, zapytał:

- Obydwaj z grubsza orientujecie się, o co chodzi?

- Mówiłeś, że mamy zrobić skok - odparł Raczek - ale co i jak to nie mam pojęcia.

Józek nic nie powiedział, był bardziej wtajemniczony niż Raczek.

background image

Andrzej upił łyk kawy, dołożył jeszcze kostkę cukru, wolno zamieszał w filiżance.

- Więc tak - zaczął - zrobimy skok na mieszkanie jednej baby. Józek wie gdzie. Tobie 

pokażę dzisiaj. Zresztą pewnie ją znasz.

- Ja? - zdziwił się Raczek.

- Mieszka niedaleko nas na tej samej ulicy.

Józek domyślił się, że Raczek i Andrzej są sąsiadami.

-   To   nie   mogłeś   coś   innego   znaleźć?   -   zaprotestował   Raczek.   -   Na   naszej   ulicy 

niebezpiecznie. Ktoś zobaczy, pozna, łatwo możemy wpaść.

- Głupi jesteś. Właśnie na naszej ulicy jest najbezpieczniej. Jesteśmy tam u siebie, nikt 

nie będzie nas o nic podejrzewał, jak zobaczy, że się kręcimy koło naszych domów.

- Może i tak - zgodził się Raczek.

- A poza tym znam dobrze tę babę - mówił dalej Andrzej.

- To moja ciotka. - Raczek złożył usta, jakby chciał gwizdnąć, ale powstrzymał się. 

Andrzej zaś wyjaśniał dalej: - Ma forsy do cholery i trochę. Jest współwłaścicielką sklepu w 

Sopocie. Taka, wiecie, co to skupuje zagraniczne  ciuchy za bezcen, a potem sprzedaje z 

grubym zarobkiem.

- Ale czy trzyma w domu forsę? - zastanawiał się Józek.

- Bo jak ma na książeczkach pekao, to nici z tego.

- Ma w domu - autorytatywnie stwierdził Andrzej. - Sam widziałem i wiem gdzie. 

Mówiłem, że to moja ciotka. Chodzę tam czasem.

- To co innego - odetchnął z ulgą Józek.

- A oprócz tego ma  biżuterię.  Nie wiem,  ile tego jest, ale dużo. To są dziesiątki 

tysięcy, rozumiecie?

- O rany! - jęknął Raczek. - Postaw jeszcze wino...

- Potem, teraz słuchaj. Musimy cały plan omówić, bo jutro nie będzie czasu.

- No to jazda - Raczek nie mógł opanować podniecenia. Józek także poprawił się na 

krześle i uważnie nadstawiał uszu.

Andrzej wziął serwetkę, rozłożył ją na szkle, wyciągnął długopis i zaczął rysować.

- Uważajcie dobrze - mówił. - To jest plan mieszkania. Czwarte piętro, wejście na 

wprost schodów. Pokażę ci dokładnie, które drzwi - zwrócił się do Raczka.

- A jemu nie? - spytał chłopak.

-   Słuchaj,   nie   gadaj   tyle.   Mieszkanie   składa   się   z   dwóch   dużych   pokoi,   kuchni, 

przedpokoju i łazienki. O, tu jest przedpokój, obok kuchnia. Jeden pokój na prawo, drugi na 

background image

lewo od kuchni. Łazienka po drugiej stronie przedpokoju, ale to nieważne. Zapamiętajcie 

rozkład pokoi.

Pochylili głowy i w milczeniu przyglądali się rysunkowi. Andrzej odczekał chwilę, a 

potem kontynuował:

- Ten pokój na lewo jest oddzielony. Właściwie całe mieszkanie jest podzielone na 

dwie   części.   Oprócz   ciotki   mieszka   tam   jej   były   mąż,   rozwiedli   się,   ale   on   się   nie 

wyprowadził. Więc ten pokój na lewo od kuchni nas nie interesuje, jasne?

- Dobra - Józek skinął głową. - Znaczy idziemy na prawo, do pokoju ciotki?

-  Tak.   Tylko   się  nie   pomylcie,   bo   szkoda   czasu.  Wszystko   trzeba   zrobić   szybko, 

najwyżej w ciągu piętnastu minut.

- Co mamy pomylić? Przecież idziesz z nami, nie? - zapytał Raczek.

- Niezupełnie. Musimy się rozdzielić.

- Jak rozdzielić, po co?

- Ja będę przed domem na ulicy. Mogę na przykład odgarniać śnieg czy po prostu stać 

sobie w bramie. Jakby na przy-

background image

kład   niespodziewanie   wracała   ciotka   albo   ten   jej   były   mąż,   to   dam   wam   cynk   i 

zdążycie zwiać. Albo ich zatrzymam, odciągnę, to już zresztą moja sprawa.

- To dobrze - zgodził się Józek. - Będzie spokojniej na górze.

- Właśnie - przytaknął Andrzej. - Teraz robota dla was. Ty - zwrócił się do Raczka - 

otworzysz drzwi. Potrafisz?

- Mowa!

- Więc uważaj. Tam jest zamek automatyczny, potem drugi zwykły i jeszcze zasuwa, 

na dole. Taka, wiesz, otwierana kluczem.”

- Warto by zobaczyć - zauważył Raczek.

-  Zobaczysz.   Pójdziemy  tam,   wejdziemy  na   schody  i  rzucisz   okiem   na  wszystko. 

Wystarczy ci?

- Wystarczy, tylko może być kłopot z tym automatem. Trzeba by dorobić klucz.

- Nie ma  czasu, skąd zresztą weźmiesz odcisk? Otwórz tamte dwa, a ten możesz 

wyłamać, jak sobie inaczej nie poradzisz.

- Jakoś się zrobi.

- Jak ty będziesz otwierał, Józek będzie stał na schodach pół piętra niżej i patrzył, czy 

ktoś nie idzie. Gdybyś kogoś zauważył - zwrócił się do Józka - to udawajcie, że dzwonicie do 

drzwi.

- A jak to będzie akurat ona?

- Nie będzie, bo ja ją na dole zatrzymam. A inni ludzie nie są groźni. Przejdą po 

schodach i koniec.

- No to wszystko jasne - Raczek uważał naradę za skończoną.

- Zaraz, słuchaj do końca - powstrzymał go Andrzej - bo potem coś nawalisz. Jak 

wejdziecie do środka, to może jeszcze być zamknięty na klucz jej pokój. Otworzysz go.

- To jasne, przez zamknięte drzwi nie wejdziemy.

- Pieniądze są w biurku. Prawa szuflada, pierwsza od góry. Pod papierami. Mogą być 

w kopercie.

- A te szkiełka?

- Trzeba poszukać, bo nie jestem pewny. Ale chyba w kredensie pod ścianą na lewo 

od drzwi. To jest taki stary, ciężki rupieć. W środkowej przegrodzie za szkłem jest zdaje się 

szkatułka, taka jak na nici. Jakby w niej nie było, to poszukacie w tym kredensie albo w 

biurku.

- Wszystko? - zapytał Raczek.

background image

- Wszystko. Po robocie wyjdziecie spokojnie, zamkniecie drzwi, żeby lokatorzy za 

wcześnie nie zauważyli i nie narobili alarmu. Na dole się spotkamy i pryśniemy razem do 

Gdańska.

- A łachy jakieś brać? - rzeczowo spytał Józek.

- Zależy co. Jakieś bluzki zagraniczne, futro albo coś takiego - brać. Już mam kogoś 

na Oruni, kto kupi i od razu da forsę. Ale dużo tego nie bierzcie, żeby nie podpadło, jak 

będziemy jechać stamtąd do Gdańska.

Tym razem już wszystko było jasne. Andrzej podarł serwetkę na drobniutkie skrawki, 

zmiął ją i wrzucił do kieszeni.

- Spotykamy się jutro o dziewiątej pod filarami na Jaśkowej Dolinie.

- Dobra - zgodził się Raczek.

Józek także wyraził swą zgodę ruchem głowy.

- No to teraz możemy się napić po kieliszku - powiedział Andrzej i skinął na kelnerkę.

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

1

Porucznik   Wróbel   od   samego   rana   działał   szybko.   Wczorajsze   spotkanie 

popołudniowe z Mazurem i Pilarkiem popchnęło go do czynu.

Karaluch   przy   bliższym   rozpoznaniu   okazał   się   bardzo   podejrzany.   Zebrane 

informacje   wskazywały,   że   jest   to   niewątpliwie   złodziejaszek   i   niebieski   ptak,   któremu 

dotychczas udawało się uniknąć bezpośrednio kontaktu z milicją. Dane Pilarka były ścisłe. 

Miał on rzeczywiście torbę turystyczną z brezentu, w której znajdowały się jakieś rzeczy. 

Najbardziej rzucało się w oczy, iż były tam dwie koszule niemnące. Zarówno sąsiedzi, jak i 

informatorzy Pilarka, których miał sporo w gdyńskim półświatku, potwierdzali, że Karaluch 

mógł dokonać tego napadu.

- Jedno tylko jest wątpliwe - zastanawiał się porucznik - nikt nic nie mówi o jego 

kompanie.

-   Karaluch   ma   na   pewno   kolegą   -   wyjaśnił   Pilarek.   -   Tylko   tamten   jest   może 

mądrzejszy od niego i po skoku nie utrzymują kontaktów. Ten okazał się prymitywniejszy, 

bardziej niecierpliwy i wyszedł z kradzionymi rzeczami.

- To by się zgadzało z ich sylwetkami, jakie mamy po przesłuchaniach Zosi - przyznał 

porucznik. - Tamten organizuje, podstawia Karalucha, a sam siedzi w cieniu.

- To co, zdejmujemy go? - gorączkował się Mazur.

- Zdejmujemy - zdecydował Wróbel. - Jutro rano.

background image

- Czemu nie dziś, na co czekać? - niecierpliwił się podporucznik. - Przecież możemy 

go zatrzymać w areszcie, a potem prokurator da sankcję.

- Możemy - przyznał Wróbel - ale trzeba zrobić rewizję. - Może mieć pochowane 

rzeczy. Załatwimy nakaz rewizji i rano go odwiedzimy. Nie ucieknie.

- A co z tym drugim? - podporucznik przypomniał sobie o raporcie dzielnicowego, 

który zwracał uwagę na mężczyznę chwalącego się, że zrobił ostatnio jakiś skok.

- Tak samo. Załatwię, żeby go zatrzymała dzielnica i dostarczyła do nas.

- Ty - zwrócił się do Pilarka - pójdziesz do nich i dopilnujesz, żeby wszystko było, jak 

należy. Karaluchem zajmiemy się sami.

- Rewizję też zrobić? - pytał Pilarek.

- Na razie nie - odparł porucznik. - Dostarczysz go tylko do komendy. Jeżeli Zosia go 

rozpozna, zrobimy rewizję.

Jeszcze tego samego dnia porucznik uzgodnił akcję z naczelnikiem. Uzyskawszy jego 

aprobatę,   załatwił   formalności   z   prokuratorem   i   rano   miał   już   w   kieszeni   dokumenty 

potrzebne do rewizji i aresztowania Karalucha.

Przed siódmą rano spotkał się w komendzie z podporucznikiem Mazurem. Mazur był 

wyspany, bo wieczór miał wolny. Zosia wprawdzie robiła jeszcze jedną rundę, tym razem po 

gdańskich kawiarniach, ale już bez podporucznika, tylko w towarzystwie funkcjonariuszki z 

sekcji do walki z nierządem. Porucznik polecił, żeby dziewczyna o godzinie dziesiątej stawiła 

się w komendzie. Spodziewał się, że będzie potrzebna do konfrontacji z zatrzymanymi.

Motor   warszawy   pracował   na   małych   obrotach.   Kierowca   uprzejmie   otworzył 

drzwiczki i zapytał:

- Dokąd?

- Na Grabówek - krótko rzucił Wróbel, sadowiąc się obok. Mazur zajął miejsce z tyłu. 

Warszawa wyskoczyła na ulicę, aż rozpaćkany śnieg wyprysnął spod kół na wszystkie strony. 

Ruch o tej porze był jeszcze mały na gdyńskich ulicach. Dzień robił się szary i mglisty. Od 

pobliskiego portu doleciał  żałosny,  przeciągły ryk  syreny statku wychodzącego  w morze. 

Jakby w odpowiedzi zabrzmiały długie, jękliwe głosy syren fabrycznych.

- Siódma - stwierdził Mazur. - Chyba jeszcze będzie w domu?

-   Nie   martw   się,   Kaziu   -   zaśmiał   się   Wróbel.   -   Zobaczysz,   jeszcze   go   z   betów 

wyciągniemy.

Wóz przeleciał ulicami śródmieścia, skręcił pod wiaduktem i pognał wąską szosą do 

dzielnicy   Grabówek.   Porucznik   podał   dokładny   adres,   a   kierowca   doskonale   znający 

wszystkie zakamarki miasta skręcił za kompleksem gmachów Szkoły Morskiej w jedną z 

background image

bocznych uliczek. Od razu jakby się znaleźli w innym mieście. Zniknęły wysokie bloki, a ich 

miejsce zastąpiły nędzne wiejskie chałupy. Na pagórkowatym terenie samochód poruszał się 

z trudnością, pojękując na drugim biegu. Krzywe płoty, walące się szopki i komórki, nie 

osłonięte śmietniki - wszystko to stwarzało obraz smutny, sprawiający wrażenie niechlujstwa 

i zaniedbania.

- Mogliby to już porozwalać - zauważył Mazur.

-   „Drewniana   Warszawa”   -   odpowiedział   porucznik.   -   To,   Kaziu,   było   jeszcze 

budowane   przed   wojną,   niby   tymczasowo.   Widzisz,   jakie   trwałe   są   rzeczy   robione 

„tymczasowo”? Stoją trzydzieści i czterdzieści lat!

- No to czemu ich się nie zburzy! Przecież dziś to wstyd dla Gdyni.

- Zburzą, zburzą - uspokajał go porucznik. - Tylko mieszkań ciągle brakuje. Co kogo 

stąd wyprowadzą do nowych bloków, to już mieszka inny, przybyły nie wiadomo skąd, zanim 

zdążą rozebrać chałupą. I co, wyrzucać ludzi? Czasu na to trzeba, czasu...

Rozmowa przerwała się, bo kierowca wykonał karkołomny zakręt i zatrzymał wóz na 

skrzyżowaniu dwóch uliczek.

- To tam, trzeci od rogu będzie numer osiem - wskazał głową ni to szopę, ni to barak. 

Był starym pracownikiem milicji i wiedział, że w takich wypadkach nie należy podjeżdżać 

pod sam obiekt, który ich interesował. - Iść też? Będę potrzebny? - zapytał porucznika.

- Chodźcie - nakazał Wróbel. - Diabli wiedzą, co to za jeden. Może będzie chciał 

prysnąć, przypilnujecie okna.

Wyszli z samochodu i wolno ruszyli w stronę domku. Stał na dość stromo opadającym 

piaszczystym zboczu, podmyty wodą, która wiosną i jesienią ściekała tu jak górski strumyk. 

Był   przekrzywiony   niczym   chatka   czarownicy.   Zbudowano   go   z   małych   deseczek 

pochodzących ze skrzynek po owocach czy innych towarach. Duży polny kamień zastępował 

stopień. Malutkie okno było zasłonięte jakąś szmatą. Porucznik wskazał kierowcy głową, że 

ma obejść z drugiej strony i tam czuwać, a sam zapukał do drzwi. Dość długo nikt się nie 

odzywał.   Mazur   już   zaczynał   niecierpliwie   się   kręcić,   gdy   wreszcie   po   mocniejszym 

uderzeniu w drzwi zaspany głos zapytał ze złością:

- Czego tam, do cholery?

- Otwórzcie - wesoło powiedział Wróbel - goście przyszli.

- Co za diabli? Pospać człowiekowi nie dadzą. Kto jest?

- Otwierać, milicja! - żartobliwy ton zniknął z głosu porucznika.

Za drzwiami zapanowała cisza i trwała tak długo, że Wróbel już uniósł pięść, aby 

zapukać ponownie. Ale nim to uczynił, zgrzytnął klucz w zamku, drzwi się uchyliły i ukazała 

background image

się w nich rozkudłana czarna głowa mężczyzny. Był boso, w długich kalesonach i grubej 

flanelowej koszuli, która widocznie służyła mu za piżamę.

-   Żarty   czy   co?   -   zapytał   ze   strachem.   -   O   co   chodzi?   Porucznik   pchnął   dość 

bezceremonialnie drzwi i dopiero kiedy przestąpił próg, pokazał legitymację. Ale gospodarz 

nawet nie spojrzał na nią, nie mógł mieć wątpliwości, co za goście go odwiedzili, Mazur był 

w mundurze.

- O co chodzi, naczelniku? - Karaluch zwrócił się do Wróbla, który choć w cywilu od 

razu wydał mu się ważniejszy od podporucznika. - Jakaś pomyłka, czy co?

- Zamknijcie drzwi - powiedział porucznik. - Zimno na dworze, przeziębicie się.

Karaluch   zamknął   posłusznie,   ale   nie   ruszał   się   od   drzwi,   nie   prowadził   gości   z 

malutkiego,   ciemnego   przedsionka   dalej,   do   obszerniejszej   izby,   którą   stąd   było   widać. 

Przedsionek, pełniący także rolę kuchni, na co wskazywał żelazny piecyk, był oddzielony 

wymiętą i brudną zasłoną od dalszej części mieszkania. Porucznik widział przez szparę stół 

zawalony   naczyniami,   żelazne   łóżko   z   ciemnymi   kocami   i   ścianę   wyklejoną   szarym 

papierem. Właśnie z łóżka rozległ się piskliwy kobiecy głos.

- Co tam się stało, Maniek, kto przyszedł?

- Gli... - zaczął Karaluch, ale zreflektował się i dokończył: - milicja.

- Jezus Maria! - kobieta za tupotała nogami po podłodze i wyjrzała zza zasłony. Miała 

ogromną szopę rudych włosów skręconych w drobne pierścienie, duże, podsinione oczy i 

blade   wargi,   które   teraz   dygotały   ze   strachu.   Porucznik   zauważył,   że   spała   w   swetrze 

narzuconym na koszulę. W mieszkaniu było zimno jak na dworze.

- Trzeba się ubrać - powiedział do Karalucha.

- Zabieracie mnie? - zapytał płaczliwie gospodarz. - Za co?

Weszli   do   wnętrza   mieszkania   i   teraz   stali   wszyscy   wokół   stołu.   Panował   tu 

nieporządek,   resztki,   wczorajszej   kolacji   mieszały   się   z   częściami   kobiecej   garderoby. 

Współlokatorka Karalucha naciągnęła na siebie płaszcz i nic nie mówiąc  stała na środku 

patrząc szeroko otwartymi ze strachu oczami to na przybyszy, to na swego mężczyznę.

Porucznik   poczuł   się   trochę   niewyraźnie.   Było   coś   w   zachowaniu   tych   ludzi,   co 

wywoływało w nim jakby współczucie. Może dlatego, że nie byli krzykliwi, zaczepni jak inni 

przestępcy,   których   zatrzymywał?   Wyczuwał   u   nich   lęk,   ale   i   zaskoczenie,   zdziwienie   z 

powodu tej wizyty.

background image

- Pojedziemy do komendy - powiedział - tam się wszystko wyjaśni.

- Ale co się stało? Niech pan powie, o co jesteśmy oskarżeni? - zapytała kobieta i 

zauważył, że w jej oczach pojawiają się łzy.

-   Pani   o   nic   -   odparł   krótko.   Nie   chciał   się   tutaj   wdawać   w   żadne   rozmowy.   Z 

doświadczenia wiedział, że w takiej atmosferze trudniej jest wydobyć zeznania. W komendzie 

podejrzani stawali się mniej pewni siebie, łatwiej przyznawali się do winy. - A co do was, to 

się okaże. Proszę się ubrać.

Karaluch   już   o   nic   nie   wypytywał,   tylko   wciągnął   spodnie,   wełniane   skarpetki, 

przyczesał czuprynę i nie myjąc się włożył marynarkę. Kobieta podsunęła mu zniszczone, 

zabłocone półbuty i sięgnęła po szalik.

- Weź, bo się przeziębisz - powiedziała troskliwie i zaraz zwróciła się trochę nieśmiało 

do porucznika: - Długo go tam zatrzymacie? On naprawdę nic nie zrobił... Ja wiem najlepiej...

- Jeżeli tak jest, to bardzo prędko wróci - uspokoił ją Wróbel. Żal mu było tej kobiety,  

która nie krzyczała, nie awanturowała się, nie miotała przekleństwami jak inne „żony” czy 

„narzeczone” mężczyzn aresztowanych przez niego w podobnych warunkach. Nie pasowało 

mu to wszystko do obrazu tego, kogo poszukiwał, ale nie chciał ulegać sugestiom. Wiedział, 

że subiektywne wrażenia często bywają zawodne. Niejeden przestępca nie mówił o swoich 

wyczynach   w   domu   i   bywało,   że   dopiero   na   rozprawie   kobieta   dowiadywała   się,   za   co 

odpowiada bliski jej człowiek.

Gdy Karaluch był już gotów do wyjścia, porucznik powiedział:

- Musimy jeszcze przeszukać mieszkanie.

- Co? Niczego nie ukradłem, nic tu nie ma! - żachnął się zatrzymany.

- Okaże się - przerwał mu Wróbel i wyciągnął kartkę papieru. - Proszę, tu jest nakaz 

rewizji. Pani będzie świadkiem.

Kobieta   cofnęła   się   aż   pod   okno   i   oparła   dłonie   na   poręczy   krzesła.   Usta   miała 

zaciśnięte, patrzyła na Karalucha jakoś groźnie.

- Proszę - powiedziała do milicjantów - Niech panowie robią, co chcą. A ty - zwróciła 

się do Karalucha - uważaj! Jeżeli się okaże, że zrobiłeś coś takiego, że cię posadzą, to nie 

zobaczysz mnie więcej...

-   Władzia,   jak   Boga   kocham...   -   zaczął   Karaluch   niemal   z   płaczem.   -   Nic   nie 

zrobiłem... Zobaczysz, przekonasz się! Nic nie znajdą! Szukajcie - nagle wpadł we wściekłość 

- szukajcie i pytajcie, o co chcecie. Niech prawda wyjdzie na wierzch!

Wróbel był coraz bardziej zdziwiony. Domyślił się, że ta kobieta ma wielki wpływ na 

Karalucha. Widać było, jak mu na niej zależy i jak bardzo chce w jej oczach okazać się 

background image

niewinnym. Porucznikowi zrobiło to niewytłumaczoną przyjemność. Poczuł sympatię do tej 

niezbyt pięknej kobiety, która jednak wyraźnie miała charakter i potrafiła trzymać w ryzach 

swego mężczyznę.

Razem z Mazurem zaczęli przetrząsać nędzne pomieszczenie. Nie mieli wiele z tym 

roboty. W mieszkaniu nie było porządnej szafy, ubrania wisiały na gwoździach wbitych w 

ścianę. Nieco sprzętów domowych  stało w przedpokoju obok piecyka.  Tam też był  stary 

kredens.

Kobieta   jakby   się   wstydząc   tego   mieszkania,   jego   wyglądu   i   własnego   ubóstwa, 

powiedziała:

- Brzydko tu u nas, ale nic nie robimy, nie meblujemy, bo mam dostać mieszkanie. 

Obiecali w radzie zakładowej...

- Pani pracuje? - Mazur był zaskoczony.

- A co, z manny niebieskiej  mam  żyć?  - odparła. - Sprzątam w Zarządzie  Portu. 

Szkoły nie mam, to nie mogą mi dać innej pracy... Ale jemu też tam chcą dać zajęcie. Ma iść 

od pierwszego. Na razie jest w rezerwie portowej. Idzie czasem na parę dni, jak ruch statków 

większy. Od pierwszego chcą go wziąć na stałe. Ale teraz...

- Nie martwcie się, wszystko będzie dobrze - pocieszył porucznik.

- Tak pan mówi? - niemal się ucieszyła. - A czemu go zabieracie? Co zrobił? Niech 

pan mi powie, muszę wiedzieć, bo jak coś, to nie będę z nim żyła. Obiecał mi, że...

- Daj spokój, Władzia, sama się przekonasz - przerwał jej Karaluch.

Porucznik kończył przegląd mieszkania. Już myślał, że niczego nie znajdzie, kiedy w 

ciemnym  kącie za kredensem dojrzał stojącą na podłodze torbę turystyczną.  Pasek miała 

zapięty, ale widać było, że coś w niej jest, bo stała sztywno, wypchana dość mocno. Sięgnął 

po nią i wyciągnął na światło dzienne.

- A to co? - zapytał unosząc zdobycz do góry.

- Torba - odpowiedział Karaluch.

-   Widzę   -   zniecierpliwił   się   Wróbel   -   ale   czyja?   Karaluch   spojrzał   niepewnie   na 

kobietę, opuścił wzrok i szybko wyjaśnił:

- Moja.

- Maniek! - krzyknęła kobieta. - Skąd to masz? Czyje to? Skąd przyniosłeś? - ruszyła 

w stronę mężczyzny, jakby chciała go zaatakować. Ale on cofnął się za porucznika i mówił 

prędko:

- Władzia, uspokój się, to nie kradzione, jak Boga kocham, mówię ci... Władzia...

background image

- Chodźmy - porucznik chciał przerwać tę scenę. Było mu coraz bardziej żal kobiety, 

która   teraz   rozpłakała   się   żałośnie.   Pomyślał,   że   jeśli   Karaluch   jest   sprawcą   napadu,   to 

spotkała ją wielka, niezasłużona krzywda.

Zabrał torbę  z sobą i razem z Mazurem wyprowadzili  mężczyznę  do samochodu. 

Zanim wsiedli, zwrócił się jeszcze do zatrzymanego:

- Mam nadzieję, że nie będziecie robili kawałów, bo jak coś to założymy kajdanki.

- Nie, panie naczelniku, tylko nie kajdanki - zaszeptał ze strachem Karaluch. - Nie 

zwieję, jestem niewinny, pan się przekona...

Wróbel dojrzał, że kobieta wyszła przed dom i patrzy za nimi. Skinął głową i wszyscy 

wsiedli do samochodu.

2

Karaluch siedział na krześle przed biurkiem. Porucznik przesłuchiwał go w obecności 

Mazura i protokolanta.

Mężczyzna był mizerny, miał mocno podkrążone oczy, palił nerwowo ekstramocnego 

podsuniętego mu przez Wróbla. Był wyraźnie przestraszony, i porucznik, patrząc na jego 

rozbiegane oczy, czarną czuprynę, nieco przyczajoną sylwetkę pomyślał, że pseudonim, jaki 

mu nadali koledzy, jest wyjątkowo trafny.

- Imię i nazwisko? Data urodzenia? Podajcie to wszystko do protokołu - zażądał.

- Marian Karaś - posłusznie odparł zatrzymany. - Urodzony dwudziestego drugiego 

marca w trzydziestym drugim roku.

- Karany?

Mężczyzna opuścił oczy. Chwilę milczał miętosząc w palcach papierosa.

- No, karany czy nie? - popędzał go Wróbel.

- Tak, panie naczelniku. Raz za niezapłacenie rachunku w restauracji. Ale to było 

dawno, pięć lat temu i nie tu na Wybrzeżu. Człowiek był głupi, chciał wypić z kolegami, a 

forsy   nie   było...   Dostałem   pół   roku...   -   zalał   porucznika   potokiem   słów,   chcąc   się 

usprawiedliwić. Widać było, że się wstydzi tej kary.

- To jesteście niedawno na Wybrzeżu? - podchwycił Mazur.

- No tak, dopiero trzeci rok - wyjaśnił, z ulgą przyjmując zmianę tematu. - Pochodzę z 

Warszawskiego. Tu byłem w wojsku, potem wróciłem w swoje strony, ale jakoś tak ciągnęło 

w świat. No więc przyjechałem znów tutaj, myślałem iść do jakiejś roboty...

- I nie zabraliście się do żadnej pracy?

background image

- No, różnie bywało. Trochę pracowałem. Raz w stoczni, raz w jednej spółdzielni, 

potem u budowlanych... Ostatnio chcę iść do portu...

- Czemu nigdzie nie zagrzewacie długo miejsca?

- A bo robota taka nie najlepsza... Za fizycznego zawsze byłem... Trzeba by szkoły 

skończyć, a ja mam tylko cztery klasy i trochę za stary jestem na kursy... W porcie będzie 

inaczej, robota dobra, zarobić można, Władzia mówi...

- Ona pracuje i utrzymuje was - raczej stwierdził niż zapytał Wróbel.

- Co pan naczelnik? - obraził się Karaluch. - Jak mam forsę, to jej wszystko daję. 

Jesteśmy już drugi rok ze sobą. To porządna kobieta. Mamy brać ślub, jak robotę dostanę. 

Wcześniej ona się nie chce zgodzić.

- Ma rację, co, będzie was całe życie utrzymywała? - zauważył porucznik.

Karaluch opuścił głowę i nie odpowiadał. Wróbel przyglądał mu się uważnie przez 

dłuższy czas, wreszcie zapytał wolno:

- Powiedzcie, Karaś, coście robili dwunastego stycznia. Przez cały dzień, od samego 

rana.

- Dwunastego? - Karaś podniósł głowę i zmarszczył brwi z wysiłkiem. - Co to był za 

dzień?

- Środa w zeszłym tygodniu.

- Środa, środa - zastanawiał się Karaluch. - A czy ja wiem? Panie naczelniku, skąd 

człowiek może pamiętać?

- Przypomnijcie sobie, to dla was bardzo ważne.

- Chyba przed południem byłem w domu - z namysłem mówił Karaluch. - Tak, na 

pewno. We wtorek wezwali na noc rezerwę portową, byłem przy rozładunku tego norwega. 

No to rano poszłem spać. Spałem, aż Władka przyszła z roboty. A potem...

- A kiedy byliście w knajpie z tą torbą? - porucznik wskazał torbę stojącą na biurku 

obok niego.

- Panie naczelniku...

- Odpowiedzcie.

- No byłem. W piątek albo nie, chyba w sobotę... Chciałem...”

- Wiem, chcieliście sprzedać torbę i te rzeczy, które w niej są, tak?

- Tak.

- Skąd to macie?

- To nie moje, panie naczelniku.

- Mówiliście w domu, że wasze...

background image

- Bo moje, ale właściwie to nie...

- Więc jak: wasze czy nie wasze? Mówcie prawdę, bo to poważna sprawa.

- Powiem. Panu powiem prawdę. Władzi nie mogłem, boby się złościła. Kupiłem to 

od matrosa. Właśnie wtedy, we wtorek w nocy na tym norweskim statku. Pan wie, oni lubią 

wypić, a dolarów nie chcą u nas wymieniać. To mi jeden z nich pokazał tę torbę i dwie 

koszule non iron i jeszcze parę ciuchów, krawaty, skarpetki. Chciał pięć stów. Dałem mu 

dwie i pół. Jeszcze setkę musiałem pożyczyć od kolegi, bo nie miałem tyle. Jak Boga kocham, 

to prawda...

- Czemu nie powiedzieliście tego w domu?

- Bo Władzia, pan wie... ona by się złościła, że handluję. I teraz będzie piekło, jak 

mnie za to zamkniecie.

- Sami wiecie, że taki handel jest niedozwolony.

- Wiem, panie naczelniku, ale taka okazja... I ten Norweg tak prosił. Koledzy by się 

śmiali, jakbym tego nie kupił. Przecież za każdą koszulę mogę dostać dwie setki, zarobić 

można, a komu nie potrzeba forsy?...

Karaluch denerwował się, mówił bezładnie, zaciskał kurczowo palce.

A porucznik patrzył na niego i zastanawiał się, ile w jego zachowaniu jest krętactwa i 

zakłamania, a ile szczerego zmartwienia i zwykłego strachu.

- W jaki sposób udowodnicie mi, że to jest prawda? - zapytał wreszcie.

- No przecież sam się przyznałem.

- Podobna torba, też z koszulami, krawatami i jeszcze dwie walizki z innymi rzeczami 

zostały zrabowane w środę ubiegłego tygodnia z mieszkania w Gdyni przy ulicy Władysława 

IV.

- Co, co? - Karaluch aż podniósł się z krzesła i szeroko otworzył oczy. - Niemożliwe, 

panie naczelniku, co pan mówi? Sam ją kupiłem od Norwega... Jak Boga... O rany! - krzyknął 

nagle. - To on może obrobił tych ludzi, a potem mnie sprzedał? Jakże to? Nie, niemożliwe, 

oni tego dnia przyszli do Gdyni z Rio...

Wróbel   obserwował   mówiącego   i   coraz   bardziej   wątpił,   czy   Karaluch   jest   tym, 

którego poszukiwał.

- Więc twierdzicie, że to nie wy byliście w środę na ulicy Władysława IV?

- Panie naczelniku! - Karaluch dopiero teraz pojął, że to jego oskarża się o tę kradzież. 

- Jak żyję nikogo nie obrobiłem...

- Przekonamy się, Karaś, przekonamy się - wtrącił Mazur, który bardziej niż Wróbel 

nie dowierzał zatrzymanemu. A porucznik rzucił znienacka:

background image

- Znacie Zofię Kurek?

background image

- Jaką Kurek? W co mnie chcecie wrobić?

- Dobrze, Karaś - oznajmił Wróbel. - Zaraz wszystko sprawdzimy.

Zadzwonił po milicjanta i kazał wyprowadzić Karasia z pokoju.

- No i co, szefie - niecierpliwie zapytał Mazur. - On czy nie on?

- A co, myślisz, że jestem jasnowidzem? - rozzłościł się porucznik. - Zobacz lepiej, 

czy wszystko przygotowane do konfrontacji. Zosia przyszła?

- Już sprawdzam, szefie - Mazur zerwał się z miejsca i pośpiesznie opuścił pokój.

Wróbel   zapalił  papierosa,  stanął   przy  oknie   i  zapatrzył   się  na  ścianę  budynku  po 

przeciwnej   stronie   i   na   niebo,   które   było   teraz   jasne,   niemal   bez   chmur,   choć   ranek 

zapowiadał, że dzień będzie wilgotny. Pomyślał, że jeśli Karaluch mówi prawdę, to znów 

stanie w punkcie wyjściowym. A z drugiej strony odczul jakby ulgę, przypomniawszy sobie 

kobietę żegnającą ich, gdy zabierali zatrzymanego. Darzył sympatią tę rudowłosą sprzątaczkę, 

tak energicznie walczącą o spokój w swoim życiu. Za handel z obcym marynarzem groziła 

Karaluchowi   najwyżej   kara   pieniężna.   Dostanie   nauczkę   -   pomyślał   i   uśmiechnął   się   do 

siebie. Życzył Władzi, aby jej Karaś tylko to miał na sumieniu.

3

- Jest już ta mała, szefie - głos Mazura wyrwał go z zamyślenia.

- A tamci gotowi? - zapytał odwracając się od okna.

- Gotowi, czekają.

- W porządku - Wróbel podszedł do biurka. - Wprowadź ją.

Zosia   weszła   jak   zwykle   nieco   nieśmiało,   ale   strzelając   oczkami.   Porucznik   z 

niechęcią zauważył, że dziewczyna podmalowała sobie twarz, pociągnęła szminką wargi i 

grubo zarysowała brwi ołówkiem.

- Jak wypadła wczorajsza wycieczka po kawiarniach? - zapytał, choć wiedział już, bo 

Ela złożyła raport.

- Nie zauważyłam nikogo podobnego do tych dwóch - odparła Zosia. - Byliśmy w 

pięciu kawiarniach.

- Mam nadzieję, że jesteś zadowolona z takich wypraw? - dość złośliwie zauważył 

Wróbel.   Sam   nie   wiedział,   dlaczego   odczuwał   chęć   dokuczenia   dziewczynie,   która   dziś 

wyjątkowo wydawała mu się nieznośna, choć zachowywała się tak jak zwykle.

Zosia, nieświadoma jego nastroju, odpowiedziała:

background image

- Nie, nie bardzo... Jak był pan porucznik, to było lepiej... - Nagle zaczerwieniła się po 

uszy.

Wróbel   rzucił   okiem   na   Mazura,   dojrzał,   że   i   ten   się   czerwieni.   Uśmiechnął   się 

nieznacznie i rzucił kąśliwie:

- Nie wiedziałem, że porucznik tak ci wpadł w oko...

- Szefie - jęknął Mazur, ale Wróbel już zmienił temat:

- Posłuchaj - zwrócił się do Zosi poważnie. - Za chwilę pokażemy ci paru mężczyzn. 

Musisz się bardzo dokładnie przyjrzeć.

- Myśli pan, że oni są wśród nich? - zaciekawiła się Zosia.

- Nic nie myślę, wszystko się zaraz okaże - szorstko odparł porucznik. - Chcę ci tylko 

zwrócić uwagę, żebyś im się bardzo uważnie przyglądała. Ci, którzy dokonali napadu, mogą 

dziś wyglądać trochę inaczej niż wtedy. Mogą mieć zarost, mogli zmienić uczesanie, inaczej 

się ubrać, rozumiesz, o co chodzi?

- Tak, tak, rozumiem - zapewniła skwapliwie Zosia. - Ale ja ich i tak poznam, panie 

poruczniku. Poznam od razu.

- To dobrze, idziemy.

Przepuścił dziewczynę przodem i wszyscy poszli korytarzem do sali znajdującej się w 

pobliżu. Ujrzeli tam grupę mężczyzn stojących rzędem pod ścianą. Byli ustawieni tak, że 

światło z okien padało wprost na ich twarze. Plutonowy z paskiem pod brodą pilnował ich 

stojąc nieco z boku.

Było ich czterech. Żaden nie był podobny do drugiego. Różnili się nie tylko wyglądem 

zewnętrznym, ale także sylwetkami. Wszyscy tylko mieli ponure miny i wilkiem, w milczeniu 

patrzyli na wchodzących.

Porucznik wziął Zosię za łokieć i wolno zbliżył się z nią do stojących mężczyzn.

Dziewczyna,   pozostawiona   sama   sobie,   zawahała   się,   widać   było,   że   czuje   się 

niepewnie pod obstrzałem czterech par męskich oczu. Dość szybko jednak się opanowała i 

poczęła iść wol-

background image

no   przed   tym   szeregiem.   Zaglądała   w   twarze,   niektórym   przyglądała   się   długo   i 

natarczywie, ale w końcu przechodziła do następnego.

Był w tej grupie dość wysoki szczupły blondyn o jasnych oczach i lekko pochylonej 

głowie. Stał na końcu szeregu. Zosia kiedy podeszła do niego, zatrzymała się. Musiała nieco 

unieść głowę, aby mu się dobrze przyjrzeć. Porucznik zauważył, że dziewczyna otworzyła 

usta, jakby chciała coś powiedzieć, ale się powstrzymała. Blondyn świdrował ją wzrokiem. 

Coś, jakby nieuchwytny kontakt, nawiązało się między tą parą.

- No co? - nie wytrzymał porucznik. - Znasz któregoś z nich?

- Eeee - Zosia jeszcze przez moment się wahała, ale wreszcie wskazała palcem na 

blondyna. - Tego chyba znam.

- Skąd, gdzie się poznaliście?

- Ona bredzi, panie władzo! - zaprotestował blondyn.

- Nie, teraz wiem na pewno. Byłam kiedyś z Franią w „Okrąglaku” i on siedział przy 

sąsiednim stoliku. Trochę się do nas dowalał...

- Nie wiedziałem, że pracujesz w milicji - ponuro zauważył blondyn.

-   Dobrze,   odprowadzić   zatrzymanych   -   rozkazał   milicjantowi   Wróbel.   -   A   my 

chodźmy na chwilę tu - poprowadził do sąsiedniego pokoju, stanowiącego jakby poczekalnię 

przed salką konferencyjną.

- No więc jak? - niecierpliwie natarł na Zosię Mazur. - To był ten czy nie ten?

- No ten - pogodnie odparła dziewczyna - to znaczy ten z kawiarni...

- Eeech - Wróbel z trudem pohamował przekleństwo cisnące mu się na usta. - Przecież 

pytamy eię o napad, a nie o randki w kawiarni.

- Nie, w napadzie on nie brał udziału.

- Na pewno?

- Na pewno, panie poruczniku. Tamten był nawet trochę podobny, ale to nie on...

Zaprezentowany   przed   chwilą   Zosi   blondyn   był   tym,   który   według   informacji 

dzielnicowego   chwalił   się,   że   niedawno   dokonał   jakiegoś   włamania   czy   kradzieży. 

Oficerowie nie mówili tego Zosi, spojrzeli tylko na siebie porozumiewawczo. Powiedzieli 

sobie wzrokiem, że ta możliwość odpada. Ale nie był to koniec konfrontacji. W tym czasie 

milicjant   wprowadził   drugą   grupę   mężczyzn   i   ustawił   tak   jak   poprzednio.   Wśród   nich, 

skulony i mocno wystraszony, stał Karaluch. Porucznik, dojrzawszy przez uchylone drzwi, że 

wszystko już gotowe, poprowadził znów Zosię, tak jak poprzednio, przed front mężczyzn.

Dziewczyna   tym   razem   poruszała   się   pewniej   i   nieco   szybciej,   jakby   już   nabrała 

wprawy i wyzbyła się całkowicie tremy. Wróbel i Mazur uważnie obserwowali jej twarz, ale 

background image

nie   dostrzegli   żadnego   drgnienia   powiek,   żadnego   ruchu,   który   -   by   świadczył,   że   zna 

któregoś   ze   stojących.   Przed   Karaluchem   przesunęła   się   szybko   i   obojętnie,   nawet   nie 

zatrzymując na nim wzroku.

- Nie - powiedziała, gdy już dokonała przeglądu - tu też nie ma żadnego z tamtych.

Wróbel dostrzegł, jak Karaluch nieco się wyprostował i odetchnął z ulgą. Mimo woli 

uśmiechnął   się   do   niego   lekko.   Zaraz   też   polecił   wyprowadzić   mężczyzn,   a   z   Zosią   i 

Mazurem powrócił do swego pokoju. Dla pewności pokazał jej jeszcze torbę, ale dziewczyna 

stanowczo oświadczyła, że to nie ta, którą zrabowano u Walatków.

Po sporządzeniu protokołu o konfrontacji i oględzinach torby zwolnił Zosię.

- No i co, klops? - zagadnął Mazur, kiedy zostali sami.

- Ano, jak widzisz - odpowiedział porucznik.

- Co teraz?

- Porządkujemy materiały. Za pół godziny narada u starego.

- Ja też mam być?

- Też. Naczelnik, ty i ja. Będziemy pewnie podsumowywać tę sprawę - a po chwili 

dorzucił niespodziewanie: - Właściwie to cieszę się, że ten Karaluch jest niewinny. Żal mi 

było tej kobiety.

- Ale sprawy to nam nie ułatwiło - zauważył Mazur. Dołączyli ostatnie dokumenty do 

dość już grubej teczki i wkrótce poszli do naczelnika, z którym razem mieli się zameldować u 

zastępcy komendanta.

background image

4

Major powitał wchodzących i od razu zaprosił wszystkich do stolika, przy którym 

zawsze   odbywały   się   takie   małe   narady.   Zanim   poprosił   ich   o   zreferowanie   sprawy, 

poinformował:

- Jest pułkownik, zaraz przyjdzie, kończy rozmowę z komendantem.

Na   wiadomość,   że   przybył   naczelnik   Wydziału   Kryminalnego   Komendy 

Wojewódzkiej, Mazur zakręcił się niespokojnie, a Wróbel zrobił zdziwioną minę.

- Dla takiej sprawy fatygował się tu?

-   Nie   -   wyjaśnił   zastępca   -   nie   bądź   zarozumiały.   Rzecz   nie   jest   aż   tak   ważna. 

Załatwiał tu jakieś inne sprawy służbowe, a ponieważ zna tę historię, więc chce wziąć udział 

w naszej naradzie.

Otwarły się drzwi i do gabinetu  wszedł niski, uśmiechnięty mężczyzna  z cienkim 

wąsikiem i żywo błyskającymi oczami. Wszyscy na jego widok podnieśli się z miejsc, a on 

szybko się przywitał, siadł i oznajmił:

- Mówcie, ja sobie posłucham.

- No więc kto będzie referował? - zapytał zastępca. - Naczelnik czy ty? - zwrócił oczy 

na Wróbla.

Porucznik spojrzał na swego przełożonego, ale ten zaproponował:

- Niech on mówi, zna sprawę lepiej niż ja, powtarzałbym tylko to, co wiem z jego 

raportów.

- Dobrze, dobrze, zaczynajcie - popędzał pułkownik.

- Początku sprawy nie trzeba chyba referować, wszyscy ją znamy, czy może?

Pułkownik pokiwał głową, że też jest zorientowany.

- Mów, jaki jest stan obecny - zażądał zastępca.

- Właściwie - zaczął niezbyt pewnie porucznik - niewiele posunęliśmy się naprzód. 

Dotychczas...

- Mów kolejno - przerwał mu zastępca. - Jak realizowałeś założenia poszczególnych 

wersji włamania i co to dało.

-   Wersja   pierwsza   -   zaczął   Wróbel   -   która   zakładała,   że   Zosia   jest   winna   albo 

współwinna, moim zdaniem, jest teraz mało prawdopodobna. Aczkolwiek nie można jej nadal 

całkowicie   wykluczyć,   to   jednak   myślę,   że   brak   jest   jakichś   konkretnych   dowodów   na 

poparcie tej tezy.

background image

- Dowody, dawajcie fakty - wtrącił pułkownik.

- Przesłuchaliśmy ją dokładnie, rozmawialiśmy o niej z jej matką  i z Walatkową. 

Ustaliliśmy   też   jej   kontakty.   Wszystko   to   początkowo   było   dość   ciekawe,   a   potem   się 

okazywało,   że   nie   wiąże   się   ze   sprawą.   Zosia   przyjmowała   w   domu   Walatków   swoje 

towarzystwo podczas nieobecności gospodarzy. Bywał tam chłopak, którego rozpoznaliśmy 

jako jej sympatię. Jest to uczeń technikum gastronomicznego, ma alibi na dzień napadu, po 

prostu był wtedy na lekcjach. Koleżanka także jest bez zarzutu.

W domu u matki ma kontakty z Franią i jej nielegalnym mężem, niejakim Kubikiem. 

Oboje są u nas notowani, ale z tą sprawą nie mają nic wspólnego.

Nie   znaleźliśmy   punktu   zaczepienia,   który   by   pozwolił   potwierdzić   wersję   o 

współudziale Zosi w tym napadzie.

- Jak wersja druga? - pytał zastępca.

-   Tu   najmniej   było   materiałów   na   dowód,   że   napadu   dokonał   ktoś   z   otoczenia 

Walatka.   Bardzo   dokładnie   zbadaliśmy   uczniów   szkoły,   w   której   on   wykłada. 

Interesowaliśmy się także tymi  z Zakładu  Poprawczego, którzy pracują w jego wydziale. 

Wreszcie   dość   skrupulatnie   przejrzeliśmy   sam   wydział.   Nie   znaleźliśmy   żadnego   punktu 

zaczepienia. Ta wersja jest chyba najmniej prawdopodobna.

Co do trzeciej - kontynuował Wróbel - czyli tej, że napadu dokonał ktoś spoza terenu 

Gdyni, to ja mam niewiele na ten temat do powiedzenia. Mieliśmy parę meldunków z Sopotu 

i z Gdańska, że spotkano podobnych osobników, ale wszyscy mieli alibi. Pokazaliśmy też 

Zosi albumy ze zdjęciami, nie rozpoznała nikogo. Był wywiadowca w Kartuzach, w kawiarni 

„Rybka”, w której jeden z przestępców umawiał się z Zosią. Siedział tam trzy dni. Nikogo 

sam  nie  rozpoznał  i  nie  trafił   na  ślad podobnego  do  sprawców.  Reszta  to  chyba   sprawa 

Komendy Wojewódzkiej, może gdzieś jeszcze pokażą się rzeczy z tej kradzieży, w komisie 

czy na bazarze albo może ktoś trafi na ślad według rysopisów.

background image

- Dobrze - wtrącił znów pułkownik. - Co z następną wersją? Tą dotyczącą waszego 

terenu?

- Tu mieliśmy stosunkowo najwięcej materiału - odparł Wróbel. - Przede wszystkim 

świadek   razem   z   naszymi   funkcjonariuszami   spenetrował   lokale   rozrywkowe.   Nie 

natrafiliśmy tam na ślad. Ale nasi ludzie wykryli  dwóch osobników, którzy wydawali się 

podejrzani.   Właśnie   pół   godziny   temu   robiliśmy   konfrontację.   Niestety,   świadek   nie 

rozpoznał ani w jednym, ani w drugim wypadku przestępcy.

W   czasie   kiedy   porucznik   referował   sprawę,   pułkownik   przeglądał   akta,   niektóre 

przerzucając tylko pobieżnie, inne czytając bardzo uważnie.

Były tam notatki służbowe i liczne protokoły. Cały obraz śledztwa, począwszy od 

sprawdzenia przechowalni bagażu na dworcu, poprzez telefonogramy, sprawozdania z wizyt 

w lokalach, zeznania świadków, aż po dzisiejszą konfrontację, znajdował się w tej teczce.

Kiedy   Wróbel   skończył,   pułkownik   podniósł   głowę   i   spojrzał   na   zastępcę.   A   ten 

powiedział:

- Czyli, krótko mówiąc, dziś jesteś w tym samym miejscu, co w dniu przestępstwa?

Wróbla zabolało trochę to pytanie. Odczuł je jako naganę, ale pułkownik przyszedł 

mu z pomocą:

- Nikt nie może do porucznika mieć o to pretensji - odezwał się. - Z akt widzę, że 

sprawa jest prowadzona czysto, starannie i bardzo dokładnie. Błąd musi tkwić gdzie indziej.

- Może błędu wcale nie ma? - wtrącił naczelnik. - Tylko po prostu nie mamy żadnego 

śladu, bo go nie zostawili?

-   Nie,   śladów   trochę   jest   -   zaprotestował   porucznik.   -   Rysopisy,   opis   rzeczy 

skradzionych, mamy świadka. Tylko przestępcy mogli przelecieć przez nasz teren jak meteor, 

potem zapadli gdzieś w swoją dziurę, przyczaili się i teraz ich nie widać.

-   Nie   wierzcie   w   to   -   powiedział   pułkownik.   -   Przecież   ten   rabunek   musiał   być 

zaplanowany. A jak się planowało taki skok, to trzeba było robić rozpoznanie, oni musieli tu 

bywać więcej razy przed rabunkiem, jeśli nie pochodzą z Gdyni. Ktoś ich musiał widzieć w 

kolejce, na dworcu, w taksówce, w kawiarni. Trzeba jeszcze dokładniej poszukać.

- Tak - zgodził się Wróbel. - Taka robota mogła być zrobiona przez tego, kto znał 

miejsce napadu osobiście albo z opowiadania. Czyli że mógł ktoś przestępcom nadać ten 

napad. Kto?

- O, właśnie - pułkownik pochylił się w stronę porucznika. - Nadać robotę mógł ktoś z 

bardzo bliskiego otoczenia Walatków.

- Ta dziewczyna? - zastanowił się naczelnik.

background image

- Od początku miałem do niej najmniej zaufania - powiedział Wróbel - ale teraz to 

wygląda trochę inaczej. Zbadaliśmy ranę, z orzeczenia nie wynika, że zadała ją sobie sama.

- Ale też lekarz nie wyklucza takiej ewentualności - zauważył pułkownik.

- Tak, ale całe jej otoczenie jest dość czyste, przynajmniej w tej sprawie - upierał się 

Wróbel. - A poza tym ona nam bardzo chętnie pomaga. Wygląda na to, że naprawdę chce ich 

odnaleźć.

- Uważajcie, to może właśnie was zmylić - ostrzegł pułkownik. - Może dlatego tak się 

zachowuje, żeby odwrócić od siebie podejrzenie.

- Jest chyba za młoda na takie sztuczki - zauważył Mazur.

-   O,   to   bardzo   niepewne   stwierdzenie!   Myślę,   że   ciągle   jeszcze   nie   doceniamy 

możliwości takich właśnie młodych ludzi zamieszanych w przestępstwa. Czasem uwierzyć 

trudno,   na   jakie   wpadają   pomysły   i   jak   potrafią   zagmatwać   sprawę.   Pamiętajcie,   że   to 

najpilniejsi czytelnicy literatury kryminalnej.

- Tak, to racja - przyznał naczelnik. - Czasem starzy przestępcy nie wykazują tyle 

sprytu co młodzi albo w ogóle młodociani.

- Zgoda - zastępca  mówił  teraz,  jakby wydawał  dyspozycje.  - Wobec tego trzeba 

jeszcze dokładniej przyjrzeć się tej dziewczynie, jej najbliższym koleżankom i kolegom...

- I całemu środowisku, w którym się obraca - uzupełnił pułkownik. - Jestem jakoś 

dziwnie przekonany, że tam właśnie powinniście dobrze poszukać, a znajdziecie. Tę Franię i 

jej amanta, tego chłopaka ze szkoły hotelarskiej czy gastronomicznej, nawet koleżankę Stefkę 

trzeba bliżej zbadać. Przez nich mogły jakoś przejść informacje. Przestępcy mogli je mieć z 

trzeciej ręki, wcale nie bezpośrednio od Zosi, ale choćby od tego

background image

Sławka czy Stefki lub Frani, a już nie mówię o Kubiku, który jest u was notowany.

- A poza tym - uzupełnił zastępca - trzeba jeszcze iść nadal śladami innych wersji. 

Mnie otoczenie Walatka też jakoś nie daje spokoju.

- Możliwe - zgodził się Wróbel. - Tylko sam nie mam tyle ludzi, żeby pracować na 

wszystkich frontach na raz.

- To dajcie mu pomoc - zastępca zwrócił się do naczelnika. Ten skinął głową na znak 

zgody.

- Trzeba kogoś, kto by wlazł w środowisko tej Zosi - podsunął pułkownik. - Taka 

penetracja może dać ładne rezultaty, spróbujcie. Zbierzcie jeszcze raz rysopisy. Zrobimy z 

nich domniemane portrety i damy do listów gończych, jeśli wszystkie inne sposoby zawiodą.

Narada przeciągnęła się dość długo i obaj oficerowie opuścili gabinet zastępcy już 

dobrze   po   południu.   Naczelnik   jeszcze   został,   bo   okazało   się,   że   pułkownik   miał   do 

przedyskutowania inne problemy kryminalne z terenu Gdyni.

Gdy znaleźli się w pokoju, Mazur zagadnął:

- To co, szefie, startujemy od nowa?

- Zniechęciłeś się, Kaziu? - Wróbel roześmiał się pogodnie.

- No nie, ale tyle roboty i właściwie nic nie mamy.

- Nie szkodzi. Czasem nie idzie przez jakiś czas, a potem jak sprawa ruszy, to sama 

dalej leci. Trzeba tylko złapać pierwszą nitkę.

- Właśnie, a my tej nitki nie mamy.

- Kto wie, może jej w ogóle nie ma na naszym terenie? - zastanowił się porucznik. - 

Być może jakiś ślad pokaże się w Gdańsku albo gdzieś dalej.

- Wtedy tamci będą mieli radość, że złapali naszych przestępców, a my co? Z całej 

harówki nic.

- Nie martw się, Kaziu - Wróbel uspokoił podporucznika. - Żeby tylko ich złapać. A 

czy ich się dostanie tu czy gdzie indziej, to już nie ma znaczenia.

- Takie to gadki. A ja bym wolał sam im nałożyć kajdanki.

- Możliwe, że nałożysz - pocieszył kolegę Wróbel.

- Żeby tylko nie zapeszyć - Mazur zapukał przesądnie w biurko.

ROZDZIAŁ JEDENASTY

1

background image

Znów   padał   mokry,   nieprzyjemny   śnieg.   Ludzie   podnosili   kołnierze   od   płaszczy, 

przemykali ulicami pospiesznie, byle jak najkrócej przebywać na powietrzu. Wiatr zacinał 

ostro i niósł ukośnie duże mokre płaty, wciskające się wszędzie.

Józek   przyjechał   pierwszy  na   miejsce.   Kilka   kroków  dzielących   go  od   narożnego 

domu z filarami przebiegł szybko zgarbiony, z twarzą nisko pochyloną. Dopiero gdy stanął na 

niskim podwyższeniu, chroniony stropem domu, wyprostował się, otrzepał z siebie szybko 

topniejące płatki i palcami wytarł nos. Osuszył ręce o koszulę pod kurtką i zapalił sporta. 

Zdyszany oparł się o filar i patrzył na ulicę. W lewo od niego ciągnęła się Jaśkowa Dolina, 

teraz niemal zupełnie pusta, a na wprost i po prawej miał Grunwaldzką, po której przebiegali 

pospiesznie   przechodnie.   Jezdnią,   ostrożnie,   ślizgając   się  i   zarzucając   sunęły   samochody. 

Śnieg był tak gęsty, że tramwaje, przejeżdżające zaledwie o kilkadziesiąt metrów od miejsca, 

w którym stał, były ledwo widoczne.

- Ale bryja, niech to krew zaleje - usłyszał Józek głos i dostrzegł Raczka, który tak jak 

on przed chwilą otrzepywał się ze śniegu. Gdy tłukł rękami po swym płaszczu, coś brzęczało i 

dzwoniło podejrzanie.

- Jesteś już? - powitał go Józek.

- Aha, daj zapalić - poprosił Raczek. Wziął sporta ustami wprost z paczki, bo palce 

miał mokre od śniegu. - Długiego jeszcze nie ma?

- Przecież widzisz - mruknął Józek. - Zresztą jeszcze wcześnie.

- Dobra, poczekamy - zgodził się chłopak ciągnąc papierosa. Upłynęło zaledwie parę 

minut, aż Andrzej wychynął zza rogu i stanął obok nich. Śnieżyca właśnie poczęła słabnąć, 

tylko wiatr zacinał tnąc bezlitośnie po twarzach. Obaj ucieszyli się na widok szefa. A on 

otrząsnął się jak psiak, który wyszedł z wody, i zapytał:

- W porządku? Wszystko macie, co potrzeba?

background image

- A co ja mam mieć? - Józek przestraszył się, że coś przeoczył.

- Nie ty, ale on - Andrzej wskazał brodą na Raczka.

- Nie martw się - nadął się chłopak. - Jak się ze mną idzie, zawsze wszystko gra. 

Tylko ten cholerny śnieg...

- Nie szkodzi - stwierdził Andrzej. - To nawet lepiej, że pada, bo wszyscy siedzą w 

domach i nikt nie będzie się pętał po ulicy i schodach.

- Racja, będzie spokój - podchwycił Józek.

Umilkli. Akurat wyszedł z domu jakiś mężczyzna, postał chwilę koło nich, wahając 

się, ozy iść dalej, w końcu dał nura przed siebie. Śnieg już całkiem wyraźnie padał rzadszy - 

druga strona Grunwaldzkiej była widoczna dobrze i można było oglądać perspektywę ulicy 

daleko, aż za Delikatesami.

- Wszystko jasne, każdy wie, co robić? - Andrzej pytał jak dowódca przed bitwą.

Nawet mu nie odpowiedzieli, swymi sylwetkami wyrażali gotowość do akcji.

- No to płyniemy - Andrzej nerwowo zatarł ręce. - Tylko uważajcie, nie razem. Ja idę 

pierwszy.   Pójdziecie   za   mną   jakieś   dziesięć,   piętnaście   kroków.   Jakby   coś   koło   domu 

śmierdziało, to się zatrzymam w bramie i zacznę gwizdać. Wtedy przechodźcie dalej, jakby 

nigdy nic, i spotykamy się przed wejściem do Spółdzielczego Domu Towarowego. A jeśli 

wszystko będzie w porządku, to ja minę bramę i pójdę w stronę mojego domu. Wtedy wy 

wchodzicie do środka i dalej robicie wszystko tak, jak było mówione.

- Ty gdzie będziesz? - chciał wiedzieć Raczek.

- Będę przed domem odmiatał śnieg. W razie czego daję znak.

- Jasne, możemy iść - niecierpliwił się Józek.

- Zaraz - ostudził go Raczek. - Gdzie się spotkamy po robocie?

- Każdy jedzie na swoją rękę do Gdańska. Spotkanie w pasażu Zbrojowni.

- Dobra, idziemy.

Andrzej odwrócił się i ruszył Jaśkową Doliną. Szedł dość szybko, lekko zgarbiony, 

niby obojętny na wszystko, co się wokół działo. Zresztą ulica nadal była niemal wyludniona i 

tylko z rzadka widać było na niej przechodniów. Józek i Raczek odczekali, aż ich kolega 

zniknął za szarym budynkiem, i poszli także, wolniej jednak, aby go nie dogonić. Dostrzegli 

go jeszcze, jak skręcał w boczną uliczkę. Teraz przyspieszyli kroku.

Tym  razem Józek czuł się raźniej, był  bardziej pewny siebie. Obecność Raczka i 

Andrzeja, działanie w grupie, według ściśle przemyślanego planu napawała go pewnością, że 

wszystko się powiedzie. Kątem oka patrzył na idącego obok chłopaka, ale tamten był zupełnie 

obojętny, człapał po chodniku, rozpryskując mokry śnieg, i nawet nie rozglądał się dokoła.

background image

W perspektywie wąskiej uliczki, jakby żywcem wyjętej z włoskiego filmu, widać było 

pochylone plecy Andrzeja, kołyszące się w takt kroków. Minął bramę domu, zwolnił nieco i 

już zbliżał się do swojej klatki.

- Szybciej! - rzucił nerwowo Józek.

- Zdążymy,  nie pali się - pogodnie mruknął Raczek, mimo  to przyspieszył  trochę 

kroku. Już dochodzili do wyznaczonego domu.

Andrzej  tymczasem  podszedł do swej  bramy,  odwrócił  się, spojrzał  w ich  stronę, 

nieznacznie skinął głową na znak, że wszystko w porządku, i zniknął wewnątrz. Zanim ci 

dwaj zdążyli wejść do domu, ukazał się z wielką drewnianą łopatą do odgarniania śniegu. 

Józek odetchnął swobodnie, bo jednak w tych ostatnich sekundach przed akcją odczuwał silne 

zdenerwowanie. Raczek tymczasem już wstępował na schody, nie interesując się Józkiem i 

Andrzejem.

Na palcach szybko obaj wspięli się na czwarte piętro. Józek pozostał na podeście 

schodów, a Raczek podsunął się pod same drzwi mieszkania ciotki Andrzeja. Przez moment 

obaj stali nieruchomo, nasłuchując, czy nikt nie idzie. Na klatce schodowej było jednak cicho, 

tylko gdzieś z niższego piętra dobiegały przytłumione dźwięki radia.

- Uważaj teraz - Józek raczej rozumiał po ruchu warg, niż słyszał, szept Raczka. Zaraz 

też  do  jego  uszu  dobiegł   delikatny  brzęk.  To Raczek   wyciągnął  z  kieszeni   pęk  kluczy  i 

wytrychów. Zasłoniwszy sobą drzwi począł manipulować przy zamkach.

background image

Józek zamarł w najwyższym napięciu. Zdawało mu się, że każde brzęknięcie, każdy 

szelest, brzmi niczym armatni wystrzał.

Nagle na dole rozległ  się trzask drzwi. Obaj zastygli  w bezruchu.  Nasłuchiwali  z 

natężeniem  i po chwili  dosłyszeli  trzeszczenie  schodów i ciche  skradające się kroki. Nie 

ulegało wątpliwości, ktoś wchodził na górę. Raczek odwrócił nieco głowę i przerażony Józek 

widział teraz pół jego twarzy skupionej, napiętej, czujnej. Kroki były coraz bliżej, wchodzący 

już znajdował się na piętrze pod nimi. Józek stał jak spairalizowany, nie wiedząc, co począć. 

Ale Raczek okazał się bardziej opanowany. Ze złością skinął na niego ręką i niemal głośno 

rozkazał:

- Chodźże tu!

Józek podskoczył jak oparzony i znalazł się obok niego.

- To nie ciotka, bo Długi dałby znak - szeptał Raczek. - Udajemy, że dzwonimy. - 

Położył palec na przycisku dzwonka, jednak go nie naciskał. Nie chciał, żeby dźwięk dotarł 

do któregoś z sąsiednich mieszkań.

Stali teraz tyłem do schodów i nie widzieli, kto wchodził n? piętro. A tamten był tuż, 

tuż. Józkowi zdawało się, że ten kto otrze się o niego, że zaraz go chwyci za ramię i zacznie 

alarmować mieszkańców. Niespodziewanie obaj z Raczkiem usłyszeli zły szept:

- Jeszcze się pieprzycie z tymi drzwiami? Prędzej, do cholery!

Jak na komendę odwrócili głowy. Andrzej stał na schodach i z wściekłością patrzył na 

nich. Józek poczuł, jakby ogromny kamień spadł mu z piersi, a Raczek bez słowa szarpnął 

drzwi, potem nacisnął narzędzie włożone w zamek i pchnął. Drzwi odskoczyły. Po chwili 

wszyscy byli w środku. Dopiero tu Raczek odwrócił się i z niebywałą wściekłością natarł na 

Andrzeja:

-   Po   jaką   cholerę   tu   przylazłeś?   Miałeś   być   na   dole!   Andrzej   nie   tłumacząc   się 

szorstko rozkazał:

- Jazda, czas ucieka! Otwieraj te drzwi - pokazał w prawą stronę przedpokoju.

Raczek posłusznie podszedł tam, krótką chwilę manipulował wytrychem i po minucie 

droga do pokoju stała otworem.

-   Andrzej   tymczasem   penetrował   drugą   część   mieszkania.   Nacisnął   klamkę   do 

drugiego pokoju i ze zdziwieniem się przekonał, że było otwarte. Wszedł do środka, a Józek 

zajrzał tam za nim.

Zaraz   za   drzwiami   na   haku   wbitym   w   ścianę   wisiała   dubeltówka.   Andrzej   bez 

namysłu sięgnął po nią i począł oglądać. Zajrzał do luf, potem poszperał w biurku i znalazłszy 

naboje nabił broń.

background image

- Co robisz? - przestraszył się Józek.

- Nie twój interes - bufknął Andrzej. - Przyda się na wszelki wypadek.

- Ej, gdzie jesteście? - pytał głośnym szeptem Raczek stojący na progu pokoju ciotki. - 

Chodźcie, do cholery.

Józek poszedł pierwszy, Andrzej ruszył za nim, niosąc dubeltówkę w ręku. Raczek nie 

zwrócił na to wcale uwagi. - Gdzie ma być forsa? - pytał.

- Tam, w biurku - wskazał Andrzej mebel stojący w pobliżu okna. - W tych szufladach 

po prawej stronie.

Raczek bezzwłocznie przystąpił do otwierania szuflad. Były zamknięte na klucz, i 

musiał znów sięgnąć po swoje wytrychy... Józek tymczasem przypomniał sobie wskazówki 

Andrzeja i podszedł do ciężkiego starego kredensu, zajmującego niemal całą ścianę. Szybko, 

nerwowo począł otwierać jego liczne szufladki i drzwiczki. Wszędzie było mnóstwo naczyń, 

kryształów, porcelany. Dopiero w środkowej części znalazł niedużą szkatułkę z ciemnego 

drzewa.   Była   również   zamknięta   na   klucz.   Ale   Józek   nie   tracił   czasu.   Wyciągnął   nóż   i 

podważył wieko. Odskoczyło bez większego trudu.

W pierwszej chwili zobaczył jakieś stare papiery, listy, rachunki. Dopiero kiedy to 

odgarnął, na dnie szkatułki coś zalśniło. Józek zanurzył rękę i wyciągnął garść błyszczących 

przedmiotów.

- Patrz, stary! - zawołał do Andrzeja. - Oo to, brać? Andrzej podszedł bliżej i aż sapnął 

z podziwu.

-   Pytasz   się,   kutafonie?   To   biżuteria,   prawdziwe   brylanty!   Wyciągnął   rękę,   aby 

odebrać zdobycz od Józka, gdy w tym momencie rozległ się entuzjastyczny okrzyk Raczka:

- O rany, jest forsa, patrz, Długi, ile tego!

Andrzej skoczył do biurka. Józek nie puścił szkatułki. Dwoma ruchami opróżnił ją z 

kosztowności, ładując je do wewnętrznej kieszeni marynarki. Dopiero wtedy zbliżył się do 

kolegów.

Andrzej trzymał  w garści gruby plik banknotów. Były to same pięćsetki i tysiące. 

Raczek znalazł je w tylnej częsta szuflady pod samą jej ścianą, przywalone stertą jakichś 

papierów.

- Ile tego może być? - pytał patrząc błyszczącymi z pożądania oczami na banknoty.

- Nieważne, potem policzymy - Andrzej bez ceremonii schował plik do kieszeni i 

zaraz szczelnie zapiął kurtkę. - Teraz ciuchy, raz dwa, Józek, dawaj jakąś walizkę!

background image

Z   przedpokoju   przynieśli   walizkę,   do   której   szybko   załadowali   kilkanaście 

cenniejszych sukien, płaszcz, sporo bielizny.  Sapali przy tym z pośpiechu, ale nic już do 

siebie nie mówili, podnieceni zdobyczą, zdenerwowani, czy wszystko dobrze się skończy.

Gdy gotowi do wyjścia stanęli w przedpokoju, Andrzej sięgnął po dubeltówkę.

- A to co? - zapytał Raczek.

-   Gówno   cię   obchodzi   -   odparł   Andrzej.   -   Spływaj   pierwszy.   Wiesz,   gdzie   się 

spotykamy?

- Zostaw to - Raczek okazał niespodziewane zdecydowanie.

- Stul mordę i zwiewaj - Andrzej już zacisnął wargi i zrobił wściekłą minę.

-   Zostaw   tę   flintę!   -   nie   ustępował   chłopak.   -   W   razie   czego   za   rabunek   broni 

dostaniemy dodatkowo po pięć lat. Zostaw to, mówię ci!

.-   Może   lepiej   zostawić   -   Józek   nieśmiało   poparł   Raczka,   przestraszywszy   się 

wzmianki o karze.

Andrzej zgrzytnął zębami. Ale nie spierał się już dłużej. Postawił broń pod ścianą i 

powiedział:

- Pryskamy stąd. Każdy jedzie osobno. Ty, Józek, weź walizkę, ciebie tu nie znają, tak 

jak nas. Spotykamy się w pasażu.

- A ty zwiejesz z forsą? - zaniepokoił się Raczek.

- Jak się boisz, to możemy jechać razem - ustąpił Andrzej

- Idź ty pierwszy - popchnął Józka. - Masz biżuterię, to chyba się nie boisz, że ci 

zwiejemy...

Józek wyszedł z mieszkania, posłuchawszy chwilę pod drzwiami, czy na schodach jest 

spokojnie. Gdy już był na dole, usłyszał lekkie trzaśniecie i zrozumiał, że koledzy także już 

opuścili okradzione mieszkanie.

2

  „Dwójką”   dotarł   do   Gdańska   i   wysiadł   na   Targu   Węglowym   obok   Zbrojowni. 

Walizka parzyła go w rękę, najchętniej rzuciłby ją teraz. W drodze zastanawiał się, czemu 

Andrzej kazał jeszcze brać te rzeczy, skoro znaleźli tyle pieniędzy i biżuterii.

Ta   myśl   o   błyszczących   kamieniach   pomacał   palcami   kieszeń.   Poczuł   ucisk   na 

piersiach. Włożył rękę głębiej i dotykał przez moment kanciastych kamieni, gładził nierówne 

oprawy. Wreszcie namacał jeden pierścionek, wyjął go i obejrzał dyskretnie, żeby nikt nie 

background image

zauważył. Zalśniło tak, że aż się przestraszył. Szybko schował zdobycz, ale już gdzie indziej. 

Wpuścił za podszewkę w marynarce.

Teraz   szybko   przeciął   plac   i   zniknął   w   ruchliwym,   pełnym   przechodniów   pasażu 

Zbrojowni. Gdy tylko przestąpił bramę, po obu jego stronach pojawili się Raczek i Andrzej.

- Jesteś nareszcie - warknął Raczek. - Myślałem, żeś gdzieś skręcił.

- Jechałem tramwajem - usprawiedliwiał się Józek. - Co z tym? - zrobił ruch walizką.

-  Zawieziemy   na  Orunię  -  powiedział   Andrzej.  -  Mam  tam  takiego,   co  kupi.  Jak 

chcecie, to zaczekajcie tu gdzieś „Pod Wieżą” albo w „Kameralnej”, a ja to załatwię.

- Jedziemy razem - zdecydował Raczek, który wyraźnie nie ufał Andrzejowi i nie 

chciał go ani na moment zostawić samego z pieniędzmi.

- To wsiądziemy do taksówki - zaproponował Józek, który miał już dość dźwigania 

ciężkiej walizki.

- Wystarczy, żeśmy we dwóch przyjechali z Wrzeszcza taksą - sprzeciwił się Andrzej. 

- Byliśmy bez niczego, to nie podpadło. Ale z walizką nie można. Gliny by się raz dwa 

dowiedziały. Jedziemy „szóstką”.

- Ponieś teraz ty - Józek podał walizkę Raczkowi. Ten obruszył się:

- Targaj i tak najmniej robiłeś. Forsę będziesz chciał brać równo.

Wyszli ze Zbrojowni i na pobliskim przystanku wsiedli do tramwaju. Przez całą drogę 

jechali   w   milczeniu,   jakby   się  w   ogóle   nie   znali.   Andrzej   zresztą   przeszedł   dio   przodu 

zostawiając   Raczka   z   Józkiem   ma   tylnym   pomoście.   Dopiero   na   końcowym   przystanku 

Andrzej dał im wzrokiem znak, że wysiadają. Tu Józek powtórzył swoją propozycję:

- Weźcie to ode mnie. Każdy gówniarz mnie tu zna!

- Dobra, weź - rozkazał Andrzej Raczkowi. A gdy ten niechętnie to uczynił, Józek 

znów się odezwał:

- Może lepiej nie pójdę z wami? Mieszkam na Oruni, ten facet może mnie znać. Lepiej 

mu się nie pokazywać.

- Dobrze - zgodził się Andrzej. - Gdzie będziesz na nas czekał?

- Gdzie chcecie?

- Bądź w „Adrii” - zaproponował Raczek - to niedaleko. - Dobra!

Rozstali się. Józek poszedł wolno ulicą. Miał czas. Wiedział, że upłynie co najmniej 

pół godziny, zanim koledzy zdążą załatwić sprawę i wrócić. A restauracja „Adria” była tuż 

obok, na ulicy Jedności Robotniczej. W pierwszej chwili chciał od razu wejść, zamówić piwo 

i czekać, poszedł więc w tamtym  kierunku, ale po drodze się rozmyślił. Przyszło mu do 

głowy, że jeśli samotnie znajdzie się w restauracji, to w każdej chwili może się przysiąść 

background image

któryś ze znajomych chłopaków i potem trudno mu się będzie go pozbyć. Sięgnął do kieszeni 

po papierosy i wtedy mimo woli dotknął kamienia pod podszewką. Chwilę trzymał  go w 

palcach przez płótno marynarki. Nagle przyśpieszył kroku, jakby go ktoś zaczął gonić. Szedł 

coraz szybciej i szybciej. Skręcił w boczną ulicę, potem jeszcze raz i zdyszany stanął po paru 

chwilach przed swoim domem.

Matki nie było. Tylko młodsze siostry bawiły się na podłodze. Józek ukrył się na 

moment   w   komórce,   gdzie   matka   składała   różne   przedmioty   potrzebne   w   domu   i 

gospodarstwie. Gdy stamtąd wyszedł, był jakiś lekki, swobodny i uśmiechnięty. Nie zważając 

na prośby małej siostry, która chciała go zatrzymać, wyszedł z domu i szybko skierował się 

do „Adrii”. Rozejrzawszy się po sali odetchnął z ulgą. Tamtych dwóch jeszcze nie było.

Zanim jednak zdążył wypić kufel piwa, Andrzej i Raczek zjawili się w lokalu. Usiedli 

przy stoliku i Raczek zaraz zaczął swoje:

- Postawisz coś czy mam sobie sam postawić?

-  Niech  ci   będzie   -  Andrzej  miał   dobry  humor.  -  Pół  litra  jarzębiaku  -  rzucił  do 

kelnera.

- I coś do przegryzienia - dodał Raczek. - Może być szynka. Gdy kelner odszedł, 

Józek spytał niecierpliwie:

- No i jak?

- W porządku - odparł Andrzej. - Gość wziął wszystko od razu i z miejsca wypłacił 

gotówkę.

- To fajnie - ucieszył się Józek. - Dużo za to było?

- Cztery i pół patyka. Nie targowałem się, bo więcej by nie dał, a czekać nie chciałem. 

Lepszy wróbel w garści niż gołąb na dachu.

- A taki szmaciak! - rozważał Raczek. - Bieda w chałupie aż piszczy, łata stare ciuchy, 

nigdy bym nie powiedział, że ma cztery i pół patyka.

Nadejście  kelnera   z  wódką  i  zakąskami   przerwało  rozmowę.   Wypili   po kieliszku, 

zakąsili  szynką  i kiszonymi  ogórkami.  Raczek  zaraz nalał  po drugim,  a gdy i to wypili, 

zażądał:

- To dzielmy dolę.

- Co się tak śpieszysz? - hamował go Andrzej.

- A na co mam czekać? Robota zrobiona, forsa się należy, to dawaj!

- Tu w knajpie, żeby kto zobaczył? - upierał się Andrzej.

-   Nikt   nie   zobaczy   -   poparł   Raczka   Józek.   On   także   już   chciał   czuć   w   kieszeni 

banknoty. - Siedzimy w ciemnym kącie, specjalnie wybrałem ten stolik.

background image

Andrzej   tym   razem   sami   nalał   jarzębiaku   do   kieliszków.   Wszyscy   trzej   wypili   w 

milczeniu.   Ale   Józek   i   Raczek   patrzyli   na   swego   przywódcę   podejrzliwie   i   w   napięciu. 

Tymczasem on popił alkohol wodą sodową i wreszcie zgodził się.

- Dobra, jak chcecie - powiedział.

Wyciągnął   z   kieszeni   banknoty   i   dyskretnie   pod   stołem   począł   je   liczyć.   Długo 

szeleścił   papierkami.   Tamci   wyciągnęli   szyje,   starając   się   nadążyć   wzrokiem   za   jego 

szybkimi palcami. Raczek nawet poruszał wargami, jakby także liczył półgłosem.

- Dwadzieścia siedem - powiedział w końcu Andrzej.

- To po dziewięć - szybko podzielił Raczek.

- A jeszcze tamto za ciuchy - przypomniał Józek.

background image

Andrzej łypnął na niego złym okiem i dołączył zmięte pięćsetki do poprzedniej kwoty.

- Dziesięć i pół na łeb - wyliczył Raczek.

- Równo chcecie? - zapytał pozornie spokojnie Andrzej.

- A jak? - Józek poczuł, że szef chce ich skrzywdzić. Ale Raczek niespodziewanie 

poparł Andrzeja.

- Racja - powiedział. - Należy ci się więcej. Zaplanowałeś, zorganizowałeś, należy ci 

się. Ale mnie też. Najgorszą robotę zrobiłem. Jemu najmniej - wskazał na Józka.

- Gówno! - Józek krzyknął pełnym głosem i rąbnął pięścią w stół. - Długi może dostać 

więcej, ale ty? Równo, inaczej się nie zgadzam.

- Zamknij się! - uspokoił go Andrzej. W lokalu na szczęście było jeszcze pusto i nikt 

nie zwrócił uwagi na okrzyk Józka.

- Nie bierz gnojka na drugi raz, bo będziesz miał kłopoty. - Raczek patrzył na Józka 

niemal z nienawiścią. Ale ten odwrócił się w jego stronę groźnie i położył pięść na stole.

- Uważaj, palancie - powiedział przez zaciśnięte zęby - uważaj, bo jak ci przypier...

- Spokój! - Andrzej wtrącił się do kłótni i Józek momentalnie przerwał wpół słowa. - 

Zrobimy tak - ciągnął tonem nie znoszącym sprzeciwu: - Wy po osiem, ja resztę.

- To znaczy weźmiesz piętnaście i pół! - jęknął Raczek.

- Nie podoba ci się? - Andrzej popatrzył na niego przeciągle, tak że chłopak skurczył 

się i już potulnie powiedział:

- Dobra, dawaj!

Szybko podzielili pieniądze i nie licząc schowali do kieszeni. Ale Raczek pamiętał o 

wszystkim.

- A to co on ma? - zapytał wskazując głową na Józka. To szkiełka, nie wiem, ile warte 

- odparł Andrzej.

- Miały być drogie kamienie - Raczek chytrze zmrużył oczy. - A jak są warte kupę 

forsy?

- To dostaniesz, co ci się należy - uciął Andrzej. - Daj to, Józek!

Józek posłusznie wyciągnął biżuterię i dyskretnie podał Andrzejowi pod stołem. Ten 

rzucił pobieżnie okiem i natychmiast schował.

- Spróbuję sprzedać. Jeżeli są w tym brylanty, to może być sporo forsy, ale niektóre 

wyglądają na imitację. Jednak z tym trzeba poczekać, będą szukali. Potrzymam jakiś czas, a 

potem opchnę gdzieś poza Wybrzeżem. Wtedy dostaniecie forsę.

background image

-   Racja,   nie   ma   tego   jak   dzielić   -   poparł   go   Józek,   wdzięczny,   że   nie   został 

skrzywdzony   w   stosunku   do   Raczka.   Tamten   jednak   był   niezbyt   zadowolony   i   mruczał 

jeszcze przez jakiś czas. Na zgodę wypili resztę jarzębiaku.

- To ja jeszcze zamówię - zaproponował Józek.

- Jak chcecie, to sobie pijcie - Raczek nagle się nie zgodził - ja się stąd zmywam.

Nie zatrzymywali go. Pożegnał się i wyszedł z restauracji, rad, że ma w kieszeni kilka 

tysięcy złotych.

- A my co? - zapytał Józek po jego wyjściu. - Pijemy jeszcze coś?

- Chodźmy też stąd - zaproponował Andrzej. - Mamy forsę, po co siedzieć w takiej 

dziurze?

- Idziemy w Polskę? - ucieszył się Józek.

- Można, czemu nie - zgodził się Andrzej.

Zapłacił kelnerowi, zostawiając mu suty napiwek, i po chwili znaleźli się na ulicy.

3

Minęło już południe. Śnieg dawno przestał padać i tylko mokre jezdnie świadczyły o 

porannej zawierusze. Wiatr pogwizdywał między domami, ale teraz nie niósł już wilgoci, lecz 

suszył chodniki, topił resztki śniegu na dachach domów.

Wypity alkohol  dodawał im animuszu.  Było  go zbyt  mało,  aby mogli  się upić, a 

jednak dosyć, aby poczuli się silni, pewni siebie i żądni przygód. Józek zapytał:

- Gdzie płyniemy?

- Warto by obiad zjeść - zaproponował Andrzej.

-   Byliśmy   przecież   w   „Adrii”   -   zdziwił   się   Józek,   że   kolega   tuż   po   opuszczeniu 

restauracji mówi o pójściu na obiad.

- Forsę masz i chcesz w takiej dziurze jeść obiad? Jedziemy do „Monopolu”.

- Do „Monopolu”? - przestraszył się Józek. Nigdy jeszcze tam nie był, lokal był za 

drogi i za elegancki dla niego.

background image

Andrzej roześmiał się.

- Co się łamiesz? Jak masz forsę, to wszystko dla ciebie otwarte!

Poprowadził   kolegę   na   pobliski   postój   taksówek   i   kazał   jechać   do   śródmieścia 

Gdańska. Józek już nie protestował, bał się drwin kolegi, a zresztą był ciekaw, jak wygląda 

taka restauracja.

Andrzej wprowadził go na górę i wybrał stolik pod oknem. Józek czuł się mocno 

skrępowany swoim wyglądem, wstydził się wyświechtanej marynarki, koszuli bez krawata 

zapiętej   pod   szyję.   Ręce   niezbyt   czyste   chował   pod   stołem.   Zdawało   mu   się,   że   kelner 

podający im kartę patrzy ironicznie.  Andrzej bawił się jego zakłopotaniem.  Podsunął mu 

kartę, ale Józek zdał się na niego. Obawiał się w duchu, że nie potrafi sobie z tym poradzić.

- Wybierz ty - powiedział. - Tylko zamów też coś do picia. Andrzej zamówił sardynki 

na przekąskę i mrożoną czystą wyborową. Potem jedli zupę rakową, a na drugie befsztyk z 

pieczarkami obficie zakrapiany wódką. Z każdym kieliszkiem Józek czuł się lepiej. Nabierał 

pewności   siebie,   jadł   z   apetytem,   popijał   świetnym   piwem.   Kiedy  wreszcie   kelner   podał 

kawę, po kawale tortu i dwa duże kieliszki koniaku, chłopak aż sapnął z zadowolenia.

- To jest życie! - powiedział rozpierając się w krześle. - Żeby tak zawsze mieć forsę i 

chodzić do takich knajp!

- Trzymaj się mnie, a będziesz to miał! - zapewnił go Andrzej. Palili kupione w szatni 

camele, rozkoszując się ich aromatem. Józek był w siódmym niebie.

- Teraz możesz zawsze na mnie liczyć - oświadczył wylewnie, - Wszędzie, bracie, 

pójdę z tobą, wszędzie... Zamówimy jeszcze po koniaku?

- Nie, tu już wystarczy - powstrzymał go Andrzej. - Pojedziemy do Oliwy, pobawimy 

się trochę.

- Z Ryśkiem i Burkiem? - zgadywał Józek.

- Coś ty, z takimi baranami? Mam dwie znajome, zobaczysz jakie!

Józek ucieszył się z tej propozycji. Kiedy doszło do płacenia rachunku, otrzeźwiał na 

moment, bo widniała na nim suma, jakiej do niedawna jeszcze na oczy nie oglądał. Ale na 

szczęście dla niego zapłacił Andrzej.

Minęła już trzecia po południu i ruch o tej porze był bardzo duży. Musieli dość długo 

czekać pod dworcem na postoju, zanim wreszcie udało im się wsiąść do taksówki. Andrzej 

rzucił kierowcy adres i pomknęli do Oliwy. Wysiedli na osiedlu Przymorze wśród wysokich 

nowych wieżowców. Andrzej kazał Józkowi poczekać, a sam poszedł po dziewczęta. Nie 

było go z pół godziny. Józek już się zaczął niecierpliwić i pomyślał, że kolega zostawił go 

background image

samego,   kiedy   wreszcie   ukazał   się   zza   rogu.   Szedł   w   towarzystwie   dwóch   młodych 

dziewczyn i wołał z daleka:

- Długo byliśmy, ale damy musiały się ubrać. Poznajcie się, to Józek, mój koleś!

Dziewczęta chichotały i podając mu ręce odwracały głowy. Józek stwierdził, że są 

młode,   żadna   z   nich   nie   przekroczyła   siedemnastego   roku.   Nie   czuł   się   skrępowany, 

przeciwnie, ich obecność dodała mu animuszu, teraz chciał się bawić na całego.

- Gdzie idziemy? - pytał wesoło. - Prowadź, Andrzej!

- Do „Kameleona”! - zaproponowała ta, która się przedstawiła jako Ola.

- Tak, tam dobra kawa! - poparła ją Lilka.

- Można na razie  tam - zgodził  się łaskawie Andrzej. - Ale potem pójdziemy do 

„Cristalu” albo „Akwarium”.

- Nie, do „Monopolu”  - wtrącił  Józek, któremu  lokal ten wyjątkowo  przypadł  do 

gustu.

Na razie jednak poszli do oliwskiego „Kameleona”, gdzie Józek od razu zamówił całą 

butelkę gruzińskiego koniaku. Chciał zaimponować dziewczynom i równocześnie pokazać 

Andrzejowi, że też stać go na gest. Koniak wprawdzie nie smakował mu zanadto, wolałby 

czystą wódkę albo wiśniówkę, ale uważał, że tak jest bardziej wytwornie.

Butelka szybko została opróżniona. Dziewczęta okazały się miłe i przystępne, śmiały 

się  dużo, słuchały  chętnie   grubych  dowcipów,  pozwalały się  dyskretnie  obejmować.   Piły 

małymi   łykami,   za   to   Andrzej   i   Józek   nie   żałowali   sobie,   co   chwila   unosili   kieliszki, 

namawiali dziewczyny, żartowali i przekomarzali się z nimi.

Andrzej zamówił jeszcze jedną butelkę koniaku. Gdy wypili jej zawartość, wszystkim 

już mocno kręciło się w głowach.

- Chodźmy stąd - zaproponował wtedy Józek. - Za długo siedzimy w jednym miejscu!

Propozycja została przyjęta i cała czwórka wysypała się z lokalu. Na ulicy było już 

zupełnie ciemno. W oknach domów jarzyły się światła, latarnie świeciły jasnym blaskiem. 

Józek objął wpół Olę i został nieco z tyłu.  Pod drzewem w cieniu przystanął i zaczął ją 

całować. Nie opierała się zbytnio. Chłopak dostrzegł, że Andrzej o kilka kroków dalej robi to 

samo. Poczuł się tak dobrze, lekko i wesoło, że chciało mu się nagle całować wszystkich 

dokoła, tańczyć i śpiewać tu, na ulicy. Nie namyślając się zaczerpnął powietrza i całą siłą 

młodych płuc ryknął:

Nie dlaaa mnieee sznur samochodóóów!

Natychmiast odpowiedział mu Andrzej:

Niech dalej jadą wprost przed siebieee!

background image

- Cicho - uspokajała ich Lilka.

-   Co   cicho?   -   wołał   Andrzej   -   pośpiewać   nie   wolno?   -   Mieliśmy   iść   tańczyć   - 

domagała się Ola.

- Dobra, jedziemy, taksówkaaa! - darł się Józek.

Nieliczni   przechodnie   oglądali  się   i  zaraz   chyłkiem  pomykali   dalej,  nie  chcąc  się 

narazić na zaczepkę pijanych.

Taksówka   stała   w   pobliżu   lokalu.   Józek   otworzył   drzwiczki   i   nie   zważając   na 

dziewczęta zaczął się pakować do środka. Ale kierowca oświadczył:

- Pijanych nie wiozę, proszę wysiąść!

- Jakich pijanych, kto pijany? - Józek od razu się najeżył. - Nie wiozę - stanowczo 

powtórzył taksówkarz. - Nieraz miałem wóz zarzygany i nie miał kto posprzątać.

- Panie! - groźnie zaczął Józek, unosząc się na siedzeniu, ale Andrzej siłą go posadził, 

a sam zwrócił się do kierowcy.

- Dwie stówy do Gdańska - powiedział krótko.

- A, to co innego - taksówkarz od razu zmienił ton i włączył silnik.

Przez całą drogę śpiewali, choć dziewczęta nieco przestraszone incydentem usiłowały 

ich   uciszyć.   Taksówkarzowi   jednak   to   nie   przeszkadzało.   Koło   dworca   zatrzymał   się, 

zainkasował dwieście złotych i zostawił towarzystwo na chodniku.

-   Chodźmy!   -   Józek   rwał   się   w   kierunku   jarzącego   się   światłami   okien   hotelu 

„Monopol”.

- Pić mi się chce - powstrzymywał go Andrzej. - Wstąpimy na piwko.

- Może być piwko - zgodził się Józek. - Idziemy! Weszli do jasno oświetlonego holu 

dworcowego. Nie było tu zbyt wiele ludzi. Kilka osób stało przy kasach, grupka mężczyzn 

kupowała   gazety   i   papierosy   w   kiosku,   paru   pasażerów   z   walizkami   czekało   na   pociąg. 

Dziewczęta, jakby onieśmielone światłem i otrzeźwione przejażdżką, pozostały nieco w tyle. 

Andrzej kroczył pierwszy w stronę bufetu z piwem, Józek trzymał się za nim.

Tuż za drzwiami Andrzej zderzył się z jakimś mężczyzną szybko idącym od peronów 

kolejki elektrycznej. Zderzenie było dość silne i obaj mężczyźni odskoczyli od siebie.

- Panie, uważaj pan! - powiedział tamten.

- Kto, ja mam uważać? - nagle zaperzył się Andrzej.

- Jak się spiłeś, to idź spać! - krzyknął mężczyzna z gniewem.

Podziałało to na Andrzeja jak czerwona płachta na byka.

- Ach, ty skur... - zaklął na cały głos i od razu skoczył naprzód. - Ja ci! - podniósł 

pięść do góry i zamierzył się. Tamten zdążył się uchylić i cios Andrzeja poszedł w powietrze.

background image

- Józek, bierz go! - wołał Andrzej, nacierając ponownie.

Nagle jak spod ziemi wyrósł przed nim milicjant z paskiem pod brodą. Już sięgał po 

pałkę, a drugą ręką chwytał Andrzeja za kołnierz. Ale ten zgrabnie się wywinął, zawrócił w 

miejscu i skoczył do ucieczki. W tym momencie napadnięty mężczyzna

background image

podłożył mu nogę i Andrzej runął jak” długi. Padając popchnął stojącego obok Józka, 

któremu też zaplątały się nogi. Ludzie otoczyli ich i udaremnili ucieczkę. Dziewczęta zdążyły 

zniknąć.   Dwóch   czy   trzech   mężczyzn   razem   z   zaatakowanym   przez   Andrzeja   pomogło 

milicjantowi   odprowadzić   ich   na   dworcowy   posterunek.   Tam   złożyli   swoje   zeznania   do 

protokołu. Andrzej patrzył ponuro, spode łba, a Józek, trzeźwy już zupełnie, był bliski płaczu. 

Dyżurny pogroził im:

- Dostaniecie za chuligaństwo ze trzy miesiące, to wam się odechce takich numerów. 

Wypróżniajcie kieszenie, zdejmujcie paski i sznurowadła!

Józek z rozpaczą spojrzał na Andrzeja i szepnął cicho:

- Stary, co będzie?

- Co tam za konszachty? - huknął dyżurny. - Słyszeliście, co powiedziałem? Mam 

wam pomóc?

Wolno   powyjmowali   z   kieszeni   różne   drobiazgi.   Żaden   nie   wyciągnął   jednak 

pieniędzy. Lecz dyżurny wstał, podszedł do nich i zażądał:

- No, pokażcie, chłopaczki, co tam macie jeszcze. Rączki w górę!

- Co, jakim prawem? - próbował się buntować Andrzej. - Gdzie nakaz rewidowania?

- Ja ci dam nakaz! - bez ceregieli oświadczył dyżurny. - Pokazuj kieszenie, ale już!

Drugi   milicjant   zbliżył   się   także   do   zatrzymanych,   a   ten,   który   przyprowadził, 

pilnował drzwi. Andrzej zrozumiał, że nie ma wyjścia. Pozwolił sobie przetrząsnąć kieszenie.

Milicjant wyjmując plik banknotów mruczał:

- Ooo, bratku, tyle forsy! Spadek dostałeś, czy jak?

- Nie wolno mieć  pieniędzy?  - Andrzej  jeszcze  próbował  z tupetem.  Ale właśnie 

milicjant natrafił na biżuterię.

- A to co? - podniósł garść pierścionków, naszyjników i broszek.

- Znalazłem - powiedział Andrzej ponuro. - Pieniądze też.

- Masz szczęście, synku. - Milicjant domyślał się, że jakiś grubszy ptaszek wpadł mu 

w ręce. - A ty, pokaż, coś znalazł - zaczął rewidować Józka, który cały dygotał ze strachu.

Gdy zamknęły się za nimi drzwi celi, Józek powiedział do Andrzeja.

- I co teraz? Wszystko się wyda!

- Zamknij mordę! - huknął Andrzej. - Jak się wyda, to spędzaj wszystko na mnie. Ale 

teraz trzymaj się wersji, żeśmy znaleźli. Ciotka się nie przyzna, że ją okradli, boby ją pytali, 

skąd miała tyle forsy i biżuterii. Niczego nam nie udowodnią. Najwyżej skonfiskują.

- Wszystko na nic - biadał Józek. - Tyle forsy, tyle forsy...

- Stul gębę, działasz mi na nerwy! - krzyknął na niego Andrzej.

background image

A tymczasem dyżurny z posterunku dworcowego telefonował do Komendy Miejskiej. 

Podał   nazwiska   zatrzymanych,   okoliczności   zatrzymania,   ale   najważniejszą   informację 

zatrzymał na koniec.

- Przy obu aresztowanych znaleziono większą ilość pieniędzy. Ponad dwadzieścia dwa 

tysiące   złotych.   Prócz   tego   jeden   z   nich   miał   w   kieszeni   biżuterię   -   dokładnie   wyliczył 

precjoza odebrane Andrzejowi. Gdy skończył, w słuchawce zapanowała cisza.

- Jak zrozumiano? - dopytywał milicjant. - Kto odebrał?

-   Zaraz,   zaraz   -   odparł   dyżurny   Komendy   Miejskiej.   -   Chwileczkę.   Szukam 

komunikatu. O, jest! Mamy meldunek, że dziś rano we Wrzeszczu dokonano włamania do 

mieszkania. Zginęły pieniądze i biżuteria, a także sporo innych rzeczy.

- To chyba oni! - wykrzyknął dyżurny z dworca.

- Wygląda, że tak. Pilnuj ich dobrze, zaraz przyślę radiowóz i zabierzemy ptaszków do 

nas!

-   Dobra!   -   dyżurny   odłożył   słuchawkę   i   odwróciwszy   się   do   milicjanta,   który 

przyprowadził Andrzeja i Józka, powiedział wesoło:

- No, bracie, udało ci się. Zdaje się, żeś złapał dwóch ładnych oprychów. Zaraz po 

nich przyjedzie radiowóz z komendy.

Nim upłynęła godzina, już Andrzej i Józek siedzieli w areszcie Komendy Miejskiej, 

ale tym razem w oddzielnych celach.

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY

1

Porucznik   Wolak   z   Komendy   Wojewódzkiej   był   w   niezbyt   dobrym   humorze.   Z 

samego rana, zanim jeszcze zdążył przejrzeć raporty, przeczytać biuletyn i zapoznać się z 

innymi materiałami leżącymi na jego biurku, już został wezwany do szefa sekcji.

- Masz coś nowego u siebie? - zaczął szef.

-   Nic   specjalnego.   Znaleźliśmy   w   komisie   materiał   z   tej   kradzieży   w   Domu 

Towarowym. Do „Jubilera” przynieśli srebro, było pogniecione, ale zdaje się, że pochodzi z 

włamania do tego starego doktora. Ekspertyza bez większych trudności chyba rozpozna. Kroi 

się też sprawa tego gangu samochodowego ze śródmieścia, ale trzeba z tym jeszcze trochę 

poczekać,   aż   będzie   więcej   szczegółów.   Na   razie   mamy   na   oku   jednego   z   gości,   który 

wygląda na przywódcę posługującego się młodymi chłopaczkami... - porucznik podawał te 

informacje   spokojnie,   rzeczowo,   z   pamięci.   Znał   dobrze   swoją   pracę   i   nie   musiał   się 

posługiwać   aktami,   dopóki   nie   żądano   od   niego   bardziej   szczegółowych   danych.   Swoje 

sprawozdanie  zakończył:  - Raport będzie za godzinę,  jak zwykle  o dziewiątej...  - W ten 

sposób delikatnie zwracał szefowi uwagę, że jest bardzo wcześnie i trudno od niego wymagać 

więcej.

- A co z tą sprawą z Gdyni? - uśmiechnąwszy się lekko zapytał kapitan.

- Z jaką?

- No, z tym włamaniem do inżyniera Walatka.

- Przecież to prowadzi Gdynia.

- Wiem, ale chodzi o to, czy u was nie ma żadnych śladów tej sprawy? Pamiętasz ją 

chociaż dobrze?

- Jasne, że pamiętam. To było nie tak dawno. Czytałem w biuletynie. Dałem znać 

wszystkim, żeby zwracali uwagę, czy gdzieś nie pokażą się te skradzione rzeczy. Ale to może 

się trafić albo przypadkowo, albo przy jakiejś innej okazji...

- Albo po jakimiś czasie - uzupełnił niecierpliwie kapitan. Porucznik zamilkł i patrzył 

nieco zdziwiony na przełożonego.

Na ogół w takich sprawach nie popędzano go. Pozwalano mu  pracować spokojnie, 

cierpliwie, wiedząc, że taka właśnie praca przynosi rezultaty. Zdarzało się niekiedy, że po 

wielu  miesiącach  od  napadu   czy  kradzieży   porucznik  i   jego  ludzie   wyławiali   skradzione 

przedmioty   gdzieś   na   bazarze   czy   w  komisie   albo   dowiadywali   się   sobie   tylko   znanymi 

sposobami,   że   ktoś  kupił   rzecz   pochodzącą   z   kradzieży   i   wtedy   była   to   nitka,   po  której 

background image

dochodzili   do   kłębka.   Cierpliwość   zawsze   popłacała.   Porucznik   przywykł   już   do   swej 

mrówczej pracy i lubił ją, tym bardziej że dawała piękne wyniki. Teraz dziwił się, dlaczego 

przełożony zwraca jego uwagę szczególnie na tę sprawę. Rozumiało się samo przez się, że nie 

wypuszczał jej z kręgu swych zainteresowań, ale nie poświęcał jej więcej czasu niż innym 

sprawom, może nawet ważniejszym od niej.

- Co się stało? - zapytał wreszcie. - Są jakieś nowe wskazówki albo materiały?

- Nic takiego - odparł kapitan. - Tylko pułkownik był wczoraj w Gdyni i zapoznał się 

bliżej z tą historią.

- Aha! - domyślnie mruknął porucznik.

- Nie, nie - szybko wyjaśnił szef - nie wygląda na to, żeby mu ta sprawa szczególnie 

leżała na sercu. Tylko zwrócił uwagę, że chłopaki z Gdyni mają sporo kłopotów. Nie mogą u 

siebie   trafić   na   żaden   ślad,   kazał   ci   więc   przekazać,   żebyś   dokładniej   poszukał,   czy   nie 

pokazały się w Gdańsku jakieś ślady. Może ktoś się chwalił, że zrobił skok w Gdyni, może 

ktoś komuś sprzedał jakieś ciuchy z tej kradzieży, rozumiesz, o co chodzi?

-   Rozumiem,   rozumiem.   -   Porucznik   był   trochę   zniecierpliwiony,   bo   i   bez 

przypominania pamiętał o tej sprawie.

-   No   to   sobie   jeszcze   raz   przeczytaj   biuletyn   z   opisem   tego   napadu   i   wykazem 

zrabowanych rzeczy. Może ci się coś nawinie.

Porucznik opuścił pokój szefa sekcji w niezbyt dobrym humorze. Był bardzo ambitny 

i aż do przesady obowiązkowy i to zwrócenie uwagi na gdyńską sprawę potraktował jako coś 

w rodzaju nagany, że jeszcze nie trafił na żaden ślad.

Nie   zwlekając   wziął   do   ręki   biuletyn   sprzed   kilkunastu   dni,   przeczytał   wszystko, 

potem odłożył go i przystąpił do zwykłych porannych czynności.

background image

Paląc papierosa uważnie  przeglądał  raporty wywiadowców,  notatki  dzielnicowych, 

meldunki   z   komend   miejskich   i   powiatowych   dotyczące   jego   działu.   Niektóre   zdania 

podkreślał, od czasu do czasu coś sobie wynotowywał, porównywał dane z tymi, które już 

posiadał, i tak pogrążył się w pracy.

Nagle   w   jednej   z   notatek   przykuło   jego   uwagę   zdanie   dotyczące   jakiejś   walizki. 

Czytał:

„Maria Kubala, zamieszkała we Wrzeszczu przy ulicy Chopina, nabyła w tych dniach 

walizkę z niewiadomego źródła. Opis walizki jest nie znany, ale zwraca uwagę szczególnie 

fakt, iż wymieniona nabyła ją bardzo tanio. Według jej słów miała za nią zapłacić tylko sto 

złotych, podczas gdy prawdziwa wartość wynosi około czterystu. Maria Kubala nadmieniła 

także,   że   walizka   jest   pochodzenia   zagranicznego   -   czeska   czy   węgierska.   Dyskretnie 

wypytywana wyżej wymieniona dała do zrozumienia, że walizkę nabyła od pewnej swojej 

znajomej”.

Meldunek   pochodził   z   Wrzeszcza   i   dalsza   jego   treść   była   już   dla   porucznika 

nieistotna. Przeczytał jeszcze raz tych kilka zdań i zamyślił się nad nimi.

Niezbyt często się zdarza - rozważał w milczeniu - żeby ludzie handlowali między 

sobą walizkami. Ale z drugiej strony trudno przypuszczać, żeby każda walizka, o której się 

cokolwiek usłyszy, była właśnie tą szukaną. Trzeba to jednak sprawdzić - postanowił bez 

zapału. Oglądał dotychczas już kilka walizek, żadna jednak nie pasowała do opisu skradzionej 

w Gdyni nawet w przybliżeniu.

Porucznik Wolak zadzwonił do Komendy Dzielnicowej we Wrzeszczu i połączył się z 

komendantem. Przypomniał mu meldunek, który przeszedł przez dzielnicę, i poprosił:

- Czy można tak zrobić, żeby ktoś z waszych ludzi obejrzał tę walizkę?

- Można, czemu nie - odparł komendant.

- Macie dokładny opis tamtych, które zginęły w Gdyni - kontynuował porucznik. - 

Jeżeli będzie podobna, zainteresujemy się bliżej osobą, która ją sprzedała.

- Dobra - zgodził się komendant. - Poślę tam kogoś i za godzinę dam wam znać.

Nie upłynęła jednak nawet godzina, kiedy odezwał się telefon na biurku porucznika.

- Poruczniku - mówił komendant z Wrzeszcza - sprawa tej walizki robi się ciekawa.

- No co? - spytał Wolak z hamowanym zaciekawieniem.

- Posłałem tam dzielnicowego, który zna tę Marię Kubalę. Miał pogadać sobie z nią, a 

przy okazji dyskretnie obejrzeć tę walizkę.

- No i co, obejrzał? - niecierpliwił się porucznik.

- Nie tylko obejrzał, ale przyniósł ją tu, do komendy.

background image

- Jak to, tak od razu?

- Tak. Uznał, że jest bardzo podobna do tej, która figuruje w spisie. To ta czeska, w 

ciemne i jasne paski. Wymiary też się zgadzają. Dzielnicowy wypożyczył ją od Kubali. Ta 

kobieta,   kiedy   zrozumiała,   że   walizka   jest   podejrzana,   sama   zgłosiła   chęć   wyjaśnienia   i 

pomocy. Dała nazwisko i adres osoby, od której ją kupiła.

- A teraz prędko tę osobę uprzedzi i zdążą pozacierać ślady

- sceptycznie zauważył porucznik.

-   Nic   podobnego!   -   wykrzyknął   komendant.   -   To   uczciwa   kobieta.   Nie   chce   być 

posądzona   o   świadome   kupowanie   rzeczy   pochodzących   z   kradzieży.   Mówiłem,   że 

dzielnicowy ją zna. Zresztą prosił, żeby zachowała dyskrecję, bo może się okazać, że to nie ta 

walizka i wówczas wyrządzilibyśmy komuś krzywdę niesłusznymi podejrzeniami.

- W porządku! - Porucznik nie wierzył w żadne przeczucia, ale teraz coś mu mówiło, 

że   znalazł   się   na   tropie.   Kiedy   przypomniał   sobie,   iż   zaledwie   przed   dwoma   godzinami 

rozmawiał o tej sprawie z szefem, nie mógł  się powstrzymać  od lekkiego uśmiechu.  Już 

myślał  o  tym,   co  będzie,  jeśli   się okaże,   że  odnaleziono   właściwą  walizkę.  Ogarnęła  go 

niecierpliwość.

- Chciałbym jak najprędzej mieć ją u siebie - powiedział.

- Tę kobietę? - spytał komendant nieco zdziwiony.

- Nie, walizkę. Pokażemy właścicielom.

- Zaraz wysyłam dzielnicowego, to wam podrzuci.

- Dziękuję - powiedział porucznik i na razie wrócił do przerwanej mniej interesującej 

go pracy.

background image

2

Porucznik   Wróbel   niechętnie   ujął   słuchawkę   telefonu.   Dzwoniła   Komenda 

Wojewódzka.   Pomyślał,   że   po   wczorajszej   rozmowie   pułkownik   zażąda   jakichś   nowych 

szczegółów   albo   może   będzie   go   dopingował   do   energiczniejszego   działania.   Usłyszał 

tymczasem głos porucznika Wolaka i rozchmurzył się. Znali się od dawna, niejednokrotnie 

współpracowali   ze   sobą.   Wzajemnie   przekazywane   materiały   pozwoliły   im   rozwikłać 

niejedną trudną i mocno rozgałęzioną sprawę.

- Możesz wpaść teraz do mnie? - pytał Wolak.

- Co się stało? Masz coś pilnego? - dopytywał Wróbel.

- Chciałbym ci coś pokazać.

- Powiedzże co, nie bądź taki tajemniczy - nalegał Wróbel.

- Mam u siebie walizkę. Znaleźli ją we Wrzeszczu. Moim zdaniem bardzo pasuje do 

twojej sprawy - wolno cedził Wolak.

Porucznik Wróbel zareagował bez entuzjazmu:

- Tyle  już ich pasowało do mojej sprawy,  że gdybym  zebrał wszystkie, mógłbym 

założyć sobie sklepik.

- Ale ta mi coś szczególnie nie daje spokoju - twierdził Wolak. - Jedna baba kupiła ją 

za sto złotych. Jest czeska, ma szare i białe paski, wymiary jak ulał. No i źródło nabycia. 

Została kupiona od takich ludzi, których mam u siebie w aktach. Przyjedź, nie odkładaj, może 

coś z tego będzie.

- Ale ja będę taki mądry jak i ty - powiedział z namysłem Wróbel. - Przecież też znam 

tę skradzioną walizkę tylko z opisu.

- No to przywieź jej właścicielkę.

- Dobra - zgodził się w końcu porucznik. - Postaram się być jak najprędzej.

Ściągnąwszy Walatkową telefonicznie z pracy Wróbel stawił się z nią w Gdańsku.

Ledwie przekroczyli próg pokoju Wolaka, Walatkową krzyknęła:

-   To   ta!   Moja   walizka!   -   i   podbiegła   do   biurka,   na   którym   jej   zguba   stała 

przygotowana do oględzin.

Obaj oficerowie spojrzeli na siebie, a Wolak powiedział:

- Niech pani się jej przyjrzy dokładnie. Walizki bywają do siebie bardzo podobne. 

Sklepy sprowadziły ich sporo z Czechosłowacji, łatwo się pomylić.

background image

Pani Maria poczęła oglądać walizkę ze wszystkich stron. Otworzyła ją, wzięła do rąk, 

zajrzała do środka, w końcu oświadczyła:

- To jest moja walizka. Nie mylę się. O, tu nawet jest jeszcze kawałek sznurka od 

kartki bagażowej z lotniska. Mąż ostatnio brał ją z sobą, jak leciał do Warszawy. A tutaj ten 

róg jest zadrapany, to z ubiegłego roku, kiedy byliśmy na urlopie.

- Świetnie - ucieszył się Wolak. - Mamy więc nareszcie ślad.

- A reszta rzeczy? - pytała pani Maria.

- O, pani by zaraz chciała odzyskać wszystko! - roześmiał się Wolak. - Ale proszę się 

nie martwić, teraz jak mamy pierwszą rzecz, znajdziemy także pozostałe.

- A kiedy?

- Och, to już tylko kwestia czasu - zapewnił ją Wolak. Pani Maria była ogromnie 

zadowolona. Chciała zaraz zabrać swoją własność, ale walizka musiała jeszcze pozostać w 

dyspozycji   milicji.   Oficerowie   uzgadniali   teraz   dalsze   szczegóły.   Porucznik   Wolak   podał 

Wróblowi nazwisko i adres Janki, uzyskane przez dzielnicowego z Wrzeszcza.

- Myślisz, że to ten jej „mąż”? - pytał Wróbel usłyszawszy dane o Jance i Adamie.

- Nie wiem - odparł Wolak - ale wszystko możliwe. Ten facet wygląda na takiego, 

który się przyczaił i udaje nawróconego. Mógł zadziałać raz na obcym terenie.

- Pojedziemy do niego?

- A ja tam po co? To twoja robota. Wy prowadzicie sprawę, wy ją sobie kończcie. 

Moja rola wypełniona, chyba że jeszcze coś znajdę z tych rzeczy, które pani zginęły, ale 

myślę, że teraz już poradzisz sobie beze mnie.

Porucznik Wróbel był wdzięczny koledze za te słowa. Sądził, że teraz wmiesza się w 

to Komedna Wojewódzka, a nie chciał oddawać sprawy przed jej ostatecznym wyjaśnieniem.

Podziękował serdecznie Wolakowi za pomoc  i zostawił pokwitowanie na walizkę. 

Pani Maria także wylewnie dziękował porucznikowi. Oboje z Wróblem wkrótce służbowym 

wozem jechali z powrotem do Gdyni. A porucznik Wolak tymczasem z satysfakcją składał 

szefowi meldunek, że sprawa, o której mówili rano, znalazła się na dobrej drodze.

3

Porucznik Wróbel odwiózł zadowoloną panią Marię do pracy, po czym pojechał do 

komendy. Z walizką w ręku lekko wbiegł po schodach i od razu zameldował się u naczelnika. 

Został przyjęty natychmiast.

- Więc jednak to ta walizka? - ucieszył się kapitan, widząc zdobycz porucznika.

background image

- Poszkodowana twierdzi z całą pewnością, że ta!

-   Melduj   po   kolei,   jak   się   sprawa   przedstawia   -   zażądał   naczelnik.   Wysłuchał   w 

milczeniu wszystkiego, co miał do powiedzenia Wróbel. Potem zapytał: - Co masz zamiar 

dalej robić?

- Trzeba jak najprędzej pojechać do Wrzeszcza.

- Zgoda.

- Zabiorę z sobą Mazura, może się przydać.

- Zgoda.

- Myślę, że może część zdążyli  sprzedać albo schować, ale może coś tam jeszcze 

będzie.

- Możliwe.

- Chyba trzeba będzie przeprowadzić rewizję. Przydałby się nakaz.

- Postaram się załatwić. Myślisz, że ten gość okradł Walatków?

- Wątpię, nie zgadza się z opisem, jaki podała Zosia.

- Mogła specjalnie nas mylić, żeby go, kryć, pamiętasz, co mówił pułkownik?

- Wszystko możliwe, ale coś mi się wydaje, że to tylko paser.

- Od pasera niezbyt trudno dojść do tego, kto mu dał towar. W każdym razie ten nakaz 

rewizji warto mieć. Załatwię u prokuratora.

- To w takim razie załatw dwa. Jak tak dobrze ruszyło, to  może od razu trafię na 

tamtych i też trzeba będzie im przeszukać melinę.

- Dobrze. Ale to teren Gdańska. Trzeba uzgodnić z tamtą komendą.

- Sprawa jest nasza.

- Jasne, ale trzeba ich powiadomić. Ich teren, mają prawo aresztować tych gości. Ale 

myślę, że nie będą się chcieli wtrącać. Jak zaczęliśmy, to i dokończymy. W każdym razie 

uzgodnię to z nimi. Z prokuratorem też. Zresztą nakazów aresztowania na razie nie trzeba. 

Możemy ich sami zatrzymać na czterdzieści osiem godzin. Jak się okaże, że to oni, prokurator 

da sankcję.

- To oni, głowę dam - porywczo wyrwało się porucznikowi.

-  Nie   dawaj   głowy  -  ostudził   go   naczelnik.   -   Idź  teraz   i   z   tym   swoim   Mazurem 

przygotujcie się do akcji. Za godzinę zgłoś się po papierki. Która teraz jest? - spojrzał na 

zegarek. - Czwarta dochodzi. O piątej wystartujecie.

Porucznik   wyszedł,   a   naczelnik   natychmiast   udał   się   do   zastępcy   komendanta 

zameldować   mu   o   wszystkim   i   prosić   o   załatwienie   nakazów   rewizji.   Prosił   także   o 

background image

powiadomienie Komendy Miejskiej w Gdańsku i uzgodnienie z nią akcji. Jak przewidywał, 

koledzy z Gdańska nie robili trudności i nie hamowali przebiegu postępowania.

Prokurator, który znał dobrze sprawę, gdyż nadzorował ją od początku i kilkakrotnie 

już popędzał milicję, aby przyspieszyła działania, teraz ucieszył się, gdy usłyszał, co zaszło. 

Mimo iż minęły godziny urzędowe, bez trudu wydał dokumenty, ostrzegając tylko przed zbyt 

pochopnym   działaniem.   Zrobił  to  zresztą   na wszelki  wypadek,   zbyt  dobrze  znał  bowiem 

oficerów z komendy, aby wiedzieć, że z dokumentów tych zrobią dobry użytek.

Wróbel tymczasem denerwował się, bo Mazura nie było w komendzie. Na szczęście 

zastał Pilarka i zaraz wysłał go do miasta, aby odszukał podporucznika i sprowadził do niego. 

Mazur przybiegł zdyszany.

- Gdzie łazisz? - napadł na niego Wróbel. - Jak jesteś potrzebny, to cię nie ma pod 

ręką.

- Szefie, zapomniałeś, żeś mi kazał ciuchy macać po komisach? - odparł pogodnie 

Mazur.

background image

- Diabli z ciuchami, jedziemy do Wrzeszcza! - zawołał porucznik.

- To rozumiem! - ucieszył się Mazur. - Nareszcie ruch w interesie. Mamy ich?

- Zobaczymy, nie mów hop, póki nie przeskoczysz - ostrzegł porucznik.

W   paru   słowach   wyjaśnił   podwładnemu,   co   zaszło   i   dokąd   jadą.   Mazur   był   w 

siódmym niebie.

- Szefie, obiecałeś, że ja im założę kajdanki - przypomniał.

- Założysz, jak ich złapiemy - zgodził się Wróbel. - Ale na razie nie ciesz się za 

wcześnie, bo zapeszysz.

Sekretarka naczelnika zadzwoniła, że porucznik może przyjść po dokumenty.

- Ubieraj się, Kaziu - zawołał Wróbel. - Jedziemy. I zabierz tę walizkę, może trzeba 

im będzie pokazać.

Po upływie paru minut warszawa gnała ulicami Gdyni. Wyskoczyła z Świętojańskiej 

na rondo, potem już na prostej drodze kierowca jeszcze zwiększył szybkość.

4

Janka przyszła  właśnie z zakupami  i stojąc przy stole wyjmowała  paczki z siatki. 

Adam, w swoim grubym golfie, siedział rozparty i oglądał wiktuały, jakie przyniosła.

- Mógłbyś choć raz napalić w piecu - narzekała. - Zawsze tylko ja muszę.

Otworzył   usta,   żeby   jej   ostro   odpowiedzieć,   gdy   w   tym   momencie   rozległo   się 

energiczne pukanie do drzwi.

- Kogo diabli niosą? - powiedział niezadowolony. - Idź, zapytaj!

Janka podeszła do drzwi.

- Kto tam?

- Otwierać, milicja!

Adam podniósł się z miejsca, oparł ręce o stół i patrzył z przestraszoną miną w stronę 

drzwi. W tej pozycji zastali go Wróbel i Mazur.

- Co jest? - zapytał Adam - po coście przyszli?

-   Spokojnie,   zaraz   się   wszystkiego   dowiecie   -   Wróbel   był  czujny   i   przelatywał 

wzrokiem po zakamarkach mieszkania. Skinął ręką na Mazura, który wysunął się do przodu i 

postawił walizkę na stole.

- Znacie to?

Oczki Adama zabłysły na moment, zaraz jednak przykrył  je powiekami i odparł z 

obojętnością w głosie:

background image

- Walizka jak walizka, dużo takich widziałem.

Wróbel stanął po drugiej stronie stołu i tak jak Adam oparł się rękami o blat. Mówił 

wolno, z naciskiem.

- Wiemy, że wyście sprzedali tę walizkę za sto złotych. Wiemy, komu ona zginęła. 

Gdzie jest druga, gdzie reszta rzeczy z rabunku?

- Z rabunku! - Janka krzyknęła głosem pełnym przerażenia.

- Widzisz! - Adam postąpił krok ku niej, jakby ją chciał uderzyć. - Mówiłem ci, żebyś  

byle komu nie sprzedawała!

-   Ale   to   kupione   od   marynarza!   -   wołała   Janka.   -   Tak   powiedzieli!   Myśmy   nie 

wiedzieli, że kradzione!

- Kto tak mówił? Od kogo to macie? - porucznik szybko rzucał pytania.

Adam usiadł ciężko i zapalił papierosa. Mazur zaś kręcił się po mieszkaniu, zbierał 

rzeczy Walatków, które teraz już Janka sama mu podawała.

- Powiem - wyrzucił z siebie Adam z głębokim westchnieniem. - Wszystko powiem. 

Nie będę krył drani. Nie chcę siedzieć przez gówniarzy. Dość miałem raz... Miał być czysty 

interes... I ty też wszystko powiesz! - rzucił wściekle głową w stronę Janki.

Porucznik położył mu rękę na ramieniu, jakby chciał zahamować wybuch wściekłości.

- Dobrze - oświadczył. - Powiecie, ale już nie tu, tylko w komendzie. No, idziemy. 

Wszyscy - spojrzał wymownie na Jankę.

Poszli   potulnie   i   przez   całą   drogę   aż   do   Gdyni   nie   odzywali   się   ani   słowem, 

przedzieleni na siedzeniu podporucznikiem Mazurem.

Porucznik Wróbel pierwszego wziął na przesłuchanie Adama. Grubas nie taił niczego. 

Już po półgodzinnej rozmowie porucznik wiedział wszystko, co mu Adam mógł powiedzieć. 

Resztę dopowiedziała potem Janka, która była szczerze przerażona i przez cały czas płakała. 

Wyjaśniła,   jak   nawiązała   kontakty   z   Andrzejem.   Oboje   stwierdzili,   że   oddali   wszystkie 

rzeczy, jakich nie zdążyli sprzedać. Podali adresy osób, które kupiły niektóre przedmioty. 

Futro było już na wsi pod Kartuzami. O koszulach nic nie wiedzieli. Nie umieli też wyjaśnić, 

gdzie się podział drugi płaszcz ortalionowy, bo oni otrzymali tylko jeden.

Janka   bez   oporu   podała   adres   Andrzeja.   Opowiedziała   także   wszystko   o   jego 

wspólniku, podała rysopis zgadzający się z opisem podanym przez Zosię. Wspomniała o tym, 

że obaj jeździli po rzeczy gdzieś do Oliwy.

W   końcu   porucznik   zrozumiał,   że   nic   więcej   nie   wydusi   z   tej   pary.   Oboje   byli 

wyraźnie przerażeni i bali się o własną skórę. Nie miał zamiaru ich uspokajać.

- Tak czy owak będziecie mieli sprawę o paserstwo - oznajmił, kończąc przesłuchanie.

background image

- Przecież my nie wiedzieliśmy - biadała Janka. - Mówił, że to od marynarza...

- A wy mu wierzyliście? - z drwiną w głosie zapytał Wróbel.

Nie otrzymał na to odpowiedzi ani od Janki, ani od Adama. Adam nie ukrywał swojej 

wściekłości na Jankę i tamtych dwóch.

- No, on jej zdrowo za to da! - zauważył Mazur, kiedy zostali sami z Wróblem. - 

Wścieka się, że go w to wrobiła.

- Ona nie lepsza od niego - stwierdził porucznik. - Kto im kazał to brać do sprzedania? 

Dostaną za swoje...

- A myślałem, że mu nałożę kajdanki - rozżalił się Mazur. - Tymczasem to nie on...

- Nie martw się, Kaziu, wiemy sporo o tym Długim, Andrzeju - pocieszył Wróbel. - 

Zdejmiemy ptaszka raz dwa. Zamelduję naczelnikowi, a ty zaczekaj, bo możesz jeszcze być 

potrzebny.

Porucznik u naczelnika był krótko. Gdy wrócił, już od progu wołał:

- Pakuj manatki, jedziemy!

- Do Długiego? - pytał Mazur.

- A na co czekać? Jak się dowiedzą, żeśmy zdjęli Adama i Jankę, to mogą natychmiast 

zwiać. Późno, psiakrew - dodał spoglądając na zegarek. - Dziewiąta minęła, sporo czasu nam 

zabrali ci dwoje. Ale to nic, może właśnie teraz Długi będzie w domu...

Podporucznik od razu się rozpogodził. Wsiedli do warszawy i Wróbel podał kierowcy 

adres. Znów pomknęli w stronę Gdańska. Nie wiedzieli, że teraz właśnie Andrzej z Józkiem 

są już w areszcie Komendy Miejskiej w Gdańsku.

Na schodach musieli sobie przyświecać latarką. Dochodziła dziesiąta. Z ulicy padał 

zbyt słaby blask latarni.

- To tutaj - Wróbel zatrzymał się pod drzwiami. Zadzwonił, długo trzymając palec na 

przycisku. Mazur stał tuż obok, pełen napięcia.

Ciche, człapiące kroki rozległy się w mieszkaniu, a po chwili usłyszeli głos starej 

kobiety:

- Kto tam?

- Proszę otworzyć,  milicja! - łagodnie powiedział porucznik. Za drzwiami zapadła 

krótka chwila ciszy, potem usłyszeli męski głos: - Otwórz, przecież trzeba wpuścić.

Szczęknął zamek i smuga światła z przedpokoju oświetliła oficerów. Przed nimi stała 

kobieta zniszczona, w skromnym szlafroku, z siwymi włosami zawiązanymi w węzeł. Wróbel 

zauważył, że w jej oczach błyszczą łzy. Czyżby się domyślała? - pomyślał ze zdziwieniem i 

wszedł do środka.

background image

- Czy tu mieszka Andrzej Pytko?

- Tak, to nasz syn - odparł stary mężczyzna, który stanął teraz obok żony. A ona 

dodała:   -   Ale,   panowie...   po   co   tutaj?   Co   my?...   -   nagle   przyłożyła   dłonie   do   twarzy   i 

szlochając gwałtownie poczęła mówić: - Taki wstyd, taki wstyd...

- Ależ co się pani stało? - pytał zdetonowany Wróbel, nie rozumiejąc, czemu kobieta 

tak się zachowuje, zanim zdążył powiedzieć, po co przyszli. Lecz mąż, cały rozdygotany, 

wyjaśnił:

- Proszę się nie dziwić. To dla nas cios... Wielki cios... Syn aresztowany... I to jeszcze 

za taką rzecz... To doprawdy trudno znieść...

Trząsł się tak, że słowa z trudem przechodziły mu przez gardło. A Wróbla ogarniało 

coraz większe zdziwienie. Spojrzał na Mazura, który zrobił zdumioną minę.

- Zaraz - Wróbel podniósł nieco głos ze zniecierpliwienia.

- Proszę się uspokoić i wyjaśnić mi wszystko.

- My, wyjaśnić? - kobieta oderwała ręce od twarzy. - A cóż my możemy wyjaśnić? - 

To panowie wszystko wiecie, aresztowaliście go przecież.

-   Nie,   proszę   pani   -   Wróbel   postanowił   nie   ukrywać   prawdy.   -   Myśmy   dopiero 

przyszli go aresztować.

- Co pan mówi? - teraz starszy pan podniósł głos. - Co to ma znaczyć? Więc kto 

zatrzymał   Andrzeja   za   tę   kradzież   u   ciotki?   Nie   milicja?   Przecież   godzinę   temu   był   tu 

dzielnicowy. Sprawdzał dane Andrzeja i oświadczył, że zatrzymano go z kolegą na dworcu. 

Byli obaj pijani. Znaleziono przy nich biżuterię, która zginęła mojej siostrze! I panowie o tym 

nie wiecie? To po co przychodzicie? A może nie jesteście z milicji?

Wróbel głęboko wciągnął powietrze. Był zaskoczony tym, co usłyszał. Starając się 

opanować odpowiedział:

- Owszem, proszę pana, jesteśmy z milicji. Tylko my go szukaliśmy za coś innego. Za 

napad na mieszkanie w Gdyni...

- O Boże, jeszcze to! - matka  Andrzeja zachwiała się, jakby miała zemdleć. Mąż 

podtrzymał   ją,   a   Mazur   podskoczył   z   drugiej   strony.   Poprowadzili   kobietę   do   pokoju   i 

posadzili w fotelu.

- Panowie - powiedział mąż starając się zapanować nad rozedrganymi rękami - jeżeli 

możecie, zostawcie ją dzisiaj. Jutro złożymy wszelkie zeznania...

- Dobrze - powiedział zakłopotany Wróbel. - Bardzo nam przykro, że przynieśliśmy 

takie nowiny. Ale cóż...

- To nic, to nic - powtarzał starszy pan - zostawcie ją tylko w spokoju.

background image

Oficerowie wycofali się z mieszkania. Na dole Mazur odezwał się z żalem:

- A obiecywałeś, szefie, że założę te kajdanki...

- Nici z tego, Kaziu, już im założył  ktoś inny - zamilkł,  przystanął,  żeby zapalić 

ekstramocnego, a potem dodał jeszcze:

- No nic, w każdym razie już siedzą, a to najważniejsze.

5

Po   powrocie   do   Gdyni   natychmiast   zameldował   o   tym,   co   zaszło,   naczelnikowi. 

Kapitan   wysłuchawszy   wszystkiego   spokojnie,   zaraz   przy   nim   nakręcił   numer   zastępcy. 

Powtórzył dokładnie meldunek. Potem przez chwilę słuchał jakichś poleceń, wreszcie odłożył 

słuchawkę i powiedział:

- Dobrze, stary kazał ci się zgłosić u siebie jutro o dziewiątej. Musi skonsultować się z 

pułkownikiem w tej sprawie. Powie ci, co masz dalej robić.

Punktualnie  o  dziewiątej  następnego   dnia  porucznik  wszedł  do  gabinetu   zastępcy. 

Major wstał zza biurka na jego powitanie i mocno uścisnął mu dłoń.

- Już wiem o wszystkim - powiedział - nie musisz mi meldować, siadaj.

Zapalili. Zastępca nie patrzył w oczy porucznikowi, kiedy się odezwał:

- Przygotujcie wszystkie akta tej sprawy. Przekazujemy ją Komendzie Wojewódzkiej. 

Pułkownik uważa, że teraz musi to poprowadzić ktoś, kto ma w ręku całość.

- Tak jest - służbiście odparł porucznik Wróbel. Pomyślał przy tym, że Mazur będzie 

miał pretensje, że to jednak nie oni doprowadzili przestępców aż na salę sądową.

- No a ty zabierz  się za tamtą  historię, którą odłożyłeś  - dodał zastępca.  - Teraz 

możesz ją spokojnie dokończyć.

- Tak jest - powtórzył porucznik Wróbel.

background image

EPILOG

No i w taki właśnie sposób sprawa Andrzeja i Józka znalazła się w moich rękach. 

Pułkownik wezwał mnie do swego gabinetu, pokazał grubą tekę akt i powiedział:

-   Zapoznajcie   się   z   tym,   kapitanie.   Sprawę   prowadziła   Gdynia   i   właściwie   ją 

zakończyła. Ale wyszły dodatkowe elementy, które trzeba wyjaśnić, żeby obraz był pełny.

A kiedy już z teczkami zabierałem się do wyjścia, dodał:

- Winni już są ujęci, siedzą. Mają dwie sprawy, które zbadajcie łącznie. Ale myślę, że 

znajdziecie jeszcze coś w ich życiorysach.

Nie powiem, żebym był szczęśliwy z takiego obrotu rzeczy. Absorbowało mnie akurat 

coś innego, ale nie mogłem przecież dyskutować. Odłożyłem więc wszystko inne na bok i 

zagłębiłem się w studia materiału.

Dalsze   stadia   postępowania   ukazały   ciekawe   rysy   w   tej   historii.   Ukazały   postać 

Andrzeja jako człowieka żądnego władzy, pragnącego przewodzić i planującego wszystkie 

przestępstwa.

Pierwszego poprosiłem na przesłuchanie właśnie Andrzeja, Od momentu aresztowania 

nikt z nim nie rozmawiał, nawet się nie domyślał, że wiemy o obydwu przestępstwach. Toteż 

wszedł   do   pokoju   dość   pewny   siebie.   Mierzyliśmy   się   przez   chwilę   wzrokiem.   Był 

zdecydowanie przystojny. Już nie chłopiec, ale jeszcze nie mężczyzna. Ale było coś w jego 

rysach  twarzy,  w  sposobie  zaciskania  ust,  w  oczach,  co  mimo   woli  nastrajało  człowieka 

nieprzychylnie. Jakiś niedobry, trudno uchwytny rys charakteru wyłaniał się z tej twarzy: 

może okrucieństwo, może zarozumialstwo, a może po prostu odpychająca pewność siebie, 

dająca mu poczucie wyższości nad otoczeniem. Nie miałem czasu się nad tym zastanawiać, 

bo trzeba było zacząć przesłuchanie.

Po spisaniu personaliów zapytałem go o ostatnią kradzież.

- Opowiedzcie, za co was zatrzymali.

- Przecież pan wie - odpowiedział arogancko. - Byliśmy z kolegą trochę pod gazem i 

kiedy jakiś gość zaczepił mnie na dworcu, milicjant zabrał nas do komisariatu.

- Nie o to chodzi. Mam na myśli te rzeczy, które przy was znaleziono. Skąd to macie?

- Już mówiłem - patrzył  mi w oczy i nawet się nie zaczerwienił. - Znaleźliśmy z 

kolegą na ulicy.

- Słuchaj - przeszedłem na ty, bo w ten sposób, sądziłem, łatwiej mi będzie nawiązać z 

nim kontakt. - Nie jesteś głupi. Czemu więc chcesz mnie traktować jak głupca? Nie pierwszy 

background image

raz rozmawiasz z milicją, byłeś karany. Wiesz, że za przyznanie się do winy i skruchę sąd 

zawsze zmniejsza wyrok.

- Powiedziałem prawdę - upierał się.

- Myślisz, że ci uwierzę w bajeczkę? Po co się wysilasz? Zapominasz, w jakim żyjemy 

wieku. Jeżeli rano została popełniona kradzież i poszkodowany zgłosił o tym około trzeciej, 

to już o szóstej wiedzą o tej kradzieży wszystkie komendy i posterunki milicji.

- Jeżeli wiecie, to po co pan pyta?

-   Więc   przyznajesz   się   do   tego,   że   wspólnie   z   Józefem   Oborkiem   dokonaliście 

włamania do mieszkania Marianny Pytko, twojej ciotki?

- Tak, przyznaję się - powiedział twardo i patrzył przy tym tak na mnie, jakby chciał 

dodać „no i co mi zrobicie?” Ale miałem nad nim przewagę. Nie zdawał sobie sprawy, że 

wiem także o napadzie w Gdyni. Na razie jednak wyjaśniłem szczegóły z Wrzeszcza. Nie 

ukrywał  niczego,  poza   tym  że   nie  ujawnił  udziału  Raczka.  Co  do  Józka,   to  osłaniał  go. 

Twierdził, że pełnił tylko funkcję pomocniczą. Brał wyraźnie całą winę na siebie.

- No i dlaczego, powiedz, dlaczego to zrobiliście? - zapytałem.

- Potrzebowaliśmy forsy.

- I to była najłatwiejsza droga, aby ją zdobyć?

-   Tak.   A   zresztą   komu   wyrządziliśmy   krzywdę?   Tej   handlarce?   Ona   ma   dosyć... 

Szybko sobie odbije na ciuchach.

background image

- Nie zgrywaj się na Zorro - osadziłem go. - Czasy szlachetnych bandytów minęły. 

Nie ty będziesz wymierzał ludziom sprawiedliwość.

Umilkł i tylko patrzył na mnie spode łba z wyraźną wrogością. Dodałem bezlitośnie:

- Nie da się zwykłego rabunku przedstawić jako pięknego czynu.

- Nigdy mi na forsie nie zależało! - wykrzyknął.

- A na czym? - zapytałem prędko.

Nie   odpowiedział.   Teraz   już   nie   patrzył   mi   w   oczy,   opuścił   głowę   i   siedział 

nieruchomo, jakby mi chciał pokazać, że czuje się dotknięty. Postanowiłem przystąpić do 

drugiej sprawy.

-   No   dobrze   -   powiedziałem.   -   Zostawmy   to   na   razie.   Powiedz,   co   robiłeś   dnia 

dwunastego stycznia przed południem?

Drgnął.  Niezbyt  wyraźnie,  ale jednak widziałem,  że zaskoczyło  go to pytanie.  Za 

szybko podniósł głowę i za odważnie spojrzał na mnie.

-   Dwunastego?   -   zapytał   przeciągle.   -   A   któż   może   pamiętać?...   Robiłem   to   co 

zawsze...

- To znaczy co? Przypomnij sobie.

- Nie wiem dokładnie. Spałem pewnie do jakiejś dziewiątej, dziesiątej. Potem zjadłem 

śniadanie z ojcem. Koło południa wyszedłem do miasta.

- Z kim się spotkałeś? Kto to może potwierdzić?

- Z nikim. Spacerowałem sam po Gdańsku. Potem byłem w kinie...

- Uprzedzałem cię, że za przyznanie się sąd daje wyrok łagodniejszy.

- Do czego mam się przyznać? O co chodzi? Przecież już wszystko powiedziałem - 

mówił śmiało, ale to już nie była poprzednia tupeciarska pewność siebie. Już się wewnętrznie 

naprężył.

- Powiedziałeś sporo, nie wiem, czy wszystko, w sprawie kradzieży z włamaniem we 

Wrzeszczu. Ale ja cię pytam o dzień dwunasty stycznia. Przypomnisz sobie sam, co wtedy 

robiłeś, czy też ja mam ci przypomnieć?

- Powiedziałem prawdę - próbował się upierać.

-   No   więc   posłuchaj.   Dwunastego   przed   jedenastą   zadzwoniłeś   do   mieszkania 

inżyniera Walatka w Gdyni. Pytałeś o niego i o jego żonę. Rozmawiałeś z Zosią, ich służącą.

- Nie znam żadnej Zosi, do nikogo nie dzwoniłem.

-   Potem   razem   z   koleżką,   tym   samym   Józkiem   Oborkiem,   poszliście   do   tego 

mieszkania.  Dziewczynie  powiedzieliście,  że przysłał  was Walatek  po dzienniczki.  Kiedy 

background image

dostaliście  się do środka, ogłuszyliście  dziewczynę  uderzeniami  pałki w głowę, potem ją 

związaliście, a mieszkanie obrabowaliście. Przyznajesz się?

- Nie przyznaję się. Nie byłem dwunastego w Gdyni.

-   Potem   zawiozłeś   zrabowane   rzeczy   do   kolegów   w   Oliwie.   Przez   swojego   brata 

nawiązałeś kontakt z Janiną i Adamem we Wrzeszczu...

Opowiedziałem mu dość dokładnie przebieg rabunku znany mi z dotychczasowego 

śledztwa. Przez cały czas nieustannie bacznie go obserwowałem. Widziałem, jak w miarę 

moich słów oczy błyszczą mu coraz bardziej, wargi zaciskają się bezwiednie, a na policzkach 

ukazuje się rumieniec. Ale to nie był wstyd. Wyraźnie ogarniała go zimna wściekłość, że tak 

dużo już wiemy.

- Przyznajesz się do tego wszystkiego? - zapytałem jeszcze raz.

- Nie! - krzyknął. - Nie przyznaję się! Chcecie mnie wrobić w tę historię. Niczego mi 

nie udowodnicie!

- Zobaczymy - powiedziałem spokojnie. - Sam widzisz, ile już wiemy. Dowiemy się 

także reszty. Ale wtedy sąd nie znajdzie żadnych okoliczności łagodzących.

- Nie zależy mi na tym! - odparł butnie.

Wtedy   wziąłem   te   jego   słowa   za   głupią   fanfaronadę.   Później   miałem   je   usłyszeć 

jeszcze raz i wtedy zastanowiły mnie. Czemu tak mówił?

Wezwałem milicjanta i poleciłem odprowadzić Andrzeja do aresztu. Na jego miejsce 

sprowadziłem Józka.

Od   razu   zauważyłem,   że   ten   chłopak   jest   zupełnie   inny.   Nie   tylko   zewnętrznie. 

Zamiast   arogancji   tamtego,   wyzywającej   pewności   siebie,   był   w   nim   strach,   żeby   nie 

powiedzieć: pokora. Toteż zaatakowałem go od razu, bez krążenia wokół tematu. Zapytałem, 

czy zna Zosię. Widziałem, jak oczy rozszerzyły mu się

background image

ze zdziwienia. Patrzył na mnie długo, jakby chciał się przekonać, czy nie żartuję z 

niego.

- Nie - odpowiedział - nie znam żadnej Zosi.

- A przecież umawiałeś się z nią - upierałem się.

- Kiedy, gdzie? Z jaką Zosią? - pytał szczerze zdziwiony.

- Dwunastego stycznia w Gdyni. Umawiałeś się z nią w lokalu „Rybka” w Kartuzach. 

Nie pamiętasz?

Dopiero teraz pojął, o czym mówię. Zdziwienie na nowo ustąpiło miejsca strachowi. 

Milczał uparcie i tylko dolna warga mu się trzęsła, jakby miał za chwilę wybuchnąć płaczem.

-   Jak   widzisz,   sporo   wiemy   o   tobie   -   powiedziałem.   -   Mogę   ci   dość   dokładnie 

powiedzieć, co robiłeś w tym dniu, chcesz?

- Nie, nie! - zawołał i zrobił ruch, jakby chciał zasłonić twarz.

- Wobec tego ty opowiedz mi wszystko, od początku. - Starałem się mówić do niego 

w miarę łagodnie. Chłopak był dostatecznie wystraszony. Wiedziałem już, że bez oporu złoży 

zeznanie.

- Przecież pan wszystko wie... - bąknął.

-   Nie   szkodzi,   mimo   to   opowiadaj.   Kiedy   i   w   jakich   okolicznościach   poznałeś 

Andrzeja Pytkę?

- W zeszłym roku, w więzieniu...

Widać   było,   że   ogarnął   go   wstyd.   Opowiadanie   całej   historii   przychodziło   mu   z 

trudnością. Musiałem go nieco popędzać, pomagać pytaniami. Jednakże nie starał się kłamać, 

niczego nie ukrywał. Podał adres Burka i Ryśka w Oliwie, sam wspomniał o Raczku i jego 

udziale   w   ostatnim   włamaniu.   Nie   pominął   nawet   takich   szczegółów,   jak   spotkanie   z 

Andrzejem   w   barze   „Jacek”...   Z   jego   opowiadania   wyłonił   się   dość   dokładny   obraz   ich 

wspólnej działalności. Coraz wyraźniej także rysowała mi się sylwetka Andrzeja. Ale niektóre 

fragmenty   zeznań   Józka   były   niepokojące.   Mianowicie   te   punkty,   które   dotyczyły 

przechwałek Andrzeja o kapitanie obcego statku, o znajomej z Zielonej Góry i kierowcy, 

który miał mu ułatwić przerzut do Austrii.

Nurtowało mnie jeszcze jedno pytanie. Teraz zadałem je Józkowi:

- Powiedz, czemu właśnie wybraliście mieszkanie inżyniera Walatka?

- Nie wiem - odparł bez namysłu. - To Andrzej zaplanował.

Spodziewałem się tego. Zresztą Józek już wspominał o tym, że gdy się spotkali w 

Urzędzie Zatrudnienia i potem byli w kawiarni „Pod Wieżą”, Andrzej przedstawił mu gotowy 

plan i żądał tylko posłuszeństwa.

background image

Przesłuchanie   Józka   dobiegło   końca.   Chłopak   wyczerpująco   odpowiedział   na 

wszystkie   pytania,   naszkicował   obraz   obydwu   przestępstw.   A   jednak   nie   chciało   mi   się 

jeszcze kończyć  rozmowy z nim. Nie wiem, czy mnie rozumiecie, ale w czasie śledztwa 

zawiązuje się między tym, który je prowadzi, a tym, który odpowiada, coś w rodzaju więzi. 

Czasem człowiek odczuwa nawet jakby sympatię, nie, źle mówię, raczej litość, współczucie, 

czy ja wiem wreszcie co. Już po tym pierwszym przesłuchaniu było mi Józka po prostu żal.

- Czy wiesz, co ci za to grozi? - zapytałem.

- Przyznałem się, wszystko powiedziałem - bąkał.

- Tak, ale ja nie jestem sędzią. A sąd weźmie pod uwagę to, że waliłeś dziewczynę po 

głowie. Prokurator może ci nawet postawić zarzut usiłowania zabójstwa.

- Nie! - krzyknął ze strachem. - Przecież pan wie, że to nieprawda! Nawet żal mi jej 

było, zawiązałem jej głowę...

- Powiedz, Józek - odezwałem się po chwili - powiedz, dlaczego to zrobiłeś?

Opuścił głowę i nie odpowiedział. Widziałem, że wstydził się tego.

Nie doczekawszy się odpowiedzi, zakończyłem przesłuchanie słowami:

- Ech, Józek, Józek, dałbym ci baty!...

Nie musiałem  się zbytnio  śpieszyć.  Kiedy śledztwo znajduje się w moich  rękach, 

ważniejsza jest precyzja, cierpliwość niż pośpiech. Chodziło o to, aby wydobyć wszystkie 

najdrobniejsze szczegóły, wynaleźć powiązania z innymi sprawami.

Powoli doszedłem do tego, że Andrzej miał kiedyś sympatię, która przeniosła się do 

Zielonej Góry. Odnalazłem ją. Dziewczyna powiedziała mi więcej, niż się spodziewałem. 

Zeznała, że był on u niej dawniej, jeszcze przed rabunkiem w Gdyni. Przywiózł jakieś rzeczy. 

Miała je dotychczas u siebie.

Gdy pokazałem te rzeczy porucznikowi Wolakowi, bez większych kłopotów odnalazł 

w swych aktach wskazówki, skąd pochodzą. Okazało się, że był to łup z kradzieży, której 

dokonano w jednym z mieszkań gdańskich. Sprawa ta była już odłożona do akt, jako nie 

wyjaśniona.   Teraz   wiedzieliśmy,   że   to  Andrzej   był   jej   sprawcą.   Doszło   mu   więc   trzecie 

przestępstwo.

Kierowcę wyjeżdżającego za granicę w rzeczywistości poznał w bazie PKS, ale nie 

przez   tę  dziewczynę.  Było   to  spotkanie   przypadkowe,  nie   dające  mu   absolutnie   żadnych 

podstaw do twierdzenia, iż może liczyć na jakiś nielegalny przerzut za granicę. Nie znalazłem 

też   żadnych   śladów   znajomości   Andrzeja   z   kapitanem   obcego   statku   lub   żoną   polskiego 

kapitana   w   Nowym   Porcie   ani   gdzie   indziej.   Wyssał   to   z   palca..   Dlaczego?   Bo   chciał 

imponować, zaczarować Józka mitem o swych kontaktach i stworzyć poczucie bezkarności. 

background image

Oczywiście   dokładniej   zarysowało   mi   się   to   wszystko   dopiero   podczas   następnego 

przesłuchania. Ale właściwie już wtedy niedwuznacznie mi się taka psychologiczna sylwetka 

tego chłopaka kształtowała. Miałem pewność, że się przechwalał, puszył jak paw, żeby tego 

drugiego, głupszego i bardziej prymitywnego, omotać, sparaliżować swą „wielkością”. Temu 

samemu celowi miało służyć gadanie o „zemście” na Walatku. To był wymysł, który miał 

pokryć zwykłą chęć rabunku, zdobycia pieniędzy, dodać napadowi wobec naiwnego Józka 

pozorów tajemniczej eskapady.

Nim   po   raz   drugi   przesłuchałem   Andrzeja,   musiałem   zarządzić   konfrontację   obu 

aresztowanych   z   Zosią.   Wprawdzie   Józek   przyznał   się   do   wszystkiego,   Andrzej   jednak 

zaprzeczał, trzeba było mu więc postawić świadka przed oczami. Nie ukrywam, że miał to 

być także dodatkowy sprawdzian dla Zosi. Pułkownik ciągle jeszcze był nieufny wobec niej. I 

miał chyba rację, bo wciąż pozostawało rzeczą nie wyjaśnioną, dlaczego właśnie mieszkanie 

Walatków zostało obrabowane. Zosia być może znała Andrzeja i przekazała mu odpowiednie 

informacje,   czyli   „nadała   robotę”.   Jej   zachowanie   podczas   konfrontacji   mogło   to   jakoś 

zdradzić.

Ale Zosia nie dała żadnych podstaw do dalszych podejrzeń. Nie ulegało wątpliwości, 

że nie znała uprzednio ani jednego, ani drugiego. Podczas konfrontacji, gdy tylko ujrzała 

Andrzeja i Józka między innymi mężczyznami, bez chwili wahania wskazała na nich.

- To oni!

Józek opuścił głowę, czerwony ze wstydu, a Andrzej patrzył na nią z nieukrywaną 

nienawiścią.

Po   tej   konfrontacji   przesłuchałem   go   ponownie.   Tym   razem   zmienił   taktykę.   Co 

prawda nie podał, czemu wybrał Walatków, skąd miał dane o inżynierze i jego mieszkaniu. 

Do końca tego nie wyjawił. Mogłem tylko przypuszczać, że jakiś jego gdyński kompan, który 

być może był uczniem Walatka albo pracował w jego wydziale, opowiedział Andrzejowi o 

nim jako o człowieku zamożnym. To mogło skusić Andrzeja, w dodatku Gdynia wydawała 

mu się terenem stosunkowo bardziej bezpiecznym od Gdańska, w którym mieszkał. Zdobycie 

adresu, choćby z książki telefonicznej, to już był drobiazg.

To, co powiedział na drugim przesłuchaniu, zaskoczyło mnie i zdumiało.

- Tak, przyznaję się - oświadczył. Mowa była już o wszystkich trzech przestępstwach: 

u Walatka, u ciotki i o tym, na którego ślad trafiłem w Zielonej Górze.

Przez dłuższy czas wypytywałem  go o tego kierowcę i kapitana,  którzy mieli  mu 

gwarantować ucieczkę za granicę. Rzecz zrozumiała, że ten ślad musiał być wyjaśniony do 

końca bez żadnych wątpliwości czy niejasności. Nie bardzo miał ochotę o tym mówić. Gdy 

background image

jednak go przycisnąłem do muru, oświadczył, iż rzeczywiście nie miał żadnych podstaw do 

mówienia wobec Józka o współpracy z tamtymi osobami i o jakiejś nielegalnej działalności.

- Więc czemu o tym mówiłeś? Czemu się przechwalałeś? Nie odpowiedział. A ja, nie 

pozwalając mu zbyt długo się zastanawiać, naciskałem dalej:

- Jesteś inteligentny, mądrzejszy od Józka. Lepiej od niego zdajesz sobie sprawę, co ci 

grozi za te wszystkie historie. Chciałeś zdobyć broń, planowałeś napady rabunkowe, czemu? 

Dlaczego?

Podniósł głowę i popatrzył na mnie tak jakoś dziwnie, że poczułem się głupio. Było w 

tym chłopaku coś niesamowitego, czego nie umiem określić.

- Wszystko mi jedno - powiedział wolno. - I tak urodziłem się po to, żeby wisieć na 

szubienicy...

Myślę, że w tym momencie go rozgryzłem. Na ogół staram się w takich momentach 

panować nad sobą, ale wtedy z trudem tylko  wytrzymałem.  Byłem  dla niego bezlitośnie 

ironiczny.

- Dość tego błaznowania! Wiem, o co ci chodzi! Nie myśl, że jesteś aż tak przebiegły, 

żeby nie można było cię rozszyfrować! Jesteś chory na manię wielkości. Marzysz o tym, żeby 

być   wielkim   przywódcą!   Chcesz   władzy   nad   ludźmi,   chcesz   ich   zmuszać   do   posłuchu 

terrorem, rabunkiem, a nawet przed morderstwem byś się nie zawahał. A wszystko po to, 

żeby cię podziwiali. Ty bohaterze z kawiarni „Toto”!

Odsuwał się ode mnie, kiedy to mówiłem. Czułem, że gdyby mógł, toby mnie w tym 

mornancie zamordował. Ale nie dawałem mu spokoju. Obnażałem go dalej:

- A teraz, kiedy nic z tego nie wyszło, kiedy nie udało ci się zostać sławnym bandytą, 

chcesz być wielkim męczennikiem. Patrzcie, jaki biedny, los go przeznaczył na szubienicę! A 

jaki szlachetny, prawda?

Musiało go to zaboleć. Kiedy mówiłem, milczał, starając się nawet nie patrzeć mi w 

oczy. Później, gdy ochłonąłem, wiele razy zastanawiałem się nad tym, czy miałem wówczas 

rację. Myślę, że jednak tak. Musiałem ugodzić go celnie, bo od tej pory był bardziej miękki, 

odpowiadał mniej patetycznie. Nie ułatwiał mi dochodzenia, ale mimo to nie miałem już 

trudności z wydobyciem z niego wszystkich szczegółów.

I tak oto w końcu wszyscy znaleźliśmy się na sali sądowej. Józek i Andrzej zasiedli na 

ławie   oskarżonych.   Sądzono   ich   w   trybie   doraźnym.   Pozostałych   wspólników:   paserów, 

chłopaków   z   Oliwy   i   Raczka   wyłączono   do   trybu   zwykłego,   a   tu   wzywano   tylko   jako 

świadków.

background image

Obok mnie siedzieli Wróbel i Mazur, nieco dalej porucznik Wolak. Walatkowie z 

napięciem   słuchali   naszych   wyjaśnień   składanych   przed   sądem,   sami   także   opowiedzieli 

wszystko, czego sąd żądał.

Na prawo ode mnie siedziała Zosia, obok swej matki, wystraszonej, skulonej starszej 

kobiety. Pomyślałem, że dla tej dziewczyny cały ten wypadek jest lekcją nie lada. Sprawdził 

się zresztą mój domysł, bo okazało się potem, że dziewczyna poszła do szkoły, a matka lepiej 

jej pilnowała niż poprzednio.

Na  sali  nie   było  rodziców   Andrzeja  ani  Józka.  Nie  przyszli.  Szkoda.   Szczególnie 

szkoda,   że   nie   było   ojca   Józka...   Rodzicom   zaś   Andrzeja   właściwie   się   nie   dziwiłem. 

Wiedziałem, jak im musiało  być  ciężko w tej chwili, wszak Andrzej był  ich ukochanym 

synem, kandydatem na wielkiego człowieka, rozpieszczanym, wychuchanym...

Nie było też Karalucha i Wróbel chyba się z tego cieszył. Chłop rzeczywiście był 

niewinny i zaraz po tej historii rozpoczął pracę w porcie. Kara za kupienie tych rzeczy od 

marynarza nie była tak dotkliwa, żeby mu zatamować tę drogę.

Najbardziej jednak w tej sali interesowało mnie zachowanie oskarżonych. Tak jak w 

życiu i w śledztwie, również tutaj różnili się między sobą. Józek był przestraszony, potulny, 

załamany. Andrzej zaś trzymał się swej linii. Grał rolę człowieka, którego prześladuje złe 

fatum.   Podkreślał,   że   mu   na   niczym   nie   zależy.   Desperacko   brał   na   siebie   całą 

odpowiedzialność. Chwilami mogło się wydawać, że jest cyniczny w podawaniu szczegółów 

dotyczących popełnionych przez siebie przestępstw.

Złościło   mnie   to   jego   zachowanie.   Byłem   przekonany,   że   to   ta   sama   poza,   którą 

przybrał u mnie podczas drugiego przesłuchania.

Po zakończeniu rozprawy sędzia zapytał oskarżonych o ich ostanie słowo.

Józek wstał szturchnięty przez milicjanta. Popatrzył na Zosię, potem nasze oczy się 

spotkały. Widziałem, jak drżał cały i z trudem się hamował, żeby nie wybuchnąć płaczem.

-   Wysoki   Sądzie...   -   zaczął   jakoś   nieśmiało.   -   Wiem...   to   znaczy   rozumiem,   że 

zrobiłem źle... Gdybym mógł się uczyć, na pewno bym tego nie zrobił... To moja wina, bo 

mogłem się uczyć, pracować, ale... Wysoki Sądzie - nie umiał sobie jakoś poradzić, plątał się, 

wreszcie zakończył żałośnie: - Proszę o łagodny wymiar kary... I proszę, żebym tam... w 

więzieniu mógł się nauczyć jakiegoś fachu albo czegoś...

Nie   dam   głowy,   czy   to   było   szczere.   Przestępcy   potrafią   przed   sądem   udawać 

niewinne baranki. Ale sądzę, że jednak on był  naprawdę skruszony.  Chyba  zdawał sobie 

sprawę z tego, w co się wplata,!, a wyraźnie nie miał predyspozycji na wielkiego bandziora. 

background image

To był raczej wykonawca. Gdyby się dostał w dobre ręce i gdyby dom miał inny, kto wie, jak 

by się potoczyły jego losy.

Andrzej pozostał sobie wierny. Zachowywał się, jakby był na trybunie przed tłumem, 

który miał go podziwiać.

- Wysokie Sądzie - mówił patetycznie. - Wiem, że i tak długo nie będę żył. Taki mój 

los. Jestem przeznaczony na stracenie! Niczego nie odwołuję, niczego nie żałuję... Proszę o 

wymierzenie mi kary śmierci!

Na sali zapanowało poruszenie. Nawet Walatkowie zaszeptali do siebie, a Zosia z 

wrażenia aż podniosła ręce do twarzy.

Tylko   sędzia,   stary   doświadczony   prawnik,   lekko   się   uśmiechnął.   Nic   jednak   nie 

powiedział. Sąd udał się na naradę.

Oskarżeni   podnieśli   się,   świadkowie   i   publiczność   także   wstali   z   miejsc.   Sędzia 

odczytał wolno wyrok:

„...Skazuje się:

Andrzeja  Pytkę  na karę  dwunastu  lat więzienia,  Józefa  Obórka na  karę ośmiu  lat 

więzienia.

Od wyroku oskarżonym nie przysługuje prawo apelacji...”

Józek rozpłakał się jak dziecko.

„KB”