background image

Nicholas Sparks

KRONIKA PEWNEJ MIŁOŚCI

CUDA

Kim jestem? I jak, ciekawi mnie, skończy się ta opowieść?
Słońce  już wzeszło i  siedzę  przy oknie, zasnutym  mgłą  mijającego  życia.  Ładny dziś 

przedstawiam  sobą  widok:  dwie  koszule,  grube  spodnie,  szalik  owinięty  dwa  razy wokół 
szyi,  z końcami  wepchniętymi  pod gruby sweter,  wydziergany przed  trzydziestu  wiosnami 
przez moją córkę. Termostat w pokoju nastawiony  jest na najwyższą temperaturę, tuż za mną 
stoi mniejszy grzejnik. Stęka, sapie  i  wypluwa  z siebie  gorące powietrze  niczym  jakiś baśn-
iowy smok, a  mimo  to  cały się  trzęsę  z zimna, które  nigdy nie  ustępuje,  a  zbierało się  od 
osiemdziesięciu lat.  Osiemdziesiąt łat - myślę  czasami  i  choć  się  z tym  godzę,  nadal  mnie 
zdumiewa, że od prezydentury George'a Busha ani razu nie było mi ciepło. Zastanawiam się, 
czy wszyscy w moim wieku tak się czują.

Moje  życie?  Niełatwo  je  opisać.  Nie  okazało  się  tak  wspaniałe,  jak  to  sobie  wy-

marzyłem,  ale  też nie skończyłem  jako chłopiec  na  posyłki.  Podejrzewam,  że  można  by je 
porównać  do rynku  obligacji:  dość  stabilne, więcej  zysków niż strat, z czasem  wykazujące 
tendencję zwyżkową. Trafny zakup, szczęśliwy zakup, a przekonałem się, że nie każdy może 
to powiedzieć  o swoim życiu. Lecz nie dajcie się zwieść. Nie jestem wyjątkowy, co do tego 
nie  mam wątpliwości.  Jestem  zwyczajnym  człowiekiem  o zwyczajnych myślach  i  wiodłem 
zwyczajne  życie. Nikt nie  postawił pomnika ku mej  czci, a moje  imię szybko pójdzie w za-
pomnienie, lecz kochałem - całym sercem i duszą - a to moim zdaniem wystarczająco dużo.

Romantycy nazwaliby to opowieścią o miłości, cynicy - tragedią. Mnie  się  wydaje, że 

znajdzie się tu trochę jednego i drugiego, lecz niezależnie od punktu widzenia, który wybier-
zecie, historia ta obejmuje znaczną część mego życia i drogi, którą obrałem. Nie narzekam na 
tę  drogę  ani na to, dokąd mnie zawiodła. Na  inne rzeczy, owszem, skarg  by  się znalazło do-
syć, ale moją ścieżkę zawsze uważałem za dobrą i szedłem nią bez wahania.

Niestety,  z czasem  coraz trudniej  nią  kroczyć.  Prosta  jest jak dawniej,  lecz teraz po-

jawiły się  na  niej  kamienie  i  żwir.  nazbierało  ich  z  biegiem  czasu.  Jeszcze  trzy lata  temu 
łatwo było  je  ignorować, ale  nie  teraz. Ciało  niszczy  choroba;  nie  jestem  już ani  silny,  ani 
zdrowy,  a  moje  dni  przypominają  egzystencję  sflaczałego  balona:  pozbawione  życia, 
gąbczaste, z dnia na dzień coraz bardziej miękkie.

Kaszlę,  mrużę  oczy  i  sprawdzam  godzinę  na  zegarku.  Uświadamiam  sobie,  że  pora 

ruszać. Wstaję  z fotela  pod oknem  i człapię przez pokój,  zatrzymując się  przy biurku,  żeby 
wziąć notatnik, który czytałem już setki  razy. Nie przerzucam kartek, tylko wsuwam go pod 
pachę i dalej idę tam, dokąd muszę pójść.

Przemierzam posadzkę z białych płytek, przyprószonych nieco szarością.  Podobną do 

moich włosów i włosów większości mieszkańców tego domu, choć dziś rano tylko ja idę ko-
rytarzem.  Reszta  siedzi  samotnie  w  pokojach,  wyłącznie  w  towarzystwie  telewizorów,  ale 
oni, tak samo jak ja, do tego przywykli. Wystarczy człowiekowi dać dość czasu, a do wszyst-
kiego przywyknie.

Z oddali  dobiega  mnie  przytłumiony szloch  i  doskonale  wiem,  kto  to  płacze.  Wtedy 

zauważają mnie pielęgniarki, uśmiechamy  się do siebie, pozdrawiamy. To moje przyjaciółki i 
często gawędzimy, ale jestem przekonany, że nie pojmują ani mnie, ani tego, przez co codzi-
ennie przechodzę. Szepczą między sobą, kiedy je mijam.

- Znowu idzie - słyszę. - Mam nadzieję, że to się dobrze skończy.

background image

Lecz nie  mówią  tego  głośno.  Zapewne  uważają,  że  bolałaby  mnie  ta  rozmowa  o  tak 

wczesnej porze, i - o ile siebie znam - mają rację.

W chwilę potem  dochodzę  do  pokoju. Drzwi, jak zwykle,  zostawiły  uchylone. Siedzą 

tam dwie siostry, które również witają mnie uśmiechem.

-  Dzień  dobry -  mówią  pogodnie.  Przystaję  na  chwilę,  by zapytać  o  dzieci,  szkołę  i 

nadchodzące wakacje. Przez jakiś czas gawędzimy, nie  zwracając  uwagi na  płacz. Pielęgni-
arki już do niego przywykły, zobojętniały. Ja zresztą też.

Potem  zapadam  się w fotelu, który tak do  mnie  przywykł, że  dopasował  się  do mego 

ciała. Pielęgniarki już kończą; jest ubrana, ale nadal płacze. Wiem, że się uspokoi, gdy  wyjdą. 
Poranne  obrządki  zawsze  wytrącają  ją  z  równowagi,  a  dzisiejszy   ranek  nie  należy  do 
wyjątków. W końcu pielęgniarki odsuwają parawan i opuszczają pokój. Obie muskają mnie z 
uśmiechem, przechodząc obok. Zastanawiam się, co to oznacza.

Siedzę  przez  moment,  wpatrując  się  w  nią,  lecz  ona  nie  odpowiada  spojrzeniem. 

Rozumiem to, wszak nie wie, kim jestem. Uważa mnie za obcego. Potem opuszczam głowę i 
w  duchu  modlę  się  o  siłę,  której  -  wiem  o  tym  -  będę  potrzebował.  Zawsze  głęboko 
wierzyłem w Boga i w potęgę modlitwy, choć - jeśli mam być szczery - ma wiara składa się z 
listy pytań, na które po śmierci z pewnością zażądam odpowiedzi.

No, już jestem gotowy. Okulary na nos, lupa z kieszeni. Na chwilę odkładam ją na sto-

lik, żeby otworzyć notatnik. Dwukrotnie muszę polizać sękaty palec, zanim w końcu uda  mi 
się odwrócić dobrze już zniszczoną okładkę i otworzyć na pierwszej stronie. Potem biorę do 
ręki lupę.

Zawsze  na moment przedtem, nim zacznę  czytać, serce  mi się ściska  i  myślę:  Co dziś 

się wydarzy?

Nie wiem, bo nigdy nie mogę tego przewidzieć, i w głębi ducha zdaję sobie sprawę, że 

to bez znaczenia. Sił dodaje mi liczenie na szansę, nie pewność, lecz swego rodzaju zakład z 
samym  sobą.  I choć  możecie  nazwać mnie marzycielem albo głupcem, czy jeszcze  kimś in-
nym, wierzę, że wszystko się może zdarzyć.

Rozumiem, że  fakty i nauka sprzysięgły się  przeciwko mnie. Lecz nauka  nie stanowi 

odpowiedzi na wszystko; to wiem, nauczyłem się tego w swym  długim życiu. I dzięki temu 
zostaje  mi wiara, że  cuda - nawet najbardziej niewytłumaczalne i  niewiarygodne - istnieją  i 
zdarzają  się, kpiąc  sobie z naturalnego porządku rzeczy. Dlatego  po  raz kolejny,  tak  jak  to 
czynię co dzień, zaczynam czytać jej na głos notatnik - w nadziei, że cud, który zmienił  me 
życie, zdarzy się kolejny raz.

I może - powtarzam: może - tak się stanie.

DUCHY

Był rok 1946, początek października, i Noah Calhoun z ganku swojego  domu w stylu 

kolonialnym  oglądał  zachodzące  słońce.  Lubił  przesiadywać  tu  wieczorami,  zwłaszcza  po 
dniu  ciężkiej  pracy,  i  pozwalać  myślom  błądzić,  nie  narzucając  im  określonego  kierunku. 
Właśnie tak odpoczywał - zwyczaj ten przejął po ojcu.

Najbardziej  lubił  patrzeć  na  drzewa  i  ich  odbicie  w  rzece.  W  Północnej  Karolinie 

drzewa  pięknie  wyglądają  późną  jesienią:  mienią  się  wszystkimi  odcieniami  zieleni,  żółci, 
złota i czerwieni. Ich niesamowite kolory płoną w słońcu i chyba już po raz setny Noah Cal-
houn  zastanawiał  się,  czy pierwsi  właściciele  rezydencji  spędzali  wieczory,  myśląc  o  tym 
samym.

Dom postawiono w 1772 roku, stanowił jeden z najstarszych i największych budynków 

w New Bern. Początkowo był rezydencją właścicieli plantacji. Noah Calhoun kupił go tuż po 

background image

zakończeniu  wojny,  poświęciwszy  jedenaście  miesięcy  i  małą  fortunę  na  jego  renowację. 
Parę tygodni temu pewien dziennikarz z Raleigh napisał o nim artykuł; twierdził, że to jeden 
z najwspanialej odbudowanych majątków, jakie widział. Przynajmniej budynek. Reszta posi-
adłości to zupełnie co innego i właśnie na pracy nad nią Noah spędził większość dnia.

Dwunastoakrowy  majątek  z  jednej  strony  oblewały  wody  Brices  Creek  i  Noah  na-

prawiał drewniany płot, otaczający  posiadłość z pozostałych trzech boków, sprawdzając, czy 
nie  jest  spróchniały albo  naruszony  przez termity,  i  w  razie  potrzeby wymieniając  deski. 
Zostało  mu  jeszcze  sporo  roboty,  zwłaszcza  na  zachodniej  granicy,  i  dziś,  odkładając 
narzędzia,  pomyślał,  że  trzeba  będzie  zamówić  więcej  drewna.  Wszedł  do  domu,  wypił 
szklankę  słodkiej  herbaty,  potem  wziął  prysznic.  Zawsze  się  mył  pod  koniec  dnia,  woda 
spłukiwała z niego brud i zmęczenie.

Potem  gładko zaczesał włosy, włożył spłowiałe  dżinsy i niebieską koszulę, nalał sobie 

kolejną porcję słodkiej herbaty i udał się na ganek, gdzie teraz siedział, jak zwykle o tej porze 
dnia.

Wyciągnął ręce nad głową, opuścił je, po czym kilka razy ruszył barkami. Czuł się do-

brze,  czysto,  świeżo.  Zmęczone  mięśnie  dawały o  sobie  znać  i  wiedział,  że  jutro  będzie 
trochę obolały, ale cieszył się, że zrobił większość tego, co sobie zaplanował.

Sięgnął po gitarę, co przypomniało mu o ojcu i kolejny raz uświadomiło, jak bardzo mu 

go brak. Przeciągnął palcami  po  strunach,  dostroił  dwie i  znowu sprawdził. Tym  razem  in-
strument brzmiał prawie tak, jak trzeba. Noah zaczął grać. Cicho, spokojnie. Najpierw nucił, 
potem,  gdy otoczył  go  zmierzch,  zaśpiewał.  Grał  i  śpiewał,  dopóki  słońce  nie  zniknęło,  a 
niebo nie poczerniało.

Skończył  trochę po siódmej  i  oparł się wygodniej w fotelu, żeby  się  pobujać. Z przyz-

wyczajenia zerknął  w górę  i  zobaczył Oriona, Wielką  Niedźwiedzicę,  konstelację  Bliźniąt i 
Gwiazdę Polarną, migoczące na jesiennym niebie.

W myślach zaczął obliczać stan swoich finansów, ale po chwili dał spokój. Wiedział, że 

wydał na dom prawie  wszystkie oszczędności i już wkrótce  będzie  musiał znowu się rozejr-
zeć za  pracą, lecz odepchnął  tę myśl i  postanowił się rozkoszować  ostatnimi miesiącami  re-
nowacji, nie zatruwając ich martwieniem się o jutro. Nie wątpił, że wszystko się jakoś ułoży. 
Zawsze  się  układało.  Poza  tym  myślenie  o pieniądzach  go  nudziło.  Już dawno  nauczył  się 
radować  prostymi rzeczami  - rzeczami, których  nie można kupić  - i nie  był  w stanie  zrozu-
mieć ludzi, którzy tego nie potrafią. To kolejny zwyczaj odziedziczony po ojcu.

W tej samej chwili podeszła do niego Ciem, jego suka  myśliwska, i szturchnęła go w 

rękę wilgotnym nosem, zanim umościła się u jego nóg.

- Cześć, malutka, co tam słychać? - spytał, pogładziwszy ją po łbie.
Zapiszczała cicho i podniosła ku niemu łagodne, okrągłe ślepia.
W  wypadku  samochodowym  straciła  łapę,  ale  nadal  sprawnie  się  poruszała  i  do-

trzymywała mu towarzystwa w spokojne wieczory, takie jak ten.

Noah miał trzydzieści jeden lat - nie  tak znów wiele, ale był na  tyle dojrzały, by czuć 

się  samotny.  Odkąd tu się  sprowadził,  nie umawiał  się z dziewczynami, nie  spotkał  żadnej, 
która choć odrobinę by go zainteresowała. Wiedział, że to wyłącznie jego wina. Było w nim 
coś,  co  sprawiało,  że  utrzymywał  dystans  między  sobą  a  kobietą,  która  próbowała  się  do 
niego zbliżyć. I chyba nawet nie potrafiłby tego zmienić, choćby i próbował. Ale czasem, tuż 
przed zapadnięciem w sen, zastanawiał się, czy na zawsze ma pozostać samotny.

Wieczór  płynął  dalej,  ciepły,  przyjemny.  Wsłuchany w  muzykę  świerszczy i  szelest 

liści,  Noah  myślał,  że  odgłosy  natury  są  bardziej  rzeczywiste  i  budzą  więcej  uczuć  niż 

background image

przedmioty, takie jak samochody czy samoloty. Natura dawała więcej, niż brała, a jej dźwięki 
zawsze  uświadamiały  człowiekowi,  kim  powinien  być.  W  czasie  wojny  wielokrotnie, 
zwłaszcza po większych przeżyciach, wracał myślą do tych prostych odgłosów.

- Dzięki  temu nie oszalejesz - powiedział  ojciec na pożegnanie, gdy  Noah odpływał. - 

To muzyka Boga, która przeniesie cię do domu.

Dopił herbatę, wszedł  do środka, znalazł książkę i  w drodze  powrotnej zapalił światło 

na  ganku.  Usiadłszy  w  fotelu,  spojrzał  na  tomik.  Był  stary,  okładka  miała  wystrzępione 
brzegi, a  strony poplamiło błoto i woda. Źdźbła trawy Walta Whitmana. Towarzyszyły mu w 
czasie wojny, kiedyś nawet przyjęły wycelowaną w niego kulę.

Przetarł z kurzu okładkę. Potem otworzył książkę w przypadkowym miejscu i przeczy-

tał słowa, które przed sobą zobaczył:

Północ widna - to godzina twoja, o duszo, wolny twój lot
w niewymowne.
W oderwaniu od ksiąg, ze sztukami w rozbracie, po dniu
wypełnionym, dokonawszy roboty,
Unosząca się całkowicie i w oddal ostatnią, milcząca,
zdumiona, zadumana o tym, co miłujesz najbardziej:
Noc, sen, gwiazdy i śmierć*.

Uśmiechnął się do siebie. Nie wiedział czemu, lecz Whitman zawsze kojarzył mu się z 

New Bern i Noah cieszył się, że wrócił. Choć nie było go tu przez czternaście lat, uważał  je 
za  swój  dom, znał  tu mnóstwo ludzi, większość  jeszcze  z czasów młodości. Nic  dziwnego. 
Wszak  mieszkańcy  południowych  miasteczek  nigdy  się  nie  zmieniali,  najwyżej  odrobinę 
starzeli.

Teraz  jego  najlepszym  przyjacielem  był  Gus,  siedemdziesięcioletni  Murzyn  miesz-

kający w pobliżu. Spotkali  się  parę  tygodni  po  tym, jak Noah kupił  dom -  Gus zjawił się  z 
domową nalewką i gulaszem z królika; spędzili wieczór, upijając się i opowiadając sobie swe 
dzieje.

Od  tamtej  pory  Gus  odwiedzał  go  kilka  razy  w  tygodniu,  zazwyczaj  po  ósmej.  Od 

czasu do czasu musiał się  wyrwać  z domu, w którym  mieszkało czworo jego  dzieci  i  jede-
naścioro wnucząt, i Noah doskonale  go rozumiał. Zwykle  Gus przynosił  harmonijkę  ustną  i 
pogawędziwszy, grali razem parę piosenek. Zdarzało się, że muzykowali tak godzinami.

Gus zastępował  Noahowi  rodzinę.  Właściwie  nikogo  poza  nim  już  nie  miał,  a  przy-

najmniej od śmierci ojca przed rokiem. Noah był jedynakiem  - matka zmarła  na  grypę, gdy 
miał dwa lata - i choć kiedyś chciał się ożenić, nigdy tego nie zrobił.

Ale raz się zakochał, to wiedział na pewno. Jeden, jedyny raz, dawno temu. I to uczucie 

przemieniło go na zawsze. Prawdziwa miłość potrafi to zrobić  z człowiekiem, a jego miłość 
była prawdziwa.

Nadciągnęły   chmury  znad  wybrzeża,  srebrząc  się  w  poświacie  księżyca.  Gdy 

zgęstniały, odchylił głowę, kładąc ją na oparciu bujanego fotela. Automatycznie odpychał się 
nogami, fotel kołysał się rytmicznie, a myśli, jak niemal co wieczór, popłynęły ku wspomni-
eniu podobnego ciepłego zmierzchu sprzed czternastu lat.

To było tuż po maturze w 1932 roku, pierwszy wieczór jarmarku. Wszyscy mieszkańcy 

miasta  wylegli  na  ulice, bawiąc  się na  barbakojach  albo  oddając się  grom  hazardowym. W 
powietrzu wisiała wilgoć - z jakiegoś powodu doskonale to zapamiętał. Przyszedł sam i kiedy 

background image

przedzierał  się  przez tłum w poszukiwaniu przyjaciół, wypatrzył Fina  i  Sarę,  z którymi do-
rastał, rozmawiających z jakąś nieznajomą dziewczyną. Pamiętał, że pomyślał: Ładna, a gdy 
w końcu do nich dotarł, spojrzała na niego zamglonymi oczami, które potem ciągle do niego 
wracały.

- Cześć - odezwała się zwyczajnie, podając mu rękę. - Finley  wiele mi o tobie opowia-

dał.

Zwyczajny początek, coś, co łatwo byłoby zapomnieć, gdyby dotyczyło  kogoś innego 

niż  ona.  Ledwo  jednak  ujął  jej  rękę  i  zajrzał  w  te  niesamowite,  szmaragdowe  oczy,  nim 
jeszcze zaczerpnął tchu, wiedział z całą pewnością, że oto dziewczyna, której mógłby szukać 
przez resztę  życia i  nigdy już nie  znaleźć. Wydawała  mu  się  tak wspaniała,  tak  idealna  -  a 
letni wiatr szumiał w gałęziach drzew.

Od tamtej  chwili  wszystko poszło jak burza.  Fin  powiedział Noahowi, że dziewczyna 

przyjechała z rodziną do New Bern na wakacje, bo ojciec pracował u R.J. Reynoldsa, a choć 
Noah  tylko  kiwał  głową, jej  spojrzenie  sprawiało,  że  to milczenie wydawało się  normalne. 
Wtedy Fin parsknął śmiechem, bo widział, co się święci, a  Sara zaproponowała, żeby kupili 
sobie wiśniowej coli, po czym  cała czwórka się bawiła, dopóki tłumy nie zrzedły i nie  poza-
mykano straganów.

Spotkali  się następnego  dnia  i  kolejnego,  a  wkrótce  stali  się  nierozłączni. Co  rano, z 

wyjątkiem niedzieli, kiedy musiał iść do kościoła, w zawrotnym tempie robił wszystko, co do 
niego należało, a  potem  ruszał  prosto do Fort Totten Park, gdzie czekała  na  niego ona.  Po-
nieważ była gościem i nigdy przedtem nie spędziła wakacji w miasteczku, dni wypełniały im 
zajęcia  zupełnie  jej  nie  znane.  Nauczył  ją,  jak  nakładać  przynętę  i  łowić  okoniopstrągi  na 
płyciznach, zabierał na  wyprawy w gęstwiny Croatan  Forest.  Pływali łodzią, oglądali  letnie 
burze i Noahowi wydawało się, że znają się od zawsze.

Ale i on się czegoś uczył. Na potańcówce w remizie to ona pokazała mu, jak się tańczy 

walca i charlestona, a choć  przez pierwsze kilka utworów deptali sobie  po palcach, jej cier-
pliwość  wkrótce  została  wynagrodzona  i  tańczyli  razem  do  końca  zabawy.  Potem  od-
prowadził ją do domu, a gdy  pożegnawszy się, stali na ganku, pierwszy raz ją pocałował, zas-
tanawiając  się,  czemu  tak  długo  zwlekał.  Któregoś  dnia  zaprosił  ją  do  tego  domu,  nie 
zważając na jego opłakany stan, i zapowiedział że kiedyś go kupi i wyremontuje. Godzinami 
rozmawiali  o  swoich  marzeniach  -  on  pragnął  zwiedzić  świat,  ona  zostać  malarką  -  aż 
wreszcie  pewnej  parnej  sierpniowej  nocy  oboje  stracili  dziewictwo.  Kiedy wyjechała  trzy 
tygodnie  później,  zabrała  ze  sobą  cząstkę  Noaha  i  resztę  lata.  W  deszczowy poranek  od-
prowadzał ją wzrokiem, gdy opuszczała miasto. Poprzedniej nocy nie zmrużył oka, a potem 
wrócił do domu i spakował torbę. Następny tydzień spędził samotnie na Harkers Island.

Noah przeczesał ręką włosy  i zerknął na zegarek. Dwanaście po ósmej. Wstał i wyszedł 

przed dom, spoglądając na drogę. Ani śladu Gusa, pewnie dziś się nie zjawi. Wrócił na ganek 
i usiadł w fotelu.

Pamiętał, jak pierwszy raz wspominał  o  niej  Gusowi.  Stary potrząsnął  głową i  zaczął 

się śmiać.

- Więc przed tym duchem uciekasz.
Kiedy spytał, co Gus ma na myśli, Murzyn odparł:
-  No,  rozumiesz:  duch,  wspomnienie. Patrzyłem, jak harujesz dzień i  noc,  tyrasz bez 

wytchnienia. Ludzie  robią  to z trzech  powodów:  albo  postradali  rozum, albo są  głupi,  albo 
próbują zapomnieć. Wiedziałem, że w twoim wypadku chodziło o to ostatnie. Zastanawiałem 
się tylko, o czym chcesz zapomnieć.

background image

Zastanowił się nad słowami Gusa. Oczywiście przyjaciel miał rację. New Bern stało się 

dlań  miejscem  nawiedzonym.  Nawiedzonym  przez  ducha  wspomnień.  Wystarczyło,  że 
przeszedł przez Fort Totten Park, a widział ją tam: jak czeka na ławce albo stoi przy wejściu - 
zawsze uśmiechnięta, blond włosy miękko opadające na ramiona, szmaragdowe  oczy. A gdy 
wieczorem  siadał na  ganku  z gitarą, widział  ją  przy sobie, jak w ciszy  słucha  muzyki  jego 
dzieciństwa.

To samo się powtarzało, ilekroć zajrzał do drogerii Gastona, kina Masonie, a nawet gdy 

szedł  przez  miasto.  Gdziekolwiek  spojrzał,  dostrzegał  jej  obraz  lub  rzeczy,  które  znowu 
przywoływały ją do życia.

Zdawał sobie sprawę, że to dziwaczne. W końcu dorastał w New Bern. Spędził tu pier-

wsze siedemnaście lat życia. Gdy jednak myślał o rodzinnym mieście, pamiętał tylko ostatnie 
lato,  wspólnie  spędzone  lato.  Pozostałe  wspomnienia  stanowiły jedynie  szczątki,  urywki  z 
dzieciństwa, które rzadko kiedy wzbudzały w nim jakieś uczucia - o ile w ogóle wzbudzały.

Któregoś wieczoru zwierzył się z tego Gusowi, a ten nie tylko zrozumiał, ale nawet mu 

to wyjaśnił.

- Tata  mawiał, że kiedy człowiek pierwszy raz się zakochuje, jego życie nieodwołalnie 

się  zmienia  i  choćby  nie  wiedzieć  jak  się  próbowało,  to  uczucie  nigdy  nie  zniknie.  Ta 
dziewczyna,  o  której  opowiadasz,  była  twoją  pierwszą  miłością.  I  cokolwiek  byś  zrobił, 
zostanie z tobą. Na zawsze.

Noah potrząsnął głową, a  gdy obraz dziewczyny zniknął, wrócił do Whitmana.  Czytał 

przez godzinę,  od  czasu  do  czasu  podnosił  wzrok, przyglądając  się szopom  i oposom  prze-
mykającym  nad odnogą  rzeki.  Wpół  do dziesiątej  zamknął  książkę,  poszedł  do sypialni  na 
górze  i opisał  swój  dzień  w pamiętniku, umieszczając w nim  zarówno osobiste  rozważania, 
jak i relację z domowych zajęć. Czterdzieści minut później spał. Ciem wdrapała się na górę, 
obwąchała śpiącego mężczyznę, pokręciła w kółko, aż wreszcie zwinęła się w kłębek u stóp 
łóżka.

Nieco wcześniej tego samego wieczoru, sto mil od Noaha, ona kołysała się na huśtawce 

na  ganku domu swoich rodziców. Siedzenie  było odrobinę wilgotne po ulewnym, siekącym 
deszczu, ale niebo się  przecierało i przez pojedyncze chmury spoglądała ku gwiazdom, zas-
tanawiając  się, czy  podjęła właściwą decyzję. Zmagała  się  z nią  od kilku dni -  i  dziś wiec-
zorem stoczyła ze sobą kolejną walkę - w końcu jednak uznała, że nigdy by sobie nie wybac-
zyła, gdyby wypuściła z rąk okazję.

Lon  nie  znał  prawdziwego  powodu  jej  jutrzejszego  wyjazdu.  W  ubiegłym  tygodniu 

wspomniała  mimochodem,  że  może  wyskoczy na  wybrzeże  zajrzeć  do  sklepów  ze  staro-
ciami.

- Tylko na  parę  dni  - wyjaśniła. -  Poza  tym  muszę  się  oderwać  od tych przygotowań 

weselnych.

Źle się czuła kłamiąc, ale nie mogła mu wyznać prawdy. Ten wyjazd nie miał z nim nic 

wspólnego i postąpiłaby nieuczciwie, żądając od Lona, by to zrozumiał.

Po zaledwie  dwugodzinnej podróży  z Raleigh, stolicy stanu, tuż przed jedenastą  zna-

lazła  się na  miejscu. Wynajęła  pokój  w małej  gospodzie, rozpakowała  walizki, powiesiła  w 
szafie sukienki, resztę rzeczy pochowała do szuflad. Zjadła szybko lunch,  spytała kelnerkę,  
gdzie znajdzie najbliższe  sklepy z antykami, i przez następne kilka godzin robiła  zakupy.  O 
wpół do piątej wróciła do pokoju.

background image

Siadła na  skraju łóżka,  wzięła  słuchawkę  i  zadzwoniła do  Lona.  Nie  mógł  długo  roz-

mawiać, bo spieszył się do sądu, ale zanim się rozłączyli, podała mu numer telefonu gospody 
i obiecała, że zadzwoni jutro.

Dobrze  -  pomyślała,  odkładając  słuchawkę.  Zwykła  rozmowa,  nic  nadzwyczajnego. 

Nic, co wzbudziłoby w nim podejrzenia.

Lona  znała  już  od  czterech  lat.  Poznali  się  w  1942,  kiedy  świat  od  dawna  był  po-

grążony   w  wojnie,  a  Ameryka  dopiero  od  roku.  Każdy  starał  się  spełnić  patriotyczny 
obowiązek, więc i ona zgłosiła się jako ochotniczka do szpitala w mieście. Potrzebowano jej 
tam  i  ceniono  za  pracę,  ale  zadanie  okazało  się  trudniejsze,  niż  początkową  sądziła.  Do 
domów  wróciły  pierwsze  grupy  rannych  młodych  żołnierzy  i  całe  dnie  spędzała  wśród 
przygnębionych  mężczyzn  i  poszarpanych  ciał.  Gdy w jej  życiu  pojawił  się  Lon, który  ze 
swym  naturalnym  wdziękiem  przedstawił  się  na jakimś przyjęciu  bożonarodzeniowym,  zo-
baczyła  w nim  człowieka, którego właśnie  potrzebowała:  kogoś, kto z ufnością  spogląda  w 
przyszłość i ma poczucie humoru, rozpraszające wszystkie jej lęki.

Przystojny, inteligentny i ambitny, osiem  lat od niej starszy, prowadził udaną praktykę 

adwokacką. Namiętnie oddawał się pracy, wygrywając sprawy i jednocześnie zyskując sławę. 
Doskonale  rozumiała  to  jego  pragnienie  sukcesu,  gdyż  zarówno  ojciec,  jak  i  większość 
mężczyzn z kręgów, w których się obracała, byli stworzeni na ten sam obraz i podobieństwo. 
Lona także wychowano w podobny sposób, w zamkniętym środowisku południowców, gdzie 
nazwisko  i  osiągnięcia  często  stanowiły  najważniejsze  kryterium,  brane  pod  uwagę  przy 
zawieraniu małżeństwa. W niektórych wypadkach stanowiły wręcz jedyne kryterium.

Choć  już od dzieciństwa  buntowała się w duchu  przeciw takim  regułom  i spotykała z 

mężczyznami, których najłagodniej  dawało się  określić  mianem niespokojnych duchów, po-
ciągała ją lekkość  i  swoboda Lona. Po pewnym czasie go pokochała. Choć pracował  całymi 
dniami,  okazywał  jej  dobroć.  Był  prawdziwym  dżentelmenem:  dojrzałym  i  odpowiedzi-
alnym, a w tych okropnych dniach wojny, gdy potrzebowała kogoś, kto by się nią opiekował, 
nigdy jej nie zawiódł. Czuła się przy nim bezpieczna i wiedziała, że on też ją kocha, dlatego 
przyjęła jego oświadczyny.

Kiedy o tym myślała, ogarniało ją poczucie winy, że tu się znalazła; wiedziała, że pow-

inna się spakować i wyjechać. Już raz to zrobiła - dawno temu - i była pewna, że gdyby teraz 
opuściła  miasto,  nigdy nie  zebrałaby dość  sił,  by  znowu  tu  wrócić.  Wzięła  torebkę  i  już 
ruszała  do  drzwi,  kiedy  sobie  przypomniała,  jaki  to  zbieg  okoliczności  ją  tu  przywiódł. 
Odłożyła torebkę, po raz kolejny sobie uświadamiając, że jeśli w tym momencie wyjedzie, do 
końca życia będzie się zastanawiać, co by było, gdyby... I chyba nie potrafiłaby żyć z tą świ-
adomością.

Przeszła  do  łazienki  przyszykować  sobie  kąpiel.  Sprawdziwszy  temperaturę  wody, 

wróciła  do  komódki,  równocześnie  wyjmując  z  uszu  złote  kolczyki.  Sięgnęła  po  kosme-
tyczkę, otworzyła ją, wzięła maszynkę do golenia i kostkę mydła, a potem rozebrała się przed 
toaletką.

Już  jako  nastolatkę  nazywaną  ją  piękną.  Naga  przyjrzała  się  sobie  w  lustrze.  Ciało 

miała  jędrne,  proporcjonalne,  piersi  krągłe,  brzuch  płaski,  a  nogi  smukłe.  Po  matce 
odziedziczyła  wysokie  kości  policzkowe,  gładką  skórę  i  jasne  włosy,  lecz największy atut 
stanowił jej wyłączną własność: „oczy niczym fale oceanu”, jak je nazywał Lon.

Z maszynką i mydłem w ręku przeszła do łazienki, zakręciła  kran, położyła ręcznik w 

pobliżu, by móc po niego sięgnąć, i wyciągnęła się w wannie.

background image

Woda ją odprężała, więc głębiej się w niej zanurzyła. Miała za sobą ciężki dzień, plecy 

ją  bolały, ale cieszyła  się,  że tak szybko uporała się  z zakupami. Musi  wrócić do Raleigh z 
namacalnymi  dowodami  i  dwie rzeczy, które  wybrała,  wystarczą  za alibi. Przypomniała  so-
bie, że powinna  zapytać o inne  sklepy w okolicach Beaufort, ale  nagle  pomyślała, że  chyba 
nie musi się tak asekurować. Lon nie należał do ludzi skłonnych do szpiegowania.

Namydliła  się i  zaczęła golić nogi.  Równocześnie  myślała o rodzicach i  o  tym, co by 

powiedzieli na  jej  zachowanie. Z pewnością by go nie  pochwalili,  zwłaszcza  matka. Nigdy 
nie zaaprobowała tego, co się stało owego lata, które tu spędzili, i teraz też by tego nie zaak-
ceptowała, niezależnie od tłumaczeń, jakich by jej udzieliła córka.

Jeszcze  trochę  się  pomoczyła  w  wannie,  w  końcu  wyszła  z  wody   i  wytarła  się 

ręcznikiem.  Stanąwszy przed  szafą,  zastanawiała  się,  co na  siebie  włożyć,  wreszcie  zdecy-
dowała się na długą żółtą sukienkę, lekko rozchylającą się na przodzie - fason bardzo często 
spotykany  na  Południu.  Przymierzyła  ją,  przejrzała  się  w  lustrze,  obracając  na  wszystkie 
strony.  Sukienka  świetnie  leżała,  wyglądała  w  niej  kobieco,  lecz mimo  to  uznała,  że  jest 
nieodpowiednia. Zdjęła ją więc i odwiesiła do szafy.

Następnie wybrała  mniej szykowną i  mniej uwodzicielską  sukienkę:  jasnoniebieską, z 

odrobiną koronki, zapinaną z przodu na guziki. Choć nie prezentowała się w niej równie do-
brze jak w tej pierwszej, stwierdziła, że wygląda za to bardziej stosownie.

Delikatnie się umalowała: tylko odrobina cienia do powiek i tusz do rzęs, by pokreślić 

oczy. Potem  perfumy, nie za  dużo.  Wyjęła  parę  kolczyków w  kształcie  kółek  i wpięła  je  w 
uszy,  potem  wsunęła  na  nogi  skórzane  sandały na  niskim  obcasie,  w  których  chodziła  po 
południu. Rozczesała jasne włosy, upięła je i przejrzała się w lustrze.

Nie, za dużo tego dobrego - pomyślała i z powrotem je rozpuściła. Teraz lepiej.
Skończywszy, cofnęła się o krok i jeszcze raz bacznie się sobie przyjrzała. Dobrze wy-

glądała: nie za strojnie, ale też i bez zbytniej swobody. Nie chciała przesadzić w żadną stronę. 
W końcu nie  wiedziała, czego się  spodziewać. Minęło wiele  czasu - najprawdopodobniej  za 
wiele - i mogło się wydarzyć mnóstwo najróżniejszych rzeczy, także i  takich, jakich wolała 
nie przyjmować do wiadomości.

Spojrzała na dłonie. Drżały. Roześmiała się w duchu. Dziwne. Zwykle nie bywała taka 

nerwowa.  Zawsze,  już od  dzieciństwa,  cechowała  ją  pewność  siebie,  zresztą  podobnie  jak 
Lona. Zdawała sobie sprawę, że  czasami stawało się to przeszkodą, zwłaszcza na randkach, 
gdyż onieśmielała większość swoich rówieśników.

Wzięła  torebkę,  kluczyki  do  samochodu,  potem  sięgnęła  po  klucz  od  pokoju.  Przez 

chwilę w zamyśleniu obracała go w dłoniach.

Sprawy  zaszły  tak daleko, nie wycofuj się w ostatniej chwili. Już ruszała do drzwi, ale z 

powrotem usiadła na łóżku. Zerknęła na zegarek. Prawie szósta. Wiedziała, że musi za chwilę 
wyjść - nie chciała się zjawić po zmierzchu - ale potrzebowała jeszcze trochę czasu.

- Do licha - szepnęła - co ja wyprawiam? Nie powinno mnie tu w ogóle być. Nie mam 

powodu, żeby tu przyjeżdżać.

Ale jeszcze kiedy mówiła te słowa, zdała sobie sprawę, że to nieprawda. Miała powód. 

W najgorszym razie otrzyma odpowiedź na swe pytanie.

Otworzyła torebkę i przeszukała zawartość, aż znalazła złożony wycinek z gazety. Wy-

jąwszy go wolno, niemal z nabożeństwem, ostrożnie, by nie podrzeć, rozłożyła go i wpatry-
wała się w niego przez chwilę.

- Właśnie dlatego - powiedziała w końcu do siebie. - Właśnie o to tu chodzi.

ŚWIATŁO

background image

Noah  wstał  o  piątej  i  jak to miał  w zwyczaju, godzinę  popływał  kajakiem  po  Brices 

Greek. Potem włożył ubranie robocze, odgrzał kilka wczorajszych bułek, złapał parę jabłek i 
zalał to wszystko dwoma kubkami kawy.

Znowu  pracował  przy ogrodzeniu,  naprawiając  większość  słupków,  które  wymagały 

wymiany. Utrzymywało się  „indiańskie łato”, temperatura sięgała  dwudziestu ośmiu stopni, 
tak że w południe Noah był zmęczony, zgrzany i cieszył się, że może sobie zrobić przerwę.

Lunch zjadł nad brzegiem  rzeki, żeby  móc obserwować cefale. Lubił patrzeć, jak wys-

kakują  trzy,  cztery razy i  prześlizgują  się  w  powietrzu,  nim  znikną  w  mętnej  wodzie.  Nie 
wiedział czemu, ale nieodmiennie zachwycał go fakt, że  instynkt tych zwierząt pozostał taki 
sam od tysięcy, może nawet i dziesiątek tysięcy lat.

Czasem zastanawiał się, czy ludzkie instynkty zmieniły  się w tym czasie, i  zawsze do-

chodził do wniosku, że nie. Przynajmniej w podstawowych, najbardziej pierwotnych kwesti-
ach.  O  ile  mógł  się  przekonać,  człowiek  zawsze  był  agresywny,  nieustannie  dążył  do 
dominacji,  przejęcia  kontroli  nad  światem  i  wszystkim,  co  go  zamieszkuje.  Najlepiej  świ-
adczyła o tym wojna w Europie i na Dalekim Wschodzie.

Trochę po trzeciej skończył pracę i poszedł na przystań. Zajrzał do komórki, wyciągnął 

wędkę, wabiki i trochę żywej przynęty, którą zawsze miał na podorędziu, przyczepił haczyk i 
zarzucił wędkę.

Wędkowanie zawsze prowokowało go do zadumy nad własnym życiem. Tak też było i 

teraz.  Pamiętał, że  po  śmierci  matki  spędzał  dni  w kolejnych domach  i  z jakiegoś  powodu 
bardzo się jąkał, tak że inne dzieci się z niego wyśmiewały. Odzywał się coraz rzadziej, aż w 
końcu  jako  pięcioletni  chłopiec  w  ogóle  przestał  mówić.  Kiedy  zaczął  chodzić  do  szkoły, 
nauczyciele uznali go za opóźnionego w rozwoju i poradzili, by go wypisać.

Jednak ojciec postanowił sam zająć się tą sprawą. Nadal posyłał Noaha do szkoły, a po 

lekcjach kazał mu przychodzić do magazynu, w którym pracował, i układać drewno.

- Dobrze nam zrobi, jeśli będziemy spędzać razem trochę czasu - mówił, gdy pracowali 

ramię w ramię. – Dokładnie tak, jak kiedyś ja i mój tato.

Podczas tych wspólnych godzin ojciec opowiadał chłopcu o ptakach i zwierzętach, albo 

zapoznawał  go  z  dziejami  i  legendami  Północnej  Karoliny.  Nie  minęło  kilka  miesięcy,  a 
Noah znowu mówił, choć niezbyt dobrze, więc ojciec postanowił nauczyć go czytać poezję.

- Jeśli potrafisz przeczytać na głos, będziesz również umiał  powiedzieć, co tylko zech-

cesz.

I ponownie  okazało  się, że  miał  rację. Rok później  Noah zapomniał o  jąkaniu. Nadal 

jednak codziennie zaglądał do składu drewna, po prostu dlatego, że był tam ojciec, a wieczo-
rami, gdy tato kołysał się w fotelu bujanym, czytał na głos dzieła Whitmana i Tennysona.

Kiedy trochę  podrósł,  większość  weekendów  i  wakacji  spędzał  samotnie.  Na  swojej 

pierwszej  łodzi  zgłębiał  Croatan  Forest, płynąc i  po  dwadzieścia  mil  w górę  Brices Greek. 
Kiedy  nie  mógł  się  już  dalej  posuwać  łodzią,  resztę  trasy  do  morza  przemierzał  pieszo. 
Wędrówki i obozowanie pod gołym niebem stały się jego pasją. Godzinami siedział w cieniu 
drzew, gwiżdżąc cicho, grając na gitarze bobrom, gęsiom i czaplom. Poeci wiedzieli, że takie 
oddalenie od świata ludzi i pobyt na łonie natury służą duszy, a on utożsamiał się z poetami.

Zawsze  był  cichy i  spokojny,  ale  dzięki  latom  przerzucania  belek  w  składzie  drewna 

doskonale  rozwinął  się fizycznie,  a  sukcesy sportowe przyczyniły  się do jego popularności. 
Chętnie  grywał  w  futbol  i  biegał,  lecz  choć  większość  jego  kolegów  z  drużyny   razem 
spędzała  wolny  czas,  rzadko  się  do  nich  przyłączał.  Postronny  obserwator  uznałby go  za 
gbura; większość po prostu uważała, że Noah dojrzał szybciej niż jego rówieśnicy. W szkole 

background image

chodził  z  kilkoma  dziewczynami,  lecz żadna  nie  wywarła  na  nim  większego  wrażenia.  Z 
wyjątkiem jednej. A ta się zjawiła już po dyplomie.

Allie. Jego Allie.
Pamiętał,  jak  po  ich  pierwszym  spotkaniu  na  jarmarku  rozmawiał  o  niej  z  Finem. 

Kolega się wtedy roześmiał, po czym przepowiedział, jak to się skończy: po pierwsze, że Al-
lie i Noah się w sobie zakochają, a po drugie, że nic z tego nie wyjdzie.

Linka się naprężyła i Noah liczył, że złowi jakiegoś okoniopstrąga, lecz szarpnięcie się 

nie powtórzyło, więc wyciągnął linę, założył kolejną przynętę i znowu zarzucił.

Okazało  się,  że  obie  przepowiednie  Fina  się  sprawdziły.  Prawie  zawsze,  kiedy Allie 

chciała się spotkać z Noahem, musiała się uciekać do wybiegów. Nie żeby jej rodzice go nie 
lubili  -  tylko  że  pochodził  z  innej  warstwy,  zbyt  ubogiej,  i  nigdy  by  nie  zaakceptowali 
poważniejszego związku ich córki z kimś takim.

- Nic mnie nie obchodzi, co oni myślą  – zapewniła Allie. - Kocham cię  i zawsze będę 

cię kochać. Znajdziemy jakiś sposób, żeby być razem.

A mimo to  nie  znaleźli. Na  początku  września  tytoń  został  zebrany i Allie  nie  miała 

wyboru, musiała wraz z rodziną wrócić do Winston-Salem.

- Lato się kończy, ale nie to, co nas połączyło - powiedział jej tego ranka, gdy  się żeg-

nali. - Nasza miłość nigdy nie przeminie.

Jednak przeminęła. Z powodów, które  nie do końca  rozumiał, jego listy pozostały bez 

odpowiedzi.

Wreszcie postanowił opuścić New Bern, w nadziei, że zapomni o Allie, a także dlatego, 

że  szalejący wielki kryzys zmusił go do poszukiwania  pracy gdzie indziej. Początkowo udał 
się  do  Norfolk;  przez  pół  roku  pracował  tam  w  stoczni,  dopóki  go  nie  zwolniono.  Potem 
przeniósł się do New Jersey, gdyż słyszał, że tamtejsza gospodarka nieco lepiej się trzyma.

Zdobył  pracę w punkcie skupu złomu. Właściciel, Żyd, niejaki  Morris Goldman, prze-

konany, że  w Europie  wybuchnie  wojna  i Ameryka zostanie  w nią  wciągnięta, chciał  zgro-
madzić  jak  największe  ilości  złomu.  Noaha  jednak  nie  obchodziły  motywy postępowania 
właściciela. Cieszył się, że ma zajęcie.

Lata  dźwigania  drewna  w składzie  przygotowały go do  takiej harówki  i pracował  uc-

zciwie. Dzięki temu w ciągu dnia  mógł zapomnieć o Allie, a poza  tym uważał, że  powinien 
tak robić. Tato zawsze powtarzał:

- Solidnie zapracuj na swoją dniówkę. Inaczej będziesz postępował jak złodziej.
Taki stosunek do pracy zyskał uznanie Goldmana.
- Szkoda, że nie jesteś Żydem - mawiał. - Bo poza tym świetny z ciebie chłopak.
Była to najwyższa pochwała, jaka mogła paść z jego ust.
Noah  dalej  myślał  o  Allie,  zwłaszcza  wieczorami.  Pisał  do  niej  raz  w  miesiącu,  ale 

nigdy nie doczekał się odpowiedzi. Wreszcie napisał ostatni list i zmusił się do pogodzenia z 
faktem, że tamto wspólnie spędzone lato to jedyne, co kiedykolwiek ich połączyło.

Mimo  to Allie  nieustannie  mu  towarzyszyła. Trzy lata  po  ostatnim  liście  pojechał  do 

Winston-Salem, licząc, że ją tam znajdzie. Odszukał jej dom, okazało się, że się stamtąd wy-
prowadziła. Porozmawiał z sąsiadami, a w końcu zadzwonił  do zakładów RJR. Dziewczyna, 
która odebrała telefon, była tam zatrudniona od niedawna, ale na jego prośbę zajrzała do akt. 
Okazało się, że ojciec Allie  nie pracował już w tej firmie i nie zostawił adresu do korespon-
dencji. Ta podróż stanowiła pierwszą i ostatnią próbę odnalezienia ukochanej.

Przez następne  osiem  lat nie  opuścił  Goldmana. Początkowo  był  jednym  z dwunastu 

pracowników, lecz po  kilku  latach,  w miarę  jak  firma  się  rozwijała,  awansował.  W”  1940 

background image

roku doskonale już znał się na rzeczy i organizował  cały skup złomu, kierując trzydziestoma 
pracownikami.  Składnica  stała  się  jedną  z największych  firm  tego  rodzaju  na  Wschodnim 
Wybrzeżu.

W tym  okresie  spotykał się  z różnymi kobietami. Dość  poważnie  zaangażował   się w 

związek  z jedną  z nich, kelnerką  z pobliskiego  baru,  która  miała  piękne, niebieskie  oczy i 
jedwabiste,  czarne  włosy.  Chociaż chodzili  ze  sobą  dwa  lata  i  spędzili  razem wiele  miłych 
chwil, nigdy nie czuł do niej tego co do Allie.

Ale  też i jej nie zapomniał. Była  od niego kilka lat starsza  i  właśnie od  niej  się dow-

iedział,  jak  przypodobać  się  kobiecie,  gdzie  należy jej  dotykać,  jak  całować  i  pieścić,  co 
szeptać. Czasem spędzali razem  cały dzień w łóżku, tuląc  się  do siebie i  uprawiając miłość, 
która obojgu przynosiła pełne zaspokojenie.

Wiedziała, że  nie będą  ze sobą  na zawsze. Raz, już pod koniec ich związku, powiedz-

iała:

- Chciałabym móc ci dać  to, czego szukasz, ale  nie wiem, co to jest. Coś w sobie tłu-

misz, zamykasz się  przed wszystkimi, również i  przede  mną.  Tak  jakbyś to  nie  ze  mną  tak 
naprawdę był. Myślami jesteś przy innej.

Próbował zaprzeczyć, ale mu nie wierzyła.
- Jestem kobietą, wyczuwam takie rzeczy. Czasem, gdy na mnie spoglądasz... wiem, że 

widzisz inną. Jakbyś ciągle  czekał, aż ona niespodziewanie się zmaterializuje i  wyrwie cię ż 
tego wszystkiego...

Miesiąc  później  odwiedziła  go  w pracy i  powiedziała,  że  poznała  innego.  Zrozumiał. 

Rozstali się w przyjaźni, a następnego roku dostał od niej kartkę z wiadomością, że wyszła za 
mąż. Od tamtej pory nie miał od niej znaku życia.

Kiedy  pracował  w  New  Jersey,  mógł  odwiedzać  ojca  raz  do  roku,  koło  Bożego 

Narodzenia.  Łowili  ryby i  rozmawiali, od czasu  do czasu urządzali wyprawę na  wybrzeże  i 
rozbijali obóz nad  oceanem  w  pobliżu  Ocracoke. . W grudniu 1941 roku,  kiedy Noah  miał 
dwadzieścia  sześć  lat, Ameryka przystąpiła do wojny - dokładnie tak, jak przewidział Gold-
man. W styczniu Noah wszedł  do gabinetu szefa i  poinformował  go, że  zaciąga  się do  wo-
jska, po czym wyjechał do New Bern pożegnać się z ojcem. Pięć tygodni później znalazł się 
na  poligonie. Tam  dostał list od Goldmana, który dziękował  mu za  wierną  pracę  i  przesyłał 
dokument uprawniający do niewielkiego procentu od ceny składnicy, w razie gdyby ta kiedyś 
przeszła  w  inne  ręce.  „Bez Ciebie  nigdy bym  tego  nie  osiągnął  -  pisał  Goldman.  -  Jesteś 
wspaniałym  młodzieńcem,  najlepszym  pracownikiem,  jakiego  kiedykolwiek  miałem  -  choć 
nie Żydem”.

Następne  trzy  lata  Noah  spędził  w  piechocie  Trzeciej  Armii  Pattona.  Z  piętnastoma 

kilogramami na plecach przemierzył pustynie Afryki Północnej i lasy Europy, zawsze na linii 
ognia. Widział, jak giną  jego towarzysze;  widział, jak wielu  z nich  grzebano  tysiące mil od 
domu. Kiedyś, chowając się w jakiejś norze nad Renem, wymyślił sobie, że to Allie otacza go 
swą opieką.

Wspominał  zakończenie wojny w  Europie,  a potem,  kilka  miesięcy  później,  na  Dale-

kim Wschodzie. Tuż przed powrotem do cywila dostał list z New Jersey od prawnika Morrisa 
Goldmana.  Podczas  spotkania  dowiedział  się,  że  pracodawca  zmarł  rok  wcześniej,  a  jego 
firma została sprzedana. Noah otrzymał czek na  prawie siedemdziesiąt tysięcy dolarów. Nie 
wiedzieć czemu, był dziwnie mało poruszony tym faktem.

Tydzień potem wrócił do New Bern i kupił dom. Pamiętał, jak oprowadzał po nim ojca, 

pokazując,  co  zamierza  zrobić,  jakie  zmiany wprowadzi.  Ojciec  źle  wyglądał:  zanosił  się 

background image

kaszlem, oddychał ze świstem, lecz na pełne niepokoju pytania syna odpowiedział, że nie ma 
powodów do obaw, bo to zwyczajne przeziębienie.

Niecały  miesiąc  później  zmarł  na  zapalenie  płuc  i  spoczął  przy  swojej  żonie  na 

tutejszym cmentarzu. Noah regularnie przynosił kwiaty na grób, od czasu do czasu zostawiał 
list.

Lecz każdego wieczoru przynajmniej chwilę poświęcał na wspomnienia, a potem mod-

lił się za człowieka, który nauczył go tego, co w życiu najważniejsze.

Zwinąwszy linkę, odłożył wędkę do komórki  i wrócił  do domu. Czekała już tam  sąsi-

adka,  Martha  Shaw,  która  przyszła  mu  podziękować  za  pomoc  i  przyniosła  trzy bochenki 
domowego chleba oraz trochę ciastek. Jej mąż zginął na wojnie, zostawiając ją z trójką dzieci 
i  rozsypującą się  chałupą,  w której  miała  je  wychować.  Zbliżała się  zima  i  Noah  spędził  u 
Marthy kilka dni, naprawiając dach, wstawiając szyby, reperując palenisko. Miał nadzieję, że 
dzięki temu jakoś przetrwają najgorsze.

Po jej wyjściu wsiadł do poobijanej  półciężarówki i pojechał  odwiedzić Gusa. Zawsze 

do  niego  wstępował, kiedy wybierał  się  na  zakupy, bo  rodzina  przyjaciela  nie  miała  samo-
chodu. Jedna  z córek Gusa wskoczyła do kabiny  i  pojechała  razem z nim. Zrobili  zakupy u 
Capersa. Po powrocie do domu Noah nie od razu wyjął sprawunki. Najpierw wziął prysznic, 
znalazł butelkę budweisera i tomik poezji Dylana Thomasa, po czym usiadł na ganku.

Ciągle jeszcze nie mieściło jej się to w głowie, choć dowód trzymała w rękach.
Znalazła  go  w gazecie u  rodziców,  w niedzielę,  trzy tygodnie  temu.  Poszła  do kuchni 

po kawę, a gdy wróciła do stołu, ojciec uśmiechnął się i pokazał jej niewielkie zdjęcie.

- Pamiętasz?
Podał córce gazetę. Zerknęła zrazu obojętnie, lecz coś przykuło jej wzrok i zmusiło, by 

dokładniej przyjrzeć się fotografii.

- Niemożliwe - szepnęła, a gdy ojciec popatrzył na nią z ciekawością, nie zwracając na 

niego uwagi, usiadła i bez słowa przeczytała artykuł.

Jak  przez  mgłę  pamięta,  że  przyszła  matka  i  siadła  naprzeciwko.  A  gdy  już  córka 

odłożyła  gazetę,  starsza  kobieta  wpatrywała  się  w  nią  z tym  samym  wyrazem  twarzy,  co 
przed chwilą ojciec.

- Nic ci nie jest? - spytała matka znad filiżanki kawy. -Wyglądasz nieco blado.
- Nie od razu odpowiedziała - nie mogła - i  dopiero wtedy zdała sobie sprawę, że ręce 

jej drżą. Właśnie wówczas to się zaczęło.

- I tu się skończy, tak albo inaczej - szepnęła znowu.
Złożyła  wycinek,  schowała  go do torebki. Przypomniała  sobie,  jak tamtego dnia, wy-

chodząc  od  rodziców,  zabrała  gazetę,  by  wyciąć  artykuł.  Wieczorem,  przed  pójściem  do 
łóżka, ponownie go przeczytała, starając się zrozumieć, co oznacza ten zbieg  okoliczności, a 
następnego ranka jeszcze raz go przestudiowała, jakby się chciała upewnić, że to nie sen. Tak 
oto, po trzech tygodniach długich samotnych spacerów, po trzech tygodniach zmagania się ze 
sobą, tu przyjechała. Właśnie dlatego.

Na  pełne  niepokoju  pytania  odpowiadała,  że  jej  dziwaczne  zachowanie  to  skutek 

napięcia.  Wymówka  była  idealna.  Wszyscy  to  rozumieli,  także  Lon  -  i  dlatego  nie  pro-
testował,  gdy  postanowiła  wyjechać  na  kilka  dni.  Przygotowania  weselne  stanowiły  dla 
wszystkich olbrzymi stres. Na ślub zaproszono prawie pięćset osób, w tym gubernatora, jed-
nego  senatora  i  ambasadora  Peru.  Uważała,  że  zdecydowanie  za  dużo  tych  gości,  lecz  ich 
zaręczyny  stały się sensacją i od pół roku wzmianki o przygotowaniach do ślubu nieustannie 
pojawiały się w rubrykach ploteczek z wyższych sfer. Od czasu do czasu nachodziło ją prag-

background image

nienie, by uciec z Łonem i poślubić go bez całej tej pompy. Wiedziała jednak, że on by się na 
to nie  zgodził. Jako młody, ambitny  prawnik o ambicjach politycznych uwielbiał znajdować 
się w centrum uwagi.

Głęboko zaczerpnęła tchu i wstała.
- Teraz albo nigdy - szepnęła, wzięła rzeczy i ruszyła do drzwi.
Zawahała  się  jeszcze  raz  tylko  przez  ułamek  sekundy,  w  końcu  nacisnęła  klamkę  i 

zeszła  na  dół. Kierownik  uśmiechnął się  do  niej,  kiedy go mijała. Wychodząc z hotelu i  ot-
wierając  drzwiczki  samochodu,  czuła  na  sobie  jego  wzrok.  Siadła  za  kierownicą,  po  raz 
ostatni przejrzała się w lusterku, potem uruchomiła silnik i skręciła w główną ulicę.

Wcale jej nie zdziwiło, że nadal tak dobrze pamięta drogę. Choć nie była tu od lat, mi-

asteczko  nie  należało  do  największych  i  bez trudu  odnajdowała  starą  trasę.  Przejechawszy 
staromodny  most zwodzony nad rzeką  Trent, skręciła  w żwirową  drogę  i rozpoczęła ostatni 
etap podróży.

Niziny  zachwyciły  ją jak dawniej. W przeciwieństwie do Piedmontu, w którym się wy-

chowała, okolice były równinne, lecz miały tę samą żyzną glebę, idealną do uprawy bawełny 
i tytoniu. Właśnie z tych dwóch upraw i handlu drewnem  utrzymywały się  miasteczka w tej 
części stanu. Jadąc drogą  za miastem, podziwiała  piękno natury, które  tak przyciągało ludzi 
w te strony.

Dla niej nic tu się nie zmieniło. Rozproszone promienie słońca przeświecały przez dęby 

i  drzewa  hikorowe  wysokie  na  trzydzieści  metrów,  złocące  się  barwami  jesieni.  Po  lewej 
stronie  srebrzysty strumień  tulił się  do drogi,  by milę  dalej  wpaść do  innej, większej  rzeki. 
Wysypana żwirem  droga  wiła się wśród gospodarstw, założonych jeszcze przed wojną  sece-
syjną,  ona zaś wiedziała, że część  ich  właścicieli  żyła  tak  jak  ich  pradziadowie.  Niezmien-
ność  tych  stron  przywołała  falę  wspomnień;  poczuła,  że  serce  jej  się  ściska,  gdy jeden  po 
drugim poznawała drogowskazy, tak dawno już zapomniane.

Słońce wisiało tuż nad szczytami drzew, gdy droga zakręciła i przemknęła obok starego 

kościoła, od  lat już opuszczonego, ale nadal  jakoś się  jeszcze  trzymającego. W  czasie  tam-
tych wakacji przed laty zwiedzała go, szukając śladów wojny  między stanami, i teraz, gdy go 
mijała, wspomnienie owego dnia ożyło, jakby to było wczoraj.

Potem  ujrzała przed sobą dąb rosnący  nad brzegiem rzeki i wspomnienia  przybrały  na 

sile.  Drzewo  wyglądało  dokładnie  tak  samo  jak  kiedyś:  niskie,  grube  gałęzie  zwisały nad 
ziemią, spowite hiszpańskim mchem niczym welonem. Pamiętała, jak pewnego upalnego lip-
cowego dnia siedziała pod tym dębem z kimś, kto spoglądał na nią z pragnieniem i tęsknotą, 
które usunęły w cień wszystko inne. Właśnie w tamtej chwili po raz pierwszy się zakochała.

Chłopak był od niej dwa lata starszy i podczas owej wędrówki w czasie wolno odtwar-

zała w pamięci jego postać. Pamiętała, że zawsze jej się wydawało, że wygląda na starszego, 
niż był  w  rzeczywistości.  Ogorzałe  policzki  przywodziły na  myśl  farmera,  który wraca  do 
domu po dniu spędzonym na polu. Miał szorstkie ręce i szerokie bary  człowieka, który  zara-
bia na życie ciężką pracą, a w kącikach ciemnych oczu, które zdawały się odczytywać każdą 
jej myśl, pojawiały się pierwsze, delikatne zmarszczki.

Był silny i wysoki, miał kasztanowe włosy, można by go nazwać na swój sposób przys-

tojnym, ale ona najlepiej zapamiętała jego glos. Tamtego dnia  jej czytał; czytał, kiedy leżeli 
na  trawie  pod  drzewem  -  cicho,  płynnie,  melodyjnie.    Ktoś  z takim  głosem  powinien  pra-
cować  w  radiu.  Pamiętała,  że  przymykała  oczy,  słuchając  z uwagą,  a  czytane  przez  niego 
słowa dźwięczały w powietrzu i dotykały jej duszy.

background image

Wciąga mnie w mgłę i w mrok
Odchodzę jak powietrze, potrząsam białymi lokami
w uciekającym słońcu 
*...

Przerzucał podniszczone strony starych książek, tomików, które czytał setki razy. Dek-

lamował przez chwilę, potem przerywał i rozmawiali. Zwierzała mu się z tego, co pragnęłaby 
osiągnąć, dzieliła  swymi  nadziejami  i  marzeniami,  a  on słuchał  z uwagą  i obiecywał, że  to 
wszystko się spełni. A sposób, w jaki to mówił, sprawiał, że mu wierzyła i w takich chwilach 
uświadamiała sobie,  jak  wiele  dla niej  znaczy. Czasem, gdy go  o  to poprosiła, opowiadał o 
sobie  albo  wyjaśniał,  dlaczego  wybrał  ten,  a  nie  inny  wiersz,  mówił,  co  o  nim  myśli.  A 
czasami tylko się w nią wpatrywał, intensywnie, w napięciu, jak tylko on potrafił.

Oboje  patrzyli,  jak  zachodzi  słońce  i  jedli  przy  świetle  gwiazd.  Robiło  się  późno  i 

wiedziała, że rodzice byliby wściekli, gdyby odkryli, gdzie się podziewa. Wtedy jednak to się 
dla niej nie liczyło. Myślała wyłącznie o tym, jak wyjątkowy to dzień i jak wyjątkowy chło-
pak,  a  gdy parę  minut potem ruszyli  w stronę domu,  wziął  ją  za  rękę, i  teraz przypominała 
sobie, jak ten dotyk grzał ją przez całą drogę powrotną.

Kolejny  zakręt  i  wreszcie  zobaczyła  przed  sobą  dom.  Wyglądał  zupełnie  inaczej  niż 

przed laty. Przyhamowała i samochód wolno toczył się długim, obrzeżonym szeregiem drzew 
podjazdem prowadzącym do latarni, która swoim światłem przywołała ją tu aż z Raleigh.

Jechała wolno, wytężając wzrok, i głęboko zaczerpnęła tchu, gdy zobaczyła mężczyznę 

siedzącego na  ganku i  przyglądającego się  samochodowi.  Ubrany  był  swobodnie. Z daleka 
wyglądał tak samo jak przed laty. Przez moment, gdy słońce zaświeciło za jego plecami, wy-
dało jej się, że w ogóle zniknął z pola widzenia.

Samochód powoli zbliżał się do domu, w końcu zatrzymał się pod dębem ocieniającym 

front. Nie odrywając wzroku od mężczyzny, przekręciła kluczyk w stacyjce. Silnik umilkł.

Mężczyzna  zszedł  z  ganku  i  swobodnym,  pewnym  krokiem  ruszył  w  stronę 

dziewczyny, lecz znieruchomiał, gdy zobaczył,  kto  wysiada  w wozu. Przez dłuższą  chwilę 
oboje tylko się w siebie wpatrywali, niezdolni nic zrobić ani powiedzieć.

Licząca sobie dwadzieścia  dziewięć lat, obracająca się w wyższych sferach, zaręczona 

z innym, Allison Nelson, która przybyła w poszukiwaniu odpowiedzi na dręczące ją pytania. 
I trzydziestojednoletni marzyciel, Noah Calhoun, którego nawiedził  duch,  prześladujący go 
od lat.

SPOTKANIE

Oboje wpatrywali się w siebie bez ruchu.
Noah milczał, z jego twarzy niczego nie dawało się  wyczytać  i przez ułamek sekundy 

Allie się obawiała, że  jej nie poznał. Nagle ogarnęły ją wyrzuty sumienia, że tak się  zjawiła 
bez ostrzeżenia, co zresztą  tylko utrudniło sytuację. Sądziła, że tak będzie łatwiej, że będzie 
wiedziała, co  powiedzieć. Tymczasem nie. Wszystko, co w tym momencie przychodziło jej 
na myśli, wydawało się niestosowne, jakieś puste.

Wróciły  wspomnienia  tamtych  wakacji  sprzed  lat  i  patrząc  na  Noaha,  Allie  uświa-

domiła sobie, jak niewiele się zmienił od owego czasu.

Dobrze wygląda - pomyślała.
Pod koszulą byle jak wepchniętą w stare, spłowiałe dżinsy widziała te same silne bary, 

płaski  brzuch  i  wąskie  biodra.  I  nadal  był  opalony,  jakby  całe  lato  pracował  na  dworze,  a 
choć włosy  miał nieco rzadsze i jaśniejsze, niż zapamiętała, wyglądał dokładnie tak samo jak 
tamtego lata.

background image

Kiedy  wreszcie  odzyskała  panowanie  nad  sobą,  głęboko  zaczerpnęła  tchu  i 

uśmiechnęła się do mężczyzny.

- Witaj, Noah. Dobrze znowu cię widzieć.
Te  słowa go zaskoczyły. Popatrzył na nią zdziwiony. Pokręcił głową, w końcu na jego 

twarzy powoli zjawił się uśmiech.

- Ty  też... - wydusił. Potarł ręką brodę. Dopiero wtedy zauważyła, że jest nie ogolony. - 

To naprawdę ty? Nie wierzę własnym oczom...

Usłyszała  w jego głosie  zdumienie i w tej samej chwili, ku jej zaskoczeniu, wszystko 

nabrało sensu:  była tu, widziała go. Poczuła, że się coś w niej porusza - coś znajomego, coś 
przemożnego, od czego na moment zakręciło jej się w głowie.

Nie spodziewała tego, nie  chciała, by to się stało. Przecież jest zaręczona. Nie po to tu 

przyjechała... a jednak...

A jednak...
A jednak uczucie nie dało się stłumić i przez krótką chwilę znowu miała piętnaście lat. 

I czuła się tak, jak od lat się nie czuła: jakby wszystkie jej marzenia mogły się spełnić.

Jakby nareszcie znalazła się w domu.
Bez słowa przytulili się do siebie. Wydawało się to czymś zupełnie naturalnym i oczy-

wistym.  Noah otoczył ją ramionami, przyciągając do  siebie.  Obejmowali się  mocno,  by się 
upewnić, że to prawda. Czternaście lat rozłąki znikało w zapadającym zmierzchu.

Stali tak długo, w końcu Allie odsunęła się, by spojrzeć na Noaha. Z bliska  dostrzegła 

zmiany, których nie zauważyła na pierwszy rzut oka. Oto stał przed nią dojrzały mężczyzna, 
z  jego  twarzy  zniknęła  chłopięca  miękkość  rysów.  Drobne  zmarszczki  wokół  oczu  się 
pogłębiły, na  brodzie  pojawiła się blizna, której  przedtem nie  było. Wydał jej się trochę od-
mieniony:  mniej  niewinny, ostrożniejszy,  a  mimo to  dotyk jego ramion  uświadomił  jej,  jak 
bardzo za nim tęskniła od chwili rozstania.

Kiedy wreszcie  się  od siebie  odsunęli,  w  oczach Allie  błyszczały łzy. Roześmiała się 

nerwowo.

- Wszystko w porządku? - spytał Noah, a w jego głosie brzmiało tysiąc innych pytań.
- Przepraszam, nie chciałam się tak rozkleić... - powiedziała wycierając kąciki oczu.
- Nic się nie stało - odparł z uśmiechem. - Ciągle jeszcze nie wierzę, że to naprawdę ty. 

Jak mnie znalazłaś?

Cofnęła się, próbując nad sobą zapanować, jeszcze raz otarła łzy.
-  Kilka  tygodni  temu  przeczytałam  w lokalnej  gazecie  artykuł  o  twoim  domu  i  mu-

siałam przyjechać, żeby jeszcze raz się z tobą zobaczyć.

Uśmiechnął się promiennie.
- Cieszę się, że to zrobiłaś.
Też odrobinę się cofnął.
- Boże, wyglądasz fantastycznie. Jesteś jeszcze ładniejsza niż kiedyś.
Krew napłynęła jej do twarzy. Dokładnie tak samo jak przed czternastu laty.
- Dziękuję. Ty też świetnie wyglądasz.
Bo i wyglądał, bez dwóch zdań. Czas dobrze się z nim obszedł.
- No więc? Co porabiasz? Dlaczego przyjechałaś?
Te pytania przywołały ją do porządku, uświadamiając, co się może stać, jeśli nie będzie 

uważała.

Nie  trać  panowania  nad  sytuacją  -  ostrzegła  się  w duchu.  Im  dłużej  to  potrwa,  tym 

trudniejsze się stanie. A nie chciała, by było jej jeszcze ciężej.

background image

Ale, Boże, te oczy. Te łagodne, ciemne oczy.
Odwróciła  się  i  głęboko  zaczerpnęła  tchu,  zastanawiając  się,  jak  to  powiedzieć.  Gdy 

wreszcie przemówiła, jej głos brzmiał spokojnie:

- Noahu, nie  chcę, byś opacznie to zrozumiał. Rzeczywiście chciałam  się  z tobą  spot-

kać, ale nic  poza tym. - Zawahała się przez moment. - Przyjechałam tu dlatego, że muszę  ci 
coś powiedzieć.

- Co?
Spuściła wzrok i przez chwilę milczała, zaskoczona, że nie może tego z siebie wydusić. 

W  przeciągającej  się  ciszy Noah  czuł,  jak ściska  mu  się  żołądek.  Cokolwiek  to  będzie,  na 
pewno nie okaże się przyjemne.

- Nie wiem, jak to powiedzieć. Początkowo sądziłam, że będę potrafiła, ale teraz już nie 

jestem tego taka pewna...

Nagle  powietrze  rozciął  ostry skrzek  szopa  i  spod  ganku  wyskoczyła  Ciem,  ujadając 

gniewnie.  Oboje  się  odwrócili,  słysząc  zamieszanie,  i  Allie  skwapliwie  wykorzystała  tę 
okazję, aby zmienić temat.

- To twój pies?
Noah potaknął. Skurcz żołądka nie ustępował.
- Suka. Wabi się Clementine. Ale tak, jest moja od czubka nosa do końca ogona.
Patrzyli, jak Ciem potrząsa łbem, przeciąga się i rusza w stronę, z której dobiegł hałas. 

Allie zdumiona zauważyła, że suka kuleje.

- Co jej się stało w łapę? - spytała, grając na zwłokę.
- Parę  miesięcy  temu potrącił  ją  samochód. Weterynarz, doktor  Harrison, spytał, czy-

bym jej nie przygarnął, bo dawny właściciel nie chciał zabrać suki z powrotem. A gdy ją zo-
baczyłem... Cóż, nie mogłem pozwolić, by ją uśpiono.

- Zawsze  miałeś dobre  serce - powiedziała, próbując  się uspokoić. Umilkła i  spojrzała 

na  budynek. - Wspaniale  się spisałeś z renowacją. Dom  wygląda cudownie, wiedziałam,  że 
kiedyś powróci do dawnej chwały.

Noah popatrzył w tę samą stronę. Zastanawiał się, do czego ma prowadzić ta rozmowa 

o niczym i co Allie przed nim ukrywa.

- Dziękuję, miło mi  to słyszeć. Choć przyznam, że to był kawał roboty. Nie wiem, czy 

drugi raz bym się na to zdecydował.

- Oczywiście, że byś się zdecydował.
Doskonale  wiedziała, co  czuł do  tego  miejsca.  Wszak  znała  wszystkie  jego uczucia i 

myśli - przynajmniej dawno temu.

I w chwili, gdy to pomyślała, uświadomiła sobie, jak wiele się od tamtej pory zmieniło. 

W  tym  momencie  byli  sobie  zupełnie  obcy. Wystarczyło  na niego spojrzeć.  Czternaście  lat 
rozłąki to długo. Za długo.

- Co się stało, Allie?
Odwrócił się w jej stronę, zmuszając, by na niego spojrzała, lecz ona nadal patrzyła na 

dom.

- Wyszłam na idiotkę, prawda? - powiedziała, próbując się uśmiechnąć.
- Co masz na myśli?
- To wszystko. Ten przyjazd ni z tego, ni z owego, to, że nie wiem, co chcę powiedzieć. 

Pewnie uważasz, że zupełnie postradałam rozum.

- Wcale nie - odparł łagodnie.
Ujął dłoń Allie, a ona jej nie cofnęła i stali tak obok siebie.

background image

- Choć  nie wiem dlaczego, ale widzę, że  to dla  ciebie  bardzo trudne - podjął. -  Może 

byśmy się przespacerowali?

- Tak jak dawniej?
- Czemu nie? Myślę, że obojgu nam to dobrze zrobi.
Zawahała się i zerknęła na drzwi wejściowe.
- Nie musisz się nikomu opowiadać? Pokręcił głową.
-  Nie,  nikomu.  Mieszkamy  tu  tylko  we  dwoje,  ja  i  Ciem.  Chociaż  spytała,  w  głębi 

duszy właśnie  takiej  odpowiedzi  oczekiwała, a  jednak sama nie wiedziała, co o  tym sądzić. 
Nagle  to,  co  musi  mu  powiedzieć,  stało  się  jeszcze  trudniejsze.  Łatwiej  by  jej było, gdyby 
Noah kogoś miał.

Ruszyli w stronę rzeki i skręcili na ścieżkę biegnącą wzdłuż brzegu. Allie cofnęła rękę, 

co zaskoczyło Noaha, i odsunęła się na tyle, by nie mogli się przypadkowo dotknąć.

Przyglądał  się  jej.  Nadal  była  ładna:  gęste  włosy,  śliczne  oczy.  Poruszała  się  tak 

wdzięcznie, wydawało się,  że sunie nad ziemią. Noah  widywał  już piękne kobiety,  niejedna 
wpadła  mu  w oko, lecz brakowało  im  tego, co go w kobiecie najbardziej  pociągało.  Inteli-
gencji, pewności siebie, hartu ducha, namiętności, jednym słowem - cech, które świadczyły o 
wielkości i które też sobie przypisywał.

Wiedział, że Allie je posiada, i jak dawniej czuł, że kryją się tuż pod powierzchnią. „U-

osobienie poezji” - te słowa zawsze mu przychodziły na myśl, kiedy opisywał Allie innym.

- Kiedy tu wróciłeś? - spytała.
Ścieżka się skończyła, szli po porośniętym trawą wzgórku.
-  W  grudniu.  Przez jakiś  czas pracowałem  na  Północy,  potem  spędziłem  trzy lata  w 

Europie.

Zerknęła na niego pytająco.
- Wojna?
Skinął głową.
- Tak podejrzewałam, że tam pojedziesz. Cieszę się, że wyszedłeś z tego cało.
- Ja też.
- Cieszysz się, że wróciłeś do domu?
- Taa... Tu są moje korzenie. To moje miejsce. - Umilkł. - A co u ciebie? - spytał cicho, 

oczekując najgorszego.

Minęła dłuższa chwila, nim odpowiedziała.
- Jestem zaręczona.
Słysząc  to, spuścił wzrok. Nagle poczuł  się odrobinę słabo. A więc jednak. Właśnie to 

miała mu powiedzieć.

- Winszuję -  wydusił  w końcu, zastanawiając  się,  jak  przekonująco to zabrzmiało.  -  I 

kiedyż to nastąpi ta uroczysta chwila?

- W sobotę za trzy tygodnie. Lon chciał, byśmy się pobrali w listopadzie.
- Lon?
- Lon Hammond Junior, mój narzeczony.
Skinął  głową,  bynajmniej  nie  zaskoczony.  Hnmmondowie  należeli  do  najsilniejszych, 

najbardziej wpływowych rodzin w stanie. Zbili majątek na bawełnie. O ile  śmierć  jego ojca 
przeszła nie zauważona, o tyle informacja o zgonie Lona Hammonda Seniora znalazła się na 
pierwszych stronach gazet.

-  Słyszałem  o  tej  rodzinie.  Jego  ojciec  stworzył  całe  imperium.  Czy Lon  je  po  nim 

przejmie?

background image

Pokręciła głową.
- Nie, jest prawnikiem. Prowadzi własną praktykę w mieście.
- Z takim nazwiskiem musi mieć ogromna klientelę.
- To prawda. Mnóstwo pracuje.
Wydawało mu się, że jej głos zabrzmiał jakoś dziwnie, i następne pytanie samo mu się 

wyrwało.

- Czy dobrze cię traktuje?
Nie  odpowiedziała  natychmiast,  jakby  po  raz  pierwszy  się  nad  tym  zastanawiała. 

Wreszcie rzekła:

- Tak. To dobry człowiek, Noah. Polubiłbyś go.
Mówiła to z pewnym chłodem, a przynajmniej  tak mu się wydawało. Zastanawiał się, 

czy nie ponosi go wyobraźnia.

- Co słychać u twego taty? - spytała. Noah przeszedł kilka kroków, nim odparł:
- Zmarł na początku roku, tuż po moim powrocie.
- Tak mi przykro - powiedziała cicho. Wiedziała, jak wiele ojciec znaczył dla Noaha.
Skinął głową i przez jakiś czas oboje szli w milczeniu.
Dotarli  na  szczyt wzgórza  i  tam  się  zatrzymali.  W  oddali  widać  było dąb,  za  którym 

płonęło pomarańczowe słońce. Allie czuła na sobie wzrok Noaha, gdy patrzyła w tamtym ki-
erunku.

- Ileż wspomnień się z nim wiąże, Allie.
Uśmiechnęła się.
- Rzeczywiście. Widziałam go, jadąc tutaj. Pamiętasz dzień, który tam spędziliśmy?
- Tak - uciął, nie rozwijając tematu.
- Myślisz o tym jeszcze?
-  Od  czasu  do  czasu.  Zwykle,  kiedy  tu  pracuję. Ten  dąb  znajduje  się  teraz na  mojej 

ziemi.

- Kupiłeś ją?
- Nie mogłem znieść myśli, że miałby pójść na szafki kuchenne.
Roześmiała się cicho, dziwnie zadowolona.
- Nadal czytasz poezje? Przytaknął.
- Taa... Nigdy nie przestałem. Chyba mam to we krwi.
- Wiesz, jesteś jedynym poetą, jakiego znam.
-  Nie  jestem  poetą.  Czytam poezje, ale  nie  potrafiłbym  napisać  ani  linijki.  Wiem,  bo 

próbowałem.

- Co nie zmienia faktu, że jest pan poetą, panie Noahu Taylorze Calhoun. - Jej głos zła-

godniał. - Ciągle jeszcze często o tym  myślę. Wtedy po raz pierwszy ktoś czytał mi  wiersze. 
Prawdę mówiąc, po raz pierwszy i ostatni.

Oboje zatonęli we wspomnieniach. Wolno zawrócili w stronę domu, idąc nową ścieżką 

biegnącą  obok  przystani.  Kiedy   słońce  opuściło  się  jeszcze  niżej  nad  horyzont,  a  niebo 
zapłonęło złotem, Noah spytał:

- Jak długo tu zostaniesz?
- Nie wiem. Niedługo. Może do jutra albo jeszcze jeden dzień.
- Twój narzeczony przyjechał tu w interesach?
Potrząsnęła głową.
- Nie, został w Raleigh. Noah uniósł brwi.
- Wie, że tu jesteś? Znowu pokręciła głową.

background image

- Nie  -  odparła  wolno. - Powiedziałam  mu, że rozglądam  się za  antykami. Nie zrozu-

miałby, dlaczego tu chciałam przyjechać.

Noaha  nieco  zaskoczyła  ta  odpowiedź.  Przyjechać  w  odwiedziny  to  nic  takiego,  ale 

ukrywać to przed narzeczonym - to już zupełnie inna sprawa.

-  Nie  musiałaś  przyjeżdżać  i  mówić  mi  o  swoich  zaręczynach.  Mogłaś  napisać  czy 

choćby zadzwonić.

- Wiem. Ale czułam, że muszę to zrobić osobiście.
- Dlaczego?
Zawahała się.
- Sama nie wiem...
Umilkła, a ton, którym to powiedziała, sprawił, że Noah jej uwierzył. Żwir chrzęścił im 

pod stopami, kiedy przez jakiś czas szli bez słowa. W końcu Noah zapytał:

- Allie, czy ty go kochasz?
- Tak, kocham go - odparła automatycznie.
To zabolało. Ale po raz kolejny Noahowi wydało się, że w jej głosie słyszy coś nienatu-

ralnego,  jakby sama  próbowała  to  sobie  wmówić.  Stanął,  delikatnie  wziął  ją  za  ramiona, 
zmuszając, by spojrzała mu prosto w twarz. W jej oczach odbijało się zachodzące słońce.

- Jeśli  jesteś szczęśliwa, Allie, i  go  kochasz –  przemówił -  nie  będę próbował  cię  za-

trzymywać. Jeśli  jednak nie do końca  jesteś przekonana, to nie rób tego. W małżeństwo  nie 
można się angażować połowicznie.

Jej odpowiedź padła odrobinę za szybko.
- Podejmuję właściwą decyzję, Noah.
Wpatrywał się w nią przez chwilę, zastanawiając się, czy ma jej wierzyć. Potem skinął 

głową i znowu ruszyli w drogę.

- Nie ułatwiam ci tego, prawda? - odezwał się po jakimś czasie.
Uśmiechnęła się przelotnie.
- Nie szkodzi. W końcu nie mogę cię za to winić.
- Ale i tak przepraszam.
- Nie  musisz. Nie  masz za  co przepraszać. Właściwie  to ja  powinnam. Może byłoby  

lepiej, gdybym napisała.

Potrząsnął głową.
- Szczerze  mówiąc, nadal się  cieszę, że  przyjechałaś. Mimo  wszystko. Dobrze  znowu 

cię widzieć.

- Dziękuję.
- Sądzisz, że udałoby nam się zacząć na nowo?
Spojrzała nań zaskoczona.
-  Byłaś  najlepszym  przyjacielem,  jakiego  kiedykolwiek  miałem,  Allie.  Chciałbym 

zachować  twą  przyjaźń, nawet jeśli  jesteś zaręczona, nawet tylko na  parę dni.  Co byś pow-
iedziała na to, żebyśmy niejako na nowo się poznali?

Zastanowiła się nad tym, czy zostać, czy  wrócić, po czym uznała, że skoro Noah wie o 

jej  zaręczynach,  chyba  to  nie  będzie  nic  groźnego. A przynajmniej  złego.  Uśmiechnęła  się 
lekko i skinęła głową.

- Chętnie.
-  Doskonale.  Co  byś  powiedziała  na  kolację?  Znam  miejsce,  gdzie  podają  najlepsze 

raki w okolicy.

- Brzmi cudownie. Gdzie?

background image

- U mnie. W ubiegłym tygodniu zastawiłem pułapki i kilka dni temu widziałem, że zła-

pało się parę ładnych sztuk. Nie masz nic przeciwko temu?

- Nie, wcale.
Uśmiechnął się i kciukiem wskazał w kierunku, skąd przyszli.
- Świetnie. Są nad przystanią. Wrócę za moment.
Allie odprowadziła go wzrokiem i uświadomiła sobie, że napięcie, które czuła mówiąc 

mu  o  zaręczynach,  powoli  ustępuje.  Przymknąwszy  powieki,  przeczesała  włosy  palcami  i 
wystawiła  policzek  na  lekki  powiew  wiatru.  Głęboko  zaczerpnęła  powietrza,  na  chwilę 
wstrzymała  oddech, czując, jak  w miarę  wypuszczania tchu rozluźniają się  mięśnie ramion. 
Potem otworzyła oczy i podziwiała piękno otaczające ją ze wszystkich stron.

Zawsze przepadała za takimi wieczorami, kiedy  ciepły, południowy wiatr niósł ze sobą 

delikatną  woń  jesiennych  liści.  Kochała  drzewa  i  ich  szmer.  Wsłuchując  się  w  te  odgłosy, 
jeszcze  bardziej  się  odprężyła.  Po  chwili  odwróciła  się  w  stronę,  w którą  poszedł  Noah,  i 
przypatrywała mu się, jakby go widziała po raz pierwszy.

Boże, świetnie wyglądał. Nawet po tylu lalach.
Patrzyła, jak sięga po sznur zanurzony w wodzie. Zaczął ciągnąć i mimo zapadającego 

zmroku widziała, jak mięśnie jego ramion naprężają się, gdy  wydobywał z rzeki klatkę. Przez 
moment trzymał  ją  w górze, otrząsając  z wody.  Później  postawił  pułapkę  na  pomoście,  ot-
worzył ją i po kolei wyjmował raki, wkładając je do wiadra.

Ruszyła w jego stronę, nasłuchując cykania świerszczy, i przypomniała sobie zabawę z 

dzieciństwa.  Do  liczby  odgłosów  wydawanych  przez  świerszcze  w  ciągu  minuty  dodała 
dwadzieścia  dziewięć.  Sześćdziesiąt siedem  stopni  -  pomyślała,  uśmiechając  się  w  duchu. 
Nie wiedziała, czy dokładnie  taka temperatura jest na dworze, ale  prawdopodobnie coś koło 
tego.

Idąc,  rozglądała  się  i  uświadomiła  sobie,  że  zapomniała,  jak  świeżo  i  cudownie 

wszystko tu wygląda. Obejrzawszy się przez ramię, dostrzegła w oddali dom. Noah zostawił 
kilka świateł  zapalonych. Wyglądało na to, że to jedyny budynek w okolicy. A przynajmniej 
jedyny  z elektrycznością. Tutaj, poza granicami miasta, niczego nie można z góry zakładać. 
Tysiące wiejskich obejść nadal było pozbawione luksusu elektrycznego oświetlenia.

Allie weszła na pomost. Zaskrzypiał pod jej stopami. Ten odgłos przywiódł jej na myśl 

zardzewiałą harmonię. Noah podniósł wzrok, mrugnął do niej i z powrotem zajął się rakami, 
dobierając sztuki  odpowiedniej  wielkości. Zatrzymała się przy bujanym fotelu, który stał  na 
pomoście,  i  pogładziła  jego  oparcie. Wyobraziła  sobie  Noaha,  jak  siedzi  w nim, łowi  ryby, 
myśli, czyta. Stary, zniszczony bujak, który niejedno  już przeszedł. Ciekawa  była, ile  czasu 
Noah tu spędza samotnie, pogrążony w zadumie, i o czym wtedy myśli.

- To fotel mojego ojca - odezwał się, nie odrywając wzroku od raków.
Przytaknęła. Nad jej głową przefrunęło kilka nietoperzy, żaby dołączyły do świerszczy 

w wieczornej symfonii dźwięków.

Przeszła na drugi koniec pomostu. Ogarnęło ją poczucie spełnienia. Przywiódł ją tu im-

puls i po raz pierwszy od trzech tygodni niepokój zniknął. Sama nie pojmowała dlaczego, ale 
musiała  powiadomić Noaha  o swoich  zaręczynach, wiedzieć, że  on  rozumie  i  akceptuje  jej 
decyzję  -  teraz to  już było dla  niej  jasne  - i  kiedy tak  o  nim  myślała,  przypomniała  sobie 
jeszcze  o czymś, co  połączyło ich tamtego lata.  Ze spuszczoną  głową wolno krążyła po po-
moście, dopóki nie znalazła tego, czego szukała - serca z napisem „Noah kocha Allie”. Noah 
wyrył je w desce na kilka dni przed jej wyjazdem.

background image

Zerwał  się  lekki  wietrzyk,  Allie  przeszył  dreszcz,  zaplotła  ramiona.  Stała  tak,  spo-

glądając to  na serce, to  na rzekę, dopóki  nie  usłyszała  tuż obok kroków Noaha. Czuła  jego 
bliskość, jego ciepło.

- Tak tu spokojnie - odezwała się rozmarzona.
- To prawda. Bardzo często tu przychodzę tylko po to, by znaleźć się w pobliżu wody. 

Dobrze się wtedy czuję.

- Na twoim miejscu też bym tu przychodziła.
- Ruszajmy już. Komary zaczynają ciąć, a ja konam z głodu.
Niebo  pociemniało,  Noah  skierował  się  w  stronę  domu,  Allie  szła  tuż  przy nim.  W 

ciszy  błądziła myślami, trochę szumiało jej w głowie, gdy tak kroczyła ścieżką. Zastanawiała 
się, co Noah sądzi o jej wizycie, i sama nie  była pewna, czy rzeczywiście właściwie wie, po 
co  tu przyjechała.  Kiedy po kilku minutach dotarli do  domu, powitała  ich zabłocona Ciem. 
Noah odgonił ją machnięciem ręki, czmychnęła z podkulonym ogonem.

Wskazał ręką samochód Allie.
- Nie zostawiłaś w nim swoich rzeczy?
- Nie, przyjechałam wcześniej i już się rozpakowałam. Własny głos wydał jej się inny, 

jakby nagle zniknęły lata dzielące ich od tamtych wakacji.

- To dobrze - stwierdził, kierując się w stronę ganku na tyłach domu.
Postawił wiadro przy wejściu i wprowadził Allie do domu. Kuchnia znajdowała się za-

raz za  drzwiami,  po  prawej  stronie,  była  przestronna, pachniała  świeżym  drewnem.  Szafki 
wykonano z dębu, podobnie jak podłogę, przez duże wschodnie okna o poranku zapewne za-
glądało słońce. Pomieszczenie odnowiono ze  smakiem, bez przesady, jaka  się  często zdarza 
przy tego typu przedsięwzięciach.

- Nie obrazisz się, jeśli się rozejrzę?
- Nie, proszę. Dziś zrobiłem zakupy i jeszcze nie wszystko wypakowałem.
Na moment spotkali się  wzrokiem,  a  gdy Allie się odwróciła i  wyszła  z kuchni, nadal 

czuła na sobie jego spojrzenie. I znowu to znajome ściśnięcie w dołku.

Przez następne  kilka  minut krążyła  po  domu,  oglądając  pokoje, zachwycając  się,  jak 

wspaniale zostały  odnowione. Kiedy  się  teraz na  nie patrzyło, nie chciało się  wierzyć, w jak 
opłakanym stanie znajdował się ten budynek kilkanaście lat temu. Zeszła z piętra, zawróciła 
do  kuchni  i  zobaczyła  przed  sobą  profil  Noaha.  W  tym  momencie  wyglądał,  jakby znowu 
miał siedemnaście lat, i Allie przystanęła na ułamek sekundy.

Do diabła - nakazała sobie w duchu - weź się w garść. Pamiętaj, że jesteś zaręczona.
Stał  przy  blacie,  gwiżdżąc  pod  nosem.  Kilka  szafek  było  otwarte  na  oścież,  po 

podłodze walały się  puste torby po zakupach. Uśmiechnął  się do Allie, nim postawił na  jed-
nej z półek kolejne puszki. Zatrzymała się parę kroków od niego, oparła o blat, skrzyżowała 
nogi. Potrząsnęła głową, ciągle jeszcze oszołomiona ogromem pracy, jaki włożył w remont.

- Zupełnie niewiarygodne, Noahu. Jak długo trwała renowacja?
Spojrzał znad ostatniej torby, którą właśnie rozpakowywał.
- Prawie rok.
- Sam to wszystko zrobiłeś?
Roześmiał się cicho.
- Nie.  Kiedy byłem młodszy, wyobrażałem  sobie,  że odbuduję go własnymi  rękami, i 

początkowo  rzeczywiście  tak  robiłem.  Ale  okazało  się,  że  jest  tego  za  dużo.  Remont 
ciągnąłby  się latami, więc w końcu zatrudniłem parę  osób... Szczerze mówiąc, całe brygady. 
Ale i tak roboty miałem huk, prawie dzień w dzień kładłem się po północy.

background image

- Dlaczego tak się zaharowywałeś?
Duchy - pchało mu się na usta, ale zamiast tego odparł:
-  Sam  nie  wiem.  Chyba  po  prostu  chciałem  to  skończyć.  Napijesz się  czegoś  przed 

kolacją?

- A co masz?
- Cóż, niewiele. Piwo, herbatę, kawę.
- Herbata to świetny pomysł.
Zgarnął  torby po  zakupach,  odłożył  je,  potem  zniknął  w małym  pomieszczeniu  przy 

kuchni  i  po  chwili  wynurzył  się  z  niego  z pudełkiem  w  ręku.  Wyjął  dwie  torebki  herbaty 
ekspresowej, położył w pobliżu pieca i nalał wody  do czajnika. Postawiwszy  go na fajerkach, 
zapalił zapałkę i Allie usłyszała trzask ognia budzącego się do życia.

- To potrwa moment - zapewnił Noah. - Kuchnia momentalnie się nagrzewa.
- Dobrze.
Kiedy czajnik  zagwizdał,  Noah  wlał  wody do  dwóch  kubków i  podał  Allie  herbatę. 

Uśmiechnęła się, skosztowała, potem ruchem głowy wskazała okno.

- Założę się, że kuchnia wygląda pięknie, kiedy zagląda do niej poranne słońce.
Skinął głową.
- To prawda. Właśnie po to kazałem wstawić większe okna w tej części domu. Nawet w 

sypialniach na górze.

- Na  pewno  twoim  gościom  ogromnie  się  to podoba.  No,  chyba że wolą  dłużej sobie 

pospać.

-  Szczerze  mówiąc,  nikt jeszcze  u  mnie  nie  nocował.  Po  śmierci  taty właściwie  nie 

mam kogo zapraszać.

Ton jego głosu wskazywał, że mówi to tylko po to, by  podtrzymać konwersację. A jed-

nak  z jakiegoś  niepojętego  powodu  poczuła  się... samotna.  Noah  chyba  się  tego  domyślał, 
lecz nim zdążyła się nad tym dokładniej zastanowić, zmienił temat.

- Zanim ugotuję raki, wrzucę je na parę minut do marynaty  - odezwał się, stawiając ku-

bek na blacie.

Podszedł  do  jednej  z  szafek,  wyjął  z  niej  duży   garnek  do  gotowania  na  parze  i 

pokrywkę. Wstawił go do zlewu, nalał wody i przeniósł na kuchnię.

- Pomóc ci w czymś?
- Jeśli chcesz. Mogłabyś pokroić trochę warzyw. Znajdziesz ich dość w lodówce. A tam 

jest miska.

Ruchem ręki  wskazał  szafkę przy  zlewie. Allie  wypiła jeszcze  łyk herbaty, potem  od-

stawiła kubek i wyjęła  miskę. Podeszła z nią do lodówki  i  z najniższej półki wzięła melona, 
cukinię,  cebulę  i  marchew.  Noah  stanął  przy  niej  w  otwartych  drzwiach  lodówki,  więc 
odsunęła się, robiąc mu miejsce. Poczuła jego zapach - czysty, znajomy, charakterystyczny  - i 
muśnięcie  ramienia, gdy się  schylił, sięgając po  piwo  i butelkę  pikantnego  sosu. Wyjął  je  i 
wrócił do paleniska.

Noah otworzył piwo, wlał je do wody, potem dodał pikantnego sosu oraz innych przy-

praw. Wymieszał to dokładnie, sprawdzając, czy  nie zostały jakieś grudki, i wyszedł na dwór 
po raki.

Zanim  wrócił,  stał  chwilę  w  drzwiach,  obserwując Allie  zajętą  krojeniem  marchwi  i 

kolejny  raz  się  zastanawiając,  dlaczego  przyjechała  -  zwłaszcza  jeśli  jest  zaręczona.  To 
wszystko nie trzymało się kupy.

Ale cóż... Allie zawsze potrafiła go zaskoczyć.

background image

Uśmiechnął  się  do  siebie  na  wspomnienie  dziewczyny,  jaką  kiedyś  była.  Dumna, 

spontaniczna, namiętna  - czyli  uosobienie  jego  wyobrażeń  o  artystce.  I  nie  ulegało  wątpli-
wości,  że  posiadała  talent,  prawdziwy  talent,  rzadki  dar.  Pamiętał,  jak  kiedyś  podziwiał 
obrazy w nowojorskich muzeach i myślał, że jej prace dorównywały temu, co tam oglądał.

Tamtego lata przed wyjazdem Allie  ofiarowała mu obraz. Wisiał teraz nad kominkiem 

w  salonie.  Nazywała  go  wyobrażeniem  swoich  marzeń,  a  Noahowi  zawsze  wydawał  się 
wyjątkowo  zmysłowy.  Ilekroć  na  niego  spoglądał,  a  często  to  czynił  późnym  wieczorem, 
dostrzegał w barwach i liniach pożądanie, a jeśli bardzo się skupił, potrafił sobie wyobrazić, 
co myślała przy każdym pociągnięciu pędzlem.

W oddali zaszczekał pies i Noah zdał sobie sprawę, że bardzo długo już tkwi w otwar-

tych drzwiach. Szybko zamknął je za sobą i wrócił do kuchni. Po drodze zastanawiał się, czy 
Allie zauważyła, na jak długo zniknął.

- Jak leci? - spytał, widząc, że już prawie ze wszystkim się uporała.
- Dobrze. Właśnie kończę. Co jeszcze będzie na kolację?
- Mam trochę domowego chleba.
- Domowego?
- Od sąsiadki - wyjaśnił, wrzucając skorupiaki do zlewu.
Odkręcił kran i zaczął je płukać, biorąc do ręki każdą sztukę, myjąc pod bieżącą wodą i 

puszczając, żeby pełzała po zlewie, podczas gdy on zajmował się kolejną. Allie wzięła kubek 
i podeszła do Noaha, przyglądając się jego zajęciu.

- Nie boisz się, że cię uszczypną, kiedy je bierzesz do ręki?
- Nie. Wystarczy je złapać, o tak - odparł pokazując. Uśmiechnęła się.
- Zapomniałam, że robisz to od najmłodszych łat.
- New Bern to mała mieścina, ale uczy człowieka tego, co w życiu naprawdę przydatne.
Oparła się o blat i stojąc przy Noahu, dopiła herbatę. Kiedy już raki były gotowe, wrzu-

cił je do garnka na ogniu. Mył ręce, równocześnie odwracając się do Allie i mówiąc:

-  Miałabyś ochotę  posiedzieć  na  ganku?  - zapytał.  -  Chciałbym, żeby się  pomoczyły 

jakieś pół godziny.

- Jasne - odparła.
Wytarł ręce i razem wyszli na ganek. Noah po drodze zapalał światła, a gdy znaleźli się 

na dworze, zaproponował jej nowszy fotel, sam siadając w bardziej wysłużonym. Widząc, że 
jej kubek jest pusty, na chwilę zniknął, po czym zjawił się z następną porcją herbaty  dla niej i 
piwem  dla  siebie.  Podał  Allie  kubek,  wzięła  go,  pociągnęła  łyk  i  dopiero  wtedy odstawiła 
herbatę.

- Właśnie tutaj siedziałeś, gdy się zjawiłam, prawda?
- Tak - odparł, moszcząc się w swoim fotelu. - Siedzę tu co wieczór. Już mi to weszło w 

krew.

- Doskonale  cię  rozumiem  - stwierdziła, wodząc  wzrokiem  po okolicy.  -  To czym się 

teraz zajmujesz?

-  Cóż, w tej  chwili  cały mój  czas pochłania  odnawianie  domu. To  w pełni  zaspokaja 

moje potrzeby twórcze.

- Jak to możliwe, że... To znaczy...
- Morris Goldman.
- Słucham?
- Mój szef z czasów, gdy pracowałem na Północy. Nazywał się Morris Goldman. Kiedy 

się  zaciągnąłem  do  wojska,  przepisał  na  mnie  część  majątku  firmy,  a  zmarł  jeszcze  przed 

background image

końcem  wojny.  Po  powrocie  do  Stanów  otrzymałem  od  jego  prawników  czek  na  okrągłą 
sumkę, dzięki czemu mogłem kupić ten dom i go wyremontować.

Parsknęła śmiechem.
- Zawsze powtarzałeś, że znajdziesz sposób, żeby go kupić.
Oboje  przez  chwilę  siedzieli  w  milczeniu,  pogrążeni  w  zadumie.  Allie  pociągnęła 

kolejny łyk herbaty.

- Pamiętasz, jak  się  tu wemknęliśmy  tego  wieczoru,  kiedy mi  o nim  opowiedziałeś?  - 

Skinął  głową,  więc  kontynuowała:  -  Wróciłam  wtedy  do  domu  dość  późno  i  gdy  się 
zjawiłam,  rodzice  byli  wściekli.  Do  dziś to  widzę:  ojciec  stoi  w  salonie,  paląc  papierosa, 
matka  siedzi  na sofie  wpatrzona  w przestrzeń.  Daję słowo, wyglądali,  jakby ktoś z rodziny 
umarł.  Właśnie  wtedy się  zorientowali,  że  czuję  do  ciebie  coś  poważnego,  i  tego  samego 
wieczoru matka  odbyła  ze  mną  zasadniczą  rozmowę.  Powiedziała:  „Na pewno  uważasz,  że 
nie  rozumiem, co się w tobie dzieje, ale ja  rozumiem. Tyle  że czasem dla naszej przyszłości 
najważniejsze  jest to, kim  jesteśmy,  a  nie  to,  co  sobie  wymarzymy”.  Pamiętam,  że  bardzo 
mnie zabolały te słowa.

- Mówiłaś mi o tym następnego dnia. Mnie też one zabolały. Lubiłem twoich rodziców, 

nawet mi przez myśl nie przeszło, że oni mnie nie lubią.

- Nie żeby cię nie lubili. Oni po prostu uważali, że na mnie nie zasługujesz.
- Niewielka różnica.
W  jego  głosie  zabrzmiał  smutek  i  Allie  wiedziała, że  miał  prawo  tak  się czuć.  Popa-

trzyła na gwiazdy, równocześnie odgarniając z czoła włosy, które zasłoniły jej twarz.

- Wiem  o tym. Zawsze  wiedziałam. Może  właśnie dlatego  między mną  a moją  matką 

zawsze pojawia się jakiś dystans, kiedy ze sobą rozmawiamy.

- A co sądzisz o tym jej stwierdzeniu dzisiaj?
- To samo co wtedy. Uważam to za złe i niesprawiedliwe. Młoda dziewczyna nie pow-

inna słyszeć czegoś takiego: że pozycja społeczna bardziej się liczy od uczuć.

Noah lekko się uśmiechnął, ale milczał.
- Po wyjeździe często o tobie myślałam - odezwała się.
- Naprawdę?
- To cię dziwi? - Wyglądała na rzeczywiście zaskoczoną.
- Nie odpowiadałaś na moje listy.
- Pisałeś?
- Mnóstwo razy. Pisałem do ciebie przez dwa lata i nie dostałem ani jednej odpowiedzi.
Wolno pokręciła głową, spuszczając wzrok.
- Nie wiedziałam... - odezwała się wreszcie cicho.
Zrozumiał,  że  to  zapewne  jej  matka  kontrolowała  pocztę  i  potajemnie  zabierała  jego 

listy.  Zawsze  podejrzewał,  że  coś  takiego  miało  miejsce,  i  teraz  obserwował,  jak Allie  do-
chodzi do podobnego wniosku.

- Nie  powinna była  tego  robić,  Noah,  i żałuję, że  się do tego uciekała. Ale  spróbuj ją 

zrozumieć. Kiedy wyjechaliśmy, pewnie sądziła, że  będzie mi lżej, jeśli po prostu o wszyst-
kim zapomnę. Nigdy nie pojęła, jak wiele dla mnie znaczyłeś, i szczerze mówiąc, wątpię, by 
kiedykolwiek  kochała  ojca  tak  bardzo, jak  ja  kochałam  ciebie.  Na  swój  sposób  próbowała 
mnie chronić i zapewne uznała, że najlepszym wyjściem będzie ukrywanie listów.

- Lecz nie miała prawa podejmować takiej decyzji - powiedział cicho.
- Wiem.
- A gdybyś je dostawała, czy to cokolwiek by zmieniło?

background image

- Oczywiście. Zawsze się zastanawiałam, co się z tobą dzieje.
- Nie, chodzi mi o nas dwoje. Myślisz, że nasze uczucie by zwyciężyło?
Zastanowiła się nad odpowiedzią.
- Nie wiem, Noah. Naprawdę nie  wiem. Ty zresztą też. Nie jesteśmy już tymi samymi 

osobami co wtedy. Zmieniliśmy się, dorośliśmy. Oboje.

Umilkła. Nic nie odrzekł. Allie zapatrzyła się w strumień.
- Ale tak, Noahu - podjęła - sądzę, że by zwyciężyło. A przynajmniej wolę sobie wyo-

brażać, że tak by się stało.

Skinął głową, spuścił wzrok, potem się odwrócił.
- Jaki jest Lon?
Zawahała  się.  Nie spodziewała  się  tego pytania, a  wzmianka o  Łonie  obudziła  lekkie 

wyrzuty sumienia, tak że przez chwilę  nie  wiedziała, co  odpowiedzieć.  Sięgnęła  po  kubek, 
wypiła jeszcze herbaty, wsłuchując się w stukanie dzięcioła.

- Lon  jest przystojny, czarujący, prawdziwy człowiek sukcesu - powiedziała  cicho. - I 

większość przyjaciółek szaleńczo mi  go zazdrości. Uważają go za chodzący  ideał i pod wie-
loma względami Lon nim rzeczywiście jest. Jest dla mnie dobry, potrafi rozbawić i wiem, że 
kocha mnie na swój sposób. - Umilkła na chwilę, by zebrać myśli. - Lecz w naszym związku 
zawsze czegoś będzie brakować.

Samą ją zaskoczyły te słowa, co w niczym nie zmieniało faktu, że była szczera. A jedno 

spojrzenie na Noaha wystarczyło, by zrozumieć, że już wcześniej się domyślił takiej odpow-
iedzi.

- Dlaczego?
Uśmiechnęła się słabo i wzruszyła ramionami.
- Cóż,  pewnie nadal  szukam takiej miłości,  jaka  połączyła  nas tamtego  lata  - bardziej 

wyszeptała, niż powiedziała.

Noah długo przetrawiał  jej słowa, wspominając związki, które nawiązywał po ich roz-

staniu.

- A ty? - spytała. - Czy w ogóle o nas myślałeś?
- Bez przerwy. Nadal to robię.
- Spotykasz się z kimś?
- Nie - odparł, kręcąc głową.
Oboje  się  zadumali,  bezskutecznie  próbując  wyrzucić  to  z  myśli.  Noah  dokończył 

piwo, zaskoczony, że tak szybko opróżnił butelkę.

- Pójdę wstawić wodę. Przynieść ci coś?
Potrząsnęła głową, a Noah przeszedł do kuchni, żeby wrzucić raki do garnka i wstawić 

chleb do piekarnika. Znalazł trochę mąki i mączki kukurydzianej, oprószył warzywa i rozgr-
zał  trochę  tłuszczu  na  patelni.  Zostawił  ją  na  małym  ogniu,  włączył  minutnik,  wyjął  z 
lodówki kolejne  piwo i  dopiero  potem  wrócił na ganek. Wykonując te  wszystkie czynności, 
bez przerwy myślał o Allie i miłości, której brakowało w jej i w jego życiu. Allie też myślała. 
O Noahu, o sobie, o  wielu sprawach. Przez moment żałowała, że jest zaręczona, ale szybko 
przywołała  się  do  porządku.  Wszak  nie  Noaha  kocha,  lecz  to,  co  kiedyś  ich  połączyło. 
Zresztą,  to  całkiem  naturalna  reakcja.  W  końcu  był  jej  pierwszym  i  do  tej  pory jedynym 
mężczyzną - jak miałaby go zapomnieć?

Czy  jednak  jest normalne  ściskanie  w  dołku,  które  czuła,  ilekroć  Noah  się  do  niej 

zbliżył? Czy to normalne zwierzać mu się z rzeczy, o których nigdy  nikomu nie mówiła? Czy 
to normalne przyjeżdżać tu na trzy tygodnie przed ślubem?

background image

- Nie, nienormalne - szepnęła w końcu, spoglądając na rozgwieżdżone niebo. - Żadna z 

tych rzeczy nie jest normalna.

W tej samej chwili pojawił się Noah i powitała go uśmiechem, zadowolona, że wrócił i 

więcej nie musi się nad tym wszystkim zastanawiać.

- Jedzenie będzie gotowe dopiero za parę minut - oświadczył siadając.
-  W  porządku. Nie  jestem  aż  taka  głodna. Spojrzał  na  nią,  w jego  oczach  dostrzegła 

ciepło.

- Cieszę się, że się pokazałaś, Allie - powiedział.
- Ja też. Choć niewiele brakowało, żebym nie przyjechała.
- Dlaczego to zrobiłaś?
Musiałam, to było silniejsze ode mnie - chciała powiedzieć, tymczasem odparła:
- Och, zobaczyć cię, dowiedzieć się, co porabiasz, jak się miewasz.
Zastanawiał się, czy to wszystko, lecz nie drążył głębiej, tylko zmienił temat.
- A właśnie, już wcześniej chciałem spytać: czy nadal malujesz?
Pokręciła głową.
- Nie, już nie.
Był zdumiony.
- Ale dlaczego? Przecież masz taki talent.
- Sama nie wiem...
- Oczywiście, że wiesz. Musiał być jakiś powód. Nie mylił się. Był powód.
- To długa historia.
- Mamy całą noc.
- Naprawdę uważałeś, że mam talent? - zapytała cicho.
- Chodź - odparł tylko, biorąc ją za rękę. - Chcę ci coś pokazać.
Posłusznie  wstała  i  ruszyła  za  nim  do  salonu.  Stanął  przed  kominkiem  i  pokazał  jej 

obraz, który wisiał  nad  półką.  Głośno  wciągnęła  powietrze, zdziwiona, że  przedtem  go  nie 
zauważyła, a jeszcze bardziej zdumiona, że w ogóle tu wisi.

- Zatrzymałeś go?
- Oczywiście. Jest wspaniały.
Posłała mu sceptyczne spojrzenie, więc wyjaśnił:
-  Ilekroć  na  niego  patrzę,  czuję,  że  żyję.  Czasem  nawet  muszę  wstać  i  go  dotknąć. 

Wszystko  tu jest tak  niewiarygodnie  rzeczywiste:  kształty, cienie, barwy.  Czasem  nawet mi 
się śni. To niesamowity obraz, Allie, mogę się w niego wpatrywać godzinami.

- Ty mówisz poważnie - wydusiła zaskoczona.
- Jak zawsze.
Milczała.
- To znaczy, że nikt przedtem ci tego nie powiedział?
- Mój profesor - przyznała wreszcie - ale po prostu mu nie uwierzyłam.
Noah wiedział, że  za  tym  kryło  się  coś więcej. Allie odwróciła  wzrok, zanim  podjęła 

opowieść.

- Od najmłodszych lat rysowałam i malowałam. Kiedy trochę podrosłam, zaczęłam po-

dejrzewać, że jestem  w tym całkiem niezła.  I  lubiłam malować.  Pamiętam,  jak tamtego lata 
codziennie pracowałam nad tym obrazem, dodając parę pociągnięć pędzlem, zmieniając go w 
miarę, jak zmieniał się nasz związek. Już zapomniałam, od czego to się zaczęło i jak miał ten 
obraz wyglądać,  właściwie  to  on sam  się  stworzył.  Pamiętam,  że  później,  po  powrocie  do 
domu,  nie  mogłam  przestać  malować.  Sądzę,  że  to  był  mój  sposób  uporania  się  z bólem, 

background image

który mnie  nie  opuszczał. Tak  czy owak,  skończyłam  uczelnię  plastyczną,  bo  musiałam  to 
zrobić.  Nadal  pamiętam  tamte  godziny spędzane  samotnie  w pracowni.  Wtedy czułam  się 
najlepiej. I to wrażenie wolności, jakie mnie ogarniało, gdy coś tworzyłam; to coś, co rodziło 
się  w głębi mnie, ilekroć  ukończyłam coś pięknego. Przed samym  dyplomem  mój  profesor, 
który równocześnie pisywał recenzje w prasie, powiedział, że mam prawdziwy talent. Radził, 
bym zaczęła malować na poważnie. Ale ja go nie posłuchałam.

Tu urwała, zbierając myśli.
-  Rodzice  uważali,  że  to  niestosowne,  aby  ktoś  z  moim  pochodzeniem  i  pozycją 

społeczną utrzymywał się z malowania. I po pewnym czasie po prostu przerwałam. Od lat nie 
miałam pędzla w ręku.

Zapatrzyła się w obraz.
- Sądzisz, że kiedyś wrócisz do malarstwa?
- Nie wiem, czybym jeszcze potrafiła. Minęło tyle czasu.
- Oczywiście, żebyś potrafiła, Allie. Wiem o tym. Twój talent nie polega na sprawności 

palców, lecz pochodzi  z twego wnętrza,  twego serca. A taki  talent nigdy nie  przemija.  Inni 
mogą o czymś takim tylko marzyć. Jesteś prawdziwą artystką, Allie.

W jego słowach brzmiała taka szczerość, że wiedziała, iż nie mówi tego tylko po to, by 

ją  pocieszyć.  Naprawdę  wierzył  w jej zdolności  i  choć  sama  nie  potrafiła  wyjaśnić  czemu, 
bardzo dużo to dla niej znaczyło. Jednak w tej samej chwili wydarzyło się coś jeszcze, coś o 
wiele potężniejszego.

Dlaczego tak się stało - tego nigdy nie  zdołała  wytłumaczyć - ale właśnie w tym mo-

mencie  w życiu Allie  zamknęła  się  otchłań, którą  stworzyła,  by oddzielić ból  od  rozkoszy. 
Podejrzewała też, może nie w pełni świadomie, że w tym, co właśnie nastąpiło, kryło się coś, 
do czego sama nie chciała się przyznać.

Wtedy jednak nie do końca zdawała sobie z tego sprawę i  obróciła  się  do Noaha. Wy-

ciągnęła dłoń i delikatnie, z wahaniem dotknęła jego ręki, zdumiona, że po tylu latach on na-
dal  doskonale  wiedział, co pragnęła  usłyszeć. A gdy  spotkali  się  wzrokiem,  po raz kolejny 
uświadomiła sobie, jak wyjątkową osobą jest dla niej Noah.

I w tej krótkiej chwili, w tym ułamku czasu, który  zawisł w powietrzu niczym świetlik 

na  wieczornym niebie, spytała się  w duchu,  czy to możliwe,  by  ponownie  zakochała  się  w 
Noahu.

W kuchni zadźwięczał minutnik, pojedyncze „ding”, i Noah odwrócił się, przerywając 

czar chwili,  dziwnie  poruszony tym, co  właśnie między  nimi się  stało.  Jej oczy mówiły do 
niego, szeptały  słowa, które  tak bardzo pragnął usłyszeć, a mimo to nie potrafił stłumić dru-
giego głosu, który brzmiał  w jego głowie i  mówił,  że  ona  kocha  innego.  W  duchu  przeklął 
minutnik,  skierował  się  do  kuchni  i  wyjął  chleb  z  piekarnika.  Omal  nie  poparzył  sobie 
palców,  upuścił  bochen  na  blat.  Patelnia  też była  rozgrzana,  wrzucił  na  tłuszcz  warzywa, 
słuchając, jak skwierczą. Potem, mamrocząc pod nosem, wyjął z lodówki masło, posmarował 
chleb i dodał odrobinę do raków. Allie przyszła za nim do kuchni. Odchrząknęła.

- Może bym nakryła do stołu?
- Jasne, talerze są tam. - Wskazał nożem do chleba. - Sztućce i serwetki tam. Weź sporo 

serwetek, przy rakach można się nieźle usmarować, więc się nam przydadzą.

Nie mógł się zmusić, by na nią spojrzeć. Nie chciał  zobaczyć, że się omylił i tylko so-

bie wyobraził to, co zaszło między nimi przed chwilą. Nie chciał, by to się okazało pomyłką.

background image

Allie zastanawiała się nad tym samym i ogarniało ją miłe ciepło. Odtwarzała w pamięci 

każde jego słowo, równocześnie wyjmując  potrzebne  rzeczy: sztućce, talerze, pojemniczki z 
przyprawami. Gdy już nakryła, podał jej chleb i przelotnie musnęli się dłońmi.

Noah  z  powrotem  całą  uwagę  skupił  na  patelni,  i  mieszając  warzywa.  Zajrzał  pod 

pokrywkę rondla, raki  powinny się  jeszcze  chwilę  pogotować. Odzyskał  w znacznej  mierze 
panowanie nad sobą i znowu mógł wrócić do lekkiej, niezobowiązującej pogawędki.

- Jadłaś już kiedyś raki?
- Kilkakrotnie. Ale tylko w sałatkach.
Zaśmiał się.
-  Więc  czeka  cię  prawdziwa  przygoda.  Poczekaj  chwilkę.  Na  jakiś  czas  zniknął  na 

górze, po czym zjawił się z granatową rozpinaną koszulą. Podał ją Allie jak płaszcz.

- Masz, włóż to. Nie chciałbym, żebyś sobie poplamiła sukienkę.
Włożyła  koszulę  i wciągnęła zapach,  którym  była  przesiąknięta: jego woń, charakter-

ystyczna, naturalna.

- Nie obawiaj się - zapewnił, widząc jej minę. - Jest czysta.
Roześmiała się.
- Wiem. Tylko przypomniała mi  się nasza  pierwsza prawdziwa  randka. Pożyczyłeś mi 

wtedy swoją kurtkę, pamiętasz?

- Tak, pamiętam. - Skinął głową. - Byli z nami Fin i Sara. Przez całą drogę do twojego 

domu Fin szturchał mnie znacząco, żebym wziął cię za rękę.

- Ale nie wziąłeś.
- Nie - przyznał, kręcąc głową.
- Dlaczego?
- Pewnie się wstydziłem i trochę bałem. Po prostu wydawało mi się, że jeszcze nie czas 

na to.

- Właściwie, skoro już o tym mowa, to w ogóle byłeś dość nieśmiały, prawda?
- Wolę określenie: spokojna pewność siebie - odparł, mrugając znacząco.
Uśmiechnęła się.
Raki i warzywa już się dogotowały.
- Uważaj, gorące  - ostrzegł, dając  jej talerze, i  usiedli naprzeciwko siebie przy drewni-

anym stoliku.

W  tej  samej  chwili  Allie  zauważyła,  że  herbata  ciągle  jeszcze  stoi  na  blacie,  więc 

wstała i przyniosła kubki. Nałożywszy jej na talerz warzyw i chleba, Noah dorzucił raka. Al-
lie wpatrywała się przez chwilę w skorupiaka.

- Wygląda jak karaluch.
- Ale bardzo pyszny karaluch - odparł Noah. - Poczekaj, pokażę ci, jak się go rozbiera.
Pokazał  jej  szybko,  a  w  jego  wykonaniu  wydawało  się  to  zupełnie  proste.  Zgrabnie 

oddzielał  mięso,  kładąc  je  na  jej  talerzu.  Za  pierwszym  razem  Allie  za  mocno  zgniotła 
odnóża, za drugim też i musiała palcami wydłubywać odłamki skorupy z mięsa. Początkowo 
czuła się niezręcznie, lękając się, że Noah dostrzega jej nieudolność, lecz potem uświadomiła 
sobie,  że  przemawia  przez nią  tylko  brak  pewności  siebie.  On  nie  przejmował  się  takimi 
sprawami. Nigdy nie był drobiazgowy.

- A co się stało z Finem? - spytała.
Odparł dopiero po krótkim wahaniu.
- Fin zginął na wojnie. W czterdziestym trzecim jego niszczyciel został storpedowany.
- To smutne. Wiem, że się przyjaźniliście.

background image

Głos mu się zmienił, zabrzmiała w nim głębsza nuta.
- Tak.  Sporo  o  nim  rozmyślałem. A najczęściej  o  naszym  ostatnim spotkaniu.  Kiedy  

zaciągnąłem się do wojska, przyjechałem do domu, żeby się pożegnać, i wpadliśmy  na siebie. 
Pracował  w banku ojca  i  spędziliśmy razem ten ostatni tydzień.  Czasem  myślę, że  to ja  go 
namówiłem, aby się  zaciągnął. Podejrzewam, że  nie zrobiłby tego, gdyby nie  fakt,  że ja  się 
zdecydowałem.

- Nie powinieneś tak mówić - powiedziała, żałując, że poruszyła ten temat.
- Masz rację. Po prostu brak mi go, to wszystko.
- Ja też go lubiłam. Zawsze potrafił mnie rozśmieszyć.
- To robił doskonale.
Spojrzała na niego spod oka.
- Zalecał się do mnie, wiesz?
- Wiem. Mówił mi o tym.
- Tak? A co?
Noah wzruszył ramionami.
-  Jak  to  on. Że  musiał  się  od  ciebie  opędzać. Że  nieustannie  się  za  nim uganiałaś, te 

rzeczy.

Roześmiała się cicho.
- I uwierzyłeś mu?
- Oczywiście - odparł. - A czemu miałbym nie wierzyć?
- Wy,  faceci,  zawsze  trzymacie  swoją  stronę. -  Pochyliła  się  nad  stołem  i  dźgnęła  go 

palcem w ramię. - Opowiedz mi, co się z tobą działo od naszego ostatniego spotkania.

Zaczęli  rozmawiać,  nadrabiając  stracony czas.  Noah  mówił  o  tym,  jak  opuścił  New 

Bern,  pracował  w stoczni  i skupie  złomu w New Jersey. Serdecznie  wyrażał  się  o  Morrisie 
Goldmanie,  zahaczył  nieco o  wojnę, pomijając  szczegóły,  na  końcu opowiedział  o  ojcu  i  o 
tym, jak  bardzo  za  nim  tęskni. Allie  zrelacjonowała  swoje  lata  w  college'u,  mówiła  o  ma-
larstwie i godzinach spędzonych w szpitalu na opiece nad rannymi. Opisywała rodzinę, przy-
jaciół, działalność  charytatywną, w którą  się  zaangażowała. Żadne z nich nie  wspomniało o 
partnerach,  których  miało  po  rozstaniu.  Nawet na  temat  Lona  nie  padło  ani  jedno słowo  i 
choć oboje zwrócili na to uwagę, powstrzymali się jednak od komentarzy.

Później  Allie  próbowała  sobie  przypomnieć,  kiedy  po  raz  ostatni  rozmawiała  w  ten 

sposób  z Łonem.  Choć  umiał  słuchać  i  rzadko  się  sprzeczali,  nie  należał  do  ludzi,  wobec 
których  można  się  było  wygadać.  Podobnie  jak  jej  ojciec,  nie  potrafił  się  dzielić  swoimi 
myślami ani uczuciami. Allie próbowała mu wyjaśnić, że chce się do niego bardziej  zbliżyć, 
lecz te wysiłki nigdy nie odniosły żadnego skutku.

Teraz jednak, siedząc z Noahem, uświadomiła sobie, czego jej brakowało.
Na dworze  ciemniało,  księżyc  coraz wyżej  świecił  na  niebie. I  choć żadne  z nich nie 

zdawało sobie  z tego  sprawy,  ponownie  rodziła  się  między nimi  bliskość,  silna  więź,  która 
niegdyś ich łączyła.

Skończyli  kolację,  oboje  zadowoleni  z  posiłku.  Teraz już  niewiele  rozmawiali.  Zer-

knąwszy na  zegarek,  Noah  uświadomił  sobie,  że  robi  się  późno.  Gwiazdy świeciły jasno, 
świerszcze trochę przycichły. Rozmowa z Allie sprawiała mu przyjemność, choć obawiał się, 
czy  nie za wiele mówił. Zastanawiał się, co ona sądzi  o jego życiu i  jakie  ma to znaczenie - 
jeśli w ogóle jakieś ma.

Wstał, nalał wody do czajnika. Razem zanieśli naczynia do zlewu, posprzątali ze stołu, 

a Noah przygotował dwa kolejne kubki herbaty.

background image

- Co byś powiedziała  na  to, żebyśmy znowu się przenieśli  na ganek?  - zaproponował, 

podając jej kubek, a ona zgodziła się i ruszyła przodem.

Po drodze Noah złapał narzutę, żeby przykryć Allie, gdyby  zmarzła, i  po chwili oboje 

znów siedzieli na swoich miejscach. Kołysali się, kolana Allie zasłaniał koc. Noah przyglądał 
się jej kątem oka.

Boże, jaka ona piękna - myślał. I aż go ściskało z bólu.
Bo zupełnie zwyczajnie  po  raz drugi się  zakochał. Właśnie zdał  sobie z tego  sprawę, 

teraz,  gdy tak  siedzieli  na  ganku.  Zakochał się  w tej  nowej Allie,  nie tylko w jej wspomni-
eniu.

Choć  właściwie nigdy  nie  przestał  jej  kochać  i ona - uświadomił sobie  - stanowi jego 

przeznaczenie.

- Cóż za wyjątkowy wieczór - powiedział cicho.
- O tak - odparła - cudowny.
Noah zapatrzył się na gwiazdy, ich migotliwy blask przypomniał mu, że Allie niedługo 

odjedzie, i nagle poczuł w duszy pustkę. Chciał, by ta noc trwała wiecznie. Jak powinien jej 
to wyznać? Co powiedzieć, by została?

Nie miał  pojęcia. Dlatego postanowił nie  mówić nic. I w tej chwili  zdał  sobie sprawę, 

że przegrał.

Fotele kołysały się spokojnie. Kolejne nietoperze przemknęły nad rzeką. Ćmy całowały 

światło na ganku. Wiedział, że gdzieś w tej chwili ludzie się kochali.

- Mów do mnie - odezwała się  wreszcie Allie  zmysłowo. A może to  wyobraźnia  płata 

mu figle?

- Co mam mówić?
- Mów tak jak wtedy pod dębem.
I posłuchał, recytował oderwane fragmenty, koronując w ten sposób tę wyjątkową noc. 

Whitmana i Thomasa, bo kochał obrazy. Tennysona i Browninga, gdyż ich motywy były mu 
tak znajome.

Allie  oparła  głowę  na  fotelu,  przymknęła  oczy,  a  kiedy  skończył,  zrobiło  jej  się 

wreszcie  ciepło.  Nie  sprawiły  tego  wyłącznie  wiersze  ani  głos  Noaha,  lecz  wszystko  to 
razem:  suma  znacznie  przekraczająca  wartość  składników.  Allie  nie  próbowała  stłumić 
swoich  odczuć,  nie  chciała,  nie  tak  bowiem  należało  tego  słuchać.  Poezji  -  myślała  -  nie 
tworzy się  po  to, by  ją analizować;  poezja  ma po prostu inspirować, wzruszać, nie  powinna 
być odbierana umysłem.

Wspomnienie  Noaha kazało jej podczas studiów w college^  pójść na kilka wieczorów 

poetyckich zorganizowanych  przez katedrę anglistyki. Wysłuchała  wielu  recytatorów,  wielu 
wierszy, lecz szybko przestała tam uczęszczać, zniechęcona tym, że żaden z wykonawców jej 
nie porwał ani nie wyglądał na prawdziwie natchnionego miłośnika poezji.

Przez jakiś czas kołysali  się  w fotelach, popijając  herbatę, siedząc w milczeniu, każde 

pogrążone w myślach. Wewnętrzny nakaz, który kazał jej tu przyjechać, zniknął - cieszyła się 
z tego - lecz równocześnie niepokoiły ją uczucia, które zajęły jego miejsce: to drżenie, które 
przeszywało  każdą  komórkę  i  wirowało  w  niej,  tańczyło  niczym  drobiny złota  w  korycie 
rzeki. Próbowała  je  stłumić,  zaprzeć się  go przed sobą,  lecz teraz zrozumiała, że  wcale  nie 
chce, by to drżenie ustało. Od lat już nie czuła czegoś takiego.

Lon  nigdy  nie  budził  w niej  takich  odczuć.  Nie  budził  i  zapewne  nie  obudzi.  Może 

dlatego nigdy nie  poszła z nim do łóżka. Wielokrotnie próbował ją tam zaciągnąć, uciekając 
się do wszystkich sposobów - od kwiatów po budzenie poczucia winy - a ona zawsze chwy-

background image

tała się wymówki, że woli poczekać z tym do ślubu. Na ogół przyjmował to spokojnie i Allie 
czasem  się  zastanawiała,  jak bardzo  by go  zabolało,  gdyby kiedykolwiek  dowiedział  się  o 
Noahu.

Ale jeszcze coś innego kazało jej czekać i to wiązało się już z samym Łonem. Lon był 

człowiekiem  pracy,  a  praca  zawsze  wymagała  od  niego  maksimum  uwagi.  Nieodmiennie 
stawała na  pierwszym  miejscu,  Lon nie  miał  czasu  na czytanie  poezji, nie  marnował  wiec-
zorów, siedząc bezczynnie na ganku. Allie wiedziała, że właśnie temu zawdzięczał swój suk-
ces,  i  podziwiała  go  za to.  Równocześnie  jednak czuła, że  to nie  wystarcza. Chciała  czegoś 
innego, czegoś więcej. Może namiętności i romantyzmu, spokojnych pogawędek przy blasku 
świec, a może po prostu nie chciała być na drugim miejscu.

Noah  też  analizował  swe  odczucia.  Zapamięta  ten  wieczór  jako  jedną  z  najbardziej 

wyjątkowych  chwil  w  swoim  życiu.  Odtwarzał  go  teraz  w  najmniejszych  szczegółach, 
kołysząc  się  w  fotelu.  Wszystko,  co  zrobiła  Allie,  wydawało  mu  się  dziwnie  wyraziste, 
naładowane treścią.

A teraz,  siedząc  przy niej,  zastanawiał  się,  czy  choć  raz  marzyła  o  tym,  o  czym  on 

marzył nieustannie przez wszystkie lata rozłąki. Czy kiedykolwiek marzyła, by  ponownie się 
obejmowali  i  całowali  w poświacie  księżyca? Albo  czy posunęła  się  dalej  i  marzyła  o  ich 
nagich ciałach, na tak długo rozdzielonych...

Popatrzył  na  gwiazdy i  przypomniał  sobie  tysiące  pustych  nocy,  które  spędził  od ich 

ostatniego  spotkania.  Jej  przybycie  na  nowo  obudziło  te  wszystkie  uczucia  i  teraz już  nie 
mógł  ich stłumić. W tej samej  chwili  zrozumiał, że znowu chce  się  z nią  kochać i  odzyskać 
jej miłość. Tego jednego potrzebował jak niczego na świecie.

Ale  równocześnie  zdał  sobie  sprawę,  że  nigdy tego  nie  otrzyma.  Przecież jest  zaręc-

zona.

Po milczeniu Noaha Allie odgadła, że myśli o niej, i ogromnie jej się to spodobało. Nie 

wiedziała,  jakie  to  myśli, i  na  dobrą  sprawę  niewiele  ją  to  obchodziło  -  wystarczała  sama 
świadomość, że jej dotyczą.

Przypomniała sobie ich rozmowę przy kolacji i zadumała się nad samotnością. Z niepo-

jętych przyczyn nie potrafiła sobie wyobrazić, by  czytał poezję komuś prócz niej albo dzielił 
się z inną swymi marzeniami. Nie  wyglądał  na takiego. Albo też ona  nie chciała przyjąć do 
wiadomości, że mogłoby być inaczej.

Odstawiła kubek i przeczesała palcami włosy, przymykając oczy.
Jesteś zmęczona? - spytał, otrząsając się z zadumy.
- Troszeczkę. Za parę minut będę musiała już uciekać.
- Wiem - odparł, skinąwszy głową. Z jego tonu niczego nie dawało się wyczytać.
Nie od razu wstała. Sięgnęła  po herbatę, wypiła do ostatniej  kropli, rozkoszując się jej 

ciepłem. Rozejrzała się: księżyc stał wyżej, wiatr poruszał gałęziami drzew, robiło się chłod-
niej.

Popatrzyła na Noaha. Z boku blizna na jego brodzie stawała się wyraźniejsza. Allie za-

ciekawiło, czy  to  pamiątka  z wojny, a  potem  - czy w ogóle był  ranny.  Noah nic  o  tym  nie 
wspomniał, a ona nie pytała - przede wszystkim dlatego, że nie chciała sobie wyobrażać, jak 
on cierpi.

- Muszę iść - odezwała się w końcu, oddając mu koc.
Noah skinął głową, po czym wstał bez słowa. Wziął koc i oboje ruszyli w stronę samo-

chodu. Suche liście szeleściły im pod nogami. Kiedy Noah otworzył drzwiczki, Allie chciała 
zdjąć i oddać mu koszulę, ale ją powstrzymał.

background image

- Zachowaj ją - powiedział. - Chcę, żebyś ją miała.
Nie pytała dlaczego, bo ona też chciała ją zatrzymać.
Poprawiła  koszulę  i  zaplotła  ramiona, by się  rozgrzać. Sama  nie wiedziała czemu, ale 

stojąc tak przy samochodzie, czuła się jak za szczenięcych lat, gdy po zabawie żegnała się na 
ganku i czekała na pocałunek.

- To był wspaniały wieczór - przemówił. - Dziękuję, że mnie odnalazłaś.
- Ja też wspaniale spędziłam ten czas. Zebrał się na odwagę.
- Zobaczymy się jutro?
Proste  pytanie.  Wiedziała,  jakiej  odpowiedzi  powinna  udzielić,  zwłaszcza  jeśli  nie 

chciała komplikować sobie życia. Nie sądzę, byśmy powinni się widywać - tyle musiała pow-
iedzieć i cała sprawa by się zakończyła, tu i teraz. Lecz przez chwilę milczała.

Stanął  przed  nią  demon  wyboru,  kusił  ją, mamił. Dlaczego nie  mogła wymówić  tych 

słów?  Sama  nie  wiedziała. Kiedy jednak zajrzała  Noahowi  w oczy,  by  znaleźć  odpowiedź, 
dostrzegła człowieka, w którym kiedyś się zakochała, i nagle wszystko stało się jasne.

- Z przyjemnością.
Noaha  to  zaskoczyło.  Nie  spodziewał  się  takiej  odpowiedzi.  Marzył  o  tym,  by  jej 

dotknąć, wziąć ją w ramiona, ale się powstrzymał.

- Możesz być tu koło południa?
- Oczywiście. Co planujesz?
- Zobaczysz - odparł. - Znam wymarzone miejsce, w które cię zabiorę.
- Byłam tam już?
- Nie, ale to wyjątkowe miejsce.
- A gdzie?
- To niespodzianka.
- Spodoba mi się?
- Jeszcze jak - zapewnił.
Odwróciła  się, nim  mógłby spróbować  ją  pocałować. Nie  wiedziała,  czyby to  zrobił, 

lecz zdawała sobie  sprawę, że gdyby tak  się stało, trudno by jej  przyszło  go powstrzymać. 
Nie poradziłaby  sobie z tym, nie teraz, gdy  w głowie tak jej się kotłowało. Z westchnieniem 
ulgi wsunęła się za kierownicę. Noah zatrzasnął drzwiczki, uruchomiła silnik. Gdy samochód 
zawarczał, odrobinę odkręciła szybę.

- Do zobaczenia jutro - powiedziała. W jej oczach odbijał się księżyc.
Noah  pomachał  jej,  gdy ruszyła  do  tyłu. Zawróciła  i  odjechała  w stronę  miasta.  Od-

prowadzał  samochód  wzrokiem, póki  światła  nie  zniknęły za  odległymi  dębami,  a  warkot 
silnika  nie  ucichł.  Podeszła  do  niego  Ciem,  przykucnął  i  podrapał  ją  pieszczotliwie, 
szczególną  uwagę  zwracając  na  kark,  do  którego  już  sama  nie  mogła  sięgnąć.  Ostatni  raz 
zerknął na drogę i razem z psem wrócił na ganek.

Ponownie usiadł w fotelu, tym razem samotnie, jeszcze raz odtwarzając w pamięci ten 

wieczór.  Myśląc  o  nim.  Przypominając  sobie  każdą  chwilę.  Znowu  widząc  każdą  scenę. 
Słysząc  każde słowo. I jeszcze raz, w zwolnionym  tempie. Nie chciało mu się już sięgać po 
gitarę ani czytać. Sam nie wiedział, co czuje.

- Jest zaręczona - szepnął w końcu, a potem przez wiele godzin już się nie odzywał.
Ciszę  zakłócał  tylko  skrzyp  bujaka.  Noc  była  spokojna,  bezruch  przerywała  jedynie 

Ciem, która od czasu do czasu podchodziła do niego, sprawdzając, co robi, jakby chciała spy-
tać: „Dobrze się czujesz?”

background image

I gdzieś w samym środku tej pogodnej październikowej nocy wszystko runęło i  Noaha 

ogarnęła niewysłowiona tęsknota. A gdyby ktoś go teraz zobaczył, sądziłby, że ma przed sobą 
starca - człowieka, który  w ciągu kilku godzin postarzał się o całe lata. Skulonego w fotelu, z 
twarzą ukrytą w dłoniach i łzami w oczach.

Nie potrafił ich powstrzymać.

TELEFONY

Lon odłożył słuchawkę.
Dzwonił  o siódmej,  wpół  do  dziewiątej, teraz po  raz kolejny  spojrzał  na  zegarek. Za 

piętnaście dziesiąta.

Gdzie ona się podziewa?
Wiedział, że  przyjechała do  gospody,  o  której  wspominała, bo wcześniej  rozmawiał z 

kierownikiem. Tak, ta  pani wynajęła u nas pokój i ostatni raz mignęła mu koło szóstej. Wy-
biera się na kolację, pomyślał sobie. Nie, nie widział jej od tamtej pory.

Lon potrząsnął głową i wygodniej oparł się w fotelu. Jak zwykle został już sam w kan-

celarii,  wokół  panowała  cisza.  Ale  to  było  normalne,  zwłaszcza  w  okresie  prowadzenia 
sprawy,  nawet jeśli  wszystko  układało  się  pomyślnie.  Prawo  stanowiło  jego namiętność,  a 
dzięki tym wieczornym godzinom, spędzanym samotnie w gabinecie, nadganiał pracę i  nikt 
mu nie przeszkadzał.

Wiedział,  że  tę  sprawę  wygra,  doskonale  bowiem  opanował  przepisy prawne  i  ocza-

rowywał przysięgłych. Zawsze  tak  było  i  teraz już rzadko  zdarzało  mu się  przegrać.  Część 
jego sukcesu kryła się w tym, że osiągnął już ten szczebel kariery, na którym sam mógł  wy-
bierać  sobie klientów i sprawy,  a  decydował  się  tylko na  te,  które  potrafił  skutecznie  prze-
prowadzić. Tylko paru wybrańców w mieście  zdobyło taką  pozycję, a  jego  zarobki  to  odz-
wierciedlały.

Lecz sukces zawdzięczał  przede  wszystkim  ciężkiej pracy. Zawsze zwracał  uwagę na 

szczegóły, zwłaszcza na początku kariery. Doszukiwanie się drobiazgów, małych nieścisłości 
weszło  mu w krew. Czy chodziło o przepisy, czy o  wystąpienia, wnikliwie  studiował  akta  i 
dzięki temu już w początkach swej działalności wygrał kilka spraw, które powinien był prze-
grać.

A teraz jakiś drobiazg nie dawał mu spokoju.
Nie chodziło o sprawę. Nie, tu wszystko było w porządku. To coś innego.
Coś związanego z Allie.
Ale, u licha, nie potrafił tego określić. Dziś rano, gdy wyjeżdżała, nic go nie nękało. A 

przynajmniej  tak  sądził.  Lecz jakąś  godzinę  po  jej  telefonie,  w głowie  Lonna  odezwał  się 
sygnał ostrzegawczy, uruchamiając całą machinę. Jakiś drobiażdżek.

Drobiazg.
Rzecz bez znaczenia? A może coś ważnego?
Myśl... Myśl... Do cholery, o co może chodzić?
Pierwsze szczęknięcie trybika.
Coś... Coś... Coś, co usłyszał?
Ktoś coś powiedział?  Tak,  to właściwy trop. Ale co? Czy Allie  powiedziała  coś przez 

telefon?  Właśnie wtedy zrodził się  jego  niepokój. W  myślach przeanalizował  ich  rozmowę. 
Nie, nic niezwykłego.

Ale właśnie o tę rozmowę chodziło, był tego pewny.
Co ona takiego powiedziała?

background image

Podróż była  udana,  wprowadziła  się  do hotelu,  pokrążyła  po  sklepach. Podała  numer 

telefonu. To właściwie wszystko.

Zaczął  myśleć  o  samej  Allie.  Kochał  ją,  nie  wątpił  w  to.  Nie  tylko  dlatego,  że  była 

piękna i czarująca, ale również dlatego, że stała  się  dlań podporą i najlepszym przyjacielem. 
Po dniu  ciężkiej  pracy do niej  pierwszej  dzwonił. Słuchała  go,  śmiała  się  w odpowiednich 
momentach, miała szósty zmysł, którym wyczuwała, co chciał usłyszeć.

Ale  to  jeszcze  nie  wszystko. Zawsze  podziwiał  ją  za  odwagę,  z jaką  wyrażała  swoje 

myśli i poglądy. Pamiętał, jak po kilku randkach powiedział jej to, co mówił wszystkim kobi-
etom, z którymi się spotykał: że jeszcze nie jest gotów do trwałego związku. I Allie, w prze-
ciwieństwie do tamtych, tylko skinęła głową.

- Dobrze - brzmiał cały jej komentarz. Ale gdy odprowadzał ją do drzwi, odwróciła się 

i  dodała:  -  Jednak  twój  problem  nie  leży  we  mnie,  w  twojej  pracy  czy  wolności  albo 
czymkolwiek innym. Twój  problem  polega na  tym, że  jesteś samotny. Ojciec  rozsławił  naz-
wisko Hammondów i  zapewne  od najmłodszych lat porównywano cię  do niego. Nigdy nie 
pozwolono  ci  być sobą. Takie  życie  sprawia, że  człowiek  czuje się  pusty w środku i  szuka 
kogoś, kto  jakimś cudownym sposobem  wypełni tę próżnię. Ale nikt nie  zdoła tego zrobić, 
jedynie ty sam.

Te  słowa głęboko w niego zapadły i  następnego ranka  nadal  czuł,  że kryje się w nich 

prawda. Zadzwonił ponownie do Allie, prosząc o kolejną szansę, i choć początkowo stawiała 
opór, w końcu niechętnie się zgodziła.

Przez te  cztery lata,  gdy  się spotykali, stała  się  dla  niego  wszystkim, czego pragnął, i 

zdawał  sobie  sprawę,  że  powinien  spędzać  z  nią  więcej  czasu.  Lecz praktyka  adwokacka 
uniemożliwiała  mu  skrócenie  godzin  pracy.  Allie  zawsze  to  rozumiała,  niemniej  jednak 
nieustannie  przeklinał  się  w  duchu  za  ciągły brak czasu.  Kiedy już się  pobiorą,  ograniczy 
pracę  -  obiecywał  sobie. Wprowadzi  zmiany,  każe  sekretarce  pilnować,  by zbytnio się  nie 
przeciążał...

Wprowadzi...?
Następne kółko zaskoczyło.
Wprowadzi... Wprowadzać... Wprowadzać się?
Spojrzał na sufit. Wprowadzać się.
Tak, o to chodzi. Przymknął oczy i zamyślił się na chwilę. Nie. Pustka. Więc co?
Dalej, nie poddawaj się. Myśl, do cholery, myśl.
New Bern.
Te  słowa  same wyskoczyły  mu w pamięci. Tak, New Bern. O to chodziło. To właśnie 

ten drobiazg albo jego część. Ale co więcej?

New Bern  - powtórzył  w duchu.  Znał  tę  miejscowość. Obiła  mu  się  o  uszy ta  nazwa 

przy  okazji  kilku  spraw,  które  prowadził.  Zatrzymywał  się  tam  parokrotnie  w  drodze  na 
wybrzeże. Nic szczególnego. Nigdy tam nie byli razem z Allie.

Lecz Allie była tam już kiedyś...
Machina  mózgu  obracała  się  na  maksymalnych  obrotach.  Kolejny   element  do-

pasowany.

Kolejny element... Ale było coś jeszcze...
Allie,  New  Bern...  i...  i...  coś na  przyjęciu.  Przelotny  komentarz.  Z  ust  matki  Allie. 

Właściwie nie zwrócił na niego uwagi. Co ona takiego powiedziała?

W tej  samej chwili Lon pobladł, przypomniawszy  sobie. Przypomniawszy sobie słowa 

rzucone bardzo dawno temu. Przypomniawszy sobie, co powiedziała matka Allie.

background image

A wspomniała coś o tym, że  kiedyś Allie kochała się  w jakimś chłopaku z New Bern. 

Szczenięca  miłość,  tak  ją  określiła.  I  co  z tego?  -  pomyślał  sobie  wtedy i  odwrócił  się  z 
uśmiechem do Allie.

Lecz ona  się  nie  uśmiechnęła.  Była  zła.  I  wtedy Lon  odgadł, że  kochała  tego  kogoś 

znacznie głębiej, niż to sugerowała jej matka. Może nawet o wiele głębiej niż jego.

A teraz wyjechała do New Bern. Interesujące.
Lon  złączył  palce,  jakby  się  modlił,  i  oparł  na  nich  brodę.  Zbieg  okoliczności? 

Możliwe, że nic się za tym nie kryje. Tylko to, co sama powiedziała: stres i polowanie na sta-
rocie. Niewykluczone. Nawet bardzo prawdopodobne.

A jednak... jednak... a jeśli...?
Lon rozważył tę drugą możliwość i pierwszy raz od bardzo dawna ogarnął go strach.
A jeśli? Jeśli jest z tamtym?
Przeklął sprawę, wściekły, że jeszcze się nie skończyła. Wściekły, że nie pojechał z Al-

lie. Zastanawiając się, czy powiedziała mu prawdę, i modląc się, by tak było.

I w tej samej chwili postanowił, że będzie o nią walczyć. Zrobi co w jego mocy, by jej 

nie stracić. Była dlań wszystkim, nigdy nie znajdzie drugiej takiej kobiety jak ona.

Dlatego drżącymi palcami po raz czwarty, ostatni tego wieczoru, wykręcił jej numer.
I znowu nikt nie podniósł słuchawki.

KAJAKI I ZAPOMNIANE MARZENIA

Następnego dnia Allie obudziła się wcześnie. Nieustanny świergot szpaków skutecznie 

uniemożliwiał  jej  dalszy sen. Przetarła  oczy, czując  ból w mięśniach. Źle spała, co  rusz się 
budziła  i pamiętała, że  za  każdym  razem  wskazówki  zegarka  były na  innej  godzinie,  jakby 
potwierdzając upływ czasu.

Spała  w miękkiej  koszuli,  którą  dał  jej  Noah,  i  czuła  jego zapach,  kiedy wspominała 

wydarzenia minionego wieczoru. Wrócił tamten beztroski śmiech i  swobodna rozmowa, lecz 
najbardziej  utkwiło  jej  w pamięci  to,  co powiedział o  talencie malarskim. Było  to  zupełnie 
nieoczekiwane,  a jednak  ogromnie  podniosło  ją  na  duchu, i  odtwarzając  każde jego  słowo, 
uświadomiła sobie, jak bardzo by żałowała, gdyby zdecydowała się z nim nie spotkać.

Wyjrzała przez okno i w świetle poranka obserwowała rozświergotane ptaki, szukające 

pożywienia.  Pamiętała,  że  Noah  zawsze  należał  do  rannych  ptaszków i  chętnie  witał  świt. 
Wiedziała, że lubił pływać kajakiem albo łódką, i przypomniała sobie pewien poranek, który 
spędzili razem, oglądając z łódki wschód słońca. Musiała się wtedy wymknąć przez okno, bo 
rodzice nigdy by na coś takiego nie  przystali, ale nikt jej  nie przyłapał  i  gdy wstawał  ranek, 
Noah ją objął i przytulił do siebie.

-  Spójrz -  szepnął,  a  ona  z głową  na  jego  ramieniu  oglądała  swój  pierwszy wschód 

słońca, myśląc, że już nigdy nie przeżyje równie wspaniałej chwili.

A gdy wstała  z  łóżka,  by wziąć  kąpiel,  i  poczuła  pod  stopami  chłodną  podłogę,  za-

ciekawiło ją, czy Noah wybrał  się  nad  wodę  i patrzy z łodzi, jak wstaje  kolejny dzień.  Po-
myślała, że najprawdopodobniej tak.

ŚWIATŁO

Nie omyliła się.
Noah wstał  przed  wschodem  słońca  i szybko włożył te  same  dżinsy co  wczoraj, pod-

koszulek, czystą  flanelową  koszulę, dżinsową  kurtkę  i  wysokie buty. Przed zejściem na  dół 
umył  zęby,  szybko  wypił  szklankę  mleka i w drodze  do drzwi  złapał dwa herbatniki. Kiedy 
już  Ciem  powitała  go  kilkoma  wilgotnymi  liźnięciami,  ruszył  w  stronę  przystani,  gdzie 

background image

przechowywał  kajak.  Lubił  się  poddawać  czarowi  rzeki,  pozwalać,  by  rozluźniała  mu 
mięśnie, ogrzewała ciało i oczyszczała umysł.

Stary podniszczony kajak wisiał na dwóch zardzewiałych hakach przybitych do pomo-

stu,  tuż nad  poziomem  wody, by nie  przyssały się  do niego  skorupiaki.  Zdjął  go i  położył 
przed sobą,  szybko skontrolował, a  potem  zaniósł  na  brzeg.  Wystarczyło kilka  długich po-
ciągnięć wiosłami, teraz tak wyćwiczonych, że stały się niemal automatyczne, i już płynął  w 
górę rzeki, sam sobie sternikiem i silnikiem.

Rześkie ranne  powietrze dotykało  jego skóry, na  niebie rozszalała się  symfonia  barw: 

od  czerni  tuż nad głową,  przypominającej    szczyt  górski,  po  niezliczone  odcienie  błękitu, 
jaśniejące w miarę zbliżania się do horyzontu, gdzie przechodziły w szarość. Noah oddychał 
głęboko,  wciągając  zapach  sosen  i  stojącej  wody;  pogrążał  się  w  myślach.  Właśnie  tego 
najbardziej  mu brakowało, gdy mieszkał  na  Północy. Pracował  tak dużo,  że  niewiele  czasu 
mógł  spędzać  nad  wodą.  Podróże,  rozjazdy,  przeprawy  przez  rzeki,  umówione  spotkania, 
praca... Ciągle był czymś zajęty. Na ogół, ilekroć miał trochę czasu, pieszo przemierzał New 
Jersey, ale przez czternaście lat ani razu nie płynął łódką czy kajakiem. Toteż jak tylko wrócił 
do domu, wyprawił się na rzekę.

Jest coś  wyjątkowego,  wręcz mistycznego  w  oglądaniu  wschodu  słońca  nad  wodą  - 

pomyślał.

Ostatnio robił to prawie co dzień. Słońce czy niepogoda, chłód czy  przenikliwe zimno - 

to  się  nie  liczyło,  dopóki  poruszał  wiosłami  w  rytm  muzyki  grającej  w  jego  głowie  i 
przemierzał rzekę o stalowym odcieniu. Widział rodzinę żółwi na jakiejś kłodzie, patrzył, jak 
czapla  zrywa  się  do  lotu,  prześlizgując  się tuż nad powierzchnią  wody, nim zniknie  w sre-
brzystym brzasku poprzedzającym wschód słońca.

Wypłynął na środek rzeki i stamtąd oglądał, jak pomarańczowa poświata kładzie się na 

wodzie. Poruszał wiosłami zaledwie tyle, by się utrzymać w jednym miejscu, i wpatrywał się 
w horyzont,  dopóki  światło  nie  zaczęło się  przedzierać  przez drzewa. Ten  moment zawsze 
był  dla  niego  niepowtarzalny, jakby  świat rodził  się  na  nowo. Potem  Noah ruszał  w dalszą 
drogę, mocno wiosłując, by rozładować napięcie i przyszykować się do pracowitego dnia.

Równocześnie w głowie krążyły mu myśli niczym krople  wody na  rozgrzanej patelni. 

Myślał o Łonie, ciekawiło go, jakim może być człowiekiem i jak wygląda jego związek z Al-
lie. Przede wszystkim jednak zastanawiał się nad przyczyną jej wizyty.

Kiedy wrócił  do przystani,  czuł  się  jak  nowo  narodzony. Spojrzawszy na zegarek, ze 

zdziwieniem  się  przekonał,  że  wypłynął  na  dwie  godziny. Ale  tutaj  czas nieustannie  płatał 
człowiekowi figle i Noah już dawno temu przestał próbować z tym walczyć.

Odwiesił  kajak, by wysechł, i  zajrzał  do  szopy,  w  której  trzymał  łódź. Wyniósł ją na 

brzeg, położył parę stóp od koryta rzeki, a gdy skierował się do domu, uświadomił  sobie, że 
nogi ciągle ma nieco zdrętwiałe.

Poranna  mgiełka  jeszcze  się  nie  podniosła  i  Noah  wiedział,  że  sztywność  w  nogach 

zwykle  zapowiada  deszcz.  Zerknął  na  zachód  i  zobaczył  na  niebie  grube,  ciężkie  chmury 
burzowe,  odległe, ale  niewątpliwie groźne. Wiatr  nie wiał  zbyt mocno,  mimo  to zbijał  je  w 
jedną masę. Nie wyglądały  zachęcająco, zdecydowanie nie chciałby być na dworze, kiedy tu 
dotrą. Niech to szlag! Ile czasu mu jeszcze zostało? Kilka godzin, może więcej. Może mniej.

Wziął prysznic, włożył świeże dżinsy, czerwoną koszulę i czarne buty kowbojskie, uc-

zesał  się  i  zszedł  do  kuchni.  Umył  naczynia  po wczorajszej  kolacji,  trochę  pokręcił  się  po 
domu, zaparzył sobie jeszcze  kawy i wyszedł na  ganek. Niebo nadal  ciemniało. Spojrzał  na 

background image

barometr. Bez zmian, ale wkrótce zacznie spadać. Niebo na zachodzie nie pozostawiało co do 
tego złudzeń.

Już dawno  nauczył  się  liczyć  z pogodą  i  teraz się  zastanawiał,  czy zaplanowana  wy-

prawa to dobry pomysł. Z deszczem jeszcze  jakoś by  sobie poradził, ale z błyskawicami  już 
nie. Zwłaszcza kiedy byłby na wodzie. Łódź to kiepskie miejsce, gdy w wilgotnym powietrzu 
roi się od wyładowań elektrycznych.

Dopił  kawę,  odkładając  decyzję  na  później.  Poszedł  do  szopy  z  narzędziami  i  wyjął 

siekierę.  Nacisnął  kciukiem  ostrze,  uznał,  że  jest za  tępe,  i  porządnie  naostrzył  siekierę  na 
brusie.

- Tępa siekiera jest groźniejsza od naostrzonej - mawiał jego ojciec.
Przez następne dwadzieścia minut rąbał i układał drwa. Robił to bez wysiłku, pewnymi 

ruchami, nawet się przy tym nie spociwszy. Parę kłód odłożył, a następnie wziął je do domu i 
zostawił przy kominku.

Ponownie  spojrzał  na  obraz Allie,  wyciągnął  rękę,  by go  dotknąć, i  po  raz kolejny z 

niedowierzaniem  pomyślał, że  oto  znowu ją  zobaczy.  Boże, co ona  takiego w sobie  ma,  że 
robi na nim takie wrażenie? I to po tylu latach? Jakąż władzę nad nim posiada?

W końcu odwrócił się, pokręcił głową i wyszedł na ganek. Znowu zerknął na barometr. 

Bez zmian. Potem spojrzał na zegarek.

Niedługo powinna się zjawić Allie.
Allie wzięła  kąpiel  i  już się  ubrała. Wcześniej  otworzyła okno,  sprawdzając  tempera-

turę  na dworze. Nie było  zimno, więc zdecydowała się  na przewiewną  kremową sukienkę  z 
długimi  rękawami,  zapinaną  pod  szyję.  Była  miękka  i  wygodna,  może  odrobinę  zbyt do-
pasowana, ale dobrze wyglądała. Włożyła do niej białe sandały.

Ranek spędziła  chodząc  po  mieście. Wielki  kryzys  wycisnął  na  nim  swe  piętno,  lecz 

zauważyła też oznaki powracającej prosperity. Masonie, najstarsze kino w kraju, nie prezen-
towało się najlepiej, ale nadal funkcjonowało, grano w nim  kilka  najnowszych filmów. Fort 
Totten Park wyglądał dokładnie tak samo jak czternaście lat temu, zresztą podobnie jak dzie-
ciaki, które po lekcjach przychodziły tu na huśtawki. Uśmiechnęła się do wspomnień, myśląc 
o czasach, gdy wszystko było prostsze. A przynajmniej takie się wydawało.

Teraz zaś nic nie było proste. Wręcz nieprawdopodobne, jak wszystko niesamowicie się 

ułożyło. Allie  zastanawiała  się,  co  by dziś robiła,  gdyby nie  zobaczyła  tego  artykułu.  Bez 
trudu  to sobie  wyobraziła, jako że  miała ustalony rytm  tygodnia. Dziś środa,  czyli  brydż w 
klubie, potem  spotkanie  w Junior Women's League, gdzie  zapewne organizowałaby  kolejną 
akcję dobroczynną  na rzecz jakiejś szkoły czy szpitala. Następnie wizyta u matki, powrót do 
domu, gdzie przyszykowałaby się do kolacji z Łonem, gdyż w środy zawsze kończył pracę o 
siódmej. Był to jedyny wieczór w tygodniu, kiedy regularnie się spotykali.

Na myśl o tym ogarnął ją smutek. Miała nadzieję, że Łon jeszcze się zmieni. Często jej 

to obiecywał i zwykle  przez parę  tygodni dotrzymywał słowa, a  potem nieodmiennie wracał 
do poprzednich zwyczajów.

-  Dziś wieczorem  nie  mogę, kochanie  - tłumaczył  zawsze.  - Przepraszam,  ale to nie-

możliwe. Kiedy indziej ci to wynagrodzę.

Nie  chciała  się  z  nim  sprzeczać,  zwłaszcza  że  mówił  prawdę.  Wiedziała, że  praca  w 

sądzie jest czasochłonna, zarówno  przed rozprawą, jak i  w jej trakcie, a mimo to  często  nie 
mogła powstrzymać się od refleksji,  że nie  rozumie, po co Łon poświęcił  tyle  czasu, aby ją 
zdobyć, skoro teraz nie chce go z nią spędzać.

background image

Omal  nie  minęła  galerii,  tak  była  pogrążona  w  myślach.  Przez  chwilę  stała  przed 

drzwiami, z zaskoczeniem  uświadamiając  sobie, jak wiele czasu upłynęło, odkąd ostatni  raz 
przekroczyła próg  jakiejkolwiek wystawy.  Co  najmniej  trzy lata,  jeśli  nie  więcej.  Dlaczego 
ich unikała?

Weszła do środka - galerię otwierano o tej samej porze co pozostałe sklepy  na głównej 

ulicy -  i  zaczęła  oglądać  obrazy.  Większość  płócien  wyszła  spod  ręki  tutejszych  malarzy. 
Dominowały  motywy  morskie:  mnóstwo  widoków  oceanu  i  piaszczystych  plaż,  pelikany, 
stare parowce, holowniki, falochrony i mewy. Głównie jednak fale. Fale wszelkich kształtów, 
rozmiarów,  w każdym  możliwym  odcieniu,  ale  po  dłuższej  chwili  wszystkie  wydawały się 
takie same. Albo artystom brakowało natchnienia, albo niezbyt się starali - pomyślała.

Za  to na  jednej  ze ścian wisiały obrazy, które  bardziej jej  przypadły do gustu. Wszyst-

kie  namalował  ten sam  twórca, niejaki  Elayn,  o którym  nigdy  nie  słyszała,  i  w  większości 
wyglądały,  jakby były  inspirowane  architekturą grecką.  Na  płótnie, które  najbardziej  jej  się 
spodobało,  autor  z  zamierzoną  przesadą  nakreślił  scenerię:  drobniutkie  postacie,  szerokie 
linie,  wyraziste  smugi  barw tworzyły efekt pozornego  braku spójności. Jednak  żywe, wiru-
jące  kolory przyciągały wzrok i  kierowały go  ku odpowiednim  szczegółom.  Obraz był  dy-
namiczny, pełen dramatyzmu. Im bardziej mu się przyglądała, tym bardziej jej się podobał - i 
już miała zamiar go kupić, kiedy zdała sobie sprawę, że dlatego tak ją pociąga, iż przypomina 
jej własne prace. Obejrzała obraz uważniej i pomyślała, że może Noah miał rację. Może pow-
inna wrócić do malarstwa.

O  wpół  do  dziesiątej  wyszła  z  galerii  i  udała  się  do  domu  towarowego  Hoffmana-

Lane'a.  Ładne  parę minut zajęły jej poszukiwania,   zanim   w końcu  w dziale  papierniczym 
znalazła potrzebne rzeczyszkicownik, węgiel, ołówki, nie najlepszej wprawdzie jakości, ale 
przyzwoite.  To  jeszcze  nie  malowanie,  ale  przynajmniej  jakiś początek.  Kiedy wróciła  do 
swojego pokoju  hotelowego, rozsadzała  ją chęć działania.  Usiadła przy  stoliku  i zabrała  się 
do  pracy:  nic  określonego,  ponowne  odkrywanie  dawnych  umiejętności,  przenoszenie  na 
kartkę kształtów i kolorów z młodości. Po kilku minutach rysowania abstrakcji naszkicowała 
widok na ulicę ze swego okna, zdumiona łatwością, z jaką jej to przyszło. Tak jakby w ogóle 
nie przestała malować.

Skończywszy,  obejrzała  rysunek,  zadowolona  z ostatecznego  efektu. Zastanowiła  się, 

co by jeszcze narysować. Wreszcie wpadła na pomysł. Ponieważ nie miała wzoru, wyobraziła 
go  sobie  i  wszystko  ułożyła  w  głowie. A choć  było  to  trudniejsze  niż rysowanie  scenki  z 
ulicy, przyszło jej naturalnie i rysunek szybko nabrał kształtów.

Czas  mijał.  Pracowała  bez  wytchnienia,  ale  często  zerkała  na  zegarek,  żeby  się  nie 

spóźnić, i  skończyła pracę tuż przed południem. Zajęło jej  to prawie dwie godziny, ale efekt 
końcowy  ją  zaskoczył.  Rysunek  wyglądał,  jakby  poświęcono  mu  znacznie  więcej  czasu. 
Zwinęła go, włożyła do torby  i zebrała resztę rzeczy. W drodze do drzwi przejrzała się w lus-
trze, czując się dziwnie odprężona, choć sama właściwie nie wiedziała dlaczego.

Znowu w dół po schodach, do drzwi wyjściowych. Już prawie wyszła, gdy  usłyszała za 

sobą głos:

- Proszę pani!
Obejrzała się, pewna, że to ją ktoś woła. Kierownik. Ten sam mężczyzna co wczoraj, z 

wyrazem ciekawości na. twarzy.

- Tak?
- Było do pani wczoraj kilka telefonów.
- Do mnie? - spytała zdumiona.

background image

- Tak. Wszystkie od niejakiego pana Hammonda.
O Boże!
- Lon dzwonił?
-  Tak,  proszę  pani.  Cztery razy.  Rozmawiałem  z  nim,  kiedy  dzwonił  drugi  raz.  Nie-

pokoił się o panią. Mówił, że jest pani narzeczonym.

Uśmiechnęła  się  blado,  próbując  ukryć  myśli.  Cztery razy?  Aż  cztery?  Co  to  może 

znaczyć? A jeśli coś się stało w domu?

- Mówił coś? Czy to jakaś ważna sprawa?
Kierownik szybko pokręcił głową.
- Nie, właściwie nic nie powiedział, ale nie wspomniał, by coś się wydarzyło. Szczerze 

mówiąc, bardziej chyba niepokoił się o panią.

Dobrze - pomyślała. To dobrze.
I  równocześnie  nagłe  ściśnięcie  serca.  Skąd  te  telefony?  I  dlaczego  aż tyle?  Czyżby 

czymś wczoraj się zdradziła? Dlaczego tak bardzo chciał się z nią skontaktować? To zupełnie 
nie w jego stylu.

Czyżby  odkrył  prawdę?  Nie...  to  niemożliwe.  Chyba  że  ktoś  ją  wczoraj  tu  widział  i 

zadzwonił... Ale wtedy ten ktoś musiałby za nią jechać aż do domu Noaha. Nikt by się na to 
nie zdobył.

Musi  teraz zadzwonić  do  Lona;  nie  da  się  tego  uniknąć.  Ale,  co  dziwne,  wcale  nie 

miała na to ochoty. To jej czas i chce go spędzić po swojemu. Zamierzała skontaktować się z 
Łonem  później  i  nagle  poczuła  się  tak,  jakby  rozmowa  z  nim  mogła  zepsuć  cały  dzień. 
Zresztą,  co  mu  powie?  Jak  wytłumaczy późny powrót do  hotelu?  Kolacja  i  spacer?  Może. 
Albo kino? Albo...

- Proszę pani?
Dochodzi południe. Gdzie on może teraz być? Pewnie w biurze... Nie, w sądzie - przy-

pomniała  sobie  nagle  i  w  tej  samej  chwili  poczuła  się,  jakby  uwolniono  ją  z  kajdan.  Nie 
mogłaby z nim rozmawiać, nawet gdyby chciała. Zaskoczyły ją własne uczucia. Nie powinna 
tak o tym myśleć, a mimo to wcale nie gnębiły jej  wyrzuty sumienia. Spojrzała  na  zegarek, 
odgrywając przedstawienie.

- Czyżby naprawdę była już dwunasta?
Kierownik spojrzał na zegar i przytaknął.
- Tak, dokładnie za kwadrans dwunasta.
-  Niestety - zaczęła  -  w  tej  chwili  pan Hammond jest w sądzie  i  nie  mogę  się z nim 

skontaktować. Gdyby znowu telefonował, czy mógłby mu pan powiedzieć, że wybrałam się 
na zakupy i postaram się zadzwonić później ?

- Oczywiście - zapewnił, lecz w jego oczach i tak malowało się pytanie: Ale gdzie byłaś 

wczoraj?

Doskonale  wiedział,  o  której  wróciła.  O  wiele  za  późno  jak  na  samotną  kobietę  w 

małym miasteczku, to nie ulegało wątpliwości.

- Dziękuję - powiedziała z uśmiechem. - Będę panu ogromnie wdzięczna.
Dwie minuty później siedziała w samochodzie, jadąc do Noaha, ciekawa, co przyniesie 

jej dzień. Jeszcze wczoraj zamartwiałaby się telefonami od Lona. Dziś właściwie się nimi nie 
przejmowała. Zastanawiała się, co to może oznaczać.

Kiedy przejeżdżała  przez most zwodzony,  niecałe  cztery minuty po  opuszczeniu  go-

spody, Lon zadzwonił z sądu.

PŁYNĄCA WODA

background image

Noah  siedział  w  swoim  bujaku,  popijając  słodką  herbatę  i  nasłuchując,  czy nie  nad-

jeżdża  samochód, aż wreszcie  dobiegł go  warkot na  podjeździe.  Przeszedł  przed dom  i  ob-
serwował, jak wóz hamuje i ponownie staje pod dębem. Dokładnie w tym samym miejscu, co 
wczoraj.  Clem  obszczekała  samochód  na  powitanie  i  stanęła  przy drzwiczkach,  merdając 
ogonem. Allie pomachała ze środka.

Wysiadła, poklepała  sukę  po  łbie,  zagadała  przyjaźnie,  potem  z uśmiechem  odwróciła 

się  w stronę  nadchodzącego Noaha.  Wyglądała  na bardziej odprężoną  niż wczoraj,  bardziej 
pewną siebie, a jej widok ponownie nim wstrząsnął. Choć dzisiejsze doznania  różniły się od 
wczorajszych:  wspomnieniom  towarzyszyły  całkiem  nowe  uczucia.  A  czar,  jaki  Allie  na 
niego rzuciła,  przez noc  bynajmniej  nie  osłabł, przeciwnie - jeszcze  się nasilił,  i teraz w jej 
towarzystwie ogarnęła go lekka trema.

Spotkali się w połowie drogi. Allie trzymała  w ręku małą  torebkę. Zaskoczyła go lek-

kim pocałunkiem w policzek na powitanie i nie cofnęła wolnej dłoni z jego biodra, nawet gdy 
już się odsunęła.

Cześć - odezwała się. W jej oczach błyszczała radość. - I gdzie ta niespodzianka?
Trochę się odprężył, dziękując za to Bogu.
- Żadnego „dzień dobry” ani „jak minęła noc”?
Uśmiechnęła się. Cierpliwość nigdy nie należała do jej najmocniejszych stron.
- Świetnie. Więc dzień dobry. Jak minęła noc? I gdzie ta niespodzianka?
Parsknął śmiechem, potem spoważniał.
- Allie, mam złe wieści.
- Jakie?
- Chciałem cię zabrać w pewne miejsce, ale te chmury  nie  wróżą najlepiej i nie  jestem 

pewien, czy powinniśmy tam jechać.

- Dlaczego?
- Burza. Nie będziemy pod dachem i może nas zmoczyć. A do tego jeszcze pioruny.
- Na razie nie pada. Jak daleko stąd jest to miejsce?
- Jakąś milę w górę rzeki.
- I nigdy jeszcze tam nie byłam?
- Wtedy nie wyglądało tak jak teraz.
Zawahała się przez chwilę, obserwując aurę.
-  W  takim  razie  pojedziemy  -  oznajmiła  w  końcu  z  determinacją.  -  Mam  w  nosie 

deszcz.

- Jesteś pewna?
- Całkowicie.
Ponownie zerknął za chmury. Przybliżały się.
- Wobec tego najlepiej od razu ruszajmy - postanowił. - Odnieść twoją torbę?
Skinęła głową.
Szybko pobiegł  do domu,  zostawił  torbę  na  krześle  w salonie, po  czym  złapał  trochę 

chleba i wyszedł na zewnątrz.

Razem ruszyli do łodzi. Allie szła obok niego. Trochę bliżej niż wczoraj.
- Co to właściwie za miejsce?
- Sama zobaczysz.
- Żadnej, nawet malutkiej podpowiedzi?
- Cóż... Pamiętasz, kiedy wypłynęliśmy łodzią oglądać wschód słońca?
- Właśnie dziś wspominałam tę wyprawę. Pamiętam, że byłam wzruszona do łez.

background image

- Po tym, co zobaczysz dziś, tamto wyda ci się czymś zupełnie zwyczajnym.
- Chyba powinnam się czuć wyróżniona.
Przeszli kilka kroków w milczeniu.
- Bo też zasługujesz na  wyróżnienie - odezwał  się w końcu Noah, a  uczynił  to w taki 

sposób, że Allie zachodziła w głowę, czy chciał dodać coś więcej.

On jednak milczał.
Allie uśmiechnęła  się lekko, a  potem odwróciła wzrok. W tej  samej  chwili poczuła na 

twarzy podmuch wiatru i zauważyła, że od rana przybrał na sile.

Wkrótce dotarli na przystań. Rzuciwszy worek do łodzi, Noah szybko sprawdził, czy o 

niczym nie zapomniał, a potem zsunął ją na wodę.

- Pomóc ci w czymś?
- Nie, wskakuj.
Kiedy już siedziała, pchnął łódź dalej na  wodę, tuż przy pomoście. Potem zgrabnie do 

niej  wskoczył,  stając  ostrożnie,  żeby się  nie  przewróciła. Allie  z  podziwem  śledziła  każdy 
jego ruch, wiedząc, że to, co przyszło mu z taką lekkością, jest o wiele trudniejsze, niżby się 
mogło wydawać.

Siedziała na dziobie przodem do Noaha, który  zajął  się wiosłowaniem. Protestował, że 

w ten sposób nie  będzie  mogła  oglądać  widoków, lecz ona  potrząsnęła głową i powiedziała, 
że tak jej doskonale.

Bo i tak było.
Jeśli  chciała  czemuś  dokładniej  się  przyjrzeć,  wystarczyło,  że  odwróciła  głowę,  ale 

przede wszystkim pragnęła  obserwować Noaha. To jego  przyjechała  tu zobaczyć, nie rzekę. 
Koszulę  miał  rozpiętą  i  widziała  mięśnie  naprężające  się  przy  każdym  pociągnięciu 
wiosłami. Podwinięte rękawy odsłaniały silne muskuły, tak świetnie wyrobione dzięki codzi-
ennym wyprawom łodzią.

Porywające  -  pomyślała.  Jest  w  nim  coś  porywającego,  coś  budzącego  natchnienie, 

kiedy  tak wiosłuje po rzece. Coś naturalnego, jakby woda stanowiła jego żywioł, a łączność z 
nią  miał  zakodowaną  w  genach,  przekazanych  przez  jakichś  odległych  przodków.  Obser-
wując  go,  myślała, że tak  właśnie  musieli  wyglądać  podróżnicy, którzy przed wiekami  od-
kryli te strony.

Nie  znała nikogo  choć  odrobinę  podobnego do Noaha. Stanowił  skomplikowaną  oso-

bowość,  pod  wieloma  względami  sprzeczną,  a  równocześnie  tak  prostą  i  niepokojąco  ero-
tyczną. Z pozoru można by  go wziąć za zwykłego chłopaka z prowincji, który właśnie wrócił 
z wojny. Zresztą on sam pewnie  siebie  w ten sposób  widział. Może to  za sprawą poezji  tak 
się różnił od innych, a może to zasługa wartości, które wpoił mu ojciec? Tak czy owak, zda-
wał się  pełniej niż inni  rozkoszować życiem i właśnie  to najbardziej  ją w nim  pociągało od 
samego początku znajomości.

- O czym myślisz? - wyrwał ją z zadumy głos Noaha.
Uświadomiła sobie, że odkąd wypłynęli, niewiele się odzywała, i była wdzięczna Noa-

howi, że nie zmuszał jej do rozmowy. Wrażliwość na potrzeby innych stanowiła jego kolejną 
zaletę.

O samych dobrych rzeczach - odparła cicho, a jego spojrzenie wskazywało, że odgadł, 

iż  myślała  o  nim.  Cieszyło  ją,  że  o  tym  wiedział,  i  miała  nadzieję,  że  on  również o  niej 
myślał.

background image

W  tej  samej  chwili  zdała  sobie sprawę,  że  coś w  niej  się  budzi  - tak samo  jak przed 

wielu laty. Obserwując Noaha, jego ruchy, czuła go. Na chwilę spotkali się wzrokiem; kark i 
piersi oblał jej żar. Zaczerwieniła się i odwróciła, zanim zdążył to zauważyć.

- Daleko jeszcze?
- Jakieś pół mili, może mniej. W każdym razie nie więcej.
Cisza.
-  Ładnie  tu  -  odezwała  się  ponownie.  -  Tak  czysto,  tak  spokojnie.  Człowiek  ma 

wrażenie, jakby się cofał w czasie.

- W pewnym  sensie  chyba rzeczywiście. Rzeka wypływa z lasu. Między jej źródłem a 

tym  miejscem  nie  ma  ani  jednego  gospodarstwa  i  woda  jest czysta  jak  łza.  Zapewne  jed-
nakowo czysta od początków swego istnienia.

Allie nachyliła się ku niemu.
- Powiedz mi, Noah, co najbardziej utkwiło ci w pamięci z tych wakacji?
- Wszystko.
- A coś szczególnie?
- Nie - odparł.
- Nic nie pamiętasz?
- Nie, nie o to chodzi - odparł po chwili cicho, z powagą. - Opacznie mnie zrozumiałaś. 

Ja  naprawdę  pamiętam  wszystko.  Pamiętam  każdą  wspólnie  spędzoną  chwilę.  A w  każdej 
było coś wspaniałego. Nie potrafię wybrać żadnej z nich i powiedzieć: ta znaczyła więcej niż 
pozostałe.  Całe  te  wakacje  były doskonałe,  każdy  powinien  w  swoim  życiu  przeżyć  takie 
lato. Jak mógłbym  faworyzować któreś wspomnienie? Poeci  często opisują  miłość  jako uc-
zucie, nad którym nie możemy zapanować - ciągnął - które bierze górę nad logiką i zdrowym 
rozsądkiem. Właśnie coś takiego się mi przytrafiło. Nie zamierzałem się w tobie zakochiwać, 
a  ty z pewnością nie planowałaś, że zakochasz się we mnie.  Ledwo jednak się  poznaliśmy, 
nie ulegało wątpliwości, że żadne z nas nie ma wpływu na to, co się dzieje. Zakochaliśmy się 
w sobie mimo  dzielących nas różnic, a  gdy już to się stało, zrodziło  się  coś wyjątkowego i 
pięknego.  Moim  zdaniem  w  ten  sposób  kocha  się  tylko  raz i  dlatego  każda  nasza  wspólna 
minuta jest na  trwałe wyryta w mej pamięci. Nigdy nie zapomnę ani  jednej chwili. Allie  nie 
odrywała  od niego wzroku. Nikt nigdy nie  mówił  jej  takich  słów.  Nigdy. Nie  wiedziała,  co 
odrzec, i milczała z płonącymi policzkami.

- Przepraszam, jeśli wprawiłem cię w zakłopotanie, Allie. Nie chciałem. Ale tamto lato 

pozostało we mnie i pewnie już na zawsze zostanie. Wiem, że nigdy nie wróci, lecz nie mogę 
wymazać z pamięci tego, co wtedy do ciebie czułem.

- Nie wprawiłeś mnie w zakłopotanie, Noahu... - odparła cicho. Zrobiło jej się ciepło. - 

Ale nigdy nie słyszałam takich słów. To, co powiedziałeś, było piękne. Tylko poeta umie  tak 
przemawiać, a jak już wspomniałam, jesteś jedynym poetą, jakiego znam.

Zapadło pełne spokoju milczenie. W oddali zaskrzeczał rybołów. Przy brzegu plusnęła 

ryba. Wiosła poruszały się rytmicznie, rozcinając wodę i  leciutko kołysząc łodzią. Wiatr  us-
tał, ciemne chmury nadciągały coraz bliżej, a łódka zmierzała w jakimś nieznanym kierunku.

Allie  wszystko  to  odnotowywała  w  pamięci,  każdy  dźwięk,  każdą  myśl.  Jej  zmysły 

obudziły się  do życia, napełniając  ją  nowymi  siłami. W myślach  odtwarzała  ostatnie  kilka 
tygodni:  niepokój,  jaki  budziła  w  niej  decyzja  o  przyjeździe  tutaj,  wstrząsie  na  widok  ar-
tykułu,  bezsenne  noce,  zmienne  nastroje  w  ciągu  dnia.  Jeszcze  wczoraj  się  bała  i  chciała 
uciec. Teraz jednak napięcie ustąpiło całkowicie, a jego miejsce  zajęło inne doznanie, i Allie 
cieszyła się z tego, kiedy tak płynęła w milczeniu starą czerwoną łodzią.

background image

Ogarnęło ją dziwne zadowolenie, że tu przyjechała. Że Noah wyrósł na takiego właśnie 

mężczyznę,  na  jakiego  się  zapowiadał.  I  że  będzie  dalej  żyła  z  tą  świadomością.  Przez  te 
ostatnie kilka lat widziała zbyt wielu mężczyzn zniszczonych przez wojnę, czas czy po prostu 
pieniądze.  Dochowanie  wierności  swoim  marzeniom  wymagało  ogromnej  siły,  a  Noahowi 
udało się to osiągnąć.

Jednak  żyli  w świecie  ludzi  pracy,  nie  poetów, i  innym trudno by przyszło zrozumieć 

Noaha. Ameryka była teraz w pełnym rozkwicie - we wszystkich gazetach tak pisano - ludzie 
gnali naprzód, byle dalej od koszmaru wojny. Rozumiała ich motywacje, ale oni wszyscy, tak 
samo jak Lon, pędzili ku coraz dłuższym godzinom pracy i większym  zyskom, zapominając 
o rzeczach, którym świat zawdzięcza swe piękno.

Czy znała  w  Raleigh  kogoś,  kto  potrafiłby zrezygnować  z pracy zawodowej,  by  na-

prawić  stary  dom? Albo  czytał  Whitmana  i  Eliota,  budując  świat w wyobraźni  i  myśląc  o 
sprawach ducha? Lub wstawał przed brzaskiem, by z dziobu łodzi podziwiać wschód słońca? 
Nie tym zajmowała się większość ludzi, lecz Allie uważała, że nie powinno się takich spraw 
lekceważyć. Dzięki nim życie nabiera wartości.

Jej zdaniem to samo dotyczyło sztuki, choć zdała sobie z tego sprawę dopiero po przy-

jeździe tutaj. A raczej: przypomniała sobie. Już raz odkryła tę prawdę i teraz przeklinała się w 
duchu,  że  zapomniała  o  czymś tak ważnym  jak tworzenie  piękna. Malowanie  - właśnie  do 
niego  została  powołana,  teraz  już  nie  miała  cienia  wątpliwości.  A  to,  co  czuła  dziś  rano, 
jeszcze  ją  utwierdziło  w  tym  przekonaniu. Wiedziała,  że  niezależnie  od  tego,  jak  się  cała 
sprawa zakończy, ponownie spróbuje swoich sił  w malarstwie. Musi, nawet gdyby wszyscy 
chcieli jej to wyperswadować.

Czy Lon zachęcałby do malowania? Przypomniała sobie, jak parę miesięcy po tym, gdy 

zaczęli  się  spotykać,  pokazała  mu  jedno  swoje  płótno,  abstrakcję.  Odrobinę  przypominało 
obraz,  który  wisiał  nad  kominkiem  w  salonie  Noaha,  choć  nie  zawierało  tak  ogromnego 
ładunku emocjonalnego.  Lon przyglądał się  dziełu,  wpatrywał  z uwagą,  a  potem  spytał,  co 
właściwie przedstawia. Allie nawet nie próbowała wyjaśnić.

Potrząsnęła głową, zdając sobie sprawę, że nie jest wobec Lona sprawiedliwa. Kochała 

go i nadal  kocha z wielu innych powodów. Choć zupełnie  różny od Noaha, był przecież do-
brym  człowiekiem, a  od  dziecka  wiedziała,  że  właśnie za kogoś takiego  wyjdzie.  Z Łonem 
nie  czekają  jej  niespodzianki,  zawsze  będzie  pewna  jutra.  Stanowiliby udaną  parę.  Żyłaby 
blisko przyjaciół i  rodziny, miałaby dzieci, pozycję społeczną. Właśnie takiego życia  zawsze 
oczekiwała. A choć  w małżeństwie  rodziców  trudno  by się  dopatrzyć  prawdziwej  namięt-
ności,  już  dawno  sobie  wmówiła,  że  w związkach  między  ludźmi  nie  trzeba  szukać  pełni, 
nawet jeśli zamierza się kogoś poślubić. Z czasem namiętność ustąpi, jej  miejsce zajmą poc-
zucie  bliskości i  wzajemna zgodność  charakterów. A tego jej i  Lonowi nie  brakowało,  więc 
zakładała, że niczego więcej już nie potrzebuje.

Teraz  jednak,  kiedy  patrzyła  na  wiosłującego  Noaha,  podawała  w  wątpliwość  to 

założenie.  Z każdego  jego  ruchu emanowała zmysłowość  i Allie  przyłapała  się  na  myślach 
zgoła  nie  przystojących  narzeczonej.  Starała  się  nie  wpatrywać  nachalnie  w  mężczyznę, 
często odwracała wzrok, jednak naturalny wdzięk, z jakim  się poruszał, nieustannie przyku-
wał jej uwagę.

- Jesteśmy na miejscu - oznajmił Noah, kierując łódź ku drzewom rosnącym nad brze-

giem rzeki.

Allie rozejrzała się, lecz nie zauważyła niczego nadzwyczajnego.
- Gdzie to jest?

background image

-  Tu  -  odparł,  podpływając  do  starego  zwalonego  drzewa,  które  broniło  dostępu  do 

niemal całkiem zasłoniętego rozlewiska.

Oboje musieli się schylić, żeby nie uderzyć głowami o pień.
- Zamknij oczy - szepnął Noah.
Allie posłusznie  zasłoniła  twarz dłońmi.  Słyszała  plusk  wody,  czuła ruch  posuwającej 

się łodzi, oddalającej od głównego nurtu rzeki.

- Dobra - odezwał się w końcu, przestając wiosłować. - Możesz już patrzeć.

ŁABĘDZIE I BURZA

Znajdowali się  na  środku małego jeziorka powstałego z wód Brices Creek. A choć lic-

zyło sobie jakieś sto jardów długości, Allie  była zdumiona, że tak doskonale  się skryło i  że 
jeszcze przed chwilą nawet się nie domyślała jego istnienia.

Widok  zapierał  dech  w  piersi.  Otaczały ich  niezliczone  dzikie  łabędzie  i  gęsi.  Całe 

tysiące.  Ptaki  pływały  tak  blisko  siebie,  że  miejscami  całkowicie  zasłaniały taflę  wody.  Z 
daleka stadka łabędzi wyglądały jak góry lodowe.

- Och, Noahu - przemówiła wreszcie cicho - to cudowne.
A  potem  długo  siedzieli  w  milczeniu,  obserwując  ptaki.  Noah  pokazał  Allie  stado 

piskląt, które dopiero co opuściły gniazda i teraz z wysiłkiem dreptały za dorosłymi gęsiami, 
próbując dotrzymać im kroku.

Kiedy sunęli po wodzie, otaczał ich świergot i nawoływanie. Ptaki właściwie nie zwra-

cały uwagi na  dwójkę intruzów - jedynie niektóre musiały się  odsunąć, kiedy zbliżyła się do 
nich łódź. Allie wyciągnęła rękę, by dotknąć najbliższych Sztuk, i poczuła pióra stroszące się 
jej pod palcami.

Noah wyjął zabraną z domu torbę z okruchami i podał ją Allie. Rozrzucała chleb, fawo-

ryzując maluchy, i ze śmiechem patrzyła, jak płyną w kółko, szukając jedzenia.

Bawili  się  tak,  dopóki  nie  usłyszeli  w oddali  dudnienia  burzy  -  jeszcze  słabego,  ale 

groźnego.  Oboje  wiedzieli, że  pora  wracać.  Noah  skierował  więc  łódź do  głównego  nurtu 
rzeki, mocniej niż przedtem pracując wiosłami. Allie ciągle była pod wrażeniem tego, co zo-
baczyła.

- Noah, skąd one się tu wzięły?
-  Nie  mam  pojęcia.  Wiem,  że  łabędzie  z  Północy każdej  zimy  odlatują  nad  jezioro 

Matamuskeet, ale  wygląda  na  to,  że  w tym  roku postanowiły się  zatrzymać  tutaj.  Może  to 
sprawka wcześniejszej wichury. Zgubiły się albo coś takiego. Ale i tak ruszą w drogę.

- Nie przezimują tutaj?
- Wątpię.  Kierują  się  instynktem,  a  to nie  ich  miejsce.  Może  część  gęsi  zostanie,  ale 

łabędzie polecą nad Matamuskeet.

W  miarę  jak  nad  ich  głowami  gromadziły  się  czarne  chmury,  Noah  coraz  mocniej 

wiosłował.  Wkrótce  zaczęło  padać,  najpierw  mżawka,  potem  coraz  większe  krople.  Błys-
kawica...  cisza... i  znowu  grom. Trochę  głośniejszy. Jakieś dziesięć, dwanaście  kilometrów 
stąd.  Deszcz  się  wzmagał,  Noah  z całej  siły  pracował  wiosłami,  naprężając  mięśnie  przy 
każdym ruchu.

Jeszcze większe krople.
Ulewa...
Ulewa z wichurą...
Potężna, siekąca... Noah wiosłuje... Ściga się z burzą.... Moknie... Klnie na czym świat 

stoi... Przegrywa z matką naturą...

background image

Teraz już lało jak z cebra i Allie patrzyła na zacinające strugi deszczu, próbujące zakpić 

z prawa ciężkości, posłuszne porywom zachodniego wiatru szalejącego nad drzewami. Niebo 
jeszcze bardziej pociemniało, a z chmur spadały ogromne, ciężkie krople. Krople burzowe.

Allie rozkoszowała  się  deszczem, odchyliła głowę, wystawiając  policzki na jego uder-

zenia.  Wiedziała,  że  za  moment sukienka  przemoknie  do suchej  nitki, ale  nic jej  to nie  ob-
chodziło. Za to zastanawiała się, czy Noah to zauważył, i uznała, że najprawdopodobniej tak.

Przeciągnęła  ręką po mokrych włosach. Co za wspaniałe doznanie. W ogóle czuła się 

wspaniale,  wszystko  było  cudowne.  Nawet szum  deszczu  nie  zagłuszył  ciężkiego  oddechu 
Noaha i ten dźwięk podniecił ją jak nic. Nie pamiętała, kiedy ostatnio była tak rozpalona.

Dokładnie nad ich głowami oberwała się chmura i ulewa rozszalała się  na  dobre. Allie 

nigdy jeszcze nie widziała takiej nawałnicy. Spojrzała w niebo i roześmiała się, rezygnując z 
wszelkich prób ochrony przed deszczem. Jej  śmiech uspokoił Noaha, który nie do końca był 
pewny,  co  ona  myśli  o  całej  tej  sytuacji.  Chociaż  sama  zadecydowała,  by  się  tu  wybrali, 
zapewne nie oczekiwała, że schwyci ich aż taka burza.

Parę  minut później  dotarli  do  przystani  i  Noah  podprowadził  łódź pod  sam  pomost, 

żeby  Allie mogła wyjść. Podsadził ją, potem sam wyskoczył i wyciągnął łódkę na ląd, na tyle 
daleko od brzegu, by woda jej nie porwała. Jeszcze na wszelki wypadek przywiązał ją mocno 
do pomostu. W  końcu ta  minuta dłużej  na deszczu ich nie  zbawi. I  tak oboje  byli  już prze-
moczeni do suchej nitki.

Kiedy przycumowywał łódź, podniósł wzrok i na chwilę zaparło mu dech w piersi. Al-

lie  wyglądała  nieziemsko  pięknie,  kiedy  tak  stała,  czekając,  obserwując  go,  zupełnie  nie 
przejmując się deszczem. Nie próbowała się schować, nie kuliła się - i Noah mógł podziwiać 
linię  jej  biustu,  rysującą  się  pod  materiałem  sukienki  oblepiającej  ciało.  Deszcz  nie  był 
zimny, ale Noah widział, że jej sutki naprężyły się i sterczały  niczym twarde kamyczki. Poc-
zuł  dreszcz  w  lędźwiach  i  zażenowany  szybko  się  odwrócił,  mrucząc  pod  nosem.  Na 
szczęście dudnienie deszczu zagłuszyło jego mamrotanie. Kiedy już uporał się z łodzią i wy-
prostował, Allie zaskoczyła go, biorąc za rękę. Mimo ulewy nie spieszyli się do domu i Noah 
wyobrażał sobie, jak mogłaby wyglądać noc spędzona z Allie.

Ona też o nim myślała. Czuła ciepło płynące z jego dłoni  i  zastanawiała się, jakby się 

czuła, gdyby te ręce dotykały jej ciała, każdego zakamarka, pieszczotliwie gładziły jej skórę. 
Na samą myśl o tym głęboko zaczerpnęła tchu, sutki znowu nabrzmiały i poczuła żar między 
udami.

W tej  właśnie chwili zrozumiała, że  od jej przyjazdu do New Bern coś się zmieniło. A 

choć  nie  potrafiła  określić  momentu,  kiedy  to  się  stało  -  wczoraj  po  kolacji,  może  dziś  w 
łódce,  albo  gdy oglądali  łabędzie,  lub  właśnie  teraz,  kiedy  tak  szli  trzymając  się  za  ręce  - 
wiedziała, że  ponownie  się  zakochała w Noahu Taylorze  Calhounie, i  niewykluczone,  że  w 
ogóle nie przestała go kochać.

Nie pojawiło się między nimi skrępowanie, gdy kompletnie przemoczeni stanęli przed 

drzwiami ani gdy razem weszli do środka i zatrzymali się w holu.

- Wzięłaś coś na zmianę?
Potrząsnęła głową, zastanawiając się, czy na jej twarzy odbijają się uczucia kłębiące się 

w jej wnętrzu.

-  Chyba  uda  mi  się  znaleźć  coś,  żebyś  nie  musiała  tkwić  w tych mokrych  rzeczach. 

Może to będzie odrobinę przy-duże, ale przynajmniej ciepłe.

- Może być cokolwiek.
- Zaraz wracam.

background image

Noah  zdjął  buty i  pobiegł  na  górę,  w  chwilę  później  zjawiając  się  z  powrotem.  Pod 

pachą ściskał bawełniane spodnie i koszulę z długim rękawem, w drugiej ręce trzymał dżinsy 
i niebieską koszulę.

- Proszę - powiedział, dając jej ubranie. - Możesz się przebrać w sypialni na górze. Jeśli 

chcesz się opłukać, to jest tam też łazienka, a w niej ręcznik.

Podziękowała mu uśmiechem i poszła na górę, czując na sobie jego spojrzenie. Weszła 

do sypialni,  zamknęła  drzwi,  położyła na  łóżku bawełniane  spodnie  i  koszulę, po  czym  się 
rozebrała. Naga podeszła do jego szafy, znalazła wieszak, powiesiła na nim sukienkę, stanik i 
majtki i zaniosła to do łazienki, żeby woda nie skapywała na drewnianą podłogę. Przeszył  ją 
lekki dreszcz podniecenia na myśl  o tym, że  chodzi nago po pomieszczeniu, w którym sypia 
Noah.

Nie chciała wchodzić  pod prysznic. Podobał jej  się  delikatny dotyk deszczu, który po-

został  na  skórze.  Przypominał  o  tym,  jak  kiedyś  żyli  ludzie.  W  zgodzie  z naturą.  Tak  jak 
Noah. Włożyła jego rzeczy, dopiero potem przejrzała się w lustrze. Spodnie na niej wisiały, 
ale zaradziła temu, wpuszczając do środka koszulę. Podwinęła też trochę  nogawki, żeby nie 
wlokły się po ziemi. Kołnierzyk był odrobinę przetarty, niemal  topiła się w koszuli, ale  i  tak 
się  sobie  podobała.  Podwinęła  rękawy  do  łokci,  w  komódce  znalazła  skarpetki,  a  potem 
przeszła do łazienki, żeby poszukać szczotki do włosów.

Rozczesała wilgotne włosy, rozplątując poskręcane loki. Patrząc w lustro, żałowała, że 

nie wzięła żadnej spinki ani wsuwek.

I tuszu do rzęs. Cóż, teraz już nic na to nie  poradzi. Na powiekach została resztka po-

rannego makijażu, wilgotną ściereczką próbowała go jakoś uratować.

Skończywszy,  jeszcze  raz  przejrzała  się  w  lustrze.  Uznała,  że  mimo  tych wszystkich 

niedostatków wygląda całkiem nieźle i może zejść na dół.

Noah był w salonie  i  przykucnąwszy przed kominkiem, rozpalał  ogień. Nie  zauważył, 

że  Allie  weszła,  więc  mogła  bez skrępowania  go  obserwować. On też się  przebrał.  Dobrze 
wyglądał: silne bary, wilgotne włosy opadające tuż nad kołnierzykiem, obcisłe dżinsy.

Grzebał w palenisku, szturchał  polana, dorzucił kilka drzazg. Allie oparła się  o  drzwi, 

skrzyżowała nogi i dalej mu się przyglądała. Po kilku minutach żar zmienił się w płomienie, 
palące  się  równo  i  pewnie. Noah  poprawił  kłody  leżące  przy kominku  i  wtedy kątem  oka 
dostrzegł Allie stojącą w progu. Szybko obejrzał się w jej stronę.

Nawet w jego ubraniu wyglądała  pięknie. Po chwili nieśmiało odwrócił  wzrok i  pon-

ownie zajął się układaniem drew.

-  Nie  słyszałem,  kiedy  weszłaś  -  odezwał  się,  usiłując  nadać  głosowi  swobodne 

brzmienie.

- Wiem. Nie chciałam, żebyś usłyszał.
Wiedziała, co myślał, i ogarnęło ją rozbawienie. Wydał jej się taki chłopięcy.
- Od jak dawna tam stoisz?
- Od kilku minut.
Noah wytarł dłonie o dżinsy, potem ruchem ręki wskazał kuchnię.
- Napijesz się herbaty? Kiedy byłaś na górze, wstawiłem wodę.
Gadać  o  bzdurach,  byle  tylko  nad  sobą  zapanować. Ale,  u  licha,  kiedy ona  tak  wy-

gląda...

Zawahała  się, zobaczyła, jak Noah na nią  spogląda, i poczuła, że stare  instynkty biorą 

w niej górę.

- Masz coś mocniejszego? A może za wcześnie na drinka?

background image

Uśmiechnął się.
- Znajdzie się w spiżarni trochę burbona. Może być?
- Doskonale.
Ruszył w stronę kuchni, a Allie  patrzyła, jak znikając w drzwiach, przeciągnął  ręką po 

włosach.

Zadudnił  grom, znowu chlusnął deszcz. Allie  słyszała  jego  dudnienie  o dach, słyszała 

trzask polan. Migotliwe płomienie oświetlały pokój.  Odwróciła się do okna i  zobaczyła,  jak 
szare niebo rozcina błyskawica. W chwilę potem kolejny grzmot. Tym razem blisko.

Wzięła  z  kanapy  narzutę  i  usiadła  na  chodniku  przed  kominkiem.  Owinęła  się, 

umościła  wygodnie  i  wpatrywała  w  tańczące  płomienie.  Gdy wrócił  Noah, zobaczył, gdzie 
jest Allie, i usiadł przy niej. Postawił dwa kieliszki i nalał do obu trochę burbona. Na dworze 
niebo jeszcze bardziej pociemniało.

Następny grzmot. Głośny. Burza rozszalała się na dobre, siekł deszcz, wył wiatr.
- Ależ nawałnica - odezwał się Noah, patrząc na krople deszczu spływające po szybach.
Siedzieli tuż obok siebie,  choć się  nie  dotykali, i  Noah patrzył,  jak  jej  pierś unosi się 

lekko przy każdym oddechu. Zanim zwalczył pokusę, jeszcze raz sobie wyobraził, jak by to 
było, gdyby jej dotknął.

- Lubię taką pogodę - powiedziała, wypijając odrobinę burbona. - Zawsze przepadałam 

za burzą. Nawet jako dziecko.

- Dlaczego? - Mówić byle co, byle tylko utrzymać panowanie nad sobą.
- Nie wiem. Po prostu wydawała mi się romantyczna.
Przez chwilę  milczała,  a  Noah  patrzył, jak  płomień odbija  się  w jej  szmaragdowych 

oczach.

- Pamiętasz, jak parę  dni  przed moim  wyjazdem  siedzieliśmy razem, przyglądając się 

burzy? - przemówiła znowu.

- Oczywiście.
- To wspomnienie  nieustannie  mi  towarzyszyło po  powrocie  do domu. Odtwarzałam, 

jak wtedy wyglądałeś. Właśnie takim cię zapamiętałam.

- Czy bardzo się zmieniłem?
Upiła jeszcze trochę burbona, czując, jak po jej ciele rozlewa się ciepło.
-  Niewiele  -  odparła,  dotykając  dłoni  Noaha.  - A przynajmniej  nie  w  tym,  co  zapa-

miętałam.  Oczywiście  jesteś  starszy,  swoje  już  przeżyłeś,  lecz  zachowałeś  dawny błysk  w 
oku.  Nadal  czytasz poezję  i  pływasz po  rzece.  I pozostała  w tobie  tamta  łagodność,  której 
nawet wojna nie zdołała ci odebrać.

Rozważał jej słowa. Czuł dotyk jej ręki, kciukiem zataczającej kręgi na jego dłoni.
-  Allie,  wczoraj  pytałaś,  co  najlepiej  zapamiętałem  z  tamtych  wakacji.  A  co  tobie 

utkwiło w pamięci?

Chwilę potrwało, nim odpowiedziała. Jej głos zdawał się płynąć z bardzo daleka.
-  Pamiętam,  jak  się  kochaliśmy.  To  najbardziej  utkwiło  mi  w  pamięci.  Byłeś  moim 

pierwszym  mężczyzną,  a  kochanie  okazało  się  o  niebo  cudowniejsze,  niż  to  sobie  wyo-
brażałam w najśmielszych snach.

Noah wypił  odrobinę burbona,  pogrążając  się  we  wspomnieniach, przywołując  dawne 

uczucia. Potem gwałtownie potrząsnął głową. I bez tego mu ciężko.

- Pamiętam, jak bardzo się najpierw bałam - podjęła Allie. - Aż się trzęsłam ze strachu, 

a  równocześnie  byłam  taka  podniecona.  Cieszę  się,  że  byłeś moim  pierwszym  mężczyzną. 
Cieszę się, że mogliśmy to wspólnie przeżyć.

background image

- Ja też.
- Czy i ty bałeś się równie mocno jak ja?
Noah bez słowa przytaknął. Uśmiechnęła się, widząc ten przejaw skromności.
- Tak podejrzewałam. Zawsze  byłeś nieśmiały. Zwłaszcza  na  początku. Pamiętam, jak 

spytałeś, czy mam chłopca. Gdy potwierdziłam, prawie przestałeś się do mnie odzywać.

- Nie chciałem między was wchodzić.
- Ale w końcu wszedłeś, choć udajesz niewiniątko - odparła z uśmiechem. - I cieszę się, 

że tak się stało.

- Kiedy mu o nas powiedziałaś?
- Po powrocie do domu.
- Trudno ci to przyszło?
- Skąd! Przecież byłam w tobie zakochana.
Ścisnęła jego dłoń, wypuściła ją i przysunęła się bliżej. Wsunęła rękę pod jego ramię i 

położyła  mu  głowę  na  barku.  Noah  czuł  jej  delikatną,  ciepłą  woń,  przypominającą  zapach 
deszczu.

- Pamiętasz,  jak odprowadzałeś mnie  do  domu po jarmarku? Spytałam, czy  chcesz się 

jeszcze ze mną spotkać. A ty tylko skinąłeś głową bez słowa. Nie było to szczególnie przeko-
nujące.

- Nigdy  przedtem nie spotkałem dziewczyny takiej jak ty. To było silniejsze ode mnie. 

Nie miałem pojęcia, co powiedzieć.

- Wiem. Nigdy nie potrafiłeś niczego ukryć. Oczy cię zdradzały. Nie znam nikogo, kto 

miałby równie piękne oczy.

Umilkła, podniosła głowę i spojrzała na niego. Odezwała się dopiero po chwili.
- Chyba nigdy nikogo nie kochałam tak mocno jak ciebie tamtego lata - szepnęła.
Niebo  rozcięła  kolejna  błyskawica. W  ciszy, która  dzieliła  ten  moment od uderzenia 

pioruna, patrzyli sobie w oczy, próbując wymazać te czternaście lat. Oboje czuli, że od wczo-
raj coś się zmieniło. Kiedy  wreszcie zadudnił grom, Noah westchnął i  oderwał wzrok od Al-
lie, spoglądając w stronę okna.

- Szkoda, że nie przeczytałaś listów, które do ciebie napisałem.
Milczała przez dłuższy czas.
- To nie zależało tylko od ciebie, Noahu. Nie  mówiłam ci, ale  po  powrocie napisałam 

do ciebie kilkanaście listów. Tyle że nigdy ich nie wysłałam.

- Dlaczego?
Noah nie ukrywał zaskoczenia.
- Chyba za bardzo się bałam.
- Czego?
- Że może to, co nas połączyło, nie było tak głębokie, jak sobie wyobrażałam. Że może 

o mnie zapomniałeś.

- Nigdy bym o tobie nie zapomniał. To w ogóle nie wchodzi w rachubę.
- Teraz już wiem. Wystarczy,  że  na  ciebie  spojrzę. Ale  wtedy... Wszystko  wyglądało 

inaczej. Tylu rzeczy jeszcze nie rozumiałam. Były sprawy, których mój dziewczęcy umysł nie 
pojmował.

- To znaczy?
Milczała, zbierając myśli.
- Nie wiedziałam, co myśleć, kiedy  nie dostałam od ciebie żadnego listu. Pamiętam, że 

zwierzyłam się mojej najlepszej przyjaciółce, a ona stwierdziła, że wziąłeś to, czego chciałeś, 

background image

i wcale jej nie dziwi twoje milczenie. Nie mieściło mi się w głowie, byś mógł tak postąpić, i 
nigdy w to nie  uwierzyłam, lecz jej słowa sprowokowały mnie do myślenia o wszystkim, co 
nas  dzieli,  i  zaczęłam  podejrzewać,  że  może  to,  co  się  między  nami  wydarzyło  tego  lata, 
więcej znaczyło dla mnie niż dla  ciebie... A potem, gdy te  wszystkie  myśli kłębiły  mi się  w 
głowie, dostałam wiadomość od Sary. Pisała, że wyjechałeś z New Bern.

- Fin i Sara doskonale znali mój nowy adres...
Podniosła rękę, przerywając mu.
- Wiem, ale nie prosiłam, by mi go dali. Uznałam, że opuściłeś New Bern, żeby zacząć 

nowe życie - życie beze mnie. Bo jak inaczej wytłumaczyć twoje milczenie? Brak listów czy 
telefonu? To, że nie przyjechałeś mnie odwiedzić?

Noah odwrócił wzrok, nie odpowiadając.
-  Nie  rozumiałam  tego  -  podjęła.  -  A  z  czasem  ból  nieco  ustąpił  i  prościej  było  o 

wszystkim zapomnieć. Tak przynajmniej mi się zdawało. Tymczasem przez następne kilka lat 
w każdym  spotkanych chłopaku szukałam  ciebie, a  gdy nie mogłam  już dalej  tłumić uczuć, 
pisałam  kolejny list.  Ale  nigdy żadnego  nie  wysłałam.  Za  bardzo się  lękałam  odpowiedzi. 
Przypuszczałam, że  już ułożyłeś sobie  życie, nie  chciałam  dopuścić  myśli, że  kochasz inną. 
Pragnęłam,  by wspomnienie  tamtego  lata pozostało  nie skażone. Bałam  się je  utracić.  Było 
dla mnie zbyt cenne.

Jej słowa zabrzmiały tak słodko, tak niewinnie, że Noah najchętniej by ją  w tej chwili 

ucałował. Stłumił to pragnienie, gdyż wiedział, że nie tego Allie w tej chwili potrzebuje. Ale 
było mu tak cudownie, gdy czuł jej bliskość, jej dotyk...

- Ostatni list do ciebie napisałam kilka lat temu, kiedy poznałam Lona. Właśnie to napi-

sałam do twojego taty,  pytając, gdzie  się  podziewasz. Ale  tak  długo się  nie widzieliśmy,  że 
nawet nie byłam pewna, czy on tam jeszcze mieszka. No i toczyła się wtedy wojna...

Zawiesiła  głos i przez chwilę oboje milczeli, pogrążeni w zadumie. Niebo rozświetliła 

kolejna błyskawica, zanim Noah w końcu powiedział:

- Żałuję, że jednak go nie wysłałaś.
- Dlaczego?
- Przynajmniej bym się dowiedział, co u ciebie słychać. Wiedziałbym, co porabiasz.
- Mógłbyś się rozczarować. Nie  wiodę  jakiegoś szczególnie ekscytującego życia. Poza 

tym nie taką mnie zapamiętałeś.

- Rzeczywistość o niebo przewyższyła wspomnienia, Allie.
- Kochany z ciebie chłopak, Noah.
Omal  na  tym  poprzestał,  bo  wiedział,  że  jeśli  zdławi  słowa, które  mu  się  cisnęły  na 

usta,  to  zachowa  też  władzę  nad  sobą  -  tę  samą  władzę,  którą  utrzymywał  przez  ostatnie 
czternaście lat. Lecz uczucia  okazały  się silniejsze i poddał się im, w głębi ducha marząc, że 
może dzięki temu stanie się cud i połączy go z Allie to samo co przed czternastu laty.

- Nie powiedziałem tak dlatego, że „kochany ze  mnie chłopak”. Powiedziałem tak, bo 

zawsze cię kochałem i nadal kocham. Nawet sobie nie wyobrażasz, jak bardzo.

Trzasnęło  polano,  posypały  się  iskry  i  oboje  zauważyli  tlące  się  resztki  drewna. 

Należało dorzucić do ognia, ale żadne się nie ruszyło.

Allie  napiła  się  jeszcze  trochę  burbona  i  poczuła  jego  działanie.  Lecz  nie  tylko  za 

sprawą alkoholu mocniej  objęła Noaha, żeby wyraźniej czuć jego ciepło. Zerknęła  za okno. 
Chmury były prawie czarne.

- Muszę podsycić ogień - odezwał się Noah, który chciał to wszystko przemyśleć.

background image

Wypuściła  go.  Podszedł  do  kominka, odsunął  kratę  i  dorzucił  parę  polan.  Pogrzebac-

zem  poruszył  palenisko,  żeby  drewno  dobrze  się  zajęło.  Ogień  na  nowo  zapłonął  i  Noah 
wrócił  do  Allie.  Znowu  się  w  niego  wtuliła,  tak  jak  wcześniej  opierając  głowę  na  jego 
ramieniu, i siedziała bez słowa, lekko gładząc go po torsie.

Noah przysunął się bliżej i szepnął jej do ucha:
- To mi przypomina dawne chwile. Tak samo siedzieliśmy, kiedy byliśmy młodzi.
Uśmiechnęła  się,  bo  o  tym  samym  pomyślała,  i  przytuleni  dalej  wpatrywali  się  w 

płomienie.

- Noahu, nie pytałeś mnie o to, ale chcę ci coś powiedzieć.
- Co takiego?
- Poza  tobą nie było  nikogo - mówiła czule.  -  Byłeś nie  tylko  moim  pierwszym, ale i 

jedynym mężczyzną.  Nie  oczekuję  od ciebie  podobnego wyznania, po prostu chciałam,  byś 
wiedział.

Noah  w  milczeniu odwrócił  głowę. Allie  rozgrzała  się, patrząc  na  ogień. Wsunąwszy 

dłoń pod koszulę, wodziła po jego torsie, twardym i silnym.

Przypomniała  sobie, jak w ten  sam sposób  tulili się  do siebie, myśląc, że  robią  to już 

ostatni raz. Siedzieli na zaporze powstrzymującej wody rzeki Neuse. Allie płakała, wiedząc, 
że  już nigdy się  nie  zobaczą,  i  pytała,  czy  jeszcze  kiedykolwiek  będzie  szczęśliwa.  Noah, 
zamiast odpowiedzieć,  wcisnął jej do ręki kartkę, którą  przeczytała  w drodze  do domu.  Za-
trzymała ją, od czasu do czasu czytając całą albo pojedyncze zdania. Szczególnie często wra-
cała do jednego fragmentu, który właśnie teraz jej się przypomniał. Noah pisał tam tak:

Rozstanie boli tak bardzo dlatego, że nasze dusze stanowią jedno. Może zawsze tak było 

i  może  na  zawsze  tak  pozostanie.  Może  przed  tym  wcieleniem  żyliśmy  po  tysiąc  razy  i  w 
każdym  życiu  siebie  odnajdowaliśmy.  I  może  za każdym razem z tego  samego  powodu  nas 
rozdzielano.  Co  oznaczałoby,  że  dzisiejsze  pożegnanie  równa  się  pożegnaniu  sprzed  dzie-
sięciu tysięcy lat i stanowi preludium przyszłego pożegnania.

Patrząc na Ciebie, widzę Twe piękno i czar i wiem, że w każdym Twoim wcieleniu stają 

się one coraz wyraźniejsze. I wiem, że każde moje poprzednie wcielenie poszukiwało Ciebie. 
Nie kogoś takiego jak Ty, lecz Ciebie, nasze dusze bowiem zawsze muszą się połączyć. A po-
tem, z powodów, których żadne z nas nie pojmuje, zmusza się nas do rozstania.

Jakżebym  pragnął  móc  powiedzieć,  że  wszystko  się  dobrze  skończy.  Mogę  Cię  tylko 

zapewnić, że  zrobię  co  w  mojej  mocy, by  tak  się  stało. Gdybyśmy  się  jednak  już nigdy  nie 
spotkali  i  dzisiaj  rozstali  na  zawsze,  wiem,  że  ponownie  się  zobaczymy  w przyszłym  życiu. 
Znowu się odnajdziemy  i może  gwiazdy się  odmienia, tak że  w kolejnym wcieleniu nie  tylko 
będziemy się kochać, ale zostaniemy nagrodzeni za wszystkie nasze wcześniejsze cierpienia.

Czyżby   tak  właśnie  się  stało?  -  myślała  teraz.  Czyżby   Noah  miał  rację?  Zawsze 

czepiała  się resztek  nadziei,  trzymając  go  za  słowo,  licząc  na to, że  może się  nie  mylił. Ta 
myśl pomogła jej przetrwać wiele ciężkich chwil. Lecz to, że teraz tu siedzą, w pewnym sen-
sie potwierdza teorię, iż zawsze będą  skazani na rozstanie. Chyba  że od ich ostatniego spot-
kania gwiazdy się odmieniły.

I może tak się stało, ale nie chciała sprawdzać, tylko wtuliła się w Noaha, rozkoszując 

się  ciepłem,  jego ciałem, dotykiem  obejmującego ją  ramienia.  I  przeszył  ją ten sam dreszcz 
oczekiwania, który towarzyszył ich pierwszemu razowi.

background image

Czuła się tutaj  tak bardzo na  miejscu. Wszystko było dokładnie tak, jak być  powinno. 

Ogień, trunek, burza  -  nie sposób  wymyślić czegoś bardziej doskonałego. Za  sprawą  niepo-
jętego cudu przestały się liczyć lata rozstania.

Błyskawica  ponownie  przecięła  niebo.  Na  rozpalonym  drewnie  tańczyły  płomienie, 

ogrzewając pokój. Październikowy deszcz siekł w okna, zagłuszając wszystkie odgłosy.

I wtedy poddali się temu, z czym walczyli przez ostatnie czternaście lat. Allie podniosła 

głowę, popatrzyła leniwie na Noaha, a on delikatnie pocałował ją w usta. Wyciągnęła rękę ku 
jego twarzy  i dotykała jego policzka, leciutko muskając go palcami. Noah wolno pochylił się 
do niej i jeszcze raz ją pocałował, nadal czule i delikatnie. Odwzajemniła pocałunek, czując, 
jak namiętność niweczy lata rozstania.

Przymknęła  oczy i  rozchyliła  wargi, podczas gdy Noah zataczał  palcami  leniwe kręgi 

na jej ramionach. Całował jej szyję, policzki, powieki, a Allie rozkoszowała się wilgocią jego 
warg. Ujęła go za rękę i powiodła ją ku swym piersiom. Gdy poczuła, jak muska je przez ci-
enki materiał koszuli, w jej gardle zrodził się jęk.

Jak  we  śnie  oderwała  się  od  Noaha.  Na  jej  twarzy tańczył  poblask  ognia.  Bez słowa 

zaczęła rozpinać koszulę. Wsłuchany w jej cichy oddech, obserwował, jak posuwa się w dół. 
Przy każdym guziku muskała palcami jego skórę, a gdy  wreszcie rozpięła koszulę, lekko się 
do niego uśmiechnęła. Wsunęła ręce pod jej  poły, muskając go, gładząc, badając jego ciało. 
Był rozpalony, wodziła palcami po odrobinę spoconej klatce piersiowej, bawiła się włoskami 
porastającymi  tors. Pochyliwszy się,  pieszczotliwie  całowała  jego  szyję,  równocześnie  zsu-
wając  mu  koszulę  z  barków  i  oplatając  go  ramionami.  Podniosła  głowę  i  pozwalała  się 
całować, podczas gdy Noah wyplątywał się z rękawów.

Uporawszy  się z nimi, wolno przyciągnął Allie do siebie. Wsunął ręce pod jej koszulę i 

najpierw  palcami  zataczał  kręgi  na  brzuchu, dopiero  potem  podniósł  jej  ramiona  i  wyswo-
bodził z ubrania. Na chwilę Allie zabrakło tchu, kiedy się pochylił, całując ścieżkę między jej 
piersiami  i  wolno  wyznaczając  językiem  trasę  do  szyi.  Dłońmi  łagodnie  gładził  jej  plecy, 
ręce, ramiona,  aż ich rozpalone  ciała  przywarły do  siebie. Całował  jej szyję, skubiąc  ją  de-
likatnie. Wreszcie  uniosła  biodra, by mógł  zsunąć  z niej  spodnie.  Sięgnęła  do klamry przy 
jego pasku, rozpięła ją i obserwowała, jak zdejmuje dżinsy. Wszystko to odbywało się  jakby 
w zwolnionym tempie. W końcu ich nagie ciała się połączyły, a oboje  kochankowie zadrżeli 
na wspomnienie tego, co niegdyś ich łączyło.

Noah językiem wodził po jej  szyi, podczas gdy jego ręce pieściły gładką, gorącą skórę 

piersi, schodząc  do brzucha,  zatrzymując  się  pod  pępkiem  i  wracając  na  górę. Uroda Allie 
zapierała mu dech. W jej lśniących włosach tańczyło światło. Skórę miała miękką, cudowną, 
w świetle ognia z kominka zdawała się emanować blaskiem. W tej samej chwili mocniej zap-
lotła ręce na jego plecach, przyzywając go do siebie.

Leżeli tuż przy  ogniu, powietrze  wydawało się aż gęste od gorąca  płomieni. Allie wy-

gięła  się  w  łuk,  kiedy  Noah  jednym  płynnym  ruchem  przykrył  ją  sobą.  Klęczał  nad  nią, 
oparty   na  dłoniach,  kolanami  przytrzymywał  jej  biodra.  Podniosła  głowę  i  ciężko  oddy-
chając, całowała go po szyi i brodzie, wodziła językiem po jego barkach, smakując pot, który 
zrosił  mu  ciało.  Przeczesywała  palcami  jego  włosy, podczas  gdy  on,  naprężając  z wysiłku 
mięśnie  utrzymywał  jej  ciężar. Kusząco uniosła  brwi  i  pociągnęła  go  na  siebie,  ale  on  nie 
uległ, tylko trochę się  opuścił i leciutko pocierał  torsem o jej  piersi. Ciało Allie  odpowiedz-
iało na to drżeniem rozkoszy. Noah powtarzał tę pieszczotę i całował każdy zakątek jej ciała, 
wsłuchując się w ciche jęki, jakie wydawała, gdy się nad nią poruszał.

background image

Nie  przerywał,  póki  nie  mogła  znieść  dłużej  tej  słodkiej  tortury,  a  gdy wreszcie  się 

połączyli, głośno krzyknęła i wbiła mu paznokcie w plecy. Wtuliła twarz w jego szyję, czując 
go głęboko w sobie, rozkoszując się jego siłą i łagodnością, zachwycając jego ciałem i duszą. 
Poruszała się pod nim rytmicznie, dając się wieść tam, dokąd chciał ją zabrać, w miejsce, do 
którego przynależała.

Otworzyła oczy i w blasku ognia patrzyła na poruszającego się nad nią Noaha, zachwy-

cona  jego  urodą.  Ciało  błyszczało  mu  od  potu,  którego  krople  padały  na  nią  jak  ulewa, 
szalejąca na dworze. A z każdą kroplą, z każdym oddechem czuła, jak ona sama i całe jej do-
tychczasowe życie odpływają w dal.

Ich  ciała  brały  i  dawały   całą  pełnią,  a  nagrodą  dla  Allie  stało  się  niewiarygodne 

doznanie, którego istnienia nawet się nie  domyślała. Trwało i trwało, przeszywając jej ciało, 
rozgrzewając je, aż w końcu ustąpiło, podczas gdy ona  drżąc,  powoli  odzyskiwała  oddech. 
Ledwo jednak się uspokoiła, nadeszła kolejna fala i Allie  raz po raz przeżywała na nowo to 
samo.  Deszcz ustał, słońce  zaszło,  zmęczone  ciało  domagało  się  odpoczynku,  lecz ona  nie 
chciała przerwać rozkoszy, która ich połączyła.

Spędzili tam cały dzień, na zmianę kochając się przy ogniu i leżąc objęci, wpatrując się 

w płomienie oplatające polana. Czasem Noah recytował któryś z ulubionych wierszy, a Allie 
słuchała z zamkniętymi oczami, niemal  fizycznie odbierając słowa. Potem, gdy już byli go-
towi,  znowu  się jednoczyli, a  Noah między jednym  pocałunkiem  a drugim  mamrotał słowa 
miłości.

Tak samo spędzili  wieczór, nadrabiając lata  rozłąki, i tej nocy  zasnęli w swoich rami-

onami. Noah budził się od czasu do czasu i patrzył na Allie, na jej ciało promieniejące i syte, 
i czuł się, jakby nagle świat stał się taki, jakim być powinien.

Raz, kiedy tak  obserwował  ją  tuż przed brzaskiem,  otworzyła  oczy, uśmiechnęła  się i 

pogładziła  go  po  twarzy.  Przyłożył  jej  palce  do  ust,  powstrzymując  w  ten  sposób  od 
mówienia, i przez dłuższy czas leżeli, tylko na siebie patrząc.

Gdy już ucisk w jego gardle ustąpił, szepnął do Allie:
-  Jesteś odpowiedzią  na każdą  modlitwę,  jaką  zanosiłem.  Jesteś pieśnią,  marzeniem i 

szeptem.  Sam nie  pojmuję,  jakim  cudem tyle  czasu bez ciebie  wytrzymałem. Kocham  cię, 
Allie, nawet nie wiesz jak bardzo. Zawsze cię kochałem i zawsze będę cię kochać.

- Och, Noahu - odparła, przyciągając go do siebie.
Chciała  go, potrzebowała. Teraz bardziej niż kiedykolwiek, bardziej  niż czegokolwiek 

w życiu.

W SĄDZIE

Przed południem  trzej mężczyźni - dwaj  prawnicy i  sędzia  -  spotkali  się  w kancelarii. 

Lon właśnie zakończył swe wystąpienie. Minęła dłuższa chwila, nim sędzia odpowiedział.

- To nieoczekiwana prośba - oświadczył, rozważając sytuację. - Wydaje mi się, że pro-

ces dałoby się  zakończyć  dzisiaj.  Powiada  pan,  że  ta  pilna  sprawa  nie  może  poczekać  do 
wieczoru ani do jutra?

- Nie, wysoki sądzie, nie może - odparł Lon, z trudem dobywając głos.
Odpręż się - nakazał sobie w duchu. Oddychaj głęboko.
- I nie ma żadnego związku z procesem?
- Nie, wysoki sądzie. To sprawa osobista. Wiem, że to dość niezwykłe żądanie, ale  na-

prawdę muszę zająć się tą kwestią.

No, od razu lepiej. Sędzia rozparł się w fotelu, przez chwilę mierząc Lona wzrokiem.
- Panie Bates, co pan na to?

background image

Prokurator odchrząknął.
- Pan Hammond rozmawiał  ze mną dziś rano i  już skontaktowałem  się  z moimi klien-

tami. Zgadzają się na odroczenie procesu do poniedziałku.

-  Rozumiem  -  powiedział  sędzia. -  I  uważa  pan,  że  leży to w  interesie  pańskich  kli-

entów?

- Owszem. Pan Hammond zgodził  się  podjąć dyskusję nad pewną kwestią, do tej pory 

nie poruszaną w trakcie rozprawy.

Sędzia bacznie się  przyjrzał  obu mężczyznom  i  jeszcze  raz rozważył  wszystkie  argu-

menty.

- Nie podoba mi się to - stwierdził w końcu. - Wcale. Ale pan Hammond nigdy  jeszcze 

nie  wystąpił  z tego  rodzaju prośbą  i  rozumiem, że ta sprawa  musi być  dla  niego ogromnie 
ważna.

Dramatycznie zawiesił głos i przejrzał jakieś dokumenty na biurku.
-  Zgadzam  się  na  odroczenie  rozprawy  do  poniedziałku.  Zaczynamy  punktualnie  o 

dziewiątej.

- Dziękuję, wysoki sądzie - powiedział Lon.
Dwie minuty później wyszedł z gmachu sądu. Skierował  się prosto do samochodu za-

parkowanego po drugiej stronie ulicy, położył  drżące dłonie na kierownicy i ruszył w drogę 
do New Bern.

NIEOCZEKIWANY GOŚĆ

Allie jeszcze spała  w salonie, gdy  Noah przygotował dla niej śniadanie. Nic nadzwyc-

zajnego, smażony bekon, biszkopty, kawa. Po przebudzeniu zobaczyła tacę i ledwo skończyli 
jeść, ponownie zaczęli się kochać. Było to potężnym, niewzruszonym potwierdzeniem  tego, 
co  połączyło ich wczoraj. Allie wyprężyła się  i  głośno krzyczała, kiedy  ogarnęła ją  ta  sama 
fala  doznań  co  poprzedniego  wieczoru,  potem  oplotła  Noaha  ramionami  i  oboje  leżeli 
wyczerpani, ciężko dysząc.

Razem  wzięli  prysznic  i  Allie  włożyła  sukienkę,  która  wyschła  przez  noc.  Ranek 

spędziła z Noahem. Wspólnie nakarmili Ciem i sprawdzili, czy burza nie wybiła okien. Wiatr 
wywrócił dwie sosny, na szczęście żadna niczego nie zniszczyła, zerwał też parę dachówek z 
szopy.

Noah  prawie  nie  wypuszczał  z  ręki  dłoni  Allie  i  oboje  gawędzili  swobodnie,  choć 

czasem przerywał w pół słowa i tylko się w nią wpatrywał. W takich chwilach czuła, że pow-
inna  coś powiedzieć, lecz nie przychodziło jej  na myśl nic głębokiego. Zagubiona,  tylko go 
całowała.

Tuż przed  południem  zajęli  się  przygotowywaniem  lunchu.  Oboje  konali  z głodu,  bo 

dzień wcześniej niewiele zjedli. Wykorzystując to, co znaleźli w kuchni, usmażyli kurczaka i 
upiekli następną blachę  bułek, po czym posilili  się na ganku,  słuchając śpiewu przedrzeźni-
acza.

Wrócili  do  środka  i  właśnie  zmywali  naczynia,  gdy rozległo  się  pukanie  do  drzwi. 

Noah zostawił Allie w kuchni.

Ponowne stukanie.
- Już idę! - zawołał Noah.
Puk, puk. Tym razem głośniej.
Podchodził do drzwi.
Puk, puk.
- Już idę - powtórzył otwierając. - O Boże!

background image

Przez chwilę wpatrywał się w piękną kobietą, teraz liczącą sobie pewnie jakieś pięćdzi-

esiąt lat, kobietę, którą poznałby na końcu świata.

Zaniemówił.
- Witaj, Noahu - odezwała się wreszcie. Noah milczał.
- Mogę wejść? - spytała pewnym głosem.
Wybąkał coś, lecz ona go minęła i ruszyła do środka, zatrzymując się przy schodach.
- Kto to?! - krzyknęła Allie z kuchni i kobieta odwróciła się, słysząc jej głos.
- Twoja matka - Noah w końcu odzyskał mowę.
Jeszcze nie przebrzmiały te słowa, gdy usłyszał trzask tłuczonego szkła.
- Wiedziałam, że cię tu znajdę - zwróciła się Annę Nelson do córki, kiedy we trójkę us-

iedli wokół niskiego stolika w salonie.

- Skąd ta pewność?
-  Jesteś  moją  córką.  Któregoś  dnia,  kiedy  sama  będziesz  matką,  zrozumiesz.  - 

Uśmiechnęła się, ale zachowywała się sztywno. Noah domyślał się, w jak trudnej znalazła się 
sytuacji.  -  Ja  tez  widziałam  artykuł.  I  twoją  reakcję.  Tak  samo  widziałam,  jak  napięta 
chodziłaś  przez  ostatnie  parę  tygodni,  a  gdy  oświadczyłaś,  że  wybierasz się  na  wybrzeże 
polować na starocie, doskonale wiedziałam, do czego zmierzasz.

- A co z tatą?
Annę Nelson potrząsnęła głową.
- Nie, nie powiedziałam o tym ani ojcu, ani  nikomu innemu. Nikomu też nie powiedz-

iałam, dokąd się dziś wybieram.

Nad stołem  zawisła cisza. Allie i Noah zastanawiali  się, jakie  będą kolejne słowa, lecz 

Annę milczała.

- Dlaczego przyjechałaś? - spytała w końcu Allie. Matka uniosła brwi.
- Sądziłam, że to ja zadam to pytanie. Allie pobladła.
-  Przyjechałam,  bo  musiałam  -  wyjaśniła  matka  -  co,  nie  wątpię,  było  również 

powodem, dla którego ty się tu zjawiłaś. Mam rację?

Allie skinęła głową.
- Ostatnie parę dni przyniosło ci mnóstwo niespodzianek - zwróciła się Annę do Noaha.
- Tak - odparł po prostu. Uśmiechnęła się do niego.
Wiem,  ze  możesz  mi  nie  uwierzyć,  ale  zawsze  cię  lubiłam  Noahu.  Tyle  że  nie 

uważałam  cię  za  odpowiedniego  chłopca  dla  mojej  córki.  Czy  potrafisz  to  zrozumieć? 
Pokręcił głową.

- Nie, nie potrafię - powiedział  z powagą. - Nie  postąpiliście państwo uczciwie  wobec 

mnie ani wobec Allie. W przeciwnym razie by jej tu dziś nie było.

Przyglądała  mu  się  uważnie,  ale  milczała.  Wyczuwając  nadchodzącą  burzę,  Allie 

szybko się wtrąciła:

- Co miałaś na myśli, mówiąc, że musiałaś przyjechać? Nie ufasz mi?
Annę z powrotem skoncentrowała uwagę na córce.
- To nie ma nic wspólnego z zaufaniem. Chodzi o Lona. Wczoraj wieczorem zadzwonił 

do mnie, wypytując o Noaha, i w tej chwili jest w drodze do New Bern. Odniosłam wrażenie, 
że to nim ogromnie wstrząsnęło. Pomyślałam, że będziesz chciała wiedzieć.

Allie gwałtownie zaczerpnęła powietrza.
- Jest w drodze?
- W  tej  właśnie  chwili. Udało  mu się  przełożyć  rozprawę na  przyszły  tydzień.  Nawet 

jeśli nie dotarł jeszcze do New Bern, to jest już blisko.

background image

- Co mu powiedziałaś?
- Niewiele. Ale on i tak wiedział. Wszystkiego się domyślił. Przypomniał sobie, że kie-

dyś wspominałam coś o Noahu.

Allie głośno przełknęła ślinę.
- Powiedziałaś mu, że tu jestem?
- Nie. I nie powiem. To sprawa między tobą a  nim. Ale o ile  go znam, to znajdzie cię, 

jeśli tu zostaniesz. Wystarczy parę telefonów do odpowiednich ludzi. Jak widzisz, ja cię zna-
lazłam.

Allie, choć wyraźnie wstrząśnięta, uśmiechnęła się do matki.
- Dziękuję - powiedziała. Pani Nelson ujęła ją za rękę.
-  Wiem,  że  nie  we  wszystkim  się  rozumiałyśmy,  Allie,  i  w  wielu  sprawach  się  nie 

zgadzałyśmy.   Nie jestem  doskonała, ale starałam  się wychować cię najlepiej,  jak umiałam. 
Jestem twoją matką i zawsze nią zostanę. Co oznacza, że zawsze będę cię kochać. Allie milc-
zała przez jakiś czas.

- Co powinnam zrobić? - spytała wreszcie.
- Nie wiem, Allie. Decyzja należy do ciebie. Ale na twoim miejscu przemyślałabym to 

sobie. Zastanów się, czego naprawdę chcesz.

Allie odwróciła wzrok, w jej oczach błysnęły łzy. Po chwili jedna spłynęła po policzku.
- Sama nie wiem...
Ucichła, matka ścisnęła ją za rękę. Annę popatrzyła na Noaha, który siedział ze spuszc-

zoną  głową,  przysłuchując  się  uważnie.  Jakby wyczuwając  jej  spojrzenie,  podniósł  wzrok, 
skinął głową i wyszedł.

Gdy już zniknął, Annę szepnęła:
- Kochasz go?
- Tak, kocham - odparła cicho Allie. - Bardzo.
- Kochasz Lona?
- Tak, kocham. Jego też kocham. Ale w inny  sposób. Z nim nie czuję się tak jak z Noa-

hem.

- Nigdy  już z nikim nie będziesz się czuła tak jak z Noahem - powiedziała matka, wy-

puszczając dłoń Allie.  -  Nie mogę podjąć  za  ciebie  tej  decyzji,  córeczko. Chcę  jednak,  byś 
wiedziała, że cię kocham. I że zawsze będę cię kochać. Wiem, że to nic nie pomoże, ale tylko 
tyle mogę ci dać.

Sięgnęła do kieszeni  i  wyjęła  paczkę listów związanych tasiemką.  Koperty były stare, 

pożółkłe.

-  To  są  listy,  które  napisał  do  ciebie  Noah.  Nie  wyrzuciłam  ich  ani  nie  otwierałam. 

Wiem, że nie powinnam była ich ukrywać  i przepraszam cię za  to. Starałam się  cię  osłonić. 
Nie zdawałam sobie sprawy...

Allie wzięła listy i wstrząśnięta przeciągnęła ręką po paczuszce.
-  Muszę  już  wracać,  Allie.  Powinnaś  podjąć  ważną  decyzję,  a  nie  masz  zbyt  wiele 

czasu. Chcesz, żebym została w mieście?

- Nie. - Potrząsnęła głową. - Nie, to wyłącznie moja sprawa.
Annę przez moment przypatrywała  się córce w zadumie. W końcu wstała, obeszła sto-

lik, pochyliła się  i pocałowała  ją w policzek. Widziała pytanie malujące  się  w oczach Allie, 
gdy ta wstała, żeby ją objąć.

- Co zrobisz? - spytała Annę, odsuwając się. Zapadło długie milczenie.
- Sama nie wiem - odparła wreszcie córka.

background image

Stały jeszcze przez dłuższy czas, ściskając się bez słowa.
- Dzięki, że przyjechałaś. Kocham cię.
- Ja też cię kocham.
Matka skierowała się do wyjścia. Allie wydawało się, że słyszy jej szept:
- Pójdź za głosem serca.
Ale nie była tego pewna.

NA ROZSTAJU DRÓG

Noah otworzył drzwi przed Annę Nelson. Zatrzymała się w progu.
- Do widzenia, Noahu - pożegnała go cicho.
Bez słowa skinął głową. Wszystko zostało już powiedziane; oboje zdawali sobie z tego 

sprawę. Odwróciła się i wyszła. Noah patrzył, jak idzie, wsiada do samochodu i odjeżdża, ani 
razu nie oglądając się za siebie.

To silna kobieta - pomyślał i zrozumiał, po kim jej córka odziedziczyła pewność siebie.
W  milczeniu zajrzał  do salonu  i  zobaczył,  że Allie  siedzi  ze  spuszczoną  głową, więc 

wrócił na ganek. Wyczuł, że chce teraz zostać sama. Siedział w bujaku i obserwował płynącą 
wodę.

Wydawało mu się, że minęła cała wieczność, nim dobiegł go skrzyp uchylanych drzwi. 

Nie obejrzał  się  na  wchodzącą Allie  - nie  wiedział czemu, ale  nie mógł się do tego zmusić - 
usłyszał tylko, jak siada obok niego w fotelu.

- Przepraszam - odezwała się. - Nawet mi przez myśl nie przeszło, że coś takiego może 

się stać.

Noah potrząsnął głową.
- Nie masz za co przepraszać. Oboje zdawaliśmy  sobie sprawę, że tak czy  inaczej musi 

dojść do jakiejś konfrontacji.

- Ale boli tak samo.
- Wiem. - Wreszcie  popatrzył na nią i wziął ją za  rękę. - Czy  mogę w jakiś sposób ci 

pomóc?

Pokręciła głową.
- Nie. Nie,  sama  muszę  się  ze  wszystkim  uporać.  Poza  tym  jeszcze  nie  wiem,  co mu 

powiem.  -  Spuściła  wzrok,  mówiła  ciszej,  jakby  rozmawiała  z samą  sobą.  -  Myślę,  że  to 
zależy  od niego i od tego, ile wie. Jeśli mama się nie myliła, Lon może żywić pewne podejr-
zenia, lecz nie ma pewności.

Noah poczuł,  jak ściska  mu  się  żołądek.  Kiedy się  odezwał, mówił  spokojnie,  jednak 

Allie słyszała ból w jego głosie.

- Nie powiesz mu o nas, prawda?
- Nie wiem. Sama nie wiem. Kiedy siedziałam w salonie, bez przerwy zadawałam sobie 

pytanie,  czego  naprawdę  chcę.  - Ścisnęła  jego dłoń.  -  I wiesz, jak brzmiała odpowiedź?  Że 
chcę dwóch rzeczy. Przede wszystkim chcę ciebie. Nas. Kocham cię, zawsze kochałam.

Głęboko zaczerpnęła tchu, nim podjęła:
- Ale  chcę  także  szczęśliwego zakończenia,  tak  by nikomu nie sprawić  bólu. A zdaję 

sobie  sprawę,  że  gdybym  została,  przysporzyłabym  innym  cierpienia.  Zwłaszcza  Łonowi. 
Nie kłamałam, kiedy mówiłam, że go kocham. Nie czuję  do niego tego, co czuję  do  ciebie, 
lecz jest mi bliski i postąpiłabym wobec niego nieuczciwie. Pozostaje jeszcze moja rodzina i 
przyjaciele. Ich też by  to zabolało. Zawiodłabym wszystkich, których znam... Nie wiem, czy 
mogę się na to zdobyć.

background image

- Nie możesz poświęcić swego życia dla innych. Musisz robić to, co jest dobre dla cie-

bie, nawet jeśli w ten sposób zranisz część bliskich ci osób.

- Wiem, ale  niezależnie  od tego, jaką decyzję  podejmę, będę  musiała ponieść  jej  kon-

sekwencje.  Na  zawsze.  Muszę  się  zdobyć  na  to,  by  pójść  przed  siebie  i  nie  oglądać  się 
wstecz. Czy potrafisz to zrozumieć?

Potrząsnął głową, próbując zapanować nad głosem.
- Chyba nie. Zwłaszcza jeśli to oznacza, że miałbym cię utracić. Drugi raz tego nie wy-

trzymam.

Nie odpowiedziała, tylko spuściła głowę.
- Czy naprawdę potrafiłabyś mnie zostawić i nie oglądać się wstecz?
Przygryzła wargę. Głos jej się łamał.
- Nie wiem. Chyba nie.
- Czy to byłoby uczciwe wobec Lona?
Nie  od razu  odpowiedziała. Wstała,  otarła  łzy  i  przeszła  przez ganek. Opierając  się  o 

kolumnę, splotła ramiona i zapatrzyła się w wodę.

- Nie - odrzekła cicho.
- To nie musi  być  tak, Allie - tłumaczył. - Jesteśmy już dorośli, mamy możliwość wy-

boru, której  nam brakowało przed laty. Jesteśmy sobie  przeznaczeni. Od zawsze. - Podszedł 
do niej i otoczył ją ramieniem. - Nie chcę spędzić reszty  życia, wyobrażając sobie, jak ono by 
wyglądało, gdybyśmy byli razem. Zostań ze mną, Allie.

Łzy napłynęły jej do oczu.
- Nie wiem, czy mogę - wyszeptała w końcu.
- Możesz. Allie... Nie potrafiłbym żyć szczęśliwie ze świadomością, że jesteś z innym. 

To  by zabiło część  mnie. Uczucie, które nas połączyło,  jest wyjątkowe. I  zbyt piękne, by ot 
tak je odrzucić.

Milczała. Po  chwili  delikatnie  odwrócił ją  do  siebie, wziął  za  ręce  i wpatrywał się  w 

nią, zmuszając, by na niego spojrzała. Wreszcie podniosła ku niemu wilgotne oczy. Długo tak 
stali, w końcu Noah palcami starł jej z policzków łzy. Patrzył na nią z czułością. Gardło mu 
się ścisnęło, gdy wyczytał odpowiedź w jej wzroku.

- Nie zostaniesz, prawda? – Uśmiechnął się blado. - Chcesz, ale nie możesz.
- Och, Noahu... - zaczęła. Łzy spływały jedna za drugą.
- Proszę, spróbuj zrozumieć.
Pokręcił głową, przerywając jej.
-  Wiem,  co  pragniesz mi  powiedzieć,  czytam  to  w twoich oczach.  Ale  nie  chcę  tego 

zrozumieć, Allie. Nie  chcę,  by nasza  miłość  skończyła  się w ten sposób.  Żeby w ogóle  się 
skończyła. A przecież oboje zdajemy sobie sprawę, że jeśli odjedziesz, już nigdy się nie spot-
kamy.

Wtuliła się w niego i na dobre się rozpłakała. Noah też czuł napływające łzy. Otoczył ją 

ramionami.

- Allie, nie mogę cię zmusić, byś ze mną została. Lecz niezależnie od tego, jak się ułoży 

moje życie, nigdy nie zapomnę tego naszego krótkiego spotkania. Marzyłem o nim od lat.

Pocałował ją  delikatnie i objęli się  tak samo jak dwa dni temu, kiedy po raz pierwszy 

wysiadła z samochodu. W końcu Allie uwolniła się z uścisku i otarła łzy.

- Muszę zabrać rzeczy.
Nie wszedł z nią do środka, tylko jak ogłuszony  siadł  w fotelu. Patrzył, jak Allie znika 

w domu, słuchał echa jej kroków, rozpływającego się w nicość. Po paru minutach wynurzyła 

background image

się  z ciemnego  wnętrza  pokoju  i  podeszła  do niego  ze  spuszczoną  głową.  Dała  mu  szkic, 
który narysowała dzień wcześniej. Biorąc go, Noah zauważył, że ona nadal płacze.

- Proszę, narysowałam to dla ciebie.
Wziął kartkę i rozwinął ostrożnie, uważając, by jej nie rozedrzeć.
Zobaczył na niej dwa  rysunki zachodzące na siebie. Zajmujący większość  strony szkic 

w tle  przedstawiał jego, tak  jak wyglądał dziś, nie przed  czternastu laty. Noah zauważył,  że 
odtworzyła  każdy  najmniejszy  szczegół  jego  twarzy,  nawet  bliznę.  Można  było  odnieść 
wrażenie, ze wzorowała się na fotografii.

Drugi  rysunek  przedstawiał  fronton  domu.  Tu  także  Allie  z  niewiarygodną  dokład-

nością  oddała  każdy, najdrobniejszy  szczegół, tak jakby szkicowała  budynek, siedząc  przed 
nim na ławce w cieniu dębu.

- Jakie piękne, Allie. Dziękuję. - Zmusił się do uśmiechu. - Mówiłem ci, że masz talent.
Skinęła głową, nie podnosząc wzroku. Mocniej zacisnęła usta. Musiała już ruszać.
Wolno poszli do samochodu, nie zamieniając w drodze ani słowa. Na pożegnanie Noah 

znowu ją objął i tulił do siebie, póki nie poczuł łez wzbierających pod powiekami. Ucałował 
ją w usta i policzki, potem palcem delikatnie musnął pocałowane miejsca.

- Kocham cię, Allie.
- Ja ciebie też.
Otworzył  drzwiczki wozu,  pocałowali  się po  raz ostatni. Potem  Allie  wsunęła  się  za 

kierownicę, ani na chwilę nie  odrywając wzroku od ukochanego. Listy  i  portfel  położyła  na 
siedzeniu  obok,  chwilę  szukała  kluczyków,  w  końcu  przekręciła  je  w  stacyjce.  Samochód 
natychmiast zapalił, silnik warczał niecierpliwie. Najwyższa pora jechać.

Noah  zatrzasnął  drzwiczki,  Allie  opuściła  szybę.  Widziała  jego  bicepsy,  pogodny 

uśmiech,  opaloną  twarz.  Wyciągnęła  rękę  i  Noah  ujął  ją  na  moment,  palcami  muskając 
gładką skórę.

-  Zostań  ze  mną  -  powiedział  bezgłośnie  i  Allie  nie  potrafiła  wytłumaczyć,  dlaczego 

właśnie to tak bardzo ją zabolało.

Łzy  płynęły jedna za drugą, ale nie  była w stanie dobyć głosu. Wreszcie z ociąganiem 

odwróciła wzrok i cofnęła rękę. Wrzuciła bieg  i odrobinę zwolniła pedał sprzęgła. Jeśli teraz 
nie odjedzie, nigdy już się na to nie zdobędzie. Noah odsunął się o krok.

Był jak w transie, powoli docierała do niego brutalna rzeczywistość. Patrzył, jak samo-

chód  wolno  rusza;  słyszał  chrzęst  żwiru pod  kołami.  Wóz zawrócił  i  coraz bardziej  się  od 
niego  oddalał,  zabierając  Allie  do  miasta.  Odjeżdża!  Allie  odjeżdża!  Świat  zawirował  mu 
przed oczami.

Samochód rusza... mija go...
Ostatni  raz pomachała  mu  na  pożegnanie, bez uśmiechu, potem  zaczęła  przyspieszać, 

więc też pomachał słabo.

Nie odjeżdżaj! - chciał krzyknąć za oddalającym się wozem.
Ale  milczał,  a  po  chwili  wszystko  zniknęło  i  jedynym  świadectwem  obecności  Allie 

pozostały ślady opon na ziemi.

Noah długo stał  bez ruchu. Zniknęła równie szybko, jak się pojawiła. Tym razem jed-

nak na zawsze. Na zawsze.

Przymknął  oczy  i  znowu  zobaczył  oddalający  się  samochód.  Ukochana  odjeżdżała, 

zabierając ze sobą jego serce.

Uświadomił  sobie  z bólem, że  Allie,  podobnie  jak  jej matka, nigdy nie  ogląda się  za 

siebie.

background image

List z przeszłości

Trudno prowadzić samochód, gdy  ma się  oczy pełne łez, lecz jechała,  licząc  na  to, że 

instynkt doprowadzi  ją  z powrotem  do gospody.  Szybę  zostawiła  opuszczoną,  w nadziei  że 
świeże powietrze pomoże jej oczyścić umysł, ale nic to nie dało.

Była  zmęczona,  zastanawiała  się,  czy  starczy jej  sił  na  rozmowę  z  Łonem.  I  co  mu 

powie?  Wciąż jeszcze  nie  miała pojęcia;  pozostawała nadzieja,  że we  właściwej  chwili  coś 
przyjdzie jej na myśl.

Musi przyjść.
Kiedy  dotarła  na  most  zwodzony  prowadzący  do  głównej  ulicy,  już  się  trochę 

pozbierała. Nie do końca, ale na tyle, by móc rozmawiać z Łonem. Tak przynajmniej sądziła.

Ruch  był  niewielki,  tak  że  jadąc  przez New Bern,  mogła  obserwować  nieznajomych 

zajętych  swoimi  sprawami.  Na  stacji  benzynowej  mechanik  zaglądał  pod  maskę  nowego 
auta, obok stał mężczyzna, najprawdopodobniej właściciel wozu. Przed domem  towarowym 
dwie kobiety  popychały wózki, gawędząc i oglądając wystawy. Obok jubilera żwawym krok-
iem przechodził dobrze ubrany mężczyzna z aktówką.

Kolejny   zakręt  i  przed  sklepem  spożywczym  zobaczyła  młodego  chłopaka,  który 

rozładowywał  ciężarówkę  blokującą  połowę  ulicy.  Coś  w  jego  ruchach,  a  może  postawie, 
przypominało jej Noaha, kiedy stał na pomoście i wyciągał klatki z rakami.

Zatrzymawszy  się na czerwonym świetle, Allie ujrzała przed sobą gospodę. Kiedy  świ-

atło zmieniło  się  na  zielone,  głęboko zaczerpnęła powietrza  i ruszyła  wolno w stronę  park-
ingu  dla  gości  hotelu i  pracowników  pobliskich  instytucji.  Na  pierwszym  stanowisku  zau-
ważyła samochód Lona. Choć  miejsce  obok było  wolne, minęła  je  i  wybrała  inne,  bardziej 
oddalone od wjazdu.

Przekręciła kluczyk w stacyjce, silnik zgasł. Wtedy  sięgnęła do schowka na rękawiczki 

po  szczotkę  i  lusterko.  Obie  rzeczy leżały na  mapie  Północnej  Karoliny.  Przejrzawszy się, 
stwierdziła,  że  oczy  nadal  ma  czerwone  i  zapuchnięte.  Podobnie  jak  wczoraj  po  burzy, 
żałowała, że  nie  wzięła kosmetyków, choć  wątpiła, by cokolwiek  teraz zdziałały. Zaczesała 
włosy na jedną stronę, potem ułożyła je tak, by spadały na ramiona, w końcu dała spokój.

Sięgnęła  po  torebkę,  otworzyła  ją  i  kolejny  raz  popatrzyła  na  artykuł,  który  ją  tu 

sprowadził. Tyle się od tamtej  pory  wydarzyło; nie  chciało się wierzyć, że minęły tylko trzy 
tygodnie. Nie  mieściło jej  się  w głowie, że przyjechała  tutaj  zaledwie  przedwczoraj. Wyda-
wało się, że od kolacji z Noahem upłynęły wieki.

Szpaki  ćwierkały w drzewach. Przecierało się  i  między białymi  obłoczkami  pojawiały 

się przebłyski błękitu. Słońce jeszcze było zamglone, ale zanosiło się na piękny dzień.

Właśnie taki dzień pragnęłaby spędzić z Noahem. Na myśl o nim przypomniała sobie o 

listach, które dała jej matka. Sięgnęła po nie.

Rozwiązała  tasiemkę  i  wzięła  do  ręki  pierwszy  list.  Już  zaczęła  rozdzierać  kopertę, 

kiedy  się  zatrzymała. Domyślała  się, co w nim  znajdzie. Niewątpliwie  coś naturalnego: opis 
jego zajęć, wspomnienia z wakacji,  może  jakiejś  pytania. Przecież zapewne  spodziewał  się 
odpowiedzi.  Dlatego  wyjęła  ostatni  list, z dołu  paczki.  List pożegnalny. Ten  interesował  ją 
znacznie bardziej niż pozostałe. Jak to ujął? Jak ona by to ujęła?

Koperta nie była wypchana. Jedna, góra dwie strony. Czyli napisał to krótko. Najpierw 

odwróciła list i sprawdziła nadawcę. Brakowało nazwiska, widniał tylko adres w New Jersey. 
Allie wstrzymała oddech, kiedy palcem rozdzierała kopertę.

Rozłożywszy kartkę, zobaczyła datę: marzec 1935 roku.
Po dwóch i pół roku bez odpowiedzi.

background image

Wyobraziła sobie Noaha, jak siedzi przy podniszczonym biurku i  pisze list, zdając so-

bie sprawę, że to już koniec. Na kartkach dostrzegła jakby ślady  łez. Pewnie tylko wytwór jej 
wyobraźni.

Rozłożyła  stronicę  i  zaczęła  czytać  w  delikatnych promieniach  słońca,  zaglądających 

przez samochodową szybę.

Najdroższa Allie!
Nie  wiem,  co  jeszcze  napisać  oprócz  tego,  że  ostatniej  nocy  nie  mogłem  spać,  gdyż 

wiedziałem, że między nami wszystko skończone. To dla mnie nieznane uczucie, nigdy się  nie 
spodziewałem, że coś takiego przeżyję, ale patrząc wstecz, sam widzę, że to chyba nie mogło 
się skończyć inaczej.

Jesteśmy  zupełnie  inni.  Pochodzimy  z dwóch  różnych światów, a jednak to właśnie  Ty 

nauczyłaś mnie wagi miłości. Pokazałaś mi, co to znaczy troszczyć się o kogoś, i dzięki temu 
stałem się lepszym człowiekiem. Pragnę, byś zawsze o tym pamiętała.

Nie  myślę  z  goryczą  o  tym,  co  się  wydarzyło.  Przeciwnie.  Wiem,  że  połączyło  nas 

prawdziwe uczucie, i  cieszę się, że  choć na krótko mogliśmy być razem. A jeśli w jakiejś od-
ległej przyszłości znowu się spotkamy ~ choć nasze drogi się rozeszły - uśmiechnę się do Cie-
bie  z radością  i  będę  wspominał  lato  pod  drzewami, kiedy  to uczyliśmy  się nawzajem zako-
chani  w  sobie.  I  może  przez krótką  chwilę  Ty  poczujesz to  samo  i  też uśmiechniesz się  do 
wspomnień, które na zawsze pozostaną naszą wspólną własnością.

Kocham Cię, Allie. Noah

Przeczytała  list  ponownie,  tym  razem  wolniej,  potem  jeszcze  raz  i  dopiero  wtedy 

włożyła  go  do  koperty.  Znowu  wyobraziła  sobie  Noaha  kreślącego  słowa  i  przez  moment 
zastanawiała się, czyby nie przeczytać jeszcze  któregoś z listów. Wiedziała jednak, że dłużej 
nie może zwlekać. Lon jej oczekuje.

Nogi  się  pod  nią  ugięły,  kiedy   wysiadła  z  samochodu.  Zatrzymała  się,  odetchnęła 

głęboko i ruszając  w stronę  hotelu, uświadomiła sobie,  że nadal nie  do końca  wie, co  pow-
iedzieć narzeczonemu.

Odpowiedź przyszła  dopiero  w  chwili,  gdy stanęła  w drzwiach  gospody i  zobaczyła 

tam Lona.

ZIMA WE DWOJE

Tu opowieść się  kończy, więc zamykam notes, zdejmuję  okulary i  wycieram  oczy. Są 

zmęczone i przekrwione, ale do tej pory mnie nie zawiodły. Choć wkrótce to uczynią, jestem 
tego pewny. Ani one, ani ja nie będziemy trwać wiecznie. Teraz, gdy już skończyłem, patrzę 
na nią, ale nie  odpowiada spojrzeniem, tylko wygląda przez okno na dziedziniec, gdzie  spo-
tykają się przyjaciele i rodziny.

Idę za jej wzrokiem i razem obserwujemy podwórze. Przez wszystkie te lata rytm dnia 

nie uległ zmianie. Codziennie godzinę po śniadaniu przyjeżdżają. Młodzi - sami albo z rodzi-
nami - zjawiają się, by odwiedzić tych, co tu mieszkają. Przywożą zdjęcia i upominki, a po-
tem  albo  siedzą  na  ławeczkach,  albo  spacerują  po  ocienionych  przez  drzewa  alejkach, 
mających dawać iluzję  łona natury. Niektórzy  zostają na  cały dzień, ale  większość wraca po 
kilku godzinach, a  gdy odjeżdżają, zawsze  ogarnia  mnie  smutek  na  myśl o tych, których tu 
zostawiają.  Czasem  zastanawiam  się,  co  czują  moi  przyjaciele,  odprowadzając  wzrokiem 
swoich bliskich. Wiem  jednak, że to nie moja sprawa. I nigdy o to nie pytam, nauczyłem się 
bowiem, że każdy z nas ma prawo do tajemnic.

background image

Lecz ja wkrótce zdradzę wam parę moich sekretów.
Odkładam  notatnik i  szkło  powiększające  na  stolik  obok, czując  przy tym  łamanie  w 

kościach,  które  po  raz  kolejny uświadamia  mi,  jak  jestem  zmarznięty.  Nawet  czytanie  w 
promieniach porannego słońca  nic  nie  pomaga.  Właściwie nie dziwi  mnie to,  gdyż ostatnio 
moje ciało samo sobą rządzi.

Trzeba  przyznać,  że  nie  mogę  się  zbytnio  uskarżać.  Ludzie,  którzy tu  pracują,  znają 

mnie i  moje  bolączki  i robią  co  w ich mocy, by mi  pomóc. Na  brzegu stolika  zostawili  dla 
mnie gorącą herbatę, biorę kubek w obie ręce. To prawdziwy wysiłek podnieść go do ust, ale 
robię  to, bo  potrzebuję  herbaty,  by  się  rozgrzać,  i  wysiłku, by całkiem  nie  zardzewieć.  Co 
prawda jestem już całkiem przerdzewiały, to nie ulega wątpliwości. Przerdzewiały jak samo-
chód po dwudziestu latach leżenia w moczarach.

Czytałem jej dziś rano, tak jak to robię codziennie, gdyż nie wolno mi  tego zaniedbać. 

Nikt mi tego nie nakazuje - choć w pewnym sensie można by to nazwać moim obowiązkiem 
-  lecz robię  to  z  innych,  bardziej  romantycznych  powodów.  Chciałbym  móc  dokładniej  to 
wam wyjaśnić, ale jest wcześnie, a naprawdę trudno przed lunchem rozprawiać o romantyc-
znych porywach, przynajmniej mnie. Zresztą, nie mam pojęcia, jak to wszystko się skończy, i 
szczerze mówiąc, nie chciałbym sobie robić złudnych nadziei.

Spędzamy  wspólnie  całe  dnie,  ale  noce  już  oddzielnie.  Lekarze  powiadają,  że  nie 

wolno mi  u niej bywać  po zmierzchu. Doskonale rozumiem ich argumenty i  zgadzam się  z 
nimi,  mimo to  czasem  łamię  ten zakaz. Późną  nocą, jeśli  jestem  w odpowiednim  nastroju, 
wymykam  się  ze swego pokoju  i idę  do niej, żeby patrzeć, jak  śpi. Ona  nic  o tym  nie  wie. 
Zaglądam  do  środka,  widzę,  jak  oddycha,  i  myślę,  że  gdyby nie  ona,  nigdy bym  się  nie 
ożenił. A kiedy  spojrzę  na jej twarz - twarz, którą  znam lepiej  niż własną -  wiem, że znac-
zyłem dla niej równie wiele, a może i więcej. Co dla mnie z kolei znaczy o wiele więcej, niż 
kiedykolwiek zdołałbym wytłumaczyć.

Czasem,  kiedy  tam  stoję,  myślę  o  tym,  jak  ogromne  mam  szczęście,  że  od  prawie 

czterdziestu dziewięciu lat jestem jej mężem. W przyszłym miesiącu minie właśnie rocznica. 
Przez  pierwsze  czterdzieści  pięć  lat słuchała  mego  chrapania,  ale  teraz  spędzamy  noce  w 
oddzielnych pokojach. Źle mi się bez niej śpi. Wiercę się i kręcę, tęsknię za ciepłem jej ciała i 
większość nocy  leżę z otwartymi oczami, obserwując cienie tańczące na suficie niczym suche 
rośliny szarpane przez pustynny wiatr. Jeśli szczęście mi dopisze, przesypiam dwie godziny i 
nadal się budzę przed świtem. To wszystko nie ma za grosz sensu.

Ale  już wkrótce się  skończy. Wiem o  tym. Ona  nie. Coraz krótsze  stają  się  notatki  w 

moim pamiętniku, coraz mniej  czasu  na  nie  poświęcam. Zresztą, teraz nie  mam  się  już nad 
czym rozwodzić, gdyż dni płyną tak samo. Dziś jednak chyba przepiszę wiersz, który przyn-
iosła mi jedna z pielęgniarek, bo sądziła, że mi się spodoba. Brzmi on tak:

Nigdy do tej pory mi się nie zdarzyło,
By nagle mnie słodka opętała miłość;
Twarz mej ukochanej, niczym kwiat w rozkwicie,
Zawładnęła sercem moim całkowicie 
.

Ponieważ wieczory należą do nas, poproszono mnie, bym odwiedzał innych. Zwykle to 

robię, bo  dobrze  czytam  i  się  przydaję,  tak  przynajmniej mi mówiono. Chodzę  po  korytar-
zach  i  wybieram,  do kogo  dziś  zajrzę,  gdyż jestem  zbyt stary,  by  poddawać  się  ustalonym 
regułom, zresztą w głębi ducha zawsze wiem, kto mnie potrzebuje. To moi przyjaciele, a gdy 

background image

otwieram ich drzwi, widzę pokoje dokładnie takie same jak mój: zawsze tonące w półmroku, 
rozświetlone jedynie blaskiem „koła fortuny” czy zębów prezentera. Meble wszędzie są takie 
same, a telewizor dudni na cały regulator, bo wszyscy kiepsko już słyszą.

Czy to mężczyźni, czy kobiety, wszyscy  witają mnie uśmiechem  i odzywają się  szep-

tem, gasząc odbiorniki.

- Cieszę się, że przyszedłeś - mówią, a potem pytają o żonę.
Czasem im opowiadam. Mówię  na  przykład o jej  wdzięku i słodyczy  albo opisuję, jak 

nauczyła  mnie  dostrzegać  piękno  świata.  Lub  wspominam  nasze  pierwsze  wspólne  lata, 
kiedy  do pełni  szczęścia wystarczyło  nam leżeć w swoich ramionach pod  rozgwieżdżonym 
niebem Południa. Tylko wyjątkowo szepczę o naszych wspólnych przygodach, o wystawach 
w  Nowym  Jorku  i  Paryżu,  rzadko  pojawiających  się  recenzjach,  pisanych  w  językach, 
których  nie  znam.  Najczęściej  jednak  uśmiecham  się  i  mówię,  że  czuje  się  tak  samo  jak 
zwykle. Wtedy się  odwracają. Wiem, że  nie chcą, bym  widział ich twarze. Za bardzo im  to 
przypomina o własnej śmiertelności. Dlatego siedzę z nimi i czytam, by uciszyć ich lęki.

Bądź spokojna, bądź sobą, gdy jestem przy tobie
Prędzej słońce ci zgaśnie, niźli ja to zrobię.
Prędzej woda przed tobą toń świetlistą schowa,
Liście szelest uciszą, niźli moje słowa,
Którymi cię obdarzam, stracą wdzięk i powab .
I czytam, by pokazać im, kim jestem.
W wizji mej wędruję przez całą noc,
Krocząc lekkimi stopami, szybko i bezgłośnie idąc i zatrzymując się.
Pochylając się z rozwartymi oczami nad zamkniętymi oczami uśpionych,
Wędrujący i zagubiony, obcy samemu sobie, nieprzystosowany, sprzeczny -
Przystaję nagle, wpatruję się, pochylam, przez chwilę trwam bez ruchu 
.

Moja  żona,  gdyby tylko  mogła,  towarzyszyłaby mi  w wieczornych  spacerach,  poezja 

bowiem  była  jedną  z jej  miłości.  Thomas, Whitman,  Eliot, Szekspir  i  król  Dawid  z Księgi 
Psalmów. Miłośnicy słów, twórcy języka. Kiedy oglądam się wstecz, samego mnie zaskakuje 
ta  namiętność  do poezji,  a teraz czasem nawet jej żałuję. Poezja  wnosi ogromne piękno do 
życia, ale także i wielki smutek. Wątpię, czy  to uczciwa wymiana dla kogoś w moim wieku. 
Człowiek powinien się rozkoszować innymi rzeczami, dopóki może; ostatnie lata życia pow-
inien spędzać na słońcu. Ja swoje ostatnie lata spędzę przy lampce do czytania.

Człapię  w jej stronę  i opadam  na krzesło przy łóżku.  Plecy mnie  bolą,  kiedy siadam. 

Muszę sobie sprawić nowe poduszki do tego krzesła - przypominam sobie po raz setny. Wy-
ciągam  do  niej  rękę,  ujmuję  tę  kruchą,  kościstą  dłoń.  Miły  jest  jej  dotyk.  Odpowiada 
ściśnięciem, po jakimś czasie kciukiem  zaczyna lekko gładzić mój  palec. Nie odzywam  się, 
dopóki  ona  pierwsza  nie przemówi;  tego już zdążyłem  się nauczyć.  Najczęściej  siedzę  przy 
niej w milczeniu aż do zachodu słońca i w takie dni niczego się o niej nie dowiaduję.

Upływają długie minuty, zanim  wreszcie się do mnie odwróci. Płacze. Uśmiecham się, 

wypuszczam jej  dłoń i sięgam  do kieszeni. Wyjmuję chusteczkę i ocieram jej  łzy. Przygląda 
mi się. Zastanawiam się, o czym myśli.

- To była piękna opowieść.

background image

Zaczyna  padać deszczyk. Delikatne  krople lekko uderzają w szyby. Ponownie  biorę ją 

za  rękę.  To  będzie  dobry  dzień,  bardzo  dobry  dzień.  Czarodziejski  dzień.  Moją  twarz 
rozjaśnia uśmiech, nie potrafię go powstrzymać.

- Tak, bardzo piękna - mówię.
- Ty ją napisałeś? - pyta.
Jej głos brzmi jak szept, wietrzyk poruszający liście.
- Tak - odpowiadam.
Spogląda  na  szafkę nocną. Jej  leki  czekają  w plastikowym kubeczku. Moje  też. Małe 

pigułki, barwne niczym tęcza, czekają, byśmy  o nich nie zapomnieli. Pielęgniarki  przynoszą 
moje tabletki tutaj, do jej pokoju, choć zasadniczo nie powinny tego robić.

- Słyszałam ją już kiedyś, prawda?
- Tak - potwierdzam tak samo, jak to robię w każdy  dzień podobny do tego. Nauczyłem 

się cierpliwości.

Studiuje moją twarz. Oczy ma zielone niczym fale oceanu.
- Dzięki niej mniej się boję - powiada.
- Wiem.
Kiwam lekko głową.
Odwraca się, czekam na coś więcej. Wypuszcza moją dłoń i sięga po szklankę z wodą. 

Stoi na szafce obok lekarstw. Wypija łyk.

- Czy  to prawdziwa historia?  - Prostuje  się  w łóżku  i wypija jeszcze  jeden łyk.  Ciało 

nadal ma silne. - Znałeś tych ludzi?

- Tak - powtarzam.
Mógłbym dodać  więcej, ale na tym  poprzestaję. Zachowała swoją urodę. Zadaje oczy-

wiste pytanie:

- No i? Za którego w końcu wyszła?
- Za tego, za którego powinna - odpowiadam.
- To znaczy za którego? Uśmiecham się.
- Dowiesz się - mówię cicho - po koniec dnia. Wtedy będziesz wiedziała.
Nie  pyta  dalej,  tylko  zaczyna  się  bawić  palcami.  Zastanawia  się,  jak  by  mi  zadać 

jeszcze  jedno pytanie,  ale  nie wie, jak to  zrobić. Dlatego  gra na  zwłokę  i  sięga  po jeden  z 
plastikowych kubeczków.

- Czy to moje?
- Nie, twoje są te.
Wyciągam rękę i popycham naczynko w jej stronę. Nie mogę wziąć go w palce. Bierze 

kubeczek i patrzy na tabletki. Widzę po jej minie, że nie ma pojęcia, po co to. Obiema rękami 
chwytam kubeczek i wrzucam  pastylki do gardła. Powtarza po mnie. Dziś poszło bez walki. 
Tak jest łatwiej. Podnoszę kubek w żartobliwym geście toastu i herbatą spłukuję mdły smak. 
Robi się chłodno. Połyka lekarstwa na wiarę i zapija je wodą.

Za oknem zaczyna śpiewać ptak. Oboje odwracamy głowy. Przez pewien czas siedzimy 

w milczeniu, wspólnie radując się czymś pięknym. Lecz i to się kończy. Wzdycha.

- Muszę cię jeszcze o coś spytać - odzywa się.
- Postaram się odpowiedzieć na każde twe pytanie.
- Ale to jest trudne.
Ucieka  wzrokiem,  nie  widzę  jej  oczu.  W  ten  sposób  ukrywa  myśli.  Niektóre  rzeczy 

nigdy się nie zmieniają.

- Nie spiesz się - uspokajam. Wiem, o co zapyta.

background image

Wreszcie odwraca  się  w moją stronę i patrzy mi  w oczy. Uśmiecha  się do mnie  czule, 

tak jakby się uśmiechała do dziecka, nie do kochanka.

- Nie chciałabym cię zranić, bo byłeś dla mnie taki miły, ale...
Czekam.  Jej  słowa  mnie  zabolą.  Oderwą  kawałek  mego  serca  i  pozostawią  po sobie 

bliznę.

- Kim jesteś?
Już od  trzech  lat mieszkamy  w  domu  opieki  w  Creekside. To  ona  podjęła  decyzję  o 

przeniesieniu  się  tutaj.  Znajduje  się  on  blisko  posiadłości,  w  której  spędziliśmy   nasze 
najpiękniejsze  lata,  a  poza  tym  wydawało  jej  się,  iż tak  będzie  mi  lżej.  Wynajęliśmy nasz 
dom, gdyż żadne  z nas nie mogło znieść myśli  o  jego sprzedaży, podpisaliśmy jakieś doku-
menty i w ten oto sposób otrzymaliśmy  miejsce, w którym możemy  żyć i umrzeć, zrzekłszy 
się części wolności, na którą pracowaliśmy całe życie.

Oczywiście postąpiła słusznie. Sam zupełnie nie dałbym sobie rady, gdyż oboje nas do-

padła choroba. Zbliżamy się do kresu życia i zegar tyka coraz głośniej. Zastanawiam się, czy 
tylko ja to słyszę.

Palce  przeszywa  mi  przenikliwy   ból,  który  przypomina,  że  odkąd  tu  się 

sprowadziliśmy,  ani razu nie  trzymaliśmy się  za ręce  splatając  palce. Smuci  mnie to,  ale  to 
moja wina, nie jej. To za sprawą zapalenia stawów w jego najgorszej postaci: reumatoidalnej, 
a  do  tego  zaawansowanej.  Ręce  mam  powykrzywiane,  wyglądają  groteskowo,  przez 
większość dnia  odczuwam w nich ból. Patrzę na nie i chcę, by zniknęły, by je amputowano, 
ale  wtedy  nie  mógłbym  robić  tych  drobiazgów,  które  muszę  robić.  Dlatego  wykorzystuję 
swoje łapy, jak je czasem nazywam; codziennie mimo bólu biorę żonę za rękę i staram się za 
wszelką cenę ją trzymać, tego bowiem ode mnie oczekuje.

Chociaż Biblia powiada, że człowiek może dożyć stu dwudziestu lat, nie chcę tak długo 

chodzić po świecie. Wątpię zresztą, by  moje ciało wytrzymało tyle, nawet gdyby mnie to się 
udało. Już się rozpada, umiera po kawałeczku, wnętrzności i stawy toczy rdza. Ręce mam już 
bezużyteczne,  nerki  szwankują,  a  liczba  uderzeń  serca  z  miesiąca  na  miesiąc  spada.  Co 
gorsza, znowu pojawił się rak, tym razem prostaty. To moje trzecie spotkanie z tym niewidzi-
alnym wrogiem, który  w końcu  mnie  zabierze, ale  dopiero wtedy, gdy uznam,  że  już pora. 
Lekarze martwią się o mnie, ale ja nie. Brak mi na to czasu w tym zmierzchu żywota.

Z piątki naszych dzieci czworo jeszcze żyje, a choć trudno im znaleźć czas na odwiedz-

iny, często do nas zaglądają, za co jestem wdzięczny. Ale nawet kiedy  ich tu nie ma, codzien-
nie  żyją  w  moich  myślach  -  każde  z nich  -  gdzie  ponownie  przeżywam  radości  i  smutki, 
nieodłącznie  towarzyszące  każdej  rodzinie.  Na  ścianach  mego pokoju  wisi  mnóstwo  zdjęć. 
To moje dziedzictwo, mój wkład, jaki wniosłem w ten świat. Jestem bardzo dumny. Czasem 
się zastanawiam, co moja żona myśli o naszych dzieciach albo jak jej się śnią, o ile w ogóle o 
nich myśli czy śni. Tak wiele przestałem w niej rozumieć.

Co tato by powiedział o moim życiu i jakby postąpił na moim miejscu? Nie widziałem 

go  od  pięćdziesięciu lat,  dziś stanowi  dla  mnie tylko cień.  Nie potrafię  już przywołać  jego 
twarzy,  widzę  ją  niewyraźnie,  jakbym  patrzył  pod  światło.  Nie  wiem,  czy  to  kwestia 
szwankującej  pamięci, czy po prostu upływu czasu. Zostało mi tylko  jedno jego zdjęcie, a  i 
ono jest niewyraźne. Za jakieś dziesięć lat nic po tej fotografii nie zostanie, podobnie jak i po 
mnie,  a  jego pamięć  przeminie niczym  słowa pisane na  piasku.  Gdyby nie  świadectwo  pa-
miętnika, przysiągłbym, że żyłem  o połowę krócej. Znaczne  fragmenty mego życiorysu zni-
knęły  mi z pamięci. Nawet teraz, czytając swoje notatki, często się zastanawiam, kim byłem, 

background image

gdy je pisałem, gdyż nie przypominam  sobie  tych wydarzeń. Bywa, że siedzę zdumiony, nie 
pojmując, gdzie to wszystko odeszło.

- Nazywam się - odpowiadam - Duke. Zawsze przepadałem za Johnem Wayne'em.
- Duke - szepcze cicho. - Duke.
Zamyśla się, marszczy czoło, patrzy na mnie z powagą.
- Tak - potakuję. - Jestem tu, by ci towarzyszyć.
I zawsze będę ci towarzyszył - dodaję w duchu.
Czerwieni się na te  słowa.   Oczy jej wilgotnieją, po policzkach toczą się łzy. Serce mi 

się ściska i tysięczny już chyba raz żałuję, że w niczym jej nie mogę pomóc.

-  Przepraszam  -  mówi.  -  Nie  rozumiem  nic  z tego,  co  się  teraz wokół  mnie  dzieje. 

Nawet ciebie. Kiedy cię słucham, mam wrażenie, że powinnam cię znać. A nie znam. Nawet 
nie pamiętam swego imienia.

Ociera łzy i prosi:
- Pomóż mi, Duke, pomóż mi pamiętać, kim jestem. A przynajmniej, kim byłam. Czuję 

się taka zagubiona.

Odpowiadam  z głębi  serca, ale nie podaję jej prawdziwego imienia. Tak samo, jak nie 

podałem swego. Mam po temu powody.

- Jesteś Hannah, kochającą życie  i stanowiącą  opokę dla tych, którzy cieszyli  się twą 

przyjaźnią.  Jesteś  marzeniem,  artystką,  która  poruszyła  tysiące  dusz  i  dawała  szczęście. 
Zaznałaś  pełni  życia  i  niczego  nie  chciałaś,  nie  uganiałaś  się  bowiem  za  doczesnością, 
wystarczyło  ci  sięgnąć  w głąb siebie.  Jesteś dobra  i  lojalna,  dostrzegasz piękno  tam, gdzie 
inni  go  nie  widzą.  Jesteś  nauczycielką,  która  przekazuje  cudowną  wiedzę,  marzycielką 
dążącą do lepszego świata.

Milknę na chwilę, by zaczerpnąć tchu.
- Hannah - podejmuję - nie musisz się czuć zagubiona, gdyż...

Nic naprawdę nie ginie ani się nie gubi,
Urodzenie, tożsamość, rzeczy tego świata
Ani życie, ni siła, ani nic, co widzisz...
Ciało stare, zimne, przywiędłe - popioły
niegdysiejszych płomieni...
ponownie ogniem się rozżarzy...

Chwilę  przetrawia to, co usłyszała. Patrzę w okno. Deszcz już ustał. Do  pokoju zerka 

słońce.

- Ty to napisałeś? - pyta.
- Nie, Walt Whitman.
- Kto?
- Człowiek, który kochał słowa i nadawał kształt myślom.
Nie odpowiada wprost, tylko długo, długo na mnie patrzy, aż nasze oddechy  zlewają się 

w jedno. Wdech. Wydech. Wdech. Wydech. Wdech. Wydech. Głębokie wciąganie powietrza. 
Ciekaw jestem, czy ona wie, że uważam ją za piękną.

- Zostaniesz ze mną na trochę? - pyta w końcu.
Uśmiecham  się  i potakująco kiwam  głową. Odpowiada uśmiechem. Wyciąga  do mnie 

rękę, ujmuje  moją  dłoń i przyciąga ją  do swej talii. Wpatruje się guzłowate stawy, które de-

background image

formują moje  palce, i  delikatnie je  gładzi.  Dotyk jej dłoni  nadal przypomina  muśnięcie  an-
ioła.

- Chodźmy  - odzywam się, z ogromnym wysiłkiem dźwigając się na nogi - wybierzemy 

się na spacer. Powietrze jest rześkie, pisklaki czekają. Mamy piękny dzień.

Nie odrywam od niej wzroku, kiedy wypowiadam ostatnie zdanie. Rumieni się. Znowu 

czuję się młodo.

Oczywiście  stała  się  sławna. Niektórzy określali  ją  mianem  ,,  jednej  z największych 

artystek  Południa  dwudziestego wieku”  i  byłem, jestem  z niej dumny.  Podczas gdy ja  mu-
siałem  się  zmagać  z każdym,  najprostszym  nawet  wierszem,  moja  żona  tworzyła  piękno  z 
taką samą łatwością, z jaką Bóg  tworzył ziemię. Jej  obrazy wiszą w muzeach całego świata, 
lecz ja  zachowałem  dla siebie  tylko dwa. Pierwszy, który mi  podarowała, i  ostatni. Wiszą  w 
moim pokoju i nocą się w nie wpatruję. Czasem przy tym płaczę. Nie wiem dlaczego.

I tak płynęły lata. Wiedliśmy  życie pracując, malując, wychowując dzieci, kochając się 

nawzajem. Spoglądam na  zdjęcia z kolejnych  świąt Bożego Narodzenia,  wyjazdów  rodzin-
nych,  uroczystości  szkolnych  i ślubów. Widzę moje  wnuki,  promienne twarze.  Patrzę  także 
na  nasze  wspólne  zdjęcia, we włosach coraz więcej  siwizny,  zmarszczki  na  twarzach coraz 
wyraźniejsze. Życie pozornie tak normalne, a zarazem tak niezwykłe.

Nie  mogliśmy  przewidzieć  przyszłości,  ale  któż  to  potrafi?  Nie  żyję  teraz  tak,  jak 

pragnąłem żyć. A czego oczekiwałem? Emerytury. Odwiedzin u wnucząt, może liczniejszych 
podróży. Ona zawsze przepadała za wojażami. Sądziłem, że może znajdę sobie jakieś hobby, 
coś, czym  wcześniej  się  nie zajmowałem, na przykład robienie modeli statków w butelkach. 
Małych, wymagających precyzji  - dziś nie  do pomyślenia z moimi rękami. Ale nie poddaję 
się goryczy.

Życia  nie  wolno  mierzyć  jego  ostatnimi  latami,  to  dla  mnie  nie  ulega  wątpliwości, i 

chyba  powinienem  był  się  domyślić, co nas czeka. Teraz, kiedy patrzę  wstecz, to wydaje  mi 
się  oczywiste,  lecz  początkowo  jej  roztargnienie  uważałem  za  zupełnie  normalne,  nic 
groźnego. Zapominała, gdzie położyła klucze  -  ale komu z nas to się  nie zdarzyło?  Wylaty-
wało jej z pamięci imię sąsiada, ale nie kogoś, kogo dobrze znaliśmy i z kim utrzymywaliśmy 
bliskie kontakty. Czasem na czeku pisała zły rok, a ja znowu to lekceważyłem, uznawałem za 
zwykły błąd, jaki  się popełnia, myśląc o innych sprawach.

Dopiero  kiedy  pojawiły  się  wyraźniejsze  symptomy,  zacząłem  się  obawiać 

najgorszego. Żelazko w zamrażarce, ubrania w zmywarce do naczyń, książki w piekarniku. I 
inne  rzeczy. Ale  naprawdę  przeraziłem  się  dopiero  tego  dnia,  kiedy znalazłem  ją  w  samo-
chodzie  trzy ulice  dalej,  jak siedziała  za kierownicą,  płacząc, bo nie  mogła  trafić  do  domu. 
Ona też się przeraziła, bo kiedy zastukałem w okno, odwróciła się do mnie i powiedziała:

- O Boże, co się ze mną dzieje? Proszę, pomóż mi.
Czułem,  jak  żołądek  mi  się  ściska  z  obawy,  ale  nie  odważyłem  się  myśleć  o 

najgorszym.

Sześć dni potem  lekarz rozpoczął serię badań. Nie rozumiałem ich wtedy ani nie  rozu-

miem dzisiaj, ale to pewnie dlatego, że boję się wiedzieć. Spędziła prawie godzinę u doktora 
Barnwella  i  wróciła następnego dnia. Był  to najdłuższy dzień  w moim  życiu. Przeglądałem 
gazety, których nie  czytałem,  grałem  w karty,  nie  myśląc  o  tym,  co  robię.  W  końcu  lekarz 
wezwał nas oboje do gabinetu i kazał usiąść. Trzymała mnie spokojnie pod ramię, ale ja wy-
raźnie pamiętam, że trzęsły mi się ręce.

- Bardzo mi  przykro,  że muszę to  państwu powiedzieć  - zaczął  doktor  Barnwell  -  ale 

wygląda na to, że cierpi pani na początkowe stadium choroby Alzheimera...

background image

W  głowie  poczułem  pustkę,  mogłem  myśleć  wyłącznie  o  świetle,  które  płonęło  pod 

sufitem.  Słowa  odbijały się  echem  po  mojej  czaszce:  „początkowe  stadium  choroby Alz-
heimera...”.

Świat wokół mnie zawirował, poczułem* jak zaciska rękę na moim ramieniu.
- Och, Noah... Noah... - szeptała właściwie do siebie.
A gdy zaczęła płakać, wróciło do mnie to jedno słowo:
„...Alzheimera...”.
To  bezwzględna choroba, martwa niczym  pustynia. Złodziej  serc, dusz i pamięci. Nie 

miałem pojęcia, co jej powiedzieć, kiedy szlochała w moich ramionach, więc tylko ją tuliłem 
i kołysałem jak dziecko.

Lekarz siedział z ponurą  miną. Był  dobrym  człowiekiem i  też to przeżywał. Wiekiem 

nie  dorównywał  naszemu  najmłodszemu dziecku i w jego obecności jeszcze  wyraźniej  poc-
zułem  balast  lat.  W  głowie  miałem  zamęt,  moja  miłość  drżała,  a  tymczasem  w  myślach 
dźwięczał mi jeden werset:

Człowiek zupełnie nie wie, kiedy tonie,
Która kropla wody wyznacza mu koniec... 

Mądre  słowa  poety,  a jednak nie przyniosły  mi  ulgi.  Nie  wiem, co znaczyły ani  dlac-

zego przyszły mi na myśl.

Kołysaliśmy  się  i Allie, moje marzenie,  moja  wieczna  ponadczasowa  piękność,  cicho 

mnie przepraszała. Wiedziałem, że nie mam czego wybaczać, i szeptałem jej do ucha.

- Wszystko będzie dobrze - uspokajałem, lecz w głębi duszy czułem lęk.
Byłem pusty, niczego nie mogłem jej ofiarować, pusty niczym wyrzucony dzban.
Pamiętam tylko urywki, pojedyncze fragmenty wyjaśnień doktora Barnwella.
- To choroba  polegająca  na  zwyrodnieniu  kory  mózgu, uszkadzającym  pamięć  i  oso-

bowość...  Nie  ma  lekarstwa  ani  terapii... Nie  sposób  określić,  jak  szybko będzie  się  posu-
wać...  Różnie  to  wygląda  u  poszczególnych  osób...  Żałuję,  że  nie  potrafię  więcej  pow-
iedzieć... Niektóre dni będą lepsze, inne gorsze... Z czasem będzie się pogarszać... Bardzo mi 
przykro, że to ja musiałem pani o tym powiedzieć...

Bardzo mi przykro...
Bardzo mi przykro...
Bardzo mi przykro...
Wszystkich  to  poraziło.  Dzieci  były  załamane,  przyjaciele  bali  się  o  siebie.  Nie  pa-

miętam, jak wyszliśmy z gabinetu  lekarza, nie  pamiętam drogi powrotnej do domu. Nic  nie 
pamiętam z tamtego dnia i to łączy mnie i moją żonę.

Od tamtej chwili minęły już cztery lata. W tym okresie staraliśmy się, o ile to możliwe, 

żyć  normalnie. Allie  wszystko  zorganizowała,  bo  miała  to  we  krwi.  Załatwiła  formalności 
związane  z  opuszczeniem  domu  i  przeniesieniem  się  tutaj.  Sporządziła  nowy testament  i 
zapieczętowała.  Zostawiła szczegółowe  instrukcje  dotyczące  pogrzebu  - leżą  teraz w moim 
biurku, w najniższej szufladzie. Nie czytałem ich. A gdy już się z tym uporała, zaczęła pisać. 
Listy   do  przyjaciół  i  dzieci.  Listy  do  braci,  sióstr  i  krewniaków.  Listy   do  siostrzeńców, 
bratanków i sąsiadów. Oraz list do mnie.

Czasem, gdy jestem  w odpowiednim  nastroju, czytam  go i  wtedy mi  się  przypomina, 

jak w chłodne  zimowe  wieczory Allie  siedziała  przy kominku,  w którym  huczał  ogień,  i  z 
kieliszkiem wina pod ręką czytała listy, które do niej napisałem. Zachowała te listy, a teraz ja 

background image

je  trzymam, gdyż kazała mi  to obiecać.  Powiedziała, że  będę wiedział, co z nimi robić. Nie 
myliła się; okazało się, że z przyjemnością czytam ich fragmenty, tak samo jak ona to kiedyś 
robiła.  Intrygują  mnie  te listy,  bo kiedy je  przeglądam,  przekonuję  się, że  namiętność i  ro-
mantyczne porywy są możliwe w każdym  wieku. Patrząc teraz na Allie, wiem, że nigdy  nie 
kochałem jej goręcej, lecz kiedy czytam listy, uświadamiam sobie, że zawsze czułem do niej 
to samo.

Ostatnio zaglądałem do nich trzy dni  temu, w nocy, kiedy już dawno powinienem był 

spać.  Dochodziła  druga,  kiedy   podszedłem  do  biurka,  wyjąłem  grubą,  długą  paczkę 
podniszczonych kopert. Rozwiązałem tasiemkę - nawet ona liczy już sobie prawie pół wieku 
- i wyjąłem listy, które przed wielu laty  matka ukrywała przed Allie, a także te pisane później. 
Całe życie zamknięte w listach - w listach, w których wyznaję miłość, pisanych z głębi serca. 
Przerzucałem  je  z  uśmiechem,  wybierając  to  ten,  to  inny,  aż  w  końcu  rozłożyłem  kartkę, 
którą napisałem w pierwszą rocznicę naszego ślubu.

Przeczytałem fragment:

Kiedy  spoglądam  teraz  na  Ciebie,  jak  poruszasz  się  wolno,  nosząc  w  sobie  nowe, 

rosnące  życie, mam nadzieję,  że  wiesz,  jak wiele  dla mnie  znaczysz i  jak szczególny  był  dla 
mnie ten rok. Nie ma człowieka szczęśliwszego nade mnie i kocham Cię z całego serca.

Odkładam  kartkę, szukam  wśród  kopert i  wyjmuję  kolejny  list,  tym  razem  pisany w 

chłodny wieczór trzydzieści dziewięć lat temu.

Siedząc przy Tobie w czasie jasełek, kiedy nasza najmłodsza fałszowała, aż uszy puchły, 

zerknąłem  na  Ciebie  i  zobaczyłem  na  Twojej  twarzy  dumę,  która  rodzi  się  tylko  u  ludzi, 
umiejących  przeżywać  wszystko  sercem  i  uświadomiłem  sobie,  że  nie  ma  na  ziemi 
szczęśliwszego mężczyzny ode mnie.

A kiedy umarł nasz synek, ten, który tak bardzo przypominał matkę... Były to najtrud-

niejsze dni w naszym małżeństwie i te słowa nadal brzmią prawdziwie:

W chwilach bólu  i cierpienia, będę Cię tulił  i  kołysał, zabiorę Twą  mękę  i  uczynię ją 

swoją.  Kiedy  płaczesz, i  ja  płaczę,  a gdy  Ty  cierpisz, ja też cierpię.  I wspólnie  spróbujemy 
powstrzymać potoki łez i zwątpienie, by dalej brnąć po wyboistych ścieżkach życia.

Zatrzymuję  się na  chwilę, wspominam  naszego chłopca.  Miał  wtedy cztery latka, był 

jeszcze  dzieckiem. Ja żyję już dwadzieścia razy dłużej niż on, ale gdybym mógł, oddałbym 
to, byleby on żył. To straszne: pochować własne dziecko, nikomu nie życzę takiej tragedii.

Z trudem powstrzymuję łzy, przerzucam listy i wybieram  następny, z dwudziestej  roc-

znicy naszego ślubu - o tym znacznie łatwiej myśleć.

Kiedy  patrzę  na  Ciebie,  najmilsza,  rano,  nim  weźmiesz  prysznic,  albo  w  pracowni, 

gdzie  uwijasz się  umazana  farbą,  z  brudnymi  włosami  i  zmęczonymi  oczami,  wiem  z  całą 
pewnością, że jesteś najpiękniejszą kobietą na świecie.

I tak następowały po sobie te listy, korespondencja życia  i miłości. Czytałem  kolejne, 

niektóre  bolesne,  najczęściej  jednak podnoszące  na duchu. O trzeciej  byłem  już zmęczony, 

background image

ale  dotarłem  do  końca.  Został  tylko  jeden,  z  samego  dna,  ostatni,  jaki  do  niej  napisałem. 
Wtedy już wiedziałem, że muszę jakoś wytrzymać.

Podważyłem  kopertę  i  wyjąłem  obie  kartki.  Drugą  odłożyłem  na  bok,  pierwszą 

przysunąłem do światła i zacząłem czytać.

Najdroższa Allie!
Na ganku panuje cisza, którą mącą jedynie odgłosy dochodzące z mroku, a mnie po raz 

pierwszy brak słów. Dziwne to dla mnie doświadczenie, bo kiedy myślę o Tobie  i  życiu, jakie 
dzieliliśmy, wiele nasuwa mi się wspomnień. Życie pełne wspomnień. Lecz ubrać to w słowa? 
Nie  wiem, czy potrafię. Nie  jestem poetą, a jednak tylko wiersz zdołałby  w pełni  wyrazić  to, 
co czuję do Ciebie.

Dlatego  błądzę  myślami  i  przypominam  sobie,  jak dziś  rano,  szykując  kawę,  rozpa-

miętywałem nasze wspólne życie. Była tam Kate, a także Jane, obie ucichły, gdy wszedłem do 
kuchni. Zauważyłem, że płakały, i bez słowa usiadłem między  nimi  przy  stole, ujmując  je  za 
ręce. I wiesz, co zobaczyłem, kiedy  na nie spojrzałem? Ciebie sprzed wielu lat, z tego dnia, 
gdy  się  żegnaliśmy.  Przypominają  Ciebie,  tamtą  dziewczynę,  piękną,  wrażliwą,  głęboko 
zranioną,  cierpiącą  tak,  jak  się  cierpi  tylko  wtedy,  gdy  zabierze  się  człowiekowi  coś 
wyjątkowego. I z powodów dla mnie samego nie do końca zrozumiałych postanowiłem coś im 
opowiedzieć.

Zawołałem do kuchni Jeffa i Davida, którzy też byli w domu, a gdy już cała czwórka się 

zebrała,  opowiedziałem  im  o  nas  i  o  tym,  jak dawno  temu  do  mnie  wróciłaś.  Mówiłem  o 
naszym spacerze,  o kolacji  z raków,  a oni z uśmiechami  na  twarzach słuchali  wspomnień o 
wyprawie łódką i o tym, jak siedzieliśmy przy kominku, podczas gdy na dworze szalała burza. 
I  o  tym,  jak następnego  dnia Twoja  matka ostrzegła  nas,  że  Lon przyjeżdża - wydawali  się 
równie  zaskoczeni  jak my.  Tak,  opowiedziałem  im  nawet  o  tym,  co  się  wydarzyło  później, 
kiedy wróciłaś do miasta.

Tej części historii nigdy nie zapomnę, nawet po tylu latach. Chociaż mnie tam nie było, 

a opisałaś mi to tylko raz, pamiętam, jak zdumiała mnie siła, którą wykazałaś tamtego dnia. 
Do tej pory nie umiem sobie wyobrazić, co się w Tobie kłębiło, gdy weszłaś do hotelu i zobac-
zyłaś Lona, ani jak się musiałaś czuć, rozmawiając z nim. Mówiłaś, że wy szliście z gospody i 
usiedliście  na  ławce  przed  starym kościołem metodystów,  a  on  trzymał  Cię  za  ręce,  nawet 
wtedy, gdy tłumaczyłaś, że musisz zostać.

Wiem, że był Ci drogi. A jego reakcja świadczy o tym, że on też Cię kochał. Nie, nie po-

trafił  zrozumieć,  że  Cię  traci,  ale  czy  można  mu  się  dziwić?  Nawet  kiedy  tłumaczyłaś,  że 
zawsze  mnie kochałaś i  że nie chcesz postąpić  wobec  niego nieuczciwie, nie wypuścił  Twej 
ręki.  Wiem,  że  cierpiał  i  był  rozgniewany.  Przez  godzinę  próbował  zmienić  Twoją  decyzję, 
kiedy  jednak  nie  ustępowałaś  i  powtórzyłaś:  „Nie  mogę  z  tobą  wrócić.  Bardzo  cię  prze-
praszam”, zrozumiał, że nic nie wskóra. Powiedziałaś, że tylko skinął głową, a potem bardzo 
długo siedzieliście bez słowa. Zawsze się zastanawiałem, co wtedy myślał, i jestem pewien, że 
czuł  się  dokładnie  tak  samo,  jak  ja  zaledwie  parę  godzin  wcześniej.  A  gdy  wreszcie  od-
prowadził  Cię  do  samochodu,  powiedział,  że  jestem prawdziwym  szczęściarzem.  Zachował 
się jak dżentelmen i wtedy zrozumiałem, dlaczego tak trudno Ci było podjąć decyzję.

Kiedy skończyłem mówić, w kuchni zapadła cisza, wreszcie wstała Kate. Objęła mnie i 

ze  łzami  w  oczach powiedziała:  „Och,  tatusiu”,  a choć  spodziewałem się  pytań,  żadne  nie 
padło. Podarowali mi za to coś zupełnie wyjątkowego.

background image

W ciągu najbliższych godzin dali mi do zrozumienia, ile oboje dla nich znaczyliśmy, gdy 

dorastali.  Jedno  po  drugim  opowiadali  historie,  o  których  dawno  już  zapomniałem.  A  na 
końcu płakałem, gdyż uświadomiłem sobie, jak doskonale sobie poradziliśmy z ich wychowy-
waniem.  Byłem  z  nich  taki  dumny,  dumny  z  Ciebie  i  szczęśliwy,  że  udało  nam  się  wieść 
właśnie  takie życie. I nic  nigdy nam tego  nie odbierze. Nic. Żałuję  tylko, że  nie  było Cię  tu, 
byś mogła się tym ze mną radować.

Po ich wyjeździe w zadumie kołysałem się  w fotelu, wspominając nasze wspólne życie. 

W  takich  chwilach  zawsze  mi  towarzyszysz,  przynajmniej  w  sercu,  i  nie  pamiętam czasów, 
kiedy nie stanowiłaś części mnie. Nie wiem, co by się ze mną stało, gdybyś tamtego dnia nie 
przyjechała,  ale  nie  wątpię,  że  żyłbym  i  umierał  w  żalu,  którego,  dzięki  Bogu,  nigdy  nie 
zaznam.

Kocham  Cię,  Allie.  Jestem  tym,  kim  jestem,  dzięki  Tobie.  Jesteś  każdą  myślą,  każdą 

nadzieją, każdym moim marzeniem, i nieważne, co przyniesie nam przyszłość: każdy wspólnie 
spędzony dzień to najwspanialszy dzień mego życia. Zawsze będę  należał wyłącznie  do  Cie-
bie.

A Ty, ukochana, zawsze będziesz należeć do mnie.

Noah

Odkładam kartki  i  przypominam sobie, jak siedziałem  z Allie  na  naszym ganku, kiedy 

po  raz pierwszy czytała  ten  list.  Było  późne  popołudnie,  czerwona  poświata  rozlała  się  na 
letnim  niebie, dzień powoli już odchodził. Niebo stopniowo zmieniało kolor i pamiętam,  że 
patrząc  na  znikające  słońce,  pomyślałem  o  tym  króciutkim,  niemal  niedostrzegalnym  mo-
mencie, gdy dzień nagle przechodzi w noc.

Zmierzch - uświadomiłem  sobie wtedy - to tylko złudzenie, gdyż słońce jest albo nad 

horyzontem, albo za nim. A to znaczy, że dzień i noc łączy szczególna więź; nie istnieją  bez 
siebie, ale  też nie  mogą  istnieć równocześnie.  Jak by to  było -  pamiętam, że  pomyślałem  - 
być zawsze razem, a mimo to nieustannie osobno?

Patrząc  wstecz, dostrzegam  ironię  losu w tym,  że  właśnie w chwili, gdy Allie  czytała 

list,  wpadła  mi  do  głowy akurat ta  myśl. A ironia  polega  oczywiście  na  tym,  że  teraz  już 
znam odpowiedź. Wiem, co to znaczy być dniem i nocą; zawsze razem i nieustannie osobno.

Miejsce, w którym  dziś siedzimy, emanuje  pięknem. To  uwieńczenie  mego  życia. Tu, 

nad rzeką, zastaję wszystkie ptaki, moich przyjaciół. Gęsi suną po chłodnej wodzie, odbijając 
się w jej  migotliwej toni barwnymi plamami, przez co wydają  się  większe niż w rzeczywis-
tości. Allie również jest pod ich urokiem  i  powolutku oboje  zaczynamy się  na nowo  pozna-
wać.

-  Dobrze  z tobą  pogawędzić.  Brakuje  mi  tego,  nawet  jeśli  przerwy w rozmowie  nie 

trwają długo.

Mówię szczerze i ona o tym wie, a mimo to zachowuje ostrożność. Wszak jestem obcy.
- Czy często to robimy?  -  pyta. - Czy często siedzimy  tutaj, oglądając  ptaki? Mam na 

myśli: czy dobrze się znamy?

- I tak, i nie. Sądzę, że każdy ma własne tajemnice, ale my znamy się od lat.
Spogląda  na  moje  dłonie, potem na  swoje. Przez chwilę  rozważa te  słowa. Twarz ma 

przechyloną  pod takim  kątem,  że znowu  wygląda  młodo.  Nie  nosimy obrączek. To  kolejna 
rzecz, która nie dzieje się bez powodu.

- Byłeś kiedyś żonaty? - pyta. Przytakuję.
- Tak.

background image

- Jaka ona była? Mówię prawdę.
-  Była  ucieleśnieniem  moich  marzeń.  Dzięki  niej  stałem  się  tym, kim  jestem, a  trzy-

manie  jej  w ramionach wydawało się  bardziej  naturalne niż bicie serca. Bez przerwy o niej 
myślę. Nawet teraz, siedząc tu z tobą, myślę o niej. Nigdy nie istniała dla mnie inna kobieta.

Przetrawia  to. Nie wiem, co o tym sądzi. W końcu odzywa  się  cicho, słodko. Ciekaw 

jestem, czy zdaje sobie sprawę z moich myśli.

- Umarła?
Czym jest śmierć? - zastanawiam się, ale nie mówię tego na głos.
- Moja żona żyje w moim sercu - odpowiadam tylko. - I zawsze będzie w nim żyła.
- Nadal ją kochasz, prawda?
- Oczywiście. Ale kocham też wiele innych rzeczy. Kocham tak siedzieć tu z tobą. Tak 

samo, jak dzielić  się pięknem tego miejsca z kimś mi bliskim. I patrzeć, jak rybołów ląduje 
na wodzie w poszukiwaniu kolacji.

Milczy przez chwilę. Odwraca się, tak że nie widzę jej twarzy. Od lat ma taki zwyczaj.
- Dlaczego to robisz?
Ani  cienia  strachu,  tylko  ciekawość.  To  dobrze.  Wiem, co ma  na  myśli,  ale  i  tak się 

upewniam.

- Co?
- Dlaczego spędzasz ze mną dzień? Uśmiecham się.
- Jestem  tu,  bo  właśnie  tu powinienem  być. To  proste. Obojgu nam  sprawia  przyjem-

ność nasze towarzystwo. Nie lekceważ czasu, który  z tobą spędzam, on nie jest zmarnowany. 
Właśnie  tego  chcę. Siedzę  tu,  rozmawiam,  myślę  sobie:  Cóż może  być  lepszego  niż to,  co 
teraz robię?

Patrzy  mi  w oczy  i  na  moment, jedną  chwilkę,  pojawia  się  w  nich  błysk.  Na  ustach 

gości uśmieszek.

- Lubię z tobą przebywać, ale jeśli twoim celem jest zaintrygować mnie, to ci się udało. 

Przyznam, że  lubię  twoje  towarzystwo, ale nic  o tobie nie  wiem.  Nie  oczekuję, że  streścisz 
mi swój życiorys, ale dlaczego jesteś taki tajemniczy?

- Kiedyś czytałem, że kobiety kochają tajemniczych nieznajomych.
- Widzisz, wymigałeś się od odpowiedzi. Nie odpowiedziałeś na większość moich py-

tań. Nawet na to, jak się skończyła tamta historia, którą mi czytałeś rano.

Wzruszam ramionami. Przez jakiś czas siedzimy w milczeniu.
- Czy to prawda? - pytam wreszcie.
- Co?
- Że kobiety kochają tajemniczych nieznajomych?
Zastanawia  się  nad  tym  i  wybucha  śmiechem.  Potem  odpowiada  tak,  jak  ja  bym  od-

powiedział:

- Sądzę, że niektóre tak.
- A ty?
- No, no, nie przyciskaj mnie do ściany. Za słabo cię znam.
Droczy się ze mną, podoba mi się to.
Siedzimy bez słowa i obserwujemy otaczający nas świat. Potrzebowaliśmy całego  ży-

cia, by się tego nauczyć. Zdaje się, że tylko starzy ludzie potrafią siedzieć obok siebie, milc-
zeć i nie czuć się niezręcznie. Młodzi, popędliwi, niespokojni, zawsze muszą przerwać ciszę. 
Wielka szkoda, cisza bowiem jest czysta. Cisza jest święta. Zbliża ludzi, gdyż tylko ci, którzy 
się dobrze ze sobą czują, mogą siedzieć w milczeniu. Oto wielki paradoks.

background image

Czas płynie i  stopniowo  nasze oddechy  nabierają  tego samego rytmu, podobnie  jak to 

było rano. Głębokie, odprężone oddechy. W pewnej chwili Allie przysypia, jak to się często 
zdarza, kiedy ludziom dobrze  w swoim towarzystwie. Zastanawiam  się, czy  młodzi  potrafią 
się zdobyć na coś takiego. A kiedy się zbudzi, czeka mnie cud.

- Widzisz tego ptaka?
Pokazuje, wytężam  wzrok. Istny cud, że go zauważam, ale udaje mi  się  to, bo słońce 

jasno świeci. Ja też go pokazuję.

- Rybitwa - mówię cicho.
Pochłania całą naszą uwagę, obserwujemy, jak ślizga się nad Brices Creek. Potem, jak-

bym na nowo odkrywał stary zwyczaj, opuszczam ramię, kładę  rękę na jej kolanie, a ona jej 
nie odsuwa.

Ma rację,  narzekając na  moje  uniki. W dni  takie jak dzisiejszy, kiedy tylko pamięć ją 

zawodzi, nie udzielam jasnych odpowiedzi. W ciągu bowiem ostatnich kilku lat wielokrotnie 
niechcący zraniłem  moją  żoną  nieopatrznie  rzuconymi  słowy  i  postanowiłem,  że  już nigdy 
więcej  to  się  nie  powtórzy.  Dlatego pohamowuję  swój  język  i  odpowiadam  tylko,  jeśli  za-
pyta, czasem nie najzgrabniej, a sam z siebie nie mówię nic.

To  trudna  decyzja, tak samo dobra  jak i  zła, ale  konieczna,  wiedza  bowiem przynosi 

ból. Aby  ograniczyć  ból,  ograniczam  swe  odpowiedzi. Zdarzają się  dni,  że Allie  nie  słyszy 
ani słowa o swoich dzieciach, ani o tym, że jesteśmy małżeństwem. Przykro mi, ale tego nie 
zmienię.

Czy można to nazwać nieuczciwością? Może tak, ale widziałem, jak miażdżył ją zalew 

informacji  o  jej  własnym  życiu.  Czy mógłbym  patrzeć  w  lustro  na  swoje  zaczerwienione 
oczy  i drżącą brodę, uświadamiając sobie, że zapomniałem o wszystkim, co dla mnie ważne? 
Nie mógłbym i ona też nie może, kiedy  bowiem wyruszyłem w tę wędrówkę, właśnie od tego 
zaczynałem. Jej życie, jej małżeństwo i dzieci. Jej przyjaciele i praca. Pytania i odpowiedzi z 
teleturnieju w rodzaju „Jeden z dziesięciu”.

To  były trudne  dni  dla  nas  obojga.  Ja  stałem  się  encyklopedią,  pozbawionym  uczuć 

zbiorem informacji o tym, kto, gdzie i kiedy  w jej życiu, podczas gdy tak naprawdę liczy się 
to, czego nie wiem, na  co nie potrafię odpowiedzieć, czyli wszystkie „dlaczego”. Allie wpa-
trywała się w zdjęcia zapomnianych dzieci, trzymała pędzle, które nie  zachęcały do malow-
ania, czytała listy miłosne nie przynoszące radości. Słabła z godziny na godzinę. Dzień końc-
zył  się  gorzej, niż się zaczął; każdy  był  spisany  na  straty. Tak samo jak ona. I, egoistycznie, 
tak samo jak ja.

Więc się zmieniłem. Stałem się Magellanem, Kolumbem, zgłębiałem tajniki jej umysłu 

i uczyłem się, powoli, niezręcznie, ale jednak uczyłem, co należy czynić. I przekonałem się o 
czymś, co jest oczywiste  dla  małego dziecka.  Że na  jedno życie  składa się  mnóstwo malut-
kich żyć, każde mieszczące się w ramach jednego dnia. Że każdy dzień winno się spędzać na 
poszukiwaniu piękna  w  kwiatach i  poezji,  rozmowach ze  zwierzętami. Że  nic  nie  dorówna 
godzinom  poświęconym  na  marzenia  ani  zachodom  słońca,  lekkiemu  podmuchowi  wiatru. 
Przede  wszystkim  jednak  przekonałem  się,  że  życie  polega  na  siedzeniu  na  ławeczce  nad 
prastarą rzeką, z ręką na kolanie mojej żony, i czasem, w dobre dni, na zakochaniu się.

- O czym myślisz? - pyta.
Zapada  zmierzch.  Wstaliśmy  z  ławki  i  wolno  drepczemy  po  oświetlonych  krętych 

ścieżkach prowadzących do ośrodka. Allie trzyma mnie pod rękę, jestem jej towarzyszem. To 
jej inicjatywa. Może ją oczarowałem. Może chce mnie podtrzymać, żebym nie upadł. Tak czy 
owak, uśmiecham się do siebie.

background image

- Myślę o tobie.
Nie komentuje tego,  tylko ściska mnie za  ramię i czuję, że spodobała  jej  się  moja  od-

powiedź. Nasze wspólne życie nauczyło mnie  dostrzegać pewne symptomy, nawet jeśli  ona 
sama ich nie rozpoznaje.

- Wiem, że nie pamiętasz, kim jesteś - podejmuję – ale ja nie mam wątpliwości, że gdy 

na ciebie patrzę, dobrze się czuję.

Z uśmiechem poklepuje mnie po ramieniu.
-  Dobry z ciebie  człowiek, o  czułym  sercu. Mam  nadzieję,  że  dawniej  lubiłam  twoje 

towarzystwo równie mocno jak teraz.

Spacerujemy dalej. W końcu Allie się odzywa:
- Coś ci muszę powiedzieć.
- Mów.
- Chyba mam wielbiciela.
- Wielbiciela?
- Tak.
- Aha.
- Nie wierzysz mi?
- Wierzę.
- Też tak myślę, że powinieneś wierzyć.
- Dlaczego?
- Bo podejrzewam, że to ty.
Analizuję  to,  tymczasem  dalej  idziemy  w milczeniu,  trzymając  się  pod  rękę.  Mijamy 

okna  pokoju,  dziedziniec,  przechodzimy do  ogrodu. Rosną  w nim  przede  wszystkim  polne 
kwiaty. Zatrzymuję ją. Zbieram bukiet: czerwone, różowe, żółte, fioletowe. Daję jej, wtula w 
nie nos. Wącha z przymkniętymi oczami.

- Jakie piękne - szepcze.
Znowu ruszamy w drogę. W jednej dłoni trzyma mą rękę, w drugiej kwiaty. Ludzie od-

prowadzają  nas wzrokiem,  gdyż stanowimy wyjątkową parę, prawdziwy  cud,  przynajmniej 
tak o nas mówią. W pewnym  sensie  to prawda, choć w ogóle nie czuję się takim szczęśliw-
cem.

- Podejrzewasz, że to ja? - pytam w końcu.
- Tak.
- Dlaczego?
- Bo znalazłam to, co schowałeś.
- Co?
- To - odpowiada, wręczając mi kartkę. - Było pod moją poduszką.
Czytam czterowiersz:

Gdy ciało słabnie, ból je przeszywa
I kres wydaje się bliski
Trwa nasza miłość, jest ciągle żywa,
Śle pocałunki, czułość, uściski
.

- A są jeszcze inne?
- To znalazłam w kieszeni płaszcza.

background image

Skoro chcesz wiedzieć, wyznać ci muszę,
Że nierozłączne są nasze dusze.
Świt. Wstajesz światłem opromieniona,
Czuję me serce w twoich ramionach 
.

- Aha - brzmi cały mój komentarz.
Idziemy  dalej,  słońce  chyli  się  coraz  niżej.  Po  pewnym  czasie  już tylko  srebrzysty 

zmierzch przypomina o minionym  dniu, a my nadal rozmawiamy o poezji. Jest oczarowana 
tym romantycznym spacerem.

Kiedy w końcu docieramy do budynku, czuję już zmęczenie. Wie o tym, więc  zatrzy-

muje  mnie  ręką  i  zmusza, bym  stanął  twarzą  do niej.  Robię,  jak  każe, równocześnie  uświ-
adamiając  sobie,  jak bardzo się  pochyliłem. Oboje jesteśmy teraz równi wzrostem. Czasem 
się cieszę, że nie zdaje sobie sprawy, jak się zmieniłem. Obraca się w moją stronę i długo się 
we mnie wpatruje.

- Co robisz? - pytam.
- Nie chcę zapomnieć ciebie ani tego dnia, staram się zachować cię w pamięci.
Czy tym razem się uda? - myślę i sam sobie odpowiadam: nie, nie może. Ale nie mówię 

jej o tym, tylko uśmiecham się. To takie czarowne słowa.

- Dziękuję.
- Mówię poważnie. Nie chcę znowu cię zapomnieć. Jesteś dla mnie kimś wyjątkowym. 

Nie wiem, jak bym sobie dzisiaj bez ciebie poradziła.

Gardło  mi  się  ściska.  Za  jej  słowami  kryje  się uczucie, takie  samo jak to, które  mnie 

ogarnia,  ilekroć  o  niej  myślę.  Wiem,  że  dlatego  żyję,  i  w  tej  chwili  ogromnie  ją  kocham. 
Jakżebym pragnął być na tyle mocny, by wziąć ją w ramiona i zanieść do nieba.

- Nie mów nic - ucisza mnie. - Tylko smakuj tę chwilę.
Robię to i czuję się jak w raju.
Jej  stan  się  pogarsza,  choć  Allie  różni  się  od  innych.  Są  tu  jeszcze  trzy  osoby  z tą 

chorobą i one stanowią źródło mej praktycznej wiedzy. W przeciwieństwie do Allie  znajdują 
się w bardziej zaawansowanym stadium Alzheimera i niemal zupełnie straciły kontakt z rzec-
zywistością. Budzą się zagubione, nie  wiedząc, w jakim świecie  żyją. Bez przerwy  się  pow-
tarzają. Dwie z tych osób trzeba karmić, wkrótce już umrą. Trzecia często się błąka i nie po-
trafi odnaleźć  drogi. Kiedyś znaleziono tę kobietę  ćwierć  mili  od ośrodka w cudzym  samo-
chodzie.  Od  tamtej  pory przywiązuje  się  ją  do  łóżka. Wszystko to bywa czasami  ogromnie 
bolesne,  choć  poza  tym  zachowują  się  jak  zagubione  dzieci,  smutne  i  samotne.  Rzadko 
poznają pracowników albo tych, którzy ich kochają. To męcząca choroba;  dlatego dzieciom 
tamtych pacjentów i moim dzieciom tak trudno tu przyjeżdżać.

Oczywiście Allie  boryka  się  ze swoimi  problemami  - problemami, które  z czasem się 

pogłębią.  Rankami  budzi  się  wystraszona  i  płacze  nieutulenie.  Chyba  widzi  jakieś  ludziki, 
może gnomy, które  ją  obserwują,  i krzykiem  próbuje  je  odgonić.  Chętnie się  kąpie, ale  nie 
jada regularnie. Jest teraz taka szczuplutka, moim zdaniem  o wiele  za  chuda, i  w dobre  dni 
staram się ją podkarmić.

Tu  jednak  podobieństwa  się  kończą. Właśnie  dlatego Allie  uważa  się  tu  za  fenomen, 

cud,  gdyż czasami, tylko czasami, po tym, jak czytam, jej  stan się  poprawia.  Nie ma  na  to 
wytłumaczenia.

- To niemożliwe - powiadają lekarze. - Widocznie to nie Alzheimer.

background image

Ale to jest choroba Alzheimera. Każdy ranek i większość dni to potwierdza. Co do tego 

wszyscy się zgadzają.

W takim razie dlaczego różni się od innych chorych? Dlaczego czasem po lekturze Al-

lie  się  zmienia?  Tłumaczę  to  lekarzom  -  odpowiedź  znam  w moim  sercu,  ale  nikt mi  nie 
wierzy. Szukają  wyjaśnienia w nauce.  Już czterokrotnie  zjawiali  się  tu specjaliści  z Chapel 
Hill, próbując rozwikłać tę zagadkę. I cztery razy wyjeżdżali, nie osiągnąwszy porozumienia.

-  Niczego  nie  zrozumiecie,  jeśli  będziecie  się  opierać  jedynie  na  waszym  doświ-

adczeniu lekarskim i podręcznikach - tłumaczę, ale oni tylko kręcą głowami.

-  Alzheimer  wygląda  inaczej.  To  po  prostu  niemożliwe,  żeby normalnie  rozmawiała 

albo żeby jej stan się poprawiał w ciągu dnia. Absolutnie.

Tymczasem właśnie tak jest. Nie codziennie, raczej rzadziej niż częściej, a z pewnością 

rzadziej niż dawniej. Ale czasami. W takie  dni  tylko pamięć ją  zawodzi, jakby cierpiała  na 
amnezję. Lecz czuje normalnie, myśli normalnie. I w takie dni wiem, że postępuję słusznie.

Kiedy wracamy, w pokoju czeka kolacja. Przyszykowano tu dla nas posiłek, jak zwykle 

w dobre  dni,  i  po  raz kolejny czuję, że  nie  mógłbym  prosić  o więcej.  Pracownicy  ośrodka 
wszystkim się zajmują. Są dla mnie dobrzy i jestem im za to wdzięczny.

W  pomieszczeniu  palą  się  tylko  dwie  świece,  postawione  na  stole,  przy  którym 

usiądziemy, w tle gra cicha muzyka. Kubki i talerze są z plastiku, w karafce nie ma wina, lecz 
sok jabłkowy, ale cóż, regulamin to regulamin, a jej to nie przeszkadza. Na widok stołu cicho 
wciąga powietrze. Szeroko otwiera oczy.

- Ty to zrobiłeś? Przytakuję. Wchodzi do pokoju.
- Wygląda pięknie.
Podaję  jej ramię i prowadzę do okna. Nie wysuwa ręki, gdy się zatrzymujemy. Jej do-

tyk  jest  przyjemny,  stoimy  blisko,  podziwiając  ten  przejrzysty,  niemal  wiosenny  wieczór. 
Przez uchylone okno wpada wietrzyk i muska mi policzek. Księżyc wzeszedł i długo wpatru-
jemy się w wieczorne niebo.

- Nigdy nie widziałam nic równie pięknego, jestem o tym przekonana - oświadcza.
- Ani ja - potwierdzam, lecz patrzę na nią.
Rozumie, co mam na myśli, i widzę, jak się uśmiecha. W chwilę potem szepce:
- Chyba wiem, z kim Allie w końcu została.
- Naprawdę?
- Tak.
- Z kim?
- Z Noahem.
- Jesteś pewna?
- Najzupełniej.
Uśmiecham się i przytakuję.
- Tak, z nim - mówię cicho, a ona uśmiecha się do mnie. Twarz jej promienieje.
Z wysiłkiem odsuwam dla niej krzesło. Siada, zajmuję miejsce naprzeciwko. Podaje mi 

rękę nad stołem, biorę jej dłoń i czuję, że kciuk zaczyna krążyć tak samo jak przed laty. Wpa-
truję  się  w  nią  bez  słowa,  rozkoszując  się  teraźniejszością,  wspominając  minione  chwile, 
odtwarzając je wszystkie, tak że stają się rzeczywistością. Coś chwyta mnie za gardło i po raz 
kolejny uświadamiam sobie, jak bardzo ją kocham.

- Jesteś taka piękna - przemawiam w końcu drżącym głosem.
Czytam w jej oczach, że wie, co do niej czuję i co naprawdę znaczą moje słowa.

background image

Nie odpowiada, tylko spuszcza wzrok. Zastanawiam się, o czym myśli. Delikatnie ścis-

kam jej dłoń. Czekam. Przecież znam jej serce i wiem, że już-już tam docieram.

I wtedy: cud, który potwierdza, że się nie mylę.
Podczas gdy w tle  przy blasku świec  cicho gra  Glenn  Miller, patrzę, jak Allie  stopn-

iowo  poddaje  się  uczuciom,  które  żyją  w  głębi  niej.  Widzę,  jak  na  jej  ustach  pojawia  się 
ciepły uśmiech, dla  którego  warto się  zdobyć  na  każdy  wysiłek,  obserwuję, jak podnosi  ku 
mnie zamglone oczy. Przyciąga moją dłoń.

-  Jesteś cudowny... - mówi cicho i w tej właśnie chwili ona też się we mnie zakochuje. 

Wiem o tym, bo tysiące razy widziałem te symptomy.

Nie  od  razu  mówi,  zresztą  nie  musi,  posyła  mi  spojrzenie  z poprzedniego  wcielenia, 

dzięki któremu ponownie ożywam. Uśmiecham się do niej z niewysłowioną czułością i wpa-
trujemy się w siebie, czując miłość przepełniającą nas niczym fale oceanu. Wodzę wzrokiem 
po pokoju,  suficie, potem  patrzę na Allie, a  od jej  spojrzenia zalewa  mnie  żar. I nagle pon-
ownie  staję  się  młody.  Nie  jest  mi  zimno,  nic  mnie  nie  boli,  nie  garbię  się,  nie  mam 
powykręcanych palców, a oczu nie przesłania mi katarakta.

Jestem silny i dumny, czuję się najszczęśliwszym mężczyzną pod słońcem. Trwamy tak 

długo, z rękami połączonymi nad stołem.

Kiedy świece w jednej trzeciej już się wypaliły, dojrzewam, by przerwać ciszę.
- Gorąco cię kocham i mam nadzieję, że o tym wiesz - mówię.
- Oczywiście, że tak - odpowiada niemal bez tchu.
- Zawsze cię kochałam, Noah.
Noah - słyszę znowu.
Noah. To słowo rozbrzmiewa echem w moich uszach. Noah... Noah...
Wie - myślę w duchu - wie, kim jestem.
Wie.
Taki drobiażdżek, a dla  mnie  to dar z nieba. Ponownie  przeżywam  nasze  wspólne  ży-

cie, jak ją obejmowałem, kochałem, a ona towarzyszyła mi w moich najlepszych latach.

- Noahu - mówi cicho. - Mój najmilszy Noahu...
I tak oto ja, który  nie chciałem przyjąć  słów lekarza, ponownie zatriumfowałem, przy-

najmniej na chwilę. Przestaję udawać tajemniczego nieznajomego, całuję jej rękę, przytulam 
się do policzka i szepczę do ucha:

- Nigdy w życiu nie przytrafiło mi się nic wspanialszego od ciebie.
- Och... Noahu - odpowiada ze łzami w oczach. - Ja też cię kocham.
Gdyby tylko tak mogło się skończyć, byłbym szczęśliwym człowiekiem.
Ale tak się nie stanie. To nie ulega wątpliwości, po pewnym czasie bowiem dostrzegam 

na jej twarzy niepokój.

- Co się stało? - pytam.
- Tak bardzo się boję - pada  jej cicha  odpowiedź. - Boję  się, że  znowu  cię  zapomnę... 

To nieuczciwe. Nie mogę znieść myśli, że będę musiała to oddać.

Głos jej się załamuje, ale nie wiem, co odrzec. Zdaję sobie sprawę, że wieczór dobiega 

końca  i  w  żaden  sposób  nie  zdołam  powstrzymać  nieuniknionego.  Z  tym  jednym  zawsze 
przegrywam.

- Nigdy cię nie opuszczę - zapewniam tylko. - To, co nas łączy, trwa wiecznie.
Wie, że tylko tyle  mogę  zrobić, bo żadne z nas nie chce obietnic  bez pokrycia. Kiedy 

jednak znowu na mnie patrzy, w jej spojrzeniu czytam pragnienie, bym mógł jej więcej obie-
cać.

background image

Świerszcze cykają za oknami, zaczynamy  skubać kolację. Żadne z nas nie ma  apetytu, 

ale ja daję jej wzór, a ona podąża za mną. Wkłada do ust małe kąski i długo je przeżuwa. Ci-
eszę się, że w ogóle je. Za dużo schudła w ciągu ostatnich trzech miesięcy.

Po kolacji  ogarnia  mnie  lęk, nad  którym nie mogę  zapanować. Wiem, że  powinienem 

się  cieszyć, gdyż dzisiejszy wieczór świadczy o tym, że  nasza  miłość  dalej trwa,  ale  zdaję 
sobie sprawę, że  wybiła już godzina. Słońce dawno zaszło i  wkrótce przyjdzie  złodziej, a  ja 
w  żaden  sposób  nie  zdołam  go  powstrzymać.  Dlatego  wpatruję  się  w  moją  najmilszą  i 
czekam, próbując w tych ostatnich chwilach zmieścić całe życie.

Nic.
Zegar tyka.
Nic.
Biorę ją w ramiona, tulimy się do siebie.
Nic.
Czuję, jak drży, szepczę jej do ucha.
Nic.
Po raz ostatni tego wieczoru powtarzam, że ją kocham.
I w tej chwili przychodzi złodziej.
Nieustannie  mnie  zdumiewa,  jak  szybko  to  następuje.  Nawet  teraz.  Po  tylu  latach. 

Jeszcze tuli się do mnie, ale zaczyna szybko mrugać powiekami, potrząsać głową. Potem się 
odwraca, wbija wzrok w róg pokoju, wpatruje się długo, na jej twarzy pojawia się obawa.

Nie!  -  krzyczę  w  duchu.  Jeszcze  nie!  Nie  teraz...  Nie  kiedy  byliśmy tak  blisko! Nie 

dziś! Każdego innego wieczoru, ale nie dziś... Błagam.

Słowa kłębią się we mnie.
Nie zniosę tego znowu! To nieuczciwe... to nie w porządku...
Ale jak zwykle nie ma ratunku.
- Oni - odzywa się wreszcie, pokazując w tamtą stronę. - Gapią się na mnie. Proszę, każ 

im przestać.

Karty.
W moim żołądku rozrasta się kula. Twarda, bolesna. Na chwilę braknie mi tchu, potem 

znowu oddycham, ale płycej. W ustach mi zasycha, serce wali. Wiem, że to koniec, i  się  nie 
mylę.  Zaszło  już  słońce.  Właśnie  to  wieczorne  zagubienie,  które  opanowuje  moją  żonę, 
stanowi najtrudniejszy do przyjęcia element choroby Alzheimera. Bo kiedy ono się pojawia, 
ona odchodzi, i czasem zastanawiam się, czy jeszcze kiedykolwiek będziemy się kochać.

- Tam nikogo nie ma, Allie - próbuję walczyć z nieuniknionym. Nie wierzy mi.
- Gapią się na mnie.
- Nie - szepczę, kręcąc głową.
- Nie widzisz ich?
- Nie - odpowiadam.
Zamyśla się na moment.
- Ale one tam są - upiera się, odpychając mnie od siebie - i gapią się na mnie.
Zaczyna  rozmawiać  ze sobą i  w chwilę  potem, kiedy próbuję ją  uspokoić, uchyla się, 

spogląda na mnie szeroko otwartymi oczami.

- Kim ty jesteś! - krzyczy przerażona, twarz jej blednie.
- Co tu robisz?
Ogarnia ją lęk. Cierpię, bo w żaden sposób nie mogę jej pomóc. Odsuwa się ode mnie, 

cofa się, zasłaniając rękami. A w końcu wyrzuca z siebie najboleśniejsze słowa.

background image

- Precz! Precz ode mnie! - wrzeszczy.
Przerażona odgania od siebie karły, nawet nie zdaje sobie sprawy z mojej obecności.
Wstaję, podchodzę do jej łóżka. Jest mi słabo, ledwo powłóczę nogami, w boku  czuję 

dziwny ból. Nie wiem, skąd on się bierze. Bezskutecznie próbuję nacisnąć dzwonek, bo palce 
mnie  bolą,  odmawiają  posłuszeństwa,  są  jak  z  lodu,  ale  w  końcu  mi  się  udaje.  Wkrótce 
zjawią się pielęgniarki. Czekam na nie. A czekając, patrzę na żonę.

Dziesięć...
Dwadzieścia...
Trzydzieści sekund, a ja nadal patrzę, wszystko odnotowuję, zapamiętuję chwile, które 

dopiero  co  przeżywaliśmy.  Przez  cały  ten  czas  ani  razu  nie  odpowiada  spojrzeniem  i 
prześladuje mnie wizja mojej żony zmagającej się z niewidzialnym wrogiem.

Siadam przy łóżku, plecy mnie bolą. Sięgam po notatnik, po twarzy ciekną mi łzy. Allie 

tego nie zauważa. Rozumiem, bo jej myśli odpłynęły gdzie indziej.

Parę  kartek  się  wysuwa,  spada  na  podłogę.  Schylam  się  po  nie.  Jestem  bardzo 

zmęczony,  więc  siadam,  samotny,  oddzielony  od Allie.  Wchodzące  pielęgniarki  zastają  w 
pokoju  dwójkę  ludzi  wymagających  pocieszenia.  Kobietę,  która  drży  ze  strachu  przed 
demonami  mieszkającymi  w  jej  głowie, i  starca, który  kocha  ją  nad życie  i  teraz płacze  w 
kącie, z twarzą ukrytą w dłoniach.

Resztę  wieczoru  spędzam  samotnie  w  swoim  pokoju.  Drzwi  zostawiłem  uchylone  i 

widzę  ludzi  przechodzących korytarzem.  Część  to nieznajomi, część  przyjaciele,  a  jeśli  się 
skupię,  słyszę, jak  rozmawiają  o rodzinach, pracy, spacerze po  parku. Zwyczajne  rozmowy, 
nic  takiego,  ale  przyłapuję  się  na  tym,  że  im  zazdroszczę  tej  łatwości,  z  którą  się  porozu-
miewają. Kolejny grzech główny, wiem, ale czasem nie potrafię się powstrzymać.

Jest też doktor Barnwell,  rozmawia  z jedną  z  pielęgniarek.  Zastanawiam  się,  któż to 

poczuł się na tyle źle, że lekarz musiał tu zajrzeć o tej  porze. Za dużo pracuje, nieraz mu to 
powtarzałem. Niech pan spędza więcej czasu z rodziną - radzę - oni  nie będą z panem  wiec-
znie. Ale on nie słucha. Odpowiada za swoich pacjentów - brzmi jego argument - więc musi 
tu przychodzić na każde wezwanie. Twierdzi, że nie ma wyboru, ale przez to staje się człow-
iekiem rozdartym, który sam sobie przeczy. Chce być lekarzem całkowicie oddanym pacjen-
tom, a  równocześnie  mężem  całkowicie  oddanym  rodzinie. To  się  wyklucza,  doba  bowiem 
nie ma tylu godzin, ale sam musi się o tym przekonać. Słuchając jego cichnącego głosu, zas-
tanawiam się, co w końcu wybierze albo, co smutniejsze, czy ktoś za niego nie wybierze.

Siedzę  przy  oknie  w  miękkim  fotelu  i  wspominam  miniony  dzień.  Był  radosny  i 

smutny, cudowny i  rozdzierający serce.  Kotłujące  się  we  mnie  uczucia  sprawiają,  że  przez 
wiele  godzin  tkwię  w  milczeniu.  Nie  czytałem  dziś  nikomu;  nie  mogłem,  gdyż  poezja 
sprowokowałaby  mnie  do  łez.  Po  jakimś  czasie  w  korytarzach  zapada  cisza,  przerywana 
tylko szelestem nóg nocnych marków. O jedenastej słyszę znajome kroki, których właściwie 
się spodziewałem. Które znam tak dobrze.

Do pokoju zagląda doktor Barnwell.
- Zauważyłem palące się światło. Mogę wejść?
- Tak, proszę.
Wchodzi, rozgląda się, dopiero potem siada parę kroków ode mnie.
- Słyszałem, że miałeś udany dzień z Allie.
Uśmiecha się. Intrygujemy go my i nasz związek. Nie wiem, czy kieruje nim wyłącznie 

zawodowa ciekawość.

- Tak, myślę, że tak.

background image

Przechyla głowę i bacznie mi się przypatruje.
- Dobrze się czujesz, Noah? Wyglądasz na przygnębionego.
- Wszystko w porządku. Jestem tylko trochę zmęczony.
- Jak dziś się czuła Allie?
- Nieźle. Rozmawialiśmy prawie przez cztery godziny.
- Cztery godziny? Noah, to... to niewiarygodne.
Kiwam głową.
- Nigdy czegoś takiego nie widziałem  ani nie  słyszałem o czymś podobnym - ciągnie, 

kręcąc  głową. -  Podejrzewam, że właśnie na  tym  polega prawdziwa miłość.  Wy dwoje  by-
liście sobie przeznaczeni. Allie musi cię ogromnie kochać. Wiesz o tym, prawda?

- Wiem - mówię, ale to wszystko, na co mogę się zdobyć.
- Co cię gnębi, Noah? Allie powiedziała coś, co cię zabolało?
- Nie. Przeciwnie, była cudowna. Tyle że teraz czuję się taki... sam.
- Sam?
- Tak.
- Nikt nie jest sam.
- Ja tak - odpowiadam, spoglądając na zegarek i myśląc o jego rodzinie, która śpi w ci-

chym domu. Właśnie tam powinien teraz być. - I ty też.

Kolejne  dni  nie  przyniosły  niczego  znaczącego.  Allie  ani  razu  mnie  nie  poznała. 

Przyznam,  że  moja  uwaga  nieco  osłabła,  gdyż  myślami  ciągle  wracałem  do  tamtego  dnia. 
Choć koniec zawsze przychodzi za szybko, niczego wtedy nie straciłem, jedynie zdobyłem, i 
cieszyłem się, że jeszcze raz spadło na mnie to błogosławieństwo.

Następnego tygodnia moje życie właściwie wróciło do normy. Oczywiście, jeśli można 

je nazwać normalnym. Czytanie Allie, czytanie innym, błąkanie się po korytarzach. Bezsenne 
noce, ranki  spędzane  przy grzejniku.  Znajduję  dziwne  ukojenie  w  przewidywalności  mego 
życia.

W  chłodny,  mglisty poranek,  osiem  dni  po  naszym  wspólnie  spędzonym  popołudniu, 

jak zwykle  obudziłem się  wcześnie  i kręciłem się  przy biurku,  to oglądając  zdjęcia, to  czy-
tając  listy sprzed  wielu  lat.  A  przynajmniej  próbując  to  robić.  Ciężko  mi  było  się  skupić, 
nękał mnie ból głowy, więc  zostawiłem kartki i usiadłem w fotelu przy oknie, żeby oglądać 
wschód słońca. Wiedziałem, że Allie obudzi  się za  parę  godzin,  i  chciałem nabrać sił, gdyż 
całodzienne czytanie może tylko wzmocnić migrenę.

Przymknąłem  oczy na parę  minut, ból w głowie to się  nasilał, to ustępował. Uniosłem 

powieki  i  patrzyłem  na  moją  starą przyjaciółkę  rzekę, która płynęła  pod  oknem. W  przeci-
wieństwie  do Allie miałem pokój z widokiem na wodę, która zawsze  przynosiła mi natchni-
enie. Cóż za paradoks, ta rzeka. Niby trwa tak od setek tysięcy lat, a  zarazem odnawia się z 
każdym deszczem. Rozmawiałem z nią tego ranka, szeptałem tak, by usłyszała.

-  Błogosławiona  jesteś,  moja  przyjaciółko,  i  ja  jestem  błogosławiony,  wspólnie  wy-

chodzimy naprzeciw nadchodzącym dniom.

Fale,  zmarszczki  kołysały  się  i  krążyły,  przytakując.  Padało  na  nią  blade  światło 

wstającego dnia, odbijał się w niej nasz wspólny świat. Rzeka i ja. Płynąca, drążąca, ustępu-
jąca. Patrząc na rzekę, widzi się życie - pomyślałem. Człowiek tyle się może od niej nauczyć.

To  się  stało,  kiedy siedziałem  w fotelu.  Słońce  właśnie  zaczęło  się  wynurzać  zza  ho-

ryzontu. Zauważyłem,  że  ręka  mi  drży. Nigdy przedtem  coś  takiego mi  się  nie  przytrafiło. 
Chciałem ją podnieść, ale zatrzymałem się w pół ruchu, gdyż głowę znowu rozsadzał mi ból, 
tępy, przypominający uderzenie młotkiem. Zamknąłem oczy, z całej siły zacisnąłem powieki. 

background image

Ręka  przestała  się  trząść, za  to błyskawicznie  drętwiała, jakby ktoś uszkodził  nerw w prze-
dramieniu. Straszliwy ból przeszył mi głowę, niczym wezbrane wody  spływał przez szyję do 
każdej komórki ciała, niszcząc wszystko, co napotkał na swej drodze.

Nic nie widziałem, miałem wrażenie, że tuż przy mojej głowie  dudni pociąg, i  w tym 

momencie zrozumiałem, że  mam  wylew. Ból  przeszywał  moje  ciało jak błyskawica  i  ostat-
kiem  świadomości  wyobraziłem  sobie Allie  leżącą  w  łóżku,  czekającą  na  opowieść,  której 
nigdy nie  przeczytam,  zagubioną,  nieszczęśliwą,  całkowicie  bezradną.  Dokładnie  tak  samo 
jak ja.

I kiedy oczy mi się zamknęły po raz ostatni, pomyślałem: O Boże, co ja zrobiłem?
Przez całe  dnie  leżałem, to  odzyskując  przytomność,  to znowu ją tracąc. W  chwilach 

świadomości  widziałem  wokół siebie jakieś urządzenia, z nosa i gardła wystawały mi  rurki, 
przy  łóżku  wisiały  dwa  worki  z  kroplówką.  Słyszałem  szum  maszyn,  jakieś  brzęczenie, 
czasem  odgłosy,  których  nie  potrafiłem  zidentyfikować.  Jedno  z  urządzeń,  to  wspierające 
pracę serca, przynosiło mi dziwną ulgę i usypiało mnie, przenosząc raz za razem w niebyt.

Lekarze  byli  zaniepokojeni.  Spod  uchylonych  powiek  widziałem  troskę  na  ich  twar-

zach, kiedy oglądali  kartę choroby i ustawiali urządzenia. Szeptem wypowiadali swe opinie, 
sądząc, że nie słyszę.

-  Wylew  to  ciężka  sprawa  -  mówili  -  zwłaszcza  dla  osoby w  tym  wieku,  a  konsek-

wencje mogą być poważne.

- Ponure miny zapowiadały najgorsze. - Utrata mowy, utrata ruchu, paraliż.
Kolejna konsultacja z kartą, pikanie dziwacznej maszyny  - i wychodzili, nawet się nie 

domyślając, że wszystko słyszałem. Starałem się potem nie myśleć o ich słowach, tylko sku-
piać na Allie, przywoływać  przed oczy jej  obraz.  Robiłem  co  w mojej  mocy, by znowu we 
mnie ożyła, byśmy ponownie stali się  jednym. Próbowałem czuć jej dotyk,  słyszeć jej głos, 
zobaczyć  jej  twarz, a  w końcu  do  oczu napływały mi  łzy, gdyż nie  wiedziałem, czy jeszcze 
kiedyś ją zobaczę, będę mógł do niej szeptać, spędzać dni na rozmowie, czytaniu jej i spacer-
ach. Nie tak wyobrażałem sobie koniec. Nie na to liczyłem. Zawsze zakładałem, że odejdę po 
niej. Nie tak miało być.

I  tak  przez  wiele  dni  kołysałem  się  na  progu  jawy  i  nieświadomości,  aż  kolejnego 

mglistego poranka obietnica złożona Allie przywróciła mnie do życia. Otworzyłem oczy, zo-
baczyłem wokół  siebie  kwiaty, ich zapach  dodał  mi  jeszcze  motywacji.  Rozejrzałem  się  za 
guzikiem dzwonka, z trudem go nacisnąłem i po pół minucie zjawiła się pielęgniarka, której 
deptał po piętach doktor Barnwell. Na jego twarzy pojawił się uśmiech.

- Pić mi się chce - przemówiłem chrapliwie, a lekarz uśmiechnął się jeszcze szerzej.
- Witaj wśród żywych. Wiedziałem, że się wygrzebiesz.
Dwa  tygodnie  później  wypisują  mnie  ze  szpitala,  choć  została  ze  mnie  tylko połowa 

człowieka. Gdybym był  cadillakiem, krążyłbym  w kółko, bo  prawą stronę  mam  słabszą  od 
lewej. Mówią, że to dobrze, gdyż paraliż mógł objąć całe ciało. Czasem odnoszę wrażenie, że 
świat składa się wyłącznie z optymistów.

Jest też zła  wiadomość:  chore  palce  uniemożliwiają  mi  korzystanie  z  laski  i  wózka, 

muszę więc sobie znaleźć własny sposób poruszania się. Nie lewa-prawa-lewa, jak to było za 
czasów  mej  młodości,  ani  nawet  nie  modne  ostatnio  wolny-wolny,  tylko  wolny-przenieść 
ciężar  ciała  na  prawo-wolny.  Teraz podróż po korytarzach  to  cała  wyprawa. Nawet jak  na 
mnie  posuwam  się  wolno,  a  mówi  to  człowiek,  który  dwa  tygodnie  temu  przegrałby   z 
żółwiem.

background image

Wracam  dość  późno,  a  kiedy  wreszcie  docieram  do  pokoju,  wiem,  że  nie  zasnę. 

Głęboko  wciągam  powietrze  i  sycę  się  wiosennym  zapachem  napełniającym  pokój.  Okno 
zostawiono uchylone, wpada  przez nie  wieczorny chłód. Przekonuję  się, że  ta  zmiana  tem-
peratury dobrze  mi  robi.  Evelyn, jedna  z licznych  pielęgniarek,  od  której  jestem  trzy  razy 
starszy, pomaga  mu  usiąść  w  fotelu przy  oknie  i  zaczyna  je  zamykać.  Powstrzymuję  ją,  a 
choć unosi brwi, ustępuje. Słyszę trzask otwieranej szuflady i za chwilę pielęgniarka zarzuca 
mi  na  ramiona sweter,  delikatnie  go  poklepując.  Nic  przy tym  nie  mówi  i  po  jej  milczeniu 
zgaduję,  że  wygląda  przez  okno.  Długo  stoi  bez  ruchu.  Zastanawiam  się,  o  czym  może 
myśleć, ale nie pytam. Po pewnym czasie słyszę, jak wzdycha. Rusza do wyjścia, ale jeszcze 
się  zatrzymuje,  pochyla  nade  mną  i  czule  całuje  w  policzek.  Tak  samo  całuje  mnie  moja 
wnuczka. Spoglądam na nią zaskoczony.

- Dobrze mieć cię z powrotem - mówi cicho. - Allie za tobą tęskniła. I my też. Wszyscy 

się za ciebie modliliśmy, bo bez ciebie to miejsce nie jest już takie samo.

Uśmiecha się, gładzi  mnie  po  policzku i wychodzi. Milczę. Później  słyszę, jak znowu 

przechodzi  obok mojego pokoju,  pchając  wózek, i  przyciszonym  głosem  rozmawia z drugą 
pielęgniarką.

Dziś  na  niebie  świecą  gwiazdy,  wszystko  tonie  w  czarownej  granatowej  poświacie. 

Śpiewają szpaki, zagłuszając wszystkie inne odgłosy. Siedząc w oknie, zastanawiam się, czy 
ktoś z zewnątrz widzi  mnie, niewolnika ciała. Patrzę  po drzewach, dziedzińcu, ławeczkach, 
szukając  śladu  życia,  ale  niczego  nie  zauważam.  Nawet rzeka  trwa  w  bezruchu.  W  ciem-
nościach wygląda niczym pusta przestrzeń. Pociąga mnie  jej tajemniczość. Godzinami się  w 
nią  wpatruję  i  po  pewnym  czasie  dostrzegam  odbicie  chmur  kołyszących  się  na  falach. 
Zanosi się na burzę, wkrótce niebo poszarzeje, jakby wstawał kolejny świt.

Błyskawica rozcina wzburzone niebo i myślami wracam  do wcześniejszych rozważań. 

Kim  jesteśmy,  Allie  i  ja?  Czy prastarym  bluszczem  oplatającym  cyprys,  których  gałęzie  i 
wici tak mocno się splątały, że umrą, jeśli się je rozerwie? Nie wiem. Kolejny błysk, który na 
tyle  rozjaśnia  pokój,  że  widzę  fotografię  Allie,  jej  najlepsze  zdjęcie,  ustawione  na  stoliku 
obok. Już wiele lat temu je oprawiłem, licząc, że dzięki szkłu przetrwa wieki. Sięgam po nie, 
przysuwam do oczu. Długo, długo się  w nie  wpatruję, nie mogę  się  powstrzymać. Zrobiono 
je, gdy miała  czterdzieści jeden  lat, nigdy nie  była  piękniejsza. O tyle  rzeczy  chciałbym  ją 
spytać, ale wiem, że fotografia mi nie odpowie, więc odkładam ją na bok.

Dziś, choć Allie leży w tym samym budynku, jestem sam. Zawsze będę sam. Właśnie o 

tym myślałem, przebywając w szpitalu. To nie  ulega dla  mnie wątpliwości, kiedy wychylam 
się  przez okno,  patrząc  na  gromadzące  się  chmury burzowe. I  nagle  ogarnia  mnie  smutek, 
gdyż uświadamiam sobie, że tamtego, ostatniego wspólnie spędzonego dnia nie pocałowałem 
jej  w  usta.  I  może  już nigdy  tego  nie  zrobię.  Przy  jej  chorobie  nie  sposób  niczego  prze-
widzieć. Dlaczego nękają mnie takie myśli?

Wreszcie  wstaję,  przechodzę  do  biurka  i  zapalam  lampkę.  Wymaga  to  znacznie 

większego wysiłku, niż sądziłem,  jestem wyczerpany,  więc nie  wracam na  stanowisko przy 
oknie. Siadam i  patrzę  na  zdjęcia  stojące  na  blacie.  Zdjęcia  rodzinne, fotografie  dzieci,  pa-
miątki  z  wakacji.  Zdjęcia  moje  i  Allie.  Wspominam  nasze  wspólne  chwile,  spędzone  we 
dwoje lub z rodziną, i po raz kolejny dociera do mnie, jak stary już jestem.

Otwieram szufladę i wyjmuję kwiaty, które dałem  jej przed laty: stare, wyblakłe, prze-

wiązane wstążką. Podobnie jak ja  są  suche  i kruche, trzeba się z nimi  delikatnie  obchodzić. 
Ale zatrzymała je.

- Nie rozumiem, po co ci one - mówiłem, ale ona mnie ignorowała.

background image

I czasem wieczorami widziałem, jak ich dotykała, niemal z czcią, jakby kryły w sobie 

tajemnicę istoty życia. Ech, te kobiety.

Jako że zanosi się  na  noc  wspominek,  odnajduję swoją  obrączkę. Leży w  najwyższej 

szufladzie, owinięta w bibułkę. Nie mogę jej już nosić, bo stawy mam  opuchnięte, a palcom 
brak krwi. Rozwijam bibułkę i patrzę na nią. Pozostała niezmienna. Ma w sobie dziwną moc, 
stanowi  symbol,  więź, i  wiem, WIEM,  że  dla  mnie  istnieje  tylko  ta  jedna  kobieta. Wiedz-
iałem o tym, kiedy nakładałem jej tę obrączkę, i wiem o tym teraz.

- Ciągle  należę  do  ciebie, Allie  - szepczę  głośno – moja królowo, moja  nieskończona 

piękności. Byłaś i zawsze będziesz najwspanialszym darem, jaki dało mi życie.

Ciekaw jestem, czy mnie teraz słyszy, i nasłuchuję odpowiedzi. Ale nic się nie pojawia.
Dochodzi  wpół  do dwunastej.  Szukam  listu,  który do mnie  napisała,  a  który  czytam, 

gdy jestem w odpowiednim nastroju. Leży tam, gdzie go odłożyłem. Obracam  kartkę w pal-
cach, zanim ją rozłożę, a gdy to robię, dłonie mi drżą. W końcu czytam:

Kochany Noahu!
Piszę ten list przy blasku świecy, podczas gdy Ty śpisz w naszej sypialni, którą dzielimy 

od dnia ślubu. I  choć  nie  słyszę  Twego oddechu, wiem,  że  tam jesteś, i  niedługo położę  się 
przy Tobie, jak zawsze. I będę czuła Twoje ciepło, znajdę ukojenie, a Twój oddech wolno po-
prowadzi mnie tam, gdzie śnię o Tobie i myślę o tym, jak wspaniałym jesteś człowiekiem.

Obok płonie ogień w kominku. Przypomina mi on inny ogień, sprzed wielu lat, kiedy ja 

siedziałam  w  Twoich  miękkich  ubraniach,  a  Ty  byłeś  w  dżinsach.  Wiedziałam  wtedy,  że 
zawsze  już  będziemy  razem,  choć  następnego  dnia  się  wahałam.  Pewien  poeta  z Południa 
schwycił  i  mocno  przywiązał  moje  serce,  a  ja  w  głębi  ducha  wiedziałam,  że  ono  zawsze 
należało do Ciebie.  Kimże  jestem, by  podawać w  wątpliwość  miłość  spadającą  wraz z gwi-
azdami  z  nieba,  miażdżącą  niczym  ryczące  fale?  Tak  bowiem  wtedy  się  czuliśmy  i  tak do 
dzisiaj między nami pozostało.

Pamiętam, jak wróciłam do Ciebie  następnego dnia, tego  po  wizycie  matki. Jechałam 

przerażona, nigdy  w życiu nie  czułam takiego lęku, gdyż byłam pewna, że  nie wybaczysz mi 
tego, iż Cię zostawiłam. Wysiadając z samochodu, trzęsłam się jak osika, lecz Ty  uspokoiłeś 
wszystkie  moje  obawy  jednym uśmiechem i  wyciągniętą  dłonią.  „Masz  ochotę  na  filiżankę 
kawy?” - powiedziałeś  tylko. I nigdy więcej nie wróciłeś do  tamtej  sprawy. Nigdy,  przez  te 
wszystkie lata.

Nie zadawałeś też żadnych pytań, kiedy w ciągu pierwszych paru dni znikałam z domu, 

udając się na samotne spacery. A gdy wracałam z oczami pełnymi łez, zawsze wiedziałeś, czy 
chcę, byś mnie objął, czy  wolę  zostać sama. Nie  mam  pojęcia, jak się  tego  domyślałeś,  ale 
zawsze  to wyczuwałeś i dzięki temu  było  mi  lżej. Później, gdy  poszliśmy  do  małej  kapliczki, 
aby wymienić obrączki i złożyć sobie przysięgę małżeńską, patrzyłam Ci w oczy i wiedziałam, 
że  podjęłam  właściwą  decyzję.  Co  więcej,  zdałam sobie  sprawę,  że  byłam idiotką,  w  ogóle 
myśląc o innym. Od tamtej pory ani razu nie zachwiałam się w swych uczuciach.

Mieliśmy cudowne  życie  i bardzo często teraz o nim myślę. Czasem przymykam oczy i 

widzę  Ciebie,  z włosami  przyprószonymi  siwizną,  jak siedzisz na  ganku  i  grasz na  gitarze, 
podczas gdy maluchy baraszkują i klaszczą Ci do wtóru. Ubranie masz zabrudzone po wielo-
godzinnej  pracy,  jesteś  zmęczony,  a  choć  proponuję  Ci,  byś  odpoczął,  uśmiechasz  się  i 
mówisz:  
„  Właśnie  to robi”\  Coś zmysłowego  i  podniecającego kryje się  dla mnie w Twojej 
miłości do dzieci. „Nie masz pojęcia, jak cudownym jesteś ojcem” - mówię Ci, gdy dzieci już 

background image

śpią. Niedługo potem zrzucamy z siebie ubrania, całujemy się i prawie całkiem zapominamy, 
jeszcze nim się wsuniemy pod flanelowe powłoczki.

Kocham Cię za wiele rzeczy, przede wszystkim za Twoje pasje, gdyż zawsze były tym, co 

w życiu najpiękniejsze. Miłość, poezja  i ojcostwo, tak samo  jak przyjaźń, piękno i  natura. I 
cieszę  się,  że przekazałeś je  naszym  dzieciom,  gdyż wiem,  że dzięki  temu  ich  życie  nabrało 
wartości.  Mówią mi, jak ważny  dla nich  jesteś, a ilekroć to słyszę, czuję się najszczęśliwszą 
kobietą pod słońcem.

Mnie też uczyłeś pasji, dawałeś mi natchnienie, wspierałeś w malowaniu i nigdy się nie 

dowiesz, jak wiele to dla mnie  znaczyło. Moje  obrazy wiszą w muzeach i prywatnych kolek-
cjach, a choć bywało, że z powodu wystaw i krytyków chodziłam rozdrażniona, niespokojna, 
Ty zawsze znajdowałeś dla mnie dobre słowa, zachętę. Akceptowałeś to, że  potrzebuję włas-
nej pracowni, własnej przestrzeni, i widziałeś coś więcej niż tylko poplamione farbą ubranie, 
włosy, a  czasem  i  meble. Wiem, że  to  nie  było  łatwe.  Jedynie  prawdziwy mężczyzna,  wielki 
człowiek  potrafiłby  z  tym  wytrzymać.  A  Ty  wytrzymałeś.  Przez  czterdzieści  pięć  lat.  Cu-
downych lat.

Jesteś nie tylko moim kochankiem, ale  i najlepszym przyjacielem, i  sama nie wiem, co 

więcej dla mnie znaczy. Cenię i jedno, i drugie, podobnie jak całe nasze wspólne życie. Masz 
w sobie, Noahu, coś wyjątkowego, coś pięknego i potężnego. Dobroć 
oto co widzę, kiedy na 
Ciebie  patrzę;  oto  co  wszyscy  widzą.  Dobroć.  Nie  znam  nikogo  bardziej  wyrozumiałego, 
pełnego spokoju. Bóg jest z Tobą, musi być, bo dla mnie stanowisz uosobienie anioła.

Wiem,  że  uważałeś  to  za  bezsensowny  pomysł,  kiedy  Cię  poprosiłam,  byśmy  przed 

opuszczeniem domu spisali naszą historię, ale miałam po temu powody i dziękuję Ci za cier-
pliwość. I choć pytałeś, czemu to robię, nigdy Ci nie wyjaśniłam. Sądzę, że nadeszła pora, byś 
się dowiedział.

Mamy za sobą życie, jakiego większość par nawet  nie zakosztowała, a jednak kiedy na 

Ciebie patrzę, ogarnia mnie lęk na myśl, że to wkrótce się  skończy. Oboje znamy  diagnozę i 
wiemy, co ona oznacza. Widzę Twe łzy i martwię się bardziej o Ciebie niż o siebie, gdyż boję 
się cierpienia, które Cię dotknie. Brak mi słów, by wyrazić, jak Ci współczuję. Tego się nie da 
opisać.

Ale kocham Cię tak głęboko, tak niewyrażalnie, że znajdę sposób, by  do Ciebie wrócić 

mimo  choroby. Obiecuję  Ci  to. I  właśnie  tu  pojawia  się  wytłumaczenie,  dlaczego  Cię  pro-
siłam o spisanie tej historii. Kiedy będę zagubiona i samotna, czytaj mi ją - tak jak opowiedz-
iałeś ją  dzieciom -  wiedz, że  jakoś  zrozumiem,  że  ona  dotyczy  nas.  I  może,  ale  tylko  może, 
znajdziemy sposób, żeby ponownie być razem.

Proszę, nie gniewaj się na mnie w te dni, gdy nie będę Cię poznawać, a oboje wiemy, że 

one nadejdą. Pamiętaj, że Cię kocham i zawsze będę kochać, niezależnie od tego, co się wy-
darzy. Wiodłam najcudowniejsze życie z możliwych. Życie z Tobą.

A jeśli  zatrzymasz ten list  i  ponownie będziesz go czytał, uwierz w to, co piszę. Noahu, 

gdziekolwiek  teraz  jesteś  i  kimkolwiek  teraz  jesteś,  kocham  Cię.  Kocham  Cię,  kreśląc  te 
słowa, kocham Cię, kiedy je czytasz. I tak bardzo przepraszam, jeśli nie potrafię Ci tego pow-
iedzieć. Kocham Cię z całego serca, mój  mężu. Jesteś i  zawsze byłeś moim wyśnionym i wy-
branym.

Allie

Skończywszy czytać, odkładam list. Wstaję od biurka, szukam kapci. Stoją przy łóżku i 

muszę  usiąść,  by je  włożyć. Podnoszę  się, przechodzę  do drzwi,  uchylam  je. Wyglądam  na 

background image

korytarz, widzę tylko Janice przy biurku. A przynajmniej tak mi się wydaje, że  to ona. Żeby 
się  dostać  do  pokoju Allie,  będę  musiał  minąć  jej  biurko,  a  o  tej  porze  nie  wolno  mi  wy-
chodzić, Janice zaś nie  należy  do osób,  które patrzą  przez palce  na łamanie regulaminu. Jej 
mąż jest prawnikiem.

Czekam, licząc, że sobie pójdzie, ale ona się nie rusza. Ogarnia mnie zniecierpliwienie. 

W  końcu  jednak  wychodzę  z  pokoju.  Wolny-przenieść  ciężar  ciała  na  prawo-wolny.  Pok-
onanie krótkiego dystansu zajmuje mi całe wieki, a mimo to, rzecz niepojęta, Janice mnie nie 
zauważa. Jestem  jak pantera cicho skradająca się przez dżunglę, niewidzialny  niczym  pisklę 
gołębia.

W końcu mnie dostrzega, czemu wcale się nie dziwię. Staję przed pielęgniarką.
- Noah - mówi - co ty tu robisz?
- Spaceruję - wyjaśniam. - Nie mogę zasnąć.
- Wiesz, że nie wolno ci tego robić.
- Wiem.
Nie ruszam się o krok. Zawziąłem się.
- Tak naprawdę to wcale nie spacerujesz, prawda? Idziesz do Allie.
- Tak.
- Noah, wiesz, co się stało, kiedy ostatnio zajrzałeś do niej w nocy.
- Pamiętam.
- W takim razie wiesz, że nie powinieneś tego robić.
Nie odpowiadam wprost, tylko mówię:
- Tęsknię za nią.
- Rozumiem, że tęsknisz, ale nie mogę ci pozwolić do niej iść.
- To nasza rocznica ślubu - nalegam.
Nie  kłamię.  Rok  przed  złotymi  godami.  Dziś  mija  czterdzieści  dziewięć  lat naszego 

małżeństwa.

- Rozumiem.
- Więc mogę pójść?
Na  chwilę  odwraca  wzrok,  głos  jej  się  zmienia.  Mówi  cicho,  łagodnie.  Słucham 

zaskoczony. Nigdy nie wyglądała mi na sentymentalną.

- Noah, pracuję tu od pięciu lat, a przedtem pracowałam w innym  ośrodku. Widziałam 

setki  par  zmagających  się z bólem  i  smutkiem,  ale  nigdy jeszcze  nie  spotkałam  człowieka, 
który radziłby sobie z nimi  tak  jak ty. Nikt, ani żaden lekarz,  ani żadna pielęgniarka, nigdy 
przedtem nie miał do czynienia z czymś takim.

Przerywa, ku memu zdumieniu jej oczy napełniają się łzami. Ociera je palcem.
- Staram  się odgadnąć,  co czujesz,  w jaki  sposób  udaje  ci  się  wytrzymywać  dzień za 

dniem, a  mimo to nadal nie  mieści mi się  to w głowie  -  ciągnie. - Nie  wiem,  jak to robisz. 
Czasem udaje ci się nawet pokonać jej chorobę. A choć lekarze tego nie pojmują, my, pielęg-
niarki, rozumiemy. To miłość, po prostu. Najbardziej zdumiewająca rzecz, jaką w życiu widz-
iałam.

Coś mnie ściska w gardle, brakuje mi słów.
- Ale, Noahu, nie wolno ci tego robić, a ja nie mogę ci na to pozwolić. Tak więc wracaj 

do siebie. - A potem, uśmiechając się łagodnie, siąkając nosem  i  poprawiając jakieś papiery 
na biurku, dorzuca: - Ja tymczasem idę na dół po kawę. Nie będzie mnie tu przez jakiś czas, 
więc nie rób żadnych głupstw.

background image

Szybko wstaje, dotyka mojego ramienia i  idzie  w stronę schodów. Nie ogląda się, a ja 

nagle  zostaję  sam.  Nie  wiem,  co  o  tym  myśleć.  Patrzę  na  puste  miejsce,  widzę  na  biurku 
filiżankę  gorącej,  parującej  kawy i  po  raz kolejny się  przekonuję,  że  są  na  świecie  dobrzy 
ludzie.

Ruszając  w podróż do  pokoju Allie, po raz pierwszy od lat czuję, że mi ciepło. Posu-

wam się maleńkimi kroczkami, ale i tak narzucam zbyt ostre tempo, bo nogi już mnie rozbo-
lały.  Muszę  się  przytrzymać  ściany,  żeby nie  upaść.  Nad  głową  brzęczą  jarzeniówki,  oczy 
mnie  bolą  od  ich  światła,  więc  przymykam  powieki.  Mijam  kolejne  ciemne  pokoje,  w 
każdym z nich  komuś już czytałem, i  uświadamiam sobie, że  tęsknię  za  ich  mieszkańcami. 
To moi przyjaciele, doskonale znam ich twarze, a już jutro wszystkich zobaczę. Lecz nie dziś, 
gdyż nie wolno mi się zatrzymywać. Prę naprzód, wysiłek pompuje krew przez zablokowane 
żyły. Czuję, jak z każdym krokiem nabieram mocy. Słyszę, jak drzwi się za mną uchylają, ale 
nikt nie wychodzi. Idę dalej. Jestem nieznajomym. Nie dam się zatrzymać. W pokoju pielęg-
niarek  dzwoni  telefon,  więc  przyspieszam, żeby nie  dać  się  złapać. Jestem  mrocznym  ban-
dytą, który  na  końskim  grzbiecie  przemyka  przez uśpione  miasta  i  z jukami  pełnymi  złota 
mknie  ku  złocistemu  miesiącowi.  Jestem  młody,  silny,  serce  rozsadza  mi  namiętność, 
staranuję drzwi, chwycę swą bogdankę w ramiona i zaniosę wprost do raju.

Kogo próbuję oszukać?
Wiodę  teraz proste  życie.  Jestem  głupcem,  zakochanym  starcem,  marzycielem, który 

pragnie jedynie  czytać Allie i  tulić ją, kiedy tylko może. Jestem  grzesznikiem, który nieraz 
błądził, człowiekiem, którzy wierzy w magię, alem za stary już, by się  zmienić, za  stary, by 
mnie to wzruszało.

Kiedy  w  końcu  dochodzę  do  jej  pokoju,  opadam  z sił.  Nogi  się  pode  mną  uginają, 

ledwo patrzę na oczy, serce dziwnie mi się kołacze w piersi. Zmagam się z gałką, otwieram ją 
dopiero przy użyciu dwóch rąk i całego zapasu sił. Drzwi się uchylają, do pokoju wpada świ-
atło z korytarza, wydobywając z ciemności łóżko, na którym śpi Allie. Patrząc na nią, myślę, 
że jestem niczym więcej jak przechodniem na zatłoczonej miejskiej ulicy, którego natychmi-
ast się wyrzuca z pamięci.

W  pokoju  panuje  cisza, Allie  leży pod kocem.  Po  chwili  widzę, jak  się  przekręca na 

bok, ten szelest przypomina mi nasze szczęśliwsze lata. Wydaje się taka drobna w tym łóżku 
i przypatrując się jej, uświadamiam sobie, że między nami wszystko skończone. W powietrzu 
unosi się zapach stęchlizny. Przeszywa mnie dreszcz. Ten budynek stał się naszym grobem.

Stoję  nieruchomo, w dniu naszej rocznicy,  prawie przez minutę,  rozpaczliwie  pragnąc 

jej powiedzieć, co czuję, ale nie  ruszam się, żeby jej nie obudzić. Poza tym napisałem to już 
na skrawku papieru, który wsunę jej pod poduszkę:

Miłości ostatnie chwile
Czynią ją tkliwą i czystą.
W poranka słonecznym pyle
Zdobywa moc wiekuistą
.

Wydaje  mi  się,  że  słyszę  czyjeś  kroki, więc  wchodzę  i  zamykam  drzwi. Otacza  mnie 

ciemność, lecz znam ten pokój na pamięć. Dochodzę do okna, odsłaniam zasłony i do środka 
zagląda księżyc - złocisty, okrągły strażnik nocy. Odwracam się do Allie i oddaję się marzen-
iom. I choć wiem, że nie powinienem  tego robić, wsuwając  kartkę pod jej poduszkę siadam 
na łóżku. Potem wyciągam rękę i delikatnie dotykam jej twarzy, gładkiej jak puch. Gładzę ją 

background image

po włosach, zapiera mi dech w piersi. Czuję zdumienie, czuję trwogę, jak kompozytor, który 
po  raz pierwszy słyszy Mozarta. Allie  porusza  się  i  otwiera  oczy, mrużąc  je  lekko, i  nagle 
żałuję  swej bezmyślności,  bo wiem,  że  zaraz zacznie płakać, krzyczeć;  zawsze  tak  reaguje. 
Ulegam zachciankom, jestem słaby, wiem o tym, lecz ogarnia  mnie pragnienie spróbowania 
niemożliwego, pochylam się. Moja twarz jest tuż przy jej twarzy.

A  kiedy  nasze  usta  się  spotykają,  czuję  dziwne  drżenie,  jakiego  nigdy  jeszcze  nie 

doświadczyłem, ani  razu  przez wszystkie te  wspólne lata.  I nagle  staje się  cud, gdyż czuję, 
jak rozchyla wargi, i odkrywam zapomniane niebo, nie zmienione przez ten czas, wieczne jak 
gwiazdy. Czuję ciepło jej ciała, a gdy  nasze języki  się stykają, daję  się porwać, tak samo jak 
przed laty.  Zamykam  oczy,  staję  się  potężnym statkiem  prującym  fale, silnym, nieustraszo-
nym,  a  ona  jest moim  żaglem. Delikatnie  wodzę  palcem  po jej   twarzy, potem  biorę    ją  za 
rękę. Całuję jej usta, policzki, słucham, jak głośno wciąga powietrze.

- Och, Noahu... - szepcze cicho. - Tęskniłam za tobą.
Kolejny  cud,  największy  ze  wszystkich!  I  nie  potrafię  powstrzymać  łez,  gdy  oboje 

zdążamy  wprost do raju. W 'tej bowiem chwili  świat jest pełen cudowności,  gdy  czuję,  jak 
palcami sięga do guzików i wolno, wolniutko zaczyna je rozpinać, jeden po drugim.