background image

LEE WILKINSON 

Miodowy miesiąc 

w Hongkongu 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

Kiedy Mia przyjechała do wiejskiej rezydencji 

Rayburna, urodzinowe przyjęcie Rhody trwało już 

w najlepsze. Podziękowała Michaelowi Brentowi, 

szefowi działu eksportu u Rayfielda, i jego żonie Sue 

za podwiezienie jej z miasta. Od kręcącego się przy 

wejściu kelnera wzięła kieliszek szampana i skierowała 

się do sali balowej. 

Miała na sobie szarą, szyfonową sukienkę z długimi 

rękawami i rozkloszowaną spódnicą, łagodnie opla­

tającą jej smukłe nogi. Jedyną ozdobę tego skromnego, 

acz eleganckiego stroju stanowił ciemnozłoty pasek. 

Do kompletu założyła szare sandałki, a przez ramię 

przewiesiła niewielką torebkę na złotym łańcuszku. 

Wysoka, szczupła, z puklami jasnych włosów 

opadających łagodnie wzdłuż ramion, przeciskała się 

z naturalnym wdziękiem pomiędzy rozbawionymi 

i zagadanymi grupkami gości, przystając tylko od 

czasu do czasu, żeby zamienić kilka słów ze znajomymi. 

Pozornie beztroska i roześmiana, była jednak bardzo 

spięta. Nie miała ochoty na tę wizytę. W gruncie 

rzeczy wolałaby, żeby całe to przyjęcie już się skończyło. 

O ile lepiej byłoby, gdyby mogła zostać sama z Fili­

pem... 

Istniała jeszcze jedna przyczyna, z powodu której 

źle się czuła w tym towarzystwie - z całą pewnością 

spotka tutaj Sandera Davisona. Czy naprawdę musiał 

background image

6 MIODOWY MIESIĄC W HONGKONGU 

tu przyjeżdżać, czy nie mógł zostać w tym swoim 

Hongkongu? 

Wiedziała, że Sander Davison, starszy kuzyn Rhody, 

jest bardzo bogatym bankierem. Początkowo, zanim 

jeszcze zdążyli się poznać, wyobrażała go sobie jako 

nudziarza w średnim wieku, z rzednącymi włosami 

i rosnącym brzuszkiem. Przy pierwszym spotkaniu 

musiała jednak przyznać, że Sander jest żywym 

zaprzeczeniem jej wyobrażeń. 

Doskonale pamiętała, kiedy pierwszy raz przyszedł 

do niej do biura. Jej sekretarka, Janet, która otwierała 

akurat jakieś listy, wytrzeszczyła oczy na jego widok. 

Ale Sander na każdej kobiecie wywarłby równie 

piorunujące wrażenie. Miał prawie dwa metry wzrostu, 

potężne bary i był piekielnie przystojny. Mia przyjrzała 

mu się bliżej i poczuła, jak przez jej ciało przebiega 

gwałtowny, niepokojący dreszcz. W tej samej chwili 

zapałała do niego jakąś dziwną i trudną do wy­

tłumaczenia antypatią. 

Odwróciła wzrok od jego pełnych, zmysłowych ust 

i poleciła Janet zająć się kłopotliwym nieznajomym, 

a sama wróciła do pracy. 

Studiowała właśnie jakieś dokumenty, pochylona 

pilnie nad stosem papierów, kiedy dwie silne dłonie 

oparły się o blat jej biurka. Nerwowo podskoczyła, 

uniosła głowę i zobaczyła tuż nad sobą jego atrakcyjną, 

zdrowo opaloną twarz. Spod regularnych brwi patrzyły 

na nią lśniące zielone oczy. 

- Nazywam się Sander Davison - przedstawił się 

uprzejmie. 

- Sander Davison... - powtórzyła skonsternowana 

i pomyślała, że mężczyzna ten bardziej przypomina 

niezłomnego konkwistadora niż bogatego bankiera. 

background image

MIODOWY MIESIĄC W HONGKONGU 7 

Dokładnie w tej chwili do gabinetu wszedł Filip 

i przeprosił za nieznaczne spóźnienie. Bankier nie­

znacznie obrócił się, zerknął kątem oka na nowego 

przybysza, a następnie obdarzył Mię ironicznym 

uśmieszkiem. 

Rzucił jej wtedy wyzwanie. Wyzwanie, które nisz­

czyło jej spokój i wpędzało w nieustanne zakłopotanie. 

Sander był jak na jej gust zbyt inteligentny, zbyt 

błyskotliwy, zbyt pewny siebie. Zawsze, ilekroć 

znalazła się w jego towarzystwie, czuła się niezręcz­

nie. Patrzył na nią uwodzicielsko, a im dłużej się jej 

przyglądał, tym mocniej rozpalały się w jego zim­

nych, zielonych oczach ogniki pożądania. Mia, aby 

uniknąć skrępowania, zawsze starała się trzymać od 

niego z daleka. 

Ale kiedy próbowała się wyłgać z dzisiejszego 

przyjęcia, ojciec popatrzył na nią znad leżących na 

biurku dokumentów i krótko powiedział: 

- Nie wygłupiaj się, dziewczyno. Przecież musisz 

tam iść. 

Mia zawahała się. Nieistotne drobiazgi zawsze 

wprowadzały ojca w złość, więc jako dobra córka 

starała się go nie denerwować. Zwłaszcza po jego 

ostatnim ataku serca. 

- Jeśli nie pójdziesz, Rhoda poczuje się dotknięta 

- dodał tonem nie znoszącym sprzeciwu. 

No tak, to bardzo prawdopodobne, pomyślała 

Mia. Chociaż Rhoda na użytek publiczny zawsze 

doskonale odgrywała rolę kochanej kuzynki, w co­

dziennych, prywatnych kontaktach nawet nie usiłowała 

ukryć swojej niechęci do Mii. 

Cóż było robić... Poszła. Chwilowo zapomniawszy 

o wzajemnych urazach, stała teraz w kącie sali 

background image

8 MIODOWY MIESIĄC W HONGKONGU 

i uważnie obserwowała zatłoczony pokój, usiłując 

wypatrzeć gdzieś w tłumie Filipa. 

Nagle zauważyła w pobliżu Jacqueline May, super-

elegancko ubraną kobietę o oczach błękitnych jak 

szafiry i czarnych, kręconych włosach. Jej olśniewająco 

piękna twarz stale pojawiała się na okładkach naj­

popularniejszych żurnali. 

Mia, ze swoimi płowymi włosami, szarymi oczyma 

i mlecznobiałą cerą, zawsze uważała się za kobietę 

niezbyt ciekawą. Westchnęła... W towarzystwie Jac­

queline May czuła się jak wyblakła akwarelka przy 

jaskrawym olejnym obrazie. 

Potężny mężczyzna, który częściowo zasłaniał jej 

widok na piękną modelkę, gdzieś odszedł i wtedy 

u jej boku Mia zobaczyła Sandera Davisona. W nie­

nagannie skrojonym garniturze wyglądał zabójczo 

przystojnie. 

Obserwowała go ostrożnie spod przymkniętych 

powiek. 

Niespodziewanie jakaś otyła kobieta, ubrana w kosz­

towny, choć zupełnie pozbawiony gustu strój, potrąciła 

jej ramię, o mało co nie wylewając jej szampana. 

Zatrzymała się, żeby przeprosić. Mia uśmiechnęła się 

do niej: 

- Nic się nie stało. 

Wciąż się uśmiechała, kiedy, nierozważnie spoj­

rzawszy w stronę sali, napotkała wbity w siebie 

wzrok Sandera Davisona. 

Serce w niej zamarło. Odwróciła oczy i pospiesznie 

wmieszała się w tłum. Rhoda - drobna, rudowłosa 

dziewczyna o okrągłej twarzy i piwnych oczach, stała 

przy barze między swoim ojcem a ojcem Mii. 

William Rayburn i James Fielding od lat byli 

background image

MIODOWY MIESIĄC W HONGKONGU 

przyjaciółmi, a zarazem współwłaścicielami Rayfield 

Pharmaceuticals. 

Ujrzawszy ojca, uśmiechającego się czułe do Rhody, 

Mia poczuła ukłucie zazdrości. Od wczesnego dzieciń­

stwa usilnie starała się pozyskać jego miłość i akcep­

tację, ale to córka Williama była zawsze tą, która 

zajmowała uprzywilejowane miejsce w jego sercu. 

Zespół muzyczny zaczął grać głośną, bitową muzykę 

i wielu gości, szczególnie tych młodych, poszło tańczyć. 

Mia rozejrzała się jeszcze raz po sali... Ciągle ani 

śladu Filipa. Postawiła kieliszek na barku i z za­

chmurzoną twarzą uciekła na zewnątrz, w chłodne 

nocne powietrze. Skierowała się na murowany taras, 

po którym przechadzało się kilka par. W ogrodzie 

świeciły lampiony. Myśląc o Filipie, poszła ścieżką 

prowadzącą do odosobnionej altanki. 

Inteligentny i ambitny Filip Measham kierował 

działem sprzedaży Rayfield Pharmaceuticals. Wysoki, 

przystojny, z kędzierzawymi włosami, miał mnóstwo 

męskiego wdzięku. Mia już od ponad roku pracowała 

jako jego asystentka. Mniej więcej od tego samego 

czasu sekretnie się w nim podkochiwała. 

Spojrzała na ogród. Wprawdzie był dopiero początek 

marca, ale noc była wyjątkowo ciepła. Łagodny 

wietrzyk poruszał delikatnie jej długą spódnicą, 

rozwiewał pasma włosów i miłośnie muskał kark. 

Mia rozmarzyła się... 

Tamtego pamiętnego dnia, drugiego dnia Bożego 

Narodzenia, podczas przechadzki w ogrodzie, Filip 

pocałował ją po raz pierwszy i wyznał, że ją kocha. 

Oszołomiona nastrojem i urokiem chwili, Mia wsunęła 

palce w jego blond czuprynę i pocałowała go tak 

namiętnie, że zaskoczyło to ich oboje. 

background image

10 MIODOWY MIESIĄC W HONGKONGU 

Później przyszło poczucie winy. Filip już od kilku 

miesięcy był przecież narzeczonym Rhody. 

Zaczęły się tygodnie szczęścia. Ale było to szczęś-

cie zaprawione goryczą. Spotykali się zawsze potaje­

mnie. Dzisiaj wszystko miało się zmienić. Filip 

obiecał jej, że tego wieczora wszystko ostatecznie 

wyjaśni. 

- Jak tylko skończy się to przyjęcie, powiem 

Rhodzie, że chcę zerwać zaręczyny - obiecywał. 

Mia zaniepokoiła się: 

- Ale jak to wpłynie na twoją karierę? 

Po jego twarzy przemknął cień. Po chwili jednak 

Filip rozchmurzył się i powiedział zdecydowanie: 

- Jest to pewne ryzyko, ale je podejmę. Nie mogę 

już tak dłużej żyć. 

Wkrótce będzie wolny. Wolny! A po pewnym 

czasie oficjalnie jej się oświadczy i weźmie ją za żonę... 

Usłyszała cichy szelest zbliżających się kroków. 

Wiedziała, że to Filip przyszedł tutaj za nią. Odwróciła 

się i ujrzała go tuż za sobą. 

- Kochanie! - Rzuciła mu się w ramiona i uniosła 

twarz do pocałunku. 

Silne ramiona zacisnęły się wokół niej, a usta 

dotknęły jej warg, zanim zaskoczona Mia zorientowała 

się, że to nie Filip. Mężczyzna był wyższy, potężniejszy 

i dużo silniejszy. Filip, choć namiętny, zawsze był 

delikatny i czuły. Nigdy tak mocno jej nie ściskał. 

Nigdy też nie całował jej tak żarliwie i... z takim 

znawstwem. 

Mia ze wszystkich sił próbowała się uwolnić. 

Odpychała trzymające ją ramiona, ale one zaciskały 

się jeszcze mocniej. Pocałunek, z każdą chwilą coraz 

bardziej namiętny, doprowadził ją niemal do zawrotu 

background image

MIODOWY MIESIĄC W HONGKONGU 11 

głowy. Ciepła dłoń zaczęła pieścić jej plecy poprzez 

cienki materiał sukni... 

Mia wiedziała, że powinna protestować, lecz jej 

opór słabł z każdą sekundą. Do tej pory tylko poczucie 

winy wobec Rhody powstrzymywało ją od zupełnego 

oddania się Filipowi. Teraz zbyt długo tłumione 

namiętności wybuchły w niej niczym gejzer. 

Pieszczoty nieznajomego mężczyzny były tak zniewa­

lające, że pozbawiły ją resztek rozsądku. Oplotła 

ramionami jego mocny kark, krew poczęła szybciej 

krążyć w jej żyłach, a całe ciało zaczęło płonąć... Kiedy 

zręczne dłonie nieznajomego rozsunęły suwak sukni 

i delikatny szyfon zsunął się z jej ramion, Mia nie 

zareagowała. Zadrżała tylko, westchnęła i pozwoliła się 

całować. Czuła gorące usta, które błądziły nieprzytom­

nie po atłasowej szyi, ramionach, by wreszcie ześlizgnąć 

się w dół pomiędzy jej piersi... Nagle usłyszała odgłos 

zbliżających się kroków i głośny kobiecy śmiech. Nim 

zdążyła zareagować, zręczne ręce szybko nasunęły jej 

suknię i zapięły zamek, a wysoka sylwetka tajemniczego 

mężczyzny zasłoniła ją przed ciekawskimi spojrzeniami. 

Gdy tylko spacerująca para przeszła, Mia wysunęła 

się zza nieznajomego, by zobaczyć jego twarz. W ciem­

nościach widziała tylko biały gors koszuli i odblask 

światła w oczach, ale poznała go natychmiast. Praw­

dopodobnie od samego początku podświadomie 

wiedziała, że to on. 

Była wściekła, że tak podstępnie ją podszedł. 

- Jak śmiałeś?! - syknęła. 

Sander Davison był najwyraźniej rozbawiony całą 

sytuacją. 

- Mówisz jak kobieta z wiktoriańskiego romansu 

- odparł i roześmiał się. - Nie spodziewałem się tego 

background image

12 MIODOWY MIESIĄC W HONGKONGU 

po tobie. Nie spodziewałem się też, że tak namiętnie 

zareagujesz... - dodał. 

- Nie wiedziałam, że to ty - wycedziła przez zęby 

i poczuła, jak się zaczyna czerwienić. 

- A myślałaś, że kto? - zainteresował się. - Na 

kogo czekałaś? 

- Na nikogo - zaprzeczyła. 

- Czy w takim razie zawsze rzucasz się w ramiona 

obcych mężczyzn z okrzykiem „kochanie"? 

Zawstydzona tym pytaniem, Mia odwróciła się, by 

czym prędzej wymknąć się z altanki, ale Sander 

chwycił ją mocno za ramię i przytrzymał. Nie bardzo 

wiedziała, jak ma się zachować. 

- Skąd wiedziałeś, gdzie jestem? - spytała. 

- Wyszedłem za tobą na taras i doszedłem po 

twoich śladach aż tutaj. 

- Nie zauważyłam ciebie - odparła Mia ze wzrokiem 

wbitym w ziemię. 

- Niezauważanie mnie weszło ci w zwyczaj - po­

wiedział. - Zwyczaj, który niezbyt mi się podoba 

- dodał miękko. - Mam nadzieję, że już się go 

pozbyłaś. 

- Puść mnie! - Szarpnęła uwięzioną rękę. 

- Poczekaj, nie denerwuj się... - Sander zignorował 

jej prośbę. - Znam znakomite lekarstwo na skołatane 

nerwy... 

Ponownie usłyszeli odgłos kroków. 

- Wprawdzie to miejsce nie jest zbyt ustronne, ale 

jeśli tylko masz ochotę... 

- Mam ochotę stąd uciec. Puść mnie! Jeśli tego nie 

zrobisz, zacznę krzyczeć! 

- Ach, jak w prawdziwym melodramacie! 
- Posłuchaj, gdybym zrobiła ci scenę, miałbyś dużo 

background image

MIODOWY MIESIĄC W HONGKONGU 13 

do wyjaśniania swojej dziewczynie. - Próbowała go 

zaszantażować. 

- Ale nie zrobisz. 

Cholerny typ! Miał rację. Mia nigdy nie lubiła 

być w centrum uwagi, a przecież gdyby chciała 

zrealizować swoją groźbę, i gdyby ta miała być 

skuteczna, musiałaby urządzić prawdziwe przed­

stawienie. 

Nie opodal pojawiła się kolejna para spacerujących 

młodych ludzi. Sander spojrzał w bok i, kiedy uścisk 

jego palców nieco zelżał, Mia wyrwała się i szybko 

uciekła. Tak bardzo pragnęła się od niego oddalić, że 

prawie biegła. 

Była wściekła. Co za tupet! Żeby tak śledzić ją aż 

na taras, a potem... 

No dobrze, ona sama też nie jest bez winy. Mój 

Boże, jak łatwo straciła samokontrolę... Stanowczo 

zbyt długo opierała się Filipowi. A natura ma przecież 

swoje prawa. 

Jęknęła boleśnie. Co się z nią stało? Przecież zawsze 

uważała, że seks i miłość są nierozłączne, że nie 

istnieje nic takiego jak „czysta namiętność", i że seks 

jest formą wyrażania miłości. A teraz...? Nigdy nie 

myślała, że jest w stanie tak silnie zareagować na 

pieszczoty mężczyzny, którego przecież nie znosi. 

Wzburzona podeszła do baru, przy którym stali jej 

ojciec i William. James Fielding był postawnym, 

siwym, ciągle przystojnym mężczyzną, choć szaroblady 

odcień skóry na jego twarzy przypominał o niedawno 

przebytym ataku serca. 

- Zastanawiałem się właśnie, gdzie się podziałaś 

- rzucił cierpko, po czym popatrzył na córkę z dez­

aprobatą. 

background image

14 MIODOWY MIESIĄC W HONGKONGU 

W tej samej chwili William przysunął się do niej 

i zapytał: 

- Przyłączysz się do nas, moja droga? 

- Z przyjemnością - odparła spokojnie. 

Z tłumu gości wyszli Rhoda i Filip. Po Filipie nie 

było widać, żeby się specjalnie dobrze bawił, ale za to 

twarz Rhody rozjaśniał promienny uśmiech. 

- Cześć, Mia! Wspaniałe przyjęcie, prawda? - za­

wołała. 

- Cudowne! - zgodziła się posłusznie Mia. Zanie­

pokoił ją wyraz oczu Filipa. Wyglądało na to, że coś 

go gryzie. Czyżby już zerwał zaręczyny? Ale jeśli to 

zrobił, to dlaczego Rhoda ćwierka niczym skowronek? 

- Mamy wspaniałe wiadomości! 

Filip drgnął, chciał chyba zaprotestować, ale po 

chwili odwrócił wzrok, jakby dał za wygraną. Rhoda 

natomiast, wciąż rozpromieniona, zaczęła coś radośnie 

szczebiotać. I w tym momencie Mia domyśliła się, że 

owe „wspaniałe wiadomości" niezbyt dobrze wróżą 

jej samej. Przeszył ją zimny dreszcz. 

- Uzgodniliśmy wreszcie datę naszego ślubu, praw­

da, kochanie? - powiedziała Rhoda, uśmiechając się 

do narzeczonego i oparła głowę na jego ramieniu. 

- Za niecałe dwa miesiące zostanę panią Measham! 

Jej słowa rozbrzmiewały głuchym echem w głowie 

Mii. Gwar składanych życzeń i gratulacji ledwo do 

niej docierał. 

A więc Rhoda postawiła na swoim... Odniosła 

spektakularny sukces. Wyraźnie, przy wszystkich 

powiedziała: „Ręce precz! On jest mój i tylko mój!" 

Oczywiście Mia nie miała najmniejszych nawet wątp­

liwości, że Rhoda znała jej uczucia do Filipa, i że 

starannie zaplanowała moment ogłoszenia ślubu tak, 

background image

MIODOWY MIESIĄC W HONGKONGU 15 

aby ją publicznie poniżyć i upokorzyć. I trzeba 

przyznać, że jej się to udało. 

Mia, choć przyszło jej to z trudem, dumnie uniosła 

głowę i, nie patrząc na Filipa, powiedziała ostrożnie: 

- Mam nadzieję, że będziesz szczęśliwa. - Po czym 

uśmiechnęła się i odeszła na miękkich nogach. 

Musiała się jakoś otrząsnąć z szoku, który przeżyła. 

Podeszła do okna. Nagle cały pokój zawirował wokół 

niej, zachwiała się i pewnie by upadła, gdyby nie silne 

ramię, które chwyciło ją w talii. 

- Wszystko w porządku? - Usłyszała tuż przy 

uchu znajomy głos. - Trzymam cię. Oprzyj się o mnie. 

To był Sander Davison. Mia oparła się o niego 

bezwładnie. Dla patrzących z boku wyglądało to 

pewnie jak romantyczna scena, ale dziewczyna daleka 

była od romantycznych uczuć. 

Sander pochylił się nad nią i powiedział cicho: 

- Zaopiekuję się tobą. 

. Powolutku zaprowadził bezwolną i otępiałą Mię 

na taras, a gdy tylko znaleźli się na świeżym powietrzu, 

usadził ją na krześle stojącym gdzieś w najciemniejszym 

zakamarku i zaczął głaskać po głowie jak małe dziecko. 

- Już mi lepiej - wymruczała po chwili. 

- Dasz sobie radę, jeżeli zostawię cię na chwilkę? 

- Tak. Dziękuję ci bardzo - odpowiedziała niczym 

grzeczna uczennica. 

Ku jej zdumieniu Sander wrócił po chwili z filiżanką 

gorącej herbaty. Wzięła ją drżącymi rekami i powoli 

zaczęła pić. 

- Czy czujesz się na siłach, aby wrócić do środka? 

- spytał, kiedy filiżanka została opróżniona. 

- Nie! - odpowiedziała gwałtownie. 
- Nie możesz tutaj zostać. Masz dreszcze. 

background image

16 MIODOWY MIESIĄC W HONGKONGU 

- Chcę wrócić do domu. - Potrząsnęła głową. 

- Wezmę taksówkę. 

- To nie będzie takie proste. Przypuszczam, że 

wszystkie taksówki w okolicy są zajęte. 

Mia zacisnęła zęby. Co robić? Przecież nie może 

tam wrócić, spojrzeć w triumfujące oczy Rhody 

i udawać, że nic się nie stało. 

- Jak tutaj dotarłaś? - niespodziewanie spytał 

Sander. - Razem z ojcem? 

- Nie. Podwieźli mnie Brentowie. Tata zostaje 

na noc. 

- Radziłbym ci zrobić to samo. Zapytam gos­

podarza, czy mają wolną sypialnię. Jeśli nie, odstąpię 

ci moją. 

- Dziękuję, ale chyba nie chcę... Nie, nie mogę 

tutaj zostać! - krzyknęła Mia z desperacją. 

- No dobrze, w takim razie zaczekaj na mnie 

chwilę - powiedział i odszedł. 

Przyjęcie najwyraźniej się rozkręcało. Muzyka 

grała coraz głośniej, goście rozmawiali, śmiali się 

i tańczyli w najlepsze, podczas gdy ona siedziała 

zdruzgotana, z dala od wszystkich, w najdalszym 

kącie tarasu. 

Wciąż dręczyły ją te same pytania. Dlaczego Filip 

tak nagle zmienił zdanie? Przecież obiecywał, że odwoła 

zaręczyny, mówił, że kocha... Jakich sposobów użyła 

Rhoda żeby go przy sobie zatrzymać? 

- Czy masz płaszcz? - zapytał Sander, gdy po raz 

kolejny pojawił się niespodziewanie obok niej. 

Mia pokręciła przecząco głową. 

- Nie, było tak ciepło, że nie wzięłam. 

- Chcesz się z kimś pożegnać? 

- Nie. 

background image

MIODOWY MIESIĄC W HONGKONGU 17 

- No to chodźmy. 

- Zamówiłeś dla mnie taksówkę? 

- Sama zobaczysz. 

Wziął ją pod rękę i pomógł wstać z krzesła. Mimo 

że Mia była kobietą dość wysoką, a teraz na dodatek 

miała na nogach wysokie szpilki, czubkiem głowy 

ledwie sięgała jego podbródka. Przez jej ciało przebiegł 

kolejny dreszcz. Sander natychmiast zdjął marynarkę 

i narzucił jej na ramiona. 

- Dziękuję - bąknęła pod nosem. 

Na zewnątrz, przy końcu podjazdu stało kilka 

czekających na klientów taksówek. Sander jednak 

minął je i poprowadził ją do zaparkowanego z boku 

białego porsche'a. 

- To nie jest taksówka - zaprotestowała. 

- Chcesz wrócić do domu? - spytał krótko. 

- Tak. Bardzo... - Objęła rękoma zbolałą głowę. 

- Ale nie mogę przecież wyciągać cię z takiego 

przyjęcia. A co z twoją... dziewczyną? 

- Możesz się nie obawiać. Jacqueline z pewnością 

doskonale będzie się bawić sama. - Otworzył drzwiczki. 

- No, jedziemy! 

Mia wsiadła bez słowa. Nie chciała mieć żadnych 

zobowiązań, zwłaszcza wobec niego, ale nie miała 

wyboru. 

- Nie mieszkasz z ojcem, prawda? - spytał, zapinając 

jej pas bezpieczeństwa. 

- Nie. Mam własne mieszkanie. W Girton Terrace 

na Bayswater 33. 

Ruszyli w stronę Londynu. Gdy jechali przez ciemne 

i ciche okolice Kentu, Mia poczuła, jak ogarnia ją 

zmęczenie. Silnik mruczał cicho, wnętrze auta było 

małe, ale ciepłe i przytulne. Westchnęła ciężko, oparła 

background image

18 MIODOWY MIESIĄC W HONGKONGU 

głowę o podgłówek, zamknęła oczy i po niedługiej 

chwili usnęła. 

- Obudź się. - Usłyszała jak przez sen jakiś głęboki 

męski głos. Odwróciła głowę w drugą stronę. - Mia, 

słyszysz? Obudź się - powtórzył mężczyzna i delikatnie 

poklepał ją po policzku. - Spanie w samochodzie 

naprawdę nie jest przyjemne. 

Mia niechętnie podniosła ciężkie powieki. 

W świetle ulicznych lamp ujrzała nad sobą Sandera 

Davisona. Przez chwilę patrzyła na niego niewi-

dzącymi oczami, po czym podniosła się i wyjrzała 

przez okno. Samochód stał zaparkowany przed 

jej domem. 

- Nie mam kluczy - szepnęła przerażona, gdy 

stanęli przed drzwiami. - Są w torebce, ale nie wiem, 

co się z nią stało. 

- Zostawiłaś ją w ogrodzie. Ale nie denerwuj się. 

Pamiętałem, żeby ją zabrać. 

Sięgnął do kieszeni marynarki, wyjął z niej małą 

torebkę i podał Mii. Chwyciła ją i zaczęła gorącz­

kowo mocować się z zapięciem. Jednak jej normal­

nie zwinne palce tym razem nie mogły sobie z nim 

poradzić. 

- Pozwól. Może mi się uda. - Sander wyjął 

delikatnie torebkę z jej rąk, w ciągu kilku sekund 

znalazł klucze, wyjął je i włożył do zamka. Nie 

naoliwione żółte drzwi skrzypnęły swojsko. 

Mia nie była pewna, czy powinna się z nim pożegnać, 

czy raczej zaprosić do środka. 

- Dziękuję ci - powiedziała niepewnie. 

- O ile nie zamierzasz mnie zaprosić, proponuję, 

abyś zamknęła drzwi. 

background image

MIODOWY MIESIĄC W HONGKONGU 19 

- Słucham...? Ach, tak... Rzeczywiście. Jeszcze raz 

ci dziękuję. Byłeś taki uprzejmy. 

Cofnęła się, starannie zamknęła drzwi i założyła 

łańcuch. Weszła do pokoju, zapaliła światło i, gdy 

zaciągała zasłony, za oknem usłyszała odjeżdżający 

samochód. 

Nareszcie w domu! Wprawdzie mieszkanie, które 

zajmowała, nie było zbyt duże - składało się tylko 

z jednego pokoiku, miniaturowej kuchenki i jeszcze 

mniejszej łazienki - ale zupełnie zaspokajało potrzeby 

Mii. Zwłaszcza że mieszkała przecież sama. 

Powoli rozłożyła łóżko. Następnie rozebrała się, 

wzięła krótki prysznic i czym prędzej wsunęła się pod 

kołdrę. Gdy tylko przyłożyła głowę do poduszki, 

usnęła jak zabita. 

Spała dłużej niż zwykle. Kiedy się wreszcie zbudziła, 

leżała jeszcze jakiś czas z zamkniętymi oczami i słuchała 

znajomych odgłosów niedzielnego poranka. Szczekania 

Rexa pani Padstow, Trevora, który usiłował uruchomić 

motocykl, panny Ackroyd nawołującej swojego synka... 

Wyspana i wypoczęta przeciągnęła się z rozkoszą. 

Nagle przypomniała sobie wszystkie wydarzenia 

ostatniej nocy i błogi uśmiech natychmiast zniknął 

z jej twarzy. No tak... Żegnajcie marzenia i złudne 

nadzieje! 

Gwałtowny dźwięk dzwonka nie pozwolił jej po­

grążyć się w ponurych rozmyślaniach. Mia pode­

rwała się na łóżku i zamarła w bezruchu. Kto to 

może być, zaczęła się zastanawiać. Na pewno nie 

Filip. Nie mógłby, ot tak, przyjść sobie z wizytą po 

tym wszystkim, co się wczoraj stało... To nie w jego 

stylu. Szczerze nie znosił wszelkich trudnych i nie-

background image

20 MIODOWY MIESIĄC W HONGKONGU 

zręcznych sytuacji i zawsze starał się ich unikać jak 

ognia. 

Dzwonek zadzwonił ponownie... 

Nie, nie chciała nikogo widzieć. Nie w tej chwili. 

Postanowiła więc zignorować gościa, ale on naj­

wyraźniej nie miał zamiaru odejść. Wciąż dzwonił, 

wytrwale i zdecydowanie. Mia westchnęła ciężko, 

wstała z łóżka i podeszła do drzwi w swojej luźnej 

koszuli nocnej. Czuła się fatalnie. To straszne, jak 

bardzo szok wpływa na zdrowie... 

Dzwonek ciągle dzwonił. To pewnie młody Trevor... 

Tak wcześnie rano mógł przyjść tylko on. Na pewno 

chce pożyczyć kilka monet do automatu zainstalowa­

nego w holu. 

Nie zdejmując łańcucha, otworzyła zamek i uchyliła 

drzwi. Ale to nie był Trevor. Za drzwiami stał wysoki, 

dobrze zbudowany mężczyzna, zupełnie niepodobny 

do młodzieńca, którego spodziewała się ujrzeć. Oparty 

kciukiem o przycisk dzwonka, wpatrywał się w nią 

intensywnie kpiącym spojrzeniem swoich błyszczących 

zielonych oczu. 

Mia poczuła, jak rumienią się jej policzki. Miała 

przed sobą Sandera Davisona. 

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

- Ach, to ty! - Mia krzyknęła zaskoczona. 

Sander był ostatnim człowiekiem, którego pragnęła 

w tej chwili zobaczyć i nawet nie starała się ukryć 

tego faktu. 

On jednak, niczym nie zrażony, uśmiechał się ironicz­

nie. Jego pełne i doskonałe ukształtowane usta odsła­

niały wspaniałe zęby. Mogła go lubić bądź nie, ale 

musiała przyznać, że jest naprawdę bardzo atrakcyjny. 

Pochylił się w jej stronę. Mia odruchowo się cofnęła. 

Mężczyzna potraktował widocznie jej niekontrolowany 

odruch jak zaproszenie, gdyż wszedł za nią do 

mrocznego pokoju. Cofnęła się jeszcze bardziej 

i odrzuciła na ramię niesforne pasmo jasnych włosów. 

Uświadomiła sobie z zakłopotaniem, że łóżko jest nie 

posłane, a ona sama w dezabilu. 

- Obawiam się, że nie jestem odpowiednio ubrana... 

- zaczęła, nie bardzo wiedząc, co ma powiedzieć. 

- Zauważyłem, ale nie przejmuj się. - Zerknął na 

staromodną koszulę w stokrotki, skrzywił się i dodał: 

- W tym stroju raczej trudno by ci było mnie 

podniecić... 

Podniecić! Dobre sobie! Ostatnią rzeczą, jakiej 

pragnęła, było to, aby go podniecić! Nie dała się 

sprowokować. Podeszła do okna, i odsuwając zasłony, 

spokojnie zaczęła mówić: 

- Jest jeszcze wcześnie i w zasadzie nie powinnam... 

background image

22 MIODOWY MIESIĄC W HONGKONGU 

- Jest już po dziesiątej - powiedział krótko, opierając 

się o gzyms murowanego kominka. 

Miał na sobie golf i jasne spodnie, które podkreślały 

jego płaski brzuch i wąskie biodra. Starannie ogolone 

policzki wyglądały świeżo i zdrowo, zielone oczy 

lśniły jakimś niepokojącym blaskiem, a krótko przy­

strzyżone, błyszczące włosy zaczesane były z niedbałą 

elegancją. Ogólnie, Sander robił dobre... no, niech 

tam - bardzo dobre wrażenie. 

Mia wzięła głęboki oddech i zaczęła jeszcze raz: 

- Nie spodziewałam się ciebie... 

Odwrócił się do niej błyskawicznie. 

- A kogo się spodziewałaś? Czy to, że Measham 

podjął wreszcie decyzję, nic dla ciebie nie znaczy? 

Nadal usiłujesz kontynuować swoje niecne gierki? 

Mia zbladła gwałtownie. 

- Ja... nie rozumiem, o czym mówisz... -wyjąkała. 

- Nie udawaj niewiniątka. Tracisz tylko czas. 

Doskonale wiem, co was łączy! 

Chciała zaprotestować, ale przerwał jej chłodno. 

- Nie zaprzeczaj. Po skończonym przyjęciu Rhoda 

wszystko mi powiedziała. Szczęśliwie znalazła na to 

czas. Chciałaś, żeby Measham zerwał zaręczyny. No, 

powiedz! Chciałaś? 

Teraz, dla odmiany, twarz dziewczyny stała się 

czerwona niczym piwonia. 

- Nigdy go do niczego nie zmuszałam! - próbowała 

się bronić. - A jeśli nawet tak było, to nie powinno 

cię to obchodzić! 

Sander oparł ręce na biodrach i zmroził ją wzrokiem. 

- To także moja sprawa - powiedział spokojnie. 

-Jesteśmy rodziną. Rhoda jest moją daleką kuzynką. 

Wybrała Meashama... - westchnął. - Bóg jeden wie, 

background image

MIODOWY MIESIĄC W HONGKONGU 23 

dlaczego... Przecież to marna, tchórzliwa karykatura 

mężczyzny. Ale skoro tak zdecydowała, nie będę się 

biernie przyglądał, jak jakaś inna panienka usiłuje go 

sprzątnąć jej sprzed nosa. 

Mia zaniemówiła z oburzenia. Upłynęła dobra 

chwila, zanim zdołała wreszcie wydobyć z siebie głos. 

- Filip wcale nie jest tchórzliwy! - odparła z wściek­

łością. - Jest czuły i opiekuńczy, w przeciewieństwie 

do takich brutali jak ty...! A poza tym, jak śmiesz 

prawić mi morały? W ogóle nic o mnie nie wiesz! 

- Przecież widziałem, jak się zachowywałaś dzisiej­

szej nocy. A nawet gdybym nie wiedział, jaka jesteś 

naprawdę, to twoje słowa mi wystarczą, aby wyrobić 

sobie odpowiednią opinię o tobie. 

- Nie! - zaprzeczyła gwałtownie. - To nie jest tak, 

jak myślisz. Nigdy nie... - przerwała w pół słowa. No 

tak, znowu się zdenerwowała. Nie. Nie będzie się 

przed nim tłumaczyć. A zresztą, po tym wszystkim, 

co usłyszał od Rhody, i tak by jej nie uwierzył. 

- Czego nigdy nie...? Czy możesz mi to wyjaśnić? 

- Sander dręczył ją kolejnymi pytaniami. - To zaczyna 

brzmieć interesująco... 

Mia westchnęła i odpowiedziała spokojnie: 

- Ostatniej nocy myślałam o Filipie, kiedy więc 

usłyszałam twoje kroki, po prostu... 

- ...pomyślałaś, że to on. Rozumiem. To tłumaczy, 

dlaczego tak ochoczo rzuciłaś mi się w ramiona. Ale 

nie tłumaczy, dlaczego, kiedy wiedziałaś już, że to nie 

Filip, pozwoliłaś na dalsze pieszczoty. Nawet do nich 

zachęcałaś... 

Mia bezradnie potrząsnęła głową. Sama nie wie­

działa, dlaczego tak się stało. To był jakiś zupełnie 

irracjonalny odruch, którego nie potrafiła wytłumaczyć. 

background image

24 MIODOWY MIESIĄC W HONGKONGU 

Sander odczekał chwilę, po czym powiedział spokoj­

nie, lecz chłodno: 

- Powiedz, Mia, czy ty naprawdę jesteś taka, jak 

o tobie myślę, czy też raczej jest coś między nami, 

jakieś wzajemne przyciąganie... 

Ponieważ nie odpowiedziała, ponowił pytanie. 

- A może jedno i drugie? Wiem, że... 

- Nic z tych rzeczy! - przerwała mu gwałtownie. 

- Mówiłam ci już, że niewiele o mnie wiesz. 

- Ależ wiem. Już od naszego pierwszego spot­

kania wiedziałem, że w twoim życiu musi być jakiś 

mężczyzna... 

- A niby skąd? 

- Widziałem, jak zareagowałaś na moją osobę. 

Spodobałem ci się. Zachowałaś jednak dystans, 

bo nie chciałaś sama przed sobą się do tego przy­

znać. Typowe zachowanie dla dziewczyny, która 

już kogoś ma. Nie spodziewałem się tylko, że to 

Measham. 

- A czy nie przyszło ci do głowy, że zachowałam 

dystans, ponieważ wydałeś mi się despotyczny, bez­

czelny i arogancki? - wysyczała wściekła. - Filip jest 

delikatny i uprzejmy. To naprawdę wspaniały męż­

czyzna, wart dwóch takich jak ty! 

- On jest mdły. - Sander prychnął pogardliwie. 

- Zimna, bezkrwista ryba... W żadnym wypadku nie 

jest to mężczyzna dla ciebie. Nawet gdyby był 

wolny. A jak dobrze wiemy - nie jest. Rhoda 

wybrała właśnie jego i zostanie jej mężem, na dobre 

i na złe. Nie dopuszczę, żebyś weszła między ich 

dwoje. 

- Jak to... - wyjąkała. - Przecież nie możesz... 

- Mogę - przerwał jej bezceremonialnie. - Pamiętaj, 

background image

MIODOWY MIESIĄC W HONGKONGU 25 

Measham bardzo łatwo ulega wpływom, trzymaj się 

więc od niego z daleka. 

- Jest moim szefem, obawiam się zatem, że będzie 

to raczej trudne - powiedziała Mia z przekąsem. 

- Doskonale wiesz, co mam na myśli. I nie staraj 

się być zbyt sprytna, bo możesz przestać dla niego 

pracować. 

- Czy to groźba? 

- Wystarczy, że szepnę słówko Williamowi i uświa­

domię mu, co może zrobić dla szczęścia swojej córki. 

- Zapominasz chyba, że firma nie jest jego wyłą­

czną własnością. Mój ojciec jest jej współwłaścicie­

lem... 

- Nie, wcale o tym nie zapomniałem. Ale nie 

sadzę, żeby James zaaprobował tę dwuznaczną sytua­

cję, w jakiej się znalazłaś. 

Te słowa zraniły ją mocniej niż wszystko, co zostało 

do tej pory powiedziane. Niestety, przypuszczenia 

Sandera były jak najbardziej trafne. 

- Jednak dla dobra Meashama Rhoda wolałaby, 

żeby nikt nie dowiedział się o waszym związku -mówił 

dalej. 

- Dlaczego więc poinformowała ciebie? - zapytała 

Mia ze ściśniętym gardłem. 

- Ponieważ potrafię sobie dawać radę w każdej 

sytuacji. 

- Muszę przyznać - uśmiechnęła się gorzko - że 

dokonała słusznego wyboru. 

- Daj spokój, Mia, nie opłaca się walczyć ze 

wszystkimi. Uwierz mi, nie masz szans na wygraną. 

Zostaw Meashama w spokoju. 

Dziewczyna, mocno już zdenerwowana całą tą 

rozmową, krzyknęła: 

background image

26 MIODOWY MIESIĄC W HONGKONGU 

- A jeśli go nie zostawię, to co? Zastrzelisz mnie? 

- To byłoby jakieś wyjście. 

- Nie mam zamiaru dłużej tego słuchać! 

- Jeśli chcesz, mogę sprawić, że zapomnisz o wszys­

tkich kłopotach. - Mrugnął znacząco. - Będziemy 

zbyt pochłonięci sobą, by zaprzątać sobie głowę 

zmartwieniami... 

Po plecach dziewczyny przebiegł zimny dreszcz. 

Słowa Sandera zaniepokoiły ją. Starając się ukryć 

strach, spojrzała na niego pogardliwie. 

- Ciągle mówisz tylko o seksie - wypowiedziała to 

słowo tak, jak by to był najbardziej nieprzyzwoity wyraz 

świata. - Czy sugerujesz, że jedynie to łączy mnie 

z Filipem? 

- Łączyło - poprawił ją. 

Mia zignorowała tę uwagę i mówiła dalej: 

- Ale przecież ja go kocham...! - Jej piękne, szare 

oczy wypełniły się łzami -I on... On... też mnie kocha! 

- Nie wiem, może ty rzeczywiście go kochasz, ale 

on? Jeśli cię kocha, to dlaczego postanowił ożenić się 

z inną? 

Tak, to pytanie miało sens... Mia już nieraz je sobie 

zadawała. 

- Ja... ja... - zaczęła, ale w tej samej chwili nie 

chciane łzy popłynęły z jej oczu obfitą strugą. 

Pospiesznie wytarła twarz. 

- Rozumiem teraz twoje zachowanie na przyjęciu. 

- Sander mówił dalej obojętnym tonem, jakby zupełnie 

nie dostrzegał jej wilgotnych oczu. - Wiadomość 

o ich ślubie musiała być dla ciebie prawdziwym 

szokiem. Zrozumiałaś, że przegrałaś z kretesem... 

Mia, walcząc ze łzami, podniosła głowę i z całą 

godnością, na jaką było ją stać, poprosiła: 

background image

MIODOWY MIESIĄC W HONGKONGU 27 

- Jeśli powiedziałeś już wszystko, co miałeś mi do 

zakomunikowania, będę ci szczerze zobowiązana, jeśli 

sobie pójdziesz. 

- Poczekaj, zaraz wyjdę, ale najpierw musisz mi 

dać słowo, że zostawisz Meashama w spokoju. 

- A to niby po co? Czyżby Rhoda obawiała się, że 

Filip znowu zmieni zdanie? 

Sander zacisnął usta. 

- Daj mi słowo - powtórzył twardym głosem. 

- Nic nie będę obiecywać - oświadczyła. -A nawet 

gdybym obiecała, nigdy nie będziesz miał pewności, 

czy dotrzymam przyrzeczenia. 

- Oczywiście, że mogę mieć taką pewność. 

Przełknęła z trudem ślinę i pełna najgorszych 

przeczuć spytała: 

- Czyżby? A jak ją zdobędziesz? 

- Biorąc cię za żonę. 

Mia na chwilę zaniemówiła. 

- Ty, ty... ty naprawdę jesteś bezczelny... -udało jej 

się w końcu z siebie wykrztusić. -I zarozumiały. Nie 

wyszłabym za ciebie, nawet gdybyś... 

Podniósł ręce do góry i przerwał jej: 

- Proszę, tylko nie mów, że nawet gdybym był 

ostatnim mężczyzną na ziemi. Przecież wcale tak nie 

myślisz. 

- Właśnie że tak myślę! - wrzasnęła. 

Sander pokręcił głową z powątpiewaniem. 

- Nie denerwuj się. Seks to naprawdę bardzo istotna 

sprawa. Zwłaszcza dla kobiety obdarzonej twoim 

temperamentem. 

- Nie jestem taka, jak myślisz... 

- Oczywiście, że jesteś. Dlatego będzie nam ze sobą 

dobrze. Z tego samego zresztą powodu ty i Measham 

background image

28 MIODOWY MIESIĄC W HONGKONGU 

nie pasujecie do siebie. Nie zauważyłaś, jaki z niego 

beznadziejny kochanek? - Roześmiał się. -Domyślam 

się, że nieraz zatrzymałaś się w pół drogi, ale za to 

ostatniej nocy, ze mną, zatraciłaś się zupełnie... 

Mia z wściekłości zacisnęła pięści. Czuła się za­

wstydzona, poniżona i upokorzona. Podeszła do drzwi, 

otworzyła je szeroko i powiedziała: 

- No dobrze. Wygłosiłeś już swoją mowę, przy 

okazji znieważyłeś mnie i Filipa, a teraz... wynoś się! 

Sander jednak wzruszył tylko ramionami. Zanim 

zdążyła się zorientować, zatrzasnął drzwi i mocno 

chwycił ją w ramiona. Próbowała się wyrwać, odwrócić 

głowę... Na próżno. Mężczyzna nie zwolnił żelaznego 

uścisku. Przysunął się bliżej, tak że ich usta dzieliły 

tylko centymetry. 

- Wydaje mi się, że powinienem odświeżyć twoją 

pamięć. 

Mia zbyt dobrze pamiętała spotkanie w ogrodzie, 

by na to pozwolić. Szarpnęła się mocno. 

- Nie! Zostaw mnie! Nie chcę żebyś mnie całował! 

- Kłamczucha! Oczywiście, że chcesz. W przeciw­

nym razie poprosiłbym o zgodę. 

Wsunął palce miedzy pasma jedwabistych włosów 

dziewczyny i pochylił się nad jej ustami. Mia zebrała 

wszystkie siły, żeby przeciwstawić się tej napaści. 

Jednak Sander nie miał nawyków typowych dla 

„prawdziwych mężczyzn" i nie zachowywał się brutal­

nie. Delikatnie pieścił wargami jej usta, całował skronie, 

powieki, nos... 

Powoli zaczęła narastać w niej namiętność. Pod 

wpływem subtelnych pieszczot jej ciało stawało się 

coraz bardziej uległe. Rozchyliła usta i zatraciła się 

cała w pocałunku... 

background image

MIODOWY MIESIĄC W HONGKONGU 29 

Sander całował coraz żarliwiej. Jedną ręką mocno 

obejmował ją w talii, a drugą gładził jej smukłe 

pośladki. 

Podobnie jak poprzedniej nocy, gorąca fala pożą­

dania rozlała się po ciele dziewczyny. Nawet nie 

poczuła, kiedy nocna koszula zsunęła się z jej ramion. 

Silne, wprawne dłonie delikatnie pieściły aksamitną 

skórę jej pleców, ramiona, kark, by wreszcie spocząć 

na nagich, pełnych piersiach. Gdy zaczęły wykonywać 

leniwe, powolne ruchy wokół ich napiętych, wrażliwych 

koniuszków, Mia głęboko westchnęła i przytuliła się 

do Sandera całym ciałem. 

Zaśmiał się miękko i cicho. 

- Czy rozumiesz teraz, co miałem na myśli? Widzisz, 

jak bardzo do siebie pasujemy? - Pocałował ją w ucho 

i dodał: - Ale poczekaj, zanim pójdziemy do łóżka, 

powinniśmy zasłonić okno. Nie chcemy chyba bul­

wersować przechodniów, a chcę się z tobą kochać 

godzinami... 

Jego słowa natychmiast ją otrzeźwiły. Potrząsnęła 

głową, jakby przebudzona ze snu i odepchnąła go 

gwałtownie. Wyczuwając gwałtowną zmianę jej na­

stroju, Sander puścił dziewczynę i cofnął się. Mia 

spodziewała się, że będzie zdenerwowany lub zawie­

dziony. On jednak spytał tylko: 

- Co się stało? Z ognistej kochanki zrobiła się 

nagle królowa śniegu... Przypomniał ci się Mea-

sham? 

Odważnie spojrzała mu w oczy. 

- Nie. - Dziwne, rzeczywiście ani przez chwilę nie 

pomyślała o Filipie. - Może to po prostu twoja 

wina? Może wcale nie działasz na mnie tak, jak 

myślisz... 

background image

30 MIODOWY MIESIĄC W HONGKONGU 

Ta uwaga miała sprawić mu przykrość, ale Sander 

nie przejął się nią zbytnio. 

- Owszem, działam... - odpowiedział i popatrzył 

na nią zamyślony. - Ale jest jeszcze jeden czynnik, 

którego nie bratem pod uwagę. Coś, co nie jest dla 

mnie do końca jasne... - Przez chwilę jeszcze się nad 

czymś zastanawiał, po czym podszedł do drzwi, 

otworzył je i, obróciwszy się do niej, rzucił na 

pożegnanie: - Trudno uwierzyć, abyś wzbraniała się 

przed pójściem do łóżka tylko dlatego, że nie jesteś 

moją żoną. To do ciebie niepodobne. Ale dobrze, jeśli 

zmienisz zdanie, daj mi znać. - Uśmiechnął się 

szyderczo i zamknął za sobą drzwi. 

Mia w pierwszej chwili poczuła ulgę, że wreszcie 

sobie poszedł. Jednak zaraz potem w jej miejsce 

pojawił się gniew. Jak ten okropny typ w ogóle śmiał 

do niej przyjść, pouczać ją, jak ma się zachowywać, 

a na dodatek znieważać ją i obrażać! A potem jeszcze 

zebrało mu się na amory! Ohyda! 

Była wściekła i jedynym uczuciem, jakie mogła 

żywić wobec Sandera Davisona, była nienawiść. Tylko 

dlaczego za każdym razem w jego obecności była tak 

słaba i niezdecydowana...? 

Usiadła ciężko na łóżku, oparła głowę na rękach 

i jeszcze raz wróciła myślą do tego, co się stało. 

Znowu zrobiło jej się gorąco... Dość tego! Jeżeli cały 

czas będzie rozpamiętywać minione wydarzenia, to 

nigdy nie dojdzie do siebie. 

Po chwili jej serce zaczęło wracać do normalnego 

rytmu. Jednak ironicznie uśmiechnięta twarz Sandera 

uparcie tkwiła jej przed oczami... 

Powiedział, że jeśli zechce, to weźmie ją za żonę... 

Na pierwszy rzut oka całe te plany matrymonialne 

background image

MIODOWY MIESIĄC W HONGKONGU 31 

nie miały żadnego sensu. Ale Mia, nie wiedzieć czemu, 

była przekonana, że Sander Davison postawi na 

swoim. Na miłość boską, ten mężczyzna musi być 

chyba niespełna rozumu! Przecież ona go nawet nie 

lubi, a co dopiero mówić o miłości! Poza tym zawsze 

liczył się dla niej tylko Filip. Owszem, Sander też 

może się podobać, ale... 

Zaraz, zaraz... Sander może się podobać? No tak, 

sama tak przed chwilą pomyślała! To nagłe odkrycie 

spadło na nią nieoczekiwanie! Sander jej się podobał... 

Być może było tak nawet już podczas pierwszego ich 

spotkania, tyle że wtedy nie zdawała sobie z tego 

sprawy. To siła tego zauroczenia tak bardzo ją 

przerażała. 

No dobrze, ale skoro jest to wyłącznie atrakcyjność 

fizyczna, to nie ma mowy, żeby wyszła za niego za 

mąż. Dziwne... Wszystkie te argumenty były jak 

najbardziej logiczne. A jednak w dalszym ciągu 

odczuwała niepokój. 

Następnego poranka Mia obudziła się przed siódmą. 

Nie była w najlepszym nastroju. Po stracie Filipa 

wciąż czuła bolesną pustkę, jakiś tępy ból, którego 

nie mogła się pozbyć. 

Wzięła prysznic, ubrała się szybko, wypiła kawę 

i była gotowa do wyjścia. 

Zimny, szary i wilgotny poranek nie nastrajał do 

życia optymistycznie. Po drodze do pracy dziewczyna 

mijała zniszczone kamienice ze sterczącymi żałośnie 

liszajami odpadającego tynku i płatami łuszczącej się 

z drzwi i okien farby. Porywisty wiatr zacinał deszczem 

pod parasolkę. Kiedy więc doszła wreszcie do przypo­

minającego akwarium biurowca Rayfields Pharmaceu­

ticals, zimne krople deszczu spływały jej po twarzy. 

background image

32 MIODOWY MIESIĄC W HONGKONGU 

- Dzień dobry, panno Fielding. Jest pani bardzo 

wcześnie - przywitał ją ubrany w niebieski mundur 

portier. 

- Dzień dobry, George. - Strząsnęła wodę z paraso­

lki. - Jak tam twoje lumbago? 

Tęgi, starszy już portier uśmiechnął się. 

- Nie mogę narzekać, proszę pani. Ale taka pogoda 

nie jest dla mnie najlepsza. 

Przeszła przez cichy jeszcze hol i wjechała windą na 

czwarte piętro. Otworzyła drzwi wielkiego biura 

kierownika sprzedaży. Wewnętrzna część należała do 

Filipa, zewnętrzną Mia dzieliła razem z Janet Renshaw, 

swoją sekretarką i osobistą asystentką. 

Zdjęła płaszcz i odstawiła parasolkę do stojaka. 

W tym samym momencie w drzwiach biura pojawił 

się Filip. Wysoki, szczupły, ubrany w gustowny 

garnitur, nosił się w sposób typowy dla tak zwanych 

młodych, dobrze zapowiadających się biznesmenów. 

Na górę wjechał windą prowadzącą prosto z pod­

ziemnego parkingu, więc nie zmókł i wyglądał niena­

gannie. 

Mia poczuła, jak gorycz ściska jej gardło. Nie 

odezwała się ani słowem, patrzyła tylko oskarży-

cielsko. 

- Miałem nadzieję, że przyjdziesz nieco wcześniej 

- powiedział z wyraźnym napięciem. - Widzisz, muszę 

z tobą porozmawiać... Mój Boże - złapał się za głowę 

- co za galimatias! I co my mamy teraz, do licha, 

zrobić? - Spojrzał na nią niepewnie, jednak ona nadal 

milczała. - Nie mogę cię stracić! Nie mogę! - jęknął 

histerycznie. 

- To ty zmieniłeś zdanie. - Mia jakimś cudem 

odzyskała głos. Zauważyła, że ta szczupła, świeżo 

background image

MIODOWY MIESIĄC W HONGKONGU 33 

ogolona twarz wygląda na mocno zmęczoną. - Przykro 

mi - szepnęła po chwili - ale zupełnie nie rozumiem, 

jak mogłeś to zrobić po tym wszystkim, co miedzy 

nami było, o czym tyle mówiliśmy... 

- Nie miałem wyboru - wymamrotał ze spuszczoną 

głową. 

- Jak to nie miałeś wyboru? Przecież... przecież 

mówiłeś, że właśnie... 

Przez chwilę popatrzył jej w oczy, ale mówiąc 

uciekł wzrokiem w bok. 

- Rhoda jest w ciąży. 

- W ciąży? - Mia, osłupiała, wpatrywała się w niego. 

- To znaczy, że... sypialiście ze sobą?! 

- Daj spokój... - odparł zmieszany. - Mówisz jak 

stara ciotka. Wśród zaręczonych par jest to w tej 

chwili normalne. 

- Normalne! - Mia powtórzyła z wściekłością. 

- Czy to znaczy, że przez cały czas sypiałeś z Rhodą 

i równocześnie usiłowałeś zaciągnąć mnie do łóż­

ka...? 

Filip stał nieruchomo, niczym pod pręgierzem. Nie 

wiedział, co ma zrobić z rękami, więc wsadził je do 

kieszeni. 

- Doskonale wiesz, że kocham tylko ciebie. Ale 

wówczas Rhoda i ja byliśmy już... rozumiesz, myślę, 

że... spotkałem cię zbyt późno. Gdy oziębły nasze 

stosunki z Rhodą, zaczęła szukać przyczyn... 

Puszczając jego nieskładne wyjaśnienia mimo uszu, 

Mia dopytywała się dalej: 

- A może myślałeś, że zgodzę się zostać twoją 

kochanką? I wtedy co? Czy miałeś zamiar spędzać 

z nami na przemian co drugą noc? 

- Po co tak mówisz? Nie rób ze mnie potwora bez 

background image

34 MIODOWY MIESIĄC W HONGKONGU 

serca - zaprotestował. Wyciągnął ręce z kieszeni 

i splótł je nerwowo. - Zrozum, gdyby Rhoda nie 

zaszła w ciążę, wszystko byłoby w porządku. 

- Uważasz, że mógłbyś odejść od Rhody, zerwać 

zaręczyny i być ze mną, nie mówiąc mi jednocześnie 

ani słowa o tym, co było miedzy wami? 

- O, rany! To wszystko jest takie skomplikowane... 

- zdenerwował się Filip. - Przecież chciałaś żebym 

zerwał te zaręczyny! 

- Tak - zgodziła się. - Ale nie miałam pojęcia, że 

byliście... - dłuższą chwilę szukała odpowiedniego 

słowa - że byliście kochankami! 

- Nie rozumiem, jaka to różnica. - Wzruszył 

ramionami. Gest ten spowodował, że Mia w jednej 

chwili straciła wszelkie złudzenia co do jego osoby. 

Filip odczytał to chyba z jej twarzy, bo chwycił ją 

rozpaczliwie za rękę i zaczął tłumaczyć po raz kolejny: 
- Kochanie, proszę cię, posłuchaj! Nie masz żadnych 

powodów do zazdrości. To ty jesteś tą, którą naprawdę 

kocham. Przecież pracujemy w tym samym biurze, 

możemy być ze sobą codziennie, po co nam jakieś 

oficjalne związki? 

- Nie, Filipie - wydusiła z siebie przez ściśnięte 

gardło. - Już za późno. Nie będziemy dłużej razem 

pracować. Złożę podanie, napiszę jakieś sensowne 

uzasadnienie... 

- Nie rób głupstw - przerwał jej. - Nie ma żadnego 

powodu, żebyś odchodziła z pracy. 

- Nie mogę tu zostać. Przecież Rhoda spodziewa 

się dziecka, nie będziemy jej narażać na ciągłe stresy... 

Filip znieruchomiał, jakby go coś wystraszyło. 

- O... o jakich stresach ty mówisz? Przecież ona nie 

wie, co nas łączy. 

background image

MIODOWY MIESIĄC W HONGKONGU 35 

- Oczywiście, że wie. 

- Nigdy jej nic nie mówiłem. Chciałem poinfor­

mować ją o naszych planach tuż po przyjęciu, ale ona 

wcześniej przekazała mi... najnowsze wieści. Czy 

przypuszczasz, że wie o wszystkim? 

- Wcale nie przypuszczam... Jestem tego pewna. 

- Skąd mogła się dowiedzieć? - Filip nie krył 

swego przerażenia. 

- Nie mam pojęcia, ale... - Mia urwała w pół 

zdania, gdyż w tym samym momencie drzwi otworzyły 

się szeroko i do biura weszła Janet. 

Filip odwrócił się na pięcie i zniknął w drzwiach 

swojego gabinetu. 

Janet, mała, energiczna mulatka o krótko ostrzy­

żonych czarnych włosach i pięknych brązowych oczach, 

zachowywała się tak, jakby niczego nie zauważyła. 

Zdejmując mokry płaszcz przeciwdeszczowy, narzekała 

na paskudną angielską pogodę. Obie kobiety czuły 

się dobrze w swoim towarzystwie i w sumie były 

dobrymi przyjaciółkami. 

- I pomyśleć, że za granicą jest tak pięknie 

- zagadnęła Janet. - Pomyśl tylko... Być teraz w Grecji 

albo gdzieś w południowych Włoszech... Gdziekolwiek, 

gdzie świeci słońce. 

- Dopiero co było kilka słonecznych dni. 

- Mam niejasne podejrzenia, że zaostrzyły tylko 

mój apetyt na ładną pogodę. - Janet skrzywiła się. 

- No dobrze... A teraz do roboty! Jakież to czekają 

nas dzisiaj przyjemności? - Popatrzyła z westchnieniem 

na leżące na biurku papiery. - Wygląda nieźle. Co 

bierzesz...? 

- Muszę wyjść - oświadczyła Mia. - Obawiam się, 

że dzisiaj będziesz musiała radzić sobie sama. 

background image

36 MIODOWY MIESIĄC W HONGKONGU 

- Jeśli nie wrócisz przed lunchem, mam ci przy­

nieść kanapkę? - spytała Janet ze stoickim spo­

kojem. 

- Gdybyś była tak dobra... 

Po wyjściu z budynku Mia przekonała się, że pada 

coraz mocniej, a wiatr jest jeszcze silniejszy. Rzeczywiś­

cie, angielska pogoda była wyjątkowo paskudna. 

Przynajmniej dzisiaj. W minorowym nastroju, zmarz­

nięta i przygnębiona, szarpała się kilka chwil z niepo­

słuszną, jak zwykle, parasolką, po czym ruszyła szybko 

w stronę najbliższego biura pośrednictwa pracy. 

Nie miała wyboru, musiała odejść. Przecież nie 

mogła dalej pracować z Filipem. A gdyby chciała 

przenieść się do innego działu, ojciec i William 

spytaliby zapewne o jakieś racjonalne przyczyny 

takiej zmiany. 

Cóż, zbyt długo kochała Filipa Meashama i zbyt 

mocno mu zaufała. Nigdy jej nawet do głowy nie 

przyszło, aby mógł być z nią, a sypiać z Rhodą. 

Chciał, aby została jego kochanką. Dokładnie tak, 

jak przepowiadał Sander Davison. 

W niecałe trzy godziny później wyszła z trzeciego 

biura pośrednictwa pracy. Była jeszcze bardziej 

przygnębiona niż przedtem. Zarejestrowali ją wpraw­

dzie we wszystkich trzech, ale w żadnym nie znalazła 

pracy, która by ją w pełni satysfakcjonowała, a jed­

nocześnie pozwoliła utrzymać jej dotychczasowe 

mieszkanie. 

Do ojca wrócić nie mogła. Przecież jej nie chciał. 

Kiedy po skończeniu szkoły sekretarek rozpoczęła 

samodzielne życie, był z tego bardzo zadowolony. 

Czuła się tak, jakby ziemia usunęła jej się spod 

background image

MIODOWY MIESIĄC W HONGKONGU 37 

nóg. A wiec tyle to wszystko warte? Filip, praca, 

mieszkanie - w jednej chwili wszystko przepadło, 

uleciało niczym dym na wietrze... 

Zerwał się porywisty wiatr. Mia zaczęła trząść się 

z zimna. Czuła, że jej stopy zamieniają się w dwa 

sople lodu. 

Gdy stała tak, zrozpaczona i kompletnie załamana, 

przed przejściem dla pieszych, ochlapał ją przejeż­

dżający samochód, a nagły zdradziecki podmuch 

wiatru o mało nie wyrwał parasolki. W tym momencie 

jeden z jej obcasów utknął pomiędzy płytami chod­

nikowymi. Zanim zdołała uwolnić nogę, zmieniły się 

światła, a zirytowani przechodnie zaczęli wymijać 

nieoczekiwaną przeszkodę. 

- Do diabła! - mruknęła wściekła, usiłując się 

oswobodzić. 

- Spokojnie, nie denerwuj się. - Usłyszała obok 

siebie głęboki, dobrze znany głos. - Po prostu wyjmij 

nogę z pantofla. 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

Mia odwróciła się gwałtownie, dziko wymachując 

parasolką. 

Silna męska ręka złapała ją mocno za nadgarstek, 

pomagając utrzymać równowagę, a kpiący głos dodał: 

- Uspokój się. Jesteś niebezpieczna dla otoczenia. 

- To znowu ty?! 

- Masz rację, to znowu ja. - Sander Davison 

zgodził się uprzejmie. - Ja i mój samochód, który 

właśnie w tym momencie skutecznie blokuje ruch 

uliczny. Na dodatek oboje jesteśmy mokrzy... Bądź 

więc grzeczną dziewczynką i wyjmij łaskawie nogę 

z pantofla. 

Mia nie miała wyboru, Stanęła na jednej nodze 

i czekała, aż Sander uwolni jej but. 

- No proszę, gotowe! - Uśmiechnął się po chwili 

z satysfakcją i założył jej pantofel na bosą stopę. 

Natępnie odebrał jej parasolkę, złożył i, trzymając 

dziewczynę pod rękę, zawlókł ją do swego samochodu. 

- Wsiadaj - rozkazał krótko. 

- Kiedy nie mam ochoty. - Mia cofnęła się. - Nie 

chcę... 

- Rób, co ci mówię i nie dyskutuj. - Wepchnął ją 

delikatnie do sportowego porsche'a i zamknął drzwi. 

- Zapnij pas - rozkazał, siadając za kierownicą. 

- Zaborczy gbur. 

Sander westchnął z dezaprobatą. 

background image

MIODOWY MIESIĄC W HONGKONGU 39 

- Czy to jedyny sposób, w jaki umiesz podziękować 

swojemu wybawcy? Powinnaś być mi wdzięczna... 

- Dziękuję - powiedziała kwaśno. 

- Cóż za ujmująca uprzejmość! Dziewczyno, skąd 

w tobie tyle wdzięku? - mruknął zjadliwie. 

Może rzeczywiście powinnam okazać mu choć trochę 

uprzejmości, pomyślała. Próbowała nawet przybrać 

bardziej pogodny wyraz twarzy, jednak po kilku 

próbach przekonała się, że nie jest w stanie wzbudzić 

w sobie żadnych przyjaznych uczuć wobec tego 

mężczyzny. 

- Dokąd jedziemy? - spytała szorstko. 

- A jak myślisz? Oczywiście, że do mojej jaskni, 

gdzie rozbiorę cię do naga i zgwałcę, by zaspokoić 

moje żądze. - Zaśmiał się cicho. - I twoje - dodał 

miękko. 

Twarz dziewczyny oblała się rumieńcem. Zdawała 

sobie sprawę, że Sander powiedział to specjalnie, aby 

wyprowadzić ją z równowagi. Zacisnęła ze złości 

usta. Była zziębnięta, przygnębiona i naprawdę nie 

miała ochoty na jego towarzystwo. Nie miała jednak 

wyboru. 

W ciągu kilku minut zajechali przed imponują­

cych rozmiarów dom przy Crombie Square. Gdy 

wysiedli, Sander objął Mię i, uciekając przed desz­

czem, szybko podprowadził przed drzwi wejściowe. 

Weszli do miłego, gustownie umeblowanego holu, 

z którego prowadziły na górę eleganckie, szerokie 

schody. Z najdalej położonych drzwi wyszła im na 

spotkanie starsza kobieta w niebieskiej sukience. 

- Pani Rose, czy mogłaby pani przygotować jakiś 

szybki lunch dla dwóch osób? - zwrócił się do niej 

Sander. 

background image

40 MIODOWY MIESIĄC W HONGKONGU 

- Oczywiście, proszę pana - odpowiedziała grzecznie 

i wyszła. 

Zostali sami. Sander, trzymając ciągle dziewczynę 

pod rękę, zaprowadził ją do wielkiego, stylowo 

urządzonego pokoju z dużymi oknami, wychodzącymi 

na cichy, zielony skwer. W kominku płonął ogień, 

wokół stały wazony z tulipanami i żonkilami. Półki 

zapełnione były książkami i oprawionymi w ozdobne 

ramki fotografiami. Cały pokój, choć duży, sprawiał 

miłe, przytulne wrażenie. 

- Pozwolisz, że zdejmę ci płaszcz? - zaoferował 

swoją pomoc Sander. Propozycja ta była zupełnie 

niewinna i całkiem naturalna, mimo to Mia poczuła 

się zmieszana. Rozpięła pasek i guziki i pozwoliła 

zdjąć płaszcz i szal. Mężczyzna pochylił się nad nią, 

wziął do ręki pełną garść jej włosów i przez chwilę 

bawił się nimi. 

- Chodź, usiądź przy ogniu - powiedział wreszcie. 

- Rozgrzejesz się trochę. 

Podszedł do kominka i dorzucił kilka polan. 

Kiedy usiadła na niskiej sofie, zdjął jej pantofle 

i ustawił przy ogniu, żeby wyschły. Ukląkł i zaczął 

rozcierać jej zmarznięte stopy. Wzdrygnęła się. Chciała 

zaprotestować, uciec, ale nie mogła zrobić najmniej­

szego ruchu. 

A właściwie to po co miałabym się szarpać... Przecież 

to zwykły przyjacielski gest, ot, drobna przysługa 

-próbowała naiwnie wytłumaczyć sobie swoją dziwną 

bierność. Sama jednak dobrze wiedziała, że jej 

tłumaczenie nie ma większego sensu. 

Skończył i usiadł obok niej. Odsunęła się na drugi 

koniec sofy, najdalej jak mogła. 

- Musisz się tak demonstracyjnie odsuwać? - spytał. 

background image

MIODOWY MIESIĄC W HONGKONGU 41 

- A musisz siadać tak blisko? - odpowiedziała 

pytaniem. 

- O co ci chodzi? - Uniósł brwi z rozbawieniem. 

- Czy czujesz się skrępowana moją osobą? 

W pierwszym odruchu chciała odpowiedzieć, że 

tak. Uznała jednak, iż po tak miłym przyjęciu 

byłoby to niegrzeczne i nie na miejscu. Zignorowała 

więc drażliwe pytanie i, wyciągając ręce do ognia, 

spytała: 

- Słyszałam, że do tej pory mieszkałeś w Hong­

kongu? 

- Tak. Nie było mnie tutaj przez pięć lat. Nad­

zorowałem transakcje banku na Dalekim Wschodzie. 

- I pewnie masz zamiar tam wrócić? - spytała z nie 

skrywaną nadzieją w głosie. 

Pokręcił głową i uśmiechnął się ironicznie. 

- Przykro mi, że muszę cię rozczarować, ale mój 

dom jest tutaj, w Anglii. 

- Mieszkasz sam? - wyrwało jej się niedyskretne 

pytanie. Znów się zmieszała. 

- Tak, sam - odpowiedział i ze znaczącym błyskiem 

w oczach dodał: - Ale tylko na razie... 

- Zapytałam, bo... - tłumaczyła się wciąż skonfun­

dowana Mia - bo... pomyślałam, że to chyba zbyt 

duży dom jak dla jednej osoby. 

- Zdecydowanie za duży - zgodził się. - Ale to jest 

mój dom rodzinny, więc mam do niego pewien 

sentyment. 

- Jak to? Dom rodzinny i taki pusty? Nie masz 

rodziny? 

- Nie. Mój ojciec niedawno zmarł, dlatego wróciłem. 

Matka zginęła sześć lat temu w katastrofie lotniczej. 

Ojciec właściwie nigdy nie doszedł do siebie po jej 

background image

42 MIODOWY MIESIĄC W HONGKONGU 

śmierci. Zrezygnował z normalnego życia i całkowicie 

poświecił się pracy. Wolał siedzieć w banku, niż 

wracać do pustego domu. - Sander zamilkł, wyciągnął 

przed siebie swoje długie nogi, po czym spojrzał na 

dziewczynę i dodał: - Oczywiście, jeżeli chcesz, po 

ślubie możemy sprzedać ten dom i kupić jakiś mniejszy. 

Mia zignorowała jego ofertę matrymonialną, jakby 

jej w ogóle nie słyszała. Patrzyła w ogień i wyobrażała 

sobie mały wiejski domek, o którym marzyła od lat. 

- Pewnie wolałabyś mieszkać na wsi? - zagadnął 

mężczyzna widząc, że dziewczyna nie reaguje na jego 

zaczepki. 

Mia rzuciła mu krótkie, spłoszone spojrzenie. Czyżby 

czytał w jej myślach? Nie wiedziała, co ma od­

powiedzieć. 

- No, dobrze, zmieńmy temat. Kiedy masz zamiar 

odejść z Rayfields Pharmaceuticals? 

- Skąd wiesz, że chcę to zrobić? - spytała zdziwiona. 

- Widziałem cię wychodzącą z biura pośrednictwa 

pracy. Trudno mi zrozumieć, dlaczego kobieta taka 

jak ty decyduje się na tak desperacki krok. 

- Mówiłam ci już kiedyś, że niewiele o mnie wiesz. 

- Ale chcę się dowiedzieć... Jak najwięcej... - Szyb­

kim ruchem ujął jej głowę między dłonie. - Chcę 

poznać twoje ciało, twoje myśli - szeptał jej do ucha. 

- Chcę wiedzieć o tobie wszystko... Dlaczego płaczesz 

i dlaczego się śmiejesz, o czym myślisz, jak się czujesz, 

jak wyglądasz, kiedy śpisz i jakie są twoje oczy, co się 

w nich odbija, gdy się kochasz... 

Z szeroko otwartymi oczami, niczym zahipnotyzo­

wana, Mia wpatrywała się w rozchylone usta męż­

czyzny zbliżające się do jej twarzy. Zadrżała. Czyżby 

znowu... Nie, pomyślała rozpaczliwie, tym razem nie 

background image

MIODOWY MIESIĄC W HONGKONGU 43 

mogę do tego dopuścić. Zamknęła oczy, mocno 

zacisnęła usta i w tym samym momencie... rozległo 

się pukanie do drzwi. Po krótkiej chwili do pokoju 

weszła służąca. 

- Zupa, kanapki i kawa. - Postawiła na stole tacę 

z jedzeniem. - Mam nadzieję, że będzie państwu 

smakowało. 

- Dziękuję ci, Rose - Sander odpowiedział tak 

beznamiętnie, jakby przez cały czas rozmawiali 

o pogodzie. 

Mia odwróciła głowę, żeby ukryć rumieniec zaże­

nowania. Ku jej uldze gospodyni rozstawiła talerze 

i filiżanki na małym stoliku, po czym wyszła bez 

słowa. 

Sander rozlał zupę do dwóch czarek. 

- Nie musisz się przejmować. Pani Rose jest 

dyskretna i bardzo wyrozumiała. 

- Przypuszczam, że nie ma innego wyjścia - zau­

ważyła sarkastycznie Mia. 

Nie zwracając uwagi na Sandera, rozłożyła na 

kolanach śnieżnobiałą serwetkę, sięgnęła po łyżkę 

i pochyliła się nad parującym talerzem z minestrone. 

Zupa była wspaniała - aromatyczna, lekka i bardzo 

smaczna. 

- Rezygnacja z pracy to sprytne posunięcie - prze­

rwał milczenie Sander. - Powiedz, to twój pomysł? 

Czy raczej wymyślił to Measham, licząc na to, że 

łatwiej mu będzie spotykać się z tobą, gdy wasze 

kontakty nie będą już jawne i oficjalne jak dotychczas? 

Mia zacisnęła zęby z wściekłości. Nie chciała jednak 

wdawać się w kolejną kłótnię, więc powstrzymała 

gniew i nie zareagowała na tę prowokację. 

Sander nie rezygnował. 

background image

44 MIODOWY MIESIĄC W HONGKONGU 

- Dlaczego nie powiedziałaś mu, że między wami 

wszystko skończone, i że wychodzisz za mnie za mąż? 

Mia przerwała jedzenie 

- Sander, nie mówisz chyba poważnie. Czy na­

prawdę chcesz się ożenić z kobietą, którą wyraźnie 

gardzisz? Czy chcesz wziąć ślub tylko dla bezpieczeń­

stwa swojej kuzynki? Przecież to absurd! 

- No dobrze, pewnie masz rację. Ale tu nie chodzi 

tylko o Rhodę. Ja naprawdę potrzebuję żony. Jeżeli 

chcesz, wszystko ci wytłumaczę. Bank handlowy 

Davisona Lazenby'ego został założony we wczesnych 

latach dziewięćdziesiątych przez mojego dziadka. 

Staruszek był konserwatystą, tak samo mój ojciec. 

Obaj mieli tradycyjne, niemal wiktoriańskie poglądy 

na rodzinę. W testamencie ojciec zastrzegł, że dopóki 

się nie ożenię, nie mogę zająć jego miejsca w banku. 

Jest oczywiście mnóstwo pięknych kobiet, ale im 

lepiej je poznawałem, tym bardziej rozumiałem, że 

ładna twarz nie zastąpi pustki w głowie. Wprawdzie 

twoje prowadzenie się pozostawia trochę do życzenia, 

ale stanowisz rzadkie połączenie piękna i inteligencji, 

którego szukam. Trzymana mocną ręką możesz stać 

się dobrą żoną... 

Wyznanie Sandera można by było nawet uznać za 

pochlebne, gdyby nie to ostatnie zdanie... „Trzymana 

mocną ręką"! Co on sobie wyobraża?! A na dodatek 

ta uwaga na temat jej prowadzenia się... Trzeba 

przyznać, że facet ma tupet. 

- Jeśli uroda jest warunkiem podstawowym - za­

uważyła Mia - to raczej nie spełniam twoich wymagań. 

- To ja osądzę. 

- Ale nie możesz przecież poślubić kogoś, kto „tak 

się prowadzi"... 

background image

MIODOWY MIESIĄC W HONGKONGU 45 

Sander uspokoił ją. 

- To nie problem. Jestem pewien, że po ślubie uda 

mi się szybko zmienić twój charakter. 

Mia ze zniecierpliwieniem potrząsnęła głową. 

- Daj spokój, Sander. Dość żartów. Po prostu nie 

chcę zostać twoją żoną. 

- Nie masz wyboru. 

- Oczywiście, że mam - odparła. - Nie możesz 

mnie zmusić do małżeństwa. 

- Na twoim miejscu, nie byłbym tego taki pewny. 

Powiedział to tak apodyktycznie, że dziewczynę 

ogarnął niepokój. 

- Co masz na myśli? 

- Wieczorem wyjeżdżam do Amsterdamu. Ale 

zanim odlecę, mam umówione spotkanie z twoim 

ojcem. Taka prywatna rozmowa o interesach... 

- znacząco zawiesił głos. 

Mia utkwiła pochmurne spojrzenie w jego twarzy. 

- Pamiętasz może sprawę Yanus Pharmaceuticals? 

- zapytał Sander po chwili. - William nie wierzył w tę 

firmę, ale James pożyczył sporo pieniędzy z naszego 

banku i kupił pakiet kontrolny akcji. Potem nastąpiła 

katastrofa. Jednej nocy jego akcje stały się mniej 

warte niż papier, na którym je wydrukowano. 

Mimo że Mia nic nie wiedziała o interesach ojca, 

dobrze pamiętała to bankructwo. Właśnie wtedy James 

miał atak serca. Usiłując zebrać myśli, spytała: 

- Twierdzisz, że mój ojciec jest ci winien dużo 

pieniędzy? 

- Twierdzę, że, gdybym zechciał, mógłbym go 

zrujnować. 

Jej oczy pociemniały z gniewu. 

- To szantaż! Podły, ohydny szantaż! 

background image

46 MIODOWY MIESIĄC W HONGKONGU 

- Cóż, nazwijmy to raczej przyjacielską przestrogą. 

Obiecałem coś Rhodzie i mam zamiar dotrzymać 

danego słowa, niezależnie od metod jakich będę 

zmuszony użyć w tym celu. 

Mia wpadła w panikę. Gorączkowo zaczęła szukać 

jakiegoś wyjścia z tej okropnej sytuacji. 

- Posłuchaj, a jeśli odejdę z Rayfield i nigdy tam 

nie wrócę? 

- I tak to zrobisz - powiedział chłodno. 

- Ale jeśli obiecam ci do tego, że już nigdy więcej 

nie spotkam się z Filipem... 

- Sama powiedziałaś, że nigdy nie będę pewny, czy 

dotrzymasz danego słowa. A poza tym zapominasz, 

że potrzebuję żony. 

Mia próbowała pozbierać rozbiegane myśli. Czyżby 

rzeczywiście musiała się zgodzić na warunki tego 

bezwzględnego mężczyzny? 

- No dobrze, a co z twoją dziewczyną? - spytała 

nieoczekiwanie. - Z pewnością nadaje się na żonę tak 

samo dobrze jak ja. 

- Niezupełnie. Chcę mieć kobietę, z którą będę 

mógł porozmawiać, która będzie dzielić ze mną życie, 

a nie tylko łóżko. Jacqueline jest wystarczająco 

inteligentna, ale zbyt zajęta własną karierą, aby mogła 

być dobrą żoną dla kogokolwiek. 

- Tak więc mnie chcesz na żonę, a ją na kochankę? 

- spytała zjadliwie. 

- Nie. Jedna chętna kobieta w zupełności mi 

wystarczy. 

- Ale ja wcale nie jestem chętna! 

- Na pewno? - spytał delikatnie. 

Obrócił jej twarz w swoją stronę i popatrzył na nią 

swoimi zielonymi, czystymi oczami. 

background image

MIODOWY MIESIĄC W HONGKONGU 47 

- Pragnę ciebie. Nie sądziłem nigdy, że można 

kogokolwiek tak bardzo pragnąć. I wierzę, że w końcu 

cię zdobędę. 

Jego spojrzenie, żar, z jakim wypowiedział te 

słowa, wywołały w dziewczynie gorącą falę namięt­

ności. 

Nagle Sander spojrzał na zegarek. 

- Niestety, mam umówione spotkanie o wpół do 

trzeciej. Masz ochotę na kawę? 

Mia, zupełnie oszołomiona, kiwnęła tylko głową 

i uniosła ku niemu niedużą filiżankę. 

- Jaką lubisz? - spytał. - Pewnie gorącą, mocną 

i słodką, tak jak twoi kochankowie, czy tak? 

Nie podjęła zaczepki. 

Wypili kawę w milczeniu. Sander odstawił filiżankę 

i zakomunikował: 

- Będę w Amsterdamie aż do piątku, tak więc 

masz kilka wolnych dni. Pewnie zechcesz je wykorzys­

tać... 

Kiedy Mia nie zareagowała i na tę prowokację, 

westchnął i zapytał: 

- Gdzie mam cię odwieźć? Wracasz do domu? 

- Podrzuć mnie do biura. 

Popatrzył na nią przenikliwie. 

- Nie mam zamiaru tam pracować, ale muszę 

przecież rozstać się z firmą w jakiś cywilizowany 

sposób, prawda? - wyjaśniła. 

Zanim odwrócił głowę, zauważyła błysk triumfu 

w jego oczach. Poniewczasie uświadomiła sobie, że jej 

pospieszne słowa mógł zinterpretować jako zgodę na 

małżeństwo. 

Gdy już siedziała w samochodzie, włożył do 

bagażnika walizkę, wsiadł, a następnie pochylił się 

background image

48 MIODOWY MIESIĄC W HONGKONGU 

nad nią i zapiął jej pas bezpieczeństwa. Bliskość jego 

silnego, muskularnego ciała sprawiła, że Mia lekko 

zadrżała 

- Nie jest ci zimno? - spytał, wyczuwając dreszcz, 

który nią wstrząsnął. 

- Nie, nie! - zaprzeczyła skwapliwie. - Dziękuję... 

Sander wyciągnął rękę i poprawił pasemko jej 

włosów. Chciała się odsunąć, ale ciasno zapięty pas 

uniemożliwiał jej jakiekolwiek ruchy. Sander palcem 

wskazującym musnął jej usta, a potem zaczął nim 

przesuwać po gładkiej, smukłej szyi. 

Czuła delikatny zapach jego wody kolońskiej. Jak 

zahipnotyzowana wpatrywała się w jego usta... 

- Pocałuj mnie. Przecież tego pragniesz - wyszeptał. 

Mia oparła głowę na fotelu, zamknęła oczy i, nie 

do końca świadoma tego, co robi, rozchyliła usta... 

Uległa mu. Pocałował ją lekko i delikatnie, po czym 

nagle się odsunął. 

Słysząc uruchamiany silnik samochodu, otworzyła 

oczy. Była zła na niego, że ją dręczy, i zła na siebie 

za to, jak łatwo mu się poddaje. Bez słowa wpatrywała 

się w szybę przed sobą. Wreszcie Sander przerwał 

milczenie. 

- Zanim wyjadę do Amsterdamu, poczynię wszys­

tkie stosowne przygotowania, tak że będziemy mogli 

się pobrać od razu po moim powrocie. 

O, Boże, on znowu o tym! A więc nie zrezygnował! 

Mia po raz kolejny wpadła w panikę. Przecież nie 

mogła zostać jego żoną tylko dlatego, że ją szan­

tażował. Ale czy miała inne wyjście? Gdyby odmówiła, 

prawdopodobnie zemściłby się na jej ojcu. 

- Nie masz powodów do obaw - uspokoił ją 

cynicznie, widząc jej wystraszoną minę. - Wydaje mi 

background image

MIODOWY MIESIĄC W HONGKONGU 49 

się, że dla dziewczyny z takim temperamentem nie 

będzie to zbyt ciężkie do zniesienia. Zwłaszcza, że 

jeśli chodzi o te sprawy, chyba dość dobrze się 

rozumiemy... 

Miał rację. Pragnęła go. Jak mogło do tego dojść?! 

Do dzisiejszego ranka całe jej życie obracało się 

wokół innego mężczyzny, a teraz... Wszystko było 

takie irracjonalne, nie potrafiła sobie tego wytłumaczyć. 

Wiedziała tylko, że tak jest. Sander miał nad nią 

niepojętą władzę. Jeśli miałaby go kiedyś pokochać, 

nigdy nie uwolni się spod jego przemożnego wpływu, 

tak jak udało jej się to z Filipem. 

Uśmiechnęła się do siebie gorzko. Jeszcze nie tak 

dawno gotowa była przysiąc, że nawet gdyby Sander 

był ostatnim mężczyzną na ziemi, i tak nie chciałaby 

mieć z nim nic wspólnego... 

Z piskiem hamulców zatrzymali się przed biuro­

wcem. Nie zwracając uwagi na deszcz, Sander wysiadł, 

obszedł samochód dookoła i otworzył jej drzwi. 

- Załatw ostatecznie wszystkie sprawy - polecił. 

-I postaraj się nie wyglądać tak, jakby ci zmarł ktoś 

bliski. Nie martw się. Kiedy się pobierzemy, pomogę 

ci zapomnieć o Meashamie. 

- Skąd masz pewność, że chcę o nim zapomnieć? 

- spytała zirytowana. 

Sander chciał zapewne zrewanżować się jakąś 

cierpką uwagą, ale zacisnął tylko usta i grzecznie się 

pożegnał. 

- Zadzwonię do ciebie z Amsterdamu - rzucił na 

odchodnym, wskoczył do samochodu i odjechał. 

Biuro na szczęście było już puste, a drzwi prowa­

dzące do gabinetu Filipa zamknięte. Mia zdjęła płaszcz 

i usiadła przy biurku. Wkręciła arkusz papieru 

background image

50 MIODOWY MIESIĄC W HONGKONGU 

w maszynę do pisania i napisała podanie o zwolnienie 

z pracy. Nie wymieniła żadnych powodów rezygnacji, 

zaznaczyła tylko, że chce odejść natychmiast. 

Wkładała właśnie pismo do koperty, gdy otworzyły 

się drzwi i weszła Janet ze stosem papierów. 

- A, już jesteś - zauważyła. - Filip pytał się 

o ciebie. Miał dzisiaj bardzo kiepski humor. 

- Och... Czy on...? 

- Wyszedł. Ma wrócić przed czwartą. 

Mia westchnęła z ulgą. Nie miała ochoty na spotka­

nie z Filipem. Nie mieli już sobie nic do powiedzenia. 

Janet popatrzyła na nią uważnie. 

- Wyglądasz nieszczególnie. Coś się stało? 

- Rzucam pracę. 

- Co!? - Janet wytrzeszczyła oczy. - Kiedy? 

- Natychmiast. Bardzo przepraszam za kłopoty, 

jakie spadną na ciebie z tego powodu, ale... - zawahała 

się, nie bardzo wiedząc, co ma dalej powiedzieć. 

Janet pokiwała głową ze zrozumieniem. 

- Nic dziwnego, że Filip był taki przygnębiony. 

Ale wiesz, tak chyba będzie lepiej. Kochać się w facecie, 

który ma wziąć ślub z inną... - Zaczerwieniła się 

i gwałtownie przerwała. - Ja... ja przepraszam. Nie 

powinnam była tego mówić. Nie miałam nic złego na 

myśli... Och, do diabła! Jeszcze tylko pogarszam 

sytuację. 

Tym razem Mia się zaczerwieniła. 

- Czy to było aż tak widoczne? Rozumiesz, ja 

i Filip... 

- Nie... No, właściwie to tak. Nie twierdzę, że 

wszyscy o was wiedzieli... Większość personelu zapewne 

ani nic nie wie, ani nie podejrzewa. Gdyby było 

inaczej, to całe biuro dawno trzęsłoby się od plotek. 

background image

MIODOWY MIESIĄC W HONGKONGU 51 

Po prostu zauważyłam, jak na siebie patrzycie 

i domyśliłam się, że wy... Przepraszam. Nie chciałam 

zrobić ci przykrości... 

- Nie jest mi przykro. Wszystko, co było między 

mną a Filipem, jest już skończone. 

- Dlatego musisz odejść? 

- Chcę. 

- Jesteś tego pewna? Nie mogłabyś po prostu 

przenieść się do innego działu? 

Mia potrząsnęła głową. 

- Wolę odejść. Tak będzie lepiej dla nas wszystkich. 

Widzisz, nie jesteś jedyną, która domyśliła się, co nas 

łączy. Rhoda też na to wpadła. 

- Mój Boże! Czy zerwała zaręczyny? 

- Nie. Biorą ślub. 

- Aha, rozumiem. - Janet uśmiechnęła się znacząco. 

-Nie tak łatwo teraz znaleźć dobrą posadę. Masz coś 

na oku? 

- Nie - odparła Mia i nagle, zupełnie nieoczekiwa­

nie, nawet dla siebie samej, dodała: - Prawdopodobnie 

nie będę jej potrzebować. Niewykluczone, że wyjdę 

za mąż. 

- Za mąż! - wykrzyknęła Janet z wrażenia. - Czy 

na pewno dobrze usłyszałam? Wychodzisz za mąż? 

Mia dopiero teraz zrozumiała, że palnęła głupstwo. 

Czyżby przestała już kontrolować to, co mówi? Czyżby 

jej myśli tak bardzo były pochłonięte Sanderem 

Davisonem? 

- Tak, ja... To znaczy nie... - tłumaczyła się 

nieskładnie. 

- W porządku -przerwała jej przyjaciółka. -Tylko 

nie trzymaj mnie w niepewności. Powiedz, kim jest 

ten facet, którego poślubisz. 

background image

52 MIODOWY MIESIĄC W HONGKONGU 

- To Sander Davison. Ale ja... 

Janet aż gwizdnęła. 

- Szczęściara! Z takim facetem każda od razu by 

poleciała do ołtarza. Zawsze miałam niejasne wrażenie, 

że mu się podobasz. Ile razy wpadał do naszego 

biura, nie odrywał od ciebie oczu. Ale nigdy się nie 

spodziewałam, że ty i on... Nie przypuszczałam, że 

znasz go tak dobrze. Kiedy się zdecydowaliście? 

- Był na przyjęciu urodzinowym u Rhody, a potem 

odwiózł mnie do domu... - przerwała, ale wyraźnie 

było widać, że Janet oczekuje dalszych informacji. 

- Wczoraj rano odwiedził mnie w domu... - dodała 

i znów zamilkła. 

Sama nie wiedziała, dlaczego o tym wszystkim 

mówi. Najpierw o tym ślubie, a teraz o wizycie 

Sandera... Przecież nie podjęła jeszcze ostatecznej 

decyzji. Na miły Bóg, przecież w ogóle nie chciała 

o niczym decydować! 

- O ile to nie jest tajemnicą, powiedz mi resztę 

- Janet przerwała jej rozmyślania. - Kiedy poprosił 

cię o rękę? 

Bądź tu mądry i odpowiedz na takie pytanie! 

- pomyślała Mia. Jak wytłumaczyć, że Sander nie 

prosił ją o rękę, tylko zmusił do ślubu szantażem? 

Starając się, żeby wypadło to w miarę naturalnie, 

krótko opowiedziała poranne wydarzenia. Na końcu 

dodała cicho: 

- Nie miałam więc nawet czasu do namysłu... 

- A o czym tu myśleć? Czyżbyś ciągle kochała...? 

- Nie, nie kocham Filipa. - Kiedy wypowiedziała 

te słowa, uświadomiła sobie, że to prawda. - Nie 

jestem pewna, czy w ogóle go kiedykolwiek kochałam. 

Janet westchnęła. 

background image

MIODOWY MIESIĄC W HONGKONGU 

53 

- Rozumiem cię doskonale. Odkąd poznałam 

Sandera Davisona, wydał mi się wart dwóch Fi... 

Znowu! Zdaje mi się, ża mam dobry dzień do gadania 

głupstw... W każdym razie, gdybyś -potrzebowała 

druhny, to mam praktykę. Moja siostra brała ślub 

kilka miesięcy temu. A kiedy twój? 

- S-Sander... -Zająknęła się. Dlaczego rozmawiają 

o tym tak, jakby wszystko dawno było już po­

stanowione! - ...Sander ma załatwić wszystkie fo­

rmalności bardzo szybko, tak, żebyśmy mogli wziąć 

ślub zaraz po jego powrocie z Amsterdamu. Za 

kilka dni. 

- Obrotny gość - zauważyła Janet z aprobatą. 

- Nie spodziewałam się tego po nim. - Spojrzała na 

zegar. - No, tak. My tu gadu-gadu, ale jeśli zaraz nie 

wezmę się do roboty, to też będę musiała poszukać 

sobie nowej pracy! 

Mia spakowała swoje rzeczy, zostawiła rezygnację 

na biurku Filipa i zaczęła zakładać płaszcz. 

Janet popatrzyła na nią i z lekkim wahaniem 

w głosie spytała: 

- Czy Filip... no wiesz, czy mu...? 

- Tak. Powiedziałam mu, że odchodzę. Ale wola­

łabym, żeby nic więcej nie wiedział. 

Janet obiecała jej, że będzie milczała jak grób. Po 

chwili dodała: 

- Będzie mi ciebie brakowało. Nie zapomnij o mnie. 

- Nie zapomnę - obiecała Mia. 

Nie mając już sił na wylewne pożegnania, wyszła, 

nie mówiąc nawet „do widzenia". 

background image