background image

 

CAROLE MORTIMER 

WEEKEND W PARYŻU 

Tłumaczył Krzysztof Bednarek 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

- Niestety to kobieciarz, mamo - powiedziała z błyskiem w oku 

Mattie Crawford. 

Była drobniutką, niebieskooką szatynką. Miała metr pięćdziesiąt 

siedem  wzrostu,  piękną  twarz  o  delikatnych  rysach,  włosy  sięgające 

ramion. 

-  Zbyt  często  pochopnie  oceniasz  ludzi  -  od  powiedziała  zza 

biurka  Diana  Crawford,  matka  Mattie.  -  Już  nieraz  twoje  osądy 

okazywały  się  błędne.  -  Uśmiechnęła  się  ciepło.  -  Może  jesteś 

przewrażliwiona  po  tym,  jak  okazało  się,  że  Richard,  który  spotykał 

się z tobą przez trzy miesiące, był zaręczony z kimś innym? 

Było  to  dla  Mattie  dotkliwe  upokorzenie,  którego  wolała  nie 

wspominać.  Pewnego  dnia  Richard  niespodziewanie  oznajmił,  że  nie 

mogą się więcej widywać, ponieważ za tydzień się żeni! 

- Chociaż muszę przyznać, że to, co mi o nim mówiłaś, wskazuje 

na bardzo swobodny tryb życia - dodała Diana. 

-  Mamo,  on  umawia  się  równolegle  z  czterema  kobietami!  Z 

czego trzy to mężatki! - Mattie była oburzona. 

-  Mężatki  powinny  trzymać  się  własnych  mężów  - 

skomentowała matka. Była bardzo podobna do córki, tylko już nie tak 

szczupła jak dawniej. - To prawda, że niektórym mężczyznom wydaje 

się,  że  od  przybytku  głowa  nie  boli.  Wolą  umawiać  się  z  wieloma 

kobietami i nigdy się nie ożenić. 

-  Która  kobieta  przy  zdrowych  zmysłach  wyszłaby  za  takiego 

background image

człowieka? - odparła Mattie. 

- To nie mężczyzna, a prawdziwa świnia! - Powinien stanąć pod 

pręgierzem  i  zostać  publicznie  wychłostany  -  nieoczekiwanie  dodał 

męski głos. 

Mattie zamarła. Odwróciła się powoli, zarumieniona. 

Diana  uśmiechnęła  się,  wstała  i  podeszła  do  przystojnego, 

młodego przybysza. 

- Czym mogę służyć? - spytała. 

-  Jestem  Jack  Beauchamp  -  przedstawił  się  mężczyzna.  - 

Telefonowałem  wczoraj.  Chciałbym  oddać  swojego  psa  na 

przechowanie  przez  przyszły  weekend.  Poradziła  mi  pani,  abym 

przyjechał i obejrzał pani hotel. - Diana prowadziła hotel dla psów. - 

Przepraszam, jeśli paniom przeszkodziłem - ciągnął Jack, zerkając na 

Mattie, która z kolei pobladła. - Mówiła mi pani, że mogę przyjechać 

w niedzielę po południu. 

-  Oczywiście,  jesteśmy  umówieni  -  zapewniła  z  uśmiechem 

Diana. - Pański piesek to collie, owczarek szkocki, prawda? 

Mattie  uśmiechnęła  się.  Jej  matka  nigdy  nie  zapominała  psów 

ani ich ras, choć nieraz myliła ich właścicieli. 

- Wabi się Harry - dodał na potwierdzenie Jack. 

Mattie patrzyła na niego, zaskoczona. Jeszcze nigdy w życiu nie 

widziała  tak  przystojnego  mężczyzny!  Miał  około  trzydziestu,  może 

trzydziestu pięciu lat. Był wysokim, szczupłym brunetem o pięknych, 

ciemnych  oczach  i  ciepłym,  przyjaznym  spojrzeniu.  Jego  wspaniała, 

smagła,  pociągła  twarz  miała  męskie,  choć  nieprzesadnie  wyraziste 

background image

rysy. 

Mattie  zawstydziła  się  trochę  swojego  codziennego  ubrania  - 

włożyła  dzisiaj  zwykłą  koszulkę  i  dżinsy,  praktyczne  podczas  pracy 

przy  psach.  Na  szczęście  Jack  Beauchamp  miał  na  sobie  podobnego 

typu  strój,  tyle  że  ciemny,  co  dodawało  mu  jeszcze  aury  męskości  i 

tajemniczości. 

- Chętnie pokażę panu nasz hotel - odezwała się Mattie. - Mama 

jest zajęta. 

- Oczywiście. 

- Ależ... - zaczęła Diana. 

-  Zajmij  się  swoją  pracą,  mamo  -  przerwała  Mattie.  -  Pokażę 

panu wszystko. 

Matka  spojrzała  na  nią  z  troską.  Najwyraźniej  Mattie  miała 

ochotę  oprowadzić  przystojnego  klienta  po  Woofdorf  -  tak  nazywał 

się  prowadzony  od  dwudziestu  lat  przez  Dianę  luksusowy  hotel  dla 

psów. 

- Proszę za mną - odezwała się Mattie do Jacka. - Pokażę panu, 

gdzie rezydują nasi goście. 

- Bardzo chętnie za panią pójdę - odpowiedział. 

Cofnęła się odrobinę. 

- Słucham? 

Diana uśmiechała się grzecznie. Chyba nie usłyszała ściszonych 

słów klienta. 

- Piękna pogoda jak na tę porę roku - odpowiedział z uśmiechem 

Jack. 

background image

- Proszę przodem - rzuciła żywo Mattie, otwierając mu drzwi. 

- Pani pierwsza. 

Ruszyli w końcu jednocześnie, zderzając się w drzwiach. Mattie 

była przekonana, że Jack Beauchamp zrobił to celowo. 

- Przepraszam - mruknęła. 

- Nic nie szkodzi - odparł zadowolony z siebie.  

Uśmiechnął  się  rozbrajająco.  Było  oczywiste,  że  celowo  drażni 

Mattie. 

- Gdyby zechciał pan więcej na mnie nie wpadać... - zaczęła. 

-  Postaram  się  -  odpowiedział.  -  Wydaje  mi  się,  że  gdzieś  już 

panią spotkałem. 

Mattie wzięła głęboki oddech. Jack Beauchamp mógł ją spotkać. 

Miała  nadzieję,  że  nie  przypomni  sobie,  gdzie  pracowała.  Pomagała 

matce tylko  w święta. Pan Beauchamp nie byłby  zachwycony swoim 

odkryciem; Mattie postanowiła w razie potrzeby wyprzeć się prawdy, 

aby firma jej matki nie straciła klienta. 

- Wątpię - skwitowała. 

-  A  jednak  jestem  przekonany,  że  gdzieś  się  już  widzieliśmy  - 

ciągnął. - I to raczej nie w sytuacji towarzyskiej. 

-  Naprawdę  nie  przypominam  sobie  pana  -  zakończyła  Mattie, 

uśmiechając się. 

Skłamała. 

- Tędy - rzuciła, aby odwrócić uwagę Jacka. 

Otworzyła  drzwi  do  boksów  z  psami.  Na korytarzu  rozległo  się 

ogłuszające szczekanie. Psy przebywały  w budynku, aby nie było im 

background image

zimno. 

-  Wszystkie  pokoje  mają  dywany  i  są  ogrzewane  -  mówiła 

Mattie.  Pomieszczenia  dla  psów  nazywały  z  Dianą  „pokojami”, 

ponieważ  były  duże  i  naprawdę  luksusowo  wyposażone.  -  Psy  mają 

także wygodne fotele. - Pokazała na znajdujący się w boksie kosz, po 

czym  pogłaskała  mijanego  psa.  -  Każdy  gość  dostaje  czysty  kosz  i 

posłanie,  chociaż  jeśli  klient  woli,  może  przywieźć  posłanie,  którego 

pies używa w domu. - Mattie głaskała wszystkie psy po kolei. Ceny w 

hotelu  jej  matki  były  wysokie,  więc  trzeba  było  wyjaśniać  klientom, 

za  co  płacą.  -  Gościom,  którzy  mają  w  zwyczaju  oglądać  seriale, 

wstawiamy do pokoju telewizor. - Mattie obejrzała się i stwierdziła, że 

Jack  zatrzymał  się  przy  drugim  boksie,  gdzie  witał  go  z  radością 

piękny labrador. 

Mattie wróciła do klienta. 

-  Śliczna,  prawda?  -  odezwała  się  przyjaźnie,  głaszcząc 

wspaniałe zwierzę. - To suka, wabi się Sophie. 

- Przepiękna! - odparł Jack. - I bardzo przyjaźnie nastawiona. 

- To prawda - zgodziła się. 

Bawiący  się  z  psem  Jack  wyglądał  rozbrajająco.  Był  tak 

niewiarygodnie przystojny! Trudno było oderwać od niego spojrzenie. 

Mattie wcale nie była z tego zadowolona. 

-  Sophie cieszy  się  na  widok  człowieka  - dodała.  -  Niestety,  jej 

właścicielka,  starsza  pani,  zmarła  przed  trzema  miesiącami.  Jej 

rodzina  nie  chce  Sophie,  polecili  nam  ją  uśpić.  Oczywiście  nie 

uśpiłybyśmy  z  mamą  zdrowego  zwierzęcia!  Dlatego  Sophie  ciągle  u 

background image

nas mieszka - wyjaśniała. 

Sophie  zazwyczaj  towarzyszyła  Dianie  przy  pracy;  tego  dnia 

zamknęła  ją  w  boksie  jedynie  ze  względu  na  spodziewanego  gościa. 

Mattie  i  jej  matka  miały  już  cztery  własne  psy  -  nie  tylko  bowiem 

Sophie  u  nich  pozostała.  Nie  chciały  posłać  zwierząt  do  schroniska, 

obawiały  się,  że  jeśli  psy  nie  znajdą  nowych  właścicieli,  zostaną 

uśpione. 

- To bardzo smutna historia - skomentował Jack. 

-  Tak...  Chodźmy  dalej.  Pokażę  panu  wolne  boksy,  żeby  mógł 

pan wybrać na przyszły weekend lokum dla Harry'ego. 

Kilka minut później Jack usiadł w fotelu dla klientów. 

-  Naprawdę  zapewniają  panie  psom  luksusowe  warunki  - 

powiedział. 

- Psy to tak wspaniałe, kochające człowieka zwierzęta - odparła 

Mattie. - Zasługują na najlepsze traktowanie. 

-  Zgadzam  się.  -  Jack  chwilę  patrzył  jej  w  oczy.  -  Harry'emu  z 

pewnością będzie tu bardzo dobrze. - Wstał. - Pierwszy raz oddam go 

do psiego hotelu. A Harry ma już sześć lat, mam go od szczeniaka. 

Mattie  zerknęła  na  Jacka.  Miał  przynajmniej  jedną  zaletę  - 

naprawdę  troszczył  się  o  swojego  psa.  Może  nie  był  złym 

człowiekiem? 

-  Harry'emu  bez  wątpienia  będzie  u  nas  dobrze  -  zapewniła, 

podczas gdy Jack jeszcze raz nachylił się nad Sophie. - Pokażę panu, 

jakie  przestronne  wybiegi  mamy  dla  naszych  gości.  Niezależnie  od 

tego, że są wybiegi, codziennie wyprowadzamy każdego psa na długi 

background image

spacer. 

- Wasz hotel zapewnia więcej wygód niż wiele hoteli dla ludzi! - 

odezwał  się  z  rozbrajającym  uśmiechem  Jack,  kiedy  wychodzili  z 

budynku. 

- To prawda. 

-  Czy  prowadzą  go  panie  we  dwie,  czy  pani  mama  zatrudnia 

jeszcze kogoś? - spytał Jack. 

-  Zatrudnia  -  odpowiedziała  krótko.  -  Czy  nie  uważa  pan,  że 

hotel jest pięknie położony? - zmieniła temat. 

Hotel  był  naprawdę  wspaniale  położony  -  w  spokojnej  okolicy, 

wśród  kwiatów  -  i  miał  własny  ogród.  Znajdował  się  ponadto  blisko 

Londynu. 

- Cudownie - odparł Jack, wpatrując się w oczy Mattie. 

-  Zaprowadzę  pana  do  mojej  matki,  aby  omówiła  wszystkie 

szczegóły - powiedziała szybko. 

-  Mam  nadzieję,  że  wszystko  się  panu  podobało?  -  zagadnęła  z 

uśmiechem Diana, gdy ich ponownie zobaczyła. 

-  Wszystko  -  potwierdził  z  przekonaniem  w  głosie.  Znowu 

zerknął na Mattie. - Mam na imię Jack. 

- A ja Diana - odpowiedziała, rozpromieniona. 

Była  mniej  więcej  o  dziesięć  lat  starsza  od  Jacka,  a  Mattie  - 

chyba  o  dziesięć  lat  młodsza.  Diana  Crawford  wciąż  była  atrakcyjną 

kobietą.  Wiele  lat  temu  została  wdową.  Zawsze  twierdziła,  że  zbyt 

mocno  kochała  ojca  Mattie,  żeby  związać  się  z  kimkolwiek.  Jednak 

chyba każdej kobiecie spodobałby się Jack Beauchamp. 

background image

- Skąd dowiedziałeś się o naszym hotelu, Jack? - spytała Diana. - 

Zawsze o to pytamy, w celach marketingowych. Czy ktoś polecił ci to 

miejsce czy też może widziałeś naszą reklamę? 

-  Ktoś  zostawił  w  moim  biurze  ulotki  reklamowe  waszego 

hotelu. 

Mattie nagle zaciekawiły fotografie na ścianie, szybko odwróciła 

się od Jacka. 

-  Mój  Harry  jeszcze  nigdy  nie  był  w  psim  hotelu  -  ciągnął  - 

mówiłem  już  o  tym  twojej  córce.  Jednak  w  przyszły  weekend 

koniecznie  muszę  być  w  Paryżu,  a  ponieważ  wyjeżdżam  z  całą 

rodziną, nie ma się kto nim zaopiekować. Wolałbym go nie zostawiać 

w hotelu, chociaż wasz jest naprawdę luksusowy. 

- Przepraszam, muszę już iść - odezwała się nagle Mattie. - Mam 

coś do zrobienia. 

-  Dziękuję  za  oprowadzenie  -  powiedział  z  uśmiechem  Jack, 

który  wciąż  stał  przy  drzwiach.  -  Mam  nadzieję,  że  zobaczymy  się 

znowu - dodał, uśmiechając się jeszcze szerzej. 

Mattie wolałaby więcej nie widzieć tego człowieka. 

-  Zapewne  zobaczymy  się  w  przyszły  weekend,  jeśli  zdecyduje 

się  pan przywieźć  do  nas  Harry'ego  -  powiedziała.  -  Teraz  naprawdę 

muszę już iść. 

Jack odsunął się, żeby mogła go minąć. 

A  więc  to  jest  Jack  Beauchamp!  -  pomyślała,  wychodząc  z 

pokoju.  Wyjątkowo  przystojny,  można  by  nawet  powiedzieć: 

czarujący...  Mama  chyba  go  polubiła.  Ale  ona  lubi  wszystkich  i 

background image

wszystkim  ufa,  zaufała nawet  tej  dziewczynie,  która  w  zeszłym  roku 

krótko u niej pracowała, a potem ją okradła. 

To Mattie roznosiła ulotki reklamowe hotelu dla psów w biurach 

JB Industries. Nie wiedziała, że zawita tu sam szef, Jack Beauchamp! 

Z pewnością czekała ją ożywiona rozmowa z matką. To właśnie 

bowiem o Jacku Beauchampie mówiła Mattie, kiedy niespodziewanie 

wszedł. 

Kobieciarz we własnej osobie. 

 

 

ROZDZIAŁ DRUGI 

-  Ależ  to  czarujący  człowiek!  -  odezwała  się  Diana,  kiedy  Jack 

odjechał czerwonym, sportowym samochodem. 

Mattie  była  innego  zdania  niż  matka  i  miała  ku  temu  powód. 

Zastanawiała się, czy nie powiedzieć o nim matce. 

- Jest taki miły, otwarty, ma tak naturalny sposób bycia, mimo że 

jest bogaty, co od razu widać! - zachwycała się Diana. - Zarezerwował 

dla Harry'ego miejsce na cztery dni w okresie Wielkanocy. Zdaje się, 

że  będziemy  miały  pełny  hotel...  Co  się  stało,  Mattie?  -  Spostrzegła 

minę córki. 

-  Zapisałaś  jego  nazwisko  „Beecham”  -  odpowiedziała  z 

westchnieniem.  -  Nie  miałam  pojęcia,  że  to  Jack  Beauchamp  do  nas 

przyjedzie. 

-  Czy  coś  się  stało?  -  spytała  podejrzliwie  Diana.  -  Kto  to  jest? 

Czyżbyś znowu narobiła sobie kłopotów? 

background image

- Chyba nie, ale zdaje się, że  zrobiłam coś okropnego, mamo. - 

Mattie miała zbolałą minę. 

- Chcesz o tym porozmawiać, kochanie? 

-  Nie  bardzo,  ale  obawiam  się,  że  powinnam.  -  Mattie 

westchnęła.  Była  impulsywną  osobą  i  często  najpierw  działała,  a 

myślała dopiero później, zbyt późno. 

- Chodźmy do domu - zaproponowała Diana. 

Mattie  ruszyła  za  nią  powoli,  wiedząc,  że  rozmowa  nie  będzie 

przyjemna. Zapewne matka miała rację. Po okropnym doświadczeniu 

z  Richardem  Mattie  gwałtownie  reagowała  na  informacje  o  tym,  że 

jakiś mężczyzna postępuje nieuczciwie. Uważała zachowanie Jacka za 

okropne, lecz mimo to nie powinna była robić tego, co zrobiła. 

Matka  i  córka  usiadły  w  wygodnej,  choć  trochę  ciasnej  kuchni. 

Diana zaparzyła herbaty. Wokół nich krążyły cztery psy, zadowolone 

z ich obecności. 

- I co masz mi do powiedzenia? - spytała Diana. 

-  Pamiętasz...  zanim  wszedł  Jack  Beauchamp,  mówiłam  ci  o 

bogatym  kobieciarzu,  który  spotyka  się  równolegle  z  czterema 

kobietami - zaczęła Mattie. - To właśnie on, Jack Beauchamp! 

-  Coś  takiego!  To  znaczy,  że  to  jego  sekretarka  zamówiła  u 

ciebie wczoraj w jego imieniu cztery bukiety, z których każdy miałaś 

dostarczyć innej kobiecie? 

- Tak. - Mattie wypiła łyk herbaty. Jak mogła być tak niemądra? 

Nie  wiedziała,  jak  Jack  Beauchamp  zareaguje  na  to,  co  zrobiła 

poprzedniego  dnia.  Wówczas  sądziła,  że  obmyśliła  sprytny  plan,  ale 

background image

zdążyła już całkowicie zmienić zdanie. 

Mattie  prowadziła  popularną  kwiaciarnię.  Miała  ona  już  tak 

dobrą  opinię,  że  Mattie  obecnie  zajmowała  się  stale  roślinami  w 

biurach kilku firm. Przynosiło jej to wysokie dochody. 

Między  innymi  obsługiwała  przedsiębiorstwo  JB  Industries, 

którego właścicielem i prezesem był Jack Beauchamp. 

Jeśli  postanowi  się  na  niej  zemścić,  Mattie  może  stracić 

wszystkie sześć kontraktów z  firmami. Być może nawet był  w stanie 

doprowadzić ją do bankructwa! A tymczasem matka miała opiekować 

się jego psem... 

- Zrealizowałaś jego zamówienie, czy nie? - spytała Diana. 

- Owszem. Już na Boże Narodzenie dostarczyłam w jego imieniu 

bukiety tym samym czterem kobietom. 

- To by znaczyło, że spotyka się ze wszystkimi przynajmniej od 

czterech miesięcy! - wywnioskowała Diana. 

- Tym razem zamieniłam karteczki z dedykacjami, które wypisał 

-  przyznała  się  Mattie.  Spuściła  głowę,  zawstydzona.  Miała 

dwadzieścia  trzy  lata  i  naprawdę  nie  powinna  już  robić  podobnych 

rzeczy.  -  On  nie  jest  specjalnie  pomysłowy  -  kontynuowała.  - 

Wszystkim  czterem  napisał  to  samo:  „Dla  Sandy,  z  głębi  serca  -  J”, 

„Dla Tiny, z głębi serca - J.”. I tak dalej. Pozostałe dwie mają na imię 

Sally  i  Cally.  Pomyślałam,  że  być  może  powinny  dowiedzieć  się 

nawzajem o swoim istnieniu. Posłałam więc Cally bukiet z dedykacją 

dla  Tiny,  Tinie  -  z  dedykacją dla  Sandy,  Sandy  -  dla  Sally,  a  Sally  - 

dla Cally. Wiem, że głupio zrobiłam... Mamo, czy ty płaczesz? 

background image

Diana ukryła twarz w dłoniach. Zadrżała. 

- Chyba do niego pójdę i powiem mu, co zrobiłam. Wytłumaczę, 

że... - Mattie umilkła, widząc, że jej matka śmieje się serdecznie. 

- Oj, Mattie, Mattie! - Diana z rozbawieniem pokręciła głową. - 

Rzeczywiście  będziesz  musiała  wybrać  się  do  niego  i  wszystko  mu 

wytłumaczyć.  To  z  pewnością  ta  sprawa  z  Richardem  wciąż  wpływa 

na  twoje  zachowanie.  Wyobraź  sobie,  co  by  było,  gdyby  w  dzień 

swojego  długo  oczekiwanego  ślubu  przyjechała  do  nas  rankiem 

narzeczona  Richarda  i  spytała,  co  cię  z  nim  wiąże.  -  Diana  znowu 

pokręciła  głową.  -  Nie  wiesz,  jakie  skutki  mogła  spowodować 

wczorajsza  zamiana  kartek na  bukietach.  -  Nagle  znowu  wybuchnęła 

śmiechem. 

-  To  nie  jest  śmieszne,  mamo!  -  odezwała  się  z  oburzeniem 

Mattie. 

- Masz rację, kochanie. - Diana niemal płakała ze śmiechu. 

-  Przestań  się  śmiać!  -  Mattie  zaczęła  się  obawiać,  że  nerwowy 

śmiech  jej  matki  okaże  się  zaraźliwy.  -  Przecież  Jack  Beauchamp 

mnie  zabije  -  powiedziała  z  ożywieniem.  -  Kiedy  usłyszy,  że...  - 

umilkła. 

-  Czy  te  bukiety  na  pewno  dotarły  do  wszystkich  adresatek?  - 

upewniła się Diana. 

Mattie  pokiwała  tylko  głową.  Zawsze  dostarczała  kwiaty  na 

czas. Między innymi dlatego miała wielu stałych klientów. Choć Jack 

z pewnością nie będzie zadowolony z jej ostatniej usługi. 

-  Muszę  powiedzieć,  że  nie  zachowywał  się  jak  człowiek, 

background image

któremu zmyła głowę rozwścieczona kochanka - zauważyła Diana. 

- Rzeczywiście - mruknęła Mattie. 

Gdyby  wiedziała,  że  z  jej  postępku  wynikło  coś  dobrego, 

czułaby  się  lepiej.  Gdyby  choć  jedna  z  kobiet  zdecydowanym  tonem 

powiedziała  Jackowi  Beauchampowi,  co  o  nim  myśli,  może 

poruszyłoby to choć odrobinę jego sumienie. 

- Nie wyobrażam sobie, jak mogę przed nim stanąć i powiedzieć 

mu, co zrobiłam... 

-  Nie  dziwię  ci  się  -  pokiwała  głową  Diana.  -  Zwłaszcza  po 

dzisiejszym  spotkaniu.  Coś  mi  jednak  mówi,  że  jeśli  do  niego  nie 

pojedziesz, to on jutro przyjedzie do ciebie, do kwiaciarni. 

Mattie  była  tego  samego  zdania.  Chyba  lepiej  było  uprzedzić 

atak Beauchampa. 

A  może  nie  mam  się  czego  wstydzić?  -  pomyślała  znowu. 

Powiedział, że cała j ego rodzina wyjeżdża z nim do Paryża. Może ma 

żonę  i  dzieci?  Jeśli  tak,  nie  powinien  wysyłać  kwiatów  żadnym 

kobietom poza żoną! 

Być  może  aż  tak  bardzo  mi  nie  zaszkodzi?  -  zastanawiała  się. 

Jeśli  jest  żonaty,  nie  będzie  chciał  robić  wiele  hałasu  w  nadziei,  że 

może  zachowa  wszystko  w  tajemnicy?  A  zresztą,  co  tak  naprawdę 

może mi zrobić? - pocieszała się Mattie. 

 

Jednak  następnego  dnia,  kiedy  stanęła  naprzeciw  Jacka 

Beauchampa  w  jego  wspaniałym  gabinecie,  wcale  nie  czuła  się 

pewnie.  W  nocy  źle  spała,  niepokojąc  się  o  przebieg  i  skutki 

background image

rozmowy. Wyobrażała sobie, że przynajmniej jedna z czterech kobiet 

musiała  już  skontaktować  się  z  Beauchampem  w  sprawie  cudzego 

imienia przy otrzymanym bukiecie. 

Siedział  za  biurkiem  w  ciemnym  garniturze  i  krawacie.  Mattie 

nie  wiedziała,  czy  Jack  będzie  zachowywał  się  w  swoim  gabinecie 

prezesa  równie  naturalnie  i  bezpośrednio  jak  w  hotelu  jej  matki. 

Wyglądał  na  spokojnego  -  nie  tak  jak  człowiek,  który  ma  poważne 

kłopoty w życiu osobistym. 

- Proszę pana... - zaczęła w końcu nieśmiało Mattie. 

- Proszę mi mówić po imieniu - przerwał. Oparł się  wygodnie i 

znowu  zaczął  się  jej  przyglądać.  -  Moja  sekretarka  powiedziała,  że 

zadzwoniłaś z samego rana i prosiłaś o pilne spotkanie. Ponoć sprawa 

jest ważna... 

Mattie musiała tak powiedzieć, bo Claire Thomas nie znalazłaby 

dla  niej  ani  chwili  w  napiętym  rozkładzie  dnia  swojego  szefa.  O 

pierwszej miał spotkanie, zostało jej więc tylko dziesięć minut. 

- Czyżby się okazało, że jednak nie możecie przyjąć na weekend 

Harry'ego? - spytał Jack. 

- Nie, nie o to chodzi... Nie przychodzę tu jako asystentka mojej 

mamy. 

- Nie? W takim razie dlaczego koniecznie chciałaś porozmawiać 

ze mną dzisiaj, Mattie? - spytał z zainteresowaniem. 

Tego dnia włożyła szaroniebieską garsonkę. Miała nadziej ę, że 

wygląda  poważniej  niż  poprzedniego  dnia.  Pociły  jej  się  ręce.  Była 

bardzo zdenerwowana. 

background image

-  Nie  pracuję  w  hotelu  dla  psów...  -  Przyszło  jej  na  myśl,  że 

może  Jack  będzie  rozbawiony  tym,  co  się  stało.  Ależ  nie!  Ona  w 

podobnej  sytuacji  z  pewnością  nie  byłaby  rozbawiona.  Chociaż  ona 

nigdy nie umawiałaby się z czterema mężczyznami! 

-  Nie?  -  Jack  był  zdziwiony.  -  W  takim  razie  czym  się 

zajmujesz? 

- Być może tego nie wiesz, ale współpracuję z twoją firmą. 

- Naprawdę? W jakim zakresie? - zdumiał się Jack. 

- Prowadzę kwiaciarnię „Zieleń i Piękno”. 

-  Ach...  -  Wyraźnie  się  nachmurzył.  Przypuszczała,  że  teraz  się 

domyślił, w jakiej sprawie przyszła. Nie pomyliła się. - W takim razie 

zapewne  przychodzisz  w  sprawie  pomylenia  kartek  przy  czterech 

bukietach, które zleciłem dostarczyć? 

A jednak! - pomyślała Mattie. Ma przeze mnie kłopoty! Zbladła 

odrobinę. 

-  Sam  zamierzałem  skontaktować  się  dziś  z  tobą  -  oznajmił. 

Przybrał tajemniczy wyraz twarzy. 

-  Przyszło  mi  na  myśl,  że  może  zechcesz  to  zrobić  -  przyznała 

Mattie. 

- I sądziłaś, że lepiej będzie mnie uprzedzić, tak? - upewnił się. 

- Tak. Wczoraj sprawdzałam księgę zleceń i nagle zdałam sobie 

sprawę, że popełniłam okropną pomyłkę - ciągnęła. 

-  Doprawdy?  -  Nieoczekiwanie  Jack  wstał  gwałtownie  zza 

biurka i zbliżył się do niej. - Kiedy dokładnie zdałaś sobie sprawę z tej 

pomyłki? Mniej więcej o której? 

background image

Mattie  zadarła  głowę,  aby  widzieć  jego  twarz.  Stał  zbyt  blisko, 

wolałaby patrzeć na niego z większej odległości. Nie była pewna jego 

nastroju. W każdym razie Jack z pewnością nie był zadowolony. 

-  To  było  wieczorem,  wczoraj...  Chciałam  cię  bardzo 

przeprosić... 

- Mattie, czy moglibyśmy zakończyć tę rozmowę przy kolacji? - 

zaproponował niespodziewanie. - Jest interesująca, jednak... - spojrzał 

na zegarek - za dwie minuty mam spotkanie. 

-  Nie,  nie  mam  ochoty  na  kontynuowanie  tej  rozmowy...  przy 

wspólnej  kolacji!  -  oznajmiła  gwałtownie.  Nie  mogła  uwierzyć,  że 

Jack Beauchamp właśnie zaprosił ją do restauracji! 

- Nie? - upewnił się, unosząc brwi. 

- Nie! 

- Dlaczego? - zapytał. 

-  Dlatego  że  umawiasz  się  równolegle  przynajmniej  z  czterema 

kobietami! 

Cóż,  powiedziała  prawdę.  Teraz  Jack  raczej  nie  uwierzy,  że 

zamienienie  przez  nią  kartek  przy  bukietach  było  przypadkowe. 

Jednak nie zamierzała zostać kolejną z jego licznych kochanek! 

Przez  chwilę  obawiała  się,  że  Jack  chwyci  ją  za  ramię  albo 

uderzy;  naprawdę  stał  zbyt  blisko.  Tymczasem  od  drzwi 

nieoczekiwanie rozległ się kobiecy głos: 

- Czyżbym przyszła za wcześnie? 

Jack  cofnął  się  raptownie;  Mattie  odwróciła  głowę  i  zobaczyła 

piękną, młodą kobietę. 

background image

-  Ależ  skąd  -  odpowiedział  z  uśmiechem.  -  Właśnie 

umawialiśmy  się  z  Mattie  na  wieczorne  spotkanie.  -  Rzucił  jej 

gniewne spojrzenie. 

Mattie  obserwowała  przybyłą.  Miała  posągową  urodę  - 

wyrazistą,  anielsko  piękną  twarz,  wspaniałą  figurę,  gęste, 

kruczoczarne  włosy  opadające  falami  na  smukłe  ramiona,  niebieskie 

oczy,  długie,  smukłe  nogi.  Była  ubrana  w  dopasowaną  niebieską 

sukienkę o ciekawym kroju, najwyraźniej bardzo drogą. 

-  Mattie,  to  jest  moja  siostra  Alexandra  -  powiedział  Jack, 

ujmując Mattie za ramię. 

Siostra?! 

Alexandra  popatrzyła  na niego  pytająco, a  potem  powiedziała  z 

uśmiechem: 

-  Miło  cię  poznać,  Mattie!  Bardzo  przepraszam,  jeżeli  wam 

przeszkodziłam,  kochani.  Claire  nie  było  w  sekretariacie,  więc 

weszłam. 

-  Ależ  nie  przeszkodziłaś,  Alexandro  -  zapewniła  Mattie. 

Chciała,  żeby  Jack  nareszcie  ją  puścił.  -  Właśnie  wychodziłam  - 

dodała. Odsunęła się od niego, lecz on wciąż trzymał ją za ramię. 

-  Nie  ustaliliśmy  przecież  szczegółów  wieczornego  spotkania  - 

powiedział,  patrząc  jej  w  oczy.  -  Mówisz,  że  kolacja  nie  wchodzi  w 

grę,  więc  może  przyjadę  do  ciebie  około  dziewiątej  i  pojedziemy  na 

drinka? 

Najwyraźniej był zdeterminowany. 

- Dobrze - zgodziła się niechętnie. - Jeśli się tak upierasz... 

background image

- Upieram się, Mattie - odpowiedział. 

-  Rozumiem.  -  Nareszcie  ją  puścił.  -  To  do  zobaczenia  - 

powiedziała na odchodnym. 

- Nie będę mógł się doczekać naszego spotkania - pożegnał ją. 

Wolałaby  wcale  się  z  nim  nie  spotykać.  I  cóż  zamierzał  jej 

powiedzieć,  a  co  ważniejsze:  co  zamierzał  zrobić  w  związku  z  jej 

postępkiem? W końcu Mattie dopuściła się brutalnej ingerencji w jego 

życie osobiste. 

 

 

ROZDZIAŁ TRZECI 

- Celowo zamieniłaś te karteczki, prawda? 

Mattie  zakrztusiła  się  winem.  Jack  uderzył  ją  w  plecy,  zbyt 

mocno.  Była  przekonana,  że  zrobił  to  ze  złości.  Siedzieli  w  małym 

pubie  w  odludnej  okolicy.  Jack  przyjechał  pod  dom  Mattie 

punktualnie  o  dziewiątej.  Czekała  już  na  końcu  podjazdu,  aby  jej 

matka nie wiedziała, z kim Mattie spędza wieczór. 

Mattie  wciąż  kaszlała.  Jack  wydawał  się  rozbawiony.  Podał  jej 

chusteczkę. 

- Proszę - powiedział. - Już lepiej? - spytał po chwili. 

Pod  względem  fizycznym  czuła  się  już  lepiej,  chociaż  z 

pewnością  nie  najlepiej  wyglądała.  Rozmazał  jej  się  makijaż. 

Nieważne. Psychicznie czuła się bowiem okropnie. 

- Dziękuję - mruknęła. 

Po  południu  powiedziała  matce,  że  wytłumaczyła  Jackowi 

background image

sprawę  karteczek  przy  bukietach  i  że  zaakceptował  jej  wyjaśnienie  o 

pomyłce. A także, że wciąż zamierza oddać Harry'ego na wielkanocny 

weekend do Woofdorf. Musiała przekonać Jacka, żeby to zrobił. 

-  Mówiłam  ci  już...  Wczoraj  wieczorem  zorientowałam  się,  że 

niechcący  pomyliłam  adresy,  pod  które  wysłałam  poszczególne...  - 

zaczęła. 

-  Tak,  mówiłaś  -  przerwał  jej  Jack.  -  Ale  nie  wiem,  czy 

powinienem  w  to  wierzyć,  z  powodu  twojej  późniejszej  uwagi  na 

temat tego, z iloma kobietami się spotykam. 

Mattie zmieszała się. 

- Chyba mam rację - stwierdził na głos, przysuwając się bliżej. - 

Kiedy  przyjechałem  do  waszego  hotelu  dla  psów,  rozmawiałaś  z 

matką o jakimś mężczyźnie, kobieciarzu. Ten mężczyzna spotyka się 

równolegle z czterema kobietami, prawda? 

Mattie  zarumieniła  się  ze  wstydu.  Nie  wiedziała,  co 

odpowiedzieć.  W  dodatku  czuła  się  niezręcznie,  znajdując  się  tak 

blisko Jacka. Był tak przystojnym, atrakcyjnym mężczyzną! 

-  Odpowiedz  mi,  proszę  -  nalegał.  -  Podczas  wczorajszej 

rozmowy  z  matką  nie  miałaś  wątpliwości  w  kwestiach,  które 

omawiałyście. 

-  Nie  miałam  i  nie  mam  -  odparła.  -  Rzeczywiście,  to  o  tobie 

rozmawiałam z matką. Ale to nie znaczy, że... 

- Słucham - ponaglił. 

- Pomyliłam się - skłamała powtórnie. - Każdy czasem popełnia 

błędy. - Miała ochotę dodać: „Nawet ty”. 

background image

-  Oczywiście  -  zgodził  się.  -  O  której  ze  swoich  pomyłek 

mówisz? 

Sytuacja  wydała  się  Mattie  niecodzienna.  Siedziała  w 

przyjemnym lokalu, w towarzystwie bardzo atrakcyjnego mężczyzny, 

a jednak czuła się okropnie. 

-  Daj  spokój  -  odpowiedziała.  -  Przecież  przyszłam  dzisiaj  do 

ciebie,  żeby  przeprosić  i...  Co  masz  na  myśli,  pytając,  o  której  ze 

swoich pomyłek mówię? 

- Czyżbyś zdawała sobie sprawę, że popełniłaś więcej niż jeden 

błąd? 

Cóż,  najwyraźniej  popełniła  kolejny,  rozdrażniając  tego 

człowieka. 

-  Wspomniałeś,  że  cała  twoja  rodzina  wyjeżdża...  Pomyślałam, 

że masz żonę i dzieci. Czy... 

-  Nie.  Nie  jestem  żonaty  ani  nie  mam  dzieci  -  oznajmił.  - 

Mówiąc  o  rodzinie,  miałem  na  myśli  rodziców  i  rodzeństwo.  Mam 

kilkoro rodzeństwa. 

- Wyjeżdżasz do Paryża z rodzicami i kilkorgiem rodzeństwa? - 

Była zaskoczona. 

- Owszem. Moja najmłodsza siostra, Alexandra - ta, którą dzisiaj 

poznałaś - właśnie się zaręczyła. 

Postanowili z narzeczonym wydać z tej okazji uroczysty obiad w 

restauracji na Wieży Eiffla. 

Mattie  powstrzymała  wybuch  nerwowego  śmiechu,  zaskoczona 

wyjaśnieniem  Jacka.  Pomyślała,  że  zazdrości  narzeczonym,  którzy 

background image

mogą sobie pozwolić na wydanie uroczystego obiadu w restauracji na 

Wieży Eiffla. 

- A więc nie jesteś żonaty. 

- Nie mam też czterech kochanek - oznajmił. 

- Być może obecnie już nie - odparła ze złośliwym uśmiechem. 

-  Wiesz  co,  Mattie...  -  Wydawał  się  bardziej  zatroskany  niż 

rozgniewany  - ty chyba przeżywasz jakieś kłopoty osobiste. Czyżbyś 

miała złe doświadczenia z rodzinnego domu? 

- Złe doświadczenia z domu? Nie w tym sensie, o jakim myślisz 

- odparła. 

- A w jakim? - zainteresował się Jack. 

- Mój tata umarł, kiedy miałam trzy lata. Ledwie go pamiętam. 

- Współczuję ci. To musiało być dla ciebie okropne. 

-  O  wiele  gorsze  było  dla  mojej  mamy.  Ja  byłam  mała. 

Pamiętam, że tata często się śmiał i był dla mnie bardzo dobry. Mama 

też śmiała się wtedy o wiele częściej. 

-  Tak,  to  smutne...  -  skomentował.  Zamyślił  się.  -  Muszę  ci 

powiedzieć,  że  zamienienie  przez  ciebie  kartek  przy  bukietach 

postawiło mnie w kłopotliwej sytuacji. 

- Doprawdy? - Przypuszczała, że jednak miał cztery kochanki. 

- Owszem - potwierdził. - Oczywiście nie jestem w sytuacji bez 

wyjścia, ale wymaga ona ode mnie podjęcia pewnych działań. 

Mattie  zaniepokoiła  się.  Miała  przeczucie,  że  owe  tajemnicze 

działania będą dotyczyły jej, i że nie będzie to nic, co ją ucieszy. 

- Czy masz ważny paszport? - spytał nagle. 

background image

- Słucham? - Mattie była zdumiona. 

- Czy masz ważny paszport? - powtórzył spokojnie. 

- Mam... A dlaczego pytasz? 

-  Zamierzałem  pojechać  do  Paryża  nie  tylko  z  rodzeństwem  i 

rodzicami.  Z  twojej  winy  stało  się  tak,  że  osoba,  która  miała  mi 

towarzyszyć, nie pojedzie. Skoro masz paszport, być może nie pojadę 

sam. 

-  Jak  to?  -  Słowa  Jacka  raz  po  raz  zaskakiwały  Mattie.  Nie 

zdziwiła  się,  że  kobieta,  która  miała  towarzyszyć  mu  podczas 

rodzinnej  wyprawy  do  Paryża  -  bez  wątpienia  jedna  z  czterech 

adresatek  bukietów  -  nie  chciała  jechać,  a  zapewne  nie  chciała  w 

ogóle widywać się z Jackiem. Pewnie żadna z tych czterech kobiet nie 

miała  ochoty  kontynuować  z  nim  znajomości.  Ale  żeby  Jack 

spodziewał się, że Mattie z nim pojedzie...? 

-  Nie  wiem,  za  kogo  mnie  uważasz  -  odpowiedziała  -  ale  się 

mylisz. Nie zamierzam jechać z tobą do Paryża! 

- Na pewno? - spytał. 

- Z całą pewnością! 

-  Ależ  pomyśl  tylko,  Paryż  wiosną  jest  nadzwyczaj 

romantyczny... - kusił. 

-  Rzeczywiście  mogłam  narobić  ci  kłopotów  -  odpowiedziała, 

marszcząc brwi - ale szybko znajdziesz inną, która zechce wybrać się 

z  tobą  do  Paryża.  Skoro  znalazłeś  jednocześnie  cztery  kochanki... 

Poradzisz sobie, z taką urodą i czarem osobistym! - zadrwiła. 

Wątpiła  zresztą,  żeby  Jack  zmartwił  się  jej  odmową.  Jest  wiele 

background image

kobiet,  które  natychmiast  skorzystałyby  z  propozycji  wyjazdu  z 

niezwykle przystojnym i bogatym mężczyzną. 

Na  szczęście  Mattie  nie  należała  do  takich  kobiet,  chociaż 

wygląd  Jacka  robił  na  niej  wrażenie,  a  i  w  jego  sposobie  bycia  było 

coś, co ją pociągało. Ale tylko do pewnego stopnia. Był kobieciarzem, 

a więc mężczyzną niewartym uwagi. 

- Nie mam zbyt wiele czasu - opowiedział. 

- Och, nie bądź taki skromny - drwiła dalej. 

-  Zatem  uważasz,  że  jestem  przystojny  i  czarujący?  -  upewnił 

się. 

- Niektórym kobietom bez wątpienia to wystarczy! - odparowała. 

Lepiej,  aby  Jack  nie  myślał,  że  Mattie  się  nim  interesuje.  Choć 

może by tak było, gdyby nie miał czterech kochanek, z których każda 

sądziła, iż jest jego jedyną wybranką! To było w Jacku zdecydowanie 

nieatrakcyjne. 

-  Muszę  jednak  ze  smutkiem  przyznać,  że  udało  ci  się 

doprowadzić do katastrofy w moim życiu osobistym - oznajmił. 

Udało mi się! Hura! - pomyślała. 

-  To  nie  znaczy,  że  zamierzam  zastąpić  twoją  kochankę  - 

zauważyła. 

- Niczego takiego nie sugerowałem - odpowiedział z wyraźnym 

rozbawieniem. 

- I nie pojadę z tobą do Paryża! - dodała. 

Mimo  woli  przyszło  jej  do  głowy,  jak  by  to  było,  gdyby 

pojechała. Gdyby ona i Jack spacerowali razem po Paryżu, pod rękę, 

background image

gdyby jadali razem kolacje w paryskich lokalach, gdyby... 

-  Mam  wrażenie,  że  jeślibyś  jednak  pojechała,  nie  żałowałabyś 

tej decyzji - skomentował jej rozmarzenie Jack. 

Spojrzała na niego ze złością i zarumieniła się. 

- Czy nie możesz pojechać do Paryża tylko z rodziną? - spytała, 

zmieniając  temat.  -  Nic  się  nie  stanie,  jeśli  spędzisz  jeden  weekend 

pozbawiony towarzystwa wpatrzonej w ciebie kobiety. 

-  Poza  moją  rodziną  będzie  też  Thom,  narzeczony  Alexandry, 

oraz jego rodzice i siostra - powiedział, podkreślając słowo „siostra”. 

Mattie  zawahała  się.  Co  chciał  przez  to  powiedzieć?  Czyżby 

sugerował, że... 

-  A  jednak  będzie  tam  ktoś,  kto  może  cię  adorować!  -  odgadła. 

Najwyraźniej Jack był mężczyzną pozbawionym skrupułów. 

- Siostra Thoma mnie nie interesuje. 

Mattie zmrużyła oczy. 

- Czy to znaczy, że ty ją - tak?  

Kiwnął głową. 

Zapewniam 

cię, 

że 

to 

zupełnie 

nieodwzajemnione 

zainteresowanie. Ale trudno mi powiedzieć Sharon, żeby trzymała się 

ode  mnie  z  daleka.  To  siostra  Thoma.  Atmosfera  całego  wyjazdu 

stałaby  się  napięta  i  nie  do  końca  przyjemna.  Nie  chcę  pozbawiać 

radości Alexandry i Thoma. Pomyślałem, że będzie najprościej, jeżeli 

pojadę do Paryża w towarzystwie kobiety. 

- Dziękuję za taką propozycję! - burknęła Mattie. 

- Gdyby nie ty, pojechałbym z kim innym - przypomniał Jack. 

background image

Z Sally, Cally, Sandy albo Tiną - pomyślała. 

- Dlaczego Sharon ci się nie podoba? - spytała z ciekawości. 

- Nie powiem. To byłoby niegrzeczne. 

Dobrze,  że  Mattie  nie  piła  wina,  kiedy  wymawiał  ostatnie 

zdanie.  Mogłaby  się  znowu  zakrztusić.  Jack  uważał  siebie  za 

grzecznego człowieka! 

Pokręciła głową. 

- Nie mogę wyjechać na trzy dni, prowadzę kwiaciarnię, jak już 

wiesz - powiedziała. 

-  To  wyjazd  na  cztery  dni.  Ale  Wielki  Piątek  i  poniedziałek 

wielkanocny  to  dni  wolne  od  pracy.  Przecież  musisz  czasami  mieć 

wolne, ktoś pracuje wtedy za ciebie. 

Mattie  rzadko  pozwalała  sobie  na  urlop.  Ale  kiedy  go  brała,  w 

kwiaciarni pracowała Sam, najlepsza przyjaciółka, z którą poznały się 

na  studiach.  Sam  była  mężatką,  przed  kilkoma  miesiącami  urodziła 

dziecko. Uwielbiała od czasu do czasu pracować w kwiaciarni. 

Mattie  nie  zamierzała  jednak  brać  urlopu  na  Wielkanoc  ani 

jechać z Jackiem do Paryża. 

- Nieważne, po prostu nie chcę jechać i już - powiedziała. 

- Na pewno? 

Wypiła łyk  wina, aby ukryć zmieszanie. Jack słusznie domyślał 

się, że celowo zamieniła kartki przy bukietach. Z zawodowego punktu 

widzenia  był  to  całkowicie  nieodpowiedzialny  postępek.  On  zdawał 

sobie z tego sprawę i oczekiwał chyba rekompensaty; mógł zniszczyć 

dobrą opinię kwiaciarni Mattie. 

background image

Chyba mnie szantażuje! - oceniła. Niestety. Ale to jeszcze gorsza 

rzecz niż to, co ja zrobiłam! 

Czy zasługiwała na karę? Jack oczekiwał od niej, żeby pojechała 

z  nim  do  Paryża  na  wielkanocny  weekend...  Zaraz.  Czy  to  aby  na 

pewno była kara? Weekend w Paryżu z tym mężczyzną... Jak można 

postrzegać  taki  pomysł  jako  dotkliwą  karę?  Niesłychanie  przystojny, 

zamożny,  na  swój  sposób  czarujący  mężczyzna  proponował  jej 

atrakcyjny  wyjazd.  Mattie  musiała  przyznać,  że  propozycja  była 

kusząca. 

Odwróciła wzrok. 

- Co powiem matce? - zastanowiła się na głos. 

Jednak tym razem Jack nie wydawał się rozbawiony. 

-  Zapewne  moje  nazwisko  padło  w  twojej  rozmowie  z  matką  o 

mężczyźnie, który umawia się z czterema kobietami? - spytał. 

- Prawdę mówiąc... - zaczęła. 

- Na pewno padło - dokończył za nią. - Trudno. Może po prostu 

powiedz jej prawdę? Że jedziesz ze mną do Paryża. 

-  Miałabym  powiedzieć  jej  coś  takiego?!  Że  wymagasz  ode 

mnie,  żebym  pojechała  z  tobą  do  Paryża,  że  mnie  szantażujesz?  Że 

jeśli tego nie zrobię, możesz doprowadzić mnie do finansowej ruiny? 

Jack skrzywił się. 

- Jeśli zamierzasz ująć to w takie słowa... 

- Przecież zasugerowałeś, żebym powiedziała matce prawdę! 

-  Tak  -  zgodził  się  z  westchnieniem.  -  Nie  spodziewałem  się 

jednak,  że  tak  postrzegasz  prawdę.  Nie  możesz  jej  po  prostu 

background image

powiedzieć, że poznałaś mnie troszkę lepiej i chcesz mi pomóc? 

- Wybierając się z tobą na weekend do Paryża! 

- Tak. 

-  Prawie  nic  o  sobie  nie  wiemy  -  zauważyła.  -  Nie  mogę 

powiedzieć, że dobrze cię znam. 

-  Ale  poznasz  mnie  o  wiele  bliżej,  jeśli  pojedziemy  razem, 

poznasz  moją  rodzinę,  spędzimy  wszyscy  wspólnie  długi  weekend. 

Zaprzyjaźnimy się, zobaczysz. 

Mattie  popatrzyła  na  niego  z  zakłopotaniem.  Nie  wierzyła 

własnym uszom. Słowa Jacka wydawały jej się groteskowe. Chociaż z 

drugiej strony... 

Była  ogromnie  ciekawa,  jak  przeżyłaby  weekend  w  Paryżu  w 

towarzystwie  Jacka  Beauchampa  i  jego  bliskich.  Nie  mogła 

powiedzieć, żeby ta perspektywa jej nie nęciła. 

Mattie  od  dziecka  rzadko  jeździła  na  wakacje.  Zazwyczaj 

doglądały  z  Dianą  cudzych  psów,  psów  ludzi,  którzy  bywali  na 

wakacjach.  Nie  zarabiały  zresztą  dostatecznie  dużo,  aby  wiele 

wydawać  na  podróże.  Dopiero  w  minionym  roku  Mattie  zaprosiła 

Dianę  na  tygodniową  wycieczkę  do  Grecji.  Postanowiła  nareszcie 

sprawić  matce  prawdziwą  przyjemność.  Matka  tyle  dla  niej  zrobiła 

przez te wszystkie lata! 

Jack wybuchnął śmiechem, widząc spojrzenie Mattie. 

- Nie jesteś zbyt miły - zwróciła mu uwagę. 

- Czy w takim razie jedziesz ze mną do Paryża? - spytał wesoło. 

Serce Mattie zaczęło bić coraz mocniej. 

background image

Przecież on chce ze mną jechać tylko dlatego, żebym odwróciła 

od niego uwagę niejakiej Sharon! - mitygowała się. 

Ale  romantyczny  Paryż,  wyśnione  miasto  kochanków,  kusił... 

Mattie  zapewniała  Jacka,  że  nie  chce  z  nim  jechać,  a  jednocześnie 

mimowolnie zastanawiała się, jakie zabrać ubrania! 

Wzięła głęboki oddech i powiedziała: 

-  Dobrze.  Pojadę...  Ale  nie  myśl,  że  zrobię  to  z  jakiegokolwiek 

innego powodu niż ten, że mnie szantażujesz! - dodała szybko. 

- Jak bym mógł! - zastrzegł się z udawanym oburzeniem. 

Mattie rzuciła mu gniewne spojrzenie. 

-  Pomyśl  tylko  -  szepnął.  -  Popłyniemy  Sekwaną...  Będziemy 

spacerować  po  Polach  Elizejskich.  Pójdziemy  do  Ogrodu 

Luksemburskiego.  Usiądziemy  przy  stoliku  w  przytulnej  kawiarence. 

Zjemy obiad w restauracji na Wieży Eiffla. 

Mattie popadała w coraz większe rozmarzenie. 

Miała ogromną ochotę na to wszystko, o czym mówił. 

Jedyną  rzeczą,  która  budziła  jej  niepokój,  był  fakt,  że  ów 

cudowny weekend miała spędzić z nim, Jackiem Beauchampem! 

 

 

ROZDZIAŁ CZWARTY 

-  Dokąd  jedziesz?  Z  kim?  -  dopytywała  się  zdumiona  Diana.  Z 

niedowierzaniem patrzyła na córkę. 

Szykowały śniadanie. Mattie właśnie powiadomiła ją o zamiarze 

wyjazdu. Wydawało się, że Diana z wrażenia zaraz rozleje kawę. 

background image

Mattie delikatnie wyjęła kubek z ręki matki i potwierdziła: 

-  Do  Paryża.  Z  Jackiem  Beauchampem...  Ale  będziemy  mieli 

oddzielne  sypialnie  -  zastrzegła.  Miała  nadzieję,  że  nie  kłamie.  Nie 

omówili ostatecznie z Jackiem żadnych szczegółów. 

-  Zawsze  to  jakieś  pocieszenie  -  mruknęła  Diana,  siadając.  - 

Czyżbyś  w  taki  właśnie  sposób  zamierzała  mu  zrekompensować 

wyrządzone szkody? 

-  To  raczej  on  się  tego  domaga  -  wyjaśniła.  Idąc  za  radą  Jacka, 

powiedziała matce całą prawdę. - Pomyślałam, że weekend w Paryżu 

nie jest najgorszą karą, jaka mogła mnie spotkać - zakończyła. 

Diana  pokręciła  głową.  -  Nie  sądzę,  żeby  Jack  Beauchamp...  to 

znaczy...  -  Nie  była  w  stanie  wypowiedzieć  swoich  myśli.  -  Mattie, 

dlaczego ty ciągle musisz wplątywać się w kłopoty? 

- Nic mi się nie stanie - zapewniła Mattie, ujmując dłoń matki. - 

Będziesz miała jego psa jako zakładnika! - zażartowała. 

- Rzeczywiście - uśmiechnęła się smutno Diana. - Nie wierzę, że 

pojedziesz  z  tym  człowiekiem  do  Paryża!  -  Wciąż  kręciła  głową, 

oszołomiona. 

- Myślałam, że ci się spodobał. 

-  Tak  -  przyznała  Diana.  -  Wydał  mi  się  miły  i  czarujący.  W 

pewnej  chwili  pomyślałam  nawet,  że  chciałabym  związać  się  z  kimś 

takim, tylko chyba trochę starszym... 

- Naprawdę? 

- Naprawdę - potwierdziła matka. - Ale kiedy mi wyjaśniłaś, że 

to  on  umawia  się  równocześnie  z  czterema  kobietami,  zmieniłam 

background image

zdanie. A teraz mi mówisz, że wybierasz się z nim do Paryża! 

Mattie uśmiechnęła się. 

- Mamo, nie myśl, że... 

Krótkie pukanie do drzwi nie pozwoliło jej dokończyć zdania. 

Otworzyła szeroko oczy ze zdumienia. 

Do kuchni wszedł Jack. 

Był w eleganckim garniturze, podobne nosił w pracy. Tego dnia 

włożył kremową koszulę i zawiązał brązowy krawat. Musiał wcześnie 

wstać, ponieważ była dopiero ósma rano. 

Ciekawe, gdzie znalazł otwartą kwiaciarnię. Trzymał bowiem w 

ręku bukiet wiosennych żonkili. 

- Co tu robisz?!  - odezwała się surowym tonem Mattie, wstając 

powoli. Jeszcze miała na sobie szlafrok i piżamę. 

Diana zdążyła się ubrać, ponieważ karmiła wcześniej psy. 

-  Dzień  dobry  -  odezwał  się  Jack,  nie  zrażony.  Wszedł  dalej  i 

zamknął za sobą drzwi. - Przyszedłem do ciebie, Diano - wyjaśnił, po 

czym wręczył Dianie kwiaty. 

Coś podobnego! 

- Nie przeszkadzaj sobie - odezwał się do Mattie. - Szykuj się do 

pracy.  Chciałbym  zamienić  kilka  słów  z  twoją  mamą.  -  Uśmiechnął 

się do Diany. 

Doprawdy, 

Jack 

miał 

niecodzienne 

zwyczaje. 

Wszedł 

nieproszony  do  ich  domu  w  porze,  kiedy  mógł  się  spodziewać,  że 

Mattie  i  jej  matka  będą  jeszcze  nieubrane,  wręczył  Dianie  kwiaty,  a 

Mattie zbył niezbyt uprzejmą radą. Był po prostu nieznośny! 

background image

Zaraz... zdaje się, że żonkile, które wręczył mamie, zerwał przed 

chwilą w naszym ogrodzie! - pomyślała Mattie. 

Poczuła  się  zdezorientowana.  Na  domiar  złego  nie  wyglądała 

ładnie,  rozczochrana,  bez  makijażu,  w  ulubionym,  starym, 

podniszczonym szlafroku. 

-  Przepraszam,  ale  chciałbym  porozmawiać  z  twoją  mamą  na 

osobności - oznajmił Jack, zanim zdążyła się odezwać. 

- To dobrze, będzie mi mniej nieprzyjemnie - burknęła w końcu i 

wyszła,  zabierając  swój  kubek  z  niedopita  kawą.  -  Uważaj,  mamo!  - 

rzuciła  na  odchodnym.  Uśmiechnęła  się  jeszcze  kpiąco  do  Jacka. 

Wydawał się zdziwiony. I dobrze! 

Po cóż zawitał do ich domu o tak wczesnej porze? Poprzedniego 

wieczora ustalili z Mattie, że spotkają się następnego dnia wieczorem 

w  celu  omówienia  szczegółów  wyjazdu.  Jack  nie  wspominał,  że 

zamierza  odwiedzić  Dianę  wczesnym  rankiem.  Wtedy  Mattie 

zadbałaby o swój wygląd. 

Choć Mattie nie miała wrażenia, aby mu się specjalnie podobała. 

Chciał  jedynie  wykorzystać  jej  towarzystwo,  by  pozbyć  się 

niechcianej  adoratorki.  Mattie  napomniała  się  w  myśli,  żeby  o  tym 

pamiętać. 

Wzięła prysznic, zrobiła makijaż, włożyła czarny kostium i jasną 

kremową bluzkę, uczesała się. Teraz wyglądam lepiej - pomyślała. 

Nie  miała  jednak  szansy  pokazać  się  Jackowi,  ponieważ  już  go 

nie  było.  Matki  także.  Tylko  żonkile  stały  dumnie  w  wazonie  na 

środku kuchennego stołu. 

background image

Mattie  odnalazła  Dianę  w  gabinecie,  w  którym  rozmawiała  z 

klientami. Diana siedziała w fotelu. 

Sophie - ich ulubiona suka - opierała łeb o jej kolano. 

- Wszystko w porządku? - upewniła się Mattie. 

- Tak - odparła bez przekonania Diana. 

Mattie oczekiwała dalszego ciągu wypowiedzi. 

-  Jack  pojechał  do  pracy,  ale  wieczorem  przyjedzie  znowu,  do 

ciebie  -  wyjaśniła  Diana.  Nie  mówiła  nic  więcej,  tylko  głaskała 

Sophie. W końcu wstała i ominęła biurko. 

Czego on chciał?! - cisnęło się na usta Mattie. 

- Czy nie powinnaś była  wyjść przed dziesięcioma minutami? - 

spytała Diana, patrząc na zegarek. 

- Mamo! - zawołała Mattie, sfrustrowana. 

- Słucham? - spytała niewinnym tonem Diana. 

- Czyżbyś zachowywała się w tak denerwujący sposób z powodu 

Jacka Beauchampa? 

Diana roześmiała się. 

-  Od  razu  widać  po  tobie  wszystkie  emocje,  Mattie  - 

powiedziała,  rozbawiona.  -  Postanowiłam  zabawić  się  chwilę  twoją 

ciekawością, to wszystko. 

-  Spoważniała.  -  Jack  chciał  po  prostu  wyjaśnić  mi  sytuację  i 

zapewnić, że nie zamierza cię uwieść. 

-  A  nie  zamierza?  -  Mattie  była  zaskoczona.  -  To  znaczy... 

spodziewam  się,  że  oczywiście  nie  zamierza.  -  Była  rozdrażniona 

faktem,  że  Jack  zdecydował  się  omówić  to  z  jej  matką.  -  Już  ci 

background image

mówiłam - dodała. 

-  Oczywiście,  ale  on  osobiście  chciał  mnie  o  tym  zapewnić. 

Dlaczego  masz  taką  smutną  minę?  Jestem  pewna,  że  z  łatwością 

zdołasz przekonać go do zmiany zamiarów... 

- Mamo! 

- Dobrze już, dobrze. - Diana pogładziła dłoń córki. 

Jack  jest  tylko  o  dziesięć  lat  młodszy  od  mamy  -  pomyślała 

Mattie. Może powinien był zaproponować wyjazd jej, a nie mnie! 

Nie spodobała jej się ta myśl. 

-  Jak  to:  powiedziałeś  o  mnie  rodzinie?  -  powtórzyła  ze 

zdumieniem  Mattie.  Siedzieli  naprzeciw  siebie  przy  restauracyjnym 

stoliku.  -  Kiedy  im  powiedziałeś?  I  właściwie  co?  -  Jack  przecież 

niewiele o niej wiedział. 

Obiad w jego towarzystwie był ciekawym doświadczeniem. Szef 

obsługi  kelnerskiej  francuskiej  restauracji  na  najwyższym  piętrze 

wieżowca  pozdrowił  Jacka  grzecznie.  Usiedli  przy  stoliku 

usytuowanym  obok  okna,  z  którego  rozciągał  się  widok  na  Londyn. 

Chwilę  potem  przyszedł  przywitać  się  z  nim  właściciel  restauracji. 

Jack  przedstawił  mu  Mattie,  mówiąc:  „Mattie  Crawford,  moja 

przyjaciółka”. 

Nie  uważała  się  za  przyjaciółkę  Jacka,  prędzej  gotowa  była 

uznać się za jego wroga. 

-  Dziś  zjedliśmy  rodzinny  lunch  w  domu  moich  rodziców  - 

odparł  Jack,  wzruszając  ramionami.  -  Powiedziałem  im  tylko,  że 

pojadę ze znajomą, która nazywa się Mattie Crawford. - Popatrzył jej 

background image

w oczy. Jego spojrzenie onieśmielało ją. 

Pomyślała, że Jack musi być w bliskich stosunkach z rodzicami i 

rodzeństwem.  Bardzo  dobrze  świadczyło  to  o  nim  i  jego  rodzinie. 

Mattie sama była w bliskich stosunkach z matką. Uznała, że to coś, co 

łączy ją z Jackiem. 

Nieczęsto  bywała  w  restauracjach.  Nie  pamiętała,  kiedy  ostatni 

raz spotkała się z mężczyzną. Nie dążyła specjalnie do takich spotkań 

po okropnym zakończeniu związku z Richardem. 

Teraz  jednak  siedziała  w  eleganckim  lokalu  z  Jackiem 

Beauchampem,  ubrana  w  ulubioną  czarną  sukienkę,  dobrą  na  każdą 

okazję.  Rozglądając  się  po  restauracji,  myślała,  że  będzie  musiała 

zastanowić  się  poważnie  nad  doborem  garderoby,  którą  weźmie  do 

Paryża. Nie chciała wyglądać jak szara myszka. 

Dlaczego  jej  na  tym  zależało?  W  końcu  było  mało 

prawdopodobne, żeby po powrocie zobaczyła ponownie kogokolwiek 

z tej rodziny. 

A  jednak  dla  Mattie  miało  znaczenie  wrażenie,  jakie  zrobi. 

Rodzina  Jacka  była  z  pewnością  bardzo  bogata.  Na  zaręczynowy 

obiad  jego  siostry  włożą  pewnie  kosztowne  sukienki  od  znanych 

projektantów.  Mattie  postanowiła  kupić  nową,  elegancką  sukienkę, 

choćby miała na nią wydać wszystkie oszczędności. 

- Ile osób będzie na tym przyjęciu w restauracji? - zapytała. 

- Piętnaście, razem z tobą i mną - odpowiedział Jack. 

-  Piętnaście?  -  Pomyślała,  że  podczas  przyjęcia  będzie 

onieśmielona.  Miała  siedzieć  w  towarzystwie  trzynaściorga  zupełnie 

background image

nieznanych bogatych ludzi - i jednego tylko odrobinę znanego! 

Nie należała do nieśmiałych osób, łatwo nawiązywała kontakty. 

Na  tym  zresztą  po  trosze  polegała  jej  praca  w  kwiaciarni.  A  jednak 

rodzina Jacka Beauchampa to bez wątpienia nie byli przeciętni ludzie, 

jakich spotykała na co dzień. 

-  Nie  przejmuj  się,  naprawdę...  -  uspokoił  ją  Jack.  -  Będę  przy 

tobie cały czas - dodał, uśmiechając się. 

Wiedział przecież, że dla Mattie to żadne pocieszenie. 

- Jaka jest twoja rodzina? - spytała odważnie. 

-  Normalna  -  odparł  Jack.  -  Taka  jak  ja.  Uważał  siebie  za 

normalnego? To znaczy, może i nie był nienormalny, ale niewątpliwie 

nie był przeciętny. 

-  Mają  po  dwie  ręce,  dwie  nogi...  -  zażartował,  widząc  wyraz 

twarzy Mattie. 

-  To  rzeczywiście  zwyczajni  ludzie  -  zgodziła  się.  -  Ile  masz 

rodzeństwa? 

- Sprawdziłaś, czy aby twój paszport jest nadal ważny? - zmienił 

nagle  temat.  -  Nie  chciałbym,  żeby  na  lotnisku  okazało  się,  że  nie 

możesz lecieć. 

To  byłoby  wspaniałe  wyjście  z  sytuacji  -  pomyślała.  Jednak  jej 

paszport był z całą pewnością ważny. Otrzymała go w ubiegłym roku, 

przed podróżą do Grecji. 

-  Jest  ważny  -  zapewniła.  -  Ale  musisz  powiadomić  linie 

lotnicze, że poleci inna osoba. 

-  Już  to  zrobiłem  -  odparł.  -  Telefonowałem  dziś  rano  do  biura 

background image

moich linii. 

Z  pewnością  miał  na  myśli,  że  zrobiła  to  za  niego  jego 

sekretarka.  Mattie  pomyślała,  że  musi  cały  czas  pamiętać  o  tym 

wszystkim.  Łatwo  było  ulec  czarowi  Jacka.  Mogłaby  uwierzyć,  że 

poleci z nim do Paryża na romantyczny weekend. Byłoby to naprawdę 

bardzo naiwne! 

- Czy już ci mówiłem, jak pięknie dziś wyglądasz? - zagadnął. 

Mattie  zarumieniła  się.  Znowu  starał  się  ją  oczarowywać. 

Nieodmiennie skutecznie! 

-  Nieszczere  komplementy  to  coś  okropnego  -  odpowiedziała, 

zagniewana. 

-  Ależ  naprawdę  pięknie  wyglądasz!  -  zapewnił.  -  Masz  takie 

wspaniałe włosy; ogromnie podoba mi się ich kolor. Jak go nazwać? 

- Jestem szatynką. 

Jack  przyglądał  się  z  podziwem  opadającym  na  ramiona Mattie 

kaskadom lśniących włosów. 

Jedz 

lepiej 

kolację, 

bo 

wystygnie 

powiedziała 

zniecierpliwiona. 

Poczuła  się  bardzo  niezręcznie.  Gdyby  to  była  prawdziwa 

randka!  Ale  przecież  siedzieli  w  restauracji  tylko  po  to,  aby  omówić 

szczegóły  niecodziennej  podróży.  Wyjazdu,  podczas  którego  Mattie 

miała  odgrywać  rolę  osłony  chroniącej  Jacka  przed  miłosnymi 

zakusami siostry jego przyszłego szwagra. I byłoby dla Mattie lepiej, 

żeby Jack tylko jako tego rodzaju osłonę ją traktował. 

Jak mężczyzna jego pokroju mógłby poważnie zainteresować się 

background image

taką  kobietą  jak  ja?  -  pytała  samą  siebie.  Od  roku  dwa  razy  w 

tygodniu,  wczesnymi  wieczorami,  bywała  w  budynku,  w  którym 

mieściła się firma Jacka. A mimo to choć rozpoznał jej twarz, nie był 

w stanie przypomnieć sobie, skąd ją zna. Gdyby przypadkowo się nie 

poznali,  nie  zwróciłby  na  nią  najmniejszej  uwagi.  Nie  zauważał 

zapewne ludzi jej pokroju. W końcu płacono jej między innymi za to, 

żeby  dyskretnie  opiekowała  się  roślinami.  Była  więc  dla  Jacka 

niewidzialna. 

Aż zwróciła na siebie jego uwagę. 

-  Nie  musisz  ćwiczysz  tekstów,  których  zamierzasz  używać  w 

Paryżu  -  odezwała  się  po  chwili.  -  Nie  przejmuj  się  tym,  naprawdę. 

Wolałabym  usłyszeć  od  ciebie,  po  co  przyjechałeś  dzisiaj  rano  do 

mojej matki. 

- Nie powiedziała ci? 

- Oczywiście, że powiedziała - odparła Mattie. - Zastanawiałam 

się tylko... - Nie wiedziała, jak dokończyć. 

-  Wczoraj  zasugerowałaś  mi  jednoznacznie,  że  nie  chcesz,  aby 

twoja mama martwiła się o to, że ze mną wyjedziesz... - zaczął. 

- Ciekawe dlaczego! - zadrwiła. 

Jack uniósł brwi, lekko zniecierpliwiony. 

- Pragnąłem tylko zapewnić twoją mamę, że... 

-  Nie  zamierzasz  mnie  uwieść  -  dokończyła  za  niego.  -  Nie 

sądzę, żeby... 

- Tak ci powiedziała? - przerwał jej, chichocząc. 

- Tak, właśnie tak mi powiedziała - potwierdziła Mattie, mrużąc 

background image

oczy. - A co naprawdę jej powiedziałeś? 

-  Między  innymi  to  -  przyznał.  -  W  każdym  razie  kiedy 

wychodziłem,  wydawała  się  znacznie  mniej  zaniepokojona  niż  na 

początku rozmowy. 

Mattie  miała  ochotę  wypytać  go  o  to,  co  jeszcze  mówił  jej 

matce,  jednak  nadszedł  kelner  z  winem,  aby  na  nowo  napełnić  ich 

kieliszki. Kiedy się oddalił, Jack zmienił temat rozmowy. 

-  Twoja  mama  jest  wciąż  bardzo  piękną  kobietą  -  powiedział.  - 

Czy nigdy nie myślała o tym, żeby ponownie wyjść za mąż? 

- Nigdy - potwierdziła Mattie. 

Cieszyła się, że Jack wypowiedział komplement na temat urody 

jej matki, choć z drugiej strony poczuła się odrobinę zazdrosna. 

Sama  ją  podziwiała,  oczywiście  nie  tylko  za  urodę.  Diana 

owdowiała  w  wieku  dwudziestu  trzech  lat,  została  sama  z  trzyletnim 

dzieckiem.  Zapewniła  Mattie  wszystko,  co  tylko  dziecku  było 

potrzebne do szczęścia. Była cudowną matką. 

-  Mama  musiała  bardzo  kochać  twojego  tatę,  prawda?  -  spytał 

Jack. 

- Tak... Nie powiedziałeś mi dotąd nic więcej o naszej piątkowej 

podróży. 

Jack  wpatrywał  się  chwilę  w  jej  twarz,  po  czym  wyraźnie  się 

uspokoił i odpowiedział: 

-  Rzeczywiście.  -  Następnie  zaczął  mówić  o  tym,  z  którego 

lotniska  i  jakim  samolotem  polecą,  jaki  jest  plan  pobytu  w  Paryżu,  i 

tak  dalej.  Mattie  najbardziej  utkwił  w  pamięci  jeden  szczegół:  że  z 

background image

okna  ich  hotelowego  pokoju  będzie  widać  Wieżę  Eiffla.  Powrót  był 

zaplanowany na poniedziałek. 

Mattie  nie  wiedziała,  co  się  z  nią  dzieje.  Przyglądała  się 

mówiącemu  Jackowi.  Podobał  jej  się,  podobało  jej  się  w  nim 

wszystko, poza jednym - niestety, oszukiwał cztery kobiety. 

Ten  fakt  wystarczył,  aby  był  dla  niej  wstrętny.  Musiałaby 

postradać zmysły, żeby zakochać się w takim mężczyźnie! 

A jednak nie była w stanie myśleć o nim z niechęcią. 

Zdawała  sobie  sprawę,  że  mimo  wszystko  może  się  w  nim 

zakochać.  Szczególnie  podczas  czterech  dni  spędzonych  wspólnie  w 

Paryżu. 

 

 

ROZDZIAŁ PIĄTY 

-  Mattie,  jedziemy  na  cztery  dni,  nie  cztery  tygodnie!  -  Jack 

skomentował  półżartem  wagę  jej  walizki,  którą  załadował  do 

samochodu. 

Niepewnie zerknęła na znacznie mniejszą walizkę Jacka. 

Zdawała sobie sprawę,  że prawdopodobnie przesadziła z ilością 

ubrań,  jednak  jeszcze  nigdy  nie  była  w  Paryżu  i  nie  wiedziała,  jaka 

może  być  tam  pogoda  wiosną.  Wstydziła  się  spytać  o  to  Jacka. 

Sprawdzała  paryską  pogodę  przez  dwa  dni  w  gazecie.  Temperatura 

była dość wysoka, jednak czasami padało. Musiała być przygotowana 

na różne sytuacje. 

Mattie  spakowała  więc  wszystkie  najlepsze  ubrania,  łącznie  z 

background image

tymi, które kupiła poprzedniego dnia. 

-  Kobiety  lubią  być  przygotowane  na  każdą  ewentualność  - 

odpowiedziała  ze  śmiechem  Diana,  która  poznawała  się  właśnie  z 

Harrym. 

Collie  biegał  między  ludźmi,  merdając  radośnie  ogonem. 

Zachowywał  się  raczej  jak  szczeniak  niż  sześcioletni  pies.  Miał 

wspaniałą,  szarobiałą  sierść,  jego  oczy  błyszczały.  Z  pewnością  nie 

zdawał sobie sprawy, że czeka go pobyt w psim hotelu. 

-  Czy  zabrałaś  również  kuchenkę  i  zlew?  -  spytał  Mattie  Jack, 

unosząc brwi. 

- Oczywiście, a także wannę - odpowiedziała natychmiast. 

-  Mogą  ci  się  przydać  -  zawyrokował  ze  śmiechem.  -  Raz  w 

życiu  mieszkałem  w  pokoju,  gdzie  przez  dwa  dni  nie  było  korka  do 

wanny, ponieważ poprzedni gość go ukradł. 

-  Tak  to  jest,  kiedy  człowiek  zatrzymuje  się  w  hotelach 

najniższej  kategorii  -  skomentowała  żartobliwie.  Wiedziała,  że  Jack 

bez 

wątpienia  rezerwuje  tylko  apartamenty  w  najbardziej 

luksusowych hotelach. 

Uśmiechnął  się.  Wyglądał  tego  dnia  nadzwyczaj  męsko,  w 

czarnej  koszuli  i  dopasowanych  czarnych  spodniach.  Na  tylnym 

siedzeniu samochodu leżała kremowa marynarka. 

Mattie  zdecydowała  się  włożyć  na  podróż  najlepsze  dżinsy, 

białą,  dopasowaną  bluzkę  i  czarny  żakiet.  Wyglądała  dostatecznie 

elegancko, a jednocześnie ubranie nie gniotło się zanadto. 

Na widok Jacka serce Mattie od razu przyspieszyło rytm. Czuła 

background image

się  bardzo  podekscytowana.  Czy  to  z  powodu  Jacka,  czy  raczej  z 

powodu  wyjazdu?  Była  odrobinę  onieśmielona,  a  z  drugiej  strony 

bardzo uradowana. Dziwne! 

- Może wspólnie zaprowadzimy Harry'ego do pokoju, w którym 

będzie mieszkał? - odezwała się znowu Diana. 

-  Jasne  -  zgodził  się  Jack.  Nachylił  się  i  czule  pogłaskał  psa.  - 

Chodź, stary, zobaczymy, jak ci się tu spodoba - powiedział do niego 

wesoło. 

Widać było, że Jack niechętnie rozstaje się z ulubieńcem, mimo 

że wiedział, że Diana naprawdę dba o psy i uwielbia zwierzęta. 

-  Zaczekasz  na  nas,  Mattie?  -  spytała  Diana,  rzucając  córce 

ostrzegawcze spojrzenie. 

Mattie kiwnęła głową. 

Czekała na Jacka i rozmyślała. Znowu ogarnęły ją wątpliwości. 

W ciągu minionych kilku dni parokrotnie miała ochotę zatelefonować 

do  Jacka  i  powiedzieć  mu,  że  się  wycofuje.  Za  każdym  razem 

przypominała  sobie  jednak,  że  to  ona  jemu  narobiła  kłopotów  i  była 

mu winna pomoc. Mimo wszystko niepokoiła się. 

Zapomniała  o  tym  natychmiast,  kiedy  Jack  wrócił.  Miał 

niewesołą minę. 

- Harry'emu nic złego się nie stanie - zapewniła go Mattie. 

- Teraz zdaję sobie sprawę, jak czuli się moi rodzice za każdym 

razem,  kiedy  odwozili  mnie  do  szkoły  z  internatem  -  odpowiedział, 

uśmiechając się smutno. 

Mattie wydało się, że porównanie nie jest do końca trafne. 

background image

- A jak ty się czułeś, kiedy twoi rodzice odjeżdżali? - zapytała. 

-  Och  -  Jack  znów  się  uśmiechnął,  tym  razem  weselej  - 

płakałem,  ale  już  kilka  minut  po  tym,  jak  ich  samochód  znikł, 

cieszyłem  się  i  śmiałem,  bo  znowu  znajdowałem  się  w  gronie 

kolegów...  Harry  też  nie  był  bardzo  smutny,  kiedy  odchodziłem. 

Poznawali  się  z  Sophie.  No,  czas  jechać.  Czy  na  pewno  wszystko 

wzięłaś? - spytał. 

-  Tak.  -  Wsiedli  do  samochodu.  -  Spakowałam  tylko  sześć  par 

butów - dodała. - Czy sądzisz, że to wystarczy? - zażartowała. 

Jack uruchomił silnik i samochód ruszył. 

-  Rozumiem,  że  tak  -  wywnioskowała,  po  czym  oparła  się 

wygodnie. 

- Myślałem, że tylko moje siostry są okropne, ale okazuje się, że 

dziewczyny,  na  które  natrafiam,  są  bardzo  podobne  do  nich!  - 

skomentował półżartem. 

- Pamiętaj, że nie jestem twoją dziewczyną - zastrzegła. 

-  Na  najbliższe  cztery  dni  masz  się  nią  stać  -  odparł.  -  Mattie  i 

Jack,  Jack  i  Mattie,  jak  myślisz,  dobrze  to  brzmi?  -  Odwrócił  się  i 

zmarszczył pytająco brwi. 

-  Fatalnie!  -  zawyrokowała  wbrew  fali  ciepła,  jaka  w  niej 

wezbrała. 

- Będziesz musiała się na krótko przyzwyczaić - zakończył Jack, 

wzruszając ramionami. 

Mattie żałowała, że podczas pobytu w Paryżu będzie musiała się 

dostosowywać  do  planów  Jacka  i  jego  rodziny.  Chciałaby  naprawdę 

background image

doświadczyć  tego,  jak  brzmią  imiona  „Jack  i  Mattie”  zestawione 

razem. Rzeczywiście razem... Nie, co za bezsensowna myśl! 

-  Zamówiłem  dla  nas  na  wieczór  stolik  w  restauracji  - 

poinformował  Jack.  -  Czy  jest  jakieś  miejsce  w  Paryżu,  które 

szczególnie chciałabyś zobaczyć? 

- Ja? - zdziwiła się. 

-  A  kto?  -  spytał  z  uśmiechem.  -  Być  może  się  mylę,  ale  mam 

wrażenie, że jeszcze nigdy nie byłaś w Paryżu. 

-  Nie  mylisz  się  -  przyznała.  -  Zrozumiałam  jednak,  że 

zamierzasz spędzić ten weekend w towarzystwie rodziny. 

-  Rzeczywiście  jestem  w  bliskich  stosunkach  z  rodziną,  jednak 

nie mógłbym spędzić z nimi całych czterech dni, mając w tym czasie 

do  wyboru  wyłączne  towarzystwo  pięknej  kobiety.  A  szczególnie  w 

Paryżu! - dodał. - Jedynym ustalonym planem jest wspólny, rodzinny 

obiad  jutro  wieczorem.  Poza  tym  możemy  robić  to,  na  co  tylko 

będziemy mieli ochotę. 

Mattie  była  zaskoczona.  Najbardziej  tym,  że  Jack  nazwał  ją 

piękną  kobietą.  Reszta  jego  słów  zaś  przyprawiła  ją  o  mały  zawrót 

głowy. 

-  Ja  chętnie  spędziłbym  dzień  w  Eurodisneylandzie  -  oznajmił 

Jack, nieco zawstydzony. - Co na to powiesz? 

-  Dobrze  -  mruknęła,  wciąż  nie  mogąc  ochłonąć  po  tym,  co  jej 

powiedział. Przeważającą część czasu mieli spędzić tylko we dwoje?! 

O czym będą rozmawiać? Jak będą wyglądały ich wspólne wieczory? 

Trzy wieczory. I noce! Mattie przełknęła z trudem ślinę. 

background image

- Jack... - zaczęła. 

- Nie martw się, Mattie. Kiedy ostatni raz byłaś na wakacjach? 

- W zeszłym roku - odpowiedziała. 

-  To  pomyśl  o  naszym  wyjeździe  jako  o  wakacjach.  Będziemy 

dobrze się bawić, zgoda? 

- Dobrze - odparła bez przekonania. 

Jack zachichotał. 

-  Widzę,  że  się  niepokoisz  -  stwierdził.  -  Gdybyś  miała 

wątpliwości, będziemy mieli w hotelu oddzielne sypialnie. 

Przynajmniej  jedna  pocieszająca  informacja  -  pomyślała. 

Obawiała  się  jednak,  że  spędzając  z  Jackiem  tyle  czasu,  nabierze 

ochoty na znacznie więcej... 

 

-  Jak  ci  się  podoba?  -  spytał  Jack,  stając  za  plecami  Mattie. 

Wyglądała  przez  okno  swojej  sypialni  w  hotelowym  apartamencie. 

Wpatrywała się  w  Wieżę Eiffla, była zafascynowana. Wieża zdawała 

się  stać  tak  blisko,  jak  gdyby  można  było  wyciągnąć  rękę  i  dotknąć 

jej. 

- Jest cudownie! Och, Jack! Dziękuję ci - szepnęła. 

Jack oparł dłonie na jej ramionach, a potem delikatnie obrócił ją 

i popatrzył jej w oczy. 

- Za co? - spytał z troską, widząc jej wzruszenie. 

- Za to - wyjaśniła, pokazując szerokim gestem pokój i cudowny 

widok za oknem. 

Sypialnia  była  ogromna,  piękna,  zastawiona  roślinami  i 

background image

kwiatami.  Natychmiast  po  przyjściu  Mattie  zrzuciła  buty,  z  lubością 

stąpając boso po miękkim dywanie. Dominującym meblem  w pokoju 

było  ogromne  łóżko  stojące  na  środku.  Mattie  miała  też  własną 

łazienkę, niezmiernie luksusową - wanna wyposażona była w jacuzzi, 

krany i prysznic były złocone. 

Przypuszczała, że sąsiedni pokój, z którym jej sypialnię łączyły, 

niestety, otwarte drzwi, to sypialnia Jacka. Jednak był to salon. Robił 

imponujące  wrażenie  -  ogromne,  miękkie,  skórzane  fotele,  ławy 

połyskujące  kryształowo  czystym  szkłem,  ręcznie  zdobione  misy  z 

owocami  i  wymyślnych  kształtów  wazony  wypełnione  kwiatami, 

dyskretnie umieszczony barek, ogromny telewizor... 

Któż  chciałby  oglądać  telewizję,  mając  do  wyboru  paryskie 

atrakcje? Mattie nie mieściło się to w głowie. 

-  Moja  sypialnia  jest  tu  -  wyjaśnił  Jack,  otwierając  drzwi  koło 

barku. 

Oczom Mattie ukazał się pokój niemal identycznie wyposażony 

jak jej sypialnia. Z tą różnicą, że w pokoju Jacka stały dwa oddzielne, 

jednoosobowe łóżka. 

Cóż, Mattie miała własną sypialnię, ale nie był to osobny pokój 

hotelowy, a część tego samego apartamentu, w którym znajdowała się 

sypialnia Jacka. 

- Wskocz w jedną ze swoich sześciu par butów, to wyjdziemy do 

miasta - zaproponował. - Pokażę ci Paryż. 

Mattie  ucieszyła  się.  Było  jej  miło,  że  Jack  z  entuzjazmem 

odnosi się do oprowadzania jej po Paryżu, mimo że musiał być w tym 

background image

mieście dziesiątki razy. 

- Oglądanie wszystkiego razem  z tobą sprawi, że na nowo będę 

w  stanie  docenić  wyjątkowość  poszczególnych  miejsc...  -  Jack 

przesunął delikatnie dłonią po ramieniu Mattie. - Czy może chcesz na 

początek  coś  zjeść?  -  zapytał.  -  Jedzenie  w  samolotach  nie  jest 

najlepsze. 

Mattie była zaskoczona ostatnim stwierdzeniem Jacka - jedzenie, 

które  zaserwowano  im  w  poczekalni  i  kabinie  pierwszej  klasy,  było 

absolutnie  wyśmienite,  dorównywało  klasą  menu  najlepszych 

restauracji. Mattie nie była ani trochę głodna. 

- Miałem nadzieję, że tak odpowiesz - ucieszył się, kiedy mu to 

powiedziała. - Chodźmy zwiedzać i podziwiać! 

Jego  entuzjazm  był  zaraźliwy.  Mattie  włożyła  buty.  Żakiet 

pozostawiła w pokoju. Okazało się, że w Paryżu wiosną może być tak 

ciepło, jak w Londynie w słoneczny letni dzień. 

Przystanęła w hotelowym holu, pytając nieśmiało: 

- Czy nie powinieneś zawiadomić rodziny, że przyjechałeś? 

- Już to zrobiłem. Zatelefonowałem także do twojej mamy. 

Mattie  była  ogromnie  zaskoczona  postępowaniem  Jacka. 

Zamierzała  zadzwonić  do  matki,  ale  nie  wiedziała,  jak  bezpośrednio 

połączyć  się  z  Londynem  z  telefonu  w  pokoju.  Nie  znała 

francuskiego,  więc  nie  próbowała  pytać  obsługi  hotelu.  Chciała 

później poprosić Jacka o pomoc. 

- Dziękuję, to niezwykle miło z twojej strony - powiedziała. 

- Przy okazji spytałem, co z Harrym. 

background image

No  tak,  przede  wszystkim  o  to  mu  chodziło  -  pomyślała.  -  Jak 

mogłabym sądzić, że o co innego? 

- I jak miewa się twój pies? - spytała grzecznie. 

-  Dziękuję,  świetnie.  Moi  rodzice  i  rodzeństwo  prosili,  żeby  ci 

przekazać, że chętnie cię poznają. 

Mattie zadrżała. W domu wszystko wydawało jej się łatwiejsze. 

Dopiero  tu,  w  Paryżu,  coraz  lepiej  zdawała  sobie  sprawę  z  tego,  co 

będzie oznaczało udawanie dziewczyny Jacka. 

Na  razie  odbyła  niezwykłą  podróż,  jako  pasażerka  pierwszej 

klasy, znalazła się w apartamencie luksusowego hotelu, a towarzystwo 

Jacka  okazało  się  dla  niej  bardzo  miłe.  Chyba  aż  za  bardzo!  Zbyt 

dobrze się przy nim czuła. 

Zastanawiała  się,  jak  po  powrocie  do  Londynu  zdoła  powrócić 

do szarej codzienności, do pracy w kwiaciarni i biurach cudzych firm. 

Pod  Wieżą  Eiffla  panowała  świąteczna  atmosfera  -  handlarze 

pamiątek  i  rozmaitych  świecidełek  oferowali  swoje  towary,  wokół 

przechadzały się setki turystów. Inni wjeżdżali na wieżę albo siedzieli 

na olbrzymim trawniku Pól Marsowych, odpoczywając w słońcu. 

-  Napiłbym  się  czegoś  -  oznajmił  Jack  i,  nie  czekając  na 

odpowiedź,  ujął  dłoń  Mattie  i  poprowadził  ją  na  drugą  stronę  ulicy, 

nad  Sekwanę.  Zeszli  po  schodkach  do  jednej  z  nadbrzeżnych 

kawiarni. 

Trzymali się za ręce! 

Mattie  była  pewna,  że  wszyscy  wokół  biorą  ich  za  parę 

kochanków.  Serce  biło  jej  szybko  i  mocno,  jej  policzki  były  ciepłe. 

background image

Czuła się trochę zdezorientowana. 

Jack zamówił po francusku dwie kawy głosem człowieka, który 

robił to już wielokrotnie. Patrząc na niego, Mattie pomyślała, że łatwo 

zapomina,  dlaczego  znalazła  się  w  Paryżu  w  towarzystwie  tego 

wyjątkowo  przystojnego  mężczyzny.  W  naturalny  sposób  poddawała 

się  jego  czarowi  i  romantycznej  atmosferze  miejsca.  Nie  powinna 

jednak  zapominać  o  prawdziwej  przyczynie  podróży.  Inaczej  będzie 

jej naprawdę trudno powrócić do rzeczywistości po poniedziałkowym 

powrocie do Londynu! 

Obawiała się, że będzie miała złamane serce. 

Musiała  cały  czas  sobie  przypominać,  że  Jack  należy  do  innej 

klasy  niż  ona.  Był  bogatym,  wykształconym  światowcem, 

właścicielem i prezesem dużej firmy.  I jeszcze przed kilkoma dniami 

miał cztery kochanki! 

Nawet gdyby Mattie zdołała poważnie zainteresować sobą Jacka 

i  zdobyć  przychylność  jego  rodziny,  przezwyciężając  wszystkie 

bariery, nie mogła zapominać o jego stosunku do kobiet. 

- Czy moglibyśmy wrócić do hotelu? - spytała nagle. - Czuję, że 

jestem trochę... zmęczona podróżą. - Jack był wyraźnie rozczarowany. 

-  Chciałabym  odświeżyć  się  przed  wieczorem,  wziąć  kąpiel,  umyć 

włosy - tłumaczyła. - Wieczorem na pewno znowu dokądś pójdziemy. 

Kąpiel  byłaby  faktycznie  odświeżająca,  jednak  Mattie  przede 

wszystkim desperacko potrzebowała pobyć trochę sama. 

Musiała na jakiś czas odizolować się od Jacka. 

-  Oczywiście  -  mruknął,  wypijając  jednym  haustem  kawę.  - 

background image

Powinienem  był  o  tym  pomyśleć.  -  Pozostawił  na  stole  pieniądze.  - 

Nie  musimy  zwiedzać  miasta  od  razu  pierwszego  dnia.  Masz  cztery 

dni na to, aby zakochać się w Paryżu! 

Mattie już zdążyła zakochać się w tym mieście. 

Obawiała się, że niestety mimo woli zdążyła także zakochać się 

w siedzącym naprzeciw niej mężczyźnie... 

 

 

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

Jack  znowu  zaprowadził  Mattie  nad  Sekwanę,  tym  razem  na 

statek, na którym znajdowała się restauracja. 

Obiad w luksusowej restauracji na statku płynącym Sekwaną nie 

ułatwiał  Mattie  zachowania  dystansu  do  Jacka.  W  ciągu  dziesięciu 

minut podano jej dwa kieliszki szampana. 

Mattie pokręciła głową. 

-  Jack,  nie  sądzę,  że  powinniśmy  spędzać  czas  w  taki  sposób  - 

powiedziała. 

-  Nie  przyjechaliśmy  tu  zastanawiać  się  nad  życiem,  tylko  się 

nim cieszyć - odparł. - Spróbuj się nim nacieszyć. - Uśmiechnął się do 

niej  i  przysiadł  bliżej.  W  czarnym  smokingu,  śnieżnobiałej  koszuli  i 

czarnej muszce wyglądał wprost oszałamiająco. 

Mattie  mimo  to,  a  może  właśnie  dlatego,  martwiła  się,  co  się 

stanie, jeśli ciesząc się obecnością Jacka i Paryżem, całkowicie straci 

zdrowy rozsądek. 

Tego  wieczora miała na sobie jedną z dwóch nowych sukienek, 

background image

bardzo  twarzową,  jedwabną,  ciemnoniebieską,  ze  stójką,  w  odcieniu 

idealnie  pasującym  do  koloru  jej  oczu.  Sukienka  sięgała  do  kolan, 

ukazując  smukłe  łydki.  Włożyła  także  ciemnoniebieskie  sandały  na 

wysokim  obcasie.  Czuła  się  w  nich  i  w  nowej  sukience  piękna  i 

elegancka. 

Ubrała się tak na wypadek, gdyby napotkali tego wieczora kogoś 

z rodziny Jacka. Myślała, że będą jedli w hotelowej restauracji. 

Mattie  nie  była  pewna,  czy  to  dobrze  wyglądać  atrakcyjnie  w 

oczach Jacka podczas kolacji, przy której siedzieli tylko we dwoje, w 

romantycznym otoczeniu. 

Jack  również  robił  na  niej  w  tych  warunkach  wrażenie  szalenie 

atrakcyjnego mężczyzny, a tego najbardziej się obawiała. Że całkiem 

straci głowę. 

Chyba  to  Jack  pierwszy  zapomniał,  po  co  zabiera  Mattie  do 

Paryża, skoro zamówił dla nich stolik na tym statku. 

- Warto cieszyć się życiem - odpowiedziała. - Ale czy pamiętasz, 

dlaczego tu z tobą przyjechałam? 

-  Skądże...  -  odpowiedział  wymijająco,  wyglądając  za  burtę,  za 

którą  przesuwały  się,  jak  bajkowe,  fantasmagoryczne  obrazy, 

podświetlane  niezwykłym  światłem  reflektorów  przepływającego 

statku budowle Paryża. 

-  Jakim  sposobem  nasza  kolacja  we  dwoje  na  Sekwanie  ma 

pokazać Sharon, że ona cię wcale nie interesuje? - drążyła Mattie. 

-  Czy  to  naprawdę  nie  jest  oczywiste?  -  spytał.  -  Skoro  wolę 

przebywać  tylko  z  tobą,  a  nie  z  rodziną,  swoją  oraz  narzeczonego 

background image

siostry, czyli także z Sharon, to znaczy, że Sharon mnie nie interesuje. 

Słowa Jacka brzmiały całkiem przekonująco, choć nie do końca. 

W  każdym  razie  Mattie  nie  była  pewna,  co  się  za  tym  wszystkim 

kryje. 

- Nie byłoby prościej i taniej zamówić kolację do apartamentu? - 

spytała półgłosem. 

Przyniesiono właśnie pasztet z gęsich wątróbek. 

Gdyby  pozostali  w  hotelowym  apartamencie,  mogłaby  siedzieć 

sama w sypialni. 

-  Nie  żartuj,  Mattie  -  ofuknął  ją  Jack.  -  Nie  przyjechaliśmy  do 

Paryża po to, żeby tkwić w hotelu. 

W takim razie po co? 

- Chociaż w twojej sypialni z pewnością byłoby nam wygodnie - 

dodał. 

Mattie wstrzymała oddech. Zaniepokoiła się. 

-  Przyszło  ci  do  głowy  -  ciągnął  Jack  -  że  w  Paryżu  mogę 

próbować cię uwieść, prawda? 

Popatrzyła na niego szeroko otwartymi oczami. Drżały jej usta. 

-  Przyszło  -  wywnioskował  z  jej  milczenia.  -  Mogę  ci  coś 

obiecać. 

- Co takiego? - spytała. 

-  Obiecuję  ci,  że  nie  będę  próbował  cię  uwieść,  jeżeli  ty  nie 

będziesz się starała uwieść mnie - odpowiedział, po czym uśmiechnął 

się. 

Mattie na chwilę zaniemówiła. 

background image

-  Nie  mam  zamiaru  cię  uwieść!  -  odpowiedziała  w  końcu  z 

oburzeniem. 

- Rozumiem - zakończył i zajął się pasztetem. 

Jak  to?  Czy  jemu  się  zdaje,  że  próbuję  go  uwieść?  Mattie 

wpatrywała się w Jacka z niedowierzaniem. 

Nie  próbowała.  Chociaż...  czuła,  że  może  mieć  ochotę 

spróbować.  Rozumiała,  że  obecność  Jacka,  jego  osobowość, 

romantyczne  otoczenie  -  to  wszystko  oddziaływało  mocno  na  jej 

zmysły,  a  za  ich  pośrednictwem  na  emocje.  Przede  wszystkim  Jack. 

Wydawał jej się... 

- Jednak gdybyś chciała mnie uwieść, nie musisz się hamować - 

powiedział jeszcze. 

Co  za  impertynent!  -  pomyślała,  rzucając  mu  gniewne 

spojrzenie. Nie, choćby nawet miała ochotę, nie pozwoli mu się nawet 

pocałować.  To  znaczy...  czuła,  że  już  teraz  ma  ochotę  całować  się  z 

nim. Będzie musiała tłumić w sobie to pragnienie. 

Pożałowała, że zgodziła się przyjechać z Jackiem do Paryża. 

Roześmiał się. 

- Czy coś cię śmieszy? - spytała, rozdrażniona. 

-  Ty  -  odpowiedział.  -  To,  że  jesteś  przekonana,  że  zamierzam 

cię uwieść, a ja wcale tego nie planuję, moja piękna. 

„Moja piękna”? Jack uważa mnie za piękną? Coś takiego! 

Nie dowierzała mu, że nie zamierza jej uwodzić. 

Jego  komplement  sprawił,  że  coraz  trudniej  było  jej 

powstrzymać  marzenia  o  znalezieniu  się  w  ramionach  Jacka, 

background image

zwłaszcza że wokół siedziały wpatrzone w siebie, zakochane, całujące 

się pary. I Mattie czuła, że coraz mocniej się zakochuje. 

Zeszli ze statku przed północą. 

Jack wskazał zamówioną taksówkę i spytał: 

- Jedziemy czy może wolałabyś wrócić piechotą? Ja mam ochotę 

przespacerować się nocą po Paryżu. 

- Ja też! - szepnęła, niewiele myśląc. 

- Cieszę się! - odpowiedział z uśmiechem. 

Zwolnił  taksówkarza,  dając  mu  napiwek  za  przyjazd,  i  ze 

szczęściem w oczach wrócił do Mattie. 

Popatrzyła na niego i nagle przyszło jej do głowy, że to właśnie 

na tego mężczyznę całe życie czekała. Na Jacka. 

Ta  myśl  była  dla  niej  jak  nagłe  objawienie.  Zarumieniła  się, 

pobladła, jej oddech przyśpieszył. 

- Dobrze się czujesz? - spytał z troską. 

Czuła  się  cudownie,  choć  w  jej  myśli  wkradła  się  obawa,  że 

zakochując się w Jacku, popełniła największy błąd w życiu. 

- Dobrze... - odpowiedziała cicho, nie chcąc zdradzać przed nim 

swojego euforycznego stanu. Bała się upokorzenia. - Ciekawa jestem, 

co  zwykle  robisz  dalej  -  dodała.  -  Postępowałeś  już  przecież  tak 

nieraz, prawda? 

- Słucham? - Jack zmarszczył ze zdumieniem brwi. 

-  Jesteś  uwodzicielem  -  wyjaśniła.  -  Właśnie  zjedliśmy 

romantyczną kolację we dwoje, płynąc nocą po Sekwanie przez serce 

Paryża.  Teraz  zaproponowałeś  mi  spacer.  Ciekawe,  co  zazwyczaj 

background image

robisz potem? 

Jack zmrużył oczy. 

-  Czy  nabrałaś  przekonania,  że  podstępnie  zawożę  kobiety  do 

Paryża, zapraszam na romantyczne kolacje, a potem uwodzę? - spytał. 

-  To  dość  kosztowna  metoda  uwodzenia  -  skomentowała.  -  Ale 

zapewne stuprocentowo skuteczna. - Zmrużyła oczy i uśmiechnęła się. 

-  Chcesz  wiedzieć,  co  zrobię  dalej?  -  Jack  zacisnął  usta.  - 

Zaprowadzę  cię  do  hotelu,  powiem  dobranoc  i  pójdę  do  swojej 

sypialni, a ty - do swojej! 

- Czy gniewasz się na mnie za to, że kosztowałam cię tyle trudu i 

pieniędzy? - spytała. - W końcu jestem tu tylko dlatego, że zepsułam 

twoje  relacje  z  czterema  innymi  kobietami,  z  których  jedna  miała  ci 

towarzyszyć w tej podróży - drwiła. 

-  Czy  naprawdę  wierzysz,  że  mam  jakieś  inne  plany  mimo 

obietnicy, jaką złożyłem ci podczas kolacji? - zapytał z desperacją. 

Pokiwała głową. 

-  Dziękuję  za  wszystko,  co  dla  mnie  zrobiłeś,  bo  bardzo  mi  się 

podobało.  Ale  muszę  ci  uświadomić,  że  była  to  z  mojego  punktu 

widzenia  zupełna  strata  czasu  i  pieniędzy.  Gniewasz  się,  prawda? 

Myślałeś, że ulegnę twojemu czarowi w połączeniu z czarem Paryża? 

-  Nie  gniewam  się  -  zaprzeczył.  -  Jeśli  zaś  chodzi  o  Paryż, 

starałem  się  zrobić  ci przyjemność  i przykro  mi,  jeśli  mój  pomysł  na 

dzisiejszy wieczór nie bardzo cię zachwycił. 

Wprost przeciwnie! - odpowiedziała w duchu. 

- Idziemy? - spytał Jack, podając jej ramię. 

background image

Zawahała  się,  a  potem  wsunęła  pod  nie  dłoń  i  ruszyli  wzdłuż 

bulwaru. 

Mattie drżała z emocji, starając się nie dać tego po sobie poznać. 

Niech mu się zdaje, że jest mi obojętny - myślała. 

Tymczasem  prawda  była  zupełnie  inna.  Mattie  po  uszy 

zakochała się w Jacku. 

Nie  miała  zamiaru  iść  z  nim  do  łóżka,  ale  zapłonęła  do  niego 

prawdziwym  uczuciem.  Uwielbiała  na  niego  patrzeć,  słuchać  jego 

głosu,  podobało  jej  się  jego  przywiązanie  do  rodziny  i  do  psa,  jego 

poczucie humoru. 

Podobało jej się w nim wszystko - oprócz jednego. Faktu, że tak 

bardzo lubił towarzystwo wielu kobiet. 

Mattie  dostrzegała  w  Jacku  tylko  tę  jedną  wadę,  za  to  była  to 

wada nie do zaakceptowania. Nie mogła się z nią pogodzić, nie tylko 

ze względu na smutne doświadczenie z Richardem. 

Miała  też  pozytywny  przykład  -  wielką  miłość  rodziców. 

Kochali  się  tak  mocno,  że  jeszcze  dwadzieścia  lat  po  śmierci  męża 

Diana  czule  go  wspominała  i  dotąd  nie  była  w  stanie  związać  się  z 

nikim innym. 

Mattie  pragnęła  tylko  takiego  związku,  w  którym  dwoje  ludzi 

całkowicie  sobie  wystarcza,  do  końca  życia.  Nie  przypuszczała,  aby 

Jack marzył o takich więziach. 

Nie mogła więc być z Jackiem. Nie zgodziłaby się na przelotny 

romans,  by  stać  się  zaledwie  na  pewien  czas  jedną  z  wielu  kobiet,  z 

jakimi sypiał. 

background image

Patrzyła  na  spacerujące  wzdłuż  brzegu  Sekwany  trzymające  się 

za  ręce  pary,  za  którymi  wznosiła  się  ku  niebu  świecąca  tysiącami 

złocistych światełek Wieża Eiffla. 

Mattie ogarniał coraz głębszy smutek. 

Szli w zupełnym milczeniu. 

Żałowała,  że  do  tego  doszło.  Nie  mogła  być  z  Jackiem,  a 

przecież jej serce wołało o jego bliskość i ciepło. 

Miała  ochotę  zapomnieć  o  powziętym  chwilę  wcześniej 

postanowieniu, zapomnieć o zagrożeniu, jakie stanowił dla spokoju jej 

ducha, i rzucić mu się na szyję. 

Kiedy  wjeżdżali  windą  na  piętro  hotelu,  odezwali  się  nagle 

jednocześnie: 

- Mattie... 

- Jack... 

-  Proszę,  mów  pierwsza  -  zachęcił,  ustępując  Mattie  miejsca  w 

drzwiach windy. 

-  Chciałam...  chciałam...  -  jąkała  się  Mattie,  odwracając  głowę 

ku Jackowi, który ruszył za nią korytarzem. 

-  Ogromnie  pragnę  cię  pocałować!  -  dokończył  za  nią,  nie 

panując  już  nad  emocjami.  Nachylił  się,  ujął  Mattie  za  ramiona  i 

zaczął ją całować. 

Nie broniła się. Przeciwnie, oparła dłonie na jego szerokiej piersi 

i całowała go czule. 

-  Jack!  Dobrze,  że  nareszcie  wróciłeś!  -  odezwał  się 

niespodziewanie kobiecy głos. 

background image

Mattie  cofnęła  się  raptownie  i  zobaczyła,  że  po  miękkim, 

hotelowym dywanie ktoś ku nim biegnie. Nieznana jej młoda kobieta 

musiała parę godzin czekać pod drzwiami ich apartamentu. 

Czekała na Jacka. 

Kobieta  była  wyjątkowo  piękną,  wysoką  blondynką,  o  miłej 

twarzy  i  idealnej  figurze.  Nieoczekiwanie  rzuciła  się  z  łkaniem  w 

ramiona Jacka. 

- Tina, co się stało?! - spytał z troską Jack. 

Tina! Mattie nie wiedziała, skąd wzięła się tu Tina, ale musiała 

być  to  jedna  z  kobiet,  którym  Mattie  dostarczyła  bukiety.  Imię  ją 

zdradziło. Zapewne to z Tiną Jack miał polecieć do Paryża... 

- Opuściłam Jima! - wyznała z łkaniem Tina. 

- Słucham?! 

-  Opuściłam  Jima!  -  powtórzyła.  Po  jej  pięknej  twarzy  płynęły 

łzy. 

Mężatka!  -  pomyślała  Mattie.  Opuściła  męża  dla  Jacka  i 

przyjechała tutaj! 

- To niemożliwe! - Jack kręcił głową. - Jak mogłaś to zrobić? 

-  Zrobiłam  to!  -  potwierdziła  Tina,  zaciskając  usta.  Już  nie 

płakała. 

Mattie poczuła się niezręcznie. Najwyraźniej przeszkadzała tym 

dwojgu. Nie miała ochoty przy nich dłużej stać. 

-  Jack...  -  przypomniała  o  swojej  obecności,  dotykając  jego 

ramienia. 

Popatrzył na nią nieprzytomnym wzrokiem. 

background image

- Chyba lepiej będzie, jeśli zostawię was samych - powiedziała. 

-  Mattie...  dobrze,  tak  chyba  będzie  lepiej...  -  Wydawał  się 

oszołomiony.  Ciągle  kręcił  głową.  Najwyraźniej  pojawienie  się  Tiny 

w Paryżu zupełnie go zaskoczyło. - Zdaje się, że muszę porozmawiać 

z Tiną - dodał przepraszającym tonem. 

Mattie  ruszyła  do  apartamentu.  Po  chwili  była  już  w  swojej 

sypialni, za zamkniętymi drzwiami. 

Rzuciła się na łóżko i przykryła głowę poduszką, aby nie słyszeć 

Jacka i pięknej Tiny, jeśli wejdą razem do apartamentu. 

Coś podobnego nie zdarzyło się Mattie jeszcze nigdy w życiu. 

Czuła się okropnie. 

 

 

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

- Mattie... Mattie, śpisz? 

Jack  pukał  do  drzwi  jej  sypialni.  Oczywiście,  że  nie  spała.  Jak 

mogłaby zasnąć po tym, co się stało? 

Nie wydawało jej się, żeby poczuła się lepiej dzięki rozmowie z 

Jackiem. Było już wpół do trzeciej w nocy. Na szczęście nie musiała 

go wpuszczać. Drzwi sypialni zamknęła wcześniej na klucz. 

- Mattie, koniecznie muszę z tobą porozmawiać! 

Bez  wątpienia  chciał  jej  wszystko  wytłumaczyć.  Cóż,  będzie 

musiał poczekać. Trudno. Mattie i tak się domyślała, że Jack oznajmi 

jej,  że  rano  czekają  powrót  do  Wielkiej  Brytanii,  ponieważ 

przyjechała Tina. 

background image

Idź sobie! - mówiła mu w myślach. 

Jack  jednak  nie  przestawał  pukać.  Być  może  nazajutrz  zdoła  z 

nim porozmawiać, ale z pewnością nie teraz. 

Oto, do czego prowadziło naganne postępowanie Jacka! 

Jak  mogłam  się  w  nim  zakochać!  -  skarciła  samą siebie  Mattie. 

Tak właśnie traktuje kobiety! 

Na  domiar  złego  Tina  nadbiegła  akurat  w  chwili,  kiedy  Mattie 

całowała się z Jackiem. Gdyby stało się to w innym momencie, Mattie 

powiedziałaby mu, co o nim myśli. A tak... 

Ależ ze mnie idiotka! - narzekała w duchu. 

- Mattie, proszę cię, wpuść mnie - mówił cicho Jack. - Naprawdę 

musimy  porozmawiać.  Zdaję  sobie  sprawę,  jak  musiałaś  odebrać 

scenę na korytarzu, i dlatego chcę ci wszystko wyjaśnić. 

Co  takiego?  -  myślała  z  ironią.  Że  całował  mnie  tylko  dla 

rozrywki?  Że  zrobił  to  niepotrzebnie?  Żebym  się  nie  martwiła, 

ponieważ kupi mi bilet na poranny samolot? 

Obejdzie się. Sama kupi sobie bilet z Paryża do Londynu i wróci 

do domu! 

Miała  ochotę  zerwać  się  z  łóżka  i  wykrzyczeć  to  Jackowi,  ale 

zacisnęła  zęby  i  powstrzymała  się.  Nie  chciała  się  znowu  rozpłakać, 

okazać  słabości.  Pomyślała,  że  nazajutrz  będzie  miała  dość  siły,  aby 

otwarcie i zdecydowanie powiedzieć Jackowi, co o nim myśli. 

-  Dobrze  -  westchnął  zza  drzwi.  -  Trudno,  pójdę  spać.  Jednak 

koniecznie  musimy  porozmawiać,  musisz  mi  pozwolić  wytłumaczyć 

ci wszystko jutro. Dobranoc. 

background image

Może pozwolę, a może nie - pomyślała. Jeśli zdołam kupić bilet 

na poranny samolot, Jack nie będzie musiał się trudzić. 

Była już spakowana. 

Próbowała zasnąć, ale przewracała się tylko z boku na bok aż do 

rana.  W  końcu  o  szóstej  wstała,  ubrała  się  i  cicho  wyszła  z 

apartamentu.  Wyszła  z  hotelu,  przeszła  parę  ulic  i  usiadła  na  ławce 

pod  Wieżą  Eiffla.  Patrzyła  na kręcące  się  w  pobliżu  gołębie,  żałując, 

że nie ma dla nich nic do jedzenia. 

Wiedziała, że jest zakochana w Jacku. Lecz nie była szczęśliwa. 

Dlatego  że  Jack  był  kobieciarzem  i  że  przyjechała  jedna  z  jego 

kochanek. 

-  Przepraszam,  czy  można  się  przysiąść?  -  spytała  nagle  po 

angielsku  jakaś  kobieta.  -  Myślałam,  że  o  tej  porze  nikogo  nie 

spotkam. 

Mattie podniosła wzrok i zobaczyła sympatyczną starszą panią. 

- Dzień dobry, bardzo proszę - odparła. 

- Tak pomyślałam, że może pani też jest Angielką - powiedziała 

kobieta.  Miała  około  sześćdziesięciu  ośmiu  lat,  zadbane  siwe  włosy, 

niebieskie oczy i miłą, pomarszczoną twarz. 

Mattie  uśmiechnęła  się.  Zaraz!  -  pomyślała  nagle.  Przecież 

zupełnie  nie  znam  się  na  ludziach.  Dałam  się  oszukać  Richardowi, 

pozwoliłam oczarować Jackowi. A może to seryjna morderczyni? 

-  Chyba  jest  pani  za  młoda,  żeby  cierpieć  na  bezsenność  - 

ciągnęła Angielka. Najwyraźniej miała ochotę porozmawiać. 

-  Chciałam  pospacerować  jeszcze  przed  wyjazdem.  Wracam 

background image

dzisiaj do Londynu - odpowiedziała Mattie. 

-  Szkoda  -  skomentowała  rozmówczyni.  -  Paryż  jest  takim 

pięknym  miastem!  Pierwszy  raz  przyjechałam  tu  trzydzieści  pięć  lat 

temu,  na  miesiąc  miodowy.  Wydaje  mi  się,  że  to  było  wczoraj... 

Chociaż moje dzieci, a tym bardziej wnuki, powiedziałyby co innego. 

- Uśmiechnęła się znowu. 

- To bardzo romantyczne miasto. 

- Czyżby przyjechała tu pani z narzeczonym? - spytała kobieta. 

-  Nie.  Przyjechałam...  to  znaczy...  Nie  był  to  udany  pobyt  - 

wyznała Mattie. 

-  Jaka  szkoda!  -  zmartwiła  się  starsza  pani.  -  Ja  przyjechałam 

tutaj na rodzinne przyjęcie - kontynuowała po chwili. - Na zaręczyny 

mojej najmłodszej córki. 

Jak  to?!  -  pomyślała  Mattie.  Zerknęła  z  ukosa  na  sympatyczną 

rozmówczynię. To musiała być matka Jacka! Mattie była tego pewna. 

Coś  takiego!  -  myślała.  Na  domiar  wszystkiego  spotkałam  tu 

jego matkę! 

Drobna  kobieta  o  delikatnej  twarzy  nie  była  podobna  do  Jacka. 

Widocznie odziedziczył wygląd po ojcu. 

-  Chyba  już  pójdę  -  odezwała  się  Mattie,  zmieszana.  Wstała.  - 

Miło było panią poznać. Mam nadzieję, że przyjęcie będzie udane. 

-  Dziękuję  ci,  kochanie.  -  Kobieta  znowu  się  uśmiechnęła.  - 

Mattie, miałam nadzieję, że będziesz z nami na zaręczynach. 

- Słucham?! - Odwróciła się zaskoczona. 

Popełniła wielki błąd, pozwalając się wyśledzić matce Jacka. Bo 

background image

chyba pani Beauchamp ją śledziła, inaczej skąd wiedziałaby, kim ona 

jest?! 

-  Chodź,  kochanie.  Usiądź,  proszę  -  zachęciła ją matka  Jacka.  - 

Masz  na  imię  Mattie,  prawda?  A  ja  jestem  Betty  Beauchamp.  - 

Uśmiechając się, postukała delikatnie w ławkę. 

Mattie usiadła posłusznie jak zahipnotyzowana. 

- Nazywam się Mattie Crawford - przedstawiła się z nazwiska. 

- Nie obawiaj się, kochanie - mogę mówić do ciebie po imieniu, 

prawda?  -  zaczęła  Betty.  -  Nie  jestem  chora  psychicznie  ani 

niebezpieczna.  Po  prostu  widziałam  was  wczoraj  wieczorem  z 

Jackiem, jak wychodziliście razem z hotelu. 

- Och, oczywiście - odparła grzecznie. Nie wiedziała, co więcej 

mogłaby powiedzieć, żeby nie obrazić matki Jacka. 

- Nie wiem, jak się zachował Jack - ciągnęła smutno Betty - ale 

od  razu  widać,  że  zrobił  ci  jakąś  przykrość.  A  wczoraj  wieczorem 

wyglądaliście na takich szczęśliwych! - Pokręciła głową. 

Cóż,  matka  Jacka  widziała  nas  przed  przybyciem  Tiny  - 

pomyślała  Mattie.  Wątpiła,  żeby  Betty  Beauchamp  znała  prawdziwą 

przyczynę  jej  przylotu  do  Londynu,  więc  na  wszelki  wypadek  nie 

mówiła nic więcej. 

-  Edward  i  ja  tak  się  ucieszyliśmy,  kiedy  w  środę  wieczorem 

Jack  zadzwonił  do  nas  i  powiedział,  że  poleci  do  Paryża  z  pewną 

młodą damą! - oznajmiła Betty. 

- W środę? - upewniła się. - Czy dotychczas Jack nie spotykał się 

z państwem w towarzystwie... kobiet? - spytała odważnie. 

background image

-  Ależ  skąd!  -  zaprzeczyła  Betty.  -  Po  raz  pierwszy  w  życiu 

zamierzał  przedstawić  nam  dziewczynę!  Tak  się  cieszyliśmy.  On 

nigdy nic nam nie mówi o swoim życiu prywatnym. 

Nie dziwię się! - pomyślała Mattie. 

- Czy przed środą nie wspominał o tym, że przyleci tu z kobietą? 

- spytała, zachęcona otwartością matki Jacka. 

-  Nie.  -  Betty  pokręciła  głową,  podekscytowana.  -  Edward  i  ja 

byliśmy tacy zadowoleni, że cię poznamy! - Uśmiechnęła się ciepło, a 

zarazem ze współczuciem. 

Mattie odpowiedziała wymuszonym uśmiechem. 

Nic  nie  rozumiała.  Przecież  Jack  potwierdził,  że  zamienienie 

przez  nią  karteczek  przy  bukietach  doprowadziło  do  rozpadu  jego 

relacji z kobietami, którym... zaraz... 

Co on właściwie powiedział? - zastanawiała się. 

-  Wiem, że Jack potrafi być zbyt natarczywy - przyznała Betty. 

Wydawała  się  lekko  zawstydzona.  -  Ma  to  po  ojcu.  Nauczyłam  się 

radzić sobie z tym, ale zajęło mi to chyba kilka lat. Ale poza tym Jack 

to bardzo dobry chłopak. Chyba trzeba mu wybaczyć jego wady. 

Do głowy Mattie cisnęły się pytania. 

- Czy Jack przysyła pani czasem kwiaty? - zapytała. 

-  Kwiaty?  -  Betty  była  zdumiona  pytaniem.  -  Ach,  wiem, 

kochanie, o co ci chodzi. Musiał ci mówić. Nie, ja naprawdę nie mogę 

patrzeć  na  cięte  kwiaty.  Uważam,  że  kwiaty  można  podziwiać  w 

naturze.  Powinny  rosnąć  i  żyć,  a  nie  umierać  powoli  w  wazonach. 

Jack posyła kwiaty swoim siostrom, a mnie zamiast tego kupuje krzak 

background image

róży.  Wyobraź  sobie,  że  mam  już  w  ogrodzie  chyba  z  pięćdziesiąt 

krzaków róż od niego! - wyznała z radością. 

- Siostrom? - spytała cicho Mattie. 

-  Nie  mówił  ci,  że  ma  siostry?  Mam  pięcioro  dzieci!  Jacka  i 

cztery  córki  -  oznajmiła  z  dumą  Betty.  -  Jack  jest  najstarszy,  potem 

jest Christina, Sally i Cally, to bliźniaczki, a najmłodsza jest... 

- Sandy - dokończyła Mattie. - Czyli Alexandra. Christina, czyli 

Tina. 

- Właśnie! - ucieszyła się Betty. Mattie była zaszokowana. - Nie 

wiem,  czy  wiesz,  że  Sandy  wychodzi  za  mąż  po  raz  drugi  - 

kontynuowała Betty. - Niestety jej pierwszy mąż okazał się okropnym 

człowiekiem. Cieszymy się, że znowu jest szczęśliwa. 

Cztery  kobiety,  dla  których  Jack  zamówił  u  Mattie  bukiety 

kwiatów, były jego siostrami! Nie do wiary! 

Faktycznie  nigdy  nie  przyznał,  że  miał  cztery  kochanki.  Ale 

oszukał  Mattie,  aby  ją  przekonać,  żeby  pojechała  z  nim  do  Paryża. 

Nikogo  wszak  nie  zastępowała.  Dlaczego  Jack  ją  okłamał? 

Szantażował  ją!  A  przed  swoją  rodziną  udawał,  że  żyje  spokojnie  i 

przyzwoicie. 

Mattie była rozzłoszczona. Ale nie miała już zamiaru wyjeżdżać. 

-  Powinnam  chyba  wrócić  do  hotelu  -  powiedziała.  - 

Przepraszam.  A  może  zdołamy  jakoś  z  Jackiem  wyjaśnić  sobie 

wszystko? - Uśmiechnęła się lekko. 

- Och, oby się wam udało! Mam wielką nadzieję, że tak będzie! - 

Betty  rozpromieniła  się.  -  Mój  mąż  i  córki  tak  bardzo  pragną  panią 

background image

poznać! - Znowu przeszła na „pani”. Nie chciała być niegrzeczna. 

Mattie  poczuła  się  nagle  zawstydzona.  Ale  to  przecież  Jack 

powinien  się  wstydzić.  Jego  matka była  niezmiernie  ciepłą,  otwartą i 

miłą  osobą.  Jeśli  ojciec  Jacka  i  jego  siostry  były  podobne  do  Betty, 

Jack różnił się od nich na niekorzyść. Oszukiwał najbliższych, którzy 

naprawdę chcieli dla niego jak najlepiej. 

-  Nie  zastanie  pani  Jacka  w  hotelu  -  poinformowała  Betty.  - 

Pojechał  na  lotnisko  po  męża  Tiny,  mojej  najstarszej  córki.  Jak  pani 

wie - matka Jacka posmutniała - Tina przyjechała wczoraj wieczorem 

i  oznajmiła  nam,  że  porzuciła  Jima,  swojego  męża.  Niestety  Tina 

zawsze była w gorącej wodzie kąpana. - Betty pokręciła głową. - Tym 

razem przeszła samą siebie! Jim to taki sympatyczny młody człowiek! 

A zatem kiedy Mattie wymykała się z apartamentu, Jacka już w 

nim nie było? Pewnie dlatego chciał koniecznie porozmawiać z nią w 

nocy. Wiedział, że rano pojedzie na lotnisko i obawiał się, że podczas 

jego nieobecności Mattie opuści hotel i więcej się tam nie pojawi. 

Mattie wracała jednak do hotelu. 

Jack  mógł  jedynie  martwić  się  o  jej  zachowanie  na  przyjęciu  i 

później. Skoro kilka dni ją oszukiwał, niech sam się dowie, jak to jest 

być wodzonym za nos. 

- Jestem pewna, że Tina i Jim się pogodzą - odezwała się Mattie, 

aby pocieszyć Betty. - Atmosfera Paryża powinna im w tym pomóc. 

-  Pewnie  masz  rację,  kochanie...  -  Betty  ponownie  przeszła  na 

„ty”. - Cieszę się, że zrezygnowałaś z wyjazdu. 

Mattie  przez  chwilę  wstydziła  się,  że  zamierzała  opuścić  Jacka 

background image

bez  jego  wiedzy  i  zgody.  Jednak  to  on  powinien  się  był  wstydzić. 

Może nie miał obowiązku mówić jej, że cztery kobiety, którym polecił 

posłać  kwiaty,  były  jego  siostrami,  ale  jak  mógł  od  początku 

sugerować swoim rodzicom, że Mattie jest jego sympatią? 

Skoro  nigdy  nie  przedstawiał  rodzinie  żadnych  kolegów  ani 

koleżanek, jego rodzice musieli zrozumieć jego intencje tylko w jeden 

sposób. Jack z pewnością był tego świadom. 

Ale  przynajmniej  nie  był  kobieciarzem,  jak  wcześniej  zdawało 

się Mattie. 

-  Czy  mogłybyśmy  zachować  w  sekrecie  naszą  rozmowę?  - 

poprosiła.  -  Chyba  Jack  nie  byłby  zadowolony  z  tego  spotkania  o 

poranku.  To  znaczy...  oczywiście  powiem  mu,  że  się  spotkałyśmy... 

ale nie będę wspominała, że mówiłyśmy o... jego charakterze. 

-  Na  pewno  by  się  rozzłościł  -  przyznała  Betty.  -  Ja  też  nie 

zamierzam  relacjonować  mu  naszej  wymiany  zdań  na  temat  jego 

osoby.  Cieszę  się,  że  mogłyśmy  porozmawiać.  Miałam  na  to  wielką 

ochotę,  kiedy  zobaczyłam  panią  wychodzącą  z  hotelu.  Dlatego  zaraz 

wyszłam za panią. - Uśmiechnęła się. - W takim razie... do zobaczenia 

wieczorem! 

-  Do  zobaczenia.  -  Mattie  wstała  i  pożegnała  się  z  Betty.  - 

Dziękuję. - Ruszyła z powrotem do hotelu. 

Co on sobie wyobraża? - myślała o Jacku. 

Cóż,  widocznie  siostra  jego  przyszłego  szwagra,  Sharon, 

rzeczywiście  mu  się  naprzykrza,  a  on  nie  chce  mieć  z  nią  do 

czynienia. 

background image

Ale  czy  nie  przyszło  mu  do  głowy,  jakie  nadzieje  rozbudzi  w 

rodzicach,  kiedy  pojawi  się  na  rodzinnym  przyjęciu  z  potencjalną 

narzeczoną...? 

Jack chyba nie przemyślał dostatecznie tego aspektu sprawy. 

Czy  uczucia  rodziców  i  samej  Mattie  mogły  mu  być  całkiem 

obojętne? 

Jeśli tak, Mattie zamierzała odpłacić mu pięknym za nadobne! 

 

 

ROZDZIAŁ ÓSMY 

-  Mattie,  obawiałem  się,  że...  -  Jack  umilkł  ze  zdumieniem, 

ponieważ  objęła  go  i  uniosła  głowę  w  wyraźnym  oczekiwaniu  na 

pocałunek. - Co ty wyprawiasz? - spytał. 

-  Myślałam,  że  lepiej  okazać  ci  nieco  uczucia,  na  wypadek 

gdybyśmy nie byli sami - odpowiedziała, cofnąwszy się. 

Zajrzała  wymownie  do  salonu.  Widziała  już  wcześniej,  że  był 

pusty,  bo  zerknęła  doń  przez  uchylone  drzwi  sypialni.  Czekała  w 

napięciu na Jacka wracającego z lotniska. 

-  Świetny  pomysł  -  mruknął.  -  Tylko  nie  w  tym  momencie.  - 

Przesunął dłonią po włosach. - Jestem trochę zmęczony. 

Mattie  przyjrzała  mu  się  uważnie.  Rzeczywiście  wydawał  się 

zmęczony.  Pewnie  próba  rozwiązania  kryzysu  małżeńskiego 

popędliwej siostry i jej męża wycisnęła na Jacku swoje piętno. 

- Nie masz ochoty na karesy? - zaproponowała Mattie. - A może 

chcesz, żebym zamówiła lunch? Weź prysznic i odpocznij - poradziła. 

background image

Jack 

był 

zdumiony 

jej 

mimo 

wszystko 

przyjaznym 

zachowaniem.  Właśnie  o  to  chodziło  Mattie.  Po  tym,  co  stało  się  w 

nocy, nie spodziewał się, że zastanie ją w hotelu i że będzie chciała z 

nim rozmawiać. 

A  ona  chciała  wywrzeć  na  nim  wrażenie,  że  po  romantycznej 

kolacji  na  statku  i  przerwanym  pocałunku  oczekuje  teraz  od  niego 

poważnego zaangażowania. 

Jack powinien się tym przerazić. 

-  Odebrałam  z  recepcji  wiadomość,  którą  dla  mnie  zostawiłeś  - 

powiadomiła. 

Gdy  wróciła  do  hotelu,  podano  jej  kopertę  z  kartką  od  Jacka. 

Niewiele napisał: 

„Pojechałem na lotnisko. Koniecznie zaczekaj, aż wrócę. Jack”. 

Czy on uważał, że może wydawać jej polecenia? 

- Rozumiem - odpowiedział. - Pewnie... 

- Zamówić lunch? - przerwała mu Mattie, podnosząc słuchawkę 

telefonu. - Wcześniej zamówiłam sobie kanapkę. Była pyszna! 

-  W  takim  razie  ja  również  poproszę  kanapkę  -  oznajmił  Jack. 

Czuł się odrobinę zdezorientowany. 

-  Spotkałam  rano  twoją  matkę  -  poinformowała  niby  od 

niechcenia Mattie, siadając z telefonem w ręku w jednym z głębokich 

foteli.  Łączyła  się  z  recepcją.  Jednak  ukradkiem  zerknęła  na  Jacka  - 

był zaskoczony. 

- Spotkałaś moją mamę? - upewnił się. - Co... 

-  Halo,  recepcja?  -  spytała  głośno.  -  Poproszę  jedną  kanapkę 

background image

klubową.  -  Zasłoniła  mikrofon  i  szepnęła  do  Jacka:  -  Napijesz  się 

czegoś? 

- Chyba potrzebna mi duża, mocna kawa - westchnął. 

Zamówiła kawę i odłożyła słuchawkę. Spojrzała na zegarek. 

- Niestety muszę wyjść - oznajmiła. - Zamówiłam sobie dłuższą 

wizytę  w  salonie  piękności  na  dole.  Chcę  wyglądać  wieczorem 

najlepiej, jak tylko będę mogła. 

- Mattie... - odezwał się.  

Był coraz bardziej zdumiony. 

-  Na  twoim  miejscu  przespałabym  się  trochę  po  zjedzeniu 

lunchu.  -  Mattie  nie  dawała  mu  dojść  do  słowa.  Wzięła  torebkę.  - 

Wyglądasz na wyczerpanego, chyba brakuje ci snu. 

-  A ty najwyraźniej jesteś pełna energii i tak radosna, jakby nic 

złego nie zaszło - mruknął. 

- A nie powinnam? - odpowiedziała z uśmiechem. - Jesteśmy w 

Paryżu,  spędzę  popołudnie  w  salonie  piękności  luksusowego  hotelu, 

wieczorem czeka nas uroczysty obiad w uroczej restauracji na Wieży 

Eiffla... Żyć, nie umierać! 

Jack zmarszczył brwi. 

- Ale minionej nocy... - zaczął. 

-  Z  pewnością  poradziłeś  sobie  z  tym,  co  stało  się  w  nocy  - 

przerwała Mattie. - W końcu to mnie spodziewają się wieczorem twoi 

najbliżsi,  prawda?  -  Wybacz,  muszę  już  iść.  -  Zerknęła  na  zegarek  i 

pobiegła  do  drzwi.  -  Twoja  mama  jest  cudowna!  -  rzuciła  na 

odchodnym. 

background image

Ha! - pomyślała, znalazłszy się za drzwiami. I kto teraz czuje się 

niezręcznie?  Z  triumfującą  miną  zjechała  windą  na  pierwsze  piętro, 

gdzie znajdował się salon piękności. Niech teraz Jack nie wie, co się 

wokół niego dzieje! - myślała. Będzie miał się z pyszna! 

Możliwie  najdłuższą  wizytę  w  salonie  piękności  Mattie 

zamówiła  przede  wszystkim  dlatego,  aby  uniknąć  pytań,  jakie  bez 

wątpienia  cisnęły  się  Jackowi  na  usta.  Zamierzała  zabawić  się  jego 

kosztem, półleżąc w rozkładanym fotelu kosmetycznym i oddając się 

przyjemnym 

zabiegom 

fryzjerki, 

stylistki, 

kosmetyczki 

manikiurzystki. Jednocześnie będzie to okazja do miłego odpoczynku. 

Bylebym  się  tylko  zanadto  nie  przyzwyczaiła  -  pomyślała, 

patrząc, jak manikiurzystka maluje jej paznokcie. We wtorek wracam 

do pracy w Londynie. 

Powrót  do  Londynu  wiązał  się  z  zakończeniem  krótkiej  i 

przypadkowej znajomości z Jackiem. Niestety! - westchnęła w duchu. 

Cóż mi po satysfakcji, że dostarczę Jackowi trochę stresu? 

Przecież była w nim zakochana. 

Ogarnęło ją rozdrażnienie. Nadal pozostawał dla niej zagadką. 

Nagle tok jej myśli przerwały urywki rozmowy, jaką prowadziły 

ze sobą dwie znajdujące się obok klientki salonu. 

- Rodzice tak się cieszą z tego, że Tina spodziewa się dziecka! - 

oznajmiła jedna z kobiet. 

- Tina też się cieszy - odparła druga. - Oczekiwała po prostu od 

Jima  bardziej  spontanicznej,  żywszej  reakcji  na  tę  radosną 

wiadomość.  Nie  spodobał  jej  się  jego  żart,  kiedy  stwierdził  tylko,  że 

background image

nadchodzącego  Bożego  Narodzenia  nie  spędzą  na  nartach!  Ale 

przecież  Jim  ma  specyficzne  poczucie  humoru.  Kiedy  Tina  się 

uspokoi, na pewno zrozumie, że chciał ją tylko rozbawić. 

-  U  wielu  kobiet  ciąża  powoduje  emocjonalne  rozchwianie  - 

skomentowała pierwsza z rozmawiających. - Pamiętasz, co się działo, 

kiedy sama byłaś w ciąży albo kiedy ja byłam? 

Mattie zerknęła w bok. Ze swojego miejsca nie widziała dobrze 

dwóch  kobiet,  których  rozmowę  słyszała,  jednak  zdołała  stwierdzić, 

że  są  do  siebie  bardzo  podobne.  Musiały  być  siostrami  Jacka, 

bliźniaczkami Sally i Cally. 

Były  również  bardzo  podobne  do  Jacka,  obie  miały  ciemne 

włosy i ciemne oczy. 

-  Zastanawiam  się,  jaka  jest  dziewczyna  Jacka  -  odezwała  się 

nagle  bliźniaczka  siedząca  po  lewej.  -  Wszyscy  chyba  bardziej  się 

ekscytują  możliwością  poznania  jej  niż  zaręczynami  Sandy,  a  nawet 

sytuacją Tiny! 

Serce Mattie przyspieszyło rytm. 

-  Mama  mówi,  że  to  czarująca  młoda  osóbka  -  odpowiedziała 

bliźniaczka  po  prawej.  -  Ogromnie  sympatyczna.  Zupełnie  nie  robi 

wrażenia kogoś, kto szuka męża z dużymi pieniędzmi. Całe szczęście! 

-  Tak.  Jack  jest  taki  dobry!  Mógłby  przymknąć  oko  na  zbyt 

wiele, a potem ciężko tego żałować. 

Czyżby Jacka można było aż tak łatwo wyprowadzić w pole, tak 

łatwo zranić? - zdumiała się Mattie. Najwyraźniej poznała go od innej 

strony. 

background image

-  Mama  zapewnia,  że  to  dobra,  otwarta  dziewczyna  -  ciągnął 

głos z prawej. - Ale mama uznałaby za czarującą każdą dziewczynę, z 

którą postanowiłby  się  ożenić  Jack!  My  zresztą  także.  Jeśli  on kogoś 

wybierze, bez wątpienia będzie to sympatyczna osoba. 

Mattie miała już dość podsłuchiwanej rozmowy. 

Nie dziwiła się, że siostry Jacka plotkują na jej temat. W końcu 

na ich miejscu byłaby równie ciekawa sympatii brata, który od dawna 

nikogo rodzinie nie przedstawił. 

Niepokoiło ją, że rodzice i siostry Jacka mogą postrzegać ją jako 

potencjalną łowczynię fortun. Aby nie uznali Mattie za kogoś takiego, 

musiała  podczas  wieczornego  obiadu  zachowywać  się  zupełnie 

inaczej, niż zamierzała. 

-  Dziękuję  -  powiedziała  do  manikiurzystki,  gdy  kobieta 

skończyła malować jej paznokcie. - Chciałabym zapłacić. 

Wizyta  w  luksusowym  salonie  piękności  będzie  dla  niej 

ogromnym  wydatkiem,  lecz  po  tym,  co  przed  chwilą  usłyszała,  nie 

zamierzała  pozwolić,  by  płacił  za  nią  Jack.  Nawet  gdyby  następny 

miesiąc miała przeżyć o chlebie i wodzie. 

Kiedy  wychodziła,  Sally  i  Cally  powiodły  za  nią  spojrzeniem. 

Nie mogły jednak wiedzieć, na kogo patrzą. Mattie pożałowała nagle, 

że nie wyjechała rankiem z Paryża. 

Jack i jego siostry byli bardzo atrakcyjni z wyglądu. Matka także 

była  zadbana;  bez  wątpienia  była  kiedyś  bardzo  piękną  kobietą. 

Również  ojciec  Jacka  musiał  być  przystojnym  i  bardzo  eleganckim 

starszym panem. Mattie pomyślała, że będzie się czuła pomiędzy nimi 

background image

jak brzydkie kaczątko. 

Ależ  głupi  pomysł  miał  Jack,  żeby  mnie  tu  sprowadzić  i 

przedstawić  im  jako  swoją  przyszłą  narzeczoną!  -  myślała.  Było 

oczywiste,  że  rodzina  Jacka  odbierze  jej  pojawienie  się  jako  ważną 

deklarację z jego strony. Jak mógł nie wziąć tego pod uwagę?! 

Mattie  wyszła  z  hotelu  i  ruszyła  pod  Wieżę  Eiffla.  Rozmyślała. 

Z  jednej  strony  chciała  zemścić  się  na  Jacku  za  to,  że  ją  oszukał,  z 

drugiej  nie  chciała  robić  przykrości  jego  rodzinie  ani  też  pozostawić 

go  samego,  co  doprowadziłoby  do  kompromitacji  Jacka  przed 

najbliższymi. 

Nie, Mattie nie mogła  wyrządzić im wszystkim takiej krzywdy. 

Nie  była  aż  tak  podstępnym  i  porywczym  człowiekiem,  a  i  wszyscy 

Beauchampowie  wydawali  się  dobrymi,  miłymi  ludźmi.  Jack  też  nie 

był taki zły. 

Usiadła na trawniku na Polach Marsowych, zastanawiając się, co 

robić.  Wprawiła  Jacka  w  zakłopotanie.  Na  pewno  musiał  być 

zaniepokojony jej dzisiejszym zachowaniem. 

Postanowiła  w  końcu,  dla  dobra  Jacka  i  jego  najbliższych,  że 

odegra  podczas  kolacji  rolę  uczciwej,  skromnej,  zakochanej  w  nim 

dziewczyny. 

 

-  Wyglądasz  wprost  oszałamiająco!  -  ocenił  Jack,  kiedy  krótko 

po  dziewiętnastej  Mattie  wróciła  wreszcie  do  apartamentu.  W  jego 

oczach widać było szczery zachwyt. 

Miała  na  sobie  drugą  z  dwóch  wieczorowych  sukienek,  jakie 

background image

kupiła w minioną sobotę - ta była kremowa, koronkowa, miała krótkie 

rękawy i sięgała do kolan. Jasna sukienka podkreślała ciemny odcień 

pięknie ułożonych, błyszczących włosów Mattie. 

- Dziękuję - powiedziała z uśmiechem, bardzo zadowolona. 

Jack  chyba  rzeczywiście  trochę  odpoczął  i  wziął  prysznic, 

ponieważ  wyglądał  teraz  świeżo  i  uroczo.  Ponownie  miał  na  sobie 

czarny smoking i białą koszulę. 

Był taki przystojny i męski, że Mattie aż zakręciło się w głowie. 

- Mattie, zanim tam pójdziemy, chciałbym z tobą poroz... 

- Twoja mama telefonowała, kiedy spałeś - przerwała mu Mattie. 

-  Odebrałam,  żeby  cię  nie  budzić.  -  Jack  uniósł  brwi.  Mattie  nie 

wiedziała,  co  pomyślałaby  matka  Jacka,  gdyby  stwierdziła,  że 

mieszkają  z  Mattie  w  tym  samym  apartamencie.  -  Piętnaście  po 

siódmej  mamy  spotkać  się  wszyscy  w  barze.  Napijemy  się  drinka,  a 

potem razem pójdziemy w stronę Wieży Eiffla. 

- Naprawdę? - spytał Jack, znowu zdezorientowany. 

-  Tak  -  potwierdziła,  ruszając  do  drzwi.  -  Już  pora  zjechać  do 

baru. - Popatrzyła na niego wyczekująco. 

- Miałem nadzieję, że porozmawiamy wczoraj w nocy... 

-  Przerwała  nam  bardzo  niegrzecznie  kobieta!  -  przypomniała 

Mattie. 

- To prawda. Jednak zanim zobaczysz moich bliskich, muszę ci 

coś powiedzieć. 

-  Możesz  to  zrobić  po  drodze  -  zaproponowała,  wychodząc  na 

korytarz. 

background image

I  tak  wiedziała  wszystko,  co  chciał  jej  oznajmić.  W 

rzeczywistości wcale nie zamierzała dopuścić go do słowa. 

Przy  jego  rodzinie  miała  zamiar  zachowywać  się  grzecznie,  ale 

na razie nie potrafiła jeszcze zrezygnować z zemsty. Chciała zobaczyć 

przerażenie  na  twarzy  Jacka,  kiedy  staną  oko  w  oko  z  Tiną  i  jego 

pozostałymi  siostrami,  i  jego  głębokie  zdumienie,  gdy  okaże  się,  że 

Mattie wie, kim one są w rzeczywistości. 

Jack wyszedł na korytarz i przytrzymał Mattie za łokieć, aby szła 

trochę wolniej. 

- Mattie! - zaczął podekscytowany. - Słuchaj, jeszcze nie miałem 

okazji powiedzieć ci, że... 

-  Jack,  Mattie!  Zaczekajcie!  -  odezwał  się  zza  ich  pleców  głos 

Betty Beauchamp. 

Mattie  omal  nie  wybuchnęła  śmiechem,  widząc  minę  Jacka. 

Biedak,  właśnie  się  zorientował,  że  nie  zdąży  w  porę  wyznać  Mattie 

bardzo ważnych rzeczy! Niemal mu współczuła. 

Odwróciła się, aby uśmiechnąć się do Betty, i nagle aż zamarła 

na  widok  jej  męża.  Edward  Beauchamp  był  uderzająco  podobny  do 

syna. Miał prawie identyczną twarz, podobną figurę, był tego samego 

wzrostu - tylko o mniej więcej czterdzieści lat starszy od Jacka. 

Niezwykle elegancka para - pomyślała Mattie. 

Twarz  Edwarda  robiła  wrażenie  oblicza  dostojnego,  wysoko 

urodzonego człowieka. 

-  To  jest  Mattie,  a  to  Edward,  mój  mąż  -  powiedziała  miłym 

tonem Betty. 

background image

Miała  na  sobie  długą,  czarną  suknię  z  cekinami,  w  której 

wyglądała jak królowa. 

Mattie i Edward uścisnęli sobie dłonie. 

-  Cieszę  się,  że  mogę  panią  poznać  -  odezwał  się  na  powitanie 

Edward. 

- Jest nam ogromnie miło - potwierdziła radośnie Betty, ujmując 

Mattie  pod  rękę  i  ruszając  z  nią  przodem.  Betty  Beauchamp  była 

wesołą, pełną energii kobietą i łatwo nawiązywała kontakt z ludźmi. - 

Dziewczyny są wściekłe, że je uprzedziłam i zdążyłam cię już poznać 

- zdradziła konspiracyjnym szeptem, zadowolona z siebie. 

Jack  nie  mógł  tego  słyszeć.  Z  pewnością  wciąż  ogromnie  się 

niepokoił. 

Mattie zastanawiała się, czy jednak nie postępuje z nim okrutnie. 

Pocieszała  się,  że  jeszcze  tylko  kilka  minut,  a  potem  wszystko 

się wyjaśni i Jack powinien się uspokoić. 

 

 

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

-  Czy  mógłbym  zamienić  z  Mattie  kilka  słów  na  osobności?  - 

spytał w końcu Jack, kiedy zbliżali się do hotelowego baru. 

Mattie  odwróciła  głowę.  Jack  miał  niewyraźną  minę.  Mattie 

puściła więc Betty, zaczekała na Jacka i ujęła go pod rękę. 

-  Mam  nadzieję,  że  po  dzisiejszej  kolacji  będziemy  mieli 

mnóstwo czasu, żeby porozmawiać o wszystkim - powiedziała. 

- Ale... - zaczął Jack.  

background image

Wyraźnie drżał. 

-  Dziewczyny  będą  bardzo  rozczarowane,  jeśli  każecie  im  na 

siebie czekać - powiedziała Betty. 

Zupełnie jakby była ze mną w spisku - pomyślała Mattie. 

-  Chodź,  synu  -  odezwał  się  Edward,  wesoło  klepiąc  Jacka  po 

plecach. - Wiesz, jakie są te nasze panie. 

- Chodźmy, Jack - zachęciła Mattie. - Wszystko będzie dobrze. 

W barze siedziały już wszystkie cztery siostry Jacka. 

Sandy  żartowała  z  wysokim  brunetem,  wpatrując  się  w  niego  z 

miłością. To musiał być Thom, jej nowy narzeczony. 

Tina  dyskutowała  z  mężczyzną  nieco  przysadzistej  budowy. 

Musiał to być Jim, jej trochę mało wrażliwy mąż. 

Sally siedziała w towarzystwie wysokiego blondyna. 

Mąż  Cally  był  również  wysoki,  miał  rude  włosy,  wyglądał  na 

Szkota.  Obok  siedziała  para  starszych  ludzi,  zapewne  byli  to  rodzice 

Thoma. 

Mattie nie zauważyła natomiast dziewczyny, która mogłaby być 

Sharon. To jej zalotów tak bardzo obawiał się Jack. 

Na widok wchodzących ustały rozmowy. 

Jack ścisnął dłoń Mattie - musiał bardzo się denerwować. Czego 

się  po  mnie  spodziewa?  -  dziwiła  się.  Nawet  gdybym  nie  wiedziała, 

kim są Tina, Sandy, Cally i Sally, nie zrobiłabym przecież sceny przy 

nich  wszystkich,  przy  rodzicach  Jacka.  Czy  nie  jest  o  tym 

przekonany? 

Najwyraźniej nie był. 

background image

-  Nie  denerwuj  się,  Jack,  wszystko  w  porządku  -  szepnęła,  aby 

go uspokoić. - Przedstaw mnie, proszę. 

- Szkoda, że nie pozwoliłaś mi wyjaśnić... - zaczął. 

- Zrobisz to później - przerwała mu kolejny raz. - Naprawdę nie 

musisz się niepokoić. 

-  Cześć  wszystkim!  -  odezwał  się  nagle  z  tyłu  przesadnie 

modulowany,  aksamitny  kobiecy  głos.  -  Mam  nadzieję,  że  się  nie 

spóźniłam? 

Jack  zesztywniał.  Mattie  zerknęła  na  niego  z  niepokojem,  po 

czym odwróciła się, żeby zobaczyć nowo przybyłą. 

Była  wysoką  brunetką  o  bujnych  włosach  sięgających  aż  do 

pasa. Włożyła na ten wieczór krótką, dopasowaną sukienkę w kolorze 

fioletowym.  Miała  pełną,  delikatną  twarz  porcelanowej  lalki, 

ciemnoniebieskie oczy i niemal nienaturalnie długie rzęsy. 

Czy to była siostra Thoma? 

Musiała  to  być  Sharon.  Najwyraźniej  zwróciła  się  do  rodziny 

Beauchampów  oraz  własnej.  Jack  chce,  abym  broniła  go  przed 

zalotami takiej kobiety? Mattie nie posiadała się ze zdumienia. 

Spojrzała na Jacka. Jeśli tak, z pewnością nie jest kobieciarzem - 

myślała.  Wszyscy  bowiem  inni  mężczyźni,  jacy  siedzieli  w  barze, 

otwarcie  wpatrywali  się  w  Sharon,  podziwiając  jej  urodę.  Sharon, 

trajkocząc i śmiejąc się, witała się z Sandy, Thomem, siostrami Jacka i 

ich  mężami.  Mimo  to  widać  było,  że  rzuca  ukradkowe  spojrzenia 

właśnie na Jacka. 

W końcu znalazła się przed nim i powiedziała: 

background image

- Cześć, Jack. 

- Cześć - odparł beznamiętnie, grzecznie skłaniając głowę. 

-  Nie  bądź  taki  sztywny,  teraz  wszyscy  jesteśmy  jedną  wielką 

rodziną!  -  odpowiedziała,  zmysłowo  modulując  głos,  i  natychmiast 

rzuciła się Jackowi na szyję, całując go w usta. 

Zaskoczony,  puścił  dłoń  Mattie.  Oparł  dłonie  na  obnażonych, 

smukłych,  opalonych  ramionach  Sharon  i  delikatnie,  ale  stanowczo 

odsunął ją od siebie. 

Sharon nie ustępowała. 

-  Jak  się  cieszę,  że  znowu  cię  widzę!  -  oznajmiła  znacząco,  po 

czym ujęła go pod rękę. 

Mattie  miała  ochotę  wydrapać  Sharon  oczy.  W  każdym  razie 

takie  sformułowanie  przyszło  jej  na  myśl.  Jak  ona  śmie  patrzeć  na 

Jacka  takim  wzrokiem?!  -  myślała  gniewnie.  Zachowuje  się,  jakbym 

nie istniała. Na nikogo innego już nie zwraca uwagi, tylko na Jacka! 

Jack  nie  robił  nic,  co  mogłoby  zachęcić  Sharon  do  takiego 

zachowania.  Po  prostu  stał  nieruchomo.  Ale  ona  najwyraźniej 

wiedziała, czego chce. Jak najbardziej zbliżyć się do niego. 

Czyżby naprawdę nie miał ochoty bliżej poznać tej dziewczyny? 

A  może  tylko  tak  mówi?  Chociaż  jaki  sens  miałoby  wówczas 

sprowadzanie  mnie  tutaj  na  ten  weekend, kiedy  miałby  okazję  bawić 

się z Sharon? - myślała Mattie. 

- To moja przyjaciółka, Mattie Crawford - oznajmił głośno Jack, 

obejmując  ją  w  pasie  i  przysuwając  lekko  do  siebie.  -  A  to  Sharon 

Keswick, siostra Thoma. 

background image

-  Tak  mnie  przedstawiasz:  „siostra  Thoma”?  -  odpowiedziała  z 

oburzeniem  Sharon.  -  Miałam  nadzieję,  że  jestem  dla  ciebie  kimś 

więcej  niż  tylko  „siostrą  Thoma”!  -  Spojrzała  gniewnie  na  Mattie.  - 

Cześć, Mandy - powiedziała, podając jej niechętnie dłoń. 

-  Mam  na  imię  Mattie.  -  Była  pewna,  że  Sharon  celowo 

niewłaściwie wymówiła jej imię. 

- Czy my się już spotkałyśmy? - spytała Sharon, w której nagle 

obudził się duch współzawodnictwa. - Znasz może... 

-  Może  przynieść  ci  szampana,  Sharon?  -  przerwał  grzecznie 

Edward. 

-  Wybaczcie,  kochani,  chciałbym  przedstawić  Mattie  reszcie 

rodziny - wtrącił Jack, wykorzystując okazję. 

A  jeszcze  przed  kilkoma  minutami  tak  bardzo  bał  się 

przedstawić Mattie najbliższym! 

-  Słusznie.  -  Mattie  kiwnęła  głową.  -  Z  pewnością  jeszcze  dziś 

porozmawiamy - powiedziała chłodno do Sharon. 

- Bez wątpienia - odparła lodowatym tonem Sharon. 

Uśmiechnęła  się  do  Edwarda  i  wzięła  od  niego  kieliszek 

szampana. 

- O rety! - szepnął Jack do Mattie, kiedy odeszli parę kroków. - 

Teraz rozumiesz, o co mi chodzi? 

Mattie  nie  była  pewna,  o  co  naprawdę  chodzi  Jackowi.  Choć 

było oczywiste, że Sharon ogromnie się nim interesuje, a on stara się 

jej  unikać.  Mattie  była  jednak  również  przekonana,  że  między  nimi 

jest jeszcze coś. Może tych dwoje łączyła jakaś wspólna przeszłość? 

background image

W każdym razie poznanie Sharon było dla Mattie tak przykre, że 

zepsuło jej humor na cały  wieczór. Przedtem podejrzewała chwilami, 

że  może  żadna  Sharon  nie  istnieje,  że  Jack  wymyślił  tę  postać  w 

ramach  niecodziennej  gry,  jaką  prowadził  z  Mattie.  Gdyby  tak  było, 

zaproszenie Mattie do Paryża miałoby inny cel, niż twierdził. 

Jednak  Sharon  była  kobietą  z  krwi  i  kości,  i  to  jaką  kobietą! 

Mattie  poczuła  się  jak  brzydkie  kaczątko  pośród  łabędzi.  Zwłaszcza 

obecność  Sharon  nie  pozwalała  Mattie  spokojnie  cieszyć  się 

uroczystym wieczorem. 

-  Nie  wiem,  o  co  ci  naprawdę  chodzi  -  powiedziała  do  Jacka.  - 

Czy może o to, że Sharon jest niezwykle piękna? 

- Cóż, jest piękna... - przyznał niechętnie. 

Mattie  zjeżyła  się.  Mógłby  chociaż  skłamać,  spróbować  jakoś 

umniejszyć w słowach olśniewającą urodę Sharon. 

- I masz z tym kłopot? - spytała gniewnie. 

Jack pokręcił głową. 

- To zbyt skomplikowane, żebym wytłumaczył ci w tej chwili. 

- Możesz wyjaśnić mi w prostych, krótkich zdaniach - poradziła. 

- Bez wątpienia je zrozumiem. 

Jack popatrzył na nią z niepokojem. 

- Mattie... - zaczął. 

-  Nie  teraz  -  ucięła  i  zmusiła  się  do  uśmiechu,  ponieważ  stali 

naprzeciw sióstr Jacka oraz towarzyszących im mężczyzn. - Przedstaw 

mnie swoim siostrom: Tinie, Sally, Cally i Sandy - powiedziała. 

Jack  spojrzał  na  nią  zaskoczony.  Jak  przewidziała,  był 

background image

oszołomiony  tym,  że  Mattie  wie,  kim  są  kobiety  o  wymienionych 

przez  nią  imionach.  Nie  rozbawiło  jej  to  jednak.  Już  nic  jej  w  tej 

chwili nie bawiło. 

-  Nie  stój  tak  -  powiedziała.  -  Twoje  siostry  i  ich  mężowie 

czekają, aż podejdziemy i przywitamy się z nimi. 

Dobrze,  że  Sharon  się  pojawiła,  bo  przypomniało  to  Mattie,  po 

co  Jack  zabrał  ją  ze  sobą  do  Paryża.  Inaczej  mogłaby  naiwnie 

podejrzewać, że to dlatego, że mu się spodobała. 

Jack wprawdzie był dla niej miły i naprawdę dbał o to, żeby się 

nie  nudziła,  ale  nie  wspominał  słowem  o  tym,  by  poważnie  się  nią 

zainteresował.  Jeśli  jego  dziwne  spojrzenia  odebrała  jako 

zobowiązującą deklarację, a co gorsza, zakochała się w Jacku, była to 

jej własna wina. I naiwność. 

- Wiesz, że to moje siostry... - szepnął w końcu.  

Widać było, że jest zdezorientowany. 

- Oczywiście. 

- Ale skąd...? W jaki sposób się dowiedziałaś? 

-  Rozmawiałam  rano  z  twoją  mamą.  Czy  często  zdarza  ci  się 

tracić rezon w towarzystwie? 

- Słucham? 

- Zaniemówiłeś. Stoisz jak słup soli - drażniła się z nim Mattie. 

- Od samego rana wiesz, że cztery kobiety, którym... - zaczął. 

- Kto rano wstaje, nie błądzi - przerwała mu kolejny raz, celowo 

mieszając dwa przysłowia. 

- Dziwne... - mruknął sam do siebie. - Rozmawiałem z mamą po 

background image

południu i nie wspominała mi o tej części waszej rozmowy. 

Widocznie  kiedy  Mattie  zjechała  do  salonu  piękności,  Jack 

poszedł porozmawiać z matką. 

-  Twoja  mama  nie  wie,  że  myślałam,  że  Tina,  Sally,  Cally  i 

Sandy nie są twoimi siostrami. - Mattie uśmiechnęła się szeroko. 

-  No  tak...  To  dlatego  byłaś  tak  nieoczekiwanie  miła,  kiedy 

wróciłem z lotniska. Bawisz się moim kosztem. 

- To ty rozpocząłeś tę grę - odparła.  

Nie chciała, żeby Jack domyślił się jej uczuć. 

- Jeden do zera dla ciebie - skomentował.  

Uśmiechnął  się,  objął  Mattie  i  ruszył  z  nią  w  stronę  swoich 

sióstr.  Siostry  Jacka  przywitały  się  z  nią  serdecznie.  Wszystkie 

wydawały  się  ogromnie  sympatyczne.  Mężczyźni  również  byli 

przyjaźnie nastawieni. 

Mattie  cieszyła  się,  że  została  tak  ciepło  przyjęta.  Od  razu 

poczuła się lepiej. Co ciekawe, także i Thom, brat Sharon, odniósł się 

do  Mattie  bardzo  życzliwie.  Robił  wrażenie  czarującego  człowieka. 

Widocznie nie był podobny do siostry. 

-  Pasujecie  do  siebie  -  powiedział  -  ale  czy  Mattie  już  wie,  że 

jesteś pracoholikiem? - Drażnił się w ten sposób z Jackiem. 

-  Może  teraz,  kiedy  poznałem  Mattie,  nie  będę  takim 

pracoholikiem jak dawniej - odparł Jack, przytulając Mattie znacząco. 

-  A  czy  ona  wie,  że  kiepsko  grasz  w  golfa?  -  dorzucił  ze 

złośliwym uśmiechem Ian, mąż Cally. Faktycznie był Szkotem. 

-  Wolę  sporty  uprawiane  w  zamkniętych  pomieszczeniach  - 

background image

odpowiedział Jack. 

-  Hm,  ale  czy  Mattie  zdaje  już  sobie  sprawę,  że  chrapiesz?  - 

odezwał się z kolei Jim. - Auu! - zawył, kiedy Tina mocno kopnęła go 

w kostkę. 

Mattie  powstrzymała  wybuch  śmiechu.  Jim  i  Tina  byli  dość 

specyficzną parą. 

-  Ogromnie  was  przepraszam  za  to,  w  jaki  sposób  wpadłam  na 

was wczoraj w nocy, rujnując wam wieczór - powiedziała Tina. - Nie 

wiem,  co  sobie  o  mnie  pomyślałaś,  Mattie.  Byłam  w  tak  okropnym 

stanie!  I  przetrzymałam  Jacka  parę  godzin  w  swoim  pokoju,  płacząc 

mu w rękaw... - wyznała. 

Nic dziwnego, że kiedy wrócił z lotniska, był wyczerpany. 

-  Nie  przejmuj  się  -  pocieszyła  ją  Mattie.  -  Po  to  ma  się  braci, 

żeby  było  komu  zwierzyć  się  z  kłopotów.  Cieszę  się,  że  już  się 

pogodziliście.  Słyszałam,  że  spodziewacie  się  dziecka.  Gratuluję!  - 

Mattie uśmiechnęła się do obojga małżonków. 

-  Dziękuję  ci  -  odpowiedziała  Tina.  -  Niestety,  mój  mąż  zbyt 

często  najpierw  coś  mówi,  a  dopiero  potem  myśli  -  dodała,  po  czym 

przytuliła się do Jima, uśmiechając się do niego czule. 

-  A  ja  sądziłem,  że  po  prostu  jest  dla  ciebie  niedobry...  - 

skomentował żartobliwie Jack. 

- Przestańcie, dobrze? - mruknął lekko zniecierpliwiony Jim. 

-  Dopiero  zaczynamy  -  odpowiedział  Jack,  mrugając  do  niego 

porozumiewawczo. 

-  Czas  ruszyć  na  przyjęcie  -  zarządziła  nagle  głośno  Betty.  - 

background image

Chodźmy, kochani! 

Przez poprzednie kilka minut rozmawiała wraz ze swoim mężem 

z rodzicami Thoma i Sharon. Także i państwo Keswickowie wydawali 

się  bardzo  mili.  Robili  wrażenie  zwykłych  ludzi  -  oboje  byli  niscy  i 

mieli nadwagę. 

Mattie  zastanawiała  się,  jak  to  możliwe,  żeby  Sharon  była  ich 

dzieckiem.  Odróżniała  się  od  reszty  rodziny  nie  tylko  urodą,  ale  i 

charakterem. 

- O czym jeszcze rozmawiałyście z moją mamą? - spytał Mattie 

Jack,  kiedy  ruszyli  razem  w  stronę  Wieży  Eiffla.  -  Wspomniała  ci  o 

moich  czterech  siostrach,  wymieniając  ich  imiona.  Musiała  również 

powiedzieć ci o ciąży Tiny... 

-  Twoja  mama  jest  bardzo  otwartym  człowiekiem  -  odparła 

wymijająco Mattie. 

- W przeciwieństwie do mnie - przyznał z kwaśną miną. 

Bardzo  niewiele  o  sobie  mówił,  choć  nie  był  milczkiem  ani 

człowiekiem  zamkniętym  w  sobie.  Mattie  rozmawiało  się  z  nim  tak 

dobrze,  że  musiała  uważać,  żeby  mimowolnie  nie  zdradzić,  że  się  w 

nim zakochała. 

- Miło znowu cię widzieć, Jack! - Mattie usłyszała donośny głos 

zbliżającej  się  Sharon.  Sharon  ostentacyjnie  ujęła  Jacka  za  ramię.  - 

Mam  nadzieję,  że  nam  wybaczysz,  Mandy  -  mruknęła  do  Mattie, 

uśmiechając  się  nieszczerze.  -  Jesteśmy  z  Jackiem  dobrymi 

znajomymi.  Och,  Jack  -  zatrzepotała  długimi  rzęsami  -  czy  to  nie 

najbardziej romantyczne miejsce na świecie? 

background image

Mattie  milczała.  Sharon  ją  zdenerwowała.  W  dodatku  Jack  nie 

próbował jej zniechęcić ani nakłonić do odejścia. 

W  restauracji  na  wieży  Sharon  szybko  usiadła  obok  Jacka,  a 

Mattie  po  drugiej  stronie.  Była  wściekła,  chociaż  niespecjalne 

zdziwiona zachowaniem rywalki. 

Gniewała się zarówno na Sharon, jak i na Jacka. 

A  także  na  siebie  samą  za  to,  że  była  taka  niemądra  i  dała  się 

wplątać w tę farsę. 

 

 

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

-  Nie  przejmuj  się  moją  siostrą  -  odezwał  się  w  pewnej  chwili 

Thom,  który  siedział  z  lewej  strony  Mattie.  -  Nie  ma  się  czym 

martwić. Naprawdę. 

Serce  Mattie  zabiło  mocniej.  Uśmiechnęła  się  sztucznie  do 

Thoma.  Nie  zwracała  uwagi  na  widoczne  z  góry  kolorowe  światła 

Paryża. Ledwie skubnęła pierwsze danie. Wszystko z powodu Sharon. 

Jack próbował włączyć Mattie do rozmowy, ale Sharon cały czas 

wykazywała inicjatywę, skupiając na sobie uwagę. W dodatku starała 

się jak najczęściej wypowiadać głośno zdania zaczynające się od: „A 

pamiętasz,  Jack,  jak  razem...”  Po  każdej  takiej  wypowiedzi  Mattie 

miała ochotę krzyczeć. 

Co  właściwie  łączyło  Jacka  i  Sharon?  -  myślała  nerwowo. 

Właściwie  nie  trzeba  było  długo  się  nad  tym  zastanawiać.  W  takim 

razie Jack sprowadził Mattie do Paryża po to, aby... 

background image

-  On  nie  zwraca  na  Sharon  uwagi,  naprawdę  -  szepnął  znowu 

Thom. 

Uśmiech  Mattie  był  tym  razem  kwaśny.  Jeśli  nawet  obecnie 

Jackowi  nie  zależało  na  Sharon,  musiał  zwrócić  na  nią  szczególną 

uwagę już wcześniej! 

-  Mówię  serio  -  zapewnił  Thom,  ściskając  przelotnie  dłoń 

Mattie, by dodać jej otuchy. 

Nie  odpowiadała,  łamała  kawałek  bagietki.  Popatrzyła  na 

pokruszoną bułkę i otrzepała palce z okruchów. 

-  W  takim  razie  ciekawe,  co  robi  Jack,  kiedy  zwraca  uwagę  na 

kobietę! - mruknęła do Thoma. 

Jack był wciąż zajęty perorującą Sharon. 

- Przyjrzyj mu się, jakim wzrokiem na ciebie patrzy - poradził z 

uśmiechem  Thom.  -  Jeszcze  nigdy  nie  widziałem  Jacka  tak 

szczęśliwego  i  ożywionego  jak  wcześniej  w  barze,  kiedy 

rozmawialiście z nami wszystkimi. 

-  Naprawdę?  -  Mattie  była  zdziwiona.  -  Myślałam,  że  Jack 

zawsze jest ożywiony i zadowolony z siebie. 

- No widzisz! - odparł Thom. 

Mattie  od  początku  sądziła,  że  Jack  to  człowiek  pewny  siebie, 

cieszący się życiem. Człowiek sukcesu we wszystkich dziedzinach. 

I raczej się nie myliła, bo przecież nie zaprosił jej do Paryża  ze 

względu na nią samą i paryskie atrakcje. Zabrał ją po to, aby chroniła 

go przed zalotami Sharon. Jeżeli robi na Thomie wrażenie szczególnie 

zadowolonego z mojego towarzystwa - myślała - dowodzi to jedynie, 

background image

jak dobrym aktorem jest Jack. 

Zresztą  i  tak  większą  część  wieczoru  spędzał  na  rozmowie  z 

Sharon. Mattie czuła, że jej obecność w restauracji jest zbędna. 

-  Dziękuję  ci  za  troskę,  Thom,  ale  nie  musisz  tak  się  tym 

przejmować. - Uśmiechnęła się. - Nie jesteśmy  z Jackiem parą. - Nie 

byli nawet dobrymi znajomymi. Mattie wątpiła, żeby po powrocie do 

Londynu miała kiedykolwiek okazję zobaczyć Jacka. 

-  Może  w  takim  razie  powinniście  nią  być  -  odparł  Thom, 

wzruszając ramionami. 

Mattie popatrzyła na niego ze zdziwieniem. 

-  Lepiej,  żebyście  nie  popełnili  podobnego  błędu,  jaki 

popełniłem  z  Sandy  pięć  lat  temu  -  kontynuował.  -  Spotykaliśmy  się 

od  dłuższego  czasu  i  wiedziałem,  że  ją  kocham,  że  jest  tą  jedyną 

kobietą,  z  którą  chcę  się  ożenić.  Tylko  że  jej  tego  nie  powiedziałem. 

Wyobraź  sobie,  że  tymczasem  pojawił  się  inny  mężczyzna,  który 

mnie  w  tym  wyprzedził.  I  pobrali  się!  -  Thom  westchnął.  -  A  po 

upływie  czterech  lat  ona  doszła  do  wniosku,  że  popełniła  błąd  i 

rozwiodła się. Dopiero wówczas mogłem powiedzieć jej, co naprawdę 

do niej czułem cały czas. 

Z  nami  jest  inaczej  -  pomyślała  Mattie.  To  znaczy,  jestem 

zakochana  w  Jacku,  ale  on  we  mnie  z  pewnością  nie.  Gdybym 

wyznała mu miłość, bez wątpienia jasno dałby mi do zrozumienia, że 

nie chce ze mną być. 

-  O  czym  tak  poważnie  rozmawiacie?  -  zainteresował  się  nagle 

Jack.  

background image

Wydawał  się  rozzłoszczony.  Czym?  Czy  tym,  że  Mattie 

rozmawiała z Thomem? 

-  Opowiedziałem  właśnie  Mattie  -  odezwał  się  szybko  Thom  - 

jak to przed pięcioma laty konkurent sprzątnął mi sprzed nosa Sandy, 

ponieważ  nie  wpadłem  na  to,  aby  w  porę  powiedzieć  jej,  co  do  niej 

czuję. - Popatrzył na Jacka wyzywająco. 

Mattie  zaczerwieniła  się.  Bez  wątpienia  Jack  spyta,  jakim 

sposobem  w  ciągu  kilku  minut  rozmowy  doszli  do  tak  osobistych 

tematów. 

-  Naprawdę...?  -  spytał  przeciągle  Jack,  świdrując  Thoma 

wzrokiem. 

- Tak - potwierdził Thom, wytrzymując jego spojrzenie. 

Tego  tylko  brakuje,  żeby  jeszcze  ci  dwaj  się  pokłócili!  - 

pomyślała Mattie. 

-  To  takie  romantyczne,  że  w  końcu  Sandy  wróciła  do  Thoma, 

prawda? - wtrąciła, nie czekając na rozwój kłótni. 

-  Kobiety  lubią  romantyczne  wydarzenia  -  dodał  Thom.  - 

Powinieneś kiedyś to sprawdzić. 

Jack spochmurniał. 

- To nie takie proste, kiedy ma się taką rodzinę - mruknął. 

Ciekawe, o co mu chodzi? - zastanowiła się Mattie. Tymczasem 

nieoczekiwanie przyłączyła się do rozmowy Sandy. 

- Po tym, jak pomyliłeś dedykacje przy bukietach z kwiatami dla 

nas  -  powiedziała  -  masz  szczęście,  że  żeńska  część  twojej  rodziny 

wciąż ma ochotę z tobą rozmawiać, Jack. Dobrze, że mamy poczucie 

background image

humoru. W istocie było to nawet śmieszne. Wiesz, Mattie, Jack posłał 

wszystkim siostrom po bukiecie kwiatów, ale omyłkowo pozamieniał 

karteczki z imionami. Wyobrażasz sobie? 

-  Wyobrażasz  sobie?  -  powtórzył  Jack,  spoglądając  surowo  na 

Mattie, która miała ochotę schować się pod stół ze wstydu. 

Thom z zaciekawieniem obserwował jej nieoczekiwaną reakcję. 

-  To  chyba  rzeczywiście  musiało  być  zabawne  -  powiedziała  w 

końcu. 

- Zależy, jak się na to spojrzy - skomentował Jack. 

-  Mam  nadzieję,  że  nie  pomylił  imienia  na kwiatach  dla  ciebie, 

Mattie  -  odezwała  się  znowu  Sandy.  -  Co  byś  pomyślała,  gdybyś 

dostała kwiaty z dedykacją dla Sandy, Sally, Cally albo Tiny? 

Mattie uśmiechnęła się blado. Sandy nie wiedziała, że Mattie nie 

dostała  od  Jacka  żadnych  kwiatów,  za  to  słyszała  od  niego 

zawoalowaną groźbę szantażu. 

-  Daj  już  biedakowi  spokój  -  poradził  jej  Thom.  - 

Porozmawiajmy  lepiej  o  Mattie.  Czym  się  właściwie  zajmujesz, 

Mattie? Jeszcze nam nie mówiłaś. 

-  Może  Mattie  nie  zajmuje  się  niczym  -  wtrąciła  ze  złością 

Sharon, uznając,  że  już  zbyt  długo  nie  uczestniczy  w  rozmowie.  -  W 

końcu Jack to bardzo zamożny człowiek! Prawda, kochanie, że jesteś 

zamożny? - Popatrzyła zalotnie na Jacka. 

-  Większość  kobiet  chce  robić  coś  pożytecznego,  Sharon!  - 

odpowiedział Thom, rzucając siostrze karcące spojrzenie. 

- Nie chce mi się pracować - odpowiedziała szczerze. 

background image

-  Widocznie  nie  należysz  do  większości  -  zakończył  Thom,  po 

czym z powrotem spojrzał na Mattie. 

Wiedziała, że nie powinna wspominać, że prowadzi kwiaciarnię. 

Siedzący  obok  ludzie  byli  zbyt  inteligentni,  żeby  nie  skojarzyć 

faktów. 

-  Realizuję  różne  zlecenia  -  odpowiedziała  wymijająco.  -  A  w 

wolnym  czasie  pomagam  mojej  mamie  prowadzić  hotel  dla  psów  - 

dorzuciła  szybko,  zanim  ktokolwiek  spytał  ją  o  charakter 

realizowanych przez nią zleceń. 

- A właśnie... jak się miewa Harry? - spytała z troską Sandy. 

Widać  było,  że  lubi  psa  Jacka.  Beauchampowie  byli  naprawdę 

sympatyczną rodziną. 

-  Spytaj  Mattie.  Harry  zamieszkał  na  ten  weekend  właśnie  w 

hotelu jej mamy - wyjaśnił z uśmiechem Jack. 

- Dobry pomysł - skomentowała Sandy. - Czy spodobało mu się 

to  miejsce?  -  spytała  Mattie.  -  Jack  martwił  się,  że  może  wcale  nie 

wyjedzie, bo nie ma z kim zostawić Harry'ego. 

- To ty rozmawiałeś wczoraj z moją mamą, Jack - przypomniała 

Mattie.  Była  niezadowolona,  że  nie  zaproponował  jej,  aby 

zatelefonowali do jej matki wspólnie. 

-  Harry  ma  dziewczynę  -  poinformował  Jack.  -  Piękną  sukę 

labradora, która wabi się Sophie. 

-  To  wspaniale.  Zdaje  się,  że  dziewczyn  wokół  nie  brak...  - 

zaczął z przekąsem Thom, ale rozmowę przerwało nadejście kelnerów 

roznoszących drugie dania. 

background image

Teraz  przy  stole  rozlegały  się  tylko  słowa  zachwytu  nad 

wyglądem, aromatem oraz wspaniałym smakiem jedzenia. 

Całe  szczęście,  że  zapomnieli  o  rozmowie  na  temat  mojego 

zawodu - pomyślała Mattie. 

Thom  był  naprawdę  bardzo  miłym  człowiekiem  i  dbał,  aby 

Mattie  się  nie  nudziła,  choć  jego  towarzystwo  było  dla  niej  trochę 

niewygodne. Zaczynał bowiem podejrzewać, że Mattie i Jack nie są ze 

sobą  w  tak  dobrych  relacjach,  jak  wszyscy  sądzą.  Że  mogło  zajść 

między nimi coś przykrego, czego nikt wokół nie podejrzewa. 

I nie mylił się. 

Gdyby  wiedział,  jak  niewiele  łączy  mnie  z  Jackiem...  -  myślała 

ze smutkiem Mattie. 

-  Smakuje  ci?  -  spytał  ją  Jack,  gdy  spróbowała  wyśmienitego 

kurczaka. 

- Bardzo - odpowiedziała. 

Jack westchnął ze smutkiem i szepnął: 

- Mattie, co ja mogę zrobić? Musiałbym być w stosunku do niej 

niegrzeczny... 

Otworzyła szeroko oczy ze zdziwienia. 

- Czy ja coś mówię? - odpowiedziała pytaniem. 

- Nie musisz... Widzę, jaka jesteś niezadowolona. 

Nie wiedziała, że Jack martwi się jej stanem psychicznym. 

Uśmiechnęła  się  wymuszonym  uśmiechem,  stwierdziwszy,  że 

Betty przygląda im się z naprzeciwka okrągłego stołu, z błogą miną. 

-  Zastanawiałam  się,  dlaczego  właściwie  sprowadziłeś  mnie 

background image

tutaj, skoro tak dobrze się bawisz w towarzystwie Sharon - szepnęła. 

- Dobrze się bawię?! - jęknął Jack. - Chętnie bym ją udusił! 

Mattie nie była w stanie powstrzymać wybuchu śmiechu. 

Jack wyglądał jak bezradny chłopiec. 

-  Dobrze,  że  humor  choć  trochę  ci  się  poprawił  -  skomentował 

Jack,  po  czym  nachylił  się  i  delikatnie  pocałował  Mattie  w  usta.  - 

Uwielbiam,  kiedy  się  śmiejesz  -  dodał.  -  To  tak  jakby  nagle  wyszło 

słońce. 

Mattie była zaskoczona i onieśmielona. 

Jednak  zaraz  potem  zdała  sobie  sprawę,  że  przecież  pocałunek 

Jacka był gestem aktorskim wobec jego rodziny siedzącej wokół. No i 

wobec Sharon Keswisk. 

Sharon  była  bowiem  wyraźnie  wściekła.  Rzuciła  Mattie 

nienawistne spojrzenie. 

-  Teraz  chyba  ci  się  udało  -  pochwaliła  go  Mattie.  -  Sharon  nie 

spodobał się ten pocałunek. 

- Mattie, nie dlatego... - zaczął Jack, kręcąc głową. 

- Uśmiechaj się - przerwała mu. - Twoja mama nas obserwuje. 

- Nieważne, co pomyśli sobie moja mama - mruknął. 

- Dla mnie to ważne - oznajmiła Mattie. - Bardzo ją polubiłam. 

Jack popatrzył na Mattie z szacunkiem, a potem uśmiechnął się i 

ścisnął jej dłoń. 

-  Ona  także  cię  polubiła  -  powiedział.  -  Rozmawialiśmy  chwilę 

przed przyjęciem i... 

Mattie była ciekawa, co powiedziała  mu o niej jego matka. Nie 

background image

zdążyła jednak o to zapytać, ponieważ Edward podniósł się właśnie z 

miejsca  i  wzniósł  toast  za  Sandy  i  Thoma.  Krótką  przemowę 

zakończył stwierdzeniem, że ma nadzieję, że za trzy miesiące wszyscy 

spotkają się w tym samym gronie na weselu. 

Za  trzy  miesiące  nie  będę  znała  Jacka  ani  nikogo  z  was  - 

pomyślała ze smutkiem Mattie. 

- Dzisiejszy dzień był wyjątkowo nieudany - odezwał się do niej 

ponownie  Jack.  -  Może  jest  coś,  na  co  miałabyś  szczególną  ochotę 

jutro?  -  Czekając  na  odpowiedź,  zabrał  się  energicznie  do  krojenia 

steku. Najwyraźniej był w nie najgorszym humorze. 

-  Podobno  mamy  wszyscy  iść  na  spacer  do  Notre  Dame  - 

odpowiedziała  za  Mattie  Sandy.  -  To  będzie  rodzinna  wycieczka. 

Pamiętasz nasze rodzinne pikniki? 

-  Pamiętam  -  odpowiedział.  -  Mrówki  w  kanapkach  i  lody  z 

muchami. 

- Jesteś niemożliwy! - skomentowała ze śmiechem Sandy. 

Mattie  z  fascynacją  słuchała,  jak  Jack  i  Sandy  wspominają 

wesołe  wakacje  spędzone  z  rodzicami  i  siostrami.  Ona  nie  miała 

takich  wspomnień.  Była  jedynaczką,  a  jej  ojciec  zmarł,  kiedy  miała 

trzy lata. Całe dzieciństwo spędziła tylko z matką. 

Dalsza  część  kolacji  przebiegła  na  niezobowiązujących 

rozmowach  w  miłej  atmosferze.  Jackowi  udawało  się  już  poświęcać 

Sharon znacznie mniej czasu. 

Po  paru  godzinach  spędzonych  w  towarzystwie  bliskich  Jacka 

Mattie  czuła  się  jak  nowa  członkini  wesołego  klanu,  od  razu  przez 

background image

niego  przyjęta  i  zaakceptowana.  Rodzina  Beauchampów  była 

naprawdę wyjątkowa. 

Mimo to Mattie raz po raz ogarniał smutek, kiedy przypominało 

jej się, że w poniedziałek wróci do Londynu i na tym zakończy się jej 

znajomość z tą miłą rodziną. A w szczególności z Jackiem. 

Przyjęcie dobiegło końca i wszyscy zjechali windą z wieży. 

- Ja i Mattie idziemy na spacer - oznajmił Jack. 

-  Ho  -  ho  -  ho,  spacer!  -  skomentował  Jim.  Naprawdę  nie  był 

delikatnym człowiekiem. 

Jack obejmował Mattie wpół. 

-  Chyba  przejdę  się  z  wami  -  oznajmiła  Sharon,  stając  z  lewej 

strony Jacka. - Świeże powietrze dobrze mi zrobi. 

Powietrze w restauracji na wieży było wystarczająco świeże. Dla 

wszystkich było oczywiste, że Sharon chodzi o co innego. 

Jack nie wydawał się zachwycony jej pomysłem. 

- Może wszyscy się przespacerujemy? - zaproponowała Cally. 

Mattie była jej wdzięczna za tę propozycję. Wolała chodzić nocą 

po Paryżu ze wszystkimi niż tylko z nim i okropną Sharon. 

-  To  bardzo  dobry  pomysł!  -  skomentowała  Betty.  -  Od  lat  nie 

spacerowaliśmy po Paryżu w świetle księżyca, prawda, Edwardzie? - 

Popatrzyła z miłością na męża. Od trzydziestu pięciu lat byli tak samo 

mocno w sobie zakochani jak wtedy, kiedy się pobierali. 

- Zdaje się, że w wyniku naszego ostatniego nocnego spaceru po 

Paryżu został poczęty Jack - przypomniał sobie Edward. 

- Powtórka już nam nie grozi - zapewniła Betty. 

background image

Pozostali przysłuchiwali się tej rozmowie z rozbawieniem. 

-  W  naszym  przypadku  nie,  ale  jeśli  chodzi  o  pozostałe  pary, 

nigdy  nic  nie  wiadomo  -  zauważył  przytomnie  Edward.  -  No,  z 

wyjątkiem Tiny i Jima. 

-  My  już  mamy  dwoje  dzieci.  To  nam  wystarczy  -  oświadczyła 

Cally  czy  też  Sally;  bliźniaczki  były  ogromnie  podobne  do  siebie  i 

jednakowo ubrane. 

- Nam wystarczy jedno dziecko - dodała druga. 

- Nie patrzcie tak na nas - odezwał się po chwili Jack, obejmując 

mocniej  Mattie.  -  Kocham  dzieci,  zwłaszcza  wasze,  ale  na  własne 

wolę jeszcze poczekać. Na razie chcę mieć Mattie tylko dla siebie. 

-  No  to  ruszajmy!  -  zarządziła  Betty,  wciąż  czule  ujmując 

Edwarda za łokieć. 

Mattie zaczerwieniła się. Rodzina Jacka była jednak czasem zbyt 

bezpośrednia. 

- Chciałbyś mieć ze mną dzieci? - spytała cicho Jacka, kiedy szli 

na czele grupy. 

- Musiałem im coś powiedzieć - odpowiedział wymijająco. 

- To był tylko żart... 

-  Wiem.  -  Jack  obejrzał  się  z  niezadowoleniem.  Rodzina  nie 

zamierzała  go  opuszczać  pomimo  późnej  pory.  -  Chyba  się 

sprzysięgli. 

- Słucham? 

- Nie odstępują nas na krok. Wczoraj w nocy i dziś w ciągu dnia 

zajmowałem się kłopotami Tiny i Jima. Nie mieliśmy czasu dla siebie. 

background image

Wydawał  się  rozzłoszczony.  Kąciki  ust  Mattie  zadrżały.  Nie 

mogła  powstrzymać  się  od  śmiechu,  kiedy  Jack  się  złościł.  Tak 

zabawnie i niewinnie wówczas wyglądał. W końcu roześmiała się. 

- Co cię tak śmieszy? - spytał zdumiony. 

-  Ty!  -  odparła  wesoło.  -  Nie  martw  się,  nikt  się  przeciw  tobie 

nie sprzysiągł. - Posmutniała nagle. - Poza tym przecież tylko gramy 

przed nimi, czyż nie? 

- Tylko gramy... - szepnął niepewnie, jakby sam do siebie. 

-  Sharon  ani  trochę  się nie  speszyła  tym,  że  masz  dziewczynę  - 

dodała Mattie. 

- Czy to moja wina? 

- Chyba nie moja. 

Jack westchnął. 

-  Rzeczywiście,  z  pewnością  nie  twoja  -  zgodził  się.  -  Wiesz, 

przed  kilkoma  laty  popełniłem  błąd:  spotykałem  się  z  Sharon  przez 

parę tygodni. 

-  Nie  wspominałeś  mi  o  tym!  -  Mattie  była  poruszona, choć  po 

tym, co działo się w restauracji, domyślała się, że Jacka coś łączyło z 

Sharon. 

- Nikt nie lubi opowiadać o swoich błędach - tłumaczył się. 

- Ja przyznałam się przed tobą do mojego - odparła Mattie. 

I do czego to doprowadziło? Znalazła się z Jackiem w Paryżu. I 

zakochała się w Jacku. 

- Sharon wprawdzie fantastycznie wygląda... - kontynuował. 

-  Widzę,  jak  wygląda!  -  przerwała  gniewnie  Mattie.  Nie  miała 

background image

ochoty słuchać o zaletach urody Sharon. 

- Wygląd to nie wszystko - ciągnął. - Okazało się, że Sharon ma 

okropny charakter - dokończył. - Jest po prostu straszna! Spotkaliśmy 

się w sumie może trzy czy cztery razy, przysięgam. Podczas ostatniej, 

trzeciej  czy  czwartej  randki,  Sharon  uznała,  że  już  może  mną 

dyrygować, rządzić moim życiem. Dla mężczyzny nie ma nic bardziej 

zniechęcającego niż kobieta, która na początku znajomości zachowuje 

się, jakby już było postanowione, że zostanie twoją żoną! Więcej się z 

nią  nie  spotkałem.  Przypadkiem  zobaczyłem  ją  ponownie  przed 

kilkoma  miesiącami,  kiedy  Sandy  związała  się  z  Thomem.  Muszę 

powiedzieć, że nie było to miłe przeżycie. 

Mattie  rozumiała  go.  Nie  dowierzała  jednak,  że  nie  kusi  go 

wyjątkowa uroda Sharon. 

Co  za  różnica?  -  pomyślała  znowu.  Dlaczego  w  ogóle  się  nad 

tym zastanawiam? Przecież to nie moja sprawa. Za dwa dni nie będę 

nawet znajomą Jacka. Wszystko jedno, co czuję. 

- Z pewnością się między wami ułoży - powiedziała. 

- Przepraszam, że zanudzam cię moimi kłopotami - odezwał się 

znowu Jack. 

-  Nie  zanudzasz!  -  Jak  mogłaby  nudzić  się  w  jego 

towarzystwie?!  -  Przykro  mi  tylko,  że  na  wiele  ci  się  nie  przydałam. 

Chociaż po tym, jak mnie pocałowałeś, Sharon jest na ciebie wściekła. 

Nie wiem, czy cię to cieszy. 

-  Cieszy  mnie,  że  cię  pocałowałem  -  odpowiedział.  -  Może 

pocałujemy się znowu? 

background image

Przystanęli  na  moście,  z  którego  widać  było  w  całej  okazałości 

wspaniałą, rozświetloną tysiącami złocistych światełek Wieżę Eiffla. 

Członkowie rodziny Jacka zaczęli ich mijać, ale oni nie zwracali 

na  nich  uwagi.  Popatrzyli  sobie  w  oczy.  Jack  objął  Mattie,  a  ona 

wstrzymała  oddech.  Przytulili  się  delikatnie,  a  potem  Jack  powoli 

opuścił  głowę,  dotknął  wargami  ust  Mattie,  zaczął  ją  całować  coraz 

śmielej. Objęła go mocno. W tej chwili istniał dla niej tylko Jack, nikt 

więcej. 

W końcu przerwał długi pocałunek i oparł czoło o czoło Mattie. 

Patrzył rozognionym spojrzeniem na jej zaróżowioną z emocji twarz, 

w jej roziskrzone oczy. 

Zadrżała. Tak bardzo pragnęła być z Jackiem! Należeć do niego! 

Na zawsze. 

-  Zimno  ci?  -  spytał,  błędnie  interpretując  jej  drżenie.  Ściągnął 

smoking  i  narzucił  go  na  ramiona  Mattie.  -  Wracajmy  do  hotelu  - 

zaproponował. - Co ty na to? 

- Dobry pomysł - odpowiedziała bez wahania. 

Trzymając  się  za  ręce,  ruszyli  do  hotelu.  Zapomnieli  o 

pozostałych  uczestnikach  spaceru,  nie  zwracali  uwagi  na  mijane 

obiekty. Myśleli tylko o sobie nawzajem. 

 

-  Pani  Crawford,  prawda?  -  odezwała  się  do  Mattie 

recepcjonistka, kiedy Mattie i Jack dotarli do hotelu. - Był telefon do 

pani. Pozostawiono wiadomość. 

Mattie  musiała  się  skupić,  żeby  znaczenie  słów  sympatycznej 

background image

recepcjonistki dotarło do jej świadomości. 

-  Wiadomość?  -  powtórzyła  ze  zdziwieniem.  -  Dla  mnie? 

Przecież  nikt  nie  wie...  ach,  racja,  moja  mama.  -  Przeraziła  się. 

Czyżby stało się coś złego?! 

-  Nie  martw  się,  Mattie,  to  na  pewno  zwykłe  pozdrowienia  - 

próbował ją uspokoić Jack. 

Odebrała  od  recepcjonistki  białą  kopertę,  otworzyła  ją  i, 

przeczytawszy wiadomość, pobladła. 

- Co się stało? - spytał Jack. 

-  Twój  Harry  jest  chory...  -  szepnęła.  -  Mama  wezwała  dzisiaj 

rano weterynarza. Tak mi przykro... 

Jack  wyraźnie  bardzo  się  przejął.  Szybko  ruszyli  do  swoich 

pokojów. Musieli się spakować i jak najprędzej wracać do Londynu. 

 

 

ROZDZIAŁ JEDENASTY 

- Harry na pewno wyzdrowieje - zapewniała Mattie raz po raz. 

Jechali  z  Jackiem  z  londyńskiego  lotniska  Heathrow  w  stronę 

domu,  przy  którym  Diana  Crawford  prowadziła  hotel  dla  psów.  - 

Dzisiaj  rano  mama  mówiła  mi,  że  Harry  czuje  się  trochę  lepiej.  Jack 

wciąż był ponury. Nie mógł przestać myśleć o ukochanym psie. 

Poprzedniego  wieczora  mimo  późnej  pory  natychmiast  po 

powrocie do hotelowego apartamentu zatelefonowali do matki Mattie. 

Diana  spodziewała  się  ich  telefonu.  Wyjaśniła  spokojnym  tonem,  że 

Harry  ma  poważną  infekcję  układu  oddechowego,  że  badał  go 

background image

weterynarz,  zaaplikował  mu  antybiotyk,  i  że  Harry  obecnie  śpi  w 

swoim koszu w jej kuchni. 

Jacka niespecjalnie to uspokoiło. Nie był w stanie spać, całą noc 

chodził  po  salonie.  Mattie  nie  kładła  się,  żeby  mu  towarzyszyć. 

Zamawiała kolejne kawy. 

Nie  mogli  się  doczekać  poranka,  kiedy  można  było 

zarezerwować telefonicznie bilety na najbliższy lot do Londynu. 

Przed 

opuszczeniem 

hotelu 

Jack 

Mattie 

ponownie 

zatelefonowali  do  Diany.  Powiedziała,  że  stan  Harry'ego  się  nie 

pogarsza, a nawet być może już się poprawia. 

Jack  i tak  się  niepokoił,  w  samolocie  milczał  niemal  przez  cały 

czas.  Mattie  pocieszała  go,  jak  mogła.  Miała  nadzieję,  że  nie  będzie 

winił jej matki za chorobę swojego ulubieńca. To byłoby okropne. 

Myślała  także,  że  jakoś  nie  mogą  z  Jackiem  spędzić  w  spokoju 

choćby godziny tylko we dwoje. Za każdym razem, kiedy mieli na to 

nadzieję, wydarzało się coś niespodziewanego. 

Nie  byli  w  stanie  się  do  siebie  zbliżyć.  Tym  razem  Jack  nie 

rozmawiał  z  nikim,  tylko  zamknął  się  w  sobie.  Nic,  co  mówiła  czy 

robiła  Mattie,  nie  mogło  wyprowadzić  go  z  odrętwienia.  Był  to  dla 

niej  kolejny  dowód  tego,  że  Jack  jest  wprawdzie  czarująco 

towarzyski,  jednak  niechętnie  dzieli  się  z  innymi  wewnętrznymi 

przeżyciami. 

Mam nadzieję, że Harry'emu nic się nie stanie! - myślała Mattie. 

Była przekonana, że inaczej Jack żywiłby już na zawsze urazę do jej 

matki i do niej samej. 

background image

Dotarli do hoteliku Woofdorf. 

- Właśnie bada Harry'ego weterynarz - poinformowała ich Diana 

zaraz w drzwiach. 

- Porozmawiam z nim - odpowiedział Jack i ruszył do kuchni. 

Ogromnie martwił się o Harry'ego. 

Kiedy znikł z oczu Mattie, kolejny raz pomyślała ze smutkiem o 

tym, jak trudno jej będzie przyzwyczaić się do braku Jacka, kiedy się 

wkrótce rozstaną. 

-  Martwię  się,  że  tak  się  stało,  i  ogromnie  cię  przepraszam, 

Mattie! - odezwała się Diana, obejmując ją. - Ale chyba rozumiesz, że 

zawiadomienie Jacka było moim obowiązkiem. 

-  Oczywiście  -  zapewniła  Mattie.  -  Jack  nigdy  by  nam  nie 

wybaczył,  gdyby...  Jak  naprawdę  czuje  się  Harry?  -  spytała  z 

niepokojem. 

-  Dzisiaj  trochę  lepiej  -  odpowiedziała  Diana.  -  Na  pewno 

pomoże mu obecność Jacka. 

Niewątpliwie  miała  rację.  Mattie  wyobraziła  sobie,  jak  ona  by 

się ucieszyła, gdyby Jack odwiedził ją podczas choroby. 

-  Jak  minął  wam  weekend?  -  spytała  z  ciekawością  Diana.  - 

Dobrze się bawiłaś? 

-  Tak  -  odparła  smutnym  tonem  Mattie.  -  Rodzina  Jacka  to 

wyjątkowo mili ludzie. 

-  Nic dziwnego  -  odpowiedziała  z  uśmiechem  Diana.  -  Jack  też 

jest bardzo miłym człowiekiem. 

To  prawda.  Jest  bardzo  miły  -  pomyślała  Mattie.  A  także 

background image

nadzwyczaj  przystojny  i  czarujący.  I  kocham  go!  Mimo  to  więcej  go 

nie zobaczę, kiedy odjedzie. 

- Gdzie są pozostałe psy? - spytała. 

-  Zamknęłam  wszystkie  cztery  w  największym  boksie. 

Obawiałam  się,  że  choroba  Harry'ego  jest  zakaźna.  Jednak Michael  - 

miała na myśli weterynarza - mówi, że nie. Mimo to nie wypuszczam 

ich, żeby nie przeszkadzały Harry'emu odpoczywać. 

-  Potem  pójdę  się  z  nimi  przywitać  -  zdecydowała  Mattie.  - 

Chodźmy  lepiej  do  domu,  żeby  usłyszeć,  co  mówi  weterynarz.  Jack 

chyba będzie chciał zabrać Harry'ego do siebie. 

Nie  myliła  się.  Kiedy  weszły  z  Dianą  do  kuchni,  Jack 

dyskutował  właśnie  z  weterynarzem  o  możliwości  przewiezienia 

Harry'ego do domu. 

Mattie  pochyliła  się  nad  koszem,  w  którym  leżał  Harry.  Collie 

wyglądał  żałośnie.  Podniósł  ku  Mattie  smutne  oczy.  Czyżby  miał  do 

niej pretensje za to, że jego pan zniknął nagle na parę dni? 

Mattie  zawstydziła  się,  że  pozostawili  z  Jackiem  Harry'ego  w 

obcym  dla  niego  miejscu,  u  obcej  osoby.  Gdyby  nie  wyjechali  do 

Paryża, być może Harry by nie zachorował. 

- Bez wątpienia choroba Harry'ego rozwijała się już od kilku dni, 

kiedy  przywiózł  go  pan  tutaj  -  oznajmił  Jackowi  weterynarz.  -  Pani 

Diana  zawiadomiła  mnie  natychmiast,  kiedy  się  zorientowała,  że 

pańskiemu psu coś dolega. 

Przynajmniej Jack nie będzie winił mamy za chorobę Harry'ego 

- pomyślała z ulgą Mattie. Ogromnie się martwiła o chorego psa, jak 

background image

również o zatroskanego Jacka. 

-  Przewiezienie  Harry'ego  w  tej  chwili  naprawdę  mogłoby  mu 

zaszkodzić - mówił weterynarz. 

- Radzę zaczekać z tym przynajmniej do jutra. Jeśli nie ma pan 

nic  przeciwko  temu,  chciałbym  wpaść  tu  ponownie  jutro  z  samego 

rana,  aby  się  upewnić,  czy  Harry  zdrowieje.  Jeśli  tak,  nie  będzie 

przeszkód, aby zabrał go pan do domu. 

- Może zostaniesz u nas na noc, Jack? - zaproponowała Diana. 

Mattie popatrzyła na nią ze zdziwieniem. 

-  Nie  chciałbym  sprawiać  jeszcze  większego  kłopotu  - 

odpowiedział, kręcąc głową. 

- To nie będzie żaden kłopot - zapewniła Diana. - Możesz spać w 

pokoju  Mattie.  Mam  dwuosobowe  łóżko;  Mattie  może  spać  ze  mną. 

To  szerokie  łóżko,  na  pewno  będzie  nam  wygodnie.  -  Popatrzyła 

znacząco na Mattie. Nie wiedziała, co zaszło w Paryżu. 

Mattie  zaczęła  przemawiać  czule  do  Harry'ego,  aby  uniknąć 

pełnego ciekawości wzroku Diany. Cieszyła się, że włosy zasłoniły jej 

policzki, dzięki czemu nie było widać, jak się czerwieni. 

Miała  nadzieję,  że  dwaj  mężczyźni  nie  zwrócili  uwagi  na 

spojrzenie jej matki. 

- Nie będzie ci to przeszkadzało, Mattie? - spytał ponuro Jack. 

- Oczywiście, że nie - odpowiedziała, podnosząc wzrok. 

- W takim razie zostanę, dziękuję, Diano. 

-  Odprowadzę  cię  do  samochodu  -  powiedziała  Diana  do 

weterynarza. 

background image

Mattie i Jack zostali sami w kuchni. 

Sami  z  Harrym.  Jack  przyklęknął  przy  swoim  ulubieńcu, 

wyciągnął rękę i pogłaskał go ostrożnie. 

-  Mam  nadzieję,  że  naprawdę  nie  sprawi  ci  to  kłopotu...  - 

powiedział  do  Mattie.  -  Być  może  zgodziłaś  się  tylko  przez 

grzeczność. - Nie odrywał spojrzenia od psa. 

-  Będzie  nam  z  mamą  całkiem  wygodnie  -  zapewniła.  - 

Powinieneś być w pobliżu Harry'ego. - A także przy mnie - dodała w 

myślach. 

Jack skinął głową i wyprostował się. 

-  Pójdę  do  samochodu  po  rzeczy  -  powiedział.  -  Dziękuję  ci  za 

zrozumienie i pomoc, za wszystko. Zrobiłaś dla mnie naprawdę wiele, 

Mattie.  -  Dotknął  jej  ramienia  w  geście  podziękowania  i  wyszedł  z 

kuchni. 

Mattie  ucieszyła  się  z  chwili  samotności,  gdyż  mogła  nareszcie 

zebrać myśli. Nie znała uczuć Jacka, ale wiedziała, że cokolwiek czuł 

do niej w Paryżu, dobiegło końca. 

Powrócili  do  rzeczywistości.  Każdy  do  własnej  -  ich  światy  nie 

zazębiały się. 

Im szybciej to zaakceptuję, tym lepiej dla mnie - myślała. Choć 

na razie nie będzie jej łatwo zapomnieć o Jacku. Miał przecież spędzić 

noc w jej domu. 

Diana,  Mattie  i  Jack  usiedli  przy  stole,  aby  zjeść  wspólnie 

kolację.  Później  Diana  zaproponowała  grę  w  karty.  Starała  się  w  ten 

sposób zająć Jacka. Było to mądre posunięcie, chociaż przez to Mattie 

background image

cały  czas  przebywała  w  towarzystwie  Jacka.  A  nie  było  jej  łatwo 

siedzieć obok niego z obojętną miną. 

-  W  mojej  rodzinie  często  ze  sobą  rywalizuje  my  -  odezwał  się 

Jack, wygrawszy drugą z kolei partię wista. 

Mattie 

przypomniała 

sobie 

wszystkich 

miłych 

ludzi 

stanowiących  najbliższą  rodzinę  Jacka.  Ogromnie  ich  polubiła. 

Posmutniała, myśląc, że ich także więcej nie zobaczy. 

-  Zawsze  chciałam  mieć  liczną  rodzinę  -  wyznała  Diana.  - 

Niestety, to marzenie mi się nie spełniło. 

-  Może  można  je  jeszcze  zrealizować?  -  odpowiedział  z 

szelmowskim uśmiechem, tasując karty. 

- Mam czterdzieści trzy lata. To za dużo, żebym jeszcze myślała 

o dzieciach - odparła Diana, rumieniąc się odrobinę. 

- Ależ skąd - zaprzeczył. - A ty jak myślisz, Mattie? 

Mattie zamrugała, zdając sobie sprawę, że powinna inteligentnie 

odpowiedzieć.  Nie  była  w  nastroju  na  przysłuchiwanie  się,  jak  Jack 

kokietuje  jej  matkę.  Ani  na  kokietowanie  Jacka.  Zastanowiła  się 

chwilę nad jego słowami. 

Nigdy  nie  rozważała  tego,  czy  jej  matka  może  albo  powinna 

mieć  jeszcze  dzieci.  Ani  razu  bowiem  od  śmierci  ukochanego  męża 

nie umówiła się z żadnym mężczyzną. Od dwudziestu lat. 

- Mattie aż zaniemówiła - skomentowała z rozbawieniem Diana. 

- Nie dziwię się. - Wciąż się rumieniła. 

- Wcale nie zaniemówiłam - zaprzeczyła Mattie. Jej matka była 

wciąż młodą, piękną kobietą. W obecnych czasach wiele kobiet w jej 

background image

wieku  rodziło  jeszcze  dzieci.  -  To  mogłoby  być  cudowne  - 

powiedziała szczerze. 

- No widzisz, Diano? Mattie by się ucieszyła. 

Mattie  zmarszczyła  brwi.  Jej  matka  wyglądała  na  nieco 

onieśmieloną. 

- Za stara jestem, żeby myśleć o pieluchach - burknęła. 

Rozmowa przybrała dziwny obrót. 

-  Czy  nad  bliskimi  też  się  tak  znęcasz?  -  spytała  Diana  Jacka, 

wstając. 

-  Jeszcze  bardziej  -  odparł,  pokazując  piękne  zęby  w  kolejnym 

uśmiechu. 

-  Musiałeś  być  bardzo  nieznośnym  nastolatkiem.  -  Diana 

pokręciła  głową.  -  Czas  na  mnie.  Starsze  kobiety  muszą  dużo  spać, 

żeby  lepiej  wyglądać.  Dobranoc.  Mattie,  pokażesz  Jackowi,  gdzie 

będzie spał, prawda? - Uśmiechnęła się i wyszła z pokoju. 

Mattie podniosła się z miejsca. 

- Mam nadzieję, że nie będzie ci zbyt ciasno w moim akwarium - 

powiedziała, nieco zmieszana. 

Sądząc po wspaniałym apartamencie paryskiego hotelu, Jack był 

przyzwyczajony do luksusów. 

Sypialnia  wciąż  była  urządzona  tak  samo  jak  w  czasach,  kiedy 

Mattie była nastolatką. W pokoju dominowały kolory biały i różowy. 

Na półkach do tej pory stały młodzieżowe książki. Mniej więcej przed 

dwoma  laty  Mattie  zdjęła  ze  ścian  zdobiące  je  wcześniej  plakaty  ze 

zdjęciami ulubionych zespołów muzyki pop. 

background image

-  Z  pewnością  sobie  poradzę  -  powiedział  Jack.  -  Chociaż 

wcześniej  wyobrażałem  sobie,  że  spędzimy  dzisiejszy  wieczór  w 

innych okolicznościach... 

- Nieważne - zakończyła temat Mattie, wzruszając ramionami. - 

Napijesz  się  czegoś  przed  snem?  Może  zrobić  ci  herbaty?  - 

Zmarszczyła  brwi.  -  Wydaje  mi  się,  że  mamy  gdzieś  napoczętą 

butelkę  whisky,  którą  otworzyłyśmy  w  święta  Bożego  Narodzenia. 

Przynieść? 

-  Nie,  dziękuję  -  odparł,  wstając.  -  Zdaje  się,  że  Harry  wygląda 

lepiej niż w chwili naszego przyjazdu. 

Harry  przeleżał  większą  część  wieczora  u  stóp  pana.  Teraz 

podniósł się na dźwięk własnego imienia, zamerdał nawet ogonem. 

-  Rzeczywiście.  -  Mattie  delikatnie  podrapała  psa  za  uchem.  - 

Cieszę się. 

Jack popatrzył na swojego ulubieńca. 

-  Czy  myślisz,  że  on  także  sprzysiągł  się  z  moją  rodziną,  żeby 

nie pozwolić nam na spokojny wieczór tylko we dwoje? - zażartował. 

-  Wygląda  na  inteligentnego  psa,  ale  nie  na  złośliwego  - 

odpowiedziała, podnosząc wzrok. 

-  Nie,  nie  jest  ani  trochę  złośliwy  -  zapewnił  Jack.  Wyciągnął 

ręce  i  przytulił  Mattie.  -  Myślę,  że  jestem  ci  winien  romantyczny 

weekend  w  Paryżu  -  oznajmił.  -  Ty  dotrzymałaś  warunków  naszej 

umowy. 

Dotrzymałam?  -  zamyśliła  się.  W  każdym  razie  nie  za  bardzo 

udało mi się powstrzymać Sharon przed narzucaniem się Jackowi. 

background image

Poczuła się niezręcznie, stojąc tak przytulona do niego. 

- Twoi bliscy byli bardzo rozczarowani tym, że musisz wyjechać 

wcześniej - odezwała się, aby przerwać dwuznaczne milczenie. 

-  Że  musimy  wyjechać  wcześniej  -  poprawił  ją.  -  Ty  i  ja. Moja 

mama bardzo cię lubi. 

- Jest  wyjątkowo miłą osobą -  odpowiedziała Mattie obojętnym 

tonem. Mimo to zarumieniła się. 

- Mattie? - odezwał się znowu. 

Podniosła  wzrok.  Nie  wiadomo  dlaczego  jej  oczy  zamgliły  się 

nagle  łzami.  Zobaczyła,  że  Jack  powoli  opuszcza  głowę  i  zbliża  usta 

do jej warg. 

Pocałował ją. 

Z  początku  delikatnie,  potem  pocałunek  stał  się  bardziej 

namiętny.  Mattie  także  całowała  go  śmielej.  Przecież  tak  ogromnie 

pragnęła z nim być! Jak najbliżej, zawsze, całe życie! 

- Nie! - wykrzyknęła nagle, cofając się. Poprawiła ubranie. - Ten 

weekend  się  skończył,  Jack  -  powiedziała.  -  To,  co  teraz  robisz, 

wykracza poza zobowiązania wynikające z naszej umowy. 

- Owszem - zgodził się Jack - ale... 

-  To  był  męczący  weekend  -  przerwała  mu  -  zarówno  pod 

względem fizycznym, jak i psychicznym. Jestem zmęczona! 

Nie była w stanie patrzeć Jackowi w oczy. 

- Ja też jestem zmęczony - odparł. - Jednak... 

-  To  się  doskonale  składa.  -  Jak  zwykle  nie  dała  Jackowi  dojść 

do słowa. - Pokażę ci pokój, w którym będziesz spał. 

background image

Ruszyła  przodem;  Jack  szedł  za  nią,  ciągnąc  korytarzem  swoją 

walizkę. 

-  Przepraszam  za  wystrój  -  odezwała  się,  kiedy  weszli  do  jej 

sypialni. 

- W porządku - odparł cicho. Był zamyślony. 

Mattie  wstydziła  się  przed  nim  swojego  pokoju,  wszystkich 

różowych  przedmiotów,  szeregu  lalek  z  czasów  dzieciństwa, 

spoczywających na kanapie. 

- Łazienka jest na prawo, pierwsze drzwi - powiedziała. 

Jack podniósł wzrok i uśmiechnął się. 

- Dziękuję. 

- To do zobaczenia rano. 

- Mattie? 

Zadrżała. 

- Słucham? 

Jack  pochylił  głowę  i  z  wyrazem  zakłopotania  na  twarzy 

powiedział: 

- Już drugi raz zacząłem cię całować... 

- Zauważyłam - odparła z lekkim zniecierpliwieniem.  

Podczas  ostatniego  pocałunku  omal  nie  straciła  panowania  nad 

sobą, poddając się na chwilę urokowi Jacka. 

- Na razie nie chcę, żebyśmy namiętnie się całowali - oznajmił. - 

To  nie  ten  etap  znajomości.  Ale  tak  bardzo...  To  znaczy... 

Zachowujesz się inaczej niż wtedy, kiedy wyjeżdżaliśmy i... - Nie był 

w stanie dokończyć. 

background image

Oczywiście,  że  zachowuję  się  inaczej,  ponieważ  w  ciągu 

minionego weekendu zdążyłam się w tobie zakochać - pomyślała. 

- Nie wiem, o co ci chodzi - skłamała. 

-  A  jednak  odnosisz  się  do  mnie  jakby...  chłodniej.  Kiedy  cię 

poznałem,  wydałaś  mi  się  energiczną  dziewczyną,  a  teraz  widzę  w 

tobie jakąś niejasną dla mnie nostalgię. 

- Mówiłam ci, że jestem zmęczona - odparła krótko. 

- Tylko tyle? - upewnił się. 

-  Wystarczy  -  zakończyła,  patrząc  na  różową  tapetę  obok  jego 

głowy.  -  Jutro,  kiedy  się  porządnie  wyśpimy,  na  pewno  oboje 

będziemy w lepszych humorach. 

Jack pokiwał głową. Ta odpowiedź na pewno go nie zadowoliła. 

- W takim razie dobranoc - powiedział. 

- Dobranoc. - Mattie wyszła i zamknęła za sobą drzwi. 

Muszę się chwilę uspokoić, zanim pójdę do mamy - pomyślała. 

Nie chciała, żeby matka dostrzegła jej wzburzenie. 

Kiedy  Mattie  mijała  kuchnię,  Harry  zerknął  z  kosza,  a  potem 

odwrócił łeb, zawiedziony, że to nie Jack. 

Czuję  się  podobnie  jak  ty  -  pomyślała  Mattie,  spoglądając  na 

cierpiącego psa. 

-  Smutno  ci,  malutki?  -  spytała  łagodnie.  -  Oboje  kochamy 

Jacka, prawda? 

Przecież miłość powinna być radosna - myślała. 

Owszem, przebywanie z Jackiem było dla niej wielką radością, a 

przytulanie się do niego - cudownym, trudnym do opisania stanem. 

background image

Jednak jednocześnie trawił ją ból z powodu tego, że jej uczucie 

nie jest i nie będzie odwzajemnione. 

Rozpłakała się. 

 

 

ROZDZIAŁ DWUNASTY 

- Dzień dobry! - odezwała się wesoło Mattie, kiedy Jack wszedł 

do kuchni o ósmej rano następnego dnia. - Zjesz jajka na bekonie czy 

tylko owsiankę? - spytała, nalewając mu kubek mocnej kawy. 

Mattie  obudziła  się  o piątej  rano i nie  była  w  stanie  już  zasnąć. 

Rozmyślała,  leżąc  obok  matki.  Postanowiła  zachowywać  się  przy 

Jacku tak, jak gdyby nic się nie stało. Powinna być wesoła. Jack chciał 

ją taką widzieć. Jeszcze zdążę się napłakać - myślała ze smutkiem. 

Sam  Jack  nie  wydawał  się  wesoły.  Miał  podkrążone  oczy,  był 

nieogolony, wydawał się zaspany. Chyba dopiero przed chwilą wstał. 

-  Dziękuję,  napiję  się  tylko  kawy  -  mruknął.  -  Dzięki.  -  Wypił 

duży łyk. - Gdzie jest Harry? - spytał, patrząc na pusty kosz. 

- Mama poszła z nim na spacer - wyjaśniła energicznym głosem 

Mattie. - Harry czuje się nieporównanie lepiej niż wczoraj wieczorem. 

- Ty także - zauważył Jack. 

-  Mówiłam  ci,  że  kiedy  się  wyśpimy,  będziemy  w  lepszych 

humorach. 

-  Zawsze  masz  taki  świetny  humor,  kiedy  się  obudzisz?  - 

zapytał. 

- Zazwyczaj - potwierdziła. 

background image

Włożyła dwie kromki chleba do opiekacza. Wiedziała, że Jack i 

tak zje, kiedy ona postawi przed nim jedzenie. Musiał być głodny, bo 

poprzedniego dnia jadł bardzo mało. 

- A czy ty zawsze jesteś rano taki mało pogodny? - spytała. 

- Zazwyczaj - powtórzył jej odpowiedź Jack. 

Mattie pokręciła głową. 

- W takim razie chyba dobrze, że nie mieszkamy razem, prawda? 

- odparła wyzywająco. 

Wyjęła  chleb  z  tostera  i  położyła  go  na  stole,  gdzie  stała  już 

maselniczka i słoiki z konfiturami. 

-  Mattie...  -  zaczął,  ale  przestraszyła  się  jego  odpowiedzi  i  jak 

zwykle mu przerwała. 

- Dolać ci kawy? - spytała. - A może sam sobie dolejesz. Pójdę 

na  dwór,  zobaczę,  czy  mama  nie  potrzebuje  pomocy  przy  psach.  - 

Wypadła z kuchni, zanim Jack zdążył cokolwiek powiedzieć. 

Miała nadzieję uniknąć trudnej rozmowy. 

A  za  godzinę  już  go  nie  będzie  i  wówczas  przyjdzie  czas,  by 

mogła  martwić  się  w  spokoju  całkiem  sama.  Zanim  Jack  wyjedzie, 

będzie odgrywała przed nim wesołą i pełną energii. 

Diana  znała  Mattie  znacznie  lepiej  niż  Jack  i  nie  pozwoliła  się 

łatwo oszukać. 

-  Późno  wczoraj  przyszłaś  do  pokoju  -  odezwała  się.  - 

Słyszałam, że Jack poszedł spać parę godzin przed tobą. 

-  Nie  chciało  mi  się  spać  -  odpowiedziała.  -  Byłam 

podekscytowana wydarzeniami minionego weekendu. 

background image

-  Michael  już  był  u  Harry'ego  -  oznajmiła  Diana.  -  Mówi,  że 

skoro  Harry  czuje  się  lepiej  niż  wczoraj,  Jack  może  zabrać  go  do 

domu... Czy Jack już wstał? - spytała. 

- Tak, właśnie podałam mu śniadanie - odpowiedziała możliwie 

obojętnym tonem Mattie. 

Obawiała  się,  czy  matka  nie  odczytuje  z  jej  zachowania  tego, 

jakie  są  jej  uczucia  do  Jacka.  Czy  sam  Jack  się  tego  nie  domyśla? 

Gdyby tak było, Mattie czułaby się upokorzona. 

Zaczęła  wyjmować  z  boksów  miski,  aby  napełnić  je  psim 

jedzeniem.  Jeszcze  tylko  godzina  -  myślała.  Potem  więcej  go  nie 

zobaczę. 

Karmiła  psy.  W  pewnej  chwili  omal  nie  upuściła  miski  z 

jedzeniem na dźwięk znajomego głosu. 

- Mattie! - zawołał Jack. 

Jeszcze nie odjechał! 

Odwróciła głowę. 

-  Harry  jest  na  wybiegu  za  domem.  Weterynarz  powiedział,  że 

możesz już zabrać swojego ulubieńca. - Z powrotem zajęła się miską z 

jedzeniem dla jednego z psów. 

- Mattie! - zawołał znowu. 

-  Niedługo  skończę  -  powiedziała,  odwracając  się  na  chwilę 

jeszcze raz. 

Jack przyjrzał jej się uważnie. 

- Chciałbym przed odjazdem napić się z tobą kawy - oznajmił. 

I o czym będziemy rozmawiać? - pomyślała Mattie. O minionym 

background image

weekendzie? I po co? 

Bała się pożegnania z Jackiem. 

-  Kiedy  skończę,  będę  musiała  jak  najszybciej  pojechać  do 

kwiaciarni - odpowiedziała, kręcąc głową. 

- Z pewnością możesz mi poświęcić dziesięć minut - uciął Jack, 

po czym ruszył za dom. 

Mattie popatrzyła za nim gniewnie. Dlaczego właściwie miałaby 

spełnić jego prośbę? 

- Jack już odjeżdża? - spytała Diana, wychodząc z boksu, który 

czyściła. 

- Tak, za parę minut - potwierdziła Mattie. 

Matka popatrzyła na nią smutno. 

-  Nie  martw  się  -  powiedziała  -  na  pewno  wkrótce  znowu  go 

zobaczysz. - Ścisnęła dłoń córki dla dodania jej otuchy. 

Mattie pokręciła głową. 

-  Niestety,  mamo,  nie  spodziewasz  się  tego,  ale...  spędzony  z 

nim weekend był tak okropny, że nie mam ochoty więcej oglądać tego 

człowieka. 

Po cóż miałaby zadawać sobie dodatkowy ból? 

- Szkoda, Mattie - odezwał się głucho zza jej pleców głos Jacka. 

- Moja mama zamierza zaprosić cię na ślub Sandy i Thoma. 

Mattie  zamknęła  oczy  i  znieruchomiała.  Dlaczego  usłyszał 

akurat to, a nie inne zdanie? Do diabła! 

Odwróciła  się  powoli.  Jack  wyglądał  oczywiście  na 

rozczarowanego. Czyżby oczekiwał, że Mattie będzie mu się narzucać 

background image

tak  jak  Sharon?  Nigdy  w  życiu  nie  zachowywałaby  się  podobnie  do 

Sharon Keswick! 

- Wymyślę jakąś wymówkę - odpowiedziała Jackowi. - W końcu 

twoja  mama  chce  mnie  zaprosić  tylko  dlatego,  że  myśli,  że  jesteśmy 

razem. 

- I bardzo się myli! - skomentował Jack, sfrustrowany. 

Popatrzył na Mattie, potem na Dianę. 

- Chyba już czas na mnie - powiedział. - Dziękuję za gościnę. 

-  Nie  ma  za  co  -  odparła  Diana,  rzucając  Mattie  karcące 

spojrzenie. Ruszyła w stronę domu. - Napijmy się razem kawy, zanim 

odjedziesz, Jack. 

- Dziękuję za propozycję, jednak naprawdę będzie chyba lepiej, 

jeśli odjadę natychmiast. Cześć, Mattie. 

- Cześć. Uważaj na siebie! - Mattie pomyślała, że chyba nie jest 

osobą konsekwentną. 

Teraz  wcale  nie  chciała,  żeby  Jack  odjechał.  Miała  ochotę 

zatrzymać go choćby na chwilę. 

- Ty też na siebie uważaj - powiedział niespodziewanie. 

-  Dobrze  -  obiecała,  po  czym  odwróciła  wzrok,  bojąc  się,  że 

oczy zdradzą jej uczucia. 

-  Mattie,  nie  odprowadzisz  Jacka  do  samochodu?  -  spytała  z 

oburzeniem Diana. 

Mattie zdawała sobie sprawę, że zachowuje się niegrzecznie, ale 

wiedziała, że gdyby  wyszła z matką odprowadzić Jacka, z pewnością 

by  się  rozpłakała.  Nie  chciała,  żeby  dowiedział  się  o  tym,  jak  wiele 

background image

dla niej znaczy. Będzie jeszcze miała czas płakać po jego odjeździe. 

- Po co Jackowi komitet pożegnalny? - odpowiedziała. 

Diana była zaskoczona zachowaniem Mattie. 

-  Proszę  się  nie  przejmować,  Diano  -  odezwał  się  Jack 

zrezygnowanym  tonem.  -  Mattie  powiedziała,  że  jest  zajęta  -  dodał 

ironicznie. 

-  Jutro  wieczorem  przyjdę  jak  zwykle  do  twojego  biura,  żeby 

podlać rośliny - odezwała się Mattie.  

Milczenie okazało się dla niej zbyt niewygodne. 

-  Rośliny  z  pewnością  będą  bardzo  zadowolone  -  mruknął, 

wołając Harry'ego. 

- Co się z tobą dzieje?! - szepnęła ze złością Diana do Mattie. 

Mattie  pokręciła  tylko  głową,  patrząc  na  Jacka.  Nic,  co  by 

powiedziała albo zrobiła, nie mogło powstrzymać jego zniknięcia z jej 

życia. 

-  Porozmawiamy,  kiedy  odjedzie  -  oznajmiła  Diana  i  poszła  w 

stronę domu. 

Mattie  ruszyła  za  nią.  Myślała  o  tym,  że  kocha,  ale  nie  jest 

kochana.  Że  zakochała  się  w  mężczyźnie,  który  nie  odwzajemnia  jej 

uczucia, który nie pokocha jej nigdy... 

I  nagle,  kiedy  usłyszała  trzask  zamykanych  drzwi  samochodu  i 

odgłos  uruchamianego  silnika,  wybiegła  zza  domu.  Jack  już 

odjeżdżał.  Mattie  uniosła  rękę  i  zamachała,  choć  wątpiła,  aby 

zobaczył ją w lusterku. Do jej oczu napłynęły łzy. 

- Cieszę się, że chociaż przybiegłaś mu pomachać - odezwała się 

background image

Diana, ujmując córkę pod rękę i ściskając lekko jej dłoń. 

Mattie zbierało się na płacz. 

Wtem zobaczyła w tylnym oknie samochodu Jacka dwa otwarte 

psie pyski. 

- Mamo, Jack zabrał dwa psy! - zawołała ze zdumieniem. 

-  Owszem  -  potwierdziła  z  uśmiechem  Diana.  -  Wziął  również 

Sophie. 

- Jak to? 

-  Tego  ranka, kiedy  przyjechał  do  mnie  z  kwiatami,  spytał,  czy 

zgodziłabym się oddać mu Sophie. Ogromnie ją polubił. 

-  Naprawdę?  -  Mattie  zamrugała  z  niedowierzaniem.  To  o 

Sophie Jack dyskutował z mamą tamtego ranka? 

-  Tak  -  Diana  potwierdziła  swoje  słowa.  -  Mówił,  że 

opowiedziałaś mu historię Sophie, że to wspaniałe zwierzę, że myślał 

o  niej  kilka  dni,  martwiąc  się  jej  losem.  Harry  i  Sophie  spędziły 

miniony  weekend  razem.  Postanowiliśmy  z  Jackiem  sprawdzić,  czy 

będą  się  dobrze  rozumiały.  Próba  wypadła  pomyślnie  i  oto  Sophie 

znalazła nowy dom! 

Mattie popatrzyła za oddalającym się czerwonym samochodem. 

Coś takiego! - myślała. Jak to się stało, że Jack zabrał Sophie, a 

mnie pozostawił? 

 

 

 

 

 

background image

ROZDZIAŁ TRZYNASTY 

-  Chodź,  kochanie  -  odezwała  się  Diana  chwilę  po  tym,  jak 

sportowy  samochód  Jacka  zniknął  jej  z  oczu.  -  Napijemy  się  kawy  i 

porozmawiamy, dobrze? 

-  Chcesz  rozmawiać  o  Jacku,  prawda?  -  spytała  niechętnie 

Mattie. 

- Owszem. 

- Czy mogłybyśmy odłożyć tę rozmowę na później? - poprosiła 

Mattie.  Czuła,  że  musi  pobyć  jakiś  czas  sama,  aby  się  uspokoić  i 

zebrać  myśli.  -  Porozmawiajmy  po  południu  -  zgadzasz  się?  Obie 

mamy sporo pracy, ty tutaj, a ja w kwiaciarni - dodała. 

Diana popatrzyła na córkę. 

- Skoro nalegasz... - zgodziła się bez przekonania, zobaczywszy 

minę  Mattie.  -  Ale  koniecznie  musimy  porozmawiać  dzisiaj.  Gdy 

tylko wrócisz z kwiaciarni. Wczoraj, kiedy przyjechaliście z Jackiem, 

wydawało  mi  się,  że...  -  Pokręciła  głową,  zamiast  dokończyć.  - 

Niepotrzebnie się martwisz, Mattie. To w niczym ci nie pomoże. 

-  Przejdzie  mi  -  mruknęła  z  westchnieniem  Mattie.  Może  i 

niepotrzebnie  się  martwiła,  jednak  trudno  jej  było  natychmiast 

pogodzić się z tym, że nigdy więcej nie zobaczy Jacka. 

- Nie jestem pewna, czy tak łatwo ci przejdzie - odpowiedziała z 

powątpiewaniem Diana. 

Mattie  sama  nie  dowierzała  słowom,  które  przed  chwilą 

wypowiedziała. 

- Wrócę na lunch - zapewniła. 

background image

-  Koniecznie  przyjedź.  Wieczorem...  -  Diana  zrobiła  pauzę, 

nieoczekiwanie  wyglądała  na  zawstydzoną  -  ...umówiłam  się.  Nie 

będę jadła z tobą kolacji. 

Mama  się  z  kimś  umówiła?  -  zdumiała  się  Mattie.  Tak!  Jej 

matka zarumieniła się ze wstydu. 

-  Czyżbyś  umówiła  się  z  Michaelem  Vaughanem?  -  spytała 

Mattie,  wymieniając  nazwisko  sympatycznego  weterynarza,  który  od 

pewnego  czasu  stale  współpracował  z  Dianą.  -  Bardzo  miły  i 

przystojny mężczyzna. 

-  Tak...  -  odpowiedziała  cicho, kiwając  głową  na  potwierdzenie 

słów  córki.  -  Jest  wdowcem.  I  uwielbia  zwierzęta.  Już  kilkakrotnie 

proponował mi randkę, a ja za każdym razem odmawiałam. 

-  To  świetnie,  że  się  nareszcie  zgodziłaś,  mamo!  -  zapewniła 

Mattie. - Może to mężczyzna dla ciebie. 

-  Co  ty  mówisz?  -  obruszyła  się  Diana.  Mimo  to  w  jej  oczach 

widać było zadowolenie. - Bałam się powiedzieć ci o tym spotkaniu. 

-  Dlaczego?  -  Mattie  nachyliła  się  i  pocałowała  matkę  w 

policzek. - Już czas, żebyś sobie kogoś znalazła. Tyle lat żyjemy tylko 

we dwie. 

- Tak uważasz? - upewniła się Diana. 

- Tak. 

Diana uśmiechnęła się, zawstydzona. 

 

Mattie pojechała do kwiaciarni. Wprawdzie był dzień  wolny od 

pracy,  jednak  postanowiła  posprzątać  i  przygotować  zamówienia  na 

background image

następny dzień. 

Pracując,  myślała  o  Jacku.  Tęskniła  za  nim.  Gdyby  nie  była 

zajęta, prawdopodobnie płakałaby cały dzień. 

W  pewnej  chwili  zadzwonił  telefon.  Zdziwiła  się.  Przecież 

klienci  wiedzieli,  że  kwiaciarnia  jest  nieczynna.  Mimo  to  ktoś 

próbował się dodzwonić, aby złożyć pilne zamówienie. 

-  Słucham,  kwiaciarnia  -  powiedziała  Mattie,  podniósłszy 

słuchawkę. - Czym mogę służyć? 

- Witam, piękna kwiaciarko - odezwał się głos Jacka. 

Mattie znieruchomiała. 

- Jesteś tam? - upewnił się. 

Nie wiedziała, co odpowiedzieć. Zaniemówiła. 

- Mattie? Słyszysz mnie? 

-  Słyszę,  słyszę  -  odpowiedziała  w  końcu.  -  Po  prostu...  nie 

spodziewałam się, że zatelefonujesz. 

- Rozumiem. Dzwonię w pilnej sprawie - oznajmił. 

- Czyżby Sophie uciekła? - spytała Mattie. 

- Nie. Sophie czuje się świetnie, podobnie jak Harry. Naprawdę 

przypadli sobie do gustu. Telefonuję, ponieważ moja mama - wrócili z 

tatą  z  Paryża  pół  godziny  temu  -  zadzwoniła  do  mnie  właśnie  i 

zaprosiła nas na dziś wieczór na kolację, razem. 

- I dlatego do mnie dzwonisz? - Mattie była zdziwiona. 

- Tak. 

-  Dziękuję,  ale  nie  przyjmę  zaproszenia  twojej  mamy  - 

odpowiedziała. 

background image

- Dlaczego? 

-  Właśnie  wróciliśmy  ze  spędzonego  wspólnie  weekendu  - 

przypomniała. 

- I co chcesz przez to powiedzieć? - Jack nie ustępował. 

-  Jestem  zaskoczona  tym,  że  chcesz,  abym  spędziła  kolejny 

wieczór z tobą i twoimi rodzicami. 

Propozycja  Jacka  i  jego  matki  byłaby  dla  Mattie  ogromnie 

nęcąca  -  gdyby  nie  to,  że  nie  chciała  udawać  przed  rodzicami  Jacka 

jego  dziewczyny.  Naprawdę  polubiła  rodzinę  Jacka  i  uważała  jego 

postępowanie  za  nieuczciwe.  Jak  mógł  oszukiwać  rodziców,  którzy 

byli dla niego tacy dobrzy? 

-  Rzeczywiście,  dziś  rano  wyraźnie  okazałaś  mi  chłód  - 

powiedział. - Myślałem jednak, że na tyle polubiłaś moich rodziców, 

że może zechcesz spotkać się z nami wszystkimi... 

-  Ogromnie  lubię  twoich  rodziców  -  zapewniła.  -  I  właśnie 

dlatego  nie  chcę  się  z  wami  spotkać.  -  Westchnęła.  -  Na  miniony 

weekend  zawarliśmy  umowę.  Ale  weekend  się  skończył  i  myślę,  że 

twoi  rodzice  zasługują  na  to,  żebyś  powiedział  im  prawdę.  Nie  mam 

ochoty dłużej oszukiwać tak wspaniałych ludzi. 

W słuchawce zapadło milczenie. Przedłużało się. 

- Jack? - odezwała się wreszcie Mattie. 

- Oszukiwać... - Jack powtórzył kluczowe słowo, jakiego użyła. - 

Powiedz, co o mnie myślisz? 

Uważam,  że  jesteś  dobrym,  kochającym  rodzinę,  miłym, 

uczciwym  człowiekiem  -  pomyślała  natychmiast.  Do  tego 

background image

niesłychanie  przystojnym,  atrakcyjnym  fizycznie  i  czarującym. 

Mężczyzną moich marzeń, człowiekiem, w którym się zakochałam! 

Nie mogła jednak tego powiedzieć. 

-  Myślę  -  odparła  -  że  jesteś  na  tyle  przyzwoitym  człowiekiem, 

że  powinieneś  zrozumieć,  że  dalsze  udawanie  przed  twoimi 

rodzicami, że jesteśmy parą, nie jest dobre ani uczciwe. 

-  Mattie,  ja  niczego  przed  nimi  nie  udaję  -  oznajmił.  - 

Rozumiem, że ty... 

- Nie żartuj! - przerwała mu. - Za bardzo lubię i szanuję twoich 

rodziców,  żeby...  Zaraz...  Co  właściwie  masz  na  myśli,  mówiąc,  że 

niczego nie udajesz? 

-  Niczego  nie  udaję  -  powtórzył.  -  Przed  rodzicami, przed  tobą, 

przed nikim. 

- Jak to? - Mattie była zupełnie zaskoczona. 

-  Przez  cały  czas  niczego  nie  udawałem  -  potwierdził  swoje 

słowa Jack. 

Mattie  przełknęła  ślinę.  Zrobiło  jej  się  gorąco.  Jej  serce 

przyspieszyło. Co to znaczy? Jeżeli Jack niczego nie udaje, czyżby... 

Czy to możliwe, żeby...? Bała się dokończyć myśli. 

-  Nie  przejmuj  się  -  odezwał  się  znowu.  -  Nie  wymagam  od 

ciebie,  żebyś  mi  powiedziała,  że  też  mnie  kochasz.  Zdaję  sobie 

sprawę,  że  tak  nie  jest,  dałaś  mi  to  do  zrozumienia  dziś  rano.  Mimo 

to... 

-  Jack!  Chciałabym  z  tobą  porozmawiać  osobiście,  nie  przez 

telefon. 

background image

- Nie mam ochoty znowu stawać dzisiaj z tobą twarzą w twarz - 

odpowiedział. - Dość się już nacierpiałem rano. Wiesz, aż do tej pory 

nie  wiedziałem,  jakie  to  okropne  przeżycie  zostać  odrzuconym  przez 

kogoś, kogo się pokochało. Mam już prawie trzydzieści trzy lata i do 

czasu, kiedy  cię  poznałem,  nie  spotkałem  kobiety,  z  którą  chciałbym 

spędzić  resztę  życia.  Nigdy  mnie  to  nie  martwiło.  Moi  rodzice 

pokochali  się  od  pierwszego  wejrzenia  i  zawsze  uważałem,  że  ja  też 

kiedyś  poznam  kobietę  mojego  życia.  Czekałem  cierpliwie.  I 

rzeczywiście  zakochałem  się  od  pierwszego  wejrzenia.  Nie  przyszło 

mi jednak do głowy, że ty mnie nie pokochasz. 

Przecież to nieprawda! - pomyślała Mattie. 

Słowa Jacka tak ją oszołomiły, że nie była w stanie mówić. 

Jack mnie kocha?! - myślała zaskoczona. 

Pokochał mnie od pierwszego wejrzenia?! 

Tak samo jak ja - jego! 

-  Rozumiem,  że  nie  chcesz  odgrywać  przed  moimi  rodzicami 

zakochanej  we  mnie  dziewczyny  -  odezwał  się  znowu.  Westchnął.  - 

Chyba  rzeczywiście  będzie  lepiej,  jeśli  nie  przyjdziesz  na  tę  kolację. 

Zdaje się, że tak bardzo chciałem znowu cię zobaczyć, spędzić z tobą 

miło  czas...  Nie  zdawałem  sobie  sprawy,  że  to  niemożliwe... 

Wytłumaczę  moim  rodzicom,  co  się  stało  w  ciągu  minionego 

weekendu - kontynuował. - Mojej mamie będzie smutno, że więcej cię 

nie  zobaczy.  Mnie  tym  bardziej...  Ale  trudno...  To  mój  kłopot. 

Poradzę sobie z nim. 

- Nie! - zawołała Mattie, zdając sobie sprawę, że nie zabrzmiało 

background image

to mądrze. Była tak oszołomiona. 

- Jak to: nie? 

- Myślę, że to wspaniały pomysł, żebyśmy zjedli dzisiaj kolację 

razem:  ty,  ja  i  twoi  rodzice  -  wyjaśniła.  -  Muszę  ci  powiedzieć  coś 

ważnego:  ja  także  nie  udawałam.  -  Zawstydziła  się  swojej  pomyłki, 

swojego braku odwagi, przesadnej dbałości o własną dumę. 

Błędnie  oceniła  intencje  Jacka,  obawiała  się  odrzucenia.  Nie 

chciała wyznać mu nieodwzajemnionej - jej zdaniem - miłości i przez 

to wszystko omal nie popełniła największego błędu w swoim życiu! 

Przypomniała jej się opowieść Thoma - przed pięcioma laty nie 

wyznał  ukochanej  kobiecie  miłości  i  w  wyniku  tego  stracił  Sandy. 

Wprawdzie  po  kilku  latach  odnaleźli  się  na  nowo,  ale  Mattie  mogła 

stracić Jacka na dobre. 

-  Mattie...  -  odezwał  się  znowu.  -  Co  chcesz  przez  to 

powiedzieć? 

Mówił  bardzo  niepewnym  tonem.  On, najbardziej pewny  siebie 

człowiek, jakiego w życiu spotkała! 

-  Proszę  cię,  czy  moglibyśmy  jednak  porozmawiać  twarzą  w 

twarz?  -  odpowiedziała  Mattie.  -  Mam  ci  do  powiedzenia  coś,  czego 

nie chciałabym mówić przez telefon. 

-  Rozumiem  -  odparł,  nagle  podekscytowany.  -  Za  dziesięć 

minut  będę  w  twojej  kwiaciarni!  -  Chyba  domyślał  się,  co  może 

chcieć mu powiedzieć Mattie. 

-  Spotkajmy  się  w  parku  po  drugiej  stronie  ulicy  - 

zaproponowała.  -  Tam  jest  tak  romantycznie...  Świeci  słońce, 

background image

śpiewają ptaki... 

- Będę tam za dziesięć minut! - zapewnił. - W parku koło twojej 

kwiaciarni! 

Mattie powoli odłożyła słuchawkę. 

Czy  to  się  dzieje  naprawdę?  -  myślała.  -  Czy  Jack  mnie 

rzeczywiście kocha?  

Pokochał mnie od pierwszego wejrzenia?! 

 

 

ROZDZIAŁ CZTERNASTY 

Mattie  stała  pośrodku  parku,  podziwiając  piękny  ogród  różany. 

Nagle  spostrzegła  Jacka.  Zbliżał  się  sprężystym  krokiem  od  strony 

południowej bramy. 

Spuściła wzrok, onieśmielona. Za chwilę będzie musiała wyznać 

Jackowi miłość. Jak zdobyć się na taką odwagę? Wprawdzie słyszała 

już jego wyznanie miłości, jednak złożenie podobnej deklaracji prosto 

w oczy jest silnym przeżyciem. 

Jack  najwyraźniej  niczego  już  się  nie  obawiał.  Wyciągnął  ręce, 

przytulił Mattie i oznajmił z uczuciem: 

-  Kocham  cię,  Mattie!  -  Następnie,  nie  czekając  na  odpowiedź, 

nachylił się i pocałował Mattie w usta. 

Jack naprawdę ją kochał! 

Oparła  dłonie  na  jego  ramionach,  a  potem  objęła  go  za  szyję, 

wspięła się na palce i również pocałowała go w usta, angażując w ten 

pocałunek całe uczucie. 

background image

Spojrzeli sobie w oczy. Jej policzki płonęły. 

-  Coś  podobnego!  -  skomentował  Jack.  -  To  chyba  starczy  za 

wyznanie.  Czy  możemy  natychmiast  się  zaręczyć?  Chciałbym  się  z 

tobą ożenić, Mattie! - wyznał. - Jak najszybciej. Uważam, że nie mam 

na co czekać. 

Ożenić! Jak najszybciej! - powtarzała w myśli Mattie. 

Cudownie,  ale...  Od  razu  wyjść  za  Jacka?  W  jej  głowie  kłębiły 

się  coraz  to  nowe  myśli,  targały  nią  emocje.  Usiłowała  oswoić  się  z 

tym,  że  Jack  ją  kocha,  a  on  nagle  wyznał  jej,  że  chce  się  z  nią  jak 

najszybciej ożenić! To za wiele jak na pół godziny! 

Mattie pokręciła głową, oszołomiona. 

-  Prawie  się  nie  znamy...  -  odpowiedziała.  -  Poznaliśmy  się...  - 

obliczyła szybko - przed dziewięcioma dniami. 

Jack wzruszył ramionami. 

- To prawda, ale ja już wiem, że cię kocham. Zakochałem się w 

tobie  od  pierwszego  wejrzenia,  kiedy  pierwszy  raz  przyjechałem  do 

Woofdorf.  Jeszcze  nigdy  nie  czułem  czegoś  takiego...  jak  w  twojej 

obecności! Od początku wiedziałem, że jesteśmy dla siebie stworzeni. 

Jesteś  wspaniała,  po  prostu  cudowna!  Jesteś  moim  marzeniem  - 

mówił.  -  Chciałbym  ci  powiedzieć,  że...  dziś  rano  wyjątkowo 

zachowywałem  się  tak  dziwnie,  bo...  spodziewałem  się,  że  wkrótce 

pożegnamy się na dobre. 

Mattie  doskonale  rozumiała,  jak  musiał  się  czuć.  Popatrzył  na 

nią z miłością. 

- Usiądźmy na ławce - zaproponował. 

background image

Usiedli, Jack objął Mattie i przytulił. 

-  Powiedz  mi  coś  o  sobie  -  poprosił.  -  I  przede  wszystkim 

odpowiedz: chcesz za mnie wyjść? - Uśmiechnął się szeroko. 

Bardzo chciała wyjść za niego, marzyła o tym. Była przekonana, 

że  zna  już  Jacka  na  tyle,  że  nic,  co  mógłby  o  sobie  powiedzieć,  nie 

zmieniłoby  jej  decyzji.  Kochała  go.  Kochała  i  pragnęła  być  z  nim 

zawsze! 

Zaczęli  rozmawiać.  O  sobie  nawzajem,  o  swoich  marzeniach, 

doświadczeniach,  błędach.  O  trwającym  od  początku  ich  znajomości 

nieporozumieniu,  które  wyjaśnili  przed  zaledwie  godziną.  O 

wszystkich ważnych sprawach. 

Wreszcie Jack powtórzył najważniejsze pytanie: 

- Czy chciałabyś za mnie wyjść, Mattie? 

Mattie postanowiła, że to właśnie ta chwila. 

-  Kocham  cię,  Jack!  -  wyznała.  -  Kocham  cię  i  marzę  o  tym, 

żeby  za  ciebie  wyjść.  Tylko  czy  ty  po  jakimś  czasie  nie  zmienisz 

zdania? Czy małżeństwo ze mną cię nie znudzi? 

-  Kochanie!  -  odparł  ze  wzruszeniem.  -  Jesteś  najcudowniejszą 

kobietą,  jaką  mógłbym  sobie  wyobrazić,  kobietą  moich  marzeń.  Na 

pewno nigdy mnie nie znudzisz. Wiesz, że małżeństwo jest czymś, co 

traktuję  bardzo  poważnie.  Marzę  o  tym,  żeby  codziennie  kłaść  się  z 

tobą do łóżka, a potem wstawać z tobą, jeść razem śniadanie, spotykać 

się  po  powrocie  z  pracy,  opowiadać  sobie  to,  co  się  wydarzyło  w 

ciągu  dnia,  jeść  z  tobą  kolacje  i  spędzać  wspólnie  wieczory...  Dzień 

po  dniu,  do  końca  życia...  Codziennie  całować  cię,  przytulać  i 

background image

kochać... 

Do oczu Mattie napłynęły łzy szczęścia. 

- Ja marzę o tym samym... - szepnęła. - I jestem tak samo pewna 

swojego  uczucia  do  ciebie.  W  takim  razie...  wypada  zawiadomić  o 

tym twoją rodzinę i moją mamę. Nie ma na co czekać. 

 

Pobrali  się,  a  niecały  rok  później  Mattie  urodziła  bliźnięta. 

Dwóch  chłopców.  Otrzymali  imiona:  James  -  po  ojcu  Mattie  -  i 

Edward - po ojcu Jacka. 

Wkrótce  również  Diana  zdecydowała  się  poślubić  Michaela 

Vaughana i zacząć nowe życie. Teraz wszyscy tworzyli jedną, bardzo 

liczną, szczęśliwą rodzinę.