background image
background image

BrianKate

Imprezamusitrwać

DlaprawdziwychdziewczynzBillings

zwyrazamiwielkiejwdzięczności:

dlaLanie,Sary,Katie,Lynn,Allison,

Emily,Courtney,Liii,Lucille,Kelly,

Carolyn,Sarah,Erin,Lee,Roxy,

orazdlaJosha,Paula,

MattaiBabyV.

Płytko

Śmierć.

Nietakmiałobyć.Znamtylkodwieosoby,którenieżyją,iobiezmarłymłodo.Obiebyły
piękne.Izginęłystraszną,okrutnąśmiercią.

Zmarłyprzezemnie.

Chwila.Moment.Nietak.

Nieprzezemnie.Niemogętakmyśleć.Inaczejzwariuję.Thomaszmarł,boArianabyła
obłąkana.Cheyennezginęła,bocierpiałanazaburzenia.Toniebyłamojawina.Niemoja.

Dlaczegowtakimrazieuparciepowracadomniemyśl,żegdybymnigdynieprzybyłado
EastonAcademy,zarównoThomas,jakiCheyennebylibynadalwśródżywych?
Chodzilibyterazpokampusie.Śmialibysię.Flirtowali.Żyliby.Cheyennewłaśnieto
chciałamipowiedziećwmailu,którymiprzysłałatamtejnocy,kiedyzginęła.

Zapomnijotamtejnotatce.Tymitozrobiiaś.Zniszczyłaśmiżycie.

Nieżyje.Przezemnie.

-Cozadzień-powiedziałaConstanceTalbot,owijającsięciaśniejtweedowym
płaszczem,gdywiatrzdmuchiwałzjejtwarzykosmykirudychwłosów.Zimne
wrześnioweniebobyłoszareizachmurzone;zanosiłosięnadeszcz.Przechodzi-!łyśmy
właśnieprzezdziedziniecnasamymśrodkukampusuEastonAcademy,razemze
współlokatorkami,równieżdziewczętamizBillings.Wsobotębyłydwadzieściacztery
stopnie,ateraz,raptemdwadnipóźniej,niecałetrzynaście.KapryśnąpogodęwNowej
Angliitrzebapolubić!Constancewtuliłapucułowatepoliczkiwkołnierzispojrzałana
brukowanąścieżkęprowadzącądostołówki.Wtakichchwilachzłatwościąmogłamsobie
wyobrazić,jakwyglądaławdzieciństwie.Prześliczna.

Delikatna.Niewinna.

-Cieszęsię,żemójpłaszczdotarłwsobotę-powiedziałaSabinęDuLac.Jejnowy
płaszcz,zbiałegoijasnoniebieskiegobłyszczącegomateriału,zestaromodnymi

background image

kryształowymiguzikami,doskonalepasowałdojejoryginalnegostylu.Ubranietworzyło
atrakcyjnykontrastzjejciemnymiwłosamiizłotawąkarnacją.-WBostoniebyłozimno-
dodała.

Prawda.WweekendSabinęodwiedziłasiostręwBostonie.Zupełniezapomniałamją
spytać,jakbyłoijaksięmajejsio-stra.Alezemnieprzyjaciółka.Będęmusiałapamiętać,
żebypóźniejjąotozagadać.

-Tutajteżbyłmróz.Iskończyłosięnatym,żesporoczasuspędziłyśmypoza
akademikiem-

powiedziałaConstance.-Boatmosferabyłazbytprzygnębiająca?-zapytałam.Przecieżw
sobotęranoznalazłyśmyzwłokiCheyenne.Zaledwiedwadnitemu.Rozumiem,dlaczego
wszyscyomijająszerokimłukiemBillingsHouse.PodobniejakSabine,opuściłam
kampusiwyjechałamnaweekenddoNowegoJorkuzmoimchłopakiem,Joshem
Hollisem.Nie

chciałomisiętuwracać,aleniemiałamwyboru.Billingstomójdom.Tedziewczyny,
ściśniętedookołamniezzimna,towarzyszącemiterazwdrodzenaśniadanie,byłydla
mniejakrodzina.Nadobreinazłe.

-Tak,atmosfera,apozatymwszędziebyłopełnopolicji-powiedziałaTiffany
Goulbourne,sprawdzającustawieniaswojegominiaturowegoaparatufotograficznego.-
PrzeglądalirzeczyCheyenne,robilizdjęciajejpokoju…

-Poco?-zapytałam.Przyjechałamzmiastapóźnownocyijeszczewszystkiegonie
słyszałam.

-Żebypotwierdzić,żetobyłosamobójstwo-odparłaTiffany.Wyglądałanachorą.Wiatr
szarpnąłdotyłupołyjejdługiego,białegopłaszcza,alewydawałosię,żenawettegonie
zauważyła.Byłajednąztychdziewcząt,którepotrafiądoskonalewyglądaćnawet,gdysię
lejeżarznieba,jestmokroalbopadadeszczześniegiem.Wysoka,ohebanowejkarnacji,
zkrótkimiczarnymiwłosamiiwielkimibrązowymioczami;miałakościpoliczkowejak
modelka,alechętniejstawałapodrugiejstronieobiektywu-żadnazdziewczątzBillings
niepotrafiłategozrozumieć.

-Podejrzewam,żepotym,cobyłowzeszłymroku,policjancisąpoprostuostrożni.Chcą
sięupewnić,żewsprawieCheyenneniemażadnychwątpliwości.

-Pytalinasnawetociebie,Reed-powiedziałaAstridChouzeswoimeleganckim
brytyjskimakcentem.Wiatrpostawiłnasztorcjejczarnekrótkiewłosy.-Otwojąkłótnię
zCheyenne.

-Cotakiego?-wykrztusiłam.Sercewaliłomijakmłotem.-Chybaniesądzą,żetoja…

-Nie!Nie!-odpartaAstrid,zpoczątkużywo,późniejpocieszająco.Położyłamidłońna
ramieniuiutkwiławemniespokojnespojrzenieswychciemnychoczu.Astriddołączyła
donaswtymroku,alepoznałamjązeszłegogrudnia,naprzyjęciuświątecznymu
CheyennewLitchfield.Przezjakiśczaswydawałomisię,żeonaiCheyennesą
najlepszymiprzyjaciółka-mi,alewkrótceokazałosię,żemamyzesobąwięcejwspólnego,
niżprzypuszczałam.

PodobniejakjaAstridnietolerowałaszalonychpomysłówCheyennenaotrzęsinyczy

background image

ostracyzmu,jakiemupoddawałanachybiłtrafiłniektóredziewczynyświeżoprzyjętedo
Billings.Czułam,żemogłybyśmysięnaprawdęzaprzyjaźnić.Jakożemiaładośćdziwny,
oryginalnystyliszczere,bezpośredniepoczuciehumoru,obienasuważanowBillingsza
sympatycznewariatki.

-Powiedziałyśmyim,żetobyłazwykłasprzeczkamiędzydziewczynami-wyjaśniła
Tiffany

-Nictakiego.Zdarzasięcojakiśczas.Oczywiściepolicjaniesądzi,żemiałaśztym
cokolwiekwspólnego.

-Poprostumusielinaspopytać-dodałaSabinę.-Takajużichrobota.

Mimożeichargumentybyłycałkowicielogiczne,musiałamnachwilęprzystanąć.Krew
pulsowałamiwskroniach.Tobyłosamobójstwo.Samobójstwo.Miałamnatodowód.Jej
drugilistwmoimkomputerze-nieżebymkonieczniechciałagopokazywać
przyjaciółkomalbopolicji.Iowszem,zdrugiejnotatki,którąCheyennewysłałatylkodo
mnie,wynikało,żetomojawina.Alejajejniezabiłam.Toobłęd.

Mojenajbliższeprzyjaciółkistanęłydookołamnie,czekając,ażotrząsnęsięzszoku.W
tymczasiekilkapozostałychdziewczynzBillingspobiegłonaprzód,chcącsięschronić
przedmrozem.

-Reed,niktnieuważa,żemiałaśztymcokolwiekdoczynienia-powiedziałaConstance.
-

Nieprzejmujsię…

Ztrudemprzełknęłamślinę.-Aleprzecieżpodejrzewali,żeCheyennemogłazostać…To
słowonieprzeszłomiprzezgardło.Nieporazkolejny.Nie.

Tiffanyprzełknęłaślinęizacisnęłapełneusta.

-MożepoprostuchcielisprawdzićjednązmożliwościąNiemogłamsięruszyć.
Morderstwo?

Czyuważali,żeCheyennemogłazostaćzamordowana?Aledlaczego?Comogłoim

podsunąćpomysł,żektośpragnąłjejśmierci?Pozamną,oczywiście.Inasząkłótnią.Ale
toniebyłamojawina.Cheyennepróbowałaukraśćmichłopaka.

Wyraźny,metalicznydźwiękpiłymechanicznejprzeciąłpowietrze.Nadziedzińcu
wszyscyzamarliwbezruchu.Chmaraptakówzleciałazpobliskiegodębu,skrzecząc
szaleńczoistrącającnatrawnikpomarańczoweliście.Sercenaglepodeszłomidogardła.
Zastanawiałamsię,kiedyznówpoczujęsiębezpiecznietutaj,wkampusie.

-Coto,udiabła,było?-spytałaTiffany.Podniosłaaparat,chcącuchwycićlecąceptaki.

Nigdynieprzepuszczałaokazjidozrobieniaciekawegozdjęcia.

PrzyuchylonychdrzwiachdoMitchellHall,głównegobudynkunapółnocodstołówki,
zebrał

sięjużtłumekuczniów.ZnajdowałasiętammiędzyinnymiWielkaSala,kilkapokoi
przeznaczonychdospotkańicmentarzsztuki.Pospieszyłyśmywtamtąstronę.Cokolwiek
działosięwEastonAcademy,dziewczynyzBillingszwyklewiedziałyotympierwsze.

background image

Cotymrazem?

Kilkaosóbprześliznęłosiętylnymidrzwiamiiprzemknęłodoszerokiegokorytarza,
podążajączadźwiękiempiłowania,dudnieniemikrzykami.Jajednakprzystanęłamna
progu.

Tużobokznajdowałysięoknacmentarzasztuki.Świadomośćtejbliskościzmroziłami
krewwżyłach.

JoshiCheyenne.JoshiCheyenne.Joshi…

-Reed?Chodźże!

RoseSakowiczchwyciłamniezarękę,prawiewyrywającmiramięzbarku.Była
niezwyklesilnajaknatakądrobniutkąosóbkę.Choćzdrugiejstronyspędzałamasęczasu
nanowoczesnejsiłowniEastonAcademylubnakorcietenisowym,rywalizujączresztą
drużyny.

Odwróciłamwzrokoddrzwicmentarzaiskupiłamsięnapowiewającychczerwonych
lokachRose,gdyobieszłyśmyzatłumemwzdłużkorytarza.Polewejstroniewidniały
podwójnedrzwidoWielkiejSali.Poprawejznajdowałosięolbrzymie,ośmiokątne
solariumzdużymioknami,którewychodziłynadoskonaleutrzymanyterenEaston
Academy.Wpomieszczeniubyłosporoskórzanychkanap,mahoniowychregałów
pełnychksiążek,roślindoniczkowychiorientalnychdywanów.Miałotobyćmiejsce,
gdziemoglibysięspotykaćuczniowie,alenieumieszczonownimanitelewizora,ani
stołubilardowego,aninicinnego,comogłobysłużyćrozrywce,nieliczącoczywiście
klasykiliteratury.Nigdyniewidziałam,żebyktokolwiektamprzesiadywał.Ażdoteraz.
Wydawałosię,żepołowaszkolnejspołecznościcisnęłasięnaśrodkuSali-wktórej
wszystkiemeblebyłynadalzakryteplastikowymipokrowcami-iwpatrywałasięw
siedmiurobotnikówtłukącychmłotaminiedalekotylnejściany.

-Cosiętudzieje?-zapytałaTiffany,podchodząc,abypstryknąćkilkazdjęć.

-Nicniesłyszałyście?-zakrzyknęłaztyłuMissyThurber.

-Oczym?-spytałam.

Missyrzuciłamiswójwymuszonyuśmieszekizadartanostakwysoko,iżprzezchwilę
byłamprzekonana,żeprzezwielkiedziurkiwnosiewidzęjejmigdałki

-AmberlyCarmichael.Właśnietuidzie-powiedziała,odrzucającnaplecygruby,jasny
warkocz.

-Niemożliwe-powiedziałaConstance.

-Jakimcudemnicotymniewiedziałyśmy?-zapytałaTiffany.

-KimjestAmberlyCarmichael?-chciałamwiedzieć.Wszystkiedziewczynysię
roześmiały,aMissyprzewróciła

oczami,cochybabyłogłównąrozrywkąwjejżyciu.

-AmberlyCarmichael,zCarmichaelówzSeattle-powiedziała.-Dajspokój,Reed,
przecieżnawettypowinnaświedzieć,kimonajest.

Missycmoknęłazdezaprobatą.Zaczynałamsięzastanawiać,cobysięstało,gdybym

background image

wsadziłajejpalcedonosaiporządnienacisnęła.

-OjcemAmberlyjestDustinCarmichael,założycieliprezesCoffeeCarma.Otymchyba
słyszałaś,prawda?-powiedziała,poprawiającnaramieniupasektorebkiodVeryBradley.

-NapewnoznaszCoffeeCarma-zawtórowałajejLornaGross.Zawszepowtarzała
wszystko,comówiłaMissy.Wzeszłymrokuprzezmomentwątpiłamnawet,czyLornaw
ogólemawłasnąosobowość,takbyłazajętapapugowaniemkażdegosłowa,ruchuczy
ubraniaMissy.Ostatniojednakpojawiłsięuniejzaczątekkręgosłupa.Byćmożebyłato
zasługajejnowegonosa,możefaktu,żeudałojejsięposkromićburzęlokównagłowie,a
byćmożetego,żebyłajużdziewczynązBillings-samaniewiem,alecośdodawałojej
pewnościsiebie.Terazprzezchwilęwróciłajednakdodawnego,paskudnegozwyczaju
małpowaniaMissy.

-Oczywiście,żeznam-odparłam.NarogukażdejulicywAmeryceznajdowałosię
CoffeeCarma,nawetwtakiejzapadłejdziurzejakmojerodzinnemiasteczko,Crotonw
staniePensylwania.

-NowięczpoczątkiemrokuDustinCarmichaelwypisałdlaEastonczekzmnóstwemzer.

Zastrzegłtylko,żewkampusiemastanąćCoffeeCarma,więc…-Missyuniosładłoń,
wskazującnarobotnikówpracującychzajejplecami.

-Dobrzewiedzieć,żenaszegodyrektoramożnakupić-mruknęłapodnosemTiffany.

-BędziemymiećCoffeeCarma?-wrzasnęłaViennaClark,chwytajączarękęLondon
Simmons.-OBoziu,acojamówiłamkażdegorankaprzezostatnietrzylata?

-Żedałabyśsiępokroićzamrożonąkawękarmelowązdużąpianką-odpowiedziała
radośnieLondon,potrząsającnatapirowanąbrązowączupryną.WzięłysięzViennaza
ręceizaczęłypodskakiwać,wydajączsiebiedzikiepiski.

LondonSimmonsiViennaClarkbyłynajwiększymiimprezowiczkamiwBillings,ado
tegowszystkorobiłyrazem-wspólniepodróżowały,razemchodziłyrobićpasemkaido
salonupięknościnazabiegiowijaniaciałaglonami,nadepilacjębrazylijskimwoskiem
czynaregulacjębrwi.Obiebyłydrobnejbudowy,choćzimponującymbiustem.Lubiły
ubieraćsięwkusespódniczkiirównieskąpebluzeczki.Viennabyłatrochę
inteligentniejsza,aLondonniecobardziejhumorzasta,alepozatymbyływłaściwiejak
bliźniaczki.PapużkiNierozłączkibyłynieszkodliwe,anawetcałkiemzabawne,alekiedy
terazpatrzyłamnanieinapozostałedziewczyny,zrobiłomisięniedobrze.Wszystkie
byłypodniecone,zaciekawioneirozpromienione-czyżadnaznichniepamiętałajuż,co
sięwydarzyłowweekend?Czysamobójstwokoleżankizklasymożnabyłousunąćwcień
obietnicąprzecenionych,choćlegalnychstymulantów?

-Niemogęuwierzyć,żejużsięwzięlidopracy-powiedziałam.-Niemoglibyzaczekać
choćtydzień?Samaniewiem,aleczyniepowinniśmywszyscybyćwżałobie?

NierozłączkiprzeztrzylatabyływgrupierazemzCheyenne.Niemogłamuwierzyć,żeto
jamusiałamimotymprzypominać.

LondoniViennaprzestałypodskakiwaćinaglewydałysięskruszone.

-Maszrację-powiedziałaLondon.-AleCheyennebysiętobardzopodobało.Uwielbiała

background image

CoffeeCarma.

-AjakjużmówimyoJejZamożności…-mruknęłapodnosemMissy.

Wszystkienaglesięodwróciłyśmy.Zbliżałasiędonaschochlikowatadziewczynaz
rozpuszczonymijasnymilokami,wobstawiedwóchprzyjaciółekwyglądającychjak
klony.

Byłaubranajakspodigły,jaktomawiałaKiranHayeswzeszłymroku,kiedy
krytykowałanaszeciuchy.Kirannieznosiła,kiedyubraniebyłoprzesadniedopracowanei
wstupro-centachprzemyślane;jeśliktórakolwiekznaspopełniłatengrzechprzeciw
dobremugustowi,byłaodsyłanadoswojegopokojuzpoleceniem,bysięprzebrać.
UbranieAmberlybyłostaranniedobrane-począwszyodczarno-biało-czerwonej
plisowanejspódnicy,poprzezszarypodkoszulek,naczarnymsweterkukończąc.
CzerwonatorbaodMarcaJacobsabyławtymsamymodcieniucoczapkazdaszkiem,
zawadiackonasuniętanaczubekgłowy.Szkarłatneobcasystukałynamarmurowej
posadzce,gdyAmberlypodeszładomnieiuśmiechnęłasię.

-Cześć,Reed!

Jakbymnieznała.Jakbyśmybyłystarymiprzyjaciółkami.-Cześć…Amberly?-

odpowiedziałamniepewnie.

-Czytoniewspaniale?CoffeeCarmawkampusieEas-tonAcademy!

-Taaak.Fantastycznie.Dlaczegomówiłatodomnie?

-Proszę,todlaciebie.Ojciecpowiedział,żemogękilkarozdać,aletylkowybranym
przyjaciółkom.-Amberlypochyliłasięwmojąstronęizniżyłagłos,wyjmującprzytym
małąplastikowąkartęzbladymispiralnymiwzorkami.

-Dzięki.Cotojest?-zapytałam,przesuwającpalcamipoobłymkonturzekarty.

-ToCarmaKarta!-odpartanajwyraźniejzaskoczona,żetodlamnienowość.-Jak
pokażesztomaleństwo,maszzadarmokawędokońcażycia!

DziewczynyzBillingszaczęłycośszemrać.Zpewnościązastanawiałysię,dlaczegoto
mnie,anieimprzypadłwzaszczycieświętyGraalwpostaciplastikowejkarty.Samanie
wiedziałam,dlaczegowłaśnienamniepadło,alekonieckońcówposłałamtejmałej
dziwacznejosóbcewymuszonyuśmiech.

-Wow.Dzięki.

Czekałam,żebyAmberlyjużsobieposzła,aleonanieruszałasięzmiejsca.

-No.WidziałaśostatnioNoelle?-zapytała.-Słyszałam,żewkońcuzabralijejkuratora.

Zamarłam.Mojeprzyjaciółkinaglezamilkły.Tak,widziałamNoelledwadnitemu,
wieczoremwmieście.Samospotkaniezresztąniezwyklemniezaskoczyło.
Zastanawiałamsię,coteżNoelleterazplanuje.Ciekawiłomnie,czymogłasięskądś
dowiedzieć,żebyłamwkontakciemailowymzDashemMcCafferty,który-jak
usłyszałamkuwłasnejuciesze-niebytjużjejchłopakiem.Niepodzieliłasięjednakze
mnąszczegółamitegorozstania;niepowiedziałaminawet,czystało

siętoniedawno,czybyćmożejużwzeszłymroku,kiedytoaresztowanojązarolę,jaką

background image

odegraławmorderstwieThomasaPearsona.Całatasprawaprezentowałasięnieco
surreali-stycznie-zjednejstronybyłaekscytująca,zdrugiejzaśwprowadzałapotworny
zamęt.NieopowiedziałamjeszczeotymdziewczynomzBillingsiniebyłampewna,czy
chcętozrobić,ponieważznającje,byłamprzekonana,żechciałybywyciągnąćzemnie
każdyszczegół.

Pytałyby,jakieNoellemiałabuty,ileterazważy-przytakimprzesłuchaniunapewno
bymsięwkońcupopłakała.DlaczegowięcobcadziewczynapytamnieterazoNoelle?

-Eeeem,nie-skłamałam.-Niewidziałamjej.

-Nocóż,jeślijązobaczysz,przekażjejpozdrowieniaodAmberly-powiedziałaz
uśmiechem.-Naszerodzinyoddawnasięprzyjaźnią-dodała,dotykającczubkami
palcówmojegoramienia.

Naglezrobiłomisiętakgorąco,żeplastikowakarta,którąnadalściskałamwręku,omało
niestopiłasięwmojejdłoni.TodlategoAmberlymniepierwszejdałatękartę.Wiedziała,
żeprzyjaźnięsięzwszechmocnąNoelleLange.

-No,dobra-odparłampodejrzliwie.-Jeszczerazdziękizaprezenty

-Całaprzyjemnośćpomojejstronie,-Amberlyuśmiechnęłasięjeszczeszerzej,ukazując
rządnieskazitelniebiałych,równychzębów.-Dozobaczenia!

Zatrzepotałapalcamiiodeszła,delikatniekołyszącbiodramipodplisowanąspódnicą.Jej
przyjaciółki,któreprzezcałyczasnieodezwałysięanisłoweminiezmieniływyrazu
twarzy,wpośpiechupobiegłytużzanią.

-Cotomiałobyć?-MissybezbłędniewyczułamomentkiedyAmberlysięoddaliła.

-Niemampojęcia-odpowiedziałam.

-NaprawdęniemiałaśżadnychwieściodNoelle?^zapytałaRose.-Nicanic?

-Wiecieco,umieramzgłodu-odparłamszybciutko.-Chodźmyjużnaśniadanie.

OdwróciłamsięwstronędrzwiiujrzałamprzedsobączerwonątwarzCage’aCoolidge’a.

Biegł,jakbymuktośportkipodpalił.Włosy,którezwyklestaranniestawiałnażelu,teraz
bezlitośnierozwiałwiatr,przyklejającmupołowęznichdoczoła.Miałnasobiemodne
dżinsy,jeszczemodniejszeadidasyigrubyszarysweterpodkreślającyjegoszerokie
ramionaiłagodnykontursylwetki.Byłbyzniegocałkiemniezłygość,gdybynieto,że
mapaskudnycharakter.

-No,jesteśmyudupieni-powiedział,zaciskającszczęki.Teraz,kiedysięzbliżył,uderzył

mniemocnyzapachjegopłynupogoleniu.Musiałamcofnąćsięokrok,żebysięnie
udusić.

-Cojest?-zapytałaSabinę,podchodzącdonas.KochałasięwGage’uodpoczątkuroku,
niepotrafiłamtegozrozumiećanijejtegowyperswadować,choćbardzosięstarałam.

-DostałemwłaśnieSMS-aodkumplazChapin.-Gageotworzyłklapkętelefonuna
potwierdzenieswoichsłów.-OjciecCheyenneodwołałDziedzictwo!

Wszyscyjaknakomendęgłośnonabraliśmypowietrzawpłuca.Zupełniejakgdybyw

background image

pobliżuwłaśnieeksplodowałabomba.

-Cotakiego?!-krzyknęłaPortiaAhronian.WyrwałaGage’owitelefonzrękiiwbiłasię
weńwzrokiem,przyciskającdopiersidrugądłońznieskazitelnymmanikiurem.Jejdłoń
spoczęłapodkolekcjązłotychnaszyjników,którePortiaobowiązkowonosiładokażdego
ciucha.Złotyblaskuwydatniałjejoliwkowąkarnacjęiciemnewłosy,alemoimzdaniem
mogłabyzdjąćchoćjedenczydwałańcuchy.

-Czekaj.JakimcudemojciecCheyennemożeodwołaćDziedzictwo?-zapytałam.

Wiedziałamprzecież,żeDziedzictwojestcorocznymbalem,któregotradycjasięgaza-
mierzchłejprzeszłości.Wszystkieszkołyzewschodniegowybrzeżabraływnimudział;
nazeszłorocznymbaluprzyParkAvenuepojawiłysiętysiąceosób.Zapraszanowyłącznie
uczniów,którychrodziceidziadkowierównieżuczęszczalidoprywatnychszkół.Chcąc
otrzymaćdodatkowepunkty,należałowykazaćsięjeszczestarszymiprzodkami.Zdaniem
WaltaWhittakera,zktórymbyłamnabaluzeszłejjesieni(potrzebowałamgo,abymnie
wprowadził,bowmojejrodzinieniktprzedemnąnieprzekroczyłproguprywatnej
uczelni),balodlaturządzatasamarodzina.

-Dreskinowiewkońcuzrezygnowali-wyjaśniłaRose.-Powiedzieli,żedłużejniedadzą
radydźwigaćciężaruubezpieczeniaododpowiedzialnościcywilnej,więcCheyenne
ubłagałaswojegoojca,byichzastąpiłjakogospodarzbalu.Tenpomysłbyłjejoczkiemw
głowie,aojciecnigdyjejniczegonieodmawiał,więc…

-Dlaczegonamniepowiedziała?-zapytałaTiffany.

-Chciała,żebytobyłaniespodzianka.Tylkorazprzyznałamisię,żepoczynionojuż
pewneprzygotowania.Niepotrafiładłużejutrzymaćtegowtajemnicy-odparłaRose.-
BalmiałsięodbyćwdomuwLitchfield.

WzeszłymrokuRoseiCheyennedzieliłypokójwBillings,niktwięcniebyłzCheyenne
bliżejniżwłaśnieRose.PrzezwzglądnatęprzyjaźńRoseciężkobyłotrzymaćmoją
stronępodczasniedawnegozamieszaniazotrzęsinami.Wiedziałamotym.

-Aterazjesteśmykompletnieudupieni-powiedziałCage,odbierającPortiitelefon.-
Boże,Cheyennewiedziała,żetojejojciecorganizujetęimprezę.Niemogłachociaż
poczekaćdotegocholernegolistopada,skorojużmusiałazesobąskończyć?

Naglepoczułam,jakbypiłamechanicznazwściekłymzgrzytemkrajałamimózg.-Cośty
powiedział?

Cagespojrzałnamnie,wytrzeszczającoczyiudającniewiniątko.

-Co?Przecieżtaktylkogadam.

-Jesteśchory,wiesz?-odcięłamsię.-Wszyscyjesteścieporąbani!Cheyennenieżyje,na
miłośćboską!Awymyślicietylkookawiarniachibalach,ludzie,cosięzwamidzieje?

Niktminieodpowiedział.Tiffanyschowałasięzaobiektywemaparatu,nadalpstrykając
zdjęciapracującymrobotnikom.PoliczkiConstancezaróżowiłysię.Portiabawiłasięna-
szyjnikami.jSabinekręciłaszklanymiguzikamiodpłaszcza,aRosewyglądała,jakby
miałasięladachwilarozpłakać.LondoniViennazaniepokojonespoglądałynasiebie,jak
gdybymtojaczymśsięskompromitowała.Świetnie.Skoromojetowarzystwostałosię

background image

dlawszystkichżenujące,niechsiębawiąsami.Itakniemogłabymichścierpieć.

Biednemałebogatedziewczynki

MszażałobnazaCheyennemiałasięodbyćwsobotę.JejojciecdzwoniłdoRosei
przekazał

tęinformację,którąonazkoleizapisałanażółtymarkuszuizostawiłanastolikuwpokoju
dziennym.Kartkęopartaowazonześwieżymikwiatami,którysprzątaczkizmieniały
każdegotygodnia.Notatkarzucałasięwoczyniczymwieśćonadchodzącejzagładzie.
Terazwięcnietylkounikałyśmywędróweknakonieckorytarza,gdzieznajdowałsię
pokójCheyenne,aleprzestałyśmyrównieżwchodzićdopokojudziennego.Jakibyłefekt?

DziewczynyzBillingsspędzaływbibliotecewięcejczasuniżzwykleotejpotoeroku.

Naglepoczułam,żeniemogęsiędoczekajotwarciaCoffeeCarma.Wtedyprzynajmniej
będziegdziesięspotkać.

-Dlaczegomusimysięuczyćanalizymatematycznej?-szepnęłaSabinęweśrodę
wieczorem,opadającnakrzesło.Naszapiętnastkazebrałasięprzypodłużnymstole,który
zajmował

większączęśćprzejściamiędzydziałamifilozofiiireligii.Honorowemiejsceuszczytu
stołuzostawiłyśmypuste.StałotamkrzesłoCheyenne.Mimowolniecałyczassięwnie
wpatrywałam.-Toniepowinienbyćprzedmiotobowiązkowy.

Jestcałkowicienieistotny,chybażechcesięstudiowaćmedycynę.

-Uwielbiamanalizę-odparłam,cieszącsię,żecośodrywamojąuwagęodpustego
krzesła.

Zaczerpnęłamdopłucbibliotecznegopowietrza,pozwalając,byzapachstarychksiążek
przepełniłmojezmysły,zawszeznajdowałamwnimcośkojącego.

Portiaopuściładłoń,ajejzłotyzegarekstuknąłwdrewnianystół.

-AleżtyPJP!-powiedziała,unoszącswegęstewłosydogóry,nadramiona.-Niktnie
lubianalizy.

-PJP?-zapytałam,patrzącnaRose.Portianieznosiła,gdyproszonojąo
rozszyfrowywaniejejskrótów.Byćmożegdybydałanamsłownikahroniańsko-angielski,
dałybyśmyradędotrzymaćjejkroku.

-Nowiesz,gadasz…jakpotłuczona-szepnęłaRose,rumieniącsię.

-Ahaa-Rosenigdynieużywałabrzydkichsłów,chybaże|niebyłoinnegowyjścia.

-Takczyowak,Cheyennelubiłaanalizę-powiedziałaRose.-Wogólelubiła
matematykę.

Podobałojejsię,żejestwniejcośniesubiektywnego.

ImięCheyennestałosięostatniosłowemkluczem!którekończyłokażdąrozmowę.
Równieżitymrazemwszystkiezamilkłyśmy,wszystkiepozaLondoniVienna,które
siedziałynaprzeciwkosiebienadrugimkońcustołu.Wzupełnejciszyichgłosyniosłysię
jakkrzykinadwodą.

background image

-Wiem,wiem!Twojakieckawymiata.Dobani,żeniebędzieszmiałaokazjijejwłożyć-

mówiłaVienna.

-Nowłaśnie,pocowogólejechałyśmypodczaswakacjidoMediolanu,jeśliDziedzictwo
mabyćodwołane!-jęknęła

London,splatającręcenapiersiach.-Dwatygodnieuganianiasiępobutikachwtakim
upaleiwszystkonanic!

-Nocóż,przynajmniejspotkałaśFabrizia-przypomniałajejVienna,unoszącdoskonale
wydepilowanebrwi.

-Ach,Fabrizio…-powiedziałyobie,zrozmarzeniemspoglądającgdzieśwdal.

-Cozwami?-zapytałamostro,amójwzrokznówzatrzymałsięnakrześleCheyenne.

KikiThorpewyjęłazuszumaleńkiesłuchawki,którezawszenosiła,iwyprostowałasię.

Ciężkimiczarnymibutamitupałapopodłodze.Jejbłękitneoczyspoglądałyzachłannieto
naNierozłączki,tonamnie.Całyczasrobiłaprzytymbalonyzgumydożucia.
Najwyraźniejwyczuwaławiszącynadnamikonflikt.

-Będzieciesiębić?-zapytałazciekawością.

-Nie-odparłam.-Niebędziemy.

Kikiwestchnęłarozczarowana,poczymznówsięwyprostowała.Rozczochrałaswoją
różowągrzywkętak,żejejwłosysterczałyprawiepodkątemprostym.Gdynanie
spoglądała,małoniedostałazeza.

-Totylko…czywłaśnieotymrozmawiałyście?-SabinezwróciłasiędoNierozłączek,
stająctymsamympomojejstronie.

LondoniViennaspojrzałynanaszlekkimniesmakiem.Viennaprzewróciłaoczamii
powiedziała:

-Nieróbcieznaspotworów,dobra?-Doskonaleopiłowa-nympaznokciemprzytrzymała
stronęwotwartejksiążce,którejtaknaprawdęwcalenieczytała.-Dobrzewiecie,że
chcia-

łybyście,abyDziedzictwojednaksięodbyło,mimotego…cosięprzydarzyłoCheyenne.
Myjesteśmynatyleodważne,żebypowiedziećtogłośno.

Każdazdziewczynprzystoleposzukałakogośwzrokiem.PozaSabineiConstance,oczy
każdejwyrażałypełnepoczuciawinypotwierdzenietego,oczymmówiłaVienna.Nawet
oczyRose,którawydawałasiębardziejzałamanaśmierciąCheyenneniżktokolwiekinny.

-ByćmożepowinnyśmyporozmawiaćotymzpanemMartinem.Możezmieniłbyzdanie,
widząc,jakwieleDziedzictwoznaczydlaprzyjaciółCheyenne-zaproponowałaVienna.

-Niesądzę-odparłam.

Wyobraziłamsobietęsytuację:ojciecCheyennesiedzisamotniewbiurze,próbując
wybraćtrumnędlawłasnegodziecka.Nagledzwonitelefon.OdzywasięVienna,błagając,
byjednakurządziłdlanasimprezę,boprzecieżCheyennebysiętospodobało.Facet
prawdopodobnieprzyjechałbydoEastoniwłasnoręczniejąudusił.Jegocórkaodebrała

background image

sobieżycie.Zakażdymrazem,kiedyotympomyślałam,bolałomnieserce,adooczu
napływałyłzy.Niepotrafiłamsobiewyobrazić,coczujeojciecCheyenne.

-Czemunie?Wartochociażspróbować-powiedziałaPortia.-Zaplanowałamweekendz
Hamiltonem,aterazonzaczynacośopowiadaćooszczędzaniulojalki.

-Lojalki?-zdziwiłamsię.

-Punktówzprogramulojalnościowegodlaklientówliniilotniczych-wyjaśniłaTiffany.

Odłożyłaaparatiwyjęłaskórzanyalbumpełenjejostatnichodbitek.

Fajnychłopak.Bardziejinteresujesiętobączydarmowymilotaminapanienkiićpanie?

Byćmożeporaprzemyślećtenzwiązek.Poraprzem,jakpowiedziałabywskróciePortia.

-Naprawdęuważam,żepowinnyśmyspróbowaćzadzwonićdopanaMartina.Może
nawetucieszysię,mającokazjęchoćtrochęsięoderwaćodsmutnychmyśli-znadzieją
powiedziałaLondon.-Wiecie,przestałbynachwilęmyślećotym,cosięstało.

-Niesądzę,żebyjednamałaimprezkapozwoliłamuzapomnieć,żejegojedynacórkanie
żyje-odparłamstanowczo.Doprawdy,ludzie!

-Toniejestjakaśmałaimprezka,Reed.MówimyoDziedzictwie-przypomniałaPortia.-

Wiesz,toodrobinęwiększeprzyjęcieniż,naprzykład,Boże-N.

Taktowłaśniepowiedziała.Boże-N.Nawetniechciałomisięjejodpowiadać.

-Amożektośinnymógłbytozorganizować.Tiff,możetwójojciec?Tassosprzecież
zawszejestwnastrojunaprzyjęcie,prawda?-zaproponowałaLondon.

Tiffanyzachichotała.

-Noproszę,mójojciecmajużagenta.

OjciecTiffany,zwanypoprostuTassos,byłmiędzynarodowejsławyfotografem!Płacono
mukrociezasfotografowaniekażdego,odksięciaWilliamadopsówBritneySpears.
Nigdyniepoznałamgoosobiście,alebyłjednymzniewieluojcówuczennicEaston,
którzydzwonilidocórekprzynajmniejrazwtygodniuizakażdymrazemrozmawializ
nimipoparęgodzin.

WiększośćdziewczynzBillings,którychtatusiowiebylizbytzajęci,bypamiętać,iż
zdarzyłoimsiękiedyśspłodzićdziecko,zazdrościłaTifffanynietylkoświatowejsławy
Tassosaijejwielusławnychznajomych,aleprzedewszystkimsilnejwięziłączącejojcai
córkę.

Oczywiściejateżrozmawiałamztatąrazwtygodniu,alejakożemojarodzinawywodzi
sięzklasyśredniej,zPensylwanii,nikogotospecjalnieniedziwiło.Takjakbymoja
rodzinabyłazdefinicjinormalna.Gdybyjednakktokolwiekwiedział,jakjestnaprawdę…
Toznaczy,ostatniomojarodzinanaprawdęstałasięnormalniejsza,odkądmamasięnieco
pozbierałaiprzestałasięfaszerowaćśrodkamiprzeciwbólowymi.Aleroktemuotej
samejporze?KlanBrenna-nówbyłwówczaswstrasznymdole…

-Notojak?-zapytałaPortia.

-Przykromi,dziewczynyalenaszdomwmieścieniejestwystarczającoduży,domwSag

background image

Harborjestwtejchwiliwremoncie,ajakośniewydajemisię,żebykomukolwiekchciało
sięleciećdoMiamialbonaKretę-odparłaTiffany,kartkującalbum.

-JapolecęnaKretę!-oznajmiłaVienna.Kilkainnychdziewczynjejprzytaknęło.

-Słuchajcie,wtymrokuniebędzieDziedzictwa,jasne?Przyzwyczajciesiędotejmyśli-

powiedziałam.Podniosłamołówekiwróciłamdozadania,mającnadzieję,żemojesłowa
zakończątędyskusję.

-Jesteśzła,boitakbyśniemogłapójść-odezwałasięMissy,rzucającmijednoze
swoichdrwiącychspojrzeń.

Miała,rzeczjasna,rację.Wzeszłymrokuposzłamtylkodlatego,żezaprosiłmnieWalt
Whittaker,oczywiściezanimzacząłspotykaćsięzConstance.Joshraczejniepodnosił

mojegostatusu,więcnawetjeśliDziedzictwowtymrokubysięodbytoitakspędziłabym
tęnocprzedtelewizoremwpokojudziennym,oglądającpowtórkiserialuPodkomisarz
BrendoJohnson

-Chwileczkę,toznaczy;żetyjednakmożesziść?-zapytałamMissy~Wzeszłymroku
cięniebyło.

-Miałamcoślepszegodoroboty-odparłaMissy,odwracającwzrok.

-Proszęciężarnazabroniłaciwychodzić,dopókinieskończyszszesnastulat-wypaliła
Lorna.Wszystkiesięroześmiałyśmy,aLorniedostałosięzabójczespojrzenie,poktórym
schowałasięzazeszytemdochemii.

-Toniedoprzyjęcia-powiedziałaPortia.-Cheyennebardzoszanowałatradycję,a
Dziedzictwobyłojednązjejulubionychnocywroku.Gdybyjeodwołanozjejpowodu,
straszniebysięwkurzyła.JeśliDziedzictwaniebędzie,totakjakbyśmyzbezcześciłyjej
pamięć.

Poważnie?Cośwtymbyło.Cheyennebyłabywściekła,gdybywiedziała,żeuświęcona
tradycja,takajakDziedzictwo,zostałazarzuconazjejpowodu.

NaglegdzieśwpobliżurozległsięgłośnyśmiechiuszczytustołupojawiłasięIvySlade.

Kruczoczarnewłosyupięłaztyłu,odsłaniająctwarzoostrychrysachidługiesrebrne
kolczykizpaciorkami.Wzwiewnejsukienceprzypominającejtunikęwyglądała
zdecydowaniezbyteleganckojaknawizytęwbibliotece.NawetdziewczynyzBillings
wiedziały,żedonaukinależyubraćsięniecoinaczej.

-Jesteścieniemożliwe-powiedziała.-Biednemałebogatedziewczynkiniepójdąnabal?

Uuu,jakietożałosne.Jednazwaszychnajlepszychprzyjaciółekdopierocosięzabiła,a
wypotraficierozmawiaćtylkootakichbzdurach?

-Zamknijsię,Ivy-odcięłasięPortia.-NawetnielubiłaśCheyenne.

Ivyspojrzałananiąztakązłością,żeczekałamtylko,ażzłotynaszyjnikPortiizacznie
zieleniećignić.PotemjednakIvywyprostowałasię,anajejbladejtwarzypojawiłsię
szyderczyuśmieszek.

-Maszrację.Nielubiłam.-PołożyładłonienaoparciukrzesłaCheyenne.-Icowtakim

background image

raziewynikaztego,żebardziejprzejęłamsięjejśmierciąniżwy?Omiotłanaswzrokiem
pełnymmilczącejkrytyki,poczymodwróciłasięiodeszła.Znówwpatrzyłamsięwpuste
krzesło.

Byłomistrasznieciężkonasercu.NieznosiłamIvySladeodnaszejpierwszejrozmowy,
alewtejchwilitrudnomibyłosięzniąniezgodzić.

Balmusitrwać

OdpoczątkurokuszkolnywychowawcazKetlarHall,panCross,wkażdypiątkowy
wieczóropuszczałkampusnatrzygodzinyznieznanegonikomupowodu(spotkaniaw
klubieanonimowychalkoholików?namiętnyromans?wieczórkara-okewLegowisku
Dzika?).W

tymczasiezostawiałbezopiekiinternat,wktórymmieszkalinajbardziejpożądani
chłopcy.

ChłopcyzKetlarniedawnopotwierdzili,żeówzwyczajwychowawcynieulegazmianie,
informacjatabyłazatemniezwykleużyteczna.Piątkowywieczórmożnabyłowięc
porównaćdowielkiejwyprzedażyuMarcaJacobsa,odbywającejsięwyjątkowow
internaciechłopcówzestarszychklas.Zkażdegozakątkakampususchodziłysiętam
dziewczęta,chichoczącitrajkoczączemocji,astukotichobcasówzaczterystadolarów
słychaćbyłowcałymhallu.

Byłamoczywiściejednąztychdziewczyn,ztąróżnicą,żeniechichrałamsięaninie
paplałam,amojeadidasytylkocichoskrzypiały.Joshleżałakuratusiebiena
niepościelonymłóżku.Ścianęwswojejczęścipokojuwytapetowałwłasnymiobrazami,
natomiastwczęściTreyaPrescottawisiałyplakaty

stawnychpiłkarzyeuropejskich.JasneloczkiJoshawyglądałyniesfornieikusząco,jak
zwyklezresztą.Miałnasobiepomiętedżinsyibiałypodkoszulekzdługimirękawami,
którynietylkouwydatniałjegoklatkępiersiową,aletakżeznakomiciepodkreślałresztki
wakacyjnejopalenizny.Treytaktownieopuściłpokój,jakożeniemiałobecnie
dziewczyny,zktórąmógłbysiępoprzytulać.Joshijapróbowaliśmywłaśnieustalić
powód,dlaktóregosiętutajznaleźliśmy,alebyłamzbytrozkojarzona,żebysięna
czymkolwiekskupić.Wyglądałonato,żeJoshczujesiępodobnie.Popiętnastuminutach
przytulaneknałóżkuobojeusiedliśmyiwestchnęliśmyzrezygnacją.Oparłamsięo
ścianę.Joshoparłsięozagłówek.

Posłaliśmysobieprzepraszająceuśmiechyikażdespojrzałowinnąstronę.

Toobłęd.Siedziałamwpokojuznajprzystojniejszymfacetemwcałymkampusie,z
facetem,którybyłwemniezakochany,cowidziałamwjegopięknychoczachzakażdym
razem,gdynamniespojrzał-amyślałamwyłącznieomailuodCheyenne.Io
Dziedzictwie.IoNoelle.IoDashu.

Co,udiabła,chciałamipowiedziećNoelle,rzucając:„Wszystkodziejesięzjakiegoś
powodu”?Czytozbiegokoliczności,żeDashnapisałmidokładnietesamesłowaw
ostatnimmailu?Czyobojechcieliprzekazaćmicośkonkretnego?AmożeNoelle
dowiedziałasię,żepotajemniekorespondujęzjejbyłymchłopakiem?

Naglezaczęłamsiępocić.Podniosłamręcedogóryiodgarnęłamztwarzywłosy.Nie

background image

mogłammyślećosensietychsłów.Nieteraz,kiedynogiJoshaspoczywałynamoich,a
jegopoplamionefarbąpalcedelikatnieszarpałypasekmoichbojówek.

-Hej,wszystkowporządku?-Tak.jasne.Aco?

-Wyglądasz,jakbyśnadczymśrozmyślała-opowiedziałJosh,sięgającdłonią,byzałożyć
mikosmykwłosówzaucho.-Oczymmyślisz?

Och,myślętylkoomojejpotajemnejkorespondencjizDashemMcCafferty.Iotym,że
zdradziłamwtensposóbnietylkociebie,aleiNoelle,bonawetjeślioniniesąjużrazem,
toNoelleprawdopodobnienadalsądzi,iżDashnależydoniej.Iotym,żejeślisięotym
dowie,wnastępnymsemestrzezpewnościąskopiemityłek.

Nie.Niejeśli.Kiedy.Kiedysięotymdowie.Bokogojawłaściwiechcęoszukać?
MówimyoNoelleLange.Niezdziwiłabymsię,gdybysięokazało,żeNoellemanawet
tajnedojściadocholernegoPentagonu,Zawszeowszystkimwie.

MyślęrównieżoCheyenneiotym,żemniezniązdradziłeś.!żenazwałamjądziwką,a
dotegodorzuciłamjeszczeparęinnychinwektyw.Iżepotymwszystkimonaodebrała
sobieżycie,amnieobarczyłazatowiną.

Sercemisięścisnęło,aoczyzaszłyłzami.OdwróciłamgłowęodJosha,chcącsię
uspokoić.

-Reed?

-Przepraszam,myślałamoDziedzictwie-powiedziałam,uznając,żetobędzie

najbezpieczniejszytemat.Wzięłamgłębokioddechispojrzałamprzedsiebie.Jeszczenie
byłamgotowa,bypokazaćJoshowitwarz,najprawdopodobniejwciążzaczerwienioną.

Nastąpiładługachwilaciszy.Zbytdługa.NastępnieJoshpodwinąłnogi,usiadłpoturecku
iprzeczesałdłońmiswojekręconewłosy-wszystkieoczywiściezarazwróciłynamiejsce.
W

tejchwiliwogólemnieniedotykał.O,złainterpretacjowydarzeń,tweimiębrzmiReed!

-ODziedzictwie?-zapytałtonempełnymnagany,wykrzywiającustawpełnymniesmaku
grymasie.Jakbysamobrzmienietychsłówwydawałomusięgorzkie.

-Tak.Wszystkiemojeprzyjaciółkirozmawiajątylkootym-odparłam.-Nieja,ale
wszystkieinne.Sązałamane,żebalodwołano.

-Dlaczegomnietoniedziwi?-odpowiedziałkpiącoJosh.

Wtymmomencieinstynktownieprzyjęłampostawęobronną,choćwgłębiduszysięz
nimzgadzałam.KiedyrozmowyschodziłynadziewczynyzBillings,zawszetak
reagowałam.

Możeciemnienazwaćadwokatemdiabła.

-Wiem,maszrację.-Spojrzałammuwoczy.-Aledlaniektórychdziewczynto

najważniejszewydarzeniewroku.

WażniejszeniżświętaBożego-N.

background image

-Tojużsamowsobiejestsmutne-powiedziałJosh.Poderwałsięipodszedłdosztalugi
stojącejustópłóżka.Zacząłgwałtownieprzekładaćsłoiczkizfarbąizaschniętepędzle.-
JakonemogąmyślećoimprezowaniuipopijawachwchwilępośmierciCheyenne?

-Cóż…Niektórzywtensposóbpróbująuciecprzedtąświadomością,prawda?-
zapytałamfrywolnie.

-Taaak.Świetnysposóbradzeniasobiezproblemami-odparłJosh,równiefrywolnie.

-Niemówię,żejatakrobię,alepróbujęzrozumieć,conimikieruje-odrobinę
podniosłamgłos,jednocześnieprzesuwającsięnakrawędźłóżka.-Taksamobyłow
zeszłymroku,kiedyumarłThomas,pamiętasz?Wszyscychcielitylkoznaleźćsposóbna
oderwaniemyśliodtego,cosięstało.

-Tak.BrońBoże,żebyktośwtejszkolemiałsobienaprawdęzczymśporadzić-odciął
sięJosh.-Dlaczegozawszewciemnobronisztychludzi?

-Dlaczegotaktrudnocizrozumieć,żeciludzietomojeprzyjaciółki?-odbiłampiłeczkę.

KochałamJosha,alezawszeirytowałamniejegoniechęćdodziewczynzBillings.Choć
wjegoprzypadkurozumiałam,skądsiętobierze,tojednakniemusiałzakładać,żemoje
przyjaciółkiwieczniezachowująsiętakokropnieiprzewidywalnie.Denerwowałomnie
również,żewrzucałjewszystkiedojednegoworka,jakbytakiedobreosoby,jak
Constance,Sabinę,TiffanyiRose,byłyrówniewredne,jakwzeszłymrokuwrednabyła
ArianaOsgood.Byćmożeichpriorytetyniezawszepokrywałysięznaszymi,alenie
oznaczałoto,żetedziewczynysązgruntuzłe.Miaływsobiewieledobrychcech,aJosh
uparcieniechciałtegodostrzec.

Apozatymbyłymoimiprzyjaciółkami.Wkażdymraziewiększośćznich.Miałamjużpo
dziurkiwnosietego,żenakażdymkrokujeatakuje.

Joshwestchnąłispojrzałwdół,naswojebosestopy.Obiemadłońmichwyciłkilkapędzli.

-Przepraszam.Niechodziociebie…Tylko…Pomyśl,jakczułabysięCheyenne.Jak
czułabysię,wiedząc,oczymjejprzyjaciółkirozmawiajązaledwieczterydnipojej
śmierci?

ZabolałomniejegowspółczuciedlaCheyenne.Wiem,żetodrobiazg,aleniecałedwa
tygodnietemunacmentarzyskusztukizastałamichwniedwuznacznejsytuacji,abyłto
dzień,kiedyJoshijaporazpierwszypowiedzieliśmysobie„kochamcię”.Okazałosię
później,żeCheyennedosypałaJoshowijakiegośnarkotyku,żebywprowadzićgow
nastrój,jeślimożnataktookreślić.Wybaczyłammu.ApozatymCheyennedziśjużz
naminiebyło.Alemimowszystkonieudałomisięwymazaćzpamięciwidokunawpół
nagiejCheyennedobierającejsiędoJoshaanijegospojrzeniawyrażającegopodziwi
zachwytodważnąboginiąseksu.Iwcalemniejmnietoniebolało.

-Szczerze?Myślę,żebyłabydumna-powiedziałam,lekkounoszącpodbródek.

BochoćniepoparłamPortiiwtedywbibliotece,jejargument,jakojedyny,wydawałmi
sięsłuszny.Cheyennemechciałabybyćzapamiętanajakoktoś,przezkogoDziedzictwo
sięnieodbyło.Gdybyzmarłktokolwiekinnyznaszejpaczki,Cheyennenapewno
optowałabyzatym,żebybaltrwałnadal”.

background image

SkonsternowanyJoshznówwykrzywiłtwarzwgrymasie.

-Dumna?

-Tak.CheyennezawszeopowiadałasięzaEastonitradycją.Szczyciłasię,żema
najlepszyrodowódzewszystkichwkampusie-powiedziałam.-Myślę,żechciałaby,aby
Dziedzictwosięodbyło,iniebyłabyzadowolona,wiedząc,zejejtataodwołałbal.Znałeś
przecieżCheyennecałkiemdobrze.Próbujęmyślećtakjakona-mówiłam,starającsię
ukryćniesmak,którypowracałzakażdymrazem,gdyprzypominałamsobiesytuację,w
jakiejichprzyłapałam.-Niesądzisz,żetakwłaśniebybyło?

-Wow-powiedziałJosh,wpatrującsięwemnie.

-Cojest?-spytałamniepewnie.

-Ależcizrobiłypraniemózgu.

Niemogłamuwierzyćwłasnymuszom.BiorącpoduwagęniechęćJoshadodziewczynz
Billngs,to,żewidziałmniejakojednąznich,wydawałosięnajwiększąobrazą,jakiej
mog-

łamsięspodziewaćzjegostrony.

-Pójdęjuż-powiedziałam,biorącklucze.

-Reed,zaczekaj.Przepraszam.Niechciałem|.

-Owszem.Chciałeś.

Poczymotwarłamdrzwiitymsposobemzakończyłamtenjakżeromantycznywieczór.

background image

Zonk

TamtejnocywpatrywałamsięwsufitmojegopokojuwBillings,słysząctylkodelikatny
oddechSabinę.Niemogłamzasnąć.Wdzieńczasamiudawałomisięzapomniećotym,
cosięniedawnotuzdarzyło,zepchnąćwszystkogdzieśnabok,bozwyklezajmowałam
sięinnymisprawami.Alekiedygasłyświatłaibyłamjużsama,wspomnieniapowracałyi
nieumiałamichpowstrzymać.

Jaktosiędzieje,żektośpostanawiaumrzeć?Czywiększośćznasnieobawiasięśmierci
bardziejniżczegokolwiekinnego?Jeślisięzastanowić…jeślisięgłębokozastanowić…
tojesttojednajedynarzeczwżyciu,którejniesposóbsobiewyobrazić.Boniktniewie,
jaktojestnaprawdę.Niktniewie,dokądsięwtedyzmierza.Gdyzaśwszystkosięjuż
stanie,niemożnajużtegocofnąćipoparudniachwrócićdoprzyjaciół,mówiąc:Ijak,
naprawdętakbytodziwnie,jakumarłam?Otochodzi.Nawetjeślijestcośpotem,to
życie,jakieznaliśmynatymświecie,jużnigdyniewróci.Koniec.

Cheyennejużniema.

Usiadłamnałóżku.Sercebitomijakoszalałe.Nazajutrzmiałasięodbyćmszaza
Cheyenne.

Oddwóchdniwogóleniespałam.Zakażdymrazem,kiedyzamykałamoczy,widziałam
śliczną,zawadiackątwarzyczkęCheyenneinatychmiastsenpryskał.Dłużejjużbymnie
wytrzymała.KiedyzginąłThomas,doszłamdosiebiedopieropokilkumiesiącach
koszmarównocnychinieproszonychsnównajawie.Jakdługobędziemniedręczyć
samobójstwoCheyenne?Czytymrazemjużzawsze…

Słowazjejmailawryłymisięwpamięć.Obwiniałamnieoswojąśmierć.Obwiniała
mnie.

Jakmogłamsięztympogodzić?

Odrzuciłamkołdrę,chłodnepowietrzeowiałomojegorącenogi.Spoconewłosy
przykleiłymisiędogłowy.Musiałamcośzrobić,żebyzająćmyśli.Napiszęmailado
brata.AlbodoNatashyCrenshaw,zktórądzieliłampokójwzeszłymroku.Muszęzrobić
cokolwiek.

SpojrzałamnałóżkoSabinę.Wstałam,otworzyłamlaptopa,poczymnajciszejjak
umiałam,wysunęłamkrzesłospodbiurka.Zprzyzwyczajenianajpierwsprawdziłam
skrzynkęmailową.

NasamejgórzewidniaławiadomośćodDasha.Serceznówzaczęłomibićmocniej,ale
tymrazemzinnegopowodu.Kliknęłamnawiadomość.

DrogaReed,

SłyszałemomszyzaCheyenne.Szkoda,żemnietamniebędzie,alenaprawdęniedam
rady.

Czujęsięokropnie,zważywszy,jakdługoznałemCheyenne,alenaponiedziałekmuszę
napisaćsporąpracę,apogrzebyprzyjaciółniesąwYaleuznawanezawystarczające

background image

usprawiedliwienie.Aleniemartwsię.Jestempewien,żedaszradę.Niezrozummnieźle,
będziekiepsko,aleprzejdzieszprzezto.Wiem,żetwojeprzyjaciółkizBillings
będąprzy
tobieijestempewien,żetyteżzrobiszwszystko,żebystaćsiędlanichwsparciem.

Zawszebyłaśwtymdobra,niezależnieodokolicznościwspierałaśprzyjaciół.

Jeślibędzieciciężko,chciałbym,żebyświedziała,żeprzezcałydzieńmyślęotobie…i
żałuję,
żeniemogębyćrazemztobą.

Całuję,

Dash

Wpokojubrakowałopowietrza.Przeczytałammailatrzyrazyipoczułamsięznacznie
lepiej.

TenkawałekomoichprzyjaciółkachzBillings-Dashwiedział,żebędziemywtedy
wszystkierazem-niemogłamprzestaćsięweńwpatrywać.

Dashrozumiał.Wiedział,ileznacządlamnieprzyjaciółki.Wiedział,ileznaczyBillings.

ZupełnieinaczejniżJosh,któryprzykażdejokazjikrytykowałdziewczynyzmojego
internatu.Dashmnierozumiałidziękitemupoczułam,żetoważne.Byłamdumnai
szczęśliwa.

Noitoostatniezdanie.

„Przezcałydzieńmyślęotobie…iżałuję,żeniemogębyćrazemztobą”.Niedałosię
tegoopacznieodczytać.Adotegozakończyłmailasłowem„całuję”.„Całuję,Dash”.Z
powodujednegomailawszystkomiędzynamisięzmieniło.Robiłosięciekawie.

Iniebezpiecznie.Iźle.

MoimchłopakiembyłprzecieżJosh.ANoellebyłajednązmoichnajlepszych
przyjaciółek!

Dlaczegowięcuśmiechnieschodziłmizust?

Drżałymipalce.Położyłamjedelikatnienaklawiaturze.Wszystkozależałoodtego,co
odpiszę.MogłabympowiedziećDashowi,żetakżebędęonimmyślała.Tymsposobem
przeniosłabymnasząrelację,jakkolwiekbyjąnazwać,ojedenpoziomwyżej.Mogłamteż
zignorowaćto,conapisał.Mogłambyćchłodnaitrzymaćgonadystans-wtedy
okazałabymlojalnośćwobecJosha.Dashzpewnościązałapałbyaluzję,niebyłgłupi.

Itakwłaśniepowinnampostąpić.Oczywiście,taknależałozrobić.Dziświeczorem
międzymnąaJoshempojawiłosięnieprzyjemnenapięcie,aleniemiałotowiększego
znaczenia.W

końcuprzecieżbędzielepiej.Kochamgo.Aonkochamnie.Niemogłamnarażaćnaszego
uczucia,ładującsięwmailowyflirtzfacetem,którymieszkałsetkimilstąd.Nawetjeśli
jednymmailemsprawił,żepoczułamsięnieskończenielepiej,podczasgdytegosamego
wieczoruJoshzmieszałmniezbłotem.

PoczułamnatwarzyuderzeniegorącanawspomnieniedzisiejszegouporuJosha.Nie
chciałamjednakotymmyśleć,niechciałamdłużejrozwodzićsięnadtym,cozłe.
Chciałamsięskupićnaświeżoodzyskanym,pełnymspokojupoczuciusłuszności.

background image

Odpisałam…

Dash,

Teżbędężałować,żecięprzymnieniema.

Sabinęporuszyłasięwłóżku,wzdychającprzytym.Dłoniepodskoczyłymina
klawiaturze,jakgdybyklawiszenaglezamieniłysięwżarzącesięwęgielki.Zestrachem
obejrzałamsięprzezramię,aleSabinęprzewróciłasięnadrugibok.Nierzuciłami
pełnegonaganyspojrzenia.Nawetgdybywiedziała,dokogopiszę,niepodejrzewałaby,że
kryjesięwtymcośzłego.Aleczycośzłego?Dashbyłprzecieżmoimprzyjacielem.Poza
tymmusiałamoderwaćsięodwszystkiegodookoła.CałatadziwnasytuacjazJoshem,
zamieszaniezwiązanezCheyenne…musiałamswobodnieodetchnąć,żebyprzejśćprzez
mrok.

Wzięłamgłębokioddechipodpisałammaila:„Całuję,Reed”,poczymgowysłałam.
Nawetnieczułamsięwinna.Tylkozmęczona.Niezwykle,dogłębi,przejmująco
zmęczona.

Zamknęłamoknozpowiadomieniem„wiadomośćzostaławysłana”inaekranie
natychmiastpojawiłasięmojaskrzynkaodbiorcza.Zobaczyłamnowąwiadomość.Nie
mogłamuwierzyćwłasnymoczom.Sercepodskoczyłomidogardła.Pochylającsię,
zacisnęłamdłonienabiurku.

MailbyłodCheyenne.

Nie.Nie,nie,nie,nie,nie.Toniemożliwe.Cosię,udiabła,dzieje?

Wykasujto.Poprostuwykasuj.Taknaprawdęniemażadnegomaila.Totylko
halucynacja.

Maszzwidy.Jesteśzmęczona.Maszomamy.Skasujtoiidźspać.

Aleniemogłam.Pierwszymailprzyszedłdokładnietydzieńtemu.Tojużtydzień,jak
Cheyennenieżyje.Musiałamotworzyćjejmaila.Musiałamwiedzieć.

Wstrzymałamoddech,trzęsącsię,jakbymmiałarozleciećsięnakawałki.Kliknęłamna
wiadomość.

Zapomnijotamtejnotatce.Tymitozrobiłaś.Zniszczyłaśmiżycie.

Poczułam,jakrobimisięzimno.Niemogłamzłapaćoddechu.Chwyciłamsiękrawędzi
biurka,żebysięnieosunąćzkrzesła,żebyniezemdleć.Musiałampoczućcoś
rzeczywistego.

Bo…tawiadomość…niemogłaprzecieżbyćprawdziwaTosięniedziejenaprawdę.
Przecieżtotasamawiadomość

którądostałamwtamtenweekend.OstatnimailCheyenne.Jakimcudemzostałpowtórnie
wysłany?Czyktośpotajemniezakradłsiędojejpokoju?Czyktośwłamałsiędojej
komputera,aterazbawiłsięzemnąwkotkaimyszkę?

Czującnagłyprzypływadrenaliny,oderwałamsięodbiurkainapalcachpodeszłamdo
drzwi.

Caładrżałam,wymykającsięnakorytarz.PokójCheyenneznajdowałsięniedalekood

background image

mojego.Wypatrywałamsmużkiświatłapodjejdrzwiami,aleniczegoniezauważyłam.
Mimowszystkoktośmógłjednakbyćwśrodku.Siedziałprzyjejkomputerze.Bawiłsię
moimkosztem.Odetchnęłamgłębokoiruszyłamprzedsiebie.

Korytarznigdyprzedtemniewydawałmisiętakszeroki,chłodnyicichy.Przechodząc
obokstarychzdjęćprzedstawiającychhistorięEastonAcademy,poczułamsię,jakbyktoś
mnieobserwował.Jakbywkażdejchwilimogłymniezłapaćzimnedłoniewyłaniającesię
zciemności.Chybanaoglądałamsięzadużohorrorów.Musiałamwziąćsięwgarść.
KiedydotarłampoddrzwipokojuCheyenne,oparłamdłonieodrewnianeframugii
głębokoodetchnęłam.

Ktośjestwśrodku.Ktośtommusibyć.Niezwariowałam.Przecieżtenmailsamsięnie
wysłał.

Zdusiłamwsobiestrach,któryomałomnieniesparaliżował,wstrzymałamoddechi
popchnęłamdrzwi.

Otwarłysięszybkoinaoścież,jakbypomógłimwtymnagłypodmuchwiatru.Pokójbył

pusty,ekrankomputera-całkiemczarny.

Nikogoniebyło.

Stałamprzezdłuższąchwilę,niewierzącwłasnymoczom.Jeśliniktniewysłałtegomaila,
tojakimcudempojawiłsięonwmojejskrzynce?Jaktosięstało?Jednakodpowiedźnie
objawiłamisięwżadencudownysposób,aimdłużejstałam

wdrzwiach,tymbardziejskupiałamsięnasamympokoju.Zaczęłamzauważaćpewne
rzeczyRzeczy,którychniedostrzegłam,kiedybyłamtuostatnimrazem-tamtegoranka,
kiedyznalazłyśmyciałoCheyenne.

Naprzykładtrzyotwartewalizkileżącenapodłodzeprzyścianie.Wjednejpiętrzyłsię
stosikswetrów,wdrugiejzłożonawkosteczkębielizna.TamtejnocyCheyennezaczęła
siępakować.Szykowałasiędodrogi.

Wktórymmomencieprzerwałapakowanie?Kiedydoszładowniosku,żewłaściwienie
mazamiaruopuszczaćBillings?Aprzynajmniejdopókijestżywa.

Nigdysiętegoniedowiem.

Mojaciekawośćzwyciężyła.Weszłamdopokojuicichozamknęłamzasobądrzwi.Na
toaletceleżałakosmetyczkaCheyenne,pobrzegiwypełnionakosmetykamiodShiseidoi
LauryMercier.Obokzauważyłammalutkiesrebrnepudełeczkozozdobnąrycinąna
wieczku.

Piękne.Przyjrzałammusięzbliskaidostrzegłammonogramwplecionyw
skomplikowanywzór.V.M.S-wszystkieliterywtymsamymrozmiarze.PocoCheyenne
przechowywałapudełkozinicjałamiV.M.S.?Niepewniewyciągnęłamrękę,otworzyłam
pudełkoizamarłam.

Wśrodku,naczarnejwyściółce,leżałdiamentowynaszyjnikCheyennezliterkąB.Nie
mogłamuwierzyć,żegozdjęła.Tenwisioreksymbolizowałwszystko,cobyłodlaniej
najważniejsze.Zauważyłam,żezjegołańcuszkiemcośjestnietak.Niezostałnormalnie
rozpięty-byłzerwany.Jaktosięstało?Dlaczego?CzysamaCheyennetakmocnogo

background image

szarpnęła,wściekła,żejąwydalono?

Tokolejnarzecz,którejnigdysięniedowiem.

Przerażonabrutalnąsceną,którąsobiewyobraziłam,szybkozamknęłampudełkoi
odłożyłamjenamiejsce,tużobokszczątkówtelefonukomórkowego,którywtrakcie
awanturyoJosharoztrzaskałamościanęnadjejłóżkiem.NazajutrzCheyennemiałajuż
nowytelefon,więcpocotrzymałaresztkitamtego?

Następnepytaniebezodpowiedzi.

PotemrzuciłamokiemnakomputerCheyenne.Towłaśniezniegowysłałapamiętnego
maila.

Tonatejklawiaturzenapisałaswojąostatniąwiadomość.Czynadalbyłaonazapisanaw
systemie?JeśliCheyennewysłałająstąd,todzisiejszymailteżmusiałwyjśćztego
komputera,tochybalogiczne?Takmusiałobyć.

Naglemnieoświeciło.MożeCheyennezapisałaustawieniatak,bywiadomośćbyła
wysyłanaregularniecojakiśczas?Możeustawiłasystemtak,bymwkażdypiątek,do
końcamoichdni,otrzymywałajejostatniegomaila?Zwrażeniazakręciłomisięw
głowie,musiałamoprzećsięobiurko.

CzyCheyennebyłaażtakąsadystką?Czybyłaażtaknamniewściekła?Amożeoszalała?

Niemożliwe.Alejeślifaktycznietakustawiłaswojąskrzynkę…Jeślitak,tomusiałamcoś
ztymzrobić.Musiałamztymskończyć.

Zanimzdążyłamsięporządnienadwszystkimzastanowić,usiadłamzabiurkiemz
różowymobiciemiuruchomiłamkomputerCheyenne.Wydawałomisię,żestartsystemu
trwacałewieki,alewkońcunamonitorzepojawiłasiętapeta:zdjęcieprzedstawiające
wszystkiedziewczynystojąceprzedinternatemBillings,zrobionewostatnidzieńzajęć
szkolnych.

Widokuśmiechniętych,niczegoniepodejrzewającychtwarzy-iCheyennenasamym
środku

-sprawił,żełzynapłynęłymidooczu.SzybkokliknęłamdwarazynaherbEastonw
prawymgórnymroguekranu,otwierającszkolnąskrzynkęmailową.

Iwtedyzamarłam.Oczywiściesystemprosiłopodaniehasła.

Cholerajasna.Cholernezabezpieczenia.Skądmiałamwiedzieć,jakiehastowymyśliła
sobieCheyenneMartin?Czując,żeniemogęsięwtakiejchwilipoddać,wpisałamkilka
oczywistychpomysłów.„Billings”.Nie.„Easton”.Nie.„Josh”i„Hollis”teżnie.Dzięki
Bogu!Alepomysłymisięskończyły.Wzeszłymroku,kiedyrazemzDashem
włamaliśmysiędokomputerapaniLewis-Hanneman,Dashwpisałuniwersalnehasło,
którejakimścudemzłamałLanceReagan.Niemiałamjednakpojęcia,jakonobrzmiało.
MogłabymzadzwonićdoDashaalbodoLance’a,albodoktóregokolwiekchłopakaz
Ketlar,bowyglądałonato,żekażdyznichjeznał.Alekażdyznichchciałbywiedzieć,
pocomionopotrzebne.Tonanic.

Będęmusiałazrezygnować.Mogłamjeszczepodnieśćmonitorizezłościwalnąćnimo
ziemię,alehałaszpewnościązwróciłbyczyjąśuwagę.

background image

Zdrżeniemzaczerpnęłamoddechuiwyłączyłamkomputer.Gdywpokojuznów
zapanowałaciemność,gdzieśzamoimiplecamizaskrzypiałapodłoga.Odwróciłamsię
gwałtownie,sercepodeszłomidogardła,alenie,nikogoniebyło.Zobaczyłamtylko
otwartąszafkęCheyenne.

Pomałuzaczynałamwariować.AtmosferawpokojuCheyenneminiesłużyła.Szybko
wstałamiuciekłamdoswojegopokoju.Pocichuwśliznęłamsiępodkołdręi
podciągnęłamjąażpodbrodę.Wiedziałam,żetejnocyznówniezasnę.Polezęi
poczekamdorana,kiedyrozpoczniesięmszazaCheyenne.Wtedyprzyjdzieczas,żeby
sięzniąpożegnaćibyćmożebędęmogłarównieżrozstaćsięzeswympoczuciemwiny,
stracheminiepewnością.Nadziejamatkągłupich…

Moważałobna

-Mojacórkazawszemiałasercenadłoni.Jeślijąznaliście,znaliścierównieżjejuczucia,
jejnadziejeimarzenia-mówiłapaniKane,mamaCheyenne.Stałazaniewielkim
pulpitem,majączasobądługirządokien,zaktórymirozpościerałosięskalistewybrzeże
CapeMay.

Przedniąsetkagościsiedziałanieruchomojakposągi.Niktnieodważyłsięruszyć,nie
chcączakłócićporządkunabożeństwa.-Alejakojejmatkalubięmyśleć,żeznałamją
lepiejniżktokolwiekinny,dlategodzisiajchciałabympodzielićsięzwamikilkomamniej
znanymifaktamizżyciaCheyenneMartin,mojejmałejdziewczynki.

WyciągnęłamdłońichwyciłamJoshazarękę.Zakażdymrazem,kiedysłyszałamimię
Cheyenne,czułamciarkinacałymciele.Odkądporazkolejnydostałamjejwiadomość,
by-

łamcałaroztrzęsiona.Niemogłamsięuwolnićodpoczucia,żejestemnieustannie
obserwowana.Uczucietojeszczesiępogłębiło,kiedyweszłamdoprzestronnej
wiktoriańskiejposiadłościmatkiCheyennenaCapeMay.Wszędziebyłyzdjęcia
Cheyenne.Przyglądałamisię.Osądzałamnie.Obwiniała.

Spodziewałamsię,żepobytwjejdomubędziedlamnietrudny,alewrzeczywistościbyło
dziesięćrazygorzej,niżsądziłam.Mojaprywatnasalatortur.

-Mojejmałejdziewczynki-powtórzyłaztęsknotąpaniKane.

Oparładłonieopulpitiprzerwała.Wszyscywstrzymaliśmyoddech.MamaCheyenne
byłaszczupłąblondynką,bardzopodobnądoNaomiWatts,alemimowątłejposturymiała
wsobiemnóstwosiły.Byłaubranawobcisłeczarnespodniumiczarnebutynaobcasach;
włosyspięławkoknadkarkiem.Miałanieskazitelnymakijaż.Zanią,polewejstronie,
skulonynadrewnianymkrześlesiedziałojciecCheyenne.Niebyłnawetwpołowietak
opanowanyjakjegobyłażona.Miałwyraźniezarysowanąszczękę,szerokieramionai
jednodniowyzarost-

mimożałobywciążbyłprzystojny.

-Cheyennekochałakonie,jakzapewnewiecie,aleczywiedzieliście,żegdybyła
dzieckiem,jejnajwiększymmarzeniembyłróżowykucykzczerwonymogonem?-
powiedziałapaniKane.

Tłumzebranychzaśmiałsięcicho,delikatnieporuszającsięnaswychmiejscach.

background image

-Wieluzwaspewniewie,żemojacórkabyłarównieżfilantropką.Każdegolataspędzała
kilkatygodni,budującdomydlaubogichzFundacją„HabitatforHumanity”-ciągnęła
paniKane.-Aleczywiedzieliście,żetakbardzopokochałaarchitekturęibudownictwo,
żesamazaprojektowałaizbudowaładomdlanaszegopsaCoco?

PanMartinzwiesiłgłowę.Ogarnęłomniepoczuciecałkiemświeżejwiny.Znów
ścisnęłamdłońJosha.Opanowany,spokojnyJosh.Josh,któryprzezcałyranekani
słowemniewspomniałonaszejwczorajszejkłótni.Nadziedzińcu

objąłmnieramieniem,zaprowadziłdoswojegosamochoduiwdrodzenaCapeMay
ciąglepytał,czywszystkozemnąwporządku.Mimożejeszczesięniepogodziliśmy,
zależałomunamnienatyle,żebyprzyjśćtuzemną,choćwcaleniemusiał.

PocowczorajwnocywysyłałamtegomailadoDasha?Poco?Zrobiłamtowchwili
słabości.

Potrzebowałamzrozumieniaipociechy.Aktoterazbyłprzymnie?Josh.Przezcałydzień.

Służyłwsparciemipocieszeniem.Tojegokochałam.Niepotrzebowałaminnegofaceta.

-Jestempewna,żepamiętacie,jakbardzokochałaswojeprzyjaciółki,dziewczętaz
internatuBillings.-PaniKaneprzerwała,uśmiechającsiędonas,współlokatorek
Cheyenne.Najejprośbęwszystkiesiadłyśmywpierwszychdwóchrzędach.Nagle
poczułamfalęgorącanatwarzy.-Kochaławas,dziewczyny,najbardziejnaświecie.
Wiem,żegdybybyładzisiajznami,powiedziałaby,jakbardzozawamitęskniiżema
nadzieję,iżzapamiętaciejązewzględunatowszystko,corobiła,abyumilićwamżyciew
Billings,anieto,jakwasopuściła.

OczypaniKanebłyszczały,gdyspoglądałakolejnonakażdąznas.Łzapotoczyłasiępo
moimpoliczkuiotarłamjądrżącąręką.Cheyennezpewnościąnietęskniłabyzamną.

Nieawidziłamnie.Gdybynieja,żyłaby.

-Terazpoproszę,byścieposzlizemnąnabrzeg…Zakilkaminutrozsypiemyprochy
Cheyennewjejulubionymmiejscunaurwisku.Dziękujęwam-zakończyłamama
Cheyenne,zmuszającsiędopromiennegouśmiechu.

Gościezaczęlisiępodnosićzeswoichmiejsc,alepaniKaneobeszłapulpitdookołai
zatrzymałaRose,chwytającjązaramię.

-Dziewczęta,czymogłybyściejeszczenachwilęzostać?Chciałabymwamcoś
powiedzieć-

zaczęła,patrzącmiprostowoczy.

Zrobiłomisięsłabo.Dlaczegospojrzałanamnie?Czemuakuratnamnie?

-Daszradę?-spytałJosh,ściskającmniezarękę.Czułam,jakdławimniewgardle,nie
mogłamnicpowiedzieć,alekiwnęłamJoshowigłową.

-Zaczekamnazewnątrz-zapewniłmnie,posyłającmistanowczespojrzenie.

-Wporzo-zaskrzeczałam.

Usiadłamzpowrotem,obokKiki,któraschowałaswojąróżowągrzywkępodczarną
czapkązdaszkiem,naciągniętąnaczoło.Sercewaliłomitakmocno,żebyłampewna,że

background image

zemdleję.CotakiegochciałanampowiedziećmatkaCheyenne?

-Notobędziepewnieciekawe-mruknęłapodnosemKiki,opadającnakrzesłoirobiąc
balonzgumy.Jejciężkieczarnebuciorywystawałyspoddługiej,szarejspódnicy.

-Tozajmietylkochwilkę-zaczęłapaniKane.Uśmiechnęłasięisplotłaręce.Najejpalcu
serdecznymbłysnąłkamieńwielkościmojejgłowy.PanMartinstałzaniązopuszczonymi
ramionami.-Najpierwmamdowasprośbę.JutroranorazemztatąCheyennewybieramy
siędoEaston,byspakowaćrzeczyCheyenne.Rozmawialiśmyotymichcielibyśmy,aby
każdazwasdzisiajwieczoremwstąpiładojejpokojuiwybrałasobiecoś,cochciałaby
zatrzymaćnapamiątkę.

Spojrzałyśmynasiebie.ChybapaniKaneniemówiłapoważnie.

PanMartingłośnochrząknął.

-Wiemy,jakwieleznaczyłyściedlanaszej…dlaChey…-przerwał,byzebraćmyśli,i
przesunąłdłoniąpooczach.-Wiemy,jakwieledlaniejznaczyłyście;wiemyrównież,że
chciałaby,abyściemiałycoś,cobywamoniejprzypominało.Dlategomamnadzieję,że
uczynicienam…ijejpamięci…tenzaszczyt.

Zamilkł,wbijającwzrokwpodłogę,ipotrząsnąłgłową.-Przepraszambardzo.Ja
muszę…-

głosmusięzałamał.

Wybiegłzpokoju,zasłaniającdłoniąusta.Słychaćbyłotylkoszelestjegoeleganckich,
kosztownychspodni.Nigdywżyciunieczułamsiętaknieswojo.Niktsięnieporuszył.
Czu-

łyśmysięokropnie,widząc,jakczłowiekjegopokrojumożesięzałamać.Przeraziłonas
to.

Powróciływszystkiedopierocostłumioneuczucia.

-PaniKane,takmiprzykro…-drżącymgłosemodezwałasięRose.-Żałuję…
Chciałabym…

-Och,Rose,chodźdomnie,kochana-powiedziałamatkaCheyenne.

Rosepodeszładoniej,płaczącidepczącnaspostopach,amatkaCheyennemocnoją
przytuliła.Niewiedziałyśmy,jaksięzachować.Siedziałyśmywsłuchanewprzytłumiony
szlochRose.

MamaCheyennewyciągnęłachusteczkęztorebkiodChanelipodałająRose,która
drżącymirękamiprzycisnęłajądonosa.

-Dziewczęta,wiem,żejesteściewżałobie.Takpowinnobyć.Dopierocostraciłyście
jednąznajlepszychprzyjaciółek.Niechciałabymjednak,abyktórakolwiekzwasczuła
sięwinnalubdręczyłasiępytaniem:„cobybyłogdyby”.Żadnazwasniejest
odpowiedzialnazato,cozrobiłamojacórka.

Żadnapozamną.

-Takbardzowaskochała.Kochałarównieżwaszinternat-ciągnęłapaniKane.-
Chciałaby,żebywaszeżycietoczyłosiędalej.Chciałaby,abyściedalejprzynosiły

background image

zaszczytinternatowiBillingsipozostawaływiernejegotradycjom.Opłakujcieją,
uczcijciejejpamięć,aleniezapominajcie,żemaciewłasneżycie.Nieoglądajciesięza
siebiezżalem.

Niemogłamuwierzyćwto,cousłyszałam.CzynawetmatkaCheyennebagatelizowałajej
śmierć?Jakmogłaoczekiwać,żepotymwszystkimpoprostubędziemyżyłysobiedalej,
niczegonieżałując?Zeszłyrokbyłwyjątkowoszczodry,jeślichodziotragedie.
Rozejrzałamsię,spodziewającsięujrzećdookołasameprzerażonetwarze.Zamarłam,
widząc,żemojeprzyjaciółkinajwyraźniejłyknęłytęmowę.Kilkaznichjużwyglądało
niecoraźniej.Chociażwsumieniemogłammiećdonichżalu.JeślirodziceCheyenne
pozwalająimtakłatwopogodzićsięześmierciąswojejcórkiikażąimotrząsnąćsięz
żałoby,todlaczegomiałybynieposłuchać?

-Wyjdźmyterazidołączmydopozostałych-powiedziałapaniKane,razjeszcze
serdecznieściskającRose.-Jestempewna,żejużnanasczekają.

Potrwającymułameksekundywahaniudziewczynyzaczęływstawaćijednazadrugą
wychodzićnazewnątrz.Kolanamisiętrzęsły,kiedypodnosiłamsięzmiejsca,imusiałam
oprzećsięokrzesło.

-Reed?Wszystkowporządku?-zapytałaConstance.-Tak,jestem…

-ReedBrennan?-przerwałamipaniKane,usłyszawszy,comówiłaConstance.-Nie
byłampewna,czytoty.Nazdjęciachwyglądaszzupełnieinaczej…

Sercemizamarło.Nazdjęciach?Najakichzdjęciach?

-Przepraszam?-wyjąkałam.

Kilkadziewczyn,opuszczającpokój,rzuciłonamzagadkowespojrzenia,aletylkoSabinę
iConstancezatrzymałysię,stającwodpowiedniejodległościodemnieiodmatki
Cheyenne.

-Cheyennebardzoserdeczniesięotobiewyrażała-powiedziałapaniKane.

Zamrugałamoczami.

-Naprawdę?

-Jesteśzaskoczona-stwierdziła,przeczesującdłońmiitakjużgładkiewłosy.-Aletak
było.

KiedybyłyśmywGrecjinawakacjach,wszystkomiotobieopowiedziała.Otym,jak
wprowadziłaśdoBillingstakpotrzebnąwówczasdozęnormalności.Żetwardostąpaszpo
ziemi.Myślę,żemiałaśnaniądobrywpływ.

Niedoznałabymwiększegoszoku,nawetgdybytakobietawyjęłaterazzzapazuchy
laseczkęizaczęłastepować.

-Mamcośdlaciebie-powiedziała.

Odwróciłasięipołożyłanapulpicietorebkę,bywniejczegośposzukać.Byłamtak
zdezorientowana,żepoczułamsięsłabo.CzynaprawdęCheyennemiałaomnietakdobre
zdaniepodczasminionychwakacji?Ciężkomibyłouwierzyćwto,pamiętającokłótniach
izłośliwościach,jakiezdarzyłysięmiędzynamiwciąguostatnichkilkutygodni,ale

background image

mimowszystkokiedyśbyłyśmyprzyjaciółkami.Ostatniejwiosnyspędzałyśmyrazem
całkiemdużoczasu.

SkorojednakCheyenneuważała,żetwardostąpampoziemiiżebyłamwBillings
„bardzopotrzebna”,todlaczegopoświęciłatyleczasunaprzekonywaniemnie,iżnie
pasujędoreszty?Zaledwietydzieńtemupowiedziałamiwprost,żenienadajęsiędo
Billings.Żenigdyniezrozumiem,cotoznaczybyćjednąznich.Cotakiegowydarzyło
sięodostatniegolata,żeCheyennecałkowiciezmieniłaomniezdanie?Amoże

wcalegoniezmieniła?MożebyłatakzakochanawJoshu,zegotowabyłanawszystko,
bylebymniezranić.MożepróbowaławtensposóbzmusićmniedoopuszczeniaBillings,
że-bymniewięcejnieoglądać.WtakimraziejejuczuciedoJoshamusiałobyćpoważne.
Niewsypujesięgościowiczegośdodrinka,abynaciągnąćgonaprzytulanki,jeślitoma
byćtylkozabawa.Nieżebymwiedziałaotymzwłasnegodoświadczenia,alejednak.

-Proszę,znalazłamtowśródjejrzeczy.-PaniKaneodwróciłasięwmojąstronę.
Wręczyłamizdjęcie,naktórymbyłamjaiCheyenne.Fotografięzrobionowiosną,na
impreziezokazjisiedemnastychurodzinVienny.Obiebyłyśmyszerokouśmiechnięte,
przytulałyśmysię,naszepoliczkistykałysię,zupełniejakbyśmybyłynajlepszymi
przyjaciółkami.Bonaprawdęsięprzyjaźniłyśmy.Choćteraztrudnotosobieprzypomnieć,
aletakwłaśniekiedyśbyło.Tobyłofantastyczneujęcie.Pamiętałamdokładnie,kiedy
Tiffanypstryknęłanamtęfotkę.

TańczyłyśmynapokładziejachtudopiosenkiMorgańtovilleiśpiewałyśmyilesiłw
płucach.

Pamiętam,jakdziwiłamsię,żeludzieztowarzystwazEastonznająsłowategoutworu,
alepodejrzewam,iżtakiemelodyjkisąpoprostuuniwersalne.Wgórnejczęścizdjęcia
byładziurkapopinezce;widocznieCheyennegdzieśjeprzyczepiła.Byłodlaniejnatyle
ważne,żepowiesiłajewjakimświdocznymmiejscu.-Cheyennechciałaby,żebyśje
zatrzymała.

Poczułamwgardlewielkąbańkę,którarosnąc,uniemożliwiałamioddychanie.

-Pamiętaj,cowampowiedziałam,Reed.Niemarnujzbytwieleczasunaroztrząsanie
tego,cosięwydarzyło.Jesteśmłoda.Powinnaśżyćwłasnymżyciem.-Ścisnęłamnieza
ramięichciałaprzejśćdalej,alenagleogarnęłomnienanowopoczuciewiny.Tegobyło
jużzawiele.

-PaniKane…-wyjąkałam.

Zatrzymałasięispojrzałanamniewoczekiwaniunaciągdalszy.-Tak?

-Ja…Japrzepraszam.-Patrzyłamnazdjęcie,aoczyzaszłymiłzami.-Ja…Janie
chciałam…

Constancezrobiłakrokdoprzodu,jakbychciałamnieprzytulićalbouspokoić.Wtedy
momentalniewróciłamdorzeczywistości.Comiałamzamiarpowiedzieć?Żenie
chciałamzmuszaćCheyennedosamobójstwa?Żeprzepraszam,boprzyczyniłamsiędo
śmiercijejcórki?SpojrzałamnaConstanceiSabinę-obiestałyzszerokootwartymi
oczami,wyraźniezmartwione.Cojasobiewyobrażałam?Niktniemógłsiędowiedziećo
mailu.Absolutnienikt.

background image

-Czegoniechciałaś,kochanie?-zapytałapaniKane.

Ztrudemprzełknęłamślinęiwsunęłamzdjęciedotorebki.

-Nictakiego,przepraszam,poprostu…straszniemiprzykro.

PaniKaneuśmiechnęłasięwyrozumiale.

-Dziękuję,Reed.

Poczymobróciłasięiwyszła.

-Niemogęuwierzyć,żeCheyenneopowiadałaotobietakierzeczy.-Constance
przygryzławargę.

-Taaak.Jateż-odparłam,całkiemzdezorientowanaiwciążpełnapoczuciawiny.

-Powinnyśmychybastądwyjść.Niedługobędąchcielizaczynać-przypomniałanam
Sabinę,obejmującmnieramieniem.

Wyszłamnasłońcezdwiemanajbliższymiprzyjaciółkami.Choćbyłyprzymnie,czułam
sięstraszliwiesamotna.Niewiedziały,cowtejchwilidziejesięwmojejgłowie.Nie
zdawałysobiesprawy,doczegojestemzdolna…cozrobiłam.Inigdysiętegonie
dowiedzą.

Choćstałytużobokistarałysięmniepocieszyć,nigdynieczułamsiębardziej
osamotniona.

Zakończenie

Nadurwiskiempastorkończyłwłaśniemowępożegnalną.RodziceCheyennezbliżylisię,
bypodnieśćzłotąurnę,którapodczasnabożeństwastałanabiałymkoronkowymobrusie.

Podeszlidokrawędziurwiska,niosącjąwspólnie.Zbliżylisięniemaldomiejsca,gdzie
faleuderzałyoskały.PaniKanepowiedziałacośdobyłegomęża.Odpowiedziałjej
skinieniemgłowy.Następnieotworzyłurnęiwysypałasięzniejwielkachmuraczarnego
popiołu,którąnatychmiastuniósłwiatr.

Ktośgłośnozaszlochał.ToRoserozpływałasięwełzach.Poczułam,jakcośwemnie
zaczynadrżeć.Jakbyklatkapiersiowazaciskałasięwokółserca.ChwyciłamJoshaza
rękę,aonnatychmiastobjąłmnieimocnoprzytulił.Niewiem,cosięzemnądziało,ale
wstrzymałamoddechizdusiłamtowsobie.

StojącnadurwiskiempanMartinopadłnakolana.Urnaupadłanaziemięipotoczyłasię
dostóppaniKane.Kilkaosób-zdajesię,żezrodziny-pospieszyłoimzpomocą.Myzaś
przyglądaliśmysię,jakwiatrrozwiewaresztkiprochówCheyenne.

Inaglebyłojużpowszystkim.Wiatrporwałostatniąszczyptęprochówiwszyscy
zaczęliśmysięrozchodzić.Westchnęłamgłęboko,widząc,jaknajbliżsipomagająwstać
panuMartinowi.

Próbowałamoddychaćspokojnie.

Jużkoniec.Powszystkim.Pożegnałyśmysię.Kumojemuzdziwieniu,poczułam
olbrzymiąulgę.Byćmożetegowłaśniepotrzebowałam,Zakończenia,zamknięciaczyjak
tamludzietonazywają.Możeterazbędęmogłażyćnormalnie.

background image

-Niemogęuwierzyć,żeTayloriKirannieprzyszły-parsknęłaPortiadoswojej
współlokatorki!ShelbyWordsworth.Obiemaszerowałytużoboknas.-Przecieżrazem
miałyśmyotrzęsiny,cozanietakt.

-Proszęcię,odostatniejjesieniPannaGenialnadonikogosięnieodezwała.AKiranjest
uosobieniemegoizmu-sarknęłaShelby,-Wcalemnietoniedziwi.

Ażsięzarumieniłam,słyszącjejsarkastyczneuwagi.Shelbybyławostatniejklasie.Na
swójdystyngowanysposóbbyłapiękna.Miałagęstejasnewłosy,jasnoniebieskieoczy,a
dotegooryginalniesięubierała.Coniezmieniałofaktu,żezamieniłazemnąmożedwa
słowa.W

zeszłymrokuniebyłaspecjalniebliskozmoimiprzyjaciółkami-Noelle,Arianą,Kirani
Taylor-więcuważałam,żeterazniemaprawaichkrytykować.Choćfaktycznieznałaje
dłużejniżja.

Takczyowak,niebyłatonajlepszaporanasprzeczki.Zamiastzwracaćjejuwagę,
rozejrzałamsię,bysprawdzić,czyjakieśbyłemieszkankiBillingsnieprzemykająsię
gdzieśukradkiem.Myślałamonichtegoranka-brałampoduwa-gę,żemogąprzyjśćna

nabożeństwo-alebyłamtakrozkojarzonapodczasmowyżałobnejikiedypaniKane
przekonywałanas,abyśmy„nietraciłyczasunażale”,żezupełnieonichzapomniałam.

-Noijak…wszystkowporządku?-zapytałJosh,kiedypodążaliśmyzapozostałymi
uczniamiEastonwdółpagórka.Jegociemnoblondlokibyłyniecoprzygładzoneżelem,a
wwyprasowanymniebieskimgarniturzeiciemnymkrawaciewyglądałdoskonale.

-Tak,tak,myślę,żenicminiebędzie.-Przygryzłamwargi,wahającsię.-Toco,
porozmawiamy?Wiesz,onaszejkłótni?

Joshodchyliłgłowęiwsunąłręcedokieszeni.Kiedyznównamniespojrzał,miałdość
stanowczywyraztwarzy.-Myślę,żenie.

Ulżyłomi.Uśmiechnęłamsię.Ostatniąrzeczą,jakiejdzisiajpotrzebowałam,byłkolejny
dramat.

-Nie?

-Proponowałbym,żebyśmyzrzucilitonakarbemocji,okresowegoszaleństwaipoprostu
żylidalej-oznajmił.-Cootymsądzisz?

-Całkowiciesięzgadzam-odparłam.Okresoweszaleństwo.Byćmożedałobysiętym
wytłumaczyćrównieżmaila,któregowysłałamdoDasha.Tak,koncepcjaokresowego
szaleństwazpewnościąbędzieużyteczna.Podobałamisię.Zaczerpnęłamdopłuc
rześkiegomorskiegopowietrzaiodrazupoczułamsięnieskończenielepiej.Ruszyłam
znówwdół

urwiska§-Boże,niemogęsiędoczekać,kiedywrócędoswojegopokojuipołożęsięspać.

Chciałabymsiętakpoprostuwyluzować,wiesz?Chciałabym,żebyjużbyłopo
wszystkim,żebyśmymogli…

Iwtedyjązobaczyłam.Staławsamymśrodkutłumużałobników.Cheyennewcalenie
odeszła.Byłatam.Patrzyławprostnamnie.Prostoobciętejasnewłosy.Niebieskieoczy.

background image

Nieskazitelnakarnacja.Wielkiediamentowekolczyki.Tak,tobyłaona.

-Josh!-wyjąkałamprzerażona,ściskającgozarękę.

-Cojest?Cosięstało?

-Cheyenne!-powiedziałam,duszącsię.Grupamężczyznwciemnychgarniturach
przysłoniłamiCheyenne,akiedysięoddalili,jużjejniebyło.Rozejrzałamsięwśród
tłumuniczymobłąkana,alenie,onajużzniknęła.Czytobyłtylkozłośliwywybrykmojej
wyobraźni?

-CoCheyenne?-pytałJosh.-Reed,oddychająUsłuchałamJoshainiecosięuspokoiłam.
Totylkowyobraźnia.Jasne,takmusiałobyć.Cheyennenieżyje.Jejrodzicewłaśnie
wysypalijejprochynawiatr.Byłampoprostuzmęczona.Miałamzwidy.

-Cosiędzieje?-zapytałJoshporazkolejny,gdyścisnęłamjegodłoń.

-Nic.Poprostu…-spojrzałamnaniegoizmusiłamsiędośmiechu.-Pomyślisz,że
zwariowałam.Przezchwilęwydawałomisię,żewidzęCheyenne.

Joshzamrugał.

-Ach,wporządku.Rozumiem,tomogłocięprzestraszyć-powiedziałzwyrozumiałym
uśmiechem,dotykającmojegopoliczka.-Topewniejakaśjejkuzynkaalboktośinnyz
rodziny.Ktoś,ktojąprzypomina.

Spojrzałammuwoczyimojapanikaustąpiła.Kuzynka.Racja.Ktoś,ktoprzypomina
Cheyenne.Oczywiście.Nieoszalałam.Poprostuzauważyłamkogośdoniejpodobnego.
CojabymzrobiłabezJosha?

-Wporządku?-zapytał,niecorozluźniającuściskdłoni.Kiwnęłamgłową!

-Jasne.

-Zdrzemnijsięwsamochodzie,jakbędziemywracajpowiedział,obejmującmnie
ramieniemwtalii,gdyznówruszyliśmy

-Tak,zpewnościąGageiTreydadząmipospać-odparłamzwymuszonymśmiechem.

-Wywalęich.Możeszspokojniekimnąćnatylnymsiedzeniu.

-TojakGageiTreydotrądodomu?

-Poradząsobie,przecieżznajomychtudziśniebrakuje,amnieobchodzisztylkoty-
dodałzuśmiechem.

Boże,onjestwspaniały.Cojasobiewyobrażałam,flirtujączprzystojnymdziedzicem
nieruchomościwartychdobrekilkamiliardów?Czynaprawdęmuszęsnućdramatyna
tematmojegożycia,skorowyglądanato,żerysujesięprzedemnącałkiemprostadroga
kuprzyszłości?Odpowiedźzdecydowaniebrzminie.Przechyliłamgłowęnabok,
opierającsięnasilnymramieniuJosha,irazemzeszliśmyplażądojegosamochodu.

Kochamgo.Naprawdę.Tylkojego.Odtejchwilijużnikogoinnego.

Władza

-Tujestjakwkostnicy-powiedziaławieczoremAstrid,owijającsięfioletowym

background image

swetrem.

Drżąc,usiadłakołomnienakanapiewhallu.Sabinęopartasięościanępodoprawionymi
fotografiamidawnychmieszkanekBillings,którepoopuszczeniuszkołyzdobyłysławę.

Wieleznichbyłoranonanabożeństwie,byoddaćcześćzmarłejsiostrze.Terazwiększość
dziewczynzBillingssiedziaławpokojudziennym.Panowałapełnazamyśleniacisza.

Telewizorbyłwłączony,alejestempewna,żeżadnaznasniezwracałananiegouwagi.

Wróciłyśmydokampusuprzedgodziną,aodtamtejporyżadnaznasnawetniezbliżyła
siędopokojuCheyenne,byskorzystaćzeszczodrej,choćbyćmożeniecokoszmarnej
propozycjijejrodziców.

-Wyglądanato,żenicizoptymistycznegozałożenia,iżprzedstawieniemusitrwać-
dodałaAstrid.

-Potrzebatrochęczasu-powiedziałam.-Przecieżdopierodzisiajranorozsypaliśmy
prochyCheyenne.

GdywróciliśmyzCapeMay,natychmiastpobiegłamdomojegopokojuiwsunęłam
zdjęcie,któredostałamodmatki

Cheyenne,dojednegozzeszytówzzeszłegoroku.Następniewłożyłamzeszytnasamo
dnodolnejszufladybiurka.Cozoczu,toizserca.Tyleżetymrazempowiedzenieniedo
końcasięsprawdziło.Całyczasmiałamprzedoczymatęfo-tografię.Tak,powrótdo
normalnościniebędziełatwy.Ajużnapewnoniedlamnie.

-Mojamamazawszemówi,żeśmierćjestnaturalnąkonsekwencjążycia-powiedziała
Astrid,spoglądającnaswojebutywczarno-białąszachowniczkę.Zauważyłam,żetego
dniazmyłajaskrawożółtylakierdopaznokciizrezygnowałazulubionegobłyszczącego
cieniadopowieknarzeczbardziejstonowanychszarości.-AleśmierćCheyennenie
wydajesięnaturalna,prawda?

-Botakaniejest.Samobójstwoniejestsprawąnaturalną-odparłamponuro.

-Musimycośzrobić-powiedziałanagleSabinę,odrywającsięodściany.Jakoprawdziwa
wyspiarkaniemiałażadnychczarnychubrańiniebyłojejzbytniodotwarzywmojej
czarnejspódnicyiszarejbluzce.Wyglądałajakmaładziewczynka,którapróbujesię
bawićwbibliotekarkęlubcośwtymstylu.-Przecieżniemożemysiętakstrasznie
dołować.

Astridijaspojrzałyśmynasiebie.

-Acobyśproponowała?-zapytałam.

-Niewiem.Cokolwiek-ciągnęłaSabinę,przechadzającsięprzednami.-Zróbmycoś
wspólnie.Takjakzrobiłyściewzeszłymroku.Coś,copodniosłobynasnaduchui
pomogło…

no….Jaktosięmówi?

-Umocnićwięź?-podpowiedziałam.

-Tak!Właśnietak!-oczySabinębłyszczałyzpodniecenia.

background image

-Alecomiałybyśmyzrobić?-spytałaAstrid,prostującsięnakanapie.

-Niemampojęcia.Reed,znaszwiększośćdziewczynlepiejniżmy-zauważyłaSabinę.-
Cobyjepostawiłonanogi?

-Niewiem…zakupy?-zażartowałam.Byłatoprzecieżulubionainajpopularniejsza
rozrywkadziewczynzBillings.

-Wspaniale!-zakrzyknęłaAstrid.

-Tak!Tojestto!-dodałaSabinę,splatającdłonieimierzącwemniepalcem
wskazującym.-

Zakupy.Powinnyśmywszystkierazemwybraćsięnazakupy!

Zamrugałamoczami,patrzącnaniązniedowierzaniem-przecieżjatylkożartowałam.To
naprawdęniebyłnajlepszymomentnabezwstydnyaktrozpasanejkonsumpcji.

-Taksądzisz?-zapytałam.

-Zdecydowanie!-odparłaSabinę,ściągającmniezkanapy.-Todoskonałypomysł,Reed.

Wsercuzatliłomisięcośprzypominającegoiskierkępodniecenia.Byłobymiłozrobićcoś
normalnego.Coś,cobynaszajęło.Cośzabawnego.Ostatnietygodniebyłytakponure,że
kilkagodzinrozrywkiprzyniosłobynieladaulgę.

-Nocóż,wkońcumamyprzepustkęzkampusunacaływeekend…

DyrektorCromwellzwyklebywałbardzozasadniczymlecztymrazemzpowodu

nabożeństważałobnegoprzyznałwszystkimprzepustki,wiedząc,żeniektórzymogąsię
spodziewaćwizytyrodzinyiwzwiązkuztymbędąchcielizostaćwCapenanoc.

Podejrzewam,żeuznał,iżłatwiejbędziepoprostuwydaćogólnepozwoleniena„wyjście
nawolność”,niżużeraćsięzuczniami,którzycopięćminutbędąprzychodzić,aby
wypełnićodpowiedniepodanie.

-Znakomicie!Idź,zawiadomdziewczyny.Odrazujepocieszysz-powiedziałaSabinę,
wskazującpokójdzienny.

SabinęiAstridmójrzuconyzgłupiafrantpomysłtaksięspodobał,żeniemogłamim
odmówić.Zbliżyłamsiędodrzwipokojudziennegoizajrzałamdośrodka.Pozo-stałe
dziewczynyzBillingssiedziałynakanapachustawionychwkształtliteryU.Wpatrywały
sięgdzieśwdallubszeptałymiędzysobą.Londonkręciłakosmykwłosównapalcu,

wypuszczałago,poczymznówzaczynałakręcić.Portialeniwiebawiłasięnaszyjnikiem,
ConstancepisałaSMS-a,bezwątpieniadoWhittakera.Wpokojupanowałacisza,nie
liczącklikaniaklawiszytelefonuConstanceinielicznychszeptów.

-Hej,dziewczyny,mamypewienpomysł-zaczęłam.-Wszystkienatychmiastodwróciły
sięwmojąstronę,-TaknaprawdętopomysłReed-powiedziałaSabinę,stajączamną.

-Myślałam,żemogłybyśmyjutrowybraćsięrazemnazakupy-zaproponowałam.-Pójść
domiasta…pochodzićpofajnychsklepachwcentrum?ApotemzjeśćlunchwDriscoll.

-Poważnie?

background image

LondonImiennapodskoczyły,zupełniejakkretywgrzewhack-a-mole,ztym,żew
prawdziwejgrzekażdaznichoberwałabywgłowęgumowymmłotkiem.Szeptyprzeszły
wniecogłośniejszepomruki.

-Jestemabsolutnieza-powiedziałaPortia.-Jestemmistrzyniąterapiihandlowej.

KilkadziewczynzaśmiałosięipomrukiprzerodziłysięwnormalnygwarKtoczego
potrzebuje?Ktopierwszypuściojcaztorbami?Kostnicawokamgnieniuprzeobraziłasię
wimprezę.Bezdrinków,rzeczjasna.

-Tobyłsupciopomysł,Reed-rzuciłaPortia,całującpowietrzepoobustronachmoich
policzków.-Idęzrobićszybkispisbutów.

Tiffany,Rose,London,Vienna,KikiiLornauśmiechałysiędomnie.Naglepoczułam
olbrzymiąsatysfakcję,czułamsięjakNoelleLange.Aleteraztojaprzejęłampałeczkę.W

dwiesekundycałkowiciezmieniłamnastrój:zgłębokiegoprzygnębieniawpełne
podnieceniaoczekiwanie.

NiecopóźniejkażdazdziewczynposzładopokojuChe-yenne.Każdaopróczmnie.
Pierwsza,trochęnieśmiało,weszłatamShelby-pierwszekotyzapłoty-apotemreszta
dziewczynzBillingsruszyławjejślady,szepczącdosiebie,jakgdybyznalazłysięw
muzeum.Tylkojazostałamusiebiewpokoju.Wiedziałam,żeCheyenneniechciałaby,
żebymwzięłasobiecokolwiek,conależałodoniej,aostatniąrzeczą,jakiejteraz
potrzebowałam,byłprzedmiot,którynaokrągłowzbudzałbymojepoczuciewiny.Kiedy
wreszciewszystkiedziewczynycośwybrały,usłyszałam,jakgromadząsięwpokoju
dziennym,aleniezeszłamdonich.Byłomiciężkonasercu.Niemogłamsięruszyć.
Chciałampoprostupoleżećnałóżku!

Niemampojęcia,jakdługotakleżałam,patrzącwsufitirozmyślającnadwszystkim,co
zaszłodzisiejszegodnia.Jednakkiedydrzwisięotwarły,usiadłamcałkowiciegotowana
kontaktzeświatem.DopokojuweszłaSabinę,ztrudemniosącwielkiepudłopooklejane
znaczkamilotniczymi,Kiedymniezobaczyła,przystanęła.

-O,myślałam,żejesteśnadole-powiedziała.

-Nie.Cototakiego?-Wskazałamnapudło.

-Paczkazdomu-odparła,wrzucającpudłodoszafy.-Wcześniejzostawiłamjąnadole.

-Fajnie.Nieotworzysz?-spytałam,gdyzamknęłaszafę.

-Możepóźniej.Matkazawszewkładadośrodkateswojesentymentalneliściki-
powiedziała,wsuwającręcedotylnychkieszenidżinsów.-Niejestemterazwnastroju.

Rozumiałamto.Dzieńjużitakobfitowałwemocje.

-CowybrałaśsobiezpokojuCheyenne?-zagadnęłam.

-Nic.-Sabinępróbowaławyskubaćniewidzialnypyłekzoparciakrzesła.-Niechcęnicz
jejrzeczy.-Następniezkieszenidżinsówwyjęłamałeróżowepudełeczko.-AleTiffany
zmusiłamnie,żebymwzięłato.Uparłasię,żebyteżConstanceiLornawzięłypojednym.

Zdelikatnymtrzaskiemotworzyłapudełeczko.Wśrodkuleżałznajomywisiorekw
kształcieliteryBnazłotymłańcuszku.Sercezabiłomimocniej,kiedygozobaczyłam:to

background image

symbolprzynależnościdoBillings,któryCheyennewręczyłakażdejznasnapoczątku
roku,alewykluczyłaztegozaszczytuSabinę,ConstanceiLornę-uznała,żenatonie
zasługują.Tiffanymusiałaznaleźćwisiorkiwjejpokoju.Jajużodwieludninienosiłam
swojego.Kiedyterazotymmyślę,tosobieuświadamiam,żeniewidziałamostatnio,aby
którakolwiekzdziewczynwBillingsnosiłaswójwisiorek.Kiedyprzestały?

-Będzieszgonosić?

-Nie.-Sabinęzatrzasnęłapudełkoibezceremonialnierzuciłajenabiurko.-Diamentysą
tandetne-rzuciłazlekkimuśmiechem.

Zaśmiałamsię.Przezdłuższąchwilężadnaznasnicniemówiła.

-Chciałabyś…niewiem…pograćwkarty?-przerwałamwreszciemilczenie.

WzielonychoczachSabinępojawiłsiębłysk.

-Jasne!

Wskoczyłanamojełóżko,ajatymczasemwyjęłamtaliękartzgórnejszufladybiurka.

Zaczęłyśmygraćwmakao,wremikaiwkuku,któregoSabinęwcześniejnieznała.Żadna
znasjużniewspomniałaoCheyenneiprzezkilkagodzinczułamsięprawienormalnie.
Niecałkiem.Prawie.Aleniewielebrakowało.

Najlepszypomysł

-Musiszpozwolić,żebymcijąkupiła,Reed-przekonywałamniePortia.-Tocałaty.

Sukienkabyłafaktycznieboska.OdNicoleMiller,czerwona,bezrękawów,prosta,sięgała
nadkolanoimiaładekoltwłódkę.Podkreślałamojedługienogiiwyraźniezarysowane
ramiona;byłaseksowna,leczniewyzywająca.Doskonałasukienkadladziewczynyz
Billings.Oddawnaniemiałamnasobienictakluksusowego.Dokładniemówiąc,od
czasukiedywyrzuciłamwszystkierzeczy,którewzeszłymrokudostałamodNoelleiod
pozostałychdziewczyn.Pozbyłamsięnawetkoronkowejzłotejsukni,którądziewczyny
wybrałydlamnienaDziedzictwo,itegokrokuakuratżałowałam.Tamtejnocyczułamsię
takapiękna…Taka…Zupełniejaknieja.Mniejwięcejtakjakteraz,przymierzającto
czerwonecudo.

Jakaśczęśćmniezchęciąpowiedziałaby:„Jasne,Portia.Bierzemy”.Aletasukienka
kosztowałasześćsetdolarów.Noapozatymbyłaczerwona.Trochęzabardzo,jaknamój
gust,przyciągałauwagę.

-Jestzadroga!-powiedziałamdoPortii,jeszczerazprzeglądającsięwlustrze.

-Strasznehalo,Pozatym,„droga”tookreśleniewzględnezwyższościąodpartaPortia,
Ups,

-Alejawcaleniechciałamnickupować,przymierzyłamjątaksobie,dlazabawy.

-No,ilechybanatomiałyśmyprzeznaczyćdzisiejszydzień,prawda?Nazabawę…-
Tiffanyodchyliłasię,byzrobićmizdjęciewolbrzymiejprzymierzalni.Miałanasobie
srebrnąobcisłąsukienkęwiązanąnaszyiGdybypojawiłasięwtymstrojunaktórejśz
głównychautostradwkraju!zpewnościąspowodowałabywypadek.

-NiechżePortiacijąkupi,jakchce-dodałaTlffany.-Pieniędzymajaklodu,Można

background image

nawetpowiedzieć,żenimi,,.

-Niekończ!-krzyknęłaPortia,podnoszącdłoń,-Niemuszęsobiewyobrażaćforsy
wyłażącejzjakiegokolwiekotworuwmoimciele.Dlaczegoludziomsięwydaje,żetojest
zabawne?

Odciągnęłamnienabokirozpięłasuwak,

-Zdejmujto.Dopiszemyjądorachunku,Cóżznaczydodatkowychsześćstów?Zobacz,
ilejanakupiłam.

Spojrzałamnastosswetrów,apaszekisukienek,Stertabyławielkościvolkswagena
garbusa,

-Byćmoże,Alejeślimamjądostać,towybrałabymzieloną,

~O,nie,Zielonytomójkolor-powiedziałaPortia,-Proszę?

-Zielony.Tomójznakrozpoznawczy-odparłaPortia,radośniepotrząsającwłosamiprzed
lustrem,Jeślisięnadtymzastanowić,torzeczywiścieczęstonosiłazieloneubrania-
Kupujętylkoczerwoną,

Tiffanyijaspojrzałyśmynasiebieiroześmiałyśmysię.IDobrawróżkazastrzegasobie
prawowyborukoloru-zażartowałaTiffany,prowokująctymsamympełnezłości
spojrzeniePortii.Naszczęściejezignorowała!

-Aletakczyowakpowinnaśjąwziąć,Reed.Wczerwonymbędziecidotwarzy,tokolor
władzy.

Kolorwładzy.Hmm.Porazkolejnyspojrzałamwlustro.Czerwonypodkreślałmoje
brązowewłosyidelikatnąopaleniznę.Jeślitokolorwładzy,byćmożepowinnamsiędo
niegoprzyzwyczajać.PotowłaśnieprzybyłamtoEaston.WyrwałamsięzCrotonw
Pensylwanii,żebyżyćtakjaktedziewczyny.Żyćjakktoś,ktozmierzadookreślonego
celu.Jakktoś,kogosięzauważa.

-No,Reed,decydujsię-powiedziałaPortia,wyciągajączportfelaczarnąkartęAmerican
Express.-Taofertajestważnajeszczeprzezpięć…cztery…trzy…dwie…

-Dobra!Dobra!Bioręją!-zawołałam.-Alewtakimraziejestemcicoświnna.

ZdjęłamsukienkęipołożyłamjąnaławcenastercieubrańwybranychprzezPortię,po
czymzpowrotemwłożyłamswojedżinsyisweter.

Portiaposłałamiszyderczyuśmieszek.-Fantastycznie.Bardzobymchciałazobaczyć,jak
misięodwdzięczasz.

Niebyłampewna,czychciałamidokuczyć,czymożetobyłagroźba,zważywszyna
wszystkienieprzyjemnerzeczy,jakiewprzeszłościmusiałamrobićdladziewczynz
Billings,aleniemiałamnawetszansyotozapytać.ZaróżowionezpodnieceniaLondoni
Viennawybrałysobieakurattenmoment,bywpaśćdoprzymierzałni,trzymającw
ramionachmnóstwoubrań.

-Cokupujecie?-zapytałaLondon,mierzącwzrokiemstosubrańPortii.

-Tylkoparęciuchów-odparłaPortia.-DobaniztymDziedzictwem.Wtamtejsalimają
paręświetnychkiecek.

background image

-OBoże,widziałam.Halloweenwtymrokubędziestraszniedołujące.-Londonzrobiła
obrażonąminę.-Aleitakmamzamiarwłożyćmojąsuknię.Jeżeliniebędzieinnejokazji,
ubioręsięwniądoszkoły.

Naglewpadłmidogłowypewienpomysł.Wydawałsiętakoczywisty,żezdziwiłamsię,
iżniktdotejporyotymniepomyślał.Znakomitysposób,bydziewczynyzBillings
dostałyto,oczymtakmarzą,adotegobezryzykabrakuakceptacjispołecznejczy
posądzeniaopłytkośćipróżność.

-Agdybyśmytakurządziływłasnybal?-zaproponowałam.

-Jakto?-zapytałaPortia.

-BojeśliDziedzictwoodwołano,tomożedziewczynyzBillingszorganizująwłasnybal?
-

powiedziałam.-TylkodlauczniówzEaston,aletozawszecoś.Imiałybyścieokazję,by
wło-

żyćswojekreacje.

-Brzmiciekawie-mruknęłaTiffany,wysuwającdolnąwargę.

-Chwileczkę.Myślałam,żejesteściepostronie„jakmożnaimprezować,przecież
Cheyennedopierocokopnęławkalendami-powiedziałaPortia,odkładającnabokswoje
zakupy.-Skądtanagłazmiana?

-Pomyślałam,żemogłybyśmywimieniuCheyennezebraćtrochępieniędzyf|

zasugerowałam.-Możnabyustanowićstypendium,abyuczcićjejpamięć,isprzedawać
biletynabal.Icałydochódposzedłbynatenfunduszstypendialny,

-FunduszstypendialnyCheyenneMartin!-zakrzyknęłaVienna,podskakująciklaszcząc
wdłonie.

-Ooooo,podobamisiętenpomysł!-powiedziałaTiffany.

-Podobasię?Jestprze!-dodałaPortia.-Tojak,mogęteraziśćpoprzymierzaćkiecki?

Zanimwyleciałazprzymierzalni,dwukrotniejeszczecmoknęłapowietrzepoobustronach
mojejtwarzy.Tiffanypoklepałamniepoplecach,aLondoniViennazamknęłymniewe
wspólnymuścisku.

-Reed,jesteśmoimwybawieniem!-powiedziałaVienna.

-Tonajlepszypomysł,jakikiedykolwiekmiałaś-zgodziłasięLondon.

DziewczynypodążyłyzaPortiądodrugiejsali.Pochwilirozległosiępukaniedodrzwi
przymierzalni-dziewczynyprzekazywałyinnymdobrewiadomości.Zostałamsama,by
mócsięcieszyćmoimipięciomaminutamisławy.Tobyłdobrypomysł.Dobrzebyło
zrobićcoświmieniuCheyenne.Wdodatkucoś,czegonigdybysiępomnienie
spodziewała.Totak,jakbymmiałajejdowieść,żeźlemnieoceniła.

-Reed!Właśnieusłyszałamobalucharytatywnym!Cozaniezwykłypomysł!Jejrodzice
chybazwariują!-paplałaConstance,wpadającdoprzymierzalnirazemzSabine.

-Zdecydowanie.Todoskonałypomysł-dodałaSabine.

background image

-Taaak,wielkiemihalo-burknęłaMissy,przechodzącobok.-Takjakbyniktwcześniej
nieustanawiałfunduszystypendialnych.

Przewróciłamoczamiizignorowałamtęwzmiankę.Wolałampławićsięwblasku
pochwał.

Miałamtylkonadzieję,żemojanowaczerwonasukienkabędziewystarczającoelegancka
natęokazję.Choć,zdrugiejstrony,toprzecieżjabyłamgłównąorganizatorkąbalu,
prawda?

Przynajmniejjedenrazwżyciutojabędęmogłaustalaćzasady.Spojrzałamnaswoje
odbiciewlustrzeiuśmiechnęłamsię.PoczułamsięjakzupełnienowaReed.

background image

Damyprzystole

RestauracjawhoteluDriscollbyłaeleganckaitowdobrym,starymstylu.Lśniącedębowe
stoły,złotetapetywlilie,błyszczącekryształowekieliszki,białelnianeserwetki,okna,
przezktórewdzierałysiępromieniesłoneczne,widoknapięknystawiłabędziekreślące
zawijasynagładkiejpowierzchniwody.Wtakimmiejscużadnadziewczynawdżinsachi
ciężkichbuciorachnieczułabysiękomfortowo…nochybażetowarzyszyłobyjej
czternaścieeleganckich,dobrzeuczesanychdziewczątwnajlepszychstrojachna
wschodnimwybrzeżu!

Przynaszymstolikupanowałaserdecznaatmosfera;urządziłyśmysobiepogaduszkiprzy
kanapkachimrożonejherbacie.MójpomysłBaluBillingspoprawiłwszystkimnastroje,
myślałyśmytylkootym,gdzieurządzimyimprezę,kogozaprosimyikomutrzebabędzie
zapłacić,żebyalkoholmógłsięlaćstrumieniamibezobawy,żewkrocząwładze.Dawno
niesłyszałamwnaszymtowarzystwietyleśmiechu.

-Dobrarobota,Reed-szepnęłaminauchoSabinę,składającserwetkęnakolanach.-Że
nibyco?-zapytałam.

Położyłaramięnaoparciumojegokrzesłaipochyliłasięwmojąstronę.

-Rozejrzyjsię.Twójplancałodniowegowypadunamiastonajwyraźniejdziała.Niktnie
wydajesięjużprzygnębionyśmierciąCheyenne.

Sercemisięścisnęłonadźwiękjejimienia,aleudałomisięopanować.Sabinęmiała
rację.

Wyglądałonato,żezaczęłyśmypowolidochodzićdosiebiepotejtragedii.PaniKanena
pewnobysięztegocieszyła.

Tiffanywstała,stukającwidelcemwkieliszek.Natychmiastsięuciszyłyśmyi
spojrzałyśmynaniąwyczekująco.

-Chciałabymwznieśćtoast-powiedziałaTiffany,podnosząckieliszek.-Zanaszą
przyjaciółkęCheyenne.

Serceznówmisięścisnęło.

-Będzienamciebiebrakowało,Cheyenne.Imamynadzieję,żegdziekolwiekterazjesteś,
jesteśszczęśliwszaniżtutaj.

Tiffanyuniosłakieliszekjeszczewyżej;całaresztazrobiłatosamo.-ZaCheyenne!

Stuknęłyśmysiękieliszkami,poczymnastąpiłachwilaciszy;każdaznaspogrążyłasię
wewłasnychmyślach.Miałamnadzieję,żeCheyennenaprawdęjestgdzieś,skądmogłaby
zauważyćidocenićto,czegosiępodjęłyśmywjejimieniu.Towpewnymsensie
pomogłobynaprawićzło,któresięwydarzyło.Wreszcie,podłuższejchwilimilczenia,
Londonwstałaiodchrząknęła.

-Jestjeszcze,.feee…jaktosięmówi?Jestpewnakwestia,którąmusimysięzająć!-

oznajmiła,dumnaztego,żeużyłatakwyszukaniebrzmiącegozwrotu.-Billings

background image

potrzebujeprezesa.Myślę,żepowinnyśmywybraćterazkogośnatostanowisko.

-Czytonaprawdęwypada?-spytałaMissy,wykrzywiająctwarzwkonsternacji.Jeślinie
będzieuważała,szybkonabawisięzmarszczek.-Cheyennenieżyjezaledwieod
tygodnia.

Kilkadziewczynmruknęło,zgadzającsięzjejuwagą.

-Tak,igdybybyłaterazznami,myślę,żesamaprzyznałaby,żeBillingspotrzebuje
przywódczyni-powiedziałaVienna,stającobokLondon.Jakzwyklewyglądałyjak
papużkinierozłączki.Jednamiałanasobiefioletowąkrótkąsukienkęzrobionąnadrutach,
adrugapodobną,tyleżeczarną.Obiemiałynatapirowanewłosyprzewiązanekolorową
apaszką.-Apozatymwszystkiewiemy,ktozostanieprezesem.Jakijestsensodkładania
tego,coitaksięstanie?

Chwilamoment.Wszystkiewiemy,ktozostanieprezesem?Nibykto?Janiewiedziałam.

Podniosłamwzrokizobaczyłam,żewszystkiedziewczynyzwyjątkiemMissypatrząna
mnie.

Odsunęłamsięodstołu,naglezrobiłomisięgorąco.

-Cotakiego?Niemamowy.

-Czychodzicioto,żeniechceszbyćprezesemBillings?-spytałastanowczoPortia.Tak
jakbysamamyślotymbyłaniedoprzyjęcia.

-Nie,nie,tonietak.Tylko…dlaczegoja?-odparłamzdumiona.

-Reed,przecieżtosięrozumiesamoprzezsię-powiedziaładelikatnieRose,pochylając
sięnadstołemtak,żebymjąwidziała.-Zobacz,coudałocisięzrobićwtymroku.Jako
jedynapostawiłaśsięCheyennepodczasotrzęsin…

-Pokazałaśwszystkim,jaknaprawdębyćsilnymwzoremdziewczynyzBillings-

potwierdziłaTiffany.-Broniłaśtego,wcowierzysz,mimożeresztasióstrsięztobąnie
zgadzała.

-Broniłaśnas-wyjaśniłaLorna,czymzasłużyłanapełneirytacjispojrzenieMissy.

-Anakoniecwyskoczyłaśztympomysłemterapiihandlowej…izbalem,ifunduszem
stypendialnym-powiedziałaRose.-Towszystkotwojazasługa.

-Jużjesteśnasząprzywódczynią.Tyleżeniejesttojeszczecałkiemoficjalne-dodała
Astrid.

-Apozatym,jesteśwdrugiejklasie,więcmożeszprzezcałedwalatapiastowaćurząd-

dorzuciłaTiffany,unoszącaparat,abyzrobićmizdjęcie,którenastępniezachowa,by
ukazaćpotomnościmójzdziwionywyraztwarzy.-WtejchwiliBillingspotrzebuje
odrobinystabilizacji.

Spoconedłoniepołożyłamnakolanach.Niezasłużyłamnatakizaszczyt.Absolutnienie.

Gdybynieja,Cheyennenadalbyłabyznami.Aprzynajmniejsamatakpowiedziała.Nie
mogłamzająćjejmiejsca,prawda?

background image

-Niewiem,copowiedzieć-wyjąkałam.

-Niemusisznicmówić-pocieszyłamnieTiffany.-Czywszystkiesięzgadzamy,żeby
ReedBrennanzostałaprezesemBillings?

-Tak!-zgodniezakrzyknęłydziewczyny.Wszystkiepodniosłyręcedogóry,cała
czternastka

-nawetmilczącaShel-byWordsworth.NawetMissy,choćniepodniosładłonitakwysoko
jakinnedziewczyny.

Rozległsięuprzejmyaplauz-niezbytgłośny,bynieprzeszkadzaćpozostałymgościom
restauracji.Naglemimowolniesięuśmiechnęłam.Poczułamsiętakzaszczycona,takmile
zaskoczona;to,żedziewczynywybrałymnienaswojąszefową,ścięłomnieznóg.Że
wszystkiechciały,bymstanęłanaichczele.

Tegomibyłotrzeba.Zjednoczonegointernatu.Wsparciaipewnościprzyjaciółek.

Prawdziwegonowegopoczątku.

ReedBrennan,prezesinternatuBillings.

Zasłużona

ObjuczonezakupamiledwozmieściłyśmysięwefrontowychdrzwiachBillings.
Wszystkiewesołogadałyśmy,oceniająckolejnenowezdobycze|dogadującsię,ktokomu
mógłbycośpożyczyć.Terapiahandlowapowinnasięstadlegalnąmetodąleczenia
depresji.Przynajmniejwśródnas.

-Reed,musiszwpaśćdonasiznówpokazaćsięwtejczerwonejkiecce-postanowiła
Shelby.

Bytytoprawdopodobniepierwszesłowa,jakiepowiedziaładomniezwłasnejwoli.Nie
żebymmiaładoniejotożal.Wtymmomenciekochałamabsolutniewszystkich.-Chyba
mamparęszpilekodLouboutina,któreświetniebydoniejpasowała

-Tezpaseczków,zezłotymisprzączkami?Nojasne!-zgodziłasięPortia,

-Amożebyśmyposzływszystkiedomojegopokojuipooglądamy,coktórakupiła?-

zaproponowałam,niechcąc,bydobrazabawadobiegłakońca.Byłamzbytpodniecona
tym,żeopuściłomniepoczuciewiny.Chciałamodwlecjegopowrót.Apozatym
tworzeniewięzizdziewczynamibyłoczymśfantastycznym.Odwiekównie
pozwalałyśmysobienadobrązabawę.

-Pokazmody!-zaśpiewałyViennaiLondon,wyrzucającwgóręramiona.

-Supciopomysł-powiedziałaradośniePortia.ZaśmiałamsięiodwróciłamdoSabine:

-Nodobra,czymisiętylkozdaje,czywszyscysądziśmoiminajlepszymiprzyjaciółmi?-

szepnęłam.

-Taktobywazkobietamiprzywładzy-ześmiechemodparłaSabine,ściskającmoją
dłoń.-

Przyzwyczajsiędotego.Zasługujesznato.

background image

Rozpierałamnieduma,mimożewydawałosięabsurdalne,iżktośmógłbyuważać,żemi
siętonależało.Alejeślinaprawdędziewczynytaksądziły,niemiałamzamiarusięznimi
spierać.Chciałamzatrzymaćtęchwilęiczućsiępełnaenergiitakdługo,jaktobędzie
możliwe.

Rzuciłyśmysięnaschodyipognałyśmynagórę.Komuśpostronnemumogłobysię
wydawać,żetojednawielkamasafalującychwłosów,podskakującychtorebiradosnego
śmiechu.

Właśniemiałamsięodwrócićiotworzyćdrzwidomojegopokoju,gdyktośwyszedłna
korytarz.ZpokojuCheyenne.

-Tujesteście!Całewiekiczekam,ażktośwróciipomożemirozpakowaćgraty!

Wszystkienaglezamilkłyśmy,potykającsięiwpadającjednanadrugą.Śmiechzamarł.

Niemożliwe,żebytobyłaona,niewierzyłamwłasnymoczom.Alejednaktoona!Gęste
brą-

zowewłosy.Władczypodbródek.Złośliwybłyskwoku.

NoelleLangewróciła.

background image

Niespodzianka

-Noelle!Ranyboskie,cotytutajrobisz?

Otrząsnąwszysięzszoku,dziewczynyruszyływstronędawnoniewidzianejNoelle,
wykrzykującrozmaitepytania.Noelleotoczyłtłumkoleżanek;wszystkienarazchciałyją
przytulić,uściskać,aichchudełokcieimodnefirmowezegarkizderzałysięboleśniewtej
walce.Jajednakniemogłamsięruszyćzmiejsca.Podobniejakresztadrugoklasistek,
Constance,Sabinę,Astrid,Kiki,MissyiLorna.OnenieznałyNoelle.Prawdopodobnie
większośćznichsięjejbała.Aleniedlategomniezamurowało.Byłampoprostutak
zaskoczona,żeniestaćmniebyłonajakąkolwiekreakcję.

JakNoellemogłaminiepowiedzieć,żewraca?Widziałyśmysięprzecieżwzeszły
weekend.

Musiałajużwtedyotymwiedzieć.Alezachowywałasiędośćpowściągliwie,mówiła
tylkoomiejscach,któremazamiarzwiedzić,skoroniemajużkuratora.Czychciałamnie
zaskoczyć,czyteżbyłatokolejnazjejgierek?Mogętylkomiećnadzieję,żetopierwsze.

TłumwokółniejwreszciesięprzerzedziłiNoellespojrzaławprostnamnie.Utkwiławe
mniewzrokiposłałamiwymuszonyuśmiech.

-Niespodzianka!-krzyknęła.

Przecisnęłasięprzezgromadędziewczyn,podeszłaiuściskałamnie.Tbbyłszczeryi
mocnyuściskzprawdziwegozdarzenia.Niejakieśbyleco,którymzwykleobdarzasię
niezbytlubianąosobę.Owionąłmniecharakterystyczny-trochęostry,delikatnie
kwiatowy-zapachjejperfum;używałaich,odkądpamiętam.Odrazusięrozluźniłam.

-Noelle,dlaczegonie…

-Powiedziałam?Żebyujrzećtenzdziwionywyraztwarzy!Proszęcię!-Noelleodgarnęła
włosynaplecy.-Dziewczynkamusisięczasamizabawić.

Starszedziewczynyzachichotałyporozumiewawczo.Młodszeporuszyłysięniespokojnie.

NiemogłamoderwaćwzrokuodNoelle,choćpróbowałamzewszystkichsił.

Wyciągnęładomnieręceipowiedziałaprzyciszonymgłosem,jakgdybywpobliżunie
byłonikogoinnego:

-NareszciezobaczyszBillingstakie,jakiebyćpowinno.

Poczułamwgardlegulęwielkościpiłkinożnej.Skądwiedziała,żewłaśnietopotrzebuję
terazusłyszeć?Teraz,kiedywróciła-tu,gdziejestjejmiejsce-Billingsznówstałosię
prawdziwymBillings.

WzrokNoelleprześliznąłsięnadmoimramieniem.

-Czymysięznamy?

Obejrzałamsięzasiebie,aSabinęodpowiedziała:-Nie,chybanie.

-NoelleLange,tojestSabinęDuLac-przedstawiłamją,unoszącdłoń.-Dołączyładonas

background image

wtymroku.

-Miłociępoznać-odparłaNoelle,delikatniesięuśmiechając.

-Tyleotobiesłyszałam-wypaliłaSabinę.

-Poważnie?Ajaotobienic.-Noellewyglądałanaznudzoną,próbującściągnąćjakiś
pyłekzeswetraodChaiken.

RadosnywyraztwarzySabinęustąpiłmiejscarozczarowaniu!Rzuciłamizawstydzone
spojrzeniezdradzonejprzyjaciółki.Chciałamwyjaśnić,żeopowiedziałabymoniejNoelle,
gdybymmiałazniąjakikolwiekkontaktprzedzeszłymweekendem.Aległupiomibyło
plątaćsięwzeznaniachprzywszystkich,tymbardziejżedziewczynyznówzaczęłygadać.

Chciaływiedzieć,gdzieNoellebyłaprzezcałytenczas,czymiałajakieświadomościod
KiranHayesiTaylorBellijaksięsprawymająmiędzyniąaDashem.Samabardzo
chciałamusłyszećodpowiedzinatepytania.

-No,chodź,Reed.Mamdlaciebieparęprezentów-rzuciłaprzezramięNoelle,gdycała
świtaodprowadzałajądopokoju.

Prezenty?Robiłosięcorazciekawiej.SpojrzałamnaSabinęprzepraszającymwzrokiem,
postanowiając,żepóźniejwszystkojejwytłumaczę,poczymruszyłamzaNoelle.Jakza
starychczasów.

PrzyszłośćBillings

-NoicoztobąiDashem?-zapytałaShelby,gdyNoelleotwieraławalizęodLouisa
Vuittona.

Gdysięwyprostowała,wstrzymałamoddech.Noellerzuciłaukradkowespojrzenieza
siebie,poczympowiedziała:

-Dashmasiędobrze-zręcznieudałojejsięuniknąćodpowiedzi.Niechciała,żeby
przyjaciółkiwiedziały,żesięrozstali?Jeżelitakbyło,todlaczego?-Słyszałyście,zeDash
ja-kojedynyspośródpierwszoroczniakówdostałsiędozałogiżeglarskiejwYale?

Dziewczynyprzyjęłytęwiadomośćokrzykamizaskoczenia,ajapoczułam,żerobimisię
gorąco.DlaczegoNoelleotymwiedziała,ajanie?Podobnosięrozstali,aDashod
początkurokupisałdomniemaile.Możeniezasługiwałam,bydzielićsięzemnątak
doniosłymiwieściami?ANoellebyłategowarta.

-Atengość,Cromwell,tojakiśpalant,nie?-powiedziałaNoelle,wrzucającdoszuflady
kilkaswetrówiapaszekwyjętychzwalizki.Następniezatrzasnęłaszufladę.Jakna
dziewczynę,którajestwłaścicielkąnajdroższychciuchów,najakiekobietamożesobie
pozwolić,nietraktowałaswojegomajątku

znależnymszacunkiem.Jejzdaniem,wszystkomożnabyłoodkupićlubzastąpićczym
innym.Miałaniewyczerpanezasobyluksusunawyciągnięcieręki.

London,Vienna,Tiffany,Portia,Rose,Shelbyijasiedziałyśmywjejpokoju,ależadnaz
nasnieśmiałaodpowiedziećnazadanepytanie.Najwyraźniejbyłyśmyodrobinę
przestraszonetym,żeznówznalazłyśmysięwpokojuCheyenne,któryjejrodzicezdążyli
jużwysprzątać.

background image

Musielitubyć,kiedyrobiłyśmyzakupy.MimożewszędziepiętrzyłysiębagażeNoelle,
pokójwydawałsiędziwniepusty.Trochęprzerażający.Niemogęmówićwimieniu
wszystkich,alejamiałamwrażenie,żektośnasobserwuje.Iocenia.

-Nowięc,jakijestCromwell?-spytałaNoellezaskoczonanaszymmilczeniem.

-Nieznosimygo-wypaliłaLondon.

-Todelikatniepowiedziane-dodałaPortia.

-ToonzabiłCheyenne-wtrąciłaVienna.

Jakbywemniepiorunstrzelił.MusiałamsięoprzećobiurkoCheyenne-nie,obiurko
Noelle.

-Cotakiego?

-Wszyscyotymwiedzą.-Londonzrobiławielkieoczy.-WyrzuciłjązBillingsitamtej
nocysięzabiła.Wiemy,żeżytatymmiejscem,więc…

-Wszyscygoobwiniają-dokończyłaTiffany,ustawiającmasywnyobiektywswojego
staromodnegoaparatu.

Dlaczegootymniewiedziałam?Możebyłamzbytpochłoniętarozpamiętywaniem,kogo
obwiniałasamaCheyenne.

-Gdybyniebyłtakimnieustępliwymdraniem..

-Mówmijeszcze-Noelleprzewróciłaoczami.-Mójojciecmusiałzagrozić,że
doprowadzidozamknięciaszkoły,żebyprzyjętomnietuzpowrotem.

-ZamknąćEaston?Twójojciecmógłbytozrobić?-zapytałam,choćwcalebymnietonie
zdziwiło.

-Noniedosłownie,alemógłbysłaćdosądupozewzapozwem-roześmiałasięNoelle.-

Wierzmi,jegokieszeniesąowieległębszeniżEaston.Szkoławkońcubypadła.Kiedyta
przykraprawdadotartadoCromwella,facetzmiękłniczymtaniadętka.

-Wow,alemusiałbyćwku-powiedziałaPortia,przysiadającnakrawędziłóżka.Rodzice
Cheyennezabraliwszystkiejejwłasnemeble,więcnaichmiejscewstawiono
standardowemeblezBillings.PrzynajmniejdopókiNoellenieurządzisobiepokojuna
nowo.

-O,żebyświedziała-powiedziałaNoelle,rzucająciPodanabiurko.-Widziałyście,jak
siętrzęsie,kiedyjestzły?Wyglądajakfrankenstein.

Roześmiałyśmysię,aleNoellezmarszczyłanosiprzesunęłapalcempopowierzchni
biurka.

-Cotojest?Urządzałyścietuszaloneimprezyczyco?-Czubekjejpalcabyłpokryty
gęstymbiałymkurzem.

-Topewniezostałopowizyciepolicji,szukalituodciskówpalców-wyjaśniłaTiffany,
patrzącnapalecNoelle.-Biurkojestjedynymtutejszymmeblem,jakiegoużywała
Cheyenne,więc.iiNoellespojrzałananas,otwierajączezdumieniausta.

background image

-Odciskówpalców?Dlaczego?Myślałam,żetobyłosamobójstwo.

-Bobyło-powiedziałacichoRose,spoglądającprzezwy-kuszoweokno.-Tylko…

-Chcielisięupewnić-dokończyłam,ztrudemprzełykającślinę.

-Pewnienabralipodejrzeń,borzeczwydarzyłasięwEaston-dodałaPortiazdrwinąw
głosie.

Noellezasępiłasię.Spojrzaławdrugikoniecpokoju,tamgdziewcześniejmieszkała
ArianaOsgood.Jejnajlepszaprzyjaciółka.Dziewczyna,któraokazałasięwyrachowaną
morderczynią.

-Proszę,proszę.Ciekawedlaczego-powiedziałaNoelle.Przezchwilępanowałacisza,
aleprzerwałająNoelle,klaszczącwdłonie,byoczyścićjezkurzu.

-Nodobra,cojeszczesiętuterazdzieje?-zapytała,wysypujączawartośćswojej
olbrzymiejkosmetyczkidogórnejszufladybiurka.-Oczywiście,nielicząckolacjiw
Driscollu,októrejCromwellnawijałpodczasnaszegospotkania.

KolacjadlaabsolwentówwDriscollu.Prawda.Ztegowszystkiegozupełnieoniej
zapomniałam.MiałasięodbyćwhoteluDriscollwnajbliższąsobotęibyła
najważniejszymwydarzeniemzjazduabsolwentów.KażdyuczeńEastonmiałprzyłączyć
siędokomitetu,bypomócprzyjejorganizacjilubzająćsiępracamipomocniczymi.
Sabineijamiałyśmybyćkelnerkami.Byłamkłębkiemnerwówiporaztysięczny
zastanawiałamsię,czyDashmazamiaruczestniczyćwkolacji,aleszybkoprzegnałamtę
myśl,jakgdybyNoellemogławy-czytaćjązmojejtwarzy.

-OBoże,oczywiście!BędziemymiećCoffeeCarma!-oznajmiłaVienna,wprowadzając
tymsamymradosnynastrój.

-Notak.Amberlyjestterazwpierwszejklasie,zupełnieotymzapomniałam.Będę
musiałasięzniąprzywitać,zanimmatkazaczniedomniewydzwaniaćitruć,żebymto
zrobiła.

-Prawda,przecieżsięznacie-przypomniałamsobie.

-O,widzę,żejużspotkałaśnasząmałąAmberly.-Noellewydawałasięrozbawiona.

-DałaReedkartęCoffeeCarma-powiedziałaLondonobrażonymtonem.

-Niedziwięsię.OpowiadałamjejoBillings,aszczególnieotobie,Reed-odparłaNoelle.
-

Pewnieszykujesobiezaplecze.Bystredziewczę.

Noellepołożyłanatoaletcepudełkozbiżuterią.-Icojeszcze?

-SłyszałaśjużpewnieoDziedzictwie-przypomniałaPortia,odrzucającnaplecylśniące
czarnewłosy.

-Tak.Strasznalipa.-Noelle,grzebiącwkosmetykach,wyciągnęłatubkęzbłyszczykiem
MACiotwartają.-Ktośwkroczyizorganizujetenbal.Wierzciemi,jedennieszczęśliwy
wypadekniepowstrzymaDziedzictwa.

-Myślisz?-głosLondonbyłpełennadziei.

background image

-Janiemyślę,jawiem-odpowiedziałaNoelle,otwierająclusterkowzłotejoprawce,po
czympomalowałabłyszczykiemdolnąwargę.

-TaknawszelkiwypadekReedobmyśliłaplan„B”-dodałaTiffany.

-Znakomityplan„B”-uzupełniłaRose.

Noelleuniosłabrew,apałeczkaodbłyszczykazatrzymałasiękilkamilimetrówodjej
górnejwargi.

-Acóżtozaplan?

-WydamywłasnybalzokazjiHalloween!-wykrzyknęłaVienna.

-AbyuczcićpamięćCheyenne-wyjaśniłaShelby.SpojrzałamwyczekująconaNoelle.Z

nadzieją.Bowciąż

potrzebowałamjejaprobaty.

-Poważnie?-Noelledalejzajmowałasięmakijażem.$Pomysłowe,Reed.Zobaczno,
samaprzejmujeszinicjatywę.Powiedziałabymci:„SzczęśćBoże”,aletojestjużpassć.

Uśmiechnęłamsięiskinęłamgłową.Otochodziło.Niedoczekamsięodniejwiększej
pochwały,alewystarczyć

-IReedjestnaszymnowymprezesem!-powiedziałaLondon,podchodząc,byobjąćmnie
ramieniem.

Noelleztrzaskiemzamknęłalusterko.Sercezamartomizestrachu.Nieumiałam
rozszyfrowaćwyrazujejtwarzy.Gniew?Szok?Obauczucianaraz?Naglezapragnęłam
sięzewszystkiegowycofać.NiechciałamnadepnąćNoellenaodcisk,przecieżtoNoelle
Lange!

Dlaczegoprezesemmiałbyzostaćktośtakijakja,skoroNoelleLangewróciła?

-No,no,no-zaczęłaNoelle,krzyżującręcenapiersiachiprzyglądającmisięuważnie.-

Kopciuszekdalekozaszedł.

-Nowiesz,toznaczy…teraz,jakwróciłaś,towszystkozmienia…-wyjąkałam.-
Oczywiścietotypowinnaś…Znaczy,gdybyśtubyła,napewnobymnieniewybrano.

Noellespojrzałanamnie.Niktsięnieodezwał,żebyzaprzeczyćtemu,copowiedziałam.

Dziękizawsparcie,dziewczyny.Aniedawnojednomyślnieuznały,żejestemidealną
kandydatką.Chociażwłaściwieniemogęmiećdonichpretensji.TakabyłaNoelle.Nawet
jawiedziałam,żetoonapowinnazostaćprezesemBillings.

Odchrząknęłam.Jeślimiałamtozrobić,jeślijużmiałamoddaćupragnionąprezesurętuż
pozdobyciustanowiska,toprzynajmniejzrobiętozgodnością.Aniejakjąkającasię
idiotka.

-Bezciebietomiejsceniebyłotakiesamo-powiedziałamspokojnie.-Zawszemiałam
wrażenie,żeBillingstotwójdomitwójteren.Jeślichceszbyćprezesem,oddajęciten
urząd.

DziewczynyspojrzałynaNoelle.Wsunęłamręcedokieszeniiwstrzymałamoddech.

background image

Noellepowolisięuśmiechnęła.

-Jakmiłoztwojejstrony,Reed,alenie,dziękuję.

Zamrugałamoczami,zaskoczona.Ulżyłomi,alebyłamzdumiona.

-Cotakiego?-wypaliłaPortia,mówiącnagłosto,cokażdaznaspomyślała.

Noellewzruszyłaramionamiiwrzuciłabłyszczykdoszuflady.

-Słuchajcie,prawdęmówiąc,niepowinnomnietuwogólebyć.Powinnambyłaskończyć
szkołęroktemu,alewiecie,różniebywa.Wróciłamtylkopoto,żebyudowodnićtymz
LigiBluszczowej,żepotrafięciężkopracowaćinieoczekujęspecjalnegotraktowania.

Natwarzachmoichprzyjaciółekwidaćbyłoniedowierzanie.Noellenieoczekuje
specjalnegotraktowania?Przecieżnadobrąsprawęnieznałainnego.Zajmowała
szczególnemiejscenawetpośródinnychuprzywilejowanychdziewczątwnaszymkraju.I
niedawałanikomuotymzapomnieć.

-TotyjesteśprzyszłościąBillings,Reed.-Noelleodwróciłasiędomnie.-Chcęsiętylko
upewnić,żekiedyjużopuszczęszkołę,pozostawięinternatwdobrychrękach.Anie
wyobra-

żamsobielepszychrąkniżtwoje.

Ho,ho!

Dziewczynyspojrzałynamnie.Byłypodwrażeniem.Todopierobyłapochwała.Choć
dziewczynyzBillingssamewybrałymnienatostanowiskoibytywtymjednomyślne,
terazdopieronastąpiłoostatecznepotwierdzenieichwyboru.

-Dzięki,Noelle-powiedziałamciepło.

-Niemazaco-Noelleuśmiechnęłasięznieprzeniknionym,byćmożeodrobinę
złośliwymbłyskiemwoku-paniprezes.

background image

MantraJosha

Następnegoranka,przyśniadaniu,Joshpodniósłkubekizhukiempostawiłgonatacy.
Potemwziąłmiskę!podstawiłjąpodautomatzpłatkamiimocnouderzyłwdźwignię.
Usłyszałamtrzask,leczzezdumieniemodkryłam,żerączkasięniezłamała.Kiedydo
miskinasypałosięzbytdużo,Joshzakląłpodnosem,zaczerpnąłgarśćpłatkówirzuciłje
wkierunkustojącegozaladąkoszanaśmieci.Nawszystkichspadłgradmałych
pomarańczowychizielonychkółeczek.Chybatylkojednotrafiłodokosza.

WszyscyuczniowieEastonstarannieomijalidziśtematCheyenneinabożeństwa
żałobnego.

Rozmawianonatomiastoweekendzieabsolwentów,którymiałsięodbyćpodkoniectego
tygodnia.Wszyscymówiliotym,wcosięubiorą,ktozesławnychabsolwentówmożesię
pojawićijaknajlepiejzwinąćtrochęalkoholuzhoteluDriscoll.Byłojednakjasne,żeani
ja,aniJoshniezamierzamyuczestniczyćwtychwesołychpogaduszkach.

-Kobiecaintuicjapodpowiadami,żecościędzisiajdręczy-zażartowałam,chcącnieco
rozluźnićatmosferę.

Spojrzałnamniejaknawroga.

-Niemogęuwierzyć,żeNoëllewrócriła.Dlaczego,udiabła,przyjęlijąZpowrotem?

Westchnęłamciężko,Noëlle!Nojasne.CoinnegomogłodręczyćJosha?Musiałam
przyznać,żemialpowód,byjejnienawidzić.Wzeszłymrokuzbytchętnieprzypisałamu
zamor-dowanieThomasa,mimożeodpoczątkupodejrzewałaAriane.Inawetgdyby
Joshaniearesztowanoitakmiałbysłusznypowód,bychowaćurazędoNoellezarolę.
jakąodegraławzabójstwiejegonajlepszegoprzyjaciela.Ona,Kiran,TayloriAriana
porwałyThomasazjegopokojuiwywiozłydolasu,gdziezostawiłygoprzywiązanegodo
drzewa,samegoiprzerażonego.Tylkopoto,bydaćmunauczkę.Tylkopoto,żebypoczuł
siębezradnyiupokorzony-takjakjaczułamsięprzezniegopoprzedniegowieczoru,na
impreziewlesie.

To,cozrobiłybyłookropne,aletoArianawróciładolasuizamordowałaThomasa.A
Noëlle,KirianiTaylorniemiałypojęciaojejsadystycznejwyprawie.Moimzdaniem
NoëlleiresztaporządnienarozrabiałaaleniechciałyśmierciThomasa.Poprostumyślały,
żezrobiąmudowcip.Takstarałamsiętosobiewytłumaczyć.Byłotojedynelogiczne
wyjaśnienie,którepozwalałomispokojniespać.

-Wyglądanato,żerodziceNoellezagroziliszkoleprocesemitowystarczyło-
powiedziałamspokojniekładącnatacyprecelka.Podciągnęłamrękawyczarnego
kaszmirowegoswetrazdekoltemwserek,którydostałamodNoelle.Byttojedenzwielu
jejpodarunków,wśródinnychpowinnamwymienićbutyodMiuMiu,długinaszyjnikz
monogramemodTiffany’egooraziPhone’a-liczyłam,żeJoshniezapyta,skądgo
wzięłam!Noelletłumaczyła,żewtensposóbchcenadrobićto,iżwubiegłymrokunie
byłojejna

moichurodzinach.InaBożeNarodzenie.MówiłacośjeszczeoDniuFlagi.

background image

-Cholera,wszyscykochająAmerykę.PowinnizmienićnazwętegokrajunaStany
Procesowe

-burknąłJosh.Wziąłgłębokioddechiwypuściłpowietrzenosem,kładącdłoniena
biodrach.

-MusiszsięwynieśćzBillings.Teraz,jakwróciła,będzietakjakwzeszłymroku.

-Nieprawda-odparłam.

-Tak?Askądwiesz?

-Popierwsze,tojaterazturządzę-zaczęłam.-Dziewczynywybrałymnienaprezesa,
pamiętasz?Atakprzyokazji,nawetminiepogratulowałeś.

Joshgłośnowestchnąłispojrzałnamniezlękiem.

-Maszrację.Przepraszam.Gratuluję.Przynajmniejtymrazempokazały,żemającośpod
kopułą.

-Dzięki-odparłam,skinąwszygłową.SiostryzBillingsniedoczekająsięodJosha
większejpochwały.-Samwidzisz,wtymrokuNoelleniebędziedyktowaławarunków,
bojatorobię.

-Taaak,jasne.-Joshpodniósłtacęiskierowałsięwstronęjadalni.

Zrobiłomisięgorąco.Czyniezdawałsobiesprawy,jakbardzomnieterazobraził?

-Wielkiedzięki-rzuciłam,podążajączanim.

Joshspojrzałnamniezniecocieplejszymwyrazemtwarzy.

-Przykromi,niemiałemnamyśliniczłego.-Wzruszyłramionami,poczymchwycił
pełnąjedzeniatacę.-Poprostu…Znamtędziewczynę.Noelleniespocznie,dopókinie
wywoławokółsiebieatmosferydramatuiskandalu.Dajspokój.Poprostuprzenieśsiędo
Pemberlyalbogdzieindziej.Toniekoniecświata.Aprzynajmniejznajdzieszsięzdalaod
niej.

-Niekoniecświata?Niemogęsiętakpoprostuprzenieśćpotym,jakdziewczynymnie
wybrały!-Rumieniecpaliłmipoliczki.-Apozatym,czymuszęciprzypominać,żewze-
szłymrokuNoelleuratowałamiżycie?

-Niemusisz.Aletwojeżycieniebyłobyzagrożone,gdybynieonaijejprzyjaciółkiz
Billingsspodciemnejgwiazdy-odparłJosh.-Dlaczegoniewidzisz,jakzepsutejestto
miejsce?

-Boże,Josh.Możejużstarczytejagitacjipodtytułem„konieczBillings”-odcięłamsię.-

Powtarzasztojakmantrę.

Zaskoczonyodchyliłgłowęizmarszczyłbrwi.

-Poprostumartwięsięociebie.

-Jasne,dzięki.Potrafięsięsamaosiebiezatroszczyć.

Odwróciłamsięiodeszłamszybkimkrokiem,poczymzajęłammiejscenadrugimkońcu
stolika,nietam,gdziezwyklesiadywaliśmy.Joshpowolipodążyłzamną,alewkońcu

background image

zrozumiałaluzjęiusiadłzTreyemprzyinnymstole.Gdygwałtowniepotrząsałambutelką
zsokiempomarańczowym,minęłymniedwiedziewczynyzreprezentacjipiłkarskiej

pierwszychklas.

-Cześć,Reed-powiedziałajednaznich.-Gratulacjezokazjiobjęciaprezesuryw
Billings.

-Nojasne!Gratulacje!-zawtórowałajejdruga.-Atakprzyokazji,maszcudowny
sweter.

-Dzięki-odparłam.Zaskoczyłymnie.Nigdywcześniejzniminierozmawiałam.Nie
wiedziałamnawet,jaksięnazywają.Jaksiędowiedziałyogłosowaniu?

-Słuchaj,mójtatapracujedladrużynyNewEnglandRevolution,mógłbynamzałatwić
wejście,kiedybędągralizGalaxynawiosnęprzyszłegoroku,Inapewnospotkamy
Beck-sa!

Idziesz?-paplałapierwsza.

Zamrugałamoczami.Zadużoinformacjinaraz.Icałkiemdziwnapropozycja:spotkaniez
graczamipierwszejligi.

-Eeee,aktóżbyodmówił?-powiedziałam.-Przepraszam,alezapomniałam,jakmaszna
imię.

Dziewczynazarumieniłasię,aledzielnieodpowiedziała:-JestemAvaGreene.Atojest
DemetriaWallace.

-Dzięki,Ava.Tofajnieztwojejstrony.

-Straszniesięcieszę,żesięzgodziłaś!-krzyknęłaAva.-Notowidzimysięnatreningu!

Dziewczynyodeszływswojąstronę.Ichgłowystykałysię,pewnieznówgadały.

-Taaak.Dozobaczenia-rzuciłamwpowietrze.

Nodobra,tobyłodziwaczne.AlechybabycieprezesemBillingsniesiezesobąitakie
niespodzianki.

Sięgającpoprecelka,spojrzałamnaJosha,zastanawiającsię,czywidział,jakrozmawiam
zpierwszoklasistkami.Zobaczyłam,żemechanicznieprzeżuwapączkaispoglądaprzed
siebiezponurąminą.Poczułamukłucieżalu,leczjednocześniegniewu.Podobałomisię,
żetaksięomniemartwił.Naprawdę.Alezaczynałamsięniepokoić.Czymożnakogoś
zamęczyćzbytniątroską?

background image

Suzel

-Wiedziałaś,żeGeorgeWashingtonniechciałbyćprezydentem?-zapytałamnie
wieczorempodekscytowanaSabine.Obróciłasięnakrześleizaklekotałyjejbransoletkiz
muszelek,którezawszenosiła.ZakochałasięwhistoriiAmeryki.Jakożeprzybyłaz
zagranicy,uczyłasięjejporazpierwszyikażdynowyfaktnapełniałjącorazwiększym
podziwem;innedziewczynyzBillingsreagowałyzpodobnąeuforiąjedyniena
wiadomość,żeStellaMcCartneylansujewłaśnienowąkolekcjęalbożezdjęciaJake’a
Gyllenhaalabezkoszulipojawiłysięwjakimśnowymmagazynie.Fajniebyłojednak
widzieć,żekogośtakinteresujeicieszyprzedmiot,któryjaznałamodpodstawówki.

Położyłamołóweknazeszyciedomatematykiirozprostowałamobolałepalce.Chyba
zbytmocnogotrzymałam.Naśrodkowympalcuzrobiłmisięodcisk.

-Tak,pamiętam-powiedziałam.-Washingtonsądził,żeniejestgodzientegozaszczytu
czycośwtymstylu,prawda?

-Prawietakjakty-odparłaSabine.

Spojrzałamnapalce,naktórychwidaćbyłojeszczeodciśniętyśladołówka.

-Myślę,żejestemgodnaprezesury-skłamałam.

-AleNoellebardziej.-Tobyłabardzospostrzegawczauwaga.

Zarumieniłamsię.

-Tak,nowiesz,onajestpoprostu…TojestNoelle.Zrozumiałabyśto,gdybyśznałają
lepiej.

Sabinęwyraźnieposmutniałaiszybkopowróciładoksiążek.

-Nocóż,alejejnieznam.

Idzięki,żemiotymprzypomniałaś,wynikałojednoznaczniezjejtonu.Alejakmiałam
jejtowyjaśnić?Niebardzoumiałamwytłumaczyć,jakczułamsięjesieniązeszłegoroku.
Samaniebardzowiedziałam,jaktoopisać.WielbiłamNoelle.Nienawidziłamjej.
Kochałam.Bałamsięjej.Potrzebowałamjej.Niedałosięokreślićjej…Noelle’owatości.
Tobyłocoś,czegokażdymusiałdoświadczyćsam.

-Sabinę,ja…

Przerwałomipukaniedodrzwi.Obiespojrzałyśmywtamtymkierunku,nieco

zdezorientowane.Nikttunigdyniepukał.Zwyklewchodziłosiędokogoś,informująco
niecierpiącymzwłokiproblemiezfryzurąalboprzekazującniezwykleważnąplotkę.Na
tyleważną,żesłychaćjąbyło,jeszczezanimdrzwizdążyłysięzamknąć.

-Proszę-powiedziałamniepewnie.

DrzwiotwarłaNoelleiodsunęłasię,przepuszczająceleganckąkobietęwśrednimwieku.

Nieznajomamiałanasobiedoskonaleskrojonykostium,anaszyigrubyzłotynaszyjnik.
Nawłosachmiałaświetniezrobionejasnepasemka,zaktórenawetArianadałabysię

background image

pokroić.W

dłoniachtrzymaładużepudełko,zapakowanewsrebrnypapieriprzewiązaneczerwoną
jedwabnąwstążką.Uśmiechałasięciepłoi,trzebaprzyznać,szczerze,alewjej
zachowaniubyłocośwyraźniesłużbowego.Mimożebyładrobna,samajejobecność
wyraźnie

dominowaławcałympokoju.Wstałam,instynktownieczując,żetaknależysięzachować.

-Drogiepanie,przepraszam,żeprzeszkadzamwamwnauce-powiedziałazdelikatnym
południowymakcentem.

-Ależniemazaco-odparłamnatychmiast.

-Reed,chciałabym,żebyśpoznałaSusanLlewelyn-odezwałasięwesołoNoelle.-Suzel
jestprzewodniczącąkomitetuabsolwentekzBillingsiczłonkiemzarząduEaston
Academy.

-Miłociępoznać,Reed-powiedziałaSuzel,zbliżającsię

ipodającmiolbrzymieciężkiepudło.-WimieniukomitetudawnychmieszkanekBillings
chciałabymcipogratulowaćstanowiskaprezesa.

-Dziękuję-odparłamzaskoczona,żewiadomośćomojejprezesurzedotarłaażdo
zarządu.

OficjalnysposóbbyciaSuzelsprawił,żepoczułamsięlekkozdenerwowana.Zrobiłomi
sięgorącoiniewiedziałam,comampowiedzieć.Pudłobyłowielkieiniewygodniebyło
mijetrzymać.Sabineporuszyłasięnakrześle,ajachrząknęłam,wskazującruchem
głowyjejczęśćpokoju.UtkwiłamwzrokwNoelle.

-O,atojestSabineDuLac-dodałaobojętnymtonemNoelle.

Zaczerwieniłamsię,domyślającsię,coczujeSabine.DlaczegoNoelleupartasię,żeby
ignorowaćmojąwspółlokatorkę?Alewyglądałonato,żeSabineniezwróciłauwaginajej
ton,skupiającsięcałkowicienaSuzel.Napoczątkusemestru,kiedyCheyennekazała
dziewczynomnowoprzybyłymdoBillingskraśćróżneprzedmiotyzEaston,Sabine
wybrałatransparentwykonanynapożegnanieSusanLlewelyn.Zabrałagozkaplicy.Przy
tejokazjispędziłaniezliczonegodzinywszkolnejbibliotece,czytającoSuzel.Bytanią
zafascynowana.

-Tozaszczytpaniąpoznać.-Sabinęwstała,bypodaćSuzelrękę.

Sercezatrzepotałomiznerwów.Ożkurde!Możeteżpowinnambyłapodaćjejrękę?Ale
nawejściuwręczyłamitowielgachnepudło.Naglepożałowałam,żeniesłuchałam,kiedy
SabinęopowiadałamikiedyśznajdrobniejszymiszczegółamiożyciuSuzel.Mogłabym
terazzadaćjejjakieściekawealbomądrepytanie.Szybkosięodwróciłamipostawiłam
pudłonabiurku,przewracającprzytymkubekzdługopisamiiołówkami.Taksiętym

zdenerwowałam,żezachciałomisiępłakać.Słysząchałas,Noellezacisnęłausta,ale
Suzelcałkowicietozignorowała.

-Mnieteżmiłociępoznać-SuzeluprzejmieodpowiedziałaSabinę.-Jesteśjednąz
naszychnajnowszychczłonkiń.

background image

Sabinęijaspojrzałyśmynasiebie.Sabinęwłaściwienigdynieprzeszłaprawdziwych
otrzęsin.Aleniemiałyśmyzamiaruwspominaćotamtymferalnymwydarzeniu.Wnoc
corocznegorytuałuCheyennedopilnowała,bydziewczyny,któreuznałazagodnetego
zaszczytu-Missy,KikiiAstrid-zostałypowitanewnaszymkręguzotwartymi
ramionami.

ASabinę,ConstanceiLomazostałyupokorzoneiwykluczoneztowarzystwa.Sprawę
zakończyłdyrektorCromwell;CheyennezostaławydalonazEastonitejsamejnocy
odebrałasobieżycie.Odtamtejporyniktniewspomniałootrzęsinach.

-To,rzeczjasna,jestdlaciebie-zwróciłasiędomnieSuzel,spoglądającnapodaruneki
składającdłonie.-Otwórzpóźniej,kiedybędzieszsama-dodałastanowczymtonem.

RzuciłamokiemnaSabinę,którątainstrukcjanajwyraźniejwprawiławzakłopotanie.

-Och,wporządku.Dziękuję-wyjąkałam.

-Wszystkieuważamy,żebędzieszcennymnabytkiemipozytywnymwkłademw
dziedzictwoBillings-powiedziałaSuzel,uśmiechającsięcorazszerzejiprzyglądającmi
sięuważnie.

DziękiBogu,miałamnasobienowy,drogisweter,którydostałamodNoelle.

-Dziękuję.Mamnadzieję,żeniezawiodęwaszychoczekiwań-nareszcieudałomisię
sklecićpełnezdanie.

-Byłomibardzomiłopoznaćwasobie-dodałaSuzel.

-Namteż-odparłam.-Czyzobaczymysięnakolacjiabsolwentówwsobotę?

Brawo!Kolejnepełnezdanie.Suzeluśmiechnęłasię.

-Oczywiście.Napewnotambędę-odpowiedziała.-Wtakimraziedozobaczenia.

Uścisnęłanamdłonie,poczympodeszładodrzwi.NoellewyszłarazemzSuzeli
zamieniwszyzniąszeptemkilkasłównakorytarzu,wróciładonas.

-AwięctobyłaSuzel?-spytałam.NieliczącdokonanejprzezSabinękradzieży
transparentu,niesłyszałamimieniaSu-sanLlewelynodzeszłegoroku,kiedytozałatwiła
namjednodniowywyjazddospa.Nam-czylimnie,Noelle,Arianie,Kiran,Taylori
Natashy.Wydawałosięteraz,żebyłotostolattemu.

-Tak,tobyłaSuzel-odpartazuśmiechemNoelle.

-No,Reed,otwórzswójprezent!-ponagliłamnieSabinę,pożerającpudłowzrokiem.

-Ooo,tak!-powiedziałam,odwracającsię,żebypodnieśćpodarunek.

-Reed,nie.-Noellepołożyładłońnapudle.

-Cotakiego?Dlaczegonie?

-Słyszałaś,comówiłaSuzel.Maszotworzyć,jakbędzieszsama.-Noellewskazała
wzrokiemSabinę.

Sabinęzbladła,Imiałapowód.Oczywistebyło,żeNoellewie,cojestwśrodku.Wkrótce
jateżsiętegodowiem.Noellechciałapowiedzieć,żetylkoSabinęniejestwarta,bysię

background image

tegodowiedzieć.

-Cóż,możeitak,ale…

-Reed,jesteśprezesemBillingsimusiszpoważnietraktowaćtakiesprawy-powiedziała
surowymtonemNoelle.

ZtrudemprzełknęłamślinęispojrzałamnaSabinę.Odpoczątkurokubyłajednązmoich
najlepszychprzyjaciółekiczułamsięokropnienamyśl,żebędęjąmusiaławykluczyćz
pewnychspraw.Alecomiałamzrobić?TobyłaoficjalnasprawaBillings.Ważnasprawa.

-Noellemarację.Przykromi,Sabinę.Sabinęwzruszyłaramionami.

-Dobra.Comitam.

Poczymwróciładoswojegobiurka,jakbytakwestiazupełniejejnieobchodziła.

Alewiedziałam,żetakniejest.Tobyłooczywiste.Jeślichodziłoosprawyzwiązanez
Billings,Sabinepoprostuichnierozumiała.Miałamnadzieję,żezczasemdotrzedoniej,
ilemaszczęścia,żemożetubyćicototaknaprawdęoznacza.Przeczuwałam,żew
przeciwnymwypadkumojerządystanąsiękościąniezgody.

Władzaabsolutna

TobyłatorebkaodChloe.Duża,czarna,zmiękkiejskóry.Serialimitowana.Torebkaod
Chloe!Wartaconajmniejdwatysiącedolarów-wiedziałamotymtylkodlatego,żePortia
miałakiedyśpodobnąiusłyszałam,jakmówiłaShelby,iżzapisałasięnaniąimusiała
czekaćponadrok,akiedyjejojcieczobaczyłrachunek,omałogoszlagnietrafił,choć
podobnobył

jakąśgrubąrybąwmiędzynarodowymbiznesie.Zajmowałsięchybazłotemidiamentami
iutrzymywałpodejrzanekontaktyztajnymisłużbamikilkukrajów,jeśliwierzyćtemu,co
szeptanopokątach.

-Jednatorebka?Jedna?-zwyraźnymormiańskimakcentempowtarzałpanAhronian.
Jegotwarzzsekundynasekundęstawałasięcorazbardziejczerwona,costrasznie
rozbawiłomatkęPortii.

Aleostatecznie,rzeczjasna,zapłacił.

AterazsamamiałamtorebkęodChloe.Ja,ReedBrennan.Gdybymjąsprzedałana
eBay’u,mogłabymspłacićkredyt,którymójtatawziąłnakupnosamochodu.Conie
znaczy,żebymzamierzałatozrobić.Prawdęmówiąc,miałamochotęschrupaćtętorebkę.
Przecieżjateżmogęmiećcośluksusowego,prawda?

Spojrzałamprzezramię,byupewnićsię,żenikogopozamnątuniema.Potemuniosłam
torebkędotwarzyipowąchałamją.Ostry,intensywnyzapachnowejskóryprzepełnił
mojezmysłyisprawił,żezrobiłomisięlekkonasercu.Chybasięzakochałam.

AledlaczegoniemogłamjejwyjąćprzySabinę?Tobyłoniedopomyślenia,jasne,ale
przecieżitakwkońcuzobaczy,żejąnoszę.Ja,ReedBrennan,dziewczyna,którakorzysta
zestypendiumsocjalnego,aparadujeztorebkązadwatysiące.Prawda,wzeszłymroku
dostawałamkosztowneprezentyodKiraniinnychdziewczyn,alenigdynictak
luksusowego.

background image

Gładziłampalcamidelikatnąskórę,bawiłamsięzłotymzapięciemimiałamwłaśnie
odłożyćtorebkę,byoprzećsięwygodnieipoprostunaniąpopatrzeć,kiedydostrzegłam,
żewśrodkucośjest.Odchyliłamgórnączęśćizajrzałam.Byłtamstaranniezłożony
grubykatalogNeimanaMarcusa,kasetkanabiżuterięzpłytąkompaktowąwśrodkuoraz
czerwonapodłużnaportmonetkanazamekbłyskawiczny.Zauważyłam,żejest
wybrzuszona.

Poczułamsięjakwświątecznyporanek.Świątecznyporanek,jakiegonigdynie
przeżyłam.

Wyciągnęłamportmonetkęiotwarłamją.Zauważyłam,żejestodFendiego.Aletym
razemtoniemetkamniepowstrzymała.Zzaskoczeniemodkryłamwportmonetcerulon
banknotów.

Niemamowy!

Zamknęłamportmonetkęiznówobejrzałamsięprzezramię.Cisza.Martwacisza.
Wszyscybylinadole,gdzierozmawialionaszymbaluprzebierańców.Planowałam
dołączyćdonichzakilkaminut,alenajpierwmusiałamsięotrząsnąćzszoku,który
właśnieprzeżyłam.

Drżącymirękamiznówotwarłamportmonetkęiwyjęłamowiniętypapierowąopaskąplik
banknotów.Nigdywcześniejniewidziałamtylusetek.Naopascewidniałnadrukowany
napis:$5000.

Pięćtysięcydolarówgotówką.Dlaczegoktośmiałbymidawaćtylepieniędzy?

Oddychającnerwowo,wepchnęłambanknotydoportmonetki,poczymschowałamjąpod
poduszkę.Obawiałamsię,żewkażdejchwilimożemituwpaśćjednostkadodziałań
specjalnych,ściągniemniezłóżkairzuciościanę.Pięćtysięcydolarów.Towięcejniż
kiedykolwiekmogłamsobiewyobrazić.Nacomiażtyle?jf

Wzięłamgłębokioddechiznówpodeszłamdotorebki.Położyłampłytęnabiurkuobok
zamkniętegolaptopa.Następniewyjęłamkatalog.Dołączonodoniegojakąśkartkę.

DrogaReed,

PrzyjmijgratulacjezokazjiobjęciastanowiskaprezesaBillings.Jakowiceprezesdziału
zakupówwNeimanMar-cusGroup,mamprzyjemnośćzaproponowaćCiotwartąlinię

kredytową.WkażdymkolejnymsezoniebędęprzesyłałaCinaszkatalog,zktórego
będzieszmogłagratiswybraćtowaryomaksymalnejłącznejwartościtysiącadolarów.

Miłejzabawy!

PozdrowieniaodsiostryzBillings

TinsleyDunellen

EastonAcademy,rocznik1990

Tegojużbyłozawiele.Pieniądzewprezencie,darmoweciuchy.Firmowetorebkizafriko.

Cojeszcze?DarmowawycieczkanaHawaje?

Zaintrygowanadogranicmożliwości,otwarłamlaptopaiwłożyłampłytę.Musiałam

background image

założyćręcenakrzyż,botakmisiętrzęsły,gdykomputer,brzęcząc,budziłsiędożycia.
Naekraniepojawiłasięlistafolderów:

ABSOLWENTKIZBILLINGS-LATAOSIEMDZIESIĄTE

ABSOLWENTKIZBILLINGS-LATADZIEWIĘĆDZIESIĄTE

OBECNEMIESZKANKIBILLINGS

FUNDUSZBYŁYCHMIESZKANEKBILLINGS

HOLDINGINIERUCHOMOŚCI

KONTAKTYNAUNIWERSYTECIE

KONTAKTYWRANKINGUFIRMFORTUNE500

LOSANGELES

NOWYJORK

PARYŻ

MEDIOLAN

Itakdalej,itakdalej.Otwierałamplikpopliku.Bilansfunduszuabsolwentekopiewałna
dobrekilkamilionówdolarów,ajawłaśnieotrzymałamnumerPINdoichkonta.Ab-
solwentkimiałykontaktywdziałachrekrutacjikażdegoprestiżowegouniwersytetuw
krajuiwwielumiędzynarodowychkorporacjach,wktórychkażdychciałbypracować!
Plikizatytułowanenazwamimiastzawierałydanekontaktoweułożonewedługlokalizacji,
anastępniewedługnazwprzedsiębiorstw.Folderzholdingaminieruchomościzawierał
sporychrozmiarówdokument,awnimwyszczególniononieruchomościnacałym
świecie,których

właścicielkamibyłydawnemieszkankiBillings.Domytebytynajwyraźniejdonaszej
dyspozycji,gdybyśmychciałynaprzykładudaćsięnamałyspontanicznywypaddo
DubajualbozadekowaćsięnaparędninawybrzeżuMorzaŚródziemnego.Znalazłam
dane

kontaktowekażdejmieszkankiBillingsicałkiemprywatneinformacje:zakogowyszłyza
mąż,ilemajądzieci,iledomówigdzie.Dotegoprzykażdymnazwiskuwidniałazakładka
zatytułowana„ważneinformacje”,któreokazałysięnimniej,niwięcejtylko„ważnymi
brudami”.WstydliweszczegółydotyczącekażdejzbyłychmieszkanekBillings.
Romanse,aresztowaniaiinnekompromitującesytuacje.Czytającto,ażsięzarumieniłam.
Dlaczegoumieszczonotutakieinformacje?Dlaczegokomuśzależało,bymije
przekazać?Ktozebrał

tewszystkiewiadomościijakjezdobył?

Iczyplikzdanymiobecnychmieszkanekteżzawierałrówniewstydliweinformacje?

Nienawidziłamsięzato,alepoprostumusiałamwiedzieć.Kliknęłamwięcnafolderz
obecnymimieszkankamiBillings:zawierałoczywiściesiedemnaścieplików,każdy
nazwanyimieniemktórejśzmoichprzyjaciółek.NawetNoelleiCheyenne.Ignorując
niezdrowąciekawośćdotyczącąCheyenne,otwarłamplikzmoimimieniem.Iznalazłam.
Wszystko.

background image

Dochódmojejrodziny.Miejscepracytaty.Całąprzygnębiającąhistorięchorobymamy.

ŚredniąocenmojegobratawPensylwanii.Imnóstwoinformacjinamójtemat.Rekordy,
którepobiłamwszkoleśredniejwCroton.To,żezdobyłamnagrodyzadwaostatnie
kwartałydrugiejklasy.Wakacyjnapracaiilepieniędzywniejzarobiłam.

Poczułamsięniecodziwnie,kiedytakczytałamwiadomościoswoimprywatnymżyciu,
wyszczególnioneterazprzezkogoś,jakgdybynicnieznaczyły.Czymiałotocoś
wspólnegoztymdziwnymuczuciem,żektośmnieobserwuje?Widocznietoniebyła
tylkomojaparanoja.

Tyledobrze,żektokolwiekmnieśledził,niewiedziałjednak,żeomałoniepocałowałam
Dashawtedywlecie.WśródmoichważniejszychzwiązkówwymienionotylkoAdama

Robinsona,mojegobyłegochłopakazCroton,ThomasaPearsona(jużnieżyje),Waltera
Whittakera(byłamznimnaDziedzictwie)iJoshuęHollisa(obecny).

Nachwilęoparłamsięnakrześle,przyglądającsięfolderominnychdziewczynzBillings.

MissyThurber.Niezaszkodziłobymiećnaniąjakiegośhaka.PortiaAhronian.Czymdo-
kładniezajmowałsięjejtajemniczyojciec?ICheyenneMartin.Czycierpiałanadepresję?

Miewałahuśtawkinastrojów?Gdybymzobaczyłacośtakiegowjejfolderze,zpewnością
poczułabymsięowielelepiej.

Aleczymiałamprawotozrobić?Czywolnomiczytaćonajskrytszychtajemnicachludzi,
którzypodobnosąmoimiprzyjaciółmi?Tobyłobypoważnenadużycie.

Chociaż…Cheyennejużnieżyje.Ajeślijestcoś,dziękiczemumogłabympozbyćsię
choćczęściowopoczuciawinyiniepokoju…

Położyłamdłońnamyszy.Jużmiałamkliknąć,kiedymójnowyiPhonezadzwoniłtak
głośno,żeomałoniespadłamzkrzesła.

Chwyciłamtelefon.NaekraniepojawiłasiętwarzJosha.Ledwoudałomisięutrzymać
telefoniprzyłożyćgodoucha.

-Halo?

-Reed?Wszystkowporządku?-zapytałJosh.Podejrzewam,żemiałamnieconerwowy
głos.

-Tak,wszystkodobrze.Przepraszam.-Szybkozamknęłamwszystkieplikiiwyjęłam
płytę.-

Przestraszyłamsiędzwonkawtelefonie.

-Przepraszam,niechciałemcięwystraszyć.Słuchaj,jestemprzedtwoiminternatem,
możeszzejść?

-Jesteśprzedinternatem?Teraz?-spytałam,wstając.Kolanamiałamjakzwatypotym,
cozobaczyłamiczegosiędowiedziałamonowychmożliwościach,jakiesięprzedemną
pojawiły.OdsunęłamzasłonęizobaczyłamJoshastojącegonatrawnikupodmoimoknem.

Podniósłdłońiuśmiechnąłsięnieśmiało.

-Zarazzejdę.

background image

Wyłączyłamtelefon,zamknęłamlaptopaiwsadziłampłytędostojaka,nasamkoniec,za
starąpłytąJohnaMayera.Nikt,nawettajemniczyzespółdetektywówzBillings,nie
będziejejtamszukał.KatalogwcisnęłamzpowrotemdotorebkiodChloe,poczym
schowałamjąpodbiurko.Dlakamuflażuzastawiłamjąkrzesłem.

Teraztowszystkonależałodomnie.Tylkodomnie.

Imiałamzamiarsiętymrozkoszować.

background image

Niegrzeczna

Joshprzestępowałznoginanogę.Podeszłamdoniego,ciągnącwdółrękawyswetra.Był

chłodnywieczór;Joshmiałnasobiesweterzgolfemwpionoweprążki,zapinanyz
przodunasuwak.Tobyłchybajegonajbardziejseksownyciuch.Mimożenie
rozmawialiśmyodporannejwymianyzdań,chciałamsięwtulićwjegoramionai
pocałowaćgo.Amożepoprostubyłamweuforii,dowiedziawszysię,jakawładza
spoczywawmoichrękach.

-Czylijestemgnojkiem-powiedziałnapowitanie.Wzięłamgozarękęiprzyciągnęłam
bliżejścianybudynku.

Prawdęmówiąc,niewolnonambyłoprzebywaćpozainternatemotakpóźnejporze,aco
dopieroumawiaćsięnaspotkaniazosobnikamipłciprzeciwnej.Aleczyktoś
kiedykolwiekprzestrzegałtychzasad?Całyczasmiałamjednakprzedoczamipliko
nazwie„ważneinformacje”.Zastanawiałamsię,czyznajdziesięwnimrównież
informacjaotejschadzce.

-Niejesteśgnojkiem-szepnęłam.

-Jestem,jestem.-Joshpodrapałsięwpotylicęispuściłwzrok.-Wiesz,Noellenigdynie
będziemojądobrąkoleżanką,aledlaciebiejestkimśważnymipowinienemzdawaćsobie
ztegosprawę.Postaramsię…postaramsięodtejchwililepiejzniądogadywać.

Spojrzałamnaniegojednocześniezaskoczonaiwzruszona.

-Niemusisztegorobić.Naprawdęrozumiem,dlaczegojejnielubisz.Byćmoże
będziemy,niewiem,naprzykładspotykaćsięznaszymiznajomymiosobno.

-Takjakbytobyłomożliwe-zażartowałJosh.Uwielbiamjegouśmiech.Jegosłodki,
nieśmiałyuśmiech.-Nie,wporządku.Potrafiętrzymaćustanakłódkę.Poważnie.Będzie
dobrze.

-Możepoprostuzajmijustaczymśinnym-powiedziałam,przysuwającsiędoniego.

Ażmusięoczyzaświeciły.

-Naprawdę?Acomasznamyśli?

Zarzuciłammuramionanaszyjęiprzyciągnęłamgodosiebie.Jakzwykle,gdytylkojego
językdotknąłmojego,poczułamprzyjemnedrżenie,nawetwpalcachstóp.Mimowolnie
jęknęłam.Joshodebrałtojakozachętęipocałowałmniejeszczemocniej,przyciskając
mniedościanyinternatu.Wpowietrzuunosiłosięcośdziwnego,cosprawiło,że
poczułamsięniezwyklepodniecona.PrzycisnęłamsiędoJoshajeszczebardziej,wtulając
sięwniegocałymciałem.DłonieJoshawsunęłysiępodmójsweter.

Niemogłamuwierzyć,żetorobimy.Nasamymśrodkukampusu,gdziewkażdejchwili
mógł

przechodzićktóryśzestrażników.AleterazbyłamprezesemBillings.Czytoprzypadkiem
nieoznaczało,żejestemnietykalna?Takczyinaczejniemiałotowiększegoznaczenia.

background image

Szybkieprzytulankijużsamewsobiesąpodniecające,aleszybkieprzytulankiz
możliwościąprzyłapania-o,tojużjestcałkiemniegrzeczne.

PalceJoshadotarłydomojegostanika.Delikatniezacisnąłdłońnamojejpiersi.Nie
mogłamoddychać.Jednakwmomenciegdyjegopalcewśliznęłysiępodmateriał,
wyrwałamsię.

Dobra.Nietutaj.Nieteraz.

-Cosięstało?-zapytałnieobecnymgłosem.-Przepraszam.Ja…

-Nie,nie,wszystkowporządku-odpadamszybko.-Jatylko…Zaraznasktośprzyłapie.

-OBoże,maszrację.Ja…

Naglespojrzałgdzieśponadmoimprawymramieniemizbladł.

-Cojest?-zapytałam.Terazbyłamjużprzerażona.Chwiejnymkrokiemoddaliłamsięod
ścianyispojrzałamwokno,alenicwnimniezobaczyłam.-Ktośnasobserwował?

-Nie,chybanie-odpowiedziałJosh.-Chybazaczynammiećobsesję.

-Powinieneśjużiść-powiedziałamnagle.Szybkopocałowałamgowustai
odepchnęłam.

-Nodobra.-Niechętnieruszyłdoswojegointernatu,poczymstrzeliłpalcamiiodwrócił
siędomnie.-Zapomniałbym…Chciałemcięocośzapytać…Wprzyszływeekendmamy
zjazdrodzinnyHollisówwMaine.Wybierzeszsię?

-ZjazdrodzinnyHollisów?

-Tak.CorokuojcieczapraszawszystkichdonaszegodomuwMainenaolbrzymispęd-

powiedziałJosh,wkładającdłoniepodpachy.-Przyjeżdżająkuzyni,ciotki,cioteczne
babkiicałareszta.Zcałegokraju.Iwszyscychcąciępoznać.Omałonieudusiłamsię
własnąśliną.

-Mniepoznać?

-Nocóż,niewszyscywiedzą,kimjesteś…Jeszczeniewiedzą.Alejaksiędowiedzą,
będąchcieliciępoznać-odparł

Josh.-Mamamipoleciła,żebymcięzaprosił,abraciaisiostryumierajązciekawości,
żebyzobaczyćtęgwiazdę,októrejopowiadałemprzezcałelato.Zjazdjestwsobotę,
przenoco-walibyśmytam,awniedzielęwrócilidoEaston.Cotynato?

Zawahałamsię.Widziałam,żeJoshowizależy,abympojechała,aleniepokoiłamnie
olbrzymiagrupaludzi,naktórychmiałamzrobićwrażenie.Nietaklubiłamspędzać
weekendy.

-No,dajsięnamówić.Będziefajnie.-Joshpodszedłbliżejiwziąłmniezarękę.-
Obiecuję,żeaninachwilęniezostawięcięsamej.

Uśmiechnęłamsięszeroko.

-No,jeślitakstawiaszsprawę…

-Tak!Napewnowygramwkonkursie„Ktoprzywiózłnajpiękniejsządziewczynę”!-

background image

powiedziałJosh,wymachującdrugąręką,zwiniętąwpięść.-Wypchajsię,HunterHollis,
zapomnijozwycięstwiewtymroku!

-Cotakiego?

-Żartowałem!Tylkożartowałem!-Dałmibuziaka.-Kochamcię.

-Jateżciękocham-odpowiedziałamzradosnymuśmiechem.

Pomachałminapożegnanie,poczymruszyłbiegiem.Odprowadzającgowzrokiem,
kątemokazauważyłam,żewokniecośsięporusza.Sercegwałtowniemizatrzepotało.
Spojrzałamjeszczeraz.Zasłonawjednymzokiennakorytarzuopadła,jakgdybyktoś
przedchwiląjąodchylił.

Fantazjujesz,Reed.Niktcięnieobserwuje.

Naglezrobiłomisięzimno,szybkospojrzałamprzezramię.Nakamiennymchodniku
byłowidaćtylkobłyskświatełicieniedrzewkołyszącychsięnawietrze.Jednaknadalsię
bałam.

Otuliłamsięswetremiprzebiegłamostatniekilkametrówdzielącemnieodinternatu,po
czymszybkoweszłamdośrodka.Zrobiłomisięgłupioipotrząsnęłamgłową-
postanowiłamniezaprzątaćsobiemyśliurojonymiszpiegami,aleskoncentrowaćsięna
całkiemrzeczywistejkwestii,amianowicieweekendzie,którymiałamspędzićzjednąz
najstarszychinajbardziejszanowanychrodzin.Zupełnieobca,innaniżpozostali-będę
sięczułanienamiejscu.Westchnęłamgłęboko,poczymruszyłamnagórę,pogodziwszy
sięzlosem.Totylkojedendzień.Damradę.ZrobiętodlaJosha.

background image

Cogodzina

WpiątekwieczoremabsolwencizaczęlisięgromadzićnadziedzińcukampusuEaston
niczymszarańcza.Byliwszędzie.Robilisobiegrupowezdjęciaprzedinternatami,
rozmawialinaśrodkustołówki,testowalinowootwarteCoffeeCarma.Uczniowie,którzy
niemoglisięposzczycićobecnościąswychrodzicówlubchociażbyrodzeństwawtym
szacownymgronie,bądźteżci,którzyakuratniemieliochotynikomusiępodlizywać,
pochowalisięwpokojach.

Wśródtychpustelnikówbyłamija.Wiedziałam,żejakonowowybranyprezesBillings
powinnambyćnadziedzińcuinawiązywaćcennekontakty,aleniemogłamzebraćsięna
odwagę,bywyściubićnoszpokoju.Bałamsię,żemogęprzypadkiemwpaśćnaDasha.

Niepowiedziałmi,czyzamierzasiępojawićnazjeździe.Poupojnymtygodniu
spędzonymzJoshem-kiedytotrzymaliśmysięzaręce,rozmawialiśmyijeślitylko
nadarzałasięokazja,wymykaliśmysięnagorętszespotkania-tymbardziejpostanowiłam
usunąćDashazmojegożycia.To,żekażdegodniaspędzałamsporoczasuzNoelle,
dodatkowoułatwiłomitędecyzję.Przeczytałamkilkamaili,którewtymtygodniu
przysłałmiDash,alenażadennieodpowiedziałam.DziękiBogu,niepowtórzyłysięjuż
żadneckliwetekstyiczasamizprzyjemnościąmyślałam,żepoprostuwszystkosobie
wyobraziłam.Wtedybyłomiłatwiejuznaćsprawęzazakończoną.

Alebyłocośjeszcze,coś,oczymznacznietrudniejbyłomizapomnieć.Całytydzień
starałamsięniemyślećomailuodCheyenne.Próbowałamwyrzucićgozpamięci.
Ustawiłamnawetjejadresmailowyjakospam,wraziegdybykoszmarnymailfaktycznie
miałbyćwysyłanycopiątek.Wtedytrafiłbyprostodokoszanaśmieci.Zakażdymrazem,
kiedyprzypominałamisiętasprawa,powtarzałamsobie,żejużpowszystkim.Żejeślinie
zajrzędofolderuzespamem,niebędęmusiałanigdywięcejczytaćtejmakabrycznej
wiadomości.

Aleotonadszedłpiątkowywieczóripoprostumusiałampoznaćprawdę.Musiałam
wiedzieć,czymailodCheyennebyłtylkowytworemmojejwyobraźni,czymożejakimś
przypad-kowymbłędem.CzyteżCheyennebyłanaprawdętakpodła,bydołożyćstarań,
abymcotydzieńotrzymywałaodniejwiadomośćzzaświatów,przypominającąo
dręczącymmniepoczuciuwiny.Trzęsącsięzestrachu,dopóźnasiedziałamnałóżkui
udawałam,żesięuczęwciepłymświetlelampkinabiurku.ŻyczyłamSabinędobrejnocy.
Jakzwyklezasnęławokamgnieniu.Gdyusłyszałamjejregularnyoddech,sercemi
podskoczyło.Nadeszłatachwila.Godzinazero.

Odsunęłamkołdręipocichutkuodłożyłamksiążkędohistoriinapodłogę.Mójlaptopbył
wtrybieuśpionym,więcuruchomiłsię,gdytylkogootworzyłam.Drżącymipalcami
sięgnęłampomyszkę,wduchupowtarzającsobie:„Uspokójsię.Nicniebędzie.Tobyła
pomyłka”.

Takiewyjaśnieniewydawałomisięnajbardziejlogiczne.

Najpierwsprawdziłampocztęprzychodzącą.Nic.Sercetrochęsięuspokoiło.Spojrzałam
nafolderzusuniętymiwiadomościami.

background image

Musiałamgootworzyć.Tojasne.Jeślitegoniezrobię,nigdysięniedowiem,kim
naprawdębyłaCheyenne.Ijakiemiaławobecmniezamiary.Czyto,coprzekazałamiw
swojejostatniejwiadomości,byłoszczere.Takszczere,żechciała,bymzapamiętałatona
zawsze.

Wstrzymałamoddechikliknęłamnafolderzusuniętąpocztą.Westchnienie,któremisię
przytymwyrwało,byłotakgłośne,żezbudziłobyumarłego.AcodopieroSabinę.

-Reed?-zapytałasennymgłosem,siadającnałóżku.Odgarnęłaztwarzygęsteczarne
włosy.

-Cosiędzieje?

Niemogłamwydusićanisłowa.Niemogłamoderwaćwzrokuodlistymaili,których
wcześniejniewidziałam.

NADAWCA:CheyenneMartinNADAWCA:CheyenneMartinNADAWCA:Cheyenne

MartinNADAWCA:CheyenneMartinNADAWCA:CheyenneMartinNADAWCA:

CheyenneMartin

Listaciągnęłasiębezkońca.Przezkilkastron.Klikałamiprzewijałam,klikałami
przewijałam.Wciąguostatnichtrzechdnimailbyłwysyłanydomniecogodzina.Co
godzina!Mojaskrzynkaprzechowujepocztętylkotrzydni,późniejautomatycznie
przerzucajądofolderazusuniętymiwiadomościami.Czytomożliwe,żebywiadomość
przychodziłacogodzinaprzezcałytydzień?

-Reed?Zaczynamsięniepokoić.Cojestgrane?

Sabinejużwstawała,Sziawmoimkierunku,Spanikowałaminatychmiastkliknęłam
“usuńwszystko”,KiedySabinęzbliżyłasiędokomputera,folderbyłpusty,

-Wszystkowporządku?-zapytała,

Położyłamidłońnaramieniu.Podskoczyłamjakoparzona,PrzerażonaSabinęcofnęłasię,

-Przepraszam,.,Ja,,,Nieczujęsięzbytdobrze…wyjąkałam,poczymzerwałamsięz
krzesłaimijającSabinę,popędziłamdołazienkiizatrzasnęłamzasobądrzwi,Obiema
rękamichwyciłamsięzimnejbiałejumywalkiistarałamsięzłapaćoddech,Tosięnie
dziejenaprawdę.Tosięniemożedziaćnaprawdę,Toniemożliwe,

-Reed?-podrugiejstroniedrzwirozległsięgłosSabinę,Odkręciłamkurekzzimnąwodą.

-Zarazwychodzę!

Kilkarazyochlapałamtwarzwodąiniecosięuspokoiłam.Zaczęłammyślećrozsądniej,
Oczywiście,tomusiałbyćbłądkomputera,Zpewnością.Alejeślitak,dlaczegona
początkumailprzychodziłraznatydzień,apotemnaglezacząłprzychodzićcogodzina?

-Nieważne,jaktosięstało.Stałosięijuż-mruknęłamdoswojegoodbiciawlustrze,-
Terazmusiszwymyślić,coztymdalejzrobić,

Tamyślokoniecznościdziałaniauspokoiłamnie,więcmójpulsprawiewróciłdonormy.

Sytuacjajestpodkontrolą.Damradę,:Zakręciłamkurekispojrzałamwlustro.Jutro
zmienięadresmailowyitymsposobemzakończętoszaleństwo.Raznazawsze.

background image

Dash

Wsobotęwieczoremmusiałamwkońcuwyjśćzukrycia,atozasprawąkolacji
absolwentówwDriscollu.Poprzeżyciachostatniejnocychętniezresztąwstałamod
komputeraiwyszłamzpokoju.Założywszyskrzynkęmailowąznowymhasłem,byłam
pewna,żewięcejniedostanężadnejwiadomościodCheyenneMartin.Czaspowrócićdo
żywych.

Kolacjaodbywałasięwtymsamymeleganckimhotelu,wktórymprzedtygodniem
jadłyśmyzdziewczynamilunch.DladyrektoraCromwellatakolacjabyłaoczkiemw
głowie.Napoczątkuroku,kiedypoleciłwszystkimuczniomzapisaćsiędojakiegoś
komitetu,Sabinęijapostanowiłyśmydołączyćdogrupykelnerek.Miałamspędzićten
sobotniwieczórubranawczarnąspódniczkęibiałyfraczek,serwującprzystawki
sławnymabsolwentom.

AlejeślipojawisiętamDash,niemaszans,żebyudałomisięgouniknąć.

KrążyłampozatłoczonejigłośnejsalibalowejhoteluDriscollztacąpełnąkrabowych
ciasteczek,starającsięlawirowaćmiędzyjedwabnymisukniamiieleganckimimęskimi
butami.

Mojesercewpadłowniespokojnyrytm-byćmożeDashjednakpostanowiłnieprzyjść?
W

końcutotakieoficjalnewydarzenie.StudentpierwszegorokuwYalenapewnomalepsze
zajęcianiżpogaduszkizestarszymiabsolwentami.Zpewnościątrafimusięjakaś
popijawaalbowieczorekpoetycki,alboinnaimpreza,naktórejjegoobecnośćbędzie
niezbędna.

Popółgodzinie,kiedytozuśmiechemnaustachserwowałamzakąskiiwymieniałam
uprzejmościzgośćmi,stwierdziłam,żejednaknigdziegoniema.Wreszciezaczęłamsię
czućswobodniej.Zatrzydzieściminutskończąsiękoktajle.Muszęjeszczetylkotrochę
wytrzymać,apóźniejbędęmogłasięschowaćgdzieśwkuchni,amożenawetudamisię
wymknąćnamałeprzytulankizJoshem.Właściwiepokoktajlachbędęjużwolna.

Iwtedy,gdyodwracałamsięodeleganckoubranychbiznesmenówzWallStreeto
tubalnychgłosach,czyjaśdłońchwyciłamniezaramię.Omalnieupuściłamtacy,ale
zdążyłamjązłapać,zanimztrzaskiemuderzyłaopodłogę.

Toon.Toon.

-Cześć.Seksowniewyglądaszwtymmundurku.Westchnęłamzulgą.Toniebyłon.To
Josh.

-Dzięki-odpadam,mającnadzieję,żemójrumieniecwytłumaczysobiereakcjąna
komplement.

Wyglądałwspanialewczarnymsmokingu.Jegowłosyjakzwyklebyłyzmierzwione,ale
dziękitemuwyglądałjeszczecudowniej.Cóżbardziejpodniecającegoniżniedbałyartysta
wstrojuwieczorowym?Joshspojrzałnaboki,poczymwidocznieuznał,żehoryzontjest
czysty,bopochyliłsięimniepocałował.

background image

Och,Josh.Josh.Josh.Josh.

Uśmiechnąłsięzawadiacko,oddalającsięodemnie.

-Będędoglądałpracwkuchni,wraziegdybyśchciałaprzyjśćidokończyćto,cowłaśnie
zaczęliśmy.

Widzicie?Nawetmyślimytaksamo:Jesteśmydlasiebiestworzeni.

-Zapamiętamtosobie-powiedziałamzuśmiechem.Szybkosięodwrócił,aja
zaczerpnęłampowietrza,byuspokoićbijąceszybkoserce,poczymodeszłamwswoją
stronę.

IwtedystanęłamtwarząwtwarzzDashem.

No,dobra.Byłjeszczeprzystojniejszy,niżzapamiętałam.Wyższy.Lepiejzbudowany.A
wsmokinguprezentowałsiędoskonale.Jegobrązoweoczyociepłymspojrzeniuwprost
mnieprzeszywały.Jasnewłosyopadałymuniedbalenaczoło.Spojrzałmiprostowoczy.
Zarazspłonę-przeszłomiprzezmyśl.§

-Dash-powiedziałamjakbynieświadomie.Zabrzmiałotoraczejjakokrzykzdumienia.
Tenfacetomałoniepocałowałmniezeszłegolata.TenApolloBelwederskiomałonie
pocałował

właśniemnie.

Dashprzyglądałmisięprzezdłuższąchwilę.Późniejspojrzałgdzieśponadmoim
ramieniem.

Mogłamtylkoprzypuszczać,żzedostrzegłmojegoodchodzącegochłopaka,aswojego
przyjaciela.Jegoszczękiporuszałysię,jakbypróbowałsięprzedczymśpowstrzymać.

Przedczym?

-Musimyporozmawiać-powiedział.

Niezadałsobienawettrudu,byrozejrzećsię,czydrogawolna.Poprostuwziąłmnieza
rękęizacząłgdzieśprowadzić.

background image

Tylkoprzyjaciele

PojakichśpięciusekundachDashznalazłpustykorytarznatyłachhotelu.Najwyraźniej
jużtukiedyśbył.Podrodzerzuciłamwpołowiejeszczepełnątacęnajakieśkrzesłoi
wytarłamdłoniewspódnicę.Byłamspanikowana.Obawiałamsię,żemogę
zwymiotować.Albosięposikać.Alboito,ito.AjeśliJoshwidział,jakrazemzDashem
wychodzimyzsali?AjeśliwidziałanasNoelle?JeślizobaczyłanasMissyiwszystkimo
tymopowie?Atoakuratbyłodoniejpodobne.

NatychmiastprzyszedłminamyślfolderpoświęconyMissy,któregowczoraj
postanowiłamnieotwierać.JeśliMissyzdecydujesięnawojnę,przynajmniejbędęmiała
jakąśbroń.Aledlaczegowłaśnieterazotympomyślałam?Teraz,kiedyciepła,silnadłoń
Dashaobejmowałamojepalce?Teraz,kiedyJoshczekałnamniewkuchnia.

Dashschowałsięwniszywścianie,poczymrozejrzałsię,jeszczerazsprawdzając,czy
nikogoniemanakorytarzu.

-Jesteśmysami-powiedziałpełnymemocjigłosem.

Spojrzałamnaniego.Niewiedziałam,copowiedzieć.Pocomnietuprzyprowadził?Skąd
teemocje?

Powiemi,żeznówjestzNoelle.Że,niewiem,rozstalisięnachwilę,aterazpostanowili
dosiebiewrócić.Alboostrze-żemnie,żebymniemówiłajejonaszejkorespondencji.

Takjakbytrzebamniebyłojeszczedodatkowoostrzegać.

-Nieodpisywałaśwtymtygodniunamojemaile.-Dashpatrzyłnamniesmutnym
wzrokiem.

Czyżbymisięwydawało,czykryłasięwnimodrobinadesperacji?

Przycisnęłamdłońdozimnejścianyzamoimiplecami,chcącznaleźćjakiśpunktoparcia.
-

Ja…

-Martwiłemsię,żebyćmożecościsięstało-ciągnął,zbliżającsiędomnie.-Wszystko
wporządku?

Niemiałampojęcia,cootymwszystkimsądzić.

-Nicminiejest-odpowiedziałamświadoma,żedzielinasjużtylkokilkacentymetrów.

PrzezmomentDashwydawałsięzmieszany,alewnastępnejchwilijegotwarzrozjaśniła
sięiwestchnąłzulgą.

-Todobrze.Toświetnie-powiedział,chwytającsięzakark.Odwróciłsięodemniei
odchylił

głowędotyłu,jakgdybyczemuśsięopierał.Palcamimasowałmięśnienakarku.Kiedy
znównamniespojrzał,zauważyłam,żeszukamojegowzroku.

-Reed,jestcoś,oczymmusiszwiedzieć.

background image

Naglepoczułamsięstraszliwienielojalna.Wtejchwilipragnęłamumrzeć.Poczułam
ciarkinasamdźwiękjegogłębokiego,stanowczegogłosuwymawiającegomojeimię.
Chciałamtylko,byjepowtarzałrazporaz.Jakmogłamczućto,cowłaśnieczułam?
Wiedziałamprzecież,żekochamJosha.AlestojąctakbliskoDasha…

-Wiem,żenigdynictakiegosobieniemówimy,więcdotejporytegounikałem.Ale
powinnaświedzieć,żeniejesteśmyjużzNoelleparą.

Cofnęłamsięokrok.Całymciałemprzycisnęłamsiędościany.Tylkodziękitemuudało
misięnieupaść.Czylinaprawdęmusiępodobam!Bodlaczegomiałbymimówićtakie
rzeczy?

Dlaczegopatrzałbynamnieztakątęsknotą?

-Czytodlaciebiecokolwiekznaczy?-zapytał.

Notak.Chwilaprawdy.To,coterazpowiem,nazawszeokreśli,kimjestem:albookażę
sięlojalnądziewczyną,naktórejmożnapolegać,albowiedźmą,którazdradzazaufanie
przyjaciół.

-Nie.-Uniosłambrodę.Cholera,głosmisięzałamał.Odchrząknęłamispróbowałamraz
jeszcze:-Aczemumiałobycośznaczyć?

Dashawyraźniezamurowało.Poczułsięzraniony.Wyprostowałsięispojrzałnamniez
niedowierzaniem.

-No,wporządku.Pomyliłemsię.-Odwróciłsię,alepochwiliznównamniespojrzał,
jakbymbyłazjawą.-Myślałem,że…Nie,nictakiego.Zapomnijotym.

Ruszyłprzedsiebie.Cośwemnienaglepękłoioderwałamsięodściany.Niemogłam
pozwolićmuodejść.Jeszczenieteraz.Nietak.Czułamsięźle,zraniwszyDasha.

-Dash,zaczekaj-wyrzuciłamzsiebie.

Zatrzymałsię,alenieodwrócił.Słyszałamjegooddech.

-Dalejbędziemyprzyjaciółmi,prawda?-powiedziałam.Żałosne,wiem.Alecoinnego
mogłampowiedzieć?

-Przyjaciółmi!

Dashzaśmiałsięszyderczo.Potemodwróciłsięiznówprzycisnąłmniedościany.Stało
siętotakszybko,żenawetniezdążyłamsiępołapać,nacosięzanosi.Sercepodeszłomi
dogardła,kiedyDashwyciągnąłrękęnadmojągłowąipochyliłsięwmojąstronę.
Gwałtownyoddechunosiłmojepiersiwgóręiwdół,wgóręiwdół.Zamroczyłomnie.
Jegoustaznalazłysięzaledwiekilkacentymetrówodmoich.Kilkamilimetrów.
Zagubionaspojrzałammuwoczy.

Koniec.Straciłam”kontrolę.Niepanowałamnadsytuacją.

Dashzbliżyłsięjeszczebardziej.Każdykawałekmojegociałapulsował,czułamjego
oddechnaswojejtwarzyDashMcCaffertyzarazmniepocałuje.DashMcCaffertyzaraz
mniepocałuje.Ajamunatopozwolę.

Uśmiechnąłsię.Sercemizamarło.

background image

-Jasne-szepnął,amojeciałoprzeszyłnagłydreszcz.-Jesteśmytylkoprzyjaciółmi.

Cofnąłsię.Momentalniepoczułam,żeznówoddycham.

-Będęsobietopowtarzał,jeżelitegowłaśniechcesz-powiedziałpoważnymtonem.

Niespuszczajączemniewzroku,wycofałsięzniszy,wktórejstaliśmy,poczymzniknął.

Doskonałewyjaśnienia

WniedzielęwieczoremSabinęposzławziąćprysznicwłazienceoboknaszegopokoju,
więcnareszciemogłamswobodnieotworzyćmaila,któryprzezcałydzieńczekałnamnie
wskrzynce.BytodDasha.Niewiem,czytodlatego,żezobaczyłamwiadomośćzsamego
rana,czyteżdlatego,żepamiętałam,comimówiłwhoteluDriscoll,alefaktpozostawał
faktem:przezcałydzieńniemogłamprzestaćonimmyśleć.To,żemogłabymsię
podobaćkomuśtakiemujakDash,wydawałosięniesamowite.Przyznaję,niecomnieto
odurzyło.ChoćstarałamsięwyrzucićgozpamięciimyślećoJoshu,ciąglemiałamprzed
oczymawłaśnieDasha.Dziwne,żemyśląconim,czułamsięjednocześniepodlei
radośnie.Niemiałampojęcia,comożebyćwmailu,alebyłamtakprzejęta,żegdy
próbowałamgootworzyć,mojespoconeznerwówpalceześlizgiwałysięzmyszy.
Wzięłamgłębokioddech,wytarłamręcewspodnieiotworzyłamwiadomość.

Reed,

Fajnie,żeudałonamsięwczorajzobaczyć.Mamnadzieję,żeresztaweekenduupłynieCi
bezzakłóceń.

Dash

Dobra.Coto,udiabła,miałoznaczyć?Czypotoczekałamcałydzieńnachwilę
samotności,żebyprzeczytaćcośtakiego?Możeprzytykdomojejpropozycjizostania
przyjaciółmi?MożeDashchciałmipokazać,żepotrafidoskonalegraćnamoich
zasadach.Amożezemnieszydzi?

Czytałamwiadomośćrazzarazem,jakgdybywtychkilkusłowachmogłokryćsięjakieś
drugiedno,kiedynaglezamoimiplecamiotwartysiędrzwidopokoju.Odruchowo
zatrzasnęłamlaptopa.IBogudzięki!PodwóchsekundachodwejściaNoellejużstałaza
mną.

-Tajemniczykorespondent?-zapytałakpiąco,gapiącsięnakomputer.

Całyobiad,czylinóżkaindyka,wróciłmidogardła.

-Cotakiego?Nie.Dlaczego?Ja…

DrzwiotworzyłysięporazkolejnyitymrazemstanęławnichPortia.Piłaprzezrurkę
dużąkawęmrożonąiwydawałasiętaknabuzowana,żezpowodzeniemmogłaby
obdzielićenergiącałyinternat.

-Sprawdźpocztę!Cościprzesłałam!

Ostatniąrzeczą,ojakiejbymmarzyła,byłootwieranielaptopa.AleNoellebyłachwilowo
zaciekawionastanememocjonalnymPortii,więcszybciutkogootwarłamiskasowałam
wiadomośćodDasha.Omaływłos.Wciążbyłamroztrzęsiona.Nasamejgórzeskrzynki
odbiorczejwidniałmailodPortiizatytułowany:FW:DZIEDZICTWOŻYJE!

background image

-Cototakiego?

-Otwórzzałącznik!-rozkazałamiPortia,wciągającprzezolbrzymiąfioletowąsłomkę
kolejnyłykkawy.Jejźrenicewyglądałyterazjakdwamaleńkiepunkciki.

Kliknęłamnazałącznik.NaekranieotwarłsięplikAdobe.Zobaczyłamskan
przedstawiającycośjakbywyjątkowokosztowneieleganckiezaproszenie,naktórym
wykaligrafowano:

„ZaproszenienaDziedzictwo,któreodbędziesię31października.Miejsce:TBD.
Wejściówkibędąwysłanewpóźniejszymterminie”.

-PrzysłałamitojednazmoichprzyjaciółekzDalton.Wczorajwszystkietamtejsze
dziewczynydostałytakiezaproszenia-poinformowałanasPortia,wytrzeszczającoczy.-
Czytojakaśpodpucha,czytaknaprawdęDziedzictwawcalenieodwołano?Ijaktosię
stało,żemyśmynicniedostały?

-Mówiłamwam,żektośinnytozorganizuje.-Noelleodniechceniarzuciłaokiemw
lustronadmojątoaletkąipoprawiłafryzurę.Odgarnęławłosyztwarzyiwciągnęła
doskonalezarysowanepoliczki,przeglądającsięzkażdejmożliwejstrony.-Jestempewna,
żenaszezaproszeniaprzyjdąjutro.

-Takmyślisz?Omatko!Bogudzięki!-zaszczebiotałaPortia.-Ostatnirokwszkolebez
Dziedzictwa,tobydopierobyłodobani.

Uśmiechnęłamsiędodziewczyn,aleczułamsię,jakbyktośmniepodeptał.Niciz
pomysłuBaluMaskowegoBillings.KażdybędziewolałpójśćnaDziedzictwo.Aja,w
gruncierzeczy,niemiałamprawatamsięznaleźć.CotozaprezesBillings,któryniema
wstępunanajwiększąimprezęwroku?Chybaraczejbeznadziejny.

-Hej!AlemaszfajnąfotkęzCheyenne!-krzyknęłaPortia.Sercemisięścisnęło.

Odwróciłamsię,podążajączajejwzrokiem;musiałamzamknąćlaptopa,byzobaczyć,o
czymPortiamówi.Zamoimbiurkiem,naniemalpustejtablicykorkowejwisiałozdjęcie
przedstawiającemnieiCheyennenasiedemnastychurodzinachVienny.Aprzecieżsama
schowałamjenadniedolnejszuflady,zaokładkąksiążkidoangielskiegozpierwszej
klasy!

-Oranyboskie.-Odsunęłamsięodbiurkaizerwałamnarównenogi.-Skądtosiętu
wzięło,dojasnejcholery?

Wpokojuniebyłożywegoducha,kiedyponadtydzieńtemuchowałamtozdjęcie.Jakim
cudemwisiałoteraznatablicy?

-Reed,wyluzuj-powiedziałaNoelle.-Cojestgrane?

-Jategotunieprzyczepiłam-odpadam,drżąc.-Schowałamtonadnoszuflady.Nie
rozumiem…

Sabinęwyszłazłazienki,zdejmujączgłowygrubybiałyręcznik.Spojrzałanamnieijej
twarzodrazuprzybrałazatroskanywyraz.

-Reed?Cośsięstało?

-Tozdjęcie.Wiesz,skądsiętuwzięło?-zapytałam.Sabinęzmrużyłaoczyiprzyjrzałasię

background image

tablicy.

-Jużtambyło,nie?

Rzuciłamokiemnafotografię-czyżbynaprawdęwcześniejtamwisiała?Czysamają
przyczepiłamioniejzapomniałam?Czyżbymzaczynałatracićzmysły?

-Nie!-powiedziałam,stanowczokręcącgłową.-Jajeschowałam.Ja…

-Reed,dajżespokój-przerwałamiNoelle.-Przecieżtonicwielkiego.Dziśranobyłytu
sprzątaczki.Pewnieznalazłyzdjęcieipomyślały,żejezgubiłaśalbocośwtymstylu.
Prawdopodobniemiałydobrechęci.

-Taksądzisz?-spytałam,przyciskającdłońdoserca.-Janiesądzę,jatowiem.
Sprzątaczkizawszeprzesuwająmojerzeczy.Cieszsię,żeniccinieukradły.-Noelle
sięgnęładotablicy,wyjętapinezkę,zdjętafotografięischowałajądodolnejszuflady.-
Widzisz?Jużpokrzyku.

Gdytylkozdjęciezniknęłomizoczu,sercezaczęłomibićwnormalnymtempie.Noelle
miałarację.Tobyłodoskonałewyjaśnienie.Nieoszalałam.Nie.

Istniałyzawszeprostewyjaśnieniadziwnychrzeczy,któremisięostatnioprzydarzały.

Cieszyłamsię,żesądookołaludzie,którzymitewyjaśnieniapodsuwają.

Zlekceważone

Wponiedziałekpopołudniu,międzylekcjami,ośmiokątna,pełnasłońcasalaażhuczała
odploteknatematDziedzictwa.PoobiedziepołowauczniówEastontłoczyłasięna
poczcie,alewszystkonanic.Pocztędoręczono,alewśródkatalogów,podańzuczelnii
pocztówekzcałegoświatanieznalezionoanijednegozaproszenianaDziedzictwo.Każdy
znałkogośzinnejszkoły,ktozpewnościąjeotrzymał.Wydawałosięjasne,że
dziedzictwoEastonzostałozjakiegośpowoduzlekceważone.Anasiuczniowieniebyli
przyzwyczajenidolekceważenia.

Przeciskającsięprzezzatłoczone,nasłonecznionepomieszczenie,pełneuczniów
sączącychkawęlattezpiankąlubmochaccino,nasłuchiwałamstrzępówrozmów.

-WBartondostalijużwpiątek!Wpiątek!Atozaledwiekawałekdalejniż…

-TychzDaltonniepowinnosięwogólezapraszać.Teżmicoś,szkołabezinternatu!
Proszębardzo,niechzachwilęzacznąrozsyłaćzaproszeniadotychszkół,wktórych,
zdajesię,niemanawetosobnychklas.

-Jeśliniedostaniemyzaproszeń,zaskarżęich,jaksłowodaję.

UstawiłamsięnakońcukolejkidoladywCoffeeCarma.ZamnąwśliznęłasięNoelle.

-SzykujenamsięMarszMilczeniaMatołów.Roześmiałamsięirozejrzałamdookoła.

-Kawachybanikomuniepomaga.Tenfatalnynastrójsięudziela,ledwosiętuwejdzie.

-Błagamcię,przecieżnaszabraćuczniowskawypracowałatakipoziomtolerancji,
jakiegoniepowstydzilibysięnawetmieszkańcyKrainyCzarów-zażartowałaNoelle.-
Odrobinakofeinyjużnanichniedziała.

Gdyjednakobejrzałasięzasiebie,naglespochmurniała.Jednazdziewczynzmojejklasy,

background image

DianaWaters,staławpobliżuzkilkomakoleżankamizPemberly.Cośmiędzysobą
szeptały,gapiącsięnaNoelle.

-Jakiśproblem?-zapytałaNoelle.Dianapobladła.

-No,nie.Żadenproblem.Mytylko…-Szybkospuściławzrok.-Fajnemaszbuty.

-OdBalenciagi-odpartaNoelle,rzucającokiemnaswojestopy.-Jeśliwtejchwilinie
odejdziesz,przekonaszsię,jakmożnakomuśskopaćnimityłek.

LubiłamDianę,więcroześmiawszysię,zakryłamustadłonią.Dianaijejkoleżanki
szybkoznalazłysobiestoliknatyłachsali.

-Całyczasmisiętoprzydarza-powiedziałaNoelle,zeznudzonymwyrazemtwarzy
przyglądającsięwiszącemunaścianiemenu.-Jakbyniktwcześniejniewywalczyłsobie
prawapowrotudotejszkoły.

Obiedobrzewiedziałyśmy,żeniedlategodziewczynytaksięnaniągapiły.Zwróciły
uwagęnaNoellezewzględunato,cozrobiłaThomasowi.Oilewzeszłymroku
onieśmielałainnych,otyleterazjejobecnośćwywoływałaniezdrowezainteresowanie.
Stałasiężywąlegendąmiejską.

Noelleijazamówiłyśmykawę.ZaobiezapłaciłamkartąCoffeeCarma.Kiedysię
odwróciłyśmy,stałnadnamiCage.

-Dobra,cosię,docholery,dzieje?-zapytałnieznoszącymsprzeciwutonem.Miał

wyprostowane,świeżopodciętewłosy,naktórychwidaćbyłojaśniejszepasemka.Na
twarzymiałjednodniowyzarost.UbranybyłwkoszulkęznapisemL.A.Galaxy,mimoże
wcaleniegrałwpiłkę.

-RobiszsięnaBeckhama?Jakieżtooryginalne!-skomentowałaNoelle.

-Prawda,tyjesteśprzecieżponadfanaberiamimody-zdrwinąwgłosieodpartGage.-Do
twojejwiadomości:kiedybyłemwweekendwmieście,widziałemnawłasneoczy
dziesięćtychfałszywychzaproszeńionesąprawdziwe,amyśmyżadnychniedostali.

JoshpojawiłsięzaplecamiGage’a,pochyliłsię,bymniepocałować,poczym,unosząc
brwi,zapytał:

-Jeżelisąfałszywe,tojakmogąjednocześniebyćprawdziwe?

-Zamknijsię,stary.Niejestemwnastroju-odciąłsięGage.

-Przepraszam.-Joshpróbowałpowstrzymaćśmiech.Widzącto,samasięroześmiałam.

-Straszniesięcieszę,żeciętobawi-odparłzprzekąsemGage.-Aleprawdajesttaka,że
jeśliEastonzostaniewykluczonezDziedzictwa,toponas.Nigdzieniebędąnasjuż
chcieli.

Równiedobrzebędziemymoglizapisaćsiędojakiejkolwiekpaństwowejszkółkiidać
sobiespokójzambicjami.Musimysiędowiedzieć,ocotu,docholery,chodzi.

GageiNoellespojrzelinamniewyczekująco.Zprzerażeniemzdałamsobiesprawę,że
chcą,abymcośpowiedziała,ispodziewająsię,żetojadowiemsię,ocotu,docholery,
chodzi.

background image

NoelleLangeiGageCoolidge.Czekalinamojąopinię.

Wtedyprzypomniałamsobie,żeprzecieżjestemprezesemBillings,czyli,teoretycznie,
spośródwszystkichuczniówEastontojamamnajszerszekoneksje.Pomyślałamo
wszystkichinformacjach,któreprzechowywałamwswoimpokoju.Owszystkich
ważnych

osobistościach,zktórymimogłabymsięskontaktować.Gdzieśmusiałasiękryć
odpowiedź.

-Niemartwciesię-powiedziałam,czującnagłyprzypływadrenaliny.-Cokolwieksiętu
dzieje,dowiemsięprawdy.

Noellepokiwałagłowązaprobatą,aGagewydawałsięuspokojonymojąobietnicą.Josh
wyciągnąłdłońichwyciłmniezarękę.Poczułamsiędumna.ZnówczułamsięjakNoelle
Lange,aletymrazemNoellestałatużobokmnie.

Byłomidziwnie.Alejednocześniebardzo,bardzoprzyjemnie.

background image

Rewolucja

OdwakacjiwVineyardmiałamwtelefonienumerkomórkiDasha.DałgomnieiNatashy,
żebyśmymoglisięumawiaćnażagle.Nigdyzniegonieskorzystałam.ZatoNatasha
zadzwoniłaiwszystkoustaliła.Wypłynęliśmypewnegopopołudniałódkąjejojca;Dash
przyprowadziłswoichdwóchboskichkuzynów,którzyzkoleiprzynieśliskrzynkępiwa.

Wszystkobyłopięknie.Donastępnegowieczoru,kiedytoDashpojawiłsięwrestauracji,
wktórejpracowałam,iomałosięniepocałowaliśmy^Takczyinaczej,nigdynie
korzystałamztegonumeru.Ażdodzisiaj.

Potrzebowałamwięcejinformacji,takąmiałamwymówkę.AnieliczącNatashy-która,o
ilewiedziałam,miaławponiedziałkiwieczoremzajęciawDartmouth-Dashbyłjedynym
absolwentemEaston,zktórymnadalmiałamkontakt.Nodobra,byłjeszczeWhittaker.

Myślę,żemogłamnamówićConstance,żebydoniegozadzwoniła!

Alecotam.Zapytamgoraz-dwa,pożegnamsięiposprawie.Nacisnęłam„wybierz”i
usiadłampotureckunałóżku,wstrzymującoddech.Odebrałodrazu.

-Cześć.

Miałtakiciepły,czutygłos.wktórymwyczułamulgę.Byćmożeniewiedział,żetoja.

-Cześć,toja,Reed.Zachichotał.

-Wiem.Jesttakicudownywynalazek,nazywasię:,identyfikacjapołączeń
przychodzących.

Zaśmiałamsię,niecojużrozluźniona.Potakimchłodnymmailu,początekrozmowy
zabrzmiałobiecująco.

-Cozamiłaniespodzianka.Jaksięmasz?-zapytał.Itengłos,znówjakbylekko
zachrypnięty.Czuły.Zarumieniłamsię.Spojrzałamnabiurko,naoprawionezdjęcie
przedstawiającemniezJoshem.Odchrząknęłam.

-Wporządku.Właściwietodzwonięzpytaniem-przybrałamsłużbowyton.

-Słuchamcię-odparł.Gdzieśwtleusłyszałamdamskigłos,poczymktośzachichotał.
Naglezaczęłymniepiecoczy-Zaczekaj,wyjdęnakorytarz-powiedział.

Czekając,zorientowałamsię,żedłoniemamzaciśniętewpięści.Rozluźniłamje.Nie
byłamzazdrosna.Niemogłambyćzazdrosna.

-Przepraszam-powiedziałDash.-Terazjestemsam.

-Jesteśnaimprezie?

-Cośwtymrodzaju.NaszadrużynażeglarskazdobyławczorajnagrodęHoodTrophyi
jeszczeświętujemy.Wtychkręgachtodośćważnarzecz,rzuciłlekko.

-O,toświetnie.Gratulacje|§powiedziałam,choćniemiałampojęcia,cototakiegoHood
Trophy.AlejeśliwYaleświętują,togdziesiępodziałaresztachłopakówzdrużyny
Dasha?

background image

No,chybażewszyscyodniedawnamówilidamskimigłosami.-Podobnojesteśjedynym
pierwszakiemwdrużynie-dodałam,ignorujączazdrosnepytaniacisnącemisięnajęzyk.
-Toniewiarygodne,-Dzięki.Tocosłychać?

Dręczyłomnie,dlaczegonicminiepowiedziałoswojejdrużynie-czytoprzez
skromność,czyniebyłamdlaniegonatyleważna,żebyzasługiwaćnatakiewiadomości,
aleotoniemogłamzapytać,niewychodzącprzytymnaobrażalskąfajtłapę.Obrażalską
fajtłapę,którejniepasuje,żejesteśmytylkoprzyjaciółmi.

-Reed?

Skupsię,Reed.Onniejesttwoimchłopakiem,apozatymmaszdozałatwieniainteres.

-ChodzioDziedzictwo.Słyszałeś,cosiędzieje?

-Atak,razmówią,żeodwołane,innymrazem,żenie…

-Notak,widzisz,wszystkieszkołynawschodnimwybrzeżuzwyjątkiemEastondostały
zaproszenia-wyjaśniłam.Dałamsobieplusazato,żeudałomisięniestracićwątku.

-Atodziwne-przyznałDash.

-No,coprawdawiem,żeitakbyśniedostałzaproszenia…

-Auuu,tobolało-zaśmiałsię.

-Aleczyjacyśinniabsolwencijedostali?

-Raczejnie,niktnicniemówił-odparłDash.-Azwykleplanujesiępodtenbalcały
weekend.Nawetmy,wyrzutki,któreniezasługująnazaproszenie,wiemyowszystkim-a
jaoniczymdotądniesłyszałem.NiewspominałotymnawetWhit,który,jaksamawiesz,
żyjetąimprezą.

Wtymmomenciedrzwidopokojuotwarłysięisercepodskoczyłomidogardła.Całe
szczęście,totylkoSabinę.Uśmiechnęłasięiprzeszłaprzezpokój.Alepoczułamsię,
jakbymniektośprzyłapałnaniecnymuczynku.

-Chcesz,żebymwykonałparętelefonów?Mamsięupewnić?-spytałDash.

-Właściwietonie.Nietrzeba.Mamplan-skłamałam,chcącjaknajszybciejzakończyćtę
rozmowę,skorojużniebyłamwpokojusama.

-Posłuchaj,Reed,jeślichodziotęsobotę…

-Niemogęterazotymgadać-powiedziałamszybciutko,aSabinęrzuciłamizagadkowe
spojrzenie.-Porozmawiamypóźniej.Ijeszczerazdzięki.

-Poczekaj!Ja…

Zakończyłamrozmowęidlapewnościwyłączyłamtelefon,poczymwstałamirzuciłam
gonałóżko.

-Cojest?-zapytałamSabinę,wsuwającręcedotylnychkieszenispodni.-Jaktam
zajęcia?

-Świetnie.Cozazajęcia!-zaśmiałasię.-Czemuśtakaczerwona?Rozmawiałaśz
Joshem?-

background image

zapytała,chcącsiępo-droczyć.

Wgardlemiałamwielkągulę,którejzanicniemogłamprzełknąć.Czułamsięwinna.

-Nie.Totylko…mójbrat-rzuciłamlekceważącymtonem.

Widaćbyło,żeminieuwierzyła,alezajęłasięwypakowywaniemksiążeknabiurko,po
czymodwróciłasiędomnie.

-MissywłaśnieopowiadałamioDziedzictwie.Ciludziemająhoplanapunkciewłasnej
wyższości.

-Toitakdelikatniepowiedziane-odparłam,opierającsięobiurko.

-Tostraszniewkurzające.Gadajątylkootym,ktodostałzaproszenie.Zupełniejakbyjuż
zapomnieliotwoimbalu-powiedziała,krzyżującramionanapiersiach.

-Omoimbalu?

-OBaluMaskowymBillings!Niemów,żetyteżonimzapomniałaś!Tobyłtwójpomysł.
Iuważam,żebyłbardzodobry,szczególnietozfunduszemstypendialnym.

-Notak,prawda.Alewiesz,Dziedzictwowieledlawszystkichznaczyijatorozumiem-

powiedziałam,przewracającoczami.Podniosłamzbiurkadługopisizaczęłamsięnim
bawić.

-Apozatymnadalzamierzamustanowićfunduszstypendialnynazwanyimieniem
Cheyenne.

MożemyzacząćodpieniędzyzfunduszuabsolwentekBillings,apotemprosićodatki.

-Czylipoprostusiępoddasz-powiedziałaSabinę.

-Ococichodzi?-Zabolałmnietennienaturalnydlaniejkrytycznyton.

-Powinnaśzejśćnadółipowiedziećdziewczynom,żezamiastsiędołować,mająsię
zabraćdoplanowaniabalumaskowego,naktórytaksięcieszyły-Sabinęzrobiłakrokw
mojąstronę.-Jesteśprezesem.Tobyłtwójpomysł,aonemajątogdzieś.

Gapiłamsięnaniązosłupieniem.

-Sabinę,BalMaskowyBillings…byłdobrympomysłem,aletowdalszymciąguniejest
Dziedzictwo.Nierozumiesz,iletaimprezadlawszystkichznaczy.Jakbytoująć?Tojest
kwestiahonoru.Onepoprostumuszątambyć.

-Czylipoprostusięwycofujesz-sarknęłaSabinę.

-Niewycofujęsię.PomogęimdostaćsięnatoichwymarzoneDziedzictwo-wyjaśniłam.
-

Dajludziomto,czegopotrzebują,czyżnietak?

-Nierozumiemcię.Dlaczegochceszimpomócuzyskaćwstępnaimprezę,naktórąsama
niemożeszpójść,itymsamympogrążyćwłasnybaliwłasnyautorytet?-zapytała.-Nie
uwłaczacito?

-Nodobra,odkiedyjesteśtakąrewolucjonistką?-zażartowałam,próbującrozładować
naglezaistniałenapięcie.

background image

Sabinęodwróciłasięipotrząsnęłagłową.

-Staramsiętylkopomóc-powiedziała.-JesteśprezesemBillings.Chciałabym,żebyś
wreszciezaczęłasięzachowywaćstosowniedoswojejfunkcji.

Poczułamsię,jakbymniespoliczkowała.

-Wydajemisię,żetaksięwłaśniezachowuję.Zrobięwszystko,żebyEastonniebyło
wykluczonezDziedzictwa.ZrobiętodlaBillings,dlaEaston…

-DlaNoelle-dokończyłagorzkoSabinę.

A,czyliototaknaprawdęchodziło!Noelle.SabinęmiałaproblemzNoelle.

-Nierobiętegodlaniej-wytłumaczyłam.Przynajmniejnietylkodlaniej.

Sabinęprzyglądałamisięprzezdłuższąchwilę-robiławrażeniezranionejizdradzonej.

-Niechcibędzie.

Odwróciłasięiwzięłazbiurkaksiążkę.Chwyciłajązagrzbiet,poczymprzytuliłado
piersi.

-Hej,amożezrobiłybyśmycośwspólniewtamtenwieczór,tylkowedwie?Noboskoroi
takniemożemyiśćnatęimprezę…-zaproponowałapełnymnadzieigłosem.

NiebyłamwnastrojunabrataniesięzSabinę-potejkrytyce,jakąodniejusłyszałam,nie
czułamsięnajlepiej,aleniechciałamzranićjejuczuć.

Powiedziałam:

-Dobra,możemy.

Alewgłębiduszymiałamnadzieję,żeudamisięjakośzałatwićzaproszeniena
Dziedzictwo.

Samamyśl,żemiałabymopuścićtowydarzenie,apotemwysłuchiwać,jakwszyscy
dookotaonimrozmawiają,doprowadzałamniedoszaleństwa.Niechciałam,żeby
dziewczynyopowiadałymiznajdrobniejszymiszczegółami,jakbyłowspanialeicomnie
ominęło.ByłamprezesemBillings,musiałprzecieżistniećjakiśsposób.

-Wybieramsięnadół,nakawę-powiedziałaSabinę.-Maszochotę…

WtymmomencieotworzyłysiędrzwidopokojuiNoelleścisnęłamniezaramię.

-Przepraszamcię,Francuzeczko.Muszęwypożyczyćnasząrodaczkę-rzuciła.

Następniewyciągnęłamniezpokoju,zostawiającwnimzasmuconąSabinę.

background image

Ostracyzm

CałaspołecznośćBillings,wyjąwszySabinę,zebrałasięwsalonie.Dziewczynytrzymały
kubkizkawąiszeptałycośdosiebie;byływyraźniepodniecone.Czułamsię,jakbym
przyszłanaspotkanieAnonimowychAlkoholików.(Kiedyśbyłamnaprawdziwym.

Poszliśmynanierazemzbratem,namówiłnastata,bómyślał,żetonampomoże
poradzićsobiezmamą.Aleniepomogło).Towarzystwospojrzałonamniepełnymi
nadziei,zaczerwienionymioczami.

-Wporzo.Przyprowadziłamnasząnieustraszonąprzywódczynię-powiedziałaNoelle,
popychającmniekukominkowi.Odeszłakawałekiodwróciłasiędomnie,krzyżując
ramionanapiersiach.-MusimycośpostanowićwsprawieDziedzictwa-rzekła,
odrzucającsweciemnewłosynaplecy.-Wszyscypanikują.

-Widzę-odparłam.

NawetLornaiAstridwyglądałynazdenerwowane.Aprzecież,podobniejakja,itaknie
dostałybyzaproszeń.

-Takipoziomstresukoszmarnieszkodzimojejcerze-powiedziałaPortia.-Naprawdę,
KDB.

Kompletniedobani.Tenskrótakuratznałam.Wprawdzieniedostrzegłamnajejtwarzy
śladupryszcza,aleniezamierzałamsięzniąspierać.

-Nierozumiem.-Londonwydęłausta,szarpiąckosmykwłosów.-Dlaczegowszyscy
dostali,amynie?Comyśmytakiegozrobiły?

-Janicniezrobiłam-wyrwałasięVienna,zupełniezresztąniepotrzebnie.

-Ten,ktoorganizujeDziedzictwo,musichowaćjakąśurazędoEastonalbocośwtym
guście

-stwierdziłaTiffany,robiączdjęciebutówKiki,naktórychAstridnalekcjiplastyki
namalowałażółto-pomarańczoweesy-floresy.-Tojedynewyjaśnienie.

-ChybażezaproszeniadlaEastonzaginęłynapoczcie-powiedziałaznadziejąwgłosie
Rose,nerwowoskubiącswerudeloki.

-Wtakimwypadkuktośbyjednakdostałzaproszenie,przecieżwszystkieniemogły
zaginąć

-wtrąciłam.-Apozatymwyglądanato,żeżadenzabsolwentówteżgoniedostał.

Noellespojrzałanamniepytającymwzrokiem:Skądwiesz?Ażmniezmroziłoodtego
spojrzenia.Naraziejednakpostanowiłamnieodpowiadać.

-Oranyboskie!Nawetabsolwentówolali?Comyterazzrobimy?-jęknęłaLondon.W

salonierozległsiępomrukniezadowoleniaikilkarozpaczliwychwestchnień.

Starczytego-pomyślałam.

-Dobra,posłuchajcie.Mampomysł-oznajmiłam,uciszająctowarzystwo.-Musimy

background image

zdobyćchociażjednozaproszenie.Jeślinamsięuda,byćmożedowiemysię,skądje
wysłano.Ajakbędziemytowiedzieć,dowiemysię,ktojekupił.

-Dobrypomysł!-krzyknęłaTiffany.-Zupełniejakzpowieścidetektywistycznej.

Uśmiechnęłamsię.

-Noto…łapciezatelefony.Każdazwasznakogoś,kto

zaproszeniedostał.Niechnamktośprzyśleoryginał.

Wodpowiedziusłyszałamtrzaskotwieranychklapekodtelefonów.Dziesiątkipalcóww
ekspresowymtempiepisałySMS-y.Kilkaosóbwykonałotelefony.Odrazuwiadomo
było,żeniemadobrychwieści.

-Niemożliwe!Niemożliwe!-krzyczałaVienna.Wstała

iodsunęłatelefonoducha,żebyjeszczegłośniejnawrzeszczećdosłuchawki.-Jesteśdo
niczego,Vanessa!Mamnadzieję,żeudusiszsiękondomemiumrzesz!-ryknęłai
zatrzasnęłatelefon.

-Vienna!-upomniałająRose.

-Noco?Przecieżwszystkiewiemy,żemojasiostratoszmata.-Viennaotwarłaszeroko
oczyzudanymzdumieniem.

Jejsiostra?Przyganiałkociołgarnkowi,nieprawdaż?Zastanawiałamsię,dlaczego
VanessaClarknieposzładoEas-ton,aleodmówiłamsobiezadaniategoimpertynenckiego
pytania.

-Cosięstało?-zapytałam.

-Powiedziała,cytuję:„Niemogęciwysłaćzaproszenia”-odparłaViennaprzesadnie
piskliwymgłosikiem,kiwającgłowąnabokijakmaładziewczynka,któradroczysięz
innymdzieckiemnaplacuzabaw.-„Dostałammailazprzestrogą,żejeśliktokolwiek
podzielisięzuczniamizEastonwiadomościamidotyczącymiDziedzictwa,organizatorzy
dowiedząsięotymiskreślągadułęzlistyzaproszonych”.Pfff!Teraztojużnapewnonie
damjejBąbelka.

-Bąbelka?

-Mojegokonia-mruknęłaVienna.

Konia!Najcenniejsząrzeczą,jakąkiedykolwiekdostałamodScotta,byłdiscman.

-Ej,dziewczyny!Rourkemówitosamo!-krzyknęłaLondon,czytającSMS-a.-
Przestraszył

siętegomaila.

-Wszyscytakmówią-potwierdziłaKiki,rzucającsięzpowrotemnakanapęizgłośnym
hukiemkładącnastolenogiwkolorowychglanach.Odchyliłagłowę,wpatrującsięw
sufit.

Różowagrzywkaopadła,odsłaniającjejtwarz.

-JeśliVanessaniedostanietwojegokonia,tomożejagowezmę?-rzuciławsufit.

background image

Viennaprzezchwilęwyglądałatak,jakbynaprawdęrozważałatępropozycję,alereszta
dziewczynsiedziałajaknaszpilkach.SpojrzałamnaNoelle.TenostracyzmwobecEaston
zaszedłjużzadaleko.Porazpierwszyzobaczyłam,żeNoellerównieżwyglądana
zdezorientowaną.Porazpierwszyniewiedziała,cojestgrane.Itonajbardziejmnie
martwiło.

background image

Wyzwanie

-Whitpomałuwariuje.Wydajemusię,żeświat,jakiznamy,rozsypujesięwdrobnymak
-

szepnęładomnieConstancepodczaswtorkowejmodlitwyporannej.-Jegozdaniemznie-
waga,jakiejdoznaliśmywzwiązkuzDziedzictwem,toobrazawszystkichwartości,jakie
onouosabiało.

Wartości?Czychodzionarkotyki,przygodnyseks,czypiciealkoholuprzeznieletnich?

Samaniebyłamświęta,aledziwne,żestaroświeckakoncepcjahonoruzmieniłanieco
znaczenieirównałasiędzisiajotrzymaniuzaproszeniananajwiększąpopijawęwokolicy.

-Amiałamwtymrokuwystąpićjakojegoosobatowarzysząca-wymamrotałaConstance,
spuszczającwzrokiwpatrującsięwewłasnedłonie.Alepozawodach!Przygryzłam
wargę.

Tegorankawkampusiedawałosięwyczućpełnąniechęciakceptacjęzaistniałegostanu
rzeczy.PrzezpółnocyprzeglądałaminformacjenatematBillings,próbującopracować
jakiśplandziałania,leczpomysłówmiałamniewiele.Aleskoroludziezaczynająsięjuż
godzićztym,żenieidąnaDziedzictwo,tomożelepiejdaćsobiespokójztymtematem?
Czynaprawdęchciałamzawracaćgłowęstawnymabsolwentkomjakimiśbzdurnymi
skargami?

Czyrzeczywiściezależałomi,żebymojepierwszekrokijakoprezesaBillingskojarzonoz
takbtahąkwestią?ByćmożeSabinęmiałarację,możelepiejbyłobywrócićdo
pierwotnegoplanuiwydaćbalmaskowydlauczczeniapamięciCheyenne?Takbyłoby
bardziejhonorowo.

Dojrzalej.Takikrokotwierałbyzdecydowanieszerszeperspektywy,jeślichodzionasze
przyszłedziałania.Zaczynałamwierzyć,żeBalMaskowyBillingszrobiłbyowielelepsze
wrażenienakomitecieabsolwentek.Adotegobyłatoimpreza,naktórejmogłabymsię
pojawić.Ibyćmożeudałobymisięudowodnić,żeCheyennewswoimostatnimmailu
jednakniemiałaracji.

-Zanimsięrozejdziecie,mamjeszczejednoważneogłoszenie-powiedziałdyrektor
Cromwell,stajączapulpitem.Miałnasobiegranatowygarnituriżółtykrawatjakzwykle
przypiętydokoszulispinkąwkształcieflagiamerykańskiej.Siwewłosymiałzaczesane
dotyłu,odgarniętezszerokiej,kwadratowejtwarzy.Omiótłkaplicęwzrokiempełnym
jawnejpogardy.Dlaczegoczłowiek,którytaknienawidzimłodych,objąłstanowisko
dyrektoraszkołyśredniej?-Mamświadomość,żebalzwanyDziedzictwemmasięodbyć,
jakzwykle,podkoniectegomiesiąca.

Wkaplicyrozległosięskrzypieniedrewnianychławekipełnezdziwieniapomruki.Oile
sięniemylę,żadendorosłynigdynieprzyznałsięotwarcieprzedmłodzieżą,żewieo
Dziedzictwie.Byłatokwestiadelikatnejnatury-myśmyniemówili,oniniepytali.
Dyrektorpostukał

zaciśniętymipalcamiwpulpit,chcącnasprzywołaćdoporządku.Dźwiękniósłsię

background image

złowiesz-czymechempokaplicy,ażpodwysokisufit.Zapadłacisza.

-Wiemrównież,żemoipoprzednicyprzymykalioczy,gdynadchodziłtenczas,nie
dbającobezpieczeństwouczniówanioreputacjęnaszejszkoły-ciągnąłCromwell,
głosemjeszczesurowszymniżzazwyczaj,-Mojerządykładąkrestejniewiedzy.

Wkaplicysłyszałamteraztylkoswójwłasnyoddech,którystawałsięcorazpłytszy.

Nienawidziłamtegoczłowieka,Takbardzonienawidziłam.Najpierwzniszczyłkażdą
tradycjęBillings,jakątylkomógłPotemprzesłuchiwałnasprawiedoświtutamtejnocy,
kiedyodbywałysięotrzęsiny.AnakoniecwyrzuciłzeszkołyCheyenne,Co,oczywiście,
wydawałosiębłogosławieństwempotymwszystkim,cozrobiła.Myślałyśmywtedy,że
koszmarsięjużskończył.Alezperspektywyczasuokazałosię,żetobyłtylkopoczątek
nowegokoszmaru,Aterazjeszczeto.

-Jeżeliktokolwiekspróbujeopuścićkampustrzydziestegopierwszegopaździernika
wieczorem,możeciebyćpewni,żesięotymdowiem,Osoby,którezłamiązakaz,zostaną
za-trzymane.Wyciągnęwobecnichsurowekonsekwencje-powiedziałzłowieszczo
Cromwell,Tomojaszkoła,jaustalamzasady,awymaciesiędonichstosować,

Czymisięzdawało,czymówiącto,patrzyłwprostnamnie?Poczułamwewnętrznyopór,
CzyCromwellwłaśnierzuciłmiwyzwanie?Czymnieprowokował?

-Możeciesięrozejść-powiedziałnakoniec.Wszyscywstalijakjedenmążiruszyliw
stronęprzejścia.

-Cozazłamas-rzuciłktośztyłu,

-Chybajednakniepołożyłkresuniewiedzy,skoroniemanawetpojęciaozaproszeniach,

-Takjakbynaprawdęmógłnaspowstrzymać,Jeślibędziemychcieliwyjść,wyjdziemy,

-Nieznoszętegogościa-powiedziałaNoelle,kiedydoniejdołączyłam,

-Taak,mówmijeszcze-odparłam,

Wyminęłamjąszybkoiwyszłamnaciepłe,jesiennesłońce.Poczułamprzypływ
adrenaliny.

Nigdynielubiłam,kiedyktośmówiłmi,jakmampostępować.Raztylkosięztym
pogodziłam,abyłotowzeszłymroku,kiedypróbowałamdostaćsiędoBillings.Jednak
nawetwtedyprzyszłomitoztrudnością.Terazodkryłam,żejeszczebardziejnieznoszę,
kiedyktośmówi,czegominiewolno.Jakiśtajemniczyorganizatorchciałwykluczyćnas
zudziałuwDziedzictwie,aterazCromwelluczyniłstłamszenienasswojążyciowąmisją.
Zakogociludziesięuważają?EastonmatakiesamoprawouczestniczyćwDziedzictwie
jakinneszkoły.

-Ochjejku,jej.Wyglądanato,żebiednedziewczynkizBillingsbędąmusiałyopuścić
największąimprezęroku-powiedziałaIvySlade,zfałszywątroskąkrzywiącusta.-1co
napiszecietegowieczoruwpamiętniczkach?

Zacisnęłampięści.Co,udiabła,tadziewczynadonasma?

-Witajzpowrotem,Noelle-dodałazwyraźnymniesmakiem.-Wykończyłaśkogoś
ostatnio?

background image

Grupkauczniówztrzeciejklasyusłyszałatoiprzerwałarozmowę.Zaśmialisięz
dowcipu,czekającnareakcjęNoelle.Poczułamuciskwżołądku.LepiejdlaIvy,żebyjuż
sobieposzła.

Naprawdę.

-Nie,alemożesięwreszcieskuszę-odparłaNoelle.Ivyparsknęłaśmiechem,ale
przezornieodwróciłasię

iodeszła,podobniejaktłumekgapiów,którymnaglezrzed-łyminy.

-Boże!ktojejpozwoliłwrócić?-mruknęłapodnosem

Noelle.

Cóżzaironia-pomyślałam.

-Niemogęuwierzyć,żeCromwellpostawiłnamultimatumwsprawieDziedzictwa-
rzuciłamiprzezramięMissy.

WiększośćdziewczynzBillingszatrzymałasięzaNoelleizamnąprzeddrzwiamido
kaplicy.-Noprzecież,dajciespokój,jakbymałodotądnamieszał.

Miałanamyślirzeczjasnarolę,jakąCromwellrzekomoodegrałwsamobójstwie
Cheyenne.

-Alewsumietodobrze,prawda?-zapytałaSabinę.|TeraznapewnourządzimyBal
MaskowyBillings.

Powoliodwróciłamsię,zaciskającszczęki.Wszystkiedziewczynyprzyglądałymisię,
czekającnajakiśznak.

-Nie-powiedziałamszorstko.OpróczCramwellaflvyitajemniczegoorganizatora
Dziedzictwabyłojeszczekilkaosób,którymchciałamdaćnauczkę.-Eastonidziena
Dziedzictwo

inieważne,cobędęmusiałazrobić,żebynastamwkręcić.

background image

Szacunek

Byłamotwarcie,jawniewkurzona.Akiedyjestemwkurzona,działam.Wciągu

piętnastominutowejprzerwymiędzyobiademalekcjąhistorii,kiedywiększośćuczniów
korzystałanadziedzińcuzurokówsłonecznegojesiennegodnia,pijąckawęlub

przygotowującsiędoklasówek,jaukradkiemwróciłamdoBillingsizabrałamsiędo
roboty.

Poprzedniejnocy,przeglądającplikiabsolwentek,doznałamobjawienia.Kilkadawnych
mieszkanekBillingsmiałodzieci,którewybrałyinneprywatneszkoły,naprzykład
Choate,BartonalboChapin.Częstobytytoszkoły,doktórychniegdyśuczęszczaliich
ojcowie.Obokniektórychnazwiskwidniałypowiązaniarodzinne,aprzynazwisku
każdegoczłonkarodziny

-aczęstobyłotamkilkapokoleńwstecz-zamieszczononazwęszkoły,którąukończył.To
była,moimzdaniem,najbardziejużytecznainformacja.BojeżeliabsolwentkazBillings
wyszła,powiedzmy,zamężczyznę,któryukończyłBartoniktóregoojciecteżuczęszczał
doBarton,aichdzieckowybrałoterazrównieżtęszkołę…tootrzymaonozaproszeniena
Dziedzictwo.Pogodzinieposzukiwańudałomisięsporządzić

listęabsolwentek,którychdziecibezwątpieniazaproszononaDziedzictwo,dzięki
rodowodowizestronyojca.

Niemajączbytwieleczasu,popędziłamdopokoju,wzięłamlistęispojrzałamnapierwsze
nazwisko.JennaKorman,dyrektorPoshCosmetics,jednejznajwiększychwskalikraju
firmprodukującychkosmetykizwyższejpółki.Biorącpoduwagęjejpozycjęzawodową,
byłamwłaściwiepewna,żeniebędziemiałaczasuodebraćmojegotelefonu,alemusiałam
chociażspróbować.Chwyciłamkomórkęiwystukałamnumer.

-PoshCosmetics,biuropaniKorman-energicznygłosodpowiedziałjużpopierwszym
sygnale.

-Tak,dzieńdobry.ChciałabymrozmawiaćzpaniąKorman,dzwonięz…

-Przykromi,paniKormanniemożewtejchwilipodejśćdotelefonu-powiedziała
kobieta,wyraźniezniecierpliwiona.-Czycośprzekazać?

Cholera.Zrobiłomisięgorąco,kiedyzdałamsobiesprawę,jaknieprofesjonalnie
musiałamzabrzmieć.

-Och,wporządku.NazywamsięReedBrennan,dzwonięz…

-O,pannaBrennan.Przepraszam,jużłączę-głospodrugiejstronienaglezrobiłsięmiły.

Zamrugałamszybko.PoczułamsięjakAlicjaprzechodzącanadrugąstronęlustra.Coto
miałobyć?Żartowałasobiezemnie?Idlaczegozachowałasiętak,jakbyznałamoje
nazwisko?

-Reed,cozamiłaniespodzianka-usłyszałamgardłowygłos.-Wczymmogęcipomóc?

-Czy…czyrozmawiamzpaniąJennąKorman?-spytałamzaskoczona.

background image

-Tak,przytelefonie.CosłychaćwEaston?-zapytałażyczliwie.-Pewniejeszcze
dochodziciedosiebiepotejtragedii.CheyenneMartinbyłaskarbemzarównodla
internatu,jakidlacałejszkoły.

-Tak…tak,oczywiście,żebyła-powiedziałam.Zupełnienietegooczekiwałam.-
Wszyscychybamamysiędobrze.

-Toświetnie.Aterazdorzeczy,czymogęciwczymśpomóc?-ciągnęłapaniKorman.

-Właściwietotak-powiedziałam,odchrząknąwszyprzedtem.Niechciałamzajmowaćjej
więcejczasuniżtokonieczne.-ZjakiegośpowoduEastonzostałowtymroku
wykluczonezudziałuwDziedzictwie.

-Tak,słyszałamjużdotyczącetegoskargi-powiedziałazgorycząwgłosiepaniKorman.

-Staramsiędowiedzieć,dlaczegotaksięstało,żebycośwtejsprawiezrobić-
wyjaśniłam.-

Alebytowyjaśnić,muszęzobaczyćnawłasneoczychociażjednooryginalne
zaproszenie.

Słyszałam,żepanicórkachodzidoHotchkissibyćmoże…

-Niemaproblemu.Zadzwonięzarazdodomuipolecęlokajowi,żebycijeprzesłał
kurierem

-obiecałapaniKorman.

Lokajowi?Nojasne,napewnomasłużbę.

-Możebyćjutroczywolałabyśmiećjewcześniej?Mogłabympolecićkierowcy,żebyci
jeprzywiózłdziśpopołudniu,jeślitokonieczne.

Zebrałomisięnaśmiech,alesiępowstrzymałam.GdziesiępodzialiBiałyKróliki
SzalonyKapelusznik?Możepowinnamzaparzyćherbatkę?

-Nie,dziękuję.Wystarczyjutro.Bardzodziękujęzapomoc,paniKorman.

-Niemazaco.MówmiJenna.Iniedziękuj,takajestnaszarola-odparta.-No,apoza
tymgratulacje,Reed.Wszystkiejesteśmydumne,żeobjęłaśstanowiskoprezesa.

-Dziękujębardzo-powiedziałam.

-Dowidzenia.

Usłyszałamkliknięcieoznaczającekoniecpołączenia.Siedziałamztelefonemwręce
jeszczedobredziesięćsekund.Niemogłamwprostuwierzyć,żesięudało.Żewistocie
byłototakieproste.Jennawiedziała,kimjestem.Jejasystentkarównieżwiedziała,kim
jestReedBrennan.

Itakpoprostudopuszczonomniedoichgrona.Zaczynałamrozumieć,conaprawdę
łączyłosięzestanowiskiemprezesaBillings.Otwartedrzwi,odebranepołączenia…
szacunek.

Odwróciłamsięiodsunęłamkrzesłozzabiurka,wyjmująctorebkęodChloe.Leżaław
ukryciu,odkądjądostałam.WyjęłamzniejkatalogNeimanaMarcusaizaczęłamwrzucać
swojerzeczydopachnącegonowościąmiękkiegoskórzanegownętrza.

background image

Wcześniejniezdawałamsobieztegosprawy,aledotejporynieczułamsięwarta,by
nosićtakątorebkę.

Dotejpory.

Szczególnetalenty

WśrodępopołudniubiegłampoboiskudopiłkinożnejnaprzeciwkoNoelle.Bernadettę
Baskindeptałamipopiętach.Słońcechowałosięjużzadrzewami,cooznaczało,żelada
momenttrenerLisickogłosikoniecmeczu,akonieczniechciałamstrzelićgola,zanim
zagwiżdże.Musiałamstrzelićtegogola.

Wykrzesałamzsiebiejeszczejednądawkęenergii,wystrzeliłamnaglenaprzód,
zostawiającBernadettęwtyle.Noellewokamgnieniuzorientowałasię,żeniejestem
krytaicelnymkopniakiempodałamipiłkę.Podaniebyłodokładne,mocneitakszybkie,
żeniebyłoszans,byktokolwiekześrodkapolamógłjeprzechwycić.Zbliżającsiędo
bramki,zerknęłamwlewoiAstrid,którązjakiegośpowodutrenerLisickpostanowiła
postawićnabramce,ruszyławmoimkierunku.Skoczyławprawąstronę,rzuciłasięw
powietrze,więczłatwościąposłałampiłkęwdrugirógbramki.

-Jest!-krzyknęłaradośnieNoelle,wymachującpięściąwpowietrzu.

Podbiegłyśmynaśrodekboiska,przybiłyśmysobiepiątkę,apotemporządniesię
wyściskałyśmy.Dobrze,żeNoellewróciładoszkoły;tymlepiej,żeznówbyławnaszej
drużynie.Potrzebowałyśmyjejagresywnejgry.Naboiskuniktniemógłsięzniąrównać.

-Świetnie,mojepanie!Znakomitagra!-krzyknęłatrenerLisick,gwiżdżącnakoniec
meczu,

-Napijciesię,apotemmarszpodprysznic!

-Dobrarobota-powiedziałaAstrid,podbiegającdonas.Krótkieczarnewłosymiała
związanewdwakucyki,któresterczałynaczubkujejgłowyjakantenki.-Wiesz
oczywiście,żepodarowałamwamtegoostatniegogola,prawda?-zażartowała.

-Tobrytyjskiepoczuciehumorumniepowala-powiedziałaNoellezszyderczym

uśmieszkiem.Uwiesiłasięciężkonamoimramieniu.-Noico,dostałaś?

-Atak,mam-odparłam.

-Comasz?-zapytałaAstrid.

-ZaproszenienaDziedzictwo-szepnęłam.-Jestwmojejtorbie.

-Notodawaj,oglądamy-krzyknęłaAstrid.

-Ciiii,nietutaj.JakbędziemywracaćdoBillings-zaproponowałam.

PrzydystrybutorzezwodądołączyładonasSabinę-podczaspierwszychkilkumeczów
okazałosię,żeboisiępiłkiiniepotrafisięwystarczającoszybkoporuszać,więc
uczynionojąodpowiedzialnązasprzęt.WręczyłaAstridimniepapierowekubeczki,
ignorującprzytymNoelle,któraprzewróciłaoczamiisamasięgnęłaposwójkubek,po
czymnapełniłagopobrzegi.Ugryzłamsięwjęzyk,żebyniemówićnicSabinę,ale
postanowiłam,żewkrótcewszystkojejwyjaśnię.Noellenienależaładoosób,które
chciałobysięmiećzawroga.Aniignorować.Inieważne,jakciętraktowała.

background image

-Niezłystrzat.-Sabinęuśmiechnęłasiędomnie.-Bez

obrazy-rzuciławkierunkuAstrid.

-Spoko-odparłaAstrid.

-Idziemy.-Noellezgniotłakubeczekiwrzuciłagodoko-sza.-Chcętozobaczyć.

-Chwileczkę.PomóżmySabinęsprzątnąćiodnieśćsprzęt-zaproponowałam.

-Chodźżejuż,Reed.Francuzeczkadasobieradę-ponagliłamnieNoelle,zupełniejakby
Sabinębyłapowietrzem.-Przecieżtojejzadanie.

Zarumieniłamsię-zrobiłomisiężalSabinę.ByćmożeJoshmiałrację:Noellemusi
wywoływaćwokółsiebieskandale.Sabinęnigdyniezrobiłanic,comogłobyjąurazić.
Byłakompletnienieszkodliwa.AmimotoNoelleuparłasię,żebyzrobićzniejpozerkęi
dziwoląga,kogoś,ktodonasniepasuje.

-Wporządku,idźcie.JapomogęSabinę-zaoferowałasięAstrid.

-Aj,czyżtoniesłodkie?WielkaBrytaniaiFrancjadziałająrękawrękę!JakwONZ-cie,
zarazsiępopłaczę.-Noelleznówobjęłamnieramieniem.-Aterazchodźmyjuż.-
Odwróciłamniesiłąipociągnęławstronępagórka.Ledwozdążyłamchwycićswój
marynarskiworek.

-Gdzietomasz?-zapytała,łapczywymwzrokiempożerającmojątorbę.

-Noczekajżechwilę.MójBoże,niechciałabymcięwidziećwświątecznyporanek-

odparłam.

Wyjęłamztorbyotwartąkopertę,aześrodkawyciągnęłamgrubykartonikkolorukości
słoniowej.Przezostatniekilkagodzinkorzystałamzkażdejwolnejchwili,bydokładnie
sięmuprzyjrzeć,alejedynyminteresującymszczegółembyławytłoczonaorchideaztyłu
zaproszenia.Pozatymżadnychznaków:aninazwyfirmy,aninicinnego.

-Noależnamtopomogło-powiedziałasarkastycznieNoelle,oddającmizaproszenieze
zniesmaczonąminą,jakgdybytobyłazużytachusteczkahigieniczna.

-Wiem.Alepodejrzewam,żeorchideacośznaczy-odparłam.-Idomyślamsię,kto
mógłbywiedzieć,comianowicie.

-Ciekawe-powiedziałaNoellezpodstępnymuśmieszkiem.-Jednącechęzawszewtobie
uwielbiałam,Reed:nigdysięniepoddajesz.

Uśmiechnęłamsię,gdyotwierałyśmydrzwidointernatu.Jakzwykleotejporze,London,
Viennaikilkainnychdziewczynkręciłosięposalonie.Weszłamirzuciłamtorbęna
podłogę,całyczastrzymającwdłonizaproszenie.

-London,mogęzamienićztobąsłówko?

Otwarłaszerokooczynamójwidokiwyjęłasłuchawkizuszu.

-Czytojestto?!-Podskoczyławgórę,potknęłasięonogiKikiiomalnamnienie
wpadła.-

Pokaż!Pokaż!

background image

Wyrwałamizrękizaproszenie,aresztadziewczynzebrałasięwokółniej,żebychociaż
zerknąćjejprzezramię.Przeczytawszyjegotreść,którądawnoznałyśmyjużnapamięć,
Londonobróciłazaproszeniewpalcach.Przesunęłapalcempoorchideiiuśmiechnęłasię.

-Bouquet.Tostamtądprzyszłotozaproszenie^-stwierdziła.

Wiedziałam.Wiedziałam,żeonabędziewiedziała.Każdymajakiśszczególnytalent,
nawetPapużkiNierozłączki.

-ZBostonu?-zapytałaRose.

-No,Bouquetjesttylkojeden-ztriumfemwgłosiepowiedziałaLondon,oddającmi
zaproszenie.-Mająprzeróżnerodzajekartiwzorów,anakażdymzaproszeniuwytłaczają
kwiatek,innydlakażdegoprzedziałucenowego.Orchideawartajestnajwięcej.
Ktokolwiektokupił,najwyraźniejmamnóstwokasy.Atociniespodzianka.

-Wieszdokładnie,gdzietojest?-zapytałam.Londonprzewróciłaoczami.

-Noproszęcię.Zarazcipodamichadresinumertelefonu.

SięgnęładoswojejtorebkimarkiBottegaVenetaiwyjęłaczerwonytelefonTreo.
Kliknąwszykilkaprzycisków,uśmiechnęłasię:

-Właśnieciwysłałam.

MójiPhonezapiszczałjaknakomendę,ajaspojrzałamnaNoelle.

-Tojak,Boston?

Noellewyszczerzyłasięwodpowiedzi.

-Wycieczka!

background image

Samolub

-Powinnyśmyzrobićztegoprawdziwąwyprawę-powiedziałaNoelle,kiedysiadłyśmy
dośniadaniaweczwartekrano.-DrugieśniadankowAzure,potemtrochępracyśledczej,
anakonieczakupki.JeśliwybieramysięnaDziedzictwo,tobędziemymusiałyuzupełnić
garderobę.

Upchnęłaplisowanąminispódniczkępodudaiusiadłanakrześle,któredotejpory
należałodomnie.Usiadłamwięcnaprzeciwko,tamgdziezwyklesiadywałaAriana.Przez
większośćtegorokuszkolnegoprzytymstolikusiedziałtakżeJoshalboSabinę.I
wydawałosię,żeatmosferaznówstałasięprzyjemna,alezjakiegośpowoduczułamsię
natymmiejscuniezręcznie.

-Zapominaszoczymś-rzuciłam,próbującsięskoncentrować.Podniosłampołowęprecla,
żebyposmarowaćjąserkiem.

-Oczym?-spytałatakimtonem,jakbynigdyniezdarzyłojejsięoniczymzapomnieć.

-Janigdziesięniewybieram.Nawetjeślizałatwimysprawę,janiedostanęzaproszenia-

wyjaśniłam.Wzruszyłaramionami,machającnożemwpowietrzu.

-NOico?Znajdziemykogoś,ktocięzaprosijakoosobę

towarzyszącą,jakwzeszłymroku.

-AlewtedyniebyłamzJoshem-odparłam.Formalnierzeczbiorąc,byłamwówczasz
Thomasem.Aprzynajmniejtakmisięwydawało.AlenabalposzłamzWhitem,bo
wszyscyprzekonywalimnie,żeThomaspojawisięnaDziedzictwie,ajamusiałamsięz
nimzobaczyć.

Niewiedzieliśmyjeszcze,żeThomasjużodparutygodninieżyje.Żerozkładasięgdzieś
wlesie,nieżywy,sztywny,zimnyi…

Dobra,niebędęotymterazmyśleć.

Tokrzesłoźlenamniedziała.

-Niemogę,ottaksobie,iśćzkimśinnym-zakończyłam.

-Reed,chodzioto,żebysiętamdostać.Nieważnejak-Noellepowiedziałatotonem,
któryzawszesprawiał,żeczułamsięmaleńka.Terazteżtaksięstało,alenieczułamsięaż
takamała.-Jakjużtamwejdziesz,możeszparadowaćztąswojąkuląunogi,ilesobie
zapragniesz.

Zmusiłamsiędouśmiechu.

-TojaksiędostaniemydoBostonu?-spytałam,znówpróbującsięskupić.-Jeśli
Cromwelldanamprzepustki…będziemymusiaływynająćjakiśsamochódalboco?

-Niemusimy.Mamsamochód-powiedziałaNoelle,delikatniegryzącprecelka.

-Maszsamochód?Wkampusie?-zapytałamzniedowierzaniem.

-No,tobyłoostateczneżądanietatywnegocjacjachzCromem-powiedziałabeztrosko.

background image

Zaśmiałamsię:

-Crom,tobrzmi,jakbybyłjakimśrobotem!

-Noprzecieżjest!-Noelleuniosłabrwi,znówgryząckęsprecelka.-Takczyinaczej,nie
martwsię,przepustkizałatwione.

-Jakieprzepustki?-zapytałJosh,całującmnienadzieńdobry,gdytylkodonasdołączył.

Postawiłnastolikutacę,naktórejbyłypączki,słodkiepłatkiśniadanioweikawa,zdjął
spranąsztruksowąkurtkęzłatkamiwszkockąkratęnałokciach-chybatylkoonmógłw
tymdobrzewyglądać-ipowiesiłjąnaoparciukrzesła.Podspodemmiałbiałygładki
podkoszulekzdługimirękawami-pojednejstroniewidaćbyłomaleńkieplamkizfarby.

-Nasobotę-powiedziałaNoelle.-Reedijawybieramysięnawyprawę.

Joshciężkoopadłnakrzesło.

-O,nie-powiedziałzzaskoczeniemwgłosie.

-O,tak.JedziemydoBostonusprawdzićsklep,zktóregopochodzązaproszeniana
Dziedzictwo.Zobaczymy,czyudanamsiędowiedzieć,ktojekupił-wyjaśniłammu,
popijającłyksoku,

-Fajnie.Jechaćzwami?Mogękomuśspuścićlanie,jakbytrzebabyło-zaproponował
Gage,siadającokrakiemnakrześle.

-Toniebędziekonieczne-odparłaNoelle,przewracającoczami.

Joshodwróciłsiędomnienakrześle,podczasgdynapozostałychmiejscachprzynaszym
stolikusiadałykolejnedziewczynyzmojegointernatu.Joshspojrzałnamniepoważnie
swoiminiebieskimioczami.

-Reed,niezapomniałaśoczymś?-zapytałcicho.Zmarszczyłambrwi,spoglądającna
niego.

Wgłowiemiałampustkę.

-Oczym?

-WsobotęmieliśmyjechaćdoMaine.Pamiętasz?Naszzjazdrodzinny?

Poczułamsię,jakbyktośnagleoblałmniewiadremzimnejwody.Ależzemnieidiotka.
NiepomyślałamozjeździerodzinnymHollisówanirazuodponiedziałkuwieczorem,
kiedytozapisałamjegodatęwzeszyciedoangielskiego.Działosiętyleinnychrzeczy,że
zupełniewyleciałomitozgłowy.

-iOranyboskie,Josh,takmiprzykro.Kompletniezapomniałam-wyznałamwnagłym
przypływieciepłychuczuć.Wszyscynanaspatrzyli.Czułamnasobieichwzrok.Joshteż
musiałtopoczuć,boprzysunąłsiędomniejeszczebliżej,chowającsięzamną,jakby
chciał

sięukryćprzedGage’em.

-Musiszjechać.Powiedziałemrodzinie,żebędziesz-odparł.

-Wiem,ale…Josh,toważnasprawa-wyjaśniłambłagalnymtonem.-Chodzio

background image

uratowanieDziedzictwa.WszyscywEastonnamnieliczą.

Joshodsunąłsięniecoispojrzałmiwoczy.Nigdyprzedtemniewidziałamnajegotwarzy
takbolesnegowyrazu.

-Acozemną?Jateżnaciebieliczę.

Wgardlezrobiłamisięwielkagula,omałosięniąnieudusiłam.Czułamsięwręcz
okropnie.

AleczyJoshnierozumiał,żetonaprawdęważnasprawa?JakoprezesBillingsmiałam
obowiązeksiętymzająć.Obiecałamwszystkim,żecośztymzrobię,więcjeślisię
wycofaminiedotrzymamsłowa,wyjdęnacieniasainiedorajdę,adopierocoobjęłam
urząd.PozatymHollisowieurządzajązjazdrodzinnycoroku-więctoniejedynaszansa,
żebymsięznimispotkała.

-Owszem,alesammówiłeś,żebędąuwassetkiludzi-przypomniałammu.-Niktnie
zauważymojejnieobecności.

Poradziszsobie.

-Chłopie,będzieszmusiałjąchybasklonować-wtrąciłsięGage.-Mówimyo
Dziedzictwie.

JeślinaszamałaBrennanmożeuratowaćsytuację,niechtozrobi.Noprzecieżnie
będzieszchybaażtakimsamolubem?

Joshspojrzałnamnie.Czekał,ażsięwycofam,ażzaprzeczę.Wiedziałamotym.Alenie
mogłamtegozrobić.Niezrobiętego.Choćczułamsięwinnazpowoduzjazdu
rodzinnego,zdenerwowałamsię,żeJoshtaknalegał,bymkoniecznieznimjechała.W
pewnymsensieGagemiałrację.JeślichcemypoznaćprawdęprzedHalloween,toliczy
siękażdachwila.

Jeśliniezrobimytegownajbliższyweekend,niebędziesensupodejmowaćjużżadnych
działań.Jeśliniewezmęsiędoroboty,całedziedzictwoEastonszlagtrafi.CzyJoshtego
nierozumie?

Dashbyzrozumiał.

Zauważyłam,żewoczachJoshacośsięzmieniło.Odsunąłsię.

-Wporządku.Niechbędzie.Powiemimpewnie,żesię

rozchorowałaś.

-Itomisiępodoba,Hollis-opowiedziałGage,szykującpięśćdozrobienia„żółwika”.
Joshniezwróciłnatouwagi.Zabrałsiędojedzeniapączka.

-Nicsięniemartw,Josh.Zaopiekujęsięnasządziewczynką-powiedziałaNoellez
odrobinązłośliwości.

Niedobrze.Najbardziejnieodpowiedniaosobapowiedziałanajgorsząmożliwąrzecz.Josh
dokończyłpączkaidokońcaśniadanianieodezwałsięanisłowem.

background image

Bouquet

Samochód,któryNoelletrzymaławkampusie,okazałsięlśniącym,srebrnymkabrioletem
markiMercedes.Wśrodkumiałmięciutkąskórzanątapicerkę.Opuściłyśmydach,zało-

żyłyśmyciemneokularyiwłączyłyśmynacałyregulatorradiosatelitarne-tymsposobem
udałonamsięzwrócićuwagęcałkiemsporejliczbykierowcówmknącychautostradądo
Bostonu.

Miałyśmyprzepustkiwystawioneprzeznauczycielaplastyki,rzekomopoto,byobejrzeć
wystawęGauguinawMuzeumSztukPięknych,alewistociecałydzieńmogłyśmy
robić!conamsiężywniepodoba.Wystarczyłotylkowskoczyćnachwilędomuzeum,
zabraćmapęikilkanaklejek,byudowodnić,żewykonałyśmyzadanie.Małotego,
miałyśmynawetdostaćzatododatkowepunkty.Noellebyłaistnymgeniuszemzła.

Anajlepsze,żekiedypoprzedniegowieczorusprawdziłampocztę,niebyłowniejani
śladumailaodCheyennezzaświatów.Skończyłosię.Nareszciebyłamwolna.

PoniesamowitymśniadaniuwAzure,restauracjiweleganckimhoteluwcentrum
Bostonu,pomaszerowałyśmyprostodo

Bouquet.Byłpiękny,słonecznydzień,awświeżym,czystympowietrzuczułosię
atmosferępodniecenia.NigdyniebyłamwBostoniewdzień,terazwydawałmisię
jeszczepiękniejszyniżgosobiewyobrażałam.Wąziutkiekręteuliczki,starebudynkiz
cegły,staroświeckielatarnieuliczne,złotetabliczkinadomach,ananichwypisana
ciekawahistoriakażdegoznich.TutajnocowałWashington.TutajposilałsięJefferson.
Wkrótceznalazłamsięwdziwnejdzielnicysklepów,gdzieogarnięciszałemklienci
wpadalidonieskazitelnychmagazynówpełnychjesiennychubrańizimowychpłaszczy,a
następnierównieszybkoznichwypadali.Taksięnajadłam,żepodążałamzaNoelle
zatłoczonymchodnikiemniczymzombiwgastronomicznejśpiączce.Niebyłotołatwepo
czterechmimozach,alechybaudałomisięnikogonieprzewrócić.Odetchnęłampełną
piersiąipoczułamsiępoprostuwolna.DobrzebyłosięwyrwaćzEastonizBillings,
uciecodpresjiipoczuciawiny.Wiedziałam,żetozakrawanazdradę,aleniemogłamsię
oprzećwrażeniu,żebawięsięlepiej,niżbyłobytomożliwenazjeździerodzinnym
Hollisów.

Oczywiście,gdyuświadomiłamsobie,comichodzipogłowie,natychmiastpoczułamsię
winna.ChciałamodrazuzadzwonićdoJoshaispytać,jaktamzjazd,alemiałam
przeczucie,żenaszarozmowabyłabyraczejchłodna.Apozatymwłaśniedotarłyśmypod
drzwiBouquet.

-Totutaj-powiedziałaNoelle,przesuwającokularynagłowę.-Jabędęmówiła.

-Wporządku-odparłam.Ibeknęłam.Ileższampanaonidodajądotejmimozy?

-Ależmaszklasę!-skomentowałaNoelle,marszczącnos.Otwarładrzwidomaleńkiego
sklepiku.Nadnaszymigłowamirozległysiędzwoneczki.Woświetlonymprzezsłońce
sklepiepanowałacisza.Podcytrynowożółtymiścianamistałypółki,naktórychustawiono
przeróżnezestawykolorowychpapeterii,pocztówkizpodziękowaniamiizaproszenia.Na
wysokichstołachstojącychnaśrodkupomieszczeniawidaćbyłowazonyześwieżymi

background image

kwiatamiwewszystkichkolorachjesieni:czerwoneróże,pomarańczowelilie,żółto-białe
stokrotki.Natyłachsklepuwidaćbyłoczterydrewnianestoły-przyjednymznich
siedziałymatkazcórką,przeglądająckatalogizaproszeń.Oboknichstałapracownica
sklepu,szepczącimdouchaswesugestieiinstrukcje.Panowałatuatmosferajakw
muzeum.ByćmożeniebędziemywogólemusiałyiśćdoMuzeumSztukPięknych.

-Czymogęwczymśpomóc?-zapytałazzaladykrępasprzedawczyni.

Chybatylkocudemudałojejsięwbićwszarykostiumik.Czarnewłosymiałazwiązanew
kucyknadkarkiem.Niemiałażadnejbiżuterii.Zmierzyłanaswzrokiem,niewydawałasię
uradowanaperspektywąobsługiwaniadwóchnastolatek.Noelleodchrząknęłaizrobiła
krokdoprzodu.Nigdywcześniejtaksięniecieszyłamztego,żejesttużobokmnie.Nie
znoszęmiećdoczynieniaznadętymisprzedawcami.KiedyjeszczemieszkałamwCroton,

wstydziłamsięczasamiwejśćnawetdoGaPa.

-Owszem.Próbujemysiędowiedzieć,ktozamówiłtezaproszenia-zaczęłaNoelle,przez
ladępodającsprzedawczynizaproszenienaDziedzictwo.

Kobietapodniosłaje,obróciławpalcach,przebiegławzrokiempowytłaczanejkarcie,po
czymodłożyłająnaladę.ZdecydowanymruchemdłonipopchnęłazaproszeniekuNoelle.

-Przykromi.Wszystkiezamówieniasąściślepoufne-rzuciła.

Noellezmierzyłająwzrokiemodstópdogłówiprzezchwilęmyślałam,żezarazurządzi
scenęzpiekłarodem,alenagle,nistąd,nizowąd,uśmiechnęłasię.Jejtwarzrozświetlił
naj-szczerszyuśmiech,jakikiedykolwiekuniejwidziałam.

-Rozumiem-powiedziała.-Tylko.…dziewczynyunaswszkole…-wyjaśniła,
wzruszającramionami-urządzająekskluzywnąimprezęizpremedytacjąpomijają
niektóreuczennice.

Tylkodlatego,żesąnaprzykładtroszkęprzykościalbomająbrzydszącerę,albo
pochodząnieztychrodzin,cotrzeba.Wysyłajązaproszeniawedługwłasnegowidzimisię.

Zcałychsiłstarałamsięnieroześmiać.Tobyłazwykłapodpucha-akcjawstylu
Constance.

Słodkiej,niewinnejConstanceTalbot,całkowitegoprzeciwieństwaNoelle.Musiałamsię
odwrócić,żebysprzedawczyniniezauważyła,jaksięczerwienię.

-Toobrzydliwe!-wykrzyknęłakobietazaladą,nagleokazującnamwspółczucie.

Niedowiary.WdziesięćsekundNoellebezbłędnieoceniłatękobietęidoskonale
wiedziała,coskruszyjejopór.

-Chciałybyśmysiętylkodowiedzieć,któradziewczynatymwszystkimzawiaduje,
żebyśmymogłyznią,wiepani,porozmawiać-Noellemówiładalejbłagalnymtonem.
Spojrzałamnaniąprzezramię.-Bototakieniesprawiedliwej,

KobietauważnieprzyjrzałasięNoelleimnie.

-Czekajcieno,toznaczy,żewasniezaproszono?-zapytałapodejrzliwie.

Sercepodskoczyłomidogardła.SprzedawczyninajwyraźniejrozszyfrowałaNoelle.Była
zdecydowaniezbytpięknaizadobrzeubrana,bystaćsięofiarąostracyzmuzpowodu

background image

pieniędzylubwyglądu!

-Nie,nie,naszaproszono.!-Noelleskromniespuściłaoczy.-Dlategomamyzaproszenie.
Alewielenaszychprzyjaciółekpominięto,abeznichniepójdziemy.Chcemywich
imieniuprzeciwstawićsiętejprowodyrce.Jesttakiemałecoś,cosięnazywalojalność,
wiepani?

Kobietanadalniewyglądałanaprzekonaną.Tenpodstępjednakniezadziała.Wtedy
Noellepochyliłasięnadladąizpowagąspojrzałasprzedawczyniprostowoczy.

-Niechpaniposłucha:dwalatatemuniktbymnieniezaprosił.Miałamokularyjakdenka
odbutelek,pryszczeinadwagę.Nicpięknego.

Aniprzezmomentniedałabymsięnatonabrać,alemuszęprzyznać,żeNoellebyła
całkiemprzekonująca.

-Wiem,jaktojestbyćwykluczonymztowarzystwa,dlategochcędołożyćstarań,żebyto
samoniespotkałoosób,naktórychmizależy-ciągnęłaNoelle.-Czywtakimraziemoże
paninampomóc?

Sprzedawczynirzuciłaokiemnatyłysklepu,gdziejejkoleżankacałyczaspomagała
klientkomwybieraćzaproszenia.

-Dobra,alejakktośbędziepytał,tojaniemamztymnicwspólnego-powiedziała.

Odwróciłasiędokomputeraiszybkocośwpisała.ZaskoczonadołączyłamdoNoelleprzy
ladzie.Wyciągnęładomnierękę,zaplecami,abyniktniewidział,ajaszybkoprzybiłam
jejpiątkę.

-A,jest.Nawetsamaprzyjmowałamzamówienie-wyszeptałakobieta.-Pamiętamtę
dziewczynę.Chudablondynkazniebieskimioczami.Naokobyławwaszymwieku.
Miaładziwnąmanierę,byłatakachłodna,nawetjakbynieobecna.Czytowamkogoś
przypomina?

Zmroziłomnie.Noelleijaspojrzałyśmynasiebie.Tak,tonamkogośprzypominało.Ale
toniemogłabyćprawda.Noelleodchrząknęła.

-Byćmoże-odparta.-Znapanijejnazwisko?

-Tak,nazywałasię.,.-sprzedawczynipochyliłasięwnasząstronęiściszyłagłostak,że
ledwobyłojąsłychać-LoisLane.

WoczachNoellebłysnęłyiskierki.Przygryzławargi,bypowstrzymaćzłośliwy
uśmieszek.

Skądznałatędziewczynę?

-Pamiętapanicośjeszcze?-zapytała.-Czybyłatuzkimś?Amożedokogośstąd
dzwoniła?

-Ztego,copamiętam,toowszem-jużnormalnymgłosempowiedziałakobieta.-

Rozmawiałazkimśprzeztelefon

imówiła,żetegosamegodniawybierasięjeszczedosklepujubilerskiegoUngah.

Noellewsunęłazaproszeniedotorebki.

background image

-Stokrotnedzięki,panno…?

-Roxanne—podpowiedziałasprzedawczyni,wyciągającdłońwgeściepożegnania.-
Mamnadzieję,żetaLoisLanedostanieto,nacozasługuje.

Noelleznówsięuśmiechnęła,tymrazemjużbardziejnaturalnie:

-O,tak,proszęsięniemartwić.Jużmytegodopilnujemy.

background image

Naszakolej

-Dobrarobota-pochwaliłamNoelle,gdyszłyśmyalejąCommonwealth.

-Jakzabraniecukierkamałemu,grubiutkiemudziecku-odparłaNoellezuśmieszkiem.

Nodobra,toniebyłouprzejme.Alecotam.Powiedzenie.prostejakzabraniedziecku
cukierka”zawszewydawałomisiębezsensu.Przecieżtonapewnoniemożebyćproste.

-NotokimjestLoisLane?Znaszją?

Noelleroześmiałasię.

-Reed,niezałamujmnie.LoisLane?-Spojrzałanamniewymownie,ajaodwzajemniłam
jejspojrzenie.-LoisLane??DziewczynaSupermana?Przecieżtojedenz
najpopularniejszychpseudonimów!

-Orany!-Poczułamsięnaglejakidiotka.-Dlaczegoktośmiałbyzamawiaćartykuły
papierniczepodfałszywymnazwiskiem?

Nagleżołądekścisnąłmisięzprzerażenia,kiedyprzypomniałamsobie,jakimisłowami
sprzedawczyniopisałatęLoisLane.DokładnieopisałaArianę.Aonanapewnomiała
powody,bywystępowaćpodfałszywymnazwiskiem.Aletoprzecieżniemożliwe.Ariana
siedziałazamkniętawjakimśszpitaludlaobłąkanych,prawda?Zamkniętadokońca
swoichdni.

-Przestańmyślećotym,oczymwłaśniemyślisz-powiedziałastanowczoNoelle.-Na
świeciesąmilionyblondynekzniebieskimioczamipatrzącymitępowdal.Niebez
powodupowstałtakistereotypblondynki.Arianasiedzisobiebezpieczniewpokojubez
klamek.

ChociażmatampewniewygodyjakwhoteluWaldorf-Astoria.

Noelleotwarławielkiesrebrnedrzwidodostojniewyglądającegosklepu.Zawahałamsię
przezmoment,poczympodążyłamzanią.WymieniłaimięAriany-kiedyśswej
najlepszejprzyjaciółki-porazpierwszy,odkądwróciładoEaston.Imiętoprzywodziłona
myślmilionypytań.AlekiedyprzypominającyShrekaochroniarzprzyglądałmisięzza
drzwi,uznałam,żetoniejestnajlepszymomentnazadawaniepytań.

-Wchodzipanienkaczywychodzi?-zagadnąłszorstko.

-Wchodzę,wchodzę-odparłam.

Powietrzewsklepiebyłochłodneirześkie.Wnętrzeutrzymanebyłowszarejtonacji.
Szaredywany,szareściany,szarośćwsetkachlśniącychszklanychszafek.Gdziekolwiek
sięobróciłam,widziałamdiamenty.Diamenty,rubiny,szmaragdy,szafiry,ametystyiinne
kamienie.Wjednejzszafekspoczywałróżowydiamentrozmiarućwierćdolarówki.

Umieszczonogowozdobnymnaszyjnikuwykonanymzmaleńkichbiałychdiamencików
-

wyglądałyjakwianekzkwiatów.Tysiącediamentów.Niedopomyślenia,żemogłabym
kiedyśmiećnaszyicośtakwytwornegoikosztownego.Musiałabymsięnajpierwzapisać

background image

nakurssamoobrony,żebywtakimnaszyjnikuczućsiębezpiecznie.

-Reed,spójrz.-Noellepomachałaręką,żebympodeszła.-Trzeciodtyłu.

Wskazałapalcemnajednązszafek,niedotykającszkła.Patrzyłanadiamentwkształcie
kostki-wspaniały,wielki,osadzonynapierścionkuiotoczonypaseczkiemzdiamencików
wielkościłebkówodszpilki.Przełknęłamślinę,któranaglenabraładziwnego,kwaśnego
smaku.Pierścionkizaręczynowe.Noelleoglądałapierścionkizaręczynowe.

Ukradkiemzerknęłamnajejprofil.OczyNoellelśniły,awyrazjejtwarzymożnaby
nazwaćrozmarzonym.CzymyślałaoDashu?Dlaczegonamyślotymzrobiłomisię
niedobrze?

-Wczymmogępanienkompomóc?Możecośpokazać?-starszypanzaladąprzemówił
donasprzyciszonymbarytonem.Najwyraźniejbogacicenilisobieciszęwsklepie.

Noellezaczęłacośmówić,alepołożyłamjejdłońnaramieniu,byjąpowstrzymać.Po
pierwsze,potroszedlatego,żebałamsię,iżzacznieprzymierzaćpierścionki
zaręczynowe.Apodrugie,jeślichciałazbajerowaćtegogościa,tonajpierwjamiałam
zamiarspróbowaćtejsztuki.Wkońcutobyłamojamisja,aniemisjaNoelle.

-Witam,nazywamsięLoisLane-oznajmiłam.-Kilkatygodnitemuzłożyłamupaństwa
zamówienieichciałamsprawdzićjegostatus.

-Oczywiście,paniLane.Tędyproszę-powiedziałmężczyzna,skinąwszykunamgłową.

Podążyłyśmyzanimdostojącegowrogukomputera.Najwyraźniejpotrafiłamsiępozbyć
lękuprzedsprzedawcami,kiedybroniłamwłasnegoterytorium.

Kilkauderzeńwklawiaturęi„moje”zamówieniewyskoczyłonaekranie.

-Tak,widzę,żezamówiłapanitrzystadwadzieściapięćplatynowychspinekdo
banknotówiczterystasiedemzłotychpierścionków.Nawszystkichmiałabyć
wygrawerowanaliteraD.

Zaschłomiwgardle.Tojestto!SymbolDziedzictwa.Tani-by-LoisLanenaprawdę
organizowałacałeprzedstawienie.

-Tak,zgadzasię-wydusiłam.

-Chciałapani,abywszystkodostarczyćpodadres,którypodałapaniprzedtygodniem-
dodał

sprzedawcazuprzejmymuśmiechem.

Adres!Otochodzi!Tegonambyłotrzeba!-Ajaki…

TymrazemtoNoellepołożyłamidłońnaramieniu.

-Chciałaścośdodaćdozamówienia,prawda,Lois?-powiedziaładobitnie.

Sięgnęładotorebkiiwyjęłamalutkąkarteczkę,naktórejnagryzmolonojakieśliczby.

-Będziemypotrzebowaćdodatkowopięćdziesiąttrzyspinkidobanknotówisześćdziesiąt
pięćpierścionków-ciągnęłaNoelle.-Itymrazemtojazapłacę.Loisjużswojezrobiła-

dodałazprzelotnymuśmieszkiem.

background image

-Oczywiście-odrzekłsprzedawca,znówskinąwszygłową.-Gdybymtylkomógłprosić
panikartękredytowąiszczegółydotyczącedoręczenia,panno…

-Lange.NoelleLange-odparłaNoelle,kładącnaladzieczarnąkartęAmericanExpress.

Kiedyjużzłożyłyśmyzamówienieiwyszłyśmyzesklepunaświeżepowietrze,zdałam
sobiesprawęzeswojejpomyłki.LoisLaneniepotrzebowałabyprzecieżprosić
sprzedawcyopodaniejejwłasnegoadresu.Omałoconiezawaliłamcałejsprawy.Będę
musiałajeszczepopracowaćnadswoimitalentamiśledczymi:Alboprzynajmniejnie
wyruszaćnamisiepoczterechmimozach.

-Adlaczegopięćdziesiąttrzyisześćdziesiątpięć?-spytałamNoelle,gdyznówszłyśmy
alejąCommonwealth.

-Botylewystarczydlaobecnychdziedzicówidlamłodychabsolwentów.Noidla
wszystkichdziewczynzBillings-wyjaśniłarzeczowoNoelle.Założyłazauchokosmyk
włosów,porwanyprzezchłodnywietrzyk.-Niemasprawy.

-Co?-wyjąkałam.-Niewierzę,żetozrobiłaś.

-Owszem,zrobiłam.Pilnujęswoichinteresów-odparta,biorącmniepodrękę.Podrodze
rzuciłaokiemwoknowystawowe.

-Niewierzę,żechceszzmieniaćzasadyDziedzictwa.Noellezatrzymałasięispojrzałami
woczyma

-ToLoisLanepierwszajezmieniła-podkreśliła,przysłaniającoczyciemnymiokularami.
-

Teraznaszakolej.

background image

Przerwa

SklepnazywałsięFlourishibyttakekskluzywny,zewejściedońoznaczałajedyniezłota
tabliczkanaceglanejścianiebudynku.Widniałynaniejadresidatazałożeniasklepu-rok
1912.Przechodzącprzezdrzwi,poczułamnagłąobawę,żezsufituspadnienamniesiatka,
poczymwłączysięalarmobwieszczającywszemiwobec,iżotoprzezprógprzeszła
pozerka,Nieważne,ileczasuzdążyłamspędzićwpodobnychmiejscach,nadalczułam,
jakgdybymbyłatamnienamiejscu,Zamiastalarmówisiecizobaczyłamjednakubrane
wczarnekostiumysprzedawczyniesunącewmojąstronępomiękkim,pluszowym
dywanie.Nadzieńdobryzaproponowałymiszampanaikawę,anastępniezaprosiłyna
zwiedzaniekolekcji.

NiecałągodzinępóźniejrazemzNoellesiedziałyśmywprzymierzalniwiększejniżmoja
sypialniawdomurodzinnymKażdaznasdostaładoprzymierzeniadwanaściesukni-
jednąwspanialsząoddrugiej.Alenajpierwobowiązki,potemprzyjemności.Krawcowa
miałajużwymiaryNoelle,alezemniemusiaładopierozdjąćmiarę.Siwowłosapaniz
brązowymmetremkrawieckimstanowczymtonemnakazałamirozebraćsiędobieliznyi
właśniemierzyłakażdączęśćmojegociałaswymizimnymiikościstymipalcami.

-OBoże,Reed,zapomniałam,jakajesteśpruderyjna-powiedziałaNoelle,stojącobok
mnie.

Jejobfitepiersidoskonalemodelowałczarnykoronkowystanik.Czarnekoronkowe
majtkiledwozakrywałyjejpośladki.Nawetjasięzarumieniłam.-Nieżebybyłonaco
patrzeć.

Pewniebymsięobraziła,gdybynieto,żeakuratmiałarację.Genetykawpołączeniuz
predyspozycjamidosportudaławmoimprzypadkuefektwpostacisylwetki,którąmożna
byraczejnazwaćchłopięcą-szerokieramiona,płaskibrzuch,niewidocznebiodra.
Przynajmniejbiustwtymrokuniecomiurósł.Ażkrzyknęłamzradości,kiedywlecie
wybrałyśmysięzNatashąnazakupyiodkryłam,żemojamiseczkaawansowałado
rozmiaruB!Natashaprzezponadgodzinęśmiałasiędorozpukuzmojejreakcji.

-Wielkiedzięki-odparłamobojętnie.

Noelleprzewróciłaoczami.Włożyłaczarnątaftowąsuknięrozszerzanądołem,poczymją
zapięła.Jakożesukniabyłaciutzaduża,Noellezebrałająnieconaplecach-teraz
materiał

opinałjejdoskonałąfiguręwkształcieklepsydry.

-Nieprzejmujsię-powiedziała,gdywykrzywiłamsię,bopalcekrawcowejznów
dotknęłymojegociała.-Zobaczysz,okażesię,żebyłowartopocierpieć.Sukniabędzie
pasowałajakulał.Dariajestgeniuszem!

-Dziękuję,panienkoLange-odrzekłaDaria.Krawcowaprzykucnęłaizmierzyładługość
mojejnagiejnogi.Poczułamciarkinawewnętrznejstronieudaicałeszczęście,że
powstrzymałamodruch,bokopnęłabymbiednąkobietęwgłowę.

-Przepraszam-powiedziałam,gdyzauważyłagrymasnamojejtwarzy.Dariajedynie

background image

zacisnęłaustaiwstała.

-Wporządku,pannoBrennan-odparła.-Gotowe.Proszęnamdaćznać,gdybyczegoś
panipotrzebowała.

-Dziękujębardzo.

Kiedyodeszłazmetremkrawieckiminotatnikiem,nareszcieodetchnęłamswobodniej.

Noellezdjęłazwieszakabrązowąsuknię,jednązwybranychdlamnie.

-Tojestto.Znamtękieckę.

Przymierzyłamją.Jedwabnydotykmateriałułaskotałmniewkostki,cichoszeleszcząc.

Wsunęłamramionawkrótkierękawki.Musiałamzebraćzaplecamiowielewięcej
materiałuniżNoelle.Spojrzałyśmydolustranaswojeodbicia.Westchnęłam.PrzyNoelle
wyglądałamjakdziesięciolatkabawiącasięwprzebieranki.

-Wspaniale!Zobacz,jakpodkreślatwojąkarnację!-zzachwytemwykrzyknęłaNoelle.

-Czyjawiem…Chybawolałabymcośbardziejeleganckiego-powiedziałam,ściągając
sukienkę.

-Ajacośbardziejseksownego-przytaknęłamiNoelle.Rozpięłasuknię,któraopadłana
podłogę,ikopnęłająna

bok,gdzieleżałyjużdwieinne.CałaNoelle.Kieckajestwartakilkatysięcy,aonakopie
jąjakpiłkędonogi.Zdjęłazwieszakadługą,obcisłączerwonąsuknięiprzymierzyłają.
CośtakiegomogłabymiećnasobiepodczasgaliRinnanHearst,sławna,nominowanado
OscaramacochaCheyenne.

-No,tojestcoś-powiedziałaNoelle,przybierającprzedlustremprowokującąpozę.

Ztrudempowstrzymałamsię,byniewlepićwniąwzroku.Tofaktyczniebyłocoś.
Wszystkiekrągłościnaswoimmiejscu.Marzenie.

Noelleodgarnęławłosy,przerzucającjezaramię,poczymwydętausta.Przywodziłami
namyślgwiazdyfilmowezdawnychczasów,takiejakVeronicaLakeczyMarilyn
Monroe.-

Musiszmiećtękieckę-powiedziałam,zapinającwłasną.-Wiem.Dashpadniezwrażenia
-

odparłaDrgnęłamiprzezprzypadekprzycięłamsięsuwakiem.Krzywiącsięzbólu,
rozpięłamzamekiobróciłamsię,chcącsprawdzić,czynaplecachzostałślad.Istotnie,
zauważyłamwyraźnyczerwonypunkt,alenaszczęścieniepolałasiękrew.

-DashwybierasięnaDziedzictwo?-Starałamsięmówićopanowanymtonem,mimoże
całyczaspocierałamzaczerwienionąskórę,cowcaleminiepomagało.Przecieżdopiero
coDashmipowiedział,żeoniNoëllejużniesąrazem.Apamiętamteż,żeNoëlleto
samomówiłatamtegowieczoruwNowymJorku.Czycośsię,udiabła,zmieniło?

—Notak.—NoëlleskręciławłosywwęzełiprzytrzymałajeztyługłowyOdwracała
twarztowjedną,towdrugąstronę,przyglądającsięwłasnemuodbiciu.-Dashzawsze
jestmojąosobątowarzyszącą.Alejakożenawetmnienieuwzględniononaliście

background image

tegorocznychgości,więcwłaśniezamówiłamdlaniegododatkowąspinkędobanknotów.

NonoNoellełamałazasady,gdziesiętylkodało.-Aha.

Dopięłamwreszciesukienkęiprzejrzałamsięwlustrze.Sukniabyłaprzepiękna—nie
miałarękawów,aurnadekoltuijedenbokgorsetubytyozdobionemaleńkimibłysz-
czącymipunkcikami.Gorsetłączyłsięzfalbaniastąspód-nicą.Zdecydowaniecałośćbyła
bardzoelegancka.Możnabypowiedzieć:dziełosztuki.AleprzyNoelleitakczułamsię
jaktroll.

Dashnapewnopadniezwrażenia,kiedyjązobaczy.Padnie,apotempójdzieprostodo
nieba.

SpojrzałamwlustronaodbicieNoelle,kiedyodwróciłasię,chcączobaczyć,jak
prezentujesiętyłjejsukni.Otomojaszansa.Mamwreszcieokazjęprzekonaćsię,coona
naprawdęczujedoDasha.Ico,jejzdaniem,możeprzynieśćprzyszłość.Byćmoże
gdybymzcałąpewnościąwiedziała,żeznówsąparąlubprzynajmniejżeNoelle
zdecydowaniebytegochciała,mogłabymdaćsobiespokójzeswoimidiotycznym
zauroczeniemiskupićsięnaJoshu.Nachłopaku,któregopodobnokocham.

Wzięłamgłębokioddech.Tak.Tobyłdobryplan.Dowiedziećsię.Ruszaćdalejdoprzodu.

Próbującprzybraćjaknajbardziejobojętnyton,zapytałam:

-Imyślisz,żesięznówzejdziecie?-Poprawiłamsukienkęiprzejrzałamsięwlustrze,
chcącsprawiaćwrażenieosobyzupełnieniezainteresowanejtematem.

-Oczywiście-odpartabezwahaniaNoelle.Wszystkowemniezamarto.Wmomencie.

-Naprawdę?-wyjąkałam.Zauważyłambłyskwjejpiwnychoczach.

-Wydajeszsięzaskoczona.

-Nie.Nie,skądżeznowu.-Gorączkowoszukałamsłów.-Jatylko…Niewiem.Niewiem
nawet,dlaczegosięrozstaliście.Niebyłampewna,czyposzłoocoś,oczymdasię
zapomnieć,czy…

Zamknijsię,Reed.Wkopujeszsięcorazgłębiej.Immniejgadasz,tymlepiej.

Ugryzłamsięwjęzyk,zanimzdążyłampalnąćcośjeszczegłupszego.

WreszcieNoelleodpowiedziała!

-Cóż,pewnieotymniewiesz,bocięwtedyniebyłowEaston,aledozeszłegorokuukład
międzynamiwyglądałtak,żecojakiśczassięrozstawaliśmy,apotemwracaliśmydo
siebie.

Alezawszewracaliśmy-tobyłytylkoprzerwy.Terazznówmamytakąprzerwę,alejeśli
wszystkopójdziepomojejmyśli…

Tuprzerwałairzuciłamispojrzenie,któremówiło,żewszystkozawszeidziepojejmyśli.

-TojeszczeprzedDziedzictwemsięzejdziemy-zakończyła,przygładzającwłosy.

Wpatrzyłamsięwswojeodbiciewlustrze.CzyDashpadłby,gdybyujrzałmniewtym
stroju?Chociażtaknaprawdę,czytomiałojakiekolwiekznaczenie?Joshowitasukienka
napewnobysięspodobała.Byłaakuratwjegoguście-ciekawykrój,oryginalnykolor.

background image

Dziełosztuki.Joshzpewnościątodoceni.

-Bioręją-powiedziałam,szybkorozpinającizdejmującsuknię.

-Dobrywybór-pochwaliłaNoelle.

-Chodźjuż.Musimyzapłacićiwpaśćchociażnachwilędomuzeum.Powinnyśmysięjuż
zbierać-powiedziałam,nerwowowkładającdżinsy.

-Dobra.Zapłacićzatwoją?-zapytałaNoelle,odkładającsuknię,którąwybrała,z
powrotemnawieszak.Wprzeciwieństwiedotych,któreodrzuciłaikopnęławkąt
przymierzalni.

Zjakiegośpowodujejpropozycjadoprowadziłamniedobiałejgorączki.

-Nie.Billingsmatutajotwartyrachunek-odparłam,wyciągającrękęwkierunkujej
sukienki.-Dopiszędoniegomojąitwoją.

Noelleprzyglądałamisięprzezdłuższąchwilę.Niemiałamzielonegopojęcia,oczym
akuratmyśli,anawettrochęsiętegoobawiałam.Alewreszciepowolisięuśmiechnęła.

-No,nareszciezaczynaszrozumieć-powiedziała,wręczającmiswojąkreację.Gdy
ruszyłamdowyjścia,odwróciłasięrazjeszczewstronęlustra.-Pamiętaj,żebyim
powiedzieć,żespieszynamsięzprzeróbkami.

-Rozumiem-mruknęłam,poczymwyszłamzprzymierzalni.

Wieszwszystko.Maszwszystko.Rozumiem.Uwierzmi,jużrozumiem.

Niewdzięczna

-Mamznakomitewiadomości!-krzyknęłam,gdytegowieczoruwpadłamdopokoju.

Postanowiłamskupićsięnapozytywach.Anajwiększympozytywembyłyzpewnością
wiadomości,którepowinnywyrwaćSabinęzdziwnegoprzygnębienia,wktórymsię
ostatniopogrążyła.Jasne,wydawałosię,żeniepopieraDziedzictwa,alewiedziałam,że
zmienizdanieteraz,gdyokażesię,żeteżbędziezaproszona.Siedziałanałóżkuzigłąi
niciąijakimśkawałkiemmateriałuumocowanymnatamborku.Kiedyweszłam,upuściła
robótkę.

-Cojest?-zapytała,prostującsię.

-Atoco?-Wskazałampalcemnatamborek.Namomentoderwałamsięodwłasnych
myśli.

Niecodzieńwidujesięszesnastolatkęzrobótkąręczną.

-A,robięcośdlasiostry.-Sabinęschowałatamborekpodpoduszkę,jakgdybysię
zawstydziła.Alezarazwyzywającouniosłapodbródek.

-Haftuję.Tomnieuspokaja.

-Och,wporządkupowiedziałamirzuciłamtorebkęodChlośnałóżko.Sabinęnaprawdę
różniłasięodpozostałychuczniówwEaston.Mogłamtylkoprzypuszczać,coPortia,
PapużkiNierozłączkiiNoellepowiedziałybyohobbytakstaroświeckiminiemodnym,
Alezdecydowaniebyłotrochęracjiwtym,żehaftowanieuspokaja.Sabinęzawsze
wydawałasięopanowana.

background image

-Notojakiemaszwiadomości?-zapytała.

Nojasne!Wiadomości!Odwróciłamsiędoniej,omałosięnieprzewracając.-Wszystkie
idziemynaDziedzictwo!Sabinęzrzedłamina.-Aha.

Oczekiwałamtrochębardziejentuzjastycznejreakcji.

-Nierozumiesz?Toniewiarygodne!-krzyknęłam.-Niebędziemymusiałytutkwićsame,
podczasgdyinnidumniepomaszerująnanajwiększybalroku!Noellezdobyłapierścionki
dlawszystkichdziewczynzBillings,więczałapiemysięnaimprezę.Cóżtobędzieza
szalonanoc,samazobaczysz.

-Pierścionki?Jakiepierścionki?-zapytałaSabinę,przesuwającsięnakrawędźłóżka.

|Musiszmiećpierścionek,żebywejść.Organizatorzyzawszerozsyłająjakąśbiżuterię,
któramabyćdowodemnato,żedostałosięzaproszenie.Wzeszłymrokutobyły
naszyjniki-

wyjaśniłam.-WkażdymrazieNoellebędziejemiałaladadzień,apotemtrzebatylko
odebraćmailazpowiadomieniemoadresieigotowe,idziemy!

-Noellejezdobędzie-powiedziałaSabinę,akcentującpierwszesłowo.Opuściła
splecionedłonienakolanaispojrzałanamnie.

-Tak.Onajużjezamówiła-powiedziałam.-Aco?

-Atomidopieroniespodzianka-odparładrwiąco.

Podniosłasięipodeszładoswojegobiurka.Stojąctyłemdomnie,zaczęłaprzekładać
książki.

Dobra.Zaczynałomnietodenerwować.Niedość,żenieucieszyłasięnawieśćo
Dziezictwie

-każdyuczeńEastondałbysobierękęuciąć,żebysiędostaćnatęimprezę-tojeszcze
stroiłafochyzpowoduNoelle.Porazkolejny.

-MaszjakiśproblemzNoelle?-zapytałam.

-Nie-odparła.Zacisnęłampięści.

-Nie?Chciałabymwiedzieć.

Sabinewestchnęła.Ramionajejopadły.

-Cóż,popierwsze,dokuczami,odkądsiętupojawiła.

-Tyteżniebyłaśdlaniejzbytmiła-zauważyłam.

Wiem,marneusprawiedliwienie.TakjakbyNoelleprzejmowałasiętym,jakSabinęsiędo
niejodnosi.Niemniejjednakbyłatoprawda.

-Apodrugie,Noellenajwyraźniejchceprzejąćprezesurę-dodałaSabinę,jakgdybynie
usłyszałamoichsłów.

-Cotakiego?Nieprawda!-zaprzeczyłamzoburzeniemwgłosie.

-Reed!-Sabinęwytrzeszczyłaoczy,jakbyniewierząc,żemogębyćażtakślepa.-Jeśli
Noelleniechceturządzić,toczemu,odkądwróciła,niepozwalaciniczrobić

background image

samodzielnie?

Niesądzę,żebykiedykolwiekpopierałapomysłurządzeniabalumaskowego.
Podpuszczaławszystkich,abyupieralisięprzyDziedzictwie.Aterazwkręcanasnatę
imprezę,żebyśmyniemogłyurządzićwłasnegobaluzokazjiHalloween.Itoona
zdobywapierścionki,DlategowszyscywEaston-iwBillings-będąmusielibyćjej
wdzięcznizato,żezałatwiłanamzaproszenia.Nakażdymkrokupodkopujetwój
autorytet.

Zabolałomnieto,GapiłamsięnaSabinę-tozadziwiającejakpotrafiławykręcićkota
ogonem,byudowodnićswojeracje,AleniebyłojejznamiwBostonie.Niewidziała,jak
omaływłosniezawaliłamsprawyujubilera,aNoeliewostatniejchwiliuratowała
sytuację.Ibniebyłozaplanowanejinterweniowałaspontanicznie,botakabyłapotrzeba
chwili.SabinęnielubiłaNoelle,więckażdejejdziałanieinterpretowałajakoelement
spisku.

Wporządku,byćmożeNoellewprzeszłościknułaintrygi,aleterazsytuacjasięzmieniła.

-Myliszsięcodoniej-powiedziałamstanowczo.-Płacączapierścionki,zrobiłacośdla
naswszystkich.Niemyślałaosobie.Niezrobiłategodlasiebie.

Sabinęposmutniałaiznówwestchnęła.

-Skorotaksądzisz.,.

Poczymusiadłazabiurkiemipochyliłasięnadksiążkami,odwracającsiędomnie
plecami.

Tymrazemoznaczałotokoniecrozmowy.Sfrustrowanaskrzyżowałamręcenapiersiachi
spojrzałamprzezoknonaniebo.Zapadałzmierzchiwkampusiezapalałysięświatła.
Sabinęsięmyliła.Noelleijaprzyjaźniłyśmysię.Teraz,jaknigdywcześniej,czułam,że
jesteśmysobierówne.Oczywiściezwyjątkiemchwil,kiedyprzypominałami,że
pewnychsprawjeszczedobrzenierozumiem.Mimowszystkojednakodwaliłyśmyrazem
kawałdobrejroboty.Byłampewna,żezaszczytiuznaniedostanąsięnamobuporówno.

background image

Zaniedbanie

-IdziemynaDziedzictwo?Wszystkie?-wykrzyknęłaConstance.-OmójBoże,Reed!
Jesteśmojąbohaterką!

Inatakąwłaśniereakcjęliczyłam.Constancezapiszczałaiomałonieprzewróciłastojącej
międzynamiławy,gdypróbowałamnieuściskać.Jejgęstewłosydostałymisięprzytej
okazjidoust,więcszybkojewyciągnęłam,starającsięniezakrztusić,żebyjejnieurazić.

SiedzącyprzystolikuobokchłopcyzinternatuDrakęzasłoniliswojekonsolenawypadek,
gdybypofrunęławichstronęjakaśzabłąkanakawa.

-Ciii!-upomniałamjąmimowszystko,rozglądającsiępozatłoczonympomieszczeniu.
Przykażdymstolikuuczniowieszeptalicośmiędzysobą,uczylisięalboukradkiem
wymienialipocałunkinadkawąibułeczkami.-Niechcemy,żebywszyscyotym
usłyszeli,bopomyślą,żekażdymoże,ottaksobie,iśćnatenbal.

-Ach,prawda!-wyszeptałaConstance.

-Proszę,Constance!Nadchodziświeżaporcjaczekoladowychcroissantów!

Jakaśdziewczynazpierwszejklasy,wktórejrozpoznałamjednązprzyjaciółekAmberly,
postawiłaplastikowytalerznanaszymstoliku.SkonsternowanaConstancepodniosłana
niąoczy.

-Eeee,dziękuję.,.Lano,prawda?-spytała,-Z„Kroniki”?

-Tak!-Dziewczynarozpromieniłasię,słysząc,żeConstancepamiętajejimię.-Żaden
problem:jeszczewkolejceusłyszałam,żemaszochotęnaczekoladowecroissanty,więc
gdyzobaczyłam,żewynoszątacę,pomyślałam,żeprzyniosęcijednego-powiedziała,
wzruszającramionami.-Dozobaczeniajutronaspotkaniuwredakcji!

Larauciekła,aConstanceroześmiałasięzniedowierzaniem.

-Acóżtobyło?

Uśmiechnęłamsiędrwiąco.

-TakdziałasiłaprzebiciaBillings.TwarzConstancerozjaśniłasię.

-Poważnie?Alefajnie!Mójpierwszybonusztegotytułu!

Ugryzłasporykęscroissantaiuśmiechnęłasię.Wodpowiedziteżsiędoniej
wyszczerzyłam,cieszącsię,żeotoConstancedoświadczawpełnitego,cowiążesięz
przynależnościądoBillings.Napoczątkurokuwydawałosię,żedlaniejtachwilanigdy
nienadejdzie.

-Takczyowak,Whitpadnie,kiedysiędowieoDziedzictwie-wyszeptała.-Podobniejak
Astrid,LornaiSabinę!Zwariujązradości!

Oparłamsięnakrześleinapiłamsiękawy.

-WłaściwieSabinę…nietakbardzo-powiedziałamzgoryczą.

-Cotakiego?Atoczemu?-zapytałaConstance,szerokootwierającoczy.Pochwilinajej

background image

twarzypojawiłosięzrozumienie.-Czytodlatego,żejestcudzoziemką?

Zaśmiałamsię,przezcoomatoniezakrztusiłamsiękawą.ChłopcyzDrake’aznów
spojrzelinanaszprzerażeniemwoczach.Gdyprzestałamkaszleć,zapytałam:

-Cochciałaśprzeztopowiedzieć?

-No,żeniejeststąd,więc,wiesz,nierozumie,ocochodzizDziedzictwem-odparła
Constance,

-Aha.-Towyjaśnieniemiałosens.Byłamjednakprzekonana,żewtymwypadkunieoto
chodzi.Przynajmniejnietylkooto.-Nie,niewiem.Wydawałasiępoirytowana,że
pracowałyśmynadtąsprawąrazemzNoelle.

-Ach.-Constanceskinęłagłową.-Tak.Tomasens.

-Comasens?

-No…wiesz…Niezrozummnieźle,aleodkądNoellewróciła,spędzaszzniądośćdużo
czasu,

-Noi?…

Constanceuniosłajednoramięistarannieunikałaspojrzeniamiwoczy,wsypując
jednocześniekolejną-piątąjuż-saszetkęcukrudokawylatte.

-No…Możepoprostujestodrobinęzazdrosna.-Podniosłanamnieoczyizamieszała
kawę,poczymszybkoodwróciławzrokinapiłasię.

-Aha.

Prawda.Jakmogłomitonieprzyjśćdogłowy?Sabinęijazdążyłyśmysięzaprzyjaźnić,
zanimNoellewróciładoszkoły.Constancemiałarację.Zazdrośćsporobywyjaśniała.Ale
czymówiłarównieżosobie?Widząc,jaksięnaglerumieniiuciekawzrokiemwbok,
miałamwrażenie,żetak.

ByćmożeJoshteż…

Boże!Czybyłktoś,kogoniezaniedbywałamnarzeczNoelle?PomyślałamoJoshu;
wyobraziłamsobie,jakstoinaplażywMaineispoglądanachłodnyAtlantyk,podczas
gdyjegorodzinabawisięgdzieśprzyognisku.Naglezewszystkichsitzapragnęłambyć
obokniego.Kiedywróci,trzebabędzienadrobićparępocałunków.Całetuziny.-
Constance,przepraszam.

-Zaco?-zapytałagłośno.

-Ostatnio…-chciałampowiedzieć:„zaniedbywałamcię”,alezabrzmiałobytozbyt
egoistycznie-…byłambardzozajęta-dokończyłam.-Alenieprzejmujsię,teraztosię
zmieni.

Constanceuśmiechnęłasiętakpromiennie,żenamomentmnieoślepiło.

-No,przynajmniejzabawimysięwszystkienaDziedzic-twie!

Itobyłamojaoptymistycznakoleżanka!

-Tak,zabawimysię-odrzekłamzdumą.

background image

-IWhit,iJosh!Orajuśku,ależbędziejazda!IWhit.IJosh.IDash.Oranyboskie!

Właśniemiałamsięnapićkawy,aleodsunęłamkubek.Chłopak,któregowykorzystałam,
chłopak,zktórymsięspotykałam,ichłopak,zktórymflirtowałamzaplecamiwszystkich.
Inaglemyśl,żemamysięwszyscybawićnajednejimprezie,wydałamisięniecodziwna.

Tak.„Jazda”tojednakzbytdelikatneokreślenie.

background image

Uznanie

Wniedzielęranopowietrzebyłorześkie,chłodneiświeże-doskonałydzieńna
przechadzkępodziedzińcu,podziwianiekolorowychjesiennychliściipochwaleniesię
nowymiciuchaminatęporęroku.Podwodząnaszychnieustraszonychprzywódczyńmy,
dziewczynyzBillings,znalazłyśmymiejscewsamymcentrumakcjiirozłożyłyśmyna
ziemikaszmirowenarzutyodBurberry.Usiadłyśmynanichzewszystkimiksiążkami,do
którychnawetniemiałyśmyzamiaruzaglądać,iprzeszłyśmyodrazudorzeczy,czylido
przyglądaniasięludziomiplotkowaniaonich.

-Uwierzycie,żeIvyiGageznowuzesobąkręcą?-powiedziałaVienna,odkręcającduży
srebrnytermos.Przyniosłazesobąkilkatermosów,którewcześniejnapełniładlanas
kawązCoffeeCarma.-Czyżbyśmyjużtegonieprzerabiały?Czasznaleźćcośnowego.

-GageiIvy?-wykrzyknęłazdziwionaSabine.

-Jakmogłaśtegoniezauważyć?-zapytałazkpinąwgłosiePortia,spoglądającnadrugi
koniecdziedzińca.~Noprzecieżbardziejjużchybaniemogąsięafiszować.

Wszystkieodwróciłyśmysię,bypopatrzeć.Prawda.GagenieodrywałsięodIvy.
Przydybał

jąnaschodachdoPiekielnegoHallu.Językiposzływruch.PalceIvyzacisnęłysięna
swetrzeGage’a.Jegodłoniezabłądziłypodjejspódnicę.Musiałamimprzyznaćpunktyza
koncertowągłupotę.Takjakbyniewiedzieli,żedziesiątkinauczycieliipracowników
administracjimogłyichwkażdejchwilizauważyć.

-Toobrzydliwe-powiedziałaTiffanymimowszystkokierującnanichzoom.

|Dlaczegoona?-zapytałaSabine,wyraźniezdenerwowana.

-Boonaniemażadnychzasad-sarknęłaNoelle,przyjmującodViennykubekzkawą.

-Niezwracajnanichuwagi,Sabine-powiedziałamściszonymgłosem,ściskającjąza
rękę.

OdmojejwczorajszejrozmowyzConstancepostanowiłampoświęcaćwięcejuwagi

przyjaciółkom.-Mówiłamci,staćcięnakogośowielelepszego.

Sabinedelikatniesięuśmiechnęłaiodwróciła,byniewidziećtejniskobudżetowej
pornografii.Grzecznadziewczynkai

-Acodozasad…-Portiaodgarnęłanaplecygęstewłosy.Miałanasobie

szmaragdowozielonygolf,którywświetlesłonecznymwspanialeuwydatniałblaskjej
oczuiciemnewłosy.Terazzrozumiałam,dlaczegouważazielonyzaswójkolor.-Czyto
prawda,żewszystkieidziemynaDziedzictwo?

-Prawda-odparłaNoelle,popijająckawę.

-Toniedowiary,dziewczyny.-Roserozpromieniłasię.Wygładziłaztyłubrązową
zamszowąspódnicęiusiadławygodniejnanarzucie.-Zawszebyłamwściekła,żenie
może-mytamiśćwszystkierazem.

background image

-Nototerazmożemy.Oczywiściepodwarunkiem,żedowiemysię,gdziesiębalodbywa
-

przypomniałamim.-Ach,zapomniałabym,muszęzadzwonić.Zarazwracam.

Podniosłamsięiodeszłamkawałekdalej,dostojącejwpobliżukamiennejławki.
ZapisałamwszystkienumeryJennyKormanwswoimiPhonie,taknawszelkiwypadek;
terazzamierzałamwprawićwruchostatnitrybiknaszegoplanu.Wolałamtozrobićjak
najprędzej.

WybrałamnumertelefonukomórkowegoJennyiusiadłamnazimnejławce,czekającna
połączenie.

-Reed!Czemuzawdzięczamtęprzyjemność?-zabrzmiałjejniecozachrypniętygłos.

-Witam,pani…Jenno.Przepraszam,żeprzeszkadzamwniedzielę.

-Nicnieszkodzi.Gramzmężemwgolfa-odparławesoło,anastępnieściszyłagłos.-
Nudnetojakdiabli.Żadenmężczyznaniewygrałbyzemną,nawetgdybysamTiger
Woodsnosiłzanimkije.Notowczymmogęcipomóc?Rozumiem,żedostałaś
zaproszenie?

-Tak,bardzodziękuję.Mamyjużprawiewszystko,czegonambyłotrzeba-wyjaśniłam.

Grupkadziewczynprzechodziłaakuratkołomoichprzyjaciółek,alekiedyzauważyły,jak
bardzozbliżająsiędoNoelle,ominęłyjąszerszymłukiem.Przewróciłamoczami.Coone
sobienibymyślą?Żepogryziejepokostkach?

-Dobrze.Miłotosłyszeć-powiedziałaJenna.-Walter!Ugnijkolana!Nigdynieuginasz
kolanjaktrzeba!-krzyknęłaoboksłuchawki.-Przepraszam-wróciładorozmowy-co
mówiłaś?

Stłumiłamśmiech,apowiewwiatruodgarnąłmiwłosyztwarzy.

-Potrzebujemyjeszczekopięostatniegomaila,tego,wktórympodanogodzinęiadres
miejsca,gdzieodbywasiębal.Żadnejznasniemanaliście,rzeczjasna.

-Toniejestproblem.Poproszęcórkę,żebyprzestałacitegomaila,jaktylkogootrzyma.

Przygryzłamwargę?

-Itujestkłopot.OrganizatorDziedzictwanajwyraźniejzagroził,żekażdy,ktopomoże
uczniomzEastondostaćsięnabal,zostaniewykluczonyzimprezy.

Jennazaśmiałasięszyderczo.

-Nodobra.Mojacórkapowinnasięjużnauczyć,jaksobieradzićzrozczarowaniem.Po
pierwsze,trzebabyłoiśćdoEastonzamiastdoszkołyswojegoojca.Terazmanauczkę.

Szczękamiopadła.Zauważyłam,żeNoelleprzyglądamisięzzaciekawieniem.Nie
mogłamuwierzyć,żeBillingsjestdlaJennyważniejszeniżwłasnarodzina.Byćmoże
jeszczeniedokońcazdawałamsobiesprawęztego,cooznaczaprzynależnośćdo
Billingsl

-Rozumiem.Dziękujębardzowtakimrazie-powiedziałam.-Dziękujęzawszystko.

-Niemazaco.Mamnadzieję,żektóregośdniabędęmiałaokazjępoznaćcięosobiście-

background image

odpartaJenna.-Aterazbędęcięmusiałaprzeprosić;powinnampomócmężowi,boznów
będzietłukłwpiłkęniewiadomoilerazy.Dowidzenia,Reed.

-Dowidzenia.

Usłyszałamzasobąjakieśzamieszanie-topilnującydyscyplinypanWhiteściągnął
Gage’aiIvyzeschodów.Gagegłośnoprotestował,aleIvyposłusznieodeszłaz
zadowolonymuśmieszkiemnatwarzy.Cozadziwadło.

-Noicopowiedziała?-spytałaNoelle,gdywróciłamdodziewczyn.

Iotowłaśniemiałamszansęudowodnić,żeSabinęniemiałaracji,Tojazałatwiamnam
wstępnaDziedzictwo.NikomuinnemunienależąsiępodziękowaniazatelefondoJenny
Korman.

Adotegowszystkiedziewczynysątutaj,namiejscu,kiedybędęogłaszaćdobrą
wiadomość.Imnieprzypadniecałachwała.

Właśnieotwierałamusta,bystreścićrozmowęzJenną,kiedyzobaczyłamJoshaidącego
wnaszymkierunkuprzezdziedziniec.Wyglądałznakomiciewbiałymswetrzerybackimi
sztruksach.Przezramięmiałprzerzuconątorbę,wktórąspa-kowałsięnaweekend.
Spojrzał

namnieniepewnie,amnieażsercezabolało.Tylemiwystarczyło,bypodjąćszybką
decyzję.Chwałamożezaczekać!

-Powiemwampóźniej-rzuciłamdoNoelle.

-Reed,noniebądźtaka!Cocipowiedziała?-dopytywałasięNoelle,podczasgdyreszta
dziewczynwydałazsiebiezbiorowypomrukniezadowolenia.

Alenieodwróciłamsiędonich.Joshczekał,ajaokrążyłamnaszpiknikiprzeszłamprzez
dziedziniec.ChwilępóźniejznalazłamsięwramionachJosha.Gdymnieprzytulił,
westchnął

jakbyzulgą.Pachniałsłonympowietrzemidymemzogniska.

-Przepraszam-szepnęłamnadjegoramieniem.Tęskniłemzatobą.

PoczymudaliśmysięwmiejsceniecobardziejodosobnioneniżschodyPiekielnego
Hallu.

Wdzięczność

Pierścionkiprzystanowśrodępopołudniu.Niemogłamsiędoczekać,byjerozdać,ale
pamiętającopoleceniuCromwella,wiedziałyśmy,żeostatniąrzeczą,jakąnależałozrobić,
byłootwarciewstołówcestoiskaztransparentem:PROSZĘODBIERAĆWEJŚCIÓWKI
NADZIEDZICTWO.Postanowiłyśmywybraćjakieślepsze,nierzucającesięwoczy
miejsce.

Wieczorem,tużprzedzamknięciempoczty,przyniosłyśmydookienkaplikkopert-po
jednejdlakażdegozaproszonegozEaston,adotegooczywiściedlakażdejdziewczynyz
Billings.

Wiedziałyśmy,żerówniedobrzemogłyśmyrozdaćimpierścionkiwinternacie,ale
dlaczegomiałabyjeominąćtakafajnaintryga?

background image

Później,wczwartekpoobiedzie,NoelleijawymknęłyśmysiędoCwendolynHall,
przycupnęłyśmynaławcepodstarym,walącymsięwejściemdobudynkuiczekałyśmy.

CwendolynbyłopierwsząsiedzibąEaston-razemzkaplicąstanowiłonajstarszy
kompleksnatereniekampusu-aleodlatbyłozamknięteiwyłączonezużytku.Wszystkie
drzwiioknazabitodeskami,naktórychfarbąwypisano:NIEWCHODZIĆ.Zeszłej
wiosnypytałamNatashę,dlaczegozarządnierozebrałtegobudynku,skoropowszechnie
uważanogozakłopot,aleNatasharoześmiałasięzmojejnaiwności.Najwidoczniejw
Eastonnienależałoczepiaćsięniczego,costanowiłotradycję,nawetjeślizdążyłaona
zarosnąćchwastamiizalęgłysięwniejgryzonie.

-Spójrz-powiedziałaNoelle,przyciskającpalecdodrewnianejpowierzchniławki,na
którejsiedziałyśmy.

Pochyliłamsięnadjejkolanamiispojrzałamnasetkiznakówwyciętychscyzorykiem.

Zauważyłamwyrytewdrewnieserce,awniminicjałyDM+NL.Rysunekwyglądałna
nowszyniżpozostałe,alezdecydowaniestarszyniżtenajświeższe.Zmusiłamsiędo
uśmiechu.

-Kiedy…

-Dashtowyciąłwpierwszejklasie-odpowiedziałazpełnymzadowoleniauśmiechem.-
Tozupełnieniewjegostylu.Przecieżzawszetakprzestrzegazasad.

Zastanawiałamsię,czyzdziwiłabysię,słysząc,żeprzestrzegającyzasadDashdwarazy
omalmnieniepocałował,podczasgdyNoellewydawałosię,iżjegosercenależytylkodo
niej.

Oczywiście,ledwotamyślprzyszłamidogłowy,natychmiastpoczułamsięwinna.Noelle
byłamojąprzyjaciółką.Jakmogłamsnućtakiezdradzieckiewizje,siedząctużobokniej?

-PrzychodziłaśtukiedyśzJoshem?-spytała.

-Nie-odparłam.PrzypomniałymisięchwilespędzonezThomasem,wspomnienia,które
usilniestarałamsięwyprzećzeświadomości.-NiezJoshem.

Odwróciłamgłowę.

-Aha-szepnęłaNoelle.

Zapadłapełnanapięciacisza.BogudziękiNoellechwilępóźniejdostrzegłanaszego
pierwszegoklienta.Wyznaczyłyśmykażdemukonkretnągodzinęnaspotkanie-cotrzy
minutyjednaosoba.WpierwszejkolejnościpostanowiłyśmywezwaćGage’a,żeby
szybkomiećgozgłowy.

-No-powiedziałGage,uśmiechającsięlubieżnie,gdywchodziłposchodach.-Tascenka
przywodzinamyślróżnemożliwescenariusze.Chceciepokoleiczyobienaraz?Bomnie
wszystkojedno-ciągnął,zacierającręce.Jeszczechwilaizaczniesięoblizywać.

-Fuj,dajsobiespokój-odparłam.Wyjęłamjednozmałychczarnychpudełeczeki
wręczyłamjeGage’owi,którynajwyraźniejjeszczerozkoszowałsięmyślą,że
zaprosiłyśmygotutajnafiglenaturyseksualnej.Jakożewyprowadziłyśmygozbłędu,
wyglądałnazdezorientowanego.Dopókinieotwarłpudełka.

background image

-Niemożliwe.-Wyciągnąłspinkędobanknotów,podrzuciłjąwgórę,anastępniezłapał.-

Czytojestto,oczymmyślę?

-IdziesznaDziedzictwo.Gratulacje-objaśniłammu,poczymspojrzałamnaNoelle.-

Chociażzaczynamsięzastanawiać,dlaczegowłaściwiewciągnęłyśmygonalistę.

Gagechybamnienieusłyszał.Upadłnakolanaizłożyłmipokłon.

-Cofamwszystko,cokiedykolwiekzłegootobiepowiedziałem,ReedBrennan.Wygląda
nato,żeusiebienawsinauczyłaśsięjednakparusztuczek.

-Dzięki.Chybamaszrację-zakończyłamrozmowę.

NastępnybyłLanceReagan.Spojrzałnamnie,NoelleiklęczącegoprzedemnąGage’a.
Niemiałpojęcia,cojestgrane.Byćmożeniepowinnyśmybyływybraćdotegocelu
miejsca,wktórymparyspotykałysięnaprzytulankiipodobneekscesy.Alezdrugiej
stronywłaśniedlategotenzakątekcieszyłsiępopularnością,żebyłtajny,ukrytyi
odizolowanyodresztykampusu.

-Chłopie!IdziemynaDziedzictwo!-oznajmiłGage,podskakująciobejmującramieniem
szerokiebarkiLance’a.-Poważnie?-zapytałLance.Oczynaglemusięzaświeciły.

-Możeszjużodejść-powiedziałaNoelledoGage’a.

-Cotakiego?Adlaczego?Jachcęsięzabawić-odparłGagezobrażonąminą.

-Bochodziwłaśnieoto,żebynieściągaćtucałegotłu-muiniewzbudzaćpodejrzeń-

wyjaśniłam.

-Nojeśliniechciałyścieniczegowzbudzać…-zacząłGage.gapiącsięnanaszeokryte
spódniczkaminogi.Bonatęokazjępostanowiłamsięubraćbardziejelegancko.

-Spadajjuż!-krzyknęłyśmyjednocześnie.Gagewkońcuzałapał,ocochodzi.Wciągu
następnejgodzinyNoelleijarozdawałyśmypierścionkiispinkidobanknotów,pławiąc
sięwwylewnejwdzięcznościnaszychkolegówikoleżanek.Wreszcieposchodachwspiął
sięJosh.

MiałnasobiekoszulkęznapisemHarvard,kraciastąkurtkęidżinsyzmalutkimi
dziurkaminakolanach.Wyglądałtakcudnie,żeażmisercepodskoczyło.Wstałamiz
uśmiechempodałammujegospinkędobanknotów.

-Dzięki-odpowiedział,nawetnieotwierającpudełka.

-Nieotworzysz?-zapytałamzrozczarowaniemwgłosie.Wiemjuż,cotojest.Gagełazii
wszystkimotymrozpowiada.

Noelleijaprzewróciłyśmyoczami.-Niewiarygodne.

Noellewstałaizeszłaposchodach,chcącwybadaćsytuacjaUcieszyłamsię,żenachwilę
zostawiłanassamych.

-Niecieszyszsię?-zapytałam,chwytającgozarękę,-Wszyscyidziemy!Nawetja!

Joshuśmiechnąłsiędelikatnie.

-Toakuratfajnie.

background image

Sercezabitomijeszczemocniej.Agdziepodziękowanie?Agdziedumazdobrze
wykonanejroboty?

-Cojest?

-Nic-odparłJosh,chowającpudełkodokieszeni.-Tylko…Jeszczewięcejpijaństwai
deprawacji?Chybajużztegowyrosłem…

Poczułamsię,jakbymiprzyłożył.Tojabiegamzwywieszonymjęzorem,starającsię
wkręcićnasnabal,próbującuratowaćhonorEaston,adotegowłączyćwDziedzictwo
jegoipozostałych,aonnawetniemazamiarumipodziękować!Cogorsza,niechce
nawetiśćnatenbal.GdybytoDashtutajstał,napewnooszalałbyzradości.Napewnoby
mipodziękował.Byłamotymprzekonana.

Boże,cosięzemnądzieje?Muszęnadsobązapanować.Niemogęichcałyczas

porównywać.

-Przepraszam.Źletowyszło-powiedziałJosh,biorącmniezarękę.-Oczywiścieże
pójdziemyizpewnościąbędziemysiędobrzebawić.Powinnaśzobaczyć,jakwszyscy
wariujązradości.Uszczęśliwiłaświeleosób,Reed.

Dobra.Terazbyłolepiej.Aleitakwolałabym,żebyodrazutakpowiedział.

-Idioci,staliwszyscywkupie-rzuciłaNoelle,wracającdonas.-Zupełnieniekapują,o
cochodziwpotajemnychspotkaniach,czyco?Przysięgam,tomusiałbyćjakiścud,żew
ogóledostalisiędotejszkoły.

Noelleusiadła,byprzejrzećlistęisprawdzić,czyktośjeszczemożesiępojawić.Josh
zbliżył

siędomnie.

-Podobamisię,żekorzystaszzwładzywdobrymcelu,aniewzłym-szepnąłmido
ucha.

Cofającsię,rzuciłwzrokiemwkierunkuNoelle.Czyżbytomiałabyćaluzja?Żeniby
Noellebyłazła.Czyliwcalemunieprzeszło.

-Dzięki-powiedziałam,przewracającoczami.Zmusiłamsiędośmiechu,bowiedziałam,
żeJoshchce,bympotraktowałajegosłowajakodowcip,aniechciałamjużprzedłużać
pożegnania.

-Tonarazie,dziewczyny-odezwałsięJosh,porazpierwszyzwracającsięrównieżdo
Noelle.

-Dozo,Hollis-odparłaNoelle.

GdyJoshsięoddalał,mimowolniepoczułamsięzawiedziona.Dlaczegoniemógłbyćze
mniedumny?Dlaczegonieumiałmniewspierać?Dlaczegoaniprzezchwilęnieumiałsię
zdobyćnaentuzjazm.

Paręosób

TamtegowieczoruwróciłamdopokojupożmudnejnaucezKikiiparomainnymi
osobami,którechodziłyzemnąnazajęciazchemiipraktycznej.Następnegodniaczekał

background image

naspierwszyważnyegzamin,którymiałobjąćwszystko,czegouczyliśmysięod
początkusemestru.

Wysłuchawszyformułek,wzorówiwynikówdoświadczeńwykutychnapamięćprzez

kolegówikoleżankizklasy,zaczynałammyśleć,żewłaściwieniczegosięnienauczyłam.

ByćmożemogłabymprzekonaćpanaDramble’a,abyprzełożyłtest.Aleczywpływy
Billingsbyłyażtakmocne?

Wykończonaprzysiadłamprzedkomputerem,żebysprawdzićpocztę.Dostałammailaod
mojegobrata,Scotta,zatytułowanego„LwyNittanyrządzą!”.Tomogłopoczekać.
Kolejnybyłodmamy-przekazałamiwiadomość,prawdopodobniejedenztych
głupawych

wierszyków-łańcuszków,któreodlatkrążąwsieci.Mamadopieroconauczyłasię
korzystaćzpocztyelektronicznej,więcwszelkielegendymiejskie,kawałyoblondynkach
ihistorieowiecznejmiłości,któreznałamodwieków,wciążbyłydlaniejcałkowitą
nowością.Pominęłamzatemitęwiadomość,klikającodrazuwpierwszegomailana
liścieodebranych.

Przyszedłzaledwieprzedkilkomaminutami.

OdDasha.Temat:“Gratulacje”

Jakzwyklespojrzałamprzezramię,zanimgootworzyłam.

Reed,

SłyszałemoTwojejakcji.Dobrarobota!Wiedziałem,że

cięnatostać.Whittakerjesttakpodekscytowany,żemoimzdaniemmógłsobiecoś
uszkodzić.

Czyzabrzmidziwnie,jeślipowiem,żejestemzciebiedumny?Czytakpowiedziałby”tylko
przyjaciel”?

Donastępnego!

Dash

No,tobyłoowielelepszeniżjegoostatnimail,Ico?Takiejwłaśnieodpowiedzi
oczekiwałamodJosha,DumyGratulacji,Czytotakietrudne?Sercezabiłomiszybciej,
gdyzabrałamsiędopisaniaodpowiedni,aleprzerwałam,nagleprzypominającsobieo
Noelle,Pomyślałam,żeonaiDashprawdopodobniepójdąrazemnaDziedzictwo,aon-
nadal-mitegoniepowiedział,Wykasowałampierwsząlinijkę,izaczęłamjeszczeraz,od
nowa.

Dash,

Dzięki,Awięcwydajemisię,żetylkoprzyjacielemogąbyćdumnizsiebienawzajem,A
propos,podobnoIdzieszzNoelle.Towspaniaławiadomość,

Reed

No,tomupokaże,jakmałomnieruszajego…

background image

Wiadomośćzwrotnaprzyszłaniemalnatychmiast.OdDasha.Byłterazwnecie.Dlaczego
samamyślotymsprawiła,żeprzyspieszyłmipuls,jakbymwłaśniezakończyłabiegna
czterystametrów?

Reed,

Toprawda.Noellepowiedziała,żezdobyładlamniejednąztychspinekdobanknotów.I
dobrze.Nabalubędzieparęosób,zktórymibardzochcęsięzobaczyć…

Dash

Potakiejwiadomościuśmiechjakośniechciałmizejśćztwarzy.

background image

Plan

Następnegodniadostarczononaszesuknie.WszystkiepozostałedziewczynyzBillings
dostałypaczkizdomówalbozamówiłykilkasukienekprzezInternet,żebywzaciszu
własnegopokojudokonaćwyboru.NawetpoczątkowoniechętnienastawionaSabinę
dostałasukienkęodmamy.Wspaniałą,białą,nowoczesnąsuknięzjedwabnymsznurkiem
dookołaszyiidośćgłębokimwycięciemnaplecach.Wszystkowreszciewróciłodo
normy,agdziekolwieksięobróciłyśmy,uczniowiezcoznamienitszychrodzinwymieniali
szeptemprzypuszczenia,gdziemożesięodbyćbalikogomożnasięnanimspodziewać.
Dreszczykoczekiwanianapełniałnasradością.Dziękitemuwszystkoinne-lekcje,
egzaminy,Cheyenne,anawetJoshiDash-zupełniewyleciałomizgłowy.

Alebyłjeszczejedenmałyproblem.

-Sprawdzałampłot,kiedyposzłamranopobiegać-szepnęłaNoelle,wślizgującsiędo
bibliotekiizajmującmiejscenaprzeciwkomnie.-Jestzapieczętowany

-Cholera.Awszystkieinnewyjściasąmonitorowane.

-Cromfaktycznieobstawiłwszelkiemożliwefronty-mruknęłaNoelle,zhukiemrzucając
nastolikpodręcznikdohistorii.-ŻyjemywjakimśzakichanymAlcatraz!

-Chybaniemaszzamiarusiępoddać?-syknęłamznadstołu.

-Jasne,żenie-odcięłasię.-Mówiętylko…

Obiepodniosłyśmywzrok,gdynanaszstolikpadłczyjścień.ToAmberly,zadziornai
ubranajakspodigły,jakzwyklezresztą,zLarąidrugąprzybocznązaplecami.

-Cześć,Noelle!Cześć,Reed!-powiedziałazuśmiechem.

-Cześć,Amberly-odparłam.

Nadalniewiedziałam,comyślećotejdziewczynie.Wydawałasięsłodka,alewjej
uśmiechuwyczuwałamcośsztucznego.

-MójtyBoże,Noelle,właśniesiędowiedziałam,żemojarodzinawybierasięwtymroku
naświętadoNowegoJorku-zagaiłaAmberly,kurczowościskającksiążki.-Będziesz
mogłamniezabraćnawszystkieodjazdoweimprezy!

Noelleuśmiechnęłasiędrwiąco.

-Bardzobymchciała,Amberly,alemojarodzinazawszespędzaświętanawyspach.

MinaAmberlynaglezrzedła,kącikiustopadłyjejjakDroopyemuzkreskówki.-Aha.

Alenatychmiastjejtwarzznówrozjaśniłuśmiech.

-Notomożenamówięich,żebyzmieniliplanyiteżpojechalinawyspy.Rodziceprzecież
zrobiądlamniewszystko.

Cieszymysięwszyscy.

-Wiem.SąfantastyczniipowiedziałaNoelle.

background image

-Acotyrobiszwświęta,Reed?-zwróciłasiędomnieAmberlyzradościąwgłosie.-Też
wybieraszsięnawyspy?Niemogłampowstrzymaćśmiechu.-Eee,nie,niejadę.

-No,byćmoże-poprawiłamnieNoelle,przyglądającmisięzuwagą.

-Poważnie?-spytałam.

-Aczemunie?Zdecydowaniepowinnaśjechać.Jestempewna,żeświętawzabitej
dechamidziurzewStanachtoświetnazabawa,alejeśliniebyłaśnigdynawakacjachw
St.Bart’s,toniemożeszpowiedzieć,żeżyjesz.

Dobra.Tobyłzupełnienieoczekiwanyzwrotakcji.Sampomysł,żemiałabymdzielić
beztroskieżycieNoellepodczasszkolnychferii,przyprawiłmnieociarki.Aleczy
mogłamolaćrodzicówiScotta,skorotomiałybyćpierwszetrzeźweświętamojejmamy?

-Zastanowięsię-odparłam.-Aledziękizazaproszenie.

-Oj,musiszpojechać!Będziemymogłysięzabawićwszystkierazem!-zaszczebiotała
Amberly.-Odrazuzadzwoniędomamy!

Wyjęławścieklezielonytelefon,którydoskonalepasowałdojaskrawozielonegopaskana
ściągaczugranatowegoswetra,poczymgootwarła.

Noelleprzewróciłaoczami,odwracającsięnakrześlewstronęAmberly,którejtwarz
opromieniałwesołyuśmiech.

-Niechciałabymbyćniegrzeczna,Amberlyi…orszaku-zwróciłasiędostojącejztyłu
cichejstrażyprzybocznej-alewłaśniecośomawiałyśmy.

Amberlyzawahałasięprzezmoment,anastępniezamknęłatelefon.

-Cotakiego?Cojestgrane?-spytała.-Przecieżmożeszmipowiedzieć.Znamysięjak
łysekonie.

-Wiem,toprawda-odparłabezzająknięciaNoelle.-AletasprawadotyczyBillings.

Dowieszsięwszystkiegozajakieśparęlat.jestemtegopewna.

Amberiyzaśmiałasięjakgłupidosera.Noelewłaśniepowiedziałajejcoś,cochciałaby
usłyszećkażdauczennicaEaston.Pokazałajejmożliwośćdostaniasięwszeregi
dziewczynzBillings.ZaplecamiAmberiyjejstrażprzybocznazaczętagorączkowo
szeptać.

-Naprawdę?-spytałapodnieconaAmberiy.Chybazdałasobiesprawę,żewjejgłosie
zabrzmiaławdzięcznośćgraniczącazdesperacją,boszybciutkoodchrząknęła:-Napewno
takbędzie-dodała,unoszącpodbródek.-Cóż,jeślibędzieciepotrzebowałypomocy,to
wiecie,gdziemnieszukać.Iniezapomnijciezadzwonićidaćmiznać,cozSt.Barfs!
Będzieniezłajazda!Cześć,Noelle!Cześć,Reed!

Odeszłarazemzprzyjaciółkamiiwłaśniemiałamwrócićdorozpoczętejwcześniej
rozmowy,kiedyNoellespojrzałanamniezporozumiewawczymuśmiechem.e$

-Maszplan,zgadłam?-powiedziałam,rozpoznającbłyskwjejoku.

-No,możenieplan-odparła.-Alepewneprzeczucie…Zanimzdążyłamzapytać,co
konkretniemanamyśli,zauważyłam,żektośskradasięzaregałemzaplecamiNoelle.

background image

Sercezabiłomimocniejzprzerażenia.Ktośnasszpieguje.Podsłuchuje.Dostrzegłam
błyskbłękitnychoczu,białąskórę.

Podskoczyłam,odpychająckrzesłodotyłu.-Cojest,Reed?Cosięstało?-zapytała
Noelle.

Podniosłamdłońibiegiemokrążyłamregał.Zupełniewbrewzdrowemurozsądkowi

pomyślałamoCheyenne.IoArianie.Choćobascenariuszebyłyniemożliwe,czułam,że
ktośmnieśledzi.Ktośmnieobserwuje.Któżbyinny?Ktoinnymiałbypowód,żebymnie
prześladować?

Niemiałampojęcia,coodpowiedziećNoelle.Niewiedziałam,jakstanąćtwarząwtwarzz
kimślubczymś,comiałamnapotkać.Alechwilępóźniejzrozumiałam,żewcalenie
muszęnicwiedzieć.

Bonikogotamniebyło.

background image

Buntowniczka

Sobota,30października.KażdetajnewyjściezkampusuEastonzostałosprawdzone.

Wszystkieokazałysięniedostępne.Byłyśmywkropce,chybażeKomandoFoki
zgodziłobysięwedrzećnaterenszkołyijakośnasstądwyprowadzić.

Noelleijabyłyśmytegowieczoruwsalonie.Gapiłyśmysięnasiebie,siedzącpo
przeciwnychstronachjednegozmałychstolikówpodścianą.Stoliktenzwolniłydlanas
dwiedziewczynyzdrugiejklasy,kiedytylkozauważyły,żepatrzęwichkierunku!
Powiedziały,żeitakmiałyzamiarjużiść.Wszyscynamsięprzyglądali.Czekalinajakiś
znak.Nasygnał,którydowiódłby,żeniemachałyśmyimprzednosemtymDziedzictwem
tylkopoto,żebywostatniejchwilipowiedzieć,żenicztego.Niktjednaknieśmiał
podejśćizapytaćnaswprost,coplanujemy.Znalazłyśmysięwpotrzasku.

-Musibyćjakiśsposób-powiedziałaNoelle.

-MusimyzadzwonićdoSuzel-szepnęłam.Noellewestchnęła.

-Mówiłamci,żewolałabymjejdotegoniemieszać.Musimywymyślić,jakporadzić
sobiesamodzielnie.

-Noelle.Dziedzictwojestjutro.Jutro!Musimyopracowaćplanipowiadomićonim
wszystkichzainteresowanych.Niemaczasudostracenia.ASuzelnietylkojestw
zarządzie,alekiedyuczyłasięwEaston,teżbyłaswegorodzajubuntowniczką.

PrzeczytałamwcześniejwiadomościzplikudotyczącegoSuzel.Takobietaoprostych
zębachizawszeułożonychwłosach,która-choćtrudnobyłowtouwierzyćĄmoże
postawićEastonnarównenogi,wciągupierwszychtrzechlatspędzonychtutaj
sześciokrotniebyłabliskawydaleniazeszkoły.Byłazamieszanawewszystkiemożliwe
afery,odotrzęsin,poprzezpyskowanienauczycielom,ażponarkotyki.Wostatniejklasie
jakimścudemprzeobraziłasięwewzorowąobywatelkę,którąobecniebyła.Coskłoniłoją
dozmiany?Tejinformacjiwplikujużnieznalazłam!

Noellerzeczjasnaniewydawałasięzaskoczonatąwiadomością.Zawszewiedziała
wszystkoowszystkich.

-Założęsię,żeSuzelwieotymkampusierzeczy,októrychnamsięnawetnieśniło-

powiedziałam.

Noelleprzyjrzałamisięzwielkąpowagą.

-Dziedzictwojestjutro-powtórzyłam.Noellewypuściłapowietrzenosem.

-Wporządku.Zadzwoń.

ChwyciłamiPhone’aiodszukałamnumerSuzelnaliściekontaktów.Odebrałapo
pierwszymsygnale.

-Cześć,Reed-odezwałasięenergicznie.-Cosłychać?

-Wporządku,dziękuję,acoupani?-odparłam,wstajączkrzesła,bypochodzićitym
sposobemniecorozłado-waćnapięcie.Trzymałamsięściany,żebyniktniepodsłuchał

background image

tego,comówię,alewszyscywsalonieobserwowalimojeruchyipokazywalimnieswoim
przyjaciołom.Czułamsięjakwklatcewzoo.

-Teżwporządku,dzięki,żepytasz!

-Proszęposłuchać,mamytupewienproblem-przeszłamdorzeczy.

-Walśmiało-zachęciłamnie.

-NobojutrojestDziedzictwo,aciągleniewiemy,jakwydostaćsięzkampusu-
wyrzuciłamzsiebie,przygryzającwargę.

Suzelciężkowestchnęłaiprzezchwilęmyślałam,żezawaliłamsprawę.ŻeNoellemiała
rację.Żezawiodłyśmy.

-Właśnietegosięobawiałam-przyznała.-DyrektorCromwelltopotwornycykor.Aleja
nicniemówię,jakbyco.

Zaśmiałamsię,jednocześniezulgąirozbawieniem.TwarzNoelleniecosięrozjaśniła.

-Dobra.Jestjednowyjściezkampusu…Cromwellnapewnoniepodejrzewa,żemożecie
jeznać-powiedziałastanowczoSuzel.-JutrowieczorembądźciepodGwendolynHall
dokładnieoszóstej.Ztyłusądrewnianedrzwiprowadzącedopiwnicy.Tojedynewejście,
któregonigdyniezabitodeskami.Dopilnuję,żebybyłootwarte.

-GwendolynHall?-spytałam,spoglądającnaNoelle,którazkoleiprzyjrzałamisięz
zaciekawieniem.

-Tak.Tambędąnawasczekałydalszewskazówki-powiedziałaSuzel.-Dopilnuj,żeby
ludzieprzychodzilipokolei.Jeśliprzyjdąwszyscynaraz,napewnozwrócączyjąśuwagę.

Zrozumiano?

-Zrozumiano-odparłam.

Mówiłarzeczowym,konspiracyjnymtonem.Spodziewałamsięjuż,żepowie,iż
natychmiastpozakończeniurozmowymójtelefonulegniesamozniszczeniu,alezamiast
tegoSuzelpoprostużyczyłamipowodzeniairozłączyłasię.

-GwendolynHall?-zdziwiłasięNoelle.-Przecieżtokawałdrogiodbramy.

-Wiem-potwierdziłam,gdytylkozpowrotemusiad-łam.-Mówiłamci.Takobietajest
naprawdędobra.-Wzięłamgłębokioddechiwestchnęłam.-Alemamyjeszczejeden
problem.

-Crom?

-Owszem.Wygrażałsię,żebędzienamdeptałpopiętach-powiedziałam,przeczesując
dłoniąwłosy.-Chybabędziemymusiałyjakośodwrócićjegouwagę.Trzebagobędzie
czymśzająćwtymczasie.

-Otymsamympomyślałam-odpartaNoellezesprytnymuśmieszkiem.-Ichybacoś
mam.-

Wyprostowałasięnakrześle.-Amberly?-rzuciłanacałygłos.

Amberlyomałonieprzewróciłakrzesła,takszybkowstałanatowezwanie.

background image

-Tak?

Pozatymwsaloniepanowałaabsolutnacisza.Wszyscyzpewnościązachodziliwgłowę,
dlaczegodziewczynazpierwszejklasy,którawdodatkuniedostajezaproszeniana
Dziedzictwo,jestwzywanaprzezdwiedziewczynyzBillings.

iPodejdźnotunamomencik,razemzkoleżankami-poleciłaNoelle.

Amberlypochyliłasię,szepnęłacośdoswoichprzyjaciółek,poczymobiedziewczyny
pospieszyły,byotoczyćjąniczymgwardiaprzyboczna.Niemiałampojęcia,ocochodzi,
alezaczynałomisiętopodobać.

-Amberly,Reedchciałabyciępoprosićodrobnąprzysłu-gę-wyjaśniłaNoelle,
podnoszącnaniąwzrok.

Dziewczynamiałaprzynajmniejnatylerozsądku,byzachowaćpozorybeztroski.

-Niemaproblemu-odpowiedziała.-Aojakąprzysługęchodzi?

-Tojestprzysługa,zaktórądziewczynyzBillingsbędąmiałyuciebienazawszedług
wdzięczności-powiedziałaNoelleznacząco,spoglądającpokoleinakażdązdziewcząt.

Wszystkietrzyzarumieniłysięażposameuszy.Wiedziały,cotooznacza.Jeśli
wyświadczątęprzysługę,dziewczynyzBillingsnigdyotymniezapomną.Jeślizasłużą
sobienanasząwdzięcznośćjużwpierwszejklasie,wprzyszłościzostanązaproszonedo
najważniejszegoinajbardziejekskluzywnegointernatuwcałymkampusie.

-Dobra,zrobimyto-obiecałaAmberly.Niemusiałanawetnaradzaćsięzprzyjaciółkami.
-

Cokolwiekbytobyło.

Noelleposłałamizłośliwyuśmieszek-odrazuwiedziałam,coknuje.Odwrócićuwagę.

Zmyłka.Internat,wktórymmieszkałaAmberly,znajdowałsiępoprzeciwnejstronie
kampusuniżGwendolynHall.GdybyudałojejsięściągnąćtamCromwellaiochronę,
mielibyśmywszyscywolnądrogę.Alemusielibyśmyzgraćwszystkowczasie,apretekst
dowezwaniadyrektoramusiałbybyćwiarygodny.Cromwellniemiałprawaprzejrzeć
tegoplanu.

Aletakiplanumiałabyobmyślićtylkojednaosoba-Noelle.

-Dobrze.Właśnietakąodpowiedźchciałamusłyszeć-rzekłaNoelledonie
podejrzewającejniczegouczennicypierwszejklasy.-Aterazsłuchajcie…

background image

SekretGwendolyn

Wieczór31październikabytprzeraźliwiezimny.Znaszychoddechówtworzyłysięw
powietrzuniewielkiechmurki.SzesnaściedziewczynzBillingsstałopodzachodnią
ścianąnaszegointernatu,patrząc,jakochroniarzezbiegająsięzewszystkichzakątków
kampusudoBradwell.Kurczowochwyciłamplastikowąreklamówkę,wktórejleżała
mojakreacjanatęnoc,butyisrebrnabłyszczącamaskawybranaspośróddodatków
specjalnieprzeznaczonychnaDziedzictwo,któreNoelleprzezlatazbieraładopudełka.
Pozapojedynczymikrzykamisłychaćbyłotylkooddechymoichprzyjaciółek.

-IdzieCromwell-wyszeptałaNoelle.Notak,niebyłowątpliwości:wysoka,masywna
postaćprzemknęłasięwłaśnietylnymwejściemdointernatudlauczenniczpierwszeji
drugiejklasy.

-Terazporananas.

Odwróciłamsiędoresztygrupy-krewpulsowałamiwskroniach,wnadgarstkachiw
klatcepiersiowej!

-Terazruszapierwszaósemka.Resztaodczekadokładnietrzyminuty,apotembiegiem!

Wszystkiekiwnęłygłowami!

-Dobra.Ruszamy.

Sabinewyciągnęładłońichwyciłamniezarękę.Odwróciłyśmysięwszystkie,poczym
pobiegłyśmynatyłyinternatu,anastępniekryjącsięzadrzewami,wkierunkuGwendolyn
Hall.Konturyobracającegosięwruinębudynkuwznosiłysięnatlerozświetlonego
gwiazdaminiebaniczymnawiedzonydom.Gdytakbiegłyśmy,wydawałosię,żekażdy
naszkrokrozbrzmiewaechemjakwystrzałzarmaty,akażdyoddechsłychaćjak
podmuchporywistegowiatru.

Niemamowy,żebynamsięudało.Napewnoktośnasprzyłapie.Niematakiej
możliwości,żebysięnampowiodło.

Dotarłamdotylnychdrzwipierwsza.Wejścieczęściowoprzysłaniałystuletniebluszczei
chwasty.PuściłamdłońSabine,pocichuzmówiłampacierz,poczympopchnęłamdrzwi.

Otwarłysięzeskrzypieniem,któremogłobyzbudzićumarłego.

-Idziemy!-wyszeptałam,wpuszczającdziewczynydośrodka.

Ledwonaszaósemkaweszładobudynku-ja,Noelle,Sabine,London,Vienna,Tiffany,
RoseiConstance-pojawiłasięgrupachłopcówzKetlar.Mielijużnasobiesmokingi.
Joshszybkomniepocałował,przechodzącobok,poczymschyliłamsięipodążyłamza
nimi,zostawiającdrzwiotwartedlanastępnejgrupy.

-Niepodobamisięto-powiedziałaSabine,czającsięwprzejściu.-Tookropnemiejsce.
Tujesttakstrasznie.

-Wszystkojestwporządku-uspokoiłamją,wchodzącdozimnejkamiennejpiwnicy.

Sufitbyłniski,więcTiffany,Noelle,Gage,Joshijamusieliśmysiępochylić.Na

background image

wszystkimleżałagrubanatrzycalewarstwakurzuibrudu.Tuzinystaroświeckich
drewnianychbiurekstałyustawionebylejakpodścianą,

-MuszęsięzgodzićzSabine-powiedziałJosh.-Możepowinniśmydaćsobiespokój.

Nicnieodpowiedziałam.Niemamowy,terazniezawrócę.Posuwającsięwgłąb

pomieszczenia,LondoniViennaprzytuliłysięizaczęłyhisteryzować,słysząc
popiskiwanieiszuranienapodłodze.

-Fuj!Myszy!Nienawidzęmyszy!-wrzasnęłaConstance.Poczymwydarłasięilesiłw
płucach.ToGagenastraszył

ją,dotykającjejramienia.

-Constance,cichobądź!-upomniałamjągłośnymszeptem.

-Gage,dorośnijże,dojasnejcholery!-rzuciłaNoelle.PozostałedziewczynyzBillingsw
tejwłaśniechwiliweszły

dobudynkuiwpiwnicyzaczęłosięrobićciasno.-Icoteraz?-zapytałaTiffany.

-Wskazówki.Suzelpowiedziała,żezostawinamwskazówki-odparłam.

Noelle,jaikilkainnychosóbrozeszłosiępopomieszczeniu,szukającjakiegokolwiek
znakuwprzyćmionymświetlewpadającymdośrodkaprzezoknapodsufitem.Imdłużej
szukaliśmy,tymmocniejwaliłomiserce.AjeśliSuzelnieudałosiętudotrzeć?Jeśli
natknęłasięnaCromwella?Jeśli…

Wtedyzabłysłojakieśświatło.Jednocześniepoczułamwpowietrzusłodki,gryzący
zapach.

-Ktotupali,dodiabła?-spytałaostroNoelle.

LondoniViennazachichotały.Wtymmomenciedopiw-nicyweszłokilkaosóbzdrugiej
klasy.

Super!Terazsięnaprawdęwkurzyłam.Trawka?Ibeztegobyłotuduszno.

-Hej.wytam!Narobiciesmroduiściągniecienamkogośnakark!

LondonzaciągnęłasięmocnojointemipodałagoViennie.-Przepraszamy,Reed.
Paliłyśmyjużwewszystkichbudynkachkampusu,aletutajnigdynieudałonamsięwejść.

-GwendolyntonaszświętyGraal-poparłająVienna,wstrzymującwpłucachdym,przez
cojejtwarzzrobiłasięcałapomarszczonainiecojakbywklęsła.-Wtejchwiliudałonam
sięzakończyćnaszązielonąpodróżpoEaston!

LondoniViennawybuchnęłyśmiechem,wypuszczającdymażpodsufit.

-Bardzotodojrzałe-skomentowałaNoelle,gdyGage

iparuinnychwyciągnęłowłasnytowarzwewnętrznychkieszeni.-Takjakbyna

Dziedzictwiemiałozabraknąćtrawki.

-Chybajesteśmybezpieczni-powiedziałLance,wyglądającprzezjednozniżej
umieszczonychokienek.-Przynajmniejnicniewskazujenato,byktośtuszedł.

background image

-ChybabójkawwykonaniuAmberlybyłanaprawdęprzekonująca-powiedziała
uradowanaNoelle.

-Znalazłamcoś-rzuciłaRose.Naglezobaczyłamwciemnościachbłysklatarki.-Coś
wisiprzydrzwiach.

Nareszciechoćjednaosobaskupiłasięnanajważniejszymzadaniu.

-Poświećdookoła-poleciłam.Rosezastosowałasiędomojejprośby,poczymujrzałam
cośbiałego.-Tutaj!

Noelleijarzuciłyśmysiędoprzodu.Dostrzegłyśmykartkęprzyczepionąszpilkądo
drewnianychdrzwi,którewcześniejbyłyniewidoczne.Nakartceodręcznienapisano:
Dziewczyny.

Niktpozazarządemidozorcaminiewieotymprzejściu.Noaterazjeszczewy.Idźcie
tunelemdosamegokońca.Poleciłam,byczekałytamnawassamochody.Bezpiecznej
drogi!

Suzel

-Tunelemdokońca?-powtórzyłaNoelle.

Wyciągnęłamrękęwkierunkuframugi;musiałamwbićpaznokciewpróchniejące
drewno,żebyporządniechwycićdrzwi.Inieźlesięnamęczyłam,żebyjeotworzyć,bo
straszniesięza-cinałynakamiennejpodłodze.WreszcieJoshpodszedł,bymipomóc,i
razemudałonamsięodsunąćjeażdościany.

Rosepoświeciłalatarkąinaszymoczomukazałsięniewiarygodnieciasnytunelz
brudnymiścianamiiposadzką.Przywejściuleżałokilkalatarek.

-Suzelchybasobieznaskpi-powiedziałaNoelle.Portiapołożyładłońnapiersiach,
zerkającprzezdrzwiiwykrzywiająctwarz:

-ŚMZ.

-Słucham?

-Śmiechmniezbiera-RosewyjaśniłakolejnyskrótPortii.

-Coto,udiabła,jest?Kolejpodziemna?-zapytałGage,dmuchającmidymemztrawki
prostowtwarz.

-Jatamniewchodzę.Niemamowy-dodałaLondon.

-Ej,przecieżSuzelnienaraziłabynasnaniebezpieczeństwo-powiedziałam,chwytając
jednązlatarek.-Musimyiść,zanimktośzauważyświatło.Jeśliwtowchodzicie,to
proszęzamną.

Jeślinie,dopilnujcie,żebyniktniewidział,jaksięstądwymykacie.

-No,no!Pokazałaś,żemaszautorytet,Reed-zauważyłaNoellebezcieniasarkazmu.

-Dzięki-odparłam,schylającsiędowejścia.

Joshchwyciłmniezanadgarstek,próbującmniezatrzymać.

-Jesteśpewna?

background image

Spojrzałamnaniegoprzezramię.Sercewaliłomijakoszalałe,dłoniepociłysiętak,że
plastikowatorba,wktórejmiałamsuknię,zaczęłamisięznichwyślizgiwać.Aletwarze
wszystkichwpatrywałysięwemniewyczekująco.Niemogłamsięwycofać.Niepotym
wszystkim,cojużzrobiłam.Niemogłamichzawieść.

-Tak,jestempewna-potwierdziłam.

WręczyłamJoshowilatarkęiwzięłamgozadrugąrękęNotakbyłoowielelepiej.

-Aterazwdrogę.

Mojepięćminut

Wyjścieztuneluznajdowałosięnazboczupagórka,wsamymśrodkulasu.Wychodzącna
zewnątrz,Joshijazachłysnęliśmysięświeżympowietrzem.Czułam,jakgdybyśmy
godzinamiszlipoomacku,alekiedyspojrzałamnazegarek,okazałosię,żenasza
wyprawatrwałatylkopiętnaścieminut.

-Icoteraz?-spytałJosh,gdypozostalizaczęlisiętłoczyćzanami.

Przesunęliśmystrumienieświatłalatarekwzdłużliniidrzew.Byłociemnochoćoko
wykol.

-Tam!-krzyknęłam,uradowanawidokiemścieżkiwśróddrzew.

Joshijaruszyliśmyprzodem,aSabinę,Constance,NoelleiCagedeptalinampopiętach.
W

niewielkiejodległościzanimiszłareszta.Podwóchminutachznaleźliśmysięnapoboczu
cichejdrogi,gdzienanaszeprzybycieoczekiwałsznurdługaśnychlimuzyn.

Widzącsamochody,tłumekzmierzającynaDziedzictwoza-cząłpohukiwaćiwznosić
okrzyki.Kilkaosóbklepałomniepoplecach,ściskałoicałowałoWydajemisię,żedotej
chwiliwieluznichmiałowątpliwościczytaeskapadanaprawdęsiępowiedzie.

-Reed,przejdzieszdohistoriiBillings!powiedziałTif-fany,robiącmizdjęcie,

-AnawetdohistoriiEaston-dodałLance

-ReedBrennan,wśródwszystkichdziewcząttyjesteśboginią-usłyszałamodCagea

-Gage,właśniepowiedziałeśmicoś,wcalemnieprzytymnieobnażając-pochwaliłam
go.

-Topewniedziękitrawce-roześmiałsięiruszyłwkie-runkusamochodów.

-Totwojepięćminut,Reed.Rozkoszujsiętąchwilą-wyszeptałamidouchaNoelle,
przemykającobokmnie.Takteżzrobiłam.Dziękimniewszyscydookołacieszylisię,byli
szczęśliwiipodekscytowani.Bosięwcześniejniepoddałam.Niemogłamsię
powstrzymaćoduśmiechu.Tonaprawdębyłomojepięćminut.

-Włożyszto?—spytałJosh,obejmującmniewtaliiramieniemispoglądającnatorbę,w
którejnadalspoczywałamojakreacja.

Dziewczynydookołanasrozbierałysięniezważającnato,żewszyscyimsięprzypatrują,
poczymwkładałyswojewy-marzonesuknie.-Zarazwracam.

background image

Cofnęłamsiędolasu,żebyszybkosięprzebrać,Joshruszyłzamną.

i-Adokądto.panieHolls?Chciałobysiępodglądać?-zażartowałam,rzucającmu
spojrzenieprzezramię.Zarumieniłsięipodrapałwpotylicę.-No,nie,chybażesama
zechceszmisiępokazać.

Joshnigdyniewidziałmnienagiej,jajegoteżniewidziałambezubrania.Owszem,w
ręczniku;alenigdynago.Jednakwtamtejchwili,pośródcałejtejradościi
podekscytowania,poczułamsięwyjątkowoodważna.Odważna-tomałopowiedziane.To
byławręczbrawura.

ByłwieczórDziedzictwa.Awtakąnocwszystkomogłosięwydarzyć.

Stałamwśróddrzew,czującnasobiestrumieńświatłazlatarkiJosha.Powolirozebrałam
siędobielizny,aninamomentnieprzestającspoglądaćmuwoczy.Onzaśobserwował
każ-dymójruch.Przynimczułamsiępewniej,niżstojącniedawnoprzedNoelleiDarią,
jejkrawcową.Chciałam,żebyJoshnamniepatrzył.Sądziłam,żebędziesięwierciłalbo
chociażsięzarumieni,aleonstałjakzahipnotyzowany.Spoglądałnamnie,jakbymbyła
ósmymcudemświata.|Wtedysięgnęłamdotyłuiodpięłamstanik.Togoobudziło.

-Coty…

-Sukienkajestbezramiączek-wyjaśniłam.

-Nie.-Podszedłdomnie,wziąłtorbęzsuknią,poczymotworzyłjątakszybko,że
obawiałamsię,czyczegośniezniszczy.Wyjąłsukienkęipodniósłją,zasłaniającmojena
wpółnagieciało.

-Ktośmógłbysiętupojawić.Niechcę,żebycięzobaczył…

Spojrzałnamniebłagalnymwzrokiem.Odrazuzrozumiałam.Niechciał,żebyoglądał
mniektokolwiekpozanim.Wtejchwilikochałamgotakbardzo,żechciałomisiępłakać.
Coztego,żeniezależymunaDziedzictwie?Zależymunamnie.Kochamnie.

-Dobra,nieteraz-powiedziałam.Poczymprzysunęłamsię,niewypuszczajączrąk
sukni,ipocałowałamgo.-Alejużniedługo?

Joshztrudemprzełknąłślinę.Widziałam,żezewszystkichsiłstarasięopanować.

-Niedługo.Bardzoniedługo.

Nagleprzestałomnieobchodzić,czyDashdziświeczorempojawisięnabalu.Miałam
zamiargounikać,jeślitylkobędzietomożliwe.PragnęłamtylkoJosha.Potrzebowałam
tylkojego.

-Możebyśmytaknieszlizaresztą,tylkozostalitusami,wedwójkę?-zaproponował
Joshniskimgłosem.-Tylkotyija.

Przezchwilęchciałamsięzgodzić-któżbywtakiejsytuacjiodmówił?Naglejednak
usłyszałamjakiśkrzykzulicyiroześmiałamsię.

-Josh,niemożemy.ADziedzictwo?

Cośwjegowzrokunaglesięzmieniło.Przezchwilęwydawałomisię,żeznówzacznie
narzekać,żetacałaszopkajestzupełnieniepotrzebna.Żetoobciach.Przygotowałamsię
naewentualnąwymianęzdań.Poczułamprzypływadrenaliny.Zabarykadowałamsięjuż

background image

napozycjiobronnej.AlewtedyJoshpoprostusięuśmiechnął.

-Maszrację.JestprzecieżDziedzictwo-potwierdził.-Notoubierajsięiidziemy.

Bogudzięki.Niebyłampewna,czywytrzymałabymterazkolejnątyradęJosha.Nagle
zadrżałam,jakbymznalazłasiętużnadkrawędziąprzepaści.Jakbydzisiejszejnocycoś
sięmiałowydarzyć.Szybkowłożyłamsuknięiwygnałamzgłowynieprzyjemnąmyśl.

Pięćminutpóźniejwszyscysiedzieliśmyjużwlimuzynach.Jawcisnęłamsięmiędzy
JoshaiSabinę.DołączylidonasNo-elle,Constance,GagenTiffanyiRose,apozostali
wsiedlidosamochodówjadącychzanami.Wbarkuwśródkostekloduchłodziłysię
butelkiszampana,aleniktnieśmiałichotworzyć.Wszyscymilczeliśmy.

WpatrywaliśmysięwmojegoiPhone’aiczekaliśmyIczekaliśmy.Wmartwejciszy.

SpojrzałamnaNoelle.Byłajużprawiesiódma.Toniemożliwe.Potymwszystkim,co
przeżyliśmy,niemogłonamsięnieudaćtylkodlatego,żecórkaJennyKormanniechciała
namwysłaćSMS-a.

Iwtedytelefonzapiszczał.

Chwyciłamgodrżącymidłońmi.Natychmiastogarnęłamnieeuforia.IMamyadres!

-Jaki?-spytałaRose.

-325BayshoreDrive,Boston.Josh,Constance,TiffanyinawetSabinewydalizsiebie
radosnyokrzyk.AleNoelleiGagerównocześniepowiedzieli:

-Bezjaj!

Zamarłam,słyszącwściekłytonGage’aipełenniedowierzaniagłosNoelle.

-Cojest?

Rosewyglądała,jakbywłaśniepołknęłarobaka.-Cojest?

Noellewyciągnęłarękęiwyjęłamitelefonzdłoni,spoglądającnawyświetlacz.-Toadres
IvySlade.

Zepsuć

-Tomiejscejestniesamowite-powiedziałJosh,niemalżeprzyciskającnosdoszyby.

Niewielemówiłpodczastrwającejtrzygodzinyjazdy,więcucieszyłamsię,słyszączjego
ustcośtakpozytywnego.Townimwłaśnieuwielbiałam-żeniebyłtakzblazowanyjak
niektórzy.MimożejegorodzinaposiadaładomywNowymJorku,Berlinie,Paryżu,
Maine,VailinaHawajach,nadalpotrafiłzauważyćwswoimotoczeniupięknoi
przepych.

Niktinnyniewydawałsięażtakporuszonynowoczesnąposiadłością,którawyrosłaprzed
naszymioczami,gdylimuzynazatrzymałasięnapodjeździe.Nigdywżyciunie
widziałamczegośtakiego.Domwkomponowanowkamienistyklifwychodzącyna
przystań.Budynekbyłbiały,miałconajmniejpięćpięter,anakażdymznichznajdowały
sięwysokieoknabiegnącewzdłużcałejfasady.Miałteżkilkatarasów-tennajniżej
położonybyłnajszerszy-ananichtłoczylisięimprezowicze.Jeszczewięcejuczestników
Dziedzictwaspoglądałonanaszdachu-wrękachtrzymalidrinkiizciekawością

background image

obserwowali,ktoprzyjeżdża.Tarasyudekorowanoczerwonymiipomarańczowymi
flagami,którełopotałyunoszone

przezporywistywiatr.Ogromdomuibijąceobrzegfalesprawiały,żerobiłonwrażenie
smaganegowiatremzamku.

Naszsamochódzatrzymałsięprzedmasywnymidrzwiamizprzydymionegoszkła.Na
zewnątrzstałodwóchfacetówwyglądających,jakbydopierocopożegnalisięzarmią.

Spojrzelinanaszgóry,gdyzataczającsiępodwpływemszampana,gramoliliśmysię,
próbujączgodnościąwysiąśćzauta.

-Panie-powiedziałwyższyznichibardziejopalony,robiąckrokwnasząstronę.-I
panowie

-dodałzdrwiącym

uśmiechem,boakuratusłyszał,jakGagechichrasięzdowcipu,który

usłyszałodLance’a.ZkażdymłykiemalkoholuGabebędziesięśmiałcorazgłośnieji
corazbardziejniechlujniewyglądał.-Maciecośdopokazania?

-Jasne!-zaszczebiotałam,wychodzącnaprzódiwyciągającprzedsiebiedłoń.

Mężczyznaprzyjrzałsięmojemupierścionkowi.Naułameksekundyzapanowała
absolutnaciszaibyłamniemalpewna,żebeztrudurozpoznapodróbkę-żeuUngariego
celowopostanowionowyróżnićnas,robiączbytdużeliteryDalboużywającnietego
złota,cotrzeba,albowjakiśinnysposób.Aleochroniarzkiwnąłgłowąnaswojego
kumpla,któryodwiódłsięiotwarłnamdrzwi.Przeszłamobokniegolekkimkrokiem,
zaśmiewającsięzulgą.Boże.

szkoda,żeIvyakurattamniebyło-zobaczyłaby,zjakąłatwościądostaliśmysięnajej
przyjęcieIlekroćprzypominałamsobiejejtriumfującąminęito,jakprzezostatnie
tygodnieprzechadzałasiępokampusiemyśląc,żenasprzechytrzyła,miałamochotęjej
przyłożyć.Niemogłamwprostuwierzyć,iżpróbowaławy-kluczyćzbaluwłasne
koleżankiikolegówzklasy,wtymrównieżchłopaka,któregonacodzieńobdarzała
swoimiwdziękaminaoczachcałejszkoły.Zamawiajączaproszenia,pierścionkiispinki,
musiałazałożyćperukę,uznającwidocznie,żeprzebranieikiepskipseudonimtozamało,
byukryćpodstęp.Coniąkierowało?JeżelitakbardzonienawidziłaEastoniwszystkich
uczniów,dlaczego,dojasnejcholery,wróciła?

Aletojużnieważne.Tomybędziemysięśmiaćostatni.Niemogłamsiędoczekać,by
zobaczyćwyrazjejtwarzy,kiedystanęzniąokowoko.

Czekałamprzydrzwiach,dopókiwszyscymoiprzyjacielenieminęlicerberów.Kiedy
JoshiwszystkiedziewczynyzBillingszostaliskontrolowani,weszłamdośrodka.

Głównyhall,wysokinapięćpięter,sięgałpodsamoniebo.Nadnaszymigłowamiszeroki
namniejwięcejczterystopymostłączyłwschodniąstronętrzeciegopiętrazzachodnią.
Pojegoobustronachustawionochromowanebarierki.Powyżej,nasamymśrodku
wysokiegosufitu,widniałopłaskie,kwadratoweoknowdachu,przezktóremożnabyło
podziwiać

rozgwieżdżoneniebo.Natyłachkorytarzaznajdowałysiędwiekręteklatkischodowe,

background image

ciągnącesięwgórę,ażnadach.Wszystkobyłoczarno-białe,zwyjątkiemczerwonej
marmurowejpodłogipodnaszymistopami,oprawionychdziełsztukinowoczesnejna
ścianachistojącejpośrodkuniezwyklekolorowej,równieżnowoczesnejrzeźby-
składającejsięzpo-wyginanegometaluiostrychkątów.Dookołarzeźbykrążylikelnerzy
ikelnerki,roznosząctęczowekoktajleeleganckoubranymdziewczętomichłopcomw
smokingach.Śmiechirozmowywypełniałyjasnooświetlonąsalę.Naraziebyłojeszcze
całkiemkulturalnie.

PrawdziweDziedzictwomiałosiędopierozacząć.

-Zupełnieinaczejtosobiewyobrażałam.Czegośtakiegowżyciuniewidziałam-

powiedziaławniebowziętaSabine.

Prawdabyłataka,żejeszczeniewielewidziała.Alepocomiałabymjejpsuć
niespodziankę?

-Niechcępowiedzieć:aniemówiłam,ale…

-Alemiałaśrację.Mamprzeczucie,żetobędzienoc,którejnigdyniezapomnę-odparła
przejętaSabine.-Dziękujęci,Reed.

Uśmiechnęłamsięszeroko.Lepiejpóźnoniżwcale.

Idącdalej,wgłąbotwartegonaościeżgłównegohallu,usłyszeliśmygłębokie,melodyjne
biciedzwonów,któreodbijałosięechemodścianiniosłopocałymdomu|Wezwaniwten
sposóbgościezaczęlisięschodzićztarasów,wmiaręjakdźwięknabierałcorazwiększej
mocy.GdzieśwpobliżuusłyszałampiskConstance.Odwróciłamsięizobaczyłam,jak
rzucasięwramionaWhittakera.Jejzielonasukniazadarłasięprzytymtakwysoko,że
uchwyciłamwzrokiemkawałekfioletowychstringów.

Constancenosiłastringi.Cozaszok.Odwróciłamsię,niedlatego,żeprzeraziłamsię
widokujejbiałychpośladków,alewiedziałam,żejeślijesttamWhit,Dashrównieżnie
możebyćdaleko.Anatoniebyłamgotowa.Ijeszczedługoniebędę.

Nagledzwonyprzestałybić.Zaciekawienigościezaczęlisięwyczekującorozglądać.W

powietrzuunosiłsiędziwnydźwięk.

-Cototakiego?-zapytałaSabine.

-Powitanie-wyjaśniłaNoelle,podchodzącdonas.Zadarłagłowę,amypodążyłyśmyza
jejwzrokiem.NaznajdującysięnadnaszymigłowamimostwyszłaIvySlade.Miałana
sobiesuknięwczarno-białepasyzsunącympoziemitrenemipostrzępionymibrzegami.
Każdypasbyłtrochędłuższyodpoprzedniego.TwarzIvyzasłaniałamaskazczarnych
piór,którewznosiłysięconajmniejpółmetranadjejgłową,

poprawejstronie.Byłablada,austamiałapociągniętekrwistoczerwonąszminką.
Wyglądałajakżywcemwyjętazmagazynu„Vogue”.

Wyjęłazzaplecówdużysrebrnydzwonekipotrząsnęłanim.Dźwiękznówponiósłsię
echempodomu.Wszyscyzamilkli.

-Witajcie,witajcie!-wykrzyknęłaIvy,władczorozglądającsięposali.-Mamzaszczyt
byćwtymrokugospodyniąDziedzictwaizprawdziwąprzyjemnościąwitamwas

background image

wszystkichwtymsanktuarium.Wtymrokuoczywiściesanktuariumjestwszędzie.

Rozpostartaszerokoramiona,wskazująccałydom.

-Nakażdympiętrzeznajdzieciemiliardyprzyjemności,którezpewnościąprzemówiądo
waszychzmysłów-ciągnęła,przechadzającsiępomościeispoglądającwdółnagości.-
Takwięcchodźcie.Bawciesię.Pławciesięwprzyjemnościach.Izapamiętajcie…to,co
dzisiajzobaczycie…to,cozrobicie…kogodotkniecie…kogobędzieciepieścić…

Przerwała,patrzącchytrymwzrokiemnarozbawionytłum.

-Wszystkopozostaniewtychścianach-powiedziała.-Ponieważto,moiprzyjaciele,jest
Dziedzictwo.Awyzostaliściewybrani.

-Taak,wybrani,aleprzezkogo?-mruknęłaNoëlle.

-Zatempogódźciesięztymi,którychuwielbiacie,inigdy…nieoglądajciesię…za
siebie!

Wszystkieświatławdomupogasły.Zustzebranychdobyłsięokrzykzdumienia.
Zapanowałachwilowapanika,poczymzamigotałytysiąceświatełekstroboskopowych,
którymtowarzyszyłwyraźnyrytmtanecznejmuzyki.Pomieszczeniewypełniłosię
szalonymwirembarw.

Towarzystwozaczęłowiwatować.Natychmiastrozpoczęłysiętańce.Ludziezaczęli
wrzeszczeć

ichwytaćsięzaręce.Tuiówdzienalewanodrinki.Wcałymtymzamieszaniuomalnie
straciłamzoczulvy,alezauważyłam,żewłaśnieidziewnasząstronę.Schodziłapo
schodach,rękamipodtrzymującsuknięikłaniającsięgościomniczymkrólowa
pozdrawiającaprostaczków.Zanimzdążyłazejśćnadół,zaczęłamprzeciskaćsięprzez
tłum.

-Reed!-krzyknąłJosh.-Dokądsię…

-Zarazwracam!

Dziękisilewoliimięśniudałomisiędotrzećnadółschodówwtejsamejchwilicolvy.

-Ivy!-krzyknęłam.

Jakaśdziewczynawróżowejsukni,piszcząc,przebiegłaobok,wbijającmiobcaswstopę.
Zaniągnałchłopak,któryjużzdążyłpozbyćsiękoszuli.Niezwróciłamuwaginaból.Ivy
spojrzałanamniepytającymwzrokiem.-Tak?

Zdarłamztwarzymaskę.Wartobyłowidziećjejreakcję.Opadłajejszczęka,atwarzstała
siębiałajakpapier,poczym,kiedyminęłozaskoczenie,najejoczyopadłstalowywelon.

-Ktociętuwpuścił?-syknęłaprzezzęby,zbliżającsiędomnieniczymczarno-biały
nietoperz.

Uniosłamdłoń.Wblaskuświatełmójpierścionekmieniłsięnaczerwono,różowo,
zielonoiżółto.Ivystałajakzahipnotyzowana.

-LoisLane?-zapytałam,rozkoszującsięjejzdziwionymwyrazemtwarzy.-Wielkie
dziękizazaproszeniecałegoBillings-dodałam,przybierającsłodko-mdławyton.-Jakie

background image

tomiłeztwojejstrony.Zpewnościąbędziemysięświetniebawić!

Poczymwycofałamsięzuśmiechem,zadowolona,żeudałomisięzepsućjejwielkibal,
takjakonapróbowałazepsućimprezęEaston,iwtopiłamsięwtłum.

Wybór

Mijałygodziny.Amożeminuty.Samajuzniebyłamtegopewna:Wstawiłamsię.Dookoła
nictylkopot,dudnieniebasów,plątaninaciał,rąk,jedwabiuiskóry.Wszystkowydawało
misięlekkozamazane.OddłuższejchwiliniewidziałamJosha.Odmomentu,kiedy
poszłamnaspotkaniezIvy.Alepotemnieruszyłamsięzmiejsca.Aprzynajmniejnieza
bardzo.Przezcałyczasbyłamnatymsamympiętrze,tańczączprzyjaciółmi,którzy
akuratznaleźlisiępodręką.Niemusiałamchodzićnapiętronarkotyków.Niechciałam
zwiedzaćpiętrarozkoszy,dopókinieodnajdęJosha.Pocomiałabymsięstądruszać,
skorotutajmogłambawićsię,popijaćkoktajle,tańczyćipocićsię?GdybyJoshchciał
mnieznaleźć,zrobiłbyto.

Dlaczegojednakniechciałmnieodnaleźć?

-Reed!Tutaj!

Gdysięodwróciłam,zamroczyłomnienieco,więctrzymałamsięzagłowę,dopókinie
doszłamdosiebie.Todziwne.Byćmożepowinnamniecoprzystopowaćzalkoholem.*
KiedywreszciewzrokprzestałmipłataćfigielujrzałamSabine.Miaławrękachróżowego
drinkazpianką.Awłaściwietrzy.

Jedenmiałbyćdlamnie,jedendlaniejijedendlaVienny.Wyglądałonato,żedobrzesię
bawi.Jejczołolśniłoodpotu,aoczybłyszczałyzpodniecenia.Jakożechciaławybadać
przynosiłanamdrinki,podrodzesięrozglądając.Dziedzictwowkońcupodbiłoijejserce.

-Taimprezajestniesamowita!-krzyknęła,mieszającrurkąwszklance.luzobokjakaś
dziewczynaściągałazparkietuchłopaka,któregodłońznalazłasięjużpodgórąjejsuknii
konsekwentniezmierzaławdół.

-Wiem!Właśnietegobyłomitrzeba!-krzyknęłamija.Czknęłam,poczymgłośnosię
roześmiałam.Miałamwrażenie,żemójmózgradośniepodskakujenafalachróżowej
pianki.-

Czyżtoniewspaniałemócpoprostuniemyśleć?

Sabinęuśmiechnęłasię.

-Otóżto.

Wtejsamejchwiliczyjeśdłonieobjęłymniewtalii.Jużmiałamsięopędzać-cały
wieczórpróbowalimnieobmacywaćjacyśobcyfaceci-alenaglepoczułamnaszyi
znajomydotykdelikatnychustJosha.

-Hej!-przywitałamgo,odwracającsię.Przyokazjiwylałamnaniegoodrobinęróżowego
drinka.Znówmniezamroczyło,musiałamchwycićsięJosha,bynieupaść.Ilealkoholu
byłowtychróżowychsłodkościach?

-Gdziebyłeś?

-Tuitam-odparłJosh.Pochyliłsięnadmoimprawymuchem,widocznieniechciał

background image

krzyczeć.-Posłuchaj,maszochotęsięstądwyrwać?

Zadrżałamiuśmiechnęłamsię.

-Naprzykładnadach?

Wśródgościszybkorozniosłasięwieść,żenadachupo-stawionokilkanamiotówdlaco
wstydliwszychimprezowiczów,

którzywolelinieobmacywaćsięwtłumie-dotegocelunajwyraźniejprzeznaczono
trzeciepiętro.Taknaprawdęwcaleniechciałamtegosprawdzać.

TwarzJoshaniecospoważniała.Zamrugałamoczami.Cojestgrane?

-Nie,myślałemraczej,żebysięstądwyrwaćiuciekaćdodomu-powiedział.

Niepewniecofnęłamsięokrok.RamionaJoshaopadływdół.

Chybażartował.Przecieżdopierocodotarliśmynamiejsce!Takmisięprzynajmniej
zdawało.

-Poważnie?Chceszjużiść?

-Ktochcejużiść?-krzyknęłaVienna,zarzucającmiramionanaszyję.Jejfioletowa
sukniaopadłataknisko,żeprawiewidaćbyłosutki.-Reed,niemożeszwychodzić!Nikt
nawetniepuściłdotądpawia!JastawiamnaConstance,jestleciutkajakpiórkoi…

-Nieteraz,Vienna.-Wyrwałamsięzjejobjęć.

-Niechcibędzie,smutasie-jęknęłaioddaliłasiętanecznymkrokiem.

Joshwsunąłręcedokieszeni.

-Ja…poprostu…Toniejestmojabajka.Przykromi.Rokwroktosamoi…nudzimi
się.Niemożemystądwyjśćipobyćsami?

Powiedziałtobardzoprzekonującoinagleprzedoczamistanęłaminiedawnascenkaw
lesie.

Propozycja,byolaćDziedzictwo,wjegoustachbyłarównoznacznazpowrotemdodomu,
acozatymidzie-zseksem.Tylkojaion.Naszpierwszyraz.Chciał,żebytostałosię
dzisiaj.

Aledlaczego?Dlaczegoteraz?Dlaczegodzisiaj?Czytylkodlatego,żeniechciałtudłużej
być?Czypróbowałzagraćjedynymargumentem,któryprzekonałbymniedoopuszczenia
balu?

Cóżzamanipulacja!Taka.,.biernaagresja.Itakdoniegoniepodobna.Cośwemnie
pękło.

Adlaczegoakuratdzisiaj?-spytałamstanowczo.-Możemybyćsamiwłaściwiekażdego
wieczoru,więcdlaczegoproponujeszmitowłaśnieteraz?

Dostrzegłambłyskwjegooczach.

-Myślałem…Noprzecieżpowiedziałaś„niedługo”,pamiętasz?Sądziłem…-Wbiłwzrok
wpodłogę.Jakiświelki,napa-kowanyfacetzatoczyłsię,trącającgowbok,aJoshbez
zmru-

background image

żeniaokiemodepchnąłgo.-Czyteżmożenagleważniejszejestdlaciebiezalewaniesię
różowymidrinkami?

-Nie!Kiedypowiedziałam„niedługo”,miałamnamyśliniedługo-odparłam,usuwając
sięzdrogikolejnejparześmiercionośnychszpilek.Dudnienie,tłokihałasnieułatwiały
namrozmowy.Podobniejakto,żewgłowieteżzaczęłomidudnićwrytmmuzyki.
CiężkobyłomiskupićsięnatwarzyJosha.Wzięłamgłębokioddechizcałychsił
starałamsięskoncentrować.

-Poprostu…Nieteraz.Dlaczegotaknalegasz,żebymstądwyszła?Wiedziałeś,jak
bardzomizależy,żebytubyćdziświeczorem.Wiedziałeś…

-Atywiedziałaś,żeniechcętuprzychodzić,ajednakprzyszedłem.Terazproszętylko,
żebyśmywyszlistądtrochęwcześniej.Żebyśmymoglipobyćrazem.Wydawałobysię,że
będzieszchciałaspędzićczastylkozemną,skoropodobnojesteśmojądziewczyną.
Biorącpoduwagęto,żepodobnojesteśmyzakochani,chociażsamjużniewiem!

PakerznówwpadłnaJosha,zanoszącsięśmiechem,bowrazzgrupąprzyjaciółświetnie
siębawił,miotającsięwrytmmuzyki.

-Spadaj!-krzyknąłJosh,parazkolejnygoodpychającPakerzaśmiałsięiodbiegł.Tak,
onteżzdecydowanienamniepomagał.

-Josh,kochamcię-krzyknęłambełkotliwie.-Przecieżwiesz!Aledlaczegokażeszmito
udowadniaćwłaśniewtensposób?Czymaszpojęcie,ilewysiłkukosztowałomnie,żeby
nastuwprowadzić?Niechcęjeszczewychodzić.Dobrzesiębawię!

-Dobrzesiębawisz?Tomabyćzabawa?-krzyknąłJosh.-Bandapijanychi
obmacującychsiękretynów,którzyudają,żetoprzywilej?Myślałem,żejesteśponadto,
Reed!Sądziłem,żejesteśnawyższympoziomie!

-Wyższymniżten?Tojesttwójświat,Josh!Jatylkopróbujęstaćsięjegoczęścią|
odcięłamsię.-Boże!Odkiedyjesteśtakimsmutasem?

Joshzacisnąłzębyispojrzałnamniezbólem.Chybagozraniłam.

-AodkiedytyjesteśtakądziewczynązBillings?

Ton,jakimwypowiedziałostatniesłowa,wcalemisięniespodobał-równiedobrzemógł

powiedzieć:takąsuką.Poczułamsię,jakbydźgnąłmniewserce.Oczyzaszłymiłzami,
aleniepozwoliłamimpopłynąćpopoliczkach.

-Mamcięgdzieś!

Joshspojrzałnamnieszerokootwartymioczami^Przezchwilęmyślałam,żeodejdzie,ale
tegoniezrobił.

-Mamdość,Reed.Niejesteśsobą-olewaszprzyjaciół,upijaszsięizachowujeszjakbyś
byłalepszaodinnych.

Niemogłamuwierzyćwłasnymuszom.

-Niezachowujęsię,jakbymbyłalepszaodinnych!

-Niepodobamisięto,cowyprawiająztobątwojeprzyjaciółki.Niebędętakpoprostu

background image

stałzbokuipatrzył.Mamtegodosyć.Czas,żebyśwybrała,Reed-powiedział,zbliżając
siędomnie-Alboja,alboone.

Poszukałamwzrokiemmoichprzyjaciółek,aleminęłasporachwila,zanimudałomisięje
odnaleźć.Tańczyłynieopodal,najwyraźniejstarającsięuniknąćkłótni.Noelleśmiałasię,
odrzucającwłosynaplecy,TiffanyobracałaPartięwokółswojejpodniesionejręki.Kiki
próbowałanauczyćConstancetańcawtaktmuzyki.Dobrzesiębawiły.Takjak
zamierzały.Aja…byłamnieszczęśliwa.

-Chciałamsiętylkodobrzebawićdziświeczorem-powiedziałamdoJosha,nagleczując
siębardzosłabo,-Kochamdę,alechcęmiećwłasneżycie.Niepowinnamstawaćprzed
takimwyborem.

-Ajednakjacięotoproszę-nalegałJosh.

Tosieniedziejenaprawdę.Niemożliwe,żebyJoshzmuszałmniedopodjęciatakiej
decyzji.

Przecieżniezmuszamnie.żebymznimzerwała.Żebymtojapowiedziałatesłowa-A
przecieżtoontakcholernieutrudniatęsytuację.Toniewporządku.Tozdecydowanienie
jestwporządku

-Niemogę-powiedziałam,cofającsię.Głowachwiałamisięzbokunabok,ajanadtym
niepanowałam.Unosiłamsięwoparachróżowychdrinkówzbąbelkami.-Nie

potrafię.

Joshspojrzałnamniezezdziwieniem.Najegotwarzymalowałasięrezygnacja.

-Wtakimraziemuszęjużiść.Bawsiędobrzezeswoimiprzyjaciółkami.

Wjegogłosiebyłotylejadu,awjegooczachtylegniewu.

kiedystałsietakizawzięty?Takikrytyczny?Jakmógłmówićżemniekocha,ateraz
patrzećnamnietakimwzrokiem?Iztakąłatwościąpoprostuodwrócićsięimnie
zostawić?

PochwiliJoshzniknąłwtłumie.Znówdotartadomnierozbrzmiewającawsalimuzyka.

Brzmiaławszędzie.Dookołamnie,wemnie,siłąwdzierałasięwkażdyzakamarek
mojegociała.

CzyżbyJoshwłaśniezemnązerwał?Czytowłaśniestałosięprzedchwilą?

Ktośprzyłożyłmiłokciemwtwarz.Ktośinnyuderzyłmniezbiodraiwpadłamnaplecy
jakiejśpuszystejdziewczyny.Natymparkiecietrzebasiębyłoruszaćwzgodzieze
wszystkimi,inaczejskutkimogłybyćopłakane.Całasalazaczęławirowaćmiprzed
oczami.

Naglepoczułam,żemuszęstądwyjść.Brakowałomipowietrza.Musiałamchwilę
pomyśleć.

Iprawdopodobniezwymiotować.Wyglądałonato,żeViennaraczejniewygrazakładu.

-Reed!Reed!

Sabinepodążaławmojąstronę.Niezauważyłamnawet,żeodeszła.j|

background image

-Przepraszam.Muszęwyjść-powiedziałam,chwytającjązaramiona,abyniestracić
równowagi.

-Poczekaj.Mamcośdlaciebie!Ktośmitodałiprosił,żebyciprzekazać-oznajmiła
podekscytowana.Wyrwałaramięzmojegouściskuipodałamizłożonąkarteczkęgestem
takim,jakbytobyłazłotakarta.

-Ktocitodał?-spytałam,próbującoddychaćmiarowo.CzyjaiJoshwłaśniesię
rozstaliśmy?Naprawdę?

-Niewiem!Jakaśdziewczyna.Miałanatwarzymaskę,jakwszyscy-odparłaSabine,
splatającdłonie.ZdecydowaniepodobałajejsiętajemniczaatmosferaDziedzictwa.-
Otwórz!

Rozłożyłamkarteczkę.Literybyłykoślawe,musiałamzmrużyćoczy,żebyodczytać
wiadomość.Byłakrótka:„Spotkajmysięnadachu”.

-Ooooo,jakaśintryga!-powiedziałapodnieconaSabinę.-Pójdziesz?

Pokójznówzawirował.Któradziewczynamogłabychciećspotkaćsięzemnąsamna
sam?Idlaczegoakuratnadachu?Odostatniejjesieninieprzepadałamzawysokością,ze
szczególnymuwzględnieniemdachów.Przycisnęłamdłońdoczoła.Ciałozaczynało
odmawiaćmiposłuszeństwa.Jakzawsze,kiedymiałamzwymiotować.

Dobra,możefaktycznielepiejbędziezaczerpnąćświeżegopowietrza.

-Tak,pójdę-powiedziałam.

Iuciekłam,zanimzdążyłamzwymiotowaćnabutySabinę.

background image

Koniec

Potykałamsięokolorowenamiotyrozstawionenadachu.Powietrzebyłorześkiei
chłodne.

Złapałamoddech.Wreszciemogłamzebraćmyśli.Wszystkopomałustawałosięjasne.
Jasnejaksłońce.

WłaśnierozstaliśmysięzJoshem.Zmusiłmniedodokonaniawyboru.Samuznał,że
wybrałamBillings.Zostawiłmnieiwyszedł.Jakmógłmitozrobić?

Ktośroześmiałsięwjednymznamiotów-iwtymmomencieocknęłamsię,
przypominającsobie,pocowłaściwietuprzyszłam.Rozglądającsiędookoła,dostrzegłam
kilkaparstojącychprzybarierkachipodziwiającychwidoki.Jakiśchłopakcałowałw
szyjędziewczynę,siedzącnakrawędzioknadachowego.Pozaniminiebyłotużywej
duszy.

Żadnychdziewczyn,któremogłybynamnieczekać.Porazkolejnyspojrzałamna
karteczkę.

Spotkajmysięnadachu.

Toniebyłopismodziewczyny.Zcałąpewnością.

Sercezaczęłomiwalićjakmłotem.Cosiętudzieje?Zrobiłamkilkachwiejnychkroków.
Pół

metradalejjakaśdziewczynajęknęławekstazie.Usłyszałamwystrzałkorkaodszampana.

Ktośwrzasnął.Odwróciłamsię,straciłamrównowagę,lecznagleczyjaśdłońchwyciła
mniezaramię.

Niemiałamnawetczasustawićoporu.Zostałamwciągniętadoczerwonegonamiotu.I
przygarniętadociepłego,twardegociała.

-Coty…

Głęboki,ciepływzrok.Piwneoczy.Chłopakzdjąłztwarzyczarnąmaskę.TobytDash.

-Jednaktujesteś-usłyszałamsamąsiebie.Wszystkoznówmizawirowałoprzedoczami.
Niepotrafiłamsięskupić.Czułamsięosłabiona.

-Obserwowałemcięcaływieczór.-DłonieDashaprzesunęłysiępomoichodkrytych
ramionach,ajegowzrokpomojejsylwetce.Potwarzywłosach,ramionach,piersiach,
biodrach,ażwreszcieDashspojrzałmiwoczy.-Niemogłemdłużejwytrzymać.
Musiałemciędotknąć.

-Dash…

Udałomisiędobyćzpiersizaledwiewestchnienie.Skurczonepłucaniepozwalałynanic
więcej.WzrokDashabyłtakintensywny.Takiprzenikliwy.Czyoncośbrał?Mającna
uwadze,gdziejesteśmy,byłotowysoceprawdopodobne.Aleniemiałamcałkowitej
pewności.Byćmożebyłamzbytpijana.Byćmoże,akuratwtejchwili,nicmnietonie
obchodziło.Wiedziałamtylko,żemiędzynamijestjeszczezadużopowietrza.Zbytduża

background image

odległość.Zaledwiekilkacali,alejednakzadużo.

-Reed,niemogę…Myślętylkootobie.Dłużejtakniemogę.Niepotrafię.Proszęcię.

Proszę…

Zbliżyłamsiędoniegojakweśnie.Nieumiałamsiępowstrzymać.Toniedobrze.To
bardzo,bardzoźle.Alebyliśmysami.AprzedemnąstałDashMcCafferty.Silny.
Przystojny.

Niewiarygodnieseksowny.AJoshIf!

Joshmniezostawił.Zostawiłmnietamsamą.Bolałomnieserce,chciałamzapomniećo
wszystkim,cosięprzedchwilązdarzyło.Zatracićsię.ZatracićsięwramionachDasha.

-Proszę…

Błagałmnie.Błagał,bymgoprzytuliła.DashMcCaffertybłagałmnie.

ToDziedzictwo.Wszystkomożesięwydarzyć.Inikt-nigdy-oniczym-sięniedowie.

-Cochceszzrobić,Dash?-szepnęłam.IwtedyDashmniepocałował.

Wszystkowemnieeksplodowało.Naglepoczułam,jakulatniasięcałamojasiła.
ZatraciłamsięwDashu.

Przytuliłmnie,jegosilneramionaotoczyłymojeplecyiuniosłymniewgórę.Tuliłkażdy
centymetrmojegociała.

Boże,nacomyczekaliśmy?Jakmogliśmytakdługosięopierać?Gdybymwiedziała,że
jegopocałunkitaksmakują,żemojeciałobędziedrżećzrozkoszy-całowałabymgojuż
wDriscollu.CałowałabymwVineyard.Całowałabymwzeszłymrokuiprzykażdej

nadarzającejsięokazji.

Dashdrżał.Wiedziałam,żeczujetosamocoja.Naszeciałapragnęłybyćrazem.Czućsię
nawzajem.Chcieliśmypodążyćzatymgłosemszaleństwa,niezważając,gdzienasono
doprowadzi.Dashcofałsięwkierunkuokrytegojedwabiemmateraca.Nieopierałamsię
anitrochę.

Kiedyodsunąłsięodemnie,zrobiłamkrokwjegokierunku,amojeustaszukałyjegoust.

-co…

Uśmiechnąłsię.Potempodniósłmniejakmałedziecko.Falbanysukniłaskotałymnie-
nawettowydałomisiępodniecające.GdyDashpołożyłmnienamateracu,chwyciłam
jegokurtkęipociągnęłamgozasobą.Chciałampoczućciężarjegociała.Poczućnasobie
każdycentymetrjegociała.

-Boże.Niemogłabyśbyćaniodrobinępiękniejsza…-wyszeptał,obsypującpocałunkami
mojąszyję.

Objęłamgoiznówposzukałamjegoust.Odtejchwiliwszystkopotoczyłosiębardzo
szybko.

Sukienkaprzestałamnieopinać,jegokurtkaznalazłasięnaziemi.Mojepiersiuwolniły
sięzestanika,koszulaDashaszybkozostałarozpięta.Obserwowałam,jakmojepalce

background image

wędrująwstronęsuwakajegospodni.Niemogłamuwierzyć,żetorobię|a!enie
potrafiłamsiępowstrzymać.Nieumiałam.Niedałamrady.Potrzebowałamgo.Teraz.

DrżącepalceDashapowolizbliżałysiędomoichpiersi.Westchnęłamzpodniecenia.
Gdzieśnazewnątrzktośkrzyknął.Rozległsiębrzęktłuczonegoszkła.Znówkrzyk.Ale
ledwozwróciłamnatouwagę.NiezwracałamuwaginanicopróczDasha,któregociało
poruszałosięnamnie.

Iwtedyktośgwałtownieodsunąłzasłonę.ZobaczyłamJo-sha.Wjegooczachdostrzegłam
olbrzymiepoczuciekrzywdy,szok,gniewizaskoczenie.

-Josh!AleJoshjużzniknął.

background image

Powszystkim

Coja,udiabła,robię?

OdepchnęłamDasha,zapięłamsuwakodsukienki,omalsięprzytymnieprzewracając.

Wyprostowałamsięinatychmiastwypadłamznamiotu.Dashcośzamnąkrzyknął,alenie
zrozumiałam,cochciałmipowiedzieć.Dachiwszystkiekolorywirowałydookołamnie,
kiedypróbowałamznaleźćJosha.

Nie.Nie.Nie.

Miałamwrażeniejakbyktośwbijałmiwserceostrykawałekloduikręciłnimtowjedną,
towdrugąstronę.Czułamuciskwżołądku.Niemogłamzłapaćtchu.Sprawanie
wyglądaładobrze.Odwróciłamsięizwymiotowałam.Prostonaczyściuteńkądotejpory
szybęwokniedachowym.

-Ofuj,aleświnia!

-Paskudztwo’

Przetarłamdłoniąusta.Łzypociekłymipopoliczkach.Niemożliwe,żebymbyłaażtak
pijana.Próbowałamsobieprzypomnieć,ilewsumiewypiłamróżowychdrinków.Możeze
trzy.Amożecztery.Nobochybaniepięć?Itonapełnyżołądek.Amimotonie
potrafiłamsięwziąćwgarść.Mojemyśliwirowałyiledwodałamradęustaćnanogach.
Cosięzemnądzieje?

Potemusłyszałamczyjeśkrzykiirozejrzałamsię,ściskającdłońmigłowę.Josh
przedzierał

sięprzeztłum,dodrzwi,dośrodka.Jeszczeniebyłozapóźno.

-Josh!Josh!Zaczekaj!

Potknęłamsięofalbanymojejsukienki,ruszajączanim,poczymzebrałamsuknię,
chwyciłamjąwdłoń,żebyłatwiejmibyłobiec.Kilkakrokówwdółposchodachnapiąte
piętro.Potykającsię.Chwytającsięporęczy.Wszystkodookoławirowało.Wszystkobyło
zamazane.Dookołapełnoludzi-opieralisięościany,byłoimsłabo,leżelinapodłodze,
cału-jącsię,rozmawiali,piliipalili.Wszystkobyłojakieśkoślawe.Wszystkonietak.Ale
zauważyłam,jakJoshbiegniekrętymischodamiwdół.Obijającsięościanykorytarza,
próbowałampobieczanim.

Ledworuszyłamposchodach,żołądekznówdałmiosobieznać.Spojrzałamwdół-pode
mnąfalowałyczterypiętrapełneimprezowiczów.Zapowiadałosię,żeniczegonie
podejrzewającytancerzzostaniepotraktowanykolejnąfaląwymiotów.Wstrzymałam
oddech,zasłoniłamustaibiegłamdalejprzedsiebie.NaszczęścieJoshzmierzałtylkona
czwartepię-

tro.Chwiejnymkrokiemzeszłamzostatniegoschodkaidelikatniezaczerpnęłam
powietrza.

Alezamiastpowietrzapoczułamdymztrawki-napiętrzezebrałasięgrupkamłodzieży,

background image

pociągającrozmaitefajkiwodne.Mimotopoczułamsiętrochęlepiej.Ruszyłamdo
przoduichwyciłamJoshazaramię.

-Josh;proszęcię.Proszę!Musimyporozmawiać!

Odwróciłsięispojrzałnamnie.Wjegooczachdostrzegłamtylkopolitowanie!
obrzydzenie.

Wyciągnęłamdoniegoręce,alecofnąłsię.Musiałamsięoprzećościanę,żebynieupaść.

-Doprowadziłaśsiędokoszmarnegostanu-stwierdził.-Wiem.AleJosh.Janie…Nie
wiedziałam…

Conibymiałammupowiedzieć?Jakmogłamwyjaśnićto,czegobyłświadkiem?Miałam
mętlikwgłowie.Byłampodniecona.Zdesperowana.Przedewszystkimchciałam,żeby
przestałtaknamniepatrzeć.Chciałam,żebyspojrzałnamnietak,jakpatrzyłwlesie.Tak
jakwtedy,kiedyporazpierwszypowiedział,żemniekochał.Chciałam,żebybyłomiędzy
namitakjakdawniej.Bardzotegochciałam.

-Wróciłem,żebycięprzeprosić-powiedziałzimnoJosh.-Chciałemcipowiedzieć,żeto,
comówiłemwcześniej,byłobłędem.Żeczujęsięwinny.Icozobaczyłem?Znalazłemcię
nawpółnagą,baraszkującązjednymzmoichnajlepszychprzyjaciół!

Ostatniesłowawykrzyczałtakgłośno,żeskuliłamsię,akilkaosóbpalącychobokfajkę
wodnązaśmiałosię.

-Wyluzuj,chłopie.ToprzecieżDziedzictwo-powiedziałjedenznich.

-Josh,proszęcię.Niemiałampojęcia,cosięzemnądzieje.Czuję,że…Janie…

-Niesądziłaś,żektościęprzyłapie?-rzuciłmiprostowtwarz.-Nocóż,nieudałosię.I
żebyśmysiędobrzezrozumieli:znamikoniec.Powszystkim.Anapożegnaniedodam,iż
niechcęcięwięcejwidzieć.Żegnaj,Reed.

Odwróciłsię,odpychającnabokjakiegośchłopaka,poczympuściłsiępędemprzed
siebie.

-Josh!-Łzypopłynęłymizoczustrumieniem.Potykającsię,ruszyłamzanim.-Josh,nie!

Proszę!Niemożesz…

Aleonbiegłzbytszybko,żebymwtymstaniemogłagodogonić.Zbiegłposchodachi
tylegowidziałam.

-OmójBoże!OBoże!OBoże!-Oddychałamgłęboko.Niemogłamjednakztapaćtchu.

Przycisnęłamtwarzdochłodnejściany,poczymprzylgnęłamdoniejcałymciałem.Josh
odszedł.Terazjużnaprawdę,nazawsze.

Dookołamniestaliimprezowicze.Śmialisię.Rozmawiali,krzyczeli,miotalisię,palili,
całowalisię,tańczyli,obmacywalisięipili.AJoshodszedł.Naprawdę.Nazawsze.

Nigdynieczułamtakiegobólu,jakiterazopanowałmojąklatkępiersiową,żołądek,
płuca…Inagledotartodomnie,żeniepotrafiężyćbezJosha.Zamknęłamoczy.
Chciałamstłumićtenpotwornyból.Zapaśćsiępodziemięipozostaćtamdokońcażycia.
W

background image

Iwtedyktośsięzaśmiał.Momentalnieotwarłamoczy,apoplecachprzebiegłmizimny
dreszcz.Znałamtenśmiech.TośmiechCheyenne.

Ktośotarłsięomnie.Zebrałamsięwsobieiodwróciłam.Wszystkodookołaznówstało
sięzamazane,aletymrazembyłamnatoprzygotowana.Zamknęłamoczy,wzięłam
głębokioddechipochwiliznówrozejrzałamsiędookoła.Stałatam.Tobyłaona.Wrazz
trzemainnymidziewczynamiprzeciskałasiękorytarzemprzeznaćpanytłum.Śmiałasię.
Poznałamtenśmiech.Jejwłosy.Uśmiech.Figurę.Jejpodbródekpodróżowąmaskąz
cekinami.Miałanasobiezwiewnąbiałąsuknięprzewiązanąróżowympaskiem.Różowy-
ulubionykolorCheyenne.Położyładłońnaplecachjednejzdziewczyniwszystkierazem
ruszyłyprzedsiebie.Zadwiesekundyzniknąwśródgości.

ZapomniałamoJoshu.Musiałam.WtejchwiliJoshprzestałsięliczyć.Musiałamsię
dowiedzieć,cosięwłaściwiedzieje.CzyCheyenneżyje?Czytojazwariowałam?Może
mamhalucynacje?Omamy?Nie.Niemożliwe.Onatambyła.Wgłowiezaczęłomi
dudnić.Nieumiałamzebraćmyśli.Alemusiałampoznaćprawdę.Musiałammieć
pewność.

-Czekaj!Cheyenne!Czekaj!-krzyknęłam.

Niezatrzymałysię.Nawetniespojrzałyzasiebiej|

-Nie!Zaczekaj!Wracaj!

Podążyłamzanimi.Potknęłamsięoczyjąśnogę.Chwyciłamsięporęczy.Znówdobiegł
mniejejśmiech.Mimożepodłogazdawałasięfalowaćpodmoimistopami,szłamdalej.

-Cheyenne!Zaczekaj!Dlaczegotorobisz?Proszę,zatrzymajsię!

Mimodymu,potuigorącazauważyłam,jakCheyenneprzytulajednązeswoich
przyjaciółek,poczym,schylającsię,wchodzidopokojunakońcukorytarza.Świetnie!
Jestsama.Terazminieucieknie.Adrenalinauderzyłamidogłowy,odepchnęłamparę
chichoczącychdziewcząt,kopnęłamgościawmasceGeorge’aW.Busha,którypróbował
mniezatrzymać,anastępnieruszyłamwstronędrzwi.

Sercepodeszłomidogardła,kiedywchodziłamdopokoju.Odwróciłamsięizamknęłam
zasobądrzwi.Czekałam,ażmójmózgprzestaniewywijaćfikołki.Zaczerpnęłam
powietrza.Z

przerażeniemrozejrzałamsiędookoła.Opanowałmnieirracjonalnystrach,który
przeniknął

mniedogłębi.Poczułamciarki.Ilękprzedmściwymiduchami,zjawamiiżywymi
trupami.

Stałamjakskamieniała,alepokonałamtouczucieirozejrzałamsię.

Pokójbyłpusty.

Najlepszeprzyjaciółki?

Zaczynałamwariować.Nakońcukorytarzaniebyłoinnychdrzwi.Mogłabymprzysiąc,że
Cheyennewchodziładotegopokoju.Ajednak…Pusto.

Wtedysięrozpłakałam.Poomackudotarłamdoolbrzymiegołożastojącegonaśrodku

background image

pokoju.Drżałam,trzymającsięzabrzuch.Ztrudemstarałamsięoddychać.Płakałamtak,
jaknigdywcześniejniepłakałamzpowoduCheyenne.Takjaknigdyniepłakałamz
powoduThomasa.Dzisiejszejnocyumarłocośważniejszego.Mojeserce.Mojamiłość.
Mojaprzyszłość.

Wiem,toegoistyczne,aletaksięczułam.Ikiedytodomniedotarło,zwinęłamsięw
kłębekipłakałamjeszczeprzezchwilę,myślącoludziach,którychstraciłam.Otym,że
zginęlizupełniebezsensu.Iotym,żeoddałabymwszystko,żebywrócili.

Wciąguostatnichtygodniudawałomisięoderwaćodponurychmyśli,boznajdowałam
sobieróżnezajęcia.Mojaprezesura,Dziedzictwo,anawetszkołaiDash.Aleteraznicjuż
niestałoimnadrodze.Byłtylkotenpustypokój.Iciężar,którytakbardzomnie
przytłaczał.

Niewiem,jakdługoleżałamzwiniętanaczerwonejkołdrze,płaczącwłóżkoobcego
człowieka.Pochwilisięuspokoiłam.Zdałamsobiesprawę,żejestemwykończona.
Potrzebowałamchusteczekhigienicznych,aspirynyisnu.Chciałamprzeczekaćtudorana.

Podniosłamsięiporazpierwszyuważnieprzyjrzałamsiępokojowi.Obokłóżkastała
szafkanocna,ananiejlampkaikilkanumerówpism„Paper”i„Nylon”.Chusteczeknie
było.

Zeszłamzłóżka,otwarłamdrzwiczkiodszafki.Ześrodkawypadłytrzyalbumyze
zdjęciami.

Jedenznichupadłtużpodmojestopyiotworzyłsię.

Sercenachwilęprzestałomibić.Naśrodkustronywidniałoduże,błyszczącezdjęcie
przedstawiająceIvySladeiChe-yenneMartin.

Byłybardzomłode-mogłymiećmożetrzynaścielat.Cheyennemiałanazębachaparat,a
Ivyokularynanosie.Obiebyłyśliczne.Piękne,uśmiechnięteitakieświeże.Obejmowały
sięramionami,każdatrzymaławrękurakietętenisową.Podspodemktośnapisał:
„CheyenneiIvy,mistrzyniedebla!”.

Zaschłomiwgardle,więczaczęłamkaszleć.Usiadłamnałóżkuijeszczerazrozejrzałam
siędookoła.Całąścianęnawprostmniepokrywałkolaż-rozmaitesłowaiobrazy.
Niektórewyciętezmagazynów,innewydrukowanenapapierzezdjęciowym,ajeszcze
inne-nacienkimpapierzegazetowym.Fragmentyobrazów-usta,aleniecałetwarze;
płatki,leczniekwiaty;skrzydła,alenieptaki;chmury,leczniecałeniebo.Aletonieten
rażącymelanżzmroziłmikrewwżyłach.Przeraziłomniejednosłowo,napisane
czerwonąfarbą,wielkimiliteraminasamymśrodkuplątaninywycinków:

IVY.TobyłpokójIvy.Byłamwjejpokoju,AIvymiałazdjęciaCheyenne.

Drżącąrękąprzewróciłamstronęwalbumie.Zobaczyłamkilkamniejszychfotografii,
którychtematemprzewodnimnadalbyłapara:IvyiCheyenne.Zkażdegozdjęciapatrzyły
namniedwiedziewczyny.Cheyenne,starszaijużbezaparatunazębach,trzymającasię
dziobułodzi.

IvyiCheyenne,wwiekuczternastu,możepiętnastulat,próbującejazdynanartach
wodnychIvyiCheyennewstrojachwieczorowych,

background image

mocnoprzytulone,każdaznogąodchylonądotyłu.“JaiChenaregatach””Ivy+
Cheyenne

=NajlepszePrzyjaciółki””JaiChe,pierwszydzieńwEaston!”IvyiCheyenne.
WszędzieIvyiCheyenne.Toniemiałosensu.CheyenneiIvynieznosiłysię.KiedyRose
iPortiazaproponowałyżebyprzyjąćIvydoBillings,Chayenneomałoniezagotowałasię
zezłości.

AIvyprzecieżnienawidziłanaswszystkich,anajbardziejCheyenne.Szydziłazniej,
kiedytylkowrozmowiepadałojejimię.Ateraznagledowiadujęsię,żebyłynajlepszymi
przyjaciółkami?

Zatrzasnęłamalbum,trzęsącsięzezłości.Kłamstwa.Towszystkobyłykłamstwa.Same
sekrety.Zupełniejakwze-szłymroku,kiedydoskonaływkażdymcaluThomasokazałsię
dileremnarkotyków,aprzesłodkaAriana-oszalałązmiłościmorderczynią.Natasha
potajemniespotykałasięzLeanne’emShore,aTaylorzniknęławśrodkunocy,niezo-
stawijąćżadnegowyjaśnienia,inigdyjużniewróciła.Tenświattopowtarzanewkółkote
samehistorie.Chodziłotylkooto,coujdziecinasucho.Kogoudasięoszukać.Czy
ktokolwiekwogólebyłzemnąszczery?CzyistniałowEastonjakieśprawozakazujące
szczerości?Czywszyscydookoła

przechodzilijakiśtajemniczykursoszustwa,októrymjanicniewiedziałam?

NagleprzedoczamistanęłamizmartwionainieszczęśliwatwarzJosha.Zaśmiałamsię
gorzko.Samajesteśhipo-krytką,Reed.Niemusiałamchodzićnażadenkursoszustwa.W

końcucorobiłamodpoczątkutegoroku?FlirtowałamzDashem,okłamywałamJoshai
Noelle.PostępowałamdokładnietaksamojakcałaresztaUoshmiałrację.Stałamsięjedną
znich.

Wepchnęłamalbumyzpowrotemdoszafkiiwstałamzłóżka.Dosyćtego.Koniec.Koniec
zkłamstwami.ZnajdęNoelleiopowiemjejotym,cosięwydarzyło.ODashu.Powiem,
żecośdoniegoczuję.Nieważne,żeteuczucianiesądlamniedokońcajasne.Przyznam
siędowszystkiegoiponiosękonsekwencje.Noellesięwścieknie,tegomogłambyć
pewna,alewtejchwilibyłomijużwszystkojedno.

Miałamjużdosyćkłamstw.Zamierzałamcośztymzrobić.

Dobrewieści

-Noelle!Noelie!

Noeliegadałazdziewczyną,którejnigdywcześniejniewidziałam.Dziewczynabyła
wysokaiszczupła,miałarudewłosyibyłowmejcośkrólewskiego.Gdydonich
podbiegłam,Noelleomałoniezakrztusiłasięzielonymjabłkowymmartini.

-Reed!Cosięstało?Wyglądaszokropnie!-powiedziałanapowitanie.

Szczupładziewczynarzuciłamiprzelotne,pełneobrzydzeniaspojrzenie,jakbymwłaśnie
ześliznęłasięzpokładukutrarybackiego.Poczymodeszła,szybkoidyskretnie.

-Wiem-odpadam,starającsięzignorowaćsyrenęalarmowąwyjącąwmojejgłowie.
Alarmostrzegałmnie.żetoniejestdobrypian.Żetozłypomysł,żejeślipowiemNoelle
prawdętojestemjużtrupem.Aleniemiałotojużznaczenia.Niemiałonajmniejszego

background image

znaczenia.Ważnabyłatylkoprawda.

-Posłuchaj,Noelie,muszęztobąporozmawiać.Teraz.

Chwyciłamjązaramionaipociągnęłampodścianę.

-Ranyboskie,Reed,ocochodzi?-zapytałaNoelle.Uderzyłomnieniespokojne
spojrzeniejejpiwnychoczu.

-Ja…

-Czekaj!Najpierwdobrewieści!-Łyknęładrinkaiodstawiłakieliszeknanajbliższy
stolik.

-Maszjakieśdobrewieści?-wyjąkałamsłabo.Bonus.Możejejdobrewieścizłagodzą
uderzeniemoje]bronimasowegorażenia.

-Znakomite!-powiedziała,chwytającmniezarękę-Dashijaznówjesteśmyrazem!

Wtymmomencieświatprzestałwirować.

Zerododwóch

Kiedytosięstało?Kiedy?Kiedy?

Przezresztęnocypowtarzałamsobiewduchutopytanie.

Siedziałamnaszezlonguiczekałam,ażmojeprzyjaciółkiskończąradosnąpopijawę…

Kiedy?

Marzłam,czekającnanasząlimuzynę,którajechałanaczeledługiegosznura
samochodów.

Kiedy?

Siedziałamnaaksamitnymsiedzeniulimuzyny,zgłowąGage’anakolanach,podczasgdy
NoelleiPortiamalowałyjegozaspanątwarzszminką,tuszemdorzęsibronzerem…
Kiedy?

KiedyNoelleiDashpostanowili,żeznówbędąrazem?Czystałosięto,zanimmnie
dopadł,zanimmniepocałował?Zanimmnieobmacywał,kładłnamateracuitymsamym
pomógłmizłamaćJoshowiserce?Czypóźniej?

Cobyłobygorsze?

Jeżelistałosiętoprzedtymwszystkim,toDashbyłdupkiem.Dupkiem,którymnie
wykorzystałizdradziłswojądziewczynę.

Jeślipotem,todlaczegowróciłdoNoelle?Czyuznał,żenie

chcebyćzemną?Czytodotykmojegociaławepchnąłgozpowrotemwjejramiona?A
możepomyślał,żetojaniechcęznimbyć,bopobiegłamzaJoshem?Czyteżmożeod
początkuzamierzałwrócićdoNoelle,aleprzedtemchciałjeszczezemnąpobaraszkować?

Znówzebrałomisięnawymioty.Tylkożetymrazemzwymiotowałabymprostonatwarz
nieprzytomnegoCage’a.

-Reed,uśmiechproszę!

background image

Podniosłamwzrok.Noelletrzymałanamoichkolanachwymalowanąjakuklaunatwarz
Gage’a,podczasgdyTiffanyustawiałaaparat.Oślepiłmniebłysklampy.Wszyscysięro-
ześmiali.Odwróciłamsiędookna,obserwującfioletoweplamyprzesuwającesięprzed
moimioczami.

-Wżyciumnietakniktniecałował!§SabinęzwierzałasięConstance.-Anawetnie
widziałamjegotwarzy!Czywszyscyamerykańscychłopcytakcałują?

-WypróbujnaCage’u!-zażartowałaNoelle,

Śmiech.Towarzystwocałyczasświetniesiębawiło.Ciąglebylinabuzowani,ciąglepełni
energii.Dziedzictwoimsięudało.

Aja…Straciłamichłopaka,ikogoś,ktomógłnimzostać,awszystkowciągujednejnocy.

MójwynikDziedzictwa-zerododwóch.Wprzyszłymrokuzostajęwdomu.

background image

Warto

WdrodzepowrotnejtuneldoGwendolynHallwydawałsięjeszczewęższyniżwcześniej.

Ciaśniejszy,zimniejszyistrasznieduszny.Zupełniejaknawycieczce,kiedywjedną
stronęidziesięszybko,apotemwydajesię,żepowróttrwacałewieki.Chciałamjuż
stamtądwyjść,miałamwrażenie,żetunelnigdysięnieskończy.Noistałosię.

Ktośzprzoduzacząłkaszleć.Niemalwtejsamejchwilidymwypełniłmipłuca.Tym
razemniebyłtodymztrawki,aleprawdziwy,gęsty,czarny,dławiącydym.

-Zawracać!Hej,tamztyłu,zawracać!-krzyknąłktoś.

Rozległsięczyjśprzeraźliwywrzask.Odwróciłamsię.Constance,którawcześniejszła
przedemną,aterazzamną,wpadłaminaplecy.Potknęłamsięiwpadłamzkoleina
Vienne,któraprzewróciłasięnaziemię.Wszyscyzaczęlibiecnaoślep,wzajemniesię
tratując.Krewpulsowałamiwżytach,awokółmnierosłapanika.Wszyscyumrzemy.
Stratujemysię,udusi-myiumrzemy.

-Stać!-krzyknęłapełnymgłosemNoelle.Szłaterazkawałekzamną,dzieliłonaskilka
osób.

PrzedtemNoelleszłanaczelegrupy.-Uspokujciesięwszyscy!-powiedziaławładczym
tonemNiktsięnieruszył.-Aterazpozbierajciesię.

PomogłamwstaćViennie.Dymstawałsięcorazgęstszy.Viennapłakała.

-Aterazzakryjcieczymśnosyiustaiwracamy.Idźcieszybko,aleidźcie,niebiegnijcie-

mówiłaNoelle.~Dowyjściajużniedaleko.

Podniosłamsukniędogóry,zasłaniającniątwarz.Próbowałamoddychać.Vienna
chwyciłamniezarękęspoconymipalcami.Szłaprzedsiebie.Ktośwtuneluszeptem
odmawiał

modlitwy.Podejrzewam,żekiedyludziezwyższychsfersąprzerażeniizagrożeni,stają
sięreligijni.

Wkrótcedymzacząłsięprzerzedzaćinerwowaatmosferaniecosięuspokoiła.Kiedy
wreszciewyszłamnaświeżepowietrze,poczułamtakąulgę,żeniemogłamsięruszyćz
miejsca.

-Cotobyło?-spytałaTiffany,kiedyPortiaiNoelle,idącejakoostatnie,wynurzyłysięz
tunelu.Naichtwarzachwidniałyczarnesmugi.-Portiaschyliłasię,próbujączwalczyć
atakkaszlu.Rosepodeszła,byjejpomóc.Wyglądałonato,żenawdychałysięnajwięcej
dymuznaswszystkich.

-Samaniewiem-powiedziałaNoelle.-Alechybatrzebabędziewrócićiprzejśćprzez
głównąbramę.

Całetowarzystwoogarnęłaponurarezygnacja.Tobyłoto.Jeśliprzejdziemyprzezbramę,
obokstrażnikówikamer,będziemyzałatwieninacacy.Spojrzałamnawszystkich.
Miałamnadzieję,żecałaimprezabyładlanichtegowarta.

background image

Dlamniezdecydowanienie.

Mojeprzekleństwo

Strażnikwpuściłnasdokampusu.Niebytzaskoczonynaszymwidokiem.Poprostuskinął

głową,nacisnąłbrzęczyk,byotworzyćbramę,iobserwował,jakciężkimkrokiem
wchodzimydośrodkawbrudnych,poplamionychsadząipodartychstrojach.Drogana
wzgórzeokazałasięniezwyklemęcząca.Ci,cobyliwlepszejformie,musielipomagać
tympółprzytomnymwejśćnaszczytstromejścieżki.Wszyscyzaśtruchlelizprzerażenia
namyślotym,coczekanasnamiejscu.Ktomógłwiedzieć,cotamzastaniemy?Ktomógł
przewidzieć,czynasnatychmiastniewydalązeszkoły?Apozatym,jakrozległybył
pożar?Czykomuścośsięstało?JadodatkowomartwiłamsięoJosha-gdziemógłteraz
być?Czypróbowałwrócićtąsamądrogą?Czynicmusięniestało?Czykiedykolwiek
jeszczebędzieChciałzemnąrozmawiać?

Gdywkońcudotarliśmydopierwszegokręguinternatów,niebozaczynałojużróżowieć.
Niemogliśmynawetmiećnadzieinapowrótpodosłonąnocy,niedałosięjużodwlec
tego,conieuniknione.Byliśmyskończeni.

Wtedyujrzeliśmyczarnąchmurędymuunoszącąsięnaddrzewami.

-ToGwendolynHall-ponuropowiedziałaRose.Wiedzieliśmy,żemarację.Oczywiście,
żewiedzieliśmy.Alektośmusiałtopowiedziećnagłos.-Idziemy-rozkazałaNoelle.

OkrążyliśmyBradwelliweszliśmynadziedziniec.Niktniepróbowałsięchować,ociągać
aniprzemykaćchyłkiem.Strażnikmiałnasnanagraniu.Mogliśmywięctrzymaćsię
razem.

Wprzeciwieństwiedoinnychtragedii,którychdoświadczyłamwkampusie,temu
zdarzeniunietowarzyszyłtłumuczniów.Tylkonauczyciele,strażacy,policjai
sanitariusze.Uczniomnajwyraźniejrozkazanozostaćwpokojach,alewoknachwidać
byłoprzyglądającenamsięzgóryprzyciśniętedoszybtwarze.

Czterywozystrażackiestałyzaparkowaneprzedtym,copozostałozGwendolynHall.W

trawiesterczałypaskudne,wyszczerbionewieżyczki,adookołaścieżekiskwerówwidać
byłobłotoikurz.Jedenzestrażakówwciążpolewałwodątlącesięzgliszcza.Wszędzie
poniewierałysiępoczerniałekamienie,pokruszonazaprawa,osmalonegałęziei
potłuczoneszkło.Górakamieni.GwendolynHall,pierwszybudynekszkolnyEaston,
najstarszyobiektwkampusie,zakończyłswójżywot.

Tomydotegodoprowadziliśmy.Tonaszawina.Ktozapalaogieńwpiwnicystarego
budynku,wktórejstojąsetkiwiekowychdrewnianychbiurek?Przecieżtakieprzedmioty
sąłatwopalne.Wystarczyjednaiskra,żebysięzajęły.Jednazapał-ka|pedenżarzącysię
joint.

Wystarczy.

SpaliliśmyGwendolynHall.

KilkupolicjantówprzesunęłosięiujrzałamdyrektoraCromwella.Miałnasobiegarnituri
krawat.Ponurokiwał

głową,słuchająctego,comiałmudopowiedzeniajedenze

background image

strażaków.

Comyśmynarobili?Cojdnarobiłam?

-Powinniśmysięstądzabierać-powiedziałLance.

Miałrację.Niktnasdotądniezauważył.Alewtymmomencie,zupełniejakbygłos
Lance’adotarłdouszuCromwella,dyrektorpodniósłgłowęispojrzałwprostnanas.Na
jegotwarzymalowałsiępotwornygniew.Jegowściekłespojrzenieprzeszyłomnieażdo
szpikukości.

-Onwie-rzuciłGage.Byłjeszczepijany,dlategomówiłnagłosto,oczymdawno
wszyscyjużwiedzieli.-Ocholera,onjużwie.

OdruchowospojrzałamnaNoelle.Stałabezruchu.Ponuro,alespokojnie.Wszyscy
pozostaliczłonkowienaszejbrudnej,przemoczonejdrużynypatrzylinamnie.Cofnęlisię.
Wtedymiałamjużpewność.Tojamiałamponieśćkonsekwencje.Wszystkospadniena
mnie.

Powinnambyłatoprzewidzieć.Powinnamwiedziećtoodpoczątku.Zaszczytnytytuł
prezesaBillingstowistocieprzekleństwo.