background image

Ann Major

Dziecko buszu

(Widerness Child)

Tłum Witold Nowakowski

PROLOG

Słońce zniknęło za postrzępionymi szczytami gór. Pół godziny później ucichł palący wiatr, 

który wiał z rozległego australijskiego interioru.

Pilot zmęczonym ruchem potarł zaczerwienione oczy. Od wielu godzin zmagał się z upałem.
Spojrzał przed siebie. Niebo nabrało opalizujących barw, a w dole zaczął się ruch rozmaitych 

nocnych zwierząt. Za dnia żadne z miejscowych stworzeń nie opuszczało kryjówki.

Czynił to jedynie biały człowiek.
Samolot leciał nisko, kierując się na północny zachód. Gdy przekroczył granicę zamkniętego 

obszaru Jackson Downs, umieszczony na pokładzie licznik Geigera zatykał głośno. 

Pilot poczuł, że krew pulsuje mu w skroniach. Uniósł dłoń i począł obgryzać postrzępione 

paznokcie. Samolot jeszcze bardziej zniżył lot i zatoczył koło nad opustoszałą zagrodą.

Wskazówka licznika powoli wędrowała ku górze. Pilot drżącymi rękami przerzucił drążek 

sterowniczy. Jeszcze dwa okrążenia. Gdzieś w dole znajdowała się pokaźna ilość uranu.

Pilot   wyjrzał   przez   okienko.   Pod  brzuchem   dwusilnikowej   maszyny   ciągnęły   się   tysiące 

hektarów   rozpalonej,   czerwonej   równiny.   A pod   zwalonymi   skałami   oczekiwał   na   znalazcę 
prawdziwy skarb – uran.

Mężczyzna  nie mógł doczekać się chwili powrotu, gdy będzie mógł powiadomić Noelle 

o swym odkryciu. Nareszcie udowodni, że nie jest już chłopcem. Co prawda, jego własny brat 
pozbawił rodzinę własności do tego obszaru, pochopnie podejmując decyzję o sprzedaży. Pilot 
uśmiechnął się.

Już wkrótce odzyska tę ziemię. Bez względu na przeciwności losu.
Przez chwilę pomyślał o obecnym właścicielu Jackson Downs. Tad Jackson był twardym, 

zdecydowanym   na   wszystko   mężczyzną,   budzącym   respekt   u wielu   osób.   Aby  osiągnąć   cel, 
należało zniszczyć całą jego rodzinę.

Pilot skierował samolot w górę, gdy nagle dostrzegł przed sobą ostrą, zębatą skałę.

background image

W podnieceniu zapomniał kontrolować wysokość lotu.
Gwałtownie szarpnął drążek. Nic. Uran!
Nie wolno mu rozbić się o skały! Nie dzisiaj! Postrzępiona krawędź była coraz bliżej. Życie 

nigdy nie miało w sobie tak wiele słodyczy. Ani tyle okrucieństwa.

Samolot opadał ociężale. W ostatniej chwili w głowie pilota zaświtała znajoma myśl. Nie 

pierwszy raz znajdował się w podobnej sytuacji. Los jedną ręką dawał mu szczęście, a drugą 
niemal natychmiast karcił.

Noelle. Boże, Noelle!
Maszyna uderzyła o skałę. Nastąpił wybuch. Uwięzionego w kabinie pilota otoczyły języki 

płomieni. Ze zbocza zerwało się stadko ptaków. Z wrzaskiem okrążyły miejsce wypadku, po 
czym wróciły do gniazd.

Ogień przygasł. Latający lis oraz niewielki kangur zatrzymały się przy niewielkim wodopoju, 

otoczonym kwitnącą krzewiną.

Zapadła   głęboka   cisza.   Na   czarnym   niebie   pojawił   się   wąski   sierp   księżyca,   słabo 

rozjaśniający mrok zimnym światłem.

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

– Hej, czy to nie ten Jankes, który zabił... – Trudno powiedzieć. Ma gęstą brodę.
– Myślę, że to on. Ten sam! Jackson. Przeklęty morderca.
Podniesione, piskliwe głosy kobiet spowodowały, że Tad Jackson przyśpieszył kroku. Jednak 

już po chwili poczuł, że narasta w nim gniew.

Obecni   odprowadzali   wzrokiem   złotowłosego   olbrzyma,   starannie   ubranego   w dżinsy 

i koszulę koloru khaki – strój, po którym bez wątpienia można było rozpoznać Australijczyka 
z samego serca kraju. Długotrwałe działanie piekących promieni słonecznych pozostawiło na nim 
ślad w postaci ciemnobrązowej skóry i wyblakłej czupryny. Mężczyzna trzymał w dłoni skórzany 
kapelusz. Stanął nieco w cieniu, czekając na windę.

Rozpoznano go od razu, gdy wszedł do budynku. Tak było zawsze. Nie potrafił uniknąć 

kobiecych spojrzeń. Nawet pomimo obfitej brody.

Zmarszczył brwi i lekko wydął zmysłowe usta. Poruszył głową, a jeden ze złotych loków 

osunął mu się na czoło. Z silnej, męskiej twarzy emanowała tajemnicza siła i... dzikość, które 
były przyczyną wzmożonego zainteresowania ze strony kobiet.

Do   niedawna   Jackson   uważał   to   za   prawdziwy   dar   losu,   lecz   w ciągu   ostatniego   roku 

przeklinał   sam   siebie.   Dlaczego   nie   chciano   pozostawić   go   w spokoju?   Dlaczego   każdy 
mieszkaniec Australii pragnął go ukrzyżować?

Nie wystarczało im, że przez dwa lata jego rodzina żyła w ciągłym strachu? Nie wystarczało, 

że stracił majątek, że zastraszono jego współpracowników, że atakowano pociągi wiozące jego 
bydło do punktów skupu? Rok temu opuściła go żona, która nie potrafiła wytrzymać zagrożenia. 
Zabrała ze sobą córkę, Lizzie. Po pewnym  czasie wróciła, skradła z domu resztkę pieniędzy 
i uciekła ponownie. Tad nadal kochał córkę, choć żonę przestał darzyć uczuciem.

Tymczasem ktoś rozpuścił plotkę, że obie padły ofiarą morderstwa. Podobno zginęły z ręki 

Tada Jacksona. Lecz on był niewinny. Oddałby wiele za wiadomość, gdzie się znajdują.

W spojrzeniach niewiast zgromadzonych w holu groza mieszała się z fascynacją.
Rumieniec zabarwił policzki Tada. Nie czekając dłużej na windę, ruszył w stronę schodów.
Gdy mijał grupę kobiet, wykrzywił usta.
Być może nadejdzie dzień, gdy któraś z nich pozna, co znaczy ból niesłusznego oskarżenia.
Tad obrócił się i z gorzkim uśmiechem uniósł dłoń w geście wyzywającego pozdrowienia.
– Do widzenia paniom – mruknął.
Mówił   z australijskim   akcentem,   lecz   zachował   się   jak   Teksańczyk.   Najbliższa   z pań 

odsunęła się lekko na widok olśniewająco białych zębów.

– Usłyszał nas! – zaszeptały jej towarzyszki.
Tad nadal się uśmiechał, choć miał wrażenie, że ściany budynku chcą go zmiażdżyć. Boże, 

background image

czy ten koszmar nigdy się nie skończy? Przyjechał do Australii, bo chciał być panem samego 
siebie. Nie czuł więzi z rodziną pozostawioną w Teksasie. Sprowadził tu Deirdre i zniszczył jej 
życie. Po co? Miał szczerą ochotę sprzedać ziemię, spakować resztki dobytku i wracać.

Nawet, gdyby oznaczało to ponowne podporządkowanie rozkazom starszego brata, Jeba.
W uszach dźwięczały mu głosy rozmawiających kobiet.
–   Powiadają,   że   zabił   żonę.   Córkę   także.   Na   jednej   z wysp   w okolicach   Wielkiej   Rafy. 

W zeszłym tygodniu pisał o tym „The Australian”.

– Straszne.
– Nawet nie postawiono go przed sądem. Nikt nie odnalazł ciał zamordowanych.
– Biedna kobieta. Podobno w pobliżu wysp kręci się sporo rekinów. Żal mi dziewczynki.
Zginęła bez pojednania z Bogiem...
– To prawdziwy diabeł w powłoce anioła.
Pobiegł   w górę   schodów,   przeskakując   po   dwa   stopnie   naraz.   Zdyszany   dotarł   na   ósme 

piętro.

Serce omal nie wyskoczyło mu z piersi. Oparł się o ścianę i przygładził włosy.
Sięgnął do kieszeni po papierosy, zapalił jednego, zaciągnął się, lecz po chwili przypomniał 

sobie o przeziębieniu. Nie powinien palić. Poczuł ból w piersiach. Rzucił długi niedopałek na 
posadzkę i zdeptał go obcasem.

Tad zawsze był samotnikiem. Nie lubił towarzystwa. Był ciekaw, czy Ian miał naprawdę 

ważne powody, aby wezwać go do Brisbane. Za każdym razem, gdy pojawiał się w mieście, 
żałował swej decyzji. Ludzie wytykali go palcami, plotkowali, oskarżali o zabójstwo.

Odrywali go od kraju, w którym spędził ostatnie osiem lat. Nie wierzyli, że nie potrafiłby 

skrzywdzić kobiety ani dziecka. Lizzie...

Opuścili go przyjaciele. Nawet Ian, mimo iż był prawnikiem, na wpół wierzył plotkom.
Pierwszy uznał, że jedynym wyjściem w zaistniałej sytuacji byłby szybki wyjazd.
Tad   powoli   pokonał   ostatnie   piętro.   Wszedł   do   biura.   Minął   sekretarkę   Iana,   zajętą 

układaniem platynowych loków.

Na widok Tada dziewczyna upuściła szczotkę. Jej usta uformowały się w kształt litery O, ale 

nie   padło   z nich   ani   jedno   słowo.   Po   chwili   zerwała   się   z miejsca.   W jej   oczach   błysnęło 
przerażenie.   Tad   właśnie   położył   dłoń   na   klamce   drzwi   wiodących   do   gabinetu   Inna,   kiedy 
posłyszał za sobą stukot wysokich obcasów.

– Proszę zaczekać! Panie Jackson, nie może pan wejść tam w tej chwili!
Obrócił   się.   Dziewczyna   wpadła   na   niego.   Chwyciła   mężczyznę   za   rękę,   nieświadomie 

wbijając   mu   w skórę   długie,   pomalowane   błyszczącym   lakierem   paznokcie.   Tad   napotkał 
wystraszone spojrzenie jej piwnych oczu. Uśmiechnął się drwiąco.

– Masz zamiar mnie zatrzymać, maleńka? Dziewczyna zbladła, jakby na widok jadowitego 

background image

węża. Rysy Tada nieco złagodniały.

– Kochanie, dlaczego nie wrócisz za biurko i nie zajmiesz się jakimś bardziej odpowiednim 

zajęciem? Otworzył drzwi gabinetu.

Wnętrze   było   ciche   i odizolowane   od   zgiełku   zewnętrznego   świata.   Styczniowe   słońce 

prażyło  niczym  piec hutniczy, lecz w gabinecie Iana panował przyjemny chłód, przenikający 
puszyste dywany, bogate, pokryte mahoniem ściany i sięgające sufitu lustra.

Właściciel tego splendoru był jednym z najbogatszych mieszkańców Queenslandu.
Zaczynał z niczym.
Prócz   własnej   chciwości   i ambicji,   pomyślał   Tad.   Ojciec   Iana   ujeżdżał   konie,   matka 

wypasała  owce. Chłopiec dorastał wśród stada krów, hodowanego przez rodziców. W wieku 
sześciu   lat   lepiej   niż   niejeden   Aborygen   potrafił   odszukać   ślad   jaszczurki   na   piasku.   Gdy 
ukończył   dziesięć,   farmę   sprzedano   Amerykanom   i cała   rodzina   znalazła   się   w Brisbane, 
w dzielnicy biedoty. Teraz dobiegający czterdziestki Ian mógł cieszyć się własnym sukcesem.

Na   jednej   ze   ścian   wisiała   mapa   Queenslandu   i Północnego   Terytorium,   na   której 

zamalowano jaskrawym kolorem obszar należący do Iana. Tysiące hektarów, bogatych w rudę, 
sól, wapń, stada krów i bawełnę. „Nie ma rzeczy na tyle wartościowej, by nie mogła stać się moją 
własnością” – brzmiała jego dewiza. Był najlepszym prawnikiem w Queenslandzie, lecz pomimo 
wysokich   aspiracji,   w głębi   serca   pozostał   zadziornym   chłopakiem   z przedmieścia.   Tad 
zaprzyjaźnił się z Ianem wkrótce po przyjeździe do Australii i uczynił go odpowiedzialnym za 
zarządzanie swym majątkiem.

W tej chwili Ian siedział za biurkiem, pochłonięty rozmową przez telefon. Cygaro odłożył do 

popielniczki   i mrukliwym   głosem   rzucał   polecenia   do   słuchawki.   Był   krępym,   niewysokim 
mężczyzną, a z jego sylwetki emanowała zwierzęca siła wytrenowanego zapaśnika.

Ciemne   oczy   błyszczały   inteligencją.   Na   czarnych   włosach   srebrzyły   się   pasma 

przedwczesnej siwizny. Zerknął w stronę przybysza, burknął „do widzenia” i odłożył słuchawkę.

– Twierdziłeś, że to pilne, Ian – powiedział Jackson. Prawnik spojrzał na niego w milczeniu.
Wziął do ręki cygaro, dmuchnął pod sufit kłębem dymu.
–  Pilne...   i korzystne  dla   ciebie  –  odezwał  się  z wolna.  –  Siadaj,   wszystko   ci  opowiem. 

Kawy?

– Kawy?! – Tad nieomal wypluł to słowo. – Nie, u diabła.
Gwałtownie podszedł do biurka i zagłębił się w fotelu.
– Słucham.
Ian uśmiechnął się szeroko. Nie trapił się zachowaniem przyjaciela.
– Jackson, czy ty nigdy nie potrafisz się odprężyć? Nigdy, gdy otaczają mnie mury, ludzie 

i cywilizacja, pomyślał Tad. Nigdy, kiedy mój prawnik domaga się, abym przyjechał do miasta.

– Pomyślałem, że decyzja o sprzedaży sprawi ci ulgę. – Ulgę? – spytał Tad. – Zostałem do 

background image

tego zmuszony.  Nie jestem skłonny do ustępstw,  ale  nie  mam  szans na  dalsze prowadzenie 
interesu. Tam trwa regularna wojna. Moi ludzie chodzą uzbrojeni po zęby i nikt pojedynczo nie 
opuszcza zagrody. Chciałbym jedynie wiedzieć, z kim walczę. Nieprzyjaciel pojawia się znikąd. 
Atakuje   w nocy,   niespodziewanie.   W jednym   tygodniu   zniszczył   mi   ogrodzenie,   w innym 
wysadził w powietrze studnię. Sąsiedzi również stali się ofiarą napadów.

Moje   bydło   zdycha,   lecz   każdy   transport   jest   bez   litości   atakowany.   Od   kilku   miesięcy 

w Jackson   Downs   nie   spadła   ani   kropla   deszczu.   Przed   chwilą   przeleciałem   kilka   tysięcy 
kilometrów, oglądając wyschnięty busz i padłe krowy, a ty chcesz, żebym się uspokoił?!

– Żadnej poprawy?
– Chyba żartujesz. Od czasu, gdy ktoś zepsuł samolot Holta Mamina...
Ian przesunął dłonią po posiwiałej czuprynie.
– Więc uważasz, że to był sabotaż? Twarz Tada pociemniała z gniewu.
– Kto wie? Miejscowy strażnik przeprowadził urzędowe śledztwo, pokręcił się chwilę wokół 

wraku, zajechał do mnie nowiutkim jeepem i spisał raport. Nigdy więcej się nie pojawił. Holt był 
nieszkodliwym   maniakiem,   geologiem.   Włóczył   się   po   okolicy   w poszukiwaniu   minerałów. 
Nigdy nie znalazł zbyt wiele. Myślę, że nawet nie wiedział, dlaczego umiera.

– Masz jakieś podejrzenia?
– Tak, ale niczego nie potrafię udowodnić. Nie ufam Marlinom, zwłaszcza ich amerykańskiej 

kuzynce, Noelle.

– Zawsze byłeś podejrzliwy w stosunku do kobiet. – Szczególnie od czasu, gdy popełniłem 

błąd i ożeniłem się. Wiem jedno – wszystkie kłopoty rozpoczęły się z chwilą przyjazdu Noelle. 
Brat   zwrócił   się   przeciw   bratu,   właściciel   sporego   terenu   przeciwko   sąsiadom.   Dawniej 
darzyliśmy   się   wzajemnym   zaufaniem.   A teraz?   Gdy   każdy   na   własnej   skórze   doświadczył 
podstępnej napaści, zapanowała podejrzliwość. Do diabła! Co powinienem zrobić?

– Hm... wezwałem cię tutaj, bo mam dobrą wiadomość. – Uśmiech Iana stał się jeszcze 

szerszy. – Jeden z moich ludzi znalazł Deirdre.

Tad zerwał się z miejsca i pochylił nad biurkiem. Zapomniał o anonimowych napastnikach.
Zapomniał o Martenach i przewlekłej wojnie.
Bał się. Odczuwał tak wielki strach, że niemal począł się dusić dymem cygara.
– Co takiego?! – wykrztusił. – To znaczy... jej ciało? Gdzie? Musi być w przerażającym 

stanie. Luzie... Nie mógł dalej mówić. Ian pochylił się również.

Twarz miał spokojną, jedynie wyraz jego oczu przeczył udawanej powściągliwości.
– Żadne ciało, durniu. Znalazł ją żywą.  – Zacisnął palce na ręku Tada. – Dziewczynkę 

również.

– Żywą..
Poczuł, jakby pod skórę wbijano mu tysiące szpilek. Nie wierzył własnym uszom.

background image

Nie chciał śmierci Deirdre, lecz także nie pragnął, aby ponownie pojawiła się w jego życiu.
Wystarczyła mu Lizzie.
Deirdre nie opuściłaby Australii bez pieniędzy. Ponieważ w jej domku odnaleziono sporą 

sumę, padło podejrzenie, że nie żyje.

Tad wrócił wspomnieniami do dnia, w którym uzbrojeni policjanci zabrali go do bungalowu 

na   wyspie.  Na   łóżku   leżała   otwarta   walizka,   przykryta   częściowo   koronkową   bielizną.   Inne 
przedmioty w nieładzie walały się po dywanie. Podróżom Deirdre zawsze towarzyszył  zamęt 
i bałagan. Inspektor stwierdził, że kobieta prawdopodobnie utonęła.

Za oknami domku szumiały fale oceanu, a powietrze było przesiąknięte wilgotną morską 

bryzą. Tad wziął do ręki jedwabną bluzkę koloru lawendy, niefrasobliwie rzuconą na krzesło.

Poczuł   delikatny,   zmysłowy   zapach   perfum.   Deirdre   nosiła   ją   podczas   ich   ostatniego 

spotkania. Przyjechała wówczas pod pretekstem, że chce przekazać wiadomość od Lizzie, lecz 
w rzeczywistości   chodziło   jej   o pieniądze.   Skradła   wszystkie   –   siedemdziesiąt   pięć   tysięcy 
dolarów   oraz   awionetkę,   którą   odleciała   do   Brisbane.   Tam   podjęła   resztę   oszczędności   ze 
wspólnego konta i zniknęła. Do czasu przybycia  policji, Tad nie miał najmniejszego pojęcia, 
gdzie   się   ukrywała.   Dobrze   pamiętał   chwilę,   gdy   po   odejściu   funkcjonariuszy   w milczeniu 
przyglądał się pustemu wnętrzu. Wszędzie czuł obecność żony – jakby tylko na chwilę opuściła 
bungalow. Choć z drugiej strony... coś podpowiadało mu, że odeszła na zawsze.

Rzeczywiście nie powróciła. Nie znaleziono także dziecka.
Poradził policjantom, aby dobrze przeszukali szafę, ponieważ był przekonany, że musiała 

tam coś ukryć. Gdy znaleziono pieniądze, odrzucono wersję napadu rabunkowego i skierowano 
podejrzenia  na Tada. Inspektor zarzucił go pytaniami.  „Czy wiedział, że przybyła  na wyspę 
posiadając przy sobie tak znaczną sumę?” „Gdzie przebywał w czasie, gdy zaobserwowano jej 
nieobecność?” „Czy miał alibi?” Na plaży odnaleziono uszkodzony kawałek akwalungu i parę 
czarnych rajstop. Nikt nie miał pewności, że oba przedmioty należały do Deirdre.

Zniknęła bez śladu. Lizzie także.
Potem   zaczęła   się   prawdziwa   tortura.   Policjanci   próbowali   ustalić   miejsce   pobytu 

dziewczynki, lecz Tad nie potrafił udzielić oczekiwanej odpowiedzi.

„Panie   Jackson,   wszyscy   wiedzą,   że   nienawidził   pan   swojej   żony.   Ciągle   wybuchały 

kłótnie.”

Nienawidził.   Proste,   pojedyncze   słowo,   którym   próbowano   określić   jego   stosunek   do 

Deirdre. Prawda była bardziej skomplikowana.

„Twierdzi pan, że zabrała ze sobą dziecko. Zabrała również pańskie pieniądze.
Czy pan ją śledził? Czy myślał o popełnieniu morderstwa?”
Ostatnie pytanie zabrzmiało niczym wyrok.
Tad wynajął detektywów, lecz nie udało się im odnaleźć Lizzie. Wrócił wówczas do domu 

background image

i przez   rok   w samotności   walczył   z bólem   i powszechnym   potępieniem.   Czasem   dziękował 
opatrzności, że ko lejny napad odrywał go od wspomnień o utraconej córce.

– Jestem przekonany, że Deirdre nie żyje – szepnął. Patrzył wprost w oczy Iana.
Nie chciał jej widzieć. Miał dość kobiet. Wszystkich kobiet.
Ian zrobił zdziwioną minę. – Naprawdę?
– Tak. Ktoś próbuje nas wykiwać. To kłamstwo. – Wątpię. Masz prawdziwe szczęście, że 

udało się ją odnaleźć. Możesz opuścić norę i zgolić tę paskudną brodę. – Rzucił na biurko kilka 
fotografii. – Oto odbitki zrobione wczoraj przez jednego z moich ludzi.

Tad w milczeniu przyglądał się zdjęciom. Piękna kobieta – jeśli nie Deirdre, to ktoś łudząco 

podobny – stała na piaszczystej plaży, na tle tropikalnej dżungli. Wysoka, o złotych włosach... 
przypominała walkirię. Jedynie ciemne oczy nie pasowały do wizerunku pogańskiej bogini.

Jasne, mokre pukle opadały jej na ramiona. Wokół opalonych nóg kłębiły się pieniste fale. 

W ramionach tuliła przemoczoną i wystraszoną dziewczynkę. Lizzie.

Deirdre umiała pełnymi rękami czerpać z życia. Córka była jedynie dodatkiem.
– Och, Lizzie... – szepnął Tad. Poczuł, że drżą mu dłonie. Po raz pierwszy od długiego czasu 

uwierzył, że dziecko żyje.

Lizzie. Chciał ją przytulić równie mocno, jak czyniła to kobieta na fotografii.
Pogłaskać po lekko rudych włosach. Usłyszeć perlisty śmiech i zobaczyć, jak przebiera się 

w kostium dinozaura. Nawet... całować łzy na policzkach w chwili smutku.

Lizzie   ze   zdjęcia   była   starsza   niż   dziewczynka,   którą   pamiętał.   Miała   już   sześć   lat.   Na 

długich, rudych włosach nosiła dwie czerwone kokardy. To był jej ulubiony kolor. Poza tym 
kochała dinozaury. Tad pojął nagle, że cały rok to bardzo długi okres w życiu  dziecka. Czy 
Lizzie pamięta ojca?

Spojrzał na pozostałe  fotografie. Dziewczynka  przykucnięta nad rozgwiazdą,  siedząca na 

plaży... Jedno ze zdjęć przedstawiało kobietę, która poddawała troskliwym oględzinom zranioną 
nóżkę   dziecka.   Więź   zaufania,   emanująca   z obydwu   postaci,   poruszyła   czułą   strunę   w sercu 
mężczyzny.

Jess. Imię, o którym przez lata starał się zapomnieć. Jess. Siostra Deirdre.
Bliźniaczka.
Boże! Tad całym wysiłkiem woli opanował przypływ emocji.
Kobieta – kimkolwiek była – od roku sprawowała opiekę nad jego dzieckiem.
Ostatnie zdjęcie przedstawiało samą Lizzie.
Tad przez długą chwilę wpatrywał się w znajomy zadarty nosek i rude loki. Oczy zaszły mu 

łzami. Czuł ulgę, że dziecko żyje. Raz jeszcze spojrzał na pozostałe fotografie.

Lizzie   była   uśmiechnięta,   bez   wątpienia   bardziej   szczęśliwa,   niż   pod   opieką   matki. 

Mężczyzna skupił uwagę na postaci kobiety. Przesunął wzrokiem po ponętnych kształtach ciała.

background image

Jess:.. to była na pewno ona.
Dobrze   pamiętał   widok   długich   blond   włosów,   szarpanych   podmuchami   wiatru.   Dotyk 

jedwabistej skóry pod palcami... Roziskrzone śmiechem czarne oczy. Kiedyś uległ urokowi tej 
kobiety.

Poczuł gniew w głębi serca. Wystarczy. Nie było powrotu do przeszłości.
Jeszcze raz ogarnął wzrokiem powabną twarz, kuszący biust i szczupłą talię. Usta wykrzywił 

mu bolesny grymas.

Deirdre. Kobieta, która całkiem odmieniła jego życie.
Ale naprawdę, nie chodziło o Deirdre, tylko o jej siostrę. Panią doktor Jessikę Bancroft Kent.
Tad poczuł ucisk mięśni brzucha. Nienawidził Jessiki bardziej niż własnej żony... ponieważ 

ją kochał.

Ich znajomość  sięgała zamierzchłych  czasów. Tad, zanim poślubił Deirdre, studiował na 

uniwersytecie w Austin. Tam też poznał Jessikę i w krótkim czasie znalazł się całkowicie pod jej 
urokiem. Dziewczyna, poza urodą, posiadała silną osobowość, inteligencję i szczere pragnienie 
zbawienia świata. Tad bez zmrużenia oka wierzył w jej kłamstwa.

Każdemu okazywała swą pomoc...
„Pomoc.” Wyświechtany frazes, którego używała, aby mieszać się w sprawy innych.
To właśnie dzięki jej „pomocy” doszło do nieudanego małżeństwa. Tad nigdy nie dowiedział 

się, co naprawdę myślała. Wkrótce potem wyszła za mąż, lecz całą uwagę poświęciła karierze 
naukowej.

Trzy lata później, mąż oraz jedyny syn Jessiki zginęli w wypadku samochodowym w pobliżu 

Austin. Deirdre zaoferowała jej swą pomoc, choć było to niepotrzebne. Jessica gardziła słabością. 
Była władcza, a jej zachowanie miało niewiele wspólnego z kobiecością.

Deirdre   z trudem   znosiła   australijską   izolację.   Gdy   powróciła   z dwumiesięcznego   pobytu 

w Stanach, sprawy przybrały jeszcze gorszy obrót. Co prawda, Tad nie miał nic przeciwko temu, 
by odeszła. Był świadom, że małżeństwo i tak się rozpada. Naprawdę szczęśliwy czuł się tylko 
na swojej farmie, w obecności Lizzie.

Lecz nie przewidział najgorszego... Holt Martin zginął w katastrofie samolotowej na zboczu 

Mount Woolibarra. Deirdre wyjechała do Brisbane i namawiała Inna, aby przekonał Tafia do 
opuszczenia   Australii   lub   wszczął   postępowanie   rozwodowe.   Rozpoczęły   się   nocne   rajdy 
tajemniczych złoczyńców...

Tad ponownie spojrzał na zdjęcie. Skoro Deirdre nie żyła, to na pewno była Jess.
Po dłuższej chwili odłożył fotografię na biurko.
Czuł się nieswojo. Miał wrażenie, jakby uczestniczył w seansie spirytystycznym, na którym 

pojawił  się  nieproszony  duch  z zamierzchłej   przeszłości.  Próbował  przekonać  sam  siebie,  że 
powinien myśleć wyłącznie o córce. O Lizzie.

background image

– To... cudowne – szepnął. – Niewiarygodne... Lizzie... Deirdre... 
– Jesteś przekonany, że to ona? 
Tad nadal spoglądał na blat biurka. 
– A któż by inny?
Wyraz jego twarzy musiał przeczyć wypowiedzianym słowom, ponieważ Ian poruszył się 

niespokojnie.

–   Sprawa   przebiegała   dość   dziwnie.   Jakaś   kobieta   powiadomiła   moją   sekretarkę,   że 

mężczyzna o nazwisku Tad Jackson powinien być bardzo zainteresowany wiadomością, którą 
chciała  przekazać.  Bez  wątpienia  była   Amerykanką.  Mówiła  silnym,  władczym   głosem  i nie 
ustąpiła, póki nie wyraziłem zgody na osobistą rozmowę.

Bancroft. Tad był przekonany, że zrzuciła przebranie samarytanki i postanowiła ponownie 

wkroczyć w jego życie. Boże! Aż za dobrze wiedział, co to oznacza.

Zacisnął zęby. Próbował skupić uwagę na rozmowie. Ale... przecież Jess była z Lizzie! Co 

więcej, dziecko wyglądało na szczęśliwe. Tad poczuł się urażony w swej ojcowskiej dumie.

Wlepił wzrok w fotografię. Najgorsze było to, że co chwila spoglądał na smukłą kobiecą 

postać w kostiumie kąpielowym. Na przemoczony materiał, ściśle przylegający do jej pełnych 
piersi...

Cholera!  Dobrze  pamiętał  noc,   gdy  w okolicach  Town  Lake,  niedaleko  Austin,  zakwitły 

pomarańcze... Noc, podczas której zaznał tak wiele rozkoszy.

Trudno   było   zapomnieć   o Jess   Bancroft.   Kto   by   pomyślał,   że   ta   z pozoru   skromna 

dziewczyna jest naprawdę dziką, namiętną kobietą?

Tad był  wówczas przekonany, że spoczywa  w ramionach Deirdre. Mimo upływu  lat, nie 

potrafił wybaczyć Jess, że go oszukała.

– Kobieta usiłowała mnie przekonać, żebym przyjechał w pewne miejsce – ciągnął Ian – 

gdzie zobaczę coś ciekawego. Podejrzewałem jakiś podstęp, ale wysłałem tam jednego ze swoich 
ludzi. Wrócił z pakietem fotografii, które masz przed sobą.

Tad powoli opadł na fotel. Czuł zawroty głowy, jego twarz pokryła się niezdrową bielą. 

Serce łomotało mu w piersiach. Był dziwnie słaby, a jednocześnie pełen narastającego gniewu.

Dlaczego los zmusił go do wspomnień o żonie i jej bliźniaczce?
– Gdzie zrobiono zdjęcia?
– Myślę, że nie powinieneś tam jechać – zaprotestował Ian. – Przynajmniej nie teraz, dopóki 

się nie uspokoisz. Źle wyglądasz.

– Aaaa... psik! – Kichnięciu towarzyszyło ciche przekleństwo. – Ona... ona... Do cholery, jest 

przecież   moją   żoną!   Po   wszystkim,   co   przeszedłem,   uważasz,   że   nie   powinienem   się   z nią 
spotkać?!

Nie martw się, nasza rozmowa nie potrwa długo. Już na samym wstępie uduszę ją gołymi 

background image

rękami!

Tad z trudem hamował wściekłość.
– Uduszę też ciebie, jeśli nie powiesz mi, gdzie ją znaleźć!
– Jako twój prawnik oświadczam, że nie słyszałem ostatnich słów i szczerze radzę, abyś 

powstrzymał swój temperament w obecności postronnych świadków.

– Dobrze, już dobrze. Jesteś moim prawnikiem, ale nie opiekunem. Sam umiem pokierować 

własnym życiem.

– Jak do tej pory odwaliłeś kawał dobrej roboty. – Gdzie ona jest?!
Ian zawahał się.
– A jeśli... nie chce cię widzieć?
Nieprawda.   Jess   Bankroft   nie   po   to   przyjechała   do   Australii,   żeby   liczyć   odnóża 

rozgwiazdom lub dmuchać na skaleczoną stopę Lizzie.

– Przesłała ci wiadomość, gdzie przebywa! Ian zachował niezmącony spokój.
– To właśnie mnie dziwi. Dlaczego zwróciła się do mnie, zamiast do ciebie?
–   Na   miłość   boską!   Ian,   bądź   rozsądny.   Przecież   ma   ze   sobą   Lizzie.   Czy   w swym 

uporządkowanym  życiu nie doświadczyłeś żadnych uczuć... – Tad rzucił okiem na kolorową 
mapę, wiszącą na ścianie – ...poza chciwością?

Ian uśmiechnął się kwaśno.
–   Może   kiedyś,   gdy   byłem   młody.   Ale   gdy   mój   dom   zajęli   Jankesi   i wraz   z rodzicami 

wylądowałem na ulicy, wyzbyłem się niepotrzebnych emocji. Wziąłem za żonę kobietę, która 
lubi  domowe  zajęcia  i rozumie,   że  przyszło   jej  żyć w świecie   należącym   do mężczyzn.   Zna 
zarówno swoje miejsce, jak i to, które ja zajmuję. Ty postąpiłeś zupełnie inaczej. Poślubiłeś 
nieziemską piękność, boginię przywykłą do ciągłych wyrazów uwielbienia i zaszyłeś się wraz 
z nią   w Jackson   Downs,   gdzie   przyszło   jej   spędzać   czas   na   pogawędkach   z jaszczurkami 
i liczeniu termitów. Mało tego, wkrótce doszło do kilku napadów! Nic dziwnego, że stała się 
nieco nerwowa.

– Gdybym miał jeszcze raz przeżyć ostatnie lata, z daleka omijałbym każdą kobietę, choć 

trochę przypominającą Deirdre.

Obaj zerknęli na zdjęcie z wizerunkiem opalonej, złotowłosej kobiety.
– Nie jestem pewien... – Ian złączył końce palców i przybrał zamyśloną minę.
– Musisz mi powiedzieć, gdzie one są, Ian. A jeśli ponownie stracę szansę na spotkanie 

z Lizzie?

– Na wyspie – krótko rzucił prawnik. – Co takiego?!
– Mieszkają na wyspie. Same.
– Zwariowała, żeby tam wracać.
– Uważasz, że igra z własnym losem? – W głosie Iana zabrzmiał ton podejrzenia.

background image

Na pewno. Jess Bancroft uwielbiała podobne sytuacje.
– Nikomu nie przyszłoby na myśl, że właśnie tam należy szukać.
–   Będziesz   równie   szalony   jak   ona,   jeśli   zdecydujesz   się   teraz   wyjechać.   Co   z Jackson 

Downs?

– Wszystkimi sprawami zajmuje się mój szwagier, Kirk Mackay. Mam do niego całkowite 

zaufanie.

–   Mimo   to  uważam,   że   powinniście   spotkać   się   w bardziej...   –  Ian   szukał   przez   chwilę 

właściwego słowa – ...neutralnym miejscu. Nie chcę, żebyś wpadł w jakąś pułapkę.

Tad zimnym  wzrokiem spojrzał na fotografię. Wciąż pamiętał dotyk gorącego kobiecego 

ciała, twarde sutki kuszących piersi rozpłaszczone na swoim torsie... Łatwo było ją zdobyć.

Zapomnieć – nie sposób.
Po prostu ją kochał.
Tamtej nocy wyruszył, aby ją odnaleźć. Ona postąpiła podobnie. Lecz kiedy się spotkali, 

udawała   własną   siostrę.   Tad   poślubił   Deirdre,   ponieważ   był   przekonany,   że   to   właśnie   jej 
zawdzięcza noc pełną ekstazy.

Przez   dziesięć   lat   małżeństwa   doświadczył   jedynie   rozczarowania.   Krnąbrnej,   zaborczej 

Deirdre chodziło wyłącznie  o pieniądze. Na pierwszy znak nadciągających  kłopotów uciekła, 
zabierając ze sobą dziecko.

Tad   po   raz   ostatni   spojrzał   na   uśmiechniętą   twarz   Jess   i starannie   schował   zdjęcia   do 

kieszeni.

Taaak... to na pewno była pułapka. Tylko tym razem...

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

Zapach krzewów mimozy, oleandra  i hibiskusa mieszał się z orzeźwiającą wonią oceanu. 

Cała   wyspa   była   przesiąknięta   spokojem.   Wszyscy   cieszyli   się   słońcem   i przepięknymi 
widokami.

Wszyscy,   z wyjątkiem   doktor   Jessiki   Bancroft   Kent   i dziecka   o wypłowiałych   blond 

włosach, które zza grubych pni drzew przyglądało się białej kobiecie.

Turyści, okupujący hotel na drugim końcu skalistej podzielili swój czas pomiędzy pływanie, 

surfing, słoneczną kąpiel i podziwianie cudów Wielkiej Rafy Koralowej przez oszklone dna łodzi 
wycieczkowych. Jess myślała o czymś innym. Nie zachwycał jej czysty piasek plaży ani błękitne 
motyle, trzepoczące wśród bujnego listowia. Miała do spełnienia niezwykle ważne zadanie i już 
dawno wykreśliła ze swego słownika hasło „wypoczynek”.

Choć prawdę mówiąc, czuła się już zmęczona. Serce dudniło jej w piersiach, a całe ciało 

paliło żywym ogniem. Nagle spośród drzew wysunął się mały chłopiec.

Aborygen. Jess spojrzała w jego stronę. Uśmiechnęła się, lecz malec – podobnie jak w czasie 

poprzednich spotkań – zaczął uciekać. Ciemne pięty migały na koralowym piasku.

Jess   wstała   sama.   Czuła   się   jak   we   wnętrzu   sauny   ponieważ   niedawno   spadł   deszcz, 

powietrze   wyletniała   para   rozgrzana   w promieniach   palącego   słońca.   Nawet   w cieniu 
tropikalnego lasu panował upał. Jess z determinacją popchnęła kosiarkę.

Praca nie była łatwa, ponieważ na środku trawnika jakiś niechluj zaparkował buldożera.
Mokre   kosmyki   włosów   przywarły   do   szyi   kobiety.   Przesiąknięty   wilgocią   podkoszulek 

koloru khaki przykleił się do jej ciała, uwidaczniając ponętne kształty. Jess pokręciła głową. Już 
w gimnazjum bezskutecznie starała się ukrywać swą figurę. Koledzy widzieli w niej wyłącznie 
obiekt pożądania, podczas gdy ona starała się zaimponować bystrością i inteligencją.

Zatrzymała   kosiarkę   i ściągnęła   bluzkę.   Jeszcze   przed   godziną   była   pełna   zapału,   aby 

doprowadzić do porządku zarośnięty trawnik, otaczający bungalow. Teraz odczuwała niechęć do 
dalszej pracy.  Miała  ochotę  odstawić kosiarkę  do stypy,  lecz wiedziała, że podobna decyzja 
wywoła drwiący uśmiech na chłopięcej twarzy Wally’ego.

„Przecież cię ostrzegałem.” Jak wszyscy mężczyźni czerpał cichą satysfakcję z niepowodzeń 

płci przeciwnej. Jess dobrze pamiętała niedawną rozmowę, jaką przeprowadzili w hotelu.

– Kosiarka spalinowa jest zbyt ciężka dla kobiety i nie dasz rady wtaszczyć jej na szczyt 

wzgórza.

– Dla kobiety... – powtórzyła z przekąsem.
Wally zerknął na, tę część jej figury, która zawsze budziła zainteresowanie mężczyzn.
– Jeśli zaczekasz na powrót Hasira... – powiedział.
– Bzdury – odparła z kwaśną miną. – Gdybym w podobnych sytuacjach zawsze czekała na 

background image

czyjś powrót, niczego bym nie osiągnęła.

Chwyciła  pałąk kosiarki. Wally nie zaprotestował. Starał się skupić uwagę wyłącznie na 

twarzy rozmówczyni. Czasem ustępował zbyt szybko. Jess poczuła, się nieco rozczarowana jego 
zachowaniem. Łatwe zwycięstwo nie sprawiało jej satysfakcji.

Nie była przeciwniczka mężczyzn, choć nieraz odczuwała dla nich pogardę. Zauważyła, że 

w większości   przypadków   przegrywają   w konfrontacji   z jej   osobowością.   Jedynie   kilku   –   od 
własnego ojca począwszy – doszyła całkowitym zaufaniem.

Otarła dłonią spocone czoło. Las roił się od przeróżnych owadów. Niektóre z nich były duże 

i wyglądały   tak   egzotycznie,   że   Jess   miała   szczerą   ochotę   przez   cały   czas   nosić   pyry   sobie 
zwiniętą   gazetę.   Właśnie   przed   chwilą   jakiś   insekt   wylądował   wprost   na   jej   nosie.   Kobieta 
zatęskniła za prysznicem i szklanką orzeźwiającego napoju. Za chłodnym wnętrzem bungalowu 
i towarzystwem Meety oraz Lizzie.

W gęstwinie drzew trzasnęła złamana gałązka. Jess drgnęła. Po raz pierwszy uświadomiła 

sobie, że zamieszkiwana przez nią część wyspy leży z dala od gwarnego, wypełnionego turystami 
uzdrowiska. Mroczna dżungla jeszcze bardziej pociemniali...

Jess przypomniała sobie, że to właśnie gdzieś tutaj zginęła jej siostra. Poczuła gwałtowny 

ucisk w żołądku; strach zwierzęcia umykającego przed myśliwym. Instynktownie wiedziała, że 
hałas nie był spowodowany powrotem małego Aborygena. Chłopiec potrafił bezgłośnie pomykać 
przez poszycie lasu. Nadchodziło coś większego, niezgrabnego...

Jess głośno przetknęła ślinę. Strach był dla niej czymś nowym. Całkiem niedawno odważnie 

przemierzała przedmieścia Kalkuty. Lecz indyjskie slumsy, pomimo swej brzydoty, okazały się 
o wiele   bezpieczniejszym   miejscem   niż   wiele   miast   Ameryki.   W dżungli   zapanowała   cisza. 
Umilkły nawet zielonopióre papugi. Jess czuła się obco w tym kraju, na, tej wyspie, w obliczu 
tropikalnego lasu i drzemiących w nim niebezpieczeństw. W napięciu zamarła.

Biały   kłąb   piór   z donośnym   skrzekiem   uniósł   się   w powietrze.   Jess   wrzasnęła   i zaczęli 

uciekać. Po kilku krokach zawróciła.

– Idiotka! – mruknęła pod nosem. Spojrzała w kierunku odlatującego ptaka. – Naucz się 

panować   nad   nerwami.   Powoli   podeszła,   do   kosiarki   i skierowała   maszynę   w dół   trawnika 
zakończonego dwumetrowym klifem. Usłyszała głośny warkot silnika.

Jedno z kół kosiarki utknęło pomiędzy wystającymi z ziemi kamieniami. Jess pochyliła się, 

gdy nagle dobiegło ją donośne kichnięcie. – Apsik!.

Kobieta   zerwała   się   na,   równe   nogi.   Szarpnięta   kosiarka   wypadła   spomiędzy   kamieni 

i zawisła na krawędzi klifu. – Apsik!

Drugiemu kichnięciu towarzyszyło przekleństwo.
– Cholera... – mruknął gruby, męski głos. Jess poczuła zimny pot spływający po karku. Ktoś 

czaił się w mroku dżungli.

background image

Zacisnęła dłoń na pałąku kosiarki. – Kto...
Na   bezchmurnym   dotąd   niebie   nie   wiadomo   skąd   pojawił   się   ciemny   obłok.   Słońce 

przygasło.

Jess desperackim ruchem pociągnęła kosiarkę. Ta ani drgnęła. Kobieta wiedziała, że jeśli 

puści pałąk, maszyna stoczy się w dół klifu. Jeśli zaś pozostanie na miejscu...

Zebrała wszystkie siły i ufna w doświadczenie swego dwudziestodziewięcioletniego życia, 

odezwała się spokojnym tonem:

– Mógłby Pan tu wreszcie podejść i mi pomóc.
Cisza. Jess słyszała wyłącznie bicie własnego serca.. Cisza. Lepka i obezwładniająca, niczym 

tropikalny upał.  Kosiarka  zaczęła  zsuwać  się po zboczu,  ściągając za  sobą  lawinę  drobnych 
kamieni. Jedno z kół zawisło za krawędzią klifu. Kobieta wrzasnęła, jej stopy ześlizgnęły się po 
wilgotnej trawie.

Z gęstwiny wyskoczyła ciemna postać. Jess stwierdziła z przerażeniem, że czyjeś silne ramię 

objęło ją w talii. Ręce miała przyciśnięte do boków i unieruchomione w stalowym uchwycie.

Poczuła dotyk męskich palców na swoich piersiach.
Wypuściła   pałąk   kosiarki.   Bezradnie   obserwowała,   jak   maszyna   spada   ze   zbocza 

i roztrzaskuje się na leżących poniżej kamieniach. Miała ochotę krzyknąć, lecz w tej samej chwili 
dłoń intruza zamknęli jej usta.

Bezskutecznie szarpnęła całym ciałem. Napastnik trzymał ją zbyt mocno.
– Przestań się szarpać, głuptasie. Nie mam zamiaru cię skrzywdzić – usłyszała głęboki męski 

pomruk.   Westchnęła   i stanęła   bez   ruchu.   Napastnik,   uspokojony   jej   zachowaniem,   poluźnił 
uchwyt. Popełnił błąd. Jessica była adeptką kursu sztuk walki.

Działała,   instynktownie.   Mocno   zacisnęła   zęby   na,   opalonej   dłoni.   Szybki   skręt   ciała, 

kopnięcie kolanem w pachwinę, gwałtowny cios łokciem w splot słoneczny.

Mężczyzna zgiął się wpół. Jęknął. Jess kopnęła go w łydkę. Stracił równowagę, zamachał 

rękami, po czym rycząc niczym ranny bawół, polecał głową w dół śladem kosiarki.

Jess od czterech lat nie słyszała głosu Tada Jacksona – to znaczy od czasu, gdy wyrzuciła, go 

z mieszkania   w chwili   typowo   kobiecej   frustracji   –   lecz   gniewne   pomniki   brzmiały   dziwnie 
znajomo.

Jess ze ściśniętym sercem podeszła do skraju urwiska i ostrożnie wyjrzała za krawędź.
Pomimo gęstej brody, pokrywającej twarz mężczyzny, rozpoznała go natychmiast.
Jackson.   Potężne,   muskularne   ciało   leżało   bez   ruchu   w pobliżu   kosiarki,   na   kępie 

potrzaskanego   koralowca..   Podmuch   wiatru   rozwiał   złociste   włosy   mężczyzny.   Z rozciętego 
czoła spływała krew.

Jess była bliska paniki.
Co   Tad   mruczał   jej   do   ucha?   „Przestań   się   szarpać,   głuptasie.   Nie   mam   zamiaru   cię 

background image

skrzywdzić.” Znała swego szwagra na tyle, by wiedzieć, że pomimo rozmaitych wad nie był 
w stanie wyrządzić krzywdy żadnej kobiecie. Nawet jej.

Od czterech dni oczekiwała jego przyjazdu. Tad potrzebował pomocy, lecz był zbyt uparty, 

aby   to   przyznać.   Jess   spodziewała   się,   że   wtargnie   do   wnętrza   domku   niczym   rozjuszony 
nosorożec  i stanowczo zażąda zwrotu Lizzie oraz tego, aby ona sama definitywnie  zniknęła, 
z jego życia.

Tymczasem mister Jackson zachował się jak niedoświadczony sztubak. Wiedziony męską 

dumą zaatakował ją... i przegrał w bezpośrednim starciu.

Jeśli przeżył upadek, bez wątpienia zaliczy dzisiejsze spotkanie do długiej listy przykrości, 

jakich doznał za sprawą pani Jessiki Banaoft.

Jeśli przeżył...
Jess zaczęła powoli zsuwać się z klifu.

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

Tad   z trudem   zachował   przytomność   po   upadku   z urwiska.   Dopiero   po   chwili   zaczął 

rozpoznawać   szczegóły   otoczenia.   Leżał   pod   klifem,   z lekka   naruszonym   przez   buldożery, 
pracujące   przy   powiększaniu   terenów   rekreacyjnych.   Na   szczęście   postanowiono   zachować 
najpiękniejszą część skały, pokrytą malowidłami wykonanymi przez Aborygenów.

Różnobarwne – krokodyle, kangury i nie znane nauce zwierzęta uczestniczyły w mitycznym 

Akcie Stworzenia, wiernie odtworzonym według podań przez nieznanego artystę. Tad jednak nie 
miał ochoty podziwiać arcydzieł sztuki prymitywnej. Całą uwagę skupił na sylwetce zbliżającej 
się kobiety.

Poczuł ból poobijanego ciała. Upadając, uderzył się w głowę i dotąd nie odzyskał pełnej 

ostrości widzenia. Kobieta zgrabnie jak kozica skakała z kamienia na kamień. Bez wątpienia 
nadchodziła, aby go dobić.

Jess z gracją Tarzana chwyciła zwisające pnącze i lekko wylądowała w pobliżu mężczyzny.
Tad zadał sobie pytanie, czy każdą czynność potrafi wykonać w tak nonszalancki sposób?
Przez wpółprzymknięte powieki śledził jej zachowanie. Jess przyklęknęła.
Przemoczona   wilgocią   i potem   bluzka   przylgnęła   do   jej   pełnych   piersi.   Pod   ciemnym 

materiałem wyraźnie rysowały się jędrne sutki. Tad zacisnął zęby. Próbował skupić uwagę na 
grożącym niebezpieczeństwie. Biodro i górną część uda przeszywał mu dotkliwy, pulsujący ból.

Jess była tak blisko... Tak blisko, że bez trudu mógłby chwycić ją za gardło, rzucić na ziemię 

i zmusić, by zapłaciła za wszystkie wyrządzone mu krzywdy. Przez chwilę walczył z pokusą, 
lecz w końcu uznał, że powinien zachować spokój. Był ciekaw, co nastąpi dalej, a poza tym... 
leżenie bez ruchu mniej bolało.

Jess pochyliła się, lecz zamiast roztrzaskać kamieniem głowę mężczyzny, delikatnym ruchem 

ujęła go za przegub, szukając pulsu. Dlaczego dotyk jej palców sprawił mu taką przyjemność?

Przecież jej nienawidził. Była to ta sama Jess, która go zdradziła, która doprowadziła do 

małżeństwa z Deirdre. Jess, którą kochał bardziej niż własną żonę.

Jess, która przed chwilą zepchnęła go ze skalistego zbocza.
Co zamierzała, jeśli nie chciała go zabić?
Kobieta pochyliła głowę i przyłożyła ucho do szerokiej piersi mężczyzny. Długie, jasne loki 

połaskotały   go   w nos   i usta.   Tad   z trudem   powstrzymał   się   od   kolejnego   kichnięcia.   Jess 
spojrzała na niego uważnie. Była tak blisko, że czuł jej oddech na swojej twarzy. Powróciły 
gorące, dawno wyrzucone z pamięci wspomnienia...

Nie. Nieprawda. Nigdy nie zapomniał o wspólnie spędzonych chwilach. Ukrywał swe myśli 

w głębi serca, ponieważ były zbyt bolesne. Teraz powróciły, przedzierając się przez grubą osłonę 
niechęci i nieufności.

background image

Jess zwilżyła językiem usta. Koniuszkiem palca lekko dotknęła brody mężczyzny.
– Jackson – szepnęła. W jej głosie czaił się strach. – Jackson, słyszysz mnie?
Nie odpowiedział. Czuł się zbyt słaby, aby rozpocząć rozmowę, która i tak miała zakończyć 

się kłótnią. Usłyszał stłumiony jęk Jessiki.

– Boże! – Przesunęła palcami po policzku leżącego. – Ty wielki, nieokrzesany wariacie. 

Wcale nie miałam zamiaru cię skrzywdzić.

Ona   –   odpowiedzialna   za   wszelkie   zło,   którego   doświadczył   –   nie   miała   zamiaru   go 

skrzywdzić!

Z mieszanymi uczuciami patrzył na nią spod przymkniętych powiek. Złociste włosy Jess 

migotały w promieniach słońca, przemoczone ubranie uwidoczniło doskonałą figurę.

Nawet zmęczona i oblepiona pyłem stanowiła przedmiot pożądania.
Cholera. W niczym nie przypominała dawnej, wyniosłej i pewnej siebie Jessiki.
Wprost przeciwnie, wydawała się zagubiona i oczekująca męskiej pomocy.
Usiadła. Tad jęknął w duchu i zamknął oczy, choć przedtem obrzucił uważnym spojrzeniem 

piękną, wystraszoną i pokrytą śladami łez twarz kobiety.

Nienawidził jej i był przekonany, że nigdy nie zmieni swych uczuć.
Chociaż... trudno pałać nienawiścią do kogoś, kto płacze nad twoim losem.
Powróciło znajome uczucie, które przez wiele lat niczym robak drążyło go od środka.
Wspomnienie   jednej,   jedynej   nocy,   gdy   on   i Jess   należeli   do   siebie.   Nocy   oglądanej 

w tysiącach marzeń sennych, nocy, która wzbudziła nigdy nie zaspokojoną namiętność.

Poślubił niewłaściwą kobietę. Psiakrew! Przecież to właśnie był powód jego nienawiści!
Słodkokwaśna   woń   drzew,   skąpanych   w promie   mach   palącego   słońca,   uderzyła   go 

w nozdrza. To była woń Australii – oleista, aromatyczna, dusząca. Tad oblał się potem, zadrżał, 
czując na skórze chłodny powiew morskiej bryzy.

Jess wplotła palce w jego włosy. Po chwili dotknęła rozpalonego, pokrytego zakrzepłą krwią 

czoła. Tad jęknął głośno. Szybko cofnęła rękę.

– Ciii... – szepnęła. – Nie chcę sprawiać ci bólu, ale muszę obejrzeć ranę.
Ponownie poczuł jej dłoń na swojej twarzy. Jess systematycznie zbadała całe jego ciało, 

uważnie  przyjrzała się każdemu stłuczeniu i zadrapaniu. Była  przecież lekarką...choć Tadowi 
z trudem  przychodziło   o tym  pamiętać.  W tej   chwili   widział   przed  sobą  jedynie  kobietę,   nie 
naukowca.

Jess spojrzała mu w oczy. Nie poruszył się. – Jackson...
Miękki,   melodyjny   głos   nie   miał   w sobie   nic   z wyniosłości.   Najwyraźniej   Jess   zstąpiła 

z wysokiego piedestału, który chronił ją przed natarczywością mężczyzn.

Tad poczuł jej palce na swoim policzku.
– Jackson, jeśli mnie słyszysz, może mógłbyś... Uścisnęła mu rękę. Drugą dłonią odgarnęła 

background image

pokrwawione włosy z czoła. Miała delikatny, kojący dotyk.

– Jackson, puls bije ci mocno i równo. Myślę, że nie odniosłeś poważniejszych obrażeń. 

Wszystko będzie dobrze, lecz teraz muszę opuścić cię na chwilę. Sprowadzę kogoś, kto pomoże 
mi przenieść cię do chatki.

Ostatnie zdanie zabrzmiało już z oddali. Tad nie był pewny, czy dobrze zrozumiał. Próbował 

otworzyć oczy, lecz kiedy udało mu się to uczynić, Jess zniknęła.

Szczerze żałował swego dotychczasowego milczenia. Czuł się o wiele gorzej niż w chwilę po 

upadku. W przypadku wewnętrznego wylewu, mógł nie doczekać szansy ponownej rozmowy.

Przestraszył się, że to już koniec wszelkich cierpień. Zapragnął jeszcze choć przez chwilę 

zobaczyć Jess, pożegnać się... przeprosić...

Poczuł gwałtowny zawrót głowy, pociemniało mu w oczach. Tępy ból ogarnął całe ciało.
Szczupła dłoń dotknęła jego palców. Ktoś szarpał go za rękę.
– Jackson, ty uparty durniu, dlaczego nie chcesz się do mnie odezwać?!
Z trudem rozróżniał poszczególne słowa.
– Ponieważ... ponieważ... – wychrypiał.
Ponieważ oczekiwał zbyt wiele.
Gdy odzyskał przytomność, poczuł ulgę, choć był słaby niczym niemowlę.
Żył.   Przebywał   we   wnętrzu   chaty.   Bezpieczny.   Nie   zauważył   obecności   uzbrojonych 

strażników, nikt nie miał zamiaru go skrzywdzić. Jedynie ta kobieta...

Na   zewnątrz   panowała   noc.   Upał   zelżał,   przez   przymknięte   okiennice   wpadał   blask 

księżycowej poświaty. Powietrze wypełniał zapach wilgoci, kwiatów i mokrych liści.

Dżungla   tętniła   głosami   nocnych   ptaków.   Tuż   nad   łóżkiem   Tada   powoli   obracał   się 

wentylator, rzucający migotliwy cień na ścianę pokoju. Pomimo mroku, mężczyzna spostrzegł, 
że   w pomieszczeniu   panuje   wzorowy   porządek   –   rzecz   nie   spotykana   w czasach,   kiedy 
urzędowała tu Deirdre.

Zza   uchylonych   drzwi   sączył   się   smakowity   zapach   przygotowywanych   potraw.   Tad 

westchnął. Wspomnieniami cofnął się do czasu, gdy wszystko wydawało się prostsze. Zobaczył 
rodzinny dom, matkę pochyloną nad kuchnią... Był wówczas szczęśliwy. Potem, po rozwodzie 
rodziców, poznał smak samotności, wyobcowania i frustracji. Za przyczyną starszego brata, Jeba, 
zerwał związki z bliskimi.

Rosół. Tad był pełen podziwu dla Jess, że tak dobrze zapamiętała jego kulinarne upodobania.
Deirdre nigdy nie gotowała rosołu. Jess, pomimo swoich wad, miała kilka zalet.
Te jej piersi...
Tad   odrzucił   ostatnią   myśl   i starał   się   skupić   uwagę   na   delikatnym   aromacie   płynącym 

z kuchni.   Jess  potrafiła   gotować  lepiej,   niż  którakolwiek  ze   znanych   mu  kobiet   –  a on  miał 
słabość do dobrych potraw.

background image

Spojrzał   na   cienie   goniące   się   po   suficie.   Zmarszczył   nos.   Nie   powinien   poddawać   się 

łakomstwu i urokowi kobiecych piersi. Do jego uszu dobiegły dźwięki odległej muzyki. W hotelu 
po   drugiej   stronie   wyspy   trwała   zabawa.   Po   chwili   usłyszał   śmiech   Lizzie,   zmieszany 
z poważnym głosem Jess.

Luzie... Tad usiłował wstać, lecz był jeszcze zbyt słaby. Powoli zaczął rozpoznawać więcej 

szczegółów. Leżał w pokoju na piętrze, nagi, w białej, czystej pościeli.

Nagi!   Ta   wiedźma   rozebrała   go   i ukryła   ubranie!   Wyobraźnia   podsunęła   mu   widok 

kobiecych dłoni, przesuwających się po jego ciele. Poczuł przyśpieszone bicie serca i pulsowanie 
krwi w skroniach.

Nie miała prawa go dotykać! Przez głowę przelatywały mu strzępy wspomnień z niedawnej 

przeszłości.   Długie,   smukłe   palce   przesuwające   się   po   jego   skórze...   Nożyczki   przecinające 
nogawkę spodni... Zimne i ostre, wywołujące dreszcz w rozpalonym ciele. Przypomniał sobie 
chłodny, dotyk okładu na czole i ramionach. Młodą Hinduskę w szkarłatno-złotym sari... i głos 
Jess. Czułe, łagodne słowa, które słyszał poprzez zakrywającą wszystko ciemność, które płynęły 
bez końca, aż zapadł w sen przynoszący ukojenie.

To dzięki Jess znalazł się w domu, w tym pokoju, w pościeli. Jak zwykle, w przypadkach 

wymagających   szybkiego   działania,   ta   kobieta   wykazała   się   zimną   krwią,   zdecydowaniem 
i ogromnym zapasem energii.

Tej samej energii, dzięki której za pomocą jednego kopnięcia zrzuciła go z klifu.
Boże, ileż oddałby za papierosa! Gdzie mogła je schować? Najpewniej zabrała ze sobą.
Ile czasu był nieprzytomny? Kilka godzin? Dni? Posłyszał kobiece kroki na schodach. Po 

chwili zatupały dziecięce nóżki.

Drzwi otworzyły się. Klamka stuknęła głośno o ścianę.
Tad zacisnął powieki.
– Lizzie! Cicho! – usłyszał w ciemności szept Jessiki. Zapadło milczenie.
Tad   poczuł   ucisk   w żołądku.   Nie   wiedział,   co   powinien   powiedzieć,   jak   zareagować   na 

widok córki... i jej opiekunki.

Potrafił samotnie przemierzać wielkie odległości. Długotrwałe milczenie nie sprawiało mu 

kłopotu. Lecz co miał począć teraz?

W sypialni panował nastrój wyczekiwania, przerywany jedynie przytłumionym  warkotem 

wentylatora.

W   końcu   mała,   szczupła   rączka   spoczęła   na   dłoni   leżącego   mężczyzny.   Niecierpliwe 

paluszki pogładziły go po skórze.

Trwający rok koszmar dobiegł końca.
Tad otworzył oczy. Nie mógł uwierzyć, że widzi przed sobą kaskadę jasnorudych loków, 

splecionych   w dwa   grube   warkocze.   Duże,   ciemne   źrenice   spoglądały   na   niego   z radością 

background image

i...niepewnością.

– Tatuś! – nieśmiałym głosem odezwała się dziewczynka.
Dziecko   ubrane   było   w płaszcz   przeciwdeszczowy,   ozdobiony   sylwetkami   dinozaurów, 

a w rączce trzymało na wpół objedzoną kiść winogron. Sok spływał po delikatnych palcach.

Dziewczynka uniosła dłoń ku buzi i oblizała ją starannie.
Córka. Jego córka.
Tad nie lubił zbędnych czułości. Mocniej zacisnął dłoń na rączce dziewczynki.
– Obudził się! – Lizzie podskoczyła z radości.
–   Najwyższy   czas   –   mruknęła   sucho   Jess.   W jej   głosie   również   dźwięczała   radość 

i podniecenie, choć próbowała zachować surowy wyraz twarzy.

– Ciociu Jess! – Lizzie zakręciła się w miejscu, po czym znów zerknęła na twarz ojca.. – 

Ciociu Jess, on płacze!

– Głupstwa mówisz, kochanie. – Kobieta delikatnym, lecz zdecydowanym ruchem odebrała 

dziewczynce rozgniecione winogrona i wręczyła jej papierową chusteczkę.

– Lizzie... – wychrypiał Tad. Zdumiał się, skąd w jego głosie zabraniało tyle emocji.
Ostrożnie, aby nie uszkodzić drobnych kostek, pogładził rączkę dziecka.
Jess delikatnie uniosła dziewczynkę. Tad poczuł małe ramiona obejmujące mu szyję.
– Tatusiu, tak bardzo za tobą tęskniłam! – Płaszcz zatrzeszczał, gdy Lizzie mocno przytuliła 

się do ojca. Jess odsunęła się. Tad wplótł palce we włosy córki.

– Ja też tęskniłem...
Czy   mógł   wyrazić   słowami   pustkę   całego   roku?   Bezradność?   Obezwładniające   uczucie 

strachu? Na tak długi czas pozbawiono go jedynej istoty, którą naprawdę kochał.

– Ślicznie wyglądasz – powiedział.
Jess odwróciła wzrok w stronę okna. Czyżby w ten sposób próbowała ukryć wzruszenie? 

W głębi serca zachowała nieco kobiecości.

– Tatusiu... wiem, dlaczego mama nie wróciła. Ale dlaczego odesłała mnie tak daleko? Nie 

boję się niedobrych ludzi.

Jess szybko spojrzała w jej stronę.
–   Nie   teraz,   kochanie   –   powiedziała   napiętym   głosem.   –   Pamiętaj,   że   nie   możemy   go 

martwić.

Lizzie umilkła. Dotknęła palcem zarośniętej brody Tada i zmarszczyła nosek.
– Twarda. Nie podoba mi się. Kiedyś nie miałeś brody.
– Teraz też ją zgolę – wymruczał. Zmartwiona mina dziewczynki sprawiła mu przykrość.
Lizzie pogłaskała bandaż na jego głowie.
– Co ci się stało, tatku? Ciocia Jess powiedziała... Tad zerknął w stronę kobiety. Jess była 

ubrana w białą bluzkę z wysokim kołnierzykiem i ciemnoniebieskie spodnie, a włosy starannie 

background image

upięła na karku. Wyglądała jak nauczycielka. Tad westchnął. Nie podobała mu się w tym stroju. 
Wolał, gdy mokre loki luźno spływały jej na ramiona, a wilgotne ubranie podkreślało figurę. 
Zatęsknił za widokiem łez i zatroskania na jej twarzy.

Z   oczu   kobiety   zniknął   wyraz   radości.   Pytanie   Lizzie   przywołało   nieprzyjemne 

wspomnienia.

Jess spuściła wzrok, powodowana poczuciem winy. Spłonęła rumieńcem.
– Co ci powiedziała ciocia? – Tad nie spuszczał wzroku z Jess. Rumieniec na jej policzkach 

nabrał głębszych tonów. Zacisnęła usta.

– Powiedz małej, co zechcesz.
– Nie omieszkam – odparł chłodnym tonem. – Lecz najpierw chciałbym usłyszeć pierwotną 

wersję.

Lizzie   usiadła   na   łóżku   i podejrzliwie   popatrzyła   w stronę   opiekunki.   Policzki   Jess 

przypominały rozkwitłe płatki róży.

– Ciocia powiedziała, że spadłeś z tego dużego zbocza z obrazkami, po którym  wszyscy 

zabraniają mi chodzić.

Tad spojrzał na Jess. Kobieta unikała jego wzroku. Uparcie patrzyła w okno. Tad uśmiechnął 

się gorzko. – Po prostu spadłem? To... niezwykle interesująca interpretacja wydarzeń.

Twarz  Jessiki  pociemniała  jeszcze  bardziej,  choć na pierwszy rzut oka wydawało  się to 

niemożliwe.  Usiłowała umknąć, lecz Tad szybko przytrzymał  ją za rękę. Jęknęli oboje. Ona 
z zaskoczenia, on z bólu, wywołanego gwałtownym poruszeniem. Jess szarpnęła się, lecz rzut 
oka na pobladłą twarz mężczyzny wystarczył, aby zaniechała oporu.

Tad poczuł dotkliwy ból w lędźwiach i prawym  biodrze. Zacisnął zęby. Powoli opadł na 

łóżko, lecz nie zwolnił uchwytu. Czuł pod palcami kruche kości kobiecego przegubu. Wykrzesał 
resztki sił, aby zachować spokój.

– Mogłabyś nakłonić Lizzie, aby poszła się bawić? – wyszeptał jej wprost do ucha.
Niesforny kosmyk wysunął się ze starannie upiętej fryzury i musnął policzek Tada.
– Leż spokojnie, Jackson – zamruczała pozornie niewzruszona Jess. – Jesteś zbyt potłuczony 

i słaby, aby udawać supermana. I tak miałeś już dość kłopotów.

Tad poczerwieniał, słysząc aluzję do swej niedawnej porażki.
–   Chciałbym   porozmawiać   z tobą   w cztery   oczy.   Cisza,   jaka   zapadła   po   jego   słowach, 

zdawała się nie mieć końca.

Po długiej chwili Jess odwróciła wzrok i odezwała się miękko:
– Lizzie, kochanie, czy mogłabyś zejść na dół i poprosić Meetę, aby podgrzała zupę, którą 

przygotowałyśmy dla tatusia? Za chwilę przyjdę do kuchni. Muszę go jeszcze raz zbadać.

Tad dobrze znał ten obłudny, słodki ton głosu, pełen fałszywej troskliwości.
Lizzie posłuchała bez wahania i wybiegła z pokoju.

background image

– Bancroft, czy możesz mi wyjaśnić, co robisz? – Mocniej ścisnął przegub stojącej przy 

łóżku kobiety.

–   Przez   ostatnią   dobę   zajmowałam   się   tobą.   Wierz   mi,   to   było   niełatwe   zadanie.   Nie 

nadawałeś się do niczego, zresztą jak większość mężczyzn w podobnej sytuacji. Nie chciałeś iść. 
Musiałyśmy cię wnieść na górę, aż do samego domu. Byłeś ciężki niczym ołów.

–   Świetnie!   –   Tad   błysnął   oczami.   –   Najwyraźniej   podczas   upadku   połamałem   nogi. 

Popchnęłaś mnie i...

– Jak zwykle przesadzasz.
– Przepraszam, ale do chwili spotkania z tobą byłem w znakomitej kondycji.
Jess parsknęła śmiechem.
– Znakomitej kondycji!  Jackson, masz zapalenie plac. Jesteś słaby jak niemowlę. Nawet 

mucha mogłaby cię przewrócić.

– Po prostu jestem przeziębiony – zaperzył się Tad. – Zapalenie płuc. Zbyt dużo palisz...
– Oczywiście.
– Może byś łaskawie spuścił z tonu! Nawet ktoś równie uparty jak ty powinien pojąć, co jest 

dobre, a co nie. Od dziś skończysz z paleniem. Już od dawna powinieneś mieć dobrą opiekę, 
tylko   nikt   oprócz   mnie   nie   potrafił   sprostać   podobnemu   zadaniu.   Wyrzuciłam   wszystkie 
papierosy, jakie znalazłam w twoich kieszeniach.

Tad zmarszczył brwi. Jeb także zawsze mówił mu, co ma robić.
– Co zrobiłaś?!
– To, co powinien uczynić każdy na moim miejscu. Jesteś o krok przed zawałem.
Z trudem udało mu się zachować spokój.
– Nie potrzebuję światłych porad. – Szarpnął dłonią, przyciągając kobietę bliżej siebie, – 

Próbowałaś mnie zabić, czarownico!

Poczuł falę podniecenia wywołaną dotykiem jej ciała. 
– Sam sobie jesteś winien. Dlaczego mnie zaatakowałeś?
– Nic podobnego. Próbowałem ratować cię przed upadkiem.
– Teraz to i tak bez znaczenia – powiedziała miękko.
– Dlaczego? – zawołał.
– Po raz pierwszy w życiu  spróbuj pomyśleć rozsądnie. – Chłodny głos Jessiki stanowił 

prawdziwe wyzwanie dla męskiej ambicji. – Nie uda nam się odwrócić biegu wydarzeń. Poza 
tym, nie stało ci się nic złego. Jak większość mężczyzn, po prostu się pieścisz.

–  Pieszczę?!   –  Przez  dwa  lata  usiłował   zapanować   nad  uczuciami.   To  wystarczyło,   aby 

popaść w chroniczną chorobę.

– Strup na czole i kilka siniaków nie są wystarczającym powodem, aby obwieszczać koniec 

świata. 

background image

– Kilka siniaków! Dwoi mi się przed oczami! To prawie nie do wytrzymania!
Jess nie zwróciła uwagi na jego słowa.
– Kilka siniaków, oszołomienie, naciągnięty mięsień biodrowy i pachwina. To wszystko.
– Taaak... – mruknął z przekąsem. – Na pewno mięsień biodrowy...
Nagle poczuł, że twarz pokrywa mu się rumieńcem. – Pachwina? Na miłość boską, chyba 

tam mnie nie badałaś?!

– Oczywiście, że badałam...
Krew uderzyła mu do głowy na samą myśl o podobnej sytuacji.
– Jackson, jedynym powodem twojego nie najlepszego samopoczucia jest zapalenie płuc, 

w które wpędziłeś się już dawno temu. Miałeś gorączkę. Musiałam nafaszerować cię rozmaitymi 
lekarstwami,   aby   ją   spędzić.   Przez   całą   noc   owijałam   cię   zimnymi   okładami.   Dziś   rano 
temperatura spadła i w końcu odzyskałeś przytomność.

– Nie spodziewaj się słów podziękowania ani przeprosin – warknął.
Wydęła usta. Z jej oczu zniknęły iskierki radości. – Drogi szwagrze, nie oczekuję od ciebie 

choćby najmniejszych dowodów kurtuazji – odpowiedziała wyniosłym tonem. – Niczego mi nie 
zawdzięczasz. Podobnie troszczyłabym się o chorego psiaka.

– Chcę odzyskać Lizzie. Nie interesuje mnie, jak bardzo nienawidzisz mężczyzn. Po prostu 

wynieś się z mego życia. Nawet bez twojej obecności mam wystarczająco wiele kłopotów.

– Wiem. – Spojrzała na niego z wyższością. – Chociaż w tym jednym jesteśmy zgodni.
Przybrała pozę nauczycielki rozmawiającej z niesfornym uczniem.
Tad przyłapał się na tym, że ukradkiem spogląda na jej piersi.
– Co to znaczy? – spytał nerwowo.
Uśmiechnęła się słodko. Najwyraźniej zauważyła jego zmieszanie.
–   To   znaczy,   że   oboje   pragniemy   tego   samego,   Jackson.   –   Przycisnęła   dłoń   do   piersi 

mężczyzny. – Zrozum... nie mam zamiaru rozstawać się z Lizzie. I chcę ci pomóc.

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

Dłoń Tada  niczym  kleszcze  zacisnęła się na  ręku kobiety. Poczuł pod palcami  miękkie, 

kuszące ciało. Szkoda, że serce Jess było twarde i nieprzystępne.

– Nie mam zamiaru rozstawać się z Lizzie, Jackson. Tad nie słuchał. Patrzył na jej pobladłą 

twarz,   włosy  oświetlone   księżycową   poświatą,   błyszczące   oczy.  Zapanowało   napięcie,   jakby 
gdzieś w pomieszczaniu ukryto nieubłaganie cykającą bombę zegarową.

– Co to znaczy, że nie masz zamiaru się z nią rozstawać? – zapytał w końcu.
– Chodzi mi dokładnie o to samo, co tobie. – Lizzie jest moim dzieckiem.
– Dzieckiem, a nie wyłączną własnością. – W głosie Jess zabrzmiał ton pouczenia.
Tad nie znosił, gdy zachowywała się w ten sposób. W dodatku to przecież ona ukradła mu 

dziecko!

„Moje! Moje!” – chciał krzyknąć, lecz w porę uświadomił sobie, że w ten sposób nic nie 

wskóra. Musiał działać logicznie, choć przychodziło mu to z trudnością.

–  W ciągu   roku, jaki   upłynął   od chwili,   gdy odebrałaś   mi  córkę  – powiedział  sztucznie 

spokojnym tonem – nie uważałaś za konieczne powiadomić mnie, gdzie ona przebywa?

– Na miłość boską, Jackson, podobnych oskarżeń nie spodziewałam się nawet po tobie. Nie 

porwałam Lizzie. Przywiozła ją do mnie Deirdre. Twierdziła, że wasza australijska posiadłość 
stała   się   terenem   otwartej   wojny,   a ty   nie   masz   najmniejszego   zamiaru   zapewnić   rodzinie 
dostatecznej ochrony.

– Nie miałem zamiaru?! Walczyłem z całych sił, aby przywrócić spokój. W tym czasie moja 

słodziutka żona zabrała dziecko i po prostu zniknęła.

– Nie potępiaj jej zachowania. Była przerażona. Patrzysz na wszystko wyłącznie z męskiego 

punktu   widzenia.   Nawet   w najlepszych   latach   waszego   małżeństwa   zachowywałeś   się 
niemożliwie. Nic dziwnego, że uciekła.

Tad z coraz większym trudem zachowywał spokój. 
– Gdy jej zabrakło pieniędzy, potrafiła na chwilę powrócić na jeden z samolotów. Skradła 

całą gotówkę.

– Potrzebowała pieniędzy na życie.
– Nie zostawiła mi ani centa. Opróżniła konto bankowe. Przyjechała tutaj i już nigdy jej nie 

widziałem. 

– Bo zginęła!
– Moja córka zniknęła, a jedyna osoba, która mogła wskazać mi miejsce jej pobytu, nie żyła. 

Oskarżono mnie o podwójne morderstwo. O zabicie własnego dziecka! Nie potrafiłem się bronić 
przed opinią publiczną. Jedynie mój adwokat, Ian McBain, uchronił mnie przed więzieniem, choć 
wierz mi, że pobrał honorarium niemal przekraczające wartość całej posiadłości.

background image

– Deirdre wspominała mi o nim – z zamyśloną miną wtrąciła Jess. 
Tad zacisnął usta.
– Wiesz, co znaczy być oskarżonym o zbrodnię, której się nie popełniło? Wiesz, co znaczy 

żyć   ze   świadomością,   że   być   może   twemu   dziecku   dzieje   się   krzywda?   Znasz   słowo 
„bezradność”? Czy przed zaśnięciem wpatrywałaś się długo w fotografię córki, pytając Boga, czy 
pozwoli ci ją jeszcze zobaczyć?

Jess zadrżała. Twarz miała białą, jakby światło księżyca wysączyło z niej całą energię.
– Przepraszam – powiedziała spokojnie, lecz cicho. 
– Należy mi się chyba coś więcej – mruknął Tad. – Samo „przepraszam” to zbyt mało.
– Nie... Nie wiedziałam, jak się zachować – odpowiedziała, po chwili Jess. – Gdy Deirdre nie 

wróciła po Lizzie, zaczęłam jej szukać i dowiedziałam się, że jesteś w poważnych kłopotach.

– Kłopotach?! – parsknął. – Byłem w piekle. Wiedziałaś o tym i mimo wszystko nie oddałaś 

mi dziecka?

– Nie należysz do osób, do których mam zaufanie. 
– Nawet nie napisałaś! Choć kilka słów zawiadomienia, że Lizzie żyje!
– Wtedy dowiedziałbyś się, gdzie jesteśmy.
– Więc przyznajesz, że ukrywałaś małą, choć zdawałaś sobie sprawę, że jej szukam?
– A co miałam zrobić? – Odwieźć ją do domu!
– Jak? Pracowałam w szpitalu w Kalkucie. Nie mogłam opuścić chorych. Przyjechałam tu 

tak szybko, jak tylko znalazłam zastępstwo.

–   Po   prostu   byłaś   zbyt   zajęta   zbawianiem   całego   świata,   aby   pomyśleć   o samotnym 

człowieku, któremu już niegdyś zmarnowałaś życie.

– Nieprawda.
– Prawda, do cholery!
– Po wszystkim, co usłyszałam od Deirdre, miałam ryzykować bezpieczeństwo dziecka?
– Aa... więc o to chodzi. Powinienem pamiętać, że moja droga żona nie przepuściła żadnej 

okazji,   aby   poniżyć   mnie   w oczach   rodziny   i przyjaciół.   Na   pewno   odczuwałaś   głęboką 
satysfakcję, słuchając historyjek o naszym małżeństwie.

Jess z uwagą spoglądała mu prosto w oczy. – Uwierzyłbyś moim zaprzeczeniom?
– Teraz to i tak bez znaczenia. Nie interesuje mnie, co ci powiedziała.
– Dla mnie ma to bardzo głębokie znaczenie. Rok temu, gdy dowiedziałam się o waszych 

kłopotach, wzięłam na siebie odpowiedzialność za los Lizzie. Obie przeżyłyśmy naprawdę trudne 
chwile.

– W przeciwieństwie do mnie – mruknął z przekąsem.
– Zrozum, mieszkałam w Indiach i pracowałam czternaście godzin na dobę. Próbowałam... 

próbowałam zapomnieć o... wypadku. Deirdre powierzyła mi opiekę nad pięcioletnim dzieckiem 

background image

i zniknęła bez śladu. Zostałam sama z rozpieszczoną przez ciebie jedynaczką i w krótkim czasie 
zrozumiałam,   że   całe   moje   dotychczasowe   życie   zostało   wywrócone   do   góry   nogami. 
Zaakceptowałam te zmiany. Rozumiałam, co czuje Lizzie, w nagły sposób pozbawiona domu, 
rodziców i wszystkiego, co kochała. Przez kilka miesięcy oczekiwałam powrotu Deirdre. Nagle 
dowiedziałam się, że moja siostra nie żyje, a ty jesteś oskarżony o morderstwo.

Umilkła i odwróciła wzrok. Na jej twarzy pojawił się wyraz bólu.
– Byłaś przekonana, że zabiłem Deirdre? – mruknął Tad.
Jess   milczała.   Mężczyzna   opadł   na   poduszkę.   Gwałtownie   szarpnął   dłoń   kobiety, 

przyciągając ją bliżej łóżka. Poczuł delikatną woń perfum. W oczach Jess zauważył  dziwny, 
niezrozumiały błysk uczucia. 

– Odpowiedz – zażądał stanowczym tonem.
– Uważałam, że jesteś niewinny. – Opuściła powieki. 
– Coś takiego! – Tad z trudem panował nad sobą. 
– Nigdy nie kłamię – szepnęła.
– Nieprawda.
Kobieta zbladła. Światło księżyca igrało w jej ciemnych źrenicach.
– Skłamałaś... pewnej nocy, dziesięć lat temu. Potrząsnęła głową, lecz gdy spojrzał na nią 

oskarżycielsko, spłonęła rumieńcem.

– Masz rację. Tak. Wówczas skłamałam. Lecz na tym koniec. Nie mam pojęcia, co stało się 

z Deirdre. Wiem tylko... że jej nie zabiłeś.

– To dlaczego patrzysz na mnie w ten sposób?
– Ponieważ... ponieważ doskonale rozumiem, co znaczy znaleźć się w tak przykrej sytuacji. 

To ja spowodowałam wypadek... w którym zginęli Jonathan i mały Benjamin...

Ścisnął jej rękę.
– Nie wolno ci myśleć w ten sposób!
–   Czasem   zastanawiam   się,   jak   bym   postąpiła,   wiedząc   co   nastąpi.   Są   chwile,   gdy 

popełniamy błędy, których nie można naprawić...

Tad miał ochotę przygarnąć ją do siebie; przytulić, pogładzić po głowie. Jess zagryzła wargi.
Mężczyzna poczuł zamęt w głowie.
Wierzyła mu! Wierzyła nawet wówczas, gdy wszyscy go potępiali. Znała ból towarzyszący 

niezawinionej tragedii. Tad doznał głębokiej ulgi na myśl, że ktoś go zrozumiał, nawet jeśli ów 
ktoś zaliczał się do grona najbardziej zaciętych wrogów.

Siłą woli stłumił wzruszenie. Jess nie lubiła sentymentalnych mężczyzn. On zresztą również.
– Wiedziałam, że nie potrafiłbyś nikogo skrzywdzić... przynajmniej nie w ten sposób. Ale 

zrozum,   nie   mogłam   oddać   Lizzie   komuś...   –   Przerwała   na   chwilę,   po   czym   dokończyła 
łamiącym się głosem: – Nie mogłam wysłać jej do sterroryzowanego Jackson Downs. Nie byłam 

background image

pewna, czy starczy ci czasu, aby się nią opiekować we właściwy sposób.

– Jestem jej ojcem – odparł szorstko. – Znam swoje obowiązki i odpowiedzialność związaną 

z wychowaniem dziecka.

Poczuł, że dłoń kobiety zadrżała pod jego palcami. Jess posmutniała.
–   Znów   się   nie   zgadzamy.   Uważałam,   że   w zaistniałej   sytuacji   część   odpowiedzialności 

spadła na mnie. – I potraktowałaś to bardzo poważnie.

– Wiesz, że, zawsze tak czynię. – Zawahała się. – Tym bardziej w podobnym przypadku. 

Jackson, nie chcę z tobą walczyć.

Tad przyjrzał się jej uważnie. Widział w oczach szwagierki ten sam upór i determinację, 

jakie cechowały jego własne zachowanie.

– Chcę, abyś zniknęła z mojego życia – warknął, lecz nie zwolnił uchwytu.
–   Ja   zaś   nie   żądałam   od   Deirdre,   aby   uczyniła.   Lizzie   częścią   mojego   własnego   życia! 

Zrobiła to bez mojej zgody. Od czasu... Bałam się... Bałam się ponownej miłości do dziecka – 
mówiła, z coraz większym trudem. – Zwłaszcza twojego dziecka. Ale stało się. Nie pozwolę, 
żebyś po prostu ją zabrał i uczynił z niej to, co mój ojciec...

Ciemna chmura na chwilę przesłoniła księżyc i twarz Jess pogrążyła się w mroku. Tad uniósł 

dłoń. Dotknął palcem policzka kobiety, po czym sięgnął niżej, w kierunku kuszącego zagłębienia 
pod miękkim podbródkiem.

Jess westchnęła. Tad poczuł, że drżą mu ręce. Szykował się do bitwy.
– Zabrałaś mi córkę – mruknął uparcie. – Przez rok ukrywałaś ją przed światem i przede 

mną.

–   Ktoś   musiał   się   nią   zaopiekować.   Było   dla   mnie   oczywiste,   że   oboje   jesteście   zbyt 

zaabsorbowani własnymi problemami, aby właściwie zajmować się Lizzie.

Tad poczuł, że krew ponownie uderza mu do głowy. – Twierdzisz, że jestem złym ojcem?
– Puść mnie, Jackson – szepnęła. – Porozmawiamy o tym jutro.
– Wolałbym teraz dokończyć naszą dyskusję.
– Jesteś słaby jak niemowlę. – Szybkim  ruchem przekręciła dłoń, uwalniając nadgarstek 

z jego uchwytu. – Widzisz!

Tad uznał, że jego męska duma stanowczo zbyt wiele ucierpiała w czasie kilku ostatnich 

godzin. Zaklął w duchu.

– Jutro – powtórzyła Jess. – Teraz śpij. 
Odeszła.
Przez całą noc jej słowa kołatały w głowie mężczyzny. „Chcę Lizzie. Nie mam zamiaru się 

z nią rozstawać.” Jak mógł zasnąć, skoro w uszach szumiało mu tak głośno, że ledwie słyszał 
skrzek papug w koronach drzew, otaczających bungalow?

Jak   mógł   zasnąć,   skoro   nad   łóżkiem   wciąż   unosiła   się   pomarańczowa   woń   perfum, 

background image

przywołująca zakazane wspomnienia? Piękna kobieta o przejmująco smutnych oczach, o głosie 
zabarwionym nutą tęsknoty...

Tad po raz kolejny stłumił w ustach przekleństwo. Wmawiał sobie, że powinien odczuwać 

satysfakcję z życiowych niepowodzeń Jessiki, tymczasem w jego sercu rodziło się całkiem inne 
uczucie... Coś, co budziło strach swą intensywnością.

Odrzucił na bok kołdrę. Dłonie przycisnął do skroni, usiłując wyrzucić z myśli obraz Jess.
Bezskutecznie.   Już  cały rok  nie  trzymał   w ramionach  kobiety.   Wspomnienie   urody Jess, 

złocistych  włosów  połyskujących  w półmroku  oraz figlarnych  kosmyków  opadających  na jej 
twarz spowodowało, że Tad zacisnął pięści. Nienawidził jej, lecz jednocześnie pragnął, by była 
blisko, by w jego obecności mogła zapomnieć o Jonathanie i Benjaminie.

Poczuł chłodny powiew powietrza, zmąconego ruchem wentylatora. Zadrżał. Czym prędzej 

przykrył się aż pod brodę. Nie minęło kilka chwil, gdy ponownie ogarnęła go fala gorąca.

Późną nocą wstał, owinął prześcieradło wokół bioder i otworzył drzwi wiodące na balkon. 

Na zewnątrz  panowała cisza, nawet najmniejszy powiew  wiatru nie mącił  spokoju  parującej 
wilgocią dżungli. Tad czuł się chory, słaby i oszołomiony. To wina Jessiki! To ona wpakowała 
go   w tę   kabałę!   Zabrała   mu   dziecko.   Zepchnęła   z urwiska.   Naszpikowała   rozmaitymi 
lekarstwami.

Zachwiał się. Z trudem utrzymał równowagę. Próbował oprzeć się dłonią o framugę, lecz 

zamiast tego ciężko uderzył całym ciałem w okiennicę.

Zatrzeszczało drewno.
Wiedział,   że   powinien   natychmiast   wrócić   do   łóżka,   Potrząsnął   uparcie   głową   i ciężkim 

krokiem wyszedł na balkon.

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

Minęła północ. Jess leżała w łóżku, bezwiednie owinąwszy wokół palca kosmyk włosów 

i spoglądała na smugę księżycowej poświaty, widoczną na ścianie. Od wielu godzin nie mogła 
zasnąć. Myślała o Jacksonie.

Musiała przyznać, że jej szwagier jest nieprzeciętnym mężczyzną. Czuła na wargach ciepły 

dotyk jego palców, uścisk rozpalonej dłoni, niepokojącą bliskość muskularnego ciała.

Boże... Skąd te myśli?  Dlaczego w obecności Tada czuła się niczym  mała dziewczynka, 

przeżywająca pierwszą miłość? Pomimo całego zaufania, jakim go obdarzyła, bała się wyjazdu 
do Jackson Downs.

Poruszyła się niespokojnie. Dlaczego właśnie Tad? Dlaczego miał tak silny wpływ na jej 

zachowanie?   Przecież   był   jedynie   zapatrzonym   w siebie   osiłkiem,   bez   krzty   rozsądku, 
grubiańskim... W najmniejszym stopniu nie interesował się problemami innych ludzi.

Tragedią wielu narodów świata...
Jess dorastała wśród obcych, z dala od ojczystego kraju i dobrze poznała ból i cierpienie 

towarzyszące przemianom społeczno-politycznym, dobrze poznała nędzę państw odczuwających 
skutki klęsk żywiołowych. Chciała nieść pomoc.

Lecz teraz musiała swą uwagę poświęcić Lizzie. Zaopiekować się nią... i Jacksonem. Zadanie 

nie należało do najłatwiejszych. Jak większość mężczyzn – niezależnie od rasy czy koloru skóry 
– był przekonany, że nawet najbardziej inteligentna kobieta nie potrafi wskazać mu właściwego 
rozwiązania nabrzmiałych problemów.

Tymczasem, zdany na samego siebie, popadł po uszy w tarapaty. Jego posiadłość stała się 

obiektem   ciągłych   ataków.   Został   posądzony   o zbrodnię,   której   nie   popełnił.   Mimo   upływu 
całego roku, nie zdołał oczyścić się z zarzutów ani zakończyć konfliktu. Żył w cieniu gwałtu, 
a co  gorsza,  domagał się,  aby  towarzyszyła,  mu  Lizzie.  Może  miał   zamiar   znaleźć  ustronną 
kryjówkę i przebywać w niej do czasu, aż sprawa przycichnie? Jess słyszała także, że nosił się 
z zamiarem sprzedaży ziemi oraz wszelkich nieruchomości.

Westchnęła. To na pewno nie były warunki umożliwiające prawidłowe wychowanie dziecka.
Szczególnie kochanej Lizzie. Jej Lizzie.
Pogładziła   poduszkę.   Jej   Lizzie.   Jego   Lizzie.   Tkwili   w tym   oboje,   bez   względu   na 

okoliczności.

Ktoś powinien zachować odrobinę rozsądku, zacząć zadawać pytania, pomyśleć...
Mężczyźni  uwielbiali rozstrzygać  wszelkie sprawy przy użyciu siły, odczuwali lęk przed 

nieznanym, pokrywali szorstkością uczucie niepewności. „Ognia!” krzyczeli, gdy wystarczyło 
ruszyć głową i dokonać rzetelnej oceny sytuacji.

W   cieniu   drzew   poruszyła   się   niewielka   sylwetka.   Mały   Aborygen   znów   stanął   na 

background image

posterunku, obserwując okna bungalowu. Światło księżyca wydobyło z ciemności połyskującą 
czuprynę malca.

Nikt nie umiał odpowiedzieć na pytanie Jess, kim jest ten chłopiec. Dlaczego ją obserwował?
Czy coś wiedział? Dlaczego uciekał, gdy chciała zbliżyć się do niego?
Postanowiła   za   wszelką   cenę   zdobyć   jego   zaufanie.   Może   powinna   ofiarować   mu   jakiś 

prezent?

Po   cichu   wstała   z łóżka   i weszła   na  piętro.   Korytarz   usłany   był   rozmaitymi   zabawkami. 

Lizzie nie lubiła sprzątać.

Jess podniosła z podłogi pluszowego, różowego dinozaura z czerwoną wstążeczką na szyi 

i skierowała się w stronę dziedzińca. Cień pod drzewem natychmiast zniknął, ale wiedziała, że 
chłopiec nie odszedł daleko. Umieściła zabawkę na rozłożystej kępie trawy i wróciła do domu.

Postanowiła obserwować z tarasu dalszy bieg wydarzeń. W chwili gdy po cichu dotarła na 

szczyt   schodów,   jej   uszu   dobiegł   głośny   trzask.   Przekonana,   że   hałas   spowodował   mały 
Aborygen, podbiegła do okna, lecz nie dostrzegła nikogo. Jedynie Krzyż Południa błyszczał na 
bezchmurnym niebie niby wysadzana brylantami zapinka na czarnej aksamitnej sukni.

Jess otworzyła drzwi wiodące na taras. Zaskrzypiały deski, a po chwili z ciemności wysunęła 

się widmowa postać, przybrana w biały całun. Kobieta zakryła dłonią usta, aby nie krzyknąć.

Gdy   upiór   znalazł   się   bliżej,   rozpoznała   sylwetkę   Jacksona.   Owinięty   w pasie 

prześcieradłem,   przypomniał   prymitywnego   wojownika   z zamierzchłych   czasów.   Potężny 
i dominujący, był ucieleśnieniem męskości. Nagle zachwiał się i ciężko oparł o balustradę. Jess 
zapomniała o małym tubylcu. – Jackson – odezwała się nieswoim głosem.

Mężczyzna uniósł głowę i nieco mętnym wzrokiem wpatrzył się w ciemność.
Westchnął   na   widok   doskonałego   ciała   Jess,   zarysowanego   wyraźnie   pod   przewiewnym 

szlafrokiem.

Serce kobiety zamarło.
– Jess... – Tad zatoczył się w jej stronę.
Chwyciła   go   w pasie   i przytrzymała,   aby   nie   upadł.   Prześcieradło   opadło   i poczuła   pod 

palcami rozpaloną, nagą skórę mężczyzny. Tad miał gorączkę.

Jess przestraszyła się. Jeszcze nigdy w życiu nie bała się tak mocno.
– Wydawało mi się, że słyszę jakiś hałas – powiedziała. – Powinieneś być w łóżku.
– Nie oddam ci Lizzie! – warknął.
– Boże... – westchnęła Jess. – Znów majaczysz. Tad zadygotał. Z trudem uchroniła go przed 

upadkiem.

– Chodź. Odprowadzę cię do sypialni.
Ponieważ się opierał, postanowiła umieścić go w swoim pokoju i przekonać, by zasnął.
Popchnęła ciężkie ciało w stronę łóżka. Tad mocniej objął ją ramionami. Upadli oboje. Jess 

background image

próbowała wstać, lecz nie potrafiła się uwolnić.

Zwiewny materiał szlafroka oplątał jej biodra, odsłaniając nogi aż po uda.
Poczuła, jak mięśnie mężczyzny napinają się. Zauważyła w jego oczach błysk pożądania.
Przypomniała sobie inną noc pełną miłosnej ekstazy, noc, która rozpoczęła się w podobny 

sposób... ową straszną noc, podczas której zdradziła własną siostrę i unieszczęśliwiła wiele osób. 
Szarpnęła się, lecz mężczyzna mocniej ścisnął ją ramionami. Poczuła aż nadto znajomy dreszcz 
podniecenia.

– Nie... nie zabieraj mi Lizzie – odezwał się Jackson. W jego głosie zabrzmiała błagalna nuta.
Był tak bezradny, tak chory... Deirdre zamieniła jego życie w prawdziwe piekło. Przeżył 

więcej, niż mógłby wytrzymać przeciętny człowiek.

Na przekór wcześniejszym postanowieniom, Jess nie zamierzała trwać w zaciętości.
Delikatnie pogładziła zarośnięty policzek mężczyzny.
– Nie zabiorę.
– Nie?
– Nie – szepnęła.
Zaczął oddychać swobodniej.
Jess ponownie próbowała się podnieść, lecz nie miała dość sił, aby rozerwać stalową obręcz 

rąk mężczyzny. 

– Nie odchodź – poprosił Tad. Poczuła na szyi gorący powiew jego oddechu. – Potrzebuję 

cię. Teraz. Tak długo byłem sam...

Wiedziała,   co   znaczą   te   słowa.   Przez   wiele   lat,   nawet   w czasie   małżeństwa,   odczuwała 

dotkliwą samotność. Jackson zdawał się być zagubiony, przytłoczony własną słabością...

Trawiony wysoką gorączką i obolały.
Jess chciała mu pomóc. Chciała otoczyć go troskliwą opieką i sprawić, aby choć na chwilę 

zapomniał o przeszłości. Zbliżyła usta do twarzy mężczyzny i złożyła delikatny pocałunek na 
jego rzęsach. Musnęła policzkiem zwichrzoną brodę i...

Tad rozchylił usta.
Jess   poczuła,   że   jej   ciało   ogarnia   fala   namiętności.   Palce   Jacksona   zacisnęły   się   na   jej 

pośladkach.   Tak   łatwo   było   odrzucić   bolesne   wspomnienia...   uwierzyć,   że   zniknęła   dawna 
nienawiść... nie myśleć o tym, co miało nastąpić, gdy Tad powróci do zdrowia.

Dłoń mężczyzny spoczęła na jej włosach. 
– Nie odchodź – szepnął powtórnie.
Świat zdawał się niknąć za zasłoną ciemności.
Jedyną rzeczą, jaka docierała do świadomości Jess, był łagodny ruch męskiego ciała oraz 

dotyk rozpalonych ust.

– Nie odchodź.

background image

– Nie odejdę – szepnęła, miękko. – Dzisiejszej nocy zaopiekuję się tobą, a gdy poczujesz się 

lepiej, pojedziemy do Jackson Downs. Chciałabym zapewnić Lizzie odpowiednie warunki.

–   Niebezpieczeństwo...   –   wykrztusił   Tad.   –   W Jackson   Downs   jest   dla   ciebie   zbyt 

niebezpiecznie...

– Bzdury. Dlaczego tylko mężczyźni mieliby się wciąż bawić?
– Jesteś najbardziej upartą... – głos mężczyzny ucichł.
Jess doskonale zdawała sobie sprawę, że po odzyskaniu pełnej przytomności Tad nie będzie 

pamiętał rozmowy. Nie przestawała jednak mówić; zawsze traktowała pacjentów tak, jakby byli 
w pełni sił i władz umysłowych.

– Lizzie potrzebuje opieki dwojga osób. Wiem, że mnie nie lubisz...
– To nieprawda – zapewnił gwałtownie.
Jess   westchnęła.   Miała   ochotę   całkowicie   wtopić   się   w jego   ciało.   Z trudem   odpędziła 

niewczesne myśli.

– Twoja posiadłość liczy ponad milion akrów – powiedziała spokojnie. – Znajdę więc dość 

miejsca,   żebyś   mnie   nie   widywał.   Zrozum...   podczas   pobytu   w Indiach   poczyniłam   wiele 
interesujących spostrzeżeń i chciałabym wydać je w formie książki. Muszę także przygotować 
habilitację. Naprawdę będę miała dużo pracy, a chyba pamiętasz, że czas ma dla mnie szczególną 
wartość.

– To dlaczego pozwoliłaś zmarnować nam całą dekadę?
„Ty ożeniłeś się pierwszy” – chciała powiedzieć, lecz w porę ugryzła się w język.
– Wspólnie zajmiemy się wychowaniem Lizzie – szepnęła.
– Wspólnie – jęknął.
Jess nie była pewna, czy posłyszała w jego głosie nutę ulgi, czy cierpienia.
Sądziła, że Tad odezwie się ponownie, lecz w pokoju panowało milczenie.
Ciało mężczyzny zwiotczało nagle. Przerażona Jess zerwała się z łóżka. Chwyciła przegub 

chorego. Puls bił przyśpieszonym rytmem, lecz miarowo. Jess pobiegła w stronę kuchni, aby 
przynieść lekarstwa, ręczniki i nieco wody.

Rozgniotła kilka pigułek, zmieszała je z odrobiną osłodzonego płynu i podeszła do łóżka.
Tad poruszył się. Obrócił głowę i zacisnął zęby. Jak większość mężczyzn, w trakcie choroby 

zachowywał się gorzej niż rozkapryszone niemowlę. Jess wezwała na pomoc Meetę. Wspólnymi 
siłami wlały lekarstwo do ust Jacksona.

– Madame doctor – szepnęła Hinduska – zdaje mi się, że pani przyjaciel jest bardziej chory 

niż wieczorem. 

– Tylko dlatego, że nie słuchał moich poleceń. Ale nie ma powodu do obaw. Jest silny jak tur 

i w krótkim czasie powinien stanąć na nogi.

Wyraz zaniepokojenia zniknął z ładnej, smagłej twarzy Meety. Dziewczyna uśmiechnęła się, 

background image

ukazując rząd śnieżnobiałych zębów.

– Wiem – powiedziała. – Widziałam już wielu słabszych od niego, którzy pod pani opieką 

powrócili do zdrowia.

Do świtu obie czuwały na zmianę przy łóżku chorego. Wielokrotnie musiały zmieniać okłady 

na rozpalonym ciele. Jess starała się nie patrzeć w stronę brązowych, muskularnych ramion Tada.

Dopiero nad ranem gorączka poczęła ustępować. Jess odesłała Meetę do jej sypialni. Sama 

bała się odejść, ponieważ trzymała rękę w dłoni Jacksona. Powoli, aby go nie obudzić, ułożyła 
się obok. Niespodziewanie otoczył ją ramionami i przycisnął do siebie.

– Nie... nie... – powiedziała zmęczonym  głosem. Lecz Tad należał do mężczyzn,  którzy 

rzadko zwracają uwagę na słowa protestu. I był od niej silniejszy.

Przytulił kobietę tak mocno, że przez materiał szlafroka poczuła dotyk jego twardego torsu 

na swoich piersiach. Nie mogła się poruszyć, nawet gdyby zechciała.

Przestała stawiać opór.
Spowita   w chłodną,   bawełnianą   pościel,   Jess   śniła   o Jacksonie.   Znów   stała   się   Jessiką 

Bancroft, studentką Uniwersytetu Teksaskiego, przekonaną, że cały świat oczekuje jej Pomocy.

Był październikowy, niedzielny poranek. W powietrzu unosił się zapach jesieni, a na kortach 

uwijały się grupy młodych ludzi, którzy nie mieli nic do roboty do czasu rozpoczęcia meczu 
futbolowego lub wieczornej potańcówki. Zegar na wieży Uniwersytetu odezwał się donośnym 
dźwiękiem.

Jess czekała na siostrę. Deirdre zniknęła gdzieś w poszukiwaniu zimnej coli.
Gliniana nawierzchnia kortu parzyła stopy nawet poprzez grube podeszwy tenisówek. Jess 

niecierpliwie zerknęła na zegarek. Była wściekła.

Nagle posłyszała  za sobą czyjeś  kroki. Na pewno wracała Deirdre. Jess zacisnęła pięści 

i przygotowała w myśli kilka gorzkich słów na temat zachowania siostry.

Poczuła klepnięcie w plecy. Odwróciła się i spojrzała prosto w twarz złotowłosego olbrzyma, 

ubranego w wypłowiałe dżinsy i wysokie buty, które czasy świetności dawno miały już poza 
sobą.   Chłopak   rzucił   na   ziemię   szerokoskrzydły   kowbojski   kapelusz   i bez   najmniejszego 
ostrzeżenia otoczył ramionami kibić dziewczyny.

Jess nigdy dotąd nie spotkała równie przystojnego młodzieńca. W niczym nie przypominał 

innych studentów. Był typem pioniera – kogoś, kto i bez pieniędzy nie zawaha się stworzyć 
własnego rancza na pustkowiach Teksasu. Jego szorstkie dłonie miały delikatny, chłodny dotyk.

– Kort zajęty – syknęła.
–   Nie   mam   zamiaru   z niego   korzystać.   Przyszedłem   tu   po   dziewczynę   –   mruknął 

z uśmiechem. Błękitne oczy błysnęły wesoło.

Rysy mężczyzny – wysokie czoło, silna szczęka, mocno zarysowany podbródek i prosty nos 

– zdawały się być wykute z granitu. Kowboj, czy nie; prezentował się wspaniale i...pociągająco. 

background image

Zbyt pociągająco.

Jess bezskutecznie usiłowała oderwać wzrok od jego twarzy.
– Kochanie – mruknął nieznajomy – czemu jesteś taka spięta?
Dziewczyna spłonęła rumieńcem. – „Kochanie?”
Próbowała mówić nadąsanym tonem, lecz jej pytanie zabrzmiało dziwnie miękko i cicho.
– Boże, jesteś najpiękniejszą istotą, jaką widziałem. – Niski głos mężczyzny wywoływał 

przyjemny dreszcz emocji. – Pocałuj mnie.

– Zwa... zwariowałeś.
Uwodzicielski uśmiech stał się jeszcze szerszy. – Tylko jeśli chodzi o ciebie.
Jess usiłowała się uwolnić z objęć, lecz równie dobrze mogłaby próbować poruszyć skałę.
– Jeden maleńki pocałunek – szepnął intruz. Wplótł palce we włosy dziewczyny i pochylił 

twarz   ku   jej   wargom.   Jess   poczuła   delikatną   woń   wody   kolońskiej,   co   podziałało   niczym 
najlepszy afrodyzjak.

Dlaczego nie uczyniła nic, aby powstrzymać zamiary młodzieńca? Dlaczego po prostu stała, 

rozchylając pełne oczekiwania usta?

Pocałował ją. Chciała krzyknąć, lecz w tej samej chwili zapomniała o oporze.
Pocałunek miał smak papierosowego dymu, męskości, zniewalającego erotyzmu.
Pocałunek, który był zapowiedzią tajemniczego misterium namiętności.
Jess poczuła, że w jej głowie bije dzwon na trwogę. Alarm! Ratuj się, póki czas.
Zignorowała te myśli. Jęknęła cicho i otoczyła ramionami szyję mężczyzny. Nieoczekiwanie 

puścił ją i cofnął się lekko.

– O to chodzi. Nie powinniśmy tracić czasu na tenisa. Idziemy do mnie czy do ciebie?
Bezczelny ton głosu wyrwał Jess ze stanu hipnotycznej fascynacji. Nagle uświadomiła sobie, 

że nie ma najmniejszego pojęcia, kim jest ów maniak seksualny, dlaczego ją pocałował, a co 
gorsza, dlaczego ona sama zareagowała w podobny sposób.

Działała instynktownie. Prawą dłonią wymierzyła siarczysty policzek w uśmiechniętą twarz 

mężczyzny. – Za kogo ty się uważasz, narwańcu?

Z błękitnych  oczu zniknęły uwodzicielskie iskierki. Intruz potarł zaczerwieniony ślad po 

uderzeniu i zrobił zdumioną minę.

– Co się dziś z tobą dzieje? – spytał.
– Heeej! – Na ścieżce ukazała się Deirdre, niosąca dwa kubki lodowatej coli. – Cześć, Tad! 

Widzę, że zdecydowałeś się mi przebaczyć.

Jess  i Tad  patrzyli  na  siebie  w milczeniu.  Dziewczyna   dopiero  po chwili   zrozumiała,  co 

zaszło. Tad wziął ją za Deirdre! Pełen kuszących obietnic pocałunek przeznaczony był dla kogoś 
zupełnie innego! Nie dla niej! Jess miała idiotyczną ochotę wybuchnąć płaczem.

Deirdre znakomicie prezentowała się w kostiumie tenisowym. Jej gładko zaczesane włosy 

background image

lśniły niczym złoto w promieniach słońca. Podała Jess kubek z napojem.

– Poznaliście się już?
– W pewnym sensie – chłodno odparła Jess.
–   Tad,   poznaj   moją   siostrę,   Jessikę   Bancroft.   Jak   widzisz,   jesteśmy   bliźniaczkami.   – 

Odwróciła twarz w stronę siostry. – To jest mój nowy chłopak, Tad Jackson.

– Dlaczego nie uprzedziłaś mnie, że masz siostrę-bliźniaczkę?!
– Nic mi nie powiedziałaś, że masz nowego chłopaka!
Oba okrzyki zabrzmiały niemal jednocześnie.
– Ponieważ Jess z reguły nie lubi moich przyjaciół – wyjaśniła Deirdre.
Tad spojrzał podejrzliwie w stronę Jessiki.
– Tym razem chciałam, żeby mój chłopak zrobił na niej wrażenie – wyjaśniła Deirdre.
– Udało ci się – wyniosłym tonem odpowiedziała Jess.
– Naprawdę? – spytał Tad. Skrzywił usta w kwaśnym uśmiechu.
– Nie zwracaj uwagi na jej zachowanie – pośpiesznie wtrąciła Deirdre. – Jess ma umysł 

zaprzątnięty wyłącznie nauką. Poza tym udaje, że nienawidzi wszystkich mężczyzn.

Tad dotknął zaczerwienionego policzka.
–   Zauważyłem   –   mruknął.   –   Choć   z doświadczenia   wiem,   że   kobiety,   które   najgłośniej 

protestują, okazują się najbardziej czułe.

– Mężczyźni tracą na próżno zbyt wiele czasu – sztywno odparła Jess. – Ja nie mam takiego 

zamiaru. Chcę zostać lekarką.

– Ja pragnę jedynie wyjść za mąż – zachichotała Deirdre pociągając łyk coli. – Ale Jess 

uważa, że powierzono jej zbawienie świata.

Tad spojrzał badawczym wzrokiem na Jessikę. Dziewczyna poczerwieniała.
– Hm... Świat bez wątpienia oczekuje czyjejś pomocnej dłoni... Lecz moja dewiza brzmi: 

„Oddać mężczyźnie, co mu się należy”. 

Mówił niskim, metalicznym głosem. Jess poczuła nagły dreszcz, przeszywający całe ciało. 
Opuściła powieki. Policzki piekły ją zbyt mocno, aby przypisać to jedynie intensywnemu 

działaniu promieni słonecznych.

–   Domyśliłam   się   tego,   gdy   tylko   się   poznaliśmy.   –   Mówiła   spokojnym   tonem,   choć 

przychodziło jej to z niemałym trudem. – Lecz pańska dewiza nie jest zbyt oryginalna, panie 
Jackson.   W podobny   sposób   myśli   nieomal   każdy   przedstawiciel   rodzaju   męskiego   i to   jest 
głównym powodem, że nasz świat stoi na krawędzi katastrofy.

Tad zapomniał o Deirdre i przysunął się bliżej Jessiki. 
– Winisz mnie za to, co zaszło?
– W pewnym sensie. 
Uniósł brwi.

background image

– I masz zamiar wprowadzić istotne zmiany? 
– Czy coś w tym złego?
–   Nie.   Lecz   w twoich   słowach   brzmi   hipokryzja.   Co   może   osiągnąć   jeden   człowiek? 

Jedna...kobieta? 

Jess gwałtownie potrząsnęła głową.
– Jak śmiesz... Postąpił krok w przód.
– Mógłbym powiedzieć: „W chwili gdy cię zobaczyłem, doszedłem do wniosku, że jesteś 

osobą obdarzoną utajonymi, skrzętnie skrywanymi pragnieniami.” Co innymi słowy oznacza, że 
nie jesteś wobec siebie szczera.

Obrzucił znaczącym spojrzeniem kształtną sylwetkę dziewczyny.
– Wiem, czego chcę. – Zatrzymał wzrok na jej piersiach. – Ty boisz się do tego przyznać.
– Nie bądź taki pewny siebie – warknęła wściekle. Obróciła się w stronę siostry. – Deirdre, 

ten... ten zadufany indywidualista jest najgorszym chłopakiem, jakiego mi przedstawiłaś.

Tad uśmiechnął się szeroko.
– Potraktuję to jako komplement. – Przysunął usta blisko jej twarzy i szepnął: – Najbardziej 

podobają mi się ustronne miejsca...

Zerknął na jej usta. Jess odruchowo przesunęła po nich końcem języka.
Przypomniała sobie smak niedawnego pocałunku i towarzyszące mu uczucie błogości...
Poczuła   ssanie   w żołądku   –   nie   z głodu,   lecz   z pragnienia.   Pragnęła   spędzić   kilka   chwil 

z Tadem.   Jackson   obserwował   jej   zachowanie.   W jego   wzroku   uprzejme   zainteresowanie 
mieszało się z zaczepnością. Deirdre zawisła mu na szyi i z wyrzutem spojrzała na siostrę.

– Jess, przestań go podrywać! „Podrywać?!”
Tad   odrzucił   głowę   w tył   i wybuchnął   głośnym   śmiechem.   Pogładził   przyjaciółkę   po 

włosach, lecz jego wzrok ponownie spoczął na Jess. Obróciła się na pięcie i odeszła.

Jeszcze nigdy dotąd nie czuła się tak dotknięta i poniżona.
Z dala dobiegł ją głos siostry:
– Boże! A tak chciałam, żebyście się polubili!
– W każdym razie, było to niezapomniane spotkanie – odparł beztrosko Tad.
– Ale Jess...
– Nie martw się o nią. Na pewno mnie lubi. – W głosie mężczyzny brzmiała niezachwiana 

pewność. 

Jess była wściekła. Miała szczerą ochotę zapaść się pod ziemię, gdyż zdawała sobie sprawę, 

że   Tad   ma   rację.   Wbrew   obietnicom,   jakie   składała   sobie   samej,   zapałała   uczuciem   do 
aroganckiego, przystojnego samca o zniewalającym uśmiechu. W dodatku chłopaka jej własnej 
siostry.

Zakazany owoc. Czyżby dlatego jego pocałunki nabierały większej mocy? Były słodsze niż 

background image

miód i bardziej gorące niż płomień?

W rogu kortu leżał brązowy, zniszczony kapelusz z szerokim rondem i indyczym piórem, 

zatkniętym za wstążkę. Jego kapelusz. W porywie furii Jess skierowała kroki w tamtą stronę. 
Dopadła znienawidzonego przedmiotu i poczęła skakać po nim tak długo, aż zaczął przypominać 
naleśnik, a pióro zostało złamane i wdeptane w ziemię.

– Jess! – krzyknęła Deirdre.
Jess, niczym niegrzeczna dziewczynka, uciekła za ogrodzenie.
–   Nie   mogę   uwierzyć,   że   odważyła   się   zniszczyć   twój   kapelusz   –   płaczliwym   głosem 

zawodziła Deirdre. – Zobacz, co z niego zostało!

Tad roześmiał się głębokim basem.
– Kochanie, nie myślisz chyba,  że podskoki rozkapryszonej  panienki mogłyby zniszczyć 

kapelusz, który przetrwał uderzenia racic pędzącego stada krów? – Uderzył pięścią w denko. – 
Muszę tylko postarać się o nowe pióro.

Objął swą towarzyszkę.
– Deirdre... – zaczął nieco innym tonem – ilu masz chłopaków... to znaczy, ilu ich miałaś, 

zanim się poznaliśmy?

Chociaż jeden strzał trafił celu, ze złośliwą satysfakcją pomyślała Jess.
–   Kilku...   –   odparła   Deirdre.   –   Ale   traktowałam   ich   wyłącznie   jako   kolegów.   Jess 

powiedziała to specjalnie, żeby cię rozzłościć.

Tad zawadiackim ruchem włożył kapelusz na głowę. 
– Nie czuję złości, choć przyznaję, że spotkanie z nią wywarło na mnie spore wrażenie.
Jess   wsiadła   do   samochodu   i głośno   zatrzasnęła   drzwiczki.   Mocno   zacisnęła   dłonie   na 

kierownicy.

– Dlaczego właśnie on? Boże! Dlaczego on?
Tad Jackson w niczym nie przypominał mężczyzny jej marzeń: szczupłego bruneta o dużym 

poczuciu   humoru   i wysokim   ilorazie   inteligencji.   Człowieka,   któremu   nieobca   byłaby   troska 
o los   innych.   Kogoś,   kto   bez   zastrzeżeń   podzielałby   jej   opinię.   Całkiem   niedawno   poznała 
właściwego kandydata. Niemal w stu procentach odpowiadał jej oczekiwaniom.

Nazywał się Jonathan Kent.
Tad   Jackson   był   ucieleśnieniem   wszystkich   cech,   którymi   pogardzała.   Lecz   z drugiej 

strony...

Był przystojny, uwodzicielski i rozbrajająco pewny siebie. Co najważniejsze – doskonale 

potrafił całować.

Jednym pocałunkiem utorował sobie drogę do serca dziewczyny.
Jednym pocałunkiem wydobył prawdziwe uczucia z zakamarków jej duszy.
Jednym pocałunkiem nakłonił ją do zdrady wobec siostry.

background image

Mijały   dni,   lecz   Jess   wciąż   myślała   o Tadzie.   Pożądała   go   i przez   niepohamowaną 

namiętność zniszczyła życie wielu osób. Nie mogła spodziewać się przebaczenia za swoje winy.

Jackson również.

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

Tad   otworzył   oczy.   Obok   siebie   czuł   miękkie,   kobiece   ciało.   W pierwszej   chwili   był 

przekonany, że nadal śni. Na swoim ramieniu dostrzegł pukiel połyskujących złotem włosów.

Jego palce spoczęły na gładkim, jedwabnym szlafroku.
Jess.   Kobieta,  której  nienawidził.  Leżała   tui  przy  jego  boku,  na  skraju   łóżka.   Jej   łóżka, 

zauważył. Spała głębokim snem, wtulona w jego ramiona.

Co ona tu robi? Tad jak przez mgłę przypomniał sobie własną słabość i czułą opiekę Jessiki.
Pewnie zmorzyło ją całonocne czuwanie.
Wstrzymał   oddech.   Nie   chciał   budzić   swej   towarzyszki.   Delikatnie   wsunął   rękę   pod   jej 

głowę i leżał bez ruchu. Czuł zadowolenie z zaistniałej sytuacji, choć w głębi serca wydawało mu 
się, że powinien postępować całkiem inaczej.

Rozchylony dekolt szlafroka odsłaniał część jedwabistej skóry. Tad mógł dostrzec rytmiczny 

ruch   piersi   śpiącej   kobiety.   Powietrze   wypełniał   znajomy   aromat   kwiatów   pomarańczy.   Tad 
wiedział doskonale, że ów widok i zapach stanowią śmiercionośną  pułapkę,  lecz nie potrafił 
powstrzymać swych uczuć. Delikatnie pogłaskał szyję Jessiki.

Kobieta zamruczała cicho. 
– Jackson...
Tad   odczuł   szaloną   radość   na   dźwięk   jej   głosu,   choć   uświadomił   sobie,   że   od   chwili 

spotkania na skraju zbocza Jess ani razu nie nazwała go po imieniu. Boże! Skąd ta nagła zmiana? 
Dlaczego cieszył  się z obecności kobiety, która zniszczyła  mu życie?  Cholerna samarytanka. 
Przez rok nie powiadomiła go o losie córki.

Jess   otworzyła   oczy   i zaspanym   wzrokiem   spojrzała   na   mężczyznę.   Potrząsnęła   głową 

w niemym  zdumieniu  i próbowała wyplątać  się z jego ramion. Miała  ochotę coś powiedzieć, 
wygłosić spontaniczny wykład na temat zaistniałej sytuacji, lecz aby to uczynić, musiała zyskać 
przewagę. Szarpnęła całym ciałem. W odpowiedzi Tad chwycił ją za ręce i przytrzymał.

Świeży powiew morskiej bryzy poruszył firanki i owionął chłodem rozpalone ciała leżących.
Zniknęło gdzieś uczucie nienawiści, które jeszcze przed chwilą zdawało się być nieodłączną 

częścią ich życia.

Tad położył palec na ustach Jess, nakazując jej milczenie. Nie chciał, by jakiekolwiek słowa 

zburzyły   niepowtarzalny   nastrój.   Dobrze   wiedział,   że   Jess   nie   jest   dla   niego   odpowiednią 
partnerką, lecz teraz ponad wszystko potrzebował jej obecności i pomocy. Kobieta bez sprzeciwu 
poddała się jego woli. Tad pochylił głowę i złożył delikatny pocałunek na jej rzęsach. Musnął 
ustami brwi, pogładził policzek...

Szarpnęła się, lecz zdecydowanym ruchem przyciągnął ją do siebie. Przez chwilę patrzyli 

sobie prosto w oczy. Jess westchnęła z rezygnacją. Zamknęła powieki.

background image

Zasnęli oboje.
Gdy Jess powtórnie otworzyła oczy, nie mogła pojąć, gdzie się znajduje. Leżała wplątana 

w opalone ramiona i nogi Tada Jacksona, głowę trzymała na jego ramieniu, a na policzku czuła 
delikatne łaskotanie gęstej brody. Jedna ręka mężczyzny opasywała jej kibić, druga leżała na 
plecach.

Z przerażeniem spojrzała na swój skromny przyodziewek. Spłonęła rumieńcem.
Opalona na złocistobrązowy kolor skóra Tada kontrastowała z jej bladą karnacją.
Mężczyzna chrapał, pogrążony w głębokim, spokojnym śnie.
Dzięki Bogu, bez wątpienia czuł się o wiele lepiej. Lecz Jess nie mogła pozwolić, aby po 

przebudzeniu   zastał   ją   w tak   krępującej   pozycji.   Na   pewno   nie   uwierzyłby,   z jakim   trudem 
zmusiła go do przyjęcia lekarstw i ile sił kosztowało ją czuwanie przy łóżku.

Zabawne...   W ramionach   Tada   czuła   się   niezwykle   bezpiecznie.   Ale   nie   miała   czasu   na 

dalsze   rozważania.   Powoli   wysunęła   się   z jego   objęć.   Wstała.   Nieco   uspokojona,   uważnie 
spojrzała na śpiącego.

Wyglądał niezbyt dobrze. Troski minionego roku wyżłobiły głębokie bruzdy na jego twarzy.
Wokół oczu pojawiły się zmarszczki, a skóra na policzkach była ściągnięta i błyszcząca..
Dłonie, stwardniałe od ciężkiej.. pracy, poznaczone bliznami palce... Jess poczuła idiotyczną 

chęć, aby odgarnąć mu z czoła grzywę złocistych włosów i wygładzić palcami zmęczone rysy.

Jeszcze przed chwilą czuła ciepło promieniujące z jego muskularnych ramion.
Teraz   miała   ochotę   ochronić   go   przed   całym   światem,   przed   kłamstwami,   zdradą 

i wszystkim, co zatruwało mu życie.

Stajesz się zbyt sentymentalna, skarciła się w duchu, a on cię po prostu nie cierpi.
Gdy blask słońca wpadł do sypialni,  wyszła przed dom i skierowała  się na drugą stronę 

wyspy, zdecydowana przyjąć na siebie całą winę za zniszczenie kosiarki i wysłuchać wymówek 
Wally’ego.

Zeszła w dół klifu i zerknęła w kierunku powyginanej maszyny. Dochodziła dziesiąta przed 

południem,   a Jess,   choć   spała   niewiele,   czuła   się   rześka   i pełna   energii.   Ze   szczytu   zbocza 
obserwował ją mały, brunatnoskóry chłopiec, trzymający w dłoni pluszowego dinozaura.

Kobieta zerknęła na pokrytą  malowidłami skałę. Jackson miał naprawdę wiele szczęścia. 

Ktoś o słabszej kondycji z pewnością nie przeżyłby upadku z tej wysokości.

Kosiarka była w opłakanym stanie. Jess poddała ją szczegółowym oględzinom, ale musiała 

stwierdzić,   że   przedmiot   nie   nadaje   się   do   naprawy.   Nie   pozostawało   jej   nic   innego,   jak 
przeprosić Wally’ego i zapłacić za wyrządzoną szkodę. W zamyśleniu kopnęła oderwane kółko. 
Pora w drogę. Chwyciła zwisające pnącze i rozpoczęła wspinaczkę.

Nagle   niebo   pociemniało.   Ptaki   umilkły.   W powietrzu   zapanował   nastrój   nieokreślonej 

grozy.

background image

Jess wyczuwała jeszcze coś innego.
Ostrzeżenie. Zdawała sobie sprawę, że jej obawy nie mają logicznego wytłumaczenia. Że są 

niewiarygodne, niezgodne z żadną nauką.

Nagły podmuch gorącego wiatru wzniósł obłok kurzu.
Malec zniknął.
Jess poczuła obecność Deirdre. Słyszała słowa rozpaczy. To miejsce musiało być świadkiem 

jakiegoś przerażającego zdarzenia.

Serce kobiety waliło jak młotem. Z determinacją zacisnęła drżące dłonie na grubym pnączu.
Przez chwilę walczyła z ciemną mocą, ogarniającą jej umysł. Z uporem pięła się w górę.
Gałęzie biły ją po twarzy, rozdzierały ubranie. Ostry koniec grubszego konaru skaleczył jej 

szyję. Na kołnierzyk bluzki kapnęła krew.

Gdzieś w górze rozległo się echo kroków. Niewielki kamyk spadł między pnącza.
Zapadła cisza.
– Halo! – krzyknęła Jess. Zebrała resztę sił i wspięła się na szczyt zbocza.
Nikogo na nim nie było.
Tad z niecierpliwością zabębnił palcami w stół. Gdzie, u licha, podziewa się Jess?
Tropikalne słońce rozgrzewało drewnianą werandę, a w powietrzu unosił się zapach wilgoci.
Niemal w każdym  miejscu budynku wyczuwało się obecność Jess. Pomalowana na szary 

kolor, drewniana podłoga lśniła czystością. Spod okapu zniknęły ostatnie ślady pajęczyn.

Mężczyzna   z podziwem   rozejrzał   się   wokół   siebie.   Jess   była   osobą   ogarniętą   iście 

holenderskim   zamiłowaniem   do   porządku.   W przeszłości   niezbyt   lubił   tę   cechę   charakteru; 
uważał, że odrobina kurzu nikomu nie może zaszkodzić. Jego własna gospodyni niestrudzenie 
opowiadała o wysiłku, jaki wkładała w utrzymanie domu, choć nie należała do osób szczególnie 
pracowitych.

Jess. Gdzie ona jest, u diabła? Gwałtownym ruchem odstawił krzesło i przesunął dłonią po 

gładko wygolonym policzku.

Czuł   się   znakomicie.   Gorączka   ustąpiła   bez   śladu,   co   zawdzięczał   wyłącznie   żelaznej 

kondycji swego ciała.

Był przekonany, że troskliwa opieka  Jess  nie miała  najmniejszego  wpływu  na jego stan 

zdrowia. Nie wierzył w groźbę zapalenia płuc ani w komplikacje wywołane upadkiem ze skały. 
Ze smakiem spożył obfite śniadanie, złożone z jajecznicy, grzanek, dżemu i owoców.

Pociągnął łyk kawy. Czuł nowy przypływ energii.
Był zdrów – i potrzebował papierosa. Odruchowo przetrząsnął kieszenie, zanim uświadomił 

sobie, że podobny zabieg jest bezcelowy.

Zmarszczył   brwi.   Jeszcze   jedna   sprawka   nadopiekuńczej   lekarki.   Rozejrzał   się   wkoło, 

w nadziei, że ujrzy winowajczynię.

background image

Dokąd poszła.? Cholera, na pewno znów miała zamiar mieszać się w czyjeś sprawy.
W dodatku zabrała papierosy.
Rankiem, pogrążony w półśnie, widział, jak wstała i pośpiesznie  wyszła  z sypialni, jakby 

zażenowana nocą spędzoną w łóżku mężczyzny. Przygotowała śniadanie i poleciła Hindusce, aby 
dopilnowała wszystkich spraw podczas jej nieobecności.

–   Madame   doctor   poszła   do   hotelu,   aby   zapłacić   za   kosiarkę,   którą   pan   zniszczył   – 

odpowiedziała Meeta na natarczywe pytania Tada.

Znakomicie! Więc panowała opinia, że to on zniszczył kosiarkę! Jess wyszła dość dawno. Ile 

czasu potrzebowała na spacer wzdłuż wyspy, krótką rozmowę i powrót?

Tad zdecydował przerwać bezczynność. Musi odszukać paszport Lizzie, aby uniemożliwić 

kolejną próbę jej uprowadzenia.

Wszedł do pokoju Jess i zaczął przetrząsać walizki. Znalazł kilka biuletynów, w których pani 

Kent opisywała swoje doświadczenia z pobytu w Indiach. Jak przez mgłę przypomniał sobie, że 
wspominała o zamiarze napisania książki.

Odkrył także oficjalne pismo rządu indyjskiego z ostrzeżeniem, że doktor Jessica Bancroft 

Kent otrzymała jedynie wizę turystyczną na pobyt w tym kraju i nie ma prawa prowadzić własnej 
kliniki, nawet jeśli takie są oczekiwania okolicznych mieszkańców.

Uśmiechnął się kwaśno. Jess nigdy nie zwracała uwagi na podobne formalności.
Paszporty leżały w szufladzie bieliźniarki. Tad wsunął oba dokumenty do kieszeni. W tej 

samej chwili posłyszał za drzwiami przytłumiony hałas.

Do pokoju wpadła Lizzie. Stanęli jak wryta na widok ojca, pochylonego nad osobistymi 

rzeczami ciotki. Z włosów dziewczynki zwisały dwie rozplecione wstążki.

– Tatusiu, co ty tu robisz? Ciocia Jess mówiła mi, żebym nigdy...
Tad   zerknął   na   nią   z ukosa.   Czuł   się   nieco   winny,   lecz   jednocześnie   uspokajała   go 

świadomość, że odnalazł potrzebne dokumenty.

– Ciocia Jess przyjechała do Australii, żeby nam pomagać.
– Tego się obawiałem – mruknął.
– Lepiej, żeby cię nie przyłapała! Chodź, tatku. Nie chcę, żebyś miał kłopoty.
– Nie boję się – warknął. Lizzie ujęła go za rękę i pociągnęła w stronę drzwi.
Nie   stawiał   oporu.   Zeszli   na   werandę.   Tad   usiadł   na   krześle   i posadził   sobie   córkę   na 

kolanach.

– Chcę cię zabrać do domu, Lizzie. Czy to coś złego? – Słyszałam w nocy, jak się kłóciliście.
Tatku, dlaczego jesteś dla niej taki niedobry?
– Nieprawda. To ona zaczęła. Kopnęła...
– Byłeś niedobry. – Lizzie obrzuciła go długim, uważnym spojrzeniem, po czym zeskoczyła 

z kolan w pogoni za dziwnie wyglądającym chrząszczem. – Dlaczego nie chcesz, żeby ciocia 

background image

pojechała wraz z nami? Mogłaby się mną opiekować. Musi napisać książkę i...

Jess miałaby objąć rządy nad Jackson Downs? Na to stanowczo nie mógł pozwolić.
– Sam będę się tobą opiekował – stwierdził stanowczo. – Ale ja kocham ciocię! I będę się 

bała, gdy pójdziesz do pracy. Nie lubię być sama!

Tad   w zamyśleniu   pokiwał   głową.   W końcu,   Jess   przez   rok   zastępowała   dziewczynce 

matkę...

Przypomniał   sobie   zachowanie   Deirdre.   Nic   dziwnego,   że   Lizzie   zapałała   tak   mocnym 

uczuciem do ciotki.

Usta dziecka wykrzywiły się w podkówkę.
– Znów będziesz wciąż wyjeżdżał? Tak jak dawniej? A jeśli źli ludzie przyjdą, gdy ciebie nie 

będzie?

Tad dobrze wiedział, co znaczy samotność. Od dzieciństwa doświadczał podobnego uczucia.
Zmarszczył   czoło.   Rozważał   możliwość   wysłania   Lizzie   do   szkoły   z internatem, 

przynajmniej do czasu, póki w okolicach Jackson Downs nie zapanuje spokój.

– Ciocia Jess troszczy się tylko o mnie. Ty nigdy tego nie robiłeś.
– Jess musi wracać do Indii, do szpitala – powiedział. – Co poczną chorzy pozbawieni jej 

opieki?

– Poprosiła innego doktora, żeby ją zastępował. Tatusiu, ty jej nie znasz tak dobrze, jak ja! 

Jeśli wyjedziemy, będzie płakała!

– Jakoś nie potrafię sobie wyobrazić cioci Jess ze łzami w oczach.
– Ale to prawda! Kiedy jest ciemno i myśli, że nikt jej nie widzi, nie śpi. Kiedyś obudziłam 

się w nocy, bo bardzo chciałam pić i nie mogłam znaleźć mojego różowego kubka. Poszłam do 
jej   sypialni,   a ciocia   siedziała   bardzo   smutna   na   swoim   łóżku   i trzymała   zdjęcie   Benjamina. 
Okryła mnie kołdrą i pokazała mi to zdjęcie. To był mały chłopczyk, który kiedyś zginął i od 
tamtej pory ciocia nigdy go nie widziała. Dlatego nie możemy jej zostawić, bo będzie całkiem 
sama.

Tad z roztargnieniem słuchał dziecięcej paplaniny. W głębi serca poczuł dziwne wzruszenie.
Przypomniał sobie własny smutek, gdy zastanawiał się, czy jeszcze kiedykolwiek zobaczy 

córeczkę.

Od strony schodów dobiegło echo lekkich kroków. Bancroft.
Tad potrafił z zamkniętymi oczami rozpoznać, gdy nadchodziła. Poczuł irracjonalną ulgę.
Wróciła. Była bezpieczna. Nagle zrozumiał, jak bardzo niepokoił się o jej bezpieczeństwo.
Kroki ucichły. Kobieta  zauważyła  jego obecność. W powietrzu  unosiła  się znajoma woń 

pomarańczy. Tad oddychał z trudem, czuł, jak ogarnia go fala radosnego podniecenia.

– Bancroft?
– Widzę, że czujesz się o wiele lepiej – odpowiedziała suchym, urzędowym tonem.

background image

Tad obrócił głowę.
Jess stała w promieniach słońca, wpadających przez otwarte okno. Gładko zaczesane włosy 

płonęły   blaskiem   czystego   złota,   a lekko   zaczerwienione   policzki   dodawały   jej   twarzy 
szczególnego uroku. Nagle zauważył, że biała bluzka jest w kilku miejscach podarta, a na szyi 
kobiety widnieje niewielkie skaleczenie.

– Zraniłaś się. – W jego głosie zabrzmiało zaniepokojenie.
– To... drobiazg – odpowiedziała.. – Nie ma o czym mówić.
Tad przypomniał sobie skrawki kombinezonu i rozbity akwalung Deirdre, leżące na plaży.
– Gdzie byłaś? – spytał.
– Chciałam zapłacić za kosiarkę, którą...
– ...którą sama zniszczyłaś – dokończył. – Zabrało ci to cholernie dużo czasu.
– Wally wyjaśniał mi wysokość wydatków związanych z prowadzeniem hotelu.
– A ty bez wątpienia zażądałaś wglądu do ksiąg finansowych i udzieliłaś mu kilku światłych 

rad, jak zmniejszyć koszty.

– Prawdę mówiąc, mam nieco pojęcia o finansach. Nie potrafię przejść obojętnie, gdy ktoś...
– Wiem! – krzyknął. – Wszystkich traktujesz z góry! Nie pozwalasz, by mogli żyć własnym 

życiem! Biedny Wally!

Twarz kobiety pociemniała z gniewu.
– Ciociu, proszę, nie złość się na tatusia. Zawsze zrzędzi, gdy jest chory i myśli, że wszyscy 

go opuścili. 

– „Zrzędzi?” – powtórzył Tad. – Skąd znasz takie słowo? Poza tym wcale nie czuję się 

samotny. Byłem szczęśliwy podczas nieobecności szanownej cioci. Lizzie wtuliła się w ramiona 
Jess.

– Masz rację, kochanie. – Kobieta odezwała się słodkim, pełnym troski głosem, głaszcząc 

dziewczynkę po głowie. Przyklękła i zaczęła zawiązywać zwisające z warkoczy kokardy. – Twój 
tatuś jest dziś niemożliwy. Mam nadzieję, że gdy zupełnie wyzdrowieje, nie stanie się jeszcze 
gorszy.

– „Gorszy?!”
Mimo zdenerwowania, Tad z zazdrością obserwował pełne czułości i zaufania zachowanie 

Lizzie.

– Patrz, ciociu! Ogolił się! 
– Zauważyłam, kochanie.
Jess z uwagą spojrzała w stronę mężczyzny. Nagle w jej oczach pojawiły się wesołe iskierki. 

Uśmiechnęła się. Tad ze zdumieniem stwierdził, że jego złość wyparowała niczym kostka lodu 
pozostawiona w promieniach słońca.

– Z zadowoleniem muszę stwierdzić, że nie spełniły się moje obawy – mruknęła Jess. – Nic 

background image

nie utyłeś.

Przez chwilę kontynuowała oględziny. – Nie masz też żadnej blizny.
– Co takiego?
–   To   prawdziwa   niespodzianka.   –   Kobieta   przechyliła   głowę,   badając   wzrokiem   każdy 

centymetr twardych rysów, wyrażających upór i siłę charakteru. – Bałam się, że coś ukrywasz. 
Nie mogłam  zrozumieć, jak  ktoś równie  przystojny  i chłopięco dumny  ze swej  urody,  mógł 
doprowadzić swój wygląd do stanu, w którym przypominał jaskiniowca.

Tad pominął milczeniem uwagi o „chłopięcej dumie” i „jaskiniowcu”.
„Przystojny.”   Nieoczekiwany   komplement   sprawił   mu   prawdziwą   przyjemność.   Wbrew 

własnej woli odpowiedział uśmiechem.

– Cieszę się... że moja decyzja przypadła a do gustu. 
Zapadła   cisza.   Lizzie,   znudzona   ciągłym   pogłaskiwaniem,   wybiegła   na   dziedziniec 

w poszukiwaniu różnobarwnych motyli. Jess zerknęła za nią, po czym odwróciła twarz w stronę 
mężczyzny.

– Jestem przekonana, że podobasz się wielu kobietom, Jackson. Szczególnie tym, które znają 

cię gorzej ode mnie.

– Taaak... Ty znasz mnie wyjątkowo dobrze.
– Na tyle, by znaleźć właściwą odpowiedź na twoją arogancję, samolubstwo... i kilka innych 

ujemnych cech charakteru.

– Więc mam i takie, które aprobujesz – stwierdził z uśmiechem. – Na początek wystarczy.
– Na początek?
W głowie mężczyzny  zaświtał zwariowany,  szaleńczy pomysł.  Przypomniał sobie, z jaką 

radością Jess gładziła główkę jego córki. Przypomniał sobie podniecenie, jakie sam odczuwał 
w obecności pięknej szwagierki. Pusty dom oczekujący w Jackson Downs...

Zmęczenie i przytłaczającą samotność...
–   Początek   działań   we   właściwym   kierunku   –   odparł   ostrożnie.   Obrzucił   uważnym 

spojrzeniem jej kształtną sylwetkę. Krótkie szorty odsłaniały smukłe nogi, lecz wzrok mężczyzny 
zatrzymał się w miejscu, gdzie materiał białej bluzki opinał wydatne, jędrne piersi. Pamiętał noc, 
gdy pieścił je w swojej dłoni...

Noc, podczas której Jess dopuściła się podwójnej zdrady.
Pomyślał o grożącym mu niebezpieczeństwie.
Lecz  przecież...   los  dawał  mu   teraz   okazję  do  zemsty.   Zapłaty  za   lata  spędzone  u boku 

Deirdre... Zerknął w bok. Podjął już właściwą decyzję.

Nie widział przeszkód, aby Bancroft przyjechała do Jackson Downs. Kule bandytów  nie 

stanowiły   dla   niej   najmniejszego   zagrożenia,   a on   zyskiwał   okazję,  by  przygotować   pułapkę 
podobną do tej, w jaką sam wpadł dziesięć lat temu.

background image

Uśmiechnął się. W jego oczach zamigotały tajemnicze iskierki. W ten sam sposób patrzyła 

kiedyś Jess. Słodka i kusząca, a w głębi duszy obmyślająca plan zdrady.

–   Widzę,   że   lekarstwa   odniosły   pożądany   skutek   –   odezwała   się   kobieta   tym   samym 

beznamiętnym tonem, którego nie znosił.

– Nie byłem aż tak chory – burknął. – Mam bardzo silny organizm.
– Naprawdę?
– Naprawdę. Nawet nie była mi potrzebna opieka lekarza.
– Wieczorem twierdziłeś co innego.
– Być może ucieszy cię moje postanowienie, że możesz pojechać z nami do Jackson Downs 

– powiedział wyniosłym tonem.

– Obiecałeś mi to już wczoraj. 
– Co takiego?!
– Majaczyłeś. Niemal błagałeś mnie, żebym z tobą pojechała.
– Byliśmy w łóżku – mruknął. – Mężczyzna w podobnej sytuacji wygaduje rozmaite rzeczy.
Jess   przybrała,   minę   obrażonej   księżniczki,   choć   w jej   oczach   pojawił   się   ból.   Szybko 

odwróciła się w stronę okna.

– Przepraszam, jeśli wprawiłem cię w zakłopotanie – powiedział miękko Tad, choć uczynił 

to tylko po to, by nie odeszła.

Stała bez ruchu.
–   Powinnam...   Do   tej   pory  powinnam   Przyzwyczaić   się   do   twojego   zachowania.   Każdą 

kobietę traktujesz w ten sposób, jakbyś miał zamiar ją uwić.

– Nie każdą – sprostował ponuro. – O ile dobrze pamiętam, z tobą mi się raz powiodło.
Westchnęła głęboko. Drżącą dłonią chwyciła za klamkę. Tad zerwał się z miejsca i zastąpił 

jej drogę. Jess oparła się o ścianę.

– Mówisz to wszystko, bo nie chcesz, żebym pojechała.
– Naprawdę tak myślisz? Wprost przeciwnie, wspomniałem o tym sądząc, że tym chętniej 

będziesz mi towarzyszyć.

Dzieliła ich odległość zaledwie kilku centymetrów. Jess była piękna urodą greckiej bogini, 

lecz   urodą   żywą,   promieniującą   świeżością.   Tad   miał   ochotę   przesunąć   palcem   po   jej 
zaczerwienionym policzku, po zadrapaniu na szyi...

Nagle   odwróciła   się   i ze   złością   szarpnęła   drzwiami.   Nie   ustąpiły.   Tad   zdecydowanym 

ruchem położył rękę na klamce.

– Pozwól, że ci pomogę.
Cofnęła dłoń, ale nie uniknęła krótkiego zetknięcia z palcami mężczyzny. Twarz płonęła jej 

żywym ogniem.

– Wiesz, co powiadają mądrzy ludzie? – szepnął Tad. 

background image

– Nie. I nie chcę wiedzieć!
Spojrzał   na   jej   pełne,   kuszące   usta.   Wydawała   się   oczekiwać   na   pocałunek,   na   chwilę 

namiętnych pieszczot... Na kogoś, kto będzie umiał zmienić jej gniew w pasję pożądania.

– I tak ci powiem – mruknął. – Panuje opinia, że łatwiej uwieść tę samą kobietę po raz drugi. 

Jest takie powiedzenie: Nietrudno wtargnąć do splądrowanej świątyni. Możesz jechać do Jackson 
Downs.   Wspominałaś,   że   masz   zamiar   opublikować   książkę.   Gdy  znudzi   cię   siedzenie   przy 
maszynie do pisania, a ja znajdę chwilę przerwy w pojedynku z bandytami, będziemy mieli dość 
czasu... – przerwał znacząco i spojrzał na nią błyszczącymi oczami. – Dość czasu, aby wspólnie 
zwiedzić pewną świątynię.

Twarz Jess pokryła się bielą. Usta jej drżały. 
– Źle wyglądasz – współczująco mruknął Tad. 
– Nic podobnego!
– Lepiej, żebyś wyszła trochę na świeże powietrze. – Otworzył drzwi.
Jess jednym skokiem wypadła z pokoju. Tad słyszał, jak przeskakiwała po dwa stopnie.
Opadł na krzesło i chrząknął lekko.
Był pewny zwycięstwa. Poprawka. Już wygrał.
Jess była po prostu zbyt uparta, aby to przyznać. Tad uśmiechnął się. Oczyma wyobraźni 

ujrzał   scenę,   w której   z satysfakcją   wyznawał,   że   całe   jego   dotychczasowe   zachowanie   było 
spowodowane chęcią zemsty.

Chłodny   powiew   wiatru   poruszył   gęstym   listowiem.   Wróciło   przygnębiające   poczucie 

samotności. Zazdrość, gniew, miłość i zdrada...

Nadszedł najwyższy czas, aby Jess odpokutowała za swe winy.

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

Cholera. Tad pomału zaczął tracić panowanie nad sobą. Od dwóch dni Jess nie odzywała się 

do niego.

Chodziła z poważną miną i tylko czasem rzucała w jego stronę szybkie spojrzenie ciemnych 

oczu. Jeśli Tad o coś Pytał, mógł otrzymać odpowiedź jedynie wtedy, gdy w pobliżu znajdowała 
się Meeta. Jess unosiła wówczas głowę i mówiła zimnym, beznamiętnym tonem:

–  Meeto,   przekaż   panu  Jacksonowi,   że...  –  po  czym  obracała   się  na  pięcie  i odchodziła 

w bardziej bezpieczną część domu.

Przez dwa dni trwała w zaciętym uporze, a mimo to Tad pożądał jej coraz bardziej.
Odczuwał   także   coś   w rodzaju   satysfakcji,   gdyż   był   przekonany,   że   żadna   kobieta   nie 

zachowywałaby się w ten sposób, gdyby nie zależało jej na mężczyźnie, z którym się pokłóciła. 
Gdy tylko pojawiał się w polu widzenia, widział, że jej napięcie i frustracja rosły.

Cały   kłopot   polegał   na   tym,   że   Jess   postanowiła   zazdrośnie   strzec   swej   świątyni   przed 

ponowną profanacją. Lub wprost przeciwnie, chciała się poddać i była zła na samą siebie za 
podobny   pomysł.   Tad   skłaniał   się   raczej   ku   drugiemu   przypuszczeniu,   gdyż   sprawiało   mu 
większą przyjemność.

Lecz teraz miał już serdecznie dość babskich humorów. Trzeciego ranka rozpoczął dzień od 

penetracji domu w poszukiwaniu Jessiki.

W kuchni zastał spowitą w szmaragdowo-złote sari Meetę, zajętą szykowaniem śniadania dla 

Lizzie. Dziewczynka wstawała zwykle dość wcześnie i zamęczała dorosłych kaprysami.

– Czerwone! – pisnęła mała..
Hinduska nałożyła nieco dżemu z winogron na połówkę ugotowanego na twardo jajka.
Lizzie natychmiast wyciągnęła rączkę w kierunku jedzenia.
– Gdzie jest Bancroft? – huknął Ted. Jego grzmiący głos zabrzmiał echem po pustym domu.
Lizzie upuściła łyżeczkę, jajko z dżemem rozpłaszczyło się na podłodze. Meeta skierowała 

zdumiony wzrok na hałaśliwego intruza.

– Madame doctor poszła popływać – odpowiedziała cichym, uprzejmym głosem. Wyglądała 

na nieco wystraszoną.

Tad spuścił powieki. Zdał sobie sprawę, że nie powinien krzyczeć.
– Pływać? Puściłaś ją samą? – spytał siląc się na spokój. 
Kobieta skinęła, głową.
– Madame doctor nie lubi, gdy ktoś próbuje się jej sprzeciwiać.
To prawda. Zawsze otaczała się mężczyznami, którzy bez słowa uznawali jej wolę.
– Tatku, nie bądź zły na ciocię Jess!
– Zły? – Przybrał niewinną minę. – Nigdy nie byłem zły na nią.

background image

– Byłeś! 
Bancroft zbuntowała przeciw niemu jego własną córkę!
– Zjesz teraz śniadanie, młoda damo! – zawołał i chwycił ze stołu słoik z dżemem. – Bez 

dziwnych dodatków!

Lizzie zaczęła wrzeszczeć „czerwone!”, lecz Tad był już na zewnątrz. Pędził w stronę plaży. 

Nigdzie nie było widać Jess. Zaczął się niepokoić.

Przypomniał sobie to samo miejsce w innym czasie, inną kobietę pogrążającą się w falach...
Jeśli   będę   musiał,   przekopię   całą   wyspę   w poszukiwaniu   Jessiki,   pomyślał.   A kiedy   ją 

znajdę...

Gorący piasek zgrzytał mu w butach i parzył stopy. Po pół godzinie całe ciało mężczyzny 

spływało potem. Miał zamiar zrezygnować z dalszych poszukiwań.

I wtedy właśnie ją znalazł. Mokra po niedawnej kąpieli, klęczała na brzegu plaży, w miejscu, 

gdzie kończyła się dżungla i wyrastały szkarłatne kwiaty hibiskusa.

Stanął zaskoczony. Poczuł dziwne ssanie w żołądku. Mokre włosy Jess ściśle przylegały do 

jej   karku   i pleców.   Krople   wody   połyskiwały   na,   opalonych   ramionach.   Czarny   kostium 
kąpielowy o prostym wykroju ściśle opinał kuszące kształty. Wyglądała jak nimfa czekająca na 
nieostrożnego mężczyznę. Tad nie wiedział,– co powinien uczynić – udusić ją, czy przytulić 
i pocałować na dzień dobry.

Kobieta podniosła z piasku kawałek koralowca i przyglądała mu się z uwagą.
Tad zbliżył się powoli. Zauważyła go dopiero wówczas, gdy cień jego sylwetki przesłonił 

słońce. Spojrzała w górę. Mężczyzna zacisnął usta i zrobił groźną minę.

Boże,   jakaż   ona   piękna.!   –   kołatało   mu   w głowie.   Patrzyła   na   niego   szeroko   otwartymi 

osami.

– Cześć, Jackson – powiedziała. Po raz pierwszy od trzech dni zwróciła się bezpośrednio do 

niego.

Tad poczuł nowy przypływ złości. Dlaczego odważyła się na samotną kąpiel?
– Do cholery, co ty tu robisz? 
Rzuciła mu figlarne spojrzenie.
– Pływam.
– Myślisz, że jestem ślepy?
– Odpowiedziałam tylko na twoje pytanie.
– Posłuchaj, Bancroft. Czy nie zdajesz sobie sprawy z tego, że nie powinnaś tu być sama? 

Zwłaszcza dlatego, że jesteś kobietą?

W każdej innej chwili zareagowałaby gniewem na podobne słowa, podyktowane poczuciem 

męskiego szowinizmu. Tym razem było inaczej. Zamiast bronić honoru kobiet, uśmiechnęła się 
lekko.

background image

– Nie przypuszczałam, że możesz się o mnie zatroszczyć.
Naprawdę? – pomyślał i zrobiło mu się przykro. Jess przybrała zamyśloną minę.
– Wiesz... – odezwała się po chwili – może zabrzmi to głupio z ust osoby tak praktycznie 

nastawionej do życia, jak ja, ale...

– Co się stało?
– Coś przyciąga mnie do tego miejsca.. Jakaś tajemnicza, wewnętrzna siła.
– Coś przyciąga cię... – Tad drżał z wściekłości. – Idiotko, to właśnie tutaj...
Przezwał nagle. Za plecami Jess, wśród drzew, zobaczył brązową twarz chłopca. Po chwili 

dziecko zniknęło.

– Nie odpłynęłam zbyt daleko – powiedziała kobieta. – Cały czas byłam na płyciźnie. Kilka 

metrów   od   brzegu   widziałam   stado   różnokolorowych   ryb.   Zachowywały   się,   jakbyśmy   byli 
starymi przyjaciółmi.

– Przyjaciółmi – wycedził Tad. Rok temu, w tym samym miejscu, inspektor policji pokazał 

mu strzępy gumowego kombinezonu. Wszystko, co pozostało po Deirdre. Jess zauważyła cień na 
jego twarzy.

– Gdzie zginęła Deirdre?
Spojrzał ponuro w kierunku wody, po cnym skierował wzrok na piasek, na którym widniały 

odciśnięte ślady stóp Jessiki.

Tutaj? – spytała szeptem. Spojrzał w jej ciemne oczy. 
– Tak.
Jess lekko dotknęła jego ramienia. Tad wstrząsnął się i odstąpił krok w tył.
– Coś czułam – powiedziała.. – Nie wiem jak, ale czułam.
– Nurkowała. – mruknął. 
– Sama?
Skinął głową.
– Nie lubiła towarzystwa.
– Jesteś pewien? Nie miała tu... przyjaciela? Kogoś, na kim mogła polegać?
– Nic o tym nie wiem.
Jess obrzuciła go uważnym spojrzeniem.
–   Nurkowanie   jest   niebezpieczne   nawet   wtedy,   gdy   jesteś   w towarzystwie   kilku   osób. 

Dlaczego tu przyszła? Dlaczego ryzykowała?

– Jak dobrze znałaś swoją siostrę? Ja przynajmniej wiem, że robiła wszystko, na co miała 

ochotę i nikogo nie pytała o zdanie.

Zmęczonym ruchem przygładził włosy.
– O czym ja w ogóle mówię? Nigdy jej nie rozumiałem. Po prostu byłem jej mężem.
– Może nie próbowałeś.

background image

Zacisnął   usta   i odwrócił   się.   Nie   chciał   słuchać   oskarżycielskich   słów   Jess.   Nie   lubił 

z kimkolwiek   rozmawiać   o swoim   małżeństwie.   Tym   bardziej   z Jess,   która   była   przyczyną 
wszystkich nieporozumień. Ale Deirdre mówiła zbyt dużo. Po raz pierwszy zyskał okazję, by 
wystąpić we własnej obronie. Zacisnął pięści i powoli obrócił głowę.

– Nie mam ochoty rozmawiać o przeszłości. Z nikim. Nawet z tobą.
– Wiem – szepnęła.
– I nie potrafię zrozumieć, dlaczego w ogóle poruszyliśmy ten temat! – Na jego skroniach 

wystąpiły grube żyły. – Możesz mi wierzyć lub nie, ale przysięgam, że z całych sił próbowałem 
uczynić ją szczęśliwą. Bezskutecznie. Wiem, że ona też się starała, ale wciąż nie mogliśmy dojść 
do porozumienia. Nawet na samym początku... przed wszystkimi kłopotami.

– A ja myślałam, że byliście szczęśliwi.
– Szczęśliwi? – Wybuchnął krótkim, gardłowym śmiechem. – Przeszliśmy przez prawdziwe 

piekło.

– Deirdre mówiła...
– Cholera, zapomnij o tym! Przekonywała wszystkich, że stanowimy idealne małżeństwo! 

Szczególnie zależało jej na twojej opinii. Wszystko z powodu...

...z powodu tamtej nocy – chciał powiedzieć, lecz umilkł.
– Ja też chciałem podtrzymać obraz sielanki – odezwał się po chwili. – Mieliśmy wszystko, 

co można kupić za pieniądze: bogatych przyjaciół, wystawne przyjęcia, luksusowe wyposażenie 
domu. Deirdre szukała czegoś więcej. Pomiędzy nami zapanowała, pustka. Nie było miłości.

Na jego twarzy pojawił się wyraz cierpienia.
–   Miała   kilku   kochanków.   Wynajęła   dom   w Brisbane.   Australia,   pomimo   ogromnego 

obszaru,   przypomina   małe   prowincjonalne   miasteczko.   Plotki   roznoszą   się   bardzo   szybko. 
Bywało, że Deirdre znikała na kilka tygodni. Gdy wracała, nasze życie nabierało rumieńców. Na 
krótko. Byłem niewłaściwym mężczyzną, a małżeństwo okazało się błędem. Nie widziałem nic 
poza pracą i niechętnie opuszczałem granice posiadłości. Najbardziej cierpiała na tym Lizzie. 
Gdy   zaczęły   się   prawdziwe   kłopoty...   –   Znów   przerwał.   –   Jeśli   chcesz   znać   prawdę,   to 
najbardziej zdumiewającą rzeczą był fakt, że moje małżeństwo przetrwało całą dekadę.

Smutny uśmiech przemienił się w bolesny grymas twarzy.
Jess delikatnie ujęła dłoń mężczyzny.
– Przepraszam... – powiedziała. – Zawsze myślałam...
– Jess... – Tad gwałtownie potrząsnął głową. – Nie wierzę. Nigdy nie uwierzysz...
– Wiem, co czujesz.
Spostrzegł   ból   w jej   oczach.   Prawdopodobnie   równie   głęboko   jak   on   skrywała   prawdę 

o własnym małżeństwie.

Nieoczekiwanie poczuł nieuchwytną więź, jaka łączyła go z Jessiką. Miał ochotę pochwycić 

background image

kobietę w ramiona. Ukryć twarz w jej włosach i stopić cierpienie żarem bijącym od jej ciała.

Jess wstrzymała oddech. Tad również. Przez długą chwilę w milczeniu patrzyli sobie w oczy.
Nagle Jess zmarszczyła brwi i odsunęła się. Nerwowo zatarła dłonie.
– Jackson – odezwała się nienaturalnie spokojnym tonem – wytrwaliście ze sobą tak długo, 

gdyż   oboje   byliście   zbyt   uparci,   aby   ustąpić.   Nie   ma   w tym   nic   dziwnego.   Zwłaszcza   jeśli 
weźmie się pod uwagę, że jesteś zatwardziałym w poglądach, krnąbrnym...

– Naprawdę?
Nad plażą przeleciał silniejszy podmuch wiatru.
Jess   zadrżała.   Tad   schylił   się,   podniósł   ręcznik   i łagodnym   ruchem   narzucił   go   jej   na 

ramiona.

Poczuł nagły przypływ pożądania. Miał ochotę otulić ją i ogrzać własnym ciałem.
– Chyba nie weźmiesz mi za złe, jeśli odpłacę ci podobnym komplementem – powiedział 

cicho. 

Uśmiechnęła się.
– Nie. Zawsze starałam się być kimś innym... 
– Rozejm? – szepnął.
Zapadło milczenie. Tad opuścił wzrok. Zauważył, że Jess miała niewielkie, zgrabne stopy. 

Nawet widok jej palców niósł w sobie posmak erotyzmu.

– Rozejm – skinęła głową. – Na teraz. Póki znów nie zaczniesz zachowywać się jak wariat.
Tad nie spuszczał wzroku z pełnych seksu palców zagłębiających się w czysty piasek plaży.
Dobrze, że Jess nie potrafiła czytać w cudzych myślach.
– W takim razie to nie potrwa długo – mruknął. – Tylko że tym razem wina będzie po twojej 

stronie. – Nic podobnego. Zawsze postępuję z godnością. Przestąpiła z nogi na nogę, przez co 
ręcznik opadł o kilka centymetrów. Pod ciasno opiętym kostiumem kąpielowym Tad dostrzegł 
wyraźnie zarysowane koniuszki sutków. Drżącą, dłonią poprawił okrycie.

Jess z zaciekawieniem obserwowała jego zachowanie. – Jackson, naprawdę nie mam zamiaru 

zmienić swych przyzwyczajeń – powiedziała.

– Popracujemy nad tym – zapewnił ją.
Nagle zebrała garść piasku i cisnęła w jego stronę. Odskoczył.
– Nie uciekaj! – wybuchnęła śmiechem. – Znowu się rozchorujesz. Nie mam najmniejszego 

zamiaru spędzić kolejnej nocy przy twoim łóżku.

Zatrzymał się. Wesołym wzrokiem zerknął w jej stronę.
– Kochanie, podsunęłaś mi znakomity pomysł. Wyobraź sobie: ja w łóżku, ty czekasz na 

moje skinienie... 

– Nie mów do mnie „kochanie”! Dobrze wiesz, że tego nie znoszę!
– Tylko dlatego, że nieczęsto masz okazję to słyszeć. 

background image

– Nie mam zamiaru...
– Kochanie – powiedział słodko – rzadko postępujesz zgodnie ze swymi zamiarami. A już 

wkrótce zupełnie zmienisz zdanie...

Gdy Tad zasiadł za sterami cessny, był zły na siebie. Każda chwila spędzona w towarzystwie 

doktor Bancroft potęgowała ich wzajemną zażyłość.

Cholera!   Czyżby   już   zupełnie   zapomniał,   ile   fałszu   kryje   się   za   zasłoną   pięknej   buzi 

i zgrabnej sylwetki? Dlaczego pozwolił Jess na, przyjazd do Jackson Downs?

Dlaczego po prostu nie spakował bagaży Lizzie i nie opuścił wyspy?
Wiedział, że związek z Jess może skończyć się dla niego w bardzo nieprzyjemny sposób.
Lecz jednocześnie wciąż miał przed oczami widok jej opalonego ciała, wciąż pamiętał wyraz 

spokoju   i ufności   na   jej   twarzy,   gdy   przytulona   spała   u jego   boku.   Troskliwość,   z jaką 
opiekowała się nim podczas choroby.

A przede wszystkim nie potrafił wymazać z pamięci smutnego wyrazu jej oczu.

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

– Auuu! – wrzasnął Tad. – Spokojnie! Pamiętaj, że jestem rekonwalescentem!
Jess wepchnęła mu do ust zimną łyżeczkę. Mężczyzna przełknął gorzkie lekarstwo i skrzywił 

się.

– Dobrze, że mi o tym powiedziałeś – uśmiechnęła się Jess.
Tad leżał w łóżku, wsparty na stosie poduszek. Głośno wytarł nos. Miał nieodparcie zabawny 

wyraz twarzy. Jess zachichotała, jej policzki pokryły się uroczym rumieńcem.

Gdy chciała odejść, mężczyzna chwycił ją za rękę. – Wiem, co mogłabyś  zrobić, żebym 

poczuł się naprawdę dobrze – szepnął.

Jess   westchnęła   głęboko.   Bezskutecznie   próbowała   uwolnić   rękę.   Tad   uśmiechnął   się 

szeroko.

Jess zrezygnowała z oporu i ponownie usiadła na brzegu łóżka.
–   Dobrze   –   powiedziała   –   skoro   jesteś   w tak   znakomitym   nastroju,   myślę,   że   możemy 

porozmawiać o Deirdre.

– Znowu?!  – zawołał  i cofnął  dłoń. – Do diabła, dlaczego po prostu nie dasz mi  o niej 

zapomnieć? – Bancroft, co się z tobą dzieje? Masz obsesję na punkcie jej śmierci.

– Wybieram się ponownie na plażę – wyznała. – Tym razem chcę dopłynąć aż do krawędzi 

rafy.

– Dlaczego? Przecież tam jest pełno rekinów. 
– W tym miejscu jest coś intrygującego.
– Co ty powiesz?! Właśnie tam zginęła twoja siostra! 
– Skąd wiesz? Poza tym, nic cię nie upoważnia do wydawania mi poleceń.
Tad zacisnął zęby i usiadł.
– Czy każda nasza rozmowa musi kończyć się w ten sam sposób? Walką płci?
– Z takim męskim szowinistą jak ty... Tad uniósł dłoń, lecz Jess mówiła, dalej. – Uważasz, że 

zjadłeś   wszystkie   rozumy   i każda   kobieta   powinna   ci   się   podporządkować.   A ja   już   dawno 
doszłam do wniosku, że sama doskonale potrafię o siebie zadbać.

Jej piersi delikatnie musnęły nagie przedramię mężczyzny. Tad poczuł gwałtowny dreszcz 

rozkoszy. Z trudem skoncentrował się na dalszej rozmowie.

– Równie dobrze wychodzi ci wtrącanie się w sprawy innych – mruknął. 
–   Świat   potrzebuje   mądrych   kobiet.   Mężczyźni   mieli   już   swoją   szansę,   lecz   jedynym 

skutkiem ich działalności są zgliszcza i totalny chaos. Jestem przekonana, że nie minie tydzień od 
mojego przyjazdu, a w Jackson Downs zapanuje spokój.

Tad   poczerwieniał   gwałtownie.   Miał   zamiar   udzielić   gniewnej   odpowiedzi,   lecz   Jess 

powróciła do właściwego tematu – kąpieli.

background image

– Nic się nie stanie, jeśli trochę popływam. – Powiedziałem: „nie!”
– Muszę dowiedzieć się prawdy o śmierci Deirdre! Chwycił ją za rękę.
– Nie pozwolę, żebyś podzieliła jej los! – Nic mi nie będzie.
– Wierz mi, jestem bardziej uparty! – Nigdy w to nie wątpiłam. Zignorował przytyk.
– Idę z tobą. – Odrzucił na bok kołdrę i wstał z łóżka.
Jess niepewnym spojrzeniem obrzuciła jego nagie, muskularne ramiona, szeroki tors, twarde 

mięśnie brzucha... Tad zaczerwienił się niczym niesforny uczniak. Chwycił kołdrę i owinął ją 
wokół ciała.

Jess uśmiechnęła się z wyrozumiałością.
Cholera, przypomniał sobie Tad, przecież ona jest lekarzem!
– Nie wygłupiaj się, Jackson – powiedziała sucho. – Jeśli spróbujesz pływać, za godzinę 

padniesz jak mucha.

Przez chwilę dziko rozglądał się po pokoju w poszukiwaniu ubrania.
– Co to znaczy „padnę”?
– Dobrze wiesz, o czym mówię.
Uśmiechnął się niewinnie. Uznał, że nadszedł najwyższy czas, aby pokazać, kto tu naprawdę 

jest panem.

–  Nic  na to  nie  poradzę,  że  z jakiegoś  głupiego   powodu   nie  chcę  oglądać  twoich  kości 

obżartych przez rekiny. Wolę być tuż przy tobie... – szepnął namiętnie.

Pozwolił, aby okrywająca go kołdra opadła kilka centymetrów.
Jess wstrzymała oddech.
– Doskonale wiem, czego chcesz. Sam mi to powiedziałeś. Jestem strażniczką świątyni, a ty 

barbarzyńcą, czyhającym na moją nieostrożność.

– Dąsałaś się przez dwa dni, kiedy to usłyszałaś – wybuchnął śmiechem.
Podszedł bliżej. Kołdra opadła. Był gorący... i twardy niczym kamień.
Jess cofnęła się. Teraz ona spłonęła rumieńcem.
– Jeśli nawet tak było – powiedziała zduszonym głosem – to tylko dlatego, że zachowywałeś 

się niczym prostak i nie miałam ochoty z tobą rozmawiać.

– Nieważne! – mruknął. – Liczy się tylko to, czego chcę teraz.
Kobieta oparła ręce na biodrach. Obrzuciła spojrzeniem półnagie ciało rozmówcy.
– A czego... chcesz? – szepnęła. Przez chwilę panowało napięcie. – Tego samego, co i ty, 

kochanie. Jak urzeczona postąpiła krok bliżej.

Tad   ze   wszystkich   sił   pragnął   przygarnąć   ją,   zamknąć   w swoich   ramionach,   obsypać 

pocałunkami. Czuć jej usta na swoich wargach, miękkie piersi dociśnięte do twardego torsu.

Jess westchnęła.
– Chcę popływać. I to zaraz!

background image

Tad oparł się dłonią o ścianę, zamykając kobiecie drogę ucieczki. Dzieliło ich zaledwie kilka 

centymetrów. Mężczyzna czuł, że obezwładniający zapach kwiatów pomarańczy wypełnia każdą 
komórkę jego ciała: Kręciło mu się w głowie.

Delikatnie odgarnął z czoła. Jessiki kosmyk złocistych włosów.
–   Jess...   –   szepnął   cicho.   Złożył   usta   do   pocałunku.   Jess   głośno   przełknęła   ślinę.   Stała 

w bezruchu. Zbliżył usta do jej warg. Oddała pocałunek, lecz w tej samej chwili, gdy Tad poczuł, 
że krew coraz szybciej płynie mu w żyłach, cofnęła głowę.

– Mam zamiar sama pójść na plażę, Jackson.
Zmarszczył brwi i wzruszył ramionami.
– Znakomicie! Boże, miej w opiece rekiny! Jednak w głębi serca czuł niepokój.
Gdy Jess zniknęła w swoim pokoju, zaczął chodzić po domu, tupać i trzaskać drzwiami. Nie 

zwracała   na   niego   uwagi.   Szybko   przebrała   się   w czarny   kostium,   zabrała   ekwipunek   do 
nurkowania i pomaszerowała w stronę plaży: Tad rzucił się w stronę własnej sypialni, porwał 
potrzebny sprzęt i ruszył jej śladem.

Gdy dotarł na miejsce, Jess była już po kolana w wodzie i brnęła w kierunku głębin.
Pomachała wesoło dłonią na jego widok. Nim zdążył się przebrać, zniknęła pod falami.
Tad wbiegł do wody. Widział strumień bąbelków znaczący ślad odpływającej Jess.
Po   piętnastu   minutach   oboje   dotarli   w pobliże   rafy.   Wokół   uwijały   się   stada 

różnokolorowych ryb. Tad zaklął po cichu. Ławica mogła przyciągać drapieżniki. Kątem oka 
zerknął ku Jess, po czym ponownie spojrzał na ocean. Śmigające rybki przecięły talię wody. Tad 
silnymi ruchami ramion skierował się w stronę koralowej konstrukcji.

Nagle w głębinie zamajaczyły dwa długie, wrzecionowate kształty. Rekiny! Bez wątpienia 

mogło być ich więcej.

Woda zakotłowała się, na powierzchnię wypłynęły dwa delfiny. Tad pokręcił głową.
Delfiny, czy nie, niezbyt lubił pływać w towarzystwie dużych stworzeń.
W tym momencie Bancroft zanurkowała głębiej. Nad wodą mignęły przez chwilę jej czarne 

płetwy. Tad poczuł, że coś trąciło go w nogę. Stracił z oczu kobietę. Cholera, gdzie ona mogła się 
podziać?   Jess!   Dlaczego   pozwolił,   by   postawiła   na   swoim?   Po   czerwieniał   z wściekłości. 
Dopłynął do miejsca, w którym zniknęła i cierpliwie czekał.

Gdy wynurzyła głowę spod wody, chwycił ją za włosy. Uderzyła go w rękę.
Tad zerwał z twarzy maskę.
– Wracaj na brzeg! – krzyknął.
Jess wypluła ustnik aparatu do oddychania. – Co mówiłeś?
– Rekiny!
– Nie boję się...
– Wracaj albo zaciągnę cię siłą! Jeśli będziemy się szarpać, przybędzie ich więcej!

background image

– Wiem! Chyba nie myślisz, że jestem taką idiotką... 
– Kochanie, wprost czytasz w moich myślach.
Na brzegu za podobną uwagę na pewno otrzymałby siarczysty policzek. Jess spojrzała na 

niego ponuro. 

– Płyń albo zaciągnę cię za włosy. Wybór należy do ciebie.
– Bardzo pan łaskaw – parsknęła. Niechętnie skierowała się w stronę brzegu. Tad płynął 

nieco z tyłu, pilnie obserwując szare sylwetki buszujące wśród ławicy.

Gdy dotarli na płyciznę, Jess usiłowała uciec. Tad dopędził ją i chwycił w ramiona.
– Mogliśmy zginąć oboje! – wrzasnął. – Rekiny... 
– Rekin. Jeden – syknęła ze złością. – W dodatku jeszcze młody. Reszta to delfiny. Jeśli tak 

bardzo się boisz, dlaczego nie zostałeś na plaży?

Tad   przymknął   powieki.   Nienawiść,   jaką   jeszcze   całkiem   niedawno   odczuwał   do   Jess, 

ustąpiła przed innym, znacznie silniejszym uczuciem. Wiedział tylko, że stoi obok Jess. Obok 
jego   Jess,   upartej,   złośliwej,   nieposkromionej   kobiety.   Myśl,   że   mogłaby   paść   ofiarą   ataku, 
napełniała go przerażeniem.

Palce mężczyzny pozostawiły czerwony ślad ma szczupłym ramieniu Jessiki.
– Poszedłem za tobą, bo nie chcę, żebyś zginęła... Żebyś podzieliła los Deirdre.
Zapadła   cisza.   Przez   twarz   Jessiki   przemknął   cień   smutku.   Tad   chwycił   ją   w ramiona 

i mocno przycisnął do siebie. Wplótł niecierpliwe palce w jej mokre włosy. Czuł, jak ciepło jej 
ciała przenika go do głębi.

Zdawało mu się, że całe życie czekał na tę chwilę. Fale oceanu rozbijały się o ostrą krawędź 

koralowej rafy. Tad miał ochotę rzucić Jess na ziemię i posiąść ją tu, na białym piasku plaży.

Istniało   jednak   niebezpieczeństwo,   że   ktoś   może   ich   zobaczyć.   Trzeba   było   poszukać 

bardziej ustronnego miejsca.

Ciało mężczyzny płonęło żywym ogniem. Czuł przyśpieszone bicie serca Jess. Ich spojrzenia 

spotkały się. Zauważył wewnętrzną walkę, jaką kobiecy upór toczył z rozszalałą namiętnością.

Jess próbowała uwolnić się z jego ramion.
– Nie... – powiedziała. – Nigdy mnie nie pragnąłeś. Zawsze należałeś do niej. Do niej! Nie 

chciałeś mnie! Twierdzisz, że to ja zniszczyłam ci życie, a nie przyszło ci nigdy do głowy, co 
uczyniłeś   z moim   losem?!   Wykorzystałeś   mnie!   Nie   kochałam   Jonathana.   Zginął,   bo   nie 
potrafiłam obdarzyć go uczuciem.

Przytrzymał ją, uniemożliwiając próbę ucieczki. 
– Nie – powiedział.
– Chcę... Chcę teraz mówić tylko o Deirdre. Ani słowa o nas.
– Teraz?
Jess wpatrywała się w jego twarz szeroko otwartymi oczyma.

background image

– Teraz.
Skierował wzrok w stronę oceanu i powoli opuścił ręce.
Jess obserwowała go przez długą chwilę, po czym odeszła w głąb plaży.
Tad czuł się jak wulkan grożący erupcją.
Zagryzł wargi. Poczuł w ustach smak krwi. Ból przywrócił go do rzeczywistości.
Rzucił maskę oraz aparat tlenowy na ziemię i powlókł się za Jessiką.
Stanęła. Gdy podszedł bliżej, spojrzała w jego stronę. W jej oczach widniało napięcie.
– To uroczy zakątek, a jest w nim coś... niesamowitego – powiedziała nieswoim głosem.
– To przedsionek piekła!
–   Mam   wrażenie,   jakby   każde   drzewo,   każdy   kamień   i źdźbło   trawy   oddychały,   żyły 

własnym życiem. Pod wodą rozmaite stworzenia pożerają się nawzajem i po chwili widzisz, jak 
piękno zmienia się w odpychającą szpetotę. Okropne.

– Odwieczny krąg życia i śmierci – odparł. – Deirdre uwielbiała tu przychodzić. Kochała 

rafę.

Wyraz napięcia nie zniknął z twarzy Jess.
–   Dlaczego   podjęła   wszystkie   pieniądze   i przyjechała   właśnie   tutaj?   Dlaczego?   Nie 

znaleziono odpowiedzi na tyle pytań... Jestem przekonana, że nie zginęła w głębi morza. Teraz 
wiem, jak mało ją znałam. Nie mogło być inaczej, skoro wyjąwszy kilka lat wspólnej nauki 
w college’u,   dorastałyśmy   oddzielnie.   Mama   miała   niewiele   pieniędzy   i musiała   korzystać 
z pomocy wuja mieszkającego w Nowym Orleanie. Ja zostałam przy ojcu i spędziłam wiele lat 
w obozach wiertniczych rozrzuconych po całym świecie.

Do diabła, Tad wcale nie miał ochoty, aby dalej rozmawiać na ten temat.
– Wiem – odezwał się głośno. – Oskarżała  cię o to, że masz więcej  szczęścia i możesz 

prowadzić interesujące życie.

– Ha! Interesujące!
Oczy  Jess   wyrażały   głęboki   smutek.   Tad   poczuł   się   nieswojo.   Zdawał   sobie   sprawę,   że 

kobieta tęskni za prawdziwym uczuciem.

– Co było, minęło – zauważył filozoficznie.
– Tak, ale nie spełniły się moje marzenia o rodzinnym szczęściu.
– Ja dorastałem w otoczeniu rodziny, potem stworzyłem własną... i nie mam przyjemnych 

wspomnień.

– Możliwe. Tylko że zawsze chciałam być blisko Deidre. Nigdy nie potrafiłyśmy się w pełni 

porozumieć. Może wynikało to z błędu rodziców, którzy po rozwodzie zdecydowali się podzielić 
wszystkim   –   nawet   córkami.   Ojciec   uważał,   że   tak   będzie   sprawiedliwie.   W czasie   studiów 
próbowałam zdobyć jej zaufanie, ale ona wciąż miała mi za złe, że korzystałam z niemałego 
majątku ojca, podczas gdy nasza matka klepała biedę. Nie wiedziała nic o samotności, w jakiej 

background image

przyszło   mi   dorastać,   o bólu,   jaki   odczuwałam   na   widok   nędzy   panującej   w krajach,   gdzie 
mieszkałam. Deirdre myślała, że stać mnie na wszystko. Myliła się. A teraz odeszła.

Serdeczna   łza   spłynęła   po   policzku   kobiety.   Jess   usiłowała   niepostrzeżenie   otrzeć   twarz 

wierzchem dłoni. – Nie wstydź się. Płacz, jeśli przyniesie ci to ulgę – mruknął Tad.

– Nie... Nie wiem, dlaczego w tej chwili zachowuję się jak sentymentalna babcia, skoro nie 

uroniłam ani jednej łzy, kiedy powiadomiono mnie o jej śmierci.

Pociągnęła nosem. Po chwili rozszlochała się na dobre.
Tad ujął ją za rękę.
– Straciliśmy Deirdre o wiele wcześniej – powiedział łagodnie.
– To chyba najbardziej boli.
– Zawsze odczuwasz ból, gdy nie możesz pokochać wybranej osoby. – Przytulił ją do siebie 

i odgarnął z czoła mokre włosy.

– Dlaczego właśnie ty?! Dlaczego ze wszystkich mężczyzn na świecie wybrałam ciebie na 

powiernika i płaczę na twoim ramieniu? – załkała.

– Wiesz co, Bancroft, muszę przyznać, że dorównujesz mi uprzejmością – powiedział Tad. – 

A wracając do wyrazów wdzięczności za to, że znalazłaś u mnie pocieszenie...

– Och, przymknij  się wreszcie. – Potrząsnęła głową, lecz dalsze słowa zostały zduszone 

głośnym szlochem. Nie stawiała oporu, gdy mocniej otoczył ją ramionami.

Dzień chylił się ku końcowi. W dżungli zapanowała ciemność. Mały Aborygen nie wrócił.
Głęboka cisza wieczoru działała denerwująco na wyczerpaną płacz kobietę. Tad zdawał sobie 

sprawę ze stanu, w jakim znalazła się Jess. I nie miał wątpliwości, że podejmie próbę, aby to 
wykorzystać.

Czekał jedynie na właściwą chwilę.
Pożądał Jessiki. Pożądał jej przez wszystkie lata nieudanego małżeństwa.
Pożądał, będąc wciąż blisko osoby, która tak bardzo ją przypominała.
Jess przestała płakać. Tad uświadomił sobie, że za chwilę może odzyskać panowanie nad 

sobą i po raz kolejny odrzuci jego zaloty.

Przytulił twarz do jej ramienia. Czuł dotyk jej piersi na swoim torsie.
Był zdrowym mężczyzną o gorącej krwi. Zawsze potrafił skorzystać z podsuwanej przez los 

okazji. Nadszedł czas, aby Jess zrozumiała, że należy do niego.

Pochylił   głowę   i wycisnął   długi   pocałunek   na   ustach   kobiety.   Przez   chwilę   próbowała 

stawiać opór. Nagle poczuł jej palce na swoim karku, delikatnie gładzące mokre włosy.

Jeszcze nigdy zemsta nie smakowała tak słodko.

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

Ognista kula słońca zniknęła za postrzępionym grzbietem koralowca, a wschodzący księżyc 

zalał dżunglę srebrzystą poświatą. W lesie panował upał i cisza.

Błękitne   oczy   Tada   spoczęły   na   smukłej   postaci   Jess.   Odpowiedziała   niepewnym 

spojrzeniem. Pomału zagłębiali się w mroczne ostępy.

Tad zdawał sobie sprawę, że popełnia kolejny błąd w swym życiu. Nie powinien wiązać się 

z tą kobietą, lecz jedyne, co widział w tej chwili, to jej błyszczące, lekko rozchylone usta, sarnie 
oczy i kuszący kształt ciała. Starannie rozłożył ręcznik na piasku.

– Nie powinniśmy... – zaprotestowała. Jess. Miała rację.
– Nie masz zamiaru się poddać, Bancroft? – szepnął, trącając nosem jej szyję.
Nakrył dłonią kształtne pagórki piersi.
– Poddać? Nigdy!
Wbrew tym zapewnieniom, bez oporu ulegała jego pieszczotom.
– Jesteś zdecydowana do samego końca bronić świątyni?
– Owszem. – Otoczyła go ramionami, jakby w obawie, że zrezygnuje i ucieknie.
– Ze wszystkich sił – mruknął przytulony.
– Ze wszystkich sił – odpowiedziała niczym echo.
Zaczął całować jej szyję.
– Po dzisiejszym dniu ja przejmę pieczę nad wszystkim – mruknął.
– Tak ci się tylko wydaje, Jackson. Już jutro zapłacisz...
Przesunął dłońmi po jej rozgrzanej skórze. Rozkoszny dreszcz przeszył ciało Jessiki.
– Nie strasz mnie konsekwencjami, kochanie.
Nie zdążyła nic odpowiedzieć, gdyż zakrył jej usta pocałunkiem. Walka była, skończona.
Przynajmniej na razie.
Wargi Jess miały smak miodu. Tad czuł, że wypełnia go wzbierająca fala namiętności.
– Śniłem o tobie całymi latami – szepnął. – O nikim innym, tylko o tobie. Choć Deirdre była 

podobna do ciebie jak lustrzane odbicie, nie potrafiła cię zastąpić. Ani w łóżku... ani w moim 
sercu.

Dlaczego to powiedział? Co zmuszało go do podobnych wyznań? Nie wiedział.
Zresztą, nie troszczył się o to.
Delikatnie   rozwiązał   tasiemki   utrzymujące   kostium   kąpielowy   Jessiki   na   właściwym 

miejscu.

Przesunął dłonią w dół, lecz zatrzymał się, odsłaniając zaledwie połowę piersi kobiety.
Jęknęła.
– Nie – wyszeptała po chwili, starając się, aby zabrzmiało to bardzo stanowczo.

background image

– Nie musisz wstydzić się swego ciała, Bancroft – mruknął. – Jesteś cudowna. Twoje piersi...
– Są zbyt duże. Wulgarne.
– Kuszące – sprostował. Pociągnął w dół koniec kostiumu.
– Przez nie czuję się jakaś... nieczysta. Mężczyźni zawsze...
– Są wspaniałe. Wymarzone. Cała jesteś piękna. Chcę pieścić twoje piersi. Kochać się z tobą.
Tylko z tobą.
– Gdybym mogła wybrać własną sylwetkę, poprosiłabym Stwórcę, aby uczynił mnie płaską 

jak deska.

– Na szczęście jest coś, na co nie masz najmniejszego Był już tak blisko celu...
Lecz wiedział, że zbytni pośpiech w niczym  nie pomoże. Starał się panować nad swoim 

zachowaniem.

Lekko drżącą dłonią dotknął jej ciała.
Spokojnie. Tylko spokojnie.
Każda   z pieszczot,   każdy   pocałunek,   każde   muśnięcie   dłoni   –   wszystko   było 

podporządkowane jednemu celowi. Jess westchnęła głęboko, gdy delikatnie chwycił zębami nagi 
sutek. Leżała bez ruchu, a on tymczasem zaczął się rozbierać. Czekała cierpliwie, gdy całkiem 
nagi pochylił się nad nią.

Westchnęła   powtórnie  –  miękko,  z wyraźną  ulgą.   W ten  sposób   rozpoczęła  się   cudowna 

godzina   miłosnych   zmagań.   Zniknęły   dzielące   ich   dotąd   różnice.   Przez   długą,   trwającą 
wieczność chwilę byli jednością. Przytulali się do siebie z furią, jakby od tego zależało ich dalsze 
życie. Zapomnieli o dokuczliwym uczuciu osamotnienia. Tad pieścił ukochaną istotę, kobietę, 
o której marzył od niepamiętnych czasów. Gdy znalazł się w jej wnętrzu, jego ciało wyprężyło 
się w ekstazie. Był zbawiony.

I stoczył się na dno piekła.
Smakowała tak słodko... Wtulił się mocniej w Jess, chcąc jak najpełniej czuć jej obecność.
Poruszył się, lecz uczynił to zbyt szybko.
Krzyknęła. Zwolnił, choć każdy nerw przynaglał go do pośpiechu. Dwa serca biły jednym 

rytmem. Tad otworzył powieki i zatopił wzrok w ciemnych oczach partnerki.

– Bancroft... – szepnął tak dziwnym głosem, że wydawało mu się, iż mówi kto inny.
– Jess... – sprostowała kobieta. Owinęła wokół palca kosmyk jego włosów.
– Jesteś moja... kochana Jess... Mój... – odpowiedziała.
Nie   wiedział,   czy   oznaczało   to   ugodę,   czy   przejęcie   aktu   własności.   Nie   miał   czasu   na 

zastanowienie. Począł łagodnie przeć, aż oboje stali się jednym pulsującym rytmem wyzwolonej 
namiętności.

Tad opadł bez sił. Nie mógł się poruszyć. Wiedział już, że jest zgubiony. Że Jessica rzuciła 

na niego urok. Powoli obrócił się na bok, wsparł głowę na łokciu i spojrzał na piękną partnerkę. 

background image

Objął ją, przycisnął do siebie i zasnął.

Obudził się o świcie. Ciemność nocy ustępowała szarej jasności wstającego poranka. Liście 

drzew wydawały się czarne na tle bezchmurnego nieba. Tad westchnął. Jeszcze nigdy dotąd nie 
czuł się tak spokojny,  ufny wobec otaczającego świata. Nie otwierając oczu pomacał dłonią 
wokół siebie.

Jess zniknęła.
Skoczył na równe nogi.
Znowu powtórzyła sztuczkę sprzed lat!
Stał nagi, niczym opuszczony w głębi dżungli gigant z zamierzchłych czasów. Jess odeszła.
Bez słowa. Dlaczego?
Jak   skończony   głupiec   myślał,   że   uda   mu   się   dojść   z nią   do   porozumienia.   Była   jak 

przewlekła choroba.

Nie ustępowała, jedynie osłabiała zarażony organizm. Dokąd poszła?
Tad pośpiesznie naciągnął ubranie. Kostium płetwonurka był zimny i pokryty rosą, lecz nie 

zwracał na to uwagi. Serce miał przepełnione goryczą i gniewem.

Podobnie czuł się dziesięć lat temu. Jess spędziła z nim noc, po czym bez skrupułów wydała 

w ręce Deirdre.

Teraz   znów   go   opuściła.   Powinien   przy   pierwszej   nadarzającej   się   okazji   zabrać   Lizzie 

i czym prędzej wyjechać.

Skierował się w stronę domu. W połowie drogi doszedł do klifu, z którego spadł kilka dni 

temu. Na krawędzi zbocza stał porzucony przez robotników buldożer. Tad przyśpieszył kroku, 
gdy nagle jego uwagę przyciągnął widok nieznajomego mężczyzny wyskakującego z maszyny 
i znikającego w leśnej gęstwinie. Niemal jednocześnie posłyszał przyciszony głos Jessiki.

Rozejrzał się dokoła, lecz brzeg wydawał się pusty. Wskoczył do kabiny buldożera. Przez 

uchylone okienko zobaczył Jess rozmawiającą na plaży z małym chłopcem. Czyżby obcy miał 
zamiar   podsłuchać,   o czym   mówili?   Jakie   miał   zamiary   w stosunku   do   niej?   W stacyjce 
rozrusznika tkwił kluczyk.

Buldożer stał na samym skraju zbocza. Cholerny łajdak!
Tad poczuł mrowienie w koniuszkach palców. Westchnął głęboko. Wystarczył jeden ruch 

dłonią, a uruchomiona maszyna stoczyłaby się w dół klifu, miażdżąc wszystko na swej drodze. 
Oczyma wyobraźni Tad zobaczył ciało Jessiki, zgniecione ciężarem pojazdu.

Przypomniał   sobie   ciężarówkę,   wysadzoną   w powietrze   przez   nieznanych   sprawców 

w okolicach Jackson Downs. Zginęło kilka krów.

Kierowca był ciężko ranny.
Gniew,   jaki   jeszcze   kilka   chwil   temu   czuł   wobec   Jess,   zniknął.   Zrozumiał,   że   musi   za 

wszelką cenę zapewnić jej ochronę. Nawet jeśli przyjdzie mu ryzykować własne życie.

background image

Dranie! Czyżby aż tu dotarli po jego śladach? Czy tropili Jessikę?
Żałował, że nie dogonił uciekającego mężczyzny i siłą nie zmusił do wyznania prawdy.
Drżącą dłonią chwycił grube pnącze i rozpoczął mozolnie zsuwać się z klifu. Jess klęczała 

w pobliżu  pokrytej  malowidłami  skały. Wyglądała  świeżo i niewinnie, ubrana w białą bluzkę 
i szorty   koloru   khaki.   Nie   zdawała   sobie   najmniejszej   sprawy   z niebezpieczeństwa,   jakie   jej 
groziło. Pomimo całego uporu i determinacji, była tylko delikatną kobietą.

W   jednej   dłoni   trzymała   bukiecik   polnych   kwiatów.   W drugiej   –   coś,   co   z daleka 

przypominało   tanią błyskotkę.   W pobliżu   kępy drzew  stał  chłopiec  o wypłowiałych  włosach, 
przyciskający do piersi pluszową zabawkę.

– Myślałeś, że jestem duchem? – łagodnie spytała kobieta. Malec skinął głową.
– Dobrze, że nie jesteś tamtą panią. Nie lubiłem jej. Ty podarowałaś mi... – Brązowa rączka 

kurczowo ścisnęła pluszowego zwierzaka.

– A ty dałeś mi to. – Jess po raz ostatni spojrzała na trzymany przedmiot, po czym starannie 

schowała go do kieszeni. – Dziękuję. Ona była moją siostrą. Czy wiesz, co się z nią stało?

W czarnych oczach dziecka błysnęło przerażenie.
– Powiedz – nalegała Jess. – Nie musisz się niczego bać. 
– On też wrócił – szepnął chłopiec.
– Duchy nie istnieją. – Chłopiec słuchał z roztargnieniem. – Ona nie przyszła tu po to, aby 

pływać,   prawda?   Nie   tego   dnia,   w którym   zniknęła.   Przyszła   tu   spotkać   się   z mężczyzną. 
Mężczyzną, który...

– On też wrócił – powtórzył malec.
– Co się z nią stało? – pytała Jess. – Proszę, powiedz mi.
– Upadła. On uderzył ją kamieniem. 
– Gdzie to się stało?
Chłopiec zauważył twarz Tada, wyłaniającą się z zielonej gęstwiny, i z krzykiem wskazał 

w tę stronę.

Jess   odwróciła   się.   Tad   zaklął.   Cholera,   czy   ten   gówniarz   miał   zamiar   oskarżyć   go 

o zamordowanie Deirdre? Czy było to częścią jakiegoś planu?

Jednym   susem   znalazł   się   w pobliżu   rozmawiających.   Chłopiec   obrzucił   go   krótkim 

spojrzeniem i zaczął krzyczeć:.

– On też wrócił! On też wrócił!
Tad wyciągnął dłoń w jego stronę, lecz malec wykonał zręczny unik i rzucił się do ucieczki.
Mężczyzna   skoczył   za   nim   pomiędzy   drzewa,   lecz   mały   tubylec   zniknął   już   w gęstym 

poszyciu. W pośpiechu upuścił pluszowego dinozaura.

Tad dyszał ciężko.
– Ty mały oszuście! Złodzieju! To należy do Lizzie... 

background image

Jess stanęła tuż obok.
– Sama podarowałam mu tę zabawkę, idioto! – Wyrwała mu przedmiot z dłoni. – Co ty sobie 

w ogóle wyobrażasz?

Położyła dinozaura na ziemi w nadziei, że chłopiec powróci, aby go odszukać.
Tad był wściekły. Chwycił Jess za ramiona i potrząsnął.
– Co tu się dzieje? Co to znaczy „on wrócił”? Myślisz, że zamordowałem Deirdre?!
Jess usłyszała rozpacz przebijającą w jego głosie. 
–   Nic   podobnego,  durniu.   Dzieciak   był   tak   wystraszony,   że   wziął   cię   za   kogoś   innego. 

Gdybyś   jeszcze   przez   chwilę   pozwolił   mi   na   zabawę   w detektywa,   być   może   poznałabym 
prawdę. Och... Jackson, dlaczego wciąż sprawiasz tyle kłopotów?

– Ja? – zdziwił się szczerze. Przecież to ona odeszła wczesnym rankiem! Gdyby nie przybył 

na czas, jej ciało spoczywałoby teraz pod wrakiem buldożera.

– Do takich rzeczy potrzeba cierpliwości, a nie frontalnego ataku w stylu Rambo – syknęła 

Jess. – Próbowałam ci pomóc.

Tad umilkł z wściekłości.
– Do cholery z twoją pomocą! – ryknął, gdy odzyskał zdolność mówienia. – Niczego nie 

potrzebuję! Nie jestem jakimś przymierającym z głodu, naiwnym krajowcem. Kto dał ci prawo 
wtrącania się w moje sprawy?! Nawet nie znasz Australii!

– Mieszkałam w różnych częściach świata. Ludzie są wszędzie jednakowi.
– Tutaj są niebezpieczni.
– Miałam już do czynienia z niebezpieczeństwem. – Do diabła, dlaczego odeszłaś, nic mi nie 

mówiąc? – warknął. Nie wspomniał o mężczyźnie, którego widział kilka minut temu.

Uśmiechnęła się. Całkowicie odzyskała panowanie nad sobą.
– Nie mogłam spać, a ty chrapałeś tak słodko, że nie chciałam cię budzić.
Nie wierzył w ani jedno słowo, ale pozwolił jej mówić.
– Wstałam i poszłam do domu. Kiedy zobaczyłam chłopca, ubrałam się szybko i pobiegłam 

w ślad za nim, ponieważ myślałam, że może mi udzielić informacji na temat śmierci Deirdre. 
Byłam o krok od rozwiązania zagadki, gdy zjawiłeś się wrzeszcząc i wymachując rękami.

– Deirdre – warknął Tad. – Ciągle Deirdre. Przecież ona nie żyje! Dlaczego nie możemy po 

prostu o niej zapomnieć?

Przez chwilę miał ochotę obrócić się na pięcie i odejść. Lecz wystarczyło jedno spojrzenie 

głębokich oczu Jess, by zmienił decyzję. Wtulił twarz w jej ramiona.

– Boże, tak bardzo chciałbym o niej zapomnieć – jęknął.
– Muszę wiedzieć, co się z nią stało.
– Głuptasie! Sama nie wiesz, na co się narażasz. – Pocałował ją gorąco.
Pogładziła go po karku.

background image

–   Jestem   przeklęty!   –   zawołał.   –   Poznałem   najcudowniejszą,   najbardziej   upartą   kobietę 

świata... Doprowadzasz mnie do szaleństwa. Nie wyobrażam sobie życia bez ciebie.

– Nie możemy odciąć się od całego świata i udawać, że nie istnieje, Jackson.
– Cholera, wcale mnie nie interesuje, jak zginęła Deirdre. Nie obchodzi mnie, czy moja 

posiadłość pójdzie z dymem.

– Ale mnie obchodzą te rzeczy.
– Do diabła, czy nie rozumiesz, że grozi ci poważne niebezpieczeństwo?

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

– Mam dość twoich światłych pouczeń! – krzyknął Tad.
Jess przerwała monolog i uśmiechnęła się. Stanęła tuż obok łóżka.
Była piękna.. I groziło jej poważne niebezpieczeństwo. Tad zacisnął pięści.
Dlaczego   wybrał   właśnie   ją?   Boże,   przecież   po   wielu   nieprzyjemnych   doświadczeniach 

postanowił, że już nigdy nie zwiąże się z żadną kobietą. Nigdy więcej. Dlaczego Jess?

Nadal gniewał się na nią, lecz równocześnie był  pełen obaw. Podczas wycieczki  w głąb 

dżungli zrozumiał, że sprawy zaszły zbyt daleko.

Do   diabła!   Okazał   się   skończonym   głupcem.   Był   przekonany,   że   może   spędzić   noc 

w towarzystwie Jess, kochać się z nią, a potem po prostu odejść. Mylił się. Bardzo się mylił.

Jeszcze nigdy nie czuł takiego emocjonalnego zaangażowania, jak w tej chwili.
Pragnął posiąść nie tylko jej ciało, lecz także upartą i krnąbrną duszę.
A doktor Bancroft doskonale zdawała sobie sprawę z jego stanu.
W   sypialni   zapanowała   grobowa   cisza.   Jedynie   z zewnątrz   dobiegał   cichy   szelest   liści, 

poruszanych wiatrem wiejącym znad oceanu.

– Jesteś najbardziej upartym kozłem, jakiego spotkałam w całym moim życiu! – odezwała się 

nagle Jess. – Dlaczego nie możesz pojąć, że przyjechałam do Australii wyłącznie dlatego, aby 
pomagać ci w wychowaniu Lizzie? Przecież to nic strasznego. Tad zacisnął zęby.

– Nie potrzebuję twojej troski! – warknął.
– Nic mnie to nie obchodzi. I tak cię nie zostawię samego.
– Deirdre była moją żoną. To moja sprawa, co się z nią stało.
– Przede wszystkim była moją siostrą i prosiła mnie o pomoc. Powiedziała, że...
– Nie powinnaś się wtrącać.
– Nie powstrzymasz mnie – szepnęła.
–   Próbuję   cię   ochronić   przed   niebezpieczeństwem.   –   Przez   wiele   lat   sama   doskonale 

dawałam sobie radę.

– Zapomnij o Deirdre.
– Dobrze. Ale tylko w tej chwili. – Zrzuciła sandały i stanęła boso na drewnianej podłodze. – 

Potrzebujesz mnie bardziej, niż chcesz się do tego przyznać.

– Słucham?
– Jestem o tym przekonana. – I bez wątpienia masz rację.
Przez chwilę patrzyła na niego, po czym szybkim ruchem dłoni zwichrzyła włosy.
Złocista kaskada opadła jej na ramiona.
Tad   poczuł,   że   serce   zaczyna   mu   walić   jak   młotem.   Nie   potrafił   oderwać   wzroku   od 

uroczego zjawiska, które nagle objawiło się w jego sypialni.

background image

Jess przymknęła powieki. Pomału zaczęła zdejmować bluzkę.
Tad   z trudem   zachowywał   pozory   spokoju.   Chciał   rzucić   się   na   kobietę,   zerwać   z niej 

ubranie i poczuć pod sobą jej nagie ciało.

– Co ty wyprawiasz? – wychrypiał. – Myślisz, że uda ci się w ten sposób mnie podejść? Że 

wszystkie problemy rozwiążesz w łóżku?

– Niewykluczone – uśmiechnęła się.
Tad miał ochotę krzyczeć, cisnąć jakimś przedmiotem, uczynić coś, co mogłoby zniszczyć 

trudne do wytrzymania napięcie.

Wiedział,   dlaczego   Jess   sprowadziła   go   właśnie   tutaj.   Zdawał   sobie   sprawę   z własnej 

słabości.

– Ciii... – szepnęła, kładąc palec na ustach. – Żadnych wrzasków. Obudzisz Lizzie.
Obrzucił spojrzeniem jej kształtną sylwetkę. Zapomniał o całym świecie.
Nie powinien wchodzić do sypialni Jess. Teraz było już za późno.
Powoli wśliznęła się na łóżko i spojrzała wyczekująca na mężczyznę. Zdjęła bluzkę.
Tad wymruczał długie, skomplikowane przekleństwo.
– Przecież nie chcesz jej obudzić, prawda? – cicho zapytała Jess. – Musimy mieć czas... dla 

siebie.

W jej słowach zabrzmiała niepokojąca obietnica rozkoszy.
– Dotknij mnie – poprosiła.
Tad stał bez ruchu. Pięści zacisnął tak mocno, że zbielały mu kostki. Szeroka pierś podnosiła 

się i opadała przyśpieszonym rytmem, z gardła dochodził głuchy pomruk. Miał sucho w ustach, 
a w głowie zupełną pustkę.

Jess podniosła się gibkim ruchem i wyszła z cienia. Stanęła w pełnym blasku słonecznych 

promieni. Pokój zniknął w mroku. Pozostała tylko ona, bogini piękności, gotowa na przyjęcie 
kochanka.

On również był gotów.
Raz jeszcze spojrzał na pełne piersi, smukłą kibić i kuszące wygięcie bioder.
Ucieleśnienie kobiecej zmysłowości. Przegrał.
Jess miała na sobie jedynie szorty; najbardziej podniecający strój, jaki Tad kiedykolwiek 

widział   u kobiety.   Rzuciła   na   niego   urok.   Był   wściekły,   lecz   nie   potrafił   zapanować   nad 
podnieceniem.

A przecież miało być zupełnie inaczej. Jess złamała ustalone wcześniej zasady i zaczęła grać 

sama, wykorzystując swą urodę dla osiągnięcia przewagi.

Roześmiała   się.   Podeszła   bliżej   i gorącymi,   delikatnymi   palcami   dotknęła   ramienia 

mężczyzny.

– Musisz jeszcze nauczyć się wielu rzeczy o kobietach – szepnęła. – Najwyższy czas, żebyś 

background image

zapomniał o przeszłości i archaicznym szowinizmie. Miłość to coś więcej niż seks, coś więcej niż 
czułe słowa.

– Kto mówi o miłości?
– Ja. Miłość jest wówczas, gdy dwoje ludzi darzy się zaufaniem, dzieli radością i smutkiem, 

wspiera we wzajemnym dążeniu do celu. To również sztuka wyrzeczeń.

Tad z roztargnieniem słuchał jej słów. Wciąż czuł dotyk szczupłej dłoni na swym ramieniu.
– Dlaczego lubisz wszystko komplikować? – odezwał się w końcu. – Nie wierzę w miłość.
Chcę tylko oszczędzić ci wielu przykrości.
– To dobrze. – Jess zatrzepotała długimi rzęsami. Jej twarz była coraz bliżej...
Tad zamknął oczy w nadziei, że w ten sposób zapanuje nad swymi uczuciami.
Popełnił błąd.
W nozdrza uderzył go oszałamiający zapach kwiatów pomarańczy. Poczuł, że zwinne palce 

kobiety niosą pieszczotę i obietnicę prawdziwej ekstazy. Pocałowała go. Musnęła ustami jego 
tors, lekko chwyciła zębami twardy sutek na umięśnionej piersi.

Nie było ucieczki.
Tad   zanurzył   dłonie   w jej   włosach,   zbliżył   usta   do   jej   twarzy.   Zaczął   obsypywać 

pocałunkami szyję, ramiona i plecy Jess. Pociągnął ją w stronę łóżka.

Jess z wolna kierowała ruchami partnera, póki nie osiągnęli radosnego współbrzmienia.
Dwie niespokojne dusze zlały się w jedną – przynajmniej na chwilę.
Ich ciała pokryte były grubą warstwą potu.
Tad pojął, że nigdy nie uda mu się niepodzielnie zapanować nad Jessiką. Ukrył twarz w jej 

włosach, chłonął czysty zapach kobiecego ciała. Pomimo zmęczenia, drżał z emocji.

Jess roześmiała się beztrosko.
– Znakomicie nam poszło – zamruczała niczym roznamiętniona kocica. – Myślałam...
– Tasak... znakomicie – przerwał Tad. – Doskonale wiem, dlaczego to zrobiłaś.
– W drodze powrotnej z dżungli przez cały czas byłeś zdenerwowany i opryskliwy.
Nie chciałeś wysłuchać tego, co miałam ci do powiedzenia. Musiałam więc w jakiś sposób 

przyciągnąć twoją uwagę.

– Udało ci się znakomicie.
– Nigdy nie słuchasz głosu rozsądku.
– Ty również – szepnął jej wprost do ucha.
– Chciałam ci udowodnić, że jesteśmy dobrymi partnerami. Że należymy do siebie.
– Wiedziałem to już wcześniej.
– Ale ja mam na myśli coś więcej. Partnerami w życiu, nie tylko w łóżku. Stoimy na tym 

samym poziomie.

– Kobieta nigdy nie dorówna mężczyźnie.

background image

– Nawet nie mam takiego zamiaru. Chcę ci pomóc w wychowaniu Lizzie. Prócz tego mam 

inne zajęcia, które są dla mnie równie ważne, jak twoja praca dla ciebie. Lecz przede wszystkim 
chcę, abyśmy  wspólnie  rozwiązali zagadkę napadów na twoją posiadłość  i tajemnicę  śmierci 
Deirdre...

Kochali się dwukrotnie. Jess najwyraźniej była przekonana, że mężczyzna bez sprzeciwu 

podporządkuje się jej woli.

Tad usiadł.
–   Dlaczego   nie   chcesz   zrozumieć,   że   to   na   mnie   spoczywa   obowiązek   podjęcia   walki? 

Jesteśmy w Australii.

– W ostatnim bastionie męskiego szowinizmu – mruknęła z łagodną kpiną w głosie.
– Australia niczym nie różni się od reszty świata. Liczy się tylko nasz związek. Skoro się 

kochamy, twoja bitwa staje się moją bitwą. I na odwrót. Ponieważ cię kocham, nie ma rzeczy, 
której bym nie uczyniła dla ciebie.

Jej oczy patrzyły szczerze, słowa brzmiały niekłamanym uczuciem, lecz Tad pamiętał, że 

zazwyczaj w słodkiej polewie kryje się gorzkie lekarstwo.

„Twoja bitwa staje się moją bitwą.” Do diabła! Skąd w tej kobiecie kryło się tyle pewności 

siebie? Nawet nie wiedziała, w co może się wplątać.

Tad pokręcił głową. Czuł się nieswojo. Stał się zazdrosny o każdy ruch, każde spojrzenie 

Jess. Miał ochotę ze wszystkich sił ustrzec ją przed grożącym niebezpieczeństwem. A z drugiej 
strony, pamiętał o swym postanowieniu, aby nie wiązać się z żadną kobietą. Zwłaszcza taką, jak 
Jessica Bancroft Kent. Chciał zachować męską niezależność, poczucie wolności. Nie chciał, żeby 
ktokolwiek wtargnął w jego życie... a jednocześnie bał się samotności.

Klasyczny impas. Patrzyli sobie w oczy, panująca w pokoju cisza z każdą chwilą stawała się 

coraz bardziej dokuczliwa.

– Wiem, że trudno ci obdarzyć zaufaniem... kobietę – przerwała milczenie Jess. – Zwłaszcza 

po doświadczeniach z Deirdre. Boisz się mnie. Lecz zrozum, mnie także jest ciężko. Uważałam, 
że zniszczyłeś mi życie. Ale potrafię zapomnieć o przeszłości.

Znów uważała się za lepszą od niego.
– Zniszczyłem ci życie? – Błękitne oczy pociemniały z gniewu. – Dobry dowcip.
– W czasie studiów wykorzystałeś mnie, aby zdobyć Deirdre.
– Co?!
– Chciałeś, żeby z zazdrości wyszła za ciebie.
Tad nie wierzył własnym uszom. Wybuchnął niepohamowanym, gardłowym śmiechem.
Objął Jess.
– Nigdy nie miałem zamiaru cię wykorzystać. Nigdy cię nie okłamałem. Było zupełnie na 

odwrót.

background image

– Nie!
– Więc wytłumacz, dlaczego poszłaś ze mną do łóżka, udając własną siostrę?
– Przez cały czas dobrze wiedziałeś, kim jestem!
– Nic podobnego. Poznałem prawdę dopiero po ślubie.
– Deirdre powiedziała mi... że... ty...
– Nie obchodzi mnie, co ci nagadała! – wybuchnął. Zamknął oczy.
Jess odsunęła się w najdalszy kąt łóżka.
– Pamiętam tę noc, jakby to było  wczoraj. Kochałam cię, lecz byłam  przekonana, że ty 

kochasz ją.

– Czyli wszystko w porządku. – Nie kpij, Jackson.
Skinął głową.
– Do wieczora pracowałam w laboratorium. Nagle wpadła Deirdre i wyznała mi z płaczem, 

że   zerwaliście   ze   sobą.   Podobno   oświadczyłeś,   że   chcesz   spotykać   się   ze   mną.   Byłam 
zaszokowana tą wiadomością. Nasze krótkie spotkania z reguły kończyły się sprzeczką. Nigdy 
nie dałam po sobie poznać, jak bardzo mi się podobasz. Gdy wysłuchałam opowiadania Deirdre, 
uznałam,   że   zrobiłeś   to   specjalnie,   aby   obudzić   w niej   zazdrość.   Przekonywałam   ją,   że   to 
nieprawda,   że   nie   mam   z tym   nic   wspólnego.   Wściekła,   ubrałam   się   i pobiegłam   w stronę 
akademika, aby do końca wyjaśnić całą sprawę. Nie zauważyłam,  że w pośpiechu włożyłam 
sweter Deirdre.

– Było ciemno – mruknął Tad. – Gdy pojawiłaś się przede mną w jej ubraniu... Nie przyszło 

mi do głowy, że to ty. Pamiętasz nasze pierwsze spotkanie na korcie? Dlaczego nie powiedziałaś, 
że się mylę?

– Nie wiem. Zawsze zachowywałam się dziwnie w twojej obecności. Może wierzyłam, że 

jeśli nadal będę udawać Deirdre, łatwiej nam będzie rozmawiać. Może po prostu byłam zbyt 
zdenerwowana... Spytałam, czy to prawda, że kochasz Jess.

– Odpowiedziałem, że tak.
– I rozzłościłeś mnie jeszcze bardziej. Zaczęłam szlochać i prosić cię, żebyś przestał mnie 

dręczyć. Tak właśnie zachowałaby się Deirdre.

Wziąłeś  mnie  w ramiona... przytuliłeś.  Chciałeś  przeprosić. Bardzo  szybko  doszliśmy do 

porozumienia...

– Nic dziwnego. Wyglądałaś tak kusząco... – Kochaliśmy się – szepnęła.
–   Przez   cały   czas   wierzyłem,   że   jestem   z Deirdre.   Z tą   samą   Deirdre,   z którą   chciałem 

zerwać, ponieważ zamieniała się w bryłę lodu, gdy próbowałem jej dotknąć. Myślałem, że chodzi 
jej wyłącznie o majątek Jacksonów – dodał gorzko.

– Wówczas nie miałam o tym pojęcia. Właśnie zamierzałam ci oznajmić, kim jestem, gdy 

powiedziałeś: „Wyjdź za mnie, Deirdre. Jess nic mnie nie obchodzi. Naopowiadałem ci bzdur, bo 

background image

chciałem się przekonać, czy naprawdę mnie kochasz.” Serce zamarło mi z bólu. Nie wiedziałam, 
jak zareagować na twoje słowa.

– Chciałem pojąć za żonę kobietę, która rozpaliła ogień w mych żyłach. Myślałem, że to 

Deirdre.

– Nie kłam! – krzyknęła Jess.
– Nie kłamię. – Chwycił ją za ramię. – Dopiero podczas nieudanego miesiąca miodowego 

dowiedziałem się, że popełniłem omyłkę. Że poślubiłem niewłaściwą osobę. Znienawidziłem cię, 
ponieważ byłem przekonany, że z premedytacją podsunęłaś mnie siostrze.

– Boże... Jackson, nawet nie wiesz, jak bardzo cię kochałam. Gdy wziąłeś mnie za Deirdre 

i poprosiłeś o rękę, poczułam się oszukana. Uciekłam. Nie wiedziałam, co powinnam zrobić.

Jak zachować się wobec siostry? Przyznać się do wszystkiego? Przyznać się, że spędziłam 

noc   z tobą?   Kilka   godzin   przesiedziałam   w bufecie,   pijąc   jedną   kawę   po   drugiej.   W końcu 
doszłam do wniosku, że najlepszym wyjściem będzie, jeśli wyznam jej prawdę. Kiedy wróciłam 
do naszego pokoju, Deirdre nie było.

Głos Jessiki stał się cichy i nabrzmiały bólem.
–   Zostawiła,   mi   kartkę   z podziękowaniem   za   załatwienie   sprawy   i informacją,   że   gdy 

próbowałam cię uwieść, cały czas wiedziałeś, z kim masz do czynienia. Podobno wyznałeś jej 
prawdziwą miłość, a ona ci przebaczyła.

– Cholera! – Tad uderzył zaciśniętą pięścią w poduszkę.
– Czułam się podle wykorzystana... Potem wyjechaliście, aby się pobrać. Nie wiedziałam, co 

mam ze sobą począć. Przez kilka dni byłam pogrążona w rozpaczy. Później usiłowałam sobie 
wytłumaczyć, że zakochałam się w nieodpowiednim mężczyźnie, że powinnam znaleźć kogoś, 
kto będzie dla mnie podporą w trudnych chwilach i zrozumie cel, jaki przyświecał mej pracy. 
Poślubiłam Jonathana. Niewiele to pomogło. Nie potrafiłam oszukać swoich prawdziwych uczuć. 
Rozpoczęłam karierę zawodową, urodziłam dziecko... Sam wiesz, co było dalej. W zeszłym roku, 
w Kalkucie, Deirdre wyznała mi część prawdy...

– Deirdre... – Twarz Tada wykrzywił bolesny grymas. – Przez wszystkie lata potępiałem cię, 

żyjąc u boku prawdziwej winowajczyni. Już dawno powinienem domyślić się, co zaszło.

–   Przeszłość   nie   wróci   –   zbolałym   głosem   szepnęła   Jess.   –   Naprawdę   kochałeś   mnie 

wówczas?

Tad spojrzał na pobladłą twarz kobiety. Głośno przełknął ślinę.
– Kochałem. Kochałem tylko ciebie – odpowiedział również szeptem. – Zawsze.
Nawet gdy poślubiłem Deirdre. Nawet wówczas, gdy cię nienawidziłem.
Twarz Jess pozostawała nienaturalnie blada. Tad ujął jej rękę w swoje dłonie.
– Zbłądziliśmy oboje. Już po wszystkim – powiedział łagodnie. Przycisnął do ust jej palce. – 

Teraz liczy się tylko przyszłość.

background image

– Tak – odparła. – Nasza przyszłość.
– Zabierzesz ze sobą Lizzie i wyjedziecie z Australii. Dołączę do was, jak tylko uporam się 

z kłopotami. 

Jess obrzuciła go uważnym spojrzeniem.
– Niczego nie zrozumiałeś – powiedziała miękko. – Zostaję z tobą. Na zawsze. Nie zaznam 

spokoju, jeśli będę musiała martwić się o ciebie.

– Mówisz jak mężczyzna – zauważył.
– Nieprawda. Po prostu twoja znajomość kobiet zatrzymała się na poziomie średniowiecza. – 

Uniosła ramiona nad głowę i przeciągnęła się lekko. – Fakt, że jesteś mężczyzną, nie daje ci 
żadnej   przewagi   nade   mną.   Podobnie   ja   nie   czuję   się   skrępowana   świadomością,   że   jestem 
kobietą.

Jej twarz rozjaśnił promienny uśmiech. – Do tej pory tego nie zauważyłeś?
Tad   nie   mógł   oderwać   od   niej   wzroku.   Jess   przesunęła   się   lekko.   Słoneczny   promień 

zatańczył na jej skórze, wydobywając z mroku kuszące kształty kobiecego ciała.

– Kocham cię – powiedziała – i dzięki temu staliśmy się jednością.
Naprawdę? Miał bez sprzeciwu przyjąć jej warunki? Czy naprawdę tak dobrze go znała?
Przez całe życie był sam. Dopiero teraz zrozumiał, ile trosk i radości niesie obecność drugiej 

osoby.

Czy w imię wyższego celu mógł ryzykować? Wciąż wyczuwał grożące niebezpieczeństwo.
Jess   mogła   być   bardzo   pewna   siebie,   ale   to   nie   chroniło   jej   przed   kulą.   Ani   przed 

„przypadkowo” uruchomionym buldożerem. Mogłaby ponieść śmierć w ciągu sekundy, gdyby 
czyhający wróg zyskał szansę przeprowadzenia skutecznego ataku.

Tad chciał głośno wyrazić swe obawy,  lecz nieoczekiwanie poczuł między udami ciepłą 

kobiecą dłoń. Jess przesunęła palcami po szerokim torsie mężczyzny.

– Staliśmy się jednością – powtórzyła. – Partnerami na dobre i złe.
– Ale...
Jess nie pozwoliła mu skończyć. – Partnerami na całe życie.
Sięgnęła   dłonią   niżej.   Tad   miał   wrażenie,   że   każdą   komórkę   jego   ciała   przeszył   impuls 

elektryczny.

– To nic nie pomoże – mruknął, lecz w jego głosie nie było nawet cienia stanowczości.
Pogładziła go po policzku. – Założymy się?
Musnęła językiem jego ucho. Tad ponownie zamknął oczy i poddał się pieszczotom.

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY 

Lekka mgła unosiła się z wilgotnego poszycia tropikalnego lasu. Tad z trudem torował sobie 

drogę   wzdłuż   zarośniętej   ścieżki.   Było   parno,   nieruchomego   powietrza   nie   mącił   nawet 
najlżejszy powiew wiatru. Mężczyzna spływał potem, lecz nie zwracał na to uwagi.

Prognoza przewidywała znakomitą pogodę do odbycia długiego lotu.
Tad miał zamiar opuścić wyspę. Bez Jess.
W pamięci wciąż miał zaciętą dyskusję i determinację, z jaką Jessica zamierzała pomagać mu 

trudnych   chwilach.   Czuł   się   jak   oszust,   lecz   nie   mógł   dopuścić,   aby   narażała   się   na 
niebezpieczeństwo. Właśnie otrzymał wiadomość od Kirka, że wydarzenia w okolicy Jackson 
Downs   przybrały   na   sile.   Celem   nowego   ataku   stała   się   posiadłość   Martinów,   a u Noelle 
i Grangera czyniono przygotowania do ostatecznej rozprawy. Tad próbował skontaktować się 
z Ianem   McBainem,   lecz   adwokat   wyjechał   właśnie   do   Jackson   Dowas,   by   dopilnować 
formalności, związanych ze sprzedażą gruntu.

Nie było czasu na dalsze wahania. Z rozbrajającym uśmiechem Tad poinformował Jessikę, 

że wybiera się na kilkugodzinny połów ryb i ruszył w kierunku odległego lądowiska.

Nie dowierzał Martinom, choć właśnie im miał zamiar sprzedać swoją posiadłość.
Najbardziej zastanawiał go fakt, że Granger zdecydował się na kupno. Ten sam Granger, 

który zwykle starał się unikać wszelkich kłopotów. Ten sam, który przed kilku laty wystawił na 
sprzedaż teren, należący obecnie do Jacksona...

Zza drzew dobiegł warkot uruchomionego silnika cessny. Tad przyśpieszył kroku. W głębi 

serca czuł, że dzieje się coś niedobrego.

Przerzucił   plecak   przez   ramię   i zboczył   ze   ścieżki,   próbując   krótszą   drogą   dotrzeć   do 

lądowiska. Rozgarnął nisko zawieszone gałęzie i wynurzył się na polanę, na której stał niewielki, 
biało-pomarańczowy samolot.

Śmigło cessny obracało się coraz prędzej,  aż po chwili zaczęło przypominać wirującego 

bąka.

Silnik zahuczał głębokim basem.
Kto, u diabła, miał czelność...
Tad   przypomniał   sobie   nieznajomego   mężczyznę,   który   onegdaj   próbował   uruchomić 

buldożer. Czyżby teraz usiłował porwać samolot?

W tej samej chwili rozpoznał sylwetkę pilota. Powinien był domyślić się wcześniej.
Z   kokpitu   wesoło   machała   Jess.   Za   fotelem   pilota   Tad   dostrzegł   pobladłą   twarz   Meety 

i podekscytowaną buzię Lizzie.

Z wściekłością zacisnął pięści. Okazał się głupcem przypuszczając, że uda mu się uciec.
Gdy   wychodził   rankiem,   Jess   przeciągnęła   się   leniwie   na   łóżku   i obdarzyła   go   sennym 

background image

uśmiechem. Przesłała mu pożegnalny pocałunek i zniknęła pod kołdrą. Tad po cichu spakował 
się   i rozpoczął   pieszą   wędrówkę   przez   dżunglę.   Jess   prawdopodobnie   skorzystała   z łodzi 
Wally’ego, aby wcześniej dotrzeć do samolotu.

Teraz z uśmiechem otworzyła drzwi kabiny i gestem zaprosiła przybysza do wnętrza. Tad 

kipiał z gniewu. Nie potrafił sobie wyobrazić, jak ktokolwiek mógł bez zezwolenia wsiąść do 
jego samolotu i manipulować delikatnymi urządzeniami, które przez lata pieczołowicie chronił 
i konserwował.

Ze złością złapał Jess za nogę i silnie pociągnął. Wypadła z kabiny, a on stracił równowagę.
Upadli na trawę. Zwinnym  ruchem chwycił  kobietę za nadgarstki i przytrzymał,  aby nie 

mogła mu uciec.

– Co ty wyprawiasz? – wrzasnął, starając się przekrzyczeć huk silnika.
– Wyjeżdżam z tobą! – odpowiedziała w ten sam sposób.
– Mówiłem ci już wczoraj, że zabierzesz Lizzie i wrócisz do Kalkuty.
– Nigdy się na to nie zgodziłam! – Dlatego postanowiłem...
– Nie pozwolę ci sprzedać posiadłości! To niczego nie rozwiąże!
– Nieprawda! Od trzech lat przynosi mi wyłącznie straty! Kilku moich ludzi cudem uniknęło 

śmierci!

– Nie.
– Co to znaczy „nie”? Mówimy o mojej własności! – To znaczy, że nie opuścimy Australii, 

póki nie wyjaśnimy sprawy do samego końca!

– Mam dość samotnej walki przeciw wszystkim. – Nie jesteś już sam.
– I to właśnie spędza mi sen z powiek – powiedział łagodniejszym tonem. – Czy nie potrafisz 

zrozumieć, że gdyby groziła ci krzywda, byłbym zdolny do każdego ustępstwa?

– Oboje tkwimy w tym po uszy.
– Nie. Deirdre była  moją siostrą. Jestem przekonana, że jej śmierć ma wiele wspólnego 

z wydarzeniami w Jackson Downs.

– Nie mam zamiaru dopuścić, żebyś zginęła w ten sam sposób!
– Jesteś w błędzie, jeśli uważasz, że będziesz mógł mnie utrzymać poza linią frontu, niczym 

ładunek prowiantu.

– Skoro twierdzisz, że masz w sobie nieco uczucia do mnie lub do Lizzie, powinnaś choć raz 

bez sprzeciwu posłuchać moich poleceń!

– Nie boję się. Nawet jeśli ty jesteś tchórzem. – Co?!
– A cóż to za dzielny chłopiec ma zamiar sprzedać ziemię, należącą do jego rodziny i umyć 

ręce od całej sprawy?

– Prawda wygląda całkiem inaczej.
– Coś podobnego! Więc może zdradzisz mi tajemnicę swojego postępowania.

background image

– Lepiej pilnuj własnego nosa.
– Nie jestem Deirdre i nie uda ci się odsunąć mnie od swoich problemów! Twoje kłopoty są 

również moimi kłopotami! Kocham Lizzie jak własną córkę!

– Słodki Boże! Nie mieszaj się do mojego życia!
– To także moje życie, a ty i Lizzie jesteście jego częścią.
– Jeśli mamy myśleć o wspólnej przyszłości... – Nie bierz mnie pod włos, nie ustąpię!
Tad westchnął głęboko.
– Nie pojedziesz do Jackson Downs. To moje ostatnie słowo. Nie dopuszczę, aby kobieta 

mieszała się do spraw, które sam potrafię załatwić. Jeśli postąpisz wbrew mojej woli, między 
nami wszystko skończone. Rozumiesz?! Skończone!

Od strony fotela pilota do uszu Jess dobiegło kilka stłumionych przekleństw.
Westchnęła   cicho.   Kątem   oka   zerknęła   w stronę   naburmuszonego   mężczyzny,   który 

ponurym wzrokiem obserwował migoczące zielonkawym światłem przyrządy. Jak dotąd, cała 
podróż przebiegała w podobnym nastroju i mimo że pokonali pokaźną odległość, w zachowaniu 
Tada nie było widać żadnej zmiany.

Jess opuściła, głowę. Nie chciała, żeby pilot zauważył jej zdenerwowanie.
Już kilka godzin temu pozostawili za sobą szarozieloną powierzchnię oceanu. Pod brzuchem 

samolotu rozciągała się spalona słońcem i poprzecinana wąskimi szczelinami, czerwona równina 
Queenslandu.

Lizzie   i Meeta   cichutko   siedziały   z tyłu   kabiny.   Hinduska   była   najwyraźniej   przerażona 

niecodzienną podróżą. Cicha i łagodna z natury, nie potrafiła zrozumieć zachowania kogoś tak 
gwałtownego i upartego, jak Tad Jackson.

Jess była przekonana, że dokonała jedynego właściwego wyboru. Jackson zbyt zaangażował 

się w rozgrywkę  z tajemniczymi  napastnikami,  przez co zatracił  zdolność obiektywnej  oceny 
sytuacji. Potrzebował pomocy kogoś z zewnątrz, kogoś, kto by potrafił ze spokojem spojrzeć na 
przebieg   wypadków   w Jackson   Downs   i w okolicy.   Jess   była   znakomicie   przygotowana   do 
takiego zadania.

Spodziewała się, że z czasem uzyska przebaczenie Tada i że wszystko powróci do normy.
Lecz widok zaciętej miny mężczyzny powodował, że od kilku minut zaczęła powątpiewać 

w słuszność swoich racji. W dole ukazała się kępa drzew.

– To tutaj! – odezwał się Tad i wskazał palcem przez okno. – Tu kończy się obszar Martin 

Reach, a zaczynają tereny Jackson Downs.

Jess skinęła głową. Poczuła ulgę, że Tad przerwał milczenie.
– Na przełomie wieków było tu dobre miejsce na wypas – ciągnął mężczyzna. -
Teraz jest tylko pustynia. Postępująca erozja gruntu spowodowała, że ziemia stała się kwaśna 

i pozbawiona warstwy trawy.

background image

Mówił  zimnym,   beznamiętnym  głosem.  Jess  poczuła  bolesne  ukłucie w głębi   serca,  lecz 

dumnie uniosła głowę i zmusiła się do uśmiechu.

Cały obszar nosił widoczne ślady długotrwałej suszy. Z wyblakłego nieba lał się słoneczny 

żar, a kilka pojedynczych obłoków sprawiało wrażenie równie pozbawionych wilgoci, jak leżąca 
w dole ziemia. Tad zniżył lot. W korycie przegrodzonej tamą rzeki widać było nieco śladów 
wody, lecz niemal całkowicie pochłoniętej przez błotniste podłoże.

– Mamy dwadzieścia odwiertów – ponownie odezwał się Tad – tyle samo pomp i wiatraków 

dostarczających   energię,   lecz   to   nie   wystarcza.   W czasie   suszy   bydło   nie   potrafi   znaleźć 
wystarczającej   ilości   paszy.   Zakup   odpowiedniej   ilości   karmy   dla   dużego   stada   staje   się 
nieopłacalny, nie mówiąc o tym, że niemożliwy do przetransportowania. Zwierzęta padają. Od 
najbliższego   punktu   skupu   żywca   dzieli   nas   kilkaset   kilometrów.   Nie   wiem,   co   będzie 
w przyszłości. Niektórzy z Australijczyków rozpoczęli bezpośrednią sprzedaż wołowiny na rynek 
amerykański. Teraz Amerykanie sami posiadają nadwyżki mięsa i nie wiedzą, co z tym zrobić. 
Sześć lat temu kupiłem ten teren od Martinów. Dziś chcą go odkupić z powrotem. – Musi być 
jakieś inne rozwiązanie!

Tad spojrzał na nią z cynicznym uśmiechem. Jess odwróciła wzrok w stronę okna i zagryzła 

wargi. Równina zdawała się nie mieć końca. Była zbyt wielka dla samotnego człowieka. Surowa 
ziemia, która spowodowała śmierć niejednego odkrywcy i poszukiwacza przygód. Może właśnie 
dlatego Australijczycy rzadko decydowali się na zakładanie osiedli w głębi pokrytego buszem 
kontynentu, pozostając na zarośniętym zielenią wybrzeżu.

– W Ameryce  pustynie  Zachodu  były  dla  wędrowców  synonimem  prawdziwej  wolności. 

Może dlatego, że leżały na szlaku wiodącym do Ziemi Obiecanej – Kalifornii. Australijczycy 
nigdy nie mieli podobnych skojarzeń. Pierwsi osadnicy przybywali tu jako skazańcy, a interior 
traktowali niczym kraty zamykające celę. Bali się go i nienawidzili.

W dole ukazały się postrzępione szczyty skał, głębokie wąwozy i piargi.
– Nie chciałabym, żebyśmy musieli tu lądować – powiedziała Jess.
–   Kilka   lat   temu   w pobliżu   tych   skał   rozbił   się   samolot   Holta   Martina.   Pilot   zginął   na 

miejscu. Maszyna utknęła w wąwozie i przez długi czas pozostawała niewidoczna dla innych 
samolotów  przeszukujących   okolicę.  Holt,  gdyby   ocalał,  musiałby  zejść  ze  stromego   zbocza 
i starać się dotrzeć do równiny, a każda próba samotnej wędrówki przez busz równa się powolnej 
śmierci.   Od   najbliższej   zamieszkałej   grupy   domów   dzieli   nas   kilkaset   kilometrów.   Noelle 
odnalazła wrak dopiero po miesiącu.

– Noelle?
Przez   twarz   Tada   przebiegł   cień   niezadowolenia.   –   Kuzynka   Marlinów.   Z Ameryki. 

Podejrzewam, że to ona kryje się za wszystkimi wydarzeniami. 

– Dlaczego tak uważasz?

background image

– Jest tu obca.
– To niewystarczający powód. 
Tad zgrzytnął zębami.
– Chodzi o to, że do jej przyjazdu panował spokój. Wyjechała z Luizjany, ponieważ wszyscy 

członkowie rodziny mieli serdecznie dość jej pomysłów i zachowania. Gdziekolwiek się pojawi, 
staje się źródłem nieustannych kłopotów. Od śmierci Holta poczęła węszyć po okolicy i wtrącać 
się w nie swoje sprawy.

– Tak jak ja.
– Kiepska rekomendacja. Krótko przed śmiercią Holta usiłowała skłócić go z Grangerem. 

Teraz próbuje tego samego pomiędzy Grangerem a mną.

– Przecież Granger ma zamiar kupić twoją ziemię. 
– To prawda.
– Dlaczego więc nie kierujesz podejrzeń w jego stronę?
– Ponieważ jego posiadłość jest obiektem równie gwałtownych ataków, jak moja.
– Mówiłeś mi kiedyś, że nosił się z zamiarem wyjazdu z Australii. W takim razie dlaczego 

kupuje nowe grunty?

– Do diabła, gdybym  znał odpowiedź na twoje pytania, już dawno rozwiązałbym całą tę 

sprawę! Cessna zakołysała się gwałtownie i Tad skupił uwagę na przyrządach sterowniczych. 
Zamilkł. Przez kilka następnych godzin nie odezwał się słowem.

Dopiero gdy słońce pochyliło się nisko nad horyzontem, odwrócił oczy od blasku.
– Cholera! – mruknął pod nosem.
Przez   chwilę   Jess   była   przekonana,   że   zaklął,   ponieważ   ostre   światło   utrudniało   mu 

prowadzenie samolotu. Nagle w oddali zauważyła wąską smugę czarnego dymu.

– Co to? – szepnęła.
Tad zacisnął zęby i milczał.
W dole ukazało się kilka zabudowań. Dwupiętrowy dom mieszkalny, baraki pracowników 

sezonowych, pralnia, szopa, stajnia i duża obora. Jeden z budynków stał w ogniu. Wokół uwijała 
się grupa ludzi.

– Jesteśmy na miejscu – ponuro mruknął Tad. – Podpalono Jackson Downs.
Skierował maszynę w stronę lądowiska.
Cessna z łoskotem zatrzymała się na końcu pasa startowego. Tad otworzył drzwiczki kabiny 

i wyskoczył, po czym wyciągnął rękę do Jess.

W powietrzu panował upał niczym w pobliżu hutniczego pieca. Czerwony pył zdawał się 

osiadać na wszystkim – na kamieniach, budynkach, drzewach... Wciskał się za ubranie. Dwa 
landrovery i półciężarowy jeep przypominały wraki pokryte grubą warstwą rdzy.

Tad   niezbyt   delikatnie   postawił   Jess   na   ziemi,   po   czym   pomógł   wysiąść   pozostałym 

background image

pasażerkom. Kobieta zauważyła, że dom został wzniesiony bardzo starannie. Nawet pomimo 
wszechobecnego  kurzu zachwycał  swą architekturą oraz wykończeniem.  Stanowił prawdziwą 
oazę pośrodku pustyni. Posiadał solidne mury i ocienione werandy, a w jego otoczeniu wyrastało 
kilka   rozłożystych   drzew   tamaryndowca.   Jess   poczuła   szaloną   radość,   że   wreszcie   może 
zobaczyć dom Tada. Mocno pragnęła, aby stał się także jej domem.

W   nozdrza   uderzył   ją   zapach   palonego   drewna   i dymu.   Suchy   język   przywarł   jej   do 

podniebienia. Usłyszała przeraźliwe rżenie spłoszonych koni.

– Stajnia! – wrzasnął Tad. Szarpnął ją za rękę. Jess zaczęła biec.
Duży drewniany budynek  stał  w płomieniach.  Tad skoczył  w stronę krępego mężczyzny, 

mocującego się z opornym skoblem.

– Do cholery, co ty wyprawiasz, McBain?!
Ian obrócił się. Na jego twarzy widniał wyraz przerażenia. Wspólnymi  siłami odciągnęli 

ciężkie wierzeje.

Dziesiątka rozszalałych koni wypadła na zewnątrz. Tad własnym ciałem osłonił wystraszoną 

Jess. W drzwiach stajni ukazał się mężczyzna w płonącej koszuli, długim biczem ponaglający 
zwierzęta do szybszego biegu. Przebiegł jednak tylko kilka kroków i ciężko osunął się na ziemię.

Tad   i Jessica   byli   tuż   przy   nim.   Tad   zerwał   z pleców   leżącego   resztki   płonącej   koszuli 

i stłumił  ogień. W powietrzu  unosił się zapach  przypalonego  ciała. Jess  spojrzała  na pokrytą 
sadzą i kurzem twarz rannego. Z dala nadbiegali pracownicy farmy.

– Kirk! Ty wariacie! – Tad klęknął obok leżącego. Zaklął cicho. Z pomocą Iana powoli 

dźwignął go na nogi. – Bandyci!

– Pisałem ci, że sprawy mają się coraz gorzej – jęknął Kirk. – Powinieneś wrócić już dawno. 

Co cię zatrzymało?

W tej samej chwili jego wzrok padł na stojącą obok Jess.
– Deirdre... Znalazłeś ją... 
– Nie.
–   Ty   cholerny   cwaniaku...   –   wychrypiał   Kirk.   Zamknął   oczy.   Muskularne   ciało   opadło 

bezwładnie. Z ust rannego wydobył się cichy szept. Jess pochyliła głowę, by lepiej słyszeć.

– Julia...
Kobieta spojrzała pytająco na Tada.
– To moja młodsza siostra. Jego żona. Jest teraz w Teksasie, spodziewa się dziecka. Jeśli coś 

złego spotka Kirka...

– Dotąd byłam przekonana, że zginęła jako mała dziewczynka.
– Wszyscy myśleliśmy podobnie, ale okazało się, że przeżyła porwanie. Kirk odnalazł ją 

i sprowadził do domu. To długa historia: – Uważnie spojrzał na rany szwagra, po czym odwrócił 
wzrok w stronę Jess.

background image

– Proszę – w jego głosie zabrzmiała nuta błagania – nie pozwól mu umrzeć.

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY 

W przypadkach szczególnego zagrożenia życia, najwyższą władzę przejmuje lekarz.
Tad   ze   zgrozą   zauważył,   że   pomimo   niebezpieczeństwa   i szalejącego   wokół   pożaru,   na 

twarzy Jess pojawił się uśmiech tryumfu. Mężczyzna zacisnął zęby w niemej wściekłości.

Pozostawało   mu   jedynie   wierzyć,   że   doktor   Bancroft   w pełni   wykorzysta   umiejętności, 

o których tak wiele opowiadała.

Ponuro obserwował, jak dwóch jego pracowników, potężnych chłopów o zaciętych twarzach, 

bez zmrużenia powieki wykonuje wszelkie polecenia kobiety.

W   ciągu   niespełna   godziny,  Jessica   Bancroft   Kent   w pełni   przejęła   władzę   nad  domem, 

ludźmi i dobytkiem Tada Jacksona. Nawet on sam został podporządkowany jej woli.

To prawda, błagał o uratowanie Kirka, ale także opanował panikę wśród zwierząt, rozstawił 

straże,   rozesłał   ludzi   w poszukiwaniu   zbiegłych   koni...   Tymczasem   w opinii   wszystkich, 
bohaterką dnia była, Jess.

Doskonale czuła się w roli pani domu. Nawet leniwa gospodyni Jacksona spoglądała na nią 

z niepohamowaną   czułością.   Jess   zdobyła   jej   serce,   wyrażając   współczucie,   że   tak   delikatna 
osoba musi pracować w towarzystwie nieokrzesanych mężczyzn. Tad uśmiechnął się gorzko.

–   Potrzebuję   jeszcze   kilku   zimnych   okładów   –   łagodnym   tonem   odezwała   się   Jess. 

Gospodyni pośpiesznie podreptała w stronę kuchni.

Nawet nie skrzywiła ust, jak czyniła to zawsze, ilekroć otrzymywała jakieś polecenie.
Ian z zaciekawieniem obserwował troskliwe ruchy lekarki pochylonej nad Kirkiem.
Spojrzał na nieszczęśliwą minę Tada i wybuchnął głośnym śmiechem. Bez wątpienia był 

przekonany, że Jackson już dawno wpadł w sidła pięknej Jessiki.

A cóż miał począć Tad? Nic, póki życiu Kirka groziło niebezpieczeństwo.
Twarz rannego pokrywały grube krople potu. Przed wyjazdem Julii do Teksasu Tad obiecał 

jej, że Kirk cały i zdrów przyjedzie asystować przy narodzinach dziecka.

– Jak on się czuje? – wymruczał przez zaciśnięte zęby.
–   Lepiej.   Odczuwa   dotkliwy   ból,   lecz   większość   poparzeń   ma   charakter   czysto 

powierzchowny. Teraz przede wszystkim potrzebuje spokoju i długiego wypoczynku.

Tad chrząknął, chciał coś powiedzieć, zamyślił się, po czym opadł na fotel stojący tuż obok 

łóżka.

– Powinniśmy zostawić go teraz samego. – Jess ruchem dłoni wyprosiła obecnych z sypialni.
– Ty też, Jackson.
– Dobrze. – Zerwał się szybko. – Cholera, ciesz się, że mam wiele spraw do załatwienia i nie 

mogę nadzorować tego, co robisz.

–   Z wzajemnością   –   mruknęła   zgryźliwie,   po   czym   przesłała   mężczyźnie   promienny 

background image

uśmiech.

Tad pozieleniał ze złości.
– Ja jestem właścicielem Jackson Downs – wycedził. – Pamiętaj o tym.
– Przyjechałam tutaj, aby ci pomagać – szepnęła cicho, lecz w jej słowach czaiła się iskra 

buntu.

Tad czuł na sobie uważne spojrzenie stojącego w holu McBaina.
– Jest jeszcze coś, o czym powinnaś pamiętać – powiedział. – Nie zapraszałem cię tutaj. Gdy 

tylko będzie po wszystkim, chcę, żebyś wyjechała.

Twarz Jess przybrała, barwę kredy.
– Podjęłaś decyzję z chwilą, gdy wsiadłaś do samolotu. Udowodniłaś, że nigdy nie będziemy 

w stanie dojść do porozumienia. Przestało mnie obchodzić, jak dobra jesteś w łóżku lub jakiej 
pomocy udzielisz mi podczas pobytu w Australii.

Dostrzegł wyraz bólu w jej oczach, lecz nie przerwał przemowy.
– Nie uda ci się zmienić mojej decyzji. Chcesz dominować – a to zbyt wiele dla mężczyzny 

takiego jak ja.

– Nie, Jaclcson – powiedziała miękko. – Potrzebujesz mnie i to wprawia cię w największą 

wściekłość. Chcesz kobiety uległej? Deirdre była właśnie taka, a wasz związek nie należał do 
szczęśliwych!

– Zmieniasz temat.
– Twoja posiadłość jest olbrzymia. Potracisz sam zapanować nad całością? Kirk...
– Zostaw Kirka w spokoju. Wykorzystujesz jego wypadek, aby ośmieszyć mnie w oczach 

pracowników i zdobyć ich poparcie.

– Jackson, zagrałeś nie fair... nawet jak na ciebie. Zdawał sobie sprawę, że powiedziała 

prawdę, ale miał dość jej ciągłej nieomylności. Wybiegł z pokoju. Choć przez chwilę chciał być 
od niej daleko.

W drzwiach zatrzymał go Ian.
– Co z dokumentami? – spytał.
Wbrew woli Tad obrócił się i popatrzył w kierunku Jess.
– Podpiszę jutro – mruknął.
Usłyszał ciężkie westchnienie kobiety.
– Dlaczego? – Spojrzenie Inna wędrowało niespokojnie po pokoju.
– Muszę się z tym przespać – odparł Tad.
–   Przecież   już   wyraziłeś   zgodę   –   nalegał   McBain.   Tad   widział   wypełnione   bólem   oczy 

Jessiki.

– Jutro, Ian. Dzisiaj daj mi już spokój.
Tad spędził noc w stróżówce. Nie mógł zasnąć. Wiercił się i przewracał z boku na bok, lecz 

background image

to nie myśl o sprzedaży posiadłości spędzała mu sen z powiek. W pomieszczeniu nie działała 
klimatyzacja,   a moskitiera   świeciła   dziurami.   Kilka   natrętnych   owadów   wciąż   brzęczało   mu 
wokół ucha. Ponownie sięgnął po stojącą w pobliżu butelkę whisky. Tylko dzięki solidnej porcji 
alkoholu mógł w ogóle wytrzymać w łóżku.

Na zewnątrz baraku świeciła żółta latarnia. Na wprost pryczy,  na której spoczywał Tad, 

wisiał   wycięty   z jakiegoś   kalendarza   akt   ponętnej   blondynki.   Kształty   kobiety   mimo   woli 
kierowały   jego   myśli   w stronę   Jess.   Pięknej,   namiętnej   Jess,   śpiącej   spokojnie   gdzieś 
w chłodnym wnętrzu głównego budynku w schludnym, pokrytym białą pościelą łóżku...

Tad jęknął. Podobne wyobrażenia sprawiały mu ból, przywoływały wspomnienia wspólnie 

spędzonych nocy.

Gdy  w końcu  pogrążył się  w półśnie,  weszła   Jess.   Jej  oczy migotały  z trudem  skrywaną 

namiętnością, rozchylone usta kusiły pocałunkiem... Wskoczyła na łóżko i z taką siłą wdusiła 
Tada   w pościel,   że   nie   mogąc   złapać   oddechu,   zaczął   tłuc   dłonią   w ścianę.   Ned,   który   spał 
w drugim końcu pomieszczenia, zerwał się i chwycił go za ramię.

– Niezły sen – rzucił drwiąco. Tad spojrzał na niego nieprzytomnym wzrokiem.
– Odczep się, do cholery – mruknął zmieszany.
Następny dzień minął spokojnie. Jackson Downs i Martin Reach pozostały nietknięte, choć 

w powietrzu nadal czaiła się groźba nowego ataku.

Tad   z ponurą   miną   wysłuchał   kolejnej   opowieści,   wychwalającej   zalety   Jess,   po   czym 

odesłał ludzi do nowych zadań. Kobieta zdobywała wyraźną przewagę swą uprzejmością, troską 
i zrozumieniem.

– MacKay czuje się już całkiem dobrze. Godzinę rozmawiał z żoną przez radio. Pani doktor 

jest teraz w obejściu. Sprząta. – Ned uśmiechnął się szeroko.

Tad skrzywił się. Miał potężnego kaca i oglądał świat w czarnych barwach.
– Kiedyś bardziej mi się tu podobało – mruknął. Wsunął bolącą głowę pod kran i odkręcił 

kurek z zimną wodą.

–  Nakłoniła  nawet   pańską  gospodynię  do  pracy.  Szefie,   dzisiaj  by  jej   pan  nie   poznał  – 

z uśmiechem mówił Ned. – Jest słodka jak miód.

– Nie wierzę.
– Mówię prawdę – zaperzył się Ned. – Pani doktor doskonale wie, jak z nią postępować.
Zapędziła także do pracy poganiaczy, a teraz smaży kotlety. Przepysznie pachnące kotlety!
Tad z rozmachem cisnął ręcznik na łóżko i wciągnął koszulę.
– Pani doktor okazała się także znakomitym weterynarzem – kontynuował niestrudzony Ned.
– Chyba nie pozwoliłeś jej zajmować się inwentarzem? – warknął Jackson.
– Nie, ale wzięła się do leczenia psa Dane’a. W zeszłym tygodniu Wheeler został pogryziony 

przez węża. Niby niejadowitego, ale rany zaczęły się paprać i zwierzę było bliskie śmierci. 

background image

Chłopaki i Lizzie bardzo się tym zmartwili. Potężny Wheeler rasy queensland heeler był 

ulubieńcem wszystkich pracowników.

– Powinien pan zobaczyć, jak bawią się z Lizzie. 
– Wcale nie mam zamiaru tego oglądać.
– Pani doktor jest najbardziej troskliwą kobietą, jaką spotkałem.
– Na pewno.
–   Hej...   –   Wzrok   Neda   padł   na   roznegliżowaną   blondynkę   z kalendarza.   –   Ona   bardzo 

przypomina panią doktor, prawda, szefie?

Mrugnął znacząco w stronę Tada.
Jackson poczuł, że grozi mu nagły atak furii. Miał ochotę udusić swego rozmówcę gołymi 

rękoma.

– Kto w ogóle pozwolił wam wieszać na ścianach takie bezeceństwa! – Wyładował swój 

gniew na bogu ducha winnej fotografii, zrywając ją ze ściany i gniotąc w olbrzymich dłoniach. 
Obecni w pomieszczeniu mężczyźni znacząco spojrzeli po sobie.

Tad szarpnął drzwi i wyszedł na zewnątrz. Z baraku dobiegały zaciekawione głosy.
– Co go ugryzło?
– Nie trzeba być geniuszem, Ned, żeby domyślić się, o co tu chodzi.
Zapanowała ogólna wesołość.
– To jest dopiero kobieta! W niczym nie przypomina poprzedniej.
– Szef już dostał nauczkę, nic dziwnego, że teraz tak się wścieka.
Święte   słowa.   Tad   pobladł   pomimo   opalenizny.   Woń,  bijąca   od   zagrody   z inwentarzem, 

przyprawiała go o mdłości. Przepalony alkoholem żołądek wyprawiał dziwne podskoki.

Podłoga werandy zakołysała się niczym pokład okrętu. Tad mocno chwycił się balustrady.
– Do diabła z nimi wszystkimi. Do diabła!
Przez   chwilę   miał   zamiar   powrócić   do   baraku   i za   pomocą   pięści   wymusić   respekt   dla 

własnej   osoby.   Po   namyśle   zrezygnował   jednak   z tego   zamiaru   i zebrawszy   siły,   poczłapał 
w głąb dziedzińca..

W połowie drogi zatrzymał  się i sięgnął do kieszeni po papierosa. Zapalił. Zaciągnął się 

głęboko.   Poczuł   zawroty   głowy   i nowy   atak   mdłości.   Wściekły,   cisnął   papierosa   na   ziemię 
i zdeptał go obcasem.

Popełnił   poważny   błąd,   zezwalając   Jess   na   przyjazd   do   Jackson   Downs.   W ciągu   kilku 

godzin   wywróciła   dotychczasowy   porządek   do   góry   nogami.   Zbuntowała   pracowników.   Co 
najgorsze – spowodowała, że Tad zaczął zastanawiać się nad własnym postępowaniem.

Tad zdecydował,  że ma prawo mieszkać  we własnym  domu i zrezygnował  ze spędzenia 

kolejnej   nocy   w barakach.   Wieczorem   pojawił   się   na   kolacji.   Miał   zamiar   przeprowadzić 
poważną rozmowę z Innem, sprzedać posiadłość i raz na zawsze skończyć z dominacją kobiet.

background image

Na każdym kroku wyczuwał obecność Jess. Poczuł się obco w budynku, który przez wiele lat 

był mu domem. Wszystkie pomieszczenia błyszczały czystością. Tad, nie zauważony, przeszedł 
obok gospodyni i ruszył w poszukiwaniu Inna.

Jess była w kuchni.
Tad miał zamiar minąć ją bez słoma, lecz w nozdrza uderzył go smakowity zapach świeżych 

befsztyków, budyniu i cytrynowego ciasta. Psiakrew, dlaczego uwzięła się, żeby go drażnić?

Wszedł,   głośno   stukając   butami   i oparł   się   o ścianę.   Był   ucieleśnieniem   rozgniewanego 

samca; nie pasował do schludnego wnętrza. Pachniał kurzem i krowami... i mimo wielu godzin 
spędzonych na świeżym powietrzu, zalatywała od niego woń wypitej w nocy whisky.

Jess podniosła wzrok znad książki kucharskiej i obdarzyła go promiennym uśmiechem.
– Cześć – powiedziała.
„Cześć.” To miało wystarczyć za niedolę i rozterki, jakie przeżywał. Mimo wszystko poczuł, 

jak fala ciepła zalewa mu serce.

– Gdzie Lizzie? – zapytał sztucznie ponurym tonem. 
– W swoim pokoju. Czyta. Znalazłyśmy książkę o dinozaurach.
– Och...
Przez chwilę sycił wzrok jej wyglądem. Jess znakomicie prezentowała się w stroju do konnej 

jazdy, który kiedyś stanowił własność Deirdre. Był świeża  i wypoczęta;  bez wątpienia spała 
znakomicie – sama.

–   Tęskniłam   za   tobą   –   powiedziała   nieoczekiwanie.   Odłożyła   łyżkę,   zdjęła   fartuszek 

i otoczyła mężczyznę ramionami.

Tad zadrżał.
Przez wiele lat mieszkał w tym budynku, ale dopiero po raz pierwszy poczuł się w nim jak 

w prawdziwie rodzinnym domu: Ukrył twarz w złocistych włosach kobiety.

– Dobry Boże – jęknął. – Jestem zgubiony.
– Czułam się tak samo – szepnęła. – Przez calutką noc.
– Tęskniłem za tobą.
– Ja również. Dlaczego nie przyszedłeś?
– Ponieważ... – Pogładził ją po głowie. – Ponieważ jestem tak cholernie głupio uparty.
Wiedział,   że   Jess   nigdy   nie   podporządkuje   się   jego   woli   i wiedział   też,   że   nigdy   nie 

zaprzestanie prób, aby to jednak osiągnąć. Wiedział, że będą się sprzeczać i toczyć bitwy, ale 
w gruncie rzeczy niewiele go to obchodziło. Chciał, żeby resztę życia spędziła u jego boku.

Chciał zapewnić jej wiele lat radości i szczęścia:
– Nie powinienem cię przytulać – mruknął. – Muszę się wykąpać. Założę się, że jestem 

jedynym brudasem w całym domu.

Próbował się odsunąć, lecz Jess mu nie pozwoliła. – Jeszcze chwilę – szepnęła prosząco.

background image

Przesunął dłonią po jej policzku i szyi. Końcem języka zwilżyła usta. Pocałował ją.
W tym samym momencie zrozumiał, że nigdy nie zdecyduje się sprzedać Jackson Downs. 

Milion   akrów   wyschniętej   i spalonej   słońcem   ziemi   nabrało   dla   niego   całkiem,   nowego 
znaczenia. Tu był jego dom. Jej także. Miał zamiar spełnić każde życzenie swej towarzyszki. 
I walczyć w jej obronie. Nawet gdyby miał zapłacić bardzo wysoką cenę. Och, byłby zapomniał 
o najważniejszym.

Walkę będzie prowadził na swój sposób.

background image

ROZDZIAŁ TRZYNASTY 

Siedzieli we trójkę w ciasnym gabinecie Tada. Z odłożonego do popielniczki cygara Iana 

snuła się gruba wstążka niebieskiego dymu.

– Co to ma znaczyć: „nie sprzedasz”? – Gniewny głos prawnika przerwał milczenie.
Ian i Jess wpatrywali się w Tada, siedzącego za biurkiem, zawalonym stosami dokumentów.
Jackson leniwie rozparł się w fotelu.
– Spokojnie, Ian. – Pociągnął spory łyk piwa ze stojącej w pobliżu butelki. -
Jesteś   tylko   moim   prawnikiem,   pamiętasz?   Ja   podejmuję   decyzje   dotyczące   przyszłości 

Jackson Downs.

McBain rzucił szybkie spojrzenie na Jess.
–   Trudno   mi   w to   uwierzyć   –  mruknął   znacząco.   Tad   zaklął   w duchu.   Strzał   był  celny. 

Poczuł, że jego męska duma ucierpiała ponownie. Mimo to starał się zachować nieprzenikniony 
wyraz twarzy. Starannie umieścił butelkę na środku najważniejszego z dokumentów.

Wilgotne dno odcisnęło się na papierze.
–   Nigdy   nie   nosiłem   się   z zamiarem   przeprowadzenia   podobnej   transakcji.   To   był   twój 

pomysł – stwierdził z uporem.

–   Nic   nie   zmieniło   się   od   czasu,   gdy   wyraziłeś   zgodę.   Tad   podniósł   z biurka   jeden 

z dokumentów,   przebiegł   wzrokiem   zapis,   który   kosztował   miesiące   skomplikowanych 
negocjacji,   po   czym   cisnął   arkusz   do   kosza.   Po   chwili   rozgniótł   cygaro   Iana   o ściankę 
popielniczki.

McBain   uniósł   brwi   ze   zdziwienia.   –   Palenie   szkodzi   –   mruknął   Tad.   Ian   wybuchnął 

śmiechem.

– Sam palisz.
– Już nie. Skończyłem z nałogiem. – Co prawda, podjął decyzję dopiero w tej chwili.
Ujął   szczupłą   dłoń   Jessiki   i począł   uważnie   przyglądać   się   jej   palcom.   Uniósł   wzrok 

i skierował na Iana zimne spojrzenie niebieskich oczu.

– Jesteś w błędzie, McBain, twierdząc, że nic się nie zmieniło. Wszystko wygląda całkiem 

inaczej. Nie jestem sam i muszę nadal prowadzić walkę.

Poczuł, jak palce Jess stężały w jego dłoni. Ian zerwał się na równe nogi.
– Odbyłem daleką podróż, aby tu przybyć. Obciążę cię wszystkimi kosztami.
– Zawsze postępowałeś w ten sposób.
– Mam nadzieję, że nie będziesz żałował swojej decyzji. – Dzięki za troskę. -
Tad przesłał mu promienny uśmiech. Wyciągnął z kieszeni napoczętą paczkę papierosów, 

zmiął ją w dłoni i wyrzucił do kosza.

Powoli podniósł dłoń Jessiki ku swoim ustom i złożył na niej delikatny pocałunek.

background image

O czwartej rano w głośniku radiostacji rozległ się zdenerwowany głos Noelle.
Jackson   leniwie   otworzył   powieki.   Dopiero   po   chwili   zrozumiał,   skąd   dochodzi 

nawoływanie.   Jess   leżała   tuż   obok;   wyraźnie   czuł   charakterystyczny   zapach   kwiatów 
pomarańczy i miękkie piersi dotykające jego pleców.

Czuł się niewyspany. Zasnęli późno, po kilku godzinach namiętnej miłości. Tad miał szczerą 

ochotę   pozostawania   w łóżku   co   najmniej   przez   tydzień.   Choć   z drugiej   strony,   wyczuwał 
grożące niebezpieczeństwo. Było bliżej niż kiedykolwiek przedtem.

Ostrożnie, by nie obudzić śpiącej Jessiki, wysunął się z łóżka i podszedł do radia.
Głos Noelle ginął w powodzi trzasków i szumów. 
– Granger zwariował. Jackson Downs, słyszycie mnie?
W głosie kobiety brzmiało wyraźne zaniepokojenie. Albo Noelle była tak znakomitą aktorką, 

albo naprawdę działo się tam coś złego.

Tad wcisnął przełącznik i wymamrotał kilka słów pocieszenia.
– Granger wziął strzelbę. Błagam...
Kobieta wrzasnęła dziko i na chwilę w eterze zapanowała cisza.
Tad   był   przekonany,   że   zastawiono   na   niego   pułapkę.   Czuł   to   całą   duszą,   całym 

doświadczeniem lat przeżytych w buszu. Zanim podjął decyzję, co powinien zrobić, posłyszał 
obok siebie jakiś szelest. Jess wzięła do ręki mikrofon i odezwała się zrównoważonym głosem:

– Jackson Dowas do Martin Reach. Zachowajcie spokój. Wyruszamy za chwilę. Over.
Tad obrócił się z wściekłością w jej stronę. Znów przejęła inicjatywę! Ale teraz nie miała 

prawa się wtrącać. To była wyłącznie jego sprawa.

– Dlaczego odpowiedziałaś w ten sposób?!
– Nie możemy zostawić kobiety proszącej o pomoc! – A jeśli kłamała?
– A jeśli nie?
Tad   zrozumiał.   Jess   usłyszała   błagalny   głos   innej   kobiety   i pomimo   strachu   działała 

zdecydowanie. Wyciągnął dłoń i pogładził ją delikatnie po włosach.

Jak   zwykle,   bliska   obecność   Jess   mąciła   mu   myśli.   Wspomniał   chwile   pełne   namiętnej 

miłości... a teraz ta sama Jess domagała się, żeby wyruszył ratować Noelle.

Westchnął głęboko. Przez chwilę zwlekał z odpowiedzią.
– Dobrze – mruknął w końcu. – Jadę. Oczy kobiety rozbłysły radością.
– Dziękuję.
– Ty zostajesz. Chwyciła go za ramię.
– Jackson... proszę... chcę ci pomóc.
– Zrobię to po swojemu. Chociaż ten jeden jedyny raz zrozum, że muszę tak postąpić! Tam 

może być niebezpiecznie. Bardzo niebezpiecznie.

– Dobrze.

background image

Zdziwiła go jej uległość.
– Naprawdę się zgadzasz?
Skinęła głową. Coś w jej oczach wskazywało, że mówiła szczerze.
Tad   poczuł   nagły   przypływ   zadowolenia.   Takiej   Jess   pragnął:   uległej,   z uśmiechem 

wypełniającej jego polecenia.

– Kocham cię – powiedział łagodnie. – Zbyt wiele dla mnie znaczysz, żebym pozwolił ci 

ryzykować.

– Ja też cię kocham. – Pogładziła zarośnięty policzek mężczyzny. – Nawet gdy zachowujesz 

się jak typowy mucho.

Pocałował ją.
– Och, Jess... – cicho wymruczał jej imię. – Masz zostać w domu i do mego powrotu strzec 

Lizzie. To rozkaz.

– Tak jest. – Zasalutowała.
– Tym razem zrobimy to na mój sposób. Zobaczył tajemniczy uśmiech na jej twarzy, lecz był 

zbyt podniecony jej uległością, aby zwrócić na to uwagę...

A potem było już za późno.
W ciągu kilku godzin dotarł ze swymi ludźmi do Mamin Reach i na strychu domu odnalazł 

przerażoną   Noelle,   przykutą   kajdankami   do   prymitywnej   bomby   zegarowej.   Później   ruszył 
w pościg   za   zbiegłym   Grangerem.   Gdy   podskakiwał   w pędzącym   przez   pustynię   jeepie, 
przypomniał sobie ów tajemniczy uśmiech...

Pomimo pełni księżyca Krzyż Południa świecił wyraźnie na bezchmurnym  niebie. Z dala 

widać było ciemny kształt samochodu, którym uciekał Granger. Tad wcisnął pedał gazu.

Silnik zawył, oba pojazdy pomału zbliżały się do siebie. Nagle jeep Grangera zatańczył na 

wybojach, poszybował w powietrzu i wśród tumanów kurzu ciężko opadł na bok. Tad zatrzymał 
samochód, z tylnego siedzenia chwycił strzelbę i wyskoczył.

Powoli podszedł do przewróconego pojazdu.
– Wyciągnij mnie – wycharczał Granger, wystawiwszy głowę ze zgniecionej kabiny.
Tad oddychał z trudem, całe ciało pokryte miał grubą warstwą potu. Wytarł twarz rękawem.
– Okażę ci tyle samo współczucia, ile ty miałeś dla Noelle! – zawołał. – Ile miałeś, gdy 

podpaliłeś moją stajnię i niemal upiekłeś żywcem MacKaya.

– Na miłość boską, chłopie! – krzyknął Granger. – To nie ja. Nie chciałem mieć z tym nic 

wspólnego. Nie miałem zamiaru krzywdzić Noelle.

Tad kopnął grudkę ziemi. Pył opadł na twarz leżącego.
– Więc kto?
– Proszę, pomóż mi.
– Odpowiedz, a Ned i moi chłopcy wyciągną cię z wraka.

background image

Granger był tchórzem, urodzonym i wychowanym wśród zgiełku wielkiego miasta. Na jego 

twarzy pojawił się wyraz skrajnego przerażenia.

– Mów prawdę, bo usmażysz się jak Holt w rozbitym samolocie! Jego też zabiłeś?
– Na Boga, miałbym uśmiercić własnego brata?! – Po twarzy mówiącego popłynęły gorzkie 

łzy rozpaczy. Tad przyklęknął przy przewróconym samochodzie i ścisnął Grangera za gardło.

– Przestań jęczeć i zachowywać się jak baba. Mów. Ogień podchodzi do baku. Nie mam 

zamiaru spłonąć wraz z tobą.

Podniósł się i spojrzał na zgromadzonych. 
– Idziemy, chłopcy.
Granger szarpnął się, lecz o własnych siłach nie potrafił wyjść z samochodu.
– Dobrze! – wrzasnął. – Wygrałeś, Jackson... Jackson! Nie zostawiaj mnie!
Odpowiedziała mu cisza.
Błękitne płomyki z przepalonej instalacji strzeliły iskrami.
– Jackson!
Usłyszał tylko jedno słowo: 
– Mów.
Granger wyszeptał znajome nazwisko. Tad zgiął się jak od ciosu nożem. Jedyny człowiek, 

któremu w pełni zaufał po przyjeździe do Australii... 

– Na miłość boską, wyciągnijcie mnie!
– Uwolnij go, Ned – syknął Jackson. – Szybko! 
Ian McBain. Przyjaciel. Powiernik. Niestrudzony bojownik o sprawiedliwość.  Ian McBain. 

Morderca. Zdrajca. Podpalacz. Kochanek Deirdre.

Wówczas, przy stajni, miał zamiar uwięzić MacKaya w płomieniach i tylko interwencja Tada 

zapobiegła tragedii!

To nie mogła być prawda. A jednak była..
Ian!   Dlaczego?   Głośny   wybuch   targnął   powietrzem.   Jeep   eksplodował.   Tad   cofnął   się. 

Przypomniał sobie tajemniczy uśmiech na twarzy Jess.

Musiała znać prawdę.
A teraz była w Jackson Downs – w towarzystwie zdrajcy.
Tad poczuł, że włosy stają mu dęba. Ian McBain.
Podczas rozmowy z Jess Deirdre musiała wyznać coś ważnego. Coś, co spowodowało, że 

Jess   przyleciała   na   wyspę.   Coś,   co   spowodowało,   że   zaraz   po   przyjeździe   do   Australii 
skontaktowała się z Ianem.

Tad niewidzącym wzrokiem wpatrywał się w płonący wrak samochodu. Dlaczego wcześniej 

nie domyślił się prawdy?

Jess   naraziła   na   poważne   niebezpieczeństwo   i siebie,   i małą   Lizzie.   I wszystkich,   którzy 

background image

pozostali w Jackson Downs. Tym razem przebrała miarę. Zdradziła zaufanie, jakim ją obdarzył... 
i na pewno wpadła w ręce McBaina.

Tad poczuł, że obezwładnia go uczucie strachu.
Jess spokojnie opuściła dom, niosąc w ramionach śpiącą Lizzie. Z tyłu pośpiesznie dreptała 

Meeta. Wokół panowała cisza pustynnej nocy.

Jess   doskonale   zdawała   sobie   sprawę,   że   pozostała   w Jackson   Downs   w towarzystwie 

człowieka, który z zimną krwią przyczynił się do śmierci jej siostry, lecz gdy usłyszała wołanie 
Noelle,   podjęła   natychmiastową   decyzję.   Ktoś   musiał   poprowadzić   akcję   ratunkową 
w posiadłości Marlinów. Tad najlepiej nadawał się do podobnego zadania.

Teraz musiała ratować siebie i dziecko. Pozostawało jej najwyżej pięć minut do czasu, gdy 

McBain wykona następne posunięcie.

Nie   darmo   poświęciła   cały   dzień   na   sprzątanie.   W najstarszej   części   domu   odkryła 

przewiewną piwnicę, zamykaną od wewnątrz na solidną zasuwę. Udało jej się przenieść tam po 
kryjomu nieco zapasu jedzenia, broni i amunicji.

Teraz zaniosła, tam śpiącą Lizzie oraz przyprowadziła Meetę i gospodynię.
– Musicie ściśle wypełniać moje rozkazy – powiedziała. – Nie wolno wam nikomu otworzyć 

tych drzwi, póki nie usłyszycie trzech szybkich strzałów i czwartego po dłuższej przerwie. Jeśli 
ktoś spróbuje się włamać, zabijcie go bez wahania.

Wyszła   z piwnicy.   Kirk   leżał   w sypialni,   pogrążony   w głębokim   śnie.   Jess   podała   mu 

lekarstwo zawierające narkotyk, aby przez kilka następnych godzin nie stanowił zagrożenia dla 
mordercy, a tym samym pozostawał względnie bezpieczny.

Z szafy w pokoju Jacksona wyjęła czarną koszulę i parę czarnych dżinsów.
Przebrała się szybko. Z szuflady nocnej szafki wyjęła rewolwer kalibru 38, wsunęła go za 

pasek i powoli podeszła do okna. Po cichu wysunęła się na zewnątrz. Westchnęła z ulgą.

Wiedziała, że jeśli dotrze do granicy buszu, być może w spokoju doczeka świtu i powrotu 

Tada.

Zdążyła jednak uczynić zaledwie dwa kroki, gdy wyrosła przed nią krępa postać McBaina.
Ian   odebrał   jej   rewolwer   i ruchem   głowy   wskazał,   aby   poszła   w kierunku   zabudowań 

gospodarczych.

– Jesteś zbyt sprytna, moja mała. Podejrzewałaś mnie od samego początku.
– Nie. Nabrałam pewności dopiero wówczas, gdy próbowałeś zamknąć Kirka w płonącej 

stajni. Zabiłeś moją siostrę.

– Nie spodziewaj się z mojej strony dramatycznej spowiedzi.
–   Nie   ma   takiej   potrzeby.   Już   niedługo   któryś   z buldożerów   Wally’ego   odkryje 

zmasakrowane ciało. Mały Aborygen dał mi jej obrączkę. Byłeś kochankiem Deirdre, dlaczego ją 
zabiłeś?

background image

– Miała nieskończenie wielu kochanków. – Ale tylko ty przyjechałeś na wyspę.
– Możliwe.
– Przyjechała do ciebie po pomoc, gdy rozpoczęły się pierwsze napady. Uwiodłeś ją.
– Żyjesz złudzeniami. To był jej pomysł.
– Deirdre powiedziała mi wystarczająco wiele, bym zrozumiała resztę.
– Powinnaś była zostać w Indiach. – Tu znalazłam prawdziwy dom. Brutalnie chwycił ją za 

ramię.

– Nieprawda. To moja ziemia. Należała do mojej rodziny długo przedtem, zanim przybył tu 

Jackson.   –   Wszystko   skończone,   Ian.   Zbyt   wiele   osób   dowiedziało   się   o twoich   zamiarach. 
Przegrałeś. Gwałtownym szarpnięciem otworzył drzwi obory. Z wnętrza buchnęła rozgrzana woń 
zwierząt, zmieszana z zapachem paszy.

–   Naprawdę?   Wystarczy   nieco   benzyny   i całe   to   miejsce   stanie   w płomieniach   niczym 

wyschnięty stóg siana.

–   Dlaczego,   Ian?   –   Głos   Jess   zabrzmiał   nieco   piskliwie.   –   Nie   wierzę,   że   kierujesz   się 

sentymentem do miejsc dzieciństwa. Dlaczego to miejsce stało się tak cenne? Co odkrył Holt? 
Był geologiem, prawda? 

Ian odpowiedział kpiącym uśmiechem.
– Daleko pani zaszła, doktor Bancroft. Teraz kolej na moje pytania. Gdzie jest dzieciak?
Jess milczała. Jednym szarpnięciem zerwał z niej koszulę. Koronkowa halka również zawisła 

w strzępach.

–  Jesteś  cholernie  piękna,  moja   mała... –  wymruczał   McBain.   – Powiedz,   gdzie  ukryłaś 

dziewczynkę. Umrzesz szybko... albo będziesz mnie błagać o litość.

Jess pokręciła gwałtownie głową i w tej samej chwili poczuła ciężkie uderzenie w skroń.
Pociemniało jej w oczach. Upadła.
– Więc wolisz, żebym działał powoli... – wycedził Ian. Pochylił się, zacisnął dłoń na klamrze 

paska. Jess leżała bez ruchu.

Nieoczekiwanie   posłyszała   skrzypnięcie   drzwi.   Ian   odwrócił   się.   Padł   strzał   i jedna 

z wyschniętych stert słomy stanęła w płomieniach.

– Puść ją, McBain – rozległ się ponury głos Jacksona.
– Spróbuj się tylko zbliżyć, a zginie! – wrzasnął prawnik.
Płonący stóg wypełniał pomieszczenie gęstym dymem. Ian wbił paznokcie w szyję kobiety.
Krzyknęła przeraźliwie.
Tad rzucił strzelbę na ziemię.
Nie...   pomyślała   Jess.   Wszystko  skończone...   Przypomniała  sobie  o Lizzie.   Jeśli   McBain 

zwycięży, zabije również dziecko! Zebrała wszystkie siły i z głośnym okrzykiem mocno kopnęła 
mężczyznę. Wykonała poprawny przewrót przez ramię, zerwała się i zadała cios z półobrotu. Ian 

background image

jęknął, wypuścił rewolwer. W tej samej chwili dopadł go Tad.

Walka trwała dość krótko. Jackson był młodszy i zwinniejszy od przeciwnika, a poza tym 

przepełniała   go   wściekłość   za   wszystkie   krzywdy,   jakich   doznał   w ciągu   ostatnich   lat. 
W drzwiach   budynku   ukazało   się   kilku   mężczyzn.   Jedni   zajęli   się   gaszeniem   pożaru,   inni 
rozdzielili walczących i wywlekli ich na zewnątrz.

– Jackson... – Jess owinęła wokół ciała strzępy koszuli. Mężczyzna nie patrzył w jej stronę.
– Jackson... kocham cię. Wszystko co uczyniłam, robiłam z myślą o tobie. Kocham cię! Czy 

to nic dla ciebie nie znaczy?!

W milczeniu spojrzał na jej zapłakaną twarz.
– Gdzie jest Lizzie? – spytał po chwili.
– Jest bezpieczna z Meetą i twoją gospodynią... Jackson... od dziś będę ci posłuszna.
– Ani trochę ci nie wierzę, Bancroft.
Podszedł bliżej.
– Ale wiesz co? – Uniósł jej podbródek i zmusił, aby spojrzała mu prosto w oczy.
– Słucham.
– Nie obchodzi mnie już, jak będziesz postępować. Wiem tylko, że jesteś jedyną kobietą na 

świecie, która wykazała się podobną odwagą w tak trudnej sytuacji. Kocham cię. I chcę, abyś 
została moją żoną.

– Naprawdę? – uśmiechnęła się radośnie.
– Tak. Po prostu żal mi ciebie – mówił ciepłym, serdecznym głosem. – Kto inny mógłby 

poślubić tak upartą, pewną siebie i krnąbrną istotę?

– Skoro o tym mówimy, to myślę, że mogłabym odpłacić ci podobnym komplementem.
W jego oczach zamigotały uwodzicielskie ogniki. Rzuciła mu się w ramiona.
– Powiemy Lizzie? – Uhm. A potem...
– A potem... będziemy razem aż do świtu.
Jej uśmiech niósł ze sobą obietnicę prawdziwej rozkoszy.


Document Outline