background image

MARGIT SANDEMO 

CÓRKA HYCLA 

SAGA O LUDZIACH LODU 

Tom VIII 

background image

ROZDZIAŁ I 

Wiele  imion  miał  pomocnik  kata.  Mówiono  o  nim  hycel,  rakarz,  oprawca,  rzeźnik  i 

człowiek nocy. 

Niezależnie od tego, jak go zwano, zawsze budził odrazę i pogardę. Kata przynajmniej 

się bano i z tego tytułu cieszył  się szacunkiem. Jego czeladnik nie  miał żadnego poważania. 

Był najlichszym stworzeniem w społeczeństwie. 

Pomocnicy  kata  zazwyczaj  rekrutowali  się  spośród  wielkiej  rzeszy  ukaranych  bądź 

dopiero  skazanych  przestępców,  dlatego  często  pozbawieni  byli  języka  lub  uszu. 

Zachowywali  natomiast  sprawne  ręce  i  nogi,  potrzebowali  ich  bowiem  do  wykonywania 

swojej profesji. W dzień obrzucano ich kamieniami lub opluwano. Zmuszeni byli do życia w 

mroku,  ośmielali  się  wychodzić  tylko  nocą.  Stąd  prawdopodobnie  wziął  się  przydomek 

Nattmann. [Nattmann (norw.) człowiek nocy (przyp. tłum.).] 

Hycel w Grastensholm nie stanowił wyjątku. Co prawda udało mu się zachować język 

i uszy, gdyż jak wielu mu podobnych, chcąc uniknąć kary, żebrał o to, by zostać kacim sługą. 

Był  zniszczonym,  zgorzkniałym  człowiekiem;  zgarbiony  kręcił  się  po  swym  niewielkim 

domostwie na skraju lasu, a złość do ludzi wyładowywał na córce Hildzie. 

Tak, bowiem Joel Nattmann był za młodu żonaty. Miał jednak słaby charakter, stoczył 

się na dno i w obliczu wyroku przerażony błagał, by pozwolono  mu służyć katu. Oczekując 

na zwolnienie się takiego stanowiska, siedział w więzieniu. Kiedy wyszedł po roku, jego żona 

już nie żyła, a jedyne, co mu pozostało, to nędzna chałupa pod lasem i jedenastoletnia córka. 

Stał się wówczas zgorzkniały, przepełniony żądzą zemsty na wszystkim i wszystkich, przeto z 

wdzięcznością  przyjął  pracę  hycla.  Pozwalała  mu  ona  zadawać  cierpienia  innym,  więc  nie 

zastanawiał się już nad niczym więcej. Z upływem lat gorycz stawała się coraz silniejsza, by 

w  końcu  przerodzić  się  w  zapiekłą  nienawiść.  Osobą,  która  musiała  znosić  jego  bezustanny 

zły humor, była córka Hilda. 

Od  kilku  lat  była  już  dorosła.  Czasami  widywano  ją  z  daleka,  krzątającą  się  między 

domostwem  mieszkalnym  a  oborą  pod  lasem  czy  też  powracającą  do  zagrody  ze  świeżo 

zebranymi  jagodami.  Nigdy  jednak  nie  zapuszczała  się  w  pobliże  wioskowych  zabudowań, 

nigdy nie widział jej nawet żaden ze współuczestników pijackich biesiad odbywających się w 

domu  Nattmanna.  Teraz  nie  przychodził  już  nikt;  nikt  nie  mógł  znieść  kwaśnego  humoru 

hycla. Z rzadka tylko, w razie konieczności, zjawiali  się  jego zleceniodawcy, ale przed nimi 

Hilda się chowała. 

background image

Nadszedł rok 1654. W chłodny i dżdżysty wiosenny dzień Andreas Lind z rodu Ludzi 

Lodu  orał  niewielki  spłachetek  ziemi  w  lesie  nad  polami  Lipowej  Alei.  Przez  wiele  lat 

przyglądał  się  małej  leśnej  polanie,  rozważając,  czy  udałoby  się  zamienić  ją  w  urodzajne 

poletko. Wyglądało na to, że nie ma na niej zbyt wiele kamieni a i zarośla wciąż były jeszcze 

niezbyt gęste i łatwe do usunięcia. W tym roku nareszcie się zdecydował. 

Andreas miał dwadzieścia siedem lat i jak dotąd się nie ożenił. Jakoś się nie składało. 

Oczywiście zerkał na wioskowe dziewczęta, ale żadna nie zdołała w nim rozniecić płomienia 

miłości. 

Nie,  wolał  tak  iść  za  koniem,  trzymając  dłoń  na  pługu,  i  patrzeć,  jak  czarne  skiby 

ziemi  odwracają  się  w  jego  stronę.  Będzie  tu  nieduże,  ale  dobre  pole,  to  już  było  widać 

wyraźnie. Najlepiej zasiać tu jęczmień, zdecydował. 

Lemiesz  pługa  uderzył  o  kamień,  wstrzymał  więc  konia.  Kamień  okazał  się 

niespecjalnie duży, tak że z łatwością przeniósł go na skraj pola. Andreas był bardzo silnym 

młodzieńcem. 

Wspiął  się  po  skałach,  żeby  mieć  lepszy  widok  na  wioskę,  gdyż  z  dołu,  z  pola,  nie 

mógł jej zobaczyć. 

Przysiadł na kamieniu, obejmując ramionami kolana. 

Pięknie  stąd  wyglądała  Lipowa  Aleja,  zadbana  i  wypielęgnowana.  Rodzice  i  dziadek 

nadal  jeszcze  pracowali  i  za  punkt  honoru  stawiali  sobie  utrzymanie  posiadłości  w  jak 

najlepszym  stanie.  Mimo  że  Lipowa  Aleja  nie  należała  do  największych  gospodarstw  w 

parafii, to jednak uważano ją za prawdziwy dwór. 

Grastensholm prezentowało się równie wspaniale jak Lipowa Aleja, a nawet piękniej, 

jako  że  było  bardziej  okazałe.  Tak  będzie,  dopóki  zajmują  się  nim  Tarald  z  Irją  i  Liv.  Co 

nastąpi  później,  kiedy  schedę  przejmie  młody  Mattias  Meiden,  trudno  przewidzieć.  Mattias 

był lekarzem i swej pracy oddał się bez reszty. Ale jeśli będzie miał dobrego zarządcę... 

Mattias także się nie ożenił, chociaż skończył już trzydzieści lat. Andreas uśmiechnął 

się.  Mattias  był  tak  wspaniałym  człowiekiem,  że  na  samą  myśl  o  nim  robiło  się  cieplej  na 

sercu. Byłoby jednak jakby nie w porządku, gdyby wybrał sobie tę jedną jedyną. Uważano, że 

Mattias  jest  własnością  ogółu  ludzkości.  Małżeństwo  mogłoby  go  ograniczyć,  nie  miałby 

wówczas czasu dla innych. 

Rzecz  jasna  takie  myślenie  było  bardzo  egoistyczne.  Mattias  również  miał  prawo 

przeżyć prawdziwą miłość, jaka może zrodzić się między dwojgiem ludzi. Do tej pory jednak 

wydawało się, że wcale za nią nie tęskni. 

Na  skraju  lasu,  niedaleko  od  miejsca,  w  którym  siedział,  ujrzał  Andreas  niedużą, 

background image

nędzną chałupę. Ciarki przebiegły mu po plecach. Wiedział, że tam mieszka Nattmann. Hycel 

i jego córka. Właśnie teraz dostrzegł kobiecą postać zmierzającą ku oborze. Zaraz znikła mu z 

oczu. To musiała być Hilda. Andreas nigdy nie widział jej z bliska. Mieszkała tam od zawsze, 

ale dla mieszkańców wioski jakby nie istniała. 

Pamiętał  ją  jednak  ze  spotkań  okolicznej  młodzieży  w  jasne  letnie  noce  podczas 

tańców w lesie, choć od tamtej pory upłynęło już kilka lat. Zarysowała mu się mgliście jako 

milcząca  postać  między  drzewami,  trzymająca  się  z  dala  od  wesołej,  hałaśliwej  gromady. 

Córkę Nattmanna widywano tylko jako niewyraźną sylwetkę. Jeśli ktoś zanadto się zbliżał, by 

z  niej  kpić  i  drwić,  znikała  natychmiast  wśród  leśnych  cieni  i  tej  samej  nocy  nigdy  już  nie 

wracała. 

Wówczas tak samo jak inni śmiał się z tej dziwnej dziewczyny. 

Teraz czuł lekkie ukłucie wyrzutów sumienia. Wydoroślał i więcej rozumiał. 

Leżąca  poniżej  wieś  spokojnie  odpoczywała  w  ten  szary,  zimny  dzień.  Kościół 

wydawał się nieco zniszczony. Pastor wspominał, że trzeba koniecznie naprawić wieżę w tym 

roku, ale parafianie puścili to mimo uszu. Uważali, że nie stać ich na takie wydatki. 

Ale przyjdzie dzień, kiedy trzeba ta będzie zrobić, przyznał w duchu, jeżeli wieża ma 

się nie zawalić. 

W  oddali  dostrzegł  dach  dworu  Gabrielli  i  Kaleba.  Prowadzili  tam  teraz  dom  dla 

sierot -  oni  i  Eli.  Nie  mieli  więcej  dzieci  poza  zmarłą  w  dniu  narodzin  córką,  ale  nawet 

prawdziwi  rodzice  nie  mogli  bardziej  kochać  własnych  dzieci,  niż  oni  kochali  Eli.  Niewiele 

już było ludzi, którzy pamiętali, że jest ona ich przybranym dzieckiem. Stanowili szczęśliwą 

rodzinę.  Andreas  znów  się  uśmiechnął.  Mieszkańcy  dworu różnili  się  między  sobą  wiekiem 

dokładnie o dziesięć  lat. Kaleb  miał teraz trzydzieści  sześć, Gabriella dwadzieścia sześć, Eli 

szesnaście,  a  dziecko,  gdyby  żyło,  miałoby  sześć  lat.  Lepiej  jednak,  że  nie  dane  mu  było 

przeżyć -  Kalebowi  i  Gabrielli  niełatwo  byłoby  wychować  stworzenie  napiętnowane  złym 

dziedzictwem Ludzi Lodu. 

Sam  Andreas  mógł  mieć  teraz  pewność,  że  jego  dzieci  będą  całkiem  normalne,  i 

najwyższy już chyba czas, by się o nie postarał... 

Najpierw jednak musi znaleźć sobie odpowiedni materiał na żonę. 

Tak, tak, ale z tym chyba nie ma pośpiechu. 

Andreas  odetchnął  głęboko  i  podniósł  się  tak  gwałtownie,  że  aż  zatrzeszczały  mu 

kości. Czas już wrócić do pługa, jeśli mam skończyć przed wieczorem, pomyślał. 

Pracował długo. Zdążę chyba przeorać pole jeszcze raz, powtarzał w duchu. I jeszcze 

raz. I jeszcze... 

background image

Ciężkie  od  deszczu  chmury,  przesuwające  się  nad  wierzchołkami  świerków,  nabrały 

już  ciemnej  barwy  wieczoru,  kiedy  zajął  się  ostatnim  skrawkiem  ziemi  pomiędzy  skałami. 

Chciał  ten  kawałeczek  też  włączyć  do  pola,  bo  zapowiadał  się  nieźle;  nie  rosło  na  nim  zbyt 

wiele trawy. 

Pług napotkał miękką przeszkodę. 

Andreas cofnął się o krok i spróbował raz jeszcze. 

Nie,  najwyraźniej  coś  stawiało  opór.  Nie  kamień  ani  też  korzeń  drzewa,  to  musiało 

być bardziej miękkie. 

Andreas pochylił się i odsunął na bok kawałek darni, który poddał się łatwo, jak gdyby 

niedawno został położony. 

Pod spodem zamajaczyło coś przypominającego tkaninę. Ciemne grube płótno. 

Odsunął  jeszcze  jeden  kawałek  darni  i  zobaczył  wyszczerzone  w  makabrycznym 

uśmiechu zęby w na wpół zgniłej twarzy. 

Odskoczył  gwałtownie,  czując,  że  cała  krew  odpływa  mu  od  serca.  Błyskawicznie 

wyciągnął  pług  z  ziemi,  przeniósł  nad  straszliwym  znaleziskiem  i  popędził  konia.  Kiedy 

znalazł  się  na  skraju  trójkątnego  poletka,  odczepił  pług,  skoczył  na  nie  osiodłanego  konia  i 

pognał do domu. 

Doskonale  pojmował;  że  czymkolwiek  było  jego  odkrycie,  to  na  pewno  nie  był  to 

poświęcony  grób.  Nie  poświęcony  także.  Czasami  grzeszników  grzebano  poza  murami 

cmentarza,  ale  ostatnio  nie  wydarzył  się  żaden  wypadek,  od  dłuższego  czasu  nie  grasowała 

też żadna zaraza. Było oczywiste, że kryje się za tym ponura tajemnica. 

Dalej nie chciał posunąć się nawet w myślach, dopóki nie sprowadzi kogoś na pomoc. 

Jaka szkoda, że asesor Dag Meiden już nie żyje! Będzie teraz musiał zwrócić się do wójta, a 

ten niestety nie należał do najsympatyczniejszych. 

Ale Kaleb zna się na przepisach i prawie. Tak, pośle także po Kaleba. 

Ta myśl nieco go uspokoiła. 

Z  dworu  dostrzeżono,  że  Andreas  pędzi  na  koniu  jak  szalony,  i  pospieszono  mu  na 

spotkanie. Dziad Are, ojciec ojca, mimo sześćdziesięciu ośmiu lat wciąż trzymający się prosto 

jak  młody  chłopak,  ojciec  Brand,  spokojny  i  po-godny,  z  włosami  gdzieniegdzie 

naznaczonymi  już  siwizną,  i  kochana  matka  Matylda,  zawsze  korpulentna,  wcale  nie 

szczuplejąca z wiekiem... 

Kiedy zeskakiwał z konia, otoczyli go, mocno poruszeni. 

- Ależ, Andreasie - odezwał się Brand. - Straszliwie pobladłeś. Co się stało? 

- Znalazłem zabitego człowieka na polu, tam na górze. Najlepiej będzie, jeśli od razu 

background image

wezwiemy wójta, by nie mógł nam zarzucić najmniejszej zwłoki. 

- Co ty mówisz, chłopcze? Zaraz poślę parobka. 

Wójt  mieszkał  w  sąsiedniej,  ale  niezbyt  daleko  położonej  wiosce.  Trzeba  było  tylko 

dostać się na drugą stronę wzgórza. 

- Sprowadźcie także Kaleba - powiedział Andreas. 

- Dobrze, tak zrobimy. 

Niebawem  cały  dwór  wiedział  już  o  wszystkim  i  ludzie  małymi  grupkami  zaczęli 

podążać  ku  leśnemu  poletku.  Niektórzy  zaciekawieni,  inni  z  postanowieniem,  że  choć  nie 

będą patrzeć na zwłoki, to i tak muszą być świadkami wydarzeń. Gospodarze z Lipowej Alei 

bardzo się spieszyli, żeby dotrzeć na polanę przed wszystkimi i dopilnować porządku. 

Andreas zatrzymał napierającą gromadę na skraju lasu. 

- Nie wchodźcie na polanę, bo możecie zadeptać ślady, a wtedy będziecie mieć wójta 

na karku! - wołał. - Jeżeli już koniecznie musicie to zobaczyć, stańcie na skałach! 

Brand i Are przyglądali się zwłokom. 

- Och - odezwał się Brand. - Teraz pojmuję, że to mógł być dla ciebie szok, Andreasie. 

Andreas odparł w zamyśleniu: 

- Spójrzcie  na  kawałki  darni!  Jak  starannie  je  poukładano!  To  zostało  zrobione  tej 

wiosny. 

Ludzie ze dworu dotarli już na miejsce i przypatrywali się znalezisku z przerażeniem, 

ale i z niezdrowym podnieceniem. Niektórzy szybko odchodzili, bladozieloni na twarzach. 

- Kto to może być, jak sądzicie? - zapytał stajenny. 

- Wydaje się, że to kobieta - odparł Andreas. - Czy nikt z naszej parafii nie zaginął? 

Nikt o nikim takim nie słyszał. 

Are nadal wpatrywał się w trawę, ostrożnie stąpając po kępkach. 

- Spójrzcie -  powiedział  cicho,  a  wszyscy  przysłuchiwali  się  w  napięciu. -  Czy 

widzicie,  że  trawa  podzielona  jest  na  kwadraty?  Każdy  z  nich  musi  stanowić  odłożony  na 

miejsce kawałek darni, prawda? 

Pokiwali głowami. Nietrudno było to zrozumieć. 

- Wyraźnie widać, że to zostało zrobione w tym roku. Ale popatrzcie jeszcze tam! 

Oczy  wszystkich  skierowały  się  na  miejsce,  które  wskazywał.  Koło  zwłok  wyraźnie 

rysowały się kolejne czworokąty. 

- Czy ktoś mógłby podnieść darń? - zapytał Are. 

Nie było chętnego, nikt się nawet nie poruszył. 

Jeden ze stojących bliżej lasu mężczyzn gwałtownie zamachał rękami. 

background image

- Tutaj także są ślady kwadratów, gospodarzu! 

Are  i  Brand  podeszli  bliżej.  Mężczyzna  miał  rację.  Jeszcze  w  kilku  miejscach  widać 

było słabe ślady czworokątów w długim szeregu. 

- Sądzę,  że  poczekamy  na  wójta -  zdecydował  Are. -  Czy  ktoś  może  sprowadzić 

Mattiasa? 

Wszyscy  wiedzieli,  że  chodzi  o  doktora  Meidena.  Natychmiast  pobiegły  po  niego 

dwie służące, zadowolone, że nie będą świadkami dalszych przerażających odkryć. 

- Przywołajcie  też  pastora -  zawołał  za  nimi  Brand.  Ta  decyzja  nie  wywołała 

entuzjazmu zebranych, ale Brand wyjaśnił: - Musimy poświęcić to miejsce, zanim zdobędzie 

nad nami władzę jakiś zły duch. 

Wtedy wiele kobiet nagle przypomniało sobie, że jedzenie przypala się w garnkach, że 

krowy czekają, że one same mają coś do zrobienia... Zniknęło także paru mężczyzn. 

Pierwszy  nadszedł  Mattias.  Jak  zawsze  miły,  o  łagodnym  spojrzeniu,  podziałał  na 

wszystkich niby środek kojący. Nie chciał niczego dotykać, dopóki wójt nie powie swego, ale 

potwierdził  domysły  innych.  Kobieta,  nie  całkiem  młoda,  jako  że  można  było  dojrzeć  kilka 

pasm siwych włosów, w eleganckim ubraniu z najlepszego sukna. 

Uczynił natomiast to, przed czym wzbraniali się inni. Uniósł kolejny kawałek darni. 

Kiedy  to  zrobił,  większość  zebranych  ukryła  twarze  w  dłoniach,  ale  po  chwili  coraz 

więcej osób zaczęło zerkać przez szpary między palcami. 

Było  tak,  jak  przypuszczali -  jeszcze  jeden  trup.  Kobieta;  zmarła  całkiem  niedawno. 

Mrówki i inne stworzenia w popłochu uciekały z prawie nie naruszonej twarzy. 

Ta  kobieta  była  nieco  młodsza,  mogła  mieć  około  trzydziestu  pięciu  lat.  Nie  była 

ładna, ale jej włosy nadal układały się w eleganckie fale. 

Nikt nie powiedział ani słowa. Oczy wszystkich kierowały się tylko powoli ku dwóm 

ostatnim czworokątom odznaczającym się na trawie. 

- Nie - orzekł Brand. - Trzeba coś zostawić wójtowi. 

Przybyli  już  ludzie  z  Grastensholm.  A  na  górze,  na  skraju  lasu,  ćwierć  mili  stąd,  ci, 

którzy  stali  wysoko  na  kamieniach,  mogli  dostrzec  samotną  postać  kobiety.  Tkwiła 

nieruchomo, ze zdziwieniem wpatrując się w zgromadzenie. 

Hycla nie było nigdzie widać. 

- Ściemnia się - zauważył Are, spoglądając w niebo. 

- O tej porze roku nie będzie bardzo ciemno - burknął jeden z mężczyzn. 

- Nie, ale jest pochmurno. Będzie ciemniej niż zwykle. 

Wójt  i  pastor  przybyli  niemal  równocześnie.  Ciężko  oddychali,  wspinając  się  pod 

background image

górę. Za nimi, w niedużych grupkach, podążali ludzie ze wsi. 

- No  i  co  tu  się  dzieje? -  zapytał  niezadowolony  wójt.  Był  Niemcem  jak  większość 

wójtów i źle mówił po norwesku. Natura hojnie obdarzyła go wzrostem i tuszą, ale poskąpiła 

rozumu.  Sprawiał  zdecydowanie  niesympatyczne  wrażenie,  miał  małe  świńskie  oczka  i 

wielkie,  obwisłe  wargi.  Wydawało  się,  że  od  innych  ludzi  spodziewa  się  tylko  nienawiści,  i 

odwzajemniał  się  tym  samym.  Mówiono,  że  jego  największą  namiętnością  są  pieniądze. 

Bogactwo i władza. Nie miał więc szczególnie oryginalnych zainteresowań. 

Andreas  wyjaśnił,  co  zaszło.  Wójt  miał  minę,  jakby  chciał  powiedzieć,  że  niczego 

innego  nie  można  spodziewać  się  po  norweskich  chłopach.  Pastor  wzdychał  i  najwyraźniej 

był głęboko poruszony wydarzeniami. 

- Czy zechcecie odmówić modlitwę za dusze zmarłych, a tym samym oczyścić okolicę 

i odegnać błąkające się duchy, panie pastorze? - zapytał Brand. 

- Nie  wiemy  przecież  jeszcze,  kim  były  te  kobiety.  Nie  mogę  odprawiać  modłów  za 

dusze zatwardziałych grzeszników - zaprotestował duchowny. 

- Tym  większy  macie  powód,  by  je  odprawić -  powiedział  Are  ostro. -  Jezus  nie 

odwracał się plecami od grzesznych. 

Synowi Tengela z rodu Ludzi Lodu nie należało się sprzeciwiać; o tym wiedział nawet 

nowy pastor. 

Spojrzał więc tylko karcąco na Arego i odmówił modlitwę za spokój nieczystych dusz. 

Kiedy obrządek został zakończony, wszyscy odetchnęli z ulgą. 

Napięcie  zelżało  jednak  tylko  na  moment,  bowiem  już  w  następnej  chwili  wójt, 

podnosząc głowę, jęknął: 

- Jezu  Chryste!  To  chyba  nie  może  być...  Nie,  oczywiście,  że  nie! -  dodał  jakby  się 

uspokajając. 

Jednak  wszyscy  usłyszeli  jego  słowa.  Z  tłumu  wyłonił  się  Kaleb.  Ponieważ  budził 

powszechne zaufanie, wiele osób, chcąc poczuć się bezpieczniej, zbliżyło się do niego. 

- O czym myśleliście? - ostro zapytał wójta Brand. 

- Nie, to niemożliwe. 

- Mówcie! 

- Na pustkowiu, daleko stąd, w dolinach, przez kilka  lat gadano o mężczyźnie-wilku. 

My nazywamy go wilkołakiem. Mniej więcej rok temu pewna kobieta została rozszarpana na 

strzępy. A w lesie widziano trzynogiego wilka... 

Jakaś dziewczyna zasłoniła usta dłonią, tłumiąc krzyk. 

- Och, matko! 

background image

- Wilkołak? - Oczy Arego wyrażały gniew. - Nie wolno wam straszyć ludzi! 

- Nie straszę, mówię po prostu, o czym gadają. 

Jeden z mężczyzn rzekł powoli: 

- Wygląda  jednak  na  to,  że  mamy  tu  cztery  nie  poświęcone  groby.  Być  może  leżą  w 

nich tylko kobiety. Może on tu właśnie krąży? Porywa samotne kobiety przy pełni księżyca... 

Kilka dziewcząt krzyknęło. Ktoś spojrzał w niebo, by sprawdzić, jak wygląda księżyc, 

ale skrył się za chmurami. Inni rozglądali się dokoła, starając się dojrzeć coś w lesie. 

- Trzynogi wilk? - zapytał ktoś. - Dlaczego trzynogi? 

- Nie wiesz? - oburzył się wójt. - Wilkołak to człowiek, który przemienia się w wilka 

podczas pełni księżyca, a bywa, że i w inne noce. Ponieważ jest człowiekiem, nie ma ogona. 

To ogromny wstyd dla wilka, dlatego wyciąga jedną nogę, udając, że to ogon, i biegać może 

tylko na trzech... 

- Och! - jęknął ktoś wśród zgromadzonych. 

Wójt surowo popatrzył na zebranych. 

- Przyjrzyjcie  się  więc  waszym  mężom,  kobiety!  Jeśli  okaże  się,  że  któryś  z  nich 

wychodzi  nocą, wezwijcie  mnie! Przyglądajcie się ich zębom! Być  może  między  nimi  nadal 

tkwi nić z materiału, a na twarzy widnieją ślady krwi... 

Are westchnął cicho. 

- A  kobiety  w  błogosławionym  stanie  niechaj  lepiej  wieczorami  siedzą  w  domu - 

ciągnął wójt. - Są bowiem szczególną przynętą dla wilkołaka. 

- Och, przestańcie opowiadać te bajdy - rzucił porywczo Andreas. - Przywieźliście  je 

tu z waszego kraju. W Norwegii nie ma wilkołaków. 

- Jak to nie ma? Oczywiście, że są - odparł wójt, rozgorączkowany, z zaczerwienioną 

twarzą. - Macie nawet niedźwiedzie, które porywają kobiety i dzieci. A u nas ich nie ma. 

- Tak,  tak,  Andreasie -  powiedział  spokojnie  Are. -  Już  w  czasach  wikingów  żyli 

ludzie-wilki.  Ale  uważam,  że  nie  trzeba  o tym  głośno  mówić,  dopóki  nie  wiemy  nic  o tych 

kobietach. I zastanawiam  się, dlaczego wilkołak,  jeżeli  naprawdę krąży po okolicy,  ściągnął 

tu obce kobiety? 

- Czy  aby  na  pewno  obce? -  zapytał  inny  mężczyzna. -  A  jak  było  z  Lisen  Gustava? 

Tą,  która  zeszłej  jesieni  wyjechała  za  służbą?  Obiecywała,  że  napisze  do  domu,  a  wcale  się 

nie odezwała. Nie przyjechała też na Boże Narodzenie, jak było umówione. 

- Czy wyruszyła w podróż wieczorem? - dopytywał się wójt. 

- Tego nie wiem. Zapytajcie Gustava. 

- Nie omieszkam tego uczynić - odburknął stróż prawa. 

background image

Las  był  ciemny  i  niemy.  Nikt  nie  chciał  stać  samotnie.  Ludzie  garnęli  się  do  siebie, 

skupiali w większe grupy. Ciężkie, szaroczarne chmury wisiały nad wierzchołkami świerków. 

Coś mogło kryć się między drzewami. 

Are polecił zapalić pochodnie, by rozświetlić zapadający  zmierzch. Z Lipowej  Alei  i 

Grastensholm przybyli mężczyźni z łopatami i ostrożnie rozpoczęto kopanie. 

Zebrani  z  napięciem  obserwowali  wszystko,  co  działo  się  na  polanie,  ale  coraz 

częściej wymowne spojrzenia wędrowały w kierunku samotnej chaty na skraju lasu. 

Wójt jednak zainteresował się także dalszą okolicą. 

- Kto  mieszka  tu  w  pobliżu?  Jakie  są  dwory? -  zawołał  ostro,  a  jego  głos  niósł  się 

daleko po łące zatopionej w ciszy wieczoru. 

Odpowiedział Mattias: 

- Jest Lipowa Aleja i Grastensholm. I jeszcze chałupa pomocnika kata. A w lesie jest 

zagroda Klausa. 

- Klaus nie żyje już przecież od dawna - wtrącił się pastor. - I jego Rosa także. 

- Tak, Jesper mieszka tam samotnie, odkąd jego siostra wyszła za mąż. 

- Jeszcze jakieś dwory? 

- Nie, tu już nic nie ma. 

- Hm... -  Wójt  obrzucił  surowym  i  badawczym,  jak  mu  się  wydawało,  spojrzeniem 

twarze  Arego,  Branda  i  Andreasa  z  Lipowej  Alei  oraz  Mattiasa  i  Taralda  z  Grastensholm. 

Utkwił  wzrok  w  Andreasie. -  Najwyraźniej  dobrze  była  wam  znana  ta  polana  w  lesie - 

stwierdził tonem inkwizytora. 

- Tak. Ale jeśli wydaje wam się, że jestem na tyle niemądry, by wygrzebywać dobrze 

ukryte przez samego siebie zwłoki, to nie wiem, którego z nas należałoby nazwać głupcem - 

odparł Andreas ostro. 

Wydawało się, że wójt uznał tę odpowiedź za logiczną. 

- W  rodzie  jest  jeszcze  jeden  nowy  dwór,  prawda?  Elistrand.  Ten  Kaleb,  skąd on  się 

właściwie wziął? 

- Sądzę,  że  nie  należy  go  w  to  mieszać -  powiedział  Andreas  chłodno. -  To  dobry 

człowiek,  który  cieszy  się  powszechnym  poważaniem.  Ale  sami  możecie  go  o  wszystko 

zapytać. Stoi za wami. 

Wójt  odwrócił  się  gwałtownie.  Nie  znał  wszystkich  mieszkańców  parafii  i  nigdy 

jeszcze nie spotkał Kaleba. Teraz cofnął się nieco na widok jasnowłosego olbrzyma. 

Andreas mówił dalej lekko złośliwym tonem: 

- Poza tym Kaleb jest świetnie obeznany z prawem. Może służyć wam wielką pomocą 

background image

w tej sprawie. 

Wójt wymamrotał coś na temat amatorów. 

- Mylicie  się -  odparł  Andreas. -  Kaleb  pobierał  nauki  u  asesora  Daga  Meidena,  a 

potem  przez  wiele  lat  zasiadał  w  lagtingu.[Lagting  wojewódzkie  zgromadzenie  ludowe, 

będące sądem drugiej instancji (przyp. tłum.).] 

Słysząc  to,  wójt  umilkł.  Kiedy  odkopywano  kolejne  ciała,  nie  odezwał  się  już  ani 

słowem. Nie co dzień zdarzały się takie sprawy jak ta i wielką nadzieję pokładał w Mattiasie i 

Kalebie oraz w mężczyznach z Lipowej Alei. Jego władczy głos niczym echo powtarzał to, co 

zostało  już  przez  nich  powiedziane,  jak  gdyby  były  to  jego  własne  słowa.  Nie,  wójtem  nikt 

nie był szczególnie zachwycony. Uważano, że jest zbyt zapatrzony w siebie i zainteresowany 

wyłącznie wyciąganiem pieniędzy od ludzi. 

Od strony łąki przy skalnych blokach rozległy się stłumione okrzyki: 

- Tu chyba też coś jest! Tak! 

Ostrożnie usunięto darń. Trudno było ocenić, co kryje się pod spodem. Upłynęło  już 

sporo czasu, ciała zaczęły się rozkładać. 

- Jest za ciemno - narzekał Mattias. 

- Tak,  teraz  jest  już  za  ciemno -  jak  echo  powtórzył  wójt. -  Oględziny  zwłok  lepiej 

odłożyć do jutra. 

- Dobrze -  zgodził  się  Kaleb. -  Ale  dziś  jeszcze  możemy  sprawdzić  pozostałą  część 

pola. Na wszelki wypadek. 

Po godzinie cała niewielka trójkątna polana została dokładnie przekopana. Znaleziono 

ciała czterech kobiet. Gdzieniegdzie na próbę kopano głębiej, ale nic więcej nie odkryto. 

Cztery  zmarłe.  Jedna  całkiem  niedawno,  druga  wcześniej,  choć  jeszcze  tej  samej 

wiosny, dwie pozostałe musiały leżeć w tym miejscu przez całą zimę. Jedna prawdopodobnie 

od jesieni, druga od lata. 

Kim były? Skąd pochodziły? Kto pozbawił je życia i w jaki sposób? 

Mattias  i  Kaleb stali wraz z  ludźmi z Lipowej Alei  nad ostatnim znaleziskiem, kiedy 

przywołał ich wójt. Pochylał się nad zwłokami kobiety, którą zamordowano najpóźniej. 

Podeszli bliżej. 

- Zobaczcie! - mruknął wójt. - I co wy na to? 

Odrzucił  wcześniej  ziemię  z  jednej  ręki  ofiary  i  teraz  sięgnął  po  znajdujący  się  tam 

brudny sznur. 

- Był owinięty wokół jej dłoni - stwierdził. 

Sznur był długi. Wójt uniósł rękę, a jeszcze spora część sznura leżała na ziemi. 

background image

Are ujął go w dłonie. 

- Węzły - mruknął. 

- Różne  sznurki -  powiedział  wójt. -  Dziewięć  różnych  sznurków.  A  więc  to  z  taką 

ohydą mamy do czynienia! 

Wszyscy poczuli się nieswojo. 

- Zatrzymajcie  to  odkrycie  dla  siebie -  powiedział  Are  stanowczo. -  Jeśli  ludzie  się 

dowiedzą,  histeria  opanuje  całą  wioskę.  Mieliśmy  tu  już  dość  procesów  czarownic,  więcej 

tego nie chcemy! Wystarczy nam wasz wilkołak. 

- Ale  mamy  przecież  niezbity  dowód -  oponował  wójt. -  A  wczoraj  w  sąsiedniej 

wiosce schwytaliśmy czarownicę! Naprawdę mamy do czynienia z czarną magią! 

- Tak. I dokładnie zbadamy tę sprawę. Jutro! Dziś wieczorem nie powinniśmy uczynić 

niczego, co sprawi, że ludzie podejmą działania na własną rękę. Wystawcie tu na noc straże, a 

pozostałych odeślijcie do domów! 

Wójt zacisnął usta, ale poddał się. 

Zapadła już noc, kiedy wielka gromada zaczęła schodzić łąkami w dół ku wiosce. 

Jaspera  nie  było  z  nimi.  Jego  maleńka  zagroda  leżała  głęboko  w  lesie,  daleko  od 

miejsca wydarzeń, tak że nie  był  świadkiem  całego zamieszania. Wszyscy  jednak pamiętali, 

że jest nieuleczalnym kobieciarzem. 

Nattmann także się nie pokazał. 

Gromada zaczęła się rozdzielać, ludzie po kolei rozchodzili się do domów, by wrócić 

tu nazajutrz. 

Tak  przynajmniej  się  wydawało.  Nie  wszyscy  jednak  udali  się  na  spoczynek.  W 

mroku krążyły ciemne sylwetki. To ci, którzy nie wiedzieli  nic o sznurze czarownicy. Mieli 

swoje plany. Zaczaili się na rozstajach na nową ofiarę: Nattmanna. 

Teraz  nareszcie  mieli  okazję  wyładować  złość  na  znienawidzonym  pomocniku  kata. 

Któż lepiej pasował do roli wilkołaka? A poza tym... Czy może nie mieszkał najbliżej polany? 

Dłonie  „sprawiedliwych”  mężczyzn  i  kobiet  z  wioski  zakryły  usta  Nattmanna,  by 

stłumić jego krzyki. 

Nikt nie widział, co stało się na rozstaju dróg, gdzie spłynęły kłębki wieczornej mgły, 

by odtańczyć taniec elfów. 

Nazajutrz wczesnym rankiem Andreas, który szedł do kowala podkuć konia, znalazł w 

przydrożnym rowie mężczyznę w pożałowania godnym stanie. 

Natychmiast 

rozpoznał 

kaciego 

pomocnika, 

chociaż 

ten 

był 

straszliwie 

zmasakrowany. Andreas pochylił się nad leżącym, próbując go nieco unieść. 

background image

- Biegnij,  sprowadź  wóz -  nakazał  towarzyszącemu  mu  parobkowi. -  Kołacze  się  w 

nim  jeszcze  resztka  życia.  Potem  zaprowadzisz  konia  do  kowala  i  pójdziesz  do  Mattiasa. 

Poprosisz, żeby przyszedł do chaty na skraju lasu. Ja odwiozę Joela Nattmanna do domu. 

W  oczekiwaniu  na  parobka  i  wóz  Andreas  przysiadł  na  trawie  i  przyglądał  się 

leżącemu obok nieszczęśnikowi. 

Jego myśli były pełne smutku. 

To,  co  wczoraj  znaleziono  w  dłoni  zabitej  kobiety,  poruszyło  wszystkich  w  jego 

rodzinie. To oczywiste, że tak bardzo byli czuli na tym punkcie. Na razie wiedział o tym tylko 

wójt, ale kiedy plotka rozniesie się po wsi... 

Andreas  spojrzał  na  Joela  Nattmanna.  Pewne  było,  że  niegodziwego  uczynku 

dokonano dziś w nocy, podobnie jak to, że miało to związek z makabrycznym odkryciem na 

leśnej  polanie.  Ludzie  znaleźli  kozła  ofiarnego - kogoś,  na  kim  łatwo  było  się  zemścić.  Ale 

nastawienie  ludzi  zmienia  się  bardzo  szybko.  Jeśli  tylko  upatrzą  sobie  nową  ofiarę,  będą 

gotowi do następnych bestialskich czynów. 

To dopiero początek, pomyślał. To dopiero początek... 

background image

ROZDZIAŁ II 

Hilda córka Joela weszła do małej, ciemnej chaty, zakończywszy poranny obrządek w 

oborze.  Zabrało  jej  to  niewiele  czasu,  ponieważ  mieli  tylko  jedną  krowę  i  trzy  kury.  I  kota, 

służącego im na swój koci sposób. 

Zmieniła  fartuch,  który  nosiła  w  oborze,  na  sukienkę,  opłukała  twarz  i  dłonie  w 

drewnianej  balu.  Poruszała  się  powoli,  jakby  nieobecna  duchem,  także  podczas  sprzątania 

izby,  która  była  jednocześnie  bawialnią,  kuchnią  i  jej  sypialnią.  Jedyną  dodatkową  komorę 

zajmował ojciec. 

Spostrzegła,  że  nie  wrócił  jeszcze  do  domu.  Dzień  wcześniej  przysłano  po  niego  z 

sąsiedniej  wioski,  gdzie  trzeba  było  pogrzebać  padłe  sztuki  bydła.  To  również  należało  do 

obowiązków hycla. Liczył, że wróci do domu wieczorem, ale widocznie nie zdążył. 

Na  miejsce  fiołków,  stojących  dotychczas  na  stole,  Hilda  wstawiła  kilka 

pierwiosnków. 

Dzisiaj są moje urodziny, pomyślała. Może upiekę ciasto, żeby to jakoś uczcić? 

Nie, nie upiekę. 

Robiła  tak,  kiedy  była  młodsza,  ale  odkąd  ojciec  zaczął  jej  wypominać  rozrzutność, 

zrezygnowała nawet z tej odrobiny przyjemności. 

A w ogóle dwadzieścia siedem lat to żaden powód do radości. Najlepiej zapomnieć o 

swoim wieku. 

Jej palce ostrożnie dotykały delikatnych płatków kwiatów. Pogrążyła się w myślach. 

Lata  upłynęły,  odeszły  donikąd.  Zniknęły  bez  śladu.  Kiedyś  miała  jeszcze  marzenia. 

Tęskniła. Płakała w samotne noce. 

Teraz już nie płacze. I z marzeniami się pożegnała. 

Znów  przypomniały  jej  się  słowa  matki,  wypowiedziane  na  łożu  śmierci:  „Zostań  z 

ojcem, Hildo! On ma teraz tylko ciebie. Bądź dla niego dobrą córką!” 

Hilda przyrzekła to umierającej  i  naprawdę starała się dotrzymać obietnicy. Tylko że 

czasami  było  jej  bardzo  trudno,  bo  ojciec  nigdy  ale  był  zadowolony.  Nie  dostrzegał,  kiedy 

przystrajała  dom  najpiękniej  jak  umiała,  nie  zwracał  uwagi  na  codzienną  troskliwość. 

Natomiast jeśli kończyło się piwo lub gorzałka, obsypywał  ją wyzwiskami  i  nie  mógł pojąć, 

dlaczego jego córka jest takim niedbaluchem. 

I  wszystkie  te  narzekania,  które  przez  całe  dnie  mełł  w  ustach,  nieustannie 

powtarzając, co ten czy tamten powiedział, jak pogardliwie na niego spojrzał. I groźby, że on 

background image

im  jeszcze  pokaże.  Przeżuwał  dawne  upokorzenia  niczym  stare,  dawno  wyschłe  kości.  To 

samo,  cały  czas  to  samo,  i  jeszcze  nowe  krzywdy.  A  Hilda  musiała  pokornie  wysłuchiwać. 

Jeśli zdarzyło się jej przytaknąć lub zaprzeczyć w nieodpowiednim momencie, ojciec wpadał 

w złość i gniewał się przez wiele dni, wytykając jej coraz to nowe wady. 

Hilda  stała  nieruchomo,  zatopiona  w  myślach.  Obietnica  złożona  matce  była  dla  niej 

rzeczą świętą, nigdy nie dopuszczała do siebie myśli, by ją złamać. Ale... 

Jej myśli powędrowały w przeszłość, do lat, które upłynęły w beznadziejnej szarości. 

Szare, wszystkie takie szare... 

Uśmiechnęła  się  gorzko  na  pewne  wspomnienie.  Ojca  odwiedzał  kiedyś  kolega  po 

fachu, hycel z Christianii. Brudny, podstarzały, o odrażającym wyglądzie. 

Czy  ona  w  swej  samotności  przez  pewien  czas  nie  myślała  o  nim  wieczorami? 

Ponieważ  był  żywą  istotą;  jedynym  mężczyzną,  którego  dane  jej  było  ujrzeć  w  ciągu  wielu 

lat... 

Jakże ubogi może stać się człowiek... 

Hilda  nie  miała  lustra,  nie  było  nawet  szyby,  w  której  mogłaby  się  przejrzeć. 

Pozostawała tylko sadzawka w dolinie. Nie wiedziała więc dokładnie, jak naprawdę wygląda. 

Kiedy  miała  osiemnaście  lat,  uważała,  że  nie  najgorzej.  Teraz  nie  przeglądała  się  już  w 

sadzawce. 

Ale że włosy ma piękne, to musiała wiedzieć. Złotobrązowe, nigdy nie ścinane. Teraz, 

kiedy je czesała, sięgały kolan, grube, zwinięte w drobne loki nad czołem i skroniach, a dalej 

układające się w fale. 

Myśli Hildy płynęły powolnym strumieniem... 

Innym  razem -  och,  jak  wiele  lat  już  upłynęło! -  stała  przypatrując  się  młodzieży 

tańczącej  na  leśnej polanie. W sercu czuła dojmujący  ból. Gdy wracała do domu, dogonił  ją 

jakiś chłopak. Poprosił, by usiadła z nim na mokrej od rosy trawie i porozmawiała. Hilda nie 

wierzyła  własnym  uszom.  Ktoś  mówił  przyjaźnie -  w  ogóle  odzywał  się -  do  niej  !  Nie 

wyglądał  szczególnie  pociągająco,  twarz  miał  pokrytą  pryszczami,  pomiędzy  którymi  rosły 

obrzydliwe, białe kępki włosów. 

Zrobiła  jednak  tak,  jak  prosił:  usiadła,  by  porozmawiać  z  nim  przez  chwilę.  Nie 

potrafiła  jednak  znaleźć  żadnych  słów.  Wyschły  już  dawno  temu.  Nagle  poczuła  rękę, 

obejmującą ją w pasie, i jego twarz blisko swojej. „Nic o tym nikomu nie powiesz, dobrze? - 

szepnął. - Bo inaczej stałbym się pośmiewiskiem całej wioski”. 

Hilda  zamknęła  oczy  i  odetchnęła  głęboko.  Aż  tak  samotna  mimo  wszystko  nie 

jestem! pomyślała. 

background image

Zerwała się i uciekła. Płakała; czuła się tak bezradna i upokorzona... 

Powróciła do teraźniejszości. Wczoraj wieczorem musiało się coś wydarzyć na leśnej 

polanie  na  wzgórzu  nad  Lipową  Aleją.  Przybiegło tak  wiele  ludzi!  Wyglądało  na  to,  że  coś 

tam znaleźli. I przez całą noc płonęło ognisko. 

Ale to nie jej sprawa. 

Ona pozostawała poza społecznością. 

Kiedyś, kiedy jeszcze żyła matka, Hilda mogła spotykać się z ludźmi. Potrafiła nawet 

z nimi rozmawiać. 

Teraz już nie, czuła się tak, jak gdyby zupełnie straciła umiejętność mówienia. 

Nie  odzywała  się  już  nawet  do  ojca.  Wiedziała,  że  jej  obowiązkiem  jest  się  nim 

opiekować,  ale  rzadko  ze  sobą  rozmawiali.  Jeśli  miał  zły  humor,  a  tak  zwykle  bywała,  po 

prostu milczała. 

Zdawała sobie sprawę, że jest skończona jako człowiek, że w ten sposób niszczy samą 

siebie,  ale  jak  mogła  temu  zaradzić?  Tylko  kot  i  pozostałe  zwierzęta  słyszały  jej  głos. 

Wyczuwały,  ile  jest  w  nim  miłości,  pomimo  że  pokrywała  ją  szorstkością. Hilda  tak  bardzo 

bała się przywiązać do czegoś lub kogoś... 

Andreas nie wiedział, do jakiego stopnia poturbowany został pomocnik kata, ale czuł, 

że wciąż kołatały się w nim resztki życia. Chwilami z wozu dobiegał żałosny jęk. 

Kiedy Andreas wjechał na maleńkie podwórko przed chatą na skraju lasu, zaskoczyła 

go panująca tu czystość i dobrze utrzymane zabudowania. Biednie, owszem, ale wszystko w 

najlepszym  stanie.  Nigdzie  nie  było  widać  spróchniałej  belki  czy  deski,  we  wzruszająco 

małym  ogródku  za  płotem  rosły  kwiaty,  a  na  progu  leżał  kot,  który  wyglądał  na 

zadowolonego ze swego domu. 

Andreas zapukał. 

Nikt nie odpowiedział. W środku panowała grobowa cisza. 

Odczekał chwilę, po czym zawołał: 

- Tu Andreas Lind z rodu Ludzi Lodu. Z Lipowej Alei. Przywiozłem Joela Nattmanna. 

Jest ciężko ranny. 

Po  chwili  dobiegł  go  odgłos  kroków  drepczących  po  podłodze.  Drzwi  otworzyły  się 

gwałtownie i kroki oddaliły się znowu. 

Andreas  ostrożnie  pochwycił  rannego,  który  zaraz  zaczął  głośno  jęczeć,  przeniósł  do 

małej, ciemnej izdebki i położył na łóżku. 

Słyszał, że w pomieszczeniu obok głęboko oddycha ktoś bardzo przestraszony. 

Andreas  miał  czas,  by  rozejrzeć  się  po  izbie.  Wszystko  było  lśniąco  czyste.  Na 

background image

kołkach wisiały części kobiecego ubrania, zrozumiał więc, że łóżko należy do dziewczyny. 

- Hildo córko Joela - powiedział. - Czy chcesz, żebym położył twego ojca w komorze? 

Powolutku  otworzyły  się  drzwi.  Na  progu  stanęła  Hilda,  przyciskając  do  twarzy 

chustkę tak, że spoza niej widać było tylko przerażone oczy. 

Nigdy  przedtem  z  bliska  nie  widział  Hildy,  córki  hycla,  zaskoczony  był  więc  jej 

wyglądem. 

Jest  wyższa,  niż  sądziłem,  mniej  więcej  tego  samego  wzrostu  co  Mattias,  pomyślał. 

Twarz,  a  właściwie  jej  widoczny  fragment,  i  ręce  były  wypielęgnowane,  a  ubranie  świeże. 

Pachniało od niej czystością. 

I  te  włosy!  Loki  obejmujące  twarz,  splecione  dalej  w  gruby  warkocz  spływający  po 

plecach. Nigdy jeszcze nie widział tak długich i gęstych włosów. 

Andreas  dziwił  się  coraz  bardziej.  A  więc  ta  dziewczyna  krzątała  się  tak  dzień  w 

dzień, dbając troskliwie o swe otoczenie, a nikt nie przychodził, by na to popatrzeć. Nie było 

tu nikogo być może od piętnastu lat, tylko ten gderliwy ojciec, który doprawdy nie mógł być 

miłym towarzyszem. 

Pomimo nieśmiałości musi tkwić w tej kobiecie zadziwiająca siła, pomyślał. 

- Pomóż mi go przenieść - poprosił tak przyjaźnie jak tylko umiał, rozumiał  bowiem, 

że dziewczyna bliska jest obłędu z zawstydzenia. 

Bez  słowa  ujęła  ojca  za  nogi  i  wspólnie  wnieśli  go  do  maleńkiej  komory,  gdzie  dla 

nich dwojga nie starczyło już miejsca. 

Hilda  ukradkiem  zerkała  na  Andreasa.  Kiedyś,  dawno temu,  wspięła  się  na  wzgórze. 

Stała  tam  rozglądając  się  po  okolicy.  Jej  wzrok  sięgał  aż  do  fiordu,  na  pola  i  wzniesienia, 

które  stawały  się  coraz  bardziej  mgliście  niebieskie,  im  dalej  patrzyła.  Czuła  wtedy  w  sobie 

pustkę, ale i niejasną moc przyciągającą ją do szczytów, do których nigdy nie dotrze. 

To samo odczuwała teraz. 

„Pomóż  mi  go  przenieść”,  powiedział.  Do  niej!  W  tych  słowach  nie  kryło  się  chyba 

nic niedobrego ani pogardliwego? „Pomóż mi go przenieść.” 

Przemówił do niej. 

Andreas  był  pierwszym  przystojnym  młodym  mężczyzną,  jakiego  spotkała. 

Obdarzony  miękkim  głosem,  z  dwornymi  manierami.  Niedoświadczonej  Hildzie  wydał  się 

piękny  jak  z  obrazka.  Zresztą  po  prawdzie  Andreas  Lind  z  Ludzi  Lodu  nie  był  niemiły  dla 

niczyich  oczu.  Potężny  jak  jego  ojciec  i  dziad,  wysoki,  o  szerokiej  piersi  i  wyrazistej, 

dobrotliwej  twarzy  wywierał  korzystne  wrażenie.  Ciemny  kolor  włosów  i  brwi  działał 

przyciągająco, uśmiech był ciepły i stwarzał poczucie bezpieczeństwa. 

background image

Ale Hilda w pełni zdawała sobie sprawę z tego, kim jest i gdzie jest jej miejsce. 

Powiedział  do  niej  coś  o  derce,  która  się  podwinęła,  i  dziewczyna  w  poczuciu  winy 

szybko pochyliła się nad rannym. 

W tej samej chwili wszedł Mattias. 

Hilda zesztywniała, sparaliżował ją strach. Znów zasłoniła twarz chustką. 

- To  doktor -  wyjaśnił  Andreas. -  Mattias  Meiden.  Posłałem  po  niego,  to  mój 

krewniak. 

Spuściła  głowę,  zawstydzona.  Zdążyli  jednak  zauważyć,  że  ma  piękną  twarz.  Nie 

całkiem  młodziutką,  ale  o  delikatnych,  niemal  klasycznych  rysach.  Między  nią  a  ojcem  nie 

było ani krztyny podobieństwa. 

Mattias,  który  powitał  ją  tak  uprzejmie,  że  aż  złożyła  przed  nim  ukłon,  pochylił  się 

nad  Joelem  Nattniannem.  Hilda  przyniosła  naczynie  z  ciepłą  wodą  i  czystą  ściereczkę  i 

zaczęła obmywać twarz ojca. 

Od czasu do czasu rzucała gościom przerażone spojrzenie, jak gdyby spodziewała się, 

że zaraz spadnie na nią grad wyzwisk. 

Mattias  uśmiechnął  się  do  niej  przyjaźnie,  a  żaden  uśmiech  nie  działał  tak 

uspokajająco jak jego. Zauważyli, że dziewczyna nie jest już tak spięta, sprężona do obrony. 

Hycel z jękiem na krótką chwilę wrócił do przytomności. 

- Przestań  szarpać  mnie  za  twarz,  cholerna,  głupia  dziewucho! -  wysyczał  przez 

rozchwiane zęby, po czym znów zamknął oczy. 

Dziewczyna zagryzła usta, widząc straszliwie zmasakrowane oblicze ojca. 

- Wyliże się z tego - orzekł Mattias. 

Hilda popatrzyła na nich pytająco. 

- To  nie  była  jego  wina -  wyjaśnił  Andreas,  a  oczy  dziewczyny  zwróciły  się 

natychmiast  w  jego  kierunku. -  Chyba  wiem,  co  się  stało.  Uznano,  że  to  on  winien  jest  tej 

zbrodni. 

Odruchowo spojrzała w stronę otworu okiennego wychodzącego na daleką łąkę. 

- Tak, to było tam - powiedział Mattias. - Wiedziałaś o tym? 

Pokręciła głową. 

- Czy twoi przyjaciele nic ci nie powiedzieli? Cztery martwe kobiety. 

Powtórzyła niemal bezgłośnie: 

- Przyjaciele? 

Andreas i Mattias wymienili spojrzenia. Córka hycla nie miała żadnych przyjaciół. 

- Cztery  kobiety? -  dorzuciła,  nieco  już  ośmielona,  ponieważ  jak  dotąd  z  niej  nie 

background image

drwili.  Ale  nadal  zachowywała  czujność,  zdradzało  ją  uciekające  spojrzenie.  Była  niby 

ślimak, gotów schować czułki na pierwszy sygnał ostrzegawczy. 

Słyszała,  że  jej  głos  jest  zachrypnięty;  nie  nawykła  do  mówienia.  Chrząknęła 

nerwowo. 

- Tak, cztery kobiety - rzekł  Andreas. - Zostały zamordowane. Czy wiesz coś o tym? 

Może przypadkiem cokolwiek słyszałaś albo widziałaś wiosną lub jesienią? 

Zastanawiała  się,  a  oni,  w  oczekiwaniu  na  odpowiedź,  mogli  teraz  otwarcie  się  jej 

przyjrzeć. Miała zamyślone oczy, trochę jakby smutno rozmarzone. Wydała im się zagubiona 

i zrezygnowana. Ale była piękna i pełna godności. I bardzo pociągająca. 

- Nie... - odparła niepewnie. 

- Jeśli coś przyjdzie ci na myśl, powiedz nam o tym - poprosił Mattias. 

Skinęła  głową;  przypomniała  sobie,  kim  jest  naprawdę,  i  oblała  się  rumieńcem.  Już 

chciała przepraszać za to, że ośmieliła się przemówić, ale opanowała się w porę. 

Mattias opatrzył Joela Nattmanna tak starannie, jak tylko się dało. 

- Najlepiej  będzie,  jeśli  rozpowiemy,  że  twój  ojciec  jest  umierający -  stwierdził. - 

Ludzie są wzburzeni, znaleźli więc sobie kozła ofiarnego. Taka wiadomość ich powstrzyma. 

Ci,  którzy  się  tego  dopuścili,  będą  mieć  wyrzuty  sumienia.  Ale  na  wszelki  wypadek  przez 

najbliższe  dni  zamykaj  drzwi  na  skobel!  I... -  zawahał  się -  nie  powinnaś  wychodzić  po 

ciemku. 

Kiedy  zrozumiała,  że  mają  zamiar  ją  opuścić,  w  jej  oczach  zapłonęła  prośba 

pomieszana z lękiem. 

- Och,  nie  możecie  mi  odmówić  skromnego  poczęstunku:  Mam  ciastka  i  napój 

miodowy. Zaraz wszystko podam. 

Zauważyli, że dziewczyna stara się wysławiać możliwie najstaranniej. 

Już zerwała się na nogi i krążyła między kuchnią a spiżarką. 

Mężczyźni  popatrzyli  na  siebie.  Obydwaj  byli  na  tyle  dobrze  wychowani,  by  z 

podziękowaniem przyjąć gościnę, chociaż nie mieli czasu. 

Hildę  wypełniała  radość.  Oczy  lśniły  na  przemian  nadzieją  i  trwożną  niepewnością. 

Wystawiła  na  stół  dzban  z  napojem,  a  teraz  szła  z  półmiskiem  pełnym  cudnie  przybranych 

ciastek. 

O  mój  Boże,  pomyślał  Mattias.  Zostały  upieczone  na  minione  święta  Bożego 

Narodzenia! Takie piękne! I nikt ich nie jadł, nikt ich nawet nie widział. 

Gestem  trzęsących  się  dłoni  zaprosiła  ich,  by  usiedli  na  pieńkach,  zastępujących 

krzesła:  Sama  stanęła  z  boku,  obserwując  z  uwagą,  czy  niczego  im  nie  brakuje.  Nie  mogła 

background image

jednak ustać spokojnie. Wciąż musiała podchodzić do stołu i coś poprawiać - a to przesunęła 

półmisek w ich stronę, to znów ułożyła kwiaty w inny sposób... 

Ciastka  okazały  się  twarde  jak  kamienie,  ale  dyskretnie  maczali  je  w  napoju 

miodowym i chwalili, że są takie piękne i smaczne. Hilda odwracała twarz, ale i tak widzieli 

jej  błyszczące  szczęściem  oczy.  Zanim  podziękowali  za  gościnę,  wmusili  w  siebie  jeszcze 

parę kamiennych smakołyków. 

- Wrócimy tu jutro - obiecał Mattias. - Zobaczymy, jak miewa się twój ojciec. 

Skinęła  głową.  Wyjęła  chudą  sakiewkę,  chcąc  zapłacić  doktorowi,  ale  ten  z 

uśmiechem pokręcił głową. 

- O  tym  porozmawiamy  później.  Być  może  jeszcze  wiele  razy  będę  tu  przychodził, 

nim twój ojciec wyzdrowieje. Żegnaj, Hildo córko Joela, dziękujemy za poczęstunek! 

Mężczyźni w  milczeniu schodzili  brzegiem pól, zatopieni we własnych  myślach. Nie 

musieli wcale się odwracać; i tak wiedzieli, że Hilda stoi na podwórku i spogląda za nimi. 

- Jak mało znamy swych najbliższych sąsiadów! - powiedział Andreas. 

- Tak - odrzekł  Mattias. -  Słyszałem,  że  ostrzegłeś  ją  przed  wilkołakiem.  Dyskretnie. 

To dobrze... 

Kiedy  nie  było  już  ich  widać,  Hilda  weszła  do  domu.  Rozejrzała  się  dokoła  ze 

zdziwieniem. Teraz wszystko było dla niej zupełnie nowe. 

Tu  właśnie  siedzieli.  Wiedziała,  że  te  miejsca  nigdy  nie  będą  już  takie  same  jak 

przedtem. Leciutko musnęła ręką belkę w ścianie, o którą opierali się ramionami. Dotykali jej 

półmiska,  ciepło  ich  dłoni  nadal  żyło  w  drewnie.  A  tutaj  on  pochylał  się  nad  ojcem. 

Powiedział, że derka się podwinęła, i wspólnie ją wygładzili. 

Oglądał jej kwiaty na stole. Szkoda, że nie nazbierała więcej. 

Na jutro musi... 

Jutro mają tu wrócić. A może tylko doktor? Ten o dobrych oczach? 

Może on jutro nie przyjdzie? Gospodarz nie  ma chyba tyle czasu, by włóczyć  się po 

obcych domach? 

Hilda zajrzała do ojca, który nadal nie dawał znaku życia, po czym znów wyszła przed 

dom i patrzyła na Lipową Aleję. 

Andreas  i  Mattias  mieli  zamiar  się  pożegnać  i  powrócić  każdy  do  swego  domu,  gdy 

spotkali Branda. 

- Ojciec zebrał całą rodzinę - powiedział. - Chce  z nami porozmawiać. Chodź więc  z 

nami do Lipowej Alei, Mattiasie. 

Cała  norweska  gałąź  rodu  zgromadziła  się  w  paradnej  izbie  Branda  i  Matyldy.  Pani 

background image

domu upiekła jęczmienne ciastka, które podała ze śmietaną. Młodzi mężczyźni popatrzyli na 

siebie i cicho jęknęli. W żołądkach ciągle jeszcze czuli ciężar świątecznych wypieków Hildy. 

Are, majestatyczny patriarcha z siwą brodą, odetchnął głęboko i rozpoczął przemowę: 

- Odkrycie  zwłok  postawiło  nas  w  bardzo  trudnej  sytuacji.  Chciałem  z  wami  o  tym 

pomówić, zanim wójt zwróci uwagę na naszą rodzinę. Wiecie, jak delikatnym tematem są dla 

nas  czary.  Dlatego  sami  powinniśmy  wiedzieć,  na  czym  stoimy  i  kogo  możemy  wyłączyć  z 

podejrzeń. 

- Ależ,  ojcze -  oburzył  się  Brand. -  Nie  posądzasz  chyba  nikogo  z  nas?  I  chyba  nie 

wierzysz w wilkołaki? 

- Oczywiście, że  nie.  Ale  nas  nietrudno jest zaatakować i dlatego powinniśmy umieć 

się  bronić.  Ci,  którzy  będą  najbardziej  narażeni  na  podejrzenia,  muszą  znaleźć  wsparcie  u 

pozostałych. Teraz i później. Niepokoi mnie sznur czarownicy. 

Zebrani  pokiwali  głowami.  Eli,  szesnastolatka,  delikatna  i  szczuplutka,  rzuciła  swej 

przybranej  matce  Gabrielli  pytające  spojrzenie.  Chciała  wziąć  jeszcze  jedno  ciastko. 

Gabriella,  jakby  nieobecna  duchem,  skinęła  głową.  Dziewczyna  ciągle  jeszcze  powinna 

nabierać ciała. Kaleb popatrzył na Eli nieco surowiej, ale nie protestował. On i Eli stali poza 

kręgiem podejrzanych, podobnie jak Irja i Matylda, ale wszyscy czworo, głęboko związani ze 

swymi bliskimi, poczuwali się wobec nich do lojalności. 

Are zdecydował: 

- Musimy  bliżej  przyjrzeć  się  potomkom  Ludzi  Lodu,  każdemu  po  kolei.  Przede 

wszystkim  możemy  wykluczyć  Cecylię  i  Tancreda  oraz  jego  małą  córeczkę  Lenę,  to  chyba 

jasne? 

- Tak - potwierdziła Gabriella. - I Mikaela, syna Tarjeia. 

- Oczywiście -  zgodził  się  Are.  W  jego  oczach  pojawił  się  smutek,  jak  zawsze  gdy 

była  mowa  o  Mikaelu. -  Z  mojej  strony  chodzi  więc  zatem  o  mnie  samego,  Branda  i 

Andreasa. Czy możemy powiedzieć, że wykluczamy Andreasa, który przecież odkrył zwłoki i 

był tym bardzo wstrząśnięty? Prawdą jest, że nigdy nie widziałem go tak wzburzonego. 

- Tak - zgodziła się cała rodzina. - Wyłącz go! 

- Dobrze!  Ze  strony  Liv  mamy  samą  Liv,  Taralda,  Mattiasa  i  Gabriellę.  Czy  o  kimś 

zapomniałem? 

Nie, zostali wymienieni wszyscy bez wyjątku potomkowie Tengela i Silje. 

- Ale  cóż  to  za  czary? -  dopytywał  się  Kaleb. -  Dziewięć  różnych  sznurków 

związanych razem? Co to ma znaczyć? 

Are uśmiechnął się. 

background image

- Teraz przydałoby się poradzić jednego z dotkniętych w rodzie. Ale wśród nas nie ma 

nikogo  takiego.  Jedynie  Cecylia  posiada  odrobinę  nadnaturalnych  zdolności,  potrafi 

przekazywać myśli. Jednak ona jest w Danii i z pewnością nie zna się na węzłach czarownic. 

A Mattias, który  ma w swych rękach wszystkie czarodziejskie środki Ludzi  Lodu, nigdy  się 

nimi szczególnie nie interesował, prawda? 

- Nie - odparł Mattias. - Tylko tym, co mogę wykorzystać w leczeniu. Jest tego sporo, 

ale węzełki do tego nie należą. 

- Myślę, że o kimś zapominasz, drogi braciszku - łagodnie zwróciła się Liv do Arego. 

Nadal  wyglądała  młodzieńczo  pomimo  swych  siedemdziesięciu  jeden  lat. -  Zapominasz,  że 

mam sporą wiedzę na ten temat, chociaż wolałam to przemilczeć. 

- Ty? - Are był zdumiony. 

Liv uśmiechnęła się smutno. 

- Chyba  pamiętacie,  że  widziałam  przedstawicieli  siedmiu  pokoleń  dotkniętych  z 

Ludzi Lodu. 

- Siedmiu? To niemożliwe! - zdziwił się Andreas. 

- Owszem.  Spotkałam  czarownicę  Hannę.  To  prawda,  miałam  wtedy  zaledwie  trzy 

lata,  ale  pamiętam  ją.  Och,  Boże,  dobrze  ją  pamiętam!  Kto  raz  ją  ujrzał,  nie  zapomni  jej 

nigdy. W Dolinie Ludzi Lodu żyła jeszcze jedna wiedźma z tego samego pokolenia co Hanna, 

widzicie więc, w jednym pokoleniu może narodzić się więcej dotkniętych, ale ja nigdy jej nie 

widziałam.  Zetknęła  się  z  nią  tylko  moja  matka, Silje.  Ja  za  to  znałam  Grimara,  siostrzeńca 

Hanny, młodszego od niej o jedno pokolenie. To już dwoje. Następnie mój ukochany ojciec, 

Tengel Dobry. W moim pokoleniu była kuzynka Sol, dla nas jak siostra. Tronda znałam tylko 

jako  wesołego,  dobrego  chłopca,  nie  przypuszczałam  nawet,  że  jest  jednym  z  dotkniętych, 

dopiero  później... -  W  głosie  Liv  zadźwięczał  przejmujący  smutek. -  Kolgrima  znaliśmy 

wszyscy. Żaden epizod w tragicznej historii Ludzi Lodu nie sprawia mi takiego bólu jak myśl 

o  biednym  Kolgrimie.  I  jeszcze  Are  i  ja  byliśmy  jedynymi,  którzy  widzieli  dotkniętą  córkę 

Gabrielli. - Liv zrobiła krótką przerwę, po czym mówiła dalej: - Uczyłam się ukradkiem. Od 

ojca, a przede wszystkim od mojej ukochanej siostry Sol. Była nieokiełznana, nieszczęśliwa, 

ale jednocześnie pełna radości i chęci życia. Lubiła chwalić się swoimi umiejętnościami. Stąd 

właśnie sporo wiem a czarach, chociaż nigdy nie wpadło mi do głowy, by je praktykować. 

- A te węzły? - cicho zapytała Irja. 

- Ach,  tak, one -  uśmiechnęła  się  Liv. -  One  nie  mają  nic  wspólnego  ze  śmiercią  czy 

przemocą.  Zawiązuje  się  je  po  to,  by  krowa  sąsiada  nie  dawała  mleka.  Ten  rodzaj  czarów 

określiłabym jako całkiem niegroźny. Sol nigdy go nie uznawała. 

background image

- Cóż więc robił sznur w dłoni zmarłej kobiety? 

- Tego  nie  wiem.  Miał  pewnie  oznaczać,  że  kobieta  znała  się  na  czarach  lub 

przynajmniej się nimi interesowała. A pozostałe zmarłe, czy coś przy nich znaleziono? 

- Tak. Wójt odkrył coś przy tej, którą Andreas znalazł jako pierwszą. Tę, która została 

złożona  w  ziemi  jako  przedostatnia -  powiedział  Are. -  Miała  przy  sobie  chustkę,  niegdyś 

białą, z zawiniętą w środku ziemią. 

Liv uśmiechnęła się leciutko. 

- Prawdopodobnie  ziemia  z  cmentarza.  To  jeszcze  bardziej  niewinny  środek.  Należy 

go  włożyć  do  łoża  osoby,  którą  się  kocha.  Oczywiście  najlepiej  położyć  się  tam  samemu,  a 

wtedy miłość nie będzie miała granic. 

- Czy Sol w to wierzyła? - zapytała Gabriella. 

- Bardzo ją to bawiło, często mówiła żartem, komu powinna coś takiego podłożyć. Ale 

czy w to wierzyła... Tego mi nie powiedziała. Musicie zrozumieć, że czary ściśle wiążą się z 

osobą, która je uprawia. Gdybym ja spróbowała takich sztuczek, nic by z nich nie wyszło. A 

to, że Sol robiła różne rzeczy, nie wiązała się wcale z magicznymi przedmiotami, którymi się 

posługiwała.  Ona  miała  wrodzone  zdolności.  Samą  siłą  woli  dokonywała  rzeczy 

niemożliwych. Are i ja byliśmy świadkami przedziwnych wydarzeń. 

- A więc wszyscy dotknięci w rodzie  Ludzi Lodu  mają takie  same zdolności? - pytał 

Kaleb. 

- Mniej  więcej.  Czasami  dziedzictwo  wybucha  jako  czyste  zło  i  nic  innego,  czasami 

może  być  ukryte  jak  u  Tronda...  Hanna  i  Sol  natomiast  posiadały  ogromną  nadprzyrodzoną 

moc, prawdopodobnie mój ojciec także, ale on nie chciał się nią posługiwać. 

- Chwileczkę - wtrąciła się Gabriella. - Babcia mówi, że taka moc może być ukryta... 

Liv skinęła głową. 

Potem zabrał głos Are: 

- Dotknęłaś  czułego  punktu.  Tego  właśnie  obawiam  się  teraz:  że  jest  między  nami 

ktoś, kto posiada złą moc, a inni o tym nie wiedzą. 

- Nie wierzę w to - wyrwało się Irji. 

- Tak,  to  bardzo  nieprawdopodobne.  Dlatego  właśnie  zebrałem  was  tutaj,  żeby 

rozważyć wszystkie możliwości. 

Odezwał się wzburzony Tarald: 

- Jest  chyba  nie  do  pomyślenia,  że  u  matki  i  wuja  Arego  przez  siedemdziesiąt  lat 

niczego nie zauważono! 

Wszyscy się z nim zgodzili. 

background image

- Dziękuję wam - uśmiechnął się Are. - Wobec tego pozostaje Brand, Tarald, Mattias i 

Gabriella. 

- Muszę  prosić  o  wykluczenie  Gabrielli -  powiedział  od  razu  Kaleb. -  Od  rana  do 

wieczora  zajmuje  się  naszym  domem  sierot,  a  potem  wskakuje  do  łóżka.  O  ile  wiem,  przez 

ostatni rok nie wybrała się nigdzie sama. 

- Nawet w odwiedziny do Lipowej Alei lub do Grastensholm? 

- Gabriella?  Nikt  na  świecie  nie  boi  się  ciemności  bardziej  niż  ona.  Muszę  ją 

odprowadzać nawet w ustronne miejsce. 

- Tak, a ja znam kogoś, kto co wieczór zasypia na krześle - powiedziała Irja. - Muszę 

niemal dąć w róg, by rozbudzić go na tyle, żeby przynajmniej doszedł do łóżka. 

Wszyscy  się  uśmiechnęli.  Wiedzieli,  że  Tarald  co  wieczór  wypijał  porządnego 

kielicha,  nie  urządzając  jednak  przy  tym  pijackich  awantur.  Tarald  zawsze  stanowił  słabe 

ogniwo  wśród  potomków  Ludzi  Lodu.  Podczas  gdy  większość  z  nich  była  ludźmi  silnymi - 

dobrymi lub złymi, on pozostał przeciętny, miał bardzo słaby charakter i wyłącznie dzięki Irji 

zdołał  zachować  godność.  Miły  i  życzliwy,  temu  nikt  nie  zaprzeczał,  był  też  dobrym 

gospodarzem,  ale  charakteryzował  się  niepewnością  w  podejmowaniu  decyzji,  niestałością  i 

skłonnością  do  działania  po  linii  najmniejszego  oporu  bez  zastanawiania  się  nad 

konsekwencjami. 

Liv spoglądała na swego jedynego syna z troską w oczach. Gdyby ktokolwiek z rodu 

zdolny był popełnić te ohydne morderstwa, to jedynie Tarald. Ale za nim stała Irja, a ona była 

prawomyślna jak mała kto. Gdyby podejrzewała męża, pomogłaby mu, lecz w zupełnie inny 

sposób. Doprowadziłaby do tego, by pojął całe zło popełnionych uczynków, wyjaśnił motywy 

swojego postępowania  i przyznał  się do wszystkiego. Potem dopiero walczyłaby  jak  lwica o 

jego uniewinnienie. 

Jednak  chociaż  Tarald  nie  był  człowiekiem  o  silnej  osobowości,  Liv  nie  potrafiła 

wyobrazić go sobie w roli mordercy kobiet. Nie, to było absolutnie nie do przyjęcia. Miała na 

myśli  po  prostu tylko to,  że  wszyscy  inni  stali  poza  podejrzeniami  już  kiedy  wzięło  się  pod 

uwagę ich charaktery i usposobienie. 

Sam fakt, że Irja wystąpiła w obronie Taralda, wystarczył, by go oczyścić. A poza tym 

Tarald w roli wilkołaka? Zupełna niedorzeczność! 

Często  rozmyślała  nad  dwójką  swoich  dzieci.  Cecylia,  taka  silna,  nieodrodna  córka 

Ludzi Lodu... Tarald, jak często twierdziła, musiał wdać się w dziadka ze strony ojca, Jeppe 

Marsvina, który uwiódł młodą Charlottę Meiden, a następnie po prostu zniknął. 

- Tak,  a  ja  mogę  zaświadczyć  za  Branda -  Matylda  uśmiechnęła  się  niepewnie. - 

background image

Należę do tych osób, które zawsze wiedzą, gdzie znajdują się najbliżsi. Kiedy więc on miałby 

znaleźć czas, żeby mordować kobiety, tego nie rozumiem. 

- No  tak,  zwłaszcza  że  musiałby  przecież  najpierw  bliżej  je  poznać -  powiedział 

Andreas. -  Chodzi  mi  o  to,  że  cztery  kobiety  raczej  nie  trafiają  przypadkowo  w opuszczone 

miejsce tylko po to, by zostać zamordowane? 

- Chyba  że  to  były  czarownice -  stwierdził  Kaleb -  które  miały  zwyczaj  tam  się 

spotykać. 

- Posłuchajcie,  uważam,  że  stajecie  się  mało  przyjemni -  obruszył  się  Mattias. - 

Wyeliminowaliście wszystkich po kolei. I kto zostaje? Ja! Czy to jest sprzysiężenie przeciwko 

mnie? 

Cała  rodzina  wybuchnęła  śmiechem.  Mattias  w  roli  zbrodniarza?  Nie,  to  po  prostu 

niemożliwe! Nie ma takich dobrych, przyjaznych i nieszkodliwych wilkołaków! 

Weszła jedna ze służących. 

- Wójt jest tutaj - oznajmiła z oczami pełnymi lęku. 

Wprowadzono przedstawiciela władzy. 

- Widzę, że zebrał się cały klan. To dobrze, ominie mnie sporo jeżdżenia. 

- Coś nowego? - zapytał Are. 

- Nic poza tym, że mamy do czynienia z czarami. 

- Wątpię w to - stwierdziła Liv. 

- Dlaczego więc miały przy sobie te sznury z węzłami? 

- Sama  zadaję  sobie  to  pytanie.  To  zupełnie  bez  sensu.  Gdyby  naprawdę  były 

czarownicami,  miałyby  jeden  sznurek  z  trzema  supłami  wpleciony  we  włosy.  To  jest  znak, 

którym posługują się kobiety tego rodzaju. Twierdzą, że to sam Szatan im go zawiązał, kiedy 

były na Blokksberg. 

Wójt  wpatrywał  się  w  nią  jak  sroka  w  gnat;  dopiero  po  dłuższej  chwili  odzyskał 

mowę. 

- Ależ tak właśnie było. Wszystkie to miały, co do jednej!  A  ja sądziłem, że to jakaś 

modna ostatnio fryzura! 

Liv zaparło dech w piersiach. 

- A więc to były czarownice! Wobec tego cała sprawa nabiera innych wymiarów. 

Rozumieli, co ma na myśli. Oznaczało to, że w sprawę mógł być zamieszany jeden z 

potomków Ludzi Lodu. Żaden z dotkniętych nigdy nie potrafił oprzeć się magii czarów. 

Dotychczas udało się to tylko Tengelowi Dobremu. 

Liv  rozejrzała  się  dokoła.  Are?  Nic  nie  było  mu  bardziej  obce  niż  wszelkie 

background image

ponadnaturalne zjawiska. 

Któraś  z  osób,  które  wżeniły  się  w  rodzinę?  Eli,  to  biedne  dziecko,  które  znalazło 

ciepły, bezpieczny domu Gabrielli i Kaleba? Ona boi się własnego cienia. 

Irja? O nie, Liv znała swoją synową jak siebie samą. 

Matyldy  nie  znała  tak  dobrze,  ale  krzepka  chłopka  obydwiema  nogami  stała  tak 

mocno na ziemi, że pod tym względem przewyższała nawet swego męża Branda. 

Wójt spoglądał na nich surowo. 

- Wszystkim  wiadomo,  że  wasz  ród  z  dawien  dawna  wdawał  się  w  różne  podejrzane 

sprawki.  Ja  nie  mam  więc  żadnych  wątpliwości.  To  ktoś  z  was  kryje  się  za  tymi 

potwornościami. I ja na pewno dowiem się, kto! 

Liv podniosła się dostojnie. 

- Nie -  powiedziała  stanowczo. -  Nie,  nie  i  jeszcze  raz  nie.  Tuż  przed  waszym 

przybyciem, panie wójcie, omawialiśmy tę możliwość, pamiętając o tym; że nasz ród posiada 

szczególne zdolności. Ale to nie dotyczy żadnej z obecnych tu osób. I co więcej, żadne z nas 

nie  mogło  tego  uczynić,  nie  miało  ku  temu  sposobności.  Możecie  nas  wypytywać  do  woli. 

Wkrótce zorientujecie się, że nikt z naszej rodziny  nie pozostawał wystarczająco długo sam. 

Nie  chodzi  wszak  o  to,  by  pobiec  na  skraj  lasu  i  zabić  pierwszą  przechodzącą  tamtędy 

kobietę. Tam na górze nie ma przecież żadnej drogi. I trzeba chyba najpierw poznać bliżej te 

kobiety,  jeżeli  nie  jest  się  wilkołakiem,  który  zabija  bezmyślnie  podczas  każdej  pełni 

księżyca. Wszystkie opowieści o wilkołakach to tylko przesądy. Jak sądzicie, kiedy ktoś z nas 

miałby okazję zawrzeć znajomość z tymi kobietami? 

- Wkrótce się tego dowiemy, baronowo - odpowiedział wójt srogo. 

- Zaczynajcie więc - powiedziała Liv i usiadła. 

Mattias cicho chrząknął. 

- Wybaczcie  mi -  zaczął,  kierując  swe  anielskie  spojrzenie  na  wójta. -  Jako  medyk 

chciałbym  dokładniej  przyjrzeć  się  zwłokom.  Może  będę  mógł  stwierdzić,  w  jaki  sposób 

zgładzono owe niewiasty? 

- Przyszło  wam  to  do  głowy  w  samą  porę! -  warknął  wójt. -  To  były  czarownice,  a 

taką hołotę należy jak najszybciej spalić. To już zostało zrobione. 

- O święta naiwności! - westchnął Andreas, a wójt popatrzył na niego wrogo. 

- Wiadomo  przecież,  że  nie  umarły  naturalną  śmiercią -  mruknął. -  Na  ciałach  i  na 

ubraniu widniały  ślady pazurów. To czary  i nieczyste  moce zabrały  je z tego świata, nie  ma 

więc o czym mówić. 

Brand był zirytowany. 

background image

- Zanim  dojdziecie  do  wniosku,  że  uczynił  to  ktoś  z  nas,  powinniście  też  wziąć  pod 

uwagę innych. 

Wszyscy  w  rodzinie  znali  Branda.  Wiedzieli,  że  długo  pamięta  doznane  urazy.  Wójt 

rozgniewał go, więc Brand nigdy więcej nie będzie w stanie spokojnie znieść tego człowieka. 

Wójt zaatakował jego ukochaną rodzinę, a to było niewybaczalne! 

- Nie zapominam o nikim - obruszył się grubiański przedstawiciel władzy. - Zarówno 

Joel Nattmann, jak i Jesper syn Klausa pozostają pod moją obserwacją. 

Mattias powiedział: 

- Joel  Nattmann  jest  umierający.  W  nocy  napadli  go  ludzie  z  wioski.  Być  może 

przyjdzie wam wyjaśniać jeszcze jedno zabójstwo. 

Wójt mruknął pod nosem coś, czego nikt nie usłyszał, i rozpoczął przesłuchania. 

Po  półgodzinie  opuścił  dwór.  Po  sposobie,  w  jaki  stawiał  kroki,  można  było  poznać, 

że jest bardzo rozwścieczony. W murze dowodów niewinności nie znalazł najmniejszej nawet 

wyrwy. 

Kiedy wyszedł, wszyscy zgodnie orzekli, że jest kompletnym durniem. 

- Cóż za pytania nam zadawał! - oburzał się Andreas. - Nawet ja zrobiłbym to lepiej. 

- Tak -  powiedział  Are. -  Właśnie  o  tym  myślałem.  Ten  człowiek  nie  ma  pojęcia,  o 

czym  mówi.  O  ile  z  taką  samą  zawziętością  rzuci  się  na  Joela  Nattmanna  i  bezbronnego 

Jespera, to w żaden sposób się nie wywiną. Jeśli zdamy się na tego łajdaka, wkrótce wszyscy 

zawiśniemy  na  stryczku.  Andreasie,  musisz  zbadać  tę  sprawę  na  własną  rękę.  Masz  dość 

rozumu, by się tym zająć. 

- Dziękuję -  uśmiechnął  się  Andreas. -  Ta  propozycja  wydaje  się  kusząca.  Zacznę  od 

razu. Dziadku, gdzie byłeś, kiedy zamordowano te kobiety? 

- Co? Widzę, że nauka wójta nie poszła w las. Umiesz już zadawać niemądre pytania - 

śmiał się Are. 

- Chciałbym,  żeby  Kaleb  mi  pomógł.  On  przecież  zna  się  na  prawie -  poprosił 

Andreas. 

- Chętnie - zgodził się Kaleb. 

- Doskonale -  powiedział  Are. -  Uważam,  że  powinniście  pójść  do  Jespera,  zanim 

dotrze tam wójt. Brandzie, idź z nimi. Jesper to twój stary przyjaciel. 

Brand obiecał, że to zrobi, po czym zgromadzenie się rozeszło. 

Wszyscy  pragnęli,  aby  byli  teraz  z  nimi  Cecylia  i  Alexander,  bowiem  nikt  inny  tak 

pewnie i skutecznie jak oni nie potrafił radzić sobie w zagmatwanych sytuacjach. 

background image

ROZDZIAŁ III 

Jesper  już  tylko  od  czasu  do  czasu  pomagał  w  stajni  na  Grastensholm.  Poza  tym 

ciężką pracą zmienił swoją maleńką zagrodę w prawdziwe gospodarstwo. Wykarczował las i 

usunął z ziemi kamienie, a w ramach zapłaty dostał od Taralda cielątko i źrebaka. Zwierzęta, 

teraz już odhodowane, stały się użyteczne. Cielątko zamieniło się w krowę, która wydała na 

świat kolejno trzy jałówki. Tak więc Jesper miał czym się chwalić. 

Dotychczas jednak się nie ożenił. 

Silna męska ekipa, składająca się z Andreasa, Branda, Kaleba i Mattiasa, przybyła do 

leśnej zagrody po południu. 

Jesper  w  tym  czasie  orał.  Zamachał  do  nich  wesoło.  Andreas,  widząc  pług 

zagłębiający  się  w  ziemię,  poczuł  mrowienie  w  krzyżu:  Niewiele  brakowało,  by  krzyknął: 

„Uważaj na zwłoki!” 

- Brand,  stary  przyjacielu! -  zawołał  Jesper,  wychodząc  im  na  spotkanie. - 

Przyprowadziłeś swojego chłopaka! I doktora! I pana Kaleba! O rany! 

Andreas obruszył się nieco słysząc, że mówi się o nim „chłopak”. 

- O,  ale  ty  posiwiałeś,  Brandzie -  powiedział  Jesper  niezbyt  taktownie,  jakby  nie 

dostrzegając, że wiek znacznie wyraźniej odbił się na nim samym. 

Zaprosił  ich  do  izby.  O  tym,  że  należała  do  starego  kawalera,  świadczył  nie  tylko 

bałagan, ale i zapach. Andreas poczuł nagłą ochotę, by złapać za szczotkę i mydło. 

- Powinieneś poszukać sobie baby, Jesperze. 

- Nie mógłbym wtedy spotykać się więcej z dziewczętami! Tego nie da się pogodzić! 

Przygotowali  sobie  miejsca  do  siedzenia,  usuwając  z  nich  ubrania  i  inne  rzeczy,  i 

usiedli. 

- Jesperze, czy słyszałeś, co wczoraj znalazł Andreas? 

Ufne niebieskie oczy spojrzały spod siwej grzywki. 

- Nie. 

Andreas wyjaśnił: 

- Znalazłem  cztery  zamordowane  kobiety,  pogrzebane  na  tej  niedużej  łące  na  dole, 

niedaleko stąd. Niedługo przybędzie tu wójt, by spytać cię, czy to nie ty je zabiłeś. Czy wiesz 

coś o tym? 

Jesper  długo  wpatrywał  się  w  nich  z  rozdziawionymi  ustami,  a  potem  wybuchnął 

urażony: 

background image

- Co takiego? Ja miałbym uśmiercać jakieś kobiety? Dlaczego miałbym to robić? 

- No, wójt może pomyśleć, że coś poszło nie po twojej woli i wpadłeś w gniew. 

Jesper parsknął z pogardą. 

- Nie po mojej woli? Naprawdę nie potrzebuję zmuszać kobiet do niczego, nigdy  nie 

musiałem tego robić. 

- No  cóż -  powiedział  Brand  dobrotliwie. -  Może  nie  jesteś  taki  uwodzicielski  jak 

kiedyś. 

W  istocie  niewiele  już  zostało  z  dawnego,  pełnego  nieodpartego  uroku  Jespera. 

Wydawało się, że obcina brodę tępymi nożycami, nigdy bowiem nie była równa. Brakowało 

mu kilku zębów, a ubraniu nie zaszkodziłoby pranie. 

Pokrywając zmieszanie śmiechem, Jesper zgodził się z Brandem. 

- To prawda, dziewczęta nie garną się do mnie tak jak dawniej. Ale żebym miał kogoś 

zabijać, nie, co to, to nie! Taki nie jestem! 

- My o tym wiemy, ale wójt jest głupi. Kiedy wbije sobie coś do głowy, wszystko do 

tego dopasowuje. Nie pozwól mu się zaatakować, Jesperze - mówił Kaleb. - Znam się trochę 

na  prawie  i  postaram  się  dopilnować,  by  nie  popełnił  w  stosunku  do  ciebie  żadnej 

niegodziwości. Proś najpierw o rozmowę ze mną, tego nie może ci odmówić. 

Jesper chciał zaprosić gości na poczęstunek, ale pospiesznie podziękowali, tłumacząc 

się, że dopiero co jedli. 

Przed wyjściem Brand jeszcze raz powtórzył swoją radę. 

- Naprawdę  powinieneś  się  ożenić,  stary  przyjacielu.  Pomyśl  o  wszystkich 

podstarzałych pannach i wdowach, tęskniących za mężczyzną, którym mogłyby się zająć. 

- Podstarzałe panny i wdowy? One są do niczego. Ja chcę dzierlatek! 

- Być może młode dziewczęta myślą podobnie. Ty także nie będziesz wiecznie młody. 

A te dojrzalsze są dużo lepsze. Spróbuj choć raz! 

Jesper zrezygnowany rozglądał się po izbie. 

- To z pewnością nie byłoby takie głupie, o nie. Tym bardziej że i tak muszę skończyć 

z  pukaniem  do  dziewek  służących.  Pojawiło  się  ostatnio  tak  wielu  młodych  chłopaków! 

Smarkacze  jeszcze, dwudziestokilkulatki. Nawet nie wiedzą,  jak zabrać się do rzeczy, ale są 

dziarscy,  mnie  jest więc coraz trudniej. - Przekrzywił głowę  i zamyślił się. - Wiem o  jednej, 

która na pewno byłaby chętna... Jak myślicie, czy powinienem ją zapytać? 

- Wydaje  się,  że  dziewczęta  wolą  prawdziwe  zaloty  od  próśb,  by  cię  wpuścić  pod 

pierzynę na jedną noc - powiedział Brand. - A jeśli ta pierwsza ci odmówi, są jeszcze inne na 

świecie... 

background image

- Czy nigdy nie jesteś zakochany, chłopie? - zdziwił się Kaleb. 

Oczy Jespera zrobiły się wielkie jak spodki. 

- Jasne, że jestem! W każdej jednej! 

Wszyscy się uśmiechnęli. 

- A  tak  przy  okazji -  rzekł  Mattias  z  odrobiną  ironii,  patrząc  na  bezecnego 

rozpustnika. -  Nie  załatwiłeś  sobie  jakichś  dzieci  w  ciągu  tego  całego  czasu,  kiedy 

odwiedzasz babskie łóżka? 

- Nie -  odparł  Jesper  dumnie. -  Mój  drogi  ojciec  otrzymał  dobrą  radę  od  waszej  Sol. 

Trzeba tylko zmieszać kilka kwiatków i nie będzie dziecka. 

- Ta  recepta  przydałaby  się  wielu  rodzicom -  stwierdził  Mattias. -  Bardzo  się 

niepokoję o jedną z wieśniaczek, która oczekuje osiemnastego dziecka. 

- To musi chyba być jej ostatnie? 

- Zgodnie z prawami natury, chyba tak. Jeżeli tylko. przeżyje. 

- Będziesz musiał zawiązać jej chłopu na supeł - orzekł sucho Andreas. 

Mattias uśmiechnął się i ponownie zwrócił się do Jespera: 

- Ale  jak  już  będziesz  miał żonę, to zrezygnujesz z kwiatków na  jakiś czas? Pomyśl, 

jak bardzo matka Rosa cieszyłaby się z wnuka! 

Poczciwe oczy Jespera wypełniły się łzami. 

- Tak,  oj,  tak!  Zdążyła  jeszcze  zobaczyć  najstarszego  mojej  siostry.  Boże,  jak  ona 

kochała to dziecko! 

Mattiasowi zrobiło się przykro, że zasmucił tego prostego, dobrego człowieka. 

- Wyobraź  sobie,  że  matka  Rosa  i  ojciec  Klaus  siedzą  sobie  na  obłokach  i  patrzą  na 

was  z  góry.  „Roso,  widziałaś,  jakie  piękne  dzieci  ma  nasz  Jesper?”  „Tak,  czy  nie  mówiłam 

zawsze, że ten chłopak potrafi zrobić to, co zechce?” 

Jesper zachichotał niepewnie. Odeszli, pozwalając mu zastanowić się nad sobą. Kiedy 

się odwrócili, zobaczyli, że stoi zapatrzony w chmury. 

- Przeprowadź  się  do  Grastensholm  na  kilka  dni! -  zawołał  Mattias. -  Weź  ze  sobą 

zwierzęta! Tutaj jesteś zbyt samotny. 

Jesper pomachał im dłonią. 

- Dziękuję za zaproszenie! 

Nie powiedzieli mu o wilkołaku. Jeszcze zdąży się przestraszyć. 

- Panie Mattiasie! Czy oni przez cały, calutki czas patrzą, co się robi? 

- Nie!  Aniołowie  są  dyskretni,  Jesperze.  W  takich  chwilach  przesłaniają  oczy 

chmurką! 

background image

Dzień  już  się  kończył.  Kiedy  schodzili  w  dół  w  kierunku  dworów,  powoli  zapadał 

zmierzch. 

Mattias przystanął. 

- Może zajrzymy do domu hycla? Zobaczymy, jak się miewa. 

- Uważam, że powinniśmy tak zrobić - orzekł Andreas 

Hilda skończyła wieczorne dojenie. Wzięła konwie z mlekiem  i w towarzystwie kota 

wyszła  z  maleńkiej  obory,  starannie  zamykając  za  sobą  drzwi.  Miała  nadzieję,  że  ci  dobrzy 

panowie,  którzy  odwiedzili  ją  rano,  zdążyli  już  rozpuścić  plotkę,  że  ojciec  jest  śmiertelnie 

ranny. Nie było to prawdą, bo choć miał obite i posiniaczone ciało, był już w niezłej formie. 

Dziewczyna jednak panicznie się bała, że rozwścieczeni wieśniacy przyjdą tu nocą. 

A poza tym ojciec musi jej to wybaczyć, ale nie mogła całkiem skupić swych myśli na 

jego niedoli... 

Czy  wszystko  jest  przygotowane  na  jutrzejszą  wizytę  panów?  Ciasto  na  chleb  już 

zaczynione, cały dom wyszorowany, na sznurku suszy się najlepsza bluzka. Ma świeżo umyte 

włosy, pozostaje jej teraz jedynie zebrać z mleka śmietankę, którą poda do poziomek. 

Nagle  przystanęła.  Coś  zaszeleściło  w  lesie.  Zwierzę?  Potem  odwróciła  się  i 

popatrzyła w przeciwnym kierunku. 

O Boże, tam idą jacyś mężczyźni! Co robić, jak obronić ojca i siebie? 

Ale  czy  to  nie...?  Oczywiście,  to  doktor  i  pan  Andreas,  i  jeszcze  jakichś  dwóch. 

Dlaczego jednak przychodzą teraz? Ona ma na sobie fartuch do obory i... 

Zrozpaczona myślała tylko o jednym: czy zdąży się przebrać? 

Nagle zadrżała. Co to? Czyżby ktoś był w zagrodzie kiedy ona zajmowała się krową? 

Ostrożnie zbliżyła się do dziwnego przedmiotu leżącego na środku podwórza. 

Na ziemi położono wielki kawał darni, a na nim postawiono odwrócony dzban. 

Hilda poczuła ukłucie w sercu. Kto tu był? Kto chciał wyrządzić im krzywdę? 

Zerknęła na drzwi, ale wydały się zamknięte dokładnie tak, jak je zostawiła. Dzięki ci, 

dobry Boże, że mężczyźni przyszli właśnie teraz! Wybiegła im na spotkanie akurat w chwili, 

gdy otwierali  furtkę. Dopiero kiedy znalazła się blisko nich, uprzytomniła sobie, że przybyli 

wraz  z  dwoma  obcymi  panami.  Skłoniła  się  przed  nimi  głęboko,  skrawek  fartucha 

powędrował na wysokość twarzy. 

- Co się stało, Hildo? - zapytał Mattias. - Wyglądasz na przestraszoną. 

- Popatrzcie! -  wskazała,  starając  się  opanować  zawstydzenie. -  Spójrzcie  na 

podwórze! Ktoś tu był, kiedy ja doiłam w oborze. 

Jakie to dziwne! Teraz, kiedy  byli z  nimi obcy, doktor i  Andreas  Lind z Ludzi Lodu 

background image

wydali jej się starymi znajomymi. 

Weszli na podwórze. 

- Oj - mruknął Mattias. 

Kaleb przystanął zdziwiony. 

- Co to jest? 

- To czary - odparł Brand. - Powszechnie znane. 

- Co to ma oznaczać? 

- Że pragnie się śmierci osoby, która leży chora. 

- Czy twój ojciec miewa się gorzej? - zapytał Hildę Andreas. 

Musiała  spuścić  oczy.  Nigdy  jeszcze  żaden  mężczyzna  nie  patrzył  jej  tak  prosto  w 

twarz. 

- Nie, wydaje mi się, że jest mu lepiej. 

- Wobec tego czary nie działają. Czy możemy go zobaczyć? 

- Oczywiście. Dziękuję! 

Czy  wszystko  w  środku  jest  w  porządku?  Świeżo  wyprana  bielizna!  Mój  Boże! 

Wpadła do izby przed nimi, zerwała pranie ze sznura i schowała je w spiżarce. W czasie gdy 

oni byli u ojca, zdjęła fartuch. Kiedy zmartwiona stwierdziła, że odświętna sukienka znajduje 

się poza zasięgiem jej rąk, musiała zadowolić się codziennym ubraniem. 

Piekło  ją  rozczarowanie.  Może  już  tu  nie  wrócą?  A  ona  miała  wszystko 

przygotowane - na jutro! 

Zbliżając się do komory, usłyszała głos ojca. Mówił z ogromnym trudem: 

... leżę tu sam, kiedy ta niezdara stroi się dla wielkich panów. Znów piecze! I szoruje 

podłogę, a tymczasem ja nie dostałem prawie nic do jedzenia! 

Andreas odezwał się nieco podniesionym głosem: 

- Uważam,  że  Hilda  jest  dla  ciebie  wyjątkowo  dobrą  córką.  Pomyśl,  co  byś  zrobił, 

gdyby jej nie było! 

Hycel parsknął śmiechem. 

- Wtedy  byłoby  mi  dobrze.  Wziąłbym  sobie  kobietę.  A  kto  przyjdzie  do  domu,  w 

którym rządzi starzejąca się córka? 2 tego może być tylko zazdrość! 

- O,  to  z  pewnością  nie  Hilda  odstrasza  kobiety -  mruknął  Andreas. -  Ale  możemy 

znaleźć miejsce, gdzie będzie mogła zamieszkać. Zasłużyła na to. A ty miałbyś szansę ułożyć 

sobie życie. 

- Już o to żebrała? - ostro zapytał  hycel. -  Wcale  mnie to nie dziwi, to miejsce  nigdy 

jej  się  nie  podobało.  Jest  dokładnie  taka  sama  jak  jej  matka:  wyniosła,  chce  rozmawiać  o 

background image

muzyce, o kwiatach i innych głupstwach. I czytać umiały obydwie, niech Bóg strzeże! Matka 

uczyła córkę, sądziła chyba, że ta będzie nie wiadomo kim! 

Czterej mężczyźni mieli już dość narzekań Joela Nattmanna. 

- Obróć  się -  zimno  powiedział  Andreas. -  Tak  żeby  Mattias  mógł  obejrzeć  twoje 

plecy. 

Straszliwie jęcząc odwrócił się do nich tyłem. 

Uspokoili  Hildę,  że  ojcu  nie  grozi  niebezpieczeństwo.  Następnego  dnia  będzie  mógł 

już wstać. 

Przedstawili  jej  Branda  i  Kaleba,  a  ją  wzruszenie  ścisnęło  za  gardło.  Została 

przedstawiona!  Dokładnie  tak,  jak  w  opowieściach  jej  matki  o  zwyczajach  ludzi  wyżej 

urodzonych! 

Stanęła przed wielkim dylematem. Czy miała teraz poczęstować ich poziomkami? Ale 

całą czwórkę...? Nie wypadnie zbyt wiele na głowę. Czy mogła zaprosić ich na jutro? 

Zanim zdążyła się zdecydować, zadudniły  ciężkie kroki wójta. Oczywiście wcześniej 

Hilda nie miała pojęcia, że to on, ale teraz słyszała, jak zwracali się do niego pozostali. 

- Ach,  tak,  widzę  tu  licznie  przybyłą  delegację!  Czy  zdążyliście  już  przekupić  Joela 

Nattmanna, żeby trzymał język za zębami? 

- Nie bądźcie głupi - powiedział Brand. Wójt drażnił go tak bardzo, że nawet nie starał 

się zachować pozorów uprzejmości. 

- Widzę, że na podwórzu leży znak śmierci? 

- Tak -  odparł  Kaleb. -  Podłożono  go,  kiedy  Hilda  była  w  oborze.  Czy  po  drodze 

nikogo nie spotkaliście? 

- Co? Nie, nikogo nie widziałem. Ale las jest przecież duży. 

Kiedy Joel Nattmann usłyszał o znaku śmierci, wpadł w panikę. 

- Oni pragną mojej śmierci! Wiem, chcą mojej śmierci tylko dlatego, że przypadkiem 

widziałem... 

- Co widziałeś przypadkiem? - zapytał wójt. 

- Nie, nic takiego. 

- Musisz to teraz powiedzieć! - nakazał Andreas. 

- To ja prowadzę przesłuchanie - powiedział wójt z wyższością. - Co widziałeś, Joelu 

Nattmannie? 

- Nic  ważnego -  odpowiedział  hycel. -  Tylko  jakiś  powóz,  który  stał  na  drodze 

wczesną wiosną. Nic więcej. 

- Czy to było nocą? - zapytał Brand. 

background image

- Tak. Późnym wieczorem. - Głos hycla przybrał ostrzejszy ton. - Nattmann wychodzi 

tylko nocą. 

- Widziałeś, kto to był? 

- Nie, w powozie  nie było  nikogo. Po prostu tam  stał.  Kiedy popatrzyłem  następnym 

razem, zniknął. 

Kiedy  mężczyźni  rozmawiali,  Hilda  trzymała  się  z tyłu,  wlepiając  oczy  w  Andreasa. 

Wydawało  się  jej,  że  nigdy  jeszcze  nie  widziała  nikogo tak  pięknego.  Mężczyźni  jednak  do 

tego stopnia byli zajęci tym, co miał do powiedzenia jej ojciec, że w ogóle nie zwracali na nią 

uwagi. 

- Jak wyglądał powóz? - pytał Andreas. 

- Jak wyglądał? No cóż, powóz jak powóz. Było przecież ciemno. 

- A koń? 

- Co? 

- Jak wyglądał koń? - Andreas był już zniecierpliwiony. 

- No, nie wiem. Może brązowy. 

- Ale rewelacja! - mruknął Kaleb. 

- Czy coś słyszałeś? - kontynuował Andreas. 

- Ani dźwięku. 

- Ale  ja  coś  niedawno  słyszałam -  szepnęła  Hilda,  przerażona  własną  śmiałością. 

Wszyscy zwrócili się w jej stronę, a ona znów ukryła twarz pod fartuchem. 

- To  ze  mną  teraz  rozmawiają -  powiedział  ojciec  władczym  tonem,  którego,  jak 

pojęli, używał zawsze w stosunku do córki. 

- Tak, Hildo? - zwrócił się do dziewczyny Mattias. 

Zmieszana,  nie  wiedząc,  kogo  właściwie  powinna  usłuchać,  powiedziała  najpierw 

„przepraszam” do ojca po czym odwróciła się do Mattiasa. 

- Kiedy wyszłam z obory, usłyszałam coś w lesie. 

- Człowieka? 

Zawahała się. 

- Nie,  to  było  tak,  jakby  ktoś  się  czołgał,  uciekał  na  czterech  nogach.  Coś  jakby 

wielkie zwierzę. 

Mężczyźni wymienili spojrzenia. 

- Zaraz potem zauważyłam was, panowie. Nadchodziliście z przeciwnej strony. 

Po krótkiej chwili milczenia wójt powiedział lekceważąco: 

- Ach, tak, więc teraz wilkołaki podróżują powozami  zaprzężonymi w konie. No, nie 

background image

najgorzej! 

- Wilkołaki? - Oczy Hildy rozszerzyły się ze zdziwienia. 

- Czy możecie przestać opowiadać te bajdy? - syknął rozgniewany Brand. 

- Nie, powiedzcie, o co chodzi z tymi wilkołakami - odezwał się hycel z posłania. 

- Nasz  drogi  wójt  opowiada  bajdy  o  złych  mocach  tylko  dlatego,  że  wie,  iż  wiele 

pokoleń wstecz ród Ludzi Lodu znał się na czarach. Twierdzi, że kobiety zostały rozszarpane. 

To brednie! 

- Dobrze  wiecie,  że  to  nie  brednie -  obruszył  się  wójt  i  wszyscy  zrozumieli,  że  jego 

duma została urażona. - Pilnujcie się, bo będziecie wisieć! 

- A  teraz  jeszcze  nam  grozi! -  Brand  bezczelnie  odwrócił  się  do  wójta  plecami. - 

Człowiek, który jest na tyle głupi, że pali zwłoki, aby nie mogły po śmierci uprawiać czarów, 

nie powinien wydawać wyroków na innych. Na szczęście jest tutaj z nami Kaleb, mamy więc 

przynajmniej jednego rozumnego człowieka, któremu można zaufać. 

Wójt łapał powietrze niczym ryba wyciągnięta z wody. 

- Poczekajcie tylko! - warknął. - Jeszcze przystawię wam nóż do gardła. 

- Nie  wątpię  w  to.  Kiedy  już  raz  wbijecie  sobie  coś  do  tej  zakutej  głowy, 

niemożliwością jest to wybić. 

Joel Nattmann zaczął się skarżyć: 

- Czy mogę mieć teraz chwilę wytchnienia? Jestem chory i potrzebny mi spokój. 

Rozumieli to. Kiedy wychodzili, Mattias, ku ogromnej uldze Hildy, powiedział: 

- Przyjdziemy jutro tak jak umówione. 

- I nie wychodź już nigdzie dziś wieczorem - ostrzegł ją Andreas. - Zamknij starannie 

drzwi. 

- Dobrze, dziękuję - szepnęła i ku swej rozpaczy odruchowo przed nim dygnęła. - Czy 

mogę...  prosić,  abyście  dokładnie  zamknęli  oborę?  Jeśli  rzeczywiście  grasują  tu...  złe  moce, 

mogą się też rzucić na krowę. 

- Oczywiście - poważnie odpowiedział Brand. - Czy chcesz, by któryś z nas został tu 

na noc? 

Rumieniec oblał jej policzki. 

- Och, nie, nie trzeba - wyjąkała bez tchu, choć jej skrytym marzeniem było coś wręcz 

przeciwnego. 

Kiedy  wyszli,  Hilda  przesunęła  szafę,  tarasując  nią  drzwi.  Następnie  rozwiesiła 

ponownie pranie i położyła się do łóżka. Odmówiła modlitwę, prosząc Boga o ochronę przed 

złymi mocami ciemności, a potem skuliła się na boku i próbowała myśleć trzeźwo. 

background image

Jesteś córką hycla, surowo przemawiała do siebie. Twoje miejsce jest na samym dnie 

społeczeństwa.  Nikt  cię  nie  chce.  Jak  wobec  tego  śmiesz  myśleć  o  mężczyźnie  z  Lipowej 

Alei? 

Ale proszę, pozwólcie  mi zachować marzenia! Tak niewiele  ich  było w moim życiu! 

Nikomu nie szkodzą, przynajmniej dopóki są tylko marzeniami. 

Nazajutrz wstała bardzo wcześnie, by przygotować wszystko na przyjście gości. Kiedy 

zagniatała  wyrośnięte  ciasto  na  chleb  i  wkładała  je  do  wielkiego,  rozgrzanego  pieca,  czuła 

pulsujące  w  niej  napięcie.  Żeby  tylko  nie  zbudzić ojca  i  nie  słyszeć  wścibskich  pytań!  Cały 

czas chodziła na palcach. Potem pospieszyła do obrządku. 

Na  zewnątrz  wciąż  jeszcze  było  ciemno.  Namęczyła  się  bardzo, otwierając  drzwi  do 

obory,  ale  przypomniała  sobie,  że  mężczyźni  zabarykadowali  je  na  jej  własną  prośbę. 

Przerażona obejrzała się na las, ale uspokoiła się myślą, że potwory nie wychodzą o świcie. I 

dlaczego  miałyby  przyjść  akurat  teraz?  Już  wiele  czasu  upłynęło  od  chwili,  gdy  zmarłe 

kobiety zostały złożone w swych nie poświęconych grobach. Ostatnia leżała tam od tygodnia, 

jak stwierdził Mattias Meiden, dobry doktor. 

Czy była wtedy pełnia? 

Hilda  mocowała  się  ze  skoblem.  Nareszcie  drzwi  się  otworzyły.  Wsunęła  się  do 

środka i zamknęła na haczyk. Zapaliła łuczywo na ścianie. 

W ciemnej oborze było cicho i spokojnie. Krowa spojrzała na nią przyjaźnie, kot otarł 

się o kolana. Zaraz też przydreptały kury. Jej przyjaciele. Jak dotychczas jedyni. 

Choć  spieszyła  się  jak  tylko  mogła,  poranny  obrządek  wymagał  czasu.  Nie 

przejmowała się zbytnio faktem, że zmiana, która zaszła w jej życiu, dokonała się w związku 

z  tak  tragicznymi  wydarzeniami.  Wcześniej  widziała  za  sobą  i  przed  sobą  jedynie  nie 

kończący się smutny strumień szarych dni, dlatego teraz żyła każdym nerwem ciała. 

Ci dobrzy, wyrozumiali ludzie... Andreas i Brand z rodu Ludzi Lodu. Doktor Meiden. 

I ten wielki, jasnowłosy Kaleb, przy którym człowiek czuł się tak bezpiecznie. 

Życie Hildy nagle stało się takie bogate. Tych czterech kobiet nie znała, nie wiedziała 

o nich nic poza tym, że spotkała je tragiczna śmierć. Czy w takiej sytuacji powinna odczuwać 

wyrzuty sumienia z tego powodu, że się cieszy? Ojca spotkało nieszczęście, to prawda, ale nie 

groziło mu już niebezpieczeństwo. Mogła więc chyba nareszcie poczuć się jak żywa istota w 

normalnym ludzkim świecie? 

Żaden z nich z niej nie drwił! 

Dobry Boże, dzięki ci, że nie zapomniałeś o najnędzniejszym ze swych stworzeń! 

Kiedy  skończyła  obrządzać  zwierzęta,  na  dworze  zrobiło  się  jasno.  Chleb  na  pewno 

background image

już się upiekł. 

Oby  tylko  zdążyła  uporać  się  z  robotą  przed  ich  przyjściem!  Była  tak  przejęta,  że 

drżały jej dłonie, i miała kłopoty z zamknięciem drzwi do obory. 

Kiedy wróciła do domu, ojciec jeszcze spał. To dobrze, miała więcej czasu dla siebie. 

Chleb udał się wyśmienicie. Tak, potrafiła piec, matka ją tego nauczyła. Och, mamo, 

powinnaś  teraz  zobaczyć  swoją  Hildę!  Mam  przyjaciół,  wiesz?  Oczywiście  to  dla  mnie  za 

wysokie progi, ale mnie rozumieją, spotykają się ze mną, podczas gdy ludzie ze wsi mają dla 

mnie tylko złe słowa. Nigdy dotąd nie zdawałam sobie sprawy, że może być inaczej! 

On  jest  taki  piękny,  mamo!  Naturalnie  ja  niczego  nie  oczekuję,  ale  to  tak  cudownie 

tęsknić.  Mieć  kogoś,  za  kim  można  tęsknić!  Ciekawe,  czy  będzie  mu  smakował  chleb? 

Ubiłam świeże masło, o to więc nie muszę się martwić. I zebrałam śmietankę... 

Kiedy zrobiła już co najważniejsze, a ojciec nadal się nie poruszał, zawołała: 

- Możesz już wstać, ojcze! Doktor powiedział, że dziś wolno ci podnieść się z łóżka! 

Żadnej odpowiedzi. Śpi jak kamień! 

Przygotowała śniadanie i znów zawołała: 

- Czy już wstałeś, ojcze? 

Z komory nie dochodził żaden dźwięk. 

Hilda podeszła do drzwi i pchnęła je. 

Z  początku  nie  mogła  pojąć,  co  się  stało.  Kiedy  jednak  dotarło  do  niej,  że  ojciec 

powiesił  się  na  belce  w  powale,  cofnęła  się  i  wypadła  z  domu.  Opamiętała  się  dopiero  przy 

płocie. A jeżeli on jeszcze żył? 

Nie,  to  niemożliwe.  Przecież  kiedy  ona  krzątała  się  po  domu,  w  jego  komorze  cały 

czas panowała cisza. A poza tym naprawdę wyglądał na umarłego! 

Na wpół oszalała z przerażenia całą drogę do Lipowej Alei przebyła biegiem. 

Zapukała do drzwi  i dopiero wtedy pojęła, że  nie tutaj powinna była przyjść. Doktor 

mieszkał przecież na Grastensholm! Ale działała odruchowo. Chyba wiedziała, dlaczego nogi 

skierowały ją tutaj... 

Drzwi otworzyła jej służąca. 

- Ojciec się powiesił - rzuciła bez tchu. 

Służąca,  która  nie  znała  Hildy,  przez  moment  patrzyła  na  nią  pytająco,  po  czym 

zniknęła w środku. 

Po krótkiej chwili pojawił się Brand. 

- Hilda? Co ty mówisz? Czy twój ojciec...? 

Mogła tylko skinąć głową. Oczy miała pełne łez. 

background image

- Matyldo! -  zawołał  Brand.  Zaraz  stanęli  w  drzwiach  żona  i  syn  Andreas.  Hilda 

szybko  otarła  łzy.  Brand  otoczył  ją  ramieniem. -  Zostaniesz  teraz  z  Matyldą.  Musisz  się 

uspokoić.  My  zajmiemy  się  wszystkim.  Andreasie,  poślij  natychmiast  po  Mattiasa.  Joel 

Nattmann się powiesił. I wyślij parobka po wójta! 

Hilda uniosła dłoń. 

- Tak? - zapytał Brand, 

- Nic, nic. To takie głupie. 

- Ależ powiedz. 

Był taki dobry, że spuściwszy oczy ośmieliła się wyszeptać: 

- Przygotowałam różne rzeczy na wasze przyjście... Świeży chleb, poziomki, śmietanę 

i masło. I ser. Wszystko stoi w spiżarce. Czy będziecie tak dobrzy i przyniesiecie poczęstunek 

tutaj?  Nie  chciałabym,  żeby  to tam  stało  i  marnowało  się.  Ja...  ja  nigdy  jeszcze  nie  miałam 

gości... 

Teraz łzy pojawiły się w oczach Matyldy. 

- Oczywiście, Hildo. Mężczyźni zabiorą stamtąd wszystko, co przygotowałaś. 

Brand wziął ze sobą jednego ze stajennych i natychmiast pobiegł w stronę lasu. 

Kiedy Hildzie pozostało już tylko siedzieć i czekać w pięknej izbie, jakiej nigdy dotąd 

nie dane jej było widzieć, wybuchnęła niepohamowanym płaczem. Matylda pocieszała ją jak 

mogła, ale w chwili takiej jak ta niewiele dało się zrobić. 

Wreszcie  Hilda  zdołała  się  jako  tako  uspokoić.  Patrzyła  przed  siebie  zamglonymi 

oczyma, jak gdyby jej myśli błądziły gdzieś daleko. 

- Biedny ojciec - szepnęła cichutko. 

Matylda  mogła  sprawiać  wrażenie  osoby  prostej  i  bez  fantazji,  znała  jednak  kobiecy 

sposób myślenia. Zrozumiała, że w tych słowach  kryło się coś więcej  niż naturalny w takiej 

sytuacji żal po zmarłym. 

Joel Nattmann  był odtrącony przez wszystkich. A teraz, kiedy  nie żył,  jedyna osoba, 

która troszczyła się o niego, myślała więcej o chlebie i poziomkach niż o nim. Swoją śmiercią 

zakłócił najszczęśliwszą chwilę w życiu Hildy. 

Dlatego powiedziała: „biedny ojciec”. 

background image

ROZDZIAŁ IV 

Parobek  wrócił  z  informacją,  że  wójt  gdzieś  wyjechał,  ale  jego  gospodyni  obiecała 

przekazać mu wiadomość, jak tylko wróci do domu. 

- To  i  dobrze,  lepiej  poradzę  sobie  bez  niego -  orzekł  Are  z  niezwykłą  jak  na  niego 

ostrością w głosie. 

Hilda  odpoczywała  w  pokoju,  położonym  w  starej  części  Lipowej  Alei.  Leżała, 

przypatrując się wspaniałym tapetom, i zastanawiała się, kto też mógł je namalować. Musiał 

to  być  mężczyzna  obdarzony  niezwykłym  wyczuciem  piękna.  Hildzie  nawet  nie  przeszło 

przez  myśl, że  mogła to zrobić kobieta. Dla  niej  miejsce kobiet w życiu  było raz  na zawsze 

określone.  Nigdy  nie  słyszała,  by  zajmowały  się  czymś  innym  poza  tym,  do  czego  zostały 

stworzone. Co prawda, nie dotarła do jej uszu historia o obdarzonej silną wolą Silje i jej mężu 

Tengelu, człowieku o szerokich horyzontach. 

Mężczyźni wkrótce powrócili i Hilda wyszła im na spotkanie. 

Zebrali się w paradnej izbie Matyldy, brakowało jednak Andreasa. 

Długo zastanawiała się, gdzie też on może być. 

Kiedy weszła do izby, Mattias zwrócił się do niej z łagodnym uśmiechem: 

- Przygotowaliśmy twego ojca, Hildo. Ubraliśmy go w najlepszą koszulę i ułożyliśmy 

na  marach  w  stodole.  Jutro  przyjdzie  kościelny  i  pomoże  ci  przygotować  wszystko  do 

pogrzebu. Andreas właśnie poszedł z nim to omówić, a potem miał iść do Elistrand. 

A więc poszedł tam! Ta wiadomość podziałała na dziewczynę uspokajająco. 

Mattias skierował na nią serdeczne, kojące spojrzenie. 

- Twój ojciec był jeszcze ciepły, Hildo. Czy naprawdę nic nie słyszałaś? 

- Nie, ja... Och, musiał to zrobić, kiedy byłam w oborze! 

- Tak,  z  pewnością  tak  właśnie  było -  odpowiedział  Mattias  i  odwrócił  się. - 

Zabraliśmy  ze  sobą  jedzenie,  jak  prosiłaś.  Wygląda  na  bardzo  smaczne -  uśmiechnął  się 

przelotnie. -  Znalazłem  też  sukienkę  przygotowaną  do  założenia.  Pomyślałem  sobie,  że 

pewnie chciałabyś ją mieć, by nie chodzić w ubraniu, które nosisz do obory. 

- Dziękuję - szepnęła Hilda. 

Natychmiast  wyszła,  by  się  przebrać.  Rozczesała  swoje  długie  włosy  i  zostawiła  je 

rozpuszczone,  spływające  po  plecach.  Włożyła  suknię  i  stwierdziła,  że  teraz  naprawdę 

wygląda  dobrze.  Sukienka  była  zresztą  stosowniejsza  na  czas  żałoby.  Czarna  spódnica  i 

stanik, pod nim biała bluzka. Buty zdjęła, to tylko niezgrabne drewniaki. 

background image

Gdybym tylko nie była taka zapłakana, myślała. Ale chyba mi to wybaczą. 

Andreas  zajechał  do  Elistrand,  dworu,  który  na  polecenie  Alexandra  zbudowano  nad 

wodą dla jego córki Gabrielli i jej męża. W dużym, przestronnym budynku wiele było światła 

i  blasku  słońca.  Andreas  już  z  daleka  usłyszał  bawiącą  się  piątkę  dzieci.  Były  to  sieroty,  z 

którymi życie obeszło się bardzo okrutnie. Zostały wyciągnięte z rynsztoków Christianii. Na 

Elistrand  miały  pozostać  aż  do  chwili,  kiedy  staną  się  na  tyle  dorosłe,  by  radzić  sobie 

samodzielnie. Kaleb i Gabriella kontynuowali dzieło rozpoczęte przez Liv i wydawało się, że 

są szczęśliwi. 

Na  spotkanie  Andreasowi  wyszła  do  sieni  Eli,  dziewczyna,  którą  gospodarze 

traktowali  jak własną córkę. Nadal sprawiała wrażenie kruchej  i  bezbronnej, ale  jej uśmiech 

świadczył, że czuła się bezpiecznie, a ciało zaczęło nabierać bardziej kobiecych kształtów. Na 

litość boską, pomyślał Andreas z ukłuciem w sercu. Ależ ta dziewczyna jest pociągająca! To 

małe żałosne pisklę, któż to mógł przypuścić! 

- Witaj, Eli. Czy rodzice są w domu? 

- Tak, tak. Wejdź, proszę, wujku Andreasie! 

Wujku? To prawda, że był kuzynem Gabrielli i dotąd nie przeszkadzało mu, kiedy tak 

się do niego zwracała, ale teraz poczuł się jak starzec! 

Przyjęli go w swej paradnej izbie, Eli wróciła do dzieci. 

Andreas popatrzył na nią. 

- Eli bardzo wyrosła! Chcę powiedzieć, że już jest kobietą! 

- No, ma dopiero szesnaście lat - roześmiał się Kaleb. - A więc łapy przy sobie, stary 

rozpustniku! 

W  zamierzeniu  Kaleba  miał  to  być  rubaszny  dowcip,  ale  nieoczekiwanie  Andreas 

poczuł się urażony. 

- No  cóż -  powiedział  ze  sztucznym  uśmiechem. -  Jak  dotąd  nie  uczestniczyłem  w 

jakichś szczególnych orgiach. 

- Tak, tak, wszyscy o tym wiedzą - rzekła Gabriella. - Liv i Are niepokoją się o dalsze 

losy rodu. Uważają, że my, wnuki, nie spisaliśmy się dobrze. Tancred ma córkę, to wszystko. 

O Mikaelu nic nie wiadomo, ty i Mattias grozicie, że na zawsze pozostaniecie w kawalerskim 

stanie, a my... cóż, nam się nie udało. 

- I  Kolgrim  nie  żyje.  Rzeczywiście  sprawa  nie  wygląda  najlepiej.  Musimy  to 

naprawić. -  Andreas  udał,  że  czując  przypływ  energii  podwija  rękawy. -  Ale  poważnie 

mówiąc, przyjechałem, żeby porozmawiać z wami na trudny i bolesny temat. 

- Słuchamy - 

odparł 

Kaleb. - 

Mamy 

doświadczenie 

rozwiązywaniu 

background image

skomplikowanych problemów. Dzięki tej nieokiełznanej piątce to dla nas chleb powszedni. 

- Myśleliśmy o tym, by was trochę odciążyć w pracy. 

- O? 

- Chodzi o Hildę. Joel Nattmann się powiesił. 

- Co ty mówisz? Kiedy? 

- Dzisiaj rano. 

- Dziwne - stwierdził Kaleb. - To nie był typ samobójcy. 

- To  prawda.  Ale  niepokoimy  się  o  Hildę.  Nie  może  mieszkać  sama  tam  na  górze 

teraz,  kiedy  dzieje  się  tyle  okropnych  rzeczy.  Przyszło  nam  do  głowy,  by  was  zapytać,  czy 

mogłaby  tu  zamieszkać  i  pracować  z  dziećmi.  Przyprowadziłaby  zwierzęta  i  przeniosła  te 

sprzęty,  które  by  chciała  mieć  ze  sobą.  Dalibyście  jej  osobną  izbę.  Nie  rozmawiałem  z  nią 

jeszcze, chciałem najpierw omówić to z wami. 

- Świetnie  się  składa - orzekła  Gabriella. -  Czasami  wieczorem  jestem  tak  zmęczona, 

że wprost padam z nóg. 

- Tak - potwierdził Kaleb. - Biedna Hilda, tyle kłopotów naraz. Oczywiście, że będzie 

mogła tu zamieszkać! Przyprowadź ją jak najszybciej! 

- Dziękuję wam, zaraz jej to powiem. Teraz muszę się już spieszyć... 

- Pójdę z tobą - powiedział Kaleb. - Historia z hyclem jest niepokojąca. 

- Właśnie - krótko odparł Andreas, który wychodząc rozglądał się za Eli. Dojrzał ją na 

plaży,  bawiącą  się  z  dziećmi.  Długo  jeszcze  miał  nadzieję,  że  dziewczyna  obejrzy  się  i 

pomacha do niego, ale nie mógł w nieskończoność iść tyłem. Odwrócił się. Bał się, że Kaleb 

zacznie coś podejrzewać. 

Hilda zobaczyła ich w alei lipowej jednocześnie: Andreasa, Kaleba i wójta, pędzącego 

na  koniu.  Patrzyła  na  Andreasa  i  gryzło  ją  sumienie,  że  nie  może  myśleć  wyłącznie  o ojcu, 

który martwy leży w stodole. 

Weszli do domu wszyscy razem. 

- Przekazano  mi  wiadomość! -  wołał  wójt. -  A  więc  to  jednak  Joel  Nattmann! 

Najwyraźniej nie mógł sobie poradzić z dręczącymi wyrzutami sumienia. 

- Nie  było,  niestety,  tak  jak  mówicie -  łagodnie  zaprzeczył  Mattias. -  Nie  zrobił  tego 

sam. 

- Co? 

Hildzie zaparło dech w piersiach. 

- Najpierw  został  zabity -  wyjaśnił  Mattias. -  Śmierć  nastąpiła  bardzo  szybko, 

prawdopodobnie spał i niczego nie poczuł. 

background image

- To zupełnie niewiarygodne. - Wójt był oszołomiony. - A potem go powiesili?  Żeby 

wyglądało na to, że... No tak, muszę przyznać, że czasami medyk na coś się zdaje. 

Po raz pierwszy usłyszeli pochwałę z ust tego człowieka. 

Hilda usiadła. 

- Ale kto...? 

- Znów ludzie ze wsi - snuł przypuszczenia wójt. Szybko przychodziło mu wydawanie 

sądów. 

- To mało prawdopodobne - wtrącił Andreas. - Byli zbyt przerażeni, żeby to zrobić. 

- Ale kto mógł... ? - zaczęła Hilda. 

- Hm -  mówił  wójt  zamyślony. -  Na  przykład  było  was  tam  wczoraj  czterech.  Joel 

Nattmann wyznał, że widział coś na wiosnę. Konia i powóz. Może właściciel konia i powozu 

wystraszył się? 

- Przestańcie! - uniósł się Brand. - Było nas czterech, mój syn, ja, doktor i Kaleb. 

- I Hilda - dodał wójt obojętnie. - Dziwne, że ona nic nie słyszała! 

- To moja wina - odezwała się Hilda. - To wszystko moja wina. Zamknęłam drzwi do 

obory na skobel, kiedy poszłam doić, ale zapomniałam o drzwiach do domu. 

- Nie  wolno  nam  zbyt  pochopnie  osądzać -  stwierdził  Andreas. -  Hildo  nie  możesz 

mieszkać sama. Gabriella i Kaleb zastanawiają się, czy nie zechciałabyś przenieść się do nich 

na jakiś czas. 

- Ale nie mogę przecież... 

Kaleb powiedział z wesołym uśmiechem: 

- Potrzebujemy  cię.  Gabriella  i  Eli  nie  dają  sobie  rady  z  piątką  dzieci  teraz,  kiedy 

opiekunka zaniemogła. 

Hilda wygładziła spódnicę. 

- Ale ja nic nie wiem o dzieciach. 

- Czy je lubisz? To najważniejsze. 

Przypomniały  jej  się  kamienie,  którymi  za  nią  rzucano.  Dzieciaki,  które  czaiły  się 

wokół zagrody, grad padających wyzwisk... 

- Nie wiem - odparła zamyślona. - Przypuszczam, że są także miłe dzieci. 

Popatrzyli na nią ze zrozumieniem. 

- Nasze  dzieci  nie  są  złe -  uspokajał  ją  Kaleb. -  Tylko  rozbrykane.  Możesz  chyba 

spróbować przez kilka dni? Jeżeli się nie uda, wymyślimy coś innego. 

- Tak... Dziękuję - szepnęła niepewnie. 

Przerażała  ją  myśl,  że  miałaby  zamieszkać  samotnie  w  chacie  na  skraju  lasu.  Już 

background image

raczej  zniesie  wyzwiska.  Ale  tak  bardzo  nie  chciała  być  dla  nikogo  ciężarem.  Czy 

zaproponowali jej to z litości, czy rzeczywiście na coś może się przydać? 

Życie stłamsiło Hildę do tego stopnia, że nie była pewna, czy naprawdę może zaufać 

tym na pozór wspaniałym ludziom, a tym bardziej przywiązać się do nich. 

- Muszę  to  wszystko  jakoś  uporządkować -  odezwał  się  zniecierpliwiony  wójt. - 

Dlaczego  ktoś  chciał  zabić  Joela  Nattmanna?  Czy  on  wiedział  o  czymś,  poza  tym  koniem  i 

powozem? 

- Ojciec tak dużo mówił - powiedziała wymijająco Hilda. - Nigdy go nie słuchałam. 

- Czy mógł się czegoś dowiedzieć jako pomocnik kata? 

- Nie wiem. Cóż by to mogło być? 

- Czy wspominał kiedykolwiek o wilkołaku? 

- Nie przypominam sobie. 

- Ale bardzo się przeraził, kiedy wymieniliśmy to słowo. 

- To chyba naturalne. Ojciec był strachliwym, przesądnym człowiekiem. 

- Wilkołaki nie wieszają ludzi - podkreślił Brand. 

Wójt  był  nastawiony  do  Branda  tak  samo  jak  Brand  do  niego.  Skierował  wzrok 

inkwizytora na swego zaciętego wroga i powiedział ostro: 

- Nie, przynajmniej nie te w zwierzęcej postaci. Ale człowiek, który ma w sobie duszę 

wilkołaka, mógł się przestraszyć. 

- To wszystko tylko przypuszczenia - syknął Kaleb. 

Andreas zwrócił się do Hildy: 

- Rozmawiałem  z  pastorem  i  kościelnym.  Ustaliliśmy,  że  pogrzeb  odbędzie  się  już 

jutro  po  południu.  Kościelny  przybędzie  z  koniem  i  wozem,  który  zabierze  twego  ojca  w 

ostatnią  podróż,  a  pastor  będzie  czekał  w  kościele.  Chciał  złożyć  Joela  Nattmanna  w  nie 

poświęconej ziemi, ale odwiodłem go od tego. 

- Twój  ojciec  nie  był  samobójcą -  powiedział  Kaleb. -  Pastor  nie  miał  więc  żadnego 

prawa, Hildo. 

- Tak właśnie mu powiedziałem - kiwnął głową Andreas. 

Gabriella natomiast chciałaby mieć jeden dzień, żeby przygotować twoją izbę - mówił 

Kaleb. - Gdybyś więc mogła... 

- Mogłabyś  przenocować  na  Grastensholm -  wtrącił  szybko  Mattias. -  Jest  tam  dość 

miejsca. 

- Tak, jeszcze dzisiaj mogę z tobą iść do domu, Hildo - żarliwie zapewnił ją Andreas. - 

Pomogę ci sprowadzić zwierzęta i zabrać rzeczy, które zechcesz wziąć ze sobą do Elistrand. 

background image

Zawieziemy je już dziś, dobrze, Kalebie? 

- Oczywiście, tak będzie najlepiej. 

- Dziękuję.  Dziękuję  wam  wszystkim. -  Hilda  była  oszołomiona. -  Jesteście  tacy 

dobrzy... 

Musiała  wziąć  się  w  garść,  by  nie  wybuchnąć  płaczem.  Serce  zaczęło  jej  walić  w 

piersiach  na  myśl,  że  Andreas  pojedzie  z  nią  aż  do  Elistrand.  To  długa  droga,  ale  ona 

chciałaby, żeby była o wiele, wiele dłuższa. 

W drzwiach stanęła Matylda. 

- Uroczysty posiłek gotowy. To Hilda zaprasza. W tej smutnej chwili  nie wolno nam 

zapomnieć,  że  przygotowała  specjalny  poczęstunek  dla  Andreasa  i  Mattiasa.  To  przede 

wszystkim wy macie prawo pierwszeństwa do tego, co podaje Hilda. My musimy zadowolić 

się tym, co ewentualnie dla nas zostawicie. 

Wesołe słowa złagodziły napiętą atmosferę, a w czasie posiłku chwalono chleb Hildy i 

bez końca żartowano: kto posmakuje poziomek, czy i ile ich pozostanie... 

Czy  takie  są  właśnie  prawa  życia,  zastanawiała  się  Hilda,  że  nigdy  nie  można 

zakosztować pełnego szczęścia? Szczęście... Tego uczucia nigdy dotąd nie znała, a teraz nie 

mogła wyrazić swej radości, serce bowiem ściskało jej się na myśl o ojcu. 

Najgorsze jednak było to, co kryło się w niej tak głęboko, że nie śmiała o tym nawet 

pomyśleć:  ulga,  że  nareszcie  uwolniła  się  od  nieznośnego  ciężaru,  który  przytłaczał  jej 

zmysły, umysł i wolę życia. 

Jakże trudno jej było pogodzić te wszystkie uczucia! 

Nieswojo było wracać do domu. Gdy zsiadała z wozu, Andreas podał jej rękę. Radość 

w niej pulsowała, kiedy poczuła jego silną dłoń wokół swojej. Nie śmiała spojrzeć na stodołę, 

dlaczego -  nie  wiedziała.  Czy  spodziewała  się  tam  coś  zobaczyć?  Szybko,  aby  nie  narażać 

Andreasa  na  czekanie,  pozbierała  wszystko,  co  chciała  ze  sobą  zabrać:  kubek,  lalkę,  którą 

uszyła matka, czyste odzienie, piękne naczynie z pokrywką, które matka wniosła w posagu... 

Zawahała się przy należącej do ojca szkatułce na pieniądze. 

- Oczywiście,  że  powinnaś  ją  zabrać -  rzekł  Andreas,  który  to  dostrzegł. -  Naprawdę 

uczciwie sobie na to zapracowałaś. Nigdy pewnie nie dostałaś grosza za swą ciężką pracę? 

- Nigdy -  odpowiedziała  i  podniosła  szkatułkę.  Była  zamknięta,  ale  wiedziała,  gdzie 

leży klucz. 

- Och, naprawdę! - zawołała podekscytowana, podniósłszy wieczko. - On był bogaty! 

Andreas podszedł bliżej. 

Hilda liczyła. 

background image

- Tutaj jest... jeden, dwa, trzy... prawie cztery talary! Co mam z nimi zrobić? 

Uśmiechnął się z czułością. Cztery talary? Biedna dziewczynka! 

- Hm,  trzymając  aż  tyle  w  zanadrzu,  nie  będziesz  mogła  opędzić  się  od  zalotników - 

zażartował. 

Ona jednak przyjęła jego słowa całkiem serio. 

- Ależ  przecież  nie  mogę  o  tym  nikomu  powiedzieć!  Będą  mnie  wtedy  chcieli  tylko 

dla pieniędzy! 

- Kochana  Hildo,  może  ci  się  wydawać,  że  cztery  talary  to  ogromny  majątek. 

Rzeczywiście to niezła sumka, ale nie jesteś bogata. Poza tym uważam, że nikt nie musi brać 

cię dla pieniędzy. Jesteś pociągająca sama w sobie. 

Och! I on to mówi! Policzki jej pałały, w głowie szumiało tak, że aż pociemniało jej w 

oczach. 

- Teraz zabierzemy zwierzęta - otrzeźwił ją Andreas. - Jeśli złapiesz kury i kota, to ja 

zajmę się krową. 

Hilda oprzytomniała. 

- Tak, oczywiście - szepnęła i wybiegła. 

W drodze powrotnej opanowało ją takie podniecenie, że nie była w stanie usiedzieć w 

milczeniu. 

- Właściwie  nie  wiem,  czy  się  cieszę,  czy  martwię,  że  opuszczam  dom -  mówiła 

szybko. - Jest mi oczywiście smutno i  nawet nie  chcę się oglądać. Denerwuję się także tym, 

że będę  mieszkać u kogoś, ale z drugiej strony to cudowne. Nie  miałabym odwagi zostać tu 

sama w nocy! 

- Rozumiem cię, zwłaszcza że wrócisz tu jutro po południu. 

- Tak - powiedziała cicho. 

- Twoja matka była chyba dobrą kobietą? - ostrożnie zapytał Andreas. 

- O tak! I tyle umiała. Mnie także nauczyła czytać, pisać,  i  historii, opowiadała  bajki 

i... 

Słowa  płynące  z  jej  ust  niemal  potykały  się  o  siebie.  Spadały  jak  wodospad,  Hilda 

pragnęła opowiedzieć wszystko naraz. Pękła w niej tama wieloletniego milczenia. 

Andreasowi  pozostawało tylko  siedzieć  i  słuchać.  W  opowiadaniu  o  matce  i  o  wielu 

późniejszych  latach  przeżytych  z  ojcem  w  zagrodzie  wychwycił  powtarzający  się  ton -  ton 

samotności, tęsknoty i rozpaczy. Hilda naturalnie nie mówiła o uczuciach wprost, opowiadała 

tylko o  ubogich  doznaniach,  drobnych  epizodach,  o  dzikich  zwierzętach,  które  niemal  jadły 

jej  z  ręki,  o  zimowych  zawiejach,  które  prawie  podnosiły  dach  chaty,  o  ludziach,  którzy 

background image

przechodzili drogą... 

Andreas wstrzymał konia. 

- Prr! Jesteśmy już w Grastensholm! 

Przebudziła się ze wspomnień na widok imponującego budynku. 

- Ach! A ja tyle gadam! - powiedziała czerwona ze wstydu. 

- Bardzo miło było posłuchać. Spójrz, tam  idzie  Mattias. Możesz więc tu zostać, a ja 

pojadę do Elistrand ze zwierzętami. 

- Ja też mogę pojechać... 

- Dzisiaj  powinnaś  odpocząć.  To  był  dla  ciebie  długi  i  trudny  dzień.  Niedługo  się 

zobaczymy. 

Wóz odjechał, za nim poczłapała uwiązana krowa. Hilda została z pustymi rękami. 

- Witaj na Grastensholm, Hildo - uśmiechnął się do niej Mattias. 

Spojrzała  zmieszana.  Któż  to  jest?  Ach,  tak,  doktor  Mattias  Meiden.  Pod  wpływem 

jego ciepłego spojrzenia rozluźniła się. Uśmiechnęła się i podążyła za nim do środka. 

„Niedługo się zobaczymy”, powiedział. Teraz Hilda miała już czym żyć. 

W  domu  poznała  Liv,  Taralda  i  Irję.  Oglądała  komnaty  tak  wielkie,  że  jej  maleńka 

zagroda zmieściłaby się w nich dwadzieścia razy. 

Czy  wszyscy  ci  ludzie  mają  takie  piękne  dusze,  tyle  dobra  w  sercu? -  myślała 

zdziwiona. Przedtem znała tylko zło, teraz stykała się z samą dobrocią. 

Czy to dlatego, że jej ojciec umarł? Czy może zawsze tacy byli? 

Na przykład ta naprawdę szlachetna sędziwa dama, matka ojca pana Mattiasa. Czy jest 

gdzieś  twarz  starej  kobiety  piękniejsza  od  tej?  Oczy,  w  których  ciepłem  lśniła  życiowa 

mądrość, zmarszczki mówiące tylko o radości i życzliwości? Nie sposób odgadnąć jej wieku, 

gdyż ruchy ma takie żywe i młodzieńcze. 

I  rodzice  pana  Mattiasa.  Przystojny  ojciec,  który  co  prawda  starał  się  wydawać 

bardziej  władczy  niż  był  w  rzeczywistości,  i  matka  tak  pełna  serdecznej  troski,  że  Hilda 

dopiero  później  uzmysłowiła  sobie,  że  właściwie  jest  ona  brzydka  i  niezgrabna.  To  jednak 

jakby nie miało znaczenia. W jakiś sposób i tak była piękna. 

Hilda  dobrze  się  czuła  w  otoczeniu  członków tej  rodziny,  pomimo  że  zdawała  sobie 

sprawę z dzielącej ją od nich przepaści. 

Straszliwie się wstydziła, że tak nieprzerwanie mówiła do Andreasa. Nie potrafiła się 

jednak powstrzymać, to przyszło samo z siebie. A on się nie rozgniewał, w każdym razie tego 

nie okazał. 

Dostała  pokój  nad  stajnią.  Kiedy  udawała  się  tam  wieczorem  na  spoczynek,  ujrzała 

background image

Mattiasa prowadzącego ożywioną rozmowę z mężczyzną w średnim wieku, wyglądającym na 

bardziej  miłego  niż  rozumnego.  Niebieskie,  wesołe  oczy  zerkały  na  nią  z  zaciekawieniem 

spod białej, sterczącej na wszystkie strony grzywki. 

- To ci dopiero śliczna dziewucha, panie Mattiasie. 

- Tak, to Hilda, Jesperze - uśmiechnął się Mattias. - Będzie tu dzisiaj nocować. Później 

przeniesie się do Elistrand. 

- Ach,  tak!  Panie  Mattiasie,  dużo  myślałem  o  tym,  o  czym  mówiliśmy  ostatnio.  Już 

właściwie miałem uderzyć w konkury do tej, o której myślałem. Ale teraz nie wiem... 

Mattias w lot pojął intencje Jespera. 

- Hilda nie jest dla ciebie. Prawdopodobnie jest całkiem niedoświadczona. 

To były nieostrożne słowa! Oczy Jespera natychmiast zapłonęły blaskiem pożądania. 

- Dobranoc, Hildo! - zawołał Mattias. - Śpij dobrze! 

Kiedy w małej izdebce przygotowywała się do snu, ktoś delikatnie zapukał do drzwi. 

Przekonana, że to służąca, zresztą i tak nie zdążyła się rozebrać, zawołała: 

- Proszę wejść! 

Do  środka  wszedł  jednak  Jesper,  chichocząc  cicho.  Hilda  nie  miała  pojęcia,  jak 

zachować się w tej sytuacji. Nie chciała być nieuprzejma, ale czuła, że to nie był odpowiedni 

czas i miejsce na wizytę. Postanowiła jednak wysłuchać, w jakiej sprawie przyszedł. 

- No, tak, myślałem, że może panieneczka czuje się cokolwiek samotna - powiedział z 

wyszukaną niezgrabnością prostaka. 

- Samotna? Tutaj? Ja, która przez całe życie byłam samotna? 

- Z  ludźmi  nigdy  nic  nie  wiadomo.  Mogą  mieć  złe  zamiary.  Dlatego  niech  panienka 

wie, że Jesper jest tutaj, żeby wszystkiego dopilnować. Nikt panience nic złego nie zrobi. 

- Dziękuję, to bardzo miło. Ale teraz może... 

- Zachwycająco piękne włosy ma panienka - powiedział, głaszcząc je z podziwem. - I 

takie piękne piersi! 

Ten  rodzaj  bezpośredniej  ofensywy  na  pewno  był  skuteczny  jeśli  chodziło  inne 

dziewczęta,  ale  nie  w  tym  przypadku.  Hilda  gwałtownie  odskoczyła  jak  najdalej  od  jego 

natrętnych dłoni. Ale płomień namiętności rozgorzał już w sercu Jespera. Bardzo łatwo było 

go rozniecić. 

- Niech  się  panienka  mnie  nie  boi,  o  nie.  Potrafię  obchodzić  się  z  dziewczętami. 

Miałem ich pewnie ze sto i wszystkie były zadowolone. 

Jeśli sądził, że liczba podziała jak zachęta, zawiódł się srodze, choć w swym zadufaniu 

jeszcze tego nie pojął. 

background image

- Bardzo proszę, idźcie stąd - wyjąkała Hilda przerażona. 

- To  zależy  od  narzędzia -  ciągnął  Jesper.  Nie  mógł  się  napatrzeć  na  tę  zgrabną 

sylwetkę, wąską talię i wydatne piersi. - Dziewczyny mówią, że nie mam się czego wstydzić. 

Tego  im  potrzeba!  Niech  panienka  sama  zobaczy.  Proszę  dotknąć.  O,  teraz  on  ma  wielką 

ochotę, bardzo by chciał, rozumie panienka? 

Hilda nie skorzystała z propozycji i zdecydowanie przestała bawić się w uprzejmości. 

Jesper zagradzał drogę do drzwi, zrozpaczona zawołała więc o pomoc. 

Mattias,  który  wrócił  z  wizyty  u  chorego  i  wprowadzał  właśnie  konia  do  stajni, 

usłyszał  jej krzyk  i pognał  na górę. Kiedy  biegł po stromych schodach, pomiędzy wołaniem 

Hildy o ratunek słyszał głos Jespera, który chełpliwie wykrzykiwał o swych zwycięstwach na 

wojnie, o tym,  jak uratował Branda, króla Christiana  i Tarjeia od „pewnej śmierci”,  i o tym, 

że jest prawdziwym mężczyzną, któremu może zaufać. 

Mattias jednym susem przebył ostatnie stopnie i szarpnięciem otworzył drzwi. 

Hilda  stała  odwrócona  do  ściany  i  krzycząc  przyciskała  ręce  do  twarzy.  Na  środku 

izby stał Jesper i pokazywał wszystko, czym mógł się poszczycić. 

- Doprawdy,  Jesperze! -  powiedział  Mattias  z  wyrzutem. -  Czy  nie  widzisz  różnicy 

między  łatwymi  kobietami  a  prawdziwymi  damami?  Wciągaj  portki  i  jazda  stąd! Więcej  tu 

nie wracaj! 

- Chciałem tylko... - mruknął Jesper, położywszy uszy po sobie. Nie dokończył zdania, 

podciągnął spodnie i wyszedł. 

Mattias starał się uspokoić Hildę: 

- Nie przejmuj  się nim. Jesper nie  jest zły,  ma tylko zbyt wysokie  mniemanie o swej 

urodzie. Trzeba potraktować go ostro, wtedy uspokaja się natychmiast. 

Kiwnęła głową i odwróciła się, wciąż trzymając dłonie przy twarzy. 

- Dzisiaj  już  możesz  czuć  się  bezpieczna,  on  nie  wróci -  powiedział  Mattias.  W  jego 

przyjaznym głosie igrała wesoła nuta, ale Hilda czuła, że śmieje się z głupkowatego Jespera. - 

Ale na wszelki wypadek wyjmij klucz z drzwi - dodał. 

- Dobrze, dziękuję - szepnęła. 

- Ciężki dzień dzisiaj miałaś, moja droga - powiedział serdecznie i wyszedł. 

Kiedy Hilda znalazła się już w łóżku, długo leżała drżąc na całym ciele. Nie myślała o 

Jesperze, który wydał jej się wstrętny i śmieszny zarazem, lecz o mężczyznach w ogóle. 

Hilda  nigdy  jeszcze  nie  widziała  odsłoniętej  męskości.  Teraz  jej  dłonie  ostrożnie 

przybliżyły  się  do  okolicy,  której  nigdy  dotąd  nie  dotykała  tak  świadomie.  Przeraziła  się, 

czując pulsujące gorąco. Natychmiast odsunęła rękę. 

background image

Drżenie jednak nie ustawało. Myślała o innych mężczyznach, o tym, że byli stworzeni 

w  taki  sam  sposób  jak  ten  głupek  Jesper.  Czuła  się  winna,  ale  jej  dłoń  powróciła  w  tamto 

miejsce, teraz nie była w stanie  jej odsunąć. Na poły z przerażeniem,  na poły z uniesieniem 

pozwoliła, by stało się to, czego pragnęło jej ciało. 

Następnego  ranka  ubrała  się  pełna  wstydu  i  poszła  do  wielkiego  domostwa 

mieszkalnego Grastensholm. 

W  drzwiach  powitał  ją  Mattias,  jak  zawsze  wesoły  i  przyjazny.  Była  pewna,  że 

zauważy  jakiś  ślad  jej  nocnych  przeżyć,  spuściła  więc  wzrok  i  podczas  miłego  śniadania 

pomrukiem odpowiadała na wszystkie pytania. 

Później jednak zajęła się codziennymi sprawami i odzyskała spokój. 

Zerkała oczywiście w stronę Lipowej Alei, ale Andreas się nie pojawiał. Widziała, że 

jego wóz wrócił z Elistrand dopiero późnym wieczorem. Skoro tylko zostanie przygotowany 

dla niej pokój, mieli po nią przyjechać Kaleb i Gabriella. 

Wszyscy  byli  tacy  dobrzy!  A  ona  przez  tak  nieliczenie  wiele  dni  żyła  odcięta  od 

ludzkiej wspólnoty, mając za towarzystwo jedynie wiecznie niezadowolonego zrzędę. 

Jednakże  dotychczasowe  nieliczne  próby  nawiązania  kontaktu  z  ludźmi  kończyły  się 

zawsze gorzką porażką. 

O  zaprzyjaźnieniu  się  z  kimś  tak  nieosiągalnym  jak  mieszkańcy  Lipowej  Alei  i 

Grastensholm nigdy nawet nie śniła. 

Po południu musiała wrócić do swojej zagrody. Szła ciężko na pogrzeb ojca. 

background image

ROZDZIAŁ V 

Andreas miał wrażenie, że unosi się w obłokach. W niepamięć poszły odkryte zwłoki, 

wilkołak i powieszony hycel. 

Poprzedniego dnia  bezwstydnie długo zabawił  w Elistrand, ale  był to wielki dzień w 

jego życiu. On, który dotychczas rozmawiał z Eli wyłącznie  jak wujaszek, poświęcił  jej tyle 

uwagi, że Kaleb, żartobliwie uniósłszy jedną brew, surowo dowiadywał się o jego przodków i 

wypytywał, ile pieniędzy może mieć w szkatule. 

A  Andreas zarumienił  się, z czym zresztą było  mu do twarzy,  i starał się udawać, że 

nic nie rozumie. 

Był jednak taki szczęśliwy, tak bardzo szczęśliwy! 

Szesnaście lat. Osiągnęła już więc odpowiedni wiek do zamążpójścia. A jeśli mąż jest 

znacznie starszy - w tym wypadku o jedenaście lat - małżonka będzie mogła korzystać z jego 

doświadczenia. 

Gabriella wyglądała na zaskoczoną, była jednak na tyle dobrze wychowana, że nic na 

ten temat nie powiedziała. 

A  Eli  jego  zainteresowanie  sprawiało  ogromną  radość.  Zachwycona  opowiadała  o 

swym  własnym  cielaczku,  któremu  pomogła  przyjść  na  świat.  Andreas  musiał  iść  z  nią  do 

obory  i  obejrzeć  zwierzaka.  Tam  przypadkowo  objął  jej  delikatne  ramiona  i  tak  przytuleni 

razem podziwiali cielątko. 

Cóż za cudowna dziewczyna! Taka delikatna, taka ponętna i miła. Że też wcześniej nie 

zwrócił na nią uwagi! 

Nie było to jednak dziwne, bowiem dopiero tego lata pączek zaczął przemieniać się w 

kwiat. 

Będzie musiał postępować z nią delikatnie. Wydawało się, że ona nadal nic nie wie o 

miłości, nie rozumie powodów jego zainteresowania. Potrzebowała czasu na przebudzenie. W 

tym  okresie  on  zapewni  jej  bezpieczeństwo.  A  pewnego  dnia  sama  odkryje  w  nim 

mężczyznę... 

Oczywiście  mógł  zwrócić  się  do  Kaleba  i  Gabrielli  z  formalną  prośbą  o  jej  rękę  i 

zawrzeć ugodzone małżeństwo. To jednak nie leżało w zwyczajach Ludzi Lodu, nigdy tak się 

nie zdarzyło. Zawsze pobierali się z miłości. Wyjątkiem był Tarald, który ożenił się z Irją ze 

względów  praktycznych,  ale  i  w  tym  związku  wkrótce rozkwitła  miłość.  To  było  naturalne, 

myślał Andreas, któż mógłby nie pokochać Irji, która była samą dobrocią, ciepłem i miłością. 

background image

Wiedział  również,  że  siostra  jego  dziadka,  Liv,  ma  za  sobą  wielce  nieszczęśliwe 

małżeństwo,  zawarte,  kiedy  była  bardzo,  bardzo młoda,  zanim  poślubiła  swego  ukochanego 

Daga. Niewiele jednak słyszał o tym pierwszym związku. O ile rozumiał, było to małżeństwo 

z  mężczyzną, który wprost palił się do poślubienia Liv  i  całkiem  ją omotał. Z  jej  strony  nie 

było więc mowy o miłości. 

Nie, Ludzie Lodu powinni słuchać, co podpowiada im serce. 

A  jego  serce  najwyraźniej  wybrało  Eli.  Teraz  musi  tylko  uzbroić  się  w  cierpliwość. 

Nie spłoszyć jej. Dopóki będzie traktować go jak wujaszka, sprawa jest beznadziejna. Musi to 

jakoś zmienić. 

Ale jak się do tego zabrać? Uczestniczyć w młodzieńczych zabawach i figlach? Nie, to 

nie najlepszy pomysł. 

Musi zaufać czasowi. 

To  jednak  nie  jest  takie  łatwe,  kiedy  po  raz  pierwszy  w  dwudziestosiedmioletnim 

życiu odczuwa się słodki ból zakochania. 

Hilda dość wcześnie wyruszyła do chaty na skraju lasu. Czuła się nieswojo na myśl, że 

nikt tam na nią nie czeka. Nawet krowa, kot czy kury. Tylko martwy ojciec. 

Miał przyjść kościelny, ale ona wyruszyła tak wcześnie, że na pewno będzie na długo 

przed nim. 

Na  maleńkim  podwórku  panowała  cisza.  Jak  szybko  miejsce  może  stać  się 

opuszczone, pomyślała. Z wahaniem weszła do domu. 

Ogień  na  palenisku  nie  płonął.  Wszystkie  przedmioty,  do  których  była  przywiązana, 

znajdowały się już w Elistrand. Została jeszcze tylko kocia miseczka, ale kot na pewno dostał 

nową, a poza tym ona przecież nie może nieść miseczki podczas pogrzebu. 

W niedalekiej przyszłości znów będzie musiała się tu przenieść. 

Ta  myśl  nie  była  jej  miła,  ale  przecież  nie  może  wciąż  mieszkać  u  innych, 

wykorzystywać cudzą dobroć. 

Ociągając się wyszła z domu i skierowała w stronę stodoły. Przyzwoitość nakazywała 

oddać ojcu szacunek. Odmówić za niego modlitwę w zagrodzie, w której mieszkał przez całe 

życie. 

W lesie szumiało i szeleściło, coś trzasnęło za rogiem domu. Hilda lękliwie rozejrzała 

się  dookoła,  ale  niczego  nie  dostrzegła.  Samotność  wyolbrzymia  wszystkie  dźwięki, 

uspokajała się. 

Czując,  że  stopy  jej  ciążą,  jakby  były  z  ołowiu,  wdrapała  się  po  prowadzącym  do 

stodoły  podjeździe,  zarośniętym  mchem  i  trawą tak,  że  ledwie  prześwitywały  kamienie.  Jak 

background image

miło z ich strony, że przygotowali ojca i złożyli go na murach, pomyślała. Andreas... Andreas 

także  w  tym  uczestniczył.  Czy  poświęcił  jej  wówczas  choć  jedną  współczującą  myśl?  Czy 

zrozumiał, jak trudno było jej z ojcem, którego nie mogła szanować, choć starała się o to ze 

wszystkich sił? 

Zaskrzypiały  stare  i  zniszczone  drzwi  stodoły.  Tak  wiele  razy  przez  nie  szła, 

dźwigając na plecach snopy. Nigdy nie mieli konia. 

W środku było ciemno, zostawiła więc drzwi otwarte. 

Dzięki Bogu, nakryli ojca narzutą z łóżka! Była pewna, że nie zniosłaby widoku jego 

twarzy,  a  już  na  pewno  nie  tak  straszliwie  wykrzywionej  jak  wtedy,  gdy  zobaczyła  go 

wiszącego. 

Chociaż... on nie żył  już wcześniej, powiedział pan Mattias. To odrobinę uspokajało, 

ale także było przerażające. Ktoś dostał się do domu... 

Hilda padła na kolana i Półgłosem odmówiła modlitwę, prosząc Boga, by okazał łaskę 

i przyjął do siebie Joela Nattmanna. 

Wiatr zakołysał drzwiami stodoły, które prawie się zatrzasnęły. Wewnątrz zapanował 

półmrok. 

Niechaj dusza jego odnajdzie pokój i nie błąka się wśród żywych... 

Na  dole,  w  oborze,  zaszeleściły  kroki.  Szybko  obejrzała  się  na  kilka  wiodących  tam 

stopni,  ale  w  rogu  przy  podjeździe  było  zupełnie  ciemno,  nie  docierała  tam  jasność  dnia. 

Zresztą  na  dworze  było  tak  szaro,  że  odrobina  światła,  która  sączyła  się  przez  szparę  w 

drzwiach, niewiele pomagała. 

To na pewno szczury. Stodoła jest przecież pusta. 

Usiłowała dokończyć  modlitwę. Przed oczami  miała kontur przykrytych narzutą stóp 

ojca. 

Ale przecież odkąd sięga pamięcią, nigdy nie było tu szczurów... 

Znów usłyszała coś jakby odgłos ukradkowych ruchów, przemykających kroków... 

Panie, Ty, który litujesz się nad grzesznymi, ulituj się także nad tym nieszczęśliwym... 

Hilda  znieruchomiała.  Na  dole  rozległo  się  ciężkie  dyszenie,  sapanie  czegoś,  co 

przekradało się wzdłuż ściany, uderzając ciężkimi łapami... 

Zapomniała  o  modlitwie.  Przez  długą  chwilę  klęczała  niby  sparaliżowana,  po  czym 

jak najciszej wstała. 

W  tym  samym  momencie  usłyszała  inny,  zbawczy  dźwięk.  Skrzypienie  wozu  pod 

płotem. 

Wybiegła ze stodoły, potykając się o kamienie,  i  popędziła w stronę furtki. Za nic w 

background image

świecie nie obejrzałaby się teraz za siebie. 

Kościelny  podjeżdżał  niespiesznie.  Był  to  chudy,  nijaki  mężczyzna  w  czarnym 

ubraniu, który pełnił w parafii także funkcję grabarza. 

- W imię Ojca - zdziwił się. - Co się z panienką stało? 

- Coś jest w oborze! - zawołała. - Jakieś wielkie zwierzę! 

Nic  na  to  nie  powiedział,  z  niedowierzaniem  tylko  spojrzał  w  stronę  budynku.  Hilda 

biegła obok, ręką trzymając się wozu, aż zajechali na podwórko. 

- Gdzie  jest  nieboszczyk? -  zapytał,  nauczył  się  bowiem  z  pietyzmem  odnosić  do 

zmarłych. 

- Na górze, w stodole. 

Zeskoczył na ziemię. 

- Widzę, że drzwi do obory są zamknięte na haczyk. 

- Tak. 

- W jaki więc sposób zwierzę mogło dostać się do środka? Może górą? 

- Nie, tamte drzwi także były zamknięte, kiedy przyszłam. 

- A klapa do nawozu? 

- Jest zasłonięta. Tamtędy nie można wejść. 

- A więc zwierzę miało niby być zamknięte w środku? 

- Tak się wydaje - odparła żałośnie. 

- I panienka naprawdę coś słyszała? 

- Oczywiście! 

Nie  patrzył  na  nią,  gdy  wymawiał  gniewne  słowa,  które  rozniosły  się  echem  po 

opustoszałej zagrodzie. 

Wziął jednak długi kij z wozu, na którym stała trumna. 

- Lepiej to sprawdzić. Może panienka weźmie drugi kij do noszenia... 

Posłuchała go. 

Hilda  wyczuwała  niechęć  kościelnego.  Była  córką  hycla.  On  jednak  miał  do 

wykonania pracę, musiał więc znosić jej obecność. 

- Nie  ma sensu wchodzić na dół - powiedział zrzędliwie. - Wtedy ono wydostanie się 

górą. 

Poszli w kierunku podjazdu. Hilda trzęsła się jak osika. 

- Jak panienka sądzi, co to było? Jakie odgłosy wydawało? 

- To... dyszało, węszyło. Sapało i parskało. 

- Może borsuk? 

background image

- Być może, ale wydawało się dużo większe, o wiele większe. 

- Hm - zamyślił się. - U nas w parafii nie ma misia, nie widziano go od stu lat. Sądzę 

więc, że to nie był brązowy. 

Zauważyła,  że  kościelny  nie  śmie  nazwać  zwierzęcia  jego  właściwym  imieniem.  To 

jeszcze bardziej ją przeraziło. 

Otworzyła drzwi do stodoły na oścież. Zmarły leżał tak jak przedtem, cały przykryty. 

- Gdzie to było? 

- Kierowało  się  ku  schodom -  wskazała. -  Sądzę,  że  nawet  zaczęło  już  wchodzić  na 

górę. 

Nie mogło wyjść podjazdem, zobaczyłbym to z drogi. Wobec tego musi być na dole. 

Rozmawiali po cichu, niemal szeptem. 

Grabarz  mocno  ujął  kij  i  ostrożnie  zaczął  spuszczać  się  po  zniszczonych  schodach. 

Hilda  upewniła  się,  że  nic  nie  kryje  się  w  stodole,  i  przestraszona  ruszyła  za  nim,  w  każdej 

chwili gotowa do ucieczki. 

Mężczyzna przystanął na najniższym stopniu. 

- Pięknie to wszystko panienka utrzymywała, jak widzę. 

W  jego  słowach  brzmiało  zdziwienie,  najwyraźniej  nie  spodziewał  się  tego  po  córce 

hycla. 

Kościelny  nie  posuwał  się  dalej.  Hilda  wiedziała,  że  z  tego  miejsca  mógł  dokładnie 

widzieć całą oborę. 

- Nic tutaj nie ma. 

- Ale jestem pewna... 

Grabarz  odwrócił  się  ku  ścianie.  Od  jednej  z  belek  odłupała  się  długa  drzazga. 

Mężczyzna wyciągnął zza niej coś, co się o nią zaczepiło. 

Nie  wierząc  własnym  oczom  wpatrywał  się  w  trzymany  w  dłoniach  kłak  zwierzęcej 

sierści. 

- Bardzo tu ciemno - mruknął. - Ale sądzę, że to może być szaronogi... Ale tak wysoko 

na ścianie! Nigdy nie widziałem takiego wielkiego... 

Wpatrywał się w nią przerażony. 

- We wsi gadają o... o... Panienka chyba się nie spodziewa? 

- Nie  spodziewam  się...?  Ach,  o  to  chodzi!  Nie,  nie -  gwałtownie  protestowała, 

urażona jego podejrzeniami. 

- Wybaczcie  mi!  Ale  wiecie,  panienko,  powiadają,  że  one  gonią  za  brzemiennymi. 

Jezu  Chryste! -  wymamrotał.  Wypuścił  kłak  sierści  z  rąk,  jakby  nagle  zaczął  go  parzyć,  i 

background image

wyciągnął  nóż. -  Zimna  stal -  szepnął  i  wbił  ostrze  w  ścianę.  Spojrzał  w  stronę  drzwi  do 

obory. -  Nic  dziwnego,  że  są  zamknięte.  Takie  potwory  potrafią  same  otwierać  i  zamykać. 

Chodźmy, dosyć tego! 

Hilda była jednak odważniejsza, niż sama przypuszczała. Ukradkiem podniosła kłębek 

sierści i wsunęła go do kieszeni spódnicy. 

Kościelny  jakby  w  popłochu,  z  wręcz  nieprzyzwoitym  pośpiechem,  wniósł  z  jej 

pomocą trumnę na górę do stodoły. 

- Na  cmentarzu  na  pewno  nie  będzie  go  miał  kto  nieść -  mruknął. -  Poniesiemy  go 

sami, panienka i ja. 

Hilda  tylko  kiwnęła  głową.  Nie  oczekiwała  żadnej  pomocy  ze  strony  mieszkańców 

gminy. Wprost przeciwnie, obawiała się, że właśnie przez nich jej pierwsza wyprawa do wsi 

będzie przykra i bardzo trudna. 

Kiedy  kościelny  odkrył  zwłoki  ojca,  odwróciła  twarz,  ale  kątem  oka  zdążyła 

zauważyć, że jest pięknie ubrany w długą białą koszulę, a dłonie ma złożone na piersiach. 

Musiała unieść ciało zmarłego z jednej strony, by mogli ułożyć je w byle jak skleconej 

z  desek  trumnie.  Na  szczęście  zdołała  uniknąć  widoku  jego  twarzy.  Kiedy  trumna  została 

zamknięta, odetchnęła z ulgą. 

Bez dalszych ceremonii Joela Nattmanna zniesiono w dół i ułożono na wozie. 

I tak  spod  drzwi  swego  domu  wyruszył  w  ostatnią  drogę, obserwowany  z  głębi  lasu 

przez parę wąskich oczu. 

W to szare deszczowe popołudnie na Grastensholm Mattias wyglądał przez okno. 

Wpatrywał się w coś, co rozgrywało się na drodze. 

- Nie, tak być nie może! - wykrzyknął. 

- Co się stało, kochany? - spytała zamyślona Irja. 

- Spójrz, mamo! 

Podeszła do okna. Za nią pospieszyli Tarald i Liv. 

Od strony  lasu, ku kościołowi, powoli  jechał wóz. Stała  na nim trumna, a za wozem 

podążała smutna, samotna kobieta. 

- Pogrzebowy orszak hycla - powiedział Tarald. 

Skierowali wzrok ku kościołowi. Pod murem cmentarnym kręciło się już kilka osób. 

- Zbierają się sępy - powiedziała Liv. - Nie, masz rację, tak nie uchodzi. 

Już spieszyła do sieni, Mattias biegł za nią. 

- Każ  zaprzęgać  paradny  powóz -  rozkazała  Liv  służącemu. -  Czy  jesteś  stosownie 

odziany, Mattiasie? Tak, to dobrze. A ty, Taraldzie? 

background image

- Założę czarną opończę - odparł syn. 

Irja stała już gotowa w ciemnym płaszczu. 

- Poślijcie wiadomość do Lipowej Alei - poprosił Mattias. 

- Nie trzeba - odpowiedziała Liv. - Widzę, że ich powóz już nadjeżdża. 

Mattias uśmiechnął się. Myśli Ludzi Lodu zawsze zmierzały tym samym torem. 

- A Elistrand? 

- Od  nich  nie  widać  kościoła.  Ale  mieli  zamiar  wyjechać  Hildzie  na  spotkanie,  być 

może i tak przybędą. 

Kondukt  pogrzebowy  Joela  Nattmanna  nie  poruszał  się  szybko,  dotarli  więc  do 

kościoła mniej więcej równocześnie z nim. 

Pod bramą kościoła zbierali się grupkami  mieszkańcy wioski, którzy wcale  nie  mieli 

zamiaru  wejść  do  środka.  Kiedy  wóz  wtoczył  się  na  dziedziniec  kościelny,  ze  złością  gapili 

się na Hildę. 

- Hycel, czarci pomiot! - zawołało paru młokosów. 

- Nie  dla  niego  miejsce  w  poświęconej  ziemi -  odezwała  się  z  nienawiścią  jakaś 

kobieta, a inni to podchwycili. 

- Tak, złóżcie go poza cmentarzem! Tam lepiej pasuje! 

Hilda tylko niżej schyliła głowę. Muszę przez to przejść, myślała, ale coraz dotkliwszy 

ból ogarniał jej duszę. Z trudem przełknęła ślinę i wyprostowała się. Boże, daj mi siłę! 

Nagle  gromada  ucichła.  Zajechał  powóz  z  Grastensholm.  I  drugi,  z  Lipowej  Alei.  l 

Wieśniacy nie wiedzieli, co o tym myśleć i jak się zachować. 

Z  powozu  wysiadła  stara  baronowa  i  cała  jej  rodzina.  Powszechnie  lubiany  młody 

doktor...  I  patriarcha  z  Lipowej  Alei  wraz  ze  swymi  najbliższymi.  Pozdrowiono  ich 

wstydliwie. 

Niemal jednocześnie od południa pojawił się jeszcze jeden powóz. To pan na Elistrand 

wraz ze swą szlachetnie urodzoną małżonką, margrabianką, i przybraną córką. 

Cóż to miało znaczyć? 

Mattias  kiwnął  głową  Hildzie,  chcąc  dodać  jej  tym  otuchy,  i  podszedł  do  karawanu. 

To samo zrobili Tarald, Andreas i Brand. 

Trumnę Joela Nattmanna wnieśli przez wrota kościoła dwaj baronowie i dwaj panowie 

na  Lipowej  Alei.  Za  trumną  szła  Hilda  wraz  z  baronowymi  Meiden -  starszą  i  młodszą, 

margrabianką z Elistrand i najdostojniejszym człowiekiem w całej parafii, Arem z rodu Ludzi 

Lodu i jego synową Matyldą, córką gospodarza Niklasa Niklassona. 

Dookoła  cmentarza  zapadła  głucha  cisza.  Wdarł  się  w  nią  dźwięk  dzwonów,  które 

background image

obwieszczały żałobę. 

Kiedy mieszkańcy wioski, którzy wybrali się tu, by rzucić okiem na córkę hycla i być 

może wygłosić swoją opinię o niej i jej ojcu, opamiętali się, uznali, że nie uchodzi dłużej tak 

stać, gapiąc się bezczynnie. Nie chcieli jednak nic stracić z uroczystości. Położywszy uszy po 

sobie, jeden za drugim wsuwali się do kościoła. 

Joelowi Nattmannowi towarzyszył więc do grobu niezwykle  liczny orszak. I nikt nie 

powiedział złego słowa - teraz ani później, w drodze do domu. 

Hilda  stała  nad  grobem  ojca  i  czuła  spływające  po  policzkach  łzy.  Ostrożnie  uniosła 

oczy  i  zobaczyła  Andreasa  Linda  z  Ludzi  Lodu  po  przeciwnej  stronie  grobu.  Stał  tuż  obok 

młodziutkiej dziewczyny z Elistrand i kiedy napotkał spojrzenie Hildy, uśmiechnął się do niej 

szybko, uspokajająco. 

I Hilda zapomniała o smutku. Jej serce wypełniła ogromna radość. Przybyli, by oddać 

cześć jej ojcu, a ją samą wspomóc i dodać otuchy. Pokazali, że ludzkie życie, wszystko jedno 

za jak nędzne się je uważa, warte jest szacunku. 

Koszmar przemienił się w podniosłą uroczystość. 

Hilda  nie  myślała  nad  tym,  że  przyszli  tu  nie  ze  względu  na  ojca.  Nie  miała  o  sobie 

wielkiego mniemania. W ostatnim dniu pobytu ojca na ziemi ona się nie liczyła. 

Później,  kiedy  zgromadzenie  poczęło  się  rozchodzić,  a  ona  miała  wraz  z  Kalebem  i 

margrabianką  jechać  na Elistrand, stała przy powozie, a  ludzie kolejno podchodzili do niej  i 

wyrażali  swe  współczucie.  Wieśniacy  i  panowie.  A  Hilda  kłaniała  się  i  dziękowała, 

przepraszając, że nie może zaprosić na poczęstunek, ale przecież nie spodziewała się... 

Rozumieli  to.  Kiedy  nadszedł  Andreas  i  jego  silna  dłoń  ujęła  dłoń  Hildy,  jej  oczy 

zabłysły i prostym „dziękuję” starała się wyrazić wszystko, co do niego czuła. 

Każdy  miał  dla  niej  jakieś  serdeczne  słowo.  Stara  baronowa  prosiła,  by  solidnie 

wypoczęła  przez  kilka  dni,  a  doktor  Meiden  powiedział,  że  właściwie  miał  zamiar  zapytać, 

czy nie zechciałaby pomagać mu w pracy z chorymi, lecz stwierdził, że w Elistrand będzie jej 

przyjemniej i spokojniej. 

Hilda  dziękowała  i  dziękowała,  nie  było  końca  łzom  wdzięczności  i  ulgi.  Mattias 

Meiden dyskretnie podsunął jej chusteczkę. 

Po skończonej ceremonii Hilda usiadła w powozie obok tej ślicznej dziewczyny, Eli. 

Choć jeszcze nie zamieniła z nią zbyt wielu słów, czuła, że bardzo, bardzo ją polubi. 

background image

ROZDZIAŁ VI 

Przyjazd  do  Elistrand  był  dla  Hildy  jak  sen.  Wielkie,  niedawno  wybudowane 

domostwa, życzliwi ludzie, dzieci, które miały tak ciężkie życie, nim przybyły na zielone łąki 

nad morzem... 

Niegdyś stała w tym miejscu mała zagroda, należąca do dworu Grastensholm, ale już 

od bardzo dawna nikt jej nie zamieszkiwał. Alexander odkupił od Taralda przepiękne łąki nad 

wodą i wybudował dom dla córki  i  jej  męża. Naturalnie on sam nie dotknął własną ręką ani 

jednego  kamienia  czy  belki.  Ród  Paladinów  był  wystarczająco  bogaty,  by  Alexander  mógł 

zlecić  innym  wykonanie  całości  dzieła.  Wszystko  jednak  zostało  wybudowane  zgodnie  z 

życzeniem Kaleba i Gabrielli. 

Dla Hildy  najważniejsze  było, że  nie  mieszka tu z  łaski. Przydzielono jej obowiązki, 

nawet dosyć trudne i absorbujące w ciągu całego dnia. Czuła jednak, że się na coś przydaje, 

że jest potrzebna, a to krzepiło. Wprawdzie w domu ojca także wszystko miała na głowie, ale 

tamta praca była taka smutna. Nigdy nie słyszała ani jednego słowa podziękowania. 

Tutaj nikt jej nie łajał, mimo że na początku popełniała błędy. Tutaj także ujawniło się 

wiele  jej  ukrytych  talentów,  a  zwłaszcza  dar  ożywiania  wszystkiego,  czym  się  zajmowała, 

zdolność upiększania, przyozdabiania otoczenia. 

Którejś z pierwszych  nocy przyśniło się  jej, że ojciec  żyje, a ona  znów krząta się po 

domu w oczekiwaniu na jego gorzkie wyrzuty. 

Obudziła się zlana zimnym potem. 

- Dzięki ci, dobry Boże, że to tylko sen - westchnęła z ulgą. 

Nagle  jednak  ogarnęło  ją  przerażenie.  Nie  zdawała  sobie  sprawy,  do  jakiego  stopnia 

nie znosiła ojca. Jego śmierć stała się dla niej wybawieniem. 

Ona  i  Eli  pracowały  wspólnie,  sprawując  codzienną  opiekę  nad  dziećmi.  Nietrudno 

było  zaprzyjaźnić  się  z  Eli -  taką  łagodną,  skromną,  wdzięczną  za  najdrobniejszy  przejaw 

zainteresowania  jej  osobą.  Rozjaśniała  się  zawsze,  gdy  ktoś  do  niej  przemówił.  Mimo  że 

Hilda była starsza i poważniejsza, doskonale czuły się razem. Eli nieustannie wyrażała radość, 

że  może  dzielić  trudy  pracy  właśnie  z  Hildą,  podkreślając,  że  dzięki  niej  czuje  się  o  wiele 

bezpieczniej i spokojniej. Hilda nie mogła tego do końca zrozumieć, ale cieszyły ją te słowa. 

Pewnego  dnia,  gdy  siedziały  na  łące  i  układały  bukieciki  z  kwiatów,  a  dzieci  bawiły 

się nie opodal, Eli zwierzyła się Hildzie, że jest zakochana. 

- Naprawdę? - zdumiała się Hilda, bo uważała, że dziewczyna jest na to zdecydowanie 

background image

za młoda. 

- Och, tak! - zaśmiała się Eti. - To całkiem szalone zakochanie. Nie śmiem powiedzieć 

o  tym  matce  ani  ojcu,  chyba  by  zemdleli  z  wrażenia!  Ach,  ale  to  cudowne  uczucie!  I 

przypuszczam, że on też mnie lubi. Zainteresował się mną, rozumiesz, i wtedy tak jakbym go 

odkryła. 

Oczy Hildy stały się rozmarzone. 

- Czy ty kiedykolwiek byłaś zakochana? - dopytywała się Eli. 

- Tak, jestem - uśmiechnęła się Hilda. - Po raz pierwszy w życiu. Ale nie mogę o tym 

rozmawiać, nawet z tobą. 

- Dlaczego? 

- Nie  rozumiesz?  Nikt  mnie  nie  zechce,  wiem  o  tym  dobrze.  Jestem  przecież  córką 

hycla. Przyzwyczaiłam się do myśli, że pozostanę samotna. Ale mam marzenia, których nikt 

mi nie odbierze. I tęsknotę... 

- Och,  tęsknota! -  westchnęła  Eli  i  zachwycona  popatrzyła  na  morze. -  Tęsknota  to 

takie piękne uczucie, prawda? 

- Prawda. Ale także gorzkie. 

- Tak uważasz? Moim zdaniem tęsknota jest najpiękniejsza. Kiedy już się dostanie to, 

czego  tak  bardzo  się  pragnie,  znika  gdzieś  całe  piękno  i  czar.  Spełnienie  jest  jakby 

chłodniejsze. 

Hilda uśmiechnęła się. 

- To zależy chyba od tego, za czym się tęskni. 

- O tak, na pewno - szybko zgodziła się Eli. - Miałam na myśli rzeczy. 

- A o kim ty... Teraz chodzi mi o ludzi... 

- Nie, tego nie mogę powiedzieć - szepnęła Eli. - Ale dowiesz się jako pierwsza, jeżeli 

on wyzna mi miłość. 

Mówiąc  o  uczuciach  używała  podniosłych  słów,  bo  taka  właśnie  była  Eli. 

Impulsywna, wrażliwa, a gorącym sercu. 

Gabriella  i  Kaleb  mieli  z  niej  wiele  pociechy  i  nigdy  nie  żałowali,  że  ją  przygarnęli. 

Była słońcem w ich życiu, wokół niej koncentrowały się wszystkie ich myśli. Czasami, kiedy 

ktoś  mówił  o  niej  jako  o  przybranej  córce,  nie  rozumieli,  o  kogo  chodzi.  Była  z  nimi  tak 

złączona, jak dziecko z ich własnej krwi i kości. 

Andreas przychodził teraz niemal co dzień, ale Hilda nie śmiała mieć nadziei. Drżała 

na  myśl,  że  mógłby  spotkać  ją  zawód,  nie  była  w  stanie  uwierzyć,  że  komuś  może  na  niej 

zależeć,  ale  czy  to  nie  był  jakiś  znak?  Gabriella  często  żartowała  sobie  z  Andreasa, 

background image

zastanawiając się, co też tak nagle zaczęło przyciągać go do Elistrand. Śmiał się wtedy, nieco 

poirytowany, i naprawdę się rumienił. 

Pewnego dnia zapytał Hildę: 

- Czy  to  prawda,  co  rozpowiada  po  wsi  kościelny:  Że  podobno  w  stodole  gonił  cię 

wilkołak? 

Nazwanie  rzeczy  po  imieniu  było  dla  dziewczyny  brutalnym  wstrząsem.  Odkąd 

przybyła na Elistrand, starała się zapomnieć o tym wydarzeniu. 

Spojrzała mu w twarz; była tak blisko, że aż się jej zakręciło w głowie. 

- Nie  wiem,  co  to  było,  panie  Andreasie.  Ale  zachowałam  kępkę  sierści,  która 

przyczepiła się do ściany. Czy mam ją przynieść? 

- Oczywiście! Najlepiej od razu! 

Ile  sił  w  nogach  pobiegła  do  swojej  izby.  Nie  może  pozwolić  mu  czekać.  A  jeżeli 

odjedzie? 

Kiedy  wróciła,  Andreas  rozmawiał  z  Eli.  Jaki  miły  był  dla  wszystkich!  Hilda  podała 

mu kłębek szarej, szczeciniastej sierści. 

- Kalebie! - zawołał Andreas. 

Mężczyźni  podeszli  do  okna,  tam  było  jaśniej.  Eli  i  Hilda  zostały  na  miejscu.  Eli 

uśmiechnęła się do niej promiennymi oczami. Czyżby wiedziała, że ona zakochała się właśnie 

w  Andreasie?  Mogło  się  tak  wydawać,  gdyby  sądzić  po  tym  szczególnym  spojrzeniu.  Nie, 

Hilda nie mogła w to uwierzyć. 

Mężczyźni wrócili. 

- Słyszę, że Gabriella jest z ciebie bardzo zadowolona Hildo - z uśmiechem powiedział 

Andreas: - Jesteś jej wielce pomocna. 

- Dziękuję - ukłoniła się. - Ale co to było? 

- Mnie i Eli także - pospiesznie dodał Kaleb. - Umiesz postępować z dziećmi. 

- Bałaś się ich z początku, prawda? - zapytał Andreas. 

- Tak, zanim je poznałam. Nie miałam zbyt dużego doświadczenia z dziećmi. A one są 

kochane. 

- Prawdę powiedziawszy, to małe potwory - stwierdził Kaleb. - Ale wydaje mi się, że 

zaczynam dostrzegać w nich pewne ludzkie cechy. Zanim tu przybyły, nauczono je traktować 

wszystkich dorosłych jak samo zło. Były przekonane, że trzeba kraść i oszukiwać, żeby jakoś 

dać  sobie  radę  w  życiu.  Mały  Jonas  miał  nawet  nóż,  którym  groził  każdemu,  kto  mu  się 

sprzeciwiał. 

- Czy  rzeczywiście  były  takie  trudne? -  zapytała  Hilda  zdumiona. -  Jeśli  tak,  to 

background image

zmieniły się nie do poznania. 

- My  też  tak  uważamy.  A  po  tym,  jak  ty  się  pojawiłaś,  zrobiły  się  z  nich  niemal 

aniołki, no, może aniołki z różkami. 

Hilda zarumieniła się z radości. Z Gabriellą nie stykała się zbyt często. Margrabianka 

dbała  o  umysłowy  rozwój  dzieci.  Ale  Hilda  bardzo  lubiła  tę  wysoką,  szczupłą  damę  o 

szlachetnej twarzy  i delikatnych ruchach. Kaleb zajmował  się prowadzeniem gospodarstwa  i 

do  wychowania  dzieci  się  nie  wtrącał.  Po  prostu  był  dla  nich  wzorem  ojca.  Kiedy  powoził 

końmi gdzieś w pobliżu, wprost prześcigały się, by móc potrzymać lejce. 

- No,  muszę  już  iść -  powiedział  Andreas. -  Ojciec  trochę  się  gniewa,  że  tak  wiele 

czasu zajmuje mi sprawa zamordowanych kobiet. 

Hildę  ogarnęły  straszliwe  wyrzuty  sumienia.  Nie  myślała  zbyt  często  o  tych 

nieszczęśnicach.  Tyle  jednak  wydarzyło  się  w  ostatnim  czasie,  że  nie  była  w  stanie 

wszystkiego ogarnąć. 

- Tak... A co nowego? - wyjąkała. - Czy dowiedzieliście się już, kim one były? 

- Nie.  Ślad  prowadzący  do  córki  Gustava  okazał  się  mylny.  Napisała  list,  znalazła 

pracę w Ostfold. 

- Są więc zupełnie nieznane? 

- Całkowicie. A ten przesądny wójt zatarł wszelkie ślady, paląc ich ciała. 

Wydawało  jej  się,  że  Andreas  jest  już  zniecierpliwiony  i  chce  odjechać,  nie  śmiała 

więc zatrzymywać go dłużej. Z żalem spoglądała za nim, gdy opuszczał Elistrand. 

Mężczyźni  nie wspomnieli  jednak ani słowem o kłaku sierści. Zauważyła, że celowo 

starali się skierować rozmowę na inny temat. 

A więc jednak była to wilcza szczecina! Hilda łudziła się nadzieją, że to kozia sierść, 

choć nie wiadomo, skąd miałaby się wziąć w jej stodole. Próbowała zagłuszyć w ten sposób 

niepokój, bo tak naprawdę od początku wiedziała, że sierść kozy jest sztywniejsza. 

Ogarnął  ją  strach.  Gdyby  grabarz  nie  przybył  akurat  wtedy...  Co  by  się  stało  z  nią, 

Hildą córką Joela? 

Mattias  Meiden  zaglądał  codziennie,  żeby  obejrzeć  dzieci,  i  zawsze  znalazł  kilka 

miłych  słów  dla  Hildy.  Bardzo  ceniła  sobie  jego  życzliwość,  a  każda  rozmowa  z  nim 

napawała ją spokojem i radością. Doktor był naprawdę wspaniałym człowiekiem, aż dziw, że 

do tej pory się nie ożenił. 

Zbliżała się pełnia księżyca. 

Kobiety  we  wsi  z  lękiem  spoglądały  na  zimną,  niemal  doskonale  okrągłą  tarczę. 

Wieczorami do obory posyłały mężów, zabraniały wychodzić dzieciom. 

background image

W wiosce zapanowała histeria. Grasował wilkołak i nikt nie mógł być pewny dnia ani 

godziny. 

Hilda często popatrywała w kierunku swego dawnego domu. Z Elistrand  nie  było go 

widać, ale przecież wiedziała, że leży za wzgórzami i zagajnikami. 

Przez  całe  swoje  życie  mieszkała  tam  i  tylko  tam.  Nigdy  nie  opuszczała  zagrody, 

chyba że wybierała się do lasu w poszukiwaniu jagód. 

Mimo to dawny dom wydał się jej teraz taki obcy, tak nieskończenie daleki. Wcale do 

niego nie tęskniła.  Kiedyś, kiedy  skończy się  jej  praca, będzie  musiała tam wrócić. Ta myśl 

nie była jej miła. 

Krowa dobrze czuła się w Elistrand. Miała tu towarzystwo, mogła rykiem porozumieć 

się  z  innymi  krowami  po  drugiej  stronie  obory,  spierać  z  sąsiadką  o  siano.  Kury  także,  po 

pierwszym okresie nieufności, zostały przyjęte do stada. Teraz miały nawet koguta! 

Gorzej nieco układało się z kotem, nieprzywykłym do panującej tu ciągłej krzątaniny. 

Raz po raz wypuszczał się w stronę dawnego domu, ale na ogół Hildzie udawało się zawrócić 

go w połowie drogi. 

Ostatnio jednak zniknął na dobre. 

Hilda wspomniała o tym Andreasowi, który przyjechał po południu. 

- Nie mam zamiaru teraz iść po niego - oświadczyła. - Dopiero kiedy minie pełnia. 

- Masz rację. Ale jeśli chcesz, mogę cię tam zawieźć. 

Rozjaśniła  się  cała  na  te  słowa,  a  on,  dostrzegłszy  blask  jej  oczu,  nagle  wszystko 

zrozumiał. 

Och, droga Hildo! Myślał. Och, nie, nie! 

- Bardzo  dziękuję -  szepnęła  z  rozjaśnionym  wzrokiem. -  Ale  przecież  nie  mogę 

zajmować waszego czasu takimi błahostkami! Najlepiej będzie, jeśli kot sam się przekona, że 

tam nie ma nikogo. Może wtedy wróci? 

- Nie boisz się, że porwie go lis? 

- O,  nie  tego  kota!  On  już  dawniej  przeganiał  lisy.  Ale  jeżeli  nie  wróci...  Czy  będę 

mogła przypomnieć waszą życzliwą propozycję? 

- Oczywiście - uśmiechnął się z odrobiną rezerwy. 

Hilda  żałowała  swojej  odpowiedzi.  Zamiast  skorzystać  z  tej  wyjątkowej  możliwości 

zostania z nim sam na sam, wzbraniała się, onieśmielona. 

Teraz z nerwowym pośpiechem zaczęła opowiadać, jak dobrze jej w Elistrand. 

- Nie  jestem  przyzwyczajona  do  takiej  życzliwości -  mówiła. -  Właściwie  bardzo  się 

boję ludzi, ale to powoli się zmienia. Tam, w domu, czułam się bardzo samotna. Wymyśliłam 

background image

sobie  nawet  przyjaciela,  z  którym  ciągle  rozmawiałam.  Nie  wiem,  czy  to  była  kobieta,  czy 

mężczyzna. A może jakiś anioł stróż, aniołowie nie mają chyba określonej płci? Mogłam mu 

opowiadać o wszystkich moich kłopotach. Powoli stawałam się dziwaczką, bo rozmawiałam 

sama ze sobą. Słyszeli mnie tylko kot i krowa, więc chyba to nie nikomu szkodziło? 

Znów mówiła za dużo, nie mogła jednak powstrzymać potoku słów. 

- Jestem przygotowana na to, że pozostanę samotna przez całe życie. To znaczy, że nie 

wyjdę za  mąż... Dlatego tak cudownie  jest mieć przyjaciół, to znaczy... Wiem, kim  jestem,  i 

nie oczekuję, że ktoś mnie zechce... Jest więc dokładnie tak, jak powinno być... 

Andreas zorientował się, że zaplątała się w coś, z czego nie potrafi wybrnąć. Bardzo 

mu było jej żal, ale czy mógł jej pomóc, nie będąc źle zrozumianym? 

Położył dłoń na ramieniu dziewczyny. 

- Wszyscy bardzo cię lubimy, Hildo, i mamy nadzieję, że zostaniesz z nami naprawdę 

długo. Wrócę tu jutro, zobaczymy wtedy, czy kot się odnalazł. 

Hilda  kiwnęła  głową.  W  jego  głosie  brzmiała  serdeczność,  ale  czuła  się  tak,  jakby 

wylano  jej  na  głowę  kubeł  zimnej  wody.  Mówiła  tak  dużo,  że  aż  musiał  jej  przerwać. 

Nadużyła  jego  dobroci,  którą  okazywał,  przyjeżdżając  niemal  co  dzień.  Ach,  co  za  wstyd! 

Czy na dobre wystraszyła go swoim gadulstwem? 

Andreas dosiadł konia i z westchnieniem poprawił się w siodle. Nie zobaczył się z Eli, 

ale teraz musi stąd odjechać, by spokojnie wszystko przemyśleć. 

Jak,  na  miłość  boską,  wybrnąć  z  tej  sytuacji?  Przecież  on  nie  okazywał  Hildzie 

szczególnych względów. Ona jednak przed nim nie znała innego mężczyzny. Wystarczyło, że 

często  przyjeżdżał.  A  przy  tym  ukrywał  swe  uczucia  do  Eli.  Starał  się  ze  wszystkich  sił,  by 

nikt niczego się nie domyślił. 

A biedna, kochana Hilda zrozumiała wszystko opacznie! 

Jak bardzo mu była przykro z jej powodu! 

Usiłowała  mu  wytłumaczyć,  że  niczego  od  niego  nie  oczekuje,  ale  Andreas,  który 

właśnie  doświadczył,  ile  cierpień  może  przynieść  miłość,  nie  chciał,  by  miała  nadzieję... 

Nadzieja będzie podsycać jej uczucie... 

Jak  miał  postąpić,  by  jej  nie  zranić?  Niedługo,  bardzo  niedługo  Hilda  zrozumie,  za 

kim tęskni jego serce. Zdążył już zauważyć, że Eli dostrzega jego zainteresowanie jej osobą. 

Ma w oczach ten sam blask, jaki przed chwilą zobaczył w oczach Hildy. 

I to on? On, który nigdy nie zajmował się żadną dziewczyną, do żadnej nie uderzał w 

konkury! Teraz miał jednocześnie dwie; zdecydowanie o jedną za dużo. 

Nie pojechał do Lipowej Alei. Skierował konia w stronę Grastensholm. 

background image

Mattias był w domu, Andreas poprosił go więc o rozmowę w cztery oczy. Po drodze 

obmyślił, w jaki sposób można by pomóc Hildzie. 

Bez owijania w bawełnę powiedział, jak się sprawy mają. 

Mattias uniósł do góry brwi. 

- Eli? Ale czy ona nie jest dla ciebie trochę za młoda? 

- Wcale tak nie myślę - krótko odparł Andreas. - Skończyła przecież szesnaście lat. 

- No  tak.  Chyba  masz  rację.  Cały  czas  wydaje  mi  się,  że  to  jeszcze  dziecko.  Ale  z 

Hildą to bardzo przykra sprawa. - Mattias stanął przy sekretarzyku i zaczął rytmicznie stukać 

w jego blat. - Co masz zamiar zrobić? 

- Czy  nie  mógłbyś  mi  pomóc? -  odpowiedział  pytaniem  Andreas. -  Czy  nie 

zechciałbyś  dać  jej  do  zrozumienia,  że  bardzo,  bardzo  ją  lubisz?  Oczywiście  nie  za  bardzo, 

tyle żeby cios nie był zbyt ciężki, kiedy zrozumie, co jest między Eli a mną... Żeby nie czuła, 

że jest całkiem... niekochana? 

Mattias  nie  odpowiadał  przez  bardzo  długą  chwilę.  Stał  wyprostowany  jakby  kij 

połknął. 

- A więc miałbym odegrać rolę niechcianego zastępcy? - odezwał się w końcu. 

- Nie,  nie  aż  tak!  Chodzi  o  to,  by  nie  poczuła  się  całkiem  sama,  opuszczona  przez 

wszystkich. 

- I by szukała pociechy w moich ramionach? 

Nareszcie Andreas pojął, jak okrutna była jego propozycja. 

- Wybacz  mi,  jestem  bezmyślny!  To  by  było  bardzo  złe  rozwiązanie,  ubliżające  nam 

obydwóm. Całkiem straciłem głowę. Patrzę na wszystko tylko z własnego punktu widzenia. 

Zapomnij o tym! 

Mattias odwrócił się. Jego zwykle uśmiechnięta twarz wyglądała na bardzo smutną. 

- Nie, zrobię tak, jak  mówisz, bo bardzo lubię Hildę i  nie chcę patrzeć, jak cierpi.  W 

tym wypadku nie jest ważne, czy ty i ja, czy obaj stracimy twarz. 

Andreas ujął go za rękę. 

- Dziękuję  ci,  przyjacielu,  dziękuję!  Ja  także  postaram  się  postępować tak  delikatnie, 

jak to możliwe. To taka wspaniała dziewczyna! 

- Tak - cicho odrzekł Manias. - To prawda. 

Następnego dnia Hilda siedziała na plaży i pilnowała, by któreś z dzieci nie wpadło do 

wody.  Dwie  dziewczynki  i  trzej  chłopcy  bawili  się,  robiąc  przy  tym  ogromny  hałas. 

Poprzedniego dnia dorośli porządnie na nich nakrzyczeli, ponieważ chłopcy podkradli się do 

stodoły razem ze starszą z dziewcząt, żeby zobaczyć,  jak też ona wygląda bez ubrania. Była 

background image

to  bardzo  trudna  chwila,  nikt  bowiem  nie  potrafił  dzieciom  wyjaśnić,  dlaczego  ich 

zachowanie  uznano  za  niewłaściwe.  Po  wielu  nieudolnych  próbach,  mówieniu  o  grzechu  i 

godności kobiety, Kaleb wytłumaczył im to za pomocą kilku dosadnych słów. 

Przez łąkę w kierunku Hildy zmierzał doktor Mattias Meiden. Dziewczyna od razu się 

rozjaśniła - rozmowa z doktorem zawsze działała na nią kojąco. Ciepło robiło jej się na sercu, 

gdy  patrzyła,  jak  stąpa:  szybko,  ale  ostrożnie,  by  nie  podeptać  wiosennych  kwiatów.  Że też 

istnieją tacy ludzie jak doktor! Wydawało się, że ma w sobie wiele miłości dla całego świata i 

że każdy może się do niego zwrócić ze swoimi kłopotami, a on wszystko zrozumie. 

Ku zdziwieniu Hildy usiadł na trawie koło niej. 

Natychmiast  przybiegły  dzieci  i  rzuciły  się  na  ulubionego  gościa,  pozbawiając  go 

możliwości wszelkiego ruchu. 

Hilda zaczęła je łajać, prosząc, by znalazły sobie inne miejsce do zabawy i dały spokój 

doktorowi. Posłuchały jej niechętnie. 

- Dziękuję - powiedział i odetchnął. - Są kochane, ale czasami zbyt natarczywe. 

- Tak, a wy przecież nie potraficie odmawiać? - uśmiechnęła się. 

- To prawda. Trudno mi mówić „nie”, jeśli słyszę czyjąś prośbę. 

- To musi być ciężar. 

- Owszem, czasami. Jak ci się wiedzie, Hildo? 

- Doskonale! 

Jak  miło,  że  poświęca  swój  czas  na  rozmowę  z  nią!  Usiadła  tak,  by  mieć  widok  na 

drogę. Na wszelki wypadek, gdyby ktoś przejeżdżał... 

- Czy kot wrócił? 

- Wiecie o nim? Nie, jeszcze go nie ma. 

- Więc na razie o nim nie myśl. 

- Dobrze. Mówią, że dzisiaj jest pełnia. A pan Andreas obiecał zawieźć mnie do domu 

za kilka dni, żeby poszukać kota. 

Czy  on  zauważył,  jak  cudownie  było  wymówić  imię  „Andreas”?  Chyba  nie,  siedział 

bowiem w milczeniu zatopiony we własnych myślach. 

Właściwie  doktor  był  dość  przystojny,  choć  brakowało  mu  dojrzałej  męskości 

Andreasa. 

Kasztanowate 

włosy 

miękko 

otaczały 

piegowatą, 

wesołą 

twarz 

zielonkawoniebieskich oczach, w których  lśniła dobroć. Nie był wysoki; wiedziała, że kiedy 

stali obok siebie, byli niemal równego wzrostu. 

Często myślała o Mattiasie Meidenie  jako o jednym z aniołów pańskich, który został 

zesłany  na  ziemię,  aby  nieść  pomoc  ludziom.  Wiedziała,  że  jest  ubóstwiany  przez  całą 

background image

parafię. 

- Ile masz lat, Hildo? 

Drgnęła na dźwięk jego głosu. 

- Dwadzieścia  siedem.  Tego  strasznego  dnia,  kiedy  przynieśliście  ojca  do  domu, 

wypadały moje urodziny. 

Ułożył bukiecik z kilku gałązek lepnicy i podał go dziewczynie. 

- Przyjmij spóźnione życzenia i wyrazy podziwu! 

Zaskoczona przyjęła kwiaty. 

- Dziękuję za życzenia - roześmiała się. - Ale wyrazy podziwu? 

Oczy  miał  poważne,  chociaż  uśmiechał  się  delikatnie,  jakby  chciał  złagodzić 

podniosły nastrój chwili. 

- Dla twojej wyjątkowej wspaniałości i siły. Gdybym mógł, oświadczyłbym ci się. 

Uśmiechnęła się niepewnie. 

- Ależ, panie Mattiasie! Nie wolno wam tak mówić do prostej  jak  ja dziewczyny. To 

mogłoby wbić mnie w dumę. 

- Mówiłem poważnie! 

- To... to niemożliwe! - Hilda czuła się coraz bardziej nieswojo. - Jesteście baronem, a 

ja... córką hycla. 

- W  naszym  rodzie  nigdy  nie  dbano  o  tytuły.  Wiem,  że  większość  potomków 

szlachetnych  rodów  raczej  nie  wstąpi  w  związek  małżeński,  niż  zwiąże  się  z  kimś,  kto  nie 

pochodzi ze szlachty. Meidenowie nie są tacy. Z radością profanują takie tradycje. Nie, nie to 

mnie powstrzymuje. 

- Cóż więc wobec tego? 

Kiedy  tylko  zadała  to  pytanie,  zorientowała  się,  jak  bardzo  było  nie  na  miejscu. 

Wyglądało  na  to,  że  dopuszcza  do  siebie  myśl,  że  doktor  mógłby  się  jej  oświadczyć.  On 

jednak jakby tego nie zauważał. 

- Nie, nie ma o czym mówić. 

Dzieci  uspokoiły  się,  usiadły  niedaleko  i  próbowały  grać  na  źdźbłach  traw,  ale 

udawało im się wydobyć tylko jakieś bardzo świszczące dźwięki. 

- Nikt nie nadawałby się bardziej na męża i ojca niż wy - powiedziała cicho. - Często 

dziwiłam  się,  że  do  tej  pory  nie  ożeniliście  się,  panie  Mattiasie.  Nie  jesteście  przecież  taki 

bardzo młody... 

- Mam trzydzieści lat - roześmiał się. - Nie wiem, co o tym myślisz. Czy uważasz, że 

jestem staruszkiem? 

background image

- Och, nie! Oczywiście, że nie - wyjąkała spłoniona. Że też zawsze musi palnąć jakieś 

głupstwo! 

- Wiesz, Hildo, ze mną nie da się żyć. 

- Jak to? - spytała zafrasowana. Naprawdę ją to zainteresowało. Przyjęła wyzwanie jak 

każda kobieta. - Wydajecie się takim wspaniałym człowiekiem. 

- Być może. Ale to kosztuje. Życie kosztuje, rozumiesz? 

- Czy  zechcecie  mi  opowiedzieć? -  zapytała  cichutko.  Skuliła  się,  wciągając  bose 

stopy pod spódnicę, i ramionami otoczyła kolana. 

Zawahał się, ale już wiedziała, że ma ochotę coś jej wyznać. 

- Tak trudno o tym mówić. Wiesz, wiele lat temu przeżyłem coś bardzo bolesnego. 

Czekała, patrząc ze współczuciem w oczach. 

- Wszyscy sądzą, że to nie miało dla mnie żadnego znaczenia. Że zapomniałem. Tylko 

ojciec  i  matka  wiedzą,  że  tak  nie  jest.  W  dzień  potrafię  odegnać  wspomnienia,  ale  nocą 

powracają.  Śnią  mi  się  prawdziwe  koszmary,  Hildo.  Cierpię  i  krzyczę  przez  sen,  czasami 

nawet  chodzę  we  śnie.  Matka  znajdowała  mnie  w  drodze  do  sadzawki  i  w  wielu  innych 

dziwnych miejscach. 

Hilda milczała, w końcu jednak zdecydowała się zapytać. 

- Co przeżyliście, panie Mattiasie? 

- Byłem  zamknięty  w  kopalni  przez  dwa  długie  lata.  To,  co  tam  widziałem  i  czego 

doświadczyłem,  zapadło  tak  głęboko  w  moją  pamięć,  że  nie  mogę  się  od  tego  uwolnić.  I 

miałem  przyrodniego  brata,  którego  bardzo  kochałem...  Nie,  to  zbyt  bolesne,  by  o  tym 

mówić! 

- A  może  tak  właśnie  trzeba?  Tak  wiele  razy  pragnęłam  z  kimś  porozmawiać.  O 

wszystkim,  co  musiałam  dusić  w  sobie.  Biedny  pan  Andreas!  Kiedy  wiózł  mnie  tutaj  z 

zagrody,  przez  cały  czas  nie  zamykały  mi  się  usta.  Nie  mogłam  się  powstrzymać.  To  było 

takie okropne, wstydziłam się bardzo, ale nic na to nie mogłam poradzić. 

- Sądzę, że możliwość porozmawiania z kimś dobrze ci zrobiła. A Andreasowi nic się 

nie stało z tego powodu. 

- Dlatego  rozumiem,  że  jest  coś,  co  pali  waszą  duszę.  Nie  oczekuję,  że  opowiecie  o 

tym właśnie mnie, ale jeśli chcielibyście, to wiedzcie, że zachowam wszystko dla siebie. 

- Gdzie nauczyłaś się tak pięknie mówić, Hildo? I tak mądrze? 

Zmieszała się. 

- Matka  wiele  mnie  nauczyła.  Zawsze  starałam  się  być  do  niej  podobna.  Sądzę,  że 

kiedy  umiera  jakiś  człowiek,  trzeba  przejąć  jego  najlepsze  cechy.  Nie  można  pozwolić,  by 

background image

zmarnowało się to, co dobre. 

Umilkli.  Może  obojgu  przyszło  na  myśl,  że  niewiele  cech  Joela  Nattmanna  wartych 

było przejęcia? 

- Co stało się z waszym bratem? - zapytała cicho. 

- Był  jednym  z  przeklętych  z  Ludzi  Lodu.  Nic  nie  mógł  na  to  poradzić.  Usiłował 

pozbyć się mnie. To on... Nie, nie chcę źle o nim mówić. 

- Wybaczcie  mi -  powiedziała  Hilda. -  Nie  powinnam  była  pytać.  Rozumiem  teraz 

jednak, że jesteście nie do końca szczęśliwy. 

- Tak,  to  prawda.  Pojmujesz  więc  chyba,  że  nie  mam  prawa  się  żenić.  Nie  mogę 

wciągać żony w moje nocne piekło. 

Hilda ożywiła się. 

- Sądzę,  ze  kobieta  potraktowałaby  to  jako  cudowne  zadanie  dla  siebie:  móc  was 

uspokoić.  Wydaje  mi  się,  że  kobieta  taka  właśnie  jest.  Chce  być  dla  swego  męża  kimś 

naprawdę potrzebnym. I myślę, że w imię miłości potrafi wiele znieść. 

- Wydawało mi się, że nie znasz żadnych kobiet - uśmiechnął się. 

- Nie, ale znam siebie. 

Mattias położył dłoń na jej kolanie. 

- Wiesz teraz, że masz adoratora. I to ci musi wystarczyć. 

- Eli  mówiła  o  tęsknocie -  powiedziała  rozmarzona. -  O  tym,  że  ona  jest 

najpiękniejsza. 

- Piękniejsza niż miłość? 

- Tego nie powiedziała. Myślała przede wszystkim o tęsknocie za rzeczami. Uważam 

jednak,  że  miała  sporo  racji.  Ja  wiem,  co  to  tęsknota.  Bywa  paląca,  bolesna,  ale  też  i 

wzbogaca.  I  wy  również  ją  znacie,  prawda?  Wiecie,  jak  potrafi  wypełnić  człowieka,  tak  że 

wydaje mu się, iż znalazł się w pustej przestrzeni, a cała reszta zgromadziła się w nim: piękno 

ziemi,  ludzie...  Wszystko  jest  w  środku,  w  człowieku,  ale  nie  można  do  tego  dotrzeć.  Wy 

tęsknicie  za  kimś,  z  kim  moglibyście  dzielić  cierpienia,  ale  uważacie,  że  nie  macie  do  tego 

prawa. 

- Tak, masz rację. 

- To bardzo miło z waszej strony, że pomyśleliście o mnie w takich okolicznościach. 

To dla mnie ogromna radość. Mam nadzieję, że pewnego dnia znajdziecie kogoś, kto będzie 

was wart. 

- Chcesz powiedzieć, że to nie będziesz ty? 

Była wstrząśnięta. 

background image

- Och, nie! W żaden sposób! Jak możecie o tym choćby myśleć! Powiedziałam to już 

panu Andreasowi i powtórzę wam: jestem przygotowana, by dopełnić życia w samotności. 

- Ale chcesz zatrzymać tęsknotę? 

- Tak. I marzenia. One nadają naszemu życiu sens. Chociaż tak było przedtem, bo od 

chwili  przybycia  do  Elistrand  moje  życie  stało  się  nieskończenie  bogate.  Taka  jestem 

szczęśliwa, panie Mattiasie! 

Wstał. 

- Miło to słyszeć, Hildo. Muszę już iść. Dziękuję za rozmowę! 

Ona także się podniosła. 

- To  wam  należą  się  podziękowania.  Czy  wolno  mi  powiedzieć,  że  jesteście 

najlepszym człowiekiem, jakiego spotkałam? 

Mattias uśmiechnął się. 

- Dziękuję, Hildo. Do zobaczenia! 

Kiedy  odszedł,  zaprowadziła  dzieci  do  domu.  Idąc  przez  łąkę  bezwiednie  się 

uśmiechała. Jego słowa wprawiły ją w kompletne oszołomienie. 

Jest  ktoś,  komu  podoba  się  Hilda  córka  Joela?  Ona,  która  nie  miała  żadnego 

przyjaciela! 

Doprawdy, w ciągu ostatnich dni dokonał się całkowity przewrót w jej życiu. 

Dobrze,  że  nie  wspomniała  o  panu  Andreasie.  I  tak  nic  z  tego  nie  będzie,  a 

zasmuciłaby tylko dobrego pana Mattiasa. 

Gdzieś  na  samym  dnie  duszy  dręczyło  ją  podejrzenie,  że  doktor  chciał  ją  tylko 

pocieszyć,  rozweselić,  ale  to  nie  miało  znaczenia.  Jego  słowa  i  tak  sprawiły  jej  ogromną 

radość. 

Wiedziała też, że pan Andreas ma przyjść wieczorem. Tak powiedział Eli. 

Być  może  nie  będzie  nawet  miała  okazji  zamienić  z  nim  bodaj  dwóch  słów,  ale 

uszczęśliwiał ją sam jego widok. 

Nigdy nie przypuszczała, że życie może być tak wspaniałe! 

background image

ROZDZIAŁ VII 

Nad  świerkowym  lasem  wstawał  księżyc.  Przez  chwilę  kilka  wierzchołków  drzew 

rysowało się wyraźnie na tle żółtej tarczy, ale zaraz księżyc wspiął się wyżej i ukazał w pełnej 

krasie na nocnym niebie. 

Hilda wyglądała przez okno. Na Elistrand czuła się cudownie bezpieczna. A gdyby tak 

musiała  mieszkać  sama  w  domu?  Teraz  za  skarby  świata  by  się  na  to  nie  odważyła.  Ona, 

której samotność nigdy nie odstępowała, teraz zaczęła bać się ciemności. 

Jakże  tajemniczy  wydawał  się  krajobraz  w  świetle  księżyca!  Smukłe  jałowce  na 

zboczu  przy  Elistrand  rzucały  długie  cienie,  podkreślając  zaczarowany  wzór  z  odłamków 

skalnych i kępek trawy. 

Po  rozmowie  z  Mattiasem  nie  mogła  zasnąć.  Nie  przypuszczała,  że  dręczyły  go  tak 

bolesne  wspomnienia.  Zrozumiała,  że  przeżył  wiele  złego.  A  jej  się  zawsze  zdawało,  że 

bogaci i wysoko urodzeni żyją beztrosko! 

Jego oświadczyny  były  naturalnie żartem, ale chyba  naprawdę  mu się podoba! Na tę 

myśl wezbrała w niej duma. 

Hilda zmarszczyła czoło. Czy coś się poruszyło tam w zagajniku? Jakiś cień oderwał 

się  od  kępy  drzew  i  przysunął  bliżej.  Coś  skurczonego,  niekształtnego  przedzierało  się, 

kulejąc, przez jałowce na zboczu. 

Olbrzymi  pies?  Czy  może  coś  innego?  To  było  jakieś  zwierzę,  ale  zachowywało  się 

tak dziwnie. Teraz zniknęło. 

Tam! Znów się pojawiło, kierując się ku szczytowi wzgórza. Kręciło się na wszystkie 

strony, węszyło, szukało. 

Hilda była tak przejęta tym, co widzi, że nie zwróciła uwagi, jak mocno wali jej serce. 

Zwierzę znalazło się na szczycie; teraz było je widać wyraźnie. 

Dziewczynę  przeniknął  lęk.  Pojęła,  dlaczego  poruszało  się  tak  dziwnie.  Miało  tylko 

trzy nogi. 

Potworny, kudłaty pies, a raczej wilk, z długim kosmatym ogonem. 

Zwierzę  zmieniło  kierunek,  zaczęło  zbliżać  się  do  Elistrand.  Podniecona  Hilda 

odnosiła wrażenie, że bestia zmierza wprost na nią. 

Stała  jak  sparaliżowana.  Chciała  kogoś  wezwać,  ale  w  pobliżu  był  tylko  pokój  Eli. 

Inni mieszkali na pierwszym piętrze, daleko stąd. A Gabriella była tak bardzo zmęczona. 

Zanim  zdążyła  coś  zdecydować,  dobiegł  jej  uszu  jakiś  ostry  dźwięk,  jakby  krzyk. 

background image

Stwór, najwyraźniej przestraszony, znów zniknął w zagajniku. 

Odetchnęła  z  ulgą.  Czy  to  było  tylko  przywidzenie,  wywołane  przez  księżyc,  czy 

też...? 

Hilda stała w domu za solidnymi szybami i zamkniętymi drzwiami. 

Był jednak ktoś, kto nie znajdował się w tak bezpiecznym miejscu. 

Akuszerka wracała do domu; właśnie powitała nowego mieszkańca świata. Była silną, 

energiczną kobietą i nie przejmowała się histerycznym gadaniem o wilkołaku, pojawiającym 

się podczas pełni księżyca. 

Musiała  przejść  kawałek  lasem,  ale  ponieważ  księżyc  świecił  jasno,  bez  trudu 

odnajdywała drogę. 

Jak dziwnie szeleści las dziś w nocy! Słyszała te szmery już od dłuższej chwili. Jakby 

coś  podążało  w  ślad  za  nią,  nie  ścieżką,  lecz  nieco  dalej,  na  ukos.  Kiedy  się  zatrzymywała, 

zamierały również tamte dźwięki. Czy to jej spódnice wydawały takie odgłosy, ocierając się o 

ziemię? 

Zrobiła jeszcze parę kroków i przystanęła. 

Nie, to nie spódnice. To coś nie zdążyło przystanąć tak szybko jak ona. Ciężkie  łapy 

zatrzymały się moment później. 

Łapy? 

Głupie gadanie. 

- Co za idiota drażni  ludzi w ten sposób? - zawołała. - Wyjdź do światła, nie boję się 

ciebie! 

Czy  to  nie  para  ślepi  bawi  się  tam,  wśród  mrocznych  cieni?  Ślepi,  w  których  ostro 

odbija się światło księżyca? Nie, nie wolno jej  niczego sobie wmawiać, ale te oczy znajdują 

się zbyt nisko, by mogły należeć do człowieka. A za wysoko jak na lisa. 

Wielki pies? 

Nikt w parafii nie miał tak ogromnego psa. 

Akuszerka  podniosła  z  ziemi  kij  i  rzuciła  go  w  kierunku  cienia  pod  drzewami. 

Odpowiedziało jej przytłumione warczenie. 

Zaczęła  biec.  Do  najbliższego  domostwa  było  daleko,  a  ona  nagle  straciła  całą 

odwagę. 

Wilki, tutaj? Wiele już lat upłynęło, odkąd widziano je po raz ostatni. A w dodatku ta 

bestia była zbyt duża jak na wilka, w każdym razie na zwykłego wilka. 

Znów przyszły jej do głowy jakieś idiotyczne myśli. 

Nagle  dostrzegła  coś  kątem  oka.  Odwróciła  głowę  odrobinę  i  wtedy  go  zobaczyła. 

background image

Wyszedł  na  ścieżkę  i  ciężko  sapiąc  biegł  za  nią.  Zauważyła,  że  porusza  się  tylko  na  trzech 

nogach, z tyłu mu jednej brakuje. 

Akuszerka  zaczęła  krzyczeć  i  zdjęta  panicznym  lękiem  ruszyła  pędem  przed  siebie. 

Zaplątała się w  spódnice, usiłowała  je unieść. Cisnęła w kierunku potwora kuferkiem, który 

niosła w ręku, ale nie trafiła. 

Teraz  była  już  na  otwartej  przestrzeni.  Boże,  niech  ktoś  nadejdzie,  błagała  w  duchu, 

oszalała ze strachu. 

Raptem straszliwa bestia, jakby czymś spłoszona, zniknęła. Może był to jakiś dźwięk? 

Akuszerka  nie  mogła  niczego  stwierdzić  na  pewno,  krzyczała  bowiem  przez  cały  czas  jak 

opętana. 

Nie przystawała ani na moment, dopóki nie dotarła do najbliższej zagrody. 

Następnego dnia mówiła o tym cała parafia. 

Kowal  miał  pełne  ręce  roboty  z  wytapianiem  srebrnych  kul,  była  to  bowiem  jedyna 

skuteczna broń na taką bestię i wielu chłopów pragnęło się w nią zaopatrzyć. Pastor usiłował 

przemówić  wieśniakom  do  rozsądku  i  nakazywał,  by  nie  wierzyli  w  zabobony,  lecz  na 

próżno. A czy córka hycla także nie widziała potwora? Sam grabarz mógł o tym zaświadczyć. 

A jeszcze te cztery kobiety rozszarpane na kawałki! Jak pastor może to wytłumaczyć? 

Na Grastensholm nie wiedziano, co o tym sądzić. 

Liv wydawała się to wszystko niezbyt zrozumiałe. 

- To się nie zgadza. Za dużo dobrego naraz. Albo raczej złego. Wilkołak, czarownice i 

cztery zamordowane kobiety. 

- Tak -  podjął  Mattias. -  Babcia  ma  całkowitą  rację.  Przypuśćmy,  że  to  rzeczywiście 

wilkołak rozszarpał te kobiety... I tu się coś nie zgadza!  Wilkołaki  nie grzebią swoich ofiar, 

nie przyjeżdżają powozem i nie składają zwłok w ziemi. Rozszarpują ofiary i na tym koniec! 

Tak mówią legendy. Ja w to nie wierzę. 

- Nie, ale zastanówmy się  nad taką oto możliwością - powiedział Tarald. - Być  może 

wilkołak,  który  na  powrót  przywdział  ludzką  skórę,  zdał  sobie  sprawę  z  tego,  co  uczynił,  i 

chciał zatrzeć ślady. 

- Czterokrotnie? -  z  powątpiewaniem  odezwała  się  Irja. -  I  żadnej  z  tych  kobiet  nie 

znano w tej okolicy? 

- Tego właśnie nie rozumiem - stwierdziła Liv. - Niczego nie rozumiem! 

- Musimy  poczekać  i  zobaczyć,  co  stanie  się  dalej -  orzekł  Tarald. -  Na  szczęście  ta 

mała Hilda, to biedne dziecko, jest teraz bezpieczna. 

Mattias nie potrafił sobie wyobrazić Hildy ani  jako małej, ani  jako dziecka, niemniej 

background image

jednak  myślał  podobnie  jak  ojciec.  Dobrze,  że  nareszcie  znalazła  zaciszne  schronienie  u 

dobrych ludzi. Naprawdę na to zasługiwała. 

Przez następne noce czatowało z nabitymi strzelbami pół wioski, ale nie wydarzyło się 

nic szczególnego. A później księżyc zmniejszył się na tyle, że większość chłopów uznała, iż 

niebezpieczeństwo minęło. 

Niektórzy  jednak  pamiętali,  że  Hilda  i  kościelny  zetknęli  się  z  potworem  w  samym 

środku dnia na długo przed pełnią, nieustannie więc czuwali. 

Opowieści  akuszerki  były  dla  Hildy  ogromnym  wstrząsem.  A  jednak  to  wilkołak!  I 

czyhał teraz na nią, Hildę. Ta myśl była porażająca, nie mogła pomieścić się jej w głowie. 

Dzieci  również  słyszały  plotki,  powtarzały  je  i  ubarwiały,  dodając  upiorom  grozy. 

Uspokajająco  działały  na  Hildę  tylko  rozmowy  z  doktorem  Meidenem,  który  nadal 

przychodził co dzień, rzecz jasna po to, by zajrzeć do dzieci, ale wiele wskazywało na to, że 

ma ochotę również chwilę z nią porozmawiać. Bardzo to sobie ceniła. 

Nieczęsto  natomiast  stykała  się  z  Andreasem.  Bywał  codziennie  i  witał  się  z  nią 

równie przyjaźnie jak zawsze, jednakże w jego stosunku do niej pojawiło się coś nowego, coś, 

czego nie potrafiła nazwać. Hilda z natury nie była natrętna, czekała więc tylko i cieszyła się, 

że  może  na  niego  popatrzeć.  Więcej  nie  wymagała.  Był  postacią  z  marzeń,  kimś 

nieosiągalnym i z tego właśnie powodu tak niezwykle pociągającym. 

Pewnego dnia  na Elistrand zapanowało niezwykłe poruszenie.  Kiedy Hilda schodziła 

na  dół,  podeszła  do  niej  Gabriella  z  uśmiechem  maskującym  zmieszanie,  z  dłońmi 

przyciśniętymi do rozognionych policzków. 

- Och,  kochana  Hildo,  co  mamy  zrobić?  To  wszystko  jest  takie  niezwykłe,  jestem 

oszołomiona! 

- Co się wydarzyło? - uśmiechnęła się Hilda niepewnie. 

- Andreas!  Wyobraź  sobie,  że  Andreas  poprosił  o  rękę  Eli!  Och,  moja  droga! - 

Gabriella  wcale  nie  sprawiała  wrażenia  zagniewanej;  nie  była  tylko  w  stanie  opanować 

zaskoczenia. 

Hilda  przystanęła,  mocno  zaciskając  dłoń  na  poręczy  schodów.  Przełknęła  ślinę,  by 

móc coś powiedzieć, ale słowa utkwiły jej w gardle. 

Gabriella niczego nie zauważyła. 

- On jest w pokoju, rozmawia z Kalebem. Eli pobiegła do siebie, a ja nie mam pojęcia, 

co o tym myśleć! 

W  jednej  chwili  Hilda  zobaczyła  wszystko  z  przerażającą  ostrością.  Jakże  była 

zaślepiona!  Budowała  na  piasku  zamek  ze  swej  tęsknoty,  z  marzeń.  Zapatrzona  we  własne 

background image

pragnienia, nie dostrzegała tego, co rozgrywało się na jej oczach. 

W końcu odzyskała mowę. 

- Sądzę, że Eli będzie niezmiernie uradowana - powiedziała dzielnie. 

Nie zauważyła, że Andreas  i Kaleb weszli do sieni  i stanęli za nią. Mówiła dalej,  już 

swobodniej: 

- Eli  i  ja dość dużo rozmawiałyśmy  na ten temat. Wiem, że ona  niczego bardziej  nie 

pragnie. 

Jak  łatwo  było  wymówić  te  słowa!  Ból,  który  uczuła  w  sercu  po  słowach  Gabrielli, 

szybko  ustąpił.  Minął  niepokój,  który  trawił  ją  przez  ostatnie  tygodnie.  Ogarnęła  ją 

niewysłowiona  ulga.  Wiedziała  przecież,  że  nigdy  nie  dostanie  Andreasa.  Właściwie  jej 

marzenie nie było niczym innym niż tylko słodką męczarnią. 

Teraz poczuła się wolna. I z całego serca życzyła Eli szczęścia. 

Andreas  był  zdumiony.  Oczekiwał  łez,  spodziewał  się,  że  Hilda  pobiegnie  na  górę, 

trzaśnie drzwiami i zamknie się w swoim pokoju. Czyżby tak bardzo się pomylił? Czy miał o 

sobie tak wygórowane mniemanie? 

Hilda  dostrzegła  obecność  mężczyzn.  Spokojna  i  uśmiechnięta  podała  Andreasowi 

rękę. 

- Gratuluję! - powiedziała ciepło. - Wiem, kto się teraz cieszy! 

- Dziękuję - wyjąkał. 

Czuł się głupio. Zwrócił  się do Mattiasa o pomoc i naraził go na trudne rozmowy. A 

najgorsze,  że  Mattias  był  tutaj,  stał  w  drzwiach  za  Kalebem  i  obserwował  całą  scenę. 

Zauważył, że Mattias z uwagą przygląda się Hildzie. On także był zaskoczony jej reakcją. Po 

tym, co Andreas powiedział mu o dziewczynie, miał do tego pełne prawo. 

Nikt nie może tak doskonale udawać, pomyśleli zgodnie, Hilda najwyraźniej nie pała 

uczuciem do Andreasa. 

Właściwie  obaj  powinni  się  z  tego  tylko  cieszyć,  jednak  Andreas  czuł  się  trochę 

rozczarowany,  zraniony  w  swej  próżności.  Zwyciężyło  jednak  poczucie  humoru  i  zaczął  w 

duchu śmiać się z samego siebie. 

Zeszła  Eli,  promienna,  choć  onieśmielona.  Nie  wiedziała,  jaka  będzie  reakcja 

rodziców. 

- Hilda  twierdzi,  że  będziesz  tym  uradowana,  Eli -  powiedziała  Gabriella. -  Czy  to 

prawda? 

- Czy... czy ojciec się zgodził? - zapytała szeptem. 

- Wszystko zależy od ciebie, Eli. 

background image

Przez moment stała nieruchomo, jakby oszołomiona, po czym rzuciła się Kalebowi na 

szyję. 

- Dziękuję! Dziękuję, ojcze, jesteś taki dobry! 

Teraz przyszła kolej na Gabriellę i następne uściski. 

- Jak miło z waszej strony, że nie traktujecie mnie już jak dziecko - wyseplenićła niby 

dziesięciolatka. - Mam w sobie tyle dorosłych uczuć! 

- Wiemy  o  tym -  odrzekła  Gabriella. -  Jesteśmy  tylko  tak  bardzo  zaskoczeni!  I 

pomyśleć, że będę miała zięcia o rok starszego od siebie. Bądź dla niej dobry, Andreasie! 

- Znasz mnie chyba, Gabriello? Zwykle długo się namyślam przed podjęciem decyzji, 

a teraz dobrze wiem, czego chcę! 

- No  tak,  a  ja  właśnie  miałam  prosić  pana  Andreasa,  by  poszedł  ze  mną  poszukać 

kota! - roześmiała się Hilda. - Teraz to niemożliwe. 

- Ależ tak, oczywiście - powiedział dwornie Andreas. 

- W takiej chwili? Nie, nie jestem bez serca! 

- Pozwól  mi  sobie towarzyszyć, Hildo - poprosił  Mattias. - Możemy pojechać konno, 

będzie szybciej. 

- Nigdy w życiu nie siedziałam na koniu. - Hilda była naprawdę wystraszona. 

- Dobrze, wobec tego pójdziemy na piechotę. 

- Ależ przecież wy nie możecie... 

- Żadnych sprzeciwów! Czy jest jakaś różnica pomiędzy mną a Andreasem? 

- Och, oczywiście, że nie. Zgoda! 

I znów dygnęła. Co za wstyd! 

Szli przez łąki nie opodal kościoła. 

- Czy byłaś zakochana w Andreasie? - zapytał Mattias niespodziewanie. 

Jak odpowiedzieć na takie pytanie? Wyjawić pół prawdy? 

- Nie,  nie  nazwałabym  tego tak.  Ale  na  pewno  kochałam  się  w  mężczyźnie,  którego 

uosobieniem był pan Andreas. Przez tyle lat mieszkałam sama. Nosiłam w sobie tęsknotę za 

czymś, czego nigdy nie widziałam, nigdy nie przeżyłam. I nagle w drzwiach stanął baśniowo 

przystojny  mężczyzna.  Byłam  zauroczona.  Ale  gdybyście  wy  pojawili  się  jako  pierwszy, 

byłabym równie oczarowana. 

- A więc chodziło o pierwszego lepszego mężczyznę? 

- Nie, nie całkiem. Nie, nie  można tego nazwać zakochaniem. Raczej  zauroczeniem  i 

moją wieczną tęsknotą. 

- Twierdzisz, że twoje pragnienia nigdy się nie spełnią? 

background image

- Nie, to chyba jasne! 

- Dlaczego?  Nie  będziesz  przez  całe  życie  córką hycla.  Postać twego ojca  pójdzie  w 

zapomnienie,  kiedy  ludzie  przekonają  się,  że  masz  własne  oblicze,  jesteś  indywidualnością, 

jednostką wartościową. A taka naprawdę jesteś, Hildo. 

Minęli  już  kościół  i  kierowali  się  w  stronę  lasu.  Szli  wzdłuż  rowu  między  dwoma 

łanami zbóż tak wysokich, że sięgało im piersi. 

Hilda roześmiała się. 

- Musimy  bardzo  dziwnie  wyglądać  z  daleka.  Dwie  głowy  poruszające  się  w  morzu 

żyta. 

- Tak. 

- Dziękuję za wasze życzliwe słowa - powiedziała już poważniej. 

- Bardzo  proszę.  Mów  mi  po  imieniu,  Hildo.  Nie  mogę  już  znieść  tego  „pana 

Mattiasa” twoich ust. 

Z wdziękiem schyliła głowę na znak, że się zgadza. 

- Często wspominasz o swej tęsknocie - powiedział. - Czy zawsze tęskniłaś? 

- Chyba tak. Ale gdy dorosłam, moje marzenia się odmieniły. 

- Tak, rozumiem. Ja także mam marzenia. 

Odwróciła się ku niemu tak gwałtownie, że niemal wpadli na siebie. 

- Naprawdę? Takie jak ja? 

Uśmiechnął się szeroko. 

- A jakie są twoje? 

- Nie, nie mogę o tym mówić. 

- Ależ tak, właśnie możesz. Pamiętaj, że jestem medykiem! 

- Czy w tych sprawach medycy różnią się od innych ludzi? 

- Nie sądzę. 

Szli  teraz  wzdłuż  skraju  lasu.  Lekki  letni  wietrzyk  poruszał  łan  żyta,  który 

przypominał falujące morze. 

- Usiądź na trawie, odetchnijmy chwilę - zaproponował Mattias. 

Spoczęli  w  powodzi  letnich  kwiatów:  dzwonków,  czerwonej  koniczyny,  stokrotek, 

przetacznika, lepnicy i jaskrów. 

Hilda była sztywna i spięta, nigdy nie prowadziła z nikim tak osobistej rozmowy. Jego 

pytania niczego jej nie ułatwiały. 

- Porozmawiajmy o twoich uczuciach. Kiedy stałaś się dorosłą, samotną kobietą... 

- Nie, nie mówmy o tym! Dlaczego chcesz to wiedzieć? 

background image

- Ponieważ  cię  lubię!  Rok  za  rokiem  zajmowałaś  się  ojcem,  o  którym  na  pewno  nie 

można  powiedzieć,  że  był  łatwy  we  współżyciu.  Okazywałaś  niewyczerpaną  cierpliwość  i 

opanowanie, które przekracza wszelkie granice. A przecież wcale taka nie jesteś, Hildo! 

- Skąd to wiesz? - szepnęła, czując się coraz bardziej nieswojo. 

Popatrzył na nią swymi niebieskozielonymi oczami, pełnymi miłości do całego świata. 

- Jesteś  jak  błyskawica,  moja  droga.  Płoniesz.  Oczy,  rysy  twarzy,  a  nawet  sposób,  w 

jaki  chodzisz,  wszystko o tym  świadczy.  Czy  wiesz,  że  jesteś  tak  zmysłowa,  że  bałbym  się 

wpuścić cię między chłopów z parafii? 

Hilda ukryła twarz na kolanach. 

- Nie powinieneś tak mówić. 

- Ale mam rację, prawda? 

Nie od razu odpowiedziała. Odezwała się dopiero po dłuższej chwili: 

- Tak mało wiem o... nazwijmy to miłością. Mnie to przeraża. 

- Myślisz o Jesperze? O tym, co zrobił? 

- Tak,  właśnie  o tym -  rzekła  po  chwili  milczenia.  Odwróciła  się  do  niego. -  Mogę  z 

tobą  o tym  mówić,  ponieważ  jesteś  medykiem,  widziałeś  już  tyle  niegodziwości  i  tak  wiele 

rozumiesz.  Także  i  dlatego,  że  ja...  aż  płonę  z  chęci  wyjaśnienia  sobie  tego,  czego  nie 

rozumiem. 

- Tak właśnie  myślałem, Hildo. Niepokoiłem się  o ciebie. Bałem się, że ktoś taki  jak 

Jesper sprawi, że chcąc ugasić ogień, który w tobie płonie, stracisz panowanie. 

Hilda  znów  odwróciła  głowę,  nie  chciała,  by  przejrzał  ją  na  wylot.  Grubiańskie 

zaczepki  Jespera sprawiły, że zrobiła coś, co wcześniej wydawało się  jej  nie do pomyślenia. 

Doktor Meiden wie za dużo, uznała. 

Powiedział cicho: 

- Miłość  to  wiele  więcej  niż  to,  co  Jesper  zaledwie  poruszył.  Miłość  może  być 

oszałamiająco piękna, ponadzmysłowa, tak czysta, że sami aniołowie by się nią zachwycili. 

- Wiem. Taka była w moich  marzeniach  jeszcze kilka  lat temu. Później poczułam, że 

ma i inne strony. 

- Czy zdarzyło się coś... szczególnego? 

- Nie.  Patrzyłam  na  młodzież  tańczącą  na  polanie  w  lesie.  Pragnęłam  być  z  nimi, 

chciałam,  by  ktoś  mnie  przytulił.  Byłam  wtedy  taka  samotna,  Mattiasie,  beznadziejnie 

samotna. 

- Lubię, kiedy mówisz do mnie „Mattiasie” - uśmiechnął się. 

- A... ty? - zapytała i odważyła się znów na niego spojrzeć. - Czy ty przeżyłeś miłość? 

background image

Tak pięknie o niej mówisz. 

- Nie,  nie  przeżyłem.  Tak  jak  ci  już  mówiłem,  nie  chciałem  żadnej  kobiety  w  moim 

życiu. Ale nie mogę nic poradzić na to, że od czasu do czasu jest mi źle na świecie. 

- Wiem, jak to jest - powiedziała Hilda. 

- Ale  nigdy  przedtem  nie  byłem  w  nikim  zakochany.  Przedtem?  Coś  zadrżało  w  jej 

sercu. 

- Tak,  Hildo,  ostatnio  mówiłem  prawdę.  Dlatego  stawiam  ci  te  wszystkie  dziwne 

pytania.  Myślę,  że  jeśli  chodzi  o  brak  doświadczenia,  jesteśmy  sobie  równi.  Ale  ty  jesteś 

silniejsza ode mnie. 

- Jak to? - spytała zdumiona. 

Wstał. 

- Ponieważ uczuciowo nie jesteś ze mną związana tak jak ja z tobą. 

- Nic o tym nie wiesz - odparła wstając. 

Mattias popatrzył na nią badawczo, ale jej twarz była niezgłębiona. 

- Prawdę mówiąc sama nie wiem - dorzuciła. 

- No  cóż,  w  każdym  razie  nie  był  to  śmiertelny  cios -  uśmiechnął  się. -  Nie  będę  cię 

już gnębił pytaniami, dam ci spokój. Chciałem tylko, żebyś wiedziała, że zawsze  możesz do 

mnie przyjść, kiedy będziesz chciała porozmawiać. Nie chcę, żebyś czuła się samotna, Hildo! 

Nie  zwracaj  się  do  innych,  by  ugasili  ogień,  który  płonie  w  tobie!  Daj  mi  szansę  jako 

pierwszemu. Tak bardzo mi na tobie zależy. 

Uśmiechnął się, wypowiadając te słowa, ale w jego oczach czaił się lęk. Był wyraźnie 

poruszony. Hilda zdawała sobie sprawę, ile musiało go kosztować to wyznanie. Zrobił to dla 

niej; pragnął, by czuła się bezpieczna. 

Kiedy  więc  został  im  do  przebycia  ostatni  odcinek  drogi  do  domu,  ujęła  go  za  rękę. 

Nie chciała, by zostawał z tyłu. Ten prosty gest wzruszył go niemal do łez. Uścisnął jej dłoń z 

wdzięcznością. 

Hilda wołała kota, ale nigdzie nie było go widać. 

- Może wcale tu nie przyszedł? - powiedziała zawiedziona. - Powinnam była poszukać 

go wcześniej. 

- Tego nie wolno ci było uczynić. Kot na pewno zaraz się pojawi. 

Przysiedli na progu domu. 

- Nie wejdziesz do środka? - zapytał Mattias. 

- Nie - odparła. 

- Źle się tu czujesz? - spytał zdziwiony. 

background image

- Nienawidzę tego miejsca! Nie wiedziałam, że jest tak straszne! 

- Przecież tu jest dość przyjemnie. 

- Tak myślisz? Czarny świerkowy las, który napiera zewsząd, jakby chciał zawładnąć 

tym miejscem; wszystko, co kryje się między drzewami. . Całe zło, które musiałam tu znosić, 

znój, by odegnać biedę i głód, gorycz i poniżenie, które musiałam w sobie dusić... 

Mówiła podniesionym głosem. Mattias pojął, jakie uczucia płonęły w jej duszy. 

- Przepraszam,  że  wylewam  z  siebie  całą  gorycz  akurat  przed  tobą.  Nie  zasłużyłeś 

sobie na to, ale mam wrażenie, że pękła we mnie jakaś tama. 

Opowiedziała  mu o tym,  jak śniła, że ojciec żyje, i  jak obudziła się szczęśliwa, że to 

tylko sen. 

- Wstydziłam się wtedy, Mattiasie. 

Pogłaskał ją delikatnie po policzku. Hilda załkała. 

- Nie,  nie  doprowadzaj  mnie  do  płaczu -  powiedziała  stłumionym  od  łez  głosem. - 

Dość się już napłakałam pod kościołem. 

- Nikt nie ma o to do ciebie pretensji. 

- Tak, ale to nie z żalu - podjęła zaczepnym tonem, zdecydowana zwierzyć mu się ze 

wszystkiego co najgorsze. - To z wdzięczności dla was. Wszyscy okazaliście mi tyle dobroci. 

- Kochana Hildo, szczęśliwi byliśmy, że mogliśmy odpędzić te wioskowe sępy! 

Wróciła do przerwanego wątku ich rozmowy. 

- Po  tym,  co  wydarzyło  się  ostatnio...  dopiero  wtedy,  gdy  znalazłam  ojca... 

powieszonego  i  po  tym,  co  stało  się  w  stodole,  nie  mogę  już  tu  wytrzymać!  Kiedy  ten 

diabelny kot wreszcie przyjdzie! - zakończyła, nie mogąc się opanować. 

Mattias uśmiechnął się łagodnie. Rozumiał, że dziewczyna pragnie opuścić to miejsce 

jak najszybciej. 

- Wiedziałem, że jest w tobie ogień. Czy mam poszukać kota w oborze? 

- Tak... proszę. 

Przestraszona  przeszła  wraz  z  nim  przez  podwórze,  ale  nie  wchodziła  do  środka. 

Stanęła w drzwiach. 

- Czy kot jest pręgowany? - rozległo się pytanie. 

- Tak. 

- A więc ten „diabelny kot” jest tutaj, choć wątpię, czy da mi się złapać. 

Jak błyskawica wbiegła do obory i pochwyciła zwierzątko. Kot pozwolił się wynieść, 

leniwie zwieszając łapy. 

- Chodźmy stąd - mruknęła zdenerwowana. 

background image

Kiedy byli już daleko, przemówiła do kota: 

- Jeśli  jeszcze  raz  uciekniesz,  sam  sobie  będziesz  winien.  Wtedy  zerwę  naszą 

znajomość. 

Dopiero gdy doszli do łąki, powiedziała: 

- Wybacz,  że  przeklęłam.  To  moje  gorsze  ja  pokazało  swoje  oblicze.  Naprawdę  nie 

wiedziałam, że potrafię zachować się tak prostacko. 

- Doskonale cię rozumiem, Hildo. Przeklinaj tyle, ile musisz. To łagodzi napięcie. 

- Dziękuję!  Kotu  nic  nie  było -  powiedziała  w  zamyśleniu. -  I  zachowywał  się 

spokojnie. 

- Tak. W zagrodzie nic już nie straszy. 

- Straszy - cicho odparła Hilda. - Szesnaście lat upokorzeń. 

Wtedy Mattias położył dłoń na jej głowie i idąc gładził jej długie, piękne włosy. 

Kot z zazdrości błysnął zielono oczami i dyskretnie wyciągnął pazury. 

background image

ROZDZIAŁ VIII 

Wraz z upływem kolejnych tygodni wrzawa wokół wilkołaka przycichła. Od czasu do 

czasu  przyjeżdżał  wójt,  aby  przesłuchać  nowych  świadków,  ale  sprawa  czterech  czarownic 

nie została na razie wyjaśniona. 

Nie  działo  się  nic  szczególnego,  dopóki  księżyc  ponownie  nie  rozświetlił  czarnych 

sierpniowych nocy. Kilku mężczyzn nadal czuwało przy oknach w oczekiwaniu na pełnię, ale 

większość  zrezygnowała.  Sprawa  wilkołaka  już  tak  nie  bulwersowała,  zmęczenie  także 

zrobiło swoje. 

Ale pewnego dnia przybył do Grastensholm mężczyzna. 

Przyjechał  z  daleka,  nie  był  ani  młody,  ani  stary,  ani  wysoki,  ani  niski.  Od  stóp  do 

głów ubrany był w czerń. Poprosił o rozmowę z władzami. 

Nie bardzo było jasne, kto reprezentuje władzę w parafii. Wójt mieszkał w sąsiedniej 

wiosce,  a  asesora  nie  było  od  czasów  Daga  Meidena.  Ponieważ  zdarzyło  się  to  akurat  w 

czasie  nabożeństwa,  zaproponowano  przybyszowi,  by  poczekał,  aż  wierni  wyjdą  z  kościoła. 

Po mszy będzie można pomówić z pastorem i szlachtą. I z Kalebem, znającym się na prawie, 

który tego dnia wyjątkowo udał się do kościoła, by wysłuchać zapowiedzi Eli i Andreasa. 

Pod  kościołem  zebrała  się  więc  spora  gromada,  zaintrygowana  pojawieniem  się 

obcego mężczyzny. 

- Przyjechałem w poszukiwaniu mojej siostry - wyjaśnił. 

Kaleb  i  Andreas  kojarzyli  szybko.  Wymienili  spojrzenia,  być  może  był  to  właściwy 

trop. 

- Siostry? - zapytał Kaleb. - Jak ona się nazywa? 

- Augustyna córka Fryderyka, wdowa po gospodarzu z Agder. 

Potrząsnęli głowami, pastor także zaprzeczył. 

- Dlaczego sądzicie, że mogłaby być właśnie tutaj? - zapytał Andreas. 

- Pisała  do  mnie  z  Christianii -  odparł  mężczyzna. -  Miała  zamiar  udać  się  do  parafii 

Grastensholm. 

- Kiedy to było? 

- W kwietniu. 

- I od tej pory nie mieliście od niej żadnej wiadomości? 

- Nie. 

Kaleb ujął go za ramię. 

background image

- To  dla  nas  bardzo  ważne  informacje.  Pójdźcie  ze  mną  do  domu,  przekąsicie  coś  i 

będziemy mogli spokojnie porozmawiać. 

- Wiecie więc coś o mojej siostrze? 

- Mam nadzieję, że nie. Jeśli tak, nie będą to dobre wieści. Chodźmy do powozu! 

Wkrótce  znaleźli  się  w  Elistrand.  Przybył  też  pastor oraz  mieszkańcy  Lipowej  Alei  i 

Grastensholm, którzy zamierzali uczcić zapowiedzi Eli  i  Andreasa. Kaleb posłał również po 

wójta. 

- Cztery zmarłe kobiety, powiadacie? - Przybysz był bardzo blady i zlękniony. 

- Tak,  i  żadna  z  nich  nie  była  znana  mieszkańcom  naszej  parafii.  A  nasz  wspaniały 

wójt postąpił niezwykle mądrze! Spalił ciała, zanim zdołano je zidentyfikować. 

- Spalił? 

- Niestety,  tak.  Powiedzcie  mi,  czy  wasza  siostra  miała  kiedykolwiek  do  czynienia  z 

czarami? 

- Niech Bóg broni! - Mężczyznę naprawdę poruszyło to domniemanie. 

- Kwiecień... - powtórzył Andreas. - W takim razie to ją znaleźliśmy jako pierwszą. 

To o nią zawadził pługiem, nie powiedział jednak tego głośno. 

- Nie  wiemy,  czy  wasza  siostra  Augustyna  jest  jedną  z  zamordowanych -  zwrócił  się 

do przyjezdnego zamyślony Are. - Ale chyba należy tak przypuszczać. 

Are,  siedzący  na  najwyższym  krześle,  wyciosanym  z  pnia  drzewa,  wyglądał 

majestatycznie.  Prawdziwy  patriarcha  z  długą  siwą  brodą  i  siwymi  włosami.  We  włosach, 

gęstych jak za młodu, błyskały jeszcze gdzieniegdzie czarne pasma. Liv także już posiwiała, 

ale ponieważ jej włosy były kiedyś rude, teraz miały zupełnie inny odcień niż włosy brata. 

Pomimo swej imponującej siwej brody Are nie wydawał się stary. Trzymał się prosto i 

spojrzenie  miał  nadal  młodzieńcze,  choć  w  smutnych  oczach  odczytać  można  było  ślady 

tragedii, jakie spotkały go w długim życiu. 

Mattias, który niemal nie spuszczał wzroku z Hildy, powiedział spokojnie: 

- Ja  jednak,  pomimo  wieczornego  mroku,  zdążyłem  przyjrzeć  się  zmarłym. 

Przynajmniej na tyle, by ich wygląd choć trochę zapadł mi w pamięć. 

Jak to możliwe? ze zdziwieniem pomyśleli pozostali. 

W tych twarzach niewiele już było ludzkiego. 

Mattias kontynuował: 

- Andreas  ma rację,  mówiąc, że nie  może to być  kobieta zamordowana jako ostatnia. 

To  musi  być  ta  przedostatnia.  Dwie  kolejne  leżały  tam  przez  zimę.  Czy  w  jej  włosach 

pojawiły się ślady siwizny? 

background image

- Tak, zaczęła siwieć. 

- I elegancko ubrana? 

- Zawsze! Moja siostra była bardzo dobrze sytuowana, po mężu. 

Wymienili spojrzenia; może taki właśnie był motyw zbrodni? 

- O  ile  dobrze  pamiętam,  brakowało  jej  paru  zębów  w  dolnej  szczęce -  powiedział 

Mattias. 

Mężczyzna pochylił się. 

- Tak,  zgadza  się.  To  musiała  być  Augustyna! -  Znów  wcisnął  się  w  sofę. -  A  więc 

jednak nie żyje! Taki tragiczny koniec... 

- Czy zechcecie pomóc nam w odnalezieniu sprawcy zbrodni? - zapytał Andreas. 

- Oczywiście! Jeśli tylko mogę być w czymś przydatny... 

- Na pewno tak. O czym pisała wasza siostra z Christianii? 

Mężczyzna zmieszał się trochę. 

- To jest nieco... krępujące. Niełatwo o tym mówić. 

- Jesteśmy dyskretni - krótko powiedział Brand. 

- Dziękuję. Nie byliśmy zgodni, moja siostra i ja, co do celu jej podróży... No cóż, po 

śmierci mojego szwagra Augustyna często czuła się samotna. Była jeszcze w kwiecie wieku, 

majętna  i...  Miała  ochotę  ponownie  wyjść  za  mąż.  Ale  w  rodzinnej  wiosce  nie  było 

odpowiedniego kandydata. Należeliśmy przecież do bogatych, a ona chciała utrzymać pewien 

poziom. 

- Rozumiemy - łagodnie powiedziała Liv. 

- Augustyna  usłyszała  o  pewnej  damie  w  Christianii,  która  zajmuje  się...  hm... 

kojarzeniem związków. Wszystko bardzo dystyngowanie, nie ma w tym nic nieprzyzwoitego. 

- Tak, tak - odezwała się Matylda. - Słyszałam o niej. Czy nie nazywa się Skare? 

- Svane.  Madame  Svane.  I  moja  siostra...  pojechała  do  Christianii,  by  się  z  nią 

skontaktować.  Wbrew  mej  woli. -  Widać  było  wyraźnie,  że  przybysz  czuje  się  nieswojo. - 

Przez  jakiś  czas  przebywała  w  stolicy.  Dostałem  list.  To  była  ostatnia  wiadomość  od  niej. 

Długo szukałem siostry w Christianii i w innych miejscach, niestety bez skutku. 

- A więc jesteśmy przy liście - powiedział Andreas. - Czy pamiętacie jego treść? 

- Mam go przy sobie - odparł mężczyzna, przeszukując kieszenie. 

- To doskonale - ucieszył się Andreas. 

- Czy nie powinniśmy zaczekać na wójta? - wtrącił Tarald. 

- Na tego durnia? - gniewnie parsknął Brand. - On już dość nabruździł. Będzie musiał 

zadowolić się streszczeniem. A teraz posłuchajmy! 

background image

- Augustyna pisze: 

Drogi  bracie!  Złożyłam  właśnie  wizytę  madame  Svane,  niezwykle  interesujący 

ewenement.  Madame  była  ogromnie  aimable;  zrozumiała,  że  poszukuję  najlepszego  i 

pozwoliła mi wybierać wśród poważnych ofert. 

Cóż to za język! pomyśleli zgromadzeni. 

Widziałam  paru,  ale  nie  przypadli  mi  do  gurtu.  Dzisiaj  jednak  spotkałam 

odpowiedniego  kandydata,  pana  z  bardzo  szlachetnego  rodu,  wielce  czcigodnego.  Jutro  po 

południu  jadę  więc  do  Grastenholm,  by  przyjrzeć  się  bliżej  naszej  ewentualnej  wspólnej 

przyszłości.  Łączę  z  tym  wielkie  nadzieje.  Zabierze  mnie  tam  swym  powozem,  opuszczam 

więc  na dobre to ponure miejsce. Wrócę do domu, jak tylko wszystko zostanie definitywnie 

ustalone. Nie zapomnij... 

- Nie,  teraz  są  już  tylko  zwykłe  polecenia -  zakończył  mężczyzna  i  opuścił  list  na 

kolana. 

- Nareszcie  mamy  jakiś  konkretny  ślad! -  powiedział  Brand. -  Oczywiście 

odwiedziliście madame Svane. 

Mężczyzna spuścił wzrok. 

- Nie,  nie  uczyniłem  tego.  Jak  już  mówiłem,  nie  zgadzałem  się,  by  moja  siostra 

odwiedzała tego rodzaju etablissement - posługiwał się takim językiem jak siostra w liście - i 

postanowiłem,  że  moja  noga  nie  przekroczy  progu  domu  tejże  damy.  Dlatego  przyjechałem 

bezpośrednio tutaj. 

Andreas wstał. 

- A  więc?  Na  co  czekamy?  Kalebie,  Mattiasie!  Ruszajcie,  natychmiast  jedziemy  do 

stolicy! 

W oczach Eli pojawił się smutek. 

- Posłuchaj, Andreasie - przemówiła Matylda. - Czy nie zebraliśmy się tu na uczcie z 

okazji zapowiedzi? Twoich i twojej narzeczonej? I pastor jest z nami... 

- Ależ  tak,  oczywiście -  zawstydził  się  Andreas  i  usiadł  obok  Eli. -  Wybacz  mi, 

najmilsza, trochę się zagalopowałem. 

Eli uśmiechnęła się i uścisnęła jego rękę. 

- Wy trzej szybko coś zjedzcie - zdecydowała Gabriella. - Jeżeli macie dzisiaj zajechać 

do  miasta,  powinniście  wkrótce  wyruszyć.  Sądzę,  ze  wszyscy  jesteśmy  tak  zainteresowani 

rezultatem waszych poszukiwań, że z trudem przyszłoby nam czekać do jutra. Pozostali mogą 

zostać przy stole po waszym odjeździe. 

- A moja długa mowa? - żachnął się Kaleb. - O tym, że nie tracę córki, a zyskuję syna, 

background image

i cała reszta? 

- Będziesz ją musiał skrócić - orzekła Gabriella. - Zachowaj coś na wesele. Kiedy już 

upijesz wszystkich weselników tak, że pospadają pod stół, będziesz mógł do woli przemawiać 

do ścian. 

- Dobrze, masz rację. Najlepiej będzie, jeśli zaraz wyruszymy. 

Przybysz podniósł się, chrząknął wielokrotnie, po czym wymamrotał: 

- Wdzięczny  byłbym,  gdybyście  jednocześnie  zechcieli  sprawdzić...  Augustyna 

zabrała ze sobą sporo pieniędzy... A jako że ja po niej dziedziczę... 

Ach, więc to tak! 

- Naturalnie -  krótko  odparł  Kaleb. -  Choć  podejrzewam,  że  ktoś  się  już  nimi 

zaopiekował. Ten nieznany szlachcic z parafii Grastensholm. 

Teraz dopiero wydawało się, że mężczyzna cierpi naprawdę. 

Odezwała się zatroskana Liv: 

- Naprawdę  chcecie  jechać  teraz  do  Christianii?  Mówią,  że  w  Kopenhadze  grasuje 

straszliwa zaraza, w każdej chwili  może wybuchnąć  i w naszej stolicy. Być  może  nawet już 

się tak stało. 

- Nic o tym nie słyszałem - stwierdził Mattias. 

Liv nerwowo splatała i rozplatała dłonie. 

- Tak bardzo boję się o Cecylię i jej rodzinę. Nie mogę spać po nocach. 

- Gabrielshus leży daleko od Kopenhagi - uspokajała ją Gabriella. - Ojciec i matka są 

bardzo ostrożni, muszą teraz myśleć także o małej Lenie. 

- Na pewno nie ma niebezpieczeństwa - powiedział Mattias. - Ale ja nie mogę jechać z 

wami,  Andreasie.  Obiecałem  dziś  po  południu  zajrzeć  do  chorych  dzieci.  W  okolicy  panuje 

odra, w tym roku ma ciężki przebieg. 

- Tak, musisz przede wszystkim myśleć o chorych. Kaleb i ja poradzimy sobie. 

- Opuszczę więc uroczystość wraz z wami - powiedział Mattias. - Przykro mi, że twój 

wielki  dzień  nie  bardzo  się  udał,  Eli.  Ale  odbijemy  to  sobie  później.  A  teraz  wypijmy  za 

szczęście młodej pary! 

Nie zdążyli jeszcze wychylić kielichów, kiedy wysłany po wójta parobek zjawił się z 

wiadomością, że nie zastał go w domu. Obiecano jednak, że przybędzie nazajutrz. 

Po odjeździe Kaleba, Andreasa i Mattiasa zrobiło się jakoś pusto; tak w każdym razie 

uważała Hilda. Bardzo jej  ich  brakowało. Wiedziała  już  jednak, że nie za  Andreasem tęskni 

najbardziej. 

Nie przeniosła od razu uczuć na Mattiasa, to nie było takie proste. Ale jakże cudownie 

background image

było  wiedzieć,  że  ktoś  się  o  nią  troszczy.  A  Mattias  Meiden  był  chyba  najlepszym  aniołem 

stróżem, jakiego mogła sobie wyobrazić. 

Och, że też ciągle nazywała go aniołem. Wiedziała już przecież, jak bardzo jest ludzki, 

jak zwyczajne ma potrzeby, pragnienia i żądze. 

Ale  jaki  jest  wspaniały!  Stojąc  przy  oknie  i  spoglądając  na  ginące  w  oddali  postaci, 

uśmiechała się podświadomie. Ujrzała, jak przystanęli, ich sylwetki rysowały się wyraźnie na 

tle  nieba.  Konie  poruszały  się  niespokojnie.  Mężczyźni  przez  chwilę  rozmawiali,  po  czym, 

unosząc  dłonie  w  geście  pożegnania,  rozjechali  się.  Kaleb  i  Andreas  ruszyli  na  wschód,  ku 

gościńcowi, Mattias skierował się ku wiosce w lesie. 

Adres  słynnej  madame  Svane  otrzymali  od  brata  Augustyny.  Późnym  popołudniem 

znaleźli  się  pod  jej  domem,  położonym  na  jednej  z  lepszych  ulic  Christianii.  Zapukali  do 

drzwi. 

Otworzyła  im  sama  madame.  Była  to  dama  o  wydatnym  biuście,  przywodzącym  na 

myśl  galeon,  upudrowana  i  pachnąca,  w  spłowiałych  aksamitach,  ale  wielce  szacowna. 

Wszystko  w  jej  domu  świadczyło  o  dyskrecji,  urządzone  było  z  wyszukaną  elegancją. 

Najwyraźniej interes przynosił spory dochód. 

- Czym  mogę  służyć,  moi  panowie? -  zapytała  jedwabistym,  pełnym  zrozumienia 

głosem. 

- Mamy  kilka  pytań,  madame  Svane -  powiedział  Kaleb,  uzgodnili  bowiem  między 

sobą, że on będzie prowadził rozmowę. 

- Naturalnie!  Panowie  zapewne  życzą  sobie  poznać  jakieś  wysoko  urodzone  damy? 

Oczywiście z zamiarem zawarcia małżeństwa. 

- Nie,  dziękujemy  za  waszą  życzliwość,  słyszeliśmy  wiele  dobrego  o  waszej 

działalności.  Przybyliśmy  w  pewnej  nieprzyjemnej  sprawie,  którą  badamy  wspólnie  z 

władzami.  Wygląda  na  to,  że  jeden  z  pani  klientów  w  ohydny  sposób  wykorzystał  waszą 

dobrą wolę. 

Twarz madame zastygła w grymasie niedowierzania. 

- Proszę  nas  źle  nie  zrozumieć -  szybko  dodał  Andreas. -  Mamy  do  was  głębokie 

zaufanie. Ale wy sama, pani, padliście ofiarą oszusta. 

Usiadła przy biurku i poprosiła, by zajęli miejsca. Odnosiła się do nich z rezerwą, ale 

gotowa była ich wysłuchać. 

Andreas zaczął mówić: 

- Jestem Andreas Lind z rodu Ludzi Lodu, a to mój krewniak  i przyjaciel  Kaleb. Jest 

obeznany  w  prawie,  zasiadał  w  lagtingu.  Kilka  miesięcy  temu  na  terenie  mojej  posiadłości 

background image

znaleźliśmy zwłoki czterech nikomu nie znanych kobiet. 

Ciałem damy wstrząsnął dreszcz. 

- Dzisiaj  przybył  do  nas  pewien  człowiek -  przejął  inicjatywę  Kaleb. -  Poszukuje 

siostry,  która  zaginęła  w  kwietniu.  Z  opisu  domyśliliśmy  się,  że  była  jedną  z  czterech 

zmarłych. 

- A co ja mam z tym wspólnego? 

Kaleb pochylił się w jej stronę. 

- Ta  kobieta  była  u  was.  W  liście  do  brata  wspomniała,  że  ma  zamiar  udać  się  do 

parafii  Grastensholm,  gdzie  mieszkamy,  żeby  spotkać  mężczyznę,  którego  poznała  za 

waszym pośrednictwem. 

- Ależ na miłość boską! - madame Svane była wstrząśnięta. - Czy mogę zobaczyć ten 

list? Macie go ze sobą? 

- Tak, bardzo proszę. - Andreas podał jej papier. Szybko przebiegła wzrokiem kartkę. 

Kiedy skończyła czytać, była głęboko poruszona. 

- Ten znakomity pan! I wszystkie cztery! 

- Wszystkie  cztery? -  jednocześnie  powtórzyli  mężczyźni. -  Co  chcecie  przez  to 

powiedzieć, pani? 

- Wszyscy moi klienci, zarówno kobiety, jak i mężczyźni, otrzymują do wyboru cztery 

nazwiska. W tym wypadku pan życzył sobie niewiasty niezamężnej lub wdowy, w dojrzałym 

wieku,  wykształconej,  z  dobrej  rodziny,  majętnej,  jako  że  sam  był  dobrze  sytuowany  i  nie 

chciał żony, która poślubiłaby go wyłącznie dla pieniędzy. 

- Kiedy się do was zgłosił? 

Namyślała się przez chwilę, po czym otworzyła szufladę i przejrzała jakieś papiery. 

- Przyszedł  trzydziestego  lipca  zeszłego  roku.  Kiedy  potwierdzono  prawdziwość 

udzielonych  przez  niego  informacji,  wrócił  tydzień  później,  otrzymał  nazwiska  i  adresy  i 

sowicie mnie wynagrodził. Potem już się nie pokazał. 

- Czy tak zwykle się dzieje? 

- Tak. Jestem bardzo dyskretna. 

- Czy to nie jest zbyt ryzykowne? 

- Wszyscy  muszą  złożyć  przyrzeczenie  na  piśmie,  że  nie  zdradzą  podanych  nazwisk. 

Nikt nigdy nie zgłaszał żadnych pretensji. 

Nie,  i  diabłu  za  to  dziękować,  pomyślał  Kaleb.  Gdyby  losy  wszystkich  jej  klientów 

podobnie się układały... 

- Musimy poznać nazwiska trzech pozostałych kobiet. 

background image

- Dam, nie kobiet - poprawiła szybko. 

- Oczywiście. Musimy sprawdzić, czy żyją, czy też zaginęły... 

Z zaciśniętymi ustami podała im trzy dokumenty. 

- Powiedzcie  mi -  zaczął  Andreas  powoli. -  Czy  wy  albo  te  ko...  damy  mają  coś 

wspólnego z czarami? 

- Z czarami?! - madame niemal zakrztusiła się tym słowem. - Mój panie, za kogo mnie 

bierzecie? 

Za rajfurkę, pomyślał, ale nie powiedział tego głośno. 

- Pytam, ponieważ wszystkie zmarłe miały we włosach węzeł czarownic. 

- Nic mi o tym nie wiadomo - odparła urażona do głębi dama. - Nie pojmuję tego. 

- My także. A teraz poprosimy o nazwisko tego szlachetnego pana! 

Westchnęła  cicho,  aż  jej  pierś  uniosła  się  wysoko.  W  końcu  wyjęła  jeszcze  jeden 

papier. 

- Moja  córka,  która  go  przyjęła,  gdyż  mnie  wtedy  nie  było,  mówiła,  że  to  bardzo 

szacowne  nazwisko.  Skąd  mogłyśmy  wiedzieć...  O,  jest  tutaj,  moi  panowie.  Baron  Meiden, 

dwór Grastensholm. 

Wracali  do  domu  już  po  zapadnięciu  zmroku,  przygnębieni,  poważni.  Najpierw 

skierowali się do Elistrand. 

Goście już się rozeszli, ale Gabriella, Eli i Hilda czekały na nich, nie kładąc się spać. 

Mężczyźni w  milczeniu przekroczyli próg domu, Andreas bez słowa objął Eli,  Kaleb 

spojrzał na żonę z rozpaczą. 

- I co? - zapytała w końcu Gabriella. 

- No cóż, zagadkę można uznać za rozwiązaną. 

- Nie wyglądacie na uradowanych - odezwała się Hilda z nieśmiałym uśmiechem. 

- A  z  czego  mamy  się  cieszyć? -  wybuchnął  Kaleb  i  opadł  na  sofę,  zasłaniając  twarz 

dłońmi. 

Andreas nie siadał. 

- To  niewiarygodne!  Zastanawialiśmy  się  nad  tym  przez  całą  powrotną  drogę. 

Wstąpiliśmy  też  do  domu  jednej  z  tych  czterech  kobiet.  Okazało  się,  że  zaginęła  zeszłej 

jesieni, wszystko więc się zgadza. 

- Wyjaśnijcie po kolei! - zdenerwowała się Gabriella. 

Opowiedzieli więc o wizycie u madame Svane. 

- Rozumiecie już teraz - zakończył Andreas. - Kiedy przybył ten mężczyzna, madame 

akurat wyjechała. Jej córka, która go wówczas przyjęła, wyprowadziła się do Kopenhagi. 

background image

- Ale znacie jego nazwisko? 

- Tak. Ujawniła je. 

- No i? - niecierpliwiła się Gabriella. 

- Baron Meiden na Grastensholm. 

Zapadła głucha cisza, w salonie powiało grozą. 

Wreszcie Gabriella zdołała wyszeptać: 

- Wuj Tarald? 

- Nie wiemy. - Oczy Kaleba wyrażały nieopisany ból. 

- Jest ich przecież dwóch. 

Hilda nie zdawała sobie sprawy, że szepcze: 

- Mattias chodzi we śnie. 

- Znasz jego tajemnicę? - zdumiał się Kaleb. - Sądziłem, że wiemy o tym tylko Tarald, 

Irja i ja. 

- Mattias mi o tym powiedział. 

Kaleb  i  Andreas uśmiechnęli  się ze zrozumieniem.  Jasne  było, ku komu zwrócił  swe 

myśli Mattias. 

Wyglądało na to, że bardzo potrzebny  był  jej ten uśmiech. Twarzyczka  jej pobladła  i 

skamieniała ze strachu. 

- Nie sądzisz chyba, że... - Gabriella była wstrząśnięta. 

- Absolutnie  w  to  nie  wierzę! -  odparła  Hilda  gorąco. -  Nie  znam  zbyt  dobrze  pana 

Taralda, ale uważam, że to wszystko jest tragicznym nieporozumieniem. 

- Ja  też  tak  myślę -  powiedziała  Gabriella. -  Aha,  był  tu  wieczorem  wójt.  Przyjedzie 

jutro wczesnym rankiem. Co mu powiemy? 

- No właśnie? Co powiedzieć? - zastanawiał się Kaleb. - I ile? 

- Wuj Tarald i czary? - zamyśliła się Gabriella. - To zupełnie do niego nie pasuje! 

- Do  Mattiasa  także  nie -  zaprotestowała  wzburzona  Hilda. -  Sądzę,  że  ktoś  posłużył 

się ich nazwiskiem. 

- Na pewno! - załkała łatwo ulegająca wzruszeniu Eli. - Och, jakie to straszne! To nie 

może być prawda! 

- Nie, na pewno nie. - Gabriella otoczyła dziewczynę ramionami. - Przez noc musimy 

postanowić, co powiemy wójtowi. On może wpędzić nas w poważne kłopoty. 

- Tak - powiedziała Hilda. - Wybaczcie, że się wtrącam, ale. . 

- Należysz  do  rodziny -  powiedział  Andreas. -  Albo  wkrótce  będziesz  należała.  Co 

chciałaś powiedzieć? 

background image

Zaczerwieniła się, słysząc jego słowa. Chyba zbyt pochopnie wyciągał wnioski. 

- Chciałam tylko zapytać: gdzie w tym wszystkim jest miejsce dla wilkołaka? 

- Tak. Gdzie go umieścić? - zastanawiał się Andreas. 

- Babcia Liv ma całkowitą rację - orzekła Gabriella. - To za dużo na raz. Wilkołak tu 

zupełnie  nie  pasuje.  Jeśli  założymy,  że  wuj  Tarald  jest  tym  mężczyzną,  rozważam  jedynie 

teoretycznie,  to  jak  miałby  po  kolei  przywozić  wszystkie  te  kobiety  z  Christianii  konnym 

powozem, przeobrażać się w  mistrza czarownic, sprawiać, by wiedźmy  były  mu powolne, a 

następnie przemieniać się w wilkołaka i rozszarpywać je? 

- I zabierać im pieniądze - dodał Kaleb. - Pieniądze są bardzo istotne. Krewni drugiej 

ofiary  również  twierdzili,  że  miała  ze  sobą  sporo  talarów,  udając  się  na  spotkanie  z 

tajemniczym zalotnikiem. 

- A  przecież  wuj  Tarald  ma  dość  pieniędzy -  powiedziała  Gabriella. -  Nie  musi  ich 

zabierać żądnym małżeństwa kobietom! 

Andreas był zamyślony. 

- Jest coś, czemu poświęciliśmy być może zbyt mało uwagi: polowanie na czarownice 

w sąsiedniej wiosce. Czy pamiętacie? Wójt wspomniał, że w dzień poprzedzający znalezienie 

zwłok pojmał czarownicę. 

- Tak, pamiętam - przyznał Kaleb. - Ale nie całkiem rozumiem, jakie to ma znaczenie 

dla sprawy, którą się zajmujemy. 

Raptem  w  drzwiach  stanął  mały  chłopczyk.  Miał  zaczerwienioną,  spoconą  buzię  i 

zamglone spojrzenie. 

- Tak mnie głowa boli - pisnął. 

- Chodź do mnie, Jonasie. - Gabriella wyciągnęła do chłopca rękę. 

W  tej  chwili  zapomniano  o  czarownicy  z  sąsiedniej  wioski.  Andreas  nieświadomie 

poruszył  bardzo  istotny  wątek  sprawy.  Wtargnięcie  chłopca  przerwało  roztrząsanie 

skomplikowanego  problemu.  Tymczasem  gdyby  Andreas  dokończył  myśl,  rodzina 

uniknęłaby wielu wstrząsających wydarzeń! 

- Kochanie - mówiła Gabriella do Jonasa. - Naprawdę źle wyglądasz! 

- Pójdę  już -  rzekł  Andreas. -  Czy  mam  wstąpić  do  Grastensholm,  by  Mattias 

przyszedł obejrzeć chłopca? 

- O tak, bardzo proszę. To okrutne wyciągać go z domu w środku nocy, ale człowiek 

czuje się bezpieczniej, kiedy ma w rodzinie medyka i może korzystać z jego pomocy. 

- Panie  Andreasie -  poprosiła  Hilda  niemal  bez  tchu. -  Nie  mówcie  mu  nic  o...  o 

podejrzeniach w stosunku do niego i jego ojca. Jeszcze nie teraz. 

background image

Andreas spojrzał na dziewczynę. 

- Dobrze,  nie  zrobię  tego.  Powiem,  że  jutro  otrzymamy  wiadomość.  Przez  noc 

postaram się wymyślić jakieś rozwiązanie. 

- Dziękuję!  Możecie  się  już  położyć -  powiedziała  Hilda. -  Posiedzę  z  Jonasem  i 

otworzę doktorowi. 

Przyjęli jej propozycję życzliwym uśmiechem. 

- Dobrze, Hildo. 

Andreas  odjechał,  a  Hilda  starannie  owinęła  Jonasa  i  ułożyła  go  na  sofie.  Rodzina 

powiedziała „dobranoc” i odeszła do swoich pokoi. 

Hilda  siedziała,  przyglądając  się  trawionej  gorączką  dziecinnej  buzi.  Jonas,  mały 

buntownik, który przybył do Elistrand uzbrojony w nóż, gotów bronić się nim przed każdym 

wrogiem... Ile mógł mieć lat? Sześć? Osiem? 

- Tak mnie boli głowa, Hildo! . 

- Przyniosę  ręcznik  zamoczony  w  zimnej  wodzie.  A  doktor  na  pewno  da  ci  coś,  co 

złagodzi twoje dolegliwości. Czy jeszcze gdzieś cię boli? 

- Nie, tylko bardzo źle się czuję. 

- Rozumiem. 

A jeżeli Mattiasa nie było w domu? Jeśli przyjdzie jej tak siedzieć i czekać przez całą 

noc? 

Nie było teraz pełni księżyca. Jeszcze nie. 

Skąd wzięła się ta straszliwa myśl? Hilda przeraziła się samą sobą. 

Nareszcie przed domem rozległ się tętent kopyt. Szybko zerwała się, by otworzyć. 

Mattias jak zwykle ubrany był w zamszową kamizelkę, ściągniętą pasem, założoną na 

białą koszulę z szerokimi rękawami. Wyglądał młodo i świeżo. Miał miłą, uśmiechniętą twarz 

i niewinne błękitne oczy. 

Chyba ucieszył się, że to właśnie ona otworzyła mu drzwi. 

- Nie śpisz jeszcze, Hildo? Gdzie jest chłopiec? 

Jonas uśmiechnął się z wysiłkiem, widząc swego doktora. Mattias ostatnio niezwykle 

sumiennie wywiązywał się z obowiązku doglądania dzieci z Elistrand... 

Hilda  była  obecna  przez  cały  czas,  kiedy  badał  chłopczyka  i  przyjaźnie  z  nim 

gawędził.  Czuła  szczere  oddanie  dla  Mattiasa  Meidena.  Dla  każdego  miał  zawsze  dobre 

słowo. 

Podniósł wzrok na dziewczynę. 

- To na pewno odra. No cóż, Hildo, przez jakiś czas będziecie mieć sporo roboty tu na 

background image

Elistrand. Piątka dzieci, która musi przez to przejść. 

- Czy to coś poważnego? 

- Może  być  poważne.  Ale  jeśli  dołożymy  starań,  wszystko  skończy  się  dobrze.  Będę 

przychodził kilka razy dziennie. 

Rozpromieniła się. 

- To dobrze. 

- Naprawdę tak myślisz? - Popatrzył na nią badawczo. 

- Wiesz o tym - odparła. 

Mattias zaniósł chłopca do pokoju dziecinnego i  wspólnie położyli go do łóżka. Dali 

mu gorący napój, który Hilda przyniosła z kuchni. Mattias wrzucił do niego jakiś proszek. 

- Czarodziejska mikstura Tengela Dobrego - uśmiechnął się. - Nigdy nie zawodzi. 

- A teraz przejął ją Mattias Dobry. 

- Bardzo jesteś miła, Hildo. 

Delikatnie ujął ją za ramię i poprowadził ku drzwiom. 

- Jonasie, Hilda będzie w pokoju obok, gdybyś jej potrzebował - szepnął. 

Opuścili sypialnię chłopca, Hilda sprowadzała Mattiasa na dół. 

Gorąco mu współczuła. Wiedziała, co nastąpi jutro. Ale wszystko, co potrafiła na razie 

powiedzieć, zamykało się w banalnym pytaniu: 

- Czy masz ochotę na coś do picia? 

- Nie, dziękuję, muszę wracać do domu, do łóżka. 

Nie chciała się z nim rozstawać, wyprowadziła go więc aż na zewnątrz. 

Otoczył ich gęsty mrok, chroniąc przed resztą świata. 

- Jaka ciemna noc! Czy odnajdziesz drogę do domu? 

- Koń, w każdym razie, nie zabłądzi. 

Słowa, słowa! Gdzie one się podziały? Tak bardzo chciała mu okazać, że może na nią 

liczyć, teraz kiedy jemu i jego ojcu zagraża śmiertelny cios. 

- Mattiasie, ja... 

W ciemności szukał jej oczu. 

- Dlaczego urwałaś? 

- Nie, nie przejmuj się tym! 

- Ależ tak, chcę to usłyszeć! Czyżby kot znowu uciekł, a ty nie masz odwagi poprosić, 

bym ci jeszcze raz tam towarzyszył? 

- Och,  nie,  nie  myślałam  o  kocie.  Zadomowił  się  już  tutaj.  Widocznie  samotność  w 

zagrodzie nie wydała mu się szczególnie interesująca. Nie było też mleka. 

background image

- O czym więc myślałaś? 

Westchnęła  głęboko;  chciała  zmusić  się  do  mówienia,  ale  nie  mogła  wydobyć  głosu. 

W końcu jednak znalazła wyjście. 

- Czy  możesz...  poczekać tu  przez  krótką  chwilę...  przez  długą  chwilę?  Mam  coś  dla 

ciebie. 

- Dobrze, zaczekam. 

- Możesz wejść do środka, jeśli chcesz. 

- Nie, przygotuję konia. Czy tyle czasu wystarczy? 

- Tak, będę się spieszyć. 

Hilda wbiegła do domu, wślizgnęła się do gabinetu 

Kaleba, podkradła arkusz papieru i zanurzyła gęsie pióro w kałamarzu. Zaczęła pisać 

swoim niepoprawnym językiem, wiele już bowiem lat upłynęło, od czasu kiedy matka dawała 

jej lekcje sztuki pisania: 

Najdroższy Mattiasie ! 

Tak wiele chciałabym Ci powiedzieć,  moje pisanie  będzie więc chaotyczne, bo  mam 

mało czasu. Nie umiem o tym mówić, więc piszę. Tak trudno jest wyjaśnić moje uczucie do 

Ciebie, tak bardzo Cię lubię, dobrze więc, że, tak jak mówiłeś, nie możesz mi się oświadczyć, 

bo  na  pewno  powiedziałabym  „tak”,  a  to  byłoby  niesprawiedliwe,  żeby  najwspanialszy 

człowiek  na  świecie  wybierał  najnędzniejsze  stworzenie  w  całej  parafii,  ale  nic  na  to  nie 

poradzę,  że  Cię  lubię.  Powiedziałeś,  że  mogę  się  do  Ciebie  zwrócić,  jeśli  będę  kogoś 

potrzebowała.  Ale  ja  potrzebuję  nie  byle  kogo.  Potrzebuję  szczególnie  czułego  i 

wyrozumiałego mężczyzny, który wprowadziłby mnie w tajemniczy świat miłości, potrzebuję 

poczuć się kochaną, móc dać to, co spoczywa we mnie niewykorzystane. Nie chcę twierdzić, 

że  to,  co  czuję,  to  miłość,  bo  nadal  jeszcze  jest  to  dla  mnie  obce,  ale  mam  jedną  jedyną 

tęsknotę: być z Tobą. Wybacz  mi  moją śmiałość, ale tak to już  jest. Czym  jest  miłość?  Czy 

wystarczy lubić kogoś bezgranicznie, potrzebować drugiego człowieka w taki sposób, o jakim 

nie mówi się głośno? Nie wiem, nie jestem pewna. 

Oddawać  komuś  taki  list  to  okropne,  ale  jutro  on  miał  stawić  czoło  okrutnemu 

oskarżeniu. Będzie mu wtedy potrzebna, ona i dowody jej wiary w jego niewinność. 

Wyskrobała  jeszcze:  Twoja  najoddana  przyjaciółka  Hilda,  z  niepokojącym 

przeświadczeniem,  że  użyła  słowa,  które  nie  istnieje,  ale  nie  miała  już  czasu,  by  cokolwiek 

zmienić. 

Czuła  jednak,  że  musi  umieścić  jakiś  dopisek.  Chciałam  tylko,  żebyś  został  moim 

najlepszym  przyjacielem,  byś  znał  mą  tęsknotę,  wiedział,  ile  dla  mnie  znaczysz.  Mówiłeś 

background image

kiedyś o ogniu, który we  mnie płonie. Miałeś rację. Bardzo się teraz wstydzę. Najwyraźniej 

nie jestem taka śmiała, jak mi się wydawało, ale dostaniesz ten list, jaki jest. 

Wybiegła,  trzymając  w  dłoni  zwinięty  arkusik.  Mattias  czekał,  cierpliwie  stojąc  przy 

koniu. 

- Masz, weź to, zanim się rozmyślę - powiedziała bez tchu. - Przeczytaj, kiedy wrócisz 

do domu! Będzie to zapewne męczarnia, taki jest pokreślony, pełen błędów, nieczytelny, ale 

nie chciałam, żebyś czekał zbyt długo... 

Uśmiechnął się z powagą. 

- To znaczy, że słowa płynęły prosto z serca? Bez żadnych upiększeń? 

- Tego możesz być pewien! 

- Ależ, Hildo, przecież ty płaczesz! 

Nie  zdawała  sobie  z  tego  sprawy  i  nie  potrafiła  powiedzieć,  dlaczego. 

Prawdopodobnie z żalu nad jego losem, z rezygnacji i zmęczenia po wszystkim, co przeszła. 

- To nic. Jedź już. 

Wbiegła  do  domu  najszybciej  jak  mogła  i  zamknęła  za  sobą  drzwi  na  klucz.  Długo 

jeszcze  stała,  nadsłuchując,  aż  spiął  konia  i  odjechał  galopem.  Ziemia  zadudniła  pod 

kopytami. 

Czy postąpiłam właściwie? zastanawiała się. Czy nie pomyliłam miłości z litością? 

Było  tak,  jak  napisała:  nie  potrafiła  określić  swoich  uczuć  do  Mattiasa.  Był 

mężczyzną,  którego  podziwiała,  darzyła  szacunkiem,  przy  którym  czuła  się  bezpiecznie. 

Wiedziała,  że  kocha  jego  przymioty,  ale  czy  jego  samego?  On  nie  był  taki  jak  Andreas, 

męski, władczy i nieodparcie pociągający. 

A  mimo  wszystko  to  u  Mattiasa  szukała  pomocy,  pragnąc  wyrwać  się  z  więzienia 

namiętności, które tłumione przez wiele  lat wybuchły  niczym gwałtowny pożar. Poprosiła o 

to właśnie jego! 

Czy  dlatego,  że  jest  szlachetny  i  wyrozumiały,  że  poznał  już  różne  oblicza  ludzkiej 

nędzy? Czy dlatego, że nie obawiała się z jego strony drwin? Czy może dlatego, że naprawdę 

ją lubił? 

Czy też może uczyniła to z miłości? 

Nie wiedziała. 

- Boże, dopomóż mi, nie wiem, czy to miłość - szepnęła. - Jeżeli tak, co w takim razie 

czułam do Andreasa? Skąd to pragnienie, żeby go chociaż zobaczyć? A dlaczego potem, gdy 

tylko  zrozumiałam,  że  jego  myśli  zajęte  są  inną,  to  pragnienie  zgasło?  Czy  marząc  o 

kontakcie  z  mężczyznami  na  początku  szukałam  na  ślepo?  Może  to  nie  było  nic  poza 

background image

gorączką trawiącą ciało? 

W takim razie uczucie, jakie żywiła do Mattiasa, było o wiele głębsze. 

Gdyby tylko miała pewność! 

- Mój  Boże -  szeptała. -  Nigdy  w  życiu  nie  chciałabym  wyrządzić  krzywdy 

Mattiasowi. To najgorsze, co mogłoby się stać! 

background image

ROZDZIAŁ IX 

Jak się spodziewano, następnego dnia w porze obiadowej mieszkańcy Elistrand zostali 

wezwani  do  Grastensholm.  Po  wyjściu  gospodarzy  Hilda  musiała  jeszcze  przez  jakiś  czas 

zostać  w  domu,  by  pomóc  dzieciom  przy  jedzeniu  i  posiedzieć  chwilę  z  Jonasem.  Chłopiec 

czuł się znacznie lepiej i choć objawy odry jeszcze całkowicie nie ustąpiły, wyglądało na to, 

że środek Tengela skutkuje. 

Wkrótce  Hilda  przekazała  obowiązki  służącym  i  co  sił  w  nogach  pobiegła  do 

Grastensholm. 

Już w wielkiej sieni dotarły do niej wzburzone głosy z salonu. Mattias, który usłyszał, 

że ktoś głośno puka do drzwi wejściowych, wyszedł jej na spotkanie. 

Nigdy  jeszcze  nie  widziała  go  tak  wstrząśniętym.  Jego  dobre  oczy  pociemniały  z 

rozpaczy. 

- Hildo, oskarżają mojego ojca! To podłe oszczerstwo, on nie jest złoczyńcą! 

- Wiem, mój drogi. Nikt z nas w to nie wierzy. Ciebie także oskarżają, prawda? 

- To nie ma żadnego znaczenia, wiem, że jestem niewinny i potrafię mówić za siebie. 

Ale ojciec jest taki bezradny, nie umie bronić się przed napastliwym i podłym wójtem. 

- Rozumiem. 

Wykonał gest, jakby chciał się do niej przytulić. 

- Wiedziałaś o tym wczoraj, prawda? 

Potwierdziła skinieniem głowy. 

- Dlaczego nic nie powiedziałaś? 

- Pan Kaleb chciał mieć trochę czasu, by przygotować argumenty na waszą obronę. 

- Tak, spisuje się dzielnie, walczy jak lew, ale wójt jest bezlitosny. Dziękuję za list! 

Zawstydzona spuściła głowę. 

- Och, był okropny. 

- To najpiękniejszy  list,  jaki kiedykolwiek dostałem. Jest prawdziwy  i szczery! Przez 

pół nocy nie spałem, pełen niewypowiedzianego szczęścia. Miałem tyle nadziei, takie wielkie 

plany  na  dzisiaj.  I oto  co  się  stało! -  W  jego  głosie  brzmiała  gorycz. -  Hildo...  czy  napisałaś 

ten list, żeby... mnie pocieszyć? 

- Nie,  choć  muszę  przyznać,  że  gdybym  nie  wiedziała  o  oskarżeniu  przeciw  tobie  i 

twemu ojcu, nigdy bym go nie napisała. Chciałam, byś dokładnie wiedział, co czuję do ciebie. 

Albo może raczej niedokładnie... w natłoku myśli i uczuć... 

background image

- Rozumiem cię, Hildo. Nie jesteś pewna. Ale ja jestem. My... 

- Mattiasie! - dobiegło ich wołanie Arego. - Gdzie ty się podziewasz? 

- Chodźmy - łagodnie powiedział Mattias do Hildy. 

Weszli  trzymając  się  za  ręce.  Nie  była  pewna,  czy  to  on  chce  dać  jej  wsparcie,  czy 

raczej szuka go u niej. Prawdopodobnie jedno i drugie. Należeli do siebie. 

To im dodawało sił. 

W salonie był także Jesper, blady i drżący ze strachu, jak gdyby miał przeciwko sobie 

cały świat. Hilda nie chciała na niego patrzeć. W myślach widziała go nadal z opuszczonymi 

spodniami. 

Był tam również brat Augustyny córki Fryderyka i, rzecz jasna, cały wielki ród Ludzi 

Lodu. 

Wójt kipiał gniewem. 

- Mamy tu, jak widzę, także i córkę hycla - powiedział zjadliwie. - Zgromadzenie jest 

więc  pełne.  No tak,  urządziliście  niezłą  zabawę!  Ale  w  końcu  mam  was,  prawda  wyszła  na 

jaw! 

- Po  raz  setny  powtarzam,  panie  wójcie -  powiedziała  Liv  zmęczonym  głosem -  ani 

mój syn, ani wnuk nie mają nic wspólnego z tymi ohydnymi mordami. 

Po raz pierwszy Hilda widziała baronową tak załamaną. Liv  siedziała skulona, na  jej 

twarzy  malowało się cierpienie. Wydawało się, że tego ciosu, który spadł  na  jej rodzinę, nie 

potrafi już znieść. 

- Ach  tak? -  drwiąco  zapytał  wójt. -  Dlaczego  więc  jeden  z  nich  odwiedził  madame 

Svane w Christianii? 

Irja była czerwona i zapłakana. 

- Czy mój biedny mąż nigdy nie będzie miał spokoju? W jego życiu było tyle tragedii. 

A  to  ostatnie  oskarżenie  jest  tak  wstrętne,  że  nie  można  go  nawet  słuchać.  Ja  chyba  wiem 

najlepiej, że Tarald nie ma nic wspólnego z tymi morderstwami! 

- A wasz syn? - odciął się wójt. - Służba  mówi, że on chodzi we śnie. A  może wcale 

nie jest lunatykiem? Może to świadome oszustwo, maskujące zwyrodniałe praktyki? 

- Gdybyście  znali  Mattiasa  Meidena,  nie  rzucalibyście  takich  haniebnych  oskarżeń - 

powiedział Brand. - To najwspanialszy człowiek, jakiego Bogu udało się stworzyć. 

- No, nie przesadzajmy - mruknął Mattias. 

- Może  i  tak  być -  wójt  rozpoczął  przemowę. -  Ale  ludzie  składają  się  z  dobra  i  zła. 

To, czego nie widać w dziennym świetle, zbiera się gdzieś w mrocznej głębi  i  nocą zaczyna 

działać, wyzwalając drugie zbrodnicze „ja”... 

background image

- O Boże! - westchnął Kaleb. 

- I... - Wójt uniósł palec wskazujący. - Natrafiłem na jeszcze jeden ślad! Kiedy byłem 

w Lipowej Alei, przechodziłem obok lamusa z odzieniem. I cóż tam dostrzegłem? 

Aby wzmocnić wrażenie, zrobił długą pauzę. 

- No i co zobaczyliście? - zapytał sucho Brand. 

- Płaszcz z wilczej skóry! Olbrzymi, z kapturem! 

- Boże,  daj  mi  cierpliwość! -  jęknął  Are. -  Toż  to  moje  futro  odziedziczone  po  ojcu 

Tengelu!  Czy ono też ma wziąć udział w tej  historii? Czy chodzi wam o wilkołaka? Czy to 

jego  skóra  tam  wisiała?  W  takim  razie  wilkołak,  który  grasuje  tu  po  nocach,  jest  na  wpół 

zeżarty przez mole. 

Wójt zacisnął usta. 

Sprawa utknęła w martwym punkcie. 

Weszła  służąca  z  wiadomością,  że  z  jednej  z  okolicznych  zagród  przysłano  po 

doktora. Zachorowało dziecka. 

- Znowu  odra -  westchnął  Mattias. -  No  cóż,  muszę  iść.  Ludzie  tak  lekkomyślnie 

postępują z dziećmi, pozwalają im wstawać z łóżka zbyt wcześnie i następują powikłania. Nie 

możemy dopuścić do tego, co stało się w Tonsberg, gdzie z powodu bezmyślności dorosłych 

zmarło  pięćdziesięcioro  dzieci.  Panie  wójcie,  czy  zezwolicie,  abym  oddalił  się  stąd  na  jakiś 

czas? 

Wójt  z  niechęcią  wyraził  zgodę.  Mattias  posłał  Hildzie  czułe  spojrzenie,  jakby 

zapowiadając, że wkrótce znów się zobaczą, i wyszedł. 

Bez  niego  zrobiło  się  w  salonie  jakoś  dziwnie  pusto,  w  każdym  razie  tak  odczuła  to 

Hilda. 

Jesper nie mógł już dłużej wytrzymać napięcia. 

- Ja nic nie zrobiłem - załkał, nie starając się nawet obetrzeć płynących z oczu łez. - Ja 

nic w ogóle nie zrobiłem! 

- Nikt cię o nic nie posądza - uspokajał go stary przyjaciel Brand. - Chcemy tylko się 

dowiedzieć, czy czegoś nie zauważyłeś. 

- Co? A co miałbym zauważyć? On, ten tam, co nawet porządnie nie umie mówić po 

norwesku - powiedział wskazując na wójta - to głupek! Oskarża pana Taralda i pana Mattiasa! 

Żaden  z  nich  tego  nie  zrobił,  mówię  wam,  panie  wójcie!  Bo  lepszych  gospodarzy  niż  na 

Grastensholm i w Lipowej Alei nie ma, wszyscy to potwierdzą. Mój ojciec i matka pracowali 

tam  przez  całe  życie,  ojciec  był  głównym  stajennym,  i  nie  zamieniliby  się  na  żadne  inne 

miejsce na świecie! 

background image

- Wystawiłeś nam bardzo piękne świadectwo, Jesperze - powiedziała ciepło Liv. - My 

wszyscy wiemy, że nikt z nas tego nie zrobił. Ktoś jednak posłużył się naszym nazwiskiem. . 

- Dość tego próżnego gadania - przerwał wójt. - W ten sposób daleko nie zajedziemy. 

Baronie Taraldzie Meiden, w imieniu prawa aresztuję was jako... 

- Nie! - zawołała Irja. - Nie, nie możecie tego zrobić! 

- Nie mogę? To mój obowiązek... 

Wtedy  właśnie  Hildzie  zaświtał  w  głowie  desperacki  pomysł,  jak  przyczynić  się  do 

rozwiązania  zagadki  i  pomóc  Mattiasowi  oraz  jego  ojcu.  Pomysł  był  tak  szalony,  że  gdyby 

zastanowiła się bodaj przez dwie sekundy, niczego by nie powiedziała. 

- Posłuchajcie mnie, moi drodzy! - wykrzyknęła, wszyscy więc spojrzeli na nią, nawet 

służący,  stojący  przy  drzwiach.  I  oto  właśnie  chodziło:  aby  jej  słowa  natychmiast  rozniosły 

się po całej wsi. - Przecież ja wiem, kto to zrobił! - zawołała z mocą. 

Powstał ogromny rwetes, zaczęto się wzajemnie przekrzykiwać. 

Hilda była bardzo zmieszana, ale dzielnie brnęła dalej: 

- Nie, teraz nie mogę nic powiedzieć. Ale mam w domu dowód. Że też wcześniej na to 

nie wpadłam! 

- Jaki dowód? - natarł na nią wójt. 

- Nie, to nie jest nic konkretnego. Muszę to najpierw sprawdzić... 

Dopiero  teraz  uświadomiła  sobie,  jaką  burzę  rozpętała  swoimi  słowami,  i  strach 

pochwycił  ją w swe szpony. Gdyby  jednak nie zrobiła nic, wójt zabrałby pana Taralda, ojca 

ukochanego  Mattiasa.  A  ten  wójt  bez  namysłu  chyba  osądzał  ludzi.  Chcąc  jak  najszybciej 

zakończyć całą historię, był w stanie powiesić nawet bez wyroku. 

Musiała  więc  kontynuować  tę  grę.  Nie  bardzo  zdawała  sobie  sprawę,  jak  powinny 

potoczyć się dalej wydarzenia, nie wątpiła jednak, że pomysł sam w sobie jest dobry. Jedyną 

jego wadą było to, że narażała się na niebezpieczeństwo. 

- Muszę  iść do domu - powiedziała ze śmiertelnym  lękiem w sercu. - Ale  jeszcze  nie 

teraz. Obiecałam, że po południu posiedzę z chorym Jonasem. Mogę pójść wieczorem... 

- Dzisiaj będzie pełnia - cicho powiedział Andreas. 

- Wiem o tym, ale nic na to nie poradzę. Nie wierzę w wilkołaki. 

- Ale przecież sama go widziałaś - powiedziała Liv. 

- To musiało być coś innego. Czy mogę pomówić z panem Kalebem na osobności? 

- I ze mną, jeśli łaska - wtrącił wójt. 

- Chętnie. I z panem Andreasem. Czy możemy przejść do innego pokoju? 

Przeszli do sąsiedniego pomieszczenia i tam Hilda powiedziała: 

background image

- Muszę  znaleźć  to,  co  jest  w  domu.  To  nie  jest  żadna  rzecz,  nic,  co  bezpośrednio 

doprowadzi  nas  do  winnego,  ale  gdybym  to  zdobyła  i  połączyła  z  tym,  co  mam  w  pamięci, 

wiedziałabym wszystko. Czy brzmi to bardzo zawile? 

- Tak - odparł Kaleb. - Ale rozumiem, o co ci chodzi. 

- Strasznie to zagmatwane - mruknął wójt. - Możemy chyba iść tam bez ciebie? 

- Nie,  to  niemożliwe,  właśnie  przed  chwilą  wyjaśniałam.  Sądzę  jednak,  że  jeżeli 

wszyscy  we  wsi  się  dowiedzą,  że  mam  zamiar  udać  się  wieczorem  do  domu,  to  będziemy 

mogli pojmać winnego. 

- Dobry Boże, Hildo, nie możesz tak się narażać 

- Umyśliłam sobie, że będziecie czuwali wzdłuż drogi... 

- Nie! - zdecydowanie sprzeciwił się Andreas. - To zbyt ryzykowne! Mattias nigdy w 

życiu się na to nie zgodzi. 

- Mattias o niczym nie będzie wiedział. 

- O,  on  musi  się  dowiedzieć -  obruszył  się  wójt. -  On  jest  najbardziej  podejrzany,  a 

jeśli uda się go złapać na gorącym uczynku... 

- Och,  przestań  gadać! -  wybuchnął  Andreas,  który  nie  mógł  już  słuchać  bzdurnych 

oskarżeń  wójta. -  Mattias  nie  potrafi  nikogo  skrzywdzić.  Hildo,  twoja  propozycja  jest 

wspaniała,  ale  nie  mamy  dosyć  ludzi,  by  ich  ustawić  w  całej  okolicy,  jeżeli  wszyscy  są 

podejrzani. 

- Mogę  sprowadzić  moich  ludzi -  szybko  zdecydował  wójt. -  I  zgadzam  się  odłożyć 

zatrzymanie pana Taralda do wieczora, jeżeli Hilda podejmie się roli przynęty. 

- Nie,  nie  i  jeszcze  raz  nie! -  sprzeciwił  się  Kaleb. -  Jeżeli  coś  jej  się  stanie,  Mattias 

nigdy nam tego nie wybaczy. 

- My sami sobie nie wybaczymy - stwierdził Andreas. 

- Musimy  jednak  położyć  kres  tym  strasznym  podejrzeniom -  powiedziała  Hilda. - 

Przyznaję,  że  ten  pomysł  mnie  samą  przeraża,  zwłaszcza  historia  z  wilkołakiem,  jednak  nie 

możemy  zrobić  tego  za  dnia.  Z  drogi  wszystko widać  zbyt  dobrze.  Ale  w  ciemności...  Jeśli 

postawicie ludzi w zbożu i w lesie, i koło zagrody... Musi ich być wielu! Ale przecież nie ma 

aż tylu... 

- Mogę  ściągnąć  tu  dziesięciu  mężczyzn  z  sąsiedniej  wioski -  skwapliwie 

zadeklarował wójt. - I jeśli wy dwaj... pan Brand i pan Are... 

- Nie, dziadek nie - zaprotestował Andreas. - On jest za stary. Może Jesper? 

- Nie,  oszalałeś? -  obruszył  się  Kaleb. -  Narobi  w  portki  ze  strachu.  Ale  możemy 

poprosić pastora, nie powinien odmówić. 

background image

- I kościelnego - dodała Hilda. - Tak, to chyba wystarczy. 

Nagle  zorientowali  się,  że  już  planują  wieczorną  akcję.  Popatrzyli  na  siebie  z 

przerażeniem. Hilda drżała na całym ciele. 

- Będziemy  blisko  ciebie,  Hildo -  obiecał  Andreas. -  Nawet  mysz  nie  zdoła  się 

prześlizgnąć. 

- Zastanawiam  się -  powiedział  Kaleb -  czy  ktoś  nie  powinien  iść  za  nią  przez  cały 

czas. 

- To niemożliwe, noc nie jest aż tak ciemna. 

- Macie rację, ale powinniśmy chyba być uzbrojeni? 

- Oczywiście -  zgodził  się  wójt. -  Byle  tylko  nie  znalazł  się  wśród  nas  ktoś,  kto  lubi 

sobie postrzelać i użyje broni, jak tylko coś poruszy się w krzakach. 

- Musimy ostrzec wszystkich jak najsurowiej. 

- Ja  stanę  przy  zagrodzie -  zdecydował  Andreas. -  Tam  przypuszczalnie  będzie 

najtrudniej. 

- Och, dziękuję! - Hildzie odrobinę ulżyło. - Że też wymyśliłam coś takiego! 

- Chcesz się wycofać? - szybko zapytał Andreas, jakby czytając w jej myślach. 

- Wycofać  się?  Chcę  uwolnić  od  podejrzeń  Mattiasa  i  jego  ojca.  Wszystko  inne  jest 

nieistotne. 

Kaleb powiedział w zamyśleniu: 

- Wiecie,  moglibyśmy  posłać  kogoś  zamiast  Hildy.  Ja  jestem  chyba  za  wysoki,  ale 

Mattias... 

- Wykluczone! -  sprzeciwił  się  wójt. -  Po  pierwsze,  on  sam  jest  podejrzany,  a  po 

drugie, Hilda ma znaleźć dowód, prawda? 

- Tak, oczywiście - przytaknęła pospiesznie, choć bliska była już przyznania, że żaden 

dowód nie istnieje. 

- Ja  i  moi  ludzie  będziemy  pilnować  lasu -  zdecydował  wójt. -  Tam  musimy  ustawić 

się szczególnie gęsto. 

Kaleb przyznał mu rację. 

- A  ja  ułożę  się  na  polu  żyta.  Brand  też  może  to  zrobić,  ale  potrzeba  nam  jeszcze 

kogoś. Weźmiemy paru waszych ludzi. 

- Pastor dopilnuje okolicy kościoła - powiedział Andreas. - Tam jest sporo mrocznych 

miejsc. I kościelny niech czuwa gdzieś w pobliżu. Ale to i tak za mało... Już wiem! Przecież 

tak  wielu  chłopów  trzymało  straż,  chowając  w  zanadrzu  srebrne  kule.  Możemy  wybrać 

spomiędzy nich najbardziej gorliwych i prosić, by obstawili równinę. 

background image

- Czy to słuszne? - wójt miał wątpliwości. - Jeden z nich może okazać się winny albo 

też zaczną strzelać do wszystkiego, co się rusza. 

- Andreasie, ty dobrze znasz okolicznych mieszkańców - powiedział Kaleb. - Wybierz 

pięciu, sześciu najbardziej rozumnych. 

- Dobrze. 

- Ale nie wolno angażować nikogo więcej! 

Zakończono  planowanie.  Ustalono  jeszcze,  że  Hilda  wyruszy  koło  dziewiątej,  kiedy 

już będzie ciemno. 

Rodzina była wzburzona. 

- Cóż  to  za  pomysł! -  gorączkowała  się  Gabriella. -  Puszczać  dziewczynę  samą  po 

nocy! 

- Hilda da sobie radę - powiedział Kaleb. - Weźmie nóż. 

Nawet  najbliższych  nie  wprowadzili  w  szczegóły  planu.  Nikt  nie  mógł  wiedzieć  o 

strażach, które będą czuwać nad Hildą. 

Zaczęli rozchodzić się do domów, do Elistrand i Lipowej Alei, a wójt pojechał zebrać 

swoich  ludzi.  Mattias  nie  wrócił  jeszcze,  z  czego  wszyscy,  oprócz  Hildy,  byli  zadowoleni. 

Kiedy wróci, dowie się o akcji, nie zdąży jednak jej odwołać. 

Popołudnie  było  dla  Hildy  nieustającym  pasmem  udręki.  Tysiąc  razy  zdążyła 

pożałować  swojego  pomysłu;  wielokrotnie  zdecydowana  była  iść  do  Kaleba  i  odwołać  całą 

akcję. 

Nie uczyniła tego jednak przez wzgląd na Mattiasa i jego ojca. 

Gdyby  tylko  mogła  pomówić  z  Mattiasem!  Gdyby  mógł  jej  towarzyszyć! 

Potrzebowała go bardziej niż kiedykolwiek, ale odra grasowała w parafii i Mattias zajęty był 

przy chorych dzieciach. 

Siedziała  przy  łóżku  Jonasa,  ocierała  mu  pot  z  czoła,  wypatrując  dobrze  znanej 

wysypki,  która  na  razie  jeszcze  się  nie  pojawiła.  Mattias  prosił,  by  zwróciła  uwagę,  czy 

chłopca nie bolą uszy, a jeśli kaszel by się wzmógł, miała go wezwać. 

Wydawało się jednak, że Jonas urobiony jest z wyjątkowo odpornej materii. 

U  jednej  z  dziewczynek  zaczęły  pojawiać  się  oznaki  zarażenia.  Gabriella  siedziała 

więc przy niej i pilnowała, by mała wstając z łóżka nie zmarzła. 

Zaszło słońce. 

Hildę oblewały zimne poty. Jak mogła wymyślić coś tak głupiego? 

Andreas wyruszył już dawno temu, teraz do drogi przygotowywał się Kaleb. Gabriella 

dopytywała się, dokąd wychodzi, ale on odparł wymijająco: 

background image

- Idę pogadać z Andreasem. 

- Przecież rozmawialiście przez cały dzień! 

- Jakoś nie możemy się nagadać. 

Eli miała oczy szeroko otwarte; czuła, że coś się szykuje. 

- Mogę z tobą iść, Hildo. 

Dobry Boże, gdyby naprawdę mogła, pomyślała Hilda. 

- Nie, tobie nie wolno. 

- Dlaczego? 

- Twoi rodzice nigdy by się na to nie zgodzili. 

- Ale tobie pozwalają iść samej? 

- Prosiłam o to. Zajmiesz się Jonasem wieczorem? 

- Tak, tak. Co wy zamierzacie? 

- Czy my coś zamierzamy? 

- Jasne! Ojciec jest taki tajemniczy, a matka gniewa się, że nic nie chce jej powiedzieć. 

- Nie, nie wiem, co by to mogło być. Eli... 

- Tak? 

- Jeżeli... jeśli Mattias przyjdzie tu dzisiaj... 

- To co? 

- Powiedz mu, dokąd poszłam. 

- Oczywiście! 

Tu nastąpił pierwszy wyłom w murze tajemnicy. Miała nikomu nie mówić, zwłaszcza 

Mattiasowi.  Ale  gdyby  przybył,  nim  ona  dojdzie  do  kościoła,  gdyby  pojechał  za  nią  jak 

najszybciej... 

O Boże, jakie by to było wspaniałe! 

Eli zeszła na wieczerzę. Jonas zasnął. 

Hilda  podeszła  do  okna,  wyjrzała.  Niebo  było  przesłonięte  chmurami,  prześwitywał 

zza  nich  zarys  księżyca.  Chmur  jednak  było  tak  dużo,  że  na  ziemię  nie  docierała  jego 

poświata. Zapowiadała się ciemna noc, a nie ma nic mroczniejszego od sierpniowej nocy. 

Wysoko w lesie rozległo się wycie psa - głęboki ton, jak gdyby obwieszczający, że nie 

jest to zwyczajne zwierzę. 

background image

ROZDZIAŁ X 

Zegar  na  dole  w  sieni  wybił  z  trudem  jedenaście  uderzeń.  Hilda  wiedziała,  że  jest 

dziewiąta, mechanizm bowiem od dawna szwankował. Mattias się nie pokazał. 

Gabriella  nadal  siedziała  w  sypialni  dziewczynek.  Hilda  wezwała  więc  Eli,  by 

zastąpiła ją przy Jonasie. 

Dom sprawiał wrażenie opustoszałego, służba w większości zakończyła już pracę. 

Drżącymi dłońmi Hilda owinęła szal wokół głowy i ramion i związała go w pasie. Po 

cichu odmówiła krótką modlitwę i wymknęła się z domu. 

Nigdy jeszcze serce nie biło jej tak mocno. Wydawało się, że zaraz wyskoczy z piersi. 

Mężczyźni na pewno są na swoich miejscach, powtarzała w myślach. 

Pierwszy miał leżeć już tu, koło dworu, ze strzelbą załadowaną srebrną kulą. 

Nie  ma  się  czego  bać,  wmawiała  sobie.  Andreas  i  Kaleb  wszystko  starannie 

zaplanowali. Zabrali ze sobą nawet baryłkę piwa dla strażników, na wypadek gdyby czekanie 

miało się wydłużyć. To przecież brzmiało tak zwyczajnie... 

Ona miała postarać się, by nie tkwili w ukryciu zbyt długo; dojść do zagrody i wrócić 

szybko jak nigdy dotąd. 

Niebo  było  teraz  tak  zachmurzone,  że  straciła  orientację,  gdzie  znajduje  się  księżyc. 

Może jeszcze się nie wyłonił. Nie, dobrze wiedziała, że od dawna jest na niebie. 

One...  pokazywały  się  tylko  podczas  pełni  księżyca...  Czy  księżyc  nie  musiał  być 

widoczny, by wyszły z ukrycia? 

Taką miała nadzieję. 

Wyżej, za kościołem, dostrzegła czarną ścianę lasu. 

Zawrócę do dworu, nie zniosę tego, myślała. 

Głupstwa, czy  jest się czego bać? Czy  nie  mieszkałam w domu pod lasem przez całe 

życie? Miałabym bać się pójść tam teraz, ten jeden jedyny raz? 

Hilda na moment przymknęła oczy, zebrała siły i rozpoczęła swą trudną wędrówkę. 

Stąpała niepewnie. Gdyby chociaż miała świecę lub pochodnię! 

Matko, myślała. Matko, spójrz teraz na swą córkę. Zawsze byłaś dla mnie taka dobra. 

Dlaczego  musiałaś  umrzeć  tak  młodo?  Dlaczego  najpierw  odchodzą  ci  dobrzy,  a  mniej 

wartościowi zostają? 

Kiedy opuściła dwór Elistrand i skierowała się ku kościołowi, znów była Hildą córką 

hycla, znów sama przeciwko całemu światu, bez przyjaciół. 

background image

Teraz czuła się samotna bardziej niż kiedykolwiek. 

Mattias nie przyszedł, nie powstrzymał  biegu wydarzeń. A ona  mu tak bezgranicznie 

ufała!  Wierzyła,  że  bardzo  by  się  rozgniewał,  nie  pozwolił,  by  narażała  się  na  takie 

niebezpieczeństwo. 

Ale on nic nie zrobił! Może jeszcze nie wiedział? 

Już  musiała  minąć pierwszego ze swych strażników. Gdzie  mógł  być następny? Jaka 

odległość ich dzieliła? Gdyby mogli dać jej choć maleńki znak! A jeżeli ich tu nie ma? Jeśli 

nie ma nikogo wzdłuż całej drogi? 

Przez takie myśli omal nie wpadła w panikę. Wyobraziła sobie całą długą drogę aż do 

lasu. I nikogo, nikogusieńko. Tylko ona i... 

Cały  plan  opierał  się  na  założeniu,  że  pochwycą  człowieka.  A  jeśli  to  nie  był 

człowiek? 

W jakim tempie potoczą się wówczas wydarzenia? Czy strażnicy odważą się wyjść z 

ukrycia? Czy nie zaczną uciekać? 

Srebrna  kula?  A  jeśli  nie  trafią  tą  jedną  kulą,  którą  mają?  Jeśli  nie  będą  strzelać  w 

obawie, że spudłują? Nie, to mało prawdopodobne! Usiłowała zapanować nad myślami. 

Bezwiednie zatrzymała się na wąskiej ścieżce. Jeszcze nie było za późno, by zawrócić. 

Ale ci wszyscy mężczyźni, którzy leżą wzdłuż drogi... Czy mają tkwić tak przez całą 

noc i czekać na nią na próżno? 

Ruszyła przed siebie. 

Kościół już niedaleko. Czy naprawdę postawili pastora na posterunku? Powątpiewała. 

Nowy  pastor  nie  był  ani  szczególnie  uczynny,  ani  bezinteresowny,  miał  zbyt  wysokie 

mniemanie  o  sobie  i  swojej  godności.  Na  pewno  nie  zgodził  się  stać  na  straży  przez  cały 

wieczór. 

Mur  cmentarny...  Pospiesznie  przemknęła  wzdłuż  niego,  zerkając  ukradkiem  na 

cmentarz. Czy tam przypadkiem ktoś nie stoi? 

Serce zaczęło uderzać jej szybciej. 

Nie, to tylko nagrobek. 

Najgorsze,  że  nawet  jeżeli  dostrzeże  któregoś  ze  strażników  stojących  wzdłuż  drogi, 

wcale nie będzie spokojniejsza. Nie może przecież wiedzieć, czy to opiekun, czy też ktoś, kto 

nie życzy jej dobrze... 

Kaleb  powiedział,  że  cała  wieś  zna  już  jej  zamiary.  Musiał  więc  znać  je  także 

zbrodniarz. 

Minęła kościół. 

background image

Pierwszy odcinek za nią, ale ten był najłatwiejszy. 

Daleko  stąd  Eli  i  Gabriella  siedziały  w  cudownym,  ciepłym  domu,  za  zamkniętymi 

drzwiami. Nikt nie mógł się do nich wedrzeć. 

Gdyby mogła być z nimi! 

Szła  kościelną  aleją.  Po obu  stronach  rosły  wielkie  drzewa  o  pniach  tak  grubych,  że 

mógł się za nimi ukryć człowiek. A jeśli coś skoczy na nią z góry? 

Uśmiechnęła się lekko. Przecież wilki nie chodzą po drzewach. 

No tak, zwyczajne wilki nie... 

Przyspieszyła  kroku.  Za  każdym  drzewem,  za  każdym  drzewem,  powtarzała  w 

myślach. Za każdym drzewem może ktoś stać... 

Po  obu  stronach  alei  rozciągały  się  rozległe,  otwarte  pola.  Ale  coś,  co  porusza  się 

skokami, mogło szybko przebyć równinę... 

Czy w alei nie powinien ktoś czuwać? Może zapomnieli? 

Nareszcie jest na gościńcu. Dzięki ci, dobry Boże! Ale najgorsze jeszcze przede mną. 

Miej mnie w swej opiece! 

Wiedziała, że w miejscu, gdzie bierze początek rów biegnący między polami żyta, jest 

kolejny posterunek, dlatego przeszła tamtędy spokojnie. 

A jeżeli strażnika tu nie było? 

Nie, nie może teraz dopuszczać do siebie takich myśli. 

Kiedy  przebyła  trudny  odcinek  przy  kościele,  opanowała  się  nieco.  Była  jak  statek, 

który  wypłynął  na  spokojniejsze  wody.  W  pobliżu  ktoś  nad  nią  czuwał,  przynajmniej  taką 

miała nadzieję, a teren sprawił, że widoczność była lepsza. 

Wioska  wydawała  się  taka  spokojna.  Wszyscy  siedzieli  w  domach,  była  przecież 

pełnia. 

Co,  na  litość  boską,  ona  robi  tutaj  o  tej  porze?  Dlaczego  nie  siedzi  w  ciepłym, 

przytulnym Elistrand, gawędząc z Eli i Gabriellą? 

Sierpniowy  wieczór  był  chłodny,  ale  nie  z  tego  powodu  drżała  na  całym  ciele  i 

szczękała zębami. Niedługo minie już rozstaje. 

Gdyby  chociaż  mogła  zawołać  strażnika,  leżącego  przy  drodze,  dostrzec  jakikolwiek 

znak! Nie, nie wolno jej uczynić nic takiego! 

Teraz czeka ją upiorny kawałek wzdłuż rowu między wysokimi łanami zboża. Z żyta 

w każdej chwili może coś wyskoczyć. Nikt nie zdoła na czas powstrzymać potwora o ludzkim 

czy zwierzęcym obliczu. Ale tu właśnie miało czuwać wielu mężczyzn. 

Na razie nie zauważyła ani jednego. 

background image

Najbardziej przerażała ją myśl, że w ogóle mogło nie być tu nikogo. 

Ale przecież obiecali, na pewno więc tu są. Niedaleko. Pocieszała się jak mogła. 

Starała  się  ze  wszystkich  sił  nie  myśleć  nad  tym,  co  robi  na  pustkowiu  w tę  chłodną 

bezksiężycową  noc.  Wróciła  więc  myślą  do  lat,  które  minęły,  i  zdumiała  się,  że  tak  łatwo 

przyszło jej zacząć żyć „po ludzku”... 

Ten  dzień,  kiedy  Andreas  z  Mattiasem  przybyli  do  zagrody...  Czy  nie  przypominała 

wówczas dzikiego zwierzątka? Chowała się, zasłaniała twarz, lękała się z nimi rozmawiać... 

Łagodna  życzliwość  mężczyzn  dodała  jej  odwagi  i  chęci  życia.  Cała  wielka  rodzina 

przyjęła ją tak naturalnie, z taką serdecznością i wyrozumiałością, że odważyła się wyjrzeć ze 

swej skorupki. Teraz już nie wyobrażała sobie powrotu do dawnego życia. Była człowiekiem 

tak jak wszyscy inni mieszkańcy parafii, odzyskała godność i szacunek dla samej siebie. 

Nie  można  zaprzeczyć,  że  o  przełomie  zadecydowała  śmierć  ojca.  Z  trudem 

przychodziło uznanie tego faktu, ale taka była prawda. 

Czy rzeczywiście  lepiej  by  mu było beze  mnie?  Czy sprowadziłby do domu kobietę? 

Jeśli tak, to zmarnowałam szesnaście lat. 

Nie,  wiedziała,  że  się  mylił.  Trudno  im  było  razem,  ale  dobrze  pamięta  ten  dzień, 

kiedy leżała chora. Jaki był rozzłoszczony, nie potrafił nawet sam wziąć sobie jedzenia, cały 

czas  narzekał,  że  taki  jest  biedny.  Użalał  się,  że  siedzi  głodny,  że  nikt  nie  ściele  mu  łóżka, 

dom wygląda jakby przeszedł przez niego huragan... 

Nie, sam by sobie nie dał rady. Szybko zacząłby zaglądać do kieliszka, nic by nie jadł. 

A ona obiecała matce. 

Hildzie  nigdy  nie  przyszło  do  głowy,  by  winić  matkę  za  zmarnowaną  młodość, 

chociaż miałaby do tego prawo. Matka była jednak dla niej święta. 

Nagle  serce  jej  zamarło.  W  życie  coś  zaszeleściło.  Przerażona  spojrzała  w  tamtym 

kierunku, ale niczego nie dostrzegła. Przez chwilę stała skulona,  jakby chciała skryć się pod 

ziemią,  ale  ponieważ  dźwięk  się  nie  powtórzył,  znów  ruszyła.  Nieświadomie  przyspieszyła 

kroku. 

Jej  oczy  przywykły  do  ciemności.  Rozróżniała  już  drzewa,  krzewy  i  głazy.  Na 

początku  potykała  się,  szła  po  omacku.  Teraz  stąpała  coraz  pewniej.  Od  czasu  do  czasu 

obsunęła  jej  się  noga  na  stromym  brzegu  rowu,  ale  ścieżynka  między  polem  a  rowem  była 

sucha, łatwa do pokonania. 

Najbardziej dokuczała jej myśl, że Mattias się nie pokazał. Wszyscy we wsi wiedzieli, 

że wybierała się do zagrody, żeby odnaleźć dowód zbrodni. Musiał więc i on o tym słyszeć, 

niezależnie od tego, gdzie  akurat odwiedzał chorych. Powinien  był  natychmiast przybyć, by 

background image

wyciągnąć ją z tej zasadzki, którą sobie sama przygotowała. 

Nie zrobił nic. 

Znów przystanęła. 

Cóż to za dźwięk? 

Akurat w tym momencie stuknęła butem o kamień i trochę zagłuszyła tamten dźwięk, 

ale... To brzmiało jak krótkie warknięcie lub szczeknięcie i dobiegło gdzieś od strony lasu... 

Choć wytężała słuch, niczego więcej nie wychwyciła. Las był cichy jak nigdy, nawet 

najlżejszy wietrzyk nie szumiał w wierzchołkach świerków. 

Czy krajobraz może być taki nieruchomy? 

Nagle  nieco  się  rozjaśniło.  Hilda  dostrzegła,  że  w  warstwie  chmur  pojawiły  się 

szczeliny, przez które prześwitywał księżyc - słabo, tajemniczo, jak przez welon z mgły. 

Światło  wcale  jej  nie  uspokoiło.  Jeśli  ona  mogła  lepiej  widzieć,  sama  także  była 

bardziej widoczna. W ciemności łatwiej się ukryć. 

Uderzyła  ją  jeszcze  jedna  myśl: a  jeżeli ci doskonali strzelcy, czy  jak tam zwać tych 

niewidzialnych  mężczyzn,  dadzą  się  ponieść  nerwom?  Strzelą  do  niej,  myśląc,  że  celują  w 

wilkołaka? 

Zapragnęła, by księżyc znów się schował. 

A  może  powinna  śpiewać,  żeby  słyszeli,  kto  idzie?  Niestety,  nie  umówili  się 

wcześniej.  W  ogóle  co  za  pomysły  lęgną  się  w  jej  skołatanej  głowie?  Jeśli  dla  wszystkich 

będzie jasne, gdzie ona znajduje się w danym momencie, będzie to jasne także dla tego, który 

wiedzieć nie powinien... 

Dlaczego Mattias nie przyszedł? 

Teraz wyraźnie rysowała się przed nią ciemna ściana lasu. Tu byli ludzie wójta. Miała 

nadzieję,  że  są  cierpliwi  i  uważni,  że  można  im  zaufać.  Zaczynał  się  bowiem  najgorszy 

odcinek. 

Na  początku  szła  skrajem  lasu.  Tak  było  bezpieczniej,  w  krytycznej  sytuacji  mogła 

wybiec na otwarte pole. Jeśli by zdążyła... 

Potem  jednak  droga  skręcała  w  las,  by  później  znów  wyjść  na  brzeg  zarośli.  Tam 

ścieżka łączyła się z główną drogą, prowadzącą do domu, dużo dłuższą i bardziej krętą. Droga 

wiodła skrajem lasu aż do furtki. 

Najbardziej bała się tego odcinka drogi, na którym las rósł po obu stronach. 

Dalej, już koło zagrody, był Andreas. Ta myśl dodała jej otuchy. W zbożu leżał ukryty 

Kaleb, ale nie zdradził swojej obecności. 

Przecież ona jeszcze musi wrócić tą samą drogą! 

background image

Jeśli zajdzie aż tak daleko... 

O,  tutaj  siedziała  razem  z  Mattiasem  na  ukwieconej  łące,  prowadząc  nadzwyczaj 

intymną rozmowę. Gdzie teraz podziały się kwiaty? 

Może te jaśniejsze, szarawe plamki, które gdzieniegdzie dostrzegała, to stokrotki? 

Jakże wstrząśnięta była  jego pytaniami!  Na przykład o to, co czuła, gdy  jako dorosła 

kobieta  przez  całe  lata  nikogo  nie  widywała.  I  jak  zmysłowa  mu  się  wydawała.  Tak,  to 

prawda, nagromadziła w sobie wiele nie spełnionych uczuć, a one przerodziły się w potrzebę 

kochania  kogoś  w  podwójnym  rozumieniu  tego  słowa.  On  wtedy  powiedział,  że  jest  w  niej 

zakochany.  Nie  uwierzyła  mu  wówczas  i  nawet  teraz  wątpiła!  Dlaczego  nie  przyszedł?  A 

może tak jak inni trzymał straż gdzieś po drodze? 

Nie,  to  niemożliwe,  Mattias  nigdy  by  nie  zostawił  jej  samej  w  tak  dramatycznej 

sytuacji. 

Jeżeli ją kochał... 

W jaki sposób tylu mężczyzn mogło zachowywać się tak bezgłośnie? Czy naprawdę tu 

byli? 

Znów strach pochwycił  ją w swoje szpony. Przytłaczała  ją  jedna natrętna, koszmarna 

myśl:  oszukali  mnie.  Jestem  całkiem  sama,  sama  w  środku  lasu.  Wszyscy  porządni  ludzie 

właśnie  kładą  się  spać,  starannie  uprzednio  zamknąwszy  swe  domostwa.  Tylko  ja  jedna 

jestem poza domem. Ja i jeszcze ktoś... 

Który  z  domów  leży  najbliżej,  zapytała  sama  siebie  na  wypadek,  gdyby  musiała 

uciekać  przed tajemniczym  prześladowcą.  Lipowa  Aleja?  Chyba  tak,  jeśli  przebiegnie  przez 

polanę, na której Andreas odkopał zwłoki. Czy może chata Jespera wyżej, w lesie? Nie, tam 

przecież nikogo nie ma. Jesper przeniósł się w bezpieczne miejsce, na Grastensholm. 

Grastensholm także leżało niedaleko, ale wiodąca tam droga była bardziej uciążliwa. 

Będzie musiała kierować się na Lipową Aleję. 

Choć  i  tak  nie  zdąży  tam  dotrzeć,  dobrze  o  tym  wiedziała.  Przed  człowiekiem,  być 

może, zdołałaby umknąć.  Ale pamiętała  straszne, poruszające się długimi susami zwierzę w 

jałowcach koło Elistrand. Przed nim nigdy nie ucieknie. 

Hilda raz jeszcze zatrzymała się, nim weszła w czeluść lasu. Kilkakrotnie odetchnęła, 

by uspokoić oszalałe serce. 

Przez szesnaście  lat mieszkała w domu pod lasem. I  las  był  jej domem. A teraz była 

tak przerażona, jak gdyby wstępowała w otchłań. 

Z mocno bijącym sercem, w każdej chwili gotowa do ucieczki, zagłębiła się w las. 

Wśród drzew było całkiem ciemno, ale ona znała ścieżkę, bardziej  ją wyczuwała niż 

background image

widziała. 

Panowała  tu  grobowa  cisza.  Trzask  spadającej  na  ziemię  złamanej  gałązki  wydawał 

się strzałem armatnim. Musiała użyć całej siły woli, by zmusić nogi do posłuszeństwa. 

Czuła,  że  jej  ciało  niemal  zdrętwiało  ze  strachu.  Wyciągnięte  ręce  odstawały  od 

boków,  skóra  składała  się  z  samych  odsłoniętych  nerwów,  a  kark  miała  tak  sztywny,  że  nie 

mogła ruszyć głową, tylko w myślach  huczało: gdzie  jesteście? Powiedzcie, gdzie  jesteście? 

Powiedzcie, że w ogóle jesteście! Że nie jestem sama! 

Czy coś nie poruszyło się w głębi lasu? 

Jeśli tak, to może jeden ze strażników? 

Droga przez las wydawała się nie mieć końca. Czy zboczyła ze ścieżki i zabłądziła? 

Nie, chyba widziała przed sobą prześwit. 

Przeszła. Najgorszy odcinek już za nią. 

A  może zbrodniarz o niczym  nie słyszał  i wcale go tu nie  ma? I przejdzie całą drogę 

tam i z powrotem, a on się nie pokaże? To była pocieszająca myśl. 

W ciemności rozróżniła furtkę. Uznała, że w pobliżu powinien ktoś leżeć, bo po jednej 

stronie rosło kilka wielkich brzóz. 

Zdjęła dwa drągi  i wspięła się po pozostałych. Tamtych dwu nie założyła na  miejsce 

na wypadek, gdyby w powrotnej drodze musiała się spieszyć... 

Jeszcze ten kawałeczek pod górę. 

Było tu dużo otwartej przestrzeni i w pobliżu nikt i nic nie mogło się ukryć. Ale oczy 

mogły ją śledzić; oczy, które w ciemności widzą lepiej niż ona. 

Znajdowała  się  już  na  małym,  tak  dobrze  jej  znanym  podwórku.  Te  niezliczone 

zimowe  wieczory,  kiedy  przechodziła  tędy,  by  wydoić  krowę.  Równie  ciemne  zimowe 

poranki... Czy wtedy się nie bała? A może tak? Może już wówczas nieobcy był jej strach? Nie 

mogła sobie przypomnieć. 

Tu  powinien  być  Andreas.  Nie  określił  dokładnie  miejsca,  ale  gdzieś  tu  miał  się 

schować. 

Och,  Boże,  niechże  on  się  jakoś  odezwie!  Muszę  poczuć  obecność  drugiego 

człowieka, usłyszeć głos, choćby najcichszy szept. 

Czuła, jak krew pulsuje jej w żyłach. 

Dom... musi wejść do środka, by przeprowadzić  plan do końca. Przecież przyszła po 

to, żeby zabrać coś z domu. Musi więc to zrobić. Nikt nie może nic podejrzewać. 

Zaczęła mocować się z zamkiem. Andreasie, odezwij się! Pokaż, że tu jesteś, daj choć 

mały, najmniejszy znak! 

background image

Odpowiedziała jej głucha cisza. 

Zamek wyłamany! Ktoś musiał otworzyć drzwi! 

Nie,  tego  nie  zrobi!  Nie  wejdzie  teraz  do  środka,  kiedy  tam  może  się  ktoś  ukrywać, 

stać za drzwiami... Będą musieli ją zrozumieć. 

Ze strachu zrobiło się  jej słabo. Może szeptem zawołać  Andreasa? Nie, po co? Jeżeli 

ktoś  jest  wewnątrz,  Andreas  musi  chyba  o  tym  wiedzieć?  Przypuszczała,  że  zajęli  swoje 

posterunki już dawno, wiele godzin temu, ale pewności nie miała. 

Tu niedaleko jest Andreas, myślała, starając się uspokoić oddech. Ujęła w dłoń długi, 

płaski  kamień,  którym  zwykle  oskrobywała  buty  po  powrocie  z  obory.  Tak  uzbrojona 

wolniutko pchnęła drzwi, najpierw górną połowę, potem dolną. 

Maleńka  sionka.  Już  unosi  się  tu  zapach  taki,  jak  w  domach,  w  których  nikt  nie 

mieszka. Niskie drzwi do izby... 

Czuć  było  stęchlizną!  Ale  czy  jest tu  jeszcze  inny,  obcy  zapach?  Zapach  człowieka? 

Lub też... ostry zapach drapieżnika? Nie czuła niczego. 

Nie  było  czasu,  by  zapalać  łuczywo.  Będzie  musiała  udawać,  że  szuka  w 

ciemnościach. 

Zaskrzypiały  drzwi  prowadzące  do  komory.  Przez  długą,  długą  chwilę  Hilda  stała 

nieruchomo, w głowie kłębiły się wspomnienia. Ciało ojca, chybotliwie zwisające z  belki w 

powale... 

A jeżeli ktoś ukrył się właśnie tam? 

Nie  mogła  już  dłużej  znieść  napięcia.  Pomyszkowała  jeszcze  chwilę  na  półkach  pod 

powałą  i  w  szafie.  Starała  się  wyjść  z  domu  spokojnie  i  dostojnie;  w  rzeczywistości  jednak 

popędziła jak strzała. 

Wyjście na otwartą przestrzeń przyniosło jej ulgę. Połowę zadania miała za sobą, teraz 

pozostawał jeszcze powrót tą samą drogą. 

Żadnego znaku od Andreasa. Mógłby chociaż pisnąć. 

Nie,  oczywiste,  że  nie  mógł.  Niebezpieczeństwo  jeszcze  nie  minęło.  Wprost 

przeciwnie. 

Z  powrotem  tą  samą  drogą...  Ale  Hilda  była  już  spokojniejsza.  Wszystko  jak  dotąd 

toczyło się pomyślnie. Teraz też będzie dobrze, na pewno! 

Wspięła  się  po  furtce  i  położyła  na  miejsce  dwa  zdjęte  wcześniej  drągi.  Zawsze  to 

jakaś przeszkoda dla tego, kto ewentualnie posuwa się jej śladem. 

Kiedy  oddaliła  się  już  od  płotu,  przyszło  jej  do  głowy,  że  źle  zrobiła.  Gdyby  ktoś 

napadł ją tu, niżej, a Andreas biegłby na pomoc, furtka utrudniałaby mu pościg. 

background image

Nie, już nie zawróci. 

Droga, którą miała teraz przed sobą, wcale  nie wydawała  jej się długa. Jeszcze tylko 

przejść przez las... 

Zatrzymała się gwałtownie. 

Bo  naprawdę  coś  usłyszała,  coś  w  lesie,  z  lewej  strony.  Coś  wielkiego,  co  szło  po 

cichu. 

Czy ma zawrócić? Wzywać Andreasa? 

To na pewno łoś. W tych lasach pełno było łosi. 

Z wysiłkiem przełknęła ślinę i ruszyła dalej. Znów zapadła cisza. 

Ponownie wyrosła przed nią wysoka ściana lasu. Czekał ją odcinek, którego obawiała 

się najbardziej. 

Czy  teraz  nie  jest  ciemniej?  Tak,  na  pewno.  Wśród  drzew  nie  widziała  dalej  niż  na 

wyciągnięcie ręki. 

Najlepiej przejść tędy jak najszybciej! 

I  znów  chwycił  ją  lęk,  że  jest  sama.  To  śmieszne,  przecież  mężczyźni  mieli 

zachowywać się cichutko jak myszki, tak by nikt nie domyślił się ich obecności. 

I tak właśnie było, ukryli się tak doskonale, że nawet ona nie mogła ich zauważyć. 

No tak! Stało się! Zboczyła ze  ścieżki! Przed sobą  miała gęstwinę krzewów. Teraz z 

powrotem, ale jak daleko? 

Gdzie się znajduje? I gdzie jest ta ścieżka? 

Posuwała się po omacku, a strach coraz mocniej zaciskał pętlę na jej szyi. Czy to tędy 

szła przed chwilą? Nie, zdecydowanie nie! Chyba jednak odnalazła ścieżkę... 

Zrobiła  jeszcze  parę  kroków  i  potknęła  się  o  coś  miękkiego,  co  się  przesunęło. 

Porośnięty mchem pień drzewa? 

Straciła  równowagę  i  musiała  podeprzeć  się  ręką.  Przecież  to  wcale  nie  pień!  To 

człowiek! 

Wstrzymała oddech, obmacując wielkie, ciepłe ciało. Grube sukno... broda... 

Oddychał. Potrząsnęła nim, ale westchnął tylko, jakby przez sen. 

Czuć było od niego piwem. Nie  mogli chyba upić się w takiej  chwili? Nie, to nie do 

pomyślenia! 

Potrząsnęła  nim  raz  jeszcze,  przerażona.  A  jeśli  do  piwa  czegoś  dosypano?  Środek 

nasenny? 

To znaczy, że naprawdę jest sama w lesie! 

Wszyscy mężczyźni pili piwo, a ona przeszła całą tę długą drogę bez żadnej ochrony! 

background image

I teraz miała wracać! 

Nie  sądziła,  by  mężczyźni  pod  kościołem  i  bliżej  Elistrand  uczestniczyli  w  piwnej 

uczcie, za bardzo byli oddaleni. Ale Andreas? Czy leżał uśpiony pod zagrodą? 

Nagle zorientowała się, że jej dłoń tak mocno zacisnęła się na szalu, aż zaczął ją dusić. 

Musi stąd uciekać! Do domu! Tutaj znikąd nie otrzyma pomocy. 

Przebrnęła  przez  krzaki  i  znów  znalazła  się  na  ścieżce,  a  w  każdym  razie  tak  jej  się 

wydawało. Tak, to długi, wąski prześwit. To musiała być ścieżka. 

Nóż? Wyciągnęła rękę, ale w tym samym momencie zdała sobie sprawę, że przez całą 

drogę nie czuła jego ciężaru. 

Został  na  nocnym  stoliku  w Elistrand!  Przypomniała  sobie  teraz,  że  położyła  go tam 

na chwilę, kiedy poprawiała spódnicę. 

I leżał tam, zapomniany. 

Stała nieruchomo, nie wiedząc, co robić. 

Raptem gdzieś niedaleko rozległ się głuchy odgłos ciężkich łap uderzających o ziemię. 

W ciemności słyszała groźne sapanie, coraz bliżej i bliżej... 

Krzyknęła.  Nie  przestając  krzyczeć,  biegła  na  złamanie  karku  w  stronę  zagrody. 

Chciała wydostać się z lasu... 

Teraz  dom  wydał  jej  się  bezpieczną  przystanią.  Oby  tylko  zdążyła  dopaść  drzwi  i 

zatrzasnąć je za sobą... 

Słyszała  zwierzę  za  plecami,  zagradzało  jej  drogę  do  wsi.  Ciągle  jeszcze  było  dosyć 

daleko, ale z pewnością gdyby tylko chciało, biegłoby dużo szybciej niż ona. 

Oszalała ze strachu Hilda pędziła naprzód, pokonując rozliczne przeszkody... 

Przeszkody? 

Przecież na ścieżce nic nie powinno jej zawadzać? 

Och, Boże, znów więc zboczyła! 

Cóż,  nie  było  czasu  do  namysłu,  pozostawało  jej  tylko  jedno -  biec,  biec  jak 

najszybciej. 

Szal  zaczepił  o  wystającą  gałąź.  Szarpnęła.  Rozległ  się  trzask  rozdzierającej  się 

tkaniny. W ręku pozostał jej podarty szal wraz z częścią gałęzi. 

Cały  czas  krzyczała  wniebogłosy.  Może  jednak  ktoś  nie  śpi  i  usłyszy  jej  wołanie, 

przyjdzie z pomocą! 

Żadnego odzewu oprócz ciężkiego dyszenia potwora i tupotu ścigających ją łap. 

Dlaczego  nie  skróci  jej  męki?  Czy  takie  znęcanie  się  nad  nią  sprawia  mu 

przyjemność? 

background image

Biegła, jak jej się wydawało, w stronę zagrody. Chociaż dobrze znała ten las, wydawał 

się  jakby  odmieniony.  Drzewa  wyciągały  ku  niej  długie  drapieżne  ramiona,  porośnięte 

mchem głazy były niby pochylone trolle. 

Wyjrzał księżyc, blady, przesłonięty chmurami. Zerknęła do tyłu. 

Tam, wśród pni, pędziła  bestia.  Wielka  i ciężka,  szaroczarna, z położonymi uszami i 

otwartą paszczą. W ciemności jęzor był jaśniejszą plamą. Potwór poruszał się niezgrabnie na 

trzech nogach. 

Hilda  krzyknęła  w  panicznym  lęku.  Wydawało  się  jej,  że  słyszy  jeszcze  jakiś  inny 

krzyk. 

Powinna  znaleźć  się  już  koło  domu,  ale  tak  się  nie  stało.  Musiała  go  minąć  i  teraz 

zagłębiała się w wielki las. 

Opadała z sił, gnał ją tylko lęk i instynkt życia. Pędziła na oślep. Już nie wiedziała, co 

robi. Była jednym wielkim krzykiem rozpaczy. 

Nagle zorientowała się, że za sobą nic już nie słyszy. Obejrzała się. Potwór zniknął. 

Siłą rozpędu przebiegła jeszcze kawałek, ale zaraz bezwładnie padła na ziemię. Palący 

ból przeniknął płuca, całe ciało dygotało. Nie była w stanie zrobić ani jednego kroku więcej. 

Musiała odpocząć. 

Leżała wyciągnięta na  mchu, pierś  jej ciężko podnosiła Się  i opadała. Nie wiedziała, 

co może zdarzyć się teraz. Nigdy nie słyszała żadnych opowieści o wilkołakach, nie znała ich 

obyczajów. 

W następnym momencie wstrzymała oddech. Czy to nie czyjeś wołanie dochodziło z 

oddali? 

To  mógł  być  ktoś  z  okolic  kościoła,  ktoś,  kto  dosłyszał  jej  krzyk.  Czy  będzie  miała 

odwagę odpowiedzieć? 

Tak, cóż miała do stracenia? 

- Ratunku! - zawołała. - Jestem tutaj! Pomocy! 

Nie odpowiedział jej żaden głos. 

Hilda przymknęła oczy i starała się uspokoić oddech, ale nawet na to zabrakło jej sił. 

Wiedziała,  że  musi  się  podnieść,  już  teraz,  zaraz.  Ale  potrzebna  jej  była  choć  jedna  jeszcze 

chwila, by nogi znów zechciały ją nieść. 

Otworzyła oczy i w odległości kilku łokci od siebie ujrzała występ skalny. Wznosił się 

nad nią na tle nieba. Księżyc świecił teraz jasno, widać było okrągłą, pełną tarczę. 

Coś przeczołgało się na występ i patrzyło prosto na nią. Wielkie oczy błyszczały, gdy 

odbijało się w nich światło księżyca. 

background image

Zeskoczy,  pomyślała  i  straciła  panowanie  nad  sobą.  Zakryła  tylko  dłońmi  twarz  i 

krzycząc  czekała  na  nieuniknione.  Mimo  zamkniętych  oczu  wciąż  widziała  przed  sobą 

straszliwą bestię. 

Nic jednak się nie stało. Z lękiem podniosła wzrok. 

Potwór  zniknął.  Zamiast  niego  stał  mężczyzna.  Chciała  krzyknąć  z  radości,  ale  głos 

uwiązł  jej  w  gardle.  Człowiek,  który  tam  stał,  był  upiorny.  Miał  ludzką  sylwetkę,  ale  nic 

więcej  człowieczego.  Wielkie  uszy  rysowały  się  na  tle  nieba,  całe  ciało  pokrywała  długa 

sierść, zamiast rąk miał łapy z pazurami. 

Twarzy nie mogła dostrzec. Była nieforemna, pokryta sierścią, przerażająca. 

Stał  nieruchomo,  lekko  nachylony,  jakby  gotów  do  skoku.  Jakby  czekał  tylko  na  jej 

następny ruch. 

Teraz  Hilda  już  wiedziała,  gdzie  się  znajduje.  Poznała  tę  skałę.  Przezwyciężyła 

fizyczny bezwład na tyle, by móc się ruszyć. 

Przetoczyła  się  szybko  pod  skalny  występ,  tak  by odrażająca  istota tam  na  górze  nie 

mogła jej dostrzec, i pobiegła wzdłuż skały, kryjąc się w lesie. 

Potwór  nie  zeskoczył.  Zniknął  ze  skały,  ale  ona  tego  nie  widziała.  Podjął  pościg  za 

nią, tym razem jako istota dwunożna. 

Gdyby tylko zdołała dotrzeć do tego wysokiego pagórka tam w oddali. 

Teraz już nie krzyczała, nie chciała, by zorientował się, w którą stronę biegnie. 

Do pagórka nie było daleko. Wiedziała, że ma szansę, niewielką, ale ma. Dzieliła ich 

pewna  odległość.  Potwór  podążał  za  nią,  ale  nie  tak  szybko  jak  w  poprzednim  zwierzęcym 

wcieleniu. 

Jak nazwać to, czym był teraz? 

Na to było tylko jedno odpowiednie słowo: wilkołak! 

Hilda  starała  się  poruszać  tak  bezszelestnie,  jak  to  tylko  możliwe.  O,  tu  już  jest  jej 

borówkowe miejsce. Już blisko, coraz bliżej. Zaraz będzie skalna ściana. 

Przebiegła  wzdłuż  niej  jeszcze  kilka  kroków  aż  do  przytulonego  do  skały  krzewu. 

Kiedyś odkryła pod nim długą, wąską jamę. 

Opadła na ziemię, wczołgała się w szczelinę i wcisnęła pod olbrzymi kamienny nawis. 

Leżała  tam  cicho  jak  mysz,  do  bólu  świadoma  faktu,  że  wilki  posiadają  niezwykły, 

doskonały wprost zmysł powonienia. 

background image

ROZDZIAŁ XI 

Pajęczyny  oblepiły  jej  twarz.  Nic  dziwnego,  na  pewno  dzieliła  kryjówkę  z  wieloma 

stworzeniami. 

Jama pod skałą okazała się bardzo ciasna, ale najważniejsze, że Hilda z zewnątrz nie 

była widoczna. 

Pytanie tylko, czy da się ją wywęszyć. 

Na szczęście jako czyścioszka z natury nie wydzielała żadnego szczególnego zapachu. 

Wiedziała jednak, że psy potrafią wyczuć nawet ludzki strach. 

A nią przecież zawładnął obłędny strach, który ze wszystkich sił starała się zwalczyć. 

Panicznie lękała się, że jej obecność w jamie zostanie wykryta. 

Nie  mogła  nawet  głęboko  odetchnąć.  To  przez  ten  mój  wydatny  biust,  pomyślała  z 

wisielczym humorem. 

Słyszała go, człowieka-wilka. Dysząc ciężko, krążył po lesie bardzo blisko niej. 

Och,  nie!  Pajęczyny  łaskoczą  ją  w  nos!  A  ona  nie  może  nawet  ruszyć  ręką,  by 

zapobiec nieszczęściu! 

Ochota na kichanie minęła jednak sama z siebie. Dzięki ci, Boże, czy inna istoto która 

mnie strzeżesz! Na pewno nie jest to mój anioł stróż, Mattias, jego niestety tu nie ma. 

Mattias?  On  przecież  miał  cały  zapas  tajemniczych  ziół  Ludzi  Lodu,  wiedział 

wszystko o środkach nasennych. 

Nie, nie wolno wpadać w histerię ani snuć nieprawdopodobnych domysłów. 

Stwór zatrzymał się tuż koło jej kryjówki. 

Czy  nasłuchiwał?  Tak  się  wydawało.  Starał  się  wyczuć  jej  oddech,  czy  może  już  ją 

znalazł i czekał teraz, aż wyjdzie? 

Wyobraziła sobie, że kuca i wsuwa pazurzastą łapę do jamy, by ją stamtąd wyciągnąć, 

że jego twarz wypełnia otwór wejściowy... 

Zdusiła jęk. 

Dopiero  teraz  zauważyła,  że  już  od  dawna  płyną  jej  z  oczu  łzy,  łzy  strachu  i 

osamotnienia. 

Tak,  nasłuchiwał,  ale  już  nie  jej.  Znów  doszły  ją  wołania  z  oddali.  A  ona  nie  mogła 

odpowiedzieć. 

Czy nie były jakby trochę bliższe? 

Nie, to tylko jej pobożne życzenie. 

background image

Nagle stwór zaczął uciekać. Oddalał się; prawdopodobnie wystraszyły go krzyki. 

Hilda  jednak  nie  miała  odwagi  się  poruszyć.  Mógł  ją  oszukać,  udając  bieg,  a 

tymczasem stoi ukryty za drzewami i tylko czeka. Nie, nadal słyszy jego kroki coraz dalej od 

siebie. 

Boże, niech to już się skończy, nie wytrzymam dłużej! Zaraz zacznę krzyczeć! 

Musiała  mocno  spleść  ręce  i  z  całych  sił  przycisnąć  je  do  ciała,  żeby  nie  dać  się 

ponieść  nerwom.  Bez  histerii!  Leż  spokojnie,  leż  spokojnie,  nakazywała  sobie.  Leż  całkiem 

spokojnie! 

A  jeżeli  oni  nigdy  tu  nie  dotrą?  Jeżeli  powrócą  do  domów,  a  ona  zostanie  sama  w 

lesie? Załkała. Co zrobić? Jak się stąd wydostać? Chyba zabrnęła głęboko w las. Tak, ta skała 

leżała  daleko od  zagrody,  przypomniała  sobie.  Jak,  na  litość  boską, tu  dotarła?  Tylko  strach 

mógł ją tak daleko zagnać. 

Dobry Boże, spraw, aby tu przyszli! 

W  krańcowej  huśtawce  uczuć  i  nastrojów  mijały  minuty.  Myśli  wahały  się  między 

nadzieją  a  przerażeniem;  nadzieją,  że  zaraz  wyjdzie  z  kryjówki,  i  przerażeniem,  które 

nakazywało schować się jeszcze głębiej. 

Jestem  tchórzem,  tchórzem,  powinnam  wydostać  się  stąd  jak  najprędzej  i  biec  im 

naprzeciw. Ale się boję. Muszą mi to wybaczyć, nie zniosę już więcej. 

I nagle wołania rozległy się zdecydowanie  bliżej. Jeden głos słyszała  już  naprawdę z 

niedaleka. Mogła nawet rozróżnić słowa: „Hildo Hildo, w imię boskie, odpowiedz!” 

Nie daj się zwieść, myślała. To on próbuje cię dostać, chce cię przechytrzyć. 

Zaraz  jednak  niemal  jednocześnie  dobiegły  ją  jeszcze  dwa  głosy.  I  były  coraz  bliżej. 

To prawdopodobnie jej ostatnia szansa. Potem uznają ten obszar za przeszukany. 

- Jestem tutaj - jęknęła, ale jej głos zniknął gdzieś pod skałą, cichy, jakby spłaszczony. 

Spróbowała jeszcze raz: - Ratunku! Jestem tutaj! 

A  jeżeli  jej  nie  usłyszą...  Do  oczu  znowu  napłynęły  jej  łzy,  wywołane  lękiem  i 

odrobiną ulgi. 

- Hildo! Słyszałem ją. Jest gdzieś tutaj! 

Odpowiedziały  inne  głosy,  rozległy  się  pospieszne  kroki.  Hilda  czuła,  że  traci 

przytomność,  tak  silne  było  napięcie,  które,  być  może,  miało  zaraz  ustąpić.  Ale  jeszcze  nie 

ważyła się w to uwierzyć... 

- Gdzie ona jest? 

To był głos Kaleba. 

- Nie wiem - odparł ktoś podekscytowany. - Ale musi być gdzieś w pobliżu, na pewno 

background image

ją słyszałem. 

- Ja także - poparł go jeszcze inny. - Mogę przysiąc. Wołała: Ratunku! Jestem tutaj! 

- Hildo! - zawołał Kaleb najgłośniej jak potrafi. 

Próbowała  odpowiedzieć,  ze  wszystkich  sił  starała  się  wydusić  z  siebie  okrzyk,  ale 

ogarnęła ją fala słabości i oblał zimny pot. A jeżeli zemdleję, zanim zdołają mnie usłyszeć? 

- Tutaj! - pisnęła cichutko. - Tu jestem! 

Przez moment stali w miejscu, po czym usłyszała zbliżające się kroki. 

- To  było  gdzieś  tutaj -  odezwał  się  któryś  z  mężczyzn. -  Miałam  wrażenie,  że  głos 

dochodzi z wnętrza góry. 

Stali teraz przed krzakiem. 

- Hildo? Gdzie jesteś? Możesz już wyjść, niebezpieczeństwo minęło. 

Ręce i nogi miała jak z waty. 

- Ja... nie mogę... 

- Tam! Słyszałem ją teraz wyraźnie! 

Nadbiegło  jeszcze  kilku  ludzi,  a  ktoś  przedzierał  się  przez  krzaki.  Z  oddali  usłyszała 

głos Mattiasa: 

- Czy już ją znaleźliście? 

- Tak. Musi być gdzieś tutaj. 

Mattias. Nareszcie! Ale gdzie był do tej pory? 

- Tu jest jakby grota... 

Czyjaś twarz pojawiła się w wejściu, ale tym razem 

Hilda już się nie przestraszyła. 

- Jest tutaj! Chodźcie, pomóżcie ją wyciągnąć. 

Wtedy Hilda poddała się, nie  miała  już więcej sił. Ciągnęli  ją  i popychali, nie  mogąc 

pojąć,  jak  tam  się  wcisnęła,  a  ona,  choć odczuwała  ból,  była  niby  bezwładna  lalka.  Chciała 

tylko spać. 

Postawili ją na nogi obok krzewu. 

- Boże  święty,  dziewczyno... -  Kaleb  nie  zdążył  powiedzieć  nic  więcej,  bo  Hilda 

zaczęła osuwać się na ziemię. 

Mattias wziął ją na ręce. 

- Już dobrze, Hildo,  jesteś  już  bezpieczna. Jak  mogłaś coś takiego wymyślić?  A wy? 

Jak mogliście na coś takiego przystać? 

Jedyne, co do niej docierało, to głośny szloch, chyba jej własny, ale wszystko zlewało 

się w jedno, nie mogła mówić, nie mogła stać... 

background image

Oparła  głowę  na  ramieniu  Mattiasa  i  było  jej  tak  dobrze.  Wokół  niej  odzywały  się 

rozgorączkowane głosy, wpadały sobie w słowo, a ona rozróżniała tylko urywki zdań: 

...  w  glinie,  koło  ścieżki,  ślady  ogromnego  wilka...  wszyscy  ludzie  w  lesie 

oszołomieni... 

Powoli przychodziła do siebie. Głęboko westchnęła. 

- Mattiasie, dlaczego nie przyszedłeś? Dlaczego nie przyszedłeś i nie zapobiegłeś temu 

wszystkiemu, zanim się zaczęło? Gdzie byłeś? Chcę do domu! 

Czy  tak  powinno  wyglądać  powitanie?  Nie  była  jednak  w  stanie  myśleć  jasno,  nie 

panowała nad słowami, same cisnęły się jej na usta. 

- Odra zaatakowała, posyłano mnie od zagrody do zagrody, a wkrótce znalazłem się w 

sąsiedniej  parafii.  Pojechałem  prosto  do  Elistrand  i  Eli  powiedziała  mi,  gdzie  jesteś. 

Przeraziłem się! Jak mogłeś, Kalebie! 

- Wiem -  odpowiedział  Kaleb. -  Ale  cały  plan  wydawał  się  taki  bezpieczny. 

Obstawiliśmy  ludźmi  każdy  kawałek  drogi.  Ja  leżałem  na  rozstajach  i  byłem  bardzo 

zaskoczony, kiedy usłyszałem krzyk Hildy z głębi lasu. Od razu pobiegli tam strażnicy z dołu, 

ale to zajęło trochę czasu. 

Jeden z mężczyzn powiedział: 

- Wójt i wszyscy jego ludzie pospali się jak susły. 

Hildzie udało się lekko unieść głowę. 

- A Andreas? 

Popatrzyli po sobie. Zobaczyła jak przez mgłę, że jest też z nimi Brand. 

- No  właśnie,  Andreas -  zastanowił  się  Kaleb. -  Miał  pilnować  domu.  Widziałaś  go, 

Hildo? 

- Nie. 

Dlaczego nie odchodzili? Chciała znaleźć się daleko, jak najdalej stąd! 

- To dziwne - w głosie Branda brzmiał niepokój. - Powiedział, że da ci jakiś znak, że 

tam jest. 

- Och,  Boże,  gdyby  tak  zrobił -  westchnęła  Hilda,  z  wolna  odzyskując  siły. -  Tak 

bardzo  mi  było  tego  potrzeba.  Wydawało  mi  się,  że  wzdłuż  całej  drogi  nie  ma  nikogo, 

wszyscy zachowywali się tak cicho. O Boże! Chodźmy już stąd! 

- Pójdę poszukać Andreasa - powiedział Brand. 

- Dobrze - zgodził się Kaleb. - Ale weź ze sobą kogoś, nie chodź sam po lesie dziś w 

nocy! Czy masz już dość sił, Hildo? Spróbujmy dojść do ścieżki. 

Potwierdziła skinieniem głowy. Wsparta o Mattiasa, z drżącymi kolanami, wyruszyła 

background image

tą samą drogą, która przywiodła ją tu w tak dramatycznych okolicznościach. Przez cały czas 

rozdygotanym głosem opowiadała, co się wydarzyło. 

- A więc widziałaś i wilka, i człowieka? Jednocześnie? 

- Nie.  Musiałam  go  widzieć  akurat  w  momencie  przemiany.  Najpierw  wilka  z 

błyszczącymi  ślepiami.  Stał  tu,  na  występie,  gotów  do  skoku.  Zamknęłam  oczy  tylko  na 

moment,  a  kiedy  znów  je  otworzyłam,  stał  tam  już  mężczyzna.  Oczywiście  to  nie  był 

zwyczajny  człowiek,  to  był...  to  był  potwór!  Na  jego  widok  odzyskałam  siły  i  przybiegłam 

tutaj. Znałam tę jamę z wypraw na jagody. Czy nikt za nam nie idzie? - zapytała z trwogą. 

- Nie, nie bój się! Bogu niech będą dzięki za to, że tak dobrze znasz swój las - szepnął 

Mattias. 

Doznała nieprzyjemnego uczucia, że jej nie wierzą. 

- To wszystko prawda, rzeczywiście to widziałam! 

- Nikt nie wątpi w twoje słowa, Hildo - odparł Kaleb poważnie. - Jeden z ludzi wójta 

był przytomny, kiedy nadeszliśmy, i powiedział, że na poły we śnie widział olbrzymią bestię: 

gnającego wilka z jęzorem wysuniętym z paszczy. 

- Czy on nie wie, dlaczego wszyscy posnęli? 

- Tak,  przypuszcza,  że  to  z  powodu  piwa.  Wszyscy  je  pili  i  wszystkich  opanowała 

nieprzezwyciężona senność. On tylko umoczył usta, dlatego na niego nie całkiem podziałało. 

Pozostałych nie sposób dobudzić. 

- Widzieliśmy też ślady potwora - dodał Kaleb. - Przedziwne ślady... 

- Trzynogie? - ostrożnie zapytała Hilda.. 

- Tak, coś w tym rodzaju - niewyraźnie odparł Kaleb. 

Nadal szła wsparta o ramię Mattiasa, kierując się ku ścieżce. Cudownie było czuć jego 

bezpieczną bliskość. 

Nagle Kaleb pochylił się i podniósł z ziemi coś, co dostrzegł dzięki światłu księżyca. 

- Co to jest? - zapytał Mattias. 

- Też się zastanawiam. Długi cienki rzemień. Czy nie zgubiłaś tego kiedyś, Hildo, gdy 

zbierałaś jagody? 

- Nie, nie wydaje się, by leżał tu od dawna. 

- To  prawda.  Był  powiązany  w  węzły,  w  wielu  miejscach  jeszcze  widać  ślady  po 

supłach. 

- Znów czary? - uśmiechnął się Mattias. 

- Wątpię,  chociaż  nigdy  nic  nie  wiadomo.  Mam  ochotę  uciąć  sobie  pogawędkę  z 

czarownicą, którą jakiś czas temu złapali w sąsiedniej wiosce. 

background image

- Jeżeli jeszcze żyje - mruknął Mattias. 

- Wy  dwaj...  Kalebie,  i  ty,  Mattiasie,  wydajecie  się  dobrymi  przyjaciółmi? -  zapytała 

Hilda. 

- Bo nimi jesteśmy. Pamiętasz, jak wspominałem o kopalni? Tam właśnie spotkaliśmy 

się wiele, wiele lat temu. Ten czas złączył nas nierozerwalnie. 

Zwróciła się do Kaleba: 

- Czy ty też masz ranę w duszy taką jak Mattias? 

Kaleb odpowiedział z powagą: 

- Ten, kto by jej nie miał, musiałby być zrobiony z drewna. 

Byli koło ścieżki. Przed nimi dotarł tam już jeden z mężczyzn i usiłował teraz obudzić 

wójta i jego ludzi. Niektórzy z wolna wracali do przytomności. 

Poproszono  Mattiasa,  by  ich  obejrzał,  a  kiedy  pochylał  się  nad  mężczyznami,  Hilda 

trzymała się kurczowo jego ręki. Ciepło, choć ze zdziwieniem popatrzył na nią. 

- Przepraszam - szepnęła, natychmiast go puszczając - zachowuję się jak histeryczka. 

- To  nic. -  Mattias  uspokoił  ją  uśmiechem. -  Trzymaj  mnie  za  kaftan,  jeśli  ci  to 

pomaga! 

Odważyła się wtedy na nieśmiały uśmiech. 

Mężczyźni budzili się jeden po drugim. Brand i człowiek, który z nim poszedł, wrócili 

prowadząc między sobą chwiejnie stąpającego, na wpół uśpionego Andreasa. Wójt ocknął się 

rozwścieczony na wszystko i wszystkich, a zwłaszcza na Hildę. 

- Jak  mogłaś  pobiec  w  las,  dziewczyno? -  wrzeszczał  groźnie,  zbliżając  twarz  do  jej 

twarzy. -  Miałaś  przecież  iść  ścieżką  w  kierunku  drogi!  Wtedy  byłabyś  uratowana.  A  my 

pojmalibyśmy potwora. 

- Ale  ja... -  Znów  wybuchnęła  płaczem,  wciąż  roztrzęsiona. -  Ta...  bes...  tia  mnie... 

powstrzymywała. I... zgubiłam... ścieżkę. 

- Uspokójcie się - ostro odezwał się do wójta Mattias. - Hilda przeżyła wstrząs, bardzo 

głęboki wstrząs, i absolutnie nie wolno jej ganić za to, czemu nie mogła podołać. 

- Przepraszam - wymamrotał wójt. - Ale wcale nie jest zabawne zostać wyłączonym z 

gry  przez  jakiegoś  idiotę  podczas  wypełniania  tak  ważnych  zadań.  Nie  myślę  o  was, 

panienko - teraz wyraźnie starał się okazać Hildzie uprzejmość. - Chodzi mi o tego, który nas 

oszołomił. Jak to się, do diabła, mogło stać? 

- To  musiało  być  piwo -  orzekł  Kaleb. -  Andreas  wziął  je  z  domu,  na  pewno  było 

dobre,  bo  po  trochu  posmakowaliśmy.  Ktoś  musiał  wsypać  do  niego  środek  nasenny  czy 

oszałamiający, i to wtedy, kiedy stało w lesie. Gdzie je trzymaliście? 

background image

- Baryłka stała tu, wśród drzew, niedaleko ścieżki - wyjaśnił jeden z mężczyzn. 

- Czy któryś z was leżał w pobliżu? 

- Nie, chyba nie. 

- Ktoś więc mógł przekraść się i wsypać coś do baryłki? 

- Tak, to było całkiem możliwe. 

- Kiedy piliście piwo? 

Odpowiedział wójt: 

- Najpierw  obeszliśmy  cały  odcinek  i  wskazałem,  gdzie  kto  ma  się  położyć.  Potem 

zebraliśmy  się  wszyscy  po  raz  ostatni  tuż  przed  tym,  jak  miała  pojawić  się  Hilda.  Wtedy 

każdy wypił po łyku i powtórzyliśmy, co należy zrobić, gdyby pojawił się wilkołak. 

- Andreas był wtedy z wami? 

- Byli wszyscy, którzy mieli obstawiać las i zagrodę. Z tych, co leżeli w zbożu, tylko 

dwóch,  może  trzech.  Ci  ze  stanowisk  najbliżej  lasu.  Nie  mogliśmy  przecież  posłać  po  tych 

przy gościńcu  i dalej.  Żartowaliśmy sobie  nawet, że nie dostaną piwa. I dzięki  Bogu, że tak 

się stało! 

- Tak - powiedziała Hilda - bo myślę, że wystraszyły go krzyki. Mattiasie, a twój koń? 

- Koń? O co ci chodzi? 

- A jeżeli go zaatakuje? 

- Boisz  się,  że  wilkołak  rzuci  się  na  konia?  Zostawiłem  człowieka  na  straży.  Są  na 

skraju lasu, tam gdzie zaczyna się żyto. 

- To dobrze. 

Nagle wójt zaczął podejrzliwie przyglądać się Mattiasowi. 

- No właśnie, jak tam, doktorze? Wy znacie się środkach nasennych, czyż nie tak? 

- Tak, ale nie wiem, co zastosowano w tym przypadku. W każdym razie środek musiał 

być mocny. 

- Nie o to mi chodzi. Nie każdy może mieć takie mikstury pod ręką! 

Mattias uśmiechnął się. 

- Jeśli  sądzicie,  że  to  ja  byłem  w  lesie  i  wsypałem  proszek  do  baryłki,  to  radziłbym 

przejechać się po gospodarstwach, które odwiedziłem dziś wieczorem, i sprawdzić. Myślę, że 

nie  znajdziecie  żadnej  luki  w  czasie.  Byłem  bowiem  bardzo,  bardzo  daleko,  zahaczyłem  o 

kilka parafii. 

- Hm - mruknął wójt. 

Hilda spytała po cichu: 

- Czy wolno mi już iść do domu? Chyba nie zniosę dłużej tego lasu. 

background image

W rzeczywistości niczego bardziej nie pragnęła niż uciec stąd jak najprędzej. 

- Tak, odprowadź ją do domu, Mattiasie - powiedział Kaleb. 

- Czy mogę zabrać ją na Grastensholm? Chciałbym mieć na nią oko, tak wiele dzisiaj 

przeszła. 

- Dobrze, dobrze - uśmiechnął się Kaleb. - Uprzedzę w domu. 

Pomogli jej wsiąść na konia, a Mattias usadowił się za nią. Nareszcie mogła wydostać 

się ze znienawidzonego lasu. 

Jechali  milcząc,  zatopieni  w  myślach.  Hildą  owładnęło  jedno  tylko  pragnienie:  by 

jechać szybciej. Nadal bowiem nie mogła wyzwolić się od strachu. 

Dopiero  kiedy  znaleźli  się  na  drodze  prowadzącej  do  Grastensholm,  przemówił 

Mattias: 

- Sądzę, że Kaleb ma swoje podejrzenia. 

- Co do tego, kto jest wilkołakiem? Takie sprawiał wrażenie. 

- Tak. 

- Ja też mam swoje - powiedziała Hilda. 

- Naprawdę? Kto? 

- Najpierw  chciałabym  porozmawiać  z  Kalebem.  Niedobrze  jest  rzucać  na  kogoś 

oskarżenia,  ot tak.  Ale  myślę,  że  wiem,  kto  dosypał  czegoś  do  piwa.  W  każdym  razie  mam 

uzasadnione podejrzenia. Chociaż to tak niewiarygodne! 

- Na czym opierasz swoje domniemania? 

- Poczekaj, aż porozmawiamy z Kalebem! Będziemy mogli porównać! 

- Trudno jest czekać, ale... Czy jesteś już spokojniejsza? 

- A jak ci się wydaje? 

- Że jeszcze nie, drżysz na całym ciele. 

- Tak. Pragnę się znaleźć w ciepłym, bezpiecznym miejscu. Czy wierzysz w wilkołaki, 

Mattiasie? 

- Nie. A ty? 

- Ja nie wierzyłam, w każdym razie nie bardzo. Ale teraz już tak. 

- Chcesz  powiedzieć,  że  ten  człowiek  specjalnie  wsypał  środek  nasenny  do  piwa, 

potem przemienił się w wilka, gonił cię, a kiedy już byłaś w potrzasku, znów przybrał mniej 

lub bardziej ludzką postać, by następnie rozszarpać cię, o ile byś nie uciekła? 

- To brzmi zupełnie nieprawdopodobnie, ale jak inaczej można to wyjaśnić? 

- Że chciał, abyś tak właśnie myślała - orzekł Mattias. 

- Co  chcesz  przez  to  powiedzieć? -  zapytała,  odwracając  głowę  tak,  że  ich  twarze 

background image

znalazły się tuż przy sobie. Mattias objął jej szyję i leciutko przyciągnął ją do siebie, tak że jej 

skroń oparła się o jego policzek. 

- Bezwstydnie wykorzystuję twój strach, by móc być jak najbliżej ciebie - szepnął. 

- Nietrudno mnie do tego namówić - odparła. 

W domu na Grastensholm przyjęto ich burzą pytań. Słyszano z oddali krzyki, cóż się 

stało? 

Mattias  umieścił  ciągle  dygocącą  Hildę  przed  kominkiem,  w  którym  napalono,  bo 

wieczór  był  dość  chłodny.  Podczas  gdy  zmieniał  jej  buty  na  ciepłe  wełniane  skarpety, 

relacjonował wydarzenia, a Hilda, popłakując, dopowiadała. Wszyscy byli wstrząśnięci. 

- Dzięki ci, dobry Boże, że Tarald był tutaj - westchnęła Irja. - Nie będzie narażony na 

dalsze podejrzenia. 

- Tak, siedziałyśmy przy nim - powiedziała Liv. - Zaprosiłyśmy nawet kilku sąsiadów 

jako świadków. Wyszli tuż przed waszym przyjazdem. 

Tarald zajmował  swe ulubione krzesło. Najwyraźniej zdążył  już wychylić tradycyjny 

wieczorny kieliszek. 

- A więc nie złapaliście przestępcy? 

- Nie - odparł Mattias. - Ale wiele wskazuje na to, że niedługo go dostaniemy. Mamo, 

czy Hilda będzie mogła pożyczyć nocną koszulę? 

Liv podniosła się, zanim Irja zdążyła otworzyć usta. 

- Dostanie  ślubną  koszulę,  którą  pożyczyłam  kiedyś  Irji  w  pewną  szczególną  noc. 

Koszula  jest  stara  i  piękna.  I  przynosi  szczęście,  Hildo.  Ale,  Mattiasie,  niech  ta  koszula  nie 

sprowadzi żadnych zdrożnych myśli! 

Mattias uśmiechnął się, a jego uśmiechowi nie można było się oprzeć: 

- Znasz  mnie  chyba,  babciu!  jestem  grzecznym  chłopcem,  który  nigdy  zanadto  nie 

zbliża się do dziewic. 

- Wiem, wiem. Co najmniej od dziesięciu lat czekamy, byś się zdecydował. 

- Babciu!  Dobrze  wiesz,  że  ktoś,  kogo  dręczą  takie  niespokojne  sny,  nie  może  mieć 

żony.  To  byłoby  dla  niej  zbyt  trudne  do  zniesienia.  Jak  na  razie  jakoś  sobie  sam  radzę.  Ale 

powiedziałem Hildzie, że gdybym mógł, poprosiłbym o jej rękę. 

- To najbardziej niezgrabne oświadczyny, jakie w życiu słyszałem! - zdenerwował się 

Tarald. - Że też mogłaś przyjąć taki nonsens, Hildo! 

- Wcale  nie  przyjęłam -  odpowiedziała  Hilda  ze  smutkiem. -  Ja  go  nie  rozumiem. 

Gdyby powiedział, że to z powodu ogromnej różnicy pochodzenia, pojęłabym od razu. Ale te 

inne  wątpliwości?  Czyżby  Mattias  nie  rozumiał  i  zapomniał  o  tym,  że  przez  szesnaście  lat 

background image

przeżywałam  koszmar?  Starałam  się  być  dobra  dla  człowieka,  od  którego  otrzymywałam 

tylko zło. Móc znaczyć coś dla Mattiasa, móc być z nim podczas jego niespokojnych nocy... 

To wspaniały cel życia. Bo przecież Mattias jest mi tak bardzo bliski! 

- Słyszysz? - zapytała Irja. - Nareszcie jakieś rozsądne słowo w tej sprawie. 

- Ale... - Hilda była zdezorientowana. - Ja przecież jestem córką hycla! A Mattias jest 

baronem i medykiem! A mimo to wydaje się, że wy wszyscy... 

- Kochana  Hildo,  posłuchaj -  poprosiła  Irja. -  Ja  pochodzę  z  Eikeby.  Tam  ludzie 

płodzą się jak króliki i nigdy nie wiadomo, czy następnego dnia będzie co włożyć do garnka. 

Nikt nigdy nie chodził tam do szkoły. 

- A  ja  jestem córką Tengela z rodu Ludzi Lodu  i jego żony Silje - powiedziała Liv. - 

Poszukiwano  ich  w  całym  Trondelag,  ponieważ  ojciec  pochodził  z  rodu,  któremu  nieobca 

była  wiedza  tajemna.  Kiedy  moja  matka  spotkała  go  po  raz  pierwszy,  była  tak  biedna,  że 

musiała  pożyczyć  od  niego  płaszcz.  Inaczej  zamarzłaby  na  śmierć.  To,  że  nosimy  tytuł 

baronowski, zawdzięczamy  mojej teściowej. Była niezamężna, kiedy urodziła Daga,  mojego 

męża.  Tarald  ożenił  się  po  raz  pierwszy  z  konieczności.  Skandal!  Czy  wydaje  ci  się,  że  to 

wszystko brzmi bardzo dystyngowanie, że to za wysokie progi dla ciebie? 

Hilda uśmiechnęła się. 

- Nie. Ale ja zawsze stałam z boku. Nigdy nie sądziłam, że ktoś może mnie chcieć. A 

teraz Mattias... najlepszy ze wszystkich! 

Znów zaczęła płakać, choć z całych sił starała się opanować. 

- Przecież ta dziewczyna jest śmiertelnie zmęczona - stwierdził Tarald. - Pozwólcie jej 

się położyć! 

Mattias poderwał się. 

- Tak. Czy ona może spać w moim pokoju? Nie chciałbym, by dziś w nocy była sama. 

- Kochany  Mattiasie,  masz  trzydzieści  lat.  Już  za  późno,  byśmy  mówili  ci,  co  masz 

robić, a czego ci nie wolno. 

- No, dobrze - westchnął Mattias. - Chodź, Hildo! 

Wziął  ją za rękę, a ona, wymruczawszy  nieśmiałe, niewyraźne „dobranoc”, poszła za 

nim. 

Nie  mogli  jednak  nie  dosłyszeć  komentarzy,  wypowiedzianych  zaraz  po  tym,  jak 

opuścili pokój. 

- No,  dzięki  Bogu,  nareszcie! -  westchnął  Tarald. -  Już  zacząłem  podejrzewać,  że  z 

tym chłopakiem jest coś nie w porządku. 

- Cudownie będzie nareszcie zostać babcią - stwierdziła Irja. 

background image

Tarald, który był już trochę wstawiony, powiedział otwarcie: 

- Bogowie jedni wiedzą, czy nie będzie tylko siedział przy niej, trzymając ją za rękę i 

patrząc na nią z podziwem. Nie potrafię wyobrazić sobie świętego Mattiasa w roli gorącego 

kochanka. 

Mattias szybko pociągnął Hildę dalej, tam gdzie nie dochodziły już żadne rozmowy. 

Ale  Hilda  zastanowiła  się  nad  tym,  co  usłyszała.  Może  na  tym  polega  właśnie  cały 

problem  Mattiasa?  Może  jest  za  dobry,  zbyt  łagodny?  Sam  powiedział,  że  miłość  może  być 

czymś więcej niż palącym pożądaniem. Może być oszałamiająco piękna, niemal nadziemska. 

Na pewno miał rację, ale to wcale nie brzmiało obiecująco. 

Nie uchybiając w niczym  zasadom przyzwoitości, ułożył  ją  na  łóżku w  swej ślicznej 

sypialni. Pokój wiele mówił o właścicielu. Naturalnie Hilda tu i ówdzie dostrzegała rękę Irji, 

ale  wyraźnie  objawiał  się  gust  Mattiasa.  Stała  tam  półka  na  książki,  pełna  grubych  tomów. 

Hilda  nigdy  nie  widziała  tak  wielu  książek,  nie  wiedziała  nawet,  że  aż  tyle  ich  istnieje. 

Wyglądało na to, że Mattias jest porządny. To dobrze, bo to także jej cecha, ale czy nie kryje 

się w tym odrobina lękliwej pedanterii? Zauważyła nagle, że w rogu pokoju stoi koszyk, a w 

nim  leży  mały  szczeniak.  Serce  Hildy  natychmiast  stopniało.  Długą  chwilę  spędziła  na 

pieszczotach  ze  spragnionym  miłości  pieskiem,  który  uszczęśliwiony  lizał  ją  po  twarzy.  W 

klatce na oknie siedział zraniony szpak. 

Pokój urządzony był ze smakiem. Wszystko zostało starannie dobrane i przemyślane. 

Kolory, meble i obicia idealnie do siebie pasowały. Otwarte drzwi do pomieszczenia w głębi 

pozwoliły dostrzec półki zastawione medykamentami. 

Szczeniak  uspokoił  jej  nerwy.  Podczas  gdy  Mattias  dyskretnie  czekał  pod  drzwiami, 

umyła się i rozebrała i spokojnie wślizgnęła pod piękną haftowaną kołdrę. Mattias odstąpił jej 

swoje łóżko, sam miał położyć się na ławie pod oknem. 

Więcej nie należało się spodziewać, pomyślała. 

Dał  jej  jakiś  środek  na  sen,  choć  nie  tak  mocny,  jak  ten,  który  zaaplikowano 

mężczyznom  w  lesie.  Kiedy  na  dole  w  salonie  Mattias  uprzedził,  że  Hilda  dostanie  środek 

nasenny,  a  on  sam  też  coś  zażyje,  by  nie  przeszkodzić  jej  Swymi  koszmarami,  Tarald 

ironicznie zapytał, jaki sens wobec tego ma spanie w tym samym pokoju. Liv jednak uciszyła 

syna. Mattias miał zawsze piękne i szlachetne zamiary i należało je uszanować. 

Kiedy świece zostały już zgaszone i Hilda czuła, że ogarnia ją coraz większy spokój, 

powiedziała zamyślona: 

- Mattiasie,  jest  coś,  czego  nie  pojmuję.  Czy  mogę  cię  o  coś  zapytać,  choć  boję  się, 

byś mnie źle nie zrozumiał? 

background image

- Oczywiście. O czym myślisz? 

- Powiedziałeś  kiedyś...  wtedy,  gdy  siedzieliśmy  na  łące,  że  nie  możesz  się  ożenić, 

ponieważ dręczą cię koszmary.  Ale  niemal  jednocześnie poprosiłeś, bym przyszła do ciebie, 

gdy poczuję, że ogień, który jest we mnie, chce mnie spalić. Co chciałeś przez to powiedzieć? 

Że mam zostać twoją kochanką? 

Mattias oparł się na łokciu. 

- Nie, najmilsza, to musiało okropnie zabrzmieć, dopiero teraz to rozumiem. Chodziło 

mi  o  to,  że  jeśli  musiałabyś  się  poddać  zmysłom,  to  żebyś  nie  pozwoliła  nikomu  innemu 

ugasić swojej żądzy. Wiem, że to brzmi bardzo egoistycznie. Nie wiedziałem, co mówię. 

Hilda  milczała.  Ziewała,  ale  starała  się  przemóc  senność.  Jeszcze  nie  skończyła  tej 

rozmowy. 

- Mattiasie... Jaki jest prawdziwy powód tego, że nie znalazłeś dotąd dziewczyny? 

Długo leżał, nic nie mówiąc. I on także stłumił ziewnięcie. 

- No cóż, Hildo - westchnął. - Przejrzałaś mnie. 

Koszmary nocne to tylko jeden z powodów. Ale najpierw pytanie: czy nadal nie jesteś 

pewna, co do mnie czujesz? 

- Czy mam powiedzieć prawdę? 

- Musisz. 

- Dobrze.  Kocham  cię.  Mocno  i  bezwstydnie,  na  wszystkie  sposoby.  Odkryłam  to 

dzisiaj na końskim grzbiecie, i później w domu, wśród twojej rodziny, kiedy mówiono o nas i 

naszych przyszłych dzieciach. Wtedy opanowała mnie gorączka. 

Odgadła, że się uśmiechnął. Zaraz jednak spoważniał. 

- Dziękuję  ci,  najmilsza!  Ty  także  masz  prawo  wiedzieć  wszystko.  Boję  się,  Hildo! 

Przez całe swe dorosłe życie noszę w sobie ogromny lęk: że się nie sprawdzę. Z tego powodu 

unikałem dziewcząt i dopiero teraz, kiedy spotkałem ciebie, dałem się złapać w sidła miłości, 

jeśli pozwolisz mi się wyrazić tak kwieciście. A teraz jestem śmiertelnie przerażony! 

- Nie do końca rozumiem, czego się boisz! 

- Skąd miałabyś to wiedzieć, przez całe życie byłaś odizolowana. Podejrzewam, że ten 

nieszczęsny czas spędzony w kopalni zniszczył moją zdolność do kochania. 

Powieki były ciężkie niczym z ołowiu. Z całych sił zmuszała się, by je podnieść. 

- Do  kochania? -  powiedziała  niewyraźnie. -  Ale  przecież...  powiedziałeś...  że  mnie 

kochasz? 

- Chodzi mi... o akt miłosny. 

Hilda na moment zaniemówiła. Teraz świadomie zamknęła oczy. 

background image

- Och -  powiedziała  po  chwili  szeptem. -  Myślę,  że  rozumiem.  Ale  czy  wiesz  to  na 

pewno? 

- Nie,  to  tylko  przypuszczenia. -  Końcówka  zdania  rozpłynęła  się  w  ziewnięciu. 

Mattias wziął  się w garść  i  mówił dalej: - Ale  ja dobrze to sobie zapamiętałem. Przed wielu 

laty, jeszcze podczas zabawy w Tybindze, jakaś dziewczyna siadła mi na kolana, zaczęła tulić 

mnie  i  pieścić.  Była  śliczna  i  ponętna,  a  ja  niczego  nie  czułem.  Nie  było  żadnej  reakcji. 

Później  nie  schodziło  mi  to  z  pamięci,  unikałem  więc  dziewcząt.  Nie  chcę  bowiem 

potwierdzenia, że nie nadaję się do niczego, na to jestem zbyt wielkim tchórzem. Stałem  się 

„dobrym Mattiasem, stworzonym dla całej ludzkości”. Tak czuję się bezpieczniej. 

Hilda  zapadała  już  w  sen,  zmusiła  się  jednak,  by  jeszcze  przez  chwilę  zachować 

przytomność. Niewyraźnie, jakby była pijana, wymamrotała: 

- A  mimo  wszystko...  poprosiłeś,  żebym...  najpierw  przyszła  do  ciebie...  jeżeli  będę 

kogoś... potrzebować? 

- Nie mogłem znieść myśli o tobie w ramionach innego. To cała przyczyna. 

Poskarżyła się żałośnie: 

- Mattiasie, dlaczego podałeś nam obojgu środki nasenne? Chciałabym, żebyś teraz do 

mnie  przyszedł,  bym  mogła  ci  dać  całą  moją  miłość.  I  moglibyśmy  sprawdzić,  czy  to,  co 

powiedziałeś, jest prawdą. 

- Ależ, najdroższa... nie chciałbym cię zhańbić, rozumiesz to chyba? 

Hilda mówiła teraz tak niewyraźnie, że musiał domyślać się sensu słów. 

- Czy nie byłoby lepiej sprawdzić ten szczegół przed, a nie po zawarciu małżeństwa? 

Czy może chciałbyś, by małżeństwo ze mną nie było ziemskie, lecz zbudowane na przyjaźni, 

głaskaniu po głowie i niczym więcej? Ale ja chyba nie mówiłam teraz o żadnym spełnieniu? 

Ale ty przecież sam zauważasz, czy... chcesz czy... 

Usnęła. 

Mattias  jeszcze  przez  chwilę  leżał  wsparty  na  łokciu  i  wsłuchiwał  się  w  jej  równy, 

coraz głębszy oddech, po czym wstał i na palcach zbliżył się do łóżka. Księżyc świecił nadal, 

mógł  więc  dojrzeć  jej  rysy  w  pięknym  niebieskawym  świetle:  spokojne,  łagodne.  Usiadł  i 

delikatnie pogładził ją po twarzy, a później miękko, czule ucałował jej usta. Przesunął dłonią 

po pięknych włosach. 

Przez moment  jego dłoń zawahała się  na skraju kołdry,  jak gdyby  chciał odsłonić  jej 

ramiona.  Spojrzenie  jego  padło  jednak  na  delikatne  koronki,  którymi  obszyte  było  wycięcie 

nocnej  koszuli;  i  przyjął  to  za  znak,  iż  powinien  uszanować  jej  niewinność.  Chciał,  co 

prawda,  tylko  zobaczyć  ramiona  i  zaokrąglenie  piersi,  ale  uznał  i  tę  pokusę  za 

background image

świętokradztwo,  więc  otulił  Hildę  starannie  kołdrą,  pocałował  w  czoło  i  wrócił  na  swoje 

posłanie. 

Długo leżał, wpatrując się w księżycowe cienie, zanim wreszcie środek na sen zaczął 

działać. 

background image

ROZDZIAŁ XII 

Tej  nocy  wcale  nie  Mattias  zakłócił  spokój  swymi  koszmarami.  Tym  razem 

przydarzyło się to Hildzie. 

Kiedy środek nasenny przestał działać, nawiedziła ją najstraszliwsza w życiu mara. 

Leżała  w  trumnie,  prawdziwej  trumnie,  zrobionej  z  nierównych  desek,  z 

niedomykającym się wiekiem. Ona sama nie była warta nawet solidnej trumny. 

W  trumnę  uderzały  wielkie  łapy,  pazury  wślizgiwały  się  w  szczeliny,  wczepiały  w 

deski,  aż  w  końcu  je  wyłamały.  Próbowała  wołać  o  pomoc,  ale  nie  mogła  wydusić  z  siebie 

głosu.  Wokół  rozlegało  się  warczenie,  jak  gdyby  bestia  nie  była  jedna,  lecz  cała  gromada,  i 

nagle  przez  wyłamane  deski  wcisnęła  się  twarz,  wpatrująca  się  w  nią  świecącymi,  złymi 

oczami.  To  była  twarz  ojca,  choć  rysy  miała  zwierzęce.  Wyciągnął  włochatą  rękę,  by 

pochwycić ją za suknię i wydobyć ze środka. Z ust ciekła mu ślina, między zębami widniała 

zakrzepła krew. Hilda zaczęła krzyczeć... 

Walczyła z uściskiem obejmujących ją ramion. 

- Hildo, uspokój się, to ja, Mattias! Już dobrze, wszystko dobrze, to był tylko sen. To 

nie las, to Grastensholm, jesteś bezpieczna, jestem przy tobie. 

Szlochała, drżąc, ale już tuliła się do niego. 

- Och, Mattiasie, najdroższy, trzymaj mnie mocno, zostań ze mną, nie odchodź! 

- Nigdzie nie pójdę, najmilsza, ale połóż się, proszę, jest jeszcze noc. 

- Boję się zasnąć. 

- Och, Boże, jak dobrze to znam - powiedział Mattias z westchnieniem. - Jakże często 

pragnąłem,  by  ktoś  był  ze  mną  w  tych  najtrudniejszych  chwilach.  Czy  mogę...  położyć  się 

przy tobie? Nie musisz się niczego obawiać. 

- Chodź,  chodź,  proszę -  błagała  gorączkowo,  przerażona. -  Ale  ty  p-powinieneś  s-

spać. 

- Tej nocy spałem już dłużej niż zwykle - skłamał. - Wygodnie ci teraz? 

Otoczył ją ramieniem, a ona przylgnęła do jego piersi. Szczękała zębami. 

- T-tak,  dobrze.  Porozmawiaj  ze  mną,  Mattiasie.  Spraw,  bym  zapomniała.  Opowiedz 

mi o sobie, nigdy tego nie robiłeś. 

- Ty także o sobie nie mówiłaś. 

- Ależ  tak...  chociaż  nie,  masz  rację,  mówiłam,  ale  Andreasowi.  To  było  niemądre z 

mojej strony. 

background image

- Jestem trochę zazdrosny o Andreasa - powiedział cicho. 

- Nie  masz  żadnego  powodu!  Bo  gdybyś  miał,  to  ja  byłabym  zazdrosna  o  Eli,  a  nie 

jestem. Wprost przeciwnie; życzę jej jak najwięcej szczęścia. 

- Ale Andreas sądził, że się w nim podkochujesz. 

Hilda zareagowała tak, jak na takie stwierdzenia reagowały kobiety wszystkich epok. 

- Naprawdę? - spłoniła się. - To najzarozumiałe, co słyszałam... Naprawdę tak myślał? 

To nieprawda, muszę... 

Mattias śmiał się serdecznie: 

- Kochana Hildo, mówisz pięknym językiem, ale w jednym punkcie twoja gramatyka 

jest dość niecodzienna. Nie nauczyłaś się stopniować przymiotników. 

- Ach -  westchnęła,  nadal  rozgniewana  na  Andreasa. -  Ale  mówiłam  poważnie. 

Chciałabym  usłyszeć  o  twoim  życiu,  o  latach  spędzonych  w  kopalni,  o  tej  dziewczynie  z 

Tybingi. O nią jestem zazdrosna. 

Mattias zaczął śmiać się jeszcze głośniej, zauważył bowiem, że dzięki rozmowie Hilda 

zapomina  o  koszmarze,  który  jej  się  przyśnił,  i  o  strasznych  wydarzeniach  wieczoru, 

rozpoczął więc opowieść o swoim życiu. 

Hilda  słuchała,  popłakując  z  cicha  nad  nieszczęśliwymi  losami  Mattiasa  i  Kolgrima. 

Lepiej  zrozumiała  jego  przyjaźń  z  Kalebem.  Tak  dobrze  poczuła  się  w  zagłębieniu  jego 

ramienia, że przeciągała się jak kotka i rozkoszowała każdą chwilą. 

Przyszła  kolej  na  opowieść  o  jej  życiu.  Tym  razem  trafiła  na  bardziej  uważnego  i 

wyrozumiałego słuchacza niż Andreas. 

Zwierzenia spowodowały, że przytulili się do siebie jeszcze mocniej, i Hilda spokojnie 

zasnęła. Mattias był cokolwiek zawiedziony, że tak łatwo jej to przyszło, mimo że on był tak 

blisko. Przyjął to jednak za znak, że czuje się przy nim w pełni bezpieczna. Prawdę mówiąc 

odetchnął także z ulgą, gdyż jeszcze nie był całkiem gotów do sprawdzenia swojej męskości. 

Przed jakimż jednak stanął dylematem! Jego zasady nakazywały mu, by nie ważył się 

tknąć  jej  przed  ślubem,  ale  jednocześnie  przyznawał  Hildzie  rację,  że  powinni  najpierw 

sprawdzić, czy jest im pisana wspólna przyszłość. 

Wschodzące  słońce  zdążyło  już  zalać  czerwonym  światłem  pokój,  kiedy  Mattias 

uwolnił  zdrętwiałe  ramię  i  odwrócił  się  na  bok. Hilda  we  śnie  przysunęła  się  bliżej  i  całym 

ciałem wtuliła  się w niego od tyłu. Mattias poczuł,  jak ogarnia go przyjemne ciepło, ujął  jej 

dłoń, spoczywającą na jego piersi, i ucałował. Wkrótce zasnął także święty Mattias. 

Następnego  dnia  Andreas  i  Kaleb  wyruszyli  wczesnym  rankiem.  Na  Grastensholm 

ledwie skończono śniadanie, kiedy nadjechali. 

background image

- Mattiasie,  będziesz  musiał  dzisiaj  zaniedbać  obowiązki  medyka.  Wyruszamy 

zapolować na wilkołaka! 

- Ale, człowieku, przecież panuje odra! Nie mogę tak zostawić dzieci! 

- To prawda. W Elistrand mamy już troje chorych, ale wiemy, co należy robić. 

- Pozwólcie mnie zająć się odrą - powiedziała Liv. - Mattias udzieli mi wskazówek, a 

Jesper przygotuje powóz i zawiezie mnie, gdzie trzeba. 

- Doskonale, babciu - powiedział Mattias. - Bardzo chciałbym pojechać z chłopakami. 

- Ja także - wtrąciła się Hilda. 

- Nie masz już dość wilkołaka? - zdziwił się Kaleb. 

- Bezpośredniego  kontaktu  tak.  Ale  domyślam  się,  kto  nim  może  być,  i  chciałabym 

porozmawiać z tobą na osobności, jeśli to możliwe. Bo ty także masz pewne przypuszczenia, 

prawda? 

Zwracała  się  teraz  na  ty  do  wszystkich  młodych.  Uważała,  że  już  jakby  do  nich 

należy. 

- Tak, mam. Chodźmy więc! 

Wyszli do sieni i usiedli w wykuszu. 

- Na jaki ślad wpadłaś? - zapytał Kaleb. 

- Wiem, kto nie pił piwa, chociaż leżał tak, jakby spał. 

- Naprawdę? To bardzo ciekawe! 

- A ty? 

- Ten  kawałek  rzemienia,  który  znaleźliśmy.  I  sznur  czarownicy  znaleziony  w  dłoni 

jednej z ofiar. 

- Podejrzewasz kogoś konkretnego? 

- Tak. Powiedz, kogo ty masz na myśli? 

Szepnęła mu do ucha. Kaleb pokiwał głową i wymówił to samo słowo. 

- A więc uderzamy natychmiast. Pojedziesz z nami. 

Hilda nie umiała jeździć konno, co stanowiło pewną przeszkodę, ale Mattias rozwiązał 

ten problem, sadzając ją przed sobą na swego wierzchowca. 

Ruszyli przez wzgórze do wójta. Kiedy dotarli  na miejsce, okazało się  jednak, że nie 

ma go w domu. Wyjechał, by schwytać rozbójnika. 

Kaleb nawiązał swobodną rozmowę z gospodynią: 

- Jak było z tą kobietą, którą wiosną oskarżono o czary? Co się z nią stało? 

- Spłonęła na stosie. O, ona była winna! 

- Skąd to wiecie? 

background image

- Wskazywały na to dowody, mogą mi panowie wierzyć! Całe stosy dowodów! 

Gospodyni była prostą i szczerą starszą kobietą. 

Stali na schodach w sierpniowym słońcu. 

- Widzieliście te dowody? 

- O tak. Wójt przyniósł do domu masę przedziwnych rzeczy! 

- Na przykład splecionych sznurków? 

- I suszonych żółwi. I sama nie wiem czego jeszcze. 

Zza płotu rozległo się ujadanie psa. 

- Widzę, że wójt ma psy myśliwskie. 

- O tak, ma piękne psy. 

- Tu są trzy. Czy to już wszystkie? 

- Tak. No i Nero. 

- Nero? 

- Jego ulubieniec, ale trzyma go gdzie indziej. 

- Tak? A gdzie? 

- Na  tylnym  podwórzu.  Wójt  nie  chce,  żeby  straszył  dzieci.  Ale  on  nie  gryzie.  Jest 

łagodny jak baranek! 

- Możemy go zobaczyć? 

- No, chyba tak. Jeśli panowie pójdą ze mną. 

Przeszli na drugą stronę domu. Tam również zrobiono duży wybieg dla psów, ale stało 

w nim tylko jedno zwierzę. 

Hilda odskoczyła do tyłu. 

- Nie, niech panienka się nie boi. On jest potulny. Proszę wejść ze mną i przywitać się 

z nim! 

Weszła do środka, a oni z niepewnymi minami ruszyli za nią. 

Była  to  odmiana  niemieckiego  owczarka.  Olbrzymi,  pokryty  szarą  sierścią  pies 

podszedł  do  nich  od  razu  i  zaczął  lizać  po  rękach,  machając  przy  tym  szeroko  ogonem. 

Gospodyni przemawiała do niego ciepło. 

- To nie jest chyba stary pies? - zapytał Andreas. 

- O nie, to młodzieniaszek. Wójt sam go wyszkolił. Ale uważam, że jest za surowy dla 

biednego zwierzęcia. Aż przykro patrzeć, jak go tresuje. A pies jest taki posłuszny. Wójt ma 

piszczałkę  i w ten sposób wydaje  mu polecenia. Chodź tu! Do domu! Śledź człowieka! Pies 

ma  pomagać  w  sprawowaniu  władzy  i  to  na  pewno  jest  słuszne,  ale  wójt  jest  dla  niego 

stanowczo  za  surowy!  Ostatnio  wręcz  okrutny.  Związał  psu  nogi  rzemieniem  i  spętanego 

background image

zmuszał do biegania. Na co to komu może się przydać? Tylko dręczy zwierzę! 

- To było niedawno? 

- Tak, latem. A teraz chce go uśmiercić. Aż mi się serce kraje. 

Kaleb pogłaskał poczciwe psisko. 

Jeśli coś by się stało waszemu chlebodawcy... zaopiekowalibyście się psem, prawda? 

- Całym  sercem!  Nie  żebym  chciała,  żeby  wójtowi  się  coś  przytrafiło -  dodała 

pospiesznie. - Ale u mnie miałby dobrze! Znaczy Nero! 

Opuścili wybieg dla psów. 

Andreas zapytał: 

- Słyszałem,  że  podobno  wójt  ma  bardzo  piękne  wilcze  futro.  Sam  chciałbym  mieć 

takie. Jak sądzicie, czy można je odkupić? 

Gospodyni zapatrzyła się przed siebie. 

- Wilcze  futro?  Nie,  chyba  nie.  Ale  ma  kilka  pięknych  wilczych  skór.  Nawet 

zastanawiałam  się,  czy  nie  zamierza  zrobić  z  tego  futra,  bo  w  paru  miejscach  znalazłam 

rozrzucone skrawki. Mam  nadzieję, że  nie zabrał  się za cięcie tych pięknych skór własnymi 

rękami! 

- Rozumiem -  uśmiechnął  się  Kaleb. -  No,  chyba  nie  doczekamy  się  na  wójta. 

Przyjedziemy jutro. 

Kiedy zatrzymali się przy wejściu i zaczęli żegnać, Mattias zagadnął: 

- Jestem medykiem. Słyszałem, że wójt zna się na lekach. 

Gospodyni była zaskoczona. 

- Nic o tym nie wiem. Ale ma masę rzeczy po tej czarownicy. Najrozmaitsze tajemne 

świństwa. To była prawdziwa czarownica od proszków. Niedawno miałam kłopoty ze snem, a 

wtedy wójt mi poradził, żeby spróbować proszku, który miała ta wiedźma. Trochę się bałam, 

ale  wzięłam  odrobinę,  żeby  go  nie  urazić.  To  był  mocny  i  niebezpieczny  środek,  bo 

obudziłam się dopiero następnego dnia po południu. Mogłam od tego umrzeć! 

- A więc nie zażywaliście tego więcej? 

- O nie, niech Bóg broni, dziękuję! 

Dosiedli koni. 

- Wrócimy  tu  kiedy  Indziej -  powiedział  Kaleb. -  I  nie  mówcie  nic,  że  widzieliśmy 

Nera, dobrze? Nie chcemy, żebyście mieli nieprzyjemności. 

- Nie, nie, nic nie powiem. Żegnajcie, i dziękuję za miłą rozmowę. Tak rzadko ktoś tu 

zagląda! 

- Tak? Sądziłem, że wójt ma wielu przyjaciół. 

background image

- On? Nie, niewielu chce się z nim przyjaźnić. Ma kilku oddanych ludzi, to wszystko. 

I żadnych dam. 

- Rozumiem. Dziękuję za waszą życzliwość. Żegnajcie! 

Kiedy znaleźli się na rozgrzanym słońcem wzgórzu, a kopyta koni miękko uderzyły o 

trawę, Hilda stwierdziła: 

- To była najnaiwna z gospodyń, jaką zdarzyło mi się spotkać! 

- Tak, najnaiwniejsza - odruchowo poprawił ją Mattias. - Tak, masz rację. Nie pojmuję 

wójta, dlaczego ryzykuje i ją trzyma? 

- Prawdopodobnie  świetnie  prowadzi  mu  dom -  powiedział  Kaleb. -  I  niełatwo  mu 

chyba znaleźć kogoś innego. 

- Co  z  nim  teraz  zrobimy? -  zastanawiał  się  Mattias. -  Jak  się  aresztuje  wójta?  To 

przecież jego wyłączny przywilej. 

- Trzeba  jechać  aż  do  wojewody  w  Akershus.  Sądzę,  że  w tej  sprawie  nie  wystarczy 

nawet asesor. 

- Musicie mi teraz wszystko wyjaśnić - powiedział Andreas. - Hildo, skąd wiedziałaś, 

że wójt nie pił piwa? 

Dumna  była,  że  może  mu  odpowiedzieć,  bezpiecznie  siedząc  na  koniu  razem  z 

Mattiasem. Trzech wielkich panów słuchało jej, córki hycla. 

- Najpierw  potknęłam  się  o  jednego  z  mężczyzn,  który  leżał  uśpiony  w  lesie. 

Śmierdział  piwem.  A  gdy  później  wójt  pochylił  się  nade  mną,  bardzo  nisko,  wcale  nie  czuć 

było od niego piwa. 

- Brawo! - powiedział Andreas. - A ty, Kalebie? Jak wpadłeś na jego trop? 

- Ta  czarownica,  którą  schwytano  w  sąsiedniej  wiosce  na  dzień  przed  odkryciem 

zwłok  na  polanie,  cały  czas  chodziła  mi  po  głowie,  chociaż  nie  mogłem  pojąć,  dlaczego. 

Widzieliśmy  dziewięć  związanych  razem  sznurków,  które  wójt  znalazł  w  ziemi  przy  ręce 

jednej  z  kobiet.  Ale  nie  widzieliśmy  zawiniątka,  które  podobno  miała  przy  sobie  druga 

zamordowana, białej chustki z ziemią. A później, jak pamiętacie, babcia Liv wspomniała, że 

jeśli  owe  cztery  kobiety  były  rzeczywiście  czarownicami,  to  powinny  mieć  we  włosach 

sznurek z trzema supłami. I co powiedział na to wójt? Że tak właśnie było! Żadna sztuka tak 

twierdzić, zwłaszcza że pospieszył się ze spaleniem zwłok! 

- Żebym  nie  mógł  zbadać,  w  jaki  sposób  poniosły  śmierć -  wtrącił  Mattias. - 

Twierdził,  że  zostały  rozszarpane.  Dlaczego  tak  powiedział?  Dlaczego  wmieszał  w  to 

wilkołaka? 

- Improwizował -  odparł  Kaleb. -  Wyobraźcie  sobie:  stoi  nad  zwłokami,  które  sam 

background image

zakopał, a wokół niego mrowie ludzi. Co ma powiedzieć? Co zrobić? Najpierw orientuje się, 

że  ktoś  wspomniał  o  wilkołaku.  Tego  może  się  chwycić  i  podtrzymywać.  Takie  historie 

przerażają  ludzi  i  sprawiają,  że  zapominają  o  rzeczach  istotnych.  Później  odnajduje  w 

kieszeni  sznur  czarownicy,  który  miał  tam  od  poprzedniego  dnia,  gdy  schwytano  wiedźmę. 

Przypomina  sobie,  że  Ludzie  Lodu  mają  w  swej  tradycji  związki  z  czarami.  O,  to  będą 

doskonałe kozły ofiarne, myśli sobie. I umieszcza sznur tuż obok dłoni kobiety, przysypuje go 

ziemią, by się pobrudził, a następnie „znajduje”. 

- O wiele lepiej posłużyć się nami - powiedział Mattias, obejmując Hildę, jakby chciał 

pokazać, że należy do niego. Taka pozycja bardzo przypadła jej do gustu. - Zwłaszcza że już 

wykorzystał nasze nazwisko u madame Svane w Christianii. 

- Tak. Baron Meiden to brzmi  imponująco - potwierdził  Andreas. - Zwiódł te kobiety 

ze względu na pieniądze, prawda? 

- To  jasne!  Bogate  wdowy  i  panny,  które  wniosą  posag.  A  nasz  pan  wójt,  jak 

wiadomo,  bardzo  lubi  pieniądze.  Czy  uśmiercał  je  w  powozie,  czy  też  zwabiał  na  polanę  w 

lesie  i  tam  dokonywał  zbrodni,  tego  nie  wiemy.  Nie  zawoził  ich  do  swej  własnej  parafii,  to 

byłoby niebezpieczne. I Meidenowie mieszkają przecież w Grastensholm, naturalne więc było 

zabrać je tutaj. 

- Tak,  i  w  dodatku  słyszał,  kiedy  Joel  Nattmann  mówił  o  tym,  że  widział  powóz - 

powiedział  Andreas. -  A  jeszcze  wcześniej  na  podwórzu  zostawił  przewrócony  dzban,  który 

miał sprowadzić rychłą śmierć na Joela. W ten sposób dawał do zrozumienia, że ktoś uprawia 

czary i że wieśniacy nadal czyhają na Nattmanna. Następnego ranka, kiedy Hilda poszła doić 

do  obory,  zakradł  się  i  zamordował  jej  ojca,  pozorując  samobójstwo.  Nie  udało  się  zatrzeć 

śladów, ponieważ był z nami Mattias i dokonał wnikliwych oględzin. 

Kaleb dodał: 

- W tym samym czasie zaczął tresować psa. Musiał urealniać wizję wilkołaka, otaczać 

morderstwa  mistyką.  Przyszedł  do  zagrody  i  przestraszył  Hildę,  kiedy  była  w  stodole  przy 

zwłokach ojca, ale wiedział, że zaraz przybędzie jeszcze jeden świadek: grabarz. 

- A więc celowo zostawił kłak sierści? - zdziwiła się Hilda. 

- Na pewno! - odparł Kaleb. - Ponieważ uparcie dążyliśmy do rozwikłania tej zagadki 

na  własną  rękę,  wójt  musiał  podejmować  dalsze  kroki.  By  podtrzymać  atmosferę  mistyki, 

ćwiczył  psa  niedaleko  Elistrand  podczas  pełni  księżyca.  To  było  tej  samej  nocy,  kiedy 

akuszerka wracała do domu. 

- A  potem  na  jakiś  czas  cała  sprawa  ucichła -  powiedział  Mattias. -  Jakby  umarła 

śmiercią naturalną. Ale wtedy pojawił się krewny jednej z kobiet. 

background image

- Właśnie. Oskarżono Taralda i Mattiasa z powodu nazwiska Meiden - podjął Kaleb. - 

Żeby  ich  ocalić,  Hilda  wpadła  na  ten  zwariowany  pomysł,  by  odegrać  rolę  przynęty  dla 

wilkołaka. Twierdziła, że wie, kim jest zbrodniarz. A my przystaliśmy na jej propozycję. To 

się naprawdę mogło źle skończyć. 

- Chwileczkę - włączył się zamyślony Mattias. - To znaczy, że on uśpił własnych ludzi 

i Andreasa, a wcześniej ukrył w lesie psa i własnoręcznie wykonane przebranie wilkołaka... 

- Tak - odparła Hilda. - Kiedy jeszcze byłam w Elistrand, słyszałam, że gdzieś w lesie 

wyje pies. To wtedy wójt musiał włamać się do domu, żeby znaleźć dowód... 

- A  kiedy  wszyscy  już  posnęli,  przebrał  się  w  swój  strój  i  wypuścił  psa  za  Hildą. 

Nieźle się musiał namęczyć, żeby ich dogonić, bo Hilda przecież pobiegła głęboko w las! 

- Na  pewno tak  właśnie  było -  potwierdził  Kaleb. -  A  potem  szybko  wrócił  na  swoje 

miejsce.  Psa,  naturalnie,  odesłał  do  domu,  a  strój  wilkołaka  musiał  ukryć  gdzieś  w  lesie,  po 

czym położył się wśród innych i udawał, że śpi. 

- Pies! - wykrzyknęła Hilda. 

- Co z psem? - zdziwił się Kaleb. 

- Na pewno wkrótce go uśmierci. Zwierzę jest przecież dowodem. 

- Zdaję  sobie  z  tego  sprawę.  Dlatego  Andreas  i  ja  jeszcze  dzisiaj  wyruszymy  do 

wojewody. To dobry pies i zasługuje na lepszy los, a poza tym rzeczywiście stanowi jeden z 

istotnych dowodów. 

- Stójcie! - zawołał nagle Andreas. - Ktoś nadjeżdża! 

Wstrzymali  konie.  Znaleźli  się  już  niedaleko  szczytu  wzgórza  i  nad  sobą  między 

drzewami mogli dostrzec kawałek drogi. 

Nadjeżdżało trzech konnych. 

Wkrótce staną oko w oko z wójtem i dwójką jego ludzi. 

Mattias zsadził Hildę z konia. 

- Biegnij przez las do ojca i do Lipowej Alei, niech przyślą ludzi. To może być ciężkie 

starcie. 

- Och, nie, nie wolno wam! 

- Nie możemy uniknąć spotkania z wójtem, nie da się ukryć koni. A on nie powinien 

dotrzeć  do  domu  i  zabrać  psa.  Z  gospodynią  też może  być  źle,  jeśli  wójt  dowie  się,  co  nam 

powiedziała. Pospiesz się! 

- Niech Bóg ma was w swej opiece - szepnęła i pobiegła w las. 

Nie  bała  się  teraz  wilkołaków,  wcale  nie  bała  się  lasu.  Myślała  tylko  o  jednym:  jak 

najszybciej dostać się do domu i sprowadzić pomoc. 

background image

Wkrótce  usłyszała  w  pobliżu  odgłos  uderzających  o  ziemię  podków  i  niewyraźne 

głosy. To musiał  być wójt i  jego ludzie. Przycupnęła pod drzewem. Dopiero kiedy upewniła 

się, że ją minęli, pobiegła dalej. Teraz już mogła poruszać się drogą, było jej łatwiej. 

Hilda  pokonywała  przestrzeń  tak  szybko,  jak  nigdy  dotąd,  no,  może  tak  szybko  jak 

wtedy,  kiedy  gonił  ją  wilkołak.  Chwilami  zatrzymywała  się,  by  zaczerpnąć  tchu,  i  znów 

przyspieszała tempo. 

Na  samym  szczycie  wzgórza,  skąd  mogła  widzieć  drogę  za  sobą,  przystanęła  i 

obejrzała się. Dostrzegła mężczyzn między drzewami. O Boże, jak groźnie wyglądają. 

Szybko ruszyła naprzód. 

Wkrótce  już  miała  widok  na  parafię  Grastensholm.  Kościół,  dwory,  wszystko 

wydawało  się  tak  daleko.  Ujęło  jej  to  jakby  odwagi,  poczuła  obezwładniające  zmęczenie, 

musiała położyć się na trawie, by choć chwilę odpocząć. 

Nagle  usłyszała  za  sobą  tętent  kopyt.  Poderwała  się.  Czy  już  wracają?  A  może  to 

ludzie wójta? 

Na wszelki wypadek ukryła się za grubym pniem drzewa. 

Zadudniła ziemia, zaraz wyłonią się zza zakrętu. Już są! 

Ale...? 

Hilda  wyskoczyła  na  drogę.  To  nabiegały  dwa  spłoszone  wierzchowce  z  pustymi 

siodłami. Koń Andreasa i... Mattiasa! 

- Och, nie! 

Nie zdawała sobie sprawy, że głośno jęknęła. 

Instynktownie  złapała  wodze  jednego  konia,  drugi  sam  się  zatrzymał.  Hilda 

zaszlochała. 

Co mam zrobić? myślała gorączkowo. Czy wracać do nich wierzchem? 

Nie,  sama  w  niczym  im  nie  pomogę,  a  poza  tym  nigdy  w  życiu  nie  uda  mi  się 

zawrócić konia, który już raz obrał kierunek. 

Ale gdybym pojechała konno, szybciej dotarłabym do domu... 

Koń  okazał  się  poczciwym  stworzeniem.  Wreszcie,  po  wielu  nieudanych  próbach  i 

upadkach, wykorzystując wielki głaz Hildzie udało się go dosiąść. 

Przerażona siedziała na końskim grzbiecie, trzymając się kurczowo. Jak teraz sprawić, 

by ruszył? 

- Do domu! - powiedziała zachęcająco i lekko uderzyła go w bok piętami. 

I cud nastąpił. Zwierzę ruszyło stępa. Drugi wierzchowiec szedł za nim, zmuszając jej 

konia do przyspieszenia tempa. Jedyne, co jej pozostało, to starać się utrzymać w siodle. 

background image

Łatwiej  to  było  pomyśleć  niż  zrobić.  W  każdej  chwili  mogła  spaść  na  trawę. 

Wydawało  się  jej,  że  ziemia  umyka  spod  stóp,  chociaż  koń  szedł  spokojnym  kłusem.  Palce 

Hildy  wczepiły  się  w  grzywę,  leżała  pochylona  do  przodu  w  najmniej  eleganckiej  pozie,  ze 

spódnicą podwiniętą wysoko za kolana, ale co tam! Niech będzie, co ma być! 

Wybrała  konia  Mattiasa,  zwierzę  skierowało  się  więc  ku  Grastensholm.  Drugi  koń 

szedł w ślad za nimi. 

Poobijana  i  oszołomiona  dotarła  do  dworu.  Na  szczęście  wyszli  jej  na  spotkanie, 

inaczej nie miałaby pojęcia, jak zsiąść. 

Przerażona, jąkając się, usiłowała im wyjaśnić, co zaszło. 

Tarald  w  lot  pojął  sytuację.  Natychmiast  posłał  parobka  do  Lipowej  Alei  i  sam  w 

największym pośpiechu zwołał z dworu wszystkich  mężczyzn,  jakich tylko się dało. Stawili 

się  w  komplecie,  nikt  nie  miał  nic  przeciw  drobnej  potyczce  z  wójtem.  Chłopak,  który  udał 

się do Lipowej Alei, miał także za zadanie poprosić Arego, by wybrał się jak najszybciej do 

wojewody w Akershus i stamtąd sprowadził pomoc. 

Uspokoiło to Hildę. Jeśli ktoś miał wpłynąć na wojewodę, to mógł to być tylko Are z 

Ludzi Lodu. 

Tarald  ze  swymi  ludźmi  skierował  się  ku  wzgórzu.  Wkrótce  Hilda  ujrzała  grupę 

konnych,  wyjeżdżających  z  Lipowej  Alei,  a  zaraz  potem  samotnego,  dostojnego  jeźdźca 

zmierzającego na wschód. 

Weszła  do  domu  wraz  z  Irją.  Obydwie  były  w  równym  stopniu  wzburzone,  ale 

bezradne i zlęknione. Kiedy wchodziły po schodach, Irja obejrzała się: 

- Och,  w  domu,  w  Eikeby  też  już  wiedzą.  Widzisz tę  gromadę?  Oni  kochają  mojego 

Mattiasa. Jest przecież także jednym z nich, bardzo są z niego dumni. 

Miała łzy w oczach. Hilda także, kiedy zobaczyła grupę ciągnącą za innymi. 

Ogromne  zgromadzenie,  pomyślała.  A  wójt  ma  tylko  dwóch  ludzi.  Ale  to  wiele 

mówiło o nastrojach panujących we wsi. 

Znów stanęły jej przed oczami dwa luźne konie. Zrobiło się jej słabo ze strachu. 

- Trzech  na  trzech -  powiedziała  Irja,  kiedy  były  już  w  pokoju. -  Czy  słyszałaś 

wystrzały? 

- Nie. 

- Dzięki  Bogu.  Walka  wręcz  mogła  być  bardziej  wyrównana.  Ale  bardzo  niepokoją 

mnie te konie. 

Hilda nerwowo wykręcała palce. 

- Baronowo, nie mam już sił siedzieć tak biernie i wyczekiwać z niepokojem. 

background image

- Ja także. Weźmiemy konie i pojedziemy za nimi. 

- Och, wspaniale! Czy zawiadomić Elistrand? 

- Tak, powinnyśmy to zrobić. Wstąpimy tam po drodze. 

- Ale przecież  ja nie umiem  jeździć konno. Teraz poganiał  mnie strach. Jechałam  jak 

bezładnie podrzucany worek z mąką. 

- Nie martw się, usiądziesz za mną i wszystko będzie dobrze. 

Wkrótce kobiety opuściły Elistrand. Irja, za którą siedziała Hilda, oraz Gabriella i Eli, 

każda na swoim koniu. Liv nie było, wyjechała powozem do chorych na odrę dzieci. Nic nie 

wiedziała o ostatnich wydarzeniach. 

Hildzie  zaimponowało  poczucie  wspólnoty  panujące  w  rodzie.  Uważała,  że  teraz  po 

trosze już do nich należy, czuła się z nimi solidarna. 

Mattias... O Boże, co się z nim stało? 

Twarz Eli była kredowobiała. Niedługo miały odbyć się jej zaślubiny z Andreasem, a 

tu jego koń wrócił sam do domu. 

Gabriella  miała  tam  swego  Kaleba.  Co  prawda  jego  koń  nie  przybiegł,  ale  czy  to 

stanowiło jakąś gwarancję, że mężowi nic się nie stało? 

A Irja jechała do swego jedynego syna. 

W  milczeniu  wjeżdżały  na  wzgórze.  Kiedy  dotarły  już  na  tyle  blisko,  by  dostrzec 

sąsiednią wioskę, zatrzymały się. 

Przed  nimi  leżała  okolica  skąpana  w  złotym  świetle  popołudniowego  słońca. 

Dostrzegały fragmenty wijącej się lasem drogi, ale nigdzie nie było widać ludzi. Od czasu do 

czasu dochodziły je tylko pojedyncze wołania. 

Jechały dalej, coraz bardziej zaniepokojone. 

Za  następnym  zakrętem  natknęły  się  na  pierwszą  grupę  mężczyzn.  Byli  to  trzej 

reprezentanci Eikeby, zostawieni na straży. 

- Co się stało? - zapytała Irja. 

- Nie powinnyście podjeżdżać bliżej - powiedział jeden z jej bratanków. - Wygląda na 

to,  że  wójt  i  jego  ludzie  pojmali  pana  Andreasa  jako  zakładnika  i  grożą,  że  go  zabiją,  jeśli 

ktokolwiek spróbuje się zbliżyć. 

- O, Boże! - jęknęła Eli. 

- A pozostali? - dopytywała się Gabriella. 

- Z tego, co zrozumieliśmy, zaczęło się tak, że ludzie wójta zrzucili pana  Andreasa z 

konia. Nasz Mattias zeskoczył, by mu pomóc, i wtedy jeden z ludzi wójta popędził ich konie, 

które  stamtąd  uciekły.  Pan  Kaleb  strącił  z  siodła  jednego  przeciwnika,  ale  dwaj  pozostali 

background image

schwytali pana Andreasa i przystawili mu nóż do gardła. Zabrali go ze sobą i odjechali w las. 

Mattias próbował iść za nimi, a pan Kaleb przyjechał tu, napotkał wszystkich naszych ludzi i 

zorganizował  pościg.  Teraz  rozjechali  się  po  lesie,  by  uwolnić  pana  Andreasa.  Odcięliśmy 

wszystkie drogi, jakie tylko się dało, ale nie wiemy, gdzie oni teraz mogą być. 

- Wójt nie zdołał chyba dotrzeć do domu? - zapytała z lękiem Hilda. 

- Nie, pan Kaleb dopilnował, żeby tam wysłać straże. 

- Czy my nic nie możemy zrobić? - żaliła się Gabriella. 

- Sądzę, że najlepiej będzie, jeśli zaczekacie tutaj, wasza wielmożność. 

- Upłyną godziny, zanim przybędzie ktoś z dworu wojewody - powiedziała Irja. - Jeśli 

w ogóle możemy na nich liczyć. Będą chyba trzymać stronę wójta. 

- Nie w wypadku, gdy w grę wchodzi zabójstwo czterech kobiet - orzekła Gabriella. 

- I hycla - cicho dodała Hilda. 

Usiadły na skraju drogi, stąd miały dobry widok na dolinę. Widziały jednak tylko lasy 

i  sąsiednią  wieś  położoną  nad  bystrzem  rzeki.  Słońce  grzało  je  w  plecy,  wśród  zarośli 

brzęczały owady, a z wierzchołków drzew od czasu do czasu rozlegał się ptasi śpiew. 

Hilda siadła przy Gabrielli. Chociaż od rana nic nie jadła, nie czuła głodu. 

- Brakuje  nam cię w Elistrand - powiedziała Gabriella,  jedyna  spośród nich, w której 

żyłach  płynęła  prawdziwie  błękitna  krew.  Córka  rodu  Paladinów  i  Meidenów  z  odrobiną 

książęcej krwi Schwarzburgów i,  jako przeciwieństwo, sporym dodatkiem krwi  Ludzi  Lodu. 

Natomiast  Irja,  Eli  i  Hilda,  wszystkie  były  bardzo  prostego  rodu,  ale  ich  dzieci  mogły  być 

potomkami Ludzi Lodu. Irja miała już syna, Mattiasa Meidena. Ale pozostałe...? 

- Jak się układa między tobą a Mattiasem? - zapytała Gabriella. 

Hilda ocknęła się. 

- Między mną a Mattiasem? - powtórzyła. 

Była tak pogrążona w rozpaczy, że nigdy go już nie ujrzy, że zapomniała o tym, co ją 

otacza. Irja i Eli siedziały nieco dalej, zatopione w rozmowie. 

- Ja... nie wiem. Naprawdę nie wiem. 

- On sprawiał wrażenie bardzo tobą zainteresowanego. 

- Tak. Ale są... pewne trudności. 

Gabriella  patrzyła  na  nią  badawczo.  Były  mniej  więcej  w  tym  samym  wieku,  Hilda 

nawet o rok starsza od margrabianki. 

- Zawsze  podejrzewałam,  że  mój  kuzyn  ma  jakieś  kłopoty -  stwierdziła  Gabriella. - 

Chodzi  mi  o  to,  że  żaden  człowiek  nie  może  być  tak  na  wskroś  doskonały,  idealny,  jak  się 

wydaje. 

background image

Hilda spuściła głowę. 

- Nie, to prawda. 

- Życie miłosne? 

- Nie  chciałabym... -  szepnęła  Hilda  tak  cicho,  jakby  zwracała  się  do  mrówek 

krążących w trawie. 

- Nie  zawiedziesz  jego  zaufania,  i  tak  wszyscy  to  odgadliśmy. -  Gabriella  położyła 

swą  wąską  dłoń  na  ramieniu  Hildy. -  Tylko  ci  najbardziej  prości,  niewrażliwi,  jak  Jesper  i 

jego  ojciec  Klaus,  nie  mają  z  tym  kłopotów.  Hildo.  Każdy  myślący  człowiek  ma  swoje 

trudności. Babcia Liv opowiadała mi o swoich, wtedy kiedy poślubiła ukochanego Daga. Irję 

paraliżował  strach  z  powodu  brzydkich  nóg.  Ja  sama  wmawiałam  sobie,  że  nikt  mnie  nie 

zechce, bo jestem taka chuda. Mój brat Tancred miał także kłopoty, choć nieco mniejsze. Ale 

najgorzej  było  z  moimi  rodzicami,  Alexandrem  i  Cecylią,  Tancred  opowiadał  mi  o tym.  To 

był  prawdziwy  dramat!  A  nikt  nie  żyje  w  większej  harmonii  niż  oni  teraz!  Jesteś  właściwą 

osobą dla Mattiasa. Na pewno sobie poradzisz. 

Hilda doznała pewnej pociechy, nie śmiała jednak spojrzeć na Gabriellę. 

Gabriella mówiła dalej: 

- Nie  wiem,  na  czym  polegają  jego  trudności,  ale  postaraj  się  wyjść  mu  naprzeciw. 

Pamiętaj,  że  Mattias  jest  bardzo  romantyczny.  Staraj  się,  by  było  jak  najpiękniej,  taka  jest 

moja rada. 

Hilda podniosła oczy i uśmiechnęła się. Nigdy nie miała przyjaciółki, z którą mogłaby 

porozmawiać, i nie wiedziała, ile może wyznać, a ile zatrzymać dla siebie. Ale Gabriella sama 

była z natury nieśmiała i skoro wyciągała rękę, Hilda nie powinna jej odtrącać. 

- Dziękuję, będę o tym pamiętać - powiedziała. - Nie zgadzamy się w jednym punkcie. 

On  chce,  żebym  pozostała  nietkniętą,  czystą  panną  młodą,  a  ja  uważam,  że  powinniśmy 

znaleźć jakieś rozwiązanie przed ślubem, zanim być może unieszczęśliwimy się na całe życie. 

Gabriella długo patrzyła na nią zamyślona. 

- Sądzę, że masz rację - powiedziała po chwili. - Staraj się  mu to wytłumaczyć. I nie 

miej  żadnych  skrupułów.  Przypuszczam,  że  większość  z  nas  miała  swoje  doświadczenia, 

zanim  legliśmy  w  małżeńskim  łożu.  Wuj  Tarald  musiał  żenić  się  w  ogromnym  pośpiechu. 

Najgorzej  rzecz  się  miała  z  Brandem,  z  jego  powodu  wybuchł  nawet  skandal,  był  przecież 

niepełnoletni. 

Jej bezpośrednia szczerość ogrzała nieco serce Hildy. 

- Dziękuję! Oby tylko wrócili! Tak wiele chciałabym mu powiedzieć! 

- Mattias  i  Kaleb  wrócą  na  pewno,  gorzej  z  Andreasem.  Biedna  Eli,  jej  jest  teraz 

background image

naprawdę ciężko. 

Umilkły. Wygodniej usiadły na trawie i dalej czekały. 

background image

ROZDZIAŁ XIII 

Dramatyczną sytuację, która wytworzyła się w lesie, rozwiązał Mattias. 

Biorącym  udział  w  pościgu  udało  się  otoczyć  wójta  i  jego  ludzi.  Daleko  w  dolinie 

pochwycili  ich w kleszcze. Kiedy wójt i  jego asysta brali  Andreasa  jako zakładnika,  musieli 

zsiąść  z  koni,  które  Kaleb  szybko  spłoszył,  jakby  w  rewanżu  za  dwa  wierzchowce,  które 

stracili  Andreas  i  Mattias.  Wójt  i  jego  ludzie  musieli  więc  posuwać  się  przez  las  piechotą, 

prowadząc między sobą Andreasa. Szli wolno, dlatego też nie zdołali umknąć pościgowi. 

Mattias  przez  cały  czas  trzymał  się  w  pewnej  odległości,  nie  mogąc  uczynić  nic  dla 

swego  krewniaka  i  przyjaciela.  Ale  to  on  właśnie  wskazał  z  pagórka,  gdzie  znajdują  się 

zbiegowie. 

Teraz  byli  otoczeni.  Zatrzymali  się  na  polanie  w  lesie  zdesperowani,  gotowi  na 

wszystko. 

- Jeszcze  jeden  krok,  a  poderżniemy  gardło  tej  kanalii! -  wrzasnął  wójt.  Jeden  z  jego 

ludzi trzymał nóż przyłożony do szyi Andreasa, na której widać już było drobne zacięcia. 

- Jak  zamierzasz  wyjść  z  tego,  wójcie? -  zawołał  Tarald,  siedzący  na  koniu  obok 

Kaleba  i  bardzo  bladego  Branda.  Towarzyszący  im  ludzie  otrzymali  zakaz  czynienia 

czegokolwiek, gdyż każdy ruch mógłby okazać się zgubny. Nikt nie śmiał nawet wspomnieć, 

że  powiadomiono  wojewodę,  z  obawy,  że  żądny  zemsty  wójt  szybko  rozprawi  się  z 

Andreasem. 

- Chcę mieć wolną drogę do Niemiec! - odkrzyknął wójt. - Jeśli mi to zagwarantujecie, 

dostaniecie tego kogutka z powrotem nietkniętego. 

- To wygórowane żądanie - stwierdził Tarald. 

W tym momencie wtrącił się Mattias: 

- Wolną drogę dla wszystkich trzech? - Wójt zawahał się, a Mattias szybko dorzucił: - 

Wy  dwaj,  Norwegowie!  Wy  przecież  nie  jesteście  winni  zabójstwa  tych  czterech  kobiet  i 

Joela Nattmanna. Nic wam się nie stanie. Ale jeśli będziecie trzymać z wójtem, bez wątpienia 

także skończycie na szubienicy! 

- Zamknij się! - wrzasnął wójt. - Nie słuchajcie go, on kłamie! 

Ale  dwaj  mężczyźni  popatrzyli  po  sobie.  Ten,  który  trzymał  Andreasa,  bezwiednie 

opuścił  nóż.  Wójt  podbiegł  do  niego  i  wyszarpnął  mu  broń  z  ręki.  Podczas  krótkotrwałego 

zamieszania  Andreas,  który  miał  związane  z  tyłu  ręce,  rzucił  się  na  ziemię  i  przetoczył  na 

bok. Wójt, chcąc zatrzymać zakładnika, swoją jedyną szansę; skoczył ku niemu z nożem, ale 

background image

już mężczyźni, niczym rój pszczeli, rzucili się na niego. 

Walka zakończyła się szybko. Uwolniono z więzów Andreasa, a związano wójta. 

- Ten chwyt nigdy nie zawodzi - nerwowo zaśmiał się Mattias. - Zasiej niepewność w 

obozie wroga, a wygrana będzie twoja! 

- Dzięki ci, mój chłopcze - powiedział Brand nieswoim głosem. - Uratowałeś mi syna. 

Zawsze będę ci za to wdzięczny. 

- Ależ, wuju Brandzie, nie sądzisz chyba, że sam dałbym sobie z tym radę? Pamiętaj, 

że  śledziłem  ich  od  wielu  godzin,  nie  mając  odwagi  nic  zrobić.  Ale  z  taką  siłą  za  plecami 

nawet tchórz staje się bohaterem! 

Wszyscy  się  roześmiali,  wcale  nie  dlatego,  że  powiedział  coś  śmiesznego,  lecz 

ponieważ opadło z nich wielkie napięcie. 

Tylko wójtowi nie było do śmiechu. 

Kobiety  ujrzały  na  leśnej  drodze  zbliżający  się  orszak  jeźdźców  i  pieszych.  Dopiero 

kiedy pobiegły im na spotkanie, uświadomiły sobie, jak mocno odczuwały lęk i niepewność. 

Śmiechom i łzom radości nie było końca. 

Kiedy  Mattias  uznał,  że  dość  już  ma  uścisków  matki  i  wszystkich  krewnych,  gorąco 

szepnął Hildzie: 

- Muszę  z  tobą  porozmawiać.  Czy  możemy  puścić  ich  konno  przodem?  A  my 

wrócimy pieszo? 

Jego oczy zalśniły nowym blaskiem. Hilda zdecydowanie skinęła głową. 

Mattias krzyknął w stronę rodziców, informując o swych zamiarach. Pomachali mu z 

uśmiechem i wielki orszak wkrótce zniknął za drzewami. 

Pozostali w ciepłym lesie. Ich dłonie splatały się w subtelnej grze. Mattias wpatrywał 

się w dziewczynę szczęśliwymi, roziskrzonymi oczami. 

- O czym chciałeś ze mną pomówić? - szepnęła. 

Ze śmiechem wzruszył ramionami. 

- O niczym. Po prostu musiałem z tobą pobyć. Przez cały czas, kiedy ich śledziłem, w 

sam środek mego niepokoju o los Andreasa wdzierałaś się ty. Nie mogę żyć bez ciebie, Hildo. 

- Ja  też  nie  mogę  bez  ciebie  żyć.  Nie  wolno  ci  wystawiać  mnie  na  takie  udręki  jak 

dziś, Mattiasie, nic zniosę tego! 

- I ty mówisz o udrękach? Czy wiesz, że odkąd cię poznałem, nie mogłem ani jeść, ani 

spać? I czy nie bywałem w Elistrand nieprzyzwoicie często? 

- Wcale  tak  nie  uważam.  Dla  mnie  mógłbyś  tam  mieszkać.  Oczywiście  nie  w  moim 

pokoju. 

background image

Powiedziała to ze śmiechem, by nie usłyszał powagi kryjącej się w jej słowach. 

Mattias  jednak  zrozumiał.  Kiedy  ją  obejmował,  poczuł,  że  jest  jak  napięta  struna,  że 

drży całym ciałem, tłumiąc pragnienia. 

Mój Boże, jak mam sobie z tym poradzić? myślał, pierwszy raz prawdziwie ją całując. 

Ona była tak chętna, taka miękka w jego ramionach i taka cudowna w dotyku. 

- Mo-może lepiej będzie, jak pójdziemy - wyjąkała, starając się uwolnić z jego objęć. 

Nie  chciała,  by  zauważył  pożądanie  ogarniające  ją  z  intensywnością,  której  romantyczny 

Mattias nie byłby w stanie pojąć. 

- Tak, chodźmy - odparł cicho i ujął ją ze rękę. 

Kiedy  zeszli  w  dół  zboczem  od  strony  parafii  Grastensholm,  znów  przystanęli. 

Kościół  leżał  skąpany  w  popołudniowym  słońcu,  cień,  który  padał  od  wieży,  wydłużył  się. 

Grupa jeźdźców dotarła już na równinę. 

Wśród  pni  brzóz  i  ciemnych  granatowozielonych  sosenek  stał  szary,  rozpadający  się 

bróg. 

Tu  w  każdym  razie  jest  bardzo  romantycznie,  pomyślała  Hilda.  Ale  pierwszy  ruch 

należy do niego. Ja nie mogę przejawiać już więcej inicjatywy. I tak zrobiłam bardzo dużo. 

Mattias zmarszczył czoło. 

- Co się stało? - zapytała Hilda. 

- Nie  wiem.  Jakiś  powiew  wiatru,  czyjś  śmiech...  Nie,  nie  pojmuję...  Jakaś  dziwna 

myśl przemknęła mi przez głowę. 

Nie  mogli  wiedzieć,  że  właśnie  w  tym  miejscu  przed  sześćdziesięciu  laty 

czternastoletnia  Sol  czekała  na  Klausa,  by  go  uwieść.  Hilda,  choć  nie  była  tego  całkiem 

świadoma, znalazła się tu w tym samym celu z Mattiasem, przyrodnim bratem wnuka Sol. 

Mattias z Ludzi Lodu mógł wyczuć obecność pięknej czarownicy w poszumie wiatru. 

Hilda tego nie potrafiła. 

- Chodź,  usiądziemy  trochę  dalej  od  ścieżki -  powiedział  rozgorączkowany. -  Na 

trawie jest jeszcze ciepło. 

Usiedli w pobliżu brogu, nie dokładnie w tym miejscu, które wybrali Sol i Klaus, ale 

dostatecznie blisko, by obecność czarownicy była wyczuwalna w powietrzu. Być może to ona 

oddziaływała  na  nich  i  sprawiła,  że  przysiedli  właśnie  tutaj,  a  może  po  prostu  sprawiło  to 

pragnienie  dwojga  młodych  ludzi,  by  być  blisko  siebie?  Ani  Mattias,  ani  Hilda  nie 

zastanawiali się nad tym, siedząc w tym „najromantycznym z miejsc”, jak wyraziła się Hilda. 

Tym razem jej nie poprawił. 

Mattias leżał oparty na łokciach i próbował dzielić źdźbło trawy, ale dłonie drżały mu 

background image

tak,  że  nie  mógł  sobie  poradzić.  Jakiś  uparty  głos  w  jego  duszy -  a  może  dochodzący  z 

zewnątrz - powtarzał bezustannie: Dalej, ruszaj, niezdaro ! Przecież ona tylko na to czeka! 

Hilda położyła się na plecach i wyciągnęła ramiona nad głową. 

- Chciałabym,  żeby  wszystko  było  takie  piękne  jak  teraz -  powiedziała  z  żalem. - 

Przez całe życie tęskniłam do piękna i tak niewiele go widziałam. 

Ucieszony tym, że przełamała milczenie, koniuszkami palców popieścił jej szyję. Nie 

mógł oderwać wzroku od jej skóry, konturów ciała, tak doskonale miękkich i kuszących. 

- Myślę,  że  sama  w  sobie  jesteś  piękna -  stwierdził,  ale  z  trudem  wydobywał  głos. - 

Nosisz piękno w sobie. 

- Naprawdę? - szepnęła zawstydzona i uniosła dłoń. 

Pogładziła go po policzku, zaczęła bawić się jego miedzianorudymi lokami, cudownie 

połyskującymi w słońcu: 

- Nie  potrzebujesz  kogoś  takiego  jak  ja. -  Te  słowa  Hilda  wymówiła  drżącymi 

wargami. Jej skóra była teraz tak gorąca, że wydawało się, że on lada chwila się poparzy. 

- Powinieneś  mieć  łagodną,  delikatną  i  cierpliwą  kobietę,  która  umiałaby  czekać,  aż 

będziesz pewien swoich potrzeb i możliwości. 

W  jego  jasnych,  niebieskich  oczach  pojawił  się  uśmiech  z  pogranicza  szczęścia  i 

rozpaczy. 

- A  ty  nie  powinnaś  mieć  kogoś  takiego  jak  ja,  kto  nie  potrafi  dać  ci  tego,  czego 

potrzebujesz. 

Między płaczem a śmiechem powiedziała: 

- Nie pasujemy do siebie, a mimo wszystko bezgranicznie cię kocham. 

- Naprawdę? - szepnął. - Naprawdę tak jest? 

Dalej się nie posunęli, gdyż na ścieżce zadudniły ciężkie kroki. Był to maruder Jesper, 

który w wielkich buciorach wdarł się w kruchy jak porcelana nastrój. 

- Aaa,  widzę,  że  i  doktor  zrobił  swoje -  bezceremonialnie  zawyrokował  grubym, 

donośnym  głosem,  po  którym  zawsze  można  go  było  poznać. -  No  to  dobrze.  Bo  muszę 

powiedzieć, że bez tego nie da się wytrzymać. Można wyschnąć. 

Bez  krztyny  skrępowania  usiadł  obok  nich  na  trawie,  szeroko  rozrzucając  nogi  i 

kładąc dłonie na kolana. 

Mattias  i  Hilda  nie  zdążyli  jeszcze  przyjść  do  siebie,  a  on  już  z  właściwą  sobie 

rubasznością mówił dalej: 

- No,  naprawdę,  to  dlatego  doktorowi  nie  spodobało  się,  że  Jesper  odwiedził 

panieneczkę w jej pokoju? Teraz rozumiem, że trzymał ją dla siebie. Nie, ja nie jestem z tych, 

background image

co to chcą stawać innym na drodze. Życzę szczęścia, ze szczerego serca. 

- Dziękuję,  Jesperze -  mruknął  Mattias.  Obydwoje  już  usiedli. -  Właśnie  mieliśmy 

zamiar iść do domu. Może pójdziemy razem? 

- Aha,  to  znaczy,  że  już  po  wszystkim -  ucieszył  się  nieodrodny  syn  Klausa. -  Ale 

wydaje mi się, że panieneczka jest jeszcze chętna, doktorze. Pewni jesteście, że miała dosyć? 

Można to poznać po... 

- Wszystko jest jak należy - szybko powiedziała Hilda. - Chodźmy, niedługo zapadnie 

zmrok. 

- No  i  jak,  Jesperze? -  zapytał  Mattias,  kiedy  ciągle  jeszcze  oszołomieni  schodzili  w 

dół ścieżką. - Jak ci się udały konkury? 

- Świetnie,  doktorze,  świetnie!  Od  razu  przystała.  Ale  nie  bierze  mnie  nagiego  i 

bosego... mam ziemię i dom. Ślub będzie niedługo. 

- Gratuluję, Jesperze! To miło słyszeć! 

- Ale był jeden kłopot. To jasne, zawsze coś jest. Musiałem przyrzec, że w przyszłości 

będę trzymał łapy z daleka od młodszych sikorek, bo inaczej nic z tego, zagroziła. No cóż, nie 

można mieć w życiu wszystkiego. Pamiętam jedną dziewczynę z Holszta... 

- Holszta? 

- No tam, w Niemczech, przecież wiecie. 

- A, z Holsztynu! 

- No, właśnie. No, to nie była już dziewczyna, kobyła dobrze w latach, ale ile ona mi 

pokazała! Byłem wtedy jeszcze zupełnie zielony. 

Roześmiał  się  na  wspomnienie  i  właśnie  miał  zamiar  wchodzić  w  szczegóły,  ale 

Mattias go uprzedził, szybko zmieniając temat. 

- Zobaczymy, czy nie uda się jakoś uprzyjemnić twojego wesela, Jesperze. 

- O, dziękuję. A kiedy wasze? 

- To...  to  jeszcze  nie  ustalone -  odparł  Mattias  i  ukradkiem  ścisnął  rękę  Hildy. -  Ale 

sądzimy, że już wkrótce. 

- To dobrze. Nie warto za długo zwlekać. 

I  to  mówił  czterdziestosiedmiolatek,  który  dopiero  po  wielu  namowach  zdecydował 

się na ożenek! 

- To  straszne  z  tym  wilkołakiem -  powiedział  Jesper  zadumany. -  I  pomyśleć,  że  był 

nim nasz wójt. To najgorsza rzecz, jaką słyszałem! 

- On nie był prawdziwym wilkołakiem - wyjaśnił Mattias. - Prawdziwych wilkołaków 

nie ma. On się po prostu przebrał. 

background image

- I  na  co  to  komu? -  użalił  się  Jesper  nad  tym,  że  musiał  wysilać  swój  umysł  ponad 

wszelkie granice. 

- No  właśnie -  Mattias  najwyraźniej  uznał,  że  nie  warto  trudzić  się  dalszymi 

wyjaśnieniami. -  No,  ale  jesteśmy  już  w  domu.  Wiesz,  Jesperze,  teraz  możesz  bez  ryzyka 

przenieść się do swojej zagrody. Niebezpieczeństwo minęło. 

Prostoduszny stajenny westchnął: 

- To świetnie... Pewnie, że mi tu na Grastensholm dobrze, ale najlepiej jest być sobie 

panem! Chociaż... teraz pewnie będzie inaczej. Kobita w domu... 

Zadumał się. Z twarzy jednak wyczytali, że uznał tę myśl za przyjemną. 

Hilda  całą  drogę  szła  w  milczeniu.  Nie  mogła  darować  sobie,  że  tak  brutalnie 

przerwano ich schadzkę w tym pięknym  miejscu koło brogu. Coś lekko jak tchnienie wiatru 

dotknęło jej twarzy. Pajęczyna albo...? 

I  gdyby  Mattias  był  jednym  z  dotkniętych  z  Ludzi  Lodu,  zastanawiałby  się  pewnie, 

czy  byli  tam  na  górze  sami,  czy  też  ktoś  im  towarzyszył.  Być  może  dostrzegłby  cień 

czternastoletniej  dziewczyny,  która,  rozbawiona,  z  łobuzerskim  uśmiechem  przycupnęła  na 

zboczu. 

Ironią  losu  było,  że  to  właśnie  syn  jej  kochanka  zakłócił  i  przerwał  tę  piękną  scenę, 

którą obserwowała, kiedy na chwilę zajrzała do świata żywych. 

Może pomyślała sobie, że świat od jej czasów niewiele się zmienił? Że to mężczyźni 

nadal występują w roli atakujących myśliwych, a kobietom nie wolno pokazywać uczuć, gdyż 

mężczyźni pragną zwyciężać i chcą, by były romantycznie nieśmiałe i trudne do zdobycia? 

Ludzie  wojewody  po  przesłuchaniu  wszystkich,  którzy  orientowali  się  w  sprawie, 

zabrali ze sobą wójta. 

Nastąpiło to późnym wieczorem. W związku z tym Mattias nalegał, by Hilda spędziła 

na  Grastensholm  jeszcze  jedną  noc.  Było  to  dość  kiepskie  wytłumaczenie,  tak  pewnie 

uważała rodzina, ale nikt nie chciał podważać  jego decyzji.  Kaleb więc  jeszcze raz pojechał 

samotnie do domu z wiadomością, że Hilda i tej nocy nie przybędzie. 

- Wygląda  na  to,  że  zaczyna  się  to  stawać  zwyczajem -  powiedziała  z  przekąsem 

Gabriella,  usłyszawszy  nowinę. -  Ale  ma  moje  błogosławieństwo.  Jeśli  potrafi  położyć  kres 

kawalerskiemu żywotowi Mattiasa, będzie jej to policzone za dobry uczynek! 

Tym razem Hilda wyraźnie  nalegała,  by  mogła  spać w oddzielnym pokoju. Cała noc 

spędzona  w  obecności  Mattiasa  to  było  więcej  niż  mogła  znieść.  Chciała  po  prostu  się 

wyspać. Nie mogła sobie przypomnieć, kiedy ostatnio dane jej było przespać całą noc. 

Nie stało się tak i tej nocy... 

background image

Obydwoje  zasnęli  od  razu,  zmęczeni  ostatnimi  wydarzeniami,  które  bardziej,  niż  by 

się na pozór wydawało, zakłóciły im spokój ducha. Hilda zapadła w mocny, życiodajny sen. 

Nad ranem coś ją obudziło. 

Wołanie o pomoc? 

Znów zamieszanie? Znów wilkołak? Nie, ta sprawa była zakończona. 

Gdzie ona właściwie jest? Gdzieś niedaleko piszczy szczeniak... 

Znów usłyszała krzyk. Zduszony, przeszywający serce. 

I już wiedziała, gdzie jest i kto krzyczy. Zerwała się z łóżka. 

Mattiasowi powrócił dawny strach. Góra, ogromna góra wznosiła się nad nim, a jego 

zmuszono  do  wejścia  w  ciemną  dziurę,  gdzie  jeden  luźny  głaz  mógł  zadecydować  o  jego 

życiu. Czuł, jak masa kamieni powoli osuwa się na niego, przyciska kręgosłup, miażdży... 

Chciał  się  wydostać,  uciekał,  wyszedł  już  z  ciasnego  korytarza,  ale  wokół  niego 

wszystko było zasypane. Został uwięziony w grocie bez wyjścia, bez żadnej szczeliny. 

Zwykle  w  tym  właśnie  momencie  wstawał  i  chodził  we  śnie -  szedł  i  szedł,  by  się 

wydostać i znaleźć jak najdalej od kopalni. 

Tym  razem  jednak  nie  zdążył.  Ktoś  był  przy  nim.  Ktoś  o  łagodnym,  uspokajającym 

głosie wślizgnął się do jego łóżka, tulił go do siebie, pocieszał, rozgrzewał. 

Wiedział,  że to  nie  matka,  nigdy  by  nie  zrobiła  czegoś takiego.  Ona tylko  potrząsała 

go delikatnie za ramiona i już się budził. 

To  była  Hilda,  jego  Hilda!  Z  wdzięcznością  przyjął  jej  ciepło,  półsennie  otoczył 

ramionami, po trosze by uwolnić się od koszmaru, a po trosze z nieprzemożonej potrzeby, by 

ją  przygarnąć  do  siebie.  Wtulił  się  w  gorące  objęcia,  spragniony  szukał  gwałtownie  jej  ust, 

pocałunki były zmysłowo wilgotne, leniwie pożądające, wydawało się, że zapadł w erotyczny 

sen. Otworzyła się  i ogarnęła go, a Mattias, jeszcze senny, nie wiedział,  jak to się stało, gdy 

nagle zaczął ją brać w swoje posiadanie. 

Powiodło mu się! Nic mu nie dolegało! Może nie było to najbardziej udane zbliżenie 

w  historii;  po  prawdzie  zaliczyć  je  trzeba  do  tych  najmniej  udanych:  pełne  niezgrabnych 

ruchów, przeszkadzającej pościeli, niecierpliwości, bólu, nerwów i przerażenia - ale doszło do 

skutku! 

Mattias  leżał  jak  wycieńczony  gladiator  na  arenie  i  był  bardzo,  bardzo  szczęśliwy,  a 

Hilda  delikatnie  gładziła  go  po  włosach,  pragnąc,  by  niedługo  się  podniósł,  gdyż  chciała 

doprowadzić do porządku swą piękną nocną koszulę. 

Nie miała jednak serca, by mu to powiedzieć, w tak świętej chwili nie mogła brutalnie 

ściągnąć go na ziemię. 

background image

Na  pewno  była  cokolwiek  zawiedziona,  ale  też  dumna  i  szczęśliwa.  Nie  można  od 

nikogo żądać rzeczy niemożliwej, myślała, nie wiedząc, że przed nimi jest wiele cudownych 

chwil, które nadejdą po długim okresie trudnych i często bolesnych przygotowań. 

Ale jeśli o to chodziło, nie byli jedyną parą na świecie. 

Jesperowi  wyprawiono  wielkie  wesele  i  został  statecznym  ojcem  rodziny. 

Zrezygnował  na  jakiś  czas  z  „kwiatków”,  dziecko  więc  było  już  w  drodze.  Był  dumny  jak 

paw i przestał uganiać się za dziewkami. 

Następnie  rozpoczęły  się  przygotowania  do  wesel  w  czterech  dworach.  Weseliska 

miały odbyć się na Grastensholm i Elistrand zaraz po Bożym Narodzeniu, ale zaangażowane 

były także Lipowa Aleja  i Eikeby. Ani Eli, ani Hilda nie  miały żadnych krewnych, ale teraz 

wchodziły  obie  do  wielkiej  i  kochającej  rodziny.  Oczywiście  przybyć  miała  także  duńska 

gałąź  rodu,  dlatego  właśnie  zdecydowano  się  połączyć  wesela.  Ale  nie  chciano,  by  obie 

uroczystości odbyły się jednocześnie, każda para miała mieć swój własny dzień. Rzecz jasna, 

nikt się nie sprzeciwiał, by naprawdę wystawnie uczcić oba śluby. 

Zanim jednak to nastąpiło, wydarzyło się coś nieoczekiwanego. 

Pewnego dnia późną jesienią Are wezwał na spotkanie całą norweską gałąź rodu. 

Zebrali  się  w  starej  części  Lipowej  Alei,  gdzie  ostatnie  promienie  zachodzącego 

słońca  przez  witraż  Benedykta  Malarza  wpadały  do  środka  w  postaci  kolorowych  smug  i 

gdzie portrety czwórki dzieci: Liv, Sol, Daga i Arego, przypominały o minionych czasach. 

Od dawna już nie było żadnego dziecka ani w Lipowej Alei, ani na Grastensholm. A i 

w  Elistrand  musiano  „pożyczać”  dzieci  od  innych,  by  dom  tętnił  śmiechem  i  zabawą. 

Najstarsi w rodzie mieli jednak nadzieję, że wkrótce będzie inaczej. 

Nikt, nawet najbliższa rodzina, nie wiedział, co Are ma do zakomunikowania. 

Kiedy wszyscy już nadeszli, Are wstał i drżącym głosem zaczął mówić: 

- Dostałem dzisiaj list. Od twego brata Tancreda, Gabriello. 

- Od Tancreda? - zdziwiła się margrabianka.- Do ciebie, wuju Are? Czy on nie jest w 

Holsztynie? 

- Tak. Ale teraz był w domu. 

Are  przerwał  na  chwilę.  Musiał  wyjąć  chusteczkę  i  wytrzeć  oczy,  by  móc  mówić 

dalej. 

- Och, chyba nie stało się nic złego - wystraszyła się Liv. - Czy to zaraza? 

- Złego? - roześmiał się Are i otarł łzy. - Nie, nie bój się - chrząknął. - Tancred spotkał 

Mikaela! Mikaela syna Tarjeia, mojego zaginionego wnuka! 

Podniosła się wrzawa. Wszyscy byli głęboko poruszeni i uradowani nowiną. 

background image

- Przeczytaj nam ten list! - Liv udało się przekrzyczeć pozostałych. 

W końcu zapadła cisza i Are zaczął czytać: 

Drogi wuju Are! 

Piszę  do  Ciebie,  byś  nie  musiał  otrzymywać  wiadomości  z  drugiej  ręki.  Spotkałem 

Mikaela Linda z Ludzi Lodu! To było niezwykle dziwne spotkanie, które zaraz opiszę. 

List był bardzo długi. Are odczytał opis, jak to jeden z kolegów Tancreda natknął się 

na jego sobowtóra w „kraju wroga” i jak krewniacy spotkali się we mgle nad brzegiem Łaby. 

Potem następowało zakończenie: 

Był  naprawdę  niezwykle  do  mnie  podobny,  wuju  Are.  Bardzo  przystojny -  to  chyba 

oczywiste!  W wyglądzie różniły  nas tylko brwi  i  uśmiech. Ale  ja okazałem się  idiotą, wujrr 

Are!  Dopiero  gdy  na  powrót  znalazłem  się  po  mojej  stronie  rzeki,  przyszły  mi  do  głowy 

wszystkie pytania, które powinienem  był  mu  zadać. To on głównie dowiadywał się o swoją 

rodzinę w Norwegii i Danii. 

Czasu mieliśmy mało, nieustannie odzywał się głos rogu, a ja byłem bardzo poruszony 

spotkaniem. I właściwie nie wiem, jak teraz możemy go odnaleźć! 

W hallu rozległo się westchnienie zawodu. 

- Tak,  to  bardzo  niemądre  ze  strony  chłopaka -  powiedział  Are. -  Ale  musimy  mu 

wybaczyć, to była przecież całkiem nieoczekiwana sytuacja. Ale mamy kilka śladów. 

Kiedy wieczorem wróciłem do obozu, zapisałem to, co wiem o Mikaelu. 

1. Szwecja zbroi się do wojny przeciwko Rosjanom  i Polakom, a więc Mikael, który 

ma stopień korneta, miał być przeniesiony do Ingermanlandii. 

- O, to daleko - powiedział Brand zamyślony. 

- Tak,  od  dwóch  lat  nie  ma  żadnego  stałego  adresu,  wysyłają  go  do  różnych 

szwedzkich posiadłości. 

2. Pojechał do Szwecji wraz z Marką Christianą, kiedy ona wyszła za mąż za syna ich 

opiekuna.  A  wiemy,  że  opiekunem  był  szwagier  Johana  Banera.  Mikael  mieszkał  z  Marką 

Christianą po jej ślubie, do czasu gdy stał się dorosły. 

3.  Mąż  Marki  Christiany  jest  bardzo  znaczącą  osobą,  zarówno  w  wojsku,  jak  i  na 

królewskim dworze. 

4. Na imię ma Gabriel. I tu właśnie powinienem był zapytać o nazwisko, dureń. Ale w 

tym rodzie wszyscy pierworodni  synowie  mają  na  imię Gabriel z powodu jego praprababki, 

która  straciła  dwanaścioro  dzieci,  po  czym  przyśnił  się  jej  anioł,  nakazujący,  by  następne 

dziecko ochrzciła imieniem Gabriel, i to właśnie dziecko przeżyło. 

To  prawie  wszystko,  co  wiem  na  temat  Mikaela,  wuju  Are,  poza tym,  że  cieszył  się 

background image

dobrym zdrowiem, wydawał się bardzo inteligentny i wykształcony i że chciał przyjechać do 

Lipowej  Alei  i  Grastensholm,  gdy  tylko  będzie  to  możliwe.  To  jednak  może  potrwać. 

Stosunki między Szwecją a Norwegią nie są obecnie najlepsze, a wygląda na to, że mogą się 

jeszcze  pogorszyć.  Karol  X  Gustaw  to  wojowniczy  król.  Maszyna  wojenna!  Oczywiście 

zaprosiłem także Mikaela do Gabrielshus, jeśli kiedykolwiek znalazłby się w Danii. 

To  wszystko.  Mam  nadzieję,  że  z  radością  przyjmiesz  tę  nowinę,  jestem  pewien,  że 

tak  będzie.  Pozdrowienia  dla  wszystkich  członków  rodziny,  zwłaszcza  dla  mojej  siostry 

Gabrielli i jej mężulka Kaleba, i kochanej małej Eli! Pomyśleć, że ona wybiera się za mąż! To 

dziecko!  I  za  Andreasa!  Człowiek  czuje  się  stary  i  dostojny,  kiedy  już  od  trzech  lat  jest 

żonaty. Naprawdę miło było usłyszeć, że komuś wreszcie udało się zaciągnąć da ołtarza także 

Mattiasa. Dla nas  był on  idealnym wizerunkiem  starego kawalera. Dziewczyna, której udała 

się ta sztuka, musi być bardzo wyjątkowa! 

- I tak jest - ze śmiechem stwierdził Mattias. 

Ojciec  i  matka  czują  się  wyśmienicie  i  bardzo  się  cieszą  na  wielkie  wesele  w 

Norwegii,  choć  matka trochę  narzeka.  Czy  ciągle  musicie  się  żenić  w  samym  środku  zimy? 

Skagerraku  w  tym  czasie  jest  naprawdę  bardzo  nieprzyjemny.  Jessica  przesyła  gorące 

pozdrowienia,  nie,  babciu  Liv,  nie  spodziewa  się  znów,  dziecka,  wydaje  się,  że  pod  tym 

względem podtrzymujemy tradycje rodzinne i mamy jedno, ale za to jakie... 

- Skąd wiedział, że o tym myślę? - Liv była bardzo zaskoczona, ale wszyscy tylko się 

roześmiali. 

...  Lena  jest  cudownym  dzieckiem.  We  wszystkim  podobna  jest  do  mnie,  gada  jak 

najęta, rozrzuca wszystko tam, gdzie jej się żywnie podoba. Ojciec straszliwie ją rozpieszcza, 

ale  jest  trochę  zaniepokojony,  bo  jeśli  nie  będziemy  mieć  więcej  dzieci,  ród  Paladinów 

wygaśnie. Ojciec zastanawia się nad przeforsowaniem nowej klauzuli, tak by przyszłe dzieci 

Leny  także  mogły  nosić  nazwisko  Paladin.  Ja  uważam  to  za  całkiem  nierealne.  Jedynym 

rozwiązaniem wydaje się, że Lena nie wyjdzie za mąż, ale będzie miała syna, tak jak było w 

przypadku  mojej  prababki  ze  strony  matki,  Charlotty  Meiden.  Oczywiście  nie  uważam  tego 

wyjścia za najlepsze i chyba nie polecałbym go mojej córce. 

Widzisz  teraz -  nawet  z  mojego  pióra  słowa  płyną  wartkim  potokiem!  Serdeczne 

pozdrowienia  od  człowieka,  który  nie  wiedział,  jak  zakończyć  list,  i  dlatego  pisał  aż  do 

śmierci albo raczej śmierci jego czytelnika. Twój oddany Tancred, w domu, na przepustce. 

- O  Boże! -  jęknęła  Gabriella. -  To  gadulstwo  musiał  odziedziczyć  po  ciotce  Ursuli. 

Ona też może mówić godzinami. 

- Tancred  to  dobry  chłopak -  śmiał  się  Brand. -  Ale  to  rzeczywiście  było  zabawne! 

background image

Musimy jak najszybciej rozpocząć poszukiwania Mikaela. 

- On jest przecież w Ingermanlandii - wtrącił Tarald. 

- Tak. Z nim samym się teraz nie skontaktujemy. Ale musimy dowiedzieć się, kim jest 

mąż Marki Christiany. To nie może być bardzo trudne. Ona sama jest bardzo znaczącą osobą, 

pochodzi przecież z najwyższej szlachty. 

- Czy można się teraz dostać do Szwecji? - zastanawiał się Andreas. 

- Wątpię -  odparł  Kaleb. -  W  każdym  razie  nie  będzie  się  przyjętym  z  otwartymi 

rękami. 

- Musimy  to  sprawdzić -  powiedział  Are  ożywiony. -  Jeżeli  teraz  się  nie  uda, 

poczekamy  i  zobaczymy.  Niestety,  nie  mamy  żadnych  znajomych  w  Sztokholmie,  ale  jakoś 

sobie  poradzimy.  Najważniejsze,  że  Mikael  żyje  i  że  najwyraźniej  wszystko  z  nim  w 

porządku. Jestem taki szczęśliwy, niemal bliski szaleństwa. Od tylu lat tak bardzo się o niego 

martwiłem.  Teraz  wiem,  że  chłopak  istnieje.  Moja  dusza  odzyskała  spokój.  Więcej  mi  nie 

trzeba. 

Tego dnia gości żegnał prawdziwie szczęśliwy patriarcha. 

background image

ROZDZIAŁ XIV 

Rok później kobiety zebrały się w Lipowej Alei. Szyły małe, malutkie ubranka... 

Spotkanie zorganizowały Matylda i jej synowa Eli. Z Grastensholm przybyły Liv, Irja 

i Hilda. 

Przyniosły  ze  sobą  wiktuały  z  własnej  kuchni.  Po  długich  rozważaniach  zaproszono 

także  Gabriellę.  Pozostałe  kobiety  nie  były  pewne,  jak  przyjmie  ona  nieuniknione  w  tym 

gronie  rozmowy  o  mających  przyjść  na  świat  dzieciach,  jako  że  i  Hilda,  i  Eli  były  przy 

nadziei. 

Gabriella  jednak  zawsze  uważała  Eli  za  rodzoną  córkę,  chociaż  dzieliła  je  różnica 

zaledwie  dziesięciu  lat,  zresztą  spotkanie  w  rodzinnym  klanie  bez  Gabrielli  było  nie  do 

pomyślenia. 

Pragnęły 

jej 

obecności. 

Miała 

przecież 

także 

zostać 

babcią, 

dwudziestosiedmioletnią... 

I  Gabriella  przyszła.  Ona  i  Kaleb  mieszkali  teraz  w  Elistrand  sami,  ponieważ  Eli 

przeniosła  się  do  Lipowej  Alei.  Nadal  mieli  jeszcze  dwójkę  dzieci  pod  opieką;  troje  zdołali 

umieścić u dobrych rodzin we wsi. Nie chcieli już pomocy w domu, ale bardzo brakowało im 

Eli. Hildy także. Niewiele tygodni u nich spędziła, ale świetnie radziła sobie z dziećmi. 

Liv ściskało się serce, gdy myślała o Gabrielli. Miała przed oczami scenę sprzed kilku 

lat,  umierające  dziecko...  Gabriella  była  osobą  budzącą  współczucie,  chociaż  zawsze 

sprawiała wrażenie  szczęśliwej  i wesołej. Eli  bardzo wiele znaczyła dla  niej  i dla  Kaleba.  A 

teraz także przybrana córka odleciała z rodzinnego gniazdka. 

Wszystkie  obecne  panie  szyły  albo  robiły  na  drutach.  Było  sobotnie  popołudnie, 

wrześniowe  słońce  świeciło  przez  okna  Matyldy.  W  każdym  oknie  było  sześć  na  łokieć 

długich i szerokich szybek. Ludzie ze wsi mówili, że to zbytek. Zazdrośnicy! 

- Eli, niewiele już ci dni zostało do rozwiązania - powiedziała Irja. 

Dziewczyna  roześmiała  się  radośnie.  Miała  dopiero  siedemnaście  lat,  była  drobna  i 

delikatna jak lilia, ale wszystkie wiedziały, że jest dzielna i że wiele potrafi wytrzymać. 

- Będziesz  miała chłopczyka, obiecuję ci - powiedziała Liv. - Are  miał trzech synów. 

Tarjei i Brand po jednym, i ty też się od tego nie wykręcisz. 

- Nie  mam  nic  przeciwko  temu -  uśmiechnęła  się  Eli. -  Andreas  także  nie.  Ale  miło 

byłoby mieć także dziewczynkę! 

- Nie możesz być taka nienasycona - powiedziała Gabriella. - Ludzie Lodu muszą być 

pokornie wdzięczni za to, co dostaną. Nie są rozpieszczani dużą liczbą dzieci. 

background image

Hilda  siedziała  milcząca,  ale  promieniowała  z  niej  wewnętrzna  radość.  Miała  dać 

Mattiasowi  dziecko,  i  nie  zastanawiała  się,  czy  będzie  to  chłopiec,  czy  dziewczynka:  Nie 

przejmowała  się  wcale,  że  także  i  ród  Meidenów  wygaśnie,  jeżeli  ona  nie  urodzi  syna.  To 

było nieistotne. 

Jeszcze  pozostawało  jej  parę  miesięcy  oczekiwania.  Wiedziała,  że  Irja  i  Liv  szyją 

ubranka  dla  jej  dziecka,  pięknie  haftowane  szatki.  Uwielbiała  je  trzymać  w  dłoni, 

rozkoszować dotykiem. 

Eli pochyliła się nad Gabriellą. 

- Niedługo  już  musisz  skończyć  tę  koszulkę,  mamo,  jeśli  dziecko  ma  zdążyć  ją 

ponosić, zanim stanie się za mała. 

- Mówisz  dokładnie  tak  jak  moja  matka -  uśmiechnęła  się  Gabriella. -  To  samo  mi 

mówiła,  gdy  szyłam  moją  ślubną  wyprawę.  Nigdy  nie  umiałam  szyć.  A  poza  tym  nie 

dostaniesz tej koszulki. Mam zamiar zatrzymać ją dla siebie. 

- No cóż. - Liv krytycznym okiem spojrzała na robótkę. - Aż takie arcydzieło to to nie 

jest. 

- Chyba  mnie  nie  rozumiecie -  powiedziała  Gabriella,  podnosząc  koszulkę  do  góry. - 

Mnie samej będzie ona potrzebna. 

Zapadła pełna niedowierzania cisza. 

- Zainspirowała  mnie  powszechna  chęć  posiadania  dzieci.  Chciałabym  prosić  o 

włączenie  mnie  do  związku  matek.  Kaleb  i  ja  spodziewamy  się  powiększenia  rodziny  w 

kwietniu. 

Zdziwienie  nie  byłoby  większe,  gdyby  do  pokoju  spadła  gwiazda  z  nieba.  Nagła 

wrzawa zwabiła mężczyzn i niskie głosy włączyły się w tę istną kakofonię: 

- A my tak martwiliśmy się o potomków, Liv! - zawołał Are do siostry. 

Ale  Liv  wyszła  już  do  innego  pokoju  i  z  płaczem  złożywszy  dłonie  do  modlitwy 

dziękowała Bogu. 

Hilda okazała się prawdziwym skarbem dla Grastensholm. 

Tarald, który często martwił się, że Mattias zupełnie nie  interesuje się prowadzeniem 

gospodarstwa,  był  teraz  uszczęśliwiony.  Hilda  brała  udział  we  wszystkim:  razem  z  teściem 

zajmowała  się  rachunkami,  uwielbiała  pracować  w  obejściu  i  na  polach,  uczestniczyła  w 

gospodarskim planowaniu i czuła się tu jak ryba w wodzie. 

W końcu Irja musiała położyć kres jej nadmiernemu zaangażowaniu. 

- Nie możesz się teraz tak przemęczać, kochana. Pamiętaj o dziecku! 

Hilda  starała  się  więc  żyć  spokojniej,  ale  robiła  wszystko,  by  Mattias  bez  wyrzutów 

background image

sumienia mógł poświęcać się pracy medyka. 

Tego dnia, gdy zrozumiała, że została zaakceptowana przez całą wieś, długo siedziała 

nic nie  mówiąc, w podniosłym  nastroju, z uśmiechem zadowolenia na twarzy. Wiedziała, że 

dużo  było  śmiechu  i  drwin  na  temat  małżeństwa  doktora  z  córką  hycla.  Dobre  serce  barona 

Meidena sprowadziło go tym razem na manowce, powiadano z pogardliwym uśmiechem. To 

przecież nic innego jak litość, wkrótce pożałuje, że przyjął pod swój dach takie nic. Nikt nie 

wierzył, że ich związek może ułożyć się pomyślnie. 

Czas  zrobił  swoje;  gdy  ludzie  bliżej  poznali  Hildę,  prześmiewki  ucichły.  Mądra  Liv 

zapraszała sąsiadów, by osobiście mogli przekonać się o zaletach Hildy. Teraz więc razem z 

nią  cieszyli  się  mającym  urodzić  się  dzieckiem,  a  z  upływem  czasu  zaczęto  o  niej  mówić 

„moja przyjaciółka doktorowa na Grastensholm”. 

Nie była już dłużej odepchniętą, tą, która musiała się ukrywać, gdy w pobliżu zjawiali 

się  ludzie.  Była  wolna,  mogła  chodzić  z  podniesioną  głową.  A  kiedy  do  wsi  przybył  nowy 

hycel  i  Hilda dowiedziała się, że ma on małe dzieci, poszła tam z wielkim koszem  jedzenia, 

poznała się z rodziną i pilnowała, by zawsze im się dobrze wiodło, nie tylko materialnie. Nikt 

bowiem nie doświadczył bardziej niż ona, co znaczy być dzieckiem hycla. 

Dzieci, których oczekiwano, zbliżyły kobiety bardziej niż kiedykolwiek. Każda z nich 

miała  wejść  w  nową  rolę -  matki,  babki  albo,  jak  Liv,  prababki.  Cecylia  słała  listy 

zazdroszcząc, że ona i Jessica nie mogą teraz być z nimi. Ale listy krążyły często, co tydzień 

nowe sprawozdania. 

Nikt  tym  razem  nie  obawiał  się  przekleństwa  Ludzi  Lodu.  Bo  czy  Gabriella  nie 

urodziła już dotkniętego dziecka? Czegóż więc miano się bać? 

Uzgodniono  sygnał,  za  pomocą  którego  miały  porozumiewać  się  dwory,  i  pewnej 

październikowej  nocy wykorzystano go po raz pierwszy.  W Lipowej Alei wywieszono białą 

flagę - tak naprawdę był to lniany ręcznik - której znaczenia nie zrozumiał nikt inny we wsi. 

Ale z Grastensholm i Elistrand pospiesznie przybyły kobiety, by pomóc Eli. 

Ich  wsparcie  było  dla  młodziutkiej  Eli  niezwykle  cenne.  Wszystkie,  z  wyjątkiem 

Hildy,  już to kiedyś przeżywały. Mężczyźni, Andreas, a nawet Mattias, traktowani  byli tego 

dnia  jak  zło  konieczne.  Posłano  naturalnie  po  akuszerkę,  uznano  bowiem,  że  nie  należy 

poprzestawać na rodzinnych ekspertach. 

Eli była nieduża i szczuplutka, ale świetnie sobie poradziła. Tuż przed północą, na tyle 

wcześnie, by można było mówić o dziecku „urodzony w niedzielę”, przyszedł na świat nowy 

dziedzic Lipowej Alei. 

Nie  stanowił  szczególnej  niespodzianki,  wszyscy  bowiem  spodziewali  się  chłopca. 

background image

Ale  trochę  jednak  ich  zaskoczył.  Przerwał  ciąg  silnych,  ciemnowłosych  dzieci,  który 

rozpoczął  Are,  a  kontynuowali  Brand  i  Andreas.  Chłopczyk  miał  nieco  jaśniejsze  włosy,  a 

jego  rysy  nie  były  tak  podobne  do  eskimoskich,  jakie  oni  mieli  przy  narodzinach. 

Stwierdzono,  że  bardziej  przypomina  Tarjeia,  chociaż  nie  w  stopniu  uderzającym.  Miał 

jednak nieco skośne oczy i z lekka wyostrzone rysy. 

Eli i Andreas już dawno zdecydowali, jakie imię nadadzą chłopcu. Jej ojciec nazywał 

się  Nils,  a  ojciec  Matyldy,  gospodarz  Niklas  Niklasson,  na  pewno  miał  żal,  że  Andreas  nie 

otrzymał imienia po nim. Chłopczyk więc nazywać się miał Brand Niklas Kaleb - ostatnie po 

przybranym ojcu Eli - na co dzień zaś miał zostać Niklasem. 

Żadna  matka  nie  mogła  być  bardziej  troskliwa  niż  młodziutka  siedemnastoletnia  Eli. 

Kołysała  i  przewijała  niemowlę  i  przez  cały  dzień  promieniała  jak słońce.  Zresztą  nie  tylko 

ona  jedna.  Mały  Niklas  już  wkrótce  stał  się  oczkiem  w  głowie  mieszkańców  Lipowej  Alei, 

rozpieszczany przez wszystkich: ojca Andreasa, dziadka Branda, babkę Matyldę i pradziadka 

Arego. 

Na Grastensholm niepokojono się coraz bardziej. Było już po czasie. 

- Posłuchaj, Hildo - powiedział Mattias. - Nie masz chyba ochoty czekać aż do Bożego 

Narodzenia? Bo muszę ci powiedzieć, że to naprawdę najmniej odpowiedni dzień na rodzenie 

dzieci. 

On sam powinien coś o tym wiedzieć. 

Nie,  Hilda  aż  tak  długo  nie  czekała.  Tuż  przed  świętami  w  roku  1655  biały  ręcznik 

załopotał nad Grastensholm i kobiety niebawem przybyły na miejsce. 

Wszystko  poszło  szybko.  Wkrótce  Mattias  mógł  trzymać  w  ramionach  swą  nowo 

narodzoną  córeczkę  i  stwierdzić,  że  ma  ona  brązowe  loki.  Mała  miała  na  głowie  delikatny 

meszek,  ale  on  i  tak  upierał  się  przy  swoim.  Dodawał,  że  na  razie  nie  można  jeszcze 

powiedzieć, do kogo jest podobna. 

Matka Hildy miała na imię Inga, a Mattiasa Irja. Dziecko więc nazwano Irmelin. 

Irja oczywiście natychmiast otworzyła serce przed wnuczką, ale Tarald okazał większą 

rezerwę. 

- Powinien być chłopak, Mattiasie - strofował syna. - Powinien być chłopak. 

- Jeszcze nie skończyliśmy - uśmiechnął się Mattias. 

- Z Ludźmi Lodu nigdy nic nie wiadomo - odparł ojciec. 

Taraldowi  zawsze  z  trudem  przychodziło  ojcowanie  z  małymi  dziećmi.  Własnych 

synów  starał  się  unikać  i  bardzo  dużo  czasu  upłynęło,  zanim  zaakceptował  Kolgrima.  A 

następnie;  by  żadnego  z  synów  nie  wyróżniać,  równie  surowo  traktował  Mattiasa,  co  było 

background image

absolutnie zbędne. 

Często jednak, kiedy Tarald sądził, że nie jest w zasięgu niczyjego wzroku, można go 

było  zobaczyć,  jak  pochylony  nad  kołyską  podaje  dziewczynce  swój  palec  do  zabawy. 

Uśmiechał się wtedy czule i szeptał maleńkiej wnuczce dziadkowe tajemnice. 

Kiedy  zbliżało  się  rozwiązanie  Gabrielli,  Cecylia  nie  mogła  wytrzymać  w  domu. 

Zabrała ze sobą Jessikę i przyjechała do Norwegii. Podziwiała Niklasa, który skończył już pół 

roku, i czteromiesięczną Irmelin, „podobną do Tancreda jak dwie krople wody, ludzie, czy wy 

tego  nie  widzicie?”  Niepodzielnie  zapanowała  na  Elistrand  i  zalała  Gabriellę  i  Kaleba 

potokiem dobrych rad. 

Przyjazd  Cecylii  spowodował,  że  Elistrand  kipiało  życiem.  Dowodzenie  objęła 

najbardziej  energiczna  i  dynamiczna  z  Ludzi  Lodu,  więc  „związek  kobiet”  święcił  swe 

wielkie dni. 

Napięta  sytuacja  wokół  granic  Danii  i  Norwegii  zaostrzyła  się  jeszcze  bardziej.  Ród 

niepokoił  się  o  swych  dwóch  synów:  Tancreda  i  Mikaela.  Tancred  nadal  był  w  Holsztynie, 

gdzie strzegł granic ze szwedzkimi terytoriami. Rosyjski car zaatakował Ingermanlandię, ale 

nikt nie wiedział, czy Mikael  nadal tam przebywa. Karol X Gustaw został obwołany królem 

w  dużej  części  Polski,  ale  Polacy  szykowali  się  do  kontrnatarcia  i  wielu  czekało  tylko,  aż 

duński  król  Fryderyk  II  wypowie  Szwecji  wojnę.  Niderlandy  planowały  wysłanie  floty  do 

Danii, a Anglia pilnie śledziła sojusz między dwoma państwami. Na granicy między Szwecją 

i Norwegią było niespokojnie, cały czas toczyły się walki o Jamtland, Harjedalen i Bohuslan. 

Mówiono  o  zaciągnięciu  norweskich  chłopów  do  obrony  tamtejszych  terenów.  Mogło  to 

zagrażać młodym mężczyznom z rodu Ludzi Lodu: Andreasowi, Mattiasowi i Kalebowi. 

Wszystko  to  działo  się  daleko.  W  samym  rodzie  trzymano  się  razem  bardziej  niż 

kiedykolwiek. 

Pewnego wiosennego dnia w kwietniu na Elistrand wywieszona białą flagę. 

Już  wiele  dni  kobiety  w  innych  dworach  stojąc  w  oknach  wyczekiwały  znajomego 

sygnału. Natychmiast więc wyjechały powozy. Liv przeżyła atak strachu i zaczęła wątpić, czy 

będzie  miała  dość  odwagi,  by  być  przy  porodzie,  ale  wiedziała,  jak  bardzo  Gabriella  by  się 

przejęła, gdyby jej zabrakło. Zagryzła więc zęby i pojechała ze wszystkimi. 

Gabrielli, tak delikatnie zbudowanej i kruchej, szło gorzej niż poprzedniczkom, mimo 

że rodziła już po raz drugi. Mattias sądził, że wielką rolę odgrywa tu czynnik psychiczny - po 

prostu bardzo się bała i zbyt mocno była spięta. 

Liv  pamiętała  poprzedni  poród:  wtedy  wszystko  potoczyło  się  przerażająco  szybko. 

Tym razem ciągnęło się znacznie dłużej i Liv widziała w tym dobry znak. 

background image

Ale  pod  wieczór  pobladła  nawet  Cecylia,  wszak  poprzednie  rozwiązanie  córki  nie 

zakończyło się pomyślnie. 

Oczywiście  nie  wszystkie  kobiety  jednocześnie  zajmowały  się  położnicą. 

Dotrzymywały jej towarzystwa w tych długich, trudnych chwilach oczekiwania, ale nigdy nie 

było ich przy niej więcej niż dwie, by jej zbytnio nie męczyć. 

Około  trzeciej  nad  ranem  było  już  po  wszystkim.  Kaleb  mógł  wejść  do  żony  po 

najtrudniejszej dobie w życiu. Gabriella, śmiertelnie zmęczona, ale szczęśliwa, urodziła żywą, 

kształtną córeczkę o ciemnych włosach i pięknym odcieniu skóry. Na maleńkiej buzi dziecka 

malowało się jednak coś czarodziejskiego, dzikiego. 

- Zobacz,  jakaż  ona  do  mnie  podobna -  świeżo  upieczona  babcia  Cecylia  przeżywała 

stan uniesienia. - Nie widzicie? To szczęście dla dziecka. 

Wszyscy z absolutną zgodnością potwierdzili, że podobieństwo jest uderzające. 

Jedna  Liv  pozostała  milcząca.  Uśmiechała  się  do  maleńkiej  córeczki  Gabrielli, 

ułożonej w ramionach matki, ale nic nie mówiła o żadnym podobieństwie. 

Przed wyjazdem Cecylii i Jessiki do Danii odbyły się chrzciny. Najpierw uroczystość 

w kościele wraz z trzema dumnymi  matkami  chrzestnymi: Irją, Cecylią  i  Matyldą, a później 

uczta na Grastensholm. Tarald uczcił tytuł dziadka, pijąc odrobinę za dużo, i przemawiając na 

okoliczność  chrzcin  wplótł  fragmenty  mowy,  którą  wygłaszał  na  weselu  Mattiasa  i  Hildy: 

serdecznie powitał 

Hildę  w  rodzinie  i  miał  nadzieję,  że  dobrze  będzie  się  czuła  na  Grastensholm,  które 

teraz stanie się jej domem. Irja dała mu dyskretnego kuksańca, i skutecznego, bo pomógł mu 

wreszcie odnaleźć właściwy wątek. 

Liv  i  Are  na  chwilę  opuścili  tę  nieustającą  orgię  radości  i  weszli  do  sąsiedniego 

pokoju,  gdzie  w  rządku  leżała  trójka  nakarmionych  i,  jak  przystało  na  dobrze  wychowane 

dzieci, bardzo cichych maluchów. 

Długo przypatrywali się niemowlętom. 

- Czy widzisz to samo co ja? - zapytała Liv cicho. 

- Tak. Już dawno zauważyłem... 

Nigdy dotąd tak się nie zdarzyło. 

- Nie, ale chyba się nie boję - powiedział Are, jakby dokonywał odkrycia. 

- Ja też nie. Uważam, że nie ma w tym zła. 

- Ja też mam takie uczucie. Czy sądzisz, że rodzice coś wiedzą? 

- Żadne z nich o niczym nie wspomniało. - Na chwilę umilkli, po czym Liv szepnęła: - 

Piękne dzieci, cała trójka. I bardzo do siebie niepodobne. 

background image

- Tak, zupełnie niepodobne. Miło by było patrzeć, jak dorastają. 

Liv uśmiechnęła się. 

- Może tak będzie? Mamy przecież w zwyczaju dożywać późnej starości. 

- Myślę, że mnie nie jest to pisane - powiedział Are. - Żyje się do pewnej granicy. Jeśli 

osiągnie się cel w życiu, jest ono spełnione. A ja mam teraz jeszcze jedno, jedyne marzenie. 

- Wiem o tym braciszku, wiem - pokiwała głową Liv, po czym wrócili do innych. 

Hilda  ułożyła  już  Irmelin  do  snu.  Dziewczynka  leżała  w  oddzielnej  kołysce.  Nie 

chcieli,  żeby  spała  w  łóżku  razem  z  nimi.  Słyszeli  zbyt  wiele  historii  o  niemowlętach 

przygniecionych  na  śmierć.  Kołyska  stała  jednak  tuż  obok  Hildy,  w  zasięgu  jej  ręki. 

Wystarczyło  tylko  wyciągnąć  dłoń,  by  delikatnie  pohuśtać  kołyską,  kiedy  dziewczynka 

zaczynała płakać. 

Mattias wsunął się do łóżka i zdmuchnął świecę. 

- Szczęśliwa? - zapytał. 

- Jak  mogłabym  nie  być  szczęśliwa?  Wszystko,  o  czym  nawet  nie  śmiałam  marzyć, 

nagle  jest  moje.  Mąż,  którego  kocham,  najlepszy  na  świecie,  własne  upragnione  dzieciątko, 

dom, który nie ma sobie równego. Cudowne życie otrzymane w podarunku. Właśnie dlatego, 

że  niczego  się  nie  spodziewałam,  nie  mogę  wprost  pojąć,  że  los  obdarował  mnie  tak 

szczodrze. 

- Na  mnie  to  też  wywiera  ogromne  wrażenie.  Nadal  nie  mogę  uwierzyć,  że  to 

wszystko jest prawdą. 

- Jak  myślisz,  chyba  powinniśmy  być  wdzięczni  wójtowi? -  uśmiechnęła  się.-  Bo  to 

mimo wszystko jego straszne uczynki związały nas ze sobą. 

- Nie wydaje mi się, by cenił sobie naszą wdzięczność. 

- Z  pewnością  masz  rację.  Nie  sprawiał  wrażenia,  by  chciał  czymkolwiek  ucieszyć 

Norwegów. -  Hilda  zastanawiała  się  nad  czymś. -  Nie  bardzo  rozumiem  imię,  jakie  Kaleb  i 

Gabriella  nadali  swojej  córeczce.  Villemo.  Czy  [Vill  (norw.) -  dziki;  mo  (norw.)  pyłek, 

okruch (przyp.tłum.).] jest takie imię? 

- Nie wiem. W każdym razie babcia Liv je zaakceptowała. 

- To  śliczne  dziecko -  stwierdziła  Hilda. -  Możemy  chyba  być  wielkoduszni  i  to 

przyznać? Ma w sobie coś dzikiego, ale jej oczy są łagodne, niemal jak twoje. 

- Tak  myślisz?  W  każdym  razie  do  naszej  córki  nie  jest  podobna!  Irmelin  jest  taka 

grzeczna, okrągła i wesoła. O Boże, jakże ja kocham to dziecko! 

- Tak -  Hilda  uszczęśliwiona  westchnęła. -  Wiesz,  uważam,  że  ma  najzabawne  oczy, 

jakie widziałam. 

background image

- Ja też tak myślę. - Mattias przygarnął żonę razem z jej wymyśloną przez nią odmianą 

wyrazów. 

- Ale  znam  kogoś,  kto  jeszcze  bardziej  oszalał  na  punkcie  swego  dziecka  niż  my. 

Jesper był tu wczoraj i pokazywał wszystkim małego dziedzica zagrody. 

Przez godzinę słuchałem o rozlicznych cudach, jakich dokonał ten szkrab. Mówił tym 

swoim wielkim głosem, wiesz jak? 

- O tak, mam go dosyć! Jak wygląda chłopczyk? 

- Jasnowłosy jak ojciec. Ale ma żywe, bystre oczy. 

- Jesper też, ale łatwo baranieją. 

- To  aż  dziwne,  jak  jego  rodzina  związana  jest  z  naszą.  Podobno  jego  ojciec,  Klaus, 

kochał  naszą  Sol,  a  potem  zalecał  się  do  przyszłej  żony  Arego,  Mety,  aż  Silje  ożeniła  go  z 

jedną  ze  służących.  Jesper  dorastał  wraz  z  synami  Arego,  on  i  Brand  razem  walczyli  na 

wojnie  trzydziestoletniej,  a  teraz  rodzi  mu  się  syn  w  tym  samym  czasie,  kiedy  na  świat 

przychodzi wnuk Branda. Zastanawiam się, czy dalej też tak będzie? 

- Zgadzam się na to - roześmiała się Hilda. - Ale naprawdę nie wiem, czy chciałabym, 

by  nasza  córka  poślubiła  syna  Jespera.  Nie  chodzi  mi  o  społeczne  przesądy,  jestem  chyba 

ostatnia, której przyszłoby to do głowy, ale ta myśl nie jest mi miła z innych względów. 

- Z  powodu  tego,  co  zrobił  Jesper?  Podobno  jego  ojciec  zachował  się  tak  samo  w 

stosunku do Mety i ona także przeżyła wstrząs. Wtedy właśnie Are oświadczył się jej, mniej 

więcej tak, jak ja tobie. 

- Chcesz  powiedzieć,  że  mężczyźni  z  tej  rodziny  spełniają  wobec  nas  rolę  strzał 

Amora? 

- Być może. Och! Irmelin znów zaczyna płakać! Kolejna bezsenna noc! 

- Zajmę  się  nią,  ty  śpij -  powiedziała  Hilda  szybko  i  nerwowo,  tak  jak  czyni  to 

większość matek w obawie, że mąż rozgniewa się na dziecko. 

Chociaż  w  wypadku  Hildy  był  to  zbędny  niepokój.  Mattias  nie  zapomniał  o  swych 

anielskich  przymiotach  teraz,  kiedy  został  ojcem  rodziny.  Brał  na  siebie  część  nocnego 

czuwania 

radością, 

bez 

narzekań. 

Chorzy 

musieli 

trochę 

poczekać. 

Jako 

trzydziestojednolatek  Mattias  osiągnął  wiek,  w  którym  przyjmuje  się  ojcostwo  z  większą 

świadomością i odpowiedzialnością niż w pięknych młodzieńczych latach, kiedy świat wokół 

ma w sobie tyle nowego i interesującego. 

Gdy cała rodzina radowała się nowym pokoleniem, myśli Arego nadal krążyły wokół 

tego z Ludzi Lodu, który był od nich bardzo daleko: zaginionego wnuka.