background image

 
 
 

JENNY CARROLL / MEG CABOT 

 
 
 

KRAINA CIENIA 

background image

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Pamięci A Victora Cabota 

oraz jego brata Jacka „France`a” Cabota 

background image

 

Powiedziano mi, że tam będą palmy. Nie wierzyłam, ale tak mi powiedziano. Że zobaczę 

je z samolotu. 

Och,  wiem,  w  południowej  Kalifornii  rosną  palmy,  nie  jestem  skończoną  idiotką. 

Oglądam  telewizję.  Ale  przeprowadzałam  się  do  północnej  Kalifornii.  A  tam  nie 
spodziewałam się palm. Zwłaszcza że mama kazała mi zabrać swetry. 

- Przydadzą ci się - powiedziała. - Kurtki też. Tam bywa naprawdę zimno. Nie aż tak jak 

w Nowym Jorku, ale dość zimno. 

Dlatego w samolocie miałam na sobie czarną skórzaną kurtkę motocyklową. Mogłam ją, 

oczywiście, zapakować razem z innymi rzeczami, ale w niej było mi jakoś raźniej. 

No więc leciałam samolotem w czarnej skórzanej kurtce, obserwując przez okno palmy, 

podczas  gdy  samolot  zniżał  się  do  lądowania.  Myślałam  sobie:  cudownie,  czarna  skóra  i 
palmy. Pasuję do tego miejsca jak... Podejrzewałam to od początku... ...że nie pasuję. 

Mama nie przepada specjalnie za tą kurtką, ale słowo daję, nie włożyłam jej dlatego, żeby 

jej zrobić na złość. Nie mam do niej żalu o to, że wyszła za mąż za faceta, który mieszka na 
drugim  końcu  Ameryki,  zmuszając  mnie,  bym  zostawiła  szkołę  w  połowie  drugiej  klasy  i 
porzuciła najlepszą - właściwie jedyną - przyjaciółkę, jaką miałam od czasów przedszkola, i 
miasto, w którym spędziłam szesnaście lat życia. 

Och, nie, nie mam o to do niej najmniejszej pretensji. 
Naprawdę lubię Andy'ego, mojego ojczyma. Jest dobry dla mamy. Jest z nim szczęśliwa. 

A dla mnie jest bardzo miły. 

Denerwuje mnie tylko ta przeprowadzka do Kalifornii. 
Aha, wspomniałam o dzieciach Andy'ego? 
Cała  trójka  stawiła  się  na  lotnisku,  żeby  mnie  powitać.  Razem  z  moją  mamą  i  Andym. 

Trzech chłopaków. Śpiący, Przyćmiony i Profesor, jak ich nazwałam. Moi nowi bracia. 

-  Suze!  -  Nawet  gdybym  nie  usłyszała,  jak  mama  wykrzykuje  moje  imię  i  tak  nie 

mogłabym  ich  nie  zauważyć.  Andy  kazał  młodszym  chłopcom  trzymać  w  górze  wielki 
transparent  z  napisem:  Witaj  w  domu,  Susannah!  Każdy  pasażer  wysiadający  z  mojego 
samolotu,  przechodząc  obok  tej  gromadki,  wołał  do  swoich  towarzyszy  podróży:  „Popatrz, 
jakie to miłe!” i uśmiechał się do mnie w sposób, który przyprawiał mnie o ból żołądka. 

O, tak, czuję się jak w domu. Jak cholera. 
- No, dobrze - zwróciłam się do komitetu powitalnego. - Możecie zwinąć transparent. 
Mama  zaczęła  mnie  jednak  obściskiwać,  z  przejęciem  nie  zwracając  uwagi  na  to,  co 

mówię. „Och, Suzie!”, powtarzała w kółko. Nienawidzę, kiedy ktoś poza mamą nazywa mnie 
Suzie, więc rzuciłam chłopcom przez ramię ostrzegawcze spojrzenie, żeby sobie za dużo nie 
wyobrażali.  Stali  jak  barany,  szczerząc  zęby  pod  głupawym  transparentem:  Przyćmiony, 
ponieważ jest za tępy, żeby przestać, Profesor, ponieważ... cóż, chyba dlatego, że po prostu 
ucieszył się na mój widok. Jest trochę dziwny... Najstarszy, Śpiący, stał jak kołek i sprawiał 
wrażenie... niewyspanego. 

-  Jak  tam  podróż,  dzieciaku?  -  Andy  zdjął  mi  torbę  z  ramienia  i  zarzucił  na  swoje. 

Zaskoczył go jej ciężar. - Hej, co ty tam masz? Wiesz, że nie wolno wywozić z Nowego Jorku 
hydrantów przeciwpożarowych? 

Uśmiechnęłam się. Andy jest troszeczkę zwariowany, ale w miły sposób. Nie ma pojęcia, 

co wolno, a czego nie wolno w stanie Nowy Jork, bo był tam najwyżej z pięć razy. Nawiasem 
mówiąc, dokładnie tyle wystarczyło, żeby przekonać moją mamę, że powinna za niego wyjść. 

- To nie jest hydrant przeciwpożarowy. To parkometr. Mam jeszcze cztery torby. 
-  Cztery?  - Andy  udawał  zaszokowanego.  - Co ty  sobie  właściwie wyobrażasz, że się tu 

wprowadzasz, czy co? 

background image

Wspominałam już, że Andy uważa się za aktora komediowego? Nie jest nim. Pracuje jako 

stolarz. 

- Suze - odezwał się Profesor z entuzjazmem  - Suze, czy zauważyłaś, że przy lądowaniu 

ogon  samolotu  lekko  podskoczył  do  góry?  To  z  powodu  prądu  wstępującego.  Pojawia  się, 
kiedy  masa  poruszająca  się  z  dużą  prędkością  napotyka  na  swojej  drodze  wiatr  o  tej  samej 
albo większej prędkości, wiejący w przeciwnym kierunku. 

Profesor,  najmłodszy  syn  Andy'ego,  ma  dwanaście  lat,  ale  sprawia  wrażenie 

czterdziestolatka. Prawie całe wesele spędził, opowiadając mi o chorobach bydła oraz o tym, 
że Strefa 51 to zwykłe wciskanie ciemnoty przez rząd amerykański, który nie chce, żebyśmy 
zdawali sobie sprawę, że Nie Jesteśmy Sami w Kosmosie. 

- Och, Suzie - paplała mama - tak się cieszę, że tu jesteś. Pokochasz ten dom. Z początku 

nie czułam się w nim jak u siebie, ale teraz, kiedy... przyjechałaś... Och, poczekaj, aż zoba-
czysz swój pokój. Andy tak ślicznie go urządził... 

Andy  i  mama  spędzili  przed  ślubem  mnóstwo  czasu  na  szukaniu  domu  na  tyle  dużego, 

żeby każde z dzieci miało własny pokój. W końcu kupili wielki dom na wzgórzach Carmelu. 
Było ich na niego stać, ponieważ kupili go w stanie na pół zrujnowanym, a firma budowlana, 
dla  której  Andy  wykonuje  mnóstwo  zleceń,  doprowadziła  go  do  stanu  używalności  na 
korzystnych  warunkach  finansowych.  Mama  przysięga,  że  mój  pokój  jest  najładniejszy  w 
całym domu. 

-  Co  za  widok!  -  powtarza  do  znudzenia.  -  Z  okna  twojego  pokoju  widać  ocean!  Och, 

Suze, będziesz zachwycona. 

Byłam tego pewna. Prawie tak samo, jak tego, że wolę kiełki alfalfi niż bajgle oraz surfing 

niż jazdę metrem. W końcu i Przyćmiony otworzył buzię i mruknął: 

- Podoba ci się transparent? 
Nie mogę uwierzyć, że jest w moim wieku. Należy do szkolnej drużyny zapaśniczej, więc 

czego  się  po  nim  spodziewać?  Jedyne,  o  czym  myśli  -  wiem,  bo  siedziałam  obok  niego  na 
przyjęciu weselnym, to znaczy między nim a Profesorem, więc można sobie wyobrazić, jak 
wspaniale nam się konwersowało - to chwyty za gardło oraz koktajle proteinowe na przyrost 
masy mięśniowej. 

- Tak, jest wspaniały - odparłam, wyrywając go z jego mięsistych łap i trzymając napisem 

w dół. - Możemy już iść? Chcę zabrać swoje torby, zanim ktoś inny to zrobi. 

-  Och,  dobrze.  -  Mama  uścisnęła  mnie  po  raz  ostami.  -  Och,  tak  się  cieszę,  że  nareszcie 

jesteś!  Ślicznie  wyglądasz...  -  A  potem,  choć  widać  było,  że  robi  to  trochę  wbrew  własnej 
woli, dodała cicho, tak, żeby nikt inny nie usłyszał: 

- Wydawało mi się, że już rozmawiałyśmy o tej kurtce, Suze. Sądziłam też, że wyrzucisz 

te dżinsy. 

Miałam  na  sobie  stare  dżinsy,  te  z  dziurami  na  kolanach.  Świetnie  pasowały  do  czarnej 

jedwabnej koszulki oraz butów za kostkę, zapinanych na suwak. Dżinsy i buty, w zestawieniu 
z  czarną  skórzaną  kurtką  oraz  marynarską  torbą  na  ramię  nadawały  mi  wygląd  nastoletniej 
uciekinierki z domu. Zupełnie jak z filmu. 

Ale,  ostatecznie,  jeśli  leci  się  osiem  godzin  przez  cały  kraj,  to  chyba  ma  się  prawo  do 

odrobiny wygody. 

Wyraziłam  tę  opinię  głośno,  a  mama  tylko  podniosła  oczy  do  nieba  i  na  tym  się 

skończyło.  To  jest  fajne  w  mojej  mamie.  Nie  truje  jak  inne  matki.  Śpiący,  Przyćmiony  i 
Profesor nie mają pojęcia, jak im się udało. 

- W porządku - westchnęła. - Chodźmy po twoje torby. - I trochę podnosząc głos, dodała: 

- Jake, chodź. Idziemy po bagaż Suze. 

Musiała zwrócić się do niego po imieniu, bo wyglądał, jakby spał na stojąco. Zapytałam 

kiedyś  mamę,  czy  Jake,  który  w  tym  roku  kończy  szkołę  średnią,  nie  cierpi  czasem  na 
narkolepsję albo uzależnienie od narkotyków, a mama na to: 

background image

- Nie, dlaczego pytasz? 
Jakby facet nie zachowywał się jak warzywo, mrugając z rzadka i milcząc jak zaklęty. 
Zaraz,  to  niezupełnie  tak.  Kiedyś  zwrócił  się  bezpośrednio  do  mnie,  mówiąc:  „Hej, 

należysz do jakiegoś gangu?” Zapytał o to na weselu, kiedy złapał mnie na zewnątrz, w kurtce 
narzuconej na sukienkę druhny, ćmiącą papierosa. 

Dajcie  żyć,  dobrze?  To  był  mój  pierwszy  i  ostatni  papieros  w  życiu.  Byłam  w  stresie. 

Martwiłam się, że mama wychodzi za mąż i przeprowadza się do Kalifornii, gdzie na pewno o 
mnie  zapomni.  Kiedy  mama  postanowiła  poślubić  Andy'ego,  oboje  uznali,  że  jej, z  jednym 
dzieckiem  i  zawodem  dziennikarki  telewizyjnej  będzie  się  łatwiej  przeprowadzić  niż  jemu  - 
ojcu trojga dzieci i posiadaczowi własnej firmy. Przysięgam, że od tamtego czasu nie wzięłam 
papierosa do ust. 

Nie  wyobrażajcie  sobie  nie  wiadomo  czego  na  temat  Jake'a.  Ma  prawie  metr 

dziewięćdziesiąt  wzrostu,  bujną  blond  czuprynę  i  błyszczące  niebieskie  oczy,  zupełnie  jak 
ojciec,  i  jest  -  jakby  to  ujęła  moja  najlepsza  przyjaciółka,  Gina  -  dziko  przystojny.  Nie  jest 
jednak najpiękniejszym kwiatkiem na klombie, jeśli rozumiecie, o co mi chodzi. 

Profesor nadal nawijał na temat wiatru. „Wyjaśniał, z jaką prędkością trzeba się poruszać, 

żeby pokonać przyciąganie ziemskie. To się nazywa prędkość ucieczki. Uznałam, że Profesor 
może się okazać pożytecznym stworzeniem, jeśli chodzi o odrabianie lekcji, chociaż jestem o 
trzy klasy wyżej od niego. 

Profesor wykładał, a ja rozglądałam się dookoła. To była moja pierwsza w życiu podróż 

do Kalifornii i pozwolę sobie stwierdzić, że choć nie opuściliśmy jeszcze lotniska  - było to 
lotnisko San Jose - nie ulega najmniejszej wątpliwości, że nie jesteśmy w Nowym Jorku. Po 
pierwsze,  wszędzie  jest  bardzo  czysto.  Żadnych  śmieci  czy  graffiti.  Halę  lotniska 
pomalowano  na  pastelowe  kolory,  a  wiadomo,  jak  brud  wyłazi  przy  jasnych  barwach.  Jak 
sądzicie, dlaczego nowojorczycy ubierają się na czarno? Nie dlatego, że chcą być eleganccy. 
O nie. Nie chcą biegać do pralni z naręczem ubrań za każdym razem, kiedy je zdejmą. 

Ten  problem  w  słonecznej  Kalifornii  zdawał  się  nie  istnieć.  Z  tego,  co  zauważyłam, 

pastele są na topie. Choćby ta kobieta, która nas minęła  - miała na sobie różowe legginsy i 
białą, niezwykle kusą sportową bluzeczkę. I to wszystko. Jeśli taki strój w Kalifornii uchodzi 
za wzór przyzwoitości, to powinnam się przygotować na poważny szok kulturowy. 

A wiecie, co mnie jeszcze zaskoczyło? Nikt się z nikim nie kłócił. Przy kasach stały małe 

kolejki, ale nikt nie podnosił głosu, rozmawiając z kasjerką. Klienci w Nowym Jorku kłócą 
się  z  każdym,  kto  stoi  za  kontuarem,  nieważne,  czy  to  jest  lotnisko,  dom  towarowy 
Bloomingdales, czy stoisko z hot dogami. Wszędzie. 

A tutaj wszyscy nad sobą panują. 
Chyba  wiem  dlaczego.  Po  prostu  w  otoczeniu  nie  ma  niczego  przygnębiającego.  Na 

zewnątrz w pełnym słońcu kołyszą się palmy, na parkingu skrzeczą mewy - nie gołębie, ale 
duże białe i szare mewy. A przy odbiorze bagażu nikt nie pofatygował się, żeby sprawdzić, 
czy naklejki na nim zgadzają się z numerami na moim bilecie. Usłyszałam tylko: 

- Do widzenia! Miłego dnia! 
Niewiarygodne. 
Gina,  moja  najlepsza  przyjaciółka  na  Brooklynie,  no  dobrze,  moja  jedyna  przyjaciółka, 

powiedziała  mi  przed  wyjazdem,  że  posiadanie  trzech  braci  przyrodnich  ma  swoje  dobre 
strony. Chyba wiedziała, co mówi, bo ma czterech braci - nie przyrodnich, ale rodzonych. W 
każdym razie nie wierzyłam jej, tak samo jak nie wierzyłam w te palmy. Kiedy jednak Śpiący 
złapał dwie moje torby, a Przyćmiony następne dwie, w związku z czym nie miałam już nic 
do niesienia, jako że Andy wziął już przedtem moją torbę na ramię, zrozumiałam, co mogła 
mieć na myśli: bracia bywają użyteczni. Są w stanie nosić naprawdę ciężkie rzeczy i nie robi 
to na nich specjalnego wrażenia. 

background image

Sama  pakowałam  te  torby,  więc  wiem,  co  jest  w  środku.  Sporo  ważą.  Ale  Śpiący  i 

Przyćmiony mruknęli tylko: „Nie ma sprawy. Chodźmy”. 

Ruszyliśmy na parking. Kiedy automatyczne drzwi się rozsunęły, wszyscy, łącznie z moją 

mamą  -  sięgnęli  do  kieszeni  i  wyjęli  okulary  przeciwsłoneczne.  Najwyraźniej  wiedzą  o 
czymś, o czym ja nie wiem. A kiedy wyszłam na zewnątrz, uświadomiłam sobie, o co chodzi. 

Kalifornia jest bardzo słoneczną krainą. 
Nie  tylko  słoneczną,  ale  świetlistą  -  tak  świetlistą  i  kolorową,  że  aż  kłuje  w  oczy.  Też 

miałam gdzieś okulary, ale ponieważ kiedy wylatywałam z Nowego Jorku, było jakieś osiem 
stopni  i  padał  deszcz  ze  śniegiem,  nie  pomyślałam,  żeby  umieścić  je  na  wierzchu.  Kiedy 
mama po raz pierwszy powiedziała mi, że się przeprowadzimy, zapewniła mnie, że zakocham 
się w północnej Kalifornii. 

- To tam właśnie zrobiono wszystkie te filmy z Goldie Hawn i chevroletami! - oznajmiła. 
Lubię Goldie Hawn i lubię chevrolety, ale nie wiedziałam, że kręcili razem filmy. 
- Tam toczy się akcja opowiadań Steinbecka, które czytałaś w szkole - dodała. - No wiesz, 

na przykład Czerwonego kucyka. 

Cóż,  nie  zrobiło  to  na  mnie  szczególnego  wrażenia.  Wszystko,  co  pamiętałam  z 

Czerwnego kucyka to to, że nie było w nim żadnych dziewcząt, ale za to pełno wzgórz. Stojąc 
na  parkingu  i  patrząc  zmrużonymi  oczami  na  wzgórza  otaczające  Międzynarodowy  Port 
Lotniczy  San  Jose,  stwierdziłam,  że  jest  ich  mnóstwo  i  że  porasta  je  wysuszona  brązowa 
trawa. 

No i drzewa. Drzewa, jakich w życiu nie widziałam. Miały spłaszczone wierzchołki, jakby 

spadła na nie z góry potężna pięść. Dowiedziałam się później, że to cyprysy. 

A wokół parkingu, na obszarze z całą pewnością nawadnianym, rosły rozłożyste krzewy z 

ogromnymi czerwonymi kwiatami. Większość przycupnęła u stóp nieprawdopodobnie wyso-
kich i zaskakująco grubych palm. Później odkryłam, że te kwiaty to hibiskusy. A niezwykłe 
owady,  unoszące  się  nad  nimi  i  wydające  wibrujący  dźwięk,  to  wcale  nie  owady,  tylko 
kolibry. 

-  Są  wszędzie  -  powiedziała  mama,  kiedy  zwróciłam  na  to  uwagę.  -  Mamy  dla  nich  w 

domu karmniki. Możesz powiesić jeden za oknem, jeśli masz ochotę. 

Kolibry przylatujące do okna pokoju? Jedyne ptaki na Brooklynie, które odwiedzały mój 

parapet, to gołębie. Nie przypominam sobie, żeby mama zachęcała mnie do ich dokarmiania. 

Radosne  uniesienie  z  powodu  kolibrów  przeszło  jak  ręką  odjął,  kiedy  Przyćmiony 

oznajmił znienacka: 

-  Ja  prowadzę.  -  I  skierował  się  do  siedzenia  dla  kierowcy  w  dużym  wozie,  do  którego 

właśnie podeszliśmy. 

- Ja prowadzę - oświadczył Andy zdecydowanym tonem. 
- Ojej, tato - jęknął Przyćmiony - jak ja w ogóle zdam ten egzamin, skoro nigdy nie dajesz 

mi poćwiczyć? 

- Możesz ćwiczyć w ramblerze - odparł Andy. Otworzył tył land-rovera i zaczął ładować 

moje torbiszcza. - To dotyczy także ciebie, Suze. 

To mnie zaskoczyło. 
- Co mnie też dotyczy? 
-  Możesz  jeździć  ramblerem.  -  Pogroził  mi  żartobliwie  palcem.  -  Ale  tylko  wtedy,  gdy 

obok siedzi ktoś z ważnym prawem jazdy. 

Zamrugałam zdumiona. 
- Nie umiem prowadzić.  
Przyćmiony zarechotał jak koń. 
- Nie umiesz prowadzić? - Dźgnął łokciem Śpiącego, który stał, opierając się o bok wozu, 

z twarzą zwróconą ku słońcu. - Hej, Jake, ona nie potrafi prowadzić! 

background image

- Nic w tym niezwykłego, Brad  - wtrącił się Profesor - że rodowity nowojorczyk nie ma 

prawa  jazdy.  Nie  słyszałeś,  że  Nowy  Jork  szczyci  się  najbardziej  rozbudowaną  siecią 
transportu  masowego  w  Ameryce  Północnej,  obsługującą  trzynaście  przecinek  dwa  miliona 
ludzi  na obszarze sześciu  i  pół  tysiąca kilometrów kwadratowych, od Nowego Jorku, przez 
Long  Island  aż  do  Connecticut?  I  że  rocznie  jeden  przecinek  siedem  miliarda  pasażerów 
korzysta z usług metra, sieci autobusowej oraz kolei? 

Wszyscy spojrzeli na Profesora, a moja mama wyznała: 
- Nigdy nie miałam samochodu w mieście.  
Andy zamknął tylne drzwi wozu i powiedział: 
-  Nie  martw  się,  Suze.  Zaraz  cię  zapiszemy  na  kurs  prawa  jazdy.  Nauczysz  się 

wszystkiego i nie będziesz gorsza od Brada. 

Rzuciłam okiem na Przyćmionego. Choćbym żyła milion lat, nie przyszłoby mi do głowy, 

że  ktoś  mógłby  zasugerować,  że  muszę  coś  zrobić,  aby  w  jakiejś  dziedzinie  dorównać 
Bradowi. 

Zrozumiałam  jednak,  że  czeka  mnie  wiele  niespodzianek.  Palmy  to  tylko  początek  W 

drodze  do  domu,  który  znajduje  się  o  dobrą  godzinę  jazdy  od  lotniska  -  i  to  dość  męczącą 
godzinę, wziąwszy pod uwagę, że siedziałam zaklinowana między Śpiącym a Przyćmionym, 
mając za plecami Profesora, usadowionego na moim bagażu i wygłaszającego peany na temat 
zalet  nowojorskiego  transportu  -  uświadomiłam  sobie,  że  teraz  wszystko  będzie  inaczej. 
Zupełnie, zupełnie inaczej niż się spodziewałam, a także inaczej niż do tego przywykłam. 

Nie tylko dlatego, że zamieszkam na drugim końcu kontynentu. Nie dlatego, że wszędzie, 

gdzie  spojrzę,  widzę  rzeczy,  których  nie  spotyka  się  w  Nowym  Jorku:  przydrożne  budki  z 
karczochami  albo  granatami  po  dolarze  za  tuzin,  niekończące  się  winnice,  gaje  drzewek 
cytrynowych  i  avocado;  soczyście  zielone  rośliny,  których  nie  potrafiłam  nawet  nazwać.  A 
ponad tym wszystkim kopuła nieba tak błękitnego i ogromnego, że balon, który wypatrzyłam 
w  górze,  wydawał  się  nieprawdopodobnie  mały.  Jak  guzik  na  dnie  basenu  o  olimpijskich 
rozmiarach. 

No i ocean, który pojawił się tak nagle, że początkowo uznałam, że to jeszcze jedno pole. 

Po  chwili  jednak  stwierdziłam,  że  to  pole  lśni,  odbijając  słońce  i  wysyłając  w  moją  stronę 
świetliste  SOS.  Przy  tak  jasnym  świetle  ciężko  było  obyć  się  bez  okularów 
przeciwsłonecznych. Ale oto, przed moimi oczami rozciągał się Ocean Spokojny... ogromny, 
rozległy jak niebo, żywy, pulsujący, napierający na przecinkowate pasmo białej plaży. 

Dla  mnie,  mieszkanki  Nowego  Jorku,  widok  oceanu  -  zwłaszcza  takiego  z  plażą  -  był 

czymś niezwykłym. Nie mogłam powstrzymać westchnienia zachwytu. A kiedy westchnęłam, 
wszyscy umilkli. Z wyjątkiem Śpiącego, który akurat, oczywiście, spał. 

- Co takiego? - zapytała zaniepokojona mama. - Co się stało? 
- Nic - mruknęłam zmieszana. Moi współpasażerowie przywykli najwyraźniej do widoku 

oceanu. Mogli pomyśleć, że jestem wariatką, skoro podniecam się czymś tak zwyczajnym. - 
Ocean. 

- Tak - powiedziała mama - czyż nie jest piękny?  
Przyćmiony na to: 
- Fajne fale. Może wpadnę na plażę przed wieczorem. 
- Nie - wtrącił się jego ojciec. - Dopóki nie skończysz pracy semestralnej. 
- Ojej, tato! 
To  skłoniło  mamę  do  długiego  i  szczegółowego  opisu  szkoły,  do  której  miano  mnie 

posłać,  tej  samej,  do  której  chodzili  Śpiący,  Przyćmiony  i  Profesor.  Szkoła,  nazwana 
imieniem  pewnego  Hiszpana,  Junipero  Serry,  który  zjawił  się  tutaj  w  XVIII  wieku  i  zmusił 
miejscowych Indian do porzucenia własnej religii i przejścia na chrześcijaństwo, mieściła się 
w ogromnym budynku misji z palonej cegły, odwiedzanym przez prawie dwadzieścia tysięcy 
turystów rocznie. 

background image

Tak naprawdę wcale jej nie słuchałam. Moje zainteresowanie szkołą zwykle równało się 

zeru.  Jedynym  powodem,  dla  którego  nie  mogłam  sprowadzić  się  tutaj  przed  świętami,  był 
brak  miejsca  w  Szkole  Misyjnej.  Sytuacja  zmieniła  się  dopiero  w  drugim  semestrze.  Nie 
miałam nic przeciwko temu - przez parę miesięcy mieszkałam z babcią, co nie było takie złe. 
Babcia jest nie tylko świetną adwokatką do spraw kryminalnych, ale również powalającą na 
kolana kucharką. 

Ocean,  który  właśnie  zniknął  za  wzgórzami,  nadal  przyciągał  moją  uwagę,  wytężyłam 

wzrok, mając nadzieję, że znowu się pokaże, kiedy wreszcie dotarły do mnie słowa mamy. 

- Zaraz. Kiedy tę szkołę zbudowano? - zapytałam. 
-  W  XVIII  wieku  -  wyjaśnił  Profesor.  -  System  misyjny,  wprowadzony  przez 

franciszkanów  pod  patronatem  Kościoła  katolickiego  oraz  władz  hiszpańskich,  miał  służyć 
nie  tylko  nawracaniu  Indian  na  chrześcijaństwo,  ale  również  uczeniu  ich  rozmaitych, 
przydatnych w społeczeństwie hiszpańskim rzemiosł. Pierwotnie zadaniem misji było... 

- W XVIII wieku? - powtórzyłam, pochylając się do przodu. Siedziałam między Śpiącym 

-  jego  głowa  spoczywała  na  moim  ramieniu,  dzięki  czemu  mogłam  stwierdzić,  że  używa 
szamponu Finesse - i Przyćmionym. Otóż Gina nie wspomniała ani słowem o tym, ile miejsca 
zajmują chłopcy, a zajmują, jeśli obaj mają jakieś metr osiemdziesiąt i ważą mniej więcej po 
osiemdziesiąt kilo, bardzo dużo. – W XVIII wieku? 

Matka  usłyszała  chyba  panikę  w  moim  głosie,  bo  odwróciła  się  do  mnie  i  powiedziała 

łagodnie: 

- Suze, rozmawiałyśmy już o tym. Mówiłam ci, że do Roberta Louisa Stevensona jest lista 

oczekujących, a ty powiedziałaś, że nie chcesz do żeńskiej szkoły, więc Najświętszego Serca 
nie  wchodzi  w  rachubę,  a  Andy  słyszał  przerażające  historie  o  narkotykach  i  gangach  w 
szkołach publicznych... 

- XVIII wiek? - czułam, że serce wali mi jak po biegu. - To jakieś trzysta lat! 
- Nie rozumiem - mruknął Andy. 
Przejeżdżaliśmy  właśnie  przez  nadmorskie  miasteczko  Carmel,  z  malowniczymi 

domkami,  niektóre  były  nawet  kryte  strzechą,  ślicznymi  restauracyjkami  i  galeriami  sztuki. 
Andy musiał jechać bardzo ostrożnie. Mnóstwo samochodów miało tablice z innego stanu i 
ruch  był  duży,  natomiast  brakowało  świateł.  Nie  wiedzieć  czemu  miejscowi  uważają  ten 
szczegół za powód do dumy. 

- Co jest takiego złego w XVIII wieku? 
-  Suze  nigdy  nie  przepadała  za  starymi  budynkami  -  wyjaśniła  mama  „głosem  od  złych 

nowin”. Nazywam go tak, bo używa go w telewizji, kiedy mówi o katastrofach samolotowych 
i zabójstwach. 

- Och - westchnął Andy. - To dom chyba też jej się nie spodoba. 
Chwyciłam podgłówek jego fotela. 
- Dlaczego? - zapytałam zduszonym głosem. - Dlaczego dom mi się nie spodoba? 
Zrozumiałam  dlaczego,  kiedy  tylko  przyjechaliśmy  na  miejsce.  Dom  był  wielki  i 

przepiękny,  z  wieżyczkami  w  wiktoriańskim  stylu  i  tarasem  na  dachu.  Niczego  nie 
brakowało. Mama kazała go pomalować na niebiesko, biało i kremowo, otaczały go wysokie 
sosny  i  krzewy  obsypane  kwiatami.  Trzypiętrowy,  zbudowany  wyłącznie  z  drewna,  a  nie  z 
koszmarnej  mieszaniny  szkła  i  stali  albo  terakoty,  jak  domy  wokół,  był  zdecydowanie 
najładniejszym, najgustowniejszym domem w okolicy. 

A ja nie miałam ochoty w ogóle do niego wchodzić. 
Zgadzając  się  na  przeprowadzkę  do  Kalifornii,  wiedziałam,  że  czeka  mnie  dużo  zmian. 

Karczochy przy drodze, gaje cytrusowe, ocean... to naprawdę nic takiego. W gruncie rzeczy 
największa  zmiana  polegała  na  tym,  że  miałam  się  dzielić  mamą  z  innymi  ludźmi.  Przez 
dziesięć lat, odkąd umarł tata, byłyśmy tylko we dwie. I muszę przyznać, że mi to odpowia-

background image

dało. Gdyby nie to, że mama przy Andym jest w tak widoczny sposób szczęśliwa, uparłabym 
się i sprzeciwiła całej tej przeprowadzce. 

Wystarczyło jednak  choćby  raz na nich popatrzeć, żeby  stwierdzić, że świata poza sobą 

nie widzą. Jaką byłabym córką, gdybym stanęła w takiej sytuacji okoniem? Zaakceptowałam 
więc Andy'ego, zaakceptowałam jego trzech synów i pogodziłam się z tym, że mam wyjechać 
i zostawić wszystko, co znam i kocham - najlepszą przyjaciółkę, babcię, bajgle, Soho  - aby 
dać mamie szczęście, na jakie zasługuje. 

Nie  zastanawiałam  się  jednak  nad  faktem,  że  po  raz  pierwszy  w  życiu  zamieszkam  w... 

domu. 

I to w nie byle jakim, ale, jak z dumą oznajmił Andy, wyciągając mój bagaż z samochodu 

i rzucając go w ramiona swoich synów, w dziewiętnastowiecznym zajeździe przerobionym na 
dom mieszkalny. Zbudowany w 1849 roku, nie cieszył się, jak się wydaje, najlepszą sławą w 
okolicy. W salonie na dole często dochodziło do strzelaniny - przy kartach i z powodu kobiet. 
W ścianach nadal widniały dziury po kulach. Andy otoczył jedną taką dziurę specjalną ramką. 
Trochę ponure, jak sam przyznał, ale jakże interesujące. Gotów był się założyć, że mieszkamy 
w jedynym domu na wzgórzach Carmel, który ma w ścianie dziurę po dziewiętnastowiecznej 
kuli. 

„Ehm”, mruknęłam. Wcale w to nie wątpię. 
Kiedy  wchodziliśmy  po  schodach  na  ganek,  mama  wciąż  zerkała  w  moją  stronę. 

Wiedziałam, że boi się mojej reakcji. Rzeczywiście trochę mnie rozzłościła, nie uprzedzając o 
niczym.  Domyślam  się,  dlaczego  postąpiła  w  ten  sposób.  Gdyby  mi  powiedziała,  że  kupili 
dom, który ma ponad sto lat, nie przeniosłabym się do niego. Zostałabym z babcią. 

Mama ma rację: nie lubię starych budynków. 
Muszę jednak przyznać, że, jak na tak stary dom, ta budowla jest naprawdę szczególna. Z 

ganku  widać  cały  Carmel,  osadę,  dolinę,  plażę,  morze.  Widok  zapiera  dech  w  piersi,  to  za 
niego ludzie byli gotowi - i robili to, sądząc po wymyślnych domach wokół - płacić miliony. 
Tego nie powinnam mieć nikomu za złe. 

Kiedy jednak mama powiedziała: „Chodź, Suze, obejrzyj swój pokój”, zadrżałam. 
Dom w środku był równie piękny jak na zewnątrz. Połyskujące drewno klonowe, wesołe 

błękity i żółcie. Rozpoznałam różne rzeczy mamy i poczułam się lepiej: pojemnik na ciasto, 
który  kupiłyśmy  kiedyś  podczas  weekendowego  wypadu  do  Vermont,  moje  zdjęcia  z 
dzieciństwa  na  ścianie  w  salonie  obok  fotografii  Śpiącego,  Przyćmionego  i  Profesora.  Na 
regałach  były  książki  mamy,  jej  rośliny,  które  przetransportowała  za  nieprawdopodobne 
pieniądze,  ponieważ  nie  mogła  znieść  rozłąki  z  nimi.  Stały  wszędzie  na  drewnianych 
stojakach,  zwisały  nad  witrażowymi  oknami,  tkwiły  na  słupkach  na  szczycie  poręczy 
schodów. 

Ale  napotkałam  także  przedmioty,  których  nie  pamiętałam  z  domu:  biały  komputer  na 

biurku,  przy  którym  mama  zwykła  siadywać,  by  wypisać  czeki  i  sprawdzić  rachunki, 
szerokoekranowy telewizor umieszczony ni w pięć, ni w dziewięć w kominku, do którego w 
dodatku  podłączono  joysticki  od  jakiejś  gry  wideo;  deski  surfingowe  oparte  o  ścianę  przy 
drzwiach do garażu. A także potężne zaślinione psisko, które podejrzewało chyba, że chowam 
w  kieszeniach  jakieś  smakołyki,  bo  usiłowało  wpakować  mi  do  nich  swój  wielki  wilgotny 
nos. 

To wszystko wydawało się należeć do świata mężczyzn. Do tych rzeczy przyzwyczaję się 

dopiero po pewnym czasie. W życiu które stworzyłyśmy sobie z mamą, takie przedmioty nie 
istniały. 

Mój pokój znajdował się na górze, nad daszkiem ganku. Mama prawie przez całą drogę z 

lotniska  mówiła  z  widocznym  zdenerwowaniem  o  ławie,  którą  Andy  umieścił  w  oknie 
wykuszowym. Z okien rozciągał się ten sam widok co z ganku, obejmujący panoramę całego 

background image

półwyspu.  To  rzeczywiście  miło  z  ich  strony,  że  dali  mi  taki  ładny  pokój,  pokój  z 
najładniejszym widokiem w całym domu. 

A potem zobaczyłam, ile zadali sobie trudu, żebym czuła się jak u siebie. Może nie ja... 

tylko jakaś niezwykle kobieca abstrakcyjna istota. Oszklone toaletki czy staromodne aparaty 
telefoniczne nigdy nie były w moim guście. Andy okleił ściany kremową tapetą w niebieskie 
niezapominajki - ponad białą, Wymyślnie wzorzystą boazerią. Tą samą tapetą oklejono ściany 
mojej  własnej  łazienki.  Kupiono  dla  mnie  nowe  łóżko  -  z  kolumienkami  i  koronkowym 
baldachimem, takie, jakie mama zawsze chciała mi kupić i widocznie teraz nie zdołała oprzeć 
się pokusie. Kiedy zobaczyłam to wszystko, poczułam wyrzuty sumienia z powodu tego, jak 
zachowywałam się w samochodzie. Naprawdę. Przechadzając się po pokoju, uznałam, że nie 
jest tak źle. Na razie w porządku. Może wszystko będzie dobrze, może w tym domu nigdy nie 
było nieszczęśliwych ludzi, może ci, których tu zastrzelono, zasługiwali na swój los... 

Pocieszałam się, dopóki nie odwróciłam się do okna i nie stwierdziłam, że ktoś już zajął 

ławę, którą Andy umieścił z taką troską o moją wygodę. 

Ktoś,  kto  nie  miał  rodzinnych  powiązań  ze  mną  czy  też  Śpiącym,  Przyćmionym  lub 

Profesorem. 

Spojrzałam na Andy'ego, żeby sprawdzić, czy zauważył intruza. Nie zauważył, mimo że 

obcy siedział na wprost niego. 

Mama  także  go  nie  widziała.  Zobaczyła  tylko  wyraz  mojej  twarzy.  Chyba  nie  był 

najprzyjemniejszy, bo mina jej zrzedła i ze smutnym westchnieniem wyszeptała: 

- Och, Suze, tylko nie to. 

background image

2 

 
Chyba powinnam coś wyjaśnić. Nie jestem raczej przeciętną szesnastoletnią dziewczyną. 

Och,  na  oko  wydaję  się  zupełnie  zwyczajna.  Nie  biorę  narkotyków,  nie  piję,  nie  palę  -  no, 
tylko ten jeden raz, kiedy przyłapał mnie Śpiący. Poza uszami niczego sobie nie przekłułam, a 
i to tylko po jednej dziurce w każdym uchu. Nie mam tatuaży. Nigdy nie farbowałam włosów. 
Jeśli  nie  liczyć  butów  i  skórzanej  kurtki,  nie  ubieram  się  na  czarno.  Nawet  nie  maluję 
paznokci  na  ciemne  kolory.  Jednym  słowem,  jestem  zupełnie  zwyczajną,  przeciętną, 
nastoletnią Amerykanką. 

Pomijając fakt, że rozmawiam z umarłymi. 
Może  nie  powinnam  ujmować  tego  w  ten  sposób.  Może  powinnam  powiedzieć,  że  to 

umarli rozmawiają ze mną. Nie zachęcam ich do rozmowy. W gruncie rzeczy staram się tego 
unikać, jak tylko się da. 

Ale czasami się nie da. 
Duchy na to nie pozwalają. 
Nie  wydaje  mi  się,  żebym  była  stuknięta.  W  każdym  razie,  nie  bardziej  niż  inne 

szesnastolatki. Pewnie niektórzy uważają, że jestem szalona. Tego zdania była niewątpliwie 
większość  dzieciaków  z  poprzedniej  szkoły.  Nieraz  napuszczano  na  mnie  szkolnych 
pedagogów. Czasami nawet myślę, że byłoby prościej, gdyby mnie zamknęli. 

Ale nawet na dziewiątym piętrze Bellevue, gdzie zamyka się nowojorskich szaleńców, nie 

zdołałabym uciec przed duchami. Znalazłyby mnie. 

Zawsze im się udaje. 
Pamiętam pierwszego. Jest to wspomnienie równie wyraźne jak inne z tego okresu, a więc 

niezbyt wyraźne, ponieważ miałam wtedy dwa lata. Pamiętam na przykład, że kiedyś odebra-
łam kotu mysz i tuliłam ją w ramionach, dopóki przerażona mama mi jej nie wyrwała. 

Cóż, miałam tylko dwa lata? Nie wiedziałam, że należy bać się myszy. Czy też duchów. 

Dlatego też czternaście lat od tamtego wydarzenia duchy mnie nie przerażają. Czasami mnie 
tylko zaskakują. Albo denerwują. Ale przerażać? 

Nigdy. 
Duch,  podobnie  jak  mysz,  był  mały,  szary  i  bezradny.  Do  dziś  nie  wiem,  kto  to  był. 

Przemówiłam  do  niego  w  dziecinnym  języku,  którego  nie  rozumiał.  Duchy  nie  rozumieją 
dwuletnich dzieci lepiej niż żywi. Patrzył na mnie ze smutkiem ze szczytu schodów. Było mi 
go żal, tak samo jak myszy i chciałam mu pomóc. Tylko że nie wiedziałam jak. Zachowałam 
się więc tak, jak każde dwuletnie dziecko w podobnej sytuacji. Pobiegłam do mamy. 

Wtedy otrzymałam pierwszą lekcję na temat duchów: tylko ja je widzę. 
Cóż, rzecz jasna inni ludzie widzą je także. Skąd brałyby się opowieści o nawiedzonych 

domach i tym podobne. Jest jednak pewna drobna różnica. Większość osób, które mają takie 
doświadczenia, widzi jednego ducha. Ja widzę wszystkie. 

Widzę każdego zmarłego, który z jakiegoś powodu włóczy się po ziemi, zamiast udać się 

tam, dokąd po śmierci udać się powinien. 

Zapewniam was, to tłum duchów. 
Tego  samego  dnia,  kiedy  zobaczyłam  pierwszego  ducha,  odkryłam  też,  że  większość 

ludzi, nawet moja własna mama, wcale ich nie widzi. Żaden z ludzi, których znam. Nikt się, 
w każdym razie, do tego nie przyznał. 

A to wiąże się z drugą rzeczą, której nauczyłam się na temat duchów czternaście lat temu: 

nie należy się przyznawać, że widziało się ducha. Nigdy. 

Nie  chcę  powiedzieć,  że  tamtego  popołudnia  mama  domyśliła  się,  że  widzę  ducha  i 

paplam o nim po dziecinnemu. Wątpię, żeby to  do niej dotarło.  Sądziła pewnie, że próbuję 
powiedzieć jej coś o myszy, którą mi wcześniej odebrała. 

background image

Pełna  dobrej  woli,  spojrzała  jednak  na  schody,  skinęła  głową  i  powiedziała:  „Posłuchaj, 

Suze, co byś zjadła na lunch? Grillowany ser? A może tuńczyka?” 

Nie spodziewałam się takiej reakcji, jak w wypadku myszy. Mama, która opiekowała się 

wtedy  noworodkiem  sąsiadki,  na  widok  myszy  głośno  wrzasnęła,  a  na  moje  dumne  słowa: 
„Popatrz,  mamusiu,  teraz  ja  też  mam  dzidziusia”,  krzyknęła  jeszcze  głośniej.  Zdaję  sobie 
sprawę, że nie mogła zrozumieć, o co mi chodzi, ponieważ nie dotarło do niej, co chciałam 
powiedzieć. 

Spodziewałam się jednak, że zareaguje jakoś na widok istoty unoszącej się nad schodami. 

Codziennie  udzielano  mi  tysiąca  wyjaśnień  na  każdy  możliwy  temat,  od  gaśnic 
przeciwpożarowych po  gniazdka  elektryczne. Dlaczego nie usłyszałam słowa na temat tego 
czegoś na schodach? 

Trochę  później,  gryząc  kawałek  grillowanego  sera,  uświadomiłam  sobie,  że  mama  nie 

wyjaśniła  mi  niczego,  ponieważ  nie  było  nic  do  wyjaśnienia.  Ona  po  prostu  niczego  nie 
widziała. 

W  wieku  dwóch  lat  nie  wydało  mi  się  to  dziwne.  Ot,  jeszcze  jedna  rzecz,  która  różni 

dzieci  od  dorosłych.  Dzieci  muszą  zjadać  wszystkie  warzywa  z  talerza.  Dorośli  nie  muszą. 
Dzieci mogą jeździć na karuzeli w parku. Dorośli nie. Dzieci widzą szare istoty. Dorośli nie. 

Ale chociaż miałam tylko dwa lata, zrozumiałam od razu, że o szarej  istocie ze szczytu 

schodów nie należało rozmawiać. Z nikim. Nigdy. 

I  nigdy  tego  nie  robiłam.  Nie  opowiedziałam  nikomu  o  moim  pierwszym  duchu  ani  o 

setkach innych, które spotkałam w ciągu następnych kilku lat. O czym zresztą miałabym opo-
wiadać?  Widziałam  je.  Przemawiały  do  mnie.  Na  ogół  nie  rozumiałam,  co  mówiły  i  czego 
chciały. W końcu odchodziły. Koniec historii. 

Tak by się to pewnie ciągnęło w nieskończoność, gdyby nagle nie umarł mój tata. 
Jednego dnia gotował i żartował w kuchni, a następnego już go nie było. 
Tydzień po jego śmierci spędziłam, siedząc na schodkach przed domem, i czekając, aż tata 

wróci, chociaż zapewniano mnie, że to nigdy nie nastąpi. 

Nie  wierzyłam  w  te  zapewnienia.  Dlaczego  miałabym  wierzyć?  Mój  tata  miałby  nie 

wrócić?  Odbiło  im?  Pewnie,  mógł  umrzeć,  tyle  zrozumiałam.  Ale  z  pewnością  wróci.  Kto 
będzie  mi  pomagał  w  matematyce?  Kto  będzie  budził  się  ze  mną  wcześnie  rano  w  sobotę, 
piekł  belgijskie  wafelki  i  oglądał  filmy  rysunkowe?  Kto  nauczy  mnie,  zgodnie  z  obietnicą, 
prowadzić samochód, kiedy skończę szesnaście lat? Mój tata mógł umrzeć, ale byłam absolut-
nie  pewna,  że  go  jeszcze  zobaczę.  Codziennie  widywałam  tłumy  zmarłych.  Dlaczego  nie 
miałabym zobaczyć własnego taty? 

Tata umarł, bez cienia wątpliwości. Umarł na rozległy zawał serca. Mama poddała ciało 

kremacji,  a  prochy  umieściła  w  zabytkowym  niemieckim  kuflu  do  piwa.  Wiecie,  takim  z 
pokrywką.  Tata  lubił  piwo.  Ustawiła  kufel  wysoko  na  półce,  tak,  żeby  kot  go  nie  strącił  i 
czasami, kiedy sądziła, że nie ma mnie w pobliżu, przemawiała do niego. 

Bardzo mnie to smuciło, ale nie mogę mieć do niej pretensji. Gdybym była mamą, chyba 

też gadałabym z tym kuflem. 

Okazało się jednak, że to ja miałam rację. Tata umarł, owszem, ale doczekałam się jego 

powrotu. 

W gruncie rzeczy teraz widuję go chyba częściej niż za życia. Kiedy żył, musiał chodzić 

do pracy. Teraz nie ma za dużo do roboty, więc spędzamy razem sporo czasu. Może nawet za 
dużo. Jego ulubiona zabawa polega na materializowaniu się w momencie, kiedy najmniej się 
tego spodziewam. Trochę działa mi to na nerwy. 

Tata udzielił mi pewnych wyjaśnień, więc, w pewnym sensie, dobrze się stało, że umarł, 

bo inaczej nigdy niczego bym się nie dowiedziała. 

Kiedyś  usłyszałam  coś  na  temat  duchów  od  wróżki,  która  wróżyła  z  kart  do  tarota.  To 

było podczas szkolnego festynu. Poszłam do niej tylko dlatego, że Gina nie chciała iść sama. 

background image

Uważałam, że to strata czasu, ale w końcu nie takie rzeczy robi się dla najlepszych przyjaciół. 
Ta  kobieta,  madame  Zara,  medium  obejrzała  karty  Giny  i  powiedziała  jej  dokładnie  to,  co 
tamta  chciała  usłyszeć:  odniesiesz  sukces,  będziesz  neurochirurgiem,  wyjdziesz  za  mąż  w 
wieku  lat  trzydziestu,  urodzisz  troje  dzieci,  tralala.  Kiedy  skończyła,  podniosłam  się,  żeby 
wyjść, ale Gina uparła się, żeby madame Zara powróżyła i mnie. 

Możecie  się  domyślić,  co  się  stało.  Madame  Zara  zajrzała  w  karty,  zmieszała  się  i 

potasowała je ponownie. Potem spojrzała na mnie. 

- Rozmawiasz z umarłymi - oznajmiła. 
- O, mój Boże! O, mój Boże! Naprawdę? - zawołała podniecona Gina. - Suze, słyszałaś? 

Potrafisz rozmawiać z umarłymi! Też jesteś medium! 

- Nie medium - uściśliła madame Zara. - Mediatorką. 
- Czym? Co to jest? - zdumiała się Gina. 
Ale  ja  wiedziałam.  Nikt  mi  nigdy  nie  mówił,  jak  to  się  nazywa,  ale  wiedziałam,  o  co 

chodzi. Tata nie wyjaśnił mi tego w ten sposób, ale i tak zrozumiałam: jestem kimś w rodzaju 
łącznika  dla  każdego,  kto  kopnął  w  kalendarz,  zostawiając  po  sobie...  cóż,  bałagan.  Jeśli 
potrafię, doprowadzam wszystko do porządku. 

Tylko tak jestem w stanie to wytłumaczyć. Nie wiem, dlaczego spotkało to akurat mnie, 

pod każdym innym względem jestem najnormalniejsza w świecie. Mam tylko tę nieszczęsną 
umiejętność komunikowania się ze zmarłymi. 

Nie ze wszystkimi. Tylko z tymi, którzy są nieszczęśliwi. 
Widzicie więc, że w ciągu ostatnich szesnastu lat moje życie było pasmem przyjemności. 
Wyobraźcie  sobie,  jak  to  jest,  kiedy  nawiedzają  was  duchy  -  dosłownie  nawiedzają  -  w 

każdej  minucie,  każdego  dnia.  Niezbyt  to  przyjemne.  Idziecie  do  sklepu  po  wodę  -  uaaa, 
nieżywy  facet  na  rogu.  Ktoś  go  zastrzelił.  Jeśli  doprowadzicie  do  tego,  że  gliny  przymkną 
mordercę, ofiara będzie mogła spoczywać w pokoju. 

A chcieliście tylko kupić wodę. 
Albo idziecie do biblioteki po jakąś książkę i zaczepia was duch bibliotekarki, domagając 

się, żebyście przekazali siostrzenicy, że jest na nią wściekła za to, co zrobiła z kotami po jej 
śmierci. 

A  to  są  tylko  tacy,  którzy  wiedzą,  czemu  wciąż  plączą  się  po  ziemi.  Połowa  nie  ma 

pojęcia, dlaczego nie trafiła dotąd w zaświaty. 

Jest to denerwujące, bo to ja mam im pomóc się tam dostać. 
Jestem mediatorką. 
Nikomu nie życzę występowania w takiej roli. 
W  tym  fachu  nie  dostaje  się  wynagrodzenia.  Nie  przypominam  sobie,  żeby  mi 

zaproponowano  pensję,  czy  coś  w  tym  rodzaju.  Od  czasu  do  czasu  ogarnia  mnie  tylko  fala 
ciepłych  uczuć,  bo  wiem,  że  zrobiłam  coś  dobrego.  Na  przykład,  zapewniłam  jakąś 
dziewczynkę, która nie zdążyła pożegnać się z dziadkiem, zanim umarł, że dziadek naprawdę 
ją kocha i wybacza jej, że zniszczyła jego ulubioną fajkę. Takie rzeczy naprawdę sprawiają 
przyjemność. 

Ale  na  ogół  dostaję  jedynie  gęsiej  skórki.  To  nie  tylko  uciążliwe,  bo  ciągle  trzeba  się 

handryczyć z istotami niewidzialnymi dla innych, ale bardzo nieprzyjemne, ponieważ wiele 
duchów zachowuje się po prostu niegrzecznie. Nie przesadzam. Są jak wrzód na tyłku. To na 
ogół  tacy,  którzy  chcą  się  włóczyć  po  tym  świecie,  zamiast  przenieść  się  do  innego. 
Prawdopodobnie zdają sobie sprawę, że w związku z ich niecnymi postępkami, nie czeka ich 
serdeczne  przyjęcie  gdzie  indziej.  Dokuczają  więc  ludziom,  zatrzaskując  drzwi,  zrzucając 
przedmioty, strasząc zimnem, jęcząc. Wiecie, o czym mówię. Złośliwe duchy. 

Czasami  stają  się  niebezpieczne.  Próbują  zrobić  ludziom  krzywdę.  To  mnie  zwykle 

wyprowadza z równowagi. Czuję wtedy konieczność dołożenia takiemu duszkowi w tyłek. 

background image

To właśnie miała na myśli mama, mówiąc: „Och, Suze. Tylko nie to”. Kiedy jakiś duch 

dostaje ode mnie po tyłku, robi się... bałagan. 

Nie  miałam  najmniejszego  zamiaru  bałaganić  w  moim  nowym  pokoju.  Dlatego 

odwróciłam się tyłem do ducha siedzącego na ławie pod oknem i powiedziałam: 

- Nic się nie stało, mamo. Wszystko w porządku. Pokój jest świetny. Bardzo jestem wam 

wdzięczna. 

Widziałam, że mi nie wierzy. Moją mamę trudno nabrać. Podejrzewa, że coś jest ze mną 

nie tak, ale nie może dojść, co to takiego. To pewnie dobrze, gdyż taka wiedza wstrząsnęłaby 
jej światem. Jest przecież reporterką telewizyjną. Wierzy tylko w to, co widzi. A duchów nie 
można zobaczyć. 

Nie potrafię wyrazić, jak bardzo chciałabym być taka jak ona. 
- To dobrze - powiedziała. - Cieszę się, że ci się podoba. Trochę się martwiłam. Wiem, że 

nie przepadasz za... hm, starymi domami. 

Stare domy to dla mnie najgorsza rzecz, bo im starszy dom, tym większa szansa, że ktoś w 

nim  umarł  i  tkwi  w  nim  nadal,  oczekując  zadośćuczynienia  za  krzywdy  albo  pragnąc 
przekazać  komuś  ostatnie  przesłanie.  Kiedy  szukałyśmy  z  mamą  mieszkania,  zdarzało  nam 
się wchodzić do jakieś fantastycznego budynku, a ja oświadczałam: „O, nie. Nie ma mowy”. 
To naprawdę zdumiewające, że mama nie odesłała mnie po prostu do internatu. 

- Poważnie, mamo. Pokój jest wspaniały. Strasznie mi się podoba. 
Andy zaczął natychmiast biegać po pokoju, pokazując mi światła zapalające się i gasnące 

na klaśnięcie (o, rany) oraz rozmaite inne gadżety, które zainstalował. Kroczyłam za nim, wy-
rażając zachwyt, starannie unikając spojrzenia w stronę, gdzie siedział duch. Troska Andy'ego 
naprawdę mnie wzruszyła. 

Postanowiłam, że ze względu na niego będę szczęśliwa. W każdym razie na tyle, na ile to 

możliwe w wypadku kogoś takiego jak ja. 

Kiedy Andy pokazał mi już wszystko, co było do pokazania, wyszedł na dwór, żeby zająć 

się barbecue, ponieważ w związku z moim przyjazdem mieliśmy zjeść superdanie z cielęciny 
i owoców morza. Śpiący i Przyćmiony zerwali się, żeby „poskakać na fali” przed obiadem, a 
Profesor, mamrocząc pod nosem o jakimś tajemniczym eksperymencie, nad którym pracuje, 
wyniósł się do innej części domu, zostawiając mnie sam na sam z mamą... No, powiedzmy. 

-  Jesteś  pewna,  że  wszystko  w  porządku,  Suze?  -  dopytywała  się  mama.  -  Wiem,  że  to 

ogromna zmiana. Wiem, że dużo od ciebie wymagam... 

Zdjęłam  kurtkę.  Nie  pamiętam,  czy  już  o  tym  wspominałam,  ale  jak  na  styczeń  było 

bardzo ciepło. Ponad dwadzieścia stopni. W samochodzie prawie się ugotowałam. 

- W porządku, mamo - zapewniłam. - Naprawdę. 
- Musiałaś zostawić babcię, Ginę, Nowy Jork. To samolubne z mojej strony, wiem. Wiem, 

że nie było ci... łatwo. Zwłaszcza odkąd umarł tata. 

Mama sądzi, że nie jestem zupełnie taka jak inne nastolatki. Nie jestem też taka, jaka ona 

była  w  moim  wieku.  A  była  cheerliderką,  królową  balu  absolwentów,  miała  ogromne 
powodzenie. Za źródło wszelkich moich niepowodzeń mama uznała śmierć taty. Począwszy 
od  tego,  że  nie  mam  przyjaciół,  z  wyjątkiem  Giny,  a  skończywszy  na  dziwacznym 
zachowaniu w różnych sytuacjach. 

Zgadzam  się,  że  pewne  rzeczy,  które  zdarzyło  mi  się  robić,  muszą  się  wydawać  dość 

niezwykłe komuś, kto nie ma pojęcia, dlaczego i dla kogo coś robię. Kilka razy złapano mnie 
tam, gdzie być mnie nie powinno. Parokrotnie przywoziła mnie do domu Policja. Stawiano mi 
zarzuty naruszania prywatnego terytorium, posądzono o wandalizm albo włamania. 

Nigdy  nie  trafiłam  przed  oblicze  sądu,  ale  spędziłam  wiele  godzin  w  gabinecie 

psychoterapeuty mojej mamy, który zapewniał mnie, że skłonność do mówienia do siebie jest 
absolutnie normalna, za to prowadzenie rozmów z ludźmi, których nie ma, raczej nie. 

background image

Stąd  moja  niechęć  do  wszystkich  budynków,  których  nie  wzniesiono  w  ciągu  ostatnich 

pięciu lat. 

Dlatego  tyle  czasu  spędzam  na  cmentarzach,  w  kościołach,  Świątyniach,  meczetach, 

mieszkaniach lub domach innych ludzi oraz w szkole po lekcjach. 

Przypuszczam, że synowie Andy'ego słyszeli coś na ten temat i stąd te wzmianki o gangu. 

Ale, jak już wspomniałam, za moje poczynania nigdy nie trafiłam do więzienia. 

A  dwutygodniowe  zawieszenie  w  prawach  ucznia  w  ósmej  klasie  nie  zostało  nawet 

odnotowane w moich papierach. 

Więc może to nie jest takie niezwykłe ze strony mamy, że siedzi na moim łóżku, mówiąc 

o  „zaczynaniu  wszystkiego  od  nowa”.  Niesamowite,  że  robi  to,  podczas  gdy  w  odległości 
paru  metrów  od  nas  siedzi  duch  i  nam  się  przygląda.  Ale  mniejsza  o  to.  Wydaje  się,  iż 
koniecznie  musiała  mnie  zapewnić,  że  na  Wybrzeżu  Zachodnim  wszystko  ułoży  się 
doskonale. 

Ze swojej strony zamierzałam bardzo się postarać. Postanowiłam, że nie zrobię niczego, 

co naraziłoby mnie na aresztowanie, więc była to „nowa karta” w moim życiu. 

-  Cóż  -  odezwała  się  mama,  którą  opuściła  wena  po  wygłoszeniu  mowy  na  temat:  nie 

znajdziesz przyjaciół, jeśli nie wyjdziesz im naprzeciw. - Jeśli nie potrzebujesz pomocy przy 
rozpakowywaniu, to chyba pójdę zobaczyć, jak Andy radzi sobie Z obiadem. 

Andy  nie  tylko  potrafi  zbudować  absolutnie  wszystko,  ale  jest  w  dodatku,  w 

przeciwieństwie do mamy, znakomitym kucharzem. 

- Dobrze, mamo, idź. Trochę się tu porozglądam i za chwileczkę zejdę na dół. 
Mama  skinęła  głową,  ale  kiedy  już  była  przy  drzwiach,  odwróciła  się  jeszcze  z  oczami 

pełnymi łez i powiedziała: 

-  Chcę  tylko,  żebyś  była  szczęśliwa,  Suzie.  Zawsze  tylko  tego  pragnęłam.  Myślisz,  że 

będziesz tutaj szczęśliwa? 

Objęłam ją mocno. W butach na obcasach jestem tak wysoka jak ona. 
- Oczywiście, mamo. - Pewnie, że będę. Już czuję się jak w domu. 
- Naprawdę? - Mama pociągnęła nosem. - Przysięgasz? 
- Tak jest. 
Wcale nie kłamałam. W pokoju na Brooklynie duchy też były przez cały czas. 
Wyszła,  a  ja  delikatnie  zamknęłam  za  nią  drzwi.  Odczekałam,  aż  ucichnie  stukot  jej 

pantofli na schodach, a potem odwróciłam się i zapytałam istotę pod oknem: 

- No, dobrze, kim ty, do diabła, jesteś? 

background image

 
Nie można powiedzieć, żeby ducha mężczyzny siedzącego w wykuszu zaskoczył sposób, 

w  jaki  się  do  niego  zwróciłam.  Obejrzał  się  tylko  przez  ramię,  żeby  sprawdzić,  czy  rze-
czywiście odezwałam się do niego. 

Za  jego  plecami  było  jednak  tylko  okno  z  niesamowitym  widokiem  na  zatokę  Carmel. 

Odwrócił się więc do mnie i zauważył widocznie, że uważnie mu się przyglądam, bo szepnął 
Nombre  de  Dios  w  taki  sposób,  że  Gina,  z  jej  słabością  do  Latynosów,  zemdlałaby 
natychmiast. 

-  Nie  ma  sensu  odwoływać  się  do  najwyższych  mocy  -  oznajmiłam,  odsuwając  obite  na 

różowo krzesło od toaletki i siadając na nim okrakiem. - Jakbyś się dotąd nie zorientował, On 
nie poświęca ci zbyt wiele uwagi. Inaczej nie pozwoliłby ci gnić tutaj od... - Przyjrzałam się 
jego strojowi, który przypominał te z filmu Dziki Zachód. - Ile to było, sto pięćdziesiąt lat? 
Czy naprawdę szlag trafił cię aż tak dawno temu? 

Spojrzał na mnie oczami czarnymi i lśniącymi jak atrament. 
- Co to jest... szlag? - zapytał głosem, który sprawiał wrażenie zardzewiałego od długiego 

nieużywania. 

Podniosłam oczy do nieba. 
-  Kopnąłeś w kalendarz  -  wytłumaczyłam.  - Wykorkowałeś. Odwaliłeś kitę. Przekręciłeś 

się. 

Na widok jego zmieszanej miny, wskazującej na to, że nadal nie rozumie, o czym mówię, 

powiedziałam z irytacją: 

- Umarłeś. 
-  Och  -  mruknął.  -  Umarłem.  -  Zamiast  jednak  odpowiedzieć  na  moje  pytanie,  pokręcił 

głową.  -  Nie  rozumiem  -  powiedział  zdumiony.  -  Nie  pojmuję,  jak  to  możliwe,  że  mnie 
widzisz. Przez te wszystkie lata nikt nigdy... 

-  Cóż,  posłuchaj,  czasy  się  zmieniają  -  przerwałam  mu.  Rozumiecie,  słucham  tego  na 

okrągło. - No, to jaki robal cię zżera? 

Zamrugał wielkimi ciemnymi oczami, rzęsy miał dłuższe niż moje. Nieczęsto zdarza mi 

się  spotkać  ducha,  który  okazuje  się  takim  przystojniakiem,  ale  ten  chłopak...  rany,  musiał 
robić niesamowite wrażenie za życia, bo mimo że siedział tu martwy, ja próbowałam zapuścić 
wzrok  pod  jego  rozchełstaną  białą  koszulę  ukazującą  kawałek  torsu,  a  nawet  brzucha.  Czy 
duchy mają muskuły? Nigdy przedtem nie miałam okazji ani też ochoty zbadać tej kwestii. 

Nie zamierzałam jednak z tego powodu się rozpraszać. Jestem przecież profesjonalistką. 
-  Robal?  -  powtórzył.  Głos  miał  czysty,  a  jego  angielski  był  pozbawiony  wyraźnego 

akcentu.  Uważam,  że  mówię  w  podobny  sposób,  pomijając  brooklińskie  naleciałości, 
polegające  na  rozmywaniu  się  t.  Zdecydowanie  miał  w  sobie  coś  z  Hiszpana,  na  co 
wskazywało  westchnienie  Nombre  de  Dios  i  karnacja,  ale  był  w  takim  samym  stopniu 
Amerykaninem,  jak  ja.  Albo  w  takim  stopniu,  jaki  możliwy  jest  dla  kogoś,  kto  urodził  się, 
zanim Kalifornia stała się stanem. 

-  Taak.  -  Odchrząknęłam.  Odwrócił  się  lekko,  kładąc  obutą  w  wysoki  but  stopę  na 

bladoniebieskich  poduszkach  pokrywających  ławę,  a  ja  przekonałam  się  bez  cienia 
wątpliwości,  że,  owszem,  duchy  mogą  mieć  muskuły.  Mięśnie  jego  brzucha  rysowały  się 
bardzo wyraźnie, a pokrywało je jedwabiste czarne owłosienie. 

Przełknęłam ślinę. Głośno. 
- Robal - powtórzyłam. - Problem. Dlaczego ciągle jeszcze tu jesteś? - Spojrzał na mnie z 

zainteresowaniem, choć nadal bez zrozumienia. Wyjaśniłam zatem:  - Dlaczego nie przesze-
dłeś na drugą stronę? 

Pokręcił głową. Czy wspomniałam, że ma krótkie ciemne i sprawiające wrażenie bardzo, 

bardzo gęstych włosy? 

background image

- Nie wiem, co masz na myśli. 
Było mi coraz bardziej gorąco, ale wcześniej zdjęłam kurtkę i nie mogłam już bardziej się 

rozebrać. Zwłaszcza że duch uważnie mi się przyglądał. Zaczynałam być trochę zła. 

- Co masz na myśli, mówiąc, że nie wiesz, co mam na myśli? - warknęłam, odgarniając z 

oczu kosmyk włosów.  -  Nie żyjesz. Nie powinieneś być tutaj.  Powinieneś przebywać gdzie 
indziej,  tam,  gdzie  trafiają  ludzie  po  śmierci.  Cieszyć  się  życiem  wiecznym  w  niebie  albo 
smażyć się w piekle, albo reinkarnować się, albo przejść do innego stanu świadomości, albo... 
cokolwiek. Nie powinieneś tak po prostu... cóż, po prostu włóczyć się po ziemi. 

Popatrzył na mnie z uwagą, opierając łokieć na kolanie. 
-  A  jeśli  ja  po  prostu  lubię  włóczyć  się  po  ziemi?  -  zapytał.  Nie  jestem  pewna,  ale 

odniosłam wrażenie, że się ze mnie nabija. A tego nie lubię. Naprawdę. Na Brooklynie bez 
przerwy zabawiano się moim kosztem. No, dopóki nie przekonałam się, jak skutecznie moja 
pięść, wchodząc w bliski kontakt z czyimś nosem, może zamknąć temu komuś buzię. 

Nie  byłam  gotowa  przyłożyć  temu  chłopakowi.  Jeszcze  nie.  Właśnie  przebyłam  tysiące 

kilometrów,  żeby  zamieszkać  z  bandą  głupich  chłopaczydeł,  nadal  wisiało  nade  mną 
rozpakowywanie klamotów już zdążyłam prawie doprowadzić mamę do płaczu; a do tego w 
sypialni znalazłam ducha. Czy można mieć do mnie pretensję, że jestem trochę za ostra? 

- Posłuchaj - powiedziałam, podnosząc się energicznie i przerzucając nogę nad oparciem 

krzesła - możesz się włóczyć, ile ci się żywnie podoba, amigo, ale nie możesz robić tego tutaj. 

- Jesse - powiedział, nie ruszając się z miejsca. 
- Co? 
-  Nazwałaś  mnie  amigo.  Pomyślałem,  że  może  zainteresowałoby  cię,  że  mam  imię. 

Nazywam się Jesse. 

Skinęłam głową. 
- W porządku. Nie ma sprawy. A zatem, Jesse, nie możesz tu zostać. 
-  A  ty?  -  uśmiechnął  się  Jesse.  Miał  miłą  twarz.  Dobrą.  Twarz,  dzięki  której  w  starej 

szkole  zostałby  królem  balu  maturalnego  jak  dwa  razy  dwa  cztery.  Taką  twarz  Gina 
wycięłaby  z  magazynu  ilustrowanego  i  powiesiła  u  siebie  w  sypialni.  Był  piękny.  Ale 
wydawał się też niebezpieczny. Bardzo niebezpieczny. 

- A ja co? - zdawałam sobie sprawę, że jestem niegrzeczna. Miałam to gdzieś. 
- Jak ci na imię?  
Spojrzałam na niego wściekła. 
-  Posłuchaj,  powiedz  mi,  czego  chcesz  i  spadaj.  Jest  mi  gorąco  i  chcę  się  przebrać.  Nie 

mam czasu na... 

Przerwał mi łagodnie, jakby w ogóle mnie nie słuchał. 
- Ta kobieta, twoja matka, nazwała cię Suzie. - Jego czarne oczy iskrzyły się wesoło. - To 

zdrobnienie od Susan? 

- Susannah - poprawiłam go odruchowo. - Jak w Och, Susannah, nie płacz, bo już dość. 
Uśmiechnął się. 
- Znam tę piosenkę. 
- Taak. Była pewnie w górnej czterdziestce przebojów roku, w którym się urodziłeś, co? 
Nadal się uśmiechał. 
- A więc teraz to jest twój pokój, Susannah? 
-  Owszem.  Tak,  teraz  to  jest  mój  pokój.  W  związku  z  tym  będziesz  musiał  się 

wyprowadzić. 

-  Ja  będę  musiał  się  wyprowadzić?  -  Uniósł  czarną  brew.  -  Przez  półtora  stulecia  to  był 

mój dom. Dlaczego miałbym go opuścić? 

-  Dlatego.  -  Teraz  już  wściekłam  się  na  dobre.  Głównie  z  powodu  gorąca.  Chciałam 

otworzyć okno, ale okna znajdowały się za jego plecami, a ja nie miałam ochoty podchodzić 

background image

do  niego  zbyt  blisko.  -  To  jest  mój  pokój.  Nie  zamierzam  go  dzielić  z  jakimś  martwym 
kowbojem. 

To go ubodło.  Z trzaskiem postawił  nogę na podłodze i  zerwał  się z ławy.  Natychmiast 

pożałowałam moich słów. Był  wysoki, znacznie wyższy ode mnie, a w butach na obcasach 
mam prawie metr siedemdziesiąt. 

-  Nie  jestem  kowbojem  -  poinformował  mnie  gniewnie.  Mruknął  też  coś  po  hiszpańsku, 

ale ponieważ zawsze uczyłam się francuskiego, nie miałam pojęcia, o czym mówi. Jednocześ-
nie antyczne lustro, zawieszone nad moją nową toaletką, zaczęło się niebezpiecznie kołysać. I 
nie był to skutek kalifornijskiego trzęsienia ziemi, ale odbicie gwałtownych uczuć ducha sto-
jącego  tuż  przede  mną,  którego  moce  psychiczne  miały  właściwość  przekształcania  się  w 
energię kinetyczną. 

Tak  to  już  jest  z  duchami:  są  niezwykle  drażliwe!  Wystarczy  byle  głupstewko,  żeby  je 

wyprowadzić z równowagi. 

- Hola! - zawołałam, podnosząc obie ręce do góry. - Spokojnie. Spokojnie, chłopie. 
-  Moja  rodzina  -  wściekał  się  Jesse,  machając  mi  palcem  przed  nosem  -  harowała  jak 

niewolnicy, żeby coś w tym kraju osiągnąć, ale nigdy, przenigdy, jako yaquero... 

Wtedy  właśnie  popełniłam  poważny  błąd.  Wyciągnęłam  rękę  i  złapałam  go  za  palec, 

którym celował w moją twarz, po czym przyciągnęłam go tak blisko, żeby usłyszał mój syk: 

- Uspokój się z tym lustrem. I nie wymachuj mi palcem przed nosem. Spróbuj jeszcze raz, 

to ci go złamię. 

Odsunęłam  jego  rękę,  stwierdzając  z  satysfakcją,  że  lustro  znieruchomiało.  A  potem 

zobaczyłam jego twarz. 

Duchy  nie  mają  krwi.  No,  bo  skąd?  Przecież  nie  są  żywe.  Przysięgam  jednak,  że  twarz 

Jessego stała się tak blada, jakby odpłynęły z niej ostatnie krople krwi. 

Ponieważ duchy nie są żywe i nie mają krwi, nie są również istotami materialnymi, więc 

jak mogłam złapać go za palec? To absurd. Moja ręka powinna przejść przez niego jak przez 
powietrze. Zgadza się? 

Otóż,  nie.  Tak  jest  z  większością  ludzi.  Ale  nie  z  takimi,  jak  ja.  Nie  z  mediatorami. 

Widzimy  duchy,  możemy  z  nimi  rozmawiać  i,  jeśli  to  konieczne,  możemy  im  dokopać  w 
tyłek. 

Nie  jest  to  coś,  czym  bym  się  miała  ochotę  chwalić.  Unikam  dotykania  ich.  Prawdę 

mówiąc,  unikam  dotykania  kogokolwiek.  Jeśli  zawodzą  wszelkie  próby  mediacji  i  wobec 
odpornego  ducha  muszę  zastosować  perswazję  fizyczną,  wolę,  żeby  nie  wiedział  przed 
czasem, że jestem do tego zdolna. Względem przedstawicieli innego świata godne polecenia 
są ataki niespodziewane, gdyż z reguły nie można liczyć z ich strony na uczciwą grę. 

Jesse wpatrywał się w swój palec, jakbym wypaliła w nim dziurę. Prawdopodobnie po raz 

pierwszy od stu pięćdziesięciu lat ktoś go dotknął. Coś takiego może przyprawić człowieka o 
zawrót głowy. Zwłaszcza martwego. 

Wykorzystałam jego oszołomienie i powiedziałam tonem nieznoszącym sprzeciwu: 
-  Jesse,  to  jest  mój  pokój,  jasne?  Nie  możesz  tutaj  zostać.  Albo  powiesz  mi,  co  mam 

zrobić,  żebyś  przeszedł  na  drugą  stronę,  albo  musisz  poszukać  sobie  innego  domu,  gdzie 
będziesz straszył. Przykro mi, ale tak to właśnie wygląda. 

Jesse  podniósł  wzrok  znad  swojego  palca.  Na  jego  twarzy  nadal  malowało  się 

niedowierzanie. 

- Kim jesteś? - zapytał cicho. - Co z ciebie za... dziewczyna? 
Zanim  wymówił  słowo  „dziewczyna”,  zawahał  się  przez  dłuższą  chwilę.  Widocznie  nie 

był  pewien,  czy  jest  ono  odpowiednie  w  moim  wypadku.  To  mi  do  reszty  popsuło  humor. 
Może i nie cieszyłam się w szkole największym powodzeniem, ale nikt nigdy nie podawał w 
wątpliwość  mojej  kobiecości.  Kierowcy  ciężarówek  trąbią  na  mnie  od  czasu  do  czasu  na 
przejściach  i  to  nie  dlatego,  że  staję  im  na  drodze.  Robotnicy  budowlani  wykrzykują  różne 

background image

sprośności  pod  moim  adresem,  zwłaszcza  kiedy  mam  na  sobie  skórzaną  miniówkę.  Co 
prawda przed chwilą zagroziłam, że złamię mu palec, ale, na rany Boga, to wcale nie znaczy, 
że nie jestem dziewczyną! 

- Powiem ci, jakiego typu dziewczyną nie jestem - wycedziłam. - Nie jestem dziewczyną, 

która  miałaby  ochotę  dzielić  pokój  z  przedstawicielem  płci  przeciwnej.  Zrozumiano?  Więc 
albo sam się wyniesiesz, albo cię do tego zmuszę. To zależy tylko od ciebie. Dam ci trochę 
czasu do namysłu. Ale kiedy tu wrócę, Jesse, życzę sobie, żeby cię tu nie było. 

Odwróciłam się i wyszłam. 
Musiałam. W kłótniach z duchami zwykle jestem górą, ale teraz czułam, że przegrywam i 

to na całej linii. Nie powinnam traktować go tak grubiańsko. Nie wiem, co mnie napadło. Na-
prawdę nie wiem. Tylko... 

Chyba po prostu nie spodziewałam się zastać we własnej sypialni ducha tak przystojnego 

chłopaka. To wszystko. 

Boże,  myślałam,  pędząc  jak  burza  przez  hol,  co  zrobię,  jeśli  on  nie  odejdzie?  Nie  będę 

mogła się rozebrać we własnym pokoju! 

Głos w mojej głowie radził dać mu trochę czasu. Bardzo uważałam, żeby nie wspomnieć o 

tym głosie psychoterapeucie mamy. 

Daj mu trochę czasu. Zgodzi się na wszystko. Zawsze tak jest. 
Cóż, w większości wypadków, w każdym razie. 

background image

 
Obiad  u  Ackermanów  przypomina  obiad  w  każdej  dużej  rodzinie:  wszyscy  mówią 

jednocześnie, z wyjątkiem, oczywiście, Śpiącego, który odzywa się wyłącznie, gdy ktoś go o 
coś zapyta, i nikomu nie chce się sprzątać ze stołu. Zanotowałam w pamięci, żeby zadzwonić 
do Giny i powiedzieć jej, że się myliła. Posiadanie braci nie przynosi żadnych bezpośrednich 
korzyści:  przeżuwają  z  otwartymi  ustami  i  wyżerają  wszystkie  chrupiące  bułeczki,  zanim 
zdążę sięgnąć po chociaż jedną. 

Uznałam, że po obiedzie rozsądniej będzie omijać mój pokój i dać Jessemu więcej czasu 

na  podjęcie  decyzji,  czy  opuści  go  ze  wszystkimi  zębami,  czy  tylko  z  częścią.  Nie  jestem 
zwolenniczką przemocy, ale w moim zawodzie to, niestety, nieuniknione. 

Czasami udaje się wymusić na kimś chwilę uwagi wyłącznie za pomocą pięści. Wiem, że 

nie  jest  to  sposób  zalecany  przez  podręczniki  psychologii,  które  można  znaleźć  na  półkach 
terapeutów. 

Z drugiej strony, nigdy nie twierdziłam, że jestem terapeutką. 
Mój plan miał tę wadę, że była sobota wieczór. W stresie przeprowadzki zapomniałam, co 

to  za  dzień.  W  Nowym  Jorku  w  sobotę  wieczorem  pewnie  wyszłabym  z  Giną  na  miasto, 
pojechała metrem do Village i obejrzała jakiś film albo po prostu plątałabym się koło pizzerii 
U  Joego,  przyglądając  się  ludziom.  Cóż,  jestem  dziewczyną  z  wielkiego  miasta,  ale  to  nie 
znaczy, że wiodłam tam wspaniałe, niesamowite życie. Nigdy nie umówił się ze mną żaden 
chłopak, jeśli nie liczyć tego razu w piątej klasie, kiedy Daniel Bogue poprosił, abym z nim 
zatańczyła na łyżwach jedyny taniec dla par na lodowisku w Rockefeller Center. 

Skompromitowałam się wtedy, padając jak kłoda na lód. 
Mama  jednak  nie  mogła  się  doczekać,  kiedy  zaistnieję  na  towarzyskiej  scenie  Carmelu. 

Gdy tylko zmywarka została załadowana, zapytała: 

- Brad, co robisz dzisiaj wieczorem? Są jakieś imprezy, czy coś? Może zabrałbyś Suze i 

przedstawił ją paru osobom? 

Przyćmiony,  który  przygotowywał  sobie  koktajl  proteinowy  -  najwyraźniej  dwa  tuziny 

krewetek  oraz  potężny  stek,  które  skonsumował  na  obiad,  nie  wystarczyły,  żeby  zaspokoić 
jego apetyt - odparł: 

- Taak, może mógłbym, jeśli Jake dzisiaj nie pracuje. Śpiący, który ocknął się na dźwięk 

swojego imienia, łypnął na zegarek. 

- A niech to - mruknął, złapał dżinsową kurtkę i wybiegł z domu. 
Profesor spojrzał na zegar i mlasnął językiem. 
- Znowu się spóźni. W końcu go wywalą. 
Śpiący pracuje? To coś nowego, więc zapytałam: 
- Gdzie pracuje? 
- W Peninsula Pizza. - Profesor dokonywał właśnie jakiegoś dziwacznego eksperymentu z 

udziałem psa. Wielkie psisko, skrzyżowanie bernardyna z niedźwiedziem, siedziało cierpliwie 
na  podłodze,  podczas  gdy  Profesor  przymocowywał  elektrody  do  wygolonych  placków  na 
jego boku. Najdziwniejsze w tym  wszystkim  było to, że nikt się tym  nie przejmował, a już 
najmniej pies. 

- Sp... to znaczy Jake pracuje w pizzerii? Andy, który szorował brytfannę, wyjaśnił: 
- Pracuje jako roznosiciel. Przynosi do domu kupę forsy z napiwków. 
-  Oszczędza  -  poinformował  mnie  Przyćmiony  z  wąsami  białymi  od  koktajlu.  -  Na 

camaro. 

- Hm - mruknęłam. 
-  Chcecie,  żebym  was  gdzieś  podrzucił?  -  zapytał  Andy  wielkodusznie.  -  Zrobię  to  z 

chęcią. Co ty na to, Brad? Chcesz pokazać Suze, co zwykle robicie w centrum handlowym? 

background image

-  N  -  nie.  -  Przyćmiony  wytarł  usta  rękawem  bluzy.  -  Nikt  jeszcze  nie  wrócił  z  Tahoe. 

Może w następny weekend. 

Prawie  usiadłam  z  poczucia  ulgi.  Słowa  „centrum  handlowe”  zawsze  napełniały  mnie 

grozą, która nie miała nic wspólnego z umarłymi. W Nowym Jorku nie ma takich miejsc, ale 
Gina uwielbiała jeździć pociągiem do New Jersey. Zwykle po godzinie zaczynałam cierpieć 
na przeciążenie zmysłów i musiałam schronić się w jakimś barku, popijając herbatkę ziołową, 
dopóki mi nie przeszło. 

Poza  tym  nie  zachwycała  mnie  specjalnie  perspektywa  „podrzucenia  w  jakieś  miejsce”. 

Mój Boże, co to za miasto? Rozumiem, że, wziąwszy pod uwagę doświadczenia San Andreas, 
metro  może  nie  wydawać  się  świetnym  rozwiązaniem,  ale  dlaczego  nie  pomyślano  o 
przyzwoitej sieci autobusowej? 

- Już wiem - powiedział Przyćmiony, odstawiając z trzaskiem szklankę na blat. - Pokażę ci 

parę gier z Coolboardera. 

Zamrugałam zdziwiona. 
- Słucham? 
-  Pogramy  w  Coolboardera.  -  Ponieważ  wyraz  mojej  twarzy  nie  uległ  zmianie,  dodał:  - 

Nie słyszałaś o Coolboarderze? Chodźmy. 

Zaprowadził mnie do szerokoekranowego telewizora w pracowni. Coolboarder okazał się 

grą wideo. Był to wyścig na deskach po rozmaitych górskich zboczach. Prędkość i manewry 
kontrolowało się za pomocą joysticka. 

Pobiłam Przyćmionego osiem razy, zanim w końcu zaproponował: 
- Może obejrzymy jakiś film? 
Wyczuwając,  że  popełniłam  błąd  -  pewnie  powinnam  była  pozwolić  biedakowi  wygrać 

chociaż raz - próbowałam się zrehabilitować i zaproponowałam, że dostarczę prażoną kukury-
dzę z kuchni. 

Dopiero  wtedy  ogarnęła  mnie  fala  zmęczenia.  Między  Nowym  Jorkiem  a  Kalifornią  są 

trzy godziny różnicy, więc mimo że była dziewiąta wieczorem, czułam się, jakby była północ. 
Andy z mamą wycofali się do wielkiej sypialni,  zostawiając szeroko otwarte drzwi, pewnie 
dlatego,  żebyśmy  sobie  nie  wyobrażali,  że  robią  tam  nie  wiadomo  co.  Andy  zabrał  się  do 
czytania powieści szpiegowskiej, a mama oglądała film w telewizji. 

Sądzę, że zachowywali się tak wyłącznie ze względu na naszą obecność. Założę się, że w 

inne soboty zamykają drzwi albo przynajmniej wychodzą gdzieś z przyjaciółmi Andy'ego czy 
nowymi  kolegami  mamy  ze  stacji  telewizyjnej  Monterey.  Starali  się  najwyraźniej  ustalić 
jakąś rutynę postępowania w domu, tak, żebyśmy my, dzieci, mieli poczucie bezpieczeństwa. 
Stanowczo należałoby im przyznać punkty za dobre sprawowanie. 

Czekając,  aż  kukurydza  zacznie  podskakiwać,  zastanawiałam  się,  co  o  tym  wszystkim 

sądzi mój tata. Powtórne małżeństwo mamy nie nastrajało go entuzjastycznie, mimo że, jak 
już  wspomniałam,  Andy  to  wspaniały  facet.  Moja  przeprowadzka  na  Wybrzeże  Zachodnie 
podobała mu się jeszcze mniej. 

-  W jaki sposób  - zapytał  -  mam cię odwiedzać, skoro będziesz mieszkała tak daleko od 

Nowego Jorku? 

- Problem polega na tym, tato, że nie powinieneś w ogóle mnie odwiedzać. Jesteś przecież 

martwy, zapomniałeś? Powinieneś robić to, co inni zmarli, zamiast szpiegować mnie i mamę. 

-  Nie  szpieguję  was  -  oświadczył  urażony.  -  Po  prostu  sprawdzam,  co  słychać.  Żeby  się 

upewnić, że jesteście szczęśliwe, i tak dalej. 

- No cóż, jestem szczęśliwa - zapewniłam. - Bardzo szczęśliwa. Mama też. 
Kłamałam. Nie na temat mamy, oczywiście. Zmiana domu przyprawiała mnie o rozstrój 

nerwowy. Nawet teraz nie byłam pewna, czy wszystko będzie dobrze. Ta sprawa z Jessem... 
gdzie  właściwie  podziewa  się  tata?  Dlaczego  nie  zjawił  się  na  górze,  żeby  wykopać  tego 

background image

chłopaka?  Jesse  jest  przecież  facetem  i  siedzi  w  moim  pokoju.  Tata  powinien  jakoś 
zareagować... 

Ale tak to już jest z duchami. Nigdy nie ma ich w pobliżu, kiedy są naprawdę potrzebne. 
Chyba  musiałam  na  chwilę  odjechać,  ponieważ  nagle  usłyszałam  brzęczenie 

mikrofalówki.  Przesypywałam  popcorn  na  drewnianą  misę,  kiedy  do  kuchni  weszła  mama, 
zapalając górne światło. 

- Cześć, skarbie - rzuciła i spojrzała na mnie uważnie. - Dobrze się czujesz? 
-  Oczywiście,  mamo  -  zapewniłam.  Wpakowałam  trochę  kukurydzy  do  ust.  -  Przyć...  to 

jest Brad i ja chcemy obejrzeć film. 

- Na pewno? - Mama nie przestawała mi się przyglądać. - Jesteś pewna, że nic ci nie jest? 
- Tak, czuję się dobrze. Jestem tylko trochę zmęczona i tyle. To ją wyraźnie uspokoiło. 
-  Ach,  tak.  Spodziewałam  się,  że  odczujesz  różnicę  czasu.  Ale...  wydawałaś  się  taka 

przygnębiona,  kiedy  weszłaś  do  swojego  pokoju.  Wiem,  że  z  tym  łóżkiem  z  baldachimem 
trochę przesadziłam, ale nie mogłam się oprzeć pokusie. 

Przeżułam kukurydzę. 
- Łóżko jest w porządku, mamo. Pokój też. 
- Tak się cieszę. - Mama odgarnęła mi włosy z czoła.  - Tak się cieszę, że ci się podoba, 

Suze. 

Mama czuła taką ulgę, że było mi jej żal. Dobra z niej kobieta i nie zasługuje na to, żeby 

mieć córkę mediatorkę. Wiem, że nigdy nie dorastałam do jej oczekiwań. Kiedy skończyłam 
czternaście lat, założyła mi osobną linię telefoniczną, sądząc, że będzie do mnie dzwonić tylu 
chłopaków,  że  jej  przyjaciele  nie  zdołają  się  w  żaden  sposób  z  nią  skontaktować.  Możecie 
sobie  wyobrazić  jej  rozczarowanie,  kiedy  nikt,  poza  Giną,  nie  korzystał  z  mojej  prywatnej 
linii,  a  Gina  dzwoniła  na  ogół  po  to,  żeby  mi  opowiedzieć  o  swoich  randkach.  Jak  już 
wcześniej  wspomniałam,  chłopcy  z  poprzedniej  szkoły  nie  palili  się,  żeby  się  ze  mną 
umawiać. 

Biedna mama. Zawsze chciała mieć miłą, zwyczajną, nastoletnią córkę. Zamiast tego ma 

mnie. 

- Skarbie. Nie chcesz się przebrać? Masz na sobie ubranie, w którym przyleciałaś. 
Powiedziała to w momencie, kiedy do kuchni wszedł Profesor, żeby wziąć klej do swoich 

elektrod. Nie zamierzałam, rzecz jasna, powiedzieć czegoś w rodzaju: „Och, prawdę mówiąc, 
mamo, chciałabym się przebrać, ale nie zachwyca mnie myśl, że mam to zrobić w obecności 
martwego kowboja, który mieszka w moim pokoju”. 

Wzruszyłam tylko ramionami i z wystudiowaną obojętnością zapewniłam: 
- Taak, oczywiście, zaraz się przebiorę. 
- Czy na pewno nie pomóc ci się rozpakować? Czuję się okropnie. Powinnam była... 
-  Nie,  nie  potrzebuję  pomocy.  Rozpakuję  się  sama.  -  Popatrzyłam  na  Profesora,  który 

grzebał w szufladzie. - Lepiej już pójdę - powiedziałam. - Nie chcę przegapić początku filmu. 

Oczywiście przegapiłam początek, środek i koniec filmu, bo zasnęłam na kanapie. Trochę 

po jedenastej obudził mnie Andy, szarpiąc moje ramię. 

- Wstawaj, dzieciaku. Widzę, że cię ścięło. Nie martw się, Brad nikomu nie powie. 
Wstałam półprzytomna i dowlokłam się do pokoju. Podeszłam wprost do okna, otwierając 

je na oścież. Ku mojej radości Jesse zniknął. Tak, ma się tę siłę przekonywania. 

Złapałam  torbę  i  poszłam  do  łazienki,  gdzie  wzięłam  prysznic  .  A  ponieważ  nie  byłam 

całkiem pewna, czy Jesse wziął sobie moje słowa do serca i spłynął z prądem, przebrałam się 
w piżamę. Po wyjściu z łazienki byłam trochę przytomniejsza. Rozejrzałam się, rozkoszując 
chłodnym  powiewem  od  okna,  wciągając  zapach  jodu  unoszący  się  w  powietrzu.  W 
przeciwieństwie  do  Brooklynu,  gdzie  wciąż  wyły  syreny  i  hałasowały  samochody,  tutaj 
panowała cisza, przerywana od czasu do czasu pohukiwaniem sowy. 

background image

Ku  mojemu  zaskoczeniu  stwierdziłam,  że  jestem  sama.  Naprawdę  sama.  W  strefie 

bezduchowej. To jest to, czego zawsze pragnęłam. 

Wskoczyłam  do  łóżka  i  klaśnięciem  wyłączyłam  światło.  Zakopałam  się  z  rozkoszą  w 

świeżej pachnącej pościeli. 

Tuż  przed  zaśnięciem  miałam  wrażenie,  że  słyszę  coś  jeszcze  oprócz  sowy.  Jakby  ktoś 

śpiewał.  Och,  Susannah,  nie  płacz,  bo  już  dość.  Jadę  sobie  z  bandżo  na  kolanie,  twój  z 
południa gość. 

Ale to, z pewnością, tylko moja wyobraźnia. 

background image

 
Dwunastoklasowa Szkoła Misyjna imienia Juniper o Serry stała się koedukacyjna w latach 

osiemdziesiątych.  Ostatnio,  jak  się  z  ulgą  dowiedziałam,  przestano  wymagać  od  uczniów 
noszenia mundurków. Mundurki, które przedtem obowiązywały, były niebiesko  - białe, a te 
kolory nie należą do moich ulubionych. Na szczęście wzbudzały taką niechęć, podobnie jak 
wyłącznie męski skład klas, że w końcu z nich zrezygnowano; chociaż nadal nie wolno nosić 
dżinsów,  uczniowie  mogą  ubierać  się  mniej  więcej  tak,  jak  im  się  podoba.  Ja  zamierzałam 
chodzić  w  ubraniach,  które  kupowałam  w  rozmaitych  miejscach  w  New  Jersey  z  Giną  w 
charakterze konsultantki, więc taka sytuacja bardzo mi odpowiadała. 

Katolickość  szkoły  stanowiła  jednak  pewien  problem.  Może  nie  tyle  problem,  co 

niedogodność. Wiecie, mamie nie zależało na tym, żeby wychować mnie w jakiejś konkretnej 
religii.  Ojciec  był  niepraktykującym  żydem,  mama  chrześcijanką.  Religia  nigdy  nie 
odgrywała znaczącej roli w życiu rodziców i nic dziwnego, że dla mnie stanowiła dziedzinę 
raczej obcą i mętną. Myślicie pewnie, że powinnam lepiej od innych orientować się w tych 
sprawach,  ale  tak  naprawdę  nie  mam  zielonego  pojęcia,  co  się  dzieje  z  duchami,  które 
odsyłam  tam,  gdzie  powinny  znaleźć  się  po  śmierci.  Wiem  tylko,  że  kiedy  to  robię,  nie 
wracają. Nigdy. Koniec, kropka. 

Kiedy więc w poniedziałek po moim przybyciu do słonecznej Kalifornii zjawiłyśmy się z 

mamą w sekretariacie Szkoły Misyjnej, doznałam  lekkiego wstrząsu na  widok prawie dwu-
metrowego krucyfiksu wiszącego za biurkiem sekretarki. 

Nie  powinnam  się  jednak  dziwić.  W sobotę  rano  mama,  pomagając  mi  się  rozpakować, 

wskazała szkołę z okna mojego pokoju. 

- Widzisz tę wielką czerwoną kopułę? - zapytała. - To Misja, pod kopułą jest kaplica. 
W pobliżu plątał się akurat profesor - zauważyłam, że to jedno z jego ulubionych zajęć - i 

zaraz zabrał się do kolejnego wykładu, tym razem na temat franciszkanów, zakonu opartego 
na regule świętego Franciszka, przyjętej w 1209 roku. Ojciec Junipero Serra, franciszkanin, to 
według Profesora postać zdecydowanie niedoceniana. Przez niektórych hierarchów Kościoła 
katolickiego uważany był za bohatera, w pewnym momencie chciano go nawet beatyfikować, 
ale,  jak  wyjaśnił  Profesor,  Indianie  amerykańscy  uznali  to  posunięcie  za  „aprobatę  metod 
kolonizacji  stosowanych  przez  Hiszpanów”.  Jakkolwiek  Junipero  Serra  opowiadał  się  za 
przyznaniem nawróconym Indianom praw w kwestiach ekonomicznych, odmawiał im prawa 
do  samostanowienia.  Był  też  zagorzałym  zwolennikiem  kar  cielesnych  i  apelował  do  władz 
hiszpańskich o prawo stosowania chłosty wobec Indian. 

Kiedy Profesor skończył wykład, spojrzałam na niego i powiedziałam: 
- Pamięć fotograficzna?  
Zmieszał się. 
- No - mruknął. - Dobrze jest znać historię miejsca, w którym się mieszka. 
Zapamiętałam to sobie na wszelki wypadek. Profesor może okazać się nieoceniony, jeśli 

Jesse zjawi się ponownie. 

Teraz, stojąc w chłodnym biurze starego budynku, który Junipero Serra kazał wznieść, by 

nauczać miejscowych Indian, zastanawiałam się, ile duchów tutaj spotkam. Ten cały Serra z 
zacięciem  do  kar  fizycznych  z  pewnością  narobił  sobie  wrogów  wśród  Indian.  Ani  przez 
chwilę nie wątpiłam, że spotkam ich wszystkich. 

A jednak, kiedy wkroczyłyśmy przez łukowato sklepioną bramę na podwórze Misji, mojej 

uwagi nie zwróciła ani jedna osoba, która wyglądałaby na nienależącą do tego świata. Paru 
turystów  pstrykało  zdjęcia  imponującej  fontanny,  ogrodnik  uwijał  się  żwawo  przy  pniu 
palmy, pasażem między dwoma budynkami szedł ksiądz pochłonięty rozmyślaniem. To było 
piękne, ciche miejsce, chociaż tak stary budynek musiał być świadkiem śmierci wielu ludzi. 

Nic z tego nie rozumiałam. Gdzie podziały się duchy? 

background image

Może  bały  się  przebywać  w  tym  miejscu?  Sama  czułam  się  niepewnie,  patrząc  na 

krucyfiks.  Nie  mam  nic  przeciwko  sztuce  sakralnej,  ale  czy  trzeba  tak  wiernie  przedstawiać 
ukrzyżowanie, ze wszystkimi detalami? 

Widocznie nie byłam odosobniona w swoich odczuciach, bo chłopak, który rozwalił się na 

kanapie stojącej naprzeciwko tej, na której polecono nam z mamą zaczekać, podążył za moim 
spojrzeniem i stwierdził: 

-  Ma podobno płakać krwawymi łzami, jeśli zdarzy się, że jakaś  dziewczyna ukończy tę 

szkołę jako dziewica. 

Nie mogłam się powstrzymać od śmiechu. Mama spojrzała na mnie gniewnie. Sekretarka, 

pulchna  kobieta  w  średnim  wieku  o  wyglądzie  bigotki,  przewróciła  tylko  oczami  i 
powiedziała zmęczonym głosem: 

- Och, Adamie... 
Adam, przystojny chłopak w moim wieku, skierował ku mnie śmiertelnie poważną twarz. 
- To prawda - oznajmił surowo. - To się zdarzyło w zeszłym roku. Moja siostra. - Zniżył 

głos do konspiracyjnego szeptu: - Adoptowana. 

Roześmiałam  się  ponownie,  a  mama  zmarszczyła  brwi.  Poprzedniego  dnia  spędziła 

mnóstwo czasu, wyjaśniając mi, jak trudno było zapisać mnie do tej szkoły, zwłaszcza że nie 
istnieje żaden dowód na to,  iż zostałam  ochrzczona. Przyjęto mnie w końcu ze względu na 
Andy'ego, którego trzej  synowie tutaj  się uczą.  Przypuszczam,  że ważną rolę w tej sprawie 
odegrał spory datek na szkołę, ale mama w życiu by się do tego nie przyznała. Powiedziała 
tylko,  że  powinnam  się  odpowiednio  zachowywać,  zamiast,  na  przykład,  wyrzucać  różne 
przedmioty  przez  okno,  choć  przypomniałam  jej,  że  akurat  do  tego  incydentu  nie  doszło  z 
mojej  winy.  Walczyłam  z  wyjątkowo  gwałtownym,  młodym  duchem,  który  nie  chciał 
przestać  straszyć  w  szatni  dziewcząt  w  mojej  dawnej  szkole.  Wyrzucenie  go  przez  okno 
wreszcie do niego przemówiło i sprowadziło na właściwą drogę na wieki wieków. 

Mamie powiedziałam, że ćwiczyłam uderzenia tenisa i rakieta wyślizgnęła mi się z ręki. 

Nie była to zbyt wiarygodna historyjka, zwłaszcza że rakiety nigdy nie znaleziono. 

Akurat  w  chwili,  gdy  wróciłam  myślami  do  tego  wyjątkowo  bolesnego  wspomnienia, 

otworzyły się ciężkie drewniane drzwi i ukazał się w nich ksiądz. 

- Pani Ackerman - powiedział - jak miło znowu panią zobaczyć. A to musi być Susannah 

Simon. Zapraszam do środka. - Odsunął się, żeby nas przepuścić, a potem zwrócił się jeszcze 
do chłopca na kanapie: 

- Och, nie, panie McTavish, tylko nie pierwszego dnia nowego semestru. 
Adam wzruszył ramionami. 
- A co ja mogę zrobić? Paniusia mnie nie znosi. 
-  Uprzejmie  proszę,  aby  nie  wyrażał  się  pan  o  siostrze  Ernestynie  w  ten  sposób,  panie 

McTavish. Spotkamy się za chwilę, kiedy skończę rozmawiać z paniami. 

Weszłyśmy i dyrektor, ojciec Dominik, gawędził z nami przez jakiś czas, wypytując mnie 

o  wrażenia  na  temat  Kalifornii.  Powiedziałam,  że  podoba  mi  się  tutaj,  zwłaszcza  zachwyca 
mnie ocean. Przed wizytą w szkole, kiedy już się rozpakowałam, sporo czasu spędziliśmy na 
plaży. Znalazłam okulary przeciwsłoneczne i chociaż na pływanie było za zimno, cudownie 
się bawiłam, leżąc na kocu i przyglądając się falom. Były wysokie, wyższe niż na Słonecznym 
patrolu,  
a  Profesor  opowiadał  przez  pół  popołudnia,  dlaczego  tak  jest.  Niczego  nie 
zapamiętałam.  Tak bardzo odurzyło  mnie słońce, że nie słuchałam, co mówi. Odkryłam, że 
uwielbiam plażę, jej zapach, wodorosty na brzegu, chłodny piach między palcami, smak soli 
na  skórze  po  powrocie  do  domu.  Carmel  nie  jest  może  idealnym  miejscem  dla  miłośników 
bajgli, ale na Manhattanie z pewnością nie ma plaży. 

Ojciec  Dominik  wyraził  szczerą  nadzieję,  że  będę  szczęśliwa  w  Szkole  Misyjnej,  a 

następnie  zapewnił,  że  chociaż  nie  jestem  katoliczką,  będę  mile  widziana  na  mszy.  W 

background image

niektóre dni studenci katolicy są oczywiście, zobowiązani do uczestnictwa w nabożeństwie. 
Mogą przyłączyć się do nich albo zostać sama w pustej klasie, wybór należy do mnie. 

Rozbawiło mnie to trochę, ale zdołałam się powstrzymać i nie parsknąć śmiechem. Ojca 

Dominika,  mężczyznę  w  mocno  podeszłym  wieku,  można  nazwać  dziarskim.  Z  białym 
kołnierzykiem  i  w  czarnej  sutannie  jest  nawet  przystojny.  Oczywiście  jak  na  swoje 
sześćdziesiąt lat. Ma siwe włosy, bardzo niebieskie oczy i starannie utrzymane paznokcie. Nie 
znam  wielu  księży,  ale  uznałam,  że  ten  jest  w  porządku.  Zwłaszcza  że  nie  rzucił  się  na 
chłopaka przed sekretariatem, który nazwał zakonnicę „paniusią”. 

Ojciec  Dominik  opisał  rozmaite  wykroczenia,  za  które  mogę  być  usunięta  ze  szkoły: 

wagary, narkotyki na terenie szkoły i tak dalej. Na koniec zapytał, czy mam jakieś pytania. 
Nie miałam. Zwrócił się do mamy, czy ma jakieś pytania. Nie miała. Ojciec Dominik wstał 
więc i powiedział: 

-  Świetnie. Pożegnam  zatem panią, pani  Ackerman, i  odprowadzę Susannah na pierwszą 

lekcję. Dobrze, Susannah? 

Pomyślałam, że to dziwne, że dyrektor, który pewnie ma dużo do roboty, poświęca czas, 

aby  mnie  odprowadzić,  ale  nie  odezwałam  się.  Wzięłam  tylko  płaszcz  -  czarny  wełniany 
trencz firmy Esprit, tres chic (mama nie pozwoliłaby mi włożyć skórzanej kurtki pierwszego 
dnia  w  szkole)  -  czekając,  aż  mama  i  ksiądz  się  pożegnają.  Mama  pocałowała  mnie  na  do 
widzenia  i  przypomniała,  żebym  o  trzeciej  znalazła  Śpiącego,  ponieważ  jego  zadaniem  jest 
odwiezienie mnie do domu. Oczywiście nie nazwała go „Śpiący”. Godny pożałowania brak 
publicznego  transportu  oznaczał,  niestety,  że  chcąc  się  dostać  albo  wrócić  ze  szkoły,  będę 
zdana na łaskę braciszków. 

Mama  odeszła,  a  ojciec  Dominik  ruszył  ze  mną  przez  podwórze,  poleciwszy  przedtem 

Adamowi, żeby na niego zaczekał. 

- Nie ma sprawy - rzucił Adam, patrząc na mnie lubieżnie zza pleców księdza. Nieczęsto 

chłopcy w moim wieku patrzą na mnie w ten sposób. Miałam nadzieję, że będzie w tej samej 
klasie co ja. Marzenia mamy dotyczące mojego życia towarzyskiego mogłyby nareszcie stać 
się rzeczywistością. 

W trakcie spaceru ojciec Dominik opowiadał mi o budynku - albo raczej budynkach, gdyż 

było ich kilka. Szereg domów o grubych murach z palonej cegły łączyły nisko zadaszone pa-
saże.  Pośrodku  znajdował  się  piękny  dziedziniec  z  palmami,  czynną  fontanną  i  posągiem  z 
brązu przedstawiającym ojca Serrę z grupką typowych indiańskich squaw z niemowlętami na 
plecach,  klęczących  u  jego  stóp.  Naprzeciwko  znajdowały  się  kamienne  ławki,  na  których 
można  było  samotnie  kontemplować  urodę  dziedzińca.  Drzwi  do  klas  i  szafki  wbudowano 
wprost w ściany. Jedna z tych szafek, jak wyjaśnił ojciec Dominik, ma należeć do mnie. Oto 
szyfr. Czy chcę zostawić płaszcz? 

Kiedy  obudziłam  się  w  niedzielę  rano,  zaskoczył  mnie  fakt,  że  trzęsę  się  z  zimna. 

Musiałam  wygramolić  się  z  pościeli  i  zamknąć  okna.  Ku  mojemu  ogromnemu  zdumieniu 
dolinę  spowiła  gęsta  mgła,  zasłaniając  widok  zatoki.  Uznałam,  że  to  skutek  jakiegoś 
gwałtownego tropikalnego sztormu, ale Profesor wyjaśnił mi cierpliwie, że poranna mgła to 
zjawisko typowe na północnym zachodzie i że Pacifico, po hiszpańsku „Spokojny”, został tak 
nazwany  z  powodu  względnie  rzadko  występujących  burz.  Mgła,  jak  zapewnił,  znika  do 
południa, a później robi się gorąco. 

Miał rację. Kiedy wróciłam z plaży do domu, mój pokój zamienił się w piekarnik i znowu 

otworzyłam okna na całą szerokość. Rano jednak zastałam je zamknięte. Pomyślałam, że to 
bardzo miło ze strony mamy, że tak się o mnie troszczy. 

Mam  nadzieję,  że  to  była  moja  mama.  Jak  się  tak  zastanowić...  ale  nie,  nie  widziałam 

Jessego  od  dnia,  w  którym  się  wprowadziłam.  To  z  całą  pewnością  moja  mama  zamknęła 
okna. 

background image

W  każdym  razie,  kiedy  wyszłam  na  dwór,  żeby  wsiąść  do  samochodu  mamy, 

stwierdziłam, że jest lodowato i dlatego włożyłam wełniany płaszcz. 

Ojciec  Dominik  poinformował  mnie,  że  przydzielono  mi  szafkę  numer  273.  Pozwolił, 

żebym  sama  ją  znalazła.  Przechadzał  się  w  tym  czasie  za  moimi  plecami,  wpatrując  się  w 
belki zadaszenia, w których, jak z zadowoleniem stwierdził, co roku wiły gniazda jaskółcze 
rodziny.  Wydaje  się,  że  bardzo  lubi  ptaki,  właściwie  wszystkie  zwierzęta,  ponieważ 
interesował się, jak sobie radzę z Maksem, psem Ackermanów, jak również otwarcie obruszył 
się na Andy'ego, który uparcie twierdzi, że trzeba wymienić drewno w dachu ze względu na 
szkody, jakie wyrządzają jaskółki i ich odchody. 

268,  269,  270.  Wędrowałam  wzdłuż  rzędu  szafek,  sprawdzając  numery  na  beżowych 

drzwiczkach. W przeciwieństwie do szkolnych szafek na Brooklynie, te nie były zabazgrane 
graffiti, wgniecione ani pozalepiane plakatami heavymetalowych zespołów. Przypuszczam, że 
uczniowie  na  Wybrzeżu  Zachodnim  przywiązują  większą  wagę  do  tego,  jak  wygląda  ich 
szkoła, niż my, Jankesi. 

271, 272. Zatrzymałam się nagle. 
Obok szafki 273 stał duch. 
Nie  był  to  Jesse,  lecz  dziewczyna,  ubrana  podobnie  jak  ja,  tylko  że  z  długimi  jasnymi 

włosami, a nie brązowymi, jak moje. Miała wyjątkowo nieprzyjemny wyraz twarzy. 

-  Na  co  się  gapisz?  -  zwróciła  się  do  mnie.  Po  chwili,  spoglądając  na  kogoś  za  moimi 

plecami, zapytała: - A więc kogoś takiego wpuszczono na moje miejsce? Wiedziałam. 

Dobra, przyznaję, trochę mnie ruszyło. Odwróciłam się na pięcie, stając twarzą w twarz z 

ojcem Dominikiem, który patrzył na mnie ciekawie. 

- Tak myślałem - mruknął na widok mojej miny. 

background image

 
Przeniosłam wzrok z ojca Dominika na ducha dziewczyny i znowu spojrzałam na księdza. 
- Ksiądz ją widzi? - zdołałam wreszcie wykrztusić. Skinął głową. 
- Tak. Kiedy po raz pierwszy usłyszałem od twojej mamy o tobie i twoich... problemach w 

starej szkole, zacząłem podejrzewać, że możesz być jedną z nas, Susannah. Nie byłem jednak 
pewny,  więc  milczałem.  Chociaż  imię  Szymon

,  z  czego  zapewne  zdajesz  sobie  sprawę, 

pochodzi od hebrajskiego słowa oznaczającego „uważny słuchacz”, a jako mediator... 

Prawie go nie słuchałam. Nie mogłam  przejść do porządku dziennego nad faktem, że w 

końcu, po tylu latach, spotkałam innego mediatora. 

-  A  więc  dlatego  nie  ma  tutaj  duchów  Indian!  -  niemal  wrzasnęłam.  -  Ksiądz  się  nimi 

zajął. Rany, zastanawiałam się, co się z nimi stało. Spodziewałam się spotkać setki... 

Ojciec Dominik skłonił skromnie głowę. 
- Cóż, ściśle mówiąc, nie były to setki  - powiedział - jednak na początku mojej bytności 

tutaj,  dość  dużo.  Ale  to  nic  takiego,  doprawdy.  Spełniałem  tylko  swój  obowiązek,  robiąc 
użytek z niebiańskiego daru, otrzymanego od Boga. 

Skrzywiłam się. 
- Czy to właśnie On jest za to odpowiedzialny? 
-  Ależ  oczywiście,  że  nasz  dar  pochodzi  od  Boga.  -  Ojciec  Dominik  spojrzał  na  mnie  z 

góry z tym szczególnym rodzajem politowania, jakie wierzący okazują zwykle nieszczęsnym 
żałosnym stworzeniom, które mają wątpliwości. - A skąd, twoim zdaniem, mógłby się wziąć? 

-  Nie  wiem.  Zawsze  miałam  ochotę  porozmawiać  na  ten  temat  z  kimś  dorosłym. 

Ponieważ,  gdybym  mogła  wybierać,  wolałabym  raczej  nie  cieszyć  się  błogosławieństwem 
tego rodzaju. 

Ojciec Dominik wydawał się zdziwiony. 
- Ale dlaczego nie, Susannah? 
-  Ponieważ  przez  ten  dar  mam  tylko  kłopoty.  Czy  zdaje  sobie  ksiądz  sprawę,  ile  czasu 

spędziłam w gabinetach psychiatrycznych? Moja mama uważa, że jestem kompletnie stuknię-
ta. 

- Tak. - Ojciec Dominik pokiwał w zamyśleniu głową. - Tak, rozumiem, że dla laika taki 

cudowny dar może wydawać się... hm, niezwykły. 

- Niezwykły? Ksiądz żartuje! 
- Przyznaję, że na terenie Misji jestem bezpieczny - stwierdził ojciec Dominik. - Nigdy nie 

przyszło mi do głowy, że dla was, eee... że się tak wyrażę, w okopach, to musi być szalenie 
trudne, tak bez duchowego wsparcia... 

- Dla nas? - Uniosłam brwi. - Chce ksiądz powiedzieć, że jest nas więcej niż ksiądz i ja? 
-  Cóż,  tak  przypuszczam...  z  pewnością  musi  nas  być  więcej.  Nie  możemy  być  jedyni... 

Nie, nie, z pewnością są jeszcze inni. 

- Przepraszam - odezwał się duch niecierpliwie  - ale czy ktoś zechciałby  mi powiedzieć, 

co się tutaj dzieje? Co to za suka? Czy to ona ma zająć moje miejsce? 

-  Hej!  Licz  się  ze  słowami.  -  Posłałam  jej  mordercze  spojrzenie.  -  Ten  człowiek  jest 

księdzem, jak może zauważyłaś. 

Zachichotała złośliwie. 
- Ojejej. Wiem, że to ksiądz. Cały tydzień próbuje się mnie pozbyć. 
Zerknęłam zaskoczona na ojca Dominika. 
- No, cóż, Heather jest trochę uparta... - bąknął zmieszany. 
- Jeśli myślisz - wysyczała Heather - że będę po prostu stała z boku i pozwolę oddać tej 

suce moją szafkę... 

                                                 

 Susannah ma na nazwisko Simon, co jest odpowiednikiem polskiego imienia Szymon (przyp. red.). 

background image

- Nazwij mnie suką jeszcze raz, panienko, a postaram się, żebyś resztę wieczności spędziła 

wewnątrz tej szafki. 

Heather spojrzała na mnie bez cienia strachu. 
- Suka - wysyczała, przeciągając to słowo, tak jakby zawierało kilka sylab. 
Uderzyłam tak szybko, że nie zdążyła zauważyć podniesionej pięści. Grzmotnęłam ją na 

tyle  mocno,  że  wpadła  na  szafki,  zostawiając  w  nich  wgniecenie  w  kształcie  ciała. 
Wylądowała ciężko na kamiennej podłodze, ale w mgnieniu oka zerwała się na równe nogi. 
Spodziewałam się, że mi odda, ale Heather pognała korytarzem, głośno szlochając. 

-  Phi  -  mruknęłam  właściwie  do  siebie.  -  Tchórz.  Wiedziałam  doskonale,  że  wróci. 

Odstraszyłam  ją  tylko  na  chwilę.  Miałam  jednak  nadzieję,  że  do  naszego  następnego  spo-
tkania jej zachowanie trochę się poprawi. 

Kiedy zniknęła, chuchnęłam lekko na knykcie. Duchy mają zadziwiająco twarde szczęki. 
- Więc o czym to ksiądz mówił? 
Ojciec  Dominik,  nie  odrywając  wzroku  od  miejsca,  w  którym  przedtem  stała  Heather, 

zauważył bardzo oschłym jak na księdza głosem: 

- Na Wschodzie nauczają obecnie interesujących technik mediacji. 
- Ejże! - zawołałam. - Wyzywanie mnie nikomu nie ujdzie na sucho. Nie obchodzi mnie, 

co wycierpiała za życia. 

-  Sądzę  -  powiedział  z  namysłem  ojciec  Dominik  -  że  musimy  pewne  rzeczy 

przedyskutować. 

Nagle  otworzyły  się  boczne  drzwi,  zza  których  wyjrzał  potężny  brodaty  mężczyzna. 

Ksiądz położył palec na ustach. 

-  Wszystko  w  porządku,  Dom?  -  Musiał  widocznie  usłyszeć  uderzenie  astralnego  ciała 

Heather o szafki. A swoją drogą zabawne, ile ważą duchy. 

-  W  porządku,  Carl  -  odparł  ojciec  Dominik.  -  W  jak  najlepszym.  I  spójrz,  kogo  ci 

przyprowadziłem. - Ojciec Dominik położył mi rękę na ramieniu. - To twoja nowa uczennica, 
Susannah Simon. Susannah, to twój wychowawca, Carl Walden. 

Wyciągnęłam rękę, którą przed chwilą znokautowałam Heather. 
- Bardzo mi miło, panie Walden. 
-  Mnie  również,  panno  Simon.  Mnie  również.  -  Moja  dłoń  zniknęła  w  jego  ogromnej 

dłoni. Nie wyglądał na typowego nauczyciela. Raczej na drwala. Musiał rozpłaszczyć się na 
ścianie, żebym zdołała wślizgnąć się obok niego do klasy. - Cieszę się, że do nas dołączyłaś - 
dodał grzmiącym głosem. - Dzięki, Dom, że ją przyprowadziłeś. 

-  Nie  ma  za  co  -  powiedział  ojciec  Dominik.  -  Mieliśmy  niewielki  problem  z  szafką 

Pewnie  słyszałeś.  Nie  chciałem  ci  przeszkadzać.  Poproszę  woźnego,  aby  się  tym  zajął. 
Susannah,  chciałbym,  żebyś  zjawiła  się  w  moim  gabinecie  o  trzeciej,  żeby,  hm,  wypełnić 
resztę papierów. Uśmiechnęłam się słodko. 

- Och, nie mogę, ojcze. O trzeciej jadę z bratem do domu. Ojciec Dominik nachmurzył się. 
- Wobec tego zwolnię cię na chwilę z lekcji. Koło drugiej. 
- Dobrze. - Pomachałam mu ręką. - Na razie. 
Podejrzewam, że na Wybrzeżu Zachodnim nie mówi się dyrektorowi „na razie” ani też nie 

macha ręką na pożegnanie, ponieważ, kiedy odwróciłam  się do klasy, stwierdziłam,  że moi 
nowi koledzy wpatrują się we mnie z otwartymi ze zdumienia ustami. 

Może chodzi o moje ubranie? Ze zdenerwowania ubrałam się na czarno, czego zwykle nie 

robię. Zawsze to powtarzam: jak nie wiesz, w co się ubrać, włóż coś czarnego. Czarny jest 
zawsze odpowiedni. 

A może nie? Rozejrzałam się po klasie i zobaczyłam, że nikt nie ma na sobie nic czarnego. 

Biel, trochę brązu, mnóstwo khaki, ale czarny nie. 

Pan  Walden  nie  zauważył  chyba  mojego  zmieszania.  Przedstawił  mnie  i  poprosił,  aby 

powiedziała  coś  o  sobie.  Powiedziałam,  a  oni  nadal  gapili  się  na  mnie  z  nieodgadnionymi 

background image

minami. Poczułam pot na karku. Czasami mam wrażenie, że wolę towarzystwo umarłych od 
towarzystwa rówieśników. Szesnastolatki bywają naprawdę przerażające. 

Pan  Walden  okazał  się  na  szczęście  poczciwym  facetem.  Stałam  pod  tablicą  najwyżej 

przez minutę, pod obstrzałem tych wszystkich spojrzeń. Potem polecił mi zająć miejsce. 

To się wydaje takie banalne, prawda? Idź i zajmij jakieś miejsce. Ale, widzicie, były tylko 

dwa miejsca. Jedno obok naprawdę ładnej opalonej dziewczyny o gęstych kręconych włosach 
koloru  miodu.  Drugie  daleko  w  tyle,  za  dziewczyną  o  włosach  tak  białych  i  skórze  tak 
różowej, że musiała być albinoską. 

Nie, nie zgrywam się. Albinoską. 
Na moją decyzję wpłynęły dwie rzeczy. Po pierwsze, kiedy zobaczyłam to miejsce z tyłu, 

zauważyłam także, że okna tuż za nim wychodzą na parking przed szkołą. 

No,  w  porządku,  to  może  niezbyt  wspaniały  widok.  Ale  za  parkingiem  rozciągało  się 

morze. 

Nie żartuję. Ta szkoła ma lepszy widok na ocean niż ten, który mogę podziwiać z okien 

mojego pokoju, ponieważ znajduje się dużo bliżej plaży. Z okien klasy widać fale. Chciałam 
więc siedzieć jak najbliżej okna. 

Drugi powód był prosty: nie chciałam usiąść obok opalonej dziewczyny, żeby dziewczyna 

albinoską nie pomyślała, że zniechęcił mnie jej dziwny wygląd. Głupie, prawda? Jakby ją to 
w ogóle obchodziło. Nie wahałam się ani chwili. Zobaczyłam morze, zobaczyłam albinoskę i 
natychmiast to kupiłam. 

Jak tylko zajęłam miejsce, jakaś dziewczyna siedząca bliżej tablicy zaśmiała się złośliwie, 

mrucząc pod nosem, ale tak, żeby wszyscy słyszeli: 

- Siadaj sobie koło odmieńca, czemu nie. 
Spojrzałam  w  jej  stronę.  Na  jej  perfekcyjne  loki  i  perfekcyjny  makijaż.  Powiedziałam, 

bynajmniej nie szeptem: 

- Przepraszam cię, czy cierpisz na zespół Tourette'a? 
Pan Walden odwrócił się, chcąc napisać coś na  tablicy, ale powstrzymał go ton  mojego 

głosu.  Wszyscy  odwrócili  się,  żeby  na  mnie  spojrzeć,  łącznie  z  opaloną  dziewczyną,  koło 
której nie usiadłam. Ta złośliwa zamrugała, zaskoczona. 

- Co? 
-  Zespół  Tourette'a  -  potwierdziłam.  -  To  takie  zaburzenie  nerwowe,  które  powoduje,  że 

ludzie mówią rzeczy, których nie chcą tak naprawdę powiedzieć. Cierpisz na to? 

Jej policzki zaczęły powoli przybierać szkarłatną barwę. 
- Och, a więc byłaś niegrzeczna świadomie. 
- Nie nazwałam odmieńcem ciebie - wyjaśniła dziewczyna pośpiesznie. 
- Wiem - powiedziałam - i dlatego po szkole złamię ci tylko jeden palec, a nie wszystkie. 
Odwróciła się natychmiast w stronę tablicy. Usiadłam wygodnie na krześle. Nie wiem, o 

czym  tak  szeptano,  ale  zauważyłam,  że  świetnie  widoczna  pod  białymi  włosami  skóra  na 
głowie  albinoski  staje  się  purpurowa.  Pan  Walden  usiłował  przywołać  wszystkich  do 
porządku.  W  końcu  trzasnął  pięścią  w  biurko  i  oświadczył,  że  skoro  mamy  tyle  do 
powiedzenia,  to  możemy  to  wyrazić  w  wypracowaniu  na  tysiąc  słów  na  temat  bitwy  pod 
Bladensburgiem w czasie wojny 1812 roku, z podwójnymi odstępami między wierszami. Do 
złożenia na jego biurku następnego dnia rano. 

Och, świetnie. Dobrze, że nie przyszłam do szkoły, żeby znaleźć przyjaciół. 

background image

 
A  jednak  znalazłam.  Choć  wcale  się  o  to  nie  starałam.  Nie  zależało  mi.  Mam  dość 

przyjaciół  na  Brooklynie.  Mam  Ginę,  najlepszą  przyjaciółkę,  jaką  można  sobie  wyobrazić. 
Nie potrzebuję więcej znajomych. 

Nie  sądzę  też,  żeby  ktoś  mnie  tutaj  polubił  po  tym,  jak  z  mojego  powodu  kazano  im 

napisać wypracowanie na tysiąc słów. A zwłaszcza po tym, co zaszło, kiedy szliśmy do innej 
sali na kolejną lekcję. W Szkole Misyjnej nie ma dzwonków, zmieniamy klasy o ustalonych 
porach,  w  trakcie  pięciominutowych  przerw.  Jak  tylko  pan  Walden  wyszedł,  albinoska 
odwróciła się na krześle z wściekłym błyskiem we fioletowych oczach za przyciemnionymi 
szkłami okularów. 

- Spodziewasz się, że będę ci wdzięczna za to, co powiedziałaś Debbie? - syknęła. 
- Nie musisz - powiedziałam, podnosząc się. Również wstała. 
- Ale dlatego to zrobiłaś, zgadza się? Broniłaś albinoski? Ulitowałaś się nade mną? 
- Zrobiłam to - włożyłam pod ramię zwinięty płaszcz - ponieważ Debbie jest trollem. 
Zauważyłam,  że  kąciki  jej  ust  lekko  zadrżały.  Debbie  zgarnęła  książki  i  rzuciła  się  do 

drzwi w chwili, gdy tylko pan Walden pozwolił nam wyjść. Dziewczęta szeptały coś między 
sobą, rzucając mi jadowite spojrzenia, wzruszając ramionami, na których udrapowały swetry 
od Ralpha Laurena. 

Widziałam, że dziewczynę albinoskę rozbawiło moje porównanie, ale nie pozwoliła sobie 

na śmiech. 

-  Wiesz,  sama  potrafię  walczyć  o  swoje  -  oświadczyła  ostro.  -  Nie  potrzebuję  twojej 

pomocy, Nowy Jorku. 

Wzruszyłam ramionami. 
- W porządku, Carmel. 
Uśmiechnęła  się  wbrew  sobie.  Błysnął  aparat  dentystyczny,  iskrzący  się  równie  mocno, 

jak morze za oknem. 

- Cee Cee. 
- Co za Cee Cee? 
-  Tak  się  nazywam.  -  Wyciągnęła  do  mnie  mlecznobiałą  dłoń  o  paznokciach 

pomalowanych jaskrawym pomarańczowym lakierem. - Witaj w Szkole Misyjnej. 

Pan Walden zwolnił nas o dziewiątej. Do dziewiątej zero dwie Cee Cee przedstawiła mnie 

jakimś dwudziestu osobom. Większość z nich dreptała za nami, kiedy przemieszczałyśmy się 
do następnej klasy, wypytując ciekawie, jak to jest mieszkać w Nowym Jorku. 

-  Czy  tam  rzeczywiście  jest  -  zapytała  dziewczyna  z  końską  szczęką  -  tak...  tak...  - 

rozpaczliwie szukała odpowiedniego słowa - tak... metropolitalnie, jak mówią? 

Nie muszę dodawać, że te dziewczyny nie należały do najładniejszych w klasie. Od razu 

zwróciłam  też  uwagę,  że  nie  odzywały  się  do  ładnej  opalonej  dziewczyny  oraz  tej,  której 
obiecałam złamać po szkole palec. Te dziewczyny stanowiły pstrokatą zbieraninę, niektóre z 
trądzikiem,  niektóre  z  nadwagą  albo  zdecydowanie  zbyt  kościste.  Nie  miały  na  sobie 
eleganckich  swetrów  i  spódnic  khaki.  Z  przerażeniem  zobaczyłam,  że  jedna  nosi  sandały. 
Białe. Do beżowych rajstop. W styczniu! 

Nie zapowiadało się najciekawiej. 
Cee  Cee  wydawała  się  przewodzić  temu  stadku.  Była  redaktorką  szkolnej  gazetki 

„Wiadomości  Misyjne”,  którą  określała  jako  „raczej  przegląd  literacki  niż  zwykła  gazeta”. 
Gdy  twierdziła,  że  nie  potrzebuje  nikogo,  kto  by  walczył  w  jej  sprawie,  mówiła  całkiem 
poważnie. Dysponowała zapasem słownej amunicji oraz śmiertelnie poważnie podchodziła do 
wszystkiego,  co  robi.  Pierwszą  rzeczą,  o  jaką  mnie  zapytała,  kiedy  przestała  się  na  mnie 
wściekać, było, czy nie miałabym ochoty napisać czegoś dla jej gazety. 

background image

-  Nic  wymyślnego.  Może  na  przykład  krótki  artykuł,  w  którym  porównałabyś  kulturę 

młodzieżową na Wybrzeżu Wschodnim i Zachodnim. Na pewno dostrzegasz mnóstwo różnic 
między  nami  a  swoimi  przyjaciółmi  z  Nowego  Jorku.  Co  ty  na  to?  To  by  zainteresowało 
czytelników,  zwłaszcza  dziewczyny  takie  jak  Kelly  i  Debbie.  Może  napomknęłabyś  coś  o 
tym, że na Wybrzeżu Wschodnim opaleniznę uważa się za dowód złego gustu? 

Roześmiała  się,  bez  złośliwości,  ale  też  i  nie  całkiem  niewinnie.  Ale  taka  właśnie,  jak 

wkrótce odkryłam, jest Cee Cee - cała w uśmiechach, jeszcze bardziej promiennych z powodu 
tego  nieszczęsnego  aparatu,  tryskająca  humorem.  Słynie  nie  tylko  z  ciętego  dowcipu,  ale 
także końskiego śmiechu, którym parska w sposób niekontrolowany, nie mogąc powstrzymać 
przepełniającej  jej  radości.  Uciszają  ją  nieustannie  napuszone  siostry  nowicjuszki,  które 
dyżurują na korytarzu, starając się, abyśmy nie przeszkadzali turystom pstrykającym zdjęcia 
Junipero Serry i łaszących się do niego Indianek z brązu. 

Szkoła  Misyjna  jest  małą  szkołą.  Do  drugich  klas  chodzi  zaledwie  siedemdziesięciu 

uczniów.  Cieszę  się,  że  mamy  z  Przyćmionym  rozbieżne  plany  zajęć,  więc  spotykamy  się 
tylko  na  lunchu.  Lunch,  nawiasem  mówiąc,  jada  się  na  wielkim  trawiastym  placu  obok 
parkingu, skąd widać morze. Na tych samych ławkach, co uczniowie drugich klas, rozwalają 
się seniorzy, najstarsze roczniki, a nad głowami tych, którzy okazali się na tyle nierozsądni, 
żeby rzucić frytkę, krążą mewy. Wiem, bo sama tego doświadczyłam. Siostra Ernestyna - ta, 
którą Adam, uczęszczający ze mną na zajęcia z socjologii, nazwał „paniusią”  - podeszła do 
mnie  i  powiedziała,  żebym  więcej  tego  nie  robiła.  Jakbym  miała  na  to  ochotę  po  tym,  jak 
pięćdziesiątka  ogromnych  skrzeczących  mew  zapikowała  w  moją  stronę,  otaczając  mnie 
niczym gołębie na placu Waszyngtona, gdy rzuciło im się kawałek precla. 

W  każdym  razie  Śpiący  i  Profesor  jadali  lunch  o  tej  samej  porze  co  ja.  To  był  jedyny 

moment,  kiedy  spotykałam  Ackermanów  w  szkole.  Obserwowanie  ich  w  naturalnym 
środowisku  to  interesujące  zajęcie.  Z  zadowoleniem  stwierdziłam,  że  nie  pomyliłam  się  w 
ocenie  ich  charakterów.  Profesor  trzyma  się  z  grupą  dzieciaków  o  wyglądzie  maniaków 
komputerowych, z których większość nosi okulary i trzyma laptopy na kolanach. Przyćmiony 
przebywa z osiłkami, wokół których krążą gromadką - jak mewy nade mną - ładne opalone 
dziewczyny z naszej  klasy, łącznie z tą, obok której  nie zdecydowałam  się usiąść. Dziś  ich 
rozmowy toczyły się wokół prezentów gwiazdkowych, jako że tego dnia widzieli się po raz 
pierwszy po feriach zimowych, oraz tego, kto złamał najwięcej kończyn na nartach w Tahoe. 

Najciekawiej  jednak  obserwowało  się  Śpiącego.  Nie  dlatego,  że  się  obudził.  O,  nie. 

Siedział na ławce z zamkniętymi oczami i twarzą zwróconą do słońca. Ponieważ mam to na 
co dzień w domu, nie to mnie zainteresowało. Zainteresowało mnie, co dzieje się obok niego. 
A  siedział  tam  niewiarygodnie  przystojny  chłopak,  który  nie  robił  nic,  poza  tym  że  patrzył 
przed  siebie  z  wyrazem  przeraźliwego  smutku  na  twarzy.  Od  czasu  do  czasu  jakaś 
dziewczyna,  przechodząc  obok  -  dziewczyny  zawsze  krążą  w  pobliżu  przystojnych 
chłopaków - mówiła mu „cześć”, a on odrywał wzrok od morza i odpowiadał „cześć”, żeby 
zaraz powtórnie skierować spojrzenie na hipnotyzujące fale. 

Przyszło  mi  do  głowy,  że  Śpiący  i  jego  kolega  mogą  być  ćpunami.  To  by  wiele 

wyjaśniało. 

Kiedy  jednak  zapytałam  Cee  Cee,  kim  jest  ten  chłopak,  a  także  czy  nie  ma  on 

przypadkiem problemu z narkotykami, odparła: 

-  Och,  nie.  To  Bryce  Martinson.  Nie,  nie  jest  pod  wpływem  narkotyków.  Jest  tylko 

smutny, wiesz, bo jego dziewczyna umarła podczas ferii. 

-  Naprawdę?  - Przeżuwałam właśnie specjał ze szkolnego bufetu.  Wyżywienie w Szkole 

Misyjnej pozostawiało wiele do życzenia. Teraz zrozumiałam, dlaczego tyle osób przynosi je-
dzenie z domu. Daniem dnia były dzisiaj hot dogi. Nie żartuję. Hot dogi. - Jak umarła? 

- Strzeliła sobie w głowę - poinformował mnie Adam, chłopak poznany przed gabinetem 

dyrektora, który właśnie się do nas przysiadł. Zajadał cheetosy z ogromnej torby wyciągniętej 

background image

ze  skórzanego  plecaka.  Plecaka  od  Louisa  Vuittona,  należy  dodać.  -  Odstrzeliła  sobie  tył 
czaszki. 

-  Boże,  Adamie,  jak  możesz  być  tak  cyniczny?  -  zgorszyła  się  jedna  z  nieefektownych 

dziewcząt. 

Adam wzruszył ramionami. 
- Nigdy jej nie lubiłem. Nie mogę powiedzieć, że lubię ją teraz. W gruncie rzeczy, kiedy 

nie żyje, nie znoszę jej jeszcze bardziej. Słyszałem,  że będziemy musieli przejść dla niej w 
środę stacje krzyżowe. 

- Zgadza się - potwierdziła z niechęcią Cee Cee. - Musimy się modlić za jej nieśmiertelną 

duszę, ponieważ popełniła samobójstwo i jej przeznaczeniem jest smażyć się w piekle przez 
całą wieczność. 

- Naprawdę? Myślałem, że samobójcy idą do czyśćca - mruknął Adam w zamyśleniu. 
- Nie, głupolu. A dlaczego, twoim zdaniem, wielebny Constantine nie chce wydać Kelly 

pozwolenia  na  odprawienie  nabożeństwa  żałobnego?  Samobójstwo  to  grzech  śmiertelny. 
Wielebny  Constantine  nie  dopuści,  aby  czczono  pamięć  samobójcy  w  jego  kościele.  Nie 
pozwoli  nawet  rodzicom,  aby  ją  pochowali  w  poświęconej  ziemi.  -  Cee  Cee  wzniosła  do 
nieba  fiołkowe  oczy.  -  Nigdy  nie  lubiłam  Heather,  ale  wielebnego  Constantine'a  i  jego 
głupich  zasad  nienawidzę  jeszcze  bardziej.  Chodzi  mi  po  głowie  artykuł  na  ten  temat,  a 
nazwałabym go „Ojciec, Syn i święty Hipokryta”. 

Dziewczęta zachichotały nerwowo. Poczekałam, aż im przejdzie i zapytałam: 
- Dlaczego to zrobiła?  
Adam był wyraźnie znudzony. 
- Z powodu Bryce'a, oczywiście. Zerwał z nią. 
Ładna  czarnoskóra  dziewczyna  o  imieniu  Bernadette,  zdecydowanie  górująca  nad  nami 

wzrostem, pochyliła się i szepnęła: 

- Słyszałam, że zrobił to w centrum handlowym. Możecie w to uwierzyć? 
Inna dziewczyna dodała: 
-  Tak,  w  samą  Wigilię.  Robili  razem  zakupy  przed  świętami,  a  ona  wskazała  palcem  na 

brylantowy pierścionek na wystawie u Bergdorfa i oznajmiła, że chce go mieć. Myślę, że to 
go  wyprowadziło  z  równowagi.  Wiecie,  to  był  pierścionek  zaręczynowy.  Zerwał  z  nią  od 
razu. 

-  A  ona  wróciła  do  domu  i  się  zastrzeliła?  -  Historyjka  wydała  mi  się  naciągana.  Kiedy 

wcześniej  zapytałam  Cee  Cee,  gdzie  będziemy  jedli  lunch,  gdyby  Boże  broń,  padało, 
wyjaśniła,  że  wszyscy  zostają  wtedy  w  klasach.  Siostry  roznoszą  różne  gry,  na  przykład 
scrabble. Zastanawiałam się, czy ta historia, podobnie jak ta o lunchu w deszczowy dzień, nie 
jest czczym wymysłem. Cee Cee to dziewczyna, która jest w stanie, nie ze złośliwości, tylko 
dla zabawy, naopowiadać nowej koleżance niestworzonych rzeczy. 

-  Nie  wtedy  -  odpowiedziała  Cee  Cee.  -  Przez  jakiś  czas  próbowała  się  z  nim  pogodzić. 

Dzwoniła do niego co dziesięć minut, aż w końcu jego matka powiedziała jej, żeby przestała. 
Potem  zaczęła  przysyłać  mu  listy,  grożąc  samobójstwem,  jeśli  do  niej  nie  wróci.  Nie 
odpowiadał,  więc  wzięła  czterdziestkę  -  czwórkę  tatusia,  pojechała  do  domu  Bryce'a  i 
zadzwoniła do drzwi. 

W  tym  momencie  opowiadanie  przejął  Adam,  wiedziałam  więc,  że  nastąpi  jakiś 

makabryczny opis. 

-  Taak  -  zaczął,  podnosząc  się,  żeby  odegrać  scenkę,  posługując  się  cheetosem  w 

charakterze rewolweru. - U Martinsonów było właśnie przyjęcie noworoczne, więc zastała ich 
w  domu.  Otwierają  drzwi,  a  na  progu  stoi  dziewczyna  z  bronią  przyłożoną  do  głowy. 
Powiedziała,  że  jak  Bryce  nie  przyjdzie,  to  pociągnie  za  spust.  Nie  mogli  jednak  zawołać 
Bryce'a, bo wysłali go na Antiguę... 

background image

- ...w nadziei, że słońce i woda ukoją jego stargane nerwy - wtrąciła Cee Cee - ponieważ, 

rozumiecie, teraz powinien raczej myśleć o nauce. Niepotrzebne mu dodatkowe stresy w po-
staci szalonej wielbicielki. 

Adam łypnął na nią gniewnie i podjął na nowo opowieść, przykładając cheetosa do głowy. 
-  Taak,  owszem,  to  był  poważny  błąd  ze  strony  Martinsonów.  Jak  tylko  usłyszała,  że 

Bryce'a nie ma w kraju, pociągnęła za cyngiel, odstrzeliwując sobie tył czaszki, aż kawałki jej 
mózgu oblepiły świąteczne lampki wiszące przed domem. 

Wszyscy, poza mną, jęknęli z wrażenia. Ja pomyślałam o czymś innym. 
-  Puste  krzesło  w  waszej  pracowni,  to  obok,  jak  jej  tam...  Kelly.  Tam  siedziała  zmarła 

dziewczyna, prawda? 

Bernadettę skinęła głową. 
- Taak. Dlatego wydało nam się takie dziwne, że przeszłaś obok niego. To było tak, jakbyś 

wiedziała, że siedziała tam Heather. Pomyśleliśmy, że może jesteś medium albo... 

Nie  zadałam  sobie  trudu,  żeby  wyjaśnić,  że  fakt  ten  nie  miał  nic  wspólnego  z  moimi 

nadzwyczajnymi mocami umysłowymi. W ogóle nic nie powiedziałam.  Pomyślałam:  Rany, 
mamo,  ładnie  z  twojej  strony,  że  mi  powiedziałaś,  dlaczego  tak  nagle  przyjęto  mnie  do  tej 
szkoły, choć przedtem nie było wolnych miejsc. 

Popatrzyłam uważnie na Bryce'a. Po wakacjach na Antigui był bardzo opalony. Siedział 

na długim stole, z nogami na ławie, łokciami opartymi na kolanach, ze wzrokiem wbitym w 
Pacyfik. Delikatny wiaterek mierzwił jego piaskowoblond włosy. 

On nie ma pojęcia, pomyślałam. Nie ma zielonego pojęcia. Wydaje mu się, że jego życie 

to koszmar, a najgorsze jeszcze przed nim. 

Wszystko przed nim. 

background image

 
Nie  musiał  długo  czekać.  Zabrała  się  do  dzieła  zaraz  po  lunchu.  Oczywiście  Bryce  nie 

zdawał  sobie z tego sprawy.  Zauważyłam ją  w tłumie natychmiast,  gdy  wszyscy ruszyli do 
szafek.  Duchy  roztaczają  wokół  siebie  swego  rodzaju  poświatę,  która  odróżnia  ich  od 
żywych. Dzięki Bogu, bo inaczej w wielu wypadkach nie umiałabym ich rozpoznać. 

W każdym razie była tam, posyłając mu pełne jadu spojrzenia, jak jeden z jasnowłosych 

bohaterów Wioski przeklętych. Ludzie, nieświadomi jej obecności, przechodzili wprost przez 
nią. Czułam coś w  rodzaju  zazdrości. Chciałabym,  żeby duchy były dla  mnie niewidzialne. 
Wiem,  że  wówczas  nie  cieszyłabym  się  obecnością  ojca  przez  ostatnich  parę  lat,  ale  rany, 
teraz nie stałabym jak głupia, czekając, aż Heather zrobi coś okropnego. 

Nie wiedziałam, rzecz jasna, co takiego ma w planie. Duchy bywają brutalne. Ta sztuczka 

z lustrem, którą zrobił Jesse, to naprawdę nic takiego. Rzucano we mnie różnymi przedmiota-
mi z taką siłą, że gdybym się nie uchyliła, sama w tej chwili należałabym do świata duchów. 
Miałam mnóstwo wstrząsów mózgu i złamanych kości. Mama uważa, że mam pecha i ciągle 
zdarzają  mi  się  wypadki.  Tak,  mamusiu,  zgadza  się.  Złamałam  nadgarstek,  spadając  ze 
schodów. Aha, a spadłam dlatego, że popchnął mnie duch trzystuletniego konkwistadora. 

Kiedy  tylko  zobaczyłam  Heather,  wiedziałam,  że  coś  szykuje.  Nie  opierałam  tego 

założenia na naszej uprzedniej konwersacji. Podążyłam za jej wzrokiem i stwierdziłam, że to 
nie w Bryce'a się wpatruje. Jej uwagę przyciąga belka w zadaszeniu w tej części pasażu, w 
której  akurat  znajdował  się  Bryce.  Zauważyłam,  że  drewno  zaczyna  drżeć.  Nie  cały  dach. 
Och, nie. Tylko jedna ciężka belka. Dokładnie nad głową Bryce'a. 

Błyskawicznie  rzuciłam  się  całym  ciężarem  na  Bryce'a.  Runęliśmy  na  ziemię  i 

poturlaliśmy się kawałek. Nagle rozległ się potężny huk. Zasłoniłam rękami głowę, więc nie 
widziałam, jak gruby kawał drewna rozbija się na ziemi. Ale usłyszałam. A także poczułam. 
Obsypały  mnie  drzazgi,  wbijając  się  boleśnie  w  moje  ciało.  Dobrze,  że  miałam  wełniane 
spodnie. 

Bryce leżał pode mną nieruchomo. Pomyślałam, że może dostał kawałkiem drewna. Kiedy 

jednak  uniosłam  twarz,  stwierdziłam,  że  nic  mu  się  nie  stało.  Patrzył  tylko  przerażonym 
wzrokiem na leżącą niedaleko nas potężną belkę. Wszędzie walały się odłamki drewna. Bryce 
zapewne uświadomił sobie właśnie, że gdyby ten element architektoniczny zetknął się z jego 
czaszką, to na kamiennej podłodze walałyby się także szczątki Bryce'a. 

-  Przepraszam.  Przepraszam...  -  dobiegł  mnie  zdenerwowany  głos  ojca  Dominika. 

Przepychał się przez tłum zdumionych gapiów. Na widok belki na ziemi zastygł bez ruchu, 
ale widok mnie i Bryce'a zmobilizował go do działania. 

- Dobry Boże! - krzyknął, biegnąc w naszą stronę. - Nic wam, dzieci, nie jest? Susannah, 

czy jesteś ranna? Bryce? 

Usiadłam  powoli.  Często  zdarza  mi  się  sprawdzać,  czy  mam  wszystkie  kości  całe  i  lata 

praktyki  nauczyły  mnie,  że  im  wolniej  się  podnosisz,  tym  większe  masz  szanse  wykryć 
złamanie i tym mniejsze, że pogorszysz sprawę. 

Dziś  jednak  wyglądało  na  to,  że  wszystko  mam  na  swoim  miejscu.  Podniosłam  się  na 

nogi. 

- Boże święty - powiedział ojciec Dominik - jesteś pewna, że nic ci się nie stało? 
-  Nic mi nie jest  -  zapewniałam, otrzepując ubranie. Wszędzie miałam drzazgi.  A to  był 

mój najlepszy żakiet, od Donny Karan. Rozejrzałam się, szukając Heather. Gdybym ją wtedy 
dopadła, zabiłabym, jak słowo daję... No, ale ona już jest martwa. I w dodatku zniknęła. 

-  Boże  -  jęknął  Bryce,  podchodząc  do  mnie.  Nie  wydawał  się  ranny,  tylko  trochę 

zaszokowany.  Ciężko  byłoby  zrobić  krzywdę  takiemu  wielkiemu  chłopakowi.  Miał  dobrze 
ponad metr osiemdziesiąt i szerokie bary. Prawdziwy niedźwiedź. 

Mówił do mnie. Do mnie! 

background image

-  Boże,  z  tobą  wszystko  w  porządku?  -  zapytał.  -  Dzięki.  Boże.  Chyba  uratowałaś  mi 

życie. 

- To nic takiego, naprawdę - rzuciłam. Nie mogłam się powstrzymać i wyciągnęłam z jego 

swetra drzazgę. Kaszmir. Tak podejrzewałam. 

- Co tu się dzieje? - Drogę przez tłum torował sobie wysoki mężczyzna w grubej sutannie 

i czerwonej czapeczce. Spojrzał na belkę na podłodze, potem na dziurę w dachu i zwrócił się 
do ojca Dominika: 

-  Widzisz?  Widzisz,  Dominiku?  Tak  się  kończy  twoja  pobłażliwość  wobec  ptaków. 

Zakładają  gniazda,  gdzie  im  się  podoba!  Pan  Ackerman  ostrzegał  nas,  że  to  się  może  tak 
skończyć. I popatrz, miał rację! Ktoś mógł zginąć! 

A więc to jest wielebny Constantine. 
-  Tak mi przykro, monsignor - odparł ojciec Dominik.  - Nie mam pojęcia, jak mogło  do 

tego dojść. Dzięki Bogu, nikomu nic się nie stało. - Popatrzył na mnie i na Bryce'a. - Dobrze 
się  czujecie?  Wydaje  mi  się,  że  panna  Simon  jest  trochę  blada.  Zabiorę  ją  do  pielęgniarki, 
jeśli nie masz, Susannah, nic przeciwko temu. Resztę dzieci proszę o powrót do klas. Nikomu 
nic się nie stało. To był wypadek. Rozejdźcie się. 

Zdumiewające, ale wszyscy posłuchali. Ojciec Dominik miał w sobie coś, co sprawiało, że 

nie można go było nie posłuchać. Dzięki Bogu, wykorzystywał to w służbie dobra, a nie zła! 

Chciałabym  móc  powiedzieć  to  samo  o  wielebnym.  Sterczał  w  opustoszałym  nagle 

korytarzu  ze  wzrokiem  wbitym  w  belkę.  Widać  było,  że  nie  jest  w  najmniejszym  stopniu 
spróchniała. 

-  Te  ptasie  gniazda  zostaną  usunięte,  Dominiku  -  odezwał  się  cierpko  wielebny.  - 

Wszystkie. Nie możemy pozwolić sobie na takie ryzyko. A gdyby w tym miejscu stał jakiś 
turysta? Albo, Boże broń, arcybiskup. Przyjeżdża w przyszłym tygodniu, jak ci wiadomo. Co 
by było, gdyby w tym miejscu stał arcybiskup Rivera i ta belka właśnie by spadła? Co wtedy, 
Dominiku? 

Siostry,  które  słysząc  zamieszanie,  wyszły  na  korytarz,  patrzyły  na  biednego  ojca 

Dominika z takim wyrzutem, że z trudem trzymałam buzię na kłódkę. W pewnym momencie 
otworzyłam nawet usta, ale ojciec Dominik mocniej ścisnął mnie za ramię i ruszył w kierunku 
drzwi. 

-  Oczywiście!  -  zawołał.  -  Masz  całkowitą  rację.  Zaraz  sprowadzę  woźnych,  monsignor. 

Nie możemy dopuścić, żeby arcybiskup został ranny. Absolutnie nie. 

- Boże, co za kretyn! - wykrzyknęłam, kiedy tylko znaleźliśmy się w gabinecie dyrektora. 

- Czy on naprawdę myśli, że parę ptaków mogło zrobić coś takiego? 

Ojciec Dominik przeszedł przez pokój wprost do małej gablotki, w której znajdowały się 

trofea i plakietki - nagrody za wyniki w nauczaniu, jak się później dowiedziałam. Zanim wła-
dze  diecezji  przydzieliły  mu  stanowisko  administracyjne,  ojciec  Dominik  był  powszechnie 
lubianym nauczycielem biologii. Sięgnął za jedną z nagród i wyciągnął paczkę papierosów. 

-  Nie  jestem  pewien,  Susannah,  czy  to  nie  świętokradztwo  -  powiedział,  patrząc  na 

czerwono - białą paczuszkę - żeby nazywać dostojnika Kościoła katolickiego kretynem. 

-  No,  to  dobrze,  że  nie  jestem  katoliczką.  Może  ksiądz  zapalić  jednego,  jeśli  ma  ksiądz 

ochotę - skinęłam głową w stronę papierosów. - Nikomu nie powiem. 

Rzucił tęskne spojrzenie na paczkę, potem westchnął głęboko i odłożył ją na miejsce. 
- Nie. Dziękuję, ale lepiej nie. 
Oho.  Może  to  i  dobrze, że  nigdy  nie  ciągnęło  mnie  do  fajek.  Uznałam,  że  lepiej  będzie 

zmienić temat, więc zaczęłam oglądać trofea. 

- 1964 - zauważyłam. - Uczył ksiądz kawał czasu. 
-  Owszem.  -  Ojciec  Dominik  zasiadł  za  biurkiem.  -  Co  tam  się,  Susannah,  na  miłość 

boską, zdarzyło? 

background image

- Och - wzruszyłam ramionami - to tylko Heather. Zdaje się, że wiemy już, dlaczego się tu 

kręci. Chce zabić Bryce'a Martinsona. 

Ojciec Dominik pokręcił głową. 
- To okropne. Straszne. Nigdy nie spotkałem się z taką... taką siłą niszczycielską u ducha. 

Nigdy, odkąd jestem mediatorem. 

- Naprawdę? - Wyjrzałam przez okno. Okna gabinetu dyrektora nie wychodziły na morze, 

lecz  na  wzgórza,  gdzie  stoi  mój  dom.  -  Ojej!  -  zawołałam.  -  Widać  stąd  miejsce,  gdzie 
mieszkam! 

-  Zawsze  była  taką  miłą  dziewczyną.  Nigdy  nie  mieliśmy  żadnych  kłopotów 

wychowawczych  z  Heather  Chambers  przez  wszystkie  te  lata,  które  spędziła  w  Szkole 
Misyjnej.  Co  mogło  wywołać  u  niej  tyle  nienawiści  do  młodego  człowieka,  którego  ponoć 
kochała? 

Zerknęłam na niego przez ramię. 
- Ksiądz żartuje? 
-  Cóż,  tak,  wiem,  że  zerwali  ze  sobą,  ale  tak  skrajne  emocje...  ta  chęć  mordu...  To 

dziwne... 

Cmoknęłam zniecierpliwiona. 
- Przepraszam, wiem, że ksiądz składał śluby czystości i tak dalej, ale czy naprawdę nigdy 

nie był ksiądz zakochany? Nie wie ksiądz, jak to jest? Ten chłopak ją spławił. Jeśli to nie jest 
powód, żeby chcieć kogoś zabić, to nie wiem, jaki może być inny. 

Przyglądał mi się zamyślony. 
- Mówisz na podstawie własnego doświadczenia? 
-  Kto,  ja?  Niezupełnie.  To  jest,  zakochiwałam  się  w  różnych  takich,  ale  nie  mogę 

powiedzieć,  żeby  któryś  odwzajemnił  to  piękne  uczucie.  -  Ku  mojemu  żalowi.  -  Jednak 
potrafię sobie wyobrazić, jak się czuła Heather, kiedy Bryce z nią zerwał. 

- Pragnęła śmierci - stwierdził ojciec Dominik. 
-  Rzeczywiście.  Ale  okazało  się,  że  to  nie  wystarczy.  Nie  spocznie,  dopóki  go  stąd  nie 

zabierze. 

-  To  przerażające.  Naprawdę  przerażające.  Rozmawiałem  z  nią,  gardło  sobie  zdarłem,  a 

ona nie chciała słuchać. A teraz zdarza się coś takiego. Będę musiał doradzić temu młodemu 
człowiekowi, żeby pozostał w domu, dopóki tego nie rozwiążemy. 

Roześmiałam się. 
- W jaki sposób zamierza ksiądz to zrobić? Powie mu ksiądz, że jego martwa dziewczyna 

chce go zabić? O, tak, to się spodoba wielebnemu. 

- Ależ nie. - Ojciec Dominik otworzył szufladę i zaczął w niej czegoś szukać. - Wystarczy 

odrobina  pomysłowości  i  pan  Martinson  nie  będzie  mógł  przychodzić  do  szkoły  nawet 
tydzień. 

-  O,  Boże!  -  poczułam,  jak  blednę.  -  Chce  go  ksiądz  otruć?  Czy  nie  ma  jakiejś  reguły, 

która tego zakazuje? 

-  Otruć? Nie, nie, Susannah. Pomyślałem  o wszach. Pielęgniarka przeprowadza przegląd 

raz w semestrze. Dopilnuję, żeby pan Martinson okazał się ciężkim przypadkiem... 

- To obrzydliwe! - wrzasnęłam. - Nie może ksiądz zarazić wszami tego chłopca! 
Ojciec Dominik podniósł głowę znad szuflady. 
-  Dlaczego  nie?  To  się  nam  ogromnie  przyda.  Trzeba  mu  zapewnić  bezpieczeństwo  do 

czasu, aż sprowadzimy pannę Chambers na drogę rozsądku... 

-  Nie  może  go  ksiądz  zarazić  wszami  -  powtórzyłam  ostrzej,  niż  należało.  Nie  wiem, 

dlaczego  tak  bardzo  mi  się  to  nie  spodobało,  poza  tym  że...  cóż,  ma  takie  ładne  włosy. 
Przyjrzałam im się z bliska, kiedy leżeliśmy rozciągnięci na ziemi. Miękkie loki, w których z 
przyjemnością  zanurzyłabym  palce.  Na  myśl  o  tym,  że  mogłoby  się  w  nich  roić  od 
pasożytów, robiło mi się niedobrze. Jak to było w tym wierszyku dla dzieci? 

background image

Spojrzałeś mi w oczy  
By mnie zauroczyć.  
Pogłaskałam twoje włosy 
I coś mnie ugryzło. 
-  
Ojej  -  mruknęłam,  siadając  na  biurku.  -  Proszę  schować  te  wszy,  dobrze?  I  pozwolić 

mnie załatwić sprawę z Heather. Mówił ksiądz, że jak długo z nią rozmawiał? Tydzień? 

- Od Nowego Roku. Tak, wtedy pojawiła się po raz pierwszy. Teraz wiem, że czekała na 

Bryce'a. 

- Zgadza się. Dobrze, proszę mi pozwolić tym się zająć. Może musi po prostu pogadać z 

inną dziewczyną. 

- Nie wiem - powiedział ojciec Dominik, patrząc na mnie z powątpiewaniem.  - Odnoszę 

wrażenie, że masz pewne skłonności do... cóż, rozwiązań siłowych. Mediator, Susannah, nie 
powinien uciekać się do przemocy. Mamy pomagać znękanym duchom, a nie męczyć je. 

-  Słucham?  Był  ksiądz  przypadkiem  przed  chwilą  na  korytarzu?  Sądzi  ksiądz,  że 

powinnam po prostu stać tam i przekonać tę belkę, żeby nie rozbiła Bryce'owi głowy? 

-  Oczywiście,  że  nie.  Chciałem  tylko  powiedzieć,  że  gdybyś  spróbowała  okazać  trochę 

współczucia... 

-  Mam  w  sobie  mnóstwo  współczucia,  ojcze.  Moje  serce  krwawi  z  powodu  tej 

dziewczyny,  naprawdę.  Ale  to  jest  moja  szkoła.  Rozumie  ksiądz?  Moja.  Nie  jej.  Już  nie. 
Podjęła decyzję, od której nie ma odwrotu.  I nie pozwolę jej pociągnąć za sobą Bryce'a ani 
kogokolwiek innego. 

- Cóż... - ojciec Dominik nie krył sceptycyzmu. - Cóż, jeśli jesteś pewna... 
- Jestem. - Zeskoczyłam z biurka. - Proszę zdać się na mnie, dobrze? 
- Dobrze - odparł ojciec Dominik. Powiedział to jednak bez przekonania. Poprosiłam go o 

przepustkę, żeby siostry się nie czepiały, kiedy będę wracała do klasy. Właśnie jedna z nich - 
nowicjuszka o surowej twarzy - studiowała ją z najwyższą uwagą, kiedy otworzyły się drzwi 
z tabliczką PIELĘGNIARKA i na korytarz wyszedł Bryce także z przepustką. 

- Hej - zawołałam. - Co się stało? Czy ona... znaczy... Czy stało ci się coś? Jesteś ranny? 
- Nie - uśmiechnął się trochę nieśmiało. - Cóż, jeśli nie liczyć tej paskudnej drzazgi, która 

dostała mi się pod paznokieć. Usiłowałem strzepnąć te wszystkie kawałeczki drewna z ubra-
nia i wtedy tam wlazła i... 

Wyciągnął prawą rękę. Miał zabandażowany kciuk. 
- Au! - Skrzywiłam się. 
- Tak. - Zrobił ponurą minę. - Użyła maści rtęciowo - chromowej, której nienawidzę. 
- Rany, ale miałeś paskudny dzień. 
- Nie aż tak. - Opuścił rękę. - W każdym razie gdyby nie ty, byłby gorszy. Gdyby cię tam 

nie było, już bym nie żył. 

Zauważył, że przed chwilą wyszłam z gabinetu dyrektora i zapytał: 
- Masz jakieś kłopoty? 
-  Nie,  skąd.  Ojciec  Dominik  chciał,  żebym  wypełniła  jakieś  formularze.  Jestem  nowa, 

wiesz. 

-  Jako nowa  uczennica  -  odezwała się surowym  głosem  nowicjuszka  -  powinnaś  przyjąć 

do wiadomości, że nie pozwala się na zbijanie bąków na korytarzu. Oboje powinniście udać 
się do swoich klas. 

Przeprosiłam i odebrałam przepustkę. Bryce zaoferował szarmancko, że pokaże mi salę, w 

której mam kolejną lekcję i siostra zostawiła nas, usatysfakcjonowana. Jak tylko oddaliła się 
wystarczająco, by nas nie słyszeć, Bryce powiedział: 

- Masz na imię Suze, tak? Jake opowiadał mi o tobie. Jesteś jego nową przyrodnią siostrą 

z Nowego Jorku? 

- Zgadza się - powiedziałam. - A ty jesteś Bryce Martinson. 

background image

- Och, Jake o mnie wspomniał? 
Niemal roześmiałam się na myśl, że Śpiący mógłby się rozgadać na jakikolwiek temat. 
- Nie, nie Jake. 
Powiedział „och” takim smutnym tonem, że prawie zrobiło mi się go żal. 
- Ludzie pewnie o mnie mówią, co? 
-  Trochę.  -  Poszłam  za  ciosem.  -  Przykro  mi  z  powodu  tego,  co  stało  się  z  twoją 

dziewczyną. 

- Mnie też, możesz mi wierzyć. - Jeśli nie był zadowolony, że poruszyłam ten temat, nie 

okazał  tego.  -  Nie  chciałem  nawet  tu  wrócić  po...  no,  wiesz.  Usiłowałem  przenieść  się  do 
RLS, ale tam jest pełno.  Nawet  w państwowej  szkole mnie nie chcieli. Ciężko jest zmienić 
szkołę, kiedy został tylko jeden semestr nauki. Nie musiałbym w ogóle wracać, gdyby nie to, 
że... wiesz. W college'ach zwykłe życzą sobie świadectwa ukończenia szkoły średniej. 

Roześmiałam się. 
- Słyszałam o tym. 
-  Wszystko  jedno.  -  Bryce  zauważył,  że  niosę  płaszcz.  Targałam  go  ze  sobą  cały  dzień, 

ponieważ nie mogłam używać szafki. Drzwi wgniotły się tak, że nie dało się ich otworzyć, 
kiedy cisnęłam w nie ciałem Heather. - Chcesz, żebym to wziął? 

Tak mnie zaszokowała jego uprzejmość, że odparłam bez namysłu: 
- Pewnie. - I podałam mu płaszcz. Wsunął go pod ramię. 
- Więc pewnie wszyscy obwiniają mnie o to, co się stało z Heather - powiedział. 
- Nie wydaje mi się. Jeśli już, to obwiniają Heather o to, co się stało z Heather. 
-  Taak  -  mruknął  Bryce.  -  Ale  to  ja  ją  do  tego  doprowadziłem,  rozumiesz?  Na  tym  to 

polega. Gdybym z nią nie zerwał... 

- Masz dość wysokie mniemanie o sobie, co? 
- Słucham? - Był wyraźnie zdumiony. 
- Przyjmujesz, że zabiła się z twojego powodu, a mnie nie wydaje mi się, żeby tak właśnie 

było.  Popełniła  samobójstwo,  ponieważ  była  chora.  Nie  miałeś  z  tym  nic  wspólnego.  To 
zerwanie mogło pełnić rolę katalizatora, doprowadzić ją do załamania nerwowego, które i tak 
mogłoby  nastąpić  z  jakiejś  innej  przyczyny.  Rozwód  rodziców,  nieprzyjęcie  do  drużyny 
cheerliderek, śmierć kota. Cokolwiek. Więc nie rób sobie takich wyrzutów.  - Dotarliśmy do 
drzwi  klasy.  Następną  lekcją  była  geometria  z  siostrą  Mary  Catherine.  Odwróciłam  się  do 
niego i wzięłam płaszcz. - Cóż, tu wysiadam. Dzięki za podwiezienie. 

Przytrzymał rękaw płaszcza. 
- Poczekaj. - Nie widziałam jego oczu - szeroki okap chronił przez słońcem i powodował, 

że w pasażach panował półmrok. Pamiętałam jednak, że są niebieskie. W naprawdę ładnym 
odcieniu  błękitu.  -  Posłuchaj.  Pozwól  gdzieś  się  zaprosić  dzisiaj  wieczorem.  Chcę  ci 
podziękować za uratowanie życia i za wszystko. 

-  Dziękuję  -  powiedziałam,  ciągnąc  płaszcz.  -  Ale  mam  już  plany  na  dzisiaj.  -  Nie 

dodałam, że moje plany wiążą się jak najściślej z jego osobą. 

- No, to jutro wieczorem. - Ciągle nie puszczał płaszcza. 
- Posłuchaj, w ciągu tygodnia nie wolno mi nigdzie wychodzić - oznajmiłam. 
Nie była to prawda. Mimo że kilkakrotnie odwiozła mnie do domu policja, mama ufała mi 

całkowicie.  Gdybym  umówiła  się  z  jakimś  chłopcem,  na  pewno  nie  miałaby  nic  przeciwko 
temu. Sęk w tym, że jak dotąd nie zaprosił mnie dokądkolwiek żaden chłopak. Ani w dzień 
powszedni, ani w żaden inny. 

Nie  dzieje  się  tak  dlatego,  że  jestem  brzydka.  Nie  przypominam  co  prawda  Cindy 

Crawford,  ale  nie  jestem  taka  znowu  najgorsza.  Chodzi  o  to,  że  w  szkole  zawsze  uważano 
mnie za dziwadło. Tak się zwykle sądzi o dziewczynach, które gadają same ze sobą i mają 
czasem do czynienia z policją. 

background image

Nie zrozumcie mnie źle. Od czasu do czasu w szkole pojawiał się jakiś nowy chłopak i 

bywało, że okazywał mi zainteresowanie, dopóki ktoś nie naopowiadał mu o mnie dziwnych 
historii. Wtedy omijał mnie jak zadżumioną. 

Chłopcy z Wybrzeża Wschodniego. Co oni wiedzą? 
Teraz  jednak  miałam  szansę  zacząć  nowy  rozdział  życia,  z  nową  nieświadomą  mojej 

przeszłości  populacją  chłopców.  Cóż,  jeśli  nie  liczyć  Śpiącego  i  Przyćmionego,  a  wątpię, 
żeby  któryś  z  nich  puścił  parę  z  ust,  jako  że  żaden  nie  należy  do...  powiedzmy,  ludzi 
rozmownych. 

W każdym razie, żaden z nich z pewnością nie naopowiadał niczego Bryce'owi, gdyż jego 

następne słowa brzmiały: 

- Zatem w weekend. Co robisz w sobotę? 
Nie byłam przekonana, czy to rzeczywiście dobry pomysł, żeby wiązać się z chłopakiem, 

którego  chce  zabić  jego  zmarła  dziewczyna.  A  jeśli  na  to  wpadnie  i  spróbuje  się  na  mnie 
mścić? Ojciec Dominik z pewnością by tego nie pochwalił. 

A  z  drugiej  strony,  jak  często  takiej  dziewczynie  jak  ja  zdarza  się  umawiać  z  tak 

przystojnym chłopakiem jak Bryce Martinson? 

- W porządku. Sobota będzie dobra. Podjedziesz po mnie o siódmej? 
Uśmiechnął się szeroko, pokazując śliczne zęby - białe i równe. 
- O siódmej - powtórzył, puszczając wreszcie płaszcz. - Do zobaczenia o siódmej, jeśli nie 

wcześniej. 

- Do zobaczenia. - Stałam z ręką na klamce. - Och, Bryce, jeszcze jedno. 
Szedł korytarzem w stronę swojej klasy. 
- Tak? 
- Uważaj na siebie. 
Wydaje mi się, że puścił do mnie oko, ale trudno mieć pewność w tym półmroku. 

background image

 
Kiedy  po  lekcjach  wdrapałam  się  do  ramblera,  Profesor  wrzasnął,  podskakując  z 

podniecenia: 

-  Wszyscy  o  tobie  mówią!  Wszyscy  widzieli!  Uratowałaś  temu  chłopakowi  życie! 

Uratowałaś życie Bryce'owi Martinsonowi! 

-  Nie  uratowałam  mu  życia  -  stwierdziłam,  spokojnie  przekręcając  tylne  lusterko,  żeby 

sprawdzić, jak wyglądają moje włosy. Doskonale. Słone powietrze zdecydowanie im służy. 

-  Właśnie,  że  tak.  Widziałem  tę  belkę.  Jeśliby  wylądowała  na  jego  głowie,  zabiłaby  go! 

Uratowałaś mu życie, Suze. Naprawdę. 

- No, dobra - mruknęłam i rozsmarowałam odrobinę błyszczku na wargach. - Może i tak. 
- Boże, byłaś tylko jeden dzień w szkole, a już jesteś najpopularniejszą dziewczyną! 
Profesor  był  niesłychanie  podniecony.  Zastanawiam  się,  czy  to  nie  skutek  zażywania 

jakichś  medykamentów.  Lubię  go.  W  gruncie  rzeczy  lubię  go  najbardziej  spośród  synów 
Andy'ego. 

To właśnie on złożył mi wizytę poprzedniego wieczoru, kiedy zastanawiałam się, w co się 

ubrać  pierwszego  dnia  do  szkoły,  i  zapytał  -  twarz  miał  przy  tym  bardzo  bladą  -  czy  nie 
chciałabym zamienić się z nim sypialniami. 

Spojrzałam na niego, jakby spadł z księżyca. Profesor ma miły pokój, ale dlaczego mam 

zrezygnować z własnej łazienki i widoku na morze? Ani mi się śni. Nawet jeśli dzięki temu 
miałabym  się  pozbyć  nieproszonego  współlokatora,  Jessego,  który  nie  pojawił  się,  odkąd 
wysłałam go do wszystkich diabłów. 

- Skąd ci przyszło do głowy, że chciałabym się zamienić? - zapytałam. 
Wzruszył ramionami. 
- Nic, tylko... ten pokój jest taki trochę niesamowity, nie wydaje ci się? 
Wytrzeszczyłam  na  niego  oczy.  Nocna  lampka  rzucała  wesołą  różową  poświatę,  z 

odtwarzacza CD leciały piosenki Janet Jackson tak głośno, że mama już dwa razy krzyczała, 
żebym  przyciszyła  „Niesamowity”  to  ostatnie  określenie  jakie  mogłoby  pasować  do  mojej 
sypialni. 

-  Niesamowity?  -  powtórzyłam,  ogarniając  spojrzeniem  całe  wnętrze.  Jessego  ani  widu, 

ani słychu. Żadnych duchów. Znajdowaliśmy się zdecydowanie w świecie żywych. - Co jest 
w nim niesamowitego? 

Profesor wydął wargi. 
- Nie mów tacie, ale badałem historię tego domu i doszedłem do wniosku, że tu straszy. 
Zamrugałam nerwowo. Mała piegowata buzia była bardzo poważna. 
-  Chociaż  współczesna  nauka  odrzuciła  większość  rzekomych  świadectw  dotyczących 

zjawisk  paranormalnych  w  naszym  kraju  -  ciągnął  Profesor  -  istnieje  jednak  mnóstwo  do-
wodów  na  to,  że  owe  niewyjaśnione  zjawiska  rzeczywiście  mają  miejsce.  Badania,  jakie 
prowadziłem  w  tym  domu,  nie  wykazały,  jak  dotąd,  obecności  istot  niematerialnych,  na  co 
mogłoby  wskazywać  tak  zwane  „zimne  miejsce”.  Zaobserwowałem  jednak  w  tym  pokoju 
zdecydowane fluktuacje temperatury, co skłania mnie do przypuszczenia, iż niegdyś doszło tu 
do  bardzo  emocjonującego  wydarzenia,  może  nawet  do  morderstwa,  i  że  jakaś  pozostałość 
ofiary  -  możemy  ją  nazwać  roboczo  „duchem”  -  nadal  tu  przebywa,  być  może  w  próżnej 
nadziei uzyskania zadośćuczynienia za przedwczesną śmierć. 

Oparłam się o kolumienkę przy łóżku, bojąc się, że upadnę z wrażenia. 
-  Oho  -  wydusiłam,  z  trudem  powstrzymując  drżenie  głosu.  -  Wiesz,  jak  stworzyć 

przyjemną atmosferę. 

Profesor wyraźnie się zmieszał. 
- Przepraszam - mruknął, a koniuszki jego odstających uszu mocno poczerwieniały. - Nie 

powinienem był tego mówić. Wspomniałem o tym Jake'owi i Bradowi, ale oni sądzą, że mi 

background image

odbiło. Pewnie tak jest. - Przełknął ślinę jak bohater, który musi zrobić, co do niego należy. - 
Uznałem jednak, że moim obowiązkiem jako mężczyzny jest zaproponowanie ci tej zamiany. 
Widzisz, ja się nie boję. 

Uśmiechnęłam się. Szok minął i ogarnęła mnie fala czułości. Byłam wzruszona. Ta oferta 

wymagała  nie  lada  odwagi  z  jego  strony.  Naprawdę  wierzył,  że  w  moim  pokoju  straszy,  a 
jednak gotów jest poświęcić się dla mojego dobra, powodowany staromodną galanterią wobec 
kobiety. Nie można go nie lubić. Wiem, co mówię. 

-  W  porządku,  Profesorku  -  powiedziałam,  zapominając  w  porywie  uczuć,  że  ten 

pseudonim  wymyśliłam  wyłącznie  na  własny  użytek.  -  Sądzę,  że  potrafię  sobie  poradzić  z 
każdym zjawiskiem paranormalnym, jakie może mieć tu miejsce. 

Nie wydawało się, żeby obraził się za przezwisko. 
- Cóż, jeśli naprawdę nie masz nic przeciwko temu... - powiedział z widoczną ulgą. 
-  Nie,  wszystko  jest  jak  trzeba.  Ale  pozwól,  że  cię  o  coś  zapytam.  -  Ściszyłam  głos,  na 

wypadek,  gdyby  Jesse  czaił  się  w  pobliżu.  -  Czy  w  trakcie  swoich  badań  nie  natrafiłeś 
przypadkiem na imię tego nieszczęśnika, którego dusza nawiedza rzekomo mój pokój? 

Profesor pokręcił głową. 
-  Otóż  jestem  pewien,  że  potrafiłbym  znaleźć  dla  ciebie  tę  informację,  jeśli  ci  naprawdę 

zależy.  Mogę  sprawdzić  w  bibliotece.  Przechowują  wszystkie  gazety,  jakie  wyszły  w  tym 
rejonie,  odkąd  uruchomiono  pierwszą  drukarnię,  na  krótko  przed  zbudowaniem  tego  domu. 
Są na mikrofilmach, ale jeśli poświęcę trochę czasu... 

Wydawało mi się trochę porąbane, żeby dzieciak spędzał wolny czas w jakimś ciemnym 

magazynie bibliotecznym, przeglądając mikrofilmy, podczas gdy o przecznicę czy dwie dalej 
rozciąga się przepiękna plaża. Ale cóż, każdy robi to, co lubi, no nie? 

- Świetnie - powiedziałam więc. 
Zrozumiałam  teraz,  że  pewne  zauroczenie  Profesora  moją  osobą  może  w  każdej  chwili 

przybrać  niepokojące  rozmiary.  Najpierw,  z  własnej  i  nieprzymuszonej  woli  zgodziłam  się 
pozostać  w  pokoju  rzekomo  nawiedzanym  przez  ducha,  następnie  uratowałam  życie 
Bryce'owi Martinsonowi. Co dalej? Mam przebiec kilometr w trzy minuty? 

-  Posłuchaj  -  odezwałam  się,  podczas  gdy  Śpiący  walczył  z  zapłonem,  który  zwykł 

zapalać się dopiero za którymś razem - zrobiłam po prostu to, co każdy by zrobił, gdyby stał 
dostatecznie blisko. 

- Brad stał dostatecznie blisko - stwierdził Profesor - i nic nie zrobił. 
Na to Przyćmiony: 
-  Jezu  Chryste,  nie  widziałem  tej  cholernej  belki,  jasne?  Gdybym  widział,  też  bym  go 

odepchnął. 

- Taak, ale nie widziałeś. Pewnie byłeś zbyt zajęty gapieniem się na Kelly Prescott. 
To kosztowało Profesora potężnego kuksańca w ramię. 
- Zamknij się, Dawidzie - burknął Przyćmiony. - Nic ci do tego. 
- Wszyscy się zamknijcie - odezwał się Śpiący, zdumiewająco zrzędliwie, jak na niego. - 

Nigdy  nie  uruchomię  tego  przeklętego  samochodu,  jeśli  będziecie  mi  ciągle  przeszkadzali. 
Brad, odczep się od Dawida, Dawidzie, przestań mi ryczeć nad uchem, a ty, Suze, jeśli nie 
zabierzesz swojej wielkiej głowy sprzed lusterka, nie będę wiedział, jak jechać. Do diabła, nie 
mogę się doczekać, kiedy będę miał to camaro! 

Telefon  zadzwonił  po  obiedzie.  Mama  musiała  krzyczeć  z  dołu,  bo  akurat  miałam 

słuchawki  na  uszach.  Mimo  że  był  to  dopiero  pierwszy  dzień  nowego  semestru,  miałam 
mnóstwo  pracy  domowej,  zwłaszcza  z  geometrii.  W  starej  szkole  doszliśmy  do  siódmego 
działu.  Druga  klasa  w  Szkole  Misyjnej  była  już  w  dwunastym.  Wiedziałam,  że  marnie 
skończę, jeśli nie zdołam nadrobić zaległości. 

background image

Kiedy zeszłam na dół, żeby odebrać telefon, mama była na mnie tak wściekła, że musiała 

krzyczeć  -  oszczędza  struny  głosowe  ze  względu  na  pracę  -  że  nie  powiedziała  mi,  kto 
dzwoni. Podniosłam słuchawkę. 

- Słucham? 
Po chwili ciszy usłyszałam głos ojca Dominika. 
- Halo? Susannah? Czy to ty? Przepraszam, że cię niepokoję w domu,  ale myślałem nad 

tym intensywnie i uważam, tak, uważam, że powinniśmy niezwłocznie coś z tym zrobić. Nie 
mogę przestać myśleć o tym, co by się stało z nieszczęsnym Bryce'em, gdyby nie ty. 

Obejrzałam się przez ramię. Przyćmiony grał w Coolboarderów  - z tatą, jedyną osobą w 

domu,  która  dawała  mu  wygrać  -  mama  pracowała  przy  komputerze,  Śpiący  wyszedł, 
zastępując jakiegoś roznosiciela pizzy, który akurat  zachorował,  Profesor natomiast siedział 
przy stole w jadalni, opracowując jakiś projekt naukowy. 

- Eee... - bąknęłam - nie mogę teraz swobodnie rozmawiać. 
-  Zdaję  sobie  z  tego  sprawę  -  powiedział  ojciec  Dominik.  -  I  nie  martw  się,  poprosiłem 

jedną z nowicjuszek, żeby zaczęła tę rozmowę zamiast mnie. Twoja mama myśli pewnie, że 
to jakaś twoja nowa przyjaciółka ze szkoły. Ale chodzi o to, Susannah, że musimy coś zrobić 
i, jak sądzę, najlepiej dziś wieczorem... 

- Proszę posłuchać, nie ma powodu do niepokoju. Wszystko jest pod kontrolą. 
-  Naprawdę?  -  zdziwił  się  ojciec  Dominik.  -  Naprawdę?  A  to  jakim  sposobem?  Jakim 

cudem wszystko jest pod kontrolą? 

- Nieważne. Ale robiłam to już wcześniej. Wszystko będzie dobrze. Obiecuję. 
- Tak, dobrze, to ślicznie, że przyrzekasz, że będzie w porządku, ale widziałem cię już w 

akcji,  Susannah,  i  muszę  przyznać,  że  twoje  metody  nie  wywarły  na  mnie  pozytywnego 
wrażenia. Za miesiąc spodziewamy się wizyty arcybiskupa i nie możemy... 

Odezwał się sygnał, że ktoś czeka na rozmowę. 
- Och, proszę chwilkę poczekać. Mam drugą rozmowę. - Wcisnęłam klawisz, mówiąc: 
- Mieszkanie państwa Ackerman - Simon. 
- Suze? - odezwał się głos, którego nie rozpoznałam. 
- Tak... 
- Cześć, tu Bryce. Co słychać? 
Spojrzałam na mamę. Marszczyła czoło, pogrążona w pracy. 
- Hm... Nic takiego. Czy możesz chwilę poczekać, Bryce? Mam kogoś na drugiej linii. 
- Jasne. 
Przełączyłam się znowu do ojca Dominika. 
-  Eee...  cześć  -  rzuciłam,  uważając,  żeby  nie  zwrócić  się  do  niego  w  sposób  oficjalny.  - 

Muszę  kończyć.  Mama  ma  ważny  telefon  na  drugiej  linii.  Od  senatora.  Od  senatora 
stanowego. - Prawdopodobnie czeka mnie za to piekło, jeśli rzeczywiście ono istnieje, ale nie 
mogłam  wyjawić  ojcu  Dominikowi  prawdy:  że  zamierzam  chodzić  z  byłym  chłopakiem 
ducha. 

- Ach, oczywiście - powiedział ojciec Dominik. - Ja... cóż, jeśli masz już jakiś plan... 
-  Mam.  Proszę  się  nie  martwić.  Nic  nie  zakłóci  wizyty  arcybiskupa.  Przyrzekam.  Do 

widzenia. - Rozłączyłam się i wróciłam do Bryce'a. - Cześć. Przepraszam. Co słychać? 

-  Och,  nic  takiego.  Właśnie  o  tobie  myślałem.  Na  co  byś  miała  ochotę  w  sobotę? 

Chciałabyś pójść gdzieś na kolację albo do kina, a może jedno i drugie? 

Znów odezwał się sygnał drugiej linii. 
- Bryce, przepraszam cię bardzo, tutaj jest prawdziwe zoo, czy możesz chwilkę poczekać? 

Dzięki. Halo? 

- Och, cześć, czy to Suze? - zapytał nieznany dziewczęcy głos. 
- Tak, słucham. 

background image

-  Cześć  Suzie,  mówi  Kelly.  Kelly  Prescott.  Z  twojej  klasy.  Posłuchaj,  chciałam  ci  tylko 

powiedzieć,  że  to,  co  zrobiłaś  dzisiaj  dla  Bryce'a,  było  wspaniałe.  Nigdy  w  życiu  nie 
widziałam,  żeby  ktoś  zachował  się  tak  odważnie.  Powinni  to  podać  w  wiadomościach.  W 
każdym razie, w sobotę urządzam małe spotkanie, nic specjalnego, takie tam party na basenie. 
Moi starzy wyjeżdżają, a basen jest, oczywiście, podgrzewany, więc pomyślałam, że jakbyś 
miała ochotę, mogłabyś wpaść. 

Stałam ze słuchawką w ręku, jakby we mnie uderzył piorun. Kelly Prescott, najbogatsza, 

najpiękniejsza  dziewczyna  w  drugiej  klasie,  zaprasza  mnie  na  party  tego  samego  wieczoru, 
kiedy umówiłam się na randkę z najseksowniejszym chłopakiem w całej szkole. Który akurat 
czeka na drugiej linii. 

_ Taak, pewnie, Kelly. Z największą przyjemnością. Czy Brad wie, gdzie to jest? 
- Brad? - zdziwiła się Kelly. - Och, Brad. Zgadza się, to twój przyrodni brat, prawda? Och, 

tak, zabierz go ze sobą Poza tym... 

-  Chętnie  bym  pogadała,  Kelly,  ale  mam  kogoś  na  drugiej  linii.  Czy  możemy  o  tym 

porozmawiać jutro w szkole? 

- Ależ naturalnie. Cześć. 
Przełączyłam  się  znowu  do  Bryce'a  i  poprosiłam,  żeby  poczekał  jeszcze  chwilę. 

Zakrywszy dłonią słuchawkę, wrzasnęłam: 

- Brad, party na basenie u Kelly Prescott w tę sobotę. Idziesz albo chrzań się. 
Przyćmiony wypuścił joystick z ręki. 
- Niemożliwe! - ryknął radośnie. - Cholera, niemożliwe! 
- Ejże! - Andy trzepnął go po głowie. - Uważaj, jak się wyrażasz! 
Wróciłam do Bryce'a. 
- Kolacja to świetny pomysł. Wszystko, poza zdrową żywnością. 
Bryce na to: 
-  Fantastycznie!  Też  nienawidzę  zdrowej  żywności.  Nie  ma  nic  lepszego  niż  kawałek 

mięsa z frytkami i sosem... 

- Eee, tak, Bryce. Posłuchaj, znowu ktoś się usiłuje dodzwonić. Naprawdę mi przykro, ale 

powinnam odebrać, dobrze? Porozmawiamy jutro w szkole. 

-  Och,  jasne.  -  W  głosie  Bryce'a  brzmiało  zdumienie.  Przypuszczalnie  jestem  pierwszą 

dziewczyną, która rozmawia z kimś jeszcze, kiedy on dzwoni. - Cześć, Suze. I, hm, dzięki raz 
jeszcze. 

- Nie ma sprawy. Zawsze do usług. - Znowu przełączyłam. - Halo? 
- Suze! Mówi Cee Cee! 
W tle usłyszałam ryk Adama: 
- I ja też! 
-  Słuchaj,  dziewczyno  -  odezwała  się  Cee  Cee  -  idziemy  do  Clutcha.  Zabierzesz  się  z 

nami? Adam właśnie zrobił prawo jazdy. 

- Jestem legalny! - wrzasnął Adam do słuchawki. 
- Do Clutcha? 
-  Taak,  do  Coffee  Clutch,  w  centrum.  Pijesz  kawę,  no  nie?  Jesteś  przecież  z  Nowego 

Jorku, co? 

Musiałam się chwilę zastanowić. 
- Um, tak, tylko że... muszę coś zrobić. 
-  Och,  daj  spokój.  Co  musisz  zrobić?  Wyprać  pelerynę?  Wiem,  że  jesteś  bohaterką  i 

pewnie nie masz czasu dla nas, maluczkich, ale... 

-  Nie skończyłam wypracowania na tysiąc słów  na temat  bitwy pod Bladensburgiem dla 

pana Waldena. I muszę się ostro wziąć do geometrii, jeśli mam nadążyć za wami, geniuszami. 

background image

-  Psiakość  -  mruknęła  Cee  Cee.  -  W  porządku.  Ale  musisz  obiecać,  że  jutro  usiądziesz 

koło  nas  podczas  lunchu.  Chcemy  usłyszeć,  jak  to  było,  kiedy  przycisnęłaś  swoje  ciało  do 
ciała Bryce'a. Jak się czułaś i w ogóle. 

- Ja nie chcę - odezwał się pełen zgrozy głos Adama. 
- Dobra - rzuciła Cee Cee. - No, więc to ja chcę wiedzieć wszystko na ten temat. 
Zapewniłam,  że  nie  pominę  żadnego  szczegółu  i  rozłączyłam  się.  Przyjrzałam  się 

telefonowi.  Ku mojemu  zachwytowi  nie zadzwonił  ponownie. Aż trudno w to  uwierzyć. W 
życiu nie byłam tak rozchwytywana. Czułam się dziwnie. 

Okłamałam  ich,  oczywiście,  w  kwestii  pracy  domowej.  Wypracowanie  napisałam  i 

przerobiłam  dwa rozdziały z geometrii. Tyle mniej  więcej  byłam w stanie zdziałać w jeden 
wieczór. Prawda była taka, że miałam do załatwienia pewną sprawę poza domem i musiałam 
się trochę przygotować. 

Mediator nie potrzebuje właściwie narzędzi. Żadnych krzyży czy święconej wody, które 

ponoć przydają się do walki z wampirami. Zresztą nigdy dotąd nie spotkałam wampira, cho-
ciaż  spędzam  sporo  czasu  na  cmentarzach.  Co  do  duchów  jednak,  trzeba  zdać  się  na  łut 
szczęścia. 

Czasami, żeby wykonać robotę jak należy, trzeba się gdzieś włamać. A tego nie zrobi się 

bez  narzędzi.  Bardzo  polecam  przedmioty,  które  można  znaleźć  na  miejscu.  Człowiek  nie 
chodzi  wtedy  obładowany.  Zabieram  jednak  ze  sobą  pas  z  narzędziami  -  latarką, 
śrubokrętami, obcęgami itd. - który zakładam na czarne legginsy. Zapinałam go właśnie koło 
północy, zadowolona, że wszyscy w domu śpią - łącznie ze Śpiącym, który do tej pory zdążył 
wrócić z pizzerii - i akurat narzuciłam kurtkę, kiedy złożył mi wizytę stary znajomy. 

- Ojej - zawołałam, kiedy dostrzegłam jego odbicie w lustrze, przed którym poprawiałam 

moją kreację. Słowo daję, widuję duchy od lat,  ale nadal  dostaję dreszczy, kiedy  któryś się 
przy mnie materializuje. Odwróciłam  się gwałtownie, zła nie dlatego, że się pojawił, ale że 
udało  mu  się  mnie  zaskoczyć.  -  Dlaczego  ciągle  tu  jesteś? Wydawało  mi  się,  że  miałeś  się 
wynieść. 

Jesse  przybrał  swobodną  pozę,  opierając  się  o  jedną  z  kolumienek  przy  łóżku.  Jego 

ciemne  oczy  powędrowały  od  czubka  mojej  zakapturzonej  głowy  do  czubków  czarnych 
wysokich butów. 

- Trochę późno na wyjście z domu, nie sądzisz, Susannah? - zapytał obojętnie, jakbyśmy 

dyskutowali  właśnie  na  temat  drugiej  ustawy  o  zbiegłych  niewolnikach,  którą,  o  ile  się  nie 
mylę, wydano mniej więcej w czasie, kiedy umarł. 

- Uhm - burknęłam, ściągając kaptur. - Słuchaj, bez obrazy, Jesse, ale to mój pokój. Może 

byś zechciał go opuścić? I nie mieszaj się w moje sprawy, dobrze? 

Jesse ani drgnął. 
- Twojej mamie nie spodoba się, że tak późno wychodzisz. 
-  Moja  mama.  -  Rzuciłam  mu  wściekłe  spojrzenie,  zadzierając  głowę.  Był  naprawdę 

niepokojąco wysoki jak na kogoś, kto nie żyje. - Co ty możesz wiedzieć o mojej mamie? 

-  Bardzo  lubię  twoją  mamę  -  odparł  Jesse  spokojnie.  -  To  dobra  kobieta.  To  prawdziwe 

szczęście mieć tak kochającą matkę. Myślę, że bardzo by ją zmartwiło, że wkraczasz na tak 
niebezpieczną drogę. 

Niebezpieczna droga. Zgadza się! 
-  Taak,  cóż,  coś  ci  powiem,  Jesse.  Od  dłuższego  czasu  wymykam  się  nocami  z  domu,  a 

mama nigdy nie robiła z tego powodu afery. Wie doskonale, że potrafię o siebie zadbać. 

No dobrze, to kłamstwo, ale skąd on może wiedzieć? 
-  Doprawdy?  -  Jesse  uniósł  powątpiewająco  czarną  brew.  Zwróciłam  uwagę,  że  przez 

środek owej brwi biegnie blizna, jakby ktoś ciął Jessego nożem po twarzy. Byłam w stanie to 
zrozumieć.  Zwłaszcza  kiedy  parsknął  śmiechem,  mówiąc:  -  Nie  sądzę,  querida.  Nie  w  tym 
wypadku. 

background image

Podniosłam do góry obie ręce. 
- W porządku. Po pierwsze, nie mów do mnie po hiszpańsku. Po drugie, nie masz pojęcia, 

dokąd idę, więc bądź łaskaw się odczepić. 

-  Ależ  wiem,  dokąd  się  wybierasz,  Susannah.  Idziesz  do  szkoły,  żeby  porozmawiać  z  tą 

dziewczyną,  która  próbuje  zabić  chłopca,  tego  chłopca,  który  chyba  ci  się...  podoba. 
Zapewniam cię, querida, że sama nie dasz sobie z nią rady. Powinnaś zabrać ze sobą księdza. 

Wytrzeszczyłam oczy. Miałam wrażenie, że wychodzą mi z orbit, ale to mi się naprawdę 

nie mieściło w głowie. 

- Co? - wyjąkałam. - Skąd wiesz to wszystko? Czy ty... mnie szpiegujesz? 
Po  wyrazie  mojej  twarzy  zorientował  się,  że  powiedział  za  dużo,  bo  wyprostował  się  i 

oświadczył stanowczo: 

- Nie wiem, co masz na myśli. Wiem tylko, że narażasz się na niebezpieczeństwo. 
-  Śledziłeś  mnie  -  stwierdziłam,  celując  w  niego  oskarżycielsko  palcem.  -  Zgadza  się? 

Boże, Jesse, mam już starszego brata, wielkie dzięki. Nie musisz za mną łazić... 

-  O,  tak  -  powiedział  Jesse  z  sarkazmem  -  ten  brat  niezmiernie  się  o  ciebie  troszczy. 

Prawie tak samo jak o to, żeby się wyspać. 

- Ejże! - zawołałam, poczuwając się do obrony Śpiącego. - On pracuje po nocach, jasne? 

Oszczędza na camaro! 

Jesse wykonał coś, co, jak podejrzewam, w 1850 roku uchodziło za wulgarny gest. 
- Nigdzie nie pójdziesz. 
- Tak? - Odwróciłam się i ruszyłam do drzwi. - Spróbuj mnie zatrzymać, truposzu. 
Znał  się  na  swojej  robocie.  Kiedy  położyłam  rękę  na  klamce,  zasuwka  wskoczyła  na 

miejsce.  Przedtem  nawet  nie  zauważyłam,  że  na  drzwiach  jest  zasuwka.  Musi  być  bardzo 
stara. Jednej części brakowało, a klucz z pewnością zginął dawno temu. 

Stałam  przez  pół  minuty,  wpatrując  się  w  zadziwieniu  we  własną  dłoń,  naciskającą 

bezskutecznie  klamkę.  W  końcu  wciągnęłam  głęboko  powietrze,  tak  jak  radził 
psychoterapeuta  mamy.  Nie  sugerował,  żebym  stosowała  tę  technikę,  mając  do  czynienia  z 
uciążliwym duchem. Radził robić to wtedy, kiedy będę w stresie. 

Pomogło. Bardzo. 
- No, dobrze - westchnęłam, odwracając się. - Jesse. To nie w porządku. 
Jesse wydawał się zmieszany. Widziałam wyraźnie, że nie jest z siebie zadowolony. Ktoś, 

kto  zabił go w poprzednim życiu,  z pewnością nie uczynił tego w odwecie za jakiś okrutny 
uczynek. Jesse nie lubił ranić ludzi. Był dobrym człowiekiem. W każdym razie próbował. 

- Nie mogę. Susannah, nie chodź tam. Ta kobieta... ta dziewczyna, Heather, nie jest taka, 

jak duchy, które spotykałaś do tej pory. Jest przepełniona nienawiścią. Zabije cię. 

Uśmiechnęłam się do niego zachęcająco. 
- No więc muszę się jej pozbyć, prawda? Daj spokój. Otwórz drzwi. 
Zawahał się. Przez sekundę myślałam, że to zrobi. W końcu jednak nie zdecydował się. 

Stał tylko z zakłopotanym, ale... zdecydowanym wyrazem twarzy. 

- Jak sobie chcesz. - Okrążyłam go i skierowałam się wprost do okna. Postawiłam nogę na 

lawie,  którą  zrobił  Andy  i  bez  wysiłku  uniosłam  siatkę  w  środkowym  oknie.  Przełożyłam 
nogę przez parapet, kiedy poczułam, że chwyta mnie za nadgarstek. 

Odwróciłam głowę. Nie widziałam jego twarzy, ponieważ w pokoju paliła się tylko mała 

lampka, ale słyszałam wyraźnie błagalną nutkę w jego głosie. 

- Susannah. 
I tyle. Tylko moje imię. 
Nie  odezwałam  się.  Nie  mogłam.  Właściwie  mogłam,  bo  nie  zaschło  mi  w  gardle...  Po 

prostu... nie wiem. 

background image

Zamiast  tego  zerknęłam  na  jego  dłoń,  dużą  i  śniadą,  nawet  na  tle  mojej  czarnej  kurtki. 

Miał  mocny  chwyt,  jak  na  nieżywego  faceta.  Nawet  jak  na  żywego.  Podążył  za  moim 
wzrokiem i zobaczył swoją dłoń ściskającą mój nadgarstek. 

Puścił mnie, jakby moja skóra pokryła się nagle bąblami. Wygramoliłam się przez okno. 

Kiedy udało mi się bez szwanku przejść po dachu nad gankiem, a następnie zeskoczyć na zie-
mię, spojrzałam w okno mojego pokoju. 

Jessie, oczywiście, zniknął. 

background image

10 

 
Była  chłodna  jasna  noc.  Pełnia  księżyca.  Stojąc  przed  domem,  widziałam,  jak  wisi  nad 

morzem niczym żarówka. Nie taka stuwatowa jak słońce, ale może dwudziestka piątka, jakich 
używa się do lamp biurowych z obracanym kloszem. Pacyfik, który z tej odległości wydawał 
się  gładki  niczym  szkło,  był  doskonale  czarny,  jeśli  nie  liczyć  białego  jak  papier  cienkiego 
pasma księżycowego światła. 

W  tym  świetle  widziałam  wyraźnie  czerwoną  kopułę  kościoła  Misji.  To  jednak  nie 

oznacza  wcale,  że  Misja  jest  blisko.  Czekały  mnie  dobre  dwa  kilometry  drogi.  W  kieszeni 
miałam  kluczyki  od  ramblera,  które  zwinęłam  pół  godziny  wcześniej.  Metal  nagrzał  się  od 
mojego  ciała.  Rambler,  turkusowy  w  świetle  dnia,  teraz,  w  cieniu  podjazdu,  sprawiał 
wrażenie szarego. 

Dobra, wiem, że nie mam prawa jazdy, ale jeśli Przyćmiony daje sobie radę... 
No,  niech  będzie.  Stchórzyłam.  Czy  nie  lepiej  się  stało,  że  postanowiłam  zrezygnować 

zjazdy? W końcu nie za bardzo wiem, co i jak. Nie, no umiem prowadzić, tylko nie miałam 
okazji pojeździć, ponieważ całe życie spędziłam w światowej stolicy transportu publicznego. 

Och,  nieważne.  Odwróciłam  się  i  ruszyłam  w  stronę  garażu.  W  domu  jest  trzech 

chłopaków, zgadza się? Musi więc być przynajmniej jeden rower. 

Znalazłam.  Chłopięcy  rower  z  tą  cholerną  poprzeczką  i  z  obrzydliwie  twardym  wąskim 

siodełkiem. Wydawał się jednak w porządku. Nie miał, w każdym razie, płaskich opon. 

Ale jak ja będę wyglądała? Ubrana na czarno dziewczyna, mknąca o północy na rowerze 

ulicami miasta. 

Nie sądziłam, że znajdę jakąś odblaskową taśmę, ale uznałam, że kask rowerowy zupełnie 

wystarczy. W garażu wisiał jeden na kołku. Zsunęłam kaptur bluzy i zapięłam kask. O, tak. 
Elegancja i dbałość o bezpieczeństwo - to cała ja. 

Ruszyłam w dół. Żwirową alejką nie jedzie się specjalnie wygodnie, zwłaszcza na dół. A, 

jak się okazało, droga przez cały czas prowadziła w dół, jako że dom, z którego tak świetnie 
widać zatokę, stoi uczepiony zbocza czegoś, co jest w gruncie rzeczy górą. Zjeżdżanie w dół 
jest zdecydowanie łatwiejsze niż jazda pod górę. Nie liczyłam na to, że pokonam tę drogę na 
rowerze w drugą stronę. Czeka mnie pchanie roweru pod górę. Jazda w dół nieźle dała mi się 
we znaki. Górka była tak stroma, droga tak kręta, a nocne powietrze tak zimne, że jechałam z 
duszą na ramieniu, a po policzkach spływały mi łzy, wywołane wiatrem. No i te wyboje... 

Boże!  Jak  to  przeklęte  siodełko  wbijało  mi  się  w  siedzenie,  kiedy  podskakiwałam  na 

nierównej drodze! 

Ale  wzgórze  nie  było  jeszcze  najgorsze.  Na  dole  znalazłam  się  na  skrzyżowaniu.  To 

przeraziło  mnie  dziesięć  razy  bardziej  niż  jazda  w  dół,  ponieważ,  chociaż  było  dobrze  po 
północy,  nadal  panował  duży  ruch.  Zatrąbił  na  mnie  jakiś  samochód.  Nie  moja  wina. 
Zjeżdżając, nabrałam  takiego rozpędu, że  gdybym  usiłowała zahamować, to  przeleciałabym 
przez kierownicę. Jechałam więc dalej, o włos uniknąwszy zderzenia z pikapem, a potem, nie 
wiem jak, znalazłam się na parkingu koło szkoły. 

Misja w nocy wygląda zupełnie inaczej niż w dzień. Na parkingu nie ma ani jednego wozu 

i panuje taka cisza, że słychać, jak na plaży w Carmelu fale uderzają o brzeg. 

Ponadto,  pewnie  ze  względu  na  turystów,  zainstalowano  reflektory,  które  oświetlały 

kopułę  i  cały  front  kościoła  z  ogromną,  łukowato  sklepioną  bramą.  Z  tyłu,  gdzie  się 
zatrzymałam,  panował  mrok.  Co  mi  akurat  niezwykle  odpowiadało.  Ukryłam  rower  za 
pojemnikiem na śmieci, powiesiłam kask na kierownicy i podeszłam do okna. Misja powstała 
w czasach dinozaurów, kiedy nie znano klimatyzacji czy centralnego ogrzewania, więc żeby 
utrzymać  chłód  latem  i  ciepło  zimą,  stawiano  domy  o  naprawdę  grubych  murach.  A  to 
oznacza,  że  okna  są  osadzone  dość  głęboko  w  ścianie  z  palonej  cegły  i  mają  szerokie 
parapety. Wdrapałam się na jeden z takich parapetów i rozejrzałam dokoła, żeby sprawdzić, 

background image

czy nikt mnie nie śledzi. Nie było nikogo, jeśli nie liczyć kilku borsuków grzebiących w po-
jemniku  na  śmieci  w  poszukiwaniu  resztek  lunchu.  Osłoniłam  twarz  dłońmi,  żeby  nie 
przeszkadzało mi światło księżyca i zajrzałam do środka. 

Klasa  pana  Waldena.  Noc  była  na  tyle  jasna,  że  widziałam  zapisaną  jego  ręką  tablicę  i 

plakat przedstawiający Boba Dylana, jego ulubionego poetę. 

Wybicie  jednego  kwadracika  szyby  w  staromodnej  żelaznej  ramce,  wsunięcie  ręki  do 

środka  i  otwarcie  okna  zajęło  mi  chwilę.  Jeśli  chodzi  o  włamywanie  się  przez  okno,  to 
najtrudniejszą  rzeczą  nie  jest  wybijanie  szyby  ani  nawet  wkładanie  ręki  do  wewnątrz. 
Najbardziej  trzeba  uważać,  wyciągając  ją,  bo  wtedy  można  się  najdotkliwiej  pokaleczyć. 
Mimo  że  wkładałam  specjalne  rękawice  do  walki  z  duchami,  czarne,  grube,  wzmocnione 
gumą na kostkach, zdarzało mi się zaczepiać rękawem i wyjmować podrapaną rękę. 

Tym  razem  nie  przytrafiło  mi  się  nic  takiego.  Okno  otwierało  się  do  środka,  więc 

mieściłam się w nim z łatwością. Zdarzało mi się włamać do pomieszczeń wyposażonych w 
system alarmowy, co kończyło się niezbyt przyjemną przejażdżką na tylnym siedzeniu wozu 
należącego  do  nowojorskiej  policji,  jednak  Misja  nie  wprowadziła  jeszcze  tak 
wyrafinowanych  zabezpieczeń.  Ograniczano  się  do  zamykania  drzwi  i  okien,  z  nadzieją  że 
może nic złego się nie stanie. 

To także bardzo mu odpowiadało. 
Kiedy  stanęłam  na  podłodze  klasy,  zamknęłam  okno.  Po  co  alarmować  stróża?  Szybko 

przeszłam  między  ławkami,  ponieważ  drogę  oświetlał  mi  księżyc.  A  kiedy  udało  mi  się 
otworzyć drzwi i wyjść pod daszek od strony dziedzińca, stwierdziłam, że latarka w ogóle nie 
będzie mi potrzebna. Podwórze było zalane światłem. Przypuszczam, że Misję udostępnia się 
turystom  do  późnych  godzin  wieczornych,  bo  wszędzie  na  dachu  porozstawiano  wielkie, 
świecące na żółto reflektory, skierowane na różne interesujące miejsca: najwyższą palmę, tę z 
największym krzewem hibiskusa u stóp, fontannę, która nadal tryskała wodą. Oświetlony był 
też oczywiście posąg ojca Serry, przy czym jeden reflektor wydobywał z mroku jego brązową 
głowę, inny zaś głowy klęczących u jego stóp Indianek. 

Dobrze się składa, że ojciec Serra jest od dawna w parku sztywnych. Mam wrażenie, że 

posąg nie przypadłby mu raczej do gustu. 

Na  dziedzińcu  nie  było  żywego  ducha.  Nikogusieńko.  Poza  cichym  pluskaniem  wody  i 

graniem  świerszczy,  nie  rozlegał  się  żaden  dźwięk.  Panował  nieziemski  spokój.  Byłam 
zaskoczona, ponieważ żadna z moich szkół nigdy nie robiła na mnie takiego wrażenia. A ta 
owszem, dopóki za moimi plecami nie odezwał się ktoś szorstkim głosem: 

- A co ty tutaj robisz? 
Odwróciłam się na pięcie i stanęłam z nią twarzą w twarz. Opierała się o swoją szafkę  - 

przepraszam, moją szafkę - patrząc na mnie gniewnie, z ramionami skrzyżowanymi na piersi. 
Miała na sobie bardzo ładne ciemnografitowe spodnie i szary kaszmirowy sweterek. Na szyi 
zawiesiła  naszyjnik  z  pereł  -  jedna  perła  na  każde  święta  Bożego  Narodzenia  i  urodziny  - 
otrzymany  zapewne  od  kochających  dziadków.  Włożyła  również  czarne  błyszczące 
mokasyny. Włosy, lśniące w świetle reflektorów, wydawały się gładkie i szczerozłote. Była 
naprawdę piękną dziewczyną. Tym bardziej szkoda, że strzeliła sobie w głowę. 

-  Heather  -  powiedziałam,  ściągając  kaptur.  -  Cześć.  Przepraszam,  że  przeszkadzam...  - 

zawsze lepiej zacząć od uprzejmości - ale sądzę, że powinnyśmy porozmawiać. 

Heather  ani  drgnęła.  Zmrużyła  tylko  oczy.  Bardzo  jasne,  chyba  szare.  Długie  rzęsy 

pociągnęła tuszem, a na powiekach miała kreski zrobione grafitową kredką. 

-  Porozmawiać?  -  powtórzyła  Heather.  -  Och,  pewnie.  Jakbym  miała  ochotę  z  tobą 

rozmawiać. Wiem o tobie wszystko, Suzie. 

Skrzywiłam się. 
- Mam na imię Suze - sprostowałam. 
- Wszystko jedno. Wiem, po co tu przyszłaś. 

background image

-  To  dobrze  -  stwierdziłam.  -  W  takim  razie  nie  muszę  niczego  wyjaśniać.  Usiądziemy 

gdzieś, żeby pogadać? 

- Pogadać? Dlaczego miałabym z tobą gadać? Co ty myślisz, że na głupią trafiłaś? Boże, 

wydaje ci się, że jesteś sprytna. Myślisz, że możesz się tak po prostu wepchać, co? 

- Słucham? 
-  Na  moje  miejsce.  -  Wyprostowała  się  i  ruszyła  w  stronę  fontanny.  -  Ty  -  rzuciła  mi 

spojrzenie przez ramię - nowa dziewczyna. Nowa dziewczyna, która sądzi, że może się tak po 
prostu wślizgnąć na miejsce, które ja zostawiłam. Dostałaś moją szafkę. Prawie ci się udało 
ukraść  moją  najlepszą  przyjaciółkę.  Wiem,  że  Kelly  dzwoniła  do  ciebie  i  zaprosiła  cię  na 
swoją głupią imprezę. A teraz ci się wydaje, że możesz ukraść mojego chłopaka. 

Oparłam ręce na biodrach. 
-  To  nie  jest  twój  chłopak,  Heather,  zapomniałaś?  Zerwał  z  tobą.  Dlatego  umarłaś. 

Przestrzeliłaś sobie głowę w obecności jego matki. 

Heather otworzyła szeroko oczy. 
- Zamknij się - warknęła. 
-  Strzeliłaś  sobie  w  głowę  w  obecności  jego  matki,  bo  byłaś  zbyt  głupia,  żeby  zdawać 

sobie sprawę, że żaden chłopak, nawet Bryce Martinson, nie jest wart takiej ceny. - Przeszłam 
obok  niej  na  jedną  ze  żwirowanych  ścieżek  między  klombami  ogrodu.  Nie  chciałam 
przyznać,  nawet  sama  przed  sobą,  że  stanie  pod  dachem,  po  tym,  co  się  przydarzyło 
Bryce'owi,  napawa  mnie  niepokojem.  -  Boże,  musiałaś  być  wściekła,  kiedy  zrozumiałaś,  co 
zrobiłaś. Zabiłaś się. I to z powodu takiej bzdury. Z powodu chłopaka. 

- Zamknij się! - Tym razem wrzasnęła. Zacisnęła dłonie w pięści, zamknęła oczy i lekko 

się  zgarbiła.  Dzwoniło  mi  w  uszach.  Nikt  jednak  nie  nadbiegł  od  strony  probostwa,  gdzie 
paliły  się  światła.  Gołębice,  gruchające  na  dachu,  umilkły,  gdy  pojawiła  się  Heather,  a 
świerszcze przerwały nocną serenadę. 

Ludzie na ogół nie słyszą duchów, zwierzęta, nawet owady są nadzwyczaj wyczulone na 

zjawiska paranormalne. Maks, pies Ackermanów, z powodu Jessego nie zbliża się do mojego 
pokoju. 

- Nie drzyj się, to bez sensu - powiedziałam. - Nikt poza mną cię nie usłyszy. 
- Będę krzyczała, ile mi się podoba! - wrzasnęła. 
Ziewając, podeszłam do ławki  pod posągiem ojca Serry i  usiadłam. U podstawy posągu 

zauważyłam tabliczkę. Dzięki światłu księżyca i reflektorom odczytałam ją bez trudu. 

Czcigodny ojciec Junipero Serra - głosił napis - 1713 - 1784. Jego prawość i skromność 

były lekcją dla Wszystkich, którzy go znali i korzystali z jego nauk. 

Słuchasz mnie? - krzyknęła Heather. Spojrzałam na nią uważnie. 
Przestała krzyczeć, podeszła bliżej, a jej twarz zamieniła się w maskę nienawiści. 
-  Posłuchaj  mnie,  suko  -  wysyczała,  zatrzymując  się  o  kilka  centymetrów  ode  mnie  —

chcę, żebyś stąd zniknęła, rozumiesz? Chcę, żebyś odeszła z tej szkoły. To jest moja szafka. 
Kelly  Prescott  jest  moją  najlepszą  przyjaciółką.  A  Bryce  Martinson  jest  moim  chłopakiem! 
Wynoś się stąd, wracaj, skąd przyszłaś. Zanim się pojawiłaś, wszystko było w porządku. 

Musiałam jej przerwać. 
-  Wybacz, Heather,  ale to nieprawda, że wszystko było  w porządku. Wiesz, skąd wiem? 

Bo nie żyjesz. Rozumiesz? Nie żyjesz. Zmarli nie mają szafek ani najlepszych przyjaciółek, 
ani chłopaków. A wiesz, dlaczego? Ponieważ nie żyją. 

Heather  wyglądała  tak,  jakby  zaraz  znowu  miała  zacząć  wrzeszczeć,  ale  zdusiłam  jej 

krzyk w zarodku, mówiąc spokojnie i łagodnie: 

- Wiem, że popełniłaś błąd. Straszliwy, przerażający błąd... 
- To nie ja popełniłam błąd - powiedziała Heather cicho. - Bryce popełnił błąd. To Bryce 

ze mną zerwał. 

background image

-  Taak,  zgadza  się,  nie  ten  błąd  miałam  na  myśli.  Mówiłam  o  twoim  samobójstwie  z 

powodu głupiego chłopaka, który z tobą... 

- Jeśli uważasz, że jest głupi - przerwała mi, chichocząc złośliwie - to dlaczego umówiłaś 

się  z  nim  na  sobotę?  Słyszałam,  jak  cię  zapraszał.  Szczur.  Prawdopodobnie  zdradzał  mnie 
każdego dnia, kiedy ze sobą chodziliśmy. 

- No, cudownie. Jeszcze jeden powód, żeby się przez niego zabić. 
Na jej rzęsach zabłysły łzy, lśniące jak kryształki, które kupuje się w sklepie i przyczepia 

do paznokci. 

- Kochałam go - szepnęła. - Skoro nie mogłam go mieć, nie miałam po co żyć. 
-  A teraz, kiedy nie żyjesz  -  powiedziałam zmęczonym  tonem  -  uznałaś, że powinien do 

ciebie dołączyć, zgadza się? 

-  Nie  podoba  mi  się  tutaj  -  ciągnęła  cicho.  -  Nikt  mnie  nie  widzi.  Tylko  ty  i  ojciec 

Dominik. Jestem taka samotna... 

- Tak. To zrozumiałe. Ale nawet jeśli zdołasz go zabić, prawdopodobnie nie będzie ci za 

to specjalnie wdzięczny. 

-  Sprawię, że mnie polubi  - w głosie Heather zabrzmiała pewność.  -  W końcu będziemy 

tylko we dwoje, on i ja. Będzie musiał mnie polubić. 

Pokręciłam głową. 
- Nie, Heather, to nie działa w ten sposób.  
Popatrzyła na mnie w napięciu. 
- Co masz na myśli? 
- Jeśli zabijesz Bryce'a, nie ma gwarancji, że on trafi tutaj, do ciebie. Nie wiem na pewno, 

co  się  dzieje  z  ludźmi  po  śmierci,  ale  wydaje  mi  się,  że  w  każdym  przypadku  jest  inaczej. 
Jeśli go zabijesz, pójdzie tam, gdzie mu przeznaczone. Niebo, piekło, kolejne wcielenie, nie 
jestem pewna. Wiem jednak, że nie znajdzie się tutaj, z tobą. To nie wygląda w ten sposób. 

- Ale... - zdenerwowała się Heather - to niesprawiedliwe! 
-  Mnóstwo  jest  niesprawiedliwych  rzeczy,  Heather.  Na  przykład  to,  że  musisz  cierpieć 

przez  całą  wieczność  z  powodu  błędu,  który  popełniłaś  pod  wpływem  impulsu.  Gdybyś 
wiedziała, co się dzieje po śmierci, z pewnością byś tego nie zrobiła. Ale to nie musi być tak. 

Spojrzała na mnie. Łzy zastygły na jej rzęsach, jak okruszki lodu. 
- Nie musi? 
- Nie, nie musi. 
- Chcesz powiedzieć... chcesz powiedzieć, że mogę wrócić?  
Skinęłam głową. 
- Możesz. Możesz zacząć wszystko od początku.  
Pociągnęła nosem. 
- W jaki sposób? 
- Musisz się tylko zdecydować. 
Jej piękną buzię wykrzywił na chwilę grymas zawodu. 
- Ale ja już dawno uznałam, że tego właśnie chcę. Jedyne, czego chcę, odkąd... odkąd to 

się wydarzyło... to odzyskać swoje życie. 

Pokręciłam głową. 
- Nie, Heather, źle mnie zrozumiałaś. Nigdy nie wrócisz do swojego poprzedniego życia. 

Ale możesz zacząć nowe. Będzie lepsze niż to tutaj, niż wieczna samotność, wściekanie się na 
ludzi, ranienie ich... 

- Powiedziałaś, że mogę odzyskać swoje życie! - wrzasnęła.  
W jednej chwili zrozumiałam, że ją straciłam. 
- Nie chodzi mi o twoje poprzednie życie. Miałam na myśli życie w ogóle... 
Było jednak za późno. Ogarnęło ją szaleństwo. 

background image

Stało się dla mnie jasne, dlaczego rodzice Bryce'a wysłali go na Antiguę. Żałowałam, że 

mnie tam nie ma. Chciałam być gdzie indziej, byle nie stać na drodze tej dziewczyny, kiedy 
jest wściekła. 

-  Powiedziałaś  -  krzyczała  Heather  -  powiedziałaś,  że  mogę  odzyskać  swoje  życie! 

Okłamałaś mnie! 

- Heather, nie okłamałam cię. Chciałam tylko powiedzieć, że twoje życie minęło, sama je 

ucięłaś. Wiem, że to straszne, powinnaś była pomyśleć o tym, zanim... 

Przerwała mi nieludzkim wyciem. 
- Nie pozwolę ci, nie pozwolę ci przejąć mojego życia! 
-  Heather,  już  ci  mówiłam,  że  nie  próbuję  zrobić  niczego  takiego.  Mam  swoje  własne 

życie. Niepotrzebne mi twoje... 

Teraz, kiedy ptaki i świerszcze umilkły, na dziedzińcu  słychać było tylko plusk wody w 

fontannie. Ten dźwięk nagle wydał mi się dziwny. Pojawiło się jakieś bulgotanie. Zerknęłam 
w tamtą stronę.  Z powierzchni  wody  unosiła się  para.  To by mnie tak bardzo nie zdziwiło, 
ostatecznie  jest  zimno,  a  temperatura  wody  może  być  wyższa  od  temperatury  powietrza, 
gdyby nie wielki bąbel, który nagle prysnął na wzburzonej tafli. 

Wtedy  zrozumiałam.  Woda  się  gotowała.  Wściekłość  Heather  spowodowała,  że  woda 

osiągnęła temperaturę wrzenia. 

-  Heather  -  zawołałam  z  ławki  -  Heather,  posłuchaj,  musisz  się  uspokoić.  Nie  możemy 

rozmawiać, kiedy jesteś... 

- Powiedziałaś... - zauważyłam z przerażeniem, że oczy uciekły jej w głąb czaszki. - Ze... 

mogę... zacząć... od nowa! 

Należało  coś  zrobić.  Ławka  pode  mną  nie  musiała  trząść  się  tak  gwałtownie,  żebym 

zrozumiała, że powinnam się podnieść. 

Wstałam,  i  to  szybko.  Na  tyle  szybko,  że  nie  oberwałam  ławką.  Na  tyle  szybko,  żeby 

dopaść Heather, zanim się zorientowała, i dołożyć jej pięścią w podbródek. 

Tyle że, ku mojemu zaskoczeniu, to nie zrobiło na niej najmniejszego wrażenia. Za bardzo 

zapamiętała się w złości. Zdecydowanie za bardzo. Cios nie odniósł skutku, poza tym że za-
bolały mnie kostki. No i że wprawiło ją to w jeszcze większą wściekłość. 

- Teraz - odezwała się Heather głębokim  głosem, który w żaden sposób nie przypominał 

szczebiotania cheerliderki - tego pożałujesz. 

Woda w fontannie zaczęła wrzeć i przelewać przez brzegi basenu. Strugi wody wystrzeliły 

na pięć metrów w górę, opadając kaskadą w bulgoczącą parującą czeluść. Ptaki siedzące na 
gałęziach zerwały się do lotu, na chwilę zasłaniając księżyc. 

Miałam dziwne wrażenie, że Heather nie żartuje. Co więcej, miałam wrażenie, że jest w 

stanie spełnić groźbę, nie ruszając małym palcem. 

Moje  przypuszczenia  potwierdziły  się,  kiedy  głowa  Junipero  Serry  odpadła  nagle  od 

odlanego w brązie ciała. Urwała się z taką łatwością, jakby twardy metal zamienił się w watę 
cukrową. 

Nie towarzyszył temu żaden hałas. Głowa zawisła na chwilę w powietrzu. Dziwaczny kąt, 

pod  jakim  wisiała,  zmienił  wyraz  ciepłego  współczucia  na  twarzy  ojca  Serry  w  szatański 
grymas.  Stałam  jak  zahipnotyzowana,  patrząc  na  światło  odbijające  się  od  metalowej  kuli, 
gdy nagle stwierdziłam, że zaczyna spadać... 

Mknęła w moją stronę tak szybko, że stanowiła jedynie smugę na nocnym niebie, niczym 

kometa albo... 

Nie  miałam  okazji  zastanowić  się  nad  dalszymi  porównaniami,  ponieważ  w  następnej 

sekundzie coś ciężkiego grzmotnęło mnie w żołądek i rzuciło na ziemię. Rozłożyłam się jak 
długa, patrząc w rozgwieżdżone niebo. Było takie piękne. Noc taka czarna, a gwiazdy zimne, 
odległe i migotliwe jak... 

background image

-  Wstawaj!  -  Rozległ  się  szorstki  męski  głos  tuż  przy  moim  uchu.  -  Myślałem,  że  lepiej 

sobie z tym radzisz! 

Coś  wybuchło  o  centymetr  od  mojego  policzka.  Odwróciłam  głowę  i  zobaczyłam 

obsceniczny uśmiech Junipero Serry. 

Jesse jednym szarpnięciem postawił mnie na nogi, a następnie pociągnął w stronę pasażu 

przed budynkiem. 

background image

11 

 
Wróciliśmy do klasy pana Waldena. Nie wiem, w jaki sposób, ale nam się to udało. Głowa 

posągu  przez  cały  czas  gnała  za  nami,  prując  powietrze  ze  złowieszczym  świstem,  jakby 
ojciec  Serra  coś  wykrzykiwał.  W  końcu  z  impetem  kuli  armatniej  wyrżnęła  w  ciężkie 
drewniane drzwi w momencie, w którym zatrzasnęliśmy je za sobą. 

Jesus Cristo - wysapał Jesse, kiedy staliśmy, dysząc z wysiłku, oparci plecami o drzwi, 

jakbyśmy własnym ciężarem byli w stanie powstrzymać Heather, która mogła przejść przez 
ścianę, jeśli tylko miałaby na to ochotę. - „Potrafię sama sobie radzić”, powiedziałaś. „Muszę 
się tylko jej pozbyć”, powiedziałaś. Świetnie! 

Starałam się oddychać równo i myśleć o tym, co robić dalej. Nigdy nie widziałam czegoś 

podobnego. Nigdy. 

- Zamknij się - burknęłam. 
-  Truposz.  -  Jesse  odwrócił  głowę  w  moją  stronę.  Jego  pierś  wznosiła  się  i  opadała 

rytmicznie. - Czy zdajesz sobie sprawę, że tak właśnie mnie nazwałaś? To zabolało, querida. 
Naprawdę. 

- Mówiłam ci... - Coś ciężkiego waliło w drzwi. Czułam, jak uderza w mój kręgosłup. Nie 

trzeba  być  geniuszem,  żeby  się  domyślić,  że  to  głowa  fundatora  pewnej  szkoły  misyjnej.  - 
...żebyś mnie nie nazywał w ten sposób. 

- Dobrze, byłbym wdzięczny, gdybyś nie wyrażała się pogardliwie na temat mojej... 
- Posłuchaj, te drzwi nie będą się trzymały wiecznie. 
-  Nie  -  zgodził  się  Jesse.  Akurat  wtedy  metalowa  głowa  przebiła  się  częściowo  przez 

drzwi w miejscu, które udało jej się nadwyrężyć. - Czy mogę coś zasugerować? 

Patrzyłam,  przerażona,  na  głowę,  która  tkwiła  w  drzwiach,  gapiąc  się  na  mnie  zimnymi 

brązowymi oczami. To wariactwo, ale mogłabym przysiąc, że się do mnie uśmiechała. 

- Pewnie - wysapałam. 
- Biegnij. 
Bez namysłu  posłuchałam  jego rady. Podbiegłam  do parapetu  i,  nie zwracając uwagi  na 

ostre  kawałki  szkła,  wskoczyłam  na  niego.  Otwarcie  okna  zajęło  mi  tylko  parę  sekund,  ale 
Jesse,  który  nadał  zmagał  się  z  czymś,  co  przypominało  wyjący  huragan,  i  tak  zdążył 
powiedzieć: 

- Hm, czy mogłabyś się pośpieszyć? 
Zeskoczyłam na parking. Zabawne, że gdy stało się na zewnątrz grubych murów Misji, nie 

sposób  było  się  zorientować,  że  wewnątrz  szaleją  siły  nadprzyrodzone.  Na  parkingu  nadal 
było pusto. Panowała cisza, jeśli nie liczyć dobiegającego z oddali łagodnego szumu oceanu. 

-  Jesse!  -  syknęłam  w  stronę  okna.  -  Chodź!  -  Nie  wiedziałam,  czy  Heather  nie  będzie 

miała ochoty wyładować wściekłości na kimś niewinnym, zamiast na mnie, ani też, czy Jesse 
także ma w zanadrzu jakieś sztuczki, w rodzaju tej z głową posągu. Wiedziałam tylko, że im 
prędzej oboje znajdziemy się poza zasięgiem jej złości, tym lepiej. 

Pozwolę  sobie  w  tym  miejscu  zaznaczyć,  że  nie  jestem  tchórzem.  Ale  nie  jestem  także 

kretynką.  Uważam,  że  kiedy  mamy  do  czynienia  z  siłą,  której  nie  jesteśmy  wstanie  stawić 
czoła, nie pozostaje nic innego jak ucieczka. 

Nie należy jednak zostawiać nikogo w potrzebie. 
- Jesse! - wrzasnęłam przez okno. 
- Wydawało mi się, że mówiłem - odezwał się mocno poirytowany głos za moimi plecami 

- żebyś uciekała. 

Sapnęłam  z  wrażenia  i  zakręciłam  się  na  pięcie.  Jesse  stał  na  asfaltowym  parkingu, 

plecami do księżyca, z twarzą w cieniu. 

- O, mój Boże. - Serce biło mi tak mocno, że o mało nie eksplodowało. Nigdy w życiu tak 

się nie przestraszyłam. Nigdy. 

background image

Może dlatego zrobiłam to, co zrobiłam, a mianowicie chwyciłam Jessego za koszulę. 
- O, mój Boże - wysapałam znowu. - Jesse, nic ci nie jest? 
- Oczywiście, że nic. - Wydawał się zdziwiony tym pytaniem. To chyba rzeczywiście było 

głupie z mojej strony. W jaki sposób Heather może zaszkodzić Jessemu? Przecież go nie za-
bije. - A czy tobie nic się nie stało? 

-  Mnie?  Wszystko  w  porządku.  -  Spojrzałam  w  stronę  ciemnych  okien  klasy  pana 

Waldena. - Czy myślisz, że ona... skończyła? 

- Na razie - odparł Jesse. 
-  Skąd  wiesz?  -  Stwierdziłam  niezwykle  zdumiona,  że  cała  się  trzęsę.  -  Skąd  wiesz,  że 

zaraz nie przelezie przez ścianę i nie zacznie wyrywać drzew, żeby w nas nimi rzucać? 

Jesse  pokręcił  głową.  Zauważyłam,  że  się  uśmiecha.  Jak  na  kogoś,  kto  zmarł,  zanim 

wynaleziono ortodoncję, miał bardzo ładne zęby. Prawie tak ładne jak Bryce. 

- Nie zrobi tego. 
- Skąd możesz wiedzieć? 
- Bo tak. Ona jeszcze nie wie, że jest w stanie to zrobić. To wszystko jest dla niej nowe, 

Susannah. Nie wie, na co ją stać. 

Jeśli to  miało  mnie  pocieszyć,  to  odniosło  przeciwny  skutek.  Jesse  przyznał  właśnie,  że 

Heather jest w stanie wyrywać drzewa i rzucać nimi w ludzi, a nie robi tego jedynie z powodu 
braku doświadczenia. To wystarczyło, żebym przestała drżeć i puściła jego koszulę. Wiem, że 
Heather mogłaby mnie ścigać, gdyby chciała. Mogłaby, tak samo jak Jesse, który poszedł za 
mną do szkoły. Chodzi jednak o to, że Jesse zdaje sobie sprawę ze swoich umiejętności. Jest 
duchem o wiele dłużej niż Heather, która dopiero dowiaduje się, na co ją stać. 

To było najbardziej przerażające. Jest duchem tak krótko... i już ma taką moc. 
Zaczęłam chodzić po parkingu tam i z powrotem. 
-  Musimy  coś  zrobić  -  powiedziałam.  -  Musimy  ostrzec  ojca  Dominika.  I  Bryce'a.  Mój 

Boże, musimy ostrzec Bryce'a, żeby nie przychodził jutro do szkoły. Ona go zabije. Zabije go 
w chwili, gdy postawi stopę na progu szkoły... 

- Susannah... - zaczął Jesse. 
-  Chyba  powinniśmy  do  niego  zadzwonić.  Jest  pierwsza  w  nocy,  ale  możemy  do  niego 

zadzwonić i powiedzieć mu... nie wiem, co mamy mu powiedzieć. Możemy powiedzieć, że 
ktoś groził mu śmiercią, czy coś. Może to go przekona. Albo moglibyśmy sami zagrozić mu 
śmiercią.  Tak  zróbmy!  Zadzwońmy  do  niego,  ja  udam  kogoś  innego  i  powiem:  „Nie 
przychodź jutro do szkoły, bo zginiesz”. Może się przestraszy. Może... 

- Susannah - powtórzył Jesse. 
- Albo możemy poprosić ojca Dominika, żeby to zrobił! Ojciec Dominik może zadzwonić 

do Bryce'a i powiedzieć mu, żeby nie przychodził do szkoły, że coś się stało... 

- Susannah. - Jesse zagrodził mi drogę w chwili, gdy odwróciłam się, żeby przejść ten sam 

odcinek dwóch metrów, który przemierzałam w obie strony od paru minut. Zatrzymałam się 
nagle,  zaskoczona  jego  bliskością,  uderzając  nosem  w  miejsce,  gdzie  rozchylał  się  kołnierz 
jego koszuli. Jesse chwycił mnie za ręce, pomagając utrzymać równowagę. 

To mi się nie spodobało. Pamiętam, że chwilę przedtem to ja go złapałam. No, właściwie 

nie  jego,  tylko  jego  koszulę.  Ale  i  w  zwykłych  okolicznościach  nie  lubię,  kiedy  ktoś  mnie 
dotyka, a zwłaszcza duchy. A już szczególnie takie, które mają dłonie równie duże i silne jak 
Jesse. 

-  Susannah  -  powtórzył  znowu,  zanim  zdążyłam  mu  powiedzieć,  żeby  zabrał  ode  mnie 

swoje wielkie żylaste łapy. - Wszystko w porządku. To nie twoja wina. Nie mogłaś nic zrobić. 

-  Nic  nie  mogłam  zrobić?  Żartujesz?  Powinnam  była  dać  jej  takiego  kopa,  żeby  znowu 

znalazła się w grobie! 

- Nie - Jesse pokręcił głową. - Zabiłaby cię. 
- Gówno! Mogłam ją pokonać. Gdyby nie zrobiła tej sztuczki z głową... 

background image

- Susannah... 
- Mówię poważnie, Jesse. Poradziłabym sobie, gdyby nie wpadła w taką furię. Założę się, 

że jeśli poczekamy, aż ochłonie i wrócimy tam, to zdołam ją przekonać... 

-  Nie.  -  Puścił  moje  ręce,  ale  tylko  po  to,  żeby  objąć  mnie  ramieniem  i  poprowadzić  w 

stronę pojemnika na śmieci za którym zostawiłam rower. - Chodźmy. Wracajmy do domu. 

- Ale co... 
Ścisnął mnie jeszcze mocniej. 
- Nie. 
- Jesse, nic nie rozumiesz. To moja praca. Muszę... 
-  To  także  zadanie  ojca  Dominika,  prawda?  Pozwól  mu  się  tym  zająć.  Nie  ma  powodu, 

żeby cała odpowiedzialność spoczywała na tobie. 

- Owszem, jest. To ja nawaliłam. 
- To ty przyłożyłaś jej pistolet do głowy i pociągnęłaś za cyngiel? 
-  Oczywiście,  że  nie.  Ale  to  przeze  mnie  wpadła  w  taką  złość.  Nie  mogę  prosić  ojca 

Dorna, żeby po mnie sprzątał. To byłoby zdecydowanie nie w porządku. 

-  Zdecydowanie  nie  w  porządku  jest  to,  że  ktoś  może  oczekiwać,  iż  młoda  dziewczyna, 

taka jak ty, stanie do walki z demonem z piekła rodem - Jesse z trudem zachowywał spokój. 

- Ona nie jest demonem z piekła. Jest tylko wściekła. Jest wściekła, bo chłopak, któremu 

ufała, okazał się... 

- Susannah. - Jesse zatrzymał się nagle. Jeśli nie poleciałam na buzię i nie rozpłaszczyłam 

na asfalcie, to tylko dlatego, że nadal obejmował mnie ramieniem. 

Przez chwilę, tylko przez chwilę, naprawdę myślałam... cóż, myślałam, że mnie pocałuje. 

Nikt  mnie  nigdy  dotąd  nie  pocałował,  ale,  jak  się  wydaje,  wszystkie  warunki  zostały 
spełnione.  No,  wiecie,  księżyc,  mocno  bijące  serca,  emocje  związane  z  ucieczką  przed 
wściekłym duchem... 

Oczywiście nie bardzo wiedziałam, co sądzić o tym, że mój pierwszy pocałunek miał być 

pocałunkiem  kogoś  należącego  do  świata  umarłych,  ale  cóż,  żebracy  nie  mogą  grymasić,  a 
ponadto,  zapewniam  was,  że  Jesse  jest  o  niebo  przystojniejszy  od  wszystkich  żywych 
chłopaków,  jakich  ostatnio  poznałam.  Nigdy  nie  widziałam  takiego  przystojnego  ducha.  W 
momencie  śmierci  nie  mógł  mieć  więcej  niż  dwadzieścia  lat.  Byłam  ciekawa,  z  jakiej 
przyczyny umarł. Duchy zmarłych ludzi zazwyczaj wyglądają tak, jak wyglądali ci ludzie tuż 
przed śmiercią. Na przykład mój tata teraz, kiedy mnie nawiedza, nie wygląda inaczej niż na 
dzień przedtem, jak poszedł pobiegać po parku dziesięć łat temu. 

Przypuszczam,  że  Jesse  został  zamordowany,  ponieważ,  jak  na  mój  gust,  wygląda 

cholernie zdrowo. Niewykluczone, że trafiła go jedna z tych kul, po których zostały dziury w 
domu na dole. Ładnie ze strony Andy'ego, że oprawił je w ramki na pamiątkę dla potomności. 

A  teraz  ten  niesamowicie  przystojny  duch  sprawia  wrażenie,  jakby  zamierzał  mnie 

pocałować. Cóż, kimże ja jestem, żeby mu w tym przeszkodzić? 

No,  więc,  rozumiecie,  odchyliłam  lekko  głowę  do  tyłu,  patrząc  na  niego  spod  rzęs  i 

rozchylając usta. Wtedy zauważyłam, że jego uwaga nie skupia się na moich wargach, tylko 
dużo niżej. I to nie na moim biuście, co też nie byłoby złe. 

- Ty krwawisz - stwierdził. 
Czar prysnął. Oczy o mało nie wyskoczyły mi z orbit. 
-  Wcale  nie  -  odparłam  odruchowo,  ponieważ  nie  czułam  żadnego  bólu.  Jednak  gdy 

spojrzałam  w  dół,  zobaczyłam,  że  u  moich  stóp  wykwitają  na  chodniku  drobne  plamki.  Po 
ciemku  trudno  było  określić  ich  kolor.  W  świetle  księżyca  wydawały  się  czarne.  Z 
przerażeniem zauważyłam podobne plamy na koszuli Jessego. 

Z całą pewnością to moja krew. Przyjrzałam się sobie uważnie i stwierdziłam, że udało mi 

się  przeciąć  drobną,  ale  jednak  ważną  żyłkę  na  nadgarstku.  Kiedy  rozmawiałam  z  Heather, 
ściągnęłam  rękawice  i  schowałam  je  do  kieszeni,  a  później,  podczas  pośpiesznej  ucieczki, 

background image

zapomniałam  włożyć  je  z  powrotem.  Skaleczyłam  się  pewnie,  wskakując  na  usłany  szkłem 
parapet.  Co  tylko  potwierdza  moją  teorię,  że  właśnie  przy  wychodzeniu  przydarzają  się 
najgorsze rzeczy. 

-  Och  -  mruknęłam,  obserwując  strumyczek  krwi.  Nic  innego  nie  przychodziło  mi  do 

głowy, jak tylko: - Ale paskudnie. Przepraszam za koszulę. 

- To nic. - Jesse sięgnął  do kieszeni czarnych obcisłych spodni i wyciągnął coś białego i 

miękkiego.  Owinął  tym  mój  nadgarstek  kilka  razy.  Robił  to  w  milczeniu,  bardzo  skupiony. 
Pierwszy  raz  zdarzyło  mi  się,  żeby  duch  udzielał  mi  pierwszej  pomocy.  To  nie  aż  tak 
interesujące jak pocałunek, ale też niezłe przeżycie. 

- Dobrze - powiedział wreszcie. - Boli? 
-  Nie  -  odparłam  zgodnie  z  prawdą.  Wiedziałam  z  doświadczenia,  że  boleć  zacznie  po 

paru godzinach. Odchrząknęłam. - Dziękuję. 

- Drobiazg. 
-  Ależ  nie.  -  Nagle,  to  idiotyczne,  zebrało  mi  się  na  płacz.  Naprawdę.  A  ja  nigdy  nie 

płaczę. - Mówię poważnie. Dziękuję. Dzięki, że przyszedłeś, żeby mi pomóc. Nie powinieneś 
był tego robić. To znaczy, cieszę się, że tak się stało. I... cóż, dziękuję. To wszystko. 

Zmieszał się. Chyba zachowałam się dość naturalnie, rozklejając się w takiej sytuacji. To 

było silniejsze ode mnie. Nie mogłam w to uwierzyć. Żaden duch nie był dla mnie taki miły. 
Och,  tata  próbował.  Ale  tata  nie  jest  osobą,  na  której  specjalnie  można  polegać.  Nigdy,  tak 
naprawdę, nie mogłam na niego liczyć, zwłaszcza w potrzebie. 

Co  innego  Jesse.  Tyle  dla  mnie  zrobił,  choć  go  o  nic  nie  prosiłam.  W  gruncie  rzeczy, 

byłam dla niego dość nieprzyjemna. 

- Nie ma za co - powiedział w końcu. A potem dodał: - Chodźmy do domu. 

background image

12 

 
To „chodźmy do domu” zabrzmiało tak ciepło. Tylko że dom, w którym mieszkamy, nie 

wydawał mi się jeszcze domem. Przebywałam w nim przecież zaledwie od paru dni. 

No i, naturalnie, Jesse nie mieszka tam na takiej zasadzie jak ja. 
A jednak, duch, nie duch, uratował mi życie. Nie da się zaprzeczyć. Pewnie zrobił to, żeby 

mnie udobruchać i żebym go nie wykopała na ulicę. 

Bez względu jednak na motywy, zachował się wspaniale. Nikt, jak dotąd, nie pomagał mi 

z  własnej  i  nieprzymuszonej  woli,  głównie  dlatego,  że  nikt  nie  zdawał  sobie  sprawy,  że 
potrzebuję pomocy. Nawet Gina, przy której madame Zara odkryła, że jestem mediatorką, nie 
wiedziała, dlaczego przychodzę do szkoły z podkrążonymi oczami ani gdzie znikałam, kiedy 
zrywałam  się  z  lekcji,  co  zdarzało  się  nagminnie.  A  ja  nie  byłam  w  stanie  jej  tego 
wytłumaczyć. Nie chodzi o to, że Gina uznałaby mnie za wariatkę, ale na pewno komuś by o 
tym  powiedziała. Czegoś takiego nie sposób utrzymać  w tajemnicy, chyba że przytrafia się 
nam samym. Poza tym bałam się, że dojdzie to w końcu do mojej mamy. 

A mama wpadłaby  w obłęd. Tak zachowują się  matki,  a moja nie stanowi wyjątku.  Już 

zdążyła  posłać  mnie  na  terapię,  podczas  której  musiałam  wymyślać  skomplikowane 
kłamstwa, w nadziei że to wyjaśni moje aspołeczne nastawienie. Nie zamknięto mnie w domu 
bez klamek, ale trafiłabym tam z całą pewnością, gdyby mama odkryła prawdę. 

Więc,  owszem,  cieszę  się  z  obecności  Jessego,  chociaż  czuję  się  trochę  niepewnie.  Po 

klapie  mojej  misji  w  szkole  odprowadził  mnie  do  domu,  a  więc  postąpił  jak  prawdziwy 
dżentelmen.  Pchał  nawet  mój  rower.  Przypuszczam,  że  gdybyś  ktoś  wyjrzał  przez  okno 
któregoś  z  mijanych  przez  nas  domów,  stwierdziłby,  że  ma  omamy.  Zobaczyłby  idącą 
zmęczonym krokiem dziewczynę, a obok niej sunący lekko rower. 

Dobrze się składa, że ludzie na Wybrzeżu Zachodnim chodzą wcześnie spać. 
Przez całą drogę do domu  myślałam obsesyjnie o tym,  w którym  momencie popełniłam 

błąd, jeśli chodzi o Heather. Nie zastanawiałam się nad tym głośno, bo nie chciałam zachowy-
wać  się  jak  zacięta  płyta  czy  mechaniczne  pianino,  czy  co  tam  mieli  w  czasach  Jessego. 
Jednak o niczym innym nie mogłam myśleć. W całej mojej paroletniej karierze mediatorskiej 
nie  spotkałam  tak  gwałtownego,  zachowującego  się  tak  irracjonalnie  ducha.  Po  prostu  nie 
miałam pojęcia, co robić. A wiedziałam, że muszę szybko coś wymyślić; od momentu, kiedy 
zaczną  się  lekcje,  a  Bryce  znajdzie  się  w  śmiertelnym  niebezpieczeństwie,  dzieliło  mnie 
zaledwie kilka godzin. 

Nie  wiem,  czy  Jesse  odgadł,  dlaczego  milczę,  czy  może  także  myślał  o  Heather.  W 

każdym razie odezwał się nagle, przerywając ciszę: 

- „Niebo nie zna wściekłości, jak miłość zamieniona w nienawiść, ani piekło takiej furii, 

jak zraniona kobieta”. 

Spojrzałam na niego zdziwiona. 
- Mówisz na podstawie własnego doświadczenia? 
W świetle księżyca zobaczyłam, że uśmiecha się lekko. 
- Cytuję Wiliama Congreve'a. 
-  Och.  -  Zastanawiałam  się  przez  chwilę.  -  Ale,  wiesz,  czasami  zraniona  kobieta  ma 

powody, żeby się wściekać. 

- Mówisz na podstawie własnego doświadczenia? - zainteresował się. 
- Niespecjalnie. 
Chłopak musi okazać ci zainteresowanie, zanim cię zrani. Nie powiedziałam jednak tego 

głośno. Nie dbam o to, co Jesse o mnie myśli. Dlaczego miałoby mnie obchodzić, co myśli o 
mnie martwy kowboj? 

Ale nie zamierzałam uświadamiać mu, że nigdy nie miałam chłopaka. Nie mówi się takich 

rzeczy przystojnym chłopakom, nawet jeśli są martwi. 

background image

-  Nie  wiemy  przecież,  tak  naprawdę,  co  zaszło  między  Heather  a  Bryce'em.  Może  ma 

powody, żeby czuć do niego żal? 

- Do niego, pewnie tak - powiedział Jesse z niechęcią. - Ale nie do ciebie. Nie miała prawa 

cię atakować. 

W  jego  głosie  zawrzał  taki  gniew,  że  uznałam,  iż  może  lepiej  zmienić  temat.  Pewnie 

powinnam wściec się na Heather za to, że dybie na moje życie, ale z drugiej strony, często 
mam do czynienia z ludźmi niemyślącymi racjonalnie. Dobrze, może nie do tego stopnia, co 
Heather, ale wiecie, co mam na myśli. Poza tym nauczyłam się jednego: nie należy niczego 
brać  do  siebie.  Owszem,  próbuje  mnie  zabić,  ale  kto  wie,  może  inaczej  nie  potrafi?  Skąd 
możemy  wiedzieć,  jakich  miała  rodziców?  Może  mordowali  każdego,  kto  działał  im  na 
nerwy... 

Jakkolwiek, w związku z tym naszyjnikiem z pereł dodawanych z różnych okazji, miałam 

co do tego wątpliwości. 

Myśl o morderstwie kazała mi się również zastanowić, co tak bardzo poruszyło Jessego. 

Przyszło mi do głowy, że przecież on sam prawdopodobnie zginął gwałtowną śmiercią. Może 
też sam się zabił? Nie wydaje mi się jednak, żeby był typem samobójcy. Może umarł na jakąś 
wyniszczającą chorobę... 

To chyba nie było specjalnie taktowne z mojej strony, ale cóż, nikt nigdy nie chwalił mnie 

za szczególny takt. Poszłam za ciosem i po prostu zapytałam go o to, kiedy szliśmy żwirową 
alejką pod górę. 

- Hej, a jak ty właściwie umarłeś? 
Jesse nie odpowiedział od razu. Prawdopodobnie się obraził. Zauważyłam, że duchy nie 

lubią tego tematu. Czasami nawet nie pamiętają, jak doszło do ich śmierci. Ofiary wypadków 
samochodowych  na  ogół  nie  mają  o  niczym  pojęcia.  Wiele  razy  widziałam,  jak  szukały 
swoich współpasażerów. Wyjaśniam im wtedy wszystko, a potem staram się dojść, gdzie są ci 
ludzie których oni usiłują znaleźć. To jest naprawdę okropne. Muszę trafić do odpowiedniego 
urzędu, gdzie przechowuje się protokoły z wypadków i, udając, że dostałam takie zadanie w 
szkole zanotować nazwiska ofiar i dowiedzieć się o ich dalsze losy. 

Mówię wam, czasami mam tego wszystkiego dość. 
Tak czy inaczej,  Jesse  milczał  przez jakiś czas i  sądziłam,  że już nic nie powie. Patrzył 

przed siebie, na dom, w którym umarł i który miał nawiedzać, dopóki... cóż, dopóki nie upora 
się ze sprawą, która trzyma go na tym świecie. 

Księżyc nadal jaśniał na niebie, teraz już dość wysoko i widziałam twarz Jessego wyraźnie 

jak w dzień. Nie wyglądał jakoś inaczej niż zwykle. Jego wąskie usta wykrzywiał lekki gry-
mas,  a  okolone  gęstymi  rzęsami  oczy  pod  lśniącymi  czarnymi  brwiami  ujawniały  tyle,  co 
lustro. Mogłabym się w nich przejrzeć, ale nie byłam w stanie domyślić się ich wyrazu. 

-  Hm  -  mruknęłam.  -  Wiesz  co?  Nieważne.  Jeśli  nie  masz  ochoty  o  tym  mówić,  to  nie 

musisz... 

- Nie, wszystko w porządku. 
- Byłam tylko ciekawa, to wszystko. Ale jeśli to zbyt osobiste... 
- To nie jest zbyt osobiste. - Doszliśmy do domu. Oparł rower o ścianę garażu. - Wiesz, 

ten dom nie zawsze był domem rodzinnym - odezwał się, stojąc w cieniu. 

A ja na to: 
- Ojej, naprawdę? - Udałam, że słyszę o tym po raz pierwszy. 
- Tak. Kiedyś był tu hotel. No, może bardziej zajazd niż hotel. 
- A ty zatrzymałeś się tam, jako gość? - zapytałam wesoło. 
-  Tak.  -  Wyszedł  spod  daszka  nad  garażem,  ale  nie  patrzył  w  moją  stronę.  Zerkał  na 

morze. 

- I... - usiłowałam go skłonić do dalszych wynurzeń. - Coś się stało, kiedy tam byłeś? 

background image

-  Tak.  -  Teraz  spojrzał  na  mnie.  Patrzył  bardzo  długo,  a  potem  powiedział:  -  To  długa 

historia, a ty na pewno jesteś nieźle zmęczona. Połóż się i odpocznij. Rano zdecydujemy, co 
zrobić z Heather. 

To nie w porządku. 
- Zaraz, zaraz, nigdzie nie pójdę, dopóki nie skończysz tej historii. 
Pokręcił głową. 
- Nie. Jest już późno. Opowiem ci innym razem. 
- Ojej! - Zachowywałam się jak małe dziecko, które mama wysłała wcześnie do łóżka, ale 

miałam to gdzieś. - Nie możesz tak po prostu zacząć jakiejś historii i jej nie dokończyć. Mu-
sisz... 

Jesse otwarcie sobie ze mnie żartował. 
- Idź się położyć, Susannah. - Podszedł do mnie i popchnął delikatnie w stronę schodów. - 

Dość przerażających przeżyć jak na jedną noc. 

- Ale ty... 
-  Kiedy  indziej  -  powtórzył.  Stałam  na  najniższym  stopniu  ganku,  patrząc  na  jego 

roześmianą twarz. 

- Przyrzekasz? 
Jego zęby błysnęły bielą w świetle księżyca. 
- Przyrzekam. Dobranoc, querida. 
Mówiłam ci - burknęłam, wchodząc po schodach - żebyś mnie tak nie nazywał. 
Była prawie trzecia nad ranem i stać mnie było jedynie na symboliczne oburzenie. Nadal 

funkcjonowałam według czasu nowojorskiego, to jest z trzygodzinnym wyprzedzeniem. Cięż-
ko wstać rano do szkoły, nawet jeśli spało się pełne osiem godzin. Jak to będzie po czterech 
godzinach? 

Wślizgnęłam się do domu najciszej, jak się dało. Na szczęście wszyscy, z wyjątkiem psa, 

spali  jak  zabici.  Maks,  rozwalony  na  kanapie,  popatrzył  na  mnie  i  pomachał  przyjaźnie 
ogonem. Czujne zwierzątko. Do tego moja mama nie życzy sobie, żeby sypiał na bielutkiej 
kanapie.  Nie  miałam  jednak  zamiaru  zrobić  sobie  z  Maksa  wroga,  spędzając  go.  Jeśli 
przymrużenie oka na fakt, że wyleguje się na kanapie, mogło powstrzymać go od postawienia 
wszystkich na nogi, to warto było zapłacić tę cenę. 

Powlokłam  się  na  górę,  zastanawiając  się,  co  zrobić  z  Heather.  Wiedziałam,  że  muszę 

wstać wcześnie rano, zadzwonić do szkoły i uprzedzić ojca Dominika, żeby znalazł Bryce'a, 
jak tylko ten przekroczy bramę szkoły, i odesłał go pod byle pretekstem do domu. Nawet jeśli 
tam  pretekstem  miałyby  być  wszy.  Trzeba  za  wszelką  cenę  przeszkodzić  Heather  w 
osiągnięciu celu. 

Jednak  perspektywa  wstania  tak  wcześnie  rano  nawet  po  to,  żeby  uratować  życie 

chłopakowi, z którym umówiłam się na sobotę, nie wydawała mi się zbyt pociągająca. Teraz, 
kiedy spadł poziom adrenaliny, uświadomiłam sobie, że jestem potwornie zmęczona. Ledwie 
trzymając się na nogach, poszłam do łazienki i przebrałam w piżamę. Byłam pewna, że Jesse 
mnie nie szpieguje, ale nie powiedział mi, w jaki sposób umarł, więc nie chciałam ryzykować. 
Mogli go powiesić za podglądanie, co chyba zdarzało się od czasu do czasu sto pięćdziesiąt 
lat temu. Dopiero zmieniając opatrunek na skaleczonym nadgarstku, przyjrzałam się szmatce, 
której użył Jesse. 

To  była  chusteczka.  W  tamtych  czasach  wszyscy  takie  nosili,  bo  nie  było  chusteczek 

higienicznych.  Ceniono  je  sobie,  wyszywano  na  nich  inicjały,  tak,  żeby  nie  zgubiły  się  w 
praniu. 

Chusteczka  Jessego  nie  miała  jego  inicjałów,  co  stwierdziłam,  kiedy  wypłukałam  ją 

starannie  i  wyżęłam  nad  umywalką.  Był  to  duży  kwadratowy  kawałek  białego  płótna,  no, 
teraz  właściwie  różowego,  obszyty  delikatną  koronką.  Trochę  za  bardzo  kobieca  jak  dla 
mężczyzny. Zaczęłabym się być może zastanawiać nad orientacją seksualną Jessego, gdybym 

background image

nie zauważyła inicjałów w rogu. Duże ozdobne  litery MDS wyszyto drobniutkim ściegiem, 
białą nitką na białym tle. MDS. Ani śladu J.. 

Dziwne. Bardzo dziwne. 
Powiesiłam chusteczkę, żeby wyschła. Nie musiałam się martwić, że ktoś ją zobaczy. Po 

pierwsze, poza mną nikt nie korzystał z tej łazienki, nikt inny nie mógłby jej też zobaczyć, tak 
samo jak Jessego. Jutro będzie tam, gdzie ją zostawiłam. Może zażądam od Jessego, zanim 
mu ją oddam, aby mi wyjaśnił, co oznacza MDS. 

W momencie, gdy zasypiałam, uświadomiłam sobie, że MDS musi oznaczać dziewczynę. 

Stąd  ta  koronka.  I  ozdobny  krój  liter.  Czyżby  Jesse  nie  zginął  w  wyniku  strzelaniny,  jak 
sądziłam, tylko podczas kłótni kochanków? 

Nie  wiem,  dlaczego  to  przypuszczenie  tak  bardzo  wytrąciło  mnie  z  równowagi,  ale  tak 

właśnie  było.  Nie  mogłam  zasnąć  przez  całe  trzy  minuty.  Potem  przewróciłam  się  na  bok, 
zatęskniłam przez chwilę za starym łóżkiem i zapadłam w sen. 

background image

13 

 
Zasnęłam  z  niezłomnym  zamiarem,  żeby  obudzić  się  wcześnie,  zadzwonić  do  ojca 

Dominika i ostrzec go przed Heather. Zamiary są jednak tyle warte, co ludzie, którzy je mają. 
Ja  chyba  nie  jestem  wiele  warta,  bo  obudziłam  się  dopiero  wtedy,  gdy  mama  zaczęła  mną 
energicznie potrząsać. Dochodziła siódma trzydzieści i samochód odjeżdżał beze mnie. 

Tak  się,  w  każdym  razie,  chłopcom  wydawało.  Śpiący  jednak  stwierdził,  że  zgubił 

kluczyki od ramblera, zdołałam więc zwlec się z łóżka i jakoś ubrać. Nie mam pojęcia, co na 
siebie  włożyłam.  Zeszłam  po  schodach  chwiejnym  krokiem,  czując  się  tak,  jakby  ktoś 
grzmotnął  mnie  kilka  razy  w  głowę  workiem  pełnym  kamieni.  Akurat  wtedy  Profesor 
opowiadał wszystkim, że siostra Ernestyna zagroziła mu powtarzaniem klasy, jeśli jeszcze raz 
spóźni się na apel przed lekcjami. 

Wówczas  dopiero  przypomniałam  sobie,  że  klucze  do  ramblera  nadal  spoczywają  w 

kieszeni mojej skórzanej kurtki, bo tam zostawiłam je poprzedniego wieczoru. 

Cofnęłam  się  chyłkiem  po  schodach  i  udałam,  że  znalazłam  kluczyki  na  półpiętrze. 

Nastąpił wybuch radości, ale Śpiący marudził, że zostawił je na haczyku w kuchni i nie mógł 
zrozumieć,  jakim  cudem  trafiły  na  schody.  Przyćmiony  stwierdził:  „To  pewnie  ten  duch 
Dawida” i uśmiechnął się drwiąco do Profesora, który się zmieszał. 

A potem wszyscy władowaliśmy się do samochodu i ruszyliśmy. 
Spóźniliśmy się, oczywiście. Apel w Szkole Misyjnej imienia Junipero Serry zaczyna się 

punktualnie o ósmej. Dotarliśmy na miejsce jakieś dwie minuty po. Podczas apelu każą nam 
stać  na  dziedzińcu,  chłopcy  osobno,  dziewczęta  osobno,  jakbyśmy  byli  kwakrami. 
Sprawdzają obecność, czytają ogłoszenia i tak dalej. Trwa to jakieś piętnaście minut. 

Zamierzałam pobiec wprost do gabinetu ojca Dominika, ale siostra Ernestyna zauważyła, 

jak  się  przekradamy  i  śledziła  nas  złym  wzrokiem,  dopóki  nie  stanęliśmy  w  odpowiednich 
rzędach. Nie obchodziło mnie specjalnie, co siostra Ernestyna notuje na mój temat w swoim 
małym  czarnym notesiku, ale zorientowałam się, że bardzo trudno będzie przedostać się do 
gabinetu  dyrektora,  ze  względu  na  żółtą  taśmę  rozpiętą  między  kolumienkami  wokół 
dziedzińca, no i, naturalnie, gliniarzy. 

Jak  się  łatwo  domyślić,  księża  i  zakonnice  wstali  rano  na  poranną  mszę  i  ujrzeli  posąg 

założyciela szkoły bez głowy, fontannę, w której prawie nie było  wody oraz przewróconą i 
połamaną ławkę, jak również rozwalone drzwi do klasy pana Waldena. 

Nic więc dziwnego, że wpadli w panikę i wezwali gliny. Ludzie w mundurach kręcili się 

po całej szkole, zdejmując odciski palców i mierząc różne rzeczy, na przykład odległość, jaką 
pokonała,  lecąc  w  powietrzu,  głowa  Junipero  Serry,  oraz  prędkość,  jaką  musiała  osiągnąć, 
żeby wybić tyle dziur w grubych na siedem centymetrów drzwiach. Jakiś gość w granatowej 
wiatrówce,  z  literami  CBTSPD  -  policja  miasta  Carmel?  -  na  plecach,  konferował  z  ojcem 
Dominikiem,  który  wyglądał  na  wykończonego.  Nie  mogłam  podchwycić  jego  spojrzenia  i 
uznałam, że będę musiała poczekać do końca apelu, żeby wymknąć się do jego gabinetu i za 
wszystko przeprosić. 

Na apelu siostra Ernestyna, zastępczyni dyrektora, oznajmiła nam, że to akt wandalizmu. 

Wandale  włamali  się  przez  klasę  pana  Waldena  i  dokonali  spustoszeń  w  szkole.  Całe 
szczęście, powiedziała, że taca i masywny złoty kielich na mszalne wino i hostie nie zostały 
ukradzione,  ale  nadal  znajdują  się  w  szafeczce  za  ołtarzem.  Wandale  brutalnie  pozbawili 
głowy pomnik założyciela szkoły, ale nie ruszyli rzeczy naprawdę wartościowych. Wezwano 
nas,  żebyśmy  natychmiast  wystąpili  do  przodu,  jeśli  wiemy  cokolwiek  na  temat  tego 
straszliwego  wypadku.  Oraz  że  jeśli  czulibyśmy  się  niepewnie,  występując  jawnie,  to 
możemy  to  zrobić  anonimowo.  Wielebny  Constantine  będzie  spowiadał  przez  całe 
przedpołudnie. 

background image

Mój Boże! To nie moja wina, że Heather odbiło. W każdym razie, nie do końca. Jeśli ktoś 

powinien się spowiadać, to właśnie ona. 

Stanęłam w szeregu za Cee Cee, która nie była w stanie ukryć zachwytu nad tym, co się 

stało.  Niemal  dało  się  przeczytać  nagłówek,  który  właśnie  rodził  się  w  jej  głowie:  „Ojciec 
Serra  traci  głowę  dla  wandali”.  Wyciągałam  szyję,  zerkając  w  stronę  starszych  klas,  żeby 
sprawdzić, czy jest tam Bryce. Nie zauważyłam go. Może ojciec Dominik dotarł już do niego 
i odesłał do domu. Widocznie zorientował się, że bałagan na dziedzińcu to wynik działalności 
istot nie z tego świata i postąpił, jak nakazuje przezorność. Miałam tylko nadzieję, ze względu 
na Bryce'a, że ojciec Dominik nie zaaplikował mu wszy. 

Dobrze, przyznaję, że ze względu na siebie. Bardzo pragnęłam tej randki w sobotę i nie 

chciałam,  żeby  została  odwołana  z  powodu  wszy.  Czy  to  zbrodnia?  Żadna  dziewczyna  nie 
może poświęcać całego  czasu na walkę z zaburzeniami  parapsychicznymi.  Potrzebuje także 
odrobiny romantyzmu. 

Kiedy  tylko  apel  się  skończył,  a  ja  próbowałam  zerwać  się  z  godziny  wychowawczej  i 

prysnąć do gabinetu ojca Dominika, zatrzymała mnie siostra Ernestyna. 

- Przepraszam, panno Simon - powiedziała, gdy właśnie usiłowałam zanurkować pod żółtą 

taśmą. - Być może w Nowym Jorku nie zwraca się uwagi na ostrzeżenia policji, ale tutaj, w 
Kalifornii, uważamy takie zachowanie za wysoce niewskazane. 

Wyprostowałam się. Niemal mi się udało. Pomyślałam sobie różne nieprzyjemne rzeczy o 

siostrze Ernestynie, ale zdobyłam się, z trudem, na w miarę uprzejme: 

-  Och,  siostro,  tak  mi  przykro.  Widzi  siostra,  ja  muszę  dostać  się  do  gabinetu  ojca 

Dominika. 

-  Ojciec  Dominik  -  odparła  siostra  Ernestyna  lodowato  -  jest  dzisiaj  ogromnie  zajęty. 

Rozmawia właśnie z policją na temat nieszczęsnych wypadków dzisiejszej nocy. Będzie miał 
czas dla interesantów najwcześniej po lunchu. 

Wiem, że to raczej niewłaściwe wyobrażać sobie, jak się powala zakonnicę ciosem karate, 

ale nic nie mogłam na to poradzić. Doprowadzała mnie do szału. 

-  Proszę posłuchać, siostro, ojciec  Dominik prosił, abym  zgłosiła się do niego dziś  rano. 

Przyniosłam  pewne,  hm,  dokumenty  ze  starej  szkoły,  które  dyrektor  chciał  zobaczyć. 
Musiałam sprowadzić je FedEksem z Nowego Jorku, właśnie dotarły, więc... 

Myślałam, że z tymi dokumentami i FedEksem to dobre zagranie i dowód przytomności 

umysłu, ale siostra Ernestyna wyciągnęła rękę, mówiąc: 

- Daj mi je, a z największą chęcią zaniosę je ojcu Dominikowi. Cholera! 
-  Eee  -  mruknęłam,  przechodząc  na  pozycje  obronne  -  nieważne.  No,  to  chyba...  chyba 

pójdę do niego po lunchu. 

Siostra  Ernestyna  posłała  mi  spojrzenie  mówiące:  „Aha,  właśnie,  tak  myślałam”,  a 

następnie skierowała uwagę na jakieś niewinne dziecię, które popełniło błąd, pojawiając się w 
szkole  w  levisach,  co  stanowiło  jaskrawe  pogwałcenie  obowiązujących  w  szkole  reguł 
dotyczących stroju. 

-  To  są  moje  jedyne  czyste  spodnie!  -  zawyło  dziecię,  ale  to  nie  wzruszyło  siostry 

Ernestyny.  Stała  jak  skała,  nadal  blokując  przejście  do  gabinetu  dyrektora  i  notując  coś  w 
czarnym notesiku. 

Nie miałam wyboru, musiałam iść na lekcję. Poza tym, co takiego mogłabym powiedzieć 

ojcu  Dominikowi,  czego  sam  nie  wie?  Z  całą  pewnością  zdaje  sobie  sprawę,  że  to  Heather 
zdewastowała  pół  szkoły,  ja  natomiast  rozbiłam  okno  w  klasie  pana  Waldena. 
Prawdopodobnie nie był zachwycony rezultatami moich starań, więc po co mu się narzucać? 
Powinnam raczej schodzić mu z drogi. 

Pozostawało jednak pytanie... co z Heather? 

background image

Sądzę, że nadal dochodziła do siebie po wybuchu wściekłości poprzedniej nocy. W drodze 

na  lekcję  nie  zauważyłam  nigdzie  śladu  jej  obecności  i  to  mnie  ucieszyło.  Ojciec  Dom  i  ja 
zyskaliśmy trochę czasu, żeby wymyślić jakiś plan działania, zanim uderzy ponownie. 

Na  lekcji  usiłowałam  przekonać  samą  siebie,  że  wszystko  będzie  dobrze.  Nie  mogłam 

jednak  pozbyć  się  wyrzutów  sumienia  w  stosunku  do  pana  Waldena.  Zniszczenie  drzwi  do 
klasy  zniósł  dość  dobrze.  Nie  wydawało  się  również,  żeby  martwił  się  jakoś  strasznie  z 
powodu  wybitego  okna.  Cała  szkoła,  naturalnie,  huczała  od  plotek  na  ten  temat.  Byli  tacy, 
którzy  twierdzili,  że  pozbawienie  Junipero  Serry  głowy  to  zwykły  kawał  najstarszego 
rocznika.  Kiedyś,  jak  opowiedziała  mi  Cee  Cee,  najstarsi  uczniowie  obwiązali  dzwony 
poduszkami, więc kiedy zaczęto  w nie bić,  rozległy się jedynie stłumione pacnięcia. Teraz, 
zdaje się, podejrzewano, że to coś podobnego. 

Gdyby  znali  prawdę.  Krzesło  Heather  obok  Kelly  Prescott  nadal  pozostawało  znacząco 

puste, a jej szafka ciągle nie dawała się otworzyć w związku z wypaczeniem drzwiczek, do 
którego doszło, kiedy ją na nie pchnęłam. 

Ironia  losu  sprawiła,  że  kiedy  przypomniałam  sobie  to  wydarzenie,  Kelly  Prescott 

podniosła rękę i  zapytała pana Waldena, czyjego zdaniem to  sprawiedliwe, że w związku z 
decyzją wielebnego Constantine'a msza żałobna w intencji Heather się nie odbędzie. 

Pan Walden oparł się na krześle i położył obie nogi na biurku. 
- Nie patrz na mnie - powiedział. - Ja tutaj tylko pracuję. 
- No, tak - mruknęła Kelly. - Czy nie uważacie, że to niesprawiedliwe? - zwróciła się do 

całej klasy. Jej obramowane tuszem oczy wyrażały prośbę. - Heather Chambers chodziła tutaj 
przez  dziesięć  lat.  To  niewybaczalne,  że  jej  pamięć  nie  zostanie  uczczona  w  jej  szkole.  A, 
prawdę mówiąc, uważam, że to, co stało się wczoraj, to był znak. 

Pan Walden wydawał się ogromnie rozbawiony. 
- Znak, Kelly? 
-  Tak  jest.  Wierzę,  że  wypadki  ostatniej  nocy  oraz  to,  co spotkało  Bryce'a  -  łączy  się  ze 

sobą. Nie sądzę, że posąg ojca Serry został zbezczeszczony przez wandali, ale przez anioły. 
Anioły,  które  mają  za  złe  to,  iż  wielebny  Constantine  nie  pozwala  rodzicom  Heather  na 
urządzenie jej tutaj pogrzebu. 

W  klasie  rozległ  się  szmer.  Patrzono  z  niepokojem  na  krzesło  Heather.  Normalnie 

niechętnie  wypowiadam  się  w  szkole  publicznie,  ale  tego  nie  mogłam  puścić  mimo  uszu. 
Odezwałam się więc: 

-  Chcesz  zatem  powiedzieć,  Kelly,  że  twoim  zdaniem,  to  anioł  wybił  to  okno  za  moimi 

plecami? 

Kelly musiała odwrócić się na krześle, żeby na mnie spojrzeć. 
- Cóż - powiedziała. - To mogło... 
-  Dobrze.  Myślisz,  że  to  anioły  wyważyły  drzwi  do  klasy,  odcięły  głowę  posągu  i 

nabałaganiły na dziedzińcu? 

Kelly wysunęła wyzywająco brodę. 
- Tak. Zgadza się. Anioły, które rozgniewały się na wielebnego Constantine'a za to, że nie 

pozwolił nam wyprawić mszy żałobnej za duszę Heather. 

Pokręciłam głową. 
- Bzdura - oznajmiłam.  
Kelly uniosła brwi. 
- Przepraszam? 
- Powiedziałam, że to bzdura, Kelly. Sądzę, że twoja teoria jest bzdurna. 
Twarz Kelly przybrała interesujący odcień czerwieni. Podejrzewam, że zaczęła żałować, 

że zadała to pytanie. 

- Nie wiesz, czy to nie były anioły, Suze - odezwała się szorstko. 

background image

-  Otóż  przypadkiem  wiem.  Ponieważ,  o  ile  mi  wiadomo,  anioły  nie  krwawią,  a  tutaj 

wszędzie  na  wykładzinie  znaleziono  krew  wandala,  który  zranił  się  podczas  włamania. 
Dlatego policja wycięła kawałki chodników i zabrała je do laboratorium. 

Nie tylko Kelly sapnęła  ze zdumienia. Wszystkich to  zaskoczyło.  Zapewne nie należało 

wspominać  o  krwi,  zwłaszcza  że  była  moja,  ale  mój  Boże,  nie  mogłam  pozwolić,  żeby 
bajdurzyła o tych aniołach. Anioły, cholera jasna. Co jej się roi? Myśli, że to Autostrada do 
nieba? 

- W porządku - powiedział pan Walden. - Tym miłym akcentem zakończymy tę dyskusję. 

Pora na lekcję. Susannah, czy możesz zostać chwilę? 

Cee Cee odwróciła się do mnie, unosząc do góry białe brwi. 
- No, to masz przechlapane, bidulo - syknęła. 
Nie  wie  nawet,  do  jakiego  stopnia  ma  rację.  Wystarczyło  spojrzeć  na  bandaż  na  moim 

nadgarstku, aby się domyślić, że o pochodzeniu tej krwi mam wiadomości z „pierwszej ręki”. 

Z drugiej strony, nie było powodu, żeby mnie podejrzewać, prawda? 
Z  duszą  na  ramieniu  podeszłam  do  biurka  pana  Waldena.  On  zamierza  cię  wydać, 

myślałam rozpaczliwie. Ale się wkopałaś, Simon. 

Ale  pan  Walden  pragnął  jedynie  pochwalić  mnie  za  przypisy  w  wypracowaniu  o  bitwie 

pod Bladensburgiem, które rzuciły mu się w oczy, gdy oddawałam pracę. 

- Eee. To naprawdę nic takiego, proszę pana. 
- Tak, ale przypisy... - westchnął. - Nie widziałem właściwie opracowanych przypisów od 

czasów, gdy uczyłem w college'u. Wykonałaś dobrą robotę. 

Wymamrotałam  skromne  „dziękuję”.  Nie  chciałam  wdawać  się  w  wyjaśnienia,  że  moja 

rozległa  wiedza  na  temat  bitwy  pod  Bladensburgiem  wzięła  się  stąd,  że  kiedyś  pomogłam 
weteranowi tej bitwy naprowadzić jego następców na zakopaną w ziemi torbę z pieniędzmi, 
którą zgubił w ogniu walki. Przedziwne, jakie rzeczy nie dają ludziom spokojnie żyć... czy też 
raczej zaznać spokoju po śmierci. 

Już miałam powiedzieć panu Waldenowi, że w normalnej sytuacji wolałabym posiedzieć z 

nim i porozmawiać na temat słynnych amerykańskich bitew, ale teraz muszę koniecznie pójść 
sprawdzić,  czy  siostra  Ernestyna  nadal  pilnuje  przejścia  do  gabinetu  ojca  Dominika,  kiedy 
słowa pana Waldena sprawiły, że znieruchomiałam: 

- Dziwnie się złożyło, że Kelly akurat teraz wspomniała Heather Chambers, Susannah. 
Spojrzałam na niego z niepokojem. 
- Ach tak? Dlaczego? 
-  Cóż,  nie  wiem,  czy  to  do  ciebie  dotarło,  ale  Heather  była  wiceprzewodniczącą 

przedostatnich klas. Teraz, kiedy odeszła, zbieraliśmy głosy na nowego wice. Myśl sobie, co 
chcesz, ale nominowano ciebie. Dostałaś dwanaście głosów. 

Oczy  zaokrągliły  mi  się  jak  spodki.  Zapomniałam  kompletnie  o  tym,  że  chciałam  się 

zobaczyć z ojcem Dominikiem. 

- Dwanaście głosów? 
- Tak, wiem, to niezwykłe, prawda? To mi się nie mieściło w głowie. 
- Byłam przecież w szkole tylko jeden dzień! 
- Owszem, ale wywarłaś duże wrażenie. Osobiście nie sądzę, żebyś narobiła sobie wczoraj 

wrogów,  grożąc,  że  połamiesz  palce  Debbie  Mancuso.  Nie  należy  do  najbardziej  lubianych 
dziewcząt w klasie. 

Otworzyłam oczy jeszcze szerzej. A więc pan Walden usłyszał jednak moją cichą groźbę. 

Ten  fakt  w  połączeniu  z  tym,  iż  nie  ukarał  mnie  za  to  kozą,  wzbudził  we  mnie  szacunek, 
jakiego dotąd nie czułam w stosunku do żadnego nauczyciela. 

- Och, to, że odepchnęłaś Bryce'a Martinsona w momencie, gdy kawał drewna spadał mu 

na głowę, też ci raczej nie zaszkodziło - dodał. 

background image

-  O  rany  -  jęknęłam. Chyba nie muszę  wyjaśniać, że w starej  szkole nie zdarzyło  mi się 

wygrać  żadnego  konkursu  na  popularność.  Nie  starałam  się  nigdy  o  miejsce  w  drużynie 
cheerliderek czy zwycięstwo w wyborach królowej balu. Pomijając fakt, że w dawnej szkole 
zajęcie cheerliderki uważano za idiotyczną stratę czasu, a na Brooklynie określenie „królowa” 
niekoniecznie  jest  komplementem.  Zresztą  i  tak  nigdy  bym  się  nie  dostała  do  drużyny. 
Nigdzie też, absolutnie nigdzie, nie nominowano mnie dotąd do czegokolwiek. 

Za  bardzo  mi  to  pochlebiło,  żeby  pójść  za  pierwszym  odruchem  i  bąknąć:  „Dziękuję, 

bardzo dziękuję” i uciec. 

- A co - zapytałam zamiast tego - robi wiceprzewodniczący? 
Pan Walden wzruszył ramionami. 
- Głównie pomaga przewodniczącemu ustalić, na co wydać budżet klasowy. Nie jest tego 

dużo, trochę ponad trzy tysiące dolarów. Kelly i Heather miały zamiar zorganizować wieczór 
taneczny w Carmel Inn, ale... 

- Trzy tysiące dolarów? - Szczęka prawdopodobnie opadła mi do kolan, ale nie przejęłam 

się tym. 

- Tak, wiem, że to niedużo... 
- I możemy je wydać, jak nam się podoba? - Kręciło mi się w głowie. - Jak byśmy chcieli, 

na przykład, urządzić jakieś imprezy połączone z gotowaniem na plaży, to nie byłoby proble-
mu? 

Pan Walden spojrzał na mnie z zainteresowaniem. 
- Oczywiście. Chociaż reszta klasy musi wyrazić zgodę. Mam wrażenie, że administracja 

może zaproponować zużycie pieniędzy na naprawę posągu ojca Serry, ale... 

Cokolwiek pan Walden chciał powiedzieć, nie dane mu było skończyć. Do klasy wpadła 

Cee Cee. Za przyciemnionymi szkłami okularów widać było jej szeroko otwarte z przerażenia 
oczy. 

- Chodź szybko! - wrzasnęła. - Był wypadek! Ojciec Dominik i Bryce Martinson... 
Odwróciłam się natychmiast. 
- Co? - zapytałam ostrzej, niż zamierzałam. - Co z nimi? 
- Chyba nie żyją! 

background image

14 

 
Biegłam tak szybko, że  później siostra Mary Claire, trenerka lekkoatletyki,  pytała mnie, 

czy nie chciałabym starać się o przyjęcie do drużyny. 

Cee  Cee  pomyliła  się  jednak  co  do  trzech  rzeczy.  Ojciec  Dominik  nie  zginął.  Bryce 

również nie. 

No i w całym wydarzeniu nie było cienia przypadku. 
Z  tego,  co  dotarło  do  wiadomości  publicznej,  rzecz  miała  się  następująco:  Bryce  z 

jakiegoś  powodu,  nikt  nie  wiedział  z  jakiego,  wszedł  do  gabinetu  dyrektora.  Może  po 
przepustkę w związku z tym, że się spóźnił, ponieważ nie było go na apelu. Bryce stał przed 
biurkiem  sekretarki  pod  ogromnym  krucyfiksem,  o  którym  Adam  mówił,  że  spłynie 
krwawymi łzami, jeśli jakaś dziewica ukończy Szkołę Misyjną (sekretarki akurat nie było na 
miejscu; podawała kawę policjantom, którzy nadal kręcili się po dziedzińcu), kiedy ogromny 
krzyż  zsunął  się  nagle  ze  ściany.  Ojciec  Dominik  otworzył  właśnie  drzwi  i  zobaczył  zsu-
wający się krzyż, który z pewnością rozbiłby Bryce'owi czaszkę, gdyby ojciec Dominik nie 
zdążył go odsunąć. Skończyło się na złamaniu kości obojczyka. 

Na  nieszczęście  ojciec  Dominik  przyjął  na  siebie  ciężar  spadającego  krzyża,  który 

przycisnął go do podłogi, łamiąc mu większość żeber oraz nogę. 

Pan Walden z gromadką sióstr próbował zagnać nas do klas z dziedzińca, gdzie staliśmy 

tłumnie,  czekając,  aż  ojciec  Dominik  i  Bryce  wyłonią  się  z  gabinetu  dyrektora.  Kilka  osób 
odeszło,  kiedy  siostra  Ernestyna  zagroziła  wszystkim  zostaniem  po  lekcjach,  ale  nie  ja. 
Musiałam się upewnić, czy nic im się nie stało. Siostra Ernestyna rzuciła coś na ten temat, że 
panna Simon nie zdaje sobie sprawy, jak nieprzyjemne bywa zostanie po lekcjach w Szkole 
Misyjnej. Zapewniłam siostrę Ernestynę, że jeśli ma na myśli karę fizyczną, to wezwę mamę, 
dziennikarkę  lokalnej  telewizji,  która  zjawi  się  w  szkole  z  kamerami  szybciej,  niż  trwa 
zmówienie jednego Zdrowaś Mario. 

To jej zamknęło buzię. 
Wkrótce potem zauważyłam Profesora, który przecisnął się do mnie. 
-  Co  ty  tu  robisz?  -  zapytałam,  spoglądając  na  niego  z  góry.  Małe  dzieci  zwykle 

przebywają w innej części budynku. 

-  Chcę  zobaczyć,  czy  nic  mu  nie  jest.  -  Na  bladej  twarzy  Profesora  piegi  rysowały  się 

niezwykle wyraźnie. 

-  Wpakujesz  się  w  kłopoty  -  ostrzegłam  go.  -  Siostra  Ernestyna  z  zapałem  spisuje 

nazwiska. 

- Nie obchodzi mnie to - powiedział Profesor. - Muszę zobaczyć. 
Wzruszyłam  ramionami.  Śmieszny  dzieciak  ten  Profesor.  W  niczym  nie  przypomina 

swoich starszych braci, a nie chodzi wcale o rude włosy. Przypomniałam sobie kpiącą uwagę 
Przyćmionego  o  kluczykach  samochodowych  i  „duchu  Dawida”  i  zastanowiłam  się  na  ile, 
jeśli w ogóle, Profesor orientuje się, co kryje się za ostatnimi wydarzeniami w szkole. 

Trwało  to,  jak  się  wydawało,  wieki,  ale  w  końcu  wyniesiono  ich  z  gabinetu.  Pierwszy 

ukazał się Bryce, jęczący na noszach jak, z przykrością stwierdzam, małe dziecko. Wiele razy 
miałam połamane i przemieszczone kości i wierzcie mi, to boli, ale nie aż tak, żeby leżeć i 
biadolić.  Zwykle  w  takich  wypadkach  nawet  nie  zauważam,  że  coś  mi  się  stało.  Jak  na 
przykład poprzedniej nocy. Kiedy naprawdę boli, jestem w stanie tylko się śmiać, ponieważ 
ból jest taki silny, że to aż śmieszne. 

Dobra, przyznaję, że Bryce stracił w moich oczach, kiedy zobaczyłam, że zachowuje się 

jak mazgaj... 

A  zwłaszcza  kiedy  ujrzałam  ojca  Doma,  którego  sanitariusze  wynieśli  w  drugiej 

kolejności.  Był  nieprzytomny,  potargany,  nad  jego  prawym  okiem  widniała  poszarpana, 

background image

częściowo przykryta gazą, rana. Nie jadłam śniadania i teraz widok biednego ojca Dominika z 
zamkniętymi oczami, bez okularów, sprawił, że trochę zakręciło mi się w głowie. 

Musiałam faktycznie się zachwiać i pewnie przewróciłabym się, gdyby Profesor nie złapał 

mnie za rękę, mówiąc poufnym tonem: 

- Wiem. Widok krwi też na mnie źle działa. 
Ale  to  nie  od  widoku  krwi  ojca  Dominika,  sączącej  się  przez  bandaże,  zrobiło  mi  się 

słabo.  Uświadomiłam  sobie,  że  zawiodłam.  Zawiodłam  na  całej  linii.  Ślepy  przypadek 
sprawił, że Heather nie zdołała ich zabić. Żyli dzięki szybkiemu refleksowi ojca Dorna. Nie 
dzięki mnie. Ja nie miałam z tym nic wspólnego. 

Gdybym poradziła sobie lepiej poprzedniej nocy, w ogóle by do tego nie doszło. W żaden 

sposób. 

Poczułam wściekłość. Zimną wściekłość. 
Zrozumiałam nagle, co należy zrobić. 
- Czy w szkole jest komputer? - zwróciłam się do Profesora. - Z dostępem do Internetu? 
- Pewnie - odparł zaskoczony Profesor. - W bibliotece. Dlaczego? 
Puściłam jego rękę. 
- Nieważne. Wracaj na lekcję. 
- Suze... 
-  Każdy,  kto  w  ciągu  minuty  nie  wróci  do  klasy  -  oświadczyła  siostra  Ernestyna 

stanowczo - zostanie zawieszony, aż do odwołania! 

Profesor pociągnął mnie za rękaw. 
- Co się dzieje? - nie ustępował. - Do czego potrzebny ci komputer? 
- Nic - powiedziałam. Za bramą z kutego żelaza, wiodącą na parking, sanitariusze właśnie 

zatrzasnęli drzwi karetki. W chwilę później odjechali z wyciem syren, w blasku migających 
świateł. - Tylko... to jest coś, czego byś nie zrozumiał, Dawidzie. To nic naukowego. 

Profesor wyglądał na mocno urażonego. 
- Rozumiem mnóstwo rzeczy, które nie należą do świata nauki. Na przykład muzykę. Sam 

nauczyłem  się  grać  Chopina  na  keyboardzie.  To  nie  jest  nic  naukowego.  Przyjemność 
obcowania  z  muzyką  czy  sztuką  w  ogóle  to  kwestia  emocji.  Rozumiem  muzykę  i  sztukę. 
Więc nie krępuj  się, Suze  - ciągnął  - możesz mi powiedzieć. Czy to  ma  coś wspólnego z... 
tym, o czym mówiliśmy wczoraj wieczorem? 

Odwróciłam się, patrząc na niego ze zdumieniem. 
-  To  logiczna  konkluzja.  -  Wzruszył  ramionami.  -  Dokonałem  pobieżnych  oględzin 

posągu.  Pobieżnych,  gdyż  nie  zdołałem  podejść  dostatecznie  blisko  ze  względu  na  taśmę  i 
zespół prowadzący śledztwo. Nie doszukałem się śladów piły czy innych wskazówek, w jaki 
sposób  odcięto głowę. Brązu nie da się ciąć równie czysto  bez użycia ciężkich maszyn, ale 
takie urządzenia nigdy by się nie zmieściły... 

- Panie Ackerman! - Ton siostry Ernestyny nie był bynajmniej żartobliwy. - Czy chce pan, 

abym pana zapisała? 

- Nie - bąknął poirytowany Dawid. 
- Nie, co? 
-  Nie,  siostro.  -  Spojrzał  na  mnie  przepraszająco.  -  Chyba  muszę  już  iść.  Ale 

porozmawiamy  o  tym  wieczorem  w  domu,  dobrze?  Znalazłem  coś  o...  wiesz,  o  tym,  o  co 
prosiłaś. Pamiętasz? - Popatrzył na mnie znacząco. - O domu. 

- Och. Świetnie. 
- Panie Ackerman? 
Dawid odwrócił się do zakonnicy. 
- Proszę chwilę poczekać, dobrze, siostro? Właśnie próbuję z kimś porozmawiać. 
Cała krew odpłynęła z twarzy tej niemłodej już kobiety. To było niesamowite. 
Zareagowała tak dziecinnie, jakby to ona miała dwanaście lat, a nie mój brat. 

background image

-  Chodź  ze  mną,  miody  człowieku  -  syknęła,  chwytając  Dawida  za  ucho.  -  Widzę,  że 

siostra  przyrodnia  nakarmiła  cię  jakimiś  wielkomiejskimi  pomysłami  dotyczącymi  tego,  jak 
mały chłopiec ma się zwracać do starszych... 

Dawid  jęknął  niczym  zranione  zwierzę,  ale  poszedł  z  zakonnicą  zgarbiony  z  bólu. 

Przysięgam, że nic bym nie zrobiła, gdybym nagle nie zauważyła Heather stojącej w bramie i 
śmiejącej się do rozpuku. 

-  O,  Boże  -  zawołała,  rżąc  ze  śmiechu.  -  Gdybyś  widziała  swoją  minę,  jak  się 

dowiedziałaś,  że  Bryce  nie  żyje!  Przysięgam!  To  najśmieszniejsza  rzecz,  jaką  widziałam!  - 
Odrzuciła do tyłu długie włosy. - Wiesz co? Dzisiaj załatwię jeszcze paru ludzi w podobny 
sposób. Może zacznę od tego małego, tam... 

Zrobiłam krok w jej stronę. 
- Tylko dotknij mojego brata, a odeślę cię prosto do grobu, z którego się wyczołgałaś. 
Heather  parsknęła  śmiechem,  za  to  siostra  Ernestyna,  która,  jak  sobie  właśnie 

uświadomiłam, wzięła moje słowa do siebie, puściła Dawida tak gwałtownie, jakby dzieciak 
nagle stanął w płomieniach. 

- Coś ty powiedziała? 
Zakonnica spurpurowiała na twarzy. Za jej plecami Heather chichotała radośnie. 
- No, teraz będziesz miała za swoje. Przez tydzień zostajesz po lekcjach! 
W tym momencie duch zniknął, a ja musiałam radzić sobie z bałaganem, jaki zostawił. 
Ku  mojemu  zdumieniu  siostra  Ernestyna  była  w  stanie  jedynie  patrzeć  na  mnie  szeroko 

otwartymi oczami. Dawid rozcierał ucho, wyraźnie oszołomiony. 

- Wrócimy do naszych klas - wykrztusiłam. - Niepokoiliśmy się tylko o ojca Dominika i 

chcieliśmy go pożegnać. Dziękujemy, siostro. 

Siostra  Ernestyna  nadal  gapiła  się  na  mnie.  Nie  wypowiedziała  ani  słowa.  Była  kobietą 

pokaźnych  rozmiarów,  nie  taką  wysoką,  jak  ja  na  obcasach  -  dziś  miałam  na  sobie  czarne 
botki  -  ale  dużo  tęższą,  z  wyjątkowo  pokaźnym  biustem,  na  którym  wisiał  srebrny  krzyż. 
Patrząc na mnie, odruchowo dotykała  go palcami.  Później  Adam,  który  obserwował  całą tę 
scenę, twierdził, że siostra Ernestyna trzymała krzyż, jakby miał ją przede mną obronić. To 
nieprawda. Dotykała krzyża, jakby nie była pewna, czy nadal tam jest. A był. Zdecydowanie 
był. 

To chyba wtedy Profesor przestał być dla mnie Profesorem, a stał się Dawidem. 
- Nie martw się - powiedziałam, kiedy każde z nas miało pójść w swoją stronę. Wydawał 

się taki przygnębiony i milutki z tymi rudymi włosami, piegowatą buzią i odstającymi uszami. 
Zmierzwiłam mu lekko czuprynę. - Wszystko będzie dobrze. 

Dawid podniósł głowę. 
- Skąd wiesz? - zapytał.  
Cofnęłam rękę. 
Ponieważ prawda była taka, że oczywiście, nie wiedziałam, czy wszystko będzie dobrze. 

Nie miałam o tym zielonego pojęcia. 

background image

15 

 
Tuż po lunchu złapałam Adama. Prawie całą lekcję spędziłam w bibliotece, gapiąc się w 

ekran komputera. Nic nie jadłam, ale prawdę mówiąc, w ogóle nie byłam głodna. 

-  Cześć  -  powiedziałam,  siadając  obok  niego  i  zakładając  nogę  na  nogę,  tak  że  czarna 

spódnica podjechała odrobinę do góry. - Przyjechałeś dziś do szkoły samochodem? 

Adam  uderzył  się  w  pierś.  Zakrztusił  się  fritosem  w  momencie,  kiedy  się  dosiadłam. 

Kiedy wreszcie udało mu się przełknąć, oznajmił dumnie: 

- Pewnie, że tak. Odkąd zrobiłem prawo jazdy, jeżdżę jak stary. Szkoda, że nie pojechałaś 

z nami wczoraj wieczorem, Suze. Było super. Wpadliśmy najpierw do Coffee Clutch, a potem 
przejechaliśmy się Seventeen Mile Drive. Przeżyłaś coś podobnego? 

Rany, przy wczorajszym księżycu ocean był taki piękny... 
- Czy zechciałbyś zabrać mnie gdzieś po szkole? 
Adam  zerwał  się  z  miejsca,  płosząc  dwie  tłuste  mewy,  siedzące  niedaleko  ławki,  którą 

dzielił z Cee Cee. 

-  Żartujesz?  Powiedz  tylko  dokąd,  Suze,  a  zabiorę  cię  tam.  Vegas?  Chcesz  jechać  do 

Vegas? Nie ma sprawy. No, wiesz, ja mam szesnaście lat, ty masz szesnaście lat. Możemy się 
tam  pobrać  bez  problemu.  Rodzice  pozwolą  nam  mieszkać  razem  u  nas  w  domu,  spokojna 
głowa.  Nie  masz  nic  przeciwko  temu,  żeby  dzielić  ze  mną  pokój,  prawda?  Przysięgam,  że 
będę po sobie sprzątał... 

- Adamie - wtrąciła się Cee Cee - nie świruj. Wątpię, żeby chciała za ciebie wyjść. 
-  Nie sądzę, aby to  był  dobry pomysł  poślubić kogoś, zanim rozwód z moim pierwszym 

mężem  nie  zostanie  sfinalizowany  -  stwierdziłam  z  powagą.  -  Chciałabym  pojechać  do 
szpitala i zobaczyć się z Bryce'em. 

Adam przygarbił się. 
- Och - powiedział niewątpliwie bardzo rozczarowany. - Tylko tyle? 
Zrozumiałam, że powiedziałam coś niewłaściwego. Nie mogłam tego odkręcić. Cee Cee 

pomogła mi, na szczęście, mówiąc z namysłem: 

-  Wiecie,  historia  o  tym,  jak  Bryce  i  ojciec  Dominik  dzielnie  zmagają  się  ze  słabością, 

dochodząc do zdrowia, nie byłaby złym materiałem na artykuł. Czy nie masz nic przeciwko 
temu, żebym się z wami zabrała? 

-  Ani  trochę.  -  Kłamałam,  oczywiście.  Przy  Cee  Cee  może  być  mi  trudno  zrobić  to,  co 

zamierzam, nie wdając się w zbędne wyjaśnienia... 

A mam wybór? Żadnego. 
Kiedy  już  zapewniłam  sobie  transport,  zaczęłam  się  rozglądać  za  Przyćmionym. 

Znalazłam go opartego o ogrodzenie, pogrążonego w drzemce. Szturchnęłam go stopą. Kiedy 
łypnął na mnie zza okularów przeciwsłonecznych, powiedziałam, żeby nie czekał po szkole, 
bo wracam z kimś innym. Burknął coś i znów zasnął. 

Potem  odnalazłam  automat  telefoniczny.  Dziwne,  kiedy  się  nie  zna  numeru  telefonu 

własnej mamy. Nadal pamiętam nasz numer brookliński, ale nie mam pojęcia, jaki jest nasz 
miejscowy telefon. Dobrze, że zapisałam go w notesie. Otworzyłam na S - jak Simon - i był 
tam. Wybrałam go. Wiedziałam, że nikogo nie ma w domu, ale chciałam się zabezpieczyć na 
wszystkich  frontach.  Powiedziałam  automatycznej  sekretarce,  że  mogę  wrócić  później, 
ponieważ  po  szkole  wybieram  się  gdzieś  z  nowymi  przyjaciółmi.  Wiedziałam,  że  mama 
będzie  zachwycona,  kiedy  to  usłyszy.  Na  Brooklynie  martwiła  się,  że  jestem  aspołeczna. 
Powtarzała  do  znudzenia:  „Suzie,  jesteś  taką  ładną  dziewczyną.  Nie  mogę  zrozumieć, 
dlaczego żaden chłopak nigdy do ciebie nie dzwoni. Może gdybyś nie robiła wrażenia takiej... 
twardej. Co ty na to, żeby odstawić na trochę skórzaną kurtkę?” 

Prawdopodobnie  umarłaby  z  radości,  gdyby  znalazła  się  na  parkingu  przed  szkołą  po 

lekcjach i usłyszała Adama, kiedy podchodziłam do samochodu. 

background image

- Och, Cee Cee, oto i ona.  - Adam otworzył przede mną drzwi samochodu, który okazał 

się przypadkiem nowym volkswagenem bugsem. Przypuszczam, że rodzice Adama nie narze-
kają specjalnie na brak pieniędzy. 

- Chodź, Suze, usiądź z przodu, przy mnie.  
Zerknęłam przez okulary przeciwsłoneczne. Poranna mgła zniknęła jak zwykle bez śladu i 

teraz, o trzeciej po południu, słońce stało wysoko na doskonale czystym błękitnym niebie. 

- Eee, nie, Cee Cee była pierwsza. Usiądę z tyłu. Nie ma problemu. 
-  W  żadnym  wypadku.  -  Adam  stał  obok  samochodu,  wciąż  trzymając  drzwi.  -  Jesteś 

nową dziewczyną. Nowa dziewczyna siada z przodu. 

- Taak - odezwała się Cee Cee z czeluści tylnego siedzenia - dopóki mu nie oświadczysz, 

że nie pójdziesz z nim do łóżka. Wtedy ciebie także releguje na tyły. 

Adam odezwał się głosem z Czarodzieja z krainy Oz: 
Nie zwracaj uwagi na człowieka za kotarą.  
Wślizgnęłam się więc na przednie siedzenie, a Adam delikatnie zamknął drzwi. 
-  Mówisz  poważnie?  -  zapytałam  Cee  Cee,  odwracając  się,  podczas  gdy  Adam  okrążał 

samochód, żeby usiąść za kierownicą. 

Cee Cee wytrzeszczyła oczy. 
- Czy naprawdę myślisz, że ktoś mógłby pójść z nim do łóżka? Przełknęłam to. 
- Rozumiem - powiedziałam. - A zatem, nie. 
- Zgadza się - powiedziała Cee Cee w momencie, gdy Adam siadał za kierownicą. 
-  A  więc  -  odezwał  się,  poruszając  palcami  w  powietrzu  przed  włączeniem  zapłonu.  - 

Myślę,  że  cała  ta  sprawa  z  posągiem,  ojcem  Dominikiem  i  Bryce'em  zestresowała  nas 
wszystkich.  U  moich  rodziców  jest  sauna,  idealne  miejsce  na  odreagowanie  po  takich 
przeżyciach jak dzisiejsze, więc proponuję, żebyśmy najpierw udali się do mnie i trochę się 
odmoczyli... 

- Coś ci powiem - przerwałam mu. - Dajmy sobie na razie spokój z sauną i jedźmy prosto 

do szpitala. Może później będzie trochę czasu... 

- Tak. - Adam był wniebowzięty. - Bóg istnieje.  
Cee Cee na to, z tylnego siedzenia: 
- Powiedziała „może”, baranie. Boże, spróbuj się opanować.  
Adam spojrzał na mnie przelotnie, wyjeżdżając z parkingu. 
- Czy jestem zbyt nachalny? 
- Hm - mruknęłam. - Może... 
- Chodzi o to, że już strasznie dużo czasu minęło, odkąd pokazała się tutaj jakaś  choćby 

trochę  interesująca  dziewczyna.  -  Adam,  jak  zauważyłam  z  ulgą,  był  bardzo  ostrożnym 
kierowcą.  W  przeciwieństwie  do  Śpiącego,  który,  jak  się  wydaje,  uważał,  że  znaki  „stop” 
oznaczają w istocie „zwolnij”. - Wiesz, przez szesnaście lat otaczały mnie Kelly Prescotty i 
Debbie Mancusosy. To taka ulga, że dla odmiany pojawiła się Susannah Simon. Wbiłaś Kelly 
w podłogę dzisiaj rano uwagą: „Hm, czy anioły zostawiają krwawe plamy? Nie sądzę”. 

Adam ciągnął w tym duchu przez resztę drogi do szpitala. Nie byłam pewna, jak Cee Cee 

to zniesie. O ile się nie mylę, ona czuje do niego to samo, co on najwyraźniej czuje do mnie. 
Nie sądzę jednak, żeby jego zauroczenie moją osobą było poważne. W przeciwnym razie nie 
żartowałby sobie w ten sposób. Uczucia Cee Cee wydawały mi się za to głębsze. Och, mogła 
się z nim drażnić, a nawet obrażać, ale parę razy spojrzałam w tylne lusterko i złapałam ją na 
tym,  jak  wpatruje  się  w  tył  jego  głowy  wzrokiem,  który  można  by  określić  jedynie  jako 
cielęcy. 

Ale tylko wtedy, kiedy miała pewność, że on tego nie widzi. Kiedy Adam zatrzymał się 

przed  szpitalem,  pomyślałam,  że  przez  pomyłkę  zaparkował  przed  jakimś  klubem  albo 
prywatną  rezydencją.  W  porządku,  naprawdę  wielką  prywatną  rezydencją  ale  cóż,  trzeba 
obejrzeć niektóre takie miejsca w dolinie. 

background image

Po  chwili  spostrzegłam  dyskretną  tabliczkę  z  napisem  SZPITAL.  Wysiedliśmy  z 

samochodu i ruszyliśmy przez nienagannie utrzymany ogród z klombami pełnymi barwnych 
kwiatów. Dokoła uwijały się kolibry, zauważyłam też więcej tych palm, o których myślałam, 
że nie występują tak daleko na północ od równika. 

W  informacji  zapytałam  o  pokój  Bryce'a  Martinsona.  Nie  byłam  pewna,  czy  go 

rzeczywiście  przyjęto,  ale  wiedziałam  z  doświadczenia,  niestety  z  pierwszej  ręki,  że  każda 
ofiara wypadku z urazami głowy zostaje w szpitalu na obserwację, przynajmniej na jedną noc. 
I  miałam  rację.  Bryce  i  ojciec  Dominik  znajdowali  się  w  szpitalu,  umieszczeni  w  dwóch 
pokojach naprzeciwko siebie. 

Nie byliśmy jedynymi odwiedzającymi. W pokoju Bryce'a panował tłok. Wydaje się, że 

nie było żadnych ograniczeń co do liczby gości, bo w pokoju Bryce'a na oko znajdowała się 
większość najstarszego rocznika Szkoły Misyjnej. Na środku słonecznego wesołego pokoju, 
w  którym  na  każdej  płaskiej  powierzchni  stały  wazony  z  kwiatami,  leżał  Bryce  z 
zagipsowanym  ramieniem  i  prawą  ręką  na  wyciągu.  Wyglądał  dużo  lepiej  niż  rano, 
prawdopodobnie dlatego, że naszpikowano go środkami znieczulającymi. Kiedy ujrzał mnie 
w progu, jego twarz rozjaśnił niezbyt inteligentny uśmiech. 

- Suze! - zawołał. 
Wymówił to „su - u - z”, tak, jakby moje imię składało się z więcej niż jednej sylaby. 
-  Cześć,  Bryce  -  bąknąłem,  nagle  onieśmielona.  Wszyscy  w  pokoju  odwrócili  się,  żeby 

zobaczyć,  do  kogo  Bryce  mówi.  Przeważały  dziewczyny.  Zrobiły  to,  co  robi  większość 
dziewcząt - zlustrowały mnie od stóp do głów, a dziś rano nie wzięłam prysznica, ponieważ 
bardzo się śpieszyłam, więc moje włosy nie wyglądały szczególnie świeżo. 

Potem uśmiechnęły się złośliwie. 
Bryce oczywiście nie zwrócił na to uwagi. Ale tak było. 
Mimo  że  nie  obchodziło  mnie,  co  banda  dziewczyn,  których  nie  znam  i  których 

prawdopodobnie nie będę miała okazji więcej  spotkać, myśli na mój temat,  zaczerwieniłam 
się. 

-  Hej,  wszyscy  -  Bryce  był  trochę  oszołomiony  lekarstwami.  -  To  jest  Suze.  Suze,  to  są 

wszyscy. 

- Cześć, wszyscy. 
-  Och,  to  ty  jesteś  tą  dziewczyną,  która  uratowała  mu  wczoraj  życie,  siostrą  przyrodnią 

Jake'a - odezwała się dziewczyna w białej, idealnie wyprasowanej luźnej sukience, siedząca w 
nogach łóżka Bryce'a. 

- Owszem, to ja. 
W obecności tych wszystkich ludzi nie było sposobu, żebym  zapytała Bryce'a o to, o co 

miałam go zapytać. Cee Cee zabrała Adama do pokoju ojca Dominika, żebym mogła spędzić 
trochę czasu sam na sam z Bryce'em, ale zdaje się, na próżno. Nie miałam szansy na rozmowę 
z nim chociaż przez minutę. Chyba że... 

Cóż, chyba że o to poproszę. 
- Słuchajcie - powiedziałam. - Muszę porozmawiać z Bryce'em w cztery oczy. Czy macie 

coś przeciwko temu? 

Dziewczyna na łóżku nie kryła zdumienia. 
- Więc rozmawiaj. Nikt ci nie przeszkadza.  
Spojrzałam jej prosto w oczy i powtórzyłam swoim najbardziej stanowczym mediatorskim 

głosem: 

- W cztery oczy. 
Ktoś gwizdnął przeciągle, ale nikt się nie poruszył. W każdym razie, dopóki nie wtrącił się 

Bryce: 

- Hej, ludzie. Słyszeliście, co powiedziała. Wyjdźcie. Bogu niech będą dzięki za morfinę! 

background image

Seniorzy  z  ociąganiem  opuścili  pokój,  rzucając  mi  złe  spojrzenia.  Bryce  uniósł  rękę 

podłączoną do kroplówki i zawołał: 

- Hej, Suze. Chodź i popatrz na to. 
Podeszłam  do  łóżka.  Teraz,  kiedy  zostaliśmy  sami,  stwierdziłam,  że  pokój  Bryce'a  jest 

naprawdę  duży.  Do  tego  bardzo  wesoły,  pomalowany  na  żółto,  z  oknem  wychodzącym  na 
ogród. 

-  Widzisz,  co  ja  mam?  -  Bryce  pokazał  mi  urządzenie  wielkości  dłoni  z  guzikiem  na 

górze.  -  Moja  własna  pompka  środków  przeciwbólowych.  Jak  tylko  poczuję  ból,  naciskam 
guzik i uwalnia się kodeina. Prosto do krwi. Fajne, co? 

Facet  wyraźnie  odjechał.  To  się  rzucało  w  oczy.  Uświadomiłam  sobie  nagle,  że  moje 

zadanie nie będzie takie trudne, jak myślałam. 

-  To  wspaniale,  Bryce.  Naprawdę  zmartwiłam  się,  kiedy  dowiedziałam  się  o  tym 

wypadku. 

-  Taak.  -  Zachichotał  głupkowato.  -  Szkoda,  że  cię  tam  nie  było.  Miałabyś  okazję,  żeby 

mnie uratować, tak jak wczoraj. 

- Tak. - Chrząknęłam zmieszana. - Ostatnio jakoś los cię prześladuje. 
- Taak. - Powieki mu opadły i przez jedną okropną chwilę bałam się, że zaśnie. Otworzył 

jednak oczy i spojrzał na mnie smętnie. - Suze, nie sądzę, żebym stąd wyszedł. 

Wytrzeszczyłam oczy. Boże, co za dzieciak! 
- Oczywiście, że wyjdziesz. Masz tylko zmiażdżony obojczyk, i tyle. Dojdziesz do siebie 

w mgnieniu oka. 

Znowu zachichotał. 
- Nie, nie. Chodziło mi o to, że nie wyjdę stąd na czas, żeby spotkać się z tobą w sobotę 

wieczór. 

- Och, nie, oczywiście, że nie. Nie sądzę, żeby to było możliwe. Posłuchaj, Bryce, chcę cię 

o  coś  prosić.  Pomyślisz,  że  to  dziwne...  -  W  gruncie  rzeczy,  w  stanie  takiego  zamroczenia, 
chyba nic nie powinno go zdziwić. - Czy masz jakąś rzecz, którą dostałeś od Heather? 

Popatrzył na mnie półprzytomnie. 
- Dostałem? Masz na myśli jakiś prezent? 
- Tak. 
- Cóż, owszem. Dała mi kaszmirową kamizelkę na święta.  
Pokręciłam głową. Kaszmirowa kamizelka nie przyda się do moich celów. 
- Aha. Coś jeszcze? Może... swoje zdjęcie? 
- Och, pewnie, pewnie. Dała mi swoje szkolne zdjęcie. 
- Naprawdę? - Starałam się ukryć podniecenie. - Nie masz go przypadkiem ze sobą? Może 

w portfelu? - Szanse były nikłe, wiedziałam o tym, ale większość ludzi porządkuje takie rze-
czy raz w roku, nie częściej... 

Skrzywił się. Sądzę, że myślenie sprawiało mu ból, bo widziałam, jak parę razy nacisnął 

pompkę. Po chwili jednak się odprężył. 

- Pewnie - powiedział. - Nadal mam jej zdjęcie. Mój portfel jest w tamtej szufladzie. 
Otworzyłam  szufladę  w  stoliku  obok  łóżka.  Cienki,  czarny  skórzany  portfel  istotnie 

znajdował  się  w  środku.  Podniosłam  go  i  otworzyłam.  Fotografię  Heather  znalazłam 
wciśniętą  pomiędzy  złotą  kartę  American  Express  i  bilet  na  wyciąg  narciarski.  Wyglądała 
zachwycająco, z długimi jasnymi włosami przerzuconymi przez ramię. Patrzyła kokieteryjnie 
w  obiektyw.  Na  szkolnych  zdjęciach  zawsze  wyglądam  tak,  jakby  ktoś  przed  chwilą 
wrzasnął:  „Pożar!”  Nie  mieściło  mi  się  w  głowie,  żeby  chłopak,  który  chodził  z  taką 
dziewczyną, mógł umówić się z dziewczyną taką jak ja. 

- Czy mogę pożyczyć to zdjęcie? Jest mi do czegoś potrzebne. Wkrótce ci oddam. 
- Pewnie, pewnie - powiedział, machnąwszy ręką. 

background image

-  Dzięki.  -  Wsunęłam  zdjęcie  do  plecaka  akurat  w  chwili,  gdy  do  pokoju  wkroczyła 

wysoka kobieta po czterdziestce, obwieszona złotą biżuterią, z pudełkiem ciastek w ręku. 

- Bryce, kochanie, gdzie się podziali twoi przyjaciele? Poszłam specjalnie do cukierni po 

jakieś łakocie dla nich. 

-  Zaraz  wrócą,  mamo  -  odparł  Bryce  sennym  głosem.  -  To  jest  Suze.  Uratowała  mi 

wczoraj życie. 

Pani Martinson wyciągnęła gładką opaloną rękę. 
-  Milo  mi  cię  poznać,  Susan  -  powiedziała,  leciuteńko  ściskając  czubki  moich  palców.  - 

Nie  do  wiary,  co  się  przydarzyło  biednemu  Bryce'owi.  Jego  ojciec  jest  wściekły.  Jakby  nie 
wystarczyła historia z tą okropną dziewczyną. No, wiesz... A teraz to. Słowo daję, tak, jakby 
na szkole ciążyło przekleństwo, czy co. 

- Tak. Miło mi panią poznać. Pójdę już. 
Nikt  nie  miał  nic  przeciwko  mojemu  odejściu.  Ani  pani  Martinson,  ponieważ  nie 

obchodziło jej to w najmniejszym stopniu, ani Bryce, bo właśnie zasnął. 

Adam i Cee Cee stali na korytarzu po drugiej stronie. Kiedy do nich podeszłam, Cee Cee 

położyła palec na ustach. 

- Posłuchaj - szepnęła. Zaczęłam nasłuchiwać. 
- To po prostu nie mogło zdarzyć się w gorszym momencie - mówił znajomy męski głos. - 

Wizyta arcybiskupa jest za niecałe dwa tygodnie... 

-  Tak  mi  przykro,  Constantine.  -  Głos  ojca  Dominika  brzmiał  słabo.  -  Wiem,  w  jakim 

napięciu żyjecie... 

-  I  w  dodatku  Bryce  Martinson!  Wiesz,  kim  jest  jego  ojciec?  To  jeden  z  najlepszych 

prawników w Salinas! 

- Ojciec Dominik dostaje burę - szepnął Adam. - Biedny staruszek. 
- Chciałabym, żeby kazał Constantine'owi wskoczyć do jeziora. - Fiołkowe oczy Cee Cee 

rozbłysły. - Wysuszona stara... 

- Spróbujmy mu pomóc - szepnęłam. - Może uda się wam odwrócić uwagę wielebnego, a 

ja się dowiem, czy ojcu Dominikowi czegoś nie potrzeba. Wiecie, tak raz - dwa, zanim stąd 
pójdziemy. 

Cee Cee wzruszyła ramionami. 
- W porządku. 
- Zgoda - dodał Adam.  
Wobec tego zawołałam głośno: 
- Ojciec Dominik? - I wpadłam do pokoju. 
Pokój  nie  był  ani  taki  duży,  ani  wesoły,  jak  pokój  Bryce'a.  Ściany  pomalowano  na 

beżowo,  nie  na  żółto  i  stał  w  nim  tylko  jeden  wazon  z  kwiatami.  Okno  wychodziło  na 
parking.  Nikt  też  nie  podłączył  ojca  Dominika  do  urządzenia  pompującego  środki 
znieczulające.  Nie  wiem,  jaki  rodzaj  ubezpieczenia  mają  księża,  ale  warunki  mógłby  mieć 
zdecydowanie lepsze. 

Stwierdzenie,  że  ojciec  Dominik  wydawał  się  zaskoczony  moim  widokiem,  byłoby 

eufemizmem.  Opadła  mu  szczęka.  Nie  był  w  stanie  wydusić  słowa.  Na  szczęście  za  mną 
wpadła Cee Cee, wołając: 

-  O,  monsignor!  Wspaniale.  Wszędzie  wielebnego  szukaliśmy.  Chcielibyśmy,  o  ile  to 

możliwe,  przeprowadzić  wywiad  na  temat  wpływu  wczorajszego  aktu  wandalizmu  na 
zbliżającą  się  wizytę  arcybiskupa.  Niezbyt  dobrze  się  złożyło,  prawda?  Jakiś  komentarz? 
Może zechciałby wielebny wyjść na korytarz, gdzie ja i mój współpracownik... 

Lekko poirytowany, wielebny Constantine ruszył za Cee Cee, mrucząc: 
- Słuchaj no, młoda damo... 
Podskoczyłam  do  ojca  Dominika.  Trudno  powiedzieć,  żebym  była  uszczęśliwiona  tym 

spotkaniem. Byłam pewna, że ksiądz raczej nie jest ze mnie zadowolony. To we mnie Heather 

background image

rzuciła głową ojca Serry i podejrzewałam, że ojciec Dominik zdaje sobie z tego sprawę i to 
nie usposabia go życzliwie w stosunku do mnie. 

Myliłam  się  jednak.  Dobrze  mi  idzie  odgadywanie  myśli  zmarłych,  ale  z  żywymi  radzę 

sobie znacznie gorzej. 

-  Susannah  -  odezwał  się  ojciec  Dominik  łagodnie.  -  Co  ty  tutaj  robisz?  Wszystko  w 

porządku? Bardzo się o ciebie martwiłem... 

Chyba  mogłam  się  tego  spodziewać.  Ojciec  Dominik  nie  miał  do  mnie  najmniejszych 

pretensji. Martwił się o mnie, i tyle. Ale to o niego należało się martwić. Pomijając paskudną 
ranę nad okiem, był także straszliwie blady, a nawet szary. Tylko oczy, niebieskie jak niebo 
na zewnątrz, wyglądały jak zawsze, błyszcząc mądrością i humorem. 

-  O  mnie?  -  zrobiłam  wielkie  oczy.  -  Dlaczego  ksiądz  się  o  mnie  martwił?  To  nie  ja 

dostałam krucyfiksem dziś rano. 

Ojciec Dominik uśmiechnął się smutno. 
- Nie, ale sądzę, że masz mi coś do powiedzenia. Dlaczego nie dałaś mi znać, Susannah? 

Dlaczego  nie  uprzedziłaś,  co  zamierzasz?  Gdybym  wiedział,  że  zamierzasz  pojawić  się  w 
szkole sama, w środku nocy, nigdy bym na to nie pozwolił. 

- Właśnie dlatego księdzu nie powiedziałam. Ojcze, przykro mi z powodu posągu i drzwi 

do klasy pana Waldena, i w ogóle. Musiałam jednak spróbować z nią porozmawiać sam na 
sam, rozumie ksiądz? Jak kobieta z kobietą. Nie wiedziałam, że tak jej odbije. 

-  A  czego  się  spodziewałaś?  Susannah,  widziałaś,  co  wczoraj  próbowała  zrobić  temu 

młodemu człowiekowi... 

- Tak, ale to było dla mnie jakoś tam zrozumiałe. Ona go kochała, jest na niego naprawdę 

wściekła.  Nie  sądziłam,  że  mnie  zaatakuje.  Nie  miałam  przecież  z  tym  nic  wspólnego. 
Chciałam jej tylko uprzytomnić, jaki ma wybór... 

- To właśnie starałem się zrobić, odkąd pojawiła się w szkole. 
- Zgadza się. Ale Heather nie odpowiada żadna z opcji, które jej przedstawiliśmy. Mówię 

księdzu, ta dziewczyna zwariowała. Teraz się uspokoiła, bo myśli, że zabiła Bryce'a. Gdzieś 
się przyczaiła, ale już wkrótce znowu się pojawi i Bóg jeden wie, co zrobi teraz, kiedy jest 
świadoma, do czego jest zdolna. 

Ojciec  Dominik  spojrzał  na  mnie  ciekawie,  zapomniawszy  najwyraźniej  o  troskach 

związanych ze zbliżającą się wizytą arcybiskupa. 

- Co masz na myśli, mówiąc: „teraz, kiedy jest świadoma, do czego jest zdolna”? 
-  Cóż,  poprzedniej  nocy  odbyła  się  jedynie  próba  generalna.  Możemy  się  po  niej 

spodziewać bardziej efektownych występów, ponieważ teraz już wie, co potrafi. 

Ojciec Dominik pokręcił głową, zaniepokojony. 
- Widziałaś ją dzisiaj? Skąd to wszystko wiesz? 
Nie  mogłam  powiedzieć  ojcu  Dominikowi  o  Jessie.  Po  pierwsze,  to  nie  jego  sprawa. 

Bałam się także, że informacja o chłopaku mieszkającym w moim pokoju mogłaby go zaszo-
kować. Ojciec Dominik jest przecież księdzem i w ogóle. 

-  Proszę  posłuchać  -  powiedziałam.  -  Dużo  myślałam  na  ten  temat  i  nie  widzę  innego 

wyjścia. Próbował ksiądz przemówić jej do rozumu, ja też. I proszę spojrzeć, do czego nas to 
doprowadziło.  Ksiądz  trafił  do  szpitala,  a  ja  muszę  się  ciągle  oglądać  przez  ramię, 
gdziekolwiek jestem. Uważam, że nadszedł czas, żeby tę sprawę rozstrzygnąć raz na zawsze.  

Ojciec Dominik zamrugał nerwowo. 
- Co masz na myśli, Susannah? O czym ty mówisz?  
Wciągnęłam głęboko powietrze. 
- Mówię o tym, co robimy my, mediatorzy, kiedy zawodzą wszelkie inne środki. 
Nadal wyglądał na zaniepokojonego. 
- Wszelkie inne środki? Obawiam się, że nie rozumiem, o co ci chodzi. 
- Mówię o egzorcyzmach. 

background image

16 

 
- Nie ma mowy - powiedział ojciec Dominik.  
-  Proszę posłuchać. Nie  widzę innego wyjścia.  Ona nie odejdzie z własnej woli,  oboje o 

tym wiemy. A jest zbyt niebezpieczna, żeby jej pozwolić włóczyć się po świecie bez końca. 
Sądzę, że musimy dać jej kopa. 

Ojciec Dominik odwrócił wzrok, wpatrując się ponuro w jakiś punkt na suficie. 
- Nie po to istniejemy, ludzie tacy jak ty i ja, Susannah - odezwał się tak smutnym głosem, 

jakiego  jeszcze  u  niego  nie  słyszałam.  -  Jesteśmy  strażnikami  strzegącymi  bram  życia  po 
śmierci.  Pomagamy  zbłąkanym  duszom  odnaleźć  miejsce  ostatecznego  przeznaczenia. 
Wszystkie dusze, którym pomagałem, przekroczyły tę bramę z własnej woli... 

Taak.  Przypuszczam,  że  to  przyjemne  patrzeć  na  świat  oczyma  ojca  Dominika.  Pewnie 

wydaje  się  uroczym  miejscem.  Dużo  lepszym  od  tego,  na  którym  spędziłam  ostatnich 
szesnaście lat. 

- Ale ja nie widzę innego wyjścia. 
- Egzorcyzmy - mruknął ojciec Dominik. Wymówił to słowo z taką odrazą, jak „odchody” 

czy coś równie obrzydliwego. 

-  Chwileczkę  -  powiedziałam,  żałując,  że  w  ogóle  podjęłam  ten  temat.  -  Proszę  mi 

wierzyć, to nie jest metoda, którą bym polecała. Nie wydaje mi się jednak, żebyśmy w tym 
wypadku  mieli  wybór.  Heather  zagraża  nie  tylko  Bryce'owi.  -  Nie  chciałam  mu  mówić,  że 
groziła  także  Dawidowi.  Oczami  wyobraźni  widziałam,  jak  zrywa  się  z  łóżka,  wrzeszcząc, 
żeby  dać  mu  kule.  Ponieważ  jednak  wygadałam  się  co  do  swoich  planów,  musiałam  jakoś 
uzasadnić  użycie  tak  ekstremalnego  środka.  -  Stanowi  zagrożenie  dla  całej  szkoły  - 
stwierdziłam. - Trzeba ją powstrzymać. 

Skinął głową. 
- Tak. Tak, oczywiście, masz rację. Susannah, musisz mi jednak przyrzec, że nie będziesz 

tego robiła, dopóki stąd nie wyjdę. Rozmawiałem z lekarką, mówiła, że może mnie wypuści 
już w piątek. To da nam mnóstwo czasu, żeby zastanowić się nad stosowną metodologią... - 
Zerknął  na  stolik  przy  łóżku.  - Podaj  mi  tę  Biblię,  Susannah,  dobrze? Jeśli zastosujemy  się 
dokładnie... 

Wręczyłam mu książkę. 
- Jestem pewna - oznajmiłam - że znam to na wyrywki.  
Wbił we mnie błękitne oczy. Szkoda, że jest taki stary i do tego ksiądz. Ciekawe, ile serc 

złamał, zanim odkrył swoje powołanie. 

-  Jak to  możliwe  -  odezwał  się  -  żebyś  znała  coś  tak skomplikowanego,  jak egzorcyzmy 

Kościoła rzymskokatolickiego, na wyrywki? 

Poruszyłam się niespokojnie. 
- No, właściwie nie miałam zamiaru zastosować wersji Kościoła rzymskokatolickiego. 
- Jest jakaś inna? 
-  Och,  pewnie.  Większość  religii  je  stosuje.  Osobiście  wolę  Mecumbę.  Jest  bardzo 

praktyczna. Żadnych długich inkantacji, czy czegoś takiego. 

- Mecumba? - powtórzył zbolałym głosem. 
-  Tak.  Brazylijskie  wudu.  Ściągnęłam  to  z  Internetu.  Trzeba  tylko  mieć  trochę  krwi  z 

kurczaka i... 

-  Mario,  Matko  Boża  -  westchnął  ojciec  Dominik.  -  Nie  ma  mowy.  Heather  Chambers 

została ochrzczona jako rzymska katoliczka i,  bez względu na przyczynę śmierci,  zasługuje 
na  rzymskokatolickie  egzorcyzmy,  jeśli  nie  pogrzeb.  Jej  szanse  na  dostanie  się  do  nieba  są 
nikłe, przyznaję, ale pragnę dopilnować, aby stworzono jej możliwość przywitania świętego 
Piotra u wrót nieba. 

background image

-  Ojcze  Dominiku,  nie  sądzę,  żeby  miało  jakiekolwiek  znaczenie,  jakich  egzorcyzmów 

użyjemy. Chodzi o to, że jeśli niebo istnieje, Heather Chambers nie dostanie się tam w żaden 
sposób. 

Ojciec Dominik cmoknął z dezaprobatą. 
-  Susannah,  jak  możesz  mówić  coś  podobnego?  W  każdym  człowieku  tkwi  dobro.  Z 

pewnością nawet ty zdajesz sobie z tego sprawę. 

- Nawet ja? Co ksiądz ma na myśli, mówiąc: „nawet ty”? 
-  To,  że  nawet  Susannah  Simon,  która  potrafi  być  bardzo  twarda  dla  innych,  musi 

wiedzieć,  że  nawet  w  najokrutniejszym  z  ludzi  może  rosnąć  kwiat  dobra.  Może  zaledwie 
kiełeczek, któremu potrzeba słońca i wody, ale kwiat tak czy inaczej. 

Ciekawe, jakie środki przeciwbólowe zastosowano w wypadku ojca Dominika. 
- W porządku, ojcze. Wiem tylko, że tam, dokąd uda się Heather, to nie będzie niebo. O 

ile niebo istnieje. 

Uśmiechnął się melancholijnie. 
- Chciałbym - odparł - żebyś miała choć w połowie tyle wiary w dobrego Boga, Susannah, 

ile masz odwagi. Posłuchaj mnie przez chwilę. Nie wolno ci, nie wolno pod żadnym pozorem, 
próbować powstrzymać  Heather na własną rękę. Nie ma cienia wątpliwości,  że wczorajszej 
nocy omal cię nie zabiła. Nie wierzyłem własnym oczom, kiedy zobaczyłem rozmiar szkód, 
jakich dokonała. Masz szczęście, że uszłaś z życiem. Z tego co zaszło dziś rano wynika jasno, 
że robi się coraz silniejsza. Byłoby głupotą, niewybaczalną głupotą, gdybyś znowu próbowała 
zrobić coś na własną rękę. 

Wiedziałam,  że  ma  rację.  Co  więcej,  jeśli  rzeczywiście  wprowadziłabym  mój  plan  z 

egzorcyzmami w życie, nie mogłabym skorzystać z pomocy Jessego, ponieważ egzorcyzmy 
odesłałyby go do Stwórcy w towarzystwie Heather. 

-  Ponadto  -  ciągnął  ojciec  Dominik  -  nie  ma  powodu  do  pośpiechu,  nieprawdaż?  Teraz, 

kiedy udało jej się wyprawić Bryce'a do szpitala, nic złego nie zrobi. Przynajmniej do czasu, 
gdy  on  wróci  do  szkoły.  Bryce  wydaje  się  jedyną  osobą,  wobec  której  żywi  mordercze 
zamiary... 

Nic  nie  powiedziałam.  Biedny  ksiądz  wyglądał  tak  żałośnie  na  szpitalnym  łóżku.  Nie 

chciałam  przysparzać  mu  więcej  powodów  do  zmartwień.  Prawda  jest  jednak  taka,  że  nie 
mogę  czekać,  aż  ojciec  Dominik  wyjdzie  ze  szpitala.  Heather  nie  żartuje.  Z  każdym  dniem 
nabiera  siły  i  staje  się  coraz  bardziej  złośliwa  i  przepełniona  nienawiścią.  Muszę  się  jej 
pozbyć i to jak najszybciej. 

Zrobiłam  w związku z tym coś, co z pewnością jest grzechem śmiertelnym. Okłamałam 

księdza. 

Dobrze, że nie jestem katoliczką. 
- Proszę się nie martwić, ojcze Dominiku. Poczekam, aż ojciec poczuje się lepiej. 
Ojciec Dominik nie jest jednak głupi. 
- Daj słowo, Susannah - zażądał.  
Ja na to: 
- Daję słowo. 
Skrzyżowałam, naturalnie, palce za plecami. Miałam nadzieję, że jeśli Bóg istnieje, to w 

ten sposób wymażę kłamstwo wobec jednego z jego najbardziej oddanych mu sług. 

-  Niech  się  zastanowię  -  mruczał  ojciec  Dominik.  -  Będziemy,  oczywiście,  potrzebowali 

święconej wody. To nie problem. No, i krucyfiksu. 

Kiedy  tak układał  listę rzeczy niezbędnych  do egzorcyzmów, do pokoju wpadli Adam  i 

Cee Cee. 

- Cześć, ojcze Dominiku - rzucił Adam. - Kurczę, ale ksiądz okropnie wygląda. 
Cee Cee dźgnęła go łokciem. 
- Adam - syknęła. 

background image

Zwracając się do księdza, powiedziała wesoło: 
- Proszę go nie słuchać, ojcze Dominiku. Moim zdaniem wygląda ksiądz świetnie. No, w 

każdym razie, jak na kogoś, kto ma tuzin połamanych kości. 

- Dzieci. - Ojciec Dominik wydawał się naprawdę uszczęśliwiony ich widokiem. - Co za 

radość! Ale dlaczego marnujecie takie piękne popołudnie, odwiedzając starego człowieka w 
szpitalu? Powinniście siedzieć na plaży i korzystać z pogody. 

-  Przygotowujemy  artykuł  do  „Wiadomości  Misyjnych”  na  temat  wypadku  -  oznajmiła 

Cee Cee. - Właśnie skończyliśmy wywiad z wielebnym. Naprawdę źle się składa, z tą wizytą 
arcybiskupa i posągiem ojca Serry bez głowy. 

- Taak - przytaknął Adam. - Cholerna wpadka. 
- Cóż - powiedział ojciec Dominik. - To nieważne. Na arcybiskupie największe wrażenie 

powinna zrobić wasza troskliwość i dobroć, dzieci. 

- Amen - podsumował Adam uroczyście. 
Zanim  któreś  z  nas  zdążyło  zgromić  go  za  sarkazm,  do  pokoju  weszła  pielęgniarka  i 

poprosiła, żebyśmy wyszły razem z Cee Cee, bo musi umyć ojca Dominika. 

-  Umyć  -  narzekał  Adam,  kiedy szliśmy do samochodu.  -  Ojca Dominika będą pucować 

gąbką, podczas gdy ja, który naprawdę doceniłbym coś takiego, co dostaję? 

-  Szansę,  aby  służyć  za  szofera  dwóm  najpiękniejszym  dziewczynom  w  Carmelu  - 

podsunęła Cee Cee życzliwie. 

-  Taak  -  odparł  Adam.  -  Zgadza  się.  -  Zerknął  na  mnie.  -  To  nie  to,  że  nie  jesteś 

najpiękniejszą dziewczyną w Carmelu, Suze... ja tylko... No, wiesz... 

- Wiem - przyznałam z uśmiechem. 
- No, wiesz, mycie. A widziałaś tę pielęgniarkę? - Adam odchylił przedni fotel, żeby Cee 

Cee  mogła  się  wsunąć  do  tyłu.  -  Coś  musi  być  z  tymi  księżmi.  Może  powinienem  się 
zaciągnąć? 

-  Nie  zaciągasz  się,  tylko  odkrywasz  powołanie  -  spróbowała  Cee  Cee.  -  Wierz  mi, 

Adamie, nie spodobałoby ci się. Księżom nie pozwalają grać w Nintendo. 

Adam przełknął i to. 
- Może mógłbym założyć nowy zakon - powiedział z namysłem. - Jak franciszkanie, tylko 

my  bylibyśmy  Zakonem  Joysticka.  Naszym  mottem  byłoby:  „Dużo  punktów  dla  jednego, 
pizza dla wszystkich”. 

Cee Cee na to: 
- Uważaj na tę mewę. 
Jechaliśmy  nadbrzeżnym  bulwarem.  Zaraz  za  niskim  kamiennym  murem  po  prawej 

stronie  rozciągał  się  Pacyfik,  rozświetlony  jak  klejnot  przez  ogromną  żółtą  kulę  słońca, 
wiszącą  tuż  nad  horyzontem.  Chyba  patrzyłam  w  tamtą  stronę  trochę  tęsknie  -  ten  widok 
ciągle mi nie spowszedniał - bo Adam mruknął: „O, do diabła” i zajął miejsce na parkingu, 
które akurat zwolniło bmw. Spojrzałam na niego pytająco. 

- Co? Nie masz czasu posiedzieć i obejrzeć zachodu słońca? - odpowiedział. 
W mgnieniu oka wyskoczyłam z samochodu. 
Jak mogłam, zastanawiałam się później, mieć jakieś obiekcje przed przeprowadzeniem się 

tutaj?  Siedząc  na  kocu,  który  Adam  wydobył  z  bagażnika,  i  przyglądając  się  biegaczom  i 
amatorom  sportów  wodnych,  psom  polującym  na  frisbee  i  turystom  z  aparatami 
fotograficznymi,  poczułam  się  lepiej  niż  kiedykolwiek.  Może  dlatego,  że  byłam  potwornie 
niewyspana?  Może  zapach  wody  morskiej  tłumił  moje  zmysły.  Ale  po  raz  pierwszy  od  nie 
wiem, jak dawna, czułam, jak ogarnia mnie spokój. 

Zdumiewające, jeśli wziąć pod uwagę, że za parę godzin miałam stoczyć walkę z siłami 

zła. 

background image

Do  tego  czasu  jednak  postanowiłam  zajmować  się  tylko  przyjemnymi  rzeczami. 

Skierowałam twarz ku zachodzącemu słońcu, grzejąc policzki w jego promieniach, słuchałam 
szumu fal, skrzeku mew i paplania Cee Cee i Adama. 

- No, więc mówię do niej: „Claire, masz prawie czterdziechę. Jeśli ty i Paul chcecie mieć 

drugie dziecko, to się lepiej pośpieszcie. Czas ucieka”. - Adam sączył latte, którą kupił w ka-
wiarence niedaleko parkingu. - A ona na to: „Ale twój ojciec i ja nie chcemy, żebyś się czuł 
zagrożony z powodu dziecka”, a ja na to: „Claire, nie boję się niemowlaków. Wiesz, czego się 
boję?  Napakowanych  sterydami  mięśniaków,  takich  jak  Brad  Ackerman.  Oni  stanowią  dla 
mnie zagrożenie”. 

Cee Cee rzuciła Adamowi ostrzegawcze spojrzenie, a potem zerknęła w moją stronę. 
- Jak ci się układa z braćmi, Suze?  
Otworzyłam oczy. 
- Chyba dobrze. Czy Przyć... to jest, Brad, rzeczywiście bierze sterydy? 
- Nie powinienem był o tym mówić. Przepraszam. Jestem pewien, że nie. Ale ci wszyscy 

zapaśnicy mnie przerażają.  I są tacy homofobiczni...  cóż, aż trudno nie zastanawiać się nad 
ich orientacją seksualną. Oni uważają, że ja jestem gejem, ale nie złapałabyś mnie na tym, jak 
w obcisłych gatkach sięgam drugiemu chłopakowi między uda. 

Poczułam, że powinnam przeprosić za brata i uczyniłam to, dodając: 
-  Nie  jestem  taka  pewna,  że  jest  gejem.  Bardzo  się  podniecił,  kiedy  Kelly  Prescott 

zadzwoniła wieczorem, zapraszając nas na imprezę na basenie w najbliższą sobotę. 

Adam gwizdnął, a Cee Cee zapytała: 
- Czy jesteś pewna, że ten koc jest dla ciebie odpowiedni? Może wolałabyś plażowy koc z 

kaszmiru. Kelly i jej przyjaciele tylko na takich siadają. 

Zamrugałam, zdając sobie sprawę, że popełniłam faux pas. 
- Och, przepraszam. To Kelly was nie zaprosiła? Myślałam, że zaprasza całą klasę. 
-  Oczywiście,  że  nie.  -  Cee  Cee  parsknęła  pogardliwie.  -  Tylko  osoby  z  dobrego 

towarzystwa, do którego my z Adamem nie należymy. 

- Ależ ty jesteś wydawczynią szkolnej gazety - przypomniałam. 
-  Zgadza się  -  dodał  Adam.  - Przetłumacz to  na kretyński, a zrozumiesz, dlaczego nigdy 

nie zostaliśmy zaproszeni na żadne party na basenie wydawane przez księżniczkę Kelly. 

-  Och  -  mruknęłam.  Przez  chwilę  siedziałam  cicho,  słuchając  szumu  fal,  a  potem 

oznajmiłam: 

- Cóż, i tak nie miałam zamiaru tam iść. 
- Nie? - Cee Cee wytrzeszczyła na mnie oczy. 
- Nie. Po pierwsze, miałam randkę z Bryce'em, która nie wypaliła. A teraz... cóż, jeśli wy 

dwoje nie idziecie, to z kim będę tam gadała? 

Cee Cee odchyliła się do tyłu. 
-  Suze,  zastanawiałaś  się  kiedyś  nad  tym,  żeby  kandydować  na  stanowisko 

wiceprzewodniczącego klasy? 

Roześmiałam się. 
- Och, jasne. Jestem przecież nowa, nie pamiętasz? 
-  Owszem  -  zgodził  się  Adam.  -  Ale  coś  w  tobie  jest.  Kiedy  wczoraj  dałaś  po  uszach 

Debbie  Mancuso,  zauważyłem  u  ciebie  prawdziwy  talent  przywódcy.  Chłopcy  podziwiają 
dziewczyny,  które  robią  wrażenie,  jakby  w  każdej  chwili  były  gotowe  przyłożyć  drugiej 
dziewczynie piąchą w zęby. To silniejsze od nas. - Wzruszył ramionami. - Może to geny. 

- Dobra. Wezmę to pod uwagę. Doszły mnie plotki, że Kelly zamierza wydać cały budżet 

klasowy na jakieś tańce... 

-  Tak  jest  -  potwierdziła  Cee  Cee.  -  Robi  to  co  roku.  Głupie  wiosenne  tańce.  To  takie 

nudne. To znaczy, jeśli nie masz chłopaka, to po co? Tam można tylko tańczyć. 

- Zaraz - wtrącił się Adam. - Pamiętasz, jak przynieśliśmy balony z wodą? 

background image

- Tak, owszem, wtedy było fajnie. 
- Tak sobie myślę - usłyszałam własne słowa - że coś takiego byłoby lepsze. No, wiecie. 

Piknik na plaży z grillem. Może nawet kilka pikników. 

- Hej! - wykrzyknął Adam. - Taak! I ognisko! Piroman, który we mnie tkwi, zawsze chciał 

rozpalić ognisko na plaży. 

Cee Cee na to: 
- Zdecydowanie. To jest zdecydowanie to, co powinniśmy zrobić. Suze, musisz startować 

w wyborach! 

Święty Boże, cóż uczyniłam? Nie chcę zostać wiceprzewodniczącą klasy! Nie chcę się w 

to mieszać! Nie jestem przejęta „duchem” szkoły, nie mam zdania na temat tego, co się tam 
dzieje! Co ja zrobiłam? Odbiło mi, czy co? 

- Och, popatrzcie - odezwał się Adam, wskazując nagle na słońce. - Zachodzi. 
Wielka pomarańczowa kula zaczęła zanurzać się w morzu, zsuwając się powoli pod linię 

horyzontu.  Woda  nie  pryskała  ani  nie  parowała  gwałtownie,  ale  dałabym  się  posiekać,  że 
słyszałam, jak słońce plasnęło o powierzchnię wody. 

- „Słońce zachodzi” - zaśpiewała cicho Cee Cee. 
- „ Da da da da da” - zamruczał Adam. 
- „Słońce zachodzi” - zawtórowałam. 
Dobrze,  przyznaję,  to  było  dziecinne,  tak  siedzieć  i  śpiewać,  obserwując  zachodzące 

słońce.  Ale  także  strasznie  przyjemne.  W  Nowym  Jorku  siadywaliśmy  w  parku  i 
obserwowaliśmy, jak tajniacy przymykają dealerów narkotykowych. Ale tamto nie było ani w 
przybliżeniu takie przyjemne, jak siedzenie na plaży o zachodzie słońca i śpiewanie. 

Działo się coś dziwnego. Nie byłam pewna co. 
- „I powiadam” - śpiewaliśmy we trójkę - „że to dobrze”! 
Dziwne, ale w tej chwili byłam głęboko przekonana, że tak będzie. To znaczy, dobrze. 
Wtedy też zdałam sobie sprawę, co się dzieje. 
Odnalazłam  się.  Ja,  Susannah  Simon,  mediatorka,  znalazłam  swoje  miejsce  po  raz 

pierwszy w życiu. 

I byłam z tego powodu szczęśliwa. Naprawdę szczęśliwa. Wierzyłam, że wszystko będzie 

dobrze. 

Rany, skąd mogłam wiedzieć? 

background image

17 

 
Budzik  zadzwonił  o  północy.  Nie  wcisnęłam  przycisku  wyłączającego  sygnał  na  parę 

minut,  tylko  wyłączyłam  budzik,  klasnęłam  w  dłonie,  żeby  zapalić  nocną  lampkę, 
przewróciłam się na plecy i zapatrzyłam w baldachim nad łóżkiem. 

To dzisiaj. D - day. Dzień ostatecznych rozstrzygnięć, a może tylko dzień duchów. 
Po kolacji byłam tak zmęczona, że musiałam się zdrzemnąć. Powiedziałam mamie, że idę 

na  górę,  żeby  odrobić  lekcje,  atak  naprawdę  ucięłam  sobie  drzemkę.  W  starym  domu  na 
Brooklynie  to  nie  byłby  problem.  Mama  zostawiłaby  mnie  w  spokoju,  tak  jak  prosiłam.  U 
Ackermanów  jednak  stwierdzenie:  „Chcę  pobyć  sama”  nie  miało,  jak  się  wydaje,  żadnego 
znaczenia.  I  wcale  nie  dlatego,  że  po  domu  włóczą  się  jakieś  duchy.  Nie,  to  żywi,  dla 
odmiany, nie dawali mi spokoju. 

Pierwszy był Przyćmiony. Kiedy zasiadłam do przepysznej kolacji, przygotowanej przez 

ojczyma,  zaczęło  się  coś  w  rodzaju  przesłuchania,  ponieważ  nie  wróciłam  do  domu  przed 
szóstą.  Nie  zabrakło  zwyczajowego  „Gdzie  byłaś?”  ze  strony  mamy  (chociaż  nie 
omieszkałam zostawić jej stosownego wyjaśnienia na automatycznej sekretarce). Andy dodał 
swoje: „Dobrze się bawiłaś?” A potem było: „Z kim się spotkałaś?”, i to ze strony Profesora. 
A  kiedy  powiedziałam:  „Z  Adamem  McTavishem  i  Cee  Cee  Webb”,  Przyćmiony  parsknął 
pogardliwie i, przeżuwając klopsika, stwierdził: 

- Chryste. Klasowe dziwadła.  
Andy na to: 
- Uważaj, co mówisz. 
- O rany, tato - jęknął Przyćmiony. - Jedno to zwariowana albinoska, a drugie pedał. 
Tym  sposobem  zarobił  od  ojca  porządne  trzepnięcie  po  głowie  plus  zakaz  wychodzenia 

przez  tydzień.  A  to  oznacza,  na  co  później,  kiedy  sprzątaliśmy  ze  stołu,  zwróciłam 
Przyćmionemu uwagę, że nie będzie mógł uczestniczyć w basenowym party Kelly Prescott, 
na które ja, Królowa Dziwadeł, zdobyłam dla niego zaproszenie. 

- Szkoda. - Poklepałam Przyćmionego po policzku. Odtrącił moją rękę. 
- Taak? - syknął. - Cóż, przynajmniej nikt nie będzie mnie jutro nazywał pedalską babą. 
-  Och,  mój  drogi  -  westchnęłam.  Wyciągnęłam  rękę  i  uszczypnęłam  go  w  ten  sam 

policzek.  -  Nie  musisz  się  przejmować,  że  ludzie  tak  o  tobie  mówią.  Mówią  o  tobie  dużo 
gorsze rzeczy. 

Ponownie  odepchnął  moją  rękę.  Z  wściekłości,  jak  się  wydaje,  przez  chwilę  nie  był  w 

stanie wymówić słowa. 

- Obiecaj, że się nie zmienisz - poprosiłam. - Jesteś taki cudowny. 
Przyćmiony  nazwał  mnie  w  sposób  wyjątkowo  paskudny  w  momencie,  gdy  jego  ojciec 

wkroczył do kuchni z resztkami sałatki. 

Andy dodał mu jeszcze tydzień siedzenia w domu i odesłał do jego pokoju. Dając upust 

niezadowoleniu z takiego obrotu spraw, Przyćmiony nastawił Beastie Boys tak głośno, że nie 
mogłam  zasnąć...  przynajmniej  do  czasu,  gdy  Andy  zabrał  mu  głośniki.  Zrobiło  się  bardzo 
cicho i już miałam zapaść w sen, gdy ktoś zapukał do drzwi. To był Profesor. 

-  Eee  -  mruknął,  spoglądając  z  przestrachem  w  głąb  pokoju  za  moimi  plecami.  Pokoju 

nawiedzonego  przez  duchy.  -  Czy  to  dobry  moment,  żeby,  eee,  porozmawiać  o  tym,  co 
znalazłem? To znaczy, na temat domu? I ludzi, którzy tu umarli? 

- Ludzi? Masz na myśli wielu ludzi? 
-  Och,  pewnie  -  odparł  Profesor.  -  Udało  mi  się  znaleźć  zaskakująco  dużo  dokumentów 

dotyczących przestępstw popełnionych w tym domu, z których większość to morderstwa. Po-
nieważ  był  to  zajazd,  przewijało  się  tutaj  mnóstwo  ludzi,  którzy  wracali  do  domu,  zbiwszy 
majątek  podczas  gorączki  złota  na  północy  stanu.  Wielu  zabito  we  śnie,  a  ich  złoto 

background image

zrabowano. Niektórzy mogli zginąć z rąk właścicieli zajazdu, ale bardziej prawdopodobne, że 
z rąk innych gości... 

Bałam  się  usłyszeć,  że  Jesse  zginął  w  taki  właśnie  sposób.  Wcale  nie  miałam  ochoty 

poznawać szczegółów jego śmierci, zwłaszcza że mógł być gdzieś w pobliżu. 

-  Posłuchaj,  Profesorze,  to  znaczy,  Dave.  Wydaje  mi  się, że  jeszcze  nie przyzwyczaiłam 

się  do  zmiany  czasu,  więc  chciałabym  się  trochę  zdrzemnąć.  Czy  możemy  o  tym 
porozmawiać jutro w szkole? Może zjemy razem lunch? 

Oczy Profesora zaokrągliły się. 
- Mówisz poważnie? Chcesz zjeść ze mną lunch?  
Spojrzałam na niego zdumiona. 
-  No,  tak.  Dlaczego?  Czy  jest  jakiś  przepis,  który  mówi,  że  starsi  uczniowie  nie  mogą 

jadać lunchu w towarzystwie młodszych? 

- Nie - odparł Profesor. - Tylko że... nigdy tego nie robią. 
- A ja zrobię. W porządku? Ty kupisz picie, ja kupię deser. 
-  Wspaniale!  -  wykrzyknął  Profesor  i  wyszedł  z  taką  miną,  jakbym  następnego  dnia 

zobowiązała się koronować go na króla Anglii. 

Już miałam zapaść w drzemkę, kiedy ponownie rozległo się pukanie do drzwi. Tym razem 

na progu stał Śpiący, który w tym momencie wyglądał na przytomniejszego niż ja. 

-  Posłuchaj  -  zaczął.  -  Nie  obchodzi  mnie,  czy  bierzesz  samochód  w  nocy,  odwieś  tylko 

kluczyki na miejsce, dobra? 

Wybałuszyłam oczy. 
- Nie brałam w nocy samochodu, Śpią... to jest, Jake. 
- Wszystko jedno. Po prostu odłóż kluczyki na miejsce. I nie byłoby źle, gdybyś od czasu 

do czasu kupiła benzynę. 

- Nie brałam w nocy twojego samochodu, Jake - powtórzyłam wolno, tak, żeby do niego 

dotarło. 

-  Co  robisz  ze  swoim  czasem  to  twój  biznes  -  odparł  Śpiący.  -  To  znaczy,  nie  uważam, 

żeby  gangi  były  fajne, czy coś.  Ale to  twoje życie. Po prostu  odłóż kluczyki tak, żebym  je 
znalazł. 

Nie było sensu z nim dyskutować, więc powiedziałam: „W porządku” i zamknęłam drzwi. 
Udało  mi  się  wreszcie  przespać  parę  godzin,  czego  tak  bardzo  potrzebowałam.  Po 

przebudzeniu nie czułam się specjalnie odświeżona - mogłabym spać jeszcze przez rok - ale, 
w każdym razie, dużo lepiej. 

Na tyle dobrze, żeby kopnąć ducha w tyłek. 
Wszystkie  potrzebne  rzeczy  zgromadziłam  wcześniej.  Do  plecaka  włożyłam  świece, 

pędzle, metalowe pojemniki z krwią kurczaka, którą kupiłam w mięsnym w Safeway, dokąd 
po  drodze  do  domu  zabrał  mnie  Adam,  oraz  innymi  akcesoriami  niezbędnymi  do 
brazylijskich egzorcyzmów. Byłam przygotowana. Wystarczy się przebrać i mogę ruszać. 

Tylko  że,  naturalnie,  Jesse  musiał  się  pojawić  akurat  w  chwili,  gdy  skakałam  z  dachu 

ganku. 

-  Dobra  -  powiedziałam,  prostując  się.  Wylądowałam  na  miękkim  gruncie,  ale  i  tak 

zabolały mnie stopy. - Postawmy sprawę jasno. Dzisiaj nie pokażesz się w szkole, rozumiesz? 
Jeśli się tam zjawisz, możesz tego bardzo, ale to bardzo żałować. 

Jesse opierał się o wielką sosnę na podwórzu. Stał niedbale, z ramionami skrzyżowanymi 

na piersi, patrząc na mnie, jakbym była jakąś ciekawostką przyrodniczą. 

- Wiem, co mówię - ciągnęłam. - To będzie niedobra noc dla duchów. Naprawdę niedobra. 

Więc na twoim miejscu nie pokazywałabym się tam. 

A Jesse tylko się uśmiechał. Noc nie była taka jasna jak poprzednio, ale księżyc świecił na 

tyle jasno, że mogłam stwierdzić, iż kąciki jego ust unoszą się do góry. 

- Susannah - odezwał się. - Coś ty wymyśliła? 

background image

- Nic. - Podeszłam do garażu i wzięłam rower. - Mam pewne sprawy do załatwienia. 
Jesse zbliżył się do mnie wolnym krokiem, kiedy wkładałam kask. 
- Z Heather? - zapytał obojętnym tonem. 
- Zgadza się. Z Heather. Wiem, że ostatnio sytuacja wymknęła się spod kontroli, ale tym 

razem będzie inaczej. 

- A dokładnie, jak? 
Przerzuciłam nogę ponad tą idiotyczną rurą, którą mają męskie rowery. Stałam u szczytu 

dróżki, z rękami na kierownicy. 

- Dobrze. Będę z tobą szczera. Chcę odprawić egzorcyzmy.  
Jego prawa ręka opadła na kierownicę między moimi dłońmi. 
- Co takiego? - zapytał głosem, w którym nie było ani śladu dobrego humoru. 
Przełknęłam ślinę. Nie czułam się tak pewnie, jakby wskazywało na to moje zachowanie. 

Tak  naprawdę,  to  trzęsłam  się  ze  strachu  w  ciuchach  a  la  Batman.  Ale  co  miałam  robić? 
Muszę powstrzymać Heather, zanim zrani kogoś innego, i bardzo potrzebuję wsparcia. 

-  Nie  możesz  mi  pomóc  -  powiedziałam  drewnianym  głosem.  -  Nie  możesz  tam  pójść, 

Jesse, bo sam możesz zostać wyegzorcyzmowany. 

- Jesteś - stwierdził Jesse tonem równie beznamiętnym jak mój - chora umysłowo. 
- Prawdopodobnie - przyznałam żałośnie. 
- Ona cię zabije. Nie rozumiesz? Właśnie do tego dąży. 
-  Nie.  -  Pokręciłam  głową.  -  Ona  nie  chce  mnie  zabić.  Najpierw  chce  pozabijać  tych 

wszystkich, na których mi zależy. A na końcu mnie.  - Pociągnęłam nosem. Zaczęło mi, nie 
wiadomo dlaczego, z niego kapać. Pewnie z powodu zimna. Nie rozumiem, jak te palmy to 
znoszą. Na zewnątrz musi być jakieś osiem stopni. - Ale ja jej na to nie pozwolę, rozumiesz? - 
ciągnęłam. - Powstrzymam ją. A teraz puść rower. 

Jesse pokręcił głową. 
- Nie, nie. Nawet ty nie mogłabyś zrobić czegoś tak głupiego. 
- Nawet ja? - Poczułam się urażona. - Dziękuję.  
Nie zwrócił na to uwagi. 
- Czy ksiądz o tym wie, Susannah? Powiedziałaś księdzu? 
- Hm, pewnie. Wie o tym. Mamy się tam, eee, spotkać. 
- Spotkasz się tam z księdzem? 
-  Owszem  -  zaśmiałam się niepewnie.  - Nie sądzisz chyba, że próbowałabym  zrobić  coś 

takiego samodzielnie, co? To jest, o rany, nie jestem aż taka głupia, bez względu na to, co ty 
tam sobie myślisz. 

Jego chwyt na kierownicy nieco zelżał. 
- Cóż, jeśli ksiądz tam będzie... 
- Oczywiście. Oczywiście, że będzie. 
Ponownie zacisnął dłoń na kierownicy. Palcem drugiej pogroził mi przed nosem. 
-  Kłamiesz, co? Księdza tam w ogóle nie będzie. Zraniła  go, prawda? Dzisiaj  rano? Tak 

myślałem. Zabiła go? 

Pokręciłam głową. Nagle straciłam ochotę do rozmowy. Czułam w gardle gulę. 
- Dlatego tak się złościsz - mruknął Jesse w zamyśleniu. - Powinienem był się domyślić. 

Idziesz tam, żeby jej odpłacić za to, co zrobiła księdzu. 

- A jeśli tak, to co? - wybuchnęłam. - Zasłużyła na to!  
Teraz złapał za kierownicę obydwiema rękami. A zapewniam was, że jak na umarlaka, był 

całkiem silny. Nie mogłam ruszyć tego głupiego roweru. 

- Susannah, to nie tak. Nie dlatego otrzymałaś ten niezwykły dar, nie po to, żeby... 
-  Dar!  -  omal  się  nie  roześmiałam.  Musiałam  zacisnąć  zęby.  -  Tak,  zgadza  się,  Jesse. 

Otrzymałam cenny dar. I wiesz  co? Jest mi od tego niedobrze. Poważnie. Myślałam, że jak 

background image

tutaj  przyjadę,  to  zacznę  nowe  życie.  Myślałam,  że  będzie  inaczej.  I  wiesz  co? Jest  inaczej. 
Gorzej. 

- Susannah... 
-  Co  ja  mam  zrobić,  Jesse?  Kochać  Heather  za  to,  co  zrobiła?  Pocieszyć  jej  zranioną 

duszę? Wybacz,  ale  to  niemożliwe.  Może  ojciec  Dom  byłby  do  tego  zdolny,  ale  nie  ja.  On 
wypadł  z  konkurencji,  więc  załatwię  to  po  swojemu.  Pozbędę  się  jej,  a  jeśli  wiesz,  co  dla 
ciebie dobre, będziesz się trzymał z daleka! 

Kopnęłam wściekle nóżkę roweru, szarpnąwszy jednocześnie za kierownicę. Zaskoczony 

Jesse mimowolnie ją puścił. W sekundę później już mnie nie było. Spod tylnego koła pryskał 
żwir,  spowijając  Jessego  obłokiem  kurzu.  Słyszałam,  jak  wykrzykuje  coś  po  hiszpańsku. 
Przypuszczam, że przekleństwa. Słowo querida nie dotarło do moich uszu. 

Jadąc w dół, niewiele widziałam. Wiał zimny wiatr i po policzkach ciekły mu strumienie 

łez. Dzięki Bogu, prawie nie było ruchu, więc kiedy przemknęłam przez skrzyżowanie to, że 
nie widzę, nie miało znaczenia. Samochody i tak zatrzymywały się, żeby mnie przepuścić. 

Wiedziałam,  że  tym  razem  będzie  trudniej  włamać  się  do  szkoły.  Na  pewno  wzmocnili 

system zabezpieczeń po wydarzeniach ubiegłej nocy. Wzmocnili? Przede wszystkim powinni 
jakiś wprowadzić. 

I  zrobili  to.  Na  parkingu,  ze  zgaszonymi  światłami,  stał  wóz  policyjny.  Po  prostu  sobie 

stał,  a  światło  księżyca  odbijało  się  od  zamkniętych  okien.  Kierowca  -  jakiś  nieszczęśnik, 
który  dostał  tak  nudne  zadanie  -  słuchał  zapewne  muzyki,  chociaż  stojąc  na  zewnątrz  przy 
wejściu na parking, nie słyszałam żadnego dźwięku. 

Muszę  więc  znaleźć  inną  drogę.  Drobiazg.  Schowałam  rower  w  krzakach,  a  potem 

wybrałam się na spacer wokół szkoły. 

Niewiele  jest  budynków,  do  których  nie  mogłaby  się  dostać  szczupła  szesnastoletnia 

dziewczyna. Chodzi mi o to, że jesteśmy bardzo elastyczne. Mamy chyba więcej stawów niż 
inni ludzie. Nie opowiem wam, jak udało mi się włamać, bo nie chcę, żeby władze szkolne na 
to wpadły - nigdy nie wiadomo, może kiedyś znowu będę musiała to zrobić - zaznaczę tylko, 
że  jeśli  ktoś  zakłada  bramę,  to  powinien  zwrócić  uwagę,  żeby  sięgała  do  samej  ziemi. 
Szczelina  między  cementowym  chodnikiem  a  samą  bramą  to  dokładnie  tyle,  ile  taka 
dziewczyna jak ja potrzebuje, żeby się wślizgnąć do środka. 

Na  dziedzińcu  bardzo  się  zmieniło  od  poprzedniej  nocy.  W  powietrzu  wisiała  jeszcze 

większa groza. Wyłączono reflektory. Wydaje mi się, że z punktu widzenia bezpieczeństwa 
nie było to dobre posunięcie, ale nie można, oczywiście, wykluczyć, że to Heather zniszczyła 
żarówki. Teren szkoły pogrążony był w mroku. Fontanna nie działała. Nie słyszałam niczego 
poza cykadami w krzewach hibiskusa. 

Ani śladu Heather. Ani śladu kogokolwiek. To mi odpowiadało. 
Podkradłam się tak cicho, jak się dało, do szafki, którą dzieliłam z Heather. Uklękłam na 

zimnych kamieniach posadzki i otworzyłam plecak. 

Najpierw  zapaliłam  świece.  Dzięki  temu  coś  widziałam.  Przytykając  zapalniczkę  -  nie 

prawdziwą zapalniczkę, tylko takie urządzenie z długą rączką do zapalania ognia - do spodu 
świecy, roztopiłam stearynę, która kapała na ziemię. Umieściłam świecę w miękkiej kałuży, 
dzięki  czemu  się  nie  przewracała.  Tak  samo  postąpiłam  z  pozostałymi  świecami,  tworząc 
krąg. Następnie otworzyłam pojemnik z krwią kurczaka. 

Nie opiszę wzoru, jaki musiałam namalować w kręgu świec, żeby egzorcyzmy podziałały. 

Nie  powinno  się  próbować  egzorcyzmów  w  domu,  na  własną  rękę,  bez  względu  na  to,  w 
jakim stopniu jesteśmy nawiedzani przez duchy. Mogą je odprawiać jedynie profesjonaliści, 
tacy jak ja. Nikt nie chciałby przecież skrzywdzić jakichś niewinnych duchów, które kręcą się 
akurat w pobliżu. Na przykład przypadkowe wyegzorcyzmowanie babci  nie przysporzyłoby 
nam popularności. 

background image

A  Mecumba,  brazylijskie  wudu,  też  nie  należy  do  zjawisk,  z  którymi  można  żartować, 

więc nie przytoczę inkantacji, jaką odmówiłam. Była zresztą po portugalsku. Powiem tylko, 
że  zanurzyłam  pędzel  w  krwi  kurczaka  i  namalowałam  odpowiednie  figury,  wypowiadając 
odpowiednie  słowa.  Dopiero  kiedy  sięgnęłam  do  plecaka  i  wyjęłam  fotografię  Heather, 
zwróciłam uwagę, że cykady umilkły. 

- Co takiego - odezwała się zirytowana zza mojego prawego ramienia - ty tu wyprawiasz? 
Nie  odpowiedziałam.  Położyłam  fotografię  w  centrum  namalowanej  figury.  W 

płomieniach świec widać ją było wyraźnie. Heather podeszła bliżej. 

- Hej! - zawołała. - To moje zdjęcie. Skąd je masz? 
Nie  powiedziałam  niczego  poza  portugalskimi  słowami  należącymi  do  rytuału.  To 

zdenerwowało Heather. No, ale Heather denerwowało właściwie wszystko. 

-  Co  ty  robisz?  -  zapytała  znowu.  -  Po  jakiemu  mówisz?  I  po  co  ta  czerwona  farba?  - 

Kiedy nie uzyskała odpowiedzi, stała się agresywna. - Hej, suko! - wrzasnęła, kładąc rękę na 
moim ramieniu i niezbyt delikatnie szarpiąc. - Słyszysz mnie?!  

Przerwałam inkantację. 
- Czy możesz coś dla mnie zrobić, Heather? Stań obok swojego zdjęcia. 
Heather potrąciła głową. Jej długie jasne włosy zalśniły w blasku świec. 
- Co z tobą? Jesteś na haju, czy co? Nigdzie nie stanę. Czy to... czy to jest krew? 
Wzruszyłam ramionami. Jej dłoń nadal spoczywała na moim ramieniu. 
- Tak. Ale nie martw się. To tylko krew kurczaka. 
- Krew kurczaka? - Heather się skrzywiła. - Obrzydliwe. Żartujesz sobie ze mnie? Na co 

ci to? 

- Żeby ci pomóc. Żeby pomóc ci wrócić. 
Heather  zacisnęła  zęby.  Drzwiczki  szafek  przede  mną  zaczęły  trzaskać.  Nie  za  bardzo. 

Akurat tyle, abym się zorientowała, że Heather nie jest zadowolona. 

- Sądziłam - syknęła - że wyjaśniłam ci dość dobitnie, że nigdzie nie pójdę. 
- Mówiłaś, że chcesz wrócić. 
- Owszem - odparła Heather. Tarcze z numerami przy sejfowych zamkach szafek zaczęły 

obracać się z hałasem. - Do poprzedniego życia. 

- Dobrze. Znalazłam sposób, żebyś mogła to zrobić.  
Drzwiczki się coraz bardziej trzęsły. 
- Bzdura - mruknęła Heather. 
- Wcale nie. Musisz stanąć między świecami, obok zdjęcia.  
Nie  trzeba  było  jej  dłużej  zachęcać.  W  mgnieniu  oka  znalazła  się  tam,  gdzie  sobie 

życzyłam. 

- Jesteś pewna, że to podziała? - zapytała podniecona. 
- Dobrze by było. W przeciwnym razie wydałam kieszonkowe na świece i krew zupełnie 

bez potrzeby. 

- I wszystko będzie tak jak przedtem? To znaczy, zanim umarłam? 
-  Pewnie.  -  Czy  powinnam  czuć  się  winna,  okłamując  ją?  Nie  czułam  się.  Czułam  tylko 

ulgę. To było zbyt łatwe. - Teraz zamknij się na chwilę, kiedy będę mówiła te słowa. 

Posłuchała. Powiedziałam, co miałam do powiedzenia. I jeszcze raz. I jeszcze. 
Już  zaczęłam  się  martwić,  że  nic  się  nie  dzieje,  kiedy  płomyki  świec  zadrżały.  A  nie 

zerwał się najmniejszy podmuch wiatru. 

- Nic się nie dzieje - poskarżyła się Heather, ale uciszyłam ją. Płomyki znowu zadrżały. A 

potem nad głową Heather, tam, gdzie normalnie znajdował się dach, pojawił się otwór wypeł-
niony wirującym czerwonym gazem. Patrzyłam zdumiona. 

- Eee, Heather, może lepiej, żebyś zamknęła oczy.  
Posłuchała całkiem chętnie. 
- Dlaczego? Coś się zaczęło dziać? 

background image

- Och, tak. To działa, wszystko w porządku. 
Heather powiedziała coś, co brzmiało jak „fajnie”, ale nie byłam pewna. Nie słyszałam jej 

zbyt dobrze, ponieważ przypominający dym wirujący czerwony gaz zaczął spływać spiralą w 
dół,  czemu  towarzyszyło  ciche  buczenie,  jakby  odgłos  odległej  burzy.  Zaraz  potem  długie 
mackowate  pasma  gazu  zaczęły  owijać  się  wokół  Heather,  delikatnie  jak  mgła.  Mając 
zamknięte oczy, nie zdawała sobie z tego sprawy. 

- Słyszę coś - szepnęła. - Czy to to? 
Dziura w dachu nad jej głową poszerzyła się. Widziałam w górze lśnienie błyskawicy. Nie 

wydawało się, że jest to najprzyjemniejsze miejsce, do którego można by się udać. Nie chcę 
powiedzieć,  że  otworzyłam  bramy  piekieł  -  taką  przynajmniej  miałam  nadzieję  -  ale  był  to 
zdecydowanie inny wymiar i, szczerze mówiąc, nie wyglądało to zachęcająco, zwłaszcza jeśli 
miałoby się spędzić w takim miejscu całą wieczność. 

-  Jeszcze  minutka  -  powiedziałam,  podczas  gdy  coraz  więcej  wężowych  czerwonych 

macek oplątywało szczupłe ciało Heather - i będziesz tam. 

Heather potrząsnęła długimi włosami. 
- Och, Boże, nie mogę się doczekać. Pierwsze, co zrobię, to pójdę do szpitala i przeproszę 

Bryce'a. Nie sądzisz, że to dobry pomysł, Suzie? 

-  Pewnie.  -  Odgłos  burzy  narastał,  błyskawice  pojawiały  się  raz  po  raz.  -  To  świetny 

pomysł. 

- Mam nadzieję, że mama nie pozbyła się moich ubrań - ciągnęła Heather - tylko dlatego, 

że umarłam. Nie sądzisz, że mama nie pozbyła się moich ubrań, co, Suzie? - Otworzyła oczy. 
- Co? 

- Nie otwieraj oczu! - krzyknęłam. 
Ale  było  za  późno.  Zobaczyła!  Ujrzała  czerwone  pasma  dymu  wokół  siebie  i  podniosła 

wrzask. 

Nie ze strachu, bynajmniej. O, nie. Heather się nie przestraszyła. Była wściekła. Naprawdę 

wściekła. 

-  Ty  suko!  -  ryknęła.  -  Nie  odsyłasz  mnie  z  powrotem!  Wcale  mnie  nie  odsyłasz  z 

powrotem! Odsyłasz mnie zupełnie gdzie indziej! 

A potem, kiedy burza zahuczała najgłośniej, Heather wyszła z kręgu. 
Tak po prostu. Zwyczajnie wyszła. Jakby nigdy nic. Jakby to była gra w klasy. Czerwone 

pasma gazu owinięte wokół jej ciała opadły. Zniknęły jak sen. A otwór na górze się zamknął. 

W porządku. Przyznaję, wściekłam się. Rany, tyle pracy włożyłam w to wszystko. 
- O, nie, nie wyjdziesz - warknęłam. Podbiegłam do Heather i złapałam ją za szyję. - Właź 

z powrotem - syknęłam przez zaciśnięte zęby. - Wracaj natychmiast. 

Heather zaśmiała się tylko. Ściskałam dziewczynę za gardło, a ona tylko się śmiała. 
Za jej plecami jednak drzwiczki szafek zabrzęczały ponownie. Głośniej niż przedtem. 
-  Jesteś  -  krzyczała  -  trupem!  Jesteś  trupem,  Simon.  I  wiesz  co?  Dopilnuję,  żeby  reszta 

poszła za tobą. Reszta twoich głupich przyjaciół. Ten twój przyrodni braciszek też. 

Mocniej zacisnęłam palce na jej gardle. 
- Nie sądzę. Myślę, że wrócisz tam, gdzie byłaś, jak grzeczny mały duszek. 
Zaśmiała się znowu. 
- Zmuś mnie. - Jej oczy lśniły niesamowicie. Cóż. Skoro tak... 
Uderzyłam ją z całej siły prawą pięścią. Potem, zanim zdążyła dojść do siebie, dołożyłam 

lewą. Jeśli czuła uderzenia, nie dała tego po sobie poznać. Nie, nieprawda. Wiem, że czuła, bo 
drzwiczki  szafek  zaczęły  się  nagle  otwierać  i  zamykać.  Trzaskać.  Mocno.  Tak  mocno,  że 
trząsł się cały dach. 

Wiem,  co  mówię.  Cały  dach  nad  dziedzińcem  kołysał  się,  jakby  w  dole  szumiały  fale 

oceanu. Grube drewniane kolumny, podtrzymujące łukowate sklepienie od jakichś trzystu lat, 

background image

poruszały się w ziemi. Wytrzymały trzysta lat trzęsień ziemi, pożarów, powodzi, a nie mogły 
oprzeć się duchowi cheerliderki. 

Mówię wam, pertraktowanie z duchami to nic przyjemnego. 
A  potem  jej  palce  ścisnęły  moje  gardło.  Nie  wiem,  jak  to  się  stało.  Chyba  straciłam  na 

chwilę czujność, zaskoczona tym, co działo się wokół. Niedobrze. Złapałam ją za ramiona i 
próbowałam  pchać  w  stronę  kręgu  świec.  Mruczałam  jednocześnie  portugalską  inkantację, 
wpatrując  się  w  rozkołysane  belki  dachu  w  górze  i  mając  nadzieję,  że  znowu  pojawi  się 
przejście do krainy cienia. 

-  Zamknij  się  -  warknęła  Heather.  -  Zamknij  gębę!  Nie  odeślesz  mnie.  Tutaj  jest  moje 

miejsce! 

Mamrocząc słowa formuły, pchałam ją z całej siły. 
-  Wyobrażasz  sobie,  że  kim  ty  jesteś?  -  Twarz  Heather  poczerwieniała.  Kątem  oka 

zobaczyłam, jak z kamiennej balustrady unosi się w powietrze żardyniera z geranium. - Jesteś 
nikim. Jesteś w tej szkole dopiero dwa dni. Dwa dni! Myślisz, że możesz tak po prostu sobie 
przyjść  i  wszystko  zmienić? Myślisz,  że  możesz  tak  po  prostu  zająć  moje  miejsce?  Kim  ty 
niby jesteś? 

Trzymając ją za ramiona, kopnęłam jej nogi tak, że straciła równowagę i obie rąbnęłyśmy 

na twardą kamienną podłogę. Żardyniera poleciała za nami, nie dlatego, że ją strąciłyśmy, tyl-
ko dlatego, że Heather posłała ją za mną. Uchyliłam się w ostatniej chwili i ciężka gliniana 
donica rozbiła się z łoskotem o drzwi szafki, pryskając dookoła geranium, ziemią i odłamka-
mi  ceramiki.  Chwyciłam  garście  jasnych  lśniących  włosów  Heather.  To  nie  było  sportowe 
zagranie, tak samo jak sztuczka z geranium. 

Wrzeszczała, kopiąc i wijąc się jak węgorz, podczas gdy pół ciągnęłam ją, pół pchałam w 

stronę  kręgu  świec.  Zaczęła  unosić  w  powietrze  inne  przedmioty.  Zamki  szyfrowe 
wyskoczyły z drzwiczek i sunęły ku mnie jak flotylla maleńkich latających spodków. Potem 
zerwało  się  tornado,  wyrzucając  na  zewnątrz  zawartość  szafek.  Książki  i  zeszyty  z 
drucianymi  grzbietami  ruszyły  na  mnie  ze  wszystkich  stron.  Schyliłam  głowę,  ale  nie 
zwolniłam chwytu, nawet  kiedy czyjaś trygonometria wyrżnęła mnie w ramię. Powtarzałam 
słowa, które, jak wiedziałam, otworzą ponownie przejście. 

- Dlaczego to robisz? - wrzasnęła Heather. - Dlaczego nie zostawisz mnie w spokoju? 
-  Bo  nie.  -  Byłam  poobijana,  ledwie  dyszałam,  spływałam  potem  i  niczego  bardziej  nie 

pragnęłam, jak puścić ją, odwrócić się na pięcie i wrócić do domu, wślizgnąć się do łóżka i 
spać przez milion lat. 

Ale nie mogłam. 
Zamiast tego kopnęłam ją w pierś, posyłając na środek kręgu. W momencie, gdy chwiejąc 

się na nogach, stanęła przy fotografii, którą dała Bryce'owi, otwór nad jej  głową ukazał  się 
ponownie.  Tym  razem  czerwony  dym  otoczył  ją  tak  ściśle,  jak  gruby  wełniany  koc.  Nie 
mogła się wyrwać. Nie miała szans. 

Zniknęła w czerwonej  mgle. Ale wciąż ją słyszałam.  Jej  wrzaski  obudziłyby zmarłych  - 

tyle że ona była jedyną zmarłą w okolicy. Nad jej głową rozległ się piorun. W czarnej dziurze 
w dachu dostrzegłam błyszczące gwiazdy. 

- Dlaczego? - krzyczała Heather. - Dlaczego mi to robisz?! 
- Ponieważ jestem mediatorką! 
A  potem  czerwony  dym  otaczający  Heather  uniósł  się  do  góry,  znikając  w  wirującym 

otworze wraz z Heather, a masywne kolumny podtrzymujące dach nad moją  głową złamały 
się nagle wpół, jakby miały dwa centymetry, a nie prawie metr grubości. 

A potem zwalił się na mnie dach. 

background image

18 

 
Nie  mam  pojęcia,  jak  długo  leżałam  pod  deskami  i  ciężkimi  glinianymi  płytkami. 

Przypuszczam, że musiałam stracić przytomność, przynajmniej na kilka minut. 

Pamiętam  tylko,  że  coś  ostrego  uderzyło  mnie  w  głowę,  a  potem  otworzyłam  oczy,  ale 

wokół panowały kompletne ciemności. Czułam, że się duszę. 

Ulubioną  sztuczką  pewnego  rodzaju  złośliwych  duchów  jest  siadanie  na  piersi  ofiary, 

kiedy ta przytomnieje, także nieszczęśnik ma wrażenie, że coś go przygniata, ale nie wie co. 
Nie wiedziałam, co przygniata mnie i przez krótką chwilę myślałam, że mi się nie udało i że 
Heather nadal przebywa na tym świecie, siedzi mi na piersi i znęca się nade mną, mszcząc za 
to, co próbowałam zrobić. 

Potem pomyślałam: Może ja nie żyję? 
Może  tak  wygląda  śmierć?  Przynajmniej  na  początku.  Tak  pewnie  odebrała  to  Heather, 

kiedy  obudziła  się  w  trumnie.  Musiała  czuć  się  tak  samo  jak  ja:  schwytana  w  pułapkę, 
przyduszona, śmiertelnie przerażona. Boże, nic dziwnego, że przez cały czas była w tak złym 
humorze. Nic dziwnego, że tak bardzo chciała wrócić do świata, który znała przed śmiercią. 
To było okropne. Gorsze niż okropne. To było piekło. 

Potem poruszyłam ręką - jedyną częścią ciała, którą mogłam poruszać - i namacałam coś 

szorstkiego i chłodnego leżącego na mnie. Wtedy zrozumiałam, co się stało. Załamał się dach. 
Heather użyła resztki swojej mocy, żeby mnie zranić za to, że ją wyekspediowałam do innego 
świata. Wykonała świetną robotę, bo oto  leżałam, nie mogąc się  ruszyć, uwięziona pod nie 
wiadomo iloma kilogramami drewna i hiszpańskiej ceramiki. 

Dzięki, Heather. Wielkie dzięki. 
Powinnam  być  przerażona.  Nie  mogę  się  ruszyć,  przygwożdżona  gruzem,  w 

atramentowych ciemnościach. Zanim jednak zdążyłam wpaść w panikę, usłyszałam, jak ktoś 
woła mnie po imieniu. Najpierw przeszło mi przez głowę, że zwariowałam. Nikt przecież nie 
wie, że wybrałam się do szkoły. Z wyjątkiem Jessego, a jego uprzedziłam, co się stanie, jeśli 
się tam pokaże. Nie jest głupi. Wie, że dokonuję egzorcyzmów. Czyżby postanowił przyjść 
mimo  wszystko?  Czy  już  jest  tu  bezpiecznie?  Tego  nie  wiedziałam.  Jeśli  stanąłby  w  tym 
samym kręgu świec i krwi kurczaka, czy wessałoby go do tej samej krainy cienia, co Heather? 

Dopiero teraz wpadłam w panikę. 
- Jesse! - wrzasnęłam, tłukąc ręką w drewno nad głową i ściągając sobie na twarz deszcz 

kurzu i  drzazg.  -  Nie rób tego!  -  krzyczałam rozpaczliwie. Kurz dostał mi się do gardła, ale 
nie zważałam na to. - Wracaj! Tu nie jest bezpiecznie! 

Z  mojej  piersi  podniesiono  wielki  ciężar  i  nagle  zaczęłam  widzieć.  Nade  mną 

rozpościerało się nocne niebo, aksamitnie granatowe i usiane złotym pyłem gwiazd. A na tle 
gwiazd ujrzałam czyjąś zatroskaną twarz. 

- Tutaj jest! - zawołał Profesor drżącym, piskliwym głosem. - Jake, znalazłem ją! 
Obok  pierwszej  pojawiła  się  druga  twarz,  otoczona  grzywą  trochę  przydługich  blond 

włosów. 

-  Jezu  Chryste!  -  zawołał  przeciągle  Śpiący,  spojrzawszy  na  mnie.  -  Nic  ci  się  nie  stało, 

Suze? 

Zaprzeczyłam ruchem głowy. 
- Pomóżcie mi wstać - wycharczałam. 
We  dwóch  zdołali  ściągnąć  ze  mnie  większość  desek.  Następnie  Śpiący  polecił,  żebym 

objęła go rękami za szyję, co zrobiłam, a Dawid złapał mnie w pasie. Podczas gdy obaj mnie 
ciągnęli, a ja odpychałam się nogami, gruz opadł i zdołałam wreszcie wstać. 

Przez chwilę siedzieliśmy na ciemnym dziedzińcu, opierając się o podium, na którym stal 

bezgłowy posąg Junipero Serry. Dyszeliśmy i gapiliśmy się na ruiny, które kiedyś były naszą 
szkołą.  Cóż,  to  odrobinę  dramatyczne.  Większość  budynku  stała  nadal.  Nawet  większość 

background image

dachu  pozostała  nietknięta.  Runął  tylko  fragment  nad  szafką  Heather,  przed  klasą  pana 
Waldena.  Bezładny  stos  drewna  ukrył  skutecznie  ślady  mojej  nocnej  działalności,  ze 
świecami  włącznie.  Po  Heather  nie  zostało  ani  śladu.  Noc  była  cicha,  nie  licząc  naszych 
oddechów. Oraz świerszczy. 

Dzięki temu uświadomiłam sobie, że Heather odeszła. Znowu słychać było świerszcze. 
- Jezu - powtórzył Śpiący, nadal sapiąc ciężko - jesteś pewna, Suze, że nic ci się nie stało? 
Odwróciłam  się, żeby na niego spojrzeć. Miał  na sobie tylko  dżinsy i  wojskową kurtkę, 

narzuconą pośpiesznie na nagi tors. Tors miał prawie taki sam jak Jesse. 

Jak  to  jest,  że  omal  nie zginęłam  pod  kupą  gruzu,  a  parę  minut  później byłam  w  stanie 

zwrócić uwagę na coś takiego, jak mięśnie brzucha mojego przyrodniego brata? 

-  Tak  -  powiedziałam,  odsuwając  kosmyk  włosów  z  oczu.  -  W  porządku.  Trochę 

potłuczona, owszem. Ale nie mam nic złamanego. 

-  Powinna  iść  do  szpitala,  żeby  to  sprawdzili.  -  Głos  Dawida  nadal  drżał  mocno.  -  Nie 

sądzisz, że powinna iść do szpitala, żeby ją zbadali, Jake? 

- Nie - zaprotestowałem. - Żadnego szpitala. 
-  Możesz mieć wstrząs mózgu  -  powiedział Dawid.  -  Albo uszkodzenie czaszki.  Możesz 

wpaść  w  śpiączkę  w  nocy  i  nigdy  się  nie  obudzić.  Powinnaś  przynajmniej  zrobić  rentgen. 
Albo może USG... 

-  Nie.  -  Wytarłam  ręce  o  legginsy  i  wstałam.  Czułam  się  niepewnie,  ale  byłam  cała.  - 

Chodźmy. Zabierajmy się stąd, zanim ktoś przyjdzie. Musieli to słyszeć. - Skinęłam w stronę 
części  budynku,  w  której  mieszkali  księża  i  zakonnice.  W  niektórych  oknach  zapaliło  się 
światło. - Nie chcę, żebyście mieli kłopoty. 

- Taak - mruknął Śpiący, podnosząc się. - Mogłaś o tym pomyśleć, zanim prysnęłaś, co? 
Wyszliśmy  tą  samą  drogą,  którą  weszliśmy.  Podobnie  jak  ja,  Dawid  przecisnął  się  pod 

bramą, a potem otworzył ją od środka dla Śpiącego. Wymknęliśmy się tak cicho, jak się dało i 
pobiegliśmy  do  ramblera,  którego  Śpiący  zaparkował  w  głębokim  cieniu,  by  policjanci  z 
wozu  nie  mogli  go  dostrzec.  Czarno  -  biały  samochód  stał  tam,  gdzie  przedtem,  z  kierowcą 
nieświadomym tego, co się działo zaledwie parę metrów dalej. Bałam się jednak ryzykować, 
próbując przemknąć się koło niego, żeby zabrać rower. Zostawiliśmy go, mając nadzieję, że 
nikt go nie zauważy. 

Przez całą drogę do domu mój nowy starszy brat Jake udzielał mi pouczeń. Sądził, jak się 

wydaje, że w szkole, w  środku nocy, uczestniczyłam  w jakimś tajnym  zebraniu  gangu. Nie 
żartuję. Był tym wszystkim szczerze oburzony. Dopytywał się, co to byli, moim zdaniem, za 
kumple,  którzy  zostawili  mnie  pod  stosem  dachówek  na  pewną  śmierć.  Sugerował,  że  jeśli 
dokucza mi nuda albo szukam mocnych wrażeń, to powinnam zająć się surfingiem, ponieważ, 
cytuję: „Jeśli masz mieć rozwaloną głowę, to równie dobrze możesz się o to postarać, płynąc 
na fali”. 

Przyjęłam jego pouczenia tak wdzięcznie, jak umiałam. Nie mogłam przecież uświadomić 

go  co  do  prawdziwych  powodów,  dla  których  znalazłam  się  w  szkole  o  tak  dziwnej  porze. 
Przerwałam Jake'owi tylko raz w trakcie jego antygangowego przemówienia, a to po to, żeby 
dowiedzieć się, jak wpadli z Dawidem na to, żeby mnie szukać. 

-  Nie  wiem  -  powiedział  Jake,  podjeżdżając  pod dom.  -  Wiem tyle,  że  kiedy  spałem  jak 

anioł, nagle zjawił się Dawid i zaczął marudzić, że musimy jechać po ciebie do szkoły A tak, 
swoją drogą, to skąd wiedziałeś, Dave, że ona jest w szkole? 

Twarz  Dawida  pobladła  dziwnie,  czego  nie  wyjaśniało  nawet  padające  na  nią  światło 

księżyca. 

- Nie wiem. Miałem przeczucie. 
Odwróciłam się, patrząc na niego uważnie. Nie spojrzał mi w oczy. 
Ten dzieciak wie, pomyślałam. 

background image

Ale byłam zbyt  zmęczona, żeby o tym  mówić.  Zakradliśmy się do domu,  szczęśliwi, że 

jedynym  mieszkańcem,  którego  obudziliśmy,  jest  Maks.  Machał  ogonem  i  usiłował  nas 
polizać, kiedy rozchodziliśmy się do swoich pokoi. Zanim zamknęłam drzwi mojego pokoju, 
rzuciłam  Dawidowi  jeszcze  jedno  spojrzenie,  żeby  sprawdzić,  czy  chce  albo  musi,  coś  mi 
powiedzieć.  Ale  on  tylko  wszedł  do  swojego  pokoju  i  zamknął  drzwi.  Przestraszony  mały 
chłopiec. Zrobiło mi się ciepło na sercu. 

Ale tylko przez ułamek sekundy. Byłam zbyt zmęczona, żeby myśleć o czymkolwiek poza 

łóżkiem.  Nawet  o  Jessie.  Rano,  powiedziałam  sobie,  ściągając  zakurzone  łachy. 
Porozmawiam z nim rano. 

Nie zrobiłam tego. Kiedy się obudziłam, za oknem było dziwnie jasno. Podniosłam głowę 

i spojrzałam na zegar. Była druga po południu. Poranna mgła rozwiała się i słońce paliło tak, 
jakby to był lipiec, a nie styczeń. 

- Cześć, śpiochu. 
Zerknęłam  w  stronę  drzwi.  Stał  tam  Andy,  z  ramionami  skrzyżowanymi  na  piersi, 

opierając  się  o  framugę.  Uśmiechał  się,  co  pewnie  oznaczało,  że  nie  wpakowałam  się  w 
tarapaty. Co zatem robiłam w łóżku o drugiej po południu w zwykły dzień? 

-  Lepiej  się  czujesz?  -  zapytał  troskliwie  Andy.  Odsunęłam  odrobinę  kołdrę.  Czyżbym 

miała być chora? 

Cóż,  nietrudno  byłoby  udawać.  Czułam  się  tak,  jakby  ktoś  spuścił  mi  na  głowę  tonę 

cegieł. 

Co, w pewien sposób, faktycznie miało miejsce. 
- Eee - mruknęłam. - Niekoniecznie. 
-  Przyniosę  ci  aspirynę.  Myślę,  że  to  skutki  zmiany  czasu.  Kiedy  nie  mogliśmy  cię  dziś 

rano  dobudzić,  postanowiliśmy  pozwolić  ci  spać.  Mama  prosiła,  żebym  cię  przeprosił,  ale 
musiała  iść  do  pracy.  Zostawiła  mnie  na  stanowisku.  Mam  nadzieję,  że  nie  masz  nic 
przeciwko temu. 

Próbowałam  usiąść.  Było  mi  naprawdę  trudno.  Czułam  ból  w  każdym  mięśniu. 

Odsunęłam włosy z oczu i zamrugałam nieprzytomnie. 

- Nie musiałeś zostawać w domu z mojego powodu.  
Andy wzruszył ramionami. 
-  To  nic  takiego.  Nie  miałem  okazji  z  tobą  porozmawiać,  odkąd  przyjechałaś,  więc 

pomyślałem, że teraz to nadrobimy. Zjesz lunch? 

Kiedy tylko wypowiedział te słowa, zaburczało mi w brzuchu. 
Usłyszał to i uśmiechnął się. 
- Nie ma sprawy. Ubierz się i zejdź na dół. Zjemy lunch na tarasie. Jest naprawdę piękny 

dzień. 

Z trudem zwlokłam się z łóżka. Miałam na sobie piżamę. Nie chciało mi się ubierać, więc 

tylko włożyłam skarpetki i szlafrok, umyłam zęby i postałam chwilę przy oknie, wyglądając 
na  zewnątrz  i  usiłując  doprowadzić  włosy  do  porządku.  Czerwona  kopuła  kościoła  Misji 
lśniła w słońcu. W oddali falował ocean. Trudno było uwierzyć, że zeszłej nocy była to scena 
straszliwego zniszczenia. 

Wkrótce potem niezwykle apetyczny zapach dolatujący z kuchni skłonił mnie do zejścia 

na  dół.  Andy  robił  kanapkę  z  soloną  wołowiną,  serem  szwajcarskim  i  kiszoną  kapustą. 
Machnięciem ręki wyprawił mnie jednak z kuchni na obszerny taras za domem. Był cały w 
słońcu. Wyciągnęłam się na miękkim szezlongu i udawałam przez chwilę, że jestem gwiazdą 
filmową. Potem zjawił się Andy z kanapkami i dzbanem lemoniady i przeniosłam się do stołu 
pod zielonym parasolem, gdzie natychmiast zabrałam się do dzieła. Jak na kogoś, kto nie po-
chodzi z Nowego Jorku, Andy przyrządza niezłe kanapki. 

Andy przykładał  się nie  tylko  do robienia kanapek. Wypytał mnie drobiazgowo o różne 

rzeczy,  ani  słowem  nie  wspominając  o  wydarzeniach  poprzedniej  nocy.  Ku  mojemu 

background image

zdumieniu okazało się, że Śpiący i Profesor nie puścili pary z ust. Andy nie miał zielonego 
pojęcia, co zaszło. Interesowało go jedynie, czy podoba mi się w nowej szkole, czy czuję się 
szczęśliwa, tralala... 

Pomijając jeden drobiazg. W pewnym momencie oznajmił: - A więc, zdaje się, przespałaś 

swoje pierwsze trzęsienie ziemi. 

Omal nie zakrztusiłam się jedzeniem. 
- Co? 
-  Swoje  pierwsze  trzęsienie  ziemi.  Nastąpiło  w  nocy,  koło  drugiej.  Nieduże,  najwyżej 

czwartego stopnia, ale obudziło mnie. Nie ma większych szkód, poza szkołą, gdzie zawalił się 
dach  nad  dziedzińcem.  Ale  tego  można  się  było  spodziewać.  Od  lat  ostrzegałem  ich,  że 
drewno  długo  nie  wytrzyma.  Jest  prawie  tak  stare  jak  sama  Misja.  Trudno  się  spodziewać, 
żeby przetrwało wieki. 

Starannie  przeżułam  jedzenie.  No,  no.  Heather  naprawdę  odeszła  z  hukiem,  skoro 

mieszkańcy doliny, a nawet ci na wzgórzach, to odczuli. 

To jednak nie wyjaśniało, skąd Dawid wiedział, gdzie mnie szukać. 
Poszłam  na  górę,  usiadłam  na  ławie  przy  oknie  i  zaczęłam  bezmyślnie  przerzucać 

magazyn  mody,  zastanawiając  się,  gdzie  się  podział  Jesse  i  jak  długo  mam  czekać  na  jego 
pojawienie  się.  Byłam  ciekawa,  czy  wygłosi  kolejny  wykład  i  czy  są  szanse,  żeby  znowu 
nazwał mnie querida. Jednak wrócili ze szkoły chłopcy. Przyćmiony przeszedł obok mojego 
pokoju - nadal winił mnie o to, że został uziemiony w domu na popołudnia - ale za to Śpiący 
wsadził głowę przez drzwi, spojrzał na mnie, stwierdził, że wszystko w porządku i cofnął się, 
marszcząc  czoło.  Tylko  Dawid  zapukał,  a  kiedy  zawołałam,  żeby  wszedł,  wsunął  się  nie-
śmiało do środka. 

-  Hm  -  mruknął.  -  Przyniosłem  ci  twoją  pracę  domową.  Pan  Walden  przekazał  ją  dla 

ciebie. Powiedział, że ma nadzieję, że czujesz się lepiej. 

- Och. Dziękuję, Dawidzie. Połóż to na łóżku. 
Dawid  położył  zeszyt  tam,  gdzie  prosiłam,  ale  nie  wyszedł.  Stał,  wpatrując  się  w 

kolumienkę  podtrzymującą  baldachim.  Domyśliłam  się,  że  chce  porozmawiać,  więc 
postanowiłam nie odzywać się pierwsza. 

- Cee Cee cię pozdrawia. I ten chłopak, Adam McTavish.  
Czekałam. I nie rozczarowałam się. 
- Wiesz, wszyscy o tym mówią - odezwał się znowu. 
- O czym? 
-  No,  wiesz,  o  trzęsieniu  ziemi.  Ze  na  Misji  ciąży  jakieś  przekleństwo,  bo  epicentrum 

znajdowało się... tuż obok klasy pana Waldena. 

Mruknęłam: „uhm” i przewróciłam kartkę magazynu. 
- A więc - ciągnął Dawid - nie zamierzasz mi powiedzieć, tak?  
Nie patrzyłam na niego. 
- Powiedzieć o czym? 
- Co się dzieje. Dlaczego znalazłaś się w szkole w środku nocy. Jak doszło do zawalenia 

się dachu. Nic z tych rzeczy. 

- Lepiej, żebyś nie wiedział - stwierdziłam, przewracając stronice. - Wierz mi. 
- Ale to nie ma nic wspólnego z... z tym, o czym mówił Jake? Z gangiem? Prawda? 
- Nie. 
Podniosłam  wzrok.  Wpadające  do  pokoju  promienie  słońca  malowały  różowe  ślady  na 

jego  skórze.  Ten  chłopiec,  rudowłosy  chłopiec  z  odstającymi  uszami,  uratował  mi  życie. 
Byłam mu winna jakieś wyjaśnienie. 

- Wiesz, widziałem go - oznajmił Dawid. 
- Widziałeś kogo? 
- Jego. Ducha. 

background image

Patrzył  na  mnie  w  napięciu,  z  bladą  twarzą.  Wyglądał  stanowczo  zbyt  poważnie  jak  na 

dwunastolatka. 

- Jakiego ducha? - zapytałam. 
-  Tego, który tu  mieszka. W tym  pokoju.  -  Rozejrzał  się, jakby spodziewał  się zobaczyć 

Jessego  czającego  się  w  kącie  mojego  jasnego  słonecznego  pokoju.  -  Przyszedł  do  mnie 
zeszłej nocy - powiedział. - Przysięgam. Obudził mnie. Mówił o tobie. Stąd wiedziałem. Stąd 
wiedziałem, że masz kłopoty. 

Patrzyłam na niego z rozdziawioną buzią. Jesse? Jesse mu powiedział? Jesse go obudził? 
- Nie chciał mnie zostawić w spokoju - ciągnął Dawid drżącym głosem. - Nie przestawał 

mnie... dotykać. Mojego ramienia. Był zimny i lśnił. Był zimnym, połyskującym zjawiskiem, 
a w mojej głowie odzywał się głos, który kazał mi iść do szkoły i pomóc ci. Ja nie kłamię, 
Suze. Przysięgam, tak było naprawdę. 

- Wiem, Dawidzie. - Zamknęłam magazyn. - Wierzę ci.  
Otworzył  buzię,  żeby  raz  jeszcze  przysiąc,  że  nie  zmyśla,  ale  kiedy  zapewniłam,  że  mu 

wierzę, zamknął ją gwałtownie. Otworzył ją znowu, mówiąc ze zdumieniem: 

- Naprawdę? 
- Tak - odparłam. - Nie miałam okazji powiedzieć ci tego zeszłej nocy, więc robię to teraz. 

Dziękuję ci, Dawidzie. Ty i Jake uratowaliście mi życie. 

Trząsł się cały. Musiał usiąść na moim łóżku, bo inaczej by się przewrócił. 
- Więc... Więc to prawda. To naprawdę był... duch? 
- Naprawdę.  
Przełknął głośno. 
- A dlaczego byłaś w szkole? 
- To długa historia. Ale daję ci słowo, że to nie ma nic wspólnego z żadnymi gangami. 
- Czy ma to coś wspólnego z... duchami? 
- Nie z tym, który złożył ci wizytę. Ale, owszem, to miało związek z pewnym duchem. 
Usta  Dawida  poruszyły  się,  ale  nie  sądzę,  aby  był  tego  świadom.  Wydobyło  się  z  nich 

pełne zdumienia: 

- To jest jeszcze jakiś inny duch? 
- Och, jest ich dużo więcej niż ten jeden.  
Wytrzeszczył oczy. 
- A ty... ty je widzisz? 
- Dawidzie, to nie są sprawy, o których jest mi łatwo rozmawiać... 
- Czy widziałaś tego z zeszłej nocy? Tego, który mnie obudził? 
- Tak, Dawidzie, widziałam. 
- Wiesz, kim jest? To znaczy, jak umarł?  
Pokręciłam głową. 
- Nie. Pamiętasz? Miałeś tego dla mnie poszukać.  
Dawid poweselał. 
-  Och,  tak!  Zapomniałem.  Zajrzałem  wczoraj  do  paru  książek.  Poczekaj  chwilę.  Nigdzie 

nie odchodź. 

Wybiegł z pokoju. Zostałam tam, gdzie byłam, dokładnie tak, jak polecił. Byłam ciekawa, 

czy Jesse jest gdzieś w pobliżu i słucha naszej rozmowy. Uznałam, że miałby za swoje, gdyby 
tak było. 

Dawid  wrócił,  zanim  się  obejrzałam,  dźwigając  stos  zakurzonych  wielkich  ksiąg. 

Sprawiały wrażenie bardzo starych, a kiedy usiadł obok mnie i zaczął je z zapałem kartkować, 
przekonałam się, że faktycznie są tak stare, jak wyglądają. Żadnej nie wydano po 1910 roku. 
Najstarsza pochodziła z 1849 roku. 

-  Popatrz  -  powiedział  Dawid,  przeglądając  wielkie,  oprawne  w  skórę  tomiszcze, 

zatytułowane Moje Monterey. 

background image

Wyszło ono spod pióra pewnego pułkownika, Harolda Clemmingsa. Pułkownik pisał dość 

suchym stylem, ale w książce znajdowały się obrazki, co pomagało w lekturze, mimo że były 
czarno - białe. 

-  Spójrz  -  powtórzył  Dawid,  otwierając  księgę  na  reprodukcji  fotografii  naszego  domu. 

Wyglądał  inaczej  -  nie  miał  ganku  ani  garażu.  Drzewa  wokół  były  znacznie  mniejsze.  - 
Spójrz, widzisz, to jest dom w czasach, gdy mieścił się w nim hotel. Albo zajazd, jak wtedy 
mówiono. Tutaj piszą, że cieszył się złą sławą. Zamordowano w nim wielu ludzi. Pułkownik 
Clemmings  opisuje  szczegółowo  wszystkie  przypadki.  Czy  przypuszczasz,  że  duch,  który 
wczoraj  do  mnie  przyszedł,  jest  jednym  z  nich?  To  znaczy,  jednym  z  ludzi,  którzy  tutaj 
umarli? 

- Cóż, najprawdopodobniej tak. 
Dawid  zaczął  czytać  na  głos  -  szybko  i  z  przejęciem,  nie  potykając  się  na  długich 

staromodnych  wyrazach  -  historie  ludzi  zmarłych  w  domu,  który  pułkownik  Clemmings 
nazywał Domem na Wzgórzach. 

Żaden  z  nich  jednak  nie  nosił  imienia  Jesse.  Żaden  z  nich  nawet  w  przybliżeniu  go  nie 

przypominał. Skończywszy czytać, Dawid spojrzał na mnie wyczekująco. 

-  Może  to  duch  tego  chińskiego  posługacza  -  powiedział.  -  Tego,  którego  zastrzelono, 

ponieważ nie dość starannie wyprał koszule tamtego dandysa. 

Pokręciłam głową. 
- Nie. Nasz duch nie jest Chińczykiem. 
-  Och.  -  Dawid  ponownie  zajrzał  do  książki.  -  A  ten?  Ten,  który  zginął  z  rąk  własnych 

niewolników? 

- Nie sądzę. Miał niecałe metr sześćdziesiąt wzrostu. 
-  No,  a  ten?  Duńczyk,  którego  przyłapano  na  oszustwach  karcianych  i  zastrzelono  na 

miejscu? 

- Nie jest Duńczykiem - odparłam z westchnieniem.  
Dawid wydął wargi. 
- No, to kim on jest? Ten duch? 
- Nie wiem. Jest chyba z pochodzenia Hiszpanem. I... - Nie chciałam się w to zagłębiać w 

pokoju, w którym Jesse mógłby nas podsłuchać. No, wiecie, chodzi mi o te jego oczy, długie, 
brązowe palce, itd. 

Nie chciałam, żeby nabrał przekonania, że mi się podoba. 
Potem  przypomniałam  sobie  chusteczkę.  Wyleciała  mi  z  pamięci,  kiedy  sprałam  z  niej 

krew i powiesiłam. Wyszyto na niej inicjały MDS. Powiedziałam o tym Dawidowi. 

- Czy te litery coś ci mówią? 
Zamyślił się. Zamknął książkę pułkownika Clemmingsa i sięgnął po inną - jeszcze starszą 

i  bardziej  zakurzoną.  Dawid  otworzył  ją  i  zobaczyłam  tytuł:  Życie  w  północnej  Kalifornii, 
1800 - 1850
 

Dawid przejrzał indeks na końcu i powiedział: 
- Aha. 
- Aha co? - zapytałam. 
-  Aha, tak myślałem  -  oznajmił. Otworzył książkę na jednej  z ostatnich  stron.  - Proszę  - 

powiedział.  -  Wiedziałem.  To  jest  jej  podobizna.  -  Podał  mi  książkę  ze  stroną  nakrytą 
cieniutką warstwą ligniny. 

- Co to? - zapytałam. - W książce jest chusteczka higieniczna. 
- To nie chusteczka. To bibułka. Używano jej dla ochrony ilustracji w książkach. Podnieś 

ją. 

Podniosłam.  Pod  spodem  na  lśniącym  papierze  widniała  czarna  -  biała  reprodukcja 

obrazu.  Był  to  portret  kobiety.  Pod  portretem  widniał  napis:  Maria  de  Silva  Diego,  1830  - 
1916. 

background image

Szczęka mi opadła. MDS! Maria de Silva! 
Wyglądała na kogoś, kto mógłby nosić taką chusteczkę w rękawie. Miała na sobie białą 

koronkową suknię - w każdym razie na czarno - białym zdjęciu wydawała się biała. Lśniące 
czarne  włosy  piętrzyły  się  w  lokach  po  obu  stronach  jej  głowy,  z  długiej  szyi  zwieszał  się 
okazały  klejnot  na  złotym  łańcuchu.  Piękna  kobieta  o  dumnym  wyglądzie  patrzyła  z  ram 
portretu z wyrazem twarzy, którego nie dało się określić inaczej jak... wyzywający. 

Spojrzałam na Dawida. 
- Kim ona była? - zapytałam. 
-  Och,  to  jedna  z  najpopularniejszych  kobiet  w  Kalifornii  mniej  więcej  w  tym  okresie, 

kiedy  zbudowano  ten  dom.  -  Dawid  odebrał  mi  książkę  i  zaczął  przerzucać  strony.  -  Do  jej 
ojca,  Ricardo  de  Silvy,  należała  wówczas  większość  Salinas.  Była  jego  jedyną  córką  i 
przeznaczył dla jej piękny posag. Jednak nie dlatego dobijano się o jej rękę. W każdym razie, 
nie tylko dlatego. W tamtych czasach dziewczęta, które wyglądały tak jak ona, uważano za 
piękne. 

- Jest bardzo piękna. 
Dawid spojrzał na mnie z lekkim uśmieszkiem. 
- Taak - powiedział. - Owszem. 
- Ależ naprawdę. 
Dawid zauważył, że mówię poważnie i wzruszył ramionami. 
-  No,  wszystko  jedno.  Jej  tata  chciał,  żeby  poślubiła  zamożnego  ranczera  -  dalekiego 

kuzyna,  który  był  w  niej  nieprzytomnie  zakochany  -  ale  jej  podobał  się  inny  mężczyzna, 
mężczyzna  o  nazwisku  Diego.  -  Zerknął  do  książki.  -  Felix  Diego.  To  był  podejrzany  typ. 
Zajmował  się  handlem  niewolnikami.  W  ten  sposób  przynajmniej  zarabiał  na  życie,  zanim 
przybył  do  Kalifornii,  żeby  zbić  majątek,  poszukując  złota.  Tata  Marii  nie  akceptował 
niewolnictwa tak samo, jak nie uznawał poszukiwaczy złota za godnych ręki jego córki. Tak 
więc  Maria  pokłóciła  się  z  ojcem,  który  w  końcu  zagroził  jej  wydziedziczeniem,  jeśli  nie 
wyjdzie za mąż za kuzyna. To natychmiast uspokoiło Marię, ponieważ należała do dziewcząt, 
które  lubią  pieniądze.  Miała  jakieś  sześćdziesiąt  sukien  w  czasach,  gdy  większość  kobiet 
posiadała dwie, jedną do pracy i jedną do kościoła... 

-  No,  więc  co  się  stało?  -  przerwałam  mu.  Nie  obchodziło  mnie,  ile  miała  sukien. 

Chciałam się dowiedzieć, jaki był w tym udział Jessego. 

Dawid szukał czegoś w książce. 
- Cóż, to ciekawe, ale Maria w końcu postawiła na swoim. - Jak? 
- Kuzyn nie stawił się na ślub. 
- Nie stawił się na ślub? Co to znaczy, nie stawił się? 
- Po prostu. Nie pojawił się. Nikt nie wie, co się z nim stało. Opuścił rancho na parę dni 

przed  ślubem,  no,  wiesz,  żeby  zdążyć  na  czas,  ale  potem  wszelki  słuch  o  nim  zaginął.  Na 
zawsze. Koniec pieśni. 

- A... - Znałam odpowiedź, ale i tak musiałam zapytać: - A co się stało z Marią? 
- Wyszła za mąż za poszukującego złota handlarza niewolników. To znaczy, po stosownej 

zwłoce. Wtedy panowały surowe zasady dotyczące tych rzeczy. Jej tata tak się rozczarował 
nieodpowiedzialnością  kuzyna,  że  w  końcu  oświadczył  Marii,  że  może  robić,  co  jej  się 
podoba  i  iść  do  diabła.  Tak  też  zrobiła.  Ale  nie  poszła  do  diabła.  Miała  z  handlarzem 
niewolników  jedenaścioro  dzieci  i  przejęła  wraz  z  mężem  majątek  ojca  po  jego  śmierci  i 
zajmowali się jego utrzymaniem... 

Podniosłam rękę. 
- Poczekaj. Jak się nazywał ten kuzyn? Dawid zajrzał do książki. 
- Hektor. 
- Hektor? 

background image

- Tak. - Dawid znowu spojrzał na stronę w książce. - Hektor de Silva Ale matka nazywała 

go Jesse. 

Kiedy  podniósł  wzrok, coś musiało  go zastanowić w wyrazie mojej  twarzy, bo odezwał 

się cicho: 

- To nasz duch? 
- Tak - odparłam równie cicho. - To jest nasz duch. 

background image

19 

 
Chwilę  później  zadzwonił  telefon.  Przyćmiony  wrzasnął  z  dołu,  że  to  do  mnie. 

Podniosłam słuchawkę i usłyszałam piskliwy głos Cee Cee. 

-  Pani  wiceprzewodnicząca  -  powiedziała.  - Czy  pani  wiceprzewodnicząca chciałaby coś 

powiedzieć prasie? 

Ja na to: 
- Nie. Dlaczego nazywasz mnie wiceprzewodniczącą? 
- Ponieważ wygrałaś wybory. - W tle usłyszałam, jak Adam krzyczy: 
- Moje gratulacje! 
- Jakie wybory? - zapytałam oszołomiona. 
- Na wiceprzewodniczącego! - W głosie Cee Cee brzmiała irytacja. - Rany! 
- Jak mogłam je wygrać? - powiedziałam. - Przecież mnie tam nie było. 
- Nic nie szkodzi. I tak zdobyłaś dwie trzecie głosów drugiego rocznika. 
-  Dwie  trzecie?  -  Przyznaję,  byłam  w  szoku.  -  Ależ,  Cee  Cee,  dlaczego  ludzie  na  mnie 

głosowali? Nawet mnie nie znają. Jestem nowa. 

Cee Cee na to: 
- Cóż ci mogę powiedzieć? Emanujesz pewnością siebie urodzonej przywódczyni. 
- Ale... 
-  I  pewnie  nie  jest  bez  znaczenia,  że  pochodzisz  z  Nowego  Jorku,  ludzie  tutaj  są 

zafascynowani wszystkim, co pochodzi z Nowego Jorku. 

- Ale... 
- A poza tym, mówisz naprawdę szybko. 
- Tak? 
-  Owszem.  A  to  sprawia,  że  wydajesz  się  inteligentna.  To  znaczy,  uważam,  że  jesteś 

inteligentna,  ale  także  robisz  takie  wrażenie,  bo  szybko  mówisz.  I  ubierasz  się  na  czarno,  a 
czarny jest, no, wiesz, kultowy. 

- Ale... 
- Och, no i to, że uratowałaś Bryce'a przed tą spadającą belką. Ludziom to się podoba. 
Dwie  trzecie  rocznika  drugich  klas  głosowałoby  zapewne  na  zajączka  wielkanocnego, 

gdyby ktoś go skłonił do ubiegania się o to stanowisko. Nie powiedziałam jednak niczego w 
tym stylu. Zamiast tego stwierdziłam: 

- Cóż. A to dobre. 
-  Dobre?  -  powtórzyła  zdumiona  Cee  Cee.  -  Dobre?  To  wszystko,  co  masz  do 

powiedzenia,  „dobre”?  Czy  zdajesz  sobie  sprawę  z  tego,  jak  świetnie  będziemy  się  bawili 
teraz,  kiedy  udało  nam  się  dobrać  do  tej  całej  kasy?  Jakie  fantastyczne  rzeczy  będziemy  w 
stanie robić? 

- No, to... świetnie. 
-  Świetnie?  Suze,  to  niesamowite!  Będziemy  mieli  niesamowity,  niesamowity  semestr! 

Taka jestem z ciebie dumna! I pomyśleć, że to przewidziałam! 

Rozłączyłam się, mając  poczucie, że zdarzyło  się coś niezwykłego. Nie  co dzień zdarza 

się, żeby wybrano kogoś na wiceprzewodniczącego klasy w sytuacji, gdy ta osoba chodzi do 
tej klasy krócej niż tydzień. 

Nie  zdołałam  dobrze  odłożyć  słuchawki,  gdy  telefon  znowu  zadzwonił.  Tym  razem 

odezwał  się  dziewczęcy  głos,  którego  nie  rozpoznałam,  a  który  prosił  o  rozmowę  z  Suze 
Simon. 

- To ja - powiedziałam i Kelly Prescott wrzasnęła mi do ucha: 
- O mój Boże! Słyszałaś? Nie jesteś podniecona? Ale będziemy mieli zajebisty rok. 
„Zajebisty”. W porządku. 
- Z przyjemnością podejmę współpracę z tobą - powiedziałam spokojnie. 

background image

-  Posłuchaj  -  odezwała  się  Kelly,  przechodząc  nagle  na  ton  negocjacji  biznesowych.  - 

Musimy się spotkać i wybrać muzykę. 

- Muzykę do czego? 
- Na tańce, oczywiście. - Dobiegł mnie szelest kartek jej terminarza. - Załatwiłam didżeja. 

Przysłał mi listę i mamy wybrać piosenki. Jak, na przykład, jutro wieczorem? A poza tym, co 
się z tobą dzieje? Nie było cię dzisiaj w szkole. Nie zarażasz chyba, co? 

-  Eee,  nie.  Posłuchaj,  Kelly,  co  do  tych  tańców...  Nie  wiem.  Pomyślałam,  że  byłoby 

zabawniej wydać pieniądze na coś takiego, jak. .. no, na przykład, piknik na plaży. 

Powtórzyła beznamiętnym tonem: 
- Piknik na plaży. 
-  Taak.  Do  tego  siatkówka,  ognisko  i  takie  rzeczy.  -  Owinęłam  sobie  sznur  telefoniczny 

wokół palca. - Po tym, jak uczcimy pamięć Heather, oczywiście. 

- Co takiego? 
-  Uroczystość  żałobna.  Widzisz,  domyślam  się,  że  wynajęłaś  już  salę  w  Carmel  Inn  na 

tańce,  prawda?  Ale  zamiast  tańców,  moglibyśmy  wyprawić  Heather  uroczystość  żałobną. 
Wiesz, sądzę, że to by jej odpowiadało. 

Ton głosu Kelly nie wyrażał żadnych uczuć. 
- Nawet jej nie znałaś. 
-  Cóż,  to  prawda.  Ale  wydaje  mi  się,  że  wiem,  jakiego  typu  osobą  była.  I  sądzę,  że 

uroczystość żałobna w Carmel Inn to jest dokładnie to, czego by sobie życzyła. 

Kelly milczała przez minutę. Cóż, owszem, przyszło mi do głowy, że może nie podobają 

jej  się  moje  sugestie.  Jestem  w  końcu  wiceprzewodniczącą.  A  nie  sądzę,  żeby  dało  jej  się 
zdjąć mnie ze stanowiska, chyba że wyrzucono by mnie ze szkoły. 

- Kelly? - Ponieważ nie odpowiedziała, ciągnęłam: - Słuchaj, Kelly, nie przejmuj się tym 

teraz. Porozmawiamy. Aha, a co do tego party w sobotę. Mam nadzieję, że nie będziesz miała 
nic przeciwko temu, że zaprosiłam Cee Cee i Adama. Wiesz, to dziwne, ale oni twierdzą, że 
nie  zostali  zaproszeni.  Ale  w  tak  małej  klasie  jak  nasza,  to  naprawdę  nie  w  porządku  nie 
zaprosić  wszystkich,  rozumiesz,  o  co  mi  chodzi?  Ludzie,  których  się  nie  zaprasza,  mogą 
pomyśleć,  że  się  ich  nie  lubi.  Jestem  pewna,  że  w  wypadku  Cee  Cee  i  Adama  po  prostu 
zapomniałaś, prawda? 

- Czy ty jesteś chora na głowę?  
Nie zniżyłam się do odpowiedzi. 
- Do zobaczenia jutro - rzuciłam jedynie. 
Parę  minut  później  telefon  zadzwonił  jeszcze  raz.  Odebrałam,  gdyż  jak  się  wydawało, 

jestem rozchwytywana. Nie pomyliłam się. Dzwonił ojciec Dominik. 

- Susannah - odezwał się swoim przyjemnie głębokim głosem - mam nadzieję, że nie masz 

mi za złe, że cię niepokoję w domu. Dzwonię, żeby ci pogratulować wygranej w wyborach... 

- Proszę się nie martwić, ojcze Dominiku. Nikt nie słucha na drugiej linii. To tylko ja. 
-  Co  ty  sobie  wyobrażasz?  -  powiedział  zupełnie  innym  tonem.  -  Przyrzekłaś  mi! 

Przyrzekłaś, że nie pójdziesz do szkoły sama! 

- Przepraszam, ale groziła, że skrzywdzi Dawida, więc... 
-  Nie  obchodzi  mnie  to,  choćby  groziła  twojej  matce,  młoda  damo.  Następnym  razem 

masz  na  mnie  czekać.  Rozumiesz?  Nigdy  więcej  nie  wolno  ci  próbować  czegoś  tak 
ryzykownego jak egzorcyzmy bez żadnej pomocy! 

- Cóż, dobrze. Miałam jednak nadzieję, że nie będzie następnego razu. 
-  Nie  będzie  następnego  razu?  Jesteś  niemądra!  Jesteśmy  mediatorami,  pamiętaj  o  tym. 

Dopóki istnieją duchy, będzie dla nas następny raz, młoda damo, i radzę o tym nie zapominać. 

Jakbym  naprawdę  mogła  zapomnieć.  Wystarczyło  rozejrzeć  się  po  pokoju  w  dowolnej 

porze  dnia  i  oto  pojawiała  się  moja  chusteczka  z  zawiązanym  rogiem,  czyli  zamordowany 
kowboj. 

background image

Nie widziałam jednak potrzeby informowania o tym ojca Dominika. Powiedziałam tylko: 
- Przykro mi z powodu dachu. Biedne ptaki. 
-  Pal  sześć  moje  ptaki.  Nic  ci  się  nie  stało  i  tylko  to  się  liczy.  Kiedy  wyjdę  ze  szpitala, 

usiądziemy  sobie  razem,  Susannah,  i  odbędziemy  długą  pogawędkę  na  temat  właściwych 
technik  mediacji.  Nie  podoba  mi  się  ten  twój  obyczaj  wkraczania  na  scenę  i  nokautowania 
nieszczęsnych dusz, kiedy się tego najmniej spodziewają. 

Roześmiałam się. 
- Dobrze. Przypuszczam, że dokuczają księdzu żebra?  
Odpowiedział łagodniejszym tonem: 
- Owszem, trochę. Skąd wiesz? 
- Bo jest ksiądz taki miły. 
-  Przepraszam.  -  Po  głosie  poznałam,  że  mówił  poważnie.  -  Ja...  tak,  rzeczywiście 

odczuwam bóle w żebrach. Och, Susannah. Słyszałaś nowiny? 

- Które? To, że wybrano mnie na wiceprzewodniczącą klasy, czy to, że rozwaliłam szkołę 

wczoraj w nocy? 

- Nic z tego. U Louisa Stevensona zwolniło się jedno miejsce dla Bryce'a. Przeniesie się 

tam, jak tylko będzie w stanie chodzić. 

- Ale... - To żałosne, wiem, ale poczułam się skonsternowana. - Ale Heather odeszła. Nie 

musi się przenosić. 

- Heather mogła odejść - powiedział łagodnym tonem ojciec Dominik - ale jej pamięć trwa 

wśród tych, których... dotknęła jej śmierć. Nie możesz chyba mieć do chłopaka pretensji o to, 
że chce zacząć od nowa w innej szkole, gdzie nikt nie będzie szeptał za jego plecami? 

Ja na to, bez specjalnego entuzjazmu, myśląc o miękkich jasnych włosach Bryce'a: 
- Pewnie nie. 
-  Podobno  do  poniedziałku  dojdę  do  siebie  na  tyle,  że  będę  mógł  wrócić  do  pracy.  Czy 

możemy się spotkać w moim gabinecie? 

-  Pewnie  tak  -  odparłam  z  równym  zapałem  co  poprzednio.  Ojciec  Dominik  zdawał  się 

tego nie zauważać. 

- Do zobaczenia zatem - powiedział. Zanim odłożyłam słuchawkę, usłyszałam jeszcze, jak 

mówi: - Och, Susannah. Postaraj się w międzyczasie nie rozwalić tego, co zostało ze szkoły. 

- Ha, ha - mruknęłam i rozłączyłam się. 
Siedząc  na  ławie  przy  oknie,  oparłam  podbródek  na  kolanach  i  zapatrzyłam  się  na 

krzywiznę zatoki po drugiej stronie doliny. Słońce zachodziło powoli. Mój pokój opromieniło 
złoto  -  czerwone  światło,  a  niebo  wokół  słońca wydawało  się  pasiaste.  Kolorowe  chmury  - 
niebieskie,  fioletowe,  czerwone  i  pomarańczowe  -  wyglądały  jak  wstążki,  które  widziałam 
kiedyś powiewające na majowym palu podczas renesansowego jarmarku. Przez otwarte okno 
wpadał  zapach  morza.  Nadmorska  bryza  niosła  wysoko  na  wzgórza,  tam,  gdzie  siedziałam, 
słony aromat. 

Zastanawiałam  się, czy  Jesse też tak siedział w oknie, wdychając zapach oceanu, zanim 

umarł.  Zanim,  czego  byłam  pewna,  kochanek  Marii  de  Silvy,  Felix  Diego,  zakradł  się  do 
pokoju i zabił go. 

Jakby czytając w moich myślach, Jesse zmaterializował się o kilka kroków ode mnie. 
-  Rany!  -  zawołałam,  przyciskając  rękę  do  serca,  które  biło  tak  mocno,  że  bałam  się,  że 

eksploduje. - Czy ty musisz to robić? 

Opierał się nonszalancko o słupek przy moim łóżku. 
- Przykro mi - powiedział. Ale widać było, że to nieprawda. 
-  Słuchaj,  jeśli  mamy,  w  pewnym  sensie,  mieszkać  razem,  musimy  wypracować  pewne 

zasady. A zgodnie z zasadą numer jeden nie możesz mnie w ten sposób zaskakiwać. 

- A jak mam dawać znać o swojej obecności? - zapytał Jesse ze śmiejącymi się oczami. 
- Nie wiem. Czy mógłbyś, na przykład, brzęczeć łańcuchami? 

background image

Pokręcił głową. 
- Nie sądzę. Jaka byłaby zasada numer dwa? 
- Zasada numer dwa... - Głos mi zamarł, kiedy tak na niego patrzyłam. To nie w porządku. 

Naprawdę nie. Zmarli faceci nie powinni być tacy przystojniak Jesse, którego twarz opromie-
niało w tej chwili zachodzące słońce, uwydatniając jej regularne rysy... 

Uniósł brew, tę z blizną. 
- Coś nie tak, querida ? - zapytał. 
Popatrzyłam na niego uważnie. Było jasne, że nie zdaje sobie sprawy, że wszystko wiem. 

Chciałam go o to zapytać, ale właściwie nie chciałam się niczego dowiadywać. Coś trzymało 
Jessego  na  tym  świecie,  nie  dając  mu  przejść  do  tego,  do  którego  należał,  a  to  coś,  jak 
przeczuwałam,  wiązało  się  bezpośrednio  ze  sposobem,  w  jaki  umarł.  Ponieważ  jednak 
wyraźnie nie zależało mu na tym, żeby o tym dyskutować, uznałam, iż to nie mój interes. 

Coś  takiego  zdarzyło  mi  się  po  raz  pierwszy.  Zazwyczaj  nie  mogłam  opędzić  się  od 

duchów, które domagały się mojej pomocy. Ale nie Jesse. 

Przynajmniej na razie. 
- Pozwól, że cię o coś zapytam - odezwał się Jesse tak niespodziewanie, że przez chwilę 

myślałam, że czyta w moich myślach. 

- O co? - zapytałam ostrożnie, odrzucając magazyn i wstając. 
-  Zeszłej  nocy,  kiedy  ostrzegłaś  mnie  przed  pójściem  do  szkoły,  ponieważ  zamierzałaś 

odprawić egzorcyzmy... 

Otworzyłam szeroko oczy. 
- Tak? 
- Dlaczego mnie ostrzegłaś?  
Roześmiałam się z ulgą. Tylko o to mu chodzi? 
- Ostrzegłam cię, bo gdybyś się tam zjawił, wessałoby cię do innego świata jak Heather. 
-  Ale  czy  to  nie  byłby  doskonały  sposób,  żeby  się  mnie  pozbyć?  Miałabyś  pokój  dla 

siebie, dokładnie tak, jak sobie życzysz. 

Popatrzyłam na niego przerażona. 
- Ale to byłoby... to byłoby nieuczciwe!  
Uśmiechnął się. 
- Rozumiem. Wbrew zasadom? 
- Owszem - odparłam. - Pewnie, że tak. 
-  A  więc  ostrzegłaś  mnie...  -  zrobił  krok  w  moją  stronę  -  ...ponieważ  odrobinę  mnie 

polubiłaś? 

Poczułam ze zgrozą, że się czerwienię. 
-  Nie.  Nic  podobnego.  Próbuję  po  prostu  postępować  zgodnie  z  zasadami.  Które  ty 

złamałeś, nawiasem mówiąc, budząc Dawida. 

Jesse podszedł o krok bliżej. 
-  Musiałem.  Powiedziałaś,  że  nie  mogę  sam  przyjść  do  szkoły.  Jaki  miałem  wybór? 

Gdybym nie wysłał ci brata na pomoc - stwierdził - byłabyś w tej chwili odrobinę nieżywa. 

Zdawałam sobie, niestety, sprawę, że ma rację.  Nie miałam jednak zamiaru przyznawać 

mu tego. 

- A skąd. Panowałam nad wszystkim. Ja... 
- Nad niczym nie panowałaś - zaśmiał się Jesse. - Wpakowałaś się tam bez żadnego planu, 

bez jakiegokolwiek... 

-  Miałam  plan.  -  Zrobiłam  jeden  zamaszysty  krok  w  jego  stronę  i  nagle  stanęliśmy 

praktycznie nos w nos. - Kim ty jesteś, żeby twierdzić, że nie miałam planu? Robię to od lat, 
rozumiesz? Od lat. I nigdy nie potrzebowałam pomocy. Od nikogo. A na pewno nie od kogoś 
takiego jak ty. 

Przestał się nagle uśmiechać. Na jego twarzy malowała się wściekłość. 

background image

- Takiego jak ja? Jak ty mnie nazwałaś? Od kowboja? 
- Nie. Od kogoś, kto jest martwy.  
Jesse drgnął, jakbym go uderzyła. 
-  Ustalmy,  że  zgodnie  z  zasadą  numer  dwa  ty  się  nie  wtrącasz  w  moje  sprawy,  a  ja  w 

twoje - powiedziałam. 

- Świetnie - odparł Jesse krótko. 
- Świetnie - powtórzyłam. - I dziękuję.  
Nadal był wściekły. Zapytał nadąsanym głosem: 
- Za co? 
- Za uratowanie mi życia. 
Gniew natychmiast zniknął z jego twarzy. Przestał marszczyć brwi. 
A potem wyciągnął ręce i położył je na moich ramionach. 
Gdyby wbił we mnie widelec, chyba nie byłabym taka zdumiona. Przyzwyczaiłam się do 

radzenia sobie z duchami za pomocą pięści, ale nie przyzwyczaiłam się do tego, że patrzą na 
mnie tak, jakby... jakby... 

Cóż, jakby chciały mnie pocałować. 
Zanim jednak zdążyłam  zastanowić się, co dalej  - zamknąć oczy i  poddać się jego woli 

czy  też  powołać  na  zasadę  numer  trzy:  żadnego  dotykania  -  z  dołu  rozległ  się  głos  mojej 
mamy. 

- Susannah? - zawołała. - Suzie! Jestem w domu.  
Spojrzałam  na  Jessego.  Zdjął  ręce  z  moich  ramion.  Chwilę  później  mama  otworzyła 

drzwi, a Jesse zniknął. 

- Suzie - powiedziała. Podeszła bliżej i objęła mnie. - Jak się masz? Mam nadzieję, że nie 

jesteś zła, że pozwoliliśmy ci spać. Wydawałaś się taka zmęczona. 

- Nie. - Nadal czułam się lekko oszołomiona tym, co zaszło między mną a Jessem.  - Nie 

jestem zła. 

-  Przypuszczam,  że  to  wszystko  w  końcu  cię  zmogło.  Spodziewałam  się,  że  to  nastąpi. 

Czy dobrze ci tu było z Andym? Mówił, że zrobił ci lunch. 

- Zrobił świetny lunch - stwierdziłam automatycznie. 
- Słyszałam też, że Dawid przyniósł ci pracę domową. - Puściła mnie i podeszła do okna. - 

Myśleliśmy, żeby zrobić spaghetti na obiad. Co ty na to? 

- Brzmi dobrze. - Zauważyłam, że mama wygląda przez okno. A potem stwierdziłam, że 

nie pamiętam, kiedy moja mama wyglądała tak... cóż, pogodnie. 

Może to dlatego, że odkąd przeprowadziłyśmy się na zachód, przestała pić kawę. 
Bardziej prawdopodobne jednak, że to miłość. 
- Na co patrzysz, mamo? - zapytałam. 
-  Och,  na  nic  takiego,  kochanie  -  powiedziała  z lekkim  uśmiechem.  -  Na  zachód  słońca. 

Jest taki piękny. - Odwróciła się, żeby objąć mnie ramieniem i stałyśmy tak razem, patrząc, 
jak  słońce  zanurza  się  w  Pacyfiku  w  płomieniach  czerwieni,  fioletów  i  złota.  -  W  Nowym 
Jorku z pewnością nie mogłabyś oglądać takiego zachodu słońca - westchnęła. - Prawda? 

- Nie. Z pewnością nie. 
- A więc - powiedziała mama, obejmując mnie mocniej. - Co o tym myślisz? Sądzisz, że 

powinnyśmy trochę tu zostać? 

Żartowała, oczywiście. Ale nie do końca. 
- Pewnie - stwierdziłam. - Zostańmy. 
Uśmiechnęła się do mnie, a potem znowu popatrzyła na słońce. Jaskrawa pomarańczowa 

kula znikała za horyzontem. 

- „Oto zachodzi słońce” - zanuciła mama. 
- „I tak jest dobrze” - dokończyłam. 
 

background image

Podziękowania dla AScarlett za skan