background image

ANNE McCAFFREY

LOT PEGAZA

 

(Przełożyła: Lucyna Targosz)

REBIS

1995

background image

Byli na wielkiej uczcie języków i skradli okrawki.

William Shakespeare

background image

PROLOG

U schyłku dwudziestego wieku, kiedy to coraz intensywniej badano kosmos, miał 

miejsce   znamienny   przełom   w   odkrywaniu   i   dokumentowaniu   przypadków   percepcji 

pozazmysłowej,   czyli   tak   zwanych   paranormalnych,   psionicznych   uzdolnień.   Na 

jerhattańskim   oddziale   intensywnej   opieki   medycznej   zastosowano   Goosegg   do 

monitorowania pewnego przypadku urazu czaszki - i niechcący odkryto nowe zastosowanie 

owego przyrządu (Goosegg to niezmiernie czuły elektroencefalograf, skonstruowany po to, 

by  badać  fale  mózgowe  astronautów,  którzy  uskarżali  się  niekiedy  na „jaskrawe  błyski”, 

uznawane   za   efekt   zaburzeń   pracy   mózgu   lub   siatkówki).   Owym   pacjentem   był   Henry 

Darrow, samozwańczy jasnowidz, o zadziwiająco wysokim odsetku „prawidłowych trafień”. 

Goosegg zapisywał fale mózgowe Darrowa i przy okazji zarejestrował osobliwe wyładowanie 

elektryczne,   towarzyszące   epizodowi   jasnowidzenia.   Tak   oto   po   raz   pierwszy   uzyskano 

naukowe potwierdzenie percepcji pozazmysłowej.

Henry Darrow powrócił do zdrowia i ufundował pierwszy w Jerhattanie Ośrodek dla 

Parapsychików oraz sformułował etyczne i moralne zasady, które miały określić powinności 

osób obdarzonych udokumentowanymi talentami psionicznymi i zarazem zagwarantować im 

pewne   przywileje   w   społeczności   nastawionej   sceptycznie   lub   wręcz   wrogo   do   takich 

uzdolnień.

Percepcja pozazmysłowa - czyli Talent, jak ją zaczęto nazywać - przybierała rozmaite 

formy i zakresy. Najpowszechniejsza była zwykła  telepatia o krótkim zasięgu; ów Talent 

ujawniał   się   po   usunięciu   psychicznych   zahamowań.   Istnieli   również   „jednokierunkowi” 

telepaci: niektórzy z nich mogli tylko odbierać myśli, a inni - tylko nadawać. Niektórzy ludzie 

byli   empatami   -   wyczuwali   emocje   i   reagowali   na   nie,   czasami   zupełnie   nieświadomie. 

Telepaci potrafili wyczuć bardziej ekstremalne lub występujące w większej odległości emocje 

i odpowiedzieć na nic; niektórzy z nich mogli stłumić negatywne a wzmocnić pozytywne aury 

- takie talenty były niezastąpione w kontrolowaniu zgromadzeń, bo zapobiegały przemianie 

tłumu w bezmyślną tłuszczę. Jednak najcenniejsi byli tacy telepaci, którzy potrafili odbierać i 

przesyłać myśli, „rozmawiać” z umysłami innych, rozsianych po całym świecie.

Równie cenni byli telekinetycy - Talenty potrafiące manipulować przedmiotami za 

pomocą energii myśli; jedni z nich mogli pracować na największych obiektach, inni - na 

mikroskopijnych.

background image

Jasnowidze, czyli prekogsi, obdarzeni byli zdolnością widzenia przyszłych wydarzeń: 

tych najbliższych albo i odległych w czasie. Ich wizje często umożliwiały zmianę przyszłości 

i   zapobieganie   nieszczęściom.   Niektórzy   jasnowidze   mieli   specyficzne   predylekcje:   jedni 

wyczuwali zdarzenia związane z ogniem, wodą czy wiatrem; drudzy byli „ukierunkowani” na 

dzieci, akty przemocy, przestępcze zamierzenia.

„Poszukiwacze” także mieli swoje predylekcje - niektórzy z nich odnajdowali ludzi i 

zwierzęta, inni - przedmioty nieożywione; również i te uzdolnienia miały różną moc i zasięg.

Talenty   przybierały   rozmaite   formy,   przy   czym   jeszcze   nie   wszystkie   zostały 

rozpoznane. Specjalistyczne ośrodki, rozsiane po całym świecie, wciąż poszukiwały nowych 

Talentów, bo zapotrzebowanie było o wiele większe niż „podaż”. Uzdolnionych - ciągle zbyt 

nielicznych   -   czekało   intensywne   szkolenie,   a   uzyskiwane   rekompensaty   nie   zawsze 

wynagradzały trud i poświęcenie, jakich wymagano od Talentów.

Pomimo to wielu marzyło o tym, by się stać uznanym Talentem - lecz było to dane 

tylko nielicznym.

background image

1

Tirla, jak zwykle, wychyliła się z bocznej uliczki i zerknęła w główną aleję liniowca 

G. Dziewczynka cofnęła się natychmiast i przywarła chudym, dwunastoletnim ciałkiem do 

ściany   z   płyt   plastykowych.   Wszędzie   roiło   się   od   pracowników   Urzędu   Zdrowia 

Publicznego; otaczali poranny tłum krzepkich robotników, studiujących tablicę ogłoszeń w 

poszukiwaniu pracy na dziś; kłębili się wokół matek prowadzących upośledzone dzieciaki do 

ośrodków Rehabu; zaganiali legalne dzieci idące do siłowni.

Dziewczynka ostrożnie zerknęła jeszcze raz, żeby zobaczyć, co też ci z UZP ustawiali 

na swoich stolikach: jakieś fiolki i duże butle ze sprężonym powietrzem do hyposprayów. 

Tirla cofnęła się; to, co ujrzała, wskazywało na kolejne masowe szczepienia. To dziwne, bo 

nie   słyszała   o   żadnej   nowej   zarazie.   Należy   im   oddać   sprawiedliwość:   pracownicy  UZP 

zapobiegali nieszczęściu, zanim jeszcze się ono ujawniło!

Tirla pospiesznie przejrzała w myślach swój prywatny spis matek nielegalnych dzieci, 

które powinna o tym powiadomić: najpierw te, które jej płaciły, aby je ostrzegała, że mają 

schować   dzieciaki;   potem   te,   które   mogłyby   zapłacić   za   skradzione   fiolki   z   dzisiejszą 

szczepionką. Liczyła na palcach: na pewno Elpidia, Pilau, Bilala; no i spyta Mamę Bobczik, 

czy nie ma jakichś noworodków, bo one potrzebują szczepienia; i jeszcze Zawieta, Ariesan i 

Cyoto. A, i dla siebie też, cokolwiek by to było; może się jej uda zwędzić pudełko, zależy, jak 

ten dzisiejszy towar jest popakowany. Wszystko od tego zależy. Mirda Khan - tak, lepiej 

powie tej starej zołzie, zaraz gdy ostrzeże Mamę.

Potem trzeba się przebrać w czyste ciuchy; myła się, ale łaszki miały już pięć dni, a 

wyglądały na osiem. Ci z UZP mieli oko na takie detale. Od Mamy Bobczik zawsze można 

wydębić świeże ciuchy, zwłaszcza jeśli Tirla jej pierwszej doniesie, co się dzieje. To może 

być   całkiem   niezły   dzionek,   pomyślała   dziewczynka   w   nagłym   przypływie   optymizmu   i 

ruszyła uliczką ku awaryjnym schodkom, ku mecie Mamy Bobczik.

Większość   swego   dwunastoletniego   życia   Tirla   przetrwała   całkiem   nielegalnie, 

pasożytując na tej wieloetnicznej, trzydziestopiętrowej wspólnocie. Nie mogła sobie pozwolić 

na przeoczenie czegokolwiek - na przykład dzisiejszej nieoczekiwanej obławy UZP - bo tylko 

w   ten   sposób   była   w   stanie   uniknąć   surowych   kontroli,   podstępnych   zasadzek   i   małych 

pułapek pomysłowo zastawianych przez Radę Administracyjną Kompleksu Jerhattan i przez 

background image

Organizację Prawa i Porządku; za pomocą takich podstępnych działań chciano identyfikować 

i kontrolować każdą osobę z niesfornej społeczności liniowców.

Narody może i zanikały, ale grupy etniczne na pewno nie, więc choć każdy potrafił się 

porozumieć w basiku, to mieszkalne liniowce były wielojęzyczne. I na tym właśnie opierała 

się Tirla.

Nie istniał żaden oficjalny ślad narodzin Tirli - a przecież była piątym dzieckiem 

Dikki; legalne było tylko pierwsze - Kail. (Oni sterylizowali kobietę, która urodziła drugie 

dziecko.  Więc   Firza,   Lenny,  Ahmed   i  Tirla   przyszli   na   świat   w  mieszkanku   Dikki;   przy 

porodzie pomagała Mama Bobczik, która co rok - dopóki jej łono nie wyschło - wydawała na 

świat nielegalne dziecko). Kail był legalny, dopóki go Dikka nie sprzedała, gdy miał dziesięć 

lat. Firza korzystała z bransolety ID brata, póki matka korzystnie nie rozporządziła córką. W 

następnym roku Dikka, Lenny i Ahmed zmarli na zarazę (takie epidemie wybuchały co jakiś 

czas i dziesiątkowały mieszkańców liniowców).

Tirla odziedziczyła dwie bransolety ID, bo w pośpiechu i zamieszaniu nie odnotowano 

oficjalnie   śmierci   Dikki.   Samodzielnej   i   zaradnej   dziewczynce   udało   się   zatrzymać 

mieszkanko matki i odbierać dwa przydziały, dopóki nie wykreślono ID Dikki, która nie 

stawiła się na kontrolne badania medyczne.

Tirla świetnie się orientowała w prawach regulujących życie jej społeczności, więc nie 

dała się zaskoczyć. Znała na pamięć warunki najmu, paragrafy i podpunkty, toteż bez trudu 

wyliczyła termin anulowania umowy. Dwa dni wcześniej wyniosła swój skromny dobytek - 

grzałkę, najlepszy śpiwór, magnetofon i błyskotki, jakie Dikka czasem dostawała od swoich 

facetów.   Dziewczynce   bardzo   brakowało   całonocnych   programów   informacyjnych   Tri-D. 

Wielkie publiczne Tri-D kończyło nadawanie o północy. Bystry, lotny, logiczny umysł Tirli 

rejestrował wszystko, co widziała lub słyszała. Ponieważ miała ID Kaila, udało jej się otrzeć o 

szkołę. Jeden z facetów Dikki mawiał, że należy poznać prawa, zanim się je zacznie łamać.

Nowa kwatera dziewczynki znajdowała się pięć poziomów poniżej głównej alei, w 

sekcji zasilania liniowca G, tuż obok będącej pod napięciem kraty, która zagradzała dostęp do 

maszynowni. Potężne przewody, zanim wygięły się i ruszyły w górę wewnętrznej ściany, 

tworzyły tu szeroką platformę; tylko drobna i zwinna osóbka mogła się dostać do owego 

orlego gniazda. Tirla podłączyła grzałkę i magnetofon do biegnących nad głową kabli - była 

pewna, że nikt nie zauważy tak niewielkiego zużycia prądu.

Dziewczynka kierowała się specyficznymi zasadami moralnymi, typowymi dla ludzi 

żyjących na własny rachunek. Wiedziała, kiedy należy być przymilną, a kiedy trzeba się 

postawić. Wiedziała, jaką grzeczność komu wyświadczyć i nigdy o tym nie zapominała. Ci, 

background image

którzy znali Tirlę, dobrze się orientowali, że była „nielegalna”. Nikt jednak nie doniósł o jej 

bezprawnej egzystencji, bo dziewczynka była bardzo użyteczna dla mieszkańców liniowca G, 

no a poza tym i tak oficjalnie nie istniała.

Tirla nigdy nie opowiadała o „sprawach”, które załatwiała. Często dostawała za nie 

„wolne”   żetony   kredytowe.   Żetony   takie,   płatne   na   okaziciela,   były   legalnym   środkiem 

płatniczym; nie można było kontrolować ich obiegu i wciąż przechodziły z rąk do rąk. Skarb 

Jerhattanu oraz wszystkie banki i domy handlowe zgodnie ignorowały krążenie niewielkich 

ilości   owych   „wolniaków”,   tak   jak   ignorowały   pomniejszych   kupczyków,   dopóki   ci   nie 

sprawiali kłopotów i handlowali nieszkodliwym towarem.

Bransoleta   Kaila   jeszcze   przez   dwa   lata   zapewniała   młodszej   siostrze   dzienne 

wyżywienie, tygodniowy przydział ubrania i inne ułatwienia - potem „Kail” nie stawił się w 

Centrum   Ewaluagi,   choć   miał   na   to   trzy   tygodnie   po   swoich   szesnastych   urodzinach. 

Wykreślenie brata z oficjalnych rejestrów nie przysporzyło Tirli żadnych kłopotów - była już 

dobrze ustawiona, a klienci i szefowie gangów w okolicznych kompleksach przemysłowych 

prawie nie mogli się bez niej obejść. Potrafiła tłumaczyć na każdy z blisko dziewięćdziesięciu 

dialektów i języków, dzięki czemu klienci unikali nieporozumień i nie musieli spędzać całych 

godzin w oficjalnych ośrodkach tłumaczeń.

Trzydzieści   masywnych   poziomów   liniowca   G   górowało   nad   przysadzistymi, 

pozbawionymi   wyrazu   bryłami   ośrodków   handlowych   F   i   H,   w   których   pracowali 

mieszkańcy liniowców E, G oraz I. Pewnego wolnego dnia Tirla (miała wtedy jeszcze ID 

brata) poszła z Mamą Bobczik na Great Palisades Promenade; kłębiły się tam wielotysięczne 

tłumy  ludzi,  którzy przyszli,  żeby  radować  się pięknym   wiosennym  dniem,  popatrzeć  na 

wspaniałe   place,   tarasy   i   olbrzymie   stożkowate   kompleksy   Manhattan   Island   oraz   żeby 

pozachwycać się jednoszynowymi pojazdami, które - duże i mniejsze - śmigały po torach 

oplatających   budowle   lśniącymi,   kolorowymi   nitkami.  Wtedy   to   po   raz   pierwszy   ujrzała 

pływające po wodzie okręty i wielkie powietrzne statki wycieczkowe. Wydawano wówczas 

świąteczną żywność, o całe niebo lepszą niż zwykłe codzienne racje. Burył, syn Mamy, miał 

specjalny klucz, którym otwierał dozowniki; solidnie się najedli, zanim włączył się alarm. Dla 

Tirli był to cudowny dzień. Nawet nie podejrzewała, że świat jest taki wielki

Owego pamiętnego dnia Burył opowiedział dziewczynce o kosmicznych platformach - 

właśnie je budowano i potrzeba było do tego mnóstwa robotników. Kiedy już będą gotowe, to 

wszyscy dostatecznie bogaci i mający „właściwe pochodzenie” mieszkańcy Manhattanu będą 

mogli przenieść się w przestrzeń i znaleźć sobie inne światy do zasiedlenia. A wtedy te piękne 

budowle   opustoszeją   i   ci,   którzy   teraz   gniotą   się   w   klitkach   liniowców,   zyskają   wielkie 

background image

apartamenty z sypialnią dla każdego członka rodziny, nie będzie już UZP i OPP i nikt więcej 

nie wysterylizuje żadnego mężczyzny i żadnej kobiety, bo to tylko hańbi ludzkość.

Tirla zaskrobała do drzwi Mamy Bobczik; usłyszała, jak stara kobieta, sapiąc i jęcząc, 

dźwiga się z legowiska.

Kto stuczitsia? Pieriestantie udariatsia. Ochchch, kak bolit gołowa!

Dziewczynka   uśmiechnęła   się.   O,   Mama   znowu   ma   kaca   po   wódce   pędzonej   z 

kartofli, które ona, Tirla, dla niej ściągnęła. Łatwo będzie coś wyłudzić.

- To ja, Tirla. UZP jest już w alei.

Boże moj! Eto tak? Czyżbym się jeszcze nie dość nacierpiała?

Ale drzwi uchyliły się na tyle, że Tirla zdołała się wśliznąć do środka.

- Co mówiłaś? Znowu UZP? Tak prędko? I czegóż chcą?

- Wygląda to na jakieś nowe szczepienie. Łapią każdego: roboli, studentów, matki z 

upośledzonymi dzieciakami.

-   Ach,   musimy   się   pospieszyć.   Elpidia,   Zawieta...   -   i   Mama   Bobczik   zaczęła 

recytować   listę   nazwisk   swoich   położnic;   Tirla   szturchnęła   ją   w   ramię.   -  Nu,   zaczem 

bespokoisz mienia? Czego chcesz?

- Nie będę mogła pomóc, jeśli nie dostanę czystych ciuchów - odparła dziewczynka; 

dołożyła starań, żeby nędznie wyglądać i żeby jej głos zabrzmiał kompetentnie.

Burył zablokował otwór dystrybutora ubrań znajdującego się w mieszkaniu matki i 

dzięki temu mogli ich wyciągać więcej, niż im się należało. Chłopak miał całe mnóstwo 

„dojść”   tego   typu,   dopóki  Yassim   -   Tirla   na   samą   myśl   o   tym   człowieku   uczyniła   gest 

odczyniający   -   nie   zapłacił   Mamie   olbrzymiej   sumy.   Burył   nie   podzielił   zwykłego   losu 

nabytków Yassima, bo miał niezwykłą zdolność „blokowania” państwowego sprzętu; nie był 

to   jednak   Talent;   Mama   nie   pozwoliłaby,   żeby   go   poddano   testom   i   zabrano   od   niej   - 

wiedziała przecież, że „wolniaki”, jakie dostanie za syna, zapewnią jej spokojną starość.

Mama Bobczik zamrugała zaczerwienionymi i mętnymi oczami i spojrzała na drobną 

dziewczynkę.

Da, da prawo że! Racja!

Pogłaskała włosy Tirli i podeszła do dystrybutora ubrań; potężna sylwetka zasłoniła 

otwór dystrybutora i dziewczynka nie zdołała dostrzec, co Mama tam zrobiła. Stara kobieta 

odwróciła się, trzymała w ręce paczkę.

- Myłam się rano - oznajmiła Tirla i natychmiast wyskoczyła ze starego łaszka.

Musiała oczywiście zrolować rękawy i nogawki nowego stroju. Obcisnęła równiutko 

wyloty   wokół   nadgarstków   i   kostek,   ułożyła   rękawy   i   nogawki   tak,   żeby   całość   ładniej 

background image

wyglądała. Opasała się plecionym paskiem, który odziedziczyła po matce, nadmiar materiału 

sfałdowała na plecach.

- Teraz zawiadomię Mirdę Khan, oblecę ten poziom, a potem górę i dół. Chyba tylko 

na to starczy mi czasu. Przydałoby mi się ID. Zgarną mnie, jak zobaczą goły przegub.

Autentyczna,   ważna   bransoleta   ID   -   to   było   to,   czego  Tirla   pragnęła   najbardziej; 

miałaby wtedy legalne mieszkanie, mogłaby korzystać z Tri-D, jeść trzy razy dziennie, co 

tydzień dostawać nowy strój. Jej własne, najbardziej własne ID! Które nigdy nie należało do 

kogoś innego! Miałaby nawet dostęp do szkolnych programów - prawie żaden ze znanych jej 

dzieciaków nic interesował się nimi.

Dziewczynka popatrzyła na Mamę Bobczik; doskonale wiedziała, że musi mieć ID, 

skoro kłębi się tu tylu pracowników UZP. Mania udawała, że się namyśla, niech się mała 

trochę poniepokoi

Eto tak! Weźmiemy jedną dla UZP.

Zakołysała spódnicami - pulchne ciało Mamy nie zmieściłoby się w kombinezon - i 

odwróciła się tyłem. Tirla nasłuchiwała z całych sił, lecz nie wykryła, skąd Mama Bobczik 

wydostała owe bezcenne imitacje, wykombinowane, a jakżeby inaczej, przez Buryła. Były to 

„jednodniowe” ID: akceptował je co prawda przenośny czytnik - jak te, w których UZP 

gromadził   dane   zaszczepionych   -   ale   oszustwo   wychodziło   na   jaw,   kiedy   sprawdzano 

całodzienne spisy.

Mama Bobczik odwróciła się i pomachała cenną bransoletą ID.

-   Podzielisz   się   ze   mną   wpływami   za   ostrzeżenie.   Jak   zawsze   -   oznajmiła;  Tirla 

potwierdziła skinieniem głowy, wpatrzona w ID. - Jeśli zwędzisz sporo szczepionki, to dam ci 

trzydzieści procent jej wartości.

- Sześćdziesiąt. Przecież mogą mnie przymknąć - parsknęła dziewczynka.

-   No   to   czterdzieści.   W   końcu   dałam   ci   za   darmo   ID   i   wykosztowałam   się   na 

wtryskiwacz.

- Czterdzieści pięć!

Obie targujące się damy wpatrywały się uparcie w siebie; w końcu na szerokiej twarzy 

Mamy pojawił się uśmiech, wywołany nieustępliwością Tirli. Splunęła w dłoń i wyciągnęła ją 

ku dziewczynce, żeby ta przybiła na zgodę.

- Sprytna jesteś. A teraz szybko, pospiesz się.

Mała   wyśliznęła   się   przez   uchylone   drzwi   i   ruszyła   ostrzegać   innych.   Z   trudem 

zdążyła wykonać zadanie, zanim na poszczególnych poziomach zaroiło się od pracowników 

background image

UZP, sprawdzających ID mieszkańców każdego numeru i zaganiających ich na dół, do kolejki 

po hypospray.

Tirla wkrótce się dowiedziała, że to nie żadna zaraza, tylko zjadliwe choróbsko jelit, 

które zaczęło się w liniowcu B i zdziesiątkowało tamtejszych. Szczepiono wszystkich ludzi z 

liniowców - miało to powstrzymać plagę. Z głośników stale płynęły krótkie wyjaśnienia, 

nadawane we wszystkich językach używanych w liniowcu G; niektóre co bardziej nerwowe 

matki prosiły dziewczynkę, żeby im przetłumaczyła, o co chodzi.

- To po prostu jeszcze jedno zatrucie pokarmowe - zapewniała Tirla niedowiarków. - 

Znaleźli źródło, łupnęli im potężny mandat i odebrali licencję.

-   Hmmm!   -   odezwała   się   Mirda   Khan;   w   jej   ciemnych   oczach   błysnęło 

niedowierzanie. - I tak ją dostaną z powrotem, jak tylko wpłacą, gdzie trzeba, odpowiednią 

ilość forsy. Jak długo będzie działać ta szczepionka?

- Przez cały rok!

- Rok? Ale zrobili postępy!

Długa kolejka przesuwała się powoli Tirla i Mama Bobczik dotarły w końcu do UZP, 

przesunęły bransolety nad czytnikiem i dostały zastrzyk. Mama natychmiast udała, że jej 

słabo i oparła się ciężko o stolik. Podczas gdy kobieta z UZP zażegnywała ów kłopot. Tirla 

zsunęła całą tacę ampułek szczepionki do torby na zakupy, podstawionej przez Mirdę Khan 

(bo i ona ruszyła na pomoc Mamie).

Ochchch, kak bolit gołowa! - zajęczała słabym głosem Mama, przykładając do czoła 

pulchną dłoń; i nie było to całkiem udawane, przecież miała potężnego kaca.

-   Co   ona   mówi?   -   zainteresowała   się   pracowniczka   UZP,   wahając   się   pomiędzy 

irytacją   a   zatroskaniem;   w   poszczególnych   grupach   etnicznych   szczepionka   mogła 

wywoływać najdziwniejsze skutki uboczne.

- Głowa ją boli - odparła Tirla.

- To na pewno nie po tym zastrzyku! - zawyrokowała twardo urzędniczka. - Dalej! Nie 

blokujcie miejsca!

Mirda Khan i dziewczynka podpierały troskliwie Mamę Bobczik, która powolutku 

dreptała w stronę najbliższego bocznego przejścia. Jak tylko znalazły się w bezpiecznym 

miejscu, Mama natychmiast złapała torbę Mirdy i zajrzała do środka.

-   Cały   pojemniczek?   Cudownie,   Tirlo,   naprawdę   wspaniale.   To   więcej,   niż   się 

spodziewałam. Biegnij i powiedz im, żeby przychodziły, ale w małych grupkach. UZP już 

sprawdził nasze trzy poziomy, jest bezpiecznie.

background image

Dziewczynka ruszyła w trasę; po drodze próbowała swoją bransoletę ID na wszystkich 

dozownikach,   które   się   jej   nawinęły,   bez   względu   na   to,   co   wypluwały.   Każdą   zdobycz 

chowała pod sfałdowany na plecach kombinezon, w rękawach lub w nogawce. Obciążało ją to 

coraz bardziej i spowolniało, ale poradziła sobie.

Kiedy dzień się skończył, miała dość „wolniaków” i nielegalnie zdobytych dóbr, żeby 

spokojnie przeżyć następny miesiąc. A może i sześć tygodni; potem rozejrzy się za kolejną 

robotą.

background image

2

- Nie było w tym niebezpieczeństwa czy groźby - tłumaczyła Rhyssa Owen Saszy 

Rozninowi,   który   stał   obok   jej   posłania;   w   oczach   Saszy   płonął   gniew;   dotknęła   jego 

ramienia, chcąc rozładować napięcie i poparła słowa myślowym przekazem: -  Popatrz, to  

ciekawość. „ Włamanie”, nie groźba.

Roznin   „zobaczył”   i   uspokoił   się,   lecz   nadal   wpatrywał   się   z   pretensją   w   zapis 

porannego snu Rhyssy: duża czarna plama świadczyła, że jakiś „myślowy” intruz wyrwał 

Rhyssę z fazy REM i gwałtownie obudził.

Rhyssa Owen, dyrektor Centrum dla Parapsychologicznych Talentów Wschodniego 

Wybrzeża  Ameryki   Północnej,   mieszkała   w   dawnej   posiadłości   Hennera   -   ostoi   drzew, 

gazonów   i   ogrodów   -   w   Palisades,   nad   rzeką   Hudson.   Ów   archaiczny   relikt 

dwudziestowiecznych willowych suburbii przerywał monotonię liniowców zamieszkiwanych 

przez   miliony   tych,   którzy   żyli   i   pracowali   w   kolosalnym   kompleksie   Jerhattanu.   Dom 

Rhyssy   niczym   się   nie   wyróżniał   spośród   innych,   prawie   że   wiejskich,   trzypiętrowych 

budyneczków, rozrzuconych wśród drzew i ogrodów. Podobnie jak wszystkie inne siedziby 

Talentów, były one ekranowane i chronione przed niezapowiedzianymi wtargnięciami. Owe 

ekrany   były   tak   pomysłowe,   że   o   istnieniu   Centrum   nie   wiedzieli   nawet   ci,   którzy 

zamieszkiwali wielkie liniowce zbudowane na obrzeżach jego rozległych terenów. Nikt więc 

nie powinien się wdzierać do umysłu Rhyssy, tym bardziej podczas jej snu.

- Paskudne, że tak cię poderwali. Potrzebujesz każdej chwili wypoczynku, jaką ci się 

uda zdobyć - i Sasza „wysłał” obraz siebie i Rhyssy, zwiniętych w kłębek w jej łóżku i 

opatulonych grubym, puchatym kocem.

- Tak, tak - odparła Rhyssa; zareplikowała obrazem stopy wypychającej Saszę z łóżka. 

I tak byś nic nie poradził, misiaczku, nawet gdybyś tu był. To wszystko działo się w mojej  

głowie, w snach. Poza tym to twój koc, nie mój. Ja nigdy nie korzystam z pledów.

Rhyssa   uśmiechnęła   się   doń   i   zamrugała   powiekami,   kpiąc   z   projekcji   Saszy.   Z 

rezygnacją uniósł brwi. Obydwoje uwielbiali tę gierkę. Bawili się tak od lat.

Dobra, dobra. Nie wykręcaj się - powiedział Sasza. - Chciałbym wiedzieć, kto wdarł 

się do twego umysłu? I po co?

background image

-   Otóż   to!   -   Rhyssa   skrzyżowała   ramiona   i   zapatrzyła   się   na   niskie   chmury   i 

przygnębiający deszcz, zasłaniający wspaniałą panoramę Jerhattanu. -  To mnie niepokoi i 

zdumiewa.

Nie myśl teraz o tym, Streaky. Będziesz potrzebować całej swojej energii, żeby sobie  

poradzić z zelotami. - Tu Sasza przesłał obraz trzech osób; każda z nich miała tak splątane 

kończyny,   że   przypominała   orientalny   fetysz,   na   karykaturalnych   twarzach   malowało   się 

nieprzejednanie i sceptycyzm.

O, nie! Przestań! - Rhyssa ze śmiechem rozplątywała ramiona i nogi, przywracając 

każdej postaci właściwy wygląd, wygładzając tuniki i spodnie. - Przecież nie mogę pamiętać 

takiego obrazu, jeśli mam z nimi poważnie rozmawiać o pilnym zapotrzebowaniu na Talenty,  

których nie znalazłam. I tak są wystarczająco zabawni.

- W porządku. Zasłużyli sobie na to. Czy mam poprosić Sirikit, żeby przejrzała zapisy 

i sprawdziła, kiedy to się zdarzyło po raz pierwszy?  Co za zuchwalstwo! - Sasza dał wyraz 

swojej irytacji.

- To jest myśl. - Rhyssa uśmiechnęła się ponuro. - Dopiero tego ranka wpadłam na 

pomysł sprawdzenia zapisu. Naprawdę potrzebuję snu.

-   Pewno   to   jakiś   ujawniający   się   Talent,   który   nie   ma   pojęcia   o   elementarnych 

zasadach.   Tak   bym   chciał,   żeby   nie   nadużywali   swoich   nowo   odkrytych   zdolności 

umysłowych.

- I to Talent o potężnej mocy! - Rhyssa złośliwie przesłała obraz młodziutkiej Madlyn 

Luvaro i ludzi uciekających przed falami dźwięku wydobywającymi się z szeroko otwartych 

ust dziewczyny.

Sasza   skrzywił   się.   Madlyn   Luvaro   dysponowała   umiejętnością   wysyłania 

„myślowego” wrzasku, który mógł dosięgnąć stacji kosmicznej i dowolnego z jej doków. 

Roznin zajmował się szkoleniem i to właśnie on miał nauczyć Madlyn, jak ogniskować i 

łagodzić ów „myślowy” głos. Dziewczyna adorowała go żarliwie i okazywała kłopotliwą 

zaborczość: coraz trudniej było mu to ignorować, więc z uporem podtrzymywał wrażenie, że 

on i Rhyssa już, już mają zawrzeć trwały związek. Rhyssa - uprzejmie - temu nie zaprzeczała.

- Powiem Sirikit, żeby sprawdziła, czy nie ma innych „włamań”.

Rhyssa potrząsnęła głową, ziewnęła i usiadła przy biurku; sięgnęła kinetycznie po plik 

zapisów,   układając   je   w   wachlarz   tak,   żeby  kod   był   widoczny.  Wybrała   ten,   o   który  jej 

chodziło, a pozostałe ułożyła w równy stosik, kodami na zewnątrz. Wybrany zapis wsunął się 

w   odtwarzacz;   siateczka   czytnika   spłynęła   z   zaczepu   i   lekko   osiadła   na   głowie   kobiety. 

Rhyssa poprawiła palcem przylgę na lewej skroni.

background image

-   Nie   znajdziemy  go   tutaj   -   powiedziała   i   była   równie   zaskoczona   jak   Sasza,   że 

powiedziała „go”, a nie ,jej”. - Cóż, chyba ten przelotny kontakt dał mi więcej informacji, niż 

podejrzewałam.

- Jakiś tajemniczy kochanek?

- Może i tak - mruknęła Rhyssa.

**Obraz:  przebiegły uśmieszek  i zalotna  minka  skierowane do jakiegoś mglistego 

cienia.** Chociaż starała się zachować beztroski ton, Roznin wyczuł, jak zdumiała ją nawet 

taka nikła identyfikacja.

- Sprawdzę to - oznajmił i wyszedł.

Kiedy spadał szybem antygrawitacyjnym z wieży Rhyssy do rozległego kompleksu 

podziemnego,   gdzie   prowadzono   większość   badań   i   szkolenia,   towarzyszył   mu   pulsujący 

życiem   myślowy   obraz   Rhyssy   Owen   siedzącej   przy   biurku;   jej   czarne   włosy   okrywała 

siateczka czytnika, wyraźnie widoczna na tle szerokiego, srebrzystego pasma, rozjaśniającego 

czuprynę kobiety od dziesiątego roku życia. Owo pasmo poszerzało się z każdym rokiem - 

kiedy Rhyssa dobiegnie czterdziestki, jej włosy będą jak celtyckie srebro.

Sasza pomyślał, że Rhyssa Owen zawsze zachowa młodzieńczą twarz, tak jak jej 

ojciec   i   znakomity   dziadek,   Daffyd   op   Owen;   młodzieńczą,   pełną   życia,   z   ciemnymi 

niebieskimi oczami błyszczącymi inteligencją, poczuciem humoru i nieposkromioną energią. 

Rhyssa   była  niemal   równie  wysoka   jak  mężczyźni  z   jej  rodziny;  odrobinkę   za  szczupła, 

ubierała się elegancko, chociaż często dość dziwacznie: zazwyczaj w długie, powiewne szaty, 

wyróżniające ją w społeczeństwie, które ograniczyło do minimum ozdobność stroju.

Nie była ładna - rysy twarzy, choć delikatne, były nieregularne i „źle dopasowane”; 

prawy oczodół, nieco krzywy, nadawał jej często łobuzerski wyraz, na co nie dałby się nabrać 

nikt, kto ją znał. Lekko garbaty nosek sprawiał, że miała dumny i wyniosły profil; i jeszcze 

mocno zarysowana szczęka oraz zbyt wydatne usta. Jednak nikt, kto spotkał Rhyssę Owen, 

nie zwracał uwagi na takie szczegóły. Po swoich rodzicach odziedziczyła charyzmatyczną 

osobowość i silne uzdolnienia psioniczne, a po dziadku - który walczył o zachowanie pozycji 

Talentów   w   obecnej   socjo-ekonomiczno-politycznej   atmosferze   -   wyrafinowanie   i 

przebiegłość.

Sasza Roznin - Talent już trzeciej generacji, o trzy miesiące młodszy od Rhyssy - 

wolał swoje obecne stanowisko naczelnego szkoleniowca i szefa werbunku w Centrum, bo 

przez całe życie usiłował poskromić swój donkiszotowski temperament. Nie dla niego owe 

kontakty z oficjelami, z czym tak wspaniale radziła sobie Rhyssa. Ona potrafiła „być ponad” 

background image

szarpiącymi nerwy nasiadówkami z zarządcami Jerhattanu i innymi paskudnymi detalami, 

które jego już po pięciu minutach doprowadziłyby do furii.

Za to Sasza wykazywał niezmierzoną wręcz cierpliwość wobec świeżo ujawnionych 

Talentów: schlebiał im, rozpieszczał je, utrzymywał  w karbach, umiejętnie rozpraszał ich 

obawy   oraz   pozwalał   zyskać   pewność   siebie.  A  kiedy   Rhyssa   wypomniała   przy   pewnej 

okazji, że takie rozwijające się Talenty są - na swój sposób - równie nieznośne jak zarządcy, 

Roznin twardo odparł, że Talenty przynajmniej uczą się na swoich błędach.

Istniało tak wiele odmian Talentów, o rozmaitej mocy: jasnowidze, którzy potrafili 

przewidzieć zdarzenia, zwykle takie, co miały katastrofalny wpływ na życie mnóstwa innych 

ludzi; tacy, których „wizje” ograniczały się do ludzi im znanych lub powierzonych ich pieczy; 

wreszcie ci, których prekognicja dotyczyła ognia, wody, kobiet, mężczyzn, dzieci - „wybór” 

możliwości równie rozległy jak siła percepcji.

Najpowszechniej   spotykanym  Talentem   była   telepatia,   choć   niektórzy   mogli   tylko 

odbierać myśli, a inni - tylko nadawać. Telepaci wyczuwali emocje i reagowali na te, które 

przeważały. Jednakże wyszkolony teleempata był w stanie albo stłumić negatywne aury, albo 

wzmocnić te pozytywne; potrafił rozładować napięcie tłumu i tym samym zapobiec jego 

przemianie w tłuszczę.

Istniały   Talenty,   które   umiały   „znajdować”   obiekty   na   podstawie   wzoru,   a   w 

przypadku ludzi czy zwierząt - na podstawie czegoś, z czym mieli lub miały bezpośredni 

kontakt.

Telekinetycy   mogli   pracować   na   największych   przedmiotach   lub   na   cząsteczkach 

niewidocznych   gołym   okiem   albo   nawet   w   mikroskopie;   lecz   był   tylko   jeden   Talent 

manipulujący genami - Ruth Horvath. Telekinetycy byli niezbędni w tak wielu dziedzinach 

życia, że ludzi obdarzonych  takimi  uzdolnieniami  zachęcano do wydawania na świat jak 

największej liczby dzieci.

Najrzadziej trafiali się „pełnokrwiści” podwójni telepaci - jak Rhyssa - którzy mogli 

wysyłać i odbierać komunikaty jak świat długi i szeroki, dopóki nie natrafili na osobę, z którą 

chcieli  „rozmawiać”.  Rhyssa  umiała  wniknąć  do każdego  mózgu  nie  chronionego  czy to 

cieniutką metalową powłoką noszoną przez nerwicowców, czy to wrodzoną „tarczą” daną 

bardzo niewielu ludziom.

Sasza także był podwójnym telepatą, obdarzonym dużą mocą, lecz nie miał takiego 

fenomenalnego zasięgu jak Rhyssa; i nie żałował tego. Kiedy tylko jej dziadek zorientował 

się w zasięgu i mocy uzdolnień wnuczki, dziewczynę przypisano do kierownictwa Centrum i 

związanych z tym obowiązków. Roznin wymyślił sobie kilka sztuczek, dzięki którym nigdy 

background image

się nie czuł przez Rhyssę zagrożony ani jej nie zazdrościł. Swobodnie korzystała ze swego 

Talentu.

Sasza usłyszał Madlyn Luvaro, zanim wylądował na poziomie sutereny. Próbowała 

milczeć z takim skutkiem, jakby stepowała na powierzchni wzmacniającej dźwięk.

To się nie uda, Madlyn, dopóki się nie nauczysz tłumić swojej emanacji. Niewłaściwy  

przepływ! Żeby się „uciszyć”, potrzebujesz słabej pozytywnej energii.

- O kurczę, myślałam, że właśnie ją mam!

Przesłana odpowiedź była pełna skruchy i zniechęcenia.

Sasza wyszedł z szybu i zobaczył przyciśniętą do ściany dziewczynę.

- „Słyszałam”, że nadchodzisz.

Wielki postęp! - „odmyślał”.

Przechodząc   obok   niej,   żartobliwie   szarpnął   ją   za   kosmyk   skłębionych,   gęstych, 

czarnych włosów. Zastąpiła mu drogę; wielkie, wyraziste oczy patrzyły ponuro. Madlyn była 

wspaniale zbudowaną osiemnastolatką; usposobienie odpowiadało zmysłowemu wyglądowi. I 

ona,   i   jej  Talent   dojrzały,   gdy  miała   czternaście   lat   i   od   tej   pory   Sasza   usiłował   wpoić 

dziewczynie  niezbędną dyscyplinę, której  musiał  się nauczyć  każdy Talent;  a już ona na 

pewno powinna się temu poddać, zanim będzie można wykorzystać jej zdolności.

Sirikit już się tym zajęła. - Roznin nie próbował stłumić niepokoju.

Ktoś niepokoi Rhyssę?

**Obraz Madlyn duszącej wielkiego, bezkształtnego intruza, zwijającej go w kulkę, 

którą spuszcza z wodą w toalecie.**

Sasza   parsknął:   dziewczyna   naprawdę   mogłaby   zaatakować   to,   co   zagrażałoby 

Rhyssie. I kto w Centrum by tego nie zrobił?

Jedną z zalet teleempatii było to, że natychmiast rozumiano twoje potrzeby. Sirikit już 

przeglądała encefalogramy Rhyssy z całego poprzedniego miesiąca. Na niektórych widniały 

znaki   świadczące   o   wymuszonym   przebudzeniu.   „Gęsie   jajko”   -   wymyślone   po   to,   żeby 

monitorować   dziwne   świetlne   rozbłyski   dręczące   kosmonautów   -   było   znakomite   do 

rejestrowania mózgowych fal delta, będących, jak to odkryto, siedliskiem paranormalnych, 

czyli   pozazmysłowych   uzdolnień.   Talent   nauczony   rozpoznawania   niewielkich   zmian 

poprzedzających   aktywność   paranormalną,   wkładał   siatkę   rejestrującą   działalność   mózgu. 

Wiele Talentów - szczególnie jasnowidze - nosiło takie siatki dzień i noc. Były leciuteńkie, z 

mocnych,   delikatnych   drucików   w   kolorze   włosów   danej   osoby.   Taka   siatka   miała 

bezpośrednią   lub   zdalną   łączność   z   głównym   bankiem   danych   Centrum,   więc   przypadki 

background image

paranormalnej aktywności mogły być oficjalnie zapisywane, badane i konsultowane. Można 

było udowodnić wszystkim niedowiarkom, że pozazmysłowa percepcja istniała naprawdę.

- Spójrz na zapisy Rhyssy. Nie ma wątpliwości, że incydenty są coraz częstsze - 

zwróciła się Sirikit do Saszy, kiedy podszedł do urządzenia używanego do takich porównań. - 

Pierwszy wydarzył się przed trzema tygodniami, drugi - cztery dni po nim, następny po trzech 

dniach, a w ostatnim tygodniu noc po nocy, ze cztery razy.

Sasza: Osobliwa pora dla podglądacza!

Sirikit: Kiedy trzy czwarte populacji śpi w łóżkach.

Madlyn: Bezsenność?

Sasza uśmiechnął się - nie tylko przyciszyła odpowiednio „głos”, ale i odebrała ową 

krótką   wymianę   myśli.   Madlyn   może   i   była   obdarzonym   dużą   mocą   „nadawczą”,   ale 

„słyszała” tylko tych, którzy byli blisko niej.

Roznin:  Nastolatka   zwykle   trzeba   siłą   wyrywać   ze   snu.   Rhyssa   sądzi,   że   to   jakiś  

rozkwitający Talent.

Madlyn:  W   kółko   mi   powtarzasz,   że   rozkwitający   Talent   nie   przestrzega   żadnych  

zasad.

- Co z rejestrem bezsennych? - spytała Sirikit.

- Zaraz to zaprogramuję - odparła Madlyn.

Odrzuciła   w   tył   bujną   grzywę,   usiadła   przed   monitorem   i   wstukała   przypisane 

Centrum kody umożliwiające dostęp do każdego banku danych na świecie. Pozwalało jej to 

na korzystanie ze zwykłych danych, choć trzeba było znać specjalne hasła, żeby się dostać do 

poufnych plików. Madlyn  może i raziła nadmiernym seksualizmem,  lecz umysł - zawsze 

dostępny kontroli - miała równie przejrzysty i szczery jak dziecko.

- Cóż, to nic nie da - orzekła dziewczyna. - Bezsenność może się przytrafić każdemu. 

Najczęstszą przyczyną jest lęk. Niektórzy ludzie, zwłaszcza starsi, śpią tylko przez cztery 

godziny w ciągu nocy! **Grymas przerażenia nakładający się na skulone ciało w skłębionym 

posłaniu.** A ja jestem rozbita, jeśli nie prześpię ośmiu godzin!

Sirikit   podniosła   się   znad   bębnów   ustawionych   tak,   żeby   uwidocznić   „ślady 

włamania”.

Sirikit:  Trzecia trzydzieści do czwartej, za wcześnie dla większości pracujących na  

dniówki, nawet dla obsługujących transport i tłoczenie powietrza.

Roznin nachylił się ponad jej ramieniem i wpatrywał w szpule, jakby chciał zmusić 

zagadkę, żeby się rozwiązała.

Sasza: Podłącz się do jej siatki.

background image

Madlyn głęboko wciągnęła powietrze i wpatrywała się w niego nieruchomo. Sirikit 

zamrugała powiekami, westchnęła i podeszła do głównej klawiatury, żeby wpisać odpowiedni 

program.

- Jakiś poranny poszukiwacz wrażeń musi przelatywać nad Centrum. Podłącz alarm 

do jej siatki i złapiemy go na gorącym uczynku. - W głosie Saszy brzmiała chęć zemsty.

Madlyn posłała mu zatroskane spojrzenie. Czuła bijącą odeń falę silnej, negatywnej 

energii.

background image

3

Barczenka, Duoml i zarządca, jego wysokość książę Phanibal Shimaz byli gotowi do 

spotkania z dyrektorem Centrum Parapsychologicznego, Rhyssą Owen, w wieży zarządcy 

Jerhattanu, olbrzymiej budowli w środku Central Parku, ostatniego reliktu dziewiętnaste- i 

dwudziestowiecznego   Manhattanu.   Wieża   górowała   ponad   najwyższymi   budowlami   o 

charakterze handlowym; na wierzchu tkwiły grona „mis” łącznościowych, przez co wyglądała 

jak groteskowy pęk sztywnych stokrotek wetkniętych w olbrzymią szklaną kostkę. Pojazdy 

latające, osadzone na lądowisku, przypominały obwódkę z wielobarwnych liści.

Pierwsza weszła  Ludmiła Barczenka; dziwaczny podskakujący chód świadczył,  że 

wzuła buty antygrawitacyjne. Stanowisko zarządcy budowy stacji kosmicznej sprawiało, że 

nieczęste   powroty   jej   wzniosłości   pani   inżynier   w   zasięg   działania   ciążenia   ziemskiego 

stawały się niełatwą próbą - dla tych, z którymi się kontaktowała. Powierzchowność Ludmiły 

ani trochę nie łagodziła szorstkiego usposobienia: była to niewiasta krępa, grubokoścista, lecz 

nie   otyła;   twarz   miała   szeroką   i   płaską,   o   pospolitych   rysach;   krótko   ostrzyżone   włosy 

próżniowca   dopełniały   obrazu   twardej   osobowości.   Jasne,   błękitne   oczy   tylko   wzmagały 

ogólne wrażenie zimnej, nieugiętej nieustępliwości. Na domiar wszystkiego Ludmiła zawsze 

nosiła   cienki,   metalowy   kask   ekranujący   -   co   stanowiło   niemal   obelgę   dla   Rhyssy   jako 

dyrektora Wschodniego Centrum. Nic nie można było zarzucić oddaniu jej wzniosłości pani 

inżynier, lecz ów kask, niestety, raz jeszcze dowodził, że kompletnie jej brakowało taktu i 

manier.

Rhyssa nie była pewna, czy Barczenka „ekranowała się” po to, żeby mieć całkowite 

poczucie  bezpieczeństwa, czy też  dlatego,  że się  chorobliwie  obawiała  Talentów,  których 

usług   potrzebowała   równie   rozpaczliwie,   jak   bolała   nad   ich   uzdolnieniami.   Sasza   był 

przekonany, że Ludmiła ma jakiś Talent - chociaż nie można tego sprawdzić - i że z całych sił 

odpycha   uznanie   takiej   możliwości.   Druga   Stacja   miała   zostać   ukończona   -   i   to   bez 

przekroczenia budżetu - do końca tego roku. Jeśli się weźmie pod uwagę, że opóźnienia w 

budowie Pierwszej Stacji Laboratoryjnej wynosiły pięć lat i że przekroczono budżet o całe 

tryliony -  to   należy  przyznać,   że  jej  wzniosłość  pani   inżynier  dokonała   nie  byle  jakiego 

wyczynu.   Możliwość   podróży   międzygwiezdnych   i   fakt,   że   planety   nadające   się   do 

zamieszkania   znajdowały   się   w   dwóch   „pobliskich”   systemach,   powodowały   wręcz 

niewiarygodną   presję,   żeby   wreszcie   zapoczątkować   program   kolonizacji.   Lecz   najpierw 

background image

trzeba było skończyć Drugą Stację - najważniejszą odskocznię ku gwiazdom. Projekt miał 

ogólnoświatowy priorytet i entuzjastyczne poparcie każdej politycznej i ekonomicznej frakcji 

na Ziemi.

Rhyssa   wiedziała   -   choć   tego   nie   rozgłaszano   -   że   jej   wzniosłość   pani   inżynier, 

pomimo wszystkich wysiłków, zaczynała pozostawać w tyle za harmonogramem. Krążyły 

pogłoski, że Barczenka sypia tylko cztery godziny, że za dnia wykonuje olbrzymią partię 

roboty i że oczekuje tego samego od wszystkich pracujących przy Projekcie. Tak się jednak 

nieszczęśliwie złożyło, że nie miała ani osobowości, ani umiejętności postępowania, które 

budziłyby lojalność czy to wobec niej, czy względem Projektu. Talenty początkowo zgodziły 

się pomóc, ale potem jeden po drugim odmawiały odnowienia kontraktu. Na nic się zdały 

wszelkie próby zwabienia ich z powrotem do pracy przy Drugiej Stacji.

Za   Ludmiłą   szedł   szef   personelu,   Per   Duoml;   poruszał   się   ciężko,   jak   ktoś 

przyzwyczajony   do   mniejszego   ciążenia,   ale   radził   sobie   bez   butów   antygrawitacyjnych. 

Pochodził   z   Finlandii;   był   równie   zdolny   i   oddany   sprawie   jak   Barczenka,   lecz   nieco 

przystępniejszy niż ona. Talenty lubiły pracować z Duomlem: był uczciwy, kompetentny i 

udało mu się namówić kilka z nich do zawarcia specjalnych, krótkoterminowych umów. Z 

licznej warstwy bezrobotnych z całego świata werbowano od czasu do czasu chętnych do 

fizycznej pracy przy budowie Drugiej; Talenty mogłyby wykonać tę robotę sprawniej i z 

mniejszym   ryzykiem.   Niektóre   z   nich   nawet   pracowały   na   krótkich   kontraktach   przy 

konstrukcji zrębu Drugiej, ale się nie zgodziły na rozszerzenie zakresu swoich obowiązków, a 

nie   można   ich   było   do   tego   zmusić.   I   choć   Rhyssa   skontaktowała   się   z   dyrektorami 

wszystkich światowych Centrów, nie zdobyła dla Duomla nikogo.

Za   Perem   wkroczył   dostojnie   zarządca   programu,   książę   Phanibal   Shimaz;   jego 

obecność wcale się Rhyssie nie podobała. Wykorzystywał każdą sposobność, żeby się o nią 

otrzeć. Był wszechobecny: arogancki i zupełnie nieczuły na otwarcie mu okazywaną niechęć, 

trawiony nieodwzajemnionym  pożądaniem,  które Rhyssa uważała za  wstrętne od samego 

początku,   od   czasów   kiedy   była   tylko   asystentką   dziadka.   Książę   był   komputerowym 

geniuszem   -   niektórzy   twierdzili,   że   już   w   żłobku   myślał   kodami   dwójkowymi,   a   przy 

ząbkowaniu   zamiast   gryzaka   dostawał   chipsy;   tuż   w   okolicach   dwudziestki   opanował 

zastosowanie  Węzłów   Josephsona   (dla   niego   było   to   „idiotycznie   proste”)   do   absolutnie 

bezkolizyjnego   sterowania   nasilonym   ruchem   powietrznych   transportowców   i   dronów 

obsługujących główne magazyny i latających ponad gęsto zaludnionymi obszarami. Teraz 

pracował nad ustaleniem reguł równie bezpiecznego i płynnego transportu kosmicznego.

background image

Rhyssa przybrała odpowiedni wyraz twarzy i „nastroiła” umysł; owa trójka sadowiła 

się, a ona uśmiechała się z serdecznością, której wcale wobec nich nie odczuwała.

-   Oczywiście   nie   masz   potrzebnej   nam   ekipy   -   zaczęła   prosto   z   mostu   Ludmiła 

głębokim,   gardłowym   głosem,   prawie   bez   śladów   akcentu   ojczystego   języka;   jasne   oczy 

patrzyły oskarżycielsko na Rhyssę.

- Stale ci powtarzam, zarządco, że nie mogę i nie chcę zmuszać Talentów do pracy w 

przestrzeni.

Ludmiła   uderzyła   pięścią   w   stół   -   pełne   bólu   skrzywienie   zdradziło   Rhyssie,   że 

zawiedziona jej wzniosłość pani inżynier zapomniała o różnicach ciążenia. Jej wzniosłość 

wyciągnęła zmaltretowaną dłoń w geście, który w stacji kosmicznej byłby pełen ognia - tu 

natomiast był nieco przyciężki i bez gracji.

- Powinnaś nalegać...

- Mogę nalegać, a oni mogą się temu opierać - wyjaśniła spokojnie Rhyssa.

-   Jakże   mogę   dotrzymywać   terminów,   skoro   brak   mi   ludzi   do   wykonywania 

niezbędnych prac? Co dnia zostajemy o parę minut w tyle; minut, które twoi ludzie mogliby 

nadrobić w sekundę. Nie zostanę w tyle za harmonogramem. Zdążymy na czas. Musimy mieć 

odpowiednich pracowników. Mówiłaś mi, że ich masz, a oto dowód. - Ludmiła wyciągnęła 

spod tuniki płytkę i machnęła nią przed Rhyssa.

- W tym nagraniu z całą pewnością mówię, że skontaktuję się z każdym Centrum i 

przedstawię   twoje   specyficzne   zapotrzebowanie.   Natomiast   nigdy   nie   obiecywałam,   że 

uzupełnię braki w zatrudnieniu.

-   Stale   kogoś   werbujesz.   Wszystkim   wiadomo,   że   znalazłaś   nowe   Talenty...   - 

Wypłowiałe oczy Barczenki zwęziły się, patrzyły groźnie i jadowicie.

- Ale to wcale nie znaczy, że ci nowo zwerbowani mają poszukiwane przez ciebie 

kinetyczne uzdolnienia - wtrąciła gładko Rhyssa, zanim Ludmiła odzyskała głos. - I na pewno 

nie   będę   namawiać   „surowych”   Talentów,   żeby   się   narażały   na   niebezpieczeństwa 

przestrzeni...

- Czemu nie? - Barczenka zbyła tę uwagę zamaszystym machnięciem ręki, chowając 

przy okazji  płytkę  do  kieszeni.  - W trakcie  pracy uczyliby  się przydatności,  ostrożności, 

zdobywaliby   specjalizacje.   Pokochaliby   kosmos.   Zarobiliby   wiele   kredytów   i   staliby   się 

bogaci.

-   Talenty   nie   gromadzą   bogactw,   zarządco   -   oznajmił   Per   Duoml   monotonnym, 

matowym głosem; ani na moment nie odwracał spokojnych oczu od twarzy Rhyssy.

background image

- Bzdura! Każdy gromadzi bogactwa! - Ludmiła żywiła zdecydowaną pogardę dla 

altruistów. - Na początku pracowało dla nas wiele Talentów.

-   Chcieliśmy   wspierać   Projekt   -   wtrąciła   Rhyssa   -   lecz   nie   zgodziłaś   się   na   ich 

warunki, kiedy przyszło do odnawiania kontraktów.

- Jakieś głupie wymagania, dla nas nie do przyjęcia. Co najwyżej sześciogodzinne 

zmiany, a przecież my pracujemy na platformie przez dwadzieścia cztery godziny. Specjalna 

ochrona przed hałasem. W przestrzeni nie ma hałasu. - Barczenka pogardliwie i gniewnie 

patrzyła na Rhyssę.

-   Owe   dźwięki   są   niedosłyszalne   dla   ciebie,   lecz   nad   wyraz   nieprzyjemne   dla 

nadwrażliwych...

- Ba! Nadwrażliwi! - Ludmiła znów zbyła tę uwagę niedbałym gestem. - Zepsuci, 

rozpieszczeni; zbyt się o nich troszczycie.

- Nie, madame Barczenka, wcale nie zepsuci i nie rozpieszczeni. Lecz na pewno się o 

nich troszczymy - zdenerwowała się Rhyssa. - Talenty to wykwalifikowany personel i należą 

się im pewne względy, żeby mogli jak najlepiej wykorzystać swoje uzdolnienia we wrogim 

środowisku przestrzeni.

- To niewiarygodne, że tak nieliczna grupka może mieć aż taki wpływ na gospodarkę 

naszego świata - ciągnęła Barczenka, jakby nie słyszała powyższej uwagi. - Kiedy zamawiam 

potrzebne nam materiały,  to wszędzie - na lotniskach, na kosmodromach, w przemyśle - 

spotykam Talenty, które są mi niezbędne do ukończenia najważniejszego na świecie Projektu; 

Projektu cieszącego się powszechnym poparciem; Projektu, dzięki któremu ludzkość zdoła się 

wyrwać poza granice Układu Słonecznego i będzie mogła badać gwiazdy. A ty i dyrektorzy 

pozostałych Centrów nie pozwalacie, żebym zaangażowała potrzebnych mi specjalistów.

-   Tu   wcale   nie   chodzi   o   zgodę   dyrektorów   Centrów,   lecz   o   decyzję   samych 

zainteresowanych   -   przypomniała   jej,   Rhyssa.   -   Dyrektorzy   Centrów   tylko   negocjują 

poszczególne kontrakty zawierające stosowne gwarancje.

- Mogę kupić kontrakty - zabrzmiało to jak groźba.

- Takich kontraktów się nie sprzedaje, inżynier Barczenka. Gdybyś się zgodziła na 

niezbędne gwarancje, miałabyś więcej szczęścia w angażowaniu Talentów! - odparła twardo 

Rhyssa, której dogmatyzm Ludmiły już zaczynał działać na nerwy.

Rhyssa Owen mogła nie dostrzegać żałobnej miny Pera Duomla; udawało się jej nie 

patrzeć w płonące oczy księcia Phanibala, na jego lekko wilgotne wargi i nozdrza pulsujące 

przyspieszonym   oddechem   -   lecz   owe   trzy   pary   bezustannie   wpatrzonych   w   nią   oczu 

background image

wyprowadzały ją z równowagi. Zwiększyła kontrolę nad obwodowym układem i udało się jej 

zachować uśmiech na wargach.

- Możesz nalegać - powtórzyła Ludmiła. - We wszystkich kontraktach jest klauzula, że 

w razie nagłej potrzeby Centrum może je unieważnić.

Rhyssa opanowała gwałtowny przypływ gniewu wywołany przez fakt, że Barczence 

pokazano kontrakty Talentów; potem przypomniała sobie, że treść takich kontraktów była 

ogólnie znana.

-  Moi koledzy dyrektorzy najwyraźniej nie uważają, że jesteś w krytycznej sytuacji, 

inżynier Barczenka.

- A ja twierdzę, że tak! - Ludmiła po raz pierwszy się zdenerwowała. - Twierdzę, że 

muszę mieć więcej ludzi, żeby skończyć na czas ów Projekt o ogólnoświatowym priorytecie!

- Masz nieograniczony dostęp do całej puli robotników.

-   Też   coś!   Oni   są   do   niczego.   Tępe,   niewykształcone,   nie   dające   się   do   niczego 

przyuczyć wieprze! Nie zbuduję platformy, mając tylko ich. Potrzebni mi są kinetycy. I będę 

ich mieć. Daję ci na to moje słowo!

Ludmiła odwróciła się na pięcie i chwiejnie odmaszerowała; książę Phanibal podążył 

za nią.

- Nawet i sześciu kinetyków znakomicie poprawiłoby sytuację - rzekł z ukłonem Per 

Duoml.

-   Już   parę   razy  to   wyjaśniałam,   Perze   Duoml:   zapewnijcie  Talentom   ekranowane 

kwatery i sześciogodzinne zmiany, a na pewno ich zdobędziecie. Skoro macie tyle kredytów, 

że możecie sobie pozwolić na liczne podróże na Ziemię w celu werbowaniu Talentów, to na 

pewno   wystarczy   wam   środków,   żeby   tym   ludziom   zapewnić   na   Drugiej   odpowiednie 

warunki!

- Inżynier Barczenka musi ściśle trzymać się ustalonego budżetu. W pomieszczeniach 

personelu nie można dokonywać żadnych zmian.

-   No,   to   niech   inżynier   Barczenka   sama   się   martwi   o   wyniki.   -   Rhyssa   gorąco 

pragnęła,   żeby   Per   Duoml   „odsłonił”   swój   umysł;   przekazałaby   mu   wtedy   bezpośrednio 

wiadomość,   której   nie   mogła   ubrać   w   słowa.   -   Potrzebni   wam   są   kinetycy,   którzy   przy 

montażu   Drugiej   zdołaliby   przemieszczać   obiekty   znacznej   wielkości.   Musicie   też   mieć 

kinetyków zdolnych łączyć w próżni najprecyzyjniejsze elementy. Oba zadania wymagają tej 

samej   energii   kinetycznej   i   są   bardzo   wyczerpujące.   Wykonujący   je   ludzie   potrzebują 

spokoju,   żeby   odzyskać   siły;   są   wyczuleni   na   drgania   samej   Drugiej,   na   nieludzkie 

background image

zagęszczenie pomieszczeń, na brak możliwości odizolowania się i na przerażająco nędzne 

racje żywności, zbyt małe, żeby mogli zregenerować ciała i umysły.

Per Duoml obojętnie skinął głową, potem wzruszył ramionami - nie miał ochoty tego 

komentować; odwrócił się i odszedł. Zostawił Rhyssie jakieś niejasne, niemiłe przeczucia. 

„Pomyślała” pytanie do Sirikit, pełniącej dyżur w punkcie kontrolnym Centrum:

- Nadają jacyś jasnowidze?

Sirikit: Nie. A spodziewasz się jakiegoś?

Rhyssa: **Obraz ponurej, zawziętej twarzy Ludmiły Barczenki.** Może!

background image

4

Chłopiec mrugnął trzy razy i kanał na sufitowym ekranie znów się zmienił. Westchnął. 

Znowu   jakaś   staroć,   którą   widział   już   tyle   razy,   że   pamięta   najlepsze   kawałki.   Mrugał, 

zmieniając kanały, aż zdał sobie sprawę, że nie znajdzie niczego ciekawego. Nie było nawet 

żadnego nowego programu edukacyjnego. Fajnie było oglądać Tri-D podczas długich nocy w 

pierwszych   tygodniach   spędzonych   w   szpitalnej   sali.   „Wyłączał   się”,   gdy   przestały   go 

dręczyć bóle głowy. Czasem mu ich brakowało - wtedy przynajmniej czuł coś w swoim ciele.

Znów westchnął. Przypomniał sobie, że może czuć, jeśli będzie myślał pozytywnie; 

terapeutka Sue twierdziła, że musi pozytywnie myśleć. Nie pojmował całego mnóstwa z, 

tego, co doń mówiła; na przykład, że powinien sobie wyobrażać, iż chodzi i biega jak kiedyś - 

zanim przywaliła go ceglana ściana, kiedy przebiegał koło ruin.

Dlaczego? To dręczące pytanie sprawiło, że stracił oddech. A już się łudził, że z tym 

skończył! Zastanawianie się „dlaczego” było zdecydowanie negatywne i zawsze wpędzało go 

w straszliwą depresję. Dlaczego ściana zwaliła się akurat wtedy, gdy on, Peter Reidinger, 

przebiegał obok niej? Czyżby wytrącił jakiś odłamek, co spowodowało zawał? Czemu, skoro 

stała z pięćdziesiąt albo i sto lat, wybrała akurat ten moment, żeby się zwalić? Jeszcze tylko 

trzy sekundy i byłby bezpieczny - umknąłby i ścianie, i chłopcom, którzy go ścigali. Dlaczego 

skręcił w ten zakazany obszar? Przy końcu uliczki miał wybór: ponad murem - ale wydawał 

mu się taki wysoki, bez podparcia dla stóp; w prawo - lecz wtedy wróciłby na terytorium 

Kotów Zaułka, którzy mogli miń czyhać w zasadzce; albo w lewo - klucząc wśród ruin. co by 

im utrudniło pościg. DLACZEGO?

Negatywne! Negatywne! Peter napiął wszystkie mięśnie twarzy, a potem je rozluźnił, 

grupa po grupie. Później się uśmiechnął, powoli i świadomie rozciągając usta, unosząc ich 

kąciki,   aż   policzki   się   podciągnęły,   broda   opadła,   a   wargi   się   rozchyliły,   ukazując   zęby; 

chciał,   żeby   impulsy   nerwów   twarzy   zmieniły   nerwy   kończyn.   Przypomniał   sobie 

najszczęśliwsze chwile (tak jak go nauczyła Sue): swoje jedenaste urodziny, kiedy to ojciec 

dostał urlop z kosmicznej stacji i zdążył na czas na przyjęcie.

Peter zdecydowanie przeciwstawił owe wspomnienia dręczącemu „dlaczego” i dotąd 

powtarzał sobie szczegóły tego wydarzenia, tego szczęśliwego wydarzenia, aż mógł wszystko 

jeszcze raz przeżyć: od chwili, kiedy gong przy drzwiach oznajmił, że ojciec wrócił do domu, 

background image

do momentu, gdy tata ułożył go do snu. Wspomnienia były tak żywe, że nawet poczuł na 

czole dotknięcie ojcowskiej dłoni.

Dobrze, że tata dotknął właśnie jego czoła. To jedyne miejsce, w którym zachował 

czucie. Peter znów westchnął, ponownie poczuł dotknięcie ojcowskiej dłoni. Zamknął oczy i 

„usłyszał”, jak tata wychodzi z pokoju, „usłyszał” przyciszone głosy rodziców, ich śmiech. 

Jeszcze raz głęboko westchnął.

Miał szczęście. Już mógł samodzielnie oddychać. Sue taka była z niego dumna, kiedy 

odzyskał tę umiejętność. Peter nabrał w płuca powietrza; wiedział, że unosi się jego klatka 

piersiowa,   że   się   napina   przepona.   Prawie   że   czuł   powietrze   w   tchawicy.   Wstrzymywał 

oddech tak długo, jak tylko zdołał, aż mroczki zatańczyły mu przed oczami; potem pozwolił 

sobie na wydech.

Natychmiast   usłyszał   kroki   dyżurnej   pielęgniarki.   Miz  Allen   nie   lubiła,   kiedy   jej 

przeszkadzano,   a   zwłaszcza   wtedy,   gdy   na   oddziale   dwunastym   mieli   bardzo   ciężki 

przypadek.   Peter   naliczył   dziesięć   kroków   i  Allen   już   nań   patrzyła,   nawiązując   kontakt 

wzrokowy. Potem spojrzała na czujniki.

- Jakieś zaburzenia oddechu, Peter?

- Hmmm, właśnie robiłem ćwiczenia oddechowe.

- Wcale nie. - Miz Allen przez chwilę spoglądała na niego gniewnie, a potem jej 

długa, wąska twarz się wypogodziła; lekko dotknęła czoła chłopca, przesunęła palcem po jego 

policzku, przycisnęła palec do warg. - Majstrowałeś coś. Nie igraj ze swoim oddechem, Peter. 

Twój mózg potrzebuje tlenu. I snu także. Piętnaście po czwartej. Powinieneś spać. Przecież 

wiesz, jak się rozluźnić. Bądź grzecznym chłopcem i zrób, co należy.

Obydwoje   usłyszeli   nagłe   kwilenie   poparzonej   dziewczynki   leżącej   po   przeciwnej 

stronie kolistej sali.

Miz Allen - pełen wyrzutu uśmiech i tak dalej - zniknęła i Peter liczył jej kroki - 

dwadzieścia jeden - do owego ciężkiego przypadku. Potem policzył do trzydziestu i kwilenie 

ucichło. Wiedział, jak bardzo bolą oparzenia. Tak by chciał czuć cokolwiek, nawet oparzenia!

Chłopiec   natychmiast   „przestawił”   swój   umysł   na   jedyne   dostępne   mu   ćwiczenia: 

rozluźnianie każdego mięśnia twarzy, szyi, głowy. Nie mógł poruszać głową, ale zachował 

czucie w szyi. Rozluźnił się całkowicie i ostrożnie pomyślał o SWOIM miejscu, poczuł trawę 

pod stopami, usłyszał szemrzące na wietrze liście, poczuł wonie ogrodu, niebo nad głową, 

słońce   grzejące   mu   plecy.   Znów   zaczął   szybować.   Miał   uczucie,   jakby   „wypływał”   z 

bezwładnego,   leżącego   na   powietrznym   materacu   ciała;   zdumiały   go   i   zdenerwowały 

rozmaite rurki i przewody przyłączone do owego ciała - nigdy ich nie czuł.

background image

Ogród z jego marzeń dzieliły od Jerhattan u całe mile. Był częścią wczasowiska, które 

odwiedził z rodzicami, kiedy miał osiem lat. Doznanie to całkowicie oszołomiło chłopca 

wychowanego   w   liniowcu   Jerhattan,   gdzie   był   bezustannie   otoczony  gwarem,   zapachami 

ludzi i urządzeń umożliwiających funkcjonowanie liniowca. Peter wiedział, że w kompleksie 

Jerhattan były niewielkie „zielone pasy”: odwiedził kilka, bezskutecznie próbując jeszcze raz 

przeżyć tamte wakacje. Ale żadne z tych miejsc tak nań nie podziałało; były zbyt małe i 

znajdowały się za blisko nieustannego gwaru miasta.

Mimo   to   chłopiec   znalazł   miejsce,   do   którego   mógł   poszybować,   kiedy   się 

dostatecznie rozluźnił. Były tam drzewa i trawa, ledwo dostrzegalne w tajemniczej poświacie 

przedświtu. Petera ciągnęły tam jeszcze inne osobliwe doznania: przynoszące otuchę okruchy 

myśli, kuszące go, żeby tam dłużej zabawił. Przyciągało go zwłaszcza jedno „źródło” myśli i 

krążył wokół niego tak blisko, jak tylko mógł, dręczony zwodniczym poczuciem niezmąconej 

zażyłości.

I nagle omal go nie oślepił potężny blask, który zalał cały teren. Chwila paniki. Peter 

nie mógł powstrzymać krzyku; uspokoił się dopiero wtedy, gdy usłyszał kroki Miz Allen. Nie 

otworzył oczu, dopóki nie poczuł na czole jej dłoni i nie UWIERZYŁ, że bezpiecznie wrócił 

do łóżka numer siedem na oddziale dwunastym.

- Co się stało, Peter? - Miz Allen zawsze wiedziała, kiedy się oszukiwało; spojrzała na 

czujniki. - Zły sen?

- Tak, zły sen.

Nie   udało   mu   się   opanować   drżenia   głosu;   Miz  Allen   zmiękła.   Nie   tolerowała 

fałszywych alarmów.

- Tak. Gwałtownie wzrósł ci poziom endorfin. Sądzę, że potrzebujesz snu.

Chłopiec potwierdził z ulgą.

-   Jutro   mam  VMR...   -   nie   wiedział,   ile   zdążył   powiedzieć,   zanim   otoczyła   go 

ciemność.

* * *

Odstraszyłeś go! - oskarżyła Ragnara Rhyssa, wściekła, że ktoś podłączył się do jej 

siatki i zaalarmował ochronę Centrum, kiedy w zapisie snu pojawiła się anomalia. Cały teren 

zalało oślepiające światło. Chwilę później Rhyssa usłyszała warkot taksówek powietrznych, 

śmigających we wszystkich kierunkach.

Sasza! - wściekła się.

background image

Tylko on mógł ustanowić ów dozór!

Złapiemy tego typka!

NIE W TEN SPOSÓB!

Rhyssa z trudem zapanowała nad dziką wściekłością. Sasza nadużył władzy - a nawet 

wykorzystał łączące ich więzi przyjaźni.

Wcale nie!

Rhyssa głęboko wciągnęła powietrze; czuła, że drży. Wysłała owo tchnienie aż do 

koniuszków palców stóp, „parła” je w dół, dopóki mięśnie brzucha nie zesztywniały.

NIE było żadnego zagrożenia! - oznajmiła.

Ale BYŁO wtargnięcie! - Wyczuła przerwę w jego myślach, kiedy reagował na jakiś 

zewnętrzny bodziec. - To piekielnie dziwne. NIE było wtargnięcia. A przynajmniej fizycznego  

wtargnięcia. Żaden ekran nie ujawnił czegoś, co by się nie dało wyjaśnić. I nic - zwróć na to 

uwagę - nic nie naruszyło naszej przestrzeni powietrznej.

- Nowik! - Rhyssa zabarwiła tę myśl zadowoleniem. - O ile przez ciebie Talent mu się  

nie zablokuje!

**Obraz   Rhyssy   układającej   się   na   brzuchu,   opatulającej   się   puchatym   kocem   w 

pastelowe wzory i chowającej głowę pod poduszkę w pastelowej powłoczce.** I naprawdę to 

zrobiła.

* * *

- Nowik, ale skąd? - to pytanie zadawano sobie w pokoju kontrolnym.

- Kto nie śpi o czwartej rano? - zapytał Sasza.

-   Mogę   sporządzić   krzywą   prawdopodobieństwa,   eliminując   pracowników 

zmianowych - zaofiarowała się Madlyn.

- Dlaczego mielibyśmy ich eliminować? - spytał Budworth.

- Jeżeli pracują, to nie uprawiają W. P. C.

- A kto powiedział, że to wycieczka poza ciało? - Sasza spojrzał ze zdumieniem na 

Madlyn.

- Cóż by to mogło być innego?

- Możesz mieć rację, Madlyn - uśmiechnął się Roznin. - Jest to tak oczywiste, że aż 

dziw, iż nikt z nas wcześniej na to nie wpadł. O.K., kto uprawia W. P. C.?

I od razu usłyszał odpowiedź na owo zasadnicze pytanie.

- Ci, co nie lubią ciała, w którym tkwią - rzekła dziewczyna.

background image

- Przecież W. P. C. JEST Talentem - wtrącił się Budworth. - Wszyscy nim obdarzeni są 

zarejestrowani i mają do roboty ciekawsze rzeczy niż W. P. C.

- Jeżeli są zarejestrowani - przypomniał Sasza.

- Fakt. No to rozejrzymy się za nowymi.

- Otóż to. W szpitalach też.

- Czy ty wiesz, ile szpitali jest w Jerhattanie?! - jęknęła Madlyn.

- Niezbyt  się w tym orientuję - uśmiechnął się Sasza i wycelował w nią palec: - 

Potraktuj   to  jako  sprawdzian  szkolenia.  Pytaj  o  sparaliżowanych,  o nastoletnich  i  prawie 

nastoletnich, o cierpiących na bezsenność...

- Czemu obciążać winą za to nastolatki? - Madlyn z trudem się opanowała.

- Bo jeszcze nie sprawdzano, czy nie mają Talentu. No dobrze - dodał łaskawie Roznin 

-   sprawdź   każdego,   kogo   nagle   unieruchomiono.   Wziąłbym   pod   uwagę   i   więzienia.- 

Uśmiechnął się, słysząc jęk Madlyn. Jednym z najwspanialszych Talentów okazał się chłopiec 

uciekający przed sadystycznym strażnikiem.

- To Centrum może  uwalniać  więźniów?  - Oczy Madlyn  rozwarły się szeroko ze 

zdumienia.

- Czyżbyś nie znała historii własnego Centrum? - zachichotał Budworth. - Założono 

go dla wyrzutków z więzień i szpitali psychiatrycznych i... - zerknął łobuzersko na Roznina 

- ...i dla wszystkich innych aspołecznych lub ekscentrycznych osobników.

- Gdyby tu był mój brat... - Sasza pogroził mu palcem.

- Hmm! - parsknął Budworth. Wcale się nie boję twojego brata, chociaż jest wielkim i 

potężnym komisarzem OPP!

- A ja  bym się bał - odciął się Sasza. To mi przypomina, że już się spóźniłem na 

umówione   spotkanie.   Sprawdźcie   szpitale   i   więzienia.   Ty   zaś,   Buddy,   możesz   się   zająć 

zakładami psychiatrycznymi. Wdzięczny jestem, że mi o nich przypomniałeś.

- Ha! - rzekła Madlyn do Budwortha, kiedy Sasza wychodził z pokoju kontrolnego.

* * *

-   Skąd   tu   tyle   nielegalnych   dzieci?   -   spytała   Harva   Dunstera,   szefa   medycznego, 

Teresa Aiello, zarządca miasta Jerhattan. - Podobno twoi ludzie sterylizują po drugiej ciąży.

- Tylko wtedy, gdy odbierają poród - odparł Harv z ponurą miną. - Przecież wiesz, że 

niektóre grupy etniczne wciąż nie chcą stosować antykoncepcji. Nielegalne porody będą się 

zdarzać,   dopóki   nie   uzyskamy   pozwolenia   na   dodawanie   środków   sterylizujących   do 

background image

żywności; i będą się powtarzać przypadki sprzedawania niedorostków seksualnym dewiantom 

czy do źle opłacanej pracy w nielegalnych fabrykach. Zaś tych z odpowiednimi wskaźnikami 

krwi i zdrowymi narządami kupują najbogatsi, kiedy potrzebni im dawcy przeszczepów. - 

Wskazał na stertę wydruków z faksu zalegającą biurko Teresy Aiello.

- A bezlitośni ludzie wciąż będą usuwać tych, których już wykorzystano dodał Borys 

Roznin, komisarz OPP. - Nawet nielegalne dzieci mają jakieś prawa - spojrzał z ukosa na 

faksy.

Teresa   też   na   nie   mimowolnie   zerknęła.   Była   twardą   kobietą,   lecz   miała 

dziesięcioletnią córkę, a faks o wzdętych ciałach, unoszących się na powierzchni morza u 

pomocnego wybrzeża Long Island, poruszyłby i najmniej wrażliwego osobnika. Odwróciła 

oczy. Koroner donosił, że najstarsi mieli po dwanaście lat, najmłodsi - po pięć.

Borys   Roznin   skontaktował   się   z   Teresą   Aiello,   zaraz   gdy   dokonano   owego 

straszliwego odkrycia. Nigdy nie było wiadomo, jak Jerhattan zareaguje na takie wieści, więc 

Teresa zwołała swoich komisarzy, żeby się przygotować na ewentualny wybuch, gdyby ta 

sprawa   przeciekła   do   mediów.   Bliźniak   Borysa,   Sasza,   powinien   przynieść   propozycje 

Centrum Parapsychologicznego. Cała czwórka - ze względu na konieczność zachowania owej 

tragedii w tajemnicy - spotykała się w ekranowanym biurze zarządcy miasta.

- Ach! - Borys ubiegł Teresę, która właśnie chciała coś powiedzieć; prawą dłonią 

lekko musnął skroń na znak, że dotarł doń przekaz telepatyczny. - Stwierdzili, że jedno z ID 

należy do dziewczynki Waddellów porwanej przed sześcioma tygodniami...

Teresa skrzywiła się i jęknęła. Waddellowie byli jej znajomymi, funkcjonariuszami 

kadry   zarządzającej;   ich   córeczka,   bystra   i   bardzo   ładna,   była   szkolną   przyjaciółką   jej 

dziewczynki. Teresa nadała sprawie porwaniu Waddellówny najwyższy priorytet i oficjalnie 

zażądała,   żeby   Rhyssa   Owen   przekazała   ten   przypadek   swemu   najlepszemu 

„odnajdywaczowi”.

-   Dwa   następne   dzieciaki   były   zarejestrowane   jako   uciekinierzy,   zaginęły   dwa 

miesiące temu. Co do pozostałych... - Roznin wzruszył ramionami, spojrzał na szefa służby 

zdrowia. - Wszystko, co można zrobić, to ustalić ich genotypy i pochodzenie.

Każdy obywatel Zjednoczonego Świata jeżeli nie był nosicielem zakazanych genów 

recesywnych mógł powołać do życia swego następcę. Jeden rodzic, jedno dziecko. Dwoje 

rodziców,   dwoje   dzieci.   ZPG   miało   być   ściśle   przestrzegane,   dopóki   nie   będzie   można 

„rozgęścić” Ziemi, wysyłając nadmiar populacji na planety nadające się do kolonizacji - już 

odkryte, lecz jeszcze niedostępne. Prawa o posiadaniu potomstwa łatwiej było narzucić w 

background image

społecznościach wiejskich niż w olbrzymich miejskich mrowiskach - jak Jerhattan - z których 

każde miało ponad trzydzieści milionów mieszkańców.

- Nie zaprzestałeś testów, Borysie? - spytała Teresa szefa OPP.

- Niech to diabli, nie, ale i tak nie wykrywamy wczesnych ciąż, bez względu na to, jak 

się   staramy.   Wyłapalibyśmy   więcej,   gdybyśmy   mieli   ludzi   do   jednoczesnych   prób   na 

poszczególnych poziomach. - Borys wykonał taki gest, jakby ściągał sieć; na jego twarzy 

pojawił się cień uśmiechu. - Wspaniale nam poszło w dzielnicach mieszkaniowych w sześć 

tygodni   po   ostatnim   masowym   przekwitaniu,   ale   to   już   przeszłość.   -   Rozłożył   ręce, 

zrezygnowany   jak   Dunster.   -   Znasz   naszą   sytuację.   Dajemy   sobie   radę   z   największymi 

problemami - jeśli się im zdecydowanie przeciwstawiamy. Nie potrzeba nam więcej takich 

ciał.

- Do tych, którzy odrzucają kontrolę państwa - rzekł strapiony Harv - nie docierają 

żadne programy nauczania czy higieny, bez względu na to, w jakim języku są nadawane.

- Czyli brak jakiejkolwiek wskazówki, skąd porwano te biedne dzieciaki? - skrzywiła 

się Teresa.

- Mogły pochodzić z każdej warstwy - potrząsnął głową Roznin.

- W poprzednim takim makabrycznym połowie, tym sprzed trzech miesięcy, tylko u 

czterech udało się ustalić typ etniczny - powiedział ponuro Harv Dunster. - Bliskowschodni: 

libański i arabski. Dwoje Tajlandczyków; dziesięciu ciemnoskórych, no i jeden był nosicielem 

HIV - może dlatego... pozbyto się ich. - Lekarz ciężko westchnął. - Coś mi się zdaje, że w 

laboratorium wśród tych ostatnich znajdą seropozytywnych...

- Oszczędź mi tego, Harv - uciszyła go twardo Teresa i wywołała na ekranie plan 

Jerhattanu.   -   UZP  dopiero   co   zrobił   rundkę   po   dzielnicach   mieszkaniowych.   Nie   mamy 

funduszy na kolejną taką akcję. Gdzie dokładnie znaleziono te ciała, Borysie?

Czekała na odpowiedź, zwiesiwszy dłonie nad terminalem.

-   Wyrzuciło   je   na   brzeg   koło   Glen   Cove,   w   pobliżu   tych   trochę   lepszych 

mrowiskowców sąsiadujących z Sound.

- Cudownie! - rzuciła sarkastycznie Teresa; a potem zwróciła się do Borysa, choć to 

powinna była mieć w raportach: - Żadnego z tych incydentów nie przewidziano?

- Sztorm tak, zwłoki - nie.

- Czyż twój brat nie powinien już tu być? - Aiello zmarszczyła brwi, spoglądając na 

zegar w rogu głównego ekranu. - Potrzebujemy wszechstronnego wsparcia, żeby rozwiązać tę 

sprawę.

background image

Błękitne oczy Borysa Roznina znieruchomiały na moment, kiedy nawiązywał kontakt 

myślowy ze swoim „młodszym” bratem.

- Korki mu przeszkadzają. Ale mówi... tu zmienił się ton głosu Borysa, stał się niższy; 

specyficzny Talent pozwalał, by jeden bliźniak przemawiał poprzez drugiego: - Słuchajcie, 

chcę oszczędzić czasu sobie i wam. Owe morderstwa są częścią o wiele większej afery, tu nie 

chodzi tylko o śmierć trzydzieściorga nieletnich zostawcie w spokoju HIV, nie ma tu nic do 

rzeczy.   Te   dzieciaki   zabito,   bo   dotarliśmy   zbyt   blisko   -   ale   niewystarczająco   blisko   i 

niewystarczająco szybko. Tereso, Cartnen „była na nasłuchu” od chwili, kiedy przekazałaś 

nam sprawę porwania Waddellówny. Raz czy dwa wyczuła emanacje grozy, ale nigdy nie 

były na tyle wyraźne, żeby można było ustalić, skąd dochodziły. Miała wrażenie, że jakoś 

łączą   się   z   wodą.   -   Wydatne   wargi   Borysa   zadrżały,   odzwierciedlając   smutek   Saszy.   - 

Większość   tych   dzieciaków   musiała   być   nielegalna.   Wszyscy   wiemy,   że   działa   grupa 

pederastów, że dostarcza im się wciąż nowe ofiary, i to pomimo międzynarodowych starań 

żeby zlikwidować ów handel. Wiemy, że dzieciaki są kupowane jako tania siła robocza i 

wywożone nie wiadomo dokąd. I że niektóre z nich służą jako dawcy przeszczepów. Nie 

próżnowaliśmy - ciągnął głos Saszy. - To może być przełom, na który czekaliśmy. Dotarliśmy 

zbyt blisko. Dobrze by było się dowiedzieć... - przy tych słowach otwarły się drzwi gabinetu 

Teresy Aiello i wszedł Sasza Roznin, obdarzając każdego promiennym uśmiechem; ścisnął 

ramię brata i kontynuował: - ...do czego właściwie tak się zbliżyliśmy. Pracujemy nad tym i 

mam nadzieję, Tereso i Harvie, że dzięki waszej pomocy przygwoździmy tych drani.

Tu Sasza uśmiechnął się do wszystkich, po czym spojrzał porozumiewawczo na brata 

i mrugnął doń. Twarz Borysa rozjaśniała się, w miarę jak „czytał” w umyśle Saszy.

- Oznakować dzieciaki włókienkami? To może zadziałać! A i pomóc nam tym razem 

złapać tych cholernych złodziei dzieci. - Borys pochylił się nad stołem. - Wszyscy oczywiście 

znacie te cieniutkie włókienka, które dopiero co wynaleziono? Zdarza się, że opleceni nimi 

uciekają,  zanim  zdążymy ich   złapać.  Zmieniono   nieco   skład   włókienek   i  teraz  można   je 

wykryć także po sześciu miesiącach. Jest jeszcze parę spraw do rozwiązania, ale na pewno 

warto oznakować wszystkie dzieci z grupy ryzyka.

- Masz na myśli tę stronę rzeki? - Teresa wskazała widok roztaczający się z okna na 

grupę eleganckich budowli mieszkalnych rysujących się ostro w blasku poranka. - Jednak, 

statystycznie rzecz biorąc, to dzieciaki z liniowców są najbardziej zagrożone.

- Gdybyśmy zdołali złapać te nielegalne dzieci i oznakować je, byłby to ogromny 

postęp. - Borys uniósł dłonie w geście pełnym rezygnacji. - Na razie naznaczmy tyle dzieci z 

obu brzegów rzeki, ile tylko zdołamy, i nie traćmy nadziei.

background image

- Nadziei? - spytał miękko Sasza.

background image

5

-  Rhyssa!  -  rozpoznała   przekaz   Johnna   Greene’a,  Utalentowanego   goryla  Vernona 

Altenbacha, ministra do spraw kosmosu.

Rhyssa: Mamy jakieś kłopoty?

Johnny: Dziewczyno, zasługujesz na wszelkie dolegliwości rządzenia, skoro potrafisz  

aż tyle wywąchać z tego, jak wymawiani twoje imię!

Rhyssa:  Wcale nie muszę być jasnowidzem, J. G. Zawracasz mi głowę tylko wtedy,  

kiedy politycy szykują jakiś numer. O co chodzi tym razem?

Johnny: O ustawę, żeby kierować Talenty wszędzie tam, gdzie rząd ich potrzebuje!

- O nie, znowu? - „nadała” na wpół rozbawiona, na wpół zirytowana Rhyssa.

Agendy   rządowe   próbowały   w   przeszłości   ograniczyć   zagwarantowaną   Talentom 

swobodę wyboru. Działo się to, zanim owe agendy zaczęły doceniać korzystanie z ich usług. 

Po   tym,   jak   jej   znakomity   dziadek,   Daffyd   op   Owen,   namówiony   przez   senatora   Joela 

Andresa   walczył   o   prawne   zagwarantowanie   nietykalności  Talentom   wykorzystującym   w 

pracy swoje uzdolnienia. Immunitet był szczególnie ważny dla jasnowidzów: kiedy ostrzegli 

o jakichś nieszczęściach, których dzięki temu zdołano uniknąć, ciągano ich potem po sądach, 

przez   co   tracili   czas   i   pieniądze.   Od   tamtej   pory  co   jakiś   czas   zdarzały   się   próby   -   od 

śmiesznych po śmiertelnie poważne - ograniczenia swobody wyboru i zmuszenia Talentów do 

pracy wyłącznie na potrzeby armii, administracji państwowej lub kompanii handlowych. Lecz 

Talentom zawsze się udawało - całkiem legalnie i bez nadużywania specyficznych uzdolnień - 

stopować owe zakusy. Wielu z nich poświeciło swoją osobistą swobodę i zgodziło się służyć 

w państwowych instytucjach, nieraz przez całe życie, aby w ten sposób strzec dla swoich 

współbraci prawa wyboru. Uczynili tak i rodzice Rhyssy, dzięki czemu mogła osiągnąć swoją 

obecną pozycję.

-  Znowu, i tym razem to nie zabawa  - ciągnął Johnny. -  Kosmos jest w tarapatach. 

Platformę trzeba ukończyć w terminie, zanim populacja Ziemi całkiem się wymknie spod  

kontroli!

Rhyssa: Czyli Ludmiła zdobyła poparcie?

Johnny:  Zyskała   mocne   poparcie   i   „Kosmos”   jest   pod   silną   presją.   Jestem  

najdoniośniejszym „głosem” waszyngtońsko-luksemburskim, więc nawiązałem z tobą kontakt  

w imieniu wszystkich strażników. Nie pozwolono nam uczestniczyć w o wiele większej liczbie 

background image

sesji, niżby należało: a brali w nich udział najzagorzalsi przeciwnicy naszego immunitetu,  

jacy kiedykolwiek się skrzyknęli przeciwko Talentom. Jak sobie przypomnę, że sam pomogłem  

„Kosmosowi” ekranować się przed wścibskim „zerkaniem w umyśl”, to mnie krew zalewa!  

Drań wykorzystuje to przeciwko mnie!

Strzeżenie znajdujących się na topie oficjeli było jedną z najdelikatniejszych funkcji 

powierzanych empatycznym Talentom. Terroryzm wciąż jeszcze nie zniknął z politycznego 

życia: od czasu do czasu pojawiali się fanatycy mający i dostęp do wymyślnych urządzeń, i 

możliwość uśmiercania ważnych osobistości; często występowali w imieniu zepchniętych na 

margines.   Masowe   przesiedlenia   i   budowa   liniowców   w   pobliżu   każdego   obszaru 

wielkomiejskiego nieco osłabiły napięcia związane z uchodźcami i mniejszościami, dzięki 

czemu   gwałtownie   zmalała   liczba   zabójstw   -   nadal   jednak   zatrudniano   empatów   jako 

strażników, „goryli” polityków na topie, którym groziło, że mogą się stać celem ataków wciąż 

pojawiających się fanatyków.

Rządy już dawno przestały reagować na emocjonalny szantaż. Jednostki specjalne 

uwalniały zakładników: często składały się z tych, którzy niedawno sami brali zakładników. 

Jednakowoż,   ogólnie   rzecz   ujmując,   Talenty-goryle   sprawnie   zapewniali   bezpieczeństwo 

najbardziej narażonym osobom. Tacy goryle jak Johnny Greene.

Rhyssa wyczuła w głosie Johnny’ego urazę, że Vernon Altenbach osłaniał swoje myśli 

przed   kimś,   kto   był   nie   tylko   jego   najlepszym   przyjacielem,   ale   i   szwagrem.   Oficjalnie 

Greene   pracował   jako   podsekretarz   w   Ministerstwie   Spraw   Kosmosu.   Przedtem   był 

doświadczonym   pilotem   Ziemia-platforma:   dwadzieścia   pomyślnych   startów   na   koncie; 

dwudziesty pierwszy skazał go na stały pobyt na Ziemi. Talent Johnny’ego ocalił załogę od 

śmierci, ale nie uratował swego nosiciela przed utratą lewej nogi i lewej ręki. Protetyka stała 

co prawda na wysokim poziomie, jednak Greene musiał pomyśleć o innej karierze. Teraz 

znakomicie   wypełniał   swoje   nowe,   podwójne   obowiązki.   Udaremnił   już   cztery   próby 

zabójstwa i porwania ministra spraw kosmosu, Altenbacha.

Johnny:  Powinienem był uczestniczyć w tych ostatnich rozmowach, ale mnie z tego  

wyłączyli.

Rhyssa:  To   znaczy,   że   debatowali   o   Talentach.   Barczenka   i   Duoml   chcieliby   na  

platformę więcej kinetyków, lecz na gorszych warunkach. Robię, co mogę...

Johnny; bezkompromisowo:  Czyżby nikt nie powiedział Barczence, że to przez nią  

Talenty nie chcą tam pracować?

Rhyssa:  Lance Baden jej to powiedział. Sądzi, że ona cierpi na wybiórczą amnezję.  

Ale przez te rekordowe osiągnięcia nie uda się jej nikim zastąpić!

background image

Johnny:  Vernon  próbował! Ona jest diabelnie dobra w swoim fachu... tylko te jej  

metody. Pozostanę w kontakcie; sądziliśmy, że trzeba cię ostrzec.

W jego głosie pojawiła się nutka nagany.

Rhyssa: Żaden jasnowidz niczego nie wykrył, Johnny.

Johnny:  Wiem, wiem. I to mnie właśnie martwi. To musi być wielka sprawa, nawet  

Mallie nic nie zwąchała!

Amalda Vaden była jednym z najbardziej wyczulonych jasnowidzów, jakich Centrum 

dało światu, toteż zdumiewał fakt, że niczego nie „wywąchała” (o ile Johnny właściwie ocenił 

to, co się działo, a bez wątpienia tak się stało).

Rhyssa:  No   to   pewno   cała   sprawa   zostanie   rozwiązana,   zanim   osiągnie   punkt  

krytyczny.

Starała   się,   żeby   jej   przekaz   zabrzmiał   optymistycznie,   choć   czuła   dreszcz 

przebiegający po kręgosłupie. Ktoś powinien był coś wyczuć!

Będę w kontakcie - zapewnił ją Johnny. - Sprawdzę, co w trawie piszczy. Sama wiesz,  

jak bardzo by chcieli pomieszać nam szyki.

Rhyssa: Myślę, że spróbują frontalnego ataku. Chyba się do was wybiorę.

- Więc kiedy cię zobaczę? - ożywił się Johnny.

Dziś, jeśli to możliwe. Daj mi rozkład zajęć Vernona.

Greene zaczął wyliczać „rozkład jazdy”, Rhyssa przerwała mu przy lunchu.

Smakują mi tamtejsze potrawy! Wtedy wpadnę!

* * *

Widok Johnny’ego zawsze nieco dziwił Rhyssę, bo głos nie „przystawał” do sylwetki. 

Greene był średniego wzrostu, wymuskany i nikt - patrząc, jak chodzi czy posługuje się 

sztućcami   -   nie   odgadłby,   że   uległ   tak   poważnej   kontuzji.   Utajone   zdolności   kinetyczne 

pomogły zwalczyć skutki amputacji. Johnny wstał, widząc Rhyssę podchodzącą do stolika, 

przy   którym   siedział   wraz   z   ministrem   spraw   kosmosu,   Vernonem   Altenbachem,   jej 

wzniosłością   panią   inżynier   Ludmiłą   Barczenką   i   szefem   personelu   Drugiej,   Perem 

Duomlem. Uśmiechnął się promiennie do nowo przybyłej, uścisnęli się i ucałowali.

-  Czy  odważyłabyś   się   tak   cudownie   wyglądać,   gdyby   był   tu   również   zakochany  

Phanibal?

Oczy Johnny’ego, bursztynowe z zielonymi cętkami, błysnęły łobuzersko.

background image

Rhyssa: Dlaczegóż ten obmierzły typ nie wraca na Pacific Island, która go zrodziła,  

żeby się zająć rodzinnymi plantacjami?

Johnny:  Musisz znaleźć  jakiegoś  krzepkiego przystojniaka,  który by  go odstraszył.  

Twoje przybycie wprawiło ich w zakłopotanie, choć jeszcze nic niewłaściwego nie powiedzieli  

- dodał; wymienili owe myśli w krótkiej chwili powitania.

-   Oto  i   osoby,   które   miałam   nadzieję   zobaczyć   -   powiedziała   Rhyssa,   obdarzając 

Altenbacha uśmiechem pełnym szczerego zadowoleniu, kłaniając się uprzejmie Barczence 

(która   rzucała   groźne   spojrzenia)   i   Perowi   Duomlowi   (mającemu,   jak   zwykle,   uprzejmą 

minę).   -  Kiedy  się   dowiedziałam,   madame   Barczenka,   że   ma   pani   być   w Waszyngtonie, 

uznałam, że i ja powinnam się tu zjawić, zanim sprawy wymkną się spod kontroli

-  Ależ   Rhysso   -   odezwał   się  Altenbach,   dając   jednocześnie   znak   kelnerowi,   żeby 

przyniósł krzesło i nakrycia dla nieoczekiwanego gościa - nie możesz zakłócać ustalonej 

procedury nacisku. To nic fair.

- Działanie poza moimi plecami też nie jest zbyt uczciwe. - Rhyssa uśmiechnęła się, 

żeby złagodzić ostrze krytyki, po czym zwróciła się do Barczenki: - Musisz się trzymać 

planu. Nie bierzesz jednego pod uwagę: Talentu nie można zaplanować, nie można go też 

zmusić, żeby się objawił. Kinetycy, których tak rozpaczliwie potrzebujesz, nie pojawią się 

znikąd, żeby ci pomóc w dotrzymaniu terminów. Takiej ilości kinetyków po prostu nie ma. 

Talent to bardzo rzadka, wysoce osobliwa cecha, a nie coś wymuszonego. Ktoś, kto próbuje 

narzucać   warunki   osobie   obdarzonej   Talentem,   nie   może   oczekiwać,   żeby   owa   osoba 

wykorzystywała pełną moc swoich uzdolnień. Przymus „gasi” Talent, jest to równie pewne 

jak fakt, że choroba morska odbiera apetyt. Żadna ustawa na świecie nie zdoła zakuć umysłu 

w kajdany.

- Ale są ustawy, które umożliwią, werbowanie osób niezbędnych do wykonania pracy 

mającej   priorytet   na   całym   świecie   -   flegmatyczny   głos   Barczenki   harmonizował   z   jej 

nieprzejednaną   miną.   -   Platforma   będzie   ukończona   w   terminie.   Kinetycy   się   do   tego 

przyczynią.

Rhyssa   wyczuła   jeszcze   jedną   silną   emanację;   tym   razem   był   to   Per   Duoml 

potwierdzający, solennym skinieniem głowy, oświadczenie Ludmiły.

-   Są   na   to   sposoby   -   dodała   Barczenka,   taksując   Rhyssę   zimnym   wzrokiem:   jej 

elegancką fryzurę, delikatny makijaż, toaletę.

- Legalne? - uśmiechnęła się leciutko Rhyssa; ów uśmiech wyrażał jej niedoścignioną 

wyższość nad klocowatą i niemodnie ubraną Ludmiłą.

Minister odchrząknął i podał nieoczekiwanemu gościowi kartę dań.

background image

- Dalej uważam, że ów... impas... można rozwiązać tak, by dać satysfakcję wszystkim 

zainteresowanym - oznajmił Altenbach.

Barczenka parsknęła z niedowierzaniem i dokończyła uważnie przeglądanie menu, 

przerwane pojawieniem się Rhyssy. Po chwili odłożyła niedbale kartę na stolik.

- Wołałabym jakieś pożywne jedzenie... - orzekła.

Johnny Greene skinął na maitre d’hótel, który słynął z tego, że potrafił zachować 

zimną krew w najtrudniejszych sytuacjach spośród tych, w jakie obfitował Waszyngton:

- D’Amato, zarządca Barczenka życzy sobie inne menu.

D’Amato pstryknął palcami; jak spod ziemi wyrósł jego podwładny i z promiennym 

uśmiechem wręczył Barczence cieniutką kartę dań. Ludmiła spojrzała nań - i na Johnny’ego - 

z   sardonicznym   wyrazem   twarzy,   który  przeszedł   w   miłe   zdumienie,   gdy  odczytała   spis 

pożywienia dostępnego na platformie.

-   Pięć,   dwanaście   i   dwadzieścia,   z   herbatą   -   zadysponowała   głosem   wibrującym 

powściąganym gniewem.

Uważaj, Rhyssa! - ostrzegał Johnny. - Zauważyłaś ten błysk? Jest cholernie pewna 

swego!

Podobne   ostrzeżenia   napłynęły   w   tej   samej   chwili   od   trzech   innych   teleempatów 

jedzących posiłek z osobistościami, których strzegli.

-  Świetnie! Teraz trzeba dociec, co ma w zanadrzu!  - „nadała” Rhyssa, zamawiając 

zupę   (restauracja   słynęła   z   zimnych   zup   owocowych)   i   sałatkę.   -  Gordie,   czy   mógłbyś  

szybciutko przejrzeć przestarzałe ustawy, które mogłaby wykorzystać?

-  Ja   i   moi   urzędnicy   spędziliśmy   nad   tym   całe   godziny  -   odparł   Gordon   Havers, 

najmłodszy w całej historii sędzia Sądu Najwyższego. -  W NASZEJ konstytucji nie ma nic  

takiego. Ale skoro Sowieci dostali kontrakt na Drugą, to może w ich sekcji coś jest! Ich prawa  

są równie pokrętne jak gramatyka!

- Możesz się, oczywiście, powołać na jakąś zapomnianą, lecz wciąż obowiązującą 

ustawę   -   rzuciła   słodziutko   Rhyssa,   uważnie   śledząc   reakcję   -   która   ci   pozwoli 

„zarekwirować” Talenty.

Tak Barczenka jak i Duoml drgnęli, słysząc te bezceremonialne słowa.

Bingo! - krzyknął Gordie. - Zajmę się rosyjską częścią Ustawy Kosmicznej!

-   ...lecz   zawsze   się   okazywało   -   ciągnęła   gładko   Rhyssa   -   jak   niemądre   było 

zmuszanie   Talentów   do   pracy   w   dziedzinie,   która   im   osobiście   lub   zawodowo   nie 

odpowiadała.

background image

- Byliśmy zbyt wyrozumiali dla twoich kaprysów i sztuczek. - Barczenka, wściekła na 

Rhyssę Owen, pochyliła się nad stolikiem. - To zrobicie, a tego już nie! - rzuciła głosikiem 

rozdrażnionego bachora. - Poczyniliśmy wiele ustępstw, żeby uczynić zadość fanaberiom i 

zachciankom twoich Talentów, a wciąż tak mało ich się zgłasza do pracy nad najważniejszym 

w historii ludzkości Projektem. Taka postawa jest nie do przyjęcia.

- Powtarzam raz jeszcze, że wcale nie stwarzam przeszkód; po prostu chronię moich 

kolegów - podjęła Rhyssa; Barczenka i Duoml nie zdołali ukryć wrażenia, jakie wywarły na 

nich jej słowa. - I powtarzam, że zmuszanie Talentów do pracy, która im nie odpowiadała, 

nigdy nie przyniosło nic dobrego; i to do pracy w fatalnych warunkach.

- To się zmieni! To się musi zmienić! Platforma będzie gotowa na czas! - Ludmiła 

coraz   bardziej   podnosiła   głos,   aż   umilkły   wszelkie   inne   rozmowy,   nieco   chwiejnie   - 

przyzwyczajona do mniejszego ciążenia podniosła klocowatą postać z krzesła i kopnęła je na 

bok. - Nie mam zamiaru tolerować niesubordynacji!

I z tymi słowy odeszła.

-   Zrobiłem   dla   ciebie,   co   tylko   mogłem   -   powiedział   Rhyssie   Vernon  Altenbach 

głosem pełnym rezygnacji; wstał, a czujny kelner odsunął jego krzesło.

- Pani nie rozumie naszej sytuacji, dyrektor Owen - dorzucił Per Duoml. - Musimy się 

uciec   do   nieprzyjemnych   środków,   żeby   zapobiec   poważnym   katastrofom   zagrażającym 

światu!

- Może mi  się uda ją uspokoić i nakłonić do rozsądku - rzekł Vernon i dał znak 

Johnny’emu, żeby został. - Każ zanieść jej i moje dania do gabinetu, D’Amato. Będę tam.

- Czy naprawdę wierzysz, Perze Duoml - Rhyssa pochyliła się doń nad stolikiem - że 

się uchylamy od spełnienia naszych obowiązków wobec świata?

Wzruszył ramionami; ekran chroniący jego umysł był równie twardy, jak niechęć Pera 

do zrozumienia natury Talentu.

- Panuje opinia, że owo... uchylanie się... naraża Projekt na niebezpieczeństwo - odparł 

Duoml.

- To Ludmiła Barczenka zagraża Projektowi - rzuciła Rhyssa z większym żarem, niż 

by chciała, i uśmiechnęła się pospiesznie, pragnąc w ten sposób naprawić szkody wyrządzone 

przez nadmierną szczerość; Per Duoml może i nie miał Talentu, ale głupi na pewno nie był.

- Ach! Moja szacowna koleżanka miała słuszność.

-  Wcale  jej  NIE  przeszkadzam.   Chronię  moich  ludzi  tak,   jak  ona   swój  projekt.  - 

Rhyssa pożałowała tamtej chwili szczerości.

background image

Przecież to przez NIĄ Talenty nie chcą pracować - pocieszał dziewczynę Johnny. - 

wszyscy o tym wiemy!

Gordie:  Pewno, ale ona zostaje! To będzie fascynująca walka, oczywiście z czysto  

naukowego punktu widzenia!

- Podziwiam niekwestionowane kompetencje Barczenki jako kosmicznego inżyniera. 

Byłoby mi miło, gdyby odwzajemniła ów „profesjonalny” komplement - rzekła uprzejmie 

Rhyssa. - Ta zupa jest wspaniała, Perze Duoml. Delektujemy się nią.

background image

6

Bingo! - powiedział nazajutrz Rhyssie Gordie Havers, a w jego głosie nie było ani 

cienia radości.

-  To znaczy, że Barczenka MOŻE „zarekwirować” Talenty?  - Dziewczynę  ogarnął 

lodowaty chłód.

-  Odgadłaś!   Przestudiowałem   ich   ustawę   jeszcze   rosyjską,   sprzed   głasności,   tak  

archaiczną,   iż   już   dawno   należało   ją   znieść!   W   starych,   dobrych   dniach   bolszewizmu  

pozostawanie bez pracy było nielegalne - rozumiesz, NIELEGALNE. Jedynym pracodawcą  

było państwo. Ergo, każdy pracował. Przeto - w systemie, w którym bycie bez pracy jest  

nielegalne - jedyny pracodawca może uczynić ze swoją siłą roboczą, co uzna za stosowne. To 

daje   Barczence   prawo   -   zgodnie   z  Międzynarodowym   Statutem   Drugiej   -   ściągnięcia   na  

platformę   każdego   technika,   specjalisty   czy   robotnika,   którego   potrzebuje   do   wykonania  

Projektu. Projekt Kosmiczny w oryginalnej wersji był rosyjski. Owo prawo dalej obowiązuje i  

Barczenka   może   dzięki   różnym   kruczkom   -   zastosować   je   wobec   Talentów.   Rzecz   jasna  

możemy z tym walczyć!

I.. - przynagliła go, bo nagle zamilkł.

-  Mając   tak   wymownego   adwokata,   jak   Lester   Favelly,   moglibyśmy   wygrać.   Ale  

proces   ciągnąłby   się   całymi   latami   i   Ludmiła   potraktowałaby   to   jako   potwierdzenie   jej  

zarzutów, że Talenty przeszkadzają w wykonaniu Projektu.  - Zamilkł znacząco. -  A może 

byśmy tak pozwolili, żeby się sama pogrążyła?

Talenty będą nieszczęśliwe i nie zdołają dobrze pracować...

I to właśnie dręczyło Rhyssę, urażało jej wyczulone poczucie uczciwości. Talenty 

zawsze dawały z siebie wszystko, bez względu na warunki, w jakich im przyszło pracować. 

Nawet najdelikatniejsza sugestia, żeby oszczędzały siły, byłaby naruszeniem najsurowszej 

zasady  postępowania  Talentów.   No,   ale   w   kosmosie   -   wymęczeni   ciężkimi   warunkami   i 

psychiczną stagnacją, której nie dadzą rady tam uniknąć - na pewno nie będą tak skuteczni jak 

zwykle.

-  Otóż   to.   Zaproś   pozostałych   dyrektorów.   Musisz   sprawiać   wrażenie,   jakbyś  

akceptowała to, co nieuniknione.

Zła prasa, jaką to zrobi Talentom, może zniszczyć robotę z całego ostatniego stulecia 

- powiedziała rozpaczliwie Rhyssa.

background image

Wiem. Ale mam coś, co ci osłodzi tę bardzo gorzką pigułkę. Amalda Vaden widzi, że  

wszystko dobrze pójdzie.

Po czyjej ona jest stronie? - Rhyssa nie zdołała usunąć z głosu nutki rozgoryczenia.

Po naszej, jak dobrze wiesz - odparł szorstko Gordon Havers. - Ergo, damy sobie z 

tym   radę   dzięki   naszej   ustępliwości.   Skonsultuj   się,   Rhysso.   Szybkie   działanie   może  

przeciągnąć ogół na naszą stronę.

background image

7

Nie wszyscy z dyrektorów pozostałych czternastu Centrów byli zadowoleni, kiedy w 

środku nocy dotarł do nich naglący przekaz Rhyssy zwołującej naradę; niektórzy szemrali. 

Gdy tylko byli gotowi, wyjaśniła, w czym rzecz.

-  A z jakich to równie ważnych stanowisk możemy ściągnąć, zdaniem tej Rosjanki,  

potrzebnych jej kinetyków?  - spytał Baden, dyrektor z Australii. Rhyssę zawsze dziwiło, że 

jego telepatyczny głos nie miał tamtejszego akcentu. -  Wysyłamy jej każdego, którego uda  

nam się przekupić  lub zaszantażować. Tylko  cholerne  poczucie obowiązku  trzyma ich  na  

miejscu; moim ludziom zostali już sami dźwigacze kukurydzy i piór.

Już niejeden raz mówiłem Ludmile Iwanownie - rzekł skruszonym i przepraszającym 

tonem   Wsiewołod   Giebrowski   z   Biura   Leningradzkiego   -  że   niemal   wszyscy   sowieccy  

kinetycy pracują za dwóch i za trzech, żeby zaspokoić podstawowe potrzeby kraju. Wierzcie  

mi, próbowałem ją przywołać do rzeczywistości...

Ależ wierzymy ci, Geb, wierzymy - odparli chórem, co go podniosło na duchu.

Ilu chce, Rhysso? - spytał Miklos Horvath, dyrektor Zachodniego Wybrzeża.

-  Żąda   stu   czterdziestu   pięciu   kinetyków!  -   odparła   ponuro   i   natychmiast   się 

ekranowała przed krzykami pełnymi oburzenia.

Każdy dyrektor znał liczbę Talentów zarejestrowanych w poszczególnych Centrach. 

W razie konieczności przenoszono potrzebne Talenty z jednego Centrum do drugiego.

-  Nie   mamy   zbyt   wielu   kinetyków  -   odezwała   się   rozeźlona   Brazylia.   -  Poza   tym 

spędziłem  tam  sześć  miesięcy,  to   najpaskudniejsze  miejsce,  jakie  kiedykolwiek   widziałem.  

Bezustanny hałas! Ohydne żarcie - ta ich „kaloryczna” żywność mogłaby mieć przynajmniej  

jakiś konkretny smak. Jak ona może oczekiwać, że będziemy pracować...

Jeśli posłużymy się klauzulą uznaniową, to zbierzemy żądaną grupę, zabierając ich z 

handlu i przemysłu...  - zaczął na swój powolny, rozważny sposób Max Perigeaux z dużego 

Centrum Europejskiego.

Nie zwracając uwagi na wściekłe protesty...

W tych warunkach nie podlegamy sankcjom karnym...

To prawdziwa pociecha dla tych, którzy będą zmuszeni do pracy na Drugiej...

Handel i przemysł chcą tej Stacji, więc niech piją to piwo razem z nami...

background image

- ...i dając przyuczanych tam, gdzie można ich dozorować - ciągnął spokojnie Max, nie 

zwracając uwagi na komentarze. -  Ale jak możemy oczekiwać, żeby nasi ludzie wydajnie  

pracowali   w   warunkach   panujących   na   Stacji?   Obniżenie   wydajności   zaszkodzi   naszej  

reputacji,   lecz   czy   ktokolwiek   by   zdołał   w   pełni   wykorzystać   swoje   zdolności   w   takim  

środowisku!? I w takim hałasie!? - Wysoki, wymuskany mężczyzna przesłał „obraz” dreszczu 

pełnego wstrętu.

Trzeba COŚ zrobić na rzecz tych z przymusowego naboru!

-  Barczenka uważa, że żądamy ekranowanych kwater i krótszych godzin pracy tylko  

dlatego, żeby opóźniać Projekt  - powiedziała Rhyssa. -  Poinformowano mnie, że w pustce  

kosmosu nie ma żadnego hałasu i że ze względu na brak grawitacji obciążenie fizyczne jest  

dużo mniejsze, więc można pracować dłużej, a nie krócej.

Ta baba nie ma za grosz empatii czy rozumu - odezwała się Północna Afryka.

Czy ktoś PRÓBOWAŁ dostroić jej umysł? - spytał Jimmy z Hongkongu.

Nigdy się nie spotkałeś z Barczenką, prawda? Ekranowanie ściślejsze niż pas cnoty! 

- odparł kwaśno Baden.

-  A co to jest pas cnoty??  -  zainteresował się, tonem świętej niewinności, Jimmy z 

Hongkongu.

Dziewięciu skorych do pomocy telepatów ochoczo oświeciło ignoranta. Rhyssa była 

mu wdzięczna za rozładowanie narastającego napięcia.

-  Musimy   się   podporządkować!  -   rzekł   grobowym   tonem   Perigeaux.   -  I   to 

bezzwłocznie; więc powinniśmy wytargować jak najlepsze warunki dla tych, którzy się muszą  

poświęcić. A może by tak rotacyjność...

Skoro chce tyle luda, to nici z rotacji!

Mogę spróbować obstawać przy krótkoterminowych kontraktach - oznajmiła Rhyssa.

No i rozgłośmy, jakie tam w górze panują warunki - zasugerował Miklos Horvath.

Nie wiem, czy to coś da, skoro musi zaangażować tylu ludzi. Orientujesz się przecież,  

że tych poniżej ósmego poziomu służby państwowej znajdzie tylko w schroniskach.

Ale ludność powinna się dowiedzieć, że Talenty nie protestują bez powodu...

Barczenka jest wystarczającym powodem...

Czy NIKT nie ma na nią wpływu?

Próbowano...

A co z jej współpracownikiem, Perem Duomlem? Żadnych szczelin w pancerzu?

-  Przecież  to nie jest tak,  że my nie chcemy  pomóc  w Projekcie;  ona jest swoim  

największym wrogiem.

background image

Czy wymieniła tylko kinetyków?

Nikt jej nie powiedział, że niektórzy z nich są także telepatami!

I niech nikt się nie waży o tym wspomnieć! - rzekł porywczo Lance Baden.

Też coś! Nawet się jej o tym nie śniło!

Myślisz, że ona o tym NIE wie?

-  Ludmiła   Iwanowna   wie   tylko   to,   co   chce   wiedzieć  -   rzekł   znużonym   głosem 

Wsiewołod. - Słucha tylko tych wyjaśnień, które chce usłyszeć.

Po dwunastu minutach szybkiej wymiany komunikatów Talenty uzgodniły trudny, ale 

realny plan działania. Maxim, Baden i Jimmy zrobią „przegląd” kinetyków o odpowiedniej 

mocy.   Niektóre   z  Talentów   wykreśli   się   ze   względu   na   ułomność,   ciążę   czy  zbyt   niskie 

kwalifikacje   -   choć   dwaj   z   „żółtodziobów”   Badena   potrafili   dokonać   precyzyjnego 

zestrojenia.   Rhyssa,   Miklos   i   Dolores   z   Centrum   Brazylijskiego   spróbują   wytargować 

ekranowanie kwater i co najwyżej sześciogodzinny dzień pracy; czterogodzinny dla mniej 

doświadczonych kinetyków. Barczenka może sobie pracować dwadzieścia cztery godziny na 

dobę, ale osiem godzin telekinezy to nadmierne obciążenie, nawet w kosmosie i przy 0,5 g.

-  Musimy   też   dla   własnego   dobra   zorganizować   system   reagowania   w   razie  

nieszczęścia - powiedziała Kayankira z Delhi, kiedy już omówili najważniejsze sprawy.

W   jej   umyśle   pojawiły   się   obrazy   ubiegłorocznych   katastrofalnych   powodzi   na 

subkontynencie indyjskim, których skutki złagodzono tylko dzięki pospiesznej mobilizacji 

setek kinetyków, kiedy jasnowidz wyczuł, co się szykuje.

Kayan, masz o wiele większe doświadczenie w tych sprawach niż ktokolwiek z nas - 

odezwał się Baden z nieoczekiwaną pokorą. - Doradź nam, a my się podporządkujemy.

-  Jak   zawsze!   Musimy   ogołocić   wszystkie   podrzędne   zakłady   przemysłowe   i  

zredukować   do   niezbędnego   minimum   personel   kierowniczy   portów.   A   i   tak   będzie   nam  

brakować tych najpotrzebniejszych.

-  Pomyślnej   pogody!  -   zażartował   Jimmy   z   Hongkongu.   -  Kiedy   znajdziemy 

synoptyka?

Jeśli przetrwamy tę burzę - odparł Miklos - to każdy z nas będzie się mógł ubiegać o  

to stanowisko!

Ustała łączność telepatyczna; ów kontakt dodał jednak otuchy dyrektorom Centrów, 

choć czekało ich wiele pracy. Rhyssa poinformowała Gordiego Haversa o tym, co uradzili, a 

on głośno „zakrzyknął”: hura!

background image

Będzie całe mnóstwo okropnie nieszczęśliwych kinetyków! - poinformowała Haversa 

Rhyssa.   -  Musimy   ogołocić   każde   Centrum:   a   ja   się   zbroję,   żeby   godnie   znieść   ciosy  

rozwścieczonego biznesu.

Przed kinetykami istniały rozmaite maszyny, a ludzie korzystali z własnych mięśni.  

Niech powrócą do tradycyjnych metod. Docenią nas jak nigdy dotąd. - Gordie przesłał obraz 

archaicznego   bloku   i   wielokrążka,   używanych   do   przenoszenia   ciężarów,   które   teraz, 

„dźwigali” kinetycy. - Kto się zajmuje prasą?

Rhyssa: Z tym musimy być bańko ostrożni... żeby Barczenka nie mogła powiedzieć, że  

się jej czepiamy... że przeszkadzamy w naborze pracowników...

Gordie: Człowiek, o którym myślę, nie jest być może znakomitym Talentem, ale za to  

wspaniałym   dziennikarzem,   Rhysso.   Chciałbym,   żeby   Dave   Lehardt   reprezentował   nasze  

interesy.

Rhyssa: Dave Lehardt?

Gordie: Wpakował naszego czcigodnego prezydenta do Białego Domu...

Rhyssa: I on NIE ma Talentu?! To nie fair! Ta kampania wymagała geniusza!

Gordie: Wiesz, że musimy dać niemym trochę przywilejów. Czy mogę go wybadać?

Rhyssa: Oczywiście. Zrobię wszystko, żeby mu pomóc.

Gordie:  Nawiasem mówiąc, czy wiesz, że większość twoich działań jest całkowicie  

nielegalna w Szkocji, gdzie nadal obowiązują prawa przeciwko gusłom?

Rhyssa: Nie donoś na mnie!

Gordie: Nie doniosłem i popatrz, co nas dopadło. Dotarłem do Ruskich poprzez Wyspy  

Brytyjskie i Skandynawię. Wielka szkoda! Nigdy nie wiesz, gdzie zacząć, żeby zlikwidować  

zamierzchły fanatyzm!

Kiedy Gordie się „wyłączył”, Rhyssa nawiązała kontakt z Saszą.

Znów coś się działo? - spytał.

Miałam ożywione kontakty umysłowe.

Przekazała   mu   wszystko,   co   się   wydarzyło   przez   ostatnie   pół   godziny.   Sasza   aż 

gwizdnął.

Ale się nam dostanie od handlu i przemysłu!

Rhyssa: Nie mogą trzymać dwóch srok za ogon. To oni zagrozili Barczence rozmaitymi  

karami, jeżeli nie zdąży na czas. I to się teraz na nich mści tam, gdzie tego nie oczekiwali.  

Niech odkurzą swoje maszyny i wzmocnią mięśnie. Za bardzo im ułatwialiśmy życie...

Sasza:  A co będzie, jeśli im się spodobają dawne metody i nie będą chcieli znów  

przyjąć naszych ludzi?

background image

Rhyssa parsknęła drwiąco.

-  Weź   pod   uwagę,   ile   przemysł   rocznie   oszczędza   dzięki   kinetykom   na   sprzęcie   i  

konserwacji; takim argumentem się przecież posłużyliśmy, żeby zatrudniali przede wszystkim  

kinetyków!

Sasza: Taaa, ale jak my to wytłumaczymy naszym kinetykom?

Rhyssa: **Ona na kolanach, rwąca włosy z głowy, przemawiająca do niewyraźnych 

twarzy, ofiarująca klejnoty i sztaby złota.** Dobrowolne zgłoszenie się zawsze było lepsze od  

przymusowego   naboru.   I   możemy   się   UPIERAĆ   przy   ekranowaniu   i   krótkich   zmianach.  

Stracimy tę możliwość, jeśli ona wykorzysta te drakońskie zarządzenia. Nie mamy innego  

wyjścia i każdy Talent powinien sobie z tego zdawać sprawę!

Sasza: Wsiewołod nic nie może dla nas zrobić?

Rhyssa: Był przerażony, skruszony i w ogóle, ale szlag go trafiał, że to jego rodaczka  

wykręca nam taki numer.

Sasza: Nie było mowy o skasowaniu tego prawa?

Gordie nad tym pracuje!

Rhyssa nawet się nie postarała złagodzić swoją zawziętość.

background image

8

Wściekłość   Talentów   dorównywała   jedynie   rozpaczy   Rhyssy,   próbującej   ustalić 

kinetykom „grafik” (niektórzy z nich już kiedyś odcierpieli staż na Stacji). Pani dyrektor 

wykorzystała   ową   wściekłość   i   desperację   w   ostrych   negocjacjach   z   szefami   kosmicznej 

platformy. Pomagał jej w tym Dave Lehardt, utalentowany dziennikarz Gordiego Haversa.

Dave Lehardt wpadł do biura Rhyssy w posiadłości Hennera już w godzinę po tym, 

jak Talenty z niechęcią zaakceptowały to, co nieuniknione.

-   O   Boże!   Ty   chyba   masz   skrzydła?   -   spytała   Rhyssa,   kiedy   energiczny   Lehardt 

potrząsał jej dłonią.

Dave miał dwa metry wzrostu, był atletycznie zbudowany i emanował fachowością 

oraz jowialnością tak, jak to potrafi tylko ktoś świadomy swoich możliwości. Dave był dość 

przystojnym, niebieskookim szatynem o regularnych rysach twarzy; ubierał się ze skromną 

elegancją.

- Nie skrzydła, a śmigła! Są pewniejsze! - Uśmiechnął się czarująco; zaczął przeglądać 

dokumenty w swojej walizeczce. - Gordie mówił, że to pilne, no i oglądałem wiadomości. O 

co chodzi? Czyżby mnie krosty obsypały? - zainteresował się, widząc zmieszanie Rhyssy.

- Ależ skąd. Chodzi o to, że nie masz ani krzty Talentu, a powinieneś mieć.

- Niby po co? - Dave wzruszył ramionami. - Nigdy mi to nie było potrzebne. Jestem 

wnikliwym badaczem ludzkiej psychiki i bystrym obserwatorem „mowy ciała”.

Umysł Lehardta chroniła wrodzona, nieprzenikliwa tarcza. Rhyssa, pomimo swojej 

wprawy i Talentu, nie mogła odczytać jego myśli.

-   A   teraz,   zanim   Barczence   przyjdzie   do   głowy   triumfować   -   oznajmił   Dave, 

przysuwając krzesło ku Rhyssie i układając przed nią projekty anonsów i plansz - pokażemy 

ludziom, że Talenty ochoczo mobilizują cały będący do dyspozycji personel, bo chcą mieć 

pewność, że Druga Stacja zostanie ukończona w terminie... zrobimy to tak, by zasugerować, 

że Ludmiła na pewno by tego nie dokonała bez pomocy Talentów.

- Przecież to prawda - stwierdziła twardo Rhyssa.

- Ach, przecież jedną rzecz można powiedzieć na tak wiele sposobów - rzekł Dave 

Lehardt z naprawdę podstępnym uśmieszkiem. - Miałem już kiedyś do czynienia z tępym 

uporem Barczenki, więc - wierz mi - jestem po twojej stronie!

background image

Rhyssa uśmiechnęła się do siebie. Dave Lehardt jednak miał Talent - wiara w siebie 

emanowała zeń jak aura. Nigdy przedtem nie spotkała kogoś takiego, jak on: kogoś, do czyich 

myśli   nie   mogła   się   dobrać,   nawet   najostrożniej.   To   było   całkiem   nowe   doświadczenie; 

stwierdziła,   że   bacznie   obserwuje   wyrazistą   twarz   gościa,   zauważyła,   że   gestem   dłoni 

punktuje rzeczy warte podkreślenia, że ruchem ramienia wzmacnia słowa. Czasem patrzył na 

nią, a jego jasne oczy nie umykały przed jej wzrokiem (niewiele nie-Talentów wytrzymywało 

jej spojrzenie). Zupełnie się nie przejmował tym, że siedzi obok jednego z największych 

telepatycznych Talentów.

- Marzę o tym, żeby przytrzeć nosa naszej uroczej „Milli”. - Przez twarz Dave’a 

przemknął   błysk   jakiegoś   szybko   stłumionego   odczucia,   lecz   Rhyssa,   mimo   całej   swojej 

wrażliwości, nie zdołała go rozszyfrować.

-   Milla   ponad   wszystko,   rozpaczliwie   (nawet   kosztem   długotrwałych   powiązań   z 

sektorem publicznym, kosztem osobistych wyrzeczeń) pragnie wsparcia Talentów - a nie płaci 

ustalonych stawek, bo ma priorytetowy kontrakt i poparcie całego świata...

- Pewno nie wierzy, że pieniądze cokolwiek znaczą...

- Czy wiesz, ile dostanie, jeśli skończy Stację w terminie?

- To jedna z najlepiej strzeżonych tajemnic Talentów. - Uśmiechnęła się Rhyssa. - 

Wiemy też, ile będzie musiała wybulić, jeżeli zawiedzie...

- Jesteś świetnie poinformowana! - Dave umilkł na chwilę z miną pełną nadziei, a 

potem westchnął, bo jego rozmówczyni tylko się uśmiechnęła. - O nie, nie łudziłem się, że mi 

to   zdradzisz.   -   Złapał   róg   jakiejś   planszy   i   wyciągnął   ją   z   całej   sterty.   -   Co   do   twoich 

głównych   żądań   -   sześciogodzinnego   dnia   pracy   i   ekranowania...   czy   przedstawiłaś   tę 

sprawę?

- Co rozumiesz przez przedstawiłaś?

- Analiza czasu i czynności, wydatkowania energii i inne dane tego typu, które można 

zarejestrować; ja widziałem twoich kinetyków w akcji, ale wątpić, czy Ludmiła, a nawet Per 

Duoml zadali sobie trud przyjrzenia się ich pracy. Za bardzo byli zajęci jazgotaniem o braku 

ciążenia i o ciszy kosmosu, żeby docenić, jakiego wysiłku wymaga kineza. Wpadło mi do 

głowy, że o tym nie pomyślałaś. Więc uciąłem sobie pogawędkę z Talentem, który był na 

platformie, a on udzielił mi paru cennych wskazówek co do organizacji pracy. Jeśli materiał 

jest   właściwie   przygotowany,   to   kinetyk   może   „ułożyć”   wszystko   tam,   gdzie   trzeba, 

przygotować robotnikom do spawania i łączenia. Teraz hałas... Samjan zaprezentował mi parę 

takich dźwięków. - Lehardt skrzywił się i zmrużył oczy ze współczuciem. - I pomyślałem 

background image

sobie,   że   jeśli   przygotujemy   nagrania   tego,   co   nadwrażliwcy   słyszą   w   nieekranowanych 

pomieszczeniach i odtworzymy je...

- Nie Ludmile. Ona się upiera, że w przestrzeni nie ma hałasu...

- Jest jeszcze bardziej „głucha” niż ja...

- Rozumiem, o co ci chodzi. Rzeczywiście nie pomyślałam o takiej sztuczce.

-   To   nie   sztuczka,   moja   droga,   lecz   prezentacja,   a   w   tym   jestem   mistrzem.   - 

Uśmiechnął się bezwstydnie i przebiegle.

Po raz pierwszy w życiu Rhyssa była zafascynowana „głuchym”; częściowo dlatego, 

że nie mogła przewidzieć, co Dave zrobi czy powie. Fajnie się z nim żartowało; dzięki temu 

uciążliwe działania zyskiwały trochę lekkości.

Dave Lehardt był u boku Rhyssy podczas wstępnego spotkania z Barczenką; Ludmiła 

wprost ociekała samozadowoleniem i wcale nie próbowała tego kryć. Dziewczyna z trudem 

zachowywała   opanowanie   i   dobre   maniery,   tak   ją   Milla   denerwowała.   Dave   mówił   tak 

prędko, że pani inżynier musiała bardzo uważnie słuchać, żeby nie stracić wątku. Per Duoml 

jak   zwykle   towarzyszył   szefowej,   ale   tym   razem   oszczędzono   Rhyssie   widoku   księcia 

Phanibala.

- Tracimy czas na próżne gadanie - oznajmiła Barczenka, kiedy Lehardt omówił dwie 

kwestie: krótki czas pracy i ekranowanie. - W przestrzeni nawet upośledzeni fizycznie mogą 

pracować   w   pełnym   wymiarze:   brak   ciążenia   i   hałasu!   -   tu   spojrzała   oskarżycielsko   na 

Rhyssę.

- Przecież tu nie chodzi o grawitację czy próżnię. Ludmiło Iwanowno, przygotowałem 

pokaz...

- Nie mam czasu na żadne pokazy - przerwała jej wzniosłość pani inżynier. - Muszę 

wracać na platformę. Wystąpiły pewne opóźnienia, które należy nadrobić.

-   Oczywiście,   inżynier   Barczenka   -   odparł   pojednawczo   Dave,   z   należytym 

szacunkiem   i   zrozumieniem.   -   Być   może   Per   Duoml   zechciałby   to   zobaczyć.   Owa 

demonstracja pozwoli spojrzeć pod właściwym kątem na zasadnicze kwestie i dzięki temu 

umożliwi nam takie ich rozwiązanie, które będzie najkorzystniejsze dla waszego Projektu.

Z Duomlem łatwiej się będzie dogadać: był równie oddany Projektowi jak Barczenka, 

lecz nie tak zatwardziały jak ona. Gdyby zdołali przekonać Pera, wykonaliby połowę roboty.

- Wydaje mi się, że Ludmiła była rozczarowana, iż nie miała okazji wspomnieć o tej 

ohydnej ustawie - opowiadała Rhyssa Saszy.

- Myślisz, że za łatwo ustąpiliśmy? - zapytał. - W wiadomościach cytują Barczenkę, 

która nazywa to „tchórzliwą kapitulacją dekadentów”.

background image

-  Niech   jej   będzie.   Gdybyśmy tak  zdołali   przeciągnąć  Duomla   na  naszą   stronę.  - 

Rhyssa zmarszczyła brwi. - Nie mam pojęcia, co jeszcze moglibyśmy zrobić. Dave Lehardt 

bada opinię publiczną. Jedno jest pewne: wszyscy by chcieli, żeby ukończyć Drugą, każdy 

uważa, że ktoś inny (byle nie on) powinien tam pracować i wszyscy są przekonani, że tylko 

szaleńcy zgłaszają się dobrowolnie i bezinteresownie.

Dave Lehardt i Rhyssa Owen zaprowadzili nazajutrz szefa personelu, Pera Duomla do 

najsławniejszego   kompleksu   sportowego   w   Jerhattanie:   ów   kompleks   zajmował   pierwsze 

dziewięć pięter wieży mieszkalnej wznoszącej się w pobliżu Central parku. W największej 

hali   znajdowały   się   trzy   stanowiska   wymyślnych   urządzeń   monitorujących   wysiłek   i 

obsługujący   je   technicy,   trzy   piramidy   standardowych   pakunków,   podnośnik   widelcowy, 

grono bezstronnych obserwatorów oraz dyrektor owego ośrodka, wielokrotny złoty medalista 

olimpijski.

Menasherat Ibn Malik wywarł wielkie wrażenie na Perze Duomlu. Na Rhyssie zresztą 

też, bo biła odeń witalność i fachowość. Talentu miał nie więcej niż Dave Lehardt, z którym 

byli   w   dobrej   komitywie.   Dave   przyglądał   się   z   leciutkim   uśmieszkiem,   jak   Menasherat 

przyjął hołd Duomla i rozmawiał łaskawie z szefem personelu.

- Zarządco Duomlu - rzekł Menasherat, wskazując trzech mężczyzn, którzy weszli 

bocznymi drzwiami (byli ubrani w szorty i oplatani przewodami łączącymi ich z aparaturą). - 

Pozwoli pan sobie przedstawić tę trójkę. Pavel Korl, brązowy medalista wagi ciężkiej  w 

boksie. Chet Huntley, operator podnośnika z międzynarodowym certyfikatem. Rick Hobson, 

kinetyk.

Rhyssa   była   prawie   tak   samo   zaszokowana   jak   Per   Duoml.   Korl   i   Huntley   byli 

potężnymi mężczyznami, o wiele wyższymi od Duomla i od Hobsona, niepozornego faceta 

średniego wzrostu.

- Gdyby pan zechciał sprawdzić ciężary w każdej stercie, panie zarządco, żeby się 

przekonać, iż są jednakowe... - dorzucił Malik; Per Duoml dobrze się musiał naszarpać, zanim 

zdołał   podnieść   pakunek.   -   A   więc   możemy   przystąpić   do   testów,   bo   nasze   króliki 

doświadczalne   są  już  gotowe.  To  będzie  bardzo   proste   doświadczenie.  Każdy z   nich  ma 

przemieścić   „swoją”   stertę,   posługując   się   maszyną,   siłą   własnych   mięśni   czy   umysłu. 

Monitory pokażą nam poziom wydatkowanej energii, natężenie wysiłku i spalanie kalorii. Na 

Drugiej - Menasherat wskazał na wielki ścienny ekran, używany przy zawodach sportowych - 

w hangarze Q, trzech mężczyzn wykona dokładnie to samo zadanie. Hej tam, na Drugiej, 

jesteście gotowi? - rzucił do mikrofonu i ekran pojaśniał, ukazując podobną scenę; różniła się 

tylko tym, że ludzie byli w skafandrach. - W kosmosie naszym „fizycznym” będzie Jesus 

background image

Manrique, operatorem podnośnika - Ginny Stanley, a kinetykiem - Kevin Clark. Wszyscy 

gotowi? Na miejsca! - Złoty medalista uniósł rękę. - Przygotować się, START! - Opuścił rękę, 

a w hali i w hangarze Q zawrzała praca. - Test potrwa z godzinę - poinformował Malik Pera 

Duomla i gestem zaprosił gości, żeby usiedli.

Per   Duoml   już   po   kilku   minutach   przestał   obserwować   krzepkiego   Korla 

przenoszącego pakunki czy Huntleya śmigającego tam i z powrotem na podnośniku. Patrzył 

wyłącznie   na   Ricka,   który  usiadł   sobie   przy   stoliku   i   bez   widocznego   wysiłku,   ciągłym 

strumieniem, przemieszczał ciężary oraz - na kinetyka z platformy, wspartego o stempel. Od 

czasu do czasu zerkał na monitory ze stukotem wypluwające wydruki.

Oba   Talenty   wykonały   swoją   pracę   o   połowę   szybciej   niż   pozostali.   Przyrządy 

wykazały, że zużyli przy tym o połowę więcej energii i spalili dwa razy tyle kalorii, co tamci.

Kiedy test dobiegł końca, Dave Lehardt oderwał sześć wydruków (wyniki z Drugiej 

były rejestrowane w hali ośrodka). Złożył je i podał Perowi Duomlowi, który wziął je bez 

słowa.

„Królikom doświadczalnym” podziękowano i opuściły halę. Rick Hobson mrugnął do 

Rhyssy.

- Na pewno zamierza pan, zarządco Duomlu, przeanalizować wyniki testu z własnymi 

ekspertami - powiedział Dave Lehardt - lecz jestem przekonany, że przyzna pan, iż brak 

grawitacji nie daje kinetykom żadnych forów. A co do hałasu... - dziennikarz wyjął z kieszeni 

odtwarzacz kompaktowy i włączył go.

Rozległ się taki jazgot, trzaski, zgrzyty i metaliczne łomoty, że Per Duoml zasłonił 

uszy i zszokowany spojrzał na Rhyssę.

- TO właśnie nadwrażliwi słyszą na Stacji - oznajmił Dave, wtrącając słowa pomiędzy 

najgorsze trzaski; to było znakomite nagranie: strumień świadomości osiemdziesięciu osób - 

urazy,   bolączki,   krzyki,   bóle,   gniewy   i   miriady   metalicznych   hałasów   atakowały 

„próżniowych” kinetyków. - Tam mieszka już dziesięć tysięcy ludzi, więc ów „myślowy” 

hałas trwa nieprzerwanie przez całą dobę. Cały ten mętlik szarpie im nerwy i źle wpływa na 

ich wydajność, jeżeli nie mogą się przed nim schronić w ekranowanych pomieszczeniach.

Rhyssa sama ustaliła natężenie dźwięków, więc świetnie wiedziała, że osłonięcie uszu 

nic Duomlowi nie dało; ale nie przyciszyła nagrania, dopóki Dave nie skończył owej krótkiej 

przemowy.

- Widzę, że nie zdawałeś sobie sprawy, co określamy słowem „hałas” - odezwała się. - 

Koszt   ekranowania   kwater   kinetyków   będzie   o   wiele   niższy   niż   koszt   materiałów 

zniszczonych czy utraconych na skutek przeciążenia nadwrażliwych.

background image

- Przedstawiliście swoje argumenty - rzekł ponuro Per Duoml. - Przekażę je Ludmile 

Barczence.

- Uczyń to i dopilnuj, żeby spełniono nasze żądania, Perze Duomlu, a uzyskacie tak 

wam potrzebną pomoc kinetyków. O, jeszcze jedno - uśmiechnęła się Rhyssa, chcąc w ten 

sposób   osłodzić   pigułkę.   -   Barczenka   musi   przekazywać   polecenia   kinetykom   zwykłymi 

kanałami.   Powinna   skończyć   z   wyganianiem   Talentów   z   ich   kwater   o   najdziwniejszych 

godzinach i naleganiem na nadprogramową robotę, bo jej harmonogram opóźnia się o dwie 

minuty! Czy jasno się wyraziłam?

Per Duoml potaknął z powagą.

Rhyssa miała nadzieję, że Per zdoła przekonać Barczenkę.

background image

9

- Nie rób tego, proszę! - zawołał Peter Reidinger, kiedy elektryk chciał odłączyć Tri-

D; pozostałe dzieci powtórzyły okrzyk.

- Ależ, dzieciaki! Wykryliśmy niezwykły skok poboru mocy i udało się nam ustalić, że 

to   w   tej   sali.   Muszę   to   naprawić   albo   wysiądzie   jakiś   wasz   system   podtrzymywania   - 

tłumaczył zdesperowany elektryk.

- Nie teraz; proszę, poczekaj - mówił Peter. - To program o Stacji i Talentach...

- Hmmmm? - Technik dokładniej spojrzał na ekran.

- To tylko kilka minut! Wiadomości! - prosił Peter.

- No...

- Ciiii - przerwał mu chłopiec, starając się usłyszeć komentatora.

Peter, prawdę mówiąc, nie potrzebował dźwięku, żeby rozpoznać posiadłość George’a 

Hennera, jednego z najpierwszych patronów parapsychików. Kamera pokazywała drzewa i 

trawniki - tak osobliwie swojskie, że aż dziw. To TEGO miejsca szukał: pełna spokoju zieleń, 

potężne   stare   drzewa,   obrośnięte   pnączami   budynki.   To   stąd   go   wypłoszono.   Teraz   już 

wiedział, dlaczego. ONI nie chcieli, żeby ktoś się wdzierał na ich teren. ONI potrzebowali 

odosobnienia i spokoju, by dokonywać tych wszystkich wspaniałych czynów. Jak pomoc w 

ukończeniu Drugiej Stacji, żeby ludzie w końcu mogli wyruszyć do gwiazd.

- Nie tylko same Talenty stać na wyrzeczenia - ciągnął komentator znajdujący się w 

owej   cudownej   oazie   -   bo   tak   przemysł   jak   i   handel   udzieliły   swoim   nadwrażliwym 

pracownikom urlopów, żeby mogli wspomóc realizację Projektu. Zarządca Stacji, Ludmiła 

Barczenka, twierdzi, że najambitniejszy ze wszystkich dotychczasowych projektów zostanie 

zakończony   zgodnie   z   harmonogramem.  A  teraz   wracamy   do   innych   wieści   z  dystryktu 

Jerhattan...

- O.K., proszę pana - rzekł Peter. - To właśnie chcieliśmy zobaczyć.

- Chcesz pracować w kosmosie? - zażartował niepewnie elektryk; zawsze się czuł 

nieswojo wśród dzieci z tak ciężkimi obrażeniami.

- Czemu nie? - odparł chłopiec. - Jeśli nie będzie ciążenia, to jeden ruch palca dłoni i 

stopy   tu   pomachał   owymi   palcami,   bo   tylko   nimi   po   całych   miesiącach   leczenia   mógł 

poruszać - wystarczy, żebym „pływał”.

background image

- Taa, pewno mógłbyś „pływać”. Siostro, czy mogę zacząć od tego? - spytał elektryk, 

wskazując na wieloczynnościowe urządzenie dające Peterowi choć trochę niezależności.

- Tak. Właśnie nadeszła pora na ćwiczenia - powiedziała Sue Romero. - Chodź, Peter.

- Ojej, muszę? Nie mógłbym popatrzeć, co on będzie robił?

-   Nie.   Przyszedł   czas   pozytywnego   myślenia.   Chcę   zobaczyć   uśmiech   na   twojej 

twarzy.

Peter nienawidził ćwiczeń i - jak to w myślach nazywał - owej porannej porcji tortur. 

Czuł się „ciężki” w całej tej uprzęży, w jego ciele było mniej życia niż zwykle.

- Popatrz, mogę poruszyć palcem wskazującym i dużym palcem stopy...

- Hej, co, u licha...? - wykrzyknął elektryk, bo kontrolny czytnik zarejestrował jakiś 

impuls.

Chłopiec dzielnie poddał się ćwiczeniom, a technik sprawdził „okablowanie” jego 

łóżka. Nie znalazł żadnego zwarcia, żadnej nieprawidłowości; tylko to jedno krótkie „biip” na 

samym   wstępie.   Zanim   wyczerpany   Peter   znów   znalazł   się   w   łóżku,   elektryk   dokładnie 

sprawdził   całą   skomplikowaną   aparaturę   elektroniczną.   Na   wszelki   wypadek   przyczepił 

niewielki monitor do jedynej części wyposażenia, w której wykrył anomalię (malutką, ale 

jednak) i wyszedł; ciągłe skoki poboru mocy ogromnie go zbijały z tropu.

Mina Sue Romero świadczyła, że dziewczyna jest niezadowolona z Petera. Próbował 

przypomnieć swojemu ciału, jak ma się poruszać. „Uprząż” przesyłała elektryczne impulsy do 

zanikających   mięśni   chłopca:   owe   niewielkie   elektrowstrząsy   powinny   były   pobudzać 

działanie nerwów i mięśni. Nienawidził tego jeszcze bardziej niż swojego bezwładu.

- Gdybyś tylko przestał się opierać tej maszynerii, Peter - powiedziała z wyrzutem Sue 

Romero. - Współdziałaj z nią, uznaj, że może ci pomóc. Mógłbyś się nawet dostać na Stację. 

Świetnie ci idzie nauka, więc od tej strony nie byłoby żadnych problemów... - przerwała, 

walcząc z własnym zniechęceniem; czasem miała takie uczucie, jakby próbowała przebić 

głową   mur   (a   owym   murem   -   jak   w   przypadku   Petera   -   było   najczęściej   samo   ciężko 

kontuzjowane dziecko).

Chłopiec był wyczerpany;  oczy miał zamknięte, ręce i nogi rozrzucone, jakby się 

wyturlał z „uprzęży”. Sue Romero nie mogła sobie pozwolić na litowanie się nad nim; byłoby 

to sprzeczne z zasadami jej zawodu i nie pomogłoby żadnemu z pacjentów w rehabilitacji - a 

jednak   mu   współczuła.   Odeszła,   sądząc,   że   Peter   śpi.   Bardzo   by   się   zdziwiła,   gdyby 

wiedziała, że wspomina Centrum, z jego drzewami i gazonami, i... Rhyssę Owen.

background image

10

Tej nocy Rhyssa i tak nie spała, wciąż na nowo rozmyślając o telewizyjnym reportażu. 

Już w czasie nagrywania widać było, że spełni swoje zadanie. Dave Lehardt zrobił świetną 

robotę. Mogli oczywiście poczekać na wyniki badania opinii publicznej, lecz Rhyssa czuła, że 

Barczenka   -   pomimo   pozornego   triumfu   z   powodu   tchórzliwej   kapitulacji   dekadenckich 

Talentów - przeżywa teraz trudne chwile. Może tak i było, a może nie. Wszystko zależało od 

punktu   widzenia.   No,   ale   na   tym   polegała   sztuka   układów   -   trzeba   było   wyczuć,   kiedy 

ustąpić. Rhyssa się obawiała, że osłabiła „wspólny front” Talentów i rozmyślała nad tym, 

jakby tu odrobić tę stratę; większość nadwrażliwych uważała, że to nierealne, skoro Ludmiła 

narzuciła swoją wolę.

Nagle poczuła leciutkie muśnięcie: zazdrość, tęsknotę, żal i tak przeogromny smutek, 

że z trudem opanowała szloch.

Zostań, mały przyjacielu - szepnęła Rhyssa najłagodniej, jak potrafiła.

-  Co mówisz?  - Przestrach - przeprosiny - wyparcie się - odmowa. Gość zniknął - 

oporny i płochliwy.

Rhyssa próbowała za nim nadążyć, lekko jak piórko, ale umknął zbyt szybko - smużka 

cienia   w   księżycowej   poświacie   za   oknem.   Pospiesznie   zanotowała   czas   -   3:43.   Potem 

delektowała się tym kontaktem, badała go, analizowała.

Młody,   zwinny,   szybki   umysł;   żadne   starawe   myśli   czy   doświadczenia   nie 

spowolniały   reakcji.   Psotny   chłopiec...   chłopiec?   „Wychodzący”   poza   ciało?   Chłopiec   w 

szpitalu - tak, ów zapach był szpitalny - unieruchomiony do tego stopnia, że tylko jego umysł 

może podróżować?

Wszystkie   kamyczki   mozaiki   złożyły   się   w   całość   i   Rhyssa   wyskoczyła   z   łóżka, 

podeszła do konsolki.

- Bud, skontaktuj się ze wszystkimi szpitalnymi Talentami. - W jej głosie brzmiało 

podniecenie.

- Znów miałaś gościa?

- Tak. Nastolatek, najprawdopodobniej kaleki lub sparaliżowany. Chcę wiedzieć, kto 

nie spał dziś o 3:43.

- Jeszcze tylko tego brakuje, żeby ci się dziś naprzykrzał jakiś pryszczaty chłoptaś.

background image

- Otóż to, Bud, właśnie tego mi trzeba. Młodziak, który potrafi „wyjść” z ciała? Musi 

mieć fantastyczny Talent.

- Do czego? - zaciekawił się Bud.

- Tego musimy się dowiedzieć.

Rhyssa znów się położyła, ale tyle miała do przemyślenia, że trochę potrwało, zanim 

zasnęła. Ileż to czasu upłynęło od chwili, kiedy się ujawnił Talent o takiej mocy? Co to za 

Talent? Nowy rodzaj kinezy? Tak niewielu kinetyków potrafiło przemieszczać samych siebie! 

Nieożywione obiekty - tak, żywe istoty - nie. Większość wycieczek poza ciało była efektem 

urazu; z komercjalnego punktu widzenia nie miały żadnej wartości.

Nie   zapominaj,   moja   droga,   że   to   właśnie   komercyjne   wykorzystanie   Talentów 

przyniosło im ustawową nietykalność, dobrą pracę i specjalny status, którymi cieszyli się 

przez ostatnie osiemdziesiąt lat. Pozwólmy sobie na błogie samozadowolenie. A może to, co 

nawet   kinetycy   słyszą   w   kosmosie,   wcale   nie   jest   „hałasem”,   lecz   jakąś   formą 

międzygwiezdnego   porozumiewania   się,   wielojęzycznym   rozgwarem?   Otwórz   umysł, 

dziewczyno. Rozejrzyj się wokół siebie. Popatrz na Dave’a Lehardta. On musi mieć jakiś 

Talent, choć „gęsie jajo” tego nie wykazuje.

Rhysso Owen, dlaczego Dave Lehardt MUSI mieć Talent?

Rozmyślała nad tym i rozmyślała, aż wreszcie usnęła.

background image

11

- Odkryłem nowe, interesujące aspekty pracy na Stacji - poinformował Rhyssę Dave 

Lehardt dwa dni później w jej biurze. - Wyniknęło to z dalszych rozmów z moją wtyczką na 

platformie,   Samjanem,   i   z   paru   przemyślnych   ankiet.   -   Uśmiechnął   się   niewesoło.   - 

Nieszczęśliwe wypadki.

- Tak, to straszne - zadrżała. - Ale przy pracy w przestrzeni muszą się jakieś zdarzać.

- Jakieś? - Dave uniósł brwi. - O tak, nieliczne, ale kiedy sprawdziliśmy to z Johnny 

Greene’em w biurze Altenbacha, okazało się, że jest kilka wskaźników wypadkowości.

Rhyssa   wyprostowała   się.   Kiedy  Lehardt   wpadł   tak   znienacka,   akurat   przeglądała 

harmonogram   pracy   kinetyków   ze   Wschodniego   Centrum;   przygotowywała   się   na   ich 

zrozumiałe wyrzuty i protesty. Każda przerwa byk mile widziana.

- No, to spiknąłem J. G. i Samjana, trochę poszperali - ciągnął Dave. - Uzyskali coś, 

co uważamy za prawdziwe dane. - Ponura mina i nagły bezruch Lehardta ostrzegły Rhyssę 

przed tym, co miała usłyszeć. - Czy wiesz, jak bezrobotni się boją, że się ich skieruje do pracy 

na Drugiej? Może i nie mają Talentu, ale za to na pewno instynktownie wyczuwają fataaalną 

sytuację.  I mają  ważne  powody,  żeby się  bać  takiego  przymusowego  naboru.  ONA traci 

fizycznych w obłędnym tempie, o wiele większym niż to dopuszczalne. A wszystko głównie 

przez to, że Barczenka z tak cholernym uporem dba o ten swój zakichany harmonogram, że 

nie przerywa roboty, by przyholować dryfujących!

Rhyssa   odruchowo   próbowała   czytać   w   myślach   Dave’a,   chciała   się   upewnić,   że 

właściwie go zrozumiała. Zdawało jej się, że uderzyła boleśnie w jakąś przeszkodę.

- Jeszcze raz, Dave, proszę - powiedziała, starając się otrząsnąć z zakłopotania, że nie 

potrafi „czytać” w jego umyśle.

-   Na   pewno   widziałaś   reklamowe   filmiki,   w   których   specjalnie   dobrani   fizyczni 

czubkiem palca lub lekkim ruchem stopy przesuwają potężne ciężary?

- Tak...

- Przy prawdziwej robocie, nie w tych reklamowych bzdurach, każdy robotnik, który 

popchnie za mocno, odpływa sobie w czarną otchłań kosmosu.

- Hmmm...

background image

- No i Barczenka nie przerywa roboty po to, żeby ich odłowić. Każdy taki biedak musi 

czekać, aż skończy się zmiana i jego kumple będą mogli ruszyć mu na pomoc. Oczywiście, 

jeśli znajdą wolną kapsułę i jeśli odnajdą ciało.

-   Czy   to   jest   powszechnie   wiadome?   -   wykrztusiła   Rhyssa,   przerażona   obrazem 

przywołanym słowami Dave’a.

- Jak myślisz, czemu fizyczni nigdy nie spędzają urlopów tu na dole? - Spojrzał na nią 

cynicznie. - Wcale nie dlatego, że zarobki im na to nie pozwalają i nie dlatego, że brak dla 

nich miejsca na promach, ani też nie dlatego, że nie mają na Ziemi rodziny, którą by chcieli 

odwiedzić;   po   prostu   nie   pozwala   się   im   na   takie   wycieczki,   żeby   nie   mogli   nikomu 

powiedzieć,   co   się   tam   dzieje.   Poza   tym   są   dokładnie   odseparowani   od   pozostałych 

pracowników,   żeby   nawet   uważnemu   obserwatorowi   trudno   się   było   zorientować,   co   się 

wyprawia. J. G. i Samjan poświęcili sporo czasu, by wyłowić prawdę z ogólnie dostępnej 

fikcji.

- Ale na tych filmach widać liny bezpieczeństwa i... - Część umysłu Rhyssy piała z 

zachwytu, że udało się przyłapać Barczenkę na stosowaniu wątpliwych metod; druga część 

protestowała przeciwko tak potwornej zbrodni.

- To są propagandówki, moja miła pani dyrektor. Teoria jest wspaniała. W praktyce 

Barczenka   zrezygnowała   z   lin   bezpieczeństwa:   zaplatają   się   we  wszystko   i   opóźniają   jej 

święty   i   nienaruszalny   harmonogram.   Tak   więc   liny   bezpieczeństwa   to   tylko   bajeczka. 

Ludmiła ma jeszcze wiele innych oszczędnościowych pomysłów. Wykryliśmy na przykład, że 

odziany w skafander robotnik ma w butlach tylko tyle powietrza, żeby starczyło na godziny 

pracy; no, może ze dwa wdechy więcej. O, dla inżynierów, nadzorców i wykwalifikowanych 

techników   jest   pełno   rozmaitych   zabezpieczeń,   ale   nie   dla   zwykłych   roboli.   Nic   jej   nie 

obchodzi, co się z nimi dzieje. Jeszcze tylu ich jest tu na dole.

- Potwierdziłeś moje przeczucia co do tej kobiety. - Rhyssa była oburzona. - Gwiżdżę 

na tę uwagę, nie będę narażać moich kinetyków na takie ryzyko!

- Oni są zbyt CENNI, żeby ich narażać - parsknął Dave. - No i jaki byłby skandal, 

gdyby natychmiast nie „złowiono” dryfującego Talentu! Co do przepracowania - to racja. 

Samjan   potwierdził,   że   ośmiogodzinne   wachty   to   jeszcze   jedno   oszustwo.   Poza   tym 

wykryłem następną „oszczędność”: radia w skafandrach robotników mają ograniczony zasięg. 

Nikt nie usłyszy wrzasków o pomoc! Mogłyby przeszkadzać w pracy pozostałym.

Rhyssa wpatrywała się weń z osłupieniem.

-  Aha,   wśród   robotników   bardzo   często   występuje   agorafobia   i   przypadki   szału 

kosmicznego. Chorych się nigdy nie przewozi na Ziemię. Po prostu znikają! Przypadkowy 

background image

zgon!  W  żadnym   przypadku   samobójstwo!  W  końcu   -   Dave   zaczął   naśladować   rosyjski 

akcent - każdy wie, jak niebezpiecznie jest ignorować zasady bezpieczeństwa. No i są jeszcze 

sposobiki   prowokowania   nagłych   wypadków   w  trakcie   rutynowych   próbnych   manewrów, 

które się od czasu do czasu - z wielkim hałasem - urządza na Drugiej. - Lehardt umilkł na 

chwilę. - Sprawdziliśmy i okazało się, że ofiarami owych „wypadków” są zawsze albo ranni, 

albo ci z zaburzeniami psychicznymi.

- Mój Boże! Dave! - Rhyssa poderwała się z krzesła i zaczęła nerwowo chodzić po 

pokoju. - DLACZEGO żaden z jasnowidzów tego nie wyłapał?

-   Zgodnie   z   tym,   co  mówiłaś   o   możliwościach   Talentów,   jasnowidze   zazwyczaj 

„chwytają” to, co się odnosi do dużej liczby osób. Nigdy nie byli wystarczająco liczni...

-   To   nie   jest   żadne   usprawiedliwienie...   -   Rhyssę   zdumiała   gwałtowność,   z   jaką 

zareagowała na rozpacz w jego głosie.

Dave może i nie miał Talentu, ale to wcale nie oznaczało, że nie był bardzo wrażliwy 

na pewne sprawy. Dziewczyna zastanawiała się, czy i jego umysł - tak jak jej - wypełniały 

pozbawione twarzy kształty, które wirowały w przestrzeni: coraz dalej i dalej od świateł, od 

oazy powietrza i ciepła w czarnej pustce; przeszył ją gwałtowny dreszcz.

- Spokojnie! - Ciepła dłoń ujęła ramię Rhyssy. - I tak robicie, co możecie. Tylko Bóg 

jest wszechwiedzący.

Otworzyła oczy i popatrzyła na Dave’a Lehardta. Jego umysł nadal był przed nią 

zamknięty,   lecz   w   ciepłym   spojrzeniu   niebieskich   oczu   wyraźnie   czytała   współczucie   i 

zrozumienie. Nie powie mu, że Talenty nie cierpią dotykania; dotyk jego dłoni był jej miły.

-  Dzięki  tym   informacjom  możesz  zapędzić   Barczenkę  w  kozi  róg  -  głos  Dave’a 

brzmiał miękko i przekornie. - O ile rozumiesz, co mam na myśli. A może wy, Talenty, 

jesteście zbyt czystymi istotami, żeby się zniżać do szantażu?

- Nie wtedy, gdy w grę wchodzi życie i bezpieczeństwo moich Talentów - oznajmiła 

twardo Rhyssa. - Że już nie wspomnę o tych biedakach, którym nie dano najmniejszej szansy. 

Będę   się   upierać   przy  krótszym   dniu   pracy  i   przy  ekranowaniu   -   i  dorzucę   jeszcze   liny 

bezpieczeństwa   dla   każdego   pracującego   na   platformie   oraz   zwiększenie   liczby   kapsuł 

ratunkowych. A może i one mają zmniejszoną siłę ciągu i zapas powietrza, żeby było taniej?

- Twoim Talentom i tak nic nie zagrozi. - Dave skrzyżował ramiona na piersiach i 

uśmiechnął się do niej. - Chyba że opacznie zrozumiałem ich zdolności. Nie ma mowy, żeby 

Barczenka mogła zastosować wobec nich te same sztuczki, które stosuje wobec robotników. I 

nie sądzę, żeby twoi - o ile nie jesteś współczującym wyjątkiem - biernie się przyglądali 

background image

wyczynom Barczenki, gdy się już dowiedzą, o co chodzi. Niektórzy kinetycy są również 

telepatami, prawda?

-   Bardzo   nieliczni.   -   Rhyssa   zachichotała   sardonicznie.   -   Nic   o   tym   nie 

wspomnieliśmy Ludmile, a ona nie ma bladego pojęcia o Talentach.

-   Nie   cała   prawda   i   nawet   nie   połowa   prawdy,   hmm?   -   roześmiał   się   Dave   i 

żartobliwie dotknął pięścią podbródka Rhyssy. - Kochana dziewczynka! Czy odległość ma 

jakieś znaczenie? A próżnia kosmiczna? - Potrząsnęła głową, a on mówił dalej: - No to, 

chłopaki,   zyskacie   sympatię   roboli,   bo   będziecie   ich   ubezpieczeniem.   Talent   może 

przyciągnąć   dryfującego,   prawda?   Bez   przerywania   pracy   czy   wzywania   kapsuły?   - 

Uśmiechnął   się   od   ucha   do   ucha.   -   To   dużo   da.   No   i   co   za   cholernie   dobry   efekt 

propagandowy.   Najlepszy   z   możliwych:   Talenty   pomagają   zwykłym   robolom,   których 

Barczenka zostawia na pastwę losu!

Rhyssa nagle zakryła twarz, nie chciała, żeby Dave zobaczył jej minę.

-  Sasza?  - zawołała. -  Właśnie znalazłam wspaniałą robotę dla Madlyn! Później ci  

opowiem!

Sasza:  Umiem czytać w twoim diabelskim umyśle. Przecież ona nawet NIE jest na  

liście osób do pracy na platformie.

Rhyssa:  Teraz   już   jest.   Przecież   często   mówiłeś,   że   Madlyn   usłyszą   nawet   na  

platformie. Sprawdzimy to!

Przybrała   „normalny”   wyraz   twarzy   i   spojrzała   na   Dave’a,   który   bystro   jej   się 

przyglądał.

- Z kim przed chwilą rozmawiałaś? I nie próbuj udawać! Nie próbuj się wypierać! Już 

cię trochę poznałem, kobieto! - W jego głosie brzmiał dziwny ton, oczy mocniej błyszczały.

Rhyssa   uśmiechnęła   się,   na   poły   zakłopotana   jego   dociekliwością,   na   poły 

zachwycona własnym pomysłem.

-   Mamy   telepatkę   o   niezwykle   donośnym   „głosie”.   Wyślemy   ją   tam   do   pracy 

administracyjnej. Jeśli ją damy do radiolokacji, odnajdzie każdego dryfującego i „przypisze” 

go najbliższemu dlań kinetykowi, żeby go przyholował z powrotem.

- Łaskawa pani nawet sobie nie zdaje sprawy, jak to poprawi morale na platformie! - 

Dave   Lehardt   uśmiechnął   się   tak   promiennie,   że   musiała   odwzajemnić   ów   uśmiech.   - 

Barczenka nie tylko nie wie, że sama jest swoim najgorszym wrogiem, ale i - skoro nie ma 

bladego pojęcia o Talentach - nie zorientuje się, że oto zaangażowała cały batalion tajnych 

agentów.

background image

- I to jest boskie! - Rhyssa uśmiechnęła się jeszcze promienniej. - A Duoml się nie 

domyśli? Lub Phanibal?

- Książę Phanibal mógłby - odparł Dave po krótkim namyśle. - Ale ostatnio rzadko 

bywa na Stacji: jakiś kryzys w Malezji zatrzymuje go na Ziemi. Poza tym uważam, że jest na 

tyle złośliwy, iż zachowałby to dla siebie, żeby z przyjemnością obserwować, jak Ludmiła się 

wije. A co to za specjalna klauzula, którą Lance Baden chce dopisać do kontraktów?

-   Musimy  mieć   możliwość   ściągnięcia   tu   Talentów,   kiedy   wyniknie   jakaś   nagła 

konieczność. Pamiętasz tę powódź w Indiach podczas ostatnich monsunów i trzęsienia ziemi 

w Azerbejdżanie? Wiedzieliśmy o nich dziesięć dni wcześniej, więc mogliśmy zorganizować 

pomoc   i   złagodzić   skutki   katastrofy.   Kiedy  wyślemy  Barczence   stu   czterdziestu   czterech 

kinetyków, nie będziemy mieć ekipy ratunkowej. Chcemy gwarancji, że zdołamy sprowadzić 

na czas niezbędnych ludzi.

- Nie możecie ich teleportować na Ziemię?

-   Niestety,   nie   -   roześmiała   się   Rhyssa.   -  Ale   stale   nad   tym   pracujemy.   Nasze 

umiejętności   są   wyraźnie   sprecyzowane,   ograniczone   i   nie   obejmują   czegoś   tak 

fantastycznego, jak natychmiastowa transmisja. To wymaga więcej energii, niż ludzki umysł 

jest w stanie wytworzyć.

- Myślałem, że kodeks moralny pozwala w legalnej bioinżynierii...

- Starczy, Dave. - Rhyssa ostrzegawczo uniosła dłoń. - Przeczytaj uważnie kodeks: 

wady wrodzone - tak, manipulacje - nie. I bardzo wątpię, czy jakiś bionik odważyłby się 

grzebać w mózgu... nawet w mózgu małpy.

- Gdyby ci się udało takowy znaleźć. A nie sądzisz, że w takim świecie jak nasz ktoś 

już przeprowadzał nielegalne eksperymenty?

- Jesteś cyniczny, Dave.

- Czasami zakaz pobudza do działania. - Wzruszył ramionami. - Nie wykluczałbym 

takiej możliwości.

- Bardzo bym chciała zobaczyć dokładny raport o tym, co J. G. i Samjan wykryli na 

platformie - Rhyssa zdecydowanie wróciła do tematu.

Dave uśmiechnął się i wyjął z wewnętrznej kieszeni kurtki trzy dyskietki.

-   Spodziewałem   się   tego.   To   ci   da   fory   w   przetargach   o   krótsze   zmiany,   o 

ekranowanie...

- ...liny zabezpieczające i kapsuły - dokończyła Rhyssa, biorąc dyskietki i nie cofając 

dłoni dłużej, niż to było konieczne. - Stokrotne dzięki, wielmożny panie.

background image

Co się z nią, u licha, działo, kiedy Dave Lehardt był przy niej? Stawała się równie 

figlarna i trzpiotowata jak... jak Madlyn przy Saszy.

background image

12

Kiedy Per Duoml, książę Phanibal Shimaz i dwóch mniej ważnych oficjeli (jeden z 

nich był kwatermistrzem) zjawiło się, żeby uzgodnić „pomniejsze kwestie”, Dave Lehardt 

zorganizował nowy pokaz, który wszystko zmienił. Rhyssa - siedząca z Maxem Perigeaux, 

Gordiem Haversem i Lance’em Badenem - stwierdziła, że to było wybitnie udane spotkanie.

Dave   Lehardt   przedstawił   prawdziwą   statystykę   nieszczęśliwych   wypadków   -   co 

sprawiło,   że   twarze   Duomla   i   księcia   pobladły   jak   płótno   -   i   ze   swadą   omówił   pewne 

„pomniejsze” sprawy, którymi mogliby się zająć nadwrażliwi: odnajdywanie osób, którym się 

popsuły   rakietki   napędowe,   telepatyczna   łączność   z   tymi,   co   używają   „radia   o   krótkim 

zasięgu”,   system   monitorujący   i   ponadplanowe   zatrudnienie   Talentów   o   szerokich 

umiejętnościach   diagnostycznych.   Dave   wykazał,   że   oszczędności   na   paliwie   do   kapsuł 

ratunkowych i godzinach pracy przeznaczonych na poszukiwania dryfujących z nawiązką 

pokryłyby   koszt   ekranowania   kwater   Talentów   oraz   że   szybkie   rozpoznanie   agorafobii 

zredukowałoby straty roboczogodzin.

Nie było żadnej dyskusji na temat klauzuli „na wypadek nieszczęścia”. Lance Baden 

oznajmił, że będzie łącznikiem pomiędzy Talentami a personelem technicznym i na tym się 

skończyło.

Lance: Co to oni mówili o tchórzliwych kapitulacjach?

* * *

Ciągłe   stresy   tak   wyczerpały   Rhyssę,   że   nie   miała   siły   cieszyć   się   z   ustępstw 

wymuszonych na oficjelach Drugiej. Pragnęła już tylko spokojnie coś zjeść i wypocząć. Per 

Duoml miał wrodzoną „tarczę” osłaniającą umysł, lecz pozostali przedstawiciele Projektu - 

nie. Trudno się było osłonić przed ich uczuciami, emocjami i gniewem, kiedy fakty, cyfry i 

kompromitacja zniszczyły ich początkową euforię, że wymuszają na Talentach dodatkową 

robotę.

Sasza: Opróżniłem cały pierwszy poziom. Odpocznij!

Rhyssa: Och, kochany jesteś!

Sasza: Nareszcie mnie doceniłaś!

Wiedziała, że tylko żartuje.

background image

Rhyssa weszła do domu Hennera, z zadowoleniem pogrążyła się w niezmąconej ciszy 

wypełniającej   elegancko   urządzone   pokoje.   Prawie   nic   tu   się   nie   zmieniło   od   czasów 

George’a Hennera, pierwszego dobroczyńcy parapsychików: z pietyzmem dbano o wszystko. 

Podziemne   pomieszczenia,   pawilony,   jej   „wieża”   -   były   nowoczesne,   wyposażone   w 

najwymyślniejsze urządzenia; za to owe salony przypominały dawne, wygodniejsze życie. 

Poszła do kuchni, gdzie staroświeckie szafki kryły nowoczesne udogodnienia. To przestronne 

pomieszczenie   promieniowało   spokojem   i   wygodą;   znajdowało   się   tu   staroświeckie,   lecz 

wciąż działające palenisko, wielki stół i wygodne krzesła. Kącik jadalny wychodził na ogrody 

położone na tyłach głównego budynku, pełne kwiatów i krzewów.

Jakiś   troskliwy   kinetyk   nastawił   wodę   na   herbatę.  Akurat   zawrzała,   więc   Rhyssa 

przygotowała sobie filiżankę napoju, wzięła kanapki z chłodziarki, zdjęła buty i zwinęła się 

wygodnie w jednym z przytulnych foteli.

Widok   ogrodu   z   kwiatami   chwiejącymi   się   na   lekkim   wietrze   miał   w   sobie   coś 

zadziwiająco pokrzepiającego. Rhyssa pozwoliła myślom płynąć swobodnie, rozkoszowała 

się spokojem, choć dręczyło ją jakieś głęboko utajone przeczucie.

- Nie jestem jasnowidzem - powiedziała sama sobie i napiła się herbaty. - To po prostu 

reakcja na szarpaninę ostatnich dni. Zupełnie zrozumiała depresja.

Potem poczuła owo muśnięcie - i tym razem przepełnione tęsknotą i przeraźliwym 

smutkiem, który przeszył jej serce i sprawił, że zapomniała o własnym złym samopoczuciu.

Nie   ośmieliła   się   zareagować   -   bała   się,   że   znów   odstraszy   chłopca.   Bo   to   był 

chłopiec, zrozpaczony chłopiec. Czy to jej zły nastrój sprawił, że nawiązał z nią kontakt w 

środku dnia? A może pragnął pocieszenia? Cóż mogło aż tak trapić takiego młodzika? Można 

znieść cudzą  niedolę  - nieszczęście  spadające  gdzieś tam, daleko, na nieznajomych - ale 

„czuć”, jak ona teraz, czyjeś dręczące cierpienie to straszne przeżycie.

Rhyssa ostrożnie zajrzała do umysłu chłopca, starając się dowiedzieć, gdzie przebywa. 

Bał   się   czegoś   i   tęsknił   za   drzewami,   kwiatami,   łąkami   i   miejscem,   które   by   nie   było 

szpitalem   -   owa   tęsknota   przyspieszyła   ponowny   kontakt.   A   umysł   Rhyssy,   słabiej 

kontrolowany wskutek znużenia, przyciągnął myśli chłopca. Czego się bał? Spytała go o to.

Ćwiczenia w uprzęży!

Rhyssa   nie   spodziewała   się   takiej   odpowiedzi.   Próbowała   podtrzymać   minimalny 

kontakt, choć - co dziwne - mały „był” teraz tuż, tuż.

Przecież to ma ci pomóc?

-  Ale   nie   pomaga.   Rani.   To   sztuczne,   obrzydliwe.   To   klatka.   Już   samo   łóżko   jest  

wystarczająco paskudne. Nie chcę. Niee... chcęęę...!

background image

Dotarł do niej krzyk osamotnionego i niepocieszonego umysłu - i nagle umilkł.

* * *

- Tego popołudnia znów skoczył pobór mocy, a zwykle zdarzało się to po nocach - 

powiedział   szpitalny   konserwator,   podając   wydruk   inżynierowi   wezwanemu   przez 

administrację szpitala.

Inżynier spojrzał na zapis - ostry, nagły skok, trwający siedemdziesiąt dwie sekundy. 

Zapytał o pozostałe anomalie i przedstawiono mu je.

- O 3:43, 3:03, 3:52 i 3:13 nie powinno być żadnego przeciążenia. Sprawdziłeś całą 

aparaturę.

- Na kilku piętrach zamontowałem mierniki. Ten z sali dwunastej na ortopedii coś 

wyłapał, kiedy go instalowałem. No, to sprawdziłem wszystko dokładnie, ale nie znalazłem 

żadnej awarii. - Nigdy mi się nie przydarzyło coś takiego. Sam wiesz, jacy oni są wrażliwi 

przez te wszystkie aparaty wspomagające na punkcie jakichkolwiek zakłóceń.

- No dobra, daj mi schematy aparatury z ortopedii i zobaczymy, co działało. - Inżynier 

ciężko westchnął, bo przeczuwał, że to będzie ciężki dzień.

background image

13

Poruszenie na łóżkach w kolistej sali zaalarmowało Petera Reidingera, więc prędko 

mrugnięciem wygasił ekran. W drzwiach stała jakaś starsza dama; Miz Allen, z miną „tylko 

nie nabrójcie!”, rozejrzała się po sali, sprawdzając, czy wszystko jest w porządku.

Peter   natychmiast   zainteresował   się   starszą   damą.   Była   inna.   Ta   inność   stała   się 

jeszcze wyraźniejsza, kiedy Miz Allen zaczęła przedstawiać gościowi dzieci z sali. Cecily 

nawet się uśmiechnęła. Odpowiedziała damie - i to był następny cud. Cecily cierpiała na 

rozszczep   rdzenia   -   przypadłość,   którą   powinno   się   było   skorygować   jeszcze   przed 

urodzeniem dziewczynki (lecz nie uczyniono tego). Musiano amputować jej nogę z powodu 

osteomielitis;   bardzo   powoli   odzyskiwała   siły   po   operacji.   Brakująca   noga   straszliwie   ją 

bolała. Pracował z nią Talent; nie Sue Romero, lecz specjalista. Peter aż się spocił, zanim 

dama do niego dotarła.

- Pani Horvath, to jest Peter Reidinger. - Miz Allen uniosła prawą brew, dając mu 

znak, że ma być grzeczny.

Pani Horvath uśmiechnęła się do chłopca; jej oczy błyszczały - wcale nie były stare, 

kaprawe czy twarde. Peter był ciekaw, dlaczego pozwoliła sobie tak „staro” wyglądać.

-  Obiecałam   mężowi,   że   będę   się   starzeć   z   wdziękiem  -   zdumiała   chłopca   jej 

odpowiedź. - Żeby ludzie się nie płoszyli, kiedy się będę zachowywać nie tak, jak na mój wiek  

przystało.

Chłopiec   wytrzeszczył   na   nią   oczy.   Nie   poruszyła   wargami,   a   przecież   wyraźnie 

„słyszał” jej głos w swoim mózgu.

- Peter... - ponagliła go Miz Allen.

- Cholernie mi miło! - udało mu się wykrztusić; Miz Allen chrząknęła ostrzegawczo.

- Dziękuję, Miz Allen, już nie będę pani zatrzymywać. Pogawędzę chwilę z Peterem - 

powiedziała   Dorotea   Horvath,   przyciągając   krzesło   ku   łóżku   chłopca   i   odprawiając 

pielęgniarkę  w  sposób,  który  go zdumiał.  -  Miz Allen  nie  wierzy  ani  w telepatię,  ani  w  

Talenty. Ostatnio nie mieliśmy okazji zajrzenia do sal dziecinnych i dlatego cię przeoczyliśmy.

- Przeoczyliście mnie?

Dorotea znów się uśmiechnęła; był to magiczny uśmiech otulający chłopca ciepłem i 

troskliwością. Gniew i litowanie się nad samym sobą, wywołane nieuchronnie nadciągającą 

porą ćwiczeń, rozwiały się bez śladu.

background image

- „Namierzyliśmy” cię dopiero wtedy, kiedy zacząłeś odwiedzać Rhyssę.

- Rhyssę?

Coś wniknęło w jego umysł.

- To ja jestem Rhyssa. Wysłałam do ciebie Doroteę, bo uciekłeś ode mnie. Dorotea 

twierdzi, że już nie umkniesz. Zamieszkaj, proszę, z nami w miejscu, do którego - jak wiem - 

tęsknisz.

- Zostałeś oficjalnie zaproszony;  czy się  zgadzasz?  - spytała  Dorotea, rozbawiona 

zdumieniem i zaskoczeniem chłopca.

- Przecież nie mogę. Jestem sparaliżowany. Nie mogę nigdzie pójść...

Cha, cha, cha, cha, cha! - strofowała go uśmiechnięta Dorotea. - Chłopak, który robi 

sobie o trzeciej rano „wycieczki poza ciałem” po Jerhattanie, wcale nie jest kaleką!

- Nie chcę już tej uprzęży! - Peter z przerażeniem stwierdza, że beczy, poczuł płynące 

po twarzy łzy.

Nie płakał od miesięcy.

-  Płacz   jest   zupełnie   normalną   reakcją   rozładowującą   emocjonalne   napięcie  - 

powiedziała mądrze Dorotea i otarła mu policzki. - To właśnie blokowało Talent. Myślę, że i  

uprząż miała w tym swój udział. Przez to nie mogły się rozwinąć twoje naturalne zdolności.  

Ale wydobędziemy je. Jestem TEGO pewna.

I Peter też pozbył się nagle wszelkich wątpliwości.

- Najpierw musimy, rzecz jasna, uzyskać pozwolenie twoich rodziców. - Dorotea była 

zawsze ogromnie rzeczowa. - Jak sądzisz, zgodzą się?

- Czy się zgodzą?! - Peter nieomal krzyknął.

Doskonale wiedział, jakim obciążeniem były dla jego rodziców rachunki ze szpitala; i 

to pomimo olbrzymiego odszkodowania, jakie musiało płacić miasto, bo wypadek wydarzył 

się   na   terenach   będących   własnością   miejską.   Mama   odwiedzała   Petera   regularnie,   lecz 

wizyty ojca stawały się coraz rzadsze i coraz krótsze. Mama zawsze miała dla taty jakieś 

usprawiedliwienie, ale chłopiec wiedział swoje.

Oczy Dorotei otwarły się nagle szeroko w radosnym zdumieniu.

- Coś mi się wydaje, że nie potrzebujesz zbyt wielu ćwiczeń.

- Słucham?? - Peter uświadomił sobie w tym momencie, że się unosi ponad łóżkiem i 

że wyłączył się alarm.

RHYSSA! - myślowy okrzyk Dorotei został mile przyjęty.

Dyrektor   Wschodniego   Centrum   nie   mogła   sama   nawiązać   owego   pierwszego 

kontaktu z kilku powodów - przede wszystkim dlatego, że sprawy Drugiej miały absolutny 

background image

priorytet.   Poza   tym   Dorotea   wciąż   była   najlepszą   na   świecie   „łowczynią”   Talentów, 

najzręczniej potrafiła uśmierzyć strach i podejrzenia.

Dorotea:  Peter Reidinger wręcz bucha Talentem, Rhysso. Nie mam pojęcia, czemu 

rezydent nie wykrył go już dawno temu - i to pomimo faktu, że chłopak tłumił wrodzoną  

wrażliwość, bo chciał, żeby go uważali za dzielnego malca. Kiedy się znalazł w szpitalu,  

musiał wymazać wszelkie sygnały, bo inaczej bez przerwy odczuwałby cudzy ból, choć nie jest  

pospolitym kinetykiem czy telepatą. Prawdę mówiąc, nigdy się nie zetknęłam z kimś takim jak  

on. Jedno jest pewne - tak samo potrzebna mu ta uprząż jak tobie wideofon.

Rhyssa: Czy dasz radę szybko załatwić przeniesienie go do nas?

Dorotea:  I to w moim najlepszym „babcinym” stylu! Nie spodziewam się oporów  

rodziny   -   dławią   ich   koszty   leczenia.   Zorientowałam   się,   że   ojciec   ma   opory   przed  

odwiedzinami u kalekiego syna. Lżej im będzie, gdy Peter znajdzie się na swoim.

Rhyssa: Bardzo jest poszkodowany?

Dorotea, z „parsknięciem”: Jak tylko przekroczy bramy Centrum, to - z małą pomocą  

przyjaciół - przestanie być sparaliżowany. Oooojjj! Właśnie rzucił się na nas rozwścieczony  

elektryk i ogłupiały konsultant...i - o, Boże!

Dorotea przerwała kontakt, co przeraziło Rhyssę, bo rozmowa na dwa fronty nigdy nie 

sprawiała starszej pani kłopotów. Dziewczyna czekała, aż jej rozmówczyni znów się odezwie 

i  wyjaśni,  co  się stało.  Upłynęły  trzy  minuty,  a  telepatka  milczała,  więc  Rhyssa  opornie 

wróciła do bieżących spraw.

Niepokój   o   Doroteę   i   chłopca   utrudniał   ułożenie   nowego   harmonogramu   dla 

kinetyków, a trzeba to było załatwić jak najszybciej. We Wschodnim Centrum zostawało ich 

dziesięciu - a mieli wykonać pracę trzydziestu - i pięciu przyuczanych (im można będzie 

powierzyć prostsze „dźwignięcia”). Pasażerowie wahadłowców dłużej poczekają na bagaż; 

wszystkie firmy budowlane utracą kinetyków - przydzieli się ich jedynie do dwóch prawie 

ukończonych   przedsięwzięć,   gdzie   tylko   kineza   gwarantowała   bezpieczne   zainstalowanie 

ciężkiego sprzętu na najwyższych piętrach.

Rhyssa   i   Miklos   Horvath   z   Zachodniego  Wybrzeża,   wnuk   Dorotei,   mieli   również 

skompletować „aportujące” ekipy - telepatów i kinetyków mogących pracować parami „na 

odległość”. Było to jednak ogromnie wyczerpujące, więc wchodziło w grę wyłącznie w razie 

nagłych nieszczęśliwych wypadków.

Dave Lehardt wystąpił z jeszcze jednym pomysłem, który co prawda nie poprawi 

stosunków   z   Barczenką   i   Duomlem,   ale   na   pewno   spowoduje  lepsze   wykorzystanie 

czterogodzinnych dniówek kinetyków.

background image

- Obejrzałem niektóre analizy czynności roboczych i filmy z dniówek na Drugiej - 

oznajmił Dave. - Samjan twierdzi, że przez sporą część zmiany po prostu nic nie robi. Czeka, 

aż   przygotują   materiał   lub   dopóki   inżynierowie   nie   usuną   pomniejszych   usterek.   Więc 

spiknąłem Samjana i Belę Rodomanskiego, który projektował Kosmiczne Laboratorium z 

Lance’em   Badenem,   wytrawnym   inżynierem.   Bela   uważa,   że   większość   opóźnień   przy 

budowie Kosmicznego Laboratorium wynika z dezorganizacji w zaopatrzeniu. Lance mówi, 

że nie zdołano sobie z tym poradzić podczas jego dwóch pobytów na Drugiej, lecz że jednym 

z atutów Barczenki są zdolności organizacyjne. Jeszcze trochę wysiłku z ich strony i kinetyk 

w cztery godziny ustawi wszystko tak, że fizyczni śpiewająco to zespolą przez pozostałe 

dwadzieścia godzin. Wymaga to, rzecz jasna, reorganizacji w składach Drugiej, a może i 

przesunięcia dostaw czy pogonienia opornych kooperantów - ale dzięki temu nie będzie się 

marnowało roboczogodzin.

- Duoml wrócił na Stację - wtrąciła Rhyssa.

- Właśnie ponownie wynajęliśmy hangar Q na jeszcze jeden malutki pokazik. Zajmę 

się szczegółami. Hej, wspaniale dziś wyglądasz, nowa fryzura? Znakomicie podkreśla twój 

paskudny,   tchórzliwy   charakterek.   -   Twarz   na   ekranie   zaprezentowała   sławny,   budzący 

zaufanie uśmiech.

Też   coś,   paskudny,   pomyślała,   przygładzając   włosy.  Ale   przynajmniej   zauważył. 

Westchnęła i wróciła do swoich analiz. Potem uświadomiła sobie, że Dorotea nie dała znaku 

życia.

Starsza pani odezwała się równie niespodziewanie, jak umilkła.

Hmmm, mówiłam, że się odezwę, gdy tylko zdołam. Za wcześnie, żeby być pewnym,  

co on właściwie robi, ale najwyraźniej wykorzystuje sieć. Powodował takie skoki poboru  

mocy,   że   elektryk   i   wysoko   opłacany   konsultant   o   mało   co   nie   zbzikowali.   Przynajmniej  

wiadomo teraz, czemu nie tolerował uprzęży: impulsy podawane bezpośrednio do synaps  

powodowały krótkie spięcia i biedaczek musiał sobie radzić z przeładowaniem. Sue Romero  

rozpacza, myśląc o tym, co wyrządziła Peterowi, a on, biedulek, nie potrafił jej wytłumaczyć,  

dlaczego   ta   cała   uprząż   jest   dla   niego   zła...   Siostra   przełożona,   Miz   Allen   należy   do  

ugodowych i wszystko łagodzi. O, rodzina chłopca jest zachwycona, zwłaszcza tym, że Peter  

nie   będzie   „upośledzony”   -   czyli   „kaleki,   bezużyteczny,   finansowo   obciążający”.  

Standardowy kontrakt, dopóki nie skończy szesnastu lat i nie będzie w pełni wyszkolony.  

Nareszcie jakiś kinetyk, na którym Barczenka nie zdoła położyć swojej kosmicznej łapy!

Rhyssa: Kiedy go przywieziesz?

background image

-  Już   do   was   jedziemy!  -   Triumf   w   głosie   Dorotei   wypełnił   calutkie   Centrum.   - 

Przygotuj  pokój Roddy’ego w moim domu. **Obraz: postery Sił Kosmicznych  na każdej 

ścianie; modele kosmicznych promów, hoteli dla pasażerów, laboratoriów i wielkich statków 

zwieszają   się   z   sufitu;   piętrowe   łóżko   -   na   dole   pulpit,   u   góry   posłanie.**  To   najmniej 

przypomina sterylną, szpitalną salę, w której tkwił od miesięcy.

background image

14

Spotkanie Rhyssy Owen z Peterem Reidingerem nie sprawiło obu stronom zawodu. 

Dorotea ostrzegła Rhyssę, że wraz z nimi leci matka chłopca i jego starsza siostra, obie 

podekscytowane i zarazem przestraszone tym, co się wydarzyło.

Ilsa Reidinger była „miłą” kobietą, ogromnie zaniepokojoną o syna i jednocześnie 

niezwykle   dumną   ze   swego   Petera.   Ciężko   tyrała,   żeby   podołać   kosztom   leczenia. 

Szesnastoletnia   siostra   Katya   należała   do   osóbek   zwanych   przez   Doroteę   „tupeciarami”; 

niezadowolona z tego, że Peter ma Talent, a ona nie, próbowała wyniuchać, co zyska na farcie 

brata. Dorotea twierdziła, że Katya była zła na chłopca, bo wysokie koszty jego leczenia 

pozbawiały  ją   wielu   rzeczy,   do   których   miała   prawo   jako   starsza.   -  Całkiem   zrozumiała  

reakcja - powiedziała Rhyssie starsza pani, kiedy sprawnie przewoziły malca do jej domu i do 

pokoju Roddy’ego.

Obie telepatki wyczuły, jak widok zupełnie nieszpitalnego wnętrza poprawił nastrój 

chłopca.

- W jaki sposób zdołacie robić przy nim wszystko, co trzeba? - zaczęła Ilisa Reidinger, 

zdumiona wyglądem pokoju.

-   Och,   pani   Reidinger,   Peterowi   tylko   na   początku   będzie   potrzebna   pomoc   - 

powiedziała Dorotea; jej hej-hop było sygnałem dla Ricka Hobsona, że ma przenieść chłopca 

na łóżko. - Zostawmy go teraz, niech się zadomowi. Poza tym - dodała, zaganiając wszystkich 

przed  sobą  - helikopter czeka, żeby przewieźć  panią  i córkę  do domu.  O, proszę  numer 

wideofonu. Jak pani widzi, Peter ma aparat w pokoju. Może pani do niego dzwonić, kiedy 

wola. To nie szpital, tu zaraz będzie wiadomo, co wyczynia.

Dobroduszność Dorotei uniemożliwiła odmowę i helikopter wkrótce wystartował z 

terenów Centrum.

Dorotea: Rick, pociągnij przewód z generatora 4,5 k.p.m. do pokoju Petera.

- Po co? - spytała Rhyssa, podczas gdy tamta wydawała tabuny poleceń.

-  Mówiłam ci, że... - odparła Dorotea, a potem dodała głośno, bo już były same: - 

...chłopak podłącza się do sieci i wspomaga się prądem. Taki rodzaj gestalt. Chciałabym, żeby 

nasze techniczne Talenty przetestowały to razem ze mną; oczywiście gdy Peter wypocznie. 

Chwilowo tylko my obie, Rhysso, możemy się z nim kontaktować. Przeżył takie ciężkie 

chwile.

background image

Oczy Dorotei wypełniły się łzami i Rhyssa przytuliła ją, przekazała jej swój podziw, 

miłość i czułość.

- Przepraszam, kochanie. - Starsza pani odsunęła się, lekko pociągając nosem. - Tyle 

masz  teraz  kłopotów, że  nie powinnam się zmieniać w fontannę,  lecz...  - i telepatycznie 

przekazała   dziewczynie   mieszaninę   bólu,   udręki,   przygnębienia,   poczucia   winy, 

samooskarżeń i niszczącego strachu; z tym musiał się zmagać Peter.

Rhyssa   usadowiła   Doroteę   na   kanapie   i   usiadła   obok   niej,   wstrząśnięta   owym 

przekazem   pomimo   wieloletniego   doświadczenia   z   osobliwymi   stanami   umysłów 

rozkwitających Talentów.

- Myślę, że dobrze by nam wszystkim zrobiła odrobina herbaty - oznajmiła Dorotea, a 

dziewczynę rozbawiła jej rzeczowość. - Peter? Napijesz się herbaty? Cytryna, mleko, cukier?

Tak, poproszę - odparł ku zdumieniu Rhyssy.

Widzisz, wystarczył leciutki prztyczek, żeby zaczął wysyłać myśli, zamiast je tłamsić. - 

Starsza pani uśmiechnęła się z przesadnym zadowoleniem.

Delektowali   się   herbatą,   kiedy   wpadł   Rick   Hobson,   oplatany   przewodem,   opięty 

pasem elektryka.

- Nie wiem, co ci jest potrzebne, Doroteo - rzekł; mrugnął do niej, kiwnął głową 

Rhyssie i pomachał ręką Peterowi, który obserwował całą scenę ze swojego łóżka.

- No, Peter, czego ci trzeba? - spytała chłopca Dorotea. - W szpitalu podczepiał się do 

elektronicznego oprzyrządowania łóżka.

Obie kobiety wyczuły wahanie i niepokój chłopaka.

-   Nie   łam   się,   potem   nam   powiesz   -   rzucił   niedbale   Rick,   łapiąc   ostrzegawcze 

spojrzenie Rhyssy. - Generator działa i jest pod bokiem. Wystarczy, żebyś kiwnął palcem. - 

Rick pomachał wszystkim serdecznie i wyszedł.

- Trochę za dużo naraz, prawda, Peter? - spytała łagodnie Rhyssa.

- Nie mam pojęcia, czemu uważasz, że się do czegoś nadaję - odparł słabym głosikiem 

chłopiec.

-   Dorotea   twierdzi,   że   korzystałeś   z   prądu,   by   mnie   odwiedzać   o   świcie.   - 

Uśmiechnęła się doń figlarnie, chcąc mu dodać pewności siebie. - Jestem zaszczycona, że to z 

moim umysłem się łączyłeś, aby się znaleźć tam, gdzie chciałeś być.

- Naprawdę? - Peter odwrócił głowę od słomki w kubeczku i spojrzał na Rhyssę.

- Niewielu mężczyzn wdziera się do mojej sypialni, zapewniam cię.

Dorotea wspomagała ją delikatnie, sączyła w chłopca poczucie, że jego „najście” było 

zabawne i pomysłowe. Obie kobiety wysyłały podprogowe sygnały, mające wzmocnić jego 

background image

samoocenę   i   podnieść   niskie   poczucie   własnej   godności   -   czyli   zmienić   to   wszystko,   co 

blokowało dalszy rozwój Petera.

- Wcale nie chciałem ci się narzucać.

-   Szybko   się   przekonasz,   że   pomiędzy   telepatami   taka   nocna   wizyta   nie   jest 

traktowana jak narzucanie się...

- Ale te wszystkie światła...

-   Nie   słyszałeś,   jak   ich   besztam   za   to,   że   cię   spłoszyli   -   i   Rhyssa   raz   jeszcze 

„pomyślała” irytację, strapienie i przykrość, jakie jej sprawiło tamto nadużycie władzy.

- O tak, była bardzo zła - dodała Dorotea.

- Potrafisz zrobić to, czego wielu bezskutecznie próbowało - ciągnęła Rhyssa.

- Tak?

- To jest to, co nazywamy wycieczką poza ciało - mówiła Rhyssa. - Bardzo niewielu 

ludzi osiąga ten stopień kontroli własnego umysłu.

- Nie potrafią?? - Oczy Petera otwarły się szeroko ze zdumienia. - Przecież to takie 

łatwe.

Obie kobiety wymieniły rozbawione spojrzenia.

- Nic nie jest trudne, jeżeli wiesz, jak to zrobić, Peter - powiedziała Rhyssa. - Ty, jak 

się wydaje, świetnie opanowałeś tę sztukę. Dorotea i ja mamy nadzieję, że i nas nauczysz. Nie 

mam zbyt dużych zdolności kinetycznych...

Sasza: I chyba teraz jesteś z tego zadowolona! **Rhyssa w skafandrze kosmicznym, 

krążąca wokół Drugiej, ścigana przez dzierżącą bat Barczenkę.**

Rhyssa: Nie waż się przeszkadzać, paskudniku! To jest trudne i bez twoich docinków!  

Och, mój Boże!

Rhyssa   nagle   zdała   sobie   sprawę   z   niebywałych   możliwości   młodego   Petera 

Reidingera i z tego, jak by można wykorzystać jego zdolności; a także dlaczego jego Talent 

był   tak   odległy   od   umiejętności   wyginania   łyżeczek,   jak   współczesna   prekognicja   od 

wróżenia z wnętrzności zwierząt.

Sasza, Dorotea, Rick, Sirikit, Madlyn: Wytłum to, Rhyssa! Litości!!!

Dorotea:  Już  rozumiecie  całą   sytuację,   więc   zostawcie  nas  same  z  chłopcem.  Nie  

możemy tego sfuszerować.

Rhyssa głęboko odetchnęła; miała nadzieję, że to nagłe odkrycie, którego nie była w 

stanie   zachować   w   tajemnicy   przed   innymi   telepatami   Centrum,   nie   dotarło   do   Petera. 

Chłopiec nie reagował.

Dorotea: Zablokowałam go, Rhysso. Opanuj się.

background image

- ...No więc gdyby mi się udało dowiedzieć, co robisz z generatorem, Peter - zdołała 

powiedzieć młodsza kobieta - to by nam ogromnie pomogło.

Dorotea: Sama bym tego lepiej nie powiedziała.

Rhyssa: Dzięki.

- Kiedy nie wiem, co robię - zasmucił się Peter.

-   Po   prostu   NIE   myślisz   o   tym,   kiedy   to   robisz.   Robisz   to,   bo   tego   chcesz   lub 

potrzebujesz.   Dorotea   i   ja   pomożemy   ci   -   uśmiechnęła   się   doń.   -   Telepatia   jest 

bezkonkurencyjna w przekazywaniu informacji. Słowo mówione może nie być tak jasne, jak 

powinno, albo może być niewłaściwie zastosowane lub wywołać błędne skojarzenia. Jesteś 

przyzwyczajony, że słowo znaczy właśnie to, co znaczy, lecz dla innej osoby może ono mieć 

całkiem   inny   sens   i   już   się   nie   porozumiecie.   Rozmowa   umysłów   wyjaśnia   takie 

nieporozumienia. A może tylko jeszcze bardziej wszystko poplątałam?

-  To  dlatego  nie   umiałem  wyjaśnić  Sue  Romero,   czemu   nie  cierpię   tej   uprzęży - 

uśmiechnął się nagle Peter.

- Znakomity przykład. Brakowało ci słów, żeby to wytłumaczyć.

- Ale jak będę się poruszał bez tego paskudztwa?

- Dzięki mocy umysłu; bo właśnie tak „spacerujesz” poza ciałem. A my cię tylko 

nauczymy zabierać ciało razem z duchem! I wykonywać większość codziennych czynności. 

Nie   będziesz   już   zależny  od   pielęgniarek   czy  sanitariuszy,   staniesz  się   samodzielny.   I   w 

pewnym sensie to jest właśnie to, czego Sue próbowała cię nauczyć - żeby twój umysł zmusił 

ciało do przypomnienia sobie, czego potrafiło przedtem dokonać. Ty jednak poszedłeś dalej, 

lecz żadne z was nie wiedziało, że masz utajone zdolności kinetyczne. I dlatego nie mogłeś 

zrobić tego, czego ona od ciebie oczekiwała. Bo ogromnie ją wyprzedziłeś.

- Jestem kinetykiem? - Peter wciąż nie wierzył.

- Czy wiesz, co znaczy to słowo?

- Pewnie. Ale nie miałem pojęcia, że też taki jestem.

- A jesteś. - Rhyssa wstała. - No więc przemyśl to, bo jesteś i telepatą.

- Odpocznij teraz, skarbie. - Dorotea zabrała mu kubek. - Potem cię oprowadzę po 

domu, żebyś wiedział, gdzie wszystko jest.

background image

15

Szkolenie  zwykle  prowadził  Sasza,  ale  tym  razem i  Rhyssa  postanowiła  się  w to 

włączyć - ze względu na więź, która ją połączyła z Peterem.

- Pomogę, ile zdołam - oświadczyła Rhyssie Dorotea ze zrezygnowaną miną - ale 

mam już osiemdziesiąt cztery lata i straciłam sporo sił. - Tu uśmiechnęła się łobuzersko. - 

Zawsze lubiłam gotować dla mężczyzn. Poza tym on wkrótce sam o siebie zadba. Jestem tego 

pewna. Zawsze rozpoznam mocny Talent, kiedy się z nim stuknę umysłem.

Rhyssa, Sasza i Dorotea uroczyście wpisali Petera Reidingera do rejestru Talentów 

Wschodniego Centrum. Chłopak wciąż jeszcze nie dowierzał szczęściu, które go spotkało. 

Rick Hobson, empatyk i kinetyk, nadzorował stronę kinetyczną; Don Usenik, wszechstronny 

lekarz Centrum, dbał o zdrowie chłopca, który mieszkał w domu Dorotei.

- Mogę się podjąć matkowania - rzekła lojalnie starsza pani. - Zwłaszcza że Rhyssa 

ma tyle spraw na głowie.

Pod koniec tygodnia Peter świetnie sobie radził z problemami higieny osobistej, co 

było niezmiernie ważne dla wrażliwego chłopca. Jego wychowawcy radośnie uczcili poranek, 

gdy po raz pierwszy samodzielnie się umył. Peter niemal się poparzył, kiedy spróbował wziąć 

prysznic; potem przeholował w drugą stronę i Dorotea musiała go wyciągać z lodowatej 

wody.

Sporo czasu i wysiłku wymagało przyuczenie się do schodzenia z łóżka tak, aby nie 

spadać  na  podłogę.  I  do spacerowania  po  domu  Dorotei  bez  obijania  się  o meble.  Peter 

stopniowo   nauczył   się   precyzyjnego   kontrolowania   gestaltu   i   zaczął   „chodzić”:   jedynie 

bardzo wnikliwy obserwator zauważyłby, że stopy chłopca nigdy nie dotykają ziemi i że 

zginanie kolan tylko przypomina normalny chód. Nie mógł niczego złapać, ale nauczył się tak 

ustawiać dłonie, że wyglądało jakby niósł dany przedmiot. Te wszystkie osiągnięcia bardzo 

go zmieniły, stał się innym chłopcem - matka była zdumiona ową zmianą, kiedy go znów 

odwiedziła.

- Ani  w mojej  rodzinie,  ani w rodzinie męża nigdy nie było  żadnych Talentów - 

zwierzyła się Dorotei. - Pojęcia nie mam, skąd mu się to wzięło.

- Konieczność, pani Reidinger - odparła tamta w babcinym stylu. - Wypadek wymusił 

transfer   motorycznych   funkcji   do   innej   części   mózgu.   Przecież   nawet   najlepsi   z   nas 

wykorzystują jedynie dwie piąte potencjału swego umysłu.

background image

Ilsa   Reidinger   nic   z   tego   nie   zrozumiała,   lecz   zaakceptowała   owe   wyjaśnienia 

udzielone z wielką powagą.

- Ludzkie ciało uczy się kompensacji - ciągnęła Dorotea. - Peter potrzebował tylko 

szansy   rozwinięcia   tych   nowych   umiejętności.   I   muszę   powiedzieć,   że   wspaniale   sobie 

poradził.   Jesteśmy   ogromnie   zadowoleni   z   jego   postępów.   -   Dorotea   uśmiechnęła   się 

pogodnie do swojego gościa.

- Ale co on będzie robił? - spytała żałośnie Ilsa.

- Tu, w Centrum, Peter będzie pomagał innym okaleczonym dzieciom - i dorosłym też 

- które muszą się nauczyć kompensacji. - Dorotea „usłyszała” wątpliwości pani Reidinger, 

więc szybko dodała: - O, to świetnie płatne zajęcie. Teraz jest na stypendium szkoleniowym, 

lecz potem będzie naprawdę dobrze zarabiał. Ma przed sobą znakomitą karierę w Centrum. 

Będzie pani zeń dumna.

Dorotea   świadomie   zignorowała   następną   dominującą   myśl   Ilsy:   jeżeli   Peter   ma 

Talent, to Katya na pewno też. Dziewczyna i tak była trudna; chciała wiedzieć, czemu Peter 

miał taki fart, a ona nie; dalej tkwiła w nudnej szkole i musiała się uczyć, podczas gdy brat 

mógł realizować swoje plany.

- Czy on może czytać myśli? - spytała Ilsa Reidinger; bardzo ją to niepokoiło.

- Peter ma niewielki zasięg - odparła nieszczerze Dorotea, udając ubolewanie; matka z 

takim trudem akceptowała nowe zdolności syna. - Potrafi czytać silne myśli, ale sam może je 

przekazywać tylko na niewielką odległość. Jego Talent to kinetyka. Czy pani rozumie, co to 

znaczy?

- Tak. To znaczy, że ludzie mogą przesuwać różne rzeczy, wcale ich nie dotykając. Jak 

ci, co lecą pomóc skończyć Drugą Stację, żebyśmy mogli skolonizować gwiazdy.

Ten gładki frazes był zasługą zręcznej kampanii, jaką Dave Lehardt prowadził w Tri-

D.

- Czy Peter poleci w kosmos? - zapytała nieśmiało Ilsa; postanowiła - co Dorotea 

świetnie „słyszała” - że słówka o tym nie piśnie Katyi, bez względu na to, co jej odpowiedzą.

-   Na   pewno   nie.   Platforma   będzie   skończona,   zanim   Peter   zostanie   w   pełni 

wyszkolony.

Sama myśl o tym, że chłopak mógłby wpaść w łapy Barczenki, przyprawiła Doroteę o 

mdłości; Ilsa Reidinger była rozczarowana (jak każda matka chciała, żeby jej syn był kimś 

wyjątkowym - i taki był, i sławnym - a tego by Centrum dlań nie chciało, i bogatym - był  

Talentem,   a   więc   poprzez   Centrum   zaspokoi   wszystkie   swoje   potrzeby);   starsza   pani 

połechtała matczyną dumę:

background image

- On ma naprawdę wyjątkowy Talent.

- No tak, ale co on właściwie robi?

-   Widziała   pani,   jak   chodzi   i   podaje   nam   herbatę.   Osiągnął   to   dzięki   swoim 

kinetycznym zdolnościom. Teraz już nie potrzebuje żadnych aparatów i protez. Gdy tylko 

pełniej rozwinie swoje możliwości, damy mu bardziej skomplikowane zadania.

- Będzie mógł pracować?

Pani Reidinger nic nie zrozumiała i nie doceniała osiągnięć syna, pomyślała Dorotea. 

Dotarło   do   niej   jedynie   to,   że   Peter   już   nie   będzie   dla   rodziny   ciężarem   finansowym   i 

emocjonalnym. Była miłą kobieciną, oddaną synowi podczas jego rekonwalescencji - lecz 

ogromnie ją to wszystko wyczerpało. Dorotea postanowiła goręcej pochwalić możliwości 

Petera.

Starszej   pani   przyszło   nagle   do   głowy,   że   należałoby   uwspółcześnić,   usprawnić 

sposoby wyszukiwania, ustalone jeszcze przez Daffyda op Owena. W szpitalach pracowało 

sporo Talentów o najrozmaitszych zdolnościach. Dlaczego żaden z nich nie wykrył Petera? 

Powinna o tym pomówić z Rhyssą, kiedy tamta poradzi sobie z Barczenką.

- Uważam, że Peter dokona tego, co sobie postanowi.

- Bo jest kinetykiem?

- I to wyjątkowym, skoro na dodatek musi przezwyciężać ciężkie kalectwo.

Pani Reidinger wyjechała: nadal nieco oszołomiona zamieszaniem czynionym wokół 

chłopca, lecz nareszcie spokojna o jego przyszłość.

Dorotea nigdy nie przypuszczała, że jej słowa - mające ukoić matczyny niepokój - 

przyniosą nieoczekiwane następstwa. Obie z Rhyssą coraz lepiej zdawały sobie sprawę z 

olbrzymich możliwości chłopca, lecz nie rozgłaszały tego nawet wśród kolegów.

-   W   tym   przypadku   pośpiech   nie   jest   wskazany   -   powiedziała   australijskiemu 

dyrektorowi Rhyssa.

Lance spędzał więcej czasu w jerhattańskim hotelu dla „próżniaków” niż w Canberze 

na załatwianiu spraw przed odlotem na Drugą; teraz wpadł do Rhyssy, wracając z kolejnej 

narady z Dave’em Lehardtem, Samjanem i Rodomanskim.

- Spotkałem paru takich naturszczyków, kiedy miałem do czynienia z Maorysami i 

Aborygenami   -   odparł   Aussie   ze   swoim   charakterystycznym   akcentem,   rozsiadając   się 

wygodnie. - Ale ten mały wszystkich zakasował. Jeżeli osiągnął aż tyle, mając do dyspozycji 

jedynie generator 4,5 k.p.m., to co by osiągnął przy dostępie do prawdziwej energii?

-   Jeszcze   jeden   powód,   żeby   się   nie   spieszyć.   Nauka   kontrolowanego   działania 

stanowi najważniejszą część jego szkolenia. **Obraz Petera śmigającego po Jerhattanie jak 

background image

kometa   i   ciągnącego   za   sobą   „ogon”   z   porwanych   przez   impet   przelotu   ludzi,   małych 

pojazdów, rupieci i śmieci.**

Lance   uśmiechnął   się;   zęby   wydały   się   jeszcze   bielsze   na   tle   trwałej   opalenizny 

południowca, zielone jak morze oczy zaiskrzyły się:

- Racja, złotko, chwytam, w czym  rzecz. Ale z takim Talentem i z odpowiednim 

generatorem pod ręką moglibyśmy śmignąć do najbliższej planety.

-  Lance,   zachowaj   to   w   najtajniejszym   zakątku   swojego   umysłu.   Niech   nic   nie  

przecieknie na zewnątrz!

Aussie - nagle zupełnie poważny - wyprostował kanciastą postać.

Ja tylko żartowałem!

Rhyssa wolniutko skinęła głową. Lance przeciągle gwizdnął.

Wyobraź sobie minę Barczenki, gdybyśmy jej powiedzieli, że bezcenna Druga już się  

zdezaktualizowała!

-   Nie   całkiem   -  uśmiechnęła   się   mściwie   Rhyssa,   która   rozkoszowała   się   paroma 

słodkimi   marzeniami   na   ten   temat.   -   Coś   takiego   jak   Druga   przyda   się   nie   tylko   jako 

odskocznia ku gwiazdom.

Lance: Ilu się orientuje co do Petera?

Rhyssa:  W   jego   możliwościach?   Główny   personel   wie,   że   chłopak   jest   niezwykły.  

Byłam   zbyt   podekscytowana,   kiedy   zdałam   sobie   sprawę   z   możliwości   tkwiących   w   jego  

gestalcie, tym niemniej wiedzą tylko, że byłam podekscytowana. Jedynie trzy osoby - Dorotea,  

ja   i   Sasza   -   wiedzą   nieco   więcej.   Rick   Hobson   uważa,   że   Peter   jest   nadmiernie   bystry;  

potrzebujemy jednak kinetyka do wstępnego szkolenia. Rick, tak jak i ty, leci na Drugą, więc  

faszerujemy małego techniką, ile się da. On i Peter dobrze się ze sobą zgadzają. CIEBIE  

wybrałam do dalszego szkolenia, więc nie zrób na Drugiej jakiejś głupoty, dobra?

- Nie ma mowy! To marchewka, która będzie mi dyndać przed nosem przez sześć 

długich   miesięcy!   -   Lance   wstał.   -   Jaka   szkoda,   że   Dave   Lehardt   nie   jest   prawdziwym 

Talentem. Cudownie sobie radzi z Finem i z tym obleśnym typkiem.

Rhyssa wzdrygnęła się na samo wspomnienie o księciu Phanibalu.

- Chyba niezbyt go lubisz?

- Oj tak!

-  Zawsze   wiedziałem,   dziecinko,  że   masz  dużo  zdrowego   rozsądku!   -  zachichotał 

Lance.

background image

16

Rhyssa   i   Dorotea   martwiły   się   o   Petera;   obie   taiły   to   przed   chłopcem,   którego 

teleempatia rozwijała się na równi z kinezą. Nie tylko wyczuwał lub wysyłał emocje; stawał 

się prawdziwym telepatą, zdolnym nadawać i przyjmować przekazy językowe i abstrakcyjne. 

Żadna z nich nie zwróciła uwagi na to, że niekiedy, w chwilach dużego wzburzenia, Peter nie 

czerpał energii z generatora w trakcie kinetycznych ćwiczeń.

Dorotea uwielbiała gotować dla chłopca, który odzyskał apetyt; gdy tylko nauczył się 

wykonywać   zwykłe   czynności,   spożytkowała   jego   kinezę   do   przygotowywania   posiłków. 

Potrafił   obierać   jabłka   i   ziemniaki,   skrobać   marchew,   krajać   warzywa,   łuskać   fasolę   - 

wszystko kinetycznie. Pałaszował każdą potrawę i zaczął nabierać ciała; Rick nauczył go 

ćwiczeń   wzmacniających   mięśnie,   a   godziny   spędzone   w   ogrodzie   Dorotei   nadały   cerze 

Petera zdrowy wygląd. W niczym już nie przypominał zabiedzonego paralityka z zanikami 

mięśni. Chłopiec musiał niezmiernie uważać przy wszystkich czynnościach: nadal nie miał 

czucia   w   rękach   i   nogach   oraz   w   dolnej   części   tułowia,   więc   łatwo   mógłby   się   zaciąć, 

skaleczyć lub poparzyć.

Kiedy Rick musiał wreszcie polecieć na Drugą, Peter chodził osowiały niemal przez 

cały dzień.

-   Rick   wróci,   Peter   -   pocieszała   go   Rhyssa   podczas   kolacji.   -   Nauczył   cię   już 

wszystkiego, co sam umie. Teraz musisz poznać samego siebie. Nie będzie to łatwe...

-   Sam   się   mam   uczyć?   -   Chłopiec   był   tak   wstrząśnięty,   że   zapomniał   o   dobrych 

manierach i jego widelec zawisł nad talerzem.

Peter i Dorotea zawarli umowę: kiedy był sam, mógł przenosić pożywienie do ust w 

dowolny sposób, lecz w towarzystwie musiał ściśle przestrzegać etykiety.

- Oczywiście - odparła Dorotea, jakby to była najnormalniejsza w świecie rzecz.

- Rick dał ci podstawy - dodała z ciepłym uśmiechem Rhyssa. - Teraz potrafisz sam o 

siebie  zadbać  i  pomóc  w  domu  czy  ogrodzie.  Przyszła   kolej   na  drugi  krok  -  testowanie 

samego siebie. Nie martw się. Rick zostawił ci dłuuugi spis tego, co masz zrobić podczas jego 

pobytu na Stacji.

- Ale mi nie powiedział jak... - Peter wpadł w popłoch.

- Wiesz jak - odrzekła Rhyssa, udając zdziwienie reakcją chłopca; Dorotea poparła ją 

zdecydowanym kiwnięciem głową. - Wszystkie paranormalne Talenty biorą swój początek na 

background image

poziomie   instynktu.   Wyostrz   swoje   instynkty.   -   Uśmiechnęła   się   doń   i   poklepała   go   po 

ramieniu. - Instynkt przywiódł cię do Centrum, prawda?  Nie kłopocz się „jak”! Zawierz 

instynktowi. Korzystaj zeń, wysyłając różne nieruchome obiekty do coraz dalszych i dalszych 

miejsc. Zacznij od miejsc, które znasz. Potem przypomnij sobie obrazy Tri-D, a może i posłuż 

się   matematycznymi   koordynatami.   O,   weźmy   na   przykład   ten   widelec   z   tłuczonymi 

kartoflami. Dokąd byś je posłał?

Zawartość widelca zniknęła.

Sasza: Co się tam dzieje?

Rhyssa: Chodzi ci o tłuczone kartofle?

Sasza, nieco zdegustowany: Tak! **Obraz białej kuli na środku jego biurka.**

- Gdzie je wysłałeś, Peter? - spytała odpowiednim tonem Dorotea.

- Na biurko Saszy. Ale na drewno, nie na jakieś ważne papiery - zapewnił ją chłopiec.

- Nie każę ci tego zjeść, ale sprowadź to z powrotem!

Kartofle wróciły na widelec.

Sasza, sarkastycznie: Wielkie dzięki!

Peter: Nie ma za co!

I zachichotał jak każdy urwis, który wyciął kawał.

Sasza   do   Rhyssy   i   Dorotei:  Dopiero   co   przyuczyliśmy   Madlyn   do   właściwego  

zachowania, a już nastał Peter! Czasami... No, ale skoro trzymają się go żarty, to zaczyna się  

przyzwyczajać do wyjazdu Ricka.

I następnego dnia Peter ochoczo trenował - tym razem korzystał z generatora, żeby 

rozsyłać po Centrum rozmaite obiekty. Na początek Dorotea dała mu niewielkie przedmioty, 

które przenosił do kolejnych pokoi, starając się je ustawić w określonym miejscu; wybierała 

znane   chłopcu   lokalizacje.   Zakończył   ranek   przenoszeniem   ciężkich   bel   papieru 

komputerowego z magazynu do punktu kontrolnego, podnosząc ładunki z narysowanych na 

podłodze kwadratów. Budworth wreszcie doniósł, że Peter trafia na medal; i poprosił chłopca, 

żeby usunął ten bałagan.

- Wygląda na to, że waga nie ma żadnego znaczenia - powiedział Sasza, oglądając 

przy lunchu wyczyny Petera. - Czy często uciekał się do gestaltu?

- Niezbyt. Mamy odpowiedni wykres - odparła Rhyssa. - Zaczyna się skłaniać ku 

siłom psychicznym.

- Hmm, ale to nie zmienia faktu, iż zeń korzysta - zadumał się Sasza. - Może to czynić 

i   czyni.   Do   licha,   Rhysso,   on   jest   nadzwyczajny!   Kiedy   naprawdę   wykorzysta   moc 

generatora,   nie   ma   takiej   rzeczy,   której   by   nie   przerzucił!   -   Oczy   Roznina   lśniły   z 

background image

podekscytowania. - Gdybyśmy tylko zdołali się dowiedzieć, jak sięga po gestalt... - Spojrzał 

na Rhyssę, która ze smutnym uśmiechem potrząsnęła głową. - A Rick...?

- Rick przeszedł z nim ćwiczenia wstępnego szkolenia kinetycznego - westchnęła 

Rhyssa. - Na więcej nie miał czasu. Niech diabli porwą Barczenkę. Skąd mieliśmy wiedzieć, 

że się nam trafi nagły przypadek i będziemy potrzebować kinetyków, których nam wydarła? 

Czemu nie było żadnej wizji?

Sasza   odchylił   się   w   fotelu   i   z   nieoczekiwaną   powagą   popatrzył   na   swoją   dobrą 

przyjaciółkę i zarazem dyrektora.

- Rhyssa, kotku, czy potrafisz śledzić jego myśli?

-   Jestem   biegłą   telepatką   -   roześmiała   się.   -   Lecz   Peter   dzięki   swemu   umysłowi 

dociera tam, gdzie jeszcze nikt przed nim nie dotarł. Może inny kinetyk by to potrafił. Mam 

zamiar zaanektować Lance’a Badena do dalszego szkolenia chłopca, jak tylko skończą tę 

przeklętą   Drugą.  -  I  Rhyssa  „osmuciła”  aurę   umysłu   obrazami  oddającymi  jej  frustrację; 

Sasza ze współczuciem pokiwał głową.

- No, to po prostu musimy małemu zapewnić „przedszkole”, dopóki Lance nie będzie 

wolny. I dbać, żeby jego stan fizyczny się poprawił. Czy Don Usenik widzi jakąś szansę 

ożywienia uszkodzonych nerwów? Teraz...

- Kłopoty! - ze specjalnego głośnika w biurze Rhyssy rozległ się głos Budwortha.

Co się dzieje?

- Cholera, NATYCHMIAST chcę mówić z dyrektor Owen! - zagrzmiał czyjś głos, bo 

Bud przełączył rozmowę do biura.

- To właśnie ja - odparła zimno Rhyssa. - Kim pan jest?

- Kurczę, nie powiedzieli pani? Bob Gaskin z Zarządu Portu Jerhattan. Zabraliście 

nam   kinetyków,   a   kontener   przygniótł   trzech   ludzi   i   nie   mamy   go   jak   podnieść,   by  ich 

uratować. Już tylko barierka ochronna na podnośniku...

- Czy ma to pan na wideo?

- Tak... cały plac...

- Proszę to natychmiast dać na nasz ekran. Dorotea, przyprowadź Petera do mojego  

gabinetu. Spróbujemy pomóc. Dają nam tu obraz.

Dorotea: Czy POWINNIŚMY ryzykować?

Rhyssa: Nie będziemy wiedzieć, dopóki nie spróbujemy. Życie ludzkie jest zagrożone.  

Chłopak ma odpowiednią moc i dobrze sobie radzi z wielkimi, ciężkimi przedmiotami.

Dorotea:  Dzieli   nas   od  nich   połowa   miasta...   Peter,   mamy   coś   lepszego   niż   bele  

papieru. Idziemy. Spróbuj mnie przegonić!

background image

Sasza i Rhyssa wpatrywali się w ekran - kontener wciąż jeszcze trzymał się z jednego 

boku   na   linach.   Przechylił   się   nieco   na   ukos   przez   mały   podnośnik   i   tylko   ta   mocna 

konstrukcja chroniła przed zmiażdżeniem operatora i dwóch pracujących w pobliżu ludzi. 

Talenty widziały ramię jednego z nich sterczące spod kontenera i stopę drugiego wystającą 

spod narożnika; operatora nie było w ogóle widać.

- Dlaczego lina się zerwała, panie Gaskin? - spytała spokojnie Rhyssa. - Na pewno 

sprawdził pan całe wyposażenie, zanim je pan znowu uruchomił. - Z rozmysłem przybrała 

surowy ton.

Otworzyły się drzwi i weszli Dorotea z Peterem. Oczy chłopca natychmiast wpiły się 

w ekran.

- Gdyby wasze przeklęte Centrum nie zabrało nam kinetyków, to by się to nigdy... 

Jasny gwint! Skąd tak szybko wytrzasnęliście jednego z nich?!

Trójka   dorosłych   z   zapartym   tchem   patrzyła,   jak   długi,   ciężki   kontener   unosi   się 

powoli   ze   zmiażdżonego   podnośnika;   operator   leżał   na   tablicy   rozdzielczej,   jeden   z 

robotników był  rozpłaszczony na podłodze, drugi wstał z trudem, podtrzymując zranioną 

rękę. Poprzez podłogę biura docierał do nich odległy pomruk. Kontener powoli osiadł na 

czekającej nań platformie i pomruk ucichł.

- Brawo, Peter, świetnie to zrobiłeś. Wprost cudownie - rzekła Rhyssa i spostrzegła, 

jak chłopiec osuwa się na podłogę. - O Boże, sforsowałeś się, skarbie?

Sasza dopadł go przed nią, podniósł i posadził w jednym z wygodnych foteli, który od 

razu dopasował się do kształtów chłopaka.

-   Czy   nic   im   nie   będzie?   -   dopytywał   się   Peter,   bladą   twarz   miał   ściągniętą 

niepokojem. - Biło od nich tyle bólu.

- Do rzeczy, młodzieńcze. - Zmarszczył brwi Sasza. - Nic ci nie jest? Don, galopem 

tutaj!

- Na litość boską, jak pani to zrobiła?! - zakrzyknął Bob Gaskin, ocierając twarz 

drżącymi rękami.

- Nie został pan, panie Gaskin, opuszczony przez Talenty. Mamy tutaj „szkieletową” 

załogę...   **Sasza   przesłał   Rhyssie   obraz   drobnej   postaci   Petera,   przesadnie   podkreślając 

każdą kosteczkę; dziewczyna z trudem zachowała powagę.** ...którą możemy wykorzystać w 

razie nagłych wypadków, takich jak ten. Po prostu brak nam ludzi do zwykłych zadań. - 

Zignorowała przesadny grymas Roznina; na ekranie zobaczyła lądujący helikopter sanitarny i 

lekarzy biegnących ku rannym mężczyznom. - Żegnam pana, panie Gaskin.

- Dowiemy się o nich w Southside General Hospital, Peter - pocieszyła chłopca.

background image

- Ale najpierw Don cię zbada, młody człowieku - wtrąciła Dorotea. - Zatroskanie o 

tamtych ludzi dobrze o tobie świadczy.

-  Wiem, że musieliśmy to zrobić.  - Słowa Saszy były przeznaczone wyłącznie dla 

Rhyssy. - Ale czy powinniśmy byli?

Rhyssa skrzywiła się.

Sytuacja bez wyjścia. Na oficjalny użytek podtrzymamy wersję „minimalnej załogi”.  

A tak nawiasem mówiąc, NIE wygłupiaj się w ten sposób, dobrze?

Sasza przewrócił oczami, wyrażając skruchę, ale nic nie obiecał.

-  Nie wiem, na jak długo wystarczy im ta wymówka. Czy pozwolisz mi „pójść” za  

umysłem chłopca, gdy będzie coś podnosił?

- Tak. Sama cię miałam o to poprosić po tym pokazie jego możliwości. Gdybyśmy 

zdołali podwoić gestalt, to nawet nasza „waga piórkowa” mogłaby przenosić kontenery.

- No, to co się komu stało? - zaciekawił się Don Usenik, rozglądając się po pokoju, 

zanim   dostrzegł   w   fotelu   wyczerpanego   Petera.   -   Co   wyście   tu   wyprawiali?   Góry 

przenosiliście?!

background image

17

- Co chcesz najpierw usłyszeć? Dobre czy złe wieści? - spytał Rhyssę tydzień później 

Dave Lehardt.

Jego mina nic dziewczynie nie powiedziała; oczy Dave’a bacznie wpatrywały się w jej 

twarz.   Mógł   sobie   nie   być   Talentem,   za   to   niezwykle   wnikliwie   potrafił   wychwytywać 

najdrobniejsze znaki „mowy ciała”. Jego widok tak ją ucieszył, że właściwie nie dbała o 

wieści, które przyniósł, ale podjęła grę:

- Złe!

- Barczenka jest pewna, że coś przed nią ukrywasz. Słyszała, że masz ekipę kinetyków 

nie   wpisanych   do   oficjalnego   rejestru.   Jest   bliska   narobienia   rabanu.   I   muszę   ci   też 

powiedzieć, że słyszałem nadzwyczaj osobliwe pogłoski.

- Niczego przed nią nie ukrywamy - roześmiała się Rhyssa. - Talenty tego nie potrafią. 

Niech spyta rosyjskich teleempatów. Im powinna uwierzyć. A dobre wieści?

-   Wyniki   ankiet   znów   są   korzystne   dla   Talentów.   -   Dave   uniósł   brew,   nieco 

sceptycznie.   -   Kiedy   zatrudniające   ich   zakłady   musiały   wrócić   do   staromodnych   metod, 

popularność nadwrażliwych spadła do poziomu nie notowanego od pięćdziesięciu lat - było 

nawet gorzej niż po tym nieszczęściu z wulkanem na Hawajach - choć każdy jest za Drugą i 

wnosi   swoją   działkę.   Mówi   się,   że   ta   twoja   ekipa-widmo   zadziałała,   kiedy   się   zdarzył 

nieszczęśliwy wypadek. Tylko że nikt nie widział żadnego Talentu.

- To zdalne metody działania, które opracowaliśmy do takich właśnie przypadków - 

odparła   Rhyssa   z   niewzruszoną   miną;   nie   dlatego,   iżby   nie   miała   zaufania   do   Dave’a 

Lehardta, lecz po to, aby chronić Petera. - Dzięki temu mogliśmy ogołocić Centra z Talentów 

i wspomóc Drugą.

- Zdalne sterowanie?

- Tak.

- Żaden z Talentów, z którymi rozmawiałem, nic o tym nie słyszał.

- Powiedziałam, że zdalne - powtórzyła Rhyssa, z trudem zachowując poważny ton; z 

całą   pewnością   igrała   z   prawdą.   -   Na   razie   nie   chcemy   tego   rozgłaszać.   Powinieneś   to 

zrozumieć!

- Wiec Ludmiła nie może na tym położyć łapy?

background image

- Prawie wszystkich kinetyków zmusiła do pracy na Drugiej. Ma wystarczającą liczbę 

ludzi i Talentów, żeby skończyć robotę w terminie. Nie powinna być zbyt zachłanna!

- Ona chce skończyć przed terminem i pewno jej się to uda dzięki twoim Talentom.

- Czy wcześniejsze zakończenie gwarantuje jakąś nagrodę? - zirytowała się Rhyssa; 

niech szlag trafi tę babę!

- Nie wiedziałaś? - zdziwił się Dave.

- Wciąż słyszałam o karach i premii za terminowe ukończenie; lecz, co dziwne, nic się 

nie mówiło, nawet nie napomknęło, że Ludmiła zamierza wcześniej skończyć.

-   Zrobiłem,   co   tylko   mogłem,   żeby  stłamsić   plotki.   Jeśli   wolno   mi   coś   poradzić: 

trzymaj tę swoją nową ekipę na uboczu, o ile to możliwe. Żadnych spektakularnych akcji 

ratowniczych poza moimi plecami, dobrze? Hmmm?

To była bardzo mądra rada i Rhyssa zamierzała jej posłuchać. Od chwili owej akcji 

ratunkowej oględnie wykorzystywała Talent chłopca. Nadmierny wysiłek ogromnie nadwątlił 

kondycję fizyczną Petera, który teraz codziennie wykonywał ćwiczenia wzmacniające; stało 

się to niemal jego obsesją. Lecz Talent chłopaka wykorzystywano wyłącznie wtedy, kiedy 

zagrożone było życie ludzkie - a takie przypadki, na szczęście, rzadko się zdarzały. Podczas 

sesji treningowych z użyciem zdjęć Sasza sprzęgał się z umysłem Petera, kiedy ten przenosił 

obiekty do innych Centrów.

- Mogę śledzić wszystkie jego myśli - powiedział Roznin Rhyssie po tygodniu takich 

ćwiczeń. - Nawet czuję wibracje generatora w jego mózgu, lecz nadal nie wiem, JAK on 

wykorzystuje gestalt. Poza tym, o ile mogę to ocenić, coraz mniej i mniej korzysta z energii. 

Przynajmniej przy niniejszych ciężarach.

- Jeśli dalej tak będzie, może się okazać, że Lance ma rację - zauważyła Rhyssa. - 

Podłącz   go   do   wystarczająco   zasobnego   źródła   energii,   a   zaspokoi   wszystkie   potrzeby 

Drugiej.

Sasza   zmrużył   oczy.   **Mina   Barczenki!   Konsternacja   na   obliczach   głównych 

zwolenników Drugiej! Osoby obrzucone jajkami. Mały chłopiec ciska kosmolotami tak, jak 

jego   rówieśnicy   papierowymi   samolocikami.   I   wreszcie   twarz   Saszy   z   ustami   szeroko 

rozwartymi z podziwu i zdumienia.**

- Potrafiłby?

- Nie powiem, że nie - odparła Rhyssa, śmiejąc się z takiej przesady. - Lecz wiesz 

równie dobrze jak ja, że każdy Talent ma swoje ograniczenia. Nie wolno wywierać żadnej 

presji na Petera. To taki radosny chłopak.

- I dzięki Bogu!

background image

**Sasza, z uszami zatkanymi kłębami waty, cierpliwie nadzoruje usychającą z miłości 

Madlyn Luvaro.**

Rhyssa  odpowiedziała  wizją zabłąkanych  porcyjek  tłuczonych  kartofli, zdobiących 

jego gabinet:

- Kinetyk ma więcej możliwości niż telepata!

- Łatwiej go wprawić w dobry nastrój niż Madlyn - powiedział Sasza, rozprostowując 

swoje długie nogi. - Jedno lub dwa zakłócenia ruchu ulicznego dziennie i czuje, że zarobił na 

swoje   utrzymanie.   Co   mi   przypomina,   że   ostatnio   słyszałem   od  VIP-ów   przemysłu   parę 

kąśliwych uwag na temat tej naszej niewidzialnej ekipy. Odpowiedziałem, że się nam udało 

sprząc szkolonych z doświadczonym „piórkowcem”, dzięki czemu uzyskaliśmy niezbędną 

siłę udźwigu; lecz że korzystanie z tego jest bardzo ograniczone ze względu na młodociany 

wiek uczestników.

Rhyssa westchnęła.

Ta splątana sieć codzienności, hmmm?

- Dajesz fory Szekspirowi? - Sasza uniósł brew. - Myślałem, że twoja rodzina jest 

papistowska.

Rhyssa się roześmiała. **Wizja jej sławnego dziadka, Daffyda op Owena, jakim go 

pamiętała:   wysoki,   smukły,   srebrzystowłosy,   o   twarzy   poety   i   podbródku   włoskiego 

księcia.**

- Czasami bard lepiej pasuje - rzekła. - Którzy przemysłowcy się dopytywali?

- Trafiłaś w samo sedno, mała. Każdy z nich dostarcza coś na Drugą! Jak wiesz, były 

opóźnienia   w   dostawach   materiału   na   Stację,   głównie   z   powodu   kaprysów   pogody   - 

gwałtowne burze zwichrowały korytarze startowe.

Rhyssa zmarszczyła brwi i - co jej się rzadko zdarzało - wypaliła nerwowo:

-   Ratowanie   życia   -   zgoda;   myślę   też,   że   przy  swojej   technice   mógłby  przenieść 

kapsułę na Drugą bez względu na pogodę. Ale nie ma mowy, żeby Peter pomógł jej zdobyć 

premię czy też uchronił przed płaceniem grzywny.

Sasza uśmiechnął się:

- Nawet mu nie wspomnę, że go pozbawiłaś takiej frajdy, ty paskudo. **Obraz Saszy 

pospiesznie wznoszącego solidną osłonę przed strzałami lecącymi z oczu Rhyssy.** I tak by 

go nie mogła zatrudnić. Ma zaledwie czternaście lat. Za młody, nawet według sowieckiego 

prawa!

Dziewczyna przeciągle gwizdnęła, a potem się uśmiechnęła:

background image

- Tak; jest nieletni, nieprawdaż? Dorotea przypomniała mi, że ciężko z tobą pracował. 

Jutro Peter będzie miał wolny dzień. A ja muszę przejrzeć te papierzyska. - Z rezygnacją 

wskazała na stertę leżącą na skraju biurka. - Wyniki testów.

-   Czemu   nie   miałabyś   mieć   wolnego   wieczoru?   -   zasugerował   z   komicznym 

uśmieszkiem Sasza. - Mogłabyś gdzieś pójść z Dave’m.

Rhyssa wyprostowała się jak struna i zamknęła umysł.

- Skarbie, wcale nie muszę szperać.

- On nie jest Talentem - jęknęła dziewczyna.

- Żadne prawo nie stanowi, że możesz poślubić wyłącznie Talent.

- Ale w ten sposób zwiększa się...

- Taa, a skąd się niby wziął Peter Reidinger? Czasami sobie myślę, moja najmilsza 

przyjaciółko... - Sasza pochylił się ku niej przez biurko - ...że powinniśmy patrzeć oczami, a 

nie   głową.   Sądzę,   że   musiałem   o   tym   wspomnieć.   Dave   jest   najlepszym   przyjacielem 

Talentów.

- To nie ode mnie zależy, Sasza - powiedziała Rhyssa i po raz pierwszy poczuła się 

nieswojo w jego towarzystwie.

- Może tak, a może nie. Lehardt ma dość rozumu, żeby się samemu zareklamować.

I Roznin wyszedł.

background image

18

Kiedy  tylko  Tirla   weszła   na   główną   aleję   liniowca   G,   od   razu   wyczuła   tłumione 

podekscytowanie; wiedziała, że lada moment wydarzy się coś, co rozpędzi wszechobecną 

nudę.   Kobiety   stanowiły   większość   wśród   stojących   tu   i   tam   grupek.   Część   robotników 

spieszyła  na  główny plac,  by sprawdzić,   czy na  tablicy  pojawiły  się  jakieś  oferty pracy. 

Bardziej   ich   interesowało   zdobycie   zajęcia   (dzięki   czemu   unikali   przymusowego 

zatrudnienia)   niż   wysłuchiwanie   trajkotania   bab.   Żaden   z   szanujących   się   mieszkańców 

liniowca nie chciał, żeby go wysłano na ciężkie roboty lub - co gorsza - w kosmos, do doków 

wokół Wielkiego Koła. Niewielu stamtąd wracało. A teraz dopadli i Talenty.

Dziewczynka na tyle zbliżyła się do jednej z grupek - hiszpańskojęzycznej - żeby 

usłyszeć, o czym mowa.

- Nakłada dłonie...

- Kościół jest zawsze le mismo... Śpiew jest do niczego.

-   Kiedy   mojemu   Juanowi   przypomniano   o   czystości   Dziewicy,   to   już   od   jakichś 

dwóch dni mi nie przyłożył...

- Prawdziwy boży człek dostarcza pokarmu dla duszy...

Tirla parsknęła - duchowa strawa nie  miała u niej  zbyt  wysokich  notowań, kiedy 

żołądek był pusty.

- Słyszałam... - odezwała się z przejęciem Consuela Laguna - ...że kiedy położy dłonie 

na ułomnego, to go uleczy.

Syn Consueli był tak upośledzony, że nic mu już nie mogło pomóc. Kobieta zawsze 

prosiła Tirlę o tłumaczenie biuletynów medycznych, bo niezłomnie wierzyła, że wreszcie 

pojawi się jakaś cudowna terapia, która przywróci zdrowie jej Manuelitowi.

O,   pomyślała   dziewczynka,   dla   liniowca   G   nieoczekiwanie   zaplanowano   religijne 

wydarzenie. Dziwne. Dopiero co, przed czterema tygodniami, kręcili się tu pracownicy UZP. 

Wkręciła się pomiędzy nich - ostrożnie jak zwykle - i zwędziła fiolki z nową szczepionką. W 

ten to sposób dbała o swoje zdrowie, a nawet co nieco zarabiała, sprzedając nadliczbowe 

fiolki   rodzicom   innych   nielegalnych.   Prawda,   pomyślała  Tirla,   że   od   dawna   nie   było   tu 

żadnego   wydarzenia   religijnego;   a   jednak   coś   jej   się   wydało   podejrzane.   DWA   takie 

wydarzenia w ciągu czterech tygodni?

background image

Przesunęła  się  do  następnej  grupki   -  same  Lewantynki  paplające  o  tym,   jakby  tu 

nakłonić swoich chłopów, żeby wieczorem poszli z nimi do kościoła, a nie do Mahmouda, 

podziwiać nową wykonawczynię tańca brzucha. Po takich widokach wracali do domów w 

bardzo lubieżnych nastrojach. Nie dbali wcale o to, ile mają nielegalnych dzieci; grunt, żeby 

nikt nie kwestionował ich męskości. A jeśli dzieciaki jakoś dotrwały do dziesiątych urodzin, 

to można je było sprzedać i cała sprawa okazywała się opłacalna. Tirla przesunęła się dalej - 

jakieś azjatyckie babskie gęganie; kobiety trajkotały z podnieceniem o uzdrowieniach i o tym, 

czy   nie   zaszkodzi   to   interesom.   Azjaci   dostarczali   starodawnych   leków   na   wiele 

pomniejszych dolegliwości trapiących mieszkańców tych ludzkich mrowisk.

- Przyszedł, jak obiecał... - usłyszała, kiedy dotarła do starej Mamy Bobczik; czarne 

oczy kobiety były szeroko otwarte, policzki zdobiły plamiaste, jaskrawoczerwone rumieńce 

podekscytowania.   -   I   ty   też   przyszłaś,   duszko   -   dodała,   chwytając   ramię   dziewczynki.   - 

Musisz nam dokładnie powtórzyć jego słowa. Ostatnio nie słyszałam, co mówił, i moja dusza 

jest czarna od grzechu.

- Na koniec - zgodziła się Tirla; w większości przypadków zgromadzeń religijnych 

ubierano pustkę w przesadnie ozdobne zdania; zabawi się trochę, z góry odgadując banalne 

zdania i kwieciste słowa. - Więc jednak udzielono pozwolenia? - Musiała podtrzymywać 

swoją reputację osoby, która wie o wszystkim, co się dzieje w liniowcu.

Da, eto tak! - zapewniła ją radośnie Mama Bobczik. - Mój późnym wieczorem dostał 

cynk, żeby się przygotować. - Argol Bobczik był jednym z techników sanitarnych liniowca. - 

Mówi   się,   że   ten   pobożny   człek   jest   wszystkowiedzący   i   ma   wspaniałych   towarzyszy. 

Odnieśli duży sukces w liniowcu P. Już tego ranka wielu kupców zarezerwowało miejsca. To 

będzie wydarzenie. Od miesięcy nie mieliśmy tu, w liniowcu G, religii. Wszystkim nam 

potrzebny duchowy przewodnik. Wiele dusz jest czarnych od grzechów i trzeba je oczyścić.

Tirla potaknęła z powagą. Mama Bobczik na pewno była  dość stara, żeby chcieć 

zrzucić ciężar grzechów ze swojej duszy. Szkoda, że nie usłyszy tego nikt z OPP.

Ale jak to się stało, że Tirla przegapiła tak istotną pogłoskę? Być może rozstrzygnęło 

się to bardzo późnym wieczorem. W każdym bądź razie dzięki obecności kupców będzie 

mogła   „wyprać”  Yassimowi   trefne   kredyty.   Samo   wspomnienie   tego   imienia   przyprawiło 

dziewczynkę o dreszcz. Nie lubiła zbyt długo przetrzymywać jego pieniędzy. Nie żeby on 

miał   jakieś   powody,   by   jej   nie   ufać.   Po   prostu   wolała   nie   ryzykować   czegoś   takiego. 

Zwłaszcza jeżeli podejrzewał, że Tirla lada moment dojdzie do „wieku sprzedażnego”. Była 

tak mała i chuda, że z łatwością można jej było dać te siedem lat, do których się przyznawała. 

Jednak ktoś w końcu policzy jej latka. Czasem się zastanawiała, co wtedy zrobi. I zawsze się 

background image

starała mieć sporo „wolniaków” ukrytych w bluzie, żeby w razie czego móc zwiać do innego 

liniowca. Nawet udało się jej zdobyć - kompletnie nielegalną - kopię rozkładu jazdy pociągu 

towarowego i wyszukała najbliższe wejścia do podziemnej hali dworcowej, ewentualne drogi 

ucieczki.

Tirla  zręcznie  się  wyśliznęła  z  tłustych  paluchów Mamy Bobczik  i  przesunęła  do 

Pakistańczyków, paplających o sprowadzeniu krewnych z liniowca E i spierających się co do 

celowości takiego kroku. Jedni twierdzili, że nie ma żadnego ryzyka, skoro zgromadzenie jest 

legalne. Potem nadeszła Mirda Khan - osoba, której Tirla zawsze starała się przypodobać - i 

natychmiast wybiła im z głowy takie idiotyczne uprzejmości.

- Taki lama na pewno udzieli niewielu błogosławieństw - mruknęła gniewnie Mirda, 

na tyle głośno, żeby ją usłyszeli pobliscy ludzie. - Nie może marnować swojej świętej mocy 

dla maluczkich. Sakramenty, których łaskawie udzieli, powinny być przeznaczone wyłącznie 

dla nas, mieszkańców liniowca G. Dla nas. - Tu stuknęła szerokim, płaskim kciukiem w pierś. 

- Dla jego wiernych wyznawców z liniowca G.

- Wielebny Pontis Prosit był w liniowcu P - szepnęła ze czcią jedna z kobiet. - Pandit 

słyszał o cudach, jakie wielebny tam sprawił.

Tirla sceptycznie odnosiła się do cudów: po dokładniejszym zbadaniu sprawy zawsze 

się okazywało, że te wszystkie uzdrowienia, ocalenia i objawienia dawały się wytłumaczyć. I 

fajnie się było dokopywać do owych wyjaśnień.

- Więc zachowajmy te cuda dla nas! - rzekła srogo Mirda, ignorując sprzeciwy.

Mirda Khan obejrzała się nagle, wyczuła, że ktoś ją obserwuje. Dziewczynka była 

jednak szybsza i zdołała się schować za filarem; potem odeszła, bo usłyszała już to, co trzeba.

Więc ten kaznodzieja, ten PZR był sławny? Tirla świetnie się orientowała, ile trzeba 

było zręczności, żeby nie nadepnąć na odciski wyznawcom rozmaitych zawiłych wierzeń, 

które istniały w liniowcu. Może i warto by było go posłuchać, tego tam... Pontisa Prosita. I 

dobrze   się   przyjrzeć   wszystkiemu.   Jej   niepewna   sytuacja   sprawiała,   że   dziewczynka 

łapczywie chłonęła wszelkie informacje.

O ile to wszystko było legalne. Tirla rozmyślała nad tym,  przemykając bocznymi 

przejściami; w końcu znów się znalazła na głównej alei - na tyle daleko od Pakistańczyków, 

żeby jej nikt nie rozpoznał. Spojrzała na najbliższy ekran. Najpierw nadawano zwyczajne 

wiadomości i ogłoszenia, wreszcie, o 20:00, zrelacjonowano wydarzenie.

Ze swadą przedstawiono szczegóły uroczystości, okraszając to fanfarami i migawkami 

ukazującymi jego wielebność kaznodzieję Pontisa Prosita uśmiechającego się promiennie do 

tłumów. Obiecywano występ chóru - krótki fragment muzyki i sopranowego śpiewu miały 

background image

zachęcić do obejrzenia całego widowiska. Tirla lubiła muzykę, dobrą muzykę, przy której 

nogi same chodzą. Ten wielebny, świątobliwy kaznodzieja ponoć dopiero co powrócił ze 

wschodnich świętych miast, gdzie oddawał się długotrwałym postom i medytacjom i doznał 

objawienia. Liniowiec G spotkało niezmierne szczęście, bo świątobliwy mąż zdołał - pomimo 

nawału zajęć - wykroić czas na dzisiejsze spotkanie. To znaczy, że akurat nigdzie go nie 

zaprosili,   pomyślała   cynicznie   dziewczynka.   Cóż,   kazania   były   w   liniowcach   popularne, 

czasami nawet bardziej niż walki i często o wiele bardziej widowiskowe niż one. Tirla lubiła 

widowiska. I legalne zgromadzenia.

Ci z UZP niedawno tu myszkowali, więc dziewczynka z doświadczenia wiedziała, że 

nie ma mowy o drugiej potajemnej inspekcji. Kaznodzieja mógł maskować przedsięwzięcia 

bardziej nielegalne niż „pranie” forsy, lecz - ze względu na niedawne działania UZP - nie 

powinni się tu kręcić żadni tajniacy z OPP. Za to na pewno będą kontrolerzy tłumu. To było 

rutynowe działanie i Tirla znała większość z nich, choć starali się zmieniać wygląd.

No, ale dziewczynkę czekało najważniejsze zadanie - „wypranie” szmalu Yassima. 

Nigdy by się na to nie zgodziła, lecz Bulbar nalegał, a „gadacz” - typ, któremu wolałaby się 

nie narażać - oznajmił jej, że oto ma okazję odwdzięczyć się za przysługi. Poprzednio zawarła 

umowę z Mamą Bobczik - następna osoba, której lepiej się nie narażać (ale ona broniłaby 

Tirli, bo ją przyjmowała na świat) - więc teraz dziewczynka musiała grać na dwa fronty.

Tirla   -   uspokojona   i   przygotowująca   się   na   różne   ewentualności   -   zajęła   się 

codziennymi   sprawami:   zdobywaniem   pożywienia,   kąpielą   i   wymianą   odzieży  na   czystą. 

Stare ciuchy były tak zniszczone, że nie zdołałaby w nich ukryć swoich „wolniaków”, a co 

dopiero szmalu tamtych.

Raz po raz zatrzymywały dziewczynkę jej stałe klientki; każda chciała, żeby Tirla z 

nią   poszła   na   owo   religijne   zgromadzenie:   lama-szaman   ponoć   mówił,   „językami”, 

medytował   na   świętych   wschodnich   wyspach   i   w   świętych   miejscach,   więc   tylko   ona 

mogłaby im wiernie przekazać każde słowo wielebnego. Jednak liczba osób, dla których 

mogła   tłumaczyć,   była   przecież   ograniczona.   Otoczona   przez   gadające   i   gestykulujące 

kobiety, obecne i przyszłe klientki (żadnej nie chciała się narazić!), Tirla wzięła się na sposób 

i pogrupowała je:

- Bilala, musisz iść wraz z Pilau... Anna z Mariką... Zawieta z Elpidią... Chi-shu z Lao 

Wang... Cyoto z Ari-san...

Dwadzieścia par - mniej się nie dało; jak ona sobie poradzi? Tirla dyskretnie zniknęła 

z   pola   widzenia,   zanim   wpadła   w   następne   tarapaty.   Musiała   wyjąć   forsę   z   kryjówek   i 

schować w ubraniu tak, żeby łatwo ją było wydostać.

background image

19

-   Mamy   incydent   -   odezwała   się   Sirikit   do   Budwortha,   który   miał   służbę   w   sali 

kontrolnej; jej głos, zwykle radosny, zabrzmiał szorstko.

- Kto? - Budworth śmignął wózkiem ku stanowisku Sirikit; ci, którzy widzieli, jak 

sprawnie nim manewruje, zapominali, że kręgosłup Buda został zmiażdżony w wypadku i że 

Bud może ledwo poruszać głową i dwoma palcami.

- Auer - w głosie Sirikit zabrzmiało zdziwienie.

- Kurczę!

- I Bertha!

- Jakieś dziwaczne połączenie.

- Jeśli w grę wchodzi Pontis Prosit, Szarlatan, to nie. Widziałam PA dla liniowca G.

-   No   to   faktycznie   mogła   jej   się   wątroba   przekręcić   -   uśmiechnął   się   ironicznie 

Budworth.

Bertha Zoccola była osobą spokojną i tolerancyjną, lecz wzmianka o tym kaznodziei 

wpędzała ją we wściekłość. Bud naraził się na gniew Berthy, opowiadając o wizji dotyczącej 

owego faceta.

Każdy prekognicyjny Talent, który wychwycił jakiś incydent, nawiązywał łączność z 

Centrum, żeby złożyć ustny raport ze swego jasnowidzenia. Budworth ustawił wózek przy 

pulpicie obok stanowiska Sirikit. Potarł brodą o podpórkę podtrzymującą głowę. Jak zawsze 

w takich chwilach ogarnęła go fala pełnego napięcia oczekiwania.

- No, sieciogłowcy, mówcie!

Sirikit odwróciła głowę od ekranu i uśmiechnęła się do Buda. Rozległ się brzęczyk i 

obydwoje drgnęli, choć się go spodziewali.

- Tu Auer  - oznajmił monotonny głos i na  jednym  z ekranów pojawiła się twarz 

jasnowidza. - Naprawdę paskudny incydent. Panika, wrzaski, tłumy, stratowane dzieciaki; 

normalka. Czemu nie złapiecie tego Pontisa i nie wyślecie go w kosmos, do doków? Już mi 

dojadło chronienie tego sukinsyna.

- Widziałeś Szarlatana we własnej osobie, Auer? - zapytała Sirikit.

Na znak Budwortha przeszła do rutynowych, pytań. Należała do najbieglejszych w tej 

dziedzinie, zaś Auer zawsze dobrze z nią współdziałał. Bud zajął się rozpracowywaniem 

planowanych zgromadzeń. Do liniowca G należałoby skierować więcej porządkowych.

background image

- Rzuca się w oczy.  - Auer wzruszył  ramionami  z udaną  obojętnością. - Rozpala 

wszystkich   do   białego.  A  potem   ucieka.   Jak   zwykle.   Nigdy   nie   zostaje,   żeby   uspokoić 

wzburzenie, które sam wywołał.

- Gdzie? - spytała Sirikit.

- Typowa sala zgromadzeń kompleksu mieszkalnego. Sceneria charakterystyczna dla 

Pontisa. Nic niezwykłego... chociaż... - Auer przerwał i zmarszczył brwi. - ...Chociaż... to 

dziwne!

- Co jest dziwne, Auer?

- To dotyczy chudej dziewuszki... - Spojrzał na nich błędnymi oczami.

- Tak?

- Czuję... grozi jej prawdziwe niebezpieczeństwo. I to się dziś nie skończy. Ona jest 

Talentem!   -   powiedział   ze   zdumieniem  Auer,   a   potem   przesunął   dłonią   przed   oczami.   - 

Zniknęło już. Zniknęło.

I ekran ściemniał.

Pojaśniał następny.

-   NIE   powinniście   dawać   temu   typowi   pozwolenia!   -   Bertha   Zoccola   pałała 

oburzeniem. - Tyle razy go przyłapaliście na machlojkach! Ci ludzie mają za mało pieniędzy, 

żeby   je   wydawać   na   mistyczne   terapie   i   cudowne   uzdrowienia.   Ten   Pontis   pluje 

najpaskudniejszą panteistyczną papką. I to w rozpaczliwie mętnym stylu!

- Co widziałaś, Bertho? - spytał Bud pulchną kobietkę, która wciąż traktowała jak 

największy skarb zużytą talię kart do tarota, bo kiedyś pomogły jej prababce uzyskać znaczny 

rozgłos.

- Ciągle ci powtarzam, że ten facet oznacza kłopoty. - Podwójny podbródek Berthy 

drżał, oczy miała niespokojne. - Guzik mnie obchodzi, że po jego występie wzrasta wskaźnik 

zadowolenia   w   liniowcu.   Czemu   my,  Talenty,   mamy   chronić   takiego   szarlatana,   oszusta, 

faryzeusza, kanciarza, mistyfikatora! Skończony z niego łobuz!

- Przecież wcale go nie ochraniamy! Bertho, co widziałaś?

- Mniej więcej w połowie tej jego bełkotliwej paplaniny... nigdy nie wiesz, co on 

właściwe mówi w tym swoim ohydnym żargonie... po lewej stronie estrady widać jakieś 

zamieszanie...   -  Bertha   machnęła   lewym   ramieniem,   bransoletki   hałaśliwie   zagrzechotały. 

- ...A może po jego prawej? - Uniosła drugą rękę, ukazując obładowane pierścieniami palce. - 

Jakieś zamieszanie. Chodzi o sporą grupę kobiet. - Znów machnęła dłonią, zmarszczyła brwi. 

- I wybucha mętlik! Imię! Wykrzykują jakieś imię! Nie słyszę jakie! Och, nawet święty by się 

wściekł! Najważniejszy detal! A sądziłam, że tak wyraźnie je słyszę... - przerwała, zacisnęła z 

background image

wysiłku wargi, a potem powoli potrząsnęła głową i westchnęła. - Nie; to już zniknęło. Przykro 

mi.

- Dzięki, Bertho, kochanie. Uzupełniłaś parę szczegółów.

- Kto jeszcze to widział? - Zoccola jak zawsze chciała się tego dowiedzieć.

- Auer.

- Hmmm? - mruknęła z niedowierzaniem. - I czego się dowiedzieliście? Szukaj dalej, 

Buddy.

- A pewnie. - Budworth połączył się z biurem Roznina, zaraz gdy jej ekran ściemniał. - 

Mamy incydent, Sasza.

- Do tego kaznodziei przypisany jest tylko jeden porządkowy - szepnęła do Budwortha 

Sirikit. - Mieszkamy liniowiec G jest zakwalifikowany jako cichy i spokojny, niebieski.

- No to trzeba mu zmienić kolor, dopóki nie zdołamy tego rozładować. Sasza, coś ma 

się wydarzyć tego wieczora na spotkaniu z Pontisem w liniowcu G.

-  W  liniowcu   G?   -   Duże,   niebieskie   oczy  osadzone   w  słowiańskiej   twarzy  Saszy 

rozszerzyły się w zdumieniu. - Nic tam nie planowaliśmy - mruknął do siebie, a do Buda: - 

Kto to widział?

- Bertha i Auer.

- Co takiego? - Roznin uniósł brwi. - To ci nowina. Zgłoszę się do ciebie później, 

Buddy. Najpierw muszę się zająć zorganizowaniem penetracji. Rhyssa, nasza szanowna pani 

dyrektor, poinformowała mnie właśnie, że ona i Peter tak się zagłębili w techniki gestaltu, iż 

nie mogą teraz tego zostawić, więc tamta sprawa spada na mnie.

Budworth uśmiechnął się i poskrobał po podbródku, ekran z Sasza ściemniał. Miał 

nadzieję, że będą tam wtyczki. A jeśli maczał w tym palce brat Saszy z OPP, Borys, to pewno 

będą. Bud lubił uczestniczyć w takich nieoczekiwanych widowiskach. Nigdy nie wiedziałeś, 

co się wydarzy w trakcie incydentu. W najgłębszym zakątku swego umysłu - jedyne w całym 

Centrum   dyskretne   miejsce   -   uczciwie   przyznawał,   że   przed   wypadkiem   wcale   nie   był 

odważny. Teraz jednak uważał, że to zapierające dech oczekiwanie i ekscytacja są przyjemne 

dla kogoś, kto jest przykuty do inwalidzkiego wózka.

Sirikit przygotowywała dokumentację dotyczącą incydentu. Choć Talenty obdarzano 

obecnie ogromnym zaufaniem, a do skrupulatnie prowadzonych codziennych zapisków wgląd 

miały jedynie organizacje badawcze, to skrupulatnie przestrzegano procedur ustanowionych 

przez pierwszego administratora Centrum Parapsychologicznego, Henry’ego Darrowa. Nie 

znano   całego   zakresu   Talentu,   zaś   pewne   jego   aspekty   nie   były   w   pełni   rozwinięte: 

przykładem - zdolności młodego Petera Reidingera do wykorzystywania energii elektrycznej.

background image

20

Tirla wolała się nie spóźniać na zgromadzenie; nie chciała jednak zjawić się zbyt 

wcześnie, żeby uniknąć dodatkowych próśb o usługi. Mogła tłumaczyć tylko dla takiej to a 

takiej liczby osób jednocześnie - bez względu na to, jaką zapłatę oferowano - zwłaszcza że 

miała   do   załatwienia   jeszcze   inne,   i   to   pilniejsze   sprawy.   ONE   powinny  być   załatwione 

przede   wszystkim.   Postanowiła   się   zjawić   o   takiej   porze,   żeby   mieć   dość   czasu   na 

wypatrzenie   najlepszych   sprzedawców   i   zamaskowanych   ludzi   z   OPP  i   UZP.   Wciąż   nie 

dawało jej spokoju niespodziewane pojawienie się tego kaznodziei.

Chyba że... Tirli przyszło do głowy, że w tłumie mogą być ukryci przedstawiciele 

fiskusa sprawdzający kupców. Że „pranie” było powodem tego wszystkiego. Kapusiów łatwo 

wypatrzeć. Zawsze tak... starannie... starali się wtopić w tłum.

Dziewczynka   dostała   się   do   hali   spotkań   przez   jedno   z   bocznych,   północno-

zachodnich wejść; z kobietami była umówiona przy głównej, południowo-wschodniej bramie. 

Ktoś już zdążył odłączyć „oko” odczytujące ID i liczące wchodzących, więc nie musiała tego 

robić. Pomniejsi kupcy rozstawili stragany i rozłożyli towar: głównie błyskotki i syntetyczne 

ciuchy, coś, co łatwo przewozić. Stały tu i poduszkowce wprowadzone przez szersze wejścia - 

czyli zapowiadał się prawdziwy handel. Wielcy kupcy nie narażaliby na niebezpieczeństwo 

ani siebie, ani swojego towaru.

Dziewczynka   zapamiętywała   ceny   i   przeciskała   się   przez   gęstniejący   tłum.   Miała 

nadzieję,   że   natrafi   na   jakieś   nowości,   hmmm,   czyli   coś,   co   dopiero   niedawno   zostało 

świśnięte  z  podziemnych  składów zaopatrujących  rynki  Jerhattanu.  Za  dzisiejszy zarobek 

zafundowałaby sobie paprykę, marchewkę lub jabłko. Coś, co by mogła schrupać, coś innego 

niż   codzienna   papka   i   chleb   wzbogacany   proteinami.   Chciałaby   też   zdobyć   kawałek 

prawdziwej   gumy   do   żucia   -   żeby   jej   nie   zaschło   w   ustach,   kiedy   zacznie   tłumaczyć. 

Tłumaczenie dla całej grupy zawsze tak wysuszało Tirli usta, że nie mogła wykrztusić słowa. 

Ledwo   rzuciła   okiem   na   krzątaninę   na   podwyższeniu:   drapowano   kotary,   instalowano 

aparaturę nagłaśniającą i oświetleniową, krzyżowały się sprzeczne polecenia. Na dziewczynce 

opakowanie nigdy nie robiło najmniejszego wrażenia - interesowała ją wyłącznie jakość tego, 

co zawierało. Gumę znalazła u Feltera i przy okazji „wyprała” mały nominał.

Tirla właśnie się rozkoszowała miętowym smakiem gumy, kiedy kątem oka dostrzegła 

aż nazbyt znajomą sylwetkę, odzianą w kompletnie obcy syntetyczny ciuch. Był tu Yassim?? 

background image

Schowała się za potężnego mężczyznę w poplamionym stroju. Wyrzucił w górę oba ramiona i 

machał do kogoś na podwyższeniu. Tirla omal nie połknęła gumy, kiedy owiała ją woń faceta, 

ale przynajmniej zyskała dobrą osłonę.

Cóż on tutaj robił? zastanawiała się. Nie miał do niej zaufania? „Osłona” opuściła 

jedno ramię i zrobiła z dłoni tubę, żeby wrzasnąć jakąś poradę, więc Tirla zaryzykowała 

kolejne zerknięcie.

Tak, to był on. Niewątpliwie. Uczynił coś ze swoją twarzą, zmienił jej kształt - chyba 

za pomocą tamponów wypychających policzki i dolną wargę - lecz nie zdołał, nie mógł 

odmienić   długiego,   cienkiego,   haczykowatego   nosa   i   wydatnego   czoła.   Ani   sposobu 

poruszania się - szedł, jakby to miejsce doń należało, dumnie jak paw, powiewając szeroką 

szatą wierzchnią, którą nie za często prano w trakcie jej długiego żywota. Nakrycie głowy też 

było zużyte, wymięte i poplamione. Chlubne próby wtopienia się w tłum; szósty zmysł Tirli 

znów ją ostrzegł. Był tam: szedł sobie wolniutko, oglądał błyskotki, zatrzymywał się, żeby o 

coś zapytać takiego czy innego kupca; robił wrażenie, jakby przechodził od jednej grupy 

przyjaciół do następnej. Tirla natychmiast się zorientowała, że owe grupki składały się z 

obwiesi: bojówkarzy i zawodowych zabójców Yassima. Dyskretnie i dobrze strzeżony - ale co 

ON tu robił?

Wonna zasłona dziewczynki przesunęła się, a ona wraz z nią. Mężczyzna zatrzymał 

się   i   wywrzaskiwał   instrukcje,   Tirla   stała   za   nim.   I   zobaczyła,   jak   ON   rozmawia   z 

Lewantynkami,   które   miały   przy   sobie   dzieci.   Natychmiast   się   domyśliła,   po   co   ON   tu 

przyszedł.   Za   nic   by   się   nie   chciała   znaleźć   w   JEGO   pobliżu,   kiedy   zajmował   się 

kupowaniem dzieci. Usiłowała wbić sobie w pamięć, których ludzi z JEGO obstawy znała. 

Musiał być wśród nich choć jeden na tyle godny zaufania, by mogła mu wręczyć „wolniaki” 

uzyskane z wymiany brudnej forsy.

Włączono   muzykę,   światła   w   sali   zgromadzeń   zaczęły   się   łagodnie   zmieniać, 

obwieszczając   początek   nabożnego   kazania.   Tirla   zanurkowała   za   najbliższy   stragan   i 

podążyła w kierunku południowo-wschodniej bramy.

Wyglądało na to, że podniecona Mirda Khan ma oczy z tyłu ozdobionej lusterkiem 

fryzury, bo odwróciła się, jak tylko Tirla się zbliżyła; twarz miała ostrą, drapieżną. Wbiła 

boleśnie szpony w ramię dziewczynki i przyciągnęła ją do siebie.

- Gdzie byłaś? Gdzie byłaś? - Potrząsała Tirla, w jej oczach płonął gniew.

Stara kobieta zionęła na dziewczynkę nieświeżym oddechem i kropelkami śliny, wiec 

mała cofnęła się najdalej, jak mogła. Pozostałe niewiasty, które zleciły jej tłumaczenie słów 

background image

kaznodziei, utworzyły wokół niej krąg. Tirla nie protestowała, bo osłaniały ją przed JEGO 

wzrokiem.

- Wyceniałam towar - odparła hardo Mirdzie.

Bilala i Pilau próbowały zajść Mirdę z boku i przeciągnąć dziewczynkę do swojego 

sektora. Mirda Khan przycisnęła mocno Tirlę do swej kościstej postaci, zaś Mama Bobczik 

capnęła wolne ramię małej, blokując dziewczynkę pomiędzy dwiema potężnymi kobietami.

- ON jest tutaj - poinformowała Tirla Mirdę.

Wiła się, chcąc w ten sposób choć trochę rozluźnić niemiły, krzepki chwyt; powtarzała 

to zdanko, aż wszystkie zrozumiały.

-   ON?!   -   Mirda   wyciągnęła   szyję   i   wyprostowała   się,   łypiąc   ponad   głowami 

pozostałych;   prychnęła.   -   Prędzej  Yassim   będzie   się   smażył   w   piekle,   niż   mu   sprzedam 

następne dziecko. - Jej palce wpiły się konwulsyjnie w ramię Tirli. - Trzymaj się z dala od 

niego. Słyszysz, co mówię?

Mała potaknęła z zapałem. Skoro Mirda znała Yassima, to może uda się ją omotać i 

przekazać „pranie”? Nie mając przy tym stuprocentowej pewności, że wszystko do NIEGO 

dotrze.

- Daje dobrą cenę - miauknęła Elpidia.

Elpidia   miała   dziewuszkę   akurat   w   „sprzedażnym”   wieku.   Była   narkomanką   i   na 

zaspokojenie owego nałogu szły pieniądze uzyskane ze sprzedaży corocznych owoców jej 

łona. Zastanawiała się teraz, czyby nie wrócić do domu i nie przynieść MU dzieciaka.

- Nie sprzedałabym takiemu jak on! - Czarne oczy Mirdy błysnęły pogardliwie. - Bez 

względu na cenę. To już lepiej sprzedać Stacji.

- Co ona powiedziała? - spytała Tirlę Elpidia, bo Mirda Khan odezwała się w swoim 

języku.

-   Wynajęłyście   mnie   do   tłumaczenia   słów   kaznodziei.   -   Wzruszyła   ramionami 

dziewczynka. - A nie do łagodzenia kłótni pomiędzy wami. Poza tym lepiej jej nie irytować.

Elpidia groźnie łypnęła na Mirdę, która okręciła Tirlę, niemal wyrywając jej ramię z 

łapy Mamy Bobczik.

- Chodź - poleciła Khan.

Ruszyła naprzód, torując drogę przez wciąż jeszcze niezbyt gęsty tłum; zatęchłe fałdy 

jej „najlepszej” szaty ocierały się o twarz dziewczynki. Kobieta zatrzymała się tuż przed 

podwyższeniem - tu już nikt nie wpakuje się przed nie i nie będzie im zasłaniał. Zamierzała 

wypchnąć Tirlę przed siebie, kiedy ta uwolniła się z jej łap.

background image

- Muszę go widzieć. Stanę tam, skąd go będę widzieć i skąd wszystkie będziecie mnie 

słyszeć - powtarzała to zdanie, dopóki kobiety nie zrozumiały.

Tirla,   otoczona   kręgiem   swoich   klientek,   czuła   się   zabezpieczona   przed   NIM. 

Zaczynała   się   uspokajać,   a   nawet   cieszyć   muzyką,   pomimo   piskliwych   zakłóceń   w   tle 

wieloetnicznego repertuaru, jaki grano. Gdzież byli ci ŻYWI wykonawcy? Zapowiadano to 

jako   specjalne   wydarzenie!  Tirla   zauważyła   jakieś   poruszenie   na   podwyższeniu,   draperie 

falowały, dostrzegła za nimi gotowych do wyjścia ludzi. Aaa, więc będzie chór. Ogromnie 

lubiła śpiew „na żywo”.

Po   swojej   prawej   stronie   Tirla   dojrzała   kątem   oka   jakiegoś   wielkiego   faceta, 

przechadzającego się ze zbyt ostentacyjną obojętnością. Wyczuła, jak przenikliwie taksuje jej 

towarzyszki spod swojej wymiętoszonej czapki z daszkiem i cichcem przytuliła się do Mamy 

Bobczik. Natychmiast coś ukoiło jej umysł i sprawiło, że ostre, piskliwe głosy kobiet opadły 

do znośniejszego tonu. Nie miała pojęcia, o co tu szło.

Facet nie był z fiskusa. Dziewczynka śledziła jego manewry, zorientowała się, że coś 

go łączy z dwiema kobietami, które udawały, że go w ogóle nie znają; śmiały się, paplały, 

przepychając się poprzez tłumek, żeby zająć dobre miejsce w pobliżu podwyższenia. Tirla 

przyjrzała   się   im   podejrzliwie:   niedbale   umalowane   twarze;   jedna   z   kobiet   najwyraźniej 

ciężarna, choć ubrana w strój prostytutki. Nie znała ich; zaczynała się właśnie zastanawiać, 

czy to naprawdę fiskus lub UZP zorganizował to zebranie, kiedy trzecia niewiasta, świetnie 

Tirli znana, podeszła  do tamtych;  przywitała się z  nimi  wylewnie i została  na ploteczki. 

Dziewczynka odczytała z ich ust zwykłe, banalne komentarze i uspokoiła się. To JEGO widok 

tak ją zdenerwował. Co się stało z jego towarem? Rzadko było z nim aż tak cienko, żeby 

ryzykował jawne interesy. Nie miała u niego aż takiego długu, żeby przyszedł tu za nią. 

Nawet zbytnio nie przeciągnęła „prania” kredytów. Dotknęła kieszonek, w których je ukryła 

(pod zwykłym strojem miała przemyślną kamizelkę) i upewniła się, że wszystkie były na 

miejscu.

Zabrzmiały   fanfary   i   ucichła   nerwowa   paplanina,   zapanowała   pełne   napięcia 

oczekiwanie. Niezła przygrywka, pomyślała Tirla; pragnęła, by ją porwało dobre widowisko.

Potem nieśmiało wyszedł chór i ustawił się - z pewnymi przepychankami - trochę w 

bok od centrum podwyższenia. Tirla była dość blisko, by dostrzec, że ich kostiumy nie były 

ani   czyste,   ani   nowe.   Nie   każdy  z   nich   potrafił   dostroić   swój   głos  do   nagranej   melodii. 

Dziewczynka znała piosenkę, którą wykonywali - stary, dobry kawałek; niewybaczalne, że 

tak źle śpiewali. Musiała ją przetłumaczyć tylko Cyoto i Ari; pozostałe nuciły do wtóru, każda 

background image

w   swoim   języku.   Tirla   pomyślała,   że   wykonanie   byłoby   o   wiele   lepsze,   gdyby   to   UZP 

organizowało owo zgromadzenie.

Potem wyszedł mistrz ceremonii, fałszywie promienny i ożywiony, i wygłosił mowę, 

nawijając o naukach i zasługach wielebnego kaznodziei Pontisa Prosita. Powtarzał tę całą 

gadkę o mistycznym szkoleniu w Azji, która przedtem szła w wiadomościach, więc Tirla 

zaczęła tłumaczyć dopiero wtedy, kiedy Bilala jej syknęła, żeby wreszcie zarabiała na zapłatę.

Jeszcze jedna rozgrzewająca pieśń, z tych, co to przechodzą od jednej muzycznej 

formy do drugiej, nie dbając o toniczność czy rytm. Śpiewacy, przewrotnie, wykonali ten 

utwór   znakomicie.  Tirla   wypatrzyła   sześciu,   którzy   myśleli   o   czymś   zupełnie   innym   niż 

śpiew. To pewno cud uczyniony przez owego kaznodzieję sprawił, że w ogóle mogli śpiewać.

I znów nagrane fanfary i werble, które podziałały nawet na cyniczną Tirlę. Bębny 

bywają   tak   ekscytujące!   Szczęk   czyneli   -   niektórzy   śpiewacy   ukrywali   je   w   szatach   - 

oślepiające   migotanie   świateł   i   wąskich   wiązek   promieni,   ogłuszające   crescendo   trąbek   i 

wonne dymy - i oto ukazał się przewielebny, świątobliwy kaznodzieja, odziany w iskrzące się 

szaty.

„Magiczne” pojawienie się kaznodziei wywarło spore wrażenie na jej klientkach, lecz 

Tirla   dostrzegła   kwadratowy   otwór   w   podłodze   -   stąd   poprzez   kłąb   najgęstszego   dymu 

wystrzelił Pontis i zawisł na swojej kolumnie ponad podwyższeniem i ponad przerażonymi 

widzami.  Wolałaby  coś   bardziej   dramatycznego;   już   tyle   razy   widziała   takie   wejścia,   że 

przestały na niej robić wrażenie. Najwyraźniej stanowiła mniejszość. Nawet Mirda udawała, 

że się przestraszyła i osłaniała twarz rąbkiem chusty.

Kaznodzieja   natychmiast   zaczął   perorę;   twarz   uniósł   ku   górze,   więc   dziewczynka 

widziała jedynie ciemne nozdrza i drgającą brodę. Blask świateł oślepiał, muzyka z taśmy 

wspierała   jego   bełkot:   bo   to   był   bełkot,   sylaby   pozbawione   jakiegokolwiek   znaczenia, 

bezładnie przemieszane ze słowami ze wszystkich języków, jakie Tirla słyszała w liniowcu.

- Co mówi święty mąż? - spytała Mirda.

- Powiedz mi, co on gada? - Mama Bobczik przyciągnęła dziewczynkę do siebie.

Bilala i Pilau też chciały wiedzieć; jedna kopnęła Tirlę w goleń, a druga nastąpiła jej 

na palce.

- Nic! - odparła zdegustowana dziewczynka. - Nic nie mówi!

Popychano ją, ciągnięto i szarpano.

- Przecież coś mówi.

- Mówi mistycznie.

- Powiedz nam, co mówi.

background image

- O, sama zrozumiałam to słowo! Nic ci nie zapłacę, suko.

Ta groźba rozeźliła Tirlę. Była też wściekła na kaznodzieję. Przetłumaczy, jeżeli on 

powie coś, co się nada do tłumaczenia. Szczypały ją, potrząsały i biły. Żeby się obronić, 

zaczęła naśladować kaznodzieję i szeptem wyrzucała z siebie nonsensowny bełkot, tłumacząc 

zdarzające się tu i tam prawdziwe słowa na tyle języków, na ile musiała, i znów wracała do 

bełkotu. Kaznodzieja umilkł, szeroko rozpostarł ramiona; pełen szczęścia uśmiech jaśniał w 

strumieniu światła, które tak oświetlało Pontisa, że wyglądał jak zawieszony w powietrzu 

ponad estradą. I wtedy Tirla się zorientowała, że patrzy w jej stronę.

Pochylił się - oczy mu płonęły, twarz miał wykrzywioną - i oskarżycielskim gestem, 

który przeraził tak dziewczynkę jak i jej klientki, wskazał na nią.

-   Niewierni   profanujący   paplaniną   święte   chwile.   Słuchajcie,   uczcie   się,   bądźcie 

posłuszni, żałujcie za złe postępki. Niech was oświeci światło świata. Zstąpcie do świętego 

grobowca.  Stopcie  się  w jedno z  ludzkością  i  wszystkimi   kochającymi,  zaangażowanymi 

istotami.   Oczyśćcie   się.   Dostąpcie   zbawienia!   ŻYJCIE!   -   Oskarżycielsko   uniesiona   ręka 

opadła, skąpana w promieniu światła.

Tirla w trakcie tej dramatycznej pauzy tłumaczyła najszybciej, jak mogła, wdzięczna 

za parę trzymających się kupy zdań. Kobiety słuchały, co mówiła, i wpatrywały się w Pontisa. 

Przyciągnął   uwagę   tłumu.   Dziewczynka   nie   sądziła,   żeby  ją   mógł   wypatrzyć   ktoś   spoza 

kręgu;   nie   ośmieliła   się   przerwać   tłumaczenia.   Najbardziej   było   jej   żal   smaku   zielonej 

papryki, którą sobie zamierzała kupić za zapłatę od kobiet.

Lama-szaman przyjął następną dramatyczną pozę; tym razem wyciągnął ramiona w 

błagalnym geście.

-   Przyprowadźcie   mi   waszych   chorych,   waszych   słabowitych,   wasze   zbłąkane 

duszyczki.   Pozwólcie,   bym   ich   uleczył.   Dotyk   przyniesie   ulgę   znękanemu   umysłowi, 

trawionemu gorączką ciału, powykręcanym członkom, ociemniałym oczom. Zbliżcie się! Nie 

obawiajcie się! Ludziom przytrafia się to, na co zasługują. Każdy zasługuje na miłość. Bo to 

właśnie miłość, miłość, miłość uzdrawia!

Tirla   łatwo   dała   sobie   radę   z   tą   przemową;   zerkała   spoza   osłaniających   ją   ciał, 

próbując   wypatrzyć,   kto   będzie   odgrywał   kaleki.   Barney   ze   swoimi   jaszczurczymi 

powiekami:   jedno   mrugnięcie   i   miał   białe,   niewidzące   oczy,   następne   -   i   znów   „widział 

wyraźnie, alleluja!” Może i Mahmoud, którego podwójne stawy były powykręcane - jedno 

dotknięcie lamy-szamana i wszystko gra. Maria z sączącymi wrzodami?

Pontis odrzucił głowę w tył; dłonie lśniły złociście w wąskich snopach światła (na 

pewno używał jakiejś farby). Klientki Tirli westchnęły lękliwie na ten widok; jak urzeczone 

background image

śledziły mistyczne gesty owych magicznych rąk. Z palców lamy spływały iskrzące się smugi i 

okruchy, niknące w krótkich rozbłyskach, kiedy się wydostały poza snopy światła. Jakaś 

nowa   sztuczka,   pomyślała   dziewczynka.   Całkiem   niezła.   Pilau   próbowała   złapać   takie 

pasemko, ale zniknęło bez śladu i nic nie zostało w jej brudnych paluchach.

I wtedy z estrady wystrzeliła mocniejsza smużka i dotknęła głowy oszołomionego 

mężczyzny. Był już trochę mniej oszołomiony, kiedy - przy wtórze gromkiej fanfary - Pontis 

zaczął go przyzywać.

- Zostałeś wybrany, bracie. Pójdź ku mnie! Uściśnij mnie!

Z podwyższenia wysunęła się rampa, wprost ku „wybranemu”, który patrzył na to z 

lękiem;   stojący   za   nim   wepchnęli   go   na   rampę,   stojący   wzdłuż   niej   przeciągnęli   go   ku 

estradzie.

- Uklęknij, bracie - zaintonował lama-szaman i spłynął w dół.

Tirla ani na chwilę nie przerywała tłumaczenia; czuła lekkie wibracje mechanizmu, 

ściągającego Pontisa w dół. Bombowa sztuczka. Jak tym sterowali? Frajer pojawił się na 

podwyższeniu, potężnie zdumiony tym, że został „wybrany”. Ukląkł posłusznie, oczy miał 

błędne.

- RALLAMADAMOTHURIASTICALLIG OMAH-NOZIMITHIOAPODOCIAMOT 

URIALISTASHADIO-ALISYMQUEPODIAL   -   OMATHURTODISPASIONATUSI   MPER 

ADOM USIGENALLISZWEIGENPOLA-STONUCHEYALISKYRIELISONANDIA. MO S 

PIRI-ALISTUSQUANDORUULABETODOMOARIGATO-IM   USTENDIATIONA   LLAM 

EGRACHIATUS... - zaintonował wielebny świątobliwy, trzymając dłonie nad głową faceta.

Znów   sylaby   i   niby-słowa,   których   Tirla   nie   zdołała   naśladować.   Doceniała   i 

podziwiała wspaniałą łatwość, z jaką wielebny kontrolował oddech. Zdawało się, że może tak 

nadawać w nieskończoność!

- Co on mówi? - uszczypnęła ją dotkliwie Mirda.

- Jak mogę usłyszeć, skoro gadasz? - odcięła się dziewczynka i ułożyła stosowne 

zdania, które zaraz przełożyła. - Oooo!

Z głową „wybranego” działy się dziwaczne rzeczy. Jak lama-szaman tego dokonał, 

skoro miał tak ciasno zapięte mankiety? zastanawiała się Tirla. Włosy, twarz i szyja faceta 

lśniły złotem (aż do bardzo brudnego kołnierzyka). Minę najpierw miał śmieszną, potem 

wniebowziętą. Dziewczynka ciekawa była, czego też używał ten świątobliwy kaznodzieja. 

Zaczynało ją to bawić.

Wielebny odwrócił się powoli ku publiczności, oczy połyskiwały biało w złocistej 

twarzy.

background image

- Moc jest we mnie. Kogo jeszcze wybierze?

Uniósł ramiona, otwarł dłonie; dał ludziom czas, żeby się przyjrzeli, jaki wpływ miała 

moc na pierwszego „wybranego”. Poruszył dłońmi i z palców strzeliły promienie, rozbiegając 

się we wszystkie strony. Zanim Tirla zdążyła się uchylić, jeden z nich dotknął jej głowy. 

Cokolwiek to było, trzymało się mocno włosów, choć próbowała to oderwać. Ręce też się do 

tego przykleiły, nie mogła ich uwolnić. Tirla zaczęła się bać. Nie dla niej publiczne występy. 

Zwłaszcza wtedy, kiedy ON tu był. I z brudnym szmalem ukrytym w ubraniu - w żadnym 

przypadku nie miała prawa mieć tej forsy.

Chór   zaczął   wyśpiewywać,   żeby   wybrani   zbliżyli   się   i   przyjęli   moc.   Zebrani 

podchwycili   pieśń   i   brzmiał   w   niej   teraz   złowieszczy   ton   zawiści   tych,   którzy   się   czuli 

godniejsi tego zaszczytu.

- Została wybrana! - darły się Bilala i Pilau, próbując popchnąć Tirlę ku najbliższej 

rampie; zaczęły tak zawodzić, że dziewczynka wpadła w panikę.

- O nie. Ona musi zostać. Musi nam tłumaczyć. - Mama Bobczik i Mirda Khan nie 

dały się oszukać; szarpnęły Tirlę z powrotem.

-   Cyoto,   rozerwij   to!   Pomóż   mi,   Lao   Wang.   Elpidia!   Zawieta!   -   Dziewczynka 

szamotała się na serio, zlodowaciała z przerażenia.

Pozostali „wybrani” szli ku podwyższeniu. Promień się napiął, naciągnął włosy Tirli. 

Skręciła się. I nagle była wolna. Padając na krzepką Mamę Bobczik, dostrzegła błysk noża. 

Zawieta   i   Mirda   zwarły   się   z   wrzeszczącymi   Bilala   i   Pilau,   które   próbowały   odbić 

dziewczynkę.

Tirla - jak zawsze w takich sytuacjach - padła na podłogę i dała nura w bok, potrącając 

kogoś,   kto   przygniótł   mocno   jej   lewą   stopę.   Pełzła   dalej,   nie   zwracając   uwagi   na   ból; 

szlochała. Wydostała się poza krąg swoich klientek i wstała, przedzierała się przez chór. Ktoś 

dostrzegł dyndające złociste pasmo i je złapał, o mało nie upadła. Żeby się uwolnić, wyrwała 

sklejony kosmyk włosów,

- Łapcie ją! - Przerwano śpiew, żeby wykrzyczeć to polecenie.

Tirla wymknęła się wyciągniętym ku niej chciwie dłoniom, zapamiętale dążyła do 

korytarza i do najbliższego awaryjnego wyjścia.

- Mam ją! - Otoczyły ją krzepkie ramiona.

Uniosła ręce i osunęła się w dół, ktoś ją kopnął w brzuch, zabrakło jej  tchu, ale 

odturlała się, wystarczająco przyzwyczajona do takich nieczystych sposobów, żeby włączył 

się instynkt samozachowawczy.  Mignął jej jeden z JEGO zbirów, z twarzą wykrzywioną 

background image

triumfalnym   grymasem;   dotarła   pod   przeciwległą   ścianę   i   nagle   zasłoniła   ją   para 

obciągniętych spodniami nóg.

Przyjazne dłonie pomogły Tirli wstać; wyczuła kojącą aurę wsparcia, zrozumienia i 

współczucia. Obolałe palce dziewczynki dotknęły futryny drzwi. Bezpieczeństwo było tuż 

tuż; wymknęła się dłoniom, wyśliznęła przez drzwi i pognała westybulem, ignorując prośby, 

żeby  się   zatrzymała.   Z   tyłu   wzniósł   się   niesamowity,   wielogłosowy  ryk,   pełen   gniewu   i 

zawodu;   dodało   to   Tirli   skrzydeł.   Pędziła   bocznym   przejściem,   kiedy   z   góry   dobiegł   ją 

znajomy dźwięk.

OPP! Byli w pobliżu? Przywołano ich? Zanim się zbiorą, upłynie trochę czasu. Tirla 

odszukała   mały,   czworokątny   kanał,   zdjęła   pokrywę,   wpełzła   do   środka   i   -   z   niejaką 

trudnością,   bo   było   tu   ciasno   -   zatrzasnęła   za   sobą   klapę.   Skuliła   się   w   śmieciach   i 

nieczystościach, uchylając twarz od światła; oddychała ciężko, serce powoli się uspokajało.

Słyszała tupot biegnących ludzi, ich krzyki, kiedy dotarli do ślepej ściany; słyszała, 

jak zawrócili i szli obok jej kryjówki. Tirla - pomimo tego całego hałasu - zasnęła.

background image

21

- RHYSSA! - zatrwożonemu głosowi oficera dyżurnego towarzyszył impuls w jej 

siateczce, który natychmiast ją obudził.

- Tak?

- Wizja wielkiej katastrofy - poinformował Budworth. - Zanotowana w całej Azji. 

Wygląda na to, że Kayankira będzie miała kolejne monsunowe powodzie. Nie naprawiono 

tam po tych ostatnich. Jak sobie z tym poradzimy, skoro wszyscy „mocni” kinetycy są na 

Stacji?

- Mamy czas na to, żeby jakichś tu ściągnąć?

-   I   tu   jest   pies   pogrzebany!   Czasu   mamy   dość,   ale   na   całym   świecie   panują   nie 

sprzyjające warunki pogodowe. Nawet jeśli Druga wystrzeli prom, to najbliższe dostępne 

lądowisko jest w Woomera. Kinetycy powinni być na miejscu zagrożenia, żeby skutecznie 

działać.

W umyśle Rhyssy zapłonęły słowa, których Bud nie powiedział: „jeżeli Barczenka 

pozwoli im opuścić Stację”.

- Obudź Saszę, Buddy, dobrze?

Już to zrobił. Bierzesz pod uwagę Petera? - spytał Sasza.

W   jego   myślach   wyczuwało   się   i   chęć   wypróbowania   takiego   rozwiązania,   i 

świadomość związanych z tym niebezpieczeństw.

Rhyssa: W takiej sytuacji jak ta muszę brać pod uwagę wyjątkowe zdolności Petera.

Sasza: Ale jak to zrobić bez narażania bezpieczeństwa chłopca?

Obydwoje zasłonili umysły, bo wyczuli obce myśli.

Kayankira:  Rhyssa, muszę dostać wszystkich kinetyków, którzy ci zostali. Rozumiem,  

że nie ma żadnej szansy, żeby ściągnąć jakichś z Drugiej?

Rhyssa: Też tak myślę.

Wsiewołod Giebrowski: Nie ustąpię! Zwrócę się z tym do Światowego Zgromadzenia!  

Biadali   nad   sytuacją   w   Indiach.   Niech   przekują   słowa   w   czyny.   Zmniejszenie   gęstości  

zaludnienia w tym rejonie Bangladeszu doprowadziło jednocześnie do spadku wydajności siły  

roboczej, przez co nie wykonano na czas niezbędnych robót. Teraz za to płacimy.

Miklos Horvath: Nie, jeśli ściągniemy z Drugiej kinety-ków, żeby pomogli. Kineza 

ułatwi usuwanie szkód!

background image

Rhyssa: Jeżeli namówimy pogodę, żeby nam sprzyjała!

Bessie   Dundall   z   Canberry:  Wszyscy   jasnowidze   twierdzą,   że   takich   powodzi   w  

Bangladeszu jeszcze nie było. Groble nie zostały naprawione, więc wody zaleją tegoroczne  

plony; coś mi się zdaje, że przy budowie zapór raz jeszcze dały o sobie znać korupcja i  

przekupstwo. Musimy coś zrobić!

Alparacin: Rhyssa, a co z tą twoją ekipą, o której słyszałem?

Rhyssa:  Drogi   przyjacielu,   oni   są   zbyt   mało   wyszkoleni   jak   na   taką   katastrofę.  

Wypaliliby się.

Peter: Wcale nie.

Sasza, Rhyssa, Dorotea: CICHO!

Peter: Ja tylko do was.

Rhyssa wstrzymała oddech, ale żaden Talent nie zapytał o nieznany „głos”.

Rhyssa: Wschodnie Centrum zrobi, co się da, to oczywiste. Czy możemy dostać kopie  

wizji? Zapewniam was jednak, że nawet wysoko wykwalifikowani kinetycy mieliby kłopoty z  

zaradzeniem   takiej   katastrofie,   a   ja   mam   do   dyspozycji   jedynie   garstkę   czternastoletnich  

kursantów.

Madlyn: Tu Madlyn...

Sasza:  Złotko,   ty   akurat   wcale   nie   musisz   się   przedstawiać.   Co   podsłyszałaś? 

**Przesłał Rhyssie wizję Madlyn Luvaro: wychylona ze śluzy krzyczała coś przez tubę z 

dłoni ku skrzywionej Ziemi.**

Madlyn: Lance dostał meldunek o wizjach i spierał się z Barczenką. Ona stanowczo  

odmawia ryzykowania całości promu i pilota. Sami wiecie, jaka beznadziejna jest pogoda.  

Widzę to jak na dłoni: mnóstwo burz, i to nie tylko nad indyjskim subkontynentem. Lance  

mówi, że musi być na Ziemi jakieś miejsce, w którym by mogli wylądować i że powinni  

pomóc.   Zarzuca   jej   łamanie   uzgodnień.   Ona   odpowiada,   że   to   zbyt   niebezpieczne,   aby  

narażać aż tyle Talentów; udaje tę dobrą, co to chroni cię przed twoim własnym altruizmem.  

Ha! I żaden pilot by nie zaryzykował nurka w ten wrzący kocioł. Chwileczkę! Lance mówi... - i 

„głos” Madlyn czytał teraz z pamięci - ...że trzeba spróbować. I że wy zrozumiecie, o co mu  

chodzi.   Pojmuje,   że   to   niebezpieczne,   ale   właśnie   nadszedł   czas   na   wypróbowanie   tego.  

Załapaliście, o co mu idzie? - Madlyn była skołowana.

Sasza: Pięknie to wszystko przekazałaś, Madlyn. Chwytamy.

Madlyn: Lance twierdzi, że wizja zapowiada jeszcze potworniejsze szkody niż ostatnim  

razem, więc Talenty muszą dać kinetyczne wsparcie. Zmusił pilota, żeby poleciał, lecz ten  

biedaczek boi się lądować. Lance go zapewnia, że wszyscy kinetycy na pokładzie umożliwią 

background image

bezpieczne   lądowanie.   Czy   Lance   zapadł   na   kosmicznego   fioła?   W   porządku,   już   im  

przekazuję.   Mówi,   że  on   sam  i   grupa  kinetyków   zdolnych   zaradzić   nieszczęściu   będą  na  

pokładzie   promu   ERASMUS,   w   hangarze   G   o   08:00.   W   przestrzeni   sobie   poradzą,   ale  

potrzebują wsparcia przy lądowaniu. Nic z tego nie rozumiem, lecz właśnie to miałam wam  

przekazać.

Sasza wpadł do pokoju Rhyssy. Zdążył tylko wdziać spodnie, koszulę trzymał w ręce. 

Ma naprawdę wspaniałe ciało, pomyślała Rhyssa w prywatnym zakątku swojego umysłu. 

Dlaczego nie łączy nas owa tajemna chemia? Mielibyśmy cudowne dzieci. Był nadzwyczaj 

rozeźlony.

- Lance ma chyba źle w głowie, skoro sądzi, że Peter poradzi sobie z posadzeniem 

promu w Dakce przy takiej pogodzie. Przenoszenie palet do składu to zupełnie inna para 

kaloszy   niż   sprowadzenie   promu   pełnego   żywych   ludzi;   przecież   nie   możemy   ich 

rozsmarować na smaganym zawieruchą pasie lądowiska.

Rhyssa   przekazała   Szaszy   telepatycznie   niegdysiejszą   rozmowę   z   Lance’em   o 

możliwościach Petera i sytuacji podobnej do tej.

- Wtedy tylko żartował - rzekła ponuro. - Całkiem uzasadniona ekstrapolacja.

- Nie  możemy ryzykować - odpowiedział,  chodząc  tam i  z powrotem po pokoju; 

Rhyssa   wyplątała   się   spod   koca   i   zaczęła   się   ubierać.   -   Gładkie   rozwiązanie   niedoboru 

kinetyków.

Rhyssa, z niewymownym smutkiem:  Sasza, kochany, przecież niewiele brakuje, byś  

pojął, jak on MOŻE to zrobić!

Obydwoje podskoczyli przestraszeni nieśmiałym pukaniem do drzwi.

- Tak? - Sasza i Rhyssa spojrzeli na siebie: nikt, kogo znali, nie pukał do drzwi.

- To ja, Peter. Mogę wejść?

Roznin dramatycznym gestem wyrzucił w górę ramiona.

- Wejdź, wejdź - powiedziała Rhyssa, przesyłając Saszy ostrzeżenie; skwitował je 

energicznym skinieniem głową.

Wyczerpany Peter raczej wpłynął, niż wszedł do pokoju.

-   Nikt   nie   zadbał   o   to,   żeby   ukierunkować   myśli   -   tłumaczył   się   chłopiec.   -   I 

oczywiście wszystko słyszałem.

- Jasne, że słyszałeś, Peter - stwierdziła Rhyssa.

Czy jest tam Peter? - spytała niespokojnie Dorotea.

Jestem?

Jeśli jeszcze raz porzucisz mnie bez słowa, młodzieńcze, to ci wygarbuję skórę!

background image

Sasza i Rhyssa nigdy przedtem nie słyszeli takiego tonu w głosie Dorotei.

Próbowałam mu wyjaśnić całą sprawę, a tu nagle się teleportował.

-  WIEM, o co chodzi, Doroteo  - powiedział spokojnie Peter. -  Trzeba bezpiecznie 

posadzić prom w Dakce. I jeżeli dostanę odpowiednią ilość energii, nie będzie to o wiele  

trudniejsze niż uniesienie tamtego kontenera czy wysłanie stali do San Francisco.

- Turbulencja monsunu jest całkowicie nieprzewidywalna... - zaczął Sasza.

Mina Petera świadczyła, że nadużywają jego cierpliwości.

-   Zasada   jest   ta   sama,   bez   względu   na   turbulencje.   Nawet   będzie   łatwiej,   bo   nie 

naelektryzowany prom nie odepchnie „chwytu” i nie przyssie się do mojego gestaltu.

- Fakt, po takim wyjaśnieniu to jasne jak słońce - rzekł sucho Sasza; potem z irytacją 

machnął ręką i spojrzał na Rhyssę.

- Odległość, masa promu i turbulencje to coś, z czym jeszcze nie miałeś do czynienia. 

Nie możemy i nie chcemy ryzykować, że się „wypalisz” - tłumaczyła.

-   Nic   nie   ryzykujecie   -   uśmiechnął   się   Peter.   -  Ale   będę   potrzebował   generator 

większej mocy. Dla bezpieczeństwa przydałaby mi się prawdziwa moc - jak turbogeneratora 

City. Oni mogliby się zablokować... ja nie.

- Nie wiemy tego, Peter - odezwała się łagodnie Rhyssa, pozwalając, by wyczuł jej 

niepokój.

- Ale ja to wiem - odparł chłopiec i kwitował na łóżko, gdzie usadowił się obok niej 

(w miarę prosto, lecz ręce i nogi miał nienaturalnie ułożone; prędko je poprawił, złowiwszy 

spojrzenie Rhyssy). - Instynktownie!

Przytuliła go, czując wzbierające łzy, łzy dumy z owej wspaniałej wiary w samego 

siebie, której  nabrał  przez  ostatnie  kilka  tygodni. Tuliła  jego wiotkie, chudziutkie  ciało  i 

puściła go dopiero wtedy, gdy wyczuła zakłopotanie chłopca; zmierzwiła mu włosy.

- Peter. - Sasza przykucnął obok chłopca. - To JEST coś odmiennego niż ćwiczenia, 

które ci zadawaliśmy. Twoje uzdolnienia są zupełnie wyjątkowe! Nie możemy ryzykować.

- Dorotea mówi, że powinienem ufać moim instynktom - powiedział chłopiec tak 

stanowczo, że obydwoje długo mu się przyglądali. - Ja również czytałem raport o wizji. Jeżeli 

zabraknie kinetyków, to wielu ludzi straci nie tylko życie, ale i to, co z takim trudem stworzyli 

w ciągu ostatnich dwóch lat. Nastąpi ogromna ekologiczna klęska, zapanuje głód i epidemie. 

Przecież to wy mi opowiadaliście o naszej, Talentów, odpowiedzialności wobec reszty świata, 

jak to mamy zapobiegać kieskom i śmiertelnym ofiarom. Skoro jestem gotów podjąć małe 

ryzyko,   to   będę   prawdziwym  Talentem.   No   a   poza   tym   podsłuchałem,   co   Madlyn   wam 

background image

mówiła - uśmiechnął się Peter, krzywiąc się, jakby słyszał zbyt donośny głos. - Pan Baden 

mówił o mnie, prawda? Nadszedł czas, żeby mnie na serio wypróbować.

Sasza usiadł przy drugim boku chłopca i popatrzył bezsilnie na Rhyssę.

- Coś mi się wydaje - ciągnął Peter, najwyraźniej o wiele lepiej panujący nad sytuacją 

niż jego dorośli nauczyciele - że nie mamy wyboru. Potrzebujemy tych, co są na pokładzie 

Erasmusa   z   panem   Badenem.   Gdy   wtedy   przerzuciłem   stal,   Sasza,   to   powiedziałeś,   że 

osiągnąłem   poziom   bardzo   użytecznej   kinezy.   WIEM,   że   jeśli   będę   miał   do   dyspozycji 

wystarczającą moc, to bezpiecznie posadzę prom.

- Jest jeszcze jedna ważna okoliczność, synku... - Sasza z wolna potrząsnął głową.

-   Poczytałem   sobie   o   metodach   wytwarzania   mocy   -   mówił   chłopak,   spokojnie 

puszczając   mimo   uszu   uwagi   o   jakichś   tam   okolicznościach.   -   A   zwłaszcza   o 

turbogeneratorach, bo są najbardziej niezawodne.

-   Poczytałeś?   -   Rhyssę   wciąż   na   nowo   zaskakiwała   nienasycona   chęć   wiedzy 

okazywana przez jej pupilka.

- Cóż, uważałem, że powinienem mieć jakieś podstawy... - Spostrzegł, jakie mają 

miny, i uśmiechnął się. - Obejrzałem mnóstwo kursów wideo na poziomie college’u. Były o 

wiele   ciekawsze   niż   nocna   papka   rozrywkowa.   Wymagały   wielkiego   skupienia,   a   to 

pozwalało mi choć na chwilę zapomnieć o całej reszcie. Technika była dobrym pomysłem.

Sasza i Rhyssa mogli tylko potaknąć.

- Tym bardziej... - w oczach Petera zatańczyły iskierki - ...że chyba nikt tak naprawdę 

nie wie, co począć z moimi uzdolnieniami. I to jest ten drugi powód, żeby nie ujawniać 

mojego sposobu kinezy, prawda, Sasza?

- Zagiął nas, Rhysso - oznajmił ze smutną miną Roznin.

- I o to właśnie wam chodzi; ale jestem pewny, że jeśli pilot doprowadzi prom na 

odpowiednią odległość, to go przejmę, przeprowadzę poprzez wichury i bezpiecznie posadzę. 

I pilot wcale nie musi wiedzieć, że to ja zrobiłem, a nie pan Baden i pozostali kinetycy. - 

Spostrzegł, że poważnie potraktowali jego pomysł, więc dodał: - Przecież to nie to samo, co 

przyprowadzenie tu promu od samej Drugiej.

- Sądzisz, że system zasilania miasta zapewni ci niezbędną moc? - zapytał kwaśno 

Sasza.

- Powinny wystarczyć turbogeneratory Wschodniej Stacji Zasilania. - Oczy chłopca 

zalśniły na samą myśl o tym, jaką to moc dostanie do dyspozycji.

Tak jawna zuchwałość rozbawiła Rhyssę i Roznina.

background image

-  Wiecie,   ja   uważam,   że   to   się   naprawdę   uda   -   oznajmiła   Dorotea,   wchodząc   do 

pokoju; nocny strój w blado-liliowym kolorze podkreślał jej siwe włosy i porcelanową cerę. - 

Z   wielką   ciekawością   śledziłam   waszą   rozmowę,   skoro   podsłuchiwanie   należy   dziś   do 

dobrego tonu. Nie mamy czasu, żeby namówić tego idiotę pełnomocnika do spraw energii na 

podobne, i to na dokładkę wysoce poufne, eksperymenty. Im mniej ludzi będzie wiedzieć, co 

robimy, tym lepiej. - Twarz starszej pani przybrała nadzwyczaj przebiegły wyraz, zupełnie dla 

niej nietypowy. - Nadajmy G i H! - zachichotała, ogromnie z siebie zadowolona. - Wtedy 

pozostanie   nam   tylko   porozumienie   się   z   Borysem,   żeby   opróżnił   stację   zasilania   i 

wprowadził nas tam.

- Nadać G i H? - Rhyssa patrzyła na Doroteę, jakby ją zobaczyła po raz pierwszy.

- Co to znaczy G i H? - zapytał Peter akurat wtedy, kiedy Sasza wybuchnął śmiechem 

(ale uwadze Rhyssy nie umknął podziw Roznina dla konceptu Dorotei).

-   Czemuż   wcześniej   na   to   nie   wpadłam!   -   zirytowała   się,   a   zdezorientowanemu 

Peterowi wyjaśniła: - To takie nasze SOS. G - czyli George, to znaczy George Henner, do 

którego niegdyś należał ten dom; H - czyli Henry, Henry Darrow - doprowadził do uznania 

Talentu za dające się zweryfikować paranormalne uzdolnienia. Jeżeli jakiś Talent nada G i H, 

to   uzyska   natychmiastową   i   bezwarunkową   pomoc   ze   strony   wszystkich   pozostałych 

Talentów.

- Wiecie, zawsze chciałem mieć pretekst, żeby nadać G i H. - Sasza zatarł ręce. - G i 

H, bracie: potrzebna nam eskorta  do Wschodniej Stacji Zasilania; Stacja ma być pusta!  

Wystarczy minimalna nocna zmiana.

Borys: G i H? Bosko. Dobry sobie moment wybrałeś na wzywanie G i H - jestem w  

samym środku rozruchów.

Sasza: Potrzebujemy ciebie i helikopterów OPP.

Borys, sarkastycznie: Akurat mnie?

Sasza, ugodowo: Ciebie, żebyś nam pomógł.

Borys, szelmowsko: A co dostanę w zamian?

Sasza: To George i Henry, braciszku, nie możesz odmówić.

Borys.: Qui pro quo, braciszku. Właśnie miałem zamiar cię wezwać.

Sasza: W sprawie rozruchów?

Borys: W tym przypadku na pewno się przyda twój szczególny Talent.

Sasza spojrzał pytająco na Rhyssę, a ona - choć niechętnie - przyzwalająco skinęła 

głową.

background image

- Słyszałeś to, Peter? - spytała Rhyssa, bo na twarzy chłopca wciąż malowało się 

zdumienie.

- Tak - odparł niepewnie.

- Naprawdę nie będę ci potrzebny, Peter - dodał mu odwagi Sasza - jeśli poleci z tobą 

Rhyssa...

- I Dorotea... - dorzuciła zdecydowanie starsza pani.

-  ...żeby  „buforować”  twój   umysł   - ciągnął  Roznin.  -  I Don także  - pomyślał  do 

Rhyssy. - Dlaczego Borys potrzebuje mnie akurat teraz?

Dorotea: Borys zawsze miał kłopotliwe pomysły. Wygląda na to, że jest policjantem z  

powołania.

- Lepiej się teraz ubierz - powiedziała Peterowi Rhyssa. - Ściągnij tu ubrania. Dorotea, 

co ma przynieść tobie? Mogłabyś się przebrać w mojej łazience.

- Pójdę do Budwortha po niezbędne dane - oznajmił Sasza. - Ciężar promu, łączność 

radarowa  z  promem,  lądowisko  w Dakce  przy  dobrej  pogodzie,  raporty pogodowe.  Jeśli 

zacznę rozmyślać o tym wszystkim, to zwariuję! - rzucił do Dorotei i Rhyssy.

Nie ty jeden! - odparły obie kobiety.

Jeżeli Peter MYŚLI, że potrafi tego dokonać, wolę być tego samego zdania. W końcu  

to właśnie myśli się liczą - dodała jeszcze Rhyssa.

Dorotea: To załatwia sprawę.

Zanim przyleciał helikopter OPP, skompletowali potrzebne dane (odległość, ciężar i 

optymalna prędkość promu, warunki atmosferyczne i turbulencje nad lądowiskiem) i ustalili 

plan działania.

- Sadziłem, że masz urwanie głowy i przyślesz nam zastępcę - powiedział Sasza, ale 

poczuł wielką ulgę, że brat osobiście się pojawił.

- Owszem, mam - uśmiechnął się przebiegle Borys. - Lecz to ja najbardziej wam się 

przydam. Na pewno chciałbyś wziąć w tym udział, braciszku. Mamy namiar na porywaczy.

Sasza puścił przepiękną wiązkę przekleństw.

To równie ważne, Sasza - przyznała Rhyssa. - Dorotea, Don i ja wesprzemy Petera i  

nic mu się nie stanie.

-  Nie ingerowałbym w G i H, gdybym nie musiał  - powiedział pełnomocnik OPP, 

pomagając Dorotei wsiąść do helikoptera.

Porywaczy trzeba powstrzymać, Sasza - oznajmiła starsza pani tak surowym tonem, 

że zaskoczyła wszystkich telepatów. - I już! To postanowione!

background image

- A to jest Peter Reidinger? - zapytał Borys, kiedy chłopak dotarł do helikoptera swoim 

posuwistym krokiem.

Rhyssa dostrzegła osłupienie małego i nagle zdała sobie sprawę, że zapomnieli go 

uprzedzić, iż pełnomocnikiem OPP jest bliźniak Saszy.

- Nie, wcale nie widzisz podwójnie. Jestem starszy o pięć minut - mówił przyjaźnie 

Borys; zręcznie ujął Petera pod pachy i wciągnął na pokład. - Wrócą bezpiecznie, braciszku, 

zanim cię porwę do moich niecnych sprawek. G i H to ze względu na chłopaka?

Sasza pogroził bratu palcem.

Łotrzyk, łotrzyk.

Wskoczył do helikoptera i zaczął układać sprzęt medyczny podawany przez Dona 

Usenika; nie zwracał uwagi na gderanie Borysa. Potem Don wsiadł, a Sasza zatrzasnął drzwi i 

wielki helikopter poleciał na południowy wschód.

Borys usadowił Petera obok okna; zachwycony chłopiec spoglądał na czarny kanion 

Hudson i miriady świateł migocących na każdej wieży i każdym trakcie Jerhattanu.

- Zawsze oszałamia, choćby się to nie wiem ile razy widziało - powiedziała Rhyssa, a 

Peter tylko kiwnął głową, nie odrywając oczu od widoku za oknem maszyny.

Wylądowali na dachu; Talenty natychmiast wyczuły, że wielka budowla jest pusta.

- Dobra robota, Borysie - odezwała się Dorotea. - Tedy, Peter!

- Mam nadzieję, że wiecie, co robicie - zauważył sucho Borys. - Mój urząd jest w to 

wmieszany!

- Dzięki - wtrąciła Rhyssa. - Czy przylecicie po nas, gdy zawołamy?

- Gdybym nie mógł zwolnić Saszy, to przyślę kogoś, komu będziecie mogli zaufać - 

odparł pełnomocnik OPP, podając Donowi monitory.

Wielki helikopter odleciał.

Don otworzył właz; Rhyssa wzięła odeń jeden pojemnik ze sprzętem. Peter dostał się 

do środka i od razu zaczął wprost emanować podnieceniem; oczy mu płonęły. Znaleźli się 

ponad   olbrzymimi   turbinami   -   cicho   szumiały,   dostarczając   energii   wielkiej   metropolii. 

Weszli do górującej nad turbinami nastawni; stały tu urządzenia rejestrujące przepływ prądu 

do rozmaitych podstacji. Peter rozsiadł się w wygodnym fotelu dyżurnego inżyniera i kołysał 

się leniwie, dopóki dorośli nie ustawili aparatury kontrolnej i nie zaczęli go podłączać.

Ponad   przeszkleniem   wychodzącym   na   turbiny  znajdowało   się   sporo   ekranów,   na 

których   można   było   wyświetlić   to,   co   chłopiec   musiał   widzieć.   Rhyssa   wprowadzała 

odpowiednie programy i kolejno się ukazywały: Erasmus, dane dotyczące promu i symulacja 

warunków   atmosferycznych;   na   koniec   podłączyła   komunikatory   Stacji   do   głównej   linii 

background image

NASA,   żeby   mogli   śledzić   schodzenie   promu.  Erasmus  już   był   w   drodze,   wystartował 

dokładnie o 8:00 czasu Drugiej, 01:30 czasu ziemskiego. Kiedy na ekranach radarowych 

pojawił się schodzący spiralnie prom, zegar Stacji wskazywał 05:50. Ostatni ekran ukazywał 

lądowisko w Dakce, smagane deszczem i potężnymi porywami wichru, który wlókł poprzez 

betonowy   pas   lądowiska   pnie   drzew,   kawałki   samochodów,   jakieś   paki   i   najrozmaitsze 

szczątki - to właśnie tutaj Peter miał bezpiecznie posadzić Erasmusa.

Kiedy Don Usenik sprawdził sprzęt monitorujący chłopca, Rhyssa i Dorotea usiadły 

za nimi; ich umysły delikatnie musnęły umysł Petera. Wydawało się, że w ogóle tego nie 

zauważył - z takim napięciem śledził lot promu. Erasmus dotarł do atmosfery Ziemi - i w tej 

samej chwili generatory zaczęły grać.

Rhyssa potrząsnęła głową: nikt z ich trójki nie potrafił sięgnąć do tej części umysłu 

chłopca, która się sprzęgła z potężną mocą turbin. Jęk maszyn narastał, stał się trudny do 

zniesienia. Dorotea skrzywiła się, zasłoniła uszy. Rhyssa wpatrywała się z niedowierzaniem w 

niesamowicie   zmienione   odczyty   kontrolne.   Don   Usenik   nie   odrywał   oczu   od   aparatury 

medycznej.  Peter   zachowywał  spokój.  Rhyssa   zauważyła  nieco   protekcjonalny  uśmieszek 

chłopca i mogła jedynie mieć nadzieję, że mały nie przeholuje. Ona i Don jednocześnie 

dostrzegli kropelki potu na czole Petera - lecz uśmiech nie znikł. Jęk generatorów wzniósł się 

do najwyższej nuty i tak trwał. I zmienił się umysł chłopca! Stał się twardy jak kamień. Peter 

nie   zerwał   myślowego   kontaktu,   ale   nagle   go   ograniczył,   co   oznaczało   intensywną 

koncentrację chłopca. Rhyssa spojrzała na Doroteę, a starsza pani po prostu wskazała na 

Dona,   który   spokojnie   obserwował   monitory.   Lot  Erasmusa  stał   się   pewniejszy   i 

powolniejszy.

- SPROWADZA GO! - szepnęli jednocześnie Rhyssa, Dorotea i Don.

Rhyssa miała nadzieję, że ktoś rejestruje to wydarzenie dla potomności; był to dla 

Talentów   najdonioślejszy  moment,   od   czasu   kiedy  „gęsie   jajo”   zapisało   wykres  fal   delta 

Henry’ego Darrowa w trakcie jasnowidzenia. Wciąż pozostawała w kontakcie z tą częścią 

umysłu chłopca, która była dostępna dla niej i dla Dorotei; patrzyła, jak  Erasmus  miękko i 

spokojnie - pomimo porywistego wichru - lądował w pobliżu terminalu dla pasażerów. Peter 

zachichotał i nagle pomiędzy promem a terminalem się uciszyło - prawdziwe oko cyklonu. 

Pasażerowie pospiesznie wysiedli i osłupieli, zdając sobie sprawę z otaczającej ich ciszy. 

Jeden z nich - na małym ekranie twarz była niewyraźna - uniósł w górę ramiona w geście 

zwycięstwa;   potem   wszyscy   raźno   się   schronili   w   zwodniczo   bezpiecznym,   smaganym 

wichrem terminalu.

background image

- Dokąd powinienem przenieść prom, Rhysso? Jak go puszczę, to wichrzysko zacznie 

nim ciskać po lądowisku.

- Tego już nie obmyśliłam - zapytana przyznała się Dorotei.

- Mapy pogodowe wskazują, że najbezpieczniejsza byłaby Woomera, ale... - odezwała 

się Dorotea, pospiesznie przeglądając doniesienia pogodowe.

Szum generatorów nieco się wzmógł i Erasmus powoli się obrócił i ruszył na główny 

pas.

- Lepiej uprzedźmy pilota, gdzie się go przenosi - odezwała się Rhyssa i połączyła się 

z Sirikit w Centrum.

Mamy tu jakieś niezwykle zaciemnienie - poinformowała ją Sirikit.

-  Połącz   się   z   Główną   Kontrolą   Lotniczą   i   powiedz   im,   żeby   dali   znać   pilotowi  

ERASMUSA, że znajdzie się w Woomera.

-  ERASMUS?   Do   Woomera?  -   Zawsze   spokojna   Tajlandka   w   końcu   się   czymś 

zdziwiła. - Oczywiście! Natychmiast!

I to zanim się spoci ze strachu - dodał Don, rozśmieszając Rhyssę i Dorotce.

Nikt z trójki dorosłych nie wyczuwał w umyśle chłopca nadmiernego napięcia. Peter 

był całkowicie zatopiony w niezwykłym procesie gestaltu. Wyglądał jeszcze bardziej krucho 

niż   zazwyczaj;   zdawało   się,   że   jego   czaszka   powiększa   swoją   objętość.   Dorośli   czuli 

przepotężną moc przepływającą przezeń, lecz nie mieli pojęcia, w jaki sposób ją kontroluje.

Erasmus  popłynął   po   pasie   startowym   -   powoli,   wbrew   wszelkim   zasadom 

termodynamiki, na przekór przeciwnemu wichrowi - i przepięknie wystartował.

- Nie wierzę własnym oczom - szepnęła Rhyssa. - Kto go nauczył pilotować?

- Każdy chłopak z tego pokolenia zna się na pilotowaniu promów - rzucił Don Usenik, 

ale minę miał nie mniej zdumioną niż obie kobiety.

Don patrzył, jak Erasmus piał się coraz wyżej w strugi deszczu, w chmury - w końcu 

zniknął z oczu. Śledzili go aż do poziomu naddźwiękowego.

Generatory znów szumiały spokojnie.

- No! - powiedział nagle Peter z niekłamaną satysfakcją w głosie. - Włącza silniki i 

teraz już sam sobie poradzi. Doradziłem mu, żeby lądował w Woomera. Ale było fajnie! - 

dodał z mniejszym wigorem; był bardzo blady i pocił się obficie. - To była wspaniała zabawa! 

- Oczy chłopca lśniły; uśmiechnął się do Dona, który z niedowierzaniem potrząsając głową, 

wskazał na niemal prawidłowy odczyt bioskanerów.

- Zabawa?! Ty to nazywasz zabawą, Peter?! - wykrzyknęła Rhyssa, dopiero teraz 

zdając sobie sprawę, w jakim napięciu trwała przez cały ten czas.

background image

- Przy takiej energii łatwiej mi było unieść prom niż pilotowi - powiedział chłopak 

głosem nagle ochrypłym ze zmęczenia.

Dorotea, nadzwyczaj poufnie, do Rhyssy:  I jak go teraz zatrzymasz w domu, skoro  

poznał smak życia? - Tu starsza pani wymownie przewróciła oczami.

-   Znaczne   zmęczenie,   obniżony   poziom   energii,   ale   to   wszystko   w   zakresie 

prawidłowym dla Talentu - oznajmił zbity z tropu Don. - Znakomicie, Peter - dodał z dumą.

- Coś mi się zdaje, że Ludmiła nie uwierzy, iż przetransportowane Talenty umożliwiły 

TAKŻE ponowny start promu - rzekła słabo Rhyssa.

- Przecież nie mogłem go zostawić na pasie, prawda, Rhysso? - zniecierpliwił się 

Peter. - Taki prom kosztuje biliony.

Wszyscy telepaci poczuli nagle, że ktoś próbuje „dosięgnąć” ich umysłów.

Kayankira: Dziękuję wam, dziękuję. J AK tego dokonaliście?

Rhyssa, Dorotea i Don wymienili spojrzenia.

Dorotea, poufnie, do tej dwójki: Oj, Rhysso, nie przemyśleliśmy tego dokładnie!

Rhyssa przełknęła i odparła spokojnie: Lance tam jest. To był jego pomysł. Prawdziwe  

G i H, czyż nie, Lance?

Lance:  Powiem  jej.  Wolałbym  krzyczeć:  „Eureka”,  ale  się   powstrzymam.  **Wizja 

wielkiego krokodyla z szeroko rozdziawioną ze zdumienia paszczą i kangura skaczącego z 

zarysu Australii wysoko, aż na księżyc.** Nigdy nie wiesz na pewno, dopóki nie spróbujesz,  

prawda, kurczaczku?

- Wystarczy! - wtrąciła się nagle Dorotea. - Zabierajmy Petera do domu i do łóżka. Nie 

waż się samodzielnie poruszyć, młody człowieku.

Przez chwilę zdawało się, że chłopak nie posłucha. Potem posmutniał:

- I tak bym nie dał rady.

- Spokojny sen i obfite śniadanie postawią cię na nogi - rzekła dziarsko Dorotea, lecz 

spojrzenie, jakie rzuciła Rhyssie, mówiło, że może będzie potrzebny dłuższy odpoczynek, i to 

pomimo   optymistycznych   odczytów   Dona.   -   Jak   go   przetransportujemy   z   powrotem   do 

Centrum? Borys i Sasza są zbyt zajęci uspokajaniem zamieszek.

-  Nadlatuje   helikopter   Centrum  -   odezwała   się   Sirikit   rozbawionym   tonem.   -  Po 

prostu zaczekajcie!

Warkot silników dotarł do nich nawet poprzez ciężki dach przykrywający rozdzielnię. 

Otworzyło się górne wejście i wśliznął się przez nie jakiś człowiek.

- Nic wam się nie stało?! Kazali mi tu przylecieć i pozbierać szczątki - zawołał Dave 

Lehardt, zbiegając po trzy stopnie.

background image

Rhyssa omal się nie rozpłakała z ulgi. Co to powiedział ten szczwany lis, Borys? 

„Ktoś, komu możesz zaufać!”

- Cześć, Peter - powitał go Dave. - Coście tu takiego wyczyniali, że aż wyrwano mnie 

ze   snu   o   tak   bezbożnej   porze?   -   Ukląkł   obok   chłopca   i   dodał   miękko:   -  Wyglądasz   na 

wykończonego. Potem mi opowiesz, hmm?

Lehardt   delikatnie   wziął   na   ręce   wyczerpanego   Petera   i   ostrożnie   ruszył   w   górę 

schodami. Tuż za nim szła Rhyssa, niewymownie wdzięczna za to, że się tak nieoczekiwanie 

pojawił.

background image

22

Moduł generacyjny jeszcze w trakcie zajścia znalazł się na szerokim deptaku przed 

salą   zgromadzeń.   Talenty   i   fachowcy   z   OPP   prędko   rozładowali   wybuchowy   nastrój 

zbierającego   się   tłumu.   Pewna   liczba   ludzi   zdołała   się   wymknąć   bocznymi   zaułkami   i 

szlakami ewakuacyjnymi, lecz pozostałym metodycznie sprawdzano ID.

Ze   dwadzieścia   kobiet   z   rozmaitych   grup   etnicznych   -   jądro   całego   zajścia   - 

natychmiast odizolowano w jednym z pomieszczeń za główną salą; ekipa Talentów przepytała 

je sprawnie, nie zważając na głośne lamenty i zapewnienia o niewinności.

Wielki   helikopter  przywiózł  Borysa  i   Saszę.  Auer  i  Bertha  Zoccola   -  jasnowidze, 

którzy przewidzieli ów incydent - jeszcze przed ich przybyciem zdążyli przejrzeć taśmy z 

kamer dyskretnie umieszczonych na suficie sali zgromadzeń. (Zajęli się tym dwaj elektrycy, 

którzy zjawili  się  wraz  z  ekipą  kaznodziei).  Obaj   bracia  zajęli  stanowiska obserwacyjne. 

Ściany   modułu   pokrywały   analizatory   podłączone   do   głównej   sieci   OPP.   Pojawiały   się 

raporty   Talentów   zajmujących   się   opanowywaniem   tłumu,   a   personel   OPP  niecierpliwie 

odczytywał płachty wydruków spływające z klekocących drukarek w miarę jak przetwarzano 

odczyty bransolet ID. Pełnomocnik OPP często musiał przerywać obserwację, żeby wydać 

nakazy   zatrzymania.   Ale   główny   bohater   incydentu   wyprowadził   wszystkich   w   pole. 

Przewielebny kaznodzieja Pontis Prosit znów zdołał się wymknąć.

- A więc moja wizja dotyczyła głównie kobiet - mówiła Bertha, starając się nie patrzeć 

na Auera, który z kolei, nie bacząc na Zoccolę, wysuwał dolną wargę i oglądał sceny nagrane 

na taśmę. - On widział Szarlatana. Kiedy wreszcie przymkniecie tego faceta? To obsceniczna, 

żałosna larwa ssąca emocje; sami wiecie, co to za typ! Żywiąca się emocjami pijawka; tuczy 

się, wysysając je z tłumu. Im większa liczba ludzi, tym obfitsza zdobycz. - Zataczała rękami 

przesadnie rozległe kręgi.

-   Już   ci   mówiłem,   Bertho,   że   on   nieświadomie   służy  naszej   sprawie   -   tłumaczył 

cierpliwie Borys. - Owszem, rozbudza ich emocje. „Trzymanie ich w garści” może i sprawia 

mu zdrożną przyjemność, lecz dzięki jego przesadnie teatralnym wystąpieniom rozładowuje 

się   mnóstwo   tłumionych   emocji;   bierne   oglądanie  Tri-D   nie   pozwoli   im   przeżyć   takiego 

catharsis. Czasami Pontis zbliża się do granicy bluźnierstwa, ale zwykle jest nieszkodliwy, a 

jego słowa nic nie znaczą...

- Otóż to - nic! - mruknęła z oburzeniem Bertha.

background image

- Na ten wieczór wielebny ma sponsorów - podjął Borys. - Jakąś Wschodnioindyjską 

Grupę Mistyczną, zarejestrowaną, jak należy, i całkiem legalną. Nie mamy żadnych podstaw, 

żeby odmówić im czy jemu prawa do religijnego zgromadzenia.

- Religijne zgromadzenie! - obruszyła się Bertha. - On nie wyznaje żadnej religii! 

Poza tym takie zgromadzenia powinny podnosić na duchu, nie dołować. To blagier, pijawka i 

bluźnierca. Jest niebezpieczny. - Energicznie pomachała palcem tu przed nosem Roznina. - Za 

podżeganie do zamieszek grożą kary; a on wywołał dziś rozruchy.

- Niestety, Bertho - twoje własne jasnowidzenie oczyszcza Pontisa z tego zarzutu.

Borys   starał   się   promieniować   spokojem,   choć   wiedział,   że   to   na   nic:   Bertha, 

wspaniała jasnowidzka nie „odbierała” nic; mówiła coraz głośniej, a nigdy nie słynęła z taktu.

- Skąd ma włókna, komisarzu! Nie wmówisz mi, że nie używa ich w zbrodniczym 

celu!

Borys stracił cierpliwość i wysłał wezwanie do Saszy, który pomagał teleempatom 

panować na tłumem.

- Jeśli o to idzie, sprawdzimy i wystawimy nakaz zatrzymania.

- To ja widziałem Szarlatana, Bertho - wtrącił się do sporu Auer, łypiąc wściekle na 

małą kobietkę. - Nic ci do tego!

Pojawił się Sasza i zręcznie wydłużył milczenie Berthy na tyle, że zdołał ją odholować 

na drugi koniec modułu.

- Czyżby jakiś nie zarejestrowany produkował te włókna dla Szarlatana! - spytał cicho 

Auer Borysa.

- Wszystko możliwe - odparł zmartwiony Roznin. - To jedyny sposób, by wpadły w 

łapy   takich   fanatyków   jak   Pontis   Prosit.   -   Owa   lepka   substancja   była   najnowszym 

wynalazkiem   OPP;   wytwarzano   ją   ze   specjalnie   zmienionych   związków   chemicznych, 

pozwalających uzyskać szybko schnące, kurczliwe włókienka; cała sprawa była ściśle tajna, a 

same   formuły   i   proces   produkcji   tak   skomplikowane,   że   nie   sądzono,   iż   można   by   je 

skopiować. - Gdzieś tam musi się kryć naprawdę tęga głowa. - Borys, w przeciwieństwie do 

swych   poprzedników   na   tym   stanowisku,   nie   uważał   nie   zarejestrowanych   Talentów   za 

zboczeńców,  lecz  za   błądzące   i  niezdyscyplinowane  osoby,  które   należało   sprowadzić   na 

właściwą drogę i nakłonić do pożytecznej działalności. - Forensic twierdzi, że te ich lepkie 

włókna są cholernie podobne do naszych. Bardziej toksyczne, niestety, ale za to na szczęście 

mniej trwałe. Auer, masz dobre wyczucie w sprawach technicznych. Czuwaj dla nas, dobrze? 

Zawiadom o najlżejszym „ukłuciu”. Musimy jak najszybciej złapać tego typka. Wszystko mi 

background image

jedno,   jaki   Talent   powstaje   z   genów   mieszkających   tu   ludzi,   ale   powinien   być   u   nas 

zarejestrowany.

- Coś mi się nie wydaje, żeby Szarlatan mógł sobie pozwolić na wynajęcie takiego 

bystrzaka.  A  może   to  Yassim   wynalazł   sobie   nowego   łotrzyka?   -   spytał   cynicznie  Auer, 

wskazując na nagrany film.

- Wyczułeś, że to się jakoś łączy z Yassimem? - Borys spojrzał nań z aprobatą.

Auer potrząsnął głową i wskazał na wciąż wyświetlane nagranie:

- Po prostu sprawdziłem spisy klientów OPP. Na tym zgromadzeniu były wszystkie 

zbiry Yassima. Więc i on musiał tam być. Ilu wyłapaliście?

- Sporą grupkę, ale nikogo szczególnie ważnego - odparł Borys, a potem skrzywił się i 

dodał:   -  Wiesz,   że   zainstalowano   te   nowe,   niezniszczalne   identyfikatory  przy  wejściach? 

Wszystkie uszkodzono; może to ludzie Yassima, a może ten nowy Talent. Zrobiono to bardzo 

sprytnie:   kawałek   drutu,   szpilka   do   włosów,   kawałek   folii;   nie   działa,   ale   da   się   łatwo 

naprawić. Sprawdziliśmy ID każdego, kto nie zdążył prysnąć po incydencie, lecz niestety nie 

wiemy, kto i ilu przyszło na zgromadzenie.

Auer znów skinął głową; na swój oschły sposób współczuł komisarzowi:

- Będę o tym pamiętać, komisarzu. Zostaw to mnie.

Borys do szefowej grupy przepytującej kobiety: Znalazłaś coś, Normo?

Norma: Nie; wciąż są podekscytowane. Odbieramy gniew, frustrację, zawiść, niepokój  

i   strapienie,   że   je   zatrzymano   -   to   przede   wszystkim   matki.   Ale   możemy   wyłapać   tylko  

dominujące   emocje.   Są   złe,   że   zostały   wykiwane.   I   to   nie   przez   tego   starego   Szarlatana  

Pontisa Prosita. Cały szkopuł w tym, że żadna nie mówi zbyt dobrze basikiem. Możemy dostać  

jakiegoś lingwistę? Kogoś, kto zna języki lewantyńskie i azjatyckie? Może Ranjita?

Borys: Już go do was wysyłam. Coś jeszcze?

Norma:  Tak.   Dziewięć   z   tych   kobiet   zionie   ku   sobie   nienawiścią.   Już   dwa   razy  

musieliśmy je rozdzielać, bo się drapią, biją i szarpią za włosy. Ktoś tam został wybrany i nie  

należało się wtrącać. To bez sensu.

Został wybrany? - Borys powiedział to zarówno telepatycznie, jak i głośno.

Komisarzu?

Dziękuję, sierżancie; podsunęłaś mi pomysł!

I   Borys   spojrzał   na   ekran   -   zaczynała   się   kolejna   powtórka   filmu   z   incydentu; 

przesunął szybko taśmę, a potem zwolnił przesuw, nie spuszczał oczu z ekranu.

Masz coś? - Sasza pochylił się nad ramieniem brata.

background image

Borys: Zakładam, że Szarlatan wyłapywał tych ludzi dla kogoś - pewno dla Yassima,  

bo byli tam jego ludzie - i chcę wiedzieć, co było podstawą wyboru. Większość stanowili  

mężczyźni, z wyjątkiem tej naszej grupki... o, tu!

Bracia patrzyli na przesuwającą się w zwolnionym tempie taśmę - pasmo włókienek 

spadło dokładnie w środek grupki kobiet.

Nie trafiło w kobietę! Chyba że chodzi o karlicę - powiedział Sasza, wskazując na 

drobne dłonie wczepiające się we włókna.

Borys dał powiększenie, wyostrzył obraz. - Dziecko? W grupce, którą zatrzymaliśmy,  

nie było żadnego dziecka. Dwadzieścia kobiet. I tyle tu naliczyłem.

Sasza: Czy któreś szarpią i ciągną?

Borys: Tak, a inne stawiają opór. Norma twierdzi, że są skłócone.

I tu powtórzył dokładnie słowa Normy.

Sasza:  No i czują się oszukane. Popatrz! Nóż przecina włókna. I teraz dopiero się  

zaczyna!

- Którzy kontrolerzy tłumu byli najbliżej nich? - zapytał Borys.

Wezwano Cass Cutler i Suzanne Nbembi; wciąż jeszcze były w przywdzianych na tę 

okazję strojach, Cass zmyła jaskrawy makijaż i zdjęła taniutką biżuterię. Borys cofnął film do 

owej scenki.

- Dobrze się dzisiaj spisałyście, Cass i Suzanne.

- Niewiele brakowało, komisarzu. - Cass przewróciła wymownie oczami. - Gdyby nie 

jasnowidze, byłoby źle.

- Czy któraś z was widziała dziecko w centrum tej grupki kobiet?

- Nie - odparła prędko Cass, a potem zmarszczyła brwi. - A przynajmniej nie sądziłam, 

że ona była z nimi. Zauważyłyśmy ją po raz pierwszy, kiedy usiłowała umknąć Bulbarowi.

-  Chciałyśmy interweniować   -  dodała   Suz.   -  Żadna  dziewczynka   nie  powinna   się 

dostać w łapy tego drania; ale się uwolniła. Wiemy jak.

- Schowała się na chwilę za nami, podążając ku wyjściu. Akurat wtedy zaczęło się 

całe zajście. Dziwne... - Cass umilkła, zmarszczyła brwi. - COŚ wyczułam, komisarzu, kiedy 

jej dotknęłam. Osłona twarda jak skała, a to osobliwe u dziecka z liniowca.

- Czy mogła się wydostać z tego tumultu? - I Borys postukał w widoczną na monitorze 

grupkę.

Cass i Suz posłusznie przyjrzały się scence. Borys przesunął taśmę i zwolnił film, 

kiedy ukazały się dłonie - w zwolnionym tempie sprawiało to wrażenie tanecznego gestu, nie 

background image

szaleńczej szarpaniny: smukłe palce dotykały włókien; potem taśma ruszyła - palce wpiły się 

w pasmo włókien, błysk noża, bójka kobiet.

- Czy można zobaczyć to miejsce, zanim zaczęły się kotłować? - spytała Cass.

Borys   próbował   rozmaitych   ujęć,   ale   sufitowe   kamery   były   nakierowane   na 

przewidywane miejsce incydentu i nie pokazywały wyraźnie tego, co Cass chciała dojrzeć.

- Ranjit Youssef melduje się na rozkaz, komisarzu. - Młody oficer z OPP zatrzymał się 

w pewnej odległości od grupki skupionej przy monitorze.

- Co przyniosły przeszukania mieszkań, poruczniku? - zapytał służbiście Borys.

- Liczba nielegalnych dzieci poniżej dziesięciu lat wynosi osiemset trzy, komisarzu, w 

tym pięć noworodków. Właściwie wszystkie zatrzymane dzieci nie mają dziesięciu lat.

Komisarz OPP nie był zaskoczony, choć liczba ta była wyższa, niż się spodziewano. 

Oparł się o krawędź biurka i potarł w zadumie podbródek.

Borys: Osiemset?

I trzy - dodał Sasza równie ponurym tonem.

Borys:  I wszystkie wydadzą na świat następne niedożywione dzieciaki, które ktoś w  

taki czy inny sposób wykorzysta. JAK można zlikwidować handel dziećmi, skoro ludzie tak  

bezmyślnie się kierują archaicznymi nakazami etnicznymi?

- Czy któreś miały legalne bransolety ID? - spytał głośno Borys.

- Dziewięciolatki, komisarzu, ale jak dotąd żadne ID nie pasuje do zarejestrowanego 

wzoru   genetycznego.   Naliczyliśmy   o   wiele   mniej   nastolatków   i   prawie   nastolatków,   niż 

powinno być w populacji liniowca.

- Jak zwykle. Ile nielegalnych dzieciaków, nie mających dziesięciu lat, znaleziono w 

mieszkaniach tych dwudziestu kobiet.

-   Trzydzieści   dwoje,   niektóre   zbyt   małe,   żeby   uciekać.   Starsze,   jak   zwykle, 

ostrzeżono.   Zarządzono   już   blokadę.   Z   liniowca   nie   wydostanie   się   nikt,   kto   nie   ma 

bransolety ID - powiedział Ranjit. - I to nawet przez zsypy do odpadów.

- A prawda, zsypy do odpadów - powtórzył Borys z westchnieniem pełnym rezygnacji. 

-   I,   mam   nadzieję,   obstawiono   również   linie   dostawcze?   Świetnie.   -   Wystukał   coś   na 

klawiaturze i na ekranie ukazał się schemat liniowca G; rysunek okręcał się powoli, ukazując 

każdy zakątek potężnej wieży. - Poruczniku, Normie Banfield są potrzebne pańskie zdolności 

lingwistyczne. Jest w sali prób po lewej stronie sceny. Ma pod skrzydłami grupkę kobiet 

najrozmaitszych narodowości, prawie że nie znających basiku; na dokładkę podzieliły się one 

na co najmniej dwa stronnictwa i usiłują sobie nawzajem powyrywać włosy.

background image

- Wyrwać włosy? - Cass aż się wyprostowała, na powierzchnię pamięci wypłynęło 

wspomnienie.

- Coś ci się przypomniało, Cass? - zaciekawił się Borys.

- Popracuję nad tym - odparła i rozluźniła się na tyle, na ile pozwalały okoliczności; 

Suz masowała jej kark, żeby wspomóc przypominanie.

- Zrobię, co w mojej mocy, żeby pomóc porucznik Banfield. - Ranjit zasalutował i 

wyszedł.

- Sprawdzę coś w sali - odezwała się Cass, wstając. - Chyba że jakiś nadgorliwy 

kretyn już tam wysłał sprzątaczy.

- Dobrze - odparł Borys i wrócił do schematu liniowca, próbując się domyślić, gdzie w 

tej całej plątaninie korytarzy, zakamarków i przejść podziemnych mogli się ukryć zbiegowie. 

-  Sasza, poleć, żeby zaczęto przeszukiwać kanały. Przerażone dzieciaki mogą wpełznąć w  

najpaskudniejsze   miejsca.   Nie   chcę,   żeby   choć   jeden   nielegalniak   wpadł   w   oślizłe   łapy  

Yassima.

- Zrobione. - Oczy Saszy zmieniły wyraz, kiedy wydawał polecenia.

-   Znalazłam!   -   zawołała   Cass,   wracając;   wydała   triumfalny   okrzyk   i   potrząsnęła 

znaleziskiem. - Na wszystkie świętości, to musi być kawałek jej skalpu!

Borys ujął dwoma palcami kępkę włosów: matowe, przecięte pasmo włókien tkwiło 

tuż przy zakrwawionym strzępku skóry. - Loufan! Dowiedz się wszystkiego o osobie, która to  

wyrwała z głowy!

Technik   przykłusował   do   komisarza,   obojętnie   wziął   kępkę   włosów   i   wrócił   do 

swojego kątka.

-  Komisarzu  -   odezwał   się   Ranjit   i   zamilkł   na   chwilę,   żeby   się   upewnić,   że   nie 

przeszkadza. - One coś ukrywają.

Norma: Raczej kogoś. Kogoś, kto jest dla nich ważny.

Ranjit: Uważam, że to jest powód waśni.

Norma: Zgadzam się. Czy mogę je przycisnąć?

Borys: Zgodnie z przepisami, poruczniku.

Tu  uśmiechnął  się  do siebie,  bo  znał  pedantyczną  prawomyślność  Ranjita;  poczuł 

telepatyczne dotknięcie, świadczące, że Sasza słyszał tę wymianę myśli. Zawarli taką umowę, 

bo oszczędzało to wiele czasu i zapobiegało powtórkom.

Załatwianie czegokolwiek z nie-Talentami wymaga wytężonych wysiłków, pomyślał 

Borys.  Ale   z   drugiej   strony,   czy   naprawdę   by  chciał,   żeby   wszyscy   mieli  paranormalne 

uzdolnienia?

background image

Może przynajmniej odrobinkę, żeby nie było tylu problemów? Lecz to zrodziłoby 

zawiść - zawiść, że ktoś jest bardziej Utalentowany - i wzmogło swary i uprzedzenia. Nie; 

lepsza jest mała grupa Talentów trzymanych w ryzach i wykonujących zadania, do których 

tamci się nie nadawali. I wszystko ZAREJESTROWANE!

Komisarzu? - Loufan zamilkł na moment. - Usunąłem włókna, bo przeszkadzały w 

odczycie, a i tak nie mają znaczenia. To Euroazjatka, u progu dojrzewania. Dobry genotyp,  

znakomita odporność; zdrowa, aż dziw. - W tonie Loufana pobrzmiewało zdziwienie. Racje 

żywnościowe w liniowcu G zawierały wszystko, co potrzeba - lecz jeśli mała była nielegalna, 

jak podejrzewał Borys, to jakim cudem udało się jej zachować zdrowie? - No i... jej genotyp 

nie pasuje do żadnego ID.

Borys: Naprawdę sądziłeś, że dopasujesz ID?

Loufan: Tak, komisarzu.

Teraz z kolei zdumiał się Borys.

Loufan: Mogła być „na ucieczce”, albo porwana.

Borys:  O.K. Wciągnij jej dane do kartoteki i daj włosy Bercie. Zapytaj - ze swoją  

nieskazitelną uprzejmością - czy ich widok obudził w niej jakieś wspomnienia.

- Och, biedactwo! - zakrzyknęła Bertha, wbiegając z impetem. - Włosy wyrwane z jej 

głowy! Kto to zrobił, komisarzuniu?!

- Pewno Bulbar. Jeszcze coś?

Bertha przycisnęła kosmyk do bujnej piersi, zamknęła oczy i skoncentrowała się.

- Nic a nic, ale zakodowałam. - Nagle się wykrzywiła ze wstrętem i odrzuciła kosmyk. 

- Zabierzcie to!

Sasza przechwycił ów „pocisk”.

- Czarne, długie - mruknął. - Pewno któraś z tych, co to nigdy nie obcinają włosów. 

Zdrowe i o wiele bardziej czyste, niżby się można było spodziewać. Nietrudno będzie znaleźć 

dziewczynkę ze śladem po świeżo wyrwanym kosmyku.

- Lepiej pokaż to Carmen - rzekł Borys i dodał poufnie: - Ranjit uważa, że niewiele  

starszych nielegalniaków wymknęło się ekipom przeczesującym.

background image

23

Carmen   Stein   ułożyła   kosmyk   na   podołku,   wygładziła   go,   długimi   paznokciami 

rozdzieliła splątane włosy. Przesuwała je w palcach przez parę minut, łagodnie wydobywała z 

nich informacje, gdzie się znajduje ich właścicielka. Carmen zawsze wyglądała tak pogodnie i 

spokojnie,   gdy   posługiwała   się   swoim   Talentem   „odnajdywacza”.   Lecz   Sasza   lepiej   niż 

ktokolwiek wiedział, jak intensywnie pracował wówczas jej umysł. Była jedną z najlepszych 

„odnajdywaczek”,   jakie   znał;   chronił   ją   więc,   jak   mógł   (bo   to   przecież   ogromnie 

wyczerpująca praca), i korzystał z jej usług tylko w szczególnych przypadkach.

- Kiedy wydarzył się ów incydent? - spytała Carmen, nie odrywając oczu od kosmyka.

- Jakieś sześćdziesiąt dwie minuty temu.

- Ach, to tłumaczy ciemności. Ukrywa się. Nie mogę dostrzec gdzie. Nie ma tam 

światła. Ciasno.

- Kanał?

- Bardzo możliwe - odparła niepewnie. - Chyba śpi.

- Zmarznięta.

- Nie. - Carmen wzięła to dosłownie. - Nie zmarznięta. Zmęczona.

Podała kosmyk Saszy.

- Nie; zatrzymaj to na razie, Carmen. Musimy wiedzieć, kiedy stamtąd wyjdzie.

Kobieta   pochyliła   się   spokojnie,   wyjęła   spinkę   ze   stojącego   na   stoliku   jaskrawo 

emaliowanego pojemniczka i wpięła kosmyk we włosy.

Sasza przekazał Borysowi słowa Carmen.

-  Kanał,   hmmm?   Tak   ich   mało   w   tym   liniowcu  -   zażartował   komisarz   OPP.   - 

Wykurzamy te dzieciaki zewsząd. NIENAWIDZĘ tego, Sasza, NIENAWIDZĘ.

Sasza pospiesznie przekazał łagodne, kojące myśli, aby ukoić zamęt w umyśle brata.

Cud życia powinien być błogosławieństwem, a nie przekleństwem. CZEMU ludzie są  

tacy nieodpowiedzialni? Czemu wydają na świat miriady nie chcianych dzieci, a potem je  

MARNUJĄ?

-  I   nielegalne   dzieciaki   mają   swoje   prawa  -   odparł   Sasza,   cytując   słowa   brata.   - 

Chociaż tyle zostało najsłabszym.

Nielegalniacy są kierowani na stację kosmiczną. - W „głosie” Borysa brzmiał zawód 

i smutek.

background image

-  Ale   nie   jako   prosta   siła   fizyczna.   Uczą   się   WYKONYWAĆ   coś   o   wiele   bardziej  

konstruktywnego, niż ich rodzice kiedykolwiek potrafili. Nie dręcz się już, bracie.

-  Towarzystwo   wzajemnego   psychicznego   wsparcia?  -   rzucił   gorzko   Borys.   - 

Przybieram odpowiednią pozę i idę postraszyć te rozjątrzone samiczki; może wycisnę z nich  

coś sensownego.

-  W tym jesteś najlepszy. Aha, gdy znajdziesz chwilkę czasu, posłuchaj wiadomości.  

Dowiesz się, po co przydusiliśmy cię wezwaniem G i H.

-  Już   z   góry   gratuluję,   bo   wyczuwam   triumf   w   twoich   myślach,   ale   będę   musiał  

zaczekać na powtórkę wiadomości... - I Borys wszedł do sali prób, rozmyślając, jak cennym i 

rzadkim dobrem stał się nagle „czas”.

Roznin wkroczył do sali, przybierając jedną ze swoich oficjalnych, siejących grozę i 

nakazujących posłuch postaw. Wysoki, przystojny, silny - co dodatkowo podkreślał mundur 

polowy - wystraszył kobiety na tyle, że na moment zamilkły; nie na długo, rzecz jasna, ale 

potem pytlowały o wiele ciszej.

-  Mam   coś,   komisarzu  -   odezwał   się   Ranjit.   -  Wyrwało   się   tej   młodej,   pulchnej  

kobiecie, czwartej po lewej stronie, tej ze znakiem kasty. „To wszystko przez Tirlę”. Myślę, że  

„Tirla” to kobiece imię.

- Niech pan tłumaczy moje słowa, poruczniku - polecił oficjalnie Borys, przechadzając 

się wyniośle przed grupką kobiet. - Jestem Borys Roznin, komisarz OPP. Gdzie dziewczynka, 

która była z wami tego wieczora?

Borys bez trudu wyczuł oburzenie, zawiść, gniew, przerażenie; Ranjit tłumaczył jego 

słowa na rozmaite języki. Kobiety miały dość czasu, żeby się zorientować, iż znalazły się w 

ciężkich opałach. Niektóre martwiły się o dzieci, zbyt długo już pozostające bez opieki w 

mieszkaniach.   Inne   pielęgnowały   swoje   poczucie   żalu.   Roznin   wychwycił   też   rozmaite 

warianty   zdania   podsłuchanego   przez   Ranjita,   lecz   nikt   już   nie   wymienił   imienia.   „To 

wszystko JEJ wina”. Zadowoliły się bezosobową złośliwostką.

- Zapewniam was, że dzieci w waszych domach nie pozostaną bez opieki, dopóki was 

nie zwolnimy - poinformował je Borys z uprzejmym uśmiechem.

Kiedy każda z grupek językowych pojęła sens owego zdania, zaczęły się zawodzenia, 

bicie się w piersi i wyrywanie sobie włosów; posypały się dalsze zarzuty. Roznin świetnie 

czuł ich furię, rezygnację, zagubienie (w jednym przypadku - ulgę), ale nie rozumiał, co 

mówią.

Ranjit: Bilala mówi, że to wszystko JEJ wina, bo się opierała, kiedy lama ją wybrał. - 

Porucznik   przytrzymywał   pulchną   jędzę   ze   znaczkiem   kasty,   która   chciała   się   rzucić   na 

background image

wyniosłą, starszą kobietę z orlim nosem stojącą po przeciwległej stronie pokoju. - Mówi, że 

Mirda Khan do tego doprowadziła. Mirda Khan odpowiada, że - o, znów to imię, Tirla - że  

Tirla nie mogłaby dla nich tłumaczyć, gdyby się znalazła na scenie. I tak niewiele zrobiła,  

żeby zasłużyć na zapłatę.

Borys: Proszę zapytać, która z nich jest matką Tirli, poruczniku.

Pytanie było na tyle podstawowe, że zrozumiała je większość kobiet. Zamknęły się 

natychmiast, a nawet wyciszyły na moment mętlik w swoich umysłach. Potem znów zaczęły 

lamentować. Sprawa prędko się wyjaśniła. Żadna z nich nie była matką Tirli, za to - zgodnie z 

oczekiwaniami Borysa - w umyśle każdej mignął obraz dziewczynki.

Mamy - oznajmili chórem Norma i Ranjit.

Ja też. - I komisarz OPP wykonał gest mówiący, że kobiety mogą być zatrzymane 

lub zwolnione, w zależności od tego, co wykaże dochodzenie; a następnie pospieszył do 

modułu operacyjnego.

W  module   czekał   nań   Loufan   z   przygotowanym   już   kartonem   i   pisakiem.   Borys 

położył dłoń na szczupłym ramieniu Azjaty i skoncentrował się na myślowym „obrazie” Tirli. 

Loufan   szybko   naszkicował   wizerunek   -   kilkoma   precyzyjnymi   liniami   uchwycił   wyraz 

pełnej napięcia twarzy (większość kobiet zapamiętała ją w chwili paniki, kiedy włókno spadło 

na dziewczynkę): szeroko rozstawione, duże, nieco skośne, ciemne oczy, wystające kości 

policzkowe, gęste, spływające faliście włosy, cienki, prosty nosek, małe usta, zdecydowany 

zarys podbródka, zabawna dziurka w brodzie. Urocza buzia (jeśli pominie się przerażenie); 

ktoś inteligentny, choć przestraszony; Tirla wyglądała tu na sześć, siedem lat, lecz strzępek 

myśli starej, tłustej kobiety wskazywał, że była nieco starsza. Kobieta pamiętała ją od ładnych 

paru lat.

- To ona? - zapytał Loufan, przenosząc szkic na ekran.

Komisarz OPP przyjrzał się uważnie rysunkowi, porównał z wizerunkiem w pamięci 

dwudziestu kobiet.

- Tak, to ona. Odbij to i rozdaj wszystkim oficerom i Talentom. Coś mi się zdaje, że 

przyda się nam to dziecko. Ona jest... - Borys starał się określić uzdolnienia Tirli, ale mu się 

nie udało. - Hmmm, jest „surowym” Talentem i potrzebuje naszej pomocy - zakończył. - 

Sasza, czy „natychmiastowe” tłumaczenie brzmi poprawniej niż „jednoczesne”?

Sasza poszperał w umyśle brata.

-  I tak jest unikatowa, skoro aż dziesięć grup etnicznych najęło ją do tłumaczenia.  

Przypuszczam,   że   jej   Talent   pozwala   na   łatwe   przerzucanie   się   od   jednego   języka   do  

drugiego. Najpierw ją znajdźmy, a później się dowiemy, kim jest.

background image

24

- Tirla!

Dziewczynka zbudziła się gwałtownie; ze snu wyrwał ją czyjś głos, łagodnie, lecz 

natarczywie wymawiający jej imię. Nie poruszyła się, nawet nie otworzyła oczu.

Czyż to nie sprytny, mały diabełek? Zawołaj ją jeszcze raz.

Nic z tego, Borysie. Teraz ma się na baczności.

To na pewno sen. Tirli często się zdawało, że słyszy, jak matka woła jej imię. To musi 

być sen, bo nikt nie wie, gdzie się teraz schowała, choć OPP przeszukiwała główne kanały i 

wysyłała   czujki  w  boczne.  W drodze   do  domu  wymknęła   się  gorliwym   poszukiwaczom. 

Widziała dzieci wypłaszane z kryjówek.

Jej podejrzenia co do zebrania okazały się słuszne. To miał być pretekst do wyłapania 

nielegalnych dzieciaków i sprawdzenia wszystkich ID. Nikt nigdy nie wiedział, gdzie jest 

kryjówka  Tirli.   Nawet   w   myślach   nie   wymieniała   tego   miejsca.   I   nikt   nie   powinien   jej 

znaleźć, choćby nie wiadomo jak dokładnie szukał.

Pokrzepiona na duchu Tirla umościła się w ciepłym śpiworze. Nagle gdzieś w pobliżu 

rozległy   się   jakieś   hałasy,   więc   zamarła.   Posłyszała,   jak   otwierają   się   zawsze   zamknięte 

drzwi. Co za niezwykle dokładne poszukiwania! Nawet ona nie umiała się przedostać do 

tamtego pomieszczenia, a mimo to je przeszukiwano.

Tam jest ciemno. To wszystko, co mogę powiedzieć, Sasza.

Nie trać z nią kontaktu, Carmen. Musi albo zapalić światło, albo wyjść stamtąd.

Nawet   JEGO   ludzie   nie   znaleźli   kryjówki  Tirli,   a   przecież   mieli   w  małym   palcu 

wszelkie   sztuczki   i   uniki   stosowane   w   tym   światku.   Miała   szczęście,   że   Bulbar   jej   nie 

schwytał. Był niegodziwy i niebezpieczny. Wciąż pulsowało to miejsce na głowie, z którego 

wyrwała   włosy.   Natarła   je   odkażaczem.   Bulbar   mógł   nasączyć   te   włókna   jakąś   zarazą; 

parszywy, stary drań.

No i nie załatwiła mu sprawy. Nie „wyprała” szmalu. Ale jak się mógł spodziewać, że 

jej się to uda, skoro i on, i wszyscy kupcy w ogóle mieli fart, że uciekli z pułapki! Lecz ON 

nie uznawał żadnych wymówek. Co za niefart, że lama-szaman ją wybrał! Na którą z kobiet 

tak naprawdę polował? I dlaczego? Tirla nie zdołała tego pojąć. Żadna z nich nie była ani 

ładna, ani młoda, ani fertyczna - nie z takimi mężami!

background image

Hałasy   towarzyszące   poszukiwaniom   powoli   cichły;   Tirla   ostrożnie   sięgnęła   po 

dzbanek z wodą i po żywność, które przechowywała tu na takie właśnie okazje. Żuła suchą 

strawę i odgłosy żucia odbijały się okropnym hałasem w jej głowie. Słyszała, że istnieje 

ultraczułe urządzenie, które potrafi wyłapać oddech w promieniu pięciu kilometrów - ale 

generatory i klimatyzacja powodowały tyle hałasu, że powinno to zamaskować odgłosy żucia, 

a ona była naprawdę głodna. Tirla zaspokoiła głód i pragnienie, potem wśliznęła się głębiej w 

śpiwór i znów zasnęła.

background image

25

- Odpocznij, Carmen - odezwał się Sasza. - Ona i tak nie wyjdzie przed nocą. A może i 

wtedy nie.

Carmen pomasowała sobie delikatnie skronie i westchnęła:

- Masz rację. Odpocznę. Ona jest wyjątkowa, prawda, Sasza?

- Tak sądzimy, choć właściwie nie wiemy, na czym to polega.

- To piękny, jasny umysł. - Carmen spojrzała na Roznina z lekkim zdumieniem. - Jak 

dzwoneczek.  Kiedy śpi.  Gdy się  budzi,  staje się  ostrożna  i  przezorna.  Mogę  dotknąć  jej 

umysłu, lecz nie umiem go odczytać. A przez tę ciemność nawet nie potrafię cię do niej 

poprowadzić.

- W końcu wyjdzie.

Wzrok Carmen mówił, że Sasza Roznin mógł się tym razem mylić. Uśmiechnął się do 

niej i mrugnął, po czym wrócił do siebie.

* * *

- Przejrzeliśmy wszystko, co mamy, o ludziach, których Szarlatan wyłapał dla Yassima 

-   oznajmił   Borys,   układając   płachtę   wydruku   na   biurku.   -   I   nie   znaleźliśmy   wspólnego 

wyznacznika, Sasza. To przede wszystkim fizyczni pracujący akurat tyle, żeby nie podpaść 

Urzędowi Pracy Przymusowej; na koncie mają wyłącznie niewielkie wykroczenia. Żaden nie 

jest notowany w związku z hazardem czy złodziejstwem.

Sasza uśmiechnął się chytrze i poczuł, jak brat puka do jego umysłu, ale nie opuścił 

osłony. On mógł się tak „zamknąć” przed Borysem, natomiast brat przed nim - nie.

- Za tobą trzydzieści trudnych godzin, więc ci powiem. Wszyscy byli ojcami.

- Co? - Borys aż się zaczerwienił.

- Pontis znalazł dojście do danych o mieszkańcach liniowca. To było takie proste, że 

początkowo to przeoczyliśmy. Bertha „wyczuwa” kobiety i dzieci. Auer - ciemniejszą stronę 

życia.

- Niekiedy nie dostrzegamy tego, co najprostsze. - Borys podrapał się po głowie. - 

Więc   Szarlatan   wybierał   ojców,   i   to   najprawdopodobniej   z   małymi   dzieciakami,   a 

dziewczynka była na okrasę?

background image

- Tak mi się zdaje. O niej wciąż jeszcze nic nie wiemy - dorzucił Sasza, świadom, o co 

zapyta brat. - Carmen się z nią sprzęgła, lecz mała jest ostrożna i nie ruszyła się ze swojej 

kryjówki.

- Wystraszona?

- Nie, co dość dziwne. Coś mi się zdaje, że i przedtem starała się nie rzucać w oczy. 

Przecież jest nielegalna i na dodatek nieomal nastoletnia.

- To by każdemu wyostrzyło zmysły.

- Jak ci idzie ze sprawą Yassima?

- Oceniamy, że złowił przynajmniej dziewiętnaścioro dzieci, może troszkę więcej - 

skrzywił się Borys. - Z liniowca G zebraliśmy ośmiuset troje nielegalniaków. Jeżeli prawdą 

jest to, co przypuszcza Harv - że każda z ewentualnych matek rodziła co rok - to brakuje nam 

jakiejś   czterdziestki   dzieciaków.   Osiemnaścioro   z   nich   znaleźliśmy   w   podziemnych 

magazynach, ale zablokowały wejście. Pracujemy nad tym. - Borys potrząsnął głową. - W 

schronisku na pewno byłoby im lepiej.

- A w kosmosie? - spytał cierpko Sasza.

- I w kosmosie mają więcej szans niż tu, w liniowcu.

- Wtedy nie mogłyby mieć dzieci. - Sasza nigdy nie pochwalał prawa nakazującego 

sterylizację nielegalniaków.

- To nie ja ustanawiam prawa, bracie. - Borys uniósł ręce w geście pełnym rezygnacji. 

- Ja tylko pilnuję, żeby je stosowano. - Pochylił się i wystukał nowy program. - W porządku. 

Teraz musimy złapać Yassima w jego norze i ocalić dziewiętnaścioro lub więcej dzieci.

* * *

- Ona się ruszyła, Sasza. - W głosie Carmen brzmiał i niepokój, i triumf.

- O tej porze dnia? - Roznin spojrzał na zegarek.

- W liniowcu będą tłumy tych, co wracają z pracy.

- Trzymaj się tak blisko niej, jak tylko zdołasz.

- To bardzo trudne, Sasza. Zupełnie, jakby nie „postrzegała” tego, na co patrzy. Nie 

mogę   znaleźć   żadnego   punktu   zaczepienia,   wiem   tylko,   że   wokół   małej   są   ludzie. 

Chwileczkę! Zatrzymała się. To na nic. Widzę jedynie masy standardowej odzieży. Nadal jest 

w tłumie.

- Jestem w kontakcie z naszymi na głównych poziomach G, Carmen. Po prostu podaj 

nam kierunek. Jakikolwiek.

background image

Sasza do Cass i Suz: Uważajcie na naszą zwierzynę!

* * *

Ku swojej uldze Tirla najpierw spotkała Mirdę Khan. Mirda przeżywała jeszcze całą tę 

sprawę; jej czarne oczy płonęły oburzeniem i cwaniacką złośliwością - to nie ona ucierpiała z 

rąk UZP, jej łono już od dawna nie wydawało owoców. Była jednak na tyle przyzwoita, że 

użaliła się nad swoimi przyjaciółkami - straciły nie tylko dzieci, ale i nadzieję na urodzenie 

kolejnych.

- Zobaczą, jak jest ciężko tym z nas, co nie mają dzieciaków na sprzedaż.

- To po to Yassim tam był? Żeby kupować dzieci?

- A po cóż by innego? - Mirda wymownie wzruszyła ramionami. - Duchowe sprawy 

nic go nie obchodzą.

- Dostał wszystkich? - przeraziła się Tirla; hmm, dobry łup wprawi go w świetny 

humor i łatwiej jej będzie załatwić sprawę „nie wypranego” szmalu.

- Nie, to ONI złapali większość. Yassim nie dopadł wielu, ale za to za darmo! - Mirda 

była oburzona. - Zmartwionym matkom i ojcom nic nie zapłacono! Dzieciaki biegły do niego, 

żeby nie wpaść w łapy OPP. Biegły! Żadnej zapłaty, żadnej umowy! Już się nie odważy 

przyjść do G! - Tu Mirda wpiła krzepkie palce w ramię Tirli. - CO mówił lama-szaman? Nie 

przetłumaczyłaś nam. I na domiar wszystkiego byłaś taka bezczelna, że zerwałaś pasmo, które 

cię wybrało. Zyskałaś przez to dozgonną nienawiść Bilali i Pilau; bo odrzuciłaś jego wybór.

-  Wybór?   -   Dziewczynce   udało   się   wyrwać.   -   Jestem   nikim,   czemu   miałby  mnie 

wybierać? Po prostu nie trafił. Powiedz Bilali, że uważam, iż to w nią celował i nie trafił. Co 

do jego słów, to nic nie straciłaś. Ten cały lama-szaman bluzgał jakimiś głupawymi sylabami. 

Żadnego konkretnego słowa w jakimkolwiek języku. Nawet w swoim umyśle nie używał 

prawdziwych słów. Nie miał takiego zamiaru. To oszust i kanciarz, a nie szaman. To wszystko 

zmontował UZP, żeby przeczesać liniowiec G.

- Jak to możliwe? - Mirda była wstrząśnięta. - Nie, to niemożliwe. Przecież przyszli 

tam ci wszyscy handlarze, a niektórzy mieli towar, który nie powinien wpaść w łapy OPP. No 

i był tam Yassim ze wszystkimi swoimi zbirami. ONI by wiedzieli. Może i pasmo było dla 

Bilali, jak twierdzisz. Ona też tak sądzi, sama rozumiesz, czuje się godna takiego wyboru. 

Kobieta, która co rok rodzi mężowi dzieciaka. A teraz oni jej to zabrali, zabili dumę jej 

mężczyzny. Będzie to wypominał Bilali do końca jej dni.

Mirda biła się w piersi, a Tirla wykorzystała ten moment, żeby się dyskretnie oddalić.

background image

A więc Yassim dostał dzieciaki z G i nie zapłacił za nie. Ona ma jego szmal, którego 

nie   zdołała  „wyprać”;  lepiej   będzie,   gdy  to  odda.  Jeżeli   ma  tyle  dzieci,  to   zostawi  ją  w 

spokoju.   Niedobrze,   że   Bilala   jej   nienawidzi.   Szkoda,   że   nie   zapytała   Mirdy,   czy  i   inne 

klientki też. Tirla MUSIAŁA być w dobrych stosunkach ze wszystkimi w liniowcu G. Bo była 

nielegalna. Bilala i Pilau mogą być wystarczająco zawzięte, żeby ją wydać, z zemsty za swoje 

utracone dzieci. Chyba że...

Chyba   że   Tirla   zdobędzie   forsę   za   dzieciaki,   które   wpadły   w   szpony   Yassima. 

Wiedziała, gdzie przetrzymuje taki towar. Teraz zależy, kogo dostał.

Tirla skręciła w boczne przejście, rozejrzała się, czy nikt nie patrzy i pociągnęła kratę 

zamykającą kanał. Krata ani drgnęła - założono nowe śruby. Dziewczynka sprawdziła, czy nie 

było tam jakichś „oczu” lub kabli - ale nie; to był bardzo mały otwór, mogło się tędy wśliznąć 

tylko malutkie albo chudziutkie dziecko. Wyjęła wibrujące ostrze, które kiedyś dostała za 

jakąś usługę, i wykręciła dwie śruby. Wpełzła w ciemny kanał.

* * *

-  I   to   akurat   wtedy,   kiedy   coś   dostrzegłam.  -   Carmen   była   zrozpaczona.   -  

przynajmniej tak mi się zdawało. Znowu weszła w ciemności. Nie, chwileczkę, Sasza, jest  

jakieś światło. Znalazła się w jakimś zatłoczonym tunelu.

Sasza:  Korzysta z  tych cholernych przejść podziemnych. Jeśli tak dalej pójdzie, to  

przez cały rok będę miał na monitorze schemat G.

Carmen: Ale za to jak dobrze poznasz „brzuch” mieszkalnego liniowca!

Sasza: Wielkie dzięki. Nie spuszczaj z oka naszego kredka.

Carmen: Czemu nie przyczepiliście jej pluskwy?

Sasza: Gdy tylko ją zlokalizujesz, na pewno to zrobimy.

Carmen: Obrączkujący „odnajdywacze”! Chwileczkę, Sasza, coś mi się zdaje, że ona  

wychodzi poza G.

Sasza: Jakim cudem?

Carmen:  Jest w metrze. Czerwone światło. Tylko towarowe tunele są oświetlone na  

czerwono, prawda?

Sasza: O Boziuniu! W którym kierunku poszła?

- Sasza, tu Cass. Dopiero co widziano, jak Mirda Khan rozmawia z naszą zwierzyną. 

Khan twierdzi, że mała jej uciekła. Już się rozpędziłam, żeby w to wierzyć.

Sasza: O czym rozmawiały?

background image

Cass: O zebraniu, Szarlatanie, Yassimie. Khan wpadła w panikę i gada od rzeczy. Jest  

przerażona; bije od niej poczucie winy, niepokój, ale przede wszystkim strach - głównie o nią  

samą, ociupinkę o Tirlę.

Sasza:  Borys, nasza zwierzyna  może podążać na jedno z przemysłowych terytoriów  

Yassima. Postaw w stan pogotowia swój nadzór.

Sasza   Roznin   siedział   w   swoim   gabinecie   w   Centrum   Parapsychologicznym; 

opanowało go dręczące poczucie zawodu i zniechęcenia, jakie spadało jedynie na nieliczne 

Talenty.   Łatwiej  było  dopaść   zatwardziałego   kryminalistę   niż  jednego  podlotka,   który na 

dokładkę   wyglądał   na   połowę   swoich   lat.   I   po   co,   u   licha,   ta   mała   lazła   na   terytorium 

Yassima?   Lepiej   by   wpełzła   do   tej   swojej   najtajniejszej   kryjówki.   Saszę   dręczyły 

wspomnienia o wiwisekcjonowanych dziecięcych ciałkach.

background image

26

Barczenka wpadła we wściekłość, kiedy ją poinformowano, że przez tydzień będzie 

pozbawiona   najsilniejszych   kinetyków;   tyle   czasu   miało   zająć   łagodzenie   skutków 

monsunowych powodzi. Najpierw krzyczała, że to bunt, potem - że jakiś okropny kant; w 

końcu usadził Ludmiłę jej własny zarząd stacji kosmicznej, przypominając, że Talenty mają 

niezbywalne prawo do pomagania w razie wielkich kataklizmów, a powódź w Bangladeszu z 

całą   pewnością   do   takowych   należała;   zaś   pilot   był   ochotnikiem,   który  nie   pełnił   wtedy 

służby, a Erasmus wrócił na Drugą bez szwanku, jak tylko Woomera pozwoliła na start.

Dzięki   wytężonym   wysiłkom   przy   wzmacnianiu   grobli   i   przemyślnemu 

manipulowaniu zaporami i sztucznymi zbiornikami dolna część Bangladeszu, od Bogry aż do 

morza, nie zamieniła się w ogromną lagunę. Mimo to trzeba było ewakuować całe miasta, a 

niezbędne   zaopatrzenie   dostarczano   w   przeraźliwie   trudnych   -   nawet   dla   kinetyków   - 

warunkach. Częściowo opanowane wody i tak zalały Chittagong i miasta na wybrzeżu, lecz 

nie była to tak katastrofalna powódź, jak przepowiadali jasnowidze. Talent po raz kolejny 

zminimalizował skutki żywiołu.

Następnego dnia Peter Reidinger spał do późna; Don Usenik zbadał go potem i nie 

stwierdził, żeby tak intensywne wykorzystanie gastaltu zaszkodziło jego zdrowiu. Za to nie 

było najmniejszych wątpliwości, że ów wyczyn bardzo chłopca zmienił: nie „płynął” i nie 

usiłował chodzić - stąpał pysznie jak paw, z dumnie uniesioną głową i nieco wyniosłym 

uśmieszkiem.

- Jak to mówią? Władza na ogół uderza do głowy, a im większa władza, tym większe 

„bąbelki”? - spytał Rhyssę Sasza, rozjątrzony strapieniem o zagubioną Tirlę. - Jest dziś taki z 

siebie zadowolony, że trudno to znieść.

- Nie przesadzaj, Sasza! - parsknęła Dorotea. - Ma prawo się puszyć. To normalna 

reakcja, zwłaszcza dla czternastolatka, który do tej pory co najwyżej zmieniał mrugnięciem 

oka kanały w Tri-D lub naciskał językiem przycisk. Uratowanie całego kraju każdemu by 

uderzyło do głowy. Wysondowałam Petera przy śniadanku, kiedy był jeszcze śpiący, i nie 

znalazłam w jego umyśle ani śladu zepsucia. - Uśmiechnęła się. - Większy generator, więcej 

bohaterskich wyczynów i mnóstwo samozadowolenia.

- Rozchmurz się, Sasza, misiaczku. - Rhyssa uśmiechnęła się doń pokrzepiająco. - Już 

zapomniałeś, co ty i Borys wyprawialiście w tym wieku?

background image

-   Telepata   nigdy   nie   wpadnie   w   takie   tarapaty   jak   kinetyk   -   odburknął   Sasza, 

rozmyślając   ponuro   o   dziewczynce   błądzącej   w   czerwono   oświetlonych   tunelach 

dostawczych; jaki ona miała Talent?

- Peter jest bardzo rozsądny - stwierdziła Rhyssa. - Jest wrażliwy i mądry. Musimy się 

zastanowić, JAK go po tym cudzie przywołać do okrutnej rzeczywistości.

- Zwykle pomaga odwrócenie uwagi - wtrąciła z błyskiem w oku Dorotea. - Często 

stosowałam tę sztuczkę wobec moich chłopaków. - Zmarszczyła nos i westchnęła. - Zbyt 

często.

- Ciężko będzie odwrócić uwagę Petera od wyczynu z Erasmusem - zauważył ponuro 

Roznin.

Johnny Greene: Rhyssa, wzywaliście G i H. Czy to miało coś wspólnego z popisowym  

lądowaniem i startem ERASMUSA?

W tej samej chwili zadzwonił jeden z telefonów na biurku Rhyssy i Sasza, który 

siedział najbliżej, podniósł słuchawkę.

- Dave? Nie, Rhyssa akurat „rozmawia” telepatycznie. O co chodzi? - Słuchał przez 

chwilę, potem odłożył słuchawkę; minę miał jeszcze bardziej ponurą niż przedtem.

Rhyssa: Johnny, to ogromnie skomplikowane.

Sasza: To jeszcze nie wszystko, skarbie. Dave też ma dla nas źle wieści. Ludmiła głosi,  

że splamiliśmy nasze nieśmiertelne dusze i z premedytacją sfałszowaliśmy rejestr.

Johnny:  Vernon   ma   pełno   interwencji   z   NASA,   od   kierownictwa   Drugiej,   z  

Ministerstwa Spraw Kosmosu...

Rhyssa, twardo: Przypomnij Vernonowi, czym się zajmują kinetycy na subkontynencie  

indyjskim. Sasza, powiedz Dave’owi, żeby podkreślał, iż - pomimo przeciwności - Talenty  

wywiązały   się   z   obowiązku   pomocy   w   razie   katastrofy.   A   wy   obaj   stawcie   się   tu   jak  

najszybciej. Zwłaszcza ty, Greene.

Zaś do Dorotei powiedziała:

- Coś mi się zdaje, że to nagłe Peterowe poczucie wyższości zostanie wystawione na 

ciężką próbę.

Włączył się żałosnym głosem Borys:  Pełnomocnik do spraw energii też się domaga  

wyjaśnień na temat G i H, które spowodowało ubiegłej nocy zaciemnienie i ogołociło jego  

zapasy mocy. Zarząd miasta również żąda odpowiedzi. Wiesz coś o tym, Sasza?

Sasza, wściekle: Nie!

background image

Wsiewołod Giebrowski, nagląco:  Barczenka cię dopadnie, Rhysso! I nic nie mogę  

zrobić, żeby temu zapobiec. Powiedziałem Ludmile o G i H. Jej teleempaci wyjaśnili, że to  

sygnał alarmowy Talentów, który nie wymaga szczegółowych tłumaczeń. Nie akceptuje tego.

Rhyssa:  Powiedz Ludmile ode mnie, że i ona ma mnóstwo tajemnic, których mi nie  

zdradza; na przykład nagrody za przedterminowe zakończenie czy kary za zwlokę. Ja jej nie  

wypytuję: niech i ona nie wypytuje mnie.

Wsiewołod: Ostrzegam cię, że ona na to nie pójdzie.

Dorotea, pocieszająco: Arnolda Vaden nie widzi żadnych niepomyślnych wydarzeń.

Rhyssa: Po co ją w to wciągnęłaś?

Dorotea: Bo uważam, że przyda się nam każda pocieszająca wiadomość.

Sasza: W tym samym helikopterze co Johnny lecą Dave Lehardt, Gordie Havers i dwie  

szyszki z NASA.

Rhyssa   przypomniała   sobie   jak   wyglądał   Peter   przepełniony   zasłużonym 

zadowoleniem, kiedy tak wspaniale rozwiązał sprawę Erasmusa. Jęknęła:

- On ma tylko czternaście lat.

Carmen: Sasza, wiem, gdzie ona jest.

Sasza wyprysnął jak teleportowany: Powodzenia!

Rhyssa: Nawzajem!

- Peter jest o wiele dojrzalszy niż większość czternastolatków, z którymi miałam do 

czynienia - zamyśliła się Dorotea. - Dotyczy to i ciebie. - Tu posłała Rhyssie napominające 

spojrzenie. - I ma wszystkie instynkty prawdziwego Talentu.

background image

27

Tirla nie lubiła korzystać z tuneli dostawczych. Czerwone światło przygnębiało. Ale 

tylko tędy - tunelem dla pociągów zaopatrujących zautomatyzowane nadrzeczne zakłady - 

mogła się dostać do kryjówki, w której Yassim przetrzymywał zdobycz. Musiała skorzystać 

ze   składu   jadącego   do   przemysłowego   kompleksu   J;   potem   pomaszeruje   do   właściwej 

bocznicy. Takie martwe, nie myślące rzeczy jak pociągi nie budziły w Tirli żadnych obaw. W 

przeciwieństwie do żywych, bezmyślnych zbirów Yassima.

Prawie całą godzinę czekała - ze sto metrów od czerwono-czarnego wylotu tunelu G - 

zanim pojawił się pociąg J. Musiał zwolnić, zbliżając się do rozjazdu, toteż taka zwinna 

osóbka jak Tirla bez kłopotu dostała się na pierwszy segment składu i uchwyciła listwy. 

Rozpłaszczyła   się   na   dachu;   była   tak   drobna,   że   pomiędzy   nią   a   stropem   tunelu   został 

kilkucentymetrowy prześwit. Dziewczynka silniej zacisnęła dłonie, pociąg nabrał szybkości. 

Owiewał   ją  cuchnący  wiatr,   paskudna  mieszanina   zapachu   przegrzanego   metalu,   smaru   i 

kwaśnej woni elektryczności; odwróciła twarz w dół, żeby się odeń uwolnić.

W końcu pociąg J zwolnił przy wtórze pisku hamulców i skręcił w lewo ku peronom 

rozładunkowym, a Tirla przygotowała się do zeskoku. Musiała wyładować na maszynerii 

wyładowczej,   która   otwierała   wagony  i   wyciągała   przeznaczone   tu   towary.   Dziewczynka 

zeskoczyła lekko i sprawnie, jak zawsze przedtem, i pobiegła wąziutką dróżką obok pochylni 

i ruchomych ramp, które zaczęły rozładunek.

Kiedy   dotarła   do   pierwszego   zakrętu   wąskiego   tunelu   i   kiedy   zniknęły   resztki 

czerwonego światła, zapaliła latarkę; jak to dobrze, że w zeszłym tygodniu udało się jej 

zwędzić   nowe   baterie!   Oświetlając   sobie   drogę,   Tirla   podążała   naprzód   w   bardzo 

niewygodnej pozycji, nieomal w przysiadzie; wreszcie rozbolały ją mięśnie pleców i nóg. 

Opadła na kolana i przez chwilę odpoczywała.

Yassim przetrzymywał swój towar na tyłach zautomatyzowanej fabryki, za ścianą z 

beczek.   Tirla,   kierowana   potężnym   instynktem   samozachowawczym,   zbadała   kiedyś   tę 

komórkę. Hałas źle zestrojonych maszyn zagłuszał każdy krzyk. Nabywcy widzieli z bliska 

przetrzymywane tu dzieciaki, więc trzeba było o nie dbać. Tirla nie powinna mieć kłopotów z 

wyłączeniem archaicznego skanera. W stropie był luk wentylacyjny.

Dzieci były tu już prawie dwa dni. Pewno zdążyły odpocząć i spodobało im się tutaj - 

warunki były o całe niebo lepsze niż w mieszkalnych klitkach. Może nie będą chciały stąd 

background image

odejść. Tirla żałowała, że nie wie, kogo zgarnął Yassim - łatwiej by jej było wymyślić, jak je 

poruszyć. Hmmm, już dość długo korzystały z jego gościnności; czas je zabrać i zmusić go, 

żeby zapłacił ich rodzicom.

Dziewczynka dotarła do celu; poluzowała odpowiednie druty staroświeckiego skanera 

- „śnieg” zasłoni obraz. Wysunęła się z wylotu szybu wentylacyjnego i zawisła u sufitu, co 

powitał podekscytowany zgiełk wielu głosów.

- Hej, wy tam! Zamknijcie się! - zakomenderowała Tirla w basiku i powtórzyła to dla 

tych,   którzy   wolniej   tłumaczyli   lub   których   trzeba   było   uspokoić.   -   Yusbi,   przyciągnij 

materac, żebym mogła zeskoczyć. Przecież to wysoko.

Gdy znalazła się na dole, rozejrzała się szybko dookoła. Yassim musiał się naprawdę 

cieszyć - dwadzieścia cztery wspaniałe dzieci do sprzedania. Dostrzegła resztki niedawnego 

posiłku - przynajmniej strażnicy tak szybko tu nie zajrzą, choćby i „śnieg” zasnuł ekrany. Ale 

to również znaczyło, że więźniowie nie będą zbyt skorzy do porzucenia tego miejsca. O, na 

każde łóżko przypadało tylko dwoje dzieci. Wszystkie miały nowe ciuchy, a dziewczynki 

były wypacykowane jak ich matki.

- Czy Yassim już kogoś zabrał? - spytała Tirla nagląco, drżącym głosem; oczy otwarła 

szeroko, jakby ze strachu. - Dotarłam tu tak szybko, jak tylko mogłam! - dodała, dając im 

odczuć, że może nie zdążyła na czas.

- Cooo? - Yushiemu dobrze szło wykonywanie poleceń, ale nie myślenie.

- Zabrali moją siostrę. - Wymalowaną twarzyczkę małej Mirmalar zalały łzy. - Przed 

godziną ją zabrali. A miała takie śliczne ciuszki... pomarańczowe i brązowe, i złote, i nowe 

kolczyki...

- Och, Mirmalar, tak mi przykro. Robiłam, co w mojej mocy, żeby tu zdążyć na czas.

Tirla   nie   żałowała   współczucia   płaczącej   siedmiolatce;   wyczuła,   że   pozostałych 

zaczyna   ogarniać   panika   -   jeszcze   nigdy   nie   była   tak   wściekła   na  Yassima:   nawet   dla 

dziesięciolatków   byłoby   za   wcześnie,   a   co   dopiero   dla   siemio-   i   ośmioletnich   DZIECI! 

Jakimż to zboczeńcom dostarczał ofiary?

- O co ci chodzi? - spytał agresywnie Tombi, najstarszy syn Bilali; gryzł batonik - 

sądząc po smugach na buzi, zjadł ich już sporo.

-   Musimy   stąd   wiać   -   oznajmiła   Tirla;   puściła   Mirmalar,   obdarzając   dziewuszkę 

pokrzepiającym klepnięciem. - Cuchnie tu.

- Wcale nie - odparł Tombi, odruchowo patrząc ku „kącikowi”.

- Wzięli już Rainę; wy też jesteście w porządnych tarapatach. Wyciągnę was stąd. 

Teraz, zaraz. Zanim nadejdzie więcej złych facetów. Wy, dziewczyny, wiecie, co mam na 

background image

myśli. - Tu wyciągnęła ku nim sztywny palec; Tombi i Dick parsknęli. - I was to czeka, 

chłopaki, a jesteście za mali, żeby to wytrzymać.

Tombi przestał gryźć baton i spojrzał lękliwie na drzwi.

- Pewno, że dobrze was karmią. Brzuch was rozboli od tych słodyczy. - Odsunęła 

resztki posiłku. - Płacz nic wam tu nie pomoże. Moglibyście sobie płakać do woli i tak nikt by 

tego nie usłyszał. Zrobią z wami, co zechcą, i tyle. Matki wam przecież mówiły. Wiecie, 

czego się strzec.

Tirla   świadomie   straszyła   dzieci,   najmłodsze   zaczynały  pochlipywać.   Nie   chciała, 

żeby je sparaliżował strach.

- Yushi, Dick, Tombi, pomóżcie mi przesunąć łóżka. Zrobimy z nich stopnie. Tam 

wyżej jest dość miejsca.

- Ja nigdzie nie idę - zbuntował się Tombi.

Był wyższy i cięższy od Tirli, ale tak mocno go kopnęła w czułe miejsce, że aż się 

zgiął w pół.

- Idziesz, idziesz. Twoja matka mnie po ciebie przysłała. - Dziewczynka wiedziała, jak 

bardzo Tombi bał się Bilali. - Na pewno pójdziesz. Rusz się! I przestańcie beczeć, bo płacz 

nic nie pomoże. Musicie mieć siłę, żeby się tam wdrapać i potem maszerować.

W   tym   momencie   Tirla   uświadomiła   sobie   ogrom   zadania:   przemieszczenie 

dwudziestu   czworga   przestraszonych   i   dość   opornych   dzieci.   Pozwoliła   sobie   tylko   na 

chwilkę   słabości.   Jakoś   musiała   tego   dokonać,   bo   w   przeciwnym   razie   pozostawało   jej 

opuścić liniowiec G, a tego by nie chciała. Liniowiec G był jej domem: wyrobiła tu sobie 

pozycję, miała swoje interesy, była bezpieczna. Hmmm, dość bezpieczna, jeżeli się przyczai 

na jakiś czas.

Dziewczynka zapędziła wszystkie dzieci do szybu wentylacyjnego, zburzyła schodki z 

łóżek - nikt nie zwróci uwagi na bałagan - i założyła  z powrotem osłonową kratę. Ktoś 

mógłby pomyśleć, że więźniowie byli tak mali, iż zdołali się przecisnąć przez kratę; ale gdzie 

by się podziała cała dwudziestka czwórka?

Tirla szła przodem; pozostałych tak ustawiła, żeby więksi trzymali za ręce młodszych. 

Nakazała, by Tombi zamykał pochód - niech i on za coś odpowiada - a Yushiego ustawiła 

pośrodku. On zawsze wypełnia polecenia.

Widok czerwono oświetlonej rampy wyładowczej wcale Tirli nie pocieszył; wiedziała, 

że nie wszystkie dzieciaki zdołałyby się dostać na dachy wagonów. Mogliby, rzecz jasna, 

pójść torami aż do G, ale to było bardzo, bardzo daleko no i co jakiś czas zagrażałyby im 

pędzące składy.

background image

Hmmm,   a   może   by   im   się   udało   cofnąć   o   jedną   stację,   do   I,   i   schować   w   tym 

przemysłowym kompleksie? Byłoby to bezpieczniejsze niż pozostanie w J. A może nie? Może 

powinna zabrać tylko starszych, którym groziło większe niebezpieczeństwo? Nie, wszyscy 

byli zagrożeni: tych pozostawionych zmuszono by, żeby zdradzili, kto wyprowadził resztę. A 

gdyby tak schowała najmłodszych w bezpiecznym miejscu... i wróciła po pomoc? Ojciec 

Mirmalar   uwielbiał   swoje   córki.   Uczyni   wszystko,   żeby   ocalić   tę,   która   została.  A  stary 

Yushiego był jednym z najsilniejszych facetów w liniowcu G.

Drganie szyn uprzedziło Tirlę, że zbliżał się pociąg. Jak szybko się zorientują, czy 

jedzie do J?

- Schowajcie się w tunelach! Prędko! Stańcie na krawędzi! - poleciła i zajęła się 

Mirmalar, bo mała była bliska płaczu.

- W towarowych pociągach nigdy nikogo nie ma - odezwał się Tombi.

- Taaa, a niby jak ludzie Yassima podróżują tam i z powrotem? W wywrotce zmieści 

się i tuzin ludzi.

To uciszyło Tombiego i sprawiło, że jeszcze bardziej stracił w oczach reszty chłopców. 

Tirla popchnęła go ku tunelowi i pociągnęła za sobą Mirmalar.

Szczęk   metalu   świadczył   o   tym,   że   od   północy   skierowano   ku   J   kolejny   pociąg 

towarowy. Tirla nie sądziła, że to tak szybko nastąpi. Nigdy jej się nie uda załadować nań 

dzieciaków,   nawet  gdyby jechał   w odpowiednim  kierunku   i  mógł   ich  zawieźć   do  domu. 

Chyba że będzie w nim wywrotka.

Jakoś   dziwnie   to   wszystko   wyglądało   -   dziewczynka   zorientowała   się,   że   na 

platformie nie ma żadnego towaru przeznaczonego dla nadjeżdżającego pociągu. Po cóż więc 

tu jechał? Czyżby Yassim miał kogoś w głównej nastawni? Czyżby wiedział, że opróżniła 

klatkę?

Pociąg składał się z pięciu wagonów. Dwa z nich wyglądały jak puste wywrotki. Tirla, 

nie zastanowiwszy się nad aż tak szczęśliwym zbiegiem okoliczności, wciągnęła Mirmalar na 

platformę.

- Prędko. Długo tu nie postoi. Wszyscy muszą wsiąść.

Kiedy pociąg stanął, wszyscy byli na pomoście. Żadne z dzieci nie zdołało ujść przed 

gazem usypiającym, który je nagle otoczył. Upadły jak zwiędłe kwiaty na pokryty plastykiem 

pomost wyładunkowy.

background image

28

- Przecież to jeszcze dziecko - powiedział Sasza, kiedy wraz z Carmen układał na 

kocu obiekt ich tak intensywnych poszukiwań. - Chryste, jakaż drobniutka.

Carmen uśmiechnęła się i odwróciła na bok głowę śpiącego dziecka, żeby zobaczyć, 

skąd wyrwano pukiel włosów. Niemal dotknęła ranki, ale się powstrzymała.

- Sasza, przecież to sama skóra i kości. Musimy ją podkarmić.

Roznin   zmarszczył   brwi   i   rozejrzał   się,   patrząc,   jak   reszta   ekipy   zajmuje   się 

pozostałymi dziećmi.

- Może nie, Carmen. Borys i ja mamy co do niej przeczucia.

- I ja również. - Tu Carmen posłała Saszy jeden ze swoich najbardziej tajemniczych 

uśmiechów.

Borys: Złapaliście ją?

-  Tak,   kochany  braciszku;   ją   i   całą   resztę.   Przyprowadziła   ich   tu   sporo.   Musiała  

wiedzieć, gdzie są. - I głośno dodał: - Ciekawe skąd?

Borys aż zaklął. Wraz z Saszą szedł tropem podawanym przez Carmen; kiedy Tirla 

popędzała   dzieciaki,   oni   organizowali   ekipę,   wiedząc,   że   Yassim   ma   „sprawy”   w 

przemysłowym J.

Borys: Co jej strzeliło do głowy?

Sasza: A gdybyśmy tak poszukali, gdzie je trzymał?

Borys:  I co nam teraz z tego przyjdzie? Raczej już nie skorzysta z „odtajnionej”  

kryjówki.

Sasza: Owszem, jeżeli będzie myślał, że dzieciaki uciekły własnym przemysłem.

Borys, z ożywieniem: Dasz radę tak to wyreżyserować?

Sasza: Spróbuję.

Borys: Gdyby ci się udało, mielibyśmy kolejne „oko” na Yassima. DLACZEGO ona to  

zrobiła?

- Obudźmy Tirlę - powiedział do Carmen Sasza, sięgając po tlen. - Jeśli nam pokaże, 

gdzie były dzieciaki, to coś zyskamy z tej całej operacji.

- Już zyskaliśmy. Znaleźliśmy więcej, niż się spodziewaliśmy, czyż nie?

-   I   tak,   i   nie.   Pomóż   mi,   Carmen.  W   grę   wchodzi   o   wiele   więcej   niż   ta   cenna 

dziewuszka.

background image

Obudzona  Tirla  przeszła   natychmiast   do   defensywy;   czujna,   opanowana,   strzelała 

wokół   ciemnymi   oczami:   zauważyła   i   nieprzytomne   dzieci,   i   medyka   zalepiającego 

specjalnym   środkiem   otarcia   i   zadrapania.   Carmen   podała   jej   odżywczy   napój,   upiwszy 

przedtem porządny łyk z kubka.

Sasza   próbował   delikatnie   wysondować   umysł   dziewczynki,   ale   wyczuł   tylko 

nieznośne   pragnienie.   Nieufnie   pociągnęła   malutki   łyczek   i   potrzymała   w   ustach,   zanim 

przełknęła. Błyszczące, ciemne oczy patrzyły wyzywająco na Roznina. Swobodnie rozsiadł 

się obok niej, otoczył rękami kolana i oparł się o ścianę.

- Tirla. - Drgnęła ze zdumienia. - O, jesteś bardzo dobrze znana w G. A odwagę, z jaką 

uwolniłaś dzieciaki, docenią nie tylko ich rodzice.

- Jak mnie tu z nimi znalazłeś? - Popatrzyła na niego i na Carmen, dostrzegła kosmyk 

swoich włosów, które tamta wciąż miała przypięte jak talizman; ręka dziewczynki odruchowo 

dotknęła   strupka   na   głowie;   chude   ramionka   zwisły   bezwładnie,   ale   umysł   niczego   nie 

zdradził. - Słyszałam o takich ludziach. Znaleźliście mnie, bo macie moje włosy.

- To nie czary, Tirlo - powiedziała łagodnie Carmen i oddała małej kosmyk włosów. - 

Mam Talent, dzięki któremu mogę odnajdywać zaginionych ludzi i zagubione rzeczy.

- Wcale nie zaginęłam.

- Oczywiście. - Uśmiechnął się z aprobatą Sasza. - Ale znalazłaś to, co zaginęło z 

liniowca G.

- Nie zapłacił za nie.

- Więc gdy zapłaci, to będzie mógł je zabrać? - Carmen zaparło dech.

- No pewnie. Ich rodzice żyją z przydziałów. Potrzebują forsy, bo tylko za wolniaki 

mogą kupić coś ekstra.

Sasza był świadom, że pozorna nieczułość Tirli dotknęła Carmen, która się tego po 

małej nie spodziewała.

-  I  pogodzi   cię   to  z  twoimi  klientkami,  dość  wściekłymi,   że  tak   niespodziewanie 

opuściłaś zgromadzenie - dodał uprzejmie.

Tirla kiwnęła głową, nie spuszczając zeń oczu.

- Są nielegalne, prawda?

- Pewnie, więc nie twoja broszka, co się z nimi stanie. - Tirla obojętnie wzruszyła 

ramionami.

- O nie - wtrąciła zasmucona Carmen. - Żyją. Mają prawa!

- Nielegalniaki nie mają praw. - Dziewczynka rzuciła na nią okiem i znów wbiła 

wzrok w Saszę.

background image

- Tylko ich narodziny były nielegalne, Tirlo - rzekł Roznin. - Żyją. Mają prawo do 

mieszkania,   pożywienia,   odzieży,   nauki   i   do   wykonywania   użytecznych   zajęć.   Nie   mają 

jedynie prawa do posiadania potomstwa... - Już zamierzał jej to przystępnie wytłumaczyć, 

kiedy spostrzegł, że świetnie to rozumie; była dojrzała ponad swój wiek i otrzaskana z życiem 

w liniowcach: nie była taką romantyczką jak Carmen. - Za to na pewno nie zasłużyły na to, co 

szykował dla nich Yassim. - Tu Sasza wyczuł ukłucie strachu, błysk nienawiści; ciemne oczy 

Tirli stwardniały. - Ty też nie przepadasz za Yassimem.

I znów obojętne wzruszenie ramionami.

- Czy pomożesz nam go unieszkodliwić?

Mała i przedtem była czujna, ale Saszy się zdawało, że teraz aż się zwinęła w sobie.

- Ty nie jesteś z OPP. Czemu chcesz nabruździć Yassimowi?

- Racja, nie jestem z OPP, ale mam z nimi konszachty. Zwłaszcza przeciwko takim 

typom jak Yassim.

- Taki jak Yassim to się wykupi za każdym razem, gdy go OPP capnie - parsknęła 

Tirla. - Ma wpływowych przyjaciół. OPP nie da mu rady.

- A chciałabyś, żeby dała?

Zastanawiała się przez chwilę, potem obdarzyła go jasnym spojrzeniem:

- Zawsze będą tacy jak Yassim, ale świetnie bym sobie bez NIEGO radziła.

Sasza wiele by dał za to, by móc wysondować jej umysł, wyczytać tę odpowiedź. Tirla 

była przebieglejsza, niż się mogli spodziewać. Siedziała przed nim, skrzyżowawszy nogi, 

całkiem spokojna, czujna i... ubijała interes, zupełnie tak, jakby w każdej chwili mogła wstać i 

odejść.

- I ja się chcę pozbyć Yassima, Tirlo. Pomożesz mi?

- A co będę z tego mieć? - Cień uśmiechu musnął oczy i usta dziewczynki.

Carmen aż sapnęła ze zdumienia. Sasza posłał jej kojące myśli, przekonywał, żeby mu 

pozwoliła po swojemu załatwić tę sprawę. Pstryknął palcami i powachlował się nowiutkimi 

wolniakami.

- Skąd je wziąłeś? - Oczy Tirli rozszerzyło zdumienie i oburzenie.

Sasza rzadko wykorzystywał swoje kinetyczne uzdolnienia, lecz ta sztuczka zawsze 

robiła wrażenie.

-   Pomożesz   mi,   to   będą   twoje.  Ale   musimy   się   spieszyć,   by  Yassim   nie   odkrył 

wcześniej, że jego ptaszki wyfrunęły.

background image

Zerkała na wolniaki. Mimochodem podrapała się po żebrach. Sasza uśmiechnął się w 

duchu:   wiedział,   że   sprawdzała,   czy   nie   zabrał   jej   ukrytego   szmalu.   Z   precyzją 

komputerowego analizatora rozważała jego ofertę.

- Jest jeszcze sprawa twojej legalności, Tirlo - dodał łagodnie. Borys, dając bratu 

telepatycznego   szturchańca:  Nooo,   braciszku,   nie   mamy   czasu   na   przyjacielskie  

przekomarzanki.

Sasza:  Wprost   przeciwnie,   braciszku;   mamy   tyle   czasu,   ile   trzeba.   To   mocna  

osobowość i przebiegła osóbka. Nie będę jej przynaglał.

Borys: No, to finiszuj.

- Jestem jedynym dzieckiem mojej matki. - Tirla posłała Saszy promienny uśmiech.

- Ale nie jesteś jej legalnie zarejestrowanym potomkiem.

- Skąd wiesz?

-   To   nam   powiedziało.   -   Sasza   dotknął   kosmyka   włosów   dziewczynki.   -  Ale   to 

drobnostka i łatwo można temu zaradzić.

- Drobnostka? - Oczy dziewczynki zwęziły się, uśmiechnęła się cynicznie. - Naprawdę 

musisz mieć chody w OPP - namyślała się, patrząc z ukosa na Carmen. - I wolniaki też 

dostanę? - spytała niewinnym głosikiem.

Sasza   z   trudem   powściągnął   uśmiech.   Ofiarował   małej   najcenniejszą   nagrodę   - 

legalność, a mimo to swędziały ją paluszki i do pieniędzy. Nie dlatego, że oferował sporą 

sumkę (nie takiemu dziecku, które chowała ulica!); po prostu owa kwota zapewniłaby jej 

przez kilka tygodni dodatkowe zaopatrzenie.

- Jeżeli zaraz wyruszymy!

Tirla splunęła w prawą dłoń i wyciągnęła ją ku Saszy. Bez wahania zaakceptował ten 

archaiczny  zwyczaj.   Uścisk   drobnej   dłoni   był   zadziwiająco   silny.   Dotknięcie   ręki  Tirli   - 

fizyczny kontakt ze świadomą siebie, pełną energii indywidualnością - wywołał w Saszy 

osobliwy   wstrząs,   zaczątek   wizji,   która   rozwiała   się   zbyt   szybko,   by   Roznin   zdołał   ją 

zarejestrować.

Borys, zauważywszy to: Co ona ci zrobiła?

Sasza:  Sam   dobrze   nie   wiem,   braciszku.   Musimy   z   nią   bardzo,   bardzo   ostrożnie  

postępować. Gdy wrócimy, chcę dostać dla Tirli specjalne ID. Słyszysz?

Słyszę i jestem posłuszny! - odparł żartobliwie Borys, a Sasza z ulgą przyjął zgodę 

brata. - Dotrzymaj umowy, ale chcę mieć tę dzikuskę pod kontrolą.

Przyklepano zawarcie umowy. Tirla podniosła się zwinnie. Głowa dziewczynki ledwo 

dosięgała do paska Roznina. Mała zadarła łepetynę, przyjrzała się Saszy taksująco.

background image

- No to jak unieszkodliwimy Yassima?

- Czy możesz mnie zaprowadzić tam, gdzie przetrzymywał dzieci? - Potaknęła, więc 

mówił dalej: - Chcemy tak wszystko urządzić, żeby myślał, iż same uciekły.

- Musiałam je postraszyć, żeby się ruszyły - parsknęła pogardliwie Tirla. - Co ja im 

naopowiadałam! Ale to przecież prawda.

- A jeśli Yassim się dowie, że wszystkie były potulne? Powinno to tak wyglądać, jakby 

się wyłamały. Jakby jeden ze strażników niedbale zaniknął wejście.

-  Hmmm,   tak,   mogłoby tak   być  -  odparła   po  chwili   zastanowienia.  -  Dopiero   co 

dostały jedzenie. Będziesz się musiał czołgać. - Obrzuciła go przebiegłym,  rozbawionym 

spojrzeniem.

- Tym tunelem?

Kiwnęła głową, potem popatrzyła przez ramię na dzieci i po raz pierwszy okazała lęk:

- Co się z nimi stanie?

- Będą spać, dopóki nie wrócimy - odparł. - Ruszajmy.

Wprowadziła go do tunelu - rzeczywiście musiał się czołgać; zastanawiał się, jak 

sobie poradziła podczas pierwszej „wycieczki”, dopóki nie zauważył małego krążka światła. 

Tirla   łaskawie   szła   w   takim   tempie,   żeby   mógł   za   nią   nadążyć.   Miał   teraz   czas,   aby 

porozmyślać   o   tym   zadziwiającym,   nie   oszlifowanym,   nowym   Talencie.   Mogła   nie   być 

teleempatką lub też była zbyt ostrożna, żeby opuścić osłonę, która tak świetnie ją chroniła 

przez całe dotychczasowe życie; ale nie ulegało wątpliwości, że miała spory Talent.

U wylotu tunelu Tirla się zatrzymała i odwróciła ku Saszy:

- Nie przeciśniesz się tym szybem co ja. Gdybyś umiał otworzyć te drzwi dozoru, to 

byśmy się łatwiej dostali tam, gdzie ON trzymał dzieciaki.

Sasza odpiął „wytrych” od paska i otworzył zamek. Uchylił ostrożnie drzwi, słysząc 

zdumione sapnięcie dziewczynki. Nasłuchiwał - na innym poziomie niż Tirla, która klęczała 

w szparze. Nasilenie i rodzaj hałasu były typowe dla zautomatyzowanej fabryki. Sasza nie 

„dosłyszał” nic, co by wskazywało na obecność ludzi; ale to dziewczynka pierwsza wśliznęła 

się do środka. Uchylił drzwi na tyle, żeby móc wejść i zamknął je ostrożnie.

Tirla szła pewnie naprzód, choć pomieszczenie rozjaśniały jedynie nieliczne zielone 

kontrolki pracujących maszyn. Sasza minąłby fałszywą ścianę, lecz dziewczynka podeszła do 

przejścia i oświetliła zamek latarką. Zerknęła pytająco na Roznina.

- Elektroniczny? - szepnął, a ona potaknęła.

Znów otworzył drzwi, które odsłoniły opuszczoną komorę, przewrócone łóżko, puste 

opakowania po żywności. Zamknęła drzwi i spojrzała karcąco na Saszę - był taki nieostrożny.

background image

- Którędy ich wyprowadziłaś?

Wskazała na kratownicę w suficie.

- Dobra robota.

Sasza   ustawił   porządnie   piętrowe   łóżko   i   przy   okazji   przymocował   maleńką 

„pluskwę” do ściany, przy której stało. Potem rozejrzał się wokoło. Wyczuł rozmaite rzeczy, 

nie wszystkie wyraźnie.

- Sądzę, Tirlo, że ty lepiej upozorujesz ucieczkę. Niech wygląda na to, że dziecko tego 

dokonało.

- Żadne z nich by się na to nie zdobyło! - wydęła pogardliwie górną wargę.

- Zgoda. Ale dla Yassima tak to powinno wyglądać.

Tirla przymknęła oczy i rozmyślała nad tym. Sasza czekał cierpliwie, żałując, że nie 

ma dostępu do jej umysłu i nie może śledzić jej myśli.

- O.K. - rzekła wreszcie i podeszła do leżącej w kącie kupki ubrań; darła je, sprawnie 

wyszukując słabszy szew czy obrębek. - Bili się... - Ściągnęła materace z dwóch niższych 

łóżek, brudne koce z wyższych; zebrała w koszulę trochę pojemników i resztek jedzenia, 

kopnęła   prowizoryczny   stolik.   -  Teraz   uchylimy   drzwi   na   tyle,   żeby   dziecko   mogło   się 

przecisnąć i zostawimy ślady. Wyjdź, ja ustawię drzwi. Idź w tamtą stronę i rozrzucaj te 

resztki. Ja pójdę tędy. Spotkamy się przy głównym wejściu.

Zrobił,   jak   poleciła,   i   spotkali   się   znowu   w   szeleszczącym   i   dzwoniącym   mroku 

automatycznej fabryki.

- Zamknąć je? - Sasza przytrzymał drzwi.

- Tak.

- No to jak Yassim się dowie, którędy się wydostali?

- Nie ma ich tutaj, prawda? Drzwi do klatki są otwarte. - Dostrzegł, jak wzruszyła 

ramionami i wyczuł złośliwy uśmieszek. - A niby czemu miałabym mu ułatwiać sprawę?

Zanim wrócili na peron rozładunkowy, mięśnie Saszy zaczęły protestować przeciwko 

tak bezczelnemu ich wykorzystywaniu. Ekipa załadowała już dzieciaki do wagonów i peron 

był zawalony towarem do odbioru.

- W sam czas, Sasza - odezwał się szef grupy. - Za dwie minuty podjedzie tu pociąg. 

Nie powinniśmy zakłócać programu.

- Moje wolniaki. - Tirla szarpała energicznie jego rękaw.

Podał jej pieniądze i drugą ręką chwycił za nadgarstek:

- A teraz bez sztuczek. Jest wiele spraw, które możemy razem załatwić. Pogadamy o 

tym w G.

background image

Sasza nie wiedział, czy złapał Tirlę, bo osłupiała ze zdumienia, czy też dlatego, że 

sama tego chciała. Ale weszła przed nim do wagonu, a on starał się tak miarkować siłę 

chwytu, żeby nie połamać kruchych kości.

- Ruszaj! - polecił maszyniście i przyspieszenie rzuciło nim o ścianę.

- Zabierasz nas wszystkich do G? - spytała obojętnym tonem.

- Przecież tego właśnie chciałaś, prawda? Żeby dzieciaki wróciły do G.

- Dotrzymałam umowy. - W głosie Tirli pojawiła się nieprzyjazna nutka.

- I ja dotrzymam. W G. A potem znów ubijemy interes.

Dziewczynka zamilkła, rozmyślając nad jego słowami.

background image

29

Peter usiłował się skupić na meteorologicznych doniesieniach Tri-D o najnowszych 

kaprysach pogody; wyglądało na to, że miały ogólnoświatowy zasięg, przy czym najbardziej 

dotknęły   Bangladesz.   Trudno   mu   się   było   skoncentrować,   skoro   czuł,   że   „coś”   wisi   w 

powietrzu.   Był   pewien,   że   nic   złego   nie   zrobił   -   wprost   przeciwnie,   dokonał   czegoś 

nadzwyczajnego, z czego czuł się dumny. I trudno, żeby było inaczej. Wyczuwał jednak 

niepokój Rhyssy, Dorotei i Saszy. Nie powinien był prosić Dorotei o mocniejszy generator. 

Ledwo wyraził tę prośbę, a już wiedział, że przyszła nie w porę. Przecież udowodnił, czego 

może dokonać, kiedy potężniejsza energia wzmacnia jego gestalt; no i 4,5 wydawał mu się 

teraz dziecinną zabawką.

Dziecinna   zabawka!   Peter   uśmiechnął   się   do   siebie   i   dał   4,5   lekki   prztyczek   - 

generator   zagrał   posłusznie.   Zupełnie   jak   pies.   I   kogo   oszukiwał?   Przecież   był   tylko 

czternastolatkiem. Nabrał już właściwej Talentom samodyscypliny i dość dużo się o nich 

dowiedział, więc zdawał sobie sprawę, że przeholował. Dopóki się nie nauczysz chodzić, nie 

wdrapiesz się na szczyt. Rhyssa, Sasza i Dorotea wspierali go przez cały czas, kiedy się 

zajmował Erasmusem; trwali przy nim, gotowi mu pomóc i zapobiec „wypaleniu się” jego 

możliwości. No i udało mu się. Ale może dlatego się udało, że byli przy nim, gotowi go 

chronić? Przemyśl to sobie, chłopaczku, i nie pusz się tak. Jest całe mnóstwo rzeczy, których 

jeszcze nie potrafisz zrobić.

Peter nalał sobie kolejną szklankę soku pomarańczowego i zaniósł ją do salonu; spiker 

mówił akurat, że znowu - z powodu złej pogody - nie mogły wystartować na Drugą promy 

dostawcze.   Na   ekranie   widniały  cztery  promy  uwięzione   w   kratownicach   i   czekające   na 

warunki   dogodne   do   startu;   miały  zawieźć   materiały,   bez   których   nie   da   się   w  terminie 

ukończyć Światowego Projektu.

Talenty też w tym pomagają, pomyślał Peter z dreszczykiem kastowej dumy. Zaczął 

właśnie   rozmyślać   nad   tym,   jakiej   mocy   generatora   by   potrzebował,   żeby   bezpiecznie 

podnieść prom w taką pogodę, kiedy w programie przerzucono się nagle na powodzie w 

Bangladeszu. Ani razu nie pokazano Talentów przy pracy, chociaż sfilmowano krzątające się 

ekipy medyczne i ratownicze. Nie było ani słówka o tym, dlaczego  Erasmus  tak pięknie 

wylądował w Dakce. Wprawdzie Peter wcale się nie spodziewał, że o nim wspomną. Ale 

powinni   powiedzieć,   że   Talenty   ryzykowały   życie   w   tych   strasznych   monsunowych 

background image

nawałnicach. Dość dobrze pokazano, co ZROBIŁY, lecz mimo wszystko nie było to fair 

wobec nich.

Rhyssa i Dorotea bez przerwy dawały do zrozumienia, że nie należy zbytnio kłuć 

ludzi w oczy Talentem. Ludzie nie lubili odmieńców. Talent musi zawsze być dyskretny. 

Dowiodło tego spojrzenie, jakim go obrzuciła Mama! Peter się skrzywił. Teraz bała się go 

jego własna Mama. Kiedy był zupełnie bezradny, to go odwiedzała, tuliła, całowała i zawsze 

mu   coś   przyniosła:   a   to   klip   o  jego   ulubionej   drużynie   piłkarskiej,   a  to   swoje   specjalne 

ciasteczka, a to kilka kwiatów. Zaś teraz wcale nie chciała go uścisnąć, siedziała sztywno na 

krześle i starała się nań nie patrzeć; a on tak chciał jej pokazać, co mu umożliwiał - Talent.

Kiedy Mama tu była, Peter podwajał wysiłki, by wyglądało, że normalnie chodzi i 

przenosi przedmioty; nie chciał, żeby się wystraszyła. Tak często opowiadała przedtem, że się 

modli, by zobaczyć, jak Peter staje na nogi i zaczyna  chodzić. A teraz w ogóle nań nie 

spoglądała. Nigdy nie opowiadała o jego drużynie baseballowej. Nie żeby jeszcze kiedyś miał 

zagrać...   I   Peter   się   uśmiechnął,   wspominając,   jakie   to   rzuty   potrafił   odbić,   jak   szybko 

przebiegał bazy. Może mógłby teraz rzucać piłkę, zawsze chciał to robić... To by był rzut! 

Choćby użył jedynie 4,5!

Ale takie pospolite rozrywki już nie dla niego, nieprawdaż? Jeśli ktoś może żonglować 

promem jak piłką, to go takie zwyczajne zabawy nie zadowolą.

Peter napił się soku pomarańczowego. Noo, nie wszystkie zwykłe sprawy. Niektóre z 

tych najzwyczajniejszych, codziennych czynności - jak nalanie sobie soku, kiedy miał na to 

ochotę - były o wiele ważniejsze niż wyczyny z Erasmusem.

Odesłał pustą szklankę do kuchni, opłukał ją i ustawił dnem do góry na suszarce.

Powinieneś   zachować   właściwą   perspektywę.   Najistotniejsza   była   swoboda   w 

czynieniu   rzeczy   drobnych   i   możliwość   czynienia   ważniejszych.   Ale   to   takie,   kurczę, 

wspaniałe - mieć Talent i móc zrobić coś, czego nikt inny nie potrafi... pomagać, kiedy trzeba.

Tri-D   pokazywała   wody   potulnie   odpływające   od   miasteczka   i   okolicznych   pól. 

Mogło   się   wydawać,   że   to   dzieło   worków   z   piachem   i   grobli,   ale   Peter   potrafił   już 

rozpoznawać cechy kinetycznej ingerencji. Zastanawiał się, który Talent tego dokonał. Rick 

Hobson? Pan Baden? Gdyby miał dostęp do generatora, też by to potrafił. Postanowił się 

nauczyć, czego tylko zdoła, o kontrolowaniu wód powodziowych. Następnym razem i on 

będzie gotów do pomocy: 4,5 był przenośny, prawda?

Rhyssa: Peter, czy mógłbyś przyjść do mojego gabinetu?

- Jasne!

background image

„Pociągnął łyk” z generatora i śmignął ku drzwiom frontowym, do wnętrza, trochę 

zwolnił   na   schodach;   stanął   dopiero   w   wysłanym   dywanem   korytarzu   prowadzącym   do 

gabinetu Rhyssy. To pestka!

Koniec zabawy.

Rhyssa stała przed drzwiami do swego gabinetu, uśmiechała się.

-  Nie  mamy  dziś  dla  ciebie  żadnej  góry  do przeniesienia;  ale  w  powietrzu  wiszą 

kłopoty, skarbie, w powietrzu wiszą kłopoty.

Peter aż się zachwiał, ale zaraz to skorygował.

Kłopoty? Czemu? Przecież nie zrobiliśmy nic ZŁEGO!

Dotkniecie   Rhyssy,   jak   zwykle,   uspokoiło   chłopca.   Dorotea   była   wspaniała: 

traktowała go tak, jakby był jednym z jej wnuków, co mu ułatwiało wiele spraw. Ale Rhyssa 

to co innego: miała tak głęboki umysł; to wcale nie znaczy, że Peter naruszył prawo myślowej 

tajemnicy - po prostu wyczuwał głębię i czystość jej myśli. I była najpiękniejszą kobietą, jaką 

do   tej   pory   widział,   czy   to   w   Tri-D   czy   w   rzeczywistości.   I   była   taka   DOBRA!   Taka 

promienna i jasna. Sprawiała, że czuł się silny i zdrowy.

- Ciut ciut przeholowaliśmy z tym czynieniem dobra - powiedziała Rhyssa. - No i nie 

byliśmy tak przezorni, jak by należało.

Przestraszony chłopak odruchowo spróbował zajrzeć w jej myśli, żeby się dowiedzieć, 

co też uczynili.

Peter!

- Przepraszam.

Rhyssa, gwałtowniej niż Peter kiedykolwiek „słyszał”: Niech szlag trafi tę Barczenkę!

- Czy i ja miałem to usłyszeć? - zmieszał się chłopak.

- Tak. Niech szlag trafi Barczenkę! - powiedziała głośno Rhyssa, zapędzając Petera do 

pokoju i zamykając drzwi.

Chłopak   stanął,   wyczuwając   napięcie.   Wzburzona   Dorotea   wygładzała 

wyimaginowane   załamania   na   spodniach.   Naprawdę   musiało   być   źle.   Odskoczył   w   bok, 

świadom, że Rhyssa o mało nań nie wpadła.

Dorotea: Wspaniale, Peter!

- To narada wojenna, Peter - rzekła Rhyssa, sadowiąc się w swoim fotelu przy wielkim 

oknie i dając chłopakowi znak, żeby i on usiadł.

Podfrunął do wygodnego siedziska, automatycznie dopasowującego się do ciała.

- Pamiętaj, jak bardzo my wszyscy jesteśmy z ciebie dumni. - Gest Rhyssy podkreślił, 

że ma na myśli całe Centrum. - Nadałeś Talentowi nowy wymiar. - Uśmiechnęła się doń 

background image

szelmowsko.   -   I   przypomniałeś   dyrektorowi   tego   Centrum,   że   nie   należy   spoczywać   na 

laurach.

Peter, nie naruszając etykiety, mógł słyszeć to, czego głośno nie powiedziała. Talent 

był bardzo szczęśliwy, nie-Talenty - wprost przeciwnie.

Dorotea:  Nie-Talenty   zawsze   się   przeciwstawiały   nowemu   Talentowi,   o   ile   nie  

przygotowaliśmy ich na jego pojawienie się. Tym razem dotyczy to ciebie!

Rhyssa: Dobru zawsze towarzyszy zło!

Chłopak wyczuł podtekst tej uwagi i przypomniał sobie swoje zachowanie.

Dorotea:  Musimy pomyśleć, jak ulepszyć nasze testy wykrywające!  - Odchrząknęła 

poważnie i mrugnęła do Petera.

Chłopak pomyślał, bardzo skrycie, że nieuchronnie nadciąga coś bardzo złego, ale że 

go kochają i są zeń dumni - tylko to się dlań liczyło.

- Jeżeli twoim najgorętszym życzeniem jest mieć do dyspozycji największy generator 

na Ziemi... - tu Rhyssa uśmiechnęła się do chłopaka z owym błyskiem w oku przeznaczonym 

wyłącznie dla niego, a Peter się zaczerwienił i nie odrywał oczu od swoich kościstych kolan 

(nie o to pytał Dorotce) - ...to połowa przemysłu na „dole” i w kosmosie marzy o tym, żebyś 

korzystał z ich generatorów; ich i tylko ich.

Kosmos? Mógłby się dostać w kosmos? Zdumiony Peter uniósł głowę i wpatrzył się w 

Rhyssę. Nie o to jej chodziło.

- Skąd się o mnie dowiedzieli?

Nagle   poczuł   się   zupełnie   bezbronny.   Ojciec   zawsze   opowiadał   o   zarządcach,   że 

wyżyłują   każdego   na   śmierć,   że   nie   traktują   robotników   jak   ludzi,   lecz   jak   trybiki   w 

olbrzymiej machinie.

- Nie wiedzą, że to byłeś TY - odezwała się Dorotea.

- I w tym cała rzecz - wtrąciła Rhyssa.

- Dlaczego? - spytał Peter, rozmyślając o WIELKICH generatorach.

-   Bo   masz   dopiero   czternaście   lat   -   powiedziała   Dorotea.   -   Właśnie   zaczynasz 

poznawać moc i zakres swojego Talentu i przedwczesne ujawnienie...

- ...mogłoby mi zaszkodzić - dokończył za nią Peter; ale w skrytości ducha myślał, że 

gdyby miał odpowiednie źródło mocy, to zdołałby podnieść dowolny ciężar i nic by mu się 

nie stało. - Ale przecież wyszedłem z tego bez szwanku...

- W niczym to nie umniejsza twoich zasług, Peter, lecz wiedz, że tamtej nocy bardzo 

dokładnie cię monitorowaliśmy - wpadła mu w słowo Rhyssa. - To, co oni dla ciebie szykują, 

to zupełnie inna para kaloszy. Jako dyrektor Centrum muszę podkreślić, że żadne Centrum 

background image

nigdy się nie godziło na zatrudnianie uczniów - nawet na pół etatu! - dopóki nie ukończyli 

przynajmniej osiemnastu lat.

- Nawet mnie... - Dorotea wskazała na siebie wdzięcznym ruchem - ...nie pozwalano 

na   wiele,   dopóki   nie   skończyłam   osiemnastu   lat!   -   Skrzywiła   się.   -   Kiedy   byłam   mała, 

traktowałam jak zabawę odgadywanie, kto z obecnych może mnie usłyszeć... Ludzie, którzy 

sądzą, że mogliby mieć Talent. - Posłała Peterowi wizję samej siebie jako pięcioletniego, 

ładnie ubranego dziecka (i teraz zachowała ślady ówczesnej urody i wdzięku) chodzącego po 

zatłoczonych salonach Centrum.

- Przecież udowodniłem, na co mnie stać - powiedział chłopak. - I tylko ja mogłem 

posadzić Erasmusa.

- Tu nie chodzi o dobry czy zły uczynek, Peter. - Rhyssa pochyliła się ku niemu ze 

smutkiem.   -  Ani   też   o   moralny   obowiązek   zmniejszania   cierpień   i   łagodzenia   skutków 

katastrofy. - Tu otworzyła umysł, żeby chłopak mógł się bezpośrednio zapoznać ze sprawą.

Peter oczywiście wiedział, że Centra Parapsychologiczne musiały wysłać najlepszych 

kinetyków na Drugą, żeby można było w terminie ukończyć budowę Stacji. Nie zdawał sobie 

sprawy z wszystkich podtekstów tak pieczołowicie obmyślonej propagandowej wizji Drugiej; 

a już zupełnie nie miał pojęcia o machinacjach Ludmiły Barczenki, która wymusiła zgodę 

Centrów i bezlitośnie wykorzystywała kinetyków do działań mających  ocalić jej renomę. 

Wściekł   się,   kiedy   zobaczył,   jak   ta   ohydna   baba,   Barczenka,   groziła   jego   Rhyssie 

najrozmaitszymi   przykrościami   -   a   przecież   było   dlań   jasne,   że   to   ta   Barczenka   pokpiła 

sprawę. A on, Peter, stanowił część tych kłopotów. Nie, teraz chodziło TYLKO o niego - 

Barczenka zamierzała go dołączyć do swojej ekipy Talentów.

- A ja myślałem, że praca na Stacji to najwspanialsza rzecz, jaka się może przytrafić! 

To nie w porządku.

- Tak, Peter, to nie fair - odparła Rhyssa. - Lecz Talenty uważają, że ukończenie Stacji 

jest o wiele ważniejsze niż wszelkie osobiste względy. Terminowe ukończenie Stacji to punkt 

honoru Ludmiły. I nie to mam jej za złe, a metody, jakimi do tego dąży. Dzięki Drugiej 

ludzkość postąpi wielki krok ku gwiazdom. I nie przejmuj się zbytnio wstydliwymi sekretami. 

Tak się składa, że nigdy w historii postęp nie przebiegał bezproblemowo...

- Czyli nie bez skazywania ludzi na śmierć w kosmosie, bo ich ratowanie zburzyłoby 

harmonogram? - Peter był przerażony.

- To już zostało rozwiązane - przypomniała mu Dorotea.

- Przez Talenty. A teraz jej się zdaje, że może mnie siłą zwerbować? - Chłopak był tak 

podekscytowany, że „pływał” ponad fotelem.

background image

Dorotea, prozaicznie: Dryfujesz, koteczku.

Peter, siadając: Nie będę pracować dla kogoś takiego jak ona. I nawet mnie o to nie  

proście!

-   Oczywiście,   że   nie   -   zapewniła   go   Rhyssa.   -   Ale   najpierw...   -   i   tu   się   doń 

uśmiechnęła, oczy jej błysnęły - ...musimy im udowodnić, kim jesteś! Tak się staraliśmy, żeby 

cię nie ujawniać, dopóki nie zdobędziesz większej kontroli nad...

-  I   jakiejż   jeszcze   potrzebuję   kontroli,   skoro   potrafię   przenieść   prom   w   dowolne  

miejsce na Ziemi?

- Peter!

Głos Rhyssy zabrzmiał szorstko, ale chłopak wiedział, że rozbawiło ją jego oburzenie, 

że była dumna z jego wyczynu i że się troszczyła o jego przyszłość. Uspokoił się.

-   Dzięki.   Ostrzeżono   nas,   że   grozi   nam   wizyta   osób   wysokiej   rangi   i   o   wielkim 

prestiżu. Chciałyśmy cię ostrzec, bo to ty jesteś owym kotem, którego musimy wypuścić z 

worka.

- Powiedziałabym raczej, że Peter jest kotem wśród gołębi - parsknęła sarkastycznie 

Dorotea.

-   Gołębi?   Prędzej   wojowniczych   jastrzębi   -   poprawiła   ją   Rhyssa;   w   tym   samym 

momencie usłyszeli, choć gabinet był ekranowany przed telepatycznymi ingerencjami, warkot 

wielkiego helikoptera lądującego za Domem Hennera. - Peter, nie pozwól się wyprowadzić z 

równowagi. Będzie tu trochę urażonych uczuć i zranionej dumy. Po prostu nie zwracaj na to 

wszystko uwagi!

Jednakże Peter nie mógł nie wyczuć wyraźnego, choć powściąganego lęku. Martwiły 

się. O NIEGO!

Z interkomu  rozległ się głos Ragnara; miał dziś służbę, a dwadzieścia lat pracy w 

Centrum uodporniło go na wysokie rangi i wielkie prestiże:

- Rhysso, jakieś typy chcą się z tobą zobaczyć. Mam ich wpuścić?

- Tak, Ragnarze. Czekam na nich.

Z głośnika rozległo się Ragnarowe „hmmm” i Peter dostrzegł delikatny uśmieszek 

Rhyssy.   Zauważył   też,   że   nerwowo   bawi   się   pisakiem.   Dorotea   jeszcze   bardziej   się 

wyprostowała i przybrała pozę nie tylko imponującą, ale i... królewską.

Rozległo się uprzejme stukanie do drzwi i Rhyssa nacisnęła guzik otwierający je. 

Peter się zorientował, że mężczyzna, który wszedł jako pierwszy, był telepatą i przesyłał 

Rhyssie przeznaczone tylko dla niej ostrzeżenia. Drugi - bardzo wysoki, chudy, typ uczonego 

background image

- spojrzał wprost na chłopaka i skinął głową. WIEDZIAŁ, kim był Peter, chociaż chłopak go 

nie znał. Ów mężczyzna również był telepatą.

Za to Peter znał trzeciego z nich - Dave’a Lehardta; Dave natychmiast podszedł do 

biurka Rhyssy i stanął na wprost pozostałych. Jasno dał do zrozumienia, po czyjej jest stronie. 

Wymienił z Rhyssą spojrzenie i niemal niedostrzegalnie skinął głową. Rhyssa uśmiechała się 

teraz leciutko i Peter czuł, że jest zadowolona z obecności Dave’a. Ale przecież Dave Lehardt 

nie był Talentem - chłopak wiedział o tym i zdumiały go takie dowody zażyłości. Dorotea 

mówiła, że Dave był rzecznikiem prasowym Centrum i Talentów.

Następnych sześciu mężczyzn było najwyraźniej ważnymi osobistościami; czterech z 

nich   nosiło   mundury,   a   tylko   jeden   był   Talentem.   Właśnie   on   sprawiał   wrażenie 

zdenerwowanego i wciąż patrzył to na Rhyssę, to na Doroteę. Na ostatku wszedł ktoś, kto 

przyprawił Petera o dreszcze. Ten typ gapił się na Rhyssę w taki sposób, że chłopak zaczął się 

zastanawiać, czy to aby nie jeden z tych zboczeńców, przed którymi matka go ostrzegała.

Rhyssa   wskazywała   im   miejsca,   a   Peter   wyłapywał   nazwiska:   Vernon  Altenbach, 

minister spraw kosmosu; generał Szewczenko, rosyjski oficer, oficjalny rzecznik Drugiej - 

agresja tryskała zeń nawet poprzez ekrany, jakimi się osłonił; teleempata Andriej Gruszkow - 

chłopakowi  zrobiło  się  go żal:  musiał  być  wierny  generałowi,  choć  czuł  przez  skórę, że 

zdradza w ten sposób Talent. Byli tam również dwaj oficerowie NASA - generał i pułkownik. 

A  tym   zboczeńcem   okazał   się   światowej   sławy   specjalista   od   Węzłów   Josephsona   i   na 

dokładkę malezyjski książę, który tak wspaniale programował ruch powietrzny i kosmiczny. 

Peter wcale nie poczuł doń większej sympatii, gdy się dowiedział, że to taki geniusz; po co się 

gapił na Rhyssę takimi maślanymi ślepiami! Ten, który wszedł pierwszy, to był pułkownik 

Johnny Greene; chłopak obserwował z pełnym szacunku zachwytem, jak najsławniejszy pilot 

z początku Projektu Drugiej siada obok niego, Petera Reidingera. I sympatycznie się doń 

uśmiecha. Pułkownik Greene był jedynym, który się uśmiechał. Nawet sędzia Havers miał 

namaszczoną minę.

- Nie zamierzam zaprzeczać, że zdaję sobie sprawę z celu waszej wizyty. Czy mam 

wywołać rejestr Wschodniego Centrum, żebyście mogli sprawdzić spisy? - zapytała spokojnie 

Rhyssa i dotknęła klawiatury.

Peter patrzył na nią pełen dumy. Nawet się uśmiechała. A ten zboczeniec wciąż się w 

nią wgapiał.

Rosyjski generał odchrząknął i rzekł:

- Już go przejrzeliśmy, madame. Uważamy, że nie podała pani wszystkich kinetyków. 

- Odwrócił głowę, żeby widzieć twarz swojego teleempaty.

background image

- Andriej może pana zapewnić, że nasza deklaracja jest kompletna i uczciwa. Nie 

mamy nic do ukrycia. Żaden Talent nie ma.

- Andriej zapewnił mnie również, madame - ciągnął z namaszczeniem generał - że 

żaden kinetyk nie potrafiłby bezpiecznie posadzić Erasmusa... nawet tych dwudziestu dwóch, 

którzy byli na pokładzie... ani... - tu zrobił dramatyczną pauzę - ...ani pomóc mu w starcie z 

lądowiska w Dakce przy takiej pogodzie - wyrzucił z siebie to oskarżenie i zdawało się, że 

teraz powoli uchodzi zeń para.

- To byłem ja - odezwał się Peter. - To znaczy ja to zrobiłem.

Chłopak chciał, żeby to się już skończyło i żeby ten obleśny facet wyniósł się z pokoju 

JEGO Rhyssy.

Zapanowała pełna zdumienia cisza, o wiele gorsza niż krzykliwe zaprzeczenia. Potem 

pułkownik   Greene   zaczął   chichotać,   a   Dave   Lehardt   wybuchnął   śmiechem   i   mrugnął   z 

aprobatą do Petera. Pozostali goście absolutnie nie wyglądali na rozbawionych.

-  A  czy   możesz   mi   powiedzieć,   młodzieńcze   -   spytał  Vernon  Altenbach   (chłopak 

wiedział, że Vernon mu nie uwierzył) - jakim sposobem dokonałeś takiego wyczynu?

Rhyssa, roześmianym „głosem”: Trzymaj się faktów, mały, trzymaj się faktów.

- Nooo, Erasmus potrzebował pomocy przy lądowaniu w Dakce, bo kinetycy musieli 

się tam znaleźć, żeby osłabić skutki katastrofy. Więc Rhyssa wezwała G i H, to mayday 

Talentów, i mogłem skorzystać z generatorów Wschodniej Stacji Zasilania - wyjaśnił Peter.

Chłopak   zachowywał   poważną   minę,   ale   w   duchu   bawił   się   niedowiarstwem 

słuchaczy,  to  znaczy nie-Talentów. Rosyjski teleempata  był  pełen podziwu i  Peter aż  się 

wyprostował z dumy.

Dorotea: Dobrze powiedziane, Peter!

Gordon Havers: Mówienie prawdy to najlepsza taktyka.

Johnny Greene: Lepiej w to uwierz, bo oni nie wierzą! - I poklepał kolano chłopca.

- Przypuszczam więc, że masz Talent kinetyczny? - ciągnął Vernon.

- Tak, proszę pana. Szkolę się, by zostać kinetykiem, ale nie idzie mi to tak dobrze, 

jakbym chciał, bo wszyscy, którzy by mogli mnie uczyć, są na Stacji.

Rhyssa: Nie rozwódź się nad tym za bardzo, Peter.

Johnny: Bzdura. Zasłużyli na taką szpilę.

- Jakie szkolenie już przeszedłeś? - dociekał generał.

- Rhyssa i Dorotea robią, co w ich mocy, ale to telepatki...

Rhyssa, sucho: Wielkie dzięki!

background image

- ...najpierw pomagał mi Rick Hobson, lecz zdążyliśmy przerobić tylko początki, a 

potem go siłą zwerbowano na Stację...

-   Talenty   NIE   były   siłą   werbowane   -   sprzeciwił   się   zdecydowanie   generał 

Szewczenko. - Z własnej woli pomagają w realizacji wielkiego Planu.

- Jeżeli nie dano im wyboru, to znaczy, że zostali zmuszeni - parsknął pogardliwie 

Peter.

-   I   sądzisz,   że   uwierzymy,   iż   taki   wątły  chłopaczek   manipulował  Erasmusem?!   - 

zakrzyknął książę Phanibal Shimaz; poderwał się z fotela, stanął przed Peterem i zaczął mu 

wygrażać palcem. - Ja, Phanibal Shimaz, książę Zachodniej Malezji, wiem, że to niemożliwe! 

Powiedz nam prawdę, mały! - Postarał się, żeby owo „mały” zabrzmiało obraźliwie.

- On mówi prawdę - oznajmił Johnny Greene, wstając i patrząc z góry na niższego 

odeń księcia.

Rhyssa   i   Dave   Lehardt   też   się   poderwali,   gniewnymi   okrzykami   punktując 

niestosowne zachowanie się Phanibala.

-  Andriej   potwierdza,   że   on   nie   kłamie   -   rzekł   ostro   generał   Szewczenko.   -   Pan 

nadużywa swej władzy, książę.

- I mogę to udowodnić. - Peter spojrzał wściekle na lego tam księcia; fakt, że tamten 

potrafił   wyczyniać   z  Węzłami   Josephsona   i   regulacją   transportu   to,   czego   nikt   inny   nie 

potrafił, nie dawał mu żadnej przewagi nad Talentem; i na dokładkę ten typ był tchórzem, bo 

nosił   metalowy   kask:   już   to   było   obelżywe.   -   Patrzcie!   -   I   chłopak   uniósł   prawą   rękę, 

wskazując nią za okno.

Podniesienie helikoptera do poziomu okna Rhyssy i utrzymanie go tam, żeby wszyscy 

mogli zobaczyć, właściwie nie sprawiło chłopcu trudności - skorzystał z zasilania urządzeń 

Centrum.   Widzieli,   jak   wielkie   śmigło   obraca   się   leniwie   w   powiewie   wywołanym 

wznoszeniem się maszyny.

- Obchodź się z nim ostrożnie, Peter - pouczył go słodko Johnny Greene, jeden z 

niewielu, których setnie bawiła ta sytuacja. - To własność państwowa.

-   Zawsze   jestem   ostrożny,   pułkowniku   Greene   -   odparł   chłopak,   upojony  swoimi 

możliwościami.

Żałował, że nie może sobie pozwolić na jeszcze bardziej przekonującą demonstrację 

swojego  kinetycznego Talentu.  Dorotea  patrzyła  nań  znacząco,  z  miną  co-za-dużo-to-nie-

zdrowo. Łagodnie posadził helikopter na ziemi.

- Ile masz lat, Peter? - spytał chłopca pułkownik Greene, zupełnie jakby byli sami w 

pokoju.

background image

- Ósmego września skończyłem czternaście.

- I teraz poruszasz się tylko dzięki swojemu Talentowi? - spytał pułkownik, a wyraz 

jego oczu powiedział Peterowi, że Greene WIE, jak bardzo jest on upośledzony. - I mnie 

zaledwie tyle... - tu palce Johnny’ego odmierzyły dwucentymetrową szczelinę - ...dzieliło od 

paraplegii po locie dwudziestym drugim.

W tym momencie chłopak zdał sobie sprawę, że pułkownik Greene jest po ich stronie 

i że stara się wyraźnie uświadomić wszystkim, jak wielkim Talentem dysponuje Peter.

- Świetnie się nauczyłem kompensacji - odparł chłopiec, a oczy pułkownika pouczyły 

go,   że   to   była   właściwa   odpowiedź.   -   Rick   Hobson   bardzo   mi   w   tym   pomógł.  Akurat 

mieliśmy przejść do trudniejszych rzeczy, kiedy musiał polecieć na Drugą.

- Więc to ty byłeś „szkieletową załogą” Rhyssy? Ty i tylko ty? - pułkownik Greene 

zaśmiał się krótko i spojrzał na ministra spraw kosmosu.

- Już nie jestem takim szkieletem, jak kiedyś. - Peter wyciągnął ręce i nogi i przyjrzał 

się im beznamiętnie. - I jeszcze nabiorę trochę mięśni. Muszę je powoli wzmacniać, wie pan, 

no i to trochę trwa.

- Sądzę, że to wystarczy, panowie. - Pułkownik Greene wstał. - Rozwijanie mięśni, 

każdych  „mięśni”,  wymaga   czasu  i   należy  to  czynić  powoli,   żeby uzyskać  jak  najlepsze 

efekty.

-   Chwileczkę,   chwileczkę.   -   Książę   Phanibal   ocknął   się   ze   zdumienia   i   z   szoku, 

jakiego doznał. - To nie jest odpowiedź, jakiej oczekiwałem. Ukryliście przed światem Talent 

kinetyczny o wielkich możliwościach. On może zająć miejsce tych z Bangladeszu... - Tu 

książę przechylił się poprzez biurko Rhyssy i Peter zobaczył, jak JEGO Rhyssa cofa się, 

odsuwa odeń.

Chłopak nie wytrzymał. Kinetycznie odciągnął księcia od Rhyssy; twarz Phanibala 

stężała w grymasie zdumienia. Drzwi się otwarły i zatrzasnęły energicznie za Shimazem.

- Peter! - Rhyssa nie zdołała ukryć ani ulgi, ani konsternacji, w jakie ją wprawiła owa 

kurtuazja.

- On nie miał prawa ci grozić, Rhysso! Najmniejszego prawa!

Dorotea: Brawo, Peter! Chociaż bym cię do tego nie nakłaniała.

- Słuchaj no, młodzieńcze. - Szewczenko postąpił krok ku chłopcu i stanął zdumiony, 

bo nie mógł iść dalej.

- Dość, Peter - rzekła surowo Rhyssa. - Skarbie, to było bardzo sprytne, choć może i  

zrobiłeś to odruchowo. ** Wizja Rhyssy powstrzymującej śmiech.** - Generał już nie będzie 

cię straszył. Wydaje mi się, generale, że Peter mimo woli ujawnił jeszcze jeden powód, dla 

background image

którego   Centrum   korzysta   z   jego   umiejętności   wyłącznie   w   chwilach   największego 

zagrożenia. Czternastolatek nie zawsze, w przeciwieństwie do dojrzalszych osób, potrafi się 

opanować i zachować maniery.

- Żądam, żeby chłopiec natychmiast przeprosił jego wysokość księcia Phanibala.

- Może pan żądać, czego pan zechce, generale - odparła szorstko Rhyssa. - Choć nie 

rozumiem, dlaczego w naszym spotkaniu brał udział zarządca transportu, nawet i książę. 

Wstrętny typek!

- Nalegała na to inżynier Barczenka - wtrącił Vernon Altenbach, próbując załagodzić 

sytuację.

- A ja nalegam, żeby w przyszłości był wyłączony ze wszystkich spotkań z udziałem 

Centrum czy moim.

Peter: To gnojek!

Johnny i Gordon Havers, jednocześnie: Gdzie go wpakowałeś?

Peter: Jest w helikopterze i nie może odpiąć pasów. - Chłopak nie zdołał powściągnąć 

uśmiechu. - Nie pozwolę mu na to.

Johnny: Poddaj się, Winsockie, poddaj się!

Dorotea: A już myślałam, że nikt z tego pokolenia nie zna owej starej pieśni.

- Cóż, panowie. Sądzę, że - ku własnej satysfakcji - przekonaliście się, iż wcale nie 

ukrywaliśmy tego Talentu przed Stacją, a po prostu chroniliśmy Petera. Przykro mi, że na 

próżno odbyliście tak długą podróż - rzekła Rhyssa, wychodząc zza biurka i ściskając dłoń 

Andriejowi Gruszkowowi. - Kiedy chłopak będzie w pełni wyszkolony, a my lepiej poznamy 

jego   możliwości,   to,   rzecz   jasna,   wszyscy   ewentualni   pracodawcy   uzyskają   możliwość 

złożenia Peterowi ofert.

Vernon Altenbach wyprowadził niezadowolonego rosyjskiego generała, towarzyszył 

im pułkownik z NASA i teleempata. Reszta się ociągała, czekając, aż tamci wsiądą do windy.

-   Pani   Owen   -   zaczął   generał.   -   Czy   to   możliwe,   biorąc   pod   uwagę   dowody 

wspaniałych zdolności chłopca... czy mógłby... od czasu do czasu... Mamy właśnie poważne 

kłopoty...

- Jakiego rodzaju? - spytała Rhyssa niezbyt zachęcającym tonem.

- Warunki pogodowe sprawiły, że harmonogram dostaw NASA utknął w martwym 

punkcie...

Peter wyprysnął ze swojego fotela, zatrzymał się pomiędzy Rhyssa a generałem.

Rhysso, zastanów się nad tym, proszę! Praca dla NASA to nie to samo, co praca dla  

Barczenki, prawda? Ale to prawie tak fajne, jakbym był w kosmosie.

background image

Całą siłą swego umysłu błagał, żeby to rozważyła. Czuł, że twardo postanowiła nie 

pozwolić na tak wczesne eksploatowanie jego Talentu.

Johnny: Warto się nad tym zastanowić, Rhysso, choć nie będziemy cię zmuszać. Jeśli  

się nie zgodzisz, odejdziemy bez protestów. Ale bardzo by mnie dołowało - tak osobiście, jak i  

profesjonalnie - gadanie Barczenki, że Amerykanie nie wypełniają warunków umowy.

Kiwnął Rhyssie głową i uśmiechnął się kwaśno.

Peter wyczuł, że Rhyssa zaczyna mięknąć.

Dorotea: Potraktuj to jako odmianę w szkoleniu, Rhysso.

Rhyssa: Otóż to! Przecież on dopiero się zaczął szkolić!

Johnny: Masówka daje wprawę, a już na pewno obniża poziom samozachwytu.

Peter nic z tego nie zrozumiał, ale wyczuł, że Dorotea jeszcze bardziej jest za. I że 

Rhyssa poważnie się zastanawia...

- Posłuchaj - odezwał się na głos Johnny. - To ma tak duże znaczenie, że Vernon 

wziąłby sobie na kilka tygodni innego „goryla”. Znam wszystkie dane techniczne, z którymi 

Peter  musi się zaznajomić,  jeśli  ma  wynosić promy aż  do stratosfery.  Kurczę, i mnie to 

przyprawia o dreszczyk - znów w kosmosie, choćby i za cudzym pośrednictwem. Poza tym, 

jeżeli   Peter   pracowałby   dla   NASA,   to   Barczenka   nie   mogłaby   opowiadać,   że   Talenty 

przeszkadzają w terminowym ukończeniu Drugiej.

- Wiem,  że to wygląda tak, jakbyśmy to właśnie my zawsze szli na kompromis - 

włączył się do rozmowy Gordon Havers. - Lecz jeżeli zapewnimy jej nieoczekiwanie dostawy 

niezbędnych materiałów, to wsadzimy jej kij w szprychy.

- Powinnaś pojechać z Peterem, Rhysso. Taki długotrwały wysiłek już nie dla mnie - 

odezwała się Dorotea. - Sasza może cię zastąpić, jak tylko zażegna kryzys w liniowcu G, a ty 

się bardziej przydasz małemu niż ktokolwiek inny. Któreś z nas musi go monitorować w 

trakcie gestaltów. Peterze Reidinger, widzę, jak się palisz do wyjazdu. Czy naprawdę tego 

chcesz? Czy będziesz postępował jak dojrzały Talent?

Chłopak zdołał spleść swoje palce z palcami Rhyssy.

- Będę. I zrobię dokładnie to, co mi polecą. Przyrzekam! Już się dużo nauczyłem.

- Decyduj, Rhysso - powiedział Johnny.

- Nie sądzę, żebyśmy mieli jakiś wybór - stwierdziła Rhyssa i Peter przytulił się do 

niej; pragnął, żeby się nie czuła pokonana; spojrzała na chłopca, położyła mu dłoń na głowie i 

czule się do niego uśmiechnęła. - Wcale się nie czuję pokonana, skarbie. Po prostu okropnie 

nie lubię być w przymusowej sytuacji.

background image

- Pomyśl o opcjach, które skasowałaś - rzekł z nutką złośliwości w głosie Johnny i 

wskazał znacząco ku niebu.

- No to mamy przewagę nad Barczenką - uśmiechnął się Gordie.

- A ty dbaj o to, żeby nigdzie nie wspomniano o Peterze - powiedziała surowo Rhyssa 

do Dave’a Lehardta.

- Czyli twoja „szkieletowa załoga” znowu wkracza do akcji? - zapytał Dave, udając, 

że odparowuje cios.

-   Słuchajcie,   słuchajcie,   słuchajcie   głosu   Pana!   -   zaśpiewał   Johnny   Greene, 

wyczyniając skomplikowane łamańce.

background image

30

Tirlę zafascynowała aura otaczająca blondyna. Nie miała zbyt często do czynienia z 

Talentami - tak ich nazywali ludzie - więc ukradkiem zrobiła znak odczyniający urok. Dość 

często słyszała, jak mieszkańcy liniowców szeptali o Nich z czcią i lękiem, lecz nie wierzyła 

nawet w połowę tego, co Im przypisywano: odnajdywanie ludzi i rzeczy, widzenie ludzkich 

dusz, odczytywanie sekretów, przepowiadanie przyszłości, przenoszenie gór...

Dziewczynka rzuciła nań okiem; potem oparła głowę o wyściełaną ścianę, przymknęła 

powieki i dopiero wtedy odważyła się na dokładniejszą obserwację. Zauważyła grę twarzy, 

zupełnie,   jakby   się   z   kimś   sprzeczał   w   myślach.   Gniewnie   zaciął   zęby,   zacisnął   wargi. 

Powinien być zadowolony z tego, czego mu się dziś udało dokonać, pomyślała Tirla. Drgnęła, 

kiedy się nagle uśmiechnął. Przebiegły uśmieszek. Poruszył brwiami. Czyżby zwyciężył w 

owej cichej dyskusji? Dziwny człowiek, chociaż wyglądał tak samo jak inni.

Nie był z OPP, a przecież w pewien sposób był; nie miała pojęcia, gdzie go wpasować, 

ani jakim cudem zjawił się w samą porę ze swoją ekipą na bocznicy J. Dokładnie wtedy, 

kiedy sobie uświadomiła, jak trudno będzie namówić przerażone dzieciuchy - takie jak Tombi 

- żeby wsiadły do składu idącego z powrotem do G. Gdyby nie ten człowiek, to na pewno by 

ich (i ją też) złapały zbiry Yassima. Wzdrygnęła się.

Tak więc ocalono ich przed Yassimem. Ale nie przed władzami. Tirla wolała nie mieć 

do czynienia z kimkolwiek z władz. Ustanowiły za dużo wzajemnie się wykluczających praw, 

przepisów i głupich zakazów, które aż się prosiły, żeby je obchodzić lub łamać. Niezbyt 

wierzyła, że ten człowiek zdoła jej załatwić ID, choćby i był w tak dobrych układach z OPP, 

jak na to wyglądało. Trzeba przyznać, że taka możliwość oszołomiła ją na chwilę; wąski, 

plastykowy pasek zaczął miarowo uderzać w nadgarstek dziewczynki. Co tam! Miała czyste 

wolniaki - o wiele więcej, niż ich potrzebowała - za „wyprany” szmal Yassima. Sporo zyskała 

na   tej   sprawie.   Krótko   się   zastanawiała   nad   tymi   „gorącymi   pieniędzmi”,   ale   doszła   do 

wniosku, że lepiej mu się nie rzucać w oczy, skoro się rozglądał za dziećmi. Może OPP go nie 

złapie, to całkiem prawdopodobne. Hmmm, właściwie mogłaby spokojnie przetrzymać tę 

forsę   przez   jakiś  czas   i   dyskretnie   ją  wymienić,   zwłaszcza   gdyby Yassim  został   na   parę 

miesięcy wyłączony z obiegu. To był najlepszy z jej dotychczasowych interesów.

Mimo to Tirla czuła się nieswojo. Tkwiła w zamkniętym wagonie towarowym i nie 

miała pojęcia, dokąd jadą, chociaż liczyła rozjazdy. Przecież mógł ją zostawić w schronisku 

background image

razem z tamtymi. Któżby jej uwierzył, że zawarła jakiś układ z tym mężczyzną? Pociąg 

zaczął zwalniać i Tirla z napięciem czekała na wjazd na bocznicę. Jechali do G. Pocieszyło ją 

to i jednocześnie zaniepokoiło.

- Gdzie jesteśmy?

Sasza   otworzył   oczy;   dziewczynka   spostrzegła,   że   są   jasnoniebieskie,   o   dziwnym 

odcieniu. Skrzyły się rozbawieniem.

- Przecież wiesz, że w G. Zwrócimy dzieci zrozpaczonym rodzicom. To dla ciebie 

ważne, Tirlo, prawda? Żeby Bilala, Zawieta, Pilau, a przede wszystkim Mirda Khan i Mama 

Bobczik, wiedziały, że pomogłaś odnaleźć ich zaginione dzieciaki.

Skąd   mógł   to   wiedzieć?   Ile   wiedział   o   niej   samej?   Czemu   się   z   nią   drażnił? 

Prawdziwy bystrzak z niego. W co grał? Nie wszystkie jego działania miały związek z tym 

draniem Yassimem.

Dziewczynka nie dała się pociągnąć za język; może to tylko jego domysły. OPP nigdy 

nie   zaniedbywała   nadzorowania   zgromadzeń,   nawet   takich   głupawych   mityngów   z  lamą-

szamanem. Może jej klientki miały swój „cień” - chociaż niby po co ktoś by śledził takie 

głupie baby - chyba że chodziło o handel dziećmi. Tak czy tak, żadna z nich nie poszła tam, 

żeby sprzedać bachora (bo jeszcze były za małe). Zwabiło je „przesłanie” i „zbawienie”. A 

przecież ten Sasza zidentyfikował jej klientki. Wiedział, że najważniejsze były Mirda Khan i 

Mama Bobczik. Tirla wreszcie znalazła odpowiedź.

- Opłaca się być dobrym sąsiadem.

- Och, dziś na pewno byłaś dobrą sąsiadką, Tirlo. I wspaniałą obywatelką!

Odrzucił głowę w tył i roześmiał się, ukazując równe, białe zęby. To byłby całkiem 

sympatyczny śmiech, pomyślała Tirla, gdyby jej tak nie zaniepokoiło to, że się roześmiał. 

Lubiła go - za zabawne słówka i silne dłonie - ale wierzyła mu równie mało jak Bulbarowi. 

Łypnęła   nań,   kiedy   ją   nazwał   „obywatelką”.   Obywatele   mieszkali   za   rzeką,   w   pięknych 

„ulach”, luksusowych wieżach i kompleksach, na tarasach - a nie w liniowcach.

- Ufasz mi, Tirlo? - Już się nie śmiał; jego głos brzmiał łagodnie i prosząco.

- Nie mam powodu.

- A gdybym ci dał taki powód?

Dziewczynka parsknęła pogardliwie. Pociąg zatrzymał nie na stacji i otworzyły się 

drzwi wagonu. Na peronie stali ludzie mający wynosić uśpione dzieciaki. Smukła kobieta w 

uniformie OPP rzuciła Saszy wąski, plastykowy pojemniczek.

- A oto i powód, Tirlo. - Roznin pokazał małej bransoletkę ID; skorzystał ze zdumienia 

dziewczynki i prędko zatrzasnął jej bransoletę na przegubie.

background image

Tirla wpatrywała się w ową bransoletę i starała się pojąć znaczenie faktu, że wreszcie 

ma legalną tożsamość; docierało do niej stopniowo, że ID jest oznakowane innymi kolorami 

niż zazwyczaj. Zielony pasek oznaczał, że można podróżować pomiędzy liniowcami - a żółty 

i czarny?

- Teraz jesteś legalna, Tirlo.

Cztery   towarowe   dźwigi   zjechały   na   poziom   ładunkowy.   Na   peron   wysypała   się 

gromada   kobiet   i   rozległy   się   głośne   lamenty   na   widok   bezwładnych   ciał   dzieci.   Sasza 

odciągnął Tirlę i Carmen na stronę, a personel OPP ustalał, czyje jest każde uratowane przez 

dziewczynkę dziecko.

- Co z nimi będzie? - spytała Tirla.

Nie tak to planowała, wyruszając na tę szaleńczą wyprawę. Rodzicom na pewno się 

nie spodoba, że dzieciaki wpadły w ręce władz. No i nie zarobią, jak zamyślała. Ona sama 

miała bransoletę ID i więcej kredytów niż kiedykolwiek. I co jej z tego przyjdzie? Przepadła 

jaka   taka   pozycja,   którą   sobie   wywalczyła,   utraciła   swoje   klientki   i   środki   do   życia;   jej 

przyszłość była teraz równie czarna, jak przyszłość dzieciaków, które ocaliła przed Yassimem.

Do tego Saszy podszedł wysoki, smukły, przystojny młody mężczyzna w uniformie 

OPP; zasalutował i zapytał:

- Co pan rozkaże powiedzieć owym kobietom, sir?

- Że ta oto Tirla... - tu Sasza przesunął dziewczynkę przed siebie; jego dłonie łagodnie 

i lekko spoczęły na ramionach małej - ...wykryła, gdzie Yassim więził dzieci. Prowadziła je 

do domu, do matek i wtedy się na nie natknęliśmy, bo i my ich szukaliśmy.

Ranjit   przekazał  to  posłanie  w  odpowiednich   językach,  głosem,   który się  wzniósł 

ponad jękliwe zawodzenia. Tirla, przytrzymywana przez Saszę, wierciła się niespokojnie. Do 

każdej z grup językowych docierał sens przemowy i kobiety zaczynały szeptać pomiędzy 

sobą. Kiedy Ranjit skończył, Mirda Khan i Mama Bobczik wysunęły się z groźnymi minami 

na czoło gromadki. Sasza poczuł, jak sztywnieją szczuplutkie ramionka dziewczynki. Tirla 

niepostrzeżenie przesunęła rękę za siebie, chowając nowiutkie ID.

- A dzieci? - spytała w basiku Mirda Khan, wojowniczo wysuwając szpiczastą brodę; 

patrzyła ostro na Tirlę, a nie na Ranjita czy Saszę.

- Sprawdziliśmy spisy - rzekł dyplomatycznie skruszonym tonem Sasza. - Urodziły się 

nielegalnie.

Mirda Khan zmarszczyła brwi, więc Sasza dał Ranjitowi znak, żeby przetłumaczył. 

Rozległ się histeryczny płacz; matki już teraz oficjalnie nielegalnych dzieci rzucały się na 

nieprzytomne   potomstwo,   najwyraźniej   zdecydowane   zapobiec   próbom   zabrania   malców. 

background image

Roznin   nakazał   kontrolerom   tłumu,   żeby   zneutralizowali   rozpoczynającą   się   histerię. 

Wytłumił swój „odbiór”, lecz nie mógł się zupełnie uodpornić na rozkołysane emocje, które 

go zewsząd atakowały. A przecież te same kobiety za parę lat sprzedadzą swoje córki i synów.

Sasza: Borysie, dajmy coś w zamian tym kobietom.

Borys: Może prawdę? Że schronisko jest o wiele lepsze od tego, co Yassim planował  

dla dzieciaków?

Też tak myślę - odparł Sasza. - Ale wydaje mi się, że one inaczej to widzą. Jeśli nie  

chcesz nic dać, to nadszarpnę nasz fundusz na nie przewidziane wydatki.

Wszystko,   pomyślał   Sasza,   byle   tylko   ucichły   te   przyprawiające   go   o   dreszcze 

zawodzenia. Nie był przyzwyczajony do działania w takim środowisku.

Borys: Miękniesz, braciszku?

Sasza: Nie ma cię tutaj i nie słyszysz tego wszystkiego. I trzeba zadbać o Tirlę.

Borys: Ty się nią masz opiekować, prawda?

Susza: Nie chciałbym jej narażać. Jej Talent bardzo by się przydał w wielojęzykowych  

grupach.

Hałas był przeraźliwy, aura - nadzwyczaj nieprzyjemna dla każdego Talentu, który 

odznaczał się choć ociupinką empatii. Po twarzy Carmen spływały łzy.

- Ile, Tirlo? - spytał Sasza; odwróciła się, zaskoczona, żeby zobaczyć jego minę. - Jaka 

suma osuszy ich łzy i wynagrodzi stratę?

Zapłacisz?   -   W   aksamitnych,   piwnych   oczach   błysnęło   zdumienie   i   natychmiast 

zastąpił je spryt.

Ta mała będzie się targować ząb za ząb, braciszku.

- Za najmłodszych nie musisz dużo dawać. - Tirla wymieniła sumę. - Dodaj dziesięć 

procent za każdy rok życia i powinno wystarczyć.

- Pięć procent za każdy rok.

- Siedem! - odparowała. - Im są większe, tym więcej trzeba, żeby im napełnić brzuchy.

Sasza splunął w dłoń i wyciągnął ją ku Tirli. Przybiła na zgodę i przysunęła się do 

Mirdy Khan.

Sasza: Tłumacz to dla mnie, Ranjit!

Ranjit:  Mała mówi po arabsku. Opowiada, jak się energicznie targowała w imieniu  

zbolałych matek, i to od chwili, kiedy ich złapaliśmy w tunelu. Tylko dzięki jej staraniom  

znaleziono sposób, żeby złagodzić żal matek. Ten wysoki twierdzi, że nielegalne dzieciaki  

mają swoje prawa, a ona mu wierzy. Malcy będą bezpieczniejsi niż przy Yassimie i już choćby  

za to każda powinna być wdzięczna, bo świetnie wiedzą, co by dzieciaki czekało. Pewno, że  

background image

szkoda, iż je tracą, no bo niby jak mógłby człowiek przeżyć na samych przydziałach. Same  

widziały, jak się targowała i ustalono cenę. Ta mała jest niesamowita  - dodał Ranjit, kiedy 

Tirla zwróciła się ku następnej grupie kobiet.

Teraz mówi w urdu, i to tak płynnie, jak przedtem po arabsku. Oho!

Nastąpiło zamieszanie i z gromadki wyrwała się mała, pulchna niewiasta; sprzeczne 

uczucia tak wykrzywiały jej twarz, że fałdy policzków niemal skrywały paciorkowate oczka. 

Sasza   rozpoznał   ją   po   znaku   kastowym   i   po   kłębowisku   mściwych   myśli.   Gdyby   nie 

interwencja Mirdy Khan i Mamy Bobczik, owa niewiasta byłaby się rzuciła na Tirlę. Roznin 

skoczył, żeby osłonić małą; klął w duchu, że nie przewidział ataku.

- Ty wstrętna suko! - wrzasnęło w basiku babsko. - Sama też jesteś nielegalna! Ta 

młoda cizia jest nielegalna! Ona jest nielegalna! - darła się i wyrywała z trzymających ją 

krzepko   dłoni.   -   Bierzcie   ją!   Skoro   bierzecie   mojego  Tombiego,   to   i   ją   musicie   zabrać! 

Zabierajcie ją! - brzmiała w tym groźba.

- Pewno, że jestem nielegalna, ty tępa, głupia babo; mąż cię będzie tłukł rano, w 

południe i wieczorem za to, żeś odrzuciła godziwą zapłatę, dzięki której mógłby sobie dobrze 

podjeść przez jakiś czas - odcięła się energicznie Tirla; Sasza zauważył, że się jej udało 

schować pod rękawem nowiutkie ID.

Roznin trzymał dziewczynkę za ramię.

- Ona jest nielegalna, kobieto. Pójdzie z nami. Powiedz im to, Ranjit! Umowa, o której 

mówiła,  będzie  ważna   jeszcze   tylko   przez  trzy  minuty.  -  Tu  spojrzał   znacząco  na   swoje 

chrono. - Potem koniec. Niech matki, które przyjmują ofertę, staną obok swoich dzieci.

Sasza chciał zastopować wrzaski Bilali, więc posłał histeryzującej babie zdecydowany 

rozkaz   zamilknięcia.   Padła   w   ramiona   podtrzymujących   ją   kobiet;   bezgłośnie   poruszała 

wargami. Na peronie zapanowała pełna lęku cisza.

Potem   szybko   sfinalizowano   interes   i   Tirla   patrzyła,   jak   szeleszczące   wolniaki 

przechodziły z ręki do ręki. Nigdy nie widziała takiej ilości pieniędzy krążących jednocześnie 

i jawnie. Lepiej, że tak to załatwili. Nikt nie będzie mógł twierdzić, że jedni dostali więcej od 

drugich. Niektóre kobiety zostały na peronie i okazywały szczery żal, kiedy ich dzieci znów 

wnoszono   do   czterech   początkowych   wagonów.   Susza   pociągnął   Tirlę   ku   ostatniemu 

wagonowi; Carmen szła z nimi, reszta grupy poszukiwawczej już wsiadła.

Tirla uniosła ramię z bransoletą ID.

- A więc dotrzymałeś słów umowy, lecz nie jej ducha? - spytała dziewczynka, kiedy 

zamykały się drzwi wagonu; szarpnęła bransoletę.

background image

- Dotrzymałem i słów, i ducha umowy, Tirlo, ale przecież nie możesz wrócić do G, 

skoro Bilala stała się twoim wrogiem.

- Ach, ona! - parsknęła pogardliwie mała. - Nie znajdzie mnie, jeśli sama tego nie 

zechcę. Nie boję się tej głupiej baby.

- Szczerze mówiąc, to bym się bał, gdybym był tobą - powiedział Sasza. - Na pewno 

zrobi wszystko, żeby się Yassim dowiedział, jaką rolę odegrałaś w opróżnianiu jego kryjówki.

Tu uwaga skłoniła ją do namysłu, zaś Roznin dalej się nie mógł przedostać poza 

osłony chroniące umysł Tirli.

- No to po co urządzaliśmy wszystko tak, żeby wyglądało, że sami uciekli? - zapytała 

z nutką irytacji.

- Bo to był dobry pomysł. Dopóki ci się nie zachciało być dobrą sąsiadką. Nooo... - 

Sasza wyciągnął do niej dłoń. - Myślę, że znajdę ci na parę dni bezpieczne schronienie u 

zaprzyjaźnionej   osoby.  Dorotea?   Nie   znalazłabyś   trochę   czasu   dla   tego   bezdomnego  

dzieciaka?

- W schronisku? Razem z nimi? - Tirla popatrzyła na jego rękę, jakby była trędowata.

- Jesteś legalna, zapomniałaś? - przypomniał jej Sasza z uśmieszkiem. - Teraz możesz 

iść, gdzie ci się zamarzy. Masz plik wolniaków, ale... - tu uniósł ostrzegawczo rękę - ...wiesz 

równie  dobrze  jak ja, że  w tej   chwili  każde  „luźne”  dziecko  w liniowcu znajduje się  w 

wielkim niebezpieczeństwie. Yassim musi uzupełnić braki, a Mirda Khan i Mama Bobczik nie 

zawsze będą w pobliżu, żeby cię ochronić.

- Bronić mnie? - Tirla była i oburzona, i zdumiona.

- A tak, chroniły cię na swój sposób. Nawet jeśli nie capnie cię jakiś ladrone, to zrobi 

to UZP, bo jesteś małoletnia i powinnaś być w szkole. Bomba! - zawołał Sasza do Dorotei. - 

Nareszcie pojawiła się jakaś rysa!

Dorotea: No to ciągnij to dalej!

- Na twoim miejscu byłbym ostrożniejszy - oznajmił Roznin.

-   Szkoła?   Miałabym   dostęp   do   Nauczyciela?   -  Tirla,   słysząc   to   magiczne   słowo, 

dotknęła drogocennego ID.

- Masz prawo do takiej ilości wiedzy, jaką zdołasz upchnąć w łepetynie; ale najpierw 

musisz zmienić swój statut „bezprzydziałowej małoletniej”. No, wsiadaj. Pociąg jest gotowy 

do odjazdu, a chciałbym cię zabrać z tego wrogiego otoczenia.

Dziewczynka spojrzała przez ramię na grupkę kobiet wokół Bilali, szepnęła: „Głupia 

dziwka”, ale się nie opierała popychającemu ją Rozninowi.

- Gdy się już podciągniesz, to będziesz mogła chodzić do prawdziwej szkoły.

background image

- Ja? Do szkoły? - W głosie Tirli pobrzmiewał sceptycyzm, i pogarda.

- Myślę, Tirlo, że masz o wiele więcej Talentu, niż ci się zdaje.

Dorotea; kwaśno: Nigdy nie umiałeś łagodnie przejść do rzeczy.

Tirla kucnęła obok Saszy, zwiesiła luźno ręce pomiędzy kolanami, oparła się plecami 

o ścianę wagonu. Uniosła ku Rozninowi głowę, strząsając z twarzy pasma czarnych włosów; 

w  ciemnych  oczach  skrzyło   się  coś,  co  odczytał  jako  rozbawienie  -  pomimo  wszystkich 

swoich telepatycznych umiejętności nie mógł dotrzeć do jego źródeł.

- Talent?

- Tak, Talent - powiedział i usiadł obok niej, a pociąg ruszył ze stacji.

- Nie jestem taka jak TY - stwierdziła ostrożnie, kołysząc się lekko.

- Nie, nie jesteś. Ja nie potrafię mówić do innych ludzi ich językiem tak płynnie jak ty.

Tirla zastanowiła się przez moment, potem wzruszyła ramionami.

- Przecież to wcale nie jest trudne.

- Dla ciebie. Ranjit dobrze się napocił przy tłumaczeniach, a zna sporo języków.

Znów wzruszyła ramionami, Ranjit nic jej nie obchodził.

-   Za   kilka   lat   możesz   sporo   zarobić   na   tłumaczeniach.   -   Wyczuł,   że   to   ją 

zainteresowało. - Dosyć, żeby żyć na szczycie każdego liniowca i nie obawiać się Yassimów 

tego świata.

- Pracując dla OPP? - Najwyraźniej jej to nie odpowiadało.

- Dla kogoś z takimi zdolnościami do języków są o wicie lepsze możliwości niż OPP. 

Potrzeba ci trochę nauki.

- Uczyłam się - rzekła buntowniczo i z urazą; a na „och” Saszy dodała: - Korzystałam 

z ID brata, dopóki je miałam. Uczyłam się.

Czy mogłabyś to sprawdzić, Doroteo? Imię brata i ID są w raporcie incydentu.

-  Znów coś mi mignęło, Sasza  - powiedziała Dorotea. -  Żeby się przebić przez te 

osłony, muszę się z nią osobiście spotkać. Domyślam się, że chcesz ją do mnie przywieźć, a ja  

mam odgrywać słodką, delikatną, nieszkodliwą babcię? Co to był za dzień, chłopcze! Całym  

sercem zgadzam się na twój plan! Czy złapałeś coś z rozmów na wysokim szczeblu?

-  Większość!!  - Sasza  przesłał Dorotei wizerunek siebie samego, rozradowanego jak 

zwariowany kibic piłki nożnej.

-  Kiedy się to wszystko uspokoi, Sasza, będziemy musieli dokładnie przeczesać testy  

próbne.

background image

W   tej   samej   chwili   Roznin   poczuł   szarpnięcie   -   to   odczepiano   cztery   pierwsze 

wagony;   miały   pojechać   do   zachodniego   schroniska,   które   przyjmie   nielegalne   dzieci. 

Dostrzegł na buzi Tirli obawę, podchwycił ukradkowe, szybkie spojrzenie dziewczynki.

Sasza: Chyba ją wezmę do siebie.

Dorotea:  Nonsens.   U   mnie   będzie   o   wiele   stosowniej,   choć   nie   przepadam   za  

urabianiem. Ale i ty nieźle sobie radzisz.

Była to skąpa i niechętna pochwała.

Sasza uśmiechnął się i usiadł wygodniej.

- Już nie będzie szarpać - powiedział do Tirli. - Przetoczono nas na szlak pasażerski.

- Dokąd mnie zabierasz?

- Do mojej babci.

-  Wcale nie jestem pewna, czy bym chciała być spokrewniona z takim miodoustym  

flirciarzem jak ty, Saszo Roznin. Nie masz za grosz zasad moralnych.

- Może cię przechowa przez  parę dni,  dopóki nie znajdę  dla ciebie  odpowiedniej 

szkoły. To by rozwiązało problem wścibskiego UZP i trzymało Yassima z dala od ciebie. Ale, 

jak już mówiłem - dodał, bo słowo „szkoła” zlikwidowało na moment osłony umysłu Tirli i 

dostrzegł lęk, zaskoczenie, pragnienie i chęć wycofania się - masz teraz legalne ID i wolniaki 

na całe miesiące, poradzisz sobie.

Ich wagon parę razy przetaczano i teraz jechali szybciej i bez wstrząsów. Tirla to 

zauważyła;   zauważyła   też,   jak   się   odprężyli   pozostali   pasażerowie;   uśmiechali   się   i 

rozmawiali.

Dobra szkoła, też coś - w umyśle Saszy rozległ się zdegustowany „głos” Borysa. - 

Już widzę, jak do Fairmont czy Holyoke przyjmują takie coś.

Sasza: Trochę wyrozumiałości, braciszku, trochę wyrozumiałości. Jest czysta i zdrowa.  

A za tym szczelnym ekranowaniem może się kryć umysł geniusza.

Borys: Do machlojek!

Dorotea, twardo: Pozwól, że SAMI się zajmiemy jedną z nas.

Borys: Czyżbym był obcy?

Dorotea: Tak, kiedy nosisz tę swoją czapkę OPP!

Sasza „ujrzał” wycofującego się potulnie brata, trzymającego w dłoni inkryminowane 

nakrycie głowy. Nikt się nie ważył sprzeciwiać Dorotei, gdy była w wojowniczym nastroju. 

Roznin spojrzał na Tirlę - wpatrzona w podłogę, trwała w głębokiej zadumie, choć na pozór 

zdawała   się   odprężona.   Dotarli   wreszcie   do   spokojnych   ziem   Wschodniego   Centrum 

Parapsychologicznego, otworzyły się drzwi wagonu; dziewczynka zareagowała zdumieniem i 

background image

niewiarą.   Pozostali   członkowie   ekipy   Saszy   wysypywali   się   na   zewnątrz,   śmiejąc   się   i 

rozprawiając o szczęśliwie zakończonej akcji, a Tirla stała i rozglądała się wokoło szeroko 

otwartymi oczami. Roznin jej nie popędzał. Posiadłość starego Darrowa - z wielkimi, starymi 

bukami, klonami i dębami, z rozległymi trawnikami i ładnymi dwupiętrowymi domami - i tak 

była   czymś   niebywałym   we   współczesnym   Jerhattanie,   a   komuś   z   liniowca   musiała   się 

wydawać wręcz niesamowita. Dziewczynka wyglądała na przerażoną.

- O, tam mieszka moja babcia - oznajmił Sasza, wskazując na budyneczek, w którym 

niegdyś  mieszkał  ogrodnik.  - Widzisz  ją?  Plewi.  Ależ z  ciebie  kiepska  aktorka,  Doroteo. 

Plewienie?

Dorotea:  Może i tak; chyba nie oczekiwałeś, że się ubiorę w jakieś łachy, obwieszę  

bransoletami   i   wepnę   sobie   kółko   w   nos,   żeby   ona   czuła   się   swojsko.   A   obrzeża   i   tak  

wymagały wyplenienia.

Sasza: Jak tam twój artretyzm?

Dorotea:  Zawsze   się   poświęcam,   koteńku.   Aha,   zwerbowałam   Petera.   Trzeba   go  

ściągnąć z wyżyn na ziemię, a to dobra po temu okazja. Chyba jest od niej starszy, ale nie  

wygląda na swój wiek. Pojawi się przy poczęstunku. Jedzonko to zawsze znakomity wstęp do  

rozmowy,   zwłaszcza   dla   kogoś,   kto   ma   bliskowschodnich  przodków.   Sasza,   jaka   miła 

niespodzianka! - Dorotea podniosła się i wyciągnęła doń ramiona. - Pocałuj mnie, ty gburze. 

babcie czasem potrzebują buziaka!

- Babciu, to jest Tirla... Tunnelle...

Dorotea: Jaki pomysłowy chłopiec!

- ...musi się gdzieś zatrzymać na parę dni. Czy to nie będzie dla ciebie zbyt wielki 

kłopot?

Dorotea uwolniła się z gorących objęć Saszy i wyciągnęła do Tirli ubrudzoną ziemią 

dłoń.   Starsza   pani   od   chwili   swych   narodzin   akceptowała   świat   z   wzajemnością,   więc 

otaczała ją aura uniemożliwiająca odrzucenie - toteż Tirla wahała się jedynie krótką chwilę, a 

potem pochwyciła ofiarowaną rękę.

Ona ma kosteczki jak ptaszek, Sasza. Jakim cudem zdołała zrobić to wszystko?

- To jest Dorotea Horvath, Tirlo. Jej umysł wcale nie jest kruchy, Doroteo.

- Właśnie zamierzałam skończyć pracę i coś zjeść oraz wypić. Słońce mocno dziś 

przypieka. Czy sok już gotów, Peter?! - zawołała Dorotea i gestem nakazała gościom, by 

poszli przed nią ku małemu domkowi.

background image

Sasza był zadowolony, że pomyślał o Dorotei, zamiast zabierać Tirlę do imponującego 

głównego   budynku   posiadłości.   Sądząc   po   osłupieniu   dziewczynki,   nawet   ten   skromny 

domek przerastał jej dotychczasowe doświadczenia.

- Sądzę, że chciałabyś się teraz umyć, tak jak i ja - powiedziała łagodnie starsza pani, 

dotykając   ramienia  Tirli   i   wskazując   niewielki   hol.   -  Łazienka   to   drugie   drzwi   na   lewo, 

kochanie, jest tam mnóstwo ręczników. Peter - dodała, idąc ku małej kuchence - mamy dwoje 

gości.

Peter: Jaka ona jest?

Sasza: Przestraszona.

Peter, kwaśno: Znam to uczucie!

Dorotea: Szczelne osłony.

Peter, poważnie: Będę ostrożny.

Dorotea: I nie popisuj się, bo ją przerazisz.

Peter: Cały show na dzisiaj odstawiłem rano.

Zalękniona   Tirla   wróciła   do   pokoju;   ukradkiem   dotykała   kanap   i   drewnianych 

płaszczyzn. Sasza zauważył, że umyła dłonie i ramiona, szyję, twarz i tę część kościstego 

torsu,   którą   było   widać   w  wycięciu   znoszonego   ubrania.   Długie,   czarne   włosy  zaczesała 

gładko do tyłu. Roznin pomyślał o ponurej funkcjonalności kwater w liniowcach i dał małej 

duży punkt za nonszalancję.

- Oto i nasz posiłek - oznajmiła Dorotea, wnosząc wielką tacę rozmaitych pyszności; 

były tam różne przystawki, małe kanapeczki, owoce i świeże warzywa. - Nie upuść szklanek, 

Peter!

Na   szczęście  Tirla   stała   tyłem   do  chłopca,   który  holował   kinetycznie   cztery  duże 

kubki, bo potrzebował obu rąk, żeby „nieść” spory dzban pomarańczowego soku.

- Potrzymaj, a ja naleję - powiedział Peter, podając Tirli szklanicę; dzięki temu nie 

widziała, jak pozostałe trzy lądują na niskim stoliku obok Dorotei i Saszy.

Dorotea: Peter!

Peter: Nic nie zauważyła.

Kiedy już wszyscy dostali swoją porcję soku, chłopiec usiadł obok Tirli; pociągnął 

spory haust napoju, otarł usta i okrzykiem wyraził pochwałę smaku.

-   Nie   zachłyśnij   się,   Peter   -   ostrzegła   go   Dorotea,   przysuwając   małej   tacę   z 

przekąskami. -  Niezwykłe upodobanie do zielonej papryki.  - Oczy Tirli uśmiechnęły się do 

zielonych   plastrów;   wpatrując   się   w   Doroteę,   dziewczynka   złapała   trzy,   a   nie   widząc 

background image

sprzeciwu   -   sześć   plastrów   papryki.   -   Serowe   ptysie   są   świeże   i   gorące.   -   Starsza   pani 

przysunęła je ku małej. - Nałóż sobie, zanim rzucą się na nie Sasza i Peter.

Tirla upuściła plastry papryki na podołek i posłusznie wzięła ptysia.

Sasza, płaczliwie: Mogę sobie zrobić troszkę kawy, Doro?

Dorotea: Pij! Cokolwiek. Ona nie ruszy niczego, dopóki my się nie poczęstujemy.

- Właśnie tego potrzebowałam, Peter. Dokładnie wyschłam na tym słońcu. W tych 

kanapkach są szparagi. Sasza, wiem, że je lubisz! Peter, nie zjedz wszystkich kanapek z 

kurczakiem.   Inni   też   mają   na   nie   ochotę   -   paplała   Dorotea,   pogryzając   serowego   ptysia; 

odłożyła   ciastko   i   ugryzła   grzanki   z   pasztetem.   -  No,   to   skosztowaliśmy   wszystkiego,   na 

dowód, że nie ma w tym ani trucizny, ani narkotyków. Ooo, świetnie! Na Boga! Ależ ona jest  

głodna!

Tirla zaczęła jeść i pić - pospiesznie gryzła pożywienie i prędko łykała napoje, jakby 

nie wiedziała, czy najpierw zaspokoić pragnienie czy głód, i jakby się bała, że te pyszności 

nagle znikną. Troje telepatów wyczuło, jak rozjaśniały się pilnie strzeżone myśli dziewczynki, 

w miarę jak czyniła spustoszenie w potrawach. Paszteciki rozpływały się w jej ustach, ich 

smaki mile łechtały język, od soczystej zielonej papryki poprzez ostry ser do aromatycznego 

mięsnego nadzienia.

Żywność to właściwa przynęta - stwierdziła Dorotea - jeśli wziąć pod uwagę, że to  

biedactwo głodowało przez całe swoje życie. - Pociągnęła spory łyk soku pomarańczowego. - 

Mam nadzieję, Peter, że jest tego jeszcze dużo w kuchni, bo cudownie smakuje. Jak każdy 

świeżo wyciśnięty sok pomarańczowy, prawda, Tirlo?

-  Sasza!  - odezwał się rozkazująco Borys. -  Twój podrzutek jest w dobrych rękach.  

Ktoś właśnie porwał jednego z tych jerhattańskich dzieciaków, które naznaczyliśmy przed  

trzema tygodniami!

- No cóż, Tirlo, zostawiam cię tutaj - oznajmił Sasza, wstając i otrzepując palce z 

okruszków. - Znajdziesz tu schronienie na parę dni; no, a Peter ci powie, jak się zapisać do 

Nauczyciela. Zgoda?

Kiedy   Roznin   szedł   przez   trawnik   ku   głównemu   budynkowi,   dotarły   doń   słowa 

Dorotei: - Przestała jeść, kiedy odszedłeś, ale obawiam się, skarbie, że taca z jedzonkiem i  

dzbanek z sokiem pomarańczowym mają teraz dla niej więcej uroku niż ty.

W głębi duszy Sasza wcale nie był pewny, czy mu się podoba, że musiał ustąpić 

pierwszeństwa stercie kanapek - nawet w oczach takiej podrastającej chudzinki.

background image

31

- Długo tu jesteś? - spytała Tirla Petera następnego ranka, kiedy jedli śniadanie w 

przytulnej, a dla niej zdumiewającej kuchni.

Dorotea przyrządzała jajka, świeże jajka. Dziewczynka nie chciała jej przeszkadzać - 

bo rondel stał na odkrytym płomieniu - więc szeptała.

-   Hmmm   -   odparł   uprzejmie   chłopiec,   jedząc   łyżeczką   dojrzały   melon   (Tirla 

podpatrywała, jak on je; ona by pokroiła melon w cienkie plastry i wygryzła miąższ aż do 

skórki). - Od kiedy wyszedłem ze szpitala.

- Czemu byłeś w szpitalu?

Szpitale   były   dla   niej   czymś   strasznym,   zawsze   starała   się   unikać   medyków   i 

znachorów; sama nigdy nie była chora czy ranna, więc podejrzliwie traktowała „chorych”.

- Ściana się na mnie zawaliła. - Peter obojętnie wzruszył ramieniem.

- Ależ cię musiała poturbować. - Tirla nie słyszała, żeby ktoś wyszedł żywy z takiego 

wypadku.

-   Przez   całe   miesiące   nie   mogłem   chodzić.   Nawet   nie   mogłem   sam   jeść.   -   Oczy 

chłopca przybrały dziwny wyraz.

- I pozwolili ci żyć? - Tirlę zdumiała taka wspaniałomyślność.

- Jasne. - Peter spojrzał na nią ze zdziwieniem. - Choć przez jakiś czas nie bardzo 

chciałem żyć.

Dziewczynka zajęła się melonem, rozmyślając przy okazji nad tym zadziwiającym 

stwierdzeniem. Melon był pyszny - nie nadpsuty jak większość z tych, które udawało się jej 

świsnąć. Od czasu do czasu zerkała na Doroteę, żeby się upewnić, czy płomień jest pod 

kontrolą. Czemu ta kobieta nie korzysta z podgrzewacza, który jest tuż obok? Nie należy 

igrać z otwartym ogniem - to jedna z pierwszych rzeczy, jakiej się uczyłeś w liniowcu. Ogień 

to najpewniejszy sposób, żeby OPP się tobą zajęło.

- No to czemu? - spytała Tirla, bo się zorientowała, że Peter czeka na jej reakcję. - To 

znaczy, czemu żyjesz?

- Rhyssa nauczyła mnie samodzielnie się poruszać.

- Dość dziwacznie chodzisz - stwierdziła dziewczynka, która zauważyła owo osobliwe 

„ślizganie się”; nogi Petera się poruszały, a mimo to nie sprawiał wrażenia, że kroczy.

background image

Chłopiec parsknął, usta miał pełne melona. Przełknął i uśmiechnął się od ucha do 

ucha.

- To dlatego, że nie chodzę jak wszyscy. Kinetycznie wprawiam się w ruch. - Jego 

oczy  zalśniły  psotnie,   kiedy Tirla   zdradziła   swoje   zdumienie.   -   Moje   ciało   nie   może   się 

poruszać. To JA wprawiam je w ruch.

Dziewczynka przestała jeść i gapiła się na niego, dopóki sobie nie przypomniała, że w 

liniowcu takie uporczywe spojrzenie uchodziło za niegrzeczność.

- Twoje ciało się nie porusza? Przecież jesz. Posługujesz się dłonią i ramieniem... jak 

ja... - Wyciągnęła rękę.

- Dobry w tym jestem, prawda? - Peter był zachwycony wrażeniem, jakie wywarł na 

Tirli. - I jeszcze czegoś dokonałem, poruszając... - przerwał, uśmiechnął się troszkę smutno i 

mówił dalej: - Słyszałem, że i ty masz niezły Talent. To boski numer - odebrać te dzieciaki 

zboczeńcowi.

- To pestka w porównaniu z tym, czego ty dokonałeś. - Potrząsnęła głową, kwitując 

swój wyczyn. - Wcale nie mam tego jakiegoś Talentu.

- To ty tak sądzisz - prychnął dobrodusznie Peter. - Rhyssa mówi co innego. Ja jestem 

dobry w tym, co robię. A ty jesteś bardzo, bardzo dobra w swojej działce. Nie pomniejszaj 

tego.

Tirla   zmieniła   temat   nieco   zakłopotana   powagą   tonu   Petera;   chciała   wyciągnąć   z 

chłopaka jak najwięcej.

- Mówisz, że Rhyssa ci pomogła? Czy to ta ciemnowłosa, co była tu wieczorem, kiedy 

Sasza poszedł?

- Tak. Ona jest tu dyrektorem.

- Nie Sasza?

- Sasza jest zastępcą - uśmiechnął się chłopak. - Przejmuje obowiązki, kiedy Rhyssa 

się kimś zajmuje. Jak mną! Jestem jej „specjalnym projektem”... - przerwał, zamrugał, rzucił 

szybkie, przepraszające spojrzenie na Doroteę i uśmiechnął się. - Rhyssa ma całe mnóstwo 

specjalnych zadań, przecież jest dyrektorem. Nie jestem jedyny.

Tirla   zauważyła,   że   policzki   chłopca   zaróżowiły   się   na   moment.   Cóż   mogło 

zakłopotać kogoś takiego jak Peter? Ale Dorotea już podawała talerze z jajkami na bekonie i 

namawiała małą na gorącą grzankę. Dziewczynka najadła się aż po same uszy. Wylewnie 

dziękowała Dorotei za wysiłek samodzielnego przygotowywania potraw.

-   Bardzo   to   lubię   -   odparła   starsza   pani   z   miłym   uśmiechem.   -   Zwłaszcza   lubię 

gotować dla tych, co jedzą z apetytem. Peter, może byś zabrał Tirlę do „klasy” i wpisał ją. 

background image

Będziesz musiała najpierw przejść parę testów, kochanie, ale jak już ustalą twój poziom, to 

wyznaczą ci odpowiednie kursy.

Tirla   kiwnęła   głową;   o   wiele   bardziej   interesował   ją   teraz   sposób,   w   jaki   Peter 

podniósł   się   z   krzesła;   naprawdę   się   ślizgał,   prowadząc   ją   do   „klasy”   -   dziewczynkę 

fascynowała dziwaczna płynność ruchów chłopca.

- I ty naprawdę nie chodzisz?

- Ani, ani. To wszystko kineza. Kiedy ta ściana na mnie spadła, to przerwała mi rdzeń 

kręgowy.   Medycyna   jeszcze   nie   potrafi   tego   naprawiać,   ale   dzięki   kinetyce   mogę   się 

poruszać. To lepsze niż być przykutym do wózka - zapewniał ją pogodnie. - O, tu jest twój 

terminal, a tu słuchawki. Ja też muszę wyrobić godziny z Nauczycielem. Tego się nie da 

załatwić kineza!

Skrzywił się, a Tirla usiadła we wskazanym fotelu. Wsunęła słuchawki w uszy, a Peter 

wystukał coś na klawiaturze - i nagle ekran pojaśniał.

- Twój osobisty Nauczyciel wita cię, Tirlo Tunnelle, w tym Programie Edukacyjnym. - 

Na ekranie widać było klasę, przy biurku siedziała kobieta o sympatycznej twarzy;  Tirla 

wiedziała, że to tylko program mający zastąpić dawne relacje uczeń-nauczyciel, ale zawsze 

lubiła Nauczyciela: był to ktoś, komu można zaufać, kto się nie będzie wyśmiewał z pytań 

czy pomyłek, ktoś, kto pomoże się uczyć. - Sasza Roznin powiedział nam, że już się trochę 

uczyłaś   jako   Kail,   mieszkaniec   liniowca   G,   kwatera   8732a.   Jeżeli   się  zgodzisz,  Tirlo,   to 

sprawdzimy dzisiaj, co zapamiętałaś z tamtych lekcji. Możemy zaczynać? Jeśli chcesz sobie 

przypomnieć funkcje klawiatury, to naciśnij „H”. Jeżeli jesteś gotowa, to naciśnij „Return” i 

zaczniemy sprawdzian.

Tirla - z mieszaniną lęku, radości ze spełnienia długo hołubionego marzenia i obawy, 

że ten cud się nagłe skończy - nacisnęła „Return”.

background image

32

- Sądzę, że Tirla weszła w fazę nadmiernego zafascynowania uczeniem się - zaczęła 

Dorotea, bębniąc palcami o blat kuchennego stołu. - Nie chce odejść od terminala, chociaż 

Peter równie usilnie jak ty, Sasza, stara się ją wyciągnąć na dwór. Coś mi się zdaje, że nasze 

ogrody raczej ją przerażają, niż budzą w niej zachwyt. Jak już wyjdzie, to nie schodzi ze 

ścieżki i wcale nie korzysta z urządzeń do gier i zabaw. To nic dobrego: sama nauka i żadnych 

rozrywek.

Don Usenik, który brał udział w tym spotkaniu jako konsultant medyczny, potrząsnął 

głową, rozbawiony zacietrzewieniem Dorotei:

- Testy medyczne mówią, że mała cieszy się znakomitym zdrowiem. To zadziwiające, 

jeśli się weźmie pod uwagę warunki, w jakich dotąd żyła.

- I tak uważam, że to niewskazane, by dziecko w jej wieku starało się w cztery dni 

opanować materiał z dwóch lat nauki - upierała się Dorotea.

- Wzmożona chłonność? - zapytała Rhyssa.

- A co na to Peter? - odparowała energicznie starsza pani.

- Peter twierdzi, że jeżeli ona zechce, to na pewno da radę - roześmiała się Rhyssa. - 

On „słyszy” myślowe komentarze, kiedy Tirla się uczy. Ona ma zadziwiającą pamięć, tak 

wzrokową jak i słuchową. I raz lub dwa odpowiedziała Peterowi telepatycznie, nie zdając 

sobie z tego sprawy.

- Musimy jej uświadomić, jakie ma zdolności - oderwał się sfrustrowany Sasza.

- Na to trzeba czasu, Sasza. - Rhyssa pochyliła się ku niemu nad stołem. - Niczego nie 

wolno na siłę przyspieszać.

- Borys chciałby setkę takich jak ona. - Sasza zmarszczył brwi.

- Sądziłam, że ty i Borys znaleźliście tego jerhattańskiego dzieciaka - rzekła Rhyssa, 

czytając jego myśli; wcale jej się nie spodobało to, co tam ujrzała: Borys chciał, żeby Tirla 

pracowała z Cass.

- O tak, odnaleźliśmy ją i uratowaliśmy - odparł bez satysfakcji Sasza. - I dwie inne 

też,   ale   nie   złapaliśmy   żadnego   użytecznego   tropu.   Jakiś   pomniejszy   ladrone 

porozumiewający   się   telefonicznie...   kolejny   poręczny   nielegalny   łącznik.   Ślepy   zaułek. 

Dziewczyny nic nam nie potrafiły powiedzieć: uśpiono je, zasłonięte oczy, wpakowano w 

jakiś gładki plastykowy kokon. Odniosły bardzo głęboki uraz.

background image

- Trudno będzie zneutralizować psychologiczne skutki tego uwięzienia - wtrącił Don, 

marszcząc brwi. - Odcięcie bodźców dotykowych: nowy sposób na uspokojenie porwanych. 

Paskudna sztuczka. - Usenik potrząsnął głową. - Wyjeżdżasz dziś z Peterem, prawda? Czyli to 

ja i Dorotea mamy wpaść na jakiś błyskotliwy pomysł usprawnienia testów?

- No i ja. - Sasza ocknął się z zamyślenia. - W końcu jestem przecież dyrektorem do 

spraw szkolenia w tym Centrum. Cały kłopot z kimś takim jak Tirla polega na tym, że ona w 

ogóle nie zdaje sobie sprawy z tego, iż ma Talent. A tak nawiasem mówiąc, jak zamierzacie 

testować dzieci, które oficjalnie nie istnieją?

- Jakie szkolenie planujesz dla Tirli? - zapytała Rhyssa.

- Szkolenie? - Sasza wzruszył ramionami. - Z taką swobodą czyni to wszystko: dostaje 

się do ośrodka komunikacji w mózgu dowolnego człowieka i dopasowuje się do języka, 

którym on mówi. - Roznin rozłożył ręce. - Niby jak mamy to ulepszyć? Ona nie potrafi tego 

wytłumaczyć. Tak jak i Peter nie umie wyjaśnić, jak robi to, co robi.

- Sama bym się tym zajęła, ale nie cierpię tłumów i nie mogę zbyt dużo chodzić - 

odezwała   się   nagle   Dorotea.   -   Lecz   ty,   Sasza,   mógłbyś   ją   odciągnąć   od   Nauczyciela   na 

dzisiejsze   popołudnie.   Jej   buty  są   już   do  niczego   i   choć   może  Tirla   dobrze   się   czuje   w 

przydziałowym   łaszku,   to   wolałabym,   żeby   się   ubrała   w   coś   ładniejszego.   O   całe   niebo 

ładniejszego.

-   Ja?   -   Sasza   spojrzał   na   Doroteę,   potem   na   Rhyssę   i   udał,   że   nie   dostrzega 

rozbawionej miny Dona.

- Ty! - Dorotea wskazała go palcem. - Ona ci ufa!

- Ależ ja nigdy nie kupowałem ubrań dla dziecka.

- Nie wpadaj w panikę - pouczyła go sadystycznie starsza pani. - Jestem przekonana, 

że Tirla świetnie wie, w czym jej będzie wygodnie, a o to przecież chodzi. Jest jeszcze za 

młoda, żeby się chciała uwodzicielsko wystroić.

Akurat - pomyślała Rhyssa do Dorotei, która posłała jej nieprzeniknione spojrzenie i 

nic nie odpowiedziała.

- Zabierz ją do jednego z magazynów - ciągnęła starsza pani. - Niech zobaczy, jak żyje 

druga część społeczeństwa, ta, do której i ona teraz należy. A potem zaproś ją na coś okropnie 

niezdrowego i sycącego. Porozpieszczaj ją trochę. Pokaż jej, że na tym poziomie może mieć z 

życia coś więcej niż ID i monitor.

-   Tirla   może   coś   wiedzieć   o   innych   dzieciakach   obdarzonych   niezwykłymi 

zdolnościami - dodała Rhyssa. - Niewiele jej umknęło.

background image

- Na pewno - odparł szczerze Sasza. - Twój helikopter właśnie wylądował, Rhysso. 

Odprowadzę was.

- Peter! - zawołała Rhyssa. - Dave i Johnny już są gotowi. Spakowałeś się?

Dorotea zachichotała:

- On jest gotów do drogi od chwili, kiedy pomyślałaś o... - przerwała i uśmiechnęła się 

podstępnie - ...o odmianie.

- Idę! - odkrzyknął chłopak.

Przetransportował swoją walizkę na lądowisko i poszedł do pokoju Tirli.

- Cześć. Ucz się pilnie.

Dziewczynka nacisnęła „Hold” i spojrzała ze zdziwieniem na Petera.

- Wybierasz się gdzieś?

- Rhyssa znalazła mi pracę - uśmiechnął się łobuzersko i mrugnął.

- Pracę? Tobie?

- Jasne, przecież jestem bardzo użyteczny, sama wiesz.

Tirla obdarzyła go długim, pełnym niedowierzania spojrzeniem.

- I co będziesz robił?

- To, w czym jestem dobry.

- A w czym jesteś dobry? - nie kryła swego niedowierzania.

Peter nie mógł pstryknąć palcami, więc mlasnął parę razy językiem.

- Chciałbym ci o tym opowiedzieć, Tirlo. Ale to zawodowy sekret.

- No to mi nie mów. Mam ciekawsze zajęcia niż zgadywanie sekretów! - I okręciła się 

ku monitorowi.

- Nie będzie mnie parę tygodni.

- Baw się dobrze. - Pomachała mu przez ramię, nie odrywając oczu od ekranu.

W   zatrzymanym   kadrze   widniała   Nauczycielka   z   otwartymi   ustami   i   na   wpół 

uniesioną ręką - punktowała akurat jakąś ważną kwestię. Tirla próbowała wrócić do lekcji; 

prawdę   powiedziawszy,   będzie   jej   brakować   Petera,   ale   oczywiście   nie   mogła   mu   tego 

zdradzić. Tygodnie?

To pierwszy chłopak z odrobiną rozumu, jakiego spotkała w swoim życiu. Wiedziała, 

że uchodzi za świetnego kinetyka; mówił jej o transferze myśli i o telepatii, co ją trochę 

zaniepokoiło. W końcu KAŻDY musi mieć jakąś sferę prywatności. No i Peter pomagał jej w 

rozwiązywaniu trudniejszych  zadań zlecanych  przez  Nauczycielkę.  Przynajmniej  Sasza  tu 

będzie. Nie chciałaby, żeby i Sasza zniknął na całe tygodnie.

Wkrótce znów przerwano Tirli lekcję - i uczynił to właśnie Sasza.

background image

- Tirla! Ruszyłaś się choć na krok z tego pokoju?

- Nie - odparła, wystukując odpowiedź na wyświetlone pytanie.

- Wyłącz tę piekielną machinę, Tirlo! Mamy ciekawsze zajęcie na popołudnie.

- Jakie? - Okręciła się i spojrzała na Saszę.

- Kupimy ci buty i ubrania.

Dziewczynka zerknęła na swoje obuwie - w pęknięciach widać było palce.

- Próbowałam znaleźć dystrybutor odzieży, ale u Dorotei nie ma czegoś takiego.

Sasza nachylił się i wyłączył monitor.

- Hej! - Tirla patrzyła nań ze zdziwieniem, które szybko przerodziło się w niechęć; 

sięgnęła ku przełącznikowi, ale Roznin złapał jej dłoń.

-   Kiedy   wrócimy,   zaczniesz   od   tego   miejsca.   Wstawaj.   -   I   Sasza   pociągnął 

dziewczynkę za rękę. - Tu, w Centrum, nie mamy dystrybutorów odzieży. Zwykle przysyłają 

nam ubrania, ale tym razem pójdziemy po nie osobiście, bo nie mam pojęcia, który numer 

butów nosisz i jakie kolory lubisz. Jak już to załatwimy, to zapraszam cię na poczęstunek.

Tirlę bardzo to zainteresowało. Jej czarne oczy rozbłysły, poderwała się z fotelika.

- A co mi zafundujesz?

- To już będzie zależało od twego wyboru, skarbie - odparł i poprowadził ją do sekcji 

transportu. - W naszych magazynach jest w czym przebierać - dodał prowokacyjnie.

Jeśli Sasza żywił jakiekolwiek obawy co do zakupów dla dziecka, to rzeczywistość 

przerosła   jego   wszelkie   oczekiwania.   Tirla   musiała   się   najpierw   otrząsnąć   z   szoku, 

wywołanego   ogromem   wybranego   przezeń   magazynu.   Potem   przewlokła   Roznina   przez 

każdy dział dwunastopiętrowego kompleksu; w trakcie tego wstępnego rozpoznania miała 

„oczy   dookoła   głowy”.   Wrócili   na   pierwsze   piętro   i   długo   się   przyglądała   temu,   co 

przyciągnęło jej uwagę za pierwszym razem. Na czwartym piętrze - na szczęście było tu 

obuwie i odzież dla młodzieży - odpadła podeszwa od jednego z butów Tirli. (Bo się za 

bardzo   rozgrzała   przy  tej   prędkości   przemieszczania   się   małej   -   opowiadał   potem   Sasza 

Dorotei).

Kiedy nadgorliwy nadzorca piętra ruszył ku Tirli w wiadomym zamiarze wyrzucenia 

przybłędy z tak eleganckiego przybytku, Sasza zatrzymał go.

- Nie robiłbym tego - szepnął, odsłaniając swoje charakterystycznie oznakowane ID. - 

Ona jest ze mną. Czy to wystarczy, żeby mogła tu kupować?

- Oczywiście, sir. Przepraszam, sir, ale sam pan przyzna, że...

- Właśnie dlatego przyszliśmy po zakupy.

background image

Mężczyzna pospiesznie umknął z pobliża Saszy, oglądając się nań niespokojnie parę 

razy.

- Chyba nie zamierzałeś rzucić na niego uroku, co Sasza - spytał jakiś rozbawiony głos 

za plecami Roznina.

Odwrócił się i zobaczył uśmiechniętą Cass Cutler.

- Gdybym to potrafił, to bym rzucił na Tirlę czar szybkiej decyzji. Przemknęliśmy jak 

wiatr przez wszystkie poziomy tego magazynu, a teraz ona szykuje się do następnej rundy!

Cass rozbawiło jego zaniepokojenie.

- A oni wysłali cię samego z twoją protegowaną? - Znów się roześmiała. - Jakie to 

nieuprzejme z ich strony!

- To podobno ma być obopólnie kształcące.

Tirla   wróciła   i   wczepiła   się   w   dłoń   Saszy,   przyglądając   się   Cass   zwężonymi, 

nieprzeniknionymi oczami.

- Pamiętam cię - stwierdziła Cass. - Odbiłaś się ode mnie i mojej partnerki w liniowcu 

G. I zniszczyłaś machlojki Szarlatana. Moje gratulacje!

- Jesteś z jego paczki? - Dziewczynka kiwnęła głową ku Saszy.

Cass ponownie się roześmiała, gardłowo, szczerze. Roznin poczuł, jak rozluźniają się 

palce Tirli.

- Nie całkiem, mała. Jesteśmy po tej samej stronie, ale ja jestem kontrolerem tłumu, z 

OPP. Wy jesteście Talentami.

- Panowanie nad tłumem też wymaga Talentu - odparła wspaniałomyślnie Tirla. - 

Peter mi powiedział. - Rozejrzała się z niesmakiem dokoła: - Nie ma tu dziś zbyt dużych 

tłumów.

- Mam dzisiaj wolne - powiedziała Cass. - Widzę, że i ty także. Czy znalazłaś coś, co 

ci się spodobało?

Pomożesz mi, Cass? Zgódź się, proszę! - błagał Sasza. - Mam okropne przeczucie, że 

ten dzieciak obleci jeszcze raz cały magazyn, zanim cokolwiek przymierzy!

- Nie obraź się za tę uwagę, Tirlo, ale myślę, że wygodniej będzie ci się chodzić w 

całych butach. Trzeba to od razu załatwić. Co ci wpadło w oko?

Sasza, pełen ulgi, poszedł za Cass i Tirlą do działu z obuwiem. Po godzinie - kiedy to 

dwóch dręczonych sprzedawców musiało zastąpić mechanicznego przymierzacza - udało się 

dobrać buty na małe, wąskie, delikatne stopki dziewczynki; miękkie, purpurowe skórzane 

buty: jedyne, jakie pasowały.

background image

-  Kompletnie   nieodpowiednie   dla   dziecka  -   stwierdziła   Cass.   -  Ale   przynajmniej 

pasują.

I szalenie jej się podobają! - Sasza widział, jak promienieje buzia Tirli, drepcącej od 

jednego lustra do drugiego.

- Panie Roznin - rzekł znużony główny sprzedawca, kiedy z kasy wysunął się kwit. - 

Pańska...   pańska   młoda   towarzyszka   ma   drobną   stopkę,   na   którą   bardzo   trudno   dobrać 

obuwie. Czy mogę panu polecić tę firmę? Wykonuje wspaniałe buty na zamówienie.

Sasza czytał w nim jak w otwartej książce; to, co tamten przemilczał, brzmiało: „A 

nam to więcej nie zagrozi!” Lecz z, wdzięcznością przyjął od sprzedawcy kartę, którą będzie 

można wprowadzić do domowego „zamawiacza” Dorotei.

Przy każdym kolejnym sprawunku Roznin błogosławił Cass; najwyraźniej sprawiało 

jej przyjemność oglądanie, przymierzanie, omawianie fasonu, koloru i rozmiaru - czyli to 

wszystko, co jego nudziło.

- Sasza, ona nie rozumie, że można mieć nieograniczone sumy do wydania - rzekła w 

pewnej chwili Cass. - Ale musisz przyznać, że świetnie się orientuje, w czym jej dobrze.

Tirla przymierzała jednoczęściowy strój, tak odmienny od przydziałowego łaszka, jak 

diamenty od kryształu górskiego. Był jasnobłękitny, z purpurowymi akcentami przy szwach, 

kieszeniach i zapięciach. Kiedy dziewczynka stwierdziła, że ów strój podoba się i jej, i Saszy 

- bo to na jego ocenę zawsze czekała - to nie chciała już nic innego i Roznin z Cass musieli 

się solidnie namęczyć, żeby ją skłonić do kupienia następnych ciuszków.

- Po co mi inne? Mam buty, a ten materiał jest bardzo wytrzymały. Wystarczy mi na 

wiele   tygodni.   Nawet   gdybym   znów   musiała   skakać   do   pociągów.   -   Oczy Tirli   błysnęły 

figlarnie ku Saszy.

Rozbawiło go jej zuchwalstwo.

- Do twarzy ci w tym, Tirlo, bez dwóch zdań. Ale nawet Nauczycielce się znudzi 

widzieć cię stale w tym samym stroju.

- Przecież ona mnie NIE widzi. - Dziewczynka spojrzała nań twardo.

- Ona nie, ale ja cię widzę i Dorotea, i Sirikit, i Budworth, i Don, no i Peter, i Rhyssa.  

Chyba zauważyłaś, że nigdy nie chodzą w tym samym stroju przez dwa dni z rzędu.

- O, oni mają mnóstwo ubrań. Dorotea ma pełne szafy. - W głosie Tirli nie było 

zawiści, co najwyżej leciutki ton krytyki: jakby uważała, że to niewłaściwe, iż ludzie mają aż 

tyle strojów.

- Trzeba mieć kilka na zmianę - wtrąciła Cass. - Ja też mam - dodała zachęcająco, bo 

Tirla (z rękami w kieszeniach, przygarbiona) odwróciła od nich oczy.

background image

- To nie z twoich wolniaków, Tirlo - zaczął Sasza, którego nagle olśniło, o co małej 

chodzi. - Dorotea i Rhyssa chcą, żebyś była odpowiednio ubrana, bo przecież jesteś Talentem. 

Już nie jesteś nielegalna, pamiętaj. - Wskazał na jej ID.

- Oooo! - Buzia dziewczynki się rozjaśniła, Tirla nowym okiem zerknęła na swoje ID. 

- To dlatego ci sprzedawcy byli dla mnie tacy mili?

- Otóż to - rzekła sucho Cass. - W takich magazynach jak ten każdy rozpoznaje ów 

szczególny wzór.

- Naprawdę? - Tirla okręciła bransoletę na kruchym przegubie; ułożyła ją tak, żeby 

była dobrze widoczna. - Ile mogę kupić na podstawie tego?

Sasza   sprytnie   zmienił   jęk   rozpaczy  w   pokasływanie,   bo   Cass   celnie   stuknęła   go 

łokciem pod żebro.

- Przekonajmy się, dobrze, mała? - rzuciła pogodnie Cass i wyciągnęła do niej rękę.

Tirla   dość   ochoczo   chwyciła   tę   dłoń,   lecz   drugą   ręką   natychmiast   capnęła   dłoń 

Roznina i pociągnęła oboje ku stelażowi ze spodniami w jaskrawych kolorach.

Nie była tak rozrzutna, jak się Sasza obawiał, lecz stanęło na tym, że miała odmienny 

strój   na   każdy  dzień   tygodnia.  Wtedy  Roznin   zrealizował   swoją   obietnicę   poczęstunku   i 

poprosił Cass, żeby się do nich przyłączyła i towarzyszyła im do Staroświeckiego Salonu 

Wyrobów Cukierniczych i Przepysznych Deserów.

Tirla pochłonęła trzy obfite porcje czegoś, co wzbudziło w Saszy obrzydzenie.

Cass: Pozwól jej się tym nacieszyć, Sasza. Przecież do tej pory tylko słyszała o lodach.

Sasza: A jeśli jej to zaszkodzi? Dorotea obedrze mnie żywcem ze skóry.

Cass: Ten dzieciak ma żelazne zdrowie, skoro tak długo wyżył w podklasie. No i sam  

zobacz, ile jej to sprawia przyjemności.

Sasza, z jękiem: Zaraz mnie zemdli!

Właśnie wtedy Tirla dostrzegła, że w salonie były inne dziewczynki i chłopcy, więc - 

machinalnie wymachując łyżeczką - zaczęła się im przyglądać.

Ta   blondynka   powinna   nosić   jasne   kolory.   Lepiej   by   wyglądała   w   pastelowych 

odcieniach.  A  ten   tam,   czemu   nosi   tak   obcisłe   spodnie?   Jeszcze   sobie   zaszkodzi.   O,   ten 

czerwony ciuch dobrze by wyglądał na mnie. Może znajdę coś podobnego, jeśli Sasza znów 

zechce wydać trochę forsy.

Sasza spojrzał ukradkiem na Cass, a ona przewróciła oczami.

Sasza:  Głośny   i   wyraźny   strumień   myśli.   Czy   ona   zdaje   sobie   sprawę   z   tego,   że  

nadaje?

background image

Cass, pospiesznie kończąc swoją porcję:  Mało prawdopodobne. Ta mała przez całe  

swoje życie musiała się mieć na baczności. Szczerze mówiąc, Sasza, uważam za ogromny  

dowód zaufania to, że tak poluzowała przy nas osłony swojego umysłu.

Sasza: Dobry znak.

Z pozorną obojętnością obserwował Tirlę i słuchał jej wnikliwych i zwięzłych uwag 

na   temat   wyglądu,   stylu,   ubrań,   manier   i   klasy   obecnych   w   salonie   osób,   uwag,   które 

przepływały przez bystry i pełen zaciekawienia umysł dziewczynki.

Cass podniosła się w końcu niechętnie i oświadczyła, że musi wracać do Centrum, bo 

ma wieczorne zajęcia. Tirla wydawała się zawiedziona, że kończy się ich spotkanie we troje.

-   Gdybyś   potrzebowała   kiedyś   towarzystwa   na   następną   rundkę   po   magazynach, 

mała...

- To są i INNE? - Tu Tirla spojrzała oskarżycielsko na Saszę.

- Tysiące - pouczyła ją Cass z uśmiechem, w którym nie było ani odrobiny skruchy. - 

Ale i tak możesz obejść tylko jeden z nich na raz, bo inaczej wszystko ci się pokręci i nie 

będziesz wiedzieć, co gdzie widziałaś i za jaką cenę. Wiem coś o tym!

Tirla uznała słuszność tej uwagi i - trzymając Saszę za rękę - z zadowoleniem wróciła 

do ich pojazdu i do Centrum.

Zanim   dotarli   do   Dorotei,   przysłano   ich   zakupy   -   czekały   na   nich,   równiutko 

poukładane.

- Jak uroczo dobrane! - wykrzyknęła Dorotea na widok strojów Tirli. - Wykupiłeś cały 

magazyn, Sasza?

- Daj jej jeszcze trochę czasu, a na pewno to zrobi. Cass niebacznie ją poinformowała, 

że są tysiące takich miejsc, jak Grafton, więc może nam zabraknąć funduszy na płacenie 

rachunków małej.

- A zatem po kolacji mogę się spodziewać rewii mody, Tirlo? - roześmiała się Dorotea.

-   Rewii?   Czemu?   Każdego   dnia,   przez   cały   tydzień,   założę   coś   nowego   i   wtedy 

zobaczysz - odparła dziewczynka. - Co jest na kolację? Pysznie pachnie!

- Masz jeszcze apetyt po tym wszystkim, co zjadłaś? - zdziwił się Sasza.

- To była funda. Nie dostanę kolacji po fundzie?

- Oczywiście, że dostaniesz - uspokoiła ją Dorotea, piorunując spojrzeniem Roznina.

-  Gdybyś widziała te trzy wielkie, lepkie, obrzydliwe paskudztwa, które pochłonęła  

niecałe pół godziny temu... Lepiej nie dawaj jej zbyt dużo na kolację - ostrzegł Sasza.

- Umyj ręce, Tirlo, i już ci podaję kolację. Zostajesz, Sasza?

background image

- Nie, dziękuję, ale nie - udało mu się zachować grzeczny ton głosu. -  Peter miał 

rację, ona jest telepatką. Ale nie wie o tym.

Dorotea:   Hmmm.  Widzisz,   czegoś   się   od   niej   dzisiaj   nauczyłeś.  A   czego   ona   się  

nauczyła od ciebie?

- Jak wydawać pieniądze - odparł cierpko Sasza i wyszedł.

background image

33

Jeśli oficjalni obserwatorzy startów nawet i zauważyli chłopca, siedzącego na uboczu 

w  górnym   pomieszczeniu   kontrolnym,   to   pewno  uznali   go   za   dzieciaka,   któremu   z   racji 

młodego   wieku   pozwolono   się   wszystkiemu   przyglądać.   Mężczyźni   z   całą   pewnością 

dostrzegli siedzącą obok malca kobietę - bardzo piękną, z niezwykłym, srebrzystym pasmem 

w ciemnych włosach. Nie spuszczała chłopca z oka. Równie uważnie strzegł go wysoki, 

ciemnowłosy mężczyzna w polowym mundurze z pułkownikowskim orłem. Nie zwracali na 

nikogo uwagi, wiec i inni tylko przelotnie rzucali na nich okiem. To, co najważniejsze, działo 

się   na   zewnątrz,   przy   wysokich,   masywnych   kratownicach,   gdzie   huraganowe   wichry 

szarpały płomień buchający z silników. Ostatnio wszystkie starty były niebezpieczne - pogoda 

dezorganizowała cały transport powietrzny, a szczególnie groźne stały się pierwsze minuty 

wznoszenia się promu.

W ekranowanym pomieszczeniu rozległo się odliczanie - przy „ośmiu” obserwatorzy 

starali się zająć jak najdogodniejsze miejsce przy wąskich oknach, pragnąc zobaczyć zapłon i 

start.   Ukradkowo  krzyżowano   palce   na  szczęście,  bo  to   miał   być  trzynasty lot.   Chociaż, 

oczywiście, nikt nie był przesądny.

- Zapłon! - w wypowiadającym to głosie za każdym razem brzmiała nutka triumfu.

Nikt z obecnych nie słyszał, że w chwili gdy silniki promu zaczynały grzmieć pełną 

mocą, rozlegał się inny dźwięk - narastający pomruk generatorów. Cichy szum, który rósł do 

momentu, kiedy zaczynał się unosić prom, jeden z tych nowych, wspaniałych, klasy Rigel. 

Początkowo wznoszenie się było niemal niedostrzegalne, potem zrywała się ostatnia więź ze 

startowym rusztowaniem. Wszyscy wstrzymywali oddech. Lecz prom - na przekór wyjącemu 

wichrowi i ulewnemu deszczowi - wzbijał się w górę sponad betonowego placu i nawet na 

centymetr nie zbaczał z optymalnej  trajektorii. Wznosił się coraz szybciej  i nagle „ptak” 

znikał w szaroburych, niskich, kłębiących się chmurach - jeszcze przez chwilę widać było 

ogień silników.

Wszystkie oczy kierowały się natychmiast ku nowo zainstalowanym monitorom na 

podczerwień, na których śledzono nie zakłócony lot promu poprzez atmosferę, bezpieczne 

wychodzenie ponad turbulencje - stąd miał już blisko do Drugiej, niecierpliwie czekającej na 

przewożony ładunek.

- Pilot przejął stery - powiedział Peter Reidinger, otwierając oczy.

background image

Chłopiec spojrzał najpierw na Rhyssę, a ona skinęła głową i uśmiechnęła się doń 

uspokajająco; puściła dłoń Petera. Lubił, kiedy w takich chwilach trzymała go za rękę, choć 

nie czuł jej dotknięcia.

- Twoje stery, Crosbie - oznajmił kontroler i westchnął z ulgą. - Świetny start, Peter. 

Pracujesz jak marzenie. Zapisz to wszystko dla nauki.

- I tak się dzieje - przypomniał mu z uśmiechem Johnny Greene.

- Wie pan, co mam na myśli, pułkowniku. - Jason Murphy dotknął jego dłoni.

- On się z tobą droczy - stwierdził Peter, spoglądając na monitor.

Właściwie   chłopiec   nie   musiał   tego   robić   -   wznoszenie   się   promu   tętniło   w  jego 

żyłach, mrowiło prądem przebiegającym po kościach. Czuł je całym sobą.

- Bardzo ekonomiczny start, Peter - oznajmił Johnny, oglądając wydruk na kontrolce 

generatora. - To trzeci z kolei na tym poziomie gestaltu. Sądzę, że możemy już określić 

niektóre parametry korzystania z mocy przy startach w złych warunkach... choć dalej nie 

mam pojęcia, jak ty to robisz. - Tu chrząknął z niezadowoleniem.

Były pilot miał nadzieję, że nauczy się od Petera sprzęgania się z generatorami, jeżeli 

będzie dokładnie śledził pracę umysłu chłopca podczas startu. Johnny miał jedynie utajony 

Talent kinetyczny - lecz on i Rhyssa zdecydowali, że to lepiej; „rasowy” kinetyk mógłby się 

nie dopasować do metod chłopaka.

- Może się za bardzo starasz, J.G. - zasugerował Peter. - Otworzyłem się, na ile tylko 

mogłem...

- Wiem, mały. Na przestrzał. Po prostu jestem zbyt niezdarny, żeby przejść przez 

otwarte drzwi. Coś mi się zdaje, że potrzebny do tego wyszkolony kinetyk.

- Zapłon drugiego członu! - oznajmił kontroler, patrząc na wskaźniki. - Poooszedł! 

Dobra robota, Peter. Naprawdę.

- Rusz się, Peter, czas na naukę pływania - popędził chłopca Johnny. - Musisz mieć 

dobrą kondycję, żeby wypuszczać te ptaki.

- Nie mógłbym zostać, żeby się upewnić, czy bezpiecznie zacumuje? - Peter za nic by 

się nie przyznał, nawet w najgłębszym zakamarku swego umysłu, że bezpośrednio po starcie 

nie   miał  siły,   aby  się  podnieść   z  fotela;  potrzebował  paru   chwil  na   odzyskanie  energii  i 

korzystał z każdego pretekstu, by je zyskać.

- Z ptakiem wszystko O.K. - zapewnił go Jase.

- Czekaj, jeśli chcesz. - J.G. z powrotem usiadł. Peter się zastanawiał, czy pułkownik 

Greene zwąchał, w czym rzecz; nigdy nie dał tego po sobie poznać, jeżeli tak było.

background image

Obserwatorzy   zaczynali   powoli   wychodzić   ze   znajdującej   się   poniżej   galerii   - 

przygarbieni, w nieprzemakalnych ubraniach, walczący z silnym wichrem. Jason mrugnął i 

włączył interkom.

-   Tylko   postępowi   w   technologii   kosmicznej,   senatorze,   zawdzięczamy   fakt,   że 

możemy wysyłać promy niezależnie od pogody.

- Gdybym dostał pięć centów za każdą przymusową przerwę, stary, to bym mógł 

zafundować drinki wszystkim z bazy. Ile nas kosztuje ta nowa technologia?

Kongresman wymienił cyfrę trzy razy wyższą niż w kontrakcie Petera. I prawie o sto 

procent większą niż cena generatora.

Chłopak   uśmiechał   się   od   ucha   do   ucha,   serdecznie   rozbawiony   owym 

podsłuchiwaniem. Był przerażony tym, ile kosztuje „duży” generator (choć J.G. go zapewnił, 

że to betka w porównaniu z innymi wydatkami dla Canaveral) i nie mógł uwierzyć w to, co 

mu   zapewniał   kontrakt   za   tak   krótką   pracę.   No   i   jeszcze   dochodziły   premie   za   każdy 

pomyślny   start.   Natomiast   ogromnie   mu   się   spodobała   sugestia   Rhyssy,   że   Centrum 

podwyższy „pensję” wysyłaną jego rodzicom.

Talenty zwykle nie były zatrudniane, dopóki nie ukończyły osiemnastu lat, ale uznano, 

że - ze względu na okoliczności i niezwykłe zdolności Petera - tym razem można, na krótko, 

odstąpić od tej zasady. Vernon wyjaśnił Centrum, że jeśli technologia jest kosztowna, to na 

pewno zostanie uznana za wydajniejszą od czegoś tańszego. Różnica pomiędzy prawdziwymi 

a fikcyjnymi kosztami wpływała na Fundusz Badawczy Centrum.

Altenbach i tak się musiał natrudzić, żeby przekonać personel Canaveral do „nowej 

technologii”; i to mimo że generał Halloway i pułkownik Straub entuzjastycznie popierali ów 

pomysł.   O   Peterze   nie   wspominano;   mówiło   się   tylko   o   generatorze   i   jego   osobliwym 

oprzyrządowaniu. Podczas pierwszego sprawdzianu „nowej technologii” Peter i Rhyssa byli 

ukryci za ekranem. Chłopak przeniósł kinetycznie prom z Canaveral do Eglin Field, pomimo 

wichury o sile osiem i chmur na pułapie stu metrów. Posadził „ptaka” dokładnie na znaku 

namalowanym   na   pasie   -   żeby   zademonstrować   precyzję   „nowej   technologii”.  Wówczas 

pozwolono   mu   przenieść   prom   z   ładunkiem   na   orbitę,   skąd   mogły   go   ściągnąć   statki   z 

Drugiej. I znów zadecydowała precyzja chłopca - do tej pory tak wiele promów zbaczało z 

kursu, że drastycznie ograniczono loty.

Dwa dni później niechętnie udzielono zgody na właściwy start promu. Nie zanosiło się 

na poprawę okropnej pogody, a dostawy były opóźnione o całe tygodnie. Peter był troszkę 

niespokojny owego pierwszego ranka i prom wznosił się w tak zadziwiającym tempie, że 

kontrolerzy podejrzewali brak zapłonu i chcieli przerwać lot. Chłopak, przy telepatycznym 

background image

wsparciu Johnny’ego, zredukował swą moc i lot trwał. Słyszano, jak pilot potem opowiadał, 

że w pierwszych chwilach lotu instrumenty wskazywały 11 g przyspieszenia i że wpadł w 

panikę, iż nie zdoła uruchomić katapulty; tak się bał, że o mało nie narobił w spodnie.

„Nowa   technologia”   nabierała   precyzji   z   każdym   kolejnym   startem   i   NASA 

odetchnęła z ulgą - teraz już można było w terminie dostarczyć zaopatrzenie na Drugą.

Johnny i Rhyssa obserwowali wyraz skupionej twarzy Petera, który śledził lot promu. 

Jason Murphy podał im kawę i czekali, aż chłopiec będzie gotów.

- O.K. - rzekł w końcu Peter; ekran  pokazywał  prom w pobliżu doku, a  on sam 

zregenerował siły. - „Nowa technologia” jest gotowa do lekcji pływania.

Nabrał na tyle sił, żeby swobodnie się podnieść z fotela i pomachać na pożegnanie 

Jasonowi w drodze do wyjścia.

Potrzeba było czterech startów, żeby Jason, kontroler startów promów, oswoił się z 

„nową   technologią”   i   rolą,   jaką   w   tym   odgrywał   Peter;   ale   w   końcu   polubił   chłopaka   i 

zrezygnował z domyślania się, jak też mały robi to, co robił.

- Załóż płaszcz przeciwdeszczowy, Peter - powiedział Johnny.

Chłopak wiedział, że może kinetycznie chronić się przed deszczem, ale potrafił już się 

powstrzymywać   przed  takimi   popisami.   Posłusznie   opatulił   się  płaszczem.  Wszyscy troje 

zanurkowali do czekającego na nich samochodu.

background image

34

Rhyssa i Peter byli już dwa tygodnie na Florydzie, kiedy Borys zdecydował się na 

jedną   ze   swych   nielicznych   wizyt   w   Centrum;   chciał   uzmysłowić   Saszy,   że   tajni   agenci 

sądzili,   iż   sprzedano   kolejne   dzieciaki.   Agenci   zauważyli,   że   w   liniowcach   A,   B   i   C 

wydawano mnóstwo wolniaków. Cass i Suz zostały więc wysłane do liniowca E. Obie kobiety 

odwiedzały wszystkie liniowce Jersey, więc ich mieszkańcy je znali. Cass dzięki ciąży była 

jeszcze mniej podejrzana, a obecność Suz tłumaczyła swoim złym zdrowiem. Jak dotąd nie 

miały  jeszcze   o   czym   meldować.   Obie   kobiety,   kiedy  tylko   mogły,   wczepiały   znakujące 

pasemko we włosy napotykanych dzieci.

Podobne   ekipy   „znakowały”   dzieci   z   liniowców   w   całym   Jerhattanie.   Skanerzy 

pracowali całą dobę, wypatrując, kiedy taki „znak” pojawi się w nieodpowiednim miejscu.

-   Sam   wiesz,   braciszku,   że   dysponujemy   tylko   takimi   namiastkami.   Obecność 

teleempaty nie zapobiegnie porywaniu dzieci - oznajmił Borys.

Sasza   siedział   w   gabinecie   Rhyssy   i   załatwiał   rutynowe   sprawy   administracyjne; 

zostawił na chwilę ustalanie nowych metod testujących. Borys stał przy oknie i patrzył na 

pełne spokoju otoczenie.

-   Nie,   nie,   nie   i   nie   -   odparł   Sasza,   nie   odrywając   oczu   od   monitora;   wykonał 

gwałtowny gest, odwrócił się i spojrzał twardo na brata. - W żadnym razie nie pozwolę, żeby 

Tirla posłużyła za przynętę!

- Ależ ona się tam urodziła - tłumaczył Borys. - Umie właściwie odczytywać pogłoski 

krążące w liniowcu; żaden z naszych tego nie potrafi.

- I tobie się zdaje, że ja - Sasza stuknął palcem w swoją pierś - wystawię ją na takie 

ryzyko?

- Prawdę mówiąc, nie sądzę, żeby Tirli coś groziło - ciągnął Borys, spacerując po 

pokoju. - Moglibyśmy ją dołączyć do Cass i Suz, obwiesić najnowszymi czujnikami. Ona zna 

liniowce, mówi każdym narzeczem, jest bystra, potrafi obserwować i...

-  Ma dwanaście lat i nie będzie twoją przynętą! - ryknął Sasza, nawet nie usiłując 

powściągnąć oburzenia i furii.

- Ten dzieciak nigdy nie miał dwunastu lat! - Borys spojrzał na brata ze zdumieniem. - 

I niby dlaczego nie mielibyśmy wykorzystać w sprawie porwań dzieci jedynego atutu, jaki się 

background image

nam udało zdobyć? Ona ma unikalny Talent, naturalny kamuflaż i żyłkę do takich rzeczy. 

Sam wiesz, jak sobie świetnie radziła w liniowcu G.

- Liniowiec G to już przeszłość. Nie pozwolę, by znów tak ryzykowała!

- Nigdy jej nic nie groziło. Chyba że z twojej strony! - Borys łypnął wściekle na brata. 

- Poza tym to pomysł Cass. Myślę, że coś w tym jest. Jedno jest pewne, braciszku: będziemy 

tracić dzieci dopóki nie odkryjemy, kto kieruje tym nikczemnym handlem. A wśród tych 

dzieci też mogą być Talenty.

- Przekraczasz wszelkie granice, Borysie. Zostaw Tirlę w spokoju. Są inne sposoby, 

etyczne i techniczne, za pomocą których można rozwiązać problemy OPP.

- Gdybym miał ludzi, żeby tak to załatwić, Sasza, to bym tak uczynił - odparł Borys; 

jego twarz spurpurowiała od powstrzymywanego gniewu, wywołanego uporem bliźniaka.

- No to wykorzystaj jako przynęty dzieci z liniowca G. Z radością przyjmą taką szansę 

wydostania się ze schroniska!

-  A  wiesz,   to   niezły   pomysł.   -   Borys   obdarzył   brata   przeciągłym   spojrzeniem.   - 

Przyjrzę się im.

I z tymi słowy wyszedł z pokoju.

background image

35

Owe   trzy   tygodnie   na   Florydzie   -   pomimo   pracy   -   były   dla   Rhyssy,   Johnny’ego 

Greene’a   i   Petera   nieomal   wakacjami.   Wysłanie   trzynastu   lub   osiemnastu   promów 

towarowych zajmowało chłopcu co najwyżej dwie do trzech godzin dziennie.

Kiedy   Johnny   Greene   zaczął   wyjaśniać   Peterowi   mechanikę   wznoszenia   się, 

trajektorie, wprowadzanie na orbitę i inne sprawy związane z obecną pracą chłopaka - oboje z 

Rhyssą odkryli przeraźliwe braki w jego edukacji. Przez dziewięć miesięcy od wypadku nie 

pobierał żadnych nauk! Natychmiast zaangażowano korepetytora-teleempatę.

Alan Eton prędko się połapał, że Peter, jak każdy chłopak, lekceważy gramatykę, 

ortografię   i   składnię;   za   to   słownictwo   techniczne   opanował   lepiej   niż   rówieśnicy.   Z 

matematyki   był   na   poziomie   pierwszego   roku   studiów   i   wykazywał   sporą   znajomość 

niektórych dziedzin fizyki. Wzorował się na pułkowniku, stąd postępy w obu tych naukach. 

Johnny Greene namawiał chłopca, żeby - pomimo swych kinetycznych zdolności - lepiej się 

przyłożył   do   angielskiego   i   komputerów.   Peter   rozumiał   niektóre   teorie   chemiczne   i 

biologiczne - zwłaszcza te, które jakoś się wiązały z jego wypadkiem - ale nigdy nie robił 

żadnych   doświadczeń.   Ustalono   program   kształcenia   i   zaczęły  się   regularne   lekcje;  Alan 

sprytnie   naprowadzał   chłopca   na   samodzielne   i   pozaprogramowe   dokształcanie   się   we 

wszystkim,   co   Petera   interesowało,   a   tymczasem   uzupełniał   największe   braki.   Stopień 

uniwersytecki - magisterski lub wyższy - był poza zasięgiem Petera Reidingera: musiał się 

zadowolić skromniejszą karierą; jednak, żeby w pełni rozwinąć swój Talent, powinien zdobyć 

ogólną   orientację   w   wielu   dziedzinach   wiedzy.   Peter   zastanawiał   się   czasem,   z   trudem 

wkuwając zadany materiał, jak też sobie radzi Tirla. I jakie szkolenie Sasza jej zaaplikował.

Fizjoterapia   nadal   była   niezbędna;   lecz   -   bez   krępującej   „uprzęży”   -   Peter   bez 

przeszkód   wykonywał   ćwiczenia.   Czynił   to   z   nabożeństwem,   bo   przez   cały   czas   miał 

nadzieję, że nabierze trochę mięśni.

- Zdarzało się niekiedy - powiedział fizjoterapeuta Rhyssie i Johnny’emu - że udawało 

się   pobudzić   nawet   bardzo   uszkodzoną   tkankę   nerwową.   Tego   powinniśmy   pragnąć   dla 

Petera. Żeby mógł normalnie chodzić i czuć.

- Jakie ma szanse? - spytała Rhyssa.

background image

- Któż to wie? - Fizjoterapeuta wzruszył ramionami. - Kinetyczne ćwiczenia na pewno 

mu nie zaszkodzą. Poprawią napięcie mięśni i płynność ruchów. Jeśli mam być szczery, to 

nigdy bym nie zgadł, że chodzi kinetycznie, kiedy się pierwszy raz zjawił w sali ćwiczeń.

Peter uwielbiał pływanie. Woda go podtrzymywała i udawanie, że pływa, wymagało 

minimalnego   wysiłku.   Początkowo   zbyt   energicznie   młócił   nogami   i   rękami,   więc   woda 

zalewała mu nos; jednak szybko znalazł złoty środek. Potrafił także nurkować - skakał z 

trampoliny, zawisał na chwilę w powietrzu, kiedy zmieniał kierunek lotu i czysto wchodził w 

wodę. W trakcie ich pobytu nie było zbyt wiele słońca, ale „środki zastępcze” nadały skórze 

chłopca kolor opalenizny. I Rhyssie także.

- Bardzo ci był potrzebny ten wypoczynek - stwierdził pewnego dnia Johnny, kiedy 

wylegiwali się na leżakach i obserwowali Petera, radośnie chlapiącego się w basenie.

- Też tak sądzę - odparła Rhyssa z głębokim westchnieniem. - Te ostatnie miesiące 

były zupełnie zwariowane. - Znów westchnęła. - Jednak taki już jest los dyrektora Centrum, a 

mimo wszystkich wad tego stanowiska nie chciałabym być nikim innym.

- Czy zamierzasz kiedykolwiek wyjść za mąż i mieć dzieci? - spytał najobojętniej w 

świecie Johnny.

- O co ci chodzi, Johnny?  - Uniosła brew, ostrzegając, że jeżeli nie będzie z nią 

szczery, to wyrwie tę informację wprost z jego umysłu.

- O nic specjalnego - uśmiechnął się zawadiacko. - Po prostu Dave Lehardt właśnie się 

tu zjawił. - Reakcja Rhyssy sprawiła, że uśmiech J.G. stał się jeszcze szerszy. - Ach tak! Więc 

nie jesteś odporna na jego urok!

Rhyssa zdołała się roześmiać, choć nie mogła powstrzymać rumieńca zadowolenia z 

owej nowiny.

- Skąd wiesz, że tu jest? Jeśli ja go nie „słyszę”, to i ty nie możesz.

- Widziałem, jak wysiadał z samochodu. Idzie tutaj. - Trudno jej było znieść błysk w 

oku Johnny’ego.

-   Jesteśmy   tylko   przyjaciółmi,   którzy   razem   pracują   -   powiedziała   i   usłyszała 

telepatyczne ha-ha J.G., bo Dave Lehardt wszedł właśnie na pływalnię.

Johnny  zachichotał  jeszcze  raz,   kiedy  spojrzenie   Dave’a  zatrzymało  się  ociupinkę 

dłużej na Rhyssie, zanim przywitał się z pozostałymi.

-   Witaj,   „szkieletowa   załogo”!   -   zawołał   Dave   do   Petera,   który   wisiał   jednym 

ramieniem na poręczy schodków basenu. - Wyciągnąć cię stamtąd?

- Lepiej wyjdź, Peter - odezwała się Rhyssa. - Masz sine usta i gęsią skórkę. Cześć, 

Dave.

background image

Johnny,   tylko   do   Rhyssy:  Bylibyście   wspaniałą   parą:   jego   piękność   i   twoja  

inteligencja!

Rhyssa:   **Wizja,   jak   ściga   Johnny’ego,   trzymając   w   garści   wielkie   polano   z 

wyciętym napisem NARZĘDZIE KARY**

Johnny: Dorotea też tak uważa.

Rhyssa: Pozwólcie mi samej nad tym pomyśleć, chłopaki.

Johnny: Dave ci na pewno pozwoli, bo nie może cię „przeczytać”. To zresztą jedyny  

minus. On za tobą szaleje.

- Dzisiejszy start był wspaniały, Peter - oznajmił Dave Lehardt, wyciągając chłopca z 

wody i zręcznie opatulając go wielkim ręcznikiem.

- Za każdym razem jest lepszy - odezwał się Johnny; zaczepił swoją sztuczną stopę o 

wolny leżak i przyciągnął go w pobliże siebie i Rhyssy.

Rhyssa:  Strzeż się, Johnny. Mam swojego własnego „goryla” i jak się będziesz źle  

zachowywał, to mu powiem, żeby cię przytopił.

Johnny:   **On   sam   jako   święta   niewinność**  Mnieee?   To   ty   się   paskudnie  

zachowujesz...   zwłaszcza,   że   mi   grozisz   wrzuceniem   do   tego   ohydnego   basenu,   co   by  

spowodowało zwarcie w moich cybernetycznych kończynach. Czy wiesz, jak działa na nie  

słona woda?  **Gwałtowny wstrząs, lecące we wszystkie strony kawałki i części sztucznej 

ręki i nogi.**

- Do każdego z trzech ostatnich startów wykorzystał prawie jednakową porcję mocy - 

powiedziała Rhyssa do nowo przybyłego.

Dave Lehardt „poskładał” swoją długą postać, usiadł na leżaku i uśmiechnął się do 

Rhyssy. Czy jej się tylko zdawało, czy istotnie patrzył na nią cieplej niż na innych? Niech go 

licho   za   to,   że   nie   ma  Talentu!   Niech   go   licho   za   tę   wrodzoną,   nieprzeniknioną   osłonę 

umysłu! Nie miała żadnej wskazówki, jak postąpić - tylko ten wyraz błękitnych oczu, w 

których by chciała zatonąć. Nic dziwnego, że pomiędzy nie-Talentami tak często się wszystko 

psuło. A jednak...

- NASA jest zachwycona tą nową metodą sterowania i naprowadzania na kurs - mówił 

Dave; wyglądał na bardzo zadowolonego - I cieszę się, że mogą to zaliczyć do kategorii: 

„niezbędne dalsze badania”. Z Drugiej nadeszły naglące prośby o więcej szczegółów na temat 

owego supertajnego G i H, bo ewentualnie by to u siebie wykorzystali.

- I? - zainteresował się Johnny, rozciągnięty swobodnie na leżaku; oczy zmrużył jak 

szparki.

background image

- Generał Halloway robi, co może, opowiada o próbnych założeniach, o konieczności 

dokładnego przetestowania, że to w żadnym przypadku nie jest pewna i sprawdzona metoda...

- Ja jestem „sprawdzona metoda” - stwierdził zrzędliwie Peter, „nadlatując” jak duch: 

długi   ręcznik   (starał   się   go   nie   zamoczyć   w   kałużach   wokół   basenu)   zasłaniał   stopy 

szczękającego zębami chłopca.

- Chodź no tutaj! - przywołała go Rhyssa, robiąc mu miejsce na swoim leżaku; byłaby 

spadła, lecz Dave prędko temu zapobiegł, podtrzymując ją kolanami i rękami: jego dotyk 

wywołał w niej falę ciepła; usadowiła Petera obok siebie. - Miałeś się dziś piętnaście minut 

wygrzewać na „słońcu”, prawda?

- Wiesz co, Peter  - wtrącił się Dave, nadal podtrzymujący Rhyssę.  - Chyba  będę 

musiał zmienić twoją ksywkę. Już wcale nie przypominasz szkieletu.

- To zasługa słońca Florydy - uśmiechnął się doń chłopak.

Peter w końcu przemógł zazdrość o tego faceta: trudno być zazdrosnym o mężczyznę, 

którego się lubi, który stawia poczęstunki w najlepszych lokalach. Johnny i Rhyssa często 

rozmawiali (kiedy Dave’a nie było w pobliżu) o tym, że on musi mieć jakiś Talent, tylko że 

nie można tego wykryć. Potem Johnny rozwodził się nad traumatycznym przełamywaniem i 

psychicznymi oporami, a Rhyssa odpowiadała, ze miło jest znać kogoś, kto nas zawsze może 

zadziwić.

- Jeśli zobaczysz słońce, to daj mi znać, co? - skrzywił się Dave; w trakcie owych 

trzech tygodni deszcz tylko na chwilę przestał padać. - Kiedyż wreszcie wynajdziecie jakiś 

pogodowy Talent?

- Dopiero co sprawiliśmy jeden cud - odcięła się Rhyssa. - Daj nam chociaż trzy dni!

- Bóg odpoczywał zaledwie jeden dzień - rzekł głębokim głosem Dave, przybierając 

nabożną minę.

-  Trzy  tygodnie,   trzy   miesiące,   trzy  lata,   trzy   dziesięciolecia   -   wtrącił   grobowym 

głosem Johnny. - Nawet nie potrafię podpatrzeć metody Pete’a, choć się nad tym pocę od 

tygodni.

- Pete - odezwał się Dave. - Jak byś opisał to, co robisz? Równie dobrze mógłbym 

pytać źródło o to, jak bije rzucił scenicznym szeptem do Rhyssy.

Peter   się   roześmiał.   Dave   zawsze   żartował.  Więc   chłopak   udał,   że   rozmyśla   nad 

pytaniem - zmarszczył brwi i tarł brodę, jak czasem Johnny.

- To tak jakbym myślał o tym, co chcę zrobić... że trzeba unieść prom... i podczepiam 

się   pod   generatory,   zwiększam   ich   obroty...   a   potem...   -   wzruszył   chudymi   ramionami   - 

...potem wypuszczam prom.

background image

- Jak kamień z katapulty? - spytał Dave.

- Coś w tym rodzaju.

- Nie zabrzmiało to zbyt pewnie.

- Bo sam dobrze nie wiem. Trzeba to zrobić, no to robię.

Rhyssa położyła ostrzegawczo dłoń na kolanie Dave’a, bo wyczuła, jak chłopak się 

strapił, że nie potrafi tego dokładnie wyjaśnić. Ręka Dave’a natychmiast nakryła jej dłoń. 

Johnny uśmiechnął się do Rhyssy ponad Peterem.

-   Jest   wiele   działań   -   zaczęła   pospiesznie   Rhyssa   -   które   wykonujemy   zupełnie 

odruchowo. Na przykład oddychanie. Przecież nie włączasz świadomości do wszystkich faz 

wdychania i wydychania powietrza:  to się dzieje  odruchowo. Albo sięganie  po szklankę. 

Przecież nie mówisz ręce, na jaką odległość ma się wyciągnąć, ani palcom, że mają uchwycić 

szklankę, ani ramieniu, że ma podnieść ów niewielki ciężar. Dzieje się to prawie bez udziału 

świadomości. Peter działa na zasadzie takich właśnie podstawowych, niezależnych od woli 

odruchów i dlatego na razie nie umie opisać poszczególnych faz. Jak tylko Lance Baden 

wróci ze Stacji, to na pewno poczynimy postępy w rozumieniu tego, co dla „szkieletowej 

załogi” - jest równie proste jak oddychanie.

- To wcale nie jest aż takie łatwe - odezwał się Peter.

-   Nie   rań   uczuć   „szkieletowej   załogi”   -   oburzył   się   żartobliwie   Johnny.   -   Bo 

zastrajkuje!

- Nie przy takim kontrakcie! - odparowała żywo Rhyssa.

- Wróćmy jeszcze do tego, co mówiłeś, Pete - podjął z namysłem Johnny. - Że coś ma 

być zrobione, więc to robisz. Naprawdę nie myślisz, JAK to wykonać? Po prostu robisz to, co 

trzeba?

- Dokładnie tak samo jak ty - jeśli wolno mi to przypomnieć - kiedy posadziłeś ciężko 

uszkodzony prom w swoim dwudziestym pierwszym locie - wtrącił Dave. - Eksperci do tej 

pory nie wiedzą, jakim cudem ci się to udało!

- Ja też nie mam pojęcia - uśmiechnął się Johnny. - Przepraszam, Pete.

- Posłużyłeś się kinezą? - spytał chłopiec.

- Nic innego by nam  nie pomogło: mieliśmy rozerwane jedno skrzydło i oderwaną 

część ogonową. Uznano, że to był nagły wybuch Talentu, obudzonego silną wolą przeżycia.

- Co w was uderzyło? - Peter już dawno chciał o to zapytać, ale dotąd nie było po 

temu okazji, no i wątpił, czy pułkownikowi sprawiłoby przyjemność przypominanie sobie, jak 

stracił rękę i nogę.

background image

- Jacyś  przeklęci,  niedoszkoleni głupcy,  wyczyniający akrobacje na torze  lotu.  - I 

Johnny puścił wspaniałą, jędrną wiązankę (tak telepatycznie, jak i słownie), a oczy Petera 

zaokrągliły się z podziwu dla tak kwiecistego języka. - Na swoje szczęście nie przeżyli, więc 

nie mogli odpowiadać za swoje błazeństwa ani przede mną, ani przed prawem.

- Och! - Chłopcem wstrząsnęła nieoczekiwana, gorzka zawziętość Johnna.

- Nie wykąpiesz się, Dave? - Rhyssa chciała i zmienić temat, i uwolnić dłoń, zanim jej 

ramię całkiem zdrętwieje.

- I tak będziesz mnie musiała ścierpieć przez parę dni - odparł Dave. - Bez pomocy 

„szkieletowej załogi” lotnisko będzie zablokowane.

Lehardt wstał i, pogwizdując skoczną melodyjkę, ruszył przez kałuże ku przebieralni.

Johnny westchnął i znów się wyciągnął na leżaku, podkładając dłonie pod głowę. 

Rhyssa zauważyła, że skóra na sztucznym ramieniu wyglądała dość naturalnie, tylko że się 

nie opalała. Za to Peter zbrązowiał i wyglądał jak każdy zdrowy, choć kościsty chłopak w 

jego   wieku.   Zasypiał   teraz   o   wiele   bardziej   zmęczony   poranną   działalnością,   niż   się 

przyznawał. Rhyssa uśmiechnęła się czule do chłopca, wstała z leżaka i przeniosła się na ten 

opuszczony przez Dave’a. Spojrzała na zegarek. Peter miał jeszcze dziesięć minut. Ułożyła 

się na miękkim materacu.

- Rany BOSKIE!

Poderwała   się,   słysząc   okrzyk   Dave’a   i   bezsilnie   patrzyła,   jak   się   przewracał, 

pośliznąwszy się w kałuży wody; jego długie ciało waliło się prosto na okafelkowane naroże 

basenu - to się mogło źle skończyć. Nagle przygasły światła, a Lehardt wylądował miękko 

obok basenu - bez jednego zadraśnięcia czy potłuczenia, choć dość wstrząśnięty.

- Jak, u diabła...?

- Mój Boże! - zawołał Johnny Greene. - Ty to zrobiłeś, Pete? - zapytał i odpowiedziało 

mu leciutkie pochrapywanie. - Mój BOŻE! To ja! To ja! TO JA!

Wołał coraz głośniej i wpatrywał się w Rhyssę ze zdumieniem i radością. Ona zaś 

uśmiechała się do niego coraz szerzej.

- To twoje dzieło - zapewniła go. - Johnny znów w akcji!

background image

36

Sasza!

Roznin   nie   mógł   zignorować   wezwania   Dorotei,   choć   przyszło   w   zupełnie 

nieodpowiednim momencie. Uniósł rękę, dając znak Budworthowi i Sirikit, że nastąpi krótka 

przerwa w rozmowie.

Dorotea,   z   irytacją:  Skoro   jej   pokazałeś,   jak   wykorzystywać   bransoletę   ID   do  

kupowania   różnych   różności,   to   może   byś   ją   teraz   nauczył   oszczędności   i   planowania  

wydatków. I utrzymywania porządku w pokoju! Cały, aż pod sufit, jest zapchany „okazjami”.

Sasza: Gdzie teraz jest?

Dorotea, u kresu cierpliwości: Ogląda dzisiejsze lekcje i przymierza łaszki!

-   Bud,   przeleć   jeszcze   raz   te   etniczne   grupy.   Przynajmniej   mamy   statystyczne 

wyliczenie, ile było psionicznych Talentów w każdym pokoleniu od czasów Darrowa i op 

Owena. Rozbijmy to na poszczególne Talenty: jasnowidze, „odnajdywacze”, przyciągacze, 

kinetycy, telepaci, teleempaci.

Budworth obojętnie wzruszył ramionami i zaczął pisać program.

- Dalej NIE rozumiem - odezwała się miękkim, śpiewnym głosem Sirikit. - Jak ma to 

nam ułatwić wyszukiwanie Talentów w liniowcach?

- Gdzie widać dym, tam musi być jedno lub dwa ogniska - odparł zagadkowo Sasza i 

poszedł sobie.

Owa wycieczka po zakupy sprzed trzech tygodni odkryła przed Tirlą nową rozrywkę, 

której się poświęcała niemal z taką pasją, jak nauce. Doroteę to początkowo bawiło. „To inna 

namiętność - nabywanie. Przejdzie jej”, mówiła.

Cass   towarzyszyła   dziewczynce   w   dwóch   kolejnych   wyprawach   i   nauczyła   ją 

korzystać z metra; bawiło ją obserwowanie, jak Tirla wślizguje się do najekskluzywniejszych 

sklepów   i   butików.   Kiedy   mała   zaczęła   kupować   samodzielnie,   dwa   razy   zatrzymali   ją 

nadgorliwi sprzedawcy; ale trzeba przyznać, że spokojnie czekała, aż ktoś - czyli Sasza - 

zjawi się i potwierdzi jej prawa do bransolety ID i do obciążania konta Centrum. To wcale nie 

znaczy, że coś kupowała każdego popołudnia, które spędzała w magazynach. Sasza gorzko 

żałował, że Cass ujawniła Tirli, ile jest sklepów w Jerhattanie. W liniowcu był tylko jeden.

background image

Dziewczynka   nieodmiennie   kończyła   owe   popołudnia   w   Staroświeckim   Salonie. 

Kiedy oznajmiła, że zamierza spróbować każdej pozycji z pięciostronicowej karty łakoci, 

Dorotea jedynie się roześmiała.

- Może dzięki temu wreszcie choć troszkę przytyje! Poza tym i tak zawsze zjada 

kolację - orzekła starsza pani. - Chciałabym, żeby się trochę zaokrągliła. Co też sobie myślą 

sprzedawcy, skoro ona wciąż wygląda jak na wpół zagłodzona?

Kiedy Sasza pojawił się na jej wezwanie, Dorotea stała w salonie i surowo wskazała w 

kierunku pokoju Tirli. Roznin zapukał w drzwi i radosne nucenie małej natychmiast umilkło.

- Kto tam? - lęk zawsze się pojawiał w głosie dziewczynki, kiedy ją nachodzono 

znienacka; gdyby się wreszcie przestawiła na telepatię (a Sasza był pewien, że ona ma takie 

zdolności), to by „wiedziała” bez pytania.

- Sasza!

- Chwileczkę!

Rozninowi zdawało się przez chwilę, że pochwycił zabłąkaną, bojaźliwą myśl, ale oto 

drzwi zaczęły się stopniowo otwierać - stopniowo, bo Tirla musiała najpierw poprzesuwać 

rozmaite rzeczy, aby zrobić przejście dla Saszy.

Roznin rozejrzał się wokół i jęknął.

- Tirlo! Co się stało z dzieckiem, które trzeba było zmuszać, żeby sobie kupiło więcej 

niż jeden łaszek?! - powiedział na głos to, co mu najpierw przemknęło przez myśl, choć nie 

był to raczej najlepszy sposób podejścia do całej sprawy.

Dorotea, z oburzeniem: Nietaktowny zarzut!

- Przecież mi powiedziałeś, że mogę robić zakupy, kiedy tylko zechcę - zdziwiła się 

Tirla. - Popatrz, co zdobyłam dzisiaj. - Uniosła ku Saszy parę sandałków na sztyletowatych 

obcasach,   z   paskami   ozdobionymi   klejnotami.   -   Pasują.   Kosztowały  grosze,   bo   leżały  w 

sklepie latami; no więc dostałam je prawie za darmo. Prawda, że są ładne? Chcesz zobaczyć, 

jak w nich wyglądam? Jestem dużo wyższa.

- Pewno tak, Tirlo, ale prawdę powiedziawszy, nie są to buty dla dziewczynki w 

twoim wieku.

- Pasują! - powtórzyła, jakby to było najważniejsze.

- Tirlo! Czyżbym nie miał gdzie usiąść? To właśnie tak denerwuje Doroteę. Przecież 

wiesz, w jakim porządku utrzymuje cały dom.

Dorotea: Otóż to. Zwal wszystko na mnie.

- ...Talenty mogą mieć to, co jest im potrzebne oraz to, czego chcą, ale w granicach 

rozsądku - podkreślił te słowa. - I to jest obowiązująca norma. Lecz to... - tu Sasza machnął 

background image

zamaszyście ręką, wyrzucając przy okazji za drzwi wieszak z mnóstwem strojów: wieszak się 

wywrócił, a stroje dołączyły do całej sterty barwnych bluz, leżących na podłodze obok drzwi. 

- Ale to przekracza wszelkie granice!

Tirla spojrzała na niego; z jej buzi nic nie można było wyczytać, lecz Sasza wyczuł tak 

głęboki ból i rozczarowanie, że natychmiast zmiękł.

- Chyba nie będzie można tego odesłać. Wszystko przymierzałam.

- Odesłanie tego niczego nie załatwi, Chip - nazwał ją pieszczotliwym przydomkiem, 

wymyślonym przez Cass.

Dorotea: Od tego trzeba zacząć!

-   Musisz   się   nauczyć   kupować   mądrze.   Część   tych   rzeczy...   -   Sasza   wskazał   na 

koronkową, zwiewną bieliznę, zbyt wymyślną nawet dla dwudziestolatki - ...można spakować 

i schować...

Dorotea, kwaśno: Gdzie?

- W piwnicy. - Roznin zaczął zbierać inne nieodpowiednie łaszki. - I rozgardiasz zaraz 

się zmniejszy. - Przy okazji odsłonił pagórek butów we wszelkich kolorach; oszołomiła go ich 

różnorodność;   wszystkie   były   na   tyle   małe,   żeby   dobrze   pasować   na   drobną   stopkę 

dziewczynki.

Dorotea: Kompleks Kopciuszka.

Sasza: Do pary, każdy jeden z nich.

Dorotea: No to jak mogą być do pary?

- Tylko pięć par butów, Tirlo, nie więcej - zawyrokował Roznin i spostrzegł, jak się 

nadąsała.   -   Pięć   par.   I   dziesięć   rozmaitych   ubiorów   w  szafie.   Lecz   ani   jeden   z   tych...   - 

Podniósł szmaragdowozieloną suknię balową, przepięknie zdobioną haftem ze srebrzystych i 

zielonych perełek: bardzo stylowa toaleta, w kolorze niezmiernie odpowiednim dla Tirli (ale 

dopiero wtedy, gdy dojdzie do dwudziestki! no, przynajmniej do osiemnastki); smakowi i 

wyczuciu fasonu Tirli nie można było nic zarzucić. - Sprowadzę trochę kufrów, żebyś miała 

gdzie to wszystko schować. Wtedy usiądziemy i ułożymy budżet.

- Budżet? Tak jak dla miast i projektów? - zdumiona Tirla przestała się dąsać.

- Tak. Centrum ma swój budżet, ja mam i Peter...

Dorotea: Wszyscy święci mają budżet!

- To już nie będę mogła robić sprawunków?

Sasza nie był nieczuły na jej zbolały głosik i smutną minę.

background image

-   Chodź   po   sklepach,   ile   chcesz.   Zajrzyj   do   każdego   cholernego   magazynu   na 

Manhattanie, Long Island i Jersey Shore. Ale niczego nie kupuj. Po prostu oglądaj, żeby 

nasycić oczy.

- Już nigdy nie będę mogła nic kupić?

Dorotea, nucąc nostalgiczną skrzypcową melodię: La da da, da da da dah!

Sasza: Dobrze, dobrze, a jak ty byś pohamowała dzieciaka, który nic do tej pory nie  

miał, a nagle może mieć wszystko?

Dorotea:  Mniej więcej tak, jak ty. Tylko nie daj się skruszyć łezkom w tych wielkich  

czarnych oczach!

Sasza wyczuł w głosie Dorotei ton, który go zaintrygował.

- Nie, Chip, to nie znaczy, że nigdy nic nie kupisz. Po prostu nie tak dużo i nie tak 

często, i nie to, czego właściwie nie potrzebujesz.

Tirla przysiadła na skraju ledwie widocznego łóżka.

- Ale samej źle się ogląda wystawy. Ktoś musi ze mną chodzić. Gdzie Cass? Ona to 

uwielbia.

- Cass jest w akcji.

Dziewczynka uniosła ku niemu głowę; już nie wyglądała na zawiedzioną i zmieszaną 

dwunastolatkę:

- Porwali następne dzieciaki?

- Jeszcze nie - skłamał. - I chcemy, żeby tak zostało.

- Cass jest w liniowcu? - rozjaśniła się dziewczynka.

Sasza potaknął.

Dorotea: Tylko jej przypadkiem nie zdradź gdzie, bo gotowa wytropić Cass.

- Czemu mi nie pozwalasz z nią pracować? Mogłabym udawać jej dziecko i...

- NIE!

Zaprotestował tak gwałtownie, że Tirla aż się cofnęła. Znów wyglądała na głęboko 

urażoną i zdezorientowaną, i młodziej niż na swój wiek.

- Przepraszam, Chip. - Sasza zwichrzył gładko uczesane, czyste i lśniące włosy małej, 

chciał jej wynagrodzić swój brak taktu. - Zrób sobie małą przerwę. Nie złapaliśmy jeszcze 

Yassima, a jeżeli on cię wypatrzy, to zwinie cię tak prędko, że nikt z nas nie zdoła temu 

zaradzić.

Dorotea: Ona wciąż się boi Yassima!

Fakt, bała się, i to tak bardzo, że Sasza wziął ją w ramiona i ukołysał.

background image

-  Yassim   cię   w   Centrum   nie   dopadnie.   Jesteś   tutaj   bezpieczna.   Chciałbym,   żebyś 

bezpiecznie dorosła i wykorzystywała swój rzadki Talent... do zarobienia tylu pieniędzy, byś 

mogła   płacić   za   swoje   zakupy.   -   Próbował   obrócić   wszystko   w   żart;   poczuł,   jak   Tirla 

sztywnieje. - Nie, nie twoimi wolniakami! - Musiał się roześmiać; mała czarownica: jej skarb 

był zbyt cenny, żeby go naruszać! - Pomyśl sobie, ile byś straciła, gdybyś wydawała własne 

fundusze. Zastanów się nad tym, kiedy znów będziesz chciała coś kupić. Udawaj, że wydajesz 

WŁASNE pieniądze.

- MOICH bym nie wydawała - wymruczała Tirla z twarzą wtuloną w pierś Saszy.

Smukłe, drobne ciałko dziewczynki spoczywało ufnie w ramionach Saszy; pozwolił 

sobie   na   pieszczotliwe   pogłaskanie   włosów   małej   i   na   delektowanie   się   jej   bliskością. 

Dlaczego właśnie Tirla? Jak to się stało, że - spośród wszystkich kobiet na świecie - właśnie 

taka   zabiedzona   znajda,   przedwcześnie   dojrzała   i   otrzaskana   z   życiem,   zajęła   pierwsze 

miejsce w jego sercu? Pewno by nawet nie zrozumiała, ile dlań znaczy. Była o wiele za 

młoda,  żeby  zwracać   uwagę   na  takie  sprawy.  A jednak...  odnosiła   się  do  niego   zupełnie 

inaczej niż do pozostałych. Przytulił ją mocniej, a potem odsunął od siebie najłagodniej, jak 

potrafił. Pewnego dnia, za jakieś osiem, dziewięć lat...

Dorotea tym razem nie wygłosiła żadnej uwagi. Ku zdumieniu Saszy Tirla zaczęła 

posłusznie składać swoje rzeczy, równiutko i pieczołowicie. Przyglądał się temu przez chwilę, 

a następnie - wypatrując, gdzie może postawić swoje wielkie stopy na zasłanej łaszkami 

podłodze - poszedł przygotować kufry.

background image

37

Jak   tylko   Dave   Lehardt   wszedł   do   kuchni,   gdzie   Rhyssa   zmywała   naczynia   po 

uroczystym posiłku, dziewczyna natychmiast się domyśliła, że oto nadeszła TA chwila. Przez 

ostatnich kilka miesięcy bliskiej współpracy nauczyła się subtelnych znaków „mowy ciała” 

Dave’a. Serce dziewczyny przyspieszyło swój rytm; starała się nie porozbijać półmisków i nie 

wypuszczać wszystkiego z rąk - zbyt by się tym zdradziła. I na dokładkę nie mogła wyczytać 

z   jego   umysłu   żadnych   pomocnych   wskazówek.   Może   właśnie   dlatego   Dave   Lehardt 

wydawał się Rhyssie o wiele bardziej romantyczny niż którykolwiek z Talentów.

Dave podszedł wprost do Rhyssy, więc musiała na niego spojrzeć.

- Kiedy się przestaje z wami, Talentami, to najtrudniej jest wypatrzyć taki moment, 

kiedy inni nie słuchają - zaczął, w błękitnych oczach malowała się determinacja; wyjął rondel 

z dłoni Rhyssy i włożył  z powrotem do pienistej wody; położył  obie ręce na ramionach 

dziewczyny i powoli, lecz zdecydowanie odwrócił ją ku sobie. - Pete i Johnny są tak zajęci 

omawianiem mojej wywrotki, że nie powinni się zainteresować niczym innym.

Dave przyciągnął Rhyssę ku sobie.

Johnny: Tylko się nie waż udawać skromnisi!

Rhyssa: Precz z mojego umysłu, Johnny.

Peter:  Oooo, akurat gdy zaczęło być interesująco. I jak ja się mam nauczyć tego  

wszystkiego!

Rhyssa: Wyłączcie się! Obydwaj! I niech no tylko poczuję najdelikatniejsze muśnięcie  

waszej myśli...

Johnny: Coś mi się zdaje, że ona mówi poważnie!

Peter: Na pewno!

W umyśle dziewczyny zapanowała głucha cisza.

- Wcale nie są aż tacy zaabsorbowani - powiedziała Dave’owi.

- Mówiono mi i ostrzegano mnie, tak wprost jak i pośrednio, że nie mam prawa prosić 

kobiety z twoim Talentem i uzdolnieniami, żeby została żoną faceta, w którym nie ma ani 

krzty czegoś takiego.

Gniew zapłonął w głębi umysłu Rhyssy. Zastanawiała się, kto się starał powstrzymać 

tego wspaniałego, troskliwego mężczyznę, który tak wiele zrobił dla wszystkich Talentów. 

background image

Pragnęła, żeby dalej mówił owe cudownie romantyczne słówka i zachęcająco uniosła ku 

niemu głowę. A gdyby umilkł i spróbował ją pocałować? Zadrżała.

- Ale uważam, że decyzja należy do ciebie, no i do mnie. Tak mnie otumaniłaś, że nie 

potrafię jasno myśleć, kiedy jesteś w tym samym pokoju co ja; a gdy cię nie ma, to myślę 

tylko o tobie. Rhysso Owen, czy zgodzisz się wyjść za mnie?

- Dlaczego dopiero teraz o to pytasz? - odparła, oplatając ramionami szyję Dave’a i 

uśmiechając się do niego.

Radość emanowała  z całej  postaci Dave’a; mocno  przytulił Rhyssę  i pocałował z 

takim mistrzostwem, jakby czytał w jej umyśle.

background image

38

Peter   i   Rhyssa   wrócili   triumfalnie   tego   samego   dnia,   kiedy   Cass   Cutler   doniosła 

Borysowi, że trzej Lewantyńczycy i dwaj Hiszpanie z liniowca E są podejrzanie bardziej 

zamożni, niż powinni być. Borys postanowił, że nie będzie zakłócał szczęśliwego powrotu 

takimi wieściami i nawet Saszy o tym nie poinformował.

Dorotea   i   Tirla   zachwycały   się,   jak   wspaniale   wygląda   Peter,   opalony   i   zdrowy; 

stwierdziły, że się porusza z większą swobodą; Rhyssa słuchała tego z osobliwie łagodnym 

uśmiechem.   Dave   Lehardt   musiał   zostać   na   Florydzie   i   zakończyć   swoją   publicystyczną 

kampanię;   przygotowywał   pole   dla   pułkownika   Johnny’ego   Greene’a,   który  miał   przejąć 

zadania „szkieletowej załogi”.

Peter z kolei zauważył elegangę Tirli i zdumiał się, że dziewczynka sama kupuje w 

magazynach.

- Pierwszy raz poszedł ze mną Sasza...

Dorotea,   bezpośrednio   do   Rhyssy:  I   powiedział:   „Sezamie,   otwórz   się!”,   a   po  

tygodniu pokój Tirli przypominał bazar.

Sasza: Słyszałem! Daj spokój.

Rhyssa: Sama wybrała ten strój?

Dorotea: Zawsze sama wszystko wybiera, nawet takie łaszki, których dwunastoletnia  

dziewczynka JESZCZE nie potrzebuje.

Rhyssa: Ma dobry gust... przynajmniej w tym, co teraz założyła.

Dorotea: W ogóle ma dobry gust. Choć może odrobinkę zbyt wyrafinowany.

Starsza pani zorientowała się, że Sasza aż kipi gniewem i zmieniła temat.

Peter i Tirla wyśliznęli się z pokoju.

- Jak to się stało, że pozwolili ci samej chodzić do magazynów? - spytał chłopak, 

zazdrosny o swobodę dziewczynki; jemu nigdzie nie pozwalali pójść samemu.

Tirla wzruszyła ramionami.

-  Och,  próbowali   mi  tłumaczyć,  jakie   to  niebezpieczne  -  zachichotała.   -  Zupełnie 

jakbym   się   nie   potrafiła   zatroszczyć   o   siebie   w   każdym   liniowcu.   Zwłaszcza   w   takim 

grzeczniutkim jak te tutaj, w Jerhattanie.

- I wychodzisz, kiedy zechcesz?

background image

- Niemal każdego dnia. - Potrząsnęła głową. - Byłeś kiedyś w Staroświeckim Salonie 

Przepysznych Deserów?

- Ja? - Peter stuknął dłonią w pierś i skrzywił się; wciąż jeszcze nie potrafił tak dobrze 

kontrolować  pomniejszych  mięśni,  żeby  się  posługiwać  kciukiem  czy  palcem;  poczuł  się 

skrzywdzony, z wielu powodów. - O, słyszałem o tym Salonie - udał obojętność, lecz szybko 

z tego zrezygnował. - To naprawdę takie pyszne?

- Pyszne? - odezwała się z entuzjazmem Tirla. - To boskie. Nigdy byś nie uwierzył, co 

tam   podają.   Najbardziej   -   tu   zacytowała   zdanie   z   menu   -   „szałowe,   najrozkoszniejsze 

cukiernicze   wspaniałości,   jakie   kiedykolwiek   widziałeś”.   -   Wyczuła   pragnienie   Petera   i 

świadomie je pobudziła: - Wszystkie smaki lodów, jakie tylko sobie zamarzysz...

- I tak po prostu idziesz?

- Pewno. Czemu nie? To tylko cztery przystanki metrem. - Wskazała kciukiem ku 

salonowi, skąd dochodziły głosy dorosłych. - Kto nas będzie szukał przez najbliższe pół 

godziny?  - Zauważyła wahanie chłopca i dorzuciła prowokacyjnie: - Są zajęci. Wrócimy, 

zanim się zorientują, że nas nie ma!

To sprawiło, że Peter się zdecydował, chociaż wiedział, że jego sprawność fizyczna 

jest zupełnie inna niż Tirli. Poza tym dziewczynka była od niego młodsza - więc skoro ona 

mogła wychodzić, to i on też.

Wyszli z domu bocznymi drzwiami. Tirla kroczyła obok Petera, zachwycona jego 

towarzystwem. Fajnie będzie mu pokazać, jak świetnie sobie radzi.

background image

39

Peter czuł, jak bardzo Tirla się cieszy z tego, że może go zabrać w miejsce dobrze jej 

znane,  a dla  niego  zupełnie  nowe.  Uśmiechał  się  więc  tylko,  kiedy wsiedli  do  metra  na 

peronie Centrum. Inne Talenty jadące w tym wagoniku uśmiechnęły się do dwójki dzieciaków 

i   telepatycznie   przesłały   Peterowi   gratulacje   i   pozdrowienia;   chłopak   już   się   nauczył 

zachowywać skromnie w szerszym gronie, nawet wśród innych Talentów.

Tirla   szczegółowo   opisywała   swoją   ulubioną   „cukierniczą   wspaniałość”:   cztery 

rodzaje lodów, cztery rodzaje polewy, cztery rodzaje orzechów i wiśni, kokos i wielobarwne 

wiórki.

- Matka mnie kiedyś zabrała do takiego lokalu - odezwał się Peter. - O, dawno temu. 

W moje dziesiąte urodziny. Za to moja siostra dużo chodzi. Mama mówi, że ona przez to ma 

często pryszcze.

- Pryszcze?

- Krosty. Wypryski na twarzy.

- Och. - Tirla nie załapała; Peter wyobraził sobie wysypkę na jej twarzy. - Och! To o to 

chodzi!

Ukradkiem przesunęła dłonią po buzi, a chłopiec się roześmiał.

-   Wcale   nie   musisz   dostać   wyprysków,   Tirlo.   Trzymają   nas   na   zdrowej   diecie   - 

pocieszył ją. - Nie jemy tego, co subbie.

- Jak było na Florydzie? - spytała dziewczynka.

Peter nierzadko bywał świadkiem, jak Dave Lehardt taktownie odpowiada na trudne 

pytania i sporo się od niego nauczył. Więc opowiedział o równinach i palmach, o piachu, o 

pysznym jedzeniu, o basenie i „opalających łóżkach”; Tirla wydawała się zadowolona z tego, 

że on i Rhyssa byli na wakacjach.

Jak   tylko   wysiedli   na   właściwej   stacji,   dziewczynka   objęła   prowadzenie   i   szybko 

pomknęła   w   górę   po   schodach,   zapominając   o   inwalidztwie   Petera.   Był   obok,   kiedy  się 

zatrzymała.

-   Wakacje   dobrze   ci   zrobiły   -   orzekła   i   pognała   dalej.   -   O,   widzisz...   tam   jest 

Staroświecki Salon, zaraz jak się wchodzi do magazynu.

Żadne z dzieci nie zauważyło, że były bacznie obserwowane przez dwóch mężczyzn, 

którzy wysiedli z eleganckiej, prywatnej „pchełki”, stojącej na lądowisku dla helikopterów. 

background image

Niższy mężczyzna wyjął z kieszeni jakiś mały, czarny przyrząd i skierował go ku Tirli i 

Peterowi.

- Cóż za zdumiewająca nieostrożność! Żadnego z nich nie oznakowano! Chcę, żeby 

ich złapano! Zwłaszcza tego obmierzłego małego chłopaczka! I żadnych pomyłek, żadnych 

wymówek. Z chłopakiem nie powinniście mieć większych kłopotów, lecz zadbajcie, żeby ona 

nie zdążyła narobić alarmu. Zajmij się tym, jak tylko zwołasz ludzi. Czy jasno się wyraziłem?

- Tak, sir.

background image

40

Peter zdążył krzyknąć tylko raz - więcej w tym było oburzenia niż trwogi. Potem 

zapanowała złowieszcza cisza, pomimo wysiłków Rhyssy, by nawiązać kontakt. Dziewczyna 

nie marnowała więc czasu na próżne wysiłki, lecz „nadała” w najszerszym możliwym paśmie:

Alarm! Do wszystkich Talentów i całego personelu OPP! Prawdopodobnie porwano  

Petera Reidingera. Mogło to nastąpić w pobliżu Staroświeckiego Salonu. Była z nim Tirla.

Tirla! - wybuch Saszy był niemal tak donośny, jak „głos” Rhyssy.

-  Przyjąłem!  - rozległ się niski, uspokajający „głos” Borysa. -  Wszystkie jednostki 

znajdujące się na tamtym obszarze mają rozpocząć poszukiwania. Zdjęcia dzieci przekazano  

faksem   do   wszystkich   pojazdów.   Natychmiast   rozpoczynam   przesłuchania   wszystkich  

świadków. Ta sprawa ma NAJWYŻSZY priorytet.

To priorytet G i H! - dodał z gorzkim zapamiętaniem Sasza. - Sirikit, co Budworth 

ma na skanerze znaków? - Długie, pełne zdumienia milczenie. - O mój Boże. Przecież nigdy 

nie oznakowałem Tirli. Rhysso?

Ja Petera też nie - odparła z przerażeniem. - Jak mogliśmy być tak GŁUPI?!

Nie byliście - odezwała się pocieszająco Dorotea. - Ich bransolety ID można o wiele 

łatwiej wytropić niż znakowane dziecko.

Cała   ta   wymiana   myśli   odbywała   się   podczas   biegu   Rhyssy,   Saszy   i   Dorotei   do 

pomieszczenia kontrolnego; znajdujące się tam urządzenia powinny wskazać, gdzie znajdują 

się dzieci.

Budworth siedział przed właściwym ekranem, ale twarz miał zalaną łzami:

-   Rozcięli   im   bransolety.   Skaner   pokazuje,   że   leżą   w   kanale   ściekowym 

magazynowego lądowiska.

- O mój  Boże! - Sasza niemal załkał, lecz zdołał się opanować. -  Przyjedź tutaj, 

Carmen. Wy też, Bertho i Auerze. Jest jakaś szansa, Doroteo, że dotrzesz do Tirli?

- Jeśli ty nie możesz, to ja tym bardziej - odparła z niewymownym smutkiem.

- Nic nie słychać, nic, absolutnie nic - szeptała drżącym głosem Rhyssa. - A zawsze 

„słyszałam” myśli Petera.

- Nie „słyszałabyś”, gdyby był uśpiony, kochanie - odezwała się Dorotea. - To jedyny 

przypadek, kiedy by nie mógł ani „słyszeć”, ani „odpowiadać”. - I osobiście do Sirikit: - 

Zadzwoń do Dave’a Lehardta, żeby natychmiast tu przyjechał.

background image

Sirikit dyskretnie wykonała polecenie.

- Nooo, braciszku! Jak opieszale twoi się zabierają do roboty! - Sasza niespokojnie 

chodził po pokoju.

Musieli   czekać   jeszcze   pięć   przeraźliwie   długich   minut,   zanim   Borys   się   z   nimi 

skontaktował.

-  Dzieciaki   siedziały   same.   Tirla   jest   tutaj   dobrze   znana.   Przedstawiła   swojego  

przyjaciela, Petera, kelnerce, która ją najczęściej obsługiwała. Owa kelnerka widziała, jak  

wychodzili. Zauważyła, jak wsiadali do małej „pchełki” z emblematem Centrum Talentów.  

Było tam czterech mężczyzn, lecz nie widziała ich twarzy. Nie dostrzegła nic niezwykłego,  

chyba tylko to, że chłopiec zabawnie szedł i że w pewnej chwili pomagał mu jeden z mężczyzn.  

Nie, nie zauważyła rejestracji. Mam APB na małych „pchełkach” z emblematami Talentów, w  

Jerhattanie, może to coś da, jeśli wasze skanery wykryły ich bransolety.

Sasza: Bransolety zdjęto. Leżą w kanale obok magazynu.

Borys: Pewno od tego zaczęli. Macie coś na skanerach znakowania?

Rhyssa, z trudem: Ani Peter, ani Tirla nie byli oznakowani.

Borys,   z   wściekłością:  A   czemuż   to   nie   byli?!   Na   wszystkie   świętości!   Dwoje  

najważniejszych Talentów?! Przepędzacie wszystkich na prawo i lewo, każecie znakować tępe  

bachory subbie i rozpieszczone potomstwo z „rojów”, a nie oznakowaliście Petera i Tirli?!

Cisza, jaka nastąpiła po tym wybuchu, była bardziej wymowna niż to, co mógłby 

jeszcze dodać.

Rhyssa   zaczęła   płakać;   Dorotea   starała   się   ją   pocieszyć   telepatycznie,   przytuliła 

dziewczynę.

Borys, już spokojniej: No trudno, stało się. Musimy przyjąć, że porywacze zastosowali  

te same metody, co ostatnio. Tylko to by tłumaczyło kompletną telepatyczną „ciszę”. Uśpili  

dzieciaki.   Wpakują   je   w   te   gładziutkie   kokony   i   gdzieś   ukryją.   Przepraszam,   Rhysso.   Za  

bardzo jestem wściekły, żeby się bawić w dyplomację. Włączyłeś do akcji Carmen, Sasza?  

Wszyscy moi „odnajdywacze” nad tym pracują. Jakoś ich odszukamy. To są sprytne dzieciaki.  

Jak tylko się obudzą, to pomogą nam się odnaleźć.

Suz   i   Cass   jeszcze   bardziej   podkopały   morale  Talentów,   donosząc,   że   z   każdego 

kompleksu   mieszkalnego   sprzedano   lub   po   prostu   porwano   ponad   trzydzieścioro   dzieci. 

Ranjit, który działał w kompleksie mieszkalnym W, też raportował wzmożoną działalność 

handlową. Taka zuchwałość i zasięg operacji przekraczały wszelkie przewidywania OPP i 

Talentów. Wszystko się wydarzyło tak nagle, jednocześnie i gładko, że kompletnie zaskoczyło 

i OPP, i Centrum.

background image

- Sercem jestem z Rhyssa i pozostałymi Talentami. To nie do wiary, że dwoje takich 

wartościowych młodych ludzi także padło ofiarą tych nikczemników - powiedziała Borysowi 

Teresa Aiello, zarządca miasta, a on przekazał jej słowa Saszy i Rhyssie. - Ta sprawa ma 

najwyższy priorytet i wszystkie środki miasta są do waszej dyspozycji, Borysie i Rhysso. Nie 

będziemy   szczędzić   wysiłków.   Czy   jest   coś,   co   ja   osobiście   mogłabym   uczynić?   Może 

zaoferować nagrodę? Albo nietykalność w zamian za informacje?

- Pogoń swoich ludzi, żeby pomyśleli, gdzie można ukryć tak wiele dzieciaków - rzekł 

Borys do Teresy Aiello. - Wszyscy moi ludzie nadzorują transport. Dzieci nie wywieziono 

poza Jerhattan. Kazałem zatrzymać wszystkie pociągi towarowe i zbadano każdy kontener, 

otwierając te o podejrzanych rozmiarach. Muszą gdzieś tu być. Na razie.

-   Zaczniemy   wszystko   sprawdzać,   Borysie:   opuszczone   składy,   stare   budowle, 

podziemne magazyny - zapewniła go twardo Teresa Aiello.

Borys Roznin wcale nie rzucił wszystkich swoich łudzi do kontroli transportu; co 

najmniej jedna trzecia wyłapywała każdego ladrone czy sassina, jakiego wypatrzyli w sklepie 

czy   fabryce.   OPP   mogła   mieć   szczęście   i   wydobyć   jakąś   konkretną   informację   z 

przestraszonego subbie.

- Peter żyje, prawda? - spytał Budworth; tak bardzo chciał, żeby go o tym zapewnili, 

iż zapomniał o wszelkiej delikatności; Peter był jego najserdeczniejszym przyjacielem.

- Żyje. To nie jest cisza śmierci - odparła Rhyssa i głos jej zadrżał przy ostatnim 

słowie. - Po prostu jest nieprzytomny.

- Jeszcze  nic, Carmen?  - zapytał  Sasza „odnajdywaczkę”,  która siedziała, gładząc 

pukiel włosów Tirli; nie potrafiła spojrzeć w oczy Rozninowi, więc tylko z wolna potrząsnęła 

głową.

- Boże miłosierny! Jak mogliśmy być tak zarozumiali, aby sądzić, że same bransolety 

ID ochronią dzieciaki! - wybuchnął Sasza, chodząc nerwowo po resztce wolnej przestrzeni. - 

CZEMU, u licha, NIE pomyśleliśmy, żeby je oznakować?! - Zwinął dłoń w pięść i uderzał o 

drugą. - Same Talenty tu siedzą. - Niemal pogardliwym gestem wskazał ludzi skupionych 

przy monitorach lub pospiesznie wczytujących programy w główną sieć.

- Gdzież oni mogą być? Niełatwo ukryć takie mnóstwo ciał. Nie mogli ich przecież 

lotem błyskawicy przenieść do... - nie zdołał znaleźć odpowiedniego słowa i skrzywił się - 

...dokądkolwiek. Borys prawie natychmiast zlecił nadzór transportu. Cholera, metro i drogi 

transportowe były pod obserwacją od incydentu w G.

-  Uspokój się, Sasza, Rhyssa i tak czuje się wystarczająco winna...  - ostrzegła go 

Dorotea.

background image

Sasza:  A myślisz, że ja się nie czuję winny za to, iż nie oznakowałem Tirli, że ją  

zachęcałem   do   wycieczek   do   tego   przeklętego   magazynu?   I   do   tego   cholernego  

Staroświeckiego   Salonu?  -   Jego   „głos”   wprost   ociekał   ironią.   -  Byłaby   o   całe   niebo 

bezpieczniejsza, gdybym pozwolił Borysowi użyć jej jako przynęty!

Dorotea: Przestań się zadręczać i samooskarżać, Sasza. Tirla od tygodni bezpiecznie  

chodziła i do magazynu, i do Salonu. Nie umiem zrozumieć, czemu TYM razem ta podróż  

ukazała się tak niebezpieczna.

Rhyssa: Peter tak ciężko pracował. Wydawało się, że to całkiem niewinny wyskok.

Dorotea, pokrzepiająco:  Usłyszymy ich. Usłyszymy. Jeszcze chwileczka i na pewno  

usłyszymy.

Umysł starszej pani niespokojnie poszukiwał śladu Tirli. Była pewna, że po blisko 

pięciu tygodniach spędzonych razem z małą bez trudu rozpozna jej świadomość.

- ŻEBY WIELBŁĄDZIE ŁAJNO ZATKAŁO WSZYSTKIE OTWORY WASZYCH 

CIAŁ! ŻEBY WASZE BRZUCHY ZAWSZE BYŁY PEŁNE RZYGOWIN! ŻEBY WAM 

JĘZYK ZGNIŁ, ZĘBY WYPADŁY, A DZIĄSŁA SIĘ POKRYŁY CZYRAKAMI! ŻEBY 

WAM   ZGNIŁA   WĄTROBA,   PĘCHERZ   WYSECHŁ,   A   GRUCZOŁY   USCHŁY   I 

ZROPIAŁY!

-   Wielki   Boże!   -   Dorotea   aż   się   poderwała.   -   Słyszeliście   to   wszyscy?   Było 

wystarczająco głośne.

- Peter nie zna takiego języka. - Rhyssa się leciuteńko uśmiechnęła.

- Ale Tirla  pewno zna - odparł  uśmiechnięty od ucha  do ucha Sasza.  - Pikantne, 

prawda? Kurczę, gdzie ona się podziała? Już jej nie słyszę.

- Za to ja słyszę i zapewniam cię, że jest w świetnej formie - stwierdziła Dorotea. - 

Żadne z was jej teraz nie słyszy? Wspaniale nadaje, jeśli tylko zechce.

Starsza pani uniosła rękę, nasłuchiwała w napięciu.

Tirlo, tu Dorotea, czy mnie słyszysz? - Jej „głos” był spokojny i kojący.

Tirla: Dorotea? Gdzie jesteś?

Dorotea: To raczej ty mi powiedz, gdzie jesteś. Słyszycie ją teraz?

Potrząsnęli   głowami;   tylko   ona   miała   kontakt   z   dziewczynką.   Poczuła   lekkie, 

zdecydowane dotkniecie ich umysłów - przysłuchiwali się.

Tirla, wściekle: To ty mi powiedz. Nic nie widzę. Nic nie czuję. Mogę tylko wąchać, a  

cuchnie tu gorzej niż w fabrycznym ścieku. Nie potraficie mnie wytropić?

Nie, Tirlo; nie potrafimy. Zdjęli wam bransolety jeszcze w magazynie, z którego was  

porwali. Czy Peter jest koło ciebie?

background image

Dorotea   powtarzała   wszystko   na   głos,   żeby  inni   w   pokoju   słyszeli.   Sasza   gestem 

pokazał Carmen, by przy niej usiadła, lecz Carmen tylko potrząsała głową, sygnalizując, że 

nadal nie umie „znaleźć” Tirli.

Pamiętasz, co się wydarzyło?

Starsza pani wyraźnie wyczuwała niezadowolenie dziewczynki.

-  Nic   nie   pamiętam.   Skończyliśmy   zajadać   najnowszą   pyszność,   którą   dopiero   co  

dopisali do menu. Peter zapłacił. Powiedział, że tym razem on stawia, bo był na wakacjach.  

Wyszliśmy z salonu i szliśmy w stronę metra, kiedy nagle coś mi zakryło twarz i już nic więcej  

nie pamiętam. Jakieś paskudztwo. Obrzydliwy słodkawy zapaszek. Jakim cudem mogę nagle z  

tobą rozmawiać?

-  Czasem   to   konieczne,   Tirlo.   -   Dorotea   postarała   się,   żeby   jej   „głos”   wyrażał 

zadowolenie i aprobatę.

Tirla: Chciałaś, żebym się odezwała? Czy ja chciałam, żebyś mnie usłyszała? Peter?  

Peter, odpowiedz!

Dorotea wychwyciła sprzeczne uczucia w pytaniu małej, ale nie był to zły znak.

Dzisiaj porwano nie tylko ciebie i Petera. Cass i Suz doniosły, że z E porwano sporą  

grupkę. Znakomicie zorganizowana sprawa. Dlatego ważne jest i pomocne wszystko, co nam  

powiesz, Tirlo. Wszystko, nawet największa błahostka.

Peter mi nie odpowiada. Może się jeszcze nie obudził. W żołądku mi się przewraca.  

Nie powinnam była jeść tej pyszności. Peter? Peeeeeeter!!

Dorotea, łagodnie:  Nie wpadaj w panikę, Tirlo. Jeśli was jednocześnie uśpiono, to  

Peter wkrótce się obudzi. Bardzo nam ulżyło, gdy się odezwałaś, uwierz mi.

Tirla, trochę zdziwiona: Wierzę. Nie możesz kłamać w swoim umyśle, prawda?

I ty mnie nie możesz okłamać - odparła Dorotea, zdecydowanymi gestami nakazując 

Saszy i Rhyssie, żeby nie próbowali wsączać pytań w jej myśli. „Głos” dziewczynki był 

wyraźny, ale nie tak mocny jak w pierwszym porywie oburzenia. Bała się ryzykować, że 

straci z nią kontakt. - Powiedz mi teraz, co tylko zdołasz, o swoim otoczeniu.

Cuchnie!

Już to wiemy. Czym? Poza, oczywiście, odchodami przerażonych dzieci. Co słyszysz?

Tirla, z niesmakiem: Beczą.

-  I to jest pewna wskazówka, Tirlo. Czy zdołasz odróżnić jeden płacz od drugiego i  

ocenić, ile dzieci tam jest?

Dorotea czuła skupienie dziewczynki i nie przeszkadzała jej.

background image

Tirla: Myślę, że tu jest sporo dzieciaków: mnóstwo płaczów i jęków i ktoś nawet ma  

czkawkę. Wszędzie dokoła, z każdej strony, nade mną, ale nie poniżej. Czemu tak nas związali  

i zasłonili nam oczy? Większość dzieciaków i tak by nie próbowała uciekać.

Dorotea:  Yassim stracił wszystkie dzieci z G, prawda? Myślę, że przez to, niestety,  

zmienili metody działania. Teraz stosują dezorientację i pozbawianie bodźców czuciowych,  

żeby wymusić posłuszeństwo dzieci, jak już je z tego wyciągną. Ty się nie boisz, prawda?

Tirla, szczerze:  Nie podoba mi się to, ale się nie boję. Jestem wściekła. - Jej „głos” 

nabierał mocy. - Straciłam lekcję matematyki.

Dorotea roześmiała się z ulgą. Rozzłoszczona Tirla będzie o wiele pożyteczniejsza niż 

przestraszona. Sasza też parsknął z ulgą, zelżało napięcie Rhyssy.

-  Złość się dalej, Tirlo. Gniew może być pożyteczny. Chciałabym, żebyś spróbowała  

uspokoić   dzieci.   Niech   ci   powiedzą,   jak   się   nazywają   i   skąd   są.   Uderzono   nie   tylko   w  

liniowiec R. Sądzimy, że porwano ze setkę.

Razem ze mną i z Peterem?

-  Więc sto dwoje. Peter nie jest taki silny jak ty, Tirlo. - Dorotea uniosła brew na 

stłumiony protest Rhyssy: - Ona jest silna. I w takich okolicznościach o wiele lepiej potrafi o 

siebie zadbać.

A co mi pomoże silą, skoro nic nie widzę i jestem opakowana jak paczka? Hej, wy  

tam! Zamknijcie się! Przestańcie biadolić, głupi Lewantyńczycy!  - Tirla zaczęła mówić w 

językach, których Dorotea nie rozumiała. - Wolą beczeć za swoimi mamami! Mamami, które  

ich sprzedały!  - Dziewczynka wróciła do basiku. -  Ze sześcioro jest z E, siedmioro z W i  

dwoje z C. Ależ beczą! Żadne z nich nie jest Peterem.

Dorotea: Zapytaj, jak się nazywają.

Tirli   udało   się   podać   imiona   dziesięciorga   z   piętnaściorga   otaczających   ją   dzieci. 

Natychmiast przekazano je Borysowi.

- Gdzie też jest Peter? - szepnęła miękko Rhyssa.

Kiedy koncentrowała się na rozmowie Dorotei, do niespokojnej grupki dołączył Dave 

Lehardt. Splótł swoje palce z palcami dziewczyny i ten fizyczny kontakt bardziej ją pokrzepił 

niż pocieszające przekazy otaczających ją telepatów.

-   Popytaj   Tirlę   o   zapachy   -   ponaglił   Doroteę   Sasza.   -   Może   to   da   nam   JAKĄŚ 

wskazówkę, gdzie jest.

Tirla: Hmmm, pachnie metalem. I czuję jakąś pleśniowo-gnilną woń, nie wiem, co to.  

Jeszcze   jeden   zapach,   którego   nie   znam,   oleisty.   Tkwię   w   czymś...   chyba   w   plastykowej  

piance. Każdy palec w oddzielnym rowku. Przywiązali mnie w pasie, poprzez pierś, za kostki i 

background image

przeguby. Gdybym była krótsza, to bym się udusiła. Z tyłu jest szpara, przez którą mogę  

siusiać i kupkać. Ciągnie stamtąd chłód. Chyba jestem blisko podłogi. Mam nadzieję, że nie  

ma dzieciaków nade mną. Źle by było, gdyby to na mnie spadało! Och, przestańcie biadolić! 

Nikt was nie krzywdzi! - Wrzasnęła te zdania w innych dialektach.

- O, to zaczyna na nią działać - odezwała się ponuro Dorotea. - Jestem z tobą, Tirlo.  

Są tutaj wszyscy: Sasza, Rhyssa, Borys, Sirikit, Budworth, Dave, choć może ich nie słyszysz.  

Wyciągniemy cię stamtąd, obiecuję.

Tirla:  Pospieszcie  się, proszę.  Jak  będę  musiała  słuchać  tych  płaczów i  jęków,  to  

wystrzelę w kosmos. A co z kobietą, która przypięła sobie moje włosy? Czemu nie zapytacie  

jej, gdzie jestem?

Carmen jest z nami i przypomina ci, że musisz być w oświetlonym miejscu, żeby cię  

mogła   „zobaczyć”!   Pamiętasz   o   tym?   To   dlatego   nie   mogła   cię   znaleźć   w   liniowcu,   bo  

siedziałaś w ciemnościach.

Tirla:  Tu  jest  jeszcze  ciemniej,   niż  było  tam.  Co  będzie,   jeśli   w  ogóle  nie   zapalą  

światła? - W głosie dziewczynki po raz pierwszy pojawił się strach, a nie oburzenie i gniew.

-  Może to dla ciebie żadna pociecha, Tirlo, lecz oni chcą, żebyście byli w dobrej  

kondycji. Muszą was nakarmić i umyć.

Tirla: Taaak? A kiedy? W przyszłym tygodniu?

-  Porwali   was   koło   trzeciej.   Teraz   jest   dziesiąta   trzydzieści.   Wkrótce   muszą   was  

nakarmić i napoić.

Tirla:  Masz   rację.   To   żadna   pociecha.   Doroteo,   nie   przestawaj   do   mnie   mówić,  

dobrze? Nieważne co. Tylko mów.

-  Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem, Tirlo. - I Dorotea przesłała dziewczynce 

fanfary   oraz   swój   głęboki   dworski   dyg.   Podziękowaniem   był   radosny   chichot.   -  Może 

zajmiemy się matematyką, którą opuściłaś?

Tirla: W głowie?

Dorotea: Zapisz to na tablicy mojego umysłu. Zapamiętam dla ciebie.

-  A  przy   okazji   wzrosną   telepatyczne   zdolności   małej   -   powiedziała   ze   szczerym 

uśmiechem Rhyssa. - Jesteś niepoprawna, Dorotea.

- Ale świetna w tym, co robię - odparła z uciechą starsza pani.

Rhyssa? Rhyssa?

Rhyssa   wstrzymała   oddech   z   niedowierzaniem,   przestraszona   słabością   „głosu” 

Petera. Dave otoczył ją ramieniem i podtrzymał, a ona gestem uciszyła wszystkich, żeby nic 

nie zagłuszyło słabego głosiku chłopca.

background image

Tak, Peter. Nasłuchiwałam, kiedy się odezwiesz.

Peter: Nic nie widzę. Nic nie czuję. Uśpili mnie. Mam mdłości.

Rhyssa,   z   opanowaniem,   choć   mocno   uchwyciła   dłonie   Dave’a:  Spokojnie,   Peter. 

Przypomnij sobie nasze ćwiczenia. Wycisz mdłości.

Peter: Jeszcze nigdy nie było tak ciężko, Rhysso.

W jego głosie brzmiała rozpacz. Rhyssa świetnie wiedziała, jak bardzo nie znosił 

środków usypiających. Większość z nich fatalnie na niego działała. Będzie potrzebował sporo 

czasu - a wątpiła, by go mieli - żeby się pozbyć dezorientacji i mdłości i znów móc korzystać 

z kinezy.

Rhyssa:  Skup się, Peter, tak jak to robiłeś w szpitalu. Zogniskuj na tym myśli, nie  

zwracaj uwagi na to, co cię otacza.

Peter: Są tu inne dzieciaki. Niektóre bardzo wystraszone.

Rhyssa: Zawołaj Tirlę. Ona gdzieś tam jest! Może bardzo blisko.

Dorotea, nagląco: Peter się obudził, Tirlo. Zawołaj go.

Dzieci nie słyszały swoich głosów.

- Boże! Co z nas za Talenty, skoro nasze dzieciaki są w niebezpieczeństwie, a my nic 

nie możemy zrobić - wściekał się Sasza.

Tirla,   równie   rozczarowana   jak   Roznin:  Doroteo,   czemu   Peter   się   po   prostu   nie  

wyśliźnie z kokonu? - I z niesmakiem: Przecież jest kinetykiem!

Dorotea wyjaśniła jej, jak źle wpływa narkoza na Petera i Tirla zaśmiała się krótko.

-  Czyli   znów   wszystko   na   mojej   głowie.   Nie   zapomnij   rozwiązań   moich   równań,  

Doroteo, dobrze?

Dorotea: Co chcesz zrobić, Tirlo? Tirla: Wydostać się z tej trumny.

Jak?

Tirla: Przy unieruchamianiu mnie zrobili jeden błąd. Przegięli mi palce w dół, a nie w  

górę. Wtedy nie mogłabym niczego dotknąć. Może uda mi się na tyle porozrywać plastyk, że  

uwolnię ręce.

Dorotea wyczuła w myślach dziewczynki wysiłek, wytężony wysiłek i ukłucia bólu.

- Uda jej się? - spytała Saszę.

-   Brat   mówił,   że   dzieciaki   znalezione   na   Manhattanie   tkwiły   w   piankowatych, 

plastykowych   kokonach;   unieruchomione,   zakneblowane,   z   zasłoniętymi   oczami.   Harv 

orzekł, że to wszystko po to, żeby złamać ich opór - skrzywił się Roznin.

Borys, podekscytowany: Nawiązaliście kontakt z Peterem i Tirlą?

background image

- Tylko kontakt, braciszku. Obydwoje tkwią w kokonie. Ten środek usypiający źle 

podziałał na Petera. - Sasza znów się skrzywił, odzwierciedlając zdenerwowanie Borysa. - 

Potrzebuje trochę czasu, żeby się z tego otrząsnąć i móc działać.

Borys:  A mamy czas? Siedzą mi na karku wszyscy zastępcy zarządcy miasta i ona  

sama też, i poganiają. Parę innych dzieciaków również było legalnych.

Rhyssa   skoncentrowała   się   na   wzmocnieniu   więzi   z   Peterem;   pomagała   mu 

rozproszyć   resztki   narkozy,   hamujące   kinetyczne   zdolności   chłopca.   Wyraz   jej   twarzy 

ukazywał jego rozpacz i poczucie zawodu oraz bezsilności; mocniej oparła się o Dave’a.

Nareszcie! - Dorotea usłyszała triumfalny okrzyk Tirli i uniosła rękę, powtarzając go. 

-  Wypruwacze   wielbłądzich   flaków!   Nędzni   zjadacze   łajna!   Potomkowie   zdechłych   węży!  

Padalce! Obrzydliwe robole!

Wielkie nieba! Ostro. Skaleczyłaś się, Tirlo? - spytała Dorotea, wyczuwając ból.

Tirla:  Nieważne.   Wydostałam   się   z   kokona.   Jest   tu   dziewiętnaścioro   tak  

„opakowanych” dzieciaków, niektóre z nich wciąż śpią. Petera tu nie ma. Powiedź Carmen,  

żeby sobie nie łamała głowy nad szukaniem mnie. Tu jest tak czarno, jak na dnie szybu windy.  

Fuuuj. Pośliznęłam się na jakimś świństwie. Ufff! Dotarłam do ściany. Pfuj. Jest piaszczysta i  

oślizgła. Zbyt gładka i zimna jak na metal. A, jakiś otwór. Okno. Zasłonięte plastykiem. Nie  

mogę oderwać ani kawałeczka. Słuchaj, chcę czegoś spróbować  - ciągnęła dziewczynka. - 

Zawsze   zapominają   o   sufitach.   Czuję   idący   stamtąd   prąd   powietrza.  -   Milczała   dłuższą 

chwilę, choć Dorotea była świadoma wytężonego wysiłku małej. - Przecież nic ci nie robię.  

Służysz   mi   jako   stopień.   Nie,   nie   wypuszczę   cię,   bekso.   Nie   miałabym   z   ciebie   żadnego  

pożytku. Przestań biadolić. - Znów cisza; Dorotea powiedziała pozostałym o kolejnej fazie 

wytężonego wysiłku i mimowolnych jękach bólu.

Tirla:  No i miałam rację. Sufitowy wywietrznik. Teraz ociupinkę widzę. Zgadnijcie,  

gdzie jestem? Na stacji przetokowej. Całe rzędy i rzędy starych wagonów. Wygląda, jakby tu  

stały od lat. Niedaleko, po prawej, widać trochę światła. Zza czegoś, chyba okno albo drzwi.  

Świta wam, gdzie mogę być?

Z chwilą gdy dziewczynka wspomniała o stacji przetokowej, jej opis przekazywano 

wszystkim zainteresowanym.

Tirla: Idę po dachach wagonów w stronę światła. Nikogo nie słyszę, zresztą nikt nie  

byłby taki głupi, żeby się tu szwendać po ciemku.

Tirlo, powiedz nam, w ilu wagonach są dzieci - przynagliła ją Dorotea.

Tirla: Peter! Odezwij się! Peter! To ja, Tirla! Odpowiedz mi! Kurczę! Ciut, a byłabym  

spadła z dachu. Są śliskie i wilgotne. Tu wszędzie jest wilgoć!

background image

- Sprawdzić dworce koło rzeki i koło morza. Nad cieśniną - rzekł Sasza, miotając się 

przed monitorami i obserwując ekrany.

Peter, radośnie: Tirla!

Dziewczynka przekazała to Dorotei, a ona pozostałym; Talenty poczuły wielką ulgę. 

Rhyssa klapnęła na fotel, który podsunął jej Dave. Zaraz potem Lehardt podał jej drinka i 

nakazał gestem, żeby natychmiast to wypiła.

Tirla: A więc tutaj cię wpakowali, hmm? Zsunęłam się akurat obok ciebie. Zaraz cię  

uwolnię. Przepraszam, to nie będzie przyjemne.

Peter: Ojejej! Ale tu ciemno! Hej, nie pozdzieraj mi skóry z nadgarstków! Ale jesteś  

brutalna!

Tirla:  Tylko   opalenizna   zeszła.   Jesteś   wolny.   Noo!   Tylko   mi   nie   mdlej!   Połóż   się.  

Rozluźnij.   Odpocznij.   Lepiej   odpocznij   jeszcze   trochę.   -   Dorotea   wyczuwała   w   głosie 

dziewczynki nerwowość, ale nie powiedziała o tym Rhyssie. -  Teraz się tu trochę rozejrzę, 

Peter - podjęła Tirla. - A ty uruchom tę swoją kinezę, bo nie ma mowy, żebym cię sama stąd  

wyciągnęła.

Peter: Zaraz będę O.K., Tirlo. Zaraz będę O.K. Ale... ale wróć.

Tirla: Ooo, coś leci! Wielka zabawka. Kosztowna! Bez świateł! - Długa chwila ciszy. - 

Był za blisko.

Spytaj, czy widziała numer; może jakiś napis - poganiał Dorotce Sasza. - Niech go 

opisze.

Tirla: Powiedziałabym, że to metalicznobłękitny strumieniowiec, dwunastomiejscowy,  

bez świateł, ale dostrzegłam... 3, kreska i PZR... tak mi się zdaje. Może to było B, lecz Z i R 

na pewno.

Dorotea powtórzyła to i Sasza skoczył na równe nogi.

- PZR! Ależ mamy fart! - Uderzył się prawą dłonią w czoło, żeby się choć trochę 

wyciszyć. - Budworth, połącz się z Berthą i Auerem, i sprawdź, czy im nie mignęło coś z 

Szarlatanem.

- Szarlatan? - odezwały się jednocześnie Rhyssa i Dorotea, sięgając do jego umysłu po 

potwierdzenie, lecz Roznin właśnie rozmawiał „na prywatnej linii” z Borysem.

- Borys sprawdza rejestracje - powiedział na głos Sasza, skupiony i pełen zapału. - 

Doroteo, powiedz Tirli, że jest cudowna.

Tirla, ze zdziwieniem: I to wam wystarczyło? Oooo. Leci następny, z innego kierunku.  

Też bez świateł. Zobaczę, co mi się uda wykryć.

background image

Dorotea, pospiesznie:  Tirlo, nie ryzykuj, bo cię znajdą. Rhyssa mówi, żebyś lepiej  

została z Peterem.

Tirla, pogodnie: Peter jest O.K. Pracuje nad sobą. Sprawdzę, co to przyleciało!

-  TIRLA!  - Samowola małej oszołomiła Doroteę. -  Tirla!  - Starsza pani wyciągnęła 

ręce ku Rhyssie: - Ta mała wiedźma mnie wyłączyła! Niech no tylko ten dzieciak wpadnie mi  

w ręce! Co za zuchwałość!

Rhyssa też się zdenerwowała: Zatrzymaj ją Peter!

Peter, z urazą: Wcale nie potrzebuję goryla, Rhysso. Naprawdę. Potrzebuję po prostu  

trochę czasu, żeby dojść do siebie. Poza tym i tak nikt by jej nie powstrzymał.

- Wspaniały dzieciak  - oznajmił  Sasza,  twardo broniąc  swojej  protegowanej;  on i 

Rhyssa na moment się „zwarli” umysłami; dalej mówił już łagodniejszym tonem: - Zdaję 

sobie sprawę, Rhysso, że narkoza zablokowała umiejętności Petera. Lecz jeśli Tirli uda się 

wypatrzyć   rejestrację   drugiego   pojazdu,   to   może   złapiemy   nie   tylko   wielebnego   Pontisa 

Prosita, który już dawno na to zasłużył.

- Czy Borys potwierdził, że to on jest właścicielem tamtego strumieniowca? - spytała 

Rhyssa, zaledwie troszkę ułagodzona.

- Zarejestrowany na Pontisa Prosita, ksywa Szarlatan - uśmiechnął się Sasza. - Pełny 

numer:   YRPP/2403/PZR;   adres   nadrzeczny,   bardziej   wielkopański   niż   kapłański.   Borys 

wysyła tam nadzór i rezerwowe ekipy. Chciałbym, żeby Centrum natychmiast skrzyknęło 

Talenty! - Dość długo czekał na zgodę Rhyssy, wreszcie dał znak Budworthowi, żeby ten 

nacisnął alarm. - Ruszymy, jak tylko ich zlokalizujemy.

- Ani Bertha, ani Auer nic dla nas nie mają - odezwała się Sirikit.

- Dziwne - zmarszczyła brwi Rhyssa. - Coś powinno być.

- A mnie się to wydaje pocieszające - stwierdził Sasza, zapinając „bojowy” pas i 

sięgając   po   obezwładniającą   broń.   -   Przynajmniej   Szarlatan   nic   nie   nabroi   w   najbliższej 

przyszłości, a więc mamy szansę złapać go in flagrante delicto. Doroteo, czy masz kontakt z 

Tirlą?

Starsza pani z urazą wydęła usta i potrząsnęła głową.

- Ta wstrętna, mała paskudnica! - powiedziała z odrobiną niechętnego podziwu.

- Mam! - krzyknęła znienacka Carmen, zerwała się z fotela i podbiegła do terminala z 

planami miasta; wystukała koordynaty i na ekranie pojawiło się Południowe Wybrzeże. - 

Zobaczyłam znów Tirlę. Nie może być dwóch tak podobnych sytuacji. Kieruje się ku starej 

kolejowej nastawni. Widzę to. Odrobina światła wydostaje się z okna na peron. Rdzewieje 

background image

tam całe mnóstwo starych wagonów, setki. O, tu! - Wskazała na zaznaczony na plamę obszar. 

- Tu są torowiska. Akry torowisk. Przestarzałe pociągi czekają na przetopienie.

Rhyssa,   Dave,   Sasza,   Dorotea   i   Budworth   spojrzeli   na   widoczny   na   ekranie 

powiększony fragment planu.

- Nie mogli znaleźć lepszego miejsca, żeby ukryć przerażone dzieciaki - rzekła powoli 

Dorotea. - Tirla! Odpowiedz! Już wiemy, gdzie jesteś!

Nie uzyskała odpowiedzi; Sasza spojrzał przeciągle na Rhyssę, a potem wybiegł z 

pomieszczenia kontrolnego wraz z Dave’em Lehardtem. Pospiesznie kłusowali ku schodom 

prowadzącym na lądowisko, gdzie czekały ekipy Talentów.

background image

41

Oczy Tirli przyzwyczaiły się do mroku; otaczała ją ni to mgła, ni to ciemność; na całej 

linii   horyzontu   widać   było   czerwonopomarańczową   łunę   Jerhattanu.   Czerniały   zarysy 

górnych poziomów liniowców, którym noc przydała majestatu. Na najwyższych piętrach - 

gdzie   były   anteny   i   wyloty   szybów   -   błyskały   światła   ostrzegawcze   dla   samolotów. 

Dziewczynka szła ostrożnie po wąziutkiej, płaskiej „ścieżce” na dachach wagonów. Jeśli się 

pośliźnie,  to  nie  będzie  się  miała  czego  uchwycić  na jajowatych  bokach.  „Ścieżka”  była 

ubłocona i śliska. Tirla kierowała się ku wąskiemu pasemku światła błyszczącego w ciemnej 

bryle budynku.

Dziewczynka bezpiecznie minęła pięć wagonów (w tym dwa z płaczącymi i jęczącymi 

dziećmi), kiedy poczuła, że Dorotea próbuje się z nią skontaktować.

Zostaw mnie. Muszę się skupić.

Zaklęła cichutko, bo się pośliznęła, przechodząc z jednego wagonu na drugi: chwila 

paniki; poczekała, aż serce przestanie walić - bała się, że ją usłyszeli. Wyczulony słuch Tirli 

wychwycił dochodzące z budynku przytłumione glosy. Wagony stały wzdłuż długiego peronu 

i dziewczynka rozważała, czyby się nie ześliznąć z dachu i nie podejść na tyle blisko, żeby 

podsłuchać, o czym mówią.

Rozmowy - to bezwartościowa sieczka; rejestracja - to niezbity dowód. Tirla czołgała 

się naprzód, świadoma czynionego przez siebie hałasu, coraz bardziej wysuszonych ust, coraz 

bardziej bolących i z każdą minutą sztywniejszych palców.

Ciemność nagle się rozjaśniła - koło słabiej widocznego błękitnego strumieniowca stał 

kosztowny,   śnieżnobiały   sportowy   pojazd;   wyraźnie   widziała   oznakowanie.   Oba 

strumieniowce ustawiono na skrzyżowaniu torów, oczyszczonym z wagonów.

Tirla: Peter, znalazłam drugi. Wyraźnie jak w dzień widzę numer: CD-08-MAL. Oba  

stoją obok siebie. Peter?

Peter:  Słyszałem.   Powiedziałem   im.   Wracaj   do   mnie.   Są   na   ciebie   wściekli,   że  

„wyłączyłaś” Doroteę. Będziesz ją musiała przeprosić. - Chłopak był zły.

Przeprosić? Dlaczego? - Tirlę tak to zaskoczyło, że byłaby się ześliznęła ze stukiem 

z wagonu. - No i co narobiłeś!

Rozpłaszczyła   się,   jak   mogła,   bo   z   otwartych   drzwi   buchnął   strumień   światła, 

wydobywając z mroku peron i wypukły bok wagonu, na którym dopiero co była.

background image

- Mówię ci, że coś słyszałem! - powiedział mężczyzna, którego sylwetka zarysowała 

się w drzwiach.

Wyjrzał na zewnątrz i Tirla wyraźnie zobaczyła scenę poza nim: dwóch mężczyzn; 

jeden trzymał krótką laskę i leniwie uderzał nią o but.

-   Zamknij   drzwi,   idioto!   -   Drzwi   zamknęły   się   gwałtownie,   a   potem   uchyliły.   - 

...obejrzyj. Górę, z boków, pod spodem i w środku. Tylko nie spaskudź znowu, głupku. Bo 

zawiśniesz.

Drzwi znów się zamknęły. Dziewczynka zmartwiała, rozpoznając głos. Słyszała kroki 

ladrone, skrzypiące na piachu zaścielającym peron. Słyszała, jak otwiera drzwi jednego z 

wagonów i zagląda do środka. Szedł peronem, klnąc z cicha, pochylał się, żeby poświecić pod 

spód. Teraz było „w górę” i Tirla wolała nie ryzykować. Ledwo zdążyła - czerwone światełko 

latarki padło tam, gdzie przed sekundą leżała. Z zapartym oddechem czekała, czy ladrone 

zauważy odcisk jej sylwetki.

Patrzyła, jak ostrożnie otwiera drzwi i starała się jak najwięcej dostrzec. Ten z laską 

stał najbliżej drzwi, więc wyraźnie zobaczyła jego okrutną i wyniosłą twarz, haczykowaty nos 

i cienkie, wyskubane brwi. I stół ze stertami kredytów, które liczyli dwaj inni mężczyźni 

(wolniaki, sądząc po wielkości). Jeden z liczących wydał się jej znajomy, ale nie zdążyła go 

zidentyfikować, bo zafascynowała ją twarz tamtego. Odwrócił głowę, leniwie uderzając laską 

o czarny but; dostrzegła błysk złota na trzonku. Tak, miał okrutną twarz, i pożądliwą. Nagle 

dotarło do Tirli, co znaczy owa sterta wolniaków.

Tirla:  Doroteo!   Właśnie   się   rozliczają!   Wolniakami.   Więcej   tego,   niż   kiedykolwiek  

widziałam!

Dorotea, ostro: Nie waż się mnie znów „wyłączać”.

Nie było wątpliwości, że jest zła i nie pochwala tego. Tirla była skonsternowana i 

zdziwiona: czyż nie robiła tego, co było im potrzebne? I jak taka słodka starsza pani może być 

dla niej nagle ostra i nieprzyjemna?

Tirla: Jeśli wy, zwariowane Talenty, nie ruszycie swoich tyłków, to wszystko spaprzecie  

i już nigdy nie będę chciała mieć z wami do czynienia!

Dorotea, bez skruchy, lecz z niepokojem: Pomóż teraz Peterowi!

Tirla   świetnie   wiedziała,   że   Peter   potrzebuje   pomocy.   I   pozostałe   dzieciaki   też. 

Ruszyła z powrotem najszybciej, jak umiała. Rozliczyli się, więc mogą lada chwila wysłać 

trochę dzieciaków. Musi wydostać Petera. I uwolnić tylu pozostałych, ilu zdoła. Jeśli się 

rozbiegną   i   pochowają,   to   tamci   stracą   całą   noc,   zanim   je   wyłapią.   To   znaczy,   o   ile 

powstrzyma te bachory od mazania się na wystarczająco długi czas.

background image

Dziewczynka pośliznęła się i tym razem nie zdołała odzyskać równowagi, zjechała po 

upaćkanym   boku   wagonu   i   wylądowała   na   kamieniach   i   żużlu,   boleśnie   kalecząc   stopę. 

Poszła dalej, pomstując na swoją niezdarność i mając nadzieję, że już się zdążyła na tyle od 

nich oddalić, by nie usłyszeli hałasu. Teraz mogła iść szybciej, i to pomimo bólu w stopie; 

klęła   sukinsynów,   którzy   zdjęli   jej   piękne,   purpurowe   buty   kupione   podczas   pierwszego 

wypadu do magazynu.

W pierwszym i drugim wagonie płacz przeszedł w pochlipywanie. Tirla się skrzywiła. 

Ile   miała   czasu,   żeby   wydostać   Petera?   Czy   chłopak   da   już   radę   wykorzystać   ten   swój 

specjalny Talent?

-  Tak, już mogę  - odezwał się Peter i wychynął z ciemności pomiędzy wagonami; 

dotknął dłoni dziewczynki. - I dokładnie wiem, co zrobić. Chodź.

Poprowadził ją wzdłuż toru do miejsca, gdzie omal nie wpadła na dużą dźwignię.

-  Przetoczymy   je.   -   Roześmiał   się   cichutko.   -  To   pójdzie   szybciej   niż   uwalnianie 

każdego dzieciaka po kolei. Są ich całe setki.

Usłyszeli   przytłumiony   warkot   i   zobaczyli,   jak   biały   strumieniowiec   wynurza   się 

powoli spoza budynku.

Peter:  Chodź,   muszę   się   dostać   do   transformatora   albo   nic   z   tego   nie   wyjdzie!  

Potrzebuję gestaltu, żeby to się udało. Wiesz, jak rozczepić wagony?

Wiedza,   „jak   to   zrobić”,   pojawiła   się   nagle   w  umyśle  Tirli   i   dziewczynka   aż   się 

zachwiała, zdumiona tak bezpardonowym wtargnięciem.

No to wróć i odczep ostatni wagon z dzieciakami. Zostań tam i ostrzeż mnie, gdyby  

ktoś nadchodził.

- Z góry? - spytała ochryple, wskazując niebo.

Nie, oni! - Peter pokazał na budynek.

-   Kiedy   nadejdzie   jakaś   pomoc?   -   szepnęła   jadowicie;   nie   chciała   rozmawiać 

telepatycznie, skoro był tuż obok. - Stopa mnie boli!

- Wkrótce! - syknął Peter i lekko ją popchnął, żeby już poszła. - Spróbuj chodzić jak 

ja!

Tirla - zła, ponieważ bolała ją stopa i dłonie, i dlatego, że nie rozumiała, jakim cudem 

Peter dokona tego, czego chciał dokonać - usłuchała poleceń, bo inaczej nie mogła. Wagony 

stojące   tu   od   lat   na   pewno   narobią   okropnego   hałasu.   Peter   był   głupi!   Dziewczynka   się 

spieszyła, bo strumieniowiec jeszcze tu był, więc granie jego silników powinno choć trochę 

zagłuszyć szczęk wagonów.

background image

Ostatni wagon z dziećmi rozpoznała po dochodzących zeń lamentach; szarpała się z 

bolcem zaklajstrowanym zapieczonym olejem i brudem.

-  Peter, to...  - Bolec nagle się obluzował, Tirla się zachwiała i oparła o wagon. - 

Dzięki! - Lament stał się głośniejszy. - Zamknijcie się, głupie matoły! Robię, co mogę, żeby  

ocalić wasze bebechy i waszą cnotę.

Uderzyła pięścią o bok wagonu, aż zabolało; ale warto było, bo głośny lament zmienił 

się w ciche pochlipywanie. Ukoiło to irytację Tirli.

Dziewczynka nerwowo obserwowała powolne wznoszenie się strumieniowca. Pilot 

musiał bardzo uważać, żeby się w tych ciemnościach nie zaplątać w przewody zwieszające 

się wokół budynku. Gdybyż Peter zdołał poruszyć... Udało się! Usłyszała pisk, stukot i szczęk 

-   to   zaczęły   się   opornie   kręcić   koła,   tak   długo   unieruchomione.   Usiadła   na   sprzęgu   i 

obserwowała budynek, wypatrując znaku, czy ktoś tam usłyszał hałas. Lecz budynek był ze 

dwieście metrów dalej, a strumieniowiec wibrował i szumiał.

Tirla zerknęła na zarysy miasta; bardzo pragnęła dostrzec w powietrzu jakiś ruch, 

wskazujący, że nadchodzi pomoc. Jakie te Talenty powolne. Jak „szybko” jest szybko? Jej 

wagon szarpał, ale przesuwał się naprzód, stukając i skrzypiąc. Ciemny budynek, z którego 

sączyła   się   smuga   światła,   wolniutko   się   oddalał.   Poczuła,   jak   wagon   podskoczył   na 

zwrotnicy,   skręcił   w   prawo;   trochę   jej   ulżyło.   Gdyby  tak   wyjrzał   ladrone   i   zobaczył,   że 

brakuje połowy pociągu...

Wagon mijał transformator i Tirla dostrzegła bladą twarz Petera; nic też nie zagłuszało 

buczenia.   Co   ten   chłopak   robił?   Zeskoczyła   ze   sprzęgu   i   skrzywiła   się   z   bólu,   kiedy 

skaleczoną stopą uderzyła w kamienie i żużel. Wagony jechały pustym torem, dalej i dalej od 

niebezpieczeństwa.

- Nie możesz zostawić pustych szyn. Domyślą się...

Dziewczynka ostrzegawczo położyła dłoń na ramieniu Petera i już jej nie cofnęła. 

Czuła, jak chłopiec drży z wysiłku, drży coraz bardziej. Drżenie udzieliło się i jej; drżenie i 

to, co przepływało przez ciało Petera.

- Staram się. Narkoza mnie otumaniła i ciężko mi uzyskać gestalt. Pomóż mi.

- Gestalt? - zająknęła się na obcym słowie Tirla, lecz Peter przekazał wyjaśnienie do 

jej umysłu.

Zanim dziewczynka zdążyła zapytać, jak właściwie ma mu pomóc, już to czyniła. 

Prąd przepływał przez jej ciało, tak samo jak wtedy gdy dotknęła gołego przewodu. Ale to nie 

było takie bolesne jak tamten wstrząs. Było... czym właściwie było?...

background image

Tym razem protest metalu przerażająco głośno brzmiał w nieruchomym powietrzu. 

Biały strumieniowiec  zniknął w kłębiącej  się mgle.  Tirla  czuła  się zarazem mocniejsza i 

słabsza;   oburącz   wpiła   się   w  ramiona   Petera:   chciała   mu   pomóc   uzyskać   gestalt   i   sama 

potrzebowała jego wsparcia. Wyczuła nagle ruch za plecami - prześlizgiwał się obok nich 

wagon za wagonem, stuku stuk, stuku stuk. O wiele za głośno. Naraz owe wagony łomotnęły 

w te w pobliżu peronu. Rozległy się krzyki i mężczyźni wypadli, żeby sprawdzić, co się 

dzieje.

background image

42

- Gadaj! Uwolniłaś tamte dzieciaki? - spytał Szarlatan, z nosem tuż przy twarzy Tirli.

Dziewczynka marzyła, żeby się jeszcze trochę nachylił, bo wtedy mogłaby go ugryźć. 

Chyba by ją otruł oślizły, chamowaty, złośliwy drań.

Niestety, dopadli ich dwaj najszybsi ladrone, zanim zdążyła ukryć Petera. Brutalnie 

zawlekli dzieci do budynku przed oblicze rozeźlonego Szarlatana; był taki wściekły, że w 

kącikach   ust   zebrała   mu   się   piana.   Krzyczącą   z   rozpaczy   Tirlę   postawiono   przed 

rozgniewanym mężczyzną, a Peter z jękiem osunął się na podłogę.

- Nikogo więcej nie widzieliśmy - rzekł niespokojnie jeden z ladrone. - W wagonach 

nie było śladu bachorów czy tych tam kokonów.

- Gadaj, gdzie są dzieciaki! - powtórzył Szarlatan w jednym z najpowszechniejszych 

dialektów lewantyńskich i mocno ścisnął opuchnięte palce Tirli. - Uwolniłaś je?

Dziewczynka nie zdołała powstrzymać okrzyku bólu i próbowała wyrwać dłoń z jego 

garści. Tak bolało, że nawet nie mogła wymyślić żadnego przekleństwa na tego typa. Puścił 

ją, ale porwał ze stołu laskę i zaczął bić Tirlę po plecach.

- Hej, szefie, towar! Nie zepsuj towaru!

- Gadaj, gdzie się podziały dzieci! - zapytał w najpospolitszym azjatyckim języku.

Łzy zalały policzki dziewczynki, rozejrzała się gorączkowo po pokoju, jakby szukała 

pomocy.   Potem   odpowiedziała   mu   w   jednym   z   najmniej   znanych   narzeczy,   jakich   się 

nauczyła; błagała żałośnie:

- Nie bij mnie! Nie rozumiem, co mówisz! Nie bij mnie!

- Niech to...! - zaryczał Szarlatan i odwrócił się ku zbirom. - Co powiedziała? Czy 

któryś z was ją rozumie? Tylko tego mi trzeba! Durny bachor! Noo?!

Mężczyźni wzruszali ramionami i coś mruczeli, żaden nie zrozumiał.

Dorotea, krzepiąco: Już prawie tam jesteśmy, Tirlo. Mamy stację na noktowizorze.

-   Gdzie...   -   Szarlatan   zamaszyście   gestykulował;   cała   ta   pantomima   zupełnie   nie 

przypominała   gładkiego   kaznodziei   i   Tirla   omal   się   nie   roześmiała,   choć   kłuł   ją   laską, 

podkreślając tym swoje słowa. - Gdzie... jest... reszta? Czy nikt nie potrafi z nią pogadać? 

Ocućcie   tamtego.   Nie   możemy   marnować   czasu.   Ten   przeklęty   jego   wysokość   przyśle 

transport. Musimy mieć gotowy towar. Całe miesiące przygotowań, wszystko idzie jak z 

płatka, mamy forsę... GDZIE JEST RESZTA?!

background image

Ladrone   oblał   Petera   wodą,   lecz   chłopak   nawet   nie   jęknął   i  Tirla   patrzyła   nań   z 

niepokojem. Był okropnie blady. A wyglądał zupełnie nieźle, zanim ich znów złapano. Może 

to dlatego, że za bardzo się zmęczył, poruszając ciężkie wagony... Zachłysnęła się, bo laska 

trafiła   w pręgę   po  wcześniejszym  uderzeniu.  Próbowała   się  cofnąć,   lecz   przytrzymały ją 

krzepkie łapy. Kopnęła ostro w tył, urażając obolałą stopę, ale typ miał ciężkie buty, więc 

jeszcze hardziej się poraniła.

Wystraszmy ją porządnie - rzekł Szarlatan.

Tirlę rzucono twarzą w dół na twardy stół, gdzie niedawno widziała sterty wolniaków. 

Brutalne, twarde łapy unieruchomiły przeguby i kostki. Nagle straszliwy ból przeszył  jej 

zmaltretowaną stopę. Wrzasnęła; targnęła nią druga fala przeraźliwego bólu - znów wrzasnęła 

i zemdlała po raz pierwszy w życiu.

I nie widziała, jak gwałtownie odepchnięty Szarlatan rozpłaszczył się na ścianie. Nie 

widziała, jak do pokoju wdarli się Sasza, Rhyssa, Dave Lehardt i zespoły Talentów. I ominęły 

ją inne ekscytujące wydarzenia, które by jej sprawiły olbrzymią satysfakcję.

background image

43

- Komisarzu - odezwał się Ranjit. - To dyplomatyczna rejestracja...

-   Guzik   mnie   to   obchodzi,   poruczniku   -   odrzekł   komisarz   OPP.   -   Prawo   i 

przestrzeganie   porządku   publicznego   obowiązują   z   góry   na   dół   i   z   dołu   do   góry!  Albo 

przywileje zastąpią prawa! - Na wielkiej mapie zmierzył odległość od stacji na Południowym 

Wybrzeżu do nadrzecznego budynku. - Niech nasz najlepszy pilot śledzi tego dyplomatę. I 

chcę, żeby obstawiono cały ten „ul”: nie tylko windę szczytowego apartamentu i mieszkania 

służby,   lecz   cały   kompleks.   Wszystkie   wejścia   obstaw   empatami.   Powiedz   im,   żeby 

lokalizowali każdą silniejszą emocję, a może tego być sporo. Sam wiesz, że „ulowcy” nie 

cierpią, kiedy się narusza ich prywatność - zakończył i odwrócił się ku drugiemu adiutantowi: 

-   Połącz   się   z   zarządcą   miasta,   Berry,   i   powiedz   jej,  że   to   drażliwa   sprawa.   Nie   wyjaw 

wszystkiego, po prostu chcę, żeby była zorientowana i poparła nas w starciu z korpusem 

dyplomatycznym.   Zawiadom   sąd   i   zdobądź   mi   cztery...   nie,   pięć   „Johnów   Doe”   i   nakaz 

rewizji. I módlmy się, żeby się Saszy udało.

Borys założył bluzę, na której pyszniły się galony i naszywki - gala niezbędna przy tej 

misji. Przypasał szablę. Dał znak Ranjitowi i pozostałym adiutantom, żeby poszli za nim na 

mieszczące   się   na   dachu   lądowisko.   Strumieniowce   i   helikoptery   krążyły   po   zwykłych 

trasach; załogi poinstruowano, że mają zachować ostrożność.

Sasza! - Roznin połączył się z bratem natychmiast po starcie helikoptera.

-  Już prawie jesteśmy na miejscu, braciszku. Przelot zawsze zabiera trochę czasu.  

Drugi ptaszek nie odleciał... co się, u diabła, dzieje? Później się z tobą połączę.

Więź z Saszą gwałtownie się przerwała; Borys klął cicho, a jego pojazd mknął ku 

celowi. Brak kontaktu się przedłużał i komisarz trochę się zaniepokoił. Czy brat na pewno 

zrobił, co należało? Czy wysłał wojsko z zespołami Centrum? Jeśli ci handlarze dzieci z 

dworca coś zwąchali, to całą operację diabli wezmą.

-  Mój   Boże,  Borys!  -   zagrzmiał   nagle   Sasza.   -  Jeśli   pozwolisz   się   wymigać   temu  

obleśnemu sukinsynowi Shimazowi, tej wysokości, temu księciu, temu zarządcy programu czy  

jak mu tam, to ci obiecuję, że Talenty się nim zajmą ex officio!* [ex officio - z urzędu.]

Komisarz OPP jeszcze nigdy nie słyszał takiej mściwości w głosie brata.

Borys: Co się stało?

background image

Sasza: Czcigodny archidiakon Pontis Prosit zaaplikował Tirli bastonadę.* [bastonada 

- bicie w pięty; czasem unieruchamiano stopę skazańca w drewnianym klocku.]  Peter ma 

zapaść!

Borys: Szarlatan nie wysłał żadnej wiadomości?

Gdyby to uczynił, mogli stracić najważniejszego przestępcę.

Sasza,   pieniąc   się   z   wściekłości:  Nie!   Przecież   przesłuchiwał   małą   dziewczynkę!  

Przyszpil tego drugiego sukinsyna, dobrze? Bo jeśli nie, to - na wszystkie świętości - ja to  

zrobię. Sam, osobiście, bez niczyjej pomocy, drogi bracie z OPP.

Borys: OPP jest w drodze, Sasza. Opanuj się trochę. Masz pozostałe dzieciaki? Mamy  

jakikolwiek dowód na współudział tamtego?

Sasza,   sarkastycznie:  Sądzę,   że   zakrwawiona   stopa   Tirli   to   tylko   naruszenie  

nietykalności osobistej. Ale wpadł nam w ręce neseser wyładowany o wiele za dużą ilością  

wolniaków,   przygotowanych   do   zdeponowania,   i   numer   konta   -   założę   się,   że   należy   do  

wielebnego.

Borys:  To powinno wystarczyć, żeby skazać Szarlatana. Lecz czy mamy coś, żeby  

dopaść tego... jak go nazwałeś?

Sasza:  Shimaz, książę Phanibal Shimaz, jak się okazuje mistrz nie tylko w Węzłach  

Josephsona. Szarlatan puścił farbę. Jego wysokość działa na szerokiej niwie: zatrudnia dzieci  

do łuskania ryżu i w kopalniach, zajmuje się dziecięcą prostytucją i wreszcie ma dziecięcą  

farmę, gdzie trzyma najzdrowsze z nich jako dawców narządów do przeszczepów.

Borys, zawzięcie: Daj mi coś, co go powiąże z tą stacją! Co go przyszpili!

Przebyli   już   spory  odcinek   trasy,   kiedy   łącznościowiec   zaanonsował   połączenie   z 

zarządcą  Aiello.   Na   pokładowym   monitorze   ukazała   się  Teresa   w  urzędowym   uniformie. 

Obok stał jej przyboczny, Jak, który - pomimo całej swojej empatii - potrafił się czasami 

czepiać szczegółów.

- Masz bezsporny dowód, Roznin?

- Mamy dowód na powiązania sprzeczne z wszelką dyplomatyczną działalnością - 

odparł twardo Borys.

- Czyją? Przecież nie ambasadora? - Teresa Aiello była bliska załamania.

- Nie chodzi  nam o jego ekscelencję, więc Jak może odetchnąć. Za to osoby z jego 

korpusu i pojazd ambasady zostały rozpoznane i były śledzone od miejsca przestępstwa. Bez 

trudu udowodnimy współudział. Jest tam D.A.? Szepnij dobrą nowinę w ucho starego draba. 

Talenty   zniszczyły   siatkę   porywaczy.   -   To   ostatnie   przyznał   z   niechęcią,   bo   stale 

współzawodniczył z bratem, choć obaj się do tego nie przyznawali.

background image

Budowlę   celnie   nazwano   „ulem”.   Na   dolnych   poziomach   mieściły   się   składy, 

urządzenia techniczne i mieszkania pracowników obsługi. Na wyższych piętrach, górujących 

nad sąsiednimi blokami, zamontowano wielkie plastykowo-szklane panele: tak źródło energii 

słonecznej, jak i widomy znak bogactwa. Każdy apartament szczycił się wspaniałym ogrodem 

i rozległym widokiem. Rdzeń „ula” stanowiło atrium, gdzie rosły rzadkie krzewy i drzewa. 

Najbardziej   ekskluzywne   i   najkosztowniejsze   były,   rzecz   jasna,   apartamenty   na   samym 

wierzchołku...   Całe   jedno   piętro   przeznaczono   na   prywatny   ogród,   baseny   i   place   gier, 

lądowisko   oraz   wszelkie   inne   udogodnienia,   mające   zapewnić   mieszkańcom   najwyższy 

komfort.

Czy wszystko już gotowe, Ranjit? - spytał Borys przez nadajnik w hełmie.

Właśnie zamknęliśmy pierścień, sir. Nikt niepostrzeżenie nie wejdzie ani nie wyjdzie.

- Komisarzu - odezwał się pilot Borysa. - Nadlatuje podejrzany pojazd.

Lśniący biały strumieniowiec usiadł na dachu „ula”, pasażerowie wysiedli.

- Trzej mężczyźni!

-   Sam   to   widzę.   Zabezpiecz   go,   jak   tylko   się   znajdzie   w   hangarze.   Spróbuj   coś 

wyciągnąć z pilota. Zabierz dziennik pokładowy i wszelkie inne zapiski. A teraz... - Borys nic 

zdołał zatrzeć nutki satysfakcji w głosie - ...bierzemy tego sukinsyna!

Pilot OPP wysadził ich na dachu „ula” i Borys Roznin wraz ze swymi ludźmi ruszył 

ku   wejściu   do  położonego   najwyżej   apartamentu.   Odźwierny,   widząc   służbowe  uniformy 

komisarza   OPP   i   jego   adiutantów,   pospiesznie   otworzył   drzwi.   Skłonił   się   przy   tym   z 

respektem i niepokojem.

- Co robisz, ty głupcze? Nie oczekuję żadnych gości! - wykrzyknął mężczyzna stojący 

w głębi wspaniałego, wyłożonego białym marmurem westybulu; służący pomagał mu zdjąć 

elegancki   płaszcz   z   niebieskiego   zamszu;   towarzysz   mężczyzny   sam   się   pozbywał 

wierzchniego okrycia. - Natychmiast ich wyproś.

-   Nic   z   tego,   książę   Phanibalu   -   odezwał   się   Borys,   wysuwając   się   naprzód   i 

telepatycznie nakazując Ranjitowi, by wezwał posiłki.

Towarzysz   księcia   z   zadziwiającą   prędkością   wybiegł   przez   jedne   z   najbliższych 

drzwi, a zdrętwiały odźwierny przyglądał się całej scenie z rozdziawionymi ustami.

- Czy jego ekscelencja jest w domu? - zapytał Roznin, zachowując uprzejmą formę 

pomimo przepełniającego go gniewu.

Odźwierny skwapliwie potaknął, zanim Phanibal zdążył mu nakazać, żeby milczał.

background image

- Jak śmiesz, kimkolwiek jesteś, wchodzić bez zaproszenia do rezydencji dyplomaty? - 

odezwał   się   z   wyniosłą   i   dufną   miną   książę   Phanibal;   -   nie   raczył   dostrzec   porucznika 

stojącego przy boku Borysa i ludzi znajdujących się tuż przy drzwiach.

-   Jestem   Borys   Roznin,   komisarz   do   spraw   prawa   i   porządku   publicznego   w 

Jerhattanie! - A do przerażonego, trzęsącego się odźwiernego rzekł: - Przekaż jego ekscelencji 

usilne prośby o wybaczenie za najście i o natychmiastową audiencję w sprawie nie cierpiącej 

zwłoki.

Służący zignorował groźby i zakazy Phanibala, otworzył ukryte drzwi i zniknął. W 

tym samym momencie otworzyły się wszystkie pozostałe drzwi w westybulu i z wojskową 

precyzją   weszli  postawni  mężczyźni:   najwidoczniej   strażnicy  wezwani  przez   płochliwego 

towarzysza   księcia.  Trzech   z   nich   natychmiast   oskrzydliło   Shimaza;   mieli   czarne   szaty  i 

turbany,   pasy   nabijane   srebrem   i   sztylety   dokładnie   takiej   długości,   na   jaką   pozwalały 

przepisy.

Borys nie musiał patrzeć za siebie, żeby wiedzieć, iż ludzie z OPP (każdy przepisowo 

uzbrojony) przewyższają liczebnością straż ambasady i są gotowi do sforsowania wejścia. 

Odczekał chwilę, aby dotarło to do księcia.

- Sądzę, że teraz czekamy już tylko na pojawienie się jego ekscelencji - oznajmił 

Roznin ze srogim, nieprzyjemnym uśmieszkiem i, czyniąc świadomie afront osobie książęcej 

krwi, rozsiadł się na najbliższej ozdobnej ławie.

-   Czy  nie   pojmujesz,   jakie   reperkusje   może   mieć   owo   nie   usprawiedliwione 

wtargnięcie... - zaczął władczym tonem książę Phanibal. - Jestem nie tylko księciem z domu 

panującego, ale i naczelnym programu Drugiej. Powinienem najbliższym promem wrócić na 

Stację.

- Dlatego właśnie ja, komisarz OPP, pofatygowałem się tutaj, żeby osobiście wszystko 

wyjaśnić ambasadorowi - odparł Borys. -  Czy to ten facet, który się tak narzucał Rhyssie?  

Może zdołamy wysondować jego umyśl, jeśli się obaj za to weźmiemy. Nie będzie to sądownie 

dopuszczalny dowód, bo wymuszony, ale może zdobędziemy jakieś wskazówki. Ma szczelnie  

ekranowany   umysł,   nawet   jak   na   księcia.   Został   precyzyjnie   uwarunkowany,   bardzo   bym  

chciał wiedzieć, gdzie tego dokonano. Nie, nie złamiemy tych osłon, nie łamiąc przy tym 

prawa.

Kącik ust Phanibala zadrgał w przelotnym uśmiechu, oczy się przymknęły, kryjąc 

błysk zadowolenia, że nie dopuścił do telepatycznej ingerencji. Odruchowo uniósł lewą dłoń i 

zacisnął palce, jakby na jakimś przedmiocie. Potem rozwarł je z irytacją i powoli położył dłoń 

na piersi; uśmiech stał się wyraźniejszy.

background image

- Czyżbyś gdzieś zostawił swoją małą laseczkę? - Borys usłyszał własny głos; Sasza tu 

był! - Oszczędność czasu i wysiłku, co, braciszku?

Sasza, z wściekłością: Tą laseczką zrobiono ze stopki Tirli siekany kotlet!

- Ja... co? - Książę Phanibal zesztywniał ze zdumienia.

-   Laseczkę,   którą   z   lubością   wszędzie   zabierasz,   bo   chyba   nie   masz   żadnych... 

zwierząt - ciągnął Borys/Sasza. - Tę z rączką z kości słoniowej i z raczej... niecodziennymi, 

filigranowymi zdobieniami.

- Przed osobą twego pokroju nie muszę się tłumaczyć z tego, co mam, a czego nie 

mam   -   odparł   książę   Phanibal;   ustawił   się   bokiem   do   Borysa   i   bardzo   uniósł   brodę, 

eksponując profil, zapewne uchodzący za przystojny.

W tym momencie pojawił się ambasador odziany w ciemno purpurową, aksamitną 

szatę we wspaniałe, złociste wzory. Rzucił zdziwione spojrzenie na dumnie upozowanego 

kwiecia,  potem  na   ekipę  przy  drzwiach  i   dał  strażnikom  znak,   żeby się   wycofali.   Borys 

Roznin wstał i podszedł do Malezyjczyka.

- Zechce pan wybaczyć, ekscelencjo - rzekł w swoim imieniu, choć wiedział, że Sasza 

chciwie słucha - iż ze względu na powagę sytuacji pogwałciłem etykietę. Ten człowiek ... - 

wskazał   na   stojącego   z   boku   księcia   -   ...wraz   z   jeszcze   jedną   osobą   jest   zamieszany   w 

działalność   niegodną   nawet   najskromniejszego   pracownika   pańskiej   ambasady.   Jestem 

zmuszony prosić, by polecił pan księciu i jego towarzyszowi, żeby udali się wraz ze mną do 

głównej kwatery OPP.

- O cóż mógłby zostać oskarżony książę Phanibal? - zapytał wyniośle ambasador.

-   Zarzuty   są   naprawdę   poważne,   wasza   ekscelencjo:   chodzi   o   handel   porwanymi 

małoletnimi,   których   następnie   zmuszano   do   niewolniczej   pracy   i   prostytucji   oraz 

wykorzystywano jako dawców narządów.

- Czy jest pan w stanie dowieść tak haniebnego przestępstwa? - Ambasador jeszcze 

bardziej   się   wyprostował,   choć   ludziom   z   OPP   zdawało   się,   że   wcale   nie   był   zbytnio 

zaskoczony.

-   Tak,   wasza   ekscelencjo.   -   Borys   ze   smutkiem   skinął   głową;   ambasador   był 

wspaniałym starszym panem, szkoda, że dotknął go taki skandal. - Są świadkowie - Borys 

/Sasza potwierdził odpowiedź brata - i to Talenty.

- To już przekracza wszelkie granice - parsknął z niedowierzaniem książę, nie tracąc 

kontenansu. - Odpraw tych kłamców, wuju.

Sasza: Spryciarz z tego facia.

Borys: Ani nie mrugnął i z niczym się nie zdradził.

background image

Sasza: Czyżby sądził, że wszystkie Talenty są dorosłymi ludźmi?

Borys: Tirla JEST w oficjalnym rejestrze?

Sasza:  To   nie   obejrzałeś   bransolety   ID,   którą   jej   wydałeś   przed   sześcioma  

tygodniami? I są jeszcze czterej ladrone, śpiewający ze strachu przed wysłaniem w kosmos;  

potwierdzili   wszystko,   co   wyciągnęliśmy   z   Szarlatana   -   a   jego   nie   trzeba   było   zbytnio  

naciskać,  kiedy  odzyskał  przytomność.  Przyznał,   że  prowadzili   nielegalne  interesy.  Mamy  

wszystko, co trzeba, żeby przyszpilić księcia i tego jego sekretarza. Pontis wrócił po okresie  

medytacji w religijnych instytucjach Dalekiego Wschodu? Akurat! Planował całą tę aferę 

przy poparciu księcia Phanibala. - Sasza prychnął z taką pogardą, że Borys się uśmiechnął.

Ambasador spojrzał przez ramię na księcia:

- Nie odprawię ich, bratanku. Talenty nie są zdolne do krzywoprzysięstwa. - Patrzył 

przez chwilę z uwagą na Borysa, a potem skinął na Phanibala: - Pójdziesz z nimi.

- Przecież nie mogę zostać aresztowany jak zwykły przestępca...

-   Istotnie,   bratanku,   nie   jesteś   zwykłym   przestępcą;   immunitet   dyplomatyczny  nie 

chroni pederastów - oznajmił starzec głosem wypranym z wszelkiej emocji.

-   Nie   możesz   pozwolić,   aby  tak   znieważano   nasze   nazwisko   -   rzekł   książę;   jego 

zachowanie zmieniło się nagle: uderzał pięściami w uda, ledwo hamując gniew i frustrację. - 

Mój ojciec się o tym dowie. Zobaczysz! Wpadniesz w niełaskę! Nigdy nie będziesz mógł 

wrócić do domu! Twoje dzieci i dzieci twoich dzieci zostaną rzucone psom...

Ambasador Malezji, nie zwracając najmniejszej uwagi na Phanibala, wyszedł przez 

najbliższe drzwi i zamknął je za sobą. Strażnicy przesunęli się, blokując każde wyjście; książę 

został pozbawiony oficjalnej ochrony.

-  Komisarzu?  -   odezwał   się   Ranjit.   -  Aresztowaliśmy   pilota,   mamy   dzienniki  

pokładowe strumieniowca, księgę hangaru i zatrzymaliśmy towarzysza księcia podczas próby  

ucieczki.

- Zechce pan pójść z nami... - zaczął oficjalnie Borys, wskazując ku schodom na 

lądowisko.

Książę poderwał się nagle, z twarzą wykrzywioną wściekłością i runął w przejście 

odsłonięte przez Borysa. Ranjit wykazał refleks i spokojnie podstawił Phanibalowi nogę.

Dopiero trzem funkcjonariuszom udało się poskromić szalejącego Shimaza.

background image

44

- I tak oto, pomimo apeli bolejącego ojca i protestów Ludmiły Barczenki, że książę 

MUSI być na wolności do czasu ukończenia Stacji - opowiadał Tirli Sasza, siedząc na skraju 

łóżka dziewczynki w domu Dorotei - ten sukinsyn spędzi resztę życia na ciężkich robotach na 

Księżycu.

- A Szarlatan? - Oczy Tirli zapłonęły takim gniewem i nienawiścią, że Sasza aż się 

spłoszył.

- Och, dzięki wydaniu współwinnych mógł sobie wybrać zajęcie - uśmiechnął się 

Sasza. - Zdecydował się na stanowisko technika urządzeń sanitarnych na Dużej Stacji. Nie 

całkiem wykopany w kosmos, ale prawie, prawie...

- Ile dzieciaków było nielegalnych? - spytała dziewczynka, kiedy już dostatecznie 

długo ponapawała się losem Pontisa.

Tirla   i   Peter   byli   w   sądzie,   żeby   złożyć   zeznania,   lecz   nie   słyszeli   wyroku. 

Dziewczynka wciąż jeszcze nie mogła zbyt mocno obciążać poranionej stopy, a nie potrafiła 

lewitować   jak   chłopak,   choć   ten   cierpliwie   uczył   ją   kinezy.   Peter   utrzymywał,   że   był 

nieprzytomny,   gdy  jakaś  siła  cisnęła  Szarlatanem  przez   pokój  tuż   przed  pojawieniem  się 

wybawców.

- Osiemdziesiąt siedem - odparł szorstko Sasza.

- W schroniskach, hmmm? - westchnęła przeciągle Tirla.

- Lepiej pomyśl, przed czym ty i Peter je ocaliliście. Miałaś tego przedsmak.

- I nie będzie więcej sprzedawania ani porwań?

Sasza potrząsnął głową.

Wszyscy   w   Centrum   martwili   się   apatią,   jaka   ogarnęła   Tirlę   po   rozprawie. 

Dziewczynka   posłusznie   ćwiczyła   z   fizjoterapeutami,   żeby   przywrócić   pełną   sprawność 

kontuzjowanej stopie; uszkodzenia były o wiele poważniejsze, niż się początkowo zdawało. 

Starała się również rozwijać swoje telepatyczne zdolności - lecz Peter i Dorotea byli jedynymi 

osobami,   które   „słyszała”   bez   względu   na   odległość;   Saszę   „słyszała”   tylko   wtedy,   gdy 

dzieliło ich do stu metrów. Testy wykazały, że Tirla odznacza się zdumiewającą empatią; i to 

właśnie było źródłem jej zadziwiających wyczynów lingwistycznych.

Dziewczynka   z   zapałem   realizowała   swój   program   edukacyjny;   dobierała   sobie 

wykłady z najrozmaitszych dziedzin, w tym i takie - jak uważała Dorotea - które jeszcze były 

background image

dla niej za trudne. Wyniki uzyskane przez Tirlę udowodniły, że była o wiele dojrzalsza, niż się 

spodziewano.   Nie   cieszyła   jej   swoboda,   jaką   dawało   Centrum;   nie   bawiła   się   z   innymi 

dziećmi, choć one wciąż starały się ją rozruszać. Nawet nie chciała się wybrać po zakupy z 

Saszą   czy   Cass.   Ożywiała   się   dopiero   w   towarzystwie   Petera,   ale   on   (wraz   z   Rhyssą) 

poświęcał wiele czasu swojemu wysoce specjalistycznemu szkoleniu. Niby to wróciła do 

zdrowia po porwaniu, lecz tak podupadła na duchu, że Dorotea nalegała na odwiedziny Saszy.

- Jak się znakuje dzieciaki? - spytała Tirla Roznina.

-   Słuchaj,   Chip.   -   Dotknął   delikatnie   jej   kolana;   wciąż   mu   się   wydawała   bardzo 

krucha, choć nieco przytyła, a jej oczy były jasne (o wiele za jasne, myślał czasami). - Nie 

zdołasz uratować wszystkich nielegalnych. No i na razie zażegnaliśmy niebezpieczeństwo.

-  Ale   zboczone   zachcianki   pozostały  -   odparła   z   zadumą.   -   Jak  u   tego   ohydnego 

księcia. - Twarz dziewczynki przybrała niemal równie złośliwy wyraz, jak oblicze mężczyzny, 

o   którym   myślała.   -  Trudno   oznakować   dzieci?   Cass   i   Suz   mówiły,   że   znakowały   je   w 

liniowcu E. Czy już tak ulepszono „znak”, że starcza na długo?

- Wiem, że biologicznie masz dwanaście lat, lecz mówisz jak pięćdziesieciolatka - 

zirytował się Sasza.

Uniosła ku niemu głowę i patrzyła nań lekko przymrużonymi oczami, z uśmiechem.

- Bo tyle mam w liniowcu. Chybabyś nie chciał drugiego takiego szwindlu, jak z tym 

kaznodzieją, co? No i, jak mówi twój brat, nawet nielegalne dzieciaki mają swoje prawa! 

Wiem, że Cass urodziła dziecko, więc teraz tak szybko się nie podejmie żadnej tajnej misji. 

Ale założę się o mój ostatni kredyt...

- ...wszystkie należą teraz do Centrum, pamiętasz? - drażnił się z nią Sasza i dostrzegł 

w   oku   dziewczynki   przebiegły   błysk;   a   więc   Dorotea   miała   rację,   że   mała   ukryła   parę 

wolniaków: trudno się pozbyć starych nawyków.

- A Centrum musi mi dać wszystko, co zechcę...

- W granicach rozsądku...

- Cóż, będę rozsądna. Jestem dobra w językach, ale tutaj nie mogę tego szlifować. - 

Wskazała na gazony za oknem. - A Nauczycielka mówi, że nie znam jeszcze wszystkich 

języków świata. Ubijmy interes, Sasza. - Spojrzała nań „po kupiecku”, jak zaczął nazywać tę 

jej minkę. - Oznakuję dzieciaki we wszystkich liniowcach Jerhattanu. Oznakuję, lecz ich nie 

wydam - uśmiechnęła się niewesoło. - Jeśli się trafią jakieś afery i mnie się o to oskarży, to 

stracę... jak wy to nazywacie?... wiarygodność? Widzisz, nauczyłam się trochę zasad. Na 

pewno poznam, kiedy „coś” się zacznie szykować i powiadomię was. Bardzo się wam to 

przyda, prawda? Będę lepszą wtyczką niż ci szpicle z OPP od twojego brata! - Rozbawiło to 

background image

Tirlę, stała się bardziej ożywiona. - Zawsze wiedziałam, kto jest z OPP, a nawet kto jest 

Talentem.

Nie było żadnych wątpliwości, że lubi Saszę, lecz w towarzystwie Borysa zawsze 

czuła się nieswojo, choć usiłował być przymilny. Sasza uznał, że to wrodzony brak zaufania 

do OPP; nie chciał, żeby dziewczynka poróżniła się z jego bliźniakiem.

- Naprawdę nie chcesz tu zostać z Doroteą i rozwijać swojego Talentu?

Tirla potrząsnęła przecząco głową i skrzywiła się:

- To nie dlatego, że nie lubię Dorotei. Jest wspaniała. Po prostu... nie czuję się tutaj 

swobodnie. - Powiodła spojrzeniem po czyściutkim pokoju. - Jestem bachorem z liniowca. 

Mój Talent, jak wy to nazywacie - samokrytycznie zmarszczyła nosek - najlepiej działa w 

liniowcu.

Oczy dziewczynki błyszczały.

- Nie możesz przez całe życie mieszkać w liniowcu - oznajmiła Dorotea, wchodząc do 

pokoju, minę miała zmartwioną; promieniowała czułością, zaufaniem i pokrzepieniem.

- Czemu nie? - Tirla uniosła dłonie w geście pełnym irytacji.

- Rzeczywiście, czemu nie? - powtórzył Sasza.

-   Cass   i   Suz,   kiedy  wykonują   zadanie,   mieszkają   na   wysokich   piętrach   liniowca. 

Chciałabym mieć mieszkanko na, powiedzmy, poziomie 19: ładny widok i mało smogu. - 

Uśmiechnęła się zuchwale. - A gdyby tak twój braciszek przypadkiem nie podsłuchiwał, to go 

zapytaj, czy bym się bardziej nie przydała w liniowcu.

Sasza się roześmiał.

Braciszku? Słyszałeś?

Borys: Mała paskuda! Nigdy nie wiesz, jaki ci numer wykręci! Można wykazać, że jest  

wprost wspaniałym obserwatorem i „zaworem bezpieczeństwa”. W liniowcu G jest teraz o  

wiele więcej sprzeczek i sporów niż wtedy, kiedy ona tam mieszkała. Przydałaby mi się taka  

Tirla we wszystkich wielkich liniowcach. Jeśli Rhyssa nie ma nic przeciwko temu...

Dorotea: Ja mam!

Borys: Przykro mi, Doroteo, ale Tirla jest zarejestrowanym Talentem, i to tak istotnym,  

że nie może „leżeć odłogiem”, dopóki nie osiągnie pełnoletności. I nie ma takiego przepisu,  

który by stanowił, że MUSI mieszkać w Centrum aż do osiemnastych urodzin. Skoro byłaby  

szczęśliwsza w liniowcu, to niech tam zamieszka. Może by tak z Lessudem i jego rodziną na  

Wyspie K? Chodziłaby do szkoły i przy okazji miałaby otwarte oczy i uszy, dla dobra ogółu.  

Zlikwidowaliśmy zakazane interesiki w Jerhattanie, więc, logicznie rzecz biorąc, Long Island 

background image

jest   teraz   kolejnym  „zbiornikiem”   do  łowienia   nielegalnych   dzieciaków.   Moglibyśmy  tam  

posiać tak wiarygodnego obserwatora jak Tirla.

- Słyszałaś coś z tego, Tirlo? - spytał z uśmiechem Sasza; siedział tuż obok niej, więc 

wyczuł, jak bardzo się koncentrowała na nieskutecznym niestety „słuchaniu”.

Potrząsnęła przecząco głową i westchnęła ze smutkiem, spoglądając przepraszająco na 

Doroteę; starsza pani tyle się nad nią napracowała!

- Brat pyta, czy chciałabyś mieszkać na Long Island, dopóki nie dorośniesz.

- Na Long Island? - Ożywiła się natychmiast Tirla, usiadła prościutko; jej czarne oczy 

lśniły, policzki zaróżowiły się leciutko, na ustach ukazał się pełen nadziei uśmiech. - To 

będzie życie w wielkim stylu!

background image

EPILOG

Trzy miesiące później

Rhysso?

Przepraszający, lecz zdecydowany „głos” zbudził Rhyssę z głębokiego snu; jednego z 

tych snów, kiedy to trudno zmusić ciało do posłuszeństwa, choć umysł już się ocknął. Leżała 

bezwładnie w łóżku; udało się jej otworzyć jedno oko i zerknąć na zegar. Usłyszała, jak Dave 

podśpiewuje w łazience. Znów zaspała. Nie wiedziała, co się z nią dzieje od kilku tygodni: 

nie mogła się wyspać.

Rhysso! - „Głos” był bardziej naglący; rozpoznała go w końcu.

Tak, Madlyn? O co chodzi?

W tonie tamtej brzmiał i niepokój, i zaczepka.

Czyżbym cię obudziła? A myślałam, że czas ziemski mam w małym palcu!

Zaspałam. O co chodzi?

-  O NIĄ!  - Niesmak, frustracja, gniew, rozpacz, zawarte w owym zaimku, ostrzegły 

Rhyssę, o kogo chodzi. - Znów zaczęła swoje. Rozpowiada, że my, Talenty, NIE wykonujemy  

naszej roboty! Wyciągnęliśmy ją z bajzlu, a ona ma czelność NAS oskarżać o wszystko, co się  

jej nie udaje!

O co idzie tym razem?

Rhyssa podciągnęła się na poduszkach i sięgnęła po termos z kawą. Kolejna elegancka 

i   cywilizowana   fantazja   pana   Lehardta.   Zaczęła   nalewać   kawę   do   filiżanki,   lecz 

zrezygnowała. Zemdliło ją od tego zapachu.

-  Został tylko jeden ważny ładunek do przetransportowania na Drugą  - powiedziała 

Madlyn. - Ale tu nie dotarł, bo Johnny oznajmił, że go jeszcze nie wyśle.

NIE wyśle? - Z umysłu Rhyssy ulotniły się ostatnie resztki snu. Co też tym razem 

wymyślił pułkownik Greene? - A ona tego oczywiście koniecznie potrzebuje, żeby zakończyć  

montaż?

Absolutnie! To reszta aparatury i kontrolki. Wiem, że to delikatne oprzyrządowanie i  

trzeba się z tym ostrożnie obchodzić. Został jeszcze tydzień do terminu ukończenia prac.  

Wtedy wszyscy wrócimy na Ziemię!  - W „głosie” Madlyn zabrzmiała szczera ulga. -  Więc 

background image

chcielibyśmy wiedzieć, DLACZEGO wstrzymano dostawę. Sama rozumiesz, że to i nas tu  

zatrzymuje.

Wiem. Wyjaśnię to, Madlyn. Naprawdę.

Dave wiedział, że Rhyssa się obudziła, więc głośniej podśpiewywał. Nie był telepatą, 

ale wykazywał siódmy zmysł we wszystkim, co jej dotyczyło. Uśmiechnęła się do siebie i 

postanowiła   wyjaśnić   sprawę   owej   dostawy.   Ósma   trzydzieści   -   już   można   niepokoić 

pułkownika Greene’a w jego florydzkim mateczniku.

Zadzwoń do mnie, Johnny!

Był za daleko, żeby z nią telepatycznie rozmawiać, ale to wezwanie powinno bez 

trudu doń dotrzeć. Rhyssa patrzyła na telefon i odliczała. Zadzwonił po dziesięciu sekundach.

- Życzyła sobie pani ze mną rozmawiać, pani Lehardt?

-   Istotnie,   pułkowniku   Greene.   Jakiż   to   numer   wykręcasz   naszej   biednej,   drogiej 

Ludmile?

-   Tylko   taki,   na   który   zasługuje,   kwiatuszku   -   zachichotał   złośliwie   Johnny.   - 

Wymusiła nasze, Talentów, zatrudnienie, bo chciała mieć pewność, że skończy na czas, więc 

skończy na czas. Ani sekundy wcześniej, ani sekundy później. A co?

- A, rozumiem - roześmiała się Rhyssa. - I wyliczyłeś wszystko co do minuty.

- Razem z Lance’em wyliczyliśmy czas potrzebny do zamontowania tej aparatury i 

ułożyliśmy   harmonogram   dla   niezbędnych   do   tego   kinetyków.   Dokładnie   wiemy,   ile   to 

potrwa. Pewno Lance zapomniał wtajemniczyć Madlyn. Przykro mi, że tak to przyjęła, ale to 

i tak w jej stylu. Ułagodź ją jakoś, Rhys, dobrze? Załatwimy to po NASZEMU!

- Zgadzam się. Ani godziny wcześniej, ani godziny później.

Odwiesiła słuchawkę. Wszedł Dave, biodra miał owinięte ręcznikiem.

- Próbowałem cię zbudzić, Rhys - rzekł ze skruchą. - Ale ty po prostu nie chcesz rano 

wstawać.

- Bezwstydnie przyznam, że uwielbiam być z tobą w łóżku, Dave, lecz obudzona, a 

nie śpiąca jak kamień. - Uniosła ramiona i zaczęła się przeciągać; nagle przestała: - Co jest z 

tą kawą? Mdli mnie od jej zapachu.

Dave usiadł na brzegu łóżka i z uśmiechem spojrzał na żonę. W błękitnych oczach 

tańczyły iskierki.

- Jeszcze się nie domyśliłaś? - zapytał, patrząc znacząco na jej brzuch.

- Myślałam... przecież nie jestem chora... - zaczęła Rhyssa, której coś zaświtało - 

...tylko śpiąca! Och, Dave, czyżbym była w ciąży?

background image

- Rozważ tę możliwość, mądra kobieto! - Wstał, zrzucił ręcznik i zaczął się ubierać; 

bardzo lubiła mu się przyglądać, bez względu na to, co robił, zaś intymność owej codziennej 

czynności była dla niej czymś szczególnym. - Przecież staram się o to już od paru miesięcy!

Rhyssa,  poruszona  taką  możliwością,  zaczęła  rozmyślać  o  swoim ciele;  delikatnie 

położyła dłonie na brzuchu...

- Och, Dave! Naprawdę jestem w ciąży! Naprawdę!

- No to ostatnia się o tym dowiedziałaś - uśmiechnął się szeroko. - Dorotea wie.

- I nic mi nie powiedziała?! - Rhyssa aż się wyprostowała, zaskoczona i urażona, że 

tak długo pozostawiono ją w niewiedzy... i to Dorotea!

- Hmmm, do pewnych rzeczy lepiej dojść samemu - zawyrokował Dave z uśmiechem 

i pochylił się, żeby czule pocałować żonę. - Wprost promieniejesz. Wszyscy to zauważyli. I 

uprzejmie czekają na oficjalny komunikat. - Zwichrzył jej splątane po spaniu włosy, przesunął 

palcami po srebrzystym paśmie.

Rhyssa westchnęła, a potem zapytała:

- Czy Sasza wie?

Dave zaniechał wkładania bluzy, wysunął głowę z fałdów i spojrzał na żonę z wielkim 

zaniepokojeniem:

- Sasza? Wiem, że jesteście blisko, ale...

- Hmmm - zaczęła Rhyssa i umilkła; oto jedna z niedogodności braku Talentu Dave’a; 

czasami musiała mu coś wyjaśniać szczegółowiej niż Talentowi. - No cóż, Sasza musi czekać, 

a wcale mu się to nie podoba.

- Czekać? - Dave wciągnął bluzę. - Na co?

- Żeby Tirla dorosła, oczywiście - odparła Rhyssa, zabierając się do wstawania z 

łóżka;   czuła   się   dziwnie   niespokojna   o   to   nowe   życie:   zupełnie   niepotrzebnie,   bo   było 

świetnie zagnieżdżone.

-   Na  Tirlę?   -   Dave   wytrzeszczył   oczy   ze   zdumienia.   -  To   on   na   nią   leci?   Stary 

erotoman!

- Wcale nie taki stary i na pewno nie erotoman, jeśli chodzi o Tirlę. Spadło to na niego 

jak grom z jasnego nieba. Nigdy nie żywił takich uczuć do żadnej kobiety. - Rhyssa pozwoliła 

sobie na „wszechwiedzący” uśmieszek. - Lecz Tirla to jego przeznaczenie i on o tym wie. Po 

prostu musi kilka lat zaczekać.

- Ona nawet nie...

- Tirla ma dwanaście lat, a zbliża się do dwustu - nieco szorstko odparła Rhyssa; 

dziewczynka miała interesującą osobowość, powinno im być dobrze ze sobą, Saszy i jej; to 

background image

nie do wiary, że w trakcie swojego dyrektorowania znalazła dwa tak odmienne Talenty: jeden 

makro,   który   mógł   przemieszczać   światy,   i   drugi   mikro,   łamiący   bariery   językowe.   - 

Południowcy dojrzewają o wiele szybciej niż my z północy czy z zachodu. Za cztery lata 

spokojnie będzie mogła wyjść za Saszę.

- To już postanowione? - sceptycznie spytał Dave.

-   Sasza   miał   wizję   i   to   ku   swojemu   największemu   zdumieniu   -   uśmiechnęła   się 

Rhyssa. - Kiedy ich zobaczysz razem, zwróć uwagę, jak Tirla na niego patrzy. Ta młoda dama 

jest bardzo zaborcza, jeśli on wchodzi w grę. I będzie dlań o wiele odpowiedniejsza niż 

Madlyn.

- Ich dzieci będą Talentami?

- To wielce prawdopodobne - uśmiechnęła się z zadowoleniem.

Dave  milczał.  Nigdy nie  ukrywał  przed  żoną  swoich  uczuć.  Odchrząknął  i  spytał 

dziarsko:

- A nasze? Kiedy będzie wiadomo?

Rhyssa uśmiechnęła się pokrzepiająco do ukochanego mężczyzny i skinęła głową.

- Wszystko gra.

- Taka jesteś pewna?

Objęła go za szyję, przytuliła doń swój ciężarny brzuch i przyciągnęła głowę męża, 

żeby go pocałować.

- Jestem. Właśnie mi o tym powiedział.