background image

 

 

 

Iwan Turgieniew

 

 

 

Ojcowie i dzieci

 

(Przełożyła Joanna Guze)

 

background image

 

— Cóż, Piotrze? Nie widać jeszcze? — pytał 20 maja 1859 roku swego służącego, 

pyzatego chłopaka z białym puszkiem na podbródku i małymi, mętnymi oczkami, pan 

liczący  lat  niewiele  ponad  czterdzieści,  który  bez  czapki,  w  zakurzonym  płaszczu  i 

kraciastych spodniach wyszedł na niski ganek zajazdu przy*** trakcie. 

Służący, w którym wszystko: i turkusowy kolczyk w uchu, i wypomadowane włosy 

o  niejednolitej  barwie,  i  uprzejme  ruchy,  słowem,  wszystko  zdradzało  człowieka 

nowej, doskonałej generacji, z pobłażaniem spojrzał na drogę i odpowiedział: 

— Żadną miarą nie widać, proszę łaski pana. 

— Nie widać? — powtórzył pan. 

— Nie widać — po raz drugi odrzekł służący.  

Pan  westchnął  i  przysiadł  na  ławeczce.  Zapoznamy  z  nim  czytelnika,  kiedy  tak 

siedzi podgiąwszy nogi i w zamyśleniu spogląda dokoła. 

Nazywa  się  Mikołaj  Pietrowicz  Kirsanow.  Jego  piękny  majątek,  położony  o 

piętnaście wiorst od zajazdu, liczy dwieście dusz albo, jak powiada sam Kirsanow, od 

czasu gdy wydzielił ziemię chłopom i założył „fermę" — dwa tysiące dziesięcin ziemi. 

Ojciec jego, waleczny generał z 1812 roku, prostak ledwie władający piórem, ale niezły 

człowiek, całe życie klepał biedę; z początku dowodził brygadą, potem dywizją i stale 

mieszkał na prowincji, gdzie dzięki swej randze odgrywał dość znaczną rolę.  Mikołaj 

Pietrowicz  urodził  się  na  południu  Rosji,  podobnie  jak  starszy  jego  brat,  Paweł,  o 

którym  będzie  dalej  mowa,  i  wychowywał  się  do  czternastego  roku  życia  w  domu, 

wśród  tanich  guwernerów,  nonszalanckich  a  uniżonych  adiutantów  i  innych 

pułkowych  oraz  sztabowych  osobistości.  Matka  jego,  z  domu  Kolazin,  jako  panna — 

Agathe,  w  roli  zaś  zacnej  generałowej  —  Agafokleja  Kuźminiczna  Kirsanow,  nosiła 

wspaniałe  czepce  i  szeleszczące  jedwabne  suknie,  w  cerkwi  podchodziła  pierwsza  do 

krzyża,  mówiła  głośno  i  dużo,  rano  podawała  dzieciom  rękę  do  ucałowania,  wie-

czorem błogosławiła je, słowem, żyła jak Pan Bóg przykazał. Mikołaj Pietrowicz, jako 

syn  generała  —  chociaż  nie  tylko  nie  odznaczał  się  męstwem,  ale  w  dodatku  zdobył 

sobie przydomek podszytego tchórzem — powinien był, podobnie jak brat jego Paweł, 

zostać wojskowym; tymczasem tego dnia, kiedy przyszła wiadomość o jego przydziale, 

złamał właśnie nogę; przeleżał dwa miesiące w łóżku, po czym okazało się, że zostanie 

na całe życie kulawy. Zrezygnowany ojciec przystał, by syn robił karierę cywilną. Gdy 

chłopiec skończył osiemnaście lat, zawiózł go do Petersburga i zapisał na uniwersytet. 

background image

Właśnie  w  tym  czasie  brat  Mikołaja  został  oficerem  pułku  gwardii.  Młodzi  ludzie 

zamieszkali  razem,  doglądani  z  daleka  przez  ciotecznego  wuja  ze  strony  matki,  Ilję 

Kolazina,  urzędnika  wysokiej  rangi.  Ojciec  wrócił  do  swojej  dywizji  i  do  małżonki; 

niekiedy  tylko  przysyłał  synom  wielkie  ćwiartki  szarego  papieru  upstrzone 

zamaszystym  pismem  godnym  kancelisty.  Na  końcu  tych  ćwiartek  pysznił  się 

otoczony  starannymi  zakrętasami  podpis:  „Piotr  Kirsanow,  generał-major."  W  roku 

1835  Mikołaj  Pietrowicz  ukończył  uniwersytet  jako  kandydat;  w  tym  samym  roku 

generał  Kirsanow,  przeniesiony  w  stan  spoczynku  za  nieudany  przegląd  wojsk, 

sprowadził się z żoną do Petersburga. Wynajął dom przy Ogrodzie Taurydzkim i zapi-

sał  się  do  Klubu  Angielskiego,  ale  raptem  umarł  na  apopleksję.  Agafokleja 

Kuźminiczna  wkrótce  poszła  za  nim:  nie  mogła  przywyknąć  do  pustki  stołecznego 

życia;  zadręczyła  ją  nuda  egzystencji,  którą  wiodła  jako  żona  dymisjonowanego 

generała. Tymczasem Mikołaj Pietrowicz, jeszcze za życia rodziców i ku wielkiemu ich 

zmartwieniu,  zdążył  zakochać  się  w  córce  urzędnika  Prepołowieńskiego,  u  którego 

wynajmował  dawniej  mieszkanie.  Była  to  ładna  panna  o  wyższych,  jak  to  mówią, 

aspiracjach:  czytała  w  czasopismach  poważne  artykuły  z  działu  „Nauka".  Gdy  tylko 

minęła żałoba, Mikołaj ożenił się z nią i opuściwszy Ministerstwo Dworu i Apanażów, 

gdzie  dostał  się  z  protekcji  ojca,  zażywał  szczęścia  ze  swą  Maszą  najpierw  w  małym 

domku  pod  Petersburgiem,  niedaleko  Instytutu  Leśnego,  potem  w  mieście,  w  nie-

wielkim  i  ładnym  mieszkaniu  z  czystymi  schodami  i  chłodnawym  salonem,  wreszcie 

na  wsi,  gdzie  osiedli  na  stałe  i  gdzie  wkrótce  urodził  im  się  syn  Arkadiusz. 

Małżonkowie  żyli  szczęśliwie  i  spokojnie,  nie  rozstawali  się  prawie  nigdy,  czytali 

razem,  grali  na  cztery  ręce  na  fortepianie,  śpiewali  duety;  ona  sadziła  kwiaty  i 

doglądała  ptactwa,  on  niekiedy  jeździł  na  polowanie  i  zajmował  się  gospodarstwem; 

Arkadiusz zaś rósł, także szczęśliwie i spokojnie. Dziesięć lat minęło jak sen. W roku 

1847  żona  Kirsanowa  umarła.  Ciężko  przeżył  ten  cios,  osiwiał  w  kilka  tygodni; 

wybierał  się  za  granicę,  by  choć  trochę  zapomnieć...  lecz  nastał  właśnie  rok 

czterdziesty  ósmy

1

.  Chcąc  nie  chcąc  musiał  wrócić  na  wieś  i  po  dość  długim  okresie 

apatii zajął się ulepszaniem gospodarstwa. W roku 1855 zawiózł syna na uniwersytet; 

spędził  z  nim  trzy  zimy  w  Petersburgu,  nigdzie  prawie  nie  bywał  i  starał  się  poznać 

młodych  kolegów  Arkadiusza.  Ostatniej  zimy  nie  mógł  przyjechać  —  i  właśnie 

widzimy go w maju 1859 roku, zupełnie już siwego, pulchnego i nieco przygarbionego: 

                                                        

1

 Mowa o Wiośnie Ludów. Rząd carski, obawiając się przeniesienia nastrojów rewolucyjnych do Rosji, zabronił 

poddanym wyjazdów za granicą. (Przyp. red.) 

background image

czeka na syna, który, jak niegdyś on sam, otrzymał stopień kandydata. 

Służący,  czy  to  z  poczucia  przyzwoitości,  czy  też  nie  chcąc  pozostawać  pod 

pańskim  okiem,  stanął  przy  wrotach  i  zapalił  fajkę.  Mikołaj  Pietrowicz  pochyliwszy 

głowę spoglądał na zbutwiałe schodki ganku: przechadzał się tu statecznie spory pstry 

kurczak,  głośno  postukując  dużymi,  żółtymi  łapami;  brudna  kotka  nieżyczliwie 

zerkała  na  niego  przycupnąwszy  niedbale  na  poręczy.  Słońce  przypiekało;  z  na  wpół 

ciemnej  sieni  zajazdu  dolatywał  zapach  ciepłego  żytniego  chleba.  Mikołaj  Pietrowicz 

pogrążył się w myślach. „Syn... kandydat... Arkasza..." — nieustannie snuło mu się po 

głowie;  próbował  zająć  się  czymś  innym,  ale  znowu  wracały  te  same  myśli. 

Wspomniał  nieboszczkę  żonę...  —  Nie  doczekała!  —  szepnął  żałośnie.  Tłusty, 

błękitnawy gołąb sfrunął na drogę i szybko podreptał w stronę studni, żeby się napić 

wody z kałuży. Mikołaj Pietrowicz zaczął mu się przypatrywać, ale ucho jego już łowiło 

turkot zbliżających się kół... 

— Musowo panicz jadą — zameldował służący wychylając się zza wrót. 

Mikołaj  Pietrowicz  skoczył  na  równe  nogi  i  spojrzał  na  drogę  wytężając  wzrok. 

Ukazał  się  tarantas  zaprzężony  w  trzy  pocztowe  konie,  w  tarantasie  mignął  otok 

studenckiej czapki, znajomy zarys drogiej twarzy... 

— Arkasza, Arkasza! — zawołał Kirsanow i pobiegł wymachując rękami... W kilka 

chwil  potem  przyciskał  wargi  do  gładkiego,  zakurzonego  i  opalonego  policzka 

młodego kandydata. 

 

II 

— Pozwól, że się otrzepię, papo — mówił Arkadiusz nieco ochrypłym po podróży, 

ale  dźwięcznym,  młodzieńczym  głosem,  wesoło  odpowiadając  na  uściski  ojca.  — 

Zakurzę cię całego. 

—  To  nic,  to  nic  —  powtarzał  uśmiechając  się  z  rozrzewnieniem  Mikołaj 

Pietrowicz  i dwakroć uderzył  dłonią  po kołnierzu  synowskiego  szynela  i  po własnym 

płaszczu.  —  Pokaż  no  się,  pokaż  —  dodał  odstępując  o  krok  i  natychmiast  ruszył 

szybko w stronę zajazdu, mówiąc: — Tutaj, tutaj. Dawajcie konie, tylko prędko. 

Mikołaj  Pietrowicz  zdawał  się  o  wiele  bardziej  przejęty  niż  jego  syn;  był 

zmieszany, onieśmielony. Arkadiusz zatrzymał go. 

—  Papo  —  powiedział  —  pozwól,  że  zapoznam  cię  z  moim  przyjacielem, 

Bazarowem, o którym tak często ci pisałem. Był tak dobry, że zgodził się przyjechać do 

nas w gościnę. 

background image

Mikołaj Pietrowicz szybko się odwrócił, podszedł do odzianego w długi podróżny 

kitel  z  chwastami  wysokiego  młodzieńca,  który  dopiero  co  wysiadł  z  tarantasu,  i 

mocno uścisnął jego czerwoną dłoń, którą tamten nie od razu mu podał. 

—  Rad  jestem  serdecznie  —  rozpoczął  —  i  wdzięczny,  że  zechciał  nas  pan 

odwiedzić; mam nadzieję... pozwoli pan, że zapytam o imię? 

— Eugeniusz Wasiliewicz — odpowiedział Bazarow leniwie, lecz męskim głosem i 

opuszczając  wysoki  kołnierz  kitla  ukazał  Mikołajowi  Pietrowiczowi  całą  twarz.  Była 

wydłużona i chuda, o szerokim czole; nos, spłaszczony u góry, ku dołowi się zaostrzał; 

oczy były wielkie, zielonkawe; faworyty obwisłe, płowe; ożywiał ją spokojny uśmiech, 

wyrażała pewność siebie i rozum. 

— Mam nadzieję, drogi Eugeniuszu Wasiliczu, że nie będzie się pan u nas nudził 

— ciągnął dalej Mikołaj Pietrowicz. 

Cienkie  wargi  Bazarowa  drgnęły  z  lekka,  ale  nic  nie  odpowiedział  i  tylko  uchylił 

czapki.  Mimo  długich  i  gęstych  ciemnoblond  włosów  widać  było  wypukłości  jego 

szerokiej czaszki. 

—  Więc  jak,  Arkadiuszu? —  odezwał  się  znowu  Mikołaj  Pietrowicz  zwracając  się 

do syna. — Czy zaraz zakładać konie? A może chcecie odpocząć? 

— Odpoczniemy w domu, papo; każ zakładać. 

—  Zaraz,  natychmiast  —  podchwycił  ojciec.  —  Hej,  Piotrze,  słyszysz?  Każ  no 

zakładać, bratku, a żywo! 

Piotr,  który  jako udoskonalony  sługa  nie ucałował  ręki  panicza,  tylko  poprzestał 

na ukłonie z daleka, znowu znikł we wrotach. 

— Przyjechałem tu kolaską, lecz mam także trójkę do twojego tarantasu — mówił 

z przejęciem Mikołaj Pietrowicz, gdy Arkadiusz pił wodę z żelaznego czerpaka, który 

przyniosła  gospodyni  zajazdu,  a  Bazarow  zapalił  fajkę  i  podszedł  do  woźnicy 

odprzęgającego  konie.  —  Ale  kolaska  jest  tylko  na  dwie  osoby  i  nie  wiem,  jak  twój 

przyjaciel... 

— Pojedzie tarantasem — przerwał półgłosem Arkadiusz. — Proszę, nie rób z nim 

ceremonii. To wspaniały chłopak, taki prosty — zobaczysz. 

Furman Mikołaja Pietrowicza wyprowadził konie. 

— Ruszaj się, brodaczu! — zwrócił się Bazarow do furmana. 

— Ej, Mitiucha — podchwycił drugi furman, który stał obok z rękami wsuniętymi 

w tylne kieszenie kożucha. — Jak to wielmożny pan ciebie nazwał? Brodacz, i kwita. 

Mitiucha tylko potrząsnął czapką i zdjął lejce ze spoconego dyszlowego konia. 

background image

—  Szybciej,  szybciej,  chłopcy,  zaprzęgajcie!  —  zawołał  Mikołaj  Pietrowicz  — 

dostaniecie na wódkę! 

W kilka chwil konie były założone; ojciec i syn usadowili się w kolasce, Piotr wlazł 

na kozioł; Bazarow wskoczył do tarantasu, głowę oparł o skórzaną poduszkę — i oba 

pojazdy ruszyły. 

 

III 

—  Jesteś  więc  wreszcie  kandydatem  i  przyjechałeś  do  domu  —  mówił  Mikołaj 

Pietrowicz dotykając to ramienia, to znów kolan Arkadiusza. — Nareszcie! 

—  A  jakże  się  miewa  stryj?  Zdrów?  —  zapytał  Arkadiusz,  który  choć  sam  pełen 

szczerej,  prawie  dziecinnej  radości,  pragnął  jak  najprędzej  zakończyć  rozmowę 

utrzymaną w tonie podniosłym i skierować ją na zwykłe tory. 

— Zdrów. Chciał nawet pojechać ze mną, ale jakoś się rozmyślił. 

— Długo na mnie czekałeś? — zapytał Arkadiusz. 

— Około pięciu godzin. 

— Poczciwy papcio! 

Arkadiusz  żywo  obrócił  się  w  stronę  ojca  i  głośno  pocałował  go  w  policzek. 

Mikołaj Pietrowicz roześmiał się cichutko. 

—  Przygotowałem  ci  świetnego  konia!  —  zaczął  —  zobaczysz.  I  w  twoim  pokoju 

kazałem dać obicia. 

— A czy jest pokój dla Bazarowa? 

— Znajdzie się i dla niego. 

— Papo, proszę, bądź dla niego serdeczny. Nie potrafię ci powiedzieć, jak bardzo 

zależy mi na jego przyjaźni. 

— Poznałeś go niedawno? 

— Niedawno. 

— Tak, nie widywałem go ubiegłej zimy. Co studiuje? 

—  Jako  przedmiot  główny  nauki  przyrodnicze.  Ale  umie  wszystko.  W  przyszłym 

roku chce zdawać egzamin na doktora. 

—  Aha!  Więc  medycyna  —  zauważył  Mikołaj  Pietrowicz  i  umilkł.  —  Piotrze  — 

dodał wyciągając rękę — czy to nasi chłopi jadą? 

Piotr spojrzał w stronę, gdzie wskazywał pan. Kilka wozów, zaprzężonych w konie 

bez  wędzideł,  jechało  szybko  wąską  polną  drogą.  Na  każdym  wozie  siedziało  co 

najwyżej dwóch chłopów w rozpiętych kożuchach. 

background image

— Tak jest, proszę łaski pana — rzekł Piotr. 

— Dokąd oni jadą? Pewno do miasta, co? 

—  Należy  przypuszczać,  że  do  miasta.  Do  szynku  —  dodał  pogardliwie  i  z  lekka 

pochylił  się  w  stronę  furmana,  jakby  szukał  u  niego  potwierdzenia.  Ale  tamten  ani 

drgnął; był to człowiek starej daty, nie podzielający nowych poglądów. 

— Mam w tym roku wielkie kłopoty z chłopami — ciągnął dalej Mikołaj Pietrowicz 

zwracając się do syna. — Nie płacą czynszu. Co robić? 

— A z najemnych robotników jesteś zadowolony? 

—  Tak  —  wycedził  przez  zęby  Mikołaj  Pietrowicz.  —  Bieda  tylko,  że  wciąż  im 

podbijają dniówki, no i prawdziwego starania wciąż jeszcze ani śladu. Niszczą uprząż. 

Orali  zresztą  wcale  dobrze.  Miejmy  nadzieję,  że  wszystko  się  jakoś  ułoży.  Ale  czy 

ciebie obchodzi teraz gospodarstwo? 

—  Szkoda,  że  nie  ma  u  nas  cienia  —  zauważył  Arkadiusz  nie  odpowiadając  na 

ostatnie pytanie. 

—  Nad  tarasem  od  północnej  strony  kazałem  zawiesić  wielką  markizę  —  rzekł 

Mikołaj Pietrowicz. — Teraz nawet obiad można jeść na dworze. 

—  Za  bardzo  będzie  wyglądało  na  letnisko...  zresztą  wszystko  to  głupstwo.  Ale 

jakie  tutaj  powietrze!  Jak  cudownie  pachnie!  Doprawdy,  zdaje  mi  się,  że  nigdzie  na 

świecie tak nie pachnie jak w tych okolicach. I niebo tutaj... 

Arkadiusz urwał nagle, obejrzał się za siebie i zamilkł. 

—  Oczywiście  —  zauważył  Mikołaj  Pietrowicz  —  tyś  się  tu  urodził,  wszystko  tu 

powinno mieć dla ciebie niezwykły urok... 

— Ależ, papo, przecie to wszystko jedno, gdzie człowiek się urodził. 

— A jednak... 

— Nie, to zupełnie wszystko jedno. 

Mikołaj  Pietrowicz  spojrzał  z  boku  na  syna;  kolaska  ujechała  dobre  pół  wiorsty, 

zanim znów nawiązali rozmowę. 

—  Nie  pamiętam,  czy  ci  pisałem —  zaczął  Mikołaj  Pietrowicz —  że  twoja  niania, 

Jegorowna, umarła. 

— Doprawdy? Biedna staruszka! A Prokoficz żyje? 

— Żyje i wcale się nie zmienił. Wciąż tak samo zrzędzi. Wielkich zmian zresztą w 

Mariinie nie znajdziesz. 

— I rządca wciąż ten sam? 

—  Właśnie  rządcę  zmieniłem.  Postanowiłem  nie  zatrudniać  już  zwolnionych  z 

background image

poddaństwa  chłopów,  dawnych  dworskich,  lub  przynajmniej  nie  zlecać  im  żadnych 

odpowiedzialnych funkcji. (Arkadiusz wskazał oczami na Piotra.) Il est libre, en effet

2

 

— zauważył półgłosem Mikołaj Pietrowicz — ale to kamerdyner. Teraz mam rządcę z 

mieszczan;  zdaje  się,  że  dzielny  z  niego  człowiek.  Wyznaczyłem  mu  dwieście 

pięćdziesiąt  rubli  rocznej  pensji.  Zresztą —  mówił  pocierając  czoło  i  brwi,  co  zawsze 

było  u  niego  oznaką  zmieszania  —  powiedziałem  ci,  że  nie  znajdziesz  zmian  w 

Mariinie...  To  niezupełnie  prawda.  Uważam  za  swój  obowiązek  uprzedzić  cię,  cho-

ciaż... 

Zamilkł na chwilę i mówił dalej już po francusku: 

— Surowy moralista uznałby moją szczerość za niewłaściwą; ale po pierwsze, tego 

nie można ukryć, a po drugie, wiesz dobrze, że zawsze miałem szczególne zasady, jeśli 

chodzi o stosunek ojca do syna. Zresztą masz oczywiście prawo mnie potępić. W mo-

im wieku... Słowem, ta... ta dziewczyna, o której zapewne już słyszałeś... 

— Fieniczka? — bezceremonialnie zapytał Arkadiusz. 

Mikołaj Pietrowicz poczerwieniał. 

—  Nie  wymieniaj  głośno  jej  imienia...  No,  tak...  ona  teraz  mieszka  u  mnie. 

Umieściłem ją w domu... Były tam dwa niewielkie pokoiki. Zresztą wszystko to można 

zmienić. 

— Zlituj się, papo, dlaczego? 

— Twój przyjaciel będzie u nas gościł... Nie wypada... 

— O Bazarowa nie kłopocz się, proszę. On jest ponad to. 

— No, a ty? — spytał Mikołaj Pietrowicz. — Oficynka jest przecie bardzo licha. 

— Ależ, papo — przerwał mu Arkadiusz — zupełnie jakbyś się tłumaczył, jak ci nie 

wstyd? 

—  Oczywiście,  że  powinienem  się  wstydzić  —  odpowiedział  Mikołaj  Pietrowicz, 

coraz bardziej się czerwieniąc. 

—  Dosyć,  papo,  dosyć,  dajże  pokój!  —  Arkadiusz  uśmiechnął  się  serdecznie.  „Z 

czego  się  tłumaczy!"  —  pomyślał  i  duszę  jego  napełniła  pobłażliwa  tkliwość  dla 

dobrego  i  delikatnego  ojca,  zmieszana  z  poczuciem  jakiejś  utajonej  przewagi.  — 

Przestań, proszę — powtórzył raz jeszcze, mimo woli upajając się własną dojrzałością i 

brakiem przesądów. 

Mikołaj Pietrowicz zerknął na niego spod palców ręki, którą wciąż pocierał czoło, 

i coś ukłuło go w serce... Ale natychmiast zrzucił całą winę na siebie. 

                                                        

2

 Jest wolny, rzeczywiście. 

background image

— Patrz, to już nasze pola — rzekł po długim milczeniu. 

— A tam, przed nami, to chyba nasz las? — zapytał Arkadiusz. 

— Tak, nasz. Tylko że już sprzedany. W tym roku będą go rąbać. 

— Dlaczego sprzedałeś? 

— Trzeba było pieniędzy; zresztą te grunta przechodzą na rzecz chłopów. 

— Którzy nie płacą ci czynszów? 

— To już ich sprawa; kiedyś zresztą będą płacić. 

— Szkoda lasu — zauważył Arkadiusz i zaczął się rozglądać dokoła. 

Jechali przez okolice, które trudno byłoby nazwać malowniczymi. Pola za polami 

wznosząc  się  nieco  w  górę,  to  znów  opadając,  ciągnęły  się  aż  po  nieboskłon. 

Gdzieniegdzie  widniały  niewielkie  lasy,  a  kręte  parowy  z  rzadka  usiane  kępami 

niskich  zarośli  przypominały  oznaczenia  wąwozów  na  starych  mapach  z  czasów 

Katarzyny.  Trafiały  się  rzeczki  o  poszarpanych  brzegach,  małe  stawy  z  lichymi 

grobelkami,  wioski,  gdzie  stały  niskie  chaty  o  ciemnych,  na  poły  rozrzuconych 

strzechach,  na  wpół  zapadnięte  stodoły  o  ścianach  plecionych  z  chrustu  i  na  oścież 

otwartych wrotach obok opustoszałych gumien, cerkwie, to murowane z opadłym tu i 

ówdzie  tynkiem,  to  znów  drewniane  z  pochylonymi  krzyżami  i  zapuszczonymi 

cmentarzami.  Arkadiuszowi  robiło  się  coraz  smutniej.  Jak  na  złość  spotykali 

obszarpanych  chłopów  na  wynędzniałych  kobyłkach;  niby  żebracy  w  łachmanach, 

stały  przydrożne,  odarte  z  kory  wierzby  o  połamanych  gałęziach;  wychudłe  krowy  o 

skudlonej, jakby wygryzionej sierści, chciwie szczypały trawę po rowach. Zdawało się, 

że  przed  chwilą  wyrwały  się  z  czyichś  groźnych,  śmiercionośnych  pazurów —  i nagle 

pod  wpływem  żałosnego  widoku  tych  wynędzniałych  zwierząt,  wśród  wiosennego, 

pięknego dnia stawało białe widmo posępnej, nie kończącej się zimy z jej zamieciami, 

mrozem i śniegiem... „Nie — pomyślał Arkadiusz — niebogaty to kraj, nie olśniewa ani 

dobrobytem, ani pracowitością; nie powinien żadną miarą takim pozostać, zmiany są 

konieczne... ale jak je przeprowadzić, jak się do tego zabrać?" 

Tak  rozmyślał  Arkadiusz...  A  tymczasem  wiosna  nie  ustawała  w  pracy.  Wokół 

połyskiwała  świeża  zieleń,  lśniły  drzewa,  krzaki  i  trawy,  szeroko,  miękko  falując  pod 

łagodnym  tchnieniem  ciepłego  wiatru;  wszędzie,  niby  nieprzerwana  struga,  płynął 

dźwięczny śpiew skowronków; czajki z krzykiem krążyły nad niskimi łąkami, to znów 

w  milczeniu  przebiegały  po  kępach;  pięknie  czerniejąc  na  tle  bladej  zieleni  niskiego 

jeszcze,  jarego  zboża  przechadzały  się  szpaki  i  ginęły  w  lekko  już  bielejącym  życie; 

tylko  czasem  ukazywały  się  ich  łebki  w  niebieskawej  fali  zbóż.  Arkadiusz  wciąż 

background image

patrzył, a jego myśli z wolna słabły i ucichały... Zrzucił szynel i spojrzał na ojca tak we-

sołym, tak bardzo chłopięcym wzrokiem, że Mikołaj Pietrowicz znowu go uściskał. 

—  Teraz  już  niedaleko  —  rzekł  Mikołaj  Pietrowicz.  —  Tylko  wjedziemy  na  to 

wzgórze  i  zaraz  będzie  widać  dom.  Ach,  Arkasza,  ułożymy  sobie  wspaniale  życie; 

będziesz  mi  pomagał  w  gospodarstwie,  jeśli  cię  to  nie  znudzi.  Powinniśmy  teraz 

zbliżyć się do siebie, poznać nawzajem, prawda? 

— Oczywiście — powiedział Arkadiusz. — Jaki cudowny dzień dzisiaj! 

— To na twój przyjazd, mój drogi. Tak, wiosna w całej pełni. Zresztą zgadzam się 

z Puszkinem — pamiętasz w Eugeniuszu Onieginie: 

 

Jak smutno witam przyjście twoje,  

Poro miłości, dniu wiosenny!  

Jakież...

3

 

 

— Arkadiuszu! — rozległ się z tarantasu głos Bazarowa. — Przyślij mi zapałki, nie 

mam czym zapalić fajki. 

Mikołaj Pietrowicz zamilkł, Arkadiusz zaś, który słuchał go nieco zdumiony, ale z 

pewną  sympatią,  wyciągnął  z  kieszeni  srebrne  pudełko  z  zapałkami  i  posłał  je  przez 

Piotra Bazarowowi. 

— Chcesz cygaro? — zawołał znowu Bazarow. 

— Daj — odpowiedział Arkadiusz. 

Piotr wrócił do kolaski i wraz z pudełkiem wręczył mu grube czarne cygaro, które 

Arkadiusz zaraz zapalił,  roztaczając wokół siebie tak mocny i kwaśny zapach starego 

tytoniu,  że  Mikołaj  Pietrowicz,  który  nigdy  w  życiu  nie  palił,  mimo  woli,  choć 

niedostrzegalnie, żeby nie urazić syna, odwracał głowę. 

W  kwadrans  potem  oba  pojazdy  zatrzymały  się  przed  gankiem  nowego 

drewnianego  domu,  pociągniętego  starą  farbą  i  pokrytego  malowaną  na  czerwono 

blachą.  Było  to  właśnie  Mariino,  zwane  inaczej  Nową  Słobódką,  albo  jak  mawiali 

chłopi — Chutor na osóbku. 

 

IV 

Tłum  dworskiej  służby  nie  wybiegał  na  spotkanie  państwa;  pokazała  się  tylko 

jedna dwunastoletnia może dziewczynka, a za nią wyszedł chłopiec, bardzo podobny 

                                                        

3

 Eugeniusz Oniegin, VII, 2. Przekład Adama Ważyka. 

background image

do  Piotra,  odziany  w  szarą  liberyjną  kurtkę  ze  srebrnymi  herbowymi  guzikami, 

służący  Pawła  Pietrowicza  Kirsanowa.  Milcząc  otworzył  drzwiczki  kolaski  i  odpiął 

fartuch tarantasu. Mikołaj Pietrowicz wraz z synem i Bazarowem ruszyli przez ciemny 

i  prawie  pusty  salon,  zza  drzwi  którego  mignęła  twarz  młodej  kobiety,  i  weszli  do 

bawialni urządzonej już wedle nowszego smaku. 

—  No,  jesteśmy  w  domu  —  rzekł  Mikołaj  Pietrowicz  zdejmując  czapkę  i 

potrząsając głową. — Teraz najważniejsze to kolacja i odpoczynek. 

—  Rzeczywiście,  nieźle  byłoby  coś  zjeść  —  zauważył  przeciągając  się  Bazarow  i 

usiadł na kanapie. 

—  Tak,  tak,  podawać  kolację,  podawać  jak  najprędzej. —  Mikołaj  Pietrowicz  bez 

żadnego powodu zatupał nogami. — O, proszę, właśnie jest Prokoficz. 

Wszedł człowiek w wieku lat sześćdziesięciu, o białych włosach, chudy i smagły, w 

brązowym  fraku  z  miedzianymi  guzikami; na  szyi  miał  różową  chustkę.  Wyszczerzył 

zęby  w  uśmiechu,  ucałował  rękę  panicza  i  złożywszy  ukłon  gościowi,  cofnął  się  do 

drzwi zakładając ręce w tył.  

—  No,  Prokoficzu  —  zaczął  Mikołaj  Pietrowicz  —    przyjechał  do  wreszcie…  I  co, 

jak go znajdujesz? 

— Jak najlepiej, proszę łaski pana — odrzekł starzec i znowu wyszczerzył zęby, ale 

natychmiast zmarszczył gęste brwi. — Pan każe podawać? — zapytał z naciskiem. 

—  Tak,  tak,  proszę!  Czy  nie  zechce  pan  wpierw  pójść  do  swojego  pokoju, 

Eugeniuszu Wasiliczu? 

— Nie, dziękuję, po co? Niech pan tylko każe zanieść tam mój kuferek i to okrycie 

— dodał zdejmując płaszcz. 

—  Doskonale!  Prokoficz,  weź  szynel  pana!  (Prokoficz  jakby  ze  zdumieniem  ujął 

obiema  rękami  „okrycie"  Bazarowa  i  wysoko  unosząc  je  nad  głową,  wyszedł  na 

palcach.) A ty, Arkadiuszu, pójdziesz na chwilę do siebie? 

—  Tak,  muszę  się  trochę  otrzepać  —  odparł  Arkadiusz  i  kierował  się  już  ku 

drzwiom,  gdy  w  tej  samej  chwili  wszedł  do  salonu  mężczyzna  średniego  wzrostu, 

odziany  w  ciemny  angielski  suit

4

,  modny,  nisko  zawiązany  halsztuk  i  lakierowane 

buty  o  niskich  cholewkach.  Był  to  Paweł  Pietrowicz  Kirsanow.  Wyglądał  na  jakie 

czterdzieści  pięć  lat:  jego  krótko  ostrzyżone  siwe  włosy  mieniły  się  ciemnym  poły-

skiem  niby  wypolerowane  srebro;  twarz  żółtawa,  ale  bez  zmarszczek,  niezwykle 

regularna  i  czysta,  jak  gdyby  wyrzeźbiona  cienkim  i  lekkim  rylcem,  zdradzała  ślady 

                                                        

4

 garnitur. 

background image

niezwykłej  urody;  szczególnie  piękne  były  pełne  blasku  czarne  oczy  o  podłużnym 

wykroju. Cała postać, zgrabna i rasowa, zachowała młodzieńczą smukłość i tę postawę 

jakby przed wzlotem ku górze, która najczęściej znika po ukończeniu dwudziestu lat. 

Paweł Pietrowicz wyjął z kieszeni spodni swoją piękną dłoń o długich, różowych 

paznokciach,  która  przy  śnieżnej  białości  mankietu,  spiętego  wielkim  opalem, 

wydawała  się  jeszcze  piękniejsza,  i  podał  ją  bratankowi.  Po  tym  wstępnym 

europejskim  shake  hands

5

  trzykrotnie,  po  rosyjsku,  ucałował  go,  to  znaczy  dotknął 

swymi pachnącymi wąsami jego policzków i rzekł: 

— Witaj! 

Mikołaj  Pietrowicz  przedstawił  mu  Bazarowa:  Paweł  Pietrowicz  pochylił  z  lekka 

swą  gibką  figurę  i  z  lekka  się  uśmiechnął,  ale  nie  podał  ręki,  a  nawet  włożył  ją  z 

powrotem do kieszeni. 

—  Myślałem  już,  że  nie  przyjedziecie  dzisiaj  —  powiedział  miłym  głosem, 

uprzejmie  kołysząc  się,  poruszając  ramionami  i  pokazując  wspaniałe,  białe  zęby.  — 

Czyżby się coś przytrafiło w podróży? 

— Nie, nic się nie stało — odrzekł Arkadiusz. — Po prostu spóźniliśmy się nieco. 

Za  to  teraz  jesteśmy  głodni  jak  wilki.  Każ,  papo,  Prokoficzowi,  żeby  się  pośpieszył, 

zaraz wrócę. 

—  Poczekaj,  pójdę  z  tobą  —  zawołał  Bazarow  zrywając  się  nagle  z  kanapy.  Obaj 

młodzi ludzie wyszli. 

— Co to za jeden? — zapytał Paweł Pietrowicz. 

— Przyjaciel Arkaszy, jego zdaniem bardzo mądry człowiek. 

— Zostaje u nas? 

— Tak. 

— Ten rozczochrany? 

— No, tak. 

Paweł Pietrowicz zastukał paznokciami po stole. 

—  Uważam,  że  Arkadiusz  s'est  dégourdi

6

  —  zauważył.  —  Cieszę  się  z  jego 

powrotu. 

Przy kolacji rozmawiano mało. Zwłaszcza Bazarow nic prawie nie mówił, ale dużo 

jadł. Mikołaj Pietrowicz gawędził o rozmaitych zdarzeniach ze swego, jak się wyrażał, 

fermerskiego życia, wyjaśniał treść uchwał, które rząd miał niebawem ogłosić, mówił 

                                                        

5

 uścisk dłoni. 

6

 stał się swobodniejszy 

background image

o komitetach, o posłach, o konieczności wprowadzenia maszyn rolniczych itd. Paweł 

Pietrowicz  powoli  przechadzał  się  po  jadalni  (kolacji  nie  jadał  nigdy),  niekiedy 

pociągając łyk z kieliszka napełnionego czerwonym winem i jeszcze rzadziej rzucając 

jakąś  uwagę  lub  raczej  wykrzyknik,  w  rodzaju:  „a!  aha!  hm!"  Arkadiusz  opowiedział 

kilka  petersburskich  nowin,  ale  czuł  się  trochę  niezręcznie,  jak  młodzieniec,  który 

dopiero co przestał być dzieckiem i wrócił tam, gdzie wszyscy przywykli uważać go za 

dziecko.  Niepotrzebnie  przewlekał  swoje  wypowiedzi,  unikał  słowa  „papa",  a  nawet 

raz  zastąpił  je  słowem  „ojciec",  które  zresztą  wycedził  przez  zęby;  z  niepotrzebną 

nonszalancją nalał sobie do szklanki znacznie więcej wina, niżby miał ochotę, i wypił 

wszystko.  Prokoficz  nie  spuszczał  z  niego  oczu  i  tylko  poruszał  wargami.  Zaraz  po 

kolacji wszyscy się rozeszli. 

—  Dziwak  z  twojego  stryja —  mówił  do Arkadiusza  Bazarow  siedząc  w szlafroku 

obok  jego  łóżka  i  pykając  krótką  fajeczkę.  —  Co  za  elegancja  na  wsi,  proszę!  A 

paznokcie — tylko na wystawę! 

—  Trzeba  ci  wiedzieć —  odrzekł  Arkadiusz —  że  w  swoim  czasie  był  z  niego  lew 

salonowy.  Kiedyś  opowiem  ci  jego  historię.  Odznaczał  się  wielką  urodą,  kobiety 

szalały za nim. 

—  Ach,  tak!  Więc  to  mu  zostało  z  dawnych  czasów!  Nie  ma  tu,  niestety,  kogo 

czarować. Cały czas patrzyłem na jego kołnierz, po prostu coś niezwykłego, można by 

pomyśleć,  że  wykuty  z  kamienia,  i  podbródek  tak  starannie  wygolony.  Arkadiuszu, 

przecież to śmieszne! 

— Owszem, ale to doprawdy bardzo dobry człowiek. 

— Archaiczne zjawisko! Ale ojca masz zacnego. Niepotrzebnie deklamuje wiersze, 

na gospodarstwie pewno też nie bardzo się zna, lecz jest z gruntu poczciwy. 

— To złoty człowiek. 

— Zauważyłeś, jak łatwo się miesza?  

Arkadiusz skinął głową, jakby sam łatwo się nie mieszał. 

—  Zadziwiający  są  ci  starzy  romantycy!  —  ciągnął  dalej  Bazarow.  —  System 

nerwowy  doprowadzony  do  stanu  rozdrażnienia...  I  rzecz  jasna,  naruszona 

równowaga ducha. No, dobranoc! Mam w pokoju angielską umywalnię, ale drzwi się 

nie domykają. Mimo to należy temu przyklasnąć, angielskie umywalnie to postęp! 

Bazarow  wyszedł.  Arkadiusza  zaś  ogarnęły  radosne  uczucia.  Słodko  zasypiać  w 

rodzinnym  domu,  na  znajomym  sobie  łóżku,  pod  kołdrą,  którą  szyły  kochane  ręce, 

może  ręce  niani,  te  łagodne,  dobre,  niestrudzone  ręce.  Arkadiusz  przypomniał  sobie 

background image

Jegorownę i westchnął życząc jej królestwa niebieskiego... Za siebie się nie modlił. 

I  on,  i  Bazarow  rychło  zasnęli,  ale  inni  w  domu  długo  jeszcze  nie  spali.  Powrót 

syna  wzburzył  Mikołaja  Pietrowicza.  Położył  się  do  łóżka,  lecz  nie  zgasił  świecy  i 

podparłszy  głowę,  długo  rozmyślał.  Brat  jego  siedział  długo  po  północy  w  swoim 

gabinecie, w szerokim fotelu roboty Gambsa, przed kominkiem, na którym słabo tliły 

się węgle. Paweł Pietrowicz nie rozebrał się, tylko zamiast lakierowanych butów wło-

żył  chińskie,  czerwone  pantofle  bez  napiętków.  W  rękach  trzymał  ostatni  numer 

„Galignani", ale nie czytał; wpatrywał się w kominek, gdzie przygasając i wybuchając 

na nowo, drgał błękitnawy płomień... Bóg wie, gdzie błądziły myśli Pawła Pietrowicza, 

ale błądziły nie tylko w przeszłości: na jego twarzy malowało się skupienie i smutek, 

co  się nie  zdarza,  gdy  człowiek  jest  pochłonięty  tylko  wspomnieniami.  W  małym  zaś 

pokoiku  w  głębi  domu,  na  wielkiej  skrzyni,  w  niebieskim  kaftaniku  i  białej  chustce, 

narzuconej  na  ciemne  włosy,  siedziała  młoda  kobieta,  Fieniczka,  i  na  przemian  to 

nasłuchiwała,  to  drzemała,  to  spoglądała  w  otwarte  drzwi,  spoza  których  widać  było 

dziecinne łóżeczko i dobiegał miarowy oddech śpiącego dziecka. 

 

Nazajutrz  Bazarow  zbudził  się  pierwszy  i  wyszedł  z  domu.  „Oho  —  pomyślał 

rozglądając  się  dokoła  —  niezbyt  tu  pięknie."  W  owym  czasie,  kiedy  Mikołaj 

Pietrowicz  wytyczał  granice  między  swoimi  gruntami  a  ziemią  swoich  chłopów, 

wypadło  tak,  że  pod  budowę  nowego  dworu  musiał  wydzielić  cztery  dziesięciny 

zupełnie  płaskiej  i  nagiej  ziemi.  Wzniósł  dom,  pomieszczenia  dla  służby  i 

zabudowania  gospodarskie,  założył  sad,  kazał  wykopać  sadzawkę  i  dwie  studnie,  ale 

młode  drzewka  źle  się  przyjmowały,  woda  w  studniach  miała  smak  słonawy,  a  w 

sadzawce  zebrało  się  mało  wody.  Tylko  altanka  z  bzów  i  akacji  rozrosła  się  bujnie; 

tutaj  niekiedy  podawano  herbatę  i  jadano  obiady.  W  kilka  minut  Bazarow  przebiegł 

wszystkie ścieżki sadu, zaszedł do obory i stajni, spotkał dwóch dworskich chłopców, z 

którymi  od  razu  nawiązał  znajomość,  po  czym  wraz  z  nimi  wyruszył  po  żaby  ku 

niewielkiemu bagnu w odległości wiorsty od dworu. 

— Na co wam żaby, panie? — zapytał go jeden z chłopców. 

—  Ano  widzisz  —  odrzekł  Bazarow,  który  w  osobliwy  sposób  potrafił  budzić 

zaufanie  w  ludziach  niższego  stanu,  chociaż  nigdy  im  nie  potakiwał  i  traktował  ich 

raczej  niedbale  —  rozetnę  żabę  i  zobaczę,  co  ma  tam  w  środku;  a  ponieważ  ty  i  ja 

jesteśmy  takimi  samymi  żabami,  tyle  tylko  że  chodzimy  na  nogach,  więc  będę 

background image

wiedział, co się dzieje u nas w środku. 

— Na cóż wam to potrzebne? 

— Żeby się nie pomylić, jeżeli zachorujesz i będę cię leczył. 

— Alboście wy dochtór? 

— Tak. 

— Waśka, słyszysz, pan mówi, że jesteśmy żaby. Dziw! 

—  Ja  tam  się  boję  żab —  zauważył  Waśka,  siedmioletni  chłopiec  o  białej  jak  len 

czuprynie, bosy, w szarej kazakinie ze stojącym kołnierzem. 

— Czego się bać? Czy to one gryzą? 

— No, właźcie do wody, filozofy — rzekł Bazarow.  

Tymczasem  Mikołaj  Pietrowicz  obudził  się  i  poszedł  do  syna,  którego  zastał  już 

ubranego. Ojciec i syn udali się na taras osłonięty markizą; obok balustrady, na stole 

między wielkimi bukietami bzu kipiał już samowar. Zjawiła się dziewczynka, ta sama, 

która  poprzedniego  dnia  pierwsza  wyszła  na  spotkanie  przybyłym,  i  cienkim  głosem 

powiedziała: 

—  Fiedosja  Nikołajewna  trochę  niezdrowa  i  nie  może  przyjść;  kazała  pana 

zapytać, czy pan sam będzie łaskaw nalać herbaty, czy przysłać Duniaszę? 

—  Sam  naleję,  sam  —  szybko  podchwycił  Mikołaj  Pietrowioz.  —  Arkadiuszu, 

chcesz herbaty ze śmietanką czy z cytryną? 

— Ze śmietanką — odrzekł Arkadiusz i po chwili milczenia zwrócił się pytająco do 

Mikołaja Pietrowicza. — Papo? 

Mikołaj Pietrowicz spojrzał na syna zmieszany. 

— Co? — spytał.  

Arkadiusz spuścił oczy. 

— Wybacz, papo, jeśli moje pytanie wyda ci się niestosowne — zaczął — ale ty sam 

wczorajszą  swą  szczerością  upoważniasz  mnie  do  szczerości...  Nie  będziesz  się 

gniewał?... 

— Mów. 

—  Pozwól,  że  odważę  się  zapytać...  Czy Fien...  czy  ona  nie  chce  nalewać herbaty 

dlatego, że ja tu jestem? 

Mikołaj Pietrowicz odwrócił z lekka głowę. 

— Możliwe — powiedział wreszcie. — Ona przypuszcza... Wstydzi się... 

Arkadiusz szybko podniósł oczy na ojca. 

— Niepotrzebnie się wstydzi. Po pierwsze, znasz mój sposób myślenia (Arkadiusz 

background image

z przyjemnością wypowiedział te słowa), a po drugie, nie sądzisz chyba, że zechcę cię 

krępować,  zmieniać  twoje  przyzwyczajenia?  Ponadto  jestem  przekonany,  że  nie 

mogłeś  źle  wybrać;  jeśli  pozwoliłeś  jej  mieszkać  z  sobą  pod  jednym  dachem, 

niewątpliwie na to zasługuje. W każdym razie syn nie może być sędzią ojca, zwłaszcza 

zaś ja nim być nie mogę, i to w stosunku do takiego, jak ty ojca, który nigdy w niczym 

nie krępował mojej swobody. 

Z  początku  głos  Arkadiusza  drżał;  czuł,  że  okazuje  ojcu  wspaniałomyślność,  lecz 

zarazem  rozumiał,  że  wygłasza  coś  w  rodzaju  kazania;  ale  dźwięk  własnego  głosu 

silnie działa na człowieka, toteż Arkadiusz wypowiedział ostatnie słowa stanowczo, a 

nawet z afektacją. 

— Dziękuję ci, Arkadiuszu — rzekł Mikołaj Pietrowicz stłumionym głosem, a jego 

palce znowu zaczęły błądzić po brwiach i czole. — Twoje przypuszczenia są w istocie 

słuszne.  Oczywiście,  gdyby  ta  dziewczyna  nie  była  warta...  Nie  jest  to  lekkomyślna 

zachcianka.  Niezręcznie  mi  o  tym  z  tobą  mówić,  ale  rozumiesz,  że  trudno  jej  było 

przyjść tutaj, kiedy ty jesteś, zwłaszcza że to pierwszy dzień twojego pobytu. 

—  W  takim  razie  sam  pójdę  do  niej  —  zawołał  Arkadiusz  w  nowym  przystępie 

wspaniałomyślnych uczuć i zerwał się z krzesła. — Wytłumaczę jej, że nie ma powodu, 

aby się mnie wstydziła. 

Mikołaj Pietrowicz wstał również. 

—  Arkadiuszu  —  zaczął.  —  Chwileczkę...  Jakże  można...  Tam...  Nie  uprzedziłem 

cię, że... 

Ale  Arkadiusz  już  nie  słuchał  i  wybiegł  z  tarasu.  Mikołaj  Pietrowicz  spojrzał  za 

nim i, pełen zmieszania, opadł na krzesło. Serce mu zabiło... Trudno powiedzieć, czy 

w  owej  chwili  ukazał  mu  się  nieunikniony,  dziwny  układ  przyszłych  stosunków  z 

synem,  czy  zdawał  sobie  sprawę,  że  Arkadiusz  może  okazałby  mu  więcej  szacunku, 

gdyby  wcale  tej  kwestii  nie  poruszał,  czy  też  może  wyrzucał  sobie  swoją  słabość  — 

dość,  że  wszystkie  te  uczucia  były  w  nim,  ale  w  postaci  niejasnych  wrażeń;  żywe 

rumieńce wciąż nie schodziły mu z twarzy, a serce biło mocno. 

Rozległy się szybkie kroki i Arkadiusz wszedł na taras. 

—  Poznaliśmy  się,  ojcze!  —  zawołał  z  wyrazem  jakiegoś  tkliwego  i  radosnego 

triumfu.  —  Fiedosja  Nikołajewna  czuje  się  dzisiaj  naprawdę  niezupełnie  dobrze  i 

przyjdzie później. Ale dlaczego mi nie powiedziałeś, że mam brata? Ucałowałbym go 

jeszcze wczoraj wieczorem, tak jak to zrobiłem teraz. 

Mikołaj  Pietrowicz  chciał  coś  powiedzieć,  wstać,  otworzyć  ramiona.  Arkadiusz 

background image

rzucił mu się na szyję. 

— Cóż to? Znowu się ściskacie? — rozległ się za nimi głos Pawła Pietrowicza. 

Ojciec i syn jednakowo ucieszyli się z jego nadejścia właśnie w tej chwili: zdarzają 

się  czasem  wzruszające  sytuacje,  którym  człowiek  rad  jednak  jak  najrychlej  położyć 

kres. 

— Dlaczego tak się dziwisz? — wesoło zapytał Mikołaj Pietrowicz. — Ileż to czasu 

czekałem na Arkaszę... Od wczoraj nie zdążyłem się nawet na niego napatrzeć. 

—  Wcale  się  nie  dziwię  —  rzekł  Paweł  Pietrowicz  —  nawet  sam  chętnie  go 

uściskam. 

Arkadiusz podszedł do stryja i znowu poczuł na swych policzkach dotknięcie jego 

pachnących wąsów. Paweł Pietrowicz zasiadł do stołu. Miał na sobie wykwintny strój 

poranny  w  angielskim  guście,  a  na  głowie  maleńki  fezik.  Ów  fezik  i  niedbale 

zawiązany  mały  halsztuk  stanowiły  aluzję  do  swobody  wiejskiego  życia,  ale  sztywny 

kołnierzyk  koszuli,  wprawdzie  nie  białej,  tylko  kolorowej,  jakiej  wymaga  poranna 

toaleta, tak samo nieubłaganie jak zawsze wpijał się w wygolony podbródek. 

— Gdzież twój nowy przyjaciel? — zapytał Paweł Pietrowicz Arkadiusza. 

— Nie ma go w domu; wstaje zwykle wcześnie i wychodzi. Nie należy zwracać na 

niego uwagi: nie lubi ceremonii. 

—  Tak,  to  widać.  —  Paweł  Pietrowicz  zaczął  powoli  smarować  chleb  masłem.  — 

Długo u nas zostanie? 

— Jak wypadnie. Wstąpił tutaj jadąc do ojca. 

— Gdzie mieszka jego ojciec? 

—  W  naszej  guberni,  osiemdziesiąt  wiorst  stąd.  Ma  tam  niewielki  mająteczek. 

Dawniej był lekarzem pułkowym. 

—  Ach,  więc  tak...  Wciąż  zadawałem  sobie  pytanie:  gdziem  słyszał  to  nazwisko: 

Bazarow?... Mikołaju, zdaje się, że w dywizji ojca był lekarz Bazarow? 

— Zdaje się, że był. 

— Na pewno, na pewno. Więc ten lekarz jest jego ojcem. Hm! — Paweł Pietrowicz 

ruszył  wąsami.  —  No,  a  sam  pan  Bazarow?  Kimże  jest  właściwie?  —  zapytał  z 

naciskiem. 

—  Kim  jest  Bazarow?  —  Arkadiusz  uśmiechnął  się.  —  Chce  stryj,  żebym 

powiedział, kim jest? 

— Proszę cię, drogi bratanku. 

— To nihilista. 

background image

—  Co?  —  zapytał  Mikołaj  Pietrowicz,  a  Paweł  Pietrowicz  wzniósł  do  góry  nóż  z 

kawałkiem masła na ostrzu i znieruchomiał. 

— Nihilista — powtórzył Arkadiusz. 

—  Nihilista  —  powtórzył  Mikołaj  Pietrowicz.  —  To,  o  ile  mi  wiadomo,  od 

łacińskiego nihil, nic, czyli to słowo oznacza człowieka, który... nic nie uznaje? 

—  Powiedz  raczej:  który  nic  nie  szanuje  —  podchwycił  Paweł  Pietrowicz  i  znów 

zabrał się do masła. 

— Który do wszystkiego odnosi się krytycznie — poprawił Arkadiusz. 

— Czy to nie wszystko jedno? — zapytał Paweł Pietrowicz. 

—  Nie,  nie  wszystko  jedno.  Nihilista  to  człowiek,  który  nie  schyla  głowy  przed 

żadnymi autorytetami, który nie przyjmuje żadnego pryncypu na wiarę, nawet gdyby 

ten pryncyp był otoczony największym szacunkiem. 

— I cóż, czy to dobre? — przerwał Paweł Pietrowicz. 

— Jak dla kogo, stryjaszku. Dla jednego dobre, dla innego wręcz złe. 

—  Ach,  tak!  Widzę,  że  to  nie  dla  nas.  My,  ludzie  starej  daty,  sądzimy,  że  bez 

prinsipiów  (Paweł  Pietrowicz  wymówił  to  słowo  miękko,  na  sposób  francuski, 

natomiast  Arkadiusz  powiedział  „pryncyp"  kładąc  akcent  na  pierwszej  sylabie), 

przyjętych, jak powiadasz, na wiarę, nie można zrobić ani kroku, nawet odetchnąć nie 

można. Vous avez changé tout cela

7

, daj wam Boże zdrowie i generalskie szlify, a my 

będziemy się wami tylko zachwycać, panowie... jak, proszę? 

— Nihiliści — wyraźnie powiedział Arkadiusz. 

— Tak. Przedtem byli hegliści, a teraz nihiliści. Zobaczymy, jak będziecie istnieć w 

pustce, w bezpowietrznej przestrzeni; zadzwoń, proszę, bracie, czas na moje kakao. 

Mikołaj Pietrowicz zadzwonił i krzyknął: — Duniasza! — Ale zamiast Duniaszy na 

taras  weszła  Fieniczka.  Była  to  młoda  kobieta,  licząca  lat  dwadzieścia  trzy,  biała  i 

pulchna,  o  ciemnych  włosach  i  oczach,  o  pełnych,  jak u  dziecka,  czerwonych ustecz-

kach  i  delikatnych  rękach.  Miała  na  sobie  schludną  perkalową  sukienkę;  niebieska 

nowa  chustka  lekko  układała  się  na  jej  krągłych  ramionach.  Niosła  wielką  filiżankę 

kakao;  postawiła  ją  przed  Pawłem  Pietrowiczem  i  zawstydziła  się;  gorąca  krew 

napłynęła  jasnoczerwoną  falą  pod  cienką  skórę  jej  miłej  twarzy.  Spuściła  oczy  i 

stanęła przy stole, z lekka opierając się koniuszkami palców. Zdawało się, że wstydzi 

się swojego przyjścia, ale zarazem czuje, że miała prawo przyjść. 

Paweł Pietrowicz surowo zmarszczył brwi, Mikołaj Pietrowicz był zakłopotany. 

                                                        

7

 Wy zmieniliście wszystko. 

background image

— Dzień dobry, Fieniczka! — powiedział przez zęby. 

—  Dzień  dobry!  —  odrzekła  niegłośno,  lecz  dźwięcznie  i  spojrzawszy  z  ukosa  na 

Arkadiusza, który uśmiechnął się do niej przyjaźnie, cichutko wyszła. Idąc kołysała się 

nieco, ale i to w niej nie raziło. 

Na tarasie przez kilka chwil panowało milczenie. Paweł Pietrowicz, który popijał 

kakao, podniósł nagle głowę. 

— Właśnie zmierza tu do nas pan nihilista — rzekł półgłosem. 

Rzeczywiście,  ogrodem  na  przełaj,  przez  klomby,  szedł Bazarow.  Jego  płócienne 

spodnie  i  płaszcz  były  brudne,  jakaś  błotna  roślina  wiła  się  wokół  jego  starego, 

okrągłego  kapelusza,  w  prawej  ręce  trzymał  niewielki  woreczek,  w  którym  poruszało 

się coś żywego. Szybko zbliżył się do tarasu i skinąwszy głową powiedział: 

—  Dzień  dobry  panom!  Proszę  mi  wybaczyć,  że  spóźniłem  się  na  herbatę,  zaraz 

wrócę; muszę wpierw umieścić w odpowiednim miejscu moje branki. 

— Co pan tam ma, pijawki? — zapytał Paweł Pietrowicz. 

— Nie, żaby. 

— Pan je zjada czy hoduje? 

—  Potrzebne  mi  są  do  doświadczeń  —  obojętnie  odparł  Bazarow  i  wszedł  do 

domu. 

— Będzie je zatem krajał — zauważył Paweł Pietrowicz. — Nie wierzy w prinsipia, 

ale w żaby wierzy. 

Arkadiusz  z  ubolewaniem  spojrzał  na  stryja:  Mikołaj  Pietrowicz  ukradkiem 

wzruszył  ramionami.  Paweł  Pietrowicz  poczuł,  że  zażartował  niezręcznie,  i  zaczął 

mówić o gospodarstwie i o nowym rządcy, który ubiegłego dnia przyszedł do niego ze 

skargą, że parobek Foma wyprawia „breweryje" i jest nieposłuszny. „Taki już niego 

Ezop  —  powiedział  przy  tym  rządca  —  wszędzie  dal  się  poznać  jako  zły  człowiek; 

pożyje sobie jak głupiec i jak głupiec umrze." 

 

VI 

Bazarow  wrócił,  usiadł  przy  stole  i  szybko  zabrał  się  do  herbaty.  Obaj  bracia 

patrzyli  na  niego  w  milczeniu,  Arkadiusz  zaś  ukradkiem  spoglądał  to  na  ojca,  to  na 

stryja. 

— Daleko pan chodził? — zapytał wreszcie Mikołaj Pietrowicz. 

—  Bagno  jest  tu  blisko,  obok  osinowego  zagajnika.  Spłoszyłem  z  pięć  bekasów; 

możesz je ustrzelić, Arkadiuszu. 

background image

— Pan nie poluje? 

— Nie. 

— Właściwie zajmuje się pan fizyką? — zapytał z kolei Paweł Pietrowicz. 

— Tak, fizyką; i w ogóle naukami przyrodniczymi. 

— Podobno Germanowie mają teraz w tej dziedzinie duże osiągnięcia. 

—  Tak,  Niemcy  są  w  tej  dziedzinie  naszymi  nauczycielami  —  niedbale 

odpowiedział Bazarow. 

Paweł  Pietrowicz,  mówiąc  „Germanowie"  zamiast  Niemcy,  użył  tego  słowa  w 

znaczeniu ironicznym, czego nikt jednak nie zauważył. 

—  Pan  jest  tak  wysokiego  mniemania  o  Niemcach?  —  zapytał  z  wyszukaną 

uprzejmością  Paweł  Pietrowicz.  Czuł  utajone  rozdrażnienie.  Jego  arystokratyczną 

naturę  irytowała  całkowita  bezceremonialność  Bazarowa.  Ten  syn  lekarza  nie  tylko 

nie zdradzał onieśmielenia, ale nawet odpowiadał krótko i niechętnie, a w głosie jego 

brzmiał ton niegrzeczny, prawie zuchwały. 

— Tamtejsi uczeni to dzielni ludzie. 

—  Tak,  tak.  Ale  o  rosyjskich  uczonych  nie  ma  pan  zapewne  tak  pochlebnego 

mniemania? 

— Raczej nie. 

—  Godne  pochwały  samozaprzaństwo  —  powiedział  Paweł  Pietrowicz  prostując 

się  i  odchylając  głowę  w  tył. —  Mój  bratanek  mówił  przed  chwilą,  że  pan  nie  uznaje 

żadnych autorytetów, że w nic pan nie wierzy. 

—  Po  cóż  miałbym  je  uznawać?  I  w  co  miałbym  wierzyć?  Jeśli  mi  powiedzą  coś 

dorzecznego, zgodzę się, ot i wszystko. 

— Czy Niemcy zawsze mówią dorzecznie? — spytał Paweł Pietrowicz, a twarz jego 

przybrała tak obojętny, daleki wyraz, jak gdyby uleciał gdzieś w zaobłoczne wyżyny. 

—  Nie  wszyscy  —  odpowiedział  z  lekka  poziewając  Bazarow,  który  wyraźnie  nie 

miał ochoty przedłużać dyskusji. 

Paweł Pietrowicz spojrzał na Arkadiusza, jakby chciał mu powiedzieć: „Ten twój 

przyjaciel jest bardzo uprzejmy, nie ma co." 

—  Jeśli  o  mnie  mowa  —  zaczął  znów,  z  pewnym  już  wysiłkiem  —  jam  człek 

grzeszny,  Niemców  nie  szanuję.  O  rosyjskich  Niemcach  nawet  nie  wspominam: 

wiadomo, co to za ptaszki. Ale i niemieccy Niemcy nie bardzo mi przypadają do gustu. 

Dawniejsi — jeszcze pół biedy; mieli wtedy Schillera, no, G e t e g o... Brat bardzo ich 

ceni... Teraz jednak pojawili się jacyś chemicy i materialiści... 

background image

—  Porządny  chemik  jest  stokroć  pożyteczniejszy  od  każdego  poety  —  przerwał 

Bazarow. 

—  A  więc  tak  —  rzekł  Paweł  Pietrowicz  i  jak  gdyby  zasypiając,  leciutko  uniósł 

brwi. — Pan nie uznaje zatem sztuki? 

— Sztuki robienia pieniędzy! — zawołał z pogardliwym uśmiechem Bazarow. 

—  Aha,  aha!  Raczy  pan  żartować.  Wszystko  pan  zatem  odrzuca?  No,  dobrze! 

Wierzy więc pan tylko w naukę? 

— Miałem już zaszczyt oświadczyć panu, że w nic nie wierzę. Cóż to znaczy nauka 

— nauka w ogóle? Istnieją nauki, tak jak istnieją rzemiosła, profesje, nie ma nauki w 

ogóle. 

—  Doskonale.  Ale  czy  i  do  innych,  przyjętych  w  społeczeństwie  ludzkim  zasad 

odnosi się pan tak samo negatywnie? 

— Cóż to, przesłuchanie? — zapytał Bazarow.  

Paweł  Pietrowicz  zbladł...  Mikołaj  Pietrowicz  uznał,  że  należy  wtrącić  się  do 

rozmowy. 

—  Kiedyś  bardziej  szczegółowo  pomówimy  z  panem  na  ten  temat,  drogi 

Eugeniuszu Wasiliczu; zapoznamy się z poglądami pana, wypowiemy własne. Ze swej 

strony bardzo jestem rad, że zajmuje się pan naukami przyrodniczymi. Słyszałem, że 

Liebig dokonał nadzwyczajnych odkryć w dziedzinie ulepszania gleby. Mógłby mi pan 

pomóc w moich agronomicznych pracach, udzielić pożytecznych rad. 

—  Jestem  do  usług,  Mikołaju  Pietrowiczu;  ale  gdzie  nam  do  Liebiga!  Najpierw 

trzeba  się  nauczyć  abecadła,  a  dopiero  później  sięgać  po  książkę,  my  zaś  nie 

widzieliśmy nawet pierwszej litery. 

„No, widzę, że prawdziwy z ciebie nihilista" — pomyślał Mikołaj Pietrowicz. 

— Pozwoli pan, że zwrócę się do niego w razie potrzeby — dodał głośno. — Myślę 

jednak, bracie, że czas nam porozmawiać z rządcą. 

Paweł Pietrowicz wstał. 

— Tak — powiedział nie patrząc na nikogo. — Zła to rzecz mieszkać przez pięć lat 

na  wsi,  z  dala  od  wielkich  umysłów!  Od  razu  człowiek  głupieje.  Stara  się  nie 

zapomnieć tego, czego się nauczył, a tu widzi jak na dłoni, że wszystko to głupstwo, i 

powiadają mu, że porządni ludzie takimi głupstwami już się nie zajmują, co zaś jego 

samego  tyczy,  to  dureń  z  niego  zacofany  i  kwita.  Trudno!  Pewnie  młodzież  teraz  od 

nas mądrzejsza. 

Paweł  Pietrowicz  powoli  obrócił  się  na  obcasach  i  wyszedł;  Mikołaj  Pietrowicz 

background image

ruszył za nim. 

—  Cóż  to,  czy  on  zawsze  jest  taki?  —  chłodno  zapytał  Bazarow  Arkadiusza,  gdy 

drzwi zamknęły się za obydwoma braćmi. 

— Słuchaj, Eugeniuszu, trochę za ostro się z nim obszedłeś — zauważył Arkadiusz. 

— Obraziłeś go. 

—  Właśnie,  będę  się  cackał  z  tymi  powiatowymi  arystokratami,  jeszcze  czego! 

Przecież  to  wcielony  egoizm,  próżność,  salonowe  przyzwyczajenia,  obyczaje 

dandysów! Cóż, niechby się nadal popisywał w Petersburgu, jeśli już ma taką naturę... 

Zresztą Bóg z nim! Znalazłem dość rzadki okaz wodnego żuka, dytiscus marginatus, 

wiesz? Pokażę ci. 

— Obiecałem opowiedzieć ci jego historię... — zaczął Arkadiusz. 

— Historię żuka? 

—  Przestań,  Eugeniuszu.  Historię  mojego  stryja.  Zobaczysz,  że  to  inny  człowiek, 

niż sobie wyobrażasz. Bardziej zasługuje na współczucie niż na kpiny. 

— Nie przeczę, ale cóż ci tak na tym zależy? 

— Trzeba być sprawiedliwym, Eugeniuszu. 

— Niby dlaczego? 

— Posłuchaj, proszę cię... 

I  Arkadiusz  opowiedział  mu  historię  swego  stryja.  Czytelnik  znajdzie  ją  w 

następnym rozdziale. 

 

VII 

Paweł  Pietrowicz  Kirsanow  wychowywał  się  najpierw  w  domu,  podobnie  jak 

młodszy jego brat, Mikołaj, a potem w Korpusie Paziów. Od dzieciństwa odznaczał się 

niezwykłą urodą; przy tym był pewny siebie, zabawnie zgryźliwy i trochę kpiarz, toteż 

nie mógł się nie podobać. Gdy tylko został oficerem, zaczął bywać w świecie. Noszono 

go na rękach, a on pozwalał sobie na wszystko, nawet robił głupstwa, nawet pozował; 

ale  i  z  tym  było  mu  do  twarzy.  Kobiety  szalały  za  nim,  mężczyźni  nazywali  go 

fircykiem,  lecz  skrycie  mu  zazdrościli.  Paweł  Pietrowicz,  jak  już  o  tym  była  mowa, 

mieszkał razem z bratem, którego szczerze kochał, chociaż w niczym nie był do niego 

podobny.  Mikołaj  Pietrowioz  z  lekka  kulał,  rysy  miał  drobne,  przyjemne,  ale  nieco 

smutne,  oczy  niewielkie,  czarne,  włosy  miękkie  i  rzadkie;  chętnie  próżnował,  ale  i 

chętnie  czytał,  lękał  się  towarzystwa.  Paweł  Pietrowicz  ani  jednego  wieczora  nie 

spędzał  w  domu,  był  słynny  z  odwagi  i  zręczności  (wprowadził  wśród  światowej 

background image

młodzieży modę gimnastyki) i przeczytał jakie pięć lub sześć francuskich książek. Ma-

jąc  lat  dwadzieścia  osiem  został  kapitanem,  czekała  go  wspaniała  kariera.  Nagle 

wszystko się zmieniło. 

W owym czasie w salonach petersburskich bywała niekiedy kobieta, której do dziś 

nie  zapomniano,  księżna  R.  Mąż  jej  był  dobrze  ułożony,  przyzwoity,  ale  nieco  głupi; 

dzieci nie mieli. Nieoczekiwanie wyjeżdżała za granicę, potem nieoczekiwanie wracała 

do  Rosji,  w  ogóle  wiodła  dziwny  tryb  życia.  Uchodziła  za  lekkomyślną  kokietkę, 

uwielbiała wszelkie rozrywki, tańczyła do upadłego, śmiała się i żartowała z młodymi 

ludźmi, których przyjmowała przed obiadem w półmroku salonu, nocami zaś płakała i 

modliła  się,  nie  znajdując  w  niczym  ukojenia;  często  do  białego  dnia  krążyła  po 

pokoju,  w  udręce  załamując  dłonie;  albo  też  blada,  zziębnięta,  przesiadywała  nad 

psałterzem.  Nadchodził  dzień  i  księżna  znów  stawała  się  światową  damą,  znów 

jeździła z wizytami, śmiała się,  gawędziła i  gotowa była z radością powitać wszystko, 

co mogłoby dać jej najmniejszą choćby przyjemność. Była cudownie zbudowana; złoty 

i jak złoto ciężki warkocz spadał niżej kolan, ale pięknością nikt by jej nie nazwał; w 

całej jej twarzy piękne były tylko oczy, a nawet może nie same oczy — niewielkie i sza-

re — ale ich spojrzenie, bystre i głębokie, beztrosko zuchwałe, pełne smutnej zadumy, 

zagadkowe.  Lśniło  w  nich  coś  niezwykłego,  nawet  wtedy,  gdy  paplała  najbardziej 

błahe rzeczy. Ubierała się w sposób wyszukany. Paweł Pietrowicz spotkał ją na jakimś 

balu,  przetańczył  z  nią  mazura,  podczas  którego  nie  powiedziała  ani  jednego 

rozsądnego  słowa,  i  zakochał  się  w  niej  bez  pamięci.  Jako  człowiek  przywykły  do 

triumfów,  szybko  osiągnął  cel;  ale  łatwość  zwycięstwa  nie  zgasiła  jego  zapałów. 

Przeciwnie:  jeszcze  mocniej,  jeszcze  namiętniej  przywiązał  się  do  tej  kobiety,  która 

nawet  wtedy,  gdy  oddawała  się  całkowicie,  pozostawała  tajemnicza,  niedostępna  i 

nieprzenikniona.  Bóg  tylko  wie,  co  kryło  się  w  jej  duszy!  Można  by  pomyśleć,  że 

znajduje się we władzy jakichś tajemnych, jej samej nie znanych sił; była igraszką tych 

sił; jej niewielki rozum nie mógł sobie dać rady z ich kaprysami. Całe zachowanie się 

księżnej  było  pasmem  sprzeczności;  jedyne  listy,  które  mogłyby  wzbudzić  słuszne 

podejrzenia męża, napisała do człowieka prawie obcego, a w miłości jej dźwięczał ton 

smutku: nie śmiała się już i nie żartowała z tym, kogo wybrała; słuchała go i patrzyła 

na  niego  ze  zdumieniem.  Niekiedy,  przeważnie  nieoczekiwanie,  to  zdumienie 

ustępowało  miejsca  zgrozie;  wtedy  wyraz  jej  twarzy  stawał  się  martwy  i  dziki; 

zamykała  się  w  swojej  sypialni  i  pokojówka  przyłożywszy  ucho  do  zamka  mogła 

usłyszeć  jej  głuche  szlochanie.  Nieraz  wracając  do  domu  po  czułym  spotkaniu, 

background image

Kirsanow  czuł  ową  rozdzierającą  i  gorzką  rozpacz,  która  ogarnia  serce  po  zupełnej 

klęsce.  „Czegóż  jeszcze  chcę?"  —  pytał  sam  siebie,  a  w  sercu  wciąż  miał  rozpacz. 

Kiedyś podarował jej pierścień z wyrytym w kamieniu sfinksem. 

— Cóż to? — zapytała. — Sfinks? 

— Tak — odpowiedział — a tym sfinksem jest pani. 

— Ja? — zapytała znów, powoli podnosząc na niego swoje zagadkowe spojrzenie. 

—  Wie  pan,  że  to  bardzo  pochlebne  —  dodała  z  lekkim  uśmieszkiem,  a  jej  oczy 

patrzyły wciąż tak samo dziwnie. 

Paweł  Pietrowicz  czuł się przygnębiony  nawet  wtedy,  gdy księżna  R.  kochała  go, 

ale  kiedy  uczucia  jej  ochłodły,  a  stało  się  to  dość  szybko,  bliski  był  pomieszania 

zmysłów. Dręczył się, był zazdrosny, nie dawał jej spokoju, włóczył się za nią wszędzie. 

Miała  tego  dosyć  i  wyjechała  za  granicę.  Paweł  Pietrowicz  podał  się  do  dymisji  i  nie 

zważając  na  błagania  przyjaciół  oraz  perswazje  przełożonych,  pojechał  za  księżną; 

spędził  cztery  lata  na  obczyźnie,  to  ścigając  ją,  to  znów  umyślnie  tracąc  z  oczu; 

wstydził się sam siebie, oburzała go własna małoduszność... ale nic nie pomagało. Jej 

obraz, niepojęty, prawie niedorzeczny, ale czarowny, zbyt głęboko zapadł mu w serce. 

W  Baden  zbliżył  się  do  niej  znowu  jak  dawniej;  zdawało  się,  że  nigdy  jeszcze  tak 

namiętnie  go  nie  kochała...  ale  po  miesiącu  wszystko  się  skończyło:  płomień  wy-

buchnął po raz ostatni i zgasł na zawsze. Przeczuwając nieuniknione rozstanie, chciał 

przynajmniej  zostać  jej  przyjacielem,  jak  gdyby  mogła  istnieć  przyjaźń  z  taką 

kobietą...  Ukradkiem  wyjechała  z  Baden  i  odtąd  stale  unikała  Kirsanowa.  Paweł 

Pietrowicz wrócił do Rosji, próbował żyć po dawnemu, ale nie potrafił już wdrożyć się 

w  to  dawne  życie.  Jak  struty  włóczył  się  z  miejsca  na  miejsce;  bywał  jeszcze  w  sa-

lonach, zachował wszystkie przyzwyczajenia człowieka światowego, mógłby pochwalić 

się  dwoma,  trzema  nowymi  triumfami;  lecz  nie  spodziewał  się  już  niczego 

szczególnego  ani  po  sobie,  ani  po  innych,  i  nic  nie  przedsiębrał.  Zestarzał  się, 

posiwiał; przesiadywanie wieczorami w klubie, gorzka nuda, beznamiętne dyskusje w 

męskim  towarzystwie  stały  się  dla  niego  potrzebą,  co,  jak  wiadomo,  jest  złym 

znakiem.  O  małżeństwie  oczywiście  ani  myślał.  Tak  minęło  dziesięć  lat  bezbarwnie, 

bezowocnie  i  szybko,  straszliwie  szybko.  Nigdzie  czas  nie  upływa  tak  szybko  jak  w 

Rosji;  powiadają,  że  w  więzieniu  upływa  jeszcze  szybciej.  Pewnego  dnia,  siedząc  w 

klubie przy obiedzie, Paweł Pietrowicz dowiedział się o śmierci księżnej R. Zmarła w 

Paryżu,  bliska  obłędu.  Kirsanow  wstał  od  stołu  i  długo  krążył  po  salach  klubowych, 

zatrzymując  się  jak  wryty  obok  grających  w  karty;  ale  do  domu  nie  wrócił  wcześniej 

background image

niż  zwykle.  Po  niejakim  czasie  otrzymał  pakiecik  zaadresowany  na  jego  nazwisko: 

znajdował  się  w  nim  pierścień,  który  dał  ongi  księżnie.  Na  sfinksie  nakreśliła  znak 

krzyża i kazała mu powiedzieć, że krzyż stanowi rozwiązanie zagadki. 

Zdarzyło  się  to  na  początku  1848  roku,  w  tym  samym  czasie,  kiedy  Mikołaj 

Pietrowicz  po  śmierci  żony  przyjeżdżał  do  Petersburga.  Paweł  Pietrowicz  prawie  nie 

widywał  się  z  bratem  od  chwili,  gdy  ów  osiadł  na  wsi.  Ślub  Mikołaja  Pietrowicza 

przypadł  na  początek  znajomości  Pawła  Pietrowicza  z  księżną.  Po  powrocie  z 

zagranicy  Paweł  pojechał  do  niego,  mając  zamiar  spędzić  na  wsi  ze  dwa  miesiące  i 

nacieszyć się szczęściem brata,  ale pozostał tylko tydzień. Różnica sytuacji obu braci 

była zbyt wielka. W 1848 roku ta różnica się zmniejszyła: Mikołaj stracił żonę, Paweł 

swoje  wspomnienia;  po  śmierci  księżnej  starał  się  o  niej  nie  myśleć.  Ale  Mikołajowi 

pozostała  świadomość  dobrze  spędzonego  życia,  syn  rósł  na  jego  oczach;  Paweł 

natomiast,  samotny  kawaler,  wstępował  w  ów  niejasny,  mroczny  okres  życia,  pełen 

żalów podobnych do nadziei, nadziei podobnych do żalów, kiedy młodość już minęła, 

a starość jeszcze nie nadeszła. 

Ten  okres  dla  Pawła  Pietrowicza  był  trudniejszy  niż  dla  kogokolwiek  innego: 

straciwszy przeszłość, stracił wszystko. 

—  Nie  proszę  cię  teraz  do  Mariina  —  powiedział  mu  kiedyś  Mikołaj  Pietrowicz 

(nazwał  tak  swoją  wieś  na  cześć  żony).  —  Nudziłeś  się  tam  jeszcze  za  życia 

nieboszczki, a teraz zanudzisz się chyba na śmierć. 

—  Wtedy  byłem  głupi  i  zaprzątnięty  marnościami  świata  —  odrzekł  Paweł 

Pietrowicz — ale od tamtego czasu ustatkowałem się, jeśli nie stałem się mądrzejszy. 

Teraz, gdybyś pozwolił, gotów byłbym zamieszkać u ciebie na zawsze. 

Zamiast odpowiedzi Mikołaj uścisnął go; ale półtora roku minęło od tej rozmowy, 

zanim  Paweł  zdecydował  się  wprowadzić  w  życie swój  zamiar.  Osiadłszy  wreszcie na 

wsi,  nie  opuszczał  jej  nawet  w  ciągu  owych  trzech  zim,  które  Mikołaj  Pietrowicz 

spędził w Petersburgu z synem. Zaczął czytać, przeważnie po angielsku; całe swe życie 

zorganizował  na  modłę  angielską,  rzadko  widywał  się  z  sąsiadami i  jeździł  wyłącznie 

na zebrania wyborcze, gdzie przeważnie milczał, niekiedy tylko drażniąc i przerażając 

ziemian  starego  pokroju  liberalnymi  konceptami,  lecz  nie  zbliżając  się  do 

przedstawicieli nowego pokolenia. Jedni i drudzy mieli go za pyszałka; jedni i drudzy 

szanowali go za nieskazitelne arystokratyczne maniery, za pogłoski o jego triumfach; 

za to, że świetnie się ubierał i zawsze stawał w najlepszym pokoju najlepszego hotelu; 

za  to,  że  w  ogóle  jadał  wyborne  obiady,  a  kiedyś nawet  jadł  obiad  z  Wellingtonem u 

background image

Ludwika  Filipa;  za  to,  że  wszędzie  woził  ze  sobą  neseser  ze  srebrnymi  przyborami  i 

podróżną  wannę;  za  to,  że  pachniał  zawsze  jakimiś  nadzwyczajnymi,  niezwykle 

„szlachetnymi" perfumami; za to, że po mistrzowsku grał w wista i zawsze przegrywał; 

wreszcie  szanowali  go  za  nieposzlakowaną  uczciwość.  Panie  uważały  go  za 

czarującego melancholika, ale on nie zadawał się z paniami... 

—  Widzisz  więc,  Eugeniuszu  —  rzekł  Arkadiusz  kończąc  opowiadanie  —  jak 

niesprawiedliwe  są  twoje  mniemania  o  stryju!  Nie  mówię  już  o  tym,  że  nie  tylko 

nieraz  wyciągał  ojca  z  kłopotów,  oddawał  mu  wszystkie  swoje  pieniądze —  może  nie 

wiesz o tym, że majątek nie jest podzielony — ale każdemu chętnie pomoże i zawsze 

broni wieśniaków; mówiąc z nimi krzywi się wprawdzie i wącha wodę kolońską... 

— Wiadomo, nerwy — przerwał Bazarow. 

—  Możliwe,  lecz  serce  ma  złote.  I  bynajmniej  nie  jest  głupi.  A  jakie  mi  dawał 

pożyteczne rady... zwłaszcza jeśli idzie o stosunek do kobiet. 

— Aha! Kto się na gorącym sparzył, ten na zimne dmucha! Znamy się na tym! 

—  Słowem  —  ciągnął  dalej  Arkadiusz  —  jest  bardzo  nieszczęśliwy,  wierzaj  mi; 

pogardzać nim byłoby grzechem. 

— Któż nim pogardza? — zaoponował Bazarow. — A jednak muszę powiedzieć, że 

człowiek,  który  całe  życie  postawił  na  kartę  miłości,  a  gdy  ta  karta  przepadła,  stracił 

wszelką  energię  i  zgnuśniał  do  tego  stopnia,  że  do  niczego  już  nie  jest  zdolny,  taki 

człowiek  to  nie  mężczyzna,  nie  samiec.  Powiadasz,  że  jest  nieszczęśliwy;  zapewne 

znasz go lepiej, ale ja uważam, że dziwactwo wciąż jeszcze w nim tkwi. Jestem pewien, 

że na serio uważa się za rozsądnego człowieka, ponieważ czyta tego tam „Galignani" i 

raz na miesiąc uwolni chłopa od chłosty. 

—  Pamiętaj  jednak  o  jego  wychowaniu,  o  czasie,  w  którym  żył  —  zauważył 

Arkadiusz. 

— Wychowanie? — podchwycił Bazarow. — Każdy człowiek sam siebie powinien 

wychowywać,  jak  ja  na  przykład...  Jeżeli  zaś  mowa  o  czasie,  czemu  miałbym  być  od 

niego  zależny?  Niech  raczej  czas  zależy  ode  mnie.  Nie,  bracie,  wszystko  to  z  pustki 

duchowej  i  folgowania  sobie!  I  co  tu  mówić  o  tajemniczych  stosunkach  między 

mężczyzną  i  kobietą?  My,  fizjologowie,  wiemy,  co  to  za  stosunki.  Przestudiuj  sobie 

anatomię  oka:  skąd  tu  zagadkowe  spojrzenie?  Wszystko  to  romantyzm,  głupstwa, 

zgnilizna i sztuczność. Chodźmy lepiej obejrzeć żuka. 

I obaj przyjaciele udali się do pokoju Bazarowa, gdzie zdążył się już utrwalić jakiś 

lekarsko-chirurgiczny zapach, pomieszany z zapachem taniego tytoniu. 

background image

 

VIII 

Paweł  Pietrowicz  niedługo  był  obecny  przy  rozmowie  brata  z  rządcą,  wysokim  i 

chudym  mężczyzną  o  słodkim,  suchotniczym  głosie  i  chytrych  oczach,  który  na 

wszystkie  uwagi  Mikołaja  Pietrowicza  odpowiadał:  „Ależ  proszę  pana,  przecież  to 

wiadomo",  i  starał  się  udowodnić,  że  chłopi  to  pijacy  i  złodzieje.  Przestawione 

niedawno  na  nowe  tory  gospodarstwo  skrzypiało  jak  nie  nasmarowane  koło, 

trzeszczało jak meble z mokrego drzewa domowej roboty. Mikołaj Pietrowicz nie tracił 

otuchy,  ale  często  wzdychał  i  zamyślał  się:  czuł,  że  bez  pieniędzy  nie  poradzi  sobie, 

wszystkie  zaś  prawie  pieniądze  już  wydał.  Arkadiusz  powiedział  prawdę:  Paweł 

Pietrowicz niejednokrotnie pomagał bratu; nieraz widząc, jak brat borykał się i łamał 

sobie głowę szukając jakiegoś wyjścia, Paweł Pietrowicz powoli podchodził do okna i 

wsunąwszy ręce w kieszenie bąkał przez zęby: „Mais je puis vous donner de l'argent"

8

  

—  i  dawał  mu  pieniądze;  tego  jednak  dnia  sam  nic  nie  miał  i  wolał  odejść. 

Gospodarskie  kłopoty  przyprawiały  go  o  nudę;  przy  tym  ciągle  mu  się  zdawało,  że 

Mikołaj Pietrowicz mimo swego zapału i pracowitości bierze się do rzeczy nie tak, jak 

by należało; nie potrafiłby mu jednak wskazać, na czym polegają jego błędy. „Brat mój 

nie jest dość praktyczny — myślał — oszukują go." Mikołaj Pietrowicz miał natomiast 

wysoce  pochlebne  mniemanie  o praktyczności  Pawła Pietrowicza  i  zawsze pytał  go  o 

radę.  „Jestem  człowiekiem  miękkim,  słabym,  życie  spędziłem  na  odludziu —  mawiał 

—  ty  zaś  nie  na  próżno  wiele  przebywałeś  z  ludźmi  i  znasz  ich  dobrze:  masz  sokole 

oko."  W  odpowiedzi  na  te  słowa  Paweł  Pietrowicz  tylko  odwracał  głowę,  ale  nie 

prostował opinii brata. 

Zostawiwszy  Mikołaja  w  gabinecie,  Paweł  Pietrowicz  wyszedł  na  korytarz 

oddzielający  frontową  część  domu  od  tylnej  i  zbliżywszy  się  do  niskich  drzwi 

przystanął w zamyśleniu, podkręcił wąsa i zastukał. 

— Kto tam? Proszę wejść — rozległ się głos Fieniczki. 

— To ja — powiedział Paweł Pietrowicz i otworzył drzwi. 

Fieniczka zerwała się z krzesła, na którym siedziała trzymając dziecko, i oddała je 

dziewczynie;  ta  natychmiast  wyniosła  je  z  pokoju,  a  Fieniczka  szybko  poprawiła 

chusteczkę. 

— Proszę mi wybaczyć, że przeszkodziłem — zaczął Paweł Pietrowicz nie patrząc 

na Fieniczkę. — Chciałem tylko panią poprosić... Zdaje się, że dzisiaj jadą do miasta... 

background image

Niech pani poleci kupić dla mnie zielonej herbaty. 

— Słucham — odpowiedziała Fieniczka. — Ile pan każe kupić? 

—  Myślę,  że  pół  funta  będzie  dosyć.  A  u  pani  tutaj  zmiany  —  powiedział 

rozglądając  się  wokół;  jego  spojrzenie  zatrzymało  się  chwilę  na  twarzy  Fieniczki.  — 

Firanki — dodał widząc, że go nie rozumie. 

— Tak, firanki; od Mikołaja Pietrowicza; ale dawno już wiszą. 

— Dawno też u pani nie byłem. Bardzo tu teraz ładnie. 

— Z łaski Mikołaja Pietrowicza — szepnęła Fieniczka. 

— Lepiej pani tutaj niż w oficynie? — zapytał Paweł Pietrowicz uprzejmie, ale bez 

cienia uśmiechu. 

— O, tak, lepiej. 

— Któż teraz mieszka na pani miejscu? 

— Teraz są tam praczki. 

— A! 

Paweł  Pietrowicz  umilkł.  „Teraz  sobie  pójdzie"  —  myślała  Fieniczka;  ale  nie 

wychodził, ona zaś stała przed nim jak wryta, z lekka przebierając palcami. 

— Dlaczego kazała pani wynieść małego? — spytał wreszcie Paweł Pietrowicz. — 

Lubię dzieci: proszę mi go pokazać. 

Fieniczka zarumieniła się z zakłopotania i radości. Lękała się Pawła Pietrowicza: 

prawie nigdy z nią nie rozmawiał. 

— Duniasza — zawołała — proszę przynieść Mitię. (Fieniczka do nikogo w domu 

nie mówiła ty.) Albo nie, trzeba mu włożyć sukienkę. 

Skierowała się ku drzwiom. 

— Przecież to wszystko jedno — zauważył Paweł Pietrowicz. 

— Zaraz wrócę — odpowiedziała Fieniczka i szybko wyszła. 

Paweł  Pietrowicz  został  sam  i  tym  razem  ze  szczególną  uwagą  rozejrzał  się 

dokoła. Niewielki, niski pokoik, w którym się znajdował, był bardzo czysty i przytulny. 

Pachniało  tu  świeżo  pomalowaną  podłogą,  rumiankiem  i  melisą.  Pod  ścianami  stały 

krzesła  z  oparciami  w  kształcie  lir;  kupił  je  jeszcze  nieboszczyk  generał,  w  Polsce, 

podczas kampanii; w jednym z kątów stało łóżeczko z muślinową zasłoną, obok okuta 

skrzynia  z  półokrągłym  wiekiem.  W  przeciwległym  kącie  paliła  się  lampka  przed 

wielkim, ciemnym obrazem Mikołaja Cudotwórcy; maleńkie porcelanowe jajeczko na 

czerwonej wstążeczce wisiało na piersi świętego, przyczepione do aureoli; na oknach 

                                                                                                                                                                             

8

 Przecież mogę dać ci pieniędzy. 

background image

mieniły  się  zielonym  blaskiem  starannie  zawiązane  słoiki  z  zeszłorocznymi 

konfiturami;  Fieniczka  wielkimi  literami  wypisała  na  papierowych  pokrywkach 

angrest.  Mikołaj  Pietrowicz  szczególnie  lubił  te  konfitury.  Pod  sufitem,  na  długim 

sznurku, wisiała klatka z czyżykiem o krótkim ogonku; ptak nieustannie świergotał i 

skakał, a klatka wciąż kołysała się i drżała; ziarna konopi z lekkim stukiem spadały na 

podłogę.  W  niszy,  nad  niewielką  komodą,  wisiały  dość  liche  fotografie  Mikołaja 

Pietrowicza w rozmaitych pozach, zrobione przez wędrownego artystę; tam też wisiała 

fotografia Fieniczki, zupełnie nieudana: jakaś twarz bez oczu wymuszenie uśmiechała 

się  w  ciemnej  ramce,  nic  więcej  nie  można  było  dostrzec;  a  nad  Fieniczką  spod 

jedwabnego  pantofelka  na  szpilki,  który  spadał  mu  akurat  na  czoło,  Jermołow  w 

burce groźnie spoglądał na dalekie góry Kaukazu. 

Minęło jakie pięć minut; w sąsiednim pokoju słychać było szelest i szepty. Paweł 

Pietrowicz  wziął  z  komody  zatłuszczony  i  podarty  tom  Strzelców  Masalskiego, 

przewrócił  kilka  stronic...  Drzwi  otworzyły  się  i  weszła  Fieniczka  z  Mitią  na  rękach. 

Ubrała  go  w  czerwoną  koszulkę  z  galonem  na  kołnierzu,  przyczesała  mu  włoski  i 

otarła  twarz;  oddychał  ciężko,  podrywał  się  całym  ciałem  i  machał  rączkami,  jak  to 

robią  wszystkie  zdrowe  dzieci;  ale  strojna  koszulka  widocznie  na  niego  podziałała: 

jego  tłuściutkie  ciałko  tchnęło  zadowoleniem.  Fieniczka  doprowadziła  też  do  ładu 

swoje włosy i poprawiła chusteczkę; mogła jednak tego nie robić. Doprawdy, czy może 

być coś bardziej zachwycającego niż urodziwa młoda matka ze zdrowym dzieckiem na 

rękach? 

— Ale zuch! — łaskawie powiedział Paweł Pietrowicz i końcem długiego paznokcia 

na wskazującym palcu połaskotał Mitię w podwójny podbródek; dziecko spojrzało na 

czyżyka i roześmiało się. 

—  To  stryj  —  rzekła  Fieniczka  pochylając  się  nad  nim  i  lekko  go  potrząsając, 

podczas  gdy  Duniasza  cichutko  postawiła  na  oknie  zapaloną  trociczkę  podłożywszy 

pod nią grosz. 

— Ile sobie liczy miesięcy? — zapytał Paweł Pietrowicz. 

— Sześć; niedługo siódmy zacznie, jedenastego. 

— Czy aby nie ósmy, Fiedosjo Nikołajewno? — nieśmiało wtrąciła Duniasza. 

—  Nie,  siódmy,  co  znowu! —  Dziecko  znów  się  zaśmiało,  spojrzało  na  skrzynię  i 

nagle całą rączką chwyciło matkę za nos i usta. — Pieszczoch! — rzekła Fieniczka nie 

odsuwając twarzy. 

— Podobny do brata — zauważył Paweł Pietrowicz. 

background image

„Do kogóż ma być podobny?" — pomyślała Fieniczka. 

—  Tak  —  ciągnął  Paweł  Pietrowicz,  jakby  rozmawiając  ze  sobą.  —  Niewątpliwe 

podobieństwo. 

Uważnie, prawie ze smutkiem spojrzał na Fieniczkę. 

— To stryj — powtórzyła, ale już szeptem. 

— Ach, Paweł! Jesteś tu! — rozległ się nagle głos Mikołaja Piętrowicza. 

Paweł  Pietrowicz  szybko  odwrócił  się  i  zachmurzył;  lecz  brat  spoglądał  na  niego 

tak radośnie i z taką wdzięcznością, że musiał odpowiedzieć mu uśmiechem. 

—  Wspaniały  smyk  —  rzekł  i  spojrzał  na  zegarek.  —  Wstąpiłem  tu  w  sprawie 

herbaty. 

I przybrawszy obojętny wyraz twarzy Paweł Pietrowicz zaraz wyszedł z pokoju. 

— Sam tak przyszedł? — zapytał Fieniczkę Mikołaj Pietrowicz. 

— Sam; zastukał i wszedł. 

— Arkasza więcej u ciebie nie był? 

— Nie. Czy nie powinnam przeprowadzić się do oficyny? 

— A to dlaczego? 

— Myślę, że na początek tak będzie lepiej. 

—  N...  nie  —  powiedział  jąkając  się  Mikołaj  Pietrowicz  i  potarł  czoło.  —  Trzeba 

było przedtem... Jak się masz, bąku — rzekł z nagłym ożywieniem i zbliżywszy się do 

dziecka  pocałował  je  w  policzek;  potem  schylił  się  nieco  i  dotknął  ustami  ręki 

Fieniczki, bielejącej jak mleko na tle czerwonej koszulki Miti. 

—  Mikołaju  Pietrowiczu!  Co  też  pan?...  —  wyszeptała  i  spuściła  oczy,  a  potem 

wolno  je  podniosła...  Oczy  te  miały  cudowny  wyraz,  kiedy  patrzyła  jak  gdyby 

ukradkiem, uśmiechając się tkliwie i trochę głupiutko. 

Mikołaj Pietrowicz poznał Fieniczkę w następujący sposób: pewnego razu, przed 

trzema  laty,  wypadło  mu  zanocować  w  zajeździe  w  odległym  mieście  powiatowym. 

Przyjemnie  zdziwiła  go  czystość  pokoju,  świeżość  bielizny  pościelowej.  „Chyba 

Niemka jest tu gospodynią?" — przyszło mu na myśl. Ale gospodynią była Rosjanka, 

kobieta  około  pięćdziesiątki,  schludnie  ubrana,  o  przyjemnej,  rozumnej  twarzy  i 

statecznej mowie. Rozmawiał z nią przy herbacie, bardzo mu się spodobała. W owym 

czasie  Mikołaj  Pietrowicz  dopiero  co  przeprowadził  się  do  nowego  domu  i  nie  chcąc 

mieć  przy  sobie  ludzi  poddanych,  szukał  najemnych;  gospodyni  ze  swej  strony 

skarżyła się na niewielką liczbę podróżnych, na ciężkie czasy; zaofiarował jej u siebie 

pracę  klucznicy;  zgodziła  się.  Mąż  jej  dawno  umarł  zostawiając  jedną  tylko  córkę, 

background image

Fieniczkę.  Po  dwóch  tygodniach  Arina  Sawiszna  (tak  nazywała  się  nowa  klucznica) 

przyjechała  wraz  z  córką  do  Mariina  i  zamieszkała  w  oficynie.  Wybór  Mikołaja 

Pietrowicza  okazał  się  trafny.  Arina  zaprowadziła  w  domu  porządek.  O  Fieniczce, 

która wówczas skończyła już siedemnaście lat, nikt nie mówił i rzadko kto ją widywał: 

żyła  cichutko,  skromnie  i  tylko  w  niedzielę,  w  parafialnej  cerkwi,  Mikołaj  Pietrowicz 

dostrzegał gdzieś z boku jej delikatny profil. Tak minął z górą rok. 

Pewnego ranka Arina zjawiła się w jego gabinecie, jak zwykle nisko się pokłoniła i 

zapytała, czy nie mógłby pomóc jej córce, której wpadła do oka iskra z pieca. Mikołaj 

Pietrowicz,  jak  wszyscy  domatorzy  wiejscy,  zajmował  się  leczeniem  i  miał  nawet 

apteczkę  homeopatyczną.  Zaraz  też  kazał  Arinie  przyprowadzić  chorą.  Fieniczka 

dowiedziawszy  się,  że  pan  ją  wzywa,  zlękła  się  bardzo,  poszła  jednak  za  matką. 

Mikołaj  Pietrowicz  podprowadził  ją  do  okna  i  ujął  w  obie  ręce  jej  głowę.  Starannie 

obejrzał  zaczerwienione  i  rozpalone  oko,  zaordynował  okłady,  które  sam  zaraz 

przygotował,  i  podarłszy  swą  chustkę,  pokazał,  jak  należy  je  robić.  Fieniczka 

wysłuchała go i chciała odejść. — Pocałujże pana w rękę, głupia — powiedziała Arina. 

Mikołaj Pietrowicz nie podał jej ręki do ucałowania i zmieszany, sam pocałował ją w 

przedziałek  na  pochylonej  głowie.  Oko  Fieniczki  szybko  się  zagoiło;  ale  wrażenie, 

które wywarła na Mikołaju Pietrowiczu, nie minęło tak szybko. Wciąż marzyła mu się 

jej  czysta,  delikatna,  trwożnie  wzniesiona  do  góry  twarz;  czuł  pod  swymi  dłońmi  jej 

miękkie  włosy,  widział  niewinne,  lekko  rozchylone  usta,  spoza  których  migotały  w 

słońcu wilgotne, perłowe ząbki. Zaczął teraz patrzeć na nią w cerkwi z wielką uwagą, 

próbował nawiązać rozmowę. Z początku stroniła od niego i kiedyś, pod wieczór, gdy 

go  spotkała  na  wąskiej  ścieżynce  wydeptanej  wśród  żyta,  weszła  w  wysokie,  gęste 

zboże, zarosłe piołunem i bławatkami, byle tylko jej nie zauważył. Mikołaj Pietrowicz 

dostrzegł  jej  główkę  poprzez  złotą  siatkę  kłosów,  spoza  której  wyglądała  niby 

zwierzątko, i zawołał dobrotliwie: 

— Dzień dobry, Fieniczka! Nie gryzę przecież. 

— Dzień dobry panu — wyszeptała nie opuszczając swojej kryjówki. 

Powoli  zaczęła  do  niego  przywykać,  lecz  wciąż  jeszcze  była  onieśmielona  w  jego 

obecności;  nagle  matka  jej,  Arina,  zmarła  na  cholerę.  Cóż  miała  z  sobą  począć 

Fieniczka? Po matce odziedziczyła zamiłowanie do porządku, rozsądek i stateczność; 

ale była taka młoda, taka samotna, a Mikołaj Pietrowicz taki dobry i skromny... Reszty 

dopowiadać nie trzeba... 

— A więc brat jednak wstąpił do ciebie? — pytał Mikołaj Pietrowicz. — Zastukał i 

background image

wszedł? 

— Tak. 

— No, to dobrze. Daj, pohuśtam Mitię. 

I  Mikołaj  Pietrowicz  zaczął  go  podrzucać  prawie  do  sufitu  ku  wielkiemu 

zadowoleniu  maleństwa,  a  niemałemu  przerażeniu  matki,  która  za  każdym  razem 

wyciągała ręce do odsłoniętych nóżek dziecka. 

 

Paweł  Pietrowicz  wrócił  do  swego  wykwintnego  gabinetu  o  pięknych 

szaroniebieskich  obiciach,  gdzie  na  barwnym  perskim  dywanie  wisiała  broń,  gdzie 

stały  orzechowe  meble,  obite  ciemnozieloną  trypą,  biblioteka renaissance ze  starego 

czarnego  dębu,  wspaniałe  biurko  z  pięknymi  statuetkami  z  brązu,  kominek...  Rzucił 

się na kanapę, założył ręce pod głowę i leżał nieruchomo z rozpaczą prawie patrząc w 

sufit. Może chciał ukryć przed ścianami wyraz swej twarzy, może powodowało nim co 

innego,  dość,  że  wstał,  zaciągnął  ciężkie  zasłony  na  oknach  i  znowu  rzucił się  na  ka-

napę. 

 

IX 

Tego  samego  dnia  również  i  Bazarow  zapoznał  się  z  Fieniczką.  Chodził  z 

Arkadiuszem po ogrodzie i tłumaczył mu, dlaczego nie przyjęły się niektóre drzewa, a 

zwłaszcza dębczaki. 

— Trzeba tu sadzić srebrne topole, świerki, lipy, dodawszy najpierw czarnoziemu. 

Altanka  wyrosła  doskonale  —  dodał  —  bo  akacja  i  bez  to  poczciwe  rośliny,  nie 

wymagające pielęgnacji. O! ale tutaj ktoś jest! 

W  altance  siedziała  Fieniczka  z  Duniaszą  i  Mitią.  Bazarow  zatrzymał  się. 

Arkadiusz skinął głową Fieniczce jak stary znajomy. 

— Któż to? — zapytał Bazarow, gdy tylko minęli altankę. — Jaka ładna. 

— O kim mówisz? 

— Wiadomo o kim: jedna tu tylko jest ładna.  

Arkadiusz z pewnym zakłopotaniem wyjaśnił mu krótko, kim jest Fieniczka. 

— Aha! — rzekł Bazarow. — Widzę, że twój ojciec zna się na rzeczy. Podoba mi się 

twój  ojciec,  ani  słowa.  Zuch  z  niego!  Trzeba  jednak  zawrzeć  znajomość  —  dodał  i 

skierował się z powrotem ku altance. 

—  Eugeniuszu!  —  z  przestrachem  krzyknął  Arkadiusz.  —  Ostrożnie,  na  miłość 

boską! 

background image

— Bądź spokojny — rzekł Bazarow. — Obycia nam nie brak, ludzie my w świecie 

bywali. 

Zbliżywszy się do Fieniczki zdjął czapkę. 

—  Pozwoli  pani,  że  się  przedstawię  —  zaczął  z  uprzejmym  ukłonem.  —  Jestem 

przyjacielem Arkadiusza Nikołajewicza, człowiek ze mnie spokojny. 

Fieniczka wstała z ławeczki i patrzyła na niego w milczeniu. 

— Jakie śliczne dziecko! — ciągnął dalej Bazarow. — Niech się pani nie obawia, na 

nikogo  jeszcze  nie  rzuciłem uroku.  Czemu  on  ma  takie  czerwone policzki?  Ząbki  mu 

się wyrzynają? 

— Tak — rzekła Fieniczka — ma już cztery ząbki i teraz znowu puchną mu dziąsła. 

— Proszę pokazać... Niech się pani nie boi, jestem doktorem. 

Bazarow  wziął  na  ręce  dziecko,  które  ku  wielkiemu  zdziwieniu  Fieniczki  i 

Duniaszy nie przestraszyło się i wcale się nie opierało. 

— Widzę, widzę... To nic, wszystko w porządku: będzie miał mocne zęby. Gdyby 

się coś stało, zechce mi pani powiedzieć. A pani sama czuje się dobrze? 

— Dobrze, Bogu dzięki. 

—  Bogu  dzięki  —  to  najważniejsze.  A  pani?  —  dodał  Bazarow  zwracając  się  do 

Duniaszy. 

Duniaszą, zazwyczaj bardzo poważna na pokojach, ale skłonna do żartów, ledwo 

opuszczała ich progi, w odpowiedzi parsknęła śmiechem. 

— No, to doskonale. Proszę wziąć tego zucha.  

Fieniczka wzięła dziecko na ręce. 

— Jaki był cichutki, kiedy go pan trzymał — powiedziała półgłosem. 

—  Wszystkie  dzieci  są  przy  mnie  cichutkie  —  odrzekł  Bazarow  —  mam  na  to 

sposób. 

— Dzieci czują, kto je lubi — zauważyła Duniaszą. 

— To prawda — potwierdziła Fieniczka. — Mitia za nic do obcego nie pójdzie. 

— A do mnie pójdzie? — zapytał Arkadiusz, który poczekawszy chwilę w pewnej 

odległości, zbliżył się do altanki. 

Zaczął  zachęcać  Mitię,  ale  dziecko  odwróciło  główkę  i  zapiszczało,  co  wprawiło 

Fieniczkę w wielkie zakłopotanie. 

—  Innym  razem,  kiedy  się  przyzwyczai  —  wyrozumiale  rzekł  Arkadiusz  i  obaj 

przyjaciele odeszli. 

— Jakże ona się nazywa? — zapytał Bazarow. 

background image

— Fieniczka... Fiedosja — odpowiedział Arkadiusz. 

— A po ojcu? Trzeba to także wiedzieć. 

— Nikołajewna. 

—  Bene.  Podoba  mi  się,  że  jest  niezbyt  płochliwa.  Kto  inny  zresztą  potępiłby  tę 

cechę. Cóż za  głupstwa! Dlaczego miałaby się płoszyć? Jest matką, nic jej nie można 

zarzucić. 

— Jej nic nie można zarzucić — zauważył Arkadiusz — ale mój ojciec... 

— I on jest w porządku — przerwał Bazarow. 

— No, nie uważam. 

— Zapewne nie bardzo nam odpowiada drugi spadkobierca? 

—  Jak  ci  nie  wstyd  posądzać  mnie  o  takie  myśli  —  gorąco  zaprotestował 

Arkadiusz.  —  Bynajmniej  nie  dlatego  ojciec  nie  jest  w  porządku;  moim  zdaniem 

powinien się z nią ożenić. 

—  Ho,  ho!  —  spokojnie  rzekł  Bazarow.  —  Tacy  to  jesteśmy  wspaniałomyślni! 

Przypisujesz znaczenie małżeństwu? Nie spodziewałem się tego po tobie. 

Przyjaciele przeszli kilka kroków w milczeniu. 

— Widziałem gospodarstwo twego ojca — zaczął znowu Bazarow. — Bydło liche, 

konie  podbite.  Budynki  także  zapuszczone,  robotnicy  wyglądają  na  skończonych 

leniów, rządca zaś to albo głupiec, albo oszust, jeszcze nie wiem dokładnie. 

— Ależ surowy jesteś dzisiaj, Eugeniuszu. 

—  I  poczciwi  chłopkowie  niewątpliwie  wystrychną  twego  ojca  na  dudka.  Znasz 

powiedzonko: „Rosyjski chłop Pana Boga pożre." 

—  Zaczynam  zgadzać  się  ze  stryjkiem  —  zauważył  Arkadiusz  —  masz 

zdecydowanie złe zdanie o Rosjanach. 

—  Wielkie  rzeczy!  To  tylko  dobre  w  Rosjaninie,  że  ma  o  sobie  najgorsze 

mniemanie. Ważne jest tylko, że dwa razy dwa to cztery, a reszta głupstwo. 

—  I  natura  też  głupstwo?  —  spytał  Arkadiusz,  w  zamyśleniu  patrząc  na 

różnobarwne  pola  w  oddali,  pięknie  oświetlone  łagodnymi  promieniami  zachodzą-

cego już słońca. 

— I natura też głupstwo w tym znaczeniu, w jakim ty ją rozumiesz. Natura nie jest 

świątynią, ale warsztatem, gdzie pracuje człowiek. 

W  tej  samej  chwili  dobiegły  ich  z  domu  powolne  dźwięki  wiolonczeli.  Ktoś  z 

uczuciem,  choć  niewprawną  ręką  grał  Oczekiwanie  Schuberta;  słodka  jak  miód 

melodia rozlewała się w powietrzu. 

background image

— A to co? — spytał ze zdumieniem Bazarow. 

— To ojciec gra. 

— Twój ojciec gra na wiolonczeli? 

— Tak. 

— Ile twój ojciec ma lat? 

— Czterdzieści cztery. 

Bazarow roześmiał się nieoczekiwanie. 

— Czemu się śmiejesz? 

—  Zlituj się!  Mężczyzna  w  wieku  lat  czterdziestu czterech, pater  familias, w  *** 

powiecie, gra na wiolonczeli! 

Bazarow  nie  przestawał  śmiać  się,  lecz  Arkadiusz,  jakkolwiek  otaczał  czcią 

swojego nauczyciela, tym razem nawet się nie uśmiechnął. 

 

Minęły prawie dwa tygodnie. Życie w Mariinie płynęło swoim trybem: Arkadiusz 

próżnował,  Bazarow  zajęty  był  pracą.  Wszyscy  w  domu  przywykli  do  niego,  do  jego 

niedbałych  manier,  lakonicznych  i urywkowych wypowiedzi.  Fieniczka  zwłaszcza  tak 

się  z  nim  oswoiła,  że  kiedyś  nocą  kazała  go  obudzić,  gdy  Mitia  dostał  konwulsji. 

Bazarow  przyszedł  i  jak  zawsze,  na  wpół  żartując,  na  wpół  ziewając,  spędził  u  niej 

dwie godziny i pomógł dziecku. Natomiast Paweł Pietrowicz z całej duszy znienawidził 

Bazarowa:  uważał  go  za  pyszałka,  impertynenta,  cynika,  plebejusza;  podejrzewał,  że 

Bazarow  go  nie  szanuje,  że  bez  mała  gardzi  nim  —  Pawłem  Kirsanowem!  Mikołaj 

Pietrowicz  trochę  się  bał  młodego  „nihilisty"  i  powątpiewał,  czy  jego  wpływ  na 

Arkadiusza  jest  korzystny;  ale  chętnie  go  słuchał,  chętnie  przypatrywał  się  jego  fi-

zycznym  czy  chemicznym  doświadczeniom.  Bazarow  przywiózł  ze  sobą  mikroskop  i 

spędzał  nad  nim  całe  godziny.  Służba  także  polubiła  Bazarowa,  chociaż  sobie  z  niej 

pokpiwał: czuli, że to przecież swój człowiek, a nie żaden pan. Duniasza chętnie z nim 

żartowała  i  ukradkiem  rzucała  na  niego  wymowne  spojrzenia,  przebiegając  obok  jak 

przepióreczka;  nawet  Piotr,  człowiek  w  najwyższym  stopniu  samolubny  i  głupi, 

wiecznie naburmuszony, Piotr, którego wszystkie zalety polegały na tym, że z wyglądu 

sprawiał  wrażenie  uprzejmego,  potrafił  sylabizować  i  często  czyścił  szczotką  swój 

surducik  —  otóż  nawet  Piotr  uśmiechał  się  i  promieniał,  gdy  Bazarow  zwracał  na 

niego uwagę; dworscy chłopcy biegali za „dochtorem" jak pieski. Tylko stary Prokoficz 

nie  lubił  go  i  z  ponurą  miną  usługiwał  mu  przy  stole;  nazywał  go  „hyclem"  i 

background image

„chłystkiem"  i  zapewniał,  że  ze  swymi  faworytami  wygląda  jak  świnia  w  krzakach. 

Prokoficz na swój sposób był arystokratą, nie gorszym niż Paweł Pietrowicz. 

Nadeszły  najpiękniejsze  dni  w  roku,  pierwsze  dni  czerwca.  Pogoda  była 

wspaniała. Co prawda, z daleka groziła znów cholera, ale mieszkańcy *** guberni zdą-

żyli już przywyknąć do jej odwiedzin. Bazarow wstawał bardzo wcześnie i szedł dwie 

lub  trzy  wiorsty,  nie  na  spacer  —  nie  znosił  przechadzek  bez  celu  —  lecz  by  zbierać 

zioła  i  owady.  Niekiedy  zabierał  ze  sobą  Arkadiusza.  W  drodze  powrotnej 

wywiązywała  się  zazwyczaj  dyskusja  i  Arkadiusz  wychodził  z  niej  przeważnie 

pokonany, chociaż mówił więcej niż jego towarzysz. 

Pewnego  razu  jakoś  długo  nie  wracali;  Mikołaj  Pietrowicz  wyruszył  na  ich 

spotkanie do ogrodu; zbliżywszy się do altanki usłyszał nagle szybkie kroki i głosy obu 

młodzieńców. Szli po drugiej stronie i nie mogli go widzieć. 

— Nie dość znasz mojego ojca — mówił Arkadiusz. 

Mikołaj Pietrowicz przyczaił się. 

—  Poczciwiec  z  niego —  rzekł Bazarow  —  ale  to  człowiek  poza nurtem  życia,  nie 

ma już nic do powiedzenia. 

Mikołaj Pietrowicz nastawił ucha... Arkadiusz nic nie odpowiadał. 

„Człowiek  poza  nurtem  życia"  stał  jeszcze  kilka  chwil  i  powoli  powlókł  się  do 

domu. 

—  Onegdaj,  patrzę,  czyta  Puszkina  —  ciągnął  tymczasem  dalej  Bazarow.  — 

Wytłumacz mu, proszę, że to diabła warte. Przecież nie jest chłopcem: czas zostawić te 

głupstwa.  Że  też  chce  mu  się  być  romantykiem  w  dzisiejszych  czasach.  Daj  mu  coś 

dorzecznego do czytania. 

— Cóż by mu dać? — zapytał Arkadiusz. 

— Myślę, że na początek Stoff und Kraft Büchnera. 

—  Jestem  tego  samego  zdania  —  zgodził  się  Arkadiusz.  —  To  książka  napisana 

językiem przystępnym. 

—  A  więc  —  mówił  tego  samego  dnia  Mikołaj  Pietrowicz  siedząc  po  obiedzie  w 

gabinecie  swego  brata —  zostaliśmy  ludźmi  poza  nurtem  życia,  nie  mamy już  nic do 

powiedzenia. Cóż? Może Bazarow ma rację; ale jedno mnie boli: miałem nadzieję, że 

właśnie teraz zbliżę się i zaprzyjaźnię z Arkadiuszem, wygląda zaś na to, że ja zostałem 

w tyle, a on poszedł naprzód i nie możemy się nawzajem zrozumieć. 

— W czymże on poszedł naprzód? I na czym polega ta wielka różnica między nim 

a  nami?!  —  niecierpliwie  wykrzyknął  Paweł  Pietrowicz.  —  Wszystko  to  wbił  mu  w 

background image

głowę ów signor, ów nihilista. Nienawidzę tego lekarzyny; według mnie to po prostu 

szarlatan; jestem pewien, że niedaleko zaszedł w fizyce mimo tych wszystkich swoich 

żab. 

— Nie, bracie, nie mów tego; Bazarow jest mądry i wykształcony. 

— A ile w nim wstrętnej ambicji — przerwał znowu Paweł Pietrowicz. 

—  Tak  —  odparł  Mikołaj  Pietrowicz  —  jest  ambitny.  Ale  to  widocznie  cecha 

niezbędna; czego innego natomiast nie mogę pojąć. Zdawałoby się, że robię wszystko, 

by nadążyć za epoką: dałem chłopom ziemię, założyłem fermę, tak że w całej guberni 

raczą  mnie  nazywać  czerwonym;  czytam,  uczę  się,  w  ogóle  usiłuję  sprostać 

współczesnym  wymaganiom,  a  oni  mówią,  że  nic  już  nie  mam  do  powiedzenia.  I 

wiesz, bracie, ja sam zaczynam dochodzić do wniosku, że to prawda. 

— A to dlaczego? 

— Zaraz zobaczysz. Siedzę dziś i czytam Puszkina... Bodaj że Cyganie wpadli mi w 

rękę... Nagle podchodzi do mnie Arkadiusz i milcząc, z wyrazem tkliwego współczucia 

na twarzy, łagodnie, niby dziecku, zabiera mi książkę i kładzie przede mną inną, nie-

miecką... Potem uśmiechnął się i odszedł zabierając Puszkina. 

— Ach tak! Jaką książkę ci dał? 

— Tę oto! 

I  Mikołaj  Pietrowicz  wyjął  z  tylnej  kieszeni surduta  dziewiąte  wydanie sławetnej 

broszury Büchnera. Paweł Pietrowicz obrócił ją w rękach. 

—  Hm!  —mruknął.  —  Arkadiusz  troszczy  się  o  twoje  wychowanie.  Cóż, 

próbowałeś czytać? 

— Próbowałem. 

— No i co? 

—  Albo  sam  jestem  głupi,  albo  to  są  wszystko  brednie.  Zapewne  to  ja  jestem 

głupi. 

— Nie zapomniałeś po niemiecku? — zapytał Paweł Pietrowicz. 

— Po niemiecku rozumiem. 

Paweł Pietrowicz znów obrócił książkę w rękach i z ukosa spojrzał na brata. Obaj 

zamilkli. 

—  Ale,  wiesz  —  zaczął  Mikołaj  Pietrowicz,  widocznie  pragnąc  zmienić  temat 

rozmowy — dostałem list od Kolazina. 

— Od Matwieja Iljicza? 

— Tak. Właśnie przyjechał do*** na kontrolę guberni. Został teraz wielką figurą i 

background image

pisze  mi,  że  jak  przystało  krewnym,  pragnie  zobaczyć  się  z  nami  i  zaprasza  ciebie, 

mnie i Arkadiusza do miasta. 

— Pojedziesz? — zapytał Paweł Pietrowicz. 

— Nie, a ty? 

— Także nie. Warto też wlec się pięćdziesiąt wiorst! Mathieu pragnie pokazać się 

nam w całym blasku; e, do licha! Starczy mu gubernialnego kadzidła, obejdzie się bez 

nas. Wielka mi persona, tajny radca! Gdybym dalej służył, gdybym jak głupiec ciągnął 

to  brzemię,  byłbym  teraz  generałem-adiutantem.  Zresztą  jesteśmy  ludźmi  poza 

nurtem życia. 

—  Tak,  bracie,  czas  nam  chyba  zamawiać  trumnę  i  ręce  skrzyżować  na  piersi — 

zauważył z westchnieniem Mikołaj Pietrowicz. 

— No, ja się tak szybko nie poddam — zamruczał jego brat. — Przyjdzie jeszcze do 

starcia z tym medykiem, czuję to. 

Do  starcia  doszło  tego  samego  dnia  przy  wieczornej  herbacie.  Paweł  Pietrowicz 

zszedł  do  salonu  gotów  do  boju,  rozdrażniony  i  zdecydowany  na  wszystko.  Czekał 

tylko  okazji,  by  się  rzucić  na  wroga,  lecz  okazja  długo  się  nie  nadarzała. Bazarow  w 

ogóle  mało  mówił  w  obecności  „staruszków  Kirsanowów"  (tak  nazywał  obu  braci), 

tego zaś wieczora był nie w humorze i w milczeniu wypijał filiżankę za filiżanką. Paweł 

Pietrowicz płonął z niecierpliwości; wreszcie spełniły się jego pragnienia. 

Rozmowa zeszła na jednego z sąsiadów. 

— Łajdak, arystokracik — obojętnie zauważył Bazarow, który spotykał się z nim w 

Petersburgu. 

—  Pozwoli  pan,  że  go  spytam  —  zaczął  Paweł  Pietrowicz  i  wargi  mu  zadrgały  — 

czy według pana słowa „łajdak" i „arystokrata" oznaczają to samo? 

— Powiedziałem „arystokracik" — rzekł Bazarow, leniwie popijając herbatę. 

—  Tak,  właśnie;  przypuszczam  jednak,  że  pan  jest  takiego  samego  mniemania  o 

arystokratach,  co  i  o  arystokracikach.  Uważam  za  swój  obowiązek  oświadczyć  panu, 

że tego mniemania nie podzielam. Ośmielę się zauważyć, że wszyscy znają mnie jako 

człowieka  liberalnego  i  ceniącego  postęp;  ale  właśnie  dlatego  szanuję  arystokratów, 

oczywiście prawdziwych. Zechce pan, łaskawy panie (przy tych słowach Bazarow pod-

niósł oczy na Pawła Pietrowicza), zechce pan, łaskawy panie — powtórzył z zaciętością 

— przypomnieć sobie angielskich arystokratów. Nie ustępują na jotę ze swoich praw i 

dlatego  szanują  prawa  innych;  wymagają  spełnienia  obowiązków  w  stosunku  do 

siebie  i  dlatego  spełniają  swoje  własne  obowiązki.  Arystokracja  przyniosła  Anglii 

background image

wolność i arystokracja tę wolność podtrzymuje. 

— Słyszeliśmy już tę piosenkę niejednokrotnie — odparł Bazarow — lecz cóż pan 

chce przez to powiedzieć? 

—  Chcę  onym  powiedzieć,  łaskawy  panie  (Paweł  Pietrowicz,  będąc  rozgniewany, 

naumyślnie  mówił  „ono"  zamiast  „to",  chociaż  doskonale  wiedział,  że  gramatyka 

podobnych  słów  nie  uznaje.  To  dziwactwo  było  spuścizną  czasów  Aleksandra  I. 

Ówczesne  osobistości  w  rzadkich  wypadkach,  kiedy  mówiły  językiem  ojczystym, 

używały owego ono: bo my jesteśmy Rosjanie z dziada pradziada; my, wielcy panowie, 

możemy  sobie  lekceważyć  szkolne  reguły),  chcę  onym  powiedzieć,  że  bez  poczucia 

własnej  godności,  bez  szacunku  dla  siebie  samego  —  a  w  arystokracie  te  uczucia  są 

rozwinięte  —  nie  ma  żadnych  trwałych  podstaw  do  budowania...  bien  public

9

... 

społecznego  gmachu.  Najważniejsza  jest  jednostka,  łaskawy  panie;  jednostka  w 

społeczeństwie  ludzkim  winna  być  mocna  jak  skała,  na  niej  bowiem  wszystko  się 

wspiera.  Wiem  doskonale,  że  pan  raczy  uważać  za  śmieszne  moje  przyzwyczajenia, 

ubiór,  schludność  wreszcie,  lecz  wszystko  to wynika  z  szacunku  dla  samego  siebie,  z 

poczucia  obowiązku,  tak,  tak,  obowiązku.  Mieszkam  na  wsi,  na  odludziu,  ale  nie 

zatracam się, szanuję w sobie człowieka. 

—  Za  pozwoleniem,  Pawle  Pietrowiczu  —  rzekł  Bazarow  —  ma  pan  dla  siebie 

szacunek  i  siedzi  pan  z  założonymi  rękoma;  jakaż  z  tego  korzyść  dla  bien  public! 

Gdyby pan siebie nie szanował, postępowałby pan tak samo.  

Paweł Pietrowicz zbladł. 

—  To  zupełnie  inne  zagadnienie.  Nie  mam  powodu  tłumaczyć  panu  teraz, 

dlaczego  siedzę  z  założonymi  rękoma,  jak  pan  zechciał  łaskawie  się  wyrazić.  Chcę 

tylko rzec, że arystokratyzm — to prinsip, w naszych zaś czasach bez prinsipiów mogą 

żyć  tylko  ludzie  płytcy  lub  pozbawieni  moralności.  Mówiłem  to  już  Arkadiuszowi 

nazajutrz po jego przyjeździe i powtarzam to teraz panu. Prawda, Mikołaju? 

Mikołaj Pietrowicz skinął głową. 

— Arystokratyzm, liberalizm, progres, principia — mówił tymczasem Bazarow — 

pomyśleć  tylko,  ile  cudzoziemskich...  i  bezużytecznych  słów.  Rosjaninowi  nawet  za 

darmo na nic się nie zdadzą. 

— Cóż więc jest mu potrzebne, według pańskiego zdania? Słuchając pana można 

dojść do wniosku, że znajdujemy się poza człowieczeństwem, poza jego prawami. Daj 

pan pokój, logika historii wymaga... 

                                                        

9

 dobro publiczne 

background image

— Na cóż nam logika historii? Doskonale się bez niej obchodzimy. 

— Jak to? 

—  Po prostu.  Mam  nadzieję,  że  po  to,  by  włożyć  kawałek  chleba  do ust,  gdy  jest 

pan głodny, nie potrzebuje pan logiki. Na cóż nam takie abstrakcje? 

Paweł Pietrowicz rozłożył ręce. 

— W takim razie nie rozumiem pana. Obraża pan naród rosyjski. Nie pojmuję, jak 

można nie uznawać prinsipiów, prawideł? Cóż więc wami powoduje? 

— Mówiłem już stryjaszkowi, że nie uznajemy autorytetów — wtrącił Arkadiusz. 

— Działamy powodując się tym, co uznajemy za pożyteczne —  rzekł Bazarow. — 

W obecnych czasach najbardziej pożyteczne jest odrzucanie — więc odrzucamy. 

— Wszystko? 

— Wszystko. 

— Jak to? Nie tylko sztukę, poezję, lecz także... strach powiedzieć... 

— Wszystko — z nieopisanym spokojem powtórzył Bazarow. 

Paweł  Pietrowicz  wlepił  w  niego  wzrok;  tego  się  nie  spodziewał.  Arkadiusz  aż 

poczerwieniał z zadowolenia. 

— Niechże pan jednak pozwoli — odezwał się Mikołaj Pietrowicz. — Pan wszystko 

odrzuca albo, mówiąc dokładniej, wszystko burzy... Trzeba jednak także budować. 

— To już nie nasza sprawa... Wpierw należy oczyścić grunt. 

—  Obecne  położenie  ludu  tego  wymaga  —  z  namaszczeniem  dodał  Arkadiusz  — 

powinniśmy  spełniać  te  wymagania,  nie  wolno  nam  poświęcać  się  zaspokajaniu 

własnego egoizmu. 

Ostatnie zdanie najwyraźniej nie spodobało się Bazarowowi; trąciło filozofią, czyli 

romantyzmem, ponieważ Bazarow filozofię również nazywał romantyzmem; nie uznał 

jednak za stosowne zaprzeczyć swojemu młodemu uczniowi. 

—  Nie,  nie!  —  zawołał  z  nagłym  uniesieniem  Paweł  Pietrowicz.  —  Nie  chcę 

wierzyć, że wy, panowie, znacie naprawdę lud rosyjski, że jesteście wyrazicielami jego 

potrzeb  i  jego  dążeń.  Nie,  lud  rosyjski  nie  jest  taki,  jak  sobie  wyobrażacie.  Ma 

bogobojną cześć dla tradycji, jest patriarchalny, nie może żyć bez wiary... 

— Nie będę temu przeczył — przerwał Bazarow — gotów nawet jestem się zgodzić, 

że pod tym względem ma pan słuszność. 

— Jeśli więc mam słuszność... 

— To niczego jednak nie dowodzi. 

—  Właśnie,  to  niczego  nie  dowodzi  —  powtórzył  Arkadiusz  z  pewnością 

background image

doświadczonego  szachisty,  który  przewidział  niebezpieczny  na  pozór  ruch  przeciw-

nika i dlatego ani trochę nie traci kontenansu. 

—  Jak  to  niczego  nie  dowodzi?  —  bąknął  zdumiony  Paweł  Pietrowicz.  —  Więc 

idziecie przeciw swemu ludowi? 

— A jeśli nawet? — zawołał Bazarow. — Lud uważa, że gdy rozlega się grzmot, to 

znak, że prorok Eliasz jedzie wozem po niebie. I co? Mam się więc zgodzić z ludem? 

Przecie to lud rosyjski, a czyż ja sam nie jestem Rosjaninem? 

— Nie, pan nie jest Rosjaninem, sądząc z tego, co pan tutaj powiedział. Nie mogę 

pana uważać za Rosjanina. 

—  Mój  dziad  orał  ziemię  —  hardo  i  dumnie  odrzekł  Bazarow.  —  Zapytaj  pan 

któregokolwiek  z  pańskich  chłopów,  kogo  z  nas  —  pana  czy  mnie  —  uzna  za  swego 

rodaka. Pan nawet mówić z nim nie potrafi. 

— A pan z nim mówi i gardzi nim jednocześnie. 

— Cóż robić, jeśli zasługuje na pogardę! Pan potępia moje poglądy, ale któż panu 

powiedział,  że  doszedłem  do  nich  przypadkiem,  że  nie  powstały  one  we  mnie  pod 

wpływem tego samego ducha, w którego imieniu pan tak peroruje? 

— Akurat! Bardzo nam są nihiliści potrzebni! 

—  Potrzebni  czy  niepotrzebni,  nie  my  będziemy  decydowali.  Przecież  pan  także 

uważa się za pożytecznego. 

—  Panowie,  panowie,  proszę,  tylko  bez  osobistych  aluzji  —  zawołał  Mikołaj 

Pietrowicz i wstał. 

Paweł  Pietrowicz  uśmiechnął  się  i  kładąc  rękę  na  ramieniu  brata  zmusił  go,  by 

usiadł. 

—  Bądź  spokojny  —  rzekł.  —  Nie  zapomnę  się,  właśnie  dzięki  owemu  poczuciu 

godności, z którego tak okrutnie pokpiwa sobie pan... pan doktor. Ale pan może myśli 

—  ciągnął  dalej,  zwracając  się  znowu  do  Bazarowa  —  że  wasze  teorie  są  nowe?  Jest 

pan  tedy  w  błędzie.  Materializm,  który  głosicie,  nieraz  już  był  w  modzie  i  zawsze 

bankrutował... 

—  Znów  cudzoziemskie  słowo  -  przerwał  Bazarow.  Był  już  zły  i  twarz  jego 

przybrała  jakąś  miedzianą,  ordynarną  barwę. —  Po  pierwsze,  nic  nie  głosimy;  to  nie 

leży w naszych zwyczajach… 

— Cóż więc robicie? 

—  Powiem  panu,  co  robimy.  Przedtem,  jeszcze  niedawno,  mówiliśmy,  że  nasi 

urzędnicy  biorą  łapówki,  że  nie  mamy  ani  dróg,  ani  handlu,  ani  sprawiedliwych 

background image

sądów... 

—  No,  tak,  tak,  jesteście  oskarżycielami,  tak  się  to  bodaj  nazywa.  Na  wiele 

waszych oskarżeń przystaję, ale... 

— A potem doszliśmy do wniosku, że nie dość gadać, wciąż tylko gadać o naszych 

bolączkach,  że  to  prowadzi  wyłącznie  do  ogólników  i  doktrynerstwa;  ujrzeliśmy,  że 

nasi  mędrcy,  tak  zwani  przodujący  ludzie  i  oskarżyciele,  sami  nic  nie  są  warci,  że 

zajmujemy się głupstwami, rozprawiamy o jakiejś sztuce, nieświadomej twórczości, o 

parlamentaryzmie, adwokaturze i diabli wiedzą o czym jeszcze, podczas gdy chodzi o 

chleb  powszedni,  gdy  duszą  nas  najciemniejsze  przesądy,  gdy  wszystkie  nasze 

towarzystwa  akcyjne  rozlatują  się  tylko  dlatego,  że  brak  uczciwych  ludzi;  gdy  nawet 

wolność,  o  którą  troszczy  się  rząd,  może  nam  nie  wyjść  na  dobre,  ponieważ  chłop 

chętnie sam okradłby siebie, byleby tylko upić się w karczmie do nieprzytomności. 

—  Tak  —  przerwał  Paweł  Pietrowicz —  tak, przekonaliście się  o  tym  wszystkim i 

postanowiliście nic poważnego nie robić? 

— I postanowiliśmy nic poważnego nie robić — ponuro powtórzył Baznrow. 

Nagle ogarnął go gniew, że tak szczerze mówi z tym jaśnie panem.  

— I tylko wymyślać? 

— I tylko wymyślać. 

— To się nazywa nihilizm? 

—  To  się  nazywa  nihilizm  —  powtórzył  znowu  Bazarow,  tym  razem  ze 

szczególnym zuchwalstwem. 

Paweł Piotrowicz lekko zmrużył oczy. 

—  Ach  tak!  —  powiedział  dziwnie  spokojnym  głosem.  —  Nihilizm  powinien  na 

każde zło znaleźć sposób, wy więc jesteście naszymi zbawcami i bohaterami. Tak. Ale 

dlaczego oczerniacie innych, choćby owych oskarżycieli? Czy nie tak samo gadacie jak 

wszyscy? 

—  Co  jak  co,  ale  tego  grzechu  nie  mamy  na  sumieniu  —  wycedził  przez  zęby 

Bazarow. 

— Więc jak? Działacie? Macie zamiar działać?  

Bazarow  nie  odpowiadał.  Paweł  Pietrowicz  drgnął,  lecz  natychmiast  się 

opanował. 

—  Hm...  Działać,  burzyć... —  ciągnął  dalej. —  Ale  jak  można  burzyć  nie  wiedząc 

dlaczego? 

— Burzymy, ponieważ jesteśmy siłą — wtrącił Arkadiusz. 

background image

Paweł Pietrowicz spojrzał na swego bratanka i uśmiechnął się. 

—  Tak,  siłą,  a  siła  nie  potrzebuje  usprawiedliwienia  —  rzekł  Arkadiusz  i 

wyprostował się. 

—  Nieszczęsny! — wykrzyknął  Paweł Pietrowicz;  w  żaden sposób nie potrafił  już 

nad  sobą  zapanować.  —  Pomyślałbyś  chociaż,  co  popierasz  w  Rosji  wypowiadając 

swoją  trywialną  sentencję.  Nie,  to  nawet  anioła  może  wytrącić  z  równowagi!  Siła! 

Nawet  w  dzikim  Kałmuku,  nawet  w  Mongole  kryje  się  siła,  lecz  na  cóż  nam  ona 

potrzebna?  Nam  droga  jest  cywilizacja,  tak,  tak,  łaskawy  panie;  drogie  nam  są  jej 

owoce.  I  nie  mówcie  mi,  że  te  owoce  są  nędzne:  ostatni  bazgracz,  un  barbouilleur, 

grajek, który dostaje pięć kopiejek za wieczór, są pożyteczniejsi od was, ponieważ są 

przedstawicielami  cywilizacji,  nie  zaś  prostackiej,  mongolskiej  siły!  Wyobrażacie 

sobie, że jesteście ludzie postępowi, a powinniście mieszkać w kałmuckiej jurcie! Siła! 

Przypomnijcie sobie wreszcie, panowie siłacze, że jest was raptem cztery i pół osoby, 

tych zaś, co nie dopuszczą, abyście zdeptali ich najświętsze przekonania, tych, co was 

zduszą, są miliony!... 

— Jeśli zduszą, to trudno — powiedział Bazarow. — Tylko na dwoje jeszcze babka 

wróżyła. Nie tak nas mało, jak pan przypuszcza. 

—  Co?  Czy  pan  żartuje,  czy  doprawdy  sądzi  pan,  że  dacie  sobie  radę  z  całym 

narodem? 

— Pan wie, że od łojowej świeczki spłonęła Moskwa

10

 — odrzekł Bazarow. 

—  Tak,  tak.  Najpierw  pycha  szatańska,  potem  drwiny.  Oto  czym  się  zajmuje 

młodzież, oto metody ujarzmiania niedoświadczonych chłopięcych serc! Niechże pan 

spojrzy;  jeden  z  nich  siedzi  obok  pana,  niemal  się  do  pana  modli,  ciesz  się  pan! 

(Arkadiusz  odwrócił  się  i  nachmurzył.)  Ta  zaraza  zatoczyła  już  szerokie  kręgi. 

Mówiono mi o naszych malarzach w Rzymie, że noga ich nawet nie postoi w Muzeum 

Watykańskim.  Rafaela  uważają  prawie  za  głupca,  bo  to  przecież  autorytet,  sami  zaś 

tak dalece nic nie umieją i nic zrobić nie mogą, że aż wstręt bierze; wyobraźnia ich nie 

sięga poza Dziewczynę u źródła, i tyle. A ta dziewczyna jest obrzydliwie namalowana. 

Pan zapewne sądzi, że to dzielni ludzie, co? 

—  Sądzę,  że  Rafael  niewart  złamanego  szeląga,  oni  zaś  nie  są  od  niego  lepsi  — 

odrzekł Bazarow. 

—  Brawo,  brawo!  Słuchaj,  Arkadiuszu...  oto  jak  powinna  mówić  współczesna 

                                                        

10

 Aluzja do przysłowia rosyjskiego: „Moskwa spłonęła od świecy za kopiejkę" (Moskwa sgoriela ot 

kopiejecznoj swieczi). W r. 1443 Moskwa spaliła się od świeczki postawionej w cerkwi Sw. Nikoły, w r. 1737 — 

background image

młodzież. Jakże ma nie iść za wami? Dawniej młodzi musieli się uczyć; jeśli nie chcieli 

uchodzić  za  ignorantów,  musieli  pracować.  A  teraz  dość  powiedzieć:  wszystko  na 

świecie głupstwo! — i sprawa załatwiona. Młodzież przyjęła to z radością. Doprawdy, 

przedtem byli zwykłymi durniami, a teraz otrzymali nagle miano nihilistów. 

—  Otóż  i  zawiodło  pana  sławetne  poczucie  własnej  godności  —  flegmatycznie 

zauważył Bazarow, podczas gdy Arkadiusz zaczerwienił się i błysnął oczami. — Nasza 

sprzeczka zaszła zbyt daleko... Lepiej będzie, jeśli ją przerwiemy. Gotów będę zgodzić 

się z panem wtedy tylko — dodał wstając — kiedy pokaże mi pan choć jedną rodzinę 

lub  społeczną  instytucję  we  współczesnym  świecie,  której  nie  trzeba  przekreślić,  i  to 

bez żadnej litości. 

—  Mogę  panu  pokazać  miliony  takich  instytucji  —  zawołał  Paweł  Pietrowicz  — 

miliony! Weźmy na przykład gminę wiejską. 

Ironiczny uśmiech wykrzywił wargi Bazarowa. 

—  Na  ten  temat  niechże  pan  porozmawia  raczej  ze  swoim  bratem.  Zdaje  się,  że 

teraz wie on już doskonale, co to jest gminna, zbiorowa odpowiedzialność, trzeźwość i 

tym podobne historie. 

—  A  na  przykład  rodzina  w  tej  formie,  jaką  widzimy  u  naszych  wieśniaków?  — 

wykrzyknął Paweł Pietrowicz. 

—  Sądzę,  że  lepiej,  by  pan  nie  zastanawiał  się  nad  tym  zagadnieniem.  Pewno 

słyszał  pan  o  teściach,  co  żyją  ze  swymi  synowymi?  Pawle  Pietrowiczu,  niechże  pan 

sobie zostawi kilka dni czasu, wątpię, żeby pan od razu coś znalazł. Niech pan weźmie 

pod  uwagę  wszystkie  nasze  warstwy  społeczne,  pomyśli  dobrze  nad  każdą,  ja  zaś  i 

Arkadiusz będziemy... 

— Kpić sobie ze wszystkiego — podchwycił Paweł Pietrowicz. 

— Nie, krajać żaby. Chodźmy, Arkadiuszu, do widzenia panom. 

Przyjaciele wyszli. Bracia zostali sami i z początku tylko spoglądali na siebie. 

—  Proszę  —  zaczął  Paweł  Pietrowicz  —  proszę,  oto  dzisiejsza  młodzież!  Nasi 

następcy! 

—  Następcy  —  powtórzył  z  żałosnym  westchnieniem  Mikołaj  Pietrowicz.  Przez 

cały  wieczór  siedział  jak  na  rozżarzonych  węglach,  ukradkiem  i  z  udręką  patrząc  na 

Arkadiusza.  —  Wiesz,  co  mi  się  przypomina,  bracie?  Kiedyś  posprzeczałem  się  z 

nieboszczką  matką:  krzyczała,  nie  chciała  mnie  słuchać...  Powiedziałem  jej  wreszcie, 

że  nie  może  mnie  zrozumieć,  że  należymy  do  dwóch  różnych  pokoleń.  Obraziła  się 

                                                                                                                                                                             
od świecy w domu Miłosławskiego. (Przyp. red.) 

background image

bardzo,  ja  zaś  pomyślałem:  cóż  robić?  Gorzka  pigułka,  ale  musi  ją  przełknąć.  Teraz 

nasza  kolej i  nasi następcy  mogą  nam powiedzieć: nie jesteście  z  naszego  pokolenia, 

łykajcie pigułkę. 

—  Zbyt  jesteś  dobroduszny  i  skromny  —  zaoponował  Paweł  Pietrowicz  —  ja 

natomiast  wiem  dobrze,  że  mamy  więcej  racji  niż  te  paniczyki,  chociaż  posługujemy 

się  może  językiem  trochę  przestarzałym,  vieilli,  i  brak  nam  zuchwałej  pewności 

siebie...  A  jacy  ci  młodzi  są  nadęci!  Zapytasz  którego:  „Jakiego  chce  pan  wina, 

czerwonego czy białego?" „Mam zwyczaj przekładać czerwone nad inne" — odpowiada 

basem i z tak dostojną miną, jakby cały wszechświat patrzył na niego w tej chwili. 

— Czy podać jeszcze herbaty? — spytała Fieniczka wysuwając głowę zza drzwi; nie 

ośmielała się wejść do salonu, póki słychać było głosy dyskutujących. 

— Nie, każ zabrać samowar — odpowiedział Mikołaj Pietrowicz i wstał, by do niej 

podejść. Paweł Pietrowicz rzucił mu krótko bon soir i poszedł do swojego gabinetu. 

 

XI 

W  pół  godziny później  Mikołaj Pietrowicz  wyszedł  do  ogrodu,  do swej ulubionej 

altanki. Ogarnęły go smutne myśli. Po raz pierwszy zdał sobie jasno sprawę ze swego 

rozejścia się z synem; przeczuwał, że różnica, która ich dzieli, z każdym dniem będzie 

się  zwiększać.  A  więc  na  próżno  zimą  w  Petersburgu  po  całych  dniach  przesiadywał 

nad  najnowszymi  dziełami;  na  próżno  przysłuchiwał  się  rozmowom  młodzieży;  na 

próżno  cieszył  się,  kiedy  potrafił  wtrącić  słówko  do  ich  burzliwych  dyskusji.  „Brat 

powiada, że my mamy rację — rozmyślał. — Jeśli nawet odrzucić wszelką próżność, to 

i  tak  wydaje  się,  że  oni są  dalsi od prawdy  niż  my;  a przecież  czuję,  że  mają  w sobie 

coś, czego my nie mamy, jakąś przewagę nad nami... Młodość? Nie, nie tylko młodość. 

Czy nie na tym polega owa przewaga, że mniej w nich śladów pańskości niż w nas?" 

Mikołaj Pietrowicz spuścił głowę i przesunął ręką po twarzy. 

„Ale odrzucać poezję? — pomyślał znowu. — Nie odczuwać sztuki, natury..." 

I  rozejrzał  się  wokół,  jakby  chcąc  zrozumieć,  jak  można  nie  odczuwać  natury. 

Zapadał  zmrok;  słońce  schowało  się  za  niewielki  gaj  osinowy,  który  rósł  o  jakie  pół 

wiorsty  od  ogrodu;  bezkresny  jego  cień  padał  na  nieruchome  pola.  Po  ciemnej, 

wąskiej  ścieżce,  biegnącej  skrajem  lasku,  jechał  kłusem  chłopek  na  białym  koniku: 

widać  go  było  dobrze,  a  chociaż  jechał  cienistą  stroną,  nawet  łata  na  ramieniu  nie 

uchodziła  uwagi  patrzącego;  przyjemnie  było  spoglądać  na  migające  wyraźnie  nogi 

konika.  Promienie  słońca  przenikały  do  lasku  i,  przebijając  się  przez  gęstwinę,  za-

background image

lewały pnie osin tak ciepłym światłem, że stawały się podobne do pni sosen, listowie 

zaś  przybierało  barwę  niemal  niebieską;  nad  konarami  drzew  wznosiło  się 

bladobłękitne niebo, lekko zarumienione zorzą. Jaskółki krążyły wysoko; wiatr zamarł 

zupełnie;  zapóźnione  pszczoły  leniwie  i  sennie  brzęczały  w  kwiatach  bzu;  muszki 

gęstym  rojem  wirowały  nad  samotną,  daleko  wyciągniętą  gałązką.  „Jak  pięknie,  mój 

Boże!"  — pomyślał  Mikołaj  Pietrowicz  i  na usta  cisnęły  mu się  już ulubione  wiersze, 

ale  przypomniał  sobie  Arkadiusza,  Stoff  und  Kraft  —  i  zamilkł,  lecz  siedział  nadal, 

oddając się smutnym i na przemian radosnym, samotnym rozmyślaniom. Lubił sobie 

pomarzyć;  życie  wiejskie  rozwinęło  w  nim  tę  umiejętność.  Niedawno  jeszcze  tak 

marzył  czekając  na  syna  w  zajeździe,  lecz  od  tego  czasu  nastąpiły  zmiany,  niejasne 

jeszcze  wtedy  stosunki  ustaliły  się...  i  to  jak!  Znowu  ujrzał  przed  sobą  nieboszczkę 

żonę,  ale  nie  taką,  jaką  znał  przez  tyle  lat;  nie  była  to  skrzętna,  zapobiegliwa 

gospodyni,  lecz  młoda  dziewczyna  o  smukłej  talii;  spoglądała  niewinnie  i  pytająco, 

nad  dziecinnym  karczkiem  miała  mocno  skręcony  warkocz.  Przypomniał  sobie,  jak 

ujrzał ją po raz pierwszy. Był wtedy jeszcze studentem. Spotkał ją na schodach domu, 

gdzie mieszkał, i niechcący ją potrąciwszy obrócił się i chciał przeprosić, ale wybąkał 

tylko: „Pardon, monsieur", ona zaś schyliła głowę, uśmiechnęła się jakby zalękniona, 

uciekła,  mijając  zaś  zakręt  rzuciła  mu  szybkie  spojrzenie,  nagle  przybrała  poważną 

minę  i  zaczerwieniła  się.  A  potem  pierwsze  nieśmiałe  spotkania,  półsłówka, 

półuśmiechy,  niepewność,  smutek, porywy  i wreszcie  ta  zapierająca  oddech  radość... 

Wszystko  to  minęło.  Została  jego  żoną,  był  szczęśliwy  jak  niewielu  na  ziemi... 

„Dlaczego  —  myślał  —  owe  słodkie  pierwsze  chwile  nie  trwają  wiecznie,  nie  mają 

nieśmiertelnego życia?" 

Nie  próbował  wyjaśnić  sobie  tej  myśli,  ale  czuł,  że  chciałby  nie  tylko  pamięcią 

utrzymać przy sobie ów błogi czas, lecz pragnąłby znów odczuć bliskość swojej Marii, 

jej ciepło i oddech, i wydawało mu się, jak gdyby nad nim... 

— Mikołaju Pietrowiczu — rozległ się w pobliżu głos Fieniczki. — Gdzie pan jest? 

Wzdrygnął  się.  Nie  doznał  ani  bólu,  ani  wyrzutów  sumienia...  Nie  dopuszczał 

nawet myśli, że mógłby porównywać żonę z Fieniczką, ale żałował, że przyszło jej na 

myśl go szukać. Jej głos przypomniał mu własną starość, siwe włosy, teraźniejszość... 

Czarodziejski świat, do którego już wstępował, który już wyłaniał się z mglistych 

fal przeszłości, zachwiał się — i znikł. 

— Jestem tutaj — odpowiedział — zaraz przyjdę, a ty idź. — „Oto ślady pańskości" 

—  przemknęło  mu  przez  myśl.  Fieniczka  w  milczeniu  zajrzała  do  altanki  i  znikła;  ze 

background image

zdumieniem spostrzegł, że kiedy tak marzył, nadeszła noc. Wokół było ciemno i cicho; 

twarz Fieniczki prześliznęła się przed jego oczami, taka blada i maleńka. Wstał i chciał 

wrócić do domu, lecz nie mógł opanować wzruszenia; zaczął wolno przechadzać się po 

ogrodzie, patrząc w zamyśleniu pod nogi lub podnosząc oczy ku niebu, gdzie migotały 

już  roje  gwiazd.  Chodził  długo,  aż  do  zmęczenia,  a  niepokój,  jakiś  nieokreślony, 

bolesny niepokój nie ustawał. O, jakże śmiałby się z niego Bazarow, gdyby wiedział, co 

się  w  nim  wtedy  działo!  Nawet  Arkadiusz  by  go  potępił.  On,  czterdziestoczteroletni 

mężczyzna, agronom i gospodarz, miał w oczach łzy, łzy bez żadnego powodu; to było 

sto razy gorsze niż wiolonczela. 

Mikołaj Pietrowicz wciąż chodził i nie mógł się zdecydować, by wrócić do domu, 

do tego cichego i przytulnego gniazda, które tak życzliwie spoglądało na niego swymi 

oświetlonymi  oknami;  nie  miał  siły,  by  rozstać  się  z  ciemnością,  z  ogrodem,  ze 

świeżością,  którą  dawało  chłodne,  nocne  powietrze  muskające  policzki,  z  tym 

smutkiem, z tym niepokojem... 

Na zakręcie ścieżki spotkał brata. 

—  Co  ci  się  stało?  —  zapytał  Paweł.  —  Jesteś  blady  jak  widmo.  Tyś  niezdrów! 

dlaczego się nie kładziesz? 

Brat  opowiedział  mu  krótko  o  swoich  doznaniach  i  wrócił  do  domu.  Paweł 

Pietrowicz doszedł aż do końca ogrodu, również się zamyślił i podniósł oczy ku niebu. 

Ale w jego wspaniałych ciemnych oczach nie odbijało się nic prócz światła gwiazd. Nie 

urodził  się  romantykiem,  jego  wykwintna,  oschła  i  namiętna,  na  francuski  sposób 

nasycona mizantropią dusza nie umiała marzyć. 

—  Wiesz co?  —  mówił  tej  samej nocy  Bazarow  do  Arkadiusza. —  Przyszła  mi  do 

głowy  świetna  myśl.  Twój  ojciec  wspomniał  dzisiaj,  że  otrzymał  zaproszenie  od  tego 

waszego znakomitego krewniaka. Ojciec nie pojedzie; wybierzmy się do ***, przecież 

ten  jegomość  ciebie  też  zaprasza.  Widzisz,  jaka  tu  teraz  zrobiła  się  atmosfera; 

przejedziemy się trochę, obejrzymy miasto, powałęsamy się pięć, sześć dni, i basta. 

— A stamtąd wrócisz tutaj? 

—  Nie,  muszę  pojechać  do  ojca.  Wiesz  przecież,  że  mieszka  w  odległości 

trzydziestu wiorst od ***. Nie widziałem dawno jego i matki; trzeba staruszkom zrobić 

przyjemność.  To  zacni  ludzie,  zwłaszcza  ojciec;  jest  przezabawny.  Mają  tylko  mnie 

jednego. 

— Długo u nich zostaniesz? 

— Nie sądzę. Na pewno będzie nudno. 

background image

— Chyba wstąpisz do nas wracając? 

— Nie wiem... zobaczę. No więc jak? Jedziemy? 

— Dobrze — leniwie rzekł Arkadiusz. 

W duchu bardzo się ucieszył z pomysłu swego przyjaciela, lecz uznał, że powinien 

ukryć swe uczucia. Był przecież nihilistą. 

Nazajutrz wyjechali do ***. Młodzież w Mariinie bardzo żałowała,  że odjeżdżają; 

Duniasza nawet się popłakała... ale starsi panowie odetchnęli z ulgą. 

 

XII 

Miasto  ***,  do  którego  wyruszyli  nasi  przyjaciele,  znajdowało  się  pod  zarządem 

młodego gubernatora, postępowca i despoty, jak to wszędzie i zawsze bywa w Rosji. W 

ciągu  pierwszego  roku  swego  urzędowania  zdążył  pokłócić  się  nie  tylko  z 

gubernialnym  marszałkiem  szlachty,  dymisjonowanym  sztabsrotmistrzem  gwardii, 

hodowcą  koni  i  gościnnym  gospodarzem,  lecz  nawet  z  własnymi  urzędnikami. 

Wynikłe  na  tym  tle  zatargi  przyjęły  wreszcie  takie  rozmiary,  że  ministerstwo  w 

Petersburgu  uznało  za  konieczne  wysłać  do  ***  zaufaną  osobę  z  poleceniem,  by  na 

miejscu  rozpatrzyła  powikłane  sprawy.  Wybór  władz  padł  na  Matwieja  Iljicza 

Kolazina, syna owego Kolazina, który w swoim czasie opiekował się braćmi Kirsanow. 

Kolazin także należał do „młodych", to znaczy, niedawno skończył czterdzieści lat, ale 

już kroił na męża stanu i nosił na piersi z każdej strony gwiazdę. Jedna z nich była co 

prawda  cudzoziemska,  i  to  nie  najlepsza.  Podobnie  jak  gubernator,  o  którym  miał 

wydać  opinię,  uważał  się  za  postępowca  i  chociaż  zaliczał  się  już  do  grubych  ryb, 

bynajmniej ich nie przypominał. Mniemania był o sobie wysokiego; próżność jego nie 

znała  granic,  ale  odznaczał  się  prostotą  w  obejściu,  patrzył  życzliwie,  pobłażliwie 

słuchał  i  śmiał  się  tak  dobrodusznie,  że  z  początku  mógł  nawet  uchodzić  za 

„wspaniałego  chłopa".  W  poważnych  sytuacjach  potrafił  jednak,  jak  to  mówią, 

pokazać pazury. „Energia jest niezbędna — mawiał wtedy — l’énergie est la premiére 

qualité  d'un  homme  d’état

11

."  Mimo  to  zazwyczaj  bywał  wystrychnięty  na  dudka  i 

każdy choć trochę doświadczony urzędnik łatwo mógł go wodzić za nos. Matwiej Iljicz 

z  wielkim  szacunkiem  wyrażał  się  o  panu  Guizot  i  starał  się  dać  do  zrozumienia 

wszem  wobec  i  każdemu  z  osobna,  że  nie  należy  do  rutyniarzy  i  zacofanych 

biurokratów,  że  nie  przechodzi  obojętnie  obok  żadnego  z  ważnych  przejawów  życia 

społecznego... Frazesy tego rodzaju znał doskonale. Interesował się nawet, co prawda 

background image

z  pewną  wielkopańską  niedbałością,  rozwojem  współczesnej  literatury:  podobnie 

dorosły  człowiek,  spotkawszy  na  ulicy  czeredę  chłopaków,  niekiedy  się  do  nich 

przyłącza. W gruncie rzeczy Matwiej Iljicz niezbyt się różnił od mężów stanu z czasów 

Aleksandra,  którzy  wybierając  się  na  wieczór  do  mieszkającej  podówczas  w 

Petersburgu pani Swieczin odczytywali z rana stronicę Condillaca; tylko maniery miał 

inne,  bardziej  współczesne.  Był  zręcznym  dworakiem,  wielkim  spryciarzem  i  nic 

więcej;  na  sprawach  publicznych  się  nie  znał,  wielkiego  rozumu  nie  posiadał,  lecz 

potrafił  dbać  o  swoje  interesy:  w  tej  dziedzinie  nikt  nie  mógł  nim  kierować,  a  to 

przecież  najważniejsze.  Matwiej  Iljicz  przyjął  Arkadiusza  z  właściwą  światłemu 

dygnitarzowi  dobrodusznością,  a  nawet  nieco  filuternie.  Zdumiał  się  jednak,  gdy 

usłyszał,  że  zaproszeni  przez  niego  krewni  nie  przyjechali.  —  Twój  papa  był  zawsze 

dziwakiem  —  zauważył  podrzucając  chwasty  swego  wspaniałego  aksamitnego 

szlafroka  i  nagle,  zwróciwszy  się  do  młodego  urzędnika  w  mundurze  zapiętym  w 

sposób świadczący o jak największej lojalności, zawołał z zatroskaną miną: — Co tam? 

— Młody człowiek, którego wargi skleiły się od długiego milczenia, wstał i niepewnie 

spojrzał  na  swego  zwierzchnika.  Ale  Matwiej  Iljicz  wprawiwszy  w  zakłopotanie 

podwładnego  nie  zwracał  już  na  niego  uwagi.  Nasi  dygnitarze  w  ogóle  lubią 

zaskakiwać swoich podwładnych; by osiągnąć ten cel, stosują dość rozmaite sposoby. 

Oto sposób, bardzo zresztą używany, is quite a favourite

12

, jak powiadają Anglicy: dy-

gnitarz przestaje nagle rozumieć najprostsze słowa, udaje głuchego. Pyta na przykład: 

jaki dzień mamy dzisiaj? 

Odpowiadają mu z największym szacunkiem: 

— Piątek, wasza eks...eks...eks...cjo... 

— Jak? Co? Co takiego? Co pan mówi? — z naciskiem powtarza dostojnik. 

— Piątek, wasza eks...cjo. 

— Jak? Co? Cóż to takiego piątek? Jaki piątek? 

— Piątek, wasza eks...eks...cjo, to dzień tygodnia. 

— No, widzę, że masz zamiar mnie uczyć!  

Matwiej Iljicz był mimo wszystko dygnitarzem, chociaż uważał się za liberała. 

— Radzę ci, mój przyjacielu, złożyć wizytę gubernatorowi — rzekł do Arkadiusza. 

—  Rozumiesz,  że  radzę  ci  tak  nie  dlatego,  bym  sam  był  zwolennikiem  starych 

poglądów  i  uważał,  iż  władzom  trzeba  się  koniecznie  kłaniać;  po  prostu  dlatego,  że 

                                                                                                                                                                             

11

 Energia jest najważniejszą zaletą męża stanu. 

12

 ulubiony 

background image

gubernator  to  porządny  człowiek;  przypuszczam  też,  że  zechcesz  zaznajomić  się  z 

tutejszym  towarzystwem...  Nie  jesteś,  mam  nadzieję,  niedźwiedziem?  Pojutrze 

gubernator wydaje wielki bal. 

— Wuj będzie na tym balu? — zapytał Arkadiusz. 

—  To  bal  na  moją  cześć  —  powiedział  Matwiej  Iljicz  niemal  z  ubolewaniem.  — 

Tańczysz? 

— Tańczę, ale kiepsko. 

—  Szkoda.  Są  tu  ładne  kobiety,  zresztą  wstyd,  żeby  młody  człowiek  nie  tańczył. 

Znowu  nie  mówię  tego  ze  względu  na  tradycję;  bynajmniej  nie  uważam,  że  rozum 

powinien znajdować się w nogach; ale bajronizm jest śmieszny, il a fait son temps

13

. 

— Przecież ja nie z powodu bajronizmu, wujaszku, nie... 

—  Zapoznam  cię  z  tutejszymi  paniami,  biorę  cię  pod  swoje  skrzydła  —  przerwał 

Matwiej Iljicz i roześmiał się z zadowoleniem. — Będzie ci jak u Pana Boga za piecem, 

co? 

Wszedł  lokaj  i  oznajmił  przybycie  przewodniczącego  izby  skarbowej,  starca  o 

słodkim wejrzeniu i pomarszczonych ustach, który ogromnie kochał naturę, zwłaszcza 

w  letni  dzień,  gdy  według  jego  własnych  słów:  „Każda  pszczółeczka  z  każdego 

kwiateczka bierze łapóweczkę..." Arkadiusz wyszedł. 

Zastał  Bazarowa  w hotelu,  gdzie  się  zatrzymali,  i  długo namawiał  go,  by  poszedł 

do gubernatora. 

—  Cóż  robić!  —  powiedział  wreszcie  Bazarow.  —  Jeśli  wpadłeś  między  wrony... 

Przyjechaliśmy oglądać ziemian, oglądajmy ich zatem! 

Gubernator  przyjął  młodzieńców  uprzejmie,  ale  nie  prosił  ich,  by  usiedli,  i  sam 

nie siadał. Nieustannie był czymś zajęty i zawsze się spieszył. Z rana wkładał obcisły 

wicemundur  i  niezwykle  ciasno  wiązał  halsztuk,  nie  kończył  śniadania,  nie  dopijał 

herbaty i wciąż wydawał polecenia. W guberni nazywano go Bourdaloue, nie czyniąc 

w ten sposób aluzji do znakomitego francuskiego kaznodziei, lecz do pierwszych dwu 

sylab  jego  nazwiska.  Zaprosił  Kirsanowa  i  Bazarowa  do  siebie  na  bal  i  po  dwóch 

minutach  zaprosił  ich  po  raz  wtóry,  uważając  ich  tym  razem  za  braci  i  nazywając 

panami Kajsarow. 

Wracali właśnie od gubernatora, kiedy z przejeżdżającej obok dorożki wyskoczył 

nagle mężczyzna niewielkiego wzrostu, w słowianofilskiej szamerowanej węgierce, i z 

okrzykiem: — Eugeniuszu Wasiliczu! — rzucił się ku Bazarowowi. 

                                                        

13

 przeżył się 

background image

—  Ach,  to  pąn,  Herr  Sitnikow  —  rzekł  Bazarow  wciąż  idąc.  —  Skąd  się  pan  tu 

wziął? 

—  Niech  pan  sobie  wyobrazi,  zupełnie  przypadkowo  —  odpowiedział  tamten  i 

zawróciwszy  ku  dorożce,  skinął  kilkakrotnie  ręką  i  krzyknął:  —  Jedź  za  nami!  Mój 

ojciec  ma  tutaj  coś  do  załatwienia  —  ciągnął  dalej,  przeskakując  przez  rynsztok  — 

prosił  mnie  więc...  Dowiedziałem  się  dzisiaj  o  pana  przyjeździe  i  już u pana  byłem... 

(W istocie, przyjaciele wróciwszy do swego pokoju znaleźli bilecik z zagiętymi rogami 

i  nazwiskiem  Sitnikowa,  wydrukowanym  z  jednej  strony  po  francusku,  z  drugiej  zaś 

rosyjską czcionką.) Mam nadzieję, że nie wraca pan od gubernatora? 

— Próżna nadzieja, idziemy wprost od niego. 

—  W  takim  razie  ja  też  się  do  niego  udam.  Eugeniuszu  Wasiliczu,  niechże mnie 

pan zapozna ze swoim... z panem... 

— Sitnikow, Kirsanow — mruknął nie zatrzymując się Bazarow. 

—  Ogromnie  się  cieszę  —  zaczął  Sitnikow  idąc  obok,  uśmiechając  się  i  szybko 

zdejmując  swoje  nazbyt  eleganckie  rękawiczki.  —  Wiele  słyszałem...  Jestem  starym 

znajomym  Eugeniusza  Wasilicza,  a  nawet  mogę  powiedzieć  —  jego  uczniem. 

Zawdzięczam mu swoje przeistoczenie... 

Arkadiusz spojrzał na ucznia Bazarowa. W drobnych, przyjemnych zresztą rysach 

jego  gładziutkiej  twarzy  malował  się  wyraz  trwożnego  i  tępego  napięcia;  niewielkie, 

wciśnięte w głąb oczy patrzyły z uporem i niespokojnie, śmiał się także niespokojnie: 

jakimś urywanym, drewnianym śmiechem. 

—  Czy  pan  uwierzy  —  ciągnął  dalej  —  że  gdy  Eugeniusz  Wasilicz  pierwszy  raz 

powiedział  przy  mnie,  że  nie  należy  uznawać  autorytetów,  ogarnął  mnie  taki 

zachwyt...  jakbym  nagle  przejrzał!  Ach!  pomyślałem,  wreszcie  znalazłem  człowieka! 

Ale,  ale...  Eugeniuszu  Wasiliczu,  musi  pan  koniecznie  odwiedzić  jedną  z  tutejszych 

dam,  która  potrafi  pana  zrozumieć  i  dla  której  pańska  wizyta  będzie  prawdziwym 

świętem; słyszał pan zapewne o tej damie? 

— Któż to? — spytał niechętnie Bazarow. 

—  Eudoxie  Kukszin,  Eudoksja  Kukszin.  To  niezwykła  natura,  emancipee  

prawdziwym znaczeniu tego słowa, postępowa kobieta. Wie pan co? Chodźmy do niej 

teraz,  razem.  Mieszka  dwa  kroki  stąd...  Zjemy  tam  śniadanie.  Panowie  jeszcze  nie 

jedli śniadania? 

— Nie. 

— Doskonale. Wie pan, ona rozeszła się z mężem, jest niezależna. 

background image

— Ładna? — przerwał Bazarow. 

— N... nie, nie można tego powiedzieć. 

— Więc po jakiego diabła zaprasza pan nas do niej? 

— Ach, żartowniś z pana, żartowniś... Postawi nam butelkę szampana. 

—  Od  razu  widać  praktycznego  człowieka.  Ale  właśnie!  Czy  ojciec  pana  wciąż 

jeszcze zajmuje się propinacją? 

—  Wciąż  —  szybko  odpowiedział  Sitnikow  i  roześmiał  się  piskliwie.  —  Cóż, 

idziemy? 

— Doprawdy, nie wiem. 

— Chciałeś oglądać ludzi, ruszaj więc — zauważył półgłosem Arkadiusz. 

— A pan? — zwrócił się Sitnikow do Kirsanowa. — Niechże pan idzie z nami; bez 

pana nic z tego. 

— Jak to, wszyscy, tak bez ceremonii? 

— Nic nie szkodzi. To wspaniała kobieta. 

— Dostaniemy butelkę szampana? — zapytał Bazarow. 

— Trzy butelki! — zawołał Sitnikow. — Ręczę za to! 

— Czym? 

— Własną głową. 

— Lepiej by sakiewką ojczulka... Zresztą chodźmy! 

 

XIII 

Niewielki  szlachecki  domek  w  moskiewskim  guście,  gdzie  mieszkała  Awdotia 

Nikitiszna (albo Eudoksja) Kukszin, stał przy jednej z niedawno spalonych ulic miasta 

***;  wiadomo,  że  nasze  miasta  gubernialne  płoną  co  pięć  lat.  U  drzwi,  nad  krzywo 

przybitym  biletem  wizytowym,  widać  było  rączkę  dzwonka;  do  przedpokoju  na 

spotkanie  gości  wyszła  kobieta  w  czepku,  ni  to  służąca,  ni  to  dama  do  towarzystwa, 

niewątpliwe świadectwo postępowych dążeń pani domu. Sitnikow zapytał, czy zastali 

Awdotię Nikitisznę. 

— To pan, Victor? — rozległ się cienki głos z sąsiedniego pokoju. — Proszę wejść. 

Kobieta w czepku natychmiast znikła. 

—  Nie  jestem  sam  —  powiedział  Sitnikow  zdejmując  węgierkę,  spod  której 

ukazało się coś w rodzaju długiej kurtki czy sakpalta, i rzucając dziarskie spojrzenie w 

stronę Arkadiusza i Bazarowa. 

— Wszystko jedno — odrzekł głos. — Entrez.  

background image

Młodzi  ludzie  weszli.  Pokój,  w  którym  się  znaleźli,  bardziej  był  podobny  do 

gabinetu  niż  do  salonu.  Na  zakurzonych  stołach  pełno  było  papierów,  listów  i 

przeważnie nie rozciętych zeszytów rosyjskich czasopism; wszędzie bielały porzucone 

niedopałki papierosów. Na skórzanej kanapie spoczywała na wpół leżąc młoda jeszcze 

kobieta,  blondynka  o  nieco  potarganych  włosach,  w  jedwabnej,  niezbyt  schludnej 

sukni,  z  grubymi  bransoletami  na  króciutkich  rękach  i  koronkową  chusteczką  na 

głowie. Wstała z kanapy i niedbałym ruchem okrywając ramiona aksamitną mantylką 

podbitą pożółkłymi gronostajami, rzekła leniwie: 

— Dzień dobry, Victor! — i uścisnęła rękę Sitnikowa. 

— Bazarow, Kirsanow — powiedział krótko Sitnikow naśladując Bazarowa. 

—  Bardzo  jestem  rada  —  odpowiedziała  pani  Kukszin  i  wlepiwszy  w  Bazarowa 

swoje  okrągłe  oczy,  między  którymi  samotnie  czerwieniał  maleńki,  zadarty  nosek, 

dodała: — Znam pana — i uścisnęła mu rękę. 

Bazarow  zmarszczył  brwi.  W  malutkiej,  niepozornej  figurce  wyemancypowanej 

kobiety  nie  było  nic  odrażającego,  lecz  wyraz  jej  twarzy  wywierał  nieprzyjemne 

wrażenie. Mimo woli miało się ochotę zapytać: „Co ci jest, czy jesteś głodna? Może się 

nudzisz?  Może  się  czegoś  obawiasz?  Dlaczego  jesteś  taka  nienaturalna?"  I  ona, 

podobnie  jak  Sitnikow,  odczuwała  jakiś  ustawiczny  niepokój.  Mówiła  i  ruszała  się 

niedbale,  przy  tym  bardzo  niezręcznie;  najwidoczniej  uważała  się  za  istotę 

dobroduszną  i  prostą,  a  jednak  cokolwiek  robiła,  zawsze  sprawiało  to  wrażenie,  że 

tego  właśnie  nie  chciała  zrobić;  wszystko,  jak  mówią  dzieci,  robiła  naumyślnie,  to 

znaczy nienaturalnie. 

— Tak, tak, Bazarow, znam pana — powtórzyła. (Jak wiele dam na prowincji i w 

Moskwie,  miała  zwyczaj  od  pierwszego  dnia  znajomości  zwracać się do  mężczyzn  po 

nazwisku.) — Zapali pan cygaro? 

—  Cygaro  cygarem —  przerwał  Sitnikow,  który  zdążył  już  rozwalić  się  w  fotelu  i 

zadrzeć nogę do góry — lecz prosiłbym o śniadanie. Okropnie jesteśmy głodni; niech 

pani każe też przynieść nam butelkę szampana. 

— Sybaryta — powiedziała Eudoksja i roześmiała się. (Gdy się śmiała, nad zębami 

widać było dziąsła.) — Prawda, Bazarow, że to sybaryta? 

—  Lubię  komfort  —  rzekł  z  namaszczeniem  Sitnikow.  —  To  nie  przeszkadza  mi 

być liberałem. 

— Przeciwnie, przeszkadza, przeszkadza — zawołała Eudoksja, ale mimo to kazała 

służącej  zająć  się  śniadaniem  i  szampanem.  —  Co  pan  o  tym  myśli?  —  dodała 

background image

zwracając się do Bazarowa. — Jestem pewna, że podziela pan moje zdanie. 

—  No,  nie  —  odparł  Bazarow  —  kawałek  mięsa  jest  lepszy  niż  kawałek  chleba, 

nawet z punktu widzenia chemii. 

—  Pan  zajmuje  się  chemią?  To  moja  namiętność.  Wymyśliłam  nawet  pewien 

mastyks. 

— Mastyks? Pani? 

— Tak, ja. Wie pan, w jakim celu? Do wyrobu lalek i główek do nich, żeby się nie 

tłukły.  Przecież  jestem  także  praktyczna.  Ale  to  wszystko  jeszcze  nie  gotowe.  Trzeba 

jeszcze  poczytać  Liebiga.  Ale,  ale...  czy  czytał  pan  w  „Gazecie  Moskiewskiej"  artykuł 

Kislakowa  o  pracy  kobiet?  Niech  pan  koniecznie  przeczyta.  Przecież  interesuje  pana 

problem kobiecy? I szkoły także? Co robi pański przyjaciel? Jak się nazywa? 

Pani  Kukszin  siała  swe  pytania,  jedno  po  drugim,  z  niedbałą  kokieterią,  nie 

czekając odpowiedzi; tak rozmawiają ze swoimi nianiami rozpieszczone dzieci. 

— Nazywam się Arkadiusz Nikołajewicz Kirsanow — powiedział Arkadiusz — i nic 

nie robię. 

Eudoksja wybuchnęła śmiechem. 

— To ślicznie! Co, pan nie pali? Wiktorze, jestem na pana zła. 

— Za co? 

— Podobno znowu wychwala pan George Sand. To zacofana kobieta i tyle. Jakże 

można porównywać ją z Emersonem? Nie ma żadnych poglądów ani na wychowanie, 

ani na fizjologię, w ogóle na nic. Jestem pewna, że nie słyszała nawet o embriologii, a 

w naszych czasach jakże można o tym nie wiedzieć? (Eudoksja aż rozłożyła ręce.) Ach, 

jaki  zadziwiający  artykuł  na  ten  temat  napisał  Jelisiewicz.  To  genialny  jegomość! 

(Eudoksja stale używała słowa „jegomość" zamiast „człowiek".) Bazarow, niechże pan 

siądzie obok mnie na kanapie. Może pan nie wie, że bardzo się pana boję? 

— Pozwoli pani, że zapytam — dlaczego? 

—  Niebezpieczny  z  pana  jegomość;  taki  krytyk.  Ach,  mój  Boże!  To  śmieszne, 

mówię  jak  prowincjonalna  dziedziczka.  Zresztą  naprawdę  jestem  dziedziczką.  Sama 

zarządzam  majątkiem  i  niech  pan  sobie  wyobrazi,  mam  starostę  Jerofieja  — 

zadziwiający typ, istny Tropiciel Śladów Coopera; ma w sobie coś tak bezpośredniego. 

Ostatecznie osiedliłam się tutaj; nieznośne miasto, prawda? Cóż jednak robić? 

— Miasto jak miasto — chłodno zauważył Bazarow. 

—  Wciąż  tylko  te  błahe  sprawy,  to  okropne.  Dawniej  mieszkałam  zimą  w 

Moskwie... Ale teraz przebywa tam mój ślubny małżonek, monsieur Kukszin. Zresztą 

background image

Moskwa  teraz...  nie  wiem  doprawdy,  ale  to  już  nie  to.  Mam  zamiar  wyjechać  za 

granicę; w zeszłym roku byłam już gotowa do podróży. 

— Do Paryża, oczywiście? — zapytał Bazarow. 

— Do Paryża i Heidelbergi. 

— Czemu do Heidelbergi? 

— Zlituj się pan, tam jest Bunsen.  

Na to Bazarow nie znalazł odpowiedzi. 

— Pierre Sapożnikow... pan go zna? 

— Nie, nie znam. 

—  Zlituj  się  pan,  Pierre  Sapożnikow...  ten,  co  wciąż  jeszcze  bywa  u  Lidii 

Chostatow. 

— Jej także nie znam. 

— Otóż on właśnie chciał być moim przewodnikiem. Dzięki Bogu, jestem wolna, 

nie mam dzieci. Cóż to ja powiedziałam: dzięki Bogu? Zresztą wszystko jedno. 

Eudoksja  skręciła  papierosa  pożółkłymi  od  tytoniu  palcami,  pociągnęła  po  nim 

językiem, possała i zapaliła. Weszła służąca z tacą. 

—  Proszę,  śniadanie.  Może  coś  przekąsicie?  Wiktorze,  proszę  odkorkować 

butelkę; to już należy do pana. 

— Do mnie, do mnie — mruknął Sitnikow i znowu roześmiał się piskliwie. 

— Czy są tu ładne kobiety? — zapytał Bazarow dopijając trzeci kieliszek. 

— Są — odrzekła Eudoksja — ale wszystkie takie puste... Mon amie Odincowa, na 

przykład, jest niebrzydka. Szkoda, że ma taką reputację... Zresztą to nie ma znaczenia; 

ale  żadnej  swobody  poglądów,  szerszych  horyzontów,  nic...  Należy  zmienić  zupełnie 

system wychowania. Myślałam już o tym: nasze kobiety wychowuje się bardzo źle. 

— Nic pani nie poradzi — podjął Sitnikow. — Trzeba nimi gardzić i ja nimi gardzę, 

zupełnie  i  całkowicie!  (Możność  pogardzania  i  wyrażania  swej  pogardy  była  dla 

Sitnikowa najprzyjemniejszym doznaniem; ze szczególnym upodobaniem napadał na 

kobiety, nie podejrzewając, że za kilka miesięcy będzie się płaszczył przed swoją żoną 

tylko dlatego, że była z domu księżniczką Durdoleosow.) Żadna z nich nie potrafiłaby 

zrozumieć  naszej  rozmowy;  żadna  nie  jest  warta,  abyśmy  my,  poważni  mężczyźni, 

mówili o niej. 

— Po cóż miałyby rozumieć nasze rozmowy? — spytał Bazarow. 

— O kim mówicie? — wtrąciła się Eudoksja. 

— O ładnych kobietach. 

background image

— Jak to? Więc pan podziela poglądy Proudhona?  

Bazarow hardo się wyprostował. 

— Nie podzielam niczyich poglądów; mam własne. 

—  Precz  z  autorytetami!  —  krzyknął  Sitnikow  rad,  że  może  użyć  ostrych  słów  w 

obecności człowieka, przed którym się poniżał. 

— Ale sam Macaulay... — zaczęła znów Kukszina. 

— Precz z Macaulayem! — zagrzmiał Sitnikow. — Pani broni tych bab? 

—  Nie  bronię  bab,  tylko  praw  kobiet,  o  które  przysięgłam  sobie  walczyć  do 

ostatniej kropli krwi. 

— Precz z... — tu Sitnikow urwał. — Bynajmniej ich nie neguję — powiedział. 

— Nie! Widzę, że jest pan słowianofilem. 

— Nie, nie jestem słowianofilem, chociaż oczywiście… 

—  Nie!  nie!  nie!  Słowianofil  z  pana!  Zwolennik  Domostroju

14

.  Panu  by  tylko 

nahajkę do ręki. 

— Nahajka... to niezła rzecz — zauważył Bazarow — tylko że pijemy teraz ostatnie 

krople... 

— Czego? — przerwała Eudoksja. 

— Szampana, czcigodna Awdotio Nikitiszno, szampana, nie twojej krwi. 

—  Nie  mogę  słuchać  obojętnie,  gdy  ktoś  napada  na  kobiety  —  ciągnęła  dalej 

Eudoksja. — To okropne, okropne. Zamiast napadać, lepiej przeczytałby pan książkę 

Micheleta De l'amour. To cudo. Panowie, rozmawiajmy o miłości — dodała Eudoksja, 

w rozmarzeniu opuszczając rękę na zmiętą poduszkę kanapy. 

Zapanowało nagłe milczenie. 

—  Nie,  po  co  mówić  o  miłości  —  rzekł  Bazarow.  —  Ale  wspomniała  pani  o 

Odincowej... Takie, zdaje się, wymieniła pani nazwisko? Któż to jest? 

—  Urocza!  urocza!  —  zapiszczał  Sitnikow.  —  Przedstawię  pana!  Mądra,  bogata, 

wdowa.  Niestety,  nie  jest  jeszcze  dosyć  inteligentna:  powinna  poznać  bliżej  naszą 

Eudoksję.  Pani  zdrowie,  Eudoxie!  Trąćmy  się.  Et  toc,  et  toc,  et tin-tin-tin.  Et  toc,  et 

toc, et tin—tin-tin-tin! 

— Victor, figlarz z pana. 

Śniadanie  ciągnęło  się  długo.  Po  pierwszej  butelce  szampana  poszła  druga, 

trzecia,  a  nawet  czwarta...  Eudoksja  trajkotała  bez  wytchnienia;  Sitnikow  do-

trzymywał jej kroku. Długo rozważali oboje zagadnienie małżeństwa: czy małżeństwo 

                                                        

14

 Domostroj — zbiór przepisów z w. XVI, dotyczących zasad rodzinnych i domowych Rosjan. (Przyp. red.) 

background image

jest  przesądem,  czy  występkiem?  i  jacy  rodzą  się  ludzie,  jednakowi  czy  różni?  i  na 

czym  właściwie  polega  indywidualność?  Doszło  wreszcie  do  tego,  że  Eudoksja, 

czerwona od wypitego wina, stukając płaskimi paznokciami o klawisze rozstrojonego 

fortepianu,  zaczęła  śpiewać  ochrypłym  głosem  najpierw  cygańskie  pieśni,  a  potem 

romans Seymour-Schiffa Drzemie senna Grenada, Sitnikow zaś owiązał głowę szalem 

i odgrywał omdlewającego kochanka przy słowach: 

 

I usta twe z moimi 

Gorącym pocałunkiem złączyć... 

 

Arkadiusz nie mógł już wytrzymać. 

—  Panowie,  za  bardzo  to  wszystko  staje  się  podobne  do  Bedlam

15

  —  zauważył 

głośno. 

Bazarow, który bardzo rzadko wtrącał do rozmowy szydercze uwagi — zajmował 

go  raczej  szampan  —  głośno  ziewnął,  wstał  i  nie  żegnając  się  z  gospodynią  wyszedł 

razem z Arkadiuszem. Sitnikow pobiegł za nimi. 

— No co, no co? — pytał przypochlebnie, biegnąc to z prawej, to z lewej strony. — 

Przecież  mówiłem:  wspaniała  osoba!  Więcej  takich  kobiet!  Eudoksja  jest  w  swoim 

rodzaju wysoce moralnym zjawiskiem. 

—  A  ten  zakład  twego  ojca  jest  także  moralnym  zjawiskiem?  —  powiedział 

Bazarow wskazując palcem na szynk, obok którego właśnie przechodzili. 

Sitnikow  znowu  wybuchnął  piskliwym  śmiechem.  Bardzo  wstydził  się  swego 

pochodzenia  i  nie  wiedział,  czy  powinien  uznać  nieoczekiwane  tykanie  Bazarowa  za 

pochlebstwo czy też za obrazę. 

 

XIV 

W  kilka  dni później  odbył  się  bal  u  gubernatora.  Matwiej  Iljicz  był  prawdziwym 

„bohaterem  dnia".  Gubernialny  marszałek  szlachty  oświadczył  wszem  wobec,  że 

przybył  właściwie  tylko  z  szacunku  dla  niego,  gubernator  zaś  nawet na  balu,  i nawet 

kiedy  stał  nieruchomo,  wciąż  jak  gdyby  „wydawał  polecenia".  Delikatność  obejścia 

Matwieja  Iljicza  mogła  równać  się  tylko  z  jego  dostojeństwem.  Głaskał  próżność 

wszystkich,  jednych  z  pewnym  niesmakiem,  innych  z  odcieniem  szacunku;  en  vrai 

                                                        

15

 Bedlam — zakład dla umysłowo chorych pod Londynem. (Przyp. red.) 

background image

chevalier  français

16

  rozpływał  się  w  uprzejmościach  wobec  pań,  wciąż  śmiał  się 

donośnym,  dźwięcznym śmiechem,  i sam  tylko,  jak  przystało  dostojnikowi.  Poklepał 

po  plecach  Arkadiusza  i  głośno  nazwał  go  „kochanym  siostrzeńcem",  zaszczycił 

Bazarowa,  ubranego  w  podniszczony  frak,  roztargnionym,  ale  pobłażliwym  spoj-

rzeniem,  które  musnęło  twarz  młodzieńca,  oraz  niewyraźnym,  choć  uprzejmym 

mruknięciem,  w  którym  można  było  tylko  odróżnić  dźwięki  „ja..."  i  „...dzo";  podał 

palec  Sitnikowowi  i  obdarzył  go  uśmiechem,  ale  uczynił  to,  gdy  odwracał  już  głowę; 

nawet  pani  Kukszin,  która  zjawiła  się  na  balu  bez  krynoliny  i  w  brudnych 

rękawiczkach, ale za to z rajskim ptakiem we włosach, powiedział: Enchanté

17

. 

Gości  było  mnóstwo,  nie  brakło  też  kawalerów;  panowie  we  frakach  cisnęli  się 

pod  ścianami,  za  to  wojskowi  tańczyli  z  zapałem,  a  zwłaszcza  jeden  z  nich,  który 

spędził  ze  sześć  tygodni  w  Paryżu,  gdzie  nauczył  się  rozmaitych  zawadiackich 

okrzyków, jak: zuf, ah fichtrrre, pst, pst, mon bibi itp. Słówka te wymawiał doskonale, 

z prawdziwie paryskim szykiem, ale jednocześnie mówił si j’aurais, zamiast si j'avais i 

absolument  w  znaczeniu  koniecznie,  słowem,  posługiwał  się  owym  rosyjsko-

francuskim narzeczem, które tak śmieszy Francuzów, kiedy nie muszą nas zapewniać, 

że mówimy ich językiem jak anioły, comme des anges. 

Arkadiusz, jak wiemy, tańczył źle, Bazarow  zaś nie tańczył wcale; obaj usadowili 

się  w  kącie;  przyłączył  się  do  nich  Sitnikow.  Z  pogardliwym  uśmiechem  na  twarzy 

rzucał  jadowite  uwagi,  zuchwale  rozglądał  się  dokoła  i  zdawało  się,  że  doznaje 

prawdziwej rozkoszy. Nagle wyraz jego twarzy zmienił się; zwrócił się do Arkadiusza i 

powiedział jakby zmieszany: — Przyjechała Odincowa. 

Arkadiusz  obejrzał  się  i  zobaczył  wysoką  kobietę  w  czarnej  sukni;  przystanęła  w 

drzwiach  sali.  Uderzył  go  jej  dostojny  wygląd.  Obnażone  ręce  były  harmonijnie 

opuszczone  wzdłuż  zgrabnej  figury;  na  krągłe  ramiona  spadały  z  lśniących  włosów 

delikatne gałązki fuksji; jasne oczy spoglądały mądrze i spokojnie, właśnie spokojnie, 

nie  marząco,  spod  nieco  wydatnego  białego  czoła,  a  na  ustach  błąkał  się  ledwo 

dostrzegalny uśmiech. Promieniowała z tej twarzy jakaś łagodna i delikatna siła. 

— Pan ją zna? — zapytał Arkadiusz Sitnikowa. 

— Od niedawna. Chce pan, żebym pana przedstawił? 

— Owszem... po tym kadrylu. 

Bazarow także zwrócił uwagę na Odincową. 

                                                        

16

 jak prawdziwy kawaler francuski 

17

 bardzo mi miło 

background image

— Cóż to za osoba? — rzekł. — Nie jest podobna do innych bab. 

Gdy  kadryl  się  skończył,  Sitnikow  zaprowadził  Arkadiusza  do  Odincowej;  ale 

można  było  wątpić,  czy  znał  ją  bliżej;  plątał  się  w  swych  wypowiedziach,  ona  zaś 

patrzyła  na  niego  z  pewnym  zdumieniem.  Twarz  jej  rozjaśniła  się  jednak  na  dźwięk 

nazwiska Arkadiusza. Zapytała go, czy jest synem Mikołaja Pietrowicza. 

— Tak, pani. 

— Widziałam pańskiego ojca dwa razy i wiele o nim słyszałam — ciągnęła dalej. — 

Rada jestem pana poznać. 

W  tej  chwili  podbiegł  do  niej  jakiś  adiutant  i  poprosił  ją  do  kadryla.  Przyjęła 

zaproszenie. 

— Pani tańczy? — z szacunkiem zapytał Arkadiusz. 

— Tańczę. Dlaczego pan myśli, że nie tańczę? Czy wydaję się panu zbyt stara? 

— Ależ co znowu! W takim razie pozwolę sobie prosić panią o mazura. 

Odincowa uśmiechnęła się pobłażliwie. 

— Bardzo chętnie — powiedziała i spojrzała na Arkadiusza wprawdzie nie z góry, 

ale tak, jak zamężne siostry patrzą na młodziutkich braci. 

Odincowa  była  nieco  starsza  od  Arkadiusza,  niedawno  skończyła  dwadzieścia 

osiem  lat,  ale  w  jej  obecności  czuł  się  niby  uczeń  czy  student,  jak  gdyby  różnica  lat 

była  znacznie  większa.  Do  Odincowej  majestatycznie  podszedł  Matwiej  Iljicz  z 

komplementami.  Arkadiusz  oddalił  się  trochę,  ale  wciąż  patrzył  na  nią;  również 

podczas kadryla nie spuszczał z niej oczu. Odincowa rozmawiała ze swoim tancerzem 

w  sposób  tak  samo  niewymuszony  jak  z  dygnitarzem;  spokojnie  poruszała  głową, 

wodziła wokół oczyma i dwa razy cicho się roześmiała. Nos miała nieco zbyt gruby, jak 

prawie  wszystkie  Rosjanki,  i  cerę  niezupełnie  czystą,  mimo  to  Arkadiusz  orzekł,  że 

nigdy jeszcze  nie  spotkał  tak uroczej  kobiety.  Głos  jej ciągle  dźwięczał  mu  w uszach; 

nawet  fałdy  jej  sukni  układały  się  jak  gdyby  inaczej,  harmonijniej  i  szerzej  niż  u 

innych, ruchy zaś były lekkie, a zarazem naturalne. 

Arkadiusz  czuł  się  nieco  onieśmielony,  gdy  przy  pierwszych  dźwiękach  mazura 

usiadł obok swej damy; zamierzał rozpocząć rozmowę, przeciągnął ręką po włosach i 

nie znajdował ani jednego słowa. Ale jego nieśmiałość i zakłopotanie nie trwały długo; 

udzielił  mu  się  spokój  Odincowej;  po  kwadransie  swobodnie  opowiadał  jej  o  swoim 

ojcu,  o  stryju,  o  życiu  w  Petersburgu  i  na  wsi.  Odincowa  słuchała  go  z  uprzejmym 

zainteresowaniem, lekko otwierając i zamykając wachlarz; przerywał swoją paplaninę, 

gdy zapraszali ją do tańca kawalerowie; Sitnikow prosił ją dwa razy. Wracała, siadając 

background image

znowu,  brała  wachlarz  i  pierś  jej  nawet  nie  poruszała  się  szybciej.  Arkadiusz  zaś 

znowu zaczynał paplać, szczęśliwy, że znajduje się w jej pobliżu, że mówi z nią, widzi 

jej oczy, wspaniałe czoło i całą jej miłą, poważną i mądrą twarz. Sama mówiła mało, 

ale  to,  co  mówiła,  wskazywało  na  znajomość  życia;  z  pewnych  jej  uwag  Arkadiusz 

wywnioskował, że wiele już przeżyła i przemyślała. 

— Z kim pan stał? — zapytała. — Wtedy gdy pan Sitnikow podszedł z panem do 

mnie? 

— Więc pani go zauważyła? — zapytał z kolei Arkadiusz. — Wspaniałą ma twarz, 

prawda? To mój przyjaciel Bazarow. 

I Arkadiusz zaczął mówić o „swoim przyjacielu". 

Mówił  o  nim  tak  szczegółowo  i  z  takim  zachwytem,  że  Odincowa  zwróciła  się  w 

jego stronę i spojrzała z uwagą. Mazur zbliżał się ku końcowi. Arkadiusz poczuł żal, że 

musi  pożegnać  swą  damę,  tak  przyjemnie  spędził  z  nią  około  godziny!  Co  prawda, 

przez  cały  czas  czuł  wyraźnie,  że  ona  czyni  mu  jak  gdyby  łaskę,  że  powinien  być  jej 

wdzięczny, ale młodym sercom nie ciążą takie uczucia. 

Muzyka zamilkła. 

— Merci — rzekła Odincowa wstając. — Obiecał pan mnie odwiedzić, niechże więc 

zabierze pan z sobą swego przyjaciela. Ciekawa byłabym poznać człowieka, który ma 

odwagę w nic nie wierzyć. 

Do  Odincowej  zbliżył  się  gubernator,  oświadczył,  że  kolacja  na  stole,  i  z 

zaaferowaną  miną  podał  jej  ramię.  Odchodząc  odwróciła  się,  aby  po  raz  ostatni 

uśmiechnąć się i skinąć Arkadiuszowi głową. Arkadiusz złożył jej niski ukłon, spojrzał 

za nią (jak zgrabna wydała mu się jej postać spowita w połyskujący czarny jedwab!), 

pomyślał: „W tej chwili zapomniała już o moim istnieniu", i duszę jego ogarnął słodki 

spokój... 

—  No,  cóż?  —  zapytał  Bazarow,  gdy  Arkadiusz  wrócił  do  kąta.  —  Zabawiłeś  się? 

Mówił mi przed chwilą pewien ziemianin, że ta pani — ho, ho, ho! Ale ten ziemianin 

to chyba głupiec. A jak ty myślisz? Czy ona rzeczywiście jest ho, ho, ho? 

— Niezupełnie rozumiem to określenie — odrzekł Arkadiusz. 

— A to dopiero! Jaki niewinny! 

—  W  takim  razie  nie  rozumiem  twego  ziemianina.  Odincowa  jest  bez  wątpienia 

bardzo miła, ale zachowuje się tak chłodno i powściągliwie, że... 

— Cicha woda... wiesz! — przerwał Bazarow. — Mówisz, że jest chłodna? Właśnie 

cały w tym smak! Przecie lubisz lody, prawda? 

background image

—  Może —  wybąkał  Arkadiusz —  ale  nic  o  tym  nie  wiem.  Ona  chce  cię  poznać  i 

prosiła, żebym cię do niej zabrał. 

— Wyobrażam sobie, jak mnie obmalowałeś! Zresztą dobrześ zrobił. Zawieź mnie 

do  niej.  Wszystko  jedno  czy  to  gubernialna  lwica,  czy  emancipee  w  rodzaju  pani 

Kukszin, ale takich ramion dawno nie widziałem. 

Arkadiusz  poczuł  się  dotknięty  cynizmem  Bazarowa,  lecz  jak  to  często  bywa, 

zarzucił mu nie to, co mu się nie spodobało... 

—  Dlaczego  nie  chcesz  przyznać,  że  kobiety  też  mogą  myśleć  niezależnie?  — 

zapytał półgłosem. 

—  Dlatego,  bracie,  że  według  moich  obserwacji  tą  cechą  odznaczają  się  tylko 

bardzo brzydkie kobiety. 

Na tym rozmowa się urwała. Obaj młodzi ludzie opuścili bal zaraz po kolacji. Gdy 

wychodzili, pani Kukszin roześmiała się nerwowo, ze złością, ale niezbyt głośno; czuła 

się  głęboko  urażona,  że  żaden  z  nich  nie  zwrócił  na  nią  uwagi.  Została  najdłużej  ze 

wszystkich na balu i o czwartej nad ranem zatańczyła z Sitnikowem polkę-mazurkę na 

paryską modłę. Tym pouczającym widowiskiem zakończył się bal u gubernatora. 

 

XV 

— Zobaczymy, do jakiego rzędu ssaków należy ta osoba — mówił następnego dnia 

do  Arkadiusza  Bazarow  idąc  z  nim  schodami  hotelu,  w  którym  zatrzymała  się 

Odincowa. — Czuję, że coś tu jest nie w porządku. 

—  Zdumiewasz  mnie! —  zawołał  Arkadiusz.  —  Jak  to?  Ty,  Bazarow,  uznajesz  tę 

ciasną moralność, która... 

—  Ależ  dziwak  z  ciebie!  —  niedbale  przerwał  mu  Bazarow.  —  Czy  nie  wiesz,  że 

wśród  nas,  w  naszym  narzeczu  „nie  w  porządku"  znaczy  „w  porządku"?  A  zatem 

sprawa  godna  uwagi.  Czy  sam  nie  mówiłeś  mi  dzisiaj,  że  Odincowa  jakoś  dziwnie 

wyszła za mąż, chociaż uważam, że małżeństwo z bogatym starcem nie tylko nie jest 

dziwne,  lecz  przeciwnie,  dowodzi  rozsądku.  Nie  wierzę  miejskim  plotkom;  ale  lubię 

pomyśleć,  jak  powiada  nasz  wykształcony  gubernator,  że  nie  są  pozbawione 

słuszności. 

Arkadiusz  nic  nie  odpowiedział  i  zastukał  do  drzwi.  Młody  służący  w  liberii 

wprowadził obu przyjaciół do wielkiego pokoju, kiepsko umeblowanego, jak wszystkie 

pokoje  w  rosyjskich  hotelach,  lecz  za  to  pełnego  kwiatów.  Wkrótce  zjawiła  się 

Odincowa  w  skromnej  porannej  sukni.  W  blasku  wiosennego  słońca  wydawała  się 

background image

jeszcze  młodsza.  Arkadiusz  przedstawił  jej  Bazarowa  i  z  ukrytym  zdziwieniem  spo-

strzegł, że tamten jakby się zmieszał; Odincowa była zupełnie spokojna, jak wczoraj. 

Bazarow  zdał  sobie  sprawę  ze  swego  zmieszania  i  był  zły  na  siebie.  „To  ci  dopiero! 

Przeląkłem  się  baby!"  —  pomyślał  i  rozwalił  się  w  fotelu  niczym  Sitnikow,  po  czym 

zaczął  mówić  w  sposób  przesadnie  swobodny;  Odincowa  nie  spuszczała  z  niego 

swoich jasnych oczu. 

Anna  Odincowa  była  córką  Sergiusza  Nikołajewicza  Łoktiewa,  słynnego  z  urody 

aferzysty  i  karciarza,  który  spędziwszy  piętnaście  lat  w  Petersburgu  i  Moskwie  na 

hucznych zabawach, skończył na tym, że zgrał się do nitki i musiał osiąść na wsi, gdzie 

zresztą  wkrótce  umarł  zostawiając  niewielki  mająteczek  dwom  swym  córkom: 

dwudziestoletniej  Annie  i  dwunastoletniej  Katarzynie.  Matka  ich,  pochodząca  ze 

zubożałego rodu książąt Ch., zmarła w Petersburgu, gdy mąż jej był jeszcze w pełni sił. 

Położenie  Anny  po  śmierci  ojca  było  bardzo  ciężkie.  Wyborna  edukacja,  jaką 

otrzymała  w  Petersburgu,  nie  przygotowała  jej  do  gospodarskich  i  domowych 

kłopotów ani też do życia na odludnej wsi. Nie znała dosłownie nikogo w całej okolicy, 

nie  miała  do  kogo  zwrócić  się  o  radę.  Ojciec starał  się unikać  wszelkich stosunków  z 

sąsiadami,  gardził  nimi  i  oni  nim  gardzili,  każdy  na  swój  sposób.  Anna  nie  straciła 

jednak  głowy,  natychmiast  zaprosiła  do  siebie  siostrę  swojej  matki,  księżniczkę 

Awdotię Stiepanownę Ch., złą i sprytną staruszkę, która zamieszkawszy u siostrzenicy 

zagarnęła dla siebie najlepsze pokoje, gderała i zrzędziła od  rana do nocy i nawet do 

ogrodu  wychodziła  w  towarzystwie  jedynego,  jaki  jej  pozostał,  poddanego  chłopa, 

ponurego  lokaja  w  trójgraniastym  kapeluszu  i  znoszonej  tabaczkowej  liberii  z 

błękitnym  galonem.  Anna  cierpliwie  znosiła  wszystkie  dziwactwa  ciotki,  z  wolna  za-

jęła  się  wychowaniem  siostry  i  jak  gdyby  pogodziła  się  z  myślą,  że  zwiędnie  na 

odludziu...  Ale  los  chciał  inaczej.  Przypadkiem  ujrzał  ją  niejaki  Odincow,  mężczyzna 

czterdziestosześcioletni, bardzo bogaty, dziwak, hipochondryk, gruby, ciężki i ponury, 

zresztą  niegłupi  i  niezły  człowiek;  zakochał  się  w  niej  i  poprosił  o  rękę.  Zgodziła  się 

zostać  jego  żoną;  przeżył  z  nią  sześć  lat,  a  umierając  zostawił  jej  cały  swój  majątek. 

Anna  Siergiejewna  przez  rok  po  śmierci  męża  nie  wyjeżdżała  ze  wsi;  potem  wybrała 

się razem z siostrą za granicę, lecz była tylko w Niemczech; stęskniła się i wróciła do 

swej uroczej  wsi  Nikolskoje  położonej  w  odległości  czterdziestu  wiorst  od  ***.  Miała 

tam  wspaniały,  doskonale  urządzony  dom,  piękny  ogród  i  oranżerię:  nieboszczyk 

Odincow  nie  odmawiał  sobie  niczego.  Anna  Siergiejewna  bardzo  rzadko  bywała  w 

mieście,  przeważnie  jeździła  tam  za  interesami  i  na  krótko.  W  guberni  nie  była 

background image

lubiana; bardzo oburzano się z powodu jej małżeństwa z Odincowem, opowiadano o 

niej  przeróżne  niebywałe  historie,  zapewniano,  że  pomagała  ojcu  w  jego  szulerskich 

machinacjach, że nie przypadkiem jeździła za granicę, lecz po to, by ukryć nieszczęsne 

następstwa...  „Pan  rozumie,  jakie  następstwa?"  —  dodawali  oburzeni  plotkarze. 

„Przeszła przez ogień i wodę" — mawiano o niej, a pewien znany w guberni dowcipniś 

dorzucał zazwyczaj: „I z niejednego pieca chleb jadła." Wszystkie te plotki dochodziły 

do niej, lecz puszczała je mimo uszu: charakter miała niezależny i dość stanowczy. 

Odincowa  siedziała  głęboko  wtulona  w  fotel  i  złożywszy  jedną  rękę  na  drugiej 

słuchała Bazarowa, który, wbrew swemu zwyczajowi, mówił dużo i wyraźnie starał się 

zainteresować  towarzyszkę  rozmowy,  co  znowu  zdziwiło  Arkadiusza.  Nie  potrafił 

rozstrzygnąć, czy Bazarow osiągnął swój cel. Z twarzy Anny Siergiejewny trudno było 

się  domyślić,  jakich  doznawała  wrażeń;  ta  twarz  niezmiennie  wyrażała  subtelną 

uprzejmość; piękne, błyszczące oczy patrzyły uważnie, ale była to uwaga beznamiętna. 

Sztuczność Bazarowa w pierwszych chwilach wizyty podziałała na nią nieprzyjemnie, 

jak  przykry  zapach  czy  ostry  dźwięk;  ale  od  razu  zrozumiała,  że  Bazarow  był  zmie-

szany, a to jej nawet schlebiało. Budziła w niej odrazę tylko wulgarność, tego zaś nikt 

Bazarowowi  nie  mógł  zarzucić.  Arkadiusz  owego  dnia  nie  przestawał  się  dziwić. 

Spodziewał  się,  że  Bazarow  z  Odincową,  jako  kobietą  mądrą,  będzie  rozmawiał  o 

swoich poglądach i przekonaniach; przecież sama chciała posłuchać człowieka, „który 

ma odwagę w nic nie wierzyć"; tymczasem Bazarow mówił o medycynie, homeopatii, 

botanice.  Okazało  się,  że  Odincowa  na  swym  odludziu  nie  traciła  czasu:  przeczytała 

kilka dobrych książek i mówiła poprawnie po rosyjsku. Skierowała rozmowę na temat 

muzyki,  lecz  zauważywszy,  że Bazarow  nie  uznaje  sztuki,  wróciła  niepostrzeżenie  do 

botaniki,  chociaż  Arkadiusz  zaczął  się  już  rozwodzić  o  znaczeniu  melodii  ludowych. 

Odincowa  nadal  traktowała  go  jak  młodszego  brata:  zdawało  się,  że  ceni  w  nim 

dobroć i prostotę młodości, lecz nic ponadto. Rozmowa pełna umiaru, urozmaicona i 

żywa trwała przeszło trzy godziny. 

Wreszcie przyjaciele wstali, by się pożegnać. Anna Siergiejewna spojrzała na nich 

życzliwie,  podała  każdemu  swą  piękną  białą  rękę  i  pomyślawszy  chwilkę,  z 

niepewnym, lecz miłym uśmiechem powiedziała: 

— Jeśli nie boicie się, panowie, nudy, przyjedźcie do mnie na wieś. 

— Ależ, Anno Siergiejewno! — zawołał Arkadiusz. — Będę to sobie poczytywał za 

wyjątkowe szczęście... 

— A pan, monsieur Bazarow? 

background image

Bazarow  poprzestał  na  ukłonie,  i  Arkadiuszowi  wypadło  zdziwić  się  po  raz 

ostatni: na twarzy przyjaciela zauważył rumieniec. 

— No — powiedział do niego, gdy wyszli — czy wciąż jeszcze myślisz, że ona jest 

ho-ho-ho? 

—  Kto  ją  tam  wie!  Proszę,  do  jakiej  oziębłości  doszła!  —  odrzekł  Bazarow  i  po 

chwili milczenia dodał: — Księżna, osoba panująca! Powinna tylko nosić z tyłu tren i 

koronę na głowie. 

— Nasze księżne nie mówią tak po rosyjsku — zauważył Arkadiusz. 

— Była w opałach, braciszku, pokosztowała naszego chleba. 

— A jednak jest zachwycająca — powiedział Arkadiusz. 

—  Jakie  wspaniałe  ciało!  —  ciągnął  dalej  Bazarow  —  doprawdy,  aż  się  prosi  na 

wykład anatomii. 

— Przestań, Eugeniuszu, na Boga! Do czego to podobne! 

— No, nie gniewaj się, delikaciku. Przecież powiedziałem: pierwsza klasa. Trzeba 

będzie do niej pojechać. 

— Kiedy? 

—  Chociażby  pojutrze.  Cóż  mamy  tu  do  roboty?  Pić  z  panią  Kukszin szampana? 

Słuchać,  co  mówi  twój  krewny,  liberalny  dygnitarz?  Pojedziemy  pojutrze.  Zresztą 

dworek  mojego  ojca  znajduje  się  niedaleko  stamtąd.  Przecie  to  Nikolskoje  leży  przy 

drodze do ***? 

— Tak. 

— Optime. Po cóż zwlekać; zwlekają tylko głupcy i przemądrzalcy. Powiadam ci: 

wspaniałe ciało! 

W  trzy  dni  potem  obaj  przyjaciele  jechali  traktem  do  wsi  Nikolskoje.  Dzień  był 

jasny  i  niezbyt  gorący,  dobrze  odkarmione  konie  pocztowe  szły  zgodnie,  z  lekka 

wymachując  podwiązanymi  i  zaplecionymi  ogonami.  Arkadiusz  patrzył  na  trakt  i 

uśmiechał się, sam nie wiedząc dlaczego. 

—  Złóż  mi  życzenia  —  zawołał  nagle  Bazarow.  —  Dzisiaj  jest  22  czerwca,  dzień 

moich imienin. Zobaczymy, jak mi się powiedzie. Dzisiaj czekają na mnie w domu — 

dodał zniżając głos. — No to poczekają, nic ważnego! 

 

XVI 

Dwór,  w  którym  mieszkała  Anna  Siergiejewna,  stał  na  połogim,  odsłoniętym 

wzgórzu,  opodal  żółtej  murowanej  cerkwi  z  zielonym  dachem,  białymi  kolumnami  i 

background image

wymalowanym nad górnym wejściem freskiem w stylu „włoskim", który przedstawiał 

Zmartwychwstanie  Chrystusa.  Osobliwie  zwracał  uwagę  swymi  zaokrąglonymi 

konturami  smagły  rycerz  w  szyszaku,  widoczny  na  pierwszym  planie  malowidła.  Za 

cerkwią  dwoma  rzędami  ciągnęły  się  wiejskie  chaty;  gdzieniegdzie  nad  słomianymi 

strzechami  sterczały  kominy.  Dwór,  zbudowany  w  tym  samym  stylu  co  cerkiew, 

znanym  u  nas  pod  nazwą  stylu  Aleksandra,  również  był  pomalowany  na  żółto,  miał 

zielony  dach,  białe  kolumny  i  fronton  z  herbem.  Gubernialny  architekt  wzniósł  obie 

budowle  za  aprobatą  nieboszczyka  Odincowa,  który  nie cierpiał  niedorzecznych,  we-

dług  jakiegoś  widzimisię improwizowanych,  jak  mawiał,  nowości.  Z  obu  stron  domu 

stały  ciemno  drzewa  starego  parku;  aleja  wysadzona  strzyżonymi  świerkami  wiodła 

do podjazdu. 

Na spotkanie naszych przyjaciół wyszli dwaj rośli lokaje w liberiach; jeden z nich 

zaraz pobiegł po ochmistrza. Ochmistrz, gruby mężczyzna w czarnym fraku, zjawił się 

natychmiast  i  poprowadził  gości  wysłanymi  dywanem  schodami  do  pokoju,  gdzie 

stały  już  dwa  łóżka  i  wszystko,  co  potrzebne  do  toalety.  Widać  było,  że  w  domu 

panował  porządek:  wszędzie  było  czysto,  wszędzie  unosił  się  jakiś  szacowny  zapach, 

niby w ministerialnych poczekalniach. 

— Anna Siergiejewna prosi panów do siebie za pół godziny — oznajmił ochmistrz. 

— Czy na razie panowie nic nie rozkażą? 

—  Nie,  mój  czcigodny  —  odrzekł  Bazarow.  —  Chyba  że  zechcesz  nam  przynieść 

kieliszek wódki. 

—  Słucham  pana  —  powiedział  ochmistrz  z  pewnym  zdumieniem  i  odszedł 

skrzypiąc butami. 

—  Cóż  za  granżanr!

18

  —  zauważył  Bazarow.  —  Chyba  tak  się  to  po  waszemu 

nazywa! Księżna, nie ma co mówić! 

—  Właśnie,  księżna!  —  zaprotestował  Arkadiusz.  —  Od  razu  zaprosiła  do  siebie 

takich wielkich arystokratów jak my. 

—  A  zwłaszcza  ja,  przyszły  lekarzyna,  syn  konowała  i  wnuk  diaka...  Wiesz 

przecież, że jestem wnukiem diaka?... 

—  Jak  Sperański  —  dodał,  krzywiąc  się,  po  chwili  milczenia.  —  Ależ  sobie 

dogadza, dogadza sobie ta pani! Może powinniśmy włożyć fraki? 

Arkadiusz wzruszył tylko ramionami... ale także czuł niejakie zakłopotanie. 

W  pół  godziny  później  Bazarow  i  Arkadiusz  zeszli  do  salonu.  Był  to  obszerny, 

                                                        

18

 Grand genre — wielkopański styl. (W oryg. pisownia fonetyczna.) 

background image

wysoki  pokój,  urządzony  z  pewnym  przepychem,  lecz  bez  szczególnego  smaku. 

Ciężkie  i  drogie  meble  stały  według  z  dawna  ustalonego  porządku  pod  ścianami 

pokrytymi  brązowym  obiciem  w  złoty  deseń;  nieboszczyk  Odincow  sprowadził  je  z 

Moskwy  za  pośrednictwem  swojego  przyjaciela,  handlarza  win,  który  załatwiał 

wszystkie  jego  zlecenia.  Nad  kanapą,  na  środkowej  ścianie,  wisiał  portret 

jasnowłosego  mężczyzny  o  obrzękłej  twarzy;  zdawało  się,  że  niechętnie  spogląda  na 

gości. 

—  To  pewno  on  —  szepnął  do  Arkadiusza  Bazarow  i  marszcząc  nos  dodał:  —  A 

może stąd uciec? 

W  tej  chwili  jednak  weszła  pani  domu.  Miała  na  sobie  lekką  bareżową  suknię; 

włosy  zaczesane  gładko  na  uszy  nadawały  dziewczęcy  wyraz  jej  czystej  i  świeżej 

twarzy. 

—  Dziękuję,  że  panowie dotrzymali  słowa — zaczęła —  zabawicie  trochę u  mnie; 

tutaj  doprawdy  jest  niebrzydko.  Zapoznam  was  z  moją  siostrą;  dobrze  gra  na 

fortepianie.  Dla  pana,  monsieur  Bazarow,  to  sprawa  obojętna;  ale  pan,  monsieur 

Kirsanow,  zdaje  się,  lubi  muzykę;  prócz  siostry  mieszka  u  mnie  staruszka  ciotka,  a 

jeden  z  sąsiadów  niekiedy  przyjeżdża  na  karty:  oto  całe  nasze  towarzystwo.  A  teraz 

siądźmy. 

Krótkie  to  przemówienie  wygłosiła  Odincowa  bardzo  wyraźnie,  jak  gdyby 

nauczyła  się  go na  pamięć.  Potem  zwróciła się  do Arkadiusza.  Matka  Odincowej, jak 

się  okazało,  znała  jego  matkę  i  była  nawet  jej  powiernicą  w  okresie,  gdy  tamta 

zakochała  się  w  Mikołaju  Pietrowiczu.  Arkadiusz  z  zapałem  zaczął  mówić  o 

nieboszczce,  Bazarow  zaś  przez  ten  czas  przeglądał  albumy.  „Jaki  zrobiłem  się 

grzeczniutki" — pomyślał. 

Piękna  charcica  w  błękitnej  obroży  wbiegła  do  salonu,  stukając  pazurami  o 

podłogę;  za  nią  weszła  osiemnastoletnia  dziewczyna,  smagła  brunetka  o  nieco 

okrągłej,  lecz  przyjemnej  twarzy  i  niewielkich,  ciemnych  oczach.  W  rękach  trzymała 

koszyk pełen kwiatów. 

— To moja Katia — powiedziała Odincowa wskazując ją ruchem głowy. 

Katia lekko dygnęła, usiadła obok siostry i zaczęła układać kwiaty. Charcica, która 

wabiła  się  Fifi,  machając  ogonem  podeszła  kolejno  do  obu  gości  i  dotknęła  swym 

chłodnym nosem ręki każdego z nich. 

— Sama to wszystko narwałaś? — zapytała Odincowa. 

— Tak — powiedziała Katia. 

background image

— A ciotka przyjdzie na herbatę? 

— Tak. 

Mówiąc  Katia  uśmiechała  się  przyjemnie,  trochę  wstydliwie,  ale  szczerze,  i 

patrzyła  w  jakiś  zabawny  i  surowy  jednocześnie  sposób,  z  dołu  do  góry.  Wszystko  w 

niej  było  bardzo  jeszcze  dziewczęce,  prawie  dziecinne:  głos,  puszek  na  całej  twarzy, 

różowe  ręce  z  bledszymi  nieco  plamkami  na  dłoniach  i  stulone  troszkę  ramiona... 

Nieustannie czerwieniła się i szybko oddychała. 

Odincowa zwróciła się do Bazarowa: 

—  Pan  przegląda  obrazki  z  poczucia  przyzwoitości,  Eugeniuszu  Wasiliczu  — 

zaczęła.  —  Przecież  to  pana  nie  interesuje.  Niech  pan  zechce  przysunąć  się  do  nas, 

podyskutujemy trochę. 

Bazarow przysiadł się bliżej. 

— O czym każe pani mówić? — rzekł. 

— Wybór pozostawiam panu. Uprzedzam, że bardzo lubię dyskutować. 

— Pani? 

— Tak. Pana to dziwi? Dlaczego? 

—  Ponieważ,  o  ile  mogę  sądzić,  ma  pani  charakter  spokojny  i  opanowany, 

dyskusja zaś wymaga zapału. 

— Tak szybko zdążył mnie pan poznać? Po pierwsze, jestem niecierpliwa i uparta, 

proszę zapytać Kati; po drugie, bardzo prędko się zapalam. 

Bazarow spojrzał na Annę Siergiejewnę. 

—  Być  może,  pani  wie  lepiej.  Chce  pani  zatem  dyskutować?  Cóż,  proszę  bardzo. 

Przeglądałem  widoki  Saskiej  Szwajcarii  w  pani  albumie;  pani  zauważyła,  że  mnie  to 

nie  może  zająć.  Powiedziała  pani  tak dlatego,  że  nie przypuszcza  pani,  bym  posiadał 

zmysł  artystyczny,  i  tak  jest  w  istocie;  ale  te  widoki  mogły  mnie  na  przykład 

zainteresować z punktu widzenia geologii, kształtowania się gór. 

—  Pan  wybaczy,  jako  geolog  raczej  posłużyłby  się  pan  książką,  dziełem 

specjalnym niż rysunkiem. 

—  Rysunek  ukaże  mi  plastycznie  to,  co  w  książce  zawiera  się  na  dziesięciu 

stronicach. 

Anna Siergiejewna chwilę milczała. 

—  Więc  doprawdy  nie  ma  pan  w  sobie  ani  odrobiny  wyczucia  artystycznego?  — 

zapytała opierając się łokciami o stół i w ten sposób przybliżając swą twarz do twarzy 

Bazarowa. — Jakże się pan bez tego obchodzi? 

background image

— Chciałbym wiedzieć, do czego to wyczucie ma mi służyć? 

— Chociażby do tego, by poznawać i rozumieć ludzi. 

Bazarow uśmiechnął się. 

—  Po  pierwsze,  do  tego  celu  służy doświadczenie  życiowe;  po  drugie  ośmielę  się 

twierdzić,  że  poznawanie  poszczególnych  jednostek  niewarte  jest  zachodu.  Wszyscy 

ludzie  są  do  siebie  podobni,  zarówno  ciałem,  jak  i  duszą;  każdy  z  nas  ma  mózg, 

śledzionę,  serce  i  płuca  zbudowane  jednakowo;  tak  zwane  cechy  charakteru  są 

również  takie  same  u  wszystkich:  niewielkie  odchylenia  nic  nie  znaczą.  Wystarczy 

znać jeden egzemplarz człowieka, by móc wydawać sądy o wszystkich innych. Ludzie 

są jak drzewa w lesie; botanik nie będzie się zajmował każdą brzozą z osobna. 

Katia,  która  bez  pośpiechu  układała  kwiaty,  ze  zdumieniem  podniosła  oczy  na 

Bazarowa i napotkawszy jego przelotne i niedbałe spojrzenie zarumieniła się po uszy. 

Anna Siergiejewna pokręciła głową. 

—  Drzewa  w  lesie  —  powtórzyła.  —  Więc  według  pana  nie  ma  różnicy  między 

człowiekiem mądrym a głupim, dobrym a złym? 

— Nie, jest, ale taka, jak między chorym a zdrowym. Płuca suchotnika wyglądają 

inaczej  niż  płuca  pani  czy  moje,  chociaż  zbudowane  są  tak  samo.  Wiemy  w 

przybliżeniu,  jakie  są  przyczyny  niedomagań  cielesnych;  choroby  zaś  charakteru 

powstają  wskutek  złego  wychowania,  przeróżnych  głupstw,  którymi  od  dzieciństwa 

nabija  się  człowiekowi  głowę,  słowem,  są  wynikiem  oburzającego  stanu 

społeczeństwa. Naprawcie społeczeństwo, a wtedy nie będzie chorób. 

Bazarow  mówił  to  wszystko  z  taką  miną,  jakby  jednocześnie  myślał:  „Wierz  mi 

lub  nie  wierz,  wszystko  mi  jedno!"  Powoli  wodził  długimi  palcami  po  faworytach  i 

spojrzenie jego błądziło z kąta w kąt. 

—  Przypuszcza  pan  zatem  —  rzekła  Anna  Siergiejewna  —  że  z  chwilą  gdy 

społeczeństwo się zmieni, nie będzie głupich i złych ludzi? 

—  W  każdym  razie  gdy  społeczeństwo  będzie  należycie  urządzone,  stanie  się 

obojętne, czy człowiek jest głupi czy mądry, zły czy dobry. 

— Rozumiem, wszyscy będą mieli jednakowe śledziony. 

— Otóż to, łaskawa pani! 

Odincowa zwróciła się do Arkadiusza: 

— A pan jak sądzi, Arkadiuszu Nikołajewiczu? 

— Zgadzam się z Eugeniuszem — odpowiedział.  

Katia popatrzyła na niego ukradkiem. 

background image

— Zadziwiacie mnie, panowie — rzekła Odincowa — ale jeszcze o tym pomówimy. 

Słyszę, że ciotka schodzi na herbatę; powinniśmy oszczędzić jej uszu. 

Weszła ciotka Anny Siergiejewny, księżniczka Ch ***, chudziutka i mała, o twarzy 

jak piąstka i nieruchomych, złych oczach spoglądających spod siwej peruczki; ledwie 

skinąwszy  głową  gościom, usiadła  w  szerokim,  obitym  aksamitem  fotelu,  do  którego 

nikt prócz niej nie miał prawa. Katia podstawiła jej podnóżek, stara nie podziękowała, 

nawet  nie spojrzała  na  nią;  poruszyła  tylko  rękoma  pod  żółtym szalem  okrywającym 

niemal całkowicie jej wątłe ciało. Księżniczka lubiła żółty kolor, przy czepku też miała 

jaskrawożółte wstążki. 

— Jak się cioci spało? — zapytała Odincowa podnosząc głos. 

— Znowu ten pies tutaj? — burknęła w odpowiedzi stara i widząc, że Fifi zrobiła 

dwa niepewne kroki w jej kierunku, krzyknęła: — A pójdziesz, pójdziesz! 

Katia zawołała Fifi i otworzyła jej drzwi. 

Fifi radośnie rzuciła się przed siebie w nadziei, że wyprowadzą ją na spacer, gdy 

została  jednak  sama  za  drzwiami,  zaczęła  drapać  w  nie  i  skomleć.  Księżniczka 

nachmurzyła się, Katia chciała już wyjść... 

—  Myślę,  że  podano  herbatę  —  rzekła  Odincowa.  —  Chodźmy,  panowie;  ciocia 

pozwoli na herbatę. 

Księżniczka wstała w milczeniu i pierwsza wyszła z salonu. Wszyscy ruszyli za nią 

do jadalni. Kozaczek w liberii z hałasem podsunął jej wymoszczony poduszkami i tak 

samo  uświęcony  fotel.  Katia,  która  nalewała  herbatę,  podała  jej  pierwszej  filiżankę  z 

wymalowanym  herbem.  Stara  nałożyła  sobie  miodu  do  filiżanki  (uważała,  że  picie 

herbaty  z  cukrem  jest  grzechem  i  zbytecznym  wydatkiem,  chociaż  sama  na  nic  nie 

łożyła) i nagle zapytała ochrypłym głosem: 

— A cóż pisze k s j ą ż e Iwan? 

Nikt  jej  nie  odpowiedział. Bazarow  i  Arkadiusz wkrótce  domyślili się,  że  nikt na 

nią  nie  zwraca  uwagi,  chociaż  jest  traktowana  z  szacunkiem.  „Trzymają  ją  tu  dla 

splendoru,  bo  to  latorośl  książęcego  rodu" —  pomyślał Bazarow...  Po  herbacie  Anna 

Siergiejewna  zaproponowała  przechadzkę,  ale  zaczął  kropić  deszcz  i  wszyscy,  z 

wyjątkiem  księżniczki,  wrócili  do  salonu.  Przyjechał  sąsiad,  amator  gry  w  karty; 

Porfiriusz  Płatonowicz,  tak  się  bowiem  ów  sąsiad  nazywał,  był  tłuściutki,  siwy,  z 

krótkimi,  jakby  toczonymi  nóżkami,  bardzo  uprzejmy  i  skory  do  śmiechu.  Anna 

Siergiejewna,  która  przeważnie  rozmawiała  z  Bazarowem,  zapytała  go,  czy  nie 

zechciałby  zagrać  z  nimi  w  staromodnego  preferansa.  Bazarow  przystał  mówiąc,  że 

background image

zawczasu winien się przygotować do przyszłego stanowiska lekarza powiatowego. 

—  Proszę  się  strzec  —  powiedziała  Anna  Siergiejewna  —  ogramy  pana  z 

Porfiriuszem  Płatonowiczem.  Ty  zaś,  Katiu  —  dodała  —  zagraj  coś;  Arkadiusz  Ni-

kołajewicz lubi muzykę, a my też posłuchamy. 

Katia  niechętnie  zbliżyła  się  do  fortepianu.  Arkadiusz,  choć  rzeczywiście  lubił 

muzykę,  nierad  poszedł  za  nią:  zdawało  mu  się,  że  Odincowa  go  odprawia;  w  sercu 

Arkadiusza, jak w sercu każdego młodzieńca w jego wieku, rodziło się jakieś niejasne i 

męczące doznanie, podobne do przeczucia miłości. Katia podniosła wieko fortepianu i 

nie patrząc na Arkadiusza spytała półgłosem: 

— Co mam panu zagrać? 

— Zechce pani wybrać sama — obojętnie odpowiedział Arkadiusz. 

—  Jaką  muzykę  lubi  pan  najbardziej?  —  powtórzyła  Katia  wciąż  nie  patrząc  na 

Arkadiusza. 

— Klasyczną — odparł tym samym tonem. — Lubi pan Mozarta? 

— Tak. 

Katia  wydobyła  ze  stosu  nut  Sonatę-fantazję  c-moll  Mozarta.  Grała  bardzo 

dobrze,  choć  nieco  surowo  i  oschle.  Nie  spuszczając  z  nut  oczu,  mocno  zacisnąwszy 

usta  siedziała  nieruchoma  i  wyprostowana  i  tylko  pod  koniec  utworu  twarz  jej 

zapłoniła się i pasemko włosów opadło na ciemną brew. 

Arkadiusza  osobliwie  uderzyła  ostatnia  część  sonaty,  owa  część,  gdzie  wśród 

urzekająco  wesołej,  beztroskiej  melodii  nieoczekiwanie  pojawiają  się  akcenty 

bolesnego, prawie tragicznego smutku... Ale  myśli wywołane dźwiękami Mozarta nie 

miały związku z Katią. Patrząc na nią zauważył tylko: „Nieźle gra ta panna i sama jest 

niebrzydka." 

Gdy Katia skończyła sonatę, zapytała nie odejmując rąk od klawiszy: — Dosyć? — 

Arkadiusz  oświadczył,  że  nie  śmie  jej  więcej  trudzić,  i  wszczął  rozmowę  o  Mozarcie, 

pytając,  czy  sama  wybrała  tę  sonatę,  czy  też  ktoś  zwrócił  jej  na nią uwagę.  Ale  Katia 

odpowiadała monosylabami: schowała się, zamknęła w sobie. Z tego stanu nieprędko 

umiała  się  otrząsnąć  i  twarz  jej  przybierała  wówczas  uparty,  tępy  prawie  wyraz.  Nie 

tyle była nieśmiała, co nieufna i trochę zahukana przez wychowującą ją siostrę, czego 

oczywiście  tamta  nawet  nie  podejrzewała.  Arkadiusz  nie  wiedząc  więc,  co  począć, 

zawołał  Fifi,  która  znów  znalazła  się  w  salonie,  i  dla  dodania  sobie  animuszu  z 

życzliwym uśmiechem gładził ją po łbie. Katia znowu zabrała się do swych kwiatów. 

Bazarow  nie  był  dobrym  graczem.  Anna  Siergiejewna  grała  w  karty  po 

background image

mistrzowsku,  Porfiriusz  Płatonowicz  też  nie  dawał  się  zapędzić  w  kozi  róg. Bazarow 

przegrał  wprawdzie  niewiele,  ale  było  mu  nieprzyjemnie.  Przy  kolacji  Anna 

Siergiejewna znowu zaczęła mówić o botanice. 

— Chodźmy jutro z rana na przechadzkę — rzekła do Bazarowa. — Chciałabym się 

od pana dowiedzieć nazw łacińskich i poznać właściwości roślin. 

— Na cóż pani nazwy łacińskie? — zapytał Bazarow. 

— Porządek niezbędny jest we wszystkim — odpowiedziała. 

— Cóż to za cudowna kobieta! — zawołał Arkadiusz, gdy został sam z przyjacielem 

w przeznaczonym dla nich pokoju. 

— Tak — rzekł Bazarow. — I z głową na karku. No, widziała już w życiu niejedno. 

— Co masz na myśli, Eugeniuszu Wasiliewiczu? 

—  Nic  złego,  kochany  Arkadiuszu  Nikołaiczu,  nic  złego!  Jestem  przekonany,  że 

znakomicie  zarządza  swym  majątkiem.  Jednak  prawdziwe  cudo  to  nie  ona,  ale  jej 

siostra. 

— Jak to? Masz na myśli tę smagłą? 

—  Tak,  tę  smagłą.  Świeże  to  i  nietknięte,  lękliwe  i  milczące.  Oto  osóbka,  którą 

można  by  się  zająć.  Zrobisz  z  niej  wszystko,  co  zechcesz;  za  to  tamta  jest  kuta  na 

cztery nogi. 

Arkadiusz  nic  nie  odpowiedział  i  każdy  z  nich  położył  się  spać  ze 

szczególniejszymi myślami. 

Tego  wieczora  Anna  Siergiejewna  także  myślała  o  swoich  gościach.  Bazarow 

spodobał  się  jej  dlatego,  że  nie  miał  w  sobie  śladu  kokieterii  i  sądził  o  wszystkim 

bardzo krytycznie. Widziała w nim cechy nowe, z jakimi dotychczas się nie zetknęła, a 

była z natury ciekawa. 

Anna  Siergiejewna  była  dziwną  istotą.  Nie  mając  żadnych  przesądów,  nie  mając 

nawet  żadnych  ściśle  określonych  przekonań,  przed  niczym  nie  ustępowała  i  nie 

zmierzała  donikąd.  Wiele  rzeczy  widziała  jasno,  wiele  ją  interesowało,  ale  nic  jej  nie 

zadowalało zupełnie; nie wiadomo też, czy pragnęła nawet pełni zadowolenia. Umysł 

miała dociekliwy, ale zarazem obojętny; jej wątpliwości nie przycichały nigdy do tego 

stopnia, by mogła o nich zapomnieć, ale też nigdy nie urastały tak, by mogły stać się 

przyczyną  niepokoju.  Gdyby  nie  była  bogata  i  niezależna,  może  rzuciłaby  się  w  wir 

walki, poznała namiętność... Lecz życie miała łatwe, chociaż nudziła się niekiedy i spę-

dzała  dzień  po  dniu  bez  pośpiechu,  bardzo  rzadko  ulegając  jakimś  wzruszeniom. 

Tęczowe barwy błyskały niekiedy przed jej oczyma, lecz oddychała swobodnie dopiero 

background image

wtedy, gdy gasły, a po ich zniknięciu nie czuła żalu. Wyobraźnia jej wybiegała nawet 

poza granicę tego, co według zasad pospolitej moralności uważa się za dozwolone; ale 

i  wtedy  krew  miarowo,  jak  zawsze,  krążyła  w  jej  czarująco  kształtnym  i  spokojnym 

ciele. Niekiedy, gdy cała ciepła i rozleniwiona wychodziła z wonnej kąpieli, zamyślała 

się nad nicością życia, nad jego nieszczęściami, trudem i złem...  Duszę jej napełniała 

nieoczekiwana  śmiałość,  zapalał  szlachetny  poryw;  ale  dość,  by  z  na  wpół  otwartego 

okna  wionął  chłodny  wietrzyk,  a  już  Anna  Siergiejewna  kuli  się,  skarży  i  prawie 

gniewa;  w  takiej  chwili  pragnie  zawsze  tylko  jednego:  żeby  nie  wiał  na  nią  ten 

obrzydliwy wiatr. 

Jak  wszystkie  kobiety,  które  nie  kochały,  pragnęła  czegoś,  sama  nie  wiedząc 

czego.  Prawdę  mówiąc,  nie  pragnęła  niczego,  chociaż  zdawało  się  jej,  że  wszystkiego 

pragnie.  Nieboszczyka  Odincowa  znosiła  z  trudem  (wyszła  za  niego  z  wyrachowania, 

chociaż  nie  zdecydowałaby  się  zapewne  na  to  małżeństwo,  gdyby  nie  uważała  go  za 

przyzwoitego człowieka) i nabrała skrytego obrzydzenia do wszystkich mężczyzn, któ-

rych wyobrażała sobie jedynie jako istoty niechlujne, ciężkie, gnuśne i bezsilne w swej 

dokuczliwości.  Kiedyś  za  granicą  spotkała  młodego,  pięknego  Szweda  o  rycerskim 

wyrazie twarzy i szczerych błękitnych oczach pod wysokim czołem; ów Szwed wywarł 

na niej silne wrażenie, lecz nie przeszkodziło to jej bynajmniej w powrocie do Rosji. 

„Dziwny ten medyk" — myślała leżąc w swym wspaniałym łóżku, na koronkowych 

poduszkach,  pod  lekką  jedwabną  kołdrą...  Anna  Siergiejewna  odziedziczyła  po  ojcu 

pewne  zamiłowanie  do  zbytku.  Bardzo  kochała  swego  grzesznego,  ale  dobrego  ojca, 

który ją ubóstwiał, po przyjacielsku żartował jak z równą sobie i mając do niej zupełne 

zaufanie, szukał często jej rady. Matkę ledwie pamiętała. 

—  Dziwny  ten  medyk  —  powtórzyła  cicho.  Przeciągnęła  się,  uśmiechnęła, 

skrzyżowała  ręce  pod  głową,  potem  przebiegła  wzrokiem  dwie  stronice  głupiego 

francuskiego  romansu,  ale  książka  wypadła  jej  z  rąk.  Zasnęła,  czysta  i  chłodna,  w 

czystej i pachnącej pościeli. 

Nazajutrz  zaraz  po  śniadaniu  Anna  Siergiejewna  poszła  z  Bazarowem 

herboryzować i wróciła tuż przed obiadem; Arkadiusz nigdzie nie wychodził i spędził z 

Katią około godziny. Nie nudził się z nią wcale, Katia sama zaproponowała, że zagra 

mu  znowu  wczorajszą  sonatę;  ale  gdy  Odincowa  wreszcie  wróciła,  gdy  ją  zobaczył, 

natychmiast  ścisnęło  mu  się  serce...  Szła  przez  park  nieco  znużonym  krokiem; 

policzki  miała  zarumienione,  a  oczy  jej  błyszczały  mocniej  niż  zwykle  pod 

słomkowym, okrągłym kapeluszem. W ręku obracała cienką łodyżkę polnego kwiatu, 

background image

lekka  mantyla  zsunęła  się  jej  z  ramion  do  łokci,  a  szerokie  szare  wstążki  kapelusza 

przylgnęły do jej piersi. Bazarow szedł za nią, pewny siebie i niedbały jak zawsze, ale 

wyraz jego twarzy, chociaż wesoły, a nawet serdeczny, nie spodobał się Arkadiuszowi. 

Rzuciwszy  krótkie:  „dzień  dobry",  Bazarow  poszedł  do  swojego  pokoju,  Odincowa  z 

roztargnieniem podała Arkadiuszowi rękę i też poszła dalej. 

„Dzień dobry?... — pomyślał Arkadiusz. — Przecież widzieliśmy się dzisiaj!" 

 

XVII 

Czas, wiadomo, niekiedy leci jak ptak, niekiedy pełznie jak robak, ale człowiekowi 

dobrze  jest  zwłaszcza  wtedy,  gdy  nawet  nie  spostrzega,  czy  wolno,  czy  też  szybko 

płynie  czas.  W  taki  to  właśnie  sposób  Arkadiusz  i  Bazarow  spędzili  dwa  tygodnie  u 

Odincowej. Sprzyjał temu częściowo porządek, który Odincowa wprowadziła w swoim 

domu  i  w  swoim  życiu.  Sama  przestrzegała  go  surowo  i  zmuszała  do  tego  innych. 

Wszystko w ciągu dnia odbywało się w określonym czasie. Rano, punktualnie o ósmej, 

całe towarzystwo zbierało się przy herbacie; w przerwie między herbatą i śniadaniem 

każdy  robił,  co  chciał,  a  pani  domu  załatwiała  sprawy  z  rządcą  (majątek  był 

czynszowy),  z  ochmistrzem  i  główną  klucznicą.  Przed  obiadem  towarzystwo  zbierało 

się znowu na rozmowę lub czytanie; wieczór był przeznaczony na przechadzkę, karty, 

muzykę;  o  wpół  do  jedenastej  Anna  Siergiejewna  szła  do  swojego  pokoju,  wydawała 

polecenia  na  dzień  następny  i  kładła  się  spać.  Bazarowowi  nie  podobała  się  ta 

odmierzona, nieco uroczysta regularność codziennego życia toczącego się, jak mawiał, 

„niczym  po  szynach";  lokaje  w  liberii,  dostojni  ochmistrze  obrażali  jego 

demokratyczne uczucia. Uważał, że skoro już przyszło do tego, to i do obiadu powinni 

zasiadać  jak  Anglicy,  we  frakach  i  białych  halsztukach.  Kiedyś  zaczął  na  ten  temat 

rozmowę z Anną Siergiejewna. 

Anna  Siergiejewna  miała  taki  sposób  bycia,  że  każdy  bez  ogródek  wypowiadał 

przy  niej  swoje  zdanie.  Wysłuchała  Bazarowa  i  rzekła: —  Ze  swego  punktu  widzenia 

ma  pan  rację,  może  istotnie  żyję  po  pańsku;  ale  na  wsi  trzeba  żyć  według  jakiegoś 

porządku, inaczej można zanudzić się na śmierć — i nadal postępowała po swojemu. 

Bazarow zrzędził; lecz zarówno on sam, jak i Arkadiusz dlatego czuli się tak dobrze i 

swobodnie u Odincowej, że wszystko w domu szło „niczym po szynach". Mimo to od 

pierwszych dni pobytu w Nikolskoje w obu młodych ludziach zaszła zmiana. Bazarow, 

któremu Anna Siergiejewna, chociaż rzadko się z nim zgadzała, okazywała niewątpli-

wie przychylność, zaczął zdradzać niebywały u niego przedtem niepokój: łatwo ulegał 

background image

rozdrażnieniu, mówił niechętnie, patrzył gniewnie i nie mógł usiedzieć na miejscu, jak 

gdyby coś go podrywało; Arkadiusza, który ostatecznie doszedł do wniosku, że kocha 

się  w  Odincowej,  ogarnął  cichy  smutek.  Ów  smutek  nie  przeszkadzał  mu  zresztą  w 

zbliżeniu  z  Katią;  przeciwnie,  nawet  dopomógł  mu  w  nawiązaniu  serdecznych, 

przyjaznych  stosunków.  „Ona  mnie  nie  ceni!...  Dobrze!  A  ta  miła  istota  mną  nie 

gardzi"  —  myślał  i  serce  jego  znów  napełniało  się  słodkim  uczuciem  wspa-

niałomyślności. Katia niejasno zdawała sobie sprawę, że Arkadiusz szuka pociechy w 

jej towarzystwie, i nie wzbraniała ani jemu, ani sobie niewinnej przyjemności na poły 

wstydliwej, na poły ufnej przyjaźni. W obecności Anny Siergiejewny nie rozmawiali ze 

sobą:  Katia  zawsze  czuła  się  niepewnie  pod  bystrym  spojrzeniem  siostry,  Arkadiusz 

zaś,  jak  przystoi  zakochanemu,  będąc  w  pobliżu  ukochanej  istoty  nie  umiał  już 

dostrzec nic prócz niej; ale dobrze mu było tylko z Katią. Czuł, że nie potrafi zwrócić 

na siebie uwagi Odincowej; tracił kontenans, gdy tylko zostawał z nią sam; ona też nie 

wiedziała, o czym z nim mówić: był dla niej zbyt młody. Natomiast z Katią czuł się jak 

ryba  w  wodzie;  odnosił  się  do  niej  z  wyrozumiałością,  nie  przeszkadzał  w 

wypowiadaniu wrażeń wywołanych muzyką, czytaniem powieści, wierszy i podobnymi 

głupstwami,  nie  widząc  i  nie  zdając  sobie  sprawy,  że  sam  interesuje  się  tymi  głup-

stwami.  Katia  ze  swej  strony  nie  przeszkadzała  mu  się  smucić.  Arkadiuszowi  dobrze 

było  z  Katią,  Odincowej  z  Bazarowem,  i  dlatego  obie  pary,  spędziwszy  trochę  czasu 

wspólnie, rozchodziły się zazwyczaj każda w inną stronę, zwłaszcza na przechadzkach. 

Katia  ubóstwiała  przyrodę,  Arkadiusz  lubił  ją  także,  chociaż  nie  śmiał  się  do  tego 

przyznać;  Odincowa,  podobnie  jak  Bazarow,  miała  do  przyrody  stosunek  dość 

obojętny.  Niemal  ustawiczne  odosobnienie  naszych  przyjaciół  sprawiło,  że  ich 

wzajemne  stosunki  uległy  zmianie.  Bazarow  przestał  mówić  z  Arkadiuszem  o 

Odincowej, przestał nawet na nią napadać za jej „arystokratyczne nawyki"; co prawda, 

chwalił  jak  dawniej  Katię,  radził  tylko  powściągać  w  niej  sentymentalne  skłonności, 

lecz  pochwały  jego  były  zdawkowe,  rady  oschłe,  i  w  ogóle  rozmawiał  z  nim  znacznie 

mniej niż dawniej... jak gdyby unikał lub wstydził się przyjaciela... 

Arkadiusz widział to, ale o tym nie mówił. 

Prawdziwą  przyczyną  tej  zmiany  było  uczucie,  które  wzbudziła  w  Bazarowie 

Odincowa, uczucie, które go dręczyło i doprowadzało do wściekłości, którego Bazarow 

wyparłby  się  natychmiast  z  pogardliwym  śmiechem  i  cynicznym  przekleństwem, 

gdyby ktokolwiek choć mgliście napomknął o takiej możliwości. Bazarow był wielkim 

amatorem kobiet i kobiecej urody, ale miłość w znaczeniu idealnym albo, jak powia-

background image

dał,  romantycznym  nazywał  niedorzecznością,  niewybaczalną  głupotą,  rycerskie 

uczucia uważał za coś w rodzaju kalectwa czy choroby i niejednokrotnie dawał wyraz 

swemu zdziwieniu, że Togenburga

19

 wraz z wszystkimi minezengerami i trubadurami 

nie zamknięto w domu dla obłąkanych. „Jeśli podoba ci się kobieta — mawiał — staraj 

się  osiągnąć swój  cel;  a jeśli  się  nie udaje,  trudno,  odejdź  od  niej,  na jednej  kobiecie 

świat  się  nie  kończy."  Odincowa  podobała  mu  się;  krążące  o  niej  słuchy,  swoboda  i 

niezależność  jej  myślenia,  niewątpliwa  dla  niego  sympatia,  wszystko  zdawało  się 

przemawiać na korzyść Bazarowa; lecz wkrótce zrozumiał, że celu nie osiągnie, odejść 

zaś, ku swemu zdumieniu, nie miał sił. Krew zaczynała się w nim burzyć na samo jej 

wspomnienie; łatwo dałby sobie z tym radę, ale zrodziło się w nim coś innego, czego 

żadną  miarą  nie  dopuszczał,  z  czego  zawsze  pokpiwał,  co  godziło  w  jego  dumę.  W 

rozmowach  z  Anną  Siergiejewną  bardziej  jeszcze  niż  poprzednio  podkreślał  swoją 

obojętną  pogardę  do  wszystkiego,  co  romantyczne;  ale  gdy  zostawał  sam,  z 

oburzeniem odkrywał w sobie romantyka. Wtedy szedł do lasu i spacerował wielkimi 

krokami, łamiąc gałązki i klnąc półgłosem ją i siebie; albo kładł się w stodole na sianie 

i  uparcie  zamykając  oczy  zmuszał  się  do  snu,  co  mu  się  oczywiście  nie  zawsze 

udawało. Wystarczyło, by pomyślał, że te nieskalane ręce otoczą kiedyś jego szyję, że 

te  dumne  usta  odpowiedzą  na  jego  pocałunki,  że  te  mądre  oczy  z  tkliwością,  tak,  z 

tkliwością  spojrzą  w  jego  oczy,  a  już  czuł  zawrót  głowy,  zapominał  się  na  chwilę, 

zanim znowu nie wybuchło w nim oburzenie. Chwytał się na wszelakich „haniebnych" 

marzeniach,  jakby  diabeł  z  nim  igrał.  Zdawało  mu  się  niekiedy,  że  i  w  Odincowej 

następuje  jakaś  przemiana,  że  w  wyrazie  jej  twarzy  zjawiło  się  coś  szczególnego,  co, 

być może... Ale wówczas tupał nogą, zgrzytał zębami i wygrażał sobie pięścią. 

Bazarow  niezupełnie  jednak  się  mylił.  Poruszył  wyobraźnię  Odincowej; 

interesował ją, myślała o nim wiele. Gdy go nie było, nie tęskniła za nim, nie czekała 

na  niego,  ale  gdy  tylko  się  zjawił,  natychmiast  się  ożywiała;  chętnie  zostawała  z  nim 

sam na sam i chętnie z nim rozmawiała, nawet wtedy,  gdy ją gniewał lub obrażał jej 

smak,  jej  wykwintne  przyzwyczajenia.  Chciała  jak  gdyby  go  doświadczyć  i  zarazem 

sama wystawić się na próbę. 

Pewnego dnia, przechadzając się z nią po ogrodzie, rzekł nagle ponurym głosem, 

że  ma  zamiar  niedługo  wyjechać  na  wieś,  do  ojca...  Odincowa  zbladła,  jak  gdyby 

poczuła  nagły  ból  w  sercu,  i  to  tak  mocny,  że  ogarnęło  ją  zdziwienie;  długo  jeszcze 

potem rozmyślała, co to mogło znaczyć. Bazarow powiedział jej o swym odjeździe nie 

                                                        

19

 Togenburg — bohater ballady Schillera Rycerz Togenburg (Der Ritter Toggenburg). (Przyp. red.) 

background image

po  to,  by  ją  doświadczyć,  zobaczyć,  co  z  tego  wyniknie:  nigdy  nie  stosował  takich 

metod.  Tego  samego  dnia  z  rana  rozmawiał  z  ekonomem  ojca,  swoim  byłym 

piastunem,  Timofieiczem.  Ów  Timofieicz,  doświadczony  i  sprytny  staruszek  o  wy-

płowiałych,  żółtych  włosach,  spalonej  wiatrem,  czerwonej  twarzy  i  malutkich, 

załzawionych,  zmrużonych  oczkach,  nieoczekiwanie  zjawił  się  przed  Bazarowem  w 

swej  krótkiej  czujce  z  grubego,  szaroniebieskiego  sukna,  przepasanej  kawałkiem 

rzemienia, i w wysmarowanych dziegciem butach. 

— Witaj, staruszku! — zawołał Bazarow. 

— Dzień dobry, Eugeniuszu Wasiliczu! — zaczął stary, uśmiechnął się radośnie i 

cała jego twarz pokryła się nagle zmarszczkami. 

— Po co przyjechałeś? Czyżby cię po mnie przysłali? 

—  Ależ,  Eugeniuszu  Wasiliczu,  broń  Boże!  —  wymamrotał  Timofieicz 

(przypomniał sobie surowy nakaz, jaki otrzymał od pana przy odjeździe). — Jechałem 

do  miasta  w  sprawach  naszego  pana  i  dowiedziałem  się,  że  panicz  tu  jest,  więc 

zawróciłem z drogi, żeby na panicza popatrzeć... Gdzieżbym śmiał niepokoić. 

— No, nie kłam — przerwał mu Bazarow. — Czy tędy prowadzi droga do miasta? 

Timofieicz zmieszał się i nic nie odpowiedział. 

— Ojciec zdrów? 

— Zdrów, dzięki Bogu. 

— A matka? 

— Arina Własiewna też, chwała Bogu. 

— Oczekują mnie, co? 

Staruszek przechylił na bok swą małą głowę. 

—  Ach,  Eugeniuszu  Wasiliczu,  jakże  nie  czekać!  Wierzaj,  serce  już  płacze,  gdy 

popatrzę na twoich rodziców. 

— No, dobrze, dobrze. Nie ma co się rozwodzić. Powiedz im, że wkrótce będę. 

— Słucham — z westchnieniem odpowiedział Timofieicz. 

Wyszedłszy  z  domu,  obu  rękami  nacisnął  czapkę  na  głowę,  wsiadł  na  nędzną 

linijkę, którą zostawił przy bramie, i powlókł się, ale nie w kierunku miasta. 

Tego  dnia  wieczorem  Odincowa  siedziała  w  swoim  pokoju  z  Bazarowem; 

Arkadiusz przechadzał się po salonie słuchając gry Kati. Księżniczka poszła do siebie 

na  górę;  w  ogóle  nie  znosiła  gości,  osobliwie  zaś  tych  „na  nową  modłę 

rozwydrzonych",  jak  ich  nazywała.  Na  pokojach  była  tylko  nadęta,  lecz  u  siebie,  w 

obecności  pokojówki,  krzyczała  i  wymyślała  tak,  że  czepek  wraz  z  postiszem 

background image

podskakiwał na jej głowie. Odincowa wiedziała o tym doskonale. 

— Pan zamierza wyjechać — zaczęła — a co z pana obietnicą? 

Bazarow drgnął. 

— Z jaką obietnicą? 

— Pan zapomniał? Chciał mi pan udzielić kilku lekcji chemii. 

— Cóż robić? Ojciec czeka na mnie; nie mogę zwlekać dłużej. Zresztą może pani 

przeczytać  Pelouze  et  Frémy,  Notions  générales  de  chimie;  dobra  i  przejrzyście 

napisana książka. Znajdzie pani w niej wszystko, co trzeba. 

—  A  zapewniał  mnie  pan,  że  książka  nie  może  zastąpić...  zapomniałam,  jak  pan 

się wtedy wyraził, ale pan wie, co chcę powiedzieć... Pamięta pan? 

— Cóż robić! — powtórzył Bazarow. 

— Dlaczego miałby pan wyjeżdżać? — spytała Odincowa zniżając głos. 

Spojrzał  na  nią.  Przechyliła  głowę  na  oparcie  fotela  i  skrzyżowała  na  piersi 

obnażone do łokci ręce. W świetle jednej tylko lampy osłoniętej wycinaną papierową 

siatką  wydawała  się  bledsza  niż  zwykle.  Szeroka  biała  suknia  spowijała  ją  całą 

miękkimi fałdami; ledwo było widać końce stóp, także skrzyżowanych. 

— A dlaczego miałbym zostawać? — odrzekł Bazarow.  

Odincowa lekko zwróciła głowę w jego stronę. 

— Jak to dlaczego? Czy nie jest tu panu przyjemnie? Czy myśli pan, że nie będzie 

tu nikomu żal, gdy pan odjedzie? 

— Jestem tego pewien.  

Odincowa zamilkła na chwilę. 

—  Myli  się  pan.  Zresztą  nie  wierzę  w  to,  co  pan  mówi.  Nie  mógł  pan  tego 

powiedzieć poważnie. — Bazarow siedział wciąż nieruchomo. — Dlaczego pan milczy, 

Eugeniuszu Wasiliczu? 

— Cóż mam pani powiedzieć? Nikt nie jest wart żalu, a ja tym bardziej. 

— Dlaczego? 

— Jestem człowiekiem rzeczowym, nieciekawym. Nie umiem mówić. 

— Pan domaga się komplementów. 

—  Nie  jest  to  w  moim  zwyczaju.  Czy pani nie  wie,  że  wykwintne strony  życia,  te 

właśnie, które pani tak ceni, dla mnie są niedostępne? 

Odincowa przygryzła koniuszek chusteczki. 

— Może pan myśleć, co pan chce, ale będzie mi nudno, kiedy pan wyjedzie. 

— Zostanie Arkadiusz — zauważył Bazarow.  

background image

Odincowa z lekka wzruszyła ramionami. 

— Będzie mi nudno — powtórzyła. 

— Doprawdy? W każdym razie nie potrwa to długo. — Dlaczego pan tak sądzi? 

—  Ponieważ  pani  sama  mi  powiedziała,  że  nudzi  się  tylko  wtedy,  gdy  zostaje 

naruszony  porządek  pani  życia.  Pani  tak  nieomylnie  i  systematycznie  ułożyła  swoje 

życie,  że  nie  może  w  nim  być  miejsca  na  nudę,  na  tęsknotę...  na  żadne  męczące 

uczucia. 

—  Więc  pan  uważa,  że  jestem  nieomylna...  a  raczej,  że  tak  systematycznie 

ułożyłam sobie życie? 

—  Oczywiście.  Ot,  choćby  dla  przykładu:  za  kilka  minut  wybije  dziesiąta  i  wiem 

już z góry, że pani mnie odprawi. 

—  Nie,  Eugeniuszu  Wasiliczu.  Może  pan  zostać.  Proszę  otworzyć  okno...  Duszno 

mi. 

Bazarow wstał i pchnął okno. Obie połowy ze stukiem otwarły się jednocześnie... 

Nie  sądził,  że  ustąpią  tak  łatwo;  przy  tym  ręce  mu  drżały.  Ciemna,  łagodna  noc 

wpłynęła  do  pokoju,  a  wraz  z  nią  czarne  prawie  niebo,  cichy  szum  drzew  i  świeże, 

czyste powietrze. 

—  Niech  pan  zapuści  storę  i  usiądzie  —  rzekła  Odincowa.  —  Chciałabym 

porozmawiać z panem przed wyjazdem. Proszę mi opowiedzieć coś o sobie; nigdy pan 

o sobie nie mówi. 

— Staram się rozmawiać z panią o rzeczach pożytecznych, Anno Siergiejewno. 

— Bardzo pan jest skromny... Lecz pragnęłabym dowiedzieć się czegoś o panu, o 

pana rodzinie, o ojcu, dla którego pan nas porzuca. 

„Po co ona to mówi?" — pomyślał Bazarow. 

—  Wszystko  to  nieciekawe  —  rzekł  głośno  —  zwłaszcza  dla  pani;  myśmy  ludzie 

prości... 

— A pan sądzi, że ja jestem arystokratką?  

Bazarow spojrzał na Odincowa. 

— Tak — rzekł z przesadną surowością.  

Odincowa uśmiechnęła się. 

—  Widzę,  że  mało  mnie  pan  zna,  chociaż pan  zapewnia,  że  wszyscy  ludzie  są  do 

siebie  podobni  i  nie  warto  się  nad  nimi  zastanawiać.  Kiedyś  opowiem  panu  historię 

mojego życia... lecz najpierw niechże mi pan opowie o sobie. 

—  Znam  panią  mało  —  powtórzył  Bazarow.  —  Może  ma  pani  słuszność;  może 

background image

istotnie  każdy  człowiek  jest  zagadką.  Chociażby  pani  sama...  Stroni  pani  od  towa-

rzystwa,  uważa  je  za  kłopotliwe,  a  jednocześnie  zaprasza  pani  do  siebie  dwóch 

studentów. Dlaczego pani, taka rozumna, taka piękna, mieszka na wsi? 

— Co? Co pan powiedział? — żywo podchwyciła Odincowa. — Taka... piękna? 

Bazarow nachmurzył się. 

—  Mniejsza  o  to —  bąknął. —  Chciałem  powiedzieć,  że  nie  rozumiem  właściwie, 

dlaczego osiadła pani na wsi. 

— Pan tego nie rozumie... A jednak jakoś pan to sobie tłumaczy? 

— Tak... Przypuszczam, że przebywa pani stale w jednej miejscowości dlatego, że 

jest pani rozpieszczona, że bardzo lubi pani komfort, wygody, a wszystko inne jest jej 

obojętne. 

Odincowa znowu się uśmiechnęła. Bazarow ogarnął ją szybkim spojrzeniem. 

— Pan stanowczo nie chce wierzyć, że mogłabym ulegać porywom? 

— Porywom ciekawości — i owszem; ale nie innym. 

—  Doprawdy?  Teraz  rozumiem,  dlaczego  zbliżyliśmy  się  z  panem:  przecież  pan 

jest taki sam jak ja. 

— Zbliżyliśmy się... — wyrzekł głucho Bazarow. 

— Ach, tak, zapomniałam, że pan chce wyjechać. 

Bazarow  wstał.  Lampa  płonęła  przyćmionym światłem  w  pociemniałym,  pełnym 

woni,  zacisznym  pokoju;  przez  poruszającą  się  od  czasu  do  czasu  storę  wpływała 

podniecająca  świeżość  nocy,  słychać  było  jej  tajemniczy  szept.  Odincowa  siedziała 

nieruchomo, lecz z wolna ogarniał ją jakiś skryty niepokój... Ów niepokój udzielił się 

Bazarowowi. Nagle zdał sobie sprawę, że jest sam na sam z młodą, piękną kobietą... 

— Dokąd pan idzie? — zapytała powoli.  

Nie odpowiedział i usiadł. 

—  A  więc  uważa  pan,  że  jestem  spokojną,  wydelikaconą,  rozpieszczoną  istotą  — 

ciągnęła dalej tym samym głosem, nie spuszczając oczu z okna. — Ja jednak wiem, że 

jestem bardzo nieszczęśliwa. 

— Pani — nieszczęśliwa? Dlaczego? Czyżby przypisywała pani znaczenie marnym 

plotkom? 

Odincowa nachmurzyła się. Było jej przykro, że tak ją zrozumiał. 

— Te plotki nawet mnie nie bawią, Eugeniuszu Wasiliczu, a jestem zbyt dumna, 

żeby  mogły  mnie  niepokoić.  Jestem  nieszczęśliwa,  ponieważ  nie  czuję  chęci  ani 

pragnienia życia. Patrzy pan na mnie nieufnie i myśli: „Mówi to «arystokratka», cała 

background image

spowita  w  koronki,  siedząca  w  aksamitnym  fotelu."  Nie  będę  ukrywała:  lubię  to,  co 

pan nazywa komfortem, tak, ale jednocześnie nie zależy mi na życiu. Proszę ocenić tę 

sprzeczność, jak się panu podoba. Zresztą w pana oczach wszystko to — romantyzm.  

Bazarow pokiwał głową. 

— Pani jest zdrowa, niezależna, bogata; czego trzeba więcej? Czego pani chce? 

— Czego chcę? — powtórzyła Odincowa i westchnęła. — Jestem bardzo zmęczona, 

jestem  stara;  wydaje  mi  się,  że  żyję  już  bardzo  długo.  Tak,  jestem  stara  —  dodała 

naciągając  powoli  mantylę  na  obnażone  ręce.  Wzrok  jej  napotkał  spojrzenie 

Bazarowa,  i  zaczerwieniła  się  lekko.  —  Mam  za  sobą  już  tyle  wspomnień:  życie  w 

Petersburgu,  bogactwo,  potem  bieda,  śmierć  ojca,  zamążpójście,  podróż  za  granicę, 

tak  jak  to  jest  przyjęte...  Mnóstwo  wspomnień,  i  nic,  co  warto  by  wspominać...  A 

przede mną długa, bardzo długa droga i nie ma żadnego celu... Nie chcę iść tą drogą. 

— Tak bardzo jest pani rozczarowana? — zapytał Bazarow. 

—  Nie  —  odparła  powoli  Odincowa  —  ale  nie  czuję  zadowolenia.  Może  gdybym 

mogła mocno się do czegoś przywiązać... 

— Pani chciałaby pokochać — przerwał Bazarow — ale pokochać pani nie może; w 

tym całe nieszczęście. 

Odincowa spojrzała uważnie na rękawy swojej mantyli. 

— Czyż naprawdę nie mogłabym pokochać? — rzekła. 

—  Wątpię.  Ale  nie  miałem  racji  nazywając  to  nieszczęściem.  Bardziej  jest  godny 

współczucia ten, komu się to przytrafi. 

— Co? 

— Pokochać. 

— A pan skąd o tym wie? 

— Ze słyszenia — gniewnie odpowiedział Bazarow. 

— „Bawisz się kokieterią — pomyślał — nudzisz się i igrasz ze mną dla rozrywki, a 

ja..." Czuł, że rwie mu się serce. 

—  Poza  tym  jest  pani  może  zbyt  wymagająca  —  powiedział  pochylając  się  do 

przodu i bawiąc się frędzlą fotela. 

—  Być  może.  Moim  zdaniem,  albo  wszystko,  albo  nic.  Życie  za  życie.  Wziąłeś 

moje, daj własne, ale wtedy już bez żalu i bezpowrotnie. Inaczej nie warto. 

— No cóż — zauważył Bazarow — to słuszny warunek i dziwię się, że dotychczas... 

nie znalazła pani tego, czego pani chciała. 

— Sądzi pan, że tak łatwo dać się zagarnąć czemukolwiek? 

background image

—  Niełatwo,  jeśli  zacznie  się  pani  zastanawiać,  czekać,  drożyć  się,  przydawać 

sobie znaczenia; ale nie zastanawiając się, można to uczynić bardzo łatwo. 

—  Nie  znać  własnej  wartości?  Lecz  jeśli  nie mam  żadnej  wartości,  komu  zda  się 

moje przywiązanie? 

—  To  już  nie  moja  rzecz;  niechaj  kto  inny  mnie  ocenia.  Najważniejsze  to  umieć 

poświęcić się drugiej istocie. 

Odincowa wyprostowała się w fotelu. 

— Pan mówi tak — zaczęła — jakby pan tego wszystkiego doświadczył. 

—  Tak  tylko  mówię,  Anno  Siergiejewno:  pani  wie,  że  nie  znam  się  na  tych 

sprawach. 

— A pan sam umiałby się poświęcić drugiej istocie? 

— Nie wiem, a chwalić się nie chcę. 

Odincowa nic nie powiedziała; Bazarow też zamilkł. Z salonu dobiegły ich dźwięki 

fortepianu. 

— Cóż to Katia gra tak późno? — zauważyła Odincowa. 

Bazarow wstał. 

— Tak, już późno, czas, by pani udała się na spoczynek. 

— Proszę poczekać, dokąd się pan tak śpieszy... Chcę panu coś powiedzieć. 

— Co? 

— Niechże pan poczeka, proszę — szepnęła. 

Jej spojrzenie zatrzymało się na Bazarowie, można było pomyśleć, że przypatruje 

mu się z uwagą. 

Bazarow  przemierzył  krokami  pokój,  potem  nagle  zbliżył  się  do  niej,  szybko 

powiedział:  „dobranoc",  ścisnął  jej  rękę  tak,  że  omal  nie  krzyknęła,  i  wyszedł. 

Odincowa  podniosła  palce  do  ust,  dmuchając  na  nie,  i  nagle,  gwałtownie  wstając  z 

fotela,  skierowała  się  szybkimi  krokami  ku  drzwiom,  jakby  chciała  zawołać 

Bazarowa... W tej chwili weszła pokojówka niosąc karafkę na srebrnej tacy. Odincowa 

przystanęła,  kazała  jej  odejść  i,  zamyślona,  znowu  usiadła.  Warkocz  jak  ciemny  wąż 

opadł jej na ramię. W pokoju długo jeszcze paliła się lampa i Anna Siergiejewna długo 

siedziała  nieruchomo,  niekiedy  tylko  wodząc  palcami  po  ramionach,  które  owiewał 

nocny chłód. 

 

W dwie godziny potem Bazarow, nastroszony i ponury, wrócił do swojej sypialni; 

buty miał mokre od rosy. Zastał Arkadiusza przy biurku, z książką w ręce, w surducie 

background image

zapiętym na wszystkie guziki. 

— Nie położyłeś się jeszcze? — zapytał jakby z irytacją. 

— Długo byłeś dziś u Anny Siergiejewny — rzekł Arkadiusz nie odpowiadając na 

jego pytanie. 

— Tak, byłem u niej przez cały ten czas, kiedyście z Katarzyną Siergiejewną grali 

na fortepianie. 

— Nie grałem... — zaczął Arkadiusz i umilkł. Czuł, że łzy napływają mu do oczu, a 

nie chciał się rozpłakać w obecności swojego skłonnego do drwin przyjaciela. 

 

XVIII 

Następnego  dnia,  gdy  Odincowa  przyszła  na  herbatę,  Bazarow  długo  siedział 

pochylony  nad  stołem,  po  czym  nagle  spojrzał  na  nią...  Odwróciła  się  w  jego  stronę, 

jak  gdyby  ją  potrącił,  i  Bazarowowi  wydało  się,  że  twarz  jej  trochę  przybladła  przez 

noc. Niebawem poszła do siebie i zjawiła się dopiero na śniadanie. Z rana pogoda była 

dżdżysta,  nieodpowiednia  do  przechadzki.  Całe  towarzystwo  zebrało  się  w  salonie. 

Arkadiusz  wziął  ostatni  numer  jakiegoś  czasopisma  i  zaczął  głośno  czytać. 

Księżniczka, swoim zwyczajem, naprzód zrobiła zdziwioną minę, jak gdyby Arkadiusz 

knuł  coś  nieprzyzwoitego,  potem  spojrzała  na  niego  gniewnie,  ale  on  nie  zwrócił  na 

nią uwagi. 

— Eugeniuszu Wasiliczu — rzekła Anna Siergiejewna — chodźmy do mnie... Chcę 

pana zapytać... Wymienił pan wczoraj pewien podręcznik... 

Wstała  i  skierowała  się  ku  drzwiom.  Księżniczka  rozejrzała  się  wokół  z  takim 

wyrazem  twarzy,  jakby  chciała  powiedzieć:  „Patrzcie,  patrzcie,  jak  się  dziwię!",  i 

znowu  wlepiła  wzrok  w  Arkadiusza,  ale  on  podniósł  głos  i  zamieniwszy  spojrzenie  z 

Katią, obok której siedział, czytał dalej. 

 

Odincowa szybkimi krokami szła do swego gabinetu. Bazarow szedł tuż za nią, nie 

podnosząc  oczu  i  tylko  łowiąc uchem  delikatny  szelest  sunącej przed  nim jedwabnej 

sukni.  Odincowa  zajęła  ten  sam  fotel,  w  którym  siedziała  poprzedniego  wieczora. 

Bazarow także usiadł tam, gdzie wczoraj. 

— Jak więc nazywa się ta książka? — zapytała po chwili milczenia. 

—  Pelouze  et  Frémy,  Notions  générales...  —  odpowiedział  Bazarow.  —  Zresztą 

mogę pani również polecić Ganota Traité élémentaire de physiąue expérimentale. 

dziele tym są bardziej przejrzyste rysunki i w ogóle ten podręcznik... 

background image

Odincowa wyciągnęła rękę. 

— Eugeniuszu Wasiliczu, zechce mi pan wybaczyć, ale prosiłam pana tutaj nie po 

to,  by  mówić  o  podręcznikach.  Chciałabym  wrócić  do  naszej  wczorajszej  rozmowy. 

Pan odszedł tak nieoczekiwanie... Nie znudzę pana? 

—  Jestem  do  pani  usług,  Anno  Siergiejewno.  Ale  o  czym  to  rozmawialiśmy 

wczoraj?  

Odincowa spojrzała na niego z ukosa. 

—  Mówiliśmy,  zdaje  się,  o  szczęściu.  Opowiadałam  panu  o  sobie.  Powiedziałam 

teraz:  szczęście.  Niechże  mi  pan  powie,  dlaczego  nawet  wtedy,  gdy  na  przykład 

rozkoszujemy  się  muzyką,  pięknym  wieczorem,  rozmową  z  miłymi  ludźmi,  wszystko 

to  wydaje  się  raczej  aluzją  do  jakiegoś  niezmierzonego,  gdzieś  istniejącego  szczęścia 

niż szczęściem rzeczywistym, to znaczy takim, które jest naszym udziałem? Dlaczego 

tak jest? A może pan takich uczuć nie doświadcza? 

—  Zna  pani  przysłowie:  „Tam  dobrze,  gdzie  nas  nie  ma"?  —  spytał  Bazarow.  — 

Zresztą mówiła mi pani wczoraj, że nie jest pani zadowolona z życia. Mnie takie myśli 

nawet nie przychodzą do głowy. 

— Może wydają się panu śmieszne? 

— Nie, po prostu nie przychodzą mi do głowy. 

— Doprawdy? Wie pan, bardzo bym chciała wiedzieć, o czym pan myśli? 

— Nie rozumiem pani. 

— Niechże pan posłucha, od dawna już pragnę porozmawiać z panem poważnie. 

Nie trzeba panu mówić, sam wie pan dobrze, że nie należy pan do ludzi przeciętnych; 

jest pan jeszcze młody, ma pan przed sobą całe życie. Do czego się pan przygotowuje? 

Jaka przyszłość pana czeka, a raczej, jaki cel pragnie pan osiągnąć, do czego pan dąży, 

co pan czuje? Słowem, chcę wiedzieć, kim pan jest, jaki pan jest? 

—  Pani  mnie  zadziwia,  Anno  Siergiejewno.  Wie  pani,  że  zajmuję  się  naukami 

przyrodniczymi, kim zaś jestem... 

— Tak, kim pan jest? 

—  Miałem  już  zaszczyt  oświadczyć  pani,  że  jestem  przyszłym  lekarzem 

powiatowym. 

Anna Siergiejewna poruszyła się niecierpliwie. 

—  Dlaczego  pan  mi  to  mówi?  Sam  pan w  to przecież  nie  wierzy.  Tak  mógłby  mi 

odpowiedzieć Arkadiusz, ale nie pan. 

— Dlaczego Arkadiusz?... 

background image

—  Ach,  niechże  pan  przestanie!  Czy  to  możliwe,  żeby  się  pan  zadowolił  tak 

skromną działalnością; sam pan przecież zawsze zapewnia, że medycyna dla pana nie 

istnieje.  Pan  —  ze  swoją  ambicją  —  powiatowym  lekarzem!  Odpowiada  mi  pan  tak, 

żeby  mnie  zbyć,  bo  nie  ma  pan  do  mnie  zaufania.  Czy  wie  pan  jednak,  Eugeniuszu 

Wasiliczu,  że  potrafiłabym  pana  zrozumieć?  Sama  byłam  biedna  i  ambitna  jak  pan; 

byłam może wystawiona na takie same co i pan próby. 

— Bardzo pięknie, Anno Siergiejewno, ale zechce mi pani wybaczyć... W ogóle nie 

przywykłem się wypowiadać, a między panią a mną jest taki dystans... 

— Jaki dystans? Znowu mi pan powie, że jestem arystokratką? Dość, Eugeniuszu 

Wasiliczu; zdaje się, że dowiodłam panu... 

— A poza tym — przerwał Bazarow — po cóż mówić i myśleć o przyszłości, która 

na ogół nie zależy od nas? Jeżeli się zdarzy, że człowiek coś zrobi w życiu, tym lepiej; 

jeżeli zaś wypadnie inaczej, to przynajmniej będzie rad, że nie gadał na próżno. 

 —  Pan  nazywa  przyjacielską  rozmowę  gadaniną...  A  może  sądzi  pan,  że  jako 

kobieta nie zasługuję na pańskie zaufanie? Przecież pan nami wszystkimi gardzi. 

— Panią nie gardzę, Anno Siergiejewno, pani wie o tym. 

—  Nie,  nie  wiem...  ale  przypuśćmy:  rozumiem,  że  nie  chce  pan  mówić  o  swojej 

przyszłej działalności, ale to, co się teraz w panu dzieje... 

—  Dzieje!  —  powtórzył  Bazarow.  —  Jakby  tu  chodziło  o  jakieś  państwo  czy 

społeczeństwo!  W  każdym  razie  nie  ma  w  tym  nic  ciekawego;  zresztą,  czy  człowiek 

zawsze może głośno powiedzieć, co się w nim „dzieje"? 

—  Nie  widzę  powodu,  dlaczego  nie  można  by  wypowiedzieć  tego,  co  się  ma  na 

sercu. 

— Pani to potrafi? — zapytał Bazarow. 

— Potrafię — odpowiedziała Anna Siergiejewna po chwili wahania. 

Bazarow schylił głowę. 

— Jest pani szczęśliwsza ode mnie. 

Anna Siergiejewna spojrzała na niego pytająco. 

— Jak pan chce — ciągnęła dalej — a jednak coś mi mówi, że spotkaliśmy się nie 

na próżno, że będziemy dobrymi przyjaciółmi. Jestem przekonana, że ta pańska — jak 

by to powiedzieć — sztywność, powściągliwość zniknie wreszcie. 

— Pani zauważyła moją powściągliwość?... Moją — jak pani jeszcze się wyraziła... 

sztywność? 

— Tak. 

background image

Bazarow wstał i podszedł do okna. 

— Chciałaby pani poznać przyczynę tej powściągliwości, wiedzieć, co się we mnie 

dzieje? 

—  Tak  —  powtórzyła  Odincowa  z  jakimś  niepojętym  jeszcze  dla  niej 

przestrachem. 

— Pani się nie pogniewa? 

— Nie. 

—  Nie?  —  Bazarow  stał  odwrócony  do  niej  plecami.  —  Więc  niech  pani  wie,  że 

kocham panią głupio, jak wariat... Domagała się pani — proszę. 

Odincowa  wyciągnęła  ręce  przed  siebie;  Bazarow  oparł  czoło  o  szybę.  Dusił  się, 

dygotał  cały.  Ale  nie  było  to  nieśmiałe  drżenie  młodzieńcze  ani  też  słodki  lęk 

pierwszego  wyznania:  wstrząsała  nim  namiętność,  silna  i  gwałtowna,  namiętność 

podobna do gniewu czy może tak mu bliska... Odincowa poczuła lęk, zrobiło się jej go 

żal... 

—  Eugeniuszu  Wasiliczu...  —  powiedziała  i  mimo  woli  w  jej  głosie  zadźwięczała 

tkliwość. 

Odwrócił się szybko, rzucił na nią płomienne spojrzenie i chwyciwszy ją za ręce, 

nagle przyciągnął ku sobie. 

Nie od razu uwolniła się z jego objęć; ale w chwilę potem stała już daleko w kącie 

pokoju i patrzyła stamtąd na Bazarowa. Rzucił się ku niej. 

— Pan mnie nie zrozumiał — wyszeptała pośpiesznie, przerażona. Zdawało się, że 

krzyknie, jeśli Bazarow zrobi jeszcze jeden krok. Bazarow przygryzł wargi i wyszedł. 

W  pół  godziny  później  służąca  podała  Annie  Siergiejewnie  kartkę  od  Bazarowa; 

zawierała jedno tylko zdanie: „Mam wyjechać dzisiaj, czy mogę zostać do jutra?" „Po 

cóż  wyjeżdżać?  Nie  zrozumiałam  Pana  i  Pan  mnie  nie  zrozumiał"  —  odpisała  Anna 

Siergiejewna i pomyślała: „Siebie także nie rozumiałam." 

Aż do obiadu nie opuszczała swojego gabinetu i wciąż chodziła tam i z powrotem 

z  założonymi  rękoma,  od  czasu  do  czasu przystając  przed  oknem  lub  przed  lustrem; 

powoli  wodziła  chusteczką  po  szyi,  na  której  wciąż  majaczyła  się  jej  paląca  plama. 

Pytała  siebie,  co  ją  zmusiło  do  tego,  żeby,  jak  mówił  Bazarow,  domagać  się  od  niego 

szczerości; czy może sama coś podejrzewała? — Jestem winna — powiedziała głośno 

— ale nie mogłam tego przewidzieć. — Wpadała w zadumę i oblewała się rumieńcem 

przypominając sobie zwierzęcą prawie twarz Bazarowa, kiedy rzucił się ku niej. 

—  A  może?  —  rzekła  nagle,  przystanęła  i  potrząsnęła  lokami...  Zobaczyła  się  w 

background image

lustrze; jej odrzucona w tył głowa z tajemniczym uśmiechem wpółprzymkniętych oczu 

i rozchylonych ust mówiła w tej chwili coś takiego, co ją samą wprawiało w zmiesza-

nie... 

„Nie  —  postanowiła  wreszcie  —  Bóg  wie,  dokąd  by  to  zaprowadziło,  z  takimi 

rzeczami nie można żartować, spokój przecież jest najwięcej wart na świecie." 

Jej spokój nie został naruszony, ale posmutniała i nawet rozpłakała się, sama nie 

wiedząc  dlaczego,  na  pewno  jednak  nie  z  powodu  doznanej  obrazy.  Nie  czuła  się 

obrażona:  raczej  czuła  się  winna.  Pod  wpływem  rozmaitych  niejasnych  uczuć, 

świadomości,  że  życie  przemija,  pragnienia  nowości,  zmusiła  się,  by  dojść  do 

określonej  granicy;  ale  gdy  spróbowała  dojrzeć,  co  kryje  się  za  nią,  zobaczyła  nie 

otchłań nawet, lecz nicość... a może ohydę. 

 

XIX 

Chociaż Odincowa była bardzo opanowana i potrafiła odrzucić wszelkie przesądy, 

czuła się jakoś nieswojo, gdy zjawiła się w jadalni przy obiedzie. Obiad zresztą minął 

dość  gładko.  Przyjechał  Porfiriusz Płatonowicz  i  opowiadał  anegdoty;  wrócił  dopiero 

co  z  miasta.  Powiedział  między  innymi,  że  gubernator  Bourdaloue  rozkazał  nosić 

ostrogi  swoim  urzędnikom  do  szczególnych  poruczeń,  na  wypadek  jeśli  wyśle  ich 

gdzieś konno. Arkadiusz półgłosem rozmawiał z Katią i dyplomatycznie nadskakiwał 

księżniczce.  Bazarow  uparcie  i  ponuro  milczał.  Odincowa  dwakroć  spojrzała  mu 

prosto  w  twarz,  złą  i  surową;  oczy  miał  opuszczone,  a  w  każdym  rysie  widać  było 

pogardliwą determinację. 

„Nie...  nie...  nie..."  —  pomyślała.  Po  obiedzie  wyszła  z  wszystkimi  do  ogrodu,  a 

widząc,  że  Bazarow  pragnie  z  nią  mówić,  zrobiła  kilka  kroków  w  bok  i  przystanęła. 

Zbliżył się do niej, ale i teraz nie podniósł oczu, tylko powiedział głucho: 

—  Muszę  panią  przeprosić,  Anno  Siergiejewno.  Pani  na  pewno  się  na  mnie 

gniewa. 

—  Nie,  nie  gniewam  się,  Eugeniuszu  Wasiliczu  —  odrzekła  —  ale  jestem 

zmartwiona. 

—  Tym  gorzej.  W  każdym  razie  jestem  dostatecznie  ukarany.  Zgodzi  się  pani 

zapewne,  że  jestem  w  niezwykle  głupiej  sytuacji.  Pani  napisała:  „Po  co  wyjeżdżać?" 

Ale ja nie mogę i nie chcę zostać. Jutro mnie tutaj nie będzie. 

— Eugeniuszu Wasiliczu, dlaczego pan... 

— Dlaczego odjeżdżam? 

background image

— Nie, chciałam powiedzieć coś innego. 

— Co się stało, to się nie odstanie, Anno Siergiejewno... Doszłoby do tego prędzej 

czy później. A zatem muszę wyjechać. Mógłbym zostać tylko pod jednym warunkiem; 

ale  ten  warunek  nigdy  nie  zostanie  spełniony.  Przecież,  proszę  wybaczyć  moje 

zuchwalstwo, pani mnie nie kocha i nie pokocha nigdy? 

Oczy Bazarowa zabłysły na chwilę pod ciemnymi brwiami. 

Anna Siergiejewna nie odpowiedziała. „Boję się tego człowieka" — przemknęło jej 

przez myśl. 

— Żegnam panią — rzekł Bazarow, jak gdyby odgadując jej myśl, i ruszył w stronę 

domu. 

Anna  Siergiejewna  powoli poszła  za nim  i  zawoławszy  Katię,  wzięła  ją  pod  rękę. 

Nie  rozstawała  się  z  nią  aż  do  wieczora.  Nie  siadła  do  kart  i  wciąż  się  śmiała,  co 

wyraźnie kłóciło się z jej przybladłą, zakłopotaną twarzą. Arkadiusz nic nie rozumiał i 

obserwował  ją  tak,  jak  obserwują  młodzi  ludzie,  to  znaczy  nieustannie  pytał  sam 

siebie:  cóż  to  oznacza?  Bazarow  zamknął  się  w  swoim  pokoju,  przyszedł  jednak  na 

herbatę;  Anna  Siergiejewna  chciała  mu  powiedzieć  jakieś  życzliwe  słowo,  ale  nie 

wiedziała, jak zacząć rozmowę... 

Nieoczekiwane  zdarzenie  wywiodło  ją  z  zakłopotania:  ochmistrz  zameldował 

przyjazd Sitnikowa. 

Trudno  opisać,  z  jakim  impetem  wpadł  do  pokoju,  młody  postępowiec. 

Postanowiwszy  z  właściwym  sobie  natręctwem  pojechać  na  wieś  do  kobiety,  której 

prawie  nie  znał i  która  nigdy  go  nie  zapraszała,  lecz  u  której,  wedle  zebranych przez 

niego  wiadomości,  gościli  rozumni  i  bliscy  mu  ludzie,  truchlał  do  szpiku  kości  i 

zamiast  wygłosić  przygotowane  z  góry  przeprosiny  i  powitania,  wybełkotał  coś 

zupełnie  bez  sensu,  że  Eudoksja  Kukszina  przysłała  go,  by  się  dowiedział  o  zdrowie 

Anny  Siergiejewny;  że  Arkadiusz  Nikołajewicz  również  wyrażał  się  z  największym 

uznaniem... Na tym słowie utknął i stracił kontenans tak dalece, że usiadł na własnym 

kapeluszu. Ponieważ jednak nikt go nie wypędził, Anna Siergiejewna zaś przedstawiła 

go  nawet  ciotce  i  siostrze,  szybko  wrócił  do  równowagi  i  rozgadał  się  na  dobre. 

Trywialność  często  bywa  w  życiu  pożyteczna:  tłumi  zbyt  górnie  nastrojone  tony, 

ochładza zbyt pewne siebie lub zapamiętałe uczucia, przypominając o swym bliskim z 

nimi pokrewieństwie. Dzięki przyjazdowi Sitnikowa wszystko stało się jakby bardziej 

tępe, puste i proste; towarzystwo zjadło nawet bardziej obfitą kolację i rozeszło się na 

spoczynek o pół godziny wcześniej niż zwykle. 

background image

— Mogę ci teraz powtórzyć — mówił leżąc w łóżku Arkadiusz do Bazarowa, który 

także  się  rozebrał  —  to,  coś  mi  powiedział  kiedyś:  „Czemu  jesteś  taki  smutny? 

Spełniłeś na pewno jakiś święty obowiązek?" 

Od  pewnego  czasu  obaj  młodzi  ludzie  przybrali  w  stosunku  do  siebie  postawę 

pozornie swobodnego szyderstwa; jest to zawsze oznaką ukrywanego niezadowolenia 

lub przemilczanych podejrzeń. 

— Jutro wyjeżdżam do ojca — powiedział Bazarow. 

Arkadiusz  podniósł  się  i  oparł  na  łokciu.  Ogarnęło  go  zdziwienie  i  jak  gdyby 

radość. 

— Aha! — rzekł. — Dlatego jesteś smutny?  

Bazarow ziewnął. 

— Zestarzejesz się rychło, jeżeli za dużo będziesz wiedział. 

— A cóż Anna Siergiejewna? — ciągnął dalej Arkadiusz. 

— Anna Siergiejewna? 

— Chciałem powiedzieć: czy ona cię puści? 

— Nie najmowałem się do niej na służbę.  

Arkadiusz zamyślił się; Bazarow położył się do łóżka i odwrócił twarzą do ściany. 

Kilka minut upłynęło w milczeniu. 

— Eugeniuszu! — zawołał nagle Arkadiusz. 

— No? 

— Jadę jutro z tobą.  

Bazarow nie odpowiedział. 

—  Wrócę  do  domu  —  ciągnął  dalej  Arkadiusz.  —  Pojedziemy  razem  do 

chochłowskich  kolonii,  tam  weźmiesz  u  Fiedota  konie.  Z  przyjemnością  poznałbym 

twoich rodziców, ale obawiam się, że będę krępował ich i ciebie. Później znów do nas 

przecie przyjedziesz? 

— Zostawiłem u was swoje rzeczy — powiedział nie odwracając się Bazarow. 

„Czemu mnie nie pytasz, dlaczego wyjeżdżam tak samo niespodzianie jak i ty? — 

pomyślał  Arkadiusz.  —  Doprawdy,  dlaczego  właściwie  wyjeżdżamy?"  —  rozważał 

dalej. Nie potrafił odpowiedzieć na własne pytanie; w sercu czuł gorycz. Zdawał sobie 

sprawę,  że  ciężko  mu  będzie  rozstać  się  z  życiem,  do  którego  tak  przywykł,  ale  jakoś 

dziwnie  byłoby  pozostać  samemu.  „Coś  między  nimi  zaszło  —  tłumaczył  sobie  —  po 

cóż  więc  mam  tu  sterczeć  po  jego  odjeździe?  Obrzydnę  jej  zupełnie;  stracę  wszystko 

do  reszty."  Wyobraził  sobie  Annę  Siergiejewnę;  powoli  inne  rysy  zaczęły  zacierać 

background image

piękną twarz młodej wdowy. 

—  Kati  też  szkoda!  —  szepnął  Arkadiusz  do  poduszki,  na  którą  spadła  już  łza... 

Nagle potrząsnął głową i głośno powiedział: 

— Po kiego diabła przyjechał tu ten dureń Sitnikow? 

Bazarow poruszył się na łóżku, po czym zaczął mówić: 

—  Widzę,  bracie,  żeś  jeszcze  głupi.  Tacy  jak  Sitnikow  są  niezbędni.  Zrozum,  że 

potrzebny jest taki bęcwał. Wyższe duchy na nic się tu nie zdadzą. 

„Oho! — pomyślał Arkadiusz i nagle ujrzał przez chwilę bezdenną przepaść pychy 

Bazarowa.  —  Więc  jesteśmy  wyższe  duchy?  A  raczej  ty  jesteś  wyższym  duchem, 

bęcwałem zaś chyba ja?" 

— Tak — powtórzył ponuro Bazarow — głupiś jeszcze. 

Odincowa  nie  okazała  szczególnego  zdziwienia,  gdy  nazajutrz  Arkadiusz 

powiedział  jej,  że  wyjeżdża  z  Bazarowem.  Wyglądała  na  zmęczoną  i  roztargnioną. 

Katia  milcząc  spojrzała  na  niego  poważnie,  księżniczka  nawet  przeżegnała  się  pod 

swoim  szalem,  tak  że  nie  mógł  tego  nie  dostrzec;  tylko  Sitnikow  zgoła  się  stropił. 

Dopiero co zszedł na śniadanie w nowym, eleganckim, tym razem nie słowianofilskim 

stroju;  poprzedniego  dnia  zadziwił służącego mnóstwem  przywiezionej  bielizny,  a  tu 

raptem  opuszczają  go  towarzysze!  Zaczął  przebierać  nogami,  miotać  się  jak  goniony 

przez  ogary  zając  na  skraju  lasu,  i  nagle,  z  przestrachem,  nieledwie  krzycząc 

oświadczył, że także ma zamiar wyjechać. Odincowa go nie zatrzymywała. 

— Mam bardzo wygodną kolaskę — dodał nieszczęsny młodzieniec zwracając się 

do  Arkadiusza.  —  Mógłbym  pana  podwieźć,  a  Eugeniusz  Wasilicz  pojedzie  pańskim 

tarantasem; tak będzie nawet wygodniej. 

— Ależ panu nie po drodze, a przy tym do mnie jest daleko. 

— Nic nie szkodzi, nic nie szkodzi; czasu mamy sporo i muszę jeszcze coś załatwić 

w tamtych stronach. 

— Propinacje? — zapytał Arkadiusz ze zbyt już widoczną pogardą. 

Ale Sitnikow był tak zdesperowany, że wbrew swojemu zwyczajowi nawet się nie 

roześmiał. 

— Zapewniam pana, że kolaska jest bardzo wygodna — bąknął — dla wszystkich 

starczy miejsca. 

—  Nie  martwcie,  panowie,  monsieur  Sitnikowa  odmową  —  rzekła  Anna 

Siergiejewna. 

Arkadiusz spojrzał na nią i wymownie schylił głowę. 

background image

Goście  wyjechali po  śniadaniu.  Żegnając  się  z  Bazarowem  Odincowa  wyciągnęła 

do niego rękę i rzekła: 

— Zobaczymy się jeszcze, prawda? 

— Jak pani każe — odpowiedział Bazarow. 

— Zobaczymy się zatem. 

Arkadiusz  pierwszy  wyszedł  na  ganek  i  wsiadł  do  kolaski  Sitnikowa.  Ochmistrz 

pomagał mu z szacunkiem, lecz Arkadiusz z przyjemnością by go pobił lub wybuchnął 

płaczem.  Bazarow  zajął  miejsce  w  tarantasie.  Gdy  przyjechali  do  chochłowskich 

kolonii, Arkadiusz poczekał, aż Fiedot, właściciel zajazdu, zaprzęgnie konie, po czym 

podszedł do tarantasu i z dawnym uśmiechem rzekł do Bazarowa: 

— Eugeniuszu, weź mnie z sobą; chcę do ciebie pojechać. 

— Siadaj — wycedził przez zęby Bazarow.  

Sitnikow, który chwacko pogwizdując przechadzał się wokół kolaski, usłyszawszy 

te słowa rozdziawił usta; Arkadiusz z zimną krwią zabrał swój bagaż z kolaski, usiadł 

obok  Bazarowa,  uprzejmie  ukłonił  się  byłemu  towarzyszowi  podróży  i  krzyknął: 

„Jazda!" Tarantas potoczył się i wkrótce znikł z oczu. Sitnikow, do reszty zbity z tropu, 

spojrzał na swego stangreta, ale ten wymachiwał tylko batem nad ogonem lejcowego 

konia.  Sitnikow  skoczył  więc  do  kolaski,  huknął  na  dwóch  przechodzących  chłopów: 

—  Włóżcie  czapki,  durnie!  —  i  pojechał  do  miasta,  dokąd  przybył  bardzo  późno; 

następnego  dnia  „obu  wstrętnym  pyszałkom  i  grubianom"  dobrze  dostało  się  u pani 

Kukszin. 

Siadając  do  tarantasu  Arkadiusz  mocno  uścisnął  rękę  Bazarowa  i  długo  nic  nie 

mówił. Bazarow jak gdyby zrozumiał ów uścisk i milczenie. Poprzedniej nocy nie spał 

zupełnie,  przez  ostatnich  kilka  dni  nie  palił  i  prawie  nic  nie  jadł.  Pod  nasuniętą  na 

czoło czapką posępnie i ostro zaznaczał się jego wychudły profil. 

—  Cóż,  bracie  —  powiedział  wreszcie  —  daj  no  papierosa.  Spójrz,  żółty  mam 

język? 

— Żółty — odrzekł Arkadiusz. 

— Tak... Dlatego papieros nie smakuje. Rozklekotała się maszyna. 

— Rzeczywiście, zmieniłeś się ostatnio — zauważył Arkadiusz. 

—  To  nic!  Jakoś  wybrniemy.  Przykro  mi  tylko  ze  względu  na  matkę;  okropnie 

wrażliwa:  jeśli  brzuch  ci  nie  urósł  i  nie  jesz  dziesięć  razy  na  dzień,  wpada  w 

desperację. Z ojcem nie ma zmartwienia, bywał na wozie i pod wozem. Nie, nie mogę 

palić — dodał i cisnął papierosa w kurz przydrożny. 

background image

— Do twego majątku jest dwadzieścia pięć wiorst? — zapytał Arkadiusz. 

— Tak. Zapytaj zresztą tego mędrca. 

Wskazał na siedzącego na koźle chłopa, Fiedotowego parobka. 

Ale  mędrzec  odpowiedział,  że  „kto  ich  tam  wie,  wiorsty  tutaj  nie  mierzone",  i 

dalej klął półgłosem dyszlowego konia, że „głowizną liga", czyli szarpie łbem. 

—  Tak,  tak  —  powiedział  Bazarow  —  oto  dla  ciebie  nauczka,  mój  młody 

przyjacielu,  bardzo  pożyteczny  przykład.  Diabli  wiedzą,  co  za  brednie.  Nie  dość,  że 

człowiek na nitce wisi, że w każdej chwili może się pod nim otworzyć przepaść, jeszcze 

sam sobie wymyśla najrozmaitsze przykrości i psuje sobie życie. 

— Do czego właściwie zmierzasz? — zapytał Arkadiusz. 

—  Do  niczego  nie  zmierzam,  wprost  powiadam,  żeśmy  obaj  bardzo  głupio  się 

prowadzili.  Co  tu  gadać!  Już  na  klinice  zauważyłem,  że  kto  nie  folguje  swemu 

cierpieniu, zawsze je pokona. 

— Niezupełnie cię rozumiem — rzekł Arkadiusz — zdaje się, że nie masz powodu 

się skarżyć. 

—  Jeśli  więc  niezupełnie  mnie  rozumiesz,  powiem  ci  tyle:  myślę,  że  lepiej 

kamienie  tłuc  przy  drodze  niż  pozwolić,  by  kobieta  zapanowała  nad  tobą  choćby  w 

najmniejszym  stopniu.  Wszystko  to...  —  Bazarow  miał  już  użyć  swego  ulubionego 

słowa „romantyzm", ale powstrzymał się i rzekł — ...brednie. Nie uwierzysz mi teraz, 

ale  powiadam  ci:  znaleźliśmy  się  w  towarzystwie  kobiet  i  było  nam  przyjemnie;  lecz 

rzucić  takie  towarzystwo  to  jakby  w  upalny  dzień  zanurzyć  się  w  zimnej  wodzie. 

Mężczyzna nie ma czasu na podobne głupstwa; mężczyzna powinien być okrutny, jak 

głosi  znakomite  hiszpańskie  przysłowie:  Hej,  mój  zacny  —  zawołał  zwracając  się  do 

siedzącego na koźle chłopa — masz ty żonę? 

Chłop ukazał obu przyjaciołom swoją płaską, przyślepą twarz. 

— Żonę? Mam. Jakże bez żony? 

— Bijesz ją? 

— Żonę? Różnie bywa. Bez powodu nie biję. 

— Znakomicie. No, a ona ciebie bije?  

Chłop szarpnął lejcami. 

— Co też mówicie, panie. Tylko byście żartowali... — Najwidoczniej się obraził. 

— Słyszysz, Arkadiuszu Nikołajewiczu? A nas przecież pobito... Ot, co znaczy być 

wykształconym człowiekiem. 

Arkadiusz roześmiał się z przymusem, a Bazarow odwrócił się i przez cały czas nie 

background image

odezwał się już ani słowem. 

Droga tak się dłużyła, że dwadzieścia pięć wiorst wydało się Arkadiuszowi niczym 

pięćdziesiąt.  Ale  wreszcie  na  stoku  pochyłego  wzgórza  ukazała  się  niewielka  wioska, 

gdzie mieszkali rodzice Bazarowa. Obok niej, w młodym brzozowym lasku, widać było 

dworek kryty słomianą strzechą. Przy pierwszej chacie stali dwaj chłopi w czapkach i 

kłócili  się.  —  Stara  z  ciebie  świnia  —  mówił  jeden  do  drugiego  —  a  przecie  gorszy 

jesteś od małego prosiaka. — A twoja żona czarownica — odciął się drugi. 

—  Ze  swobody  zachowania  się  —  zauważył  Bazarow  —  i  soczystości  zwrotów 

możesz  wnosić,  że  chłopi  mojego  ojca  nie  są  zbyt  uciskani.  Ale  właśnie  ojciec 

wychodzi na ganek swej siedziby! Usłyszał zapewne dzwoneczki. Tak, to on, poznaję. 

Ho, ho! Ale jakże biedak posiwiał! 

 

XX 

Bazarow  wychylił  się  z  tarantasu,  Arkadiusz  zaś  wysunął  głowę  zza  pleców 

swojego towarzysza i ujrzał na ganku wysokiego, chudego mężczyznę o nastroszonych 

włosach  i  cienkim,  orlim  nosie,  odzianego  w  starą,  rozpiętą  kurtkę  wojskową.  Stał 

rozstawiwszy nogi, palił długą fajkę i mrużył oczy od słońca. 

Konie zatrzymały się. 

—  Przyjechałeś  wreszcie  —  powiedział  ojciec  Bazarowa  wciąż  paląc,  chociaż 

cybuch skakał mu między palcami. — No, wyłaź, wyłaź, pocałujemy się. 

Objął  syna...  —  Jeniusza,  Jeniusza  —  rozległ  się  drżący  głos  kobiecy.  Drzwi 

otworzyły się i na progu stanęła okrągła, niziutka staruszka w białym czepku i krótkim 

barwnym kaftaniku. Jęknęła, zachwiała się i na pewno by upadła, gdyby Bazarow jej 

nie  podtrzymał.  Jej  pulchne  ręce  w  mgnieniu  oka  otoczyły  szyję  Bazarowa,  głowa 

przypadła do jego piersi, i wszystko ucichło. Słychać było tylko jej urywany szloch. 

Stary Bazarow głęboko oddychał i mrużył oczy bardziej niż poprzednio. 

—  No,  dosyć,  dosyć,  Arisza!  Przestań  —  powiedział  wymieniwszy  spojrzenie  z 

Arkadiuszem,  który  stał  nieruchomo  przy  tarantasie,  podczas  gdy  chłop  na  koźle  aż 

odwrócił głowę. — Dajże spokój! Przestań, proszę! 

— Ach, Wasiliu Iwanyczu — wyszeptała staruszka. — Ileż to czasu nie widziałam 

mojego złotego Jeniuszy... — i nie rozplatając rąk oderwała od Bazarowa swoją mokrą 

od  łez,  pełną  zmarszczek,  rozrzewnioną  twarz,  spojrzała  na  niego  uszczęśliwionym  a 

zarazem ubawionym spojrzeniem i znowu do niego przypadła. 

—  No,  tak,  oczywiście,  to  naturalny  porządek  rzeczy  —  powiedział  Wasilij 

background image

Iwanowicz  —  ale  lepiej  chodźmy  do  pokoju.  Gość  przyjechał  z  Eugeniuszem.  Pan 

wybaczy — dodał zwracając się do Arkadiusza i z lekka szurnął nogą. — Rozumie pan: 

kobieca słabość, no i serce matki... 

Ale i jemu drgały usta, brwi i trząsł się podbródek... Starał się jednak opanować i 

przybrać wygląd prawie obojętny. Arkadiusz skłonił się. 

— Chodźmy, mateczko — rzekł Bazarow i poprowadził do domu osłabłą staruszkę. 

Umieściwszy ją w wygodnym fotelu, raz jeszcze szybko uścisnął ojca i przedstawił mu 

Arkadiusza. 

—  Rad  jestem  z  całego  serca  —  rzekł  Wasilij  Iwanowicz  —  tylko  niech  pan 

wybaczy: bardzo tu u nas zwyczajnie, na wojskową modłę. Arino Własiewno, uspokój 

się, proszę! Co sobie o nas pomyśli nasz gość? 

—  Ach,  panie  —  powiedziała  przez  łzy  staruszka  —  nie  mam  zaszczytu  znać 

imienia... 

—  Arkadiusz  Nikołajewicz  —  dobitnie,  choć  półgłosem  podpowiedział  Wasilij 

Iwanowicz. 

—  Wybacz  pan  głupiej  kobiecie. —  Staruszka wysiąkała  nos  i przechylając  głowę 

raz  w  prawo,  raz  w  lewo,  dokładnie  otarła  oczy.  —  Proszę  mi  wybaczyć.  Myślałam 

przecie, że umrę, nie doczekam się mego sy...neczka. 

— Ale doczekałaś się, dobrodziejko — podchwycił Wasilij Iwanowicz. — Tania — 

zwrócił  się  do  nieśmiało  wyglądającej  zza  drzwi  bosej  dziewczynki,  lat  około 

trzynastu, w jaskrawoczerwonej perkalowej sukience — przynieś pani szklankę wody 

na  tacy,  słyszysz?  Wy  zaś,  moi  panowie  —  dodał  ze  staroświecką  elegancją  — 

pozwólcie do gabinetu starego weterana. 

— Jeszcze choć raz cię uściskam, Jeniusza — jęknęła Arina Własiewna. Bazarow 

pochylił się ku niej. — Jakżeś ty wypiękniał! 

—  Wypiękniał  czy  nie  wypiękniał  —  zauważył  Wasilij  Iwanowicz  —  ale  to 

mężczyzna, jak powiadają: o m f e

20

. Mam jednak nadzieję, Arino Własiewno, że teraz, 

kiedy  zaspokoiłaś  już  potrzebę  swojego  macierzyńskiego  serca,  pomyślisz  o  strawie 

dla naszych drogich gości; wiadomo, nie tylko duchem człowiek żyje.  

Staruszka wstała z fotela. 

— Zaraz stół będzie nakryty; sama pobiegnę do kuchni i każę nastawić samowar, 

wszystko  będzie,  wszystko.  Przecie  trzy  lata  go  nie  widziałam,  nie  karmiłam,  nie 

poiłam, czy to lekko? 

                                                        

20

 Homle fait – dorosły mężczyzna. (W oryg. pisownia fonetyczna.) 

background image

—  No,  uważaj,  gosposiu,  żeby  wstydu  nie  było;  wy  zaś,  panowie,  proszę  za  mną! 

Oto  i  Timofieicz  przyszedł  z  tobą  się  przywitać,  Eugeniuszu.  Ucieszył  się  stary. 

Prawda? Ucieszyłeś się, stary brodaczu, co? Proszę za mną! 

I  Wasilij  Iwanowicz  ruszył  naprzód,  szurając  i  człapiąc  przydeptanymi 

pantoflami. 

 

Domek  składał  się  z  sześciu  małych  pokoików.  Jeden  z  nich,  do  którego  weszli 

przyjaciele, nosił nazwę gabinetu. Stół na grubych nogach, zawalony poczerniałymi od 

kurzu, jak gdyby zakopconymi papierami, zajmował całą przestrzeń od okna do okna; 

na  ścianach  wisiała  broń  turecka,  nahajki,  szabla,  dwie  mapy,  jakieś  rysunki 

anatomiczne, portret Hufelanda

21

, monogram z włosów w czarnej ramce i dyplom pod 

szkłem;  skórzana,  zapadnięta  gdzieniegdzie  i  podarta  kanapa  mieściła  się  między 

dwiema  ogromnymi  czeczotkowymi  szafami;  na  półkach  stały  w  nieładzie  książki, 

pudełeczka, wypchane ptaki, słoiki, buteleczki; w jednym z kątów widać było popsutą 

maszynę elektryczną. 

—  Uprzedziłem  pana,  miły  mój  gościu  —  zaczął  Wasilij  Iwanowicz  —  że 

mieszkamy tutaj niczym na biwaku... 

—  Przestań,  po  co  się  tłumaczysz?  —  przerwał  Bazarow.  —  Kirsanow  wie 

doskonale,  że  nie  jesteśmy  krezusami  i  że  nie  masz  pałacu.  Gdzie  go  umieścić,  oto 

pytanie! 

—  Ależ,  Eugeniuszu!  W  oficynie  jest  wyborny  pokoik,  będzie  tam  panu  bardzo 

dobrze. 

— Masz zatem oficynkę? 

— A jakże, tam gdzie łaźnia, proszę panicza — wtrącił Timofieicz. 

—  To  znaczy  obok  łaźni  —  spiesznie  dodał  Wasilij  Iwanowicz.  —  Teraz  mamy 

lato...  Zaraz  tam  pobiegnę,  wydam  polecenia;  ty  zaś,  Timofieicz,  zanieś  rzeczy  pana. 

Tobie, Eugeniuszu, dam oczywiście mój gabinet. Suum cuique.

22

 

— No, widzisz! To przezabawny i najlepszy w świecie człowiek — rzekł Bazarow, 

gdy tylko Wasilij Iwanowicz wyszedł. — Taki sam dziwak jak twój ojciec, ale w innym 

rodzaju. Tylko zbyt wiele gada. 

— Twoja matka, jak widzę, też zacności kobieta — zauważył Arkadiusz. 

— Tak, dobra, prosta. Zobaczysz, jaki nam obiad wyszykuje! 

                                                        

21

 Krzysztof Wilhelm Hufeland (1762-1836) – lekarz niemiecki. 

22

 Każdemu, co się należy. 

background image

—  Nie  spodziewaliśmy  się  dzisiaj  panicza  i  nie  przywieźliśmy  wołowinki  — 

powiedział Timofieicz, który przed chwilą przyniósł walizę Bazarowa. 

— Obejdzie się bez wołowinki, jak nie ma, to nie! Bieda, powiadają, nie hańbi. 

— Ile dusz ma twój ojciec? — zapytał nagle Arkadiusz. 

— Majątek jest własnością matki; zdaje się, że piętnaście. 

— Dwadzieścia dwie — zauważył urażony Timofieicz. 

Rozległo się człapanie pantofli i znów zjawił się Wasilij Iwanowicz. 

—  Za  chwilę  pokój  będzie  gotów  na  pana  przyjęcie  —  zawołał  triumfalnie  — 

Arkadiuszu...  Nikołajewiczu?  Zdaje  się,  że  tak  należy  się  do  pana  zwracać?  A  oto 

pański  służący  —  dodał  wskazując  krótko  ostrzyżonego  chłopca  w  niebieskim, 

podartym  na  łokciach  kaftanie  i  pożyczonych  butach.  —  Nazywa  się  Fiedka. 

Powtarzam  znowu,  chociaż  syn  zabrania:  proszę  nam  wybaczyć.  Zresztą  fajkę  nabić 

potrafi. Przecie pan pali? 

— Palę raczej cygara — odrzekł Arkadiusz. 

—  I  bardzo  rozsądnie  pan  czyni.  Sam  wolę  cygara,  ale  w  naszych  odległych 

okolicach bardzo trudno je dostać. 

—  No,  dosyć  już  biadolenia  —  przerwał  znowu  Bazarow.  —  Siądź  lepiej  tu,  na 

kanapie, i niechże ci się przyjrzę. 

Wasilij  Iwanowicz  roześmiał  się  i  usiadł.  Z  twarzy  był  bardzo  podobny  do  syna, 

tylko  czoło  miał  niższe  i  bardziej  wąskie,  a  usta  trochę  szersze;  nieustannie  chodził, 

poruszał  ramionami,  jak  gdyby  ubranie  uciskało  go  pod  pachami,  mrugał,  kaszlał, 

przebierał  palcami,  podczas  gdy  jego  syn  odznaczał  się  jakąś  niedbałą  powolnością 

ruchów. 

— Dość biadolenia! — powtórzył Wasilij Iwanowicz. — Nie myśl, Eugeniuszu, że 

chciałem  wzruszyć  gościa,  że  to  w  takiej  zapadłej  dziurze  mieszkamy.  Przeciwnie, 

uważam,  że  dla  myślącego  człowieka  nie  ma  zapadłych  dziur.  Staram  się  zresztą  w 

miarę możności nie poróść, jak powiadają, pleśnią, nie zostać w tyle. 

Wasilij  Iwanowicz  wyciągnął  z  kieszeni  nową,  żółtą  fularową  chustkę,  którą 

zdążył wziąć idąc do pokoju Arkadiusza, i wywijając nią w powietrzu, ciągnął dalej: 

—  Nie  mówię  już  o  tym,  że  moi  chłopi są  na  czynszu i  że  oddałem im  ziemię  za 

połowę zbioru, co stanowi dla mnie dotkliwą stratę. Uważałem to za swój obowiązek, 

sam  rozsądek  tak  dyktuje,  chociaż  inni  właściciele  ani  o  tym  pomyślą;  mówię  o 

naukach i wykształceniu. 

— Tak, widzę tu właśnie „Przyjaciela Zdrowia" na rok 1855 — zauważył Bazarow. 

background image

— Stary kolega przysyła mi go po znajomości — szybko rzucił Wasilij Iwanowicz. 

— Ale mamy też niejakie pojęcie o frenologii — dodał zwracając się zresztą głównie do 

Arkadiusza  i  wskazując  stojącą  na  szafie  niewielką  gipsową  główkę,  podzieloną  na 

oznaczone liczbami prostokąty. — Wiemy, kto Schoenlein, kto Rademacher. 

— Więc jeszcze wierzą w Rademachera w *** guberni? — zapytał Bazarow. 

Wasilij Iwanowicz zakaszlał. 

— W guberni... Panowie oczywiście wiecie lepiej; gdzie nam do was? Przecież wy 

macie  zająć  nasze  miejsce.  W  swoich  czasach  taki  zwolennik  teorii  humorów  jak 

Hoffman czy Brown ze swym witalizmem wydawali się śmieszni, a przecież byli kiedyś 

sławni.  Rademachera  zastąpił  wam  ktoś  nowy,  więc  teraz  uznajecie  już  tylko  tego 

nowego, ale za dwadzieścia lat z niego także będą się śmiać. 

— Powiem ci na pociechę — rzekł Bazarow — że my teraz w ogóle śmiejemy się z 

medycyny i nikogo nie uznajemy. 

— Jak to? Przecież chcesz być lekarzem? 

— Tak, lecz jedno drugiemu nie przeszkadza.  

Wasilij  Iwanowicz  pogrzebał  środkowym  palcem  w  fajce,  gdzie  znajdowało  się 

jeszcze nieco gorącego popiołu. 

—  Może,  może,  nie  będę  się  spierał.  Bo  któż  ja  jestem?  Dymisjonowany 

sztabslekarz,  w  o  l  a  t  u

23

;  teraz  zostałem  agronomem.  Służyłem  w  brygadzie  pań-

skiego  dziadka  —  zwrócił  się  znowu  do  Arkadiusza  —  tak,  tak,  wiele  w  swoim  życiu 

widziałem. W jakich towarzystwach bywałem, jakich znałem ludzi! Tak jak mnie pan 

tu przed sobą widzi, badałem puls księciu Wittgensteinowi, Żukowskiemu. Takich to 

ludzi  znałem  w  armii  południowej,  po  roku  czternastym,  rozumie  pan —  mówiąc  to 

Wasilij  Iwanowicz  znacząco  zacisnął  wargi.  —  Wszystkich  znałem!  tak,  ale  moje 

zadanie  jest  skromne:  pilnuj  swego  lancetu,  i  basta!  Pański  dziadek  to  był  godny 

człowiek, prawdziwy żołnierz. 

— Przyznaj się, tępy był jak pień, co? — leniwym głosem rzekł Bazarow. 

—  Ach,  Eugeniuszu,  jak  ty  się  wyrażasz,  bój  się  Boga!...  Oczywiście,  generał 

Kirsanow nie należał do liczby... 

— No, dajmy mu pokój — przerwał Bazarow. — Kiedy jechałem tutaj, ucieszyłem 

się widząc, że twój brzozowy lasek pięknie wyrósł. 

Wasilij Iwanowicz ożywił się. 

— Popatrz tylko, jaki mam teraz ogród! Sam każde drzewko sadziłem. Owoce są i 

                                                        

23

 Zniekształcone: voila tout – ot, i wszystko. (w oryg. pisownia fonetyczna.) 

background image

jagody, i wszelkie zioła lekarskie. Mędrkujcie, jak chcecie, panowie młodzi, a przecie 

stary  Paracelsus  powiedział  świętą  prawdę:  in  herbis,  verbis  et  lapidibus

24

...  Wiesz 

przecież,  że  przestałem  praktykować,  a  jednak  ze  dwa  razy  na  tydzień  trzeba  wracać 

do dawnego zawodu. Przychodzą po radę, nie można odmówić. Zdarza się, że biedacy 

proszą  o  pomoc.  Lekarzy  wcale  tu  nie  ma.  Wyobraź  sobie,  że  pewien  mój  sąsiad, 

dymisjonowany  major,  także  leczy.  Pytałem,  czy  uczył  się  medycyny.  Powiadają  mi: 

nie, nie uczył się, raczej z filantropii... Cha, cha, z filantropii! Co? cha, cha, cha, cha! 

— Fiedka, nabij mi fajkę! — ostrym tonem powiedział Bazarow. 

— Jest tu jeszcze inny lekarz; przyjeżdża do chorego — ciągnął dalej jak gdyby z 

rozpaczą  w  głosie  Wasilij  Iwanowicz  —  a  chory  już  ad  patres; służący  nie  wpuszcza 

doktora,  powiada:  „Za  późno."  Doktor  tego  nie  oczekiwał,  zmieszał  się  i  pyta: 

„Powiedz,  czy  twój  pan  przed  śmiercią  miał  czkawkę?"  —  „Ano,  tak."  —  „Długo  to 

trwało?" — „Długo." — „No, to wszystko w porządku", i jazda z powrotem. Cha, cha! 

Nikt  się  nie  roześmiał  prócz  starego  Bazarowa;  Arkadiusz  zdobył  się  jedynie  na 

grymas podobny do uśmiechu, Bazarow zaś zaciągnął się fajką. Rozmowa toczyła się 

w  ten  sposób  około  godziny.  Arkadiusz  wstąpił  jeszcze  do  swojego  pokoju:  była  to 

ubieralnia  przy  łaźni,  ale  bardzo  przyjemna  i  czysta.  Wreszcie  weszła  Tania  mówiąc, 

że obiad już gotów. 

Wasilij Iwanowicz wstał pierwszy. 

—  Chodźmy,  panowie!  Zechciejcie  wybaczyć,  jeśli  was  znudziłem.  Może  moja 

gosposia bardziej was zadowoli. 

 

Obiad,  chociaż  przygotowany  w  pośpiechu,  bardzo  się  udał,  był  nawet  obfity, 

tylko wino nie dopisało: czarny prawie kseres, kupiony przez Timofieicza w mieście u 

znajomego  kupca,  zalatywał  miedzią  czy  kalafonią;  dokuczały  też  muchy.  Zazwyczaj 

chłopak  odpędzał  je  wielką  zieloną  gałęzią;  tym  razem  jednak  Wasilij  Iwanowicz 

odesłał go obawiając się krytyki ze strony młodego pokolenia. Arina Własiewna ubrała 

się  odświętnie:  włożyła  wysoki  czepek  z  jedwabnymi  wstążkami  i  błękitny  szal  w 

deseń.  Znów  sobie  popłakała  na  widok  swego  Jeniuszy,  ale  mąż  nie  musiał  jej  już 

przywoływać  do  porządku:  szybko  otarła  łzy,  żeby  nie  zaplamić  szala.  Jedli  tylko 

młodzi; gospodarze byli już od dawna po obiedzie. Usługiwał Fiedka, który, jak widać, 

nie przyzwyczajony do noszenia butów, odczuwał ich niezwykły ciężar; pomagała mu 

ślepa  na  jedno  oko  kobieta  o  męskich  rysach,  zwana  Anfisuszką,  która  pełniła 

                                                        

24

 w ziołach, słowach i kamieniach 

background image

obowiązki klucznicy, opiekunki ptactwa domowego i praczki. Podczas obiadu Wasilij 

Iwanowicz chodził bez przerwy po pokoju i ze szczęśliwym, a nawet pełnym błogości 

wyrazem twarzy mówił o poważnych obawach, jakie budzi w nim polityka Napoleona 

i  zagmatwana  kwestia  włoska.  Arina  Własiewna  nie  dostrzegała  Arkadiusza  ani  nie 

podsuwała mu potraw; podparłszy piąstką okrągłą twarz, której pełne wiśniowe usta i 

pieprzyki  na  policzkach  oraz  nad  brwiami  nadawały  wyraz  ogromnie  dobroduszny, 

nie spuszczała oczu z syna i nieustannie wzdychała: ogromnie chciała się dowiedzieć, 

na jak długo przyjechał, ale nie miała odwagi zapytać. „A jeśli powie, że na dwa dni?" 

— myślała i serce w niej zamierało. Po pieczystym Wasilij Iwanowicz znikł na chwilę i 

wrócił z odkorkowaną butelką szampana. „Chociaż żyjemy na odludziu — zawołał — w 

uroczystych  wypadkach  mamy  czym  się  rozweselić!"  Nalał  wina  do  trzech  kielichów 

oraz małego kieliszka, wzniósł toast: „Na cześć drogich gości", i jednym haustem, po 

wojskowemu, wychylił swój kielich zmuszając Arinę Własiewnę do wypicia zawartości 

małego kieliszka aż do ostatniej kropli. Kiedy przyszła kolej na konfitury, Arkadiusz, 

który  nie  znosił  słodyczy,  uznał  jednak  za  swój  obowiązek  skosztować  po  trosze  z 

czterech  różnych,  świeżo  zrobionych  gatunków,  tym  bardziej  że  Bazarow  odmówił 

kategorycznie, i zaraz zapalił cygaro. Potem na stole zjawiła się herbata ze śmietanką, 

masło i obwarzanki; następnie Wasilij Iwanowicz zaprowadził wszystkich do ogrodu, 

żeby  nacieszyć  się  pięknością  wieczoru.  Przechodząc  obok  ławeczki  szepnął  do 

Arkadiusza: 

— Lubię sobie tutaj pofilozofować patrząc na zachód słońca; to miejsce jest jakby 

stworzone dla samotnika. A tam dalej posadziłem kilka ulubionych drzew Horacego. 

— Cóż to za drzewa? — zapytał przysłuchując się Bazarow. 

— No... akacje.  

Bazarow zaczął ziewać. 

—  Przypuszczam,  że  czas  już,  by  podróżni  spoczęli  w  objęciach  Morfeusza  — 

zauważył Wasilij Iwanowicz. 

— To znaczy czas spać! — podchwycił Bazarow. — Słuszna myśl. Istotnie, już czas. 

Żegnając się z matką pocałował ją w czoło, ona zaś objęła go i ukradkiem, za jego 

plecami,  trzykrotnie  pobłogosławiła  go  znakiem  krzyża.  Wasilij  Iwanowicz 

odprowadził  Arkadiusza  do  jego  pokoju,  życząc  mu  „tak  błogiego  odpoczynku,  jaki 

znałem  w  szczęśliwym  wieku  pana".  Rzeczywiście,  Arkadiusz  spał  doskonale  w 

ubieralni:  pachniało  tam  miętą  i  dwa  świerszcze  ćwierkały  na  przemian  za  piecem. 

Stamtąd  Wasilij  Iwanowicz  udał  się  do  swego  gabinetu  i  siadłszy  na  kanapie  obok 

background image

syna zamierzał z nim porozmawiać; lecz Bazarow natychmiast go odprawił mówiąc, że 

chce  mu  się  spać;  nie  zasnął  jednak  do  rana.  Szeroko  otwartymi  oczyma  gniewnie 

wpatrywał  się  w  ciemność:  wspomnienia  dzieciństwa  nie  miały  nad  nim  władzy,  nie 

mógł się też uwolnić od niedawnych przykrych wrażeń. Arina Własiewna najpierw po-

modliła  się  do  woli;  potem  długo  jeszcze  rozmawiała  z  Anfisuszką,  która,  stojąc  jak 

wryta przed swą panią i patrząc na nią swoim jedynym okiem, tajemniczym szeptem 

dzieliła się z nią wrażeniami i uwagami na temat Eugeniusza Wasiliewicza. Staruszce 

z  radości,  od  wypitego  wina  i  dymu  cygar  zupełnie  zakręciło  się  w  głowie;  mąż 

próbował z nią rozmawiać, ale machnąwszy ręką dał za wygraną. 

Arina  Własiewna  była  prawdziwą  rosyjską  szlachcianeczką  z  dawnych  czasów; 

powinna  była  żyć  dwieście  lat  temu,  w  epoce  starej  Moskwy.  Była  bardzo  pobożna  i 

sentymentalna,  wierzyła  we  wszelkie  znaki,  wróżby,  zaklęcia,  sny;  wierzyła  w 

opętanych, w duchy domowe i leśne, w złe spotkania, uroki, ludowe leki, czwartkową 

sól

25

,  rychły  koniec  świata;  wierzyła,  że  jeśli  na  nabożeństwie  wielkanocnym  nie 

zgasną świece, będzie urodzaj na grykę, i że grzyb przestanie rosnąć, jeśli zobaczy go 

ludzkie  oko;  wierzyła,  że  diabeł  lubi  trzymać  się  blisko  wody  i  że  każdy  Żyd  ma  na 

piersi  krwawe  znamię;  bała  się  myszy,  węży,  żab,  wróbli,  pijawek,  grzmotu,  zimnej 

wody,  przeciągu,  koni,  kozłów,  rudych  ludzi  i  czarnych  kotów  oraz  uważała,  że 

świerszcz  i  pies  to  nieczyste  zwierzęta;  nie  jadła  cielęciny,  gołębi,  raków,  sera, 

szparagów,  bulw,  zająca  ani  arbuzów,  ponieważ  rozcięty  arbuz  przypomina  głowę 

Jana  Chrzciciela;  o  ostrygach  mówiła  wzdrygając  się;  lubiła dobrze  zjeść,  ale  surowo 

przestrzegała  postów;  spała  dziesięć  godzin  na  dobę,  ale  nie  kładła  się  wcale,  jeśli 

Wasilia Iwanowicza zabolała głowa; nie przeczytała żadnej książki prócz Alexisa, czyli 

Chaty  w  lesie

26

,  pisała  jeden,  najwyżej dwa  listy  na  rok,  znała  się  na  gospodarstwie, 

smażeniu konfitur, suszeniu grzybów, chociaż nic sama nie robiła i w ogóle niechętnie 

ruszała się z miejsca. Arina Własiewna była bardzo dobra i na swój sposób niegłupia. 

Wiedziała,  że  na  świecie  są  panowie,  którzy  powinni  rozkazywać,  i  ludzie  prości, 

którzy  mają  służyć,  toteż  nie  raziła  jej  ani  pokora,  ani  pokłony  do  ziemi;  ale  z 

podwładnymi obchodziła się delikatnie i łagodnie, żaden ubogi nie odszedł od niej bez 

jałmużny  i  nigdy  o  nikim  źle  nie  mówiła,  chociaż  czasem  lubiła  poplotkować.  W 

młodości była bardzo ładna, grała na klawikordzie i trochę mówiła po francusku; lecz 

                                                        

25

 Według obyczaju rosyjskiego w Wielki Czwartek prażono sól, z którą w Niedzielę Wielkanocną jadło się 

święcone jaja. Sól tę przechowywano następnie przez cały rok, wierzono bowiem, że ma właściwości leczenia 
wszelkich chorób. (Przyp. red.) 

26

 Sentymentalna powieść pisarza francuskiego Ducray-Dumnil (1769—1818), przełożona współcześnie na 

background image

w ciągu długoletnich wędrówek z mężem, za którego wyszła wbrew woli, roztyła się i 

zapomniała muzyki i francuskiego. Syna kochała i bała się niewypowiedzianie; zarząd 

majątkiem  zostawiła  Wasiliowi  Iwanowiczowi  i  do  niczego  się  już  nie  wtrącała: 

wzdychała, wachlowała się chusteczką i z przerażenia wciąż wyżej unosiła brwi, kiedy 

mąż wyjaśniał jej swoje projekty zmian i nowe zamierzenia. Była podejrzliwa, zawsze 

oczekiwała  jakiegoś  wielkiego  nieszczęścia  i  natychmiast  płakała,  gdy  tylko 

przypomniała sobie coś smutnego... Takich kobiet dzisiaj już prawie nie ma. Bóg wie, 

czy należy się z tego cieszyć! 

 

XXI 

Gdy Arkadiusz wstał z łóżka i otworzył okno, pierwszą osobą, którą zobaczył, był 

Wasilij  Iwanowicz.  Odziany  w  bucharski  szlafrok,  przepasany  fularową  chustką, 

staruszek z zapałem kopał w ogrodzie. Na widok młodego gościa wsparł się na łopacie 

i zawołał: 

— Dzień dobry! Jakże się spało? 

— Doskonale! — odpowiedział Arkadiusz. 

— A ja tutaj, jak pan widzi, niby ów Cincinnatus, przygotowuję grzędę pod późną 

rzepę. Teraz nadeszły takie czasy — chwalić Boga! — że każdy musi własnymi rękami 

zdobywać  sobie  pożywienie;  na  innych  nie  należy  liczyć:  samemu  trzeba  pracować. 

Wygląda na to, że Jean Jacques Rousseau ma rację. Przed półgodziną ujrzałby mnie 

pan dobrodziej przy zupełnie innym zajęciu. Pewnej babie, która skarżyła się, mówiąc 

ich  językiem,  na  kolki  —  my  nazywamy  to  dyzenterią  —  ja...  jak  by  to  rzecz?... 

wlewałem opium; innej wyrwałem ząb; zaproponowałem jej znieczulenie eterem... ale 

nie  chciała.  Wszystko  to  gratis,  anamater

27

.  Zresztą,  nic  to  dla  mnie  niezwykłego; 

przecież plebejusz ze mnie, homo novus, nie pochodzę ze szlachty starożytnego rodu, 

jak moja małżonka... Czy nie zechciałby pan jednak przyjść tu w cień, odetchnąć przed 

herbatą świeżym porannym powietrzem? 

Arkadiusz zszedł do ogrodu. 

—  Dzień  dobry  raz  jeszcze!  —  rzekł  Wasilij  Iwanowicz,  po  wojskowemu 

przykładając  dłoń  do  zatłuszczonej  mycki,  którą  miał  na  głowie.  —  Wiem,  że  pan 

przywykł  do  zbytku,  do  wygód,  lecz  nawet  możni  świata  tego  nie  gardzą  na  krótko 

skromną chatą. 

                                                                                                                                                                             
rosyjski. (Przyp. red.) 

27

 Zniekształcone: en amateur — z amatorstwa. (W oryg. pisownia fonetyczna.) 

background image

— Ależ, drogi panie — zawołał Arkadiusz — jaki tam ze mnie możny? Do zbytku 

także nie przywykłem. 

— Zaraz, zaraz — rzekł z uprzejmym gestem  Wasilij Iwanowicz. — Chociaż teraz 

jestem już stary, przecież otarłem się trochę w świecie i ptaka po locie poznaję. Jestem 

na swój sposób psychologiem i fizjonomistą. Gdybym nie miał tego, ośmielę się rzec, 

talentu,  dawno  bym  zginął;  jestem  człowiek  mały,  zgnietliby  mnie  jak  nic.  Powiem 

panu  bez  komplementów:  przyjaźń  pańska  z  moim  synem  szczerze  mnie  cieszy. 

Widziałem  się  z  nim  przed  chwilą:  według  swego  zwyczaju,  który  pan  zna  zapewne, 

zerwał się bardzo wcześnie i pobiegł gdzieś w okolicę. Pozwoli pan, że zapytam — jak 

dawno się znacie? 

— Od tej zimy. 

—  Aha.  I  jeszcze  zapytam  o  jedno  —  czy  jednak  nie  chciałby  pan  usiąść?  — 

zapytam  jak  ojciec,  z  największą  szczerością:  jakiego  pan  jest  zdania  o  moim 

Eugeniuszu? 

—  Syn  pański  jest  jednym  z  najwspanialszych  ludzi,  jakich  kiedykolwiek 

spotkałem — żywo odpowiedział Arkadiusz. 

Oczy Wasilia Iwanowicza rozwarły się nagle szeroko, a na policzki wystąpił słaby 

rumieniec. Łopata wyśliznęła mu się z rąk. 

— A więc przypuszcza pan... — zaczął. 

—  Jestem  pewien  —  podjął  Arkadiusz  —  że  pańskiego  syna  czeka  wielka 

przyszłość,  że  wsławi  wasze  nazwisko.  Przekonałem  się  o  tym  od  pierwszego 

spotkania. 

—  Jakże...  jak  to  było?  —  ledwie  wymówił  Wasilij  Iwanowicz.  Na  jego  szerokich 

wargach ukazał się błogi uśmiech i już z nich nie schodził. 

— Chce pan wiedzieć, w jaki sposób się spotkaliśmy? 

— Tak... i w ogóle... 

Arkadiusz zaczął opowiadać o Bazarowie z większym jeszcze zapałem i podziwem 

niż owego wieczora, kiedy tańczył mazura Odincową. 

Wasilij  Iwanowicz  słuchał  go,  wycierał  nos,  kręcił  chustkę  w  rękach,  kaszlał, 

targał włosy; wreszcie nie wytrzymał, schylił się i pocałował Arkadiusza w ramię. 

— Uszczęśliwił mnie pan zupełnie — rzekł, wciąż się uśmiechając — muszę panu 

powiedzieć,  że...  ubóstwiam  mego  syna;  o  mojej  staruszce  nawet  nie  mówię: 

wiadomo,  matka!  ale  nie  śmiem  okazywać  przy  nim  swych  uczuć,  ponieważ  on  tego 

nie  lubi.  Jest  wrogiem  wszelkich  wynurzeń;  wielu  nawet  potępia  go  za  tak  twardy 

background image

charakter i uważa to za dowód pychy czy nieczułości; ale takich ludzi jak on nie można 

mierzyć zwykłą miarą, prawda? Albo na przykład: inny na jego miejscu ciągnąłby, ile 

się  da,  ze  swoich  rodziców;  a  czy  pan  uwierzy,  że  nigdy  nie  wziął  od  nas  zbytecznej 

kopiejki, dalibóg! 

— To bezinteresowny, rzetelny człowiek — zauważył Arkadiusz. 

—  Właśnie  —  bezinteresowny.  Ja  zaś,  Arkadiuszu  Nikołajewiczu,  nie  tylko  go 

ubóstwiam, ale jestem niego dumny i cała moja próżność polega na tym, by kiedyś w 

jego  biografii  znalazły  się  następujące  słowa:  „Ojcem  jego  był  zwykły  sztabslekarz, 

który  jednak  wcześnie  zrozumiał,  jakiego  ma  syna,  i  niczego  nie  szczędził,  aby  go 

wychować...'' 

Głos staruszka załamał się.  

Arkadiusz uścisnął mu rękę. 

— Jak pan myśli — zapytał Wasilij Iwanowicz po chwili milczenia — chyba nie w 

dziedzinie medycyny osiągnie ową sławę, którą mu pan przepowiada? 

—  Oczywiście,  nie  w  medycynie,  chociaż  i  tutaj  będzie  jednym  z  pierwszych 

uczonych. 

— W jakiej więc dziedzinie, Arkadiuszu Nikołajewiczu? 

— Trudno to dzisiaj powiedzieć, ale będzie sławny. 

— Będzie sławny! — powtórzył staruszek i pogrążył się w zadumie. 

—  Arina  Własiewna  kazała  prosić  na  herbatę  —  powiedziała  Anfisuszka 

przechodząc obok z ogromnym półmiskiem dojrzałych malin. 

Wasilij Iwanowicz otrząsnął się z zadumy. 

— Czy do malin będzie zimna śmietanka? 

— A będzie, proszę pana. 

— Ale zimna, pamiętaj! Niech pan nie robi ceremonii, Arkadiuszu Nikołajewiczu, 

proszę wziąć więcej. Ale czemu to Eugeniusza nie widać? 

— Jestem tutaj — rozległ się głos Bazarowa z pokoju Arkadiusza. 

Wasilij Iwanowicz szybko się odwrócił. 

— Aha! Chciałeś odwiedzić swego przyjaciela; spóźniłeś się, amice, myśmy tu już 

sobie  ucięli  długą  pogawędkę.  Teraz  trzeba  pójść  na  herbatę,  matka  prosi.  Muszę 

zresztą tobą porozmawiać. 

— O czym? 

— Mam tu chłopaka, który cierpi na icterus... 

— To znaczy na żółtaczkę? 

background image

—  Tak,  na  chroniczny  i  uparty  icterus.  Przepisywałem  mu  tysiącznik  i 

świętojańskie ziele; kazałem jeść marchew, dawałem sodę; ale to są paliatywy, trzeba 

by  coś  radykalniejszego.  Jestem  pewien,  że  choć  śmiejesz  się  z  medycyny,  potrafisz 

dać mi mądrą radę. Lecz zostawmy to na potem. Teraz chodźmy na herbatę. 

Wasilij Iwanowicz żywo wstał z ławeczki i zaśpiewał arię z Roberta Diabła: 

 

Ustanowimy sobie prawa, prawa, prawa,  

By radość życia pełną czaszą pić... 

 

— Nadzwyczajna żywotność! — rzekł Bazarow odchodząc od okna. 

Nadeszło  południe.  Słońce  paliło  zza  cienkiej  zasłony  białawych  obłoków,  gęsto 

pokrywających całe niebo. Cisza była zupełna, tylko koguty czupurnie przekrzykiwały 

się na wsi, budząc w każdym, kto je słyszał, dziwne wrażenie senności i nudy; gdzieś 

wysoko,  wśród  wierzchołków  drzew,  jak  płaczliwe  wezwanie  rozlegało  się  nie 

milknące  kwilenie  młodego  jastrzębia.  Arkadiusz  i  Bazarow  leżeli  w  cieniu 

niewielkiego  stogu  siana,  podesławszy  sobie  dwa  naręcza  szeleszczącej  i  suchej,  ale 

jeszcze zielonej i wonnej trawy. 

—  Ta  osina  —  zaczął  Bazarow  —  przypomina  mi  moje  dzieciństwo;  rośnie  na 

skraju dołu, który został po murowanej wozowni; byłem wówczas przekonany, że ten 

dół i osina wyposażone są w osobliwą moc: nigdy się tu nie nudziłem. Nie rozumiałem 

wtedy, że nie nudziłem się, ponieważ byłem dzieckiem. Teraz jestem dorosły i ta moc 

już nie działa. 

— Ile czasu tu spędziłeś? — zapytał Arkadiusz. 

— Dwa lata bez przerwy; potem wyjeżdżaliśmy. Prowadziliśmy koczowniczy tryb 

życia, najwięcej włóczyliśmy się po miastach. 

— A ten dom dawno stoi? 

— Dawno. Zbudował go jeszcze mój dziad, ojciec matki. 

— Kim był twój dziadek? 

—  Diabli  go  wiedzą.  Jakiś  sekund-major.  Służył  pod  Suworowem  i  wciąż 

opowiadał o przeprawie przez Alpy. Na pewno łgał. 

— Więc to dlatego wisi u was w salonie portret Suworowa! Lubię takie domki jak 

wasz, stare i ciepłe; mają jakiś osobliwy zapach. 

—  Zapach  nostrzyku  i  oliwy  z  lampek  przed  ikonami  —  powiedział  ziewając 

Bazarow. — A ile much w tych miłych domkach... Uff! 

background image

—  Powiedz  —  zaczął  Arkadiusz  po  chwili  milczenia  —  czy  nie  krępowano  cię  w 

dzieciństwie? 

— Widzisz przecie, jacy są moi rodzice. Niezbyt srodzy z nich ludzie. 

— Kochasz ich, Eugeniuszu? 

— Kocham! 

— Oni ciebie tak kochają!  

Bazarow milczał. 

— Wiesz, o czym myślę? — powiedział wreszcie, zakładając ręce pod głowę. 

— Nie wiem. O czym? 

— Myślę, że dobrze moim rodzicom żyć na świecie. Ojciec mając lat sześćdziesiąt 

krząta  się,  rozprawia  o  „paliatywach",  leczy  ludzi,  jest  wspaniałomyślny  wobec 

wieśniaków,  słowem,  dobrze  sobie  żyje;  matce  też  jest  dobrze:  dzień  ma  tak  bardzo 

wypełniony wszelkimi zajęciami, wzdychaniem i popłakiwaniem, że nie ma czasu się 

zastanawiać. Ja zaś... 

— A ty? 

— A ja myślę: oto leżę sobie pod tym stogiem... Niewielkie miejsce, które zajmuję, 

jest  tak  bardzo  nieznaczne  w  porównaniu  z  resztą  przestrzeni,  gdzie  mnie  nie  ma  i 

gdzie  nikogo nie  obchodzę; cząsteczka  czasu, którą  przeżyję,  tak  jest  znikoma  wobec 

wieczności,  gdzie  mnie  nie  było  i  nie  będzie.  I  w  tym  atomie,  w  tym  punkcie 

matematycznym  krąży  krew,  pracuje  mózg,  pragnie  nawet  czegoś...  Co  za  nonsens! 

Jakie głupstwa! 

— Pozwól, ale to, co mówisz, odnosi się do wszystkich ludzi... 

— Masz słuszność — podjął Bazarow. — Chciałem powiedzieć, że oni właśnie, to 

znaczy moi rodzice, są zajęci i nie martwią się własną nicością, nie cuchnie im ona... a 

ja... czuję tylko nudę i złość. 

— Złość? Dlaczego? 

— Dlaczego? Jak to dlaczego? Czyżbyś zapomniał? 

— Pamiętam wszystko, a mimo to nie widzę powodu, dla którego miałbyś prawo 

się złościć. Jesteś nieszczęśliwy, przyznaję, ale... 

—  Ech!  Arkadiuszu  Nikołajewiczu,  widzę,  że  ty  pojmujesz  miłość  jak  wszyscy 

młodzi ludzie nowego pokolenia: cip, cip, cip, kureczko, a gdy tylko kureczka zacznie 

się przybliżać — w nogi! Ja nie jestem taki. Ale dość o tym! Wstyd mówić o rzeczach, 

na które nie ma rady. — Odwrócił się na bok. — Ho, ho! Oto dzielna mrówka wlecze 

na wpół martwą muchę. Ciągnij, bracie, ciągnij! Nie zważaj na to, że się opiera, korzy-

background image

staj, że jako zwierzę masz prawo nie uznawać współczucia, nie tak jak my wszyscy, co 

wciąż udajemy. 

— I ty to mówisz, Eugeniuszu! Kiedyż to zdarzyło ci się udawać? 

Bazarow podniósł głowę. 

— Z tego tylko mogę być dumny. Sam się nie wykoślawiłem, więc i baba mnie nie 

złamie. Amen! Skończone! Więcej na ten temat nie usłyszysz ode mnie ani słowa.  

Przyjaciele leżeli przez pewien czas w milczeniu. 

—  Tak  —  zaczął  Bazarow  —  człowiek  to  dziwna  istota.  Jeśli  spojrzeć  z  boku  i  z 

daleka na odludne życie, jakie tu wiodą nasi „ojcowie", wydawałoby się: czegóż można 

chcieć  jeszcze?  Jedz,  pij  i  wiedz,  że  postępujesz  w  najbardziej  słuszny  i  rozumny 

sposób.  Lecz  nie!  Nuda  cię  zadręczy.  Masz  ochotę  obcować  z  ludźmi,  nawet  im 

wymyślać, ale mimo wszystko obcować z nimi. 

—  Należałoby  tak  ułożyć  życie,  żeby  każda  chwila  miała  jakiś  sens  —  rzekł  w 

zamyśleniu Arkadiusz. 

— A pewnie! Wszystko, co ma sens, chociaż bywa kłamliwe, daje przyjemność, ale 

i  z  tym,  co  nie  ma  sensu,  też  można  się  pogodzić...  Kłopoty,  drobne  troski...  oto 

prawdziwe nieszczęście. 

— Kłopoty nie istnieją dla człowieka, jeżeli ich nie uznaje. 

— Hm... powiedziałeś odwrócony komunał. 

— Jak to? Co przez to rozumiesz? 

— Widzisz, powiedzieć, że oświata jest pożyteczna, to komunał; powiedzieć zaś, że 

oświata  jest  szkodliwa,  to  odwrócony  komunał.  Wygląda  bardziej  błyskotliwie,  w 

istocie jest jednak tym samym. 

— Ale gdzie jest prawda, po której stronie? 

— Gdzie? Odpowiem ci jak echo: gdzie? 

— Jesteś dziś w melancholijnym nastroju, Eugeniuszu. 

— Doprawdy? Może zbyt mnie rozgrzało słońce, nie wolno też jeść tyle malin. 

— W takim razie dobrze byłoby się zdrzemnąć. 

— Owszem, tylko nie patrz na mnie: każdy człowiek, gdy śpi, ma głupią twarz. 

— Nie wszystko ci jedno, co o tobie myślę? 

— Nie wiem, co ci odpowiedzieć. Prawdziwy człowiek nie powinien się troszczyć o 

podobne  rzeczy;  prawdziwym  człowiekiem  jest  ten,  nad  którym  nie  ma  co  się 

zastanawiać, ale którego się słucha lub nienawidzi. 

— Dziwne! Nie czuję do nikogo nienawiści — rzekł po namyśle Arkadiusz. 

background image

—  A  ja  —  do  bardzo  wielu!  Ty  masz  duszę  tkliwą,  jesteś  mazgaj,  gdzie  tobie  do 

nienawiści!... Łatwo się mieszasz, nie bardzo na siebie liczysz... 

— A ty — przerwał Arkadiusz — liczysz na siebie? Masz o sobie dobre mniemanie? 

Bazarow milczał chwilę. 

— Jeśli spotkam człowieka, który mi nie ustąpi — rzekł powoli — wtedy zmienię 

to mniemanie. Nienawidzić! Na przykład powiedziałeś dzisiaj, kiedy przechodziliśmy 

obok chaty naszego starosty, Filipa — śliczna chata, bielutka — otóż powiedziałeś, że 

Rosja wówczas osiągnie doskonałość, kiedy każdy chłop będzie miał takie mieszkanie, 

i  że  każdy  z  nas  powinien  się  do  tego  przyczynić...  Znienawidziłem  owego 

najnędzniejszego  chłopa,  Filipa  czy  Sidora,  dla  którego  mamy  wyłazić  ze  skóry  i  nie 

usłyszeć nawet  od  niego:  dziękuję...  Zresztą  po  kiego  diabła  mi  jego  podziękowanie? 

Przypuśćmy więc, że będzie mieszkał w białej chacie, a na mnie już trawa wyrośnie — 

i co dalej? 

—  Dosyć,  Eugeniuszu...  słuchając  tego,  co  dziś  mówisz,  mimo  woli  trzeba  się 

zgodzić z ludźmi, którzy zarzucają nam brak zasad. 

—  Mówisz jak  twój  stryj.  Nie  ma  żadnych  zasad,  czyżbyś  się  dotychczas  tego  nie 

domyślił! Istnieją tylko doznania. Wszystko od nich zależy. 

— Jak to? 

—  Po  prostu.  Mnie,  na  przykład,  odpowiada  negacja,  właśnie  dzięki  doznaniom. 

Przeczenie  sprawia  mi  przyjemność,  tak  jest  zbudowany  mój  mózg  —  i  kropka! 

Dlaczego  mi  podoba  się  chemia?  Dlaczego  ty  lubisz  jabłka?  Również  dzięki 

doznaniom. Wszystko to jedna i ta sama sprawa. Głębiej ludzie nie sięgną nigdy. Nie 

każdy ci to powie i ja także drugi raz tego nie powtórzę. 

— Więc jak? Czy uczciwość to także doznanie? 

— Oczywiście! 

— Eugeniuszu!... — zaczął smutnym głosem Arkadiusz. 

— Cóż? Nie w smak ci to? — przerwał Bazarow. — Nie, bracie! Jeśli postanowiłeś 

wszystko kosić, walże i siebie po nogach!... Dosyć jednak tej filozofii. „Przyroda tchnie 

milczeniem snu" — powiedział Puszkin. 

— Nigdy Puszkin nie powiedział nic podobnego — rzekł Arkadiusz. 

—  Więc  jeśli  nie  powiedział,  to  jako  poeta  mógł  i  powinien  był  powiedzieć.  Ale 

wiesz, on na pewno służył w wojsku. 

— Puszkin nigdy nie był w wojsku! 

—  Zlituj  się,  przecież  znajdziesz  u  niego  na  każdej  stronicy:  Na  bój,  na  bój!  za 

background image

honor Rosji! 

— Cóż ty za bajdy zmyślasz! Przecież to po prostu oszczerstwo. 

—  Oszczerstwo?  I  cóż  z  tego!  Sądzisz,  że  przestraszę  się  tego  słowa?  Choćbyś 

rzucił na człowieka najgorsze oszczerstwo, w gruncie rzeczy zasługuje na dwadzieścia 

razy większe. 

— Śpijmy raczej! — z irytacją rzekł Arkadiusz. 

— Ależ najchętniej! — odparł Bazarow. 

Ale  nie  mogli  spać.  Niemal  wrogie  uczucie  ogarnęło  serca  obu  młodzieńców.  Po 

pięciu minutach otworzyli oczy i spojrzeli na siebie w milczeniu. 

— Patrz — powiedział nagle Arkadiusz. — Z drzewa zerwał się suchy liść klonu i 

spada na ziemię; jego lot jest całkiem podobny do lotu motyla. Czy to nie dziwne? To, 

co jest martwe i najsmutniejsze, przypomina to, co żywe i najbardziej wesołe. 

— O mój przyjacielu, Arkadiuszu Nikołajewiczu! — zawołał Bazarow — o jedno cię 

proszę: nie mów pięknie. 

—  Mówię,  jak  umiem...  Zresztą  to  despotyzm.  Przyszła  mi  myśl  do  głowy; 

dlaczego nie miałbym jej wypowiedzieć? 

— Tak; ale dlaczego mnie także nie wolno wypowiedzieć swojej myśli? Uważam, 

że mówić pięknie jest rzeczą nieprzyzwoitą. 

— Cóż więc jest przyzwoite? Kłócić się? 

— Ho, ho! Widzę, że masz zamiar wstąpić w ślady stryjaszka. Jakże ucieszyłby się 

ten idiota, gdyby ciebie słyszał! 

— Jak nazwałeś Pawła Pietrowicza? 

— Nazwałem go, jak na to zasługuje — idiotą. 

— To jednak nie do zniesienia! — zawołał Arkadiusz. 

—  Aha,  odezwały  się  w  tobie  uczucia  rodzinne  —  spokojnie  rzekł  Bazarow.  — 

Zauważyłem, że te uczucia bardzo uparcie trzymają się ludzi. Człowiek wszystkiego się 

wyrzeknie,  odrzuci  wszelkie  przesądy,  ale  przyznać,  że  brat,  który  kradnie  cudze 

chusteczki, jest złodziejem, to już ponad jego siły. No bo doprawdy: mój brat, mój — a 

nie geniusz... czy to możliwe? 

— Odezwało się we mnie zwykłe poczucie sprawiedliwości, a nie uczucia rodzinne 

—  zapalczywie  sprzeciwił  się  Arkadiusz.  —  Ponieważ  jednak  tego  nie  rozumiesz, 

ponieważ brak ci tego doznania, więc nie możesz o nim wyrokować. 

—  Słowem:  Arkadiusz  Kirsanow  jest  zbyt  wzniosły,  abym  go  mógł  zrozumieć; 

chylę więc głowę i milknę. 

background image

— Dosyć, Eugeniuszu, bo się pokłócimy. 

— Ach, Arkadiuszu! Proszę cię, pokłóćmy się raz, ale porządnie, tak na dobre! 

— Tą drogą dojdziemy jednak... 

—  Do  bójki?  —  podchwycił  Bazarow.  —  No,  cóż?  Tutaj  na  sianie,  w  tak 

idyllicznym  otoczeniu,  z  dala  od  świata  i  ludzkich  spojrzeń,  jakoś  to  ujdzie.  Ale  nie 

dasz mi rady. Natychmiast chwycę cię za gardło... 

Bazarow rozcapierzył swoje długie i twarde palce. Arkadiusz odwrócił się i jakby 

żartem gotował się do walki... Ale twarz przyjaciela wydała mu się tak złowieszcza, a w 

jego  wykrzywionych  uśmiechem  ustach,

 

w  płonących  oczach  widać  było  tak 

nieżartobliwą pogróżkę, że poczuł mimo woli strach... 

— A, jesteście tutaj! — rozległ się w tej chwili głos Wasilia Iwanowicza — i stary 

sztabslekarz w marynarce z domowego płótna i w słomianym, także domowej roboty, 

kapeluszu ukazał się młodym ludziom. — A ja was szukam, szukam... Ależ doskonale 

wybraliście  sobie  miejsce  i  wspaniale  spędzacie  czas.  Leżąc  na  „ziemi"  patrzeć  w 

„niebo"... Wiecie, to ma jakieś osobliwe znaczenie! 

—  Patrzę  w  niebo  tylko  wtedy,  kiedy  chcę  kichnąć!  —  mruknął  Bazarow  i 

zwróciwszy się do Arkadiusza dodał półgłosem: — Że też nam przeszkodził! 

—  No,  dosyć  —  szepnął  Arkadiusz  i  ukradkiem  uścisnął  rękę  przyjaciela.  —  Ale 

żadna przyjaźń nie wytrzyma długo takich starć. 

— Patrzę na was, moi młodzi przyjaciele — mówił tymczasem Wasilij Iwanowicz 

kiwając  głową  i  opierając  się  skrzyżowanymi  rękami  na  przemyślnie  wygiętej  lasce 

własnej roboty, z figurką Turka zamiast gałki — patrzę i napatrzeć się nie mogę. Ile w 

was siły, kwitnącej młodości, uzdolnień, talentów! Doprawdy... Kastor i Polluks! 

—  Patrzajcie,  do  mitologii  sięgnął!  —  rzekł  Bazarow.  —  Od  razu  widać,  że  w 

swoim czasie mocny był z ciebie łacinnik! Zdaje się, że miałeś nawet srebrny medal za 

wypracowanie? 

— Dioskurowie, Dioskurowie! — powtórzył Wasilij Iwanowicz. 

— Dosyć, ojcze, nie roztkliwiaj się. 

—  Chyba  raz  mi  wolno —  wybąkał  staruszek. —  Zresztą,  panowie,  szukałem  was 

nie po to, żeby wam prawić komplementy: po pierwsze, chciałem wam powiedzieć, że 

wkrótce będzie obiad; po drugie, rad bym cię uprzedzić, Eugeniuszu... jesteś mądrym 

człowiekiem, znasz ludzi, znasz kobiety i wobec tego wybaczysz... Twoja matka kazała 

odprawić  nabożeństwo  z  okazji  twego  przyjazdu.  Nie  sądź,  że  proszę  cię,  abyś  był 

obecny na tym nabożeństwie: już się skończyło; lecz ojciec Aleksy... 

background image

— Pop? 

—  Tak,  będzie  u  nas  na  obiedzie...  Nie  spodziewałem  się  tego,  nawet  nie 

doradzałem...  ale  tak  jakoś  wyszło...  nie  zrozumiał  mnie...  I  Arina  Własiewna... 

Zresztą to bardzo dobry i rozsądny człowiek... 

— Przecież nie zje przy obiedzie mojej porcji? — zapytał Bazarow. 

Wasilij Iwanowicz roześmiał się. 

— Ależ co ty mówisz! 

— Nic więcej nie wymagam. Z każdym mogę siąść do stołu. 

Wasilij Iwanowicz poprawił kapelusz. 

— Byłem przekonany — powiedział — że jesteś ponad wszelkie przesądy. Nawet ja 

w  sześćdziesiątym  drugim  roku  życia  także  nie  mam  przesądów.  (Wasilij  Iwanowicz 

nie  miał  odwagi  przyznać  się,  że  sam  życzył  sobie  tego  nabożeństwa...  Był  nie  mniej 

pobożny  niż  żona.)  Ojciec  Aleksy  bardzo  chciał  cię  poznać.  Zobaczysz,  że  ci  się 

spodoba. W karty gra chętnie, nawet... ale to już między nami... pali fajkę. 

—  Bardzo  dobrze.  Po  obiedzie  zasiądziemy  zatem  do  jerałasza  i  ogram  go  bez 

litości. 

— Che, che, che, zobaczymy! Na dwoje babka wróżyła. 

— Cóż, przypomnisz sobie młode lata — rzekł z osobliwym akcentem Bazarow. 

Brązowe policzki Wasilia Iwanowicza okrył lekki rumieniec. 

— Jak ci nie wstyd, Eugeniuszu... Co było, to było. Tak, gotów jestem przyznać się 

panu,  że  miałem  tę  namiętność  w  młodości;  ale  też  zapłaciłem  za  to!  Co  za  upał! 

Pozwólcie, że siądę przy was. Nie przeszkadzam? 

— Ani trochę — odpowiedział Arkadiusz.  

Wasilij Iwanowicz postękując usiadł na sianie. 

—  Wasze  legowisko,  moi  panowie  —  zaczął  —  przypomina  mi  moje  życie 

obozowe,  punkty  opatrunkowe  gdzieś  przy  jakimś  stogu  jak  ten,  i  to  jeszcze  było 

świetnie.  —  Westchnął.  —  Wiele  doświadczyłem  w  życiu.  Gdybyście  chcieli, 

opowiedziałbym wam na przykład ciekawy epizod z epidemii dżumy w Besarabii. 

—  Ten,  za  który  dostałeś  Włodzimierza?  —  podchwycił  Bazarow.  —  Wiemy, 

wiemy... Dlaczego właściwie go nie nosisz? 

—  Mówiłem  ci  przecie,  że  nie  mam  przesądów  —  bąknął  Wasilij  Iwanowicz 

(poprzedniego dnia kazał odpruć czerwoną wstążeczkę od surduta) i zaczął opowiadać 

ów  epizod.  —  Zasnął  —  szepnął  nagle  do  Arkadiusza  wskazując  na  Bazarowa  i 

dobrodusznie  mrugając.  —  Wstawaj,  Eugeniuszu!  —  dodał  głośno.  —  Chodźmy  na 

background image

obiad! 

Ojciec  Aleksy,  postawny  i  tęgi  mężczyzna  o  gęstych,  starannie  rozczesanych 

włosach,  w  liliowej  jedwabnej  riasie  ściągniętej  haftowanym  pasem,  okazał  się 

człowiekiem  zręcznym  i  umiejącym  się  znaleźć.  Pierwszy  podał  rękę  Arkadiuszowi  i 

Bazarowowi,  jakby  rozumiejąc,  że  nie  potrzebują  jego  błogosławieństwa,  i  w  ogóle 

obejście  miał  swobodne.  Potrafił  zachować  godność,  ale  i  innych  nie  urażał;  przy 

sposobności pokpił  sobie  trochę  z  seminaryjnej  łaciny,  ale  wystąpił  w  obronie  swego 

archijereja;  wypił  dwa  kieliszki  wina,  ale  za  trzeci  podziękował;  wziął  od  Arkadiusza 

cygaro,  lecz  nie  zapalił  mówiąc,  że  zabierze  je  do  domu.  Miał  tylko  pewne 

nieprzyjemne przyzwyczajenie: wolno i ostrożnie podnosił wciąż rękę do twarzy, żeby 

chwytać  muchy,  i  niekiedy  je  przy  tym  rozgniatał.  Zasiadł  do  gry  okazując 

zadowolenie w sposób umiarkowany i skończyło się na tym, że wygrał od Bazarowa 2 

ruble  50  kopiejek  asygnatami:  w  domu  Ariny  Własiewny  nie  wiedziano  nawet  o 

srebrze. Arina Własiewna, jak przedtem, siedziała obok syna (nie grała w karty) i jak 

przedtem,  podpierała  piąstką  twarz,  a  wstawała  tylko  po  to,  by  kazać  podać  jakieś 

nowe  przysmaki.  Bała  się  pogładzić  Bazarowa,  on  zaś  nie  zachęcał  jej  do  pieszczot; 

zresztą  Wasilij  Iwanowicz  poradził  jej,  żeby  go  za  bardzo  „nie  niepokoiła".  „Młodzi 

ludzie  tego  nie  lubią"  —  powtarzał.  (Nie  trzeba  nawet  mówić,  jaki  owego  dnia  był 

obiad; Timofieicz osobiście pojechał o świcie po jakąś specjalną czerkaską wołowinę; 

karbowy  popędził  w  drugą  stronę  po  miętusy,  jazgarze  i  raki;  za  same  grzyby  za-

płacono  babom  42  kopiejki.)  Lecz  spojrzenie  Ariny  Własiewny,  nieustannie 

skierowane  na  syna,  wyrażało  coś  więcej  niż  oddanie  i  tkliwość;  widać  w  nim  było 

smutek pomieszany z ciekawością i lękiem oraz nieśmiały wyrzut. 

Bazarow  nie  miał  ochoty  zastanawiać  się  nad  tym,  co  wyraża  wzrok  matki; 

zwracał się do niej bardzo rzadko, i to tylko z króciutkimi pytaniami. Raz poprosił ją o 

rękę  „na  szczęście";  ostrożnie  położyła  swoją  miękką,  małą  rękę  na  jego  twardej  i 

szerokiej dłoni. 

— No i jak — zapytała po chwili — nie pomogło? 

— Wypadło jeszcze gorzej — odpowiedział z niedbałym uśmiechem. 

—  Młody  człowiek  za  bardzo  ryzykuje  —  jak  gdyby  z  żalem  rzekł  ojciec  Aleksy  i 

pogładził swoją piękną brodę. 

—  Napoleońska  zasada,  ojcze,  napoleońska  —  podchwycił  Wasilij  Iwanowicz  i 

wyszedł w asa. 

—  Toteż  doprowadziła  go  do  wyspy  Św.  Heleny  —  powiedział  ojciec  Aleksy  i 

background image

przebił asa atutem. 

—  Czy  nie  chciałbyś  wody  z  sokiem  porzeczkowym,  Jeniusza?  —  zapytała  Arina 

Własiewna. 

Bazarow wzruszył tylko ramionami. 

 

— Nie! — mówił następnego dnia do Arkadiusza — wyjeżdżam stąd jutro. Nuda; 

chciałoby  się  pracować,  ale  tu  nie  można.  Pojadę  znów  do  was  na  wieś;  zostawiłem 

tam  wszystkie  preparaty.  U  was  można  się  przynajmniej  zamknąć.  A  tutaj  ojciec 

powtarza mi: „Mój gabinet jest do twojej dyspozycji, nikt ci nie będzie przeszkadzał", 

ale  nie  odstępuje  mnie  na  krok.  Przykro  byłoby  się  przed  nim  zamykać.  Matka  tak 

samo. Słyszę, jak wzdycha za ścianą, a gdy pójdę do niej, nie wiem, co jej powiedzieć. 

— Bardzo się zmartwi — rzekł Arkadiusz — i ojciec także. 

— Wrócę jeszcze do nich. 

— Kiedy? 

— Gdy będę jechał do Petersburga. 

— Żal mi zwłaszcza twojej matki. 

— Co znowu? Zjednała cię jagodami?  

Arkadiusz spuścił oczy. 

— Nie znasz swojej matki, Eugeniuszu. To nie tylko przezacna, ale i bardzo mądra 

kobieta,  doprawdy!  Dziś  z  rana  rozmawiała  ze  mną  pół  godziny,  mówiła  rozsądnie  i 

zajmująco. 

— Na pewno cały czas o mnie? 

— Nie tylko o tobie. 

—  Być  może;  jako  postronny,  widzisz  więcej.  Jeśli  kobieta  potrafi  prowadzić 

półgodzinną rozmowę, to dobry znak. Mimo to wyjadę. 

—  Niełatwo  ci  będzie  im  o  tym  powiedzieć.  Wciąż  tylko  zastanawiają  się,  co 

będziemy robili przez następne dwa tygodnie. 

—  To  prawda,  niełatwo.  Diabeł  mnie  dziś  skusił,  żeby  podrażnić  ojca:  niedawno 

kazał wychłostać jednego ze swoich czynszowych chłopów, i bardzo dobrze zrobił; tak, 

nie  patrz  na  mnie  z  takim  przerażeniem,  bardzo  dobrze  zrobił,  bo  to  straszliwy 

złodziej  i  pijak;  ale  ojciec  nie  przypuszczał,  że  wiem  o  tym.  Zmieszał  się  bardzo  i  na 

dobitkę muszę go jeszcze teraz zmartwić... Ale to nic! Do wesela się zagoi. 

Bazarow  powiedział:  „To  nic!",  lecz  cały  dzień  minął,  zanim  zdecydował  się 

powiadomić Wasilia Iwanowicza o swoim zamiarze. Gdy żegnał się z nim na dobranoc 

background image

w gabinecie, rzekł wreszcie udając, że ziewa: 

— Ach, prawda... byłbym zapomniał ci powiedzieć... Każ wysłać jutro nasze konie 

do Fiedota, na przeprząg. 

Wasilij Iwanowicz zdumiał się: 

— Czyżby pan Kirsanow wyjeżdżał? 

— Tak, jadę z nim razem. 

Wasilij Iwanowicz cofnął się przerażony. 

— Wyjeżdżasz? 

— Tak... muszę. Zarządź, proszę, co do koni. 

— Dobrze... — wyjąkał staruszek. — Na przeprząg... dobrze... tylko... tylko... Jakże 

to tak? 

— Muszę pojechać do niego na krótko. Potem znowu tu wrócę. 

— Tak. Na krótko... dobrze. — Wasilij Iwanowicz wyjął chustkę i wycierając nos, 

schylił  się  prawie  do  ziemi.  —  No  cóż...  wszystko  będzie  gotowe.  Myślałem,  że  ty  do 

nas na dłużej... Trzy dni... po trzech latach, to mało, mało, Eugeniuszu! 

— Przecież ci mówię, że wkrótce wrócę. Muszę jechać. 

—  Musisz...  No  cóż!  Przede  wszystkim  trzeba  spełnić  obowiązek...  Więc  wysłać 

konie?  Dobrze.  Oczywiście,  nie spodziewaliśmy  się  tego.  Matka  poprosiła  sąsiadkę  o 

kwiaty, chciała przybrać twój pokój. (Wasilij Iwanowicz nie wspomniał już o tym, że 

każdego ranka, skoro świt, stojąc w rannych pantoflach na bosych nogach, wydobywał 

drżącymi palcami jedną podartą asygnatę za drugą, naradzał się z Timofieiczem i po-

lecał  mu  załatwienie  najrozmaitszych  sprawunków,  kładąc  nacisk  zwłaszcza  na 

wiktuały  i  czerwone  wino,  które,  o  ile  można  było  zauważyć,  bardzo  zasmakowało 

młodym  ludziom.)  Swoboda  to  rzecz  najważniejsza;  oto  moja  zasada...  nikogo  nie 

należy krępować... nie... 

Zamilkł nagle i skierował się ku drzwiom. 

— Wkrótce zobaczymy się, ojcze, doprawdy. 

Ale  Wasilij  Iwanowicz  nie  odwracając  się  machnął  ręką  i  wyszedł.  W  sypialni 

zastał żonę już w łóżku i zaczął się modlić szeptem, żeby jej nie zbudzić. Obudziła się 

jednak. 

— To ty, Wasiliu Iwanowiczu? 

— Tak, mateczko. 

— Wracasz od Jeniuszy? Wiesz, obawiam się, czy wygodnie mu spać na kanapie. 

Kazałam Anfisuszce, by podłożyła mu twój polowy materac i nowe poduszki; dałabym 

background image

mu jeszcze nasz piernat, ale pamiętam, że nie lubi spać na miękkim posłaniu. 

—  Wszystko  dobrze,  mateczko,  bądź  spokojna.  Jest  mu  wygodnie.  Boże,  bądź 

miłościw nam grzesznym — ciągnął dalej półgłosem swą modlitwę. Zrobiło mu się żal 

żony: nie chciał jej powiedzieć przed nocą, jakie ją czeka zmartwienie. 

Bazarow  i  Arkadiusz  odjechali  następnego  dnia.  Już  od  samego  rana  cały  dom 

posmutniał;  Anfisuszce  naczynia  leciały  z  rąk;  nawet  Fiedka  zdumiał  się  tak  bardzo, 

że  zdjął  buty.  Wasilij  Iwanowicz  uwijał  się  żwawiej  niż  kiedykolwiek;  widać  było,  że 

stara się zachować dzielnie: mówił głośno i stukał butami, ale twarz mu się ściągnęła, 

wzrok  wciąż  błądził  wokół  syna.  Arina  Własiewna  cicho  płakała;  straciłaby  zupełnie 

równowagę  i  panowanie nad  sobą,  gdyby  rano  mąż  nie uspokajał  jej  przez  całe  dwie 

godziny.  Ale  kiedy  Bazarow  po  wielokrotnych  obietnicach,  że  wróci  najdalej  za 

miesiąc,  wyrwał  się  wreszcie  z  jej  objęć  i  wsiadł  do  tarantasu,  kiedy  ruszyły  konie  i 

zadźwięczał dzwoneczek, kiedy zaczęły się obracać koła i już nie widać było nic, a kurz 

przydrożny opadł, kiedy zgięty wpół Timofieicz chwiejąc się na nogach powlókł się do 

swojej izdebki, kiedy staruszkowie zostali sami w swym domu, który także jak gdyby 

postarzał  się  i  skurczył  —  Wasilij  Iwanowicz,  jeszcze  przed  kilku  minutami  dzielnie 

powiewający chustką na ganku, opadł na krzesło i spuścił głowę na piersi. — Porzucił 

nas, porzucił! — wyszeptał. — Porzucił, było mu z nami nudno. Jestem teraz sam jak 

palec!  —  powtórzył  kilkakrotnie  i  za  każdym  razem  wyciągał  przed  siebie  rękę  z 

wysuniętym  wskazującym  palcem.  Wtedy  zbliżyła  się  do  niego  Arina  Własiewna  i 

przytuliwszy swą siwą głowę do jego siwej głowy, rzekła: — Cóż robić, Wasia! Syn jest 

niby  odcięta  ręka:  nie  przyrośnie  z  powrotem.  Jak  sokół:  przyleci  i  odleci,  kiedy 

zechce; a my jak opieńki przy dziupli, siedzimy obok siebie i nie ruszamy się na krok. 

Tylko ja zawsze będę taka sama dla ciebie, a ty będziesz taki sam dla mnie. 

Wasilij  Iwanowicz  oderwał  ręce  od  twarzy  i  objął  żonę  tak  mocno,  jak  nie 

obejmował jej nawet w młodości: pocieszyła go bowiem w strapieniu. 

 

XXII 

Nasi  przyjaciele  w  milczeniu,  niekiedy  tylko  wymieniając  obojętne  słowa, 

dojechali  do  Fiedota.  Bazarow  niezupełnie  był  z  siebie  zadowolony;  Arkadiusz  wręcz 

był  z  niego  nierad.  Na  domiar  czuł  w  sercu  ów  nie  mający  przyczyny  smutek,  który 

znają  tylko  bardzo  młodzi  ludzie.  Furman  zmienił  konie  i  wdrapawszy  się  na  kozioł 

zapytał: — Na prawo czy na lewo? 

Arkadiusz  drgnął.  Droga  na  prawo  prowadziła  do  miasta,  a  stamtąd  do  domu, 

background image

droga na lewo do Odincowej. 

Spojrzał na Bazarowa. 

— Eugeniuszu — zapytał — na lewo?  

Bazarow odwrócił się. 

— Cóż to za głupstwa? — mruknął. 

— Pewno, że głupstwa — odpowiedział Arkadiusz. — No, i co z tego? Czy to nam 

pierwszyzna? 

Bazarow nasunął czapkę na czoło. 

— Jak chcesz — rzekł wreszcie. 

— Na lewo! — krzyknął Arkadiusz. 

Tarantas  ruszył  w  kierunku  na  Nikolskoje.  Ale  zdecydowawszy  się  na  głupstwo, 

przyjaciele  milczeli  jeszcze  bardziej  uparcie  niż  przedtem,  a  nawet  wydawali  się 

zagniewani. 

Sposób,  w  jaki  ochmistrz  przyjął  ich  na  ganku,  pozwolił  im  się  domyślić,  że 

postąpili  nierozsądnie,  idąc  za  głosem  nagłej  fantazji.  Najwidoczniej  nie  oczekiwano 

ich tutaj. Dość długo i dość głupimi minami siedzieli w salonie. Wreszcie wyszła do 

nich  Odincowa.  Przywitała  ich  ze  zwykłą  uprzejmością,  lecz  wyraziła  zdziwienie,  że 

wrócili  tak  szybko,  i  jak  można  było  wywnioskować  z  jej  powolnych  ruchów  i  słów, 

niezbyt  była  rada  wizycie.  Oświadczyli natychmiast,  że  zajechali  tylko  po drodze  i  za 

jakie  cztery  godziny  wyruszą  dalej  do  miasta.  Odincowa  poprzestała  na  słabym 

proteście,  prosiła  Arkadiusza,  aby  kłaniał  się  od  niej  ojcu,  i  posłała  po  ciotkę. 

Księżniczka  zjawiła  się  mocno  zaspana,  co  przydawało  jej  pomarszczonej,  starej 

twarzy wyrazu jeszcze większej złości. Katia czuła się niezbyt dobrze i nie wychodziła 

ze swojego pokoju. Arkadiusz zrozumiał nagle, że co najmniej tak samo chciał ujrzeć 

Katię jak Annę Siergiejewnę. Cztery godziny minęły na błahych rozmowach o tym i o 

owym; Anna Siergiejewna słuchała i mówiła bez uśmiechu. Dopiero przy pożegnaniu 

jak gdyby obudziła się w jej duszy dawna przyjaźń. 

— Jestem teraz w bardzo złym nastroju — powiedziała — lecz nie zwracajcie na to 

uwagi i przyjeżdżajcie za jakiś czas, zapraszam panów obu. 

Bazarow  i  Arkadiusz  odpowiedzieli jej  milczącym ukłonem,  wsiedli do  pojazdu  i 

nigdzie  już  się  nie  zatrzymując  ruszyli  do  domu,  gdzie  znaleźli  się  następnego  dnia 

wieczorem. Przez całą drogę żaden z nich nie wspomniał nawet nazwiska Odincowej; 

zwłaszcza  Bazarow  prawie  nie  otwierał  ust  i  z  jakąś  zawziętą  determinacją  wciąż 

patrzył w bok poza gościniec. 

background image

W  Mariinie  wszyscy  niezwykle  się  ucieszyli  z  ich  przyjazdu.  Długa  nieobecność 

syna  zaniepokoiła  już  nieco  Mikołaja  Pietrowicza;  kiedy  Fieniczka  z  błyszczącymi 

oczyma  wpadła  do  jego  pokoju  oznajmiając  przyjazd  „młodych  panów",  krzyknął, 

podskoczył  na  kanapie  i  zerwał  się  na  równe  nogi;  nawet  Paweł  Pietrowicz  poczuł 

pewnego rodzaju przyjemne podniecenie i pobłażliwie uśmiechał się potrząsając ręce 

przybyłych.  Zaczęto  rozmawiać,  zadawać  pytania;  przeważnie  mówił  Arkadiusz, 

zwłaszcza  przy  kolacji,  która  przeciągnęła  się  długo  jeszcze  po  północy.  Mikołaj 

Pietrowicz kazał podać kilka butelek porteru, przywiezionego dopiero co z Moskwy, i 

sam  rozochocił  się  tak,  że  policzki  jego  przybrały  barwę  malinową;  wciąż  śmiał  się 

trochę dziecinnym, trochę nerwowym śmiechem. Ogólne ożywienie udzieliło się także 

służbie. Duniasza jak szalona biegała tam i z powrotem, trzaskając drzwiami, a Piotr o 

trzeciej  nad  ranem  wciąż  jeszcze  próbował  zagrać  na  gitarze  walca-kozaka.  W 

nieruchomym  powietrzu  żałośnie i  przyjemnie  dźwięczały  struny,  lecz  prócz  krótkiej 

wstępnej  fioritury  nic  nie  udawało  się  zagrać  udoskonalonemu  kamerdynerowi: 

natura odmówiła mu zdolności muzycznych, podobnie jak i wszystkich innych. 

Tymczasem  życie  w  Mariinie  układało  się  niezbyt  pomyślnie,  przysparzając 

zmartwień  biednemu  Mikołajowi  Pietrowiczowi.  Kłopoty  na  fermie  rosły  z  każdym 

dniem,  beznadziejne  i  niedorzeczne.  Stosunki  z  najemnymi  robotnikami  stawały  się 

nieznośne.  Jedni  żądali  zwolnienia  lub  podwyżki,  inni  odchodzili  wziąwszy  zadatek; 

konie chorowały; uprząż  niszczyła  się  w  oka mgnieniu; prace  wykonywano niedbale; 

sprowadzona z Moskwy młockarnia nie nadawała się do użytku, gdyż okazała się zbyt 

ciężka; inna została od razu zepsuta; połowa bydła spłonęła, ponieważ ślepa staruszka 

spośród dworskiej czeladzi w wietrzną pogodę wybrała się z głownią do obory okadzać 

swoją krowę... Wprawdzie według zapewnień owej staruszki całe nieszczęście zdarzyło 

się  dlatego,  że  panu  zachciało  się  robić jakieś  niezwykłe  sery i  wielkie  zapasy  mleka. 

Rządca stracił nagle ochotę do pracy i nawet zaczął tyć, jak każdy rosyjski chłop, kiedy 

go rozbałamucić. Gdy widział z daleka Mikołaja Pietrowicza, rzucał kawałkiem drzewa 

w  przebiegającego  obok  prosiaka  albo  wygrażał  na  wpół  nagiemu  dzieciakowi,  żeby 

okazać swą gorliwość; poza tym większą część czasu przesypiał. Czynszowi chłopi nie 

płacili  w  terminie,  kradli  drzewo  z  lasu;  prawie  co  noc  stróże  chwytali,  a  niekiedy 

zabierali przemocą chłopskie konie na łąkach fermy. Mikołaj Pietrowicz wyznaczył co 

prawda  kary  pieniężne  za  wypasanie  łąk,  lecz  sprawa  zazwyczaj  kończyła  się  tym,  że 

konie  pozostawały  kilka  dni  na  pańskim  obroku  i  wracały  do  swych  właścicieli.  Na 

domiar  wszystkiego  chłopi  zaczęli  się  kłócić  między  sobą:  bracia  żądali  podziału 

background image

gruntów; ich żony nie potrafiły żyć zgodnie w jednej chacie; nagle wybuchała bijatyka, 

wszyscy  jak  na  komendę  zrywali  się  na  równe  nogi,  biegli  pod  ganek  kancelarii  i 

pchali  się  do  pana,  często  pijani  i  z  porozbijanymi  gębami,  żądając  sądu  i 

zadośćuczynienia:  rozlegał  się  hałas,  wrzask,  lamenty  i  piski  bab  na  przemian  z 

przekleństwami mężczyzn. Trzeba było rozdzielać wojujące strony, krzyczeć, aż gardło 

chrypło,  wiedząc  z  góry,  że  sprawiedliwe  rozstrzygnięcie  jest  zupełnie  niemożliwe. 

Brakowało  rąk  do  żniw:  mieszkający  w  sąsiedztwie  chłop  z  najuczciwszą  miną 

zobowiązał  się  dostarczyć  żeńców  za  dwa  ruble  od  dziesięciny  i  oszukał  w  zupełnie 

łajdacki sposób; baby ze wsi żądały niesłychanych wynagrodzeń, a tu zboże sypało się, 

tam  nie  sprawili  się  z  koszeniem,  tam  znowu  Rada  Opiekuńcza  grozi  i  żąda 

natychmiastowej, całkowitej wypłaty procentów... 

—  Nie  mam  już  sił!  —  mówił  z  rozpaczą  Mikołaj  Pietrowicz.  —  Sam  bić  nie 

potrafię, po stanowego nie poślę, bo to wbrew moim zasadom, a jeśli nie będą się bali 

kary, nic się z nimi nie zrobi! 

—  Du  calme,  du  calme

28

  —  odpowiadał  Paweł  Pietrowicz,  ale  sam  pomrukiwał, 

chmurzył się i szarpał wąsa. 

Bazarow  trzymał  się  z  dala  od  tych  „drobnych  trosk",  zresztą  jako  gość  nie  miał 

powodu  wtrącać  się  do  cudzych  spraw.  Następnego  dnia  po  przyjeździe  do  Mariina 

zabrał  się  do  swoich  żab,  infuzorii,  związków  chemicznych  i  wciąż  był  tym  zajęty. 

Natomiast Arkadiusz uznał za swój obowiązek, jeśli nie pomóc ojcu, to przynajmniej 

okazać,  że  gotów  jest  w  każdej  chwili  do pomocy.  Słuchał  go  więc cierpliwie  i kiedyś 

udzielił mu jakiejś rady nie dlatego, że pragnął, by wprowadzono ją w życie, ale raczej 

chcąc podkreślić, iż te sprawy go zajmują. Gospodarstwo nie budziło w nim niechęci; 

z przyjemnością nawet rozmyślał o pracy na roli, ale teraz co innego miał w głowie. Ku 

własnemu zdumieniu nieustannie wracał pamięcią do Nikolskoje; dawniej wzruszyłby 

ramionami,  gdyby  mu  ktoś  powiedział,  że  może  się  nudzić  pod  jednym  dachem  z 

Bazarowem, i w dodatku pod dachem ojcowskim! — ale w istocie nudził się i ciągnęło 

go w świat. Zażywał długich aż do zmęczenia spacerów, ale i to nie pomagało. Kiedyś 

w  rozmowie  dowiedział  się,  że  ojciec  posiada  kilka  dość  ciekawych  listów  pisanych 

przez matkę Odincowej do nieboszczki żony Mikołaja Pietrowicza, i nie ustąpił, póki 

nie  otrzymał  tych  listów,  których  ojciec  musiał  szukać  w  dwudziestu  rozmaitych 

szufladach  i  skrzyniach.  Otrzymawszy  te  na  poły  zetlałe  papiery  Arkadiusz  uspokoił 

się, widząc jak gdyby przed sobą cel, do którego należy dążyć. „Zapraszam panów obu 

                                                        

28

 Spokojnie, spokojnie. 

background image

—  szeptał  ciągle.  —  Sama  przecież  tak  powiedziała.  Pojadę,  pojadę,  do  licha!"  Ale 

przypominał sobie ostatnią wizytę, chłodne przyjęcie, niezręczność ówczesnej sytuacji 

i  ogarniało  go  onieśmielenie.  Jednak  młodzieńcze  „kto  wie",  skryte  pragnienie,  by 

samemu na własną rękę spróbować szczęścia, wreszcie zwyciężyły. Nie minęło jeszcze 

dziesięć dni od powrotu do Mariina, kiedy pod pozorem zapoznania się z organizacją 

niedzielnych  szkół  Arkadiusz  pojechał  do  miasta,  a  stamtąd  do  Nikolskoje.  Wciąż 

przynaglając furmana, pędził jak młody oficer na bój: czuł strach i radość, dławiła go 

niecierpliwość.  „Nie  trzeba  myśleć"  —  powtarzał  sobie.  Furmana  miał  dziarskiego, 

takiego, co to zatrzymywał się przed każdym szynkiem, mówiąc: „Golnąć sobie?" albo: 

„A  może  by  tak  sobie  golnąć?",  ale  golnąwszy  sobie,  nie  szczędził  koni.  Wreszcie 

ukazał  się  wysoki  dach  znajomego  domu...  „Co  ja  robię?  —  przemknęło  przez  myśl 

Arkadiuszowi. — A przecież nie zawrócę!" Trójka mknęła rączo; woźnica pokrzykiwał i 

gwizdał.  Już  mostek  zadudnił  pod  kopytami  koni,  już  wjechali  w  aleję  strzyżonych 

świerków...  Różowa  suknia  kobieca  mignęła  wśród  ciemnej  zieleni,  młoda  twarz 

wyjrzała spod lekkiej frędzli parasolki... Arkadiusz poznał Katię; ona także go poznała. 

Kazał zatrzymać rozpędzone konie, wyskoczył z pojazdu i podszedł do niej. 

—  To  pan!  —  powiedziała  i  lekko  się  zapłoniła.  —  Chodźmy  do  siostry,  jest  w 

ogrodzie; będzie rada pana ujrzeć. 

Katia  zaprowadziła  Arkadiusza  do  ogrodu.  Spotkanie  z  nią  wydało  mu  się 

szczęśliwym znakiem; ucieszył się na jej widok, jakby ujrzał kogoś bliskiego. Wszystko 

świetnie się złożyło: ani ochmistrz nie wyszedł, ani żadnego meldowania. Na zakręcie 

ścieżki ujrzał  Annę  Siergiejewnę.  Stała  do  niego  plecami.  Usłyszawszy  kroki  z  wolna 

się odwróciła. 

Arkadiusz zmieszał się znowu, lecz pierwsze jej słowa uspokoiły go natychmiast. 

—  Witaj,  zbiegu!  —  rzekła  swoim  spokojnym,  łagodnym  głosem  i  ruszyła  mu 

naprzeciw,  uśmiechając  się  i  mrużąc  oczy  od  słońca  i  wiatru.  —  Gdzieś  go  znalazła, 

Katiu? 

— Anno Siergiejewno — zaczął — przywiozłem pani coś, czego się pani wcale nie 

spodziewa... 

— Przywiózł pan siebie; to lepsze niż wszystko inne. 

 

 

 

 

background image

XXIII 

Odprowadziwszy  Arkadiusza  z  ironicznym  politowaniem  i  dając  mu  do 

zrozumienia,  że  bynajmniej  nie  ma  złudzeń  co  do  prawdziwego  celu  jego  wyprawy, 

Bazarow  odsunął  się  od  wszystkich:  ogarnął  go  szał  pracy.  Przestał  dyskutować  z 

Pawłem  Pietrowiczem,  zwłaszcza  że  ów  przybierał  w  jego  obecności  już  nazbyt 

arystokratyczną postawę i wyrażał swoje poglądy raczej dźwiękami niż słowami. Tylko 

raz  jeden  Paweł  Pietrowicz  wystąpił  do  walki  z  nihilistą  w  związku  z  modnym 

podówczas zagadnieniem praw szlachty nadbałtyckiej, ale sam nagle przerwał i rzekł 

chłodną uprzejmością: 

—  Zresztą  nie  możemy  się  nawzajem  zrozumieć;  ja  przynajmniej  nie  mam 

zaszczytu pana rozumieć. 

—  Oczywiście!  —  wykrzyknął  Bazarow.  —  Człowiek  rozumie  wszystko:  jak  drga 

eter i co się dzieje na słońcu; ale żeby ktoś wycierał nos inaczej niż on sam, tego już w 

żaden sposób nie może pojąć! 

— Czy to dowcip? — zapytał Paweł Pietrowicz i odszedł. 

Niekiedy  zresztą  prosił  Bazarowa,  by  pozwolił  mu  być  obecnym  przy 

doświadczeniach,  a  raz  nawet  zbliżył  swoją  wyperfumowaną  i umytą  wybornym  my-

dłem  twarz  do  mikroskopu,  żeby  przyjrzeć  się,  jak  przezroczysta  infuzoria  połyka 

zielone  ciałko  i  skrzętnie  przeżuwa  je  jakimiś  bardzo  ruchliwymi  czułkami.  Częściej 

niż  brat  odwiedzał  Bazarowa  Mikołaj  Pietrowicz;  przychodziłby  codziennie  „uczyć 

się",  jak  powiadał,  gdyby  nie  to,  że  nie  pozwalały  mu  gospodarskie  troski.  Nie 

krępował młodego przyrodnika: siadał gdziekolwiek w kącie pokoju i patrzył uważnie, 

rzadko pozwalając sobie na jakieś ostrożne pytanie. W czasie obiadów i kolacji starał 

się  naprowadzać  rozmowy  na  fizykę,  geologię  albo  chemię,  ponieważ  wszystkie  inne 

tematy, nawet dotyczące gospodarstwa, nie mówiąc już o polityce, mogły doprowadzić 

do  starcia,  a  przynajmniej  do  wzajemnego  niezadowolenia.  Mikołaj  Pietrowicz 

domyślał  się,  że  nienawiść  jego  brata  do  Bazarowa  nie  zmniejszyła  się  ani  trochę. 

Między  innymi  drobny  wypadek  potwierdził  jego  domysły.  W  okolicy  zaczęła 

grasować tu i ówdzie cholera, a nawet „porwała" dwóch ludzi z Mariina. W nocy Paweł 

Pietrowicz  dostał  dość  poważnego  ataku.  Męczył  się  aż  do  rana,  lecz  nie  wezwał 

pomocy  Bazarowa  i  następnego  dnia,  gdy  go  zobaczył  i  gdy  Bazarow  zapytał,  czemu 

po  niego  nie  posłał,  odpowiedział,  bardzo  jeszcze  blady,  ale  już  starannie  uczesany  i 

ogolony:  „Pan,  zdaje  się,  sam  mówił,  że  nie  wierzy  w  medycynę?"  Tak  mijały  dni. 

Bazarow  pracował  z  uporem  i  ponuro...  Tymczasem  w  domu  Mikołaja  Pietrowicza 

background image

była  istota,  przy  której  Bazarow  wprawdzie  nie  znajdował  ukojenia,  ale  rozmawiał  z 

nią chętnie. Tą istotą była Fieniczka. 

Spotykał się z nią najczęściej rankiem, w ogrodzie lub na podwórzu; nie wchodził 

do  jej  pokoju,  ona  zaś  raz  tylko  podeszła  do  jego  drzwi  pytając,  czy  kąpać  Mitię. 

Fieniczka  nie  tylko  miała  zaufanie  do  Bazarowa,  nie  tylko  się  go  nie  bała,  ale 

zachowywała się w jego obecności znacznie swobodniej i mniej czuła się skrępowana 

niż nawet przy Mikołaju Pietrowiczu. Trudno powiedzieć, dlaczego tak się działo; być 

może  dlatego,  że  nieświadomie  czuła  w  Bazarowie  brak  wszelkich cech  szlacheckich, 

owej  wyższości,  która  przyciąga,  a  zarazem  odstrasza.  W  jej  oczach  był  to  doskonały 

lekarz i prosty człowiek. Nie skrępowana jego obecnością, zajmowała się dzieckiem i 

kiedyś, gdy nagle dostała zawrotu i bólu głowy, przyjęła z jego rąk łyżkę lekarstwa. W 

obecności Mikołaja Pietrowicza Fieniczka jak gdyby stroniła od Bazarowa: nie była to 

bynajmniej  przebiegłość,  tylko  poczucie  przyzwoitości.  Pawła  Pietrowicza  bała  się 

bardziej  niż  kiedykolwiek;  od  pewnego  czasu  zaczął  ją  obserwować  i  wyrastał  nagle, 

jak spod ziemi, za jej plecami w swoim suit, z twarzą nieruchomą, lecz przenikliwą, i 

rękami  w  kieszeniach.  —  Aż  się  człowiekowi  zimno  robi  —  skarżyła  się  Fieniczka 

Duniaszy, ta zaś w odpowiedzi wzdychała rozmyślając o innym człowieku „bez serca". 

Bazarow, nawet tego nie podejrzewając, stał się okrutnym tyranem jej serca. 

Bazarow  podobał  się  Fieniczce;  ale  i  ona  jemu  się  podobała.  Kiedy  z  nią 

rozmawiał,  zmieniał  się  nawet  wyraz  jego  twarzy,  która  stawała  się  pogodna,  prawie 

dobra,  a  jego  zwykłemu  w  obejściu  z  ludźmi  lekceważeniu  towarzyszyła  jakaś 

żartobliwa  życzliwość.  Fieniczka  piękniała  z  dnia  na  dzień.  W  życiu  młodych  kobiet 

zdarzają  się  okresy,  kiedy  nagle  zaczynają  rozkwitać  i  rozwijać  się  jak  róże  w  pełni 

lata:  taki  okres  nastąpił  w  życiu  Fieniczki.  Wszystko  temu  sprzyjało,  nawet  lipcowe 

upały, które właśnie się zaczęły. W białej lekkiej sukni Fieniczka wydawała się jeszcze 

bielsza i bardziej powiewna: opalenizna się jej nie trzymała, a upał, przed którym nie 

mogła się schronić, sprawiał, że jej policzki i uszy były z lekka zaróżowione; ogarniało 

ją słodkie rozleniwienie, widoczne w jej ładnych oczach. Nie mogła prawie pracować; 

ręce  same  opadały  jej  na  kolana.  Ledwie  chodziła,  wciąż  wzdychała  i  skarżyła  się  z 

zabawną bezsilnością. 

—  Powinnaś  częściej  się  kąpać  —  mówił  jej  Mikołaj  Pietrowicz.  Nad  jednym  ze 

stawów, w którym trzymała się jeszcze woda, urządził kryte płótnem obszerne miejsce 

do kąpieli. 

— Ach, Mikołaju Pietrowiczu! Zanim człowiek dojdzie do stawu, umrze, a zanim 

background image

wróci, znów umrze. Przecie nie ma cienia w ogrodzie. 

— Tak, to prawda, nie ma cienia — odparł Mikołaj Pietrowicz pocierając brwi. 

Pewnego  razu,  wracając  z przechadzki  o siódmej  rano,  Bazarow  zastał  Fieniczkę 

w  dawno  już  przekwitłej,  ale  jeszcze  zielonej  i  bujnej  altance  z  bzów.  Siedziała  na 

ławeczce,  w  białej  chustce  narzuconej,  jak  zwykle,  na  głowę;  obok  niej  leżał  pęk 

mokrych jeszcze od rosy, czerwonych i białych róż. Bazarow przywitał się z nią. 

— Ach! To pan, Eugeniuszu Wasiliczu! — rzekła i uniosła nieco kraj chustki, żeby 

na niego spojrzeć, przy czym ręka jej obnażyła się do łokcia. 

—  Co  pani  tutaj  robi?  —  zapytał  siadając  obok  niej  Bazarow.  —  Układa  pani 

bukiet? 

— Tak, na stół, do śniadania. Mikołaj Pietrowicz to lubi. 

— Ale do śniadania jeszcze daleko. Ile kwiatów! 

—  Narwałam  ich  teraz,  bo  jak  zrobi  się  gorąco,  nie  sposób  wyjść.  Tylko  teraz 

można  oddychać.  Osłabłam  zupełnie  od  tych  upałów.  Obawiam  się  nawet,  że  za-

choruję. 

— Cóż za pomysł! Niech pani da mi rękę, sprawdzę puls. — Bazarow ujął jej dłoń, 

odnalazł  równo  bijące  tętno,  ale  nie  liczył  nawet  uderzeń.  —  Przeżyje  pani  sto  lat  — 

rzekł puszczając jej rękę. 

— Ach, niech Bóg uchowa! — zawołała. 

— Jak to, nie chce pani żyć długo? 

—  Ale  sto  lat?  Miałam  osiemdziesięciopięcioletnią  babcię,  cóż  to  była  za 

męczennica! Sczerniała, głucha, zgarbiona, wciąż kaszlała; była tylko sobie ciężarem. 

Co to za życie! 

— Lepiej więc być młodą? 

— No chyba. 

— Proszę mi powiedzieć, co w tym dobrego? 

—  Co?  Jestem  teraz  młoda,  wszystko  mogę  zrobić,  pójdę  i  wrócę,  przyniosę, 

nikogo nie muszę o nic prosić... Cóż może być lepszego? 

— A mnie jest wszystko jedno, czy jestem stary, czy młody. 

— Co też pan mówi: wszystko jedno? To niemożliwe. 

—  Niech  pani  sama  pomyśli,  Fiedosjo  Nikołajewno,  cóż  mi  po  młodości?  Żyję 

samotnie... 

— To zależy tylko od pana. 

— Właśnie że nie od mnie! Żeby choć ktoś się nade mną użalił. 

background image

Fieniczka zerknęła z boku na Bazarowa, lecz nic nie odpowiedziała. 

— Co to za książka? — spytała po chwili. 

— Ta? To uczona, mądra książka. 

— Pan wciąż się uczy? I nie nudzi to pana? Pan już przecież i tak wszystko umie. 

— Widocznie nie wszystko. Niech pani spróbuje troszeczkę poczytać. 

—  Nic  nie  rozumiem.  Czy  to  rosyjska  książka?  —  zapytała  Fieniczka  biorąc 

obiema rękami bogato oprawiony tom. — Jaka gruba! 

— Tak, rosyjska. 

— Wszystko jedno, i tak nic nie zrozumiem. 

—  Przecież  mnie  nie  chodzi  o  to,  żeby  pani  zrozumiała.  Chciałbym  na  panią 

popatrzeć, kiedy będzie pani czytała. Koniuszek pani noska tak przyjemnie się wtedy 

rusza. 

Fieniczka,  która  zaczęła  właśnie  półgłosem  czytać  na  chybił  trafił  otworzony 

artykuł  O  kreozocie,  roześmiała  się  i  rzuciła  książkę...  Książka  spadła  z  ławki  na 

ziemię. 

— Lubię także, kiedy pani się śmieje. 

— Niech pan da pokój! 

— Lubię, kiedy pani mówi. Jakby strumyczek szemrał. 

Fieniczka odwróciła głowę. 

—  Jaki  pan  dziwny!  —  rzekła  dotykając  palcami  kwiatów.  —  Na  cóż  panu  mnie 

słuchać! Pan przecie z takimi mądrymi damami rozmawiał. 

—  Ech,  Fiedosjo  Nikołajewno,  niech  mi  pani  wierzy:  wszystkie  mądre  damy  na 

świecie nie są warte pani paluszka. 

— Też pan wymyślił! — szepnęła Fieniczka i schowała ręce. 

Bazarow podniósł książkę. 

— To książka lekarska, czemu ją pani rzuca? 

— Lekarska? — powtórzyła Fieniczka i odwróciła się ku niemu. — A wie pan? Od 

tego  czasu,  kiedy dał  mi  pan  te  krople,  pamięta  pan?  Mitia śpi  doskonale.  Nie  wiem 

sama, jak panu dziękować; taki pan dobry, doprawdy! 

—  Właściwie  lekarzom  należy  płacić  —  zauważył  z  uśmiechem  Bazarow.  —  Pani 

wie sama, że lekarze to ludzie interesowni. 

Fieniczka  podniosła  na  Bazarowa  oczy,  które  wydawały  się  jeszcze  ciemniejsze 

wskutek  białego  odblasku  padającego  na  górną  część  jej  twarzy.  Nie  wiedziała,  czy 

żartuje, czy mówi poważnie. 

background image

— Jeśli pan sobie życzy, to z przyjemnością... Poproszę Mikołaja Pietrowicza... 

— Pani myśli, że chcę pieniędzy? — przerwał jej Bazarow. — Nie, nie chcę od pani 

pieniędzy. 

— A czego? — zapytała Fieniczka. 

— Czego? — powtórzył Bazarow. — Niech pani zgadnie. 

— Gdzie ja tam zgadnę. 

— W takim razie powiem... chcę... jedną z tych róż.  

Fieniczka  znowu się  roześmiała,  a  nawet  klasnęła  w  dłonie,  tak  bardzo  zabawne 

wydało  jej  się  życzenie  Bazarowa.  Śmiała  się,  ale  zarazem  czuła,  że  jej  to  pochlebia. 

Bazarow patrzył na nią uważnie. 

—  Ależ  proszę,  proszę  —  rzekła  wreszcie  i  pochyliwszy  się  zaczęła  przerzucać 

leżące na ławce róże. — Jaką pan chce, czerwoną czy białą? 

— Czerwoną i niezbyt dużą.  

Fieniczka wyprostowała się. 

—  Niech  pan  weźmie  —  rzekła,  ale  natychmiast  cofnęła  wyciągniętą  rękę  i 

zagryzając wargi spojrzała na wejście do altanki, po czym zaczęła nasłuchiwać. 

— Co się stało? — zapytał Bazarow. — Mikołaj Pietrowicz? 

—  Nie...  wyjechał  w  pole...  zresztą  nie  boję  się  go...  ale  Paweł  Pietrowicz... 

Zdawało mi się... 

— Że co? 

— Zdawało mi się, że on się tu zbliża. Nie... nie ma nikogo. Niech pan weźmie. — 

Fieniczka podała Bazarowowi różę. 

— Dlaczego pani się boi Pawła Pietrowicza? 

—  Zawsze  mnie  przeraża.  Nic  nie  mówi,  ale  patrzy  tak  dziwnie. Przecież  pan  też 

go  nie  lubi.  Pamięta  pan,  przedtem  wciąż  pan  się  z  nim  kłócił.  Nie  wiem,  o  co  wam 

szło, ale wiedziałam, że kręci nim pan tak, jak pan chce... 

Fieniczka  pokazała  rękami,  jak  według  jej  zdania  Bazarow  kręcił  Pawłem 

Pietrowiczem.  

Bazarow uśmiechnął się. 

— A gdyby on miał nade mną przewagę — zapytał — czy wystąpiłaby pani w mojej 

obronie? 

— Gdzie ja tam pana wybronię? Nie, z panem nie można dojść do ładu. 

— Tak pani myśli? A przecież znam kogoś, kto, jeśli zechce, powali mnie jednym 

palcem. 

background image

— Kto to? 

— A pani niby nie wie? Proszę powąchać, jak pięknie pachnie róża, którą mi pani 

dała. 

Fieniczka wyciągnęła szyję i zbliżyła twarz do kwiatu... Chustka opadła jej z głowy 

na ramiona; ukazała się fala czarnych, rozrzuconych, lśniących włosów. 

—  Niech  pani  czeka,  chciałbym  powąchać  razem  z  panią  —  rzekł  Bazarow, 

pochylił się i mocno pocałował ją w rozchylone usta. 

Drgnęła,  wparła  obie  ręce  w  jego  pierś,  lecz  uczyniła  to  słabo  i  Bazarow  mógł 

pocałować ją raz jeszcze. 

Za  bzami  rozległ  się  suchy  kaszel.  Fieniczka  w  mgnieniu  oka  odsunęła  się  na 

drugi  koniec  ławki.  Ukazał  się  Paweł  Pietrowicz,  złożył  lekki  ukłon,  powiedział  z 

jakimś  gniewnym smutkiem:  „Pan  tutaj"  —  i odszedł.  Fieniczka natychmiast  zabrała 

swoje róże i opuściła altankę. 

— Grzech, Eugeniuszu Wasiliczu — szepnęła wychodząc. W jej głosie słychać było 

szczery wyrzut. 

Bazarow przypomniał sobie inną, niedawną scenę i poczuł wstyd i jakby pogardę 

dla  siebie.  Ale  natychmiast  potrząsnął  głową,  ironicznie  pogratulował  sobie „awansu 

na Celadona" i ruszył do swego pokoju. 

Paweł Pietrowicz opuścił ogród i wolnym krokiem poszedł do lasu. Był tam dość 

długo, a kiedy wrócił na śniadanie, Mikołaj Pietrowicz zapytał go z troską w głosie, czy 

nie czuje się niezdrów, tak bardzo pociemniała mu twarz. 

— Wiesz przecież, że niekiedy cierpię na wylewy żółci — spokojnie odpowiedział 

mu Paweł Pietrowicz. 

 

XXIV 

W dwie godziny później Paweł Pietrowicz zapukał do drzwi Bazarowa. 

—  Chciałbym  pana  przeprosić,  że  przeszkadzam  w  jego  naukowych  zajęciach  — 

zaczął  siadając  na  krześle  przy  oknie  i  opierając  się  obiema  rękami  na  pięknej  lasce 

ozdobionej  gałką  z  kości  słoniowej  (zazwyczaj  chodził  bez  laski)  —  ale  muszę  pana 

prosić o udzielenie mi pięciu minut... nie więcej. 

—  Cały  mój  czas  jest  do  pana  dyspozycji  —  odparł  Bazarow,  któremu  na  chwilę 

zmieniła się twarz, gdy Paweł Pietrowicz przestąpił próg pokoju. 

— Wystarczy mi pięć minut. Chciałem panu zadać pewne pytanie. 

— Pytanie? Jakie? 

background image

—  Zechce  pan  wysłuchać.  Na  początku  pana  pobytu  w  domu  mojego  brata, 

jeszcze wtedy, kiedy nie odmawiałem sobie przyjemności rozmów z panem, zdarzało 

mi  się  słyszeć  pańskie  wypowiedzi  o  rozmaitych  sprawach;  ale  o  ile  pamiętam,  ani 

między nami, ani też w mojej obecności nie było nigdy mowy o pojedynkach. Pozwoli 

pan, że zapytam, jaki jest jego pogląd w tym względzie? 

Bazarow,  który  wstał  przy  wejściu Pawła  Pietrowicza,  przysiadł  na  skraju  stołu  i 

skrzyżował ręce. 

—  Sądzę  —  powiedział  —  że  z  teoretycznego  punktu  widzenia  pojedynek  jest 

bzdurą; ale z praktycznego, to inna sprawa. 

— Chce pan powiedzieć, jeśli dobrze pana zrozumiałem, że jakikolwiek jest pański 

teoretyczny  pogląd  na  pojedynek,  w  praktyce  nie  pozwoliłby  się  pan  obrazić  nie 

żądając zadośćuczynienia? 

— Trafnie odgadł pan moją myśl. 

— Bardzo dobrze. Miło mi słyszeć to od pana. Pańskie słowa wyprowadzają mnie 

z nieświadomości... 

— Z niepewności, chciał pan powiedzieć. 

— Wszystko jedno; wyrażam się tak, żeby mnie rozumiano; nie jestem szczurem 

seminaryjnym...  Pańskie  słowa  uwalniają  mnie  od  pewnej  przykrej  konieczności. 

Postanowiłem bić się z panem.  

Bazarow wytrzeszczył oczy. 

— Ze mną? 

— Właśnie z panem. 

— Ale dlaczego? Co też pan mówi... 

—  Mógłbym  wyjaśnić  panu  przyczynę  —  zaczął  Paweł  Pietrowicz.  —  Ale  wolę  ją 

przemilczeć.  Pan,  na  mój  smak,  jest  tu  zbyteczny;  nie  znoszę  pana,  gardzę  panem  i 

jeśli panu tego nie dosyć... 

Oczy Pawła Pietrowicza zaiskrzyły się... Zabłysły także oczy Bazarowa. 

—  Doskonale  —  rzekł.  —  Dalszych  wyjaśnień  nie  trzeba.  Zachciało  się  panu 

wypróbować  na  mnie  swego  rycerskiego  ducha.  Mógłbym  odmówić  panu  tej 

przyjemności, ale niech tam. 

— Szczerze jestem panu zobowiązany — odrzekł Paweł Pietrowicz. — Mogę teraz 

żywić nadzieję, że przyjmie pan moje wyzwanie, nie zmuszając mnie, abym się uciekał 

do środków gwałtownych. 

—  To  znaczy,  mówiąc  bez  alegorii,  do  tej  oto  laski  —  z  zimną  krwią  zauważył 

background image

Bazarow.  —  Ma  pan  słuszność.  Nie  musi  mnie  pan  obrażać.  Zresztą  nie  bardzo  to 

byłoby bezpieczne. Może pan pozostać dżentelmenem... Przyjmuję pańskie wyzwanie 

również po dżentelmeńsku. 

— Doskonale — rzekł Paweł Pietrowicz i odstawił laskę w kąt. — Teraz pomówimy 

krótko o warunkach naszego pojedynku; wpierw jednak chciałbym się dowiedzieć, czy 

uważa pan za konieczne uznać za formalną przyczynę pojedynku niewielką sprzeczkę? 

— Nie, raczej bez formalności. 

—  Jestem  tego  samego  zdania.  Uważam  również  za  niestosowne  wnikanie  w 

prawdziwe  przyczyny  naszego  starcia.  Nie  znosimy  się  nawzajem.  Czegóż  trzeba 

więcej? 

— Czegóż trzeba więcej? — powtórzył ironicznie Bazarow. 

—  Jeżeli  zaś  idzie  o  warunki  pojedynku,  ponieważ  nie  będziemy  mieli 

sekundantów, skąd bowiem ich wziąć?... 

— Właśnie, skąd ich wziąć? 

—  Mam  więc  zaszczyt  uczynić  panu  następującą  propozycję:  bić  się  będziemy 

jutro  rano,  o  godzinie  szóstej,  powiedzmy,  za  laskiem,  na  pistolety;  bariera  w 

odległości dziesięciu kroków... 

— Dziesięciu kroków? Tak, na tę odległość nienawidzimy się nawzajem. 

— Może też być na osiem — zauważył Paweł Pietrowicz. 

— Może, czemuż by nie. 

— Strzelamy dwa razy; na wszelki wypadek każdy włoży do kieszeni list, w którym 

bierze na siebie winę za swoją śmierć. 

—  Co  do  tego  niezupełnie  zgadzam  się  z  panem  —  powiedział  Bazarow.  —  Za 

bardzo przypomina to francuski romans, jest trochę nieprawdopodobne. 

—  Być  może;  nie  będzie  pan  jednak  zaprzeczał,  że  nieprzyjemnie  byłoby  zostać 

oskarżonym o zabójstwo? 

—  Przyznaję.  Ale  istnieje  sposób,  by  uniknąć  owych  smutnych  podejrzeń.  Nie 

mamy sekundantów, możemy jednak mieć świadka. 

— Kogo, jeśli pan łaskaw? 

— Piotra. 

— Jakiego Piotra? 

— Kamerdynera pańskiego brata. To człowiek stojący na poziomie współczesnego 

wykształcenia,  spełni  swą  rolę  w  sposób  właściwy  w  podobnych  wypadkach  i  jak 

background image

najbardziej komilfo

29

— Zdaje się, że pan żartuje, łaskawy panie. 

—  Ani  trochę.  Kiedy  zastanowi  się  pan  nad  moją  propozycją,  dojdzie  pan  do 

przekonania,  że  jest  pełna  zdrowego  rozsądku  i  prostoty.  Zawsze  wyjdzie  szydło  z 

worka.  Piotra  zaś  podejmuję  się  przygotować  w  odpowiedni  sposób  i  przyprowadzić 

na miejsce pojedynku. 

— Pan wciąż żartuje — rzekł wstając z krzesła Paweł Pietrowicz. — Ale nie mogę 

żywić  do  pana  pretensji,  skoro  okazał  mi  pan  tyle  uprzejmej  gotowości...  Wszystko 

zatem załatwione... Ale, ale, czy ma pan pistolety? 

— Skądże miałbym je mieć, Pawle Pietrowiczu? Przecież nie jestem wojakiem. 

—  W  takim  razie  pozwolę  sobie  ofiarować  panu  swoje.  Może  pan  być  pewny,  że 

nie strzelałem z nich już dobre pięć lat. 

— Bardzo to pocieszająca wiadomość.  

Paweł Pietrowicz wziął laskę... 

— Pozostaje mi zatem podziękować łaskawemu panu i wrócić pana jego zajęciom. 

Mam honor pożegnać pana. 

— Do miłego zobaczenia, łaskawy panie — rzekł Bazarow odprowadzając gościa. 

Paweł  Pietrowicz  wyszedł,  Bazarow  zaś  postał  chwilę  przed  drzwiami  i 

wykrzyknął:  —  Do  wszystkich  diabłów!  Jak  pięknie  i  jak  głupio!  Zagraliśmy  niezłą 

komedię!  Tak  tańczą  na  tylnych  łapach  tresowane  psy.  Ale  odmówić  nie  mogłem; 

przecież na dobrą sprawę mógłby mnie uderzyć, a wtedy... (Bazarow pobladł na samą 

myśl  o  tym;  odezwała  się  w  nim  cała  jego  pycha.)  Wtedy  musiałbym  go  zdusić  jak 

kociaka.  —  Wrócił  do  swojego  mikroskopu,  ale  serce  biło  mu  mocno  i  znikł  spokój 

konieczny do obserwacji. „Zobaczył nas dzisiaj — myślał — lecz czy to możliwe,  żeby 

występował w obronie brata? I cóż to znowu takiego — pocałunek? Tu chyba chodzi o 

coś innego. Ba! może on sam się kocha? Oczywiście, zakochany; jasne jak dzień. Cóż 

za  splot  wydarzeń...  Źle  —  orzekł  wreszcie.  —  Źle,  z  jakiejkolwiek  strony  na  to 

spojrzeć.  Trzeba  będzie  nadstawić  karku  i  w  każdym  razie  wyjechać;  do  tego 

Arkadiusz... I ten poczciwina Mikołaj Pietrowicz. Źle. Źle." 

Dzień  minął  jakoś  szczególnie  ospale  i  spokojnie.  Fieniczka  jakby  wcale  nie 

istniała;  siedziała  w  swym  pokoju  jak  mysz  w  norce.  Mikołaj  Pietrowicz  miał  minę 

zatroskaną.  Doniesiono  mu,  że  w  jego  pszenicy,  na  którą  bardzo  liczył,  pokazała  się 

śnieć.  Paweł  Pietrowicz  wszystkich,  nawet  Prokoficza,  przytłaczał  swoją  lodowatą 

                                                        

29

 Comme il faut — w dobrym tonie. (W oryg. pisownia fonetyczna.) 

background image

uprzejmością.  Bazarow  zaczął  pisać  list  do  ojca,  ale  podarł  go  i  rzucił  pod  stół.  „Jak 

umrę — pomyślał — to się dowiedzą; ale nie umrę. Nie, długo jeszcze będę się błąkał 

po  świecie."  Kazał  Piotrowi,  żeby  przyszedł  do  niego  nazajutrz  o  świcie  w  ważnej 

sprawie.  Piotr  wyobraził  sobie,  że  Bazarow  chce  go  zabrać  ze  sobą  do  Petersburga. 

Bazarow  położył  się  późno,  całą  noc  dręczyły  go  chaotyczne  sny...  Majaczyła  mu  się 

Odincowa, która była zarazem jego matką, za nią chodziła kotka z czarnymi wąsikami, 

i to była Fieniczka; Paweł Pietrowicz ukazywał mu się jako wielki las, z którym musi 

się jednak bić. Piotr obudził go o czwartej nad ranem; ubrał się natychmiast i wyszli 

razem. 

 

Poranek  był  piękny  i  świeży;  małe  strzępiaste  chmurki  podobne  do  baranków 

stały  na  bladym  lazurze;  drobna  rosa  osypała  liście  i  trawę,  błyszczała  jak  srebro  na 

pajęczynach;  wilgotna  ciemna  ziemia  jak  gdyby  zachowała  jeszcze  rumiany  odblask 

zorzy; w niebie dzwoniły pieśni skowronków. Bazarow doszedł do zagajnika, usiadł na 

skraju  i  dopiero  wtedy  powiedział  Piotrowi,  jakich  od  niego  oczekuje  usług. 

Udoskonalony lokaj przeraził się śmiertelnie, ale Bazarow uspokoił go zapewniając, że 

będzie tylko stał z boku i patrzył, i że nie ponosi żadnej odpowiedzialności. 

—  A  pomyśl  tylko  —  dodał  —  jak  poważną  masz  odegrać  rolę!  —  Piotr  rozłożył 

ręce, spuścił oczy i z pozieleniałą twarzą oparł się o brzozę. 

Droga  prowadząca  z  Mariina  okrążała  lasek;  leżał  jeszcze  na  niej  lekki  kurz,  nie 

tknięty od poprzedniego dnia ani kołem, ani ludzką stopą. Bazarow mimo woli patrzył 

na  ową  drogę,  rwał  i  gryzł  źdźbła  trawy  i  wciąż  sobie  powtarzał:  „Co  za  głupota." 

Przejął go poranny chłód, wzdrygnął się dwukrotnie... Piotr spojrzał na niego smętnie, 

ale Bazarow tylko się uśmiechnął: nie czuł wcale strachu. 

Na drodze rozległ się tętent kopyt... Zza drzew ukazał się chłop. Pędził przed sobą 

dwa  spętane  konie.  Mijając  Bazarowa  spojrzał  na  niego  trochę  dziwnie,  nie  zdjął 

czapki,  co  najwidoczniej  przygnębiło  Piotra  jako  niedobry  znak.  „Także  wstał 

wcześnie — pomyślał Bazarow — ale przynajmniej do roboty, a my?" 

— Zdaje się, że jaśnie pan idzie — szepnął nagle Piotr. 

Bazarow  podniósł  głowę  i  ujrzał  Pawła  Pietrowicza.  Ubrany  w  lekki  kraciasty 

surdut  i  białe  jak  śnieg  pantalony,  szedł  szybko  drogą;  pod  pachą  niósł  skrzynkę 

owiniętą w zielone sukno. 

—  Zechce  mi  pan  wybaczyć,  że  kazałem  na  siebie  czekać —  powiedział  kłaniając 

się  naprzód  Bazarowowi,  potem  zaś  Piotrowi,  w  którym  w  owej  chwili  szanował  jak 

background image

gdyby sekundanta. — Nie chciałem budzić mojego kamerdynera. 

— Nic nie szkodzi — odparł Bazarow — przyszliśmy dopiero przed chwilą. 

—  Ach,  tak?  Tym  lepiej.  —  Paweł  Pietrowicz  rozejrzał  się  wokół.  —  Nie  widać 

nikogo, nikt nam nie przeszkodzi... Możemy zaczynać? 

— Dobrze. 

— Przypuszczam, że nie żąda pan nowych wyjaśnień. 

— Nie. 

— Czy zechce pan nabić pistolety? — zapytał Paweł Pietrowicz wyjmując broń ze 

skrzynki. 

— Nie, proszę, niech pan nabije, a ja będę odmierzał kroki. Mam dłuższe nogi — 

dodał Bazarow z uśmiechem. — Raz, dwa, trzy... 

—  Eugeniuszu  Wasiliczu —  z  wysiłkiem  wyjąkał  Piotr  (trząsł  się  jak  w  febrze) — 

jeśli taka pańska łaska, ja sobie odejdę na bok. 

—  Cztery...  pięć...  Odejdź,  bratku,  odejdź;  możesz  nawet  stanąć  za  drzewem  i 

zatkać  uszy,  tylko  nie  zamykaj  oczu;  jeśli  który  z  nas  upadnie,  biegnij  na  pomoc. 

Sześć...  siedem...  osiem... —  Bazarow  przystanął. —  Dosyć?  —  rzekł  zwracając  się  do 

Pawła Pietrowicza. — Czy też dodać jeszcze dwa kroki? 

— Jak pan sobie życzy — powiedział tamten ładując drugi nabój. 

— Dodamy zatem jeszcze dwa kroki. — Bazarow końcem buta zaznaczył linię. — 

Oto  bariera.  Ale  właśnie:  na  ile  kroków  od  bariery  mamy  odejść?  To  także  ważne 

zagadnienie. Wczoraj nie mówiliśmy o tym. 

—  Myślę,  że  na  dziesięć  —  odparł  Paweł  Pietrowicz  podając  Bazarcwowi  oba 

pistolety. — Raczy pan wybrać. 

—  Raczę.  Przyzna  pan,  Pawle  Pietrowiczu,  że  nasz  pojedynek  jest  niezwykły, 

niemal śmieszny? Niech pan tylko spojrzy na fizjonomię naszego sekundanta. 

—  Pan  wciąż  ma  ochotę  żartować —  odparł  Paweł  Pietrowicz. —  Nie  przeczę,  że 

nasz pojedynek jest dziwny, ale uważam za swój obowiązek uprzedzić pana, że mam 

zamiar pojedynkować się na serio. A bon entendeur, salut.

30

 

—  O,  nie  wątpię,  że  postanowiliśmy  zabić  jeden  drugiego,  czemu  jednak  nie 

pośmiać się trochę, nie połączyć utile dulci

31

? Pan do mnie po francusku, a ja do pana 

po łacinie. 

— Będę się pojedynkował na serio — powtórzył Paweł Pietrowicz i ruszył na swoje 

                                                        

30

 Kto rozumie, niech korzysta z przestrogi. 

31

 przyjemne z pożytecznym 

background image

miejsce. Bazarow odliczył dziesięć kroków od bariery i stanął. 

— Gotów pan? — zapytał Paweł Pietrowicz. 

— Najzupełniej. 

— Możemy zaczynać. 

Bazarow  powoli  zaczął  iść  naprzód.  Paweł  Pietrowicz  ruszył  na  niego  włożywszy 

lewą rękę do kieszeni i stopniowo unosząc lufę pistoletu... „Mierzy mi prosto w nos — 

pomyślał Bazarow — jak ten zbój starannie celuje! Doprawdy, nieprzyjemne wrażenie. 

Będę patrzył na łańcuszek jego zegarka..." Coś ostro bzyknęło koło ucha Bazarowa i w 

tej samej chwili rozległ się wystrzał. „Słyszałem, więc nic się nie stało" — przemknęło 

mu  przez  myśl.  Zrobił  jeszcze  jeden  krok  i  nie  celując  nacisnął  cyngiel.  Paweł  Pie-

trowicz drgnął  lekko i chwycił się ręką za udo. Strużka krwi pociekła po jego białych 

spodniach. 

Bazarow rzucił pistolet i zbliżył się do swego przeciwnika. 

— Pan jest ranny? — spytał. 

—  Miał  pan  prawo  wezwać  mnie  do  bariery  —  odezwał  się  Paweł  Pietrowicz.  — 

Nic mi nie jest. Według warunków każdy ma jeszcze po jednym strzale. 

—  No,  wybaczy  pan,  zostawimy  to  na  drugi  raz  —  odparł  Bazarow  i  podtrzymał 

Pawła  Pietrowicza,  który  stawał  się  coraz  bledszy.  —  Teraz  nie  jestem 

pojedynkowiczem,  tylko  lekarzem,  i  muszę  przede  wszystkim  obejrzeć  pańską  ranę. 

Piotrze! Chodź tutaj! Gdzieś się schował? 

—  Wszystko  to  głupstwo...  Nie  trzeba  mi  niczyjej  pomocy  —  rzekł  powoli  Paweł 

Pietrowicz — i... trzeba... znów... — Chciał podkręcić wąsa, ale ręka mu osłabła, oczy 

stanęły w słup i stracił przytomność. 

— A to dopiero! Omdlenie! Dlaczego?! — mimo woli wykrzyknął Bazarow kładąc 

Pawła Pietrowicza na trawę. — Zobaczmy, co to takiego. — Wyjął chustkę, otarł krew i 

pomacał udo zemdlonego. — Kość cała — mruczał przez zęby — kula przeszła płytko, 

na  wylot,  tylko  jeden  muskuł,  vastus  externus,  szarpnięty.  Za  trzy  tygodnie  będzie 

mógł tańczyć!... Omdlenie! Och, ci nerwowi ludzie. I taka cienka skóra. 

— Jaśnie pan zabity? — rozległ się za jego plecami drżący głos Piotra. 

Bazarow obejrzał się. 

— Biegnij szybko po wodę, bratku, przeżyje ciebie i mnie. 

Ale zdawało się, że sługa doskonały nie rozumie jego słów, nie ruszał się bowiem 

miejsca. Paweł Pietrowicz powoli otworzył oczy. Umiera! — szepnął Piotr i zaczął się 

żegnać. 

background image

—  Ma  pan  rację...  Jaka  głupia  fizjonomia  —  rzekł  z  wymuszonym  uśmiechem 

ranny dżentelmen. 

— Idźże po wodę, do diabła! — krzyknął Bazarow. 

—  Nie  trzeba...  To  chwilowy vertige

32

...  Niech mi  pan pomoże usiąść...  O,  tak!... 

Trzeba tylko czymkolwiek przewiązać zadraśnięcie, dojdę do domu pieszo albo można 

po mnie przysłać linijkę. Jeśli pan się zgadza, nie będziemy kontynuowali pojedynku. 

Postąpił pan szlachetnie... dzisiaj, tylko dzisiaj, proszę pamiętać. 

—  Przeszłości  nie  ma  co  wspominać  —  rzekł  Bazarow.  —  Jeśli  zaś  mowa  o 

przyszłości,  to  też  nie  warto  sobie  łamać  głowy,  ponieważ  mam  zamiar  natychmiast 

się  stąd  ulotnić.  Proszę  pozwolić,  przewiążę  panu  nogę;  rana  nie  jest  niebezpieczna, 

lepiej  jednak  zatamować  krew.  Ale  najpierw  muszę  doprowadzić  do  przytomności 

tego śmiertelnika. 

Bazarow potrząsnął Piotrem i kazał mu iść po linijkę. 

—  Uważaj,  nie  przestrasz  mi  brata —  powiedział  Paweł  Pietrowicz —  żeby  ci  nie 

przyszło do głowy o czymś mu mówić. 

Piotr  pobiegł  co  sił;  przez  ten  czas  obaj przeciwnicy siedzieli na  ziemi  i  milczeli. 

Paweł  Pietrowicz  starał  się  nie  patrzeć  na  Bazarowa:  mimo  wszystko  nie  chciał  się  z 

nim  pogodzić;  wstyd  mu  było  swej  wyniosłości,  niepowodzenia  całej  wszczętej  przez 

siebie sprawy, chociaż czuł, że pomyślniej zakończyć się nie mogła. „Przynajmniej nie 

będzie  tu  sterczał  —  uspokajał  siebie  —  dobre  i  to."  Trwało  ciężkie  i  niezręczne 

milczenie. Obaj czuli się nieswojo. Każdy nich zdawał sobie sprawę, że rozumieją się 

wzajemnie.  Ta  świadomość  miła  jest  dla  przyjaciół,  ale  zgoła  nieprzyjemna  dla 

przeciwników, zwłaszcza wtedy, kiedy nie można ani się pogodzić, ani rozejść. 

— Czy nie przywiązałem panu nogi zbyt mocno? — zapytał wreszcie Bazarow. 

— Nie, doskonale — odparł Paweł Pietrowicz i po chwili dodał: — Brata nie da się 

oszukać, trzeba mu będzie powiedzieć, że posprzeczaliśmy się o politykę. 

—  Doskonale  —  rzekł  Bazarow.  —  Może  pan  powiedzieć,  że  wymyślałem  na 

wszystkich anglomanów. 

—  Świetnie.  Jak  pan  przypuszcza,  co  myśli  o  nas  teraz  ten  człowiek?  —  ciągnął 

dalej  Paweł  Pietrowicz  wskazując  tego  samego  chłopa,  który  na  kilka  minut  przed 

pojedynkiem  pędził  obok  Bazarowa  spętane  konie,  a  teraz  wracając  zboczył  z  drogi  i 

zdjął czapkę na widok „panów". 

—  Któż  to  może  wiedzieć!  —  odparł  Bazarow.  —  Najprawdopodobniej  wcale  nie 

                                                        

32

 zawrót głowy 

background image

myśli.  Rosyjski  chłop  to  ów  tajemniczy  nieznajomy,  o  którym  ongi  tyle  mówiła  pani 

Radeliffe

33

. Kto go zrozumie? Przecież on sam siebie nie rozumie. 

— Ach, więc pan... — zaczął Paweł Pietrowicz i nagle zawołał: — Spójrz pan, co ten 

pański głupi Piotr narobił! Przecież to mój brat tu jedzie. 

Bazarow  odwrócił  się  i  ujrzał  bladą  twarz  Mikołaja  Pietrowicza  siedzącego  w 

linijce. Wyskoczył, zanim się zatrzymała, i podbiegł do brata. 

— Co to znaczy? — spytał wzburzony. — Na miłość boską, Eugeniuszu Wasiliczu, 

co się stało? 

—  Nic  się  nie  stało  —  odpowiedział  Paweł  Pietrowicz.  —  Niepotrzebnie  cię 

niepokojono.  Posprzeczaliśmy  się  trochę  z  panem  Bazarowem  i  musiałem  za  to 

zapłacić. 

— Jakże do tego przyszło, Boże drogi? 

—  Widzisz,  pan  Bazarow  wyraził  się  pogardliwie  o  sir  Robercie  Peelu.  Śpieszę 

dodać,  że  sam  ponoszę  całkowitą  winę;  pan  Bazarow  zachował  się  bez  zarzutu. 

Wyzwałem go. 

— Zlituj się, ty przecie broczysz krwią! 

—  Myślałeś  może,  że  mam  w  żyłach  wodę?  Takie  puszczenie  krwi  dobrze  mi 

nawet zrobi. Prawda, doktorze? Pomóż mi wsiąść i nie oddawaj się melancholii. Jutro 

będę zdrów. O tak, doskonale. Stangret, jazda! 

Mikołaj Pietrowicz poszedł za linijką. Bazarow został nieco w tyle... 

— Muszę pana prosić, żeby zechciał pan zająć się bratem —  zwrócił się do niego 

Mikołaj Pietrowicz — zanim nie przyjedzie z miasta inny lekarz. 

Bazarow w milczeniu schylił głowę. 

W  godzinę  później  Paweł  Pietrowicz  leżał  już  w  łóżku  z  umiejętnie 

zabandażowaną nogą. W całym domu zapanował popłoch; Fieniczce zrobiło się słabo. 

Mikołaj  Pietrowicz  cichaczem  załamywał  ręce.  Ale  Paweł  Pietrowicz  śmiał  się  i 

żartował,  zwłaszcza  z  Bazarowem;  włożył  cienką  batystową  koszulę,  elegancką 

poranną kurtkę i czapeczkę, nie pozwolił zapuścić stor na okna i zabawnie skarżył się 

na przymusową dietę. 

W  nocy  dostał  jednak  gorączki;  rozbolała  go  głowa.  Z  miasta  przyjechał  doktor. 

(Mikołaj  Pietrowicz  nie  usłuchał  brata,  zresztą  życzył  sobie  tego  również  Bazarow, 

który, żółty i zły, przez cały dzień siedział w swoim pokoju i tylko na chwilę wpadał do 

                                                        

33

 Anna Radeliffe (1764—1823) — powieściopisarka angielska. Turgieniew ma tu zapewne na myśli bohatera 

jej powieści Tajemnica Adolfa. (Przyp. red.) 

background image

chorego; dwa razy spotkał Fieniczkę, ale ona z przerażeniem od niego uciekła.) Nowy 

doktor  zalecił  chłodzące  napoje  i  potwierdził  opinię  Bazarowa,  że  nie  ma  żadnego 

niebezpieczeństwa.  Mikołaj  Pietrowicz  powiedział  mu,  że  brat  zranił  się  wskutek 

własnej  nieostrożności,  na  co  doktor  odparł:  „Hm!",  ale  otrzymawszy  natychmiast 

dwadzieścia pięć rubli srebrem, rzekł: 

— Tak, tak. Doprawdy, takie rzeczy często się zdarzają. 

Nikt  w  domu  nie  kładł  się  i  nie  rozbierał.  Mikołaj  Pietrowicz  wciąż  wchodził  na 

palcach do brata i tak samo cichutko stamtąd wychodził; Paweł Pietrowicz drzemał, z 

lekka pojękiwał, mówił po francusku: 

 „Couchez-vous"

34

  i  prosił,  żeby  mu  dano  pić.  Raz  Mikołaj  Pietrowicz  kazał 

Fieniczce, by podała mu szklankę lemoniady; Paweł Pietrowicz popatrzył uważnie na 

Fieniczkę  i  wypił  szklankę  do  dna.  Nad  ranem  gorączka  się  podniosła,  chory  zaczął 

trochę  majaczyć.  Naprzód  mówił  słowa  bez  związku,  potem  nagle  otworzył  oczy  i 

zobaczywszy przy swoim łóżku troskliwie nad sobą pochylonego brata rzekł: 

— Mikołaju, prawda, że Fieniczka podobna jest do Nelly? 

— Do jakiej Nelly, Pasza? 

—  Jak  to,  nie  wiesz?  Do  księżny  R.  Zwłaszcza  górna  część  twarzy.  C’est  de  la 

même familie.

35

 

Mikołaj Pietrowicz nic nie odpowiedział i w głębi duszy zdziwił się, jak trwałe są 

dawne uczucia w człowieku. 

„Że też w takiej chwili mu się to przypomniało!" — pomyślał. 

—  Ach,  jakże  kocham  tę  pustą  istotę!  —  jęknął  Paweł  Pietrowicz,  smętnie 

zakładając  ręce  pod  głowę.  —  Nie  ścierpię,  aby  jakiś  zuchwalec  śmiał  dotknąć...  — 

mamrotał w kilka chwil potem. 

Mikołaj  Pietrowicz  westchnął;  nie  podejrzewał  nawet,  do  kogo  odnoszą  się  te 

słowa. 

Bazarow zjawił się u niego nazajutrz o ósmej. Załatwił już swoje sprawy i wypuścił 

na wolność wszystkie żaby, owady i ptaki. 

— Pan przyszedł się ze mną pożegnać? — spytał Mikołaj Pietrowicz wstając. 

— Tak. 

—  Rozumiem  pana  i  pochwalam  pańską  decyzję.  Mój  biedny  brat  jest  bez 

wątpienia winien; został też ukarany. Mówił mi, że zachował się tak, iż nie mógł pan 

                                                        

34

 Połóż się. 

35

 Jest w tym samym rodzaju. 

background image

inaczej postąpić. Wierzę, że nie mógł pan uniknąć tego pojedynku, który... w pewnym 

stopniu  można  wytłumaczyć  stałym  antagonizmem  waszych  wzajemnych  poglądów. 

(Mikołaj  Pietrowicz  plątał  się  nieco  w  słowach.)  Mój  brat  jest  człowiekiem  dawnego 

pokroju,  zapalczywym  i  upartym...  Bogu  dzięki,  że  na  tym  się  skończyło...  Zrobiłem 

wszystko, by uniknąć rozgłosu... 

— Zostawię panu swój adres na wypadek, gdyby się coś stało — zauważył niedbale 

Bazarow. 

— Mam nadzieję, że nic się nie stanie, Eugeniuszu Wasiliewiczu... Bardzo żałuję, 

że pański pobyt w moim domu tak... tak się zakończył. Martwi mnie to tym bardziej, 

że Arkadiusz... 

—  Prawdopodobnie  go  zobaczę  —  rzekł  Bazarow,  w  którym  wszelkiego  rodzaju 

„wyjaśnienia" i „oświadczenia" zawsze budziły niecierpliwość. — W przeciwnym razie 

proszę mu przekazać ukłony i przyjąć wyrazy żalu. 

—  Ja  także  proszę...  —  odparł  z  ukłonem  Mikołaj  Pietrowicz.  Ale  Bazarow  nie 

czekał, aż skończy zdanie, i wyszedł. 

Dowiedziawszy  się  o  zamierzonym  wyjeździe  Bazarowa  Paweł  Pietrowicz 

oświadczył, że chce go zobaczyć, i uścisnął mu dłoń. Ale Bazarow pozostał zimny jak 

lód; rozumiał, że Paweł Pietrowicz chciał się okazać wspaniałomyślny. Z Fieniczką nie 

udało mu się pożegnać; wymienił z nią tylko spojrzenia przez okno. Jej twarz wydała 

mu  się  smutna.  „Źle  z  nią!  —  rzekł  do  siebie.  —  No,  jakoś  się  wykaraska!"  Piotr 

natomiast rozczulił się tak, że płakał na jego ramieniu, aż Bazarow musiał przywołać 

go  do  porządku  oświadczając,  że  mazgaj  z  niego,  i  kwita.  Duniasza  uciekła  do 

zagajnika, aby ukryć swoje wzruszenie. Winowajca tych wszystkich nieszczęść wsiadł 

do  bryczki,  zapalił  cygaro  i  kiedy  na  czwartej  wiorście  po  raz  ostatni  oczom  jego 

ukazała się rozwinięta w jednej linii posiadłość Kirsanowów i nowo wzniesiony dwór, 

splunął tylko i mrucząc: „Przeklęte jaśniepaństwo", mocniej otulił się szynelem. 

Paweł  Pietrowicz  niebawem  poczuł  się  lepiej;  ale  w  łóżku  wypadło  mu przeleżeć 

około  tygodnia.  Swoją,  jak  powiadał,  niewolę  znosił  dość  cierpliwie,  tylko  za  bardzo 

zajmował  się  toaletą  i  wciąż  kazał  rozpylać  w  pokoju  wodę  kolońską.  Mikołaj 

Pietrowicz  czytał  mu  czasopisma;  Fieniczka  usługiwała  mu  jak  przedtem,  przynosiła 

bulion,  lemoniadę,  jajka  na  miękko,  herbatę;  ale  za  każdym  razem,  kiedy  wchodziła 

do  pokoju,  ogarniał  ją  skryty  lęk.  Nieoczekiwany  postępek  Pawła  Pietrowicza 

przestraszył  w  domu  wszystkich,  ją  zaś  najbardziej;  jeden  tylko  Prokoficz  nie  stracił 

kontenansu  i  tłumaczył,  że  za  jego  czasów  panowie  też  do  siebie  strzelali,  „ale  tylko 

background image

szlachetnie  urodzeni  panowie,  a  takim  chłystkom  kazaliby  za  zuchwalstwo  złupić 

skórę w stajni". 

Fieniczka prawie nie miała wyrzutów sumienia; ale od czasu do czasu męczyła ją 

myśl o prawdziwej przyczynie pojedynku; Paweł Pietrowicz patrzył zresztą na nią tak 

dziwnie...  że  nawet  odwracając  się  do  niego  plecami,  czuła  na  sobie  jego  spojrzenie. 

Schudła  z  tego  ciągłego  wewnętrznego  niepokoju  i  jak  to  się  często  zdarza,  stała  się 

jeszcze ładniejsza. 

Pewnego  razu —  rzecz  działa  się  z  rana —  Paweł  Pietrowicz  czuł się już  dobrze  i 

przeszedł  z  łóżka  na  kanapę,  Mikołaj  Pietrowicz  zaś  zapytawszy  o  jego  zdrowie  udał 

się na gumno. Fieniczka przyniosła filiżankę herbaty, postawiła ją na stoliku i chciała 

odejść. Paweł Pietrowicz zatrzymał ją. 

— Dokąd pani tak śpieszy, Fiedosjo Nikołajewno — zaczął — czy pani zajęta? 

— Nie... Tak... Muszę nalewać herbatę. 

—  Duniasza  naleje  sama;  niechże  pani  troszeczkę  posiedzi przy  chorym.  Zresztą 

chcę z panią pomówić. 

Fieniczka w milczeniu usiadła na brzeżku fotela. 

— Od dawna już — zaczął Paweł Pietrowicz szarpiąc wąsa — chciałem zapytać: czy 

pani się mnie boi? 

— Ja? 

— Tak, pani. Patrzy pani na mnie tak, jakby pani miała nieczyste sumienie. 

Fieniczka  zaczerwieniła  się,  ale  spojrzała  na  Pawła  Pietrowicza,  Wydał  się  jej 

dziwny i serce w niej leciutko zadrżało. 

— Przecież ma pani czyste sumienie? — zapytał. 

— Czemuż by miało być inaczej? — szepnęła. 

—  Któż  to  może  wiedzieć!  Zresztą  wobec  kogo  mogłaby  pani  zawinić?  Wobec 

mnie?  Trudno  uwierzyć.  Wobec  innych  domowników?  Również  nieprawdopodobne. 

Czyżby wobec brata? Przecież go pani kocha? 

— Kocham. 

— Z całego serca, z całej duszy? 

— Kocham Mikołaja Pietrowicza z całego serca. 

— Naprawdę? Spójrz na mnie, Fieniczka (nazwał ją tak po raz pierwszy...). Wiesz, 

kłamstwo to wielki grzech! 

— Nie kłamię, Pawle Pietrowiczu. Jeślibym nie kochała Mikołaja Pietrowicza, nie 

miałabym po co żyć! 

background image

— I nie zamienisz go na nikogo? 

— Na kogóż miałabym go zamienić? 

— Kto to może wiedzieć! Chociażby na tego pana, który stąd odjechał. 

Fieniczka wstała. 

—  Boże  mój,  dlaczego  pan  mnie  męczy,  Pawle  Pietrowiczu?  Co  panu  zrobiłam? 

Jak pan może tak mówić? 

— Fieniczka — rzekł smutnym głosem Paweł Pietrowicz — przecież ja widziałem... 

— Co pan widział? 

— Tam... w altance.  

Fieniczka zapłoniła się aż po uszy. 

— Cóż ja jestem temu winna? — zapytała z wysiłkiem. 

— Nie jesteś winna? Nie? Ani trochę? 

—  Kocham  tylko  Mikołaja  Pietrowicza  i  zawsze  go  będę  kochała!  —  rzekła  z 

nieoczekiwaną  siłą  i  szloch  ścisnął  jej  gardło.  —  O  tym,  co  pan  widział,  nawet  na 

Sądzie  Ostatecznym  powiem,  że  nie  byłam  winna,  i  lepiej,  żebym  zaraz  umarła,  jeśli 

może mnie ktoś o takie rzeczy podejrzewać, że ja wobec mojego dobroczyńcy Mikołaja 

Pietrowicza... 

Ale  tutaj  głos  odmówił  jej  posłuszeństwa  i  w  tej  samej  chwili  poczuła,  że  Paweł 

Pietrowicz  chwycił  i  ścisnął  jej  rękę...  Spojrzała  na  niego  i  skamieniała.  Był  jeszcze 

bledszy niż przedtem; oczy mu błyszczały, ale co najdziwniejsza, wielka łza toczyła się 

po jego policzku. 

—  Fieniczka!  —  powiedział  jakimś  dziwnym  szeptem.  —  Kochaj,  kochaj  mojego 

brata! To taki dobry, prawy człowiek. Nie zdradź go dla nikogo w świecie. Nie słuchaj 

niczyich  słów!  Pomyśl,  czy  może  być  coś  okropniejszego  niż  kochać  i  nie  być 

kochanym! Nie porzucaj nigdy mego biednego Mikołaja! 

Zdumienie Fieniczki było tak wielkie, że w mgnieniu oka obeschły jej łzy i minął 

strach. Ale co poczuła, kiedy Paweł Pietrowicz, sam Paweł Pietrowicz, przycisnął usta 

do jej ręki i przywarł do niej nie całując, a tylko z rzadka spazmatycznie wzdychając... 

„Boże! — pomyślała. — Czy to nie atak?..." 

W owej właśnie chwili zadrżało w nim całe jego zmarnowane życie. 

Schody  zaskrzypiały...  Ktoś  szedł  szybko...  Odepchnął  ją  od  siebie  i  opadł  na 

poduszki.  Otworzyły  się  drzwi  i  wszedł  Mikołaj  Pietrowicz,  zarumieniony  i  wesoły. 

Mitia, tak samo rumiany i wesoły jak ojciec, w samej tylko koszulce, podskakiwał na 

jego rękach, zaczepiając gołymi nóżkami o wielkie guziki jego wiejskiego płaszcza. 

background image

Fieniczka  pobiegła  ku  nim  i  objąwszy  ich  rękami,  przytuliła  głowę  do  ramienia 

Mikołaja  Pietrowicza.  Zdziwił  się:  wstydliwa,  skromna  Fieniczka  nigdy  nie  tuliła  się 

do niego w obecności innych. 

—  Co  się  stało?  —  rzekł  i  spojrzawszy  na  brata  podał  jej  dziecko.  —  Czujesz  się 

gorzej? — zapytał podchodząc do Pawła Pietrowicza. 

Tamten zakrył twarz batystową chustką. 

— Nie... tak... nic... Przeciwnie, znacznie mi lepiej. 

—  Niepotrzebnie  przeniosłeś  się  na  kanapę.  Dokąd  idziesz?  —  dodał  Mikołaj 

Pietrowicz  zwracając  się  do  Fieniczki,  ale  ona  zamknęła  już  za  sobą  drzwi.  — 

Przyniosłem  ci  mojego  zucha;  zatęsknił  do  stryja.  Czemu  go  zabrała?  Ale  co  ci  jest? 

Czy coś się stało? 

— Bracie! — uroczyście rzekł Paweł Pietrowicz.  

Mikołaj Pietrowicz drgnął. Nie wiadomo dlaczego ogarnął go lęk. 

— Bracie — powtórzył Paweł Pietrowicz. — Daj mi słowo, że spełnisz moją prośbę. 

— Jaką prośbę? Mów. 

— To sprawa bardzo poważna; według mnie, od tego zależy całe twoje szczęście. 

Ostatnimi  czasy  wiele  myślałem  o  tym,  co  chcę  ci  teraz  powiedzieć...  Bracie,  spełnij 

swój  obowiązek,  obowiązek  uczciwego  i  szlachetnego  człowieka,  przestań  siać 

zgorszenie i dawać zły przykład — ty, najlepszy z ludzi. 

— Co chcesz powiedzieć, Pawle? 

— Ożeń się z Fieniczką... Ona ciebie kocha, jest matką twego syna. 

Mikołaj Pietrowicz odstąpił na krok i klasnął w dłonie. 

—  Ty  to  mówisz,  Pawle?  Ty,  którego  zawsze  uważałem  za  najbardziej 

nieubłaganego  przeciwnika  podobnych  małżeństw?  Ty  to  mówisz!  Czy  nie  wiesz,  że 

tylko  z  szacunku  dla  ciebie  nie  wypełniłem  tego,  co  tak  słusznie  nazywasz  moim 

obowiązkiem? 

— Niepotrzebnie zatem liczyłeś się ze mną — rzekł ze smutnym uśmiechem Paweł 

Pietrowicz.  —  Powoli  dochodzę  do  wniosku,  że  Bazarow  miał  rację  zarzucając  mi 

arystokratyzm.  Nie,  drogi  bracie,  dosyć  już  tych  fochów  i  oglądania  się  na  wielki 

świat;  jesteśmy  ludzie  starzy  i  spokojni;  czas  wyzbyć  się  wszelkiej  próżności. 

Zacznijmy właśnie tak, jak powiadasz, spełniać nasz obowiązek, a jeszcze osiągniemy 

szczęście. 

Mikołaj Pietrowicz zaczął ściskać brata. 

— Otworzyłeś mi do reszty oczy! — zawołał. — Nie na próżno zawsze twierdziłem, 

background image

że jesteś najlepszym i najmądrzejszym człowiekiem na świecie; a teraz widzę, że jesteś 

równie rozsądny, jak wspaniałomyślny. 

— Spokojnie, spokojnie — przerwał mu Paweł Pietrowicz. — Żebyś nie uraził nogi 

twego rozsądnego brata, który mając już pod pięćdziesiątkę pojedynkował się niczym 

podchorąży. A więc rzecz postanowiona: Fieniczka będzie moją... belle-soeur

36

. 

— Drogi mój Pawle! Ale co powie Arkadiusz? 

—  Arkadiusz?  Przecież  on  zatriumfuje!  Małżeństwa  nie  uznaje,  ale  to  mile 

pogłaszcze  jego  poczucie  równości.  Doprawdy,  jakież  mogą  być  kasty  au  dix-

neuviéme siecle

37

—  Ach,  Pawle,  Pawle!  Pozwól,  że  pocałuję  cię  raz  jeszcze.  Nie  bój  się,  będę 

ostrożny. 

Bracia uścisnęli się. 

— Jak myślisz, czy należy jej zaraz powiedzieć o twoim zamiarze? — zapytał Paweł 

Pietrowicz. 

— Po co się śpieszyć? — zaoponował Mikołaj Pietrowicz. — Czyś z nią rozmawiał? 

— Ja? Quelle idée!

38

 

—  No,  to  doskonale.  Przede  wszystkim  wracaj  do  zdrowia,  tamto  nam  nie 

ucieknie. Trzeba dobrze się zastanowić, obmyślić. 

— Ale jesteś zdecydowany? 

—  Oczywiście,  i  dziękuję  z  całego  serca.  Teraz  cię  zostawię;  musisz  odpocząć; 

każde wzruszenie ci szkodzi. Pomówimy jeszcze o tym. Zaśnij, mój drogi, i niechaj ci 

Bóg da zdrowie! 

„Za  co  on  mi  tak  dziękuje?  —  pomyślał  Paweł  Pietrowicz,  gdy  został  sam.  — 

Przecież to tylko od niego zależało. Ja zaś, gdy tylko się ożeni, wyjadę gdzieś daleko, 

do Drezna albo do Florencji, i będę tam mieszkał, póki nie zdechnę." 

Zwilżył sobie czoło wodą kolońską i zamknął oczy. Jego piękna, wychudła głowa, 

oświetlona  jasnym  blaskiem  dnia,  spoczywała  na  białej  poduszce  jak  głowa 

umarłego... I w samej rzeczy — był jak umarły. 

 

XXV 

W Nikolskoje, w ogrodzie, pod cienistym, wysokim jesionem siedzieli na ławeczce 

z darni Katia i Arkadiusz; obok nich na ziemi leżała Fifi, której długie ciało przybrało 

                                                        

36

 bratową 

37

 w dziewiętnastym wieku 

background image

piękną  pozycję  zwaną  przez  myśliwych  „zajęczą".  Arkadiusz  i  Katia  milczeli;  on 

trzymał  w  rękach  na  wpół  otwartą  książkę,  ona  wyjmowała  z  koszyka  pozostałe 

okruszynki  bułki  i  rzucała  je  kilku  wróblom,  które  z  właściwym  sobie  tchórzliwym 

zuchwalstwem skakały i świergotały tuż u jej nóg. Lekki wiatr, szeleszcząc wśród liści 

jesionu, powoli przesuwał tam i z powrotem po ciemnej ścieżce i żółtym grzbiecie Fifi 

bladozłote  plamy  światła;  głęboki  cień padał na  Arkadiusza  i  Katię; niekiedy  tylko  w 

jej  włosach  rozbłyskiwało  jasne  pasemko.  Oboje  milczeli;  lecz  właśnie  w  tym,  jak 

milczeli i siedzieli obok siebie, widać było pełną wzajemnego zaufania bliskość; każde 

z  nich  jak  gdyby  nie  myślało  o  swoim  sąsiedzie,  ale  w  głębi  duszy  radowało  się  jego 

obecnością.  Twarze  ich  zmieniły  się  od  tego  czasu,  kiedy  widzieliśmy  ich  po  raz 

ostatni: Arkadiusz wydawał się spokojniejszy, Katia bardziej ożywiona i śmielsza. 

—  Czy  pani  nie  uważa  —  zaczął  Arkadiusz  —  że  jesion  ma  w  rosyjskim  trafną 

nazwę: żadne z drzew tak lekko i jasno nie rysuje się w powietrzu. 

Katia podniosła oczy i powiedziała: „Tak", Arkadiusz zaś pomyślał: „Ona nie robi 

mi zarzutów, że wyrażam się pięknie." 

— Nie lubię Heinego — rzekła Katia wskazując wzrokiem książkę, którą Arkadiusz 

trzymał w ręku — ani kiedy się śmieje, ani kiedy płacze; lubię go, kiedy jest zadumany 

i smutny. 

— A ja lubię, kiedy się śmieje — zauważył Arkadiusz. 

—  To  są  jeszcze  ślady  pańskich  dawnych  satyrycznych  upodobań...  („Dawne 

ślady! — pomyślał Arkadiusz — gdyby Bazarow to słyszał!") Ale proszę poczekać, już 

my pana przerobimy. 

— Któż mnie przerobi? Pani? 

—  Kto?  Siostra;  Porfiriusz  Płatonowicz,  z  którym  pan  się  już  nie  kłóci;  ciocia, 

którą pan onegdaj odprowadził do cerkwi. 

—  Przecież  nie  mogłem  odmówić!  Jeśli  zaś  mowa  o  Annie  Siergiejewnie,  to  w 

wielu sprawach, jak pani pamięta, zgadzała się z Eugeniuszem. 

— Siostra była wówczas pod jego wpływem, tak samo jak pan. 

— Jak ja! Czy pani nie spostrzegła, że już uwolniłem się od jego wpływu? 

Katia nie odpowiedziała. 

— Wiem — ciągnął dalej Arkadiusz — że on nigdy się pani nie podobał. 

— Nie mogę o nim wydawać sądu. 

—  Wie  pani  co,  Katarzyno  Siergiejewno?  Kiedy  słyszę  taką  odpowiedź,  nigdy  jej 

                                                                                                                                                                             

38

 Cóż za pomysł! 

background image

nie  wierzę...  Nie  ma  człowieka,  o  którym  nie  moglibyśmy  wydać  sądu!  To  po  prostu 

wykręt. 

— Powiem panu zatem, że on... nie żeby mi się nie podobał, ale czuję, że jest mi 

obcy, że ja jestem mu obca... i że pan też jest mu obcy. 

— Dlaczego? 

— Jak by to powiedzieć?... To drapieżnik, my zaś jesteśmy oswojeni. 

— Ja także?  

Katia skinęła głową. Arkadiusz podrapał się za uchem. 

— Katarzyno Siergiejewno, przecież, prawdę mówiąc, to określenie jest obraźliwe. 

— Czyżby pan chciał być drapieżny? 

— Nie, ale silny, energiczny. 

— Tego nie można chcieć... Pański przyjaciel na przykład tego nawet nie chce, ale 

to w nim jest. 

— Hm! Więc pani przypuszcza, że miał wielki wpływ na Annę Siergiejewne? 

— Tak. Ale nad nią nikt długo nie może mieć przewagi — dodała Katia półgłosem. 

— Dlaczego pani tak myśli? 

— Jest bardzo dumna... Nie, nie to nawet chciałam powiedzieć... Po prostu bardzo 

ceni swoją niezależność. 

— Któż jej nie ceni? — zapytał Arkadiusz, lecz natychmiast przemknęło mu przez 

myśl:  „Ale  na  co  właściwie  niezależność?"  —  „Na  co  właściwie  niezależność?"  — 

pomyślała  także  Katia.  Młodym  ludziom,  którzy  często  przebywają  ze  sobą  i  są  w 

przyjaźni, nieustannie przychodzą do głowy te same myśli. 

Arkadiusz uśmiechnął się i przysunąwszy się nieco do Kati, rzekł szeptem: 

— Proszę się przyznać, że pani trochę się jej boi? 

— Kogo? 

— Jej — z naciskiem powtórzył Arkadiusz. 

— A pan? — spytała z kolei Katia. 

— Ja także; proszę zauważyć, że powiedziałem: ja także. 

Katia pogroziła mu palcem. 

—  Dziwi  mnie  to  —  zaczęła.  —  Siostra  nigdy  nie  była  tak  przyjaźnie  do  pana 

usposobiona jak teraz; znacznie bardziej niż w czasie pana pierwszego pobytu. 

— Ach tak! 

— Pan tego nie zauważył? Nie cieszy to pana?  

Arkadiusz zamyślił się. 

background image

—  Czym  mogłem  sobie  zasłużyć na  przychylność  Anny  Siergiejewny?  Może  tym, 

że przywiozłem listy waszej matki? 

— To także, ale są i inne powody, o których nie powiem. 

— Dlaczego? 

— Nie powiem. 

— O! Wiem, że pani jest bardzo uparta. 

— Jestem uparta. 

— I spostrzegawcza. 

Katia boku spojrzała na Arkadiusza. 

— Może to pana gniewa? O czym pan myśli? 

—  Myślę  o  tym,  skąd  pani  ma  tę

 

spostrzegawczość.  Pani  jest  tak  płochliwa  i 

nieufna; pani stroni od ludzi... 

—  Wiele  przebywałam  sama;  wtedy  mimo  woli  zaczyna  się  myśleć.  Czyżbym 

stroniła od wszystkich? 

Arkadiusz spojrzał na nią z wdzięcznością. 

—  Dobrze —  ciągnął  dalej —  lecz  ludzie  w  pani  sytuacji,  chcę powiedzieć,  z pani 

fortuną, rzadko odznaczają się tą cechą; do nich, jak do panujących, prawda z trudem 

dociera. 

— Przecież nie jestem bogata. 

Arkadiusz  zdziwił  się  i  nie  od  razu  zrozumiał,  co  powiedziała.  „Rzeczywiście, 

przecież  majątek  należy  do  siostry!"  —  przyszło  mu  do  głowy;  myśl  ta  nie  była  dla 

niego przykra. 

— Jak pani to ładnie powiedziała! — rzekł. 

— Dlaczego? 

—  Ładnie,  po  prostu,  bez  skrępowania  i  jakiejkolwiek  pozy.  Przypuszczam 

zresztą, iż człowiek, który wie i mówi, że jest biedny, odczuwa jakąś fałszywą dumę. 

— Dzięki siostrze nie zaznałam biedy; wspomniałam o mojej sytuacji materialnej 

dlatego, że tak wypadło w rozmowie. 

—  Tak,  ale  proszę  się  przyznać,  że  ma  pani  w  sobie  odrobinę  tej  dumy,  o  której 

teraz mówiłem. 

— Na przykład? 

— Przecież pani, proszę mi wybaczyć moje pytanie, przecież pani nie wyszłaby za 

mąż za bogatego człowieka? 

— Gdybym go bardzo kochała... Nie, zdaje się, że nawet wówczas też nie. 

background image

—  Aha!  Widzi  pani!  —  zawołał  Arkadiusz  i  po  chwili  dodał:  —  A  dlaczego  nie 

wyszłaby pani za mąż w takim wypadku? 

— Dlatego, że nawet w pieśni śpiewa się o nierównym małżeństwie. 

— Może pani chce panować albo... 

— O nic! Na co mi to? Przeciwnie, gotowa jestem się podporządkować, ale trudno 

znosić  nierówność.  Szanować  się  wzajemnie  i  słuchać,  to  szczęście;  lecz  istnienie  w 

ciągłej zależności... Nie, tego już nadto. 

—  Tego  już  nadto  —  powtórzył  Arkadiusz.  —  Tak,  tak  —  ciągnął  dalej  —  nie 

przypadkiem płynie w pani ta sama krew co w Annie Siergiejewnie; pani jest równie 

samodzielna jak ona, tylko bardziej skryta. Jestem pewien, że pani za nic pierwsza nie 

wyrazi swego uczucia, chociażby było wielkie i święte... 

— Czy można inaczej? — zapytała Katia. 

— Jesteście jednakowo rozumne; pani ma tyle samo, jeśli nie więcej, charakteru 

co siostra... 

—  Proszę,  niech  mnie  pan  nie  porównuje  z  siostrą  —  szybko  przerwała  Katia  — 

zbyt to dla mnie niekorzystne. Pan jakby zapomniał, że siostra jest piękna, mądra i... 

zwłaszcza panu nie wypada mówić takich rzeczy, i to z taką poważną miną. 

— Co to znaczy: zwłaszcza panu — i z czego pani wnosi, że ja żartuję? 

— Oczywiście, pan żartuje! 

— Pani jest pewna? A jeśli jestem przekonany o tym, co mówię? Jeśli uważam, że 

jeszcze nie dość mocno się wyraziłem? 

— Nie rozumiem pana. 

— Doprawdy? Teraz widzę, że za bardzo wychwalałem pani spostrzegawczość. 

— Jak to? 

Arkadiusz  nic  nie  odpowiedział  i  odwrócił  się,  a  Katia  wygrzebała  z  koszyczka 

jeszcze kilka okruszynek i rzuciła je wróblom; lecz ruch jej ręki był zbyt gwałtowny i 

ptaszki uciekły. 

—  Katarzyno  Siergiejewno!  —  rzekł  nagle  Arkadiusz  —  będzie  to  pani  zapewne 

obojętne, ale niechaj pani wie, że nie zamieniłbym pani nie tylko na jej siostrę, ale na 

nikogo w świecie. 

Wstał i szybko odszedł, jakby przestraszywszy się słów, które mu się wymknęły. 

Katia  opuściła  ręce  razem  z  koszyczkiem  na  kolana,  schyliła  głowę  i  długo 

patrzyła  za  oddalającym  się  Arkadiuszem.  Powoli  na  jej  policzki  wystąpił  delikatny 

rumieniec, ale na ustach nie pojawiał się uśmiech, a ciemne oczy wyrażały zdumienie i 

background image

jakieś inne jeszcze, nie nazwane uczucie. 

— Jesteś sama? — rozległ się obok niej głos Anny Siergiejewny. — Wydawało mi 

się, że wyszłaś do ogrodu z Arkadiuszem. 

Katia  bez  pośpiechu  spojrzała  na  siostrę  (która  wytwornie,  a  nawet  wyszukanie 

ubrana  stała  na  ścieżce  i  końcem  otwartej  parasolki  łaskotała  Fifi  w  uszy)  i  powoli 

rzekła: 

— Jestem sama. 

—  Widzę  to  przecież  —  odpowiedziała  tamta  ze  śmiechem  —  poszedł  zatem  do 

siebie? 

— Tak. 

— Czytaliście razem? 

— Tak. 

Anna Siergiejewna wzięła Katię za podbródek i uniosła jej głowę. 

— Mam nadzieję, żeście się nie pokłócili? 

— Nie — rzekła Katia i spokojnie odsunęła rękę siostry. 

— Jak uroczyście odpowiadasz! Myślałam, że znajdę go tutaj i wezmę ze sobą na 

spacer.  Wciąż  mnie  o  to  prosi.  Przywieziono  ci  buciki  z  miasta,  idź  je  przymierzyć; 

wczoraj już zauważyłam, że te, które nosisz, są całkiem zniszczone. W ogóle nie dość 

się zajmujesz tymi sprawami, a masz takie śliczne nóżki! Ręce też masz ładne... tylko 

duże: trzeba więc urzekać nóżkami. Ale cóż, nie jesteś wcale kokietką! 

Anna  Siergiejewna  poszła  dalej,  lekko  szeleszcząc  piękną  suknią;  Katia  wstała  z 

ławeczki i wziąwszy tom Heinego odeszła także, lecz bynajmniej nie po to, by mierzyć 

buciki. 

„Śliczne  nóżki  —  myślała,  powoli  i  lekko  wchodząc  po  rozgrzanych  słońcem 

kamiennych schodach tarasu — śliczne nóżki, powiada pani... Będzie więc leżał u tych 

nóżek." 

Ale natychmiast zrobiło jej się wstyd i szybko pobiegła na górę. 

Arkadiusz  szedł  korytarzem  do  siebie;  dopędził  go  ochmistrz  mówiąc,  że  w  jego 

pokoju czeka pan Bazarow. 

—  Eugeniusz!  —  wybąkał  prawie  z  przestrachem  Arkadiusz.  —  Czy  dawno 

przyjechał? 

—  W  tej  chwili;  powiedział,  żeby  nie  oznajmiać  o  jego  przyjeździe  Annie 

Siergiejewnie, i kazał zaprowadzić się do pana pokoju. 

„Może  w  domu  zdarzyło  się  jakieś  nieszczęście?"  —  pomyślał  Arkadiusz,  szybko 

background image

wbiegł  po  schodach  i  otworzył  drzwi.  Widok  Bazarowa  natychmiast  go  uspokoił, 

chociaż bardziej doświadczone oko dostrzegłoby zapewne w energicznej jak dawniej, 

ale  wychudłej  postaci  nieoczekiwanego  gościa  oznaki  wewnętrznego  wzburzenia. 

Siedział na parapecie okna w zakurzonym szynelu i czapce na głowie. Nie wstał nawet 

wtedy, gdy Arkadiusz z głośnym okrzykiem rzucił mu się na szyję. 

— Co za niespodzianka! Co cię tu sprowadza? — powtarzał krzątając się po pokoju 

jak człowiek, który sam sobie wyobraża i chce innym okazać, że się cieszy. — W domu 

wszystko w porządku, wszyscy zdrowi, prawda? 

—  Wszystko  w  porządku,  ale  nie  wszyscy  zdrowi  —  rzekł  Bazarow.  —  Przestań 

trajkotać,  każ  mi  przynieść  kwasu,  usiądź  i  posłuchaj,  co  ci  powiem  w  niewielu,  ale, 

mam nadzieję, za to dość mocnych słowach. 

Arkadiusz  przycichł,  i  Bazarow  opowiedział  mu  o  swoim  pojedynku  z  Pawłem 

Pietrowiczem.  Arkadiusz  ogromnie  się  zdziwił,  a  nawet  zmartwił,  ale  nie  uznał  za 

stosowne tego okazać; zapytał tylko, czy rana stryja naprawdę nie jest niebezpieczna, i 

otrzymawszy odpowiedź, że rana jest bardzo interesująca, lecz nie z punktu widzenia 

medycyny,  uśmiechnął  się  z  przymusem  i  poczuł  nagle,  że  zrobiło  mu  się  przykro  i 

wstyd. Bazarow jak gdyby go zrozumiał. 

— Tak, bracie — powiedział — oto skutki obcowania z feudałami. Sam staniesz się 

feudałem  i  będziesz  brał  udział  w  rycerskich  turniejach.  A  zatem,  wybrałem  się  do 

„ojców" — zakończył Bazarow — a po drodze zajechałem tutaj po to... po to, żeby ci to 

wszystko  opowiedzieć;  oświadczyłbym  ci  tak,  gdybym  nie  uważał  niepotrzebnego 

kłamstwa  za  głupotę.  Nie,  diabli  wiedzą,  po  co  tutaj  przyjechałem.  Widzisz,  niekiedy 

człowiekowi dobrze robi, jeśli sam bierze się za czub i wyrzuca jak rzodkiew z grzędy: 

zrobiłem  to  niedawno...  Ale  zapragnąłem  spojrzeć  raz  jeszcze  na  to,  z  czym  się 

rozstałem, na ową grzędę, gdzie siedziałem. 

—  Mam  nadzieję,  że  te  słowa  nie  odnoszą  się  do  mnie  —  spytał  w  podnieceniu 

Arkadiusz. — Mam nadzieję, że nie masz zamiaru rozstawać się ze mną? 

Bazarow spojrzał na niego uważnie, prawie przeszywając go wzrokiem. 

—  To  by  cię  tak  zmartwiło?  Myślę,  że  ty  już  rozstałeś  się  ze  mną.  Jesteś  taki 

świeżutki  i  czysty...  zapewne  twoje  sprawy  z  Anną  Siergiejewną  układają  się 

doskonale? 

— Jakie moje sprawy z Anną Siergiejewną? 

—  Czy  nie  dla  niej  przyjechałeś  tu  z  miasta,  ptaszyno?  Ale  właśnie,  jakże  tam 

niedzielne  szkółki?  Czy  nie  jesteś  w  niej  zakochany?  A  może  teraz  masz  zamiar 

background image

udawać? 

— Eugeniuszu, wiesz, że zawsze byłem z tobą szczery; zapewniam cię, przysięgam, 

że jesteś w błędzie. 

—  Hm!  Nowe  słówko  —  zauważył  półgłosem  Bazarow.  —  Ale  nie  gorączkuj  się, 

przecież  mnie  wszystko  jedno.  Romantyk  powiedziałby:  nasze  drogi  zaczynają  się 

rozchodzić, ja zaś mówię po prostu, że znudziliśmy się sobie nawzajem. 

— Eugeniuszu... 

— Mój złoty, przecież to żadne nieszczęście; cóż się na świecie nie znudzi? A teraz 

chyba  czas  się  pożegnać.  Od  chwili  kiedy  tu  jestem,  czuję  się  ohydnie,  zupełnie 

jakbym  długo  czytał  listy  Gogola  do  żony  gubernatora  Kaługi.  Zresztą  nie  kazałem 

wyprzęgać koni. 

— Bój się Boga, to niemożliwe! 

— Dlaczego? 

— Nie mówię już o sobie, ale będzie to w najwyższym stopniu niegrzecznie wobec 

Anny Siergiejewny, która niewątpliwie zechce cię zobaczyć. 

— No, chyba się mylisz. 

— Przeciwnie, jestem pewien, że mam rację — zaoponował Arkadiusz. — Dlaczego 

udajesz? Jeśli już o tym mowa, przyznaj się, że ty właśnie przyjechałeś tu dla niej. 

— Może to prawda, ale mimo wszystko mylisz się.  

Arkadiusz  miał  jednak  rację.  Anna  Siergiejewna  chciała  zobaczyć  się  z 

Bazarowem  i  przysłała  po  niego  ochmistrza.  Bazarow  przebrał  się,  zanim  do  niej 

poszedł; jak się okazało, rzeczy miał ułożone tak, że nowe ubranie było pod ręką. 

Odincowa  przyjęła  go  nie  w  tym  pokoju,  gdzie  tak  nieoczekiwanie  wyznał  jej 

swoją miłość, lecz w bawialni. Uprzejmie wyciągnęła do niego końce palców, ale twarz 

jej mimo woli wyrażała napięcie. 

—  Anno  Siergiejewno — szybko powiedział  Bazarow —  przede  wszystkim  muszę 

panią  uspokoić.  Ma  pani  przed  sobą  śmiertelnika,  który  dawno  się  opamiętał  i 

spodziewa  się,  że  inni  również  zapomnieli  o  jego  głupocie.  Odjeżdżam  na  długo  i 

zgodzi się pani, że chociaż nie jestem słabą istotą, przykro byłoby mi odejść z myślą, 

że wspomina mnie pani ze wstrętem. 

Anna Siergiejewna głęboko westchnęła jak człowiek, który przed chwilą wspiął się 

na  wysoką  górę,  i  twarz  jej  ożywiła  się  uśmiechem.  Po  raz  wtóry  wyciągnęła  do 

Bazarowa rękę i odpowiedziała na jego uścisk. 

—  Zapomnijmy  o  dawnych  zwadach  —  powiedziała  —  tym  bardziej  że,  mówiąc 

background image

uczciwie,  ja  wtedy  także  zawiniłam,  jeśli  nie  kokieterią,  to  czymś  innym.  Więc  po 

prostu: bądźmy przyjaciółmi jak dawniej. To był sen, prawda? Któż pamięta sny? 

— Kto je pamięta? A zresztą miłość jest... uczuciem sztucznym. 

— Doprawdy? Bardzo miło mi to słyszeć. 

Tak  mówiła  Anna  Siergiejewna  i  tak  mówił  Bazarow;  oboje  myśleli,  że  mówią 

prawdę.  Czy  prawdziwe,  czy  rzeczywiście  prawdziwe  były  ich  słowa?  Sami  tego  nie 

wiedzieli,  tym  bardziej  zaś  autor.  Ale  rozmowa  między  nimi  toczyła  się  tak,  jakby 

nawzajem sobie uwierzyli. 

Anna Siergiejewna zapytała Bazarowa, co robił u Kirsanowów. O mały włos byłby 

jej  opowiedział  o  swoim  pojedynku  z  Pawłem  Pietrowiczem,  ale  powstrzymał  się  na 

myśl,  że  mogłaby  dojść  do  wniosku,  iż  chce  się  wydać  interesujący;  odparł  więc,  że 

przez cały czas pracował. 

—  Ja  zaś —  rzekła  Anna  Siergiejewna —  naprzód  nie  wiadomo dlaczego  miałam 

okres  złego  humoru,  a  nawet,  niech  pan  sobie  wyobrazi,  wybierałam  się  za  granicę! 

Potem  ten  nastrój  minął,  przyjechał  pański  przyjaciel  Arkadiusz  Nikołaicz  i  znowu 

wróciłam do dawnego trybu życia, do mojej prawdziwej roli. 

— Jakiej roli, jeśli wolno wiedzieć? 

—  Ciotki,  nauczycielki,  matki,  co  pan  chce.  Wie  pan,  przedtem  nie  rozumiałam 

dobrze  pana  przyjaźni  z Arkadiuszem  Nikołaiczem; uważałam,  że  to  niezbyt  ciekawy 

człowiek.  Ale  teraz  poznałam  go  lepiej  i  przekonałam  się,  że  jest  rozumny...  Nade 

wszystko zaś jest młody, młody... nie to, co my, Eugeniuszu Wasiliczu. 

— Czy wciąż tak samo traci kontenans w pani obecności? 

— Czyżby... — zaczęła Anna Siergiejewna i po chwili namysłu dodała: — Teraz stał 

się  bardziej  ufny,  rozmawia  ze  mną.  Przedtem  mnie  unikał.  Zresztą  nie  szukałam 

wtedy jego towarzystwa. Jest w wielkiej przyjaźni z Katią. 

Bazarow  zirytował  się  w  duchu. „Kobieta  nie może  obejść  się  bez  podstępów" — 

pomyślał. 

— Pani powiada, że Arkadiusz pani unikał — rzekł z chłodnym uśmiechem — lecz 

wie pani zapewne, że był w pani zakochany? 

— Jak to? On także? — wyrwało się Annie Siergiejewnie. 

— On także — powtórzył Bazarow składając niski ukłon. — Czyżby pani o tym nie 

wiedziała, czyżbym powiedział rzecz dla pani nową? 

Anna Siergiejewna spuściła oczy. 

— Pan się myli, Eugeniuszu Wasiliczu. 

background image

— Nie sądzę. Może nie powinienem był o tym wspominać. — „A ty na przyszłość 

nie bądź taka przebiegła" — dodał w myśli. 

— Dlaczego? Przypuszczam, że zbyt wielką wagę przywiązuje pan do przelotnego 

wrażenia. Zaczynam podejrzewać, że ma pan skłonność do przesady. 

— Nie mówmy lepiej o tym, Anno Siergiejewno. 

— Dlaczego? — zaoponowała, lecz sama skierowała rozmowę na inne tory. Mimo 

wszystko  czuła  się  w  obecności  Bazarowa  nieswojo,  chociaż  powiedziała  mu  i 

zapewniała  samą  siebie,  że  wszystko  zostało  zapomniane.  Wymieniając  z  nim 

najprostsze  słowa,  żartując  nawet,  doznawała  uczucia  lekkiego  niepokoju.  Podobnie 

ludzie  na  parostatku  rozmawiają  i  śmieją  się  beztrosko  jak  na  stałym  lądzie;  lecz 

wystarczy  najmniejsza  przerwa  w  podróży,  najdrobniejsza  oznaka  czegoś 

niezwykłego, a natychmiast na wszystkich twarzach zjawia się wyraz osobliwej trwogi, 

który świadczy o nieustannej świadomości ciągłego niebezpieczeństwa. 

Rozmowa Anny Siergiejewny z Bazarowem trwała niedługo. Odincowa popadła w 

zamyślenie, odpowiadała z roztargnieniem, a wreszcie zaproponowała mu, by przeszli 

do  salonu,  gdzie  zastali  księżniczkę  i  Katię.  —  A  gdzież  Arkadiusz  Nikołaicz?  — 

zapytała pani domu i dowiedziawszy się, że go nie widać przeszło od godziny, posłała 

po  niego.  Arkadiusza  nie  od  razu  znaleziono;  zaszył  się  w  gęstwinę  ogrodu  i  tam, 

oparłszy  podbródek  na  skrzyżowanych  rękach,  siedział  pogrążony  w  myślach.  Myśli 

owe  były  głębokie  i  poważne,  lecz  bynajmniej  nie  smutne.  Wiedział,  że  Anna 

Siergiejewna  jest  sam  na  sam  z  Bazarowem,  ale  nie  czuł  zazdrości  jak  dawniej; 

przeciwnie, twarz jego promieniała; zdawało się, że coś go dziwi, że z czegoś się raduje 

i coś postanawia. 

 

XXVI 

Nieboszczyk  Odincow  nie  lubił  nowości,  lecz  godził  się  na  „pewne  igraszki 

uszlachetnionego  smaku";  dzięki  temu  w  swoim  ogrodzie,  między  cieplarnią  a  sta-

wem,  wzniósł  budynek  z  rosyjskiej  cegły  w  kształcie  greckiego  portyku.  W  tylnej, 

ślepej  ścianie  owego  portyku,  czyli  galerii,  zrobiono  sześć  nisz  dla  posągów,  które 

Odincow  zamierzał  sprowadzić  z  zagranicy.  Posągi  miały  wyobrażać:  Samotność, 

Milczenie,  Rozmyślanie,  Melancholię,  Wstydliwość  i  Czułość.  Jeden  z  nich,  boginię 

Milczenia  z  palcem  na  ustach,  przywieziono  i  ustawiono,  lecz  tego  samego  dnia 

dworscy  chłopcy  odbili  jej  nos  i  chociaż  tynkarz  z  sąsiedztwa  zabrał  się  do  roboty  i 

obiecał  dorobić  nos  „dwa  razy  piękniejszy  niż  poprzedni",  Odincow  kazał  posąg 

background image

usunąć,  skutkiem  czego  znalazł  się  on  w  kącie  stodoły,  gdzie  stał  przez  długie  lata 

budząc  zabobonne  przerażenie  wieśniaczek.  Front  portyku  od  dawna  już  zarósł 

gęstymi krzewami, tylko kapitele kolumn widniały nad bujną ścianą zieleni. W porty-

ku  nawet  w  południe  było  chłodno.  Anna  Siergiejewna  nie  lubiła  tego  miejsca  od 

czasu,  gdy  zobaczyła  tam  węża;  ale  Katia  często  tu  przychodziła  i  siadała  na 

niewielkiej kamiennej ławce, umieszczonej w jednej z nisz. W chłodzie i cieniu czytała, 

pracowała lub oddawała się owemu doznaniu zupełnej ciszy, które zapewne znane jest 

każdemu i którego urok polega na ledwie świadomym, milczącym przypatrywaniu się 

szerokiej fali życia, bezustannie toczącej się wokół nas i w nas samych. 

Nazajutrz  po  przyjeździe  Bazarowa  Katia  siedziała  na  swojej  ulubionej  ławce, 

obok niej zaś znowu siedział Arkadiusz. Poprosił ją, żeby poszła z nim do „portyku". 

Do  śniadania  zostawała  jeszcze  godzina;  po  rosistym  poranku  następował  już 

upalny dzień. Twarz Arkadiusza miała wciąż wyraz taki jak poprzedniego dnia, Katia 

wyglądała  na  zatroskaną.  Siostra  zaraz  po  herbacie  zawołała  ją  do  swego  gabinetu, 

ucałowała,  co  zawsze  trochę  przerażało  Katię,  a  potem  poradziła  jej,  żeby 

zachowywała  się  ostrożniej  wobec  Arkadiusza,  zwłaszcza  zaś,  by  unikała  z  nim 

rozmów sam na sam, co jakoby zauważyła już ciotka i wszyscy domownicy. Poza tym 

poprzedniego wieczora Anna Siergiejewna była w nie najlepszym humorze, Katia zaś 

sama  czuła  się  niepewnie,  jak  gdyby  była  czegoś  winna.  Przystając  na  prośbę 

Arkadiusza powiedziała sobie, że uczyni to po raz ostatni. 

—  Katarzyno  Siergiejewno  —  rzekł  Arkadiusz  z  jakąś  pozorną  swobodą  —  od 

czasu kiedy mam szczęście przebywać z panią pod jednym dachem, mówiłem z panią 

o wielu rzeczach. Jest jednak bardzo ważna dla mnie sprawa... której dotychczas nie 

poruszałem.  Pani  zauważyła  wczoraj,  że  przerobiono  mnie  w  tym  domu —  dodał,  to 

unikając  pytającego  spojrzenia  Kati,  to  znów  patrząc  jej  w  oczy.  —  Rzeczywiście, 

zmieniłem się pod wieloma względami i pani o tym wie najlepiej, bo w gruncie rzeczy 

pani zawdzięczam tę przemianę. 

— Ja?... Mnie?... — spytała Katia. 

— Nie jestem już owym zapalczywym chłopcem jak wtedy, gdy tu przyjechałem — 

ciągnął  dalej  Arkadiusz  —  skończyłem  zresztą  dwadzieścia  trzy  lata;  jak  dawniej, 

pragnę być pożyteczny, pragnę poświęcić prawdzie wszystkie swe siły; lecz nie tam już 

szukam  ideałów,  gdzie  szukałem  ich  dawniej;  widzę  je...  znacznie  bliżej.  Dotychczas 

nie  rozumiałem  siebie,  stawiałem  przed  sobą  zadania  przewyższające  moje  siły... 

Niedawno  dzięki  pewnemu  uczuciu  otworzyły  mi  się  oczy...  Wypowiadam  się 

background image

niezupełnie jasno, ale mam nadzieję, że pani mnie zrozumie... 

Katia nic nie odpowiedziała, ale przestała patrzeć na Arkadiusza. 

—  Przypuszczam  —  mówił  dalej,  już  bardziej  wzruszonym  głosem,  a  nad  nim 

wśród  liści  brzozy  beztrosko  śpiewała  swą  piosenkę  zięba  —  przypuszczam,  że 

obowiązkiem  każdego  uczciwego  człowieka  jest  zupełna  szczerość  wobec  tych...  tych 

ludzi... których... słowem, wobec bliskich mu osób i dlatego... mam zamiar... 

Ale  tu  dar  wymowy  zawiódł  Arkadiusza;  stracił  wątek,  zaciął  się  i  musiał  na 

chwilę  umilknąć.  Katia  nie  podnosiła  oczu.  Zdawało  się,  że  nawet  nie  rozumie,  do 

czego to wszystko zmierza, a jednak na coś czekała. 

— Przypuszczam, że panią zadziwię — zaczął Arkadiusz, znowu zebrawszy siły — 

tym bardziej że to uczucie odnosi się w pewien sposób... w pewien sposób, niech pani 

to  zważy  —  do  pani.  Pamiętam,  że  zarzuciła mi  pani  wczoraj  brak  powagi —  ciągnął 

dalej  Arkadiusz  z  miną  człowieka,  który  wszedłszy  w  bagno  czuje,  że  z  każdym 

krokiem  pogrąża  się  coraz  bardziej,  ale  mimo  to  śpieszy  naprzód  w  nadziei,  że 

wydostanie  się  szybciej  na  brzeg  —  ten  zarzut  często  jest  skierowany...  obciąża... 

młodych  ludzi,  nawet  jeśli  nie  ma  już  uzasadnienia;  i  gdybym  był  bardziej  pewien 

siebie...  („Pomóż  mi,  pomóż!"  —  z  rozpaczą  myślał  Arkadiusz,  Katia  zaś  wciąż 

siedziała bez ruchu.) Gdybym mógł żywić nadzieję... 

— Gdybym mogła być pewna tego, co pan mówi — rozległ się w tej samej chwili 

dźwięczny głos Anny Siergiejewny. 

Arkadiusz  zamilkł  natychmiast,  Katia  zbladła.  Obok  krzaków  zasłaniających 

portyk wiodła ścieżka. Anna Siergiejewna szła tędy w towarzystwie Bazarowa. Katia i 

Arkadiusz  nie  mogli  ich  widzieć,  lecz  słyszeli  każde  słowo,  każdy  szelest  sukni,  ich 

oddech niemal. Tamci postąpili kilka kroków i jakby naumyślnie zatrzymali się przed 

portykiem. 

—  Widzi  pan  —  ciągnęła  dalej  Anna  Siergiejewna  —  pomyliliśmy  się;  oboje  nie 

jesteśmy już pierwszej młodości, a zwłaszcza ja; znamy życie, jesteśmy zmęczeni oboje 

— czemu nie mówić szczerze? — jesteśmy rozumni; z początku wzbudziliśmy w sobie 

wzajemne zainteresowanie, podnieciliśmy ciekawość... a potem... 

— Potem przestałem być interesujący... — podchwycił Bazarow. 

—  Pan  wie,  że  nie  to  było  przyczyną  naszego  poróżnienia.  W  każdym  razie  nie 

potrzebowaliśmy jedno drugiego, oto rzecz zasadnicza; za bardzo jesteśmy... jak by to 

powiedzieć?... do siebie podobni. Nie od razu zdaliśmy sobie z tego sprawę. Natomiast 

Arkadiusz... 

background image

— Arkadiusz jest pani potrzebny? — zapytał Bazarow. 

—  Dość,  Eugeniuszu  Wasiliczu!  Pan  powiada,  że  nie  jestem  mu  obojętna;  mnie 

też  zawsze  się  wydawało,  że  mu  się  podobam.  Wiem,  że  mogłabym  być  jego  ciotką, 

lecz  nie  chcę  przed  panem  ukrywać  —  coraz  częściej  myślę  o  nim.  W  tym  młodym  i 

świeżym uczuciu jest jakiś powab... 

—  Słowo  urok  bardziej  się  nadaje  w  takich  wypadkach  —  przerwał  Bazarow;  w 

jego  spokojnym,  choć  przytłumionym  głosie  kipiała  wściekłość.  —  Arkadiusz  był 

wczoraj  ze  mną  tajemniczy,  nie  mówił  ani  o  pani,  ani  o  jej  siostrze...  Bardzo  to 

szczególne. 

— Z Katią jest jak brat — rzekła Anna Siergiejewna — i to mi się w nim podoba, 

chociaż może nie powinnam pozwalać na taką między nimi zażyłość. 

— Przez panią mówi... siostra?... — zapytał powoli Bazarow. 

— Oczywiście... ale dlaczego stoimy? Chodźmy. Jaka dziwna jest nasza rozmowa! 

Czy  mogłam  się  spodziewać,  że  będę  tak  z  panem  rozmawiała?  Pan  wie,  że  się  pana 

boję... ale ufam panu jednocześnie, ponieważ w gruncie rzeczy jest pan bardzo dobry. 

—  Po  pierwsze,  nie  jestem  bynajmniej  dobry;  po  drugie  straciłem  dla  pani 

wszelkie znaczenie, a tymczasem powiada mi pani, że jestem dobry... To tak samo, jak 

kłaść wieniec z kwiatów na głowę umarłego. 

— Eugeniuszu Wasiliczu, nie w naszej jest mocy... — zaczęła Anna Siergiejewna, 

ale powiał wiatr, zaszumiał wśród liści i uniósł jej słowa. 

— Przecież pani jest wolna — rzekł po chwili Bazarow. 

Więcej nic nie można było zrozumieć; kroki oddaliły się... wszystko ucichło. 

Arkadiusz zwrócił się do Kati. Siedziała jak przedtem, tylko opuściła głowę jeszcze 

niżej. 

—  Katarzyno  Siergiejewno  —  powiedział  drżącym  głosem  i  zacisnął  ręce  — 

kocham panią na całe życie, nieodwracalnie. Nikogo nie kocham prócz pani. Chciałem 

to  pani  powiedzieć,  dowiedzieć  się,  co  pani  o  tym  sądzi,  i  prosić  o  pani  rękę;  nie 

jestem bogaty, czuję, żem gotów do wszelkich ofiar... Pani nie odpowiada? Pani mi nie 

wierzy? Pani myśli, że mówię nierozważnie? Niech pani przypomni sobie ostatnie dni! 

Czyżby  się  pani  dotąd  nie  przekonała,  że  wszystko  inne  —  proszę  mnie  dobrze 

zrozumieć — wszystko inne dawno minęło bez śladu. Niech pani spojrzy na mnie, po-

wie jedno słowo... Kocham... kocham panią... Niech mi pani uwierzy! 

Katia spojrzała na Arkadiusza poważnym, jasnym wzrokiem i po długim namyśle, 

ledwie się uśmiechnąwszy, wyrzekła: 

background image

— Tak. 

Arkadiusz zerwał się z ławki. 

— Tak! Pani powiedziała: tak, Katarzyno Siergiejewno! Co to oznacza? Czy to, że 

ja panią kocham, że pani mi wierzy... albo... albo... nie śmiem skończyć... 

— Tak — powtórzyła Katia i tym razem Arkadiusz ją zrozumiał. Chwycił jej duże, 

piękne  ręce  i  zamierając  z  zachwytu,  przycisnął  je  do  serca;  ledwo  trzymał  się  na 

nogach i wciąż powtarzał: — Katia, Katia... — a ona rozpłakała się jakoś naiwnie, sama 

cicho  śmiejąc  się  ze  swych  łez.  Kto  nie  widział  takich  łez  w  oczach  ukochanej  istoty, 

ten  nie  wie,  jak  bardzo  może  być  szczęśliwy  na  ziemi  człowiek,  zamierając  z 

wdzięczności i wstydu. 

Nazajutrz z samego rana Anna Siergiejewna kazała poprosić Bazarowa do swego 

gabinetu  i  śmiejąc  się  wymuszenie,  podała  mu  złożoną  ćwiartkę  papieru  listowego. 

Był to list od Arkadiusza, który prosił o rękę jej siostry. 

Bazarow  szybko  przebiegł  wzrokiem  list  i  zrobił  wysiłek,  by  nie  okazać  złośliwej 

radości, która natychmiast zrodziła się w jego sercu. 

—  Ach,  tak —  rzekł  —  a  pani  jeszcze  wczoraj  przypuszczała,  że  Arkadiusz  kocha 

Katarzynę Siergiejewnę miłością braterską. Cóż pani teraz ma zamiar uczynić? 

— Co pan mi poradzi? — zapytała Anna Siergiejewna nie przestając się śmiać. 

— Sądzę — odparł Bazarow także ze śmiechem, chociaż nie było mu wcale wesoło 

ani też, podobnie jak Anna Siergiejewna, nie miał wcale ochoty do śmiechu — sądzę, 

że  należy  pobłogosławić  młodych  ludzi.  Partia  dobra  pod  każdym  względem; 

Kirsanow  ma  przyzwoity  majątek,  jest  jedynakiem,  jego  ojciec  to  człowiek  poczciwy, 

nie będzie się sprzeciwiał. 

Odincowa przeszła się po pokoju. Jej twarz to pokrywała się rumieńcem, to znów 

bladła. 

— Tak pan myśli? — powiedziała. — No, cóż? Nie widzę przeszkód... Jestem rada 

ze  względu  na  Katię...  i  Arkadiusza  Nikołaicza.  Oczywiście,  poczekam  na  odpowiedź 

ojca. Poślę do niego Arkadiusza. Widać z tego, że miałam wczoraj rację, gdy mówiłam 

panu, że jesteśmy już starzy... Jak to się stało, że nic nie zauważyłam? To mnie dziwi! 

Anna Siergiejewna roześmiała się znowu i natychmiast się odwróciła. 

— Dzisiejsza młodzież zrobiła się bardzo sprytna — zauważył Bazarow i także się 

roześmiał. —  Żegnam  panią —  powiedział  znowu po  chwili  milczenia. —  Życzę  pani, 

aby ta sprawa skończyła się jak najpomyślniej; będę się radował z daleka. 

Odincowa szybko zwróciła się ku niemu. 

background image

— Pan odjeżdża? Dlaczego teraz nie mógłby pan zostać? Niechże pan zostanie, tak 

miło się z panem rozmawia... To zupełnie jak chodzenie po skraju przepaści. Naprzód 

ogarnia strach, a potem nagle nabiera się odwagi. Niechże pan zostanie. 

—  Dziękuję  za  zaproszenie,  Anno  Siergiejewno,  i  za  pochlebne  mniemanie  o 

moich talentach konwersacyjnych. Uważam jednak, że i tak zbyt długo przebywałem 

w  obcej  dla  mnie  sferze.  Latające  ryby  przez

 

pewien  czas  mogą  utrzymać  się  w 

powietrzu,  lecz  potem  muszą  zanurzyć  się  w  wodzie;  niechże  pani  i  mnie  pozwoli 

znaleźć się w swoim żywiole. 

Odincowa  spojrzała  na  Bazarowa.  Gorzki  uśmiech  wykrzywił  jego  bladą  twarz. 

„Ten  mnie kochał!" — pomyślała  i  zrobiło  się  jej  go  żal;  ze  współczuciem  wyciągnęła 

do niego rękę. 

Ale on ją zrozumiał. 

—  Nie!  —  powiedział  i  cofnął  się  o  krok.  —  Jestem  biedny,  ale  dotychczas  nie 

brałem jałmużny. Żegnaj, pani, i bądź zdrowa! 

— Jestem pewna, że widzimy się nie po raz ostatni — rzekła Anna Siergiejewna i 

drgnęła mimo woli. 

— Różnie bywa na świecie! — odparł Bazarow. Złożył ukłon i wyszedł. 

— Więc masz zamiar uwić sobie gniazdko? — mówił tego samego dnia Bazarow, 

gdy przyklęknąwszy pakował swój kuferek. — Cóż, niezły pomysł! Tylko niepotrzebnie 

tak  mnie  zwodziłeś.  Spodziewałem  się,  że  zmierzasz  w  całkiem  innym  kierunku.  A 

może ciebie samego to zaskoczyło? 

—  To  prawda,  nie  wiedziałem  jeszcze  o  tym,  kiedy  się  z  tobą  rozstawałem  — 

odparł  Arkadiusz.  —  Ale  dlaczego  sam  mnie  zwodzisz  mówiąc:  „niezły  pomysł", 

jakbym nie wiedział, co sądzisz o małżeństwie? 

— Ech, drogi przyjacielu — powiedział Bazarow. — Jak ty się wyrażasz! Widzisz, 

co  robię:  mam  w  kuferku  puste  miejsce  i  kładę  tam  siano;  tak  samo  rzecz  się  ma  z 

życiem  —  wszystko  jedno,  czym  je  zapchasz,  byle  nie  było  pustki.  Nie  obrażaj  się, 

proszę; zapewne pamiętasz, jakiego zawsze byłem zdania o Katarzynie Siergiejewnie. 

Inne  panny  dlatego  tylko  uchodzą  za  mądre,  bo  mądrze  wzdychają;  a  twoja  nie  da 

sobie  dmuchać  w  kaszę,  ciebie  nawet  weźmie  w  ręce,  a  tak  właśnie  powinno  być. — 

Zamknął wieko kuferka i podniósł się z podłogi. — A teraz powtórzę ci na pożegnanie, 

nie trzeba bowiem się oszukiwać: żegnamy się na zawsze, sam to czujesz... Postąpiłeś 

rozumnie;  nie  jesteś  stworzony  do  naszego  gorzkiego,  cierpkiego,  samotnego  życia. 

Nie  masz  w  sobie  ani  zuchwalstwa,  ani  złości;  ale  masz  młodzieńczą  odwagę  i 

background image

młodzieńczy  zapał;  tego  dla  naszej  sprawy  za  mało.  Wy,  szlachta,  nigdy  nie 

przekroczycie  granicy  szlachetnego  oburzenia  czy  szlachetnej  pokory,  a  to  są 

głupstwa. Wy, na przykład, nie bijecie się — a wyobrażacie sobie, że jesteście chwaty; 

my zaś chcemy się bić. Cóż! Nasz kurz wygryzie ci oczy, nasz brud cię zawala, zresztą 

tyś do nas nie dorósł, mimo woli rozkoszujesz się sobą, przyjemnie ci samemu sobie 

wymyślać; dla nas to nudne, my chcemy łamać innych! Porządny z ciebie chłopak, ale 

jesteś miękki, liberalny panicz — e w o l a t u, jak powiada mój ojciec. 

— Na zawsze żegnasz się ze mną, Eugeniuszu — smutnym głosem rzekł Arkadiusz 

— i nie masz mi nic innego do powiedzenia? 

Bazarow podrapał się w głowę. 

— Mam, Arkadiuszu, mam, ale ci nie powiem, bo to romantyzm, to by oznaczało: 

rozkleić  się.  Ożeń  się  jak  najprędzej,  zajmij  się  swoim  gniazdkiem  i  napłódź  jak 

najwięcej dzieci. Będą mądre choćby dlatego, że urodziły się we właściwym czasie, nie 

tak jak my. Oho! Widzę, że konie założone. Czas już! Pożegnałem się ze wszystkimi... 

No cóż? Może się uściskamy? 

Arkadiusz  rzucił  się  na  szyję  swemu  byłemu  mentorowi  i  przyjacielowi,  łzy 

trysnęły mu z oczu. 

—  Co  to  znaczy  młodość!  —  rzekł  spokojnie  Bazarow.  —  Ale  wielkie  nadzieje 

pokładam w Katarzynie Siergiejewnie. Zobaczysz, jak cię pocieszy. 

— Żegnaj, bracie — rzekł do Arkadiusza siedząc już na furmance i wskazując parę 

kawek przytulonych do siebie na dachu stajni, dodał: — Patrz! Ucz się! 

— Co to znaczy? — zapytał Arkadiusz. 

—  Jak  to?  Czyżbyś  tak  źle  znał  historię  naturalną  i  nie  wiedział,  że  kawka  jest 

najbardziej  czcigodnym  ptakiem,  który  żyje  w  trwałych  związkach  rodzinnych?  Oto 

przykład... Żegnaj, signor! 

Furmanka zaskrzypiała i ruszyła z miejsca. 

Bazarow powiedział prawdę. Rozmawiając wieczorem z Katią, Arkadiusz zupełnie 

zapomniał o swoim nauczycielu. Już się jej podporządkował. Katia czuła to i wcale się 

nie  dziwiła.  Nazajutrz  miał  jechać  do  Mariina,  do  Mikołaja  Pietrowicza.  Anna 

Siergiejewna  nie  chciała  krępować  młodych  i  tylko  dla  przyzwoitości  nie  zostawiała 

ich  zbyt  długo  samych.  Wspaniałomyślnie  uwolniła  ich  od  towarzystwa  księżniczki, 

którą wiadomość o mającym się odbyć ślubie doprowadziła do płaczliwej wściekłości. 

Z  początku  Anna  Siergiejewna  obawiała  się,  by  widok  ich  szczęścia  nie  był  dla  niej 

samej nieco przykry; lecz stało się zupełnie inaczej: ów widok nie tylko jej nie ciążył, 

background image

lecz  zainteresował  ją,  rozrzewnił  nawet;  Anna  Siergiejewna  ucieszyła  się  z  tego,  ale 

poczuła także smutek. „Słuszność ma zatem Bazarow — pomyślała — ciekawość, tylko 

ciekawość, umiłowanie spokoju, egoizm..." 

—  Dzieci!  —  powiedziała  głośno.  —  Powiedzcie,  czy  miłość  jest  sztucznym 

uczuciem? 

Ale  ani  Katia,  ani  Arkadiusz  nawet  jej  nie  zrozumieli.  Stronili  od  niej; 

mimowolnie  podsłuchana  rozmowa  nie  zacierała  się  w  ich  pamięci.  Zresztą  Anna 

Siergiejewna wkrótce ich uspokoiła; nie było to dla niej trudne, uspokoiła się bowiem 

sama. 

 

XXVII 

Starzy Bazarowowie tym bardziej ucieszyli się z nieoczekiwanego przyjazdu syna, 

że  prawie  się  go  nie  spodziewali.  Arina  Własiewna  w  tak  wielkim  popłochu  zaczęła 

biegać  po  domu,  że  Wasilij  Iwanowicz  porównał  ją  do  kuropatwy:  kusy  ogonek  jej 

krótkiego  kaftanika  istotnie  nadawał  jej  jakby  ptasi  wygląd.  Sam  zaś  tylko 

pomrukiwał,  gryzł  bursztyn  swego  cybucha  i  chwyciwszy  się  palcami  za  szyję,  kręcił 

głową, jak gdyby próbował, czy jest dobrze umocowana; nagle otwierał usta i śmiał się 

bezgłośnie. 

—  Mój  staruszku,  przyjechałem  do  ciebie  na  całych  sześć  tygodni  —  powiedział 

mu Bazarow — chcę pracować, proszę, nie przeszkadzaj mi. 

—  Zapomnisz,  jak  wyglądam,  tyle  ci  będę  przeszkadzał  —  odparł  Wasilij 

Iwanowicz. 

Dotrzymał obietnicy. Umieścił syna, jak poprzednim razem, w gabinecie i niemal 

się  przed  nim  ukrywał;  żonę  powstrzymywał  od  wszelkich  zbytecznych  przejawów 

czułości.  „Mateczko  —  mówił  do  niej  —  przy  pierwszym  pobycie  Jeniuszy 

naprzykrzyliśmy  się  mu  trochę,  teraz  musimy  być  mądrzejsi."  Arina  Własiewna 

zgadzała  się  z  mężem,  lecz  niewiele  na  tym  zyskiwała,  widywała  bowiem  syna  tylko 

przy stole i bardziej niż kiedykolwiek bała się do niego przemówić. „Jeniusza!" mówiła 

niekiedy,  a  syn  jeszcze  nie  zdążył  się  obejrzeć,  gdy  ona  już  przebierała  sznurkami 

woreczka  i  bąkała:  „Nic,  nic,  ja  tylko  tak",  a  potem  szła  do  Wasilia  Iwanowicza  i 

mówiła  do  niego  podparłszy  policzek:  „Jak  by  się  dowiedzieć,  mój  kochany,  co 

Jeniusza  wolałby  —  kapuśniak  czy  barszcz?"  —  „Czemuż  go  nie  zapytałaś?"  —  „Nie 

chcę  mu  się  naprzykrzać!"  Zresztą  Bazarow  wkrótce  przestał  się  zamykać  w  swoim 

pokoju:  gorączka  pracy  opadła,  zastąpiła  ją  tęsknota,  nuda  i  dławiący  niepokój.  W 

background image

każdym jego ruchu widać było dziwne zmęczenie, nawet krok jego stał się inny, już nie 

tak  energiczny  ani  gwałtowny.  Zaniechał  samotnych  spacerów  i  zaczął  szukać 

towarzystwa;  herbatę  pił  w  bawialni,  przechadzał  się  po  ogrodzie  z  Wasiliem 

Iwanowiczem  i  palił  wraz  z  nim,  nic  nie  mówiąc.  Kiedyś  zapytał  o  ojca  Aleksego. 

Wasilij  Iwanowicz  ucieszył  się  z  tej  przemiany,  lecz  owa  radość  trwała  krótko. 

„Jeniusza  mnie  niepokoi  —  skarżył  się  po  kryjomu  żonie  —  nie  jest  ani 

niezadowolony, ani gniewny, to jeszcze nic, ale jest smutny, zmartwiony, to okropne. 

Wciąż milczy, gdyby choć nas zwymyślał; chudnie, cerę ma jakąś niedobrą." — „Boże, 

Boże  —  szeptała  staruszka  —  włożyłabym  mu  obrazek  na  szyję,  ale  przecież  nie 

pozwoli."  Wasilij  Iwanowicz  próbował  kilka  razy  z  największą  ostrożnością  wypytać 

Bazarowa o jego pracę, zdrowie, o Arkadiusza... Ale Bazarow odpowiadał niechętnie i 

niedbale,  a  pewnego  razu  zauważywszy,  że  ojciec  w  rozmowie  stara  się  go  powoli 

wybadać,  rzekł  z  wyrzutem:  „Cóż  ty  tak  wokół  mnie  krążysz  na  palcach?  Ten sposób 

jest  jeszcze  gorszy  niż  poprzedni."  —  „Nie,  nie,  ja  tylko  tak  sobie!"  —  szybko 

odpowiedział  biedny  Wasilij  Iwanowicz.  Tak  samo  bezowocne  okazały  się  jego 

polityczne  aluzje.  Kiedyś  w  związku  ze  zbliżającym  się  uwolnieniem  chłopów  zaczął 

mówić  o  postępie,  mając  nadzieję,  że  wzbudzi  zainteresowanie  syna;  lecz  ten  odparł 

obojętnie: „Wczoraj  przechodziłem  koło  płotu i  słyszałem,  jak  tutejsi  chłopcy  ze  wsi, 

zamiast  śpiewać  jakąś  starą  pieśń,  drą  się  na  całe  gardło:  «Nadchodzi  czas,  serce 

miłość czuje...» Oto masz postęp!" 

Niekiedy  Bazarow  szedł  na  wieś  i,  jak  zwykle,  drwiąco  nawiązywał  rozmowę  z 

jakimś chłopem. 

— No, bratku — mówił — wyłóż mi swoje poglądy na życie: przecież powiadają, że 

w was cała siła i przyszłość Rosji, od was zacznie się nowa epoka w historii, wy nam 

dacie prawdziwy język i prawa. 

Chłop albo nic nie odpowiadał, albo mówił coś w tym rodzaju: — Ano cóż... na ten 

przykład... znaczy się... wedle tego, co się od nas należy... 

— Wytłumacz mi, jaki jest ten wasz świat? — przerywał mu Bazarow. — Czy to ten 

sam świat, co to stoi na trzech rybach? 

—  To  ziemia,  panie,  stoi  na  trzech  rybach  —  uspokajająco  i  śpiewnie, 

dobrodusznie patriarchalnym tonem wyjaśniał chłop — naprzeciw zaś naszego świata, 

wiadomo,  pańska  wola,  przecie  jesteście  naszymi  ojcami.  Im  srożej  pan  ukarze,  tym 

chłopu milej. 

Wysłuchawszy  kiedyś  takiego  przemówienia  Bazarow  wzruszył  z  pogardą 

background image

ramionami i odszedł, chłop zaś powlókł się do domu. 

— O czym gadałeś? — zapytał go inny chłop w sile wieku, ponury z wyglądu, który 

stojąc z daleka na progu swojej chaty widział, jak tamten rozmawiał z Bazarowem. — 

O zaległościach, co? 

— Gdzie tam o zaległościach, kumie — odparł pierwszy chłop, a w jego głosie nie 

było już owej patriarchalnej śpiewności, przeciwnie, brzmiała w nim jakaś pogardliwa 

surowość. — Tak plótł sobie, język go zaświerzbiał. Wiadomo — pan; czy to taki co ro-

zumie? 

—  Gdzie  tam!  —  odpowiedział  drugi  chłop  i  obaj  strzepnąwszy  czapy  i 

poprawiwszy  pasy  zabrali  się  do  rozważania  swoich  spraw  i  potrzeb.  Niestety! 

Bazarow,  który  pogardliwie  wzruszał  ramionami,  Bazarow,  który  (jak  chwalił  się  w 

sporze  z  Pawłem  Pietrowiczem)  potrafił  rozmawiać  z  prostymi  ludźmi,  ów  pewny 

siebie Bazarow nie podejrzewał, że w ich oczach był czymś w rodzaju błazna. 

Zresztą  znalazł  sobie  wreszcie  zajęcie.  Kiedyś,  w  jego  obecności,  Wasilij 

Iwanowicz  bandażował  chłopu  zranioną  nogę,  ale  staruszkowi  trzęsły  się  ręce  i  nie 

mógł sobie dać rady z bandażem; syn pomógł mu i od tego czasu zaczął brać udział w 

jego  praktyce,  nie  przestając  jednocześnie  wyśmiewać  środków,  które  sam  zresztą 

doradzał,  i  ojca,  który  natychmiast  je  stosował.  Ale  kpiny  Bazarowa  ani  trochę  nie 

martwiły  Wasilia  Iwanowicza;  przeciwnie,  cieszyły  go  nawet.  Przytrzymując  na 

brzuchu dwoma palcami swój zatłuszczony szlafrok i pykając fajeczkę, uszczęśliwiony 

ojciec  słuchał  z  rozkoszą  Bazarowa  i  im  bardziej  złośliwe  były  jego  uwagi,  tym 

dobroduszniej  chichotał  pokazując  wszystkie  sczerniałe  zęby.  Niekiedy  nawet 

powtarzał owe niedorzeczne lub głupie żarty i przez kilka dni ni w pięć, ni w dziewięć 

mówił:  „A  to  ci  dopiero  historia",  tylko  dlatego,  że  jego  syn  dowiedziawszy  się,  iż 

Wasilij  Iwanowicz  chodzi  na  nabożeństwo  poranne,  tak  się  właśnie  wyraził.  „Dzięki 

Bogu! minął mu zły humor! — szeptał do żony. — Gdybyś wiedziała, jak mi się dziś od 

niego  dostało!"  Natomiast  myśl,  że  ma  takiego  pomocnika,  przyprawiała  go  o 

zachwyt,  napełniała  dumą.  „Tak,  tak  —  mówił  do  jakiejś  chłopki,  która  przyszła  w 

męskim  jermiaku  i  rogatej  kiczce,  wręczając  jej  butelkę  z  wodą  gulardową  czy  słoik 

maści bieluniowej. — Powinnaś, kochaneczko, co dzień dziękować Bogu, że syn mój u 

mnie  gości:  leczymy  ciebie  teraz  najnowszą  naukową  metodą,  rozumiesz  to?  Nawet 

Napoleon, cesarz Francuzów, nie miał lepszego lekarza." Chłopka zaś, która przyszła 

się użalić, że ją „kolki sparły" (znaczenia tych słów zresztą nie mogła sama wyjaśnić), 

kłaniała się sięgając za pazuchę, gdzie zawinięte w skraj ręcznika leżały cztery jajka. 

background image

Bazarow  wyrwał  nawet  kiedyś  ząb  wędrownemu  przekupniowi  towarów 

łokciowych  i  chociaż  ten  ząb  był  całkiem  zwyczajny,  Wasilij  Iwanowicz  zachował  go 

jako osobliwość i pokazując ojcu Aleksemu wciąż powtarzał: 

— Spójrz, ojcze, jakie korzenie! Ale ma siłę Eugeniusz! Przekupień aż się uniósł w 

powietrze... Myślę, że Eugeniusz dąb by nawet wyrwał!... 

—  Bardzo  to  chwalebne!  —  rzekł  wreszcie  ojciec  Aleksy  nie  wiedząc,  co 

odpowiedzieć i jak się pozbyć zachwyconego staruszka. 

Pewnego razu chłopek z sąsiedniej wsi przywiózł do Wasilia Iwanowicza swojego 

brata chorego na tyfus. Nieszczęśliwy umierał leżąc skulony na wiązce słomy; ciemne 

plamy pokrywały jego ciało; dawno już stracił przytomność. Wasilij Iwanowicz wyraził 

żal,  że  nikt  wcześniej  nie  pomyślał  o  lekarzu,  i  oświadczył,  że  nie  ma  ratunku. 

Rzeczywiście, chłopek nie dowiózł brata do domu: chory zmarł na wozie. 

Po trzech dniach Bazarow wszedł do pokoju ojca i zapytał, czy nie ma lapisu. 

— Mam, po co ci? 

— Muszę... przypalić rankę. 

— Komu? 

— Sobie. 

— Jak to sobie? Dlaczego? Cóż to za ranka? Gdzie? 

—  Tutaj  na  palcu.  Byłem  dziś  na  wsi,  wiesz,  tam,  skąd  przywieziono  chłopa 

chorego  na  tyfus.  Z  jakiegoś  powodu  mieli  robić  sekcję;  dawno  się  tym  nie  zaj-

mowałem... 

— No i? 

— Poprosiłem więc lekarza powiatowego o pozwolenie, no i zaciąłem się. 

Wasilij  Iwanowicz  nagle  zbladł  i  nie  mówiąc  słowa  pobiegł  do  gabinetu,  skąd 

natychmiast wrócił trzymając w dłoni lapis. Bazarow chciał wziąć go i odejść. 

— Na miłość boską — rzekł Wasilij Iwanowicz — pozwól, że sam to zrobię. 

Bazarow uśmiechnął się. 

— Ależ z ciebie amator praktyki! 

— Nie żartuj, proszę. Pokaż palec. Ranka niewielka. Nie boli? 

— Możesz mocniej, nie bój się.  

Wasilij Iwanowicz przestał lapisować. 

— Jak myślisz, Eugeniuszu, czy nie lepiej byłoby przypalić żelazem? 

—  Trzeba  było  wcześniej  to  zrobić;  teraz,  prawdę  mówiąc,  lapis  też  nie  pomoże. 

Jeśli się zaraziłem, jest już za późno. 

background image

— Jak to... za późno... — wyjąkał Wasilij Iwanowicz. 

— Oczywiście. Minęło już z górą cztery godziny.  

Wasilij Iwanowicz jeszcze trochę przypalił rankę. 

— Czyżby powiatowy lekarz nie miał lapisu? 

— Nie miał. 

— To niemożliwe! Mój Boże! Lekarz, który nie ma tak niezbędnej rzeczy! 

— Zobaczyłbyś jego lancety — rzekł Bazarow i wyszedł. 

Aż  do  wieczora  i  w  ciągu  następnego  dnia  Wasilij  Iwanowicz  uciekał  się  do 

wszelkich  możliwych  pretekstów,  żeby  wchodzić  do  pokoju  syna,  i  chociaż  nie  tylko 

nie  wspomniał  o  rance,  ale  nawet  próbował  mówić  o  innych  rzeczach,  jednak  tak 

uporczywie  zaglądał  mu  w  oczy  i  przypatrywał  mu  się  z  tak  wielkim  niepokojem,  że 

Bazarow  stracił  cierpliwość  i  zagroził  wyjazdem.  Wasilij  Iwanowicz  przyrzekł  mu,  że 

nie  będzie  się  niepokoił,  tym  bardziej  że  Arina  Własiewna,  przed  którą  oczywiście 

ukrył  wszystko,  zaczęła  go  wypytywać,  dlaczego  nie  śpi  i  w  ogóle,  co  mu  się  stało. 

Przez  dwa  dni  dodawał  sobie  otuchy,  chociaż  wygląd  syna,  na  którego  wciąż 

ukradkiem  spoglądał,  bardzo  mu  się  nie  podobał...  ale  na  trzeci  dzień  przy  obiedzie 

nie wytrzymał. Bazarow siedział z pochyloną głową i nie tknął jedzenia. 

—  Czemu  nie  jesz,  Eugeniuszu?  —  zapytał  z  najbardziej  beztroskim  wyrazem 

twarzy. — Zdaje się, że obiad jest bardzo smaczny. 

— Nie chce mi się, więc nie jem. 

— Nie masz apetytu? Głowa cię boli? — spytał dalej nieśmiałym głosem. 

— Boli, czemu miałaby nie boleć? 

Arina Własiewna wyprostowała się czujnie. 

—  Nie  gniewaj  się,  Eugeniuszu  —  ciągnął  dalej  Wasilij  Iwanowicz  —  może 

pozwolisz, że zbadam ci puls. 

Bazarow wstał. 

— I tak mogę ci powiedzieć, że mam gorączkę. 

— Miałeś dreszcze? 

—  Owszem.  Pójdę  się  położyć;  przyślijcie  mi  herbaty  z  lipowego  kwiatu, 

przeziębiłem się pewnie. 

— Właśnie, słyszałam, że w nocy kaszlałeś — rzekła Arina Własiewna. 

— Przeziębiłem się — powtórzył Bazarow i wyszedł. 

Arina Własiewna zajęła się przygotowaniem herbaty z lipowego kwiatu, a Wasilij 

Iwanowicz udał się do sąsiedniego pokoju i tam w milczeniu chwycił się za włosy. 

background image

Bazarow  tego  dnia  już  nie  wstawał;  noc  minęła  w  ciężkiej,  na  wpół  przytomnej 

drzemce.  O  pierwszej  nad  ranem,  otworzywszy  z  wysiłkiem  oczy,  ujrzał  w  świetle 

lampy pochyloną nad sobą bladą twarz ojca i kazał  mu odejść; tamten usłuchał, lecz 

zaraz cichutko wrócił, zasłonił się drzwiczkami szafy i nieprzerwanie patrzył na syna. 

Arina  Własiewna  nie  kładła  się  również  i  co  chwila  uchylała  drzwi  gabinetu,  żeby 

posłuchać,  „jak  oddycha  Jeniusza",  i  spojrzeć  na  Wasilia  Iwanowicza.  Mogła  dojrzeć 

tylko  jego  nieruchome,  zgarbione  plecy,  ale  i  to  przynosiło  jej  pewną  ulgę.  Z  rana 

Bazarow spróbował wstać, dostał zawrotu głowy i krwotoku z nosa; położył się więc z 

powrotem.  Wasilij  Iwanowicz  usługiwał  mu  w  milczeniu.  Weszła  Arina  Własiewna  i 

zapytała  syna,  jak  się  czuje.  „Lepiej"  —  odparł  i  odwrócił  się  do  ściany.  Wasilij 

Iwanowicz  dał  żonie  znak  obiema  rękami;  zagryzła  wargi,  żeby  się  nie  rozpłakać,  i 

wyszła.  W  domu  jakby  nagle  pociemniało;  twarze  domowników  wyciągnęły  się, 

zapadła dziwna cisza; z dworu wyniesiono na wieś jakiegoś krzykliwego koguta, który 

długo  nie  mógł  zrozumieć,  dlaczego  tak  z  nim  postępują.  Bazarow  leżał  wciąż 

zwrócony twarzą do ściany. Wasilij Iwanowicz próbował do niego mówić, zadawał mu 

rozmaite  pytania,  ale  to  męczyło  Bazarowa  i  staruszek  zamarł  w  swoim  fotelu, 

niekiedy  tylko  wyłamując  palce.  Wychodził  na  kilka  chwil  do  ogrodu,  stał  niczym 

posąg, jakby rażony niewypowiedzianym zdumieniem (wyraz zdumienia nie schodził 

z jego twarzy) i wracał znów do syna starając się unikać pytań żony. Wreszcie chwyciła 

go za rękę i dygocąc, prawie groźbą w głosie spytała: „Co mu jest?" Opamiętał się i 

zmusił do uśmiechu, ale ku własnemu przerażeniu, zamiast uśmiechnąć się, zaczął się 

nagle  śmiać.  Z  rana  posłał  po  lekarza.  Postanowił,  że  musi  zawczasu  powiadomić  o 

tym syna, by go nie rozgniewać. 

Bazarow obrócił się nagle na kanapie, uparcie i tępo spojrzał na ojca i poprosił o 

coś do picia. 

Wasilij  Iwanowicz  podał  mu  wody  i  korzystając  z  okazji  dotknął  jego  czoła. 

Płonęło. 

—  Mój  staruszku —  zaczął  Bazarow  ochrypłym,  powolnym  głosem —  kiepsko  ze 

mną. Zaraziłem się i za kilka dni mnie pochowasz. 

Wasilij Iwanowicz zachwiał się, jakby go ktoś uderzył po nogach. 

— Eugeniuszu! — wybąkał — co ty mówisz? Bóg z tobą! Przeziębiłeś się... 

—  Przestań —  bez  pośpiechu  przerwał  mu  Bazarow. —  Lekarzowi  nie  wolno  tak 

mówić. Są wszystkie symptomy zakażenia, wiesz przecie sam. 

— Zlituj się, Eugeniuszu!... Jakie symptomy zakażenia? 

background image

—  A  to  co?  —  rzekł  Bazarow  i  uniósłszy  rękaw  koszuli  pokazał  mu  czerwone, 

złowieszcze plamy. 

Wasilij Iwanowicz drgnął i zlodowaciał z przerażenia. 

— Przypuśćmy — rzekł wreszcie — przypuśćmy... jeśli... to nawet coś w rodzaju... 

zakażenia... 

— Piemii — podpowiedział syn. 

— No, tak... w rodzaju... epidemii... 

—  Piemii  —  surowo  i  wyraźnie  powtórzył  Bazarow.  —  Czyżbyś  zapomniał,  coś 

zapisywał w swoich zeszytach? 

— No, tak, tak, jak chcesz... A jednak cię wyleczymy! 

— No, wolne żarty. Ale nie o to chodzi. Nie spodziewałem się, że tak szybko umrę; 

prawdę  mówiąc,  bardzo  to  nieprzyjemny  wypadek.  I  ty,  i  matka  powinniście  teraz 

skorzystać z tego, że jesteście bardzo religijni; oto okazja, żeby wypróbować wiarę. — 

Wypił  jeszcze  trochę  wody.  —  Chciałbym  cię  o  coś  poprosić...  póki  jeszcze  jestem 

przytomny.  Jutro  albo  pojutrze  mózg  mój  przestanie  działać,  wiesz  przecież.  Nawet 

teraz  nie  jestem  zupełnie  pewien,  czy  jasno  się  wypowiadam.  Gdy  leżałem,  wciąż  mi 

się  wydawało,  że  dokoła  mnie  biegają  czerwone  psy,  a  ty  stoisz  nade  mną  jak  nad 

cietrzewiem... Jakbym był pijany. Czy dobrze mnie rozumiesz? 

— Ależ, Eugeniuszu, mówisz jak należy. 

— Tym lepiej; powiedziałeś mi, że posłałeś po lekarza... To dla ciebie pociecha... 

ale pociesz i mnie: poślij umyślnego... 

— Do Arkadiusza Nikołaicza — podchwycił starzec. 

— Któż to jest Arkadiusz Nikołaicz? — rzekł Bazarow, jakby w zamyśleniu. — Ach, 

tak! To pisklę. Nie, nie, daj spokój, trafił teraz między kawki. Nie dziw się, jeszcze nie 

bredzę.  Poślij  umyślnego  do  Odincowej,  do  Anny  Siergiejewny,  jest  tu  taka 

dziedziczka. Wiesz? (Wasilij Iwanowicz skinął głową.) Każ powiedzieć, że Eugeniusz, 

to znaczy Bazarow, przesyła ukłony i zawiadamia, że umiera. Zrobisz to? 

—  Dobrze...  Tylko  czy  to  możliwe,  żebyś  ty  umarł,  ty,  Eugeniuszu!  Sam  się 

zastanów! Gdzież więc sprawiedliwość? 

— Tego nie wiem, ale poślij umyślnego. 

— Natychmiast; i sam napiszę list. 

— Nie, nie trzeba; powiedz, że przesyłam ukłony, nic więcej. A teraz znów wrócę 

do moich psów. Dziwne. Chcę zatrzymać się myślą na śmierci i nie mogę. Widzę jakąś 

plamę... i nic więcej. 

background image

Znowu  ciężko  obrócił  się  ku  ścianie;  Wasilij  Iwanowicz  wyszedł  z  gabinetu  i 

dowlókłszy się do sypialni żony runął na kolana przed ikonami. 

— Módl się, Arino, módl! — wyjęczał. — Nasz syn umiera. 

Przyjechał  doktor,  ten  sam  lekarz  powiatowy,  który  nie  miał  lapisu,  i  zbadawszy 

chorego poradził czekać, przy czym powiedział kilka słów o możliwości wyzdrowienia. 

— Czy widział pan już kiedy, by ludzie w mojej sytuacji nie przenosili się na Pola 

Elizejskie? — zapytał Bazarow i nagle chwycił za nogę ciężki stół, stojący obok kanapy, 

potrząsnął nim i przesunął z miejsca. 

—  Ile  jeszcze  siły  we  mnie  —  powiedział  —  a  trzeba  umierać...  Staremu  łatwiej, 

odwykł  już  od  życia,  a  ja...  No,  ale  niech kto  spróbuje  odepchnąć śmierć.  Ona  ciebie 

odepchnie,  i  basta!  Któż  tam  płacze?  —  zapytał  po  chwili.  —  Matka?  Biedna!  Kogóż 

będzie  teraz  karmić  swoim  wybornym  barszczem?  Ty  zaś,  ojcze,  też,  zdaje  się, 

popłakujesz? No, jeśli  religia nie pomaga, bądź filozofem, stoikiem, u licha! Przecież 

chwaliłeś się, że jesteś filozofem? 

— Jaki tam ze mnie filozof — jęknął Wasilij Iwanowicz i łzy pociekły mu z oczu. 

Z każdą godziną stan Bazarowa pogarszał się; choroba rozwijała się szybko, jak to 

zwykle  bywa  przy  takich  zakażeniach.  Chory  nie  stracił  jeszcze  przytomności  i 

rozumiał,  co  do  niego  mówiono;  jeszcze  walczył.  „Nie  chcę  bredzić  —  szeptał 

zaciskając  pięści.  —  Co  za  głupstwa!"  I  zaraz  potem:  „Od  ośmiu  odjąć  dziesięć,  ile 

wypadnie?" Wasilij Iwanowicz chodził jak obłąkany; to chciał stosować jedne środki, 

to  znów  inne  i  tyle  tylko  robił,  że  przykrywał  synowi  nogi.  „Zawinąć  w  zimne 

prześcieradło... lekarstwo na wymioty... plaster z gorczycy na żołądek... puścić krew" 

—  powtarzał  z  napięciem.  Doktor,  którego  ubłagał,  by  został,  potakiwał  mu,  poił 

chorego lemoniadą, dla siebie zaś prosił raz o fajkę, to znów o coś „wzmacniającego i 

rozgrzewającego", czyli o wódkę. Arina Własiewna siedziała przy drzwiach na niskiej 

ławeczce  i  tylko  od  czasu  do  czasu  odchodziła,  by  się  pomodlić;  przed  kilku  dniami 

wypadło  jej  z  ręki  lusterko  i  rozbiło  się,  zawsze  uważała  to  za  zły  znak;  nawet  Anfi-

suszka nic nie umiała jej powiedzieć. Timofieicz pojechał do Odincowej. 

Noc Bazarow miał złą... Męczyła go straszna gorączka. Nad ranem zrobiło mu się 

lepiej. Poprosił, żeby Arina Własiewna uczesała go, pocałował jej rękę i wypił dwa łyki 

herbaty. Wasilij Iwanowicz trochę się ożywił. 

— Dzięki Bogu! — powtarzał. — Nastąpił kryzys... kryzys minął. 

—  To  ci  dopiero!  —  rzekł  Bazarow.  —  Jak  wiele  znaczą  słowa.  Znalazłeś  sobie 

słowo, powiedziałeś: „kryzys", i jużeś rad. Zadziwiające, jak człowiek jeszcze wierzy w 

background image

słowa. Powiedzą na przykład, że jest dureń, i nie dadzą po łbie, zrobi mu się smutno; 

nazwą go mądrym i nie dadzą pieniędzy, poczuje radość. 

Ta  krótka  wypowiedź  Bazarowa,  przypominająca  jego  dawniejsze  „koncepty", 

wywołała zachwyt Wasilia Iwanowicza. 

— Brawo! Znakomicie powiedziane, znakomicie! — zawołał udając, że klaszcze w 

ręce. 

Bazarow smutno się uśmiechnął. 

— Jak więc sądzisz — rzekł — czy kryzys minął, czy nadszedł? 

— Widzę, że ci lepiej, i to mnie cieszy — odparł Wasilij Iwanowicz. 

— No, to doskonale; zawsze dobrze jest się cieszyć. A do niej posłałeś? 

— A jakże, posłałem. 

Polepszenie  trwało  niedługo.  Wkrótce  wróciły  ataki  choroby.  Wasilij  Iwanowicz 

siedział przy Bazarowie. Zdawało się, że jakaś niepojęta męka trapi starca. Kilka razy 

próbował mówić, ale nie mógł. 

— Eugeniuszu! — rzekł wreszcie. — Synu mój, drogi mój, ukochany synu! 

Te  niezwykłe  słowa  podziałały  na  Bazarowa...  Odwrócił  nieco  głowę  i  widocznie 

starając się wydobyć z przygniatającego stanu nieprzytomności, spytał: 

— Co, mój ojcze? 

—  Eugeniuszu  —  mówił  dalej  Wasilij  Iwanowicz  i  ukląkł  przed  Bazarowem, 

chociaż  tamten  nie  otwierał  oczu  i  nie  mógł  go  widzieć.  —  Eugeniuszu,  teraz  jest  ci 

lepiej.  Bóg  da,  że  wyzdrowiejesz;  lecz  skorzystaj  z  tego  czasu,  pociesz  mnie  i  matkę, 

spełń obowiązek chrześcijański! Strasznie mi mówić ci o tym, ale jeszcze straszniej... 

przecież na wieczność, Eugeniuszu... pomyśl, jakże to... 

Głos  starca  załamał  się,  a  na  twarzy  jego  syna,  który  wciąż  leżał  z  zamkniętymi 

oczami, pojawił się jakiś dziwny wyraz. 

—  Nie  odmawiam,  jeśli  to  może  wam  przynieść  ulgę  —  wyrzekł  wreszcie  —  ale 

myślę, że nie ma powodu do pośpiechu. Sam powiadasz, że jest mi lepiej. 

— Lepiej, Eugeniuszu, lepiej; ale kto wie, wszystko w ręku Boga, jeśli zaś spełnisz 

obowiązek... 

— Nie, poczekam — przerwał Bazarow. — Zgadzam się z tobą, że nastąpił kryzys. 

Jeśli zaś omyliliśmy się, to cóż? Przecież nawet nieprzytomnym udziela się komunii. 

— Zmiłuj się, Eugeniuszu... 

—  Poczekam.  A  teraz  chcę  spać.  Nie  przeszkadzaj  mi.  —  I  głowa  jego  opadła  na 

poduszki. 

background image

Starzec wstał, usiadł w fotelu i schwyciwszy się za podbródek zaczął gryźć palce... 

Turkot  pojazdu  na  resorach,  ów  turkot,  który  tak  wyraźnie  rozlega  się  wśród 

wiejskiej  ciszy,  doleciał  nagle  do  jego  uszu.  Coraz  bliżej  toczyły  się  lekkie  koła:  już 

słychać  było  parskanie  koni...  Wasilij  Iwanowicz  zerwał  się  z  krzesła  i  podbiegł  do 

okna. Na podwórze jego dworku wjeżdżała dwuosobowa kareta zaprzężona w czwórkę 

koni.  Nie  zdając  sobie  sprawy,  co  to  może  znaczyć,  w  porywie  jakiejś  niedorzecznej 

radości wybiegł na ganek... Lokaj w liberii otworzył drzwiczki karety, z której wysiadła 

jakaś dama w czarnej woalce i czarnej mantyli... 

—  Jestem  Odincowa  —  rzekła.  —  Czy  Eugeniusz  Wasiliewicz  żyje?  Pan  jest  jego 

ojcem? Przywiozłam doktora. 

— Dobrodziejko! — zawołał Wasilij Iwanowicz i chwyciwszy jej dłoń, z drżeniem 

przyciskał do swoich ust, podczas gdy przywieziony przez Annę Siergiejewnę doktor, 

mały człowieczek o niemieckiej fizjonomii, w okularach, powoli wysiadał z karety. — 

Żyje,  jeszcze  żyje  mój  Eugeniusz  i  teraz  będzie  uratowany!  Żono!  Żono!...  Anioł  z 

nieba zawitał do nas!... 

—  Co  się  stało,  Panie  Boże!  —  wybiegając  z  bawialni  szeptała  dygocącymi 

wargami staruszka; nic nie rozumiejąc przypadła w sieni do nóg Anny Siergiejewny i 

jak oszalała zaczęła całować jej suknię. 

—  Co  pani  robi!  Co  pani  robi!  —  powtarzała  Anna  Siergiejewna,  lecz  Arina 

Własiewna nie słuchała jej. Wasilij Iwanowicz zaś wciąż powtarzał: — Anioł! Anioł! 

—  Wo  ist  der  Kranke? Gdzie  jest  pacjent? —  zapytał  wreszcie  doktor  z  pewnym 

niezadowoleniem. 

Wasilij Iwanowicz opamiętał się. 

—  Tutaj,  tutaj,  proszę  pana  za  mną,  werthester  Herr  Kollege

39

  —  dodał 

przypominając sobie dawną niemczyznę. 

— E! — rzekł Niemiec i kwaśno się uśmiechnął.  

Wasilij Iwanowicz zaprowadził go do gabinetu. 

—  Doktor  od  Anny  Siergiejewny  Odincowej  —  powiedział  nachyliwszy  się  nad 

synem — ona też przyjechała. 

Bazarow nagle otworzył oczy. 

— Coś ty powiedział? 

— Mówię, że przyjechała Anna Siergiejewna Odincowa i przywiozła ze sobą pana 

doktora. 

                                                        

39

 czcigodny panie kolego 

background image

Bazarow powiódł dokoła wzrokiem. 

— Ona jest tutaj... chcę ją widzieć. 

—  Zobaczysz  ją,  Eugeniuszu;  ale  najpierw  trzeba  porozmawiać  z  panem 

doktorem.  Opowiem  mu  historię  choroby,  ponieważ  Sidor  Sidorowicz  wyjechał  (tak 

nazywał się powiatowy lekarz), i zrobimy małą konsultację. 

Bazarow spojrzał na Niemca. 

—  No,  mówcie  szybko,  ale  nie  po  łacinie,  rozumiem  przecież,  co  znaczy  iam 

moritur 

40

— Der Herr scheint des deutschen mächtig zu sein?...

41

 — zaczął uczeń Eskulapa 

zwracając się do Wasilia Iwanowicza. 

— Ich... habe... Niech pan mówi raczej po rosyjsku — powiedział starzec. 

— Ach! topsze... topsze...  

Zaczęła się konsultacja. 

W  pół  godziny  później  Anna  Siergiejewna  w  towarzystwie  Wasilia  Iwanowicza 

weszła  do  gabinetu.  Doktor  szepnął  jej,  że  nie  ma  nawet  co  myśleć  o  wyzdrowieniu 

chorego. 

Spojrzała  na  Bazarowa...  i  zatrzymała  się  w  drzwiach,  tak  bardzo  uderzyła  ją  ta 

rozpalona, a zarazem trupia twarz ze skierowanymi na nią mętnymi oczami. Przelękła 

się. Ogarniał ją jakiś zimny i męczący strach; i natychmiast przemknęło jej przez myśl, 

że czułaby co innego, gdyby go naprawdę kochała. 

— Dziękuję — powiedział z wysiłkiem — tego nie oczekiwałem. To dobry uczynek. 

Więc zobaczyliśmy się raz jeszcze, jak to pani obiecała. 

— Anna Siergiejewna była tak dobra... — zaczął Wasilij Iwanowicz. 

— Ojcze, zostaw nas. Anno Siergiejewno, pani pozwoli? Zdaje się, że teraz... 

Wskazał ruchem głowy na swoje wyciągnięte, bezsilne ciało. 

Wasilij Iwanowicz wyszedł. 

—  Dziękuję  —  powtórzył  Bazarow.  —  To  po  królewsku.  Podobno  królowie  także 

odwiedzają umierających. 

— Eugeniuszu Wasiliczu, mam nadzieję... 

—  Ach,  Anno  Siergiejewno,  bądźmy  szczerzy.  To  już  koniec.  Wpadłem  pod  koła. 

Widać, że na nic były myśli o przyszłości. Stara historia śmierć, a dla każdego nowa. 

Na razie tchórz mnie nie oblatuje... a potem niepamięć i kwita. (Słabo machnął ręką.) 

                                                        

40

 już umiera 

41

 Łaskawy pa włada, zdaje się, niemieckim? 

background image

No, cóż mam pani powiedzieć?... Że panią kochałem? Przedtem to nie miało sensu, a 

teraz tym bardziej. Miłość jest formą, a moja własna forma już się rozkłada. Powiem 

raczej: pani jest taka wspaniała! I stoi tu pani, taka piękna... 

Anna Siergiejewna mimo woli drgnęła. 

—  Niech  się  pani  nie  trwoży...  proszę  usiąść...  tam...  Nie  trzeba  się  do  mnie 

zbliżać, przecież moja choroba jest zaraźliwa. 

Anna Siergiejewna szybko przeszła przez pokój i usiadła w fotelu obok kanapy, na 

której leżał Bazarow. 

— Jaka pani wspaniałomyślna! — szepnął. — Och, jak blisko... i jaka pani młoda, 

świeża,  czysta...  w  tym  okropnym  pokoju!...  Żegnaj!  Niech  pani  żyje  długo,  to 

najlepsze,  i  niech  pani  korzysta  z  życia,  póki  czas.  Proszę  spojrzeć,  co  za  okropne 

widowisko:  na  wpół  zduszony  robak,  a  jeszcze  się  wierci.  A  przecież  myślałem,  że 

wiele  zrobię,  nie  umrę,  skądże!  Mam  do  spełnienia  wielkie  zadanie,  tyle  we  mnie 

mocy!  A  teraz  całe  moje  zadanie  polega  na  tym,  żeby  umrzeć  przyzwoicie,  chociaż 

nikogo to nie obchodzi... Wszystko jedno: nie poddam się! 

Bazarow zamilkł i zaczął szukać szklanki. Anna Siergiejewna podała mu napój nie 

zdejmując rękawiczek i bojaźliwie oddychając. 

—  Pani  mnie  zapomni  —  zaczął  znowu  —  martwy  nie  jest  towarzyszem  dla 

żywego. Ojciec powie pani: „Patrzcie, jakiego człowieka traci Rosja...", to brednia, ale 

niech  pani  nie  odbiera  tej  wiary  staruszkowi.  Czymkolwiek  dziecię  się  raduje... 

rozumie pani.  I  niechże  pani  będzie  dobra  dla  matki.  Przecież  takich  ludzi  jak  oni  w 

waszym wielkim świecie nawet ze świecą się nie znajdzie... Jestem potrzebny Rosji... 

Nie,  widać,  nie  jestem  potrzebny.  Któż  zresztą  jest  potrzebny?  Szewc,  krawiec, 

rzeźnik... sprzedaje mięso... rzeźnik... proszę poczekać... plączę się... Tutaj mam las... 

Bazarow położył rękę na czole. 

Anna Siergiejewna pochyliła się nad nim. 

— Eugeniuszu Wasiliczu, jestem tutaj... Zdjął rękę z czoła i uniósł się nieco. 

—  Żegnaj!  —  powtórzył  z  nagłą  siłą  i  oczy  jego  zabłysły  ostatnim  blaskiem.  — 

Żegnaj!...  Posłuchaj...  Przecież  nie  pocałowałem  pani  wtedy...  Dmuchnij  na 

zamierające światło, niech zgaśnie... 

Anna Siergiejewna przycisnęła usta do jego czoła. 

— Dosyć! — rzekł i opadł na poduszkę. — Teraz... ciemno... 

Anna Siergiejewna cicho wyszła. 

—  I  co?  —  zapytał  szeptem  Wasilij  Iwanowicz.  —  Zasnął  —  odparła  ledwo 

background image

dosłyszalnie. 

Ale  Bazarow  już  się  nie  obudził.  Pod  wieczór  całkiem  stracił  przytomność  i 

następnego  dnia  umarł.  Ojciec  Aleksy  odprawił  nad  nim  obrzędy  religijne.  Kiedy  go 

namaszczano,  kiedy  olejami  świętymi  dotknięto  jego  piersi,  jedno  oko  konającego 

otworzyło  się,  i  na  widok  duchownego  w  szatach,  dymiącego  kadzidła,  świec  przed 

ikonami  jakby  dreszcz  przerażenia  na  chwilę  przebiegł  po  jego  zmartwiałej  twarzy. 

Gdy  w  końcu  wydał  ostatnie  tchnienie  i  w  domu  rozległ  się  ogólny  lament,  Wasilia 

Iwanowicza  ogarnęło  nagłe  szaleństwo:  „Mówiłem,  że  będę  bluźnił  —  krzyczał 

ochryple,  z  płonącą,  wykrzywioną  twarzą,  potrząsając  w  powietrzu  pięścią,  jakby 

komuś groził — będę bluźnił, bluźnił!" Wtedy Arina Własiewna, cała we łzach, zawisła 

na  jego  szyi  i  oboje  razem  padli  twarzą  na  ziemię.  „Tak  —  opowiadała  potem  w 

czeladnej Anfisuszka — położyli obok siebie głowy, niby te owieczki w południe..." 

Ale żar południa mija i nadchodzi wieczór i noc, i powrót do cichego schronienia, 

gdzie słodko śpią zmęczeni i utrudzeni... 

 

XXVIII 

Minęło  sześć  miesięcy.  Była  biała  zima;  trwała  okrutna,  mroźna,  bezobłoczna 

cisza, leżał gęsty, skrzypiący śnieg, różowy szron pokrywał drzewa, niebo miało barwę 

bladego szmaragdu, nad kominami wisiały czapy dymu, z otwartych na chwilę drzwi 

buchały  kłęby  pary,  twarze  ludzi  były  rześkie,  jakby  wyszczypane  przez  mróz,  a 

przemarzłe koniki wytrwale biegły równym kłusem. Styczniowy dzień miał się już ku 

schyłkowi;  wieczorny  mróz  jeszcze  mocniej  ściskał  nieruchome  powietrze  i  szybko 

gasła  krwawa  zorza.  W  oknach  domu  w  Mariinie  zapalały  się  światła;  Prokoficz  w 

czarnym  fraku  i  białych  rękawiczkach  w  sposób  szczególnie  uroczysty  nakrywał  stół 

na siedem osób. Przed tygodniem w niewielkiej parafialnej cerkwi, cicho i prawie bez 

świadków,  odbyły  się  dwa  śluby:  Arkadiusza  z  Katią  i  Mikołaja  Pietrowicza  z  Fie-

niczką; tego dnia Mikołaj Pietrowicz wydawał pożegnalny obiad na cześć swego brata, 

który  wyjeżdżał  do  Moskwy,  by  załatwić  tam  różne  sprawy.  Anna  Siergiejewna 

pojechała tam zaraz po ślubie, szczodrze obdarzywszy młodą parę. 

Z  wybiciem  godziny  trzeciej  wszyscy  zebrali  się  przy  stole;  Mitię  także  tu 

posadzono,  miał  teraz  nianię  w  brokatelowym  kokoszniku.  Paweł Pietrowicz  siedział 

między  Katią  i  Fieniczką;  mężowie  obok  żon.  Nasi  znajomi  zmienili  się  ostatnimi 

czasy; wszyscy jakby wyładnieli i zmężnieli; tylko Paweł Pietrowicz schudł, co zresztą 

dodawało  jeszcze  wykwintu  i  wielkopańskiego  charakteru  jego  wyrazistym  rysom... 

background image

Fieniczka  także  się  zmieniła.  W  nowej  jedwabnej  sukni,  z  szerokim  aksamitnym 

przybraniem  we  włosach,  ze  złotym  łańcuszkiem  na  szyi,  siedziała  nieruchomo  i 

godnie, godnie w stosunku do siebie i wszystkiego, co ją otaczało, i tak się uśmiechała, 

jakby  chciała  powiedzieć:  „Wybaczcie  mi,  nie  jestem  winna."  Nie  tylko  ona,  wszyscy 

inni  także  się  uśmiechali  i  także  jak  gdyby  przepraszali;  wszyscy  czuli  się  trochę 

nieswojo,  byli  trochę  zasmuceni,  ale  w  gruncie  rzeczy  było  im  bardzo  dobrze. 

Usługiwano sobie nawzajem z zabawnym przejęciem, jakby wszyscy postanowili grać 

jakąś  naiwną  komedię.  Katia  była  najbardziej  spokojna:  z  ufnością  patrzyła  dokoła  i 

można  było  zauważyć,  że  Mikołaj  Pietrowicz  świata  już  za  nią  nie  widzi.  Tuż  przed 

końcem obiadu wstał i wziąwszy kielich do ręki zwrócił się do Pawła Pietrowicza. 

—  Miły  bracie,  opuszczasz  nas...  opuszczasz  nas…—  zaczął  —  oczywiście,  nie  na 

długo; mimo to jednak muszę ci powiedzieć, że ja... że my... jak bardzo ja... jak bardzo 

my... Co za nieszczęście, że nie umiem wygłaszać mów! Arkadiuszu, powiedz ty! 

— Nie, papo, nie przygotowałem się. 

— A czy ja się przygotowałem! Pozwól więc, bracie, że cię uścisnę i złożę życzenia 

wszystkiego najlepszego, i wracaj do nas jak najprędzej! 

Paweł Pietrowicz uściskał wszystkich nie wyłączając, rozumie się, Miti; Fieniczkę 

pocałował  ponadto  w  rękę,  której  nie umiała  jeszcze  podawać  jak należy,  i  wypijając 

drugi  kielich  rzekł  z  głębokim  westchnieniem:  — Przyjaciele  moi,  bądźcie  szczęśliwi! 

Farewell!

42

  —  To  angielskie  słówko  przeszło  nie  zauważone,  ale  wszyscy  byli 

wzruszeni. 

— Wypijmy za Bazarowa — szepnęła Katia do męża trącając się z nim kieliszkiem. 

Arkadiusz mocno uścisnął jej rękę, ale nie zdecydował się głośno wznieść tego toastu. 

Zdawałoby  się,  że  to  już  koniec?  Może  jednak  ktoś  z  czytelników  chciałby  się 

dowiedzieć,  co  porabia  teraz,  właśnie  teraz,  każda  z  ukazanych  przez  nas  osób. 

Chętnie spełnimy to życzenie. 

Anna  Siergiejewna  wyszła  niedawno  za  mąż,  nie  z  miłości,  lecz  z  rozsądku,  za 

jednego  z  przyszłych  rosyjskich  działaczy,  prawnika,  człowieka  bardzo  rozumnego, 

obdarzonego zmysłem praktycznym, silną wolą i niezwykłym darem słowa, człowieka 

jeszcze  młodego,  przyzwoitego  i  zimnego  jak  lód.  Żyją  ze  sobą  w  wielkiej  zgodzie  i 

doczekają  może  szczęścia...  a  może  miłości?  Księżniczka  Ch.  umarła;  zapomniano  o 

niej już w dniu jej śmierci. Kirsanowowie, ojciec i syn, osiedli w Mariinie. Ich sprawy 

przybrały  lepszy  obrót.  Arkadiusz  stał  się  zawołanym  gospodarzem,  ferma  przynosi 

                                                        

42

 Żegnajcie! 

background image

już  dość  znaczny  dochód.  Mikołaj  Pietrowicz  został  wybrany  na  pełnomocnika 

ziemstwa i pracuje ze wszystkich sił; nieustannie objeżdża swój teren, wygłasza długie 

przemówienia (sądzi, że chłopom należy kłaść wszystko „łopatą do głowy", czyli przez 

częste powtarzanie tych samych słów doprowadzać ich do znużenia), a przecież praw-

dę mówiąc, nie cieszy się uznaniem ani szlachty oświeconej, rozprawiającej z szykiem 

czy melancholią o mancypancji (a n nosowe), ani nieoświeconej, która bez ceremonii 

wymyśla  na  ową  m  u  n  c  y  p  a  c  j  ę.  Jedni  i  drudzy  uważają,  że  jest  zbyt  ustępliwy. 

Katarzyna Siergiejewna urodziła syna Kolę, Mitia zaś biega już dzielnie i bez przerwy 

gaworzy. Fieniczka, Fiedosja Nikołajewna, prócz męża i Miti nikogo tak nie uwielbia 

jak  swoją  synową  i  kiedy  Katia  siada  do  fortepianu,  rada  by  cały  dzień  od  niej  nie 

odchodzić.  Wspomnimy  jeszcze  o  Piotrze.  Zupełnie  zastygł  w  swojej  głupocie  i 

zarozumiałości,  nabrał  szczególnej  maniery  w  wymawianiu  niektórych  zgłosek,  ale 

także  się  ożenił.  Jego  żona,  córka  miejskiego  ogrodnika,  wniosła  mu  przyzwoity 

posag;  odrzuciła  dwie  dobre  partie,  ponieważ  młodzieńcy  nie  posiadali  zegarków: 

Piotr zaś nie tylko miał zegarek, ale nawet lakierowane buty z niską cholewką. 

W  Dreźnie,  na  tarasie  Bruhla,  między  godziną  drugą  a  czwartą  po  południu,  a 

więc  w  porze  najbardziej  fashionable

43

,  można  spotkać  mężczyznę  w  wieku  lat 

pięćdziesięciu,  zupełnie  siwego  i  jakby  cierpiącego  na  podagrę,  lecz  jeszcze  w  pełni 

urody, bardzo wytwornego w ów szczególny sposób, właściwy tylko człowiekowi, który 

długo  przebywał  w  wyższych  sferach  towarzyskich.  To  Paweł  Pietrowicz.  Wyjechał  z 

Moskwy  za  granicę,  aby  poprawić  zdrowie,  i  został  na  stałe  w  Dreźnie,  gdzie 

utrzymuje  stosunki  towarzyskie  przeważnie  z  Anglikami  i  przejezdnymi  Rosjanami. 

W  obcowaniu  z  Anglikami  jest  prosty,  prawie  skromny,  chociaż  nie  pozbawiony 

godności;  uważają,  że  jest  nieco  nudny,  ale  szanują  w  nim  nieskazitelnego 

dżentelmena,  a perfect  gentleman. Z  Rosjanami  jest swobodniejszy,  daje upust  swej 

żółci,  kpi  z  nich  i  z  siebie;  ale  wszystko  to  robi  bardzo  przyjemnie,  niedbale  i 

grzecznie.  Wyznaje  słowianofilskie  poglądy,  wiadomo,  że  w  wielkim  świecie  uchodzi 

to  za  très  distingue

44

.  Nie  czyta  nic  po  rosyjsku,  ale  na  jego  biurku  stoi  srebrna 

popielniczka  w  kształcie  chłopskiego  łapcia.  Nasi  turyści  bardzo  poszukują  jego 

towarzystwa.  Matwiej  Iljicz  Kolazin,  znajdujący  się  w  chwilowej  opozycji,  jadąc  do 

czeskich  wód  złożył  mu  łaskawie  wizytę;  miejscowi  zaś,  z  którymi  zresztą  rzadko  się 

spotyka,  po  prostu  ubóstwiają  go.  Nikt  tak  łatwo  i  szybko  nie  dostanie  biletu  na 

                                                        

43

 eleganckiej 

44

 bardzo dystyngowane 

background image

koncert dworskiej kapeli, do teatru itp. jak der Herr Baron von Kirsanoff. Zawsze, o 

ile może, wyświadcza ludziom przysługi; wciąż jeszcze potrafi zabłysnąć, był przecież 

niegdyś  lwem  salonowym:  lecz  żyć  mu  ciężko...  ciężej,  niż  sam  przypuszcza... 

Wystarczy  spojrzeć na  niego,  gdy  zamyślony, oparłszy  się  na uboczu  o  ścianę,  stoi  w 

cerkwi  nieruchomo,  gorzko  zacisnąwszy  usta;  potem  nagle  się  opamiętuje  i  zaczyna 

się prawie niedostrzegalnie żegnać. 

Pani Kukszin także znalazła się za granicą; jest teraz w Heidelbergu i nie studiuje 

już nauk przyrodniczych, ale architekturę, w której, według jej własnych słów, odkryła 

nowe prawa. Jak dawniej pozostaje w bliskich stosunkach ze studentami, szczególnie 

zaś  z  młodymi  rosyjskimi  fizykami  i  chemikami,  których  pełno  w  Heidelbergu  i 

którzy,  zadziwiając  z  początku  naiwnych  niemieckich  profesorów  swoimi  trzeźwymi 

poglądami,  wprawiają  niebawem  tych  samych  profesorów  w  zdumienie  swoim 

nieróbstwem i skończonym lenistwem. Z takimi to dwoma czy trzema chemikami, nie 

umiejącymi  odróżnić  tlenu  od  azotu,  lecz  pełnymi  negacji  i  szacunku  dla  siebie 

samych,  oraz  z  wielkim  Jelisiewiczem  styka  się  w  Petersburgu  Sitnikow,  który 

również  gotuje  się  do  roli  przyszłej  wielkości  i  według  swoich  zapewnień  prowadzi 

dalej  „dzieło"  Bazarowa.  Powiadają,  że  niedawno  ktoś  go  pobił,  lecz  Sitnikow  nie 

pozostał  dłużny:  w  pewnym  podejrzanym  artykuliku  wciśniętym  do  pewnego 

podejrzanego  piśmidła  wspomniał,  że  ten,  co  go  pobił,  jest  tchórzem.  Nazywa  to 

ironią. Ojciec pomiata nim jak dawniej, żona zaś uważa go za głupca... i literata. 

W  jednym  z  odległych  zakątków  Rosji  znajduje  się  wiejski  cmentarz.  Jak 

wszystkie  prawie  nasze  cmentarze,  wygląda  smutno:  otaczające  go  rowy  dawno 

zarosły, szare drewniane krzyże pochyliły się i gniją pod ongi malowanymi daszkami; 

wszystkie kamienne płyty zsunęły się z grobów, jakby je ktoś podważył; dwa czy trzy 

oskubane  drzewa  rzucają  nikły  i  smętny  cień;  owce  bezkarnie  chodzą  po  mogiłach... 

Ale jest wśród nich jedna mogiła, której nie tyka człowiek ani nie depce zwierzę; tylko 

ptaki siadają tam i śpiewają o wschodzie słońca. Otacza ją żelazne ogrodzenie, u obu 

jej końców posadzono dwa młode świerki. W tej mogile spoczywa Eugeniusz Bazarow. 

Tutaj,  z  niedalekiej  wioski,  często  przychodzi  dwoje  zgrzybiałych  staruszków,  mąż  i 

żona.  Podtrzymując  się  nawzajem,  idą  ociężałym  krokiem;  zbliżywszy  się  do 

ogrodzenia klękają i długo, gorzko płaczą, długo i uważnie patrzą na niemą płytę, pod 

którą  leży  ich  syn;  zamienią  ze  sobą  kilka  słów,  zetrą  kurz  z  płyty,  poprawią  gałąź 

świerka i znowu się modlą, i nie mogą opuścić tego miejsca, skąd jest im jakby bliżej 

do syna, do wspomnień o nim... 

background image

Czyżby  modlitwy  i  łzy  ich  były  próżne?  Czyżby  miłość,  święta  i  oddana  miłość, 

była  bezsilna?  O  nie!  Chociażby  najbardziej  namiętne,  grzeszne,  zbuntowane  serce 

kryło  się  w  tej  mogile,  kwiaty,  które  na  niej  rosną,  spokojnie  patrząc  na  nas  swymi 

niewinnymi  oczami,  mówią  nam  nie  tylko  o  wiecznym  spokoju,  o  tym  wielkim 

spokoju „obojętnej" natury; mówią też o wiecznej zgodzie i życiu nieskończonym...