background image

JAYNE ANN KRENTZ

NOC POŚLUBNA

background image

Sute fałdy wspaniałej atłasowej sukni ślubnej spływały miękko za Angie, kiedy jej 

nowo poślubiony małżonek sprowadzał ją za rękę po schodach do czekającej limuzyny. Roze-

śmiana gromada krewnych panny młodej wyległa na trawnik, formując wiwatujący szpaler. 

Członków rodziny Townsendów łatwo było odróżnić od reszty gości. Prawie wszyscy mieli 

miedzianorude włosy i oczy koloru morza, podobnie jak Angie. Teraz hałaśliwie i wesoło, ze 

zwykłą sobie spontanicznością, żegnali odjeżdżających nowożeńców.

-   Zupełnie   zapomniałem,   że   jeszcze   to   nas   czeka   -   mruknął   Owen   Sutherland 

zanurzając się w tłum z Angie u boku.

Obsypani gradem ryżu i płatkami kwiatów, z trudem torowali sobie drogę poprzez 

niechętnie rozstępujących się gości weselnych. Kilku mężczyzn nie omieszkało pospieszyć z 

pikantnymi radami na temat nocy poślubnej, wywołując na twarzy Angie krwawy rumieniec.

- To wszystko  twoja wina - szepnęła do Owena. - Jeśli zależało ci na skromnym 

ślubie,   nie   powinieneś   był   oddawać   sprawy   w   ręce   mojej   rodziny.   Niczego   nie   robimy 

połowicznie.

- Nie mogę powiedzieć, że nie zostałem uprzedzony - przyznał Owen.

Angie   odwróciła   się,   żeby   pomachać   na   pożegnanie   rodzicom   i   bratu,   którzy   z 

kieliszkami szampana stali w drzwiach ekskluzywnego klubu wiejskiego. Matka Angie, jedna 

z nielicznych nierudowłosych osób w rodzinie, roniła łzy w chusteczkę. Zwierzyła się kiedyś 

córce, że we wczesnej młodości była dobrze ułożoną i dystyngowaną panienką, ale po ślubie 

z Palmerem Townsendem jej powściągliwe maniery diametralnie się zmieniły.

Palmer Townsend, krzepki, barczysty mężczyzna, którego doskonale skrojone ubranie 

nie całkiem tuszowało nieco wydatny brzuch, patrzył na córkę promieniejąc ojcowską dumą. 

Wzniósł jej z daleka toast kieliszkiem, odprowadzając ją wzrokiem do limuzyny.

Harry, jej starszy o trzy lata dwudziestodziewięcioletni brat, pożegnał ją szerokim 

uśmiechem. Był równie mocno zbudowany jak ojciec i miał gęste, płomiennorude włosy, 

które u nestora rodu Townsendów zdążyły się już nieco przerzedzić.

- Jednak warto było urządzić pełną galę - powiedział Owen. - W tej sukni wyglądasz 

jak księżniczka z bajki.

- Jego jasnoszare oczy przesunęły się po niej z wyraźnym uznaniem, kiedy szofer w 

liberii otwierał im drzwi samochodu.

To spojrzenie przeszyło  Angie żywym  ogniem. Serce zaczęło jej bić jak oszalałe. 

Owen był taki przystojny! I taki niewiarygodnie, zniewalająco męski. Wszystko w nim, po-

cząwszy od kruczoczarnych włosów i ostrych drapieżnych rysów, poprzez wysmukłe, mocno 

zbudowane ciało, emanowało siłą i witalnością.

background image

Policzki Angie spłonęły pod jego zdecydowanym, zaborczym wzrokiem. Dziś w nocy 

Owen   posunie   się   dalej,   nie   skończy   na   pożądliwych   spojrzeniach.   Dziś   w   nocy   po   raz 

pierwszy będzie się z nią kochać. Ta myśl zaparła jej dech w piersiach.

Tylko z braku okazji, nie z braku chęci, nie poszła z nim dotąd do łóżka. Zawiniły tu 

przede wszystkim jego wypełniony co do minuty plan zajęć i szybkie jak burza konkury. A 

także jego zdecydowanie, aby narzeczona nie stała się przedmiotem dwuznacznych plotek w 

lokalnej prasie czy w klubie, do którego należał wraz z jej ojcem. Swoją rolę odegrała też 

oczywiście nadopiekuńcza, staroświecka postawa jej rodziny.

Po prostu zabrakło nam czasu, pomyślała Angie z żalem. Ostatecznie znała Owena 

zaledwie od trzech miesięcy, z czego pierwsze dwa bała się go jak diabeł święconej wody.

On zaś, z nieomylnym instynktem myśliwego, starał się jej nie spłoszyć i nie dążył do 

bardziej   intymnej   zażyłości.   Wabił   ją   łagodnymi   zalotami   i   oswajał   powoli   jak   płochą 

zwierzynę.

Wielką pomocą służyła mu w tym jej rodzina, zachwycona projektem ich małżeństwa. 

Jak zwykle członkowie klanu Townsendów byli przekonani, że wiedzą najlepiej, co służy 

dobru Angie, i nie omieszkali jej tego powiedzieć.

Sama Angie zdawała sobie sprawę, że ich protekcjonalność i nadopiekuńczość wynika 

nie tyle z faktu, że jest najmłodsza, ile z jej braku predyspozycji do prowadzenia rodzinnego 

przedsiębiorstwa, czyli Pensjonatów Townsend.

Od najmłodszych  lat pociągał ją raczej świat sztuki niż świat finansów. Ten brak 

smykałki do interesów, tak niecodzienny w jej rodzinie, przyczynił się do uznania jej za osobę 

z gruntu prostoduszną i naiwną. W rezultacie cały klan dokładał starań, aby trzymać ją z dala 

od   spraw   wielkiego   biznesu.   Jej   brat,   Harry,   przygotowywał   się   do   przejęcia   po   ojcu 

rodzinnego imperium, a ją zachęcano do kontynuowania zamiłowań artystycznych.

Angie na ogół tolerowała ten paternalistyczny stosunek do siebie, pod warunkiem, że 

nie   usiłowano   zbyt   daleko   ingerować   w   jej   życie.   Zaś   w   przypadku   Owena   Sutherlanda 

uznała, że rodzina ma rację. Ten człowiek był jakby dla niej stworzony.

Dopiero   przed   miesiącem   ośmieliła   się   sama   przed   sobą   przyznać,   że   jest   w   nim 

zakochana. I z niedowierzaniem skonstatowała, że i jemu naprawdę na niej zależy. Jednak 

jakieś sprawy niecierpiące zwłoki wciąż zmuszały go do wyjazdu z Tucson. A kiedy już 

zdarzało się im zostać sam na sam, zawsze gdzieś na horyzoncie pojawiali się jej ojciec, brat 

lub matka. Owenowi zdawało się to nie przeszkadzać.

Nikt nie był bardziej zdumiony jej uczuciem do Owena niż ona sama. Wcale nie tak 

wyobrażała sobie mężczyznę, który miałby zostać jej mężem lub kochankiem. Doskonale 

background image

rozumiała   swoją   początkową   obawę,   gdy   patrzyła   teraz   na   niego,   stojąc   przy   drzwiach 

limuzyny. Ubrany w surową czerń i oficjalną biel, z pierwszymi nitkami srebra w ciemnych 

włosach, był wysoki, ciemny i groźny.

Kiedy ojciec po raz pierwszy go przedstawił, miała ochotę uciec, gdzie pieprz rośnie. 

Jej reakcja nie miała nic wspólnego z faktem, że rodziny Sutherlandów i Townsendów od lat 

konkurowały ze sobą na rynku turystycznym. Sprawy związane z hotelarstwem niewiele ją 

obchodziły   i   całą   rywalizację   uważała   za   głupotę.   Ale   jedno   spojrzenie   w   niezgłębione, 

stalowoszare   oczy   Owena   powiedziało   jej,   że   z   tym   mężczyzną   mogą   być   kłopoty.   Już 

podczas ich pierwszego spotkania Angie odczuła jakiś dziwny, niewytłumaczalny niepokój. 

Jakby do krainy słońca zstąpił Książę Ciemności, zastawiając na nią pułapkę.

Oczywiście było to jeszcze zanim go lepiej poznała, zanim przekonała się, jak bardzo 

mu na niej zależy. Co nie znaczy, że dawał temu ostentacyjnie wyraz, jak zrobiłby każdy z 

Townsendów.   Owen   był   bardzo   skryty,   nieprzywykły   do   demonstrowania   uczuć.   Angie 

przeczuwała, że może minąć jakiś czas, zanim nauczy się otwarcie mówić z nią o miłości, ale 

była już zakochana i gotowa poczekać.

Jej świeżo poślubiony małżonek był człowiekiem twardym, nieludzko opanowanym i 

trzymającym  się w  ryzach.  Cechowała go pewna chłodna  wyniosłość,  wrodzona ludziom 

nawykłym do rządzenia i zauważalna również u jej ojca i brata, ale w przeciwieństwie do nich 

niezłagodzona przez wewnętrzny spokój ducha, jaki daje miłość.

Tak, Owenowi niełatwo będzie wyznać, że potrzebuje kobiecego uczucia i ciepła. Ale 

Angie to wiedziała. Była tego pewna. Gdzieś w głębi duszy pragnął czułości i bliskości, które 

mogła mu dać. Potrzebował kobiety, której mógł ufać duszą i ciałem. I wiedziała, że on sam 

nie sprzeniewierzy się danemu słowu - zwłaszcza tak poważnemu, jak przysięga małżeńska. 

Pod tym względem niczym nie różnił się od Townsendów.

Dzisiaj w obecności trzystu świadków złożył jej oficjalną przysięgę. „Dopóki śmierć 

nas nie rozłączy". Nieśmiało, lecz z całym oddaniem zakochanej kobiety, Angie też ofia-

rowała mu się na zawsze.

Nigdy nie była szczęśliwsza, niż w chwili, gdy Owen wsuwał jej obrączkę na palec. 

Uśmiech,   którym   go   obdarzyła,   niósł   obietnicę   miłości   i   wierności   na   całe   życie.   Owen 

spojrzał jej głęboko w oczy i wyczuła, że ją zrozumiał i z wdzięcznością przyjął ten dar.

Nagle tuż pod ich nosem przed drzwiami limuzyny wyrósł mikrofon. Trzymał go jakiś 

bardzo elokwentny dziennikarz, za którym stał młody człowiek z kamerą na ramieniu. Angie 

dojrzała znak znajomej stacji telewizyjnej.

- Gdzie spędzicie miesiąc miodowy, panie Sutherland? - Dopytywał się reporter. - W 

background image

jednym z pańskich hoteli? Czy też w którymś z pensjonatów Townsendów?

W oczach Owena zaiskrzyła się irytacja, ale natychmiast ją zdusił. Obdarzył reportera 

chłodnym, przelotnym uśmiechem.

- Miejsce naszego miesiąca miodowego to tajemnica. Jestem pewien, że rozumie pan 

dlaczego.   Ostatnią   rzeczą,   jaką   chciałbym   znaleźć   dziś   pod   łóżkiem,   to   ciekawscy 

dziennikarze.

Młody   człowiek   z   kamerą   wyszczerzył   zęby,   ale   Angie   już   zdążył   osaczyć   inny 

reporter.

- Serdeczne gratulacje, pani Sutherland. To dopiero będzie nowina w świecie biznesu i 

tutaj w Tucson, prawda? Wszyscy wiedzą, że obie rodziny od lat zacięcie rywalizowały. A 

teraz Sutherland poślubia pannę Townsend. Czy to znaczy, że pogłoski o fuzji są prawdziwe? 

Czy przekształcicie się w spółkę akcyjną? Można spodziewać się sprzedaży akcji?

Przestraszona   Angie   potrząsnęła   przecząco   głową.   Mikrofony   wprawiały   ją   w 

zdenerwowanie.   W   przeciwieństwie   do   Owena   i   reszty   członków   rodziny   nie   była   przy-

zwyczajona do udzielania wywiadów. Nie znała się na zawiłościach świata biznesu, w którym 

jej krewni prowadzili kosztowne i niebezpieczne gry.

- Coś się panu pomyliło - powiedziała do reportera.

- To jest ślub, a nie transakcja handlowa.

- Ślub, który może przynieść fortunę obu stronom, jeśli to prawda, że obie rodziny 

postanowiły   wreszcie   po   tylu   latach   połączyć   siły.   Czy   należy   się   spodziewać,   że   fuzja 

zostanie ogłoszona oficjalnie już dzisiaj?

- Nie należy się spodziewać niczego podobnego - odparta oschle Angie, zirytowana 

nachalnością   dziennikarza.   -   Nie   będzie   żadnej   fuzji.   Nasze   małżeństwo   nie   ma   nic 

wspólnego z interesami. Wytłumacz mu to, Owen.

Owen przystąpił do akcji, ucinając dalszą dyskusję.

-   Proszę   nam   wybaczyć   -   zwrócił   się   gładko   w   stronę   następnego   reportera, 

podtykającego im mikrofon - ale musimy zdążyć na samolot. Po wszelkie informacje możecie 

się panowie zwrócić do mojego teścia lub szwagra.

- A więc to Palmer i Harry Townsendowie wydadzą oficjalne oświadczenie?

Angie podniosła welon z oczu i obrzuciła mężczyznę wściekłym spojrzeniem.

- Mówiłam już, że nie będzie żadnego oświadczenia. To jest ślub.

- Moja żona ma rację. To jest ślub - powiedział Owen, sadzając Angie na tylnym 

siedzeniu limuzyny. - I pan młody zaczyna się już niecierpliwić. Musimy jechać.

Usiadł obok niej, a szofer zdecydowanym ruchem zamknął drzwi i obszedł samochód, 

background image

siadając za kierownicą.

Angie odwróciła się jeszcze, żeby po raz ostatni pomachać matce, ojcu i bratu, nadal 

stojącym w drzwiach klubu. Matka odmachała jej chusteczką, a ojciec uśmiechnął się szeroko 

i ujrzała jeszcze odblask płomiennorudych włosów Harry'ego, zanim obu mężczyzn zalała 

fala reporterów i kamer.

- To  było   bardzo  sprytne   z twojej   strony,  żeby odesłać   ich  do taty  i Harry'ego   - 

powiedziała, odwracając się z uśmiechem do Owena. Wolę, żeby zamęczali ich niż mnie. 

Mam dzisiaj coś lepszego do roboty. Zacisnął rękę wokół jej dłoni, poczym podniósł jej palce 

do ust i pocałował. Ich oczy spotkały się, kiedy musnął wargami jej gładką złotą obrączkę. 

Jego pierścionek, szeroki, z kutego złota, mający oddać męskość i siłę, Angie sama dla niego 

zaprojektowała.

- Może powinienem był pozwolić ci wymyślić coś i dla siebie - powiedział.

Potrząsnęła   głową.   Chociaż   bardzo   lubiła   projektować   biżuterię   i   z   wielką 

przyjemnością pracowała nad pierścionkiem Owena, pomyślała, że nic, co zdołałaby wymy-

ślić, nie byłoby równie doskonałe jak obrączka, którą od niego dostała. Jej szlachetna prostota 

zachwycała. Poza tym, nie była to zwykła sztuka biżuterii, tylko odwieczny symbol, tym 

droższy jej sercu.

- Nie, to nie byłoby to samo - odparła z żarem. - Kocham ten pierścionek, ponieważ ty 

go wybrałeś i ty mi go dałeś.

Owen uśmiechnął się wyraźnym zadowoleniem.

- A co powiesz o mnie, pani Sutherland? Czy mnie też kochasz?

- Wiesz, że tak. - Angie impulsywnie przylgnęła do niego i pocałowała w same usta.

- Uhm... - Objął ją promieniejącym wzrokiem. - Będziesz o tym pamiętać, prawda?

- Jak mogłabym zapomnieć?

-   Racja.   Sam   ci   na   to   nie   pozwolę.   Zwłaszcza   po   tym   wszystkim,   przez   co 

przeszedłem.

Angie  podniosła głowę, słysząc  dziwną nutę w  jego głosie, ale nie wiedziała,  jak 

spytać,   co   ma   na   myśli.   Był   bardzo   skrytym,   bardzo   opanowanym   człowiekiem,   a   ona 

przyrzekła   sobie   to   respektować.   Owen   się   wkrótce   zmieni.   Miłość   skruszy   jego   twardą 

skorupę, była tego pewna.

- Ten dziennikarz miał rację przynajmniej pod jednym względem - mruknęła, patrząc 

przez przydymioną szybę na gęstą zieloną murawę pola golfowego. - świat biznesu będzie 

teraz przez jakiś czas spekulował na temat interesów naszych obu rodzin, prawda?

Owen wzruszył ramionami, rozluźniając elegancką czarną muszkę przy szyi.

background image

- To, co pisze prasa, nie ma znaczenia. Palmer i Harry nie przejmują się tym, ja też 

nie.

-   Ale   to   przykre,   że   ludzie   mogą   uważać,   iż   zawarliśmy   małżeństwo   z   przyczyn 

koniunkturalnych - zasępiła się Angie.

Owen obrzucił ją szybkim spojrzeniem, sięgając po butelkę szampana chłodzącego się 

w wiaderku stojącym przed nimi na konsoli.

- Twój ojciec mnie ostrzegł, że jesteś wielką romantyczką. Lepiej pogódź się z faktem, 

że będzie trochę szumu przez jakiś czas. To nieuniknione. W końcu wszyscy w naszej branży 

wiedzą, że sieć hoteli Sutherlanda zawsze rywalizowała z pensjonatami Townsenda.

- Zupełna głupota, nie uważasz?

-   Nasza   odwieczna   rywalizacja?   Nie   powiedziałbym.   -   Owen   podał   jej   kieliszek 

szampana. - Miała swoje zalety. Ciągłe próby wyprzedzenia konkurenta mobilizowały obie 

strony do większych starań.

Spojrzała na niego uważnie.

- Mówisz tak, jakby słynna wojna hotelowa należała już do przeszłości.

- Kto wie? - Owen uniósł kieliszek. - W końcu mamy tu historię Romea i Julii z happy 

endem. Przecież poślubiłem jedyną córkę mojego rywala.

Angie przygryzła wargi, zamyślając się.

- Tak, to prawda. Ale to nic nie zmieni w waszych interesach? W każdym razie w 

najbliższej przyszłości?

- A miałabyś coś przeciwko temu?

- Nie, oczywiście, że nie - zapewniła go pośpiesznie.

Problemy   hotelarstwa   były   ostatnią   rzeczą,   o  jakiej   pragnęła   w   tej   chwili   mówić. 

Uśmiechnęła się ponownie. - I tak nigdy się specjalnie nie interesowałam naszymi pensjona-

tami.

- Wiem - przyznał Owen sucho. - Twoi rodzice i Harry wielokrotnie mi to mówili. 

Powiedzieli, że zaczęłaś malować i projektować w wieku trzech lat i nigdy ci to nie przeszło.

Angie spojrzała na swoje ręce złożone na wspanialej sukni ślubnej.

- Szczęśliwie się składa, że ojciec ma Harry'ego, bo ja nigdy nie umiałabym pójść w 

jego ślady. Mam nadzieję, że twoja rodzina i przyjaciele nie będą oczekiwać, że stanę się 

ekspertem w branży hotelarskiej.

Owen ujął jej podbródek między kciuk a palec wskazujący i zwrócił jej twarz ku 

sobie. Spojrzał w oczy spokojnie i stanowczo.

background image

- Nikt nie będzie oczekiwał od ciebie żadnej zmiany zainteresowań. A już najmniej ja 

sam. Projektuj sobie dalej biżuterię i bądź moją żoną, a prowadzenie firmy zostaw mnie, 

dobrze?

- Dobrze - zgodziła się z ulgą.

- Poza tym właśnie zaczęliśmy naszą podróż poślubną - dodał znacząco. - I nie mam 

najmniejszej ochoty rozmawiać o interesach.

- Rozumiem cię, ja też nie - zapewniła go. - Och, Owen, jestem taka szczęśliwa.

- Bardzo się cieszę - uśmiechnął się z zadowoleniem.

- Ja również.

- Więc gdzie właściwie spędzimy nasz miesiąc miodowy? - Spytała z szelmowskim 

błyskiem w oku.

Owen uniósł brew patrząc wyniośle.

- W jednym z moich hoteli, oczywiście. Tym nowym. Na wybrzeżu kalifornijskim w 

pobliżu   San   Luis   Obispo.   Nie   sądziłaś   chyba,   że   pojedziemy   do   jednego   z   pensjonatów 

twojego ojca?

Angie roześmiała się i przytuliła do jego boku, a on objął  ją silnym  ramieniem  i 

przycisnął mocniej.

- Nie, oczywiście, że nie. Nie ma mowy, żeby Sutherland zatrzymał się w pensjonacie 

Townsenda.

Owen pocałował ją w zagłębienie szyi odsłonięte przy wyciętym w serce dekolcie 

sukni. Jego usta ciepło i kusząco przesunęły się po nagiej skórze.

- Ale za to dziś w nocy pewna panna Townsend będzie spać w łóżku pewnego pana 

Sutherlanda i kiedy się rano obudzi, nie będzie już panną Townsend.

Angie zadrżała z tajemnego podniecenia. Dziwne, że taka gorąca iskra mogła przeszyć 

ją zimnym dreszczem. To z pewnością nerwy, pomyślała.

Na   lotnisku   w   Kalifornii   czekała   na   nich   inna   limuzyna.   Ostatnie   promienie 

zachodzącego   słońca  płomiennym   blaskiem   oświetlały  postrzępione  wybrzeże.   Zaczął  już 

zapadać   łagodny   zmrok,   kiedy   Angie   i   Owen   podjechali   pod   wspaniały   nowy   hotel, 

wznoszący się na urwistym cyplu nad samym  morzem. Bajkowa, egzotyczna architektura 

odbijała się w lazurowych wodach basenów otoczonych bujną roślinnością. Do dyspozycji 

gości   było   też   pole   golfowe,   korty   tenisowe   i   inne   obiekty   rekreacyjne,   nie   licząc   kilku 

restauracji, klubu nocnego i baru na otwartym powietrzu. Hotele Sutherland znane były z 

tego, że stanowiły samowystarczalne enklawy luksusu.

- No, no. Nieźle tu, wcale nieźle. - Wychodząc z limuzyny, Angie rozejrzała się wokół 

background image

z ostrożną aprobatą. - Prawie tak milo jak w naszych pensjonatach.

- Miarkuj się, kobieto - ostrzegł Owen. - Należysz teraz do rodziny Sutherlandów.

- Zabawne, ale wcale się tak nie czuję.

- Poczujesz się jutro rano. Już ja się o to postaram. Angie zaczerwieniła się pod jego 

wymownym, zmysłowym spojrzeniem.

Godzinę później stała na tarasie reprezentacyjnego, srebrnobiałego apartamentu dla 

nowożeńców i patrzyła na pogrążony w nocy Pacyfik. Przebrała się w srebrzysty strój, który 

wybrała dla niej matka. Ten jedwabny peniuar, ni to koszula nocna, ni to suknia wieczorowa, 

dodawał jej jeszcze powabu i kobiecości. Z biżuterii - oprócz obrączki - miała na sobie tylko 

ręcznie robione srebrne kolczyki, sięgające niemal gołych ramion. Angie sama je zaprojekto-

wała.

Luksusowy   apartament   za   jej   plecami   był   pusty.   Owen   zniknął   przed   kilkoma 

minutami, żeby omówić parę spraw z dyrektorem hotelu. Powiedział, że kiedy wróci, zjedzą 

kolację w pokoju.

Angie głęboko wciągnęła aromatyczne nocne powietrze. Po raz pierwszy od rana była 

tego dnia sama i mogła pozwolić sobie na moment wytchnienia.

Townsendowie byli pełni radości życia i zawsze gotowi świętować każde wydarzenie. 

Wszystko, począwszy od chrzcin, a skończywszy na stypie, stanowiło ku temu okazję. Ale 

chociaż lubili się dobrze bawić, dla nikogo nie było tajemnicą, że rodzina stanowiła dla nich 

świętość. Jedną z rzeczy, która ujęła jej rodziców w Owenie, było to, że nie miał opinii 

kobieciarza.   Niewiele   się   też   udzielał   w   kręgach   towarzyskich.   Rzadko   występował 

publicznie i od swojej żony będzie zapewne oczekiwał tego samego. Angie nie miała nic 

przeciwko temu.

W ciągu ostatnich trzech  miesięcy dręczyła  ją jednak  pewna sprawa.  Nie poznała 

dotąd   nikogo   z   jego   rodziny.   Był   to   zapewne   znów   zbieg   nieszczęśliwych   okoliczności, 

powiedziała   sobie.   Rok   temu   siedziba   Zarządu   Głównego   Hoteli   Sutherland   została 

przeniesiona do Arizony i Owen jako jedyny przeprowadził się do innego stanu.

Nie znała, oczywiście, zbyt dokładnie jego przeszłości. We wczesnym dzieciństwie 

stracił matkę, a ojciec zginął dwa lata temu w katastrofie lotniczej. Reszta rodziny Owena, 

czyli chora macocha, siostra będąca z mężem w podróży na Hawajach, nieco zniedołężniały 

wuj i ciotka nie mogąca się ruszyć z miejsca z powodu niedawnej operacji kolana, mieszkała 

w Kalifornii. Owen powiedział, że ich dom rodzinny mieści się na wyspie pośrodku jeziora 

Jade w górach na północ od San Francisco. Wspomniał też, że jego macocha, ciotka i wuj 

spędzają tam większość czasu.

background image

To dziwne być żoną mężczyzny, którego rodziny się nie zna, pomyślała patrząc w 

ciemność. A jeszcze dziwniejsze, że nikt z krewnych Owena z takich czy innych powodów 

nie mógł przyjechać na Ślub. Ale jej ojciec zdawał się nie przywiązywać do tego wagi i nie 

zgodził się na pomysł odłożenia ślubu, dopóki obie rodziny się nie poznają.

- Nie martw się tym starym sporem, Angie - uspokajał ją. - Owen rządzi teraz całą 

rodziną, tak jak rządzi swoją siecią hoteli. Zrobią, co im każe. A każe im powitać cię z 

otwartymi ramionami. Poza tym, co to szkodzi, jeśli nawet mają mu trochę za złe ożenek z 

panną Townsend? Będziesz mieszkać tu w Arizonie, a nie w Kalifornii. Wasze kontakty będą 

siłą rzeczy bardzo ograniczone.

Owen powiedział mniej więcej to samo, gdy taktownie poruszyła z nim ten temat.

- Nie przejmuj się moją rodziną, Angie. Wychodzisz za mąż za mnie, a nie za nich.

- Co innego, gdyby żyli jego rodzice i nie chcieli przyjechać na ślub - argumentowała 

matka. - Ale przecież to tylko dalsi krewni.

- Jedną z nich jest jego macocha - przypomniała Angie.

- Zdaje się, że nie są ze sobą zbyt blisko. Z tego, co wiem, Owena wychowywał 

ojciec. I musisz pamiętać, że nasze rodziny się różnią. Sutherlandowie nie są tacy otwarci i 

emocjonalni jak my. Popatrz tylko na Owena. Jest zimny i opanowany jak głaz.

Angie   nie   przekonało   to   wszystko   do   końca,   ale   była   zbyt   zakochana,   żeby   się 

stanowczo opierać. Wyznaczono datę ślubu i ceremonia odbyła się tak szybko, jak sobie tego 

życzył Owen.

A teraz, na dobre czy złe, było już po wszystkim. Angie po raz kolejny zerknęła na 

obrączkę na palcu. Na dobre czy źle? Trochę to złowieszczo brzmi, jak na dzień weselny. 

Wzdłuż kręgosłupa przebiegł znowu dziwny, zimny dreszcz.

Na   stoliku   nocnym   przy   łóżku   zadzwonił   biały   telefon,   przerywając   jej   pełne 

niepokoju   rozmyślania.   Z   ulgą   porzucając   ponure   myśli,   wbiegła   przez   otwarte   oszklone 

drzwi i podniosła słuchawkę.

- Halo?

- Czy to pani Sutherland? - Glos po drugiej stronie miał chrapliwe, głuche brzmienie, 

jakby rozmówca specjalnie starał się mówić nienaturalnie nisko.

- Tak, tu Angie. To znaczy, Angie Sutherland. - Poczuła się nieswojo, przedstawiając 

się swoim nowym nazwiskiem.

- Serdeczne gratulacje, pani Sutherland. Mam nadzieję, że jest pani zadowolona z 

targu, którego pani dobiła. W każdym razie wiem, że pani rodzina jest zadowolona.

- Słucham?

background image

- Niech mi pani powie, jak to jest, kiedy się człowiek przekonuje, że jest pionkiem w 

wielkiej   handlowej   transakcji?   Sądzę,   że   miała   pani   przynajmniej   tyle   rozumu,   aby   w 

kontrakcie małżeńskim zastrzec sobie godziwy udział w akcjach. Jeśli nie, to gorzko pani tego 

pożałuje, pani Sutherland.

- Kto mówi? Co to w ogóle ma znaczyć?

- A więc miałem rację. Naprawdę nic pani nie wie o umowie, jaką pani mąż zawarł z 

pani   ojcem?   Jakaż   pani   naiwna.   Tak   mi   zresztą   mówiono.   Podobno   jest   pani   artystką   i 

marzycielką,   niezwracającą   uwagi   na   realia   świata   biznesu.   Owen   Sutherland   miał   tym 

łatwiejsze zadanie.

- Jeśli natychmiast nie powie pan, jaki jest cel tego telefonu, dam znać na policję.

- Owen rozwiedzie się z panią zaraz po sprzedaży akcji. Ślub Romea i Julii to tylko 

sprytny chwyt reklamowy, choć Townsendowie dali się na to złapać. Ale wy jesteście tacy 

sentymentalni,   prawda?   Nawet   w   interesach.   Połknęliście   przynętę   Sutherlanda   wraz   z 

haczykiem i linką.

- Może mi pan wreszcie wyjaśni, o co właściwie chodzi?

- Chodzi o interesy, droga pani Sutherland. Czy pani tego nie rozumie? Cała sprawa 

opiera się na interesach. Jak zawsze w przypadku Owena Sutherlanda.

- Niech pan przestanie.

- A pani niech chwilę pomyśli. Wiadomość o ślubie i kresie słynnej wojny hotelowej 

wywoła wielkie zainteresowanie akcjami, kiedy w przyszłym miesiącu ukażą się na giełdzie. 

Akcjonariusze   będą   je   sobie   wyrywać.   -   Chrapliwy   głos   mówił   teraz   tonem   niemal 

przyjacielskim. - Pani rodzina myśli, że udało jej się mistrzowskie posunięcie, ale wkrótce 

przekona się, że została wystrychnięta na dudka.

Sądzili, że mogą sprzymierzyć się z Sutherlandem, lecz mocno się przeliczą.

Angie mówiła sobie, że powinna odłożyć słuchawkę, że to tylko telefon od jakiegoś 

kiepskiego   żartownisia.   Jednak   ogarnęło   ją   złe   przeczucie.   Coś   tu   było   nie   w   porządku, 

bardzo nie w porządku.

- Za dwa lata albo jeszcze szybciej Townsendowie przekonają się, że nie mają nic do 

powiedzenia w nowym zarządzie. Owen Sutherland będzie sam decydować o wszystkim. A 

potem to już tylko kwestia czasu, zanim całkiem usunie ich ze sceny.

- Nie rozumiem, o czym pan mówi.

-   Oczywiście,   że   nie   rozumiesz,   ty   mała   naiwna   idiotko.   Może   byś   choć   raz 

background image

spróbowała spojrzeć prawdzie w oczy? Zadaj sobie sama pytanie: Po co Owen Sutheriand 

miałby z tobą zostawać, kiedy już spełnisz swoje zadanie? Aha, i jeszcze jedno. Wyjrzyj na 

korytarz. Myślę, że zainteresuje cię to, co znajdziesz za drzwiami.

Angie nie wahała się dłużej. Rzuciła ze wstrętem słuchawkę na widełki, jakby to była 

żmija. Powinnam była od razu ją odłożyć, powiedziała sobie. Owen będzie wściekły, kiedy 

się dowie, co zaszło.

„Po co Owen Sutheriand miałby z tobą zostawać, kiedy już spełnisz swoje zadanie?”

Niemal bezwiednie ruszyła  po białym  puszystym  dywanie ku drzwiom i zimnymi 

palcami przekręciła gałkę. Na podłodze pod progiem leżała koperta. Podniosła ją całkiem 

odrętwiała. W środku znajdował się fax oświadczenia dla prasy wydanego przez zarząd Hoteli 

Sutheriand, Odręczna notatka w prawym rogu zalecała, aby wstrzymać  ten komunikat do 

następnego dnia po ślubie, a potem przekazać głównym komentatorom giełdowym, działom 

gospodarki w dziennikach i innym środkom przekazu.

„Hotele Sutherland i Pensjonaty Townsend postanowiły dzisiaj ogłosić fuzję. Dwie 

główne sieci hotelowe, od lat rywalizujące  ze sobą o pierwszeństwo,  połączyły  siły,  aby 

wkroczyć na arenę międzynarodową, W celu zgromadzenia funduszy nowa korporacja pod 

nazwą "Sutheriand i Townsend" w przyszłym miesiącu wypuści na rynek swoje akcje.

Spekulacje na temat ewentualnej spółki krążyły na giełdzie już od paru tygodni, kiedy 

to   ogłoszono   zaręczyny   Owena   Sutherlanda,   prezesa   i   dyrektora   generalnego   Hoteli 

Sutherland, Angelą Townsend, córką Palmera Townsenda. Umowa spółki została podpisana 

w dniu ślubu.

Owen   Sutheriand   i   Palmer   Townsend   zgodnie   oświadczyli,   że   to   małżeństwo 

zwiastuje nową erę w rozwoju wspólnej sieci hotelowej".

Angie wpatrywała się osłupiała w kartkę trzymaną w ręku, dopóki nie wyrwał jej z 

odrętwienia jakiś hałas na końcu korytarza. To pokojówka wyszła zza rogu pchając tacę na 

kółkach, i widząc Angie stojącą w otwartych drzwiach, uśmiechnęła się pytająco.

- Dobry wieczór pani. Czy mogę czymś służyć? Angie zaprzeczyła i cofnęła się do 

pokoju. Nagle coś przyszło jej do głowy.

- Chwileczkę. Czy nie widziała pani przypadkiem, kto zostawił tu te kopertę?

Pokojówka potrząsnęła głową.

- Przykro mi, proszę pani. Nikogo nie widziałam.

- Dziękuję.

Angie zamknęła za sobą drzwi i oparła się o nie całym ciężarem, ściskając w ręku 

oświadczenie prasowe. Wciągnęła głęboko powietrze, próbując zebrać myśli.

background image

To   nie   może   być   prawda,   powtarzała   raz   po   raz.   A   potem   przypomniała   sobie 

dziennikarzy przy limuzynie i sposób, w jaki Owen chłodno odesłał ich do jej ojca i brata.

Jej ojciec i brat. Musieli zaplanować to z Owenem całe tygodnie, a nawet miesiące 

temu. Tej wielkości spółki nie powstają z dnia na dzień.

Było to całkiem w stylu jej rodziny, żeby nie zaprzątać główki małej, naiwnej Angie 

nużącymi detalami dotyczącymi prowadzenia interesów, uzmysłowiła sobie z goryczą. Oni 

wszyscy zaakceptowali Owena i to wystarczyło. Jak zwykle, sami najlepiej wiedzieli, co jest 

dla niej dobre.

Podskoczyła   do   telefonu   i   szybko   wystukała   domowy   numer   rodziców.   Nikt   nie 

odpowiadał. Kiedy wolno odkładała słuchawkę, drzwi pokoju otworzyły się i stanęła oko w 

oko z Owenem.

- Angie? Czy coś się stało, kochanie? - Spojrzał na nią z troską. - Wyglądasz, jakbyś 

zobaczyła ducha.

- Oto, co zobaczyłam - wyjąkała. Drżącymi palcami podała mu kartkę. - Wygląda na 

to, że było kilka drobnych szczegółów dotyczących naszego ślubu, o których zapomniano 

wspomnieć pannie młodej.

Owen natychmiast rozpoznał na faksie znak firmowy swojego przedsiębiorstwa. Od 

razu zrozumiał, co trzyma w ręku i postanowił, że w ciągu najbliższych dwudziestu czterech 

godzin poleci czyjaś głowa. Najprawdopodobniej jego rzecznika prasowego, choć trudno było 

uwierzyć,   żeby   Calhoun   tak   marnie   się   spisał.   Calhoun,   jak   i   reszta   personelu,   dobrze 

wiedział, że jeśli prezes życzy sobie utrzymać coś w tajemnicy, to ma swoje powody. Za takie 

błędy wylatuje się z pracy.

Możliwe,   oczywiście,   że   za   przeciek   odpowiedzialny   był   ktoś   z   drugiej   strony. 

Townsendowie ze swoją spontaniczną żywiołowością dalecy byli od chłodnego opanowania 

Sutherlandów. Niemniej obie rodziny zgodziły się, aby nowinę o fuzji utrzymać w sekrecie do 

następnego dnia po ślubie.

Co   więcej,   nalegał   na   to   sam   Palmer.   Powiedział,   że   Angie   z   jej   romantyczną, 

artystyczną naturą i brakiem rozeznania w interesach może nie zrozumieć, dlaczego jej ślub 

miałby być łączony z ogłoszeniem spółki.

Nie, Townsendowie nie mieli powodu zdradzać przedwcześnie tej wiadomości. Poza 

tym, fax został wysłany z biura jego zarządu głównego w Tucson. Przeciek wyszedł z jego 

firmy.

- Niech to cholera! - Przebiegł wzrokiem po tekście. - Dla lepszego efektu miało się to 

background image

ukazać dopiero jutro.

-   Myślę,   że   to   już   przyniosło   całkiem   niezły   efekt   -   powiedziała   Angie   z 

nienaturalnym spokojem.

Oczy Owena zwęziły się, kiedy podniósł wzrok znad kartki. Pomyślał, że nigdy dotąd 

nie   słyszał   w   jej   głosie   tej   nuty   goryczy.   Jej   słowa   zawsze   były   podszyte   ciepłem   albo 

śmiechem,   kobiecą   ciekawością   lub   słodyczą,   czasem   namiętnością   -   nigdy   tym   obcym 

chłodem.

Patrzył  na żonę stojącą  przed nim  z rękami  obronnym gestem skrzyżowanymi  na 

piersiach. Wiotka i delikatna, z płomiennymi włosami zebranymi w węzeł na karku, patrzyła 

na niego wzrokiem pełnym zranionej kobiecej dumy. Jej turkusowe, lekko skośne oczy jak 

zawsze   zapierały   mu   dech   w   piersiach.   Angie   wyglądała   jak   najpiękniejszy   z 

zaprojektowanych przez siebie klejnotów: elegancka i kobieca, emanowała jednocześnie siłą i 

spokojem. Jedwabny peniuar spowijał jej lekko zaokrąglone piersi. Owen poczuł, jak ogarnia 

go fala namiętności. Czekał na tę noc przez całe trzy miesiące. Wprawdzie nie tak długo jak 

na   zawiązanie   spółki,   ale   wystarczająco,   aby   zacząć   tracić   kontrolę   nad   swym   słynnym 

opanowaniem.

- Co chcesz przez to powiedzieć? - spytał, starając się zyskać na czasie i wybadać 

reakcję Angie. Nie był pewien, co jej chodzi po głowie. Po raz pierwszy nie potrafił odgadnąć 

jej myśli.

- Zadzwonił telefon. - Ruchem głowy wskazała aparat przy łóżku. - Ktoś powiadomił 

mnie o spółce i poradził, żebym wyjrzała za drzwi.

Owen w pierwszej chwili zesztywniał na te słowa, a potem ogarnęła go zimna furia.

- Ktoś zadzwonił, żeby ci o tym powiedzieć?

- Tak.

- Co mówił?

-  Niewiele,   tylko,   że  zostałam  użyta  jako   pionek  w  jednej  z   twoich  biznesowych 

manipulacji.

Owen   czekał.   Kiedy   Angie   nie   kwapiła   się   z   dalszymi   informacjami,   zapytał 

ostrożnie:

- Czy to wszystko, co miał do powiedzenia?

- Nie.

- Nie sądzisz, że lepiej będzie, jeśli powiesz mi całą resztę?

Wzruszyła ramionami. Srebrzysty jedwab przesunął się na jej piersiach.

- Mówił  niewiele  więcej.  Tylko  tyle,   że  za  parę  lat  Townsendowie  znajdą  się na 

background image

lodzie,   a   ty   będziesz   sam   wszystkim   zarządzał.   Aha,   no   i   jeszcze   wyraził   głębokie 

przekonanie, że kiedy przestanę być użyteczna, czyli zaraz po sprzedaży akcji, rozwiedziesz 

się ze mną.

- Zetrę tego drania na proch, kimkolwiek by był - warknął Owen, mnąc kartkę w 

garści.

- Naprawdę?

-   Możesz   być   pewna.   Nie   pozwolę   nikomu   bezkarnie   robić   ci   takich   przykrości. 

Angie, nie wzięłaś chyba poważnie tych bzdur o wykorzystaniu cię jako pionka w transakcji?

Jej oczy natychmiast rozjaśniły się nadzieją.

- A więc to wszystko kłamstwo? Ten komunikat prasowy jest nieprawdziwy? Och, 

Owen, tak się cieszę! Nawet nie masz pojęcia, jak...

Owen   wziął   głęboki   oddech   i   podszedł   do   barku,   po   czym   nalał   sobie   kieliszek 

koniaku.

- Rzeczywiście zawiązaliśmy spółkę. Twój ojciec i ja podpisaliśmy umowę dziś rano, 

tuż przed ceremonią ślubną.

Nadzieja w jej oczach zgasła.

- Rozumiem.

- Nie, nie rozumiesz. - Odwrócił się do niej z kieliszkiem w ręce. - Przypisujesz temu 

całkiem mylne znaczenie.

- Czyżby?

- Angie, nie mówiliśmy ci o spółce, bo cała sprawa miała być aż do jutra utrzymana w 

ścisłej tajemnicy. Tak to jest w interesach. Nigdy się nimi nie zajmowałaś, więc nie było 

powodu, żeby cię w to wciągać.

-   Chyba   ci   nie   wierzę,   Owen.   Myślę,   że   nie   mówiliście   mi   o   fuzji,   bo   jeszcze 

zaczęłabym się zastanawiać, dlaczego się ze mną żenisz. Powiedz, czy mój ojciec potraktował 

mnie jako część kontraktu? Jako gwarancję, że moja rodzina na tym nie straci? Czy po prostu 

uznał   to   za   odpowiedni   koniec   starej   waśni?   Townsendowie   zawsze   byli   niepoprawnymi 

romantykami. Romeo i Julia z happy endem to coś, co musiało mu się spodobać.

- Interesy nie miały nic wspólnego z naszymi sprawami osobistymi.

- Możesz przysiąc, że to prawda?

- Posłuchaj, Angie, przecież wiesz, że w dzisiejszych czasach tak się tych rzeczy nie 

załatwia. - Owen uśmiechnął się uspokajająco. - To nie jest małżeństwo z rozsądku, czy jak to 

się tam nazywa. Nie jestem masochistą. Przyznaję, że pragnąłem tej spółki, ale nie aż tak 

bardzo, żeby się wiązać z kobietą, na której mi nie zależy.

background image

- Ale nie jesteś uwiązany do mnie do końca życia, prawda? Możesz się mnie pozbyć, 

jak tylko akcje zostaną sprzedane. Ten, kto do mnie zadzwonił, przynajmniej pod jednym 

względem miał rację. Sztuczka z Romeo i Julią to doskonały chwyt reklamowy. Nawet ja 

potrafię to docenić.

- Angie, uspokój się.

Zignorowała go, dramatycznym ruchem ręki podkreślając dalsze słowa.

- Już widzę te tytuły w gazetach: „Ślub kończy wojnę między konkurentami." „Nowa 

firma   «Sutherland   i   Townsend»   rusza   na   podbój   świata".   Ludziom   się   to   niewątpliwie 

spodoba, prawda?

- Angie, posłuchaj - powiedział łagodnie. - Całkiem mylnie wszystko interpretujesz.

- Mylnie? Czy chcesz mi powiedzieć, że data naszego ślubu nie miała nic wspólnego z 

terminem zawiązania spółki? Że był to po prostu czysty przypadek?

Owen zacisnął szczęki. Najchętniej uciąłby tę dyskusję jakimś oczywistym prostym 

argumentem, który uspokoiłby Angie, ale wiedział, że to niemożliwe. Została już wyrządzona 

nieodwracalna szkoda.

- Nie, to nie był przypadek. Ale to nie było także takie makiawelistyczne działanie, jak 

przypuszczasz.

- Jak mogę w to wierzyć? - Angie zmierzyła go płonącym wzrokiem.

Owen czuł, że zwykłe opanowanie zaczyna go opuszczać. Z wysiłkiem przywołał na 

pomoc swój rozsądek, który tak dobrze sprawdzał się w interesach. Nie było powodu, żeby 

nie miał równie dobrze sprawdzić się w małżeństwie.

- Myślałem o tej spółce już od ponad roku - powiedział. - Pół roku temu zwróciłem się 

z tym do twojego ojca. Wykazał zainteresowanie i zaczęliśmy prowadzić rozmowy. A potem 

poznałem ciebie i postanowiłem się z tobą ożenić. Te dwa wydarzenia nie miały ze sobą nic 

wspólnego.

- Och, rzeczywiście?

- Tak. Ale kiedy okazało się, że będzie zarówno spółka, jak i ślub, twoja rodzina i ja 

doszliśmy do wniosku, że najlepiej to połączyć. Nie można było nie wykorzystać tak świetnej 

okazji do reklamy, zwłaszcza, że mieliśmy zaraz wypuścić akcje.

Angie uniosła gniewnie brodę, jej turkusowe oczy rzucały złe błyski.

- Dlaczego nic mi nie powiedzieliście? Owen wypił łyk koniaku.

- Ponieważ obawialiśmy się, że zareagujesz tak jak teraz. Jesteś projektantką, artystką, 

a nie kobietą interesu. Palmer i Harry zgodzili się ze mną, że prawdopodobnie wyciągniesz z 

background image

tego fałszywe  wnioski. Twoja matka  była  zdania, że zrozumiesz, jeśli ci się to wszystko 

wytłumaczy, ale przegłosowaliśmy ją.

-   Nie   wierzę.   Brzmi   to,   jakbyście   zwołali   radę   zarządu   i   głosowali   nad   moją 

przyszłością.

Owen zacisnął zęby.

- Angie, zrobiliśmy to dla twojego własnego...

- Dla mojego własnego dobra. Wiem. Owen, nie cierpię, kiedy ludzie podejmują za 

mnie decyzje dla mojego własnego dobra. A właściwie, kiedy miałam się dowiedzieć o tej 

praktycznej stronie mojego małżeństwa?

Owen westchnął.

- Jutro rano.

- Dlaczego dopiero wtedy? - zdziwiła się. - Co to za różnica?

- Jutro rano będziesz moją żoną w każdym znaczeniu tego słowa - przypomniał jej 

łagodnie.  -  Będziesz   miała  pewność,  że   to,  co  do  ciebie   czuję,  nie  ma  nic   wspólnego   z 

żadnymi interesami.

Jej oczy rozszerzyły się.

- A więc sądziłeś, że twoja fantastyczna technika miłosna tak mnie zbije z nóg, że nie 

będę wiedziała, ile jest dwa dodać dwa, kiedy się dowiem o spółce? Że jutro rano znajdę się 

pod wpływem czegoś w rodzaju seksualnego zniewolenia? Coś podobnego! Może i jestem 

sentymentalna i romantyczna, ale nie jestem głupia. Potrząsnął głową, uśmiechając się lekko.

- Nigdy nie twierdziłem, że jesteś głupia. Mam wiele szacunku dla twojej inteligencji. 

- Zerknął na swoją obrączkę. - I dla twojego talentu. Ale sama przyznasz, że nie masz głowy 

do interesów, Angie.

- Powiedz mi coś - odparowała. - Czy zalecałbyś się do mnie i poprosił o moją rękę, 

gdybyś nie był zainteresowany utworzeniem spółki? Czy ożeniłbyś się ze mną, gdyby to się 

nie wiązało z dobrą okazją do ubicia interesu?

- Angie, pomyśl logicznie - perswadował jej cierpliwie. - Nigdy bym cię nie poznał, 

gdyby nie moja chęć doprowadzenia do fuzji. Townsendowie i Sutherlandowie nie spotykali 

się na gruncie towarzyskim. Wojna między naszymi rodzinami może i była przydatna jako 

chwyt   reklamowy,   ale   nie   została   wymyślona.   Toczyła   się   naprawdę.   Zaczęła   się   przed 

trzydziestu laty i prawdopodobnie nadal by trwała, gdyby mój ojciec nie zginął dwa lata temu 

i nic zostawił mi firmy. Uznałem, że już najwyższy czas zakończyć tę waśń, a twój ojciec 

zgodził się ze mną.

To było całkiem absurdalne - szepnęła. - I ten absurd trwał tyle lat. Zawsze byłam 

background image

ciekawa, jak do tego doszło.

- To miało coś wspólnego z poprzednią próbą fuzji, podjętą trzydzieści lat temu. W 

końcu nic z tego nie wyszło i Sutherlandowie stracili jakieś obiecane kredyty, które potem 

dostała wasza firma. Mój ojciec winił twojego, a twój twierdził, że to przez mojego ojca nie 

doszło do spółki. Po wszystkich tych latach trudno dociec, co było przyczyną.

I jeśli o mnie chodzi, to nie ma znaczenia.

- Jesteś tego pewien? - spytała.

- Absolutnie. Nie obchodzi mnie, co stało się trzydzieści lat temu, Angie. Obchodzi 

mnie   przyszłość   mojego   przedsiębiorstwa,   nie   przeszłość.   I   oddaję   twojemu   ojcu 

sprawiedliwość za chęć zakończenia sporu. Mój ojciec nigdy by się na to nie zgodził. Bóg 

wie, ile razy kłóciliśmy się na ten temat.

Angie odwróciła się do niego tyłem, ukazując Owenowi delikatną linię karku i piękne 

włosy. Jego wzrok przesunął  się chciwie  po jej  zgrabnej  sylwetce.  Zacisnął  palce wokół 

kieliszka, patrząc na srebrzysty jedwab opinający powabnie zaokrąglone pośladki. To jest 

moja noc poślubna, pomyślał.

- Owen, chciałabym cię o coś zapytać. O coś ważnego. Czy nikt z twojej rodziny nie 

przybył na ślub, dlatego że podobnie jak twój ojciec, nadal żywią dawną urazę?

- Zadawnione pretensje z trudem wygasają - przyznał. - Moja rodzina nie przypomina 

twojej. Nie jesteśmy otwarci ani bezpośredni.

- A może myślałeś, że mnie polubią, kiedy mnie poznają? Liczyłeś na to, że mój urok i 

wdzięk osobisty zjednają mi ich sympatię?

- Nic mnie nie obchodzi ich sympatia. Obchodzi mnie tylko, żeby cię traktowali z 

szacunkiem należnym mojej żonie. - A jeśli nie, poprzysiągł w duchu, to odetnie im dochody 

z Hoteli Sutherland. Miał takie prawne możliwości.

- A z drugiej strony, po co mieliby się fatygować, żeby mnie poznawać, skoro po 

sprzedaży akcji mogę już nie być panią Sutherland? - spytała Angie podejrzanie łagodnym 

tonem.

Owen poczuł, że znów zaczyna tracić zimną krew. Wcale mu się to nie podobało. 

Zawsze potrafił panować nad sobą, swoją  firmą i całym  otoczeniem. Nikt nie będzie go 

wodzić za nos. Ojciec nauczył go dominować w każdej sytuacji i to małżeństwo nie będzie 

wyjątkiem. On tu jest panem i władcą. Przede wszystkim jednak musi zachować spokój.

- Posuwasz się za daleko - ostrzegł. - Angie, mówię ci po raz ostatni, że nie ożeniłem 

się z tobą z powodu spółki.

- Więc dlaczego się ze mną ożeniłeś? - spytała, nie odwracając się.

background image

- Bo pragnąłem mieć cię za żonę.

- Owen, czy ty mnie kochasz? Naprawdę kochasz? - zapytała cicho, nadal na niego nie 

patrząc. - Nigdy mi tego nie powiedziałeś. Wierzyłam, że tak jest, mówiłam sobie, że pewno z 

trudem przychodzi ci wyrażać uczucia, ale może tylko tak to sobie tłumaczyłam, bo sama 

byłam bardzo zakochana.

Brzęk kieliszka odstawionego z furią na szklany blat barku zabrzmiał w ciszy jak 

strzał z pistoletu. Owen przeszedł przez  pokój, chwycił  Angie za ramiona i odwrócił do 

siebie. Zobaczył, jak jej piękne oczy rozszerzają się ze zdumienia i strachu.

- Nie musiałaś szukać żadnych tłumaczeń - wybuchnął. - Ożeniłem się z tobą. Jesteś 

jedyną kobietą, jaką kiedykolwiek prosiłem o rękę. Od pierwszej chwili, kiedy cię ujrzałem, 

wiedziałem, że będziesz wymarzoną żoną dla mnie. Jesteśmy teraz razem i wszystko będzie 

dobrze. Daję ci na to słowo honoru.

- Gdybym tylko mogła być pewna...

Spojrzał   głęboko   w   jej   niespokojne   oczy   i   z   chrapliwym,   gniewnym   pomrukiem 

pochwycił ją w ramiona. Nie pozwalając dokończyć zdania, przycisnął wargi do jej drżących 

ust. Całkiem świadomie postanowił wykorzystać własne pożądanie, żeby rozbudzić Angie. 

Był pewien, że mu się to uda. W ciągu ostatnich paru tygodni była mu tak cudownie oddana - 

czuła i gorąca, gotowa do uległości. Sprawiało mu niekłamaną satysfakcję, że tak mocno na 

nią działa, ale używał swojego seksualnego magnetyzmu z umiarem i ostrożnie, nie chcąc jej 

spłoszyć ani wykorzystać. Teraz jednak był już na granicy wytrzymałości.

W końcu była jego żoną. Miał prawo ją uwieść i wziąć do łóżka. Kiedy zostaną już 

kochankami, wszystko będzie dobrze, był tego pewien. - Owen... Owen, proszę...

Usłyszał nutę pożądania w tym błagalnym szepcie i poczuł, że Angie zaczyna się do 

niego przytulać. Jej piersi przylgnęły do jego torsu. Jej ramiona oplotły mu szyję, a usta się 

rozchyliły. Wsunął język głębiej, a ręką delikatnym, pieszczotliwym ruchem zaczął gładzić 

jej plecy. Westchnęła cicho i zamknęła oczy. Przywarła do niego udami, rozpalając go do 

białości.

Ogarnęła go gwałtowna fala pożądania. Marzył tylko, aby zanieść Angie na łóżko, 

zedrzeć z niej jedwabny peniuar i kochać się z nią do utraty tchu. Wciągnął zapach perfum 

zmieszany z zapachem jej pobudzonego ciała i wiedział, że i ona go pragnie, że jest gorąca i 

chętna...

Nie mógł dłużej czekać. Porwał Angie w ramiona i ruszył w stronę wielkiego białego 

łoża   pod   baldachimem.   Owładnęło   nim   jedno   przemożne   pragnienie:   żeby   uczynić   ją 

wreszcie   swoją   żoną   pod   każdym   względem.   To   była   jego   noc   poślubna,   a   on   płonął 

background image

pożądaniem.

Rano   Angie   zrozumie,   że   nie   pragnął   jej   wcale   ze   względu   na   spółkę   z   ojcem. 

Przekonają o tym w ich łożu małżeńskim.

- Owen...

- Ciii, kochanie. Porozmawiamy jutro. Zaufaj mi, Angie. Wszystko będzie dobrze. 

Wszystko się miedzy nami ułoży, zobaczysz.

Położył ją na łóżku i pochylił się, żeby zsunąć cienkie ramiączka peniuaru. Angie nie 

poruszyła  się, kiedy błyszczący jedwab rozchylił  się, odsłaniając piersi, Owen wstrzymał 

oddech na widok różowych sutek. Wziął delikatnie jedną z nich w palce i lekko potarł. Angie 

wydała głębokie westchnienie, a dreszcz, który przebiegł jej ciało, przeszedł na niego niczym 

iskra elektryczna.

Owen uśmiechnął się i wyprostował. Patrzył na nią, szarpiąc guziki koszuli. Angie 

leżała z szeroko otwartymi oczami, w których odbijało się zwątpienie i niepewność. Równie 

mocno pragnął pocieszyć ją i ukoić, jak posiąść i zdobyć jako kochanek.

Za kilka minut będzie należeć do niego.

Pukanie do drzwi postawiło go na równe nogi.

- Niech to diabli!

- Przyniosłem kolację, proszę pana.

Owen zmrużył oczy z grymasem wściekłości, lecz zaraz się opanował.

- Rzeczywiście. - Uśmiechnął się do Angie. - Kiedy ją zamawiałem, myślałem, że 

może zechcemy coś zjeść. Jak widać, był to głupi pomysł. Nie przejmuj się, kochanie. Ja się 

tym zajmę.

Podszedł do drzwi i otworzył je jednym szarpnięciem, wbijając gniewny wzrok w 

kelnera. Młody człowiek uśmiechnął się nerwowo.

- Przepraszam, pan zamawiał kolację, p... panie Sutherland? - wyjąkał.

- Tak. Niech pan to zostawi. Nie będziemy pana potrzebować. Sami się obsłużymy. - 

Owen uzbroił  się w cierpliwość, wiedząc,  że zawsze tak paraliżująco  działa na personel, 

ilekroć zatrzymuje się w jednym ze swoich hoteli. A teraz musiał wyglądać jeszcze groźniej 

niż zwykle.

-   Tak,   oczywiście,   proszę   pana.   I...   chciałem   jeszcze...   szef   kuchni   prosił,   żeby 

przekazać jego gratulacje, proszę pana. - Kelner wycofał się, oblany krwistym rumieńcem na 

widok rozpiętej koszuli Owena. - Przepraszam najmocniej... Proszę dać nam znać, gdyby pan 

jeszcze czegoś potrzebował.

- Naturalnie - skwitował Owen sucho. Wciągnął wózek z kolacją do pokoju i zamknął 

background image

drzwi.

Odwrócił się do Angie, która siedziała na brzegu łóżka, poprawiając peniuar. Nie 

patrzyła na niego.

- Może zjemy później? - zasugerował. - Kolacja poczeka.

- Nie! - Skoczyła na równe nogi. - Jestem... jestem bardzo głodna. Prawie nic nie 

wzięłam do ust na przyjęciu i nie mogłam przełknąć śniadania. Właściwie nic nie jadłam 

przez cały dzień.

Angie...

-   Pomogę   ci.   -   Podbiegła   do   wózka   i   zaczęła   zdejmować   srebrne   pokrywy   z 

półmisków.   Powietrze   wypełnił   smakowity   aromat   karczochów   w   złocistym   sosie   holen-

derskim i soczystego łososia z rusztu. - Czyż to nie wygląda apetycznie?

Owen zmełł przekleństwo w ustach, świadom, że okazja została zmarnowana. Angie z 

kobiety gotowej już ulec przeistoczyła  się w kłębek nerwów. Zacisnął wargi i posłusznie 

zaczął rozkładać naczynia.

- Może masz ochotę zjeść na tarasie? - zapytał uprzejmie.

-   Cudowny   pomysł!   -   Wyniosła   półmisek   z   rybą   i   postawiła   na   szklanym   blacie 

białego stolika z kutego żelaza.

Owen   wyszedł   wolno   za   nią,   wciągając   głęboko   w   płuca   nocne   powietrze,   żeby 

ochłodzić wzburzoną krew.

- Mgła nadciąga - zauważył niedbale.

- To prawda. Trochę się ochłodziło.

- Możemy zjeść w środku, jeśli wolisz.

- Nie, nie - zaprotestowała szybko. - Jeszcze przez jakiś czas nie będzie zimno. A jest 

coś bardzo przyjemnego w widoku mgły unoszącej się nad oceanem, nie uważasz?

- Jeśli się lubi mgłę.

- Ja lubię.

Usiadła  na brzeżku krzesła i bez reszty zajęła się nakładaniem potraw na talerze. 

Owen obserwował ją z pobłażliwym rozbawieniem.

- Dlaczego nagle tak się zdenerwowałaś, Angie? Całowaliśmy się już nieraz. Miałem 

wrażenie, że ci się to podoba, A dziś jest w końcu nasza noc poślubna.

- Proszę cię, Owen. Czy możemy mówić o czymś innym?

- O czymś innym niż nasza noc poślubna?

- Tak, do diaska!

Przymrużył tylko leniwie powieki, nie reagując na ten wybuch złości, i sięgnął po 

background image

chrupiącą bułeczkę.

- Jak sobie życzysz, kochanie.

Im   bardziej   nerwowa   stawała   się   Angie,   tym   bardziej   spokojny   robił   się   Owen, 

mówiąc sobie, że wszystko będzie dobrze. Była takim popędliwym, gorącym stworzeniem i to 

nie dawało jej dużych szans w rozgrywce z kimś chłodnym i opanowanym. Dopóki będzie 

zdenerwowana, on pozostanie panem sytuacji. Zgubił się tylko wtedy, gdy zaskoczyła  go 

nagle tym swoim dziwnym, powściągliwym zachowaniem.

Przez parę minut jedli w milczeniu. Owen nie próbował rozładować sytuacji. Niech 

trochę skruszeje, pomyślał. Wówczas podda mu się bez reszty i będzie koniec problemu. 

Takie nerwowe, delikatne istoty jak Angie są często same swoimi najgorszymi wrogami.

Odkroił właśnie kawałek brie z tacy z serami, kiedy Angie nagle odłożyła nóż, splotła 

ręce na kolanach i wyprostowała się w krześle.

-   Posłuchaj,   Owen.   Podczas   kolacji   wiele   rzeczy   sobie   przemyślałam   i   podjęłam 

pewne decyzje.

- To ciekawe.

-   Byłabym   ci   wdzięczna,   gdybyś   powstrzymał   się   od   sarkastycznych   uwag.   To 

poważna sprawa.

- To, że będziemy się po raz pierwszy kochać? Masz rację, to poważna sprawa, ale 

myślę, że sobie jakoś poradzimy.

- Owen, proszę cię. To nie jest farsa.

- Wiem, kochanie. Czy nie sądzisz jednak, że zaczyna to już trochę na farsę zakrawać?

Wstała   nagle,   a   srebrzysty,   lejący   się   materiał   otulił   kusząco   jej   smukłą   figurę. 

Podeszła do bariery tarasu i wbiła wzrok w osnuty mgłą ocean.

- Doszłam do wniosku, że nie mogę dzisiaj podjąć racjonalnej, rozsądnej decyzji co do 

przyszłości naszego małżeństwa.

- Nie musisz podejmować żadnych decyzji - powiedział Owen spokojnie, odkładając 

nóż. - Decyzja już zapadła, kiedy w obecności trzystu świadków włożyłem ci obrączkę na 

palec.

Potrząsnęła gwałtownie głową, nie odwracając się. Zacisnęła ręce na barierce.

- Nie wiem, co robić. Nie rozumiesz? Jestem zdezorientowana i pełna obaw. Muszę 

mieć trochę czasu, żeby to wszystko przemyśleć.

- Ach, tak. - Owen zaczął wreszcie rozumieć, do czego ta nieskładna rozmowa ma 

prowadzić. Odrzucił serwetkę z monogramem i zerwał się z krzesła. Przeszedł przez taras i 

stanął tuż za Angie, nie dotykając jej.

background image

- A jak sądzisz, kiedy będziesz gotowa uznać, że jesteś jednak moją żoną?

- Po sprzedaży akcji - powiedziała cichutko drżącym, ale zdeterminowanym głosem.

Owen zobaczył czerwone plamy przed oczami. Przez ułamek sekundy zdawało się, że 

wybuchnie. Dopiero po dobrej chwili zdołał się jakoś opanować, ale nawet wtedy nie śmiał 

jej dotknąć. Zmusił się, żeby mówić wolno i spokojnie, mając nikłą nadzieję, że może się 

przesłyszał.

- Co właściwie chcesz przez to powiedzieć, Angie?

-   Że...   że   nie   chcę   konsumpcji   naszego   małżeństwa,   dopóki   spółka   "Sutherland   i 

Townsend" oficjalnie nie wejdzie na rynek.

Owen nie wierzył własnym uszom.

- Akcje pojawią się na giełdzie dopiero pierwszego dnia następnego miesiąca. To 

znaczy za trzy tygodnie.

- Wiem.

Wyciągnął rękę i chwycił ją za ramię. Bardzo ostrożnie, świadom swojej tłumionej 

pasji i palącej namiętności, odwrócił ją twarzą do siebie.

- Chcesz powiedzieć, że nie pójdziesz ze mną do łóżka, dopóki się nie przekonasz, czy 

ten ktoś, kto dzwonił, nie mówił prawdy?

Przytaknęła bez słowa.

- Jak sądzisz, co muszę w tej chwili czuć, Angie? Jej piękne oczy wypełniły się łzami.

- Przepraszam. Ale boję się, Owen. Dałam się namówić na szybki ślub i teraz zadaję 

sobie   pytanie,   czy   nie   popełniłam   strasznego   błędu.   Wiesz,   co   się   mówi   o   pośpiesznie 

zawieranych małżeństwach.

- Nie popełniłaś błędu.

- Nie rozumiesz? Moja rodzina i ty nie powinniście byli ukrywać przede mną niczego. 

Po tym telefonie i komunikacie prasowym poczułam się, jakbym dostała obuchem w głowę. 

Uświadomiłam sobie, jak bardzo naiwnie patrzyłam na nasz związek.

- Kochanie, to nieprawda.

- To prawda. Musisz przyznać, Owen, że nawet nie znam cię zbyt dobrze. Nie znam 

twojej rodziny, nie mówiąc już o twoich prawdziwych uczuciach wobec mnie. Potrzebuję 

trochę czasu.

-   Dokładnie   trzy   tygodnie,   tak?   Chcesz   zobaczyć,   czy   wystąpię   o   rozwód   po 

rozprowadzeniu akcji. Chcesz się przekonać, czy nie ukartowałem tego małżeństwa z powo-

dów merkantylnych.

- Po części to też - przyznała załamującym się głosem. - Ale przede wszystkim chcę 

background image

się upewnić, że wiem, co robię.

- Angie, nie zapominaj, że twoi rodzice pochwalali nasz związek. Twój ojciec i brat 

nie mieli nic przeciwko połączeniu daty ślubu i podpisania spółki. Sama wiesz, że twoja 

rodzina nigdy nie przystałaby na to małżeństwo, gdyby nie pewność, że będziesz szczęśliwa.

- Wiem, Ale nie wiem, na ile potrafiłeś być przekonujący, że ci naprawdę na mnie 

zależy. Nie rozumiesz? - Podniosła głos z nutą rozpaczy. - To cały problem. Po prostu zbyt 

wielu rzeczy o tobie nie wiem.

- Jak na przykład czego? - zapytał gniewnie.

- Chcę poznać twoją rodzinę i dowiedzieć się, dlaczego nikt z nich nie pofatygował się 

na ślub. Chcę przemyśleć fakt, że ukryliście przede mną powstanie spółki. Mam mętlik w 

głowie i chcę mieć szansę uporządkować to jakoś i zdecydować, co z naszym związkiem.

- I sądzisz, że nie będziesz w stanie jasno myśleć, jeśli zgodzisz się ze mną spać, tak? - 

Nadal ściskał ją mocno za ramię. - Tak?

- Tak.

- Do wszystkich diabłów, Angie, nie wiesz, co robisz.

- Właśnie. I dlatego chcę to przemyśleć. Owen potrząsnął ponuro głową.

-   Nie   to   miałem   na   myśli.   -   Przyciągnął   ją   delikatnie   do   siebie.   Stała   sztywno   i 

nieruchomo,   ale   czuł,   że   drży.   Zastanawiał   się,   jakby   zareagowała,   gdyby   ją   pocałował. 

Zawsze  była   taka   uległa  w  jego  ramionach...  -  Moja   rodzina   nie  będzie  dla   mnie   żadną 

rekomendacją, skarbie. Sam widuję się z nimi jak mogę najrzadziej.

- Owen, to brzmi okropnie - powiedziała z nosem w jego koszuli.

- Wiem. Sądzisz tak, bo wy, Townsendowie, jesteście bardzo rodzinni. Ale to nie 

znaczy, że wszyscy są do was podobni.

- Ale czy nie rozumiesz? Prędzej czy później będę musiała mieć z nimi do czynienia. 

Chcę wiedzieć, co mnie czeka.

- Angie, zaufaj mi, jeśli chodzi, o te sprawy. Zostaw mi zajmowanie się rodziną i 

interesami, a sama bądź tylko moją żoną i wszystko świetnie się ułoży.

-   Zapominasz   o   czymś,   Owen   -   powiedziała   spokojnie.   -   Ten   dzisiejszy   telefon 

stanowi oczywisty dowód, że nie da się oddzielić naszego związku od interesów.

Zdobyła   punkt   i   zdawał   sobie   z   tego   sprawę.   Utrzymywał   wybór   miejsca   na   ich 

miesiąc miodowy w absolutnej tajemnicy, podobnie jak fakt podpisania spółki. Jednakże ktoś 

odkrył oba te sekrety i wykorzystał do wbicia klina między niego a Angie.

-   Mocno   też   wątpię,   żebyśmy   mogli   zignorować   zupełnie   twoją   rodzinę   - 

kontynuowała Angie. - Choćbyśmy nie wiem jak chcieli.

background image

- W każdym razie możemy się postarać - mruknął. Poruszyła się niespokojnie, jakby 

chcąc wyzwolić ramię z jego uścisku, i podniosła głowę. Jej oczy były nieugięte w bladym 

świetle przenikającym z pokoju.

- Jest jeszcze coś, co musimy rozstrzygnąć, Owen. Coś, czego nie chciałam zbytnio 

dociekać aż do dzisiejszego wieczoru.

- Do jasnej cholery! To się staje już nieco nużące, nie uważasz? Co jeszcze musisz 

przemyśleć oprócz kwestii dotyczących mojej rodziny, moich interesów i moich prawdziwych 

intencji?

Wzięła głęboki oddech i spojrzała mu prosto w oczy z wyrazem niespotykanej dotąd 

powagi.

- Muszę wiedzieć, czy mnie naprawdę kochasz. To właściwie jedyna istotna kwestia. 

Wszystkie inne są pochodną tego zasadniczego pytania, na które nie znam odpowiedzi.

Zesztywniał.

- Angie, powiedziałem ci przecież, że jesteś wymarzoną żoną dla mnie.

- Tak, ale czy mnie kochasz? Może czas się o tym przekonać. A także o tym, czy 

potrafisz to przyznać  przede mną i przed sobą samym.  Muszę się dowiedzieć, czy twoje 

uczucia do mnie nie wynikają jedynie z fizycznego pociągu i mojej użyteczności w zawarciu 

interesu.

- Zmiłuj się, Angie... Wyprostowała się.

-   Postanowiłam,   że   odłożymy   naszą   noc   poślubną   do   czasu,   aż   będziemy   mieć 

pewność, na czym oparty jest nasz związek i jak długo potrwa.

Owen zacisnął zęby.

-   Rozumiem   Więc   może   jeszcze   tylko   się   dowiem,   gdzie   zamierza   pani   spędzić 

dzisiejszą noc, pani Sutherland?

Zamrugała nerwowo i zerknęła do środka.

- No cóż, jesteśmy w hotelu. Powinno tu być mnóstwo pokoi.

Najwyższą siłą woli Owen zdołał zdusić wybuch gniewu. Ale przybliżył twarz tak 

blisko do Angie, żeby bez trudu dostrzegła, jak bardzo jest wściekły.

- Chyba nie sądzisz, że pozwolę swojej żonie iść w naszą noc poślubną do recepcji 

mojego hotelu i prosić o osobny pokój.

Angie przygryzła wargi.

- Wierz mi, nie chciałabym cię upokorzyć.

- Bardzo mądra decyzja.

background image

- Rozumiem, że byłoby to trochę krępujące, gdyby wyszło na jaw, że nie spędziliśmy 

nocy razem.

- Krępujące? Byłbym pośmiewiskiem całego hotelu, nie mówiąc już o całej branży 

hotelowej.

- Tak, musimy dbać o pozory, prawda? - sarknęła. - Ostatecznie,  w grę wchodzą 

interesy. Wszyscy wiedzą, że w spółkę akcyjną "Sutherland i Townsend" zaangażowane są 

setki tysięcy, a może i milionów dolarów. Jeśli nie masz nic przeciwko temu, prześpię się na 

kanapie.

-   Będziesz   spać   na   łóżku   -   powiedział   Owen   przez   zaciśnięte   zęby.   -   I   ja   też. 

Położymy między sobą miecz lub coś równie odpowiedniego. Czy to pani odpowiada, pani 

Sutherland?

Angie obrzuciła go bacznym spojrzeniem, najwyraźniej zdając sobie sprawę, że jest 

bliska przeciągnięcia struny.

- Tak, dziękuję - odpowiedziała bardzo uprzejmie.

W końcu zamiast miecza  użyli  dwóch dużych  zapasowych  poduszek, które Angie 

znalazła w szafie. Ale kiedy leżała w ogromnym łóżku, nie mogąc zasnąć i licząc minuty do 

świtu, pomyślała, że mogłyby równie dobrze być zrobione ze stali, tak ostrą i nieprzebytą 

barierę tworzyły między nią a jej mężem.

Czuła się nieszczęśliwa. Winna, zraniona, zła, niepewna i po prostu nieszczęśliwa. A 

najgorsze, że Owen natychmiast zasnął, ledwo jego głowa dotknęła poduszki.

Postępuję   słusznie,   powtarzała   sobie   raz   po   raz,   podczas   gdy   godziny   mijały   z 

irytującą powolnością. Postępuję słusznie.

Zrozumiała, że mimo wszystko musiała się w pewnym momencie zdrzemnąć, bo tuż 

przed   świtem   zerwała   się   nagle,   wyrwana   ze   snu.   Ujrzała   przed   sobą   bezmierny   obszar 

szarego, leniwego morza. Przez kilka sekund nie mogła się zorientować, gdzie jest i dlaczego 

ma nad głową ogromny, biały baldachim.

- Obudziłaś się? - zapytał Owen z drugiej strony łóżka.

Skurczyła się na dźwięk jego lodowatego głosu. No cóż, powiedziała sobie, czego się 

możesz spodziewać od nowo poślubionego męża po takiej nocy poślubnej, jaką mamy za 

sobą?

- Tak - odpowiedziała.

- To dobrze. Poczyniłem pewne ustalenia.

- Ach tak...

background image

- Czy może miałaś jakieś własne plany? - wycedził.

- Nie. Właściwie nie. To znaczy, nie myślałam o tym, co będziemy dalej robić. Wiem, 

że mieliśmy tu spędzić dwa tygodnie.

, - Byłoby to trochę niezręczne w tych warunkach, nie uważasz?

- No, nie wiem. To wspaniały hotel i skoro już tu jesteśmy, moglibyśmy spędzić miło 

czas poznając się trochę lepiej.

-   Angje,   nie   mam   zamiaru   marnować   dwóch   tygodni   na   udawaniu   zakochanego 

żonkosia przed paroma setkami ludzi, którzy tu dla mnie pracują i będą obserwować nas, 

ilekroć wyjdziemy z pokoju - oznajmił stanowczo.

- Rozumiem, że to może być trudne - odparowała. - Udawanie zakochanego żonkosia. 

Zwłaszcza, jeśli się nim nie jest. To znaczy, nie jest się zakochanym.

- Popatrz na to z innego punktu widzenia - mruknął. Angie odwróciła się do niego, 

wsparta   na   łokciu.   Jego   widok,   gdy   leżał   tak   na   śnieżnobiałej   pościeli   wielki,   ciemny   i 

niebezpieczny, zapierał oddech w piersiach.

Zeszłego wieczoru Owen rozebrał się w mrokach nocy, a ona odwróciła wzrok, żeby 

na niego nie patrzeć, kiedy wsuwał się obok do łóżka. Teraz zobaczyła, że od góry nie ma nic 

na sobie.

- Angie, czy ty mnie słuchasz?

Zdała sobie sprawę, że wpatruje się bezwstydnie w jego potężny tors, myśląc, jak 

przyjemnie by było zanurzyć palce w porastającą go gęstwinę ciemnych kręconych włosów. 

Podniosła szybko wzrok, oblewając się rumieńcem.

- Tak, oczywiście.

Spojrzał na nią uważnie, mrużąc szare oczy pod ciemnymi rzęsami. Podłożył sobie 

ręce pod głowę i wyglądał, jakby czuł się całkiem swobodnie leżąc w łóżku z kobietą, która 

nie była do końca jego żoną.

- No więc posłuchaj, co postanowiłem. Zabieram cię do Jade Lake. Zostaniemy tam aż 

do czasu sprzedaży akcji.

- Do Jade Lake? To tam, gdzie mieszka twoja macocha, wuj i ciotka?

-   Tak,   Jedna   wielka   kochająca   się   rodzina.   Jeśli   będziemy   mieli   szczęście,   może 

wpadnie tam też moja siostra z mężem.

- Jeśli tak bardzo nie lubisz swojej rodziny, to dlaczego mamy spędzić z nimi trzy 

tygodnie?

- O ile pamiętam, powiedziałaś, że chcesz ich poznać. Poza tym, mam tam w domu 

własne biuro. Nieczęsto z mego korzystam, bo rzadko tam jeżdżę, ale przynajmniej będę 

background image

mógł   trochę   popracować   przez   te   parę   tygodni   i   cały   ten   czas   nie   zostanie   kompletnie 

zmarnowany.

Angie usiadła gwałtownie, podciągając nerwowo ramiączko peniuaru. Spostrzegła, że 

wzrok Owena spoczął na jej piersiach, i wiedząc, że sutki muszą prześwitywać przez cienki 

jedwab, przygarbiła się, żeby to ukryć.

-  Poczekaj   no  -   powiedziała.   -   Chyba   nie   masz   zamiaru  wpakować   mnie   na   trzy 

tygodnie do obcego domu, a sam zagrzebać się w pracy?

- To najlogiczniejsze wyjście z sytuacji. Będziesz miała okazję poznać moją rodzinę i 

czas, którego się domagasz na podjęcie decyzji. Da nam to także możność zejścia ludziom z 

oczu, dopóki akcje nie wpłyną na giełdę.

- Nie jestem pewna, czy mi się to podoba. Podejrzewam, że postanowiłeś usunąć mnie 

w cień, z obawy że mogę narazić na szwank twoje interesy. Ludzie zaczną kwestionować 

trwałość   spółki   i   stracą   zainteresowanie   akcjami,   jeśli   rozejdą   się   pogłoski,   że   nasze 

małżeństwo się nie układa, tak?

Wzruszył ramionami.

- Istnieje taka możliwość.

- No właśnie. A jeśli będą kwestionować spółkę, zakwestionują też wartość akcji. I 

gdy zakwestionują wartość akcji, ty i tata nie dostaniecie za nie odpowiednio dobrej ceny. A 

jeśli akcje nie sprzedadzą się wysoko, nie zdobędziecie kapitału potrzebnego na rozwój.

- Nic dodać, nic ująć - skwitował Owen krótko.

- Jak widzisz, nie jestem tak naiwna w tych sprawach, jak się wszystkim wydaje - 

oznajmiła Angie z nutą dumy w głosie.

Owen z ironią skinął głową, ale jego oczy pozostały zimne.

- A co najważniejsze, nie życzę sobie, żebyś przez następne trzy tygodnie biegała po 

świecie dając na prawo i lewo wywiady.

- Nie zamierzam udzielać żadnych wywiadów - powiedziała Angie z wściekłością.

- Dziennikarze i konkurenci branżowi mają swoje sposoby, żeby wyciągnąć z takich 

niewiniątek   jak   ty,   co   tylko   zechcą.   Gdybyś   była   jaśniejącą   szczęściem   oblubienicą, 

przekonaną, że poślubiła księcia z bajki, to co innego. Stanowiłabyś żywy dowód na to, że 

miłość wszystko zwycięża. Ale w twoim obecnym nastroju nie mam zamiaru ryzykować. 

Wolę   trzymać   cię   pod   kluczem,   dopóki   cała   transakcja   nie   zostanie   przeprowadzona   do 

końca.

- Trzymać mnie pod kluczem!

- Figura retoryczna. Powiedzmy, że chcę, abyśmy te trzy tygodnie spędzili sami w 

background image

spokoju i odosobnieniu. Mój dom rodzinny leży na wyspie na środku jeziora. Można się tam 

dostać tylko łódką i wyjść na brzeg tylko za zaproszeniem. A możesz mi wierzyć, że nie 

będziemy nikogo zapraszać.

- Doprawdy, trzeba nie lada bezczelności, żeby w ten sposób do mnie przemawiać. 

Jeśli   choć   przez   chwilę   myślisz,   że   dam   się   zamknąć   na   jakimś   odludziu,   dopóki   nie 

rozprowadzisz swoich akcji, to chyba postradałeś zmysły!

- Angie...

- W każdym razie w jednym na pewno masz rację: nie jesteś księciem z bajki.

Owen rzucił się ku niej z szybkością błyskawicy, chwycił ją za nadgarstek, odsunął 

poduszki i przyciągnął do siebie. Oczy płonęły mu gniewem.

- Jesteś mi to winna, Angie, za to wszystko, co przez ciebie znoszę. Zaczynam chyba 

rozumieć,  jak doszło  do waśni między naszymi  rodzinami. Najwidoczniej  Townsendowie 

mają   niemiły   zwyczaj   niewywiązywania   się   z   danych   obietnic.   Ja,   jak   dotąd,   zostałem 

pozbawiony żony, nocy poślubnej i miesiąca miodowego.

- Chwileczkę, Owen...

- Niech mnie diabli, jeśli pozwolę na dokładkę zepsuć sobie jeszcze interes giełdowy. 

Jeżeli nawet nie masz ochoty zrobić tego dla mnie, pomysł o własnej rodzinie. Ma tyle samo 

do stracenia co ja. Pojedziesz na wyspę Jade Lake i zostaniesz tam przez cale trzy tygodnie. 

Zrozumiano?

- Dobry Boże, nie brak ci tupetu, co?

- Po prostu próbuję zażegnać nadchodzące niebezpieczeństwo. To się nazywa obrona 

przeciwawaryjna.   Jesteś   chodzącą   bombą   zegarową   zarówno   dla   Sutherlandów,   jak   i   dla 

Townsendów. A ponieważ, przynajmniej wedle litery prawa, jesteś teraz moją żoną, muszę 

wziąć odpowiedzialność za ciebie na swoje barki.

- Dziękuję bardzo. - Jej oczy błyszczały łzami bezsilnej wściekłości. - Jeśli już mam 

być trzymana w ukryciu, dlaczego nie odwieziesz mnie raczej do mojej rodziny? Na pewno 

czułabym się tam szczęśliwsza, a oni też by dopilnowali, żebym nie rozmawiała z nikim 

niewłaściwym.  Rzucił jej  drwiące  spojrzenie.  - Gdzie  twoje  poczucie dumy,  Angie?  Czy 

sytuacja, że małżonek zaraz po nocy poślubnej odwozi cię z powrotem do domu, nie wydaje 

ci się trochę krępująca?

Trafił   w   sedno.   Wyobraziła   sobie,   jak   próbuje   wytłumaczyć   wszystko 

rozgorączkowanym, podekscytowanym  członkom swojej rodziny. Trudno przewidzieć, jak 

zareagują, ale jedno było pewne: będzie to reakcja głośna i wybuchowa.

Owen   miał   rację   -   ostatnia   rzecz,   o   jakiej   marzyła,   to   wywoływanie   teraz 

background image

dramatycznych   scen.   Miała   poważne   wątpliwości,   czy   ojciec   i   brat   uwierzyliby   w   jej 

wyjaśnienia,   a   matka   zalałaby   się   łzami.   Po   prostu   nie   zrozumieliby,   że   tym   razem   ich 

nadopiekuńczość przyniosła zgubny efekt. Zdała sobie sprawę, że musi przemyśleć nie tylko 

SWÓJ

 stosunek do Owena, ale i swoje stosunki rodzinne.

Zebrała się na odwagę, buńczucznie odrzuciła włosy do tyłu i oznajmiła:

- Zastanowię się nad twoją propozycją wyjazdu do Jade Lake.

- Doskonale. Zastanów się. Będziesz mieć na to masę czasu w drodze. - Owen usiadł. - 

Zacznij się pakować. Wyjeżdżamy za godzinę.

Dużo później w ciągu tego wieczora zaczęła żałować, że nie pomyślała  o trzeciej 

możliwości spędzenia następnych tygodni. Powinna była uciec. Schować się w hotelowym 

pojemniku na brudną bieliznę. Albo pójść na daleki spacer po plaży i nie wrócić. Trudniej 

byłoby pozostać w ukryciu.

Zdążyła już poznać Owena na tyle dobrze, że wiedziała, iż odnalazłby ją i przywlókł z 

powrotem. Wszystko po to, aby nie narazić na szwank swojej męskiej dumy ani dobra spółki, 

pomyślała z irytacją.

Rodzinny dom Sutherlandów przycupnął niczym ciemne, drapieżne zwierzę nad małą 

zatoczką u wschodniego krańca gęsto zalesionej niewielkiej wysepki. Jade Lake było nazwą 

dużego, głębokiego jeziora położonego w górach. Woda w nim miała niecodzienny odcień 

nefrytu, a jej zieleń ciemniała z zachodem słońca, otaczając fortecę Sutherlandów nieprzebytą 

fosą.

Forteca   to   jedyne   słowo,   które   pasowało   do   tego   posępnego,   wielkiego,   starego 

gmaszyska. Okna zdawały się nie przepuszczać światła, całe wnętrze od solidnych boazerii na 

ścianach, poprzez wschodnie dywany, do ciężkich mebli było ciemne i ponure. Na widok 

obrzydliwego, ciemnozielonego koloru ścian w holu Angie zatęskniła za wiaderkiem białej 

farby i pędzlem.

W chwili gdy tuż przed zmierzchem przekroczyła niechętnie próg frontowych drzwi, 

wiedziała już, że następne trzy tygodnie jej życia nie będą należeć do przyjemnych.

Z   drugiej   strony,  siadając   do   kolacji   pocieszyła   się,   że   i   Owen   nie   będzie   się   tu 

szampańsko bawił. Z całą pewnością perspektywa wieczoru na łonie rodziny zachwycała go 

nie bardziej niż ją.

Grzebiąc teraz widelcem w sałacie, odważyła się ogarnąć spojrzeniem biesiadników 

siedzących przy długim dębowym stole. Członkowie rodziny Owena sprawiali wrażenie ludzi 

zamkniętych   w   sobie   i   oschłych,   diametralnie   różnych   od   jej   wesołych,   spontanicznych, 

rudowłosych krewnych.

background image

- Muszę powiedzieć, że sprawiłeś nam prawdziwą niespodziankę,  zjawiając  się tu 

nagle dziś wieczorem, Owen.

Oczywiście, bardzo nam miło poznać twoją młodą żonę.

- Celia Sutherland obdarzyła Angie chłodnym uśmiechem.

Macocha   Owena,   ubrana   w   wytworną   czarną   suknię,   królowała   na   drugim   końcu 

stołu.   Była   przystojną,   nieco   wyniosłą   kobietą   po   pięćdziesiątce.   Miała   szlachetne   ary-

stokratyczne  rysy,  a odcień jej włosów  misternie  przeplecionych  siwizną i uczesanych  w 

modny kok zdradzał rękę doskonałego fryzjera.

- Dziękuję, Celio. - Owen rzucił macosze krótkie spojrzenie. - Wiedziałem, że chętnie 

ją poznacie.

- Muszę jednak przyznać - kontynuowała Celia zimno - że jesteśmy ciekawi, co cię tu 

sprowadza.

- To prawda - przytaknęła  Helen Fulton  ze swego  miejsca pośrodku  stołu. - Czy 

należy przyjąć, że ma to coś wspólnego z nową spółką?

Ciotka Owena była mniej więcej w tym samym wieku co Celia, lecz pozwoliła już 

swym  włosom   przybrać   elegancki   Śnieżnobiały   kolor.   Jasnoszare   oczy   i   wystające   kości 

policzkowe świadczyły niezbicie o jej przynależności do rodziny Sutherlandów. W szarej 

sukni   i   perłach   na   szyi   mogłaby   przypominać   łagodną   gołąbeczkę,   gdyby   nie   lodowate 

spojrzenie właściwe bardziej drapieżnym ptakom. Ten wyraz twarzy czynił z niej, w ocenie 

Angie, typową przedstawicielkę swojego rodu.

- Możecie przyjąć, co się wam podoba - powiedział Owen. - Bądźcie tylko uprzejmi 

nie zapominać, że ten dom należy do mnie i mam prawo przywieźć tu moją żonę.

-   Święta   racja.   -   Derwin   Fulton,   mąż   Heleny,   spojrzał   na   Owena   ponuro   spod 

krzaczastych siwych brwi. - Twój ojciec zostawił ci go wraz z całą resztą, łącznie z firmą, 

czyż nie? Ciekawe, co by teraz powiedział na to, że ożeniłeś się z panną Townsend.

Siwowłosy i barczysty, Derwin przedstawiał się mimo swoich lat całkiem okazale i 

bynajmniej nie wyglądał na zniedołężniałego, pomyślała Angie ze złością.

- Nie sądzę, aby miało to w tej chwili jakieś znaczenie - odparł Owen znudzonym, 

chłodnym tonem. - Jedyne zlecenia, jakie mi zostawił, to dbać o interesy firmy i nie dopuścić, 

aby rodzina znalazła się na zasiłku społecznym. Jak dotąd mi się to udało.

Celia zmarszczyła brwi.

-   Skoro   już   mowa   o   interesach,   to   czy   nie   sądzisz,   że   jesteś   nam   winien   jakieś 

wyjaśnienia, Owen? Wiadomość o spółce była dla nas wszystkich wielkim szokiem. Musiałeś 

planować ją od wielu miesięcy.

background image

- Spółki zazwyczaj wymagają wcześniejszego zaplanowania. I najlepiej robić to w 

tajemnicy. - Owen podniósł kieliszek do ust i upił łyk wina. Jego oczy poszukały Angie, 

przesyłając jej ostrzegawcze spojrzenie.

- No cóż,  muszę powiedzieć,  że twoje  pospieszne małżeństwo z  Town... z panną 

Townsend było już dla nas wystarczającym przeżyciem - mruknęła Helen. - Ale żeby jeszcze 

zaskakiwać nas tą drugą niespodzianką, to już trochę za wiele. Wiemy, że prowadzisz firmę 

tak   samo   jak   mój   brat,   nie   licząc   się   z   niczyim   zdaniem.   Mógłbyś   jednak   przynajmniej 

skonsultować się z nami przed podjęciem tak drastycznego kroku jak spółka. I to jeszcze z 

Townsendem. Derwin ma rację. Twój ojciec pewno przewraca się w grobie. A co do tego 

małżeństwa...

- Nie martw się, Hotele Sutherland w ciągu następnych paru miesięcy potroją swoją 

wartość   -   przerwał   Owen   chłodno.   -   To   powinno   złagodzić   nieco   szok   wywołany   przez 

utworzenie spółki.

- Jesteś tego pewien? - zapytała Celia ostro, - Potroją wartość?

-   Jeśli   tylko   sprzedaż   akcji   pójdzie   tak   dobrze,   jak   Palmer   Townsend   i   ja   się 

spodziewamy.  Obie strony powinny zrobić na tym  znakomity interes. Radzę wam o tym 

pamiętać, w chwili gdy tak miło witacie moją żonę.

Celia rzuciła krótkie, badawcze spojrzenie na Angie.

- Czy mam przez to rozumieć, że wasze małżeństwo to przede wszystkim kontrakt 

zawarty w interesach?

- To by z pewnością wiele tłumaczyło - ożywiła się Helen. - Zwłaszcza twoje dziwne 

zachowanie ostatnio, Owen. Ale jeśli to małżeństwo jest fikcyjne,  dlaczego nam tego od 

początku nie powiedziałeś?

-   Właśnie   -   wtrąciła   Celia.   -   Może   byśmy   się   nawet   wybrali   na   ślub,   gdybyśmy 

wiedzieli, że to tylko krótkoterminowy związek dla interesów. Ostatecznie, nasza obecność 

dodałaby imprezie wiarygodności, nie sądzisz?

Angie zastygła, zmrożona, kiedy dotarło do niej pełne znaczenie tych słów.

- Słyszałam, że nie może pani przyjechać z powodu choroby. - Spojrzała na ciotkę 

Owena. - A pani podobno nie mogła wybrać się w podróż z powodu niedawnej operacji 

kolana. Proszę mi powiedzieć, czy siostra Owena, Kimberly, naprawdę jest na Hawajach, czy 

zaraz wychyli się zza zasłony?

- Kimberly naprawdę wyjechała - powiedział Derwin. - Kupiła bilety natychmiast, 

kiedy Owen oznajmił, że zamierza się z panią ożenić. A jaką wymówkę znalazł dla mnie?

Owen wkroczył do akcji, zanim zdążyła odpowiedzieć.

background image

-   Powiedziałem   jej,   że   jesteś   zniedołężniały,   Derwin.   Właściwie   miałem   ochotę 

powiedzieć, że cała rodzina jest zniedołężniała, ale potem pomyślałem, że Angie i jej rodzice 

mogą się zacząć obawiać, czy nasze geny są w porządku. Bałem się, żeby Angie ze mną nie 

zerwała.

Klan Sutherlandów zaniemówił z oburzenia.

Angie  zaczęła   chichotać.   Nie  mogła   się  powstrzymać.   To  bezczelne   oświadczenie 

rozładowało jej napięcie i trafiło bezbłędnie do poczucia humoru. Wszyscy przy stole wbili w 

nią wzrok. Chichot przeszedł w głośny śmiech. Angie otarła oczy serwetką.

-   Przepraszam.   Ale   wizja   Owena,   jak   siedzi   przy   biurku   i   próbuje   wymyślić   dla 

każdego jakieś usprawiedliwienie. .. To po prostu ponad moje siły...

- Doprawdy, panno Townsend - skarciła ją Helen. Angie próbowała ukryć jakoś swoje 

rozbawienie przyłożoną do twarzy serwetką, ale bezskutecznie.

- Nie mogę się doczekać, aż opowiem o tym rodzicom i Harry'emu. - Na widok miny 

Owena, który patrzył na nią z sarkastycznie uniesionymi brwiami, dostała nowego napadu 

śmiechu, omal nie spadając z krzesła.

Skwaśniali krewni Owena siedzieli w kamiennej ciszy. Derwin poczerwieniał, a jego 

oczy rzucały gniewne błyski. Ciotka Helena była wyraźnie obrażona, a dezaprobata na twarzy 

Celii przybrała wyraz jawnego oburzenia.

- Obawiam się, że nie ma w tym nic śmiesznego.

- To jedna z rzeczy, do których musicie się przyzwyczaić - powiedział łagodnie Owen. 

- Townsendowie często reagują w sposób niespodziewany. I śmieszą ich najdziwniejsze rze-

czy pod słońcem. Mają bardzo pogodne usposobienie.

- W przeciwieństwie do Sutherlandów. - Angie zdążyła się już opanować na tyle, żeby 

zabrać   głos.   -   Skala   nastrojów   twojej   rodziny,   Owen,   waha   się   od   zachmurzenia   po 

zasępienie.   Musicie   się   świetnie   bawić   przy   takich   okazjach   jak   Boże   Narodzenie   albo 

przyjęcia urodzinowe.

- Coś podobnego - zasyczała Helen. - Ma pani maniery ulicznika, panno Townsend.

Owen   odwrócił   się   do   ciotki   z   wyrazem   zimnej   wściekłości   na   twarzy.   Angie 

wstrzymała oddech, przestraszona groźbą szykującej się awantury.

Sytuację uratowała Betty, szpakowata, krępa gospodyni koło sześćdziesiątki, która w 

tym momencie weszła sprzątnąć ze stołu przed następnym daniem. Zaczęła się niespiesznie 

krzątać, trzaskając talerzami i robiąc dużo zamieszania. W pewnym momencie, sięgając po 

nakrycia Angie, mrugnęła do niej porozumiewawczo. Angie skryła uśmiech.

Chwila bezpośredniej konfrontacji minęła. Owen opadł na krzesło. Nadal wyglądał 

background image

wojowniczo, ale widać było, że nie zamierza wszczynać walki. Helen wzięła kieliszek i upiła 

duży łyk wina.

Kiedy podano drugie danie, Angie poczuła nagle przypływ apetytu. Z przyjemnością 

zabrała się do jedzenia.

- Jeśli chodzi o tę spółkę i akcje - przemówił Derwin, dążąc najwyraźniej do zmiany 

tematu - to czy nie uważasz, Owen, że powinieneś skonsultować się z nami przed podjęciem 

tak radykalnego kroku?

- Nie - odparł Owen. Wziął do ust następny kęs.

- Moim zdaniem to szczyt arogancji! - wybuchnął Derwin. - Twój ojciec przynajmniej 

przedyskutowałby to z nami. Dałby nam znać o swoich zamiarach.

- Nie, przedyskutowałby to ze mną, ale nie z resztą z was. Wiesz to równie dobrze jak 

ja,   Derwin.   Teraz,   kiedy   ojciec   nie   żyje,   sam   podejmuję   decyzje.   Najwyższy   czas,   żeby 

Hotele Sutherland weszły na rynek międzynarodowy, a najszybszym  i najskuteczniejszym 

sposobem na to jest spółka z Townsendem. A teraz, jeśli nie macie nic przeciwko temu, 

wolałbym   zakończyć   już   rozmowę   o   interesach.   W   końcu   przyjechałem   tu   na   miesiąc 

miodowy.

- Ale jeśli to małżeństwo jest tylko fikcją, to po co mówić o miesiącu miodowym? - 

spytała Helen patrząc zjadliwie na Angie.

-   Chyba   zaszło   tu   jakieś   nieporozumienie,   Helen   -   odparł   Owen   chłodno.   -   To 

małżeństwo nie jest fikcją. Jest jak najbardziej prawdziwe. Na dobre i złe, póki śmierć nas nie 

rozłączy, i tak dalej. Lepiej, żebyście się przyzwyczaili do tej myśli.

Angie wiedziała, że to ostrzeżenie było przeznaczone także i dla niej. Zmarszczyła 

brwi i zagłębiła nos w talerzu.

- Jeśli to jest prawdziwe małżeństwo i prawdziwy miesiąc miodowy,  to po co, na 

Boga, tu przyjechaliście? - spytała Celia.

-   Żeby   mieć   spokój.   Dziennikarzom   nie   przyjdzie   do   głowy  nas   tu   szukać.   Będą 

przeczesywać wszystkie hotele Sutherland i Townsend.

-   Nie   sądzę,   aby   odszukanie   was   tu   przekraczało   ich   możliwości   -   powiedział   z 

ostrzegawczą nutą Derwin.

- Dałem polecenie Jeffersowi, żeby nie pozwolił nikomu spoza rodziny cumować tu 

łodzi   i   wychodzić   na   brzeg   bez   mojego   pozwolenia.   Betty   ma   przełączać   też   do   mnie 

wszystkie telefony.

-   Czy   ja   dobrze   słyszę?   -   spytała   oniemiała   Helen.   -   Chcesz   przejmować   nasze 

prywatne rozmowy? To niesłychane.

background image

- Posłuchaj no, Owen, nie możesz przyjeżdżać tu sobie jakby nigdy nic i zaczynać się 

szarogęsić, wydając na prawo i lewo rozkazy służbie - poinformowała go Celia lodowatym 

tonem.

- Dlaczego nie? To ja im płacę. A ponieważ w moich rękach leżą również dochody 

wszystkich tu obecnych, mogę podczas swojej wizyty rozkazywać, ile mi się podoba. Ten 

dom jest duży. Z pewnością pomieścimy się tu wszyscy przez następne trzy tygodnie, nie 

wchodząc sobie zbytnio w drogę.

Celia nie posiadała się z oburzenia.

- Co za niesłychana, niewiarygodna bezczelność! Twój ojciec zawsze chciał, żebym to 

ja miała ten dom. Dobrze ó tym wiesz.

- Wobec tego powinien był zostawić go tobie, a nie mnie - odparł Owen spokojnie.

Celia   wbiła   w   niego   piorunujący   wzrok,   lecz   po   chwili   pełnej   napięcia   ciszy 

zdecydowała, że kłótnia nic nie da. Toteż przeniosła swoje stalowe spojrzenie na Angie.

- A co pani na to, panno Townsend? Rozumiem, że godzi się pani na to wszystko z 

powodu pieniędzy, jakie ma przynieść sprzedaż akcji?

Angie   odwzajemniła   jej   spojrzenie   przez   całą   długość   stołu   i   uśmiechnęła   się 

uprzejmie.

-   Mówisz   do   mnie,   Celio?   W   takim   razie   pomyliłaś   się.   Nazywam   się   teraz 

Sutherland. Pani Owenowa Sutherland. Nie panna Townsend.

Nastał kolejny moment nabrzmiałej ciszy, którą tym razem przerwał wybuch śmiechu 

Owena.

- Miejcie się na baczności - powiedział szczerząc zęby. - Jeśli się jej nadepnie na 

odcisk, potrafi się odciąć.

Angie   nie   przypominała   sobie,   żeby   kiedykolwiek   przedtem   słyszała,   jak   jej   mąż 

głośno się śmieje. Spojrzała na niego zdumiona, podobnie jak reszta zgromadzonych. Owen 

wstał, nadal chichocząc, i wyciągnął do niej rękę.

-   I   na   tym   zakończymy   już   dzisiejszy   wieczór,   moja   żono,   mówiąc   wszystkim 

dobranoc. Chodźmy, pani Sutherland. W końcu to nasz miesiąc miodowy i czas już iść na 

górę.

Angie   zaczerwieniła   się   pod   jego   pałającym   zaborczym   wzrokiem.   Potem   bardzo 

starannie złożyła serwetkę, jak ją lata temu nauczyła matka, wstała i podała mu dłoń. Jego 

palce zacisnęły się wokół niej w żelaznym uścisku, który mówił wszystko o targających nim 

emocjach, choć twarz pozostała jak zwykle chłodna i niewzruszona.

Wyprowadził ją z ponurej, ciemnej jadalni i powiódł szerokimi schodami na piętro.

background image

- No to już mamy wyklarowaną sytuację - powiedział miękko w połowie schodów. - 

Ty i ja kontra całej reszcie.

- Tak sądzisz?

- Obawiam się, że tak. Przepraszam cię za to. Niezbyt mnie tu lubią, jak mogłaś się 

zorientować, chociaż niby należę do rodziny.

Weszli na piętro i ruszyli przez hol w kierunku swojego apartamentu.

- Wiesz, Owen - powiedziała Angie po chwili zastanowienia - jakoś nie widzę ich jako 

członków twojej rodziny.

- Nie? A jako kogo?

- Jako ludzi, za których jesteś odpowiedzialny. Spojrzał na nią zdumiony, otwierając 

drzwi pokoju, a potem wolno pokiwał głową.

- Masz rację. Ojciec od dzieciństwa powtarzał mi do znudzenia, że pewnego dnia będę 

odpowiedzialny za całą resztę rodziny. Że to część mojego dziedzictwa. Zostawił mi ich w 

spadku razem z firmą, Czasem żałuję, że nie zostałem astronautą.

Dwie   godziny   później   Owen   leżał   w   wielkim   łożu   pod   baldachimem,   należącym 

niegdyś do jego ojca, i nasłuchiwał dźwięków dochodzących z sąsiedniego pokoju. W małym 

przyległym do sypialni saloniku zapadła cisza. Angie kręciła się tam jeszcze niedawno, ale 

najwyraźniej położyła się w końcu spać na tapczanie.

Owen obawiał się, że jeszcze długo nie zaśnie, sądząc po dolegliwym  napięciu w 

lędźwiach. Ta myśl go zirytowała.

To  niepojęte,  żeby  będący świeżo  po ślubie  mężczyzna   spędzał  drugą  noc swego 

miesiąca miodowego sam.

Prawdę   mówiąc,   nietrudno   było   przywołać   w   pamięci   wizerunek   jej   wysokich, 

krągłych piersi i delikatnie zaokrąglonych bioder. Tęsknił za widokiem błysku pożądania w 

jej pięknych oczach i płomiennych włosów rozrzuconych na białej poduszce. Kiedy pomyślał 

o tych wszystkich okazjach, w których mógł ją mieć, a powstrzymał się, zgrzytał zębami z 

wściekłości. Ta ostrożna polityka wydawała mu się wówczas rozsądna. Widział, że Angie 

przez pierwsze dwa miesiące ich znajomości była w jego obecności zdenerwowana i płocha 

jak łania. Wabił ją wolno, nie chcąc spłoszyć. I tak musiał się spieszyć z powodu terminu 

ogłoszenia spółki, który - jak uzgodnili z Townsendem - miał się pokryć z datą ślubu. Ale 

zachowywał się powściągliwie wobec narzeczonej również dlatego, że budziła w nim dziwnie 

opiekuńcze uczucia. Było to dla niego całkiem nowe doświadczenie. Marzył o tym, by Angie 

została jego i tylko jego, lecz był pewien, że gdy włoży jej obrączkę na palec, wszystko samo 

się ułoży.

background image

Dopiero teraz się przekonał, jak bardzo się mylił. Postawił wszystko na jedną kartę 

przywożąc Angie do Jade Lake po niepowodzeniach zeszłej nocy.  Wymyślił  tę bzdurę o 

potrzebie prywatności, lecz pobyt tu z Celią, Helen i Derwinem depczącymi im po piętach 

trudno było nazwać uroczym sam na sam z nowo poślubioną małżonką. Żeniąc się z Angie 

nie miał najmniejszego zamiaru pozwolić jej spędzić choćby jednej nocy pod tym samym 

dachem co oni.

Jednakże tego ranka, kiedy obudził się po owej nieszczęsnej nocy poślubnej, podjął 

nagle, pod wpływem impulsu - co mu się nigdy dotąd nie zdarzało - szaleńczą i odważną 

decyzję. Postanowił znaleźć sposób, aby zmusić Angie do uznania faktu ich małżeństwa. W 

tym celu należało uczynić wszystko, żeby poczuła się panią Sutherland.

Celia, Helen i Derwin co do joty spełnili jego oczekiwania, napadając na niego, kiedy 

tylko   przekroczył   próg.   Oczywiście,   wiedział,   że   tak   będzie.   To   było   nieuniknione, 

zważywszy na jego stosunki rodzinne.

Przyjazd   tu   był   zdecydowanie   ryzykowny,   ale   to   ryzyko   się   opłaciło.   Owen 

uśmiechnął  się, patrząc na światło księżyca  odbite w  jeziorze. Chciał zmusić Angie,  aby 

poczuła się jego żoną, a najszybciej można było to osiągnąć każąc jej opowiedzieć się po 

jednej ze stron. Dziś wieczorem zdała ten test śpiewająco. Zawsze istniała możliwość, że 

odetnie się zarówno od niego, jak i od jego rodziny. Tu leżało prawdziwe niebezpieczeństwo. 

Mogła zdecydować, że należy do Townsendów i wystąpić przeciwko obu stronom, zarówno 

przeciwko mężowi, jak i jego krewnym.

Ale nie zrobiła tego. Owen zagrał wysoko i szczęście mu dopisało.

„Mówisz do mnie, Celio? W takim razie pomyliłaś się. Nazywam się teraz Sutherland. 

Pani Owenowa Sutherland.”

-   Prędzej   czy   później   -   mruknął   Owen   w   ciemności   -   naprawdę   będziesz   panią 

Owenową Sutherland. Będziemy mieć naszą noc poślubną, Angie. I wtedy udowodnię ci, że 

nigdy nie byłaś częścią kontraktu.

Angie   cicho   jak   duch   przemknęła   obok   łóżka   Owena.   Jej   bose   stopy   stąpały 

bezszelestnie po dywanie, a wokół kostek powiewała kolejna koronkowo - jedwabna kreacja z 

jej wyprawy ślubnej. W ręku niosła pantofle i pikowany szlafrok.

Wpadające przez okno światło księżyca oświetlało gołe ramiona i gładkie muskularne 

plecy Owena, który leżał w białej pościeli twarzą do poduszki. Angie poczuła gwałtowny 

skurcz   tęsknoty   i   zwykłą   kobiecą   ciekawość,   gdy   tak   stała   obserwując   swojego   męża. 

Wyglądał   wspaniale,   rozciągnięty   w   wielkim   łożu,   i   emanował   męskością,   mimo   że   był 

background image

pogrążony w głębokim śnie.

Idąc na palcach do drzwi pomyślała ze smutkiem, że mogła leżeć w tym łóżku razem z 

nim. Miała do tego wszelkie prawo. Ale się bała. W tym cały problem. Po prostu się bała.

Wszystkie niepokojące pytania, które wyłoniły się podczas jej nocy poślubnej, zaczęły 

ją teraz dręczyć jeszcze bardziej. Musiała dostać na nie jakąś odpowiedź i znała na to tylko 

jeden sposób. Harry może nie będzie zachwycony telefonem o trzeciej nad ranem, ale to jego 

sprawa. I w gruncie rzeczy zasłużył sobie na to swoim postępowaniem. Nie miała zamiaru tak 

łatwo   mu   przebaczyć,   że   uczestniczył   w   spisku   rodzinnym,   aby   wydać   ją   za   Owena 

Sutherlanda. Nawet jeśli sądził, że to dla jej dobra.

Wiedziała jednak z przeszłości, że mimo paternalistycznej i protekcjonalnej postawy 

wobec niej, którą z całą rodziną zajmował, na wprost zadane pytanie odpowie jej prawdę. A 

takie pytanie właśnie zamierzała mu zadać.

Wyszła do holu i zamknęła cicho drzwi. Szybko włożyła szlafrok i pantofle. Zeszła 

ostrożnie po oświetlonych nikłym światłem schodach i zatrzymała się na dole, przypominając 

sobie,  że widziała jeden aparat telefoniczny w kuchni, a drugi w  pracowni, której Owen 

używał jako tymczasowego biura. Nie chcąc skradać się po domu w poszukiwaniu innych 

aparatów, skierowała się prosto do pracowni, która znajdowała się bliżej niż kuchnia.

Drzwi były zamknięte, ale otworzyły się z łatwością pod naciskiem klamki. Angie 

wsunęła się do ciemnego pokoju i podeszła do biurka, na którym w świetle księżyca dojrzała 

komputer, a obok telefon. Wyjęła z kieszeni małą latarkę i trzymając ją w jednej ręce, zaczęła 

drugą wystukiwać numer brata. Nie skończyła jeszcze wybierać numeru kierunkowego, kiedy 

z   ciemności   wyłoniła   się   męska   ręka,   przerwała   połączenie   i   spokojnie   wyjęła   jej   z   rąk 

słuchawkę.

- Owen!

- Co się stało, Angie? Nie mogłaś spać?

- Dobry Boże, Owen, śmiertelnie mnie przeraziłeś!

- Naprawdę?

Pochylił się niedbale nad biurkiem, wpatrując się w nią w świetle księżyca. Przed 

zejściem na dół włożył dżinsy, ale nic więcej. Wyglądał groźnie i... bardzo męsko.

- Tak, naprawdę. Nie masz żadnego prawa tak mnie straszyć.

- Do kogo dzwoniłaś?

- Nie twoja sprawa.

- Do brata?

- Powiedziałam, nie twoja sprawa. Ale jeśli chcesz wiedzieć, to tak. Chciałam z nim 

background image

porozmawiać. Jest mi winien wyjaśnienie.

- Dlaczego nie spróbujesz zadać tych pytań mnie? - zapytał Owen miękko.

Podniosła hardo głowę.

- Bo nie wiem, czy usłyszę prawdę. Możesz powiedzieć mi, co chcesz. Dla mojego 

własnego dobra, oczywiście.

Twarz Owena stężała.

- Do diaska, Angie, zachowujesz się, jakbyś była ofiarą spisku.

- Dokładnie tak się czuję.

- Czy musisz robić z tego taki melodramat? Angie wzięła głęboki oddech.

- Nie mogę ufać nikomu w tym domu. A ty nie kryjesz, że mam tu być praktycznie 

więźniem przez następne trzy tygodnie. Twoja rodzina jasno dała do zrozumienia, że wcale 

mnie nie pragnie. I jest rzeczą oczywistą, że są absolutnie przeciwni naszemu małżeństwu. 

Wydaje mi się, że mają czelność uważać, że ożeniłeś się z kimś gorszym od siebie.

- Angie, skarbie... - Jestem zdenerwowana i zła, i chcę porozmawiać kimś z mojej 

własnej rodziny. Co w tym złego? Jak ty byś się czuł w mojej sytuacji? Owen westchnął 

ciężko i objął ją, przyciągając łagodnie jej sztywne, oporne ciało ku sobie.

- Angie, bardzo mi przykro, że tak to wszystko wypadło. Nigdy tego nie chciałem.

- Więc pozwól mi odejść - wyszeptała z twarzą przy jego gołym torsie. Ciepło jego 

skóry było dziwnie kojące.

- Nie mogę. Dokąd pójdziesz?

- Wrócę do domu.

- Mówiliśmy już o tym, - Głaskał delikatnie jej plecy silnymi, gorącymi rękami. - 

Byłoby to dla ciebie krępujące.

- Przeżyję to jakoś. Teraz też jestem skrępowana, a do tego wściekła. Mam ochotę ich 

wszystkich udusić.

Owen pocałował ją lekko w czubek głowy, przeczesując palcami jej gęste włosy.

- Jeśli już chcesz kogoś udusić, to uduś mnie.

- Nie myśl, że to mi nie przyszło do głowy. Niestety, jesteś za silny. Przestań całować 

mnie w ucho. Nie chcę od ciebie żadnych romantycznych gestów.

- Do diabła, to wszystko zupełnie inaczej by wyglądało, gdybyśmy mieli normalną 

noc poślubną.

-   Seks   nie   rozwiązałby   tych   problemów,   które   teraz   mamy.   -   Zadrżała   i   szybko 

odsunęła głowę, gdy Owen podniósł pasemko jej włosów i pocałował ją w szyję.

- Owen, powiedziałam, przestań. Nie żartuję.

background image

Niechętnie podniósł głowę i spojrzał jej prosto w oczy.

-   Nadal   mnie   pragniesz,   Angie,   chociaż   jesteś   zła.   Czuję   to.   Drżysz,   kiedy   cię 

dotykam.

- To oznaka zdenerwowania, nie namiętności.

- Czyżby? Dokładnie tak samo drżałaś wtedy, gdy chciałaś, żebym się z tobą kochał.

Wbiła w niego gniewny wzrok.

-   Jeśli   nie   potrafisz   odróżnić   zdenerwowania   od   namiętnych   uniesień,   to   tylko 

dowodzi braku wrażliwości.

- Wysunęła się z jego ramion.

Owen westchnął z rezygnacją.

Trzy tygodnie, Angie, to wszystko, o co proszę. Zostań tu ze mną przez następne trzy 

tygodnie do czasu sprzedaży akcji. Potem się przekonasz, że nie ożeniłem się z tobą dla 

interesów.

- I co dalej, Owen? - Angie podeszła do okna i spojrzała w noc, - Jakie małżeństwo 

nas czeka po takim katastrofalnym starcie? Czy będę mogła znów ci zaufać po tym, jak mnie 

okłamałeś?

Chwycił ją za ramię.

- Nie nazywaj mnie kłamcą!

Spojrzała   na   niego   uważnie,   przestraszona   jego   płomiennym   wybuchem   dumy   i 

drapieżnym wyrazem twarzy. Pomyślała, że gdzieś na dnie czai się w nim prawdziwy gniew.

- Dobrze - powiedziała sztywno. - Nie będę nazywać cię kłamcą.

Owen puścił jej ramię ze zduszonym przekleństwem i odwrócił się tyłem. Wbił ręce w 

tylne kieszenie spodni.

-   Nie   mogę   w   to   uwierzyć.   Nikt   dotąd   nie   kwestionował   mojego   słowa.   Nikt, 

załatwiam   najważniejsze   transakcje   uściskiem   ręki,   moje   słowo   jest   uważane   za   równie 

wiążące jak kontrakt. Tak prowadził interesy mój ojciec i tak ja je prowadzę. A teraz moja 

własna żona imputuje mi, że jestem kłamcą i oszustem.

- Wcale tak nie powiedziałam - bąknęła Angie. Było jasne, że go mocno obraziła.

- Ale mało brakowało. Gdybyś  była mężczyzną... - Potrząsnął głową ze złością. - 

Dajmy temu spokój. Mam dość tej głupiej rozmowy. - Odwrócił się do niej, nadal patrząc 

gniewnie. - Jeśli to małżeństwo ma przypominać pojedynek na polu bitwy, to musimy ustalić 

pewne podstawowe zasady.

- To znaczy, że ty musisz ustalić pewne podstawowe zasady.

Wzruszył ramionami.

background image

- Jeśli trzeba, to tak. Zasada numer jeden brzmi, że możesz zawsze wierzyć w to, co 

mówię. Nigdy cię nie okłamałem i nigdy nie okłamię. Rozumiesz?

Angie czuła, jak przenika ją dziwny dreszcz. Nigdy dotąd nie widziała Owena tak 

wytrąconego z równowagi. Zawsze był taki chłodny, opanowany i spokojny.

- No cóż, dobrze - powiedziała z namysłem. Owen zacisnął szczęki.

- Rozumiem, że mam się tym zadowolić, tak? Moja własna żona uprzejmie zgadza się 

okazać mi minimum zaufania. Ale ze mnie szczęściarz. Aż trudno uwierzyć.

- Najwyraźniej miałeś o mnie całkiem mylne wyobrażenie, Owen. Nie jestem ani tak 

naiwna, ani tak łatwowierna, jak sądziłeś. Potrafię doskonale myśleć i oceniać fakty.

- Tak uważasz?

- Umiem też bez pomocy wyciągać prawidłowe wnioski. Pod warunkiem że mam 

właściwe dane, oczywiście.

- Co to ma znaczyć? Spojrzała na niego hardo.

-   To   ma   znaczyć,   że   jeśli   już   ustalamy   zasady   pojedynku,   ja   też   domagam   się 

przestrzegania jednej z nich.

- Jakiej? - zapytał ostrożnie.

- Takiej, że w przyszłości nie będziesz ukrywać przede mną żadnej istotnej informacji. 

Nie jestem dzieckiem i nie pozwolę traktować się jak dziecko.

Zmarszczył gniewnie brwi.

- Nie jesteś również osobą znającą się na prowadzeniu firmy. Nie rozumiem, czemu 

miałbym cię informować o każdej drobnej decyzji, którą podejmuję w interesach.

- Nie proszę cię, żebyś informował mnie o każdej drobnej decyzji Tylko o takiej, która 

bezpośrednio mnie dotyczy.

- Plany spółki i sprzedaży akcji nie dotyczyły cię bezpośrednio, a jednak obwiniasz 

mnie za to, że ci o nich nie powiedziałem - odparował.

-   Jak   najbardziej   -   przytaknęła,   -   Ponieważ   moim   zdaniem   zdecydowanie   mnie 

dotyczyły.

-   Tylko   twoim   zdaniem.   Skąd   mam   wiedzieć,   co   uznasz   za   takie   decyzje   w 

przyszłości?

Angie uśmiechnęła się.

- Masz babo placek! Będziesz musiał bardzo się pilnować, co? Lepiej dmuchać na 

zimne. Po prostu, przyzwyczaj się do mówienia mi wszystkiego, w ten sposób na pewno nie 

zbłądzisz.

Owen zaniemówił z oburzenia.

background image

- Ty, ty mała... - Urwał, kręcąc głową. - Wprost nie mogę w to uwierzyć. Co ty sobie 

wyobrażasz? Za kogo ty się masz?

- Za panią Owenową Sutherland. Na dobre i złe, jak twierdzisz.

Przeszła obok niego, kierując się w stronę drzwi, w nastroju o niebo lepszym niż parę 

minut temu.

- Angie, wracaj! Przecież mówię do ciebie, - Owen wyszedł za nią z pracowni. - Gdzie 

idziesz, do licha?

- Idę coś zjeść. Umieram z głodu. - Ruszyła przez hol w stronę kuchni. - Podczas 

kolacji   rodzinnej   jakoś   nieszczególnie   dopisywał   mi   apetyt.   Ale   teraz   kłótnia   z   tobą   go 

zaostrzyła. Mam nadzieję, że wasza gospodyni ma zwyczaj zostawiania resztek.

Owen nie odezwał się już ani słowem, idąc za nią przez długi hol. Kiedy weszli do 

dużej, nieskazitelnie czystej kuchni, stanął z rękami na biodrach na środku wykafelkowanej 

podłogi i patrzył ze zdumieniem, jak Angie otwiera jedną z dwóch dużych białych lodówek. 

W   poświacie   padającego   z   wewnątrz   światła   zaczęła   przeglądać   półki   pełne   porządnie 

zapakowanych produktów.

- Mamy szczęście. Zaopatrzenie jak w pierwszorzędnych delikatesach. - Nachyliła się, 

podnosząc wieczko plastikowego pojemnika. - O, tuńczyk. - Wzięła następny pojemnik. - 

Sałatka. Coraz lepiej. Musimy tylko znaleźć trochę krakersów.

Wyjęła   z   lodówki   produkty   i   zaniosła   do   stołu   w   rogu.   Zapaliła   światło,   które 

oświetliło fluoryzującym blaskiem śnieżnobiałą kuchnię, i zabrała się za przeszukiwanie sza-

fek.

- Masz zamiar to wszystko zjeść? - spytał Owen, patrząc na pojemniki z żywnością na 

stole. Wciąż stał na środku kuchni.

-   Powiedziałam   ci,   że   jestem   głodna.   Kłótnia   zawsze   zaostrza   mi   apetyt.   - 

Uśmiechnęła się z satysfakcją, widząc pudełko krakersów. - No, to mamy już wszystko.

Wyjęła z szuflady dwa noże i widelce i zasiadła do stołu. Owen nadal się nie poruszył, 

kiedy rozstawiała naczynia i nakładała sobie przysmaki na talerz.

- Nie masz ochoty mi towarzyszyć? - zapytała uprzejmie. Coraz bardziej zdumiony 

podszedł  wolno i usiadł po przeciwnej stronie. Bez słowa wziął krakersa i zaczął wolno 

przeżuwać. Angie, która zaspokoiła już pierwszy głód, spojrzała teraz z zainteresowaniem na 

sałatkę.

- Angie?

- Co? - Nałożyła sobie sporą porcję na talerz.

-   Mogłabyś   mi   wyjaśnić,   o   co   tu   chodzi?   Jeszcze   parę   minut   temu   dyszałaś 

background image

wściekłością, a teraz najspokojniej się objadasz, jakby nigdy nic.

- No cóż, pokłóciliśmy się, to prawda. Ale teraz jest już po wszystkim i jestem głodna.

- Czy zawsze po kłótni tak się zachowujesz? - Owen sięgnął po następnego krakersa.

- Przeważnie.

- Nawet jeśli przegrałaś? - W jego oczach pojawiły się figlarne błyski.

- Kto mówi, że przegrałam? - Uśmiechnęła się słodko.

Czuła się już zupełnie zadowolona. Zdumiewające, jak jedzenie może wpłynąć na 

dobry nastrój.

-   Nadal   trzymam   cię   tu   zamkniętą   w   ponurym   zamku,   otoczonym   fosą   i 

zamieszkanym przez kilku irytujących krewnych - zauważył kpiąco.

- Rzeczywiście są irytujący, prawda?

- Bardzo. - Uciął ten temat, wpatrując się w nią badawczo. - Angie, dlaczego uważasz, 

że nie przegrałaś naszej kłótni? Dlaczego się już nie pieklisz i nie miotasz?

- Nigdy się nie pieklę i nie miotam.

- Przestań chwytać mnie za słówka. Powiedz, czemu jesteś nagle w o wiele lepszym 

humorze niż byłaś piętnaście minut temu?

Angie westchnęła i odłożyła widelec.

- Pewno dlatego, że ta kłótnia coś mi powiedziała. - Co takiego? Spojrzała mu prosto 

w oczy.

- Że masz bardzo duże poczucie godności osobistej i dumy. Tacy sami są wszyscy 

członkowie mojej rodziny. Rozumiem ten rodzaj dumy. I jestem skłonna przyznać, że może 

wychodząc za ciebie nie popełniłam mimo wszystko życiowej pomyłki. Nie jesteś bezduszną 

maszyną myślącą tylko o interesach. To krzepiąca świadomość, jeśli chcesz wiedzieć.

Spojrzał na nią z osłupieniem.

- Uważasz to za krzepiące, że straciłem panowanie nad sobą? Jeśli tylko tego ci trzeba 

do szczęścia, to mogę się postarać zrobić jeszcze kilka awantur.

- Powiedziałam tylko, że doceniam twoje poczucie dumy. Rozumiem cię i dlatego 

sądzę, że może jednak mamy ze sobą coś wspólnego. A teraz nie życzę sobie więcej dyskusji 

na ten temat.

Ach, nie życzysz sobie? - wycedził Owen z groźną miną.

Angie wzięła krakersa, położyła na wierzch trochę tuńczyka i wepchnęła kanapkę do 

ust Owena.

- Mama zawsze mówiła, że najlepszy sposób, żeby mężczyznę uciszyć, to dać mu jeść.

Następnego dnia Angie obudziła się zadziwiająco wypoczęta. Leżała bez ruchu przez 

background image

parę minut, nasłuchując odgłosów z sąsiedniego pokoju. Obok panowała cisza, toteż wstała 

ostrożnie i zajrzała przez drzwi.

Łóżko   Owena   było   puste,   a   pościel   rozrzucona.   Najwidoczniej   zostawił   zrobienie 

porządku   po   sobie   gospodyni.   Gospodyni   albo   swojej   nowej   żonie,   pomyślała   Angie   ze 

złością, wchodząc do łazienki i odkręcając prysznic. Nie miała najmniejszego zamiaru dać się 

wciągnąć w usługiwanie Owenowi.

Po   wzięciu   prysznica   włożyła   dżinsy   i   jasnożółty   sweter.   Podchodząc   do   toaletki 

zobaczyła zatkniętą za lustro kartkę:

Angie.

Byłbym   wdzięczny,   gdybyś   posłała   swój   tapczan.   Betty   przyjdzie   tu   posprzątać. 

Wolałbym, żeby nie widziała, że śpimy w osobnych łóżkach. Na pewno to rozumiesz. Owen.

Westchnęła z rozdrażnieniem, odkładając szczotkę do włosów, ale nie była specjalnie 

zaskoczona.   Nic   dziwnego,   że   Owen   nie   chce   dawać   żadnych   powodów   do   jakichś 

domysłów.   Jego   męska   duma   bardzo   by   ucierpiała,   gdyby   Betty   zauważyła,   że   nowo 

poślubiona żona nie dzieli z nim łóżka.

I   tak   miała   zamiar   po   sobie   posłać,   pomyślała   wygładzając   prześcieradła   i   kapę; 

zawsze to robiła u siebie w Tucson. Wspomnienie eleganckiej sypialni w stylu hiszpańskim, 

którą opuściła wychodząc za Owena, wzbudziło w niej tęsknotę za domem. Podeszła do okna 

i wyjrzała. Słońce wyszło już zza gór i odbijało się w jeziorze.

Na myśl o śniadaniu z Owenem i jego rodziną postanowiła zrezygnować z jedzenia i 

przejść się wokół wysepki. Wybiegła do holu niemal zderzając się z Betty.

- Och, dzień dobry, Betty - uśmiechnęła się przepraszająco.

- Dzień dobry. - Betty zmierzyła ją wzrokiem. - Spieszy się pani gdzieś?

- Nie, wybieram się tylko na spacer - wyjaśniła Angie. Betty pokiwała ze smutkiem 

głową.

- Nic dziwnego. Ten dom może podziałać na człowieka przygnębiająco. Sama pracuję 

tu   od   trzydziestu   lat,   więc   się   zdążyłam   przyzwyczaić,   ale   pani   to   co   innego.   Podobno 

pochodzi pani z Tucson? Nie narzekacie tam na brak słońca, co?

Angie spojrzała na nią z ciekawością.

- Tu jest trochę ponuro, prawda?

-   I   to   pod   niejednym   względem.   Ale   wszystko   dałoby   się   zmienić,   gdyby   się 

odpowiednio do tego zabrać - oświadczyła  Betty stanowczo. - Ten dom potrzebuje tylko 

odrobiny miłości.

- Miłości?

background image

- A tak. Domy potrzebują miłości tak samo jak ludzie. Owen Sutherland niemal całe 

życie był jej pozbawiony. Jego matka umarła, kiedy był jeszcze dzieckiem, a ojciec był po-

rządnym   człowiekiem,   ale   twardym   jak   skała,   jeśli   pani   rozumie,   co   mam   na   myśli. 

Wychował syna na swoje podobieństwo. Nie ustępuj ani na jotę - to motto Sutherlandów.

- Rozumiem.

- No właśnie. Jak mówiłam, odpowiednia kobieta może jeszcze to wszystko naprawić. 

Zajmie się tym pani, pani Sutherland?

Angie   była   tak   zaskoczona   tym   bezpośrednim   pytaniem,   że   nie   wiedziała,   co 

odpowiedzieć.

- Hmm, no cóż, Betty... - zająknęła się. - Przepraszam, ale muszę już iść.

Zbiegła po schodach i wyszła na zewnątrz. Na trawniku przed domem ani w ogrodzie 

nie ujrzała nikogo z Sumer - landów. W pobliskiej przystani był tylko Jeffers, ogrodnik i 

pomocnik do wszystkiego, który pomachał do niej ręką i wrócił do pracy przy motorówce.

Angie ruszyła wzdłuż brzegu. Świeże poranne powietrze było rześkie i ożywcze. Idąc 

po kamiennej plaży dopiero teraz zaczęła rozglądać się po otoczeniu. Poprzedniego dnia była 

zbyt roztrzęsiona zaistniałą sytuacją, żeby zwracać uwagę na krajobraz.

Teraz dostrzegła skupisko domków i miasteczko Jade po drugiej stronie jeziora. Na 

gładkiej,   lśniącej   powierzchni   wody   kołysało   się   kilka   łódek,   należących   pewno   do 

zapalonych   wędkarzy,   którzy   już   od   wczesnego   ranka   wyruszyli   na   połów.   Wszystko   to 

wyglądało bardzo malowniczo, przyznała w duchu. W tym momencie usłyszała zbliżające się 

kroki, lecz nawet nie odwracając głowy wiedziała, że to nie Owen.

-   Zobaczyłam,   że   tu   jesteś   -   powiedziała   zimno   Helen,   podchodząc   z   tyłu.   - 

Pomyślałam, że się do ciebie przyłączę. Sama co rano chodzę zawsze na spacer.

- Dzień dobry, pani Fulton - powiedziała Angie uprzejmie.

- Możesz mówić do mnie po imieniu. Owen i tak będzie na to nalegał, a on zawsze 

potrafi postawić na swoim. Zupełnie jak jego ojciec.

Angie wzruszyła ramionami.

- Jak wolisz.

- Wolałabym przede wszystkim, żeby nigdy nie doszło do tej spółki - powiedziała 

Helen ostro, - Ale wygląda na to, że będziemy musieli jakoś to znieść. To będą bardzo długie 

trzy tygodnie, prawda?

-   Bez   wątpienia,   zwłaszcza   jeśli   się   wszyscy   o   to   postaramy   -   przyznała   Angie, 

odwracając   się   z   niewesołym   uśmiechem   do   starszej   kobiety.   -   Jestem   pewna,   że   przy 

odrobinie wysiłku potrafimy doszczętnie zatruć sobie życie. Wy, Sutherlandowie, macie do 

background image

tego, zdaje się, wyjątkowy talent.

Oczy Helen zwęziły się ze złości.

-   Nie   wiesz,   co   mówisz.   Uwierz   mi   na   słowo,   że   nasze   zdolności   do 

unieszczęśliwiania   innych   są   niczym   w   porównaniu   do   zdolności   Townsendów   w   rym 

względzie. Ja osobiście nie zapomniałam, co się wydarzyło trzydzieści lat temu.

- Naprawdę? A co się wydarzyło?

- Nie twój interes. To sprawa rodzinna i nie mam zamiaru jej wywlekać po tylu latach 

jedynie dla zaspokojenia twojej ciekawości. Mój brat chciał, żeby to zostało raz na zawsze 

pogrzebane, i mam zamiar respektować jego wolę. Szkoda tylko, że Owen nie porozumiał się 

z nami, zanim otworzył to gniazdo szerszeni. Z tej spółki nic dobrego nie wyniknie.

Angie spojrzała na nią uważnie.

- Zdajesz się być tego całkiem pewna.

- Bo jestem. Townsendowie zawsze oznaczali kłopoty. - Westchnęła. - Musimy mieć 

nadzieję, że Owen wie, co robi, i panuje nad sytuacją.

- Zwykle tak było, prawda?

Helen potrząsnęła głową, jej mina jasno wskazywała, że spodziewa się wszystkiego 

najgorszego.

- Tak mu się tylko wydaje. Prawda jest taka, że w prowadzeniu interesów nie do końca 

przypomina ojca. Ten chłopak ma zbyt wiele nowoczesnych pomysłów. Mój brat był bardzo 

konserwatywny w sprawach firmy.  Zawsze stawiał je na pierwszym  miejscu. I nigdy nie 

zaufałby nikomu z Townsendów. Zwłaszcza po tym, co się wydarzyło trzydzieści lat temu.

- Nie wiem, co się wydarzyło trzydzieści lat temu, a ty najwyraźniej nie zamierzasz mi 

tego powiedzieć, Helen. Ale mogę gwarantować, że jeśli chodzi o interesy, to moja rodzina 

dotrzymuje zawartych umów.

Helen przeniosła wzrok z jej twarzy na drugi brzeg jeziora.

- Jak długo zamierzasz pozostać panią Sutherland, Angie?

Tak   bezpośrednio   postawione   pytanie   zdumiało   Angie.   Nawet   jeśli   sama   miała 

wątpliwości na temat swojej przyszłości, nie miała zamiaru zwierzać się z nich tej zgorzknia-

łej kobiecie. Przywołała na twarz uprzejmy uśmiech.

-   Członkowie   mojej   rodziny   traktują   poważnie   śluby   małżeńskie,   Helen.   Równie 

poważnie jak umowy w interesach.

-   Daj   spokój   tym   romantycznym   nonsensom   -   ucięła   Helen   krótko.   -   Po   prostu 

powiedz mi, ile.

Angie odsunęła pasmo włosów z oczu i zmarszczyła brwi.

background image

- Co: ile?

- Ile chcesz za zniknięcie z naszego życia po sprzedaży akcji? Jeśli będziesz rozsądna, 

to na pewno się dogadamy. Muszę cię jednak ostrzec, że jeśli zamierzasz zgarnąć, co się da, 

występując o niebotyczne odszkodowanie w procesie rozwodowym, to się lepiej zastanów. 

Owen nie jest głupcem. Dopilnuje, żebyś dostała niezbędne minimum.

Angie głęboko wciągnęła powietrze.

- Czy proponujesz mi łapówkę, Helen?

-   Cóż,   ujęłaś   to   nieco   obcesowo,   ale   owszem,   to   właśnie   ci   proponuję.   Jak 

przypuszczam, będziesz mieć swój udział w akcjach. To powinno wystarczyć, ale zapewne 

cię nie usatysfakcjonuje. Więc pytam, ile chcesz w gotówce, żeby odejść nie czyniąc hałasu.

- Mam dla ciebie nowinę, Helen. Townsendowie zawsze czynią mnóstwo hałasu.

To mówiąc, Angie odwróciła się na pięcie i odeszła w stronę lasu.

Owen stał przy oknie jadalni z filiżanką kawy w ręce i w milczeniu obserwował tę 

scenę.

- Pewno Helen próbowała ją przekupić - powiedziała Celia, podchodząc do okna. - 

Wygląda na to, że pierwsza oferta była za niska.

Palce Owena zacisnęły się kurczowo na uszku filiżanki, ale jego głos pozostał chłodny 

i spokojny.

- Gdyby Helen miała odrobinę rozumu, wiedziałaby, że to nie jest właściwe podejście 

do Angie.

Celia uniosła brew.

- A dlaczegóż to?

- Angie ma swoją dumę. - Owen upił łyk kawy. - Wierz mi, Townsendowie są nie 

mniej dumni od nas. Myślisz, że ktoś z Sutherlandów dałby się przekupić?

- Nie bądź śmieszny, - Celia z kwaśną miną obserwowała Angie wchodzącą między 

drzewa.   -   Twój   ojciec   zawsze   powtarzał,   że   nie   ma   żadnego   porównania   miedzy 

Sutherlandami a Townsendami, jeśli chodzi o prawość czy poczucie godności. Zawsze mówił, 

że za odpowiednią cenę gotowi są zaprzedać duszę.

- Ojciec nigdy nie był obiektywny, jeśli chodzi o Townsendów.

- Myślisz, że twój osąd jest słuszniejszy? Owen wzruszył ramionami.

- Ojciec nie znał Angie.

- Może i nie. Ale z pewnością znał jej ojca.

- Myślał, że zna. Wcale nie jestem pewien, czy miał rację. - Owen odwrócił się od 

background image

okna. - Palmer Townsend jest prostolinijnym i uczciwym człowiekiem. Nie wiem, co się stało 

trzydzieści lat temu, ale bardzo wątpię, żeby to była w całości jego wina.

Celia spojrzała na niego z dziwnym wyrazem twarzy.

- Jak  było,   tak  było,  ale   wszyscy  wiemy,  że  obie  rodziny  mają ze  sobą  niewiele 

wspólnego. Wprost nie mogę uwierzyć, że naprawdę się z nią ożeniłeś, Owen.

- Czemu tak cię to dziwi?

Owen nalał sobie drugą filiżankę kawy ze srebrnego dzbanka. Zdał sobie sprawę, że 

naprawdę jest ciekaw odpowiedzi Celii.

- No cóż, przede wszystkim to jasne, że ta dziewczyna nie jest dla ciebie odpowiednia.

- Tak uważasz? - Owen uśmiechnął się. - A kto byłby dla mnie odpowiedni?

-   Ktoś   trochę   bardziej   dystyngowany.   Bardziej   subtelny.   A   już   na   pewno   ktoś   o 

lepszych manierach niż te, które ta młoda dama zaprezentowała wczoraj przy kolacji - odparła 

Celia cierpko. - Mówiąc wprost, była wręcz niegrzeczna.

Owen wzruszył ramionami.

- Nie bez powodu. Nikt z was się specjalnie nie wysilił, żeby ją milo powitać.

- A czego się spodziewałeś? Powinieneś z góry to przewidzieć. Po co w ogóle ją tu 

przywoziłeś? Nie wierzę w tę bajeczkę o szukaniu ucieczki przed dziennikarzami. Mogłeś 

sobie zapewnić schronienie gdzie indziej.

- Miałem swoje powody, które zachowam dla siebie. Od was oczekuję tylko, żebyście 

traktowali moją żonę uprzejmie i z należnym jej szacunkiem. Czy to jasne?

Celia upiła łyk kawy.

-   Nie   mogę   gwarantować,   jak   będzie   traktowana.   Znasz   wuja   Derwina.   Dyszy 

nienawiścią już na samo nazwisko Townsend. Twoja ciotka jest niewiele lepsza.

- A ty, Celio? - spytał Owen miękko. - Jak ty zamierzasz ją traktować?

- Osobiście uważam, że powinnam w tym względzie respektować życzenia twojego 

ojca.   Wiesz   równie   dobrze   jak   ja,   co   by   powiedział   na   wiadomość   o   tej   spółce   i   tym 

małżeństwie. Wolałby, żeby Hotele Sutherland zbankrutowały.

- Bardzo wątpię. Postaraj się być dla niej miła, Celio. I pamiętaj, że was ostrzegałem. 

Każdy, kto zrobi przykrość Angie, odpowie mi za to.

Celia obrzuciła go zdziwionym spojrzeniem.

- Jesteś wobec niej bardzo opiekuńczy.

- Jest moją żoną. Opiekuję się wszystkim, co do mnie należy.

- Jaka szkoda, że nie dotyczy to członków twojej własnej rodziny. Zdawałoby się, że 

taka troskliwość im się w pierwszym rzędzie należy.

background image

- Czy nie wracamy przypadkiem do kwestii mojego szwagra?

Celia zacisnęła usta.

- I owszem. Nie masz prawa wykluczać Glena z prowadzenia firmy. Wiesz, jak to boli 

Kimberly. Możesz bez najmniejszego trudu dać mu wysokie stanowisko. Dlaczego nie chcesz 

tego zrobić?

- Glen Langley jest inżynierem. Nie ma żadnego doświadczenia w hotelarstwie. Niech 

mnie diabli, jeśli dam mu kierownicze stanowisko tylko po to, żeby zadowolić Kimberly, A 

poza   tym,   co   to   za   mężczyzna,   który   żeniąc   się   z   kobietą,   od   razu   oczekuje   wejścia   w 

rodzinny interes?

- Glen nie ożenił się z Kimberly dla pieniędzy. Naprawdę ją kocha.

- Ach, tak? Więc niech sam znajdzie sobie pracę i zacznie utrzymywać swoją żonę na 

poziomie, do jakiego przywykła. Nie widzę powodu, dla którego ja miałbym utrzymywać to 

małżeństwo.   -   Odstawił   z   trzaskiem   filiżankę   na   stół.   -   A   niech   to,   powinienem   był  się 

domyślić, że nie unikniemy tego tematu. Dzięki Bogu, że oboje są na Hawajach.

- Kimberly i Glen wracają dzisiaj do Kalifornii - powiedziała Celia ze spokojem. - A 

jutro spodziewamy się ich tutaj.

- To świetnie. Od razu zrobi się weselej. - Owen skierował się do drzwi. - Nie mogę 

się doczekać, aż Angie pozna moją kochaną małą siostrzyczkę i uczepionego jej spódnicy 

męża. Z pewnością zacznie się poważnie zastanawiać, do jakiej rodziny weszła, nie uważasz?

Następnego   ranka   Owen   zadzwonił   do   głównego   zarządu   swojej   firmy   i   po 

zakończeniu rozmowy wyciągnął się fotelu, głęboko zamyślony. Spoglądając przez okno ana-

lizował   rozmowę,   którą   przed   chwilą   przeprowadził   z   Calhounem,   swoim   rzecznikiem 

prasowym. Był na niego ściekły i gotów zwolnić go ze skutkiem natychmiastowym, ale teraz 

postanowił   poczekać   z   podjęciem   decyzji   o   czasu,   aż   uzyska   jakieś   nowe   informacje. 

Wszystko   skazywało   na   to,   że   ani   Calhoun,   ani   nikt   inny   w   jego   biurze   nie   wiedział   o 

zaistniałym przecieku. Owen był skłonny temu wierzyć. Sytuacja mocno się komplikowała i 

wymagała jakiegoś związania, które Owen zamierzał znaleźć. Ale na razie zło już zostało 

wyrządzone i miał pilniejszy problem na głowie. Mianowicie małżeństwo, które nie było 

małżeństwem.

Te rozmyślania przerwało mu krótkie i stanowcze pukanie do drzwi. Zastanawiał się, 

kto z jego krewnych przyszedł z nową porcją pretensji.

- Proszę - powiedział, nie podnosząc głowy.

- Jeśli nie weźmiesz mnie do miasteczka, to ukradnę łódź i popłynę sama - oznajmiła 

background image

Angie dramatycznym tonem.

Owen zdumiony odwrócił się na krześle. Angie miała na sobie obcisłe dżinsy i zielony 

pulower. Płomienne włosy spięła na karku złotą klamrą. Patrzyła  na niego buńczucznie i 

wyzywająco.

- Dlaczego chcesz jechać do Jade? - zapytał ostrożnie.

- Bo oszaleję, jeśli się choć na chwilę nie wydostanę z tego więzienia. - Posłała mu 

prowokujący uśmiech. - Pomyśl tylko, jak to będzie wyglądać w gazetach: „Magnat hotelowy 

zamyka nowo poślubioną żonę na odludnej wyspie i doprowadza ją do szaleństwa".

- To ja jestem doprowadzony do szaleństwa. - Owen podniósł się wolno z krzesła. - 

Musisz wiedzieć, że tam nie ma nic ciekawego. To tylko parę sklepików, skład kolonialny, 

kawiarnia i stacja benzynowa.

- Bez obrazy, ale to brzmi nieporównanie bardziej interesująco niż to, co mamy tutaj. 

Płyniesz ze mną czy mam zarekwirować łódź biednemu Jeffersowi?

- Zawiozę cię do miasteczka, jeśli naprawdę tego chcesz.

- Nie, naprawdę chcę wyjechać stąd i nigdy nie wrócić. Ale ponieważ nie mam na to 

większych szans przez następne trzy tygodnie, to na razie zadowolę się wycieczką do Jade.

Owen patrzył na nią i. zastanawiał się, jakim cudem wszystko, co się tak obiecująco 

zaczynało, przybrało taki zły obrót.

- Angie, wciąż powtarzam, że wcale nie musi tak być.

-   Zaraz   będę   gotowa   -   powiedziała   szybko.   Widząc,   że   Owen   się   do   niej   zbliża, 

odwróciła się czym prędzej do drzwi. - Muszę coś wziąć z kuchni.

- Co takiego?

- Koszyk z jedzeniem, który Betty dla nas przygotowała.

Zniknęła w głębi holu, a oszołomiony Owen przez chwilę patrzył za nią zbierając 

myśli. Potem otrząsnął się i poszedł na przystań. Jeffers zajęty był oliwieniem silnika.

- Wybiera się pan do Jade? - spytał, nie podnosząc głowy.

- Tak. Przywieźć ci coś?

- Nie, nic mi nie trzeba. Niech pan weźmie motorówkę. Śmiga jak złoto. Pański wuj 

coś   dłubał   przy   wszystkich   motorach,   wymyślił   jakiś   sposób,   żeby   mniej   smrodziły   i 

zużywały mniej benzyny. Działa nie najgorzej.

- Derwin nadal majsterkuje?

- Zna go pan. Zawsze była z niego taka złota rączka.

- Taak... - Owen obserwował przez chwilę w milczeniu, jak Jeffers krząta się koło 

łodzi.

background image

- Widzi mi się, że to dobry pomysł, żeby zabrać stąd na chwilę młodą panią, Betty 

mówi, że w domu trudno wytrzymać.

- Jakoś to się ułoży.

- Może i tak. A może i nie.

- Jeffers, pocieszyłeś mnie, wiesz o tym?

- Trele - morele. Z pana to cały ojciec. Ciekawym, czy młodej pani uda się trochę pana 

zmiękczyć.

- Nie potrzebuję żadnego zmiękczania - najeżył się Owen. - Potrzebuję tylko trochę 

czasu, żeby przywrócić tu porządek.

- Jeśli pan tak uważa. - Jeffers pochylił się znów nad robotą.

Kiedy   po   paru   minutach   zjawiła   się   Angie   w   dużym   słomkowym   kapeluszu,   z 

koszykiem wiklinowym przewieszonym przez ramię, Owen czekał już na nią w motorówce. 

Pomagając jej wejść, rzucił okiem na koszyk, ale powstrzymał się od wszelkich komentarzy. 

Obawiał się, że jeśli da wyraz  jakimś nadziejom w związku z przygotowanym  przez nią 

piknikiem, Angie gotowa jeszcze wyrzucić wszystko za burtę. Nie bardzo wiedział, czego się 

po niej spodziewać.

Niemniej, odcumowując motorówkę, mówił sobie w duchu, że perspektywa pikniku to 

dobry znak. Czuł się o wiele raźniej niż parę minut temu. Postanowił znów poruszyć temat ich 

małżeństwa, ale tym razem ostrożniej.

- Wiesz, Angie - zaczął, kiedy byli już na wodzie rozmyślałem ostatnio o tym i owym.

- Lepiej z tym uważaj. Myślenie nie jest twoją najmocniejszą stroną. To właśnie twoje 

genialne pomysły wpędziły nas w tę sytuację.

- Bardzo śmieszne. - Owen spiorunował ją wzrokiem. - Angie, prawdę mówiąc, nasza 

obecna sytuacja nie jest w pełni normalna.

- Co ty powiesz? - Angie włożyła wielkie słoneczne okulary, nie odrywając oczu od 

miasteczka przycupniętego na drugim brzegu. - Jaki piękny widok! Szkoda, że nie wzięłam 

aparatu fotograficznego.

- Angie, mówię poważnie. - Był  zły,  że musiał podnieść glos, żeby przekrzyczeć 

warkot motoru. - Spójrz na to obiektywnie. Niby jesteśmy małżeństwem, a nie jesteśmy. W 

każdym razie jeszcze nie jesteśmy. Ten nienaturalny stan rzeczy wprowadza między nami 

mnóstwo niepotrzebnego napięcia.

- Nie żartuj.

- Sarkazm do niczego nas nie doprowadzi, skarbie.

- Nic nas do niczego nie doprowadzi, dopóki nie nastąpi sprzedaż akcji. - Oderwała 

background image

wreszcie wzrok od brzegu i spojrzała na niego, - Dlatego proponuję, żebyśmy nie ciągnęli 

tego tematu.

- Jesteś nierozsądna i uparta jak osioł.

-   Mam   swoje   powody.   Czy   mam   ci   przypominać,   że   to   ja   jestem   stroną 

poszkodowaną?

- A ja to niby co? - odparował. - Ja jestem mężem, który nie może skonsumować 

swojego małżeństwa, I kto tu mówi o krzywdzie.

- Jesteś po prostu nieco wytrącony z równowagi, ponieważ sprawy potoczyły się nie 

po twojej myśli.

- Jestem wściekły, ponieważ nie miałem nocy poślubnej.

- Seks to nie wszystko, Owen - powiedziała poważnie.

-   Ale   to   z   pewnością   pierwszy   krok   we   właściwym   kierunku,   jeśli   chodzi   o 

małżeństwo.

- Najwyższy czas, żebyś zaczął się przyzwyczajać, że nie zawsze wszystko będzie tak, 

jak ty chcesz. Niektóre rzeczy ulegną teraz zmianie.

Owen   przypomniał   sobie   swoje   mocne   postanowienie.   Jeśli   chce   wygrać,   musi 

zachować spokój i rozsądek. Sama logika wskazywała na to, że Angie prędzej czy później 

padnie ofiarą swojej własnej zmienności nastrojów.

- Może masz rację - zgodził się, wprowadzając motorówkę do małej zatoczki. - Może 

rzeczywiście jestem przyzwyczajony do stawiania na swoim. To chyba nawyk. Od tak dawna 

podejmuję decyzje w firmie, że pewno przeniosłem ten zwyczaj na inne dziedziny życia.

Angie rzuciła mu podejrzliwe spojrzenie.

- Cóż, jeśli potrafisz to przyznać, to już jest krok we właściwym kierunku.

- Dziękuję. - Owen starał się, aby zabrzmiało to skromnie i ujmująco. Niełatwo mu to 

przyszło i stanowiło całkiem nowe przeżycie.

Angie uśmiechnęła się z wahaniem.

- Właściwie nic dziwnego, że taki jesteś. To znaczy taki władczy. Mój ojciec i brat też 

przejawiają ku temu duże skłonności. Czasami doprowadza nas to z mamą do szału.

- Może po prostu wszyscy trzej jesteśmy opiekuńczy wobec bliskich nam kobiet - 

podsunął przymilnie Owen, podprowadzając łódkę do brzegu.

- Mama też tak twierdzi. Ale ja nie bardzo w to wierzę. Myślę, że tacy mężczyźni jak 

wy są po prostu z natury aroganccy.

No i tyle mi przyszło z moich subtelnych zabiegów, pomyślał Owen, wyskakując na 

brzeg i przywiązując motorówkę do palika.

background image

- Angie...

- Co zaszło między naszymi rodzinami trzydzieści lat temu, Owen? - spytała Angie, 

gramoląc się z łódki i usiłując podtrzymać ręką kapelusz i koszyk.

- Mówiłem ci już, że nie wiem, - Owen pochylił się i chwycił ją za ramię. - Ojciec 

nigdy nie chciał o tym mówić.

- Sądzisz, że twoja ciotka i wuj znają całą prawdę?

- Może. Od czasu do czasu rzucali na ten temat jakieś nieprzyjazne uwagi. Ale trudno 

powiedzieć, czy wiedzą, co się stało, czy są tylko lojalni.

Angie zdjęła okulary i przyjrzała mu się spod ronda wielkiego kapelusza.

- A ty nie jesteś ciekaw tej historii? Owen wzruszył ramionami.

- Spytałem o to twojego ojca prosto z mostu, kiedy zaczęliśmy rozmowy o spółce. 

Przysiągł, że nie wie, o co dokładnie poszło. Wie tylko, że ta pierwsza spółka nie doszła do 

skutku, bo bankierzy się wycofali. Mówi, że cała wina spadła na Townsendów, chociaż nikt 

nie udzielił im żadnych wyjaśnień. Dla niego to już historia i ja się z tym zgadzam.

- Nie  byłabym  tego   taka  pewna  - powiedziała  w  zamyśleniu  Angie.  -  Dla twojej 

rodziny ta sprawa wydaje się być równie żywa dzisiaj, jak była wtedy.

- Mówiłem ci już, że moja rodzina jest inna niż twoja. Umiemy pielęgnować w sobie 

urazy. - Owen wziął koszyk od Angie i zdecydowanym gestem objął ją za ramię, prowadząc 

po huśtającym się pomoście. - Co ty masz w tym koszyku? Waży chyba tonę.

- Prawdziwy piknik polega na tym, żeby było dużo smakołyków - oświadczyła. - A 

wracając do twojej rodziny...

- Przestań myśleć o mojej rodzinie.

- Dosyć to trudne, skoro dzięki tobie jestem nią dzień i noc otoczona - odgryzła się.

Owen zaklął pod nosem.

- Chodziło mi o to, żebyś przestała myśleć o tym, co się wydarzyło trzydzieści lat 

temu. To już nieważne.

- Hmm.., Wcale nie jestem tego pewna. Zerknął na nią z ukosa i postanowił zmienić 

temat.

- Witaj w pięknym  mieście Jade - powiedział, pokazując krótką uliczkę z garstką 

małych, odrapanych sklepików. - Co chcesz robić najpierw? Pójdziemy zobaczyć, co słychać 

na stacji benzynowej? Czy może chciałabyś zwiedzić sklep spożywczy? Podobno mają nową 

ladę chłodniczą. To może być ekscytujące.

- Po prostu przejdźmy się trochę. Owen wzruszył ramionami.

- Jak sobie życzysz.

background image

-   Pod   warunkiem   że   nie   zażyczę   sobie   wyjechać,   tak?   -   rzuciła   mu   wyzywające 

spojrzenie.

- Właśnie - mruknął. Przez chwilę szedł obok niej w milczeniu, zastanawiając się, jaką 

obrać taktykę. W końcu ciekawość zwyciężyła i spytał: - Ile Helen zaoferowała ci za spokojne 

odejście po sprzedaży akcji? Angie spojrzała na niego ze zdziwieniem.

- Skąd o tym wiesz?

- To było do przewidzenia. Któreś z tej trójki musiało podjąć taką próbę. Widziałem 

ciebie i Helen przez okno wczoraj rano i domyśliłem się, że to ją wybrano do tego zadania.

- Rozumiem. Jesteś starym cynikiem, wiesz?

- Jestem realistą. Angie westchnęła.

- Nie padła żadna kwota. Nie doszło do tego.

- Pewno wyobraża sobie, że wolisz wystąpić o duże odszkodowanie rozwodowe.

-   Ostrzegła   mnie,   że   wyciągnę   od   ciebie   o   wiele   mniej,   niż   dostałabym   od   niej. 

Powiedziała, że nie mam szansy wygrać z tobą w sądzie.

- Taka sytuacja  w ogóle nie zaistnieje. Nie będzie żadnego rozwodu.  Prędzej  czy 

później dojdziemy jakoś do ładu, Angie.

Nie   odpowiedziała.   Przez   chwilę   szli   w   milczeniu,   zostawiając   za   sobą   wioskę   i 

wchodząc w gęsty las, otaczający jezioro.

- Tu będzie dobre miejsce - oznajmiła wreszcie Angie, zatrzymując się na usłanej 

igłami sosnowymi skarpie.

- Dobre miejsce na co?

- Na piknik, oczywiście.

Wzięła od niego koszyk i postawiła na ziemi. Rozłożyła kraciasty obrus i zaczęła 

wykładać kanapki i inne przysmaki.

- Chyba poznaję tego tuńczyka - powiedział Owen, siadając obok.

-   Nic   z   tych   rzeczy.   To   świeża   porcja.   Betty   przyrządziła   to   wszystko   dziś   rano 

specjalnie dla nas. - Angie podała mu kanapkę, drugą wzięła sobie, i leżąc oparta na łokciu, 

patrzyła na ponure gmaszysko wznoszące się na wyspie pośrodku jeziora.

- Kto zbudował tę fortecę, którą nazywasz domem, Owen?

Poszedł śladem jej spojrzenia.

- Mój pradziadek. Przybył  na zachód w poszukiwaniu szczęścia. I zbił majątek na 

hodowli   bydła.   Potem   wrócił   na   wschód   po   narzeczoną.   Właśnie   dla   niej   postawił   tę 

monstrualną   budowlę.   Od   tej   pory   stanowi   nasz   dom   rodzinny.   Mam   zamiar   to   wkrótce 

sprzedać komuś z odpowiednią fantazją, aby urządzić tu na przykład pensjonat.

background image

- A nie chcesz przerobić tego domu na jeden z hoteli? Owen skrzywił się.

-   Nie,   nie.   Podniesienie   go   do   poziomu,   jaki   reprezentują   inne   nasze   hotele, 

kosztowałoby fortunę. Nie warto.

- Niezbyt lubisz ten dom, co?

- Nie. I do tego trudno w nim mieszkać i prowadzić interesy. Nigdy nie spędzaliśmy tu 

z ojcem wiele czasu. Dopiero kiedy ożenił się z Celią, zaczęliśmy tu częściej przyjeżdżać.

- Celia lubi ten dom? Uśmiechnął się ironicznie.

- Myślę, że uważa go za coś w rodzaju posiadłości rodowej. Celia jest bardzo czuła na 

punkcie tradycji rodzinnych. Lubi odgrywać panią na włościach. Ojciec zwykle jej ustępował. 

Dlatego trzymał ten dom. Ale teraz, kiedy już nie żyje, mam zamiar się go pozbyć.

- Czy powiedziałeś o tym Celii i wujostwu?

- Nie, nie rozmawiałem z nimi na ten temat.

- Nie będą zachwyceni tym projektem.

- To prawda - przyznał Owen. - Ale nie oni utrzymują szkaradzieństwo.

- Możesz sobie na to pozwolić.

- Nie o to chodzi - rozzłościł się. - Utrzymywanie tego domu jest nieopłacalne, więc 

muszę się go pozbyć. Jeśli tylko mi się uda. Bóg jeden wie, że nie będzie łatwo znaleźć na 

niego kupca.

- Czy na wszystko patrzysz pod kątem opłacalności, Owen?

- Nie, nie na wszystko - odparł ostrożnie, wietrząc pułapkę.

-   A   wybór   żony?   Czy   oczekiwałbyś,   że   żona   też   będzie   opłacalnym   nabytkiem? 

Teoretycznie rzecz biorąc, oczywiście.

-   To   nie   jest   pytanie   teoretyczne.   -   Odłożył   kanapkę   i   ujął   jej   podbródek.   Nie 

próbowała wyszarpnąć głowy. - Mam już żonę. I na razie okazała się zupełnie nieopłacalnym 

nabytkiem. Ale nie mam zamiaru jej się pozbywać.

Angie nie odpowiedziała. Szeroko otwartymi oczami patrzyła badawczo w jego twarz. 

Owen   dopiero   po   chwili   zbliżył   wolno   usta   do   jej   ust.   Dał   jej   możliwość   uniknięcia 

pocałunku, ale z niej nie skorzystała.

- Angie... - wyszeptał drżącym z namiętności głosem, przewracając ją na plecy.

Przez ułamek sekundy wyczuł w niej opór, lecz zaraz jej ramiona oplotły mu miękko 

szyję. Nadal mnie pragnie, powiedział sobie z triumfem. Choć wciąż mu się przeciwstawia, 

nadal budzi jej pożądanie, gdy ją bierze w ramiona. Poczuł ogromny przypływ ulgi.

- Angie, skarbie, wszystko będzie dobrze - szeptał, pieszcząc ustami jej szyję. Jego 

ciałem wstrząsnął dreszcz gwałtownego podniecenia.

background image

- Owen, nie powinnam ci na to pozwolić. Wiem, że nie powinnam.

-   Ciii...   kochanie.   -   Przesunął   rękę   na   jej   biodro.   -   Jesteśmy   małżeństwem,   nie 

pamiętasz? Tak właśnie powinno być między nami.

-   Jeszcze   nie   teraz.   Jest   wiele   spraw,   które   trzeba   najpierw   wyjaśnić.   Muszę   być 

pewna, że...

Włożył  rękę   pod   zielony   pulower  i   przykrył   dłonią   jej   pierś.   Angie   jęknęła   i  nie 

dokończyła   zdania.   Owen   z   gorączkową   niecierpliwością   zabrał   się   teraz   za   jej   ubranie. 

Wszystko w postaci guzików, haftek i zamka jakby się przeciw niemu sprzysięgło. Dopiero 

po chwili zdał sobie sprawę, że Angie nie na żarty mu się wyrywa. - Angie, uspokój się. 

Oboje tego chcemy. To zupełnie naturalne. Jesteśmy małżeństwem. Zrelaksuj się, kochanie. 

Zaczął   ją   koić   pocałunkami,   od   szyi   po   głębokie   wycięcie   swetra.   Pod   kciukiem   poczuł 

wypukłość jej brodawki i pomyślał, że zaraz oszaleje z pożądania.

- Owen, powiedziałam, przestań! Ktoś nas obserwuje - zasyczała Angie.

Jej zdeterminowany ton wreszcie do niego dotarł i Owen podniósł głowę.

- Co jest, do diabła?

Usłyszał   dźwięk   silnika   na   wolnych   obrotach   i   odwróciwszy   się,   zobaczył   grupę 

śmiejących   się   nastolatków   w   motorówce   stojącej   na   wodzie   tuż   przy   brzegu.   Zaklął 

siarczyście; młodzi ludzie wybuchnęli głośnym śmiechem, uruchomili łódź i pomknęli w głąb 

jeziora.

- Żonaty mężczyzna nie powinien być narażony na coś podobnego - poskarżył się. - 

Powinien móc kochać się ze swoją żoną w zaciszu pokoju.

- Całe szczęście, że nam przeszkodzili. - Angie szybko  usiadła  i zaczęła wrzucać 

produkty do koszyka. - Nie jestem jeszcze na to gotowa, Owen. Powiedziałam ci, że chcę 

poczekać. Byłabym ci bardzo wdzięczna, gdybyś zaprzestał prób uwodzenia mnie przy każdej 

nadarzającej się okazji. To nie w porządku.

- Nie w porządku? Jestem twoim mężem, do cholery! Będę cię uwodził, kiedy mi się 

spodoba.

Angie potrząsnęła zdecydowanie głową, zamykając koszyk.

- Wolałabym, żebyś tego nie robił. - Westchnęła, - Nie sądziłam, że to będzie problem.

- O czym ty mówisz?

- Byłam  na ciebie tak zła, odkąd dowiedziałam się o spółce i sprzedaży akcji, że 

miałam nadzieję bez trudu poradzić sobie z fizyczną stroną naszego związku.

- Czy chcesz przez to powiedzieć, że miałaś nadzieję bez trudu mi się oprzeć, bo byłaś 

na mnie wściekła? - Owen poczuł nagły przypływ poprawy humoru, gdy zrozumiał, do czego 

background image

Angie się przyznaje. Usta wolno rozchyliły mu się w uśmiechu.

- Mniej więcej.

- Ale nie możesz mi się oprzeć, prawda, kochanie? Pragniesz mnie tak samo, jak ja 

ciebie, i kiedy biorę cię w ramiona, topniejesz jak masło. To nic złego, Angie. Jestem twoim 

mężem. Po co z tym walczyć?

- Potrafię ci się oprzeć i nie zamierzam ustępować - oznajmiła stanowczo, wstając z 

ziemi - dopóki nie będę usatysfakcjonowana innymi elementami naszego związku.

- Przestań nazywać to związkiem. Jesteśmy małżeństwem - odparował, ale w jego 

głosie nie było już złości.

Od czasu owej pechowej nocy poślubnej ani razu nie czuł się tak dobrze. Powiedział 

sobie, że powinien był okazać więcej śmiałości zeszłego wieczoru. Dzisiaj na pewno spróbuje 

nowego  podejścia  do swojej  upartej żony. Seks,  a nie  subtelne  podchody,  rozwiąże  jego 

dylemat.

Angie spojrzała na niego spod oka.

- Zetrzyj ten głupi uśmieszek z twarzy, Owenie Sutherland. Nie jestem znowu taką 

bezwolną lalką. Sama bym cię powstrzymała, gdyby nie zjawili się ci chłopcy.

- Tak, kochanie.

- Nie pozwolę ci wykorzystywać fizycznego pociągu między nami - oblizała dolną 

wargę - do manipulowania mną.

- Gdzież bym śmiał?

Owen pochylił się, biorąc koc i starannie go składając. Miał nadzieję, że ukryje w ten 

sposób radosny triumf wyzierający mu z oczu.

- Mówię poważnie, Owen.

- Rozumiem, kochanie. - Spakował koc i wziął koszyk. - Wracamy? - Uśmiechnął się 

niewinnie. - Czy wolisz kontynuować naszą wycieczkę?

- Jestem gotowa na powrót do lochów - mruknęła Angie.

-  Popatrz  na   to  od  jaśniejszej   strony.   Nie  próbuję  zakuć  cię  w   pas  cnoty.  Wręcz 

przeciwnie.

W drodze powrotnej przez jezioro Angie była milcząca. Jeszcze rano przed wycieczką 

czuła się panią sytuacji. Teraz uzmysłowiła sobie, że tę niebezpieczną pewność siebie dała jej 

owa nocna konfrontacja z Owenem sprzed dwóch dni. Wyczuła wtedy jego szaloną dumę i 

pasję   i   powiedziała   sobie,   że   na   pewno   drzemią   w   nim   i   inne   głębokie   namiętności. 

Rozumiała takie uczucia i potrafiła sobie z nimi radzić. A przynajmniej tak jej się wydawało.

Ale teraz stanęła  twarzą w twarz z faktem,  że jest nadal równie czulą na męskie 

background image

wdzięki Owena, jak przedtem. Musi być ostrożna, bardzo ostrożna. Musi starać się zachować 

równowagę sił w tej delikatnej sytuacji. Bała się, ze straci tę odrobinę przewagi, jaką zdobyła, 

jeśli ulegnie namowom Owena.

Kiedy wpływali do zatoczki pod domem, dostrzegli w przystani nową łódź. Owen 

skrzywił się na jej widok.

-   Mamy   gości?   -   spytała   Angie   z   nadzieją.   Z   przyjemnością   powitałaby   tu   jakąś 

przyjazną twarz.

-   To   tylko   kolejni   członkowie   rodziny.   -   Owen   wysiadł   i   podał   jej   rękę.   -   Moja 

przyrodnia siostra i jej mąż. Szykuje się niezła zabawa.

- Myślałam, że ze sobą nie rozmawiacie?

- Ależ nie, rozmawiamy, jak najbardziej. Przedtem nawet byłem z Kim w całkiem 

dobrych stosunkach. Ale to się zmieniło, odkąd pół roku temu wyszła za Glena Langleya.

- Dlaczego? Nie lubisz go? Owen ruszył w stronę domu.

- Problem polega na tym, że Kim i Celia uważają, że powinien natychmiast dostać 

stanowisko   kierownicze   w   naszej   firmie,   po   prostu   dlatego   że   się   wżenił   w   rodzinę. 

Najwyraźniej sam Langley też tak uważa.

- A ty nie?

- Oczywiście,  że  nie.  Ten facet  jest  inżynierem.  Nigdy nie miał  nic  wspólnego  z 

branżą hotelarską.

- I myślisz, że ożenił się z Kim, żeby wyrwać dla siebie cząstkę rodzinnej fortuny, 

tak?

Owen spojrzał na nią spod oka.

- Myślę, że istnieje taka możliwość. Angie uśmiechnęła się.

- A czy nie dopuszczasz w ogóle myśli, że mógł się z nią ożenić z miłości? Czy też 

jest w tym względzie zbyt podobny do ciebie?

Owen zatrzymał się w miejscu i odwrócił do niej gwałtownie, mierząc ją zimnymi z 

furii oczami.

- Co przez to rozumiesz?

Przestraszona tą nagłą zmianą jego nastroju, Angie cofnęła się o krok.

- Zastanawiałam się tylko, czy nie odrzucasz możliwości, że twój szwagier zakochał 

się w Kim, bo po prostu nie wierzysz w miłość.

- Na litość boską, Angie...

- Owen, właściwie sam przyznałeś, praktycznie rzecz biorąc, że mnie nie kochasz. A 

jednak się ze mną ożeniłeś.  Więc jaki  można wyciągnąć  stąd wniosek?  Czy nie taki, że 

background image

zrobiłeś to dla interesu? I wobec tego, jak możesz obwiniać Glena Langleya?

-   Posuwasz   się   naprawdę   za   daleko,   moja   pani.   -   Mina   Owena   nie   wróżyła   nic 

dobrego. - Radzę ci, przestań igrać sobie z tym, co ja czuję czy nie czuję, zanim przebierzesz 

miarkę. Powiedziałaś, że nie chcesz, żebym manipulował tobą za pomocą seksu? No to wiedz, 

że ja nie chcę, żebyś manipulowała mną za pomocą słów. Zrozumiałaś?

- Oczywiście, Owen. Uważam, że osiągnęliśmy obopólne porozumienie.  Jest dużo 

prawdy w powiedzeniu, że prawdziwą naturę mężczyzny poznaje się po ślubie.

Przemknęła   szybko  obok,  zdążając  do drzwi  frontowych.   Kiedy znalazła   się  poza 

zasięgiem Owena, odetchnęła z głęboką ulgą, ocierając pot z czoła. Tym razem, prowokując 

go, nieco się zagalopowała.

- No, no, no - dobiegł ją spod drzwi lekko kpiący męski głos. - To ty jesteś zapewne 

najnowszą zdobyczą klanu Sutherlandów. Miło wiedzieć, że nie tylko ja ośmieliłem się wejść 

do tej rodziny. Jestem Glen Langley.

Angie   podniosła   szybko   głowę   i   uśmiechnęła   się,   widząc   u   szczytu   schodów 

przystojnego,   jasnowłosego   mężczyznę.   Glen   Langley,   ubrany   na   sportowo   w   sweter   i 

spodnie, sprawiał wrażenie człowieka sympatycznego i bezpośredniego. Miał otwartą, szczerą 

twarz o niebieskich oczach, patrzących na świat z pewną dozą humoru.

Polubiła go od pierwszego wejrzenia. Przypominał jej brata, Harry'ego.

- Jestem Angie - uśmiechnęła się. - Pewno już ci powiedziano, skąd się wzięłam i 

dlaczego tu jestem.

- Tak. Jesteś najnowszą inwestycją handlową Owena, sądząc po relacji jego krewnych. 

Ale ja nie zwracam na nich większej uwagi. Są tacy ponurzy i zgorzkniali.

- Ty też tak uważasz?

-   Cały   problem   polega   na   tym,   że   oni   wszyscy   za   bardzo   się   przejmują   swoim 

bezcennym przedsiębiorstwem hotelowym. Próbuję wyperswadować Kimberly ten nawyk.

- Fascynujące spostrzeżenie - mruknęła Angie, słysząc za sobą kroki Owena. - Sama 

poczyniłam podobne obserwacje.

- Cześć, Langley. - Owen uniósł brew. - Jak było na Hawajach?

- Witam, Sutherland. - Glen skinął uprzejmie głową. - Było bardzo przyjemnie, dopóki 

nie dowiedziałem się, dlaczego Kim zdecydowała się tak nagle na tę wycieczkę. Wcześniej 

nic nie wiedziałem o twoich planach małżeńskich: Jak widzisz, wróciliśmy przed czasem. 

Przykro mi, że nie wzięliśmy udziału w tym wiekopomnym wydarzeniu..

- Nie przejmuj się. Nikt z rodziny się nie pofatygował. Przeżyliśmy to jakoś. Gdzie 

jest Kim?

background image

- Rozmawia z matką. - Glen zerknął przez ramię w głąb ciemnego holu. - O, właśnie 

idzie. Kim,  kochanie,  chodź  poznać  swoją   bratową.  Przeprosiłem  już,  że  nie  byliśmy  na 

ślubie.

Atrakcyjna młoda kobieta, która do niego podeszła, miała dość przyzwoitości, żeby 

się zaczerwienić. Kimberly Langley była wysoka i szczupła. Miała na sobie szare spodnie i 

kremową   bluzkę,   które   podkreślały   jej   chłodną   elegancję.   Twarz   okalały   ciemnobrązowe 

włosy obcięte na pazia. Skinęła Angie głową.

- Dzień dobry. Mama i ciocia Helen opowiadały mi o tobie.

- Nic dobrego, jak sądzę - powiedziała Angie wesoło. Owen posłał jej ostrzegawcze 

spojrzenie i wbił wzrok w swoją przyrodnią siostrę.

- Zapamiętaj sobie, Kim, że Angie ma być traktowana z szacunkiem. Jest moją żoną i 

każdy, kto jej uchybi, będzie mieć ze mną do czynienia.

- Nikt nie zamierza ci robić wbrew, braciszku - odparła Kimberly słodko. - Wszyscy 

czujemy się w tej sytuacji niezbyt zręcznie, ale dla dobra firmy chyba potrafimy zachować się 

cywilizowanie do czasu sprzedaży akcji.

- Byłem pewny, że tak właśnie do tego podejdziesz. Będę w pracowni, gdyby ktoś 

mnie potrzebował.

Kimberly odprowadziła go wzrokiem, a potem zwróciła się do Angie.

- Mam nadzieję, że wiedziałaś, co robisz, kiedy wychodziłaś za mojego brata.

- Prawdę mówiąc, nie wiedziałam - odparła Angie, uśmiechając się promiennie. - Ale 

teraz już wiem. Zawsze to miło znaleźć się pośród miłej, kochającej rodziny, czyż nie?

- Mama miała rację. Jesteś dość grubiańska. - Kimberly odwróciła się na pięcie i 

zniknęła w głębi domu.

Glen   poczekał,   aż   zeszła   z   pola   widzenia,   i   zwrócił   spojrzenie   ku   Angie.   W 

niebieskich oczach nie lśniły już iskierki humoru, lecz zastąpił je wyraz powagi.

- Przepraszam cię za moją żonę. Zapewniam, że zachowuje się tak tylko na łonie 

swojej rodziny. Doszedłem do wniosku, że Sutherlandowie wyzwalają w człowieku wszystko 

co najgorsze. Zawsze kiedy tu przyjeżdżam, czuję się jak nieproszony gość.

- Doskonale cię rozumiem. Ja sama też się tak czuję.

-   Nawet   nie   wiesz,   jak   się   cieszę,   żeśmy   się   poznali,   Angie   -   powiedział   Glen, 

wchodząc za nią do holu. - Coś mi mówi, że mamy pokrewne dusze. Może połączylibyśmy 

siły przeciwko tym zaciętym, napuszonym Sutherlandom? Co powiesz?

Angie uśmiechnęła się, wdzięczna, że spotkała przyjazną twarz w tym ponurym domu.

- Umowa stoi.

background image

W tym  momencie  poczuła mrowienie w karku. Odwróciła się i zobaczyła  Owena 

stojącego w drzwiach pracowni, z kciukiem zatkniętym za pasek. Wiedziała, że musiał usły-

szeć uwagę Glena o łączeniu sił przeciw Sutherlandom.

Owen patrzył na nią przez chwilę nieprzeniknionym wzrokiem, po czym odwrócił się 

bez słowa i bardzo cicho zamknął za sobą drzwi.

Powinienem był się tego spodziewać, powiedział sobie Owen. To zupełnie naturalne. 

Dwoje obcych w rodzinie, Angie i Glen, prędzej czy później musieli się sprzymierzyć.

Obserwował ich ukradkiem podczas kolacji. Teraz, kiedy wszyscy w pozornej zgodzie 

przeszli na kawę do salonu, linie demarkacyjne między tą parą a resztą rodziny zaznaczyły się 

jeszcze wyraźniej. Zaczął się zastanawiać, czy przyjeżdżając tu nie popełnił zasadniczego 

błędu. Na tę myśl oblał go zimny pot. Zawsze wiedział, jak postępować w interesach. Ale gdy 

przychodziło do spraw rodzinnych, nie był już taki pewien.

Glen i Angie siedzieli sami na sofie przy oknie. Z ożywieniem omawiali  kwestie 

związane z projektowaniem biżuterii. Glen wykazywał niezwykłe zainteresowanie tematem. 

Owen pomyślał, że ani się obejrzy, a ci dwoje zaczną stanowić zwarty front przeciwko reszcie 

Sutherlandów.  Niewiele  brakuje,  a   straci  wszystko,   co  udało   mu  się  zyskać   na  początku 

pobytu. Nie będzie już w oczach Angie samotnym wilkiem broniącym się przed resztą stada. 

Zaklął pod nosem, pamiętając krągły kształt jej piersi w swojej dłoni.

Ciekaw był, czy taka tortura odrzuconego męża prowadzi do śmierci, czy też może 

trwać wiecznie.

- Ci dwoje znaleźli, zdaje się, wspólny temat - mruknęła Kimberly,  siadając obok 

Owena.

- Na to wygląda.

- Owen, powiedz, co się właściwie dzieje - poprosiła cicho. - Trudno mi się w tym 

wszystkim połapać. Mama, Helen i Derwin oświadczyli, że zwariowałeś, kiedy oznajmiłeś, że 

zamierzasz ożenić się z córką Townsenda. Powiedzieli, że tato by się w grobie przewrócił. 

Mówią, że zdradziłeś jego pamięć, zadając się z nimi.

- To miło, że wszyscy tak się przejmują moim szczęściem małżeńskim.

- Owen, to nie żarty. Igrasz z naszą przyszłością i jak zwykle nic nam nie mówisz. 

Mama twierdzi, że ten związek to tylko fikcja na pokaz, dla interesu. Czy to prawda?

- Nie. Ale nie spodziewam się, żebyś w to uwierzyła. - Do cholery, nikt w to nie 

wierzy, pomyślał Owen ponuro. Nawet Angie. Jedyna osoba, która się liczy.

Kimberly zmarszczyła z namysłem wyraźnie zarysowane brwi.

background image

- Owen, wiem, że odkąd poślubiłam Glena, stosunki między nami się popsuły, ale w 

końcu jesteś moim bratem. Czy nie uważasz, że winien mi jesteś jakieś wyjaśnienie, nawet 

jeśli odmawiasz tego innym?

- Dałem wszystkim jedyne wytłumaczenie, jakie istnieje. Nie moja wina, że nikt tego 

nie przyjmuje do wiadomości.

Oczy Kimberly zrobiły się okrągłe jak spodki.

- Nie mów mi, że się w niej zakochałeś? Nie wierzę... Nigdy w to nie uwierzę. Żadna 

kobieta nie miała dotąd na ciebie większego wpływu. W sprawach miłosnych jesteś zimny jak 

lód. A teraz chcesz, żebym uznała, że dałeś się usidlić córce Townsenda?

- Można to tak nazwać. Owen przypomniał sobie uczucie radosnego ożywienia, jakie 

go ogarnęło, kiedy po raz pierwszy zobaczył Angie, i to przemożne pragnienie, aby ją zdobyć, 

które niczym iskra elektryczna przebiegło jego ciało. Przypomniał sobie, jak nieśmiało ją 

adorował i jak starał się skłonić ją do małżeństwa. Pamiętał też, jak gorąco reagowała, kiedy 

brał ją w ramiona, nawet gdy była na niego wściekła. Tak, nie ulegało wątpliwości, że został 

usidlony.

Dziwne.   Nigdy   nie   myślał   o   tym   w   tych   kategoriach.   Od   początku   uważał,   że 

doskonale nad wszystkim panuje. Teraz jednak nie był już taki pewien.

- Mówmy poważnie, Owen. Oboje wiemy, że nie jesteś typem człowieka, który da się 

ponieść wielkiej namiętności. - Kimberly wpatrywała się w niego uważnie. - Nigdy w życiu 

nie byłeś zakochany. Nie wiesz chyba nawet, co to znaczy.

- Zmieńmy lepiej temat, Kim.

- Ale mam prawo wiedzieć, co się dzieje.

-   Wiesz   wszystko,   co   trzeba.   Jestem   żonaty.   Sutherlandowie   i   Townsendowie 

zawiązali spółkę. Za niecałe trzy tygodnie  nasze akcje  ukażą się na giełdzie. Co jeszcze 

chcesz wiedzieć?

Kimberly zamieszała wolno kawę, w jej oczach czaił się bunt.

- No trudno, jeśli nie chcesz mi powiedzieć, to nie mogę cię zmusić, prawda? Ty 

dzierżysz w rękach całą władzę. Ojciec zadbał o to, żeby tobie wszystko zostawić, jak zresztą 

należało się spodziewać.

Owen odwrócił ku niej głowę.

- Co właściwie chcesz przez to powiedzieć?

- Dobrze wiesz, co chcę powiedzieć - odparła z goryczą.

- Nie możesz chyba zaprzeczyć, że dbam o to, aby każde z was dostało swój udział.

- Ale to ty rządzisz, tak jak przedtem ojciec. Ty trzymasz lejce i bat, a my tylko 

background image

biegniemy w zaprzęgu. Zawsze byłeś jego ulubieńcem i spadkobiercą. Jego pierworodnym 

synem.   Tym,   którego   najbardziej   kochał   i   którego   przygotowywał   do   objęcia   Hoteli 

Sutherland.

- Bądź rozsądna, Kim. Nigdy nie interesowałaś się sprawami firmy.

- Nigdy mnie do tego nie zachęcano - odparowała, - Ale to nie znaczy, że nasze 

przedsiębiorstwo  nic mnie  nie  obchodzi. Wszystkich  nas obchodzi.  Niestety, wszyscy je-

steśmy zależni od ciebie. A ty rządzisz się sam jak szara gęś i nikogo nie pytasz o zdanie.

-   Kogo   miałbym   pytać?   -   powiedział   łagodnie.   -   Wuja   Derwina,   który   nigdy   nie 

wykazał najmniejszego zmysłu do interesów i spędził całe życie na majsterkowaniu? Czy 

ciocię   Helen,   która   zajmuje   się   wyłącznie   uzupełnianiem   drzewa   genealogicznego   naszej 

rodziny i zasiadaniem w zarządach różnych towarzystw dobroczynnych?

- Jesteś niesprawiedliwy, Owen.

- A może powinienem prosić o wkład twórczy Celię, tak? Daj spokój, Kim. Oboje 

wiemy,  że  twoja   matka   patrzy  na  wszystko   pod kątem  tego,  co  zrobiłby ojciec.  Nie  za-

akceptowałaby żadnego mojego ruchu, który według niej byłby nie po jego myśli.

- Jest po prostu wierna jego pamięci, to wszystko - Kim stanęła w obronie matki.

-  Tak  wierna,   że  trudno   jej   przyjąć   do  wiadomości,   że  teraz  ja   zarządzam   firmą. 

Posłuchaj, Kim, prawda jest taka, że nikt w tej rodzinie nie ma kwalifikacji do prowadzenia 

sieci hoteli oprócz mnie. Chcą być tylko pewni, że dostają należną im część zysków. Ojciec 

miał   świętą   rację   nie   zostawiając   im   prawa   głosu.   Już   widzę   te   nasze   zebrania   zarządu. 

Kłócilibyśmy się zażarcie o każdą decyzję i nic nigdy nie ruszyłoby z miejsca.

- Wraz z tą spółką dopuszczasz Townsenda do  współzarządzania. Jak myślisz,  co 

ojciec by na to powiedział?

Owen wzruszył ramionami.

- Nie byłby zachwycony. Ale ojca już nie ma pośród nas. Kimberly zacisnęła usta.

- Za to Glen jest - przypomniała mu spokojnie.

- Zauważyłem.

Owen rzucił kolejne posępne spojrzenie w kierunku pary na sofie. Angie tłumacząc 

jakiś szczegół dotyczący projektowania biżuterii zdjęła z palca obrączkę i beztrosko podała ją 

Glenowi. Owen omal nie zerwał się z miejsca, żeby mu ją wyrwać. Nie miała prawa ot, tak 

sobie, szafować swoją obrączką na prawo i lewo. - Proszę cię, Owen.

Zmarszczył brwi, zdając sobie sprawę, że nie dosłyszał czegoś, co siostra do niego 

mówiła.

- O co mnie prosisz?

background image

-   Żebyś   dał   Glenowi   szansę.   Prosta   sprawiedliwość   tego   wymaga.   Zaoferuj   mu 

stanowisko w firmie. Jakieś ważne stanowisko. Pozwól mu się wykazać.

- Rozmawialiśmy już na ten temat. Moja odpowiedź nadal brzmi: nie. Langley może 

się wykazać gdzie indziej. I niekoniecznie w zarządzie Hoteli Sutherland.

- Niech cię wszyscy diabli! - Kimberly wstała gwałtownie, filiżanka zabrzęczała na 

trzymanym przez nią spodeczku. - Jakim prawem mianujesz się naszym panem i władcą? Nic 

cię nie obchodzi oprócz ciebie, prawda? Robisz co chcesz, podejmujesz decyzje jakie chcesz i 

masz w nosie, czy się nam to podoba, czy nie.

- Jeśli Langley chciał się wykazać, mógł to zrobić przed zawarciem małżeństwa - 

powiedział brutalnie Owen.

- Nadal myślisz, że ożenił się ze mną dla pieniędzy, tak? Zobaczył podejrzaną wilgoć 

w   jej   oczach   i   przez   chwile   poczuł   wyrzuty   sumienia.   Wiedział,   że   Celia   mierzy   go 

wściekłym wzrokiem z drugiego końca pokoju. Źle się stało, że tu przyjechał. To był błąd, 

kardynalny błąd.

- Nie chcę do tego wracać. Dajmy już spokój tej dyskusji, Kim.

- Jak chcesz. Ale w końcu, kto to wszystko mówi, braciszku? - Rzuciła znaczące 

spojrzenie w kierunku sofy. - Jeśli ktoś tutaj ożenił się dla interesu, to raczej ty.

Owen   poczuł,   że   ogarnia   go   furia.   Najwyższym   wysiłkiem   woli   zdusił   w   sobie 

wybuch i wstał wolno, cedząc przez zaciśnięte zęby:

- Nie waż się więcej  tego mówić, zrozumiałaś?  Przynajmniej  wiem na pewno, że 

Angie nie wyszła za mnie dla majątku.

- Więc dlaczego za ciebie wyszła? - Kimberly cofnęła się nerwowo o krok, ale nie 

zrejterowała. - Tylko mi nie mów, że z miłości. Nawet ze sobą nie śpicie.

- Skąd to wiesz, do cholery?

- Od Betty, oczywiście. - Kimberly cofnęła się jeszcze o krok i odstawiła filiżankę. - 

Mówi, że jedno z was śpi na tapczanie w saloniku. I choć jest on zawsze bardzo starannie 

zasłany, rogi prześcieradła są założone inaczej, niż ona to robi.

-   Może   już   czas,   żeby   dobra,   stara   Betty   znalazła   sobie   inną   pracę   -   powiedział 

lodowatym tonem.

- Daj spokój, Owen. Jeśli ktoś tu jest winien, że tajemnica wyszła na jaw, to ja. Po 

prostu spytałam Betty, co się naprawdę dzieje, i ona mi szczerze odpowiedziała. Ty płacisz jej 

pensję, ale rzadko kiedy tu bywasz. A ona jest nam wierna i oddana od wielu lat. - Kimberly 

odwróciła się i odeszła do matki na drugi koniec pokoju.

Owen odprowadził ją wzrokiem i skierował się na taras. Jeszcze nigdy w życiu tak nie 

background image

pragnął świeżego powietrza. Wychodząc, zmusił się, żeby nie patrzeć w stronę sofy, na której 

siedziała Angie z Glenem Langleyem.

- Wiesz, to ją strasznie gryzie - zwierzył się Glen półgłosem Angie.

- Co ją gryzie?

-   To,   że   nie   może   namówić   Owena,   aby  ofiarował   mi   pracę   w   firmie.   Kimberly 

poczuła się niesprawiedliwie odrzucona, kiedy dwa lata temu okazało się, że ojciec zostawił 

wszystko jej bratu. A teraz ten brat nie chce mnie zaakceptować i ona uważa to za kolejne 

odrzucenie. Matka i wujostwo jeszcze ją podjudzają.

- A ty chciałbyś pracować w rodzinnej firmie? - spytała Angie z ciekawością.

- Ależ niech Bóg broni! Nie chciałbym pracować u Owena, nawet gdyby był ostatnim 

facetem na ziemi, który daje emeryturę i świadczenia socjalne. - Glen uśmiechnął się kątem 

ust - Ale dałbym sobie uciąć prawą rękę, żeby złożył mi taką propozycję.

- Dla dobra Kim?

-   Właśnie.   To   by   miało   dla   niej   ogromne   znaczenie,   że   brat   zdecydował   się 

zaoferować mi stanowisko. W jej oczach stanowiłoby dowód, że zaakceptował jej wybór. - 

Glen wzruszył ramionami. - Dla mnie, oczywiście byłby to duży problem.

- Jak to?

- Nie wiem, co Kim by zrobiła, gdybym odmówił. Dostałem doskonałą ofertę pracy z 

Seattle. Ale jeszcze jej o tym nie mówiłem, bo nie wiem, jak zareaguje.

- Boisz się, że nie zechce jechać tam z tobą? - spytała Angie ze zrozumieniem.

- Otóż to. Celia wciąż forsuje pomysł, żeby mnie umieścić w rodzinnej firmie, I to nie 

na byle jakiej posadce, ale co najmniej na fotelu wiceprezesa lub kogoś równie ważnego.

- Prawdopodobnie myśli, że jeśli jej zięć uzyska wysokie stanowisko, ona i reszta będą 

mieć wreszcie coś do powiedzenia - zauważyła Angie. - Na razie są zdani na dobrą wolę i 

poczucie odpowiedzialności Owena.

- Widzę, że zdążyłaś już rozgryźć tę zwariowaną rodzinkę - parsknął śmiechem Glen.

-   Jeszcze   nie   całkiem,   ale   się   staram.   Ciągle   pozostaje   jeszcze   jedna   zasadnicza 

kwestia.

- Jaka?

- Chciałabym wiedzieć, co wywołało przed trzydziestu laty wojnę między naszymi 

rodzinami. Nikt nie potrafi mi tego wyjaśnić.

- Raczej nikt nie chce. Ta szajka potrafi być bardzo skryta. Zwłaszcza Helen i Derwin.

- Zauważyłam. - Chciała powiedzieć coś więcej, ale przeszkodził jej Derwin, który w 

tym momencie podszedł do sofy.

background image

- Wygląda na to, że się nieźle bawicie - mruknął ponuro. Jego krzaczaste brwi były 

ściągnięte w prostą linię.

- Dobrze, że przynajmniej wy dwoje.

- Trochę smętny nastrój tu panuje, prawda? - zgodziła się Angie. - Czy zawsze tak 

przyjemnie spędzacie czas po kolacji?

- Uważasz się za bardzo dowcipną, co, młoda damo?

- nasrożył się Derwin. - Ale nie jesteś ani w połowie tak sprytna, jak ci się wydaje.

- Tak też podejrzewałam - przyznała Angie. Gdyby była sprytna, nie znalazłaby się w 

tej sytuacji.

Derwin poczerwieniał.

- Śmiej się, śmiej, ale my i tak swoje wiemy. Ciekawe tylko, jakim cudem udaje ci się 

tak wodzić Owena za nos. Jaki on jest, taki jest, ale nie sądziłem, że da się omotać przez 

pierwszą lepszą wygadaną panienkę. I to do tego z rodziny Townsendów. Jak widać, nie 

miałem racji. Glen zmarszczył brwi.

- Wystarczy, Derwin.

- To jeszcze nie wszystko - oświadczył Derwin. - Panna Townsend wyobraża sobie, że 

udało jej się wywieść nas w pole, ale się myli. I chcę, żeby o tym wiedziała.

Angie bardzo starannie odstawiła filiżankę.

- Możesz mi wyjaśnić, w jaki to mianowicie sposób usiłowałam wywieść was w pole?

Twarz Derwina poczerwieniała jeszcze bardziej. Jego oczy uciekły w bok.

-   Nie   jesteś   wcale   żoną   Owena   -   wysyczał.   -   W   każdym   razie   prawdziwą   żoną. 

Gospodyni powiedziała Kimberly, że nawet ze sobą nie śpicie. Ha! Dość dziwne zachowanie 

jak na nowożeńców, gdyby mnie kto pytał.

- Nikt cię nie pytał, Derwin - przerwał szorstko Glen. - Trochę się zagalopowałeś, nie 

uważasz?

-   Bynajmniej.   -   Derwin   jeszcze   nie   skończył.   -   Ona   pochodzi   z   Townsendów,   a 

wiadomo, że nie można im ufać ani na jotę. Jeśli nawet udało jej się omamić Owena, niech 

nie myśli, że wszyscy jesteśmy zaślepieni. Wiemy, że na pewno coś knuje, ale nie ujdzie jej 

to na sucho. Owen prędzej czy później odzyska rozum.

Derwin odwrócił się i odszedł sztywno do żony. Twarz Helen była stężała z napięcia. 

Nastąpiła krótka, kłopotliwa cisza, którą po chwili przerwał Glen.

- Nie przejmuj się Derwinem. Od lat jest zgorzkniały, bo ani ojciec Owena, ani sam 

Owen nigdy nie powierzyli mu żadnego stanowiska w firmie.

- Skąd on pochodzi?

background image

- Biedny, stary Derwin pochodzi z dobrej, znanej rodziny właścicieli winnic z doliny 

Napy. Ale nigdy nie interesował się wyrobem wina. Lubi majsterkować.

- Majsterkować?

- Tak, zajmuje się konstruowaniem rozmaitych gadżetów. Ma nawet parę patentów, 

ale żaden z wynalazków nie przyniósł mu większych pieniędzy. Ojciec Owena, jak twierdzi 

Kim, uważał go za ekscentrycznego  zwariowanego naukowca, czy kogoś w tym  rodzaju. 

Można powiedzieć, że łączy nas przynajmniej jedna rzecz.

- Chodzi ci o to, że żaden z was nie dostał wysokiego stanowiska w rodzinnej firmie?

- Tak. Różnica między nami polega na tym, że Derwin oddałby duszę za to, żeby 

traktowano go jako ważnego członka rodziny, a ja za to, żeby zaoferowano mi pracę.

- Wydaje się, że cały problem polega na tym, że ani Owen, ani jego ojciec nie zadali 

sobie   trudu,   aby   w   jakiś   taktowny   sposób   załatwić   sprawę   wujka   Derwina.   Ich   polityka 

sprowadzała się do ignorowania go, co z pewnością oboje z Helen bolało. - Angie potrząsnęła 

głową. - Co za beznadziejna sytuacja.

- Nie da się ukryć. - Glen podniósł filiżankę w ironicznym toaście. - Witaj na polu 

bitwy, Angie. Jak widzisz, jesteśmy wszyscy jedną wielką, szczęśliwą rodziną.

Nie   wiedzieć   czemu,   ujawnienie   faktu,   że   śpi   w   osobnym   pokoju,   bardzo   Angie 

wzburzyło. Właściwie nie powinno jej to obchodzić, mówiła sobie. Ostatecznie, ucierpiała na 

tym duma Owena, a nie jej. Ona od początku nie chciała utrzymywać fikcji tego małżeństwa.

Duma   Owena.   Angie   wychowywała   się   pod   kuratelą   energicznego   brata   i 

wpływowego ojca. Wiedziała, że męska duma jest czymś potężnym, a zarazem kruchym. Ma 

ścisły   związek   z  ego  i   potrzebą   panowania   nad   swoim   życiem   i   nad   światem.   Matka 

wytłumaczyła   jej   kiedyś,   że   duma   mężczyzny   jest   źródłem   jego   siły   i   jego   największej 

słabości. Mądra kobieta powinna umieć się z nią obchodzić z największą ostrożnością.

Angie zerknęła przez pokój i zobaczyła, że Owen wyszedł na taras. Ktoś - zapewne 

Kim - niewątpliwie go już powiadomił, że cała rodzina szepcze po kątach o ich osobnych 

łóżkach. Dumie Owena wymierzono ciężki cios.

Angie uśmiechnęła się przepraszająco do Glena i wstała.

- Pozwolisz, że cię opuszczę?

- Oczywiście. - Glen spojrzał na nią spod oka. - Nie chcę się wtrącać między ciebie a 

Owena, ale radzę ci, nie przejmuj się zanadto jego rodziną.

- Jedyna osoba, którą się przejmuję, to Owen - powiedziała Angie miękko.

- Znam to. Jedyna, którą ja się przejmuję, to Kim.

Angie   kiwnęła   głową   ze   zrozumieniem   i   ruszyła   w   stronę   drzwi   tarasowych. 

background image

Wychodząc w mrok, czuła na sobie oczy całego klanu Sutherlandów.

Nie widząc nigdzie Owena, podeszła do murku ogradzającego taras, a potem zeszła na 

ścieżkę wiodącą do przystani.

- Witaj, Angie. Czyżbyś usiłowała wymknąć się stąd łodzią pod osłoną nocy?

- Dobry Boże, Owen, nie zauważyłam cię.

Stał nieruchomo pod drzewem i byłaby go minęła, gdy - by się nie odezwał.

- Wyszedłeś zaczerpnąć świeżego powietrza? - spytała niepewnym głosem.

- Można to tak nazwać. A ty czemu wyszłaś? Wydawało mi się, że świetnie się bawisz 

w towarzystwie Langleya.

- Polubiłam Glena - powiedziała spokojnie.

- Zauważyłem. Jak mogłaś go nie polubić? Macie ze sobą tyle wspólnego. Wy dwoje 

przeciwko reszcie, co?

Zadrżała, słysząc jego złowrogo zniżony głos. Zdała sobie sprawę, jak bardzo musi 

być wściekły. Nagle przyszła jej do głowy dziwna myśl.

- Owen, czy ty przypadkiem nie jesteś zazdrosny?

- Nie, do cholery! Nigdy w życiu nie byłem zazdrosny o żadną kobietę. Ale widzę, co 

się tu szykuje. Jeśli wasza zażyłość się pogłębi, to będziemy mieć wszyscy niezły problem.

- Nic mnie z Glenem nie łączy. On kocha twoją siostrę. O ile wiem, tylko dlatego 

wytrzymuje z tobą i resztą rodziny - powiedziała Angie.

- A więc zdążył ci się już wypłakać na ramieniu, tak? Szybko mu to poszło. Ale może 

ty pierwsza się przed nim wyżaliłaś? Zwierzyłaś  mu się, że nie spałaś jeszcze ze swoim 

mężem?

- Nikomu nie mówiłam ani słowa o naszych osobistych sprawach - rozzłościła się 

Angie.

- Czyżby? Jakoś wszyscy zdają się doskonale o wszystkim wiedzieć.

- To nie moja wina. Z uprzejmości dla ciebie co rano słałam ten głupi tapczan.

- Ale nie najlepiej ci to wychodziło, co? Betty od razu się zorientowała, że ktoś śpi w 

saloniku.

- Jeśli nie podoba ci się mój sposób słania łóżka, to, proszę bardzo, rób to sam - 

odgryzła się.

- Gdybyś spała ze mną, jak pan Bóg przykazał, nie byłoby żadnej sprawy. A teraz cała 

kochana rodzinka wie, że mam żonę, która nawet nie dzieli ze mną łoża.

Angie wzięła głęboki oddech. Zrozumiała, że ta kłótnia może przybrać niebezpieczny 

obrót i nie wiadomo czym się skończyć.

background image

- Bardzo mi przykro, Owen. Starałam się, żeby to się nie wydało.

- Nie powinienem był cię tu przywozić.

- W tym akurat się zgadzamy. - Angie zerknęła na niego. - Zawsze możemy wyjechać.

Popatrzył na nią z niedowierzaniem.

- Zwariowałaś? Żadna siła mnie stąd teraz nie ruszy. Miałbym dać się wyrzucić z 

mojego własnego domu?

- Przecież nawet nie lubisz tego miejsca.

- Co to ma do rzeczy? Nie pozwolę tej bandzie zmusić się do wyjazdu. Ani myśleć, że 

padłem ofiarą jakiegoś spisku Townsendów.

Na te słowa Angie straciła panowanie nad sobą.

- Świetnie się składa, Owenie Sutherland. Ja również mam po uszy insynuacji ze 

strony twojej  rodziny.  Wujek  Derwin  uważa, że  wzięliśmy  cię  podstępem.  Mówi, że  cię 

wodzę za nos, i sugeruje, że cię usidliłam czy coś takiego.

- A może byś spróbowała?

- Czego mam spróbować? - spytała z rozdrażnieniem.

- Usidlić mnie. Uwieść, Jesteś w końcu moją żoną, tak czy nie? Miałaś być po mojej 

stronie w tym konflikcie. Myślałem, że mogę na ciebie liczyć. Powiedziałaś, że rozumiesz 

poczucie dumy. Gdyby tak było, spełniłabyś swój obowiązek jako żona.

- Rozumiem twoją dumę. Ale sama też ją mam - odparowała. - A żona nie powinna 

spać z mężem z obowiązku. Powinna spać z nim z miłości.

- No więc, gdzie problem? Przecież kochasz mnie, Anie. Sama mi to powiedziałaś w 

dniu naszego ślubu.

- To było całe trzy dni temu! - zawołała ze złością. Owen uśmiechnął się groźnie, 

odsłaniając zęby.

- Wolne żarty. Trzy dni i już zdążyłaś się odkochać? A ja myślałem, że to miłość na 

całe życie. Może jednak oni mieli rację.

- O czym ty mówisz?

- Zostałem zwiedziony przez pannę Townsend. Okpiony. Tak, tak, moja pani, udało ci 

się zrobić ze mnie durnia. Jestem pośmiewiskiem całej rodziny.

Angie z wściekłości tupnęła nogą.

- Niech cię wszyscy diabli, Owenie Sutherland! Przekręcasz wszystko i wywracasz 

kota ogonem.

- To ty wszystko przekręcasz i stawiasz na głowie, Angie. Gdybyś się zachowywała, 

jak przystało na żonę, nie znaleźlibyśmy się w tej idiotycznej sytuacji.

background image

- Tylko mi nie mów, jak się powinna zachowywać żona. Nie masz zielonego pojęcia o 

tym, jak wygląda dobre małżeństwo. Jesteś najmniej odpowiednim człowiekiem pod słońcem, 

żeby kogokolwiek pouczać w tej materii.

- W każdym razie wiem, jak wygląda moje małżeństwo. Moja żona śpi osobno i przy 

pierwszej okazji rzuca się na szyję mężowi mojej siostry. Ciekawe, co będzie dalej.

- Nie mieszaj w to Glena. On nie ma z tym nic wspólnego - zasyczała Angie.

- Nie ja go w to wmieszałem, tylko ty!

- To twoja własna wina, że nie potrafisz się z nim dogadać.

- Rzeczywiście?

- Rzeczywiście - potwierdziła Angie zdecydowanie.

- Co więcej, twoje złe stosunki z siostrą to też twoja wina. Chcesz usłyszeć moją radę?

- Radę żony, która nie jest żoną? Nieszczególnie.

- Dam ci ją i tak - oświadczyła przez zaciśnięte zęby.

- Powiem ci, jak za jednym zamachem rozwiązać większość rodzinnych problemów.

- A to ciekawe. No jak?

- Zaproponuj Glenowi przyzwoitą posadę w twojej firmie.

-   Co?   -   Owen   spojrzał   na   nią   oczami,   w   których   płonęła   pełna   niedowierzania 

wściekłość. Na moment zastygł w bezruchu. - To przekracza wszelkie granice - wycedził w 

końcu z zimną furią. - Przeholowałaś, moja pani. Byłem wobec ciebie anielsko cierpliwy, ale 

tym razem przebrała się miarka. Nie będziesz mi mówić, co mam robić we własnej firmie.

- Owen, nie! - Angie szybko cofnęła się, ale było za późno. Ani się obejrzała, jak 

Owen wyskoczył spod drzewa i błyskawicznym ruchem chwycił ją wpół, zarzucając sobie, na 

plecy. - Puść mnie w tej chwili! - zaczęła krzyczeć, waląc go na oślep pięściami.

- Puszczę cię dopiero, kiedy już będziesz leżeć w moim łóżku - oświadczył zimno, 

wchodząc na schody tarasu. Długim krokiem przemierzył kamienną posadzkę i wkroczył do 

salonu, gdzie jego rodzina zamarła na ten widok.

- Dobranoc wszystkim - powiedział z całym spokojem, przechodząc przez pokój. - 

Wiem, że jeszcze jest wcześnie, ale Angie mówi, że chce już iść do łóżka. Postanowiłem jej 

towarzyszyć. Wiecie, jak to jest z nowożeńcami.

Angie   prychnęła,   rozdarta   między   niepohamowaną   żądzą   śmiechu   a   równie   silną 

chęcią głośnego wrzasku. Ta strona natury Owena była jej niewątpliwie do tej pory nieznana.

To prawda, że męskiej dumy nie należało wystawiać na ... szwank. Powinna była 

przewidzieć ryzyko związane z tą ostatnią konfrontacją. Pomachała czerwoną płachtą przed i 

oczami rozjuszonego byka.

background image

Owen zaniósł Angie do sypialni na piętro i rzucił bezceremonialnie na łóżko. Stanął 

nad nią, objąwszy ręką rzeźbiony słupek baldachimu, i zmierzył ją płonącym wzrokiem.

- No i co teraz? - spytał wyzywająco.

-  Z czym?  - Angie usiadła, odgarniając włosy z czoła. Zwinęła nogi pod siebie i 

starannie wygładziła spódnicę, zakrywając kolana.

- Nie masz zamiaru krzyczeć i wzywać pomocy? Nie chcesz, żeby Langley przybiegł 

ci na ratunek?

- Niespecjalnie.

Włożyła ręce we włosy, chcąc poprawić rozpiętą klamrę. Palce tak się jej trzęsły, że 

nie mogła sobie poradzić. Rzuciła więc klamrę niedbałym ruchem na stolik nocny, mając 

nadzieję, że nie widać po niej zdenerwowania.

Owen oparł się kolanem o łóżko. Gruby materac ugiął się pod jego ciężarem.

- Dlaczego nie chcesz wezwać Langleya na ratunek?

-   Nie   widzę   powodu,   żeby   ktoś   mnie   ratował   przed   własnym   mężem.   -   Angie 

uśmiechnęła się trochę niepewnie, wiedząc, do czego ta sytuacja prowadzi.

Kości zostały rzucone podczas awantury na dole. Zdała sobie sprawę, że nadszedł 

czas, aby przestać odrzucać awanse Owena. Zrozumiała, że zbliżenie fizyczne to dla niego 

jedyny sposób przekazania jej swych uczuć. Nie dopuszczała do intymności, bo wymagało to 

od niej wielkiego emocjonalnego ryzyka. Ale teraz należało podjąć to ryzyko. Owen był jej 

mężem i pragnął jej. Intuicja podpowiadała jej, że w stosunkach z Owenem nastąpił punkt 

przełomowy.

- A więc nie widzisz powodu, żeby cię ratowano przed własnym  mężem? - Ręka 

Owena, ciepła, silna i nieustępliwa, zacisnęła się na jej nodze. - Jeśli mówisz o mnie, to 

muszę ci wyznać, że na razie nie bardzo się czuję twoim mężem.

- Czy czujesz się kawalerem?

- Nie. - Potrząsnął  przecząco głową,  nie spuszczając  z  niej  oczu. - Nie czuję się 

kawalerem, tylko kimś zatrzaśniętym w pułapce bez wyjścia. Pragnę mojej żony, a ona mnie 

nie chce.

Przełknęła z trudem ślinę.

- To nieprawda, Owen. Wiesz, że to nieprawda. Nigdy nie mówiłam, że cię nie chcę.

Pochylił się nisko, wciskając ją w poduszki. Jego wzrok przewiercał ją na wylot. Pod 

wpływem tego ognistego spojrzenia obudził się w niej pierwotny, kobiecy instynkt. Poczuła, 

jak całe jej ciało zastyga w oczekiwaniu pod naporem jego ciała.

background image

- A więc chcesz mnie?

- Tak.

- Pokaż mi. - Zanurzył palce w jej włosy, przytrzymując delikatnie jej głowę. - Pokaż, 

że mnie chcesz, moja żono. Bóg jeden wie, jak bardzo cię pragnę. To pragnienie doprowadza 

mnie do szału.

Widziała prawdę w jego oczach. Może nie wiedział do końca, co to miłość, ale znal 

uczucie pożądania. I to ona była obiektem tej palącej namiętności.

Był   jej   mężem.   Kochała   go   całym   sercem   i   nigdy   żaden   mężczyzna   nie   był   jej 

droższy.

- Owen - szepnęła - ja też cię pragnę. Zawsze cię pragnęłam. Dobrze wiesz. - Widząc 

wyraz jego oczu, ujęta w dłonie pochyloną nad nią twarz i przyciągnęła jego usta do swoich.

- Angie...

Pocałował   ją   z   gwałtowną   zachłannością,   jakiej   dotąd   nie   znała.   Poprzednio   jego 

pocałunki też były gorące, ale zawsze trzymał namiętność na wodzy. Wyczuwała drzemiącą 

w nim pasję i siłę, lecz pokrywał to chłodem i spokojem. Tej nocy jego chłód miał przemienić 

się w żar, który spali ich oboje.

Ujął   jej   twarz   w   dłonie   i   rozchylił   wargi   swoimi   ustami,   całując   z   czułą 

agresywnością, która rozpaliła jej zmysły. Gdy wbiła palce w jego ramiona, jęknął chrapliwie 

i   uniósł   się.   Chciała   zaprotestować,   ale   zaraz   znieruchomiała,   bo   poczuła   jego   palce   na 

guzikach swojej jedwabnej bluzki. Nie mógł sobie z nimi poradzić i zrozumiała, że nie tylko 

ona   drży   z   niecierpliwości.   Ten   brak   zręczności   w   kluczowym   momencie,   tak   do   niego 

niepodobny, rozczulił ją i wzruszył. W końcu szarpnął gorączkowo delikatny materiał i guziki 

rozsypały się po całym pokoju.

- Co ty wyprawiasz, Owen! - krzyknęła zdumiona.

- Nie przejmuj się, najdroższa - mruknął, okrywając gorącymi pocałunkami jej szyję. - 

Kupię ci wszystkie bluzki świata. Ale teraz muszę cię wreszcie dotknąć, muszę cię poczuć.

Jego   wargi   przesunęły   się   niżej,   pieszcząc   teraz   jej   pierś.   Wstrzymała   oddech, 

wyginając się pod nim, a jego dłoń powędrowała miękkim ruchem wzdłuż brzucha do luku jej 

biodra.   Znalazł   haftkę   przy   spódnicy,   lecz   znów   napotkawszy   opór,   zarzucił   próby   jej 

rozpięcia i podciągnął spódnicę do góry.

Angie zadrżała, czując jego palce na udzie. Zaczęła ciężko oddychać, kiedy kolanem 

rozchylił jej nogi. Szorstki materiał jego spodni drażnił jej skórę. Niemal bezwiednie wygięła 

się mocniej, przyciągając Owena do siebie, pragnąc intymniejszego kontaktu.

- Angie, powiedz mi jeszcze raz, że mnie chcesz. Powiedz mi to.

background image

- Chcę cię, chcę cię, chcę cię. - Pokryła jego mocno i zarysowaną szczękę i silną szyję 

krótkimi, zachłannymi pocałunkami.

Owen niecierpliwym ruchem zdarł z niej rajstopy i przesunął wolno rękę po jej nodze, 

zatrzymując ją na chwilę tuż przy rąbku podwiniętej do góry spódnicy. A potem z głuchym, 

namiętnym   jękiem   sięgnął   dalej   i   przykrył   zaborczo   dłonią   widoczną   spod   niej   ciemną, 

trójkątną kępkę włosów.

- Owen... Och, Owen... Proszę cię...

Angie zaczęła wić się pod jego dotykiem, czując intymną pieszczotę palców, która 

doprowadzała ją do wrzenia. Przylgnęła do niego, pragnąc go do szaleństwa. Wszystko działo 

się tak szybko, że straciła zdolność myślenia. Była we władaniu jakiejś niewidzialnej siły, 

która nieubłaganie niosła ją ze sobą.

- Tak, kochanie. Tak. Jesteś cudowna. Taka miękka i ciepła, i namiętna. - Jego kciuk 

wślizgnął   się   głębiej,   pieszcząc   delikatnym   okrężnym   ruchem   najczulszy   punkt   jej 

rozpalonego ciała. - Jesteś moja. Chcesz tego tak samo jak ja.

Angie krzyknęła cicho. Każdy nerw drżał w niej z napięcia. Wiedziała, że Owen to 

czuje.   Usłyszała   jego   głębokie,   pełne   satysfakcji   westchnienie,   a   potem   zgrzyt   zamka 

błyskawicznego.

- Owen? - Spojrzała na niego spod wpółprzymkniętych powiek.

- Już, kochanie. Tak bardzo cię pragnę. Tak bardzo pragnę, żebyś została wreszcie 

moją żoną. Ty też tego chcesz, prawda?

- Tak. Tak. Tak.

Zamknęła oczy i zarzuciła mu ręce na szyję, kiedy wolno i delikatnie złączył się z jej 

ciałem.   Jego   ruchy   były   stanowcze   i   zdecydowane,   lecz   jednocześnie   ostrożne   i 

wstrzemięźliwe.

- Nie boli cię? - zapytał z troską.

Zaprzeczyła,   przywierając   do   niego   z   całą   mocą   i   kiedy   był   już   w   niej   głęboko, 

poczuła, że oto bierze go całego, jego siłę, jego męską witalność, jego najtajniejszą istotę. 

Teraz, w tym momencie, należał do niej równie niepodzielnie, jak ona należała do niego.

Owen wziął jej twarz w swoje ręce i przez nieskończenie długą chwilę patrzył na nią z 

takim żarem w oczach, że miała ochotę śmiać się i płakać z radości.

-   Witam,   pani   Sutherland   -   szepnął.   Jego   głos   był   przepełniony   czułością,   lecz 

jednocześnie pełen nie ukrywanej, męskiej dumy.

Powinnam czuć się rozdrażniona tym błyskiem triumfu w jego wzroku, powiedziała 

sobie Angie. Ale się tak nie czuła. Może dlatego, że oprócz triumfu zobaczyła też obietnicę 

background image

dozgonnych więzów. Tej nocy Owen biorąc ją, w równym stopniu oddawał jej siebie.

A potem zaczął się w niej poruszać i wszystkie myśli odpłynęły w niebyt. Z cichym, 

zduszonym okrzykiem poddała się narastającej fali rozkoszy.

Gdy w jakiś czas później obróciła się w jego ramionach, zobaczyła, że nadal ma na 

sobie podciągniętą do pasa spódnicę i rozpiętą bluzkę na gołych piersiach. Owen leżał obok, 

obejmując   ją   zaborczo   jedną   ręką,   drugą   podłożywszy   pod   głowę.   Ich   nogi   były   wciąż 

splątane i czuła na skórze szorstki materiał jego spodni. Podniosła głowę, patrząc na swojego 

męża w rozchełstanej koszuli i rozpiętych spodniach, i na jego ciemne, muskularne ciało, 

budzące w niej takie pożądanie.

- Musi to wyglądać jak obraz po scenie nieokiełznanej namiętności.

- Prawdę mówiąc, tak - uśmiechnęła się Angie. - Jeśli już o to chodzi, to czuję się 

niemal zniewolona.

Owen otworzył jedno oko.

- Nie tak to planowałem.

- Wiem, jak to planowałeś. Szampan, obsługa hotelowa i apartament dla nowożeńców. 

W końcu byłam przy tym. - Angie wsunęła mu palce pod koszulę.

- Trudno zaprzeczyć. - Uśmiechnął się lekko i otworzył drugie oko; w jego wzroku 

błyszczała  nie   ukrywana  satysfakcja.  -  Wszystko  potoczyło  się   trochę   inaczej,  ale  to  nie 

szkodzi. - Przesunął ręką po jej gołym udzie. - I tak jest cudownie.

- Naprawdę?

- Yhm... - Podłożył jej dłoń pod głowę i przyciągnął usta do swoich warg. Pocałował 

ją wolno, namiętnie, z czułą zaborczością. - Po prostu cudownie. I najwyższy czas. Dość 

długo kazałaś mi czekać, moja pani.

- Owen...

- Ciii... - Położył się na niej, obejmując jej twarz rękami. - Nie skończyliśmy jeszcze 

naszej nocy poślubnej.

- Jesteś pewien?

- Jestem. Ale tym razem zrobimy to z większą klasą.

Kiedy po jakimś czasie obudziła się u jego boku, zobaczyła, że Owen nie śpi, lecz 

szeroko otwartymi oczami wpatruje się w sufit. Wyczuła zmianę jego nastroju.

- Owen? Czy coś się stało?

-   Nie,   kochanie.   Rozmyślam   sobie   tylko.   -   Jego   ramię   zacisnęło   się   wokół   niej 

uspokajająco.

- O czym? O nas?

background image

- Nie.

- Wielkie dzięki. - Wykrzywiła się do niego w ciemności.

Odwrócił się, patrząc na nią ze zdumieniem.

- O co ci chodzi? Dlaczego miałbym myśleć o nas? Wszystko jest już w porządku. 

Jesteśmy w końcu prawdziwym małżeństwem. Wszystko między nami wreszcie się ułożyło.

Okręcił sobie jej włosy wokół palców i delikatnie ją przyciągnął.

- Pocałuj mnie.

Posłuchała   i   nachyliła   się   nad   nim,   muskając   go   ustami.   Pochwycił   w   delikatnej 

pieszczocie jej dolną wargę, a potem przytulił ją mocno do siebie, obdarzając prawdziwie 

gorącym pocałunkiem.

- Jak mówiłem, między nami już wszystko w porządku - mruknął. - Myślałem o tym, 

co powiedziałaś mi tam na tarasie.

- O czymś, co przemieniło cię z chłodnego dżentelmena w jaskiniowca?

Zignorował tę uwagę.

- O twojej propozycji pracy dla Langleya.

- Ach, o tym.

- Tak. Co to miało znaczyć, Angie?

- Znowu się rozzłościsz, jak zacznę ci wyjaśniać.

- Jednak spróbuj.

- No więc dobrze. Uważam, że powinieneś zaoferować Glenowi wysokie stanowisko 

w swojej firmie. Możesz to z łatwością zrobić. Twoja pozycja ci na to pozwała.

- Podaj mi choć jeden powód, dla którego miałbym zaoferować Langleyowi wysokie 

stanowisko.

- Podam ci trzy takie powody. Pierwsze dwa to Celia i twoja siostra, Kim. Docenią to 

bardziej niż myślisz. Czują się pokrzywdzone przez testament twojego ojca. A twój brak 

akceptacji dla Glena jeszcze to pogłębia. Gdybyś złożył mu ofertę pracy, dałbyś im dowód, że 

przynajmniej respektujesz ich życzenia, że liczysz się z ich zdaniem. Byłby to miły gest, 

Owen.

- Firmy takiej jak Hotele Sutherland nie prowadzi się z pomocą miłych gestów.

- Jeden miły gest nic nie zaszkodzi. Możesz sobie na to pozwolić.

- Powiedziałaś, że są trzy powody, dla których powinienem to zrobić. Jaki jest trzeci?

Angie uśmiechnęła się, wyciągając z zanadrza swój największy atut.

- Możesz wykonać swój wspaniałomyślny gest bez najmniejszego ryzyka. Glen nie 

przyjmie twojej oferty.

background image

- Co takiego?

- Słyszałeś. Glen nie ma zamiaru pracować dla ciebie. I wcale mu się nie dziwię. 

Musisz być okropnym szefem. Ale nie w tym rzecz. Dostał doskonałą propozycję od pewnej 

firmy inżynieryjnej w Seattle i chce ją przyjąć.

- Więc dlaczego mam dokonywać jakichś sztuczek z oferowaniem mu stanowiska? - 

spytał podejrzliwie Owen.

- Mówiłam ci już. Dla dobra Kim i Celii. Glen mówi, że Kim się bardzo gryzie twoim 

brakiem akceptacji jej męża.

- Dlaczego miałaby się tym przejmować? - mruknął Owen.

-   Bo   jesteś   jej   starszym   bratem.   To   całkiem   naturalne,   że   jej   zależy   na   twojej 

aprobacie. Sama jestem młodszą siostrą, więc wiem, co mówię, Glen chce, żebyś zrobił ten 

gest właśnie dla Kim. Wtedy grzecznie ci odmówi i wyjedzie do Seattle.

- Sam ci to powiedział?

- Tak, kiedy rozmawialiśmy po kolacji.

- I ty mu wierzysz?

Dopiero teraz dostrzegła oznaki sceptycyzmu  z jego strony. Zmarszczyła  gniewnie 

brwi.

- Oczywiście, że mu wierzę. Dlaczego miałby mnie okłamywać?

- Żeby skłonić cię do tego, co właśnie robisz.

- Owen, jak możesz mówić coś podobnego? - nasrożyła się.

- Mam więcej doświadczenia życiowego niż ty, kochanie. Nie zajmowałaś się nigdy 

takimi przyziemnymi sprawami i nic dziwnego, że jesteś trochę naiwna. Niestety, Kim ma ten 

sam problem. Ona też dała się nabrać Langleyowi.

Angie usiadła, rozzłoszczona nie na żarty.

- Owen, powiedz mi prawdę. Czy masz jakieś konkretne dowody, że Glen ożenił się z 

twoją siostrą dla jej udziałów w Hotelach Sutherland? Czy jesteś wobec niego podejrzliwy po 

prostu z zasady?

- Nie potrzebuję żadnych dowodów. Wystarczą mi fakty. Ten facet błyskawicznie się 

przy niej zawinął. Doprowadził do ślubu w niecałe trzy miesiące po pierwszym spotkaniu. A 

dwa miesiące później Kim zamęcza mnie, żebym urządził go w firmie. Sama powiedz, czy to 

nie brzmi podejrzanie?

- Błyskawicznie się zawinął, powiadasz? - Angie uśmiechnęła się kątem ust. - Pobrali 

się w trzy miesiące, tak? Czy nie tyle trwała nasza znajomość przed ślubem?

- Nie próbuj tego porównywać, Angie! Nasza sytuacja była zupełnie inna.

background image

Angie z namysłem ściągnęła usta.

- No tak, zaledwie trzy miesiące znajomości i tuż po ślubie okazuje się, że pan młody 

jest   mocno   zainteresowany   firmą   rodzinną   panny   młodej.   Bardzo   podejrzane.   Doskonale 

rozumiem, dlaczego ci się to nie podoba. Prawdę mówiąc, dokładnie wiem, co możesz czuć.

- Do diabła, Angie, nie zaczynaj wszystkiego od nowa. Nie chcę już dzisiaj o tym 

słyszeć.

- Jak sobie życzysz, Owen. Popatrzył na nią spod zmrużonych powiek.

- To już lepiej. - A kiedy nie zaoponowała, uśmiechnął się z satysfakcją, oplatając ją 

ramionami. - O wiele lepiej.

Owen obudził się tuż przed świtem. Leżał spokojnie, rozkoszując się ciepłem ciała 

Angie, która spala zwinięta u jego boku. Czuł się wspaniale. Nareszcie wszystko było tak, jak 

być powinno. Angie była jego żoną. Naprawdę jego żoną.

Odwrócił głowę, żeby się jej przyjrzeć w bladym świetle poranka. Jej splątane włosy 

płomiennym wachlarzem rozłożyły się na poduszce, ciemne rzęsy skrywały pod zamkniętymi 

powiekami piękne, turkusowe oczy, a kuszące wargi były lekko rozchylone, jakby domagały 

się pocałunku nawet we śnie. Wciągnął w nozdrza nieuchwytny kobiecy zapach i poczuł 

narastającą ponownie falę pożądania. Przez chwilę miał ochotę ją obudzić, żeby znów się z 

nią kochać, ale pamiętając, jak wiele dała mu zeszłej nocy, niechętnie postanowił zachować 

się po dżentelmeńsku i dać się jej wyspać.

Ostatniej nocy nie był takim dżentelmenem, pomyślał, wysuwając się spod kołdry. Ta 

pierwsza noc z Angie nie przebiegła bynajmniej według planu, ale teraz to już nie miało 

znaczenia. Małżeństwo zostało skonsumowane. Byli mężem i żoną.

W nastroju radosnej euforii wszedł do łazienki i odkręcił prysznic. Nie pamiętał, kiedy 

czuł się tak dobrze. Z uśmiechem cichej satysfakcji wszedł pod strumień wody.

Dwadzieścia minut później nadal się uśmiechał, kiedy zszedł na śniadanie do jadalni. 

Betty stawiała właśnie na stole dzbanek z kawą i koszyk świeżo upieczonych bułeczek.

- Dzień dobry panu.

- Dzień dobry, Betty.  - Owen usiadł i wziął dzbanek, z przyjemnością wdychając 

zapach kawy. - Przy okazji, dam ci dobrą radę. Jeśli chcesz dożyć u nas do emerytury, to 

powstrzymaj się lepiej od plotkowania na temat moich prywatnych spraw.

Betty uśmiechnęła się szeroko, bynajmniej nie speszona.

- Nie może mnie pan zwolnić, Owenie Sutherland. Pracuję dla tej rodziny od ponad 

trzydziestu lat. Pamiętam cię z czasów, kiedy się wkradałeś do kuchni i ustawiałeś krzesła 

jedno na drugim, żeby się dostać do pudełka z ciastkami.

background image

- Bardzo wzruszające wspomnienie, Betty, ale nie muszę już podkradać ciasteczek. W 

każdej chwili mogę ich sobie wziąć, ile dusza zapragnie.

-   Tacy   niby   jesteśmy   bezwzględni,   co?   To   mi   pan   chce   powiedzieć?   -   Betty 

zachichotała, najwyraźniej niezbyt przejętą. - Oszczędź sobie tych pogróżek, chłopcze. Nie 

dam się przestraszyć. A jeśli chce pan wiedzieć, czemu zdradziłam pańskiej siostrze, że nie 

śpicie razem z żoną, to zaraz powiem.

- No więc, dlaczego powiedziałaś o tym Kim?

- Bo wiedziałam,  że to  migiem  do pana  wróci  i trzeba  będzie jakoś  ten problem 

rozwiązać. I coś mi się widzi z pańskiej miny, że dziś w nocy go pan rozwiązał.

Owen zmarszczył groźnie brwi.

- Zabawiłaś się w Amora, co?

- A jakże! Od razu wiedziałam, że coś jest nie tak między panem a pańską żonką. A 

przecież było widać gołym okiem, że jest w panu po uszy zakochana, tylko czuje się jakoś tak 

niepewnie. Jak zobaczyłam, że nawet razem nie śpicie, to już wiedziałam, w czym największy 

problem.

- Ach, tak?

-   Ano   tak.   Pomyślałam,   żeby   tak   trochę   pana   pchnąć   we   właściwym   kierunku,   a 

najlepiej to zrobić za pomocą urażonej dumy, i tyle.

- Masz szczęście, Betty, że jestem dzisiaj w takim dobrym humorze. To wszystko, co 

ci powiem. - Owen wziął ciepłą bułeczkę, przekroił i posmarował miodem.

- W dobrym humorze, tak? Czego to należyta kobieta nie zrobi z mężczyzną. A ta 

pańska żonka jest całkiem w porządku.

Z tymi słowami Betty wzięła tacę i skierowała się do drzwi. Owen uznał, że trudno nie 

zgodzić się z tą konkluzją. W dwóch kęsach pochłonął smakowitą bułkę i sięgnął po następną. 

W tym momencie w drzwiach pojawił się, ziewając, Glen Langley.

- Dzień dobry, Sutherland. Czy masz zamiar sam zjeść te wszystkie bułki?

- Możesz wziąć sobie jedną.

- Wielkie dzięki. Widzę, że pan domu jest dziś wyjątkowo łaskawy.

Glen usiadł i nalał sobie kawy. Owen zignorował tę uwagę, żując przez chwilę w 

milczeniu.

- Czy naprawdę chcesz dla mnie pracować? - odezwał się w końcu.

Glen spojrzał na niego ze zdumieniem.

- Ależ broń Boże. Bez obrazy, ale nie mogę sobie wyobrazić gorszego szefa. Jedyne, 

czego od ciebie chcę, to propozycji pracy. I chciałbym, żebyś ją złożył w obecności Kim.

background image

- Angie mówi, że jej nie przyjmiesz. Ale jaką mam gwarancję, że tak będzie?

Glen wzruszył ramionami.

- Żadnej. I jeśli powiesz to w obecności świadka, to znaczy twojej siostry, a ja zmienię 

zdanie, to będziesz mieć mnie na karku.

- Tego właśnie się boję.

- Doskonale cię rozumiem. Masz wszelkie powody do niepokoju. Mogę cię zapewnić, 

że choćby wszyscy inni przed tobą drżeli, ja, jako twój pracownik, potrafię ci dać w kość.

Owen uśmiechnął się lekko, doceniając tę szczerość.

- Tak, nie wątpię, że potrafisz. Dlaczego ożeniłeś się z Kim?

-   Powód   był   dość   oczywisty.   Zakochałem   się   w   niej   od   pierwszego   wejrzenia. 

Chciałem ją zdobyć jak najszybciej, żeby jej nie stracić. Jak się da kobiecie zbyt dużo czasu 

do   myślenia,   to   zacznie   wynajdywać   mnóstwo   przeszkód,   które   potem   trudno   pokonać. 

Rozumiesz, co mam na myśli?

- Chyba tak. - Owen pomyślał o wszystkim, co sam ostatnio przeszedł.

- No właśnie. Zorientowałem się w waszej rodzinnej sytuacji i postanowiłem działać 

szybko. Wiedziałem, że ty będziesz największą przeszkodą. Namówiłem Kim do ślubu, zanim 

zaczęła się martwić o twoją aprobatę.

- A skąd wiedziałeś, że jej nie dam?

- Jesteś jej starszym bratem, tak czy nie? Starsi bracia rzadko akceptują mężczyzn, 

których   poślubiają   ich   siostry.   Wiem   to   z   własnego   doświadczenia.   Sam   mam   młodszą 

siostrę. A na dodatek, Kim dwa lata temu straciła ojca. Co znaczyło, że ty przejąłeś i jego 

rolę, więc sytuacja była dla mnie jeszcze trudniejsza.

-  I  dlatego  postanowiłeś  ją  uprościć   i  szybko   doprowadzić   Kim  do  ołtarza?   Glen 

spojrzał mu prosto w oczy.

- Można to tak nazwać. Teraz, oczywiście, muszę ponieść tego konsekwencje. Ale 

przynajmniej mam już żonę i mogę poczekać, aż przejrzysz.

- Niech to wszyscy diabli - powiedział Owen.

- Zgadzam się. Myślę, że my obaj mamy ze sobą o wiele więcej wspólnego, niż ci się 

wydaje, Sutherland. Powiedziałbym, że działamy bardzo podobnie.

- Chodzi ci o to, że szybko osiągamy cel, a potem ponosimy konsekwencje? - Owen 

skończył jeść i skrzyżował ręce na stole.

- A czy nie jest tak? - spytał Glen spokojnie. – Mówię o konsekwencjach. O ile wiem, 

nie przyjeżdżasz tu raczej, jeżeli nie musisz. Fakt, że przywiozłeś do Jade Lake swoją żonę, 

background image

wiedząc, jak zostanie przyjęta, może znaczyć tylko tyle, że wpakowałeś się w niezłą kabałę. 

Czy nie chodzi przypadkiem o tę spółkę? Mam rację?

Owen nie odpowiedział.

- Zawrzyjmy układ. Złożysz mi propozycję, i to dobrą. Ja ją odrzucę i zabiorę stąd 

Kim. Będziesz miał jeden problem z głowy.

- A jeśli nie zechce z tobą wyjechać? - spytał Owen łagodnie. - Kim marzy, żebyś 

pracował w naszej firmie.

I jej matka też.

- To ryzyko, które muszę podjąć. Ale liczę na to, że ona mnie kocha i wierzy w moją 

miłość. Sądzę, że zgodzi się oddać naszą przyszłość w moje ręce.

Owen zaklął cicho i wyciągnął się w krześle, wpychając ręce do kieszeni. Langley 

miał charakter. Miał o wiele więcej charakteru, niż się można było spodziewać. Ocena Angie 

okazała się mimo wszystko słuszna. Zaczął podejrzewać, że choć Angie nie znała się na 

interesach, to w sprawach stosunków rodzinnych była większym ekspertem od niego. Wciąż 

jeszcze  nad tym  rozmyślał,  a Glen popijał  kawę, kiedy do jadalni weszła Kim. Podeszła 

prosto do męża i pocałowała go lekko, przysuwając sobie krzesło do stołu.

- Dzień dobry, Owen - powiedziała chłodno.

- Cześć, Kim.

- Niezłe widowisko zrobiłeś z siebie wczoraj wieczorem.

Owen uznał, że nie warto psuć sobie humoru od samego rana.

- Wiesz, jak to jest. Angie i jej rodzina reagują na wszystko bardzo spontanicznie i 

żywiołowo. My, z drugiej strony, jesteśmy bardzo drażliwi i potrafimy się wściec, kiedy ktoś 

urazi naszą dumę, prawda?

Kim spojrzała na niego niepewnie.

- Co chcesz przez to powiedzieć?

- Nieważne. - Podjął decyzję. - Miałem właśnie zamiar zaoferować twojemu mężowi 

stanowisko naczelnego inżyniera spółki «Sutherland i Townsend». Może przystąpić od razu 

do pracy w zarządzie głównym  nad pierwszym projektem naszego wspólnego hotelu nad 

południowym Pacyfikiem, W początkowej fazie budowy będzie to wymagało jego obecności 

na miejscu robót, ale możesz mu towarzyszyć.

Widelec Kim opadł z brzękiem na talerz.

- Owen, mówisz poważnie? - Spojrzała na niego ze zdumieniem. - Nie żartujesz?

Owen przytrzymał wzrokiem spojrzenie Langleya.

background image

- Wiesz, że zawsze mówię poważnie. Jeśli Glen tylko zechce, ta praca na niego czeka. 

Coś mi mówi, że świetnie się sprawdzi w spółce «Sutherland i Townsend».

- Owen, to po prostu cudownie! Nie pożałujesz swojej decyzji. - Kim skoczyła na 

równe nogi, obiegła stół i zarzuciła ramiona wokół szyi brata. - Dziękuję ci, Owen. Bardzo ci 

dziękuję.

Owen kątem oka dojrzał łzy w jej oczach. Uśmiechnął się z trudem.

- W porządku, mała. Przynajmniej  tyle  mogę zrobić dla nowego członka rodziny, 

prawda?

- Prawda - roześmiała się Kim. Puściła go i wróciła tanecznym krokiem do męża. - 

Sam powiedz, czy to nie wspaniale?

- Wspaniale - przyznał Glen. - Jest tylko jedno małe ale.

- Jakie? - ściągnęła brwi Kim.

- Takie, że dostałem lepszą ofertę z Seattle. I prawdę mówiąc, wolę pracować nad 

układem   sterowniczym   samolotów   niż   nad   układem   hydraulicznym   i   klimatyzacją   hoteli. 

Jestem bardzo wdzięczny twojemu bratu, ale muszę odrzucić jego propozycję.

- Ależ Glen... Owen zdecydował, że należy wkroczyć do akcji.

-   Moja   propozycja   jest   wciąż   aktualna,   Langley   -   powiedział   spokojnie.   -   Nie 

składałbym jej w innym wypadku. Jak powiedziałem, zawsze mówię poważnie.

-  Wiem  -  uśmiechnął  się   Glen.  -  Doceniam   to.  Ale   myślę,  że   lepiej  będzie,  jeśli 

pojedziemy z Kim do Seattle.

Owen wstał.

- Rozumiem. Przemyślcie to sobie. Zgadzam się na wszystko, co postanowicie. Do 

zobaczenia później.

Co za piękny dzień, pomyślał Owen wychodząc z domu w poranne słońce. Jeszcze 

nigdy jezioro nie było tak szmaragdowe. A góry tak malownicze. Spojrzał w okno sypialni i 

zobaczył Angie wychyloną na świat w jedwabnej koszuli, z burzą płomiennych włosów na 

ramionach. Przesłała mu ręką pocałunek. Uśmiechnął się i pomachał do niej, nawet z tej 

odległości widząc jej rumieniec. Gwiżdżąc wesoło ruszył w stronę przystani, zobaczyć, co 

porabia Jeffers.

Kiedy Angie weszła do jadalni, Celia stała samotnie przy oknie, trzymając filiżankę z 

kawą.

- Dzień dobry, Celio.

-   Dzień   dobry,   Angie.   -   Celia   odwróciła   się   wolno,   z   niepewnym   uśmiechem   na 

ustach. - Przypuszczam, że to tobie winni jesteśmy podziękowanie za nagłą zmianę decyzji 

background image

Owena.

Angie nachyliła się nad koszyczkiem z pieczywem, starannie wybierając bułeczkę.

- Jaką zmianę decyzji?

- Kim powiedziała, że oferował Glenowi stanowisko w firmie. Dobre stanowisko.

- Naprawdę? Nie masz mi za co dziękować. Nie miałam z tym nic wspólnego.

- Trudno mi w to uwierzyć, Angie. Owen jest jednym z najbardziej upartych ludzi, 

jakich znam. Ma to po ojcu - dodała Celia kwaśno. - Kiedy raz coś postanowi, nigdy nie 

zmienia zdania. Jego duma na to nie pozwala. A dziś rano postąpił dokładnie odwrotnie.

Angie ugryzła kęs bułki.

- Owen jest uparty, ale nie jest nierozsądny.

- Może nierozsądny to niewłaściwe słowo. Lepsze by było nieprzejednany.

-   Albo   nieubłagany?   Czy   niewzruszony?   Nieugięty?   Niezłomny?   A   czasem   może 

trochę niemądry?

- Wydaje ci się to wszystko bardzo zabawne, prawda? - spytała Celia spokojnie.

- Właściwie nie. Przepraszam, jeśli moje żartobliwe podejście do sprawy cię uraziło, 

Celio. To bez wątpienia jeszcze jedna irytująca cecha Townsendów.

Celia spojrzała na nią przeciągle.

-   Bez   wątpienia.   Tak   czy   owak,   jestem   ci   winna   podziękowanie   za   naprawienie 

stosunków między Owenem a Kim. Bardzo boleśnie odczuwałam ich konflikt. To prawda, że 

Kim zbyt pospiesznie  wyszła  za Glena i jego motywy  mogły się wydać  podejrzane. Ale 

wiedziałam, że go kocha, a on robił na mnie wrażenie uczciwego młodego człowieka, który 

szczerze darzy ją uczuciem.

- Akurat tu się z tobą zgadzam, Celio. Polubiłam Glena.

- Myślałam, że kiedy Owen pozna go bliżej, też go polubi. Ale Kim wyskoczyła z tym 

pomysłem zatrudnienia Glena w firmie i Owen się wściekł.

-   Pewno   Kim   chciała   go   w   ten   sposób   zmusić,   żeby   zaakceptował   jej   męża   - 

zauważyła Angie. - Ale Owena nie można do niczego zmusić.

- To prawda - westchnęła Celia. - Zapewniam cię, że był równie uparty i niedostępny 

jako dziecko. Miał trzynaście lat, kiedy wyszłam za mąż za jego ojca. I już wtedy uważał się 

za dorosłego. Nigdy nie zaakceptował mnie jako matki. Och, był bardzo uprzejmy i dobrze się 

sprawował, ale zawsze istniał między nami dystans. Owen już jako mały chłopiec był chłodny 

i zamknięty w sobie.

- Jakoś nie mogę go sobie wyobrazić, jako małego chłopca.

- Ja właściwie też  nie  - przyznała  Celia. - Kiedy zjawiłam się w  jego  życiu,  już 

background image

zupełnie nie zachowywał się jak dziecko. Sprawiał raczej wrażenie młodszej wersji swojego 

ojca.   Od   pierwszej   chwili   dal   mi   do   zrozumienia,   że   to   on   zostanie   dziedzicem   Hoteli 

Sutherland  i opiekunem całej  rodziny.  Przyjął  na siebie  odpowiedzialność,  zanim jeszcze 

wiedział, co to oznacza.

- A ostatnią rzeczą, jakiej pragnął, była nowa matka, tak? - spytała Angie łagodnie.

Celia odstawiła filiżankę.

- Właśnie. Jak mówiłam, był zawsze dla mnie bardzo uprzejmy, ale nigdy nie widział 

we  mnie   matki.  Myślę,   że  patrzył  na   mnie   jedynie   jak  na   jeszcze   jeden   ciężar,  który w 

przyszłości spadnie mu na barki. Ale trzeba mu przyznać, że przyjął tę odpowiedzialność i 

wywiązuje się z niej zarówno wobec mnie, jak i wobec pozostałych. Co jak co, ale Owen jest 

bardzo   obowiązkowy   na   swój   własny,   arogancki   sposób   -   zakończyła   Celia   smutnym, 

zrezygnowanym tonem.

Angie   zamilkła,   szukając   odpowiednich   słów,   kiedy   przez   drzwi   wpadła   Kim   z 

Glenem za plecami. Była radosna i kipiąca życiem.

-   Cześć,   Angie.   Właśnie   cię   szukałam,   mamo.   Chciałam   ci   powiedzieć,   że 

zdecydowaliśmy się z Glenem wyjechać. Omówiliśmy wszystko i zrozumiałam, że on woli 

pracować przy samolotach niż w hotelarstwie. Dostał wspaniałą ofertę z pewnej firmy w 

Seattle, prawda, kochanie?

Glen uśmiechnął się, patrząc na swoją promieniejącą żonę.

- Myślę, że to będzie dobra praca. I że Kim spodoba się w Seattle.

- Na pewno mi się spodoba - oświadczyła Kim.

W drzwiach pokazał się Derwin z głębokim marsem na czole.

- Co się tu, do diabła, dzieje? Podobno Owen zaoferował ci stanowisko głównego 

inżyniera, Glen? Czy to prawda?

- Prawda - przyznał Glen wesoło. - Ale odrzuciłem jego propozycję.

- Co takiego? Chyba nie mówisz poważnie?

- Jak najbardziej poważnie. - Glen spojrzał na zegarek, a potem na Kim, - Chodźmy 

się lepiej pakować. Twój brat obiecał zawieźć nas motorówką na drugi brzeg do samochodu. 

Mamy przed sobą długą drogę.

-   Nie   martw   się.   Za   pół   godziny   będę   gotowa.   -   Kim   odwróciła   się   do   Angie   z 

uśmiechem. - Dziękuję ci, Angie. Czuję w tym twoją rękę. Ten mój okropny brat potrafi być 

uparty jak osioł.

-   Myślę,   że   po   prostu   jest   trochę   zbyt   nadopiekuńczy   -   mruknęła   Angie.   - 

Zaobserwowałam tę samą cechę u mojego brata, Harry'ego. Starsi bracia często się tak za-

background image

chowują wobec swoich młodszych sióstr.

- Może masz rację - pokiwała głową Kim. - Nigdy mi to nie przyszło go głowy. 

Uważałam, że Owen jest po prostu władczy i arogancki. - Podeszła do Angie i uścisnęła ją. - 

Wiesz, cieszę się, że będziemy mieć cię w rodzinie.

- Dziękuję - powiedziała Angie, wzruszona i zaskoczona tym odruchem serdeczności.

Glen roześmiał się cicho.

- Coś mi mówi, że wiele rzeczy się tu zmieni. Do zobaczenia na następnym zjeździe 

rodzinnym, Angie. - Pocałował ją w policzek, szepcząc: - Dzięki, to twoja zasługa.

- Wcale nie - zaprotestowała szybko, ale on już jej nie słuchał. Kiwnął głową Celii i 

Derwinowi i pociągnął Kim do drzwi.

Derwin odprowadził ich chmurnym wzrokiem.

- Nie mogę uwierzyć, że ten chłopak odrzucił taką dobrą ofertę pracy w Hotelach 

Sutherland.

- Może to i lepiej - powiedziała Celia. - Młoda para powinna sama stanąć na nogi po 

ślubie. Daje jej to poczucie niezależności. Tak naprawdę, to Kim tylko chciała mieć pewność, 

że Owen zaakceptował Glena. Teraz jest zadowolona. I w gruncie rzeczy to się najbardziej 

liczy, nie uważasz, Derwin?

- Mnie nikt nigdy nie oferował żadnej pracy w firmie - sarknął Derwin. - Nawet 

gońca. - Odwrócił się, łypiąc wściekle na Angie. - To twoja sprawka, tak?

- Daj spokój, Derwin - wtrąciła Celia szybko.

- To jej sprawka. I jeśli o mnie chodzi, to chciałbym wiedzieć, co się tu właściwie 

dzieje.   Wszyscy   byliśmy   świadkami   tego   widowiska   z   epoki   jaskiniowców,   jakie   Owen 

zafundował nam wczoraj wieczorem. Nigdy w życiu nie widziałem nic równie gorszącego. 

Może takie zachowanie jest typowe dla Townsendów, ale na pewno zupełnie nie pasuje do 

Owena. To wszystko są jej sztuczki.

- Proszę cię, Derwin - powiedziała Celia. Zignorował ją, dalej przeszywając Angie 

wściekłym wzrokiem.

- Usidliłaś Owena, ot co. Doprowadziłaś do tego, że zrobił z siebie głupca na oczach 

całej rodziny. A teraz jeszcze zaczynasz się wtrącać do naszych spraw. Ty coś knujesz, jestem 

pewien.

- Derwin - przerwała Celia, tym razem ostro. - Dość już.

- Moim zdaniem to dopiero początek. - Derwin rzucił serwetkę i sztywnym krokiem 

skierował się do drzwi. - Nie należy ufać Townsendom. Zawsze spiskują. Wykorzystują ludzi. 

Sama zobaczysz, Celio. Zapamiętaj moje słowa. Owen jeszcze pożałuje, że się z nią ożenił.

background image

Po jego wyjściu zapadła niemiła cisza. Celia uśmiechnęła się przepraszająco.

- Bardzo mi przykro, Angie. Derwin i Helen są strasznie zawzięci. Ludzie niełatwo 

zmieniają zdanie, a oni nienawidzą Townsendów od wieków.

- Chciałabym wiedzieć, dlaczego. - Angie spojrzała pytająco na Celię. - Czy ty wiesz?

Celia potrząsnęła głową.

- Właściwie nie. Tylko tyle,  że wszystko zaczęło się przy próbie pierwszej spółki 

między   obiema   firmami.   Nie   byłam   jeszcze   wtedy   żoną   ojca   Owena,   więc   nie   znam 

szczegółów. W każdym razie cała sprawa zostawiła po sobie przykry osad. Przyznaję, że i ja z 

poczucia lojalności byłam nastawiona wrogo wobec twojej rodziny, chociaż z nikim z was 

oprócz ciebie dotąd się nie zetknęłam.

- Jesteśmy całkiem sympatyczni, jak się nas bliżej pozna.

Zanim Celia zdążyła odpowiedzieć, w drzwiach ukazał się Owen.

-   Dzień   dobry,  Celio.   Widziałaś   Angie?   Ach,   tu   jesteś,   kochanie,   -   Oczy   mu   się 

rozjaśniły. - Właśnie cię szukałem. Za parę minut odwożę do miasteczka Kim i Glena. Może 

byś   tymczasem   poprosiła   Betty,   żeby   nam   znów   przygotowała   jedzenie   na   piknik? 

Popłyniemy sobie później na wycieczkę i pokażę ci parę wysepek na południowym krańcu 

jeziora.

- Dobrze - zgodziła się Angie. - Kiedy wrócisz?

- Po odprowadzeniu  Kim  i Glena muszę  wpaść  do sklepu z  narzędziami  po parę 

rzeczy dla Jeffersa. Powinienem być z powrotem za jakieś dwie godziny.

- Doskonale.

Angie zaczerwieniła się pod jego spojrzeniem. Wiedziała, co Owen chce robić na 

jednej z tych wysepek. Gorące wspomnienia zeszłej nocy przepełniły ją rozkosznym ocze-

kiwaniem.

- Do zobaczenia - Owen ruszył do drzwi.

- Owen! - zawołała za nim Celia.

- Tak? - Odwrócił się.

- Dziękuję.

- Za co? Za ofertę pracy dla Langleya? Nie ma o czym mówić. I tak ją odrzucił.

- Ale to znaczyło bardzo dużo dla Kim. I dla mnie. Owen zawahał się chwilę, a potem 

kąciki ust podniosły mu się w lekkim uśmiechu.

- Glen jest w porządku. Ojciec by go polubił. Facet ma charakter.

Owen   zakotwiczył   motorówkę   w   małej   zatoczce   przy   jednej   z   wysepek   na 

południowym krańcu jeziora. Angie zmierzyła wzrokiem odległość do brzegu.

background image

- Tu nie jest głęboko. Podwiń dżinsy i zdejmij buty

- poradził. - Chyba że chcesz, żebym cię zaniósł na brzeg?

- Dam sobie sama radę. Ty weź koszyk.

Widok   jej   gołej   nogi   przerzuconej   przez   burtę   wywołał   w   nim   falę   przyjemnych 

wspomnień z zeszłej nocy. Nie mógł się już doczekać, żeby znów wziąć swoją żonę w ra-

miona.   Angie   podniosła   wzrok   i   widząc   jego   gorące   spojrzenie,   oblała   się   pąsowym 

rumieńcem. Szybko spuściła oczy, koncentrując się na swoich stopach. Owen dojrzał blask jej 

obrączki w promieniach słońca i poczuł, jak rozpiera go duma posiadacza.

- Myślałam, że przypłynęliśmy tu na drugie śniadanie.

- Angie wskoczyła do wody i skierowała się do brzegu.

-   Przypłynęliśmy   tu   dla   przyjemności   w   szerokim   znaczeniu   tego   słowa.   -   Owen 

zarzucił sobie na ramię koszyk z jedzeniem, czując się lekko i radośnie jak nigdy dotąd. - 

Poza tym już za późno na drugie śniadanie. Będzie to raczej podwieczorek.

- Wszystko przez to, że tak późno wróciłeś z miasteczka - przypomniała mu Angie.

- Jest coś takiego w sklepach z narzędziami, że jak raz się tam wejdzie, to zaraz 

przychodzi do głowy cała masa rzeczy, które chce się kupić. A ja przecież nawet nie lubię 

majsterkować, tak jak Derwin. I do tego prawie nigdy nic sam w domu nie naprawiam.

- Wszyscy mężczyźni są tacy sami. Widziałam, jak ojciec i Harry przewracali taki 

sklep   do   góry   nogami.   -   Wyszła   na   małą,   kamienistą   plażę,   podziwiając   porośniętą 

paprociami grotę. - Jaki piękny widok!

- Piękny - zgodził się Owen, patrząc na jej płomienne włosy, prześwietlone słońcem. 

Ciekaw był, czy uda mu się jak najszybciej skłonić ją do kochania. Postanowił spróbować 

szczęścia.

Usiedli  na   małej  polance  pod  drzewem   i  Angie   zaczęła  rozpakowywać   zawartość 

koszyka.

- Betty tym razem przeszła samą siebie. Patrz, pasztet z wątróbek, bagietki, butelka 

francuskiego wina.

Owen z uśmiechem rozciągnął się obok na kocu.

- Chciała, żeby to był romantyczny posiłek kochanków. Nie mam nic przeciwko temu. 

- Położył rękę na jej udzie. - Muszę przyznać, że sam czuję się bardzo romantycznie.

- To znaczy, że czujesz się gotów do uprawiania miłości - roześmiała się Angie.

- Co za różnica?

Pieszczotliwym   gestem   przesunął   rękę   wyżej.   Nawet   przez   materiał   czuł   ciepło   i 

miękkość jej ciała. Pochylił się i pocałował ją w kolano. Kiedy podniósł głowę, zobaczył jej 

background image

oczy   przepełnione   uczuciem.   Uśmiechnął   się   zachęcająco,   czekając   na   wyznanie,   że   go 

kocha.

- Czy udało ci się dostać to, co chciałeś? - spytała Angie, rozpakowując pasztet.

- Co takiego? - zdumiał się Owen, zaszokowany nagłą zmianą tematu.

- Mówię o tych częściach, które miałeś kupić dla Jeffersa.

- Ach, tak. Dostałem je. - Patrzył, jak Angie pieczołowicie rozsmarowuje pasztet na 

kawałku bagietki - Wiesz, właściwie wcale nie jestem głodny.

- Na pewno?

- Na pewno. - Wyjął bułkę i nóż z jej ręki i powiedział: - Chodź tu.

- Przecież jestem - szepnęła.

- Bliżej.

Położył ją na kocu i wsunął nogę między jej uda. Objęła go ramionami, obserwując 

spod   rzęs.   Jej   uśmiech   był   czuły   i   zachęcający,   odwieczny   uśmiech   kobiety,   mówiącej 

mężczyźnie, że należy do niego. Owen poczuł, jak jego ciało wypełnia się pożądaniem.

- Owen?

- Nie martw się, kochanie. Tym razem nikt nas nie widzi. Jesteśmy dobrze schowani.

Przywarł do jej ust i kanapki z pasztetem poszły w zapomnienie. Po chwili leżała pod 

nim naga, a on wsunął się głęboko w jej gorące, pulsujące ciało, czując, jak Angie przywiera 

do niego, jak cała się wokół niego zaciska. Jej paznokcie wbijały mu się w plecy. Podniósł 

głowę patrząc zachłannie, jak drży w jego ramionach, a jej ciche jęki miłosnego zapamiętania 

były najrozkoszniejszym dźwiękiem, jaki kiedykolwiek słyszał. Sam będąc już na granicy 

wytrzymałości,   zdał   sobie   nagle   sprawę,   że   na   coś   podświadomie   czeka.   Ale   krótkie, 

gwałtowne   skurcze   głęboko   w   ciele   Angie   nieuchronnie   doprowadziły   go   do   ekstazy. 

Zapomniał,   na   co   czekał,   dlaczego   wstrzymywał   ostateczny   moment   spełnienia.   Dal   się 

ponieść   gorącej   burzy   zmysłów,   dając   wyraz   swojemu   upojeniu   ochrypłym   okrzykiem 

triumfu i rozkoszy.

Dopiero kiedy leżał już później spokojnie, wciąż jeszcze okryty potem, przypomniał 

sobie, na co czekał w tych ostatnich sekundach zbliżenia. Chciał usłyszeć wyznanie Angie, że 

go kocha. Zmarszczył brwi, uświadamiając sobie, że nie powiedziała mu tego ani razu, odkąd 

zostali kochankami. Ale czul się teraz zbyt rozluźniony i szczęśliwy, żeby się tym dręczyć. 

Zamknął oczy i zapadł w błogą drzemkę...

Kiedy  się obudził,   Angie  siedziała   nad koszykiem,   kontynuując   robienie  kanapek. 

Tym razem bagietka z pasztetem wydala mu się czymś bardzo pożądanym. Poczuł, że jest 

wściekle głodny.

background image

- Mógłbym zjeść konia z kopytami - powiedział.

- To się pospiesz, jeśli chcesz, żeby coś jeszcze dla ciebie zostało. Ja też mam niezły 

apetyt.

Owen w dwóch kęsach przełknął podaną kanapkę i sięgnął po wino.

- Wiesz, Angie, tak sobie o czymś myślę.

- Ostrzegałam cię przed tym.

Uśmiechnął się, będąc w zbyt dobrym nastroju, żeby się obrażać.

-   Może   byśmy   skończyli   nasz   miesiąc   miodowy   gdzie   indziej?   -   Rozlał   wino   do 

dwóch szklanek i podał jej.

- Sądziłam, że chcesz mnie odizolować, żebym nie zaszkodziła sprzedaży akcji.

- To był tylko pretekst - przyznał. - Mogłem cię dostatecznie odizolować od prasy w 

moim hotelu. Ostatecznie, jestem szefem.

- Więc dlaczego upierałeś się, żeby tu przyjechać?

-   Wpadłem   na   myśl,   że   jak   zobaczysz   mnie   w   otoczeniu   reszty   Sutherlandów, 

poczujesz się w obowiązku stanąć po mojej stronie. - Uśmiechnął się. - Należysz do tych, 

którzy zawsze bronią słabszych. Więc myślałem, że kiedy zobaczysz, jak się mają sprawy, 

między mną a moją rodziną, zrobi ci się przykro i przypomnisz sobie, co naprawdę do mnie 

czujesz.

- Rozumiem.

- Może nie wszystko przebiegło całkiem zgodnie z planem, ale ostatecznie dobrze się 

skończyło. - Rzucił jej wymowne spojrzenie. - I co, Angie, pamiętasz jeszcze, co do mnie 

czujesz?

Angie   podciągnęła   kolana   pod   brodę   i   oplotła   je   rękami.   Patrzyła   na   niego   w 

zamyśleniu.

- Zależy ci na tym, żeby nasze małżeństwo było udane, prawda?

- Oczywiście!

- Mnie też - kiwnęła głową. Uśmiechnął się z satysfakcją.

- Wiem. Zawsze to wiedziałem. Potrzebowałaś trochę czasu, żeby przezwyciężyć swój 

gniew. I strach, że zostałaś wykorzystana. Częściowo była to moja wina. Może nie dałem ci 

szansy, żebyś poznała mnie lepiej przed ślubem. Chciałem jak najszybciej zaprowadzić cię do 

ołtarza.   Gdyby   nasze   narzeczeństwo   trwało   dłużej,   czułabyś   się   przy   mnie   bardziej 

bezpiecznie.

- Chyba masz rację. Teraz znam cię o wiele lepiej - powiedziała Angie poważnie.

- Coś takiego... - Pochylił się nad nią i pocałował z uśmiechem. - Miałem nadzieję, że 

background image

jak nasze małżeństwo stanie się normalne, dojdziesz do tego wniosku. - Jesteś bardzo pewny 

siebie, prawda, Owen? Roześmiał się cicho.

- Nie mam zamiaru na to odpowiadać. To jedno z tych pytań, które do niczego nie 

prowadzą.   Ale   jeśli   cię   to   pocieszy,   to   przyznaję,   że   udało   ci   się   wprowadzić   nieco 

zamieszania do moich wspaniałych  planów na miesiąc miodowy. Teraz jednak można by 

powrócić do naszej pierwotnej koncepcji podróży poślubnej, nie sądzisz?

- Jak chcesz.

- To wszystko, co masz do powiedzenia? - Spojrzał na nią z niedowierzaniem. - Nie 

mów mi, że ci się spodobało w Jade Lake?

- Tego nie twierdzę. Ale muszę przyznać, że dowiedziałam się o tobie więcej w ciągu 

ostatnich paru dni tutaj niż przedtem przez trzy miesiące.

To go zezłościło.

- Nieprawda. Po prostu tutaj wreszcie zmądrzałaś, i tyle.

- Jeśli tak uważasz.

Owen spostrzegł, że jego dobry humor zaczyna go opuszczać.

- Angie, co jest z tobą? Zwariowałaś, czy co?

- Nie, nie zwariowałam. Zastanawiałam się tylko ostatnio nad tym i owym. - Oparła 

podbródek na skrzyżowanych kolanach. - Oboje postanowiliśmy dać naszemu małżeństwu 

szansę.

-   Nic   podobnego   -   obruszył   się.   -   Nie   mówiłem   o   żadnej   szansie.   Od   początku 

twierdziłem, że nasze małżeństwo będzie udane i trwałe. Koniec, kropka.

Kiwnęła zgodnie głową.

- Myślę, że istnieje taka możliwość.

- Możliwość?

- No tak, jest sporo spraw, które nas łączy. Po pierwsze, silny pociąg fizyczny.

- To nie ulega wątpliwości. - Owen upił łyk wina.

-  Poza   tym,   więź   materialna   wynikająca   ze   spółki.   Najpierw   byłam   zła,   ale   teraz 

doszłam   do   wniosku,   że   wspólnota   interesów   może   być   czynnikiem   umacniającym   nasz 

związek.

- Do cholery, Angie - rozzłościł się Owen - nasze interesy nie mają nic wspólnego z 

naszym związkiem!

- Ależ mają - tłumaczyła mu cierpliwie, jakby przemawiała do upartego dziecka. - 

Sam powiedziałeś, że nigdy byśmy się nie poznali, gdyby nasze rodziny nie prowadziły sieci 

hoteli. Nie martw się, zaczynam to postrzegać jako punkt na korzyść naszego małżeństwa.

background image

- Angie, czy mogłabyś już z tym skończyć?

- Dlaczego tak się denerwujesz, Owen? - Spojrzała na niego niewinnie. - Czy mówię 

coś nie po twojej myśli?

- Przestań już drążyć sprawę interesów naszej spółki - rzucił przez zaciśnięte zęby. Co 

ona znowu, u licha, knuje? - Nie na tym się będzie opierać nasz związek!

- A na czym?

- Na wielu innych rzeczach.

- Jak pociąg fizyczny? Już o tym mówiłam.

-   Nie   tylko   -   mruknął.   -   Na   uczuciu.   Wzajemnym   szacunku,   wspólnych 

zainteresowaniach. - Twojej miłości do mnie, dodał w duchu.

- Mówiłam już o wspólnych zainteresowaniach. Na przykład hotelarstwo.

- Nie chodzi mi o hotelarstwo. Uśmiechnęła się dobrotliwie.

- No dobrze. A wiec pikniki. Wygląda na to, że oboje lubimy pikniki.

- Łączy nas coś więcej, o wiele więcej.

- Na przykład, co?

Owen czuł się, jakby go przypierano do muru.

- Zaufanie. Przywiązanie. Poczucie odpowiedzialności.

- Tak, myślę, że masz rację. To wszystko bardzo cenne i ważne rzeczy.

- No właśnie. - Ale ani w połowie tak ważne i cenne, jak twoja miłość do mnie, myślał 

z rozpaczą. Dlaczego  tego nie powiesz, Angie?  Dlaczego  nie mówisz, że mnie  kochasz? 

Jesteśmy małżeństwem. Prawdziwym małżeństwem. Ale nie powiedziałaś tych słów, odkąd 

zostaliśmy kochankami.

- Owen? Czy coś się stało?

- Co się miało stać? - Uśmiechnął się z trudem. - Po prostu jestem sam na wyspie z 

kobietą, którą...

- Tak?

Spojrzał   na   nią   i   zobaczył   w   jej   turkusowych   oczach   wyraz   pełnego   nadziei 

wyczekiwania. Rozzłościło go to. Wiedział, na co czeka. Na nieszczęście dla Angie, czytał w 

niej jak w otwartej księdze. Jeśli sobie wyobraża, że wmanewruje go w składanie zaklęć 

miłosnych, to się grubo myli. Nikt nie będzie manipulować Owenem Sutherlandem. Ojciec 

nauczył go, że to oznaka słabości.

- Jestem sam na wyspie z kobietą, którą poślubiłem - dokończył gładko. - Bardzo 

korzystna sytuacja, nie uważasz?

Przyciągnął ją do siebie, kładąc sobie na piersi. Słońce prześwietliło jej rude włosy, a 

background image

słodki ciężar ciała wzbudził w nim na nowo pożądanie. Zapomniał o gniewie, w chwili gdy 

dotknął jej ust. Była jego żoną i kochała go, jak żadna inna kobieta, choć może duma nie 

pozwalała jej tego w tym momencie przyznać. Rozumiał to i postanowił poczekać. Wiedział, 

że Angie prędzej czy później się podda i zrezygnuje z cichej wojny, którą ogłosiła.

Angie też rozumiała jego dumę i była zdecydowana poczekać. Na drugi dzień rano 

stała na brzegu jeziora, odprowadzając wzrokiem motorówkę z Owenem zmierzającym do 

miasteczka, żeby wymienić w sklepie którąś z części kupionych wczoraj dla Jeffersa. Co 

prawda, Jeffers gotów był sam to zrobić, ale Owen najwyraźniej nie mógł już usiedzieć w 

Jade Lake i zaczynał się wyrywać z wyspy. Gdy poprzedniego dnia wspomniał o spędzeniu 

reszty   miodowego   miesiąca   gdzie   indziej,   ona   sama   sprowadziła   rozmowę   na   inne   tory 

nieudolną próbą sprowokowania go do wyznań miłosnych.

Ściągnęła usta na to wspomnienie. Ten człowiek był uparty jak osioł. Najwyraźniej 

wystarczała mu jej miłość i nie miał zamiaru sam poddawać się takiemu niebezpiecznemu 

uczuciu. Jak cała jego rodzina Owen nie był zbyt wylewny.

Rozumiała   jego   zahamowania   i   zamknięcie   w   sobie.   Stracił   matkę   we   wczesnym 

dzieciństwie, a ojciec wychowywał go na silnego człowieka, o przywódczych instynktach i 

władczym usposobieniu, które to cechy miały Owenowi pomóc w pełnieniu roli spadkobiercy 

rodzinnego imperium.

Celia zbyt późno wkroczyła w jego życie, żeby cokolwiek zmienić, W wieku trzynastu 

lat Owen miał już jasno wytyczoną ścieżkę życiową. Tak czy owak wkrótce Celia zajęła się 

własną córką i z chęcią przekazała opiekę nad nim ojcu.

Helen i Derwin zaś byli zbyt rozgoryczeni swoją niską pozycją w hierarchii rodzinnej, 

żeby przejmować się chłopcem, który miał objąć stanowisko po ojcu i być  ich prawnym 

opiekunem. Już wtedy musieli czuć do niego niechęć.

Odwróciła się na odgłos kroków. Szurając nogami po poszyciu z igieł, zbliżał się do 

niej Derwin.

- Dzień dobry - powiedział chłodno. - Ładny dzień.

- Tak, bardzo ładny.

- Widzę, że Owen już jest w drodze. Słyszałem, jak mówił, że wybiera się do Jade. 

Pewno zajmie mu to ze dwie godziny.

-   Chyba   tak.   Wspominał   coś   o   kluczach   francuskich   i   jakichś   zaworach.   Ale   jak 

wejdzie do sklepu, na pewno przypomni mu się jeszcze wiele rzeczy, które należałoby kupić.

- Na pewno - zgodził się Derwin. Ściągnął krzaczaste brwi i nie przestając wpatrywać 

się w jezioro, powiedział: - Ktoś tu do nas płynie.

background image

-   Ciekawe,   kto?   -   zainteresowała   się   Angie.   Kilkunastoletni   chłopak   w   malej 

motorówce zbliżył się do brzegu i zwinął ręce w trąbkę przy ustach.

- Mam wiadomość dla pani Sutherland! - krzyknął.

- To ja!

- Od kogoś, kto pracuje dla pani brata! Mówi, że to ważne! Chce się z panią zaraz 

widzieć! Prosił, żebym panią przywiózł!

Nagły strach chwycił Angie kleszczami za serce.

- Niech pan podpłynie do pomostu! - krzyknęła i zaczęła biec w stronę przystani.

- Powiedział, że nazywa się Rawlings i pracuje dla Harry'ego i Palmera Townsendów. 

To wszystko, co wiem, proszę pani. Prosił, żebym panią przywiózł, bo musi zaraz z panią 

porozmawiać. Podobno nie może się do pani dodzwonić.

Angie spojrzała na Derwina, który przyszedł za nią do przystani.

- Czy wiesz coś o telefonach od pana Rawlingsa? Derwin skrzywił się kwaśno.

- Nie. Ale Betty miała przełączać wszystkie rozmowy do Owena, jeśli pamiętasz. Nie 

wolno nam nawet odbierać telefonów we własnym domu.

Dopiero  teraz  Angie przypomniała  sobie instrukcje  Owena. Myślała,  że je  cofnął, 

odkąd zostali kochankami, ale właściwie dlaczego miałby to robić, pomyślała ponuro, skoro 

według niego nic się właściwie między nami nie zmieniło?

Oczywiście, że się zmieniło. Jeśli ten głupi, nadęty, uparty osioł nie chce przyjąć tego 

do wiadomości, to już ona mu pokaże!

- Dobrze, pojadę  z tobą. - Angie wskoczyła  do motorówki. - Derwin, powiedz w 

domu, że niedługo wrócę. Jak się nazywasz? - krzyknęła poprzez ryk motoru.

- Dave. Dave Markel. Mieszkam w miasteczku od urodzenia.

- To pewno dobrze znasz Sutherlandów? Chłopak wzruszył ramionami.

- Tyle, żeby się ukłonić na ulicy. Oni się z nikim nie zadają. Trzymają się na uboczu. 

Nie wiedziałem nawet, że Owen Sutherland się ożenił, dopóki ten Rawlings nie spytał  o 

panią. Szukał kogoś, żeby po panią pojechał.

Dobili do brzegu. Motorówka Owena kołysała się przy pomoście, ale jego samego nie 

było nigdzie widać.

- Gdzie on jest, ten Rawlings?

- Czeka tu w kawiarni na przystani.

Nietrudno było wypatrzyć Rawlingsa w małym  pomieszczeniu barowym  na końcu 

mola. Był jedynym mężczyzną w krawacie, doskonale dobranym do kosztownego garnituru. 

Na widok Angie wstał i uprzejmie zaprosił ją do zajęcia miejsca przy stoliku.

background image

- Czy coś się stało, panie Rawlings? Podobno pracuje pan dla mojego brata?

Rawlings przesłał jej czarujący uśmiech.

- Niezupełnie. Przyznaję, że tak powiedziałem, ale tylko dlatego że chciałem tu panią 

jak najszybciej sprowadzić i nie mogłem wymyślić nic innego. Próbowałem porozumieć się z 

panią, ale nikt nie odbierał telefonów.

- Ach, tak... - Angie zmarszczyła brwi. - Kim pan właściwie jest i dlaczego chciał się 

pan ze mną widzieć?

Rawlings odsunął filiżankę z kawą i nachylił się ku niej przez stół, przygważdżając ją 

wzrokiem.

- Będę z panią szczery. Reprezentuję grupę inwestorów, którzy chcą kupić dużą część 

akcji spółki «Sutherland i Townsend».

- Co to ma wspólnego ze mną?

- Nie owijając w bawełnę, doszły mnie niepokojące słuchy, że pani małżeństwo z 

Sutherlandem to kompletna fikcja. Jak plotka głosi, ta spółka wkrótce się rozleci. Ludzie 

mówią, że wrogość między waszymi rodzinami wcale nie wygasła i Owen Sutherland nie da 

rady tuszować tego dłużej niż rok.

Angie zesztywniała.

- To śmieszne. Skąd pan wziął te rewelacje?

- Jak już mówiłem, krążą takie plotki. - Rawlings wzruszył ramionami. - Niech mnie 

pani zrozumie. Moi klienci są gotowi zainwestować w to przedsięwzięcie duże pieniądze. 

Jeśli spółka okaże się niepewna, mogą stracić sporą gotówkę.

- Zwabił mnie pan tutaj, żeby się dowiedzieć, czy moje małżeństwo będzie trwałe i 

zagwarantuje trwałość spółki? - spytała Angie z niedowierzaniem.

- Powiedzmy, że chcę wyjaśnić sytuację. Jeśli to wszystko było ukartowane dla celów 

reklamowych, to naturalnie spółka może na tym ucierpieć. Jak słyszę, stara waśń między 

waszymi rodzinami napsuła wszystkim wiele krwi.

- Jak pan śmie! - Angie była wściekła.

- Niech pani zrozumie mój problem. Dawne zadrażnienia mogą zepsuć interesy. A to 

odbije się niekorzystnie na moich klientach.

- Doskonale rozumiem pański problem. - Angie wstała i odsunęła krzesło, - Polega on 

na tym,  że słucha pan plotek. Zapewniam,  że te sekretne rewelacje są nieprawdziwe. W 

przeciwieństwie   do   mojego   małżeństwa.   A   ponadto   uważam   pańskie   kłamstwa   i   metody 

działania za oburzające. Jeśli o mnie chodzi, to nie zależy mi szczególnie, żeby pańscy klienci 

inwestowali w naszą firmę.

background image

- Niech się pani nie denerwuje. - Rawlings ruszył za nią do wyjścia. - Chciałem tylko 

wybadać, co się kroi.

W tym momencie drzwi kawiarni się otworzyły i stanął w nich Owen. Jednym rzutem 

oka ogarnął sytuację i w dwóch skokach znalazł się przy Angie, przyciągając ją do siebie. W 

jego oczach czaiły się zimne błyski.

- Co się tu dzieje?

- To jest pan Rawlings - powiedziała Angie szybko. - Reprezentuje grupę inwestorów, 

którzy są zainteresowani akcjami spółki "Sutherland i Townsend".

- Wiem, kim on jest. - Owen mocno przycisnął ją do boku. - Jeśli ma pan jakieś 

pytania, to proszę zwrócić się do mnie. Moja żona nie zajmuje się interesami.

- Nie ma się co złościć, panie Sutherland. Wykonuję tylko swoją pracę. Wie pan, jak 

to jest. Interes to interes.

- Niech pana wszyscy diabli! Jestem w podróży poślubnej. Nie interesuje mnie w tej 

chwili rozmowa o interesach. - Owen przesłał Angie porozumiewawczy uśmiech, który nie do 

końca   zgasił   gniew   w   jego   oczach.   Przeniósł   spojrzenie   na   Rawlingsa.   -   I   niech   pan 

zapamięta, że nie podobają mi się takie metody. Może pańskie stadko rekinów znajdzie sobie 

inny żer.

-   Niech   pan   tak   nie   mówi,   Sutherland,   Moi   klienci   mają   sporo   gotówki   do 

zainwestowania, a o to chyba panu chodzi.

- Spółka «Sutherland i Townsend» obejdzie się bez pańskich klientów. Akcje będą 

rozchwytywane, kiedy ukażą się na giełdzie, i dobrze pan o tym wie. Pańskie wysiłki, żeby 

obniżyć ich cenę, na nic się nie zdadzą. A teraz niech się pan wynosi, zanim wyląduje pan w 

jeziorze.

- Działam w oparciu o wiarygodne informacje. I mam prawo wiedzieć, co się za tym 

kryje. Ciągle słyszę, że spór między waszymi rodzinami wcale nie został zakończony.

- Owszem, został. Moja żona i ja przyczyniliśmy się do tego. Prawda, skarbie?

Spojrzał   znacząco,   zaciskając   palce   na   jej   ramieniu.   Angie   przywołała   na   twarz 

anielski uśmiech czułej żony w podróży poślubnej.

- Jak najbardziej, kochanie.

- Tamta historia to już stare dzieje - powiedział Owen lekko. - A poza tym nigdy nie 

była to żadna zażarta waśń.

Raczej chwyt reklamowy dla obu firm. Dobrze się nam przysłużył w przeszłości, ale 

teraz   czasy   się   zmieniły.   Hotele   Sutherland   i   Pensjonaty   Townsend   szybciej   się   rozwiną 

działając razem.

background image

- Słyszałem coś zupełnie innego - mruknął Rawlings.

-   To   źle   pan   słyszał   -   uciął   Owen,   -   A   teraz   pójdziemy   już,   jeśli   pan   pozwoli. 

Spędzamy tu miesiąc miodowy i mamy parę przyjemniejszych rzeczy do roboty niż rozmowy 

o interesach.

Wyszedł   z   kawiarni   nie   oglądając   się   za   siebie   i   bez   słowa   pociągnął   Angie   do 

przystani. Pomógł jej wsiąść do motorówki i wskoczył za nią, zapalając motor. W chwilę 

później niknęli już w stronę domu. Świadoma jego złego humoru, Angie nie odzywała się. W 

połowie drogi Owen zwolnił szybkość i przerwał ciszę.

- No więc, co właściwie zaszło?

- Sam widziałeś. Rawlings chciał wydobyć jakieś informacje o spółce.

- Tyle wiem. Chodzi mi o to, jak znalazłaś się w tej kawiarni? Kto cię przewiózł przez 

jezioro?

- W gruncie rzeczy to dość interesująca historia, jak się temu bliżej przyjrzeć.

- Nie wątpię.

- Rawlings wysłał po mnie jakiegoś chłopaka pod pretekstem, że pracuje dla mojego 

brata i musi się natychmiast ze mną widzieć.

- Powinienem był wybić mu zęby.

- Podobno próbował porozmawiać ze mną przez telefon, ale jakoś nigdy nie mógł 

mnie zastać w domu. Czy to prawda, Owen?

- Nie. Nikt nie dzwonił. - Owen skupił się na podprowadzeniu motorówki do brzegu.

- Na pewno?

Gwałtownie uniósł głowę i przeszył żonę ostrym spojrzeniem.

- Czy znów oskarżasz mnie o kłamstwo? Angie zaprzeczyła, nie spuszczając z niego 

oczu.

- Nie. Przyrzekłeś, że nie będziesz mnie okłamywać. I ja ci wierzę.

- To świetnie. - Jego gniew trochę zelżał. - To znaczy że poczyniliśmy pewne postępy. 

Powinienem być wdzięczny za te drobne oznaki przychylności. Do diabła, Angie, jak mogłaś 

dać się tak nabrać! Twój ojciec i brat mieli rację, że jesteś naiwna jak dziecko.

- Wcale nie jestem naiwna! - zirytowała się Angie. - Gdyby ktoś zadał sobie trochę 

trudu, żeby o czymkolwiek mnie informować, nie dawałabym się tak łatwo oszukać. Ale nikt 

nic mi nie mówi, prawda? Utrzymujecie mnie w stanie błogiej nieświadomości, a potem się 

złościcie, kiedy zrobię błąd albo dojdę do fałszywych wniosków.

-   Nie   da   się   ukryć,   że   zrobiłaś   błąd,   i   to   duży.   Powinnaś   była   wykazać   trochę 

zdrowego rozsądku w tej sytuacji. Mogłaś się domyślić, że to jakiś podstęp, kiedy cię nagle 

background image

wzywa nie wiadomo kto, pracujący rzekomo dla twojego brata.

- Przestań mnie besztać, Owen. Zachowałam się całkowicie normalnie i racjonalnie, 

biorąc pod uwagę okoliczności.

- Jakie okoliczności?

- Ten facet twierdził, że próbował się ze mną porozumieć telefonicznie, ale ty przecież 

kazałeś Betty łączyć wszystkie rozmowy do ciebie. Dla mojego własnego dobra, oczywiście. 

Bo jestem taka naiwna i tak dalej.

- Uspokój się, Angie. Podchodzisz do tego bardzo emocjonalnie.

- Nic nie poradzę. Taka już jestem, nie pamiętasz? A ponadto nie podoba mi się to 

wzywanie na dywanik, jak pracownika, który źle się spisał.

- Bo też rzeczywiście niezbyt się popisałaś - upierał się Owen.

- To nie była moja wina.

- Owszem, była. - Spojrzał na nią z marsem na czole, grożąc palcem. - Powinnaś mieć 

na tyle oleju w głowie, żeby nie wsiadać do łódki pierwszego lepszego faceta. A przede 

wszystkim nie przyjmować tak bezkrytycznie przesłanej ci wiadomości. Powinnaś poczekać, 

aż wrócę, a nie pędzić na łeb, na szyję na spotkanie z nie wiadomo kim. Powinnaś była 

wykazać trochę zdrowego rozsądku, do wszystkich diabłów!

-   Jesteś   na   mnie   wściekły,   bo   boisz   się,   czy   nie   powiedziałam   czegoś,   co   może 

zaszkodzić sprzedaży akcji - mruknęła Angie.

- Nic mnie akurat w tej chwili nie obchodzi sprzedaż akcji! Jestem wściekły, że ten 

gnojek, Rawlings, usiłował cię wykorzystać, a ty dałaś się nabrać i zrobiłaś dokładnie, co 

chciał.

Angie dumnie podniosła podbródek.

- Myślę, że lepiej odłożyć tę rozmowę do czasu, kiedy będziesz w lepszym nastroju.

- W lepszym nastroju? Chcesz, żebym podchodził do tego bardziej beztrosko?

- Tak.

- To już przekracza wszelkie granice. - Owen znów pełną parą puścił motorówkę 

przez jezioro i przekrzykując ryk silnika, odparował: - W jednym masz rację. Odłóżmy tę 

rozmowę na później. Jeszcze chwila, a wrzucę cię do wody i będziesz musiała wpław płynąć 

do brzegu!

Kiedy   przybyli   do   przystani,   Owen   nadal   czul   się   poirytowany,   ale   już   odzyskał 

kontrolę   nad   sobą.   Ze   zdziwieniem   pomyślał,   jak   łatwo   Angie   wpływa   na   zmianę   jego 

nastrojów.   Potrafi   przy   niej   w   jednym   momencie   stracić   chłodne   opanowanie   i   zawrzeć 

męskim gniewem.

background image

Kiedy zobaczył ją w tej kawiarni z Rawlingsem, przepełniła się miara jego goryczy. 

Cały ranek zżymał się w duchu na jej głupi upór, żeby nie wyznawać mu miłości. Powiedział 

sobie,   że   najlepiej   to   przeczekać.   Był   pewien,   że   ma   rację   -   Angie   jest   zbyt   miękka   i 

uczuciowa,  żeby długo  wytrzymać.  Prędzej  czy później zapomni się  w jego  ramionach  i 

wypowie słowa, które tak pragnął usłyszeć. I wtedy już będzie wiadomo, że wygrał tę małą, 

cichą wojnę.

- Owen?

- Tak?

- Skąd wiedziałeś, że jestem w tym barze z Rawlingsem?

Owen znieruchomiał przy cumie. Później wyciągnął rękę, żeby pomóc jej wyjść z 

łódki.

- Powiedział mi to jakiś chłopak w przystani w Jade.

- Pewno Dave.

- Może i Dave. A bo co?

- Zastanawiam się tylko nad tym i owym. Położył ręce na biodrach i wbił w nią wzrok.

- Nad czym konkretnie się zastanawiasz, Angie?

- No cóż, prawdę mówiąc, przyszło mi do głowy, że nastąpiła jakaś dziwna zbieżność 

w czasie.

- Mów dalej.

-   Pomyśl,   ty   wyjeżdżasz   do   miasteczka   i   dosłownie   w   chwilę   potem   dostaję 

wiadomość, że ktoś reprezentujący mojego brata chce się ze mną widzieć.

-   Rawlings   mógł   obserwować   naszą   wyspę   przez   lornetkę.   Jak   zobaczył,   że 

odpływam, wysłał tego chłopaka wiadomością. Wiedział, że tylko wtedy zastanie cię samą.

-   Tak,   to   prawda...   -   Angie   przygryzła   dolną   wargę.   Wciąż   się   powoływał   na 

dochodzące go plotki.

- O czym? O dawnym sporze?

-   Tak.   Twierdził,   że   spór   jest   nadal   żywy   i   to   martwi   ego   inwestorów,   bo   może 

oznaczać kłopoty w interesach.

Owen wzruszył ramionami.

- Jeśli się tak niepokoją, mogą nie kupować akcji. Nie są mi potrzebni do szczęścia. 

Rozmawiałem  dziś rano z  moim zarządem.  Świat biznesu  jest  bardzo poruszony naszym 

ślubem   i   ogłoszoną   spółką.   Wierz   mi,   że   na   rynku   nie   brakuje   zainteresowania   firmą 

«Sutherland i Townsend.”

- Nie o to mi chodzi, Owen.

background image

- A o co? Spojrzała na niego z powagą.

-   Przed   naszą   nocą   poślubną   ktoś   zadał   sobie   dużo   trudu,   żeby   nas   poróżnić, 

podrzucając mi fax komunikatu prasowego, jaki miał się ukazać na drugi dzień.

- I świetnie mu się udało! - warknął Owen. - Ilekroć pomyślę o tej zaporze z poduszek 

wtedy na łóżku między nami, na nowo ogarnia mnie wściekłość.

- To bardzo wzruszające - powiedziała Angie chłodno - ale nadal nie rozumiesz, do 

czego zmierzam.

- A więc, do czego zmierzasz?

- Do tego, że tak wtedy, jak i teraz ktoś najwyraźniej próbuje zaszkodzić interesom 

spółki. Czy nie uważasz, że lepiej dowiedzieć się, kto to jest?

- Myślisz, że się nad tym nie zastanawiałem? - powiedział cicho.

- No i do jakich wniosków doszedłeś?

- Nie chcę jeszcze nic mówić.

- Dlaczego?

- Bo nie jestem niczego pewien, rozumiesz? - Usłyszał  irytację  w swoim głosie i 

ugryzł się w język.

- Boisz się, że stoi za tym ktoś z twoich krewnych? Że to sprawka kogoś z rodziny?

Przez chwilę chciał zaprzeczyć, lecz Angie patrzyła na niego uważnie tymi swoimi 

jasnymi, turkusowymi oczami i zrozumiał, że intuicyjnie odgadła to, co jemu podyktowała 

bezlitosna logika.

- Tak. Do jasnej cholery, tak. Angie delikatnie ujęła go za ramię.

-  Nie   martw   się.   Nie   musisz  osłaniać   nikogo   przede   mną.   Ja   też   należę   teraz   do 

rodziny.

- Nie myślałem o tym w ten sposób. Uśmiechnęła się lekko, obejmując go ciepłym 

spojrzeniem.

Nie próbuj mnie izolować ani trzymać z dala od kłopotów. Poradzimy sobie z tym 

razem, Owen. Jestem twoją żoną.

- To się jeszcze jakoś nie wydaje pewne - mruknął.

- Co się nie wydaje pewne?

- Ty i ja. Nasz związek. Mamy świadectwo ślubu. Mamy obrączki. Mamy za sobą 

naszą noc poślubną. Ale czegoś ciągle brak.

- Czego więcej ci trzeba?

- Nie wiem.

Angie uniosła brwi.

background image

- Powiedz mi, jak już będziesz wiedział. A na razie spróbuj traktować mnie jak żonę i 

pozwól pomóc sobie w załatwieniu tej sprawy.

Bardzo chciał wyznać jej, co mu leży na sercu i zmusić, żeby powiedziała, że go 

kocha, że go darzy tym samym uczuciem co przed ślubem. Ale nie wiedział, jak poruszyć ten 

temat,   stojąc   na   pomoście   w   przystani.   Poczeka,   aż   znajdą   się   w   łóżku,   a   wtedy   znów 

wszystko będzie dobrze. Wiedział, jak się z nią porozumieć, kiedy trzymał ją w ramionach.

- Owen?

- Nie musimy nic załatwiać - powiedział chłodno. - W każdym razie w tej chwili. - 

Wziął ją za ramię i ruszył w stronę domu.

- Owen, proszę cię, nie próbuj mnie znów odsuwać. To jest także mój problem.

- To tylko interesy, Angie.

- Nieprawda To sprawy rodzinne. Sam wiesz.

- Zwykle radzę sobie sam - mruknął.

- Wiem. Ale teraz już nie jesteś sam. Masz mnie, zapomniałeś?

- Jak mógłbym zapomnieć?

- No właśnie. Jak kiedyś powiedziałeś, jesteśmy razem na dobre i złe. Powinniśmy 

zebrać fakty i zobaczyć, co z nich wynika.

- Cały problem, że nie mamy zbyt dużo faktów. Ale wciąż prześladuje mnie myśl, że 

to ktoś z mojej kochanej rodziny stara się przysporzyć nam kłopotów. Nikt inny nie odniósłby 

żadnej korzyści ze szkodzenia spółce.

- Ale nikt z twojej rodziny nie odniesie też z tego korzyści - zauważyła Angie, - W 

każdym razie pod względem finansowym. Materialnie wszyscy zyskają, jeśli akcje się dobrze 

sprzedadzą.

- No tak. Ale to chyba oczywiste, że za tym działaniem kryją się inne motywy.

- Ktoś stara się rozdmuchiwać starą waśń rodzinną - przyznała mu rację Angie. - Ktoś 

woli stracić profity ze spółki, niż dopuścić do zakończenia spora.

Owen westchnął.

- Celia, Derwin albo Helen. Ktoś z tej trójki.

- Celii trzydzieści lat temu jeszcze tu nie było.

- Ale czy znasz powiedzenie: być bardziej papieskim niż papież? Celia przez związek 

z   ojcem   ułożyła   sobie   życie   i   jest   ślepo   wierna   jego   pamięci.   Mogła   uznać   to   za   swój 

obowiązek, żeby zniszczyć spółkę, ponieważ ojciec nigdy by jej nie pochwalał.

- A ciotka i wuj?

- Nie wiem. Nigdy nie chcieli mówić o tym, co się zdarzyło trzydzieści lat temu.

background image

- Może byśmy porozmawiali z Betty?

- Z Betty? - zdumiał się Owen.

- Pracowała już przecież dla was wtedy, prawda?

- Chyba właśnie zaczęła. Ale nie sądzę, żeby się orientowała w naszych osobistych 

sprawach.

-   Zdziwiłbyś   się,   ile   służba   wie   o   osobistych   sprawach   swoich   chlebodawców. 

Porozmawiajmy z nią.

Owen zawahał się przez chwilę, ale uznał, że nie zaszkodzi spróbować.

- No dobrze.

Betty zdjęła czajnik z ognia i zaparzyła herbatę.

- Oczywiście, wiedziałam, że stało się coś strasznego. Nikt nic nie mówił, ale wszyscy 

chodzili jak struci. Pańska ciotka bez przerwy płakała, a ojciec był wściekły. Derwin wciąż 

się tu kręcił, chyba jakoś wtedy się zaręczyli. Pewno wiedział, co zaszło. Zachowywał się 

bardzo dziwnie.

- A ty sama słyszałaś coś bliżej? Betty nalała trzy filiżanki herbaty.

- Nic szczególnego. Tylko, że to miało związek z interesami i wszyscy byli wściekli 

na jakiegoś Townsenda.

- Mrugnęła do Angie. - Bez obrazy.

- Ona się teraz nazywa Sutherland, me Townsend - przypomniał Owen. - Nie musisz 

się martwić, że się obrazi.

- Nie zwracaj na niego uwagi, Betty - powiedziała Angie, biorąc filiżankę.

- Tak czy tak, trudno uwierzyć, że ta niechęć przetrwała tyle lat. Nigdy nie mogłam 

tego zrozumieć. Żyję na tyle długo, żeby wiedzieć, że co chwilę coś komuś nie wychodzi w 

biznesie. Ale nikt nie żywi urazy przez trzydzieści at.

- Chyba że nie chodziło tylko o interesy - mruknęła Angie. Spojrzała na Owena. - A 

wiemy, że kryje się za tym coś jeszcze.

- Tak - zgodził się. - Dla kogoś z tej rodziny to bardzo osobista sprawa.

-   Chciałabym   wam   pomóc   -   zapewniła   Betty   -   ale   nic   nie   wiem   ponadto,   że 

Townsendowie spowodowali tu wiele złej krwi trzydzieści lat temu. Moim zdaniem czas już 

pogrzebać tę waśń i puścić w zapomnienie.

- Waśń została pogrzebana - powiedział Owen. - Ale ktoś z całą pewnością nie puścił 

jej w zapomnienie.

- Niedługo będzie po wszystkim - przepowiedziała Betty patrząc na Owena. - Zawsze 

uważałam, że ma pan więcej zdrowego rozsądku niż pański ojciec. Był dobrym człowiekiem 

background image

na swój sposób, ale kiedy się przy czymś uparł, to nie można mu tego było wybić z głowy. A 

z Townsendami najwyraźniej nie potrafił się dogadać.

- No tak - powiedział Owen, uśmiechając się znacząco do Angie - ale trzeba przyznać, 

że to czasem trudne i wymaga specjalnego talentu.

Angie pokazała mu język. Owen wybuchnął śmiechem. Piętnaście minut później, nie 

dowiedziawszy się nic nowego, wziął ją za rękę i wyciągnął z kuchni.

- I co teraz? - spytała.

-   Sam   nie   wiem.   Chyba   będę   musiał   wezwać   wszystkich   do   salonu   i   zarządzić 

konfrontację. Zmusić ich do ujawnienia prawdy.

- Możesz sprawić tym komuś wielki ból.

- Gwiżdżę na to. Zwłaszcza po tym, co dzisiaj zaszło.

- A co takiego specjalnego dzisiaj zaszło?

Owen zatrzymał się w pół kroku i wbił palce w ramiona Angie, odwracając ją twarzą 

do siebie.

- Naprawdę nie zdajesz sobie z tego sprawy?

- No cóż, ktoś powiedział Rawlingsowi, że nasze małżeństwo jest fikcyjne. Jeszcze 

jedna próba zaszkodzenia spółce.

Zaklął pod nosem na jej naiwność.

- To tylko efekt uboczny. Naprawdę temu komuś chodziło o to, żeby wbić jeszcze 

jeden klin pomiędzy nas, Angie. Pomiędzy ciebie i mnie.

- O czym ty mówisz?

- Nie rozumiesz? Ktoś chciał, żebym cię zobaczył z Rawlingsem. Ktoś z premedytacją 

nastawił na ciebie pułapkę, zresztą na niego też. Tylko dlatego nie wybiłem mu zębów.

- Nie rozumiem.

-   Doprawdy,   jesteś   łatwowierna   jak   dziecko!   Posłuchaj,   to   nie   przez   przypadek 

doniesiono mi, że siedzisz w tym barze z Rawlingsem. Ktoś chciał, żebym pomyślał, że prze-

kazujesz mu tajne informacje, może nawet omawiasz sposób licytowania akcji. Ktoś chciał mi 

udowodnić, że Townsendom nie można ufać.

Oczy Angie zrobiły się okrągłe jak spodki, a po chwili zaczęły ciskać błyskawice.

- Co za draństwo! Co za straszne, nieprawdopodobne draństwo! Miałam wyjść na 

zdrajczynię, tak?

- Tak. Więc teraz znasz już całą prawdę. - Owen nie mógł powstrzymać uśmieszku 

triumfu. I jeszcze się dziwisz, że my wstrętni, męscy szowiniści uważamy cię za cokolwiek 

naiwną?

background image

- Ale ja nic złego nie zrobiłam! - krzyknęła.

- Przecież wiem - uciął niecierpliwie.

Twarz   Angie   powoli   się   zmieniła.   Odpłynął   z   niej   gniew,   a   jej   usta   zaczęły   się 

rozchylać w ciepłym, radosnym, kobiecym uśmiechu.

- Ach, wiesz... - powiedziała.

- Co cię tak cieszy? - zapytał ze złością.

- Nic. - Uśmiechała się niewinnie dalej, pewna wreszcie jego miłości jak nigdy dotąd. 

Czuła przepełniającą ją euforię.

- Angie, nie jestem w nastroju do żartów.

- Tak, kochanie.

- Więc czemu masz taką rozanieloną minę?

-   Bo   właśnie   doszłam   do   całkowicie   logicznej   konkluzji   -   powiedziała   lekko.   - 

Będziesz z pewnością zadowolony, że nie kierowały mną przy tym żadne emocje, kobieca 

intuicja czy pobożne życzenia, a wyłącznie chłodne rozumowanie. Takie jak twoje, Owen. 

Wzięłam pod uwagę tylko fakty, gołe fakty.

- Angie, o czym ty, do diabła, mówisz?

- Muszę podkreślić, że i tak byłam tego pewna, zanim potwierdziła mi to żelazna, 

niepodważalna logika, ale pomyślałam, że się ucieszysz, iż doszłam do tego wniosku również 

i na twój sposób.

- Posłuchaj, Angie, jeśli zaraz mi nie powiesz, o co chodzi, to...

- Ależ powiem ci, powiem. Chodzi o to, że mnie kochasz.

Kompletnie zdetonowany, spojrzał na nią osłupiałym wzrokiem.

- Co takiego?

- Kochasz mnie. Właśnie to udowodniłeś.

- Ja to udowodniłem?

-   Jak   najbardziej.   -   Uśmiechnęła   się   do   niego   i   zarzuciła   mu   ręce   na   szyję.   - 

Przyznałeś, że zobaczyłeś mnie dziś w tym barze z Rawlingsem w sytuacji, którą można na-

zwać dwuznaczną, i ani przez chwilę nie pomyślałeś, że robię coś złego.

Oczy Owena znów się zachmurzyły.

- Nie zrobiłaś nic złego, jeśli chodzi o przekazywanie informacji, ale tak czy owak 

zawiniłaś.

- Też coś! Ciekawe czym.

-   Impulsywnością,   brakiem   rozsądku   i   przewidywania   konsekwencji.   A   przede 

wszystkim wykazałaś irytującą tendencję do działania na własną rękę, bez porozumienia się z 

background image

mężem.

- Przecież cię nie było.

-   Mogłaś   poczekać,   aż   wrócę!   -   podniósł   głos   Owen.   W   tym   momencie   do   holu 

wkroczył Derwin z bardzo zafrasowaną miną.

- Czy coś się stało?

- Nie - odpowiedziała Angie, uśmiechając się do niego promiennie.

- Nie - warknął Owen. - To nasza prywatna sprawa. Derwin pokiwał głową z ponurą 

miną.

- Tak, rozumiem. Przepraszam. Mam nadzieję, że udało ci się spotkanie na przystani, 

Angie?

Spojrzała   na   niego   i   dostrzegła   dziwny   wyraz   drapieżnego   oczekiwania   w   jego 

oczach. Szczęście, które przed chwilą ją przepełniało, gdzieś znikło.

- Tak, dziękuję.

- Skąd wiedziałeś o tym spotkaniu? - Owen odwrócił się do Derwina.

- Och, nie powiedziała ci? Byłem nad jeziorem, kiedy przypłynął ten chłopak, Dave, z 

wiadomością do Angie, że ktoś chce ją widzieć. Odprowadziłem ją nawet na przystań.

- Czy to prawda? - Owen nie poruszył się.

- Tak.

- Ale wracała już chyba z tobą? Czy może się mylę? - spytał Derwin, przyszpilając 

Owena wzrokiem.

Owen uśmiechnął się zimno.

- Nie mylisz się - powiedział lekko. - Znalazłem ją w kawiarni z Jackiem Rawlingsem. 

Może o nim słyszałeś. Reprezentuje grupę inwestorów, którzy chcą nabyć pakiet akcji spółki 

«Sutherland i Townsend».

-   Rozumiem.   -   Derwin   mierzył   ich   zwężonymi   oczami.   -   To   raczej   dziwne,   nie 

uważasz?

- Nie. - Owen ścisnął Angie za rękę. - Powiedziałbym raczej, że nieetyczne. Rawlings 

przesłał wiadomość, że pracuje dla jej brata. Angie, naturalnie, chciała się przekonać, o co 

chodzi. Ale szybko zdała sobie sprawę z podstępu. Próbował tylko wyciągnąć z niej jakieś 

informacje. Odesłała go do wszystkich diabłów. Prawda, Angie?

- Oczywiście.

- I ty jej wierzysz? - warknął Derwin.

- Naturalnie. Jest moją żoną, dlaczego miałbym jej nie wierzyć?

Oczy Derwina zaczęły ciskać błyskawice.

background image

- Jest z Townsendów, dlatego. Ale to jasne, że jesteś zbyt zaślepiony, żeby dojrzeć to, 

co masz przed nosem.

Wyszedł, nie mówiąc już ani słowa. Angie poczuła, że Owen zesztywniał, patrząc 

posępnie za wujem.

- Owen?

- Chodźmy wreszcie z tego holu. - Pociągnął ją do pracowni i zamknął drzwi.

- Nie wyciągaj zbyt pochopnych wniosków.

- To Derwin stoi za tym wszystkim. Jestem pewien. - Owen wbił wzrok w okno. - Jest 

rozgoryczony, ponieważ zawsze trzymano go z dala od zarządu naszych hoteli. Miał to za złe 

od lat, a teraz jest na mnie wściekły, bo też mu nie dałem stanowiska.

- Przecież nie wiesz, że to on.

- Wiem. - Skąd?

- Widziałaś go parę minut temu. Myślał, że się kłócimy, ponieważ przyłapałem cię na 

rozmowie z Rawlingsem.

- I właśnie o to się kłóciliśmy.

- Tak, ale z całkiem innego punktu widzenia, niż się Derwin spodziewał. Byłem na 

ciebie zły, ponieważ  dałaś się oszukać  Rawlingsowi. Ani przez  chwilę  nie myślałem,  że 

wchodzisz z nim w jakieś układy. Ale Derwin najwyraźniej nie mógł się doczekać, żeby 

usłyszeć, jak mówię, że nas sprzedałaś. To on zaaranżował to spotkanie, Angie.

-   A   inne   incydenty?   Fax,   który   mi   podrzucono   w   naszą   noc   poślubną?   Telefon 

mówiący, że się ze mną rozwiedziesz zaraz po sprzedaży akcji?

- To wszystko jego sprawka. Angie rozłożyła ręce.

- Ale w jaki sposób? Przecież nie rusza się stąd od tygodni. A jak sam powiedziałeś, 

powołanie spółki było objęte ścisłą tajemnicą. Nikt o niej nie wiedział oprócz ciebie, moich 

rodziców i Harry'ego.

Oczy Owena spoczęły na komputerze stojącym na biurku.

- W naszych  czasach  nie trzeba  mieć  szpiegów w  czyimś przedsiębiorstwie,  żeby 

wiedzieć, co się dzieje. Derwin mógł się nie ruszać stąd na krok. Popatrz - Owen nacisnął 

parę klawiszy - wystarczy komputer i telefon. Że też o tym wcześniej nie pomyślałem. To 

oczywista odpowiedź.

Angie wstała i obeszła biurko, patrząc na zapisy pojawiające się na ekranie.

- Dla wszelkiej pewności nie wprowadzałem informacji o spółce do komputera aż do 

ostatniego tygodnia negocjacji. Ale tuż przed ślubem musiałem powiadomić o wszystkim 

mojego rzecznika prasowego, żeby przygotował odpowiednie oświadczenie i zorganizował 

background image

konferencję prasową. I wtedy ta wiadomość już stała się w pewnym zakresie dostępna.

- Bo te dane i komunikat znalazły się w sieci komputerowej?

- Właśnie. Wiedziałem, że istnieje możliwość przecieku do świata biznesu. Dość już 

było   szumu   od   naszych   zaręczyn.   Pamiętasz   tych   reporterów   czekających   na   nas   przy 

limuzynie w dniu ślubu?

- Doskonale - powiedziała Angie sucho.

-   Twojego   ojca   i   brata   widywano   ze   mną   wystarczająco   często,   żeby   zaczęły   się 

plotki. Nie miałem nic przeciwko temu. Takie szeptane pogłoski mogą być bardzo przydatne.

- Dlaczego?

- Zwiększają zainteresowanie wśród potencjalnych akcjonariuszy. Palmer, Harry i ja 

doszliśmy do wniosku, że to nic nie szkodzi, dopóki...

- Dopóki nie dotrą do mnie, tak? - dokończyła Angie słodkim tonem.

- Było mało prawdopodobne, żebyś się miała o czymś dowiedzieć. Miałaś mnóstwo 

roboty z przygotowaniami do ślubu, a poza tym przecież i tak nigdy nie interesowałaś się 

tymi sprawami.

- Moje zainteresowania z pewnością ostatnio uległy zmianie, prawda?

- Bardzo śmieszne - sarknął. - Ale chodzi o to, że ten komputer plus ciągotki Derwina 

do dłubania się w różnych rzeczach wiele tłumaczą. Nauczył się, jak wejść do zasobu danych.

- A co z faxem?

- Można stąd przecież wysłać i fax. - Owen bębnił palcami po biurku. - A skoro już 

wiedział, że jego wiadomość została dostarczona, zadzwonił do naszego pokoju w hotelu. - 

Zacisnął rękę w pięść. - Mój własny wuj.

- No dobrze - powiedziała Angie spokojnie. - Wiemy już, jak to się mogło zdarzyć, ale 

nadal nie wiemy, dlaczego.

- Mówiłem ci już, dlaczego. Derwin od lat nosi w sobie żal, że ojciec go nie chciał w 

naszej firmie.

- Ale ma potężny udział w zyskach Hoteli Sutherland, tak jak wszyscy inni w rodzinie. 

Dlaczego miałby szkodzić własnym interesom? W grę wchodzi mnóstwo pieniędzy.

Owen wzruszył ramionami.

- Miał dużo czasu, żeby pielęgnować swoją urazę.

- Myślę, że chodzi o coś więcej. - Angie zamilkła na chwilę, myśląc nad czymś. - 

Mam wrażenie, że wszystko znów się sprowadza do dawnej waśni. Betty mówiła, że było w 

tym coś więcej, nie tylko nieudany interes.

- To nie ma znaczenia, dlaczego Derwin czuje się pokrzywdzony - zniecierpliwił się 

background image

Owen. - Ważne, że miał motyw i... - wskazał na komputer - środek do osiągnięcia celu.

- Podobnie jak inni w tym domu. Dopóki nie oferowałeś swojemu szwagrowi pracy, 

twoja   siostra   i   Celia   też   miały   motywy.   Nawet   twoja   ciotka   nienawidzi   Townsendów.   I 

wszyscy mieli dostęp do komputera.

- Helen nie ma pojęcia, jak obsługiwać komputer. Ani Celia czy Kim. Glen dałby 

sobie z tym radę, ale po co. Nie miał powodu szkodzić spółce.

- I co masz zamiar teraz zrobić?

- Przyprę go do muru. Powiem mu, ze wiem o wszystkim. Zagrożę, że jeśli jeszcze raz 

wejdzie nam w drogę, obetnę dochody jemu i Helen też.

- Może znalazłby się lepszy sposób rozwiązania tej sytuacji, Owen. - Przysiadła na 

brzegu biurka.

Odwrócił się ku niej w fotelu.

- Tak? Co proponujesz?

- Myślę, że należałoby najpierw dowiedzieć się, dlaczego twój wuj to wszystko robi. 

A potem może powinieneś podejść do sprawy trochę inaczej niż twój ojciec. Czy bardzo by ci 

szkodziło dać mu miejsce w nowym zarządzie spółki «Sutherland i Townsend»?

Owen spojrzał na nią kompletnie osłupiały.

- Czyś ty zwariowała?

-   Owen,   pomyśl   nad   tym   chwilę,   proszę.   Zawsze   dasz   sobie   z   nim   radę,   jeśliby 

sprawiał jakieś kłopoty. Ale moim zdaniem nie będziesz mieć z nim żadnych problemów. Bę-

dzie popierał każdy twój ruch.

-   Nie   wierzę   własnym   uszom.   Najpierw   kazałaś   mi   oferować   pracę   Glenowi 

Langleyowi, a teraz Derwinowi. Usiłujesz dyktować mi, jak mam prowadzić interesy i moje 

sprawy rodzinne?

-   Jestem   udziałowcem   w   jednym   i   drugim,   dlaczego   miałabym   trzymać   buzię   na 

kłódkę?

- Bo nie wiesz, co mówisz! - Owen wstał. - Nie chcę więcej słyszeć ani słowa. Sam 

będę decydować, co i jak.

- Skoro już o tym mówimy, to naprawdę powinieneś pomyśleć o przeniesieniu aktu 

własności tego domu na Celię. Ona uważa, że ojciec chciał go jej zostawić. A ty nawet nie 

lubisz tego miejsca. Wręcz przeciwnie.

- Mam przekazać dom Celii? Dobry Boże, nie uznajesz kompromisów, co, moja pani?

-   Tak   sobie   tylko   pomyślałam,   Owen.   -   Uśmiechnęła   się   swoim   najbardziej 

czarującym uśmiechem.

background image

- Więc przestań myśleć!

- Tak, Owen.

- Mówię poważnie, Angie. Nie wyobrażaj sobie, że nie widzę, jak próbujesz mną 

ostatnio manipulować.

- Wcale nie.

- Daj spokój, Angie.

- Podsunęłam ci tylko kilka propozycji. Wiem bardzo dobrze, że ani ja, ani nikt inny 

nie mógłby cię zmusić do zrobienia czegoś wbrew twojej woli.

Spojrzał na nią zwężonymi oczami i odchylił się głęboko w fotelu.

-   Podejdź   do   mnie,   Angie   -   rozkazał   stłumionym   głosem.   Przestraszona   groźnym 

błyskiem w jego oczach, zsunęła się z biurka i zrobiła krok w jego kierunku.

- Po co? Czego ode mnie chcesz?

- Chodź tu, a powiem ci, czego chcę.

- Nie podoba mi się to twoje dziwne spojrzenie, Owenie Sutherland.

- Chodź tu, Angie.

- Nie podejdę, dopóki nie powiesz mi, o co ci chodzi.

- Pani Sutherland, ja czekam. Jego głos był głęboki i aksamitny. Poczuła falę gorąca i 

jak zahipnotyzowana postąpiła jeszcze jeden krok z uśmiechem na ustach. Owen chwycił ją 

delikatnie za nadgarstek i wstał, przyciągając mocno do piersi.

- No więc? - spytała Angie lekko drżącym głosem. - Czego chcesz?

- Powiedz, że mnie kochasz. - Przesunął wolno rękę wzdłuż kręgosłupa na jej kark.

Ta prośba wprawiła ją w osłupienie. Nie tego oczekiwała.

- Dlaczego miałabym ci to mówić? Nie dbasz o miłość.

- Chcę usłyszeć  te słowa. - Przesunął usta po jej  wargach, przynaglając,  żeby go 

posłuchała. - Nie wypowiedziałaś ich od naszego ślubu.

- Nie miałam powodu tego robić. - Zarzuciła mu ręce na szyję, całą sobą wchłaniając 

jego ciepło i siłę.

- Teraz masz. - Pocałował ją w brew, a potem w czubek nosa.

- Nie widzę czemu. Ty mi tego nie powiedziałeś.

- Mówimy teraz o tobie, a nie o mnie. - Zacisnął uda wokół jej bioder, więżąc ją jak w 

potrzasku,   i   zaczął   wolno   rozpinać   jej   bluzkę.   -   Zaraz   zobaczymy,   kto   tu   kim   będzie 

manipulował.

- Owen, to nie fair.

- Chcę usłyszeć, że mnie kochasz.

background image

- Dlaczego?

- Lubię, jak to mówisz. - Rozchylił jej bluzkę i wsunął rękę, obejmując dłonią jej 

pierś.

- Owen, poczekaj...

- Powiedz mi to, Angie. - Odchylił kołnierzyk i muskając jej szyję, przesunął wargi na 

gołe ramię.

-   Owen,   przestań.   Co   ty   wyprawiasz?   -   Angie   bezskutecznie   usiłowała   się 

wyswobodzić, zdając sobie sprawę, że jej mąż zamierza poddać ją słodkim torturom, dopóki 

nie skapituluje.

-  Wypowiedz   te   słowa,   Angie.   -  Jego   ręka   powędrowała   niżej   i  zaczęła   rozpinać 

zamek błyskawiczny jej dżinsów.

- Poczekaj - powiedziała, z trudem łapiąc oddech. Jej ciało było napięte i drżące. - 

Porozmawiajmy o tym. Wiem, że jesteś zły, bo myślisz, że chcę tobą rządzić, ale to wcale nie 

tak.

- Powiedz, że mnie kochasz, Angie. - Wsunął rękę w jej spodnie.

-   Dobrze   -   jęknęła.   -   Może   i   próbowałam   cię   naciskać,   ale   nie   chciałam   tobą 

manipulować, tylko cię trochę naprowadzić. Chciałam, żebyś sobie uzmysłowił, co czujesz, 

co naprawdę do mnie czujesz.

- Powiedz to, Angie. - Jego palce zaczęły delikatnie dążyć  do celu, obdarzając ją 

intymną pieszczotą.

- Spójrz na to z mojego  punktu widzenia, Owen. Nie potrafisz nawet przed sobą 

przyznać się do swoich uczuć, a co dopiero przed innymi. Och...

- Czy kochasz mnie, Angie?

- Owen, przestań! Ktoś może wejść.

- Jak wejdzie, to i wyjdzie. - Wyjął rękę i wsunął nogę między jej uda, napierając 

lekko. - Kochasz mnie?

I proszę, ile udało mi się uzyskać, pomyślała Angie. Jeśli chodziło o ten rodzaj oporu, 

z pewnością radził sobie lepiej od niej. Był zawodowcem w opieraniu się naciskom.

- Kocham cię, niech to diabli! - Chwyciła go obiema rękami za głowę i namiętnie 

pocałowała, uniesiona falą entuzjazmu i pożądania. - Kocham cię, kocham cię, kocham! I ty 

mnie kochasz, Owenie Sutherland. Przyznaj to wreszcie.

Zignorował to gorące wezwanie, szukając chciwie jej ust. Poddała się jego męskiej, 

zaborczej sile, czując, jak bardzo Owen jej pragnie i jak bardzo jest mu bliska. Już to samo 

świadczy o jego miłości, powiedziała sobie, kiedy podniósł ją i zaniósł przez pokój na kanapę. 

background image

Gdyby tylko potrafił to przyznać.

Nagle drzwi pracowni otworzyły się bez żadnego ostrzeżenia i do środka wkroczyła 

Helen.

- Owen? Owen, gdzie jesteś? Rozmawiałam z Derwinem. Podobno przyłapałeś Angie 

z jakimś Rawlingsem i... O mój Boże...

Angie, która leżała na plecach na kanapie, otworzyła szybko oczy i ściągnęła bluzkę 

na piersiach. Owen odwrócił gniewnie głowę.

- Przepraszam - powiedziała Helena chłodno, nie ruszając się z miejsca. Stała jak 

wmurowana, dysząc złością i dezaprobatą.

Owen wyprostował się wolno, z rezygnacją w oczach. Umieszczając się strategicznie 

między Angie a ciotką, spytał:

- O co właściwie chodzi?

- Chciałabym wiedzieć, co się tu dzieje - odparła wyzywająco.

Owen niecierpliwie przeczesał włosy palcami.

- No cóż, skoro już pytasz, to miałem właśnie zamiar kochać się z moją żoną, Masz 

coś przeciwko temu?

Helen zaczerwieniła się gwałtownie, zaciskając usta.

- Nie będę komentować twojego wulgarnego zachowania. Chcę tylko wiedzieć, czy 

Angie dzieliła się z tym Rawlingsem informacjami na temat Sutherlandów?

- Nie. - Owen wepchnął poły koszuli w spodnie i rzucił jej niedowierzające spojrzenie. 

- Myślisz, że chciałbym się z nią kochać, gdybym ją właśnie przyłapał na akcie zdrady?

- Kto wie? To jasne, że cię omamiła - powiedziała Helen sztywno. - Derwin ma rację. 

Dajesz się wodzić za nos. Ostrzegałam cię, żebyś nie ufał nikomu z Townsendów, prawda? 

Ale ty nigdy nikogo nie słuchasz. Zawsze wiesz wszystko najlepiej. - Oczy Helen zabłysły 

łzami.

- Helen...

-   Wracaj   do   swojej   małej   słodkiej   żoneczki.   Sam   się   przekonasz,   kim   są 

Townsendowie. - Helen odwróciła się i wybiegła, trzaskając drzwiami.

W   pracowni   zapadła   cisza.   Z   aury   namiętności   nie   zostało   już   ani   śladu.   Angie 

usiadła, milcząc przez dłuższą chwilę.

- Owen - odezwała się w końcu - w tym jest coś więcej, niż myślimy. To nie tylko 

zawiedzione ambicje Derwina. Gniew twojej ciotki jest zbyt żywy i skierowany wyłącznie na 

moją rodzinę.

Owen patrzył na zatrzaśnięte drzwi.

background image

- Myślisz, że ona miała coś wspólnego z tym, co się zdarzyło trzydzieści lat temu?

- Sama nie wiem, co myśleć. - Angie wstała. - Wiem tylko, że musimy się wreszcie 

dowiedzieć, co wtedy zaszło, zanim podejmiemy dalsze kroki.

- Może od Celii? - Owen podniósł pytająco brew.

-  Nie  sądzę,  żeby  miała  nam  do  powiedzenia  coś  więcej  niż   Betty.  Ale  możemy 

spróbować.

- Do diabła z tym - zdecydował nagle Owen, ruszając do drzwi. - Mam zamiar zebrać 

ich wszystkich w salonie i wyjaśnić tę sprawę raz na zawsze.

- Poczekaj, Może to nie jest najlepszy pomysł.

- Nie mam w tej chwili ochoty wysłuchiwać twojej opinii! - krzyknął przez ramię 

Owen, przemierzając szybko hol, - Chcę wreszcie uzyskać parę odpowiedzi i to zaraz. Idź do 

Celii i powiedz jej, że za pięć minut ma być w salonie.

- Ale, Owen...

- Angie, zrób, co mówię.

Angie   przystanęła.   Może   Owen   ma   rację.   Może   już   czas   z   tym   skończyć.   Pod 

warunkiem że uda mu się zmusić ich do mówienia.

- Dobrze - powiedziała.

Dziesięć   minut   później   z   sofy   pod   oknem   obserwowała   swoją   nową   rodzinę.   W 

pokoju panowała cisza. Arystokratyczne rysy Celii były stężałe i napięte. Derwin i Helen 

siedzieli sztywno na krzesłach; na ich twarzach malowała się gorycz i coś w rodzaju strachu. 

Owen   stał   przy   oknie,   patrząc   na   jezioro,   niewzruszony   i   lodowato   spokojny.   Jeśli   tak 

wyglądał podczas zebrań zarządu, to nie zazdrościła jego pracownikom. W końcu odwrócił 

się i przerwał przedłużające się milczenie.

- Mam już dość tych bzdur na temat waśni między Sutherlandami a Townsendami. 

Wiem z całą pewnością, że ktoś z tu obecnych robi wszystko, żeby zepsuć stosunki między 

mną a Angie.

- Jak śmiesz nas oskarżać? - spytał Derwin z obrażoną miną.

- Przychodzi mi to z całkowitą łatwością, zwłaszcza po rozpatrzeniu faktów. - Owen 

spojrzał mu prosto w oczy.

- Tylko głupiec mógłby nie dostrzec oczywistych powiązań. Townsendowie są w tej 

sprawie zupełnie niewinni.

- Na twoim miejscu nie byłbym taki pewien - mruknął Derwin.

- Posłuchaj - powiedział Owen zimnym głosem.

- Wiem, jak i kiedy te intrygi zostały przeprowadzone. Wiem, że mój komputer był w 

background image

użyciu. Nie wiem jedynie, dlaczego komuś tak zależy, żeby zniweczyć tę spółkę. Może byś 

mi to wyjaśnił?

- Nie rozumiem, o czym mówisz - warknął Derwin, z wzrokiem utkwionym za oknem.

- Mówię o tym, co zdarzyło  się trzydzieści lat temu. - Dlaczego nie spytasz o to 

Townsendów? - wtrąciła Helen, prostując się na krześle.

- Pytałem - odparł Owen spokojnie. - Palmer Townsend powiedział, że nie wie, o co 

rozbiła się spółka, i ja mu wierzę. Że mój ojciec w ostatniej chwili się z niej wycofał i nigdy 

więcej nie chciał z nim rozmawiać.

- Palmer Townsend bardzo dobrze wie, co się stało - zasyczał Derwin. - Przecież to on 

był tego przyczyną.

- To nieprawda! - oburzyła się Angie. Owen rzucił jej pełne dezaprobaty spojrzenie.

- Uspokój się, Angie. Musimy wreszcie dotrzeć do sedna sprawy.  To nie czas na 

płomienną obronę twojej rodziny.

- Jeśli sądzisz, że będę spokojnie siedzieć i pozwalać obrażać mojego ojca, to chyba 

postradałeś zmysły! - odparowała Angie z furią.

-   Sądzę   -   powiedział   Owen   bardzo   łagodnie   -   że   powinnaś   spokojnie   siedzieć   i 

pozwolić mi wyjaśnić tę sprawę do końca. I nie dawać się w tej chwili ponosić swojemu 

temperamentowi.

Miał rację, wiec zadowoliła się przesłaniem mu piorunującego spojrzenia.

- Derwin, myślę, że powinniśmy zacząć od ciebie - zwrócił się Owen do wuja. - 

Powiedz mi, co zaszło trzydzieści lat temu.

- Nie rozumiem, czemu miałbym się czuć zmuszony do grzebania w przeszłości.

- Choćby dlatego - głos Owena zniżył się złowrogo - że w przeciwnym razie możecie 

szukać sobie z Helen innego źródła dochodów.

Derwin wbił w niego wzrok, najwyraźniej zaszokowany.

- Czy grozisz mi odebraniem Helen jej udziałów? Angie zamknęła oczy, w pokoju 

zapadła pełna grozy cisza. Jedynie Owen pozostał niewzruszony.

- Nareszcie zaczynasz rozumieć, Derwin. Mów. Derwin wstał sztywno z krzesła.

- Doskonale. Ale nie spodoba ci się to, co usłyszysz.

- Mów, Derwin.

Derwin spojrzał na żonę, a potem na Owena.

- To całkiem proste. Townsend nigdy nie miał zamiaru założyć uczciwej spółki. Tak 

naprawdę chciał podstępem przejąć Hotele Sutherland i wystawić nas wszystkich do wiatru.

- Spróbuj z innej beczki, Derwin - zaproponował Owen.

background image

- To prawda! Twój ojciec dowiedział się, że Townsend kupuje po cichu akcje Hoteli 

Sutherland   przez   podstawione   osoby.   Gdyby   zdołał   skupić   dostatecznie   dużo,   mógłby 

dyktować warunki spółki. I niemal mu się to udało, ale na szczęście twój ojciec w porę się 

zorientował, co się święci. Kosztowało go to fortunę, bo musiał odkupić swoje akcje po o 

wiele wyższej cenie. Było mu ciężko, ale sobie poradził.

- Mój brat zdołał uprzedzić przejęcie firmy - wtrąciła Helen. - W ostatniej chwili, ale 

jednak. Potem uczynił dwa postanowienia. Jedno, nigdy więcej nie tracić kontroli nad akcjami 

przedsiębiorstwa, a drugie, nigdy więcej nie ufać Townsendom.

Owen potrząsnął głową z niesmakiem.

- To stek bzdur. Nie myślicie chyba, że dam się tak głupio nabrać.

- Skąd ta pewność, Owen? - spytała Celia.

-   Z   czystej   ciekawości   przejrzałem   wykaz   sprzedaży   akcji   sprzed   trzydziestu   lat. 

Ojciec nie był idiotą. Zawsze dbał, aby jego udział wynosił przynajmniej pięćdziesiąt jeden 

procent.   Nigdy   nie   było   możliwości,   żeby   ktoś   mógł   przejąć   naszą   firmę.   Niemniej   coś 

zmieniło jego stosunek do spółki z Townsendem i chciałbym wiedzieć, co.

- Czy zarzucasz mi kłamstwo? - zagrzmiał Derwin.

- Tak. To właśnie ci zarzucam. Pytanie tylko, dlaczego kłamiesz?

Zapadła ciężka, ołowiana cisza. Nie mogąc znieść napięcia, Angie odwróciła wzrok i 

spojrzała przez okno na jezioro. Zmarszczyła  brwi widząc motorówkę z trzema osobami, 

zdążającą w ich kierunku.

- Owen!

- Nie teraz, Angie.

- Wydaje mi się, że będziemy mieć towarzystwo.

- O czym ty mówisz? - Odwrócił się, podążając za jej wzrokiem.

Motorówka przybiła do brzegu i trzy postacie szybkim krokiem zaczęły zbliżać się do 

domu. Lampy na tarasie oświetliły płomienną czuprynę Harry'ego i napięte, zdenerwowane 

twarze matki i ojca Angie.

- No, no - mruknął Owen. - Tylko tego nam brakowało. Oto rodzina Townsendów 

przybywa  wyzwolić  moją  żonę od losu gorszego niż śmierć. To kropla, która przepełnia 

czarę.

- Ja otworzę - powiedział do Betty, wychodząc do holu, - Nakryj na trzy osoby więcej 

do   kolacji   i   przygotuj   dwie   dodatkowe   sypialnie.   Mamy   niespodziewaną   wizytę   moich 

teściów.

Betty uśmiechnęła się szeroko, wycierając ręce w fartuch.

background image

- Nie powiem, to powinno być interesujące.

- Na twoim miejscu zostałbym w kuchni, dopóki pierze nie przestanie fruwać.

- Tak właśnie zrobię. Ale dasz sobie radę, Owen. Masz żonę, która ci pomoże.

Owen otworzył frontowe drzwi i stanął twarzą w twarz ze zdenerwowanym teściem, 

wściekłym szwagrem i zmartwioną teściową.

- Co za miła niespodzianka. Właśnie o was rozmawialiśmy.

- Żądam wyjaśnień - zagrzmiał Palmer Townsend, jeszcze zanim przekroczył próg.

Harry przecisnął się obok Owena, wchodząc do holu.

- Gdzie Angie? Co się tu, do cholery, dzieje? Otrzymaliśmy dziś rano wiadomość, ze 

postanowiłeś ją tu więzić do czasu sprzedaży akcji. Jakiś drań twierdzi, że zaraz potem się z 

nią rozwiedziesz.

- Ten drań kłamie - powiedział Owen spokojnie. - Wejdź, Marian - zwrócił się do 

matki Angie. - Jesteś chyba zmęczona podróżą.

- Nie uwierzyłbyś, co musiałam dzisiaj przejść. - Marian uśmiechnęła się niepewnie. - 

Palmer i Harry dostali szału, kiedy nadeszła ta wiadomość. Polecieliśmy wszyscy do San 

Francisco i wynajęliśmy samochód, żeby tu dojechać. Godzinami krążyliśmy po tych krętych 

górskich  ścieżkach,  nie   mogąc   znaleźć  Jade  Lake.  Ani  Palmer,  ani   Harry  nie  chcieli  się 

zatrzymać, żeby spytać o drogę. Coś okropnego.

- Przyjechaliście akurat na kolację - powiedział Owen. W tym momencie weszła do 

holu Angie, uśmiechając się promiennie.

- Cześć. Skąd to zamieszanie?

-   Typowa   reakcja   Townsendów   na   sytuację   kryzysową,   kochanie   -   powiedziała   z 

westchnieniem Marian. - Wszyscy powariowali.

- Nic podobnego - warknął Palmer, ciskając wzrokiem błyskawice. - Ale z pewnością 

chcielibyśmy usłyszeć jakieś wyjaśnienia.

- Zaraz je usłyszycie. - Owen objął zaborczo Angie ramieniem, a ona przywarła do 

jego boku, demonstrując swoją lojalność.

Ten drobny, lecz znaczący gest nie umknął jej ojcu i bratu. Harry spojrzał na nią 

badawczo.

- Na pewno wszystko w porządku, Angie?

- Jak najbardziej, dziękuję. Palmer zwrócił się do Owena.

- Co to wszystko ma, do cholery, znaczyć? Mieliście spędzać swój miesiąc miodowy 

w hotelu.

- Tak. Ale nasze plany się zmieniły. - Owen poprowadził wszystkich do salonu, nadal 

background image

mocno obejmując Angie.

- Siadajcie, proszę. Dokonam stosownej prezentacji, a potem skończymy porządkować 

nasze sprawy.

- Nie widzę tu nic do porządkowania - mruknął Pal - mer. - Oczekuję tylko zwykłego 

wyjaśnienia. - Ukłonił się lekko Helen i wyraz jego twarzy na chwilę złagodniał.

- Witaj, Helen. Kopę lat. Mało brakowało, a bym cię nie poznał.

- Dzień dobry, Palmer - powiedziała Helen miękko. Owen dojrzał dziwny, przelotny 

błysk w jej oczach.

Patrzył na nią uważnie, przedstawiając sobie zebranych i zorientował się, że Angie 

również ukradkiem ją obserwuje.

- Kiedy skończymy wyjaśniać nasze sprawy - oznajmił - zjemy kolację i pójdziemy 

spać. A rano Angie i ja wyjedziemy spędzić resztę naszego miesiąca miodowego w jednym z 

Hoteli Sutherland.

Angie spojrzała na niego rozradowana.

- Naprawdę?

- Z całą pewnością. Ą teraz kończmy z tą nieszczęsną historią. Twoja kolej, Helen.

- Nie mam nic do powiedzenia na temat tego, co zaszło trzydzieści lat temu - odparła z 

godnością. - Uważam, że dość już się stało złego. Owen, czy nie możesz zostawić tej sprawy 

w spokoju?

- Nie. - Glos Owena był podejrzanie łagodny. - Nie mogę.

-   To   nie   ma   nic   wspólnego   z   tobą   -   wtrącił   gniewnie   Derwin.   -   Byłeś   jeszcze 

dzieckiem.

- Mylisz się, Derwin. To ma ze mną bardzo wiele wspólnego, bo rzutuje na moje 

małżeństwo i moje interesy. Ten konflikt musi zostać raz na zawsze wyjaśniony. Powiedzmy 

sobie jasno: nikt nie opuści tej wyspy, dopóki nie dowiem się prawdy. No więc, Helen? 

Derwin zerwał się na nogi.

- Daj jej spokój. Mógłbyś przynajmniej okazać odrobinę szacunku własnej ciotce. Nie 

zapominaj, że to siostra twojego ojca.

Owen poczuł rękę Angie wsuwającą się w jego dłoń i delikatny uścisk jej palców. 

Wiedział, że to znak, aby nie ustępował.

- Przykro mi, Helen, ale muszę otrzymać odpowiedź na moje pytanie.

Wiem - szepnęła. - Zawsze wiedziałam, że prędzej czy później wszystko wyjdzie na 

jaw.

Wybuchnęła płaczem. Derwin pospieszył do niej, podając chusteczkę.

background image

- Nie musisz mu nic mówić, Helen. Wytarła nos i potrząsnęła głową.

- Nie, Owen ma rację. Sprawa zaszła za daleko. Żyliśmy z tym przez wszystkie te lata, 

ale sama mam już dość.

Palmer spojrzał na nią uważnie.

- Czy ma to coś wspólnego ze mną, Helen?

- Tak. Bardzo mi przykro, Palmer.

Marian spojrzała na Angie i uniosła brwi, ale się nie odezwała.

- No dobrze, Helen - rzekł spokojnie Owen. - Opowiedz nam, co się stało.

- Stało się to - zaczęła Helen drżącym głosem, który stopniowo się uspokajał - że 

trzydzieści lat temu popełniłam głupią pomyłkę. Na swoje usprawiedliwienie mam tylko to, 

że byłam bardzo młoda. I raczej naiwna. Krótko mówiąc, od pierwszej chwili zakochałam się 

w Palmerze Townsendzie i z typową zarozumiałością Sutherlandów uznałam, że i on mnie 

kocha.

Owen   rzucił   szybkie   spojrzenie   na   teściów.   Palmer   miał   minę   zakłopotaną   i 

nieszczęśliwą, Marian współczującą, a Harry zdumioną.

- W tym czasie nie mówiło się o niczym innym, tylko o planowanej spółce między 

Sutherlandami a Townsenda - mi - kontynuowała Helen. - Wszyscy kipieli entuzjazmem i 

snuli   wspaniałe   plany.   Pomyślałam,   że   to   będzie   bardzo   romantyczne,   jeśli   Palmer   i   ja 

pobierzemy się i połączymy przed ołtarzem zarówno nasze rodziny, jak i nasze firmy.

- Helen, nie musisz mówić nic więcej. - Derwin chwycił ją za ramię.

- To prawda, Helen. Nie zwracaj uwagi na Owena - poparł go Palmer. - To jest sprawa 

osobista. Nie musisz zdradzać swoich sekretów przed nami wszystkimi.

- Chyba jednak muszę. - Uśmiechnęła się smutno. - Owen ma rację. To nie tylko moje 

sekrety. W taki lub inny sposób dotknęły każdego z nas. Reszta jest całkiem prosta. Poszłam 

do   Palmera   i   powiedziałam   mu,   że   go   kocham   i   chcę   zostać   jego   żoną.   Był   zdumiony, 

mówiąc delikatnie. Właściwie należałoby powiedzieć, że przerażony.

Palmer patrzył na czubki swoich butów. Jego twarz oblała się rumieńcem.

Helen mówiła dalej z przepraszającym uśmiechem na ustach.

- Zachował się bardzo szarmancko i jak mógł próbował osłodzić mi gorycz porażki. 

Ale kiedy zrozumiałam, że mnie nie kocha i żywi  dla mnie jedynie  uczucie przyjaźni, a 

ponadto ma właśnie zamiar zaręczyć się z kimś innym,  wpadłam w szał. I zrobiłam coś 

bardzo złego. Coś, czego żałowałam przez wszystkie te lata.

- Helen, dość. - Derwin poklepał ją po ramieniu, niezręcznym, lecz czułym gestem.

-   Nie,   muszę   to   wreszcie   z   siebie   wyrzucić.   -   Dotknęła   przelotnie   jego   dłoni, 

background image

przenosząc oczy z Palmera na Owena. - W napadzie zazdrości postanowiłam nie dopuścić do 

powstania   spółki.   To   ja   przekazałam   pewne   poufne   informacje   naszym   niedoszłym 

kredytodawcom. I dlatego wycofali się z pożyczki, którą mieli dać nowo powstałej firmie. Ci 

sami ludzie zdecydowali się później poprzeć plany rozwojowe Palmera. Mój brat oczywiście 

uznał, że to jego sprawka, zaplanowana od samego początku.

W pokoju zaległa  ciężka cisza.  Owen  pochylił  się do przodu, opierając  łokcie na 

kolanach.

- Co to były za informacje i jak je zdobyłaś? Helen wzruszyła ramionami.

- Całkiem po prostu. Słyszałam kiedyś, jak brat mówił, że jeden z naszych hoteli 

przynosi   same   straty   i   wiedziałam,   że   chce   to   zatuszować   do   czasu   zawiązania   spółki. 

Przekazując tę informację do banku, dałam do zrozumienia, że to nie jedyny niedochodowy 

hotel w naszej sieci. Bankowcy uwierzyli i cofnęli kredyt. Wiecie, jak to jest, kiedy takie 

pogłoski zaczynają krążyć w świecie biznesu.

Palmer spojrzał na Owena.

-   Pamiętam   ten   nieszczęsny   hotel.   Był   źle   położony.   Twój   ojciec   zamierzał   go 

sprzedać i w końcu to zrobił. Nigdy nie miało to znaczenia dla całości jego interesów.

- Mój brat był wściekły, kiedy bankierzy ni stąd, ni zowąd się wycofali, a potem nagle 

poparli samego Townsenda - mówiła dalej Helen, z wzrokiem wbitym w ręce złożone na 

kolanach, - Był pewien, że za jego plecami uknuto spisek.

- Myślał, że przekonałem ich, że korzystniej będzie zainwestować we mnie samego 

niż   w   spółkę   -   powiedział   Palmer   wolno.   -   Uznał,   że   zmieniłem   zdanie   i   postanowiłem 

wykorzystać zdobyte informacje, żeby zniechęcić do niego finansistów i przekabacić ich na 

swoją stronę.

Helen pokiwała głową.

- Mój brat przeczesał całą firmę w poszukiwaniu twojego szpiega. W końcu przyszedł 

do mnie. I wtedy jeszcze raz posunęłam się do kłamstwa.

- Powiedziałaś, że cię uwiodłem, żeby wyciągnąć z ciebie to i owo o waszej firmie, 

tak?

- Tak - przyznała Helen. - I to przeważyło szalę. Tego nie był w stanie ci wybaczyć.

- Dlatego tak mnie nienawidził przez wszystkie te lata. - Palmer potrząsnął głową. - 

Cóż, przynajmniej teraz znam przyczynę jego niechęci po rozpadzie naszych wspólnych pla-

nów. Ale dlaczego nigdy nie usiłował tego ze mną wyjaśnić?

- Ubłagałam go, żeby z tobą nie rozmawiał. Powiedziałam, że moja duma tego nie 

zniesie. Zrozumiał.

background image

-   Słynna   duma   Sutherlandów   -   mruknął   Owen.   Angie   obdarzyła   go   uroczym 

uśmiechem.

- Zawsze  wiedziałam,   że  w  tej  rodzinie  drzemią   wielkie  namiętności.  Wszelkiego 

rodzaju.

Ścisnął ją mocniej za rękę, zwracając się do Helen.

- Czy miałem rację, że to Derwin krył się za ostatnimi wypadkami?

-   Tak   -   odpowiedział   Derwin   sam   za   siebie.   -   Miałeś   rację.   To   ja   próbowałem 

zaszkodzić spółce. Dowiedziałem się o wszystkim zbyt późno, ale sądziłem, że jeśli sprzedaż 

akcji się nie powiedzie, możesz jeszcze rozstać się z Townsendem i każdy z was wróci do 

prowadzenia   przedsiębiorstwa   na   własną   rękę.   To   wszystko,   na   co   mogłem   liczyć,   ale 

musiałem spróbować.

Palmer spojrzał na niego z najwyższym zdumieniem.

-   Ale   dlaczego,   na   miłość   boską,   dlaczego?   Wszyscy   zarobimy   na   tym   interesie 

mnóstwo pieniędzy.

- Są rzeczy ważniejsze niż pieniądze - oświadczył Derwin dumnie, - Musiałem zrobić 

wszystko, co w mojej mocy, aby oszczędzić Helen bólu, który ją czekał, gdyby nazwiska 

Sutherland   i   Townsend   zostały   nierozerwalnie   związane.   Wiedziałem,   co   się   wydarzyło 

trzydzieści lat temu i wiedziałem, jak bardzo wtedy przez ciebie cierpiała, Palmer.

- Tak, oczywiście - mruknął Palmer.

- To zrozumiałe, że chciałeś chronić swoją żonę - powiedział współczująco Harry.

- Absolutnie - zgodziła się Marian. - Wiem, co musiałaś czuć, Helen. Wzgardzona 

miłość potrafi być powodem wielu nierozważnych kroków.

- W tym wypadku może nieco drastycznych - zauważyła Celia. - Ale zapewne w jakiś 

sposób zrozumiałych.

- Naturalnie - powiedziała Angie. - Biedna Helen. Jakie to musiało być dla ciebie 

straszne. Muszę przyznać, Derwin, że zachowałeś się niezwykle lojalnie, próbując ją chronić 

przed konfrontacją z moim ojcem i przykrymi przeżyciami.

Helen uśmiechnęła się smutno do Derwina.

- Najgorsze, że była to kwestia dumy, nie miłości. Bardzo szybko zrozumiałam, że to 

Derwin jest mężczyzną mojego życia. Ale bałam się już potem wyznać prawdę. Byłoby to 

takie upokarzające, a poza tym i tak nie mogłam już niczego naprawić. Miałam nadzieję, że 

wszystko zostanie zapomniane. Ale tak się nie stało.

Owen   rozejrzał   się   po   twarzach   ludzi   zgromadzonych   w   salonie   i   z   ciężkim 

westchnieniem podparł twarz dłońmi.

background image

- Czy doprawdy nie za dużo tych niepohamowanych emocji? Nawet mój biedny ojciec 

nie potrafił się im oprzeć. Wprost nie mogę uwierzyć, że wszyscy wokół wykazują pełne 

zrozumienie, że można było przez trzydzieści lat podejmować decyzje w interesach kierując 

się uczuciem zemsty i wzgardzonej miłości. Całe trzydzieści lat.

- No, no... - Angie poklepała go współczująco po ramieniu. - Nie dramatyzuj. Nie jest 

tak źle.

- Nie jest tak źle? - Podniósł głowę i spojrzał na nią ze zgrozą. - Jest jeszcze gorzej. 

Jak, na miły Bóg, będziemy prowadzić interesy spółki «Sutherland i Townsend» mając w 

zarządzie takich zapalczywych, kierujących się emocjami, przewrażliwionych ludzi?

Wszyscy spojrzeli na niego ze zdumieniem, a on odpowiedział im groźnym wzrokiem. 

Angie uśmiechnęła się promiennie.

-   Czy   chcesz   dać   miejsce   w   zarządzie   komuś   ze   swojej   rodziny?   -   spytał   z 

zainteresowaniem Palmer.

- Dlaczego nie? - odparł Owen. - Ty, jako prezes, i ja, jako dyrektor generalny, mamy 

prawo wyznaczyć równą liczbę członków zarządu, prawda?

- Prawda.

- I ty na pewno od razu weźmiesz Harry'ego?

- Oczywiście. I moją żonę. Wolę wiedzieć, że mam po swojej strome ludzi, na których 

mogę liczyć w razie jakiejś różnicy zdań między tobą a mną.

- Tak? Mnie również przydałby się ktoś absolutnie zaufany w takim wypadku. - Owen 

przeniósł wzrok na wuja. - I może właśnie tak lojalny, jak ty byłeś w stosunku do Helen przez 

całe trzydzieści lat. Co powiesz, Derwin? Przyjmiesz miejsce w zarządzie?

Derwin zamrugał oczami, całkowicie zaskoczony.

- Ja... no, cóż... Tak. Tak, oczywiście. Z przyjemnością ci pomogę. - Wyprostował się 

i spojrzał z dumą na żonę.

- A ty co powiesz, Celio? - Owen przeniósł wzrok na macochę. - Gdybyś  była w 

zarządzie, mogłabyś dbać o interesy Kim. Na pewno wkrótce pojawią się też wnuki. Będziesz 

chciała zabezpieczyć ich przyszłość.

- Czuję się zaszczycona, Owen - powiedziała Celia, patrząc na niego uważnie. - Ale 

niewiele wiem o prowadzeniu takiej wielkiej firmy.

-   Coś   mi   mówi,   że   się   szybko   nauczysz.   A   twoja   lojalność   w   stosunku   do 

Sutherlandów jest powszechnie znana. To też się liczy. A skoro już mówimy o wnukach, to 

chciałbym przekazać ci dla nich ten dom. Jest twój. Ojciec na pewno by sobie tego życzył, 

tylko zaniedbał zaznaczyć to w testamencie. Wiesz, jaki był.

background image

-   Tak,   oczekiwał,   że   ty   będziesz   sprawować   pieczę   nad   wszystkim.   -   Celia 

uśmiechnęła się i skinęła głową.

- Dziękuję ci, Owen. Bardzo ci dziękuję. I przyjmuję fotel w zarządzie.

Owen spojrzał teraz pytającym wzrokiem na Helen.

- Nie, mnie możesz nie brać pod uwagę - odparła łagodnie, lecz stanowczo. - Wierzę, 

że dacie sobie radę beze mnie. A ja, szczerze mówiąc, wolę zasiadać w moich towarzystwach 

dobroczynnych.

- Hej, a co ze mną? - Angie podskoczyła na krześle.

- Chętnie bym się znalazła w nowym zarządzie. Na przykład zamiast Helen. To może 

być bardzo ekscytujące. Mam całą masę wspaniałych pomysłów dotyczących spółki, łącznie z 

nowym znakiem firmowym.

Palmer   i   Harry   jęknęli   cicho,   zaś   Owen   z   olimpijskim   spokojem   postanowił 

przemówić jej do rozumu za pomocą logiki.

- Angie, przecież zaczynasz już robić karierę jako projektantka biżuterii, zapomniałaś?

- Jestem pewna, że poradzę sobie z jednym i drugim - powiedziała szybko.

- Kochanie, podobnie jak wszyscy inni będziesz miała swój udział w spółce. To ci da i 

tak prawo głosu. Nie musisz zasiadać w zarządzie.

- Ale, Owen...

- Kobieto, przecież śpisz z dyrektorem generalnym! - krzyknął Owen, zapominając o 

logice. - Czego jeszcze chcesz?

- To nie to samo - upierała się, oblana rumieńcem, ogarniając gniewnym spojrzeniem 

roześmiane twarze zebranych. - Daj mi tylko spróbować. Przekonasz się, że będziesz mieć ze 

mnie dużo pożytku. Jestem gotowa uczestniczyć we wszystkich zebraniach, a nawet chętnie 

wezmę udział w różnych specjalnych komisjach i tym podobnych.

- Nie wątpię, nie wątpię - uśmiechnął się Owen szeroko. - Angie, postawię sprawę 

jasno. Będę cię kochać do końca życia, ale po moim trupie wejdziesz do zarządu. I tak czuję, 

że jako udziałowiec sprawisz mi dość kłopotu.

- Owen, coś ty powiedział? - Oczy Angie rozszerzyły się ze zdumienia i pojaśniały z 

radości.

- Słyszałaś.

- A więc przyznajesz, że mnie kochasz! Wiedziałam to od samego początku!

Zanim się zdążył obejrzeć, rzuciła mu się w ramiona. Objął ją mocno i przytulił na 

oczach wszystkich zebranych. Obsypała go pocałunkami, a zgromadzeni główni udziałowcy 

spółki «Sutherland i Townsend» zareagowali głośnym aplauzem. W tym momencie do pokoju 

background image

wkroczyła Betty, uśmiechając się szeroko.

-   Zawsze   mówiłam,   że   wszystko   jeszcze   da   się   naprawić,   a   miłość   to   najlepsze 

lekarstwo. Proszę do stołu. Nie mogę się doczekać chwili, kiedy zobaczę te obie rodziny 

zasiadające razem do kolacji.

Następnego wieczoru Angie stała na tarasie znanego jej już apartamentu hotelowego 

dla nowożeńców. Oparła się łokciami o balustradę, patrząc na zachód słońca nad Pacyfikiem. 

Ciepły wieczorny wiatr przewiewał jej lekki srebrzysty peniuar i kołysał delikatnie długimi 

klipsami.

Zaczęła obmyślać kształt wyrafinowanej srebrnej bransoletki, która oddałaby koloryt i 

nastrój zmierzchu. Tęskniła już za swoją pracą. Była cząstką jej życia i mimo że oderwała się 

od projektowania zaledwie na parę tygodni, zaczynało jej brakować szkicownika i ołówka.

Odwróciła się na dźwięk otwieranych drzwi. Do pokoju wkroczył Owen z butelką 

szampana i dwoma kieliszkami. Na jej widok oczy mu rozbłysły,  a usta rozchyliły się w 

zmysłowym i wiele obiecującym uśmiechu. Zadrżała pod tym spojrzeniem, jak pod dotykiem 

jego ręki. Ruszył ku niej po białym dywanie miękkim, kocim krokiem dzikiego zwierzęcia; 

była w nim siła i zwycięska męskość. W jego oczach dojrzała miłość i pożądanie i raz jeszcze 

pomyślała, jak bardzo go kocha.

- Wszystkiego najlepszego, pani Sutherland.

- Wszystkiego najlepszego, panie Sutherland.

Kiedy   Angie   upiła   łyk   szampana,   wyjął   jej   z   ręki   kieliszek   i   odstawił   na   stolik 

tarasowy. Podszedł blisko i uwięził ją przy sobie jak w klatce, zaciskając dłonie na poręczach 

za jej plecami. Pocałował ją wolno i zmysłowo,  dając jej odczuć głębię swojej miłości i 

przywiązania.

- A więc, pani Sutherland...

Angie uśmiechnęła się i zarzuciła mu ręce na szyję.

- Słucham, panie Sutherland?

- Mam wrażenie - zamruczał Owen, przesuwając wargami po jej szyi - że jest pewna 

sprawa, której dotąd nie załatwiliśmy.

- Jaka? - Odchyliła głowę do tyłu, drżąc pod jego namiętnymi pocałunkami. - Co to 

może być?

- Nasza noc poślubna.

- Ach tak... - Spojrzała na niego roześmianymi oczami i zaczęła rozpinać mu koszulę. 

- Czy powinniśmy zwołać zebranie zarządu, żeby uzyskać zgodę, czy będziemy działać na 

własną rękę?

background image

- Zarząd główny spółki «Sutherland i Townsend» dał nam już pełną aprobatę. Myślę, 

że z resztą poradzimy sobie sami.

Przycisnął usta do jej warg, pochwycił w ramiona i zaniósł przez srebrno - biały pokój 

do wielkiego łoża pod baldachimem. Uśmiechnęła się, widząc zachłanny wyraz jego oczu, 

wyciągnęła ręce i chwyciła za oba końce rozwiązanej muszki, przyciągając go delikatnie do 

siebie. Owen zaśmiał się niskim, zmysłowym śmiechem i opadł na nią, zagłębiając palce w jej 

włosy cudownie znanym już gestem.

- Powiedz, że mnie kochasz, Angie.

- Kocham cię, Owen. Nigdy nie przestanę cię kochać. - Dotknęła delikatnie czubkiem 

palców jego mocno zarysowanego podbródka.

- Całe szczęście, bo chcę cię mieć przy sobie do końca życia. - Podniósł do ust jej rękę 

i pocałował złotą obrączkę na palcu. - Ja też cię kocham, moja żono. I zawsze będę cię 

kochał.

Dziesięć   miesięcy   później   Owen   z   dumnym   uśmiechem   przekroczył   próg   pokoju 

szpitalnego. W jednej ręce miał olbrzymi bukiet róż, w drugiej pokaźną kopertę. Pokój usłany 

był   prezentami   od   członków   rodzin   Sutherlandów   i   Townsendów.   Wszędzie   walały   się 

różowe wstążeczki i kolorowe bibułki.

Angie   spojrzała   na   niego   znad   główki   noworodka,   trzymanego   przy   piersi. 

Uśmiechnęła się; jej oczy jaśniały miłością i szczęściem. Owen pomyślał z troską, że jest 

trochę blada, ale musiał przyznać, że nigdy nie widział piękniejszego widoku niż jego żona z 

dzieckiem w ramionach.

- Owen, co za piękne kwiaty! A co jest w tej kopercie?

- Pakiet akcji spółki «Sutherland i Townsend». - Wyjął plik papierów wartościowych 

na nazwisko Samantha Helen Sutherland. - Myślisz, że ją to ucieszy?

Angie roześmiała się.

- Kiedy już skończy szkołę średnią, to na pewno. Jeśli akcje będą dalej tak szły w 

górę, to będzie mogła sobie sama opłacić studia medyczne albo prawnicze.

- A może zechce zostać następnym dyrektorem generalnym naszej spółki?

Owen pochylił się nad córeczką, podziwiając ją z bliska. Nie otworzyła oczu, lecz jej 

maleńkie paluszki zacisnęły się mocno wokół jego kciuka.

- Wie, jak złapać to, co chce - roześmiał się.

- Zupełnie jak jej tatuś - zgodziła się Angie. Popatrzył na nią z czułością.

- I nigdy cię już nie puszczę, pani Sutherland. Zapamiętuj to sobie.

- Zapamiętam.

background image

Uśmiechnęła się do niego tak samo, jak w dniu ślubu, kiedy wkładał jej obrączkę na 

palec. Wiedziała, że ten uśmiech będzie zarezerwowany dla niego już na resztę życia.