background image
background image

Furmaga Lesław - GWAŁT

Furmaga Lesław

GWAŁT

Tower Press 2000

Copyright by Tower Press, Gdańsk 2000

Jeżeli Bóg żąda pomocy Wiadomo, że kłamią kapłani

background image

Pustelnik z Carin

Dzień  był  pogodny,  słońce  jakby  znieruchomiało  w  środku  nieba.  Do

krawędzi kamiennej góry przyklejone były domy i ogrody. Skalisty krajobraz
i  huczące  morze  nie  przyciągały  na  to  uroczysko.  Domki  drzemały  na
zboczach,  w  porcie  kołysały  się  kutry,  na  których  ogorzali  mężczyźni  w
rybackich  kapeluszach  suszyli  sieci,  zwijali  liny,  przetaczali  beczki.  Nawet
zaraza religijnej wojny była tu niewidoczna.

Maria Elwira odnalazła domek Remis, weszła do ogrodu. W niewielkim

salonie  trzaskał  ogień  na  kominku.  Remis  ubrana  była  w  skromną  suknię,
która podkreślała jej kobiecą urodę. Wnętrze domu robiło wrażenie zadbanej
staroci. Meble i bibeloty dalekie były tu od nowoczesnej tandety. Wszystko,
oprócz  telewizora  i  radia,  pamiętało  czasy  poprzednich  pokoleń,  Maria
przypatrywała  się  młodej  gospodyni.  Czy  ty  nie  doznałaś  szoku?  -  zapytała
po chwili bez wstępów. Remis zwróciła twarz ku Marii, rysy jej stężały.

- Co wiesz? - zapytała krótko.

-  Wiem  dużo  -  odparła  równie  krótko  Maria.  Remis  siedziała  teraz  z

głową wtuloną w ramiona.

- Zastanawiam  się  skąd  wzięłam  tyle  siły  -  powiedziała  patrząc  w  ogień

na kominku.

-  Miałaś  dużo  szczęścia,  to  byli  przecież  najemni  mordercy  -  Maria

Elwira nadal przyglądała się dziewczynie.

Remis uniosła głowę, jakby pozbywając się oporów i zaczęła mówić.

Uderzyli w tył roweru. Upadłam, wrzucili mnie do samochodu, skręcili w

jar. Któryś zerwał mi bluzkę... Wywlekli mnie z auta, zaczęli podrzucać jak
kukłę.  Upadłam  na  piach.  Pili  whisky.  Zerwałam  się,  zaczęłam  krzyczeć,
uciekać, Dopadli mnie.

Stali,  patrzyli,  spierali  się,  który  pierwszy.  Dwóch  chwyciło  moje  ręce,

trzeci  zaczął  gwałcić,  potem  następny.  Było  ich  kilku,  jednego  nazywali
Gass, drugiego Anioł... to był zwyrodnialec, zadawał ból. Nawet gdy traciłam
przytomność czułam, że to znowu on... Gdy już nie mogłam nie udało mu się,
więc  mnie  deptał.  -  Słyszałam  wybuchy  śmiechu.  -Przestałam  czuć.  Nie
wiem  jak  długo  leżałam  półprzytomna...  Na  górze  było  źródełko,  strumyk
szumiał  gdzieś  blisko.  Weszłam  do  lodowatej  wody.  Powoli  przestawałam

background image

krwawić. Trwałam w bezruchu aż zdrętwiałam. Zaczęłam krzyczeć. Nikt nie
słyszał. Odnalazłam podartą spódnicę.

Na przełaj, po skale zawlokłam się do domu. Matka była w Beldown. W

mieszkaniu wszystko stało na swoich miejscach, jakby się nic nie wydarzyło,
panował spokój, cisza.

Remis podeszła do okna, patrzyła na kuter, wpływający do portu, unosiły

się  nad  nim  ptaki,  szarpiąc  resztki  ryb  z  sieci  przy  burtach.  Słońce  wyszło
wysoko.  W  pokoju  przygasł  ogień  na  kominku,  stary  zegar  uderzył  na
kwadrans jakiejś godziny. Remis zwiesiła; głowę, zniżyła głos. - Czułam, że
jeszcze  ciągle  dzieje  się  coś  złego.  Nie  mogłam  umiejscowić,  określić,
nazwać co to  było. Nagle zrozumiałam.  Pączkował we mnie  jad tych  bestii.
Dostałam  torsji,  pobiegłam  do  łazienki,  zaczęłam  się  bronić.  Ta  obrona
dodała mi siły... Nie byłam już zniewolona, mogłam z tym gwałtem walczyć,
przynajmniej  teraz.  Miałam  wrażenie,  że  brak  tej  obrony  byłby
zwyrodnieniem.

Gorąca  woda  krążyła  w  moim  brzuchu,  przynosiło  to  ulgę,  oczyszczało

mnie  jakoś...  Nie  poszłam  na  policję  ani  do  lekarza,  bałam  się,  że  oni  też
mnie  zniewolą.  Siedziałam  w  domu  aż  znikła  opuchlizna  i  sińce.  Miałam
nadzieję,  że  gorąca  woda  pomogła,  chciałam  zapomnieć  o  wszystkim.
Niestety...  było  inaczej.  Myślałam,  że  oszaleję.  Znikąd  nie  było  ratunku.
Przyszło  mi  do  głowy,  żeby  oszukać  Teda,  chłopaka  z  którym  byłam
ostatnio. Powiedzieć mu, że to jego dziecko. Z tym poszłam do spowiedzi... -
Remis umilkła, patrzyła na płomienie w kominku.

-  Tak  postanowiłam  -  Powróciła  do  wątku.  -  Ksiądz  wyjrzał  z

konfesjonału.  -  Nie!  Nie!  -zaprotestował.  Dziecko  z  gwałtu,  wychowane  w
oszustwie?! Co ty mówisz!... - powiedział przerażony. - Więc to dziecko ma
wiedzieć dlaczego jest na świecie? Mają to wiedzieć wszyscy? - zapytałam.
Nie  było  odpowiedzi.  Remis  przerwała,  znów  patrzyła  na  dogasającą
głownię, Maria Elwira na kamienny obraz fiordu.

Wysoko  zawisł  ptak,  wielka  mewa  szybowała  w  bezruchu  skrzydeł  jak

metalowy  latawiec.  Coś  nieuchwytnego  było  w  wysokich  skałach  nad
miasteczkiem.

- Jeżeli dziecko okaże się takie jak Anioł, będziesz mu matką, pokochasz

je  szczerze?  -zapytała  łagodnie  Maria  Elwira.  Remis  uniosła  głowę,  miała

background image

dziwnie  pustą  twarz,  odwróciła  oczy  w  bok.  Milczała  chwilę.  Czy  będę
mogła  pokochać  to  dziecko...  -  to  jakiś  upiorny  sen  -powiedziała  jakby
jedynie do siebie.

- Słyszałaś o Albakorze - zapytała Maria.

- Tak, kiedyś opowiadała mi matka.

- To ja przed laty strzelałam w Segers - powiedziała szybko Maria Elwira.

Zapanowała  cisza.  W  dole  falowało  morze.  Pieniło  się  przy  brzegach.  Nie
było  słychać  jego  szumu,  waliło  o  skałę  szeroką  falą  jak  na  niemym  filmie.
Remis pobladła.

- Ty organizowałaś gwałty?! Ty!?

- Zostaw. To stare dzieje, chcę ci pomóc powiedziała Maria Elwira.

- Mnie napadli twoi ludzie! - krzyczała nagle wzburzona Remis.

Teraz Maria szukała słów, aby wyrazić to co musiała powiedzieć. - Anioł

to  był...  to  był...  ja  go  kiedyś  urodziłam...  -wypowiedziała  zmienionym
głosem.

- Twój syn?!

- Syn? Czy mój?... - Twarz Marii Elwiry stała się też pusta.

- Twój syn?! - krzyczała ciągle przerażona Remis. Pochwyciła za ściany

myśliwską strzelbę.

-  Idź  precz.  Nie  chcę  twojej  pomocy!  Precz!  Przepadnij  szakalico,

szakalowa matko!... Maria próbowała uspokoić Remis, przekazać jej cząstkę
prawdy  o  tamtym,  ale  to  było  niemożliwe...  -  A  więc  tak  skończyła  się  jej
misja... Nie musiała

tu  przyjeżdżać...  Nie  musiała!  Na  pewno?  Nie  wiedziała  wówczas,  że

życie  udzieli  jej  odpowiedzi  także  na  to  pytanie.  Otrząsnęła  się.  Ruszyła  na
przełaj,  stanęła  nad  urwiskiem.  Ścieżka  wita  się  między  zboczami  skał  w
jarach  porośniętych  trawą.  Maria  Elwira  zeszła  niżej,  wyjęta  kluczyki,
otworzyła drzwi starego citroena, ruszyła kamienną drogą wzdłuż potoku.

W Port - Loden stało przy nabrzeżu kilkanaście kutrów. Maria zapytała o

„Santa Kingę". Odnalazła bez trudu

szypra.

background image

Stary uśmiechnął się i wyciągnął ręce.

-  Znalazłaś  się,  a  myślałem  już  Bóg  wie  co.  -  Zaprowadził  ją  do  malej

mesy.  Propozycja  była  krótka.  -  Zostaniesz  na  królestwie  w  kambuzie,  jest
nas  pięciu,  jadamy  trzy  razy  dziennie.  Są  puszki,  makarony...  Zresztą
będziesz  także  robić  zakupy.  Kubryk  po  sieciach  przerobimy  ci  na  kabinę.
OK? - zapylał.

-  OK  -  odpowiedziała.  I  tak  zaczęła  się  jej  morska  kwarantanna.

Wieczorem  byli  już  w  zatoce.  Ze  wschodu  wiało  małą  trójką,  kuter  rył
dziobem fale. Woda piętrzyła się na grzbietach. Dookoła była nieograniczona
przestrzeń  morza,  w  górze  przestrzeń  do  gwiazd.  Patrzyła  na  te  gwiazdy
przez szczelinę w skajlajcie. Zapadła w sen, przespała pierwszy raz od wielu
lat noc i pot dnia. Gdy obudziła się, kuter trałował, a ludzie przebierali ryby z
poprzedniego zaciągu. W kambuzie był porządek, grzał się dla niej pudding z
szynką,  stała  butelka  wina  i  kubek.  Pobiegła  do  Grahama  wytłumaczyć  się,
że zaspała.

-  Dobrze,  że  w  ogóle  chodzisz,  inna  by  rzygała  dalej  niż  biegną  fale;

wieje piątka - roześmiał się szyper.

Następnej  nocy  wróciły  wspomnienia.  Leżała  w  koi,  patrzyła  przez

świetlik na niski maszt z anteną, który uparcie

kreślił zygzaki między gwiazdami.

...Kiedyś  zadawała  Bogu  pytanie,  dlaczego  to  spotkało  ją...  Dlaczego

właśnie ją? Po owej spowiedzi, której nie zapomni nigdy, przestała wierzyć
w Boga. W Boga? To nieprawda... W Boga wierzyła zawsze... Ale gdzie był
Bóg wówczas?

Potrącili  ją  podobnie  jak  Remis,  samochodom,  skuter  upadł.  Związali,

zakleili plastrem usta. Znalazła się w bagażówce. Czuła, że serce zamiera jej
z przerażenia. Było ich pięciu.

...Między karłowatymi drzewami na stoku wzgórza stal opuszczony dom.

Zawlekli  ją  do  sutereny  w  tym  domu.  Miejsce  było  przygotowane.  W  rogu
leżał  materac  przykryty  kocami.  Z  boku  stał  koszyk  z  jedzeniem  i  butelka
whisky. Zauważyła, że w strasznych chwilach dostrzega się szczegóły, a inne
nawet  ważniejsze  rzeczy  uchodzą  uwadze.  Z  koszyka  wystawała  laska
salami, aa bulkach leżał wielki nóż z kompasem w rękojeści. Zdarli jej plaster
z twarzy. Wtuliła się w kąt. Patrzyła przerażona na pięciu bandytów.

background image

Wysoki drab rozpinał portki, inni robili to samo. Zerwała się, rzuciła ku

wyłamanym  drzwiom.  Dostała  po  raz  pierwszy  w  twarz,  upadla.  Znów
uciekła w kamienny kąt. Dwóch uniosło ją za ręce, ten, do którego pozostali
mówili  Hyde,  przysunął  się.  Tkwiła  nieprzytomna  przy  ścianie,  zerwał  jej
stanik,  przygniótł  za  głowę  do  ziemi,  zbliżył  narząd  do  jej  nagich  piersi,
ocierał go chwilę o nie. Któryś otworzył butelkę whisky i podał ją bestii.

- Wlej jej w ryj, będzie giętka - parsknął.

Hyde  wypił  kilka  łyków,  potem  chwycił  j  ą  za  włosy,  wlał  sporo  wódki

do gardła. Taki z rudą brodą zerwał z niej spódnicę, chciał zerwać też figi.  -
Zostaw! - warknął szef - daj chłopcom, niech się pobawią. Cały czas  broniła
się.

Trzymała  te  figi.  Rechotali.  Została  całkiem  naga.  Położyli  ją  na

materacu,  trzymali  za  ręce.  Z  nogami  walczył  Hyde  bez  niczyjej  pomocy.
Rozchylił  je.  Poczuła  jego  ciężar  na  sobie.  Ciągle  spostrzegała  różne
szczegóły. Zauważyła, że któryś popija z butelki whisky i onanizuje się przy
pomocy  fig,  które  z  niej  zdarli.  Ten  wielki  gryzł  dotkliwie  jej  piersi.  Potem
wdarł się w nią nagle, boleśnie i gwałcił. Trzymał ją za włosy jak zwierzę.

Śmiał się chrapliwie. Tamci stali dokoła, mieli spuszczone portki, czekali

na swoją kolej. Usiłowała przestać istnieć... Ale po przerażeniu przychodziła
jasność,  strach  powoli  mijał,  przypływała  rozpacz.  Jakby  szeroką  od  krańca
do krańca ziemi rzeką, wlewała się w nią świadomość.

Uczepiła się myśli, że to sen. Chciała przebudzenia, ale upiorny sen trwał.

Przebudziła się więc z marzeń o śnie. Przestała odczuwać ciężar ścierwa

na  sobie,  smród  wódki  i  papierosów.  Szakal  przemocą  otworzył  jej  oczy,
zobaczyła wykrzywiony zwierzęcą rozkoszą pysk. Miał cienkie, długie jak

dżdżownice,  wargi,  mordę  szeroką,  nos  prosty,  rozszerzony  na  dole  w

bydlęce chrapy... Po szyi chodził mu robak skórek, czy szczypawa, brązowy,
piwniczny  robak  ze  szczypcami  na  odwłoku.  Kilka  podobnych  biegało  po
kamiennej Ścianie nad jej twarzą. Zemdlała, obudziło ją bicie. Poczuła znów
rwący  ból.  -  No,  uważaj  dziwko...  teraz...  -  charczał  zwyrodnialec.  Z  całej
siły  uniosła  biodra  i  szarpnęła  nimi,  przewracając  się  na  bok.  Usłyszała
zbiorowy  rechot  bandy  i  zły  śmiech  potwora,  który  jeszcze  leżał  na  jej
piersiach.

...Kilka  mocnych  uderzeń  w  obolałą  twarz,  słony  smak  krwi  i  chwilowe

background image

otępienie. Zbir, którego kompani nazywali Hyde, uniósł jej głowę za włosy,
zajrzał w oczy. Przygniótł j ą znów w dół do fallusa, wytarł go o jej twarz. -
Liż, albo ci zrobimy terrorystę... Znów zemdlała.

Gdy  wróciła  jej  świadomość,  Hyde  lepki  od  potu  leżał  na  jej  łonie,

piersiach,  twarzy.  Zepchnął  go  drugi.  Gwałcił,  chichotał,  kąsał,  ślinił  ją
plwocinami, wódką. Gdy następni kładli się między jej szeroko rozepchnięte
uda,  chwilami  odzyskiwała  świadomość.  Chciała  się  modlić,  ale  nie  mogła.
Jakby  przez  sen  poczuła  w  ustach  włochatego  robaka.  Zacisnęła  zęby,
usłyszała  wycie.  Coś  gorącego  kapało  jej  na  twarz.  To  krew  broczyła  z
szakala,  przegryzła  wilkołaczą  wargę.  Wielkolud  pochylił  się  nad  nią.  W
słoiku  mieli  kreta.  Przednie  łapy  z  zakrzywionymi  pazurami  i  pysk
zwierzątka jak pług, wystawał z naczynia. Hyde położył jej obcas na ustach,
przygniótł  je.  -  W  moim  kraju  tak  karano  zbuntowane  kurwy.  Podgrzejmy
słoik,  kretowi  zrobi  się  gorąco,  będzie  chciał  uciec,  przystawimy  ci  go  do
dziury  i  kret  w  nią  wejdzie...  Widziałaś  rozdarty  brzuch  dziwki,  którym
wyszedł  kret?  Chcesz  pofikać  z  bólu?  Poczuła  dotkliwy  chłód.  Któryś  stał
nad  nią  z  opróżnionym  kubłem  wody.  To  nie  byt  sen.  Hyde  podgrzewał
zapalniczką słoik, kret kłębił się w nim, zwierał i rozwierał łapy z pazurami
jak  szpilki.  Zerwała  się.  -  Uciec!  Ratunku!  Ratunku!  pochwycili  ją...  Chyba
Bóg litościwy zabrał jej przytomność. Koszmar stracił realne wymiary. Znów
poczuła  chłód  zimnej  wody.  Koszmar  wrócił.  Stali  wokół,  Hyde  trzymał
rozgrzany  stoik,  w  którym  wiło  się  i  skręcało  mordercze  zwierzątko.
Przystawili do słoika owoc kiwanoli. Ryjkonos zagłębił szpony w miąższu. -
Chcesz kreta do dziury?

-Nie! Nie! Nie! słyszała swój krzyk wydzierający się gdzieś w mózgu. -

To ruszaj się, jak cię kochamy, bierz do buzi i nie gryź suko...

Gdy zapadała w omdlenie, bili i polewali wodą. Czuła, że była z bestiami

sama.  Nagle  zabrakło  Boga  na  niebie,  zabrakło  światła  i  ciemności.  Już  nie
mogła.  Skończyła  się  jej  wytrzymałość,  jej  kobieca  możliwość  służenia
oprawcom.

Szykował się znowu Hyde...

Jej ręka trafiła na grubą ostrą drzazgę z rozbitej okiennicy. Nie myślała o

niczym. Chwyciła tę drzazgę i z całej siły pchnęła przed siebie.

Uderzyła w brzuch wilkołaka.

background image

Chwilę panowała cisza. Zaraz jednak poczuła uderzenie, bolało, następne

też  bolało...  Kopnięcia  oddalały  się,  miała  wrażenie  jakby  katowano  kogoś
obok.  Nie  bolało  już,  słyszała  tylko  razy.  Oprzytomniała.  Ten  z
obandażowanym  brzuchem  stał  w  butach  na  jej  biuście  i  sikał  grubym
strumieniem. But podniósł się, kopnął.

W dalszym ciągu nie czuła bólu. - Uciekałaś z dziurą, ale ci się nie udało,

bo  tego  świętość  zabrania  -  drwił.  Chciałaś  kurwo  zepsuć  poczęcie,
zgrzeszyłaś... - Zapadła ciemność.

W szpitalu trwała w obłędzie. Opędzała łono przed kretem, na twarzach

pielęgniarek  widziała  piwnicznego  robaka.  Gdy  zobaczyła  na  kolorowej
okładce niemowlę, zaczęta krzyczeć, że to kret. - Kret! Ratunku!

Mijały  dni,  powoli  przychodziła  do  siebie.  Starała  się  zapanować  nad

obłędem.

Po  szoku  wracała  świadomość.  Jej  chłopak  przyniósł  kwiaty,  jakieś

owoce,  czekoladki.  Był  milczący.  Ksiądz  mówił  o  miłosierdziu  i  powołaniu
kobiety  do  macierzyństwa.  Pewnego  dnia  powiedział,  że  będzie  miała
dziecko. Dostała ataku epilepsji...

Dobry  zmysł  miał  stary  Graham.  Łódź  tańczyła  na  falach,  krótki  maszt

kreślił na niebie między gwiazdami list do Pana Boga. Tu, z daleka od ziemi,
był  inny  świat.  Wspomnienia  przesuwały  się  tylko  gdzieś  na  starym  filmie.
Przez krajobraz fal i wichury były odległe. Wiatr tężał, fale rosły, ludzie nie
mieli apetytu. Morski świat inny od tego na brzegu. Myślała, że dobrze jest
uciec daleko od ziemi.

Lato  było  wietrzne  i  burzliwe.  Ryba  uciekła  z  łowiska,  zaciągi  niewiele

przynosiły połowu.

Gotowała rybakom strawę, myła garnki. Kutrowi towarzyszyły mewy na

niebie i fale przy burtach. Zmienił się krajobraz, ale rozliczenie dokonywało
się ciągle. Chciała odpędzić tamte obrazy. Nie mogła.

...W  szpitalu  pewnego  ranka  dostała  ciążowych  mdłości.  Pomyślała  o

samobójstwie.

Pamięta  wyraz  twarzy  Edgara,  swojego  chłopca,  gdy  powiedziała,  że

urodzi to dziecko. On wiedział, że jest osaczona i nie ma w tym kraju innego
wyjścia.  Pocałował  ją,  prosił  o  przebaczenie.  Przysiągł,  że  ją  kocha,  ale  nie

background image

czuje tyle siły, aby dzielić to straszne poświęcenie.

Wyjechał.

Nocami budziła się. W ciemnościach chodził po jej szyi piwniczny robak

ze szczypcami na odwłoku. W słoiku kłębiło się czarne zwierzątko. Popadła
w obsesję.

Powiedziała  o  tym  rodzicom,  zakonnicy,  księdzu.  Byli  wyrozumiali.

Kupowali, jej czekoladki, owoce mango, pomarańcze... - Na świat przyjdzie
dziecko... bezbronna istota, którą musisz kochać... - Musisz pokochać!? Nie
ma takiego poj ęcia - musisz pokochać! - Oni kłamią, krzyczał jej Bóg.

Zapytała  lekarza,  czy  już  zawsze  będzie  miała  padaczkę.  Powiedziała  o

obsesji,  o  krecie,  robaku,  wąskich  wargach,  spłaszczonym  nosie,  że  jeżeli
zobaczy taką twarz dziecka to... to...

Bóg  ci  dopomoże  córko  -  odpowiedział  lekarz.  Wykrzyczała,  że  znowu

czuje się gwałcona.

Zwątpiła w ludzi. Całą wolę skupiła na tym, żeby nie być człowiekiem. -

Jesteś  doniczką...  doniczką,  doniczką,  doniczką.  Wrzucono  w  ciebie  ziarno,
doniczka nie czuje... Zostań doniczką... - powtarzała nocami. Pomogło.

Wyszła  ze  szpitala.  Sąsiedzi  przynieśli  słodycze  i  pluszową  maskotkę.

Pomyślała,  że  to  dla  dziecka  i  dostała  ataku  epilepsji.  Przyjechali  lekarz  i
ksiądz. Zaczęli mówić o powołaniu kobiety, miłosierdziu.

Znajomi  unikali  jej,  przechodzili  na  drugą  stronę  ulicy,  patrzyli  w  bok.

Ksiądz odprawił, w kościele nabożeństwo w intencji poczętego dziecka, córki
Bożej Elwiry.

Kupiła środki nasenne... Znów znalazła się w szpitalu. Zamilkła. Przestała

mówić. Wywieziono ją do Francji, umieszczono w klasztorze. To był  dobry
pomysł. Leżała w łóżku, patrzyła w sufit. Ciąża była zaawansowana, było

oczywiste, że dziecko przyjdzie na świat. I przyszło. Był to chłopiec, miał

wąziutkie wargi i szerokie chrapki nosa. Pokazano jej go po kilku dniach.

Siostry i rodzice, którzy przyjechali, mówili, że jest śliczne. Pamięta, że

gdy  zobaczyła  te  rysy  poczuła  uderzenie.  Zamknęła  oczy,  po  krecim  ryjku
biegał  piwniczny  robak.  Zabrano  dziecko.  Ciągle  milczała.  Raz  usłyszała,
gdy  francuski  lekarz  mówił,  że  ona  jest  ofiarą  podwójnego  gwałtu.

background image

Przystanęła,  podsłuchała  rozmowę...  Usłyszała,  że  jej  natura  odrzuciła  płód
wymuszony  wbrew  całemu  ustroi  owi.  Siłą  z  zewnątrz,  chciano  stłumić  ten
odruch odrzucenia, nie udało się.

Zauważyła,  że  z  pokoju  usunięte  zostały  szczegóły,  które  mogły

przypomnieć  jej  dziecko,  ciążę,  gwałt.  Zabrano  maskotki,  książki  o
pielęgnowaniu niemowląt, sukienki. Na ich miejscu znajdowała nowe rzeczy,
nie przypominające tamtych.

Rozmawiała  już  z  siostrami,  zaczęła  wychodzić  do  ogrodu.  Pojechała  z

zakonnicą  Teodorą  do  miasteczka.  Pamięta,  że  śmiały  się.  Koszmar  jakby
minął i ona wraca do zdrowia...

Po latach dowiedziała się, że gdy leżała w szpitalu, ojciec postanowił aby

jego córka wychowała to dziecko.

Znów znalazła się w zakonie na wyspie. Znów mówiono do niej „córko" i

słyszała  o  umiłowaniu  i  miłosierdziu.  Zaczęła  wzywać  na  ratunek  piekło  i
morowe powietrze.

- Powiłaś dziecię, musisz otoczyć je miłością - powiedział do niej nowy

ksiądz katecheta. Znów w nocy zobaczyła tarantulę. Budziła się z krzykiem
na  ustach.  Wracały  wizje  zdarzeń  w  mrocznej  piwnicy.  Znów  zapadła  w
milczenie.  Przywieziono  jej  dziecko.  Kołyska  stała  w  rogu  klasztornej  celi,
nie zbliżała się tam. Zakonnice karmiły i przewijały niemowlę. Znów podjęta
walkę  Z  naturą...  Bądź  suką,  kurą,  wilczycą...  Miłość,  szczęście  poczęcia,
miłość macierzyńska to podszepty szatana. Rozwijające się w tobie życie jest
świętością jedyną... Płód to człowiek... - Bzdura!... Kiełkujący żołądź nie jest
dębem, podgrzane przez orlicę jajo, jest jajem, nie orłem. Oni kłamią!

Rozpaczliwa  walka  trwała...  Podejdź  do  dziecka  matko...  słyszała  w

snach  nie  snach  głos,  który  też  był  nie  do  pokonania...  Matko,  matko...
Matko?...  Mijały  dni.  Rozterka  i  tortura  trwały.  Przemogła  się,  podeszła  do
kołyski.  Dziecko  spało.  Ogarnęło  ją  przerażenie,  że  zobaczy  skorpiona.
Uciekła do łóżka, przykryta twarz kołdrą i żarliwie zaczęta się modlić. Była
pewna,  że  pragnie  śmierci.  Ale  nazajutrz  znów  podeszła  do  kołyski.  Drżąc,
odwiązała  becik  i  wzięta  niemowlę  na  ręce.  Nie  byt  to  kret  ani  piwniczny
robak,  nie  czepiał  się  jej  piersi  chity-nowymi  łapkami.  Dziecko  otworzyło
oczy, były niebieskie i wesołe...

Zakonnice  uznały,  ze  stał  się  cud.  Niepotrzebne  były  już  niańki  w

background image

habitach. Wzięła niemowlę na ręce. To było

zwyczajne  dziecko.  Położyła  je  w  beciku  do  rana  stała  przy  oknie.

Wiedziała  już,  że  podejmie  heroiczną  próbę.  Jej  osobowość  była  rozdarta.
Razem  z  postanowieniem,  że  będzie  dla  tego  dziecka  ofiarną,  godną
szacunku, zwierzęcą matką, jakby odzyskała spokój.

Ojciec wywiózł ją do Elberg, wynajął mieszkanie w zieleni nad potokiem.

Promieniał  szczęściem,  Magnus,  bo  takie  imię  otrzymało  dziecko,  rozwijał
się świetnie.

Raz postawiła wózek na górce, ktoś trącił hamulec.. Wózek potoczył się

po  jezdni.  Wyskoczyła  ze  sklepu  z  paczką  w  ręce.  Wózek  jechał  szybko  do
skrzyżowania,  gdzie  po  głównej  ulicy  pędziły  samochody.  Biegła  jak
oszalała, i rzuciła paczkę i portfel. Wózek wjechał ha skrzyżowanie.

Usłyszała  pisk  opon.  Pchnięty  ciężarówką  mikrobus  leciał  na  leżącego

przy  krawężniku  Magnusa.  Skoczyła  za  dzieckiem.  Poczuła  uderzenie.
Straciła  przytomność,  Ocknęła  się  w  szpitalu.  Leżał  przy  niej  cały,  zdrowy
Magnus. Przyjechał ojciec, płakał ze szczęścia. Wokół pełno, było kwiatów i
prezentów...

Miała  złamany  obojczyk  i  była  ogólnie  potłuczona.  Leżąc  w  szpitalu

pewnego  dnia  zobaczyła  na  okładce  magazynu  ilustrowanego  swoj  ą
fotografię. W środku był wywiad z ojcem. Zaczęta czytać, pociemniało jej w
oczach. Ojciec mówił, że jego córka pokochała dziecko gwałcicieli. Odłożyła
gazetę,  czuła  pustkę.  Zaraz  potem  runęli  na  nią  innego  rodzaju  szakale,
dziennikarskie  hieny.  Używając  różnych  sztuczek,  przerywali  szpitalne
kordony  i  wpełzali  do  niej,  migając  fleszami.  Odwracała  twarz  i  milczała.
Zdziwiła  się  jednak  któregoś  dnia  słysząc  swój  głos  i  to  co  mówi.  Zamiast
słów  buntu,  wypowiadała,  słowa  pokory.  Czyżby  miała  teraz  dwie  natury?
Właściwą,  ukrytą,  nieustępliwą  i  drugą  w  płaskiej  aktorskiej  masce?...  -
Proszę  pani,  kobieta  stworzona  jest  żeby  dawać  życie,  nie  ma  przecież
większego dokonania pod słońcem, prawda?

- Niemal promieniała.

- A jak układa się pani życie osobiste? - pytała dziennikarka.

- Moje życie osobiste, to syn Magnus.

- A co pani czuje do zboczeńców, którzy panią brutalnie skrzywdzili?

background image

-  Miłosierdzie  czuję.  Czyn  nieczysty  jakiego  dokonali  został,  uświęcony

moim  stanem  błogosławionym.  Bóg  widocznie  czuwał  -  odpowiedziała
wpatrując  się  w  aurolę  Świętej  Niepokalanej  na  obrazie  W  rogu  szpitalnej
sali. Mijały dni, później miesiące. Ojciec został merem w miasteczku.

Ona  miała  wówczas  dwadzieścia  kilka  lat  była  samotną  dziewczyną.

Narzeczony  odszedł,  to  prawda,  ale  po  dwóch  czy  trzech  latach  od  gwałtu,
mężczyźni  przestali  od  niej  stronić.  Nie  miała  jednak  żadnego  towarzystwa,
ba nawet znajomych, nie spotykała się z nikim z domu wychodziła na spacer
jedynie z dzieckiem.

W rynku Bwldown szanowany powszechnie Wiktor Adams miał sklep z

urządzeniami  elektronicznymi.  Był  to  elegancki  magazyn  hurtowo  -
detaliczny.  Przed  dwoma  laty  żona  Wiktora,  pani  Sandra  Adams,  znana
aktorka, zginęła w wypadku samochodowym wraz z dwojgiem dzieci. Młody
elektronik  długo  nie  mógł  otrząsnąć  się  z  ciosu,  który  go  spotkał.  Sklep
ciągle  straszył  żaluzjami  na  witrynach.  Był  ciemną  plamą  w  kolorowym
rynku.  Wiktor  wybudował  granitowy  grobowiec  na  cmentarzu,  miał  tam
kamienną ławkę dla siebie. Spędzał na niej całe dnie. Chodził też do parku z
książką,  szukał  ustronnych  miejsc  i  czytał.  Po  pewnym  czasie  ukłonił  się
Elwirze.  Gdy  spotkał  ją  ponownie  z  dzieckiem,  dał  Magnusowi  elegancką
zabawkę,  monitorek  wyświetlający  kolorowe  postacie  z  bajek.  Było  to
urządzenie  drogie,  Maria  Elwira  zaprotestowała,  odmówiła  przyjęcia
zabawki. Tak zaczęła się ich znajomość...

Wiktor był przystojny, miał trzydzieści kilka lat, jeździł sportowym MG.

Po  pewnym  czasie  złożył  wizytę  w  domu  Tellierów.  Przyniósł  Elwirze
kwiaty  i  słodycze.  Wydawało  się,  że  tych  dwoje  dopomoże  sobie  w
nieszczęściu.  Maria  zaczęła  chodzić  na  spacery.  Pojechała  na  piknik
czerwonym  kabrioletem,  poszła  z  Wiktorem  do  kina  na  nocny  seans.  Gdy
jednak  próbował  ująć  jej  dłoń,  cofnęła  ją.  Gdy  Wiktor  chciał  pocałować  ją
odepchnęła go.

W  nocy  znów  zjawili  się  szakale.  Przeżywała  gwałt  na  nowo.  Wiktor

przyniósł kwiaty, przeprosił ją, przyrzekał, że będzie czekać, aż ona powróci
do  równowagi.  Jeździli  dalej  na  wycieczki,  chodzili  do  kina.  Ona  czuła,  że
Wiktor chciałby czegoś więcej i przerażało ją to. W snach widziała go razem
z  szakalami  w  piwnicy  rozwalonego  domu.  Matka  gładziła  ją  po  głowie
namawiała aby nie zrywała tej znaj mości... - Ratuj swoją młodość Elwiro...

background image

Wiktor  to  dobry  człowiek,  los  skrzywdził  go  jak  ciebie,  dopomóż  mu,  on
dopomoże  tobie....  -  mówiła  swoim  łagodnym  głosem.  Gdy  przychodził,
matka opuszczała samotnie na pięterku, parzyła herbatę, podawała ciastka.

Tylko  senior  Tellier  nie  był  zadowolony,  że  córka  przerwała  życie

pustelnicy.

Wiktor  wymógł,  żeby  pojechała  do  lekarzy  angielskich,  zbadała  się,

leczyła.  Zaczął  uśmiechać  się,  zdjął  żaluzje  z  witryn  sklepu  w  rynku,
zatrudnił,  ekspedientów,  zorganizował  kiermasz  i  akcję  dobroczynną.  Maria
Elwira  pozostawała  na  obserwacji  w  klinice.  Wyniki  badań  nie  były
pomyślne.  Gwałt  pozostawił  wyrwę  w  psychice  młodej  kobiety.  Nie  czuła
potrzeb erotycznych, nie była zdolna do uczuć macierzyńskich.

Tolerowała  mężczyzn,  ale  gdy  pojawiało  się  w  ich  zachowaniu  coś

związanego z seksem, przerażało ją to. Bała się dotyku ich rąk, widoku ciała.
Doktor  na  jej  prośbę  powiedział  o  tym  Wiktorowi.  Ona  już  przedtem
wiedziała, że została okaleczona na zawsze.

Wiktor  przychodził  jeszcze,  potem  widywano  go  z  córką  właściciela

jachtowej przystani...

Mijały dni, tygodnie, miesiące. Magnus rósł, senior Tellier robił karierę w

partii chrześci -jańskej, matka usunęła się w cień swojej niszy na pięterku...

Ona  ubierała  się  na  czarno  i  nosiła  tylko  białe  kołnierzyki,  dziecko

chodziło w szatkach, które szyły siostry zakonne. Dowiedziała się, że ojciec
postanowił,  iż  Magnus  zostanie  księdzem.  Bunt  w  niej  przygasł.  Wiodła
życie  drzewa.  Słyszała,  że  matki  cieszyły  się  pierwszym  zębem  dziecka,
wyraźnie  wypowiedzianym  słowem,  uśmiechem  oczu...  Myśląc  kiedyś  o
przyszłej rodzinie i dziecku pewna była, że będzie taką właśnie matką, ale jej
dziecko  zamiast  uśmiechu  kurczyło  długie  wąskie  usta  i  marszczyło
rozszerzony na dole nos...

Ale  było  to  także  dziecko  z  jej  ciała.  Czuła  jakieś  okruchy  miłości,

tkliwości, macierzyńskiego szczęścia, ale czuła też żądzę zgniecenia gołymi
rękami tej maseczki.

Gdy Magnus zaciskał piąstki i krzyczał, miała sucho w ustach i szum w

skroniach... To był Hyde!...

Godzinami  siedziała  w  fotelu,  patrzyła  na  obraz  Matki  Boskiej  z

background image

dzieciątkiem  na  ręku.  Twarz  świętej  była  uduchowiona,  wokół  jej  głowy
promieniała aureola. Nad główką dziecka tez byt święty blask. Ono poczęto
było  w  sposób  boski,  jego  matka  pozostała  dziewicą.  Wszystko  było
niepokalane,  czyste...  A  ona?  A  Magnus?  Widocznie,  aby  urodził  się  Bóg,
poczęcie winno być boskie.

A jakie musi być poczęcie szatana?

Któregoś wieczora jak w transie podeszła blisko i przebiła płótno nożem.

Potem ukryła obraz za kufrem w piwnicy.

Na  ścianie  pozostała  jasna  plama.  Kazała  zrobić  portret  Magnusa  ze

zmienionymi  ustami  i  zmienionym  nosem,  powiesiła  ten  portret  na  miejscu
obrazu Niepokalanej .

Mijały tygodnie, miesiące. W domu było cicho i spokojnie. Matka żyła w

izolacji  na  piętrze,  ona  z  dzieckiem  jak  sosna  i  małe  drzewko  obok  siebie.
Czasami  w  tej  ciszy  czuła  coś  z  nadchodzącej  apokalipsy.  Dni  były  jak
spadające krople z rynny, kapały, kapały...

Na  stryszku  pod  dachem  jaskółki  miały  gniazdo.  Magnus  wybrał  młode

ptaki, ułożył na desce i rozdeptał. Gdy przyleciała jaskółka matka, złapał ją,
oskubał z piór i źdźbłem słomy ranił skaczącego po trupach piskląt upiorka.
Śmiał  się  przy  tym,  bełkotał  jak  Hyde...  Zemdlała.  Łoskot  na  schodach
przywołał ojca. Znów znalazła się w szpitalu. Spadła z kondygnacji.

Przebudzenie  przyniosło  refleksje...  -  Czyżby  szatańskie  poczęcie

rzeczywiście przyniosło narodziny diabła?... Zaraz, zaraz, nieszczęsna matko,
dzieci  w  pewnym  wieku  miewają  sadystyczne  odruchy.  Masz  kompleks,  ty
powinnaś  się  leczyć...  A  jednak  padła  mozolnie  stawiana  konstrukcja...
Magnus  to  szakal,  szakalowa  matko.  Ulga  przyszła  jednak  szybko.  Nowe
odkrycie bolało jakoś nie po ludzku, jak boli brzozę, gdy drwal w jej miąższ
wbija  klin.  Była  przecież  drzewem.  Wieczorem  przyszedł  ojciec.  Postarzał
się, przygarbił. Zrobił gest, jakby chciał wziąć ją za rękę. Cofnęła dłoń.

- Co się stało? - zapytała.

- Widziałem, co zrobił Magnus...

-  Zwyczajnie  dziedziczy  -  powiedziała  jak  o  śniegu,  który  topnieje  na

wiosnę.

Po  tym  wydarzeniu  senior  Tellier  pojechał  do  Londynu  zasięgnąć  opinii

background image

wybitnych  specjalistów.  Tym  razem  nie  poszedł  jedynie  do  „instytucji
miłosiernych", nie usłyszał więc, że Bóg nie pozwoli skrzywdzić niewinnego
dziecka.  Profesor  akademii  przedstawił  mu  liczne  przykłady  dziedziczenia
jako oczywistego prawa natury.

Magnus  nadal  rozwijał  się  dobrze.  Obserwowała  go,  czytała  mu,  uczyła

miłości do tego, co żyje. Kiedyś zapytał, gdzie jest jego tatuś. Często wracał
do tego pytania.

Chciał  mieć  ojca.  Mówiła,  że  jego  tatuś  zginął  na  morzu,  kiedy  on  był

mały. Nie wierzył. Raz powiedział, że on nie miał tatusia, a ksiądz mówi, że
mamusie  tych  dzieci,  których  tatusiów  nikt  nie  widział,  powinny  się
wstydzić.  Zaprzyjaźnił  się  z  Olafem,  nieco  starszym  synem  znanej  aktorki
szanowanego  profesora  greki.  Rodzice  Olafa  byli  sąsiadami  z  niedalekiej
willi. Była zadowolona z tej przyjaźni. Olaf pochodził z dobrego domu, był
dobrze wychowany. Spokój znów jednak został zakłócony. Znalazła między
rzeczami  syna  buteleczkę,  w  której  konały  robaki  i  owady.  Były  tam
pszczoły,  trzmiele,  muchy,  ćmy.  Znalazła  też  słoiki,  w  których  robaki  i
owady były żywcem poprzekłuwane szpilkami. Lekarze specjaliści uspokoili
ją.  Twierdzili,  że  odrażające  zabawy  nie  świadczą  jeszcze  o  niczym,  że
chłopcy  w  tym  wieku  bawią  się  w  przemoc,  i  że  wynika  to  z  ich  męskiej,
kształtującej się dopiero natury.

Spostrzegła  także,  iż  Magnus  jest  bardziej  rozwinięty  niż  rówieśnicy.

Kadłuby  statków,  które  wycinał  z  drewna,  rysunki  pałaców,  samolotów,
samochodów miały odpowiednie proporcje. Potem zaczął rysować i wycinać
pistolety, bomby, granaty. Zadziwiająco był w tym pojętny. Znów przeraziła
się.  Znów  uspokoili  j  ą  psychoanalitycy.  Kazali  jej  leczyć  się  z  kompleksu,
który  uznali  za  groźny.  Leczyła  się.  Pracowała  nad  testami,  studiowała
odpowiednią literaturę, brała przepisane środki. Magnus poszedł do szkoły i
uczył się dobrze...

Pewnego  dnia  zastała  go  na  strychu,  gdy  przy  pomocy  specjalnie

skonstruowanego  urządzenia  rozdzierał  kotkę  ogrodnika.  Zwierzę  miało
sześć młodych kociąt. Rozdzierana matka miała zaklejony plastrem pyszczek,
aby kaźń mogła odbywać się w ciszy.

Znowu  obudziła  się  w  szpitalnej  separatce.  Powoli,  z  oporami,

przypominała sobie zdarzenia, które miały miejsce tamtego dnia. Początkowo
nie pamiętała nic, prawda spływała na nią falami, wypełniała świadomość nie

background image

od  razu,  ale  jak  przybój,  którego  poziom  zwiększa  się  i  zwiększa.  Rozdarta
kotka  jeszcze  krwawiła.  Pełzał  po  niej  kret.  Po  szyi  Magnusa  biegał
piwniczny robak ze szczypcami na odwłoku. Chwyciła upiora i zaczęła dusić,
biła jego głową o krokiew, miażdżyła maskę rękami, przewróciła go... Biła,
aż  u  stóp  miała  zmasakrowanego  potworka.  Ocknęła  się,  popatrzyła
uważniej, to nie był skorpion, to był Magnus.

Leżała  w  sali  z  drzwiami  bez  klamek.  Okaleczyła  dziecko,  czekała  ją

rozprawa.  Znów  pojawiły  się  hieny  z  aparatami  fotograficznymi.  Znów
znalazła się na okładkach magazynów i pism.

Magnus miał uszkodzone oko, wstrząs mózgu... Postanowiła umrzeć, ale

w domu obłąkanych nie miała możliwości targnięcia się na życie.

Sprawa stała się publiczna, prysnął mit o świętej matce.

...Przygniatały  ją  wspomnienia  jak  lawa,  ciężkie,  brunatne,  pełne

palącego  wciąż  jeszcze  ognia.  Obcowanie  z  morzem  powoli  jednak  robiło
swoje. Czuła, że ta lawa kruszeje, rozpada się, stygnie. Chwilami zapominała
o  Albakorze.  Był  kiedyś  czas,  że  była  dziewczyną  jak  inne,  śmiała  się,
pragnęła mieć męża, dzieci, dom...

Wicher  uderzył  w  burtę,  szarpał  siecią,  zagrał  metalowymi  pływakami

podzwonne zachodzącemu słońcu.

Wiatr  tężał,  na  szelfie  często  piętrzyły  się  wysokie  fale  i  zacinał  ostry

deszcz. Kuter wędrował wówczas po górach wodnych, w dół i do góry. Praca
w kambuzie była trudna.

Szyper  zadowolony  mówił,  że  gdyby  nie  smacznie  gotowana  strawa  i

czystość wszędzie, nie wiedziałby, że jest kobieta na statku. Nowy kierunek
wichrów zmienił puste sieci w pełne. Ludzi od pracy bolały ręce. Szedł tłusty
piękny  śledź.  Zapełniały  się  beczki  w  ładowniach.  Z  niechęcią  myślała  o
powrocie do portu. Tu, mimo sztormowej pogody, było inaczej.

Czas  przemijał...  A  piętno?  Piętno  stawało  się  jak  film  o  zupełnie  kimś

innym.

Proces  o  okaleczenie  dziecka  rzucał  światło  na  sprawę  psychiki

zgwałconej  i  przymuszonej  do  rodzenia  kobiety.  Był  cichy  i  bez  wyroku
okazującego. Ojciec stracił przywileje. Matka w pokoju na górce zapadła w
cichy  obłęd.  Senior  Tellier  odwiózł  Magnusa  do  przyklasz-tornej  szkoły,

background image

gdzieś  na  drugim  końcu  wyspy.  Wróciła  do  domu.  W  nocy  przychodziły
sny...

...Czyjej  losy  nie  potoczyłyby  się  inaczej,  gdyby  wówczas  nie  znalazła

broni?

Uprawiając  ogródek  odkryta  pod  parkanem  walizkę.  Zabrała  z  niej

pistolet  maszynowy...  W  prasie  wybuchła  sprawa  zgwałconej  dziewczyny,
której  zabroniono  wyjechać  za  granicę,  żeby  nie  mogła  przerwać  ciąży.
Wydarzenie  stało  się  przyczyną  społecznych  niepokojów.  Organizowano
wiece.  W  telewizji  wygłosiła  przemówienie  parlamentarzystka  nawołując,
aby  społeczeństwo  nie  pozwoliło  na  zamordowanie  dziecka  poczętego
wzywała, aby dziewczynę zniewolić w klinice, aż do rozwiązania.

Ona napisała list do tej parlamentarzystki oraz kilku gazet i pierwszy raz

podpisała się Albakora.

Tylko mali szaleńcy nie mają idei - pi sała. - Ludzie, którzy niosą wielki

obłęd  są  nawiedzeni,  a  ich  racja  „święte".  Tacy  tworzą  dla  swojej  sprawy
specjalny  język...  Nie  ma  płodu,  tylko  dziecko  poczęte...  dziecko  poczęte,
które  w  stanie  embrionalaym  jest  już  człowiekiem,  a  przerywanie  ciąży
zabijaniem ludzi, bo ludzie są dla ciebie rekwizytami, zarówno ci już żyjący i
broniący  się  przed  skutkami  gwałtów,  jak  bezdomni,  bezrobotni,  chorzy  i
jeszcze  nie  urodzeni.  Chodzi  o  nieograniczoną  władzę,  aby  można  było
zabronić transfuzji, transplantacji, rozwoju nauk medycznych w zależności
od będącej u władzy sekty...

Sprawiedliwi  i  światli  -  pisała  dalej  -  powiedzieli  już  na  ten  temat

wszystko,  Dla  szaleńców,  połączone  komórki  męskie  i  żeńskie  są
człowiekiem,  kobieta  zaś  czerepem,  w  którym  taki  płód  może  rozwijać  się
wberwjej woli...

...Skazałabyś  człowieka,  który  spalił  worek  kiełkujących  żołędzi,  za

spalenie dębowego lasu?

W sowietach przez trzy ćwierci wieku nie było przyjaciół, braci, kolegów,

byli  towarzysze.  Nie  było  ludzi  były  masy,  nie  było  przeciwników
politycznych,  byli  wrogowie  ludu.  Zakłamany  język  skompromitowany
został  przez  komunę.  Jeżeli  pojawia  się  znowu,  stanowi  dla  społeczeństwa
ostrzeżenie. Póki dogmaty celebrowane są w świątyniach, jest to modlitwa,
jeżeli  zaczynają  obowiązywać  w  parlamencie,  biada  narodowi,  który  na  to

background image

pozwoli.  Pomyśl,  jaki  przymus  rodzenia  może  mieć  wpływ  na  najwyższą
wartość  -  miłość  matki,  I  nich  ci  Bóg  z  ludzkich  serc,  a  nią  walczących  o
świecką władzę ambon, wybaczy".

background image

Albakora

Usłyszała  w  radiu,  że  na  ulicach  Segers  odbędzie  się  manifestacja,  jako

sprzeciw  wobec  referendum  w  sprawie  wydania  paszportu  zgwałconej
dziewczynie.

Jak  lunatyczka  zapakowała  znalezioną  broń  do  futerału  po  skrzypcach.

Stanęła  na  rogu.  Nie  czekała  długo.  Pochód  posuwał  się  środkiem  ulicy.
Hasła były wypisane na płótnach i kartonach:

MACIERZYŃSTWO 

JEST 

BŁOGOSŁAWIEŃSTWEM!

POWSTRZYMAĆ

ZWYRODNIAŁĄ MATKĘ! ZBRODNIARCE MÓWIMY NIE!

Starsze  panie  krzyczały,  wygrażały  parasolkami.  Z  tych  okrzyków  nie

wynikało, że młode kobiety mają rodzić poczęte przez gwałt dzieci, że mają
je  karmić,  wychowywać  i  kochać.  One  po  prostu  miały,  nie  przeszkadzać,
żeby  im  się  te  dzieci  rodziły...  Dzieci  miały  się  rodzić  tak  jak  przedmioty
rzucane z góry spadają na dół... Kto temu przeszkadzał, był wrogiem owego
„ludu", który miała przed sobą...

Przez  lata,  mimo  olbrzymiego  wysiłku,  nie  może  przypomnieć  sobie  co

myślała tuż przed momentem zero...

Dlaczego nie załamała się nie odwróciła, nie odeszła...

Pistolet maszynowy w jej rękach szarpnął raz i drugi, potem zaczął drżeć,

trzymała  go  mocno.  Zobaczyła  buchający  z  lufy  ogień.  Nie  słyszała  nic.
Upadły  krzyże,  strzelała  już  w  pustą  ulicę.  Manifestanci  znikli,  ukryli  się  w
bramach i za parkuj ącymi samochodami.

Na asfalcie leżało kilka krwawiących ciał. Jedna kobieta nie upadła i nie

ukryła się. Stała i patrzyła na nią, zrobiła krok do przodu, patrzyła jej w oczy.
Robiła  wrażenie  osoby  istotnie  świętej.  Ona  nie  wytrzymała  spojrzenia
tamtej.  Nacisnęła  ponownie  spust  znów  zobaczyła  ogień.  Potem  stała  z
dymiącą  bronią  w  rękach.  Dookoła  panowała  cisza,  taka  że  widziała  jej
głębię.  Nikt  nie  podchodził,  nikt  jej  nie  aresztował.  W  tej  ciszy,  z  bocznej
ulicy wyjechał motocyklista, zatrzymał się. Ubrany był, w czarne, cętkowane
metalem skóry. Na głowie miał czarny kask. Wciągnął ją na siodło za sobą.
Motor ruszył, podskakiwał na krawężnikach, zjechał gdzieś ze schodów.

background image

Nie było ważne kto ją porwał i gdzie wiezie. Przychodząc na to miejsce

liczyła,  że  zginie.  Nie  zginęła...  Więc  zrobiła  to,  strzelała  do  tłumu.
Dlaczego?  Motocykl  pędził,  pochylał  się  na  zakrętach,  znowu  zjechał  z
jakichś schodów. Gdzieś dalej przerzucono ją do samochodu, który zatrzymał
się wreszcie.

W niewielkim pokoju zdjęto jej krepę z oczu. Wskazano łazienkę i łóżko.

Wieczorem  jacyś  ludzie  poprosili  ją  na  kolację.  Nie  mogła  jeść.  Młoda
kobieta  posłała  jej  łóżko.  Nie  mogła  spać.  Senne  koszmary  zmieniały  się.
Robak ze szczypcami na odwłoku biegał między ciałami kobiet leżących na
asfalcie,  zmasakrowana  twarz  Magnusa  patrzyła  pustym  oczodołem,  w
rękach  jej  szarpał  się  automatyczny  pistolet...  Rano  przyszła  do  pokoju
dziewczyna  i  przyniosła  nowe  ubranie.  zabierając  jej  wszystko,  co  miała
dotychczas.  Przyniosła  też  gazety.  Na  czołówkach  były  zdjęcia  i  relacje  z
masakry jakiej dokonała.

Nie  miała  już  powrotu  do  dawnego  życia.  Wieczorem  poproszono  ją

przed oblicze bossów.

...W fotelach siedziało dwóch mężczyzn i kobieta.

- Z kim działałaś? - pudło pierwsze pytanie.

- Sama - odpowiedziała zgodnie z prawdą.

- Jesteś Albakora? -Tak.

- Skąd miałaś broń? Odpowiedziała skąd.

-  Zgadza  się  powiedziała  dziewczyna.  -  Ten  pistolet  zginął  z  walizki

pospiesznie ukrytej w krzakach.

- Dlaczego to zrobiłaś? -Za gwałt...

-  Tak...  znamy  twoją  historię.  My  też  szykowaliśmy  zamach  na  te

staruchy.  Chodzi  o  terror...  rozgłos...  Będziesz  nam  potrzebna.  Znamy  twój
list  do  tej  z  parlamentu.  Jesteś  zdeterminowana,  zdolna,  ale  głupia.  Jaki
miałaś plan odwrotu?

- Nie zamierzałam uciekać.

- Tu nie będziesz robić takich rzeczy. Inaczej powyrywamy ci palce z rąk.

Pojedziesz na kurs, zrozumiałaś?

background image

- Zrozumiałam - usłyszała swój głos.

Przez  kilka  dni  leżała  w  pokoju,  patrzyła  w  sufit.  Bosowie  znikneli,

została  tylko  Valkiria,  dziewczyna  młodsza  od  niej,  ładna,  nic  nie
wskazywało,  że  jest  terrorystką.  Zapytała  tę  dziewczynę  dlaczego?  Valkiria
wzruszyła ramionami.

-  Tak  się  złożyło  odpowiedziała.  -  Przedtem  studiowałam  muzykę  w

konserwatorium, Poczytaj prasę, często o mnie

piszą.

Z  przyniesionych  gazet  dowiedziała  się,  że  poraniła  6  osób.  Nikt  nie

zmarł.  W  telewizji  ciągle  pokazywano  jej  fotografie...  Albakora...  -  Elwira
Tellier  -  terrorystka.  Terrorystka  z  Segers...  Elwira  Tellier...  poszukiwana
listem gończym.

Któregoś  dnia  przysłano  jej  charakteryzatorkę.  Została  mężczyzną  w

średnim  wieku.  Ele-gantem  z  czarną  bródką  i  przystrzyżonymi  wąsami.
Dostała dyplomatkę z dokumentami i „transakcjami w toku". Miała godzinę
na  nauczenie  się  wszystkiego,  nazywała  się  John  Wa-ren,  była  dealerem
firmy produkującej lotnie.

Wyprowadzono  ją  z  kwatery  i  szybko  znalazła  się  na  promie,  potem  u

„rodziny" w Londynie. Po dwóch dniach poleciała dalej. Czasami myślała, że
to  znowu  koszmarny  sen.  Widziała  przed  sobą  skamieniałe  twarze  kobiet  i
czuła  szarpiący  się  w  dłoniach  przedmiot.  Widziała  krwawiące  na  asfalcie
ciała... I to spojrzenie kobiety, która do końca patrzyła jej w oczy. Nie chciała
już zabijać... strzelać, detonować bomb. Jej rachunek został wyrównany. Nie
chciała niczyjej śmierci, ran, bólu... Przekorny los zrządził inaczej...

W pustynnym jarze, w cieniu kilku palm stały baraki. Dookoła były tory

przeszkód,  tarcze,  rusztowania.  Od  świtu  pluły  żelazem  z  jej  rąk  karabiny,
pistolety,  granatniki,  automaty  ukryte  w  gitarze,  kulach  dla  kaleki,  lewarku
do podnoszenia samochodu. Oko, luneta, muszka, cel... Oko, luneta, muszka,
cel...  Zawsze  sylwetka  człowieka...  Strzelanie,  bieg  przez  przeszkody,
prowadzenie samochodu po wertepach, szaleńcza jazda motocyklem i znowu
plujące ogniem maszyny do uśmiercania. Znów była rozdarta, znów narastał
w  niej  bunt.  Po  co  jej  taka  szkoła.  Ale  tym  ludziom  nie  mogła  powiedzieć
prawdy... Jeżeli będziesz nieposłuszna wyrwiemy ci palce z rąk...Po miesiącu
szkolenia obudzono ją w nocy. I przed żwirowy placyk zajechała furgonetka.

background image

Wyprowadzono z niej dwóch mężczyzn i kobietę.

- To zdrajcy - powiedział Indianin, jeden z dowódców obozu.

- Sprzedali się władzy... -Rozebrano nieszczęsnych do naga, przywiązano

do  palm.  Indianin  położył  kańczug  na  piasku,  pleciony  rzemienny  bat  z
ołowianą kulką na końcu. Potem ujął bykowiec i uderzył wszystkich troje po
kolei pierwszy raz.

Na  plecach  mężczyzn  i  kobiety  pojawiły  się  broczące  krwią  pręgi.

Półmrok nocy w świetle księżyca rozdarły krzyki, potem jęk. Każdy po kolei
musiał  ująć  bicz  i  zrobić  to  samo.  Ona  biła  już  w  zwisające  na  więzach,
krwawe  korpusy,  które  nie  krzyczały.  Potem  wykopali  dół  i  wrzucili  weń
żywych jeszcze ludzi. Po ofiarach zginął ślad na pustyni.

Na  rannym  apelu  Indianin  powiedział,  że  taki  los  spotka  każdego  za

najmniejszą próbę zdrady. Od tej pory chodzili po grobie, który chociaż nie
zaznaczony, krył trupy w środku żwirowego placu...

I  znów  strzelanie,  bieg  przez  przeszkody,  zawrotna  jazda  samochodem

między  rozstawionymi  beczkami,  pot  zalewający  twarz,  piasek  w  ustach,
uszach,  włosach...  Potem  -  bieg  przez  pustynię.  Bieg  do  utraty  tchu
przytomności, rozumu. Gdy zdawało się, że nie zrobi już kroku, podrywana
serią  kul  tuż  pod  stopami  biegła  przez  wydmy,  wyrwy,  padaj  ąc  dopiero  na
wyznaczonej mecie.

Znów podróż przez pustynię, lot samolotem, mistyfikacje z przebraniem i

powrót do kraju... Nowa postać, oczekiwanie na pierwsze zadania. Zupełnie
nowi - wodzowie, żadnych kontaktów.

Wreszcie nadszedł następny dzień zero.

Eleonora Zadz prowadziła sklep z tytoniem.

Ostatnio  występowała  jako  świadek  oskarżenia  w  procesie  przeciwko

zgwałconej dziewczynie, ofiara gwałtu, za wyzwolenie się od jego skutków,
została skazana.

Otrzymała  fotografię  karty  lekarskiej  Eleonory,  informacj  ę  o  jej  mężu,

dzieciach, życiu towarzyskim.

Ofiarę porwano, gdy wracała z mityngu. Przywieziono ją na peryferie do

z  góry  przygotowanej  piwnicy.  Była  nieprzytomna  z  przerażenia.  Uklękła  i

background image

zaczęła  się  modlić.  Przerwali  jej  tę  modlitwę  kopniakiem.  Upadła...  Ona
przygotowując  ten  spektakl  chciała  być  bezwzględna  jak  szakale.  Pozostało
w  niej  jednak  coś  z  człowieka.  Wiedziała,  że  wystarczy  jeżeli  wszystko
zorganizuje według wzoru jaki sama przeżyła. Makabryczny szantaż kretem
był  jednak  dla  niej  poza  wymiarem  ludzkiego  czynu.  Poprzestała  na  trzech
osiłkach  ucharakteryzowanych  na  rzezimieszków,  robactwie  i  stosie
brudnych szmat w rogu piwnicy.

Eleonora  rozpoznała  ją  -  Albakora...  -  wyszeptała  przerażona.  Ona  Stała

nad ofiarą z batem w ręce.

Eleonora zasłaniała rozpaczliwie piersi.

-Nie! Nie!.., Błagam! - charczała.

-Nie  chcesz  stanu  błogosławionego?  -  Albakora  drwiła  strzelając  batem.

Eleonora  straciła  przytomność.  Jeden  z  osiłków  wylał  na  nią  kubeł  wody.
Ocknęła  się,  znów  próbowała  uklęknąć,  znów  została  zwalona  kopniakiem.
Zaczęła się orgia uwłaczająca godności nie tylko ludzkiej.

Gdy  trzech  zbirów  zrobiło  swoje,  ona  wylała  na  półprzytomną  następny

kubeł wody. Tamta odzyskała przytomność.

-  Słuchaj  -  warknęła  Albakora  to  są  psychopaci,  półkretyni  i  mordercy.

Będziesz miała takie dziecko...

Eleonora zerwała się ostatkiem sił jak kiedyś ona.

- Nie!... Nie! - bełkotała niczym nawiedzona.

Jeden z gwałcicieli podszedł do niej z obleśnym uśmiechem, jakby chciał

ją pocałować.

-  Musisz  pokochać  to  dziecko  -  powiedziała  nakazującym  tonem

Albakora.  -  Ono  będzie  z  woli  Boga.  Już  je  kochasz,  prawda?  Czujesz  tę
miłość? - dręczyła Eleonorę.

Tamta  jakby  ocknęła  się  z  otępienia.  Spojrzała  na  Marię  Elwirę

półprzytomnie.

Maria  przypomniała  sobie,  że  w  czasie  swej  kaźni  po  wysiłku  walki  z

oprawcami  i  godzinach  gwałtu,  poza  bólem  fizycznym  i  rozpaczą,  wielkim
cierpieniem  było  pragnienie.  Dusiła  się  z  tego  pragnienia  Eleonora  miała
suche  krwawiące  usta.  Maria  Elwira  podeszła  do  koszyka,  wyjęła  puszkę

background image

pepsi, zerwała kapselek i podała napój nieszczęsnej. Tamta chwyciła puszkę
piła  łapczywie.  Była  całkiem  obnażona  i  nie  zasłaniała  się.  Wypiła  płyn  i
dyszała jak zwierzę.

-  Chcesz  jeszcze?  -  zapytała  Albakora.  Tamta  skinęła  głową.  Wypiła

drugą puszkę. Marii Elwirze przyszło do głowy, że stwórca zrobił błąd. Nie
powinno być możliwe takie upodlenie człowieka przez innych ludzi.

W  mrocznym  pomieszczeniu  zapanowała  ponura  cisza.  Po  piersiach

Eleonory  chodził  duży  czarny  robak,  inne  dwa  biegały  jej  po  udach.  -
Nieszczęsna  nie  reagowała.  Patrzyła  na  Marię  Elwirę.  Maria  wytrzymała  to
spojrzenie. Eleonora odwróciła wzrok.

-  Ciebie  też  tak  zgwałcili?  -  zapytała  niespodziewanie  głosem  niemal

normalnym. Maria wzdrygnęła się.

-  Nie  poznałaś  prawdziwych  szakali...  ja  byłam  zmasakrowana...-

odpowiedziała też jakoś dziwnie.

- Mścisz się?

-  Nie.  Walczę.  Nakaz  rodzenia  po  gwałcie  to  zbrodnia.  Uwierz

doświadczonej, skazana jesteś na koszmar, dziecko na pogardę. Czarny robak
z  szyi  Eleonory  wszedł,  jej  na  twarz,  ocknęła  się,  zrzuciła  go.  Przymknęła
oczy, osunęła się na odrażające posłanie. Któryś z gwałcicieli chwycił kubeł
wody. Maria Elwira powstrzymała go.

Z  pierwszej  budki  zadzwoniła  na  pogotowie  i  policję...  Przestawiła  się,

zapowiedziała,  że  to  był  gwałt  pierwszy  w  zaplanowanej  serii,  podała  adres
piwnicy,  gdzie  pozostawili  Eleonorę.  Zadzwoniła  do  kilku  redakcji,
powiedziała to samo. Rzuciła słuchawkę, wróciła do lokalu konspiracyjnego.

Następnego  dnia  zaczęła  się  wrzawa.  Gazety  krzyczały:  Bestialskie

gwałty  nowym  aktem  terroru!.  Albakora  wyszła  z  ukrycia!  Ofiarą  zbrodni
znana działaczka katolicka...

Hieny  dziennikarskie  grzebały  teraz  w  tragedii  Eleonory.  Za  Albakorą

znów rozesłano listy gończe. Policjanci mieli jej fotografie w samochodach,
pokazywano  ją  w  dziennikach  telewizyjnych...  Krwawa  Albakora!...  Boss
terroru -

Albakora!... Albakora gwałci ci elka!... Tymczasem było inaczej. Ona już

nie chciała napadać, strzelać, organizować przemocy. To się w niej wypaliło.

background image

Zapragnęła: spokoju. Chciała w pierwszej akcji zginąć, myślała o truciź-nie.
Coś jednak trzymało ją na tym świecie. Nie przypuszczała wówczas, ile było
jeszcze przed nią buntu, walki i cierpienia.

Zamieszkała  z  nią  Dalida,  dziewczyna,  z  którą  dzieliła  kwaterę  w

Libanie. Było to ich pierwsze spotkanie od tamtego czasu. Piły whisky, paliły
marihuanę. Dalida zapytała, co stało się z jej gwałcicielami. - Nie wiedziała.

Kiedyś,  gdy  oczekiwała  na  urodzenie  Magnusa,  budziła  się  w  nocy  i

wydłubywała  oczy  szakalom.  Wówczas  przynosiło  jej  to  ulgę.  Wymyślała
tysiące okrucieństw, które zadawała gwałcicielom.

Od  czasu  jednak,  gdy  porzuciła  dziecko,  zgniotła  w  sobie  takie  uczucia.

Jej Bóg wysłuchał ją, stała się drzewem

- To nie byli bojownicy, to byli bandyci - powiedziała wtedy Dalida. - W

organizacji  za  taką  samowolę  czekałoby  ich  to,  co  tych  na  pustynnym
poligonie, pamiętasz?... Hyde był uciekinierem z sowieckiego statku. Dostał
azyl we Francji, potem działał w brygadach Orga-nisation de I Arme Secete.
Strzelał  do  chorych  w  szpitalach,  wysadzał  autokary  z  dziećmi.  OAS  nie
przebierała w środkach.

Hyde początkowo był poszukiwany pod przezwiskiem Czarny Iwan. Gdy

Francuzom  udało  się  rozpędzić  OAS,  przyjechał  tu.  Początkowo  udawał
bojownika  walczącego  po  jednej  stronie.  Wkrótce  jednak  zaczął
wynajmować  się  także  przeciwnikom...  -  Tyle  dowiedziała  się  o  ojcu
Magnusa od Dalidy.

... Czarno - biały film urwał się znowu. Rybacy byli głodni.

Graham Barents przyniósł kubeł świeżego dorsza. Pomyślała, że usmaży

go w oleju i poda z czipsami.

Ryba...  Tu  wszystkim  była  ryba.  Jedynie  ludzie  spięci  linami  i

zmierzający  na  szczyt  zapatrzeni  są  w  swój  cel  tak,  jak  rybacy  w  rybę.
Przerywający  motor,  przeciwny  wiatr,  porwana  sieć,  nadchodzący  sztorm,
wszystko to nie godzi w ludzi, godzi w ilość złowionej ryby.

Przy  krótkich  posiłkach  nie  mówiono  o  szansach  partii  w  wyborach,  o

kobietach, porwanym dyplomacie, rozbitym odrzutowcu. Mówiono o tym, że
śledź  idzie  mały  i  przypływ  jest  zbyt  wielki...  A  jeżeli  mówiono  o  słońcu,
powietrzu, też sensem tego była ryba. Graham Barents i pozostali mężczyźni

background image

nie  tylko  mówili  o  rybie,  ale  też  wyłącznie  o  niej  myśleli.  Ryba,  zaciągi,
beczki, tony złowionej ryby, to był jedyny świat.

I  właśnie  rybą  zaczęła  wypierać  z  myśli  Marii  -  Elwiry  wspomnienia

zacierać  piętno.  Dopiero  ryba  przytłoczyła  dni,  miesiące,  lata  spędzone  w
„Armii". Tu zacierały się twarze Dalidy, Valkirii, Terrego, Presili, zdarzenia
w akcji na bank i w porwanym samolocie, a dni w „Armii", na akcjach i w
lokalu konspiracyjnym wydały się podobne, jak ziarnka pustynnego piasku w
Libanie.  Spędzała  tam  wówczas  samotne  godziny  przed  telewizorem,
przerzucała stosy gazet lub patrzyła na płaską ścianę tuż przed sobą. Sięgała i
po  słomkę  i  stawało  się  jakby  lepiej.  Siadając  daleko  od  okna  patrzyła  na
ulicę.  Tam  był  wrogi  świat.  Ona  była  w  inkubatorze,  opuszczenie  tej  klatki
groziło śmiercią. Do Albakory można było strzelać bez ostrzeżenia. Świat za
oknem był duży, inkubator mały... Dziwne, ale ciągle wracała do niej sprawa
Eleonory.  Sprawa  ta  przerosła  strzały  w  Segers...  Było  dla  niej  niezwykle
ważne,  co  tamta  zrobi.  Urodzi  i  wychowa  dziecko,  czy  też  nie.  Pragnęła
zwycięstwa  Eleonory.  Żywiła  nadzieję,  że  wiara  tamtej  jest  słuszna,  a  ona
Maria  Elwira  znajdzie  jeszcze  siłę,  aby  trafić  na  Magnusa  i  też  jakoś
zwyciężyć.

Zbrodnia,  którą  kierowała,  nie  mogła  równać  się  z  tą,  którą  przeżyła

sama. Eleonora nie była katowana, nie

bezczeszczono jej wszelkimi innymi sposobami, zaniechano potworności

z  kretem...  Potem  ona,  Maria  Elwira  pragnęła,  aby  Eleonora  okazała  się
istotnie matką heroiczną. Byłoby to zwycięstwem czegoś bardziej wielkiego
niż  tylko  godność  ludzka.  Zaczęła  pisać  do  Eleonory  list.  Wyjawiła,  że
gwałciciele nie byli zwyrodnialcami ani debilami, bo istotnie byli to młodzi,
wykształceni ludzie, tylko tacy, których zawiłe ścieżki zaprowadziły na drogę
terroru.  Podarła  ten  list,  bo  wysłanie  go  byłoby  niesubordynacją,  za  którą
groziła  śmierć.  Pragnęła;  aby  zwyciężyły  racje  wyższe,  pragnęła,  żeby  te
racje nie były pustymi hasłami. Nie wiedziała co zrobi tamta... Czekała.

... Hyde, gwałt, kret, ojciec w pierwszej ławce przed kościelnym ołtarze,

Magnus...  to  był  pożółkły  stary  film.  Nie  była  już  przecież  nawet  drzewem.
Była szakalem, cóż ją więc mogły obchodzić losy wilkołaków?

Zatarł się, zmalał, oddalił obraz dni, miesięcy, lat spędzonych w „Armii";

tylko  gwałt  Eleonory  i  jeszcze  kilka  zaledwie  epizodów  pozostawały  ciągle
jak żywe. Presila, co się stało z Presilą? Właśnie Presila pozostała dziwnie jej

background image

bliska...

...Różaniec 

Albakory... 

Twarz 

porwanego 

dyplomaty, 

gdy

zakomunikowano  mu,  że  władze  odmówiły  okupu...  I  to  spotkanie  w
porwanym samolocie... Monotonny, metaliczny brzęk silników i cichy szum
powietrza.  Zastygłe  w  niemym  oczekiwaniu  twarze  ludzi.  Widok  strachu
jakby zmaterializowanego w oczach i kącikach ust mężczyzn, kobiet, dzieci.
I on, o którym często myślała. Spostrzegła go, gdy wodziła lufą pistoletu po
rzędach zamienionych w woskowe figury pasażerów.

On teraz siedział z żoną i kilkuletnią córką. Byli bladzi podobnie jak inni.

Patrzył  w  bok,  udawał,  że  jej  nie  poznaje.  Pomyślała,  że  powinna  uczynić
podobnie.  Instrukcja  mówiła  wyraźnie...  Wszyscy  pasażerowie  są
jednakowymi zakładnikami. A jednak coś chwyciło j ą za gardło. Zapragnęła,
aby  on  jak  najszybciej  opuścił  ten  samolot,  aby  mu  się  nie  przydarzyło  nic
złego, aby rzeczywiście jej nie poznał. Jego żona, córka właściciela przystani
w  Beldown,  także  ją  poznała.  Patrzyła  w  bok.  Bała  się  rozpoznania  przez
krwawą Albakorę, podobnie jak Wiktor.

Tymczasem sprawy komplikowały się. Teheran nie był pewnym portem.

Istniała możliwość, że lotnisko nie przyjmie maszyny. Tak też się stało.

Boss  dał  jej  znak,  żeby  przemówiła.  Stała  z  granatem  zaczepionym  do

ramienia i półki nad fotelami, automatem w rękach, ładownicami za pasem.
Taką  widywano  ją  na  okładkach  pism  i  ekranie  telewizorów,  w  listach  i
audycjach gończych... Albakora...

- Walczymy o słuszną sprawę - powiedziała. Gotowi jesteśmy na śmierć.

Krótko przedstawiła żądania.

W monotonnym brzęku silników i cichym szumie powietrza jej spokojne,

jakby  metaliczne  słowa  zrobiły  wrażenie.  Coś  nieuchwytnie  zniewalającego
było w akcjach Albakory. Bos-sowie zauważyli to już, gdy stała z dymiącym
automatem  nad  ofiarami  masakry  w  Segers.  W  samolocie  nagle  zapłakało
dziecko  i  rozległ  się  histeryczny  krzyk  kobiety.  Zaterkotał  pistolet
maszynowy, zapadła cisza. Była pewna wówczas, że to koniec. Zamknęła na
ułamek  sekundy  oczy,  gdy  je  otworzyła,  woskowe  figury  w  fotelach  znów
siedziały bez ruchu. Porządek akcji został przywrócony.

-  Stewardesy  mogą  podawać  posiłek  -  powiedziała  do  mikrofonu,

zrównoważonym  tonem.  Można  korzystać  z  toalet.  W  razie  zagrożenia

background image

szarpiemy  łańcuszki  -  wskazała  na  granat  u  ramienia  -  zginiemy  ułamek
sekundy przed wami.

Na  lotnisku  w  Casablance  rozerwała  opaskę  banknotów,  sięgnęła  gdzieś

do dna, wyjęła inny plik, potem jeszcze inny. Pieniądze były używane, miały
różne  numery  z  różnych  serii.  Pobieżnie  przeliczyła  paczki.  Zgadzało  się
wszystko.

W  tej  chwili  od  maszyny  odjechała  cysterna.  Pokwitowała  pieniądze  na

bankowym druku.

- Jest pan wolny - powiedziała do kasjera. - Kobiety i dzieci do wyjścia -

zwróciła  się  do  pasażerów.  Podniósł  się  krzyk,  powstały  zatory  w  rzędach,
tumult.

- Stać! Na miejsca! - podniosła lufę. Trzasnął zamek. Zapanowała cisza.

Kobiety i dzieci usiadły. Skierowała lufę na żonę Wiktora Adamsa.

-  Ta  kobieta  z  dzieckiem  do  wyjścia,  ty  też  -  wskazała  Wiktora.  Tamci

poderwali  się  z  miejsc,  nie  patrzyli  na  nią.  Gdy  znikli  w  otwartym  włazie
ponownie  zezwoliła  na  opuszczenie  maszyny  kobietom  i  dzieciom.  Jakaś
dziewczyna  nie  chciała  wyjść  bez  chłopca,  ktoś  z  kimś  rozpaczliwie  się
żegnał...

Jako  zakładników  na  dalszą  drogę  miała  zostawić  niewielką  grupę

mężczyzn, aż do momentu upewnienia się, że nie są ścigani po opuszczeniu
samolotu.

Dziś  Maria  Elwira  wspomina  tę  akcję  z  gorzkim  uśmiechem.  Wówczas

wszystko  skończyło  się  nadzwyczaj  dobrze.  Karkołomne  wprost,  nierealne
przedsięwzięcie powiodło się w pełni, nie ponieśli najmniejszych strat... Nie
wiedziała wówczas dlaczego...

...A  Prosiła?  Czy  los  Presili  był  podobny  do  jej  losu?  Gwałt  tamtej

polegał na oszustwie. Ją Marię Elwirę zgwałcono brutalnie. Jedni i drudzy jej
oprawcy nie usiłowali zachować jakichkolwiek pozorów.

-  Ty  się  nie  liczysz,  liczy  się  jedynie  nasza  żądza  i  „przekonania".  -

Powiedziano to jej innymi słowami, ale przecież

wprost.

Presilę potraktowano inaczej, jakby mimo wszystko z większą godnością.

background image

Zresztą  Presili  nie  zgwałcono.  Ją  oszukano.  Dziewczyna  była  gadatliwa,
czytała  kiepskie  romanse,  potem  usiłowała  je  opowiadać,  coś  w  nich
zmieniać,  przerabiać.  Jej  gadaniny  pełno  było  w  lokalu,  gdy  były  tam  tylko
kobiety. Mężczyzn unikała, nienawidziła ich bardziej niż ona - Maria Elwira.
Historię  swoją  opowiadała  Marii  przed  ową  pamiętną  akcją  na  samolot.
Porwanie to było ryzykowne. Zdawały sobie sprawę, że idą raczej na śmierć
niż  po  sukces.  Presila  była  dzieckiem  gwałtu  i  kazirodztwa.  Urodziła  ją  14-
letnia  dziewczyna,  zgwałcona  przez  bogatego,  obleśnego  brata  ojca.  Matka
zgwałconej  zabrała  córce  dziecko  i  stworzyła  pozory,  że  ono  jest  jej.  Miała
wówczas córkę. Potem urodził się jeszcze syn. Było ich razem troje chłopak i
dwie dziewczyny.

Inne  życie  było  tych  dwojga  a  inne  Presili.  Dziewczyna  była  służącą,

popychadłem.  Długo  nie  wiedziała  dlaczego,  potem  dobrzy  ludzie
powiedzieli  jej  wszystko.  Widywała  też  Marge-ritę...  Autentyczną  swoją
matkę... Znała jej spojrzenie pełne strachu i niechęci. Unikała Margerity tak, j
ak Margerita unikała j ej.

Piter i Abigaja, „brat" i „siostra" Presili kończyli college, chodzili na bale,

mieli  towarzystwo.  Presila  była  kopciuszkiem.  „Matka"  i  „ojciec"  przestali
ukrywać,  że  traktują  ją  jak  dopust  Boży,  bękarta  i  ofiarę  zwyrodniałego
poczęcia.

Nikt  lepiej  nie  mógł  zrozumieć  Presili  niż  Maria  Elwira.  Sprawa  tamtej

wydawała się dramatem jej i Magnusa jednocześnie.

Nagle  zmienił  się  los  Presili.  Zawieziono  ją  do  kliniki,  zrobiono

szczegółowe badania. Dostała nowe sukienki, buciki... Miała wówczas 20 lat.
Bardzo  zależało  jej  na  pięknych  strojach,  bo  Filip  był  z  dobrego  domu  i
bogaty.  Jeździł  na  wielkim  motocyklu,  z  wysuniętym  daleko  przednim
kołem, należał do klubu. Gdzie było jej popychadłu w domu Londyleyów, do
Filipa  Thalbott.  Ale  Filip  kłaniał  się  z  daleka  Presili  i  proponował  randki.
Presila  pojechała  z  nim  na  piknik,  potem  na  dwudniowy  weekend.  Nie
opierała  się  w  ogóle.  Pierwszy  raz  w  życiu  doznała  szczęścia.  Filip  też  był
szczęśliwy.  Wynajął  pokój  w  starej  willi  na  poddaszu  i  spotykali  się  tam
codziennie. Dziwili się „matce" i „ojcu", którzy przymykali oko, gdy ona nie
wracała na noce.

Tymczasem  Abigaja  ciężko  zachorowała.  Lekarze  nie  wiedzieli  co  było

powodem  zwyrodnienia  jej  obydwu  nerek.  Dziewczyna  marniała  w  oczach,

background image

była  na  ścisłej  diecie,  potem  zaczęła  jeździć  do  Beldown  na  dializy,  groziła
jej śmierć.

Tymczasem  Filip  zdecydował  się  na  małżeństwo  z  Presilą.  Początkowo

dziewczyna  nie  dowierzała  szczęściu,  ale  Filip  z  całą  powagą  poprosił  o  jej
rękę  rodziców.  Wyznaczono  datę  ślubu.  Filip  stał  się  oficjalnym
narzeczonym Presili. Wszystkie szczęścia tego świata spadły na nią w jednej
chwili. Filip był wspaniały, matka i ojciec też zgadywali myśli, nie lubianej
dotychczas córki. Tylko rodzice Filipa pozostali jacyś dalecy i niedostępni. A
Abigaja?  Presila  nienawidziła  Abigai.  Nie  była  to  wzajemna  nienawiść
nieuzasadniona. W domu wiadomo było przez wiele lat, że rację zawsze musi
mieć Abigaja. Ale dziewczyny bywały przecież także poza domem rzadko co
prawda,  ale  zdarzało  się,  że  też  razem,  Presilą  chociaż  nie  tak  ładna  jak
Abigaja, nie była wówczas kopciuszkiem i sympatie częściej kierowały się w
jej  stronę,  niż  pewnej  siebie  i  władczej  wobec  młodszej  dziewczyny  Abi.
Najstarszy syn Colesów Tom okazywał jej wyraźne względy, a jego rodzice
częściej  rozmawiali  i  żartowali  z  nią  niż  wyniosłą  i  zarozumiałą,  zawsze
wystrojoną  „siostrą".  Presila  wówczas,  dzięki  Colesom,  jakby  pozbyła  się
kompleksów... Było tak do czasu, gdy pani Isadorze Coles zginęła broszka z
szafirami.  Zabawa  została  zepsuta.  Państwo  Coles  nie  zawiadomili  policji,
nie  zarządzili  przeszukiwania  gości...  Po  prostu  wszyscy  rozeszli  się  do
domów  ze  spuszczonymi  głowami.  Kto  pozbawił  młodzież  z  okolicy
wspanialej  rodziny,  która  organizowała  pikniki,  weekendy,  zabawy,  kto
rozbił  świetnie  zapowiadające  się  towarzystwo?  To  pytanie  niedługo
pozostało  bez  odpowiedzi.  Po  cichu,  pocztą  pantoflową,  dziewczyna  od
dziewczyny,  chłopak  od  chłopaka  dowiedzieli  się,  że  broszka  wróciła  do
właścicielki... Że faktycznie miała miejsce kradzież, że była złodziejka i była
też uczciwa, szlachetna dziewczyna. Abi na drugi dzień odniosła klejnot pani
Coles.  Błagała  o  dyskrecję.  Powiedziała,  że  precjozo  znalazła  w  torebce
Prosili.  Presila  faktycznie  przy  wszystkich  kiedyś  zachwycała  się  tym
klejnotem.

Pani  Colea  dotrzymała  słowa,  nikt  nie  usłyszał  od  niej  imienia

złodziejki...  Ale  od  Presili  odsunęli  się  wszyscy...  Zła  opinia  przebija
podobno przysięgi o milczeniu, przebija mury tajemnic, nie łamiąc ich i nie
niszcząc.  Presila  dowiedziała  się  o  swym  czynie  ostatnia.  Poszła  do  Toma,
poszła  do  pani  Isodory  Coles,  przysięgała,  że  to  oszczerstwo.  Wysłuchali  ją
oboje,  pokiwali  głowami.  Czy  uwierzyli?  Nie  wiadomo.  W  otwartym  dla

background image

młodzieży domu zabrakło jednak już miejsca dla Presili. Potem przestała też
tam  bywać  Abigaja.  Rodzice  postarali  się  jednak  szybko,  by  starsza
dziewczyna znalazła nowe towarzystwo...

Gdy Abi dostała piękną suknię i wybierała się na bal. Presila wylała jej na

głowę  i  tę  suknię  zawartość  nocnika.  Nie  powiedziała  przy  tym  jednego
słowa.  Potem,  kiedy  straszono  ją  domem  poprawczym  zabrała  wszystkie
suknie i pantofle, oprócz tych, w których sprzątała, powiedziała, że Abi wie
za co ją to spotkało.

Jeżeli  można  mówić  o  głębokiej  nienawiści  w  rodzinie,  to  właśnie  taką

nienawiścią darzyły się Presila i Abi...

Nienawiść  Abi  poparta  wpływem  rodziców,  objawiała  się  codziennie  w

upokorzeniach  jakich  doznawała  Presila.  Nienawiść  Presila  była  cicha  i
bezowocna. Jedynie chyba coraz głębsza.

I oto kapryśny los odmienił wiele. Ukochana i hołubiona przez rodziców

Abi wraz z utratą zdrowia straciła wszystko. Była unieruchomiona, cierpiała,
czekała na śmierć. Odrzucona i poniewierana Presila tymczasem kwitła. Była
zdrowa,  kochała  i  była  kochana,  „rodzice"  dostrzegli  w  niej  dobrą  córkę  i
obsypywali ją i wszystkimi łaskami.

Filip  był  szlachetnym  człowiekiem,  bardzo  przejął  się  losem  Abi.  Pod

jego  wpływem  jej  nienawiść  do  przyrodniej  siostry  straciła  ostrze.  Podczas
odwiedzin  w  szpitalu  widziała  z  dnia  na  dzień  coraz  większe  cierpienia
tamtej  -  było  jej  wręcz  żal  do  niedawna  znienawidzonej  dziewczyny...  No  i
okazało się, że doskonałym dawcą nerki dla Abi może być Presila. Jej grupa
krwi  i  wszystkie  inne  cechy  były  wyjątkowo  korzystne  dla  przeszczepu.
„Rodzice" nie śmieli nawet prosić krzywdzoną do niedawna córkę - nie córkę
o taki dar i poświęcenie. Filip kupił jej pierścionek z brylantem i okazał się
człowiekiem  wielkiego  serca.  Przysiągł,  że  poczeka  ze  ślubem,  że  będzie
kochał j ą do śmierci. Uznał, że powinna ratować siostrę, gdyż życie tamtej
los  złożył  w  jej  ręce.  Nikt  inny  nigdy  nie  namówiłby  Presili  do  takiego
poświęcenia dla znienawidzonej Abi. Czegóż jednak nie dokona miłość. Tym
bardziej, że Filip w tej sprawie był nieustępliwy.

Dziwne,  ale  Presila  jakby  wyczuwając  coś  złego,  długo  pomijała

początkowo  dyskretne,  a  potem  coraz  bardziej  natarczywe  nagabywania
Filipa.  Po  jakimś  czasie  do  sprawy  włączyli  się  „rodzice",  znajomi  i  ksiądz

background image

przyjaciel  bardzo  religijnego  domu  Colesów.  Mówiono  o  poświęceniu  i
miłosierdziu, potem zaczęto mówić o świętym obowiązku ochrony życia, nie
tylko  poczętego,  ale  także  zagrożonego.  Wyprawiono  Presili  i  Filipowi
uroczyste zaręczyny, przedtem oboje młodzi udali się do spowiedzi świętej i
przyjęli  sakramenty.  Presila  promieniała  szczęściem.  Ksiądz  zaprosił
dziewczynę na długą rozmowę. Mówił o grzechu zbrodni na życiu poczętym,
potem  przeszedł  do  sprawy  ratowania  życia  bliźniego  w  ogóle...  Później
Presilę zaprosił doktor, także dobry znajomy pani Coles. Zapewnił, że zabieg
będzie wykonany w znakomitym szpitalu, że faktycznie niesie on minimalne
ryzyko i niebezpieczeństwo, że żyć z jedną nerką można równie dobrze jak z
dwoma... Rozmowa dotyczyła jednak przede wszystkim wartości moralnych
czynu  do  jakiego  namawiano  dziewczynę.  Sprawa  wywodziła  się  od
świętości życia poczętego, bo jaka jest różnica między zabiciem embrionu a
pozwoleniem  na  śmierć  przez  zaniechanie  pomocy  człowiekowi  już
żyjącemu?  Czy  płód  w  embrionalnym  stadium  rozwoju  bardziej  czuje,
bardziej ma świadomość zagrożenia i bardziej cierpi od dorosłej dziewczyny?
- stawiał zdezorientowanej Presili logiczne pytania doktor.

-  Nie  masz  chyba  wątpliwości,  że  zachowanie  życia  poczętego  jest

nakazem  świętym  -pytał  światły  przyjaciel  domu  Colesów,  wychowaną  w
tym  przekonaniu  Presilę,  która  istotnie  nie  miała  co  do  tego  wątpliwości.
Doktor  zniżył  glos.  Znasz  przecież  córko  historię  swego  poczęcia.  Bóg
zrządził,  że  możesz  z  własnej  woli  odpłacić  dobrem  za  dobro...  życiem  za
życie...

Presili  nie  w  głowie  była  ta  filozofia.  Kochała  Filipa,  przestała  już

nienawidzieć  Abigaję  myśląc  o  rychłym  ślubie  i  szczęśliwym  życiu  z
ukochanym. To pochłaniało ją całą.

Dziwiła się, więc swoim oporom, przed spełnieniem woli teraz już całego

otoczenia.  Była  osaczona,  a  jednak  ciągła  odkładała  wyrażenie  zgody  na
dokonanie  przeszczepu.  W  końcu  Filip  postawił  warunek.  Albo  ona  odda
nerkę  Abigai,  albo  on  z  nią  zrywa.  Przeraziło  to  Presilę,  obudziło  jej
niepokój, ale wyboru nie miała. Operacja istotnie udała się. W szpitalu była
obsypywana  kwiatami  i  drogimi  prezentami.  Promienieli  radością  „matka"  i
„ojciec",  promieniał  Filip  i  pełne  szczęście  odzyskała  Abigaja.  Filip  zaczął
przyjeżdżać  do  szpitala  pięknym  sportowym  samochodem,  którego
pochodzenie wydało się Presili niejasne. Szczęście trwało do momentu, gdy
dziewczyna  opuściła  szpital.  Życie  jej  zmieniło  się,  musiała  przynajmniej

background image

przez  pewien  czas  uważać  na  zdrowie,  przejść  na  dietę,  zaniechać  wielu
przyjemności.  Tymczasem  Filip  rozkręcał  jakiś  interes.  Wyjeżdżał  z  wyspy
na cale dnie, potem tygodnie. Zmienił się, przestał mówić o ślubie. „Rodzice"
uśmiechali się do niej jakoś sztucznie...

Abigaja  wyjechała  na  rekonwalescencję  do  Szwajcarii...  Życie  Presili

straciło swój blask, stawało się z dnia na dzień bardziej podobne do tamtego
sprzed  roku,  z  tym,  że  bez  jednej  nerki.  Mimo  niepokoju,  który  narastał,
grom  uderzył  z  jasnego  nieba.  Filip  postanowił  wyjaśnić  sprawę  bez
wybiegów. Poradzono mu podobno, że inaczej nie odczepi się od Presili. Stał
się  bezwzględny  także  dlatego,  że  Colesowie  urwali  mu  pół  „honorarium".
Powiedział  więc  Presili  wprost,  że  niebawem  ożeni  się,  ale  z  inną
dziewczyną. Jego po prostu jej „rodzice" wynajęli, aby przekonał ją do tego,
co  i  tak  powinna  zrobić.  Ratowanie  życia  rozwiniętego  nie  jest  mniejszym
obowiązkiem  chrześcijanki  jak  ochrona  życia  poczętego  -  pouczał  Presilę
Filip  podobnie  jak  ksiądz  i  lekarz.  Gdy  tamta  opowiadała  to  Marii  Elwirze,
Maria czuła jej ból, bezsilność i bunt tak jak kiedyś swój.

- Nic ci nie jestem winny i nie mam żadnych wyrzutów niemal krzyczał

Filip do oniemiałej Presili... Obudziłem jedynie twoje sumienie. Najlepiej nie
przyznawaj się do tego, że nerkę oddałaś z wyrachowania, a nie miłosierdzia.
Jak  tylko  dostaniesz  od  Colesów  trochę  szmalu,  uciekaj  stąd,  bo  oni  cię  nie
kochają,  to  ci  mówię  szczerze...  -  powiedział  Filip  i  wsiadł  do  sportowego
samochodu,  który  dostał  od  Colesów  w  rozliczeniu  za  swoje  pośrednictwo.
Pozostała  w  altanie  sama.  Ruszyła  ścieżką,  stanęła  nad  przepaścią.  W  dole
huczało morze. Pomyślała, że skoczy do tego morza i skończy się wszystko.

Presila  przed  akcją  na  samolot  powiedziała  Marii  Elwirze,  iż  ona  wtedy

jednak  skoczyła  w  tę  przepaść.  Skoczyła,  bo  cierpliwy  bękart  przestał
istnieć...  Ale  nastąpiła  reinkarnacja,  odrodziła  się  inna  Presila.  To  wszystko
stało  się  w  jednej  chwili  nad  urwiskiem,  w  głębi  którego  huczało  morze.
Nowo narodzona nie kochała już Filipa, nie żywiła starej nienawiści do Abi-
gai,  nie  znajdywała  żadnych  uczuć  dla  Colesów.  Umarła  i  urodziła  się
ponownie. Ze starego życia zabrała jednak obraz społeczeństwa w jakim żyła.
Społeczeństwem  tym  byli  Colesowie,  ksiądz,  lekarz,  Filip...  Abigaja...
Poczuła  powołanie,  aby  zmienić  to  społeczeństwo,  aby  je  uczynić  innym.
Wróciła  do  domu,  wyjęła  z  szafy  dumę  pani  Coles,  futro  z  norek  kupione
niedawno  za  wielką  sumę  pieniędzy.  Zapakowała  je,  wsiadła  do  pociągu,
pojechała  do  miasta  na  drugim  krańcu  wyspy.  Rzuciła  futro  na  ladę  w

background image

lombardzie,  wzięła  bez  targów  śmiesznie  niską  sumę  jaką  jej
zaproponowano.  Poszła  w  portowy  zaułek,  gdzie  można  było  kupić
wszystko,  wybrała  rewolwer,  dużego  kalibru;  jeszcze  z  wielkiej  wojny,
magazynek  pełen  naboi.  Wróciła  do  Elber,  zadzwoniła  do  Filipa,
powiedziała, że faktycznie wyjeżdża do Anglii już na zawsze. Chciała oddać
mu  jego  skórzaną  kurtkę  i  prosiła  o  zwrot  kilku  drobiazgów.  Przyjechał  do
altany swym czerwonym samochodem. Wszedł do środka, zaczął mówić,  że
od początku wierzył w jej rozwagę i inteligencj ę. Zobaczył broń, i

zamilkł. Ona też milczała. Trwało to długą chwilę.

-  Co  się  wygłupiasz?  -  powiedział  wreszcie  zdławionym  głosem  -  odłóż

ten pistolet, odłóż proszę...

- Pokaż, gdzie masz nerkę, skurwysynu - powiedziała głucho. - Pokaż bo

rozwalę ci łeb!

- Co ty Presila, co mówisz?

- Czy ksiądz i lekarz wiedzieli o tym oszustwie? - pytała głosem też już

całkiem zmienionym.

Filip j ąkał się, zrobił krok do przodu, bełkotał coś bez związku. Patrzyła

mu w oczy, widziała jak drży i blednie. Był przerażony, cierpiał. Pociągnęła
spust, błysnął ogień. Filip stał przez chwilę w miejscu, chwycił się za brzuch
i osunął na ławkę. Presila wyszła przed altanę, otworzyła samochód, zwolniła
go  z  hamulca  i  popchnęła  w  dół.  Toczył  się  powoli,  spadł  jednym  kołem  z
traktu,  potem  drugim  i  ruszył  już  szybko  przez  łąkę  ku  przepaści.  Na
krawędzi  jakby  zatrzymał  się,  ale  znów  ruszył  i  znikł  za  skalnym  progiem.
Nie było słychać łoskotu, gdy się rozbijał o głazy ani plusku wody, gdy tonął.

Wróciła  do  altany.  Filip  patrzył  w  miejsce,  gdzie  znikł  jego  samochód,

tamował  dłońmi  krew  na  brzuchu.  Podeszła  do  ukochanego,  przyłożyła  mu
zimny krążek lufy do ust, które tyle razy całowała.

-  Jeżeli  przeżyjesz  i  będzie  ci  potrzebna  do  przeszczepu  nerka  lub

wątroba, niech lekarz, ksiądz i Colesowie złapią kogoś na ulicy i nakażą mu
oddanie  ciała,  bo  ratowanie  życia  jest  zawsze  świętością,  a  ofiara  taka
prawem...  -  powiedziała  pełna  gorzkiego  śmiechu.  Odwróciła  się  i  wyszła  z
altany.

Tak  zrodziła  się  terrorystka  Presila  Coles.  I  chociaż  Presilę  jedynie

background image

oszukano  i  zabrano  jej  tylko  nerkę,  a  ją  Marię  dwukrotnie
ubezwłasnowolniono,  zbeszczeszczono  i  obrabowano  na  zawsze  z  doznań
kobiety i uczuć macierzyńskich, zniszczono jej życie, do jakiego miała prawo
i pragnęła sobie stworzyć - nawet dzisiaj czuła, że zwyrodniałe - nieludzkimi
nakazami  społeczeństwo,  zarówno  od  Presili  jak  też  jej,  Marii  Elwiry
zasłużyło na rewolucję i terror.

Po  porwaniu  samolotu  i  uwolnieniu  członków  „Armii"  oraz

zainkasowaniu  znacznej  sumy  pieniędzy,  znalazły  się  z  Presilą  w  nowej
kwaterze. Albakora jeszcze raz znikła na dłużej w ukryciu. Charakteryzatorzy
mieli zrobić z niej zupełnie inną kobietę.

Misternie  przygotowana  akcja  przy  zaangażowaniu  olbrzymich  środków

oraz  ludzi  w  Europie  i  Afryce,  miała  jakby  dwa  zakończenia.  Była  to
najbardziej  udana  operacja  w  ostatnich  latach.  Bosowie  określili  ją  jako
mistrzowską. A czy było tak naprawdę? Od tegoż czasu posypały się na nich
klęski  jak  z  puszki  Pandory.  Terry  rozpoznany  na  ulicy  w  Londynie  zginął
podczas  strzelaniny,  Jess  został  osaczony  w  kwaterze,  bronił  się,  zmarł  w
szpitalu od ran. Czterech z pięciorga bojowników uwolnionych z więzienia w
tej  akcji  wpadło  w  zasadzkę,  dwóch  zginęło,  dwoje  wpadło  w  ręce  policji.
Zginął  także  strzelec  Y,  na  wolności  pozostała  tylko  ona,  Dalida,  Presila  i
strzelec X.

Któregoś  dnia  zjawił  się  łącznik.  Wywiózł  je  do  niewielkiego  klasztoru,

dostały czarne habity, stały się zakonnicami. W klasztorze nikt nie wiedział,
kim były naprawdę. Spędzała czas na modlitwach wraz z siostrami i jeszcze
raz  robiła  ponury  bilans  ostatnich  lat  życia.  Chodziła  z  Presilą  na  spacery,
prowadziły  długie  rozmowy...  Dowiedziały  się,  że  gdzieś  niedaleko  w  jarze
koło  osady  Carin,  nad  suchym  kanionem  żyje  pustelnik,  duchowny,  który
porzucił  purpurę  i  dostojeństwa,  pozostawił  kościelny  przepych  i  kościelne
bogactwa,  wstąpił  do  zakonu  jako  mnich  chodzący  w  sandałach  na  bosych
stopach.  Wkrótce  porzucił  także  klasztor,  zamieszkał  w  szałasie  nad
brzegiem wody, tuż przy skale na zielonej łące. Pustelnik, jak mówili ludzie,
był prorokiem. Uprosiła u sióstr samochód i pojechała nad kanion. Pustelnik
przyglądał jej się chwilę.

-  Jesteś  w  zakonnych  szatach,  ale  w  sercu  masz  bunt  powiedział  bez

wyrzutu.

-  Tak.  To  ja  byłam  Albakorą  -  odparła  niepomna  już  na  zasady

background image

konspiracji.  Opowiedziała  jak  została  zgwałcona  i  myślała,  że  urodzi
potwora. Jak osaczona w szpitalu

walczyła,  by  pozbyć  się  ludzkiego  czucia  i  urodzić  dziecko,  tak  jak

roślina  rodzi  odnogę.  Opowiedziała  o  tym,  jak  niby  wilczyca  skoczyła  po
szczenię w niedźwiedzie łapy i o tym jak w szale okaleczyła dziecko, a potem
podniosła broń i liczyła padające krzyże.

-  Oczekuję  od  ciebie  prawdy,  proroku  -  mówiła  żarliwie.  -  Nie  chcę  już

uciekać. Pragnę wiecznego spokoju. Czy jest Bóg? Czy ja jestem szatanem?
Pomóż, bo mi ciężko. Wokół mnie ludzie, którzy ciągle strzelają.

W  szałasie  z  głazów  panowała  wielka  czystość.  Gliniane  naczynia,

kamienne  noże,  zgrzebne  płótna.  Brakowało  tu  jednej  ściany,  stanowiła  ją
przestrzeń łąki, brzeg skały i woda jak kryształ. Mnich nosił zielony płaszcz
spięty drewnianymi drzazgami.

- Mario Elwiro - zwrócił się do niej - nie pytaj innego człowieka co jest

dobrem lub złem,  pytaj siebie. Głos,  który ci odpowie,  jest Bogiem. Pytasz,
czy jest Bóg materialny lub Bóg Duch. Jeżeli jest, jest on w tobie. Dowody są
tylko na istnienie szatana. Spójrz na wiek, który dobiega końca. Ogromu zła,
jakie  stało  się  w  tym  stuleciu  nie  mogła  dokonać  jedynie  istota  ludzka...
Świat stwórcy był zielony, człowiek na nim mógł zabić w jednej chwili tylko
jednego  człowieka.  Nie  mógł  zniszczyć  ziemi,  powietrza,  wody  i  ognia.
Długo  więc  planeta  pozostawała  zielona,  wody  i  powietrze  czyste  -mówił
pustelnik.  -  Aż  pojawił  się  tygiel  z  metalem,  z  którego  można  było  kuć  w
ogniu i nadawać kształt materialny wymysłom istot ludzkich. Pytasz, czy jest
Bóg?...  Patrz  na  różnorodność  kwiatów  na  łące,  ryb  w  oceanie,  ptaków  na
niebie.  Mogło  to  bogactwo  życia  powstać  jedynie  z  materii?...  Siła,  która
stworzyła istotę żywą jest Bogiem, siła ta czuwa, skoro życie trwa. Ale jeżeli
jest  wzgórze,  musi  być  dolina.  Przyszedł  wiek  zły.  Stal,  dynamit,  lotne
aparaty  i  lotne  trucizny,  to  już  nie  topór  i  naczynie  z  brązu.  Siła  materialna
choćby  najpotężniejsza,  nie  mogła  jednak,  zniszczyć  porządku,  który  był
czymś  więcej  niż  tylko  materią...  Wówczas,  na  fali  wielkiego  zgiełku,  w
wielkim  kraju,  pojawiła  się  istota  pozornie  ludzka,  siejąc  jad,  który
rozprzestrzenił  się  w  umysłach.  Porażeni  nim  ludzie  ruszyli  na  dostatnie
domy,  przewracali  góry,  zatruwali  powietrze.  Wyciągali  z  domów  tych,
którzy  mieli  zagon  ziemi,  manufakturę  lub  zdobytą  w  szkołach  wiedzę  i
pędzili  do  kopania  bezsensownych  kanałów,  osuszania  życiodajnych  wód,

background image

zawracania  nawadniających  ziemię  rzek...  Łańcuchy...  mogiły,  mogiły...
mogiły.  Zło  bez  sensu,  zbrodnia  dla  zbrodni.  Na  prochach  milionów  istnień
budowano gmach, którego nie było. Zbrodnia stała się obyczajem i prawem,
a zniewoleni śpiewali pieśń dziękczynną swojemu katowi, Diabelski plan był
jednak  prymitywny.  Plujący  śmiercią  przedmiot  nie  mógł  przysporzyć
chleba. 

Głód, 

choroby 

brud 

wypełzły 

na 

dostatnią 

ziemię.

Ubezwłasnowolnieni  w  łachmanach  i  głodni  śpiewali  pieśń  o  promiennych
blaskach...

Drugie wcielenie szatana zmaterializowało się w innym kraju. Budowano

tam piece do palenia ludzi. Wkrótce ruszyły na siebie dwie zbrodnicze bestie.
W tej pożodze nieważne były terytoria, chodziło o mord, bo czym jest wojna
dla  wodzów,  którzy  stworzyli  wielkie  idee?...  -  pustelnik  umilkł,  chwilę
trwała cisza.

-  Zło  to  wiara  nie  dopuszczająca  innej  wiary.  Tylko  taki  szatan  może

zniszczyć  planetę  -powiedział  prorok.  -  W  leżącym  na  tysiącu  wysp  kraju
rozbłysły  rzucone  tam  zwiastuny  już  realnej  apokalipsy.  Zaklęta  w  materii
energia sprawiła, że wyparowały miasta. Ta siła niszczenia nie była dziełem
samego  człowieka.  Stwórca  nie  dał  nikomu  możliwości  zniszczenia  wody,
ziemi,  i  ognia...  Ludzkości  nie  była  dana  możliwość  zniszczenia  własnego
gatunku  jak  nie  była  dana  wiedza,  skąd  pochodzi  życie.  To  były  tajemnice
Stwórcy.  Nie  ma  materialnych  dowodów,  że  Bóg,  który  stworzył  ciebie  i
mnie, pozostał na ziemi. Ale szatan ciągle przegrywa, istnieje zieleń i matki z
własnej woli rodzą dzieci. To jest prawda, o którą pytasz. Bóg jest w nas, a
jego świątynią świat, w którym żyjemy. Ołtarze zbudowane przez kapłanów i
idee  stworzone  przez  wodzów,  to  narzędzia  władania  i  źródła  bogactwa  -
pustelnik  przerwał,  słońce  chyliło  się  ku  zachodowi,  jego  blask  pełzał  po
wodzie. - Nie pytaj starca o dziecko. Pytaj siebie, matkę pytaj, bo ją powołał
Stwórca, jej dał prawa matczyne. W tym kanionie ludzie zbudowali tamę, by
zatrzymać  strumień.  Spiętrzyli  wodę.  Tama  była  mocna.  Woda  nie  da  się
jednak okiełznać zaporą w poprzek biegu, przerwała więc kanion.

Ułomnością ludzi jest pycha. Może pochodzi ona od tego Boga na wzór

którego  ukształtowany  jest  człowiek,  Boga,  który  nigdy  nie  ma  dość
pokłonów...  Ale  to  nieprawda,  Bóg  uczący  pokory  nie  może  pragnąć  takiej
modlitwy,  tworzą  więc  ją  ludzie  mieniący  się  jego  namiestnikami  dla
własnych  celów  doczesnych.  Narodziny  Istoty  mającej  ducha  to  tajemnica,
bo  czym  jest  poczęcie?  Chrystus  został  poczęty  z  woli,  bez  udziału  ciała.

background image

Poczęcie  wbrew  woli  nie  jest  poczęciem  Stwórcy.  Aby  urodził  się  kłos
pszenicy potrzeba nasienia, ziemi, wody i... słońca. Tak nakazał Stwórca. Do
poczęcia istoty w pełni ludzkiej nie wystarczy nasienie i łono, potrzebne jest
słońce,  wola  i  miłość.  Przymus  narodzin  wbrew  woli  rodzicielki  to
sprzeniewierzenie  się  Stwórcy,  bo  dlaczego  Bóg  stworzył  miłość?
Rozwijający  się  płód  na  przekór  istocie  dającej  mu  życie,  wyzwala  reakcję
jak  owa  woda  tutaj.  Cóż  zniszczyło  w  tobie  człowieczeństwo?  Przez  wieki
istota  ludzka  tworzyła  obyczaj.  Obyczaj  porozumiewania  się,  poczęcia  w
rozkoszy  i  miłości,  wychowania  w  rodzinie.  Pycha  starców  układających
modlitwy i prawa - stawia tamy w wyborze symbolu Boga, rozwijania prawd,
tłumaczeniu  zjawisk  natury,  nakazuje  im  decydowanie  za  przyszłą
rodzicielkę.  Nie  mają  takiego  prawa.  Ciebie  zniewolono.  Twój  odruch
odrzucenia  płodu  napotkał  tamę  z  zewnątrz,  zerwały  się  więc  w  tobie
wszystkie  brzegi.  -  Słuchała,  pustelnik  mówił  dalej.  -  Sarna  i  wilczyca
porzucają lub niszczą miot niezgodny z ich naturą, bo natura nie tylko rodzi,
ale też nie rodzi. Kiedy krzywdzi się lub zabija dziecko, najlepiej wie matka.
Mylisz się nazywając mnie mędrcom, ja myślę i czuję, ale jeszcze nie wiem -
pustelnik umilkł.

-  A  czy  jasno  oświeceni  lekarze  i  księża  są  świadomi  tego,  że  także  nie

wiedzą? zapytała jakby sama siebie.

-  Wiedza  nie  ma  tu  znaczenia.  Dogmat  dla  chrześcijan,  to  zasada  wiary

zdefiniowana na soborze przez ludzi i podana do wierzenia jako nakaz boży -
powiedział głucho pustelnik.

- A jeżeli nowe odkrycia przeczą dogmatowi?

-  To  grzeszne  są  odkrycia.  Dogmat  z  góry  uznany  jest  za  prawdę

ostateczną  bez  możliwości  konfrontacji  z  oczywistymi  prawdami  praktyki.
Dogmat w świątyni to modlitwa, dogmat w społeczności, to obłęd.

- Więc, czy sprawiedliwy jest Bóg, który kreuje takie prawo?

-  Bóg  stworzył  ziemię,  wodę,  powietrze  i  ogień,  zesłał  pierwsze  istoty

żywe  i  tylko  to  co  stworzył,  chroni.  Resztę  kreują  obłudni  ludzie  i  gdyby
stwórca  przestał  czuwać  nad  swym  dziełem,  ludzie  zniszczyliby  planetę.
Nieprawda, za można u Boga Stwórcy wymodlić deszcz na jednym poletku,
czy  cudowne  uzdrowienie  jednego  człowieka...  On  nie  pozwoli  unicestwić
ludzkiego gatunku, zniszczyć ziemi, wody, w tym niezwykła j ego wielkość.

background image

I  niepotrzebne  mu  pełzanie  na  kolanach  pokornych,  niepokornych.  Dla

niego  bluźnier-stwem  jest,  zmienianie  w  popiół  miast  polnych  ludzi,
niszczenie powietrza i wody, zasłanianie dymami słońca. Kończy się właśnie
wiek bluźnierstw. Dlatego stwórca znów się objawi... Ześle anty energię lub
antymaterię, uczyni na powrót planetę zieloną. Znów jeden człowiek w jednej
chwili będzie mógł zabić tylko jednego człowieka... - mówił dalej pustelnik.

- Bóg to tajemnica wszystkich tajemnic... Czy słyszałaś o odrodzeniu po

śmierci?

- Tak, któżby nie słyszał, proroku.

- Chrześcijaństwo, buddyzm. Islam to zasady, w które trzeba wierzyć, nie

pytając  o  szczegóły.  Pominąwszy  nie  potwierdzone  przez  ziemskie  nauki
objawienia  i  cudy  -  to  teorie  bez  dowodu.  Jest  też  coś,  na  co  dowodów
wiele...  Zdarzają  się  ludzie,  których  narodziny  są  jedynie  powrotem  tam,
gdzie już byli... Odnajdują miejsca, które są im znane, mimo że przybyli do
nich po raz pierwszy... Opisy takich zdarzeń są powszechne. Schroniłem się
tu, aby myśleć w ciszy. Wiara w reinkarnacj ę nie jest tylko wiarą, jest przede
wszystkim uznaniem faktów.

- A gdzie Bóg wówczas? - zapytała proroka.

Twarz  pustelnika  rozjaśniła  się.  -  A  któż  kieruje  ciągłym  ruchem  istot

niematerialnych, które opuszczają i oblekają się ponownie w ciała z popiołu i
wosku? Kto ożywia ten popiół? -Bóg?

-  Tak,  Bóg  Stwórca,  który  wiecznie  czuwa  i  nie  może  pozwolić  na

zniszczenie  świata,  bo  gdzie  odradzałyby  się  duchy,  które  z  materii  czynią
człowieka?

- Jaka w tym rola matki, proroku? - pytała jak w transie.

-  Wielka.  Matka  jest  miejscem,  gdzie  z  woli  Boga  następuje  połączenia

istoty ziemskiej z nieziemską. Matka jest więc świętością.

-  Więc  matka  ma  prawo  decydowania  o  urodzeniu  lub  nie  urodzeniu

dziecka?

-  Tylko  ona,  nikt  więcej  -  odparł  prorok  i  zapadła  cisza.  W  górze

szybował ptak. Na niebie pokazało się kilka chmur, które jakby podkreślały
przedziwny w tej chwili jego błękit.

background image

Stary  pustelnik  patrzył  na  nią  wyblakłymi,  a  jednak  pełnymi  głębokiego

wyrazu oczami.

-  A  ty  Mario  Elwiro?..  Widzę  przed  tobą  długi  czas  pokuty  i  jeszcze

czyn...  straszny  zbrodnię,  niezbrodnię.  Twój  powrót  dopiero  na  początku
drogi. Teraz odejdź i zabierz spokój, woda niech ci będzie przejrzysta.

Odeszła.  To  prawda,  że  zerwały  się  w  niej  wszystkie  brzegi,  została

jedynie  tama.  Ale  nie  była  już  wilczycą  i  nie  była  także  drzewem.  Nie  ona
strzelała do kobiet w Segers, nie ona była szakalicą Eleonory nie jej imię było
Albakora...  Tamto  nie  miało  ludzkiego  wymiaru.  To  była  spiętrzona  woda,
która  ruszyła  przez  wyrwę  zgodnie  z  prawem  gwałconej  natury.  Czyżby
pustelnik  dokonał  cudu?  Ptak,  który  w  bezruchu  skrzydeł  szybował  nad
skałami  nie  był  metalowym  latawcem,  niebo  straciło  szary  połysk  i  było
błękitne, na zboczu góry skubała zieloną trawę sama...

A  to  co?  Jadący  z  przeciwka  samochód  stanął  tarasując  drogę.

Spostrzegła lufy broni maszynowej wystające, zza głazów. Gdzieś, jakby zza
gór;  usłyszała  głos  wzmocniony  elektroniczną  tubą.  -  Albakora!  Jesteś
otoczona!...  Nie  masz  szans,  poddaj  się!...  -  A  więc  taki  będzie  koniec,  tu
przerwie się ten jej film, nie film, życie nie życie? W jednej sekundzie migały
przed nią obrazy... Zabawy w szczęśliwym dzieciństwie, dostojna twarz ojca.
Chłopak, z którym kochała się po raz pierwszy... Szakale, szakale, szakale...
Krety,  kobiety  na  asfalcie  w  Segers...Magnus.  Pędzący  pod  samochody
wózek.

...Przerażona  twarz  Eleonory...  Smutne,  a  jednak  pogodne  oblicze  jej

matki, prawdziwej ludzkiej matki... Koniec!

Chwyciła  z  koszyka  owoc  kiwi  i  pozoruj  ąc  odbezpieczenie  granatu

wyskoczyła z samochodu.

Zrobiło się jasno i zapadła ciemność. Słońce wschodziło powoli. Była w

wielkiej przestrzeni...

Otworzyła  oczy,  zobaczyła  okno  wypełnione  kratą.  Sen  to  był?  Czy

naprawdę  rozmawiała  z  prorokiem?  Czuła  wielki  spokój.  Ktoś  otworzył
drzwi, zobaczyła przed nimi strażnika. Ruszył jednostajny ciąg dni, tygodni,
miesięcy,  Ciężkie  rany  zabliźniały  się  powoli.  Szpital  był  osobliwą,  białą
klatką ucieczki i spokoju. Przeliczyła się, pozorując atak granatem, nie zabili
jej policjanci seriami, na kamiennej drodze. Lekarze w więziennym szpitalu,

background image

siostry  zakonne,  nawet  salowe,  wszyscy  jakby  solidarnie  demonstrowali
dystans do krwawej terrorystki. - To manekiny - myślała - cóż oni wiedzą o
rozterce matki nie matki. Teraz były dwie Marie Elwiry, ta która leżała ranna
i będzie sądzona i ta, która na to patrzyła z

zielonej łąki. Ona była tą drugą.

Opuściła szpital. W więzieniu traktowano ją jakby była uzbrojona i miała

do  pomocy  oddział  zdeterminowanych  bojowników,  A  jej  ani  śniło  się
uciekać  lub  podejmować  walkę.  Drzemała,  na  zielonej  łące,  piła  wodę  z
przejrzystego źródła i cieszyło ją, że mija życie. Wreszcie nadszedł proces. W
śledztwie  odpowiadała  na  wszelkie  pytania  twierdząco.  Potwierdziła
zbrodnie,  które  dokonała  i  których  nie  dokonała.  Mówiła  tylko  o  sobie,
wszystkiemu  była  winna  ona  -Albakora  i  tylko  Albakora.  Ona  stworzyła
oddział,  ona  nim  kierowała,  ona  była  jego  wodzem  i  wojskiem.  Tylko  ona
jednak wiedziała, że naprawdę strzelała do ludzi jeden raz... w Segers.

...  Nie  liczyła  dni,  tygodni,  miesięcy.  Przemijający  czas  stał  się

abstrakcją. Mijał jakby stał w miejscu, jakby mijał. To nie był czas jej, to był
czas jakiś inny.

Przez salę sądową przewijały się widma. Były kobiety z manifestacji. Był

adwokat  Eleonory  Zadz.  Rozpoznała  ją  kasjerka  z  banku.  Byli  piloci  i
ochroniarz  z  samolotu.  Potwierdziła  wszystkie  zarzuty.  Prokurator
przedstawił  ją  jako  winną  zabójstw  i  okaleczeń,  tą  która  targnęła  się  na
państwo i prawo.

...Wyrok  brzmiał  25  lat  wiezienia.  Ale  to  nie  były  jej  lata,  to  były  lata

jakieś inne.

Od  czasu  wizyty  u  pustelnika  odczuwała  dziwny  dystans  do  świata

zewnętrznego.  Nie  była  już  drzewem  ani  wilczycą,  ale  nie  była  jeszcze
pragnącym  swojego  szczęścia  człowiekiem.  W  więziennym  odosobnieniu
doznała  łaski  od  Boga  Stwórcy,  który  przecież  nie  mógł  pomóc  jednemu
człowiekowi, bo jego dziełem był cały gatunek ludzki. A jednak w celi tkwiła
jedynie ciałem. Mijały dni, tygodnie, miesiące, lata... Od początku zgłaszała
to  ciało  do  wszelkich  więziennych  robót,  zmusiła  je,  aby  było  posłuszne  i
pokorne. Sama żyła zupełnie gdzie indziej. Nawet ból zęba wydał jej się obcy
i niedotkliwy. W ten sposób, powoli z oporami, ale zyskiwała sobie sympatię
strażniczek,  lekarek,  kuratorek,  chyba  wszystkich,  z  którymi  miała  do

background image

czynienia.  Szczególne  miejsce  zajęta  wśród  współtowarzyszek  skazanych.
Załamane  dłu-gorocznymi  wyrokami  kobiety  znajdowały  u  niej,  byłej
krwawej Albakory, pomoc i pociechę. Jakby pustelnik z Carin przekazał jej
nieco  swej  mocy.  Przez  pierwsze  lata  więziennej  pustki  nie  opuszczały  jej
wizje  rozbudzone  przez  niezwykłego  proroka.  Do  czasu  spotkania  z  nim
budziła  się  w  nocy  zlana  potem.  W  rękach  jej  pluł  śmiercią  stalowy
przedmiot.

Strzelała  do  kobiet  w  ^  Segers,  do  ruchomych  celów  na  pustyni  w

Libanie.  Teraz  w  wizjach,  broń,  zanim  zadała  śmierć,  rozpadła  się  w  pył...
Śniła  o  rozwiewanych  wiatrem  czołgach  i  działach,  pękających
lotniskowcach,  rozpadających  się  fortecach...  zielonych  łąkach,  bardziej  i
bardziej  czystej  wodzie.  Owa  kojąca  wizja  towarzyszyła  jej  zamiast
poprzednich  snów  upiornych.  Znów  uwierzyła  w  Boga,  który  naprawdę
czuwa,  a  tylko  jego  obraz  na  swoje  podobieństwo  i  na  swój  pożytek
wykrzywili  kapłani.  Mijały  dni,  tygodnie,  więzienne  lata...  Zerwała  mosty
wiodące  w  przeszłość.  Wydarta  ze  swoich  instynktów,  bo  nie  można
powiedzieć z serca, Magnusa, zapomniała o miłości i nienawiści do ojca, nie
wspominała  już  matki.  Napisała  oświadczenie,  że  w  razie  akcji
terrorystycznej zmierzającej do uwolnienia jej w zamian za zakładników, nie
opuści  więzienia  i  nie  powróci  do  „Armii".  Przez  całe  lata  jednak  w
więzieniu była jedynie Albakorą.

Kiedyś w tamtym okresie zgłosiła się na apel rodziców dziecka rannego

w  zamachu  terrorystycznym.  Chodziło  o  krew  rzadkiej  grupy.  Ona  właśnie
miała taką. Rodzicie dziecka odmówili.

Kilka  lat  później  lekarz  przypomniał  jej  zdarzenie  z  odrzuconą  krwią

Albakory...  Powiedział,  że  po  katastrofie  potrzebna  jest  krew  jej  właśnie
grupy,  dla  małych  bliźniaczek.  Rodzice  dziewczynek  nic  nie  mają  przeciw
temu,  aby  ratunek  pochodził  od  niej,  skoro  ona  chce  ten  ratunek  przynieść.
Jakiś bardziej dociekliwy dziennikarz zaczął ponownie rozgrzebywać sprawę
Albakory.  Jego  artykuły  rzuciły  nieco  inne  światło  na  przebrzmiały  już
postrach  lotnisk,  banków  i  przechodniów  z  ulicy.  Swego  czasu  prasa
zachłystywała się sukcesem policji.

-  Albakora  osaczona!  Albakora  schwytana!  Największe  zwycięstwo

oddziałów specjalnych! Ząb trzonowy terroru wyrwany!

Istotnie,  po  rozbiciu  ich  grupy  ustały  brawurowe  akcje,  ale  gdzie  i  do

background image

kogo  strzelała  osobiście  Albakorą?..  Na  łamy  prasy  powróciła  sprawa  jej
gwałtu,  uratowania  dziecka  na  ulicy,  listu  do  parlamentarzystki.  Czytając  o
tym wszystkim miała  wrażenie, że ktoś  inspiruje te artykuły,  że ktoś odkrył
prawdę i nie chce zatrzymać jej wyłącznie dla siebie. Kto to mógł być?

Pewnego dnia zapytano ją, czy przyjmie gościa w celi. Jakaś starsza pani

zgłosiła  się  na  wizytę.  Strażniczka  otworzyła  drzwi  i  wtoczyła  kobietę  na
wózku. Poznała przybyłą. Przeszłość uparcie wracała.

Ona nigdy nie chciała już, zobaczyć tej kobiety. Starsza pani uśmiechnęła

się na swym wózku inwalidzkim.

-  Poznajesz  mnie.  Nazywam  się  Flora  Tokarsky.  Nie  mam  misji  Armii

Zbawienia  ani  chęci  nawracania  cię  z  jakiejkolwiek  drogi.  Przychodzę  jak
ktoś, kto zrozumiał więcej niż swoje nieszczęście.

- Pani tu? Pani do mnie ze słowami otuchy? Ten wózek... ten wózek, od

tamtej pory?

- Tak, ale to nie ma znaczenia. Myślałam o tobie, musiałam przyjechać.

Ona  pomyślała  wtedy,  że  jest  coś  mocarnego  w  człowieku.  Czy  bez

ducha mogłaby być tak wspaniała jedynie ożywiona materia? To była kobieta
z  krzyżykiem  w  ręce,  na  pochodzie  w  Segere,  do  której  ona  strzelała.  Cóż
mogło ją tu sprowadzić?

W celi zapanowała cisza. Pani uśmiechnęła się znowu.

-  Nie  zrezygnowałam  z  walki  o  zahamowanie  zabójczych  zabiegów,  ale

przebywając  w  wózku  ciągle  rozmyślam.  Dlaczego  do  mnie  strzelałaś?
Byłam w twoim domu, rozmawiałam z twoim ojcem i matką. Zrozumiałam,
że sprawa ma kilka wymiarów. Wstrząsnął mną gwałt zorganizowany przez
was  na  naszej  działaczce,  która  potem  też  zwątpiła.  Ludzkie  macierzyństwo
po tym gwałcie przerosło jej siły. Czuła jedynie odrazę i rozpacz. Pojechała
do  Anglii,  przerwała  ciążę.  Nigdy  już  nie  wróciła  do  równowagi  -  Flora
umilkła.

- Wybacz mi - powiedziała Maria Elwira. To czego doznała Eleonora, nie

równało się nawet z potwornościami, które ja przeżyłam. Potem wszystko co
miało  związek  z  płodem,  odczuwałam  jako  wdzieranie  się  we  mnie  kreta.
Pozostawałam  w  szoku,  z  którego  nikt  mnie  nie  leczył.  Byłam  osaczona,
zmuszono  mnie  do  urodzenia  i  wychowania  Mangusa,  ale  to  działo  się  w

background image

strefie  katastrofy,  która  później  nastąpiła  -  powiedziała  Maria  Elwira  i
umilkła.

Starsza pani ujęła obydwiema rękami jej dłoń, uścisnęła ją.

- Nazywam się Flora Tokarsky - powtórzyła. - Mów mi po prostu Flora.

Wiem o tobie dużo - powiedziała z ciepłym uśmiechem. Maria milczała. To
był  powrót  do  innego,  gorszego  niż  więzienny  świata,  nie  chciała  tam
wracać. Flora patrzyła jej w oczy.

-  Nie  wolno  wydzierać  siłą  i  zabijać  istot,  które  zaczęły  już  żyć.  Ale

uproszczenia  prawd  są  gorsze  od  kłamstw.  Kraj,  z  którego  pochodzę
przeżywa  ciągle  najazdy  i  niewole.  Ojciec  mój  zginął  w  wojnie  obronnej  z
sąsiadami  z  Zachodu,  matkę  zamordowali  ci  ze  Wschodu.  Siostrę
uprowadzono  gdzież  w  lodowe  tajgi.  Zobaczyłyśmy  się  po  czterdziestu
latach,  po  moim  wypadku,  gdy  przyjechała  tutaj  zaopiekować  się  mną.
Opowiadała mi o niewoli... sowieckiej. Prowadzili kobiety przez zamarznięte
stepy  do  syberyjskiego  obozu.  Po  drodze  gwałcili  je.  Mieli  szałasy,  chleb,
było  u  nich  cieplej  niż  na  mroźnym  powietrzu.  Wielka  jest  wola  ratowania
życia. Młode więźniarki nie zawsze stawiały opór. Ale jedna nawet, za cenę
przetrwania,  broniła  się  przed  gwałtem.  Była  silna,  pogodna,  zdrowa  miała
szansę  przeżycia  katorgi.  Wreszcie  dopadło  ją  kilku.  Na  drugi  dzień  droga
konwoju wiodła przez jezioro. Dziewczyna skoczyła do przerębla w lodowatą
wodę...

W tej chwili coś zachrobotało na więziennym korytarzu. Do celi zajrzała

strażniczka.

- Wszystko w porządku? - zapytała wdzierając się w tę rozmowę obcym,

ciałem.  -  Pora  kończyć  wizytę  -  dorzuciła  i  rygiel  w  drzwiach  przesunął  się
znowu.

Flora  po  chwili  podjęła  przerwany  wątek.  -  Rodziców  straciłam  w

dzieciństwie,  syn  mój  i  córka  zginęli  w  katastrofie  lotniczej,  mąż  zginał  od
bomby podłożonej na ulicy w Beldown...

- A ciebie okaleczyła nawiedzona terrorystka - powiedziała głucho Maria

Elwira. Tamta uśmiechnęła się w swój ciepły sposób.

-  Przez  wiele  lat  byłam  pielęgniarką  w  prywatnej  klinice  -  mówiła  dalej

Flora. - Asystowałam przy przerywaniu ciąży. Było to w kraju, gdzie mimo
wysokiej  cywilizacji  zabiegi  traktowane  są  jak  higiena  osobista.  Codziennie

background image

widziałam różową krew.

Patrzyłam  na  to  i  narastał  we  mnie  bunt.  Widziałam  te  dzieci  coraz

większe, wpadłam w obsesję, kompleks mój narastał. Czułam się katem. - W
czym  uczestniczysz?  -  pytałam  sama  siebie.  Zaczęły  nawiedzać  mnie
koszmary...  I  przyszedł  cios,  moje  dzieci  zginęły  w  rozbitym  samolocie.
Potraktowałam  to  jako  karę  bożą.  Porzuciłam  upiorną  klinikę.  Uciekłam  do
kraju,  w  którym  patrząc  na  lekarzy  i  szpital  nie  musiałam  utożsamiać  ich  z
zabójstwami, przy których asystowałam. Osiedliłam się tu na stałe. Kupiłam
dom.  Zaczęłam  nowe  życie.  Ale  ten  kraj  ugościł  mnie  bombą  na  ulicy,
zabierając mi męża... Wierzyłam w swoją misję, chciałam odkupić grzeszne
lata. Twoje strzały przerwały tę wiarę. Pojechałam do proroka z Carin...

Powiedział,  że  byłaś  u  niego,  że  nie  jesteś  i  nigdy  nie  byłaś  Albakorą  o

jakiej pisano w gazetach. To przemieniona w przeciwną energię, zniewolona
natura  strzelała  w  Segers,  spiętrzona  woda,  zrywająca  brzegi...  Więc  gdzie
jest  racja?...  Można  pozwolić  na  wydzieranie  z  łona  matki  żyjące  już  istoty
ludzkie? Nie czujesz Mario Elwiro? Tu jest dramat!

- Ten dramat, to mój dramat - powiedziała Maria. - Poznałam go jak nic

na  świecie.  Floro.  Ludzie  tworzący  modlitwy  i  prawa  w  imieniu  Boga  są
butni.

Zapomnieli,  że  są  omylni.  Sami  ustanowili  dogmaty,  podpisali  pod  nim

Boga. Skoro mieli już prawdę boską, zostawili w spokoju szczegóły. W tym
co  zrobił  Bóg  nie  ma  takich  pomyłek.  Bóg  nie  nakazuje  oceanom,  by
mieściły się w korytach strumieni, głazom, żeby rodziły drzewa, człowieczej
matce z sercem do miłowania dzieci, żeby rodziła potomstwo szakali... Więc
jeżeli Bóg wydaje się złoczyńcą, wiadomo, że kłamią kapłani.

Na lampie usiadła ćma. Była brunatno - aksamitna. Miała wielkie oczy.

- Masz towarzyszkę... - powiedziała Flora.

- Tak, to Liwia. Jest ze mnąjuż kilka dni.

- Liwia?

-Liwia, Tak j ą nazwałam. Godzinami patrzymy na siebie. Ona podobna

jest  do  mnie.  Była  gąsienicą,  potem  larwą,  rozerwała  kokon  i  wyrosły  jej
skrzydła w ostatnim przeobrażeniu.

Nie  pobiera  pokarmu.  Żyje  przeszłością.  Flora  podjechała  bliżej  na

background image

inwalidzkim  wózku.  Pocałowała  Marię  Elwirę  i  uścisnęła  jej  rękę...  A  co
powiedział pustelnik z Carin?

-  Ołtarze  to  narzędzia  władania.  Bóg  jeżeli  jest,  mieszka  w  człowieku,

czuje się to wówczas sercem.

Strażniczka  wytoczyła  wózek  za  drzwi  obite  blachą.  Flora  odjechała.

Prawdziwy Bóg pozostał. I patrzyła na nią

wielkimi  oczami  Liwia,  ćma,  która  była  larwą  i  kokonem,  a  umrze

skrzydlata.

Morze tej jesieni było płaskie. O świcie mgła leżała przy burtach, nieraz

unosiła  się  obłokiem,  aż  do  horyzontu.  Dzień  przyniósł  pracę.  Rybacy
twierdzą, że im mniejszy statek tym więcej na nim roboty. Prawda to szczera.
Kuk  na  kutrze  nie  powinien  mieć  czasu  na  nic  poza  garami  i  szczotką  -  to
także stara rybacka prawda. Tak było też z Marią Elwirą. Gotowała zupę ze
świeżego dorsza, prażyła płatki ze śliwkami, myła gary, szorowała podłogę w
kambuzie. Rozmyślała ta druga...

Tej nocy był u niej Magnus. Miał trzy lata. Kupiła mu latawiec na bardzo

długiej żyłce. Unosił się wysoko nad drzewami w zielonym parku, do którego
chodzili  jak  dobra  matka  z  miłym  sercu  dzieckiem.  Biegała  szybko  po
alejkach,  żeby  latawiec  poszybował  wraz  z  ptakami,  które  bały  się  go  jak
jastrzębia... Nic nie działo się złego tej nocy. Matka jaskółka nie była przebita
drzazgą, a jej pisklęta rozdeptane w krwawe plamy z jasnożółtymi dziobami,
Ale dlaczego oni wszyscy, po owym majstersztyku operacyjnym, jakim było
porwanie  samolotu  i  uwolnienie  więźniów,  zostali  wytropieni?  Dalidę
zatrzymano w klasztornej celi, Otrzymała wyrok wieloletni. Nie miała w tym
więzieniu swojego Boga, Nie miała wizji rozpadającego się świata przemocy
ze stali. Nie umiała być drzewem. Targnęła się tym razem na własne życie.

Presilę  schwytano  w  parku,  gdzie  ukryła  się  podczas  inwazji  policji  na

klasztor.  Też  była  ranna.  Otrzymała  kilkanaście  lat  więzienia.  Maria  Elwira
nie znała jej dalszego losu.

Sprawa  ich  klęski,  po  największym  sukcesie  została  wyjaśniona  dopiero

po kilku latach. Czytając w więzieniu gazety, prawdę i nieprawdę o akcjach,
którymi  „kierowała",  przeczytała  między  wierszami  także  to,  co  nie  było
napisane...  Bank  dostarczył  pieniądze  jakich  żądała.  Były  to  używane
banknoty  20  -  i  50  -  dolarowe,  ale  ktoś  z  tamtej  strony  pomyślał  o  tych

background image

pieniądzach zanim stały się pilnie potrzebne. Spodziewając się kolejnej akcji
z  zakładnikami,  w  zamian  za  wysoki  okup  przygotowano  pieniądze
napromieniowane.  Wystarczyło  później  poddać  specjalnemu  podświetleniu
stosy  banknotów  z  dziennych  utargów,  aby  odnaleźć  fosforyzujące  papiery
trefne, które w owym samolocie otrzymała.

Zainkasowała 2 mln dolarów, przeszło 2 tys. banknotów, przeszło 28 tys.

nitek do kłębka ich kryjówek.

Policja przy pomocy banku zaczęła szybko wyłapywać fosforyzujące 20 -

i  50-dolarówki.  Najpierw  zlokalizowano  wydaj  ącego  je  Terry'ego,  potem
któregoś ze strzelców. Pieniądze pojawiły się też w malej osadzie u wzgórza,
na którym mieścił się klasztor. Szybko ustalono, że pochodzą one od sióstr w
brązowych  habitach...  Skok  na  samolot  okazał  się  maj  stersztykiem  szefa
brygady antyterrorystycznej z Beldown, a nie Jassa i jej, Albakory... To były
jednak już wydarzenia obce, jakby nie z jej życiorysu.

Otworzyła  oczy,  nie  było  gwiazd  w  skajlajcie,  po  metalowych  prętach

nad  grubymi  szybami  hulał  wiatr  i  przelewała  się  woda.  W  kubryku  coś
uparcie przewalało się z burty na burtę. Z pokładu dobiegały pokrzykiwania
mężczyzn.  Przypomniała  sobie,  że  wieczorem  radio  nadawało  komunikat  o
sztormie.  Ubierała  się  powoli,  czując  w  swojej  klatce  wzmagające  się
szaleństwo  morza.  Maszyna  chrapała,  gdy  kadłub  ze  sterczącą  do  góry  rufą
przepadał w rozpadlinach fal. Ruszyła do kambuza. Garnki i talerze tkwiły w
swoich przegrodach, grze-chocząc i podzwaniając w miejscu. Coś urwało się
z  uwięzi  i  turlało  po  podłodze,  szuflada  wypadła  do  połowy  i  tak  sterczała.
Maszyna znów zagdakała, jakby chciała przerwać, dziób poszybował do góry
i stał chwilę w miejscu. Na górze ktoś otworzył właz. Ryk sztormu wdarł się
do kutra. Z góry chlusnęła woda. Graham zajrzał do kambuza.

-  Sztorm  tężeje,  trzymaj  wszystko  w  kupie,  bo  się  rozpełznie  i  będzie

wojować w przechyłach.

Graham poszedł do swojej roboty. Ona przysiadła na jakiejś krawędzi, bo

podłoga  uciekała,  a  potem  uderzała  całą  mocą  w  stopy,  gdy  zaczynała
szybować  do  góry.  Za  okrągłym  bula-jem  świt  wstał  mroczny  jak  na
podbiegunowym kręgu. Światło w żarówce też było ciemne i mętne, chociaż
maszyna wyła na wysokich obrotach.

Maria  Elwira  zapaliła  gaz  pod  kuchenką.  Kardan  z  czajnikiem  na

background image

wahadłowym zawieszeniu latał niczem oszalały. Wiedziała, że ludzie muszą
dostać gorącą kawę, herbatę, a później gęstą owsiankę.

-  Póki  normalnie  działa  kuchnia,  żegluga  jest  normalna  -  powiedział

Graham, gdy ostatnio powiało większym wiatrem.

Wzięła  czajnik  i  pobielałe  kubki.  Graham  stał  w  sterówce  za  kółkiem,

ludzie  przywiązani  linami  do  masztu  i  relingów  walczyli  ze  skrzynkami  na
rybę.  Trzeba  było  je  powiązać,  przykryć  plandeką  i  znowu  powiązać.
Zerwane ze sztapli pudła, wiatr porywał i unosił za burtę. Głębokie przechyły
rozwalały  z  trudem  ustawione  stosy.  Podała  kubek  szyprowi.  Na  pokładzie
duża skrzynka wyrwała się z rąk rybaka. Poszybowała do góry i wyrżnęła w
szybę  sterówki,  która  pękła  gwiaździstymi  rysami.  Graham  zaklnął.  Dziób
zapadł  w  rozpadlinę.  Kawa  wylała  się  na  sterowe  koło.  Teraz  morze  przed
dziobem  było  płaskie,  bo  fala  szła  długa.  Statek  wspiął  się  na  nią  powoli  w
jednostajnym  pomruku  maszyny.  Nagle  urwała  się  woda  przed  dziobem.
Śruba  wyszła  z  toni,  zwolnione  z  oporu  łopaty  wirowały  ze  świstem.  Coś
złego było w tym łoskocie.

Kuter  zarył  się,  woda  poszła  wysoko  po  pokładzie,  rozwalając  pryzmę

skrzyń, którą ludzie kończyli już wiązać.

Teraz ciężkie, drewniane pudła sztormowały bez przeszkód po deku.

-  Skrzynki  za  burtę!  -  krzyczał  Graham  ze  sterówki.  Ktoś  miał  rozbitą

twarz, krew ciekła mu strugą na pomarańczowy kombinezon, inny utykał na
nogę.  Wyrzucali  pudła  do  spienionego  morza.  Nie  dało  się  ich  powiązać  na
takiej fali. Stanowiły groźną płaszczyznę, jak źle ustawiony żagiel... Maszyna
znowu krztusiła się i przerywała. Kuter zarył się, a polem wynurzył wysoko.
Sztormowy  taniec  trwał,  godziny  mijały,  zaczął  zacinać  deszcz  i  zrobiło  się
ciemno.  Zapadła  noc.  Prognozy  zapowiadały  tężenie  wichury  i  porwiste
szkwały...

Maria walczyła z naczyniami, - ugotowała owsiankę, która wylewała się z

kubków,  gdy  sięgali  po  nią  rybacy.  Do  wieczora  nic  się  jednak  nie  stało
statkowi  i  ludziom.  Graham,  wyznaczył  sztormowe  wachty.  Marii  kazał  iść
spać,  żeby  wypoczęła,  bo  nazajutrz  mogło  być  gorzej.  Poszła  do  swojej
dziury, gdzie oprócz koi i szafki były tylko stalowe szoty, wibrujące teraz aż
do bólu zębów, Trudno było spać w takim huku. Po skajlajcie coraz częściej
przelewała się woda. Fala widocznie stale gościła na pokładzie. Maria Elwira

background image

zapadła w bezruch, tkwiła półleżąc w wąskiej koi. Usnęła, ale nie był to sen...
Mary, widziadła, powroty... Szczęśliwe dzieciństwo, dom nabożny, w którym
nie można było śmiać się w piątki, krzyczeć i po prostu jeść, tylko spożywać
dary boże, był jednak najlepszym miejscem na świecie, Pewnie był taki przez
ciepły uśmiech matki i jej zawsze życzliwe milczenie. Młodość, szkoła, teatr
amatorski, żaglówka klubowa w przystani; Edgar i pierwsza miłość... To był
świat, który trwał krótki, ale był. Był kiedyś. I pojawili się szakale. Kret! Ból,
niepojęty  w  swym  rozmiarze  wstręt,  przerażenie,  rozpacz,  epileptyczne
zaćmienie  mózgu.  A  Magnus!  Magnus  zwyczajne  dziecko.  Tylko  wargi...  i
oczy... Oczy takie same jak... jak... Przebudziła się ze snu nie snu, mary nie
mary. Kuter.. zlatywał.. ze szczytów w przepaścike. Maszyna wyła, to znów
niemal  milkła  w  zależności  od  ataku  morza.  Z  pokładu  dochodziły
nawoływania  ciągle  walczących  z  żywiołem  mężczyzn,  Nagły  głębszy  niż
inne przechył omal nie wyrzucił jej z koi. Leżała za wysoką deską, która nie
pozwoliła  na  wypadnięcie.  Ci  w  sztormiarkach  na  górze  nie  mieli  czasu  na
przeszłość, walczyli o przetrwanie teraz. Do niej wracały upiory... Magnus...
czy  musiało  tak  potoczyć  się  jego  życie.  Będąc  w  więzieniu  czytała  w
gazetach  o  najemnej  bandzie,  która  stawała  się  coraz  bardziej  głośna.
Przewodził  jej  młody  człowiek,  ciągle  nie  rozpoznany  przez  policję.  Nie
znane było nazwisko ni pochodzenie bandyty.

W  Beldown  uprowadzono  dwoje  dzieci,  brata  i  siostrę.  Rodzice

zawiadomili  policję.  Dzieci  znaleziono  rozerwane  granatem.  Podobny
przypadek  zdarzył  się  w  Danii.  Okoliczności  zabójstwa  dwóch
dziesięcioletnich  bliźniaczek  były  takie  same.  Bandyci  czekali  na  okup
dokładnie  tak  długo  jak  zapowiedzieli  przez  telefon,  potem  w  ziemiance,
gdzie  przetrzymywali  dziewczynki  zdetonowali  plastik.  W  Anglii,  w
podobny  sposób  zostało,  zamordowanych  dwóch  chłopców,  chociaż  ich
rodzice przygotowali okup. Następnie ucichły wieści o działalności strasznej
grupy,  ale  nie  dlatego,  że  zaprzestała  ona  swojego  procederu.  Po  prostu
wszystko  odbywało  się  już  bardzo  po  cichu.  Przerażeni  rodzice  spełniali
dyskretnie  polecenia  porywaczy,  które  przeważnie  przekraczały  ich
możliwości. Pod bandę poczęli podszywać się inni porywacze. Rozpoczął się
kidnapingowy  horror.  Potem  zaczęły  ginąć  młode  kobiety.  Kilka  dni  po
ślubie  lub  urodzeniu  dziecka...  „Szczur"  -  szef  grupy  po  każdej  akcji
zostawiał  trupy.  Zabijał  kasjerki  i  jubilerów,  polityków  i  przedsiębiorców.
Wiele  wskazywało,  że  w  morderstwach  tych  nie  chodzi  nawet  o  terror.
„Szczur"  prawdopodobnie  był  psychopatą,  niezwykłym  zboczeńcem,

background image

mordercą.  Napady,  które  organizował,  były  j  ednak  przeprowadzane
bezbłędnie.  Po  jakimś  czasie  banda  wymyśliła  nową  okropność.  Porywano
znane  osoby.  Do  czasu  wykupienia  ofiar,  torturowano  je,  przesyłając  taśmy
magnetowidowe  z  nagraniami  tych  zbrodni  rodzinom,  z  żądaniami  ciągle
podwyższonego  okupu.  Chwilami  myślała,  że  gdy  wyjdzie  z  więzienia
nawiąże  kontakt  z  organizacj  ą,  aby  rozszyfrować  tę  bandę  i  rozbić  j  ą  od
wewnątrz.  Wspomnienia  jednak  z  okresu,  gdy  była  Albakorą  należały  do
tych, które starannie odpędzała.

A  Magnus?  No  właśnie.  Wiadomość  o  jego  śmierci  przeżyta

nadspodziewanie głęboko. Od chwili gdy się o tej śmierci dowiedziała, z dnia
na  dzień,  z  roku  na  rok  pomniejszały  się  złe  wspomnienia  związane  z
chłopcem. Narastał wyrzut,  że była złą  matką, bolała ją  świadomość, że już
nie da się nic zrobić, że wszystko co związane było z dzieckiem, skończyło
się  na  zawsze.  Okaleczyła  Magnusa  najpierw  strasznymi  myślami...  Czy
mogło  prawidłowo  rozwijać  się  dziecko,  w  którym  ciągle  widziała  upiora?
Okaleczyła go później fizycznie, tracąc panowanie nad sobą, gdy jej walka o
normalne  macierzyństwo  została  przegrana...  Byt  czas,  gdy  przestały  ją
dręczyć wspomnienia szakali i gwałtu. Był taki czas... Śmierć Magnusa stała
się dla niej końcem przeszłości, ale przeszłość nie chciała umierać.

Los zakpił z niej jeszcze raz. Z więzienia powróciła do domu rodzinnego,

który od śmierci rodziców był nie zamieszkany.

...Wówczas w nocy zobaczyła Hydego, który - mimo iż dosięgła go ręka

sprawiedliwości stanął przed nią cały i

zdrowy  jak  wilkołak,  którego  zabito,  ale  nie  rozerwano  mu  serca,  więc

zmartwychwstał.

Potwór  śmiał  się  wąskimi  jak  dżdżownice  wargami,  i  był  olbrzymi  jak

wówczas...  Za  nim  przy  drzwiach  majaczył  inny  upiór.  Nie  była  już
Albakorą, nie rzuciła się na bandytów.

- Poznajesz mnie, mamuśka? - zaśmiał się Hyde, - Magnus jestem, twój

syn.  Myślałam,  że  Albakora  jest  dzielna,  a  ty  mdlejesz  na  widok  dziecka,
które wstało z grobu, żeby powitać rodzicielkę?

-  Magnus?!...  Ty  żyjesz?  -  usłyszała  swój  zdławiony  głos.  Nie  wie  jaki

skurcz chwycił ją wówczas. Radość to była?

- Witamy panią w domu -powiedział, ten przy drzwiach. - Droga do nas

background image

otwarta. On -wskazał na Magnusa - udaje trupa, bo tak mu łatwiej żyć.

- Poznajcie się, to Gass, żołnierz wolności, a ty - Magnus podszedł bliżej

-  podobno  jesteś  już  zdarta,  ale  przyjmujemy  cię.  Mamy  tu  magazyn  z
zabawkami. Piśniesz, - wiesz co cię czeka.

Następnego dnia przyszedł do jej pokoju sam.

- Chcę, żebyś tu mieszkała. Będziesz kryć arsenał.

Robotę  też  jakąś  dostaniesz,  ale  jak  mi  się  coś  nie  spodoba,  zginiesz  w

przeręblu, wściekła suko...

Uniósł  rękę,  zacisnął  pięść  i  zdzielił  ją  jak  boksera  w  ringu.  Upadła.

Kopnął ją. Patrzyła do góry. Coś musiało być w jej spojrzeniu, bo zatrzymał
nogę w rozmachu do następnego ciosu. Twarz miał wydłużoną jak hiena. To
nie był Hyde, to był jej syn, pomiot szakali, Magnus.

Zerwała  się  susem  opanowanym  w  Libanie.  Chwyciła  oburącz  ciężkie

dębowe  krzesło.  Wywinęła  nim  nad  głową  szakala  i  zdzieliła  go  w  nogi.
Bandyta z rozmachem zwalił się na ziemię. Oparła nogę krzesła o jego szyję.
Nie spodziewał się takiego ataku. - Albakora?! No, jeszcze umiesz się ruszać
jak  trzeba.  Musisz  trenować.  Przyjmę  cię  na  próbę  -  bełkotał  z  podłogi.
Odstawiła krzesło na bok.

Poszedł, utykając na nogę, w którą oberwał. Ale ona wiedziała, że ma do

wyboru  walkę  lub  katorgę.  Jej  niepokorna  natura  wybrała  to  pierwsze.
Drugiego  dnia  rano  zeszła  do  sutereny  i  piwnicy.  Na  dole  w  starym
mieszkaniu  nocnego  stróża  były  stalowe  drzwi.  Pamiętała,  że  pod  krokwią
dachu dziadek, a później ojciec, trzymał pęk zapasowych kluczy. Minęły lata,
pomarli  ludzie,  ale  klucze  tam  zostały  Otworzyła  metalowe  wrota.  Był  to
arsenał  i  skład  zrabowanych  kosztowności.  Wzięła  kilka  granatów  i  pistolet
maszynowy,  broń  z  którą  dobrze  zapoznała  się  w  Libanie.  Zatarła  ślady
pobytu. Przypomniało jej się, że dziadek marynarz w kilku pomieszczeniach
dla służby miał zainstalowane tuby głosowe, jakie były powszechne wówczas
na  statkach.  Jeden  z  przewodów  „telefonicznych"  biegł  właśnie  z
pomieszczenia nocnego stróża do gabinetu dziadka, a później ojca. Znalazła
za  starą  kanapą  głosowe  wejścia.  Przewody  rurowe  zatkane  byty  korkami
oprawionymi  w  mosiężne  uchwyty.  Wyjęła  je  i  zabrała  wraz  z  bronią.  W
pokoju  skonstruowała  urządzenie  takie  jak  w  porywanych  samolotach  i
czekała.

background image

Prymitywny, ale doskonale działaj ący przewód głosowy w apartamencie

ojca przemówił. Pobiegł nim do góry hałas układanych skrzyń, szczęk metalu
i strzępy rozmowy.

- Jeżeli nie rozbijemy Sycylijczyka, przegramy.

- Trzeba najpierw załatwić tę sukę na górze, - To był głos Magnusa.

- Wybiła ci oko, chcesz zemsty? - pytał drugi bandyta.

-  Tacy,  załatwili  ją  raz.  Gryzła  i  oberwała.  Z  tego  ja  się  urodziłem.

Dziadek i ksiądz kazali, żeby mnie kochała, więc dostała pierdolca. Jeździła
ze mną do parku, kupowała zabawki, ale zawsze od niej wiało trupim jadem.

- Patrzcie, „Szczur" boi się mamy - zaśmiał się tamten.

Zdrętwiała.  Więc  nie  rozpoznanym  kidnaperem  i  mordercą  był

Magnus?!...  Doznała  zaćmienia  jak  wówczas,  gdy  zobaczyła  na  strychu
rozdartą kotkę. W tubach chwilę panowała cisza.

- A ty pamiętasz swoich? - zapytał Magnus.

- Ja? - roześmiał się Gass. - Mój stary jest inżynierem.

Budował  mosty.  Wie,  że  strzelam  i  podkładam  plastik.  Jak  miał

pięćdziesiąt lat, upatrzył sobie dwudziestolenią kurwę w kabarecie. Ożenił się
z nią. Ja urodziłem się i byłem dzieckiem miłości. Tyle, że ta dziwka rypała
się  z  iluzjonistą  w  cyrku.  No  i  ja  byłem,  dzieckiem  miłości,  ale  tego
cyrkowca i mamy tancerki. Ona spała też z innymi ale stary kiedy przyleciał
z  Kalifornii  złapał  w  kojce  na  łodzi  maga.  Masz  trochę  whisky?  -  przerwał
opowieść Gass.

Po  chwili  rozmowa  potoczyła  się  dalej.  Wydało  się,  że  jestem

skurwysynkiem.  Przyszywany  tatuś  przestał  mnie  kąpać  w  mleku.  Z  kurwą,
dogadał  się  w  łóżku.  A  cały  jad  przelał  na  mnie.  Słyszałem  ich  rozmowy  o
cyrkowym  bękarcie.  Zabrałem  świecidła  z  sejfu,  forsę  i  ruszyłem  w  mgłę.
Nie szukali mnie, byli zadowoleni, że prysnąłem. Ja nie mam matki Albakory
i ojca sławnego strzelca najemnego.

-  Wszystko  gnój...  -  skomentował  Magnus.  Chlupnęła  whisky,  któryś  z

bandytów się zakrztusił.

- Po co one nas rodziły... - powiedział Gass.

background image

- Musiały. Zauważyłeś, jak te, których dopadniemy, boją się brzucha.

-  Najlepszy  bajer,  że  zrobimy  im  dzidziusia,  wtedy  dają  dobrze,

podziękować  Bogu  jak  zrobimy  swoje,  dalej  ksiądz  i  policjant  dopilnują,
żeby  urodziły.  Ratunek  widzą  w  nas,  że  jak  będą  dobre,  to  im  nie  zrobimy
terrorysty - śmiał się Magnus.

Przymknęła oczy, przygryzła usta, minęło ćwierć wieku, ale pamiętała ten

ton  jakby  zdarzenia  w  piwnicy  rozwalonego  domu  działy  się  dzisiaj.  Głos
Magnusa,  bełkotliwy,  z  domieszką  cynicznej  maniery,  dudniący  w
przewodach akustycznych, był głosem Hydego.

- Mam pomysł - powiedział - pogawędzimy z Albakorą na górze.

Chwilę  trwała  cisza.  Tuby  starego  urządzenia  zamilkły.  W  ową  pustkę

wdarł  się  śmiech  Hydego  -  taki  jak  wówczas.  Odgłosy  dobiegające  ze
stróżówki  wskazywały,  że  bandyci  szykują  się  do  wyjścia.  Odbezpieczyła
granaty i powiesiła je na haczykach. Przebrała się w panterkę. Odbezpieczyła
pistolet,  stanęła  przy  ścianie.  Zgasiła  światło.  Do  mrocznego  pokoju  weszło
dwóch ludzi.

- Zapal lampę - warknął Magnus.

- Ja widzę po ciemku - powiedziała spokojnie.

Któryś  ze  zbirów  odnalazł  i  przycisnął  włącznik.  Jasny  blask  oślepił

bandytów. Zaraz jednak zauważyli wiszące na bloczkach granaty. Ten drugi
wodził lufą pistoletu po pokoju.

-  Wejdźcie  dalej  chłopcy...  -  powiedziała  niemal  ciepło.  Obaj  jak  na

komendę  zwrócili  się  do  niej.  Natychmiast  zrozumieli  sens  urządzenia
połączonego  z  jej  ramieniem.  Stała  na  szeroko  rozstawionych  nogach.
Trzymała broń

skierowaną na szakali.

- Nie zgłosiłam w „Armii", że tu jest Szczur, bo jutro zjadłyby was ryby.

Ty gówniarzu, odłóż pistolet, a ty bat, bo wam podziurawię kolana.

- Albakora...? - wyseplenił ten niższy.

Magnus zrobił krok w jej kierunku, był blisko. Rzuciła okiem na muszkę

automatu,  i  bat  w  jego  ręku.  Nacisnęła  spust.  Huk  trzech  wystrzałów
wypełnił  cichy  dom.  Gruby  nahaj  ułamał  się  tuż  przy  dłoniach  bandyty  i

background image

zwisał  na  włóknach  ku  ziemi.  Odłóż  to  -  warknęła  do  drugiego  szakala,
kierując lufę na pistolet w jego ręce. Bandyta położył broń na stole.

- Kompromitujecie ideę walki terrorystycznej, dlat
W rogu walizeczki leżał gruby plik pieniędzy spięt

background image

-  Kompromitujecie  ideę  walki  terrorystycznej,  dlatego  zginiecie  pod

knutem. I jeszcze jedno, gdybym o zwykłej godzinie nie zgłosiła hasła, mój
list  z  danymi,  kim  jest  Szczur  i  gdzie  was  szukać  zostanie  doręczony  do
bojówki. Lepiej więc, żebym żyła, prawda?

-  Suka  -  warknął  Magnus.  -  Z  policją  sobie  poradzicie,  z  „Armią"  na

pewno nie - dodała Albakora.

Jej  aktorstwo  znów  odniosło  sukces.  Jadowity  grymas  wykrzywił  twarz

młodego Hyde'a,

- Wygrałaś - bandyta uniósł ręce do góry. Drugi zbir uczynił ten sam gest.

- Gratuluję pani, Magnus powinien być dumny...

-  Śmierdzi  od  was  wódką-powiedziała  z  obrzydzeniem.  Bandyci  powoli

ruszyli ku drzwiom.

...Sen nie sen, mara nie mara, przeszłość zmieszała się w niej z kutrową

ciszą i sztormem. Tkwiła w ciemnościach daleka i bliska sprawom sprzed lat
i ostatnim wydarzeniom. Była daleko od korabia podrzucanego coraz wyżej i
mocniej  falami  lecącymi  z  czarnej  otchłani...  Magnus  z  latawcem  na
kolorowym  sznureczku...  Mamo,  ja  chce  oranżady,  chcę  galaretkę  z
pomarańczami... Masz, synku, ta jest ananasowa, jeszcze lepsza... Chodź do
mnie,  mama  włoży  ci  płaszczyk,  zrobiło  się  zimno...  Dziecko  jak  dziecko,
matka jak matka... Gdzie jest więc ciemność, gdzie jasność, gdzie Bóg w tym
wszystkim?...  Bóg  jest  dla  całej  ludzkości,  nie  dla  jednego  Magnusa,  czy
jednej  Marii  Elwiry...  A  prawda  o  gwałcie  i  macierzyństwie?  Może  być
większa zbrodnia i tortura, bardziej makabryczny horror niż nakaz trwania w
oczekiwaniu  na  narodziny  bestii  z  własnego  ciała?...  Jeżeli  Bóg  wydaje  się
głupcem i złoczyńcą wiadomo, że kłamią kapłani...

Ale co to? Stała się dziwna cisza. Ryk morza i huk fal zdawały się też być

ciszą.  Wyrwana  ze  świata  rzeczywistości,  dalekiej  od  morza  i  ziemi
zrozumiała,  że  na  miotanym  sztormem  statku  zamilkła  maszyna.  Rybacy
mówili,  że  gdy  tak  się  stanie,  łoskot  sztormu  pogłębia  jedynie  ciszę,  która
niebawem przyjdzie. Teraz statek stawał dęba i walił się w rozpadliny morza
jakoś bardziej gwałtownie. To fale obróciły korab burtą i bijąc w bok, robiły
sobie z niego igraszkę. Pokrzykiwania mężczyzn umilkły. Cisza była groźna.
Coś  zastukało  na  wąskim  korytarzu.  Ktoś  otworzył  drzwi.  W  świetle  mdłej
lampki  stal  Graham  Barents,  w  ręku  trzymał  pomarańczowy  kombinezon,

background image

sam był w kufajce i filcowych butach.

- Ubieraj to Maria, łożysko poszło na wale. Robimy, ale sztorm wieje na

rafy, może trzeba będzie opuścić pudło.

- To jest twoje ubranie powiedziała usiłując stanąć na uciekającej w bok

podłodze. -Nie dyskutuj Maria!

- Ja mam kapok - nie ustępowała.

-  Wkładaj  kombinezon  i  wychodź  do  sterówki!  -  podniósł  głos  szyper,

rzucił  ubranie  na  koję  i  wyszedł.  Lampka  elektryczna  nie  dawała  światła,
usiłowała  zapalić  nietoperza,  udało  się  wreszcie.  Czerwonawe  refleksy
rozpełzły  się  po  ciemnych  kątach.  Zauważyła,  że  z  pootwieranych  szafek
rzeczy wypadły na podłogę i tańczyły, wraz z przechyłami kadłuba. Siedziała
na koi zaparta nogami w podłogę. Powoli powracała do czasu teraźniejszego
i  kutrowej  rzeczywistości.  Rybacy  mieli  ubrania  specjalne,  które  w  razie
zmycia  za  burtę  zabezpieczały  ich  przed  utonięciem.  Szyper  nie  powinien
zabrać  jej  w  morze  bez  podobnego  sprzętu.  Awaria  maszyny  w  sztormie  to
złamane skrzydło ptaka w locie.

...Graham Barents oddał jej swój kombinezon. Miał żonę i troje dzieci...

Utrzymywał  tę  rodzinę.  Ona  była  Liwią,  ćmą  w  ostatnim  przeobrażeniu,
która żyła jedynie przeszłością.

Może prawdziwy Bóg wysłuchał modlitwy, zesłał ten sztorm i zatrzymał

bieg  maszyny.  Ale  Bóg  pobudził  też  poczucie  obowiązku  Barentsa
Grahama...

- Włóż kombinezon Mario - to polecenie szypra. Graham nie ustąpi. O ile

trzeba  będzie  opuścić  kuter,  Graham  zamarznie  w  kufajce,  jak  dziesiątki
innych rybaków w takiej sytuacji. Ona spotka w porcie jego żonę, spojrzy w
oczy jego dzieciom... Co w nich zobaczy?... Nie. Tak się nie stanie! Myśl jej
była  chłodna.  Włożyła  ubranie,  nie  zapinając  zamków.  Wyszła  do  sterówki.
Młody  Albert  Wadlelgh  stał  przy  sterze,  obracał  kółkiem  jak  dziecinną
zabawką.  Statek  pozbawiony  zdolności  manewrowej  nie  reagował  na
sterowanie. Rybak był w szczelnie zapiętym kombinezonie.

- Zaciągnij zamki i przyklep rzepy - powiedział patrząc na nią. - Widzisz

co  się  robi,  w  każdej  chwili  może  być  wywrotka...  Kuter  sztormował  burtą.
Olbrzymie  fala  obracały  go  rufą  do  swych  taranów  i  wówczas  tony  wody
zwalały  się  na  pokład.  Kadłub  niemal  wyginał  się  pod  ich  ciężarem.  Pawęż

background image

znikała  pod  kipielą,  a  dziób  wędrował  do  góry,  by  potem  runąć  w  przepaść
między nagle ustępującymi górami wodnymi.

-  Czy  szyper  ma  drugi  kombinezon?  -  zapytała  przekrzykując  łoskot

morza.  Rybak  za  sterem  milczał.  W  słabym  blasku  lampki  widziała  jego
twarz.  Nie  było  odpowiedzi  na  je  pytanie.  Zrozumiała.  Ruszyła  w  dół  po
metalowej drabince, gdzie trzej ludzie usiłowali uruchomić mechanizm.

W czeluści kutra widać było nieruchomy kadłub maszyny i przyssane do

niego sylwetki. Panowała cisza. Czasem brzęknął klucz lub padło słowo, też
jakby z metalu. Stała, patrzyła. Zdawało się, że ci ludzie nie czują, chwiejby,
nie podlegają prawom grawitacji, bo wyzwolili się z ludzkiego ciężaru.

Graham zauważył ją.

- Maria, przywołaj Irwina!

Ruszyła  do  góry.  Oni  robili  tę  maszynę,  padali,  wstawali  i  robili...

Pomieszczenie  było  zbyt  małe  dla  czterech,  nie  mieściło  się  osiem  rąk  na
bloku.  Graham  kolejno  wysyłał  rybaków,  żeby  pospali  dwie  godziny  od
razu...  Drzwi  do  kubryka  byty  otwarte.  Opierając  się  rękami  o  szoty  w
korytarzu, dotarła do nich. Irwin Hudson klęczał. Oburącz obejmował pilers,
aby nie zjeżdżać w nurkujące kąty. Nie zauważył jej. Jego usta poruszały się,
patrzył  daleko,  rozmawiał  z.  Bogiem.  Modlił  się  żarliwie.  Wierzył  w  tę
modlitwę,  była  jego  nadzieją.  Podeszła,  dotknęła  ramienia  rybaka.  Spojrzał
na nią. Na jego

twarzy nie było przerażenia, była modlitwa.

- Irwin, szyper woła.

- Yes, Maria. Módl się do Boga, w nim nadzieja.

Poszedł Irwin. Uklękła, objęła oburącz pilers, gdyż tylko tak można było

utrzymać  równowagę.  Oparła  głowę  o  mocne  drzewce...  Bóg  jest  stwórcą
całej ludzkości, nie kilku ludzi na okaleczonym statku w sztormie...Ale, oni
widzą  swojego  Pana,  gdy  pochyla  się  w  wielkiej  przestrzeni  i  trzyma
zbawczą rękę nad oceanem. Bóg jest w tobie. W nich był Bóg, a więc był w
ogóle.

...Panie uratuj ten statek, uratuj ludzi, niech wrócą do domów nad laguną,

zasiądą  do  wieczerzy  z  żonami  i  dziećmi...  Spraw,  aby  znowu  nie  pojawiły
się  w  osadzie  kobiety  ubrane  na  czarno...  Usta  jej  poruszały  się,  słowa  były

background image

głośne.  Umilkła  nagle.  Ocknęła  się  z  modlitwy  i  wiary.  Wstała,  ruszyła  do
sterówki, w której wiatr huczał i kłębiły się kropelki wody. Rybak stał przy
sterze, chociaż statek steru nie słuchał. Dniało, ciemność ustępowała jasności.

Świt  wstawał  mroczny,  słońce  zasłaniały  fale,  woda  mieszała  się  z

powietrzem. Rybak patrzył przez lornetę na zachód, tam były skały. Stanęła
znów 

na 

drabince. 

metalowym 

łuku 

wyścig, 

trwał.

Kilkudziesięciokilogramowa  głowica  wahała  się  na  łańcuchach  nad  ludźmi.
Rozbebeszona  maszyna,  jak  rozkrajany  brzuch  wieloryba,  pokazywała
wnętrzności.  Rybacy  z  kluczami  w  rękach  tańczyli  nad  mechanicznym
tworem,  który  należało  wyrwać  z  martwoty...  Czy  realne  było  naprawienie
tego  mechanizmu  w  takich  warunkach.  Może,  ale  najpierw  potrzebna  była
wiara.  Graham  i  jego  ludzie  mieli  ją.  Sztorm  szalał,  łożysko  było  już;
zmienione,  należało  teraz  zmontować  rozebraną  maszynę,  na  wyścigi  z
wichurą i śmiercią. Gdy ukażą się kamienne kły, w mechanizmie musi tętnić
życie. Pierwsze uderzenie kutra o kamień przerwie jego istnienie. Morze nie
uznaje kompromisów, jego terminy są święte.

Graham  wygrzebał  się  z  czeluści,  wtoczył  zmęczony  i  brudny  do

sterówki. Popatrzył na niebo zasnute chmurami.

-  W  Bogu  nadzieja,  zdążymy,  a  jeżeli  nie  zapniesz  kombinezonu  i

skoczysz do wody jak wszyscy. Mamy ponton, poczekamy na ratunek.

Milczała. Graham popatrzył na nią uważnie.

- Ty coś kombinujesz, Maria.

- Słuchaj, Graham - powiedziała żarliwie - masz rodzinę, ja nie mam do

kogo  wracać.  Moje  życie  już  dawno  skończone.  Nie  skorzystam  z  twojego
ubrania...

Szyper postąpił do przodu, krew nabiegła mu do twarzy.

- Zamilcz! - powiedział przez zęby. - Nie wiesz co mówisz, kobieto! Będę

ratować się do końca, ale w sposób godny. Gdybym przeżył utratę statku, a
jeden człowiek zginąłby z braku ubrania, byłbym trupem bardziej niż ten, kto
utonął.  Ja  tego  ubrania  nie  dotknę,  chociażby  puste  poszło  ze  statkiem  na
dno.  Szyprowi  nie  wystarczy  uratować  życia,  musi  uratować  jeszcze  coś
ważniejszego... Od tego nie ma ucieczki.

Spuściła  głowę.  Wiedziała,  że  od  praw  jakimi  kierował  się  Graham  nie

background image

było odwołania.

...A kim był Graham Barents, dla Marii Elwiry? Ojcem chrzestnym? Nie,

właśnie ojcem chrzestnym nie był.

Urodziła  się  w  dniu,  gdy  Graham  Barents  kupił  pierwszą  łódź  rybacką,

wypłynął na morze i przywiózł pełne lasty połowu. Przedtem był w ich domu
i  przyniósł  kwiaty  dla  matki.  Długo  patrzył  na  nowo  urodzoną,  dotknął  jej
czoła.  Coś  mruczał.  Potem  twierdził,  że,  ta  malutka  przyniosła  mu
szczęście... Graham był dalekim krewnym matki. Podobno pomagał jej, gdy
się  uczyła,  dał  jakieś  pieniądze  na  szkolę.  No  i  matka,  chciała,  żeby  został
chrzestnym Marii Elwiry. Ojciec nie bardzo był z tego zadowolony. Rybak?
Cóż to za splendor dla urzędnika bankowego. Graham szczerze radował się z
zaszczytu,  ale  chyba  więcej  z  dziwnej  miłości  do  maleństwa.  Nie  miał
wówczas jeszcze własnych dzieci. Uszył sobie garnitur, kupił prezent z litego
złota... Ale szef ojca w banku powiedział, że takie piękne dziecko trzymać do
chrztu  to  wielka  przyjemność...  Wbrew  woli  matki,  ojciec  przeprosił
Grahama  Barentsa.  Coś  wymyślił  śmiesznego.  Nie  musiało  być  mądre  dla
rybaka bez szkół prawie, takiego, który chodzi swoimi ścieżkami.

W  dniu  jej  chrztu  Graham  Barents  wypłynął  na  morze,  chociaż  dostąpił

zaszczytu  i  był  zaproszony  na  uroczystość  kościelną  i  przyjęcie  w  domu.
Złoty  łańcuszek  przysłał  przez  brata  i  długo  nie  pokazywał  się  u  Tellierów.
Potem kilka razy odwiedził matkę. Na weselu rybaka też była tylko matka.

Gdy  ją,  Elwirę,  spotkało  nieszczęście,  przyszedł  kilka  razy  do  szpitala.

Później podobno wyzwał ojca od szubrawców za to, że godzi się na przymus
rodzenia przez Marię dziecka wbrew jej woli. Następnie pojawił się u niej w
więzieniu...

Teraz  poszła  do  kambuza,  usiłowała  ustawić  czajnik  na  rozbieganym

kardanie.  Trzeba  było  podać  coś  ciepłego  tym  przy  rozgrzebanej  maszynie.
Naczynia, zapałki, nóż, wszystko uciekało jej z rąk.

W tym huku i ciszy rozległ się głos dzwonu, przenikliwy, nagły, chociaż

spodziewany, to jednak zaskakujący.

Ruszyła  do  sterówki.  Graham  patrzył  na  zachód,  spojrzała  tam  także.

Daleko za kipielą szczerzyły się smocze zęby. Skaliste wybrzeże ni to rafy, ni
wyspy, było o milę, może dwie, prosto na kursie dryfu, niesionego sztormem
statku.

background image

Przedłużyć  łańcuchy  w  obydwu  kotwicach!  krzyknął  Graham  do  ludzi

dokręcaj  ących  śruby  na  głowicy  silnika.  Teraz  liczyła  się  każda  sekunda.
Graham stanął przy niewładnym sterze. Dwaj rybacy zostali w maszynowni,
dwaj czołgali się do kotwicznego luku, zaraz potem przywiązani do masztu i
relingów,  zataczając  się  i  przewracając  na  chwiejbie  ciągnęli  ciężkie
łańcuchy.  Ktoś  przyniósł  potężne  szekle...  Każdy  dodatkowy  metr  uwięzi
zwiększał  szansę  statku  i  ludzi.  Rozumieli  to.  Robota  przy  maszynie  i
kotwicy była czepianiem się pazurami krawędzi, gdy nogi zgubiły oparcie.

Skały  rosły,  było  widać  ich  stopnie.  Woda  biła  o  granitowe  kły.

Zderzenie wydawało się nieuniknione.

-  Obydwie  kotwice  przygotowane!  -  zameldował  rybak  z  pokładu,

łańcuch musiał przygnieść mu rękę, krew kapała z niej obficie. Maria Elwira
pociągnęła  go  do  kubryka,  obmyła  ranę,  sięgnęła  do  apteczki,  założyła
opatrunek.

Skały zbliżyły się bardzo Kuter wzlatywał ponad ich taras i przepadał w

toń, niżej niż leżały głazy.

-  Prawa  kotwica  do  morza!  -  krzyknął  szyper.  Przez  łoskot  wody  na

kamieniach  i  huk  wichury,  przedarł  się  metaliczny  zgrzyt  i  głośny  grzechot
łańcucha. Zdawało się, że nastała cisza. Każdy, kto był niesiony niewładnym
statkiem,  widział  jak  marynarze  rzucają  w  toń  stalowe  haki,  doznał  nadziei.
Nadziei, niczego więcej. Bo czym jest nadzieja? Kotwica jak modlitwa... Czy
będzie  wysłuchana?  Czy  Bóg  zechce  wysłuchać  żarliwych  próśb  jednego
człowieka,  jednej  załogi  ginącego  korabia,  jednej  matki  o  zdrowie  dziecka?
...Czy łańcuchy sięgną dna, czy może toń jest zbyt głęboka, czy haki znajdą
opór  o  który  będą  mogły  zaczepić  swe  zęby,  by  przytrzymać  statek  przed
rozbiciem?  Czy  wreszcie  uwięź  wytrzyma  pierwsze  szarpnięcie?...  Kotwica
to tylko nadzieja.

Na kutrze miotanym sztormem, gdy tuż było do granitu, zostały rzucona

kotwice,  jak  słowa  żarliwej  modlitwy.  Zdawało  się,  że  nastała  cisza,  ludzie
zamarli w oczekiwaniu. Nastąpi szarpnięcie? Stalowy hak znajdzie szczelinę
w  kamiennym  dnie,  przytrzyma  w  bezpiecznym  miejscu  zagrożonego
śmiertelnie korabia, czy zawiedzie ta ostatnia... nadzieja?

- Bóg  może  was  wysłuchać  tylko  wówczas,  gdy  wyczerpiecie  wszystkie

możliwości ratunku - powiedział Graham.

background image

Oni  walczyli  nie  czekając  na  cud  boży.  Wichura  była  szybsza.  Sztorm

przygnał bezwładny statek do smoczych

zębów  z  kamienia  zanim  tchnęli  obroty  w  martwy  mechanizm.  Teraz

rzucili kotwicę. Żelazo, na którym nie mogli odpłynąć od niebezpieczeństwa.
Mogli mieć tylko nadzieję...

Była  cisza.  Statek  wciąż  dryfował  na  skały.  Jeszcze  kwadrans,  jeszcze

pięć minut... Szyper nie dawał rozkazu

opuszczenia kutra. Kotwice były na dnie.

Obezwładniony statek rzadko dryfuje dziobem. Gdy nie przypięty żaglem

do powietrza lub śrubą do oporu wody, jest igraszką wichury i fali. Kręci się,
przechyla, płynie bokiem, obraca rufą. Kiedy spadną z jego dziobu do wody
ciężkie żelaza, jakby przystaje w chwili namysłu. Długie i szerokie łańcuchy
stawiają  opór,  dziób  płynie  wolniej  niż  rufa.  Ale  nic  się  jeszcze  nie  dzieje
ważnego, kadłub wykręca się powoli dziobem do fali, dryfuje nadal, niesiony
ku  zagładzie...  „Święta  Kinga"  obróciła  się  pawężą  ku  zębom  rafy,
wystawiając  na  starcie  mechanizm  szczególny,  śrubę,  która  nadaje  ruch.
Wiedzieli wszyscy, że teraz, gdy nastąpi najmniejszy nawet zgrzyt metalu o
kamień, statek pozostanie tu na zawsze.

Oczekiwanie  trwało,  w  ciemnościach  ktoś  powtarzał...  I  odpuść  nam

nasze - winy, jako my odpuszczamy naszym winowajcom. Uratuj nas, Panie.
Uratuj nas, Panie! - powtórzyli inni. Maria Elwira trwała w mroku, trzymając
się masztu.

Teraz  rufa  „Świętej  Kingi"  zdawała  się  już  ocierać  o  granitowy  obelisk

sterczący  z  wody  jak  palec  wskazujący  niebo  utrudzonym  wędrowcom.
Maria przymknęła oczy, zdawało się jej, że już słyszy zgrzyt, którego jeszcze
nie  było...  Mimo  nieustającego  łoskotu  panowała  przeraźliwa  cisza.  Ale  co
to?  Maszt  w  jej  rękach  zachwiał  się  nagle.  Kuter  poderwany  z  dziobu  siłą
kilkuset ton swej masy drżał w przedziwnej febrze. Maria Elwira otworzyła
oczy. Nie było już przed nią skał i jak palec boży obeliska. Zwrócona była do
dziobu, przed którym rozpościerało się wściekle jak rój szerszeni, zmieszane
z  powietrzem,  ale  pozbawione  skalnej  palisady  morze...  A  więc  łańcuchy
sięgnęły  dna  i  hak  znalazł  opór.  Spojrzała  do  tyłu.  Rufa  „Świętej  Kingi"
zdawała  się  tańczyć  po  skalnym  tarasie.  Statek  uniknął  zagłady.  Zatrzymał
się o rzut kamieniem od śmierci. Czy tak wytrwa? Nadzieja była w kotwicy.

background image

Graham  ukląkł.  Za  nim  uklękli  rybacy,  ona  też  uklękła.  Przeżegnali  się,

pokłonili Bogu. Ludzie wrócili do maszyny. Niewiele zostało tam roboty.

Graham potrząsnął jej ramieniem.

- Idź stąd, fala wysoka, zejdź pod dek.

Ruszyła do włazu, on do dziobu. Gdy wrócił, twarz miał szarą. Zajrzał do

maszynowego luku.

- Kończyć! - powiedział. - Trzyma tylko jedna kotwica.

Niezwykłe  uczucie  mają  ludzie  w  czerepie  bezwładnego  statku,  którym

ciska fala tuż przy skałach. Ratunek był blisko. Rybacy, mocowali przewody
paliwowe  i  elektryczne.  Do  rozruchu  pozostawały  minuty...  Ten  i  ów  wziął
głębszy  oddech,  zaciągnął  się  powietrzem.  Było  to  westchnienie  serdecznej
ulgi więc wysłuchał Bóg ich modlitwy?

W tę ciszę na szalejącym morzu wdarł się krzyk Irwina.

-Kotwica puściła!

Statek  przesuwał  się  wolno  do  tyłu.  Stalowy  łańcuch  drżał  w  kluzie,  aż

wibracje  biegły  po  burtach.  A  na  dole  zakręcili  już  pierwszy  raz  maszynę...
Zabrakło  kwadransa,  chyba  mniej,  aby  można  przeciwstawić  mechanizm
atakom  morza.  Czyżby  zakpiła  nadzieja?  Ludzie  mieli  zastygłe  twarze.  I
nagle  łańcuch  uderzył  w  otwór  kluzy,  wyprężył  się.  Hak  kotwiczny  jeszcze
raz  złapał  kamień.  I  oto  statkiem  wstrząsnęły  inne  wibracje,  były  silne.
Dochodziły  z  dołu.  Przybywało  ich.  Narastały,  łączyły  się  w  jednolity
pomruk...Owo  drżenie  było  muzyką  jedyną.  To  martwy  mechanizm  ożył,
zbierał  siłę,  aby  stawić  czoła  żywiołowi.  Jeszcze  kilka  minut...  Kotwice
muszą wytrzymać...

Graham  przesunął  manetkę,  śruba  poruszyła  się  w  wodzie.  Napięty

łańcuch,  przestał  grać.  Dziób  kutra  powoli  wjeżdżał  na  górę,  którą  nie.
podrzucała  już  nim,  jak  bezwładnym  czerepem.  Palisada  smoczych  zębów
ruszyła  do  tyłu,  było  jeszcze  blisko,  rufa  niemal  opierała  się  o  skały,  ale
szczeliny  w  kamieniach  jak  by  zaczęły  zachodzić  mgłą.  Graham  uruchomił
windy.  Kotwice  podniosły  się  z  dna.  Poszły  do  góry,  ciągle  jeszcze
niewidoczne w tom. Wreszcie pokazały się jedna potem druga, między falami
wysokimi jak szczyty gór oszronione pianą na krawędziach... Graham stał za
sterem, powoli obracał kołem. Tarcza kompasu biegła w prawo. Pod kreską

background image

obracały się trójkąty rumbów zgodnie zawoła człowieka. Szyper brał kurs na
każdej  szerokości,  jedyny...do  życia...  Świt  wstał  pogodny.  Wichura  uciekła
do  przepastnych  bukłaków,  które  pan  zawiązał  na  mocny  supeł.  Nastała
cisza.  Kutrem  jeszcze  rzucała  martwica,  tale  morze  od  wschodu  płaszczyło
się  i  fale  traciły  spienione  grzbiety.  W  południe  słoneczny  blask  objął
widnokrąg.  Ciemna  woda  pojaśniała.  Nad  masztem  pojawiły  się  mewy...
Maria robiła porządki w kambuzie. Ludzie cieszyli się rychłym powrotem do
domu...  A  ona?  Ona  wiedziała,  że  spotkanie  z  szakalami  jest  nieuniknione.
Tuż przed wyjazdem z domu usłyszała rozmowę o gwałcie Remis.

-  Jak  lala  zła,  trzeba  straszyć  ją  brzuchem...  Jeżeli  trafisz  na  właściwy

dzień, zawsze dostaniesz jak trzeba - śmiał się

Gass.

-  Heca?  Czym  byś  straszył  inaczej?  Jak  lejesz  w  mordę  albo  szczujesz

kretom,  drętwieje  i  jest  tak,  jakbyś  rypał  kukiełkę.  Kiedy  postraszysz
maluszkiem,  powiesz,  że  zawiadomisz  parafię  i  sędziego,  od  razu  masz  ze
świętoszki kurwę... - Magnus chlupał whisky w butelce.

-  Prawo  z  nami,  Gass.  Mam  tu  blisko  upatrzoną  taką.  Zrobimy  bal.  Z

facetem  jest  sprawa  do  załatwienia.  Zaciukamy  go.  Jej  zrobimy  poczęcie.
Będzie musiała urodzić małego krecika i dostanie kuku.

-  Biskup  pomoże,  zrobi  znak  krzyża  i  mama  pokocha  synka  śmiał  się

Gass.

-  Moja  chodziła  ze  mną  na  spacery  do  parku,  kupowała  mi  cukierki,

okrywała kołderką... -I wybiła ci oko!? -parsknął Gass.

- Bo jej odbiło za porozrywane koty.

- Ty jesteś przedszkolak, Magnus. W Jugosławii, tam byli faceci... Kuku

było elementem spontagonicznym. Palili, strzelali, gwałcili. Był rozkaz, żeby
wykurzyć  osadników.  To  nasi  zgonili  młode  baby  do  szopy,  rzucili  na
klepisko  słomę.  Ludzi  posadzili  dokoła,  jak  w  cyrku.  Rypali  te  baby  od
przodu i tyłu. Która źle fikała, strzelali do jej bachora

- Nie skomlij, zrobimy ci drugiego - takie było hasło. Jednej mąż wyłazi z

dziury, bo już nie mógł wytrzymać. Startował na nas z drągiem. Przebiliśmy
go widłami i wrzucili do gnoju. Ona chciała wyrwać automat oficerowi, więc
załatwiliśmy drugiego jej dzieciaka, a j ą zrypali na, tym klepisku wszyscy.

background image

Zrobili  jej  brzuch.  No  i  jak  jeszcze  tam  byłem,  czytam  w  gazecie,  że

przyjechał ksiądz biskup i powołując, się na apel Świętego Ojca, nakazywał
brzuchatym, aby rodziły nasze boba-ski... Hii, hii, hii...- zaśmiał się szakal...
No i ta nasza dostała pierdolca. Skoczyła do studni...

- Ma fantazję taki biskup. On myśli, że dzieciak, którego zrobimy, będzie

siedział przy stole z dzieckiem taty, którego zaciukaliśmy przy robieniu kuku
mamusi. Myśli, że takie bra-ciszki będą się kochać nawet jak już dorosną... -
zaniósł się śmiechem Magnus.

- Daj whisky, bo sam wypijesz. A ta nad morzem była dobra. Chciała żyć

suka. Ja bym tam jeszcze pojechał.

-  To  nie  pojedziesz,  zabawimy  się  tutaj.  Zapłacą  oboje.  On  mnie  chyba

poznał. ...Ucichła wichura. Spłaszczyły się

Furmaga Lesław - GWAŁT fale. Unieśli zagrożone życie rybacy i Maria

Elwira.

Graham  kazał  wydać  sieci,  wrócił  na  łowisko.  Znowu  ciągnął  wór  za

kutrem.  Stracił  rybę  w  sztormie.  Skrzynki,  sprzęt  zmyło  z  pokładu.  Jego
przekorna natura nie przyjęła przegranej. Musiał wpłynąć zwycięski do portu.

Wróciły  dni  podobne  jak  krople  wody  niesione  wiatrem  po  skajlajcie.

Rano  robiła  śniadanie,  było  mycie  garów,  później  obiad  i  znowu  mycie,
kolacja,  mycie  podłogi,  szafek,  zakamarków...Żadnego  światła,  tylko
ciemność  w  przyszłości.  Brakowało  jej  wiary.  Zazdrościła  zakonnicom,
dewotkom, dziewczynkom idącym do pierwszej komunii.

Przez opory i ból, wśród wspomnień wracało to najbardziej smutne, gdy

rozmyślała, czym naprawdę jest los człowieczy...

Po dziesięciu latach przebywania w celi, gdy Flora zaczęta odgrzebywać

jej sprawę i na łamy gazet powróciła Albakora, odwiedził ją... ojciec.

Wszedł  do  celu  zgarbiony  starzec.  Cóż  jej  mógł  powiedzieć  albo  ona

jemu?  Stał  przy  obitych  blachą  drzwiach.  Patrzył  na  matkę  swego
wymarzonego księdza, kratę w oknie, twarz córki bez wyrazu.

-Elwira...

- Tato... - powiedziała jak kiedyś przed laty.

Usiadł  na  więziennym  zydlu,  wykrzywił  twarz,  zdjął  okulary.  Wytarł

background image

oczy, w których błyszczały łzy, jakieś duże i szerokie rozmazane. Czy to był
człowiek  dumnie  zasiadający  w  pierwszej  ławce  tuż  przed  ołtarzem?  Długo
panowała cisza. - Córko... dlaczego?

Milczała, mogła powiedzieć, że Bóg tak chciał, nie powiedziała.

- Twoja matka przed śmiercią kazała mi prosić cię o wybaczenie.

- Wybaczenie dla matki? Za co?

- Wybaczenie dla mnie... - powiedział ze spuszczoną głową.

- Przecież ty spełniałeś wolę Boga.

- Wierzysz, że tak było?

Milczała.  On  rozglądał  się  po  celu,  jakby  szukał  czegoś  zupełnie

nieokreślonego.

- Dlaczego strzelałaś do ludzi? - zapytał znienacka. - Bo zabrakło mi siły

do tłumienia buntu. Bałam się. Wiedziałam, że nastąpi katastrofa... I jest Bóg,
bo on mi to mówił.

- A ja wiedziałem, że nie można zabić życia.

-  Nie  zwątpiłeś?  Nigdy?  Nawet,  gdy  ci  mówili,  że  nie  dam  rady  nosić

tego płodu bez obłędu?

- Wiara nie uznaje odstępstwa i dlatego nie wierzę w nic już chyba...

- Bluźnisz. Bóg był i będzie.

- Ty to mówisz córko?

-  Ja,  bo  wierzyłam  w  Boga,  który  nie  może  dawać  ludziom  nieludzkich

nakazów.

- Bóg to modlitwa!

-  Bóg  to  myśl  i  uczynki.  Szakale  zgwałcili  ci  córkę,  nie  ratowałeś  jej.

Kupowałeś  zbawienie...  Nie  dbałeś  o  koszty,  bo  płaciła  córka...  To  nie  Bóg
nazwał kobiety czarownicami, nie on mordował je, paląc żywcem na stosach.
Nie Bóg! -Maria mówiła spokojnie, ale w jej słowach była siła niezwykła. -
Człowiek jest omylny, to wiadomo, ale kim jest ten, kto mówi, że Bóg sądzi,
a sam sądzi... Ty już nie wierzysz, bo dałeś się zwieść. On ciągle patrzył w
więzienną posadzkę.

background image

-  Wszystko  sczezło  -  powiedział.  -  Magnus  ogłuszył  furtiana,  okradł

klasztor, uciekł, matka umarła, ty jesteś tu...

Umilkł. Jego poorana zgryzotą twarz była ani z waty, ani z kamienia. O

czym myślał? Ona myślała o ćmie Liwii,

którą  pewnego  ranka  znalazła  na  stoliku  obok  lampki  martwą,  a  jednak

zupełnie  jak  żywą,  mimo  że  w  bezruchu.  Liwia  miała  aksamitne  skrzydła  i
duże  oczy  jak  przedtem.  Nic  w  niej  nie  zniszczyły  zmiany  pośmiertne.
Widocznie nieodgadniona naturą, może nadawać skrzydła także, kiedy zgon
zabiera  ulotne  życie.  Wyciągnęła  rękę,  położyła  na  jego  dłoniach,  uścisnęła
je.

-  Żyj  spokojnie,  tato,  mnie  tu  dobrze.  Często  „wracam"  do  domu,  do

mamy.  Pamiętam  osiołka  i  wózek,  na  którym  jeździłam  po  trawie,  kocura
Bufallo,  pikniki  pod  skałą,  którą  potem  przewróciły  fale...  Miałam  dobre
dzieciństwo, tato...

Ojciec uniósł głowę, usta drżały mu drobnymi skurczami, starcza maska

wypłaszczyła  się,  oczy  nabrały  wyrazu.  Uniósł  rękę,  dotknął  jej  twarzy  jak
relikwi.

- Pozwól odejść w pokoju... Elwira...

Pocałowała  go.  Uniósł  się  chwycił,  ją,  wychudłymi  piszczelami  i  znów

opadł na więzienny zydel.

- Kończył się rejs. Nadchodził czas powrotu. Morski wiatr rozwiał ciężar

spoczywający  na  dnie  jej  serca,  rozpędził  noc  wewnątrzną.  Fale  rozmyty
czerń,  z  którą  tu  przyszła.  Co  jednak  dalej?  -  pytała  sama  siebie.  Bała  się
ziemi  bardziej  niż  morza,  nawet  takiego  jak  wówczas  przy  skałach  i
kamiennym,  jak  palec  boży,  obelisku.  Tylko  właśnie  wtedy  postanowiła,  że
jeżeli  statek  uratuje  się  od  zagłady  ona  podejmie  walkę...  Nieprawda,  że
wszystko  stracone.  Przekreśli  przeszłość  Magnusa,  jak  przekreśliła  swoją.
Odwróci  bieg  wypadków,  zatrzyma  rzekę,  woda  odda  jej  co  niesie...  W
szczeline chmur odnalazła gwiazdę prowadzącą do portu... Dlaczego Magnus
stał się potworem? - pytała sama siebie. - W nim też rozpadły się brzegi. Ona
jest także temu winna, należało okiełznać chęć zemsty i złe myśli, gdy nosiła
dziecko. Teraz uratuje Magnusa.

Kiedyś przed muzeum przyglądała się wartownikowi w średniowiecznym

stroju  z  halabardą.  Później  przyśnił  jej  się  ten  strażnik  z  takim  właśnie

background image

toporem.  W  zamczysku,  w  lochach  była  pieczara  z  płaskim  piecem  i
uchwytami  z  żelaza.  Przykuwano  skazańca  do  łoża,  pod  którym  palono
ogień. Kamień rozgrzewał się, aż piekł żywcem. Dalej stała maszyna, tryby,
korby,  łańcuchy...  czarne  haki.  Przewodnik  tłumaczył,  w  jaki  sposób  kaci
kręcąc  koła  rozszarpywali  centymetr  po  centymetrze  złoczyńców,  król  obój
ców, a także czarownice, które nie chciały przyznać się do siły nieczystej.

Zapomniała  później  o  tej  maszynie.  Wrócił  do  niej  obraz  pieczary  w

zamczysku  po  gwałcie.  Zamykała  oczy.  Machina  stawała  przed  nią.  Był  na
niej  Hyde  i  pozostałe  bestie  z  piwnicy  w  rozwalonym  domu.  Wbijała  im
halabardę  w  brzuchy.  To  nie  była  drzazga  z  rozbitej  futryny,  to  była
halabarda...

Dziwne,  ale  maszyna,  którą  Magnus  rozdzierał  kotkę,  przypominała  tę,

jaką  ona  widziała  w  starym  zamczysku.  Ta  myśl  nie  dawała  jej  spokoju.  W
miarę mijania czasu zmieniał się jej pogląd na przyczyny instynktów chłopca.
Kiedyś zauważyła, że Magnus miał zdolności plastyczne. Zwróciła uwagę, że
malowane  przez  niego  portrety  mają  maski.  Maski  te  były  coraz  bardziej
czytelne  i  coraz  bardziej  przerażające.  Gdy  miał  9  lat,  jego  obrazki
zachowywały  już  właściwe  proporcje,  ale  przede  wszystkim  miały  swój
określony  wyraz  kupowała  mu  farby,  mazaki,  kredki.  Pewnego  razu  uwagę
jej  zwrócił  obrazek  przedstawiający  postać  ludzką  z  twarzą  upiora.  Była  to
maska z wąskimi wargami, kłami wilkołaka, oczy

były  w  niej  rybie,  potwór  zamiast  włosów  miał  na  głowie  kosmate  łapy

tarantuli.

- Kto to jest? - zapytała przerażona.

- To mój tatuś... - powiedział Magnus i zaczął się śmiać w taki sposób, że

cierpła.  Przyjrzała  się  uważniej  obrazkowi.  Był  to  portret  Hydego,  jaki
widywała  nocami.  Jeszcze  w  szpitalu,  po  rozmowie  z  księdzem  i  lekarzem,
zobaczyła we śnie potwora z kosmatymi łapami skorpiona na głowie. Nigdy
nie  mówiła  o  tym  nikomu...  Dlaczego  Magnus  narysował  taki  portret  ojca?
Skąd znał tę maskę?

Odrzucała z pasją wszystkie broszury i książki o ciąży i wychowywaniu

dziecka  jakie  jej  podsuwano.  Raz  jednak  przypadkowo  spojrzała  na  otwartą
stronę i przeczytała kilka zdań. Autorka apelowała do przyszłych matek o ich
spokój wewnętrzny. Pisała, że stresy kobiety w ciąży mogą przenieść się na

background image

dziecko.  Były  tam  przykłady  zapatrzenia  się  matki...  Dziecko  miało  rysy
aktorki,  którą  zafascynowana  była  matka.  Później  dziewczynka  zdradzała
talenty tej aktorki... A czym zafascynowana była ona?

Przeczytała  kilka  zdań,  rzuciła  książkę.  To  nie  jej  dziecko,  to  dziecko

Hydego,  seniora  Telliera,  księdza  katechety  i  lekarzy  w  białych  kitlach.
Przeraziła  się,  czuła  że  komuś  przekazuje  swoje  obrazy  i  myśli.  Cierpienie
było mniejsze, ktoś przejmował z jej umęczonej świadomości upiorne wizje.
Całą siłą woli odpędzała omamy, nie chciała porazić dziecka. Wykrzyczała to
księdzu i lekarzom. Dali jej jakieś zastrzyki.

-  Módl  się,  córko.  Bóg  cię  wysłucha.  Cierpisz,  to  prawda.  Oddal

nieczyste myśli. Dziecko nie jest winne, ono musi się urodzić.

-  A  ja?!  Czemu  ja  jestem  winna?!  -  krzyczała  w  niej  rozpacz  ptaka

zapładnianego  jaszczurczym  nasieniem.  Krzyk  biegł  w  pustkę,  ksiądz  miał
natchnione  oblicze  i  czynił  znak  krzyża.  Znak  ten  stal  się  dla  niej  znakiem
gwałtu. Ale miała widocznie prawdziwego Boga w sercu. Miała wiarę, której
nie  mogli  zniszczyć  nawet  szakale  zabraniający  suce  walki,  przed
uczynieniem jej matką jaszczurczą.

Gdy po raz pierwszy odkryła, że jej upiory przeniknęły do jaźni dziecka,

pojechała do Anglii. Szukała prawdy. Była w uniwersyteckich katedrach i u
wiejskich  wróżbitów.  Nikt  nie  miał  wątpliwości,  że  syn  po  rodzicu  może
odziedziczyć  zdolności  lub  instynkty  zbrodnicze.  A  jak  było  z  owym
przekazaniem impulsów przez matkę rozwijającemu się płodowi? Specjaliści
w  tej  sprawie  byli  powściągliwi.  Zauważyła  jednak,  że  opowiadaj  ąc
szczegóły  o  wizjach  w  czasie  ciąży  i  późniejszych  rysunkach  Magnusa,
wzbudzała  niezwykle  zainteresowanie  psychoanalityków.  Specjaliści
kopiowali  rysunki  chłopca  i  powiększali  ich  fragmenty.  Zestawiali  je  z
relacjami o stanie matki po gwałcie.

Wyniki  badań  zdawały  się  potwierdzać  przypuszczenia.  Zaprzestała

konsultacji.  Nie  chciała  wysłuchiwać  domniemań  i  diagnoz.  Starała  się
wydrzeć z rzeczywistości swojej i dziecka nieludzkie poczęcie. Nie udało się.
Nie była jednak tylko drzewem.

Graham  kazał  wybierać  sieci.  Ludzie  szorowali  statek.  Rejs  kończył  się

nieubłaganie. Gdy do portu było już niedaleko, szyper poprosił Marię Elwirę
do kubryka. Na stole leżała zapisana kartka, długopis i czek.

background image

-  Nieprawda,  że  kobieta  musi  przynieść  nieszczęście  na  morzu.  Kuter

mamy  pełen  ryby.  Oparliśmy  się  sztormowi.  Wracamy  szczęśliwie.
Pracowałaś  dobrze.  Obliczyłem  twój  part...  Co  będziesz  robić  na  lądzie?  -
zapytał.

Spojrzała  staremu  przyjacielowi  w  oczy.  Mam  jeszcze  sprawy  do

załatwienia.  Graham  -Czy  ja  mogłam  normalnie  wychować  to  dziecko?
Zapytała niespodziewanie. Graham skupił się, zmarszczył brwi. Zdawał sobie
sprawę,  że  jest  dla  niej  zwyczajnym,  sprawiedliwym  człowiekiem  i  jego
słowo będzie ważniejsze niż nauki całej wielkiej instytucji kościelnej.

Znam podobny przypadek. Zgwałcona i przebita nożem kobieta, przeżyła

i  wychowała  dwoje  bliźniąt  pochodzących  z  tego  gwałtu.  Dzieci  są  już
dorosłe.  Założyły  rodziny.  Wszyscy  są  uczciwymi  ludźmi...  -  Powiedział  z
rozwagą stary

rybak.

- Słyszałam o tym. Jak to się stało, Graham?

-  Jedź  do  tej  kobiety,  porozmawiaj.  Znajdziesz  ją  w  Elbertg.  Ma

księgarnię  na  rogu  ulicy,  tuż  przy  radzie  miejskiej.  A  w  stare  strony  nie
wracaj. Zostań tu. Co minęło, zostaw przeszłości.

Nie  usłuchała  Grahama  Barentsa.  Nie  wiedział  on,  że  Magnus  żyje,  bo

nikt  oprócz  niej  tego  nie  wiedział.  Nikt  też  nie  wiedział  kim  jest  Szczur,
poszukiwany listami gończymi. Nie usłuchała Grahama, postanowiła j eszcze
raz  wrócić  w  tamte  strony.  Los  szakalowej  matki  musiał  wypełnić  się  do
końca.

Maria  Elwira  znów  siedziała  za  kierownicą  swojego  pokracznego

samochodu. Z lewej strony szumiało rozeźlone morze. Z prawej piętrzyły się
wzgórza.  Kamienna  przestrzeń  i  hucząca  woda  były  jedynymi  barwami
krajobrazu  w  tej  części  wyspy.  Gdzieś  wyżej  zieleniła  się  uboga  łąka  z
kilkoma owcami pasącymi się jakby w chmurach. Kuter został w porcie, na
nim Graham i wszyscy przyjaźni jej ludzie. Znów była sama. Jechała tą drogą
kilka  miesięcy  temu,  gdy  odrzuciła  jej  pomoc  przerażona  Remis.  Morski
wiatr zrobił swoje. Maria Elwira nie była już rozbitkiem. Wróciła na ziemię,
odnalazła  przyjaciół,  którzy  radzili  by  zatrzymać  ją  jeszcze.  Kto  był  już
zupełnie  niepotrzebny,  wie  co  znaczy  taka  zmiana  losu...  Ale  ona  zawsze
była  komuś  potrzebna.  Miała  dziecko,  które  wymagało  szczególnej  opieki...

background image

Statek  nie  roztrzaskał  się  o  rafy,  ona  wraca  żywa  do  żywych.  Musi,  musi
zawrócić rzekę, żeby oddała co porwała i niesie.

Maria  Elvira  przystanęła  przy  małym  rynku.  Odnalazła  niewielką

księgarnię na rogu. W sklepie, przy kasie siedziała kobieta w wieku lat około
pięćdziesięciu,  a  przy  monitorze  niewielkiego  komputera  -  człowiek  może
trzydziestoletni. Podeszła do pani przy kasie, przedstawiła się. Przywykła do
tego, że jej imię i nazwisko robiły wrażenie, gdy je wypowiadała. Mimo, iż
minęły lata, proces Albakory utkwił w pamięci tutejszych.

Dwie  kobiety  porozumiały  się  jednak  szybko.  Beryl  Row,  bo  tak

nazywała  się  właścicielka  księgarni,  poprosiła  Marię  Elwirę  do  saloniku  za
sklepem.

-Nie sądziłam, że panią poznam - powiedziała szczerze.

Nie zdziwiło ją, że - mimo iż chodzi tylko o rozmowę - sprawa dla Elwiry

jest  niezwykle  ważna.  Beryl  zaprosiła  Marię  do  altany  na  wysokiej  skale,
gdzie  mogły  być  całkiem  nieskrępowane.  Gospodyni  była  zadbaną,  dobrze
mającą się panią, pogodną i wesołą. Słuchała uważnie Marii Elwiry.

-  Kto  by  pomyślał,  że  kobieta  o  takiej  sławie  może  mieć  podobne

problemy...  Przecież  to  wszystko  przeminęło  i  jesteśmy  już  zupełnie  inne...
Zwłaszcza  ty,  Mario  Elwiro,  przeżyłaś  tyle,  odkupiłaś  złe...  -  mówiła
przyjaźnie  Beryl.  -  A  ty  co  czułaś,  nie  prześladowała  cię  myśl  0
gwałcicielach? Nie miałaś wizji, upiornych snów... mar? - pytała tamtej.

- Nie. Moi oprawcy, gdy ich rozpoznałam, chcieli mnie zabić. Przeżyłam

okaleczenie.  Spotkałam  ich  w  sądzie...  Wyrok  zależał  w  dużym  stopniu  od
moich  zeznań.  Posypały  się  pieniądze,  błagania  rodziców  tych  gówniarzy.
Sprawa  była  poważna.  Chodziło  o  zamach  na  życie,  poderżnęli  mi  przecież
gardło...

Maria Elwira wzdrygnęła się.

-  Nie  patrz  tak.  Dzisiaj  już  nic  nie  widać.  To  byli  bardziej  chuligani  niż

mordercy. Kilka operacji zrobiło swoje -uśmiechnęła się Beryl.

- I naprawdę mogłaś pokochać ich dzieci?

- Nie tylko ich, ale także moje...

- Imponujesz mi - powiedziała ze smutkiem Maria Elwira.

background image

- Myślisz? To byli synowie, jeździli na tych wielkich motocyklach. Ja do

domu na motorowerze. Zatrzymałam się na chwilę w krzakach. Oni tam byli,
zobaczyli  mnie.  Wsiedli  na  te  straszne  motory  i  jeździli  wokół  rycząc
silnikami,  aż  ogłuchłam.  Potem  urządzili  sobie  rodeo.  Podjeżdżali  i  zrywali
ze  mnie  wszystko.  Potrącali  mnie  raz  i  drugi.  Upadłam.  Byli  rozbawieni  1
rozjuszeni.  Dwaj  zawlekli  mnie  głębiej  w  krzaki.  Poderwałam  się,
próbowałam uciekać. Zdarli mi stanik.

- Pobawimy się - szydzili. Prosiłam, groziłam. Szarpali moje figi, porwali

je.  Któregoś  kopnęłam,  któregoś  ugryzłam.  Broniłam  się,  aż  opadłam  z  sił.
Rozciągnęli  mnie  na  jakiejś  szmacie,  zaczęli  gwałcić  jeden  po  drugim...
Widziałam koła na mocno rzeźbionych gumach, buty na pedałach i tych nad
sobą...  Straciłam  przytomność  z  przerażenia,  bólu,  rozpaczy...  Leżałam  w
trzcinach  naga,  oni  stali  dokoła,  popijali  whisky  i  piwo  z  butelek.  Zapadł
zmrok.

Powoli  odzyskiwałam  świadomość.  Wtedy  rozpoznałam  dwóch.  Pływali

na  żaglówce,  która  nazywała  się  „Toronto",  pamiętam,  bo  mi  się  podobała.
Byli  gdzieś  ze  wschodu  wyspy.  Któryś  znowu  do  mnie  podszedł.  Chciałam
tylko odwetu. Rozpoznałam ich. Poczułam się silna.

-  No  chodź,  chodź!  Sk...  synu  -  krzyczałam.  Zgnijecie  w  więzieniu.  Ci

dwaj mają jacht „Toronto". Nie uciekniecie od wyroku! - atakowałam.

Oni  jakby  zdrętwieli.  Dotychczas  byli  w  chuligańskim  amoku.  Teraz

otrzeźwieli.  Dwóch  podeszło  blisko.  Będziesz  milczeć,  albo  poderżniemy  ci
gardło  -  syczeli.  Byłam  żądna  zemsty  za  poniżenie.  Chciałam  zobaczyć  jak
żebrzą.

- Zapamiętam was i wasze motory bandyci! Śmierdzące świnie! - brałam

swój odwet. Zrobiło się cicho. Wstałam, zaczęłam szukać podartej sukienki.
Stali  przy  motorach  i  naradzali  się.  Dwóch  podeszło  do  mnie,  wyciągnęli
noże.  Jeden  zamierzył  się.  Uderzył.  Odskoczyłam,  zranił  mnie  w  ramię.
Zaczęłam uciekać. Złapali mnie.

- Zabij ją... To ty zabij - zaczęli się kłócić.

- Ty wylosowałeś, to zabij. Nagle przestałam się bać. Była we mnie tylko

wola odwetu.

- No, tchórze! - krzyczałam - który chce iść na dwadzieścia lat... Zabijcie,

daleko nie uciekniecie. Za duża banda. Za dużo śladów!

background image

- Zabij j ą, bo nas wsypie!

- To ty zabij! - warczał jeden na drugiego.

Wtedy  dostałam  w  szyję.  Straciłam  przytomność.  Ocknęłam  się,  gdy

ryczały motory. Zobaczyłam nad sobą policjantów, usłyszałam strzały. Potem
pamiętam sufit w sanitarce i lekarzy w operacyjnej sali... Drogą przejeżdżał
patrol  policyjny.  Ci  dranie  zostali  złapani  na  gorącym  uczynku.  Nie
wiedziałam, czy będę  w ciąży, nie  było takiej pewności.  Rodzice zbirów na
wyścigi  płacili  rachunki,  obiecywali  odszkodowania,  gwarantowali
małżeństwo z wybranym. Gdy dowiedzieli się, że będę miała dziecko, stałam
się  niemal  królową  na  wyspie.  Już  miałam  brzuch,  gdy  zaczął  się  proces  o
zbiorowy  gwałt.  Trwałe  okalecznie  z  zamiarem  zabójstwa...  Chłopcom
groziło  po  kilka  i  kilkanaście  lat  więzienia.  Zaczęły  się  zabiegi,  próby
przekupienia  mnie  lub  zastraszenia.  Gdybym  chciała,  mogła  przerwać  tę
ciążę.  Z  opatrunkiem  na  szyi  mogłam  wyjechać  do  Anglii  czy  Francji.
Chłopak,  z  którym  chodziłam,  zostawił  mnie  chociaż  był  bardziej  pobożny
niż  ja.  Świadomie  podjęłam  decyzję,  że  urodzę  to  dziecko.  Potem  okazało
się,  że  były  to  bliźniaki...  -  Beryl  przerwała  opowiadanie.  Postawiła  koszyk
na  stole  w  altanie.  Wyjęła  kolorową  serwetkę,  termos,  filiżanki.  -  Często  tu
przyjeżdżamy  na  kawę  -powiedziała  uśmiechając  się  ciepło.  Maria  Elwira
patrzyła w przestrzeń na morze. - Czy ona mogła zachować taką pogodę, po
tym co ją spotkało w rozwalonej piwnicy?

-  Pytasz,  czy  miałam  widziadła,  mary,  czy  ojciec  dziecka  jawił  się  jak

bestia? Ojciec moich dzieci siedział w sądzie na ławie oskarżonych i płakał,
skomlał  jak  szczenię,  gdy  mu  przywiązują  kamień  do  szyi...  To  nie  byli
szakale, to byli gówniarze. Ten proces był pokazem małości. Od przekupstwa
do  szantażu...  I  adwokaci...  Specjalny  gatunek  ludzi.  Dwóch  najbogatszych
motocyklistów broniła mecenas, żarliwa katoliczka. Jej teza polegała na tym,
że ja ich świadomie sprowokowałam zatrzymując się w krzakach. Usiłowała
to udowodnić. Zadawala mi podchwytliwe pytania. Czułam, że ona w to nie
wierzy i upadla mnie jeszcze bardziej, za to swoje honorarium. Gwałt zszedł
jakby na drugi plan rozprawy, chodziło o podcięcie gardła...

Baryl nalała kawy do filiżanek, Wyjęta ciastka z kartonika.

-  A  może  trochę  koniaku?  -  zapytała  z  przemiłym  uśmiechem.  Wyjęła

elegancką piersió-weczkę, postawiła obok filiżanek.

background image

- Myślę, że inna była w tobie, inna we mnie siła - zwróciła się do Marii

Elwiry. - Nie każdy po doznanej krzywdzie chwyta za broń i bierze odwet...
Ja  wytłumaczyłam  sobie,  że  będzie  lepiej,  gdy  urodzę.  W  mojej  naturze  też
był  bunt.  Czegoś  podstawowego  nie  rozumieją  prawodawcy,  pomijając
odczucia kobiety w tej sprawie... Okropna jest ta nieodpowiedzialność... Ale
mój  bunt  złagodziły  okoliczności.  Miałam  wspaniałego  oskarżyciela
posiłkowego.  Starszy  pan  rozumiał  mnie,  rozumiał  wybryk  młodych
gwałcicieli,  ich  zrozpaczonych  rodziców.  Rozumiał,  że  dziecko,  które
przyjdzie  na  świat,  może  żyć  z  piętnem  bękarta  zgwałconej  lub  bez  tego
piętna. Wiedział, że nakaz urodzenia nie załatwi niczego więcej ponad to, że
dziecko  się  urodzi.  On  twierdził,  że  obowiązek  ratowania  życia  jest  w
każdym  przypadku  ograniczony.  Nakaz,  by  ktoś,  kto  widzi  człowieka  w
ogniu,  musiał  za  nim  w  ten  ogień  skakać,  byłby  terrorem.  Jeżeli  poczęcie
nastąpiło wbrew woli matki i noszenie takiego płodu naraża ją na chorobę lub
jakiekolwiek  straty,  gdy  wywołuje  jej  sprzeciw,  jest  gwałtem.  Tak  uważał
mój mecenas, doradzając mi, abym jednak urodziła to dziecko - Beryl znowu
przerwała i zajęła się talerzykami. Nalała do kieliszków koniaku. Opowiadała
ze swadą.

-  Mój  doświadczony  mecenas  zauważył,  że  moja  natura  świadomie  i

podświadomie  nie  odrzuciła  tego  płodu,  bo  go  nie  odrzuciła.  I  to  jest
tajemnica, o którą pytasz.

- Beryl zwróciła się do Marii Elwiry.

Maria  zamyśliła  się.  Nie  rozumiała  czegoś  aż  do  bólu.  Co  sprawiło,  że

Beryl nie zatruła strasznymi myślami dzieci w łonie? Że zachowała spokój...
Miłosierdzie to było? Poświęcenia? Ofiara?

- Myślisz, że byłam taka szlachetna - mówiła dalej niezwykła gospodyni.

To nie zależało od mojej woli. Nie poznałam szoku.

Bałam  się,  czułam  wstręt  i  to  wszystko.  Potem  nie  myślałam  o  tych

gówniarzach. Rozważałam z rodzicami i mecenasem sytuację. Niewątpliwie
olbrzymią rolę odegrało to, że nie czułam przymusu urodzenia tych dzieci.

Rozumieliśmy wszyscy, że nikt nie może narzucić drugiemu poświęcenia

życia  dla  istoty  innej,  zwłaszcza  mogącej  wzbudzić  najgorsze  skojarzenia,
wstręt  i  nienawiść.  Ci  gówniarze  uczyli  się  w  szkołach.  Odbiło  im  w
pierwszym  dniu  wakacji.  Potem  chcieli  posunąć  się  aż  do  zbrodni,  później

background image

skomleli  o  łaskę.  W  sumie  poszliśmy  na  daleko  idącą  ugodę.  Pieniądze
złożyłam w banku. Dzieci utrzymywałam z własnej pracy, a potem - mojej i
męża, który nie tylko rozumiał, ale i czuł zwyczajnie po ludzku... Nie dało się
utrzymać  w  tajemnicy  gwałtu  przed  dziećmi.  Życzliwi  donieśli.  To  była
trudna  sprawa.  Długo  mogłabym  opowiadać  o  ich  dorastaniu,  aluzjach  W
szkołach,  wyzwiskach  na  podwórku.  Bezinteresownej  podłości  ludzi
spłodzonych  w  bogobojnych  stadiach  małżeńskich...  Dziś  dzieci  dorosły,
założyły rodziny...

-  Jesteś  wspaniała  Beryl!  -  Maria  Elwira  zazdrościła  szczerze  pogodnej

kobiecie. Beryl oddaliła się, jakby zapadła w krótką zadumę.

- Myślisz, że we mnie nie ma buntu? - zapytała nieco innym tonem.

-  Myślę,  że  nie,  ty  przyjęłaś  los  z  uśmiechem  -  odparła  Maria  Elwira.

Beryl spojrzała na nią uważnie, coś chłodnego pojawiło się w tym spojrzeniu.

- Wiesz, że ja czasem czuję do siebie wstręt, czuję obrzydzenie?... Gwałt

zbiorowy nie znajduje podobnego upokorzenia. Jest aktem obezwładnienia i
upodlenia...  upodlenia  fizycznego,  moralnego,  duchowego,  odebrania
godności  i  wolności,  jest  dowodem,  że  kobieta  to  pół  człowiek  jedynie...
Mężczyznę można zabić, kobietę także zgwałcić... Udowodnić jej, że można
z nią zrobić wszystko, że ona jest tylko naczyniem, czerepem... biologicznym
workiem,  jeżeli  takie  życzenie  ma  kilku  zwyrodniałych  mężczyzn.  Gwałt
dowodzi, że istota ludzka nie musi być poczęta po ludzku, że to może odbyć
się  w  sposób  zwyrodniały,  bestialski  i  wszystko  jest  w  porządku,  wszystko
pozostanie  w  porządku  fizjologicznie  i  moralnie,  moralnie!  Bo  rozwoju
takiego płodu ze względów moralnych, negować nie można... Ja to wszystko
czułam  i  czuję  nadal.  Wydarzenia  sprzed  lat  tam,  w  krzakach  nad  jarem,
uczyniły ze mnie istotę gorszą od innych, a moje dzieci - dziećmi ze skazą...
To tkwi w mojej podświadomości i tkwić będzie zawsze... Obrzydzenie czuję
nie  dlatego,  że  zostałam  zgwałcona,  bo  to  była  przemoc,  ale  dlatego,  że  ten
gwałt  przyjęłam,  pogodziłam  się  z  nim,  że  zostałam  biologicznym  worem...
To  tkwi  we  mnie  w  którejś  warstwie,  pod  miłością  do  tych  dzieci,  która  w
moim przypadku jednak przyszła, bo...

- Jesteś matką heroiczną, matką wspaniałą-przerwała jej jeszcze raz Maria

Elwira.

-  Tak  wiem.  Jestem  matką  heroiczną,  ale  kobietą  upodloną,  której

background image

udowodniono,  że  jest  przede  wszystkim  tylko  reproduktorką  gatunku,
niezależnie  od  swojej  woli...  Podobno  Bóg  jest  sprawiedliwy,  a  diabeł
perfidny... I nasi prawnicy... Parlamentarny akt o ochronie życia poczętego...
A  gdzie  owo  poczęte  życie  się  znajduje?  W  państwowych  gruntach,  czy  w
wolnych  istotach  ludzkich,  które  mają  prawo  przede  wszystkim  do  życia
własnego.  W  istotach  ludzkich  czy  w  mechanicznych  tyglach,  których
wnętrzami mają prawo zarządzać inni?! Prawnicy nie krzyczą, że tu się dzieje
także  gwałt  prawny...  To  jest  ustawa  o  ubezwłasnowolnieniu  matki  w
kwestiach macierzyństwa, i tylko tak powinna się nazywać! -Spokojna Beryl
wzburzyła się wyraźnie.

Prawda...  -  przyznała  głucho  Maria  Elwira.  -  Ja  nie  czułam,  że  coś  jest

chronione.  Czułam,  że  odbiera  mi  się  prawo  do  decydowania  względom
własnego ciała, gdy chciałam zetrzeć piętno... - Chwilę panowała cisza. Beryl
uśmiechnęła się wreszcie. - Nie zrozum mnie źle, ja kocham moje dzieci, ale
świadomość naszego upodlenia przez tych na ryczących motocyklach i tych
w parlamentach, sutannach i togach jest od tego niezależna...

Gdy  obydwie  schodziły  ścieżką  między  skałami,  Maria  zatrzymała  się

nagle.

- Co byś zrobiła, gdybyś wiedziała, że bez obłędu nie urodzisz dzieci, na

których  widok  powróci  twoja  epilepsja,  i  gdyby  trzymano  cię  w  szpitalu  z
nakazem ich urodzenia?

Beryl przystanęła zdziwiona spóźnionym wybuchem Marii Elwiry.

- Nie wiem, może podpaliłabym szpital, a może tylko cicho płakała. Ale

widzę, że nie zadowoliła cię rozmowa ze mną. Jeżeli chcesz dowiedzieć się
więcej  o  dzieciach  takich  jak  moje,  przypomniało  mi  się  coś...  W  naszym
domu  już  od  dawna  nie  żyjemy  tym  problemem.  Zapomnieliśmy  o
wszystkim, jesteśmy normalną rodziną...

- Co sobie przypomniałaś, Beryl?!

-  Gdy  okazało  się,  że  jestem  w  ciąży  i  rodzice  moich  gwałcicieli  starali

się  o  ugodę,  poznałam  niezwykłego  człowieka,  który  opowiedział  mi  swoją
historię.  Ciebie  nie  uspokoi  jego  opowieść,  ale  wysłuchaj  jej  jeżeli  go
odnajdziesz.  Około  stu  kilometrów  na  południe  w  głąb  wyspy  leży
miasteczko  New  Borg  i  nad  wielką  skałą  jest  cygański  obóz.  Jedź  tam,
zapytaj o starego Lucasa Luca. Weź butelkę whisky, przeżyjesz intelektualną

background image

przygodę.

Maria Elwira pojechała na południe. Odnalazła Cygana. Wskazała go jej

dziewczynka w długiej aż do kostek spódnicy. To był rzeczywiście stary już
człowiek, pamiętał jednak kim była Albakora. W obozie mówili, że to Cygan
samotnik. Obejrzał butelkę, przeczytał etykietę, schował szkło.

- Pytasz co mogę powiedzieć o cygańskim, bękarcie?...

Dawno już mnie nikt nie pytał o to, czyim jestem potomkiem. Nazywam

się  Imre  Kossuth.  Jestem  synem  zgwałconej  baronowej  Blanki.  Dobra
Kossuthów leżą w okolicach Calocsy nad rzeką Dunaj, to daleko stąd... Aleja
byłem i nie byłem synem baronowej...

- Wiem, że twoje losy są ciekawe, Imre - zachęcała, by mówił.

-  Moje  losy  ciekawe?  -  roześmiał  się  Lucas.  -  Od  początku  byłem

nieporozumieniem.  Między  baronami  liczy  się  ojciec,  a  ja  byłem  z  ojca
Cygana...  Dziewczyna  jeszcze  z  ciebie,  a  ja  kończę  czytać  swoją  księgę:
Moje  dramaty  działy  się  na  początku  stulecia,  które  teraz  dobiega  końca.
Były to czasy nie takie jak dzisiaj, choć draństwo niezależne jest od stulecia.

- Więc ciebie nie bolszewicy wypędzili z maj ątku?

- Nie. Baronowie - bracia. -A matka?

- Matka  umarła  i  wtedy,  skończyło  się  wszystko.  W  rodzinie  był  biskup

katolicki, sprawa porwania i gwałtu matki

stała  się  głośna,  ona  nie  mogła  już  pozbyć  się  dziecka.  Polała  się  krew,

szlachcice skrzyknęli ludzi, ruszyli na Cyganów, ojca zabili z armaty... Palili
wozy, niszczyli namioty, zabijali, kaleczyli. Biskup, wuj matki, zadecydował,
żeby cygańskiego bękarta przyjąć do rodziny i zapomnieć o gwałcie. Różnie
ludzie  mówili  o  matce  i  ojcu...  Podobno  ona  z  własnej  woli  uciekła  z
Cyganem, który lewe kopyto swojego konia podkuwał złotem i miał perłę w
chuście  jaśniejszą  niż  w  krawacie  baron,  mąż matki...  Zaczęły  się  pogromy.
Krwawa była to historia. Ginęli Cyganie, ale i baron zginął od noża. Ja

dorastałem  wśród  braci,  szlachciców  z  ojca  i  matki.  Czy  możesz

wyobrazić  sobie  taką  młodość?  Wszyscy  wiedzieli,  że  jestem  cygańskim
bękartem,  ale  na  koszulach  miałem  herb  Kossuthów  i  guwernantkę  jak
prawdziwi baronowie...

background image

Luca  wziął  się  do  parzenia  herbaty  w  miedzianym  tyglu  nad  ogniskiem,

podał jej filiżankę z miśnieńskiej porcelany.

- Wiesz, jak nie potrafi pływać ryba?... Tak jak pływa zupełnie inna ryba.

Trudno  mi  było  zostać  baronem,  gdy  wytykali  mnie  palcami,  że  jestem
pomiotem  cygańskiego  gwałtu.  Zabrali  mi  honor  cygański,  nie  dali
szlacheckiego  mimo  herbów  na  koszulach  i  chustkach.  Dokąd  żyli  ksiądz
biskup, świeć panie nad jego wielką duszą, i matka, która jeżeli nawet uciekła
z  Cyganem,  powinna  teraz  być  w  niebie,  chodziłem  na  uniwersytety  i
bywałem  w  najprzedniejszych  towarzystwach.  Tam  też  byłem  baronem,  ale
gdybym  nie  umiał  posługiwać  się  pięścią,  chodziłbym  opluty  od  głowy  do
stóp  razem  ze  swoimi  herbami  na  śnieżnobiałych  kołnierzykach.  Kobiety  z
szanujących  się  domów  nie  tańczyły  ze  mną  na  balach,  młodzieńcy  nie
podawali  ręki,  dopóki  jednego  nie  ukłułem  szpadą,  a  drugiemu  nie
odstrzeliłem  ucha  w  pojedynku...  Gdy  odmawiali  mi  satysfakcji,  waliłem  w
mordę i pokazywałem herby... Zaczęły więc sypiać ze mną największe damy.
W  końcu  bardziej  dzięki  szabli  i  pistoletom  niż  urodzeniu,  zostałem
powszechnie  szanowanym  baronem...  Najpierw  umarł  ksiądz  biskup,  potem
matka.  Zaczął  się  proces  o  podział  majątku  z  braćmi.  Mieli  pieniądze,  byli
lepsi  w  sądach.  Udowodnili,  że  jestem  podrzutkiem  i  oszustem,  zabrali  mi
sygnet  od  matki  i  koszule  z  herbami...  Znalazłem  się  z  tobołkiem  na  ulicy.
Nowy  biskup  powiedział,  że  kojot  nie  może  zostać  ogarem,  a  Cygan
węgierskim  baronem.  Zabrałem  swoje  uniwersytety  do  wózka,  na  dwóch
kółkach z jedną szkapą u dyszla, bo na inny trudno było zarobić ostrzeniem
noży na podwórkach...

-  No,  jak  ci  się  podoba  moje  ciekawe  życie,  młoda  pani?  Staruszek,  do

którego przyjechała istotnie byt pełen uroku.

-  Mojemu  Magnusowi  nikt  nie  wypominał  kim  był...  -  powiedziała

głucho.

-  Pewna  jesteś?  Złap  wronę,  pomaluj  ją  w  paski  i  puść  z  powrotem  do

stada...  Zadziobią,  gdy  będzie  inna.  Jeszcze  gorzej  ludzie..  młodzieńcy  i
panienki  w  szkołach...  jeżeli  tylko  wiedzieli,  kim  jest,  jego  droga  była
krzyżowa.  To  nie  ten  świat,  gdzie  można  bezkarnie  nie  czynić  zła,
niezależnie  od  wiary.  Ale  to  nie  koniec  przygód  cygańskiego  bękarta.
Wyjechałem  daleko  z  „ojczyzny",  w  której  miałem  posiadłości.  Kiedy  na
Węgry przyszli ze Wschodu bolszewicy i, zaczęli niszczyć majątki wróciłem

background image

nad  Dunaj  w  okolice  Calocsy.  Nowa  władza  szukała  ludzi  na  wysokie
stanowiska.  Byłem  wykształcony,  pochodzenie  miałem  cygańskie,
skrzywdzili  mnie  obszarnicy.  Zostałem  komisarzem,  przewodniczącym,
sekretarzem.  Byłem  towarzyszem  mas.  Przepędzeni  z  majątku  z  tobołkami
moi bracia Szukali dziury w ziemi, do której mogli schować się przede mną.
Odnalazłem ich... I co myślisz zrobiłem?

Imre  zwrócił  się  do  Marii  Elwiry  z  uśmiechem  takim,  że  można  by

przypuszczać, iż kazał ich oskalpować i

porozrywać w strzępy.

-  Dopomogłeś  im  w  potrzebie  -  powiedziała  spokojnie  Maria.  -  Dobrą

musisz  być  kobietą  Albakora  -  uśmiechnął  się  Cygan.  Taką  pewnie  byłaś
terrorystką  jak  ja  krwiopijcą  w  czerwonym  reżimie.  Dałem  im  dach  nad
głową  i  piękną  pracę  w  leśnictwie  na  byłych  włościach...  Przez  pamięć  dla
matki i księdza biskupa, a może po prostu z cygańskiego serca.

Ale  to  nie  koniec  jeszcze.  Komuna,  która  przyszła  istotnie  -  zadbała  o

chleb dla najbiedniejszych tyle, że rządzili nią nowi baronowie tacy bez szkół
prawie.  Byli  od  razu  sędziami,  prawodawcami  i  kapłanami.  Prawo  i
bezprawie  też  przyszło  ze  Wschodu  od  niezapomnianego  batiuszki  Stalina.
Zbrodnia  ścigała  się  ze  zbrodnią,  gwałt  poganiany  był  gwałtem.  Więc
zbuntował  się  naród  i  zaczął  strzelać  do  zaprzedanej  obcemu  cesarzowi
władzy.  Przyszedł  krwawy,  w  mojej  starej  ojczyźnie  rok  1956.  We  mnie
znów  odezwała  się  krew  szlachecka  matki,  poszedłem  z  nowym.  przeciwko
komunie.  Ale  przyjechali  Sowieci  na  czołgach,  przywieźli  karabiny
maszynowe i armaty, utopili we krwi powstanie.

Zabrałem  braciszków  z  leśniczówki  i  uciekliśmy  z  milionem  innych

Węgrów, Słowaków. Cyganów na Zachód, do wolnego świata. Wyzbyłem się
złudzeń; postanowiłem zostać Cyganem na zawsze.

- Więc byłeś Cyganem bardziej niż baronem?

- Zapewne młoda pani. Bracia mieli rację. Byłem Cyganem, nie baronem

ani  towarzyszem  komisarzem.  Ciągnęło  mnie  do  wozów  i  lasu.  Wspaniała
baronowa  matka  i  autentycznie  wielebny  ksiądz  biskup  nie  zmieniliby  mnie
w innego, mimo ksiąg i uniwersytetów. Natura moja była wędrowna. Maria
Elwira  spędziła  tę  noc  przy  ognisku  starego  Imre.  Cygan  okrył  ją  futrem  i
poszedł  spać  do  wozu,  wcale  już  nie  na  dwóch  kółkach  z  jedną  szkapą  u

background image

dyszla.  Zapraszał  do  oddzielnego  saloniku  w  tym  wozie,  ale  ona  wolała
zostać  przy  ognisku.  Natura  Imre  była  po  ojcu  cygańska,  a  Magnus?...  Czy
też został już na zawsze zaprogramowany przez geny ojca?... I nic nie da się
zrobić,  żeby  go  z  tego  wyzwolić?  Nie!.  Ona  nikogo  już  pytać  nie  będzie.
Dość  ma  zdań  mędrców,  dość  opowiadań  i  przykładów...  Magnus  mimo
wszystko  jest  jej  dzieckiem.  Nie  tylko  cechy  odziedziczone  po
zwyrodnialcach,  ale  także  jej  myśli,  gdy  była  w  ciąży,  spadły  na  chłopca.
Tamci nakazali rodzić i znikli. Pozostała ona... Teraz była jeszcze ciągle pod
wpływem  Beryl.  Coś  mocarnie  zwierzęcego  jest  w  kobiecie,  która  potrafi
odrzucić  ludzki  wstrząs  i  zawsze  rodzi  dziecko...  Beryl  powiedziała,  że  nie
myślała  już  o  „tych  gówniarzach"...  A  Eleonora  Zadz?  A  ona  Maria
Elwira?!...

Beryl  być  może  nie  dostrzegłaby  robaka  na  masce  Hydego.  Ta  pogodna

kobieta  nie  wzięła  do  rąk  broni,  wzięła  pieniądze.  A  czy  można  porównać
owe dwa gwałty? Można. Ją szantażowali kretem. Beryl podcięli gardło... Po
co  tu  jednak  porównania.  Wiara  i  prawo  nie  dopuszczą  w  ogóle  uwolnienia
kobiety  od  płodu.  W  obozach,  gdzie  rasiści  zapładniali  więźniarki  przez
gwałt skażonym nasieniem, nieszczęsne nie tylko z woli oprawców musiały
rodzić potworki, ale także z woli kapłanów...

W czasie powrotu Maria Elwira siedziała za kierownicą i była drzewem

tyle,  że  reagowała  na  znaki  przy  drodze  i  płynnie  pokonywała,  zakręty.
Niedaleko  domu,  gdzie,  powracała  z  zamiarem  zawrócenia  rzeki  i
zatrzymania kamienia w locie, zaczęła modlić się o plon na jednym poletku.
Urodziła,  ale  dlaczego  do  końca  nie  została  matką?  Nie  otrzymała
odpowiedzi,  chyba  jedynie  tę,  że  Bóg  to  tajemnica  i  że  Bogiem  jest  także
Matka...

Teraz  polna  droga  wiła  się  między  wzgórzami,  kilkakrotnie  przecinając

strumień,  który  też  kręcił  się  meandrami,  tu  i  tam  jakby  uciekając  od  drogi.
Pokraczny citroen 2CV Marii Elwiry zjeżdżał w dół po piaszczystej ścieżce.
Dalej  była  góra  i  jar,  na  zboczach  którego  pasły  się  owce  bez  pasterza.  W
połowie  owej  góry  Maria  Elwira  spotkała  księdza  mozolnie  pchającego
skuter. Zatrzymała samochód.

-  Niech  będzie  pochwalony,  szczęść  Boże  -  powiedziała  wychodząc  z

blaszanki.  Niemłody  już  kapłan  był  zasapany,  pot  zalewał  mu  twarz  pod
czarnym kapeluszem.

background image

-Niech będzie pochwalony - odpowiedział dysząc i przystając na chwilę.

- Cóż to, skuter jedzie na motocykliście? - uśmiechnęła się Maria.

-  Nie  zbadane  są  wyroki  nieba  -  odparł  ksiądz,  w  tej  sytuacji  bardzo

pogodnie.

-  A  cóż  stało  się  temu  rumakowi  -  zainteresowała  się  Maria  wskazują

skuter.

- Zmęczył upał, zasapał się i stanął.

- Benzyny zapomniał ksiądz nalać do baku?

- Nie, paliwo jest i motor jest, tylko ducha nie ma w tym aparacie... Życie

zamarło gdzieś na zębatych kołach...

Marią Elwira wjechała swoim samochodem na spadzisty brzeg jaru.

-  Niech  ksiądz  usiądzie  w  cieniu.  -  Maria  włożyła  skórzane  rękawice,

które  zawsze  woziła  w  bagażniku.  Wzięła  skuter  i  usiłowała  go  uruchomić.
Zagdakał  raz  i  drugi,  gasnąc  po  kilkunastu  obrotach.  Maria  wydobyła  ze
swojego samochodu woreczek z narzędziami. Wykręciła świecie, sprawdziła
iskrę,  która  była  widoczna  nawet  w  słońcu.  Bak  też  do  połowy  wypełniony
był paliwem. Maria obejrzała silnik, odnalazła filtr i pompę paliwa. Odkręciła
odstojnik,  oczyściła  miseczkę  z  piachu  i  owczej  sierści.  Odkręciła  kranik,
paliwo  polało  się  na  drogę.  Zakręciła  odstojnik,  przelała  gaźnik,  nacisnęła
starter.  Silnik  zapalił,  zakaszlał  dwa  razy  i  pracował  równo,  jak  na  pokazie.
Ksiądz cały czas przyglądał się Marii.

-Bóg  ci  wynagrodzi  kobieto,  zdjęłaś  krzyż  z  ramion  starego  człowieka.

Padłbym  pod  jego  ciężarem,  do  miasteczka  trzy  mile  z  hakiem...  Zawsze  -
jeżdżę na rowerze, nie znam się na tym benzynowym mechanizmie. Cóż było
mojemu rumakowi?

-Zadławił  się  piachem.  Trzeba  częściej  czyścić  odstojniki  i  zmieniać

filtr...

- Kobieta, a taki mechanik. Gdzie nauczyłaś się tej sztuki?

Maria  przysiadła  obok  księdza  na  powalonym  pniu  drzewa.  Owce  były

dookoła i cisza panowała w jarze.

-  Pytasz  gdzie?  Odpowiem  ci  szczerze,  ojcze  duchowny,  nauczyłam  się

background image

tego -w piekle.

- Co mówisz, kobieto?

- W piekle, proszę księdza, nauczyłam się mechaniki jedynie przy okazji,

bo naprawdę uczyłam się tylko zabijać... -Maria Elwira poczuła dziwną siłę
uzdrawiania duszy jaka emanowała od tego zakurzonego wędrowca. Obudzili
się w niej nieprzeparta chęć zapytania go o...? Nie wiedziała jeszcze o co.

-  Co  mówisz?  -  ksiądz  poruszył  się  na  kamieniu  Przyglądał  jej  się  z

uwagą.  Czy  to  możliwe?  -  zapytał  zmarszczył  brwi,  myślał  nad  czymś
intensywnie. Uniósł głowę. - Poznaję cię z fotografii w gazetach - powiedział
po chwili. - Jesteś Marią Elwirą Telier...

- Jestem - skinęła głową. - Bóg niech cię ma w opiece w dalszej drodze

życia... - Nie boi się ksiądz wściekłej terrorystki?

- Żartujesz Tereso,  ja mogę bać  się tylko własnych  słabości. Jechałem z

ostatnią posługą do kobiety z wioski rybackiej na cyplu, ale biała pani miała
lepszy  pojazd.  Przybyła  przede  mną...  A  ty  zatrzymałaś  się,  aby  przynieść
pomoc człowiekowi w potrzebie. Innym jesteś chyba już człowiekiem.

-  Nigdy  nie  byłam  inna.  -  Nawet  wówczas,  gdy  -  strzelałaś  do  kobiet

niosących krzyże, -gdy organizowałaś gwałty? Nie byłaś inna? Nigdy.

- To nie ja strzelałam, gryzła wilczyca w obronie przed zapłodnieniem jej

jaszczurczym  nasieniem,  tak  broniła  się  moja  natura...  Kościół  dokonał  na
mnie zbrodni, więc strzelałam do procesji. Ale to nie ja strzelałam... Ksiądz
spuścił głowę, myślał w skupieniu, spojrzał Marii w oczy.

Kościół,  powiadasz?  Kościół  dokonał  na  tobie  gwałtu.  Cóż  wiesz  o

kościele,  skoro  tak  mówisz?  Kościół,  jeżeli  jest  jeszcze  opoką,  to  obecnie
bardzo  popękaną.  Istnieją  jakby  dwa  kościoły...  Kościół  tak  olbrzymiej  w
Bogu  jak  ubogiej  na  ziemi  Matki  Teresy  z  Kalkuty  i  kościół  dostojnych
docześnie.  W  jednym  z  tych  kościołów  kapłani  służą  Bogu,  w  drugim.  Bóg
służy  kapłanom.  Prawdziwy  kościół  ugina  się  pod  tym  ciężarem.  Księża,
którzy  służą  Bogu;  obserwuj  ą  zmniejszającą  się;  ilość  wiernych,  bo  wierni
widząc  pysznych  utożsamiają  obydwa  te  kościoły  i  tracą  to  co  wspaniałego
mieli ich ojcowie i matki... Boga w sercach. Ale nie można oszukać wschodu
słońca,  przypływu  morza,  ani  prawdziwego  Boga.  Pamięć  Matki  Teresy  z
Kalkuty  będzie  ogromniała  i  stanie  się  cząstką  świata,  imiona  zaś
przemożnych  szybko  zostaną  zapomniane.  Ludzie  zwyczajni  swoje

background image

upodobania  próbują  narzucić  Bogu,  jakby  Bóg  nie  był  ponad  zaszczyty  i
złoto... A przecież ani Bóg, ani Matka Teresa nie czuj ą blasku złota.

Maria Elwira uśmiechnęła się przyjaźnie.

-  A  więc  kościół  prawdziwy  to  Bóg  w  sercach  wiernych  i  kapłan  j

eżdżący zakurzoną drogą, na rowerze do potrzebuj ących posługi?

- Święty Józef - jeździł na osiołku, nie w lektyce, Matka Boża powiła w

żłobku, udziałem prawdziwych chrześcijan było cierpienie i ubóstwo, pokora
i  modlitwa...Przepych  i  doczesna  władczość  możnych  to  atak  szatana  na
kośćiół. Ksiądz w zakurzonej sutannie przetartym kapeluszu mówił te słowa
bez  złości  a  z  głębokiem  żalem.  Maria  słuchała  i  jakby  rozumiała,  że  życie
swoje  złożyła  na  ołtarzu  walki  zła  z  dobrem  i  dobra  ze  złem,  szatana  z
Bogiem i Boga z szatanem... Ksiądz mówił dalej. Kapłani Boga to ci, którzy
służą  grzesznym,  dbając  o  ich  zbawienie,  modlą  się,  aby  sztorm  nie  zabrał
rybakom  sieci,  nie  przewrócił  łodzi,  aby  olej  z  zatopionego  okrętu  nie  zalał
zatoki, aby mąż Olaf powrócił z połowu do małżonki Sandry...

- Słońce weszło wysoko na niebo, skarpa jaru rzucała cień na księdza w

zakurzonej sutannie, Marię Elwirę i dwa stare, pokraczne pojazdy, stojące tuż
obok  siebie.  Owce  pasły  się  dookoła  na  wyschniętej  niczym  ściernisko
trawie.  Maria  pomyślała,  że  tak  powinien  wyglądać  raj,  gdzie  mimo
surowości  krajobrazu  panował  wielki  spokój  i  nikomu  nie  spieszyło  się
nigdzie.

Ksiądz położył dłoń na jej ręce.

-  Czujesz  zbyt  wiele  i  rozumiesz  zbyt  wiele  bym  cię  pouczał.  Niech

twoim kapłanem. będzie sumienie, od czasu do czasu zajrzyj tylko do małego
kościółka  lub  uklęknij  przed  krzyżem  na  rozstajnych  drogach.  Pomóż  Bogu
w  walce  z  szatanem,  bo  walka  dobrego  i  zła  toczyć  się  będzie  wiecznie...
Dzięki za naprawienie pojazdu, niech cię Bóg prowadzi przez resztę życia. -
Ksiądz powstał z kamienia.

Maria Elwira pochwyciła  kapłana za rękę.  Spojrzał na nią,  była blada, z

dziwnym grymasem na twarzy.

- Co się stało, Mario?

-  Spotkałam  pasterza  od  tego  Boga,  w  którego  wierzę.  Mam  Straszną

tajemnicę... Ksiądz usiadł ponownie na kamieniu. Patrzył na czubki szarych

background image

butów, które wystawały spod sutanny.

- Nie wiem, czy twój ciężar nie będzie zbyt wielki dla mnie, czy poradzę

tej spowiedzi. Myślę, że chodzi o grzech ciężki...

- Nie, nie o grzech chodzi, a o dramat matki... - Mów, Mario Elwiro.

Słońce  wyszło  jeszcze  wyżej,  już  nie  było  cienia  w  jarze.  Spowiednik  i

grzeszna  siedzieli  w  gorącym  blasku,  przed  którym  nie  było  tu  ucieczki.
Owce odeszły dalej, tylko cisza pozostała j ak przedtem.

-  Mój  syn  Magnus  żyje...  -  powiedziała  Maria  Elwira  gdzieś  z  głębi

siebie.

-  Pamiętam,  że  twój  syn  zszedł  na  złą  drogę.  Później  utonął  w  zatoce.

Pisano o tym wiele w gazetach na wyspie.

- Mój syn Magnus żyje... To „Szczur", popełnia ciągle nowe zbrodnie, a

ja  milczę.  Nie  mogę  oddać  go  w  ręce  sprawiedliwości,  bo  to  zadanie  mu
śmierci.  Postanowiłam  go  uratować,  wywieźć  z  tego  kraju,  cofnąć  czas
zatrzymać rzekę...

- A on? - zapytał ksiądz głucho.

-  On?!  Podniósł  na  mnie  broń.  Nakazał  mi,  abym  pomagała  mu  w

zbrodni, ja jemu nakazałam, aby zbrodnię porzucił, walka trwa.

- „Szczur", powiadasz, to twój syn?! Straszne jest twoje brzemię.

- Czy to mój syn? - zapytała Maria.

- Ty  to,  czujesz,  ja  ciebie  powinienem  zapytać  -  odparł  ksiądz.  -  Czy  to

mój syn? - powtórzyła Maria Elwira.

Ksiądz  patrzył  w  głąb  jaru.  Prawdy  nie  zawsze  są  proste.  Poczęcie

ludzkie to nie tylko akt fizyczny. Ale sumienie i

mądrość kościoła płynące z Rzymu mówią, że w żadnym przypadku nie

wolno przerywać nowego życia w łonie rodzicielki.

-  A  cóż  owo  sumienie  i  ta  mądrość  mówią  o  splugawieniu  rodzicielki,

spostrzegają rodzicielkę w ogóle?

Ksiądz milczał, może modlił się o jasność w tej ciemności.

- Bóg z tobą; Mario Elwiro - powiedział wreszcie bardzo po ludzku.

background image

Patrzyła  na  pnący  się  pod  wysoką;  piaszczystą  górę  ułomny  mechanizm

wiozący człowieka. Ksiądz znikł, smużka pyłu pozostała nad drogą.

...Dom  był  zamknięty.  Jego  pokoje  nie  były  splądrowane,  tylko  kurz

osiadł na meblach i płótnach.

Wzięła  klucze  ze  skrytki,  zeszła  w,  dół,  otworzyła  metalowe  drzwi.  W

konspiracyjnym  lokalu  przybyło  skrzynek.  Telefon  akustyczny  nie  został
odkryty. Kanapa stała na miejscu. Tuby głosowe nie były zaślepione. Wyjęła
broń  ze  skrytki  w  ogrodzie.  Wróciła  na  górę,  czekała.  Pragnęła  pojednania.
Zabierze  Magnusa  do  Francji,  może  dalej,  na  wyspy...  Karaiby,  Seszele,
Bahama...  Daleko  od  ludzi,  przeszłości,  poszukiwań,  wyroków;  On  pewnie
jest  zmęczony,  tak  jak  ona  była  kiedyś.  Niechby  Magnus  założył
przedsiębiorstwo, może antykwariat, zawsze interesowały go obrazy, sztuka -
Niechby  uszedł  sprawiedliwości...  Uszedł  sprawiedliwości?  A  cóż  on  jest
winny? Czy tak obciążony jeszcze przed przyjściem na świat człowiek może
być  normalny?  Magnus  nie  jest  winny,  że  zaistniał  takim,  jakim  go
stworzono.

Ona teraz zatrzyma kamień w locie, zawróci rzekę.

Mijał  czas,  oni  nie  zjawiali  się  w  arsenale.  Któregoś  dnia  przeczytała  o

akcji  dobroczynnej  organizowanej  przez  spikerkę  lokalnej  telewizji  i  jej
męża. Kilka dni po tym, przed jej domem zatrzymał się samochód, z którego
wysiadło  właśnie  tych  dwoje.  Otworzyła  drzwi  goście  weszli  do  salonu.
Ingrid podała jej skromny bukiecik Była to więc wizyta przyjazna.

- Od dawna chcieliśmy panią poznać, możliwe jednak, że nie życzy  pani

sobie  wizyt  ani  rozgłosu.  Moim  marzeniem  jest  wywiad  z  kimś  tak
niezwykłym - powiedziała Ingrid.

Maria  Elwira  istotnie  nie  życzyła  sobie  rozgłosu,  odmówiła  więc

wywiadu, ale grzecznie, bo Ingrid wydała się jej inną reporterka niż hieny, z
którymi  miała  wielokroć  do  czynienia.  Miły  sposób  bycia  gości  sprawił,  że
rozmowa,  chociaż  nie  do  mikrofonu,  potoczyła  się  na  tematy,  o  których
Maria mówić nie chciała.

-  Pani  wie,  że  jest  osobą  ciągle  nie  zapomnianą  i  nadal  kontrowersyjną.

Nie,  jako  publicystów,  ale  zwyczajnych  ludzi,  interesuje  nas  pani  bogate
życie... - mówiła serdecznie Ingrid.

-  Bogate  życie?...  -  przerwała  jej  gorzko  Maria  Elwira.  -  Gwałt,  terror...

background image

Więzienie... Pustka... Bogate życie?!

-  Tak,  niezwykle  bogate.  Chciałabym  mieć  część  przemyśleń  jakie

posiada pani.

- Ale nie chciałaby pani mieć moich przeżyć - Maria znów uśmiechnęła

się gorzko.

Nie  mów  mi  pani  Mario,  jestem  Ingrid,  a  to  mój  mąż  Edgar.

Przysięgamy, że koniec z propozycjami wywiadu. Właściwie przyjechaliśmy
zaprosić  cię  na  weekend.  Pożeglujemy?  Co  ty  na  to?  -  mówiła  serdecznie
Ingrid.

Maria  Elwira  od  dawna  nie  czuła  tak  szczerego  uśmiechu  na  swojej

twarzy.

Za  kilka  dni  spotkali  się  nad  morzem.  W  przystani  stał  duży  słup,

wysłużony, ale zadbany i czysty, jak przyszło na jacht ludzi zakochanych w
wietrze i wodzie. Północny podmuch wiał rześka szóstką w kierunku wyspy.
Pogodę  można  było  uznać  za  sztormową.  Tuż  za  główkami  przystani
wysokie  fale  przewalały  się  i  pieniły  na  grzbietach,  wichura  pohukiwała  w
sal-mgach i wantach, uderzała falami w maszt, gwizdała w niskim osprzęcie.

Żeglarska pogoda - uśmiechnął się Edgar.

-  Widzisz,  on  jest  bezwzględny.  Popłynąłby  w  sztorm,  nie  pytając  o

zdanie pań. Urządzimy bunt, ty pewnie cierpisz na morską chorobę. Zrobimy
drinka,  poczekamy  do  jutra,  kapitana  zapędzimy  do  kambuza,  niech
zademonstruje kucharskie talenty...

Maria Elwira miała jednak ochotę na żeglowanie właśnie w taką pogodę:

Edgar i Ingrid szybko sklarowali sprzęt. Pod pokładem zadudnił mały diesel.
Wyjście  na  zatokę  usiane  było  sterczącymi  z  dna  skałami.  Jedne  wystawały
wysoko  nad  wodę,  inne  kryły  się  toż  pod  jej  powierzchnią,  pokazując
granitowe  kły  w  przewalających  się  falach.  Zaraz  po  wyjściu  z  przystani,
Edgar postawił żagle, jacht przechylił, się i ostrym bajdewindem począł piąć
się  w  górę  wichury.  Maria  Elwira  siedząc  w  kokpicie  obok  Ingrid,  która
trzymała  ster  i  szoty,  wystawiła  twarz  do  szkwałów  i  biczów  wodnych,
którymi  wichura  smagała  od  nawietrznej.  Było  jej  dziwnie  dobrze,  tamto
wszystko znowu zostało na brzegu.

Znów  była  w  obliczu  morza.  Jacht,  doskonały  instrument  na  granicy

background image

wody  i  wiatru,  wczepiony  kilem  i  płetwą  steru  w  toń,  żaglem  zaś  w  siłę
wichru,  zdawał  się  być  ich  owocem.  Był  przedłużeniem  natury,  jej
potomkiem  w  najprostszej  linii.  Każdy  szczegół  był  tu  stworzony  w
odpowiedzi  na  zew  wiatru  i  wody,  odpowiadał  im  i  sprawiał;  że  wola
żeglarza  była  nakazem  dla  żywiołu...  Przechylony  maszt  muskał  żaglem
ruchome  morze.  Jacht  precyzyjnie  zbliżał  się  do  skalnych  zębów  i
przechodził  obok  nich,  niemal  bez  dryfu,  zgodnie  z  wolą  sternika.  Silnik
drzemał, kotwice tkwiły w kluzach. Radowało się coś w sercu Marii Elwiry,
czuła,  że  przyszedł  czas  ona  właśnie  odchodzi  od  starego.  Jej  pełna  buntu
natura  jakby  odnalazła  coś  dla  siebie.  Kto  doświadczył  żeglugi  między
skałami, gdy na masztach mocne płótna i pewna ręka na sterze wie, że jest to
zawsze uczucie zwycięstwa.

Potem wichura straciła moc, szkwały były coraz słabsze, a fala mniejsza.

W  nocy  Edgar  i  Ingrid  zmieniali  się  kilkakrotnie  w  kokpicie.  Ruchome
płaszczyzny morza usiane były gwiazdami. Niebo pojaśniało, chmury zabrał
wiatr,  kryjąc  się  wraz  z  nimi  gdzieś  za  horyzontem.  Jacht  leciał  jak  na
skrzydłach.  Daleko  od  lądu  nie  było  skał,  otwarta  przestrzeń  zapraszała  w
głąb...  Ale  nic  tu  nie  było  nieziemskiego.  Skąd  więc  takie  jej  szczęście?
Czasem trzeba niewiele, by człowiek pozbył się udręki... Potrzebny promień
słońca,  który  wpadnie  w  ciemną  czeluść  i  osuszy  nawarstwioną  tam
stęchliznę.

Ingrid  dotrzymała  słowa  Nie  padło  pytanie  o  jej  lżycie,  o  gwałt,  miłość

lub nienawiść do Magnusa, terroryzm...

więzienie.

Ta  kobieta  w  żeglarskiej  kurtce  była  uosobieniem  radości  i  optymizmu.

Jej  towarzystwo  działało  jak  balsam  na  duszę  Marii  Elwiry...  Maria
zauważyła jednak, że w wesołości Ingrid jest jakiś fałsz. Roześmiana kobieta
często zapadała w zadumę, jakby znikając z jachtu, morza, ziemi... Bywało,
że  jej  wesoły  śmiech  urywał  się  i  oczy  traciły  blask.  Patrzyła  tępo  nie
wiadomo gdzie. Były to ucieczki na bardzo krótko, być może nie każdy by je
zauważył nawet przy bliższym poznaniu Ingrid. Maria Elwira obserwowała j
ą  podświadomie,  nie  chciała,  tego,  ale  stała  się  jakby  czujna  na  owe
odpłynięcia  gdzieś  w  przestrzeń  przyjaciółki.  Przyjaciółki?  Tak.  Mimo
krótkiej  znajomości  coś  nieuchwytnego  połączyło  te  kobiety.  Jakby
tajemnica,  jakby  dramat  Ingrid,  były  Marii  bliskie,  pragnęła  aby  tamta

background image

poradziła sobie, aby to co j ą gnębi przeminęło, znikło przepadło, okazało się
niczym.

Któregoś wieczora Maria towarzyszyła żeglarce przy sterze. Edgar spał w

kabinie po wielogodzinnej wachcie na sztormowej fali.

-  Ja  też  mam  swój  dramat  powiedziała  Ingrid  -  łamiąc  tabu,  które

panowało na łodzi już niemal nieznośnie.

Silna,  wspaniała,  żeglarka  nie  mogła  sięgnąć  po  chusteczkę,  zakryć

twarzy rękami, wykonać jakiegoś kobiecego gestu. Trzymała drzewce steru.
Jacht  szedł  ostrym  półwiatrem,  siła  pędu  wody  działała  na  płetwę  steru
bardzo  mocno.  Ingrid  trzymała  mahoniowy  pałąk  oburącz.  Spuściła  głowę,
zamknęła  powieki.  Nie  mogła  poradzić  sobie  z  płaczem  i  sterem
jednocześnie.  Maria  Elwira  położyła  ręce  na  rumplu,  przesunęła  drzewce
lekko  na  nawietrzną,  bo  łódź  wyraźnie  zaczęła  odpadać.  Ingrid  otworzyła
oczy.

Płacz i grymas bólu znikły z jej twarzy jakby zdmuchnął je szkwał, który

uderzył  w  trójkątne  płótna  i  zalopotał  nimi  przez  kilka  mgnień  oka.  Ingrid
przejęła  ster,  wyluzowała  szoty  odpadając  bardziej  od  wiatru.  Teraz  łódź
płynęła  bardzo  szybko,  uderzając  dziobem  w  skośnie  biegnące  fale.  Bryzgi
wody, strzelały gejzerami po prawej i lewej burcie.

-  Ja  nie  mogę  mieć  dzieci  powiedziała  już  zupełnie  inna  Ingrid.

Przesiedziałam rok w klinikach, byłam, w Paryżu, Londynie, Amsterdamie...
Nie mogę być matką, a oni profesorowie, docenci, doktorzy... nic. Mówią, że
nadzieja w Bogu...

A jest nadzieja? - odezwała się wreszcie Maria Elwira

- W Bogu - powtórzyła Ingrid

- Ty wierzysz w Boga?

- Wierzę - kiwnęła głową Ingrid.

- Więc j est nadziej a... -Podobno jest...

-  U  Boga  nie  można  wymodlić  deszczu  na  jednym  poletku.  -  Maria

Elwira spojrzała w oczy przyjaciółce. - W jakiego Boga wierzysz Ingrid?

Ingrid milczała długą chwilę.

background image

-  Po  prostu  mam  Boga,  o  którym  nie  można  uczyć  w  szkołach,  tak  jak

uczy się anatomii ssaków, bo ten Bóg nigdy nie będzie zważony, zmierzony i
opisany niczym odkrycie geograficzne... Czy mnie rozumiesz?

-  Rozumiem,  uważasz,  że  ludziom  potrzebny  jest  teatr  -  tyś  król

wszelkiego świata, a jam jest marny pył - korzą się w tym teatrze i wychodzą
takimi draniami, jakimi przyszli...

-Zawziętość  przez  ciebie  przemawia,  Mario...  Jesteś  porażona  jeszcze,

prawda?

- Za gwałt.

Na jachcie znów zapanowało milczenie

-Nie wyobrażasz sobie co przeżywa kobieta oczekuj ąc potomstwa takich

szakali - powiedziała Maria.

-  Wielkie  idee  zawsze  były  okrutne  -  przyznała  Ingrid.  Maria  Elwira

uniosła nagle głowę, w jej oczach zapalił się dawno tam nie goszczący bunt.

-  To  spisek  szatana!  -  powiedziała  gniewnie...  Kto  pyta  o  zdanie

zgwałconą... Idea to ręka tysiącopalca... jednostka bzdurą! Kobieta bzdurą...

-Widzę, że znasz poezję sowieckiej rewolucji...

-  Dwadzieścia  lat  miałam  na  książki...  filozofię,  historię,  teologię,

marksizm,  opowieści  o  męce  Chrystusa  i  o  męce  Giordana  Bruna,  czytanie
Biblii  Świętej  i  dokumentów  o  tym  jak  z  tą  Biblią  ogniem  i  mieczem
Francisco  Pizarro  wymordował  naród  Inków.  Gigantyczni  zbrodniarze
zawsze  walczyli  o  wielkie  idee,  zawsze  zdobywaj  ąc  nowe  terytoria,  złoto  i
władzę.  Przymus  dojrzewania  w  ludzkiej  istocie  substancji  wytworzonej  w
probówkach przez rasi-stów lub nasienia odczłowieczonych bestii to ostatnie
osiągnięcia  nawiedzonych  wielką  wiarą  szaleńców...  jesteś  publicystką
Ingrid,  powiedz,  dlaczego  ktoś  nie  nakręci  filmu,  nie  napisze  książki
ukazującej  prawdę  o  losie  gwałconych  do  rodzenia  po  gwałcie,  o  losach
synów i córek gwałtu?

- Ty o tym napisz Mario

-Nie Ingrid, musiałabym tam wrócić, nie dam rady...

-  Szkoda,  bo  są  prawdy,  których  świat  nie  lubi,  po  co  one,  skoro  ich

zaniechanie jest bardziej święte.

background image

Maria  Elwira  patrzyła  na  płaszczyzny  wody,  które  wpełzały  do  góry,

łamały się na krawędziach i przepadały w dół, piętrząc się i znowu wędrując
wyżej  i  wyżej...  Maria  Elwira  położyła  rękę  na  drzewcu,  gdyż  Ingrid
mozolnie ostrzyła kurs do wiatru, pomogła jej w zmaganiu.

- Nie pozwoliłam ci pytać mnie o nic - powiedziała Maria,

- Czy pozwolisz, że ja zapytam o coś ciebie?

- Oczywiście Mario... - Ingrid zainteresowała się szczerze.

- Czego ty w życiu pragniesz najbardziej?

- Ja? Mówiłam ci, ja pragnę urodzić dziecko, chcę macierzyństwa!

- A gdyby tobie zdarzyło się, to co mnie, wszystko tak samo w ten sam

sposób... Czy chciałabyś dziecko zwyrodnialców.

Ingrid  jakby  przestała  sterować,  jakby  zamarła.  Jacht  tym  razem  zaczął

gwałtownie  ostrzyć,  żagle  wpadły  w  łopot,  metalowy  osprzęt  dzwonił
niepokojąco.

- Babskie sterowanie! - odezwał się z kabiny Edgar. Co wy wyprawiacie

z jachtem?!

-  Yess,  odpadamy  i  jedziemy  dalej  -  odkrzyknęła  Ingrid.  Wiatr  znów

zdmuchnął z jej twarzy wyraz zadumy i smutku.

-  Czy  chciałabyś  takie  dziecko?  -  powtórzyła  Maria  Elwira.  Ingrid  teraz

skupiona  była  na  sterze.  Kilkanaście  stopni  w  lewo  o  milę  przed  dziobem
jachtu  woda  pieniła  się  w  skałach.  Sytuacja  wymagała  zdecydowanego
manewru.

-  Zwrot!  -  Powiedziała  Ingrid  energicznie  wybierając  szoty.  Jacht

przeszedł do przeciwnego halsu. Teraz przed

dziobem leżała jedynie olbrzymia przestrzeń morza z pianą jak śnieg na

skośnie biegnących falach.

- Zadałaś mi okrutne pytanie... - wróciła do rozmowy Ingrid.

-  Musisz  na  nie  odę  powiedzieć!  Musisz!  -  Nie  ustępowała  Maria.  Nie

myślałam nigdy o zwyrodniałym macierzyństwie...

-  A  wiesz  co  to  jest  macierzyństwo?  Co  to  jest  ludzkie  macierzyństwo?

Proces fizjologiczny tylko, rozmnażanie się ssaków?

background image

Czy coś znacznie więcej... Odpowiedz Ingrid, kochałabyś takie dziecko?

Ingrid  przez  długą  chwilę  zajmowała  się  wyłącznie  sterem.  Ostrzyła

precyzyjnie kurs. Biegnące z wielkiej przestrzeni fale rozbijały się o dziób z
pasj ą, szkwały byty świeże i rześkie. Ingrid uniosła twarz. Jakby z wyrzutem
spojrzała na Marię Elwirę.

- Marzyłam o takiej rozmowie z tobą - powiedziała z błyskiem w oczach

- A teraz nie chcesz takiej rozmowy - przerwała jej Maria Elwira. - Żadna

kobieta  nie  może  pragnąć  owocu  bestialskiego  gwałtu.  Może  zmusić  się,
wykarmić, wychować dziecko, ale pozostanie w niej bunt albo pustka...

Tragiczne  są  pomyłki  „nieomylnych"  wiesz,  Hitler  zagłada  Żydów  w

imię  doskonałości  rasy,  półbóg  Stalin,  zagłada  opornych  w  imię  „blasków
promiennych" przyszłości... I wcześniej Pizarro, zagłada cywilizacji Inków w
imię  chrześcijaństwa...  Nieomylni  są  obrońcy  embrionu,  którzy  już  niemal
ogłosili człowiekiem, a kobietę, matkę niczym... To groźny eksperyment dla
poczynania i rozwoju ludzkiego życia.

Ingrid  ujęła  oburącz  wolną  dłoń  Marii  Elwiry  -  Bunt  i  rozpacz  goreją

jeszcze  w  tobie,  jeżeli  chcesz  być  sprawiedliwa,  musisz  być  wyrozumiała,
Mario.

- Bzdura, biskupi opornych sobie świeckich parlamentarzystów nazywają

publicznie zbrodniarzami...

-  Właśnie,  dlatego  pustoszeją  kościoły.  -  Powiedziała  Ingrid  i  znów

pochyliła się nad sterem.

Choć  wiatr  tężał,  cisza  zapanowała  w  kokpicie.  Skały  z  lewej  burty

zostały  daleko  za  rufą.  Tuż  nad  topem  zawisła  biała  mewa.  Zdawało  się,  że
patrzy  z  góry  bystrymi  oczkami  na  kobiety  przy  sterze.  Daleko  przed
dziobem rysowało się pasmo gór, rejs dobiegał końca.

Z kabiny wyszedł Edgar. Popatrzył przez lornetę tam, gdzie majaczył ląd,

zwolnił panie, usiadł przy rumplu.

- Jak ci się podobała wycieczka? - zagadnął Marię Elwirę.

Potem rozmowa potoczyła się o ostatnich wydarzeniach w Elberg. Maria

wywnioskowała, że Ingrid jest w niebezpieczeństwie. Nie uległa szantażowi
terrorystów.  Otrzymała  ostrzeżenie,  potem  groźby.  Maria  przeczuwała  coś

background image

złego,  czuła  też,  że  pragnie  za  wszelką  cenę  ochronić  tę  wspaniałą  kobietę,
ale jak miała to uczynić? Jeszcze nie wiedziała.

Z rejsu wróciła innym człowiekiem. Niepokoiła ją jednak sytuacja Ingrid.

Ona wiedziała, co oznaczają takie groźby...

Pewnego wieczora Maria wracając z Beldown spostrzegła, że coś żywego

porusza  cię  przy  drodze.  Przystanęła.  Był  to  sokół  ze  złamanym  skrzydłem.
Bronił się ostrym dziobem, gdy chciała obejrzeć jego ranę. Zabrała ptaka do
domu. Był postrzelony przez człowieka. Opatrzyła go i założyła mu bandaże.
Potem  stał  na  żerdzi  i  patrzył.  Czasami  spostrzegał  w  ogrodzie  mysz  lub
żabę, machał wówczas zdrowym skrzydłem, jakby chciał wzbić się wysoko,
by  spaść  na  zdobycz  swoim  sokolim  skokiem.  Maria  zaprzyjaźniła  się  z
okaleczonym ptakiem.

Któregoś dnia przed jej domem zatrzymał się szary mikrobus, otworzyły

się jego szerokie drzwi i wyjechała z nich staruszka na inwalidzkim wózku.
Marię  znów  chwycił  za  gardło  skurcz.  Poznała.  To  była  Flora  Tokarsky.
Wybiegła z domu, otworzyła furtkę do ogrodu. Flora uśmiechała się z daleka.
Maria  ucałowała  jej  rękę...  Sędziwa  pani  pozostała  wierna  swojej  sprawie.
Okazały dom zamieniła na pensjonat dla samotnych matek.

-  Ty  odmieniłaś  moje  życie  wewnętrzne  -  powiedziała  później  w

rozmowie do Marii Elwiry.

-  Ja?!  -  zdziwiła  sio  gospodyni.  -  Ja  cię  okaleczyłam,  ja  zniszczyłam

twoje życie, Floro.

-  To  pozory  -  uśmiechnęła  się  staruszka.  -  Tam  w  Segers  był  moment,

którego  nie  zapomnę,  patrzyłyśmy  sobie  w  oczy.  Wiedziałam,  że  strzelisz,
myślałam,  że  zginę,  ale  byłam  zafascynowana.  Nigdy  w  oczach  człowieka
nie widziałam podobnej rozpaczy. Nie było w nich nienawiści, była udręka.
Długo widziałam twoje oczy w szpitalu i później, gdy wracałam do zdrowia...
Były  to  oczy  ciągle  gwałconej...  Czytając  o  tobie  te  straszne  rzeczy,
pragnęłam  cię  spotkać  i  wyrwać  z  tego  splotu,  ty  nie  byłaś  terrorystką...
Wiele  upokorzonych  przez  los  nakłoniłam,  żeby  nie  przerywały  życia,
któremu  ze  swojej  istoty  dały  początek.  Nigdy  jednak  nie  udało  mi  się
przekonać  takiej,  która  została  zmuszona...  Nakaz  to  często  obezwładnienie
sumienia  i  sprowokowanie  buntu...  Ciebie  można  było  przekonać  dając  ci
wolną wolę - powtórzyła Flora. - Ale kto tego miał dokonać, skoro sędziowie

background image

na ziemi i Bóg na niebiosach posługiwali się jedynie policją... Myślę, że gdy
wówczas  odzyskałaś  przytomność,  najstrasz-niejsze  było  dla  ciebie  to,  że
skutki  czynu  zwyrodnialców  stały  się  prawem  ludzkim,  a  ty  -jedynie
przedmiotem.  Potem  przyszło  ci  do  głowy,  że  to  niemożliwe,  bo  jeżeli  Bóg
jest Bogiem, musi być sprawiedliwy.

- Dokładnie tak... - skinęła głową Maria.

-  Myślałam  o  tym,  aż  ocknęłam  się  z  fanatyzmu  i  stało  się,  jakbym

wyszła  z  mroku.  Podjęłam  rozmowy...  -zostawmy  ustawy  władzom
ziemskim,  szukajmy  miłości  dla  jeszcze  nie  narodzonych  w  dobrej  woli,
starałam się przekonać możnych - ciągnęła spokojnie Flora.

Na  żerdź  tuż  obok  altany  skoczył  sokół,  machnął  zdrowym  skrzydłem  i

spadł jak kamień na ziemię. Maria wstała, uniosła ptaka i posadziła na tyczce.
Twarz Flory wypogodziła się.

-  To  ty  Mario  powiedziałaś,  że  największym  darem  Boga  jest  miłość

matki. Wielu duchownych przyznaje temu racj ę. Ale kościół to urząd. Pół -
Bóg, półczłowiek, który kieruje obecnie tym urzędem ustanowił, że liczy się
tylko ziarno i ziemia, jakby zapominając o słońcu, którym jest miłość matki.
Jeżeli  świat  zlekceważy  światło  tego  jedynego  słońca,  miłujące  matki
przestaną być potrzebne. Wystarczą wymyślne inkubatory i policyjny nadzór
nad  powielaniem  takich  istot  ludzkich  -  nieludzkich.  Namiestnicy  niebios
uwierzyli w policję i stracili wiarę.

-  Więc  odeszłaś  od  kościoła,  Floro?  -  zapytała  Maria  Elwira.  Flora

przyglądała się uważnie sokołowi. Chwilę trwała

cisza.

- Nie. Nie odeszłam od kościoła - powiedziała wreszcie Flora. - Kościół

to nie tylko kapłani, kościół to wierni. Ja pozostałam wierna. Jeżeli intencją
Boga jest, aby nie zabijać życia, które już zaczęto tętnić, ja o to się staram w
duszach, a nie w parlamencie i na policji... Przed twoimi strzałami w Segers
walczyłam  o  przymus.  Niech  matka  nienawidzi,  ale  urodzić  musi!...  To  ja
byłam  terrorystką.  Ludzka  matka  rodzi  z  miłości,  więc  w  ciemności
popełniałam gwałt. Gdy to zrozumiałam, twoje strzały przyjęłam z pokorą...

-  Ty  jesteś  święta...  -  powiedziała  Maria  Elwira  patrząc  w  zachodzące

słońce,  którego  czerwona  bryła  rozrzucała  tysiące  refleksów  po  strzępach
chmur za kamienną górą.

background image

-Nie, Mario, nie ma pewności, że istnieją święci, jest pewność, że istnieją

ofiarni  bez  pychy.  Maria  wstała,  poszła  do  salonu,  przyniosła  starą,
mauretańską szkatułkę bogato inkrustowaną.

-  To  klejnoty  trzech  pokoleń  mojej  rodziny.  Nie  mają  już  godnego

spadkobiercy.  Ojciec  przechował  je  dla  mnie  w  banku.  Wzięłam,  żeby
przejrzeć  precjoza  i  odnieść  tam,  gdzie  zawsze  pozostaną  martwe.  Spraw,
żeby  ożyły,  Floro.  Niech  przyniosą  pomoc  matkom,  które  dzięki  tobie  nie
będą jedynie ziemią i ziarnem, ale też słońcem dla swych dzieci...

Sokół  ze  złamanych  skrzydłem  znowu  patrzył  na  Florę.  Ona  milczała

jakby nie znajdując już słów w tej rozmowie.

-  Pamiętam  ćmę  w  twojej  celi  -  powiedziała  po  chwili.  -  Na  imię  miała

Liwia...

- Tak, po śmierci wyglądała jak żywa.

- Teraz masz sokoła...

- Ze złamanych skrzydłem - uśmiechnęła się Maria. - Jak myślisz Floro,

czy on jeszcze wzbije się wysoko?

- Tak, ma tylko złamane skrzydło, ale widzi i czuje. - Flora spojrzała na

szkatułkę.  -  A  w  tobie  Mario  Elwiro  słońca  nie  zniszczył  szatan,  ani  błąd
nieomylnych... - powiedziała lub tylko pomyślała sędziwa pani.

Czerwona  kula  słońca  pochyliła  się  nisko.  Maria  patrzyła  jak  szary  wóz

pnie  się  w  niezwykłym  blasku  ponad  poziom,  miała  wrażenie,  że  Flora  na
swym  inwalidzkim  wózku  oderwała  się  od  ziemi  i  wzlatuje,  bo  ma  tylko
złamane skrzydło...

Wreszcie  tamci  dwaj  wrócili.  Telefon  akustyczny  przemówił.  Rozmowa

znów toczyła się na tematy zawodowe. Chodziło o zamach na przemysłowca
w  Portugalii.  Zabójstwo  zlecone  przez  handlową  konkurencj  ę.  W  działaniu
tej  bandy  nie  było  idei.  „Szczur"  przyjmował  zamówienia  z  całej  Europy.
Teraz szajka znów szykowała się do wyjazdu.

Wieczorem  przypilnowała  ich  gdy  wychodzili.  Kazała  Magnusowi

przyjść  następnego  dnia  rano.  Przyjął  wezwanie,  był  nawet  zadowolony.
Pogłębiło  to  jej  nadzieje.  Istotnie,  rano  Magnus  przybył  do  willi  zgodnie  z
umową. Usiadł w fotelu, bawił się długim nożem, pod bluzą miał pistolet.

background image

- Granaty nie wiszą tu nigdzie na różańcu Albakory? - zapytał rozglądając

się po pokoju.

- Ratuj się, jesteś osaczony - powiedziała wprost.

- A tobie co do tego, Albakora? Po starej znajomości mnie ostrzegasz?

-  Tak  jakoś  odpowiadam  za  twój  los.  Zabatożą  cię  posypując  solą,  taki

masz wyrok w „Armii". Uciekaj -blefowała.

-  A  tak  naprawdę,  czego  chcesz?  -  patrzył  na  nią  stalowymi  oczami  bez

wyrazu.  Nie  był  w  tej  chwili  idealnym  odbiciem  Hydego,  wargi  miał
pełniejsze, nos bardziej wąski, po jego karku nie biegał robak ze szczypcami
na odwłoku.

- Czego chcę? Przeklęłam cię, zanim ujrzałeś świat, to prawda, teraz daję

ci szansę ratunku. Czy rozumiesz, że to możliwe?

-  Ty  jesteś  wariatka,  więc  wszystko  możliwe.  Po  co  wróciłaś  do  roboty,

skoro ci miłosierdzie w głowie? Nie blefujesz aby?

- Odwołaj robotę w Lizbonie. To wygląda jak zasadzka...

Strzał  był  celny.  Magnus  przestał  bawić  się  sprężynowcem,  jego  dłoń

zamarła na ostrzu. Chwilę trwał w bezruchu.

- O jakiej Lizbonie... O jakiej robocie mówisz?

-  O  łapaniu  motyli  w  siatkę,  głupcze!  Zanim  zabijesz  Portugalczyka

zginiesz.

- Co ty o tym wiesz, Albakora? Też w tym jesteś? Ta robota jest spalona?

- Ta i inne, bo ty jesteś spalony, masz bojówkę na karku. Wycofaj się, to

ostatnia chwila.

- Myślisz... Tacy jak my nie mają odwrotu, to niemożliwe.

- Możliwe j est j eszcze wszystko.

-  Nawet,  żebym  miał  matkę  taką  jak  inni,  a  ty  syna  z  żoneczką  i

bachorami,  które  prosiłyby  babcię  na  święta?...  -zaśmiał  się  szczerze.  Ten
śmiech dochodził z oddali, dudnił jak w murach rozwalonej piwnicy. To nie
nóż był w rękach szakala a kret, który wypełzł z podgrzanego słoika i czepiał
się  palców  Hydego  ostrymi  pazurkami.  Pomyślała,  że  te  dwa  zwierzęta  są
zrodzone z siebie. Opanowała się, przed nią siedział jej mimo wszystko syn

background image

Magnus, którego postanowiła ratować.

- Wycofaj się albo zginiesz! - powiedziała stanowczo.

- To nakaz? Ultimatum?

-Nakaz! Powiedz, kiedy stałeś się szakalem? -jej władczy ton załamał się.

Chwilę  trwała  cisza.  Obserwowała  jego  twarz.  On  nie  szukał  przyjaciela,
nawet sojusznika. On szukał tylko kogoś, kogo mógłby zabić.

-  Nie  musisz  odpowiedzieć  zaraz,  poczekam  -  ustępowała  bojąc  się

stracić  szansę.  Jego  maska  jakby  wyłagodniała,  pojawił  się  na  niej  zbliżony
do  ludzkiego  wyraz.  Czepiała  się  tego,  może  stanie  się  cud,  może  spadnie
wymodlony  deszcz  na  jego  poletko.  Bóg  wysłucha  błagań  jednej  matki  o
ratunek dla tylko jednego dziecka.

Skulił  się  jakoś,  przyczaił.  Spojrzał  na  nią.  Nienawiść  była  w  tym

spojrzeniu.

- Ty mnie pytasz?! Nie wiesz kiedy?!

- Leczyłam cię...

-  Bzdura,  nie  byłem  chory.  Nie  miałem  guza  na  mózgu.  Twoja  wina,  że

taki jestem.

To  była  prawda,  ona  wiedziała  dlaczego  jest  taki...  Teraz  bawił  się

nożem, mówił powoli, wydawało się, że z rozwagą.

-  Ten  gwałt  i  moje  urodzenie  zrobiły  z  ciebie  poparzoną  sukę.  Jako

dzieciak przypominałem sobie rzeczy, których nigdy nie widziałem. Były to
nieładne  historyjki,  nieładne  zabawki.  Nie  domyślasz  się  skąd  je  znałem?...
Raz  spotkałem  panienkę,  była  inna  niż  te,  którym  robimy  kuku,  gdy  mamy
ochotę.  Chciała  ze  mnie  zrobić  męża  i  żebym  prowadził  dom  towarowy  na
Kanarach. Jej ojciec był bogaty. Dałem się nabrać na pieszczoty. Też byłem u
psychiatrów  i  psychologów...  I  wiesz...  ja  powinienem  uciekać  z  twojego
brzucha zanim zawiązał mi się mózg. Ale byłem za mały, nie uciekałem... Ty
karmiłaś mnie takim jadem, że przechodził mi aż w pięty. Było nie rodzić jak
nie potrafiłaś.

- To było niezależne od mojej woli. Znienawidziłam oprawców, bo... bo...

- miotała się, czuła, że przegrywa.

- Złorzeczyłaś i co? Nie czytałaś książek? Nie mówili ci, jakie może być

background image

dziecko?

- Mówili, ale co miałam robić? - nadal broniła się po desperacku.

- Aleja co miałem robić? - zaśmiał się Magnus.

-  Byłam  osaczona.  To  kraj  dogmatów,  klechów,  terroru  i  zbrodni.

Przeklęty kraj!

-  Jakie  wnioski?  -  Magnus  drwił,  jego  twarz  ciągle  wykrzywiona  była

uśmiechem Hydego.

-  Ty  też  odkryłaś  co  trzeba  robić...  Bum,  bum,  bum!...  Strzelać  trzeba,

strzelać... Albakora - Hyde roześmiał się gdzieś z głębi.

- Odziedziczyłeś zbrodnicze cechy po ojcu! - niemal krzyknęła.

-  Źle  zrobiłem?  Miałem  nie  dziedziczyć?...  -  kpił  „Szczur".  -  Mądraś  ty

mamuśka? -Nie nazywaj mnie mamuśka!

- Już się zniechęciłaś, nie chcesz ratować syna? Ta panienka była lepsza.

Ale skoro rozmawiamy, to ci powiem. nie kaperuj mnie. Nie będzie ze mnie
ksiądz ani mieszczanin. Zostaję kim jestem.

-Nie zostaniesz! Ja też myślałam, że... Magnus parsknął śmiechem.

- Ty porównujesz siebie i mnie?! Durna! Ty byłaś aktorką, wasze akcje to

był cyrk. Twoje miejsce w teatrze -popatrzył na nią uważnie, poprawił się w
fotelu, schował klingę do rękojeści sprężynowca.

-  Zróbmy  umowę  Albakora...  Albo  ty  mnie,  albo  ja  ciebie..  Póki  żyjesz,

czuję twoje przekleństwo, ciąży mi ono. Póki ja żyję, nie odzyskasz spokoju
po tym gwałcie. Albo ty, albo ja, pamiętaj! - trzasnął sprężynowcem, ważył
go chwilę w dłoni. Wstał i wyszedł.

To  co  usłyszała  i  co  wiedziała  przedtem  ułożyło  się  w  logiczny  ciąg.  -

Średniowieczny zamek w Anglii zwiedzała mając 17 lat. W lochach widziała
pieczarę  i  łoże  z  kołem  do  łamania  kości.  Po  gwałcie,  to  zapomniane  już
urządzenie  wróciło  do  niej,  powiększone  i  bardziej  upiorne.  Ciągle  miała
przed  oczami  haki,  noże,  tryby  i  porozrywane  ciała  swoich  oprawców  z
piwnicy w rozwalonym domu. Zabijała ich halabardą, rozrywała żywcem w
tej  maszynie.  Magnus  kształtował  się  wtedy.  Chwilami  czuła,  że  nie  jest
sama,  że  ktoś  wraz  z  nią  uczestniczy  w  tych  snach  i  seansach.  Znalazła
wówczas tę książkę o wpływie doznań kobiety ciężarnej na kształtowanie się

background image

płodu  i  późniejsze  cechy  człowiecze  dziecka.  Przeraziła  się,  odrzuciła
książkę.  Mimo  nieprzepartej  żądzy  odwetu,  nie  chciała  razić  trądem.  Nie
chciała! Ale to było silniejsze od jej woli.

Widziała,  słyszała,  czuła  krzywdę,  wstręt,  przerażenie...  Kret!  Bóg  ci

dopomoże,  córko...  Bóg  nie  dopomagał.  Ich  też  torturował  halabardą.  Nie
było pomocy, był bunt, chęć wyzwolenia, ucieczki, chęć czegokolwiek poza
tkwieniem w tym, co uczyniły z nią bestie.

Zauważyła, że gdzieś spływa ten jad, kumuluje się, nie wiedziała w czym,

ale przynosiło to jej ulgę,. Gdy Magnus miał osiem lat, narysował człowieka
rozrywanego  halabardą,  potem  maszynę  jaką  widziała  w  Castle  Ostrich
Feather nad Tamizą... Te same były tryby i dźwignie. Torturowany miał kreci
ryj...

Więc  to  ona  przekazała  w  niewytłumaczony  sposób  dziecku  udrękę.

Ona?! Ona jest odpowiedzialna za bunt swojej natury przeciwko temu, czego
doznała?  A  gdzie  ci  z  maskami  mimów,  gdy  krzyczała,  że  nie  poradzi
takiemu  macierzyństwu...  W  obozach  śmierci  „ludzie"  z  trupimi  czaszkami
na  mundurach,  zapładniali  zniewolone  kobiety  zwyrodniałym  nasieniem.
Cywilizowany  świat  postawił  ich  przed  sądem  i  zapłacił  szubienicą.  A  jej
oprawcy?...

Następnego dnia znów spotkała się z O'Nell'ami. Proponowali jej pracę w

jakiejś społecznej organizacji. Wyjazdy, dobroczynne akcje. Pierwszy raz od
lat  śmiała  się  szczerze,  słuchała  dowcipów,  piła  szampana.  Gościła  w  ich
domu  trzy  dni.  Spostrzegła,  że  oni  postanowili  uratować  w  jakiś  sposób
resztę jej lat. Postanowili przerwać tę jej ciągle złą samotność, która nie była
spokojem. Uwierzyła, że ci ludzie, to właśnie jej światło w ciemności.

Pożegnali  ją  serdecznie.  Potem  wyjechali  do  Francji.  Ingrid  robiła

wszystko,  aby  zostać  matką.  Po  miesiącu  Maria  Elwira  dostała  depeszę.
Ingrid  telegrafowała,  że  wymodliła  u  swojego  Boga  deszcz  na  jednym
poletku, spodziewała się dziecka, była bardzo szczęśliwa.

Maria  Elwira  powoli  wracała  do  normalnego  życia.  Opiekowała  się

trzema  starszymi  osobami  wskazanymi  jej  za  pośrednictwem  Ingrid  przez
organizacj  ę  dobroczynną,  brała  udział  w  zebraniach,  czytała.  O'Nilowie
powrócili i Maria dzieliła z Ingrid jej szczęście oczekiwania na dziecko.

Któregoś  dnia  w  domu  znowu  zastała  szakali.  W  tubach  głosowych

background image

usłyszała śmiech Magnusa...

- ...Podaj się do dymisji, Gass. Jesteś gówniarz, a nie żołnierz wolności.

Zaczynasz srać w portki?

- Głupiś, szefie, rzecz w tym, żeby wycofać się w porę. Swąd jest blisko...

Nie czujesz? -drugi głos był płaski i uległy. Magnus mówił władczo.

-  Czuję,  dlatego  jeszcze  dzisiaj  rozwalimy  O'Nell'ów.  Zbieraj  się  jest

wyliczony... Maria Elwira zdrętwiała. Upiory chwyciły ją za gardło, pot zalał
jej  czoło.  Owa  niemoc  trwała  może  chwilę,  może  znacznie  dłużej.  Nagle
poczuła  przenikliwy  chłód.  Zerwała  się  z  miejsca.  Tamci  mówili  jeszcze  o
szczegółach zamachu. Potem rozległ się szczęk broni. Szakale szykowali się
do wyjścia. Przed Marią Elwirą przesuwały się obrazy jak na przyspieszonym
filmie,  czarno  -  białe  klatki  zatrzymały  cię,  podskakiwały  w  miejscu,
nabierały 

ostrości... 

Wykrzywiony 

zwierzęcymi 

doznaniami 

pysk

Hydego...wąskie wargi, rozdęte bydlęce chrapy szerokiego nosa...Mamo kup
mi  ciężarówkę  na  cztery  baterie...  Mamo,  chcę  pić  i  pobiegnę  na  boisko.
Mamo... Mamo?! - Zacisnęła powieki, drgające klatki czarno - białego filmu
zatrzepotały jeszcze bardziej i gdzieś przepadły. Zobaczyła szczęśliwą matkę,
Ingrid  pochyloną  nad  kołyską,  staroświecką  drewnianą  kołyską.  A  to  co?
świętość,  najwspanialsza  świętość  w  jej  życiu...  Zatroskana,  pełna  ciepła
twarz  kobiety  młodej,  w  pełni  dojrzalej  i  już  starej  w  miarę  mijania  czasu,
Oblicze jej matki, która tak bardzo pragnęła, ale nie potrafiła uratować Marii
z  mocy  szaleńców.  Po  śmierci  pani  Teresy  Izabeli  Telier,  kiedy  Maria
przebywała jeszcze ciągle za drzwiami obitymi blachą, ojciec wybudował na
świeżej mogile posąg matki z białego granitu. Matka była na nim piękna, ale
już  tylko  z  kamienia...  A  Ingrid?  Maria  Elwira  czuła,  że  coś  rozrywa  się  w
niej  na  strzępy.  Czuła  sercem  całym  i  już  rozerwanym,  że  dzieje  się  rzecz
straszna. Ingrid była świętością, która niesie miłość matczyną. Jej dziecko nie
będzie tworem zatrutego ziarna i splugawionej ziemi. Tętniące w Ingrid nowe
życie  jest  darem  głęboko  pojętego  nieba...  spełnieniem  pragnień  kobiety  -
matki.  Czy  szakale  mogą  zabić  taką  świętość?  Bóg  na  to  pozwoli?  A  gdzie
jest Bóg w ogóle... Ale cóż to? Rozhukane morze i bezwładny na nim kształt
korabia  jak  piórko.  Dalej  skały,  smocze  zęby  czyhające  na  żer  i  ofiarę.
Ludzie na klęczkach przywołują w pokorze Boga. Bóg pochyla się nad nimi
w  wielkiej  przestrzeni...  Nadzieja  w  kotwicy  -  mówi  jego  duch
wszechmogący. Więc może Bóg to tylko nadzieja?

background image

Twarz  matki  jak  z  kamienia,  w  kącikach  granitowych  ust  przerażenie.  I

staje  się  cud,  kamień  zamienia  się  w  ciało,  przerażenie  w  uśmiech  pełen
nostalgii, jak przed laty na brzegu morza pod skałą, którą potem przewróciły
sztormy. - Bóg jest w tobie, Mario Elwiro, szepczą usta w świecie jedyne. -
Bóg jest we mnie, myśli Maria Elwira i pyta swojego Boga, czy pozwoli, aby
jej  syn  Magnus  zgasił  słońce  jednej  miłości  matczynej.  Ale  Bóg  jest  zbyt
wielki, żeby odpowiedzieć na takie małe pytanie.

- Co robić, mamo? - pyta Maria Elwira. Twarz matki nie jest już obliczem

z  kamienia.  -Jeżeli  możesz,  nie  zaniechaj  ratunku  -  odpowiada  Bóg,  który
ciągle żyje w pani z kamienia i serca.

-  W  tobie  nadzieja,  Mario  -  krzyczy  głos  gdzieś  z  bliska  i  daleka.  -

Kotwice sięgnęły dna, wyprężyły się mocne łańcuchy. Korab powoli obraca
się  dziobem  do  fal,  które  niosły  go  burtą  ku  zagładzie.  Gdzieś  w  wielkiej
przestrzeni -zrodziła się nadzieja ratunku, dla nie splugawionej matki i słońca
jej matczynej miłości.

Maria Elwira poczuła myśl jasną jak błysk, przejrzysta jak źródlany potok

i siłę nie skażoną lękiem. Wskazówki na zegarze ruszyły szybciej, jak kiedyś,
gdy sekundy decydowały o wszystkim.

Oni  odjechali,  dom  był  pusty.  Sięgnęła  po  klucze.  Zbiegła  po  schodach,

otworzyła stróżówkę.

Na  ścianie  wisiało  kilka  pistoletów  maszynowych,  dalej  były  składane

karabiny z celownikami optycznymi. Tą bronią Magnus dokonywał zabójstw
na zlecenia. Precyzyjność jej rażenia była niezwykła. Pod ścianą stały ręczne
karabiny  maszynowe.  Sięgnęła  po  broń  specjalną.  Zawahała  się;  W  rogu
wisiał  włoski  karabin  carcano.  Był  seryjny,  tani,  ale  wśród  terrorystów
cieszył się powodzeniem. Z takiego karabinu Le Oswald strzelał w Dallas do
prezydenta Stanów Zjednoczonych Ameryki Johna Fitzgeralda Kennedy'ego.
Karabin  wyposażony  był  w  celownik  optyczny.  Ostatecznie  wzięła  carcano.
Sprawdziła 

amunicję. 

Magazynek 

był 

pełny. 

Przełożyła 

zamek.

Charakterystyczny  trzask  przypomniał  jej  kurs  w  Libanie.  Strzelała  tam
często,  właśnie  z  tej  broni.  Pasował  do  jej  ręki  jak  żaden  inny.  Strzelała  z
każdej pozycji, zerkając jedynie na muszkę i cel. Niepotrzebna była luneta.

Chwyciła karabin. Pobiegła schodami do góry. Zmieniła buty. Narzuciła

płaszcz.  Wyszła  z  domu.  Jej  śmieszny  citroen  2CV  stał  na  trawniku.  Wiatr

background image

huczał  w  drzewach.  Było  już  ciemno.  Z  ciężkich  chmur  spadło  kilka  kropli
deszczu.

- Rzuciła karabin na siedzenie z tyłu. Usiadła za kierownicą, przekręciła

kluczyk  w  stacyjce.  Chwilę  rzęził  rozrusznik  aż  odezwały  się  odgłosy
nierównej,  pełnej  wibracji  pracy  silnika.  Spojrzała  na  karabin  leżący  z  tyłu.
...Mamo,  daj  mi  soku  z  malin,  pomarańczowego  nie  lubię...  mamo,  chcę
latawiec  -  duży,  taki,  który  ma  ogon  jak  kometa.  Mamo...  mamo...
Zdrętwiała. - Cóż chcesz zrobić, po co ci broń, nieszczęsna? - zapytała sama
siebie.  Nie  było  odpowiedzi.  Samochód  ruszył  sam,  jakby  bez  jej  woli.  W
szybę uderzyły duże krople deszczu.

Wyjechała  z  ogrodzenia.  Skręciła  w  kierunku  morza.  Jechała  bulwarem,

okrężną drogą do starego cmentarza. Minęła karłowaty lasek na kamiennym
wzgórzu.  Zaparkowała  samochód  za  ocalałym  murem.  Wzięła  broń,  ruszyła
przez cmentarz.

Wicher huczał w wysokich krzyżach i poprzewracanych mogiłach.

Tuż przed zakrętem szosy sterczały ku niebu mury kaplicy. Maria Elwira

przylgnęła  do  płyty  grobowca.  Obserwowała  okolicę.  Rzuciła  okiem  na
zegarek. Sekundnik pędził wokół tarczy pospiesznie.

Około  23.30  Edgar  i  Ingrid  powinni  pojawić  się  na  zakręcie.  Prom

przypływał o 22.50. Bandyci obliczyli, że na opuszczenie statku i dojazd do
zakrętu  potrzebne  będzie  nieszczęsnym  około  40  minut...  Zegarek  w  tej
chwili  pokazywał  22.55.  Maria  Elwira  ruszyła  w  kierunku  cmentarnej
kaplicy.  Jeżeli  „Szczur"  był  już  na  stanowisku,  nie  musiał  jeszcze
obserwować szosy. Mógł patrzeć na cmentarz. Gdyby ją spostrzegł, strzeliłby
niechybnie.  Nie  uratowałaby  wówczas  Ingrid  i  Edgara.  Zginęliby  jej
przyjaciele.  Nie!  Tak  stać  się  nie  może.  Dokoło  panowały  nieprzeniknione
ciemności. Na niebie wisiały ciężkie chmury, przez które nie przebijał blask
księżyca, ani też nie świeciła żadna gwiazda. Spostrzegła już w Libanie, że w
takim  mroku  widzi  jakimś  dodatkowym  zmysłem.  Właściwie  nie  widzi,
czuje...

Podeszła  dalej.  Teraz  mur  kaplicy  sterczał  zaledwie  kilka  metrów  przed

nią. Odwróciła się i nisko pochylona pobiegła w przeciwnym kierunku.

Pospiesznie  wspięła  się  na  niewielką  górkę,  gdzie  głośno  szumiały  i

chyliły się na wietrze rozczapierzone sylwetki karłowatych sosen. Przywarła

background image

do jednej z nich. Patrzyła dokoła... Tak, tam... W wyrwie muru coś wyczuła,
wytężyła wzrok... Jest... Na asfalcie stal luksusowy mercedes Magnusa.

...Więc  „Szczur"  był  w  kaplicy.  Czekał  już  na  swoje  ofiary.  Znów

spojrzała  na  zegarek.  Duża  wskazówka  na  podświetlonej  tarczy  dochodziła
dwójki,  mała  minęła  jedenastkę...  A  więc  odliczanie  do  minuty  „zero"
rozpoczęło się. Ingrid i Edgar opuścili prom. Minęli miasteczko Elberg i w tej
chwili wjechali pewnie na drogę prowadzącą do Beldown.

Maria  Elwira  ruszyła  w  stronę  kaplicy.  Teraz  „Szczur"  już  zapewne

obserwował szosę. Z góry padł nieuchwytny blask księżyca. Wydłużony cień
drobnej  postaci,  przekreślony  niczym  krzyż  poprzecznym  cieniem  karabinu,
przemknął przez zarośniętą drogę między cmentarzem a ruinami z czerwonej
cegły.  Przykleił  się  do  poszczerbionego  muru.  Maria  Elwira  zmrużyła
powieki,  patrzyła  z  góry  w  głąb  ruin.  Panowała  tam  cisza,  w  ciemnościach
nie  było  śladu  człowieka.  Maria  Elwira  znów  spojrzała  na  zegarek.  Duża
wskazówka  dochodziła  do  cyferki  cztery...  Samochód  mógł  pojawić  się  w
każdej chwili.

Maria  weszła  do  ruin.  „Szczur"  musiał  zająć  stanowisko  z  otwartym

widokiem na zakręt. Takie miejsce mogło być w sąsiednim pomieszczeniu z
lewej  albo  prawej  strony...  Tu  albo  tam.  Pomyłka  byłaby  końcem
wszystkiego.  Przyniosłaby  śmierć  Ingrid,  Edgarowi  i  jej.  Wycofała  się,
ukryła znów za murem na zewnątrz. Podniosła kamień. Rzuciła go na środek
kaplicy. Zadudnił w ciemnej ciszy. Przywarta do ściany. Słuchała. Patrzyła w
czerń  między  kikutami  murów.  Z  lewej  strony  wyczuła  ruch.  Z  niszy
pomieszczenia sanitarnego starej kaplicy wysunęło się coś bardziej ciemnego
od mroku. W tej chwili z gruzów zerwał się nocny ptak. Cień cofnął się, ale
zaraz  wrócił  na  miejsce.  Postąpił  do  przodu.  Nasłuchiwał  chwilę  i  znów
cofnął  się  do  ruin.  Maria  Elwira  ruszyła  za  nim.  Spojrzała  przez  wyrwę.
„Szczur" stał z karabinem w ręce i patrzył na zakręt. Przed nim leżała lorneta
i pistolet. Maria Elwira miała wrażenie, że zrobiło się jaśniej. Była od szakala
nie dalej niż 10 metrów. Długotrwałe przyzwyczajenie wzroku do ciemności
dało efekt. Zastanawiała się, czy „Szczur" widzi w tej chwili tak dobrze jak
ona.  Trzymał  składany  karabinek  w  gotowości.  Zapewne  broń  naładowana
była  amunicj  ą  z  rozpryskowymi  pociskami.  Bandyta  położył  karabinek  na
kamiennym parapecie. Sięgnął do kieszeni po papierosy, śledząc ciągle szosę
przed  zakrętem.  Postąpiła  krok  jeden,  drugi,  trzeci.  Stanęła  w  rozbitej
futrynie.  Była  nie  osłonięta.  Trzymałaś  carcano  w  obydwu  rękach  nad

background image

biodrem.

-  Nie  zabijesz  Ingrid  i  Edgara  -  usłyszała  swój  metaliczny  głos  w

mrocznej  ciszy.  „Szczur"  zapalił  właśnie  zapalniczkę.  Czerwony  płomień
oświetlił jego twarz... To nie był

Magnus,  to  był  Hyde...  Hyde  zapalający  papierosa,  gdy  leżała  na

kamieniach  w  piwnicy  zakrwawiona  i  zbita,  a  on  szykował  się  do  jeszcze
jednego  gwałtu.  Miał  wargi  wąskie  i  wydłużone  jak  dżdżownice,  tak  samo
spiętą w nieokiełznanym wyrazie twarz i rozdęte chrapy szerokiego nosa.

Zapalił  papierosa.  Zgasił  zapalniczkę.  Zaciągnął  się  dymem.  Maria

Elwira widziała, że skupił całą uwagę na

pistolecie, który leżał obok lornety. Karabinek był dalej.

- Nie zabijesz Edgara i Ingrid - powtórzyła jak echo. -Ty tutaj?

-Ja!

-  Czego  chcesz?  Odejdź!  Postąpiła  jeszcze  jeden  krok  do  przodu.  -Nie

chciałeś być człowiekiem...

- Suka - warknął. - Nie Strzelisz. Pamiętasz, co mówiłaś?

- Przygotuj się, to mój wyrok, matki, niematki.

- Skąd wiedziałaś, że tu jestem? Zdrada? „Armia" wyszperała?

- To mój wyrok, nie organizacji.

- Albakora?

- Nie, Maria Elwira, Teresa Tellier.

W  tej  chwili  daleko  na  drodze  ukazały  się  światła  reflektorów,  zmieniły

kąt i zaczęły zbliżać się do zakrętu.

Sekundy nabrały innego rytmu.

Nie  przeszkadzaj  Albakora,  wykonamy  robotę  i  odejdziemy...  -  Głos

szakala zdradzał niepokój .

W  tej  chwili  na  drodze  zapaliły  się  inne  światła,  błysnęły  trzykrotnie  i

zgasły.  To  Gass  dawał  umówiony  znak.  Zidentyfikował  samochód  jadący  z
promu. Do zakrętu zbliżały się właściwie ofiary. „Szczur" miał strzelać. Był
jednak osaczony, czuła, że po desperacku szuka fortelu...

background image

-  Jak  chcesz  Albakora,  możemy  zrezygnować  z  tej  roboty.  Przerywam

akcję  -  powiedział  i  uniósł  ręce  do  góry.  Odwrócił  się  tyłem  do  broni
ułożonej na kamiennej płycie. - Poddaj ę się dodał pokornie.

Albakora  uczyła  się  tej  sztuczki  w  Libanie.  Aż  do  bólu  ręki  ćwiczyła

ruchy  związane  z  trickiem,  przy  pomocy  którego  on  chciał  teraz  ratować
swoją sytuacj ę. Widziała, że to nie była kapitulacja. Niesamowity pojedynek
w ciemnościach dopiero się rozpoczął...

Maria  Elwira  wykonała  gest,  jakby  uwierzyła.  Natychmiast  jednak  lewa

ręka  bandyty  opadła,  ruch  ten  był  niemal  niewidoczny  w  ciemnościach.
Dokoła panowała cisza, pełno jej było w mózgu, oczach, dzwoniła w uszach.
Magnus podnosił wyciągnięty nagle zapasowy rewolwer. Obracał się ku niej,
unosił broń wyżej i wyżej... Światła samochodu były tuż. Maria spojrzała na
muszkę carcano i cel. Nacisnęła spust. Huk był krótki, nie słyszała go prawie,
jedynie w błysku wystrzału zobaczyła wielką jak kiedyś sylwetkę Haydego, a
ona trzymała w ręce drzazgę z rozbitej futryny. Nie! Nie zabijesz Ingrid...

...Błysk zgasł, uzbrojone ramię opadło. „Szczur" trzymał jeszcze broń w

zaciśniętych palcach... Maria dostrzegła ruch, który też znała. Szakal usiłował
przerzucić  broń  z  lewej  do  prawej  ręki.  Nie  poradził  jednak,  jego  palce
rozluźniły  się,  pistolet  upadł  z  metalicznym  trzaskiem  w  ciemność.  Cień
przed  nią  zachwiał  się,  ale  nie  upadł.  Wykonał  nagły  zwrot  ku  kamiennej
płycie  i  pochwycił  kocim  ruchem  karabin,  w  którym  były  rozpryskowe
pociski.  Samochód  Ingrid  był  już  zaledwie  kilkanaście  metrów  od  zakrętu.
„Szczur"  trzymał  w  ręce  broń  specjalną,  skierował  ją  najpierw  na  Marię
Elwirę,  ale  ona  działała  jak  zaprogramowany  w  Libanie  automat...  Huk
wystrzału  niósł  się  długo  po  zdewastowanych  grobowcach,  ruinach  murów,
połamanych  krzyżach...  Wielki  cień  wyprężył  się  i  zwalił  na  gruz  w  starej
kaplicy.

Samochód  Edgara  zwolnił,  drugi  za  nim  zapalił  reflektory,  teraz  jak

tarcze  na  strzelnicy  widać  było  dwie  podświetlono  z  tyłu  ludzkie  sylwetki.
Spostrzegła,  że  Ingrid  poprawia  lusterko,  by  blask  nie  oślepiał  Edgara.
Samochód wszedł w zakręt, obrócił się i począł oddalać. Oślepiona, niczego
znowu  nie  widziała.  Nie  czuła  też  zwykłej  jasności  umysłu...  Hyde,  kret...
piwnica,  Magnus  w  pędzącym  na  jezdnię  wózku...  Nie  wiedziała,  kogo
zabita.  Chciała  zobaczyć  twarz  dziecka  albo  maskę  bestii...  Ciemno  było
jednak.  Cofnęła  się  za  mur.  Gass  pewnie  dostrzegł,  że  robota  nie  została

background image

wykonana.  Samochód  Edgara  nie  wpadł  do  rowu,  a  odjechał.  Szakal
zatrzymał wóz. Pochylony z pistoletem maszynowym w rękach przeskoczył
skarpę. Stanęła za węglem. Czekała. Jego cień ostrożnie wślizgnął się w głąb
starych murów.

-  Szczur?...  Jesteś  tam?  -Dziwnie  wyświstał  złowieszcze  przezwisko.

Odpowiedziała mu cisza.

-  Szczur...  Anioł...,  jesteś  tu?  -  powtórzył.  Nie  było  odpowiedzi.

Prześlizgnął  się  przy  ścianie,  zajrzał  do  zdewastowanej  pakamery,  zobaczył
broń na kamiennej płycie. Zamarł w bezruchu.

Maria  Elwira  patrzyła  przez  wyrwę.  Gass  zauważył  trupa.  Pochylił  się

nad nim. Odskoczył. Stał przy ścianie naprzeciw muszki jej carcano. Dyszał,
wodził  lufą  automatu  dokoła.  Maria  Elwira  stanęła  w  rozbitej  futrynie  jak
przedtem.

- Rzuć broń, Gass! - powiedziała spokojnie. -Albakora?!

-Nie, Maria Tellier. Rzuć broń!

Stała  blisko,  lufa  jej  carcano  mierzyła  w  pierś  bandyty,  jego  automat

skierowany  był  kilkanaście  stopni  w  bok.  Szakal  wiedział,  że  jeżeli  drgnie,
zginie na miejscu. Rzucił automat.

-  Nie  strzelaj  Albakora,  to  był  ostatni  skok...  Nie  strzelaj!...  -  Bandyta

zrobił  krok  do  przodu.  Czekała  na  trick,  który  nie  udał  się  „Szczurowi".
Sekundy zatrzymały się w miejscu. Szakal stal z podniesionymi rękami, nic
się nie działo. Uniosła karabin.

-  Za  kobiety  w  Jugosławii...  bestio!  -  Coś  jej  nie  pozwalało  przycisnąć

spustu. Gass ukląkł z podniesionymi rękami.

-  Matko,  panno,  jeżeli  jesteś  wybacz.  -  Powiedział  to  jakby  istotnie  do

Boga albo do siebie, nie było w tym nic ze skomlenia o życie. Jego atak nie
następował.

- Broń się! - warknęła.

-Z  tobą  nie  mam  szans,  Albakora...  Strzelaj,  zabiłaś  syna,  zabij  mnie.  -

Syna?!

- Tak, on był pewny, że go zabijesz. Nie bał się kul, nie bał się nikogo,

mówił, że go zagryzie wilczyca, w której się ulągł. Tak mówił.

background image

- Dlaczego?

- Bo go przeklęłaś i przekleństwo było silne...

- Oddaj zapasową broń.

-  Po  co  mi  ją  zabierasz,  kiedy  mnie  rozwalisz...  Chcesz  mnie

sprowokować? To był mój ostatni skok. Moja matka, przypomniała sobie, że
ma syna... W kieszeni mam bilet do Colorado. Rano odlot. Ja bytem taki jak
ty. Mówią, że umiałaś straszyć i strzelać, ale nigdy nie zabijałaś...

- Zabiłam Magnusa.

- On miał źle w głowie. Stale widział koszmary.

W  tej  chwili  dotarta  gdzieś  do  jej  głębi  ta  prawda.  Zerwała  kotwicę  i

skończyły  się  nadzieje...  Podeszła  do  klęczącego,  kopnęła  pod  ścianę  broń
zapasową,  którą  położył  przed  sobą.  Odstąpiła  na  bok,  przestała  mierzyć  w
pierś

bandyty.  Była  pewna,  że  Gass  ma  jeszcze  jeden  pistolet.  Odwróciła  się.

Jej  misja  była  skończona,  zabiła  kidnapra  zbrodniarza,  uratowała  tamtych...
Niech skończy się wszystko. Czekała, Szakal już dawno powinien strzelić.

- Nie wystawiaj się Albakora, ja nie chcę ciebie zabić - powiedział niemal

spokojnie Gass.

- Dlaczego?

- Bo nie... To był ostatni skok, strzelaj albo jadę do Colorado, nie wrócę

tu. Mam bilet do Stanów. - Sięgnął do kieszeni, wyjął błękitny kartonik. Coś
dziwnego działo się w sercu Marii Elwiry. - ... Nie jej syn zginał przed chwilą
od kuł matki nie matki. Ona zabiła tylko Szakala. I można zawrócić kamień
w locie, zatrzymać bieg rzeki, zabrać dziecko, które porwała woda i niesie...
A Magnus? - Mamo dlaczego króliki, tak dziwnie ruszają noskami, mamo, ja
chcę  piłkę  taką  dużą,  dużą,  dużą.  Mamo...  Mamo?!  To  nie  on  leży  w
ciemnościach  z  przebitym  już  na  zawsze  ramieniem  i  sercem.  W  człowieku
na  dnie  jest  odrobina  miłości  prawdziwej.  To  Magnus  klęczy,  modli  się  do
świętości wielkiego i małego świata... BOGA i MATKI. Nawrócił się, rzuci
straszne rzemiosło, wyjedzie, otworzy piękny sklep na Karaibach, Seszelach,
Bahama...  Zaprosi  ją  do  swojej  żony  i  wnuka  na  święta...  Matka  nie  może
zabić syna... Nie może! - Znów usłyszała swój głos, który jakby wyrwał się
spod jej kontroli.

background image

-  Wstań,  jedź  do  Colorado...  -  powiedziała  jakby  z  daleka.  Nie

podejmowała  decyzji,  że  puści  Szakala,  to  się  stało  gdzieś  obok,  a  może
wysoko.  Chłopak  powstał,  trzymał  ręce  nad  głową.  W  mroku  dojrzała  jego
oczy, nie były puste.

-  Jeżeli  jest  świętość,  jesteś  święta  Albakora  -  wyświstał  jakoś  przez

zaciśnięte zęby bestii, a może zagubionej istoty ludzkiej jedynie.

Znów widziała w mroku. Przed nią majaczyła twarz bez kłów w paszczy i

pajęczych  łap  na  skroniach.  Obcy  złoczyńca,  albo  Magnus,  jej  syn,  nie  syn
wyszedł  z  ruin  z  rękami  wzniesionymi  do  czarnego,  bez  księżyca  i  gwiazd
nieba.  Po  chwili  na  poboczu  rozbłysły  światła  reflektorów.  Samochód
odjechał  w  kierunku  Beldown.  W  gruzach  znów  było  ciemno,  a  ona  była
oślepiona  światłem  na  drodze.  Nie  mogła  zobaczyć  trupa...  upiora  ni
dziecka... Mamo, dlaczego nigdy nie opowiadasz mi o tatusiu?... Inne dzieci
mają ojców, a ja mam tylko ciebie... mamo...

Nacisnęła  metalową  gałkę,  przesunęła,  zamek  karabinu  do  tyłu,  wyj  ęła

go  i  wrzuciła  do  torby.  Karabin,  powiesiła  na  haku  wystającym  z  muru.
Ruszyła  przez  cmentarz,  ku  zaparkowanemu  samochodowi.  Dokoła  była
pustka, nie było gwiazd ani księżyca, nie było światła dnia i ciemności nocy.
Nie było nic.

Wróciła do domu. Dom też był pusty, nie była w nim już nawet Szakali.

Usiadła, patrzyła w tę pustkę. Siedząc zasnęła. Zbudził ją sen. Na szarej ulicy
spotkała Presilę.

- Uciekaj z tego kraju! - krzyczała do niej tamta. Miała skute ręce i była w

złotej  obroży  z  serduszek  i  krzyżyków.  Na  czole  miała  znak  czerwonej
pieczęci.

- Co to za kraj?

- Kraj miłosierdzia i pokory... - odpowiedziała Presila.

- Jakiej pokory?

- Pokory przed życiem zagrożonym.

- Co tobie, co ty mówisz... Presila?

Tamta zrobiła gest jakby chciała wyswobodzić się z obroży, ale serduszka

zacisnęły się jeszcze mocniej na jej szyi.

background image

- Patrz - zniewolona dziewczyna wskazała znak pieczęci. - Muszę oddać

serce osobie, która jest chora. Wyrwą mi je żywcem, aby było świeże, tak jak
tobie wyrwali kiedyś. Ty żyjesz, ale serca nie masz, prawda?

- Dlaczego tu tak szaro, skąd ten dym?

-  To  biskupi  palą  na  stosach  czarownice,  podobno  nie  ukorzą  się  za  to

nigdy.

Przed nią stał Magnus. Trzymał j ą na muszce carkano. Wiedziała, że on

nie  może  strzelić,  gdyż  twarz  i  mózg,  jak  wtedy  serce  matki  muszą  jej
wydrzeć żywcem, bo to był kraj takich właśnie wartości.

Powstała  z  fotela,  wiedziona  jakby  siłą  z  zewnątrz  zeszła  do  arsenału.

Unosił  się  tam  jeszcze  duch  szakali.  Na  stole  stał  kryształowy  flakon
najdroższej whisky i kilka złoconych szklanek. Broni na półkach było mniej
niż  poprzednio,  widocznie  wściekli  zaczęli  już  przeprowadzkę...  Gdzie
Magnus  mieszkał?  Nigdy  tego  nie  chciała  wiedzieć.  Być  może  miał
luksusową willę w skatach na brzegu, tak sądziła z urywków rozmowy, którą
raz  usłyszała  przez  miedziany  telefon  akustyczny.  Stała  pośród  nory
morderczych  kretów  i  patrzyła.  Na  starym  skórzanym  fotelu  spostrzegła
płaską  metalową  walizeczkę  z  cyfrowymi  zamkami.  Wzięła  ją  do  rąk,
pokrywa  nie  była  zamknięta.  Szakale  czuli  się  tu  bezpiecznie.  Podniosła
wieko.  Na  wierzchu  leżał  pistolet  najnowszej  konstrukcji  i  dwa  magazynki
amunicji.  Pod  bronią  był  luksusowy  kalendarz  w  grubych  okładkach
wypełnionych  elektroniką.  Przerzuciła  strony  kredowego  papieru.  Pod  datą
aktualnego  dnia,  widniał  zygzak  w  kształcie  błyskawicy  i  napis  Onillowie,
obok rząd znaków i cyfr... Godzina przybycia promu, czas na dojazd do starej
kaplicy, inne notatki. Kilka dni wcześniej taki sam znak i napis - Albakora...
godz.  03.  Napis  i  godzina  były  przekreślone  na  krzyż  czarnym,  grubym
mazakiem.  Na  kartkach  kalendarza  znalazła  jeszcze  kilka  podobnych
znaków, ale żaden nie byt podobnie przekreślony. Pod datą sprzed miesiąca
widniał  także  znak  błyskawicy  i  nazwisko  powszechnie  znanego  księdza,
który w tym właśnie czasie zaginął w tajemniczych okolicznościach i do dziś
brakowało  jakiegokolwiek  po  nim  śladu.  Maria  Elwira  wzdrygnęła  się.
Ksiądz  Gustaw,  skromny  i  zacny,  na  każdym  nabożeństwie  przemawiał  do
sumień,  tych,  którzy  strzelali  do  tłumu  i  detonowali  plastik.  Ludzie  słuchali
jego  kazań  w  skupieniu,  bo  trafiał  do  człowieczego  czucia.  Wielu
sprzyjających  terrorowi  odwróciło  się  od  brygad  zbrojnych.  Słowa  płynące

background image

do wiernych spod sklepienia w małym kamiennym kościółku miały moc ojca,
który nie wzywa policji przeciwko dzieciom, gdy zrobiły źle, lecz po prostuje
wychowuje.

background image

W  rogu  walizeczki  leżał  gruby  plik  pieniędzy  spięty  czerwoną  apteczną

gumką.  Były  też  jakieś  pisma,  papiery,  drobne  przedmioty.  Uwagę  Marii
zwrócił  czarny  aksamitny  woreczek  przytroczony  do  wnętrza  neseseru
plecionką  z  wężowej  skóry.  Otworzyła  juczek  i  oniemiała.  Wewnątrz  była
klepsydra,  którą  przed  laty  Magnus  przyniósł  do  domu  nie  wiadomo  skąd.
Piasek  przesypywał  się  w  niej  z  miarki  do  miarki  w  czasie  trzech  minut  i
jednej  sekundy...  Kiedyś  -opowiedziała  mu  bajkę  o  złym  człowieku,  złym
Bogu  i  czarnym  słońcu...  O  świecie,  w  którym  nie  było  dnia,  woda  była
ciemna  i  szary  kolor  miały  łąki.  Ludzie  nie  mieli  oczu,  tylko  macki,  przy
pomocy  których  poruszali  się  w  ciemnościach.  Opowiadała  Magnusowi
różne  bajki,  wszystkie  były  o  dobrych  ludziach,  dobrym  Bogu  i  pełnym
blasków słońcu. Ale on później zawsze prosił, aby opowiadała mu właśnie tę
złą  bajkę.  Gdy  zmieniała  ją,  przekręcała  i  starała  się  uczynić  bardziej  jasną,
bił pięściami w stół i krzyczał, że chce prawdziwą czarną bajkę.

Bajka była o czarowniku, który mógł wszystko, z wyjątkiem zatrzymania

czasu.  Mijały  lata  i  tamten  świat  był  ciągle  czarny.  Starzy  ludzie  z
zamkniętymi oczami wiedzieli jednak, że pewnego czarnego dnia pojaśnieje
woda  i  wynurzy  się  z  niej  słońce  pełne  blasku.  Nocne  poczwary  zejdą
wówczas  do  nor,  zazielenią  się  łąki  i  ludzie  otworzą  oczy.  Rządził  owym
krajem  zły  człowiek,  który  modlił  się  do  złego  Boga,  żeby  nigdy  nie  było
światła.

Wreszcie przyszedł czas i pojaśniały zorze na wschodzie. Był to znak, że

zamiast  czarnego,  zaświeci  jasne  słońce.  Czarownik,  który  wolał  ciemność
wiedział, że może swoja mocą zagasić owo słońce, jeżeli dostanie się na jego
brzeg  w  czasie,  którego  nie  można  przekroczyć.  Wzleciał  więc  wysoko  na
skrzydłach  nietoperza  i  czekał  na  codziennej  drodze  słońca  czarnego,  na
słońce  jasne.  Światła  jednak  nie  mógł  wyczuć  mackami  i  musiał  otworzyć
oczy.  Otworzył  więc  je  i  natychmiast  zamknął,  bo  oślepił  go  blask...  Ale
czarownik mógł wszystko, nakazał więc, aby nie oślepiało go światło słońca.
I tak się stało. Zły Bóg był z nim. Czarownik poszybował w kierunku złotej
kuli już bez przeszkód... Lecz gdy przedtem otworzył oczy i zobaczył blask
słońca,  oślepiony  zasłonił  oczy  nietoperzym  skrzydłem,  zwolnił  lot  i  stracił
jedną sekundę. Dogonił słońce, ale do jego brzegu pozostała mu jedna miarka
odległości.  Spóźnił  się  o  jedną  sekundę.  Nie  mógł  zatrzymać  ani  wrócić
czasu,  szybował  więc  za  jasnym  słońcem  aż  spłonął  i  szczezł  w  jego
cudownym  świetle.  W  czarnym  kraju  zazieleniły  się  łąki  i  woda  stała  się

background image

przejrzysta...  Magnus  kazał  jej  opowiadać  tę  bajkę  inaczej.  Chciał  żeby
czarownik zdążył zagasić słońce. Dlaczego? Miotała się wówczas z tą bajką i
złymi refleksjami matki nie-matki.

Inne dzieci cieszyły się, gdy w bajce zwyciężał szlachetny rycerz i dobra

księżniczka,  a  on  na  takie  bajki  się  złościł.  Cztero  -  i  pięcioletni  Magnus
radował się wtedy, gdy zwyciężała przemoc i gdy działo się zło. Czarna bajka
zapadła w jego pamięć jak żadna. Rozwinęło się też w nim, jak na jego wiek
wręcz niezwykle, pojęcie przemijającego czasu... jakby kompleks owej jednej
sekundy,  której  może  zabraknąć.  Gdy  już  chodził  do  szkoły  przyniósł  tę
klepsydrę.  Na  pozłacanej  plakietce  antycznego  przedmiotu  wygrawerowane
były słowa: „Manę the-kęl faręs. Minuta, godzina, wiek i jedna sekunda, żeby
nie było za późno". Istotnie piasek W klepsydrze przesypywał się z miarki do
miarki w czasie trzech minut i jednej sekundy.

Przeraziła  się  wówczas,  pytała,  prosiła,  groziła,  żeby  powiedział,  gdzie

kupił, skąd wziął ten niezwykły przedmiot.

On milczał... Tylko raz z swoim zimnym jak lód uśmiechem powiedział,

że klepsydrę ma od... ojca.

Ona  pamięta,  że  czarna  bajka  uparcie  wracała  do  niej,  gdy  po  gwałcie

leżała  w  szpitalu  bez  ruchu  z  połamanymi,  żebrami  i  uszkodzonym
kręgosłupem, w pierwszych miesiącach ciąży.

Maria  Elwira  stała  pośrodku  nory  zbrodniczych  kretów  i  trzymała  w

rękach niezwykłą zabawkę. Magnus zabrał ją do domu do klasztoru, zabrał ją
też  pewnie,  gdy  uciekł  od  misjonarzy  i  uczynił  z  niej  relikwię  zbrodni.  Być
może  dlatego  jego  akcje  były  tak  precyzyjne.  Nie  zabrakło  mu  nigdy  tej
jednej  sekundy.  Zgubiły  go  archaiczne  tuby  głosowe  w  starym  rodzinnym
budynku,  jakby  pierwszy  senior  Telier  przewidział  szatana  w  najprostrzej
linii swojego rodu.

Włożyła  klepsydrę  do  skórzanego  juczka,  zamknęła  wieko  nesesera.

Usiadła  w  fotelu.  Film  urwał  się  na  jeszcze  jednej  ponurej  retrospekcji.
Czyżby  z  woli  namiestników  Boga  dane  jej  było  urodzić  i  zabić  szatana  na
słonecznej planecie? Dlaczego Bóg do tego dopuścił, dlaczego nie przepędził
swoich urzędników?... Zostaw Mario Elwiro, Bóg jest panem całej ludzkości
nie  jednej  zgwałconej  kobiety.  Epizodem  powinni  zająć  się  kapłani,  mniejsi
niż  Bóg  są  od  szczegółów...  Ale  jeżeli  mali  też  chcą  być  Bogiem?...  -  Co

background image

robić  mamo?  -  Szuka  gdzieś  oparcia,  zagubiona.  -  Zapytaj  siebie  córko  -
Niech twój Bóg odpowie ci z głębi sumienia.

Maria Elwira wstała z fotela, poszła powoli na górę, przebrała się, wyszła

z  domu.  Wysoko  na  niebie  kołował  sokół,  który  jeszcze  niedawno  miał
złamane  skrzydło  Obniżył  lot  i  usiadł  na  gałęzi  wysokiego  drzewa.
Powracający ptak to dobry znak z wyżyny jeżeli istniało jeszcze coś dobrego
na tym świecie.

Było jasno, dzień wstał słoneczny. Kościół na wzgórzu wydał się jej mały

wobec  tego,  który  odwiedziła  kiedyś,  a  przecież  był  to  ten  sam  kościół.
Stanęła na jego środku... Na chwilę straciła orientację, czy działo się to teraz,
czy przed dwudziestu siedmiu laty...

Wówczas ksiądz zobaczył ją i cofnął się jakby spostrzegł upiora...

- Ty tutaj? Czego chcesz Elwiro?

- Wyspowiadać się...

-  Bóg  ulitował  się  nad  tobą?  Wrócił  ci  wiarę?  -  zapytał  z  nutą

niedowierzania.

- Zawsze wierzyłam w Boga.

-Naprawdę pragniesz spowiedzi? - Ksiądz ciągle nie dowierzał.

- Czuję potrzebę Boga...

-  Chodź  za  mną  -  ksiądz  uczynił  znak  krzyża  i  szeptał  modlitwę.

Wówczas  ruszyła  w  kierunku  konfesjonału.  On  usiadł,  wyłożył  stulę.
Sakrament  miał  odbyć  się  z  pełnym  obrzędem.  Ucałowała  złocony  krzyż,
wypowiedziała formułę.

-  Wyspowiadaj  się  z  grzechów  ciężkich.  Wiara  twoja  jest  chwiejna,  nie

uznajesz łaski macierzyństwa, ukorz się -usiłował jej pomóc.

- Prawda, grzechy moje są ciężkie. Czuję bunt i brak pokory... - Uklękła,

ksiądz znowu szeptał modlitwę.

- Jeżeli zrozumiałaś grzech to znaczy, że szatan przegrywa w tobie. Módl

się o dar łaski -powtórzył po chwili.

-Nie zrozumiałam grzechu, ojcze.

- Co mówisz?

background image

- Zwątpiłam w wartość najwyższą. -W Boga?

-Nie. W miłość matki. Nie czuję tej miłości.

- Módl się, wiara czyni cuda, tylko modlitwa może cię zbawić.

- Mnie zbawić?

-  Tak.  Będziesz  matką,  żyjesz  w  grzechu,  brak  ci  miłości  do  własnego

dziecka.

- Własnego dziecka?... - Minęło 27 lat a ona pamięta, że pot wstąpił jej na

czoło, chociaż w kościele panował chłód. Jej rozpacz była też jakaś chłodna.

-  Ojcze,  do  ciała  ludzkiego  można  wbić  żelazo,  można  wprowadzić

zgorzel... Do ciała kobiety można gwałtem wprowadzić nasienie. Czy istnieje
bardziej  perfidna  przemoc  niż  zmuszenie  zniewolonej,  aby  urodziła  wbrew
swej  woli?  Ojcze  duchowny,  czy  chcesz  zniszczyć  najwspanialszy  dar
Boga... miłość matki?!

-  Bluźnisz,  grzeszna.  Ufam,  że  dostąpisz  łaski.  -  Ksiądz  znów  uczynił

znak i krzyża, szeptał swoje egzorcyzmy.

Jej  głęboka  rozpacz  przemieniła  się  w  lodowaty  spokój.  Wstała,  ruszyła

ku  otwartym  drzwiom  do  światła.  Wówczas  zrozumiała,  że  jeżeli  chce
rozmawiać z Bogiem, musi unikać kapłanów...

Minęło ćwierć wieku. Przemogła się, była znowu w tym samym kościele.

Panował tu podobny chłód. Maria Elwira podeszła do konfesjonału, uklękła.

- Szukam pocieszenia - powiedziała w głąb drewnianej kraty.

-  Bądź  pocieszona  -  odpowiedział  kapłan  -  niech  ci  Bóg  na  niebiosach

dopomoże.

-  Ja  nie  wierzę  w  Boga  na  niebiosach,  ja  wierzę  w  Boga  w  ludzkich

czynach.

- Niech ci twój Bóg dopomoże.

- Czy mogę mieć swojego Boga?

- Możesz, ale ja w Imieniu twojego Boga nie mogę odpuszczać grzechów.

- Nazywam się Maria Elwira Teresa Tellier... Albakora - powiedziała jak

echo.

background image

Kapłan pochylił głowę, wziął ją w dłonie, oparł się i tak trwał. Spowiedź

była przerwana. Maria czekała. Po chwili

starzec wyszedł z konfesjonału, zrobił gest jakby chciał unieść z klęczek

Marię Elwirę.

- Porozmawiajmy tam - wskazał cmentarz przed kościołem. Prowadził ją

w  milczeniu,  ku  kamiennej  ławce  pod  wielkim  dębem.  Pożółkłe  liście
spadały na ziemię, mieniły się w słońcu, pochylonym już głęboko do fiordu,
jego blask odbijał się czerwienią jak płomień. Usiedli obok siebie na głazie.

- Poznajesz mnie? - zapytała.

Ksiądz przyjrzał jej się uważnie, pochylił głowę.

-  Teraz  poznaję,  chociaż  przez  lata  miałem  inny  twój  obraz  pod

powiekami. Twoja twarz jest dojrzała, nie widzę w niej buntu...

- Bo nie chcę już zemsty.

- Dlaczego przyszłaś do mnie?

-  Bo...  mój  Bóg  nie  ma  kapłanów...  a  ja  zabiłam  to  dziecko...  -

powiedziała Maria Elwira i zapadła cisza. Stary kapłan patrzył w przestrzeń,
jakby szukaj ąc pomocy u Boga Marii Elwiry.

- Jakie dziecko?

- Zabiłam Magnusa Tellier...

- Magnus zginął, gdy byłaś w odosobnieniu.

- Twój ojciec szukając pocieszenia, zawiózł mnie przed laty do klasztoru,

gdzie umieścił twojego syna. Rozmawiałem z nim...

Starzec  w  sutannie  patrzył  na  fiord  i  słońce,  którego  tarcza  dotknęła

wielkiej wody. Pożółkły liść spadł na jego pomarszczone ręce. Ksiądz uniósł
twarz, spojrzał na Marię Elwirę.

-  Po  tym,  jak  strzelałaś  w  Segers,  przez  15  lat  byłem  misjonarzem,

dotarłem do sowieckich łagrów na Syberii, byłem w Kambodży, starałem się
nieść  pomoc  ofiarom  Polpota,  byłem  w  Jugosławii,  gdy  zaczęła  się  tam
okrutna  wojna...  Każdej  z  tych  zbrodni  towarzyszyło  zniewolenie  i  gwałty
kobiet. Chyba zacząłem czuć jak one i gdyby był tam Bóg, nie ważyłby się
powiększać  ogromu  cierpień  nieszczęsnych...  Mówią,  że  najmniej  świętości

background image

jest w świątyniach...

- Zabiłam to dziecko! - przerwała księdzu Maria Elwira.

-  Pozostaw  urojenia!  -  kapłan  podniósł  głos.  -  Rozmawiałem  z  nim.

Zaskoczyła  mnie  jego  wiedza,  o  życiu,  reinkarnacji,  o  problemach
moralności,  czytał,  malował...  Wszystko  w  nim  porażone  było  zbrodnią,  ale
żył.

- Zabiłam Magnusa! - powtórzyła raz jeszcze.

- Co ty mówisz?

- Prawdę mówię. Ksiądz przeżegnał się.

- Kiedy zabiłaś? -Dzisiaj...

- Magnus zginął dawno... -Dzisiaj zabiłam „Szczura".

- Kidnapera sadystę „Szczura", czy Magnusa?

-  „Szczur"  to  Magnus,  on  nie  zginął  przed  laty.  -  Ksiądz  przeżegnał  się.

Maria Elwira patrzyła na pożółkłe liście pod nogami.

- Dlaczego zmusiliście mnie, abym urodziła nie swoje dziecko.

Ksiądz  zamyślił  się,  widać  było,  że  usilnie  szuka  odpowiedzi,  której  nie

znajdował.

-  Nie  rozdrapuj  -  powiedział  wreszcie  stary  kapłan.  -  Teraz  też  jest  na

Piotrowej  Stolicy  człowiek,  który  w  imieniu  Boga  głosi,  że  każde  życie
poczęte  to  nienaruszalna  świętość.  Może  to  okrutne  dla  doświadczonych
przez przemoc, ale Ojciec Święty ma swoje głębokie racje. Nie miłość, a seks
króluje  na  świecie,  zboczeńcy  legalizują  związki  małżeńskie,  w  których
pogłębia  się  zwyrodnienie.  Nawiedzeni  organizują  samobójcze  sekty...  Z
telewizorów  zieje  przemoc  i  pornografia...  prawda  więc,  że  ochrona  życia
wydaje się sprawą świętą.

-  A  co  w  sprawie  zgwałconej  kobiety  czujesz  sercem  doświadczony

ojcze?

-  Czuję,  że  istota  ludzka  powinna  rodzić  się  z  woli  matki,  ojca  i  świętej

miłości  matczynej.  Jeżeli  zginie  ta  wola  -nastąpi  koniec  ludzkości  -  nic  nie
pomogą nakazy...

-  Niespełna  przed  rokiem  była  u  ciebie  zgwałcona  przez  szakali  Remis,

background image

dziewczyna z tego miasteczka. Co jej powiedziałeś? Ksiądz milczał.

- Pytam, bo poznałam kobietę, zgwałconą, która urodziła i wychowała. Ja

nie mogłam. -Też urodziłaś...

-  To  nie  było  ludzkie  macierzyństwo.  Samicę  zapłodniono  przemocą

zwyrodniałym nasieniem i zgwałcono do porodu. Próbowałam być matką... -
Opowiedziała  o  spotkaniu  z  Magnu-sem,  o  postanowieniu  ratowania  go,  o
zamachu  na  O'Neillów  i  niesamowitym  pojedynku  w  starej  kaplicy.
Misjonarz  milczał,  szukając  pomocy  u  Boga,  który  czuje  po  ludzku.  Jego
twarz poorana była bruzdami.

-  Straszne  to,  co  opowiadasz...  rzekł  wreszcie  nie  znajdując  słów

pocieszenia.  Przeżyłaś  piekło,  Mario  Elwiro...  Tu  osądzą  cię  jeszcze  raz
ludzie, Bóg osądzi cię później... Topór zakopany, kup suknię w kwiaty, uratuj
resztę człowieczego życia. Ścisnął jej rękę, uśmiechnął się smutno.

-  To  niemożliwe.  Ale  ty  nawróciłeś  się  księże;  wstąpił  w  ciebie  Bóg  z

głębi ludzkich serc, na którym nie mogą żerować kapłani.

Ksiądz  spojrzał  w  oczy  matce  -  nie  -  matce.  Ona  też  patrzyła  na  niego.

Zmagali się tak chwilę.

- Dokonałeś gwałtu... dlaczego? - Nie ustępowała Maria.

Ksiądz  uniósł  twarz,  patrzył  gdzieś  wyżej  na  ptaka  szybującego  w

bezruchu.

- Dogmaty muszą pozostać. dogmatami - powiedział wreszcie.

- Więc dlaczego już myślisz czujesz?

- Bo tak trzeba, aby rozumieć dogmaty.

-Nie wszystko wolno ci rozumieć, duchowny ojcze...

-  Chęć  zrozumienia  tego  co  ludzkie  jest  moim  nawróceniem...  -  ksiądz

odparł. - Żądasz spowiedzi, więc wyspowiadam się przed tobą, Mario. Nagła
przemiana to zdrada, głęboka przemiana dojrzewa długo. Prawdę ujrzałem na
końcu  -  mojej  drogi,  chociaż  często  czułem,  że  jest  ona  blisko...  Ostatnio
uczestniczyłem  w  misji  na  Bałkanach,  Byłem  w  gorejącym  domu.  Żywi
stłoczyli  się  w  betonowym  korytarzu.  Ratunkiem  były  stalowe  drzwi
zaryglowane od zewnątrz. W ścianie był kanał wentylacyjny. Uzbrojony Serb
wyciągnął  z  grupy  cywilów  małą,  chudą  kobietę.  -  Ty  się  tam  zmieścisz,

background image

przejdziesz,  krzykniesz  na  ludzi,  otworzą  rygle!  -  Przerażoną  przywartą  do
muru.

-  Tam  jest  -  ogień!  -  Ale  ręce  zbrojnych  pochwyciły,  ofiarę,  uniosły,

postawiły  przed  otworem,  w  którym  kłębił  się  dym.  Osaczona  pochwyciła
moją  sułtannę.  Serb  też  podszedł  do  mnie.  -  To  katoliczka,  przekonaj  ją,  że
musi poświecić się

dla życia innych.

-  Człowiek  nie  ma  obowiązku  takiej  ofiary  -  usiłowałem  wstrzymać

przemoc.

-  Nie  ma  obowiązku?!  Człowiek?!  A  zgwałcone,  klecho?  Pamiętasz,  co

mówiłeś  w  obozie?  Przekonaj  ją,  bo  tu  będzie  zaraz  przerwane  nie  jedno
życie!  -  Olbrzym  kopnął  mnie  w,  piszczel.  Ból  wibrował  w  mojej  nodze.
Spostrzegłem,  że  dogmaty,  nie  są  doskonałe,  więc  nie  mogą  być  dziełem
Boga...  Kiedy  przyszła  do  konfesjonału  Remis,  poczułem  ludzki  ból  w
kopniętym piszczelu. Ona zapytała mnie, jak ty kiedyś, o miłość matki. Nie
odpowiedziałem, 

zostawiłem 

szatanowi 

pychę 

wszystkowiedzącego.

Zapytałem tę, która czuła... Powiedziała, że jest człowiekiem, a poczęcie było
nieludzkie. Nie urodziła, wziąłem grzech na siebie.

-  A  co  stało  się  z  tą,  która  nie  chciała  poświęcić  się  tam,  gdzie  byłeś

misjonarzem, ojcze? Ksiądz znów spojrzał do

góry.

- Prawdę powiedziałaś, Mario, że Bóg nie może nakazywać przemocy, to

nie on palił kobiety żywcem na stosach, nie on ogniem i mieczem przysparzał
sobie  poddanych.  Tam  w  gorejącym  mieście  silni  wepchnęli  słabą  do
płonącego otworu. Była to przemoc, czy nakaz błogosławiony?

- Mnie pytasz, ojcze?

- Ciebie, bo każdego pytam, gdy szukam prawdy.

-  Kościół  nie  wymaga  prawdy,  kościół  żąda  wiary  -  powiedziała  Maria

Elwira..

-  A  czym  jest  wiara,  jeżeli  nie  prawdą?  Tylko  ci,  którzy  nie  wierzą  w

prawdę  wiary,  tworzą  jej  nakazy,  bo  nie  czuj  ą,  że  wiarę  można  zniszczyć
tylko nakazem wiary...

background image

- A rzecz najbardziej świętą... macierzyństwo?

-  Macierzyństwo  jest  częścią  Boga,  pozostanie  mimo  przeciwności.

Przeciw  macierzyństwu  można  jedynie  bluźnić  przymusem  macierzyństwa,
tak jak przeciw miłości bluźnier-stwem jest przymus miłości.

-  To  prawda,  ojcze  nawrócony...  Aby  bestialsko  zgwałcona  nie  czuła

jedynie odrazy, potrzebny jest cud przez wzór matki Teresy z Kalkuty. Krzyk
butnych  o  pokorę  budzi  jedynie  bunt.  Ojcze,  ratuj  Kościół,  któremu  można
wierzyć! - Maria pochwyciła dłonie misjonarza i uścisnęła je. Ksiądz uniósł
głowę,  ona  zobaczyła  oczy  pełne  prawdy.  Kapłan  skończył  spowiedź  przed
grzesznicą.

-  Zostań  ze  swym  Bogiem,  Mario  Elwiro,  niech  ci  on  błogosławi  -

powiedział  starzec  z  głęboką  pokorą.  Maria  spostrzegła,  że  nad  wysokim
drzewem kołuje sokół, być może był to ptak; któremu przywróciła życie.

Maria Elwira schodziła z kościelnego wzgórza. Nisko na dole kręciły się

rybackie  kutry.  Zatoka  szumiała  w  skalistym  fiordzie,  słońce  utonęło  w
morzu, pozostał jego ślad na ciągle gdzieś biegnących falach.

Ruszyła  na  przełaj.  Ścieżka  była  kręta.  Przed  nią  przesuwały  się  klatki

okrutnego  filmu.  Przemocą  zabrano  jej  życie.  Była  dziewczyna  jak  inne...
Marzenia,  plany,  zamiary...  miłość.  Gwałt...  Upodlenie.  Szakale  i  kapłani...
Nieokiełznany bunt. Strzały, zastygła twarz Flory, splugawione ciało i dusza
Eleonory.  Ćma  Liwia  w  więziennej  celi,  już  na  zawsze,  tortura  i  udręka.
Dlaczego?

Odnalazła  za  zieloną  kępą  swój  pokraczny  samochód,  ruszyła  dalej

kamienistą drogą między urwiskiem i górą. Pojechała do miasta.

Zaparkowała  wóz  pod  szarym  gmachem.  Weszła  do  środka,  ominęła

windę,  szła  szybko  po  schodach...  Sekretarka  powiedziała  jej,  że  sędzia
otrzymał  wiadomość  i  czeka.  Weszła  do  gabinetu.  Przyj  ął  j  ą  człowiek  w
wieku lat około pięćdziesięciu. Padły rutynowe pytania i Maria przystąpiła do
rzeczy. Sędzia słuchał uważnie.

-  Mamy  inne  informacje  -  powiedział,  gdy  skończyła.  -  „Szczura"

zastrzelił  dzisiaj  wspólnik,  także  kidnaper  zabójca.  Magnus  Celestyn  Tellier
zginął przed 8 laty, tonąc pod lodem w Segers. Pozostawił w jarze samochód,
dokumenty  i  broń,  zidentyfikowaliśmy  ślady  jego  butów  na  załamanym
lodzie. Maria Elwira otworzyła podróżną torbę.

background image

- Oto taśma magnetofonowa z nagraniami, a to zamek z karabinu carcano,

z którego zastrzeliłam „Szczura", Magnusa Celestyna Tellier. - Stuk maszyny
był  ciągły,  sekretarka  protokołowała  pilnie.  Maria  spostrzegła  też  dwa
mikrofony  na  biurku.  Sędzia  włożył  taśmę  do  wielofunkcyjnej  wieży.
Rozległy  się  trzaski,  głos  Ingrid  z  jakiegoś  wywiadu,  znów  trzaski  i
przytłumione słowa Gassa Wellmana.

- To się nie zabawisz z tą blond ślicznotką?

- Nie, mamy ich tylko rozwalić.

- Ty jej nienawidzisz? Dlaczego?

- Głupiś Gass, one wściekłe suki, nie pamiętasz, co twoja z tobą zrobiła?

- Pamiętam, ale odezwała się, zaprasza mnie do Colorado. Umarł jej mąż

staruszek i mama w pokorę do syna.

-  Pojedziesz,  albo  nie  pojedziesz,  zależy  jak  robota  wyjdzie  -  to  był

znowu  głos  Magnusa.  -  Forsę  wziąłem.  Twoja  działka,  trzymaj.  -  Coś
zaszeleściło. Po chwili znów odezwał się Magnus. - Oni przypłyną promem.
Wszystko jest obliczone. Na drodze do zakrętu przy cmentarzu będą o 23.30.
Poznać  światłami,  że  to  oni...  Żebyśmy  nie  rozwalili  kogo  innego.
Rozumiesz?  Potem  podświetlisz  ich  z  tyłu,  żebym  miał  dobry  cel...
Kapujesz?

W  tej  chwili  zadzwonił  na  biurku  telefon,  sędzia  podniósł  słuchawkę.

Jego  twarz  zmieniła  wyraz.  -  Tak...  popołudniowe  dzienniki?...  Zastrzeliła
syna w zasadzie na O'Neillów... To chyba prawda, Elwira Tellier jest u mnie,
zgłosiła się... Dziękuję za wiadomość.

- Więc wystała pani listy do prasy?

- Wysłałam, chcę zapytać, dlaczego musiałam urodzić i zabić... Wierzę w

reinkarnację...  Chcę  zapytać,  dlaczego  duch  Magnusa  nie  mógł  odrodzić  się
w  matce,  która  tego  pragnęła,  bez  piętna  gwałtu?  Chcę  zapytać,  czy  są
dowody,  że  odrodzenie  po  śmierci  jest  mniej  prawdopodobne  niż  dobry,
wysoko na niebie Bóg i rogaty szatan w pełnym smoły piekle?

Sędzia poruszył się.

- Pani bluźni! - podniósł głos. Ona zachowała spokój.

- Nie, ja bronię swojej wiary - Maria wstała. - Możecie zniewolić kobietę,

background image

ale  macierzyństwo  to  miłość.  Potraficie  zniewolić  do  miłości?  Szaleńcy!
Maszynistka przestała pisać. W gabinecie zapanowała cisza.

Spadł śnieg. Morze w zatoce wzdymało się i pieniło. Elwira Tellier stała

nad  urwiskiem  w  kamiennym  fiordzie.  Jej  pradziadowie  zawsze  byli
rybakami, tylko ojciec wyłamał się w południe.

Maria spojrzała na zegarek. Proces miał rozpocząć się w południe.

Przed  budynkiem  sądu  zgromadził  się  tłum.  Stare  kobiety  niosły

transparenty  i  krzyczały:  „Dzieciobójczyni  na  szubienicę",  „Terrorystka  za
kraty". „Piekło heretyczce!"...

Dziennikarze  byli  przed  parlamentem.  Tu  tłum  był  większy,  okrzyki

gromkie,  młode:  „Rozpędzić  władzę!",  „Więcej  światła!"...  -  Na  obrzeżach
przybywało  policjantów.  Dziewczyna  w  skórzanej  kurtce  krzyczała:  Niech
żyje  Maria  Tellier!  -tłum  narastał,  falował.  -Elwira  Tellier  do  parlamentu!  -
powtarzano z drugiej strony placu.

Tę  właśnie  młodą  osobę,  Maria  spotkała  niedawno  na  ogarniętej

niepokojem  ulicy.  Dziewczyna  podbiegła  do  niej  z  plakatem  poznaczonym
podpisami.

- Hej, Elwira! Jesteśmy z tobą! - Maria poznała ją.

- Remis?! Ty walczysz?

-  Tak.  Wtedy  dostałam  szoku.  Przepraszam,  ale  wychowałam  się,  gdy

matki Albakorą straszyły dzieci. Teraz jesteśmy razem!

Maria  Elwira  stała  nad  urwiskiem.  Przed  nią  było  morze,  sól  ziemi  tej

wyspy.  Nie  chciała  rozruchów,  ale  przecież  rzuciła  kamień,  który  był  już  w
locie. Nie mogła zawrócić wzburzonej rzeki.

Czasem przebudzenie bywa nagłe. Padały właśnie gabinety. W ostatnich

wyborach  wielu  posłów  obiecywało  postęp.  Po  otrzymaniu  mandatów
stchórzyli,  ogarnęła  ich  inercja.  Ludzie  czekali.  Kraj  ubożał.  Miasta  i
miasteczka  ogarnęło  bezrobocie.  Niedostatek  gościł  w  domach  robotników,
rolników,  nauczycieli.  Coraz  liczniej  biedę  cierpiały  rodziny  wielodzietne,
wybuchały  protesty.  Tu  i  tam  rosły  jednak  fortuny  i  powstawały  latyfundia.
Kościół  wszczynał  wciąż  nowe  procesy  o  dobra  doczesne,  a  jego
pryncypatowie  głosząc  hasła  pokory  prześcigali  biznesmenów  luksusem
pałaców, domów, pojazdów...

background image

Tłum falował. Maria nie brała udziału w manifestacji. Patrzyła na morze.

Przymknęła  powieki,  była  zmęczona  a  jednak  silna...  Więc  to  jeszcze  nie
koniec  jej  zmagań...  A  gdzie  jest  Stwórca?...  Światły  polski  ksiądz
powiedział,  że  Matka  Teresa  z  Kalkuty  zobaczyła  Boga  w  twarzach  -  ludzi
potrzebujących pomocy... Maria Elwira wierzyła w tego Boga. Miała krew i
serce pradziadów, którzy sprzeciwili się zachłanności wielkiej wody.

A ona? - Pustelnik z Carin powiedział, że przed nią zakręty na urwiskach,

i życie, już tylko dla innych.

... „Maria nie zdradzi!"... „Maria Elwira Tellier z nami!"...

- W Beldown i Segers, sprajem na murach znaczyły się takie napisy.

Czas  było  wracać,  zbliżał  się  proces  przeciwko  zwyrodnieniu  ludzkiego

macierzyństwa...

Wicher  huczał,  morze  odpowiadało  łoskotem,  niepokój  panował  nad

fiordem.  Z  niskich  chmur  zaczęty  sypać  płatki  śniegu,  jak  ćmy,  miały
aksamitne  skrzydła.  Będą  istnieć  tylko  do  wiosny.  Wszystko  przemija.  A
Bóg? - Bóg to tajemnica... Czy można wątpić w istnienie tajemnicy?

Przez  szarość  przebił  się  promień  słońca,  zaigrał  w  zatoce,  oświetlił

skały, przepadł w wielkiej przestrzeni.

KONIEC

Dlaczego napisałem „Gwałt" - mówi LESŁAW FURMAGA

Równa jak stół żuławska szosa przechodzi w polną drogę. Skręt w prawo,

na jeszcze wyższej drożynie koła samochodu do połowy osi pogrążają się w
tłustym  błocie.  Po  obu  stronach  horyzontu  we  mgle  nikną  żółtobrązowe
wierzby.  Znad  pustych  tak,  krzycząc,  wzlatują  co  chwila  ku  niebu  wielkie
klucze kormoranów. Stareńkie podcieniowe domki. Ludzi prawie nie widać.
Krajobraz jak ze snu.

Zatrzymujemy  się  przed  maleńkim  drewnianym  domkiem.  Zima  wilgoć

przenika  do  szpiku  kości.  Dopiero  teraz  dostrzegamy  w  tle  maszt  i  zarys
kadłuba niewielkiego jachtu.

Wieś  Łaszka  niedaleko  Sztutowa.  Od  Zalewu  Wiślanego  dzieli  nas

background image

zaledwie pół mili. Do Gdańska jedzie się stąd samochodem 45 minut.

W drzwiach czeka gospodarz.

- Witam w Domu pod Starą Kotwicą - słyszymy. Wizyta ma szczególny

cel. Oto spotykamy się z pisarzem, który przez kitka tygodni publikował na
łamach naszej gazety powieść pt. „Gwałt". Zaś Cari Yesler Desmonttto jego
pseudonim,

-  Doszedłem  do  wniosku  -  mówi,  iż  przyszedł  moment,  by  ujawnić  się.

Chcę powiedzieć czytelnikom, jak brzmi moje prawdziwe nazwisko.

My  już  wiemy.  Oto  spotykamy  się  w  jego  pisarskiej  samotni  z...

Lesławem Furmagą. Autor znany jest z wielu poczytnych książek, takich jak
„Rzeka bez brzegu". „Krab i Joanna", „Lot pingwina", „Żagle w tarczy" czy
„Kawał nieba".

Wtapiamy  się  w  tutejszy  klimat.  Słuchamy  opowieści  jak  wygląda

wschodzące  słońce.  Jak  głośno  świergoczą  ptaki.  Juk  w  sierpniu  całe  noce
rechoczą  żaby.  Na  górze  pokoik  z  maszyną  do  pisania.  To  tutaj  oraz  w
kabinie  żaglówki  powstawał  „Gwałt".  Ale  wypytajmy  autora  o  wszystko  od
początku.

- Skąd wziął się pomysł napisania „Gwałtu”? Temat jest drastyczny. Czy

nie lepiej było dalej tkwić w tematyce morskiej?

-  Uważam,  iż  wszystko  ma  swój  czas.  Powieści,  które  pisałem,  czytane

byty  w  latach  60.,  70.,  nawet  80.  Przyszedł  czas  komercji.  Polski  rynek
wydawniczy  zaczęła  zalewać  popularna  literatura  zachodnia.  Ostatnio
utrzymywałem  się  z  pisania  słowników  dla  dzieci  i  poradników.  Wciąż
jednak  szukałem  tematu,  który  w  obecnych  trudnych  czasach  interesowałby
ludzi,  poruszył,  po  prostu  „chwycił".  Utwierdziłem  się  w  przekonaniu,  iż
jeżeli  dziś  chce  się  być  pisarzem  współczesnym,  sama  marynistyka  nie
wystarczy.

- Czy bohaterki „Gwałtu” mają swoje pierwowzory w rzeczywistości?

-  Tak.  Materiałów  do  tej  książki  szukałem  pełne  trzy  lata.  Teraz  bez

przesady mogę powiedzieć, iż jestem niemili ekspertem w tej dziedzinie.

Najpierw  przypadkowo  dotarłem  do  dokumentów  z  procesów

zbrodniarzy  wojennych,  którzy  w  obozach  zapładniali  kobiety  skażonym
nasieniem  i  przymuszali  je  do  rodzenia  po  takim  gwałcie.  Cywilizowany

background image

świat  prawomocnymi  wyrokami  międzynarodowych  trybunałów  uznał
później  zarówno  tych,  którzy  przymuszali  do  rodzenia  po  gwałcie,  za
zbrodnarzy.

Co  dzieje  się  dziś  w  Polsce?  Powszechnie  znane  stały  się  zabiegi

określonych  autorytetów  moralnych  o  przymuszenie  ustawą  kobiet  do
rodzenia  także  po  gwałcie.  Rozgorzał  na  ten  temat  głęboki  społeczny  spór.
Problem,  jak  dotąd,  znajdował  się  poza  zasięgiem  zainteresowań  pisarzy.
Postanowiłem zgłębić jego tajemnice i napisać powieść.

- Przypuszczam, że nie było panu łatwo dotrzeć do osób, które osobiście

przeżyły togo typu tragedie.

-  I  tak,  i  nie.  Na  przestrzeni  lat  ukazało  się  przeszło  600  tysięcy

egzemplarzy  moich  książek.  Wciąż  są  one  czytane.  Na  spotkaniach
prywatnych  i  w  bibliotekach  wspominałem  czytelnikom  o  moich  planach
pisarskich.  Mówiłem,  iż  chcę  rozmawiać  z  kobietami,  które  zostały
zgwałcone.  Ludzie  odnajdywali  mnie  sami.  Mówili:  jest  u  nas  taka  kobieta.
Przekazywali adresy. Doszło do wielu spotkań. Ton temat zafascynował mnie
jak drugie morze.

- A więc kobiety niegdyś zgwałcone otwierały się przed panem i dzieliły

się swoimi myślami, przeżyciami, cierpieniami?

- Nie było to łatwe, ale uparta praca dała efekty. Początek takich rozmów

bywa  bardzo  trudny.  Po  przebiciu  muru  milczenia  zaczyna  wylewać  się
prawda.

Jest  takich  nieszczęsnych  więcej  niż  nam  się  wydaje.  Jedna  zgwałcona

została  w  czasie  ostatniej  wojny  na  Ukrainie  w  okresie  słynnych  rzezi
polskich  rodzin  osadniczych.  Stało  się  to  podczas  jej  wesela.  N

A

  jej  oczach

męża,  rodziców  oraz  gości  zakatowano  na  śmierć.  Po  gwałcie  pozostała  w
ciąży. Ponieważ tworzyłem postać fikcyjną, pomyślałem po rozmownie z nią,
iż rzeczywistość przekracza czasem wyobraźnię. Po licznych konsultacjach z
osobami, na których dokonano przemocy, wyrobiłem sobie pogląd na sprawę
przymuszania kobiet do rodzenia po gwałcie.

-  A  wiec  bohaterki  pana  powieści  nie  są  replikami  kobiet,  z  którymi

przeprowadził pan rozmowy?

-  Dokonałem  literackich  syntez  autentycznych  postaci.  Uznałem,  iż

główna  bohaterka,  Elwira,  nie  może  do  końca  zostać  matką  heroiczną.  Ale

background image

Beryl Roow urodziła i przykładnie wychowała bliźnięta poczęte w gwałcie.

Autentyczna  i  serdeczna  obrończyni  życia  nie  narodzonego,  Flora

Tokarsky, chyba najbardziej krystaliczna postać w powieści, znajduje okazje,
by wykrzyczeć swoje uzasadnione racje.

- Czego dowiedział się pan w trakcie rozmów z kobietami zgwałconymi o

tym, co działo się z nimi po takim zdarzeniu?

-  Nie  spotkałam  ani  jednej  kobiety,  która  po  brutalnym  gwałcie  chciała

urodzić  dziecko.  Gwałt  był  dla  nich  zbezczeszczeniem  moralnym  i
fizycznym.  A  największą  torturą  psychiczną.  Jaką  można  sobie  wyobrazić,
było  dla  tych,  co  zdecydowały  się  z  takich,  czy  innych  względów  urodzić,
czekanie. Dziewięć miesięcy upokorzeń i pytań, kto się urodzi? Jakie cechy
dziecko odziedziczy?

- Nie zajmuje pan w powieści jednoznacznego stanowiska na temat, czy

kobieta po gwałcie ma urodzić, czy

nie?

-  Na  podstawie  moich  obserwacji  stwierdzam,  iż  matka,  stworzona  do

miłości,  nie  może  pragnąć  takiego  dziecka.  Przecież  kobieta  stworzona  jest,
aby  poczynać  w  rozkoszy,  aby  kochać  dziecko.  Jeżeli  wszystko  to  jest
odwrócone, zniweczone, zbezczeszczone, nie można kazać jej rodzić takiego
dziecka. Może natomiast podjąć taką decyzję sama, ale w wolności, nie pod
przymusem.  Osobiście  odnoszę  się  z  wielkim  szacunkiem  do  kobiet,  które
urodziły  po  gwałcie.  Uważam  je  za  matki  heroiczne.  Ale  zdecydowanie
pozostaję na stanowisku, iż w społeczeństwie cywilizowanym bohaterstwa i
niezwykłości  nie  można  żądać  ustawą  i  wymuszać  więzieniem.  Bo  to
przemoc  i  chociaż  być  może  moralne  w  pojęciu  jakiej  ś  moralności,  to
przecież niemoralne.

-  Pana  stanowisko  jest  głosem  w  dyskusji  nad  ustawą  o  przerywaniu

ciąży.

- Pisząc książkę, staram się spełnić obowiązek wobec czasów, w których

żyję.  Nie  mogę  zgodzić  się,  aby  kobiety  zostały  ubezwłasnowolnione  w
kwestii  macierzyństwa.  Mój  „Gwałt"  jest  swojego  rodzaju  krzykiem  o
ratunek  dla  wiedzionych  na  stos  „czarownic".  Po  poznaniu  krzywdy  kobiet
bestialsko zgwałconych j estem pewien, że cywilizowany świat przymuszenie
do rodzenia po gwałcie oceni w przyszłości tak jednoznacznie, jak ocenia się

background image

dziś  palenie  niegdyś  na  stosach  „czarownic"  i  mędrców,  których  prawdy  są
dzisiaj oczywiste.

- Dlaczego nie wydał pan od razu swojej książki w którejś z oficyn?

-  Moje  pierwsze  próby  wydania  „Gwałtu"  nie  powiodły  się  z  przyczyn

pozaliterackich. Nie ma obecnie cenzury i to czy książka ukaże się, czy nie,
zależy od umowy między pisarzem a wydawcą, jest jednak określona presja.
Po  wydrukowaniu  kilkudziesięciu  odcinków  na  łamach  „Głosu  Wybrzeża"
zaczęły  nadchodzić  listy  świadczące,  iż  temat  jest  „trafiony".  Ludzie  dzielą
się swoimi przemyśleniami na temat tego ważnego problemu społecznego.

- Dlaczego posłużył się pan anielsko brzmiącym pseudonimem?

-  Sprawa  pseudonimu  jest  nieco  groteskowa.  Na  początku  lat  90.

zorientowałem  się,  iż  dla  naszych  licznych  nowych  wydawców  liczy  się
właśnie; angielskie brzmienie nazwiska. Mogę przytoczyć przykład. Podczas
wizyty  w  jednej  z  takich  nowych  oficyn  zaoferowałem  wznowienie  „Lotu
Pingwina". Moje nazwisko jednak nie było tam znane. Wymyśliłem więc na
poczekaniu nazwisko Carl Yesler Desmontt i ku mojemu zdumieniu wydało
się ono wydawcy znajome. Przy pierwszej okazji postanowiłem więc zmienić
nazwisko  Ale  ostatnio  dostąpiłem  satysfakcji,  bo  zarówno  redakcia  „Głosu
Wybrzeża",  jak  i  dwaj  polscy  edytorzy,  z  którymi  prowadzę  wstępne
rozmowy na temat wydania „Gwałtu", zażądali jednoznacznie, abym książkę
podpisał swoim nazwiskiem.

- Dziękuję panu za rozmowę.

Rozmawiała:

Katarzyna Korczak

Lesław  Furmaga  urodził  się  w  1933  r.  Ukończył  Wydział  Rybactwa

Morskiego  Wyższej  Szkoły  Rolniczej  w  Szczecinie.  Pracował  na
przemysłowych  statkach  rybackich,  które  poławiały  w  rejonach  Afryki  i
Antarktydy.  Był  także  wykładowcę  w  Wyższej  Szkole  Morskiej  w  Gdyni.
Jest nadal czynnie związany z żeglarstwem, gospodarką morska i żegluga.

Debiutował  jako  prozaik  w  1966  roku.  Jest  autorem  powieści  dla

dorosłych i dzieci, scenariuszy filmowych i słuchowisk radiowych.

Wydał  między  innymi  „Rzeka  bez  brzegu"  (1974).  „Skarb  z

piaszczystego półwyspu" (1975), „Krab i Joanna" (1977), „Między strugami

background image

deszczu" (1980), trylogię „Lot pingwina" - t. I. „Zaokrętowany"(1981), t. II:
„Słońcem i lodem" (1983), t. III „Burza i powrót" (1986). „Żagle w tarczy"
(1987).  Wydał  także:  „Między  Cape  Town  i  Casablanca"  (1989)  „Kawał
nieba" jako II tom „Żagli w tarczy", wraz ze wznowieniem t. I (1991), „Mały
słownik  morski"  (1993),  „Mały  leksykon  krzyżówki"  (1993).  „Uniwersalny
leksykon haseł..." (1994), „Kolorowa ortografia -słownik" (1995), „Kolorowa
ortografia" (1996).

Jest laureatem Nagrody Literackiej im. Conrada Korzeniowskiego (1974),

nagrody  i  wyróżnienia  przewodniczącego  Komitetu  ds.  Radia  i  Telewizji
(1985), Nagrody Literackiej im. Marcina Borzymowskiego (1986). Nagrody
Literackiej Wydawnictwa Glob - Złoty Delfin (1986).

Przedkładali  uprzejmie  Panu  Redaktorowi  do  ewentualnej  publikacji

pierwszą  cześć  materiału  literackiego,  który  w  latach  1981  -  1985  został
usunięty  przez  cenzurę  z  drukowanej  w  tym  czasie  mojej  trylogii  „Lot
pingwina"

Będąc swego czasu pracownikiem Świnoujskiej „Odry" i Szczecińskiego

„Transoceanu"  tomy  „Lotu..."  nawiązywały  do  ówczesnej  sytuacji  w  tych
przedsiębiorstwach. 

Rękopis 

„Lotu 

pingwina" 

zakupiła 

Biblioteka

Wojewódzka w Szczecinie, także znaczna część nakładu tego tryptyku trafiła
do bibliotek w Szczecinie i województwie, dokąd byłem proszony na liczne
spotkania autorskie.

W  powieści  poza  wątkami  osobistymi  bohaterów  dominował  wątek

polityczny,  będący  literacką  relacją  z  kraju  i  licznie  rozsianych  po  świecie
statków  gdzie  szereg  zdarzeń  zapowiadał  rychły  już  upadek  realnego
socjalizmu.  Trzy  tomy  „Lotu..."  wydane  łącznie  w  przeszło  stu  tysiącach
egzemplarzy/rozeszły  się  natychmiast  i  szybko  doczekały  wielu  recenzji  i
rozpraw. 

M.in 

Przewodnik 

po 

współczesnej 

polskiej 

literaturze

marynistycznej,  „WYCHOWANIE"  (praca  zbiorowa)  wyd.  Glob  Szczecin
1989  -  pisał  „Ma  też  książka  Fur-magi  swój  drugi  wymiar  -  publiczny.  W
tym  przypadku  kształtowany  jest  on  przez  burzę  lat  osiemdziesiątych.  A
zatem polityka wkracza na pokład.. Gdy na statek dociera wieść o Sierpniu w
trybach maszynki zazgrzytało na nowo. Wychodzą na jaw nowe garby nowe
pokrętno-ści ludzkich losów...

albo:  PROZA  POLSKA  od  1996  -  Piotr  Kuncewicz:  „Mocne  miejsce  w

marynistyce  ostatnich  lat  zyskał  sobie  Lesław  Furmaga...  jak  dotychczas

background image

główne  jego  dzieło  „Lot  pingwina"  to  trylogia  złożona  z  trzech  części...
Tytułowy  Pingwin,  poza  sensem  metaforycznym,  to  przezwisko  Karola
Poręby eks - dziennikarza, który uchodząc nieprawidłowością politycznym i
rozdźwiękom domowym... krzepnie wewnętrznie..."

Ale niestety, wrażenia czytelników i recenzentów w odniesieniu do nurtu

politycznego książki, mogą dotyczyć jedynie śladu tego, co autor napisał, bo
jedynie ślad pozostał po tekście autorskim w ocenzurowanej książce.

Ta powieść mimo, iż ma już swoją historię, mimo, że była przedmiotem

wielu  spotka  autorskich,  że  pełny  jej  tekst  opublikował  jeden  z  bardzo
popularnych  dzienników,  mimo,  że  była  i  jest  tematem  bulwersujących
listów,  które  nadal  przychodzą  do  autora  jako  pozycja  książkowa  wydana
została przez przedsiębiorców gdańskich, z przesłaniem szczególnym.

Znany  nie  tylko  na  Wybrzeżu  pisarz,  którego  książki  wydano  łącznie  w

blisko milionowym nakładzie, tym razem wystąpił pod swoim zagranicznym
pseudonimem.  Nie  trudno  jednak  odgadnąć  jego  prawdziwe  nazwisko  z
uwagi  na  jedyne  i  niepowtarzalne  opisy  związku  człowieka  i  morza  oraz
udzielone  już  wywiady.  Książka  wbrew  pozorom  nie  została  napisana  w
kraju mogącym być Irlandią Północną, a podobny dramat jest możliwy także
w  Polsce...  Rzecz  dotyczy  przecież  bardziej  kobiety  niż  morza,  bardziej
ludzkiej  tragedii  niż  oeanicznego  huraganu,  bardziej  natury  człowieczej  niż
żywiołu  ziemi  i  morza...  Dziwne,  ale  dotychczas  nikt  z  twórców  nawet
wielkiej  literatury  światowej  nie  podlał  tak  drastycznego  tematu  moralnego
jak „Cari Yesler Desmontt" w swoim „Gwałcie".

Wydawcy,  znani  Gdańscy  Obywatele  zastrzegli  sobie,  że  przynajmniej

pierwsza  edycja  „Gwałtu"  nie  może  trafić  do  sieci  handlu  książką.  Jest  to
bowiem  pozycja  szczególna  i  otrzymać  ją  można  jedynie  w  upominku  od
znanych  osób,  które  nabyły  prawo  do  jej  przekazania  Państwu.  Autor
oczekuje jednak na dalsze listy, które zamierzamy wydać w ślad za książką,
jako głosy w dyskusji na temat najbardziej bulwersującego obecnie problemu
moralno  -  społecznego  a  być  może  także  politycznego...  Życzymy
interesującej lektury.

Banki,  wielkie  zakłady  produkcyjne  i  usługowe,  luksusowe  restauracje,

towarzystwa ubezpieczeniowe i inne instytucje, - między innymi materiałami
reklamowymi  wydaj  ą  liczne  foldery.  Foldery  te  mimo  często  znakomitej
formy  graficznej  nie  mają  innej  wartości  poza  reklamową  i  nie  są

background image

przechowywane przez klientów.

Sensacyjna powieść znanego autora, wylansowana już przez czasopismo

a  jeszcze  nie  wydana  jako  pozycja  książkowa,  może  stać  się  znakomitym
nośnikiem  reklamy  na  wysokim  poziomie.  Z  uwagi  na  bulwersującą  treść
książki (liczne listy czytelników po publikacji prasowej) i uznany już wysoki
poziom  literacki,  w  przypadku  połączenia  jej  z  folderem,  pozyj  a  taka
pozostanie  w  bibliotece  domowej  i  będzie  wypożyczana  osobom  innym.
Część  nakładu  przekazana  odpowiednim  wypożyczalniom  także  będzie
funkcjonować na rzecz reklamy.

Prawo  do  wydania  książki  w  połączeniu  ze  swoim  folderem  winno  być

udostępnione  zaledwie  kilku  lub  kilkunastu  przedsiębiorstwom.  Powieść  z
ewentualną 

dedykacją 

imienną 

autora 

wręczana 

byłaby 

przez

przedsiębiorców  na  bankietach,  promujących  zakład  spotkaniach  oraz  w
innych  okolicznościach  godnym  tego  klientom.  Stanowiłoby  to  nową
atrakcyjną  i  wspierającą  kulturę  form  popularyzowania  przedsiębiorstwa.
Należy  zaznaczyć,  że  koszty  wydania  książki  w  taki  sposób,  nie  byłyby
wyższe od kosztów związanego z nią folderu.

DO  REDAKCJI  GŁOSU  WYBRZEŻA  I  AUTORA  POWIEŚCI

„GWAŁT"

Nawiązując do prośby Redakcji o listy na temat przeżyć i postawy Marii

Elwiry  bohaterki  „Gwałtu"  piszę  chociaż  nie  znam  jeszcze  zakończenia
książki.

Kilka  lat  temu  moją  siostrę  w  małym  miasteczku  na  Śląsku  zgwałcili

skini czy inni zwyrodnial cy. Dziewczyna po gwałcie została w ciąży. Nie był
to  może  tak  straszny  gwałt  jak  Marii  Elwiry  ale  skutki  jego  były  podobne.
Dziewczyna  przez  długi  czas  unikała  chłopców  i  w  ogóle  stała  się  jakaś
dziwna. To już nie była dawna Bożenka. Ojciec i Matka w ogóle rozmawiali
z  nią  o  tym,  że  ona  jest  w  ciąży,  bo  bali  się,  że  dostanie  obłędu.  Bożenka
domyślała  się  tej  okropności,  ale  rodzice  i  ja  uspakajaliśmy  ją,  że  wszystko
będzie  w  porządku.  Byłam  u  niej  wtedy.  Wszyscy  czuli  i  potwierdzali  to
lekarze,  że  aby  powrócić  ją  do  normalnego  życia,  musi  o  tym  strasznym
wydarzeniu  zpomnieć.  Nawet  powinna  omijać  miejsce  gdzie  to  się  stało,
chociaż był ono na drodze do z domu do pracy. Bożena chodzi do dziś drogą
dalszą.  Minęły  lata  a  Bożenka  ciągle  nie  jest  tą  wesołą  lubiącą  zabawę
dziewczyną.  Mamy  jedna  nadzieję,  że  ona  wyjdzie  za  mąż  będzie  miała

background image

dzieci i ułoży sobie normalne życie. Nie wyobrażam sobie jednak jej życia w
tym  miasteczku  gdyby  przymuszono  j  ą  do  urodzenia  tego  dziecka.  Jako
katoliczki  pytałyśmy  o  to  z  mamą  zaprzyjaźnionego  księdza.  Nieprawda,  że
księża  są  bezmyślni.  On  powiedział,  że  o  ofiarę  poświęcenia  swojego  życia
dla  kogoś  innego  można  człowieka  tylko  prosić,  ale  nie  można  mu  takiej
ofiary nakazać. On powiedział, że dałby rozgrzeszenie mojej siostrze za to, że
nie urodziła, jeżeli czuła, że nie ma powołania do macierzyństwa, dziecka po
zwyrodnialcach.

„Gwałt"  będę  czytała  do  końca  w  gazecie,  a  gdy  wyjdzie  w  wydaniu

książkowym,  kupię  ją,  ale  siostrze  swojej  jej  nigdy  nie  polecę,  bo  ona  za
wiele  przeżyła  sama.  Ze  wszystkich  stron  słyszy  się  tylko  o  tym,  że
najważniejsze  jest  dziecko  poczęte.  Nikt  nie  mówi  i  nie  pisze  o  tym,  że
istnieje  jeszcze  dziewczyna  -  kobieta,  tak  jakby  ta  kobieta  nie  była
człowiekiem.  Tak  nie  jest.  Są  różne  sytuacje.  Nie  każda  ciąża  jest  z  woli
urodzenia  jeszcze  jednego  dziecka.  Wasza  powieść  każe  pomyśleć  czy
zmuszenie kobiety do urodzenia dziecka jest sprawiedliwe, czy często nie jest
to, jak pisze autor, jeszcze jeden gwałt i wielka krzywda.

Piszę ten list bo byłam blisko podobnego nieszczęścia.

Pozdrawiam autora książki i Redaktorów „Głosu Wybrzeża"

Barbara Z. z Gdańska

GŁOS CZYTELNIKÓW

„Gwałt" a polityka

Drukowany  na  Waszych  łamach  „Gwałt"  wzbudził  moje  duże

zainteresowanie.  Gdyby  druk  tej  książki  rozpoczął  się  po  wyborach
parlamentarnych  można  by  sądzić,  że  to  Unia  Pracy,  odrabia  zaległości  w
ideologicznych staraniach o kształt naszego państwa.

Długo byłem sympatykiem tego ugrupowania. W poprzednich wyborach

oddałem głos właśnie na tę partię. W ostatnich wyborach głosowałem jednak
na  inne  ugrupowanie.  Owszem,  nadal  jestem  za  państwem  świeckim  i
przeciw  jakimkolwiek  przymusom  wyznaniowym,  także  przymusowi
rodzenia  oraz  wikłania  się  Polski  w  poddańcze  układy  z  kimkolwiek...  Ale
potrzebny  jest  ruch  społeczny  przeciwstawiający  się  przenoszeniu
totalitarnego  ustroju  Kościoła,  do  ustroju  państwa.  Konieczne  staje  się
publiczne  demaskowanie  tego  co  zakłamane  płynie  z  tysięcy  ambon  oraz

background image

rozgłośni  i  gazet  polityczno  -  chrześcijańskich.  Unia  Pracy  całkowicie
zawaliła  szeroko  pojętą  pracę  ideologiczną  ze  społeczeństwem,  albo  nawet
takiej  pracy  w  ogóle  nie  podjęła.  Zresztą  inne  partie  pozaklerykalne
podobnie.

Przegrana  unii  w  ostatnich  wyborach  wydaje  się  logiczna.  Gdyby  to

świeckie  ugrupowanie  zgromadziło  wokół  siebie  tylko  część  twórców  o
poglądach  tożsamych  z  jej  programem  ideowym,  gdyby  inspirowało  na
szerszą  skalę  dyskusje  światopoglądowe,  gdyby  wypromowało  kilka  takich
książek jak „Gwałt" i zdemaskowało obłudę, wypełniłaby się obecna próżnia
w popularyzowaniu ideologii pozaklerykalnej, a organizacja prowadząca taką
działalność, lub ją przynajmniej popierająca zdobyłaby popularność nie tylko
za przemówienia w Sejmie.

Czy  jakaś  partia  niekościelna  lub  jej  kulturalne  agendy  ogłosiły  konkurs

np. na plakat przeciwstawiający się zniewoleniu kobiet do rodzenia, konkurs
literacki  na  powieść  w  rodzaju  „Gwałtu",  scenariusz  filmowy  preferujący
ogólnoludzkie 

wartości 

moralne 

ponad 

zawężonymi 

wartościami

chrześcijańskimi?  Owszem,  organizacje  te  zadrukowały  tony  papieru,  ale
jedynie hasłami wyborczymi, a przecież jeden spektakl telewizyjny kabaretu
Olgi  Lipińskiej  więcej  czyni  przeciw  zakłamaniu,  niż  tysiące  takich
plakatów.

Należy  za  autorem  „Gwałtu"  demaskować  zakłamany  j  ęzyk  kleru  i

podporządkowanych  mu  partii  politycznych.  Owo  „zabijanie  dzieci",
nazywanie  posłów  lewicy  zbrodniarzami,  a  równych  praw  z  innymi
wyznaniami -prześladowaniem.

Myślę, że po przegranych wyborach lewica powinna w swej czteroletniej

kampanii  na  rzecz  powrotu  w  państwie  rządów  świeckich  i  światłych
zdemaskować,  także  środkami  kultury  i  sztuki,  zacofanie  i  promować
demokracj  ę  oraz  ogólnoludzkie  wartości  moralne.  Jest  w  tej  chwili  puste
miejsce  na  głęboko  umocowaną  w  społeczeństwie  partię  ludzi  przeciwnych
panoszącemu się ogłupianiu społeczeństwa. Potrzeba jednak nowej literatury,
filmu, sztuki, w których nie podporządkowani temu ogłupianiu znajdą swoje
odbicia i wzorce.

Krzysztof Kilijanek Gdańsk


Document Outline