background image

 

Brian W. Aldiss. 

Noc, podczas której do cna wyczerpał się czas . 

 

  Tłum. Ewa i Dariusz Wojtczakowie     

 
Dentysta odprowadził ją z uśmiechem do drzwi i wezwał dla niej taksówkę, która wylądowała na balkonie, gdy tylko 

Fifi się tam pojawiła . 

 Taksówka  nie była automatyczna, lecz raczej staroświecka,  w każdym razie  na tyle, by  kobieta  mogła ją uznać za 

elegancką. Fifi Fevertrees uśmiechnęła się olśniewająco do małpiego kierowcy i wsiadła . 

 – Polecimy za miasto – oświadczyła. – Wioska Rouseville, przy Trasie ZA . 
 –  Mieszka  pani  na  wsi,  co?  –  spytał  taksówkarz,  wznosząc  maszynę  w  pseudobłękit.  Niczym  szaleniec  kierował 

jedną łapą . 

 – Wieś jest w porządku – odparła Fifi obronnym tonem. Zawahała się, po czym zdecydowała, że właściwie może się 

pochwalić:  –  Poza  tym,  żyje  się  tam  jeszcze  lepiej,  gdy  pociągnęli  do  nas  magistralę  czasu.  Nasz  dom  właśnie 
podłączają do magistrali. Kiedy wrócę, wszystko powinno być gotowe . 

 Prowadzący taksówkę szympans wzruszył ramionami . 
 – Mnie się życie na wsi wydaje dość kosztowne . 
 – Trzy standardowe płatności za transfer podstawowy . 
 Taksówkarz  aż  gwizdnął  z  wrażenia.  Chciała  mu  opowiedzieć  więcej,  na  przykład  o  tym,  że  jest  bardzo 

podekscytowana  i  żałuje,  iż  jej  tato  nie  dożył,  by  doświadczyć  przyjemności  związanych  z  magistralami  czasowymi. 
Niestety,  z  kciukiem,  który  włożyła  w  usta,  oglądając  sobie  zęby  w  lusterku  na  nadgarstku,  trudno  było  mówić. 
Usiłowała zobaczyć, czego dokonał dentysta . 

 Wykonał  rzetelną  robotę.  Nowy  mały  perłowy  ząb  rósł  już  pewnie  zakorzeniony  w  różowym  dziąśle.  Przy  okazji 

Fifi  oceniła,  że  ma  bardzo  seksowną  buzię,  dokładnie  tak  jak  twierdził  Tracey.  Stary  ząb  dentysta  usunął  przy 
znieczuleniu gazem czasowym. Jakież to było proste! 

Jeden  niuch  i  kobieta  na  chwilę  znalazła  się  przedwczoraj,  przeżywając  na  nowo  tę  przyjemną  godzinę,  którą 

spędziła na kawie z Peggy Hackenson. Nawet nie pomyślała o bólu. Gaz czasowy wspaniale się w obecnych czasach 
sprawdzał. Fifi naprawdę się cieszyła na myśl, że będą go mieli we własnym domu i że będzie dla nich dostępny przez 
cały czas . 

 Taksówka  wzbiła  się  wyżej  i  wyleciała  jednym  z  dylatacyjnych  portów  wielkiej  kopuły,  która  pokrywała 

aglomerację.  Opuszczając  miasto,  Fifi  na  moment  poczuła  smutek.  Miasta  były  obecnie  takie  wspaniałe,  że  nikt  nie 
chciał  żyć  poza  ich  granicami.  Zresztą,  życie  poza  nimi  było  rzeczywiście  podwójnie  kosztowne,  chociaż  –  na 
szczęście – rząd wypłacał dodatek za trudne warunki życia każdemu, kto jak Fevertreesowie musiał mieszkać na wsi . 

 Parę  minut  później  taksówka  ponownie  opuściła  się  nad  ziemię.  Fifi  wskazała  swoje  gospodarstwo  mleczarskie  i 

taksówkarz łagodnie skierował maszynę na ładowniczy balkon, gdzie wyciągnął przednią łapę po wygórowaną sumę. 
Gdy otrzymał żądane kilopłatnosci, odchylił się i otworzył stopą drzwi Fifi. Negocjacje z szympansimi kierowcami nie 
miały najmniejszego sensu . 

 Fifi natychmiast zapomniała o kursie, kiedy pospiesznym krokiem ruszyła w dół przez dom . 
Ten  dzień  miał  być  szczególny!  Konstruktorzy  przez  dwa  miesiące  instalowali  centralkę  czasową  (dwa  tygodnie 

dłużej niż zaplanowali), powodując okropny bałagan, bowiem przez wszystkie pomieszczenia przeciągali rury i kable. 
Teraz w domu panował już porządek. Fifi tanecznym krokiem zbiegała po schodach. Jak najszybciej pragnęła odnaleźć 
męża . 

 Tracey  Fevertrees  stał  w  kuchni  i  rozmawiał  z  majstrem.  Gdy  jego  żona  wpadła  do  pomieszczenia,  odwrócił  się  i 

wziął ją za rękę, uśmiechając się w sposób, który zawsze działał na nią absolutnie kojąco, chociaż niejednej pannie z 
Rouseville pewnie spędzał sen z powiek . 

Jednak czar mężczyzny z trudem wytrzymywał porównanie z urodą podekscytowanej Fifi . 
 – Czy wszystko działa? – spytała . 
 – W ostatniej chwili wynikł jeszcze drobny problem – odparł niechętnie majster, niejaki Archibald Smith . 
 – Och, który to już raz ja to słyszę, panie Smith?! W ubiegłym tygodniu mieliśmy takich piętnaście. Co tym razem? 
 – Eee, nie musicie się tym państwo przejmować. Wszystko dlatego, że musieliśmy doprowadzić gaz czasowy tutaj, 

tak  daleko  od  głównego  przewodu  zasilającego  z  fabryczki  w  Rouseville  i  chyba  mamy  trochę  kłopotów  z 
utrzymaniem ciśnienia. Podobno doszło też do paskudnego wycieku w głównym szybie fabryki, no i trzeba zatkać tę 
dziurę. Ale nie powinniście się niczym martwić . 

 –  W  domu  przetestowaliśmy  wszystko  i  najwyraźniej  działa  świetnie  –  oznajmił  Tracey  żonie.  –  Chodź,  to  ci 

pokażę! 

 Uścisnęli rękę Smithowi, który wykazywał typową dla budowlańców niechęć do opuszczenia miejsca swojej pracy. 

W  końcu  odszedł,  obiecując wrócić  rano,  by  zabrać  ostatnią  torbę  z  narzędziami.  Tracey  i  Fifi  zostali  sami  ze  swoją 
nową zabawką . 

background image

 

 Wśród  sprzętów  kuchennych  panel  czasowy  ledwie  rzucał  się  w  oczy.  Był  usytuowany  obok  małego  agregatu 

nuklearnego.  Dyskretny,  niewielki  element  instalacji  z  tuzinem  małych  pokręteł  i  dwoma  tuzinami  przełączników 
dwustabilnych . 

 Tracey wyjaśnił Fifi, jak ustalono ciśnienie czasowe: niskie dla korytarzy i gabinetów, wyższe dla sypialni, zmienne 

dla salonu. Kobieta otarła się o niego i cicho zamruczała . 

 – Jesteś podekscytowany, prawda, kochanie? – spytała . 
 – Ciągle myślę o rachunkach, które musimy zapłacić. A rachunki przyjdą... i to nieliche. Trzy standardowe płatności 

za  transfer  podstawowy...  Och!  –  Dostrzegł  jej  rozczarowane  spojrzenie,  więc  szybko  dodał:  –  Ale  oczywiście 
uwielbiam to, kochanie. Wiesz, że będę zachwycony . 

 Potem  krzątali  się  po  domu,  nieustannie  pod  parasolem  włączonego  kontrolera  strumienia  czasowego.  W  kuchni 

postanowili  się  cofnąć  w  czasie  o  kilka  godzin  –  mniej  więcej  do  połowy  dzisiejszego  poranka.  Wybrali  porę  dnia, 
którą Fifi w krzątaninie kuchennej lubiła najbardziej . 

Ś

niadanie  miała  już  za  sobą,  a  jeszcze  trochę  wolnego  czasu  zostało  do  chwili,  gdy  trzeba  będzie  zaplanować  i 

przełączyć program kuchenny na lunch. Postanowili ponownie przeżyć ranek, w którym Fifi była szczególnie spokojna 
i czuła się dobrze . 

 Natychmiast otoczyła ich wspaniała atmosfera tamtych minut . 
 – Cudownie! Rozkosznie! Mogę zrobić wszystko, mogę wszystko ci ugotować. Tak! Tak! 
 Pocałowali się i wbiegli do korytarza . 
 – Czyż nauka nie jest wspaniała?! – krzyczeli. Nagle się zatrzymali . 
 – Och nie – mruknęła Fifi . 
 Na pozór korytarz  wydawał  się  w idealnym porządku. Na swoich  miejscach były połyskujące  metalicznie żaluzje, 

które kontrolowały ilość docierającego do wnętrza światła, magazynując nadwyżki na późniejsze, ciemniejsze godziny. 
Czysty chodnik ruchomy poniósł małżonków gładko do przodu, a cała boazeria była ciepła i miła w dotyku. Niestety, 
umysły  Fifi  i  Traceya  „cofnęły  się”  do  godziny  piętnastej  miesiąc  temu,  gdy  tę  spokojną  porę  dnia  zakłócili  im 
rozpoczynający pracę robotnicy . 

 –  Kochanie,  zrujnują  nasz  dywan!  A  boazeria  już  nigdy  nie  będzie  wyglądać  tak  jak  przedtem!  Och,  Tracey, 

popatrz... odłączyli żaluzje, chociaż Smith obiecał, że na pewno tego nie zrobią! 

 Mężczyzna chwycił ją mocno za ramię . 
 – Najdroższa, wierz mi, wszystko jest w porządku! 
 – Nie, nie jest! Nie jest w porządku! Popatrz na te brudne stare rury przewodzące czas. Leżą dosłownie wszędzie... I 

te paskudne kable, które wiszą nad nami! Rujnują nasz śliczny, absorbujący kurz sufit... Zobacz, ile tu wszędzie kurzu i 
brudu! 

 –  Kochanie,  to  efekt  cofnięcia  się  w  czasie!  –  Tym  niemniej  musiał  przyznać,  że  sam  nie  wierzy  w  idealnie 

sprzątnięty  korytarz,  który  rejestrowały  jego  oczy.  Podobnie  jak  Fifi,  Traceya  ogarnęły  emocje  sprzed  miesiąca,  gdy 
widział kręcących się po korytarzu Smitha i jego strasznych ludzi . 

 Małżonkowie  dojechali  chodnikiem  do  końca  korytarza  i  przeskoczyli  do  sypialni,  uciekając  w  kolejną  strefę 

czasową. Fifi, zerkając za siebie przez próg, jęknęła z płaczem  w  głosie:  –  Rany, Tracey, ależ czas  ma  moc!  Chyba 
musimy zmienić ustawienia dla korytarza, co? 

 – Jasne, ustawimy na jakąś wcześniejszą datę, powiedzmy, na któreś miłe letnie popołudnie sprzed roku. Możemy 

wszystko, kochanie! „Podaj datę, a my cię tam wyślemy!”. Czy nie tak właśnie brzmi motto Centrali Łączy Czasowych 
Hmm... A jaki moment chciałabyś...? 

 Fifi rozejrzała się po sypialni, po czym zerknęła na męża spod opuszczonych długich rzęs . 
 – Och... jakiś odprężający, nieprawdaż? 
 – Druga rano, kochanie, wczesna wiosna i wszyscy w całej okolicy smacznie śpią. Od tej pory na pewno nie grozi 

nam już bezsenność! 

 Podeszła do niego blisko i oparłszy się piersią o jego klatkę piersiową, spojrzała mu prosto w oczy . 
 – Nie sądzisz, że może lepsza byłaby jedenasta wieczorem... Czas... hmm... pościelowy? 
 – Kochanie, wiesz, że figlować z tobą wolę na sofie. Chodź, usiądź na niej ze mną, a zgodzisz się z moją opinią co 

do salonu . 

 Salon znajdował się piętro niżej, a od powierzchni ziemi dzielił go tylko garaż i mleczarnia . 
Był  to  piękny  duży  pokój  ze  wspaniałymi  ogromnymi  oknami,  z  których  rozciągał  się  widok  na  odległą  kopułę 

miasta. Pośrodku pomieszczenia stała wielka sofa . 

 Usiedli na tym zmysłowym meblu i na wspomnienie licznych wcześniejszych rozkoszy zaczęli się pieścić. Po chwili 

Tracey opuścił rękę i podniósł z podłogi ręczny przełącznik połączony kablem ze ścianą . 

 – Możemy stąd kontrolować czas, Fifi, wcale nie musimy wstawać! Podaj datę i po prostu w nią wskoczymy . 
 –  Jeśli  myślimy  o  tym  samym,  lepiej  nie  cofajmy  się  dalej  niż  o  dziesięć  miesięcy,  ponieważ  nie  byliśmy  jeszcze 

wtedy małżeństwem . 

 – Och, niech pani da spokój, droga pani Fevertrees, nie jest pani chyba aż tak staroświecka? 
Przed ślubem jakoś się takimi drobiazgami nie przejmowałaś . 
 – Ależ przejmowałam się!...Chociaż może raczej po fakcie niż w trakcie.. . 

background image

 

 Pogładził delikatnie jej piękne włosy . 
 – Wiesz, pomyślałem sobie, że moglibyśmy spróbować czegoś nowego... Przenieśmy się na przykład w czasy, gdy 

mieliśmy po dwanaście lat. Jako dwunastolatka byłaś pewnie bardzo seksowna i cholernie chciałbym cię taką ujrzeć. 
Jak ci się podoba ten pomysł? 

 Już miała się odciąć jakąś typową kobiecą wymówką, lecz ciekawość wzięła w niej górę . 
 – A może jeszcze głębiej, na przykład gdy mieliśmy po dziesięć lat? 
 – Świetnie! Wiesz, że mam słabość do lolitek? 
 –  Trace...  musimy  być  ostrożni,  żebyśmy  z  rozpędu  nie  cofnęli  się  poza  dzień,  w  którym  się  urodziliśmy,  bo 

skończymy jako maleńkie kropelki protoplazmy lub czegoś w tym rodzaju . 

 –  Kochanie,  powinnaś  uważnie  przeczytać  broszurki!  Jeśli  wyzwolimy  dostateczne  ciśnienie,  by  się  cofnąć  poza 

nasze  daty  urodzenia,  po  prostu  wejdziemy  w  świadomość  naszych  najbliższych  przodków  tej  samej  płci  –  ty  w 
ś

wiadomość  swojej matki, ja w  świadomość  mojego ojca. Potem  ty  w  swoją babcię, ja w  swojego dziadka... Głębiej 

wstecz się nie da, bo nie pozwoli nam ciśnienie czasu w magistrali Rouseville . 

 Rozmowa zeszła na inne tematy, aż nagle Fifi wymamrotała sennie:  – Cóż za niebiański wynalazek z tego czasu! 

Słuchaj, przecież nawet gdy będziemy starzy, siwi i niezdarni, w każdej chwili będziemy mogli wrócić w przeszłość i 
cieszyć się sobą nawzajem, tak jak w latach naszej młodości! Tak właśnie zrobimy, prawda? 

 – Hmm... – odparł, myśląc dokładnie o tym samym . 
 Tego wieczoru zjedli ogromnego syntetycznego homara. Smakował trochę dziwnie . 
Prawdopodobnie  podniecona  kontaktem  z  magistralą  czasu  Fifi  wstukała  odrobinę  błędną  mieszankę  –  chociaż 

upierała  się,  że  literówka  musiała  zdarzyć  się  w  programie  książki  kucharskiej,  którą  wprowadziła  do  komputera 
kuchennego – i danie nie wyszło całkiem takie, jakie być powinno. Fevertreesowie cofnęli się więc o dwa lata do dnia, 
w którym jedli doskonałego homara; był to jeden z ich pierwszych wspólnych posiłków, krótko po tym, jak się poznali. 
Odtworzony z zakamarków pamięci smak zniwelował rozczarowanie obecną potrawą . 

 Tyle że nagle coś się zepsuło . 
 Niespodziewanej metamorfozy doznań nie poprzedził żaden dźwięk i pozornie nic się wokół nie zmieniło, jednak w 

głowach  Fifi  i  Traceya  dni  z  przeszłości  zaczęły  wirować  niczym  liście  nad  wrzosowiskiem.  Pory  posiłków 
nadchodziły  i  przemijały,  a  homar  powoli  zaczął  przyprawiać  oboje  o  mdłości,  gdyż  Fevertreesom  wydawało  się,  że 
jedzą go na przemian z mięsem indyczym, serem, dziczyzną, a później ciastem z owocami i śmietaną, biszkoptowym 
puddingiem,  lodami  lub  płatkami  śniadaniowymi.  Przez  szereg  przerażających  minut  siedzieli  przy  stole  jak 
sparaliżowani, a przez ich kubki smakowe przetaczały się setki przemieszanych ze sobą smaków . 

Tracey zerwał się w końcu, ciężko sapiąc i wdusił przycisk przy drzwiach, całkowicie odcinając dopływ strumienia z 

magistrali czasu . 

 – Coś jest nie tak! – krzyknął. – To wina tego cholernego Smitha. Natychmiast do niego dzwonię. Zastrzelę drania! 
 Jednak twarz majstra, która pojawiła się na ekranie wideokomunikatora, była jak zawsze uprzejma . 
 – Nie ma mowy o żadnej usterce, panie Fevertrees – oświadczył Smith. – Ściśle rzecz biorąc, jeden z moich ludzi 

dopiero co do mnie dzwonił i przekazał, że nastąpiła jakaś awaria  w  fabryczce czasu  w  Rouseville,  w  miejscu, gdzie 
wasza  rura  łączy  się  z  głównym  przewodem  zasilającym.  Doszło  do  wycieku  gazu  czasowego.  Wspomniałem  panu 
dziś rano, że mamy pewien kłopot. Niech pan się spokojnie położy do łóżka, drogi panie – tak brzmi moja rada . 

Połóżcie się oboje, a rano prawdopodobnie wszystko wróci do normy . 
 – Mamy iść do łóżka! Jak on nam śmie rozkazywać! – krzyknęła Fifi. – Cóż za impertynencja! Ten człowiek usiłuje 

coś przed nami ukryć. Założę się, że sknocił gdzieś instalację, a teraz zasłania się wyciekiem w fabryczce . 

 – Możemy to od razu sprawdzić. Pojedźmy do fabryczki i zobaczmy, co się tam dzieje! 
 Zjechali windą na parter i wsiedli do pojazdu lądowego. Mieszkańcy miasta pewnie by się roześmiali na widok tego 

małego  poduszkowca,  który  przypominał  urocze  archaiczne  automobile,  lecz  tego  typu  pojazdy  były  bez  wątpienia 
nieodzowne na wsi, czyli poza kopułami, gdzie nie docierał bezpłatny transport publiczny . 

 Drzwi  się  otworzyły.  Wyjechali,  poderwali  maszynę  do  lotu  i  natychmiast  wznieśli  się  parę  stóp  nad  ziemię. 

Rouseville leżało na niskim wzgórzu, a fabryczkę czasu usytuowano na samym końcu osady. Jednak gdy małżonkowie 
dostrzegli pierwsze domy, zdarzyło się coś dziwnego . 

 Chociaż  nie  wiał  wiatr, pojazdem zaczęło dziko szarpać.  Fifi  wpadła  na  ścianę, a  w  chwilę później poduszkowiec 

spadł, uderzając w żywopłot . 

 – Rany, ależ ten pojazd jest ciężki! Kiedyś wreszcie muszę się nauczyć go prowadzić! – mruknął Tracey, wysiadając 

 – Nie zamierzasz mi pomóc, Tracey? 
 – Och, nie, nie, jestem przecież zbyt duży, żeby się bawić z dziewczynkami! 
 – Musisz mi pomóc! Zgubiłam lalkę!  – Nigdy nie miałaś lalki! Mała wariatka! Ruszył biegiem przez pole. Fifi nie 

miała wyboru, musiała podążyć za nim. Biegnąc, wciąż go przywoływała. Strasznie trudne okazało się panowanie nad 
niezgrabnym i ciężkim ciałem dorosłej kobiety, kiedy się miało umysł dziecka . 

 Gdy znalazła męża, leżał pośrodku drogi do Rouseville, machając nogami i rękoma. Na widok żony zachichotał . 
 – Mały Tlacey siobie chodzi! – oświadczył . 

background image

 

 Jednak kilka minut później zdołali ruszyć naprzód – znowu byli na nogach, choć chodzenie sprawiało ból Fifi, której 

matka okulała pod koniec życia. Dzielnie kuśtykali naprzód – dwie młode istoty tym razem o umysłach swoich starych 
rodziców.  Kiedy  wkroczyli  do  niewielkiej,  pozbawionej  kopuły  wioski,  dostrzegli,  że  większość  mieszkańców  ma 
podobne  kłopoty  –  co  rusz  komuś  „zmieniał  się”  wiek:  od  gaworzącego  niemowlęcia  do  drżącego  starca. 
Najwidoczniej w fabryczce czasu doszło do poważnej awarii . 

 W  dziesięć  minut  później  i  w  kilka  pokoleń  wcześniej,  przybyli  pod  bramę  fabryki.  Pod  logo  Centrali  Łączy 

Czasowych stał Smith. Początkowo go nie rozpoznali, bo nosił maskę chroniącą przed kontaktem z gazem czasowym; 
jej dysza wylotowa głośno wypluwała przeszłe chwile . 

 – Podejrzewałem, że się pojawicie! – krzyknął. – Nie uwierzyliście mi, co? No cóż, w takim razie wejdźcie ze mną i 

zobaczcie  wszystko  na  własne  oczy.  Górnicy  natrafili  na  nieprzewidzianie  obfitą  erupcję,  zawory  nie  wytrzymały 
ciśnienia i wysiadły. Zanim ktoś tego nie naprawi, trzeba pewnie będzie ewakuować całą okolicę . 

 Gdy majster przeprowadził ich przez bramę, Tracey zauważył:  – Mam tylko nadzieję, że to nie sabotaż Ruskich! 
 – Czyj sabotaż? 
 – Ruskich. No... robota Rosjan. Przypuszczam, że ta fabryczka jest tajna? 
 Zdumiony Smith gapił się na niego dobre kilka minut . 
 –  Czy  pan  oszalał,  panie  Fevertrees?!  Rosyjscy  naukowcy  wynaleźli  magistrale  czasowe  dokładnie  w  tym  samym 

momencie, co nasi. Rok temu spędził pan miesiąc miodowy w Odessie, zgadza się? 

 – Też coś, w ubiegłym roku byłem w służbie liniowej w Korei! 
 – W Korei?! Nagle na dziedzińcu Centrali Łączy Czasowych wylądowała jakaś ogromna czarna maszyna. Jej syreny 

wyły, a na dachu i pod podwoziem migały czerwone światła. To był wóz strażacki z miasta. Kierował nim robot, lecz 
ludzie z załogi zachowywali się bardzo dziwnie . 

Jeden młody położył się na ziemi i zaczął krzyczeć, że należy mu zmienić spodnie, zanim ludzie z Centrali wydadzą 

wszystkim  maski przeciwczasowe. Strażacy nie  mieli co gasić, gdyż nie było ognia, a tylko gigantyczny słup  niemal 
niewidocznego  czasu,  który  do  tej  pory  zdążył  się  wznieść  nad  budynek  i  ogarnąć  całą  wioskę,  a  teraz  powoli 
rozpraszał się we wszystkie strony, niosąc w swym silnym strumieniu całe nie wyobrażone albo zapomniane pokolenia 

 – Chodźmy, może coś ustalimy – stwierdził Smith. – Jeśli mamy bezczynnie stać, równie dobrze możemy wrócić do 

domu i zrobić sobie drinka . 

 – Pan jest bardzo głupim młodzieńcem, jeśli ma pan na myśli to, co podejrzewam – oświadczyła Fifi srogim głosem 

staruszki. – Większość aktualnie dostępnego na czarnym rynku alkoholu jest nielegalna i niebezpieczna w użyciu... Ja 
w każdym razie sądzę, że powinniśmy wspierać prezydenta w jego zacnej próbie stłumienia alkoholizmu, nieprawdaż, 
Tracey, kochanie? 

 Jednakże  Tracey  w  ogóle  nie  słuchał  żony,  zagubił  się  bowiem  w  jakimś  dziwnym  wspomnieniu  i  aby  je  w  pełni 

przywołać, gwizdał La Palomę . 

 Potykając  się,  dotarli  za  Smithem  do  budynku.  Tu  zatrzymało  ich  dwóch  funkcjonariuszy  policji.  W  tym  samym 

momencie  pojawił  się  jakiś  pulchny  mężczyzna  w  wieczorowym  garniturze  i  masce  przeciwgazowej.  Natychmiast 
przemówił do jednego z policjantów. Smith przywołał pulchnego i przywitali się serdecznie niczym bracia. Zresztą, po 
chwili  się  okazało,  iż  rzeczywiście  są  braćmi.  Brat  Archibalda,  Clayball  Smith,  kiwnął  na  nich,  by  poszli  za  nim  do 
fabryczki i szarmancko ujął pod ramię Fifi, która była przecież ładną dziewczyną. Jego osobista tragedia polegała na 
tym, że nigdy nie zbliżył się do żadnej przedstawicielki płci pięknej bardziej niż tego dnia . 

 – Czy nie powinniśmy zostać odpowiednio przedstawieni temu dżentelmenowi, Tracey? – spytała Fifi męża . 
 – Nonsens, moja kochana. Gdy się wchodzi do którejś ze świątyń przemysłu, należy odłożyć na bok zasady etykiety. 

– Mówiąc to, wydawał się głaskać urojone baczki . 

 Wewnątrz  fabryczki  czasowej  panował  kompletny  chaos.  Tu  skutki  katastrofy  były  widoczne  w  całej  okazałości. 

Pierwszych górników wyciągano właśnie z szybu, gdzie miał miejsce wybuch gazu czasowego. Jeden z tych biednych 
mężczyzn słabo przeklinał, zrzucając winę za tę straszliwą tragedię na Grzegorza III . 

 Przemysł  czasowy  nadal  był  w  powijakach.  Minęło  dopiero  dziesięć  lat,  odkąd  pierwsze  podziemne  maszyny 

odkryły  nisze  czasowe  zalegające  głęboko  pod  skorupą  ziemską.  Odkrycie  ciągle  dziwiło  niektórych,  a  badania 
znajdowały się jeszcze w stosunkowo wczesnym stadium . 

 Jednak prawie natychmiast po odkryciu zaczął się dynamicznie rozwijać przemysł czasowy, a jego przedstawiciele – 

z  wielkodusznością  typową  dla  przekonanych  o  własnej  potędze  nuworyszy  –  dopilnowali,  by  każdy  mieszkaniec 
planety  otrzymał  odpowiednią  porcję  czasu,  i  to  po  niewygórowanej  cenie.  Aktualnie  w  przemysł  czasowy 
inwestowano wielokrotnie większy kapitał niż w jakąkolwiek inną gałąź światowej gospodarki. Nawet fabryczka w tak 
maleńkiej wiosce jak Rouseville była warta miliony. Tyle że teraz w fabryce doszło do prawdziwej katastrofy . 

 –  Tutaj  jest  bardzo  niebezpiecznie  –  zauważył  Clayball.  –  Lepiej  nie  stójcie  tu  za  długo,  ludzie  –  krzyczał  przez 

przeciwgazową  maskę.  Wokół  panował  okropny  hałas,  który  wzmógł  się  jeszcze,  gdy  jakiś  reporter  w  odległości 
niecałego jarda rozpoczął nagrywanie komentarza dla telewizyjnych wiadomości. Po chwili Clayball odpowiedział na 
jakieś  wykrzyczane  przez  brata  pytanie:  –  Nie,  to  coś  więcej  niż  szczelina  w  głównym  przewodzie  zasilającym.  Tak 
brzmiało  tylko  wyjaśnienie  dla  ogółu.  Nasi  dzielni  chłopcy  tam  na  dole  natrafili  na  zupełnie  nowy  szew  czasowy  i 
obecnie  czas  wycieka  wszystkimi  dziurami.  Nie  sposób  go  powstrzymać!  Zanim  się  domyśliliśmy,  że  stało  się  coś 

background image

 

złego,  połowa  naszych  górników  przeżyła  na  nowo  podbój  Brytanii  przez  Normanów.  –  Dramatycznym  gestem 
wskazał na płyty pod stopami . 

 Fifi nie potrafiła zrozumieć, o czym ten mężczyzna, do diabła, mówi. Od opuszczenia Plymouth dryfowała i to nie 

do  końca  w  sensie  metaforycznym.  Wystarczyło,  że  musiała  grać  Matkę  Pątniczkę  wobec  jednego  z  Ojców 
Pielgrzymów; nie zamierzała dodatkowo ryć w glebie tego Nowego Świata. Przechodziło jej pojęcie, że te monstrualne 
wytwory  nowoczesnej  technologii  niszczą  cały  czasowy  harmonogram  planety.  W  swoim  obecnym  stanie  nie  mogła 
wiedzieć,  że  iluzje,  które  ciągle  wyrzucał  gejzer  czasu  rozprzestrzeniły  się  już  po  całym  kontynencie.  Prawie  każdy 
komunikacyjny satelita krążący nad Ziemią przekazywał obecnie szczegółowe i mniej więcej zgodne z faktami relacje 
na temat tragedii i zdarzenia, które do niej doprowadziło, podczas gdy zdezorientowani widzowie przed telewizorami 
zapadali się w coraz wcześniejsze generacje, niczym w śnieżne zaspy bez dna . 

 Ze złóż w niszach wysyłano rurami czas do miliardów domów na świecie. Eksperci już wcześniej obliczyli, że przy 

obecnym  tempie  zużycia  za  dwieście  lat  złoża  czasu  całkowicie  się  wyczerpią.  Na  szczęście,  naukowcy  starali  się 
wytworzyć  syntetyczne  substytuty  czasu.  Zaledwie  w  ubiegłym  miesiącu  stosunkowo  niewielki  zespół  badawczy  z 
Time  Pen  Inc.  z  Ink  w  stanie  Pensylwania  ogłosił,  że  wyizolowano  cząsteczkę  o  całe  dziewięć  minut  opóźnioną  w 
czasie  wobec  jakiejkolwiek  innej  molekuły  znanej  dotąd  nauce.  Spodziewano  się  szybkich  postępów  w  dziedzinie 
doświadczalnych prac nad molekułami „czasowymi” . 

 Nagle  nadjechał  ambulans,  ostro  hamując.  Za  nim  przybył  drugi.  Archibald  Smith  spróbował  ściągnąć  Traceya  z 

drogi . 

 – Nie dotykaj mnie, pachołku! – warknął Tracey, usiłując wyszarpnąć wyimaginowany miecz . 
 Z ambulansów zaczęli wyskakiwać ludzie, a policja odgrodziła teren kordonem . 
 – Zamierzają wydobyć naszych dzielnych terranautów! – zawołał Clayball, usiłując przekrzyczeć panujący zgiełk . 
 Wszędzie  wokół  roiło  się  od  mężczyzn  w  ochronnych  skafandrach  i  hełmach,  tu  i  tam  przemykały  też  smukłe 

pielęgniarki  w  przeciwgazowych  maskach.  Koncentrowano  zapasy  tlenu  i  zupy,  reflektory  kołysały  się  nad  głową, 
oświetlając kwadratowy otwór szybu. Ludzie w żółtych kombinezonach opuszczali się do szybu, porozumiewając się 
przez  radiotelefony  na  nadgarstkach.  Po  chwili  znikli.  Na  parę  sekund  pełna  trwogi  cisza  zawisła  nad  budynkiem, 
ogarniając zgromadzone przed nim tłumy . 

 Jednak  po  kilku  minutach  hałas  wrócił  do  poprzedniego  poziomu.  Pojawiła  się  kolejna  grupa  mężczyzn  o  srogich 

minach, którzy zepchnęli na bok reporterów . 

 – Zdaje mi się, że powinniśmy się stąd wynosić, na litość Boską! – szepnęła słabo Fifi, zaciskając kurczowo dłonie 

na okrytych cienkim swetrem ramionach. – Nie podoba mi się tu! 

 W  końcu  przy  szczycie  wyrobiska  powstało  jakieś  poruszenie.  Brudni  mężczyźni  w  kombinezonach  pociągnęli  za 

linę i w chwilę później w polu widzenia zjawił się pierwszy terranauta, w charakterystycznym dla tych pracowników 
czarnym uniformie. Był bez maski, toteż osobliwie kiwał  głową z oszołomienia, lecz dzielnie  walczył, by nie utracić 
ś

wiadomości . 

Zmusił nawet blade wargi do czarującego uśmiechu i zamachał ręką do kamer. Wśród gapiów podniosły się wiwaty . 
 Górnicy  stanowili  nieustraszoną  grupkę,  która  nie  bała  się  schodzić  do  niezmierzonych  mórz  gazu  czasowego 

zalegających  pod  skorupą  ziemi.  Ryzykowali  życie,  by  wydobyć  z  nie  poznanej  dotąd  krainy  bryłki  drogocennej 
wiedzy,  poszerzając  w  nieskończoność  granice  nauki..  Z  jednej  strony  pozostawali  anonimowi  i  wynagradzani 
nieadekwatnie do skali niebezpieczeństwa, równocześnie jednak  w momentach zagrożenia zyskiwali szacunek całego 
ś

wiata za wysiłek oraz odwagę . 

 Główny reporter wiadomości przepchnął się przez tłum i dotarł do ocalonego terranauty . 
Zadawał pytania i przyciskał mężczyźnie mikrofon niemal do samych warg; udręczona twarz bohatera pojawiła się 

na ekranach telewizorów miliarda niedowierzających widzów . 

 –  Strasznie  jest  tam...  na  dole.  Dinozaury  i  ich  młode  –  zdążył  wysapać  górnik,  prowadzony  do  najbliższego 

ambulansu.  Na  dole.  głęboko  w  gazie.  Całe  stada...  I  polują...  Kilkaset  stóp  niżej  i  wylądowalibyśmy... 
wylądowalibyśmy przy stworzeniu... świata.. . 

 Zapadła cisza. Świeże posiłki policyjne przeganiały z fabryczki  wszystkie nieupoważnione osoby, zanim pozostali 

terranauci  pojawią  się  na  powierzchni,  chociaż  jak  dotąd  nie  widać  było  jeszcze  ich  kapsuły.  Gdy  uzbrojony  kordon 
zaczął  podchodzić,  Fifi  i  Tracey  rzucili  się  w  jego  stronę.  Nie  mogli  już  dłużej  tu  wytrzymać  i  czuli,  że  nic  nie 
zrozumieją.  Nie  zważając  na  wrzaski  obu  Smithów  w  ochronnych  maskach,  popędzili  więc  do  drzwi  i  wybiegli  w 
ciemność,  a  wysoko  ponad  nimi  górował  olbrzymi,  niewidoczny  pióropusz  gejzeru  czasu,  pióropusz,  który  coraz 
bardziej rozkwitał, rozprzestrzeniając zagładę na cały świat . 

 Przez  długi  okres  Fevertreesowie  wpółleżeli  zdyszani,  opierając  się  plecami  o  najbliższy  żywopłot.  Od  czasu  do 

czasu Fifi kwiliła jak mała dziewczynka, a Tracey jęczał niczym starzec . 

Przeważnie jednak tylko ciężko oddychali . 
 Wstawał świt, gdy się podnieśli i ruszyli drogą ku RouseviIle, trzymając się blisko uprawnych pól . 
 Nie  byli  sami.  Towarzyszyło  im  mnóstwo  mieszkańców  wioski,  którzy  oddalali  się  od  swoich  domostw,  gdyż 

obecnie stały się im one obce i niepojęte dla ich ograniczonych nagle mózgów. Gapiąc się na nieproszone towarzystwo 
spod zmarszczonych brwi, Tracey przystanął i sporządził sobie z gałęzi prymitywną pałkę . 

background image

 

 Razem,  mężczyzna  i  jego  kobieta,  powłócząc  nogami  wchodzili  na  wzgórze.  Kierowali  się  z  powrotem  w  dzicz, 

podobnie jak większość pozostałej przy życiu ludzkości. Ich przygięte ku ziemi, powykrzywiane sylwetki rysowały się 
niewyraźnie na tle pierwszych nieśmiałych promieni słonecznego światła . 

 –  Ugh  glumph  hum  herm  morm  glug  humk  –  wymamrotała  kobieta,  co  znaczyło  (w  przybliżonym  tłumaczeniu  z 

języka epoki  kamiennej): „Dlaczego, cholera, człowiekowi  musi się zawsze przydarzyć coś takiego dokładnie  wtedy, 
gdy jest właśnie u progu cywilizacyjnego przełomu?” .