background image

FRANCES CROWNE 

 

Dzieci doktora Wentwortha 

(Dr Wentworth’s Babies) 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

 

W pogodny marcowy dzie

ń pociąg ekspresowy z Londynu 

minął granicę Anglii i mknął cicho wśród pagórków Szkocji. 

Laura  Meadows  patrzyła  na  przesuwający  się  za  oknem 
krajobraz. 

Zaintrygował  ją  widok  chmur,  gromadzących  się 

wokół  widocznych  na  horyzoncie  gór,  zza których 

sporadycznie  prześwitywało  słońce.  Byłaby zachwycona tym 
widokiem jeszcze bardziej, 

gdyby  w  uszach  nie  brzmiał  jej 

wciąż głos Keitha: 

–  Inverness? Dlaczego,  do diab

ła,  wyprowadzasz  się  na 

północ? I co będzie z nami? – pytał ze złością, wpatrując się w 

nią zimnym wzrokiem.   

Mia

ła  ogromną  ochotę  roześmiać  się,  uświadomiła  sobie 

bowiem, 

że  już  wcześniej  przypominał  jej  czasami  małego 

chłopca w sklepie ze słodyczami, który spodziewa się dostać 
wszystko, czego zapragnie.   

–  Keith,  powiedzia

łam  ci  już,  że  nie  będę  mieszkać  w 

twoim mieszkaniu i wyczek

iwać  na  twoje  wizyty  między 

kolejnymi lotami. 

Nasz  romans  już  się  skończył.  Na  litość 

boską, bądźmy realistami...   

Spogl

ądała  na  majestatyczne  szczyty  strzegące  małych, 

odludnych farm, 

płynące w dół potoki, pieniące się wesoło na 

swej drodze do morza,  rozl

egłe  sosnowe  lasy,  ciche, 

tajemnicze i mroczne. 

Nie znała dotąd tej części kraju – teraz 

od  razu  skłonna  była  ją  polubić.  Westchnęła  z  ulgą  i 
zadowoleniem, 

odrzuciła do tyłu długie jasne włosy i wzięła 

do ręki gazetę. Znowu poczuła się wolna. W końcu dlaczego 

nie  miałaby  w  dwudziestym  szóstym  roku  życia  cieszyć  się 

wolnością? 

Po jakim

ś czasie współpasażerowie ożywili się. Niektórzy 

ruszyli w kierunku bufetu, 

skąd  wracali  z  różnego  rodzaju 

napojami. 

Laura miała już wstać, by zrobić to samo, gdy nagle 

background image

jakaś młoda kobieta – rzucona siłą odśrodkową na zakręcie – 

przechyliła się i z trzymanego w ręce kubka omal nie trysnęła 
jej kawa.   

–  Bardzo przepraszam!  –  Skonsternowana,  kobieta 

wyprostowa

ła się i chwyciła za oparcie fotela. – Czy zalałam 

panią?  –  spytała,  wpatrując  się  w  ciemnozielony  kostium 
Laury.   

–  Nie,  nic si

ę nie stało. To chyba kara za lenistwo! Późno 

kupiłam  bilet  i  były  już  tylko  miejsca  przy  przejściu  – 

uspokoiła ją Laura z uśmiechem.   

–  Naprzeciwko mnie,  przy oknie,  jest wolne miejsce  – 

powiedzia

ła kobieta konspiracyjnym szeptem. – Ta pani, która 

je zajmowała, już wysiadła. Gdyby chciała się pani przesiąść...   

– Ch

ętnie, dziękuję.   

– Pomog

ę pani przenieść torby.   

Po umieszczeniu baga

ży w nowym miejscu, młode kobiety 

usadowiły się wygodnie.   

–  Uff! Tak jest o wiele lepiej.  –  Laura u

śmiechnęła  się  z 

wdzięcznością.   

– Przy okazji, nazywam si

ę Gemma Sinclair – przedstawiła 

się dziewczyna. Jej roześmiane oczy lekko przesłaniała masa 
rozwichrzonych, 

kasztanowych włosów.   

–  Cze

ść.  Jestem Laura.  Laura Meadows.  Naprawdę 

doceniam twoją pomoc.   

–  Ca

ła  przyjemność  po  mojej  stronie.  Prawie dostawałam 

ju

ż  szału,  nie  mając  do  kogo  otworzyć  ust.  Moi trzej 

towarzysze podróży przez cały czas trzymali nos w książkach. 
Jedziesz do Inverness? 

– Tak.   
–  To 

świetnie, ja też. Jeszcze ze trzy godziny. Pójdę teraz 

kupić kanapkę. Nie pomyślałam o tym, żonglując kawą. Kupić 

ci coś? 

– A kaw

ę byś mi przyniosła? 

background image

– Drobiazg, mam ju

ż wprawę! 

Laura by

ła  zadowolona  z  towarzystwa.  Po powrocie 

Gemmy  znalazły  tak  wiele  tematów do rozmowy  –  stroje, 
fryzury, 

makijaż,  podróże,  sprawy sercowe  –  że  prawie  nie 

zauważyły dziesięciominutowego postoju w Edynburgu.   

Kiedy Gemma zacz

ęła  opowiadać  o  nadopiekuńczości 

swoich rodziców, 

Laura  uśmiechnęła  się  melancholijnie,  ze 

smutkiem  jednak  wróciła  myślą  do  własnych.  Od chwili 

śmierci jej dwudziestoczteroletniego brata w wypadku matka i 

ojciec  wciąż  skakali  sobie  do  oczu,  starając  się  znaleźć 
winnego,  czyli tego, 

kto  pozwolił  mu  jeździć  na  motocyklu. 

Dom  rodzinny  zmienił  się  nie  do  poznania  i  między  innymi 

dlatego chciała zmienić pracę i wyprowadzić się z Londynu. 

Nagle dotarło do niej, że Gemma mówi już o czymś innym.   

–  Jeste

śmy w Inverness – oznajmiła właśnie, kiedy pociąg 

zwalniał wjeżdżając na peron.   

–  O rany,  ale si

ę zagadałyśmy. To była wspaniała podróż, 

Gemmo.   

–  Zgadzam si

ę.  –  Gemma  zebrała  swoje  rzeczy.  –  Mam 

wrażenie, że mogłybyśmy rozmawiać jeszcze dłużej.   

Poci

ąg  zatrzymał  się.  Stanęły  w  kolejce  do  wyjścia  i  po 

chwili znalazły się na peronie.   

–  Kto

ś  powinien  na  mnie  czekać.  Mam  tu  nową  pracę.  – 

Gemma rozglądała się wokół.   

Laura rzuci

ła jej zaintrygowane spojrzenie.   

– W Lodge? Nie jeste

ś przypadkiem pielęgniarką? Gemma 

postawiła walizki i uściskała Laurę.   

– Tak! Chwa

ła Bogu, że znalazłam koleżankę.   

–  Powinnam si

ę  była  domyślić  –  roześmiała  się  Laura.  – 

Pielęgniarki są w jakimś sensie do siebie podobne, prawda? 

Niebawem dostrzeg

ły  młodego  człowieka  w  tweedowym 

ubraniu, 

myśliwskim kapeluszu i niedbale zawiązanym długim 

szaliku. 

Na jego twarzy malował się szeroki uśmiech, a w ręku 

background image

trzymał planszę z napisem „Szpital Lodge.”   

– Dobry wieczór paniom. Czy pani...   
– Laura Meadows.   
– Gemma Sinclair.   
–  Jestem Dennis McKay.  Mikrobus stoi przed dworcem. 

Wsiadajcie, prosz

ę. Musimy tylko jeszcze zaczekać na kogoś. 

– 

Zerknął na listę. – Na panią Joan Barnard.   

Przesz

ły do samochodu i zajęły miejsca.   

–  Czuj

ę  się,  jakbym  miała  skrzydła  –  oznajmiła  nagle 

Gemma.   

– Mnie a

ż tak dobrze nie jest. Może to miejsce przypomina 

więzienie? Przecież będziemy na takim pustkowiu...   

– A to mo

że jest jedna ze strażniczek? 

Z uwag

ą  obserwowały  Dennisa  witającego  niską,  pulchną 

kobietę,  której  zasadnicza  mina  nie  wróżyła  nic  dobrego. 

Miała  pociągłą  twarz,  okulary w cienkiej,  złotej  oprawce  i 
krótkie,  proste, 

siwe  włosy,  które mimo silnego wiatru nie 

wyglądały na zwichrzone.   

Po chwili Dennis otworzy

ł drzwi samochodu i przedstawił 

kobietę.   

– Pani Joan Barnard.   
– Dobry wieczór – 

powiedziały chórem.   

– Gemma Sinclair i Laura Meadows – doko

ńczył Dennis z 

promiennym uśmiechem. – Możemy ruszać.   

Po wymianie zdawkowych uwag o pogodzie zapad

ła cisza, 

którą  przerwała  Joan  Barnard,  oświadczając  autorytatywnym 

głosem: 

–  Widz

ę,  że  będę  najstarszą  osobą  wśród  personelu,  ale 

podczas  wstępnej  rozmowy  powiedziano  mi,  że  im  to  nie 
przeszkadza.   

–  A dlaczego mia

łoby  przeszkadzać?  –  Laura  usiłowała 

zachować  się  przyjaźnie.  –  Musisz  mieć  ogromne 

doświadczenie,  Joan.  W  dzisiejszych  czasach  pielęgniarstwo 

background image

stwarza  wiele  możliwości.  Na  jakim  stanowisku  będziesz 

pracować? 

Po bladej i zm

ęczonej twarzy Joan Barnard przemknął nikły 

uśmiech.   

– Och, ja nie... Jestem chirurgiem – powiedzia

ła szybko. – 

Wybaczcie  mi  małomówność,  ale  jestem  w  podróży  od 
wczoraj rano.   

Gemma i Laura wymieni

ły  znaczące  spojrzenia.  Nagle z 

fotela kierowcy odezwał się Dennis: 

– A ja jestem dy

żurnym pielęgniarzem.   

– To 

świetnie! – Gemma klepnęła go lekko po ramieniu. – 

Skoro wszyscy się już znamy, możemy się zdrzemnąć.   

– Nie radz

ę, jeszcze tylko parę kilometrów.   

Jechali w ciemno

ściach  bezksiężycowej  nocy.  Jedynymi 

oznakami  życia były sporadyczne  światła  na  farmach  i  tylko 

raz  zobaczyli  reflektory  samochodu  jadącego z naprzeciwka. 
W ko

ńcu  mikrobus  zwolnił,  a  przed  ich  oczami  ukazał  się 

ogromny budynek szpitala. 

Zatrzymali się przed wspaniałymi, 

rzeźbionymi drzwiami dębowymi w obmurowaniu z cegieł, do 

których  prowadziło  kilka  stopni  z  białego  kamienia.  Prawie 

natychmiast solidne drzwi otworzyły się i ukazała się w nich 

uśmiechnięta, młoda dziewczyna. Po chwili dołączyła do niej 

kobieta w stroju przełożonej pielęgniarek.   

Dennis w pogodny spos

ób  przedstawił  swoje  pasażerki 

pielęgniarce, która nazywała się Katherine Menzies.   

–  Witam.  Mi

ło  mi  was  poznać.  –  Jasnobrązowe  oczy 

patrzyły  z  niekłamaną  życzliwością.  –  Proszę  wejść.  Mary  – 

zwróciła  się  do  młodej  dziewczyny,  pomagającej  Dennisowi 

przy wnoszeniu bagażu – podaj nam teraz kawę, moja droga. 

Wypijemy ją w moim pokoju.   

Siedz

ąc  przy  płonącym  kominku,  z  przyjemnością  piły 

parującą kawę.   

–  Jest 

świetna  –  powiedziała  ciepło  Gemma.  –  Miałyśmy 

background image

dość tej lury, jaką podają w pociągu. Prawda, Lauro? 

–  Tak,  ale og

ólnie  biorąc  podróż  minęła  nam  szybko.  – 

Laura zauważyła, jak Joan Barnard z trudem otwiera powieki. 
– 

Pani  Barnard  miała  znacznie  dłuższą  podróż  i  chyba  jest 

wyczerpana.   

Panna Menzies wsta

ła.   

–  Te

ż  tak  sądzę.  Zaprowadzę  panią,  Joan,  do pani 

mieszkania  i  pomogę  się  ulokować.  Siostry na pewno nam 

wybaczą,  że  je  opuścimy.  –  Uśmiechnęła  się  do  nich.  – 

Niedługo wrócę.   

Dennis udzieli

ł  im  odpowiedzi  na  pytanie,  które  miały 

wypisane na twarzach.   

– Z pann

ą Menzies świetnie się pracuje. Choć szpital działa 

dopiero od dwóch tygodni, 

dokonała cudów.   

– Czy s

ą pacjenci? 

–  O tak,  przylecia

ł  już  jeden  samolot.  Wzięliśmy  osiem 

osób, 

a resztę przyjął szpital w Invemess.   

Catherine Menzies wr

óciła wyraźnie zatroskana.   

–  Doktor Barnard przyjecha

ła prosto z Palestyny. 

Skierowano  ją  tu  do  pracy,  żeby  przez  jakiś  czas  odetchnęła 

od  tych  wszystkich  niebezpieczeństw,  które  groziły  jej  przez 

całe  dwa  lata.  Z tego,  co mi wiadomo,  jest  wspaniałym 
lekarzem.  – 

Spojrzała  z  uśmiechem  na  swoje  nowe 

podopieczne, 

starające  się  robić  jak  najlepsze  wrażenie.  – 

Chodźcie ze mną na górę. Każda będzie miała swój pokój w 
skrzydle przeznaczonym na kwatery dla personelu,  a o 

wszystkim poinformuję was rano.   

Laura by

ła  zbyt  zmęczona,  by  zachwycić  się  dużym  i 

wygodnym pokojem, 

w  którym  miała  zamieszkać.  Z  ulgą 

zauważyła  jednak,  że  miniaturowej  łazienki  nie  będzie 

musiała z nikim dzielić. A ostatnią jej świadomą myślą było 
to, 

że łóżko jest cudownie obszerne...   

Nast

ępny  dzień  był  pełen  wrażeń  już  od  rana.  Nie  miała 

background image

wątpliwości,  że  rozciągający  się  za  każdym  oknem  widok 

jeziora Loch Brora nigdy jej się nie znudzi.   

Jak wyja

śnił  im  Dennis,  znajdowali  się  w  jednym  z 

pałacyków  myśliwskich  należących,  podobnie  jak  tysiące 
hektarów ziemi, 

do  miejscowego  księcia.  Książę  oraz  jego 

żona,  mili,  skromni ludzie,  postanowili  przeznaczyć  ten 

pałacyk na szpital charytatywny.   

Zbudowany w stylu el

żbietańskim  budynek,  z  cegły 

obramowanej  szerokimi  dębowymi  belkami  i  dachem  o 
czterech szczytach, 

miał  przestronne,  wysokie pokoje z 

dekoracyjnymi  sufitami. 

Schody  z  ozdobnymi  poręczami 

prowadzi

ły na dwie wyższe kondygnacje, gdzie pokoje pełne 

niegdyś  przepychu  zostały  dostosowane  do  nowych  funkcji 
budynku. 

Mimo  to  we  wnętrzu  nadal  panowała  atmosfera 

świetności, którą ludzie dokonujący adaptacji pomieszczeń na 

potrzeby szpitala zachowali świadomie.   

Po lunchu kobiety spotka

ły  się  na  oddziale  przyjęć.  W 

ogromnej sali, 

której  ściany  pokryte  były  drewnianymi 

panelami, 

znajdowało  się  sześć  wydzielonych  boksów  do 

badania pacjentów.   

–  Mamy tu wy

śmienite  wyposażenie  –  poinformowała  je 

Katherine Menzies i oprowadziła po oddziale. – Na górze są 
trzy sale operacyjne, 

które obejrzycie później.   

– Ile sal pracuje ju

ż normalnie? – spytała Joan Barnard.   

–  Sze

ść.  Na  każdej  jest  cztery  do  sześciu  łóżek  i 

odpowiednie  wyposażenie.  W  razie  potrzeby  możemy  więc 

przyjąć od dwudziestu czterech do trzydziestu pacjentów... – 

W  jej  kieszeni  zadźwięczał  brzęczyk.  –  Wzywają  mnie  do 
gabinetu, 

więc  proponuję,  żebyście  napiły  się  herbaty  w 

pokoju dla personelu.  Nie mamy tu rygorystycznych 
przepisów. Doktor Steven Lomax lub ja oprowadzimy was po 
salach jutro rano,  a potem zdecydujemy, 

gdzie  każda  z  was 

będzie pracować.   

background image

Czas na herbat

ę  upłynął  w  przyjaznej  atmosferze.  Poza 

nimi było jeszcze sześć czy siedem osób z personelu i wkrótce 

Joan Barnard pogrążyła się w rozmowie z jednym z lekarzy, a 

Laura  i  Gemma  przyglądały  się  wszystkim  z  ciekawością, 

cicho dzieląc się swymi wrażeniami.   

Nagle drzwi gwa

łtownie się otworzyły i do pokoju wszedł 

średniego wzrostu mężczyzna w białym fartuchu. Miał około 

pięćdziesięciu lat, gęste jasne włosy, ciemnoniebieskie oczy i 

dość ponury wyraz twarzy. Przywitał wszystkich, unosząc do 

góry rękę.   

–  Przepraszam, 

że  wam  przerywam,  ale prawdopodobnie 

jutro przyleci sanitarka z Europy Wschodniej. 

Tak  więc  ci, 

którzy mogą, niech się dzisiaj wyśpią, bo jutro mogą nie mieć 
na to czasu.  – 

Na  zmęczonej  twarzy  mężczyzny  pojawił  się 

cień  uśmiechu.  –  To nie jest plotka.  Przechodziłem  obok 
pok

oju  przełożonej  i  podsłuchałem  fragment  rozmowy 

telefonicznej.  Panna Menzies na pewno powie wam o tym 
sama, 

ale nigdy nie zaszkodzi wiedzieć trochę wcześniej, więc 

nie mówcie, 

że was nie ostrzegałem! 

–  Zawsze czarno widzisz,  Steven  –  za

żartował  ktoś  –  ale 

tym  razem  ci  wierzymy!  A  miałem  zamiar  wyskoczyć  dziś 
wieczorem na piwo.   

Steven Lomax wzruszy

ł ramionami i wyszedł, machnąwszy 

im na pożegnanie ręką. Gemma i Laura przedstawiły się paru 

osobom i w jakiś czas potem wróciły do swoich pokoi, chcąc 

rozpakować  do  końca  walizki,  żeby  po  kolacji  móc  od  razu 

położyć się spać.   

Nast

ępnego  ranka  przy  śniadaniu  panna  Menzies  ogłosiła 

nowinę, którą przekazał im wcześniej doktor Lomax. Wszyscy 
jednak udawali, 

że słyszą ją po raz pierwszy.   

– Powinni zjawi

ć się między drugą a czwartą – uzupełniła z 

ożywieniem.  –  Na  pokładzie  oprócz  pacjentów  są  dwaj 
lekarze: doktor Peter Wentworth, 

jak sądzę Szkot, oraz doktor 

background image

Jacques Morreaux – Francuz. 

Towarzyszą im dwie francuskie 

pielęgniarki.  Po  przekazaniu  nam  pacjentów  odlecą  z 
po

wrotem do Paryża. Oczekuję,   

że wszyscy będą w pogotowiu i potraktują tę sytuację jako 

sprawdzian  naszych  umiejętności.  To chyba oczywiste? 

Dziękuję, na razie to wszystko.   

Nieco p

óźniej  Laurę  wezwano  do  biura  panny  Menzies. 

Stawiła  się  przed  nią  w swoim nowiutkim,  białoliliowym 

pielęgniarskim stroju, by wysłuchać poleceń.   

–  Wiem,  Lauro, 

że  w  szpitalu Colchester  pracowałaś  jako 

siostra  oddziałowa,  my  jednak  zaproponowaliśmy  ci  tylko 

posadę  pielęgniarki.  Będziesz  pracowała  na  dwóch  salach 
chirurgi

cznych; nazywają się Hiacynt i Pierwiosnek. Obecnie 

jest tam trzech pacjentów: dwóch kilkunastoletnich chłopców i 

mężczyzna  w  średnim  wieku.  Wiem,  że  lepiej  znasz  się  na 

pielęgniarstwie  pediatrycznym,  ale  chcę,  żeby  moje 

pielęgniarki  zdobyły  wszechstronne  umiejętności,  bo na tym 

odludziu  będą  musiały  dać  sobie  radę  ze  wszystkim.  Nie 

obawiaj się niczego i w przypadku jakichkolwiek problemów 

przychodź,  proszę,  do mnie.  Chciałabym,  żebyśmy  nie  tylko 

stanowili zgrany zespół, ale byli też zadowoleni z pracy, a jest 

to  możliwe  tylko  wtedy,  kiedy  będziemy  wobec  siebie 
szczerzy.  – 

Wstała  i  przyjrzała  się  bacznie  Laurze.  – 

Wyglądasz  bardzo  szykownie  w  tym  stroju,  więc  możemy 

pokazać się w Hiacyncie.   

Szpital nie mia

ł  jeszcze  pełnej  obsady  kadrowej  i  na 

oddziale znajd

owała  się  jedynie  dyżurna  pielęgniarka.  Panna 

Menzies przedstawiła je sobie i wyszła. Pearl Oboto – wysoka, 
elegancka Nigeryjka – 

miała najpiękniejszą twarz, jaką Laura 

kiedykolwiek  widziała,  oraz  olśniewający  uśmiech, 

rozjaśniający wielkie brązowe oczy ciepłym światłem.   

–  Mi

ło  mi  cię  poznać.  Jak widzisz,  nie padamy na  nos z 

przepracowania.  Ale mam wra

żenie,  że  wkrótce  to  się 

background image

radykalnie zmieni.   

Laura z przyjemno

ścią rozglądała się po lśniącej nowością i 

czystością sali. Zachwycały ją kolorowe zasłony przy łóżkach, 
meble z jasnego drewna, 

a przede wszystkim roztaczający się 

z okna widok na jezioro i bladozielone wzniesienia.   

– Z pewno

ścią masz rację, Pearl. Muszę jak najszybciej ze 

wszystkim się zapoznać, żebym zdążyła przed szturmem.   

W porze lunchu informacja panny Menzies o wyl

ądowaniu 

sanitarki  w  Inverness  i  wysłaniu  karetek  z  pacjentami  do 

Lodge  wzbudziła  skrywane  podniecenie  personelu.  Nawet 

pacjenci Hiacynta wyczuwali atmosferę, jaka panowała piętro 

niżej.   

–  Zoran,  to jest nasza nowa piel

ęgniarka.  –  Pearl 

przedstawiła Laurę mężczyźnie, któremu po przywiezieniu do 

Lodge  musiano  amputować  nogę.  –  Będzie  opiekować  się 

również  tobą.  –  Pearl  mówiła  powoli,  gestami  wyrażając 

znaczenie słów.   

–  Ach,  dobrze...  Ja mie

ć  szczęście.  –  Radośnie  pokiwał 

głową i szeroko się uśmiechnął.   

–  Masz racj

ę,  Zoran.  –  Pearl  uśmiechnęła  się  do  Laury  i 

zaczęły zmieniać mu opatrunek. – I jesteś bardzo dzielny.   

–  Tak,  tak.  –  Zn

ów pokiwał głową. Poprawiły mu pościel 

na łóżku.   

– To bardzo mi

ły człowiek – powiedziała Pearl. – Nie wie, 

o czym mówimy, 

ale szybko przyswoił sobie kilka słów.   

– Sk

ąd pochodzi? – spytała Laura, patrząc na jego kartę.   

– Z Bo

śni. Gdyby tu był ktoś, kto zna jego język, byłoby o 

niebo łatwiej.   

Laura spojrza

ła na dwa zajęte łóżka w drugim końcu sali.   

– Oni chyba 

śpią.   

–  Tak,  biedne diabl

ątka.  To bracia,  bliźniacy...  Nagle 

zadzwonił  telefon.  Pearl  odebrała  i  po  chwili  poinformowała 

Laurę: 

background image

–  Panna Menzies robi teraz zebranie personelu w izbie 

przyj

ęć.  Karetki  z  pacjentami  mogą  przyjechać  w  każdej 

chwili. 

Musisz  tam  pójść,  a  ja  mam  zostać  tutaj  i  czekać  na 

polecenia.   

Laura szybko pobieg

ła  na  miejsce  spotkania.  Czuła 

narastające podekscytowanie, ale i pewien niepokój.   

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

 

Przyspieszy

ła kroku, usłyszawszy czyjś krzyk: 

– Jad

ą! 

W izbie przyj

ęć  panowała  atmosfera  pełna  napięcia. 

Czekano na pacjentów  – 

dzieci  i  dorosłych,  uratowanych z 

dewastowanych  wojną  krajów.  Laura  dołączyła  do  stojących 

w  grupie  lekarzy  i  pielęgniarek.  Była  tam  i  Gemma,  która 

nachyliła się do niej i szepnęła: 

–  B

ędę pracować w tych  samych  salach co  ty. Czy to nie 

wspaniale? 

Nagle kto

ś oznajmił: 

– Ju

ż są! 

Laura zobaczy

ła  przez  okno  sznur  białych  karetek, 

sunących  wzdłuż  przeciwległego  brzegu  jeziora.  Wkrótce 

pokonały  zakole  i  na  prostej  drodze  wiodącej  do  Lodge 

wyraźnie  przyspieszyły.  Bardzo  ostrożnie,  z  chrzęstem  opon 

na żwirze, wjechały na podjazd i ustawiły się w kolejce.   

–  Wspaniale!  –  o

świadczyła  z  zadowoleniem  panna 

Menzies. – 

Przy odrobinie szczęścia uda nam się zainstalować 

wszystkich jeszcze przed herbatą. Czy przekazałaś doktorowi 
Lomaxowi  – 

zwróciła się do Laury – że on i doktor Hudson 

będą tu dziś po południu potrzebni? 

–  Tak  –  potwierdzi

ła  Laura.  –  Są  tutaj.  W  porządku. 

Poproszę  lekarzy  do  mnie.  A wy  –  zwróciła  się  do 
p

ielęgniarek  –  pamiętajcie,  o czym mówiłam.  Ci ludzie 

przeszli  przez  piekło,  zwłaszcza  dzieci.  W tej chwili 

potrzebują przede wszystkim troskliwej opieki. Podejrzewam, 

że nie w pełni rozumieją, co się z nimi dzieje. Wiem, że mogę 

na  was  liczyć  –  że  zrobicie  dla nich wszystko,  co tylko jest 

możliwe.   

Ogromne,  podw

ójne  drzwi  otworzyły  się  i  wniesiono  na 

noszach troje małych dzieci, które zaczęły histerycznie płakać. 

background image

Dwie pielęgniarki o bladych, zmęczonych twarzach wzięły je 

na  ręce  i  dzieci  przytuliły  się  do  nich kurczowo.  Lekarze 

wręczyli pannie Menzies i jej sekretarce dokumenty.   

Laura patrzy

ła  na  nich  ze  współczuciem.  Dobrze 

zbudowanego  mężczyznę,  średniego  wzrostu  i  w  średnim 
wieku, 

uznała  za  Francuza.  Drugi  był  wysoki,  szczupły  i 

ciemnowłosy.  Na jego przystojnej twarzy o niemal 

klasycznym profilu widać było ogromne napięcie, a ściągnięte 

rysy sprawiały, że wydawał się starszy, choć zapewne nie miał 

więcej  niż  trzydzieści  kilka  lat.  Z  pewną  irytacją  w  głosie 

rozmawiał właśnie z panną Menzies.   

–  Nie,  to niemo

żliwe  –  odparł  krótko,  zapytany o 

dokumenty, 

których  nie  posiadał.  –  Wyjaśniałem  to  już  z 

francuskimi  i  brytyjskimi  władzami  emigracyjnymi  i 

dodatkowe  dokumenty  tych  chorych  zostaną  dostarczone, 

kiedy  możliwe  będzie  uzyskanie  nowych  informacji.  –  W 

roztargnieniu  przesunął  palcami  po  włosach.  Drżenie  ręki 

zdradzało, że misja ta stanowiła dla niego stres.   

– W porz

ądku, panie Wentworth – oświadczyła niezrażona 

panna Menzies. – 

Zajmiemy się tym później.   

–  Nie mam hic wi

ęcej  do  dodania  –  oznajmił  tonem 

ucinającym wszelką dyskusję. – Chcę mieć tylko pewność, że 

dorośli  nie  będą  niepokojeni,  a  dzieci  nie  zostaną  stąd 

odprawione z powodu zbytecznych formalności.   

–  Prosz

ę  się  nie  martwić  –  powiedziała  panna  Menzies z 

uśmiechem.  –  Dopilnuję,  żeby  pańscy  pacjenci pozostali u 
nas, 

chyba  że  zaistnieje  konieczność  przewiezienia  ich  do 

innego szpitala ze względów medycznych.   

Wymamrota

ł  słowa  podziękowania  i  opuścił  ramiona,  co 

było wyrazem nie tylko zmęczenia, ale i ulgi.   

Ten Wentworth jest upartym cz

łowiekiem,  stwierdziła  w 

duchu Laura. 

Słysząc  narastającą  kakofonię  wrzasków, 

podeszła  do  dzieci.  Oprócz  dwójki  niemowląt  było  jeszcze 

background image

jedno paroletnie i dwie nastolatki. 

Maluchy  darły  się 

wniebogłosy  pomimo  napojów  i  biszkoptów,  dostarczonych 

do izby przyjęć przez Mary.   

Laura pr

óbowała  uspokoić  małą  czarnooką  dziewczynkę, 

która krzyczała histerycznie, choć oczy miała suche. Leżała na 
noszach w stanie skrajnej rozpaczy, 

ignorując jedzenie i picie. 

Jedna z francuskich pielęgniarek spojrzała na dziecko i Laura 

zagadnęła ją szybko: 

– Czy mo

że siostra wie, o co jej chodzi? 

M

łoda  kobieta  schyliła  się,  przesunęła  szybko  ręką  pod 

okrywającym  dziecko  kocem  i  ze  zmęczonym  uśmiechem 

powiedziała uspokajająco: 

– Chwileczk

ę, malutka. Zaraz wrócę.   

I prawie w mgnieniu oka zjawi

ła się z powrotem z miękką, 

podniszczoną kaczuszką w dłoni.   

–  Masz,  kochanie.  Teraz ju

ż lepiej, prawda? – Pocałowała 

dziewczynkę,  w  której  smutnych  oczach  pojawił  się  cień 

uśmiechu,  kiedy  przylgnęła  do  mocno  zmaltretowanej 
przytulanki, prawie pozbawionej puszystego futerka.   

–  Dzi

ękuję.  –  Laura  uśmiechnęła  się  do  dziewczyny.  – 

Musi być pani ciężko rozstawać się z dziećmi.   

– Tak, ale lepiej im b

ędzie w waszym szpitalu. Przeprosiła 

ją i szybko zajęła się kolejnymi podopiecznymi.   

Rozgl

ądając się po sali, Laura dostrzegła, jak poirytowany 

przed chwilą lekarz tuli w ramionach ciemnowłose niemowlę. 

Robił wrażenie, jakby całkowicie nie zgadzał się z dzieckiem, 
szczególnie teraz, 

kiedy  rozpłakało  się  na  nowo.  Laura 

pomyślała, że powinna uwolnić tego biedaka od marudzącego, 
sennego oseska. 

Zbliżyła się do niego i spytała życzliwie: 

– Czy mog

ę wziąć od pana dziecko? Jest chyba zmęczone.   

Przez chwil

ę  patrzył  na  nią  bez  słowa.  Jego czarne oczy 

płonęły  bólem,  jakby  w  chwili  słabości  ujawniło  się  w  nich 
wszystko, 

co  przeszedł.  Ze  smutnym  uśmiechem  pokręcił 

background image

przecząco głową.   

– Nie, ja... – W jego glosie brzmia

ło śmiertelne zmęczenie. 

– 

Dziękuję,  ale on jest do mnie przyzwyczajony  –  dodał 

urywanym  głosem,  jakby  mówienie  stanowiło  dla  niego 

nadludzki wysiłek.   

–  Tak,  oczywi

ście,  rozumiem.  –  Laura  była  zażenowana, 

czując,  że  wtrąciła  się  w  cudze  sprawy,  może  jakąś  osobistą 

tragedię.  Z  ulgą  zobaczyła,  że  izba  przyjęć  stopniowo 
pustoszeje, 

a  w każdym  razie  nie  ma  już  w  niej  pozostałych 

dzieci.   

Posz

ła  po  czyste  ręczniki  i  wracając  natknęła  się  na 

wyraźnie  poruszoną  Gemmę,  wiozącą  na  wózku  wyjęty  z 

karetek mizerny dobytek małych pacjentów.   

–  Podejrzewam, 

że  te  biedne  dzieciaki  będą  płakać  aż  do 

północy – wyznała ze smętną miną.   

– Miejmy nadziej

ę, że nie dłużej. Panna Menzies kazała ci 

powiedzieć,  że  dwie  nastolatki  i  przedszkolak  pójdą  na  twój 

oddział. Zapewne zaraz się tam zjawią, Na razie trzeba tylko 

zapakować ich do łóżek, a badania zrobi się później – mówiła 
Gemmie.   

– W takim razie id

ę na górę.   

– A ja musz

ę zająć się jeszcze jednym niemowlęciem.   

Podchodz

ąc  ponownie  do  lekarza,  który  trzymał  w 

ramionach dziecko tak kurczowo, 

jakby  bał  sieje  upuścić, 

zauważyła na jego wymizerowanej twarzy niezwykłą bladość i 

zaniepokoiła się.   

Biedak, pomy

ślała, chyba potrzebuje leczenia tak samo jak 

jego pacjenci. 

W  tej  samej  chwili  podniósł  na  nią  wzrok  i 

robiąc  krok  w  jej  stronę,  otworzył  usta,  by  coś  powiedzieć. 

Nim jednak zdążyła podejść, jego twarz poszarzała, zachwiał 

się i próbując bez powodzenia wydusić z siebie jakieś słowo, 

wyciągnął  ramiona  z  dzieckiem  przed  siebie.  Rzuciła  się  na 

pomoc  i  zdążyła  chwycić  niemowlę,  nim  mężczyzna  osunął 

background image

się na kolana, a następnie upadł nieprzytomny na podłogę.   

W pierwszej chwili nikt,  oprócz panny Menzies,  niczego 

nie zauważył.   

–  Prosz

ę  zająć  się  dzieckiem,  siostro  –  zareagowała 

natychmiast  przełożona  i  rozejrzała  się.  –  Doktorze Hudson, 

proszę  tu  przyjść!  –  zawołała.  –  To jeden z lekarzy,  którzy 

przywieźli pacjentów. Wygląda na to, że podróż zwaliła go z 
nóg.   

Tim Hudson oraz francuski lekarz szybko podeszli do 

le

żącego  kolegi  i  ułożyli  go  w  takiej  pozycji,  by  mógł 

swobodnie oddychać.   

–  M

ój  Boże,  jest  cały  we  krwi!  –  krzyknął  nagle  Tim 

Hudson.  – 

Poproszę  wózek,  siostro.  Bierzemy go do boksu. 

Potrzebny jest tlen,  kroplówka, 

próba  krwi  i  przenośny 

rentgen. 

Przygotować  salę  operacyjną.  Proszę  zawiadomić 

doktora Lomaxa; jest chyba na górze przy dzieciach. 

Nagły 

wypadek.   

Laura zauwa

żyła,  że  dziecko  ssie  paluszki  i  spytała 

francuską  pielęgniarkę,  co przynieść  mu  do  jedzenia.  Ta z 

uśmiechem wzięła niemowlę na ręce, obserwujące sytuację z 
takim zaciekawieniem, 

że zapomniało o płaczu.   

–  Troch

ę ciepłego mleka.  Macie? – spytała z niepokojem, 

nie  odrywając  wzroku  od  wózka  wiozącego  lekarza  na 
badania. – 

On za ciężko pracował. Doktor Peter nie powinien 

z nami dziś jechać.   

Laura skin

ęła  ze  zrozumieniem  głową,  nie  wiedząc,  co 

powiedzieć.   

–  P

ójdę  po  mleko,  a  potem  dowiemy  się,  co  się  stało 

doktorowi.   

Z my

ślą  o  pozostałych  dzieciach  zagrzała  dużo  mleka, 

odl

ała  część  do  butelki  ze  smoczkiem  i  wróciła  do  izby 

przyjęć.  Młoda  Francuzka,  tuląca  do  siebie  dziecko, 

uśmiechnęła się do niej z wdzięcznością i cicho wyjaśniła: 

background image

– Jego matka umar

ła przy porodzie. A to taki dobry, uroczy 

chłopczyk.   

–  Biedne male

ństwo  –  westchnęła  Laura.  –  Może  kiedyś 

znów będzie szczęśliwy. Może tu, w naszym kraju.   

Dziewczyna wzruszy

ła ramionami.   

– Que sera, sera.   
– Jak si

ę nazywa? 

– Andre. Znam tylko imi

ę.   

–  P

ójdę  sprawdzić,  co  się  dzieje  –  oznajmiła  Laura  i 

skierowała się w stronę boksu. Mężczyznę wywożono właśnie 

na  salę  operacyjną.  Doktor Hudson i panna Menzies 

rozmawiali  przyciszonym  głosem.  Francuski  lekarz nie 
widz

ącym  wzrokiem  wpatrywał  się  w  przestrzeń.  Usiadła 

obok niego.   

–  Pa

ński  kolega  ma  pecha.  Słyszałam,  że  bardzo  ciężko 

pracował.   

Parskn

ął prawie szyderczym śmiechem.   

– Wojna jest ci

ężka, mademoiselle. – Wyrazista twarz była 

poorana przedwczesnymi,  zdaniem Laury,  zmarszczkami.  – 
Ci, 

którzy  przeżyli,  rzadko  chcą  o  niej  opowiadać,  ale...  – 

zwrócił głowę w kierunku opustoszałego przed chwilą boksu – 

blizny pozostają na zawsze.   

Nagle us

łyszała swoje nazwisko. Wzywano ją do Hiacynta. 

Z  ulgą  rzuciła  szybko  au revoir mężczyźnie,  znowu 

zatopionemu we własnych myślach, i podeszła do windy.   

– Ciesz

ę się, że nie położyłam w tej sali dzieci – oznajmiła 

panna Menzies.  – 

Zdecydowałam,  że  w  obecnej  sytuacji 

położę  tu  doktora  Wentwortha.  Będzie  miał  więcej  spokoju. 

Dowiedziałam  się,  że  trzy  dni  przed  lotem  do  Anglii  został 

ranny w klatkę piersiową. Był zbyt słaby na taką podróż, ale 

uparł się, no i oczywiście szwy nie miały czasu się zagoić. W 

tej  chwili  zakładają  mu  nowe  i  będziemy  musieli  się  nim 

zaopiekować. Teraz idę zadzwonić do Paryża.   

background image

Wychodz

ąc zatrzymała się przy drzwiach i dodała: 

– Przy okazji, siostra Weekes wraca jutro po wolnym dniu. 

Jest siostr

ą oddziałową w obu salach chirurgicznych.   

 
Wieczorem Laura zadzwoni

ła  do  domu.  Telefon  odebrał 

ojciec.   

–  Cze

ść,  tato.  Dzwonię,  żeby  powiedzieć,  że  u  mnie 

wszystko w porządku.   

–  Dzi

ęki Bogu, moja droga. Twoja matka stała się bardzo 

drażliwa  od  czasu  twojego  wyjazdu.  Więc  masz  zamiar  tam 

zostać? – Zniżył głos. – Cieszę się, że zadzwoniłaś. Problem w 
tym... 

Czuję, że przez ten rozwód wypędziliśmy cię z domu. I 

martwię się tym.   

–  Niepotrzebnie.  I tak musia

łam  ułożyć  sobie  życie od 

nowa, 

i  naprawdę  dobrze,  że  zrobiłam  to  teraz.  W wolnej 

chwili  napiszę  długi  list.  Daj  mi  jeszcze  na  chwilę  mamę  i 

kończę. Trzymaj się, tato.   

– Ty te

ż, kochanie. Już jest mama.   

– Lauro, to ty? – Us

łyszała załamujący się głos.   

–  Cze

ść,  mamo.  Przepraszam,  że  nie  dałam  wcześniej 

znaku  życia,  ale  dotąd  wszystko  układa  się  pomyślnie,  więc 

nie martw się o mnie.   

Stara

ła  się  poprawić  nastrój  matki,  ale  trudno  jej  było 

rozmawiać z osobą będącą na granicy histerii, toteż szybko ją 

pożegnała. 

Nast

ępnego  dnia rano Laura,  wysłuchując  raportu 

pielęgniarki  z  nocnej  zmiany,  z  zaintrygowaniem  czekała  na 
ponowne spotkanie z doktorem Wentworthem.   

–  A teraz nasz nowy pacjent,  doktor Wentworth  – 

przekazywa

ła  informacje  pielęgniarka  przejmującym  dyżur 

koleżankom.  –  Ma  dość  paskudną  ranę  postrzałową.  Kula 

przeszła  na  wylot.  Jak zapewne wiecie,  trzeba  było  założyć 
mu nowe szwy. 

O  szczegółach  zmiany  opatrunków 

background image

powiadomi was doktor Lomax podczas obchodu. 

Spał  dość 

spokojnie. – 

Przewróciła kartkę w księdze raportów. – A teraz 

bliźniacy.  Bez problemów.  –  Uśmiechnęła  się.  –  Informacja 

dla Gemmy i Laury: nie potrafimy wymówić ich imion, więc 

nazwaliśmy  ich  Kain  i  Abel.  Spali normalnie.  Z powodu 

odleżyn  leżą  na  materacach wodnych.  Wyglądają  jak  żywe 
szkielety i mus

i  dostawać  dawki  żelaza  jak  w  przypadku 

niedo

krwistości  niedoborowej;  kwas  foliowy doustnie przez 

siedem do czternastu dni; witaminy E i K oraz proteiny. 

Dokładne  zalecenia  są  wypisane  na  ich  kartach.  Doktor 

Lomax  bardzo  się  nimi  przejmuje.  Podejrzewa chyba,  że 
dolega 

im coś jeszcze, jednak na razie nie mają dość sił, żeby 

przejść wszystkie potrzebne badania.   

I jeszcze Zoran. 

W nocy potrzebowa

ł  środków 

przeciwbólowych.  Nie ma krwawienia z rany.  – 

Spojrzała na 

Laurę.  –  Trzeba  mu  dziś  zmienić  opatrunek,  Ann  ci  pokaże. 
O

n sam zresztą też bywa pomocny. To niewiarygodne, ile się 

tutaj nauczył.   

W tym momencie otworzy

ły się drzwi i weszła atrakcyjna, 

młoda kobieta.   

–  Dzie

ń  dobry  wszystkim!  –  Przywitała  zebranych 

promiennym uśmiechem. – Witam nowe siły – zwróciła się do 
Laury i Gemmy. – Jestem Ann Weekes.   

Przedstawi

ły się również.   

–  Odebra

łam  pocztę  z  nadzieją,  że  tym  razem  będzie  coś 

dla pacjentów. Niestety, jak zwykle, 

wyłącznie dla personelu. 

– 

Podała list kończącej dyżur pielęgniarce.   

Ta podzi

ękowała i zebrała swoje rzeczy.   

– 

Żegnam więc. Do zobaczenia wieczorem. Gemma udała 

się do Pierwiosnka, a Ann i Laura do Hiacynta, by przywitać 
czterech pacjentów, 

trzech  uśmiechniętych  i  jednego  z 

kamienną twarzą. Peter Wentworth siedział oparty o poduszki, 

miał zamknięte oczy i nie wiadomo było, czy śpi, czy nie.   

background image

– Nie wygl

ąda najlepiej – przyznała cicho Ann – choć spał 

dobrze, 

więc zostawmy go na razie w spokoju.   

W porze 

śniadania Laura zaniosła mu tacę z posiłkiem.   

–  Dzie

ń  dobry,  panie doktorze.  Czy  spał  pan  dobrze? 

Zamrugał  powiekami  i  spojrzał  na  Laurę  niepewnie,  lekko 
unosz

ąc  brwi,  jakby  nie  wiedział,  gdzie  się  znajduje,  ale po 

chwili rozpoznał ją.   

–  Tak,  dzi

ękuję.  –  Próbował  unieść  się  nieco,  kiedy 

poprawiała  mu  poduszki,  i  nagle  musiał  przypomnieć  sobie 
wszystko, 

bo  spytał  niespokojnie:  –  Dzieci,  które wczoraj 

przywieźliśmy... są tutaj? 

–  Tak,  po drugiej stronie korytarza,  w sali zwanej 

Pierwiosnkiem – odpowiedzia

ła, stawiając tacę na stoliku przy 

łóżku.  –  Teraz  proszę  coś  zjeść.  To bardziej panu potrzebne 

niż martwienie się o swoich podopiecznych.   

Spojrza

ł na nią posępnie, jak na osobę całkowicie oderwaną 

od rzeczywistości.   

– Nie mog

ę jeść, przepraszam.   

–  Zostawi

ę tacę  na  wypadek,  gdyby  zmienił  pan  zdanie  – 

powiedziała zachęcającym tonem. – Gotowane jajka są bardzo 

świeże  i  smaczne;  są  od  kur  z  pobliskiego,  małego 
gospodarstwa, a nie z fermy.   

– Naprawd

ę? – spytał ponuro.   

W jaki

ś czas później wróciła do niego w towarzystwie Ann. 

Jedzenie na tacy leżało nietknięte, niemniej Ann powitała go 

wesoło.   

– Witam, doktorze! I jak wygl

ąda świat dziś rano? 

–  Dzie

ń  dobry  paniom.  –  Oczy,  pełne  bólu  poprzedniego 

wieczoru, 

teraz  przynajmniej  były  czujne.  –  Dziękuję  – 

powiedział  cicho.  –  I  bardzo  jestem  wdzięczny.  Czy  ktoś 

skontaktował się z Paryżem? 

–  Tak  –  odpowiedzia

ła  Laura.  –  Panna  Menzies  dzwoniła 

wczoraj wieczorem.   

background image

– Dzi

ęki Bogu.   

Ann rzuci

ła  okiem  na  kartę  chorego,  wiszącą  w  no  gach 

łóżka.   

– Wydaje si

ę, że wszystko jest w porządku, więc niech pan 

po prostu wypoczywa.  Jestem Ann Weekes,  a to Laura 
Meadows – nasz no

wy nabytek i moja prawa ręka.   

–  Laura Meadows.  –  Spojrza

ł  na  nią  i  kształtne  usta 

rozszerzyły  się  w  lekkim  uśmiechu.  –  Ta,  co  wykonała 
wczoraj lamparci skok, 

żeby złapać dziecko, zanim spotkałem 

się z podłogą.   

– To do

ść niezły opis – zgodziła się Laura, czerwieniejąc na 

twarzy. 

W  ciemnoniebieskich  oczach  lekarza  czaił  się  błysk 

sugerujący, że w lepszych czasach nieobce mu było poczucie 
humoru.   

–  Jestem pani d

łużnikiem.  Usłyszałem  pani  nazwisko  w 

drodze na salę operacyjną.   

– Do

ść już o tym – przerwała Ann. – Musi pan oszczędzać 

siły.  Doktor Lomax podczas obchodu powie panu o 
wszystkim,  co panu wolno,  a czego nie.  Wiem, 

że  lekarze 

wolą  być  przy  łóżku,  a nie w nim.  –  Zauważyła,  że  Zoran 

macha ręką w stronę doktora Wentwortha. – Zostawiamy teraz 
panów samych na pogaduszki. 

Tylko proszę nie wstawać pod 

żadnym pozorem! 

Po wyj

ściu z sali Ann powiedziała w zadumie: 

– Ten cz

łowiek bardzo się czymś dręczy. Mam wrażenie, że 

nie będzie zbyt towarzyski.   

Przesz

ły  do  Pierwiosnka,  gdzie  było  bardzo  spokojnie.  W 

bocznej  salce  trzech  mężczyzn  i  młody  chłopak  usiłowali 

zrozumieć,  co  starał  się  przekazać  im  skomplikowanymi 
gestami Dennis.   

–  Biedny Dennis  –  mrukn

ęła  Ann.  –  Nie tylko on  będzie 

miał  takie  problemy.  –  Spostrzegła  doktora  Lomaxa, 

kierującego się do Hiacynta. – Proszę, pójdź z nim na obchód, 

background image

Lauro. 

Ja  zajmę  się  tymi  pacjentami.  Wychodząc  usłyszała 

dzwonek telefonu, 

ale zignorowała go, spiesząc się do doktora 

Lomaxa. 

Zastała  go  przy  łóżku  doktora  Wentwortha; 

rozmawiali z ożywieniem.   

– Dzie

ń dobry, siostro! Jak się tu pani urządziła? – odezwał 

się na jej widok.   

– Dzi

ękuję, świetnie.   

Bez 

żenady zaciągnął zasłony wokół łóżka pacjenta. Doszła 

do wniosku, 

że musi to być typowo szkocki zwyczaj, bowiem 

doktor Lomax nie był aroganckim człowiekiem.   

–  Lauro,  czy mog

ę cię prosić na chwilę? – W progu stała 

blada i zdenerwowana Ann.  – 

Słuchaj,  muszę  wyjść.  Tony, 

mój  mąż,  miał  jakiś  wypadek.  Dzwoniła  moja  matka. 

Pozmieniaj  pozostałe  opatrunki.  Muszę  teraz  iść  do  panny 
Menzies.   

Laura podesz

ła  do  wózka,  na którym  Pearl  ułożyła 

wcześniej  wszystko,  co  mogło  być  potrzebne  do  zmiany 
opatrunku, 

bowiem  doktor  Lomax  był  już  w  masce  i 

rękawiczkach, gotów do zbadania rany pacjenta.   

–  Jak dot

ąd  wszystko  w  porządku,  Peter  –  stwierdził  z 

zadowoleniem.  – 

Chcę,  żeby  siostra  założyła  ci  specjalny 

opatrunek, 

ze  środkiem  przeciwinfekcyjnym.  –  Odwrócił  się 

do Laury.  –  Siostro, 

proszę  nie  żałować  kaltostatu  i  dobrze 

nasączyć gazik. – Z palcem wycelowanym w pacjenta dodał: – 
A poza tym, stary, dwa, 

trzy dni pełnego odpoczynku! 

Laura posz

ła  do  szafy  z  lekami  i  wyjęła  butelkę  z 

kaltostatem. 

Po powrocie do sali zobaczyła, że doktor Lomax 

bada  bliźniaki  w  asyście  Pearl.  Podeszła  do  schowanego za 
parawanem pacjenta,  czekaj

ącego  cierpliwie  na  opatrzenie 

rany. 

Obserwował ją z zainteresowaniem.   

–  Przepraszam, 

że  to  trwało  tak  długo,  ale dopiero 

nabieramy wprawy.  Zapewne wie pan, 

że  szpital  otwarto 

niedawno.   

background image

– Z tego, co zaobserwowa

łem, to bardzo dobry szpital.   

Rozk

ładając folię chroniącą pościel przed zamoczeniem, z 

zażenowaniem  uświadomiła  sobie,  że  fascynują  ją  jego 

szerokie ramiona i gładka skóra.   

–  Milo mi, 

że  panu  się  podoba  –  rzuciła  z  uśmiechem. 

Natychmiast  zawstydziła  się  tak  banalnej  odpowiedzi,  ale 

winę zrzuciła na zdenerwowanie.   

–  Od jak dawna pani tu pracuje? Oddzia

łowa wspomniała, 

że bardzo krótko.   

U

śmiechnęła  się,  widząc,  z  jaką  powagą  obserwuje  jej 

dłonie umieszczające sterylną gazę wokół rany.   

– Dwa dni.   
–  Bardzo szybko si

ę pani zaadaptowała. Odwróciła się, by 

przyciągnąć  wózek,  nalała  kaltostatu do nerki i nasączywszy 

dokładnie kolejny gazik, spojrzała na mężczyznę. Jego twarz 

tchnęła szczerością.   

–  Po prostu znalaz

łam  się  tam  we  właściwej  chwili  – 

powiedziała  obojętnym  tonem,  usuwając  użyte  wcześniej 
gaziki z jego piersi.  –  To jest zimne  – 

ostrzegła  i  przykryła 

zszyte miejsce mokrym opatrunkiem. – 

Proszę pochylić się w 

moją stronę – poleciła.   

Owin

ęła jego pierś bandażem, a potem lekko popchnęła na 

poduszki.   

Przez ca

ły  ten  czas  nie  spuszczał  z  niej  oczu,  a ona,  co 

zdarzało  się  często,  przeklinała  w  duchu  swą  jasną, 

nadzwyczaj  skłonną  do  rumieńców  cerę,  które tym razem 

wywołały wypowiedziane cicho słowa: 

– Dzi

ękuję, siostro, teraz jest znacznie lepiej.   

A intonacja jego g

łosu upewniła ją, że nie było to wszystko, 

co chciałby powiedzieć.   

Wymy

śliłam to sobie, powtarzała w duchu, odprowadzając 

wózek  na  miejsce  i  sprzątając  go.  Nie  miała  jednak 

wątpliwości, że doktor Wentworth jest już w lepszej formie i 

background image

że potrafi być milszy.   

P

óźniej,  kiedy  przyszła  pora  na  dostarczenie  niektórym 

pacjentom kleików i napoi, 

znowu  znalazła  się  przy  jego 

łóżku.   

Wydawa

ło się, że śpi. Tym razem zasłony były odsunięte i 

poranne  słońce  oświetlało  jego  twarz,  ujawniając  siateczkę 

drobnych  zmarszczek  wokół  oczu.  Nadal  ją  interesował, 

chciałaby  zadać  mu  wiele  pytań,  choć  wiedziała,  że to 

niemożliwe.  Czuła,  że  chciałaby...  po  prostu  porozmawiać  z 
nim.   

Nagle otworzy

ł oczy i znowu poczuła zażenowanie, mimo 

to z uśmiechem postawiła kubek z gorącą czekoladą na szafce 

przy łóżku.   

–  Przepraszam, 

że  przeszkadzam.  Uśmiechnął  się 

niepewnie.   

– Ani troch

ę. Tak naprawdę chciałbym, żeby pani usiadła i 

mówiła do mnie o wszystkim i o niczym przez następne dwie 
godziny. 

Czuję się, jakby nie było mnie tu całe wieki.   

– A jak d

ługo to trwało naprawdę? 

– Cztery lata.  Wpad

łem tu dwa razy, w tym raz wyłącznie 

służbowo,  na  parę  wykładów  dla  studentów  medycyny  w 
Edynburgu.   

Wzi

ęła do ręki kubek z czekoladą.   

– Prosz

ę, smacznego. A potem może pan się zdrzemnie? 

–  To tak?  –  Nieoczekiwanie w jego g

łosie  zabrzmiał 

żartobliwy  ton.  –  Kiedy wreszcie jest mi dobrze,  pani mnie 
opuszcza? 

Podnios

ła do góry roześmiane oczy.   

– Kto to powiedzia

ł, że najgorszymi pacjentami są lekarze? 

– 

spytała przez ramię, odczuwając absurdalną dumę z powodu 

wprowadzenia go w dobry humor.   

 
Po powrocie do pokoju piel

ęgniarskiego  odebrała  telefon 

background image

od panny Menzies.   

– Obawiam si

ę, że wypadek Tony’ego był poważniejszy niż 

sądzono.  Przeganiał  stado  owiec  przez  drogę,  kiedy  jakiś 

idiota wyjechał jak szalony zza zakrętu. Zabił parę owiec, psa 

i  poważnie  ranił  Tony’ego.  A co najgorsze,  znaleziono go 

dopiero pół godziny po wypadku.   

–  Och,  m

ój  Boże,  to straszne  –  wydusiła  zaszokowana 

Laura. – Gdzie zabrano Tony’ego? 

– Najpierw do miejscowego szpitala w Dornoch, ale by

ło z 

nim tak źle, że wiozą go teraz do Inverness. Ann jest z nim i 
dlatego dzwoni

ę.  Czy  mogłabyś  ją  zastąpić  do  czasu,  aż 

będzie  wiadomo  coś  więcej?  Może  z  pomocą  Gemmy  i 

Dennisa jakoś sobie poradzisz? 

–  Na pewno  –  odpar

ła  szybko,  dumna z otrzymanej 

propozycji. – 

Będę robić wszystko do czasu jej powrotu.   

–  Dobra z ciebie dziewczyna.  Nie zapomnij, 

że  w  razie 

jakichś problemów możesz przyjść do mnie. Przy okazji, jak 

się czuje doktor Wentworth? 

– Powiedzia

łabym, że jego stan jest zadowalający. Nie jest 

już tak przygnębiony jak wczoraj.   

–  To dobrze.  Chyba mniej si

ę  martwi  o  te  dzieci. 

S

łyszałam,  że  przeżył  straszne  chwile  w  rejonach  objętych 

walką.   

Te s

łowa  panny  Menzies  wróciły  do  niej  echem,  kiedy 

zaniosła mu tacę z lunchem.   

– Jak si

ę panu podoba ten zestaw: ryba zapiekana w cieście 

z warzywami, a potem krem malinowy? – 

spytała z nadzieją, 

że  wprawi  go  w  lepszy  humor.  Spotkało  ją  jednak 
rozczarowanie.   

– Wszystko jedno. Dzi

ękuję, siostro – odparł obojętnie.   

– Ale

ż panie doktorze! Z tego, co wiem, musi pan odzyskać 

stracony czas, 

to znaczy dobrze się odżywiać – zachęcała go z 

uśmiechem,  ale  słowa  zamarły  jej  na  ustach  na  widok  jego 

background image

posępniejącej twarzy.   

–  S

ą  znacznie  ważniejsze  sprawy  w  życiu,  siostro. 

Przynajmniej dla mnie. 

Uświadomiłem  sobie  ostatnio,  jak 

niewiele człowiekowi potrzeba, żeby nie umarł z głodu, więc 
powtarzam: co jem, 

nie jest dla mnie ważne.   

–  Rozumiem  –  rzek

ła  lakonicznie,  chcąc  skończyć 

rozmowę.   

–  Nie jestem tego pewny  –  powiedzia

ł ironicznym tonem, 

patrząc  jej  w  oczy.  –  Czy to  w ogóle  jest  możliwe?  –  dodał 

wręcz drwiąco.   

Jego sarkazm zdenerwowa

ł ją. Co on, do diabła, o niej wie? 

Jakie ma prawo ją osądzać? Powróciła myśl o bracie, którego 

tak niedawno straciła, i narosła w niej złość.   

Rok temu jej brat,  student medycyny,  nam

ówił  ją,  aby 

podczas zimowych ferii pojechali na ochotnika z transportem 

wiozącym  pomoc  humanitarną  dla  Bośni.  To,  co tam 
zobaczyli, 

sprawiło,  że  postanowił  po  skończeniu  studiów 

dołączyć  do  „Lekarzy  świata”.  Podczas  długiej  podróży 

powrotnej  w  mroźną  zimę  nie  mówił  o  niczym  innym.  Parę 

tygodni później już nie żył.   

Unios

ła  głowę  i  wyprostowała  się,  usiłując  odzyskać 

panowanie  nad  sobą.  Potem  pochyliła  się  i,  chcąc  ukryć 

drżenie dłoni, zaczęła wygładzać przykrywający go koc.   

–  Chyba niewielu ludzi,  panie doktorze,  mog

ło  zachować 

obojętność  po  doniesieniach  i  reportażach  stamtąd  – 

oświadczyła spokojnym głosem.   

– Trzeba przyzna

ć, że nie na wszystkich spada obowiązek... 

– 

zaczął szorstko i urwał, dostrzegając nagle, że ją zranił.   

Wci

ągnęła głęboko powietrze i powiedziała: 

– Niefortunnie si

ę składa, że pomoc potrzebna jest na całym 

świecie, doktorze.   

Nie by

ła  zadowolona,  że  pozwoliła  wyprowadzić  się  z 

równowagi. 

Naprawdę  powinna  lepiej  panować  nad  sobą. 

background image

Uśmiechnęła się z wysiłkiem i z rozmysłem udała ożywienie.   

– Tak czy owak – rzuci

ła lekko – nadal polecam rybę! 

–  Dobrze.  Niech b

ędzie  ryba!  A  jak  się  czują  dzieci?  – 

Uśmiechnął się do niej niepewnie, jakby proponował rozejm.   

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

 

Lunch w jadalni personelu przebiega

ł  w  atmosferze 

współczucia  dla  Ann  Weekes.  Nie potrafiono sobie jej 

wyobrazić bez pogodnego i życzliwego wszystkim Tony’ego; 
mówiono o nich jako o dobranej parze, bardzo sobie oddanej.   

–  Co prawda nie znamy go,  Lauro,  ale dlaczego mili i 

szcz

ęśliwi  ludzie  tak  często  mają  pecha?  To  bez  sensu, 

prawda? – 

spytała Gemma, bez apetytu jedząc rybę.   

– Bóg jeden wie – 

odparła Laura, wracając wspomnieniami 

do  śmierci  brata.  Kiedyś  myślała  głównie  o  własnym 
cierpieniu z powodu jego utraty, 

teraz zaś uświadomiła sobie, 

że  rodzice  znaleźli  się  w  znacznie  gorszej  sytuacji.  Ona ma 

pracę,  która  siłą  rzeczy  pozwala  jej  oderwać  się  od  smutku, 

oni zaś nie mają czym wypełnić pustki i nic nie przynosi im 
ulgi.   

– Nie s

ądzisz? – usłyszała głos Gemmy.   

– Przepraszam, zamy

śliłam się.   

– M

ówiłam, że jeśli Tony nie będzie w stanie zajmować się 

farmą, biedna Ann będzie musiała zrezygnować z pracy.   

– Mo

żliwe. A propos, panna Menzies chce, żebym przejęła 

obowiązki Ann. Myślę, że powie ci o tym sama. – Wydało się 
jej, 

że  w  oczach  Gemmy  błysnęła  zazdrość.  Nie,  to 

niemożliwe. Przecież chodzi tylko o zastępstwo. – Jak się ma 

mały  Andre?  –  zmieniła  szybko  temat.  –  Nie  miałam  dziś 

czasu do niego zajrzeć.   

– Jest naprawd

ę wspaniały. Myślę, że dużo miłości pozwoli 

mu szybko dojść do siebie.   

–  Masz chyba racj

ę.  Mam  wrażenie,  że  cierpi  jedynie  na 

niedożywienie. Dzięki Bogu.   

Z przyjemno

ścią  udała  się  do  swego  pokoju na krótki 

odpoczynek  i  zaparzyła  miętową  herbatę,  żeby  pozbyć  się 

lekkiego  bólu  głowy.  To zapewne efekt rozmowy z Peterem 

background image

Wentworthem, 

pomyślała.  Zakłócił  jej  spokój  ducha, 

uzmysławiając,  jak  bardzo  jest  nadal  drażliwa  z  powodu 

śmierci brata.   

Nie chc

ąc kłaść się na łóżku w obawie, że zaśnie, usiadła na 

dwuosobowej  kanapie  i  podciągnęła  w  górę  nogi.  Nawet nie 

wiedziała,  kiedy  zmorzył  ją  sen.  Była  zła  na  siebie,  że  po 

przebudzeniu  jej  myśli  natychmiast  wróciły  do  Petera 
Wentwortha. 

Z pewnością nie może jej naprawdę pociągać – 

przecież minęło tak niewiele czasu od rozstania z Keithem. Po 

prostu  wtargnął  w  jej  życie  nieoczekiwanie,  od pierwszej 

chwili  irytując  ją  i  intrygując  jednocześnie.  Doszła  do 
wniosku, 

że ambiwalencja uczuć to chyba dobre wyjaśnienie 

jej stanu. No, a poza tym, 

ma on pewien wdzięk...   

Tym niemniej, 

świadoma  jego  zmiennych  nastrojów, 

przyrzekła sobie znosić je ze spokojem. W końcu wkrótce już 

go tu nie będzie.   

 
Zesz

ła  do  pokoju  pielęgniarskiego  i  przekazała 

telefonicznie pannie Menzies zmiany, 

jakie  wprowadziła  w 

grafiku  dyżurów,  a  potem  poszła  do  Pierwiosnka.  Po 

przeniesieniu  mężczyzn  do  sali  obok  położono  tam  dzieci: 
szesnasto – 

i dwunastolatkę, parolatka oraz dwoje niemowląt. 

Wszystkie  były  niedożywione  oraz  wzruszająco  ciche  i 
spokojne, 

zwłaszcza  leżące  nieruchomo  w  łóżeczkach 

niemowlęta,  przyglądające  się  wszystkiemu  ogromnymi 
oczami w wychudzonych twarzyczkach.   

Laura pochyli

ła  się  nad  łóżeczkiem  Andre.  Była  prawie 

pewna, 

że  ją  poznał,  a  w  każdym  razie  chciałaby,  aby to 

właśnie oznaczał błysk w jego wielkich, wyrazistych oczach. 

Pogłaskała go po gładkim policzku.   

– Cze

ść, malutki! – szepnęła. – Uśmiechniesz się do mnie? 

– 

Ucałowała go w czoło. – Jesteś cudowny! 

– Mnie mo

żesz to powtarzać o każdej porze! – usłyszała za 

background image

sobą męski głos.   

Za ni

ą  stal  Dennis  –  w  śnieżnobiałym  fartuchu,  z  butelką 

ciepłego mleka w ręce.   

–  Cze

ść,  Dennis!  Czy  panna  Menzies  uprzedziła  cię,  że 

przez jakiś czas będziemy pracować razem? 

–  O,  tak.  I kaza

ła  cię  pilnować,  żebyś  nie  robiła  za  mnie 

wszystkiego przy tym dziecku.   

Śmiejąc  się  wróciła  do  Hiacynta.  Pearl  przygotowywała 

leki dla pacjentów.   

–  Cze

ść.  Słyszałam,  że  będziesz  zastępować  Ann.  Dobrze 

się  złożyło,  że  pojawiłyście  się  tu  z  Gemmą  w  porę  – 

powiedziała  dziewczyna,  wkładając  tacę  z  lekarstwami  do 
szafy.   

–  Sprawdzi

łaś  kikut  Zorana?  Wczoraj  znowu  pojawiło  się 

krwawienie, 

choć do rana ustało.   

– Ju

ż idę sprawdzić.   

–  Dobrze.  Ja tymczasem przynios

ę  czystą  pościel.  Zanim 

prześcielemy łóżka i  wykonamy zabiegi  przeciwodleżynowe, 

będzie już prawie pora kolacji.   

W jakie

ś dwie godziny później zaskoczona Laura usłyszała 

dochodzący z sali śmiech i odgłosy rozmowy.   

Zoran rozmawia

ł  we  własnym  język u  z  Kain em  i  Ablem, 

ale  niespodzianką  okazał  się  udział  w  tej  rozmowie  Petera 
Wentwortha. 

Co jakiś czas wszyscy wybuchali śmiechem.   

Na jej widok umilkli.   
–  Nie przerywajcie sobie,  prosz

ę.  To cudowne móc 

usłyszeć choć raz, że wszyscy się dobrze bawicie. – Spojrzała 
na Petera Wentwortha. 

Twarz miał mniej spiętą, zmarszczoną 

w uśmiechu. – Mój Boże, o tym marzyliśmy – mieć wśród nas 

lingwistę!  Naprawdę,  proszę  popatrzeć!  –  Wskazała  na  trzy 

roześmiane twarze. – Będą mogli się z nami porozumieć. To 

kolosalna różnica! 

Skin

ął głową, uśmiechając się lekko i powiedział: 

background image

–  Och,  to po prostu zwyk

ły  zbieg  okoliczności,  że  łatwo 

uczę  się  języków.  Choć  z całą pewnością  będzie  to  krok  we 

właściwym kierunku.   

–  A jakim j

ęzykiem  mówił  pan  przed  chwilą?  –  spytała, 

starając się ukryć podziw.   

–  Serbskochorwackim.  W by

łej Jugosławii można się nim 

porozumieć prawie wszędzie.   

Za

śmiała się radośnie.   

– Musimy tu za

łożyć studium językowe! W Lodge jest tylu 

cudzoziemskich pacjentów, 

że  powinniśmy  znać  kilka 

języków.   

Przytakn

ął.   

–  Zaczynam podejrzewa

ć – powiedział – że książę między 

innymi dlatego przekazał Lodge na cele publiczne. Cóż może 

lepiej  przysłużyć  się  pokojowi  na  świecie  niż  bezpośrednie 

kontakty i rozmowy między ludźmi z różnych krajów? 

Opr

ócz  rutynowych  obowiązków  musiała  zajmować  się 

wieloma sprawami, a mimo to, 

kiedy pojawiała się w tej sali, 

jej my

śli natychmiast zajmował Peter Wentworth. Jego długa, 

kanciasta  postać  dziwnie  wyglądała  na  dosyć  wąskim  łóżku, 

zwłaszcza  że  nie  był już tak  apatyczny jak  na początku.  Nie 

była pewna, czy nadal ją intryguje; zauważyła w nim subtelnie 

narastające  przejawy  pewności  siebie.  Przede wszystkim 

muszę  zachować  wobec  niego  dystans,  nakazała  sobie  w 
duchu.   

Jednak

że już  następnego  dnia,  podczas zmiany opatrunku, 

nie  zdołała  dotrzymać  danego  sobie  słowa.  Peter Wentworth 

był  jeszcze  bardziej  ożywiony,  jakby jego wkład  w 

pokonywanie  barier  językowych  między  pacjentami  a 

personelem  szpitala  wyraźnie  podniósł  go  na  duchu.  Kiedy 

pochylił  się  do  przodu,  aby  mogła  umocować  zakończenie 

bandaża, szepnął jej do ucha: 

–  Jestem zachwycony,  siostro...  Musz

ę  dopilnować,  żeby 

background image

d

oktor Lomax codziennie zalecał mi zmianę opatrunku.. . – I 

utkwiwszy spojrzenie w jej oczach, 

powoli oparł się na powrót 

o poduszki.   

–  A ja musz

ę  pana  uprzedzić,  doktorze  –  odparła  ze 

śmiechem mimo oblewającego ją rumieńca – że Pearl, kiedy 
chce, 

ma znacznie chłodniejsze ręce od moich.   

– Prosz

ę nie psuć mi dnia, siostro. Dotąd było wspaniale.   

Odwr

óciła głowę, by zrobić porządek na ruchomym stoliku 

z przyborami.   

– Co

ś mi mówi, że prawienie pochlebstw musiało się panu 

w życiu opłacać – wypaliła śmiało.   

– Kiedy b

ędzie miała pani czas, opowiem pani wszystko, i 

to w nie ocenzurowanej wersji.   

–  Cha,  cha! Ca

ły  problem  w  tym  „kiedy”.  –  Odsunęła 

zasłonę przy łóżku. – Proszę! Skończyłam z panem, doktorze! 
–  zawo

łała  nonszalancko,  dziwiąc  się  samej  sobie,  że 

rozmawia z nim tak swobodnie.   

– Niech si

ę pani tak nie cieszy. Jutro też będzie dzień! 

 
W dwa dni p

óźniej  doktor  Lomax  potwierdził,  że  rana 

Petera Wentwortha goi się dobrze. Choć Laura i Pearl starały 

się  powstrzymać  go  przed  przemęczaniem  się,  tego 

popołudnia  przyjechał  do  nich  na  wózku  do  kuchni,  gdzie 

przygotowywały  podwieczorek  dla  pacjentów.  Ubrany w 
ciemnoczerwony, jedwabny szlafrok szpitalny, z entuzjazmem 

i przejęciem rozprawiał o nauczaniu pacjentów angielskiego.   

–  Wiem, 

że  niektórzy  z  nich  są  za  mali,  ale  coś  dla  nich 

później  wymyślę.  A teraz,  gdyby  udało  mi  się  namówić 

młodzież  oraz  dorosłych,  wieść  by  się  wkrótce  rozniosła  i 

wyszłoby  to  nam  wszystkim  na  dobre.  Myślisz,  Lauro,  że 

możemy zacząć działać? 

Poprzedniego dnia zaproponowa

ł  wszystkim,  by mówili 

sobie po imieniu, 

oprócz wyjątkowych sytuacji. Zgodzili się, 

background image

ponieważ  od  chwili,  gdy  dowiedziano  się  o  jego 

umiejętnościach językowych, uznano go prawie za bohatera.   

–  Jak ju

ż  mówiłyśmy,  to  wspaniały  pomysł  i  panna 

Menzies  na  pewno  się  zgodzi.  Zacząć  trzeba  jednak  od 
naszych dwóch sal. 

Dzieciaki już się do ciebie przyzwyczaiły. 

Nawet mały Andre gaworzy, kiedy do niego podchodzisz.   

–  Prawda? Zapewne b

ędzie  to  moje  pierwsze  cudowne 

dziecko.   

Po odej

ściu Petera Pearl roześmiała się.   

–  On  naprawd

ę  przywiązał  się  do  tego  dzieciaka,  nie 

sądzisz? 

–  Tak,  cho

ć  podejrzewam,  że  głównie  dlatego,  że 

opiekował się nim podczas podróży. I nie zapominaj, że matka 

małego  nie  żyje.  Ojciec  zapewne  też,  choć  tego  nie  wiemy; 

jednak zakładamy, że Andre jest sierotą. Peter z pewnością w 

ogóle ma słabość do dzieci.   

– Czy jest 

żonaty? 

– Poprosz

ę o łatwiejsze pytanie! Na razie nie wiemy nic o 

żadnym z nich.   

Pearl roze

śmiała się.   

– Jedno ci powiem: taki facet jak on musia

ł być zbyt zajęty, 

żeby mieć czas na ślub.   

–  Nigdy nie wiadomo.  –  Laura przykry

ła  przygotowane 

butelki i kubeczki czystą ściereczką. – Ciekawe, czy pacjenci 

myślą czasem o nas? Choć tak naprawdę nie bardzo mnie to 
interesuje.   

– Mnie te

ż. A za męża mam leniwego nicponia, który chce 

zostać  aktorem  tylko  dlatego,  że  udało  mu  się  zagrać  w 

telewizyjnej reklamie przyrządów gimnastycznych... – Urwała 

i  z  westchnieniem  dodała:  –  Ale  trzeba  przyznać,  że  trochę 

mięśni to on ma.   

–  Nie udawaj,  Pearl.  Uwa

żasz, że jest cudowny. Pewnego 

dnia zos

tanie gwiazdą i wtedy nas opuścisz.   

background image

Pearl roze

śmiała się zachwycająco.   

–  O to si

ę  nie  martw,  dopóki  ze  mnie  też  nie  zrobią 

gwiazdy... Marzenia, marzenia! 

 
Wieczorem,  kiedy Pearl i praktykantka sko

ńczyły dyżur, a 

nocna zmiana jeszcze nie przyszła, Laura poszła porozmawiać 
z Zoranem. 

Naprawdę  istotne  kwestie  medyczne  mogły  być 

omówione jedynie za pośrednictwem Petera, ale Zoran chciał 

jej  powiedzieć  o  czymś  innym.  Kiedy  weszła  do  sali, 

wyciągnął  ku  niej  fotografię,  w którą  wpatrywał  się  przed 

chwilą.  Ze  zdjęcia  uśmiechała  się  do  niej  piękna, 
trzydziestoparoletnia kobieta o czarnych, 

kręconych  włosach 

sięgających  do  ramion,  które  wyłaniały  się  prowokacyjnie  z 
ogromnego, 

obszytego  koronką  dekoltu  białej  bluzki.  W jej 

uszach  błyszczały  wielkie,  złote,  cygańskie  kolczyki.  Laura 

patrzyła na zdjęcie z zachwytem.   

– Jest pi

ękna, Zoran, bardzo piękna.   

–  Tak...  Yes...  Oui...  –  zgodzi

ł  się  w  każdym  języku,  jaki 

mu przyszedł do głowy.   

– To twoja 

żona? 

Zoran wybuchn

ął śmiechem, kręcąc przecząco głową, jakby 

była to ostatnia rzecz,  jakiej  pragnął.  Chichotał  do  siebie 

podczas  całego  jej  obchodu.  Na  końcu  podeszła  do  Petera, 

czytającego „Timesa”. Natychmiast odłożył gazetę na stolik.   

– Lauro – powiedzia

ł cicho – w przyszłym tygodniu przejdę 

badania kwalifikacyjne. 

Chcę wrócić do pracy.   

– Masz na my

śli Bośnię? – Nie dowierzała temu, co słyszy. 

Spodziewała  się,  że  zostanie  jeszcze  długo  z  nimi,  przecież 

chciał zorganizować kursy językowe i pomóc w uzyskiwaniu 
informacji od pacjentów.   

– W Bo

śni lub jakimś innym kraju, gdzie będę potrzebny. – 

Spojrzał jej w oczy i nie była w stanie odwrócić wzroku. – Nie 
pochwalasz tego? 

background image

Opanowa

ła się.   

– C

óż, moim zdaniem jest na to trochę za wcześnie, ale na 

pewno przedyskutujesz to z doktorem Lomaxem.   

–  Ju

ż  to  zrobiłem.  Uważa,  że  jeśli  przejdę  pomyślnie 

badania, 

nie  ma  przeszkód  i  mogę  wracać  do  pracy. 

Przynajmniej gdzieś w Europie.   

– Rozumiem. C

óż... – Parsknęła krótkim śmiechem.   

–  W takim razie wykorzystaj jak najlepiej luksusy,  jakie 

masz teraz! 

 
Nast

ępnego ranka było zimno, ale świeciło słońce i Laura z 

przyjemnością  wybrała  się  po  raz  pierwszy  na  zwiedzanie 
okolicy. 

Ubrała się ciepło: w dżinsy, ciepły wełniany sweter, 

sportowe  buty  i  ocieplaną  kurtkę.  Spięła  z  tyłu  włosy  i 

sprawdziła,  czy  nie  zapomniała  listy  zakupów.  Teraz 

potrzebowała już tylko środka transportu.   

Dennis skierowa

ł ją do uroczej starej stodoły, w której na 

stojaku  stał  rząd  rowerów.  Wszystkie  były  w  dobrym  stanie, 

jednak na wszelki wypadek dopompowała powietrza do opon 
tego, 

który wybrała. Na dworze poczuła dość silny wiatr i po 

krótkim  zastanowieniu  owinęła  szyję  długim,  wełnianym 
szalikiem. 

Wiązała go już, kiedy zauważyła wychodzącego z 

frontowych  drzwi  szpitala  mężczyznę.  Wysoki,  w  ciepłej 
kurtce i solidnych skórzanych butach, 

stanął  na  schodach  i 

oddychał  głęboko.  Zapatrzona w niego,  wsiadła  na  rower  i 

zachwiała  się  niebezpiecznie.  W tym samym momencie 

pojawiła  się  nagle  furgonetka  z  dostawą  pieczywa,  która 

mijając Laurę, prawie się o nią otarła.   

Przera

żona  zachwiała  się  ponownie  i  tym  razem 

wylądowała na ziemi, a rower na niej.   

–  Nie mo

żna spuścić cię z oczu nawet na pięć minut, co? 

Dobrze się czujesz? – Peter pomógł jej wstać i otrzepać się z 
kurzu.   

background image

– Nic mi nie jest, dzi

ękuję. – Czuła się jak ostatnia idiotka. 

– 

Naprawdę.  Zaskoczyła mnie tylko ta furgonetka  – 

tłumaczyła  się  niepewnie,  świadoma  wciąż  dotyku 

podtrzymującego ją ramienia.   

– No c

óż, czasami i tu nasila się ruch samochodowy.   

–  Za

śmiał  się  i  szybko  spoważniał.  –  Będziesz  na  tym 

bezpieczna? 

–  Jak na s

łoniu.  –  Uśmiechnęła  się  i  kiedy  cofnął  rękę, 

szybko  zmieniła  temat.  –  Mam  nadzieję,  że  dostałeś 

pozwolenie na wyjście na dwór? 

– Od najwy

ższych władz! Jak ci się podoba mój strój? 

– Bardzo pon

ętny. Dotąd widywałam cię tylko w spodniach 

od piżamy.   

– Mo

żna to uznać za oszczerstwo.   

– Niewykluczone, ale to prawda. Nie licz

ąc wieczoru, kiedy 

się  zjawiłeś,  choć  i  tak  nie  pamiętam,  co  wtedy  miałeś  na 
sobie.   

–  Ja te

ż  nie  bardzo  pamiętam.  Co  prawda  są  to  cudze 

piórka, 

ale już niedługo kupię sobie własne. – Spojrzał na nią 

przeciągle,  z  lekkim  uśmiechem  w  kącikach  warg.  –  Ty  też 

wyglądasz nieźle.   

– Kiedy wlaz

łeś między wrony...   

–  Zdaje si

ę,  że  wrzosowe  tweedowe  kurtki  i  wełniane 

spodnie to wszystko, co jest potrzebne o tej porze roku! 

–  Mniej wi

ęcej. A poza tym są piękne, po prostu je lubię. 

Może  kupić  ci  coś  w  miasteczku?  Myśliwską  kurtkę, 
kapelusik albo przynajmniej skarpetki? 

– Nie, dzi

ękuję – odparł z chichotem. – Obchodź się tylko 

ostrożnie z tą rzeczą i wróć w jednym kawałku.   

–  To nie jest rzecz, to jest rower! –  Skrzywi

ła się lekko. – 

Nie mogę jechać, kiedy ktoś na mnie patrzy.   

–  Nie b

ędę patrzył. Jeśli chcesz,  mogę ci przytrzymać ten 

pojazd przy wsiadaniu.   

background image

– Nie, dzi

ękuję. Miałam pięć lat, kiedy mój tata przestał to 

robić.  –  Zaśmiała  się,  bowiem od tamtej pory  nigdy nie 
je

ździła  na  tak  staromodnym  rowerze.  Pochodził  chyba  z 

lamusa. 

Mimo buksowania przedniego koła zdołała ruszyć, a 

kawałek dalej rzuciła przez ramię: 

– Dzi

ęki za pomoc. Pa! 

Droga do Brory by

ła  dobrze  oznakowana,  choć  i  tak  nie 

dałoby  się  dojechać  gdzie indziej.  Po przejechaniu siedmiu 

kilometrów  pod  wiatr  czuła  w  nogach  zmęczenie,  jakby 

przepedałowała piętnaście.   

W porannym s

łońcu  mała  miejscowość  wyglądała 

malowniczo. 

Główną  atrakcją  był  tu  wartki  nurt  rzeki, 

Tańczącej  na  płaskich  otoczakach  widocznych spod czystej 
wody. 

Przyglądała  się  temu  widowisku  grupka  starszych 

mężczyzn,  którzy  stali  przechyleni  nad  ceglaną  obmurówką 
drogowego mostu. 

Wieść  głosiła,  że  do  morza  rzeka 

dopływała stąd w ciągu paru minut.   

By

ło  tam  kilka  hotelików,  mały  parking  samochodowy i 

trochę  sklepików  z  pożytecznymi  towarami,  których 

potrzebowała.  Po  zakupach  wypiła  colę  i  udała  się  w  drogę 

powrotną, tym razem jadąc z wiatrem, co dodawało jej ducha.   

Zbli

żywszy się do jeziora, zwolniła. Woda w nim była tak 

błękitna,  jak na tandetnych widokówkach.  W powietrzu 

wyczuwało  się  pierwszy  powiew  wiosny.  Na tafli,  w oddali, 

pojawiły  się  dwie  czaple  pochłonięte  budowaniem  gniazda, 

potem  usłyszała  gruchanie  turkawki,  a podczas dalszego, 
leniwego pokonywania drogi do Lodge nad kierown

icą roweru 

przefrunęła pliszka. Cudownie byłoby móc przywieźć tu chore 

dzieci i patrzeć, jak chłoną wzrokiem ten widok i sceny, jakich 

nie  oglądały  zapewne  od  miesięcy  –  jeśli  w  ogóle  było  im 

dane podziwiać przyrodę.   

Kiedy po po

łudniu  wkroczyła  na  oddział  z  herbatą,  Peter 

natychmiast oderwał wzrok od książki i zapytał o wrażenia z 

background image

wyprawy.   

–  Bomba!  –  U

śmiechnęła się zaskoczona, stwierdzając, że 

czyta  „Ant

ologię  kompozytorów  brytyjskich”.  –  To urocze 

miejsce. 

Jest tam nawet mała zatoczka i ukryta przed ludzkim 

okiem stacja kolejowa, 

z której odchodzą pociągi do Londynu.   

– Czeg

óż można chcieć więcej? – Roześmiał się, odłożył na 

bok książkę i nie spuszczał oczu z jej ożywionej twarzy. – Nie 

spadłaś z roweru? 

–  Nie.  I nie przebi

łam  też  dętki.  A  jak  ty  się  czujesz  po 

wyjściu na świat? 

–  Znakomicie.  Doktor Lomax poinformowa

ł  mnie  dzisiaj, 

że tutejsi lekarze nie mają do mnie zastrzeżeń, ale na pracę w 

Europie  muszę  uzyskać  jeszcze  zezwolenie  niezależnej 
komisji lekarskiej.   

– Kiedy masz si

ę przed nią stawić? 

– W przysz

ły wtorek.   

– Je

śli się zgodzą, kiedy wyjedziesz? 

–  Mniej wi

ęcej  za  tydzień.  –  Nagle  spochmurniał,  jakby 

myśl  o  wyjeździe  nie  była  przyjemna.  Wstał  i  z 

półuśmiechem,  który  tak  mu  dodawał  uroku,  powiedział:  – 

Pójdę zobaczyć Andre. Zajrzałem do niego rano, ale spał.   

Śledziła wzrokiem jego odejście. Był zamyślony.   
Prze

ścieliła łóżko Zorana, którego zawieziono do Inverness 

na przeprowadzenie pomiarów dla wykonania protezy. 

Spojrzała na bliźniaków, którzy od paru dni czuli się gorzej. 

Podejrzewano  u  nich  gruźlicę  i  czekano  na  wyniki  badań. 

Spali  głęboko.  Pozbierała  kubki,  zawiozła  je  do  kuchni,  a 

potem  przygotowała  lekarstwa,  które  pacjenci  mieli  zażyć 
wieczorem.   

 
Nast

ępny tydzień minął bardzo szybko. Ann, której mąż z 

pękniętą  śledzioną  i  połamanymi  żebrami  wciąż  leżał  na 
oddziale intensywnej terapii, 

musiała  przejąć  obowiązki  na 

background image

farmie. 

Wzięła urlop ze szpitala do czasu, aż stan jego zdrowia 

nie będzie budził obaw.   

Wyniki bada

ń potwierdziły, niestety, podejrzenie gruźlicy u 

bliźniaków. Laura zajęła się przygotowaniami do ich wyjazdu. 

Spakowała  niewielki  dobytek,  jaki  przywieźli  ze  sobą  z 
rodzinnego kraju, 

i  pomogła  ulokować  chłopców  w  karetce, 

którą mieli pojechać do szpitala w Inverness. Była w smutnym 
nastroju. 

Takie miłe dzieci, spokojne, ciche, z wdzięcznością 

przyjmujące  wszystko,  co dla nich robiono,  a w dodatku 

bardzo  pojętne,  co  ujawniło  się  podczas  dwóch  lekcji 
angielskiego, 

jakich udzielił im Peter.   

Po po

żegnaniu bliźniaków wróciła na oddział. Peter czytał 

jakiś  list.  Zatopiony  we  własnych  myślach  i  chyba 

przygnębiony,  nie  wydawał  się  w  nastroju  do  rozmowy.  A 
jednak, 

gdy  podeszła  do  niego  bliżej,  uniósł  głowę  i 

uśmiechnął się blado.   

–  Dosta

łem  opinię  komisji  lekarskiej.  –  Machnął  listem, 

zawierającym na oko trzy gęsto zapisane strony.   

– Mam nadziej

ę, że zgodną z twoimi oczekiwaniami.   

– Nie by

ła pewna, co oznacza wyraz jego twarzy. Przecież 

lista zastrzeżeń dotycząca stanu jego zdrowia nie może być aż 

tek długa.   

Skrzywi

ł się.   

– Niezupe

łnie. – I po chwili zamyślenia wyjaśnił: 

–  Wed

ług orzeczenia komisji stan zdrowia nie pozwoli mi 

w  pełni  wykonywać  pracy,  jakiej  chciałem  się  podjąć. 

Sugerują, żebym zgłosił się za pół roku i być może wtedy...   

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

 

Wydawa

ło  się,  że  cisza,  jaka  nagle  zapadła,  nigdy  się  nie 

skończy.   

–  Tak bardzo mi przykro,  Peter  –  odezwa

ła  się  w  końcu 

miękko. – Wiem, ile dla ciebie znaczy ta praca. To musi być 
gorzkie rozczarowanie.   

– Trudno zaprzeczy

ć – mruknął, zapatrzony w przestrzeń. – 

To jest jak... 

jak opuszczenie tonącego okrętu. Na jego twarzy 

pojawił się wreszcie charakterystyczny, delikatny, lecz ciepły 

uśmiech. – Cóż, takie jest życie. Nigdy nie spełnia wszystkich 

oczekiwań.   

Popo

łudniowe  słońce  oświetliło  nagle  pokój,  zapalając  w 

fiołkowych oczach Laury złocistozielone iskierki uśmiechu.   

–  Nie ma tego z

łego, co by na dobre nie wyszło. Kto wie, 

może decyzja komisji otworzy przed tobą nowe możliwości? 

–  Nie jeste

ś  przypadkiem  jasnowidzem?  Zaskoczyła  ją 

nagła  zmiana  jego  nastroju:  żartobliwy  ton,  rozjarzone 
u

śmiechem  oczy  i  uniesione  kąciki  ust.  Znowu  miała  przed 

sobą  człowieka,  jakiego  znała.  Poczuła  ulgę  i  odwzajemniła 

uśmiech.   

–  Robi

łam  już  różne  rzeczy  –  oświadczyła  z  udawaną 

powagą – i nie wykluczam, że zostanę wróżką.   

–  Nie wiem,  czy mi uwierzysz,  ale ju

ż  jesteś!  –  Spojrzał 

ponownie na list, 

a potem przyjrzał się jej podejrzliwie spod 

przymkniętych powiek, unosząc jedną brew.   

– Nabijasz si

ę ze mnie? 

–  Sama zobacz.  Nie powiedzia

łem  ci  o  wszystkim,  co tu 

napisali. 

W  istocie  sugerują  mi,  żebym  starał  się  o  posadę 

konsultanta w Lodge, 

ponieważ sądzą, że – cytuję – „z pańską 

wiedzą  o  tej  części  świata  i  znajomością  języka  będzie pan 

tam  niezwykle  użyteczny”.  Najlepszy  byłby,  ich zdaniem, 

roczny  kontrakt  z  klauzulą  umożliwiającą  mi  odejście, 

background image

gdybym zmienił zdanie.   

Poczu

ła  szybsze  bicie  serca.  Co  się,  do licha,  dzieje? 

Zaledwie  zna  tego  człowieka,  a reaguje jakby...  jakby... 

Odetchnęła głęboko, by odzyskać panowanie nad głosem.   

– Chcesz pozna

ć moje zdanie? 

– Nie opowiada

łbym ci o wszystkim, gdyby było inaczej.   

Poczu

ła dreszczyk przyjemności.   

–  W takim razie powiem, 

że  uważam  ten  pomysł  za 

niezwykle  rozsądny  i  przemyślany.  W zasadzie nie ma 

żadnych wad, oprócz...   

– Tak? 
–  Oprócz tego, 

że  tutejsze  życie  może  wydać  ci  się,  w 

porównaniu z tym, 

jakie dotąd prowadziłeś, nudne.   

–  Zgadzam si

ę. Jest jeszcze druga sprawa. Zarząd szpitala 

musi zaakceptować propozycję komisji.   

– My

ślę, że to formalność.   

Jej odpowied

ź przyjął z wyraźnym zadowoleniem.   

–  Mo

żliwe.  Wiesz,  po  zastanowieniu  doszedłem  do 

wniosku, 

że będę cieszył się tym, co przyniesie mi życie.   

– 

Świetnie.  Jeśli  potrzebujesz  więcej  informacji,  mogę 

zajrzeć  w  kryształową  kulę!  –  Roześmiała  się  i  podeszła  do 
Pearl, 

która  właśnie  zjawiła  się  z  czystą  pościelą,  by  posłać 

puste obecnie łóżka.   

– Trzymam ci

ę za słowo – rzucił ze śmiechem. – Na razie 

jednak po prostu skorzystam z telefonu.   

Wkr

ótce wszyscy w szpitalu wiedzieli o mającym odbyć się 

za  kilka  dni  posiedzeniu  zarządu  szpitala,  który  miał  podjąć 

decyzję o ewentualnym zatrudnieniu doktora Wentwortha.   

W dniu narady,  podczas kolacji,  panna Menzies og

łosiła 

wszem i wobec, 

że  doktor  Wentworth  będzie  pracował  w 

Lodge  jako  konsultant  i  w  imieniu  własnym  oraz  personelu 

życzyła mu pomyślności w nowej pracy.   

O

świadczenie  przyjęto  brawami.  Peter Wentworth wstał  i 

background image

zwięźle  oraz  dowcipnie  za  nie  podziękował.  W jasnoszarym 

garniturze wyglądał dystyngowanie i poważnie, a przy tym był 

najprzystojniejszym mężczyzną na sali. Laurze wprost trudno 

było  go  poznać,  a  w  dodatku  Gemma  pochyliła  się  ku  niej i 

szepnęła: 

– O rany! Rzadko si

ę takich widuje! 

–  Teraz jest bardziej pewny siebie  –  odpowiedzia

ła  Laura 

obojętnym tonem.   

Gemma zachichota

ła.   

– A co my

ślałaś? Niedługo całkiem się zmieni. Zapamiętaj 

moje słowa.   

Po powrocie do swego pokoju dosz

ła  do  wniosku,  że 

Gemma dzi

ała  jej  czasem  na  nerwy.  Po  chwili  przyszło  jej 

jednak  na  myśl,  że  to  może  z  nią,  Laurą,  jest  coś  nie  w 

porządku. Czuje się niespokojna i rozdrażniona, jakby awans 

Petera miał wywrzeć wpływ również i na nią.   

To nielogiczne  –  dlaczego mia

łoby  to  dla  niej  stanowić 

jakąkolwiek  różnicę?  Podobał  jej  się  i  miewała  szalone 
marzenia, 

ale w rzeczywistości są tylko znajomymi.   

Teraz po prostu charakter ich znajomo

ści będzie musiał się 

zmienić. 

Przede wszystkim dlatego, 

że 

Peter 

najprawdopodobniej zamieszka poza szpitalem,  w jednym z 

domków  zbudowanych  kiedyś  dla  służby,  a obecnie 
przeznaczonych na samodzielne mieszkania dla lekarzy.   

Wkrótce, 

kiedy ich ścieżki się rozejdą, nie będą mieli okazji 

do  popołudniowych  czy  wieczornych  rozmów,  w których 
poruszali tak wiele wspólnych tematów, 

choć nigdy nie mieli 

tyle czasu, 

by przedyskutować je głębiej.   

Nie mia

ła najmniejszej ochoty spać, czytać czy też oglądać 

telewizji. 

Zastanawiała  się,  czym  by  się  zająć  i  nagle 

przypomniała  sobie  o  pianinie  stojącym  we  wnęce  pokoju 
wypoczynkowego dla personelu. 

Pod  wpływem  impulsu 

zeszła na dół. Nie było tam nikogo.   

background image

Usiad

ła przy pianinie i przebiegła palcami po klawiszach – 

było  dobrze  nastrojone.  Po chwili spod jej palców, 

poruszających  się  z  artystyczną  swobodą,  popłynęły  dźwięki 
ulubionego utworu. 

Odziedziczyła  talent  po  matce  i  przez 

pewien czas uczyła się gry na fortepianie, jednak jej zapał do 

nauki  wygasł,  gdy  zwyciężyło  pragnienie  zostania 

pielęgniarką.  Jak  zwykle  poddała  się  rzewnemu  nastrojowi 

Światła  księżyca”  Debussy'ego; wraz  z  zamierającymi 

tonami melodii spłynęły z niej resztki napięcia.   

–  To by

ło  doskonałe,  Lauro  –  rozległ  się  z  głębokiego 

fotela niski, 

spokojny głos.   

Mimo zaskoczenia,  natychmiast odrzuci

ła  możliwość 

odpowiedzenia mu,  jak dawniej, 

kpiną;  teraz,  kiedy  został 

konsultantem, 

wyrosła między nimi niewidzialna bariera.   

– Peter. – Wsta

ła z uśmiechem i zamknęła klapę pianina. – 

Grywam tylko dla własnej przyjemności.   

U

śmiechnął się.   

–  I to wraz z twoj

ą siłą woli wprawia mnie w zachwyt. – 

Rozejrzał  się  po pustym pokoju.  –  Skoro  już  tutaj  jesteśmy, 

może napijemy się płynu, który tu nazywa się kawą? 

Podszed

ł  do  automatu  i  po  chwili  postawił  na  jednym  ze 

stołów plastikowe kubki. Usiedli obok siebie.   

–  To dla mnie taka ma

ła  uroczystość,  zanim wydam 

właściwe przyjęcie.   

Czu

ła się coraz swobodniej, a po chwili przestała widzieć w 

nim  przełożonego,  który  z  dnia  na  dzień  ma  zmienić  swe 
zachowanie.   

– Dzi

ękuję. – Objęła kubek palcami. – I gratuluję ci.   

– Dzi

ęki. Muszę ci powiedzieć, że nie wiem, czy bez twojej 

pomocy i zachęty zdecydowałbym się.   

Odwr

óciła wzrok i rzekła: 

– Wiele przeszed

łeś, ale świetnie dajesz sobie radę.   

–  C

óż,  nigdy  nie  marzyłem  o  pracy  w  kraju.  Tak  długo 

background image

byłem za granicą, że naprawdę trudno mi tu się odnaleźć.   

– Kiedy zaczynasz prac

ę? 

–  W najbli

ższy  poniedziałek.  Przedtem  zwołam  zebranie 

personelu. 

Ale  teraz  chciałbym  usłyszeć,  jak  się  nauczyłaś 

grać.   

Opowiedzia

ła  mu  o  egzaminach,  jakie  zdawała  od 

siódmego  roku  życia,  o swoich marzeniach,  żeby  zostać 

koncertującą  pianistką,  które  w  końcu  zostały  wyparte  przez 
inne ambicje.   

–  Mimo to  –  westchn

ęła  cicho  –  nigdy  nie  przestałam 

kochać muzyki. Nie mogłabym bez niej żyć.   

Nagle zas

ępił się, jakby odbiegł myślami gdzieś daleko.   

–  I nie rezygnuj z niej,  nigdy  –  odezwa

ł  się  po  dłuższej 

chwili.  – 

Jest  częścią  życia,  jedną  z  jego  rozkoszy,  dzięki 

której  możemy  ożywić  cudowne  wspomnienia  i  wyczarować 

piękno każdej chwili.   

Skin

ęła  jedynie  głową,  bowiem  ze  wzruszenia  nie  mogła 

wymówić  słowa.  Wiedziała,  że  jego  myśli  są  przy  ludziach, 

których uratował lub stracił w ogarniętych wojną krajach, i że 

kojarzy mu się to z muzyką.   

– Te

ż w to wierzę – wydusiła i zapanowawszy w końcu nad 

głosem, spytała, pragnąc uwolnić go od tych myśli: – Grasz na 

jakimś instrumencie? 

–  Troch

ę  na pianinie,  a  kiedy  mieszkałem  w  domu 

rodziców, 

pociągały  mnie  organy  w  tamtejszym  wiejskim 

kościółku. Przez jakiś czas wikary uważał, że wspomogę jego 
chór. Niestety, tak samo jak u ciebie, 

były to jedynie marzenia 

młodości! 

– Jak wida

ć! Wychowywałeś się w Szkocji? 

– Nie od pocz

ątku. Urodziłem się w Republice Południowej 

Afryki. 

Ojciec  był  lekarzem  okrętowym  i  rzadko  bywał  w 

domu, 

ale  kiedy  skończyłem  osiem  lat,  rodzice uznali,  że 

najwyższy czas pomyśleć o przyszłości swego jedynego syna. 

background image

Wtedy przenieśli się do Sussex, gdzie ojciec został wiejskim 
lekarzem,  a potem do Edynburga, 

gdzie  studiowałem  na  tej 

samej uczelni, 

co niegdyś on. I tam w końcu zamieszkaliśmy 

na stałe.   

– Jak rozumiem, to po nim tak nosi ci

ę po świecie? 

–  O,  tak.  Nie mog

łem  się  doczekać  wyjazdu  z  Anglii.  Po 

uzyskaniu  dyplomu  przez  pięć  lat  pracowałem  w  szpitalu  w 
Kenii. 

Potem przez jakiś czas byłem lekarzem okrętowym, ale 

to mi nie bardzo odpowiadało, więc zjawiłem się ponownie w 

Paryżu, żeby pracować dla „Medicins Sans Frontieres”, skąd 

za  pośrednictwem  Organizacji Narodów Zjednoczonych 

wyjechałem  do  stolicy  Bośni,  Sarajewa.  Mimo to,  mając 

trzydzieści  pięć  lat,  mam  wciąż  uczucie  niedosytu.  – 

Uśmiechnął się. – No, może teraz trochę mniejsze, skoro mam 

przed sobą nowe perspektywy.   

–  Jeste

ś  pewny,  że  to  jest  naprawdę  nie  ocenzurowana 

wersja? – 

spytała z udawaną powagą.   

Roze

śmiał się rozbrajająco.   

– No c

óż, w każdym razie początek tej wersji.   

Tego wieczoru zasypia

ła  z  nadzieją,  że  mimo  tak 

wysokiego stanowiska w hierarchii szpitala Peter nie zmieni 

się. Ale nigdy nie wiadomo.   

 
W tydzie

ń  po  rozpoczęciu  pracy  przedstawił  personelowi 

szpitala swoje plany. 

Po  jego  prawej  stronie  siedziała  panna 

Menzies,  po lewej pozostali lekarze, 

a  on  sam  ze  swadą 

opisywał  proponowaną  innowację:  utworzenie  zespołu 

składającego  się  zarówno  z  personelu  medycznego,  jak i 
pacjentów. 

Zespół  taki  nadzorowany  byłby  przez  niego,  i 

może  dwóch  innych  lekarzy,  a wspomagany przez 

doświadczone  pielęgniarki,  które  wspierałyby  to  nowe 

przedsięwzięcie.   

–  Moim celem  –  m

ówił  z  entuzjazmem  –  jest  całościowa 

background image

opieka nad pacjentami, 

uwzględniająca  ich  indywidualną 

sytuację  życiową.  Dla  zwiększenia  wzajemnego  zaufania 
korzystne jest, 

żeby  pacjenci,  a szczególnie dzieci,  mieli w 

jakimś  sensie  osobistego  lekarza  i  pielęgniarkę.  Na razie nie 

ma jeszcze reguł i będziemy stosować metodę prób i błędów, 

ale  wykształcą  się  one  pod  wpływem  doświadczenia.  – 

Uśmiechnął  się.  –  Muszę  jednak  podkreślić,  że  idea 

współpracy z pacjentami musi być decydująca. Panna Menzies 

zgadza się na to w pełni.   

Jest to na razie eksperyment,  ale mam nadziej

ę,  że  w 

przyszłości stanie się w Lodge regułą.   

Problemy i w

ątpliwości  będziemy  omawiać  na 

cotygodniowych zebraniach zespołu, po ustaleniu jego składu. 

Pozostali  członkowie  personelu  będą  na  nich  mile  widziani. 

Tam się dokładnie dowiedzą, o co nam chodzi...   

 
Wieczorem Laura i Gemma pojecha

ły na kryty basen, a po 

pływaniu  poszły  do  znajdującej  się  na  balkonie  kawiarenki 

napić  się  czegoś  ciepłego.  Gawędziły  o  tym  i  owym,  gdy 

nagle Gemma spytała: 

– Znasz t

ę dwunastolatkę z Pierwiosnka, która wygląda na 

osiem lat? 

– Tak, biedne dziecko. Mam nadziej

ę, że będzie to pierwsza 

pacjentka Petera, 

o ile będzie w stanie przejść różne badania. 

Przepraszam, 

co chciałaś mi o niej powiedzieć? 

–  Yasmin,  wiesz,  ta rozwini

ęta ponad swój wiek 

szesnastolatka, 

która jest z nią razem na oddziale, powiedziała 

mi, 

że  Nadja  prawie  z  nią  teraz  nie  rozmawia,  choć  są 

przyjaciółkami od lat, bo mieszkały po sąsiedzku i chodziły do 

tej samej szkoły. Jest tym bardzo zaniepokojona.   

– Ma jakie

ś podejrzenia? Gemma wzruszyła ramionami.   

–  Chyba 

żadnych,  ale  bardzo  się  tym  przejmuje. 

Zastanawiałam się, czy nie mogłabyś porozmawiać z Yasmin. 

background image

Może  przed  tobą  bardziej  się  otworzy.  Można  się  z  nią 

porozumieć po angielsku.   

–  Oczywi

ście,  ale nie  sądzisz,  że  Nadja  jest  po  prostu 

dzieckiem? To znaczy, 

uraz  psychiczny  z  powodu  śmierci 

rodzic

ów  i  konieczności  opuszczenia  kraju  nawet  dorosłego 

mógłby doprowadzić do zamknięcia się w sobie.   

– Mo

że rzeczywiście powinnyśmy poczekać jeszcze trochę, 

jakiś tydzień, zanim coś zrobimy. Byłoby lepiej, gdyby mogła 

porozmawiać  z  kimś,  komu ufa.  –  Gemma  zacisnęła  usta.  – 

Chociaż  często  łatwiej  jest  mówić  o  pewnych  sprawach  z 
obcym. 

Na  przykład  o  stracie  rodziców,  których,  zdaniem 

Yasmin, 

Nadja uwielbiała.   

–  To prawda  –  przyzna

ła  po  namyśle  Laura.  –  Miejmy 

nadzieję,  że  zacznie  mówić  za  dzień  czy  dwa.  Nigdy nie 
wiadomo. – 

Ze smutkiem pokręciła głową. – Choć jeśli nawet, 

to i tak czekają teraz potwornie trudne życie.   

Wypi

ły  kawę,  wzięły  swoje  sportowe  torby  i  ruszyły  do 

wyjścia. Laura nadal myślała o Nadji, kiedy usłyszała okrzyk 
Gemmy: 

–  O! Patrz! Czy to nie Peter Wentworth szykuje si

ę  do 

skoku? 

Laura spojrza

ła na słupek nad basenem i stojącego na nim 

wysokiego  mężczyznę.  Istotnie,  był  to  Peter.  Lekko  skoczył 
do wody i – 

wynurzywszy  się  prawie  w  połowie  basenu  – 

leniwym, 

ale  doskonałym  kraulem  posuwał  się  szybko 

naprzód. 

Nie mogła oderwać od niego oczu, jednak w końcu 

przypomniała sobie o stojącej przy niej Gemmie.   

–  Tak.  –  Stara

ła  się  mówić  chłodno.  –  Dobrze  pływa. 

Gemma roześmiała się.   

– Dobrze skacze. Ciekawe, co jeszcze potrafi? 
 
W nast

ępnym  tygodniu  Peter  Wentworth  i  panna  Menzies 

ustalili  skład  zespołu.  Na  liście  znalazło  się  dwoje  lekarzy: 

background image

doktor Lomax i Joan Barnard, 

dwóch  stażystów:  William 

Ferguson i nowo 

przybyły  John  McPherson,  oraz  kilka 

piel

ęgniarek,  a  wśród  nich  Laura  i  Gemma.  W deszczowe 

popołudnie Peter mówił do nich: 

– Niewiele jeszcze wiemy o aktualnych potrzebach naszych 

pacjent

ów ani o chorobach występujących w społecznościach, 

z których pochodz

ą. Pewne jest tylko, że wszystkie dzieci są 

mniej  lub  bardziej  niedożywione.  Trzeba przede wszystkim 

zwiększyć  ich  odporność,  a  jedynie  w  nagłych  przypadkach 

leczyć czy operować. Uzgodniliśmy z przełożoną, że w takich 

sytuacjach  znajdą  się  one  na  oddziale  Pierwiosnek lub 
Hiacynt. Ponadto...   

Po godzinie, kiedy zebranie si

ę skończyło, każdy wiedział, 

które  dzieci  ma  pod  swoją  opieką.  Lekarze  mieli  obowiązek 

opieki  całodobowej  i  wzajemnych  konsultacji,  aby lepiej 

wykorzystać specjalistyczną wiedzę.   

Wieczorem,  kiedy deszcz przesta

ł  padać  i  wiatr  wyraźnie 

osłabł,  Laura  postanowiła  wybrać  się  na  spacer.  Miała  wiele 

do  przemyślenia.  Ubrana  w  ciepłą  kurtkę  i  dżinsy,  z 

przyjemnością  oddychała  świeżym,  czystym powietrzem, 

przynoszącym  coraz  intensywniejsze  zapachy  wiosny. 

Słyszała też cichy odgłos fal, odbijających się o brzeg jeziora. 

Zachwycona  nieskazitelnie  czystą  linią  gór  na  tle  nieba, 

zaróżowionego lekko zachodem słońca, przez jakiś czas stała 

po prostu i wpatrywała się w nie bez ruchu.   

Potem posz

ła  wzdłuż  brzegu jeziora,  myśląc  o  Peterze, 

promieniującym  wewnętrzną  siłą  mimo  bolesnych 

doświadczeń,  jakie  musiały  być  jego  udziałem  w 
dotychczasowej pracy. 

Przypomniała  sobie  wieczór,  kiedy 

podczas  rozmowy  o  muzyce  wydawał  się  tak  odprężony,  że 

prawie  rozwiał  jej  obawy,  iż  zmieni  się  w  despotycznego 
szefa.  Niew

ątpliwie,  jeśli  chciał,  potrafi!  być  niezwykle 

sarkastyczny. 

Jedno  lodowate  spojrzenie  jego  oczu  mogło 

background image

wzbudzić  dreszcz  i  pozwalało  się  domyślać,  że  stać  go  na 

zgryźliwe uwagi. Nagle zadrżała i odwróciła się.   

– Lauro! Jak mi

ło! Widać wpadliśmy na ten sam pomysł.   

Zarumieni

ła  się,  widząc  w  jego  spojrzeniu...  Nie,  to tylko 

moja  wyobraźnia,  zganiła  się  w  duchu,  choć  poczuła 
pulsowanie w skroniach.   

– Cze

ść! Tylko wielkie umysły mogły to wymyślić. Teraz, 

po deszczu, wieczór jest bardzo przyjemny.   

– Z pewno

ścią. – Ruszyli z powrotem w kierunku Lodge. – 

Wiesz, 

chciałbym  poznać  tę  część  świata  –  wyznał  z 

ożywieniem. – Obiecuję sobie, że pewnego dnia to zrobię.   

– Jako mieszkanka po

łudnia, będąca po raz pierwszy w tych 

stronach, 

czuję  podobnie.  Ale  przy  tej  ilości  pracy,  jaką  dla 

nas planujesz, 

nie będzie wiele czasu na zwiedzanie.   

Roze

śmiał się głośno, odchylając głowę do tyłu.   

– Sk

ąd wiesz? Przecież musi być czas i na życie, prawda? – 

Spojrzał jej w oczy przenikliwie, uniemożliwiając odwrócenie 
wzroku. – Przyjazd w takie miejsce jak to, Lauro, to cudowny 

powrót do normalności.   

–  Wyobra

żam  sobie.  To  musi  być  straszne  patrzeć,  jak, 

ludzie  bezsensownie  się  zabijają,  i  równocześnie  starać  się 

leczyć  ich  rany.  Kocham swój zawód,  ale nie wiem,  czy 

mogłabym  znieść  niepotrzebny  rozlew  krwi  i  czyste 

okrucieństwo,  tak  powszechne  w  dzisiejszym  świecie.  Nie 

miałeś  wrażenia,  że  każdego  dnia  staczasz  z  góry  przegraną 

bitwę? 

Zatrzyma

ł  się  i  spojrzał  na  nią  pełnym  współczucia 

wzrokiem.   

– Przyzwyczai

łabyś się, Lauro, tak jak ja. Jak długo serce ci 

bije i wiesz, 

że  jesteś  pomocna,  jak  długo  radosny  uśmiech 

małej  dziewczynki  ściska  cię  za  serce,  a widok dwojga 

kochających  się  ludzi,  którzy  odnaleźli  się  po  długim 
rozstaniu,  odbiera ci 

głos,  tak  długo  będziesz  w  stanie 

background image

wykonywać swoją pracę w tym niedoskonałym świecie.   

Przez jedn

ą szaloną chwilę chciała rzucić mu się na szyję. 

Spokojny, 

stanowczy głos i pełne humanizmu słowa upewniły 

ją,  że  gdyby  poślubiła  człowieka  choć  trochę  do  niego 
podobnego, 

byłaby bardzo szczęśliwa.   

–  Przepraszam,  Peter.  Nie powinnam m

ówić  o  tak 

smutnych sprawach.  Ty i wielu podobnych do ciebie ludzi 

znaleźliście w sobie tę wewnętrzną siłę, którą ponoć wszyscy 
posiadamy. 

Ale  ona  ujawnia  się  tylko  wtedy,  kiedy ma  się 

szczególny rodzaj odwagi. Ja jej nie mam...   

– Masz, Lauro. B

ądź tego pewna.   

W przyjaznej ciszy dotarli do Lodge i udali si

ę do swoich 

pokojów. 

Była zadowolona, że mieszka sama; nikt nie mącił 

jej spokoju i mogła rozmyślać do woli.   

 
Powoli stwarzano warunki do pracy zespo

łu.  Zorana 

przeniesiono  na  parter  na  ortopedię  i  dopiero  obietnica,  że 

wszyscy  będą  go  odwiedzać,  poprawiła  mu  humor.  Na 

oddziale  Pierwiosnek  pozostawiono  tylko  trójkę  niemowląt  i 
dwie nastolatki. Panna Menzies uprzed

ziła, że wkrótce należy 

spodziewać  się  kolejnej  sanitarki  z  pacjentami.  Czekały  na 

nich wolne łóżka w Hiacyncie.   

W czwartek po po

łudniu  Laura  karmiła  kleikiem  Andre, 

który  potrafił  już  jeść  z  łyżeczki.  Podparty poduszkami, 
bardzo uwa

żnie obserwował ją wielkimi, brązowymi oczami, 

jakby się obawiał, że następna porcja do niego nie dotrze, i po 

każdej nowej „dostawie” równocześnie uśmiechał się, mlaskał 

i machał nóżkami. Ciałko zaczynało mu się zaokrąglać i Laura 

miała wrażenie, że na jednym kolanku widzi nawet dołeczek.   

Gdy po karmieniu wk

ładała  Andre  do  łóżeczka,  wszedł 

Peter. 

Uśmiechnął  się  do  niej,  potem do dziecka i delikatnie 

gładząc je po główce, drugą ręką wziął kartę.   

–  Wygl

ąda  nieźle.  Wiesz,  Lauro,  wyniki podstawowych 

background image

badań nie sugerują, żeby coś mu mogło grozić.   

– To twardy zawodnik – zgodzi

ła się.   

Peter odwiesi

ł  kartę  na  poręcz  łóżeczka  i  spojrzał  na 

pozostałe  dzieci.  Dwuletnia dziewczynka,  tuląc  swą 

zniszczoną  kaczuszkę,  przyglądała  się  im  obojętnie.  Drugie 

dziecko spało.   

Peter zbli

żył  się  do  Marie  i  powiedział  coś  w  jej  języku. 

Zaśmiała się i wyciągnęła ku niemu swój skarb. Peter pobawił 

się nóżkami kaczki i zwrócił zabawkę wyraźnie ożywionemu 
dziecku.   

Nast

ępnie  zbliżył  się  do  łóżka  Yasmin  i  Nadji.  Pierwsza 

spała,  a  druga  przeglądała  obojętnie  jakiś  młodzieżowy 
magazyn. 

Przemówił  do  niej  miękko,  pytając,  czy  lepiej  się 

czuje. 

Dziewczyna odwróciła twarz i pokręciła głową; robiła 

wrażenie zakłopotanej.   

– Czy jad

ła coś dzisiaj? 

– Tak, cho

ć bardzo mało, jak zwykle.   

– My

ślałem, że będzie zadowolona, mogąc porozmawiać ze 

mną  w  swoim  języku  –  powiedział,  marszcząc  czoło.  –  Nie 

skarżyła się swojej przyjaciółce, że coś ją niepokoi? 

–  Nie...  –  Laura postanowi

ła  nie  wspominać  o  swojej 

rozmowie z Gemm

ą. Nie widziała sensu w narażaniu biednego 

dziecka na bombardowanie pytaniami przez dzień czy dwa. – 
Jestem zdziwiona, 

że  tak  się  wobec  ciebie  zachowała,  choć 

zauważyłam,  że  jest  z  natury  nieśmiała  i  zwykle  to  Yasmin 
mówi za nie obie.   

Skin

ął  głową,  jednak  nadal  patrzył  na  dziewczynkę  z 

niepokojem.   

–  Mo

że  masz  rację,  Lauro.  Problem w tym,  że  proces 

leczenia obejmuje nie tylko ciało, lecz także i duszę, a kiedy tę 

da  się  wyleczyć,  tego  nie  można  przewidzieć.  Może  jutro, 

może za rok.   

Spojrza

ł na zegar ścienny.   

background image

–  Niestety,  musz

ę  wyjść.  Mamy  dziś  wizytę  jednego  z 

członków zarządu szpitala. – Uśmiechnął się. – Podejrzewam, 

że  chce  sprawdzić,  jak pracuje nowy konsultant.  Mam 
straszliwe przeczucie, 

że  większość  czasu  pochłonie  mi 

papierkowa robota, a nie tak rozumiem leczenie! 

–  Za wcze

śnie  o  tym  sądzić  –  zaoponowała.  –  Jeśli 

sanitarka nie zjawi się tu w ciągu najbliższych kilku godzin, 

zdążymy  wszystko  zorganizować.  Może  nawet  uda  ci  się 

zwalić na kogoś część tej papierkowej roboty? 

–  Co ja bym bez ciebie zrobi

ł?  –  rzucił  z  uśmiechem i 

wyszedł.   

A ona zacz

ęła zastanawiać się nad tymi słowami.   

Nast

ępnego  popołudnia  jedna  z  sióstr  wchodząca  w  skład 

ich  zespołu,  Molly James,  przyszła  do  Laury.  Była  wielką, 

przysadzistą  Irlandką,  robiącą  wrażenie  osoby,  której nic nie 

jest  w  stanie  wyprowadzić  z  równowagi.  Teraz  wyglądała 

jednak na co najmniej zatroskaną.   

–  Lauro,  nie chc

ę  cię  niepokoić,  ale Nadja jest dzisiaj w 

złym stanie. Nie tylko jest ponura, ale ma też ogromne sińce 
pod oczami,  a w dodatku Yasmin powi

edziała  mi,  że  jej 

przyjaciółka ma „wielki ból w głowie”.   

–  Dzi

ęki,  Molly.  Dam  ci  środek  przeciwbólowy.  Jeśli 

zechce,  podaj go jej,  jednak nie namawiaj, 

gdyby odmówiła. 

Spróbuję skontaktować się z doktorem Wentworthem.   

– Dobrze. S

ą jakieś nowe wieści od Ann Weekes? 

– Na razie nie.   
Laura zadzwoni

ła do Morąg, sekretarki Petera, i poprosiła, 

by  doktor  Wentworth  przyszedł  na  oddział,  kiedy  będzie 
wolny. 

Zajęła  się  pisaniem  dziennego  raportu  i  nanoszeniem 

informacji na specjalne karty pacjentów. 

Została przydzielona 

do Andre i Nadji, 

więc codziennie  musiała  wpisywać  na  ich 

karty szczegółowe dane.   

Po chwili pojawi

ł się Peter. Był spięty i widać było, że stara 

background image

się pohamować wybuch niezadowolenia.   

–  Mor

ąg  powiedziała,  że  chcesz  mnie  widzieć  –  rzucił 

szorstko.   

– Tak, Nadja... – Powt

órzyła słowa Molly.   

– M

ówiłaś, że dałaś jej paracetamol? 

–  Tak.  Dosta

ła  go  w  pierwszym  dniu  pobytu  i  nie  było 

żadnych skutków ubocznych.   

Przeci

ągnął dłonią po włosach.   

– C

óż, trzeba jutro dokładnie ją zbadać. Nie zrobiliśmy tego 

jeszcze, 

bo  jest  znerwicowana  i  chcieliśmy,  żeby  się 

przyzwyczaiła,  jednak  w  tej  sytuacji  zajmiemy  się  nią  o 

dziesiątej rano. Czy coś jeszcze? 

– Nie, to wszystko.   
– Dobrze. Gdyby kto

ś mnie szukał, wychodzę. Poinformuj 

o tym również Morąg, proszę.   

Bez s

łowa patrzyła na drzwi, które się za nim zamknęły.   

Czy

żby  człowiek,  którego  tak  niedawno  postawiła  na 

piedestale, 

okazał się kolosem na glinianych nogach? 

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

 

Mimo niezrozumia

łej zmiany nastroju podczas rozmowy na 

temat Nadji, 

następnego ranka,  kiedy  zadzwonił  do  niej  w 

sprawie wyników badań, Peter był uprzejmy i miły.   

Na oddziale panowa

ł spokój. Był to czas podawania leków, 

robienia zastrzyków, 

zapobiegającego 

odleżynom 

oklepywania i pomagania przy kąpieli, zmieniania opatrunków 

ścielenia łóżek. O tej porze przywożono na oddział napoje i, 

dla  chętnych,  gazety.  Świadoma  tej  domowej  atmosfery, 

Laura  siedziała  w  pokoju  oddziałowej  i  przygotowywała 

grafik  dyżurów,  gdy  nagle  dobiegł  ją  przeraźliwy  wrzask. 

Zerwała się z miejsca i pobiegła na oddział.   

Molly stara

ła  się  powstrzymać  Yasmin,  która  chciała 

wyskoczyć z łóżka i dotrzeć do Nadji, rzucającej się z jękiem 

na łóżku. Rozhisteryzowana Yasmin usiłowała wytłumaczyć, 

co się stało, nikt jednak nie mógł jej zrozumieć.   

– Zadzwoni

ę po doktora Wentwortha. Molly, poproś kogoś, 

żeby ci pomógł – powiedziała Laura szybko.   

Ha

łas tak działał jej na nerwy, że kiedy Peter odezwał się w 

słuchawce,  podniosła  głos  i  zapomniała  o  zawodowej 

uprzejmości.   

–  Peter,  czy m

ógłbyś  tu  natychmiast  przyjść?  Nadja  ma 

chyba atak epilepsji. 

Obawiam  się,  że  to  źle  wpływa  na 

pozostałych pacjentów.   

Peter pojawi

ł  się  na  oddziale  w  ciągu  paru  minut.  Nic  się 

nie  zmieniło  oprócz  tego,  że  teraz  spazmy  miały  już  obie 
dziewczynki. 

Konkurowały wręcz o to, która potrafi robić to 

głośniej,  toteż  wejście  lekarza  nie  zrobiło  na  nich  żadnego 

wrażenia.  Peter  próbował  uspokoić  Yasmin,  mówiąc  coś  do 
niej szybko. 

Yasmin  przestała  w  końcu  krzyczeć,  a potem, 

szlochając,  wskazywała  na  zapłakaną,  wyjącą  Nadję. 
Stwierdziwszy, 

że Yasmin nic nie grozi, Peter zwrócił się do 

background image

drugiej dziewczynki,  która  – 

gdy  tylko  do  niej  się  zbliżył  – 

zaczęła  na  nowo  spazmatycznie  szlochać  i  naciągać  koc  pod 

szyję, jakby chciała się schować.   

– Siostro, prosz

ę zasłonić łóżko – rzucił nagle.   

Molly us

łuchała  jego  polecenia,  a Laura,  mimo sprzeciwu 

dziewczynki  przytrzymującej  zbielałymi  z  wysiłku  dłońmi 
nakrycie, 

odciągnęła je. Wtedy Peter podszedł bliżej.   

– O, Bo

że, biedne dziecko – szepnął. – Więc to tym tak się 

martwiła.   

Laura zobaczy

ła plamy krwi na nocnej koszuli i 

prześcieradle.   

– Dosta

ła okres...   

Dziewczynka dar

ła się teraz histerycznie.   

–  Musimy da

ć jej coś na uspokojenie. Omnopon powinien 

pomóc – 

powiedział Peter.   

Kiedy Nadja si

ę wreszcie uspokoiła, Laura i Molly umyły 

ją,  zmieniły  pościel  i  wyjaśniły,  do  czego  służą  podpaski 
higieniczne. 

Potem  Molly  poszła  po  coś  ciepłego  do  picia, a 

Peter w tym czasie wytłumaczył dziewczynce w jej języku, co 

się  stało.  Wyraz  jej  twarzy  wskazywał,  że  niewiele  wie  o 
swoim ciele.   

P

óźniej,  kiedy  zapanowała  już  cisza  i  Laura  częstowała 

Petera herbatą w pokoju oddziałowej, odezwał się sucho: 

– Rozumiesz, Lauro, 

że ta sprawa z Nadją musi budzić nasz 

niepokój  – 

ze  względu  na  inne  dziewczynki  w  jej  wieku. 

Ponieważ zostały wychowane w innej kulturze, to, co dla nas 
jest normalne i naturalne, 

dla  nich  może  być  dużo  bardziej 

skomplikowane i trzeba to I po prostu uwzgl

ędnić. Proponuję, 

żebyś' za zgodą panny Menzies wykorzystała przypadek Nadji 

do  szkolenia  swoich  pielęgniarek,  by  opiekując  się 
nastolatkami, 

były  przygotowane  na  taką  możliwość. 

Zacisnęła  wargi.  –  Zgadzam  się  –  oznajmiła  krótko.  Chyba 

Peter  nie  obarcza  jej  winą  za  ten  incydent?  –  Szok  może 

background image

poważnie  zaburzyć  naturalny  cykl  organizmu,  zwłaszcza  w 
tak strasznych warunkach, 

w  jakich  znalazła  się  część  tych 

dzieciaków...  – 

Urwał nagle, zauważając wyraz jej twarzy. – 

Nie  obwiniam  cię,  Lauro,  ale to jest szpital dla pacjentów z 

różnych krajów i musimy być stale o krok do przodu. – Wstał, 

kończąc  rozmowę,  i  upewnił  się:  –  A  więc  porozmawiasz  z 

panną Menzies? 

–  Tak,  i zapisz

ę  twoje  uwagi  w  dokumentacji  Nadji  – 

odpowiedziała.   

Zatrzyma

ł  się  przy  drzwiach  i  odwrócił  się  ku  niej  z 

widocznym zakłopotaniem.   

–  Widzisz,  Lauro,  gdyby

ś  miała  trochę  doświadczenia  z 

pobytu w tamtym kraju, 

może odkryłabyś przyczynę rozpaczy 

Nadji  – 

powiedział  tonem  na  poły  przepraszającym,  na  poły 

mentorskim.   

A wi

ęc  jej  podejrzenia  są  słuszne.  Potępia  ją.  Z trudem 

zapanowała nad sobą.   

–  Rozumiem twój punkt widzenia. 

Doświadczenie 

pozwoliłoby  nam  wszystkim  mieć  się  na  baczności.  –  Nagle 

jej  piękne  oczy  rozbłysły.  –  Tym  niemniej  czasami  odnoszę 

wrażenie,  że  uważasz  nas  za  niezwykle  naiwnych,  bo nie 
mamy twojej wiedzy o tamtych krajach. 

W  rzeczywistości 

byłam  w  ubiegłym  roku  w  Bośni  z  dostawą  pomocy 

humanitarnej  i  choć  wkrótce  po  rozdzieleniu darów 

wyjechałam  stamtąd,  widziałam  wystarczająco  wiele,  żeby 

mieć świadomość głodu i prawdziwego cierpienia, zwłaszcza 
podczas ostrej zimy. 

I nigdy tego nie zapomnę. – Zaczerpnęła 

powietrza i dodała spokojnie, bez cienia złośliwości: – Może 
dla ciebie nie jest to zbyt „osobiste” 

doświadczenie,  ale dla 

mnie – 

niezwykle przygnębiające.   

Przez chwil

ę  badawczo  patrzył  jej  w  oczy,  zachowując 

nieprzenikniony wyraz twarzy.   

– Rozumiem. Chcia

łbym kiedyś usłyszeć o tym coś więcej 

background image

– 

powiedział drewnianym głosem.   

Z ulg

ą  przyjęła  jego  wyjście  i  natychmiast  pożałowała 

swoich słów. Nie zmienią, oczywiście, jego zdania o sprawie 
Nadji, 

a  na  nią  samą  podziałały  jak  odkręcenie  zaworu 

bezpieczeństwa – pogrążyła się znowu w myślach o bracie.   

Z trudem skupiaj

ąc uwagę na pracy, postanowiła poruszyć 

tę  sprawę  na  jednym  z  cotygodniowych  zebrań  zespołu,  aby 

poznać  zdanie  innych  osób.  Czy  nie  o  to  właśnie  chodziło 

Peterowi podczas jego inauguracyjnego wystąpienia? Metoda 

prób  i  błędów  –  aż  do  chwili,  gdy  nauczą  się  pracować  w 

nowych  warunkach  i  będą  wiedzieć,  czego  się  mogą 

spodziewać i na co zwracać szczególną uwagę.   

Sko

ńczyła dyżur, wyrzucając sobie, że wciąż rozpamiętuje 

całe  wydarzenie.  Denerwuje  się  tylko,  a to nikomu nie 

pomoże. Na schodach spotkała Joan Barnard, która przywitała 

ją  dość  ciepło  i  instynkt  podpowiedział  Laurze,  że  to 

zrządzenie losu.   

– Czy mog

łabym z panią chwilę porozmawiać? Twarz Joan 

Barnard zmarszczyła się w spokojnym uśmiechu.   

– Oczywi

ście. Jesteś Laura, prawda? 

– Tak. Laura Meadows.   
–  Chod

źmy  do  mnie.  Mam  ogromną  ochotę  napić  się 

herbaty. 

Mam nadzieję, że też się napijesz? 

–  To bardzo uprzejmie z pani strony,  ale nie chcia

łabym 

robić kłopotu...   

–  To 

żaden  kłopot.  Cieszę  się,  że  mogę  cię  do  mnie 

zaprosić  –  powiedziała,  wprowadzając  Laurę  do  bardzo 
wygodnego mieszkania. – Wiem, 

że to niemądre, ale czuję się 

dziwaczką  wśród  tylu  pięknych,  młodych  ludzi.  Tam,  gdzie 

byłam, działy się tak straszne rzeczy, że nigdy taka myśl nie 

przyszłaby  mi  do  głowy.  Tu  zaś  jest  tak  spokojnie,  że 
niespodziew

anie  uświadomiłam  sobie,  jaka  jestem  sędziwa. 

Usiądź, moja droga. Włączę czajnik.   

background image

Zatopione w mi

ękkich  fotelach,  sączyły  herbatę, 

zrezygnowawszy z herbatników, 

żeby nie psuć sobie apetytu 

na  pół  godziny  przed  kolacją.  Laura  opowiedziała Joan 

Barnard o incydencie z Nadją.   

–  Obawiam si

ę, że trochę przesadnie zareagowałam, kiedy 

doktor Wentworth zasugerował, choć delikatnie, że powinnam 

była przewidzieć miesiączkę dziewczynki. Tak się złożyło, że 

nawet  jej  najlepsza  przyjaciółka  nie  wiedziała  o  tym.  Nadja 

była bardzo skryta i, no cóż, wszyscy uważaliśmy, że robimy 
dla niej wszystko, 

co możemy.   

Lekarka pokiwa

ła głową z namysłem.   

–  Nie mam zamiaru twierdzi

ć,  że  to  typowo  męskie 

zachowanie,  jednak niezbyt dalekie od tego! Przede 
wszystkim w

ciąż nie wiemy, przez co przeszło to dziecko i ile 

wycierpiało.  Sądzę,  że  Peter,  a  może  nawet  ja,  powinniśmy 

często  z  nią  rozmawiać.  Uważam,  że  to  ma  zasadnicze 
znaczenie. 

Tak  staraliśmy  się  robić  w  szpitalu,  w którym 

pracowałam,  choć  wśród  rannych,  z którymi  mieliśmy  do 
czynienia, 

problemy  związane  z  pierwszą  miesiączką  były  z 

pewnością najmniej ważne.   

Laura westchn

ęła.   

–  Poprawi

ła  mi  pani  nastrój,  pani doktor.  Słusznie  mi  się 

wydawało,  że  jest  pani  osobą,  z  którą  mogłabym  o  tym 

pomówić. Mam tylko nadzieję, że nie przekroczyłam pewnych 
granic.   

–  Ale

ż  skąd.  –  Joan  Barnard  spojrzała  na  zegarek.  – 

Chodźmy  teraz  na  kolację,  Lauro.  Za  bardzo  się  tym 
przejmujesz. Tym niemniej – 

dodała, kiedy schodziły na dół – 

liczę na to, że odwiedzisz mnie znowu, kiedy tylko będziesz 

miała ochotę.   

–  To bardzo mi

ło  z  pani  strony.  –  Podziękowała  z 

uśmiechem i poczuła, że ta małomówna i zamknięta w sobie 

kobieta w końcu będzie jedną z nich.   

background image

 
Nast

ępnego  ranka,  gdy  tylko  zjawiła  się  w  pokoju 

pielęgniarek,  natychmiast  odgadła,  że  stało  się  coś  złego. 

Panowała cisza, przesycona atmosferą przygnębienia. Bladość 

na twarzy siedzącej przy biurku pielęgniarki z nocnej zmiany 

nie była bladością, jaką powoduje zmęczenie.   

–  Co si

ę  dziś  ze  wszystkimi  dzieje?  –  spytała,  gdy inna 

pielęgniarka szybko wybiegła z pokoju.   

– Nadja umar

ła. We śnie.   

– To niemo

żliwe. To nie może być prawda! 

– Niestety. Doktor Wentworth i doktor Lomax byli u niej w 

nocy.  Podejrzewali atak serca,  ale to nie by

ło  to;  po  prostu 

odeszła.  Teraz rozmawiają  z  panną  Menzies.  Mogę  cię 

zapewnić, że wszyscy jesteśmy wstrząśnięci.   

– M

ój Boże! Po tym wszystkim, co przeszła... A Yasmin? 

– Prawie nic nie mówi. Podejrzewam, 

że te dzieci musiały 

się nauczyć dawać sobie radę ze śmiercią, ale my nie jesteśmy 
w stan

ie zrozumieć, jak one ją przeżywają. Koniecznie jednak 

musimy  się  nią  zaopiekować  –  prędzej  czy  później  jakaś 

reakcja nastąpi...   

Us

łyszały pukanie do drzwi i wszedł Peter.   

–  Dzie

ń dobry, Lauro. Wiesz już? – spytał ponuro. Bliska 

łez, skinęła głową.   

– Tak, ale nie mog

ę w to uwierzyć – wydusiła.   

– Jak wszyscy. Uwa

żamy, że była to niewydolność serca, a 

wczorajszy  incydent  miał  z  nią  jakiś  związek.  Jestem o tym 
przekonany.   

Stara

ła się nie myśleć o rozmowie z poprzedniego wieczora 

i odezwała się spokojnie: 

–  Kiedy Yasmin pogodzi si

ę  z  utratą  Nadji,  będziemy 

musieli spróbować dowiedzieć się od niej, czy wie więcej o tej 

sprawie niż my.   

– Za wcze

śnie na to, Lauro. Trzeba będzie poczekać.   

background image

Otworzy

ła  już  usta,  chcąc  coś  powiedzieć,  jednak 

zrezygnowała.   

W ca

łym szpitalu zapanowała ciężka atmosfera. W dwa dni 

później  do  Laury,  zajętej  przyklejaniem  karteczek 
identyfikacyjnych na probówki z moczem, 

podeszła  Molly 

James.   

–  Yasmin chce rozmawia

ć  z  tobą  i  z  doktorem 

Wentworthem.   

Oboje udali si

ę  do  dziewczynki,  usiedli  przy  jej  łóżku  na 

stołeczkach  i  zasunęli  parawan.  Yasmin  wyglądała  blado  i 
bardzo mizernie. 

W ręce ściskała otwartą kopertę.   

–  Chcia

łaś  nam  o  czymś  powiedzieć,  Yasmin?  –  zapytał 

łagodnie Peter.   

Skin

ęła głową i wręczyła mu kopertę.   

– To by

ło w szafce Nadji. Dla mnie – oznajmiła cicho.   

–  Czy na pewno chcesz, 

żebyśmy  to  przeczytali?  W  jej 

oczach pojawiły się pierwsze tego dnia łzy. – Tak... Tak.   

Peter spojrza

ł na dziecięcy charakter pisma z posępną miną. 

Na jego skroni widać było pulsującą żyłę. Po dłuższej chwili 

wstał  i  powiedział  Yasmin,  że  wkrótce  wrócą,  żeby  z  nią 

porozmawiać.   

W s

łużbowym pokoju Peter oparł się ciężko o blat biurka. 

Wyciągnął z koperty kartkę i rozłożył ją.   

–  Spr

óbuję  przetłumaczyć  ci  słowa  Nadji  –  oznajmił 

wzruszonym głosem i zaczął czytać: 

 
Yasmin, moja najlepsza przyjaci

ółko! 

Kiedy b

ędziesz czytała ten list, mnie już na tym świecie nie 

będzie.  Muszę  ci  jednak  wyjaśnić,  dlaczego  nie  mogłyśmy 

rozmawiać z sobą jak dawniej. Pamiętasz, jak do naszej wioski 

przyszli  żołnierze.  Zabili wielu naszych,  w tym moich 
rodziców. 

Schowałam się na strychu, ale szybko mnie znaleźli 

i  kazali  pójść  do  sypialni.  Była  pusta,  bo wszystkie meble z 

background image

powodu  zimna  spaliliśmy.  Oni byli pijani,  Yasmin,  i rzucili 

mnie  na  podłogę,  i wbili straszne rzeczy,  których nie 
rozumiem.  Potem zostawili mnie we kiwi. 

Nie wiedziałam, co 

się  stało.  Chyba  to  był  gwałt,  bo  słyszałam  o  tym  kiedyś  w 
szkole. 

Nie mogłam o tym z nikim rozmawiać, nawet z tobą. Za 

bardzo się tego wstydzę.   

Czu

łam  się  brudna  z  tego  powodu.  Krwawienie  ustało  na 

trochę  i  znowu  wróciło.  Kiedy  przyjechałyśmy  do  Szkocji, 

bałam się, że lekarze odkryją to i nie wiedziałam, co zrobić. W 

ten straszny dzień, gdy doktor Wentworth powiedział, że mnie 
zbada, 

krew znowu była. Myślę, że to choroba od tego, co mi 

zrobili  ci  żołnierze.  Tak  się  bałam,  że  nie  mogłam  przestać 

krzyczeć  i  chciałam,  żeby  moja  mama  była  przy  mnie. 

Chciałabym  zasnąć  na  zawsze.  Przepraszam,  że  zepsułam 

naszą przyjaźń, droga Yasmin. Byłyśmy kiedyś szczęśliwe, nie 
zapomnij o tamtych dniach. 

Czuję  się  bardzo  chora,  ale nie 

potrafię powiedzieć, co mnie boli. Może kiedyś znowu zobaczę 
moich kochanych rodziców. 

Bardzo  bym  chciała.  Modlę  się, 

żebyś mogła kiedyś wrócić do naszego kraju.   

Twoja na zawsze wierna przyjaci

ółka, Nadja.   

 
Zapad

ła  przejmująca  cisza.  Laura  poczuła  dławienie  w 

gardle, 

a  jej  oczy  wypełniły  się  łzami.  Przez  dłuższą  chwilę 

nie była w stanie wydusić z siebie słowa, aż wreszcie z jej ust 

wydobył się urywany szept: 

–  Po prostu...  nie wiadomo,  co powiedzie

ć...  prawda?  – 

Zagryzła wargi i sięgnęła po chusteczkę.   

Peter pokr

ęcił  głową,  patrząc  kamiennym  wzrokiem  w 

przestrzeń.   

– M

ój Boże, te zbiry...   

Kiedy wrócili do Yasmin, 

dziewczynka już znacznie łatwiej 

rozmawiała na temat Nadji.   

– 

Żeby  tylko  coś  mi  o  tym  powiedziała...  To  takie  małe 

background image

dziecko... 

Była  jedynaczką,  a  jej  rodzice  byli  miłymi, 

nieśmiałymi  ludźmi  i  nigdy  nie  rozmawiali  z  nią  o  tym,  co 

powinna wiedzieć. Ja nie mogłam, bo ona by się tym przejęła, 

a jej rodzice by mnie chyba potępili.   

Laura u

śmiechnęła się do niej słabo.   

–  To by

ł  za  duży  ciężar  dla  tej  biednej  dziewczynki. 

Yasmin,  obiecaj, 

proszę,  że  od  teraz  będziesz  nam  mówić  o 

wszystkim, 

co cię martwi. Wiem, że jesteś o cztery lata starsza 

od Nadji, 

ale nie zamykaj się przed nami. Jesteśmy tu po to, 

żeby ci pomóc.   

Peter kiwa

ł głową w milczeniu, czując niewątpliwie, że w 

takiej  chwili  to  Laura  powinna  przekonać  Yasmin  o  ich 

współczuciu i zrozumieniu.   

Po upewnieniu si

ę,  że  dziewczynka  pokonała  już 

największy  szok  i  zaczyna  przejawiać  oznaki  powrotu  do 
równowagi, 

Molly  przyniosła  jej  trochę  ciepłego  mleka  oraz 

biszkopty i przejęła nad nią opiekę. Usiadła przy dziewczynce 

i  opowiadała  jej  o  tym,  jak  piękna  jest  Irlandia,  a  zwłaszcza 
County Down, z którego sama pochodzi.   

Peter poszed

ł potem z Laurą na lunch, co uznała za przejaw 

nadopiekuńczości.  Oboje nie mówili wiele.  Pili  już  kawę, 

kiedy zapytał: 

– Posz

łabyś ze mną wieczorem na drinka? 

Serce zabi

ło jej szybciej, lecz milczała. Nagle położył rękę 

na jej dłoni i usłyszała pełen troski głos: 

–  Ale tylko wtedy,  je

śli naprawdę chcesz. Pomyślałem, że 

może odwróciłoby to twoje myśli od Nadji, choć na chwilę.   

U

śmiechnęła się, a on wpatrywał się w linię jej warg.   

–  To bardzo mi

ło z twojej strony, Peter.  Może to  i niezły 

pomysł.   

W jego oczach pojawi

ł się błysk, dzięki któremu z twarzy 

znikł wyraz napięcia.   

– W takim razie spotkamy si

ę przy wyjściu o ósmej, jeśli ci 

background image

to odpowiada.   

– Dobrze.   
 
Pojechali do ma

łego  zajazdu  na  przedmieściach  Brory. 

Wieczór  był  chłodny,  ale prawie bezwietrzny  –  gładka 

powierzchnia jeziora lśniła srebrzyście. W drodze rozmawiali 

o  krajobrazach  oraz  zwierzętach  i  roślinności  tej  części 

Szkocji; chcieliby poznać ją bliżej.   

–  By

łoby  wspaniale  dostać  dwa  tygodnie  urlopu  na 

zwiedzenie tej cudownej okolicy – 

roześmiał się Peter.   

–  My

ślałam  już  o  tym.  Wycieczka  wozem  cygańskim 

ciągniętym  przez  konia!  Chyba  można  coś  takiego  wynająć, 

jak  barkę  rzeczną.  Zresztą  oba  te  środki  transportu  dobrze 

kojarzą się ze spokojem.   

Zatrzymali si

ę  przed  małym  budynkiem  pokrytym 

dachówką,  z  uroczymi  okiennicami  ożywiającymi  biel  ścian. 

Wewnątrz było ciepło i przytulnie, a kiedy usiedli we wnęce 
sali, 

na starej dębowej ławie przy oknie, ich oczom ukazała się 

sosnowa aleja, 

u  której  wylotu  widać  było  niewielką 

piaszczystą plażę odległego krańca jeziora.   

Zamówili wino i Peter, 

wpatrując  się  w  swój  kieliszek, 

odezwał się cicho: 

– Zaprosi

łem cię tu między innymi dlatego, że chciałem cię 

przeprosić  za  moje  nietaktowne  uwagi  w  sprawie  Nadji.  Nie 
mia

łem  prawa wymagać,  żeby ktokolwiek  przewidział to, co 

się  stało.  Wszyscy  mieliśmy  mnóstwo  innych  kłopotów.  – 

Westchnął ciężko.  – Często przychodzi mi na myśl, że moje 

własne problemy utrudniają mi ocenę sytuacji... – Obracając w 

palcach  na  wpół  opróżniony  kieliszek,  zamyślił  się,  jakby 

podejmował jakąś decyzję.   

Rozumia

ła,  że  nie  ma  prawa  go  ponaglać.  Po  dłuższej 

chwili odezwał się znowu: 

–  Widzia

łem  w  Bośni  straszne  rzeczy,  o których lepiej, 

background image

żebyś  nie  wiedziała...  i  czuję,  że  w  pewnym  sensie  dla  tego 
biednego dziecka lepiej, 

że tak się stało. Zbyt wiele widziała i 

wycierpiała  w  tak  młodym  wieku,  żeby  mogła  całkowicie 

odzyskać równowagę psychiczną...   

– Zapewne masz racj

ę, tym niemniej to takie okrutne, że jej 

życie, oraz tak wielu innych młodych ludzi, zostało brutalnie 
przerwane... – 

Urwała, gdy dotarł do niej sens własnych słów, 

i wzruszenie ścisnęło ją za gardło.   

–  Lauro,  prosz

ę,  nie  płacz  –  powiedział,  widząc 

gromadzące  się  w  jej  oczach  łzy.  Podał  jej  nieskazitelnie 

czystą chusteczkę, którą wytarła policzki.   

–  Przepraszam ci

ę,  Peter.  Po prostu  miałam  dzisiaj  ciężki 

dzień. Przede wszystkim nie powinnam ci była mówić o mojej 

wizycie w Bośni, tylko że...   

Opowiedzia

ła mu, jak brat namówił ją, by z nim pojechała, 

i o tym, 

jak bardzo chciał tam wrócić po skończeniu studiów, 

a potem o jego tragic

znej  śmierci  i  kryzysie  małżeńskim 

rodziców. 

Mówiła  drżącym  głosem,  a  mimo  to  poczuła  się 

znacznie lepiej, 

gdy już to z siebie wyrzuciła.   

S

łuchał jej z pełnym zrozumienia wyrazem twarzy i kiedy 

skończyła, odezwał się łagodnie: 

–  Lauro,  powrót do kraju pom

ógł  mi  w  jednym: 

uświadomić  sobie,  że  wojna  nie  jest  jedyną  przyczyną 
ludzkiego cierpienia. 

W  ogniu  dział  i  spadających  na  głowę 

bomb  jakoś  zapomina  się  o  wszystkim,  co w normalnym 

świecie jest złe.   

Stopniowo przeszli do mniej przygn

ębiających  tematów  i 

p

óźniej, kiedy w drodze do samochodu ujął ją opiekuńczo pod 

rękę,  jego  bliskość  sprawiła,  że  przez  moment  zapomniała  o 

mrocznych  stronach  życia.  Odprowadził  ją  do  drzwi  jej 
pokoju.   

– Stokrotne dzi

ęki za wieczór, Lauro. Było mi niezmiernie 

przyjemnie. – 

Uśmiechnął się do niej.   

background image

– Mnie te

ż.   

–  Mam te

ż  nadzieję,  że  wybaczyłaś  temu  bezmyślnemu  i 

nieznośnemu facetowi? 

Nie zdawa

ła  sobie  sprawy,  że  Peter,  patrząc  na  jej  twarz 

rozjaśnioną  poświatą  księżyca,  na  chwilę  zapomniał  o 
zrodzonej z rozpaczy pustce w sercu  – 

na  co  stracił  już 

nadzieję. Zastanowił ją wyraz jego twarzy i kiedy ich oczy się 

spotkały, pochyliła lekko głowę i odpowiedziała pojednawczo: 

–  To by

ł  miły  wieczór.  I zapomnij,  proszę,  o naszym... 

nieporozumieniu. 

Ja  też  zachowałam  się  niewłaściwie. 

Ost

atnio wszyscy byliśmy zdenerwowani. Może po pogrzebie 

Nadji wszystko ułoży się lepiej ujął jej dłoń i pocałował.   

–  Kto wie? Mo

że  uda  się  to  powtórzyć  w  bardziej 

sprzyjających okolicznościach.   

W dwa dni p

óźniej, po skromnej ceremonii, Nadja została 

pochowana na cmentarzu przy kościółku w St Callans.   

Ranek by

ł rześki i pogodny, po jasnym niebie przesuwały 

się  białe  chmury,  jakby  świat  żegnał  młodziutką  Bośniaczkę 

wiosną, którą w swym życiu widziała tak niewiele razy. Wieść 

o  śmierci  dziewczynki  rozeszła  się  szybko  i  na  pogrzebie 

zjawiło  się  wielu  ludzi,  a  ich  kwiaty  przykryły  jej  grób. 

Yasmin  zachowywała  się  dzielnie  i  po  położeniu  dwóch 

czerwonych róż na trumnie odeszła z godnością, zatopiona we 
wspomnieniach.   

Min

ęły  jeszcze  dwa  tygodnie,  nim panujące  w  Lodge 

przygnębienie  zaczęło  się  nieco  rozpraszać.  Panna Menzies 

przeniosła  Yasmin  do  jednoosobowej  sali  i  teraz,  kiedy 

dziewczynka poczuła się lepiej, radość na jej twarzy była dla 

wszystkich wystarczającą nagrodą.   

Pewnego dnia panna Menzies 

ściągnęła  wszystkich  na 

ziemię wiadomością, że następnego dnia zostaną przywiezieni 
kolejni pacjenci.   

–  Nie martwcie si

ę  –  zwróciła  się  do  Laury  i  Gemmy, 

background image

zobaczywszy ich zaniepokojenie.  – 

Nie  wpłynie  to  na  pracę 

zespołu.  W  każdym  razie,  z  pewnością  jeszcze  nie  w tym 
wypadku. 

Doktor  Wentworth  być  może  przyjmie  jeden  czy 

dwa  nagłe  przypadki  na  oddział  Hiacynt,  ale  przecież  na  to 

jesteśmy przygotowani, a oddział jest pusty.   

To prawda,  tym razem bezpo

średnio nie odczują przyjęcia 

nowych pacjentów. Kiedy jednak wkró

tce dowiedziały się, że 

w  niedługim  czasie  należy  spodziewać  się  kolejnych,  ich 

niepokój wzrósł.   

–  B

ędzie musiała zatrudnić więcej personelu – stwierdziła, 

nie owijając w bawełnę, Molly. – Przy tylu nowych pacjentach 

dwie czy trzy osoby to za mało. Przypuszczam jednak, że nie 

będzie to łatwe. Nie każdy chce pracować na takim pustkowiu.   

–  To zrozumiale  –  mrukn

ęła  Laura,  sprawdzając  z  listą 

rosnący powoli stos pościeli, którą liczyła Molly.   

– Przy okazji: czy wiesz, 

że oprócz basenu będziemy mieć 

tu 

niedługo  prawdziwe  centrum  sportowe  z  odpowiednim 

wyposażeniem? 

–  C

óż,  muszą  jakoś  się  starać,  żeby  nas  tu  zatrzymać,  no 

nie? 

Po u

łożeniu  bielizny  pościelowej  Laura  zwolniła  Molly  i 

Pearl  na  drugie  śniadanie  i  wróciła  do  służbowego  pokoju. 

Sprawdzała  jadłospisy swoich pacjentów,  kiedy  rozległo  się 

energiczne  pukanie  do  drzwi  i  wszedł  Peter.  W ciemnym 
garniturze, 

który  miał  na  sobie  po  raz  pierwszy,  wyglądał 

bardzo uroczyście.   

–  Jak widz

ę,  jesteś  zajęta  –  powiedział  z  uśmiechem, 

zerkając na zasłane papierami biurko.   

– Troch

ę. Mogę w czymś pomóc? 

Podszed

ł do okna i popatrzył na zachmurzone niebo.   

– Mg

ła. Prawie nie widać drugiego brzegu jeziora.   

– Sta

ł bez ruchu dłuższą chwilę, potem nagle odwrócił się i 

uśmiechnął  smutno.  –  Przepraszam,  byłem  daleko  stąd...  – 

background image

Przybrał  pozę  prowokującego  cały  świat  nastolatka.  –  Tak, 

myślę, że naprawdę mogłabyś pomóc.   

Niski g

łos, z lekkim szkockim akcentem, oraz intrygujący 

zapach wody po goleniu, 

jaki poczuła, gdy Peter pochylił się 

ku niej, 

sprawiły, że wszystko przestało się liczyć.   

–  Rozmawiali

śmy  wczoraj  ze  Stevem  Lomaxem  o 

zorganizowaniu w naszym przysz

łym  klubie  recitali 

muzycznych...   

– Podejrzewa

łam, że nie przyszedłeś tu po prostu na herbatę 

– 

roześmiała się. – Nie, przykro mi, ale na mnie nie liczcie! 

–  Ale

ż,  Lauro.  Przecież  grasz  na  pianinie  i  moglibyśmy 

zorganizować mały koncert dla naszych pacjentów.   

– Nie, Peter.   
– To szkoda. Wpisa

łem już twoje nazwisko do programu.   

–  To je skre

śl  –  rzuciła  szybko.  –  Nie mam zamiaru 

kompromitować  się  przed  ludźmi.  To,  że  kiedyś  miałam 

ambicje zostania pianistką, nie wystarczyło, żeby nią zostać.   

Usiad

ł na brzegu biurka.   

–  Uprzedza

łem  Steve'a,  że  bez  walki  się  nie  obejdzie  i 

muszę  cię  ostrzec,  że  żaden  z  nas  nie  zrezygnuje.  Musimy 

doprowadzić  do  tego  koncertu,  nawet gdyby  miało  nas  to 

kosztować życie.   

– To, moim zdaniem, by

łaby zbyt wielka cena. No, dobrze, 

jeśli  to  sprawa  życia  i  śmierci,  zgadzam  się,  ale  nie  wińcie 
mnie, 

jeśli będzie straszliwa klapa.   

– Dziewczyna tryskaj

ąca optymizmem – to właśnie lubię.   

Po wyj

ściu Petera nie mogła się skoncentrować. Realizacja 

tego  pomysłu  oznaczała,  że  częściej  będą  się  spotykać,  co 

samo w sobie nie byłoby niepokojące, gdyby nie reagowała na 

jego bliskość podekscytowaniem, które ją nieco niepokoiło.   

Dotychczas jeszcze si

ę  to  jej  nie  przydarzyło.  Owszem, 

przeżyła parę krótkich flirtów podczas praktyk szpitalnych w 
Londynie, 

ale jej ówczesne złudzenie, że – jest zakochana w 

background image

stewardzie, by

ło w rzeczywistości raczej fascynacją nowością, 

poznawaniem kogoś nie związanego z jej codziennym życiem.   

Obecna sytuacja by

ła jednak inna. Uważała, że nie pociąga 

Petera fizycznie, 

a  mimo  to  zachowywała  się  jak  zadurzona 

gimnazjalistka. 

Może jednak ta nowa sytuacja będzie miała i 

dobre strony. 

Może,  spotykając  go  częściej  poza  szpitalem, 

odkryje  w  nim  zwykłego  śmiertelnika,  niedoskonałego  jak 
wszyscy inni, 

i  wyzwoli  się  spod  jego  czaru?  W  istocie 

zaczynała już tak o nim myśleć po owych zjadliwych uwagach 
w sprawie Nadji, 

tylko że wtedy wybaczyła mu bardzo szybko 

i znowu znalazła się pod jego urokiem...   

 
– Lauro, grasz walca Chopina, prawda? 
W cztery dni p

óźniej odbyła się próba koncertu, w którym 

zgodziło  się  wystąpić  około  dziesięciu  osób  z  personelu 
szpitala. 

Stremowana  Laura  skończyła  grać  i  usłyszawszy 

spontaniczne oklaski,  rozpromieni

ła  się  z  dumy.  Po 

zakończeniu występów podano wszystkim herbatę.   

– Lauro – na twarzy Petera malowa

ł się niekłamany podziw 

– 

świat stracił w tobie wielką artystkę! 

U

śmiechnęła się.   

–  A w tobie wielkiego aktora! Jako Peer Gynt m

ógłbyś 

występować  na  najlepszych scenach.  A teraz koniec 
komplementów, 

bo mam ważne pytanie. Z cukrem czy bez? – 

spytała, balansując tacą z filiżankami.   

–  Dzi

ękuję,  bez.  Pozwól,  odniosę  już  tacę,  żebym  mógł 

swobodnie wychwalać cię nadal.   

W atmosferze podniecenia ustalono dat

ę  pierwszego 

koncertu. 

Dennis  zaskoczył  wszystkich  grą  na  małych 

organach elektronicznych,  jego przyjaciel gra

ł  na  perkusji, 

Gemma  brzdąkała  na  gitarze,  a  Pearl  śpiewała  soulowe 
piosenki i wszystko, 

czego sobie zażyczyli.   

Nikt by nie przewidzia

ł, pomyślała Laura, kładąc się spać, 

background image

że Lodge zbudzi się do życia w taki sposób.   

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

 

Nast

ępnego dnia Peter badał dziecko misjonarzy, brutalnie 

zamordowanych  podczas  powstania  w  Południowej  Afryce. 

Śliczny,  osiemnastomiesięczny  chłopczyk  z  uroczym 

uśmiechem  nazywał  się  Tiki,  tak jak najmniejsza moneta w 
RPA, 

ponieważ  urodził  się  bardzo  malutki.  Wszystkie te 

informacje Peter otrzymał z Czerwonego Krzyża.   

Trzy dni wcze

śniej  umieszczono  dziecko  w  izolatce  z 

podejrzeniem dyfterytu, 

żeby  zapobiec  ewentualnemu 

rozprzestrzenieniu się choroby. Teraz objawy nasilimy się.   

Po zako

ńczeniu badania, zdjęciu masek i fartuchów, Peter i 

Dennis  wrócili  do  pokoju  pielęgniarskiego.  Kiedy  Laura  się 

tam pojawiła, na widok ich posępnych twarzy uniosła brwi.   

–  Cze

ść! Nie wyglądacie na takich, których cieszy wiosna 

za oknem.  – 

Po wczesnym lunchu poszła na spacer do lasu i 

właśnie z niego wróciła.   

– Chodzi o Tikiego, Lauro. Jestem w

łaściwie pewien, że to 

dyfteryt.  Jak wiesz, 

okres  wylęgania  trwa  do  sześciu  dni  i 

mieliśmy  nadzieję,  że  to  nie  jest  prawda,  ale teraz musimy 

zrobić wymaz z gardła.   

– Bo

że drogi! Jaki typ, jak sądzisz? 

– Najpewniej b

łonica krtani. Już ma suchy kaszel, a to nie 

najlepiej rokuje.  – 

Peter  podszedł  do  drzwi.  –  Nie możemy 

czekać na wyniki badań, trzeba zacząć leczenie natychmiast.   

– Penicylina? 
– Tak, prokainowa. Wolniej si

ę wchłania i dłużej utrzymuje 

w organizmie.   

Po wyj

ściu Petera Dennis pokręcił głową.   

–  Bystry facet.  Na pocz

ątku  myślałem,  że  to  kolejne 

przeziębienie, zwłaszcza że dziecko trochę kichało.   

–  Bez w

ątpienia  zna  się  na  dzieciach  –  przyznała  Laura, 

przygotowując strzykawkę z penicyliną.   

background image

– A jak ci si

ę podobało bycie gwiazdą wieczoru? – spytał z 

uśmiechem.   

Zarumieni

ła się.   

–  Dennis,  nie zaczynaj! Mój dawny nauczyciel gry na 

pianinie dosta

łby zawału, gdyby mnie usłyszał.   

–  Skromno

ść  jest  zaletą,  Lauro,  ale  trochę  wiary  w  siebie 

nie zawadzi, 

wiesz o tym? Cóż, kończę dyżur za godzinę, więc 

pójdę poćwiczyć, bo mam zamiar dać w przyszłym tygodniu 

naprawdę oszałamiający występ! 

– Brawo! Niektórym to dobrze! 
 
W sobot

ę  rano  wyniki  badania  potwierdziły  dyfteryt  u 

chłopca i, co oczywiste, wzbudziły podejrzenie, że pozostałe 

dzieci z Pierwiosnka mogły się nim zarazić, choć na razie nie 

zaobserwowano  u  nich  żadnych  objawów.  Peter  zalecił 
podanie surowicy antytoksycznej wszystkim dzieciom,  po 
wykonaniu próby uczuleniowej.   

–  Trzeba wprowadzi

ć  jeden  mililitr  roztworu  antytoksyny 

śródskórnie  –  tłumaczyła  Laura  młodziutkiej  Pearl.  –  W 

przypadku  uczulenia  wystąpi  wysypka,  o  której  proszę  mnie 

poinformować. Idę zrobić próbę Andre.   

Stan Andre powoli, lecz systematycznie si

ę poprawiał. Był 

pogodnym  dzieckiem  i  uśmiechał  się  do  wszystkich. 

Uzupełniwszy dane w karcie, Laura zajęła się wygładzaniem 

prześcieradeł, kiedy pojawił się Peter i z uśmiechem podszedł 

prosto do łóżeczka. Na jego widok chłopczyk zaczął radośnie 

kopać nóżkami.   

–  Ale z ciebie urwis!  –  Peter 

śmiał  się,  jego  głos  był 

przepełniony czułością.   

Pomy

ślała,  że  nie  spotkała  jeszcze  mężczyzny,  który 

okazywałby tyle ciepła wszystkim dzieciom.   

– Ma si

ę coraz lepiej – powiedziała.   

– O, tak. Ale musimy zachowa

ć dużą ostrożność z powodu 

background image

chorób zakaźnych, które zaczynają się teraz objawiać. Miejmy 

nadzieję,  że  Tiki  nie  będzie  miał  ostrego  ataku krupu.  Temu 

rodzajowi błonicy towarzyszą najgorsze powikłania.   

– Te

ż mam taką nadzieję...   

Wesz

ła Pearl i poinformowała, że dziecko, któremu robiła 

próbę, nie ma uczulenia.   

–  Dzi

ęki  Bogu  –  mruknął  Peter.  –  Teraz  trzeba  podać 

powoli  pozostałą  antytoksynę  dożylnie  i  mieć  przygotowaną 

strzykawkę z epinefryną na wypadek wstrząsu.   

Od drugiej po po

łudniu Laura była wolna. Przez cały ranek 

mżyło,  teraz  jednak zza chmur zaczęło  prześwitywać  słońce, 

więc z przyjemnością wybrała się rowerem do miasteczka, by 

kupić  parę  niezbędnych  rzeczy.  Jadąc  wzdłuż  jeziora, 

zachwycała  się  widokiem  połyskujących  w  słońcu  drobnych 
zmarszczek na wodzie i jasnozielonych, wiosennych odrostów 

na gałęziach sosen. Ogarnęło ją niezwykłe uczucie wolności i 

nie  wyobrażała  sobie,  by  gdziekolwiek  mogło  być  teraz 

piękniej niż tu.   

Po zako

ńczeniu zakupów i odwiedzeniu wszystkich 

sklepik

ów  z  antykami  miała  już  wsiąść  na  rower,  gdy 

zobaczyła  Petera  podjeżdżającego  samochodem  pod  jeden  z 

większych  hoteli.  Zdziwiła  się  i  wpatrywała  w  niego 
natarczywie, 

pragnąc  upewnić  się,  czy wzrok jej nie myli,  i 

nagle  przypomniała  sobie,  że  mówił  jej,  iż  do  Inverness  lub 

dalej  niż  do  Brory  zawsze  jeździ  wynajętym  samochodem. 

Pomachał  do  niej  ręką,  wysiadł  i  podszedł  do  niej 
energicznym krokiem.   

–  Cze

ść  Lauro!  Jak  ci  się  podoba?  –  Wskazał  na  nowe, 

szare BMW, l

śniące w słońcu metalicznym blaskiem.   

– Bardzo 

ładne – zachwyciła się z promiennym uśmiechem. 

–  Samochód jest ci zdecydowanie potrzebny.  Czy nie 

mówiłeś, że chcesz odwiedzić rodziców w Edynburgu? 

–  To prawda.  Pojad

ę,  kiedy  tylko  zdołam  wziąć  trochę 

background image

wolnego.  Teraz jednak  – 

uśmiechnął  się  do  niej  –  skoro  się 

spotkaliśmy,  może  pozwolisz  się  zaprosić  na  herbatę  do 
hotelu? 

– Z przyjemno

ścią. Ale mój rower...   

– To 

żaden problem! Schowam go do bagażnika.   

– Och, nie! To 

świętokradztwo.   

–  W takim razie poprosz

ę  kierowcę  szpitalnej  furgonetki, 

żeby  go  jutro  przywiózł  do  Lodge.  I  tak  stale  kursują  na  tej 
trasie.   

– Je

śli jesteś tego pewien, to zgoda.   

– Jestem. No to chod

źmy zażyć odrobiny luksusu! Dopiero 

wewnątrz zorientowała się, że hotel jest naprawdę elegancki. 

Dyskretna  wnęka,  adamaszkowy obrus i srebrna zastawa na 

stole tworzyły atmosferę, w której z apetytem zjedli maleńkie 

kanapki  z  pasztetem  z  gęsich  wątróbek  i  anchois,  a potem 
wypili herbat

ę  z dodatkiem pysznych,  rozpływających  się  w 

ustach ciasteczek. , 

Peter opowiada

ł  o  swoich 

doświadczeniach  za  granicą,  a  później,  ku jej zdumieniu, 

przeszedł  na  tematy  bardziej  osobiste.  Tylko wyraz oczu 

ujawniał  prawdziwe  uczucia  mężczyzny,  który,  rozparty 

wygodnie  na  krześle,  z kamiennym spokojem na twarzy 

mówił o ukochanej niegdyś dziewczynie.   

–  Mia

ła  na  imię  Marika  i  też  pracowała  dla  Czerwonego 

Krzyża.  Byliśmy  bardzo  szczęśliwi.  Pochodziła  z  lekarskiej 
rodziny, 

ale  miała  wykształcenie  muzyczne  i  z  zawodu  była 

wiolonczelistką. Grała muzykę klasyczną i od czasu do czasu, 

jeśli  to  było  możliwe,  dawała  koncerty.  Głównie  jednak 

chciała pomagać innym w tych trudnych czasach i pracowała 

w  Czerwonym  Krzyżu  –  trochę  zajmowała  się  udzielaniem 
pierwszej pomocy, 

ale  w  zasadzie  robiła  wszystko,  co tylko 

potrafiła.  Zginęła razem z rodzicami pod gruzami budynku, 

który  został  zbombardowany.  Miała  jeszcze  siostrę,  ale 

niewiele o niej mówiła.   

background image

Laura patrzy

ła  na  Petera,  coraz  lepiej  rozumiejąc  jego 

dotychczasowe zachowanie. 

Nagłe  wybuchy  irytacji, 

milczenie, którym czasami odci

nał się od reszty świata, i nagłe 

przypływy  życzliwości,  kiedy  to  był  przesadnie  wrażliwy  na 
potrzeby innych – 

wszystko to teraz nabierało nowego sensu.   

–  Tak mi przykro,  Peter,  nie mia

łam  pojęcia...  – 

powiedziała cicho. – Nie byłabym jednak uczciwa nie mówiąc 
ci, 

że robiłeś wrażenie człowieka obarczonego niewidzialnym 

ciężarem.  Myślałam,  że  to  dlatego,  że  napatrzyłeś  się  na 

umieranie i wojnę.   

–  Cz

ęściowo  tak,  ale  najbardziej  wstrząsnęła  mną  śmierć 

Mariki, a teraz jedyne, 

co nas wciąż łączy, to moja miłość do 

muzyki...  – 

Urwał,  jednak  po  chwili  odezwał  się  znowu 

żywszym  tonem:  –  Nie  zrozum  mnie  źle,  proszę.  Nie mam 

zamiaru  żyć  przeszłością.  To  niezwykłe,  ale  ty  też  masz 
ogromne wyczucie muzyki.  Kiedy po raz pierwszy 

usłyszałem,  jak grasz  –  w  jego ciemnych  oczach  pojawił  się 

błysk  –  stwierdziłem,  że  w  twojej  muzyce  jest  coś 
szczególnego, 

coś  wyjątkowego  i  dlatego  musisz  robić  to 

dalej.   

Potem rozmawiali o ksi

ążkach i teatrze, a także o cudownej 

przyrodzie  północnej  Anglii.  Kiedy  dojeżdżali  do  Lodge, 

Laura pomyślała z żalem, że czas zbyt szybko mija. Ciemność 
i drobny deszczyk, 

który  znów  zaczął  mżyć,  wzmogły  jej 

poczucie  samotności  we  dwoje.  Peter  zatrzymał  samochód  i 

kiedy odwrócił się, by na nią spojrzeć, jego twarz, choć ukryta 
w cieniu,  wy

dawała  się  w  nikłym  świetle  gwiazd  bardziej 

delikatna i łagodna.   

– Dzi

ękuję ci, Lauro. To była najprzyjemniejsza wyprawa, 

na jakiej byłem. Mam nadzieję, że tobie też było miło.   

–  Dzi

ękuję ci, Peter – powiedziała z uśmiechem. Kiedy ją 

objął, nie była w stanie się oprzeć; właściwie od dawna za tym 
t

ęskniła. Serce biło jej szybko, a wargi odpowiedziały na jego 

background image

pocałunek,  który  przypieczętował  ich  przyjaźń  –  mógł 

bowiem tylko to oznaczać, jak powiedziała sobie w duchu.   

–  Nie ka

żda  dziewczyna  tak  uprzejmie  słuchałaby  moich 

narzekań, Lauro. – Uśmiechnął się i powoli opuścił ramiona, 

jakby chciał przerwać narosłe między nimi napięcie. – Twoja 

przyjaźń wiele dla mnie znaczy. Jeszcze raz dziękuję.   

Te s

łowa upewniły ją, że nie miał zamiaru wywoływać w 

niej tak nam

iętnej  reakcji.  Zażenowana  otworzyła  drzwi  i 

wysiadła, nie zauważając, że Peter zdążył już podejść, by jej w 
tym pomóc.   

– Mam nadziej

ę, że przyjemnie spędzisz resztę wieczoru. Ja 

muszę wrócić na oddział i sprawdzić, jak czuje się Tiki, więc 
do jutra.   

Spojrza

ł  jej  w  oczy  i  szybko  odwróciwszy  się,  usiadł  za 

kierownicą.   

Nie mia

ła najmniejszej ochoty na rozmowę z kimkolwiek, 

więc resztę wieczoru spędziła samotnie, przeżywając na nowo 

całe spotkanie. Nigdy nie zapomni tej wyprawy, a zwłaszcza 

tego pocałunku.   

 
Dopiero nast

ępnego  dnia  Laura  przypomniała  sobie,  że 

wcześniej  przyjęła  propozycję  Petera,  aby  wybrać  się  kiedyś 
na koncert do Inverness.   

Przez ca

ły  dzień  zresztą  jej  myśli  krążyły  wokół  Petera, 

choć nie miała wiele okazji, by go spotkać.   

Panna Menzies trzyma

ła  rękę  na  pulsie  i  regularnie 

odbywała spotkania z personelem,  nawet jeśli czasami miały 
one miejsce poza godzinami pracy. 

Zatrudniała też stopniowo 

kolejnych pracowników, 

co  pozwoliło  personelowi 

Pierwiosnka  i  Hiacynta  trzymać  się  z  dala od problemów 

całego szpitala i kontynuować pracę zespołów.   

T

ę  sprawę  właśnie  poruszyła  Gemma,  kiedy  piły  razem 

kawę podczas przerwy.   

background image

–  Wiesz, 

że  panna  Menzies  ma  zamiar  awansować  którąś 

pielęgniarkę  na  siostrę  oddziałową?  –  I  zauważywszy 

roztargnienie koleżanki, spytała: – Hej, Lauro, co ty robiłaś w 
nocy, 

że jesteś taka nieprzytomna? 

Laura mia

ła  nadzieję,  że  jej  rumieniec  nie  jest  zbyt 

widoczny. Nag

łe przeskakiwanie z tematu na temat uznała za 

paskudny zwyczaj.   

–  W rzeczywisto

ści  poszłam  spać  wcześnie.  Nie 

zauważyłaś, że często im. więcej snu, tym gorzej się człowiek 

czuje następnego dnia? 

–  Jak si

ę  nad  tym  zastanowić,  to prawda.  Wracając  do 

sprawy, 

co o tym sądzisz? 

–  W

łaściwie  nie  zastanawiałam  się  nad  tym  – 

odpowiedziała  i  przez  głowę  przemknęła  jej  myśl,  że  gdyby 

dostała tę pracę, prawdopodobnie usunięto by ją z zespołu, a 

to oznaczałoby koniec pracy z Peterem.   

–  Pracowa

łaś  już  jako  siostra  oddziałowa,  prawda?  – 

ciągnęła Gemma, zajęta dolewaniem kawy w momencie, gdy 

Laura kątem oka dostrzegła Petera gawędzącego w pobliżu z 
Joan Barnard. – Lauro, 

dobrze się czujesz? 

–  Eee...  Tak,  dzi

ękuję,  dobrze. O  czym  mówiłaś?  Gemma 

jęknęła i powtórzyła pytanie.   

– Tak, przez kr

ótki czas byłam oddziałową – potwierdziła. 

– 

Podobała mi się ta praca.   

– Mog

łybyśmy stanąć do konkursu.   

– Pomy

ślę o tym – odparła i zmieniła temat.   

Po powrocie na oddzia

ł  poszła  prosto  do  Tikiego.  Mimo 

podania leków, 

objawy choroby nasilały się. Oddech dziecka 

był  świszczący  i  urywany.  Kiedy  starała  się  ułatwić  mu 
oddychanie, 

do sali wszedł Peter.   

– Obawiam si

ę, że te duszności źle wróżą. Chyba będziemy 

musieli zrobić tracheotomię, żeby usunąć błony dyfteryczne.   

–  Biedny ma

ły  –  mruknęła  ze  współczuciem.  –  A  może, 

background image

niezależnie  od  choroby,  ma  jakieś  ciało  obce  w  drogach 
oddechowych? 

–  Nie.  Przebada

łem  go  dokładnie  wczorajszego  wieczoru, 

kiedy przyszedłem tu z tego właśnie powodu. Nie ma jednak 

żadnej poprawy.   

Towarzyszy

ła  Peterowi  podczas  obchodu.  Na  końcu 

odwiedzili Yasmin. 

Leżała  w  łóżku i na ich widok szybko 

schowała  cos'  pod  poduszkę.  Peter  przywitał  ją  jak  zwykle, 

potem jednak mówił do niej powoli i wyraźnie po angielsku, 

kolejny raz dziwiąc się, że dziewczyna rozumie już tak wiele.   

– Wstaniesz dzi

ś z łóżka? – spytał ciepło.   

–  Tak  –  potwierdzi

ła, choć ze smutkiem. – Dziś w nocy... 

śniła mi się Nadja... Rozpłakałam się... Trzymam jej list pod 

poduszką.   

Laura uj

ęła dłoń dziewczyny.   

–  Rozumiemy,  kochanie.  Ona te

ż  myśli  o  tobie,  wiesz o 

tym.   

Tymczasem Peter przygl

ądał  się  czerwonym  plamom na 

ramionach Yasmin.   

–  O Bo

że,  to  może  być  świerzb.  Na  szczęście  nie 

kontaktowała  się  z  innymi  pacjentami.  –  Odsłonił  koc  i 

obejrzał  tułów,  nogi i pachwiny.  W  języku  Yasmin  zapytał, 

czy  wysypka  jest  dolegliwa  i  dowiedział  się,  że  jest  trochę 
bolesna. 

Ze  współczującym  uśmiechem  przeszedł  znów  na 

angielski.  – 

Nie  martw  się,  Yasmin,  wkrótce  się  jej 

pozbędziemy.   

– Czy mog

ę teraz wstać z łóżka? 

–  Tak,  tylko przez jaki

ś  czas  nie  możesz  wychodzić  z 

pokoju i kontaktować się z innymi osobami.   

Po umyciu r

ąk wyszli z pokoju i Peter poinstruował Laurę, 

w jaki sposób zwalczyć tę chorobę.   

– Najpierw gor

ąca kąpiel całego ciała, potem natrzeć skórę 

dwudziestopięcioprocentową  maścią  siarkową,  a po 

background image

dwudziestu czterech godzinach powt

órzyć  kąpiel.  Trzymaj 

kciuki, 

żeby nie doszło do nawrotu.   

–  Ca

ły  kłopot  w  tym,  że  nie  mamy  pojęcia,  z  czym  się 

mogli wcześniej zetknąć, i pozornie wydaje się, że te choroby 

ujawniają  się  wtedy,  kiedy  tylko  zapewni  się  im  przyzwoitą 

opiekę i wyżywienie.   

– Nie zapomnij te

ż o tym, że codzienne mycie całego ciała 

jest  niezbędne.  Ubranie  i  pościel  muszą  zostać 
zdezynfekowane i wysterylizowane oraz zmieniane 
codziennie. 

Jeśli  Yasmin  skontaktuje  się  z  jakimś  innym 

pacjentem, 

trzeba zastosować wobec niego te same środki.   

–  O ile wiem,  od 

śmierci  Nadji  wolała  być  sama,  więc 

chyba unikniemy rozprzestrzenienia się świerzbu.   

– Poinformuj

ę natychmiast komisję do zwalczania zakażeń 

wewnątrzszpitalnych. To drugi przypadek choroby zakaźnej w 
tym tygodniu, 

licząc  dyfteryt.  Trzeba  zastanowić  się,  co 

zrobić, żeby nie stracić nad tym kontroli.   

Otworzy

ł drzwi od służbowego pokoju; nagle zatrzymał się, 

jakby nieoczekiwanie przypomniał sobie o czymś, i dodał: 

–  A przy okazji: wszyscy,  bez kt

órych  szpital  może  się 

obejść,  są  zaproszeni  dziś  wieczorem  na  przyjęcie 

zaręczynowe, a jednocześnie pożegnalne, bo chodzi o jednego 

ze stażystów, który jutro wyjeżdża na sześciomiesięczny kurs. 
Jego narzeczona, 

która  właśnie  skończyła  staż  w  Aberdeen, 

jedzie razem z nim,  a potem poszuka odpowiedniej pracy. 

Mam nadzieję, że gdzieś w okolicy.   

–  To mi

łe. Słyszałam nieco o tym romansie. Zdaje się, że 

była to miłość od pierwszego wejrzenia. – Oczy jej rozbłysły.   

–  Zdarza si

ę!  –  Roześmiał  się,  wchodząc  do  pokoju,  i 

zawołał  za  odchodzącą  Laurą:  –  To  będziesz  mogła  przyjść 
czy nie? 

– Nie widz

ę przeszkód! – odkrzyknęła, opanowując radość, 

że jemu widocznie zależy na jej obecności. Jednak po chwili, 

background image

wpisując  chorobę  Tikiego  do  rejestru  zakażeń,  poczuła 

rozdrażnienie.  Czy  nie  wiąże  zbyt  wiele  nadziei  z  tym 

mężczyzną? Przyjaźń to wspaniała rzecz. Dlaczego ma to jej 

nie  wystarczyć?  Dlaczego  wzmianka  o  czyichś  zaręczynach 
sprawia, 

że  poddaje  się  szalonym  marzeniom,  by razem z 

Peterem przeżyć te same, błogie chwile? 

Wpisa

ła  przypadek  Yasmin  i  z  westchnieniem  zamknęła 

zeszyt. 

Prędzej  ją  piekło  pochłonie,  niż  pozwoli,  by Peter 

Wentworth  zawrócił jej w głowie. To szaleństwo.  Na pewno 

są tu inni mężczyźni, którzy nie będą igrać jej uczuciami jak 
on.   

 
Przyj

ęcie  rozpoczynało  się  o  dziewiątej,  więc  miała  dość 

czasu, 

by  wziąć  prysznic  i  przebrać  się.  Potem,  stojąc  przed 

dużym lustrem, wygładziła miękkie fałdy zakrywającej kolana 
brzoskwiniowej sukienki z jedwabiu,  dopasowanej na górze i 

bez  ramiączek.  Lekko  zmarszczyła  czoło,  nie  mogąc  się 

zdecydować,  czy złoty naszyjnik  i  kolczyki,  jakie  dostała  od 
rodziców, 

nie są zbyt eleganckie. Doszła jednak do wniosku, 

że jeśli rozpuści włosy, nie będą tak bardzo rzucać się w oczy.   

Umalowa

ła  się  starannie,  po raz drugi tego dnia 

uper

fumowała  i  włożyła  sandałki  na  wysokich  obcasach. 

Jeszc

ze  tylko wybrała  małą  torebkę  z łańcuszkiem  na  ramię, 

wygodniejszą  na  tego  typu  przyjęciu,  gdy  talerz  i  szklankę 

trzeba trzymać w rękach, i mogła iść.   

By

ła  trochę  zdenerwowana.  Perspektywa spotkania Petera 

na  uroczystym  przyjęciu  wprawiła  ją  niemal  w  panikę. 
Szkoda, 

że nie potrafi się zachowywać tak jak on: swobodnie, 

ale z dystansem. 

Cóż, nic nie mogło powstrzymać szalonego 

bicia serca, 

gdy myślała o tym, że z nim zatańczy, jak i o tym, 

że znowu z nim porozmawia...   

Pomy

ślała, że chyba traci rozum i na pewno brak jej silnej 

woli. 

Upewniwszy się, że włożyła do torebki klucz od swego 

background image

pokoju, 

zeszła  na  dół  do  klubu  sportowego,  gdzie  przyjęcie 

było już w pełnym toku. Zdumiewające, co potrafi zdziałać w 

parę  godzin  grupa  ludzi  –  obejmująca  też  parę  osób z klubu 
muzycznego. 

Dennis  przechodził  sam  siebie  w  grze  na 

elektronicznych organach, jego przyjaciel – na perkusji, 

a ktoś 

nie  znany  jej  osobiście  zupełnie  nieźle  grał  na  gitarze 
elektrycznej.   

–  Cze

ść,  Lauro!  –  zawołała  Gemma.  –  Tak  się  cieszę,  że 

jest

eś. Nie znam połowy ludzi! 

– Witajcie, dziewcz

ęta! Czego się napijecie? – przywitał je 

gospodarz z narzeczoną u boku. Kątem oka Laura dostrzegła 
Joan Barnard, 

tańczącą ze Stevem Lomaxem.   

– Laura! – Peter, ubrany jak wi

ększość mężczyzn w ciemny 

garnitur,  p

ojawił  się  przed  nią  z  uśmiechem  na  ustach.  – 

Wspaniale, 

że przyszłaś! Zatańczysz? 

Zaskoczona,  nie mia

ła czasu przypomnieć sobie, czego się 

miała wystrzegać, zwłaszcza słysząc kolejne słowa Petera.   

–  Wygl

ądasz  olśniewająco.  Wprost nie dowierzam 

własnym  oczom,  przecież  godzinę  temu  widziałem  cię  w 
pracy! 

–  My

ślę,  że  mniej  niż  godzinę.  Wiesz,  my,  dziewczyny, 

musimy być szybkie! 

Ta

ńcząc  później  z  Timem  Hudsonem,  z  wysiłkiem  starała 

się  słuchać,  co on mówi,  bowiem  cały  czas  czuła  obecność 
Petera, 

choć  tańczył  z  kimś  innym.  W  pewnej chwili  zbliżył 

się do nich ze swoją nową partnerką i powiedział: 

–  Za dwie minuty mam wyg

łosić  gratulacje.  Tim,  nie 

zapomnij udzielić mi wsparcia! 

–  Nie martw si

ę,  Peter,  wesprzemy  cię  wszyscy. 

Przemówienie  było  krótkie  i  dowcipne.  Narzeczonych 
wzruszy

ł wspólny prezent wręczony im przez pannę Menzies, 

której  towarzyszył  nie  znany  nikomu,  dystyngowany pan. 

Wkrótce znowu rozległa się muzyka.   

background image

Dennis poprosi

ł o zastępstwo jednego z muzyków i zaprosił 

Laurę do tańca. Jego okrągła, dobroduszna twarz promieniała 

uśmiechem.   

– Wygl

ądasz porażająco, jeśli mogę się tak wyrazić! 

– Dzi

ęki. Ty też wyglądasz świetnie.   

– Wiesz, kim jeste

ś? Małą kokietką! 

– Ale ja naprawd

ę tak myślę...   

Nagle muzyka zamilk

ła,  poproszono  o  ciszę  i  ogłoszono 

komunikat.   

– Uwaga, uwaga! Doktor Wentworth i siostra Meadows s

ą 

proszeni  o  natychmiastowe  stawienie  się  na  oddziale 
Pierwiosnek. 

Mogą  być  potrzebne  jeszcze  dwie  osoby  z 

zespołu, ale o tym zadecyduje doktor Wentworth.   

Na oddziale Laura szybko przebra

ła  się  w  czysty  strój 

pielęgniarski,  przewidziany na takie sytuacje.  Wychodząc  z 
przebieralni, 

spotkała na korytarzu Petera.   

–  To Tiki  –  wyja

śnił.  –  Ma  sinicę  i  musimy  mu  zrobić 

tracheotomię.  Kazałem  już  przygotować  salę  operacyjną. 

Uprzedziłem  siostrę  instrumentariuszkę,  że  będziesz  mi 

asystować.   

Laura wraz z piel

ęgniarką  z  nocnej  zmiany  przygotowały 

dziecko do operacji. 

Widok  sinej  skóry  malca  i  świst 

chwytanego z trudem powietrza przyprawiały o skurcz serca.   

– Tlen mu nieco pomaga – oznajmi

ła cicho pielęgniarka i z 

zaniepokojeniem spytała: – Czy doktor Wentworth jest gotów 
do operacji? 

–  Tak,  widzia

łam,  jak  szedł  na  salę.  Możemy  go 

natychmiast wieźć na operacyjną.   

Przenios

ły dziecko na łóżko transportowe; wydawało się, że 

na  ich  oczach  uchodzi  z  chłopca  życie.  W sali operacyjnej 

czekano już na małego pacjenta. Kiedy anestezjolog upewnił 

się, że Tiki śpi, uniósł dłoń z podniesionym kciukiem na znak, 

że  można  zaczynać.  Laura  obserwowała  dłonie  Petera 

background image

nacinające  tchawicę  poniżej  chrząstki  pierścieniowej  krtani  i 

miała  nadzieję,  że  ta  krótka  operacja  uratuje  dziecku  życie. 

Założono  rurkę  tracheotomijną  i  podłączono  do  urządzenia 

odsysającego śluz.   

Peter spojrza

ł znad maski na pracującą aparaturę.   

–  Dzi

ęki  Bogu,  że  ma  solidną  moc.  Nareszcie  –  mruknął 

cicho,  sprawdziwszy wszystko jeszcze raz.  –  Na razie to 
wszystko. 

Jeśli  oddychanie  nie  poprawi  się  po  tym  zabiegu, 

będziemy  musieli  podłączyć  rurkę  tracheotomijną  do 
respiratora, 

żeby rytmicznie pompować płuca. Teraz możemy 

tylko 

czekać. – Zerknął na ścienny zegar. – Niewiele tu mamy 

teraz do roboty, siostro. 

Czy sądzi pani, że możemy wrócić na 

tańce?  –  spytał  z  czarującym  uśmiechem  dyżurną 

pielęgniarkę.   

–  Nie widz

ę  przeszkód,  panie doktorze  –  odpowiedziała 

zgodnie z przewidywaniami.  – 

Zrobił  pan  wszystko,  co 

możliwe.  Przypuszczam jednak,  że  jutro  będzie  pan  dość 

zajęty – uśmiechnęła się porozumiewawczo – więc niech pan 
nie traci teraz czasu, 

dobrze  się  bawi  i  tak  dalej!  W  razie 

jakiejś zmiany skontaktuję się z panem.   

– Jest pani skarbem, siostro.   
– Pochlebca! – stwierdzi

ła sucho, ale z zadowoloną miną.   

 
Godzin

ę  później  Laura  i  Peter  dołączyli  do  szpaleru  par 

tańczących szkockie tańce.   

–  Nie

źle  ci  to  wychodzi,  Lauro.  Nie  tańczyłem  tego  od 

wieków, 

ale i tak nad moimi zdolnościami tanecznymi matka 

zawsze załamywała ręce.   

Zbyt szybko nadszed

ł ostatni taniec wieczoru. Kiedy Peter 

ją  właśnie  zaprosił,  poczuła  przyjemne  podekscytowanie. 

Przez cały wieczór starała się nie oczekiwać spełnienia swych 

marzeń,  ale teraz,  gdy  światła  przygasły,  wtuliła  się  w  jego 

ramiona i poddała kojącemu rytmowi muzyki.   

background image

–  Grosik za twoje my

śli  –  szepnął  w  pewnej  chwili, 

dotykając wargami jej ucha.   

– To tajemnica... – odszepn

ęła, wstrząśnięta dreszczem, jaki 

wzbudził w niej ten dotyk.   

– Powiedz mi w takim razie, jak ci si

ę podobał wieczór, nie 

licząc, oczywiście, przerwy na pracę! 

–  Je

śli  chodzi  o  pracę,  jest znacznie lepiej,  niż 

przypuszczałam.  Myślałam,  że  nie  będę  mogła  zapomnieć  o 
Tikim.  – 

Spojrzała  mu  poważnie  w  oczy.  –  Czy nie jest z 

mojej stro

ny egoizmem spędzić wspaniale wieczór, kiedy ten 

mały jest tak ciężko chory? 

Potrz

ąsnął głową, uśmiechając się wyrozumiale.   

– Moja droga Lauro, nikt nie oczekuje od nas przejmowania 

si

ę  wszystkimi  problemami,  jakie  ma  świat,  choć  i  tak  to 

robimy. To jest jedna z tych sytuacji, w której zamkniemy za 

nimi drzwi i będziemy straszliwymi egoistami... chociaż przez 

chwilę...   

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

 

Pogodna noc i 

świeże,  rześkie  powietrze  stanowiły  miły 

kontrast  z  rozgrzaną  i  nieco  duszną  salą,  w której odbywało 

się przyjęcie. Gdy wyszli, Peter niespodziewanie spytał: 

–  Mo

że  zmienisz  buty  na  wygodniejsze  i  pójdziemy  nad 

jezioro? Poczekam na ciebie.   

– Dobrze. B

ędę za minutę.   

I dotrzyma

ła słowa, nie chcąc stracić ani jednej sekundy tej 

wspaniałej  nocy.  Zbyt  piękne,  żeby  było  prawdziwe, 

pomyślała,  kiedy wziął ją pod rękę i skierowali się w stronę 

piaszczystej  ścieżki  nad  jeziorem.  Zza ciemnej sylwetki 

wzgórz wyłaniał się właśnie księżyc, gwiazdy świeciły jasno, 

a ich odbicie w wodzie udawało kolekcję diamentów. Stanęli.   

–  To fantastyczne  –  szepn

ęła  Laura,  dojmująco  świadoma 

obecności  Petera  przy  swym  boku.  Nie  poruszyła  się,  nie 

odwróciła  głowy.  Czuła,  że  Peter  na  nią  patrzy,  myśląc 
zapewne o dziewczynie, 

którą kochał i stracił. Pojęła teraz, co 

z

naczy określenie „słodki smutek”. Chociaż nie mogła mówić 

o rozstaniu, 

bo nie było żadnego związku, to mimo wszystko 

w tej właśnie chwili, w tej niezwykle pięknej scenerii, poczuła 

wyjątkowo  silną  więź  z  mężczyzną,  który  pociągał  ją  od 

pierwszego dnia znajomości.   

Drgn

ęła,  czując,  że  Peter  powoli  odwracają  ku  sobie, 

ujmuje jej twarz w dłonie i patrzy w oczy.   

– Musz

ę ci powtórzyć, że wyglądasz wspaniale – szepnął. – 

Taniec  z  tobą  był  dla  mnie  torturą,  wiesz o tym?  –  Położył 

dłonie  na  jej  ramionach,  w  świetle  księżyca  podobnych do 
alabastru. Tak dobrze znany jej, 

lekki uśmiech błąkał się także 

w jego oczach. – 

Myśli masz wypisane na twarzy – dodał.   

– Chcia

łabym je usłyszeć – powiedziała z uśmiechem.   

– My

ślisz, że wszystko to już słyszałaś i że nieraz mówiłem 

to innym dziewczynom. 

Mam rację? 

background image

– No, tak...   
– A wi

ęc mylisz się. Uważam, że łączy nas przyjaźń jedyna 

w swoim rodzaju i to się nigdy nie zmieni. Jestem pewny, że 
czujesz to samo...   

Wolno pochyli

ł głowę i delikatnie dotknął wargami jej ust. 

Wstrzymała oddech i świat zawirował. Nie przyciągnął jej do 
siebie, 

po  prostu  trzymał  ją  za  ręce,  a  kiedy  odsunęli  się  od 

siebie, 

nie  puścił  jej  rąk,  lecz  tylko  z  trudnym  do  określenia 

wyrazem twarzy, 

jakby  po  trosze  spodziewał  się  oporu, 

powiedział: 

–  I 

łączy  nas  także,  Lauro,  coś  jeszcze,  czego  nie  można 

nazwać  przyjaźnią.  Odnoszę  wrażenie,  że  nasze  spotkanie 

było zapisane w gwiazdach. Jestem właściwie tego pewien.   

T

łumiąc pragnienie przytulenia się do niego, rzekła miękko: 

–  Peter,  nie my

śl,  że  oczekuję  od  ciebie  takich  słów  z 

powodu...  romantycznego nastroju. 

Poza  tym  wciąż  jeszcze 

żyjesz wspomnieniami o Marice. Rozumiem to, naprawdę.   

Przesun

ął  wzrokiem  po  połyskującej  tafli  jeziora  i  znów 

spojrzał jej w oczy, po czym bez słowa ją objął. Poczuła bicie 

jego serca przy swoim i zarzuciła mu ręce na szyję.   

–  Lauro  –  szepn

ął  –  doceniam to,  co mówisz,  ale  życie 

mimo  wszystko  toczy  się  dalej.  Marika  i  ja  żyliśmy  i 

kochaliśmy się w zupełnie innym świecie. Teraz mam zacząć 

żyć  na  nowo.  I jestem pewien,  że  życiem  człowieka  rządzi 

przede wszystkim miłość.   

Delikatnie pog

ładził  ją  po  policzku  i  musnął  wargami  jej 

usta, 

a potem powiedział cicho: 

– Lauro, chod

źmy do mnie, proszę. Tyle rzeczy chciałbym 

ci powiedzieć.   

By

ł  to  moment,  żeby  odmówić,  lecz nie zrobiła  tego.  Po 

prostu  odwzajemniła  uścisk  jego  dłoni  i  ruszyli  milcząc  w 

drogę  powrotną.  Nie  potrzebowali  już  słów;  wystarczała  im 

aksamitna ciemność nocy i instynkt, jakim natura wyposażyła 

background image

każde  żywe  stworzenie.  Nieoczekiwanie  ujrzeli  między 
drzewami stadko jeleni, 

które wyłoniło się po chwili na drogę.   

–  Nie ruszaj si

ę – szepnął Peter. – Przestraszymy je. Będą 

walczyć o łanię.   

Dwa pot

ężne jelenie rozpoczęły starcie i wśród parskania i 

stękania  napierały  na  siebie  potężnymi  porożami.  W  końcu 

jeden  poddał  się  i  wycofał.  Wówczas  łania  podeszła  do 

zwycięzcy,  obejrzała  go  i  obwąchała,  a  w  chwilę  później 

zwierzęta schyliły łby i wydały dziwne odgłosy, będące jakby 

ostateczną  akceptacją  siebie,  po  czym  zaczęły  rytmicznie 

stykać  się  łbami,  odgrywając  godowy  rytuał.  Po  podjęciu 

decyzji  nowa  para  pobiegła  do  sosnowego  lasu,  znikając  w 
nim tak cicho, 

jak się pojawiła, a reszta stada weszła głębiej 

między drzewa.   

–  Po raz pierwszy widz

ę  coś  takiego  –  szepnęła  Laura  z 

przejęciem.   

Peter u

śmiechnął się.   

–  Z pewno

ścią  nie  da  się  tego  zobaczyć  w  biały  dzień, 

stojąc w tłumie ludzi.   

U

ścisnął jej dłoń i poszli dalej.   

 
–  Dzi

ękuję  ci,  Lauro,  za cudowny wieczór  –  powiedział 

później,  unosząc  szklankę  w  jej  kierunku.  Siedzieli na 
szerokiej kanapie w salonie jego trzypokojowego mieszkania. 

Peter obejmował ją i z zachwytem patrzył na gładką skórę jej 
odkrytych ramion. 

Na  moment  w  jego  wzroku  pojawiło  się 

wahanie, 

lecz szybko zniknęło.   

– Tak – przyzna

ła – to był wspaniały wieczór.   

–  Chcia

łem  ci  powiedzieć  tyle  rzeczy,  ale w tej chwili 

niczego nie pamiętam. Hipnotyzujesz mnie...   

Podni

ósł jej wolną rękę do ust i pocałował czubek każdego 

palca, 

po  czym  wyjął  szklankę  z  drugiej  ręki  i  gorąco 

pocałował ją w usta. Laura odniosła wrażenie, że zachłystuje 

background image

się powietrzem.   

– Chod

ź... – szepnął.   

Wzi

ął  ją  za  rękę  i  zaprowadził do  drugiego  pokoju,  gdzie 

stało  przykryte  satynową  narzutą  łóżko  o  królewskich 
rozmiarach, 

wygodne i kuszące. Nie panując nad sobą, szybko 

zdjął  jej  jedwabną  sukienkę,  ona  zaś  rozpięła  mu  koszulę  i 

muskała palcami jego skórę.   

Wkroczyli do 

świata  oślepiających  świateł,  rozedrganych 

zmysłów  i  wirujących  doznań,  jak fajerwerk,  który  nim  się 
wypali, 

wzbija  się  obrotowym  ruchem  wysoko,  by  w  pełni 

ukazać swe piękno.   

Dopiero gdy wr

ócili na ziemię, Laura poczuła, że uczucie 

rozkoszy mąci jej lekki smutek...   

Peter opar

ł się na łokciu i odsunąwszy miękkie, błyszczące 

włosy z jej twarzy, dostrzegł w jej oczach łzy.   

–  Lauro,  uspok

ój  się.  Kochanie,  może  to  nie  powinno  się 

było  teraz  zdarzyć,  ale  tak  czy  owak  było  nieuniknione. 

Chciałem, żeby ten wieczór tak się skończył, zwłaszcza kiedy 

cię zobaczyłem w tej pięknej sukni. Wiem, że to, co mówię, 
brzmi egoistycznie, 

ale naprawdę nie o to mi chodziło.   

Pog

łaskała go po policzku.   

–  Nie jestem zdenerwowana,  Peter,  cho

ć  czuję,  że 

powinnam była się temu jakoś sprzeciwić. Poza tym – dodała 

z pośpiechem – zapomnimy o wszystkim...   

Wiedzia

ła,  że  w  jej  przypadku  to  niemożliwe,  musiała 

jednak upewnić go, że nie rości sobie do niego żadnych praw.   

–  Musz

ę  już  wrócić  do  siebie  –  oznajmiła  z  sennym 

uśmiechem.  –  Chwała  Bogu,  nie tylko  my  będziemy  rano 

wyglądać tak, jakbyśmy mieli kaca! 

–  Chyba masz racj

ę.  Napijmy  się  kawy,  zanim  cię 

odprowadzę.   

 
Rano posz

ła  prosto  do  sali,  w  której  leżał  Tiki.  Siostra z 

background image

nocnej zmiany patrzyła na chłopca z niepokojem. – Stan jest 
stabilny  – 

odpowiedziała  na  pytanie  Laury.  –  Doktor 

Wentworth był tu o świcie. – Jak oddycha? – Trochę łatwiej. 

W  tym  momencie  dołączył  do  nich  Peter.  –  Dzień  dobry  – 

rzucił  szorstko  i  zajął  się  sprawdzaniem  umocowania  rurki 
tracheotomijnej.  – 

Ponieważ  powietrze,  którym oddycha,  nie 

jest  ogrzewane  ani  zwilżane  przez  nos  oraz  gardło  – 

powiedział,  kiedy wszyscy  odeszli od łóżeczka,  aby nie 

sprowokować  niczym kaszlu ani przemieszczenia rurki  – 

trzeba  wstawić  mu  pod  namiot  czajnik  z  parującą  wodą.  To 

mu  ułatwi  oddychanie.  Lauro,  przyjmij nocny raport; jestem 
pewien, 

że koleżanka chce już pójść spać.   

Laura wysz

ła do dyżurki, dokąd po chwili przyszedł.   

– Panna Menzies powiedzia

ła mi przy śniadaniu, że możesz 

awansować. Chcesz tego, Lauro? 

Wym

ówił jej imię tak, jakby ją pieścił. Wiedziała, o co mu 

chodzi, 

i szybko umknęła spojrzeniem w bok.   

–  Nie chcia

łam  tego,  Peter.  Nie  starałam  się  o  to.  Ale po 

ostatniej...  po zastanowieniu  – 

mamrotała  –  uznałam,  że 

najlepiej...   

–  Nie chc

ę, żebyś odeszła z zespołu, Lauro. Musisz o tym 

wiedzieć. Dobrze nam się pracuje od samego początku. Zmień 
zdanie, 

proszę.   

Nie potrafi

ła oprzeć się jego prośbie.   

– Dobrze, ale tylko na razie.   
Dostrzeg

ła ulgę na jego twarzy i zalała ją fala radości.   

–  Wyja

śnię  pannie  Menzies,  że  jesteś  mi  potrzebna.  Te 

słowa dzwoniły jej w uszach przez cały dzień, wieczorem zaś 

Peter znalazł ją w pokoju dla personelu i razem wypili herbatę.   

–  Przegl

ądałem  rano  gazetę  z  Inverness  i  znalazłem 

informację,  że  wkrótce  odbędzie  się  recital  jakiejś  dobrej 
pianistki.  Nie znam jej, 

ale  chyba  warto  zaryzykować. 

Pojedziesz ze mną? 

background image

– Ch

ętnie.   

– Ciesz

ę się.   

Spojrza

ł na nią w taki sposób, że spuściła wzrok.   

– Peter – szepn

ęła bez tchu, zadowolona, że są sami – jeśli 

chodzi o ostatnią noc...   

Po

łożył palec na jej ustach.   

– Nie, prosz

ę...   

Uszanowa

ła jego życzenie i rzuciła szybko: 

– Dobrze. Niestety, musz

ę już iść. Mam dyżur do ósmej. To 

na razie.   

 
Nast

ępny  wieczór  okazał  się  nieprzerwanym  pasmem 

sukcesów. 

Podczas próby generalnej Gemma namówiła ją na 

zagranie w duecie, za co obsypano je komplementami. Potem 

Peter zaprosił ją na drinka i pojechali do przytulnego zajazdu 
w miasteczku, 

o którym zaczęli mówić „nasz”.   

– Zam

ówiłem bilety na sobotni koncert, nie wymyślaj więc 

sobie  na  tę  porę  żadnych  zajęć.  Czy  możesz  się  wyrwać 

wcześniej, żebyśmy mogli spędzić razem także popołudnie? 

–  Chyba tak.  Przy okazji,  panna Menzies m

ówiła  o 

kolejnym transporcie. 

Zatrudniła  już  cztery  dodatkowe 

pielęgniarki, które na razie są bez przydziału.   

Przez jaki

ś czas rozmawiali o pracy i w pewnej chwili Peter 

zapytał: 

–  Czy m

ówiłem  ci,  że  wkrótce  zacznę  prowadzić  kursy 

angielskiego?  Myślę  o  dwóch  grupach:  dla  dorosłych  i  dla 
dzieci.  Ci, 

którzy  teraz  przyjadą,  w  większości  nie  znają 

naszego języka.   

–  Jeste

ś  miłym  człowiekiem,  Peter  –  powiedziała  z 

uśmiechem, patrząc na jego pełną entuzjazmu twarz. – Panna 

Menzies miała szczęście, że tu przyjechałeś.   

Roze

śmiał się.   

– Odwrotnie! To ja mam szcz

ęście, że tu jestem.   

background image

–  To dziwne,  ale tamtego dnia,  kiedy ci

ę po raz pierwszy 

zobaczyłam,  mój  szósty  zmysł  podpowiedział  mi,  że  coś  się 
wydarzy.   

–  Wi

ęc  już  wtedy  patrzyłaś  w kryształową  kulę?  Wkrótce 

wsiedli do samochodu. Nim Pet

er włączył silnik, odwrócił się 

w jej kierunku.   

–  Wiesz,  Lauro,  s

łuchając  dziś  twojej  gry,  uświadomiłem 

sobie, 

ile  radości  możesz  dać  ludziom.  –  Wziął  ją  za  rękę  i 

mocnym, 

ciepłym  uściskiem  chciał  jej  przekazać  coś,  czego 

nie  ujął  w  słowa.  Kiedy ruszyli,  nie  wypuścił  jej  ręki.  –  To 
niezgodne z przepisami – 

roześmiał się – ale miejmy nadzieję, 

że tylko jelenie to zauważą.   

Zapad

ła  przyjazna  cisza.  Laura  miała  wrażenie,  że  to,  co 

przeżył niedawno za granicą, czasem przytłacza wszystko inne 

w jego życiu – i powoli zaczynała go rozumieć.   

 
Perspektywa przyj

ęcia nowych pacjentów w nadchodzącym 

tygodniu  sprawiła,  że  dni  biegły  szybciej.  Stan Tikiego po 

operacji  powoli  się  poprawiał  i  mieli  nadzieję,  że  wkrótce 

będzie można odłączyć rurkę tracheotomijną.   

W pi

ątek rano,  kiedy  wykąpawszy  Andre  kończyła  go 

ubierać,  przy  jej  boku  stanęła  Pearl  i  poczęła  zachwycać  się 

gaworzącym radośnie malcem.   

– Czy

ż nie jest wspaniały? Cześć, dziecino! Kochasz ciocię 

Pearl, prawda, skarbie? 

–  Czy to nie ciocia Pearl kupi

ła mu kolejną grzechotkę? – 

spytała żartobliwie Laura.   

–  Pod koniec miesi

ąca  na  pewno  nie  ja  –  roześmiała  się 

Pearl.  –  To chyba doktor Wentworth. 

Widziałam  go  tu 

wczoraj; był bardzo zadowolony z siebie. Nie on jeden zresztą 
to robi. 

Mówiłam ci o ślicznej, białej, kędzierzawej owieczce, 

którą Dennis przyniósł małemu? 

Ile musia

łam  wykazać  taktu,  żeby  mu  ją  zwrócić  i 

background image

przekonać, że nie jest to najlepsza zabawka dla niemowlęcia. – 

Poszła  odebrać  dzwoniący  telefon  i  po  chwili  stanęła  znów 
obok Laury. – O wilku mowa. Doktor Wentworth do ciebie.   

– Dzi

ękuję. – Laura podeszła do telefonu. – Słucham.   

–  Lauro  –  us

łyszała  głos  przyspieszający  bicie  jej  serca  – 

muszę  zaraz  wyjść  na  zebranie,  więc  nie  będzie  mnie  na 
obchodzie. 

Gdyby  były jakieś  problemy,  to  dyżur ma doktor 

Lomax. 

Jak się czuje Tiki? 

– Spa

ł cztery godziny bez przerwy, więc chyba lepiej.   

–  Dzi

ęki Bogu i za to. Udało ci się wygospodarować czas 

na jutrzejszy wyjazd do Inverness? 

– Tak. Ko

ńczę o dwunastej.   

– 

Świetnie.  Myślę,  że  po  drodze  zjemy  lunch we wsi i 

będziemy mieć czas na kolację w Inverness.   

– Nie mog

ę się już doczekać.   

– Ja te

ż. Zabiorę cię jutro w południe.   

Powoli,  by mie

ć trochę czasu na opanowanie się, odłożyła 

słuchawkę. Musi nauczyć się nie tracić głowy na dźwięk jego 

głosu.   

Wróci

ła  do  dzieci.  Popatrzyła  ze  współczuciem  na 

pogrążoną  we  śnie  Marie,  przytulającą  do  siebie  starą 

kaczuszkę. Zaczynali podejrzewać, że dziewczynka ma wadę 

serca i z tego powodu w najbliższych dniach miał zjawić się w 
Lodge wybitny kardiolog z Edynburga, przyjaciel Petera.   

Laura odsun

ęła  ciemne  włosy  z  buzi  dziecka,  które nie 

budząc  się  ścisnęło  kurczowo zabawkę,  jakby podświadomie 

bało się stracić swój skarb. Laura westchnęła głęboko. Biedne 

maleństwo  –  niełatwe  życie  miało  od  początku,  a teraz 
najprawdopodobniej  – 

w  tak  ważnym  okresie  rozwoju  – 

będzie  pod  opieką  coraz  to  nowych  ludzi.  Dlaczego dzieci 

muszą cierpieć za toczących wojny dorosłych? 

 
Sobotni poranek okaza

ł  się  jasny  i  pogodny.  Około 

background image

południa  Laura  pospiesznie  przygotowała  się  na spotkanie z 
Peterem. 

Zrezygnowała  z  przerwy  na  kawę  i  poszła  się 

przebrać.  Miała  nadzieję,  że  ciemnoczerwony  kostium  i 

czarny  sweterek  okażą  się  odpowiednim  strojem  we 
wszystkich sytuacjach, 

w  jakich  tego  dnia  może  się  znaleźć. 

Przerzuciła  przez  ramię  ciepły,  biały  płaszcz,  włożyła  do 
torebki jedwabny szalik, 

w  ostatniej  chwili  przypomniała 

sobie o perfumach, 

po czym zbiegła szybko po schodach.   

Samoch

ód stał już przed domem. Jej serce zabiło szybciej 

na widok Petera, 

który natychmiast wysiadł i podszedł do niej.   

–  Witaj,  Lauro! Mam nadziej

ę,  że  nie  musiałaś  gonić  jak 

szalona? 

–  Nie  –  odpar

ła  ze  śmiechem,  sadowiąc  się  w  aucie.  – 

Zdarzały się nawet chwile, kiedy czas stawał w miejscu.   

– Znam to uczucie – powiedzia

ł, kiedy ruszyli. – Muszę się 

przyznać,  że  z  niecierpliwością  czekam  na  występ  tej 
Rosamund Hedley. 

Długo  mieszkałem  z  dala  od  wielkiego 

świata i nie bardzo się orientuję w nowych talentach, ale zdaje 

się, że jest to pianistka o międzynarodowej sławie. W każdym 

razie bilety na jej koncert są wyprzedane.   

–  Rozumiem ci

ę.  Sama nie bardzo wiem,  kto teraz jest 

sławny. Zresztą, to wciąż się zmienia, prawda? 

– Tak. Sztuka 

żyje własnym życiem i chwała jej za to.   

Lunch zjedli w Brorze.  Przy kawie Peter nieoczekiwanie 

powiedzia

ł: 

–  Wiesz,  Lauro,  wspaniale mi si

ę  z  tobą  rozmawia. 

Porozumiewamy się z taką łatwością i naturalnością... Czuję, 

że  cokolwiek  powie  jedno  z  nas,  nie  jest  w  stanie  urazić 
drugiego. 

Niezależnie od tematu.   

Wzruszy

ł ją ten komplement.   

–  Odnosz

ę to samo wrażenie. To dziwne, ale przyjaźń nie 

zawsze  idzie  w  parze  z  łatwością  w  rozmowie.  Przed 

przyjazdem  do  Lodge  miałam  chłopaka  i  teraz  widzę,  że  w 

background image

pewnym  momencie  związani  z  sobą  ludzie  natykają  się  na 

jakąś  barierę.  Dobra atmosfera nagle znika,  i to zazwyczaj z 

powodu  jakiegoś  nieporozumienia  o  byle  drobnostkę.  W 

każdym razie tak było w naszym przypadku.   

– Czy to znaczy, 

że tamto już się skończyło? 

–  Na pewno.  Czasami tak si

ę  szczęśliwie  składa,  że  od 

samego początku wiadomo, jak to się skończy, ale trzeba się o 

tym przekonać.   

– To prawda...   
Po wyj

ściu z hotelu przywitało ich słońce prześwitujące zza 

ciężkich,  deszczowych chmur.  Podczas  dalszej  podróży 

zapanowało  między  nimi  poczucie  bliskości,  które Laura 

uznała  za  dobrą  wróżbę.  W  połowie  drogi  zatrzymali  się  na 

herbatę w małym, pomalowanym na biało domku z ogrodem 

pełnym hiacyntów.   

W ko

ńcu  dojechali  do  Inverness.  Na  przedmieściach 

powitała  ich  zatoka  Moray,  połyskująca  w  popołudniowym 

słońcu. Miasto założone przez Dawida I w dwunastym wieku 

zachowało  rolę  centrum  handlowego  i  administracyjnego aż 
do dzisiejszych czasów.  Obejrzeli najstarsze budynki, 

pochodzące z szesnastego i siedemnastego wieku, które mimo 

nowoczesnych  wnętrz,  służących  obecnie  jako  biura, 

zachowały łupkowe dachy o łamanych szczytach. W jednym z 
domów Laura ze 

wzruszeniem przyglądała się kominkowi, na 

którego  nadprożu  wyryto  datę:  tysiąc  sześćset  osiemdziesiąt 
jeden.   

–  Szkoda, 

że  nie  mamy  więcej  czasu  –  westchnął  Peter, 

wyprowadzając ją na Church Street, jedną z najstarszych ulic 
miasta.   

Zjedli kolacj

ę  w  restauracji  znajdującej  się  w  pobliżu 

miejskiej wieży, nie przerywając rozmowy o otaczających ich 
zabytkach. 

Wreszcie  Laura  z  uczuciem  sytości  oparła  się 

wygodnie o krzesło.   

background image

–  Pyszne jedzenie,  Peter.  I wspania

ły  dzień.  Uśmiechnął 

się.   

– Twoja obecno

ść to balsam na serce każdego mężczyzny – 

powiedział szczerze.   

W drodze do sali koncertowej spad

ły  na  nich  pierwsze 

krople deszczu. 

Podbiegli  kawałek  i  ustawili  się  w  kolejce 

oczekujących na wejście. Wkrótce wskazano im miejsca. Peter 

zatroszczył  się  o  program koncertu,  a  kiedy  już  usiedli 
wygodnie, 

wziął Laurę za rękę. Poczuła przebiegającą między 

nimi  iskrę  i  intensywność  tego  doznania  pogłębiła  nastrój 
radosnego oczekiwania...   

Światła  powoli  zgasły,  czerwona  kurtyna  rozsunęła  się, 

orkiestra  zaś  wstała  na  powitanie  wchodzącej  na  estradę 
artystki.   

Pi

ękna,  wysoka,  smukła  kobieta  o  lśniących,  czarnych, 

wysoko upiętych włosach ukłoniła się dystyngowanie i usiadła 
przy fortepianie. 

Szmer  podziwu  uciszył  się,  gdy tylko 

dyrygent wzniósł batutę.   

Pierwszym utworem by

ło  „Adagio”  Bacha z „Preludium 

numer cztery”  –  jeden z najbardziej ulubionych utworów 
Laury. 

Kiedy  Peter  ścisnął  mocniej  jej  dłoń,  poczuła  się  tak 

szczęśliwa,  jak  nigdy  w  życiu.  Przy pierwszych cichych 

akordach  pochylili  się  nieco  do  przodu,  jakby chcieli 

przybliżyć się do magii, w jakiej uczestniczyli.   

W chwil

ę później Peter wypuścił dłoń Laury i zesztywniał.   

–  M

ój  Boże,  to  ona!  Nie  wiedziałem,  że  ma  sceniczny 

pseudonim – 

szepnął.   

Na jego czole dostrzeg

ła  głęboką  zmarszczkę,  a kiedy 

wstrząśnięty  opadł  na  oparcie  fotela  i  zasłonił  twarz  dłonią, 

ogarnął ją lęk.   

–  Dobrze si

ę  czujesz?  –  spytała  z  niepokojem.  –  Może 

wyjdziemy na świeże powietrze? 

Potrz

ąsnął głową, patrząc w przestrzeń.   

background image

– Nie... nie – wykrztusi

ł w końcu. – Zaraz mi przejdzie...   

Przez reszt

ę  utworu  siedział  z  posępna  miną.  Laura nie 

odzywała  się,  czując,  że  ogarnia  ją  dziwny  niepokój.  Nie 

słyszała  już  muzyki,  lecz  natrętną  kakofonię  dźwięków. 

Dopiero podczas przerwy Peter oznajmił, że zostają na drugiej 

części  koncertu,  toteż  poszli  do  baru  napić  się  czegoś 

chłodnego.  Laura  próbowała  wyciągnąć  z  niego  jakieś 
informacje o Rosamund Hedley, 

ale  dowiedziała  się  jedynie 

tego, 

że  kiedyś  ją  znał  i  przeżył  szok,  kiedy  dziś 

niespodziewanie pojawiła się na scenie.   

Wiecz

ór  stracił  swój  urok  i  Laura  zapragnęła  jak 

najszybciej znaleźć się w Lodge.   

– Wracamy? – spyta

ła z nadzieją w głosie. – Naprawdę nie 

mam nic przeciwko temu.   

–  Nie,  musimy zosta

ć do końca. Wybacz mi. Nie mogłem 

tego przewidzieć.   

Wr

ócili do sali na drugą cześć koncertu. Zachowanie Petera 

nie  uległo  zmianie  –  człowiek,  którego  pokochała,  zmienił 
sienie do poznania.  Podczas drogi powrotnej do Lodge w 

samochodzie  panowała  napięta  atmosfera.  Na samym 

początku jazdy Peter uprzedził ją: 

–  Mo

że się okazać, że będziesz musiała prowadzić. Czuję, 

że dostaję straszliwej migreny.   

–  Dobrze.  Powiedz po prostu,  kiedy b

ędziesz chciał się ze 

mną zamienić.   

Pokonywali jednak kilometr za kilometrem,  a Peter 

wytrwale siedzia

ł za kierownicą, zaczęła więc podejrzewać, że 

migrena  jest  wymówką.  Wieczór  zakończył  się  całkowicie 

odmiennie  od  jej  wyobrażeń;  Peter  nawet  nie  próbował  jej 

pocałować czy dotknąć, rzucił jej jedynie chłodne „dobranoc”.   

Po raz kolejny zatopi

ł się w niewesołych wspomnieniach z 

przeszłości.   

–  Lauro,  uwierz mi, 

że  jest  mi  bardzo przykro  –  dodał.  – 

background image

Gdybym wiedział, że to ona ma grać, nie pojechałbym na ten 
koncert. 

Być może później wyjaśnię ci wszystko – ale jeszcze 

nie teraz. 

Jesteś bardzo wyrozumiała i nie potrafię wyrazić, jak 

bardzo jestem ci za to wdzięczny.   

–  Nie ma o czym m

ówić – powiedziała spokojnie. – Mam 

nadzieję, że jutro poczujesz się lepiej.   

Unios

ła głowę i uśmiechnęła się do niego uprzejmie, choć 

żegnając się z nim była bardzo nieszczęśliwa. Nie pozwoliła 

sobie jednak na płacz i postanowiła potraktować cały incydent 

jako  pouczające  doświadczenie.  Po  prostu  musi  myśleć 

rozsądnie. Przecież Peter tyle wycierpiał, że nic dziwnego, iż 

wzruszająca  muzyka  i  widok  kogoś,  kto  przypomniał  mu  o 

przeszłości, wywołała w nim tak silną reakcję.   

Czy nie jest to jednocze

śnie kolejna wskazówka dla niej, by 

trzymać  na  wodzy  uczucia?  Już  dawno  uległa  urokowi  tego 

mężczyzny, czy jednak dzisiejsza nagła zmiana jego nastroju 

nie powinna stanowić dla niej ostrzeżenia? 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

 

Nast

ępnego ranka nikt na szczęście nie pytał jej o wrażenia 

z wycieczki. 

Nawet jeśli ktoś zauważył, że Peter podwiózł ją 

pod szpital, 

to  i  tak  nic  z  tego  nie  wynikało,  bo taka 

uprzejmość była w Lodge czymś normalnym.   

Nieco p

óźniej  odbyło  się  kolejne  zebranie  personelu  z 

panną  Menzies.  Po omówieniu  różnych  spraw  zawodowych 

przełożona oświadczyła z uśmiechem: 

–  A teraz dobra nowina dla wszystkich.  Skontaktowali si

ę 

ze  mną  przedstawiciele  prasy lokalnej i  krajowej.  Nie wiem, 

czy słyszeliście, że słynna pianistka, Rosamund Hedley, daje 
w tym tygodniu koncerty w Inverness,  na które wszystkie 

bilety zostały już wyprzedane. Niektórzy z was być może już 

ją słyszeli. Pani Hedley dowiedziała się – i prasa także – że w 

Lodge  opiekujemy  się  chorymi  i  rannymi  dziećmi,  między 
innymi z jej ojczystego kraju, 

Bośni,  i  oświadczyła,  że 

zamierza  wystąpić  na  dodatkowym  koncercie,  z którego 
dochód zostanie przeznaczony na szpital. 

Zarezerwowała  dla 

nas trochę biletów i każdy, kto ma czas i ochotę, może po nie 

zgłosić się do mnie. – Spojrzała na zegarek. – Jedyny kłopot w 
tym, 

że  koncert  odbędzie  się  jutro,  więc  trzeba  szybko  się 

decydować.   

Reszt

ę dnia Laura przeżyła w ponurym nastroju. Jedynym 

pocieszającym  wydarzeniem  było  odłączenie  rurki 
tracheotomijnej Tikiemu.  Mieli nadziej

ę,  że  w  ciągu  kilku 

tygodni  chłopczyk  wyzdrowieje  całkowicie,  tym niemniej 

leczenie winno być kontynuowane, dopóki trzy kolejne próby 

nie wykażą braku maczugowca błonicy.   

Petera nie spotka

ła,  choć  wiedziała,  że  miał  dyżur.  Po 

południu zaczęła przemyśliwać nad tym, czy nie zadzwonić do 

niego i spytać o migrenę, jednak odrzuciła ten pomysł. Byłby 
to jedynie pretekst, 

by z nim porozmawiać, a musi nauczyć się 

background image

panować  nad  sobą.  Jednakże  później,  kiedy  przygotowywała 
dzienny raport, 

Peter pojawił się w jej dyżurce.   

–  Wybacz mi,  Lauro, 

że  nie  skontaktowałem  się  z  tobą 

wcześniej. Jeszcze raz przepraszam cię za wczorajszy wieczór.   

–  To nie ma znaczenia,  Peter.  Nie przejmuj si

ę. – Wydało 

się jej, że po jego twarzy przebiegł skurcz bólu, lecz szybko 

doszła do wniosku,  że odniosła mylne wrażenie i świadomie 

zmieniła  temat.  –  Słyszałeś  już  o  koncercie  dobroczynnym 
pani Hedley na rzecz szpitala? 

S

łowo „spochmurniał” nie oddawało nagłej zmiany wyrazu 

jego twarzy.   

–  Tak,  bardzo to szlachetne  –  skomentowa

ł  krótko.  – 

Przyszedłem, żeby dać ci listę operacji na wtorek po południu. 

Dwie  z  nich  są  dla  nas.  Muszę  jeszcze  zdecydować,  co z 

resztą;  być  może  będę  musiał  przeprowadzić  je  pod  koniec 
tygodnia, 

jeśli  to  będzie  możliwe.  Niektórzy z nowych 

pacjentów są w złym stanie.   

 
Wiadomo

ść  o  koncercie  rozniosła  się  lotem  błyskawicy  i 

wkrótce stało się jasne, że koncert dobroczynny spotkał się z 
ogromnym zainteresowaniem. Pani Hedley o

świadczyła prasie 

oraz  samemu  księciu,  że  chciałaby  przed  wyjazdem  do 

Londynu  odwiedzić  młodych  pacjentów  w  Lodge.  Książę  i 
pozo

stali członkowie szpitalnego komitetu zachwycili się tym 

pomysłem  i  naprędce  podjęto  działania  mające  nadać 
uroczysty charakter temu wydarzeniu.   

Tej nocy Laura nie mog

ła zasnąć, bowiem myślami uparcie 

wracała  do  dnia  spędzonego  z  Peterem.  Przyjemność,  jaką 

dawało im wspólne spędzanie czasu, sprawiła, że łącząca ich 

więź  nabrała  nowej  jakości.  Czy  miała  o  tym  wszystkim 

zapomnieć? 

J

ęknęła  z  rozpaczy,  wiedząc,  że  zakochała  się  w  nim,  i 

przypomniała  sobie,  jak  błyskawicznie  się  zmienił  na  widok 

background image

tej kobiety! Mo

że  spotkał  się  z  nią  w  teatrze,  powiedział, 

gdzie  pracuje  i  oświadczył,  że  chciałby  się  z  nią  spotkać? 

Może  to  była  prawdziwa  przyczyna  tego  dodatkowego 

koncertu?  To  niemiła  myśl,  ale  skoro  dwoje  ludzi  łączyło  i 

nadał  łączy  uczucie,  czyż  nie  jest  naturalne,  że  jedno  z  nich 

próbuje odnowić kontakt z drugim? Może Rosamund Hedley 

dowiedziała się, że Peter jest w Lodge, zanim wybrała się do 
Anglii? Zakochana kobieta jest zdolna do wszystkiego. 

Mężczyzna także, jeśli czuje to samo.   

Na my

śl  o  następ nym  d n i

u  i  wszystkich honorach 

przewidzianych  dla  tej  kobiety  ogarnęła  ją  nowa  fala 

przygnębienia.  Nie  była  w  stanie  uwierzyć,  że  jedynym 

powodem koncertu jest chęć obdarowania szpitala. Do końca 

życia  nie  zapomni  reakcji  Petera  w  ten  koszmarny  wieczór. 

Czy jutro zachowa się on podobnie? 

Nast

ępnego  dnia,  w ustrojonej kwiatami recepcji,  na 

powitanie  gościa  ustawili  się  w  szeregu  książę  z  małżonką, 

członkowie  zarządu  szpitala,  panna Menzies,  Peter i 

większość lekarzy oraz pielęgniarek.   

Na oddzia

łach Pierwiosnek i Hiacynt wszystko aż lśniło w 

oczekiwaniu  na  nadejście  wielkiej  chwili.  Laurę 
poinformowano, 

że pani Hedley zwiedzi najpierw sale na dole 

i  mniej  więcej  po  kwadransie  zjawi  się  na  górze.  Poszła  do 

pokoju  pielęgniarskiego,  po  raz  setny  chyba  wygładziła 

załamania  na  swoim  liliowym  stroju,  poprawiła  włosy  i 

włożony  specjalnie  na  tę  okazję  wykrochmalony na sztywno 
czepek. 

Z  bijącym  sercem  udała  się  z  powrotem  na  oddział 

Pierwiosnek,  gdzie równie zdenerwowane, 

ale  robiące  w 

swych  strojach  wrażenie  bardzo  kompetentnych,  Gemma i 

Pearl  tworzyły  uroczystą  atmosferę,  w  pełnej  harmonii  z 

obfitością kwiatów.   

Kiedy w ko

ńcu całe towarzystwo pojawiło się na oddziale, 

Laura mogła myśleć tylko o tym, że pani Hedley jest jeszcze 

background image

piękniejsza  niż  na  scenie.  Peter przedstawił  ją  oczekującym 
kobietom i Laura, 

podając rękę eleganckiej damie patrzącej na 

nią  swymi  wspaniałymi  oczami,  poczuła  zapach 
ekskluzywnych perfum.   

–  To dla mnie zaszczyt spotka

ć  się  z  wami  osobiście.  – 

Lekko  ochrypły  glos  był  fascynujący,  podobnie jak łamana 
nieco angielszczyzna. 

Pianistka  spojrzała  z  uśmiechem  na 

Petera, 

jednak  na  jego  spiętej  twarzy  nie  pojawiła  się  żadna 

reakcja, 

jakby  nie  chciał  pozwolić  sobie  na  okazanie 

jakichkolwiek  uczuć  w  obecności  kobiety,  która tak bardzo 

nim  poruszyła,  ani tym bardziej  –  otaczającego  ją  tłumu. 

Zatrzymywali się przy każdym łóżku. Na twarzy pani Hedley 

pojawił się autentyczny smutek, kiedy zobaczyła małą Marie i 
Tikiego.   

Kiedy stan

ęli  przy  łóżeczku  Andre,  intensywnie 

przyglądała  się  twarzyczce  dziecka,  a  potem  spojrzała  na 

Petera i spytała o nazwisko malca. Usłyszawszy odpowiedź – 
Andre Ovsky  – 

uśmiechnęła  się  szeroko  i  zaczęła  szybko 

wyrzucać  z  siebie  słowa  we  własnym  języku,  kiwając  z 

zadowoleniem  głową,  jakby  była  to  dla  niej  istotna 
informacja.  Znów 

uśmiechnęła  się  do  Petera,  potem 

pocałowała  dziecko  w  czoło  i  ze  słowiańskim  akcentem 

oświadczyła poważnie: 

–  Kocham to dziecko.  –  Kolejny raz powiedzia

ła  coś  do 

Petera we własnym języku, a on ze spiętym wyrazem twarzy 

coś odpowiedział. Kobieta nie uśmiechnęła się więcej.   

Kiedy nadszed

ł czas pożegnania, świta ruszyła ku drzwiom. 

Rosamund  Hedley  ostentacyjnie  podała  Peterowi  rękę,  którą 

musnął ustami i szybko powiedział coś chłodnym, oficjalnym 
tonem. 

W  chwilę  potem  wizyta  dobiegła  końca  i  kobieta 

wyszła.   

Laura uzna

ła,  że  potwierdziły  się  jej  najgorsze  obawy. 

Rosamund Hedley i Peter w przeszłości dobrze się znali, choć 

background image

ich drogi rozeszły się dość dawno. Nigdy się nie dowie, jak do 

tego doszło. Apatycznie wykonywała swe obowiązki, czekając 

na koniec dyżuru. Całe wydarzenie uznała za jeszcze bardziej 

zagadkowe  i  ze  wzrastającym  przygnębieniem  doszła  do 
wniosku, 

że ich krótki romans niewiele dla niego znaczy.   

Po dw

óch godzinach zadzwonił telefon.   

–  Siostro?  –  Taka oficjalna forma w ustach Petera nie 

mog

ła  zostać  przez  nią  nie  zauważona.  –  Otrzymałem 

wiadomość  od  kardiologa  z  Edynburga.  Przyjeżdża  nocnym 

pociągiem  i  chce  zbadać  Marie wczesnym  rankiem,  bo musi 

jeszcze  zdążyć  wrócić  na  jakieś  ważne  zebranie.  Ponieważ 

zaplanowałem wcześniej operacje na rano, muszę je przenieść 

na później. Zacznę operować dopiero o drugiej po południu.   

– Rozumiem,  panie doktorze.  Sprawdz

ę, czy wszystko jest 

gotowe na wizytę profesora.   

– 

Świetnie. – Zapadła krótka cisza. – Wydaje się, że wizyta 

Rosamund przyniosła pożądany efekt.   

–  Tak.  Nie zdziwi

ła  jej  wcale  twoja  obecność.  –  Nie 

potrafiła powstrzymać się od tej uwagi.   

–  Fakt.  Powiedzieli

śmy  sobie  dość,  jak  myślę,  żeby 

odnowić  kontakt,  jaki  miałem  z  nią  jakiś  czas  temu  – 

powiedział  chłodno,  jakby  zirytowała  go  jej  odwaga  w 
poruszaniu tak osobistych spraw. – 

A więc – dodał szorstko – 

jutro o dziewiątej spotkanie z profesorem.   

Wieczorem postanowi

ła  popływać.  Musiała  podjąć  kilka 

decyzji, 

a  pływanie  dość  często  pomagało  jej  w  uzyskaniu 

jasności  umysłu.  Najważniejsze  to  odzyskać  szacunek dla 
siebie – 

dla własnego dobra. Pomyślała o wyjeździe z Lodge i 

poszukaniu pracy gdzie indziej, 

ale  podobał  się  jej  ten 

kawałek  Szkocji  i  nie  chciała  podejmować  drastycznych 
decyzji, 

nim nie znajdzie się w sytuacji bez wyjścia.   

Po mniej wi

ęcej godzinie pływania wracała do siebie, kiedy 

natknęła  się  na  Tima  Hudsona  i  Dennisa  w  towarzystwie 

background image

dwóch pielęgniarek.   

–  Cze

ść,  Lauro!  –  przywitał  ją  Tim,  uśmiechając  się 

radośnie.  –  Może  pójdziesz  z  nami?  Wybieramy  się  właśnie 
do pubu. Czekamy jeszcze na Willie’ego Fergusona. Wiesz, 

że 

wpadłaś mu w oko? 

Laura spojrza

ła na swój stary, ciemnoniebieski dres.   

– Je

śli się nie będziecie mnie wstydzić...   

– Wygl

ądasz wspaniale, skarbie. Jest i Willie, niech sam ci 

powie.  – 

Tim  zwrócił  się  do  nadchodzącego  mężczyzny.  – 

Mam rację, stary, no nie? 

William Ferguson zbli

żył  się  d o

  nich  z  szero k

im 

uśmiechem.   

– O co tu chodzi? Straci

łem coś? 

–  Przekonywa

łem  Laurę,  że  świetnie  wygląda,  ale ty 

zrobisz to lepiej! 

Willie rozpromieni

ł  się.  Kręcone,  kasztanowe  włosy 

opadające na kołnierzyk koszuli, okrągła twarz i świeża cera 

sprawiały, że wyglądał na młodszego, niż był w istocie.   

–  Jasne! Chod

ź  ze  mną,  Lauro,  pojedziemy moim 

samochodem. 

Oni  są  koszmarni.  Niech  jadą  starym  gratem 

Tima.   

By

ła  zadowolona,  że  przyjęła  zaproszenie.  Jak to 

przyjemnie  być  znowu  w  większym  gronie,  w beztroskiej 

atmosferze  słuchać  zwariowanych  opowieści,  wzajemnych 

docinków  i  dobrodusznych  ploteczek  oraz  żarcików  o 
wszystkich, 

kto  im  tylko  przyszedł  na  myśl.  Później  zaczęli 

śpiewać i do ich chóru dołączyli pozostali goście pubu. Choć 

Tim i Willie pili tylko colę, było wesoło, a wieczór okazał się 
tak udany, 

że skończył się dopiero o północy. Willie wymógł 

na  Laurze  obietnicę,  że  spotka  się  z  nim  powtórnie  i  nawet 

pocałował  ją  na  pożegnanie,  co ledwo zauważyła,  bowiem 

czuła  się  śmiertelnie  zmęczona  i  chciała  jak  najszybciej 

znaleźć  się  w  łóżku.  Ze zdumieniem i zadowoleniem 

background image

stwierdziła, że tej nocy naprawdę zdoła zasnąć.   

 
Nast

ępnego dnia czuła się jednak jak po przebyciu ciężkiej 

choroby, 

która  odebrała  jej  wszelką  radość  życia,  entuzjazm 

do  pracy  i  marzenia  o  przyszłości.  Zbyt  wiele  bólu  czeka  ją 

dzień za dniem. Nie pozostawało jej nic innego, jak patrzeć na 

Petera i rozmawiać z nim z rezerwą, tak naturalną w sytuacji, 

gdy  dwoje  ludzi  przeżyło  coś  bardzo  obiecującego,  a co nie 

doczekało się spełnienia.   

Tego przedpo

łudnia Laura kolejny raz poważnie rozważała 

możliwość wyjazdu z Lodge. Bardzo tego nie chciała, jednak 

mogłaby  w  ten  sposób  skrócić  męki  nie  odwzajemnionej 

miłości... Zmusiła się, by myśleć o pracy, o profesorze, który 

po szczegółowym badaniu Marie wydawał się bardzo przejęty 

i  obiecał  skontaktować  się  z  Peterem  po  konsultacji  z 
kolegami.   

Po po

łudniu  Peter  miał  przeprowadzić  dwie  operacje. 

Jednemu  z  pacjentów  z  powodu  gangreny  trzeba  było  odjąć 

przedramię aż do łokcia, drugiemu usunąć woreczek żółciowy 
oraz kamienie. 

Podczas  tej  drugiej  operacji  nastąpiło 

zatrzymanie krążenia.   

Napi

ęcie  na  sali  niesłychanie  wzrosło.  Peter natychmiast 

przestał  komentować  swoje  działania,  co  robił  na  użytek 

części  personelu  obserwującego  operację  dla  celów 
szkoleniowych. 

Na  szczęście  anestezjolog,  z  pomocą  Tima, 

zdołał  w  ciągu  paru  sekund  wznowić  akcję  serca.  Tim 

podniósł  kciuk  do  góry  i  Peter  kontynuował  operację. 

Zagrożenie  zostało  zażegnane,  wszyscy  odetchnęli  z  ulgą  i 

operacja została pomyślnie przeprowadzona do końca.   

Po wywiezieniu pacjenta do sali wszyscy przeszli do 

pokoju pooperacyjnego,  gdzie Laura pomog

ła Peterowi zdjąć 

fartuch. 

Potem  zdjął  rękawiczki  i  wyrzucił  je  do  kosza. 

Dopiero  kiedy  nagle  opadł  na  krzesło,  zdjął  czepek  i 

background image

przeciągnął  ręką  po  włosach,  zobaczyła  na  jego  twarzy 

ogromne zmęczenie.   

– Mo

że chcesz napić się kawy? – spytała ze współczuciem. 

Mimo  wszystko  nie  potrafiła  zachować  się  wobec  niego 

obojętnie.   

U

śmiechnął się do niej z niewiarygodną czułością.   

–  Nie,  dzi

ękuję,  zadbaj o siebie,  Lauro.  Chciałbym 

zobaczyć  się  z  tobą  w  pokoju  wypoczynkowym  za  dziesięć 
minut, 

jeśli dasz radę.   

Umy

ła  się,  zadzwoniła  na  oddział  Hiacynt,  by  sprawdzić, 

czy pacjent po amp

utacji śpi normalnie i czy Pearl postawiła 

przy  łóżku  drugiego  operowanego  butlę  z  roztworem  do 

wypłukiwania  żółci,  a  potem  poszła  do  pokoju  personelu  i 

czekała  na  Petera.  Była  niespokojna  i  spięta.  Zrobiła  kawę  i 

usiadła na kanapie, mając przed sobą widok trawnika, a nieco 
dalej jeziora,  które szaro-

metaliczny  odcień  zawdzięczało 

odbijającym się w nim chmurom.   

Peter pojawi

ł  się  po  paru  minutach  z  tacą  i  dwiema 

filiżankami kawy. Spojrzał na jej pustą filiżankę i uśmiechnął 

się blado.   

– Pomy

ślałem, że chętnie wypijesz jeszcze jedną.   

Ten  drobny przejaw jego troski sprawi

ł  jej  przyjemność. 

Było prawie niemożliwe, by kiedykolwiek zdołała uodpornić 

się  na  jego  urok.  Reagowała  na  najmniejsze  sygnały  z  jego 
strony. 

Pospiesznie odsunęła te myśli na bok, mając nadzieję, 

że  nie  miała  ich  wypisanych na twarzy.  Ogarnęła  ją  apatia. 

Wiedziała, że jest blada i zaniedbana, ale nie miało to już teraz 
dla niej znaczenia. 

Obojętnym  ruchem  odsunęła  jedynie 

kosmyki włosów z oczu.   

–  Obawiam si

ę  –  przerwał  ciszę  Peter  –  że  nie  mam 

dobrych wiadomości o Marie, Lauro. Profesor dzwonił, kiedy 

byliśmy w sali operacyjnej. Chce jeszcze omówić tę sprawę z 

jakimś  specjalistą,  jednak jest przekonany,  że  to  poważna 

background image

choroba serca, 

która  bez  interwencji  chirurgicznej  może 

doprowadzić  do  śmierci  w  ciągu  najbliższych para tygodni. 
Sami nie potrafimy sobie z tym poradzi

ć.  Odpowiednie 

wyposażenie  do  takiej  operacji  mają  tylko  w  szpitalu 

dziecięcym przy Great Ormond Street w Londynie.   

– I co zrobimy? – spyta

ła z ukrywanym przerażeniem.   

– C

óż, kiedy uzyskamy potwierdzenie diagnozy, poprosimy 

profesora  o  pomoc  i  natychmiast  skontaktujemy  się  z  Great 
Ormond. Na razie nie wiadomo, 

jakie trudności trzeba będzie 

jeszcze  pokonać,  ale  jutro  rano  porozmawiam  z  panną 
Menzies i zaraz po otrzymaniu wiadomo

ści  z  Edynburga 

podejmiemy decyzję co do dalszych działań.   

 
Up

łynęły  dwa  dni,  zanim  Peter  dostał  wiadomość  od 

profesora.   

W czwartek, przygotowuj

ąc się do ostatniego tego wieczora 

skoku do basenu, 

wyczuła,  że  ktoś  stara  się  przyciągnąć  jej 

uwagę.  Na balkonie  restauracji  stał  Peter  i  przywoływał  ją 
gestem. 

Ubrała  się  szybko  i  poszła  na  górę.  Jego twarz nie 

pozostawiała  wątpliwości,  że  ma  do  powiedzenia  coś 

ważnego.   

– Wspania

ła wiadomość, Lauro! – zawołał na jej widok. – 

Great Ormond jest gotów przyjąć Marie i, co więcej, jeśli uda 

się nam wszystko przygotować na pojutrze, książę oddaje nam 

do  dyspozycji  swoją  cessnę  i  pilota,  żeby  przewieźć  dziecko 
na Heathrow lub przynajmniej na peryferie Londynu, 

skąd 

ambulans zawiezie je do szpitala.   

Laura poczu

ła  nagle  ogromną  wdzięczność  do  całego 

świata.   

–  Och,  Peter,  to wspaniale! Ludzie potrafi

ą  być  tak 

niewiarygodnie uczynni. – U

śmiechnęła się. – A więc musisz 

być gotów do soboty. Marie zasługuje na to, żeby zatrzymać 

uciekające z niej życie.   

background image

Przygl

ądał się jej przez dłuższą chwilę.   

– Tak – odpowiedzia

ł. – Marie potrafi walczyć. Wygra... – 

Wyraźnie  jednak  myśli  miał  zaprzątnięte  czymś  innym.  – 

Muszę załatwić pewną sprawę z Rosamund Hedley i wyjazd 
do Londynu stwarza mi szans

ę oznajmił po krótkiej przerwie.   

W jej oczach b

łysnęła  gorycz  rozczarowania;  uciekła 

wzrokiem przed jego przenikliwym spojrzeniem, 

kochając go 

i nienawidząc równocześnie, ale po dłuższej chwili ciszy nie 

mogła powstrzymać pytania: 

–  Peter,  wybacz, 

że pytam, ale czy Rosamund Hedley jest 

d

la ciebie ważna? Czy jest... ? Czy była... ? 

–  Nie  –  przerwa

ł  brutalnie.  –  Nie  –  powtórzył 

zdecydowanym tonem.  – 

Jak mówiłem, muszę z nią załatwić 

pewną  sprawę,  i  naprawdę  nie  mogę  ci  na  razie  nic  więcej 

powiedzieć. – Wyciągnął rękę i ujął jej dłoń. – Może później 

będę w stanie powiedzieć ci więcej, teraz jednak sytuacja jest 
zbyt skomplikowana, 

żeby  przewidzieć,  jak  się  skończy  – 

dodał miękko.   

Potrz

ąsnęła głową.   

–  Przepraszam,  Peter.  Nie chcia

łam  się  wtrącać.  To 

niewybaczalne, 

że  w  ogóle  zapytałam  cię  o Rosamund 

Hedley.   

Pochyli

ł się ku niej z błyskiem niepokoju w oczach.   

–  Lauro  –  odezwa

ł się niskim głosem – przecież jesteśmy 

przyjaciółmi.  Nie  uważam  twojego  pytania  za  wścibstwo.  O 

niczym innym nie marzę, niż o uporządkowaniu mojego życia.   

I to musia

ło ją zadowolić.   

W sobot

ę wieczorem przed pójściem spać myślała wciąż o 

spotkaniu Petera z Rosamund, 

która z pewnością zakończyła 

już  swoje  artystyczne  tournee  i  wróciła  do  Londynu.  Peter 

musiał o tym wiedzieć, skoro chciał wykorzystać, jak to ujął, 

szansę. „Sprawa” to  niezbyt adekwatne słowo  w tej sytuacji, 

pomyślała. Zapewne był kiedyś kochankiem Rosamund, choć 

background image

zarzekał  się,  że  to  nieprawda,  ona  zaś  podczas  swych 

zawodowych  podróży  za  granicę  szukała  go,  wiedząc,  że 

stracił  swą  narzeczoną,  bowiem  jest  kobietą,  która pokona 
wszystkie przeszkody, 

jeśli chce coś mieć – albo kogoś.   

Nie mog

ła znaleźć innego wytłumaczenia, a to napełniło jej 

serce bólem. 

Prędzej  czy  później  będzie  musiała  podjąć 

ostateczną decyzję wyjazdu z Lodge. Sytuacja stawała się nie 
do zniesienia.   

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

 

Nast

ępnego  ranka  na  oddziale  Pierwiosnek  czekała  na  nią 

niemiła niespodzianka. Andre miał wysoką temperaturę.   

–  Och,  nie...  –  j

ęknęła  oszołomiona,  kiedy Pearl 

poinformowała  ją  o  tym.  Wiedząc,  jak  zareaguje  na  tę 

wiadomość Peter, rzuciła się do lektury nocnego raportu. – W 

nocy wszystko było w porządku, jak się wydaje, i dobrze spał 
– 

zwróciła się do Pearl. – Jesteś pewna, że teraz ma gorączkę? 

– Tak, ale dla pewno

ści zmierzę mu jeszcze raz. Wynik był 

ten sam.   

– W takim razie, Pearl, zr

ób mu chłodne kompresy na czoło 

i  daj  dużo  picia.  Na  szczęście  doktor  Wentworth  ma  wrócić 

dziś po południu.   

Andre przespa

ł  cały  ranek,  lecz  rzucał  się  niespokojnie. 

Gemma, 

Pearl i Laura siedziały na zmianę przy jego łóżeczku, 

obser

wując,  czy  nie  pojawią  się  jakieś  inne  objawy.  Jedyna 

zmiana jego stanu polegała na tym, że nie chciał jeść.   

–  C

óż,  przy takiej temperaturze to normalne  –  mruknęła 

Laura, 

odsuwając  z  czoła  dziecka  mokre  włoski  i  usiłując 

zachować spokój.   

Peter wszed

ł  do  pokoju  pielęgniarskiego  dwie  godziny 

później i przywitał się z nią dość serdecznie.   

–  Dzi

ękuję,  dość  dobrze  –  odpowiedział  na  jej  pytanie o 

podr

óż.  –  Śniadanie  w  samolocie  było  niezłe.  Profesor 

przesyła  pozdrowienia  i  skontaktuje  się,  kiedy  tylko  coś 

będzie wiadomo.  –  Przyjrzał  się  jej  badawczo.  –  Nie  jesteś 

zbyt zmęczona, mam nadzieję? 

Ciep

ły  ton  jego  głosu  sprawił,  że  chciała  wybuchnąć 

płaczem i błagać go, by wyjaśnił jej, co się stało. Czy jest mu 

już  obojętna?  Czy  trwanie  w  nadziei,  że  coś  zostało  z  ich 
romansu, 

jest straszliwą naiwnością? 

–  Ani troch

ę. – Uśmiechnęła się do niego, pragnąc, by nie 

background image

domyślił się, że ma podkrążone oczy z powodu nie przespanej 
nocy.   

Odpowiedzia

ł  nikłym  uśmiechem,  który  mógł  oznaczać 

wszystko,  nawet podejrzenie, 

że  nie  do  końca  wierzy  jej 

słowom. Wziął raport z nocy, przejrzał go i odłożył.   

–  A wi

ęc  na  oddziale  wszystko  w  porządku?  Moment, 

którego  się  obawiała,  nadszedł.  Głęboko  zaczerpnęła 
powietrza.   

– Dzi

ś rano Andre miał podwyższoną temperaturę. Nie ma 

żadnych innych objawów, tyle że jest niespokojny. Śpi prawie 
bez przerwy.   

Na czole Petera pojawi

ła się głęboka zmarszczka.   

– Da

łaś mu jakieś leki? – spytał ostro.   

– Tylko aspiryn

ę.   

Odwr

ócił się na pięcie,  poszedł na oddział i skierował się 

prosto  do  łóżeczka  chłopca.  Nim  Laura  stanęła  obok  niego, 

zdążył zbadać dziecko.   

–  O Bo

że,  nie pozwól,  żeby  to  był  dyfteryt!  Zdumiała  ją 

rozpacz  w  jego  głosie.  Ściągnięta  bólem  twarz Petera 
ujawnia

ła  troskę  znacznie  przekraczającą  normalne 

współczucie dla chorego.   

Nagle dziecko zakwili

ło,  później  kichnęło  i  po  chwili 

zanios

ło  się  kaszlem.  Przesunąwszy  ręką  po  jego  rozpalonej 

buzi, 

Peter powiedział: 

–  To mo

że  być  zapalenie  górnych  dróg  oddechowych. 

Podejrzewałem, że to zbyt piękne, żeby było prawdziwe, choć 

miałem  nadzieję,  że  oprócz  niedożywienia  jest  całkiem 
zdrowy.  Przypilnuj, 

żeby  dużo  pił,  Lauro.  Zastosujemy 

dziesięciodniową kurację penicyliną.   

Spojrza

ła na niego niepewnie.   

– Nie s

ądzisz, że powinniśmy poczekać dzień czy dwa? To 

może  być  tylko  lekkie  przeziębienie.  Wiesz,  jak to jest z 

dziećmi. Jutro temperatura może już być normalna.   

background image

Odwr

ócił się do niej z posępnym wyrazem twarzy.   

–  Siostro Meadows  –  powiedzia

ł,  z  trudem  panując  nad 

sobą  –  byłbym  wdzięczny  za  niekwestionowanie  moich 
decyzji. 

Czy wyrażam się jasno? 

– Tak, panie doktorze, przepraszam.   
Po raz pierwszy by

ła na niego naprawdę wściekła. Uważała 

jego zachowanie za apodyktyczne i niezrozumiałe, zwłaszcza 

że uparł się, by zostać przy łóżeczku dziecka. Gdy wzywano 
go do innych chorych, 

kazał  jej  czuwać  zamiast  niego,  a to 

rodziło  w  niej  wyrzuty  sumienia,  bo  wiedziała,  że  powinna 

zajmować się dziećmi w poważniejszym stanie.   

Dziwi

ąc się napadom płaczu Andre, zauważyła po pewnym 

czasie, 

że mały niemal bez przerwy pociera pulchną piąstką o 

usta. 

Poszła  do  kuchni,  żeby  wypić  herbatę  i  zastanowić  się 

nad tym faktem. 

Spotkała kończącą już dyżur Pearl.   

– Cze

ść Pearl, nie miałaś nigdy dziecka, prawda? – spytała 

żartobliwie.   

– Daj mi szans

ę, Lauro! Jestem mężatką dopiero od dwóch 

miesięcy,  a  pobraliśmy  się  właściwie  pierwszego dnia 

znajomości. Laura roześmiała się.   

– No, tak, wszystko jasne. C

óż, trudno.   

– A dlaczego pytasz? 
– Chyba wiem, dlaczego Andre ma wysok

ą temperaturę, ale 

ponieważ  sama  nie  mam  dziecka,  chciałam  się  upewnić,  że 

dolega mu jedynie ząbkowanie.   

– A wiesz, 

że to bardzo możliwe! Przypomniałam sobie, że 

to samo było z dzieckiem mojej siostry.   

–  W takim razie w porz

ądku. Mam zamiar zaryzykować i 

dać mu coś na uspokojenie.   

Po powrocie na oddzia

ł,  rzucając  w  duchu  wyzwanie 

Peterowi, 

dała  dziecku  łyżkę  słodkiego  syropu  anyżkowego. 

Andre  przełknął  miksturę  i,  zmęczony  płaczem,  pozwolił 

Laurze  dokładnie  obejrzeć  nabrzmiałe,  zaczerwienione 

background image

dziąsła.  Miała  rację  –  dwie malutkie,  ostre  krawędzie 

pierwszych  ząbków  przebiły  się  właśnie  przez  śluzówkę. 

Niedożywienie i brak opieki najwyraźniej opóźniły ten proces.   

Gdy ch

łopiec  zasnął,  zadzwoniła  do  Petera,  żeby  go 

uspokoić i poprosiła, żeby przyszedł na oddział. Zjawił się z 

wciąż  ponurą  miną,  jednak  gdy  się  przekonał,  że  Andre 

rzeczywiście ząbkuje, zakrył dłonią oczy i pokręcił głową.   

– Dzi

ękuję ci, Lauro. Musiałem być bardzo zmęczony, żeby 

nie wziąć pod uwagę takiej prostej możliwości...   

Przesun

ął ręką po brodzie, jakby się nad czymś zastanawiał, 

i po chwili powiedział: 

– Skoro tak, to musz

ę ci o czymś powiedzieć. Czy możesz 

przyjść do mnie wieczorem? To naprawdę jedyne miejsce, w 

którym możemy spokojnie porozmawiać.   

Kilka godzin p

óźniej,  idąc  przez  trawnik  do  mieszkania 

Petera, 

nie czuła podniecenia ani nawet nadziei. W istocie była 

przekonana, 

że  Peter  zamierza  zatuszować  swój  „błąd  w 

sztuce” 

opowieścią  o  Rosamund  Hedley.  Może  Rosamund  i 

Peter chcą odnowić dawny romans i po usunięciu istniejących 

przeszkód  postanowili  się  pobrać?  Nie  wiedziała,  czy ta 

kobieta  jest  zamężna  czy  wolna,  ale  pomimo  zaprzeczeń 

Petera nie przypuszczała, by miało to większe znaczenie.   

Zapuka

ła  do  drzwi.  Czekając  na  jakiś  znak  po  drugiej 

stronie, 

poczuła się w swoich dżinsach i bawełnianej koszulce 

nieatrakcyjna i bez życia.   

Po chwili Peter,  te

ż  w  dżinsach,  stanął  w  progu.  Miał  na 

sobie czarny sweterek typu polo, 

a mokre włosy wskazywały, 

że właśnie wziął prysznic. Każdą cząstką ciała pragnęła, by ją 

przytulił.   

– Przepraszam, 

że musiałaś czekać. Wejdź, proszę – mówił 

szybko,  a potem,  jakby zdenerwowany, 

przygładził  ręką 

włosy. – Wybacz mój wygląd, nie zdążyłem się uczesać.   

U

śmiechnęła się, choć poczuła zażenowanie, wchodząc do 

background image

pokoju, 

w którym przeżyli cudowne chwile.   

– Czego si

ę napijesz: wina, whisky, kawy? 

–  Kawy.  – 

Bała się wszystkiego, co mogłoby pobudzić jej 

zmysły.   

Gestem zaprosi

ł ją do zajęcia miejsca na kanapie. Musiała 

wziąć się w garść, żeby rozumieć słowa Petera, bowiem jego 

bliskość rozpraszała jej uwagę. On zaś siedział ze splecionymi 

rękami  i  nie  widzącym  wzrokiem  wpatrywał  się  w  dywan, 

jakby zbierał myśli. Po pewnym czasie odezwał się cicho: 

–  Jestem ci wdzi

ęczny  za to,  że  tak  długo  okazywałaś  mi 

wyrozumia

łość.  Wiem,  że  ostatnio  zachowywałem  się 

paskudnie  i  dopiero  ta  pomyłka  w  zdiagnozowaniu  choroby 

Andre  uświadomiła  mi,  że  dalej  tak  być  nie  może.  –  Usiadł 

wreszcie  prosto i  spojrzał  jej  w oczy.  –  Postaram  się  mówić 
jak najkrócej. 

Zanim jednak zacznę, czy wybaczysz mi moje 

zachowanie? Nie starczy mi słów, żeby cię za to przeprosić...   

– Dobrze, zapomnij o tym.   
–  Ciesz

ę  się.  Cóż...  Mówiłem  ci  kiedyś,  że  Marika z 

rodzicami zginęła pod gruzami zniszczonego bombą budynku. 

Pamiętasz?  Nie  powiedziałem  ci  jednak,  że  tym  budynkiem 

był  szpital  położniczy,  a jej rodzice czekali w nim na 

wiadomość,  bo Marika...  rodziła  właśnie  nasze  dziecko.  Jak 
wiesz, 

chcieliśmy się pobrać...   

Ściszył głos prawie do szeptu.   
– Kiedy wiadomo

ść o zniszczeniu szpitala się rozniosła, na 

pomoc ściągnęły tłumy ludzi. Przez całą noc usuwano gruzy, 

kamień  po  kamieniu,  żeby  dotrzeć  do  tych,  co  przeżyli. 
Niestety...  – 

Oczy zaszły mu mgłą, lecz mówił dalej: – Była 

tak  piękna  i  tacy  byliśmy  szczęśliwi,  że  będziemy  mieć 
dziecko...   

Nagle wsta

ł  i,  stając  do  niej  plecami,  zapatrzył  się  w 

oprawione  srebrną  ramką  zdjęcie  ślicznej,  ciemnowłosej 
dziewczyny, 

którego  Laura  wcześniej  nie  zauważyła. 

background image

Wreszcie 

wyprostował ramiona i usiadł z powrotem na swoim 

miejscu.   

Laura nape

łniła  filiżankę  kawą,  aby  rozładować  napięcie. 

Po chwili Peter podjął opowieść spokojniejszym głosem.   

– Powiedziano nam, 

że nie ma nadziei na znalezienie kogoś 

żywego, ale nie chcieliśmy w to uwierzyć. Świtało już, kiedy 

komuś wydało się, że słyszy płacz dziecka.   

U

żyto  mikrofonów  i  ludzie  z  nową  energią  zabrali  się  do 

odgruzowywania. 

Było  nas  ze  sto  osób,  mężczyzn  i  kobiet. 

Pracowaliśmy  jak  szaleni,  bo  wiedzieliśmy,  że  z  tego  morza 

śmierci dociera jakiś znak życia.   

Westchn

ął głęboko i zapatrzył się w przestrzeń, jakby przed 

oczami  miał  zupełnie  inny  widok  –  straszliwych  zniszczeń, 

które zapamięta do końca życia. Po dłuższej przerwie odezwał 

się znowu.   

–  Po paru godzinach nasz upó

r  i  cierpliwość  zostały 

nagrodzone. 

Z gruzów wydobyto niemowlę. Człowiek niosący 

owinięte  w  ciepły  kocyk  maleństwo  uniósł  je  na  chwilę  w 

górę,  jak symbol nadziei.  Dziecko odwieziono szybko do 
szpitala, 

a ja znowu chwyciłem za łopatę. W jakiś czas później 

wezwano mnie do szpitala, 

w  czym  nie  było  nic  dziwnego; 

byłem do tego przyzwyczajony.   

Zaprowadzono mnie do sali z inkubatorami,  gdzie w 

jednym z nich le

żał  uratowany  noworodek.  Teraz spokojnie 

spał.  Nie  rozumiałem,  dlaczego  na  mój  widok  zaczęły  się 
szepty;  wszyscy wiedzieli, 

że  byłem  świadkiem  odnalezienia 

dziecka, 

jak  wielu  innych  zresztą,  o  których  będę  ciepło 

myślał do końca życia.   

Dy

żurna  pielęgniarka  była  bardzo  przejęta  i  nagle  wzięła 

mnie  za  rękę...  –  Uśmiechnął  się  na  myśl  o  tym.  – 

Podejrzewałem,  że reaguje zbyt emocjonalnie z powodu 

ciągłego  życia  w  stresie.  Przecież  wszyscy  codziennie 

widzieliśmy  tam  umierających  ludzi  i  coraz  większe 

background image

zniszczenia.   

W ka

żdym  razie  pielęgniarka  zaprowadziła  mnie  do 

inkubatora  z  niemowlęciem  i  tak  jakoś  dziwnie  na  mnie 

popatrzyła.  Spytałem  ją,  czy  jestem  tu  potrzebny  z  jakiegoś 
szczególnego powodu. 

Byłem  przygnębiony  i  wyczerpany, 

marzyłem  o  kilku  godzinach  snu.  Wtedy  ta pielęgniarka 

włożyła rękę do inkubatora, uniosła malutką rączkę, odwróciła 

ją lekko i pokazała mi napis na tasiemce: Ovsky, syn. Ovsky 

to  było  nazwisko  Mariki!  Laura  patrzyła  na  niego  szeroko 
otwartymi oczami.   

– To by

ło twoje dziecko? Twój syn i Mariki? – powtórzyła 

bezsensownie, 

nie  wiedząc,  co  można  w  takiej  sytuacji 

powiedzieć.  Po  sekundzie  bezwiednie  objęła  Petera  i 

pocałowała  go  w  policzek.  –  Boże!  Co  za  fantastyczne 
zdarzenie! 

Teraz i on si

ę  uśmiechnął,  przeżywając  na  nowo 

wzruszenie sprzed wielu miesięcy.   

–  Och,  Lauro,  Lauro,  dlaczego nie powiedzia

łem ci o tym 

wcześniej?  Dobrze  jest  móc  z  kimś  o  tym  porozmawiać.  – 

Przytulił ją do siebie w odruchu radości. – A wracając jeszcze 

na  chwilę  do  szpitala...  Kiedy  nieco  oprzytomniałem, 

trzymałem już syna w ramionach, a pielęgniarka pokazywała 

mi  z  pół  tuzina  osób  z  personelu,  które stały  za  szybą  dla 

odwiedzających  i  machały  do  mnie,  śmiały  się  i  płakały. 
Powiem ci,  Lauro, 

że  nigdy  jeszcze  żadne  dziecko  nie  było 

witane na tym świecie z takim entuzjazmem! 

Laura by

ła tak przejęta wyznaniem Petera, że zapomniała o 

swoich uczuciach. Nagle, w porównaniu z dramatem dziecka, 

wszystko wydało się nieważne.   

– I jak da

łeś sobie potem radę? – spytała z ciekawością.   

U

śmiechnął się szeroko.   

–  Nie powiem ani s

łowa  więcej,  dopóki  nie  pomożesz  mi 

zjeść kanapek, które przygotowałem przed twoim przyjściem. 

background image

Zrobię też świeżą kawę i dopiero wtedy dowiesz się reszty.   

–  Zgoda  –  odpar

ła z ożywieniem, uświadamiając sobie, że 

wraca jej dobry nastrój. 

Może  dlatego,  że  wbrew  jej 

oczekiwaniom, 

Peter  nie  wspomniał  nawet  o  Rosamund 

Hedley? Domyślała się jednak, że ta kobieta odgrywa bardzo 

ważną rolę w tej historii i za chwilę się o tym dowie.   

–  Bardzo dobre  –  powiedzia

ła,  gdy zjedli kanapki. 

Roześmiał  się.  Z  każdą  chwilą  coraz  bardziej  przypominał 
dawnego Petera.   

–  Dzi

ękuję.  Pytałaś,  jak  sobie  radziłem  z  dzieckiem. 

Naturalnie przez kilka tygodni Andre był jeszcze w szpitalu. 

W  tym  czasie  upewniłem  się,  że  nikt  więcej  nie  przeżył 
katastrofy. 

Skontaktowałem się z ochronką prowadzoną przez 

francuskie zakonnice, 

które  poznałem  podczas  pracy  w 

Paryżu.  Wciąż  rozpaczałem po stracie Mariki,  ale 

dziękowałem Bogu za nasze dziecko. Umieściłem je czasowo 

pod ich opieką. Potem chciałem wrócić z małym do Anglii, do 
moich rodziców.   

Nikomu w Pary

żu ani w klasztorze nie przyznałem się, że 

Andre jest moim synem. 

Bałem się, że nie pozwolą mi wziąć 

go  do  samolotu  dla  uchodźców.  Zrozum,  wiedziałem,  że  dla 
wszystkich nie ma miejsc,  a fakt, 

że  Andre  ledwo  uszedł 

śmierci  i  pozornie  jest  sierotą,  władze  uznają  za  poważny 
argument, 

żeby  przewieźć  go  w  bezpieczne  miejsce.  Jak  się 

okazało, moje przypuszczenia były słuszne i wciągnięto go na 

listę ewakuacyjną. Resztą miałem zająć się później.   

Tak wi

ęc,  kiedy  w  końcu zebrałem  potrzebne  dokumenty, 

wszystko zapowiadało się dobrze. Nie spodziewałem się tylko, 

że tego samego dnia, w drodze do domu, trafi mnie zabłąkana 
kula. 

To był po prostu pech! Jeden z kolegów zszył mi ranę; 

na  szczęście  była  czysta.  Choć  ledwo  się  ruszałem,  trzy dni 

później  znalazłem  się  razem z Andre w samolocie.  Nic nie 
by

ło w stanie mnie powstrzymać. Zgłosiłem się na ochotnika 

background image

jako  lekarz  pokładowy,  żeby  nie  stracić  z  oczu  syna  po 
przewiezieniu do Lodge. 

Miałem cichą nadzieję, że będę mógł 

tam  zaufać  komuś,  kto  zrozumie  moje  położenie,  i  w  końcu 

zawiozę Andre do rodziców...   

–  Rozumiem...  –  odezwa

ła  się  cicho.  –  Teraz rozumiem, 

dlaczego Andre był dla ciebie taki ważny.   

–  Wiesz,  kiedy ju

ż  wystartowaliśmy,  bałem  się  choć  na 

chwilę spuścić go z oczu. Nikt na pokładzie nie znał prawdy, a 

poza tym musiałem opiekować się także pozostałymi dziećmi, 

choć  –  roześmiał  się  –  byłem  tak  slaby,  że  robiłem  to  z 
trudem. 

Ponieważ  podróż  była  stosunkowo  krótka,  jakoś 

dałem sobie radę. 

–  A wi

ęc  dlatego  tak  zaborczo  trzymałeś  wtedy  Andre! 

Teraz  zaczynam  rozumieć,  dlaczego  się  bałeś,  kiedy tylko 

kichnął.   

–  Tak.  Ba

łem  się,  że  nas  rozdzielą.  Nie wiem,  co bym 

zrobił,  gdyby  zachorował  i  trzeba  go  było  przewieźć  do 
innego szpitala. 

Wkrótce  pojadę  do  rodziców,  żeby 

dowiedzieć się, czy wezmą go na jakiś czas do siebie.   

Laura nadal nie w pe

łni  rozumiała  wydarzenia  ostatnich 

tygodni.   

– Nic dziwnego, 

że tak szybko zdecydowałeś się na pracę w 

Lodge. 

Tego byś nigdy nie mógł zaplanować! 

– Masz racj

ę. – Uśmiechnął się. – Sądzę, że niezbyt dobrze 

udawałem niepewność co do moich planów zawodowych. W 

rzeczywistości nie mogłem uwierzyć własnemu szczęściu.   

A teraz Rosamund.  Ona jest siostr

ą Mariki. Nie bardzo się 

lubiły i choć obie miały wykształcenie muzyczne, rzadko się 

spotykały.  Powiedzieć,  że  „doznałem  szoku”,  kiedy ją 

zobaczyłem  na  koncercie  w  Inverness,  jest  łagodnym 

określeniem. Nie miałem pojęcia, co ona robi, nie znałem jej 
pseudonimu, 

nie  wiedziałem  o  niej  nic.  Spotkałem  ją  tylko 

raz, 

kiedy przypadkowo weszliśmy z Mariką do restauracji, w 

background image

której  ona  jadła  kolację.  Zachowywała  się  dosyć  wyniośle; 

myślę,  że  między  nimi  było  trochę  zazdrości,  konkurencji 
zawodowej, 

chociaż Marika była młodsza.   

Tak czy owak,  kiedy Rosamund dowiedzia

ła się o śmierci 

Mariki i dziecka, 

postanowiła  mnie  odszukać.  Gdy jednak 

odkryła,  że  Andre  żyje  i  że  ja  go  zabrałem,  przyjechała  do 
Lodge, 

żeby  wycisnąć  ze  mnie  prawdę.  Miała  ku  temu 

podstawy,  bo jej nazwisko,  Ovsky,  jest zbyt rzadkie, 

żeby 

uznać  całe  to  wydarzenie  za  czysty  przypadek.  Podczas 

rozmowy  w  Londynie  uprzedziła  mnie,  że  będzie  walczyć  o 

siostrzeńca,  bo chce,  żeby  Andre  stanowił  część  rodziny,  z 

której została już tylko ona.   

Opad

ł plecami na oparcie kanapy i zamilkł, jak gdyby nie 

tyle samo wyznanie,  ile stany emocjonalne,  o których 

opowiadał, wyzwoliły w nim znowu rozpaczliwy smutek.   

Wsp

ółczuła  mu  całym  sercem  i  jednocześnie  była 

zadowolona, 

że jej domysły znowu się nie potwierdziły.   

–  Ta sytuacja musi by

ć  nie  do  zniesienia  –  powiedziała 

miękko. – Sądzisz, że Rosamund zechce odebrać ci dziecko? 

–  Musia

łaby  to  przeprowadzić  sądownie.  Takie sprawy 

długo się jednak ciągną i jest szansa, że da się tego uniknąć. 

Rosamund chce przed wyjazdem do Paryża spotkać się ze mną 
ponownie w Londynie. 

Wtedy  okaże  się,  czy ma mi do 

powiedzenia coś istotnego.   

Jestem ojcem Andre i s

ądzę,  że  mam  większe  prawa  do 

niego niż ona, chociaż, jeśli dojdzie do rozprawy sądowej, ona 

może  wygrać  dlatego,  że  jest  kobietą.  Jak wiadomo,  uważa 

się, że kobiety potrafią zapewnić lepszą opiekę dzieciom niż 

mężczyźni, zwłaszcza ci bez domu i rodziny. Mam oczywiście 

zamiar  podjąć  pracę  w  Edynburgu,  kupić  dom  i  znaleźć 

opiekunkę dla Andre.   

– Kiedy spotkasz si

ę z Rosamund? 

–  Jutro.  Wr

ócę  pojutrze  rano.  –  Wstał,  gwałtownie 

background image

zaciskając  dłonie  na  jej  rękach,  i  podniósł  ją.  –  Dzięki,  że 

zechciałaś  mnie  wysłuchać.  Byłbym  zobowiązany,  gdybyś 

zachowała to przez jakiś czas dla siebie. Nie chcę, żeby prasa 

zrobiła z tego sensację, a Lodge na pewno tego nie potrzebuje.   

Pochyli

ł się i lekko musnął ustami jej czoło.   

–  Nie wiem,  co bym bez ciebie zrobi

ł.  Wiesz o tym, 

prawda?  – 

Przez  chwilę  patrzył  jej  w  oczy.  –  Nie 

zapomniałem też... tego, co się między nami stało... Nigdy nie 

zapomnę.   

Poczu

ła,  że  do  oczu  napływają  jej  łzy,  a  nie  chciała 

okazywać  uczuć  w  obecności  Petera.  Zebrała  siły,  podniosła 

głowę i spojrzała mu w oczy ze zrozumieniem.   

–  Gdyby

ś  potrzebował  pomocy,  możesz  na  mnie  liczyć.  I 

bądź  spokojny,  nikomu nic nie powiem.  Mam  nadzieję,  że 
twoja wyprawa do Londynu przyniesie dobre rezultaty.   

 
Nast

ępne dwa dni spędziła jak we śnie. Peter wrócił dopiero 

po  południu  i  wkrótce  wszedł  do  pokoju  pielęgniarek. 

Ujrzawszy jego poważną twarz, Laura przestraszyła się, że nie 

przywozi pomyślnych wieści. Zaproponowała mu herbatę.   

– Wiesz – rzuci

ł ponuro – nie przyszło mi nigdy do głowy 

zapytać  ją,  czy  jest  mężatką.  A jest.  Powiedziała  mi,  że  nie 

może mieć dzieci i postanowili z mężem adoptować Andre...   

Echo tych s

łów  jeszcze  nie  przebrzmiało,  gdy jednym 

haustem  wypił  herbatę  i  spojrzał  na  Laurę  zrozpaczonym 
wzrokiem.   

– Nie mog

ę tu siedzieć i czuć się dobrze. Pojedziesz ze mną 

wieczorem na drinka? 

– Dobrze.   
– O dziewi

ątej? 

– Czekam.   
Przed ko

ńcem dyżuru przygotowała wózek z lekarstwami, 

które miała podać pacjentom, kiedy zadzwonił telefon.   

background image

– Chc

ę ci tylko powiedzieć, Lauro – rozległ się głos panny 

Menzies  – 

że  dostaliśmy  wiadomość  o  Marie.  Czuje  się 

dobrze i stopniowo wraca do zdrowia.  Profesor jest 
zachwycony, 

choć  leczenie  potrwa  jeszcze  dość  długo.  Nie 

widziałam dziś doktora Wentwortha, nawet nie wiem, czy już 

wrócił  z  Londynu,  więc  jeśli  zobaczysz  go  wcześniej  niż  ja, 

przekaż mu nowiny.   

Kiedy dojechali do „ich” 

zajazdu  i  zajęli  miejsca  przy 

stoliku, 

Laura  powtórzyła  mu  treść  telefonu  od  panny 

Menzies. 

Peterowi rozjaśniły się oczy.   

– To wspania

ła wiadomość! 

Przez par

ę minut rozmawiali o pracy, wkrótce jednak – co 

było nieuniknione – zaczęli omawiać problemy Petera.   

– Co twoim zdaniem zrobi teraz Rosamund? 
–  Ma zamiar wr

ócić  do  Paryża  i  czekać  na  moją  decyzję. 

Na razie jest bardzo uprzejma,  ale to nie potrwa  d

ługo. Robi 

na  mnie  wrażenie  bardzo  zdecydowanej  i  upartej.  W wieku 

trzydziestu lat ma dobrego męża, pieniądze, sławę i zna świat. 

Czuję,  że  wykorzysta  wszystkie  możliwości,  żeby  zabrać  mi 
dziecko. – 

Westchnął i wzrok mu znieruchomiał. – Zdaje się, 

że cokolwiek zrobię, wykorzysta to przeciwko mnie.   

– A co mo

żesz zrobić? 

Skrzywi

ł się lekko, zastanawiając się nad jej pytaniem.   

–  Wyda

ć  mnóstwo  pieniędzy  na  prawników.  Wywieźć 

Andre  na  koniec  świata.  –  Uśmiechnął  się  niepewnie  i 

przeciągnął ręką po włosach. – Szczerze mówiąc, nie mam w 

tej  chwili  żadnego  pomysłu,  ale jedno wiem na pewno.  Nie 

mogę żadnej kobiecie zaproponować małżeństwa i wciągać ją 

w coś, co może okazać się publicznie roztrząsanym kazusem 

sądowym.  Takim sprawom zawsze towarzyszy mnóstwo 

napięć  i  stresów.  Na  pewno  pojawią  się  tysiące  przeszkód, 

które będę musiał pokonać, niezależnie od tego, jak długo to 
wszystko potrwa.  I to jest ta bariera,  która w istocie 

background image

powstrzymuje mnie przed każdym związkiem.   

Skin

ęła głową. Zrozumiała, że ma przed sobą człowieka z 

zasadami, 

od których nie będzie robił odstępstwa. Poczuła, że 

znalazła  się  w  niezręcznej  sytuacji;  jedyne,  co  mogła  w  tej 
chwili 

zrobić, to udzielić Peterowi przyjacielskiego wsparcia.   

 
Nast

ępne  dni  upewniły  ją,  że  nie  może  się  wtrącać  w  tak 

osobiste sprawy. 

Po wyznaniu Petera malutki Andre stał się jej 

jeszcze bardziej bliski, 

a  miłość  do  jego  ojca  głębsza  i 

trwalsza. 

O tym jednak nikt nie mógł się dowiedzieć.   

Pracowa

ło  im  się  razem  dobrze;  żadne  nie  żywiło  wobec 

drugiego żadnych pretensji. Zachowywali się tak, jakby oboje 

wyczerpali już swoje możliwości i tylko czas miał pokazać, co 

kryje przed nimi przyszłość.   

Pewnego wieczoru zadzwoni

ła do  rodziców.  Zastała tylko 

ojca, 

który był w wyjątkowo radosnym nastroju.   

–  Mi

ło  wiedzieć,  tato,  że  jesteś  w  dobrym  humorze.  Czy 

naprawdę nie ma nadziei, że ty i mama...   

–  Nie trac

ę  nadziei,  kochanie  –  przerwał  jej  –  i,  moim 

zdaniem, 

mama  spędza  tu  ostatnio  więcej  czasu.  Kilka razy 

nawet  posiedzieliśmy  razem  i  porozmawialiśmy  jak  za 
dawnych,  dobrych czasów. 

Raz  nawet  zdawało  mi  się,  że 

wcale nie ma ochoty stąd wyjść.   

Jednak nie chc

ę  wyciągać  z  tego  pochopnych  wniosków. 

To od niej z

ależy,  czy  możemy  być  znowu  razem.  Przecież 

byliśmy  kiedyś  szczęśliwi,  wiesz o tym.  Strasznie  żałuję,  że 

nasza rodzina się rozpadła...   

– Wiem, tato. 

Ściskam cię. I ucałuj ode mnie mamę, kiedy 

ją zobaczysz. Zadzwonię w przyszłym tygodniu.   

Po tej rozmowie poczu

ła  się  trochę  lepiej.  Nawet  jeśli  jej 

własne  życie  legło  w  gruzach,  to  gdy  w  domu  się  ułoży, 

przyszłość nie będzie już rysować się tak ponuro.   

W tydzie

ń później, po wezwaniu doktora Lomaxa na inny 

background image

oddział, Peter dokończył obchód sam i po wpisaniu zaleceń do 

kart pacjentów odezwał się nagle do Laury: 

–  Przy okazji,  ten weekend sp

ędzę  w  Edynburgu  u 

rodziców. 

Muszę  im  wiele  wyjaśnić.  Od powrotu do Anglii 

nie miałem czasu spotkać się z nimi; najwyższy na to czas.   

–  Bardzo dobry pomys

ł.  Muszą  się  przygotować  na 

przyjęcie Andre.   

–  To prawda.  Mam nadziej

ę,  że  to  już  niedługo.  Panna 

Menzies jeszcze o tym nie wie. Ona jest wyj

ątkowo miła, nie 

mogę  jednak  ciągle  twierdzić,  że  Andre  wymaga 
specjalistycznej opieki. 

Dziś rano pomyślałem, że wygląda jak 

okaz zdrowia.   

– Jak d

ługo cię nie będzie? 

– Tydzie

ń. Pojadę samochodem; to da mi czas na myślenie. 

Także o tym, jak powiedzieć im o zamiarach Rosamund.   

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

 

W sobot

ę  po  powrocie  z  pracy  poczuła  szczególne 

przygnębienie.  Nieustannie  myślała  o  Peterze  i  zastanawiała 

się, jak długo będzie cierpiała, gdy się w końcu rozstaną.   

Po kolacji uda

ła  się  do  klubu,  w którym zorganizowano 

przyjęcie na rzecz szpitala. Natychmiast znalazł się przy niej 
Willie Ferguson, 

lecz  choć  przetańczyła  z  nim  większość 

czasu, 

nie była zachwycona.   

–  Poca

łujesz  mnie  na  dobranoc,  prawda?  –  zaśmiał  się, 

odprowadziwszy ją pod drzwi jej pokoju.   

– Panie Ferguson! Ma

ły ptaszek wyśpiewał mi do ucha, że 

w domu czeka na ciebie dziewczyna! 

Obj

ął ją i mocno pocałował w usta.   

–  Tu jej przecie

ż  nie  ma.  Czego  oczy  nie  widzą...  i tak 

dalej! 

Poca

łunek nie zrobił na niej żadnego wrażenia i wcale jej to 

nie  zdziwiło.  Willie  objął  ją  przyjaźnie  i  uśmiechnął  się 
niepewnie.   

–  Jeste

ś  bardzo  atrakcyjną  dziewczyną,  Lauro,  ale  coś  mi 

się wydaje, że myślisz o kimś innym! 

–  C

óż,  w  końcu  wy,  łekarze,  wiecie,  co  ludzie  myślą! 

Żyjecie z tego! 

– Spij wi

ęc słodko, skarbie. Pamiętaj, że jeśli mnie będziesz 

potrzebowała, stawię się na pierwsze zawołanie.   

Zasypia

ła,  zastanawiając  się,  jaki  będzie  wynik rozmów 

Petera z jego rodzicami. 

Kiedy  obudziła  się  wczesnym 

rankiem, 

uświadomiła sobie, że śnił jej się Peter.   

Ubra

ła  się  i  poszła  na  oddział  Pierwiosnek  odwiedzić 

Andre. 

Na  jej  widok  chłopiec,  jak zwykle,  zaczął  radośnie 

gaworzyć  i  machać  nóżkami.  Jakby  kierowana  niewidzialną 

siłą,  wyjęła  go  z  łóżeczka  i  przytuliła  mocno  do  siebie. 

Malutkie ciałko i świadomość, że jest to syn Petera, wywołały 

background image

w niej łzy goryczy i radości jednocześnie.   

Zacz

ęła  przygotowywać  chłopca  do  kąpieli  i  nagle 

pomyślała  ze  smutkiem,  że  wkrótce  już  go  tu  nie  będzie. 
Optymizm, 

który  z  takim  trudem  starała  się  odbudować, 

opuścił  ją  znowu,  jednak  z  pełną  determinacją  zwalczyła 

uczucie przygnębienia i w końcu doszła nawet do wniosku, że 

pomoże to jej uwolnić myśli od Petera.   

W wiecz

ór poprzedzający jego powrót zadzwonił do niej z 

Edynburga.   

–  Jak si

ę czujesz,  Peter? – spytała,  jak zwykle pobudzona 

brzmieniem jego głosu.   

– 

Świetnie, a ty? 

–  Te

ż!  –  Zwłaszcza  teraz,  kiedy  zadzwoniłeś,  dodała  w 

duchu. – 

Jak ci poszło? 

–  Bardzo dobrze,  dzi

ękuję.  Długo  rozmawiałem  z 

rodzicami i mam ich poparcie.   

– S

ą gotowi wziąć Andre? 

– Tak. Mama ju

ż przygotowuje pokój dziecinny! Uważa, że 

życie  zaczyna  się  dla  niej  od  nowa.  Niestety,  muszę  teraz 

kończyć,  Lauro.  Do zobaczenia jutro.  U ciebie na pewno 

wszystko w porządku? 

Obla

ła  się  rumieńcem,  słysząc  to  pytanie,  i pospiesznie 

zapewni

ła go, że tak, po czym rozmowa się skończyła.   

Nast

ępnego  ranka  nawet  pogoda  znacznie  się  poprawiła. 

Gdy  Laura  otworzyła  oczy,  ujrzała  niebieskie  niebo,  czyste, 

bez żadnej chmurki. Wiedziała, że nie powinna przesadnie się 

cieszyć  z  powrotu  Petera,  uczucie  podniecenia  było  jednak 
silniejsze. 

Wystarczyło, że usłyszała wczoraj jego głos, a już 

jej serce śpiewało z radości.   

Po po

łudniu  słońce  nadal  świeciło,  więc postanowiono 

wynieść  dzieci  na  dwór.  Andre  bawił  się  w  kojcu  nowym, 
niebieskim króliczkiem i nagle Laura ze zdumieniem 

stwierdziła, że dziecko staje na nóżkach, po czym natychmiast 

background image

opada na pupę. Powtórzyło się to dwukrotnie.   

Zachwycona wyj

ęła  go  z  kojca,  postawiła  na  leżącym  na 

trawie  kocyku  i  z  jej  pomocą  Andre  postawił  swe  pierwsze 

kroki w życiu.   

W tej w

łaśnie  chwili  Peter,  który  bez  zapowiedzi  wrócił 

wcześniej,  stanął  w  drzwiach  jak  zahipnotyzowany.  Laura, 

jakby  wyczuwając  jego  obecność,  odwróciła  się  i 

rozpromieniła. Radość miała wypisaną na twarzy.   

–  Cze

ść,  Lauro!  –  zawołał  i  podszedł  do  niej.  –  Gdybym 

miał aparat, zrobiłbym teraz najlepsze zdjęcie w moim życiu! 

– Wr

óciłeś wcześniej! 

Peter wzi

ął  od  niej  roześmianego  syna  i  przytrzymał  go 

ponad 

głową.   

–  No tak,  dla Laury mog

łeś chodzić, co? To teraz zrób to 

dla mnie! 

Wzi

ęli  go  oboje  za  rączki  i  Andre  zrobił  dwa  niepewne 

kroczki, 

po  czym  usiadł.  Spojrzeli  na  siebie  ponad  głową 

dziecka, 

szczęśliwi.   

Peter patrzy

ł z zachwytem na Laurę, której włosy jaśniały 

w słońcu złocistym blaskiem, a fiołkowe oczy błyszczały jak 

nigdy dotąd. Łagodnie wziął dziecko w ramiona, pocałował w 

czoło  i  włożył  do  kojca,  po  czym  przeniósł  spojrzenie  na 

Laurę.   

–  Chcia

łbym  ci  powiedzieć  parę  rzeczy  –  oznajmił 

impulsywnie.  – 

Czy  możesz  wpaść  do  mnie  około  ósmej 

wieczorem? 

–  Tak,  po prostu nie p

ójdę  na  spotkanie  w  klubie 

muzycznym  – 

odparła  dość  obojętnym  tonem,  wiedząc,  że 

powinna  odmówić.  Podejrzewała,  że  będą  rozmawiać 

wyłącznie o jego wyjeździe do Edynburga, i że będzie z tego 

powodu nieco cierpieć.   

–  Wspaniale.  –  U

śmiechnął  się.  –  W takim razie do 

zobaczenia wieczorem. 

Muszę teraz wziąć prysznic, czuję się 

background image

strasznie brudny po tej podróży.   

Wieczorem i ona wzi

ęła prysznic, umyła włosy i ułożyła je, 

jednak  robiła  to  wszystko  w  stanie  lekkiego  odrętwienia. 

Mimo  że  czekało  ją  spotkanie  z  Peterem,  nie  czuła  radości. 
Czy to znaczy, 

że straciła już nadzieję? 

W

łożyła  nową  bluzkę  kupioną  w  Brorze,  kiedy jeszcze z 

podnieceniem  myślała  o  spotkaniach  z  Peterem.  Lejący  się 

materiał  o  pastelowym odcieniu fioletu,  długie  rękawy  i 

drapowanie  przy  dekolcie  wyglądały  dosyć  efektownie  i 

dodawały jej pewności siebie, której tak bardzo potrzebowała. 

Włożyła do tego wąską spódnicę w jasnoszarym kolorze i buty 
w podobnym odcieniu. 

Rozpuściła  włosy,  wtarła  za  ucho 

odrobinę perfum i była gotowa.   

 
– Wejd

ź, proszę – powiedział i zaprosił ją do salonu. Miał 

na  sobie  szare  spodnie  i  koszulę  w  kratę.  Nie  potrafiła  się 

zmusić  do  zajęcia  miejsca  na  kanapie,  która natychmiast 

przywołała  wspomnienia,  o których  starała  się  zapomnieć. 

Przez  chwilę  patrzyła  na  niego  stojąc,  potem  usiadła  na 

poręczy kanapy. Uśmiechnął się do niej.   

–  Pozw

ól  mi  zaproponować  ci  coś  do  picia.  Na co masz 

ochotę? 

– Daj mi sok owocowy.   
Nie skomentowa

ł  jej  wyboru  i  przyniósł  dwie  szklanki 

soku, 

które  postawił  na  małym  stoliku.  Podniosła  do  góry 

głowę. Stał nad nią zamyślony, jakby zbierał myśli. Wolałaby, 

żeby usiadł, i to daleko od niej, żeby nie czuła jego bliskości, 

ciepła,  zapachu,  które  zdawały  się  otaczać  ją  ze  wszystkich 
stron.   

Zacz

ął opowiadać jej o planach swoich rodziców, jednak po 

kilku minutach umilkł i począł niespokojnie krążyć po pokoju. 

Poczuła,  że  najgorsze  ma  dopiero  nadejść,  i  miała  ochotę 
uciec. 

Nagle zatrzymał się przy niej.   

background image

–  Lauro,  czy mog

ę  ci  zadać  jedno  pytanie?  –  spytał 

niepewnym głosem.   

–  C

óż,  parę  pytań już  mi  kiedyś  zadałeś.  O  ile  pamiętam, 

zawsze na nie odpowiadałam – odparła z lekkim uśmiechem, 

który  miał  rozładować  napięcie  widoczne  na  jego  twarzy  – 

choć nie zawsze właściwie! 

– Wyjdziesz za mnie? 
Znieruchomia

ła i wpatrywała się w niego w oszołomieniu, 

nie  mogąc  dosłownie  wydusić  z  siebie  słowa.  Po  długiej 

chwili z jej ust wydobył się cichy szept: 

– Naprawd

ę spytałeś, czy za ciebie wyjdę? Jeśli to nie jest 

żart, to po wszystkich twoich wątpliwościach... naprawdę nie 
rozumiem.   

Wzruszy

ł ramionami z rezygnacją.   

–  Nie mam prawa oczekiwa

ć  tego  od  ciebie.  –  Łagodnie 

położył rękę na jej ramieniu. – Może usiądziesz wygodniej? – 

Kiedy  usiadła  na  kanapie,  zajął  miejsce  przy  niej  i 

kontynuował:  –  Wybacz,  że  cię  o  to  zapytałem.  Po prostu 

musiałem,  mimo  że  dobrze  pamiętam,  co  ci  mówiłem.  – 

Delikatnie pogładził ją po policzku. – Problem w tym, Lauro, 

że  serce  nie  sługa  –  dodał żartobliwie.  –  Kiedy  wyjechałem, 

myślałem  tylko  o  tobie.  O nas.  Widzisz,  ja  cię  naprawdę  od 
dawna kocham, rozumiem jednak, 

że nie masz ochoty wikłać 

się  w  moje  skomplikowane  życie.  Zapomnij o tym.  Zawsze 

będziemy  dobrymi  przyjaciółmi,  i to jest dla mnie bardzo 
cenne...   

Westchn

ął i uśmiechnął się słabo.   

– By

ć może było to tylko marzenie i sam ponoszę winę za 

to, 

co się między nami stało.   

–  Zaczekaj  –  przerwa

ła z zakłopotaniem. – Nie rozumiem. 

Teraz, 

kiedy  powiedziałeś,  że  mnie  kochasz...  Chcę 

powiedzieć,  że  to  zupełnie  zmienia...  –  Serce  biło  jej  jak 

oszalałe, oddychała z trudem, brakowało jej słów.   

background image

–  Lauro  –  powiedzia

ł  tym  swoim  niskim,  cudownym 

głosem  –  gdybym  miał  jakiekolwiek  wątpliwości,  to 

zniknęłyby  one  dziś  po  południu,  kiedy  zobaczyłem,  jak 

pomagasz  Andre  stawiać  pierwsze  kroki.  To  był  cudowny 
widok.  Podoba m

i  się  twoja  życzliwość,  troskliwość  i  wiele 

innych cech. 

Jednak  chociaż  kochałem  cię  coraz  bardziej, 

coraz  bardziej  też  się  bałem,  zwłaszcza  od  chwili,  kiedy 

pojawiła  się  Rosamund.  A teraz  –  z  czułością  pogładził  jej 

włosy – wiem, że życie bez ciebie to jak niebo bez słońca.   

–  Peter  –  szepn

ęła  niepewnie,  prawie  nieśmiało,  wciąż 

niezdolna do żadnego ruchu, dopóki nie wziął jej w ramiona i 

nie zaczął całować.   

W ko

ńcu odsunęła się lekko i spojrzała mu w oczy.   

– Je

śli to sen, nie pozwól mi się obudzić, a jeśli nie, to czy 

mógłbyś powtórzyć swoje pytanie? 

– Oczywi

ście – potwierdził i pełnym miłości głosem spytał: 

–  Kochanie,  wyjdziesz za mnie?  – 

Ujął  jej  twarz  w  dłonie  i 

wpatrywał  się  intensywnie  w  jej  oczy,  jakby  w  nich  chciał 

wyczytać odpowiedź.   

– Wyjd

ę za ciebie, Peter, i zawsze będę cię kochać.   

–  Lauro,  b

ędziemy  ogromnie  szczęśliwi.  Po prostu jestem 

tego pewien. 

Od  samego  początku  było  nam  pisane,  że 

będziemy  razem.  –  Z  niedowierzaniem  pokręcił  głową.  –  I 

pomyśleć, że w ogóle mogłem dopuścić możliwość życia bez 
ciebie...   

Ich poca

łunki były pełne uwielbienia, o którym chcieli się 

wzajemnie  przekonać.  Namiętność  mogła  poczekać.  Oboje o 

tym  wiedzieli  i  odnajdywali  swe  szczęście  w  tym,  że  byli 
razem, 

rozmawiali i snuli plany na przyszłość...   

–  B

ędzie  nam  dobrze,  bez  względu  na  to,  co  się  stanie, 

Lauro.  – 

Jego  oczy  błyszczały  czułością,  choć  w  głosie 

brzmiał  pewien  niepokój,  kiedy  spytał:  –  Zdajesz sobie 

sprawę, kochanie, że mimo twojej zgody na małżeństwo mam 

background image

jeszcze wiele problemów na głowie? 

Spojrza

ła na niego z ciepłym uśmiechem i oparła głowę na 

jego piersi.   

–  Zacznijmy od tego, 

że  teraz  będzie  to  nasza  wspólna 

sprawa. 

Nigdy  nie  będzie  już  tak  źle,  bo w razie potrzeby 

razem potrafimy przeciwstawić się całemu światu.   

Zn

ów  się  pocałowali,  z trudem panując  nad  narastającą 

tęsknotą.   

–  Bo

że  drogi  –  westchnął,  całując  jej  oczy,  po czym 

szepn

ął: – Przez lata... przez wieczność... nie zdołam wyrazić, 

jak bardzo cię kocham... Ale przecież nie możemy tak długo 

czekać! 

Roze

śmiał  się  i  patrzył  na  nią  błyszczącymi  z  radości 

oczami, 

a  z  jego  twarzy  biła  pewność,  że  otwiera  się  przed 

nimi nowe życie.   

–  Nie mog

ę  wprost  uwierzyć,  że  to  prawda.  Kiedy  już 

zdecydowałem  się  poprosić  cię  o  rękę,  tak  się  bałem,  że  mi 
odmówisz, 

że nie mogłem spać. W końcu dlaczego miałby cię 

interesować  mężczyzna  z  małym  dzieckiem  i  niedoszłą 

szwagierką, pragnącą wystawić jego prywatne życie na widok 

publiczny?  Ale  kiedy  zobaczyłem  dzisiaj,  jak pomagasz 
Andre, 

wiedziałem,  że  jeśli  mnie  nie  zechcesz,  zostanę 

samotny do końca życia.   

–  Gzy  wiesz, 

że ja myślałam tak samo? Przynajmniej jeśli 

chodzi o uczucia.   

Wreszcie musieli si

ę  pożegnać.  Po powrocie do pokoju 

Laura stwierdziła, że na temat swojej przyszłości dowiedziała 

się tylko tyle,  że Peter ma zamiar poinformować rano pannę 
Menzies, 

że jest ojcem Andre.   

 
Nast

ępnego dnia starała się skoncentrować na pracy, jednak 

myślami  wciąż  wracała  do  poprzedniego  wieczoru.  Była 

świadoma,  że  promienieje  szczęściem,  bez  słów  ogłaszając 

background image

fantastyczną wiadomość całemu światu...   

Z b

łogiego  rozmarzenia  wyrwał  ją  przeraźliwy  dzwonek 

telefonu na korytarzu.   

Spodziewa

ła  się,  że  szuka  jej  panna  Menzies  i  poczuła 

niepokój. 

Może  przełożonej  nie  spodobało  się,  że  Peter  tak 

długo  trzyma  Andre  w  Lodge?  Może  nie  odpowiada  jej,  że 

dwie  osoby  ze  specjalnego  zespołu  chcą  odejść  z  pracy?  W 

końcu  ona,  Laura,  nie  zna  dokładnie  zamierzeń  Petera.  Z 
drugiej strony, 

w  tak  niepewnej  sytuacji  nie  mógł  chyba 

jeszcze podjąć ostatecznych decyzji.   

Dr

żąc podniosła słuchawkę. Polecenie było krótkie.   

– Siostro, prosz

ę natychmiast do mnie przyjść. Ogarnęły ją 

złe przeczucia. Oficjalny ton nigdy nie jest dobrym znakiem. 
Powiedzia

ła  Gemmie,  że  wychodzi,  i  wkrótce  zapukała  do 

drzwi panny Menzies.   

– Prosz

ę wejść.   

Na widok Petera u

śmiechającego  się  do  niej  z  czułością 

poczuła, że czerwienieją jej policzki. Panna Menzies wskazała 

jej puste krzesło. Twarz siostry przełożonej nie była posępna, 

lecz nie była również radosna.   

– Dzie

ń dobry, Lauro.   

Poczu

ła, jak nagle spływa na nią spokój. Peter jest przy niej 

i nic więcej się nie liczy.   

–  Na pocz

ątek  chcę  powiedzieć,  że  to  wspaniała  nowina. 

Peter  oznajmił  mi,  że  chcecie  jak  najszybciej  się  pobrać.  – 

Niespodziewanie panna Menzies uśmiechnęła się promiennie, 

jakby  doskonale  wiedziała,  co  to  znaczy  być  zakochanym,  i 
Laura przypo

mniała  sobie  pewien  wieczór  taneczny,  który 

przełożona spędziła w towarzystwie dystyngowanego pana. – 

Niepokoję się jednak o was – dodała ze zmarszczonym czołem 
– z powodu Andre. 

Uważam, że to, co dotąd zrobił Peter, jest 

wspaniałe.  Mimo  to  wydaje  mi  się,  że  teraz  potrzebujecie 
pomocy. 

Najpierw musicie oczywiście porozmawiać szczerze 

background image

z Rosamund. 

Osobiście proponuję...   

Godzin

ę później usiedli w pustym pokoju dla personelu, by 

porozmawiać we dwoje. Peter wziął Laurę za rękę i roześmiał 

się radośnie.   

–  Podejrzewam, 

że  za  parę  godzin  wszyscy  będą  o nas 

wiedzieli, jednak nie mia

łem sumienia prosić panny Menzies o 

dyskrecję, skoro poszła nam na rękę.   

–  Wiem,  kochanie.  Z pewno

ścią  dobrze  nam  życzy. 

Pomyśleć tylko, że jeśli dostaniemy bilety, to jutro wylecimy 

do Paryża, a pojutrze spotkamy się z Rosamund. Chyba będzie 
ogromnie zaskoczona.   

–  To zapewne najlepszy sposób, 

żeby  wiedzieć,  na czym 

stoimy.  Tym niemniej,  kochanie, 

bez  względu  na  wynik  tej 

wizyty, 

po  powrocie  skontaktujemy  się  z  naszymi 

szanownymi r

odzicami i zajmiemy się sobą! 

–  Tyle si

ę  dzieje,  że  jestem  naprawdę  oszołomiona.  Czy 

panna  Menzies  zgodziła  się,  żebyśmy  na  czas  wyjazdu 
zostawili Andre w Lodge? 

–  Tak.  Przed twoim przyj

ściem  powiedziała,  że  Andre 

może tu zostać tak długo, jak chcemy. Zamierza powiadomić 

o  tym  zarząd  szpitala,  żeby  nie  było  niepotrzebnych 
problemów.   

–  Wspaniale.  –  Laura spojrza

ła  na  zegarek.  –  O  Boże, 

muszę już iść i pomóc Pearl przy zmianie opatrunków.   

Skin

ął głową i pocałował ją w policzek.   

–  Dzi

ś  wygląda  pani  olśniewająco,  siostro Meadows  – 

rzucił  prowokująco  –  proszę  więc  dopilnować,  żeby  nikt  się 

pani  nie  oświadczył,  zanim  znów  panią  spotkam!  Idę 

zarezerwować bilety na samolot i jeśli się da, jutro lecimy.   

Delikatnie dotkn

ęła jego twarzy.   

–  Cudownie! Zaczynam nawet optymistycznie my

śleć  o 

spotkaniu z Rosamund.   

–  Dzi

ęki.  Kocham  cię,  najdroższa.  Zadzwonię,  jak tylko 

background image

wszystko załatwię.   

Nast

ępnego  dnia  wylądowali  na  Heathrow,  w pobliskim 

hotelu przespali w oddzielnych pokojach kilka godzin i o 

świcie wsiedli do pierwszego samolotu do Paryża. Z lotniska 

Charlesa de Gaulle'a pojechali taksówką do małego hoteliku w 

pobliżu opery.   

–  Przepraszam,  Lauro,  niczego lepszego nie mog

łem 

znaleźć. Za mało czasu – usprawiedliwiał się Peter, patrząc na 
niewielki, skromny budynek.   

–  To niewa

żne  –  oświadczyła  z  uśmiechem.  –  Kto wie, 

może dopisze nam szczęście i jutro będziemy już w Lodge? 

–  Optymistycznie rzecz bior

ąc,  pojutrze.  Zaraz  zadzwonię 

do Rosamund, 

żeby umówić się na spotkanie.   

W pokoju Laura rozpakowa

ła  walizkę  i  wzięła prysznic. 

Gdy  wychodziła  z  łazienki,  rozległo  się  pukanie  i  Peter, 

zamknąwszy za sobą drzwi, oznajmił: 

–  Za

łatwione. Spotkamy się wieczorem w Ritzu. Razem z 

mężem  wynajmują  tam  apartament.  –  Wyraźnie  był  w 
lepszym nastroju.   

– Czy by

ła zdziwiona twoim telefonem? 

– Nie s

ądzę. Raczej oczekiwała go.   

Nagle,  jak gdyby dopiero zauwa

żył,  że  Laura  jest  w 

negliżu, ruszył ku niej. Całowali się tak, jakby za chwilę mieli 

się rozstać na zawsze.   

–  Bo

że,  nie  wytrzymam  tego  dłużej.  Wyjdźmy  stąd  jak 

najszybciej.   

 
Taks

ówka zatrzymała się przed imponującym wejściem do 

hotelu. 

Nagle  Laurę  ogarnęły  obawy.  Peter,  wyczuwając  jej 

zdenerwowanie, 

wziął ją pod rękę i wkrótce zaprowadzono ich 

do sali Espadon Grill, 

gdzie  czekała  na  nich  Rosamund  z 

mężem.  Na widok Laury  na twarzy wytwornej,  jak zwykle, 
kobiety pojawi

ł się przelotny grymas.   

background image

–  To Laura Meadows  –  przedstawi

ł  ją  Peter.  –  Jest 

pielęgniarką w Lodge, gdzie widziałaś' Andre.   

Rosamund spojrza

ła  na  męża,  szukając  w  nim  wsparcia. 

Mężczyzna po prostu uśmiechnął się do niej i po zakończeniu 

prezentacji uprzejmie uścisnął dłoń Laury.   

–  Mi

ło  mi  panią  poznać.  Cieszę  się,  że  spędzimy  ten 

wieczór w pani towarzystwie.  – 

Jego  opanowanie  wpłynęło 

kojąco na żonę.   

Peter nie zamierza

ł  tracić  czasu.  Zaledwie usiedli przy 

stoliku, 

oznajmił: 

– Laura jest moj

ą narzeczoną.   

Wybuch granatu nie wywo

łałby  w  Rosamund  większego 

wstrząsu. Jej twarz poszarzała. Z trudem spytała: 

– Chcesz... po

ślubić Laurę? 

– Jak najszybciej.   
Pierre z niepokojem przygl

ądał  się  żonie  i  mówił  coś  do 

niej szybko po francusku. 

Laura  zauważyła,  że  Rosamund 

drżą  ręce;  nieoczekiwana  wiadomość  musiała  być  dla  niej 
szokiem. 

Nagle wstała, lekko zachwiała się i wspierając się na 

ramieniu męża, powiedziała: 

–  Prosz

ę  mi  wybaczyć i  nie  przeszkadzać  sobie. Pierre za 

chwilę  do  was  wróci,  a  po  posiłku  spotkamy  się  w  naszym 
pokoju.   

 
Kiedy dwie godziny p

óźniej  weszli  do  utrzymanego  w 

jasnoniebieskiej tonacji pokoju,  Rosamund w pozycji 

półleżącej  odpoczywała  na  kanapie.  Najwyraźniej  odzyskała 

już  panowanie  nad  sobą  i  jej  twarz  była  lekko  zaróżowiona. 

Atmosfera  jednak  była  bardzo  napięta  i  Laura  zaczęła 

poważnie obawiać się o wynik tego spotkania.   

–  Podczas naszej ostatniej rozmowy wiedzia

łeś, że chcesz 

poślubić  Laurę?  –  zwróciła  się  do  Petera  ze  znużonym 

uśmiechem.   

background image

–  Nie.  Mia

łem  wtedy  zbyt  wiele  zmartwień.  Moi rodzice 

wyrazili  chęć  opieki  nad  Andre,  zanim  znajdę  pracę  i  dom. 
Potem... 

czas by pokazał.   

Oczy Rosamund zasz

ły łzami.   

–  Marika by

ła moją ukochaną siostrą i umarła – wyjaśniła 

Laurze.  – 

Moi  rodzice  też,  podczas tej strasznej tragedii. 

Jestem ostatnia z rodziny.  Jako kobieta zrozumiesz, 

że skoro 

nie  mogę  mieć  własnych  dzieci,  chciałam  mieć  małego 
Andre...   

– Rozumiem – powiedzia

ła miękko Laura.   

–  Ale...  –  Rosamund zamilk

ła  na  chwilę  i  ścisnęła  dłoń 

męża,  który usiadł  przy niej.  – Myślę, że  ty i  Peter  jesteście 

bardzo szczęśliwi. Widzę to w twoich oczach. Tak? 

Peter skin

ął  głową,  nie  rozumiejąc,  ku czemu zmierza 

Rosamund. 

Nie lubił jej. A z drugiej strony, choć była siostrą 

kobiety, 

którą kochał, prawie jej nie znał.   

–  Tak,  Rosamund,  to prawda.  Laur

ę i mnie łączy głęboka 

miłość.  I oboje kochamy Andre.  Jak  powiedziałem,  wkrótce 

się pobieramy i...   

–  Chcecie mie

ć nasze błogosławieństwo i pewność, że nie 

będę  próbowała  zabrać  wam  ukochanego  maleństwa.  Tak? – 

wtrąciła Rosamund, przykładając do oczu chusteczkę.   

–  Tak,  Rosamund,  jest to nasze najwi

ększe  pragnienie. 

Skinęła głową i przez jakiś czas rozmawiała z mężem. Ten w 

końcu objął ją i pocałował w czoło.   

–  Pierre i ja wiemy,  co to jest mi

łość,  i cieszymy  się,  że 

poślubisz  Laurę.  Mały  Andre  będzie  miał  teraz  prawdziwy 
dom,  z ojcem i matk

ą.  Dla niego dobre jest tylko to,  co 

najlepsze. 

Ale ja też chcę coś mieć.   

Ujrzawszy, 

że  Peter  zaciska  zęby,  Laura  poczuła,  że 

zamiera jej serce. 

Nagle Rosamund roześmiała się.   

–  Chc

ę,  żebyście  pozwolili  mi  być  najlepszą  ciotką,  a 

mojemu mężowi najlepszym wujem. Tylko tego już chcemy. 

background image

Zgadzacie się? 

Peter i Laura odetchn

ęli  z  ulgą.  Uspokoili Rosamund,  a 

przy  pożegnaniu  obiecali  przysłać  zaproszenie  na  ślub  i 
wkró

tce się spotkać.   

Nast

ępnego dnia wczesnym rankiem wylecieli do Londynu. 

Na  Heathrow  zdążyli  przesiąść  się  do  samolotu  lecącego  do 
Edynburga, a tam,  po krótkim oczekiwaniu, 

weszli na pokład 

lokalnego samolotu do Inverness, 

gdzie  Peter  odebrał 

samochód z parkingu. 

Wkrótce zatrzymali się przed hotelem, 

który podziwiali podczas swego pierwszego wspólnego 

pobytu w tym mieście.   

–  My

ślę,  że  należy  nam  się  trochę  czasu  tylko  dla  siebie, 

zanim wrócimy do Lodge  – 

oświadczył  zdumionej  Laurze  i 

dodał ze śmiechem: – Co najmniej cała noc.   

W ma

łej, zacisznej restauracji zamówili kawę. Rozmawiali 

o  uroczystości  ślubnej,  przyszłej  pracy  i  kupnie  domu,  ale 

raczej  jak  o  cudownym  śnie  niż  o  sprawach  praktycznych. 

Peter  adorował  Laurę  z  wielką  miłością  człowieka,  któremu 

dano w życiu drugą szansę.   

–  Lauro  –  pyta

ł  –  jesteś  szczęśliwa?  Nie  tęsknisz  za  tym 

chłopakiem, o którym mi mówiłaś? 

Roze

śmiała się głośno.   

–  Och,  to sko

ńczyło  się  jeszcze  przed  przyjazdem  do 

Lodge! 

– Dzi

ęki Bogu. – Pocałował jej dłoń.   

– Peter – szepn

ęła czule. – Pójdziemy już na górę? 

W pokoju natychmiast przytuli

ł ją do siebie.   

– Kiedy kochali

śmy się ostatnio – powiedział półgłosem – a 

właściwie  po  raz  pierwszy,  chciałem  ci  powiedzieć,  że  cię 

kocham i pragnę być z tobą na zawsze, jednak wydawało mi 

się,  że  los  jest  przeciwko  nam.  Ty,  oczywiście,  nie  mogłaś 

mieć o tym pojęcia. Po prostu nie mogłem obarczać cię moimi 

kłopotami. A kiedy pojawiła się Rosamund, znalazłem się pod 

background image

jeszcze większą presją.   

Obsypa

ł jej twarz pocałunkami.   

–  Ty te

ż  byłaś  źródłem  mojej  niepewności.  Tamtej nocy 

powiedziałaś, że wkrótce o tym zapomnimy. Powiedz mi, że 

teraz myślisz inaczej. Że kochamy się... uwielbiamy...   

Laura szybkim ruchem po

łożyła palec na jego wargach.   

– Kochanie, jestem twoja na ca

łe życie. A teraz myślę tylko 

o tym, 

że źle na mnie działasz.   

Przytuli

ł ją do siebie mocniej.   

–  Znowu mnie kusisz! Do ko

ńca  życia  nie  będę  widział 

świata poza tobą, kochanie.   

Promieniej

ąc  radością,  spojrzeli  jednocześnie  na  ogromne 

łóżko  z  baldachimem  i  wybuchnęli  śmiechem.  Nagle ich 

związek  stał  się  bardzo  realny.  Chwila,  na  którą  czekali  tak 

długo, wreszcie nadeszła.   

Niespodziewanie zadzwoni

ł telefon.   

– Peter – rozleg

ł się ożywiony głos panny Menzies, jedynej 

osoby, 

którą  poinformował  o  tym,  że  zostaje  na  noc  w 

Inverness  – 

czy  w  Paryżu  wszystko  poszło  dobrze? 

Przepraszam, 

że przeszkadzam, ale po prostu muszę wiedzieć! 

Z u

śmiechem objął Laurę i przyciągnął ją do siebie.   

–  Lepiej ni

ż  się  spodziewaliśmy!  Uznaliśmy  z  Laurą,  że 

najlepszym miejscem na nasze wesele jest Lodge! 

– Och, kochani, to wspaniale! Ksi

ążę powiedział mi już, że 

jeśli wszystko się dobrze ułoży, ślub może odbyć się w małej 
kaplicy, 

więc bierzemy się do szukania białych wstążek! 

Panna Menzies porozmawia

ła  też  chwilę  z  Laurą, 

zdradzając jej, że w Lodge wszyscy trzymali za nich kciuki.   

–  Nie b

ędę  wam  więcej  przeszkadzać  –  zakończyła  ze 

śmiechem. – Do zobaczenia jutro.   

–  Jacy to mili ludzie  –  szepn

ęła  Laura,  odkładając 

słuchawkę. – I życzliwi...   

–  Mimo to  –  wtr

ącił  Peter  z  żartobliwym  uśmiechem  – 

background image

obejdziemy 

się  dziś  bez  telefonów.  Prawda,  kochanie? 

Zadzwonię po prostu do recepcji, żeby nie łączyli.   

W chwil

ę później zapraszającym gestem wyciągnął ku niej 

dłoń.   

– Ta noc jest nasza, kochanie...   
–  Ta i wszystkie inne...  –  szepn

ęła,  rzucając  się  mu  w 

ramiona.   


Document Outline