background image

Abe Kōbō 

 

 

 

Czwarta epoka 

(Przełożył Mikołaj Melanowicz) 

background image

 

Preludium 

 

Na głębokości pięciu tysięcy  metrów nagle podniosła  się równina pokryta  grubą, podziurawioną  warstwą 

błota  niby  sierścią  jakiegoś  wymarłego  zwierzęcia.  I  natychmiast  rozsypała  się  -  zmieniła  się  w  ciemną  chmurę, 

zabulgotała i wygasiła gwiazdki planktonu przepływające ławicą przed czarną przezroczystą ścianą. 

Obnażyła się popękana skalna płyta. Z jej szczelin wypłynęła brązowa, iskrząca się galaretowata masa. Na 

obszarze kilku kilometrów nabrzmiewała ogromnymi bąblami powietrza, a następnie rozpostarła gałęzie jak korzenie 

starej sosny. Jaśniejąca w mroku magma znikała z pola widzenia. Pozostał po niej ogromny słup pary, który przebił 

warstwę marine snow, zamienił się w wir i rozpadając się bezgłośnie parł do góry. Słup pary także zniknął pośród 

cząsteczek wielkiej wody i nigdy nie dotarł do odległej powierzchni morza. 

 

Właśnie  w  tym  samym  momencie,  dwie  mile  morskie  dalej,  statek  frachtowo-pasażerski  “Nanchô-maru" 

płynął  w  stronę  Jokohamy.  Niespodziewane  drżenie  i  skrzypienie  statku,  trwające  krótką  chwilę,  przestraszyło 

pasażerów i załogę. Stojący na mostku drugi oficer również zaniepokoił się stadem bezładnie wyskakujących w górę 

delfinów i nagłą zmianą barwy morza, nie uznał jednak za stosowne zanotować tego faktu w księdze pokładowej. Na 

niebie świeciło lipcowe słońce podobne do roztopionej rtęci. 

Niewidoczne  pulsowanie  morza  przekształciło  się  już  w  długie  fale  tsunami,  które  z  niewiarygodną 

szybkością siedmiuset dwudziestu kilometrów na godzinę zmierzały w stronę lądu... 

 

 

KARTA PROGRAMOWA R 1 

 

Elektroniczna  maszyna  licząca  jest  po  prostu  swego  rodzaju  maszyną  myślącą.  Zatem  jest  to 

urządzenie, które nie potrafi formułować problemów, ale może myśleć. ależy jednak wyposażyć je w kartę 

programową, czyli zestaw pytań zapisanych w zrozumiałym dla niej języku. 

 

 

1 

 

Gdy wszedłem, asystent Tanomogi zwrócił się do mnie i zapytał: 

- Co tam w komisji? 

Właśnie regulował maszynę, więc wciąż zerkał w monitor. Widocznie dopiero teraz zauważył moją ponurą 

minę, dlatego nie czekając na odpowiedź westchnął i upuścił śrubokręt, który uderzył o podłogę. 

- Nie rzucaj! 

Tanomogi niechętnie schylił się i podniósł narzędzie, a następnie zwiesił bezwładnie ręce i uniósł brodę. 

- Kiedy w końcu przystąpimy do pracy? 

- A skąd ja mam wiedzieć? 

background image

Byłem  wściekły,  więc  tym  bardziej  drażniło  mnie  czyjekolwiek  niezadowolenie.  Zdjąłem  marynarkę  i 

rzuciłem ją na pulpit sterowniczy. Zdawało mi się, że w tym momencie włączyła się maszyna. Oczywiście nic takiego 

nie mogło się zdarzyć, uznałem więc to za złudzenie. Jednocześnie przyszło mi do głowy coś wspaniałego. Chciałem 

tę myśl zapamiętać, lecz mi się nie udało. Psia krew... Jak tu gorąco... 

- Czy zaproponowali inny plan? 

- A mogli coś zaproponować? 

Po chwili Tanomogi dodał cicho: 

- Na chwilę zejdę na dół. 

- Oczywiście, i tak nie ma co tu robić. 

Usiadłem  i  zamknąłem  oczy.  Usłyszałem  oddalające  się  stukanie  drewnianych  sandałów  Tanomogiego. 

Dlaczego młodzi naukowcy w Japonii - niemal bez wyjątku - tak chętnie chodzą w drewniakach? Co to za dziwny 

zwyczaj? Cichnące kroki stawały się coraz szybsze. Widocznie podjął decyzję i to dodawało mu energii. 

Gdy uniosłem powieki, stojące na półce cztery  teczki z dokumentami  wydały  mi się teraz bardzo ważne. 

Zawierały wycinki artykułów poświęconych maszynie prognostycznej, poczynając od ukończenia “Moskwy 1" przed 

trzema  laty.  Przedstawiały  też  drogę,  jaką  ja  przeszedłem.  Na  ostatniej  stronicy  nawet  ta  jedyna  dla  mnie  droga 

zaczęła znikać. 

background image

 

2 

 

Jak na ironię, pierwsza stronica w teczce rozpoczynała się od artykułu pewnego publicysty, który radykalnie 

zmienił swe poglądy.  “Specjaliści, otwórzcie oczy!  - zwracał się na początku tekstu  w taki sposób, jakby  sam był 

wynalazcą maszyny prognostycznej. - Wehikuł czasu Wellsa, mimo że jakoby pozwalał odbywać podróże w czasie, 

był po prostu dziecięcą zabawką, ponieważ  nie przedstawiał niczego  więcej poza przełożeniem ruchu  w czasie na 

przemieszczenie  się  w  przestrzeni.  Człowiek  widzi  bakterie  tylko  dzięki  mikroskopom.  Byłoby  jednak  błędem 

twierdzić,  iż  bakterie  w  ogóle  nie  istnieją,  tylko  dlatego,  że  są  niewidoczne  gołym  okiem.  Analogicznie  ludzkość 

uzyskała  możliwość  widzenia przyszłości dzięki  maszynie  prognostycznej  »Moskwa 1«. Istnieje  więc już  wehikuł 

czasu! Znów stoimy na skrzyżowaniu dróg historii i cywilizacji!" 

Rzeczywiście,  można  i  tak  określić.  Mimo  wszystko  to  zbyt  duża  przesada.  Gdybym  ja  miał  się 

wypowiedzieć, uznałbym, że dzięki “Moskwie 1" ujrzano jedynie kilka kadrów z krótkiego filmu, a nie przyszłość. 

Wspomniany film zaczynał się następująco. Najpierw zegar pokazywał południe i wielką otwartą dłoń. Obok 

stał telewizor z tą samą sceną odbitą na ekranie. Następnie padł rozkaz zaciśnięcia dłoni. Wraz z wybiciem godziny 

pierwszej inżynier nakręcił tarczę na pulpicie, a po godzinie dłoń widoczna na ekranie zacisnęła się mocno. 

Przedstawiono jeszcze inne doświadczenia. Oto na sygnał “przestraszyłem się" na ekranie poderwał się do 

lotu śpiący dotąd ptaszek, a na sygnał “wypuścić z ręki" na ekranie spadła szklanka i rozbiła się na drobne kawałki... 

Na pewno mogły dziwić takie eksperymenty. Początkowo nawet mnie zaskoczyły. Lecz chodzi mi tu o coś 

innego. Oto trzy lata później pojawia się ten sam człowiek, ale piszący coś odmiennego, zupełnie inną historię. W 

czwartej  teczce  znalazłem  taki  oto  wycinek:  “W  istocie  rzeczy  prognozowanie  nie  jest  możliwe  na  tym  świecie. 

Załóżmy - ciągnął wywód publicysta - że wedle prognozy pewien mężczyzna ma wpaść do dołu w ciągu godziny. No 

dobrze, ale gdzie znajdziecie takiego głupca, który  wiedząc co go czeka, nie powstrzyma biegu  wydarzeń. Jeśliby 

nawet  znalazł  się  taki  osobnik,  to  musiałby  to  być  człowiek  podatny  na  wszelkie  sugestie.  Mielibyśmy  wtedy  do 

czynienia  z  sugestią,  a  nie  z  prognozowaniem.  Tak  więc  skończmy  już  z  tym  pięknym  kłamstwem  o  maszynie 

prognostycznej, a po prostu zmieńmy jej nazwę na maszynę sugestywną, za pomocą której wykorzystuje się ludzkie 

słabości". 

Ładna historia; niech sobie zmienia nazwę, na jaką chce! Kto kradnie igłę, ten może ukraść wszystko, zresztą 

nie tylko on jeden. Nagle wszyscy zaczęli reprezentować odmienny punkt widzenia, a ja stałem się odtąd elementem 

niebezpiecznym. 

Na zdjęciu znajdującym się na drugiej stronie w pierwszej teczce jeszcze się uśmiecham. Poniżej fotografii 

figuruje moja wypowiedź na temat “Moskwy 1". 

“Oczywiście,  nie  uważam  tego  za  trik.  Teoretycznie  jest  to  całkowicie  możliwe.  Nie  sądzę  też,  żeby 

urządzenie  to  różniło  się  czymkolwiek  istotnym  od  dotychczasowych  maszyn  liczących".  To  powiedział  doktor 

Katsumi z Centralnego Instytutu Techniki Obliczeniowej ze spokojem pewnego siebie specjalisty. Było to kłamstwo. 

Po prostu bardzo im zazdrościłem. A ponieważ mówiłem bez przekonania, jeden z dziennikarzy zapytał nie kryjąc 

gniewu: “Czy chce pan powiedzieć, że mógłby pan coś takiego wkrótce skonstruować?" “No cóż, jeśli miałbym czas 

i pieniądze"... Do pewnego stopnia byłem szczery. “W zasadzie elektroniczne maszyny liczące mają pewnego rodzaju 

zdolności prognozowania. Problem nie tyle w maszynie, co w jej wykorzystaniu. W programowaniu... To znaczy w 

działaniu  polegającym  na  przedstawieniu  problemu  w  języku  zrozumiałym  dla  maszyny,  co  wcale  nie  jest  łatwe. 

background image

Dotychczas musiał to robić człowiek. »Moskwa 1« do pewnego stopnia prognozuje sama". “Czy wobec tego mógłby 

pan nam opowiedzieć swój sen o przyszłości wyobrażonej dzięki maszynie? " 

“Hm, w ogóle efektywność przewidywania jest odwrotnie proporcjonalna do wielkości czasu i wytraca się 

wraz z przyspieszeniem. Jak mogliście się przekonać z doniesień prasowych, zakres prognozowania jest zaskakująco 

ograniczony,  prawda?  Żeby  się  przekonać  o  tym,  iż  szklanka  się  rozbije,  kiedy  spadnie,  nie  trzeba  korzystać  z 

maszyny liczącej. Wie o tym nawet uczeń szkoły podstawowej. Można brać pod uwagę różne sposoby zastosowania 

maszyny  jako  pomocy  w  nauczaniu,  lecz  wydaje  mi  się,  iż  należałoby  powstrzymać  się  od  zbyt  fantastycznych 

oczekiwań". 

Szczerze  mówiąc, czułem zupełnie co innego, po prostu nie  mogłem pohamować palącej mnie zazdrości. 

Gdybym siedział z założonymi rękami, zostałbym w ogóle wyeliminowany z gry i nie mógłbym im dorównać. Zresztą 

nie  zaznałbym  spokoju,  gdybym  mimo  wszystko  nie  podjął  wyzwania.  Poszedłem  więc  do  dyrektora  instytutu, 

następnie  rozmawiałem  z  kilkoma  znajomymi.  Nikt  jednak  po  zaspokojeniu  zwykłej  ciekawości  nie  przejawiał 

poważniejszego  zainteresowania  moją  propozycją.  A  już  najbardziej  zdenerwowała  mnie  umieszczona  obok 

wypowiedź pewnego pisarza, który podzielał mój pogląd. (Oczywiście, on nie wiedział, o czym mówił, lecz nic nie 

wydaje się bardziej prawdopodobne niż własna ignorancja...) 

“Być może to całkiem naturalne, że komuniści, wtłaczający wszystko w ramy konieczności, nie mają innej 

przyszłości jak tylko taką, którą można przewidzieć za pomocą maszyny. Nam, budującym przyszłość na podstawie 

wolnej woli, tego rodzaju maszyna chyba do niczego się nie przyda. Nawet jeśliby ktoś wbrew rozsądkowi spróbował 

przedstawić  naszą  przyszłość,  okazałaby  się  przezroczysta  jak  szkło.  Najbardziej jednak  obawiam  się,  że  wiara  w 

prognozę sparaliżuje wrażliwość moralną". 

W  końcu  nadarzyła  się  okazja.  Otwórzmy  drugą  teczkę.  “Moskwa  1"  zaczęła  demonstrować  szersze 

możliwości, czego zresztą się obawiałem. To nie był już sen, lecz rzeczywistość - jedną po drugiej publikowano suche 

i  praktyczne  prognozy.  Najpierw  bardzo  trafne  prognozy  pogody,  później  przewidywania  w  zakresie  przemysłu  i 

ekonomiki... 

Zmartwień owych dni nie mogę potraktować jednym zdaniem. Oto nagle Japonia uzyskała rachubę urodzaju 

ryżu na bieżący rok. Odniesiono się do niej dość nieufnie, mówiąc: “No dobrze, zobaczymy, co będzie za pół roku"... 

Wkrótce potem nadeszły kolejne dane: 

- ogólnokrajowe rozliczenia bankowe za pierwsze dwa kwartały; 

- przewidywana liczba nie spłaconych weksli w następnym miesiącu; 

- przewidywana sprzedaż w jednym z domów towarowych; 

- indeks cen w detalicznej sprzedaży w mieście Nagoya; 

- przewidywany stopień wypełnienia magazynów w porcie tokijskim. 

Te  prognozy  zaczęły  zaskakiwać  dokładnością,  procent  błędów  spadł  nawet  do  zera.  Na  końcu 

poszczególnych analiz publikowano wyjątkowo aroganckie oświadczenia: 

“»Moskwa  1«  potrafi  także  przedstawić  prognozę  indeksu  cen  i  akcji  w  waszym  kraju,  może  też  podać 

stosunek zasobów produkcji do zapotrzebowania. Powstrzymujemy się od tego, ponieważ te dane mogłyby wywołać 

destabilizację ekonomiczną. Zawsze będziemy się kierować zasadami uczciwego współzawodnictwa"... 

Nasze zakłopotanie było tak duże, że nawet prasa wstrzymała się od szerszych komentarzy. Również inne 

wolne kraje otrzymały podobne przewidywania i też zareagowały milczeniem, które trwało dosyć długo. Rządy wielu 

background image

krajów  nie  poprzestały  jednak  na  milczeniu.  Pod  naciskiem  kręgów  finansjery  również  i  nasze  władze  zaczęły 

przygotowywać się do podjęcia jakiś kroków. 

Najpierw  w  Centralnym  Instytucie  Techniki  Obliczeniowej  założono  odrębny  Dział  Rozwoju  Maszyny 

Prognostycznej.  Mnie  powołano  na  kierownika  tego  działu  -  trudno  się  zresztą  dziwić  tej  nominacji,  skoro  byłem 

jedynym  specjalistą  w  tej  dziedzinie  w  Japonii.  Mogłem  więc  poświęcić  się  wyłącznie  studiom  nad  maszyną 

prognostyczną. 

background image

 

Teczka trzecia 

 

Zgodnie  z  obietnicą  “Moskwa  1"  zachowała  odtąd  milczenie.  W  tym  czasie  Tanomogi,  człowiek  trochę 

gruboskórny,  ale  bardzo  zdolny,  był  moim  asystentem.  Praca  postępowała  zgodnie  z  planem  i  w  następnym  roku 

jesienią dobiegła końca. Mogłem więc zademonstrować przyszłość w telewizorze, pokazując rozbijanie się szklanki 

itp.  (Prognozowanie  zjawisk  jest  stosunkowo  łatwe).  Za  każdym  razem  gdy  przedstawiałem  kilka  prostych 

eksperymentów, rosła moja sława i rozgłos maszyny, spełniała się też nadzieja. Wiem, że niektórych ludzi napawałem 

lękiem.  Kiedy  na  przykład  zająłem  się  przewidywaniem  wyników  wyścigów  konnych,  zainteresowani  zażądali 

zaprzestania tego rodzaju analiz. W owym czasie z dumą myślałem o tym, że ten przypadek stanowi dowód potęgi 

maszyny. Dzisiaj wydaje mi się, że ten incydent był pierwszą złowieszczą oznaką przyszłego stosunku do nas jako 

niebezpiecznych dla społeczeństwa. (Nie mam pojęcia, na ilu filarach opiera się świat, w każdym razie co najmniej 

trzy z nich to na pewno ciemnota, niewiedza i głupota). Wówczas znajdowaliśmy się na grzbiecie fali. Wtedy jeszcze 

przepełniała  nas  nadzieja.  Nie  wiem  dlaczego,  ale  szczególnym  powodzeniem  cieszyłem  się  wśród  dzieci:  często 

pojawiałem  się  w  barwnych  komiksach,  gdy  w  blasku  chwały  wychodziłem  z  Wydzielonej  Pracowni  Instytutu 

Techniki  Obliczeniowej  w  otoczeniu  własnych  robotów  (w  rzeczywistości  maszyna  wygląda  jak  rząd  wielkich 

metalowych  kontenerów  ułożonych  w  kształcie  litery  E  na  przestrzeni  około  siedemdziesięciu  metrów 

kwadratowych). Widocznie w komiksach musiały występować roboty, dlatego pojawiałem się w ich towarzystwie w 

rozmaitych sytuacjach w przyszłości i pokonywałem złoczyńców. W końcu gdy uznałem, że wyposażenie maszyny 

jest  wystarczające,  skoncentrowałem  się  na  ćwiczeniach  i  kształceniu.  Mózg  na  nic  by  się  ludziom  nie  zdał  bez 

wiedzy  i doświadczenia. Pożywieniem dla  mózgu jest przede  wszystkim doświadczenie. A ponieważ  maszyna  nie 

mogła wychodzić z budynku, musieliśmy więc być jej rękami i nogami, biegać wokół i zbierać dla niej informacje. 

Była to praca trudna, pochłaniająca pieniądze i siły. 

(Gromadziliśmy głównie dane z dziedziny ekonomii, czemu trudno było się dziwić, biorąc pod uwagę profil 

naszego instytutu, a także efekt psychologiczny prognoz “Moskwy 1"). 

Maszyna posiadała niemal nieograniczone zdolności przyswajania informacji. Nakarmiona przez człowieka 

potrafiła  je  przetrawiać,  jak  również  magazynować.  Jeśli  jakikolwiek  element  z  jej  systemów  ulegał  nasyceniu, 

otrzymywaliśmy  odpowiedni  sygnał.  Dzięki  temu  wiedzieliśmy,  że  od  tej  pory  dana  część  systemu  ma  zdolność 

budowania własnego programu. 

Pewnego  dnia  pojawił  się  pierwszy  sygnał.  Oznaczał  on,  że  maszyna  przyswoiła  wszystkie  funkcjonalne 

zależności między zjawiskami przyrody wyrażonymi w postaci linii krzywych. Mogłem więc od razu wykonać próbę 

mocy. Dałem jej zadanie przedstawienia na ekranie rozwoju fasolki sojowej w ciągu czterech dni od zamoczenia w 

wodzie. Maszyna wywiązała się wspaniale, ukazując proces wzrostu kiełka do wielkości siedmiu centymetrów. Na 

pamiątkę tego dnia ogłosiłem oficjalną nazwę maszyny: “KEIGI-1". 

Tutaj kończy się  historia zawarta  w trzeciej teczce, należy  przystąpić do otwarcia czwartej. Tam sytuacja 

ulega nagłej zmianie. 

 

 

Teczka czwarta 

 

background image

Mieliśmy  zamiar  uroczyście  świętować  narodziny  maszyny  prognostycznej.  Rozesłaliśmy  ankietę  z 

pytaniem o to, co maszyna powinna przewidywać. Odbyliśmy też wiele narad. Powstała specjalna Komisja do Spraw 

Prognozy. Dziennikarze niecierpliwie czekali na decyzje. Wtedy nadeszła wiadomość o skonstruowaniu “Moskwy 2". 

Informacji  towarzyszył  złośliwy  podarunek.  Dowiedziałem  się  o  tym  wcześnie  rano  dzięki  telefonowi  z 

redakcji jednej z gazet: 

-  Czy  słyszał  pan  prognozę  “Moskwy  2"?  Donoszą,  że  w  ciągu  trzydziestu  dwu  lat  powstanie  pierwsze 

społeczeństwo komunistyczne, a w roku 2018 upadnie ostatnie społeczeństwo kapitalistyczne. Co pan o tym sądzi, 

doktorze? 

Mimo woli się roześmiałem. Po namyśle zrozumiałem, że nie jest to wcale śmieszne. Co więcej, chciało mi 

się raczej płakać. Przecież nie tak znowu często docierały do mnie wieści, od których dostawałem niestrawności. 

Wszyscy w instytucie rozmawiali tylko o tym. Przeczuwając, że coś nieprzyjemnego się wydarzy, popadłem 

w depresję. 

Młodzi pracownicy instytutu rozmawiali w takim oto stylu: 

- Mimo że jest to maszyna, mówi takie banalne rzeczy. 

- Dlaczego? Może to prawda? 

- Tę prognozę chyba sztucznie skonstruowano. 

- Też tak myślę. Byłoby śmieszne, gdyby przyszłość dała się podporządkować jakimś “izmom". 

- To raczej ty jesteś śmieszny, nazywając to “izmem". 

- To całkiem proste przejście od stanu prywatnych środków produkcji do innego stanu... 

- Czy inny stan musi koniecznie oznaczać komunizm? 

- Ale jesteś głupi! To przecież ten inny stan nazywają komunizmem. 

- Dlaczego twierdzą, że to jest banalne? 

- Niczego nie zrozumiałeś... 

-  Przecież  są  inne  sposoby  przejawiania  się  naszej  świadomości,  prawda?  Formy  świadomości  a 

rzeczywistość to dwie różne rzeczy. 

-  Co?  Co  w  tej  myśli  jest  takie  znowu  oryginalne?  Po  tej  wymianie  zdań  wszyscy  zebrali  się  w  moim 

gabinecie. Zapytali mnie, czy w tej kwestii może nam pomóc maszyna. 

- A może określimy, który z zębów Chruszczowa wypadnie najpierw, i w ten sposób utrzemy im nosa? 

Niestety nikt się nie roześmiał. 

Następnego  dnia  ukazało  się  oświadczenie  władz  amerykańskich.  “Istnieje  zasadnicza  różnica  między 

prognozą  a  przepowiednią.  Na  miano  prognozy  zasługuje  coś  dopiero  wtedy,  gdy  jest  oparte  na  założeniach 

moralnych. Powierzenie tego zadania maszynie równoznaczne jest z negacją człowieczeństwa. Również w naszym 

kraju wcześniej ukończyliśmy prace nad maszyną prognostyczną, lecz słuchając głosu sumienia zrezygnowaliśmy z 

politycznego  jej  wykorzystania.  Postępowanie  ZSRR  tym  razem  jest  krokiem  zdradzieckim,  szkodliwym  dla 

pokojowego współistnienia, i z pewnością zagrozi też międzynarodowej przyjaźni i wolności człowieka. Uważamy, 

że  prognozy  »Moskwy  2«  są  gwałtem  wobec  ducha  człowieczeństwa,  dlatego  ZSRR  powinien  jak  najszybciej 

odwołać swe oświadczenie i zrezygnować z wykorzystywania tego rodzaju maszyn. Jeśli tego nie uczyni, będziemy 

zmuszeni do wystąpienia w tej sprawie na forum ONZ" (wypowiedź sekretarza stanu Stroma). 

Tak ostra reakcja naszego sojusznika, Ameryki, nie mogła nie wywrzeć wpływu na naszą pracę. To, czego 

się  bałem,  w  końcu  nadeszło.  Około  trzeciej  z  biura  dyrektora  otrzymaliśmy  zawiadomienie  o  nowym  składzie 

background image

Komisji Programowej i jej nadzwyczajnym posiedzeniu. Urząd Statystyki zachował się jeszcze bardziej arbitralnie. 

Dokonał  zmiany  zespołu,  zostawiając  w  nim  tylko  dyrektora  i  mnie,  usunął  ekspertów  technicznych  i  zredukował 

liczbę pracowników. 

Zebranie odbyło się jak zwykle na piętrze głównego budynku. Nastrojem różniło się od dawniejszych narad, 

podczas  których  opowiadaliśmy  sobie  błahe  dowcipy,  na  przykład  co  by  się  stało,  gdybyśmy  przewidzieli  czas 

rozwodu nowożeńców. Tym razem rolę organizatora wziął na siebie Tomoyasu, pracownik Urzędu Statystyki, który 

powiedział najpierw tak: 

-  Komisja  zachowuje  dotychczasową  nazwę,  proszę  jednak  przyjąć  do  wiadomości,  że  jest  odtąd  czymś 

zupełnie innym. To znaczy, że określone kręgi uznały, iż w zasadzie skończył się okres studiów podstawowych. O 

programie  działania  będzie  decydować  komisja,  i  to  do  niej  należy  decyzja  o  zgodzie  na  wykorzystanie  maszyny 

prognostycznej. Oczywiście, autonomia nauki w okresie badań będzie respektowana, ale skoro już weszliśmy w etap 

praktycznego  zastosowania  wyników  badań,  należy  teraz  jasno  określić  zakres  odpowiedzialności.  O  to  właśnie 

chodzi. Ponadto odtąd obowiązuje zasada zamkniętych posiedzeń, proszę o tym pamiętać. 

Następnie wstał jakiś nieznajomy o pociągłej twarzy. Przedstawił się wyliczając długo funkcje i stanowiska, 

lecz  nie  zrozumiałem  go  dobrze.  Był  chyba  jakimś  sekretarzem  ministra.  Nerwowo  zginając  długie  cienkie  palce 

mówił: 

- W ostatnim działaniu “Moskwy 2" nietrudno dopatrzyć się politycznego celu, na co zwrócono uwagę w 

oświadczeniu amerykańskim. Moim zdaniem sprawa wygląda następująco. Najpierw rozbudzili naszą ciekawość za 

pomocą “Moskwy 1" i doprowadzili nas do sytuacji, w której nie mogliśmy nie podjąć własnych badań nad maszyną 

prognostyczną. I tak właśnie uczyniliśmy. (Przecież nie musi patrzeć teraz akurat na mnie!) Z kolei gdy uznaliśmy, że 

doszliśmy do etapu praktycznego zastosowania, Rosjanie użyli maszyny do celów politycznych, ponieważ liczą, że 

my również nie powstrzymamy się od podobnego kroku. W rezultacie wygląda to tak, jakbyśmy sami wprowadzili do 

naszego  kraju  szpiega  w  postaci  maszyny  prognostycznej.  Zwłaszcza  ten  aspekt  proszę  wziąć  pod  rozwagę.  Nie 

możemy dać się wmanewrować w określoną sytuację. Proszę to dobrze sobie uświadomić... 

Poprosiłem o głos. Zaniepokojony dyrektor spojrzał na mnie kątem oka. 

- Co wobec tego stanie się z programem opracowanym przez dotychczasową komisję? Sądzę, że będziemy 

mogli go zatwierdzić w tej postaci? 

- Z jakim programem?... - Gość zajrzał w papiery Tomoyasu. 

- Były trzy projekty... - Tomoyasu pospiesznie przejrzał dokumenty. 

- Skąd znowu trzy? - wtrąciłem. - Na pewno opracowano i zatwierdzono jeden. Jest to problem mechanizacji 

i współzależności między płacami a wartością handlową produktu. Nie zdecydowano tylko, którą fabrykę wziąć jako 

modelową... 

-  Proszę  poczekać  -  przerwał  Tomoyasu.  -  Prawo  podejmowania  decyzji  komisja  otrzymała  dopiero  od 

dzisiejszego posiedzenia. 

Utraciły więc ważność wszystkie wcześniejsze programy. W przeciwnym razie... 

- Przecież wszystko zostało przygotowane! 

- To źle. - Drągal roześmiał się przez zaciśnięte usta. - Ten projekt nie wydaje się dobry. Niesie duże ryzyko 

powiązań z polityką. Rozumie pan? 

Pozostali członkowie Komisji również się roześmiali. Co ich tak bawi? Nie miałem pojęcia. Było mi bardzo 

nieprzyjemnie. 

background image

- Nie rozumiem. To znaczy, że akceptujemy zwycięstwo “Moskwy 2"? 

- No no, oni chcą, żebyśmy tak myśleli. Proszę więc uważać. Naprawdę... 

Znów  wszyscy  się  roześmiali.  Co  to  za  komisja  głupców!  Odechciało  mi  się  im  sprzeciwiać.  Polityka  za 

bardzo mnie nie obchodzi. Skoro pierwszy projekt nie ma szans, należy przyjąć następny. 

- Wobec tego może zatwierdzimy drugi projekt? A mianowicie, prognozę stanu zatrudnienia za pięć lat w 

warunkach finansowych ograniczeń, z jakimi obecnie mamy do czynienia. 

- Ten też chyba nie jest odpowiedni. - Drągal rozejrzał się po sali, jakby szukał poparcia u członków komisji. 

- Myśląc w ten sposób, nie znajdziemy żadnych tematów nie związanych z polityką. 

- Tak pan myśli? 

- A pan? 

- Chcielibyśmy, żeby to pan profesor to rozważył... Pan jest specjalistą. 

- No dobrze, weźmy trzeci projekt, a mianowicie prognozę wyników następnych wyborów powszechnych do 

parlamentu... 

- To absurdalne! To jest najmniej odpowiedni projekt spośród przedstawionych. 

- Jest pewna sprawa, której nie rozumiem - wtrącił się milczący dotąd członek komisji. - Chodzi mi o to, co 

się dzieje, gdy pozna... Naturalnie, każdy człowiek postępuje chyba inaczej. Czy jednak po ogłoszeniu prognozy nie 

następuje zmiana w zachowaniu? 

-  Już  wielokrotnie  objaśniałem  tę  sprawę  poprzedniej  komisji...  Widocznie  powiedziałem  to  niezbyt 

uprzejmie, ponieważ Tomoyasu szybko wziął na siebie rolę wyjaśnienia problemu. 

-  W  tym  wypadku  bierze  się  pod  uwagę  wszczęcie  działań  po  ogłoszeniu  pierwszej  prognozy,  a  potem 

powtarza się prognozowanie... Chodzi tu już o prognozę drugiego stopnia... Z kolei po jej ogłoszeniu następuje trzeci 

stopień prognozowania. Postępując w ten sposób można powtarzać procedurę wiele razy, nawet w nieskończoność. 

Dzięki  temu  osiągamy  prognozę  maksymalnej  wartości,  to  znaczy  otrzymujemy  wartość  pośrednią  w  stosunku  do 

pierwszej prognozy. Tak mogliby to panowie rozumieć. 

- Rzeczywiście, nieźle to pomyślano. - Jakiś bałwan z komisji kiwnął głową w moją stronę, jakby wyrażał 

podziw. 

-  Słuchaj,  Katsumi-kun  -  szepnął  do  mnie  dyrektor  instytutu.  -  Czy  nie  znalazłby  się  jakiś  bardziej 

odpowiedni problem, na przykład zjawisko przyrodnicze? 

- Prognozę pogody robi Instytut Meteorologiczny. Można połączyć go z naszą maszyną, byłoby to bardzo 

proste. 

- A może coś bardziej złożonego... 

Milczałem. Nie mogłem pójść na tak duży kompromis. Jak wytłumaczyłbym się przed Tanomogim i innymi 

współpracownikami? Miałbym im powiedzieć, że przez pół roku zbieraliśmy dane na darmo? Problem nie polega na 

tym, czy przewidywać zjawisko naturalne czy społeczne. Chodzi o to, jak wykorzystać zdolności zaprogramowanej 

przez nas maszyny... 

Posiedzenie  zakończyło  się  wnioskiem  zobowiązującym  mnie  do  opracowania  nowego  projektu, 

uwzględniającego poglądy wyrażone w toku dyskusji. Od tamtego dnia zebrania komisji odbywały się co tydzień, ale 

za każdym razem gromadziły coraz mniej osób, a na czwarte przyszedł tylko Tomoyasu, ów drągal i ja. Była to łatwa 

do przewidzenia konsekwencja nudnych spotkań przypominających raczej przesłuchania. Tylko wariaci mogliby nie 

zanudzić się na śmierć. 

background image

Tanomogi od początku otwarcie wyrażał sprzeciw wobec takiego zachowania członków komisji. Uważał, że 

wynikało ono jedynie z chęci uniknięcia podejmowania jakiejkolwiek decyzji. Narzekaliśmy, lecz nie szczędziliśmy 

wysiłku,  mieliśmy  swą  zawodową  dumę  techników  i  specjalistów.  Staraliśmy  się  bowiem  ze  wszystkich  sił 

wykorzystać  naszą  wiedzę,  aby  stworzyć  program,  który  spodobałby  się  członkom  komisji.  Przed  posiedzeniem 

nieraz spędzaliśmy bezsenną noc. 

Im ciężej pracowaliśmy, tym bardziej byliśmy przekonani, że nie ma takiego problemu, który nie wiązałby 

się z polityką. Na przykład chcąc opracować prognozę rozwoju terenów uprawnych, nie mogliśmy pominąć problemu 

rozwarstwienia  klasowego  rolników.  Chcąc  zbadać  sieć  dróg  asfaltowych  za  ileś  tam  lat,  wkraczaliśmy  w  sferę 

budżetu państwa. Nie mogę tu omówić wszystkich przykładów, wspomnę tylko o tym, że przedstawiliśmy dwanaście 

projektów, które zostały odrzucone na kolejnych posiedzeniach komisji. 

W końcu odechciało mi się wszystkiego. Okazuje się, że polityka to coś takiego jak sieć pajęcza - oplątuje 

nas tym mocniej, im usilniej staramy się z niej wydostać. Nie mam zamiaru wtórować Tanomogiemu, lecz tutaj muszę 

chyba zgodzić się z nim i zająć bardziej zdecydowane stanowisko. 

Tym  razem  udałem  się  na  posiedzenie  komisji  demonstracyjnie  przyjmując  postawę  obronną.  Nie 

zapomniałem jednak dociąć Tanomogiemu: 

- Nie zapominaj, że w przeciwieństwie do ciebie, mnie polityka w ogóle nie interesuje. 

A jednak z posiedzenia wróciłem głęboko rozczarowany. 

 

 

5 

 

Zadzwonił telefon. 

- Profesorze, przepraszam, trochę przesadziłem... Po tym wszystkim omówiłem wiele spraw z dyrektorem... 

- (Kłamie, przecież nie minęło jeszcze trzydzieści minut od posiedzenia). Był to członek komisji, Tomoyasu. - Chodzi 

o to, żeby pan do jutra po południu przedstawił nowy projekt, bo inaczej będziemy mieli kłopoty... 

- Kłopoty? 

- Tak, musimy jutro złożyć raport na nadzwyczajnym posiedzeniu rządu. 

- Możecie to zrobić. Tak jak mówiłem... 

- Sensei, to nie tak. Nie wiem, czy panu wiadomo, ale jest propozycja, żeby pracę maszyny przerwać... 

Oto  jak  daleko  zaszły  sprawy.  Czy  nadal  miałem  wałkować  co  tydzień  nikomu  niepotrzebne  projekty  z 

pochyloną głową? Nie, już i to by nie pomogło. Czy powinienem może wymazać pamięć maszyny i przywrócić ją do 

pierwotnego stanu niewiedzy, a następnie odstąpić ją komuś obcemu?... 

Jeszcze  raz  spojrzałem  na  teczki  leżące  na  półce,  wstałem  i  popatrzyłem  na  maszynę.  Puste  kartki  aż  się 

prosiły o zapełnienie, a maszyna nie wiedziała - jak mi się zdaje - co zrobić ze swoimi umiejętnościami. “Moskwa 2" 

nie  płatała  już  złośliwych  figli  nowymi  prognozami  dotyczącymi  różnych  obcych  krajów,  lecz  w  sprawach 

wewnętrznych osiągała dobre rezultaty. Zresztą, nikt do końca nie wiedział, jak było naprawdę i czy prognozy są tak 

niebezpieczne  dla  wolności...  Czy  ta  wątpliwość  zrodziła  się  dlatego,  że  zostaliśmy  już  poddani  oddziaływaniom 

taktyki psychologicznej. 

background image

Gorąco... strasznie gorąco. Nie mogłem usiedzieć w miejscu, udałem się więc na dół do pracowni informacji. 

Gdy wszedłem do pokoju, zamarły ożywione rozmowy. Na twarzy zmieszanego Tanomogiego pojawiły się czerwone 

plamki. Na pewno jak zwykle mnie krytykował. 

- Nie przeszkadzajcie sobie - rzekłem i usiadłem na wolnym krześle. Mimo że nie miałem takiego zamiaru, 

powiedziałem: - Zamykamy... Otrzymałem telefon... 

- Co to znaczy, o co chodzi? Jak przebiegło dzisiejsze posiedzenie komisji? 

- Nic szczególnego. Nic nie można już zrobić... Jak zwykle, po prostu rozmawialiśmy. I to wszystko. 

- Nie rozumiem... 

- Nie pojmuję... Ostatecznie przyznał im pan rację, twierdząc, że polityczne prognozy nas nie interesują? 

- Nic podobnego. Pewności nie mam. 

- Wobec tego nie ufa pan maszynie? 

- To im powiedziałem. Wtedy uznali, że nie ma co ufać lub nie ufać czemuś, czego działania nie sprawdzono. 

- No więc mógłby pan chyba spróbować. 

- To nie takie proste jak się im wydaje. Ty też myślisz tak, jak gdyby politykę można było prognozować. Ten 

sposób myślenia już jest polityką. 

Ku mojemu zaskoczeniu nawet zwykle wygadany Tanomogi milczał. Dlaczego? Przecież przytoczyłem nie 

moją  opinię.  Chciałem,  żeby  mi  się  wręcz  przeciwstawił.  Ale  on  milczał,  natomiast  ja  -  zamiast  się  uspokoić  - 

poddawałem się opanowującej mnie wściekłości. 

-  Najogólniej  rzecz  biorąc,  prognozowanie  przyszłości  może  w  ogóle  nie  mieć  sensu.  Skoro  wiemy,  że 

człowiek i tak kiedyś umrze? Czemu mogłaby służyć prognoza? 

- Chcielibyśmy przynajmniej uniknąć śmierci przypadkowej, nie związanej ze starością - powiedziała Wada 

Katsuko.  Ta  zupełnie  przeciętna  dziewczyna  potrafiła  niekiedy  być  wyjątkowo  czarująca.  Skazą  na  urodzie  był 

pieprzyk nad górną wargą, który w zależności od oświetlenia wyglądał czasem jak smark z nosa. 

-  Czy  byłabyś  szczęśliwa,  gdybyś  wiedziała,  że  śmierć  jest  nieunikniona?  Czy  pracowałabyś  z  takim 

wysiłkiem nad budową maszyny prognostycznej wiedząc, że nie będziemy jej używać? 

- Sensei, czy oni naprawdę to zrobią? - zapytał Tanomogi. 

- Nie przejmujmy się tym, puśćmy maszynę w ruch na pełną moc i prognozujmy, a potem przedstawimy im 

rezultaty - zabrał głos Aiba, jak zawsze popierając Tanomogiego. 

- A jeśli rezultaty będą takie same, jakie ogłosili Sowieci? 

- Niemożliwe! - wykrzyknęła Wada. 

- A jeśli nawet, czy to cokolwiek by zmieniło? - zauważył Aiba. 

- W porządku, dosyć. Sądzę, że pośród nas nie ma komunistów. 

- Proszę pana, co pan chce przez to powiedzieć? - Nagle wszystko stało się jeszcze bardziej skomplikowane. 

- Mówią o tym. Ja sam w ogóle się nad tym nie zastanawiałem. 

- A.... to dobrze. 

- Oni nie dorównaliby panu. 

Wszyscy roześmiali się, jakby w poczuciu ulgi. A ja znienawidziłem siebie samego. 

- Czy to oznacza, że przerwanie naszych badań jest żartem? 

Uśmiechnąłem się niepewnie i wstałem. Gdy Tanomogi potarł zapałkę i uniósł w moją stronę, uświadomiłem 

sobie, że w ustach trzymam papierosa. Powiedziałem tak, żeby tylko on to usłyszał: 

background image

- Przyjdź potem na drugie piętro. 

Tanomogi spojrzał na mnie zdziwiony. Widocznie zrozumiał, o co mi chodzi. 

 

 

6 

 

- To prawda. Gdy rozmawiałem z wami, nagle zrozumiałem, co powinniśmy zrobić. 

Szum wentylatora był nieznośny. 

- Zastanawiałem się nad tym. Jakoś przyszło mi to na myśl w tym samym czasie. 

- No to bardzo dobrze, wobec tego pomożesz mi, prawda? Czeka nas wiele bezsennych nocy. Nie chcę, żeby 

inni się o tym dowiedzieli. 

- Oczywiście. 

Zdjęliśmy  więc  od  razu  notatniki  z  półki,  rozszyliśmy  je  i  zaczęliśmy  tak  zestawiać,  żeby  były  łatwo 

zrozumiałe dla maszyny. Ich treść winna jak najszybciej znaleźć się w jej pamięci. 

- Przejrzałem je pobieżnie kilka razy. I odniosłem wrażenie, że ta nasza maszyna wciąż próbowała coś mi 

powiedzieć... 

- Czy wchodzi w grę jej samoświadomość? 

-  Tak  przypuszczam.  W  każdym  razie  jeśli  uda  mi  się  sprawić,  żeby  maszyna  zrozumiała  własną  rolę,  z 

pewnością wymyśli sposób na przezwyciężenie tego kryzysu. 

- Czy jednak będzie w stanie zajść tak daleko z obecnym zasobem danych? 

- Dalsze wyjaśnienia będą niezbędne, to prawda. Zarejestrujemy je na taśmie później. 

Wada przyniosła kilka kanapek i piwo na kolację. 

- Czy jeszcze coś jest potrzebne? - zapytała. 

- Dziękuję, to wystarczy. 

W pracy czas płynie szybko. Nim się obejrzałem, zrobiła się dziewiąta, a potem dziesiąta. Oczy musiałem 

chłodzić okładami z lodu. 

- Czy wprowadzimy do pamięci również prognozy “Moskwy 2"? 

- Oczywiście, to niezbędne... To ważny punkt zwrotny dla przejścia od teczki trzeciej do teczki czwartej. 

- Na jaki adres wprowadzimy? 

- Na adres pośredni, z włączeniem wszystkich informacji z Rosji, dobrze? 

Rezultat  okazał  się  bardzo  interesujący.  Po  pierwsze,  stwierdzono  bardzo  dużą  aktywność  maszyny 

prognostycznej w ZSRR - zresztą wiedziałem o tym w punkcie wyjścia - lecz zaskoczyło mnie to, że nasze urządzenie 

zareagowało pozytywnie na prognozę “Moskwy 2", stwierdzającą, iż przyszłość należy do świata komunistycznego. 

- To dziwne... Jak ta maszyna wyobraża sobie komunizm? 

- Hm, ma chyba jakieś ogólne pojęcie. 

- Spróbuj poszukać pod innym adresem reagującym na prognozy “Moskwy 2". 

Okazało się, że maszyna wyposażona w podstawowe dane rozumie komunizm w następujący sposób: 

Polityka - prognozowanie - nieskończoność. 

Komunizm  to  prognoza  o  maksymalnej  wartości,  a  mianowicie  jest  to  prognoza  polityczna 

nieskończonego wymiaru, ujawniająca się wtedy, gdy znane są wcześniej wszelkie inne prognozy. 

background image

Doznałem dziwnego uczucia, jakbym stał się wężem zjadającym własny ogon, lecz ponieważ definicja nie 

miała znaczenia, nic by nie dało doszukiwanie się błędu w rozumowaniu maszyny. Postanowiłem pójść dalej i kiedy 

wprowadziłem wszystkie dane, jakimi dysponowałem w tym momencie, minęła dawno trzecia. Zjadłem przyniesione 

kanapki i poczułem się lepiej. 

- No dobrze, pod jakim kątem chcemy budować program? 

- Co to znaczy “pod jakim kątem"? Jeszcze nie zaszliśmy tak daleko. Zanim do tego przystąpimy, chciałbym 

najpierw uzyskać odpowiedź na pytanie, jakich danych brakuje maszynie dla oceny sytuacji. 

Praca  okazała  się  nużąca  i  czasochłonna.  Nie  było  innego  wyjścia,  jak  tylko  uzbroić  się  w  cierpliwość  i 

posłużyć się swego rodzaju metodą prób i błędów, działać na wyczucie i po omacku. W końcu w oknie ukazał się 

słaby  odcień  błękitu.  To  czas  najgłębszego  znużenia.  Siedząc  bez  ruchu,  zacząłem  usypiać,  zastąpił  mnie  więc 

Tanomogi. Gdy po chwili obejrzałem się, Tanomogi również zapadał w sen. 

Nagle  w  tym  właśnie  momencie  dostrzegłem  wątłą  reakcję  na  moje  pytania.  Początkowo  nie  mogłem 

zrozumieć jej znaczenia. Gdy przeanalizowałem adres reagujący, zrozumiałem, że z jednej strony byłem ja, a z drugiej 

inny mężczyzna. W istocie mną była maszyna prognostyczna. Maszyna prognostyczna i człowiek? Co ona w ogóle 

pragnie powiedzieć? Chwileczkę, wieloznaczność tej reakcji zależy być może od wzajemnego znoszenia się danych? 

Wobec tego pozostawiam punkt reagujący, a inne miejsce próbuję skasować. Kiedy ja kasuję, wzrasta intensywność 

reagowania  pozostałej  części  adresu.  Nie  tylko  zresztą  tam,  gdzie  kasowałem,  ale  wszędzie  wzrastała  reakcja. 

Niczego jednak nie mogłem zrozumieć. Co też chce mi powiedzieć? 

W  tej  wieloznacznej  reakcji  nagle  dostrzegłem  coś,  co  mogłoby  być  odpowiedzią  na  moje  pytanie.  Na 

pytanie, jakie postawiłem, nie zdając sobie sprawy z tego... No właśnie, jaki jest temat programu, który wprowadziłem 

nie zdając sobie z tego sprawy?... O co, u licha, chciałem zapytać? To oczywiste. O to, czy jest możliwość złamania 

oporu komisji... Jeśli istniałaby taka możliwość, to trzeba by wiedzieć, jaki projekt byłby właściwy. 

I  to  pewnie  była  odpowiedź  maszyny.  Jeśli  przyjąłbym  ją  za  odpowiedź,  okazałoby  się  proste...  Tak, 

powinniśmy opracować prognozę dla jakiegoś przeciętnego człowieka, dla jego prywatnego życia składającego się z 

danych wykluczających się z danymi pochodzącymi z innego społeczeństwa. Chodzi mianowicie o jak najbardziej 

prywatne życie jednostki i jej przyszłość! 

Tak, prawdopodobnie o to chodzi. Chyba zbyt lekceważąco podchodziłem do tej maszyny. Widocznie kryją 

się w niej większe możliwości, niż sobie wyobrażałem. Nie ma w tym nic specjalnie dziwnego, że dziecko przerasta i 

zaskakuje rodziców, a uczeń przechytrza nauczyciela. 

Natychmiast  obudziłem  Tanomogiego.  Początkowo  ogarnęły  go  wątpliwości,  nie  mógł  uwierzyć  w  moje 

przypuszczenia, ale w końcu dał się przekonać. 

-  Z  pewnością  zgadza  się  to  z  teorią.  Prognoza  polityczna  wydaje  się  czymś  przeciwnym  pod  każdym 

względem w zestawieniu z przewidywaniem prywatnego, jednostkowego losu. A przynajmniej możemy założyć, że 

tak jest. 

- Kto może być dobrym modelem? 

- Zapytajmy ją. 

Lecz maszyna najwyraźniej nie miała zamiaru typować modelu. W zasadzie każdy może być modelem. 

- Chyba musimy sami wybrać. 

- Dla prognozy pierwszego stopnia konieczne jest, żeby obiekt nie wiedział, iż jest badany. 

- Czyż nie jest to wspaniałe zajęcie! 

background image

- Naturalnie, masz rację. 

Rozpierała  mnie  radość.  Dotąd  nie  zdawałem  sobie  sprawy,  o  ile  bardziej  od  prognoz  liczbowych  i 

graficznych  interesujący  jest  żywy  człowiek.  To  zrozumiałe,  wręcz  nieuniknione,  że  w  tym  momencie  nawet  nie 

myśleliśmy o człowieku, którego w końcu wybierzemy i będziemy obserwować. 

Zdrzemnąłem się na sofie i przespałem chyba z pięć godzin. Od razu zadzwoniłem do Tomoyasu. 

O trzeciej nadeszła odpowiedź. 

- Udało się! Na decyzję trzeba poczekać do następnego posiedzenia komisji, tym razem nawet dyrektor biura 

jest nastawiony bardzo pozytywnie... 

Przestaliśmy  się  martwić,  ponieważ  wierzyliśmy  w  zdolności  maszyny,  a  ponadto  ogarnęło  nas 

niezrozumiałe poczucie pewności siebie. Mimo to odetchnęliśmy z ulgą dopiero wtedy, gdy usłyszeliśmy pozbawiony 

napięcia głos Tomoyasu. 

 

 

7 

 

O czwartej wyruszyliśmy na poszukiwanie mężczyzny. Początkowo nie mieliśmy, oczywiście, pewności, że 

ma to być mężczyzna. Dlatego dwukrotnie rzuciliśmy kartkę z napisem po jednej stronie “mężczyzna", a po drugiej 

“kobieta" i dwa razy wyszło nam, że jednak ma to być “mężczyzna". Postanowiliśmy poddać się wyrokowi losu. 

- Mężczyzn jest całe mnóstwo. Kogo mamy szukać? 

- Czuję się zupełnie tak, jak wilk w stadzie owiec. 

- Nie wiadomo, kogo wybrać. Szkoda, że nie szukamy kobiety. 

- Ale będzie i kobieta. 

Najpierw  skłonni  do  żartów  przemierzaliśmy  kilometry  w  radosnym  nastroju.  Jeździliśmy  metrem, 

pociągami, dotarliśmy do dzielnicy Shinjuku. W końcu poczuliśmy zmęczenie. 

- Nic z tego. Najpierw musimy ustalić jakiś typ. 

- Czy ma być to człowiek wyglądający na długowiecznego? 

- A może taki, o którym z wyglądu niewiele można powiedzieć? 

- To znaczy, że musi to być ktoś bardzo pospolity. 

Typów  pospolitych  również  jest  bardzo  dużo.  Istnieje  ogromne  prawdopodobieństwo  pomyłki.  W  końcu 

około siódmej zmęczeni poszukiwaniami  weszliśmy do  kawiarni i zajęliśmy  miejsca przy oknie  wychodzącym na 

ulicę. 

I tak spotkaliśmy naszego mężczyznę. 

Siedział bez ruchu przy sąsiednim stoliku przed kubeczkiem lodów, z oczami utkwionymi  w jeden punkt 

ponad  drzwiami,  na  których  widniała  nazwa  kawiarni  wypisana  złotymi  znakami.  Lody  się  roztopiły  i  wypełniły 

naczynie po brzegi. Zamówił je, mimo że nie miał na nie ochoty. Dlatego pozwolił, żeby stopniały. 

Gdy  obejrzałem  się,  spostrzegłem,  że  Tanomogi  też  patrzył  uważnie  w  jego  stronę.  Nie  wiem,  ile  trzeba 

czasu, żeby lody się rozpuściły, lecz jeśli chodzi o mnie, ich  widok  wydał  mi się bardzo niepokojący. Mężczyzna 

jakby zwyczajny, lecz mimo to zdawał się mieć coś ważnego do powiedzenia... Może była to ocena zbyt subiektywna, 

lecz fakt, iż jedynie nieznacznie się wyróżniał, chyba idealnie odpowiadał naszym celom. 

background image

Tanomogi  trącił  mnie  w  łokieć  i  mrugnął.  Kiwnąłem  głową  na  potwierdzenie.  Przyszedł  kelner  przyjąć 

zamówienie. Tanomogi początkowo poprosił o jakiś sok, podczas gdy ja zdecydowałem się na kawę. Ostatecznie on 

też  wybrał  to  samo  co  ja.  W ciszy  czekaliśmy  więc  na  kawę.  Z  powodu  zmęczenia,  a  może  pod  ciężarem  rychłej 

decyzji,  zacisnęliśmy  usta  i  milczeliśmy.  Tak  czy  owak,  to  nieważne,  kim  jest  ten  mężczyzna.  Wystarczy,  że  jest 

najzwyklejszy, a przy tym spotkany najzupełniej przypadkowo, w dodatku ma pewne cechy szczególne. Nie możemy 

podjąć  ostatecznej  decyzji,  dopóki  nie  przeprowadzimy  próby.  W  dodatku  jesteśmy  już  zmęczeni  szukaniem. 

Moglibyśmy bez końca wahać się i zastanawiać. Czuliśmy jednak, że i tak skończyłoby się na tym mężczyźnie, który 

pozwolił, żeby lody się roztopiły. 

Mimo  upału  miał  on  na  sobie  flanelową  marynarkę,  nieco  zniszczoną,  lecz  dobrze  uszytą.  Siedział 

wyprostowany i sztywny. Od czasu do czasu zmieniał tylko pozycję nóg. W leżącej na stole ręce nerwowo zaciskał 

zapalonego papierosa. 

Nagle  rozległa  się  hałaśliwa  muzyka.  To  osiemnastoletnia  dziewczyna  w  czarnej  spódniczce  do  kolan  i 

czerwonych sandałach włożyła dziesięciojenową monetę do szafy grającej. Mężczyzna drgnął i obejrzał się, mogłem 

więc zobaczyć jego twarz, jakże znerwicowaną i zbolałą, znieruchomiałą nad czarną muszką, jakby przyśrubowaną. 

Wyglądał na pięćdziesiąt lat, lecz trochę przypominał mi dziecko. Być może dlatego, że miał ufarbowane włosy. 

Muzyka wydała mi się wyjątkowo wulgarna. Tanomogiemu chyba jednak wcale nie przeszkadzała, bo zaczął 

wybijać palcami jej rytm i jakby uspokojony, wypił łyk kawy. Naraz przechylił się w moją stronę i powiedział: 

- Proszę pana, im więcej mu się przyglądam, tym bardziej jestem pewny, iż jest on tym mężczyzną, którego 

szukamy. Zdecydujmy się więc na niego... 

Ja  po  prostu  przechyliłem  głowę  w  bok.  Nie  chciałem  mu  dokuczać.  Ni  stąd,  ni  zowąd  opanował  mnie 

nieznośnie  przykry,  przygnębiający  nastrój.  Gdy  myślałem  o  możliwości  przewidywania  przyszłości  jednostki, 

wydało mi się to pomysłem wspaniałym, lecz gdy miałem przed oczyma konkretnego człowieka, straciłem wiarę w 

znaczenie tego przedsięwzięcia, wręcz opanowały mnie głębokie wątpliwości. Wczoraj w nocy byłem przemęczony. I 

być  może  źle  odczytałem  komunikat  maszyny  prognostycznej.  Mogło  zdarzyć  się  i  tak,  że  zinterpretowałem 

komunikat  tak,  jak  mi  było  wygodnie,  przy  świadomości  braku  jakiegokolwiek  wyjścia  z  sytuacji,  w  nastroju 

frustracji wywołanym przez bezowocne posiedzenia komisji. 

-  Co  pan  powiedział?  Teraz  mielibyśmy  się  wycofywać?  -  Zaskoczony  Tanomogi  podejrzliwie  zmrużył 

oczy.  - Przecież było to polecenie  maszyny...  A  w dodatku pan specjalnie starał  się o zatwierdzenie tego projektu 

przez Tomoyasu... 

- Na razie mamy zgodę nieformalną. Nie wiadomo, co powie komisja. 

- Byłoby to głupotą... - Zacisnął wargi. - W każdym razie skoro dyrektor jest nastawiony pozytywnie, nie 

powinno być specjalnego problemu. 

-  Czy  to  wiadomo?  Do  kolejnego  posiedzenia  może  całkowicie  zmienić  zdanie.  Nawet  gdybyśmy 

przekonywali,  że  całe  przedsięwzięcie  nie  ma  związku  z  polityką,  to  i  tak  mogą  powiedzieć,  że  nie  ma  powodu 

wydawać  pieniędzy  na  próżno.  Od  tego,  czy  komisja  wyrazi  zgodę,  zależy,  czy  będziemy  mieli  pieniądze  na  te 

badania, czy nie. To nie jest prosta sprawa, uzależniona jedynie od mojego widzimisię. 

- Przecież ostatecznie maszyna zleciła nam to zadanie. 

- Byliśmy wtedy śpiący. Może po prostu źle ją odczytaliśmy. 

- Nie sądzę - zdecydowanie zaprzeczył Tanomogi i rozlał jednocześnie wodę ze szklanki. Wyjął chusteczkę i 

wycierając  spodnie,  mówił  dalej:  -  Przepraszam.  Ja  jednak  wierzę  w  maszynę.  Wszyscy,  włącznie  z  członkami 

background image

komisji,  pozostawaliśmy  pod  wpływem  “Moskwy  2".  Staraliśmy  się  stworzyć  program  oparty  tylko  na  danych 

socjologicznych.  Bazując  jedynie  na  materiale  obiektywnym,  dochodzi  się  być  może  do  najwyższej  wartości  w 

prognozowaniu,  czyli  do  komunizmu.  Innymi  słowy,  skoro  wykorzystywaliśmy  maszynę  jednostronnie  do  celów 

praktycznych, to rezultat nie mógł być inny. W tym sensie ocena przedstawiona przez maszynę, że komunizm jest 

maksymalną wartością prognostyczną, wydaje się bardzo interesująca. Dla człowieka najważniejszy jest człowiek, a 

nie  zbiorowisko  ludzkie.  Jeśli  społeczeństwo  nie  jest  dla  niego  dobre,  to  nic  mu  nie  pomoże  nawet  najlepsza 

organizacja. 

- A więc...? 

- Chodzi mi o to, że pomysł maszyny, aby przewidzieć przyszłość pewnej jednostki, jest naprawdę godny 

uwagi. Jeśli go zrealizujemy, osiągniemy chyba wynik całkowicie odmienny od wniosków “Moskwy 2". 

- Maszyna tego nie sugerowała. 

- Oczywiście, że nie. Nawet nie muszę koniecznie w to wierzyć. Po prostu chcę powiedzieć tylko tyle, że jeśli 

twierdzę,  iż  uda  się  to  zrobić,  to  wyobrażam  sobie  tylko  to,  że  uda  się  jakoś  przekonać  komisję.  Wówczas 

uzyskalibyśmy  szybko  wiele  konkretnych  korzyści.  Jeśli  eksperyment  się  powiedzie,  a  maszyna  wykryje  zasadę, 

wedle której można będzie przewidywać los człowieka... Na przykład odtworzy przeszłość i przedstawi przyszłość 

przestępcy... Jeśli pozwoli to na wydanie wyroku absolutnego, to można by też u zarania zapobiec przestępstwom. 

Przy  tym  można  by  posługiwać  się  tą  metodą  w  ważnych  sytuacjach  życiowych,  jak  na  przykład  uzyskać  poradę 

małżeńską, ustalić miejsce pracy, postawić diagnozę w chorobie, a jeśli zaszłaby potrzeba, to nawet przewidzieć czas 

śmierci... 

- Czemu miałoby to służyć? 

- Ot, na przykład, zakłady ubezpieczeń bardzo by się ucieszyły. - Tanomogi roześmiał się, jakby z triumfem, 

i  dodał  złośliwie:  -  Idąc  tym  tropem  dojdziemy  do  wniosku,  że  maszyna  ma  nieograniczone  możliwości,  prawda? 

Myślę, że jest to bardzo interesujący plan... 

- Prawdopodobnie masz rację. Ja też właściwie nie wątpię w mądrość maszyny. 

- To dlaczego pan powiedział, że może źle odczytaliśmy jej komunikat? 

-  Po  prostu  tak  sobie,  na  wszelki  wypadek.  Zastanawiam  się,  jak  byś  się  czuł,  gdybyś  został  materiałem 

doświadczalnym? Chyba nie najlepiej? 

- Nie mógłbym zostać. Wiem wszystko o maszynie, nie spełniałbym podstawowych warunków. 

- Przypuśćmy, że nic o niej nie wiesz. Mówię czysto hipotetycznie. 

- W takim razie byłoby mi to obojętne. 

- Czy naprawdę? 

- Całkiem obojętne. Profesorze, pan jest znużony. 

Być może jestem znużony, ale też jestem odłączony od maszyny. Jak mogłem dopuścić do wyeliminowania 

mnie przez maszynę i odsunięcia przez Tanomogiego. Czy muszę na to się godzić? 

background image

 

8 

 

Skończyliśmy pić kawę. Upłynęło jeszcze około dwudziestu minut. W końcu mężczyzna wstał z miejsca. 

Widocznie  nie  przyszła  osoba,  na  którą  czekał.  Opuściliśmy  kawiarnię  chwilę  później. W  mieście  powoli  zapadał 

zmierzch. Spieszący się drobnymi krokami tłum, skrupulatnie zbierając cząsteczki sztucznego światła, tworzył ścianę 

- zdawałoby się - mającą z całych sił odepchnąć atakującą noc. 

Mężczyzna, jakby nigdy nic się nie zdarzyło, wyszedł z kawiarni i ruszył wąskim zaułkiem w stronę głównej 

ulicy. Szedł równym krokiem. Po drugiej stronie jezdni, u wejść do małych barów i knajpek ściśniętych jedna przy 

drugiej,  stali  jacyś  przebierańcy  w  dziwnych  strojach,  i  ochrypłym  głosem  przywoływali  gości.  Sprężyste  kroki 

mężczyzny nie pasowały do tego tła, więc tym większe robiły wrażenie. 

Gdy doszedł do głównej ulicy, po której jeździł tramwaj, nagle odwrócił się zdecydowanie. Zaniepokojony 

stanąłem w miejscu, a wtedy Tanomogi trącił mnie w ramię i szepnął: 

- Proszę się nie zatrzymywać, bo nas zauważy. 

Za  nami  rozległy  się  głosy  dziewcząt  zapraszających  do  barów.  Nie  było  innego  wyjścia,  musieliśmy  iść 

dalej,  prosto  ku  mężczyźnie,  który  stał  i  patrzył  w  naszą  stronę.  Nie  zwracał  jednak  na  nas  uwagi,  wydawał  się 

zamyślony. Spojrzał na zegarek i od razu skierował się tam, skąd przyszedł. Znów rozległy się głosy dziewcząt, które 

chyba uznały, że mężczyzna uległ ich namowom. Poczułem, jak napinają mi się mięśnie twarzy. 

Mężczyzna wrócił, aby jeszcze raz wejść do kawiarni. Widocznie wewnątrz nie dostrzegł osoby, na którą 

czekał,  bo  znów  wyszedł  na  ulicę  i  ruszył  w  tę  samą  stronę  co  poprzednio.  Teraz  już  nikt  go  nie  wołał.  Kiedy 

przechodziłem obok jednego z barów, jakiś gość splunął na mój widok. Pewnie zauważył, że kogoś śledzę. Inwigilacji 

nikt nie traktuje jako zajęcia szczególnie godnego pochwały. 

- W końcu ten mężczyzna sam wpadnie do jakiejś pułapki, nie zdając sobie z tego sprawy. 

- Prawdę mówiąc, wszyscy tkwimy w pułapkach. 

- Dlaczego? 

- A czy tak nie jest? 

Mężczyzna szedł prosto na południe główną ulicą. Obok znajdował się teren budowy ogrodzony płotem z 

desek,  ulica  tonęła  w  ciemności.  Przeszedłszy  około  dwustu  metrów  mężczyzna  ruszył  na  drugą  stronę,  po  chwili 

zawrócił, minął uliczkę, z której wszedł na główną drogę, i skręcił w prawo, w ulicę oświetloną lampami łukowymi, 

prowadzącą do sal kinowych. Dotarł do końca i znów zawrócił. 

- Wygląda na to, że nie wie, gdzie się znajduje. 

- Jest zdenerwowany, ponieważ nie przyszedł ktoś, na kogo czekał. 

- Mimo to krąży jakoś zupełnie bez sensu. Ciekawe, jaki jest jego zawód? 

- Hm, właśnie, ja też o tym samym pomyślałem. Najwyraźniej przywykł, że go obserwują. Chyba od dawna 

pracuje w miejscu, w którym musi wciąż zwracać uwagę na to, jak wygląda w oczach innych ludzi. 

- Ciekawe, czym się zajmuje? Czy mamy prawo do tego, co teraz robimy? 

- Prawo? 

Odwróciłem się sądząc, że Tanomogi żartuje, lecz nawet się nie uśmiechnął. 

-  Tak,  prawo...  Nawet  lekarz  nie  ma  prawa  eksperymentować  na  człowieku  bez  zachowania  dostatecznej 

ostrożności i rozwagi. Jeśli nie będziemy uważni, nasze działania staną się czymś w rodzaju wiwisekcji. 

background image

- Przesadza pan. Jeśli zachowamy je w tajemnicy, nie przyniesiemy mu żadnej szkody. 

- Może... Gdybym był na jego miejscu, na pewno szlag by mnie trafił. 

Tanomogi milczał, lecz nie wyglądał na szczególnie zmartwionego. Pracowałem z nim przez pięć lat, więc 

miałem  okazję  przejrzeć  go  na  wylot.  Tak  jest,  nie  ma  zamiaru  się  tłumaczyć,  nie  zrezygnuje  też  z  obserwacji 

niezależnie od tego, co mu powiem. Nawet jeśli maszyna wyda polecenie popełnienia morderstwa, chyba nie potrafi 

jej odmówić. Uczyni to, chociaż niechętnie. Ten wyglądający tak zwyczajnie mężczyzna w średnim wieku, którego 

obserwowaliśmy,  krył  w  sobie  -  jak  mi  się  zdawało  -  jakąś  tajemnicę.  W  końcu  zostanie  całkowicie  obnażony  - 

odsłoni się nie tylko jego przeszłość, ale także przyszłość. Gdy o tym myślałem, czułem taki ból, jakby to mnie miano 

obnażyć. Zrezygnowanie z maszyny prognostycznej przerażało mnie jednak znacznie bardziej. 

 

background image

 

9 

 

Przez  cały  wieczór  nie  spuszczaliśmy  mężczyzny  z  oczu.  Szliśmy  jego  śladem  wąskimi  uliczkami  niby 

korytarzami jakiegoś biura w czasie roznoszenia papierów. Widzieliśmy, jak raz gdzieś zadzwonił, zajrzał do salonu 

gry  w  pachinko,  po  raz  pierwszy  na  piętnaście  minut,  a  za  drugim  razem  na  dwadzieścia.  Nigdzie  więcej  już  nie 

wstąpił,  tylko  nieustannie  krążył.  Wyobrażaliśmy  sobie,  że  kobieta  nie  przyszła  na  umówione  spotkanie.  A  kiedy 

mężczyzna osiąga pewien wiek - ja też zbliżam się do tych samych lat... - nie spodziewa się czegokolwiek dobrego od 

przypadku. Niczemu w świecie nie może już się dziwić. Nie odczuwa potrzeby włóczenia się po ulicach bez celu po 

to, aby dać upust impulsom. Tylko kobieta mogłaby załamać jego wewnętrzną równowagę i doprowadzić do stanu, w 

jakim się teraz znajdował: do niemal groteskowego, wprost zwierzęcego przerażenia. 

Nasze przypuszczenia okazały się słuszne. Nie było to zresztą tak zaskakujące. Zbliżała się jedenasta, kiedy 

znów gdzieś zadzwonił z telefonu publicznego, znajdującego się u wejścia do sklepu, i z kimś rozmawiał. (Tanomogi 

odważnie  zbliżył  się  i  zdołał  zanotować  numer  telefonu).  Następnie  mężczyzna  wsiadł  do  tramwaju,  wysiadł  na 

piątym  przystanku,  po  czym  wspiął  się  stromą  uliczką  kilkadziesiąt  metrów  i  dotarł  do  niewielkiego  budynku 

mieszkalnego, na tyłach ulicy handlowej. 

Przy  bramie  mężczyzna  rozejrzał  się  na  boki  i  zawahał.  W  tym  czasie  w  głębi  za  rogiem  kupowaliśmy 

papierosy. (Musiałem kupić ponad dziesięć paczek). Gdy w końcu mężczyzna wszedł do domu, Tanomogi wśliznął 

się za nim. Jeśli wszystko dobrze pójdzie, zbliży się do mieszkania i odczyta nazwisko na drzwiach. Gdyby zatrzymał 

go gospodarz domu, wtedy wepchnie mu pieniądze do ręki i wykorzysta okazję na zdobycie niezbędnych informacji. 

Ja natomiast obserwowałem dom od strony bramy. Na parterze były trzy okna zasłonięte firankami, wewnątrz paliło 

się światło. Na piętrze znajdowały się cztery okna; w co drugim światła były wygaszone. 

Po chwili w najdalszym oknie zapaliło się światło i zakołysał się powiększony cień człowieka. Nagle znów 

zapadła ciemność. Tanomogi wybiegł z domu w skarpetkach, z butami w rękach. 

- Widziałem! Wizytówkę na drzwiach... Faktycznie, figurowało tam nazwisko kobiety: Kondo Chikako, imię 

zapisane fonetycznie... - Ukryty w cieniu bramy pochylił się i ciężko dysząc wkładał buty. - Ale miałem przeżycia! 

Naprawdę... po raz pierwszy robiłem coś takiego. 

- Chwileczkę, czy światło się paliło? 

- Tak, zapaliło się. Poza tym usłyszałem uderzenie, jakby coś upadło... 

- W pokoju w głębi, prawda? 

- Zauważył pan to? 

- To bardzo dziwne. Światło paliło się, a potem zgasło i zapanowała ciemność. 

- Ach, a może oboje tak namiętnie ze sobą się... 

- Byłoby dobrze, gdyby o to chodziło. Mam nadzieję, iż on nie zauważył, że go śledziliśmy. 

- Naturalnie, że nie. Gdyby coś spostrzegł, starałby się wcześniej nas zgubić. 

Mimo  tych  uspokajających  słów  miałem  złe  przeczucia.  Nasz  pierwotny  plan  ograniczał  się  do  zdobycia 

nazwiska i adresu mężczyzny. Nie zakładaliśmy konieczności śledzenia go przez dłuższy czas, na przykład przez całą 

noc.  Obaj  prawie  nie  spaliśmy  od  wczoraj,  a  poza  tym  nie  zdecydowaliśmy  się  jeszcze,  czy  posłużymy  się  tym 

mężczyzną jako królikiem doświadczalnym. Braliśmy też pod uwagę możliwość zainteresowania się kobietą najpierw 

background image

jako  postacią  drugoplanową,  a  następnie,  w  miejsce  mężczyzny,  jako  głównym  obiektem  w  naszych  badaniach. 

Tanomogi też skłaniał się ku takiemu rozumowaniu. 

- Tak jak pan powiedział, bez wątpienia kobieta również jest uwikłana w sprawę, prawda? 

- Zresztą wszystko jedno, mężczyzna czy kobieta, chodzi o pojedynczego człowieka. 

Postanowiliśmy  wycofać  się  na  pewien  czas.  Wyszliśmy  na  ulicę,  gdzie  rozstałem  się  z  Tanomogim  i 

skierowałem się do domu. Idąc trzymałem się ręką za bolącą głowę. Słuchając opowiadania żony o tym, jak to dzieci 

pokłóciły  się  w  szkole,  wielokrotnie  próbowałem  opanować  senność,  lecz  w  końcu  wpadłem  w  otchłań  snu  tak 

wielką, że mogła mnie całego pochłonąć. 

 

 

10 

 

Następnego dnia rano spałem dłużej niż zwykle. Dopiero po dziesiątej przybyłem do instytutu. Początkowo - 

sam  nie  potrafiłem  tego  wyjaśnić  -  myślałem,  że  poinformuję  członków  instytutu  o  planie  działania  dopiero  po 

opracowaniu go i po zaakceptowaniu przez komisję. Dlatego nie powiedzieliśmy nikomu nawet o naszej wczorajszej 

przygodzie.  Mężczyzna,  którego  śledziliśmy,  był  dla  nas  nikim;  nie  zachodziła  więc  potrzeba  prowadzenia 

wielostronnych uzupełniających badań, jak to zwykliśmy czynić dotąd. Miało to więc swoje dobre strony. 

Gdy  jednak  przystąpiliśmy  do  badań,  zrozumiałem,  że  nie  można  lekceważyć  trudności  w  odsłonięciu 

prywatnego życia człowieka. Sprawa ta byłaby do pokonania, jeśli mielibyśmy dość czasu na zrobienie zarysu planu. 

Sęk  w  tym,  że  do  następnego  posiedzenia  komisji  pozostało  zaledwie  pięć  dni.  Jeśli  komisja  nie  zatwierdzi  tego 

projektu, warunki dziś dobre ulegną pogorszeniu, a pracownia zostanie zamknięta przynajmniej na jakiś czas - co do 

tego nie miałem wątpliwości. 

W drodze do instytutu zdecydowałem się zmienić taktykę, a mianowicie postanowiłem przedstawić projekt 

członkom instytutu i przyjąć postawę gotowości do współpracy. Jeśli w zaufaniu zobrazuję im całą sytuację, na pewno 

dochowają  tajemnicy.  Pracę  poprowadzę  rutynowo,  podzielę  ludzi  na  dwie  grupy:  jedną,  która  zajmie  się 

wyjaśnieniem, kim jest kobieta, i drugą badającą wątek mężczyzny. Ustalę też dokładnie zadania grup. W ciągu dwu 

dni zbiorę tyle danych, ile się da, i na tej podstawie wyciągnę wnioski co do kierunku dalszych działań, a także ich 

możliwości i perspektyw. Tak czy owak, najpierw należy uzyskać aprobatę komisji. 

Zanim  wszedłem  do  swego  biura,  zajrzałem  do  pracowni  na  dole  w  poszukiwaniu  Tanomogiego. 

Usłyszałem, że on już czeka na  mnie  w pokoju obliczeniowym  na piętrze. Poleciłem, żeby  wszyscy  się zebrali na 

pierwszym piętrze, ponieważ mam coś do przekazania i od razu poszedłem do Tanomogiego. 

Siedział z łokciami na stole obok pulpitu aparatu kontrolnego. Nawet się ze mną nie przywitał, tylko spojrzał 

chłodno. To było do niego niepodobne. 

- Co robimy, Sensei? - zapytał nagle, nie zmieniając pozycji. 

- Niby z czym? 

- Stało się coś nieprzewidzianego. - Rozłożył gazetę, wyprostował ją i wycelował we mnie palec, jakby mnie 

o coś obwiniał. 

- O co chodzi? 

Tanomogi, zaskoczony moim zachowaniem, uniósł brodę, odsłaniając swą długą szyję. 

- Sensei, nie czytał pan jeszcze gazety? 

background image

W tym momencie postukujący drewnianymi sandałami ludzie z pracowni gromadzenia danych wchodzili po 

schodach. Tanomogi z niepokojem wpatrywał się we mnie, następnie wstał i zapytał: 

- Co to wszystko znaczy? 

- To ja ich zwołałem, zamierzałem rozdzielić pracę. 

- To nie są żarty, proszę spojrzeć! - Wcisnął mi do ręki gazetę, głośno otworzył drzwi i zwrócił się do grupki, 

która już zdążyła się zebrać. - Później, proszę przyjść później! Gdy skończymy, zawołam was... 

Usłyszałem  jakąś  złośliwość  wypowiedzianą  przez  Wadę  wysokim,  niezadowolonym  tonem,  lecz  nie 

zrozumiałem słów.  Zresztą było to najmniejsze zmartwienie. Wpatrywałem się  w zakreślony  na czerwono tekst  w 

rogu szpalty i nagle wydało mi się, że powietrze wokół mnie stało się kleiste i oblepiło mnie niczym miód. 

 

GŁÓWY  KSIĘGOWY  POWIESZOY  PRZEZ  KOCHAKĘ  Jedenastego  około  północy  w  dzielnicy 

Shinjuku, Tsuchida Susumu (lat 56), główny księgowy przedsiębiorstwa Yoshiba, który odwiedził dom Midori pod nr 6 

w tej samej dzielnicy, został pobity i powieszony przez Kondo Chikako (lat 26), mieszkankę tego budynku. Kobieta od 

razu  zgłosiła  się  na  najbliższy  posterunek  policji  i  stwierdzila,  że  działała  w  obronie  własnej,  ponieważ  Tsuchida 

potraktował ją brutalnie z powodu jakoby jej zbyt późnego powrotu. Jak powiedzieli koledzy z pracy, Tsuchida był 

człowiekiem poważnym, przepracował w tej samej firmie 30 lat, wszyscy zgodnie uznali, że wydarzenie to mocno ich 

zaskoczyło. 

 

Tanomogi  czekał  cierpliwie,  gdy  po  raz  piąty  albo  szósty  uważnie  przebiegałem  wzrokiem  informację 

zamieszczoną w gazecie. 

- O to właśnie chodzi. 

- A inne pisma? - Kropla potu z czoła stoczyła się, spadła i wsiąkła w gazetowy papier. 

- Kupiłem pięć różnych tytułów, ale ta podaje chyba najwięcej informacji. 

- ...Szkoda, że tak się stało. Miesiąc wcześniej moglibyśmy przewidzieć to wydarzenie. No cóż, umarł, nic na 

to nie poradzimy. 

- Byłoby dobrze, gdyby na tym się skończyło. 

- Co to znaczy? A cóż by nam przyszło z zajmowania się przyszłością zmarłych. Nie mamy na to czasu. 

- Ja się martwię... 

- Czy jest jakiś istotny powód? To przypadek zbyt szczególny, nie nadaje się na materiał do naszych badań. 

-  Pan  chyba  żartuje.  Niech  pan  spróbuje  to  rozumieć.  Przecież  są  ludzie,  którzy  widzieli,  jak  śledziliśmy 

mężczyznę o nazwisku Tsuchida. Zwłaszcza ten staruszek, u którego kupowaliśmy papierosy. 

- Och, sądzę, że nie mamy się czym martwić. Zwłaszcza że przestępczyni przyznała się do winy... 

- Czy rzeczywiście? - Poirytowany Tanomogi oblizał wargi i zaczął mówić szybko: - Mam na ten temat inne 

zdanie. Choćby tylko z tego artykułu widać, że nie wszystko jest tak oczywiste. Czy nie uważa pan, że zachowała się 

nazbyt metodycznie? Zabiła go, a potem jeszcze powiesiła? I uczyniła to młoda kobieta, której zarzucono jedynie, że 

wróciła zbyt późno do domu... 

- Mogła go uderzyć, on się rozgniewał, a wtedy ze strachu mogła go zabić... 

- To niemożliwe... Czy młoda kobieta dałaby radę powiesić rozwścieczonego mężczyznę? Powiedzmy, że to 

ona zabiła. Pamięta pan? Gdy mężczyzna wszedł do środka, na ułamek sekundy w pokoju zapaliło się światło, wtedy 

rozległ się odgłos uderzenia i światło od razu zgasło. A poza tym powiedział pan, że w oknie przemknęła niewyraźna 

background image

sylwetka.  Prawdę  mówiąc,  ja  też  wtedy  widziałem  za  szybą  w  drzwiach  cień  człowieka.  Wystarczy  się  chwilę 

zastanowić, by pojawiły się wątpliwości. Jak to możliwe, żeby cień padł jednocześnie na drzwi i okno, skoro znajdują 

się one po przeciwnych stronach. To niewykonalne. W takim razie musieli tam być dwaj osobnicy. 

- No więc byli, mężczyzna i kobieta. 

- Ale w artykule podają, że kobieta przyszła później od mężczyzny. 

- Niekoniecznie. To stwierdzenie jest wieloznaczne. Te słowa można rozumieć dwojako... 

- Widziałem wyraźnie, jak mężczyzna otwierał drzwi kluczem. Przy tym sprawdziłem u telefonistki numer, 

pod który dzwonił, i okazało się, że telefonował do tego mieszkania. Chciał się dowiedzieć, czy kobieta wróciła. Z 

jego późniejszego zachowania należy wywnioskować, że nie było jej w domu. 

- Przypuśćmy, że wróciła od razu po jego telefonie. 

- Wobec tego dlaczego w pokoju było ciemno? A co oznacza odgłos upadku? I zgaśniecie światła zaraz po 

tym? 

- Nie rozumiem, co chcesz przez to powiedzieć. W każdym razie z własnej woli zgłosiła się na policję... 

- Nie, nie, nawet policja nie jest tak tępa. Być może ludzie, którzy mieszkają na dole, pamiętają moment, 

kiedy usłyszeli uderzenie. Sąsiedzi potwierdzą, że światło nie paliło się przez cały czas. A ze śladów ucisku na szyi 

powieszonego  policja  wysnuje  wniosek,  że  tej  zbrodni  nie  mogła  popełnić  kobieta.  Jeżeli  raz  pojawią  się 

najdrobniejsze wątpliwości, będzie przeprowadzone skrupulatne śledztwo. Wtedy zostaną wykryte ślady skarpetek na 

podłodze  korytarza,  odciski  palców  na  ścianie  przy  drzwiach...  a  następnie  wyjdzie  na  jaw,  że  jacyś  podejrzani 

osobnicy śledzili mężczyznę. 

- Słuchaj, czy zostawiłeś tam odciski? 

- Prawdopodobnie... Skąd mogłem wiedzieć, że do tego dojdzie, nawet mi się nie śniło, że sytuacja tak się 

rozwinie. 

- Rzeczywiście policja może je wykryć, jeśli dokładnie zbada całe otoczenie. Ale to głupstwo! Nie miałeś 

motywów. Będą cię podejrzewać, ale nie znajdą ani cienia dowodu. 

- To prawda. Jednak będą mieć wątpliwości, dopóki nie poinformujemy ich o charakterze naszej pracy. 

- To nierozsądne! 

-  Tak  pan  sądzi?  A  jeśli  dziennikarze  wywąchają,  czym  się  zajmujemy?  Przestaną  interesować  się 

zabójstwem, a zaczną pisać o naszej pracy, o koszmarze epoki maszyn uwłaczających godności człowieka itp... 

I  wtedy  nagle  urwał, jakby coś  mu się przypomniało.  Chyba przestraszył się, że  mógłby  mnie podwójnie 

zranić. Tego było już za wiele. Nie miałem czasu na zabawę w psychoanalizę. 

-  Masz  całkowitą  rację.  W  tego  rodzaju  przedsięwzięciach  rzeczywiście  można  dostrzec  pewne 

niebezpieczeństwa...  Przy  najmniejszym  zagrożeniu  tajemnicy  komisja,  która  zawsze  była  tchórzliwa,  znajdzie 

pretekst, aby jak najszybciej wziąć nogi za pas... Jesteś niezwykle przewidujący. Mógłbyś zostać detektywem albo 

adwokatem. 

-  Jeszcze  nie  przemyślałem  sprawy  do  końca.  Po  prostu  gdy  stałem  wtedy  przed  drzwiami,  odniosłem 

nieprzeparte  wrażenie,  że  dzieje  się  coś  niesamowitego.  Po  przeczytaniu  tego  artykułu  doszedłem  do  wniosku,  że 

zbrodniarzem  nie  była  kobieta,  lecz  ktoś  inny.  Skoro  tak,  to  my  jesteśmy  pierwszymi  podejrzanymi.  Jeśli  chcemy 

kontynuować nasz eksperyment, musimy odnieść się do tej zbrodni. 

- To znaczy? 

background image

- To znaczy, że nie mamy innego wyjścia, jak tylko przejąć inicjatywę i popchnąć sprawę jak najszybciej do 

przodu. 

- Popchnąć do przodu? Rzeczywiście. 

- Dogadajmy się więc z policją, nim nas różni ludzie wezmą w obroty. 

- Może byłoby to możliwe, gdyby w naszym imieniu wystąpił Tomoyasu. Błędem byłoby udawać, że nic nie 

wiemy.  Powinniśmy  opracować  plan  i  wykazać  się  zdecydowaniem.  Na  szczęście  nie  brak  nam  argumentów. 

Pamiętaj, że ciało Tsuchidy jest jeszcze ciepłe, zmarł nie tak dawno. 

- Ciało Tsuchidy? 

-  To  tylko  materialny  fakt,  który  pozwoli  wyciągnąć  wnioski  na  temat  przyszłości.  Jeśli  metoda 

przechowywania  jest  dobra,  to  ciało  można  podobno  utrzymać  przy  życiu  około  trzech  dni.  Nawet  po  obumarciu 

nerwów. 

Nagle rozjaśniło mi się w głowie, jakby pootwierały się okna, a szare komórki zaczęły żywiej się poruszać. I 

jeszcze raz Tanomogi wystrychnął mnie na dudka. Nie byłem jednak zły na nikogo. W końcu jest on moim zastępcą. 

-  Czy  to  nie  znakomity  plan?  To  nie  tylko  fantazja,  to  konkretny  pomysł,  warto  spróbować.  To  chyba 

doskonała myśl, żeby zacząć od trupa. 

- Dobrze, rozpoczniemy od matematycznej metody indukcyjnej. Po drugie, jest też sprawa kobiety. Nawet 

jeśli trafiliśmy na nich przypadkowo, to i tak udało się nam zdobyć doskonały materiał do prowadzenia badań. 

- A poza tym jeśli dobrze pójdzie, trzecim obiektem będzie prawdziwy przestępca... 

-  Tak,  przystępujemy  więc  do  praktycznego  zastosowania  metody.  Będzie  to  doskonały  argument  dla 

komisji. 

 

 

11 

 

Skoro już określiliśmy kierunek działania, nie mogłem się wahać. Zostało jeszcze trochę czasu, zanim policja 

wyciągnie  w  naszą  stronę  swoje  macki.  Należało  więc  wymyślić  coś  przed  przekazaniem  rodzinie  ciała 

zamordowanego. Nie mogłem, oczywiście, pominąć współpracowników czekających na dole. Tanomogi powiedział, 

że  poradzi  sobie  z  nimi,  jeśli  powierzę  mu  kierownictwo.  Podzieliliśmy  ich  według  umiejętności  na  trzy  zespoły: 

jeden  odpowiedzialny  za  zmarłego  mężczyznę,  drugi  za  kobietę,  a  trzeci  za  wykrycie  potencjalnego  przestępcy. 

Natomiast Tanomogi postanowił zająć się całością badań dotyczących denata. Zdecydowaliśmy, że podczas gdy ja 

będę pertraktować z Tomoyasu, Tanomogi dokończy podziału  na  grupy i poinformuje ich członków o  kierunkach 

prac. Następnie mieliśmy czuwać, czekając na właściwy moment, w którym można będzie przystąpić do działania. 

Sprawdziłem, czy Tomoyasu jest w biurze, i od razu się do niego udałem. 

Okazał się bardzo sympatyczny. Nie przestawał się uśmiechać, podczas gdy ja rozważałem głośno korzyści, 

jakie  przyniesie  urzeczywistnienie  prognoz  indywidualnych.  W  końcu  okazał  się  tak  wyrozumiały,  że  zgodził  się 

pośredniczyć  między  mną  a  dyrektorem.  Początkowo  nie  zdradziłem  nawet  słówkiem  o  obecnych  kłopotach, 

podkreślałem natomiast, jak dużo mamy szczęścia. Lecz gdy w końcu rozmowa zeszła na temat zabójstwa - czego się 

spodziewałem - uśmiech zniknął z jego twarzy, a na jego miejsce powróciła zwykła mina, obojętna i sucha, jakby 

przepuszczona przez wyżymaczkę. Nadal trzymałem ster i kierowałem rozmową. Nie ujawniłem ani krzty obaw przed 

background image

policją, skoncentrowałem się na kwestii użyteczności maszyny prognostycznej w zapobieganiu przestępstwom i po 

godzinnej walce udało mi się uzyskać zgodę. 

Oczywiście, nie oznacza to, że nakłoniłem go do prowadzenia bezpośrednich pertraktacji z biurem. To nie 

leżało w jego kompetencjach. Po prostu przekonałem go, że to on powinien przedstawić całą sprawę dyrektorowi. 

Następnie  musiałem  stracić  kolejną  godzinę  na  równie  gorącą  dyskusję  z  dyrektorem  biura.  W  odróżnieniu  od 

Tomoyasu ani przez chwilę nie dał nam poznać, co o tym sądzi. Kazał nam czekać, a sam gdzieś poszedł. 

Tymczasem otrzymałem telefon od Tanomogiego, który zawiadomił, że policja prawdopodobnie wpadła na 

nasz  trop,  byłem  więc  bardzo  niespokojny.  Tymczasem  Tomoyasu  odzyskał  dobry  humor.  Przekazawszy  sprawę 

dyrektorowi, poczuł chyba ulgę. Z entuzjazmem rozprawiał o korzyściach działania maszyny prognostycznej, lecz ja 

nie zdobyłem się na podtrzymywanie rozmowy. 

Minęła następna godzina. Gdy już zaczynałem tracić nadzieję, powrócił dyrektor biura i oficjalnym tonem 

oznajmił: 

- Myślę, że to dobry pomysł. Jakoś udało mi się załatwić sprawę. Nie dam wam tego na piśmie, lecz jeśli 

okaże się to konieczne, proszę zwracać się do mnie. Najważniejsze, że działania zostały podjęte... 

Mówił to głosem obojętnym, dlatego nie od razu zorientowałem się, że jest to odpowiedź pozytywna, z której 

należy  się cieszyć. Gdy  wyszedłem z gmachu biura, odzyskałem dobre samopoczucie i  pośpiesznie udałem się do 

automatu. W głosie Tanomogiego - nawet przez telefon - wyczuwałem napięcie. Udało mi się też nawiązać kontakt z 

Ośrodkiem  Obliczeniowym  Centralnego  Szpitala  Ubezpieczeń  (było  to  pomieszczenie,  w  którym  znajdował  się 

komputer służący do badań i diagnoz lekarskich) i dowiedziałem się, że właśnie ukończono przygotowania i czekają 

na  ciało  denata.  Od  razu  wysłałem  Aibę  do  komendy  policji  z  rozkazem  przetransportowania  trupa  i  na  tym 

przerwałem rozmowę... Nagle oblałem się potem, odniosłem wrażenie, że rozpadam się na części rozsypujące się na 

wszystkie  strony  i  czułem  silny  ból...  Nie,  to  tylko  wzburzenie...  Po  długim  okresie  rozpaczliwego  oczekiwania  i 

wykazywania  maksimum  cierpliwości  w  tej  beznadziejnej  pracy,  teraz,  gdy  się  do  niej  przyzwyczaiłem,  tak  że 

mogłem uznać, iż cierpliwość jest normą, rozpoczęła się prawdziwa robota. A może po prostu uległem euforii? 

 

12 

 

Przygotowania  zakończono.  Gdy  wszedłem,  buczała  klimatyzacja,  chłodne  powietrze  przyjemnie  owiało 

moje nogi. Mieliśmy już połączenie za pomocą specjalnego telefonu z pokojem komputerowym Centralnego Szpitala 

Ubezpieczeń, a pracownicy instytutu, podzieleni na trzy grupy, zaopatrzeni w przenośne radiotelefony, stali gotowi 

już do wyjścia. (Taki jest Tanomogi, można na nim polegać). 

W końcu wszyscy wyszli, a ja pozostałem sam. Stałem bez ruchu przed monitorem i trzema radiotelefonami 

w pokoju komputerowym, w którym rozlegało się tylko monotonne pomrukiwanie maszyny prognostycznej. Teraz 

byłem  jej  częścią.  Wszystkie  przysłane  informacje  zostaną  bezpośrednio  do  niej  wprowadzone,  automatycznie 

sklasyfikowane i zapamiętane, więc moja rola polegać będzie tylko na reagowaniu na sygnały maszyny i udzielaniu 

prostych  wskazówek zgodnie  z instrukcją. Mimo to  mogłem być z siebie dumny. Bo przecież to nikt inny, lecz ja 

wyposażyłem maszynę w jej umiejętności... 

- Jesteś wyolbrzymioną częścią mnie! - zawołałem z satysfakcją do maszyny. 

3.50. Dokładnie dwadzieścia pięć minut po wyjściu Tanomogiego i innych pracowników. Pierwszy kontakt 

nadszedł od Tsudy, kierującego zespołem odpowiedzialnym za wykrycie przestępcy. Treści jego komunikatu nie ma 

background image

chyba  potrzeby  powtarzać.  Poczułem  się  nieswojo,  ponieważ  przewidywania  Tanomogiego  okazały  się  aż  nazbyt 

trafne. Po pierwsze, świadkowie potwierdzili, że kobieta wróciła do domu tuż przed dwunastą. Po drugie, rany z tyłu 

głowy  mężczyzny,  których  nie  mógł  sam  sobie  zadać,  świadczą  o  tym,  że  najprawdopodobniej  stoczył  walkę.  W 

wyniku obdukcji ciała, a także wnosząc z innych okoliczności, nie można było bez zastrzeżeń uznać przyznania się 

kobiety do zbrodni. Pojawiły się poważne podstawy do przypuszczenia, że istnieje wspólnik, a biorąc pod uwagę fakt 

niechęci kobiety do zmiany zeznań można przyjąć, że jest szantażowana. Zdaniem policji, rozwiązanie zagadki jest 

tylko kwestią czasu. Trudno schwytać początkującego przestępcę, wcześniej nigdzie nie notowanego, lecz z drugiej 

strony  można  powiedzieć,  że  im  lepiej  jest  zaplanowane  przestępstwo,  tym  łatwiej  je  ujawnić.  (Początkowo  nie 

wiedziałem, co począć: czy powinienem się zgłosić na policję i opowiedzieć o tym, co wcześniej widzieliśmy. Nie 

mogłem od razu się zdecydować. Istniała jednak niewielka szansa, by podejrzenie padło na nas, zupełnie niewinnych, 

przypadkowych przechodniów. Gdybyśmy mieli pewność, że sami potrafimy wykryć prawdziwego przestępcę, to w 

zasadzie należałoby milczeć i czekać na rozwój wypadków). 

Następnie nadszedł szczegółowy raport na temat Kondo Chikako od Kimury, odpowiedzialnego za sprawę 

kobiety. Zawierał wszystkie potrzebne, dające się wprowadzić informacje, takie jak wiek, adres stałego zamieszkania, 

zawód,  przebieg  kariery  zawodowej,  cechy  charakteru,  wzrost,  waga  itp.  Przynajmniej  na  razie  zrezygnuję  z 

przedstawiania  ich  tutaj.  Po  rozpoczęciu  analizy  ciała  denata  okazało  się  jasne,  jak  dalece  niewystarczające  jest 

opisywanie człowieka na podstawie tego typu danych. Stało się więc konieczne przystąpienie do pracy od nowa przy 

użyciu  zupełnie  innej  metody.  Co  więcej,  takich  danych  może  nam  w  każdej  chwili  dostarczyć  policja,  ale  jeśli 

chcemy zachować niezależność wobec niej, musimy trochę się potrudzić i zebrać je samodzielnie. 

Analizę ciała denata rozpoczęto dopiero o ósmej. Na dobrą sprawę przydałoby się lepsze przygotowanie. 

Ponieważ obawialiśmy się, że możemy się spóźnić i nie zdołamy już ożywić mózgu, zdecydowaliśmy przeprowadzić 

próbę  jak  najszybciej,  zdając  sobie  sprawę  z  pewnych  niedogodności.  W  tym  czasie  od  grupy  zajmującej  się 

przestępcą, a także od grupy odpowiedzialnej za kobietę dotarło kilka uzupełniających informacji. Zdecydowałem się 

je  pominąć,  ponieważ  odpowiedzi  na  większość  kwestii  uzyskamy  dopiero  na  podstawie  analizy  ciała  denata.  Na 

godzinę przed rozpoczęciem badań przeprowadziłem telekonferencję z odpowiedzialnym za eksperyment doktorem 

Yamamoto.  Doktor  powiedział,  że  za  pomocą  szpitalnego  komputera  mogliby  w  przybliżeniu  odtworzyć  reakcje 

fizjologiczne i zanalizować je, lecz nie potrafiliby rozszyfrować reakcji kory mózgowej. To oczywiste. Nawet nasz 

komputer, który sam siebie może programować, nie poznał jeszcze świata, jakim jest mózg ludzki. W każdym razie 

doktor  Yamamoto  zgodził  się  wywołać  impulsy  za  pomocą  rozmaitych  bodźców  i  przesłać  reakcje  komórek  kory 

mózgowej do zarejestrowania w maszynie prognostycznej w celu podjęcia próby ich odczytania. Być może zajdzie 

potrzeba wprowadzenia do naszej maszyny - w charakterze przykładu - fal mózgowych żywego człowieka. Potrzebna 

też będzie szczegółowa mapa fal mózgowych - dotychczas znane ogólne zarysy na pewno nie wystarczą. Mając do 

czynienia z martwym ciałem, należy korę podzielić przynajmniej na osiemdziesiąt stref. (Jednak w wypadku żywego 

człowieka nie uzyska się tak wyrazistych fal jak u nieżyjącego, a jedynie przybliżone, i jeśli prosta próbka wystarczy 

dla naszych celów, doktor Yamamoto obiecał chętnie taką dostarczyć). 

Dziesięć  minut  wcześniej  dowieziono  ciało.  Było  zamknięte  hermetycznie  w  wielkiej  szklanej  skrzyni 

wypełnionej specjalnym gazem, więc technicy musieli pracować z odległości za pomocą mechanicznych rąk. Doktor 

Yamamoto  stał  obok  i  objaśniał,  co  się  dzieje.  (Oczywiście  słuchałem  go  i  oglądałem  przez  telewizję). 

Promieniowanie szło od lewej strony pokoju, przechodziło przez ciało i rzucało na przeciwległą ścianę rodzaj atlasu 

anatomicznego denata. W istocie tego odbicia nie widziałem, lecz metalowe igły mechanicznych rąk, tak delikatne jak 

background image

czubki włókien włosów, kierowane były bardzo precyzyjnie za pomocą niewidzialnej siły do określonych punktów 

włókien nerwowych. Metalowy hełm, z którego zamiast włosów sterczały wiązki miedzianych drucików, przylegał 

dokładnie do mózgu w miejsce zdjętej czaszki i pełnił funkcję urządzenia pomiarowego. 

 

 

13 

 

Nagle  zapaliło  się  silne  światło  i  rozjaśniło  wnętrze  pokoju.  Gdy  kamera  przesunęła  się  w  stronę  głowy, 

ukazała  się  postać  Tanomogiego  uśmiechającego  się  w  stronę  obiektywu.  Nieco  dalej  niespokojne  twarze  Aiby  i 

Wady Katsuko uważnie wpatrywały się od dołu w twarz trupa. Pod tym kątem nie widać było pieprzyka nad górną 

wargą Wady, wyglądała więc nieco korzystniej niż zwykle. Kamera wykonała obrót i zbliżenie: cały ekran wypełniło 

nagie, białe i błyszczące ciało trupa. Na jego szyi widniał szereg brązowych plamek, najprawdopodobniej był to ślad 

duszenia,  broda  sterczała,  widoczne  były  lekko  rozchylone  wargi  i  mocno  zamknięte  oczy.  Na  jego  skórze,  jakby 

posypanej pyłem, z rzadka sterczały włosy... Czy był to ciężko pracujący, porządny księgowy mający rodzinę, a przy 

tym i kochankę? Czy też mężczyzna, który tak dalece stracił głowę dla kobiety, że dał się wciągnąć w jakieś nieczyste 

sprawki i w końcu zamordować? Teraz wyglądał nawet groźniej niż wczoraj wieczorem, gdy we flanelowym ubraniu, 

sztywno  wyprostowany  siedział  w  kawiarni  przy  roztapiających  się  lodach,  ten  widok,  zarazem  godny 

pozazdroszczenia, jak i komiczny, napawał mnie wtedy głębokim niepokojem. 

W  końcu  rozpoczęła  się  analiza.  Najpierw  odczytano  wagę  i  wzrost  -  pięćdziesiąt  cztery  kilogramy  i  sto 

sześćdziesiąt jeden centymetrów. Następnie  w ciągu  sekundy zaczęły  ukazywać się cechy szczególne części ciała, 

wyrażone w postaci ilościowej i relatywnej. Poruszyły się mechaniczne ręce. Kilka igiełek wbiło się w poszczególne 

części ciała. Rząd połączonych z igłami lamp umieszczonych w ścianie wciąż migotał, zmieniając swe ustawienie w 

pionie i poziomie. Znajdujące się w szklanej trumnie ciało zaczęło się poruszać, zupełnie jakby ożyło. Ruchy od stóp 

przenoszą się powoli ku górnej połowie ciała, w końcu reagują usta, otwierają się i zamykają oczy, a nawet drgają rysy 

twarzy. Wada omal nie krzyknęła, nawet Tanomogiemu zadrżały wargi, a twarz pokryła się potem. 

- W ten sposób ustali się funkcje motoryczne - powiedział doktor Yamamoto. - Ruch nie jest cechą czysto 

fizjologiczną. Jest też związany z historią życia, stanowiącą jego jednostkowe tło. 

Teraz nastąpiła analiza organów wewnętrznych. Po jej zakończeniu przystąpiono do badania fal mózgowych. 

Wzrosła  liczba  igieł  w  magicznych  rękach,  siedem  albo  osiem  skoncentrowano  na  policzkach.  Stymulowały  one 

czucie organów takich jak oczy i uszy. Słuchawki opuszczono do uszu, a parę wielkich okularów - do poziomu oczu. 

Zaczęły  napływać  dźwięki  i  obrazy,  gdy  tymczasem  osiemdziesiąt  delikatnych  fal  na  ekranie  drgnęło  naraz 

gwałtownie i się zakołysało. 

- Najpierw  -  mówił doktor Yamamoto  kontynuując  wyjaśnienia  -  spróbujemy zacząć od bodźców bardzo 

zwyczajnych,  od  codziennych  zjawisk.  Posłużymy  się  pięcioma  tysiącami  przeciętnych  zwykłych  reakcji 

spreparowanych w naszej pracowni. Odpowiadają im grupy prostych rzeczowników, czasowników i przymiotników. 

Następnie posłużymy się kolejnymi pięcioma tysiącami bardziej skomplikowanych reakcji uwzględniających również 

kombinację z poprzednimi. Zazwyczaj pozwala to na odczytanie reakcji na bodźce i prowadzenie niezbędnej analizy 

patologicznej. Dzisiaj, tytułem eksperymentu, zdecydowaliśmy się pójść trochę dalej. Ciekaw jestem, co się stanie, 

gdy  jako  bodźców  użyjemy  słów,  które  pojawiły  się  w  ostatnim  tygodniu  w  kronice  filmowej  lub  w  artykułach 

prasowych. 

background image

-  To  doskonały  pomysł  -  zacząłem  z  entuzjazmem,  a  Tanomogi  od  razu  zdecydowanie  kiwnął  głową. 

Widziałem  go  w  telewizorze.  Z  pewnością,  znakomity  pomysł.  Niezbyt  często  się  zdarza,  by  większe  służyło 

mniejszemu. Gęsto  utkane  sieci rybackie łowią zarówno  małe ryby, jak i duże.  A jeśli chodzi o sieci  myślowe, to 

wiadomo, że im precyzyjniejsze, tym lepsze. 

Zmarszczki  fal  nadal  niezmiennie  drgały  jak  gorące  powietrze  nad  rozpaloną  drogą.  Nie  mogłem  się 

doczekać włączenia mechanizmu prognostycznego i rozpoczęcia stukotania drukarki. Zastanawiałem się, o czym też 

zacznie mówić martwe ciało?... 

 

 

14 

 

Doktor Yamamoto wyłączył mechanizm analizy fal mózgowych i kiwnął głową na ekranie. 

- Na tym na razie skończymy zaplanowaną analizę... 

Podziękowałem  i  wyłączyłem  telewizor  w  nastroju  pewnego  zaniepokojenia.  W  gasnących  liniach 

dostrzegłem wyzywająco wpatrzone we mnie oczy Tanomogiego. Rzeczywiście, moje zachowanie mogło być trochę 

zaskakujące i nie dość grzeczne. Wszyscy czekali, bo chcieli się dowiedzieć, co zmarły księgowy Tsuchida Susumu 

miał do powiedzenia za pomocą tej maszyny. Ja uważałem, że rezultat analizy  nie powinien zostać udostępniony, 

dopóki policja nie rozwiąże zagadki zabójstwa. Za wszelką cenę musimy uniknąć rozgniewania tchórzliwej komisji 

sensacyjnymi  pogłoskami.  Gdybyśmy  zostali  wplątani  w  coś  tak  poważnego  jak  morderstwo,  komisja  byłaby 

zmuszona  do  wycofania  poparcia  dla  nas.  Jeśli  chodzi  o  mnie,  to  bardziej  mi  zależało  na  śledztwie  w  sprawie  tej 

dziwacznej  zbrodni  niż  na  testowaniu  zdolności  maszyny.  (Porozmawiam  o  tym  z  Tanomogim  zaraz  po  jego 

powrocie). 

W chwili gdy zamierzałem przekroczyć źródło energii, rozległ się dzwonek telefonu. Podniosłem słuchawkę 

i usłyszałem odległy, nieco ochrypły głos: 

- Halo, halo, doktor Katsumi? 

Wydawało mi się, że skądś znam ten głos, lecz nie byłem tego pewien. Z miejskiego szumu w tle mogłem 

domyślać się, że ktoś dzwonił z budki telefonicznej. 

- Dzwonię, żeby ostrzec - mówił nieznajomy. - Lepiej żebyś nie wchodził nam w drogę. 

- Nam? To znaczy komu? 

- Nie musisz wiedzieć. Policja już podejrzewa dwu osobników, którzy śledzili zmarłego Romeo. 

- Słuchaj, kim jesteś? 

- Przyjacielem, profesorze, przyjacielem. 

Głos umilkł. Zapaliłem papierosa i czekałem, aż się uspokoję. Następnie wróciłem do pulpitu. Włączyłem, 

odczytałem sygnały. Wywołałem kilka adresów związanych z analizą zmarłego, połączyłem je ze sobą i przełączyłem 

na indukcję. Mężczyzna nie żył, lecz w tej maszynie powinny zostać odtworzone szczegółowe reakcje z ostatniego 

okresu jego życia. Oczywiście, nie będą już ściśle takie, jakby mężczyzna żył. Wystąpią wyraźne różnice między jego 

rzeczywistym ciałem a postacią projektowaną. Byłoby ciekawe zastanowić się nad tą różnicą, lecz nie miałem na to 

czasu. 

- Czy możesz odpowiadać na pytania? - zapytałem maszynę wprost, hamując podniecenie. 

Po krótkim czasie nadeszła odpowiedź, słaba, ale wyraźna. 

background image

- Sądzę, że mogę, jeśli pytania będą konkretne. 

Zdumiał mnie całkiem ludzki ton tej odpowiedzi. Przez chwilę odniosłem wrażenie, że w maszynie kryje się 

człowiek. Zaraz jednak uznałem to za zwykłą reakcję, a nie przejaw świadomości czy woli. 

- Ciekaw jestem, czy masz świadomość, że nie żyjesz? 

- Nie żyję. - Formuła wytworzona w maszynie jakby zakrztusiła się ze zdumienia. - Mówisz, że nie żyję? 

Było to zbyt realne, żeby od razu uwierzyć. 

- Tak, oczywiście - odrzekłem z wahaniem. 

- Naprawdę? Więc zostałem zabity? Naprawdę? 

- Nie wiesz, kto to mógł zrobić? 

Nagle głos wyostrzył się i zazgrzytał. 

- A kim jesteś ty, który zadajesz takie pytania? 

- Ja? 

- Nie, raczej to, co tu się znajduje. Czy to nie dziwne, że mówię i myślę, mimo że umarłem? - odpowiedział 

skrzeczący głos nerwowo. - Ach, kpisz sobie ze mnie, prawda? Rozumiem, chcesz mnie schwytać w pułapkę? 

-  Wcale  nie.  Prawdę  mówiąc,  nie  jesteś  ludzką  istotą.  Jesteś  równaniem  osobowym  Tsuchidy  Susumu, 

utrwalonym w pamięci maszyny diagnostycznej. 

-  Nie  rozśmieszaj  mnie.  Przestań  mnie  tak  zabawnie  nabierać.  A,  do  licha.  Straciłem  chyba  wszystkie 

zmysły. A gdzie jest Chikako? Słuchaj, może zapalimy światło? 

- Ty umarłeś. 

- Mówię, że mam dość tego. Już przestałem się bać. 

Ocierając pot zalewający kąciki oczu, zebrałem siły i zapytałem: 

- Powiedz mi, kto cię zabił? 

Maszyna wydała obraźliwy kpiący odgłos. 

- To raczej ja chciałbym wiedzieć, kim ty jesteś. Jeśli zostałem zabity, to na pewno przez ciebie. Odpowiedz, 

zapal światło i pokaż Chikako. Wtedy może dojdziemy do porozumienia. 

On  widocznie  myśli,  że  ja  jestem  zabójcą.  To  dowód,  że  zachował  świadomość  z  chwili  poprzedzającej 

zabójstwo. 

- A jak myślisz, kim ja jestem? 

-  Skąd  mam  wiedzieć?  -  odpowiedział  głos  z  maszyny,  piskliwy  jak  chłopca  przechodzącego  właśnie 

mutację. - Może tak wyglądam, ale nie jestem na tyle tępy, żeby uwierzyć takim kłamstwom. 

- Kłamstwom? Jakim kłamstwom? 

- Dość już tego! 

Chrapliwy głos przybliżył się i zatrzymał tuż przy mojej twarzy. Zdałem sobie sprawę, że to przecież tylko 

maszyna,  lecz  mimo  to  czułem  się  niesamowicie.  Zachodziła  zbyt  duża  niezgodność  między  absolutną  ścisłością, 

jakiej oczekiwałem, a tym co mówił. Możliwe, że pomyliłem się  w operacji. Chyba nie powinienem był tak nagle 

przystępować do konfrontacji. Należało raczej postąpić bardziej obiektywnie, zachowując strefę bezpieczeństwa. 

Wyłączyłem maszynę. Głos natychmiast rozpuścił się w elektroniczne cząsteczki. Jego byt był tak żywy, że 

miałem  niemal  poczucie  winy,  kiedy  go  wymazałem  z  głośnika.  Szybko  cofnąłem  skalę,  nastawioną  na  czas 

nieokreślony, o dwadzieścia cztery godziny, do momentu, w którym mężczyzna wciąż jeszcze czekał na dziewczynę 

w kawiarni w Shinjuku. Połączyłem maszynę z monitorem i uruchomiłem ponownie. 

background image

Zadzwonił telefon. To Tsuda odpowiedzialny za grupę zajmującą się przestępcą. 

- Jak idzie? Czy są jakieś rezultaty analizy ciała? 

-  Jeszcze  nie  -  zacząłem  niezdecydowanie,  lecz  drgnąłem  ze  zdumienia,  gdy  zdałem  sobie  sprawę,  że 

otrzymałem  ważny  szczegół  dowodowy  dzięki  maszynie.  W  naszej  rozmowie  z  Tanomogim  przewidzieliśmy 

najgorszą możliwą sytuację, w której przestępcą nie była Kondo, lecz całkowicie inna osoba. Było to przypuszczenie 

nie mające żadnej realnej podstawy. Teraz okazało się jasne, że mężczyzna czekał na kogoś, na jakiegoś mężczyznę, 

którego interesy były sprzeczne z jego własnymi. 

- A co u was? Czy zebraliście jakieś nowe informacje? 

-  Żadnych.  Najwyraźniej  dwaj  mężczyźni  śledzili  go  aż  do  samego  domu.  Potwierdził  to  sprzedawca 

papierosów, lecz tak czy owak kobieta podpisała zeznanie. Opinie wśród detektywów są podzielone i nikt specjalnie 

nie jest zainteresowany tymi dwoma osobnikami. 

- A jakie jest twoje zdanie? 

- Przed chwilą skontaktowałem się z Kimurą, który bada sprawę kobiety. Dopóki się nie wyjaśni stosunków 

łączących tych dwoje, niewielkie będą podstawy do przypuszczenia, że przestępcą był ktoś inny niż kobieta. A nawet 

gdybyśmy założyli istnienie kogoś trzeciego, to czy badanie takiego wypadku byłoby tak ważne? 

- Nie będziemy tego wiedzieli, dopóki sprawa się nie wyjaśni - odparłem, po czym dodałem poirytowanym 

tonem:  -  Nie  martw  się  konkluzją.  Skoncentruj  się  raczej  na  danych.  Myślę,  że  przydałby  się  nam  dokładny  plan 

pokoju kobiety. 

- Tego nie rozumiem. W jaki sposób pomoże to w prognozowaniu? 

-  Powiedziałem  już.  Nie  będziemy  wiedzieli,  dopóki  nie  spróbujemy.  -  Od  razu  pożałowałem  wybuchu 

gniewu. - Omówimy to razem nieco później, kiedy nie będziemy tak zajęci. Jestem niecierpliwy, ponieważ nie mamy 

czasu. Przypominam jeszcze raz: Strzeż się dziennikarzy. Bo jeśli nie, będzie to ostatnia posługa dla komisji. 

Istotnie, sprawy się komplikowały. Zamiast tworzyć plan, który przekonałby komisję, muszę zająć się tym, 

jak mam się wybronić. Mam wrażenie, że im bardziej się staram, tym głębiej się pogrążam. 

 

 

15 

 

Gdy  odłożyłem  słuchawkę  i  obejrzałem  się,  na  ekranie  spostrzegłem  postać  żywego  Tsuchidy  Susumu 

sprzed dwudziestu czterech godzin. Znów poczułem się dumny z precyzji działania maszyny. Gdy pokręciłem tarczą 

współrzędnych,  mężczyzna zwrócił  się  w  moją stronę  wraz z całym tłem. Mogłem teraz zobaczyć  także  to, co on 

wtedy  widział.  Reszta  obrazu  była  nieregularna,  pokrzywiona  i  zamazana,  a  miejsca,  w  których  powinienem  być 

widoczny razem z Tanomogim, pozostawały ciemne, jakby tam nic nie istniało. Lody na stole zupełnie się roztopiły. 

Mężczyzna  włożył  łyżeczkę  w  roztopione  lody  i  siorbał  je  przez  zaokrąglone,  na  wpół  otwarte  usta. 

Jednocześnie nie odrywał wzroku od drzwi. Tak, to się stało w tym momencie - przypomniałem sobie wytężywszy 

pamięć. Już za chwilę rozlegnie się głos szafy grającej i mężczyzna zwróci się w tamtą stronę. Poczekam i zobaczę. 

W końcu, tak jak się spodziewałem, zabrzmiała muzyka i mężczyzna się odwrócił. Aby sprawdzić, w jaki 

sposób  odzwierciedliliśmy  się  w  jego  oczach,  obróciłem  tarczą  współrzędnych  o  sto  osiemdziesiąt  stopni.  Szafa 

grająca i dziewczyna w minispódniczce ukazały się z niezwykłą wyrazistością, natomiast nasze sylwetki, znajdujące 

się przed nimi, przypominały cienie. (A zatem nie ma obawy, by ktokolwiek nas oskarżał). 

background image

Następnie przesunąłem czas o dwie godziny do przodu. 

Mężczyzna szedł ulicą. 

Przesunąłem o następne dwie godziny. 

Mężczyzna stał przed telefonem publicznym. 

Teraz postarałem się skondensować bieg czasu do jednej dziesiątej. 

Jak na przyspieszonym filmie, mężczyzna nagle wskoczył do tramwaju, potem wyskoczył, pobiegł w górę 

ulicy i znalazł się przed domem, w którym mieszkała kobieta. Tu przestawiłem na normalny bieg czasu. 

Odtąd zaczęła się część mi nie znana. Jeśli się uda, to nie tylko wykryję prawdziwego przestępcę, ale także 

zbiorę cenne dane, które będę mógł przedstawić komisji i od razu sprawy wezmą dobry obrót. Niespokojnie śledziłem 

ruchy mężczyzny. 

Wszedł na ciemne schody, zatrzymał się i popatrzył uważnie na koniec korytarza na piętrze. Opuścił nieco 

głowę i z wahaniem zaczął iść. Wolnym krokiem zbliżał się do przeznaczonej mu śmierci... Tanomogiego nie było 

widać na ekranie, musiał więc przypatrywać się mu spoza schodów. Mężczyzna wyjął klucz z wewnętrznej kieszeni, 

wierzchem  dłoni  otarł  pot  z  czoła,  pochylił  się  i  otworzył  zamek.  Zgrzyt  klucza  był  nienaturalnie  ostry,  jakby 

sugerował  stan  ducha  mężczyzny,  który  zdecydowanie  pchnął  drzwi,  a  następnie  drugą  ręką  zamknął  je  za  sobą. 

Chociaż wydało mi się, że ich nie domknął. W głębi ciemnego pokoju ukazało się szarzejące okno i jakieś odległe 

światło.  Mężczyzna  zdjął  buty,  lewą  rękę  wyciągnął  w  stronę  ściany,  przesunął  nią  i  nacisnął  włącznik.  (No, 

nadchodzi śmierć!) 

Obraz się rozjaśnił, ukazał się mały pokój wielkości sześciu mat. Na pewno należał do kobiety. Jeden kąt 

zasłaniał  jakiś  przedmiot.  Nikogo  nie  było.  Panowała  przejmująca  cisza.  Spojrzenie  mężczyzny  przesunęło  się  z 

prawa  na  lewo...  I  wtedy  z  tyłu  rozległ  się  szmer.  Zbliżyło  się  lekkie  skrzypnięcie  z  nieokreślonego  kierunku. 

Mężczyzna zwrócił wzrok w tamtą stronę i w tym momencie pochylił się bezwładnie. Wyglądało to, jakby podłoga 

uniosła się ukośnie i uderzyła go w twarz. Wielki cień, zagięty niczym hak, schylił się nad nim i opadł miękko, gasząc 

jednocześnie światło. Ekran pokrył się nieprzeniknioną ciemnością. Był to moment śmierci mężczyzny. 

Nawet  się  nie  poruszyłem,  przez  jakiś  czas  wpatrywałem  się  jeszcze  w  ciemny  obraz.  Nie  widział 

zbrodniarza. A skoro nie widział, mógł stać się aktywnym, fałszywym świadkiem. Kobiety w pokoju nie było. To 

zgadzało się z jej oświadczeniem. Przecież twierdziła, że to z powodu późnego powrotu wybuchła awantura i w końcu 

dlatego go zabiła. Naturalnie, to zeznanie jest oczywistym kłamstwem. Nie tylko o to chodzi. Przypuśćmy, że szmer z 

tyłu policja wzięłaby za skrzypnięcie drzwi. Z drugiej strony stał przecież Tanomogi. Tak więc analiza dokonana za 

pomocą maszyny prognostycznej stawiała nas w coraz mniej korzystnym świetle. Zaczyna to wyglądać tak, jakbyśmy 

własnymi rękami zakładali sobie stryczek na szyję. 

Widocznie długo pozostawałem zatopiony w myślach. Nagle odwróciłem głowę, mając wrażenie, że ktoś za 

mną  stoi,  i  wtedy  ujrzałem  w  drzwiach  Tanomogiego,  który  nie  wiadomo  kiedy  tam  się  znalazł.  (Przeszedł  mnie 

dreszcz,  ponieważ  odniosłem  wrażenie,  że  ożyła  scena,  którą  przed  chwilą  odtwarzałem,  a  ja  znalazłem  się  w 

podobnej sytuacji jak zabity mężczyzna). 

Tanomogi przeciągnął palcami przez włosy i podrapał się, kilkakrotnie pokręcił głową i się roześmiał. 

- Jednak mamy kłopoty. 

- Widziałeś? 

- Tak, tylko ostatnią część. 

- A co z innymi? 

background image

- Aibie i Wadzie kazałem zaczekać na zewnątrz. Sądziłem, że będą potrzebne dodatkowe analizy... 

- Spodziewałem się twojego telefonu... 

Tanomogi chwycił palcami przepoconą koszulę, oderwał ją od ciała i powoli oblizał wargi. Odwróciłem się 

wraz z krzesłem w jego stronę i dokończyłem nie zmieniając złośliwego tonu, który mnie samego zdziwił. 

- W zamian zatelefonował jakiś podejrzany typ z pogróżkami. 

- Co takiego? - zapytał i jakby w obawie przed upadkiem chwycił się oparcia krzesła, na którym zamierzał 

usiąść. 

- Ostrzegał, żeby nie zajmować się tą sprawą. I że policja wie już, iż mężczyznę śledzili jacyś dwaj osobnicy. 

Może mówił prawdę. Tsuda poinformował o czymś podobnym... 

- Więc?... 

- Rzecz w tym, że facet, który dzwonił, wiedział o tych, którzy szli śladem mężczyzny. 

- Rozumiem... - powiedział Tanomogi, zginając długie palce. - To znaczy, że tam był jeszcze ktoś inny. 

- To my chcielibyśmy, żeby policja w to uwierzyła. 

-  Tak...  - Przygryzł  dolną  wargę  i  opuścił  wzrok  na  moją pierś.  - Ten  telefonujący  mężczyzna  jest  chyba 

rzeczywistym zabójcą... Ale tylko pan z nim rozmawiał. I tak się składa, że pan jest moim wspólnikiem. Jeśli policja 

zacznie szukać dwu mężczyzn, którzy śledzili ofiarę, wpadniemy w pułapkę. 

- Zastanawiałem się nad związkiem pomiędzy rozkładem pokoju a cieniem w oknie. Ten cień z pewnością 

pojawił się wtedy, gdy Tsuhida padał. Lecz był jeszcze cień, który ty widziałeś. Tylko ty i nikt inny. 

- Jeżeli policja uznałaby, że to był mój cień, trudno byłoby mi udowodnić, że nie mój. - Uśmiechnął się z 

goryczą  i  mlasnął  językiem.  -  Fatalnie  się  składa,  że  nasz  obiekt  badań  nie  widział  zabójcy.  Tyle  nas  kosztowało 

zorganizowanie analizy jego ciała, a teraz on okazuje się naszym wrogiem. Doszło do tego, że gdyby okazało się, że 

miałem jakikolwiek powód, nawet pan mógłby mnie podejrzewać, a ja nie potrafiłbym się obronić. 

- Przyczyna tej zbrodni to odrębna i trudna sprawa. Ciężko będzie namówić go do wyznań... 

Wyjaśniłem, że mężczyzna okazał się trudnym partnerem, mimo że jest tylko wytworem maszyny, a jego 

reakcje właściwie są reakcjami maszyny, ale zdecydowanie nie chce potwierdzić, że jest umarły. Tanomogi słuchał w 

milczeniu. Następnie rzekł spokojnie: 

- Nie pozostaje zatem nic innego, jak tylko go oszukać. 

- To znaczy? 

- Pozwolić mu myśleć, że jeszcze żyje... 

 

 

16 

 

W  zasadzie  mogę  chyba  powiedzieć,  że  odnieśliśmy  sukces.  Oto  wmówiliśmy  mężczyźnie  -  nie,  raczej 

maszynie  -  że  leży  na  łóżku  szpitalnym,  a  niemożność  widzenia  i  czucia  jest  rezultatem  szoku;  wmówiliśmy  mu 

również, że wkrótce powinien wyzdrowieć, a kiedy rozbudziliśmy w nim uczucie zemsty, ku naszemu zaskoczeniu 

zaczął chętnie o sobie opowiadać. Tak więc udało się nam nakłonić go do zwierzeń. W jakim stopniu przyczyniło się 

to do zmiany sytuacji na naszą korzyść, to odrębny problem. 

background image

(Mimo że nie minęła szósta, zrobiło się ciemno i zaczął padać deszcz. Duże krople rozbijały się i spływały po 

szybach.  Słuchałem  opowieści  maszyny  niespokojnie,  jakbym  siedział  na  krześle  o  dwu  nogach.  Poniżej 

przedstawiam w dosłownym brzmieniu to, co opowiedziała maszyna): 

 

Tak,  już  lepiej  było  umrzeć!  Wstyd  mi...  Rozumiesz?  Żeby  w  tym  wieku  uganiać  się  za  kobietami!  To 

żałosne. Co żona na to?... Nie, już chyba mi nie wybaczy... Nigdy nie miałem powodu do niezadowolenia z żony. 

Prawdę mówiąc... (skrót) 

Ta dziewczyna, Kondo Chikako, śpiewa piosenki w kabarecie, ale jest bardzo miła i spokojna, zupełnie inna 

niż można się spodziewać po takich. Wydaje się raczej chuda, koścista, co do mnie - możecie spytać kogokolwiek - 

jestem raczej facetem z zasadami, nigdy nie chodziłem do takich miejsc, a tamtego wieczoru musiałem towarzyszyć 

prezesowi firmy, i stało się (skrót)... 

Zupełnie  tego  nie  rozumiem.  Dziewczyna,  która  prowadzi  tak  barwne  i  dostatnie  życie,  nagle  zaczyna 

okazywać  zainteresowanie  takiemu  jak  ja  pięćdziesięcioletniemu  mężczyźnie,  łysiejącemu  i  nie  robiącemu 

najlepszego wrażenia... Nic dziwnego, że tak mnie poruszyła. Gdy gładziła mnie po brodzie miękkimi koniuszkami 

drobnych palców... Byłem jej wdzięczny... Trudno to wyrazić słowami, w każdym razie po prostu zgłupiałem. Tak się 

cieszyłem. To nie ma z wami żadnego związku, lecz jedno muszę powiedzieć, a mianowicie, że jej wcale nie chodziło 

o  pieniądze,  chcę  żebyście  to  zrozumieli.  Może  nie  uwierzycie,  ale  to  prawda.  Oczywiście,  pomagałem  jej  trochę 

finansowo.  Mówiła,  że  jest  zadowolona.  Miała  co  prawda  dość  szorstką  cerę,  ale  była  naprawdę  miłą,  dobrą 

dziewczyną. Nie zakochała się we mnie, to prawda, lecz mnie polubiła. Nie kryła tego. To rzadkość w tych czasach 

(skrót)... 

Stopniowo budziło się we mnie podejrzenie. Przez trzydzieści lat pracy jako księgowy zdążyłem się uczulić 

na nadmierne wydatki. Cały czas żyłem w strachu, że zacznie w końcu wyłudzać pieniądze, chociaż ona nie prosiła o 

więcej. Zaniepokoiło mnie, że była taka stała. Nie miałem pewności co do tego i czułem się jakiś bezradny... I tak 

biegły dni, aż wydarzył się drobny wypadek. Nie, trudno to nazwać wypadkiem. Oto pewnego dnia, gdy wszedłem do 

jej pokoju, zobaczyłem bardzo drogi dywan. Czy pan go widział? Biorąc pod uwagę jej sytuację finansową, mogę 

powiedzieć, że to był luksus. Kiedy zapytałem o powód zakupu, zaskoczyła mnie dwukrotnie. Najpierw powiedziała, 

że zaszła w ciążę. Naturalnie, mogła kupić dywan dla uczczenia tej radosnej chwili, zresztą ja mając już swoje lata, 

poczułem się tak wzruszony, że o mało się nie rozpłakałem. Z żoną nie miałem dzieci. Było to uczucie mi nie znane. 

Nie, może nie powinienem tak mówić, w każdym razie było w tym coś niewątpliwie romantycznego, chciałem się 

wręcz chwalić się tym wydarzeniem, byłem w podniosłym nastroju, wydawało mi się nawet, że moja żona się ucieszy, 

kiedy jej o tym powiem. 

Co? Pada deszcz? Słyszę. Jeszcze chwileczkę. Właśnie dochodzę do głównego punktu całej historii (napad 

kaszlu)... Oto przychodzi otrzeźwienie. Zaszła w ciążę, to prawda. Ponownie mnie zaskakuje. Tego dnia powiada mi, 

że pozbyła się ciąży. No trudno, można to zrozumieć. Ja też nie miałem specjalnie pewności, że stać nas na to. Na 

jedno  nie  mogłem  się  zgodzić,  a  mianowicie  na  to,  by  mnie  tak  potraktowała,  przecież  nawet  się  ze  mną  nie 

porozumiała  w tej sprawie. Po prostu ogarnęła  mnie  wściekłość. I zwymyślałem ją tak jak tylko potrafiłem:  - Nie 

wiedziałaś, czyje to dziecko, prawda? Byłaś przerażona, że ci powiem, iż masz je urodzić? Tak? Jasne! Zaszłaś w 

ciążę z kimś bogatym i chciałaś wymusić pieniądze? Jeśli nie, to skąd pochodzą pieniądze na zakup dywanu? 

Ach, jeszcze jedno. Czy przypadkiem nie posłużyła się moją osobą, by wyłudzić pieniądze? Chciałbym to 

wiedzieć. Potrząsnęła głową i rozpłakała się. Nie, to nie miało nic wspólnego z tym, co się wydarzyło wczoraj w nocy. 

background image

Wczoraj w ogóle się nie widzieliśmy. To się zdarzyło dwa miesiące temu. No dobrze, dotarłem już do momentu, w 

którym ją przycisnąłem do muru. Płakała. Ja dobrze wiedziałem, że nie należała do dziewcząt, które zajmowałyby się 

szantażem, lecz nie miałem żadnego innego punktu zaczepienia. 

Jej tłumaczenie nie trzymało się kupy... Powiedziała mi, że jest szpital, który daje siedem tysięcy jenów za 

aborcję przeprowadzoną w ciągu trzech tygodni od zajścia w ciążę. Uznała, że to nie jest normalne, więc poszła do 

szpitala, żeby sprawdzić. Powiedziano jej, że od trzech tygodni jest w ciąży. Dlatego od razu wykonano zabieg. Czy 

ktoś w to uwierzy? To chyba jakiś potworny żart, a żart też musi mieć swoje granice. Prosiłem, żeby podała adres tego 

szpitala. Wtedy okazało się, że nie może zdradzić adresu, ponieważ obiecała zachować go w tajemnicy. Jeśli komuś 

powie,  może  ją  spotkać  nieszczęście.  Zwymyślałem  ją  od  najgorszych  i  uderzyłem  w  twarz.  Czytałem  o  tym  w 

książkach, lecz tak naprawdę to kobietę uderzyłem po raz pierwszy w życiu. Nieprzyjemne to uczucie. Nie mogłem 

się opanować i tego dnia postanowiłem odejść bez słowa. 

Nie  potrafiłem  przyjąć  jej  wytłumaczenia  za  dobrą  monetę.  Od  tego  dnia  męczyło  mnie  podejrzenie. 

Pragnąłem  przycisnąć  ją  tak,  żeby  nie  mogła  zbyć  mnie  byle  czym.  Na  szczęście,  miała  bankową  książeczkę 

oszczędnościową. A co dziwniejsze, przechowywała nawet stare książeczki bankowe, już do niczego niepotrzebne. 

To było ważne źródło. Rozumie pan? W czasie jej nieobecności wszedłem do mieszkania i dokładnie sprawdziłem. 

Jeśli ktoś umie czytać, to liczby mogą być bardzo interesującą lekturą. Tak, dzięki nim wiele zrozumiałem. Okazało 

się, że miała jakieś nadzwyczajne wpływy, trudne do wyjaśnienia, najczęściej dwa razy w tygodniu, a najrzadziej dwa 

lub trzy razy w miesiącu. Nic nie zmyli moich oczu. 

Zebrałem dowody i zaatakowałem ją. Zdarzyło się to ostatnio trzy dni temu. I znów rozpłakała się, lecz tym 

razem  nic  nie  wskórała.  Miałem  w  ręku  niepodważalne  dowody.  Znów  przedstawiła  mi  mało  wiarygodne 

wyjaśnienie.  Opowiedziała  bowiem  o  szpitalu,  który  skupuje  ludzkie  płody  i  płaci  po  dwa  tysiące  jenów  za 

przyprowadzenie lub wskazanie dawcy, to znaczy kobiety z trzytygodniową ciążą. Stwierdziła, że pracuje dla tego 

szpitala  jako  pośredniczka.  To  jakaś  niesamowita  historia!  Zacząłem  się  teraz  poważnie  martwić  o  Kondo.  Może 

postradała zmysły? Kiedy o tym myślałem, nie mogłem całkowicie wykluczyć tej możliwości. Jak na młodą kobietę, 

przejawiała zbyt mało namiętności. Kiedy dalej nieustępliwie wypytywałem ją, drżała ze strachu. Bała się, że mogą jej 

nie  wiadomo  co  zrobić,  jeśli  w  szpitalu  dowiedzą  się,  że  powiedziała  mi  prawdę.  Kupione  przez  nich  płody  nie 

umierają.  Są  karmione  i  pielęgnowane  w  specjalnym  urządzeniu,  stają  się  znacznie  bliższe  ideału  niż  te,  które 

rozwijają się w brzuchu kobiety. Nasze dziecko naprawdę żyje... I co pan na to? Czy nie ogarnia pana przerażenie? 

Jeśli byłaby to prawda, powinna znaleźć się na pierwszej stronie gazet, a jeśli kłamstwo, to było dowodem niezwykłej, 

wprost bezczelnej wyobraźni tej kobiety. Nie chciałem być pokonany, więc odpowiedziałem jej: - No więc zaprowadź 

mnie do tego szpitala! I kiedy wydało mi się, że ją pokonałem, oświadczyła, że musi zapytać o zgodę w szpitalu. 

I  tak  wczoraj  wkrótce  po południu  otrzymałem  odpowiedź.  Zadzwoniła  do  mojej  firmy  i  powiedziała,  że 

wieczorem przyjdzie na spotkanie razem z kimś ze szpitala. Prosi więc, żebym stawił się w kawiarni w Shinjuku o 

siódmej.  Tego  nie  oczekiwałem,  nie  sądziłem,  że  tak  daleko  się  posunie.  Ponieważ  nie  spodziewałem  się  żadnej 

pułapki,  pomyślałem,  że  po  prostu  zwariowała.  Długo  i  niecierpliwie  czekałem  na  nią  w  kawiarni.  Byłem 

zdenerwowany, myślałem o tym, że następnego dnia muszę zaprowadzić ją do jakiegoś szpitala psychiatrycznego, 

niczego więc nie przeczuwałem. A resztę już znacie. Sprytnie mnie załatwiła. Nie, nie mówię o ludziach ze szpitala. 

Innymi słowy, to był mężczyzna. Znudziłem się jej, a ze wstydu nie potrafiła tego powiedzieć wprost... A swoją drogą, 

nieźle to sobie obmyśliła - ten szpital skupujący ledwie poczęte życie... Jeśli mnie tak bardzo nie lubiła, to dlaczego 

nie  powiedziała  mi  o  tym  choćby  słowem?...  Nie  chciałbym,  żeby  mówiono  o  mnie,  iż  jestem  człowiekiem 

background image

nierozsądnym  (mógłbym  się  pogodzić  z  brutalną  prawdą).  Nie  mogę  wprost  uwierzyć,  że  zrobiłaby  coś  tak 

potwornego, jak nasłanie na mnie mężczyzny, żeby mnie pobił... Nie, prawdę mówiąc, bardzo mnie zraniła.  

 

 

17 

 

- To kobieta... - zacząłem i szybko ugryzłem się w język, żeby nie powiedzieć, że właśnie kobieta bardzo 

skomplikuje nam sprawy. 

- Przyznała się do zbrodni i chyba nie ma zamiaru odwoływać zeznań. 

- I to jest dziwne. Jeśli wierzyć słowom zamordowanego, była to osoba trochę niezrównoważona. 

- Bała się czegoś, prawda? 

- Możliwe, że z natury była bojaźliwa - albo też kryła mordercę. A może rzeczywiście jej grożono. 

-  Realnie  rzecz  biorąc,  dwie  pierwsze  możliwości  są  bardziej  prawdopodobne,  ale  jeśli  weźmie  się  pod 

uwagę ostatnie pogróżki telefoniczne, nie wykluczałbym teraz i tej trzeciej... 

- No właśnie, ten telefon... - Tanomogi przybrał wyraz skupienia, jakby chciał zmobilizować umysł. - Jeśli 

tak, to sprawcą nie mógł być jej kochanek. Mam rację? Od początku byłem przeciwny “hipotezie kochanka". Nie, 

zamordować takiego dobrodusznego, ale i skąpego mężczyznę tylko z powodu kobiety? To zbyt błahy powód. 

- Chcesz przez to powiedzieć, że powinniśmy wziąć pod uwagę hipotezę o handlu embrionami? 

Lekkie skinienie głowy Tanomogiego zmroziło uśmiech rodzący się na moich wargach. 

- Nie ma potrzeby brać tak dosłownie tego, co powiedziałem. Jeśli nie zaakceptujemy hipotezy kochanka, to 

nie ma innego wyjścia, jak przypuszczać, że zarówno w zachowaniu, jak i w świadomości mężczyzny kryło się coś, co 

było  tak  niekorzystne  dla  sprawcy,  że  musiał  go  zabić.  Idąc  tym  tropem,  możemy  wyciągnąć  wniosek,  że  nowa 

hipoteza o istnieniu handlu trzytygodniowymi płodami również zasługuje na uwagę, mimo że jest tak niezwykła. 

- Tylko jako przedmiot dyskusji. 

- Oczywiście, tylko dyskusji. “Okres trzytygodniowy" i “płód" to mogą być określenia należące do jakiegoś 

szczególnego, tajnego języka. A może należałoby sprawdzić kobietę za pomocą maszyny? Myślę, że to pierwszy ruch, 

jaki należy uczynić. 

- No, no, zostaliśmy wplątani w niezłą aferę - rzekłem, wzdychając mimo woli. 

- Zaszliśmy tak daleko, że nie możemy się  wycofać. Nie mamy innego  wyjścia, jak zdecydowanie iść do 

przodu. 

- Nie wiem, czy powinniśmy. Nasi przeciwnicy mogą od razu donieść na nas policji, gdy się dowiedzą, że 

zainteresowaliśmy się kobietą. Nie zawahają się zamordować każdego, kto wejdzie im w drogę. 

- Nawet jeśli będziemy siedzieć spokojnie, sięgną po nas macki podejrzenia. To tylko kwestia czasu. Nie 

wygramy, jeśli nie uderzymy pierwsi. Zresztą nie musimy się z nią spotykać twarzą w twarz. Komisja mogłaby wysłać 

po nią samochód i potajemnie wywieźć z gmachu policji tylnym wyjściem do szpitala. Byłoby interesujące poznać 

przyszłość takiej kobiety... 

Straciłem punkt oparcia i zdolność przewidywania, byłem bliski rozpaczy. Niczym początkujący rowerzysta 

nie  mogłem przestać pedałować, żeby się nie przewrócić, na  wszelki  wypadek zadzwoniłem do Tomoyasu. Był  w 

dobrym  humorze,  zadowolony,  że  ważne  osobistości  interesują  się  projektem.  Stwierdził,  że  skoro  wydano 

pozwolenie  na  poszerzoną  analizę  ciała  denata,  nie  powinno  być  trudności  ze  zgodą  na  badania  kobiety.  Od  razu 

background image

przystąpił do załatwiania i nawet szybko uzyskał aprobatę dyrektora. Na pytanie, jak sprawy idą, odpowiedziałem: - 

Uzyskaliśmy ciekawe rezultaty. Zdecydowałem, że należy przetransportować kobietę z komendy policji do doktora 

Yamamoto w Centralnym Szpitalu Ubezpieczeń, nie posługując się nazwą: Wydzielona Pracownia Instytutu Techniki 

Obliczeniowej.  Byłem  zadowolony,  że  transfer  odbył  się  bez  zakłóceń,  czułem  się  jednak  niespokojny  z  powodu 

tempa, w jakim toczyły się sprawy. Miałem wrażenie, że zapadam się w jakieś głębiny. 

Zdecydowałem się na jeszcze jedno badanie, nim kobieta zostanie dowieziona do doktora Yamamoto. Dałem 

rozkaz maszynie, by ponownie rozpatrzyła wyniki analiz zmarłego mężczyzny, dzieląc informacje na współczynniki 

ogólne  i  specyficzne,  to  znaczy  na  części  wspólne  wszystkim  ludziom  i  części  właściwe  tylko  temu  mężczyźnie. 

Wniosek wypływający z tych badań powinien być bardzo pouczający. Następnie przeanalizuję czynniki specyficzne, 

po czym zestawię je z obliczeniami ogólnymi, a tym samym uzyskam pełne dane o jego osobowości. Ku mojemu 

zaskoczeniu, mimo niepełnych danych, bardzo szybko uzyskałem odpowiedź. Współczynniki specyficzne - zmienne 

części  równania  osobowości  -  są  widocznie  prostsze,  niż  myślałem.  Zrozumiałem,  że  prawie  wszystko  w  całym 

równaniu  prawdopodobieństwa  da  się  zredukować  do  kilku  cech  szczególnych,  a  jeśli  chodzi  o  fale  mózgowe, 

wystarczy zbadać tysiąc modelowych reakcji na podniety w dwudziestu strefach mózgu. Będzie to doskonały materiał 

do przedstawienia komisji. Spróbowałem spisać w punktach potrzebne do analizy współczynniki specyficzne. Udało 

mi  się  je  zmieścić  na  jednej  kartce  papieru  maszynowego.  Powstał  zestaw  zwykłych  terminów  medycznych  i 

podstawowych słów języka japońskiego... Coś, z czego można wnioskować o indywidualności człowieka. 

-  Spójrz,  Tanomogi-  kun,  jeśli  nas  przycisną,  będziemy  mogli  dołączyć  do  tego  zestawu  przykład 

zastosowania go i okpić członków komisji choćby podczas następnego posiedzenia. Co ty o tym sądzisz? 

- Komisja to żaden problem. W każdym razie idea przewidywania przyszłości człowieka została przyjęta. 

- Nie została. Ma tylko nieformalne poparcie. 

- Na jedno wychodzi. W porównaniu z dotychczasową postawą komisji... 

- To prawda. 

Wywołałem telefonicznie doktora Yamamoto. Widocznie kobieta jeszcze nie dojechała. Powiadomiłem go o 

przygotowaniu listy specyficznych  współczynników  niezbędnych do  wykonania badań.  Wyraźnie  się  ucieszył,  nie 

mógł  ukryć  podniecenia.  Zamieniłem  się  miejscami  z  Wadą  Katsuko  i  poleciłem  jej  wprowadzić  do  szpitalnego 

komputera  przygotowany  przeze  mnie  zestaw.  Tanomogi  przyrządził  kawę.  Słodką  kawą  nieco  złagodziłem 

nadmiernie  podrażnione  paleniem  gardło.  Oczekiwanie  urozmaicałem  rozmową  o  szerzących  się  pogłoskach 

dotyczących szybkiej budowy ogromnej maszyny prognostycznej “Moskwa 3". Podobno dzięki niej będzie można 

przewidywać ogólny rozwój gospodarczy w krajach komunistycznych i neutralnych, zajmujących połowę świata. Na 

samą myśl o tym zrobiło mi się przykro. Tam w Rosji maszyna prognostyczna jawi się niczym wielki pomnik epoki, a 

tu  jest  tylko  nędzną  pułapką,  służącą  schwytaniu  zabójcy.  A  przy  tym  okazuje  się,  że  jej  twórca,  inżynier,  cierpi, 

ponieważ dał się schwytać zwykłej myszy. Powoli ogarniał mnie niepokój. Oczekiwanie się przedłużało, a wciąż nie 

nadchodziła wiadomość na temat przybycia kobiety do szpitala. Zdecydowałem się sprawdzić, co się dzieje, prosząc o 

pomoc Tomoyasu. 

-  Ależ,  Sensei,  ja  bardzo  liczę  na  ten  pomysł.  Bez  względu  na  to,  co  pan  mówi,  przecież  był  to  wybór 

maszyny, prawda? Tak czy owak maszyna posługuje się logiką. 

- Wcale nie mam zamiaru rezygnować. 

background image

Wkrótce  potem  otrzymałem  wiadomość,  że  kobieta  wcześniej  opuściła  komendę  policji.  Skoro  dotąd  nie 

dotarła do szpitala... jest powód do zmartwienia. Tanomogi również był podenerwowany, wciąż spoglądał w monitory 

i jednocześnie mówił: 

- Ułożenie programu to pewien problem... Zwłaszcza jeśli dane socjologiczne są zakazane. Myślę, że z tego 

powodu znaleźliśmy się w ślepym zaułku. Jeśli zakres naszych badań byłby większy, niewątpliwie moglibyśmy nawet 

na podstawie danych z zakresu zjawisk naturalnych przedstawić wspaniałą fundamentalną prognozę, nie gorszą niż 

“Moskwa 2". Istotna jest bowiem praca i wytrwałość... 

Zadzwonił telefon. Tanomogi chwycił słuchawkę i przycisnął do ucha. Uniósł podbródek i skupił spojrzenie 

w jednym miejscu. Chyba jakaś niedobra wiadomość. 

- Co się stało? 

- Nie żyje. - Poruszył lekko głową w bok. 

- Nie żyje? Dlaczego? 

- Nie wiem, prawdopodobnie popełniła samobójstwo. 

- Czy na pewno? 

- Mówią, że zmarła, ponieważ połknęła truciznę. 

- Proszę natychmiast podłączyć ją do maszyny Yamamoto. Jeśli postąpimy podobnie jak z mężczyzną, to 

szybko poznamy przyczynę zamordowania mężczyzny oraz dowiemy się, jak zdobyła truciznę. 

- Podobno to niemożliwe - odpowiedział, wciąż trzymając rękę na aparacie telefonicznym. - Została jakoby 

uśmiercona  bardzo  silną  trucizną  działającą  na  system  nerwowy,  który  jest  całkowicie  zniszczony.  Nie  ma  chyba 

nadziei na normalną reakcję. 

- To potworne! - Zgniotłem palącego się papierosa, parząc sobie przy okazji palce, lecz nie poczułem bólu... 

Wydawało mi się, że byłem opanowany, a przecież ku mojemu zaskoczeniu drżały mi kolana. 

Rozmowa  potwierdziła  beznadziejność  sytuacji.  Rzadko  się  zdarza,  żeby  zmarły  miał  tak  całkowicie 

zniszczony  system  nerwowy.  Jeśli  idzie  o  trucizny,  które  się  połyka,  istnieją  dawki  optymalne.  Gdy  samobójca  je 

przekroczy,  wydala  truciznę  wraz  z  wymiotami,  zanim  przedostanie  się  ona  do  krwiobiegu.  W  takiej  sytuacji 

organizm wchłania dawkę mniejszą od optymalnej. Tymczasem w ciele tej kobiety znajdowało się tak dużo trucizny 

przyswojonej przez organizm, że należało brać pod uwagę jedynie zastrzyk. Nigdzie jednak nie znaleziono na jej ciele 

śladu nakłucia. W areszcie cały czas była pod ścisłą kontrolą, nie miała możliwości zrobienia sobie zastrzyku. Chyba 

że wcześniej zażyła preparat opiumopochodny i spowodowała porażenie ośrodka powodującego wymioty, a dopiero 

potem połknęła dużą dawkę trucizny. Jest to jednak sposób zbyt skomplikowany. 

Poszukując  racjonalnej  przyczyny  tego  stanu  rzeczy  doszliśmy  do  wniosku,  że  to  było  morderstwo. 

Zrozumiałem, że w ten sposób doktor Yamamoto starał się skierować moją uwagę w innym kierunku, lecz nie dałem 

się zwieść. Nie mogłem zdradzić się, że wiem o czymś, o czym inni jeszcze nie wiedzieli. Dopóki nie ustalę, kim są 

moi przeciwnicy, muszę udawać, że nie orientuję się, o co chodzi. 

Znów zadzwonił telefon. Podniosłem słuchawkę, z której dobiegł stłumiony a zarazem twardy głos: 

-  Katsumi-  sensei?  To  nieładnie,  a  przecież  specjalnie  pana  ostrzegałem.  Zaszedł  pan  za  daleko.  Znów 

musiała jedna osoba... 

Podałem słuchawkę Tanomogiemu. 

- To ten szantażysta. 

- Oj, kim jesteś? Podaj nazwisko! - krzyknął Tanomogi, lecz połączenie zostało przerwane. 

background image

- Co powiedział? 

- Że policja wszczęła właściwe postępowanie. 

- Czy nie wydało ci się, że gdzieś już słyszałeś ten głos? 

- Hm... 

-  Nieważne,  to  nie  głos,  tylko  akcent.  -  W  mojej  pamięci  pojawił  się  błysk  przypomnienia  i  natychmiast 

zniknął. 

- Gdy jeszcze raz zadzwoni, może skojarzę... 

- Z pewnością, może nie jest on nam całkowicie nie znany. Za szybko otrzymuje wiadomości. Orientuje się w 

naszych wewnętrznych sprawach. 

- Co robimy? 

Tanomogi nerwowo wyginał palce, rozglądając się dokoła, jakby szukał wieszaka na kapelusz. 

- Wygląda na to, że sieć wokół nas się zacisnęła. Trzeba znaleźć w niej dziurę. 

- A może zawiadomimy policję i zeznamy, jak było? 

-  Zeznamy?  -  Tanomogi  wykrzywił  wargi  i  wzruszył  ramionami.  -  Czy  mamy  w  ręku  wystarczające 

dowody? 

- Czy zabójstwo kobiety nie świadczy, że prócz nas jeszcze ktoś inny jest zamieszany w całą sprawę? A jeśli 

to zbrodniarz? 

- To nic nie da. Nawet jeśli założymy, że kobieta została zamordowana, nie zapominajmy, że Tsuda i Kimura 

mieli  wolny  wstęp  na  posterunek  policji  i  przy  jakiejś  okazji  mogli  się  zbliżyć  do  kobiety.  Chociaż  popierają  nas 

ważne  osobistości  i  jesteśmy  wyłączeni  ze  śledztwa,  to  jednak  gdyby  padł  na  nas  choćby  cień  podejrzenia  o 

zamordowanie głównego księgowego, również Tsuda i Kimura byliby natychmiast objęci śledztwem. Stalibyśmy się 

instytutem zabójstw... Niezły tytuł dla prasy. Nasz zabójczy zapał badawczy byłby głośny w całym świecie. 

- Ale to tylko domysł. Wszystko co mówisz... 

- Tak, domysł. 

-  Policję  interesują  teraz  materialne  dowody,  a  nie  przypuszczenia,  skąd  kobieta  wzięła  truciznę,  którą 

wypiła... 

-  Sensei,  komisja  jest  pozytywnie  nastawiona,  gdyż  sądzi,  że  nasza  maszyna  pomoże  wyjaśnić  ten 

przypadek. Nie  mam racji? Mieliśmy przecież taki zamiar, wychodziliśmy z tego samego założenia, a  możliwości 

maszyny  są  dostatecznie  duże.  Przeciwnik  okazał  się  jednak  groźniejszy.  Czy  pan  uważa,  iż  policja  z  łatwością 

poradzi sobie z wrogiem, któremu nie dała rady maszyna? 

- Wrogiem? 

- Tak, to na pewno wróg. 

Zamknąłem oczy  i  wstrzymałem oddech. Nie  mogłem poddawać się emocjom. Nie  ma  przecież powodu, 

żeby nie dać posłuchu hipotezie Tanomogiego. Jeśli rzeczywiście nie mamy do czynienia ze splotem przypadków i 

jeśli istnieje wróg... 

Otrzymaliśmy wiadomość od Tsudy. Aresztowano jakiegoś podejrzanego, lecz natychmiast go zwolniono. 

To  była  pomyłka,  ponieważ  sprzedawca  papierosów  nie  rozpoznał  go  podczas  konfrontacji.  Wedle  jego 

oświadczenia, jeden z przestępców był mężczyzną drobnej budowy, miał małe błyszczące okrucieństwem oczy. Nie 

mogłem opanować gorzkiego uśmiechu, zrezygnowałem też z poinformowania o tym Tanomogiego. 

- Słuchaj, jak sobie wyobrażasz tego wroga? 

background image

- Stopniowo skłaniam się ku przypuszczeniu, że nie jest to jednostka, lecz organizacja. 

- Dlaczego? 

- Nie potrafię sprecyzować dlaczego, po prostu mam takie odczucie. 

Deszcz przestał padać i nastała noc. 

- Minęła siódma. Czy nie powinni już wszyscy wrócić? 

- Porozumieć się z nimi? 

Przypadkowo  spojrzałem  w  okno  i  przy  bramie  frontowej  zobaczyłem  niewyraźną  sylwetkę  mężczyzny. 

Było już ciemno, nie dostrzegłem więc rysów twarzy, natomiast zauważyłem, że pali papierosa. Nagle podniósł głowę 

i ujrzawszy mnie odszedł szybkim krokiem. 

- Sądzisz, że to jest ta sama organizacja, która skupuje trzytygodniowe płody? 

- Bo ja wiem... - Tanomogi był wyraźnie zakłopotany. - Chociaż znane są w świecie badania nad rozwojem 

ssaków poza macicą, prawda? 

- Rozwój poza macicą? 

- Tak. 

- Rozumiem... Czy dopiero teraz o tym sobie przypomniałeś? A może czekałeś na sposobność, żeby o tym mi 

powiedzieć? 

- Nie, wiedziałem o tym wcześniej, ale rzeczywiście nie miałem okazji wspomnieć. 

- Tak myślałem. Gdyby pójść tym tropem, to rzeczywiście należałoby brać pod uwagę organizację. Twierdzę 

jednak, że jest to zwykły wymysł. Lepiej żebyś o tym zapomniał. 

- Dlaczego? 

- Ponieważ przysłania fakty. 

- Czyżby? 

- No dobrze, proszę zatelefonować. 

Tanomogi nawet nie zwrócił się w stronę telefonu. 

- Ale ja widziałem szczury z oskrzelami, żyły w wodzie nadal pozostając ssakami. 

- Co ty wygadujesz! 

-  Naprawdę!  Podobno  hodując  płód  poza  macicą  odcina  się  indywidualny  rozwój  osobnika  od  jego 

filogenetycznych  podstaw,  innymi  słowy,  wyrywa  z  nurtu  normalnego  rozwoju,  właściwego  poszczególnym 

rodzajom... Nigdy nie widziałem psa wodnego, lecz takie stworzenia istnieją. W ten sposób trudno hodować zwierzęta 

trawożerne, natomiast znacznie łatwiej przystosowują się do wody ssaki mięsożerne i wszystkożerne... 

- Gdzie to się znajduje? 

- W pobliżu Tokio. W laboratorium, które należy do brata kogoś, kogo pan zna. 

- Kogo? 

- Doktora Yamamoto z Centralnego Szpitala Ubezpieczeń... to jego starszy brat. Nie wiedział pan? Dziś już 

za późno, ale jutro tam pana zaprowadzę. Może tam znajdziemy jakąś wskazówkę. Wygląda to na drogę okrężną, ale 

skoro odcięto nam inne możliwości... 

-  Dosyć.  Mam  dość  tej  zabawy  w  detektywa.  Na  zewnątrz  obserwuje  nas  jakiś  podejrzany  typ.  Jeśli  nie 

policjant, to pewnie zabójca. 

- Naprawdę? 

- Idź i sam się przekonaj. 

background image

- Zadzwonię do strażników, niech go sprawdzą. 

- Jednocześnie mógłbyś zadzwonić na policję. 

- Mam powiedzieć, że jakiś podejrzany osobnik czai się na pana? 

- Wszystko jedno... - Wstałem, zmieniłem obuwie i wziąłem teczkę. - Wychodzę. Kiedy skontaktujesz się ze 

wszystkimi, możesz również iść do domu. 

 

 

18 

 

Byłem wściekły. Choć wiedziałem dokładnie, na kogo. Na jakiegoś nieokreślonego przeciwnika, to pewne, 

ale nawet jeśli chciałbym uporządkować sytuację, i tak nie miałbym pojęcia, od czego zacząć. Co nie oznacza, że nie 

miałem punktu zaczepienia, przeciwnie, było ich zbyt wiele. Przy tym wzajemnie sobie przeczyły, więc po prostu nie 

wiedziałem, którym tropem powinienem pójść. W drodze do domu nie odniosłem wrażenia, żeby mnie ktoś śledził. 

Kiedy żona usłyszała trzask otwieranej bramy, wyszła od razu i otworzyła mi drzwi. Z jakiegoś powodu czekała na 

mój powrót. Jeszcze nie zdążyłem zdjąć butów, gdy zapytała mnie cichym, ale oschłym tonem: 

- Co się zdarzyło dziś w szpitalu? 

Miała  na  sobie  strój  wyjściowy  -  albo  właśnie  wróciła,  albo  miała  zamiar  gdzieś  wyjść.  Wyglądała  na 

wzburzoną.  Pod  światło  widziałem  jej  rozjaśnione  włosy.  Nie  zrozumiałem  jej  pytania.  Jeśli  chodzi  o  szpital, 

pomyślałem  tylko  o  jednym,  a  mianowicie  o  Centralnym  Szpitalu  Ubezpieczeń,  w  którym  znajdowało  się 

Laboratorium  Diagnoz  Elektronicznych.  Ale  skąd  mogłaby  się  o  tym  dowiedzieć?  Jeśli  nawet  się  dowiedziała,  to 

dlaczego tak się przejęła? 

- Co masz na myśli? 

- No wiesz... 

Odpowiedziała tak słabym głosem i z takim bolesnym wyrzutem, że zatrzymałem się w miejscu. W głębi 

mieszkania syn Yoshio pośpiewywał irytująco do wtóru telewizji. Czekałem na następne słowa żony. Kto wie, może 

przez nieuwagę popełniłem jakiś błąd i do żony dotarły jakieś informacje o Laboratorium Diagnoz Elektronicznych 

doktora Yamamoto. Ona jednak milczała, chyba również czekała na wyjaśnienia z mojej strony. 

Po krótkiej nienaturalnej ciszy zaczęła mówić. 

- Zrobiłam tak, jak chciałeś. Jesteś jednak nieodpowiedzialny. Jak mogłeś zapomnieć o tym, że dzwoniłeś?! 

Nie mówiąc o tym, że po tym wszystkim nie przyszedłeś po mnie, to niedopuszczalne. 

- Ja telefonowałem? 

- Jednak dzwoniłeś do mnie, prawda? - zdziwiona uniosła twarz. 

- Właśnie pytam, o czym ty mówisz? 

Jej szczupła cienka szyja w oczach grubiała. 

- Powiedzieli mi w szpitalu, że dzwoniłeś. Dzwoniłeś do mnie, prawda? 

Wyglądała  na  zupełnie  roztrzęsioną.  To  naturalne,  była  czymś  przejęta  i  rozgniewana  bardziej,  niż 

przypuszczałem,  a  na  dodatek  nie  mogła  mieć  do  mnie  pretensji,  gdy  okazało  się,  że  ja  nie  mam  pojęcia,  co  ją 

zbulwersowało. Gdy połączyłem w całość jej rwące się słowa, zrozumiałem w końcu, o co tu chodzi. 

Około trzeciej, wkrótce po powrocie Yoshio ze szkoły, telefonowano z ośrodka, w którym żona się leczyła. 

Był to niewielki ogólny szpital położony około pięciu minut drogi autobusem od domu, a dyrektorem tego szpitala był 

background image

mój przyjaciel. (Gdy o tym mówiła, przypomniałem go sobie. Przed kilku dniami żona była na badaniach w związku z 

ciążą - byliśmy niespokojni, ponieważ już raz miała ciążę pozamaciczną, zasięgała więc teraz porady lekarskiej w 

sprawie ewentualnej aborcji. Ja ze swej strony nie wypowiedziałem się zdecydowanie. Akurat przeżywałem kryzys w 

związku z problemami maszyny prognostycznej). Wracając do telefonu, przekazano jej wiadomość, że ja nakazałem, 

aby żona bez zwłoki, jeszcze tego samego dnia poddała się zabiegowi. Żona się wahała. Zadzwoniła więc do mnie, 

lecz mnie nie zastała. (Po trzeciej byłem chyba u Tomoyasu z komisji w sprawie ciała zmarłej. A osoba, która odebrała 

telefon od żony, w natłoku spraw musiała zapomnieć mnie zawiadomić). Pełna obaw udała się więc do szpitala. 

- I co, usunęłaś? - zapytałem z wyrzutem, chcąc jednocześnie ukryć swój niepokój. 

-  Oczywiście,  przecież  nie  miałam  innego  wyjścia...  -  odparła  usprawiedliwiająco  i  poszła  za  mną  do 

pracowni na piętrze. “Witaj w domu", z kąta korytarza dobiegło obojętne pozdrowienie Yoshio. - W każdym razie 

miałam zamiar naradzić się z moim lekarzem, ale go nie zastałam. A przecież mnie wezwał i gdzieś wyszedł. To mnie 

rozgniewało, więc chciałam wrócić do domu. Już w drzwiach podbiegła do mnie kobieta z dużym pieprzykiem na 

brodzie  z  prawej  strony,  wyglądająca  na  pielęgniarkę,  i  powiedziała,  że  doktor  zaraz  wróci.  -  Proszę  wypić  to 

lekarstwo  i  chwilę  zaczekać  -  rzekła,  powtarzając,  że  doktor  zaraz  będzie...  Był  to  gorzki  proszek  w  czerwonym 

papierku... W czerwony papierek zawijają chyba truciznę? W każdym razie był to chyba bardzo silny środek. Wkrótce 

całe  moje ciało - prócz oczu i uszu  - ogarnęła senność... Następnie... pamiętam to, ale czułam się tak, jakbym  nie 

widziała  na  oczy  -  wszystko  było  bardzo  niewyraźne...  na  pewno  podtrzymywano  mnie  z  obu  stron  i  niesiono  do 

samochodu, którym przewieziono do innego szpitala... do szpitala o ciemnych długich korytarzach... Tam był inny 

lekarz, który powiedział, że wszystko jest uzgodnione z moim lekarzem, więc od razu wykonają operację. Nawet nie 

miałam czasu się zastanowić. Na dodatek - nie wiem, co to miało znaczyć - przed powrotem do domu wydano mi dość 

dużą resztę... 

- Resztę? 

- Tak, bo chyba zapłaciłeś z góry za operację? 

- Ile dostałaś? - Zerwałem się na równe nogi. 

- Siedem tysięcy jenów... nie wiem, co to za rozliczenie... 

- Nie upłynęły jeszcze trzy tygodnie? - Sięgając nerwowo po papierosa wylałem wodę ze szklanki stojącej tu 

od wczoraj. 

- Tak... Myślę, że tyle upłynęło. 

Rozlana woda popłynęła pod stos książek. 

- Wytrzyj. 

Siedem tysięcy jenów, niecałe trzy tygodnie... Czułem mrowienie rozchodzące się po całym ciele od karku 

po  plecy,  jakbym  wspinał  się  na  górę  z  pięćdziesięciokilogramowym  plecakiem.  Unikałem  wzroku  żony, 

spoglądającej na mnie podejrzliwie. 

- A jak nazywał się ten szpital? 

- Nie wiem, wsiadłam do prywatnego samochodu i wróciłam prosto do domu. 

- Może chociaż pamiętasz dzielnicę? 

- Nie pamiętam, ale wydało mi się dość daleko... gdzieś zupełnie na południe, zdaje się, że blisko morza. Do 

tego stopnia daleko, że po drodze usnęłam... - Następnie, jakby starała się coś sobie przypomnieć, dodała: - Jednak ty 

z pewnością domyślasz się, gdzie to może być? 

background image

Ani nie potwierdziłem, ani nie zaprzeczyłem. Przeczuwałem, ale zupełnie co innego niż żona. Gdybym się 

zaczął rozwodzić, pobudziłbym żonę do dalszych pytań i długi czas musiałbym na nie odpowiadać. Kiedy się w końcu 

opanowałem, uświadomiłem sobie, że jeszcze nie pojąłem całej tej sytuacji. Czułem się raczej zagubiony i niczego nie 

mogłem  do  końca  zrozumieć.  W  pułapce,  w  jaką  zostałem  schwytany,  znalazła  się  nagle  również  moja  żona.  To 

niewybaczalna złośliwość losu - ogarnął mnie taki gniew, że pociemniało mi w oczach. 

 

 

19 

 

Zszedłem na dół do telefonu. Żona próbowała oderwać Yoshio od telewizora, lecz ja celowo pozwoliłem mu 

dalej oglądać. Nie mogę pozwolić wciągnąć również żony w tę nieprawdopodobną historię. To byłoby straszne. 

Najpierw zadzwoniłem do zaprzyjaźnionego szpitala i zapytałem o miejsce pobytu ginekologa mojej żony. 

Otrzymałem  numer  telefonu.  Zastałem  go  w  domu.  Gdy  poprosiłem  o  wyjaśnienia,  wyraźnie  się  zmieszał. 

Oczywiście,  nic  nie  wiedział  o  mojej  prośbie  ani  nie  wzywał  mojej  żony.  Przede  wszystkim  w  tym  czasie  miał 

umówioną od wczoraj wizytę domową. Przy okazji zapytałem, czy nie zna pielęgniarki, która podała żonie lekarstwo. 

Odparł,  że  u  niego  nie  pracuje  pielęgniarka  z  pieprzykiem  na  brodzie.  Prawdopodobnie  zdarzyło  się  to  najgorsze, 

czego w skrytości ducha się obawiałem. 

Następnie nakręciłem numer instytutu, czując silny, zapierający dech ból w piersi. Zdawało mi się, że serce 

wpadło  mi do żołądka. Krótko mówiąc, przyczyną bólu był ciąg  wydarzeń,  w  które zostałem uwikłany,  wydarzeń 

rozwijających się - jak się wydawało - wbrew ogólnym zasadom prawdopodobieństwa. 

Siedem  tysięcy  jenów...  płód  trzytygodniowy...  hodowla  pozamaciczna...  szczur  ze  skrzelami...  wodne 

ssaki... 

Przypadek  jest  dlatego  “przypadkowy",  ponieważ  zwykle  zdarza  się  bez  jakiejkolwiek  przyczyny,  poza 

serialem  telewizyjnym.  Śmierć  mężczyzny...  podejrzenia...  śmierć  kobiety...  dziwne  telefony,  sprzedaż  i  kupno 

płodów ludzkich... pułapka, w którą wpadła żona... Ciąg wydarzeń, które zaczęły się od czystego przypadku i splotły 

się, stając się całym ciągiem, jednym łańcuchem, nie potwierdzającym ani nie negującym niczego, ale owijającym się 

wokół mojej szyi niczym stryczek. Czułem się tak, jakby gonił mnie szaleniec, w dodatku bez istotnej przyczyny. Dla 

mojego racjonalnego umysłu było to trudne do zniesienia. 

Zadzwoniłem  do  dyżurnego  strażnika.  Spytałem,  czy  palą  się  światła  w  pokoju  komputerowym.  Strażnik 

zakasłał,  odchrząknął  i  odpowiedział  ochrypłym  głosem,  że  światła  są  wygaszone  i  że  nikogo  nie  ma.  Zrobiłem 

kanapkę z serem, popiłem piwem i przygotowałem się znów do wyjścia. 

Żona  sądziła,  że  byłem  zły  z  powodu  fatalnej  pomyłki  popełnionej  przez  szpital,  niewątpliwie  czuła  się 

winna z powodu okazanego mi rozdrażnienia. 

- Nie trzeba... Jesteś już zmęczony... 

- Czy siedem tysięcy jenów znajdowały się w jakiejś kopercie? 

-  Nie,  wręczono  mi  je  luzem...  -  Chciała  pójść  i  przynieść  otrzymane  pieniądze,  ale  ją  powstrzymałem  i 

włożyłem buty. 

- Kiedy będziesz  miał trochę  czasu? Chciałabym się poradzić  w sprawie Yoshio. Zdarza się, że opuszcza 

lekcje w szkole. Nauczyciel mnie ostrzegł... 

- To nic, jest jeszcze dzieckiem. 

background image

- Czy moglibyśmy pojechać nad morze pojutrze, w niedzielę? 

- Jeśli zapadną decyzję na jutrzejszym posiedzeniu komisji... 

- Yoshio już się z tego cieszy. 

W duchu ściskam palcami i miażdżę coś, co przypomina cienkie skorupki od jajka przenikające do serca, 

kruszę  jedna  po  drugiej.  W milczeniu  wychodzę  z  domu.  W  każdym  razie  to  tylko  cienkie  skorupki.  I  tak  ktoś  je 

pokruszy, jeśli ja tego nie uczynię. Zamiast się martwić tym, że się kiedyś połamią, to już lepiej będę się czuł, jeśli sam 

je pokruszę. 

Gdy  wyszedłem z domu, usłyszałem odgłos kroków przed bramą -  ktoś przeszedł przez ulicę i zniknął  w 

alejce naprzeciwko. Wybrałem tę samą co zwykle trasę  w stronę głównej ulicy, i znowu ktoś szedł za  mną, jakby 

zupełnie  przypadkowo.  Pewnie  to  ten  sam  typ,  który  się  kręcił  poprzednio  przed  instytutem.  Nagle  zawróciłem  i 

ruszyłem  w  przeciwnym  kierunku,  prosto  w  stronę  swego  opiekuna,  który  całkowicie  zdezorientowany  uciekł  w 

boczną uliczkę. Porównałem go z agentami, o których czytałem, uznałem, że był nieudolny, zachował się jak amator 

bez żadnego doświadczenia albo też starał się zwrócić na siebie moją uwagę. Natychmiast pobiegłem za nim. 

Byłem  od  niego  trochę  szybszy.  Nie  biegałem  przez  dłuższy  czas,  ale  zachowałem  niezłą  kondycję.  Na 

następnym  skrzyżowaniu  mężczyzna  się  zawahał,  nie  wiedząc,  w  którą  stronę  biec,  dlatego  mogłem  się  do  niego 

zbliżyć. Dzieliło nas ze sto metrów. Dopędziłem go i chwyciłem za lewą rękę. Mężczyzna chciał się wymknąć, lecz 

się zachwiał i upadł na jedno kolano. Ja też z trudem utrzymałem równowagę, ale go nie wypuściłem. Obaj ciężko 

dyszeliśmy, nic do siebie nie  mówiliśmy, tylko się  szarpaliśmy, aby nie pozwolić uciec  przeciwnikowi. Byłem od 

niego szybszy, ale pod względem siły fizycznej nie mogłem się z nim równać. Mężczyzna skręcił ciało w bok, nagle 

się rozluźnił i uderzył mnie głową prosto w żołądek. Zachwiałem się, straciłem oddech i upadłem, jakby przywaliła 

mnie ołowiana płyta. 

Gdy  oprzytomniałem,  usłyszałem  w  dali  pospieszne  kroki  mężczyzny.  Widocznie  świadomość  straciłem 

tylko na chwilę. Nie miałem jednak dość sił, by go ścigać - nie opuszczał mnie omdlewający zapach jego pomady. 

Gdy wstałem, poczułem ból pod żebrami, jakbym miał jedno z nich złamane. Usiadłem i zwymiotowałem piwem i 

kwasami żołądkowymi. 

Oczyściłem  się  z  błota,  wyszedłem  na  główną  ulicę  i  wsiadłem  do  taksówki.  Kazałem  się  zawieźć  pod 

wskazany  adres  w  Takada-nobaba.  To  tu  mieszkał  Tanomogi,  lecz  nie  było  go  w  domu.  Dowiedziałem  się  od 

gospodarzy, że jeszcze nie wrócił. Podałem taksówkarzowi adres instytutu. 

Strażnik  bardzo  się  zdenerwował,  kiedy  mnie  zobaczył.  Zastałem  go  bowiem  do  połowy  nagiego  z 

ręcznikiem zarzuconym na szyję. 

- Widzisz? A jednak światło się pali. 

- Rzeczywiście, zatelefonuję. Może ktoś wszedł wtedy, gdy się kąpałem. Proszę chwilę poczekać. 

Nie zwracając na niego uwagi, wszedłem do budynku. Osaczyła mnie ciemność, a każdy krok pobrzmiewał 

w  zalegającej  ciszy,  jakbym  stąpał  po  cienkiej  blasze  pokrytej  sadzą.  W  końcu  prześwitujące  w  drzwiach  światło 

zdradziło  obecność  człowieka.  Oprócz  mnie  klucze  miał  tylko  Tanomogi,  zapasowe  znajdują  się  w  portierni.  Czy 

został  i  w  ogóle  nie  wychodził?  (W  takim  razie  strażnik  skłamał  z  jakiegoś  powodu).  A  jeśli  wychodził,  to  może 

wrócił,  ponieważ  czegoś  zapomniał...  W  każdym  razie  znów  natrafiłem  na  kolejny  przypadek.  Sam  nie  wiem, 

dlaczego spodziewałem się na pewno go zastać. Nie potrafię tego jasno wytłumaczyć, miałem takie przeczucie. Być 

może usłyszę, że on też liczył, że mnie spotka, jeśli tu przyjdzie. Wyjawi prawdę czy skłamie - tego nie wiedziałem, w 

każdym  razie  powie  to  i  uśmiechnie  się  radośnie...  Nie  powinienem  odpłacać  mu  podobnym  uśmiechem.  Nie 

background image

chciałbym pochopnie go osądzać, ale jednak wydaje mi się, że już nie mogę traktować go tak ufnie jak dotąd. Chociaż 

nie ma powodu sądzić, że współdziała on z moim wrogiem. Przecież zupełnie przypadkowo wybraliśmy na potrzeby 

testu prognostycznego księgowego, który następnie został zabity. Jednak to niepojęte, że od początku traktowałem ten 

ciąg przypadków, podobny do nieudolnie skleconej historyjki, jako niewątpliwą rzeczywistość. On wiedział ode mnie 

więcej i o krok wcześniej przewidywał. (To on wprowadził tak niezwykły temat jak istnienie ssaków wodnych, który 

podbudował hipotezę o płodach rozwijających się poza macicą, którą początkowo traktowaliśmy jak szalony wymysł 

tego dobrotliwego księgowego). Chciał mi powiedzieć coś więcej, uznając to, co mówi, za bzdury, nie spytałem go o 

szczegóły, szedłem do domu... Lecz nie czas teraz na puste rozważania, chciałem dowiedzieć się czegoś więcej, co 

mogłoby stać się jakąś wskazówką. 

background image

 

20 

 

Drzwi nie były zamknięte na klucz. Zmagając się z bólem żeber przekręciłem gałkę i gwałtownie pchnąłem 

drzwi.  Zdumiony  poczułem  na  policzkach  chłodne  powietrze.  Jeszcze  bardziej  zaskoczyła  mnie  obecność  osoby 

opierającej się ręką o krzesło przed maszyną i patrzącej na mnie z wymuszonym uśmiechem. Była to Wada Katsuko. 

Uśmiechnęła  się,  lecz  po  chwili  na  jej  twarzy  pojawiły  się  oznaki  zdziwienia.  Widocznie  spodziewała  się  kogoś 

innego. 

- Ty tutaj? 

- Ależ mnie pan przestraszył! 

- Jestem zaskoczony. Co robisz tu o tej porze? 

Wada wzięła głęboki oddech, odwróciła się na pięcie i lekko przysiadła na krześle. Nie wiem, czy była tego 

świadoma, ale usiłowała zachowywać się tak, jakby nic się nie stało, chociaż wyraz jej twarzy ją zdradzał. 

- Przepraszam, umówiłam się z Tanomogim. 

- Nie ma co przepraszać, ale czy na pewno tutaj się umówiłaś? 

- To było nieporozumienie - stwierdziła odwracając wzrok i potrząsając lekko głową to w prawo, to w lewo. 

- Mieliśmy zamiar powiedzieć panu o tym wcześniej. 

Zatem taka była prawda. Straszliwa prawda. Gorzki uśmiech mimo woli pojawił się na mojej twarzy. 

- No już dobrze. Nie martw się. To znaczy, że tutaj przyjdzie? 

-  Nie,  miał  tu  na  mnie  czekać.  Kiedy  przyszłam,  nikogo  nie  zastałam.  Wróciłam  więc  do  domu,  potem 

poszłam do jego mieszkania, ale tam też go nie było. 

Nagle ogarnął mnie przejmujący strach. 

- Odebrałaś telefon od strażnika? 

-  Tak,  ale...  -  Chyba  nie  zrozumiała  intonacji  w  moim  pytaniu,  bo  uśmiechnęła  się  z  zakłopotaniem  - 

...powiedział, że przyszedł sensei, więc uznałam, że mówił o Tanomogim. 

No tak. Z punktu widzenia strażnika Tanomogi i ja to sensei

Było bardzo chłodno, działała klimatyzacja, jakby jeszcze przed chwilą pracowała maszyna diagnostyczna. 

Wada przymrużyła oczy, jakby oślepiło ją światło, i wcisnęła głowę w ramiona. 

- No właśnie, myślałam, że wkrótce wróci, więc postanowiłam zaczekać. 

To miało sens. Trudno ją o coś podejrzewać. Stałem się zbyt nerwowy. Nawet zmieszanie strażnika da się 

wytłumaczyć. Po prostu pomagał spotykać się potajemnie kochankom. Miłość... Jeśli to miłość, to nie ma się czym 

martwić. Zwykły przypadek. Nie było niczego bardziej pewnego niż to realne codzienne poczucie ciągłości. 

- Nie chciałam przerywać pracy w instytucie. 

- Móc pracować razem, we dwoje, to dobre rozwiązanie. 

- Jednak z różnych powodów skomplikowane. 

- Rozumiem. - Jakie znowu “rozumiem"? Sam nie wiem dlaczego, ale poczułem się swobodniej i zebrało mi 

się na śmiech. 

-  Przy  okazji,  ciekawa  jestem,  czy  nie  mogłabym  wziąć  udziału  w  doświadczeniu,  by  poznać  moją 

przyszłość? 

background image

- To byłoby interesujące. - Tak, gdyby ona została naszym królikiem doświadczalnym, nie mielibyśmy tych 

wszystkich kłopotów. 

- Mówię poważnie. - Przesuwając powoli długimi paznokciami po krawędzi pulpitu maszyny ciągnęła: - Nie 

rozumiem, dlaczego ludzie muszą żyć. 

- Co? Zobaczysz, kiedy będziecie razem, wszystko spowszednieje. 

- Co znaczy razem? Czy chodzi o małżeństwo? 

-  Nieważne.  Żyjemy  nie  dlatego,  że  możemy  sobie  wszystko  wytłumaczyć.  Pragniemy  czasem  o  tym 

pomyśleć, ponieważ żyjemy. 

- Wszyscy tak mówią. Jednak czy nadal zechcą żyć, kiedy poznają własną przyszłość? 

- Czy dlatego chcesz znać prognozę, by tego doświadczyć? To niebezpieczna rozmowa. 

- A może pan by się poddał? 

- Ja? 

- Nie może pan znaleźć spokoju, dopóki nie pozna pan przyszłości. Jeśli życie jest tak cenne, to dlaczego 

dopuszczalna jest aborcja, a więc pozbawianie życia dzieci, które winny się urodzić? 

Wstrzymałem oddech i skurczyłem się. Wydało mi się, że usłyszałem dziwny dźwięk. 

Wada powiedziała to niewinnym tonem. Przyjąłem, że to tylko wyjątkowy zbieg okoliczności. 

- Nie ma powodu, by coś, co nie ma jeszcze świadomości, uznać za człowieka. 

-  Tak,  z  punktu  widzenia  prawa  -  mówiła  dalej  tonem  niewinnym  i  czystym  -  Ale  to  oportunizm,  to 

sprzeczność sama w sobie, gdy się twierdzi, że nie wolno zabić przedwcześnie urodzonego dziecka, a jednocześnie 

zezwala się na zabijanie. Czy można przyjąć za właściwe pańskie tłumaczenie? A może to ja czegoś tu nie rozumiem? 

- Jeśli zaczniesz tak myśleć, nigdy nie dojdziesz do rozsądnego wniosku... Zgodnie z tym rozumowaniem 

można  przyjąć,  że  kobieta,  która  miała  okazję  zajść  w  ciążę  i  z  tego  nie  skorzystała,  albo  mężczyzna,  który  mógł 

zapłodnić i tego nie zrealizował, są również pośrednio mordercami... - Przesadnie głośno się roześmiałem i dodałem: 

- Teraz też kiedy tak rozmawiamy bez sensu, popełniamy zabójstwo. 

- To możliwe. - Wada poruszyła się i spojrzała prosto na mnie. 

- To znaczy, że mamy obowiązek ratować te dzieci? 

- Tak, to możliwe - odparła bez śladu uśmiechu. 

Nie  wiedząc co powiedzieć,  podszedłem do okna i  włożyłem papierosa do ust. Czułem  się jakoś dziwnie 

rozgorączkowany, a zarazem skrępowany. 

- Wiesz, jesteś niebezpieczną kobietą. 

Usłyszałem, jak Wada wstaje. Czekałem nie ruszając się z miejsca. Następnie, nie mogąc dłużej znieść ciszy, 

odwróciłem się i rozejrzałem. Stała wyprostowana z zaciętą miną, jakiej nigdy u niej nie widziałem. Chciałem coś 

powiedzieć, cokolwiek dodać, i gdy szukałem właściwych słów, Wada odezwała się pierwsza. 

- Proszę dać jasną odpowiedź, a ja pana osądzę.  

Roześmiałem się. Śmiałem się zupełnie bez sensu. Wtedy ona też się uśmiechnęła. 

- Naprawdę jesteś dziwną dziewczyną. 

- To jest sąd - mówiła z poważną miną. - Rozumiem, że pan nie uważa zabijania płodu za przestępstwo. 

- Myśląc w ten sposób, nigdy nie dojdziemy do ostatecznych rozstrzygnięć. 

- Wobec tego pan chyba nie ma odwagi wprowadzić własnej przyszłości do maszyny. 

- Co przez to rozumiesz? 

background image

- O, nic takiego. To wystarczy. 

Nagle jakby włączyły się hamulce i z rozpędu serce o mało nie wyskoczyło z ciała wskutek wstrząsu. Wada 

spojrzała w sufit szeroko otwartymi oczami i skinęła potwierdzająco. Gdyby nie zrobiła tak niewinnej miny, na pewno 

zacząłbym krzyczeć. 

Wada spojrzała na zegarek, jakby nic się nie zdarzyło, i westchnęła. Za jej przykładem rzuciłem okiem na 

własny. Było pięć po dziewiątej. 

- Już późno. Chyba lepiej pójdę do domu. 

Uniosła  wzrok  i  uśmiechnęła  się,  a  następnie  szybko  odwróciła  takim  ruchem,  jakby  coś  chwytała  w 

powietrzu, i nagle opuściła pokój. Zaskoczony nie wiedziałem, co robić. Mogłem tylko na nią patrzeć przez okno: coś 

powiedziała do strażnika, a następnie bez wahania skierowała się w stronę bramy. 

Z dużym wysiłkiem wyprostowałem nogi. Chciałem chyba pokazać, że nie pozwolę więcej kpić ze mnie. Aż 

trudno uwierzyć, że Wada była tak źle do mnie nastawiona, i mogła sobie pozwolić na tak dziwaczne zachowanie w 

mojej  obecności.  Być  może,  gdybym  potraktował  jej  zachowanie  dosłownie,  nie  dopatrzył  bym  się  w  nim  nic 

szczególnego.  Może  problem  tkwił  we  mnie,  ponieważ  to  ja  uznałem,  że  postępuje  dziwacznie  i  niepotrzebnie 

straciłem panowanie nad sobą. Muszę się uspokoić i widzieć rzeczy takimi, jakimi są. Muszę jasno rozdzielić to, co 

ważne, od tego, co nie jest ważne, i ustalić priorytety, by wiedzieć, co robić najpierw. 

Położyłem kartkę papieru na biurku, zakreśliłem wielkie koło i chciałem właśnie wpisać weń jeszcze jedno 

mniejsze, gdy złamał się grafit i nie mogłem dokończyć rysunku. 

 

 

21 

 

Kilkakrotnie  zamierzałem  wyjść  z  pracowni,  lecz  nagle  zmieniałem  zdanie  i  nadal  czekałem.  Gdyby 

Tanomogi wiedział, że tu jestem, to niewątpliwie by przyszedł... Już wkrótce powinien nadejść. Czy to możliwe, żeby 

mnie celowo chciał w ten sposób denerwować? Nie, muszę przestać niepotrzebnie się zadręczać. 

Dwadzieścia minut... czterdzieści minut... pięćdziesiąt minut... W końcu telefon zadzwonił dziesięć minut po 

dziesiątej. 

- To pan? Właśnie widziałem się z Wadą. - W głosie Tanomogiego nie brzmiała skrucha, wręcz podniecenie. 

- Tak, chciałbym coś panu koniecznie przekazać. Mnie jest obojętne, mógłbym nawet odwiedzić pana w domu. Ach, 

tak? To zaraz tam przyjadę. 

Patrzyłem w okno i czekałem, przygotowując się w duchu na to spotkanie. Wielokrotnie powtarzałem sobie 

pierwsze słowa, jakie miałem zamiar powiedzieć, gdy tylko zjawi się Tanomogi. Wpatrywałem się w odległy pejzaż 

nocy. Wydawało mi się, że między niebem a dachami była rozpięta cienka biała błona. U dołu znajdował się dworzec 

kolei miejskiej. Zderzały się tam ze sobą i falowały niezliczone doznania ludzkie i przejawy życia. To zupełnie tak 

samo jak z morzem, które wygląda na płaskie, gdy patrzy się na nie z góry. W pejzażu zawsze panuje porządek. Nawet 

najdziwniejsze zdarzenia nie mogą odstawać od porządku, jakim rządzi się daleki widok... 

Zatrzymała się taksówka, wysiadł Tanomogi. Spojrzał w górę w okno i pomachał ręką. Upłynęło równo pięć 

minut. 

- Przez cały czas się rozmijaliśmy. 

background image

- Siadaj - wskazałem mu krzesło, które poprzednio zajmowała Wada. Ja pozostałem na tym samym miejscu, 

mając światło z tyłu. - Od dawna na ciebie czekałem. 

- Cały czas byłem poza domem. Musiałem długo pozostać tam, gdzie byłem... 

-  No,  dobrze...  -  Starałem  się  nie  zdradzić,  że  jestem  zdenerwowany.  -  Zostawmy  to.  Chciałbym  odtąd 

rejestrować naszą rozmowę. Co o tym sądzisz? 

- To znaczy... - Przechylił głowę jakby nie zrozumiał, lecz nie był specjalnie zmieszany. 

- Chciałbym jeszcze raz przeanalizować wszystkie zdarzenia, poczynając od dzisiejszego ranka. 

- To niezły pomysł... - potwierdził i energicznie poprawił się na krześle. - Dobrze się składa, ponieważ ja też 

o tym myślałem. Sądziłem, że panu nie będzie to odpowiadać, nawet trochę się z tego powodu martwiłem. Pamięta 

pan, jaki rozgniewany był pan przed powrotem do domu? 

- Tak... O czym właściwie wtedy rozmawialiśmy? 

- Pan powiedział, że ma dosyć zabawy w detektywa. 

- Tak, tak, wobec tego teraz zajmijmy się ciągiem dalszym. Proszę nacisnąć włącznik. 

Tanomogi pochylił się nad pulpitem i krzyknął ze zdumienia. 

- Cały czas był włączony! Lampa  włącznika widocznie się przepaliła. Dlatego przedtem nie zauważyłem. 

Dziwne... 

- A połączenie z nagrywaniem? 

- Nastawione na czuły mikrofon. 

- To znaczy, że zostaliśmy nagrani. I to od początku. 

- Najwidoczniej - odrzekł i z wprawą otworzył przykrywę aparatury, uważnie przejrzał przyciski i połączenia 

gęsto  splątanych  włókien  układu.  -  Faktycznie,  coś  podobnego...  Wada  twierdziła,  że  ja  byłem  tuż  przed  nią  i  nie 

chciała dać wiary, gdy zaprzeczyłem. Pomyślałem, że mówi od rzeczy, lecz teraz rozumiem, o co jej chodziło. 

Byłem  rozczarowany  i  rozdrażniony.  Bardziej  tym,  że  tak  łatwo  mnie  przejrzał,  aniżeli  tym,  że  mógł  to 

wszystko zaplanować. Gdy utrzymywał, że cały czas przebywał poza domem, w duchu nawet się trochę ucieszyłem, 

licząc na to, że  wytknę  mu  sprzeczności  w odpowiedziach, na przykład  wspominając fakt  włączonej klimatyzacji. 

Skoro on uderzył pierwszy, nic już nie mogłem zrobić. Ponieważ nie sprzyjało mi szczęście, na nic nie zdałyby się 

skargi. 

- Wobec tego może rozpoczniemy od rekapitulacji zarysu wydarzeń? 

- Proszę... 

- Najpierw wybraliśmy pewnego mężczyznę. Miał posłużyć do badań komisji programowej. Wybór nie był 

planowany,  co  więcej,  zupełnie  przypadkowy...  Mężczyzna  został  nagle  przez  kogoś  zabity...  Ponieważ 

znajdowaliśmy się blisko niego, można nas włączyć do kręgu podejrzanych... 

- Zwłaszcza mnie, bo byłem najbliżej. 

- W zasadzie jego kochankę uznano za przestępczynię i policja chyba nie była usatysfakcjonowana takim 

rozwiązaniem.  Co  więcej,  istnieje  domniemanie,  że  ktoś  z  grupy  przestępczej  zasiał  wątpliwości,  żeby  nas 

utrzymywać w niepokoju. Wszystko to wydało mi się mocno podejrzane. 

- Zgadzam się. 

-  Tak  czy  owak  znaleźliśmy  się  w  ślepym  zaułku.  Gdybyśmy  nic  nie  uczynili,  wcześniej  czy  później  ich 

macki  sięgnęłyby  po  nas.  Zdecydowaliśmy  się  więc  podjąć  próbę  analizy  ciała  zmarłego  mężczyzny,  aby  rzucić 

wyzwanie  prawdziwemu  przestępcy.  Gdyby  próba  się  powiodła,  otrzymalibyśmy  wspaniałe  rezultaty  jak  na  nasz 

background image

pierwszy  eksperyment.  Ale  analiza  potwierdziła  jedynie,  że  przestępcą  jest  ktoś  inny  niż  kobieta,  a  poza  tym 

usłyszeliśmy bajeczkę o handlarzach ludzkimi embrionami. Na dodatek odebrałem telefon z pogróżkami. 

- Należy zwłaszcza zwrócić uwagę na szybkość zdobywania informacji na nasz temat... 

- Poza tym, głos telefonującego wydał mi się znajomy... 

- Jeszcze pan sobie nie przypomniał, czyj to głos? 

-  Jeszcze  nie.  Ale  już  niewiele  brakowało.  Nie  mam  jednak  wątpliwości,  że  jest  to  człowiek  związany  z 

naszym środowiskiem. 

- Sądzę, że on sporo wie na temat maszyny prognostycznej. Kiedy chcieliśmy poddać badaniu kobietę, od 

razu wyczuł niebezpieczeństwo i zabił ją, zanim dostała się w nasze ręce... Mimo to nie rozumiem, jak to jest możliwe, 

żeby śmierć mężczyzny, którego wybraliśmy zupełnie przypadkowo, była powiązana z kimś z naszego instytutu. 

- Oczywiście, nie możemy wykluczyć i takiej możliwości, że przestępca broni się, wskazując nas. Ale jeśli 

gdzieś jeszcze kryje się ogniwo, którego istnienia nie przeczuwamy, to sytuacja robi się poważna. 

- Co masz na myśli? 

- Zdyskredytowanie maszyny prognostycznej. 

- Nie rozumiem... 

- No dobrze, idźmy dalej... Tak czy owak zgubiliśmy wszystkie ślady. 

- Tak, z punktu widzenia zewnętrznego. 

- Lecz oni nie ustali w wysiłkach... Stale powtarzają się telefony z pogróżkami, jesteśmy śledzeni. Nie można 

też zapominać o fantastycznej historyjce na temat nowego gatunku ssaków wodnych. Z tych powodów popadłem w 

taki podły nastrój, że byłem bliski rezygnacji. 

- Właśnie o to pewnie im chodzi... 

-  Nie,  pozwól,  że  będę  kontynuować...  Kiedy  wróciłem  do  domu,  dowiedziałem  się,  że  podczas  mojej 

nieobecności  zabrano  żonę  do  jakiegoś  szpitala  położniczego  i  bez  jej  ani  mojej  zgody  zmuszono  ją  do  usunięcia 

ciąży. 

- Naprawdę? 

-  Żona  była  w  ciąży  od  trzech  tygodni.  W  dodatku  gdy  opuszczała  szpital,  wręczono  jej  siedem  tysięcy 

jenów... Chwileczkę... Nie myśl, że z tego powodu jestem gotów uznać teorię o handlu embrionami ludzkimi. Może 

raczej chodzi tu o to, że ktoś nie był pewien, czy telefon z pogróżkami wystarczy, więc wymyślił bardziej efektywny 

sposób  służący  zastraszeniu.  Aby  ukryć  jedno  wielkie  kłamstwo,  sprytny  złoczyńca  rozsiewa  wiele  drobnych 

kłamstewek. Podejrzewam nawet, że tymi siedmioma tysiącami jenów próbował odwrócić moją uwagę i skierować ją 

w  stronę  najbardziej  bezsensownych  informacji  ujawnionych  podczas  analizy  ciała  zmarłego  mężczyzny...  No 

dobrze, pozwól, że powiem do końca... Jego celem jest chyba doprowadzenie do zaniechania całej sprawy. Ktoś, kto 

wymyślił  ten  ohydny  handel,  poznał  również  wyniki  analizy.  Nie  mam  racji?  Gdybyśmy  z  wyznań  zmarłego  nie 

poznali  historii  o  handlu  embrionami,  to  nawet  opłata  w  wysokości  siedmiu  tysięcy  jenów  czy  wzmianka  o 

trzytygodniowym  embrionie  nie  dałyby  nam  do  myślenia,  a  tym  samym  nie  stałaby  się  dla  nich  bezpośrednim 

zagrożeniem. Oni o tym wiedzieli. Czy nie mam racji? Otóż tylko dwóch ludzi na świecie zna treść tej analizy. Tylko 

ty i ja. Nie możesz temu zaprzeczyć, prawda? 

- Tak, to prawda. - Tanomogi zbladł. Spuścił oczy i chwilę siedział bez ruchu. 

- Oczywiście, że nie możesz zaprzeczyć. To jest fakt. 

- Jaki fakt? 

background image

Powoli  zwróciłem  się  w  stronę  Tanomogiego  i  wyprostowanym  palcem  dotknąłem  jego  czoła,  następnie 

akcentując każde słowo, jakbym je wyciskał z siebie, rzuciłem mu w twarz oskarżenie: 

- To ty jesteś przestępcą! To jest ten fakt! 

Wbrew oczekiwaniom on ani nie zachwiał się z wrażenia, ani się nie zdenerwował. Nie mógł jednak ukryć 

napięcia; patrząc mi prosto w oczy powiedział niespodziewanie spokojnie: 

- Czy ja miałem powód? 

- Jeśli założymy, że jesteś przestępcą, powód szybko się znajdzie. A może odbyło się to tak: spotkaliśmy tego 

mężczyznę całkiem przypadkowo, lecz ty mogłeś wcześniej go namierzyć. Tego dnia nie mieliśmy specjalnego celu, 

poza tym byliśmy już zmęczeni. Nic łatwiejszego niż zaprowadzić mnie do tej kawiarni i skierować moją uwagę na 

mężczyznę,  którego  wcześniej  tam  zwabiłeś  przy  współpracy  z  Kondo.  Świetnie  ci  to  poszło.  Schwytałeś  mnie  w 

pułapkę po to, żebym bał się policji, a jednocześnie udałeś, że współpracujesz ze mną w poszukiwaniu przestępcy, by 

uniknąć moich podejrzeń. Sprytnie to sobie obmyśliłeś, ale sam się zdradziłeś w najmniej spodziewanym miejscu. 

Zbytnio liczyłeś na brak motywu. 

- A, jak sądzisz, co by się zdarzyło gdyby mi się udało i nie zostałbym wykryty? 

- To oczywiste, nie wiesz? Gdy znalazłem się w sytuacji bez wyjścia, czekałeś tylko na okazję, żeby ode 

mnie usłyszeć, że winna była kobieta, która popełniła samobójstwo, i wtedy ogłosić fałszywą prognozę. 

-  Interesujące  przypuszczenie.  No  więc  co  pan  profesor  zamierza  zrobić,  skoro  doszedł  już  do  takiej 

konkluzji? 

- Pozostaje mi przekazać moje spostrzeżenia i wnioski. 

- Może pan? Bez wskazania motywu? 

- Motywu? 

- Motywu zbrodni, jak dotąd, nie wyjaśniono, jak myślę. 

- A ja myślę, że powinieneś raczej spotkać się z adwokatem. W każdym razie musimy podjąć kroki prawne, 

w końcu poddadzą cię badaniu za pomocą tej maszyny. Okaże się, że wywołałeś nie byle jaką aferę. - Nagle opuściły 

mnie siły, opanowało uczucie bezradności, jakbym po sam nos został zanurzony w parze. - I pomyśleć, że ty mogłeś 

coś takiego zrobić. Tyle nadziei w tobie pokładałem. To niepojęte, że uczyniłeś coś takiego. 

- Co Wada powiedziała, kiedy tutaj była? 

-  Wada?  Nic  szczególnego.  Tak,  wydawało  mi  się,  że  była  bardzo  zaniepokojona.  Niestety,  ją  również 

unieszczęśliwiłeś. Co się stało, to się nie odstanie. 

Tanomogi westchnął i potrząsnął zdecydowanie głową. 

- To był interesujący wywód, taki racjonalny. Tyle że popełnił pan błąd, jakże typowy dla pana. 

- Błąd? 

- Może błąd to niewłaściwe słowo, nazwijmy to raczej słabym punktem... 

- Nie wykręcaj się. Przecież i tak maszyna dokładnie wszystko zarejestrowała. 

- To prawda. Każmy więc wydać werdykt, dobrze? - Tanomogi odwrócił się w stronę maszyny i naciskając 

guzik powiedział do mikrofonu: 

- Przygotować się do wydania werdyktu. 

Zapaliło się zielone światło. To znak, że przygotowania zostały zakończone. 

- Czy przedstawiony przed chwilą wywód jest błędny?  

Zapaliło się czerwone światło sygnalizujące błąd. Tanomogi włączył głośnik i polecił: 

background image

- Podać błąd. 

W oka mgnieniu maszyna odpowiedziała przez głośnik: 

- Jest błąd w ustanowieniu pierwszej hipotezy. “Każdy, kto posiada informacje o kupowaniu i sprzedawaniu 

ludzkich embrionów, przewidziałby, że sprawa wyjdzie na jaw podczas analizy ciała zmarłego". 

- Ależ to głos z telefonu! - krzyknąłem i niechcący chwyciłem Tanomogiego za ramię. 

- Przecież to pański głos. 

- Tak, rzeczywiście. Gdy wyposażaliśmy maszynę w głos, posłużyliśmy się po prostu moim nagraniem. Nie 

było wątpliwości, to ten sam głos, który słyszałem przez telefon. To oczywiste, że powinienem pamiętać o tym, że 

słyszałem swój głos. Ktoś wykorzystał maszynę i skopiował mój głos. Krzyknąłem tryumfalnie, gdy chwyciłem za 

ramię  Tanomogiego.  Ostatecznie  to  ja  zdemaskowałem  oszustwo.  Tak,  jesteś  chytrym  człowiekiem,  Tanomogi. 

Naprawdę chytrym. Ale nikt jeszcze nie wygrał, posługując się takimi sztuczkami. Przestępstwo zawsze jest ukarane. 

Tanomogi nie próbował oponować, odwrócił wzrok i w ogóle się nie poruszył. Stłumił oddech, czekał, a w 

końcu rzekł cicho, jakby przepraszająco: 

- Ale to nie jest dowód, prawda? Głos nie ma takich cech indywidualnych jak twarz człowieka... 

Coś mi stanęło w gardle, popłynęły łzy. Wyciągnąłem rękę, żeby je wytrzeć, wtedy Tanomogi zrobił dwa lub 

trzy kroki, przechodząc na drugą stronę krzesła, jakby chciał oddalić się ode mnie. 

- I jak maszyna stwierdziła, całe pańskie rozumowanie oparte jest na jednym słabym punkcie, a mianowicie 

na  przekonaniu,  że  kupowanie  i  sprzedaż  embrionów  to  wymysł  mężczyzny.  Nawet  bezbłędnie  wywiedzione 

rozumowanie doktora upada, gdy się postawi znak zapytania przy tym słabym punkcie. Oczywiście, ja też nie muszę 

znać  szczegółów  dotyczących  handlu  płodami.  Ponieważ  nie  mógłbym  szukać  rozwiązania  w  pobliżu  miejsca 

zbrodni,  pod  nosem  policji,  nie  miałbym  innego  wyjścia,  jak  tylko  pójść  okrężną  drogą  i  posłużyć  się  tą  jedyną 

wskazówką. Oczywiście, to tylko hipoteza. Jeśli przyjmiemy, że handel embrionami naprawdę się odbywa, możemy 

uzyskać  interesujące  rezultaty,  ale  to  by  oznaczało  założenie,  że  ja  jestem  mordercą,  nie  sądzi  pan?  Zgodnie  z 

biuletynem wydanym przez Ministerstwo Opieki Społecznej ostatnio liczba zabiegów jest prawie taka sama jak liczba 

dzieci urodzonych, to znaczy ponad dwa miliony rocznie. Gdybyśmy uznali, że kupowanie i sprzedawanie embrionów 

jest prawdopodobne, to jest możliwe, że proceder ten uprawia duża organizacja. A jeśli tak, to jest też możliwe, że 

człowiek, którego wybraliśmy do badań prognostycznych, był związany z tą organizacją. 

- To śmieszne. Historyjka, którą mógłby wymyślić z nudów ktoś nie mający nic do roboty. 

Tanomogi przygryzł wargi i skinął potwierdzająco głową, wyjął z kieszeni fotografię o rozmiarach karty do 

gry i cicho położył na krześle. 

- Proszę tylko spojrzeć na to. Jest to zdjęcie psa wodnego. Prawdę mówiąc, byłem niedawno w laboratorium 

brata Yamamoto. Wybrałem się po zezwolenie na zwiedzenie ich ośrodka i wtedy otrzymałem to zdjęcie jako materiał 

informacyjny. 

Na fotografii rzeczywiście znajdował się pies pływający  w  wodzie. Głowę  miał zanurzoną, przednie łapy 

podgięte, tylne wyciągnięte, a od szyi do grzbietu wznosił się strumyk bąbelków powietrza. 

- Kundel. Widać kilka ciemnych linii w okolicy zgrubienia szyi. Chyba tam są gruczoły. Jego uszy wyglądają 

jakoś dziwnie, może dlatego, że to takie zdjęcie. Należy wspomnieć, że po urodzeniu podobno je trochę przerabiają, 

jednak kształt pozostaje taki sam. Natomiast oczy uległy przekształceniu. Wraz z modyfikacją płuc zaszły zmiany w 

wielu różnych gruczołach. Podobno transformacja oczu jest nieunikniona z powodu atrofii gruczołów łzowych. 

- Przecież to jest potworek operacyjnie powołany do życia! 

background image

- Wcale nie. Jeśli chodzi o zwierzęta, które mają skrzela tego samego kształtu, to przychodzi mi na myśl, 

powiedzmy  rekin.  Czy  może  pan  wyobrazić  sobie  krzyżówkę  rekina  i  psa?  Ten  pies  powstał  dzięki  najnowszej 

technologii  planowej  ewolucji  przy  pomocy  embrionu  umieszczonego  poza  macicą.  Gdyby  pan  choćby  raz  to 

zobaczył na własne oczy! 

- Rozumiem. Czy chcesz przez to powiedzieć, że handel embrionami jest prowadzony w celu wyhodowania 

wodnych ludzi? 

-  Trzytygodniowy  embrion  nie  ma  nawet  trzech  centymetrów  długości.  Nie  byłoby  więc  najmniejszego 

sensu płacić siedem tysięcy jenów za coś takiego, a potem użyć to jako pożywienie. 

Odniosłem wrażenie, że to jakiś koszmar. Przez chwilę przyglądałem się fotografii i wtedy wydało mi się, że 

ta  utrwalona  rzeczywistość  po  prostu  nie  jest  rzeczywistością.  Fałszem  wydało  mi  się  nawet  to,  iż  na  zewnątrz 

mieszkają zwykli ludzie. 

- ...I mówisz, że pozwolą mi zwiedzić? 

- Tak, nie było to takie łatwe - odrzekł, pochylając się nieco do przodu. - Zgodzili się pod warunkiem, że 

nikomu pan o tym nie powie. 

- Ale to się nie trzyma kupy... Jeśli założymy, że handel embrionami jest faktem, to pewnie główny księgowy 

został  zamordowany  dlatego,  iż  chciał  się  czegoś  na  ten  temat  dowiedzieć.  Jak  to  więc  możliwe,  by  tak  potężna 

organizacja mogła tak po prostu pozwolić nam na zbliżenie. 

- Właśnie, musi mieć własne powody. 

- Powody? Tak, powody. Jeśli chcesz znać moje zdanie, to na pewno nie uzyskalibyśmy zgody, gdybyśmy 

mogli trafić tam na jakiś trop. Nawet nie warto tam iść, to po prostu próżny trud... 

- Proszę pana... - zaczął niepewnie Tanomogi, przełykając ślinę - przeciwnie, sądzę, że byłaby to ostatnia 

szansa. 

- Chcesz powiedzieć, że laboratorium zostanie zamknięte? 

- Nie mówię o zwiedzaniu, a o ostatniej szansie, jaka stoi przed panem. 

- Co to znaczy? 

- No dobrze, jeśli taka jest pana postawa, to zrezygnuję z całej tej sprawy, jednak... 

Co to było? Pamiętam, że już przedtem słyszałem identyczny dialog. No tak, przecież to są takie same słowa, 

jakie nie tak dawno wypowiedziała Wada Katsuko... 

- Ten pies... czy ten pies potrafi łowić ryby? 

W oczach Tanomogiego pojawił się błysk. 

-  Tak,  łowi  różnego  rodzaju.  Trenują  go  w  tym  celu.  Gdybyśmy  tam  pojechali,  mogliby  pozwolić  nam 

obejrzeć taki trening. 

- To dziwne, że na samą myśl o tym jesteś taki zadowolony. Przecież wybieramy się na terytorium wroga. 

- Ja? Jeśli wszystko pójdzie dobrze, może oczyszczę się z wszelkich podejrzeń. 

- Czy pomyślałeś o tym, że możemy już nigdy tu nie wrócić?  

Tanomogi roześmiał się. 

- Rzeczywiście, wobec tego może powinniśmy zostawić listy pożegnalne... 

 

 

22 

background image

 

- Tak czy owak, na dziś wystarczy... Jestem wystarczająco zmęczony - powiedziałem znużonym głosem i 

uniosłem przyciśnięte do stołu palce, których czubki przez jakiś czas pozostały spłaszczone i blade. 

- Ale... - Tanomogi zaczął swym charakterystycznym, upartym tonem - pewnie jestem natrętny, ale może 

jednak byłoby lepiej zakończyć tę sprawę dziś w nocy, skoro i tak to trzeba zrobić? 

- Jaką sprawę? 

- To oczywiste, obejrzenie wodnych zwierząt. 

- Nie żartuj, dochodzi jedenasta. 

- Wiem. Czy jednak w tym wypadku czas nie odgrywa ważnej roli? Do posiedzenia komisji programowej 

pozostały  tylko  trzy  dni,  a  przecież  powinniśmy  jeszcze  wcześniej  przedstawić  Tomoyasu  porządek  obrad.  W  tej 

sytuacji mamy do dyspozycji tylko jutrzejszy dzień... 

- Nie ma co się o tym rozwodzić, to oczywiste. Czy jednak nie sądzisz, że o tej godzinie sprawimy im kłopot? 

A poza tym tam już nikogo nie ma. 

- Są. Dyrektor, profesor Yamamoto specjalnie przełożył swój nocny dyżur na dziś. 

- Dyrektor na nocnym dyżurze? 

- Tak, podobnie jak w szpitalu. Zajmują się tam istotami żywymi. Zrozumie pan, gdy zobaczy, że to raczej 

nocą mają najwięcej pracy. 

- Słuchaj... - Zapaliłem papierosa, choć nie miałem na to wcale ochoty i oparłem się niedbale o obrotowe 

krzesło.  Chciałem  chyba  w  ten  sposób  udowodnić  Tanomogiemu,  ale  pewnie  też  i  sobie,  że  jestem  jeszcze  dość 

spokojny. - Prawdę mówiąc, myślę, że nie jesteś ze mną szczery. 

Tanomogi  wysunął  nieco  górną  wargę  i  cofnął  podbródek.  Najwyraźniej  chciał  mi  coś  powiedzieć,  ale 

zachował milczenie. 

-  Jest  wiele  spraw,  o  których  chciałbym  porozmawiać.  Nie  jestem  zadowolony  z  rozwoju  wypadków  nie 

tylko z punktu widzenia logiki, ale także i uczuć. Wybacz mi, ale muszę to powiedzieć: jest mi bardzo nieprzyjemnie. 

- Hm, chyba pana rozumiem. 

- W takim razie pomówmy raczej o tym, co wiemy, i przestańmy się wzajemnie sprawdzać. Znaleźliśmy się 

w  ślepym zaułku i  w dodatku jesteśmy związani czymś, o  czym  nie  mamy pojęcia. Ponieważ  nie  wiemy, co chce 

osiągnąć nasz przeciwnik, nie możemy mu się przeciwstawić. Ktoś, kto mnie zniszczy, odniesie korzyść. 

- Oczywiście, to dlatego, że ci ludzie obawiają się maszyny prognostycznej. 

- Czy to możliwe? Przecież chyba niczego o mnie nie wiedzieli? Zabili kobietę i nie pozostawili żadnego 

śladu. Nie mają już czego się bać. 

- Jeśli nawet tak jest, nie możemy się wycofać. Po pierwsze, nie zgodzi się na to komisja, która oczekuje 

ujawnienia prawdziwego przestępcy. 

- Moglibyśmy spróbować ich oszukać przedstawiając analizę czynników osobowości zmarłego księgowego. 

-  Nie  jestem  przekonany.  Policja  już  wie,  że  działamy  w  tej  sprawie.  Przyjęła  taktykę  oczekiwania, 

spodziewając się, że nie uda się nam odnaleźć prawdziwego przestępcy. Co wtedy? Nasza sytuacja stanie się jeszcze 

trudniejsza, gdy na przykład podejrzenie padnie na nas... Jest niedobrze, bardzo niedobrze... 

-  Przypuśćmy,  że  rzeczywiście  jest  tak,  jak  mówisz.  Ale  można  też  rozważyć  rzecz  następującą.  Oto 

organizacja, załóżmy, że  taka istnieje, będzie nas szantażować, a likwidując świadka postara się  skierować  na  nas 

uwagę policji. W takiej sytuacji podejrzenie na pewno padnie na nas. Chyba nie można tego wykluczyć... 

background image

- To nie są żarty. Właśnie tego rodzaju sposób rozumowania jest im na rękę. Tchórzliwi zawsze wpadają w 

podobne pułapki. Słyszą, że na zewnątrz są wilki, i nie robią nic, mimo że wiedzą, iż pozostając na miejscu umrą z 

głodu. I ostatecznie kończą jako zapomniani więźniowie w jaskini. Nie, przepraszam, ta cała sytuacja okropnie mnie 

denerwuje. 

-  To  i  tak  niczego  nie  zmieni.  Dobrze  wiem,  czym  jest  tchórzostwo.  Twoje  słowa  przywiodły  mi  coś  na 

myśl... Rzeczywiście, może poczulibyśmy się lepiej. A gdybyśmy sami poszli na policję i opowiedzieli absolutnie 

wszystko? 

Tanomogi podniósł wzrok i popatrzył na mnie w milczeniu, przygryzając wargę. Nie wiedziałem, czy był 

zdumiony, czy zaskoczony. 

- Śmiem twierdzić, że ktoś byłby tym zachwycony. Wielu naszych kolegów nie miałoby nic przeciwko temu, 

żeby  nas  stąd  wygonili  i  zamienili  to  miejsce  w  zwykły  ośrodek  zajmujący  się  mózgiem  elektronicznym 

wykonującym  proste  zlecenia.  Ponieważ  pan  nie  akceptuje  faktu  istnienia  handlu  embrionami,  więc  myśli  pan,  że 

nawet  schwytanie  w  pułapkę  pańskiej  żony  miało  służyć  odwróceniu  uwagi.  W  rzeczywistości  oni  nie  tylko  nie 

ukrywają swego istnienia, ale podkreślają je. - Lekko uderzając palcami o krawędź maszyny, nagle ściszył głos. - To 

właśnie można traktować jako ostrzeżenie, że są gotowi użyć siły przeciw panu w każdym momencie... Już zabito 

mężczyznę, zmarła też kobieta... 

- Jak sądzisz - co powinniśmy zrobić? 

W  pewnym  momencie,  nie  spostrzegłem  w  którym,  zacząłem  krążyć  w  wąskiej  przestrzeni  między 

maszynami. 

- Nie pozostało nam nic, jak dowiedzieć się, na czym polega ta pułapka. - Gdy nie odpowiadałem, naciskał 

mnie dalej. - A gdybyśmy tak powierzyli maszynie uporządkowanie naszej sytuacji? 

- Tego już za wiele! - Nie byłem w stanie ukryć zaskoczenia, co mnie tym bardziej zdenerwowało. Gdy się 

zastanowiłem, doszedłem do wniosku, że od pewnego czasu spodziewałem się po nim tej propozycji. Spodziewałem 

się i jednocześnie chyba obawiałem. 

- Dlaczego? Chyba nie chce pan przez to powiedzieć, że nie ufa maszynie? 

- Maszyna działa zgodnie z programem i nie ma tu nic do rzeczy, czy jej ufam czy też nie... 

- To znaczy? 

- To znaczy, że nie jest to tego rzędu sprawa, żeby posługiwać się maszyną. 

- To dziwne... Czy to znaczy, że pan przyznaje mi rację? 

- Nie ma w tym nic dziwnego. 

- Ale pan się waha. Czy może pan ufać maszynie, a jednocześnie nie ufać prognozie? 

- Myśl, co chcesz. 

-  Tak  nie  można.  W  ten  sposób  otwarcie  pan  przyznał,  że  przywiązuje  pan  raczej  wagę  do  możliwości 

maszyny, a nie interesuje się treścią prognozy. 

- Kto to powiedział?! 

- Czy tak nie jest? Pan nie może się zdecydować nie dlatego, że nie wierzy, a raczej dlatego, że nie chce 

wierzyć. W efekcie potwierdził pan to, co mają zwykle do powiedzenia przeciwnicy maszyny prognostycznej, czyli 

ludzie, którzy nie chcą przyjąć do wiadomości przewidywań na przyszłość. Okazuje się więc pan nieodpowiednim 

człowiekiem na stanowisko kierownika odpowiedzialnego za laboratorium. 

background image

Nagle  poczułem  się  śmiertelnie  zmęczony,  a  mój  gniew  zmienił  się  w  żal.  Ze  zmęczenia  poczerwieniała 

twarz. 

- Tak, chyba jest tak, jak twierdzisz... Ludzie w twoim wieku bez wahania mówią tak okrutne rzeczy... 

-  Dziwię  się,  że  pan  tak  to  odbiera.  -  Nagle  ton  jego  głosu  się  zmienił,  stał  się  ciepły  i  przyjazny.  -  Pan 

powinien wiedzieć lepiej niż kto inny, że jestem bardzo szczery. Wiem, że to nieprzyjemne. Mam niewyparzoną gębę. 

- Nie chcę stąd odchodzić. Człowiek taki jak ja nie może funkcjonować z dala od tego, co stworzył. Mimo to, 

jeśli sprawy  wymkną się  spod kontroli, zrezygnuję ze  wszystkiego i skryję się  w jakimś zakątku. Przecież nie  ma 

chyba innego wyjścia, czyż nie? To zabawne, że inżynier prognostyk nie chce znać prognozy. Ale ja nie chcę radzić 

się maszyny i pytać jej, jak mam postępować. 

- Pan jest zmęczony. 

- Jesteś chytry, wiesz o tym. 

- Dlaczego? 

- A dlatego, że nie jesteś do końca szczery. 

- Jeśli nie powie pan konkretnie, w jakim punkcie, to... - zaczął Tanomogi zaczepnie. 

- Masz w zasadzie rację, że trzeba zebrać wszystkie siły, by wykryć pułapkę. Ciekaw jestem, czy oglądanie 

wodnych ssaków jest tak pilnie potrzebne... Och, nie, bez pytania dobrze wiem, że tak myślisz. Przecież zmarnowałeś 

pół dnia w tym laboratorium, a teraz, o tak późnej porze, chcesz za wszelką cenę mnie tam zaciągnąć... To rozumiem... 

Nawet  nie  starasz  się  wyjaśnić  powodu  tego  działania.  Twierdzisz,  że  handel  embrionami  jest  faktem  i  że  w 

laboratorium,  prowadząc  badania  nad  rozwojem  embrionów  poza  macicą  matki,  możemy  znaleźć  pewne  dane 

pozwalające rozwiązać problem, ale ja nie mogę w to uwierzyć. Jak mówisz, do posiedzenia komisji pozostały tylko 

trzy dni. Nie mam pewności, czy jeżdżenie i oglądanie wodnych psów lub myszy nie byłoby zwykłą stratą cennego 

czasu. Natomiast wiem na pewno, że nadal coś ukrywasz. 

- Za wiele pan sobie wyobraża. - Tanomogi uśmiechnął się z lekka zawstydzony, może dlatego, że ton mego 

głosu był łagodny. 

-  Po  prostu  uważam,  że  aby  ustalić  jasny  plan  działania,  musimy  koniecznie  zacząć  od  stwierdzenia,  czy 

rzeczywiście istnieje handel embrionami. Nie mam jednak odwagi pana do tego zmuszać. Zdaję sobie sprawę, że to 

szalony pomysł. Wiem, że nikt nie lubi wyobrażać sobie czegoś, co przekracza granice jego wyobraźni. Ale gdyby 

pan  rzeczywiście  choć  raz  obejrzał  laboratorium,  to  niewątpliwie  uwierzyłby  pan  w  możliwość  istnienia  handlu 

embrionami. Jestem o tym przekonany i dlatego mogę uznać to za niezbity fakt. 

- Mam wątpliwości co do tego, czy warto tam jechać jedynie w tej sprawie. Skoro uważasz, że można przyjąć 

linię postępowania, posługując się tą  hipotezą, to dlaczego  nie  mielibyśmy zacząć działać bez składania  wizyty  w 

laboratorium? 

- Ale czy może pan potraktować sprawę poważnie, mimo że nawet w to pan nie wierzy? 

- Postaram się uwierzyć. 

- Nie, wciąż pan nie daje wiary. Nie można tak łatwo uwierzyć. 

- Powstrzymałem wymuszony mimo woli uśmiech. - O, pan się śmieje, a jest to dowód, że pan nie przyjmuje 

tego do wiadomości. 

- To głupota. 

- Gdyby pan choć trochę uwierzył, nie mógłby się śmiać. Proszę tylko pomyśleć o możliwości wyhodowania 

kilku milionów wodnych ludzi rok po roku. 

background image

- W tym, co mówisz, jest zbyt wiele niejasności. 

-  W  tej  sytuacji  każda  możliwość  wydaje  się  nierealna.  W  takich  warunkach  w  ogóle  nie  można  ustalić 

żadnej taktyki. 

- Wiem, wiem. Wobec tego niech tak będzie. Przyjmijmy, że co roku powołuje się do życia kilka milionów 

wodnych ludzi... 

- A wśród nich znajduje się pański syn... 

Roześmiałem  się.  Wydałem  z  siebie  suchy,  chrypiący  głos,  ale  jednak  był  to  śmiech.  Rzeczywiście,  czy 

mogłem zareagować inaczej, niż tylko się roześmiać... Z głębi mojej świadomości - jakby trzepocąc nogami i rękami 

-  wypłynęła  na  powierzchnię  rozmowa,  którą  odbyłem  z  żoną  przed  kilku  dniami  i  do  której  wówczas  nie 

przywiązywałem  prawie  żadnej  wagi.  Tak,  to  było  chyba  nocą  w  czasie  poprzednich  obrad  komisji.  Po  powrocie 

siedziałem na poduszce ze skrzyżowanymi nogami, mieszając w szklance whisky z wodą, a żona stała obok mnie i za 

wszelką cenę starała się zwrócić na siebie moją uwagę. Mówiła coś. Nie wiadomo dlaczego, ale zrobiło mi się jakoś 

bardzo nieprzyjemnie. Nie tylko z powodu trudności, jakie czyniła komisja. Byłem poirytowany i zmęczony i nawet 

bym nie spojrzał na żonę, gdyby ona nie starała się z takim uporem ze mną rozmawiać. Drażniła mnie sama obecność 

żony,  czułem  się  tak,  jakby  mnie  za  coś  atakowała.  Dlaczego  nie  pójdziesz  i  nie  kupisz?  -  odpowiedziałem. 

Spojrzałem  z  ukosa  na  katalog  urządzeń  elektrycznych,  który  wygładzała  palcami  w  miejscu  zagięcia,  i  znów 

zwróciłem usta w stronę szklanki. - Kupić, co kupić? - Chyba chodzi ci o urządzenie klimatyzacyjne do pokoju? - No 

nie,  jesteś  niemożliwy...  To  prawda,  nie  słuchałem  uważnie  tego,  o  czym  mówiła.  W  świetle  wyraźnie  bielały  jej 

cienkie  włosy  spadające na czoło i tak  wiele zdawały się  mówić o  upływie czasu. Chwilę przedtem opowiadała o 

dziecku. 

Była  to  kontynuacja  tematu  z  poprzedniej  nocy.  Żona  wybrała  się  w  sprawie  ciąży  do  lekarza,  potem 

rozmawialiśmy o tym, czy ciążę należy usunąć, czy nie. Gdyby nawet nie o to chodziło, to i tak mówiłaby o ciąży, 

ponieważ kobiety podobno lubią ten temat. Niedawno, przypadkowo, wspomniała coś o tym również Wada Katsuko. 

Oczywiście, gdy teraz o tym pomyślałem, zacząłem mieć poważne wątpliwości, czy był to czysty przypadek, czy też 

nie...  Tak  czy  owak  nie  było  powodu,  żebym  mógł  inaczej  odpowiedzieć  na  jej  wątpliwości.  Chodziło  o  fizyczną 

budowę żony, a mianowicie o naturalną skłonność do ciąży pozamacicznej. Nie mieliśmy więc innego wyjścia, jak 

tylko sprawę powierzyć lekarzom i dlatego nasza dyskusja na ten temat prowadziła donikąd. Żona chciała jednak o 

tym rozmawiać, nie wiedząc, że zastanawianie się nad tym nie ma sensu. Nie powiem, żebym nie rozumiał jej uczuć, 

jednak  wydawało  mi  się  głupotą  dostosowywanie  się  do  jej  nastrojów.  Nie  myślałem  o  tym,  że  chciałbym  mieć 

jeszcze jedno dziecko, ani też, że nie chciałbym. Uważałem, że nie rodzimy dzieci, a po prostu, że dzieci się rodzą. 

Lekarz powiedział, że tym razem jest nadzieja na normalną ciążę, ale i tak byłoby bezpieczniej ją usunąć. 

Posługiwanie się w tej sytuacji moralną oceną przy podejmowaniu jakiejkolwiek decyzji byłoby fikcją. Trudno jest 

oddzielić aborcję od dzieciobójstwa, ale czy łatwo znaleźć różnice między aborcją a antykoncepcją? Prawdą jest, że 

człowiek  żyje  dla  przyszłości,  a  zabójstwo  jest  złem,  ponieważ  odbiera  człowiekowi  przyszłość.  Przyszłość  jest 

niczym innym niż projekcją czasu teraźniejszego. Kto mógłby przyjąć odpowiedzialność za przyszłość czegoś, co nie 

ma nawet teraźniejszości. Czy mógłby odwrócić się od rzeczywistości w imię odpowiedzialności? 

- Mówisz, żebym się pozbyła? 

- Nikt tego nie mówi. Przecież tłumaczę, że decyzję pozostawiam tobie. 

- A ja pytam o twoje zdanie. 

background image

- Nie mam zdania. Jest mi wszystko jedno. - Jeśli taka kłótnia wydaje mi się idiotyczna, to również unikanie 

sprzeczki jest  niemądre. Bliscy sobie ludzie to po prostu  tacy, którzy bezsensownie zadają sobie rany. Wierzyłem 

jednak we własną logikę i lekceważyłem sprawę, uważając że jest mi ona obojętna, niezależnie od tego, co zrobi żona. 

Nie ruszyłem się z miejsca, podczas gdy żona nagle wyszła, zgniatając w dłoni katalog; po prostu powoli wypiłem 

drugą whisky, a już w następnej chwili byłem w stanie zapomnieć o wszystkim. 

Wystarczyło to jedno zdanie Tanomogiego mówiące o tym, że moje dziecko może teraz stawać się wodnym 

stworzeniem, i od razu cała moja pewność siebie wzięła w łeb. Moje dziecko, które nie powinno się urodzić, wpatruje 

się teraz we mnie z mrocznych głębin wody... Te ciemne pęknięcie u nasady brody to będą skrzela... uszy pozostaną 

normalne, lecz w powiekach pojawią się pewne zniekształcenia... białe kończyny pląsające w ciemnej wodzie... moje 

dziecko, które nie powinno się urodzić... moje dziecko przekształcone  w chwili,  gdy siedziałem  w  kucki  na łóżku 

odczuwając  satysfakcję  z  tego,  że  zraniłem  żonę  i  siebie  podczas  kłótni...  Leniwe  samozakłamanie  i  to  głupie 

zadufanie teraz obróciło się przeciwko mnie... W ten sposób wzajemne zadawanie sobie ran okazało się całkowicie 

jednostronne.  Żona  okrutnie  mnie  biczowała  za  pomocą  tego  potworka,  którym  się  staje  nasze  dziecko,  urodzone 

wbrew naszej woli. Im mocniej chciałem się przed ciosami chronić, tym bardziej czułem się poraniony, im bardziej 

chciałem uciec, tym wyraźniej widziałem otwarte szeroko oczy głębin wody czekające na mnie po drugiej stronie. 

Poczułem się nieswojo i przestałem się śmiać. 

- To nic nie pomoże... - powiedział Tanomogi, jakby ogłaszał wyrok. - Nadal chciałbym, żeby pan obejrzał 

laboratorium, bo inaczej... 

- Już dobrze. Dzięki tobie w zasadzie wiem, co należy robić... 

- Co więc chce pan robić? 

- Powiem po tym, jak obejrzymy to, co jest do oglądania.  

Tanomogi odetchnął z ulgą, poszukał po omacku ołówka wetkniętego do kieszeni na piersi i przystąpił do 

wyłączenia maszyny. 

- Zobacz, maszyna chyba wszystko to nagrywała? 

- Nie powiedział pan, żeby wyłączyć... - Otworzył okienko, pokazał licznik rejestrujący czas i powiedział 

żartobliwie: - Zostawimy to zamiast naszego testamentu, na wszelki wypadek. 

Pokój wypełnił cichy łagodny pomruk. Maszyna wydała mi się inna niż zawsze. Miałem wrażenie, że tuż za 

nią droga do przyszłości otwarła przede mną swą złowieszczą paszczę. I nagle przyszłość przestała być tylko odbitką 

światłodrukową, a stała się rozszalałą bestią, mającą własną wolę niezależną od współczesności. 

 

KARTA PROGRAMOWA R 2 

Programowanie jest po prostu operacją redukcji rzeczywistości jakościowej w ilościową. 

 

 

23 

 

Na  zewnątrz  panowała  cisza  i  duchota.  Pot  wypływał  spomiędzy  palców,  jakbym  przed  chwilą  miał  na 

rękach  wyparzone rękawice.  Nie było  widać  gwiazd, tylko księżyc okolony czerwoną zorzą ukazywał podbrzusze 

przez chmury. Schodząc na dół, zatrzymaliśmy się w pokoju straży, skąd Tanomogi gdzieś zatelefonował. Strażnik 

background image

zachowywał  się  tak,  jakby  nas  oczekiwał.  Chętnie  przyniósł  nam  po  puszce  soku.  Udawanie,  że  niczego  nie 

zauważam, nie sprawiło mi przyjemności. 

- Skontaktowałeś się? - zapytałem zgadując, do kogo dzwonił. 

- Tak, skontaktowałem się - odpowiedział z uśmiechem na twarzy i szybko wyszedł, a ja za nim. 

Milczeliśmy.  Nie  zauważyłem,  żeby  ktoś  nas  śledził.  Wyszliśmy  na  główną  ulicę  i  wzięliśmy  taksówkę. 

Wyjąłem chusteczkę, lecz nie zdążyłem wytrzeć kropli potu, która w końcu spadła z nosa. 

-  Od  Tsukiji,  przez  Harumi,  potem  na  most  prowadzący  na  teren  dwunastej  działki  zasypanej  zatoki... 

Rozumie pan? Most nazywa się chyba Yoroi... Stamtąd już niedaleko... - Tanomagi objaśnił taksówkarzowi trasę. 

Kierowca, mężczyzna w średnim wieku, pod służbową czapką miał zawiązany ręczniczek chroniący twarz 

przed  spływającym  potem.  Odwrócił  głowę  do  tyłu  i  spojrzał  na  nas  podejrzliwie,  lecz  nic  nie  powiedział,  tylko 

nacisnął pedał gazu. Mijaliśmy drewniane domy, zastygłe i skulone w upale, widoczne przez szyby taksówki. Było 

coraz duszniej, po godzinie jazdy minęliśmy Harumi, przed nami roztoczył się zdziczały i ziejący grozą widok, obok 

przy  szerokiej  drodze  ciągnęły  się  betonowe  mury.  W  tym  czasie  wymienialiśmy  poglądy  bez  ładu  i  składu, 

narzekaliśmy też na powtarzające się od kilku lat anomalie pogody, na wysokie przypływy bez wiadomej przyczyny 

lub zbyt częste lekkie trzęsienia ziemi. Wydało mi się też, że zdrzemnąłem się na kilkanaście minut. 

W  końcu  w  lepkim  wietrze  od  morza  ukazał  się  błyszczący  zielenią  most  Yoroi.  W  przesadnym 

przytłaczającym  pejzaż  oświetleniu,  wyczuwałem  coś  mocno  niepokojącego.  W  momencie,  w  którym  minęliśmy 

most, rozległ się cichy i krótki odgłos syreny. Był to chyba sygnał ogłaszający godzinę zero. 

Przy drodze stał samochód w kształcie pudła. Pochylony nad silnikiem mężczyzna naprawiał w nim coś w 

świetle latarki. Tanomogi zatrzymał taksówkę i zapłacił. 

- To tam - powiedział i podszedł do samochodu przy drodze.  

Mężczyzna z latarką od razu wyprostował się i ukłonił grzecznie. 

Przesiedliśmy  się  do  czekającego  na  nas  samochodu,  jechaliśmy  jeszcze  ze  dwadzieścia  minut  szeroką 

drogą, ale wyjątkowo krętą i niebezpieczną. W końcu straciłem poczucie kierunku, ponieważ minęliśmy trzy mosty i 

być  może  nie  jechaliśmy  już  w  stronę  dwunastego  kwartału  zasypanego  morza.  Nie  próbowałem  nawet  zapytać, 

ponieważ zakładałem, że i tak nie uzyskam odpowiedzi. Zresztą, pomyślałem, potem mogą mi wskazać to miejsce na 

mapie. 

Zupełnie  niespodziewanie  dotarliśmy  do  celu.  Ukazało  się  jakieś  opustoszałe  miasteczko,  w  którym 

znajdowały się same magazyny. Zatrzymaliśmy się pod parterowym budynkiem, otoczonym zwykłym betonowym 

murem,  w  miejscu,  w  którym  droga  opadała  ku  morzu.  Przy  wejściu  z  boku  wisiała  ledwie  widoczna  drewniana 

tabliczka  z  napisem  “Instytut  Yamamoto".  Na  podwórku  stały  puste,  wypłowiałe  od  słońca  i  deszczu  metalowe 

pojemniki. Szybko podniosłem głowę, lecz niestety nic nie dostrzegłem, ponieważ księżyc skrył się za chmurą. Nawet 

gdyby się pokazał, nie ułatwiałoby to rozpoznania terenu. Tutaj morskie wybrzeże otwarte było na wszystkie strony 

świata z wyjątkiem północy. 

Powitał nas sam Yamamoto. Okazał się masywnie zbudowanym mężczyzną o bladej i jakby brudnej twarzy. 

Trzymając  wizytówkę  między  tłustymi  palcami  o  głęboko  wyciętych,  krótkich  paznokciach,  powiedział  dobrze 

modulowanym, mocnym głosem: - Mój młodszy brat wiele panu zawdzięcza. Słuchając go, przypomniałem sobie, że 

jego brat jest odpowiedzialny za diagnostykę elektroniczną w Centralnym Szpitalu Ubezpieczeń, i nie mogłem oprzeć 

się wrażeniu, że to powiązanie jest dającym do myślenia sygnałem. Poczułem się jak człowiek cierpiący na amnezję, 

background image

który został pozbawiony punktu odniesienia. Wyobraziłem sobie, że odtąd wszystko jest niepewne, enigmatyczne. 

Starając się ukryć swój niepokój, odpowiedziałem na jego pozdrowienie nieco obcesowo. 

- Faktycznie, bardzo pan podobny. 

- Nie, choć mówi się że jesteśmy braćmi, ale naprawdę on jest tylko szwagrem. 

Yamamoto roześmiał się  wesoło i ruszył przodem. Tutaj obowiązywały białe płaszcze i  sandały, ale jego 

płaszcz  był  już  mocno  pobrudzony,  ponieważ  Yamamoto  pracował  z  żywymi  stworzeniami.  Ręce  zwisały  mu 

ociężale po bokach. W odróżnieniu od nas, zajmujących się niewidocznymi abstrakcyjnymi sprawami, on miał tutaj 

do czynienia z żywymi, delikatnymi istotami.  Zastanawiałem  się, czy jego grube palce  nadają się do tego rodzaju 

pracy. Może wbrew pozorom takie końce palców są naprawdę zręczne. 

Wnętrze  budynku  wyglądało  żałośnie,  odrapane  ściany  przypominały  starą  szkołę.  W  końcu  korytarza 

znajdowała  się  jednak  winda.  Wsiedliśmy,  a  kiedy  Yamamoto  nacisnął  guzik,  nagle  ruszyła  w  dół.  Gdybym  się 

wcześniej  zastanowił,  to  przecież  bym  wiedział,  że  w  parterowym  budynku  winda  może  jechać  tylko  w  dół.  Z 

przyzwyczajenia oczekiwałem ruchu w górę, więc zdziwiłem się, gdy stało się inaczej, i krzyknąłem ze zdumienia. 

Yamamoto roześmiał się, jakby tylko na efekt czekał. Śmiał się jakoś tak niewinnie, jakby zapomniał, że znalazłem 

się tutaj w sytuacji nadzwyczajnej, a nie mówiąc o tym, że był środek nocy. Zupełnie nie wyglądał na osobę, która 

mogłaby brać udział w konspiracji. Mój gniew i zdecydowana wola ujawnienia tajemnic laboratorium przerodziła się 

w oczekiwanie na coś niewiadomego. Stałem więc pochylony, o nic nie pytając. 

Winda opuszczała się powoli, ale zeszła chyba na głębokość jakichś trzech zwykłych pięter. Na dole obok 

windy ciągnął się długi korytarz z kilkoma parami drzwi. Gdyby nie panująca tu chłodna wilgoć, korytarz nie różniłby 

się wyglądem od innych instytutów badawczych. Skręciliśmy w prawo i zostaliśmy wprowadzeni do pomieszczenia 

znajdującego się naprzeciw. 

Ujrzeliśmy zaskakujący widok. Stały tam akwaria i układanki z brudnych brył lodu. Połączone ze sobą małe 

i duże kadzie były poprzedzielane wymyślnie splątanymi rurami, bańkami i licznikami. Metalowe pomosty służące 

pracującym tam ludziom do przechodzenia, ciągnęły się we wszystkich kierunkach, w niektórych miejscach nawet na 

poziomie trzech pięter. Przypominało to maszynownię na statku. Wilgotne, pokryte zieloną farbą ściany  wypełniał 

ożywiony, niemal oblepiający szum przerywany trzaskiem. W nozdrza biła woń na wpół wyschłej plaży sąsiadującej 

z morską płycizną... Często śniło mi się coś podobnego przed zachorowaniem na grypę. 

Stojący na pomoście mężczyzna w białym fartuchu odczytał kolejno dane z liczników, zapisał je w notesie i 

odszedł, głośno stukając sandałami. Gdy weszliśmy, nawet nie obejrzał się w naszą stronę. Dopiero gdy Yamamoto 

zwrócił  się  do  niego  po  nazwisku  mówiąc  “Harada-  kun",  ujrzałem,  ku  mojemu  zaskoczeniu,  miłą,  uśmiechniętą 

twarz. 

-  Harada-  kun,  może  byś  potem  otworzył  trzecią  wylęgarnię.  -  Głęboki  głos  Yamamoto  rozniósł  się 

pobrzmiewającym echem. 

- Już przygotowałem. 

Yamamoto skinął głową i rozejrzał się. 

- Wobec tego pójdziemy. Najpierw może do mojego pokoju... - Ruszył w stronę środkowego pomostu. 

-  Proszę  spojrzeć.  -  Tanomogi  trącił  mnie  łokciem,  kierując  moją  uwagę  na  stojące  po  obu  stronach 

pojemniki z wodą. Nie musiał nic mówić; gdy tylko tu weszliśmy, wpatrywałem się w nie ze zdumieniem. 

W pierwszym pojemniku znajdowała się parka dużych szczurów wodnych. Gdyby nie jasne, brzoskwiniowe 

szparki  w grubej sierści przy karku, otwierające się i zamykające, gdyby nie  mała pierś i beczułkowaty korpus, to 

background image

niczym by się nie różniły od zwykłych szczurów. W wodzie poruszały się wyjątkowo zwinnie, nie tylko przebierały 

łapkami jak pływające psy, lecz także potrafiły posługiwać się całym ciałem, sprężać się i rozprężać, krążyć żywo i 

gwałtownie  się  obracając,  zupełnie  jak  krewetki.  Nie  straciły  jednak  chyba  cech  gryzoni  -  gdy  jeden  wypłynął  na 

powierzchnię wody, od razu chwycił pływający tam kawałek drewna, rozgryzł na strzępy i powoli zanurzył się na dno. 

Następny szczur nagle ruszył w moją stronę, lecz nim uderzył o ściankę pojemnika, z wdziękiem obrócił się 

i wpatrywał się we mnie bez zmrużenia dużych okrągłych oczu, trzepocząc czerwonym językiem w na wpół otwartym 

pyszczku. 

W następnych zbiornikach również znajdowały się szczury. W czwartym natomiast króliki. W odróżnieniu 

od  szczurów,  króliki  wyglądały  bardzo  źle,  wprost  żałośnie,  nie  miały  sił  się  ruszać,  zwinięte  niemal  w  kłębki  z 

sierścią przylepioną do skóry unosiły się blisko dna pojemnika jak worki. 

-  Trawożerne  nie  przystosowują  się  dobrze.  Przypuszczam,  że  ich  sposób  asymilacji  energii  jest  zbyt 

odmienny.  Pierwszemu  pokoleniu  jakoś  udaje  się  przeżyć,  lecz  następnym  nie  -  powiedział  Yamamoto,  uderzając 

palcami o zbiornik. 

Poprowadził nas na metalowe schody w prawo do pokoju podobnego do pudełka wiszącego pod sufitem. Tuż 

przed wejściem mimo woli obejrzałem się i zobaczyłem wielkie zwierzę połyskujące czernią w pojemniku wielkości 

samochodu  ciężarowego,  znajdującym  się  daleko  na  końcu  sali.  Nagle  zwierzę  wypłynęło  na  powierzchnię  wody, 

rozkołysanej niczym galareta, i ryknęło smętnym, chrypiącym głosem. Była to krowa. 

- Zdumiewające, prawda? - Yamamoto uśmiechając się zamknął drzwi. - Jeśli się nie pożałuje paszy, nawet 

trawożerne  jakoś  dają  się  tu  wyhodować.  Krowa  daje  mięso  i  mleko,  można  mieć  nawet  niezłe  zyski,  jeśli 

wyprodukuje  się  dostatecznie  dużo  paszy.  Żyje  w  wodzie,  trudno  więc  posługiwać  się  dojarkami.  Jak  na  razie 

używamy  małych  pompek  próżniowych,  lecz  nie  powiem,  żeby  to  było  idealne  rozwiązanie.  -  Wziął  do  ręki 

ceramiczny dzbanek i nalał do kubka. Było to mleko. - Proszę spróbować. Świeżo wydojone, prosto od krowy. Prawie 

w ogóle nie różni się od lądowego. Po analizie okazało się, że trochę nieco więcej w nim soli. Po prostu w czasie 

dojenia dostaje się do mleka trochę wody morskiej. No, w każdym razie jego zaletą jest to, że jest świeże. 

Szybko  wypiłem,  żeby  go  nie  urazić,  Wydało  mi  się  nawet  smaczniejsze  od  tego,  które  piję  w  domu. 

Zachęcony, usiadłem na krześle. Tak, poczęstunek miał wywołać wrażenie, że to spotkanie towarzyskie. Jeśli to było 

wyreżyserowane, znaczyłoby, że mój gospodarz jest twardą sztuką. 

- Pan na pewno jest zmęczony o tej porze... My jesteśmy przyzwyczajeni - powiedział Yamamoto, splatając 

swe grube palce na piersi. Siedział plecami do ściany, przy której stały obok siebie mikroskopy i inne instrumenty 

służące  do  eksperymentów  chemicznych.  Na  każdym  palcu  Yamamoto  rosło  po  dziesięć  sterczących  włosów, 

przypominających zgrzebła do czyszczenia zwierząt. Z tyłu za nim było widać wysoki regał i część łóżka ukrytego za 

parawanem. 

- Nie, my też często siedzimy w pracy do późna. 

- Wyobrażam sobie, że pan pracuje nawet do rana... Jeśli chodzi o mnie, to nie tyle jestem zajęty, co raczej 

uwiązany  charakterem  pracy,  dla  której  nie  ma  różnicy  między  dniem  i  nocą.  To  jest  przeznaczenie.  Stworzenia 

mięsożerne  są  aktywne  nocą,  jeżeli  udaje  się  je  oszukać  sztucznym  światłem.  To  bardzo  dobrze,  ale  na  przykład 

tresura psów winna odbywać się na zewnątrz, lecz nie można tego robić w południe. Po prostu boimy się niezdrowej 

ciekawości. 

- Boi się pan? 

background image

-  Oczywiście  -  ciepło  zaśmiał  się  Yamamoto.  -  Jeśli  wystarczy  czasu,  to  pokażemy  panu  później... 

Tymczasem może jeszcze mleka? A może ty też się napijesz, Tanomogi-kun? 

Zaskoczony spojrzałem na Tanomogiego. Nawet przy całej sympatyczności Yamamoto, ta poufałość byłaby 

nie do przyjęcia dla ludzi, którzy się spotkali kilka razy. Lecz on nawet nie próbował ukryć, że czuł się tu jak u siebie 

w domu. Teraz, jakby kontynuując, powiedział: 

- Słusznie, nie ma powodu martwić się pasteryzacją. Nawet w tej części Zatoki Tokijskiej woda jest czysta. 

Jest dokładnie przefiltrowana i sztucznie przetworzona. 

- Dobrze. Teraz pokażę panu model budynku. - Yamamoto wstał i zdjął pokrywę ze stolika obok regału. Od 

razu wzniósł się tuman kurzu. - Przepraszam, ale tu nie jest zbyt czysto. Proszę spojrzeć. To przekrój części instytutu. 

Nad nim, aż dotąd, jest wszędzie morze, do powierzchni pozostaje około dziesięciu metrów. Wodę dostarcza się tu 

rurociągiem. W urządzeniu filtrującym wykorzystano naturalne ciśnienie. Wydajność wynosi osiem tysięcy kilolitrów 

na minutę; ponadto są dwa filtry zapasowe na dwa tysiące kilolitrów, dlatego słodkiej wody mamy dosyć. Lecz zbyt 

doskonałe  filtrowanie  burzy  naturalną  równowagę  i  może  dlatego  nie  służy  dobrze  rozwojowi  hodowli.  Następuje 

zwłaszcza  zmniejszenie  zdolności  trawiennych  i  wzrost  chorób  alergicznych.  Dlatego  w  tym  zbiorniku  mieszamy 

wodę  z  materią  organiczną  i  nieorganiczną,  aby  otrzymać  wodę  zbliżoną  jakościowo  do  morskiej.  Możemy 

wytworzyć  tu  każdą  odmianę:  wodę  Morza  Czerwonego,  z  Antarktydy  lub  z  głębin  Morza  Japońskiego.  Teraz 

prowadzimy badania dotyczące najodpowiedniejszego składu wody morskiej do hodowli świń. 

- Dlatego można tutaj spokojnie zjeść saskimi z wieprzowiny. 

- To prawda. To nasza specjalność. Osoby nie przyzwyczajone jednak nie przepadają za tym... Gdy ktoś się 

przyzwyczai, nie może obejść się bez tego przysmaku. Jest smaczniejsza od wołowiny. 

- A pan? Spróbuje pan? 

-  Nie,  na  razie  dziękuję  -  odrzekłem  ze  złością,  ponieważ  potraktował  mnie,  jakbym  był  kumplem 

Tanomogiego.  -  Wolałbym,  żebyśmy  przystąpili  do  głównego  tematu...  -  Zdałem  sobie  sprawę,  że  wyraziłem  się 

niezbyt zręcznie, ale nie mogłem się wycofać, więc kontynuowałem, nawet nie przeczuwając, jakie będą rezultaty. - 

Tak, przykro mi, że nagle wtargnęliśmy tutaj. Pan wie od Tanomogiego, po co tu jesteśmy, prawda? 

- Nie bardzo, słyszałem że w celach badawczych... Ale proszę się nie martwić. Gdy się prowadzi życie w 

separacji  od  normalnego,  zewnętrznego  świata,  jest  bardzo  przyjemnie  porozmawiać  z  kimś  takim  jak  pan...  W 

każdym razie bardzo trudno dostać pozwolenie, rzadko więc mam okazję spotykać się z ludźmi, chociaż właściwie 

znajdujemy się w samym środku Tokio. 

- Mówiąc “pozwolenie" ma pan na myśli zgodę na wyjście stąd? 

- Nie, chodzi o pozwolenie na przyjęcie gości z zewnątrz. 

- Czy to znaczy, że ten instytut należy do jakiegoś urzędu państwowego? 

- Nic podobnego! Z urzędami to tak jak u pana, trudno byłoby dochować tego rodzaju tajemnic, a poza tym 

wszystko stałoby się bardziej kłopotliwe. - Wzniósł rękę, jakby chciał mnie powstrzymać od dalszych słów. 

- Nie,  na to  nie  mogę odpowiedzieć. Prawdę  mówiąc, dla  mnie również  nie jest jasne,  kto sprawuje tutaj 

kierownictwo,  nie znam też jego charakteru...  Ale niewątpliwie, dysponuje ono dużą siłą... Przeczuwam, że  ma  w 

swoim władaniu całą Japonię. Nie przyszło mi do głowy sprawdzanie tego, ponieważ ufam mu bezgranicznie. 

- A ty coś o tym wiesz? - znienacka zapytałem Tanomogiego z wielką siłą w głosie. 

-  Kto,  ja?  To  absurd!  -  Tanomogi  potrząsnął  głową  i  uniósł  brwi  ze  zdziwieniem,  lecz  w  jego  głosie  nie 

wyczułem najmniejszego wahania. 

background image

- W jaki sposób uzyskałeś pozwolenie na moją wizytę? 

-  Za  moim  pośrednictwem,  oczywiście.  -  Yamamoto  jakby  się  cieszył,  że  rozmowa  potoczyła  się  w  tym 

kierunku. Śmiał się, szczerząc zepsute zęby. - Jestem tu zarządzającym, ale ja też tego nie rozumiem, trudno więc 

wymagać, żeby ktoś z zewnątrz pojął decyzję kierownictwa. Tylko ja znam sposób kontaktowania się z nim, dlatego 

mogłem w pańskim imieniu przekazać mu prośbę. 

- Rozumiem. - Skorzystałem z okazji, czując, że teraz miałem w ręku kartę atutową. 

- Oznaczałoby to, że kolega Tanomogi też kiedyś po raz pierwszy dowiedział się o istnieniu tego instytutu, 

musiał  więc  otrzymać  pozwolenie  odwiedzenia  go  na  czyjś  wniosek,  prawda?...  W  przeciwnym  razie  pańskie 

wyjaśnienie nie miałoby sensu... 

-  Oczywiście  -  wtrącił  Yamamoto,  powstrzymując  Tanomogiego  przed  wypowiedzeniem  czegoś 

niewłaściwego. - Proszę pozwolić, że objaśnię tę kwestię w kilku słowach. Powiem tyle, ile trzeba wiedzieć. Dobro 

tego instytutu wymaga zachowania tajemnicy, o tym już panu mówiłem; ta zasada obowiązuje zarówno gościa, jak i 

pracownika,  każdy  musi  dotrzymać  absolutnej  tajemnicy.  Oczywiście,  nie  ma  tutaj  ustaleń  prawnych  ani  też  nie 

składa  się  pisemnej  przysięgi  potwierdzonej  pieczęcią  i  nie  ma  też  formalnych  ograniczeń.  Tym  ściślejsza  jest 

kontrola. Pokazujemy tylko tym, którzy na pewno tajemnicy dotrzymają. I mamy szczęście - prawie nikt dotąd nie 

złamał przyrzeczenia. 

- Prawie nikt? To znaczy, iż ktoś okazał się niegodny zaufania? 

-  Hm,  kto  to  mógł  być...  Biorąc  pod  uwagę  fakt,  że  praca  tego  instytutu  ani  razu  nawet  nie  stała  się 

przedmiotem plotek, może należałoby raczej powiedzieć, że nikt nie zdradził tajemnicy. Obiło mi się o uszy jedynie, 

że  któryś  z  pracowników,  człowiek  niskiej  kultury,  mógł  po  pijanemu  coś  niepotrzebnie  powiedzieć.  Został  za  to 

bardzo surowo ukarany... 

- Zlikwidowany? 

- Nic podobnego. Nauka poczyniła postępy, nie trzeba zabijać. Jest wiele innych metod, można na przykład 

spowodować utratę pamięci. 

Zagrałem właściwą kartą. Yamamoto nie zmienił dotychczasowego łagodnego wyrazu twarzy, a jego głos 

zachował  służbowy  ton,  natomiast  Tanomogi  nie  zdając  sobie  z  tego  sprawy,  nerwowo  stukał  palcami  o  krawędź 

stołu. Ten przyspieszony rytm świadczył, że w naszej rozmowie zbliżamy się do sedna całej sprawy. 

- Jednak nie można mieć całkowitej pewności, że ciała zmarłych nic nie powiedzą, dopóki nie poćwiartuje 

się ich na drobne kawałki... 

Wyraźnie rozbawiony Yamamoto wybuchnął śmiechem, aż ramiona mu się zatrzęsły. 

- To możliwe. Byłoby to dla nas bardzo kłopotliwe, gdyby do tego doszło. 

- Ale ja tu czegoś nie rozumiem. Skoro tak się boicie, żeby świat się o was nie dowiedział, to nie powinniście 

w ogóle dawać mi pozwolenia. Można jeszcze zrozumieć, gdy ktoś bardzo gorąco o to prosi, ale w tym wypadku? Czy 

jednak  nie  zastawiacie  na  mnie  pułapki,  wmuszając  we  mnie  pozwolenie  bez  mojej  woli,  i  sugerujecie,  że  mogę 

zginąć, jeśli coś powiem - Przy tym do niczego nie służy taka wiedza, której nie można nikomu przekazać. Czy nie 

chodzi tu o to, żeby mnie w ten sposób dręczyć? 

-  To  przesada,  nie  ma  żadnych  przeszkód,  żeby  znający  tajemnicę  dyskutowali  ze  sobą  tyle,  ile  chcą  - 

powiedział Tanomogi. 

- Tak jest - podjął temat Yamamoto. - W zasadzie prośbę o pozwolenie na zwiedzanie załatwia jakaś trzecia 

osoba, dzięki temu poszerzamy krąg ludzi wykazujących zrozumienie dla naszych idei, a zachowanie tajemnicy nie 

background image

jest z tym sprzeczne. Pogłoski czy tak zwana opinia publiczna, czyli głosy anonimowej większości są czymś zupełnie 

innym niż oceny indywidualnych specjalistów rozumiejących istotę rzeczy. 

- Co rozumiejących? 

-  To  właśnie  powód,  dla  którego  teraz  chcę  panu  coś  pokazać.  Yamamoto  energicznie  powstał,  radośnie 

przymrużył opuchnięte powieki i powtórzył ruch wycierania dłoni o kołnierzyk. 

-  Pragnąłbym,  żeby  pan  się  zainteresował  tym  z  punktu  widzenia  intelektualnego  a  nie  faktograficznego. 

Rozpoczniemy więc od sali wczesnego rozwoju, ale przedtem przedstawię krótką historię, by wyjaśnić, co stało się 

punktem wyjścia naszych badań... 

- Proszę poczekać. Przedtem chciałbym coś wyjaśnić! - Również wstałem z krzesła, cofnąłem się o krok i 

powoli opuszczając uniesioną rękę nad stół, mówiłem: - Kolego Tanomogi, rozumiem, dlaczego złożyłeś prośbę w 

moim imieniu, ale dotąd nie wiem, kto taką prośbę złożył w twoim imieniu. Jeśli uznamy, że zwiedzający stają się 

swego  rodzaju  towarzyszami,  to  znaczy,  że  ja  mam  prawo  o  tobie  wiedzieć  również  to  samo  co  ty  o  Hanie,  nie 

sądzisz? Wobec tego kto i z jakiego powodu wyróżnił cię swoim wyborem? 

- Dobrze, powiem. - Tanomogi wstał z miejsca z wątłym uśmiechem na twarzy. - Powiem, bo w tej sytuacji 

już mogę to zrobić, ale byłoby mi bardzo przykro, gdyby się pan rozgniewał za to, że dotąd pana nie poinformowałem. 

- Nikt się nie będzie złościł. Chcę znać fakty. Yamamoto wtrącił się, jakby w niczym się nie orientował. 

- Rzeczywiście, fakty to coś takiego, co zawsze fascynuje. - W końcu w ten sposób zdjęto ciężar z barków 

Tanomogiego. 

- Co do faktów, była to Wada-kun - wyjawił Tanomagi oblizując wargi, jakby się zawstydził. 

- Wada? 

- Tak, zanim zgłosiła się do pana, przez pewien czas pracowała tutaj... - Yamamoto machał ręką, jakby chciał 

wystąpić  w  roli  pośrednika.  -  Była  bardzo  zdolną  asystentką  o  zdecydowanych  poglądach,  co  rzadko  zdarza  się  u 

kobiet...  Nie  lubiła  jednak  patrzeć  na  krew,  a  to  duża  wada  u  pracownika  tego  instytutu.  Dlatego  zrezygnowała  i 

przeniosła się do pana; wtedy rekomendował ją mój młodszy brat z Centralnego Szpitala Ubezpieczeń. 

- Tak, tak było, przypominam sobie. 

Rozsypane  ogniwa  łańcucha  nagle  zaskakująco  szybko  i  z  łoskotem  połączyły  się  w  całość.  Choć  moje 

podejrzenia  się  rozwiały,  to  jednak  problem  wcale  nie  przestał  istnieć.  Wyczułem  jakiś  podstęp.  Najważniejszy 

sztukmistrz,  który  tak  się  popisał,  wcale  się  nie  ujawnił.  Mimo  podejrzeń  poczułem  się  zafascynowany  sposobem 

połączenia  ogniw  tego  łańcucha.  Nagle  przypadkowe,  zdawałoby  się,  wątpliwości  i  powiązania  między  głównymi 

postaciami, okazały się wyraziste i mocne. Skoro tak, to już do pewnego stopnia mogłem zrozumieć, dlaczego mnie 

tutaj przyprowadzono. Naturalnie, pozostaje sprawa zaufania do Tanomogiego... No, może nie do tego stopnia, co 

kiedyś, ale zaczęło mi się wydawać, że pojawiła się znów możliwość obdarzenia go zaufaniem, wziąłem więc głęboki 

oddech, aż uniosły mi się ramiona, a następnie wypuściłem powietrze powoli, żeby nie zauważyli. 

 

 

24 

 

- Pierwszym naszym tematem badawczym była metamorfoza insektów. Ma pan pewną wiedzę z genetyki, 

prawda? 

background image

-  Nie,  jestem  w  tej  dziedzinie  zupełnym  amatorem.  Do  tego  stopnia,  że  zapomniałem,  która  warstwa 

zarodkowa powstaje jako pierwsza, wewnętrzna czy zewnętrzna. 

-  Nieważne.  Nawet  łatwiej  będzie  mi  wyjaśnić  prostym  językiem.  -  Yamamoto  trzymał  w  palcach  nie 

zapalonego papierosa i uderzał nim o stół. Mówił skandując słowo po słowie, jakby się upewniając, czy go rozumiem. 

-  Oczywiście,  nie  zamierzaliśmy  dokonywać  metamorfozy  insektów.  Naszym  celem,  mówiąc  najprościej,  była 

planowa  przebudowa  istot  żywych.  Tego  rodzaju  działania  dążące  do  poprawy  gatunku  już  prowadzono  w 

ograniczonym zakresie. Byliśmy w stanie - zwłaszcza w odniesieniu do roślin - podwoić liczbę chromosomów. To 

było możliwe. Natomiast w wypadku zwierząt nasze wysiłki nie doprowadziły dalej niż do czysto eksperymentalnego 

etapu amelioracji gatunku. Chcieliśmy, aby amelioracja gatunków istot żywych była naszą fundamentalną i dobrze 

zaplanowaną  działalnością.  Był  to  ambitny  projekt.  Usiłujemy  pokierować  sztucznie  ewolucją,  przyspieszyć  ją  i 

nadać jej określony kierunek. Jak pan wie, rozwój jednostki powtarza rozwój linii systemowej. Mówiąc ściślej, nie 

powtarza identycznej formy, zachowuje jednak ścisły związek. Na wczesnym etapie rozwoju, dzięki odpowiedniemu 

wysiłkowi,  można  wyrwać  danego  osobnika  z  właściwego  mu  systemu  genetycznego  i  wprowadzić  w  nowy.  Jak 

dotąd,  przy  bardzo  skromnych  nakładach,  stworzyliśmy  rozmaite,  wręcz  groteskowe  odmiany,  np.  płotkę  o  dwu 

głowach, żabę o pyszczku jaszczurki, lecz nie oznacza to, że nam się udało poprawić gatunek. Dziecko potrafi zepsuć 

zegarek, lecz do zrobienia nowego konieczny jest wyspecjalizowany technik. Rozwój u zwierząt kierowany jest dwu 

opozycyjnymi hormonami stymulującymi. Z jednej strony pozytywna stymulacja pobudza dezintegrację, z drugiej zaś 

negatywna  -  hamuje  rozpad. Gdy  plus  jest  silny,  powstaje duża  liczba  małych,  złączonych  ze  sobą  komórek.  Gdy 

minusy zwyciężają, komórki powiększają się bez dyferencjacji. Złożony proces wzajemnego oddziaływania staje się 

inherentnym prawem wzrostu w żywej istocie. Jeśli byłoby to konieczne, mógłbym to wyrazić całką ogólną równania 

różniczkowego... 

- Nazwalibyśmy to w naszym języku feedback, prawda? 

-  Tak,  tak,  chodzi  o  złożone  sprzężenie  zwrotne.  Aby  wyjaśnić  szczegółowo  jego  działanie,  zwróciliśmy 

uwagę  na  metamorfozę  owadów.  Od  dawna  było  wiadomo,  że  przeobrażaniem  insektów  rządzą  hormony 

dyferencjacji,  wydzielone  z  komórek  nerwowych,  a  także  hormon  larwowy,  pochodzący  z  corpus  allatum.  I 

rzeczywiście, udało się nam zobaczyć to, co powstaje w wyniku eliminacji jednego lub drugiego. Kontrola wzrostu za 

pomocą szczegółowych i ilościowych regulacji jest technicznie trudna. Dziewięć lat temu udało się jednak dokonać 

eksperymentalnej kontroli prawie jednocześnie w USA i w Rosji. Następnego roku nasza grupa badawcza, działająca 

niezależnie, także odkryła tę technikę. Dzięki temu stworzyliśmy bardzo dziwne insekty. Proszę spojrzeć tutaj. 

Yamamoto  spoza  zasłony  wyjął  coś,  co  przypominało  wielką  klatkę  dla  ptaków.  Wewnątrz  pełzały  dwa 

płaskie szare żyjątka wielkości dłoni. Ich ciała całkowicie pokrywała kleista błona, z której sterczały na boki twarde 

włosy równie szare jak skóra. Na ich widok zrobiło mi się niedobrze. 

- Jak pan myśli, co to jest? Ma wyraźnie sześć nóg i jest regularnym insektem. To mucha. Dziwi się pan? Po 

prostu larwy wyhodowano, nie dopuszczając do przemiany. Proszę spojrzeć. Mają pyszczki jak u muchy. Mogą się 

reprodukować.  To  jest  samiec,  a  to  samiczka.  Są  trochę  dziwaczne,  ale  to  nie  ma  szczególnego  znaczenia; 

utrzymujemy je w tym stadium rozwoju dla upamiętnienia pierwszego sukcesu. Są dzikie: jeśli włoży pan rękę, to 

natychmiast ją ugryzie. W okresie godowym wydają dziwne odgłosy, a także popiskują... 

- Pewnie dają znać, że można je zjeść po upieczeniu. - Chyba Tanomogi chciał pokazać, że świetnie się czuje, 

dlatego wymyślił ten wątpliwy żart. 

background image

- A może mówią, że jeśli je zjesz, możesz być długo syty. - Ya mamoto nawet się specjalnie nie skrzywił z 

obrzydzenia. - Zaprowadzę pana do sali inkubacji. 

Zeszliśmy  pomostem  do  sali  hodowlanej,  minęliśmy  jeszcze  jedne  drzwi  i  znów  znaleźliśmy  się  w 

mrocznym korytarzu. Yamamoto szedł przodem z pochyloną głową i kontynuował: 

-  W  pewnym  momencie  urwała  się  międzynarodowa  wymiana  informacji  na  ten  temat.  Nie,  może  nie 

całkowicie,  jeszcze  trochę  publikowano,  ale  raczej  niemiarodajne  dane  na  temat  techniki  hodowania  ssaków  poza 

naturalną  macicą.  Prawdziwe  informacje  zostały  ukryte  za  ścianą  milczenia.  Wystarczy  trochę  pomyśleć,  by 

zrozumieć,  że  było  to  naturalne.  Dla  takich  ludzi  jak  my,  prowadzących  badania,  sens  milczenia  był  aż  nadto 

oczywisty. W każdym razie  to, co nastąpiło potem, już nie dotyczyło techniki czy  nauki, lecz niosło coś znacznie 

poważniejszego i zarazem groźnego. Na samą  myśl, że jest to teoretycznie  możliwe, a przy tym pewnie również i 

technicznie, narastał niepokój... Proszę spojrzeć na tę salę. 

Ujrzałem  metalowe drzwi z  wymalowanym numerem 3. Po otwarciu zobaczyłem oszklony z trzech stron 

pojemnik  wysoki  na  ponad  trzy  metry.  Kilkadziesiąt  konwejerów,  umieszczonych  na  kilku  poziomach,  powoli 

przesuwało się w lewo i w prawo. Obok nich setki maszyn, podobnych do szlifierek szkła, poruszało się wolno w górę 

i w dół. Na dole czterech ludzi w białych fartuchach przy metalowym stole zajmowało się jakąś operacją. 

- Nie mogę was tam wprowadzić. Wnętrze jest sterylizowane. Polecenia wydaję zazwyczaj z tego miejsca. 

Proszę patrzeć. Tylko w tej sali w ciągu dnia można wykonać operacje na tysiąc trzystu embrionach. Oddzielamy je od 

naturalnej  linii  rozwojowej  zgodnie  z  ustalonym  programem.  To,  co  pan  widzi  tuż  przed  sobą,  to  embriony  krów 

wodnych. Tak... mówię prawdę... Początkowo my też drżeliśmy na samą myśl o czymś takim... - Yamamoto zajrzał 

mi w twarz i zmarszczył brwi. - W końcu jestem badaczem natury. Na co dzień wysłuchuję wielu różnych oszczerstw 

w rodzaju takich, że bezcześcimy przyrodę, My jednak nigdy  nie  wątpimy  w słuszność  naszych badań. Gdy tylko 

wyobrażę sobie laboratorium, w którym dokonuje się metamorfoza embrionów... 

- Ten widok też jest raczej przerażający. 

- To jasne, przyszłość odcięta od dnia dzisiejszego sprawia niesamowite, wręcz groteskowe wrażenie. Jakiś 

pierwotny Afrykanin, gdy pojechał po raz pierwszy do wielkiego miasta i ujrzał wieżowce, pomyślał, że znajduje się 

rzeźni dla ludzi. Przepraszam, proszę nie traktować tego co mówię zbyt dosłownie. Chodzi mi o to, że budzi w nas 

strach to, co jest niepojęte w ludzkim życiu. Jest to coś, co nie ma sensu, ale jest silniejsze od nas... 

-  Więc  chce  pan  powiedzieć,  że  istnieją  przyczyny,  dla  których  tego  rodzaju  fantastyczne  badania  nie 

napawają pana wstrętem? 

Yamamoto  kiwnął  głową  potwierdzająco.  Z  pewnością  i  przekonaniem,  ale  bez  emocji,  jak  lekarz 

zapewniający pacjenta, że  wszystko jest  w porządku. Nie od razu się odezwał, najpierw otworzył  metalowe pudło 

stojące obok, ustawił włącznik i zwrócił się do pracownika znajdującego się za szybą: 

- Harada-kun, mógłbyś pokazać jedno nasienie, to, które właśnie pan przygotowuje? Tutaj mamy zwyczaj 

nazywać “nasieniem" nie poddany operacji embrion świeżo wyjęty z łożyska. 

Jeden z pracowników kiwnął głową twierdząco i zdjął ze stołu płaski szklany pojemnik, po czym wszedł po 

żelaznych  schodkach  i  przybliżył  się  do  nas.  Stanął  przed  nami  z  nieco  kpiarskim  spojrzeniem  i  prawie 

niedostrzegalnym  uśmieszkiem  na  ustach.  To  nieco  złagodziło  moje  napięcie.  Wtedy  Tanomogi  cicho  chrząknął 

niemal w samo moje ucho. 

- To świnka z Yorkshire - wyjaśnił przez słuchawkę mężczyzna za szybą. 

- Jest na miejscu? - zapytał Yamamoto. 

background image

-  Tak,  wszystko  się  udało  -  odpowiedział  mężczyzna  i  obrócił  szklane  naczynie  w  naszą  stronę.  W 

ciemnoczerwonej  żelatynowej  substancji  unosiła  się  niczym  iskierki  wonnych  ogni  sztucznych  wiązka  naczyń 

krwionośnych, które wychodziły z czegoś, co przypominało insekt. Yamamoto objaśniał: 

-  Na  początku  najtrudniejszą  rzeczą  jest  przystosowanie  nasienia  do  sztucznego  łożyska.  Jest  to  sprawa 

techniki szczepienia. A raczej chodzi tu o problemy związane z pozyskiwaniem nasienia i jego przechowywaniem... 

zanim zostanie dostarczone do nas. To poważny problem. Oczywiście, w tym celu musimy nawiązywać kontakty z 

ludźmi z zewnątrz, ale naraża nas to na dekonspirację. 

- Procent udanych inplantacji u świń odmiany Yorkshire wynosi dziś czterdzieści siedem. 

Na głos ze słuchawki Yamamoto kiwnął głową potakująco. 

- O, na tym stole widać, jak robi się selekcję. To trzeba wykonać ręcznie. Pozostałe czynności, jak można 

zauważyć,  są  całkowicie  zautomatyzowane.  Maszyna  podaje  konwejerem  tylko  dobrze  przyswojone  nasienie, 

kolejno, jedno po drugim wraz z otwarciem każdego łożyska. Przejście od początku do końca konwejera trwa około 

dziesięciu dni. Proszę spojrzeć na te ruchome kurki, niby kogutki potrząsające głową. To one wstrzykują embrionom 

określoną  dawkę  zróżnicowanych  hormonów.  W  łonie  naturalnej  macicy  zachodzi  proces  interakcji  między 

hormonami pochodzącymi z embriona a hormonami z ciała matki. Powoduje on określone zmiany. Tutaj jednak - po 

dokonaniu  analizy  pod  względem  ilościowym  i  czasowym  -  odpowiednio  wpływamy  na  zmiany.  Gdybyśmy 

pozwolili rozwijać się tak samo jak w naturalnej macicy, wyrosłyby lądowe ssaki, takie jak matka. Tutaj, oczywiście, 

stymulujemy  ten  proces  w  nieco  zmienionych  warunkach...  Tę  modyfikację  wyrażamy  za  pomocą  formuły 

wydzielania alfa, lecz oszczędzę panu bardziej szczegółowych objaśnień... 

- Nasienie różni się czasem liczbą godzin i dni od chwili poczęcia. Jak to równoważycie? 

- Bardzo dobre pytanie. W przypadku świń z zasady dobieramy embriony w odstępach dwutygodniowych. 

Naturalnie,  mimo  to  zachodzą  pewne  różnice.  Jednak  najważniejsze  jest  stworzenie  warunków,  w  których 

modyfikacja  przebiega  w  zgodzie  z  funkcją  alfa  do  momentu  najistotniejszego,  w  którym  embrion  stanie  się 

zwierzęciem wodnym lub wodno-lądowym. Potem już nie trzeba specjalnie zajmować się stopą wzrostu. Nawet w 

naturalnym  łonie  są  różnice,  jedne  macice  są  młodsze,  inne  starsze.  Właśnie  chodzi  o  ten  najważniejszy  moment, 

który należy wyraźnie wyodrębnić. Z tego miejsca dobrze tego nie widać. Powstają zmiany w ubarwieniu łożyska. O, 

widzi pan? Tamto trochę się zazieleniło. Gdy oczy się przyzwyczają, łatwo jest dostrzec... 

Młody  pracownik  nazwany  Haradą  zawrócił,  żeby  przynieść  i  pokazać  nam  wskazany  przez  Yamamoto 

pojemnik. Gdy czekaliśmy na jego powrót, Yamamoto pozwolił mi zapalić papierosa, on też wyciągnął z kieszeni 

białego fartucha niedopałek, włożył go do ust i przypalił. Wpatrywał się w unoszący się dym jak w coś niezwykłego i 

powiedział: 

- Tak, człowiek nabawił się dziwacznych zwyczajów, dlatego że wdycha powietrze... 

- Do tego  miejsca były to pracownie Trzeciego Laboratorium  Genetycznego - zauważył  Tanomogi swym 

zwykłym tonem, jakby zwracając się do mnie. Chyba się już niecierpliwił. 

Mimo napięcia byłem  w  takim nastroju, jakbym zrobił coś, za co powinien przepraszać; poczułem  wręcz 

ciarki na skórze. Lecz niczym nie zrażony Yamamoto mówił dalej: 

- Tak... Mają one następującą numerację: sala 1 - usuwanie nieczystości, sala 2 - transplantacja do sztucznego 

łożyska, następnie ta sala, do której przyszliśmy. Gdy barwa w łożysku ulegnie zmianie, wtedy przenosimy je do sali 

4, gdzie rozpoczyna się proces przemiany w ssaki wodne. O, widocznie znalazł. 

background image

Młody człowiek, którego widzieliśmy przed chwilą, szedł niosąc inny szklany pojemnik; spieszył się, jakby 

chciał go podarować. Istotnie, wokół rozszerzonej wiązki naczyń krwionośnych rysował się niewyraźny cień. 

- To znak, że w embrionie rozpoczął się nowy proces wewnętrznego wydzielania. Gdy stwierdzimy, że coś 

takiego  następuje,  od  razu  przenosimy  go  do  sali  numer  4,  ale...  Harada-kun,  pokaż  frontową  stronę,  dobrze?  O, 

rozwijają się szybko. Cechą charakterystyczną tego okresu jest niemal pełne wykształcenie się tułowia, nerek i skrzeli, 

które są już bardzo aktywne. Duże fałdy u nasady głowy to skrzela. Mniejsza już o żebra, ale dlaczego na tym etapie 

jest tak aktywna pierwsza nerka i skrzela, skoro i tak muszą zaniknąć? Przykro mi, że muszę panu robić niemal cały 

wykład z biologii, ale już dochodzimy do sprawy najważniejszej... 

Streszczając wyjaśnienia Yamamoto, rzecz ma się następująco: W teorii ewolucji bardzo ważna jest zasada 

interakcji, to znaczy zasada, zgodnie z którą zmiany jednego narządu istoty żywej pociągają za sobą zmiany innego 

narządu. To bardzo ważne. W procesie rozwoju osobnika powtarza się wzorzec gatunkowy, a nam chodzi nie tyle o to, 

żeby po prostu powtarzać przeszłość, ale o przyspieszenie procesu rozwojowego. Naturalnie, nie wszystko podlega 

zmianie. Na przykład krew od początku jest taka sama jak u dorosłego osobnika. Bez zmian pozostają też te narządy, 

które  są  niezbędne  w  następnym  stadium  rozwoju.  Nawet  u  świni  jest  takie  stadium,  w  którym  działa  tylko  jedna 

nerka. Tylko dorosła minoga ma jedną nerkę. Pierwsza nerka po pięciu dniach nie spełnia swych funkcji i podlega 

atrofii. Potem wykształca się druga nerka. Na pierwszy rzut oka wygląda to na proces zbędny, zwłaszcza że druga 

nerka  nie  powstaje  wraz  z  zanikiem  pierwszej.  Ta  ostatnia  spełnia  rolę  swego  rodzaju  organu  wydzielania 

prowadzącego do powstania drugiej nerki. Z kolei druga nerka zmienia się w wewnętrzny organ wydzielania, który 

ostatecznie staje się rzeczywistą nerką końcowego etapu. 

W  wypadku  skrzeli  jest  podobnie  -  połowa  bliższa  głowy  spełnia  specyficzne  funkcje  jako  wewnętrzny 

gruczoł wydzielania i służy pobudzaniu ewolucji drugiej połowy skrzeli. Te organy, które powodują przekształcanie 

się skrzeli, nazywane są gruczołami grasicowymi i tarczycowymi. 

Powstaje  więc  pytanie,  co  by  się  stało,  gdyby  proces  zmian  zakończył  się,  zanim  skrzela  ulegną 

przekształceniu  w  wewnętrzne  gruczoły  wydzielania.  Właśnie  na  tym  etapie  zatrzymała  się  ewolucja  ryb. 

Wstrzymanie rozwoju embrionu ssaka  w tym  momencie  nie spowoduje przekształcenia  się  w rybę. W najlepszym 

razie powstanie jakiś potworek, jak np. bezwolny ślimak. A to dlatego, że nie wszystko ulega powtórzeniu, niektóre 

części organizmu, niezbędne rybom ulegają wcześniej atrofii. 

W tym miejscu objaśnień Yamamoto uśmiechnął się opuchniętymi wargami i spojrzał na mnie pytająco. 

- Czy wyraziłem się dostatecznie jasno? 

Nie czekając na odpowiedź, ruszył w stronę drzwi: 

- Zgodnie z porządkiem to jest sala 4, którą powinniśmy teraz pokazać, lecz tutaj znajdują się obracające się 

w ciemności szklane kule, pominę więc ją i zaprowadzę pana do ostatniej sali 5. 

- Tak, tak. - Tanomogi zrobił mu przejście i rzucił przez ramię: - Po raz pierwszy mnie też oprowadzano w tej 

samej kolejności. 

- Jeśli sobie pan życzy, mogę pokazać film nakręcony w podczerwieni. 

- Nie, nie interesują mnie zbyt specjalistyczne szczegóły. 

-  Rozumiem,  jeśli  pan  nie  interesuje  się  sprawami  technicznymi,  to  chyba  nie  potrzeba...  Dobrze  byłoby 

obejrzeć przynajmniej salę numer 5. Znajduje się tam coś specjalnego. 

Znów zeszliśmy w dół po długiej pochylni korytarza. 

background image

- W okresie powstania skrzeli trzeba podjąć decyzję, czy je pozostawić bez zmian, czy też przekształcić w 

wewnętrzny gruczoł wydzielania, a więc trzeba określić, w którą stronę skierować proces ewolucji - objaśniał wolno 

Yamamoto słowo po słowie, jakby obawiając się nakładania się echa odbijającego się od ścian. - Taka decyzja zależy 

od  jakości  hormonów  wydzielanych  przez  komórki  nerwowe,  podobnie  jak  w  przeobrażaniu  się  owadów.  Układ 

nerwowy to naprawdę dziwna rzecz. Nie tylko jest niezbędny do podtrzymania życia, lecz jest także źródłem energii 

dla  ewolucji.  Jeśli  się  powstrzyma  dopływ  hormonów,  dyferencja  ulegnie  nagle  zahamowaniu.  Tą  metodą 

stworzyliśmy ową świnkę-ślimaka o długości siedemdziesięciu centymetrów. 

- Czy można to jeść? - wtrącił Tanomogi drwiąco. Chyba specjalnie chciał się popisać cyniczną postawą, ale 

mnie zrobiło się nieprzyjemnie. 

-  Hm,  nie  widzę  powodów,  żeby  nie  było  można  -  odparł Yamamoto,  który  wcale  nie  okazał  zdziwienia 

drwiącym tonem. - Wraz z zahamowaniem dyferencjacji również system nerwowy zatrzymał się na niskim poziomie 

rozwoju.  W  rezultacie  ewolucja  mięśni,  a  tym  samym  proteiny,  na  pewno  się  opóźnia.  Myślę  więc,  że  nie  jest  to 

smaczne... 

Mężczyzna i kobieta w bieli pochylili głowy, gdy nas mijali. Korytarz obniżył się o kolejny stopień. Od tego 

miejsca sufit miał kształt łukowaty. Nachylenie stawało się coraz bardziej strome. Wydało mi się, że słyszę odgłos 

morza. Może mi tak w uszach szumiało. 

- Jeśli wystarczyłoby osiągnięcie stopnia rozwoju nie przekraczającego poziomu świni-ślimaka - Yamamoto 

odwrócił  się  i  wykonując  takie  ruchy  rękami,  jakby  podtrzymywał  niewidoczne  pudełko,  mówił  dalej  -  operacja 

utrzymania  skrzeli  u  embriona  ssaków  byłaby  naprawdę  łatwa.  Zachowanie  organu  oddechowego  na  poziomie 

skrzeli,  przy  jednoczesnym  rozwoju  reszty  ciała  nastręcza  niemałe  trudności.  Nie  wystarcza  tutaj  znajomość  i 

zastosowanie  ogólnej  teorii  pozytywnej  i  negatywnej  funkcji  hormonów.  Możemy  więc  być  dumni  z  rezultatów 

naszych studiów. 

- Jaki długi korytarz... 

- Już niedaleko, skręcimy za rogiem i pójdziemy na wprost. Pomieszczenie pozbawione było drzwi. Wzdłuż 

ścian ciągnął się podest o szerokości około dwu metrów, natomiast na środku znajdował się rodzaj krytego basenu. 

Różnił się od zwyczajnego tym, że wewnątrz zbiornika paliło się światło, pozwalające widzieć wnętrze jak na dłoni. Z 

jednej strony wyglądał na bardzo głęboki, a z drugiej na płytki, pewnie w wyniku załamania się światła. W okienkach 

w ścianie po lewej stronie znajdowały się jakieś przyrządy pomiarowe, na prawo w ścianie również były okna, tylko 

trochę  większe.  Zanurzeni  w  wodzie  dwaj  mężczyźni  w  akwalungach  pracowali  przy  jednym  z  przyrządów 

pomiarowych, obok nich wznosiły się w górę słupki oślepiająco jasnych bąbelków powietrza. 

- To weterynarze i hodowcy - powiedział Yamamoto, tłumiąc śmiech, po czym wzdłuż basenu wprowadził 

mnie  do  sali  po  prawej  stronie.  Jakże  koszmarne  wrażenie  zrobiło  na  mnie  to  pomieszczenie!  Było  zawalone 

bezładnie  ułożonymi  lekami,  instrumentami  chirurgicznymi,  akwalungami  i  różnymi  dziwnymi  przyrządami 

elektronicznymi.  Głucho  brzęczała  instalacja  wentylacyjna,  lecz  nie  zdołała  rozproszyć  świdrującej  nozdrza  woni. 

Niewielki  wzrostem  mężczyzna  o  niskim  czole,  kreślący  coś  na  kratkowanym  papierze,  wstał  z  pośpiechem  i 

zaproponował mi krzesło. Rozejrzałem się i zobaczyłem tylko dwa krzesła, więc odmówiłem. Zresztą nie chciałem tu 

długo przebywać. 

- Panowie przyszli zwiedzić, proszę więc polecić, żeby pracujący ustawili się tak, aby można było łatwiej ich 

obserwować. 

background image

Usiedliśmy  na  brzegu  basenu  za  przykładem  mężczyzny,  który  przyszedł  tu,  ciągnąc  za  sobą  kabel 

mikrofonu, przez który zwrócił się do pracowników znajdujących się w wodzie. Unieśli twarze i odpowiedzieli na 

pozdrowienie, machając rękami. 

- Za jakieś dwie minuty wyjdzie nowy - powiedział mężczyzna, odwracając głowę w stronę Yamamoto. I 

rzeczywiście, pracownik znajdujący się w wodzie sygnalizował coś dwoma wyprostowanymi palcami. 

- Teraz będą się rodzić co pięć, osiem minut. - Yamamoto dał mężczyznom znak wzrokiem. - Do tego czasu 

embriony,  które pan  widział  w sali 3  w okresie powstawania skrzeli, zmieniły  się gatunkowo. Na przykład świnie 

ponad sześć miesięcy są przechowywane w sali 4. Choć “przechowywanie" to niewłaściwe określenie... 

-  Coś  podobnego!  -  krzyknąłem  mimo  woli.  -  Czy  częstotliwość  ta  nie  daje  w  ciągu  sześciu  miesięcy 

ogromnej liczby? 

-  Oczywiście,  że  tak.  Na  pięciu  poziomach,  z  których  każdy  dostarcza  szesnaście  tysięcy  sztuk,  mamy 

osiemdziesiąt  tysięcy  -  powiedział  niewysoki  mężczyzna,  unosząc  brodę.  Przytknął  jednocześnie  czubek  palca, 

wąchając nikotynę. 

- Gdyby pan był specjalistą w tym zakresie... - ciągnął zaglądając do zbiornika z wodą - zainteresowałby się 

pan  na  pewno  urządzeniami  sali  numer  4...  Dostarczanie  pożywienia,  likwidacja  odpadów,  a  także  regulacja 

temperatury,  ciśnienia...  Zwłaszcza  problem  temperatury,  którą  nieco  obniżamy  w  stosunku  do  temperatury  łona 

ludzkiego, jest skomplikowany. Kontrolując przemianę skrzeli, zajmujemy się substancjami sztucznych gruczołów 

wydzielania... Można to porównać do sytuacji, w której truciznę kontroluje się za pomocą trucizny... Nie, chodzi o to, 

co  trzeba  zrobić,  aby  nie  rozpuścić  kryształków  soli  znajdujących  się  w  wodzie.  Posługujemy  się  oczywiście 

przesyconym  koncentratem.  No,  w  każdym razie  udało się nam zatrzymać rozwój samych skrzeli bez  wywierania 

wpływu na inne narządy. 

W basenie czerwone lampki oświetlały urządzenia pomiarowe przy okienkach. 

- Idzie! - krzyknął mężczyzna, drapiąc się po głowie. 

- To sztuczny poród. - Tanomogi oparł się o brzeg basenu i wychylił do przodu. 

Mężczyźni w wodzie dali znak rękoma, przesunęli się na boki, aby piana nie przesłaniała widoku i stanęli 

przodem  do  okienka.  Nagle  coś  je  wypełniło:  czarne,  metalowe  pudełko  wyśliznęło  się  z  niego  i  zatrzymało 

pięćdziesiąt centymetrów przed nimi. Mężczyźni natychmiast przystąpili do działania. 

- Usuwają sztuczne łożysko. 

Mężczyźni  otworzyli  pudełko  i  wyjęli  plastykową  torebkę.  W  oczach  torebka  zamieniła  się  w  dużą  kulę. 

Wnętrze kuli  wypełnił  mętny czerwony płyn. Jeden z  mężczyzn  wbił  w  kulę  gumowy  wąż  wystający z przyrządu 

pomiarowego i przekręcił kurek. 

-  Wysysa  płyn  z  wnętrza.  Po  oddzieleniu  od  łożyska  natychmiast,  wprost  odruchowo,  rozpocznie  się 

oddychanie skrzelami, dlatego tę operację trzeba przeprowadzać bardzo szybko. 

Kula się skurczyła, powłoka przylgnęła do tego, co znajdowało się wewnątrz, i wtedy zarysował się kształt 

prosięcia. Zwierzę potrząsnęło nóżkami i zaczęło się konwulsyjnie poruszać. Drugi mężczyzna wbił nóż w torebkę i 

zdjął  powłokę  sprawnie  jak  koszulkę.  Nie  zauważyłem,  kiedy  mężczyzna  wziął  drążek,  wyłowił  niepotrzebną  już 

powłokę i wprawnym ruchem wrzucił ją do bańki stojącej w kącie. Rozeszła się nieznośna woń. To stąd pochodził ten 

zapach, który tak mocno czułem od samego początku. 

background image

Prosię niepewnie stanęło na przednie nogi, a nad nim uniosła się różowiejąca mgła. Asystujący mężczyzna 

przyczepił do węża szczotkę, oczyścił ją z brudu, a następnie włączył odkurzacz. Gdyby tego nie zrobił, basen szybko 

wypełniłby się brudem. Za pomocą metalowej strzykawki wpuścił coś do uszu prosięcia, a wtedy ono podskoczyło. 

-  Tak  czy  owak  błona  bębenkowa  jest  zbędna,  poza  tym  podatna  jest  na  stany  zapalne,  dlatego  ucho 

pokrywamy od razu plastykiem, jak pan widział. 

-  A  kiedy  dorośnie...  -  zaczął  mówić  Tanomogi,  lecz  natychmiast  zamilkł,  jakby  uświadomił  sobie,  że 

przeszkodził mi zadać pytanie. 

- Proszę, mów pierwszy. 

-  Moje  pytanie  jest  bardzo  proste.  Chodzi  o  to,  czy  ta  pokrywka  plastykowa  nie  poluzuje  się  wraz  z 

dorastaniem... 

- Użyty przez nas plastyk ma interesujące właściwości. Wbrew prawom grawitacji przepływa stopniowo w 

stronę wysokiej temperatury i rozciąga się. A pan o co chce zapytać? 

- Jeśli chodzi o mnie, to moje pytanie ma związek z umiejętnością słyszenia w wodzie. Jak rozstrzygnięto tę 

sprawę? 

- W tej kwestii jeszcze wiele pozostało do zrobienia... Tylko w wypadku ryb nie ma trudności, słyszą dobrze, 

mając przykryte uszy. 

- To znaczy, że zwierzęta wodne nie są głuche? 

- Oczywiście, szczególnie pies morski jest wrażliwy nawet na bardzo ciche dźwięki. 

- Często morze nazywa się światem milczenia, jednak głębiny morskie nie są wcale ciche - rzekł Tanomogi z 

miną znawcy. 

- To absurd! - krzyknął niewysoki mężczyzna i wcisnął się między nas. - Nie ma mniej hałaśliwego miejsca 

niż morze dla tych, którzy mają uszy po to, żeby słuchać. Ryby krążą podśpiewując. Zupełnie jak ptaki w lesie. 

-  Problemem  -  wtrącił  Yamamoto,  pocierając  nos  z  góry  na  dół  swym  grubym  palcem  -  jest  raczej 

wydawanie  głosu,  a  nie  słyszenie.  Mieliśmy  z  tym  dużo  kłopotu,  badając  możliwość  użycia  strun  głosowych  w 

stadium oddychania skrzelami. Pies nie umiejący szczekać nie może nawet pilnować domu. Tylko psa udało się nam 

jakoś nauczyć. 

- Nauczyć? Szczekania? 

- Ależ nic podobnego... Nauczyliśmy go zgrzytać zębami zamiast szczekać. Pomysł wzięliśmy od pewnego 

gatunku ryb. To było odkrycie, które może być powodem do dumy. 

Mężczyzna,  który  skończył czyszczenie, podskoczył i podpłynął pod powierzchnię  wody, pokazując nam 

prosię.  Zwierzę  pokryte  białą  szczeciną  na  różowawej  skórze  otwierało  i  zamykało  skrzela  przypominające  fałdę 

tłuszczu, i patrzyło na nas z wody wytrzeszczonymi oczami. 

- Oczy ma już otwarte? 

- Zauważył pan? - Yamamoto uśmiechnął się zadowolony. - Powiedziałem, że poza organem oddychania 

wszystkie inne organy pozostają bez zmian, ale w niektórych przypadkach są jednak drobne różnice. Tu nie chodzi o 

to, że otwiera oczy, ale o to, że zanikły powieki. 

Mężczyzna w wodzie wziął prosię pod pachę, poprawił wyblakły niebieski kombinezon, obrócił się, jednym 

ruchem  przeciął  basen  i  zniknął  w  otworze  okiennym  po  przeciwnej  stronie.  Pozostał  za  nim  biały  pas  rozbitych 

srebrnych bąbelków. 

- Gdzie popłynął? 

background image

- Do farmy hodowlanej osesków. Okulary! - Zwrócił się w stronę mężczyzny stojącego obok i podszedł do 

okien.  -  Później  pokażę  panu  na  karcie  anatomicznej,  a  tymczasem  musi  pan  przyjąć  na  wiarę,  że  hormony 

pochodzące  z  zanikłych  skrzeli  wywierają  jeszcze  pewien  wpływ  na  kilka  organów.  Do  najbardziej 

charakterystycznych cech nowego osobnika należy brak gruczołu łzowego, ślinowego i potowego. Poza tym nastąpił 

zanik powiek, degeneracja strun głosowych itp... Tak, jeśli zaś chodzi o płuca ssaków wodnych, to muszę stwierdzić, 

że  nieoczekiwanie  utraciły  tylko  tchawice,  przewody  powietrzne  pozostały,  oskrzelowe  kanały  pootwierały  się  w 

ściankach przewodu pokarmowego. Właściwie to nie są płuca, lecz rozwinięty i przekształcony pęcherzyk rybi. Tak, 

to tajemnica natury, lecz brak gruczołów łzawych czy ślinowych nie stanowi żadnego utrudnienia dla mieszkańców 

wód... 

- W takim razie nie może ani płakać, ani się śmiać. 

- Bez żartów! Czy zwierzęta w ogóle płaczą lub się śmieją?! 

Drugi mężczyzna, który przebywał w wodzie, wspiął się na metalową drabinkę, chyba po to, by wymienić się 

z niskim mężczyzną przebywającym dotąd na górze. 

Niski  mężczyzna  przyniósł  około  dwumetrową  cienką  rurkę  pomalowaną  białym  lakierem,  następnie 

odszedł i zaczął przebierać się w granatowy kombinezon. Yamamoto zanurzył rurkę w wodę zagiętą stroną, natomiast 

koniec  zakończony  soczewką  przystawił  do  okienka  i  spojrzał  przez  wystający  nad  wodą  wziernik.  Tak,  był  to 

odwrócony peryskop. 

- Proszę, widać. 

Chcąc  nie  chcąc,  wziąłem  rurkę  w  obie  dłonie  i  przytknąłem  oko  do  soczewki.  Nie  zobaczyłem  niczego 

prócz jaśniejącego mleczną barwą mroku. Pomyślałem, że soczewka pewnie jest zaparowana, i gdy chciałem wyjąć 

chusteczkę, żeby ją przetrzeć, usłyszałem: 

- Nie, tak jest dobrze. Proszę tylko cierpliwie chwilę poczekać. Po prostu woda jest mętna. - Posłuchałem 

rady i wydało mi się, że coś widzę. Jak się okazało, były to sztuczne piersi. 

- Nie można ustrzec się rozlewania mleka podczas karmienia, dlatego woda jest mętna. 

- A dlaczego mętna woda nie przepływa tutaj? Nie ma chyba dodatkowej przegrody? 

- Oddziela je kurtyna w postaci strumienia wody. Sala karmienia podzielona jest takimi kurtynami na cztery 

części, a w każdej z nich temperatura waha się od trzech dziesiątych stopnia do osiemnastu. Świnki mogą swobodnie 

przemieszczać się przez te kurtyny. Miejsce przebywania zmieniają w zależności od tego, w której części otwierają się 

sztuczne sutki. W ten sposób zwierzęta, chcąc nie chcąc, przyzwyczajają się do nagłych zmian temperatury wody. To 

wywiera korzystny wpływ na rozwój gruczołów łojowych i tłuszczu pod skórą, a także na sierść. 

Stopniowo  moje  oczy  przyzwyczaiły  się  do  ciemności.  Ukazało  się  kilkadziesiąt  prosiąt  uczepionych 

pyszczkami  do  obłych  przedmiotów  pokrytych  licznymi  wypustkami  podobnymi  do  białych  sutek.  Przypominały 

kiście  winogron  zwisające  z  półek  pokrytych  białą  pleśnią.  Od  czasu  do  czasu  między  nimi  ukazywali  się  ludzie 

poruszający się płynnie jak powiewające flagi. Byli to chyba hodowcy w akwalungach. 

- Świnki przebywają tu około miesiąca, do czasu odstawienia od piersi, a potem stopniowo są odsyłane na 

podwodne pastwisko. 

background image

 

25 

 

 

KARTA ZAMÓWIENIA NR 112 

Do Instytutu Yamamoto

Proszę natychmiast przesłać lądową pocztą ekspresową 

1. Nasienie Yorkshire 

2 szt.

2. Psy strzegące przed rekinami 

2 szt.

3. Długowłose psy myśliwskie 

5 szt.

4. Krowy mleczne, ulepszenie nr 3 

8 szt.

5. Szczepionki przeciw chorobie marine snow 

200 szt.

Podmorska Farma nr 3

Niigata

 

- Czy określenie “nasienne Yorkshire" oznacza, że uzyskano odmiany o cechach dziedzicznych? 

Przepłynęliśmy podmorską farmę wielkości małego jeziora łódką wyposażoną w reflektory. Powietrze było 

tak ciężkie, że z trudem oddychaliśmy. 

- Nie, w pierwszej generacji okazało się to niemożliwe. Ssaki podwodne pierwszej generacji udaje się ledwo 

utrzymać. Nie mają one zdolności rozrodczych. Drugie pokolenie powstaje więc dzięki sztucznemu procesowi poza 

macicą  i  dopiero  ono  jest  wyposażone  w  zdolności  rozrodcze.  I  tak  stworzone  drugie  pokolenie  nazywamy  na 

przykład nasiennymi świniami lub nasiennymi krowami. Pochłania to dużo wysiłku i czasu, nasienia są więc drogie i 

dlatego  nie  tak  bardzo  powszechne.  Wkrótce  nie  będą  należały  do  rzadkości  zwierzęta  wodne  zdolne  same  się 

rozmnażać. 

- Co to za Podmorska Farma w Niigata? 

- Zgodnie z nazwą to podmorska farma. 

- To znaczy, że produkuje na rynek? 

-  Tego  nie  wiem.  Od  końca  ubiegłego  roku  wzrasta  liczba  podobnych  zamówień.  Najpierw  z  pewnością 

pojawiła  się  Farma  nr  1  w  Boso.  Poza  tym  istnieje  Farma  Głębinowa  Pacyfik  KL  i  inne,  których  nazwy  trudno 

spamiętać... Liczba zwierząt wyprodukowanych w ten sposób włącznie ze świniami i krowami wynosi około dwustu 

tysięcy sztuk, to jest około pięciu procent liczby zwierząt hodowanych w kraju na lądzie. Te farmy należą do jednej 

organizacji, muszą być dochodowym przedsięwzięciem. 

- Trudno w to uwierzyć. 

- Ach, ja też tego nie rozumiem. Proszę jednak popatrzeć na te zwały na dnie głębin morskich: to marine 

snow. Podobno są świetną paszą dla świń. Skoro tak, to są tam niewyczerpane zapasy. Świnie można paść jak owce na 

pastwiskach. Istnieją więc dostateczne przesłanki, by uznać, że inwestycja może być dochodowa. 

- O, na dole właśnie doją krowy dojarkami automatycznymi. 

- Aż trudno uwierzyć, żeby działalność na tak dużą skalę nie znalazła odzwierciedlenia w prasie. 

background image

-  Tak,  to  musi  być  bardzo  sprawna  organizacja...  -  szybko  wtrącił  Tanomogi,  jakby  chciał  mnie  do  tej 

organizacji zaagitować. Jeszcze nie mogłem się zdecydować, czy Tanomogi jest moim wrogiem, czy sojusznikiem, 

nie potrafiłem więc od razu ocenić, do którego z nas skierował tę uwagę. 

Znalazłem  się  w  kłopotliwej  sytuacji.  Niewątpliwie,  pod  wpływem  wizyty  w  tym  niezwykłym  miejscu 

nastąpiła  całkowita  zmiana  w  moim  myśleniu.  Stało  się  tak,  jak  przewidywał  Tanomogi.  Informacja  o  handlu 

embrionami wydała mi się niemal całkowicie prawdopodobna. Zatem powinienem ponownie rozważyć zdarzenia z 

ostatnich kilku dni. Zabójstwo księgowego może się okazać mniej istotne, niż przypuszczałem. 

Nawet nie spostrzegłem, kiedy osłabło we mnie pragnienie odnalezienia prawdziwego przestępcy i pojawiła 

się refleksja o skradzionym dziecku. W kwestii przestępcy byłem bliski kompromisu, tym bardziej że za zbrodniarkę 

uznano  kobietę.  W  ostateczności,  gdyby  sprawy  się  skomplikowały  i  maszyna  prognostyczna  była  zagrożona, 

sfałszowałbym  czynnik  analizy.  Dzięki  wizycie  złożonej  w  instytucie  przybliżyłem  się  o  krok  do  prawdy,  lecz 

jednocześnie wydało mi się, że oddaliłem się od rozwiązania problemu. Jeśli się oddaliłem, to trudno, nic na to nie 

poradzę. Już mam dość zajmowania się takimi sprawami. Tanomogi sugeruje, że policja coś podejrzewa, a przecież 

policja ceni swój honor. Jeśli kłamstwo byłoby przekłamaniem maszyny prognostycznej, to niewątpliwie należałoby 

zachować tajemnicę. Teraz chciałbym jak najszybciej stąd odejść i spokojnie zasiąść przy maszynie. 

Przedtem jednak powinienem koniecznie coś zrobić, a mianowicie odszukać odebrane mi dziecko i - nim 

cokolwiek  z  nim  uczynią  -  spowodować  jego  śmierć.  Dopiero  po  tym  od  wszystkiego  umyję  ręce.  Następnie 

poszukam naprawdę zwyczajnego człowieka i zacznę wszystko od początku. Zresztą to chyba Wada wspomniała, że 

chciałaby  poznać  własną  przyszłość.  Byłaby  na  pewno  sympatycznym  królikiem  doświadczalnym...  Gdy  się 

zestarzeje,  nawet  ona  przestanie  być  sympatyczna.  Teraz  powinienem  odkryć  przyszłość  spokojną,  uplecioną  z 

drobnych  radości  i  nielicznych  cierpień.  Nie  ma  w  niej  nic  interesującego,  ale  jako  materiał  eksperymentalny 

gwarantuje przynajmniej pewny wynik... 

- Dlaczego mamy wszystko utrzymywać w tajemnicy? 

Tanomogi  przerwał  milczenie  jakby  dłużej  nie  mógł  wytrzymać.  W  tym  momencie  łódź  przybiła  na 

przeciwległy brzeg. Yamamoto z niezwykłą lekkością jak na mężczyznę tej tuszy wskoczył na ląd i podał mi rękę. 

Odpowiedział Tanomogiemu spokojnym tonem, nie okazując zakłopotania. 

- Dlatego, że jest to praca nazbyt rewolucyjna. Wywołałaby niewątpliwie  wielkie reperkusje  w  kraju i za 

granicą. Do czego dojdziemy, jeśli będzie się tę pracę konsekwentnie prowadzić - tego chyba nikt nie wie... 

- Jaki zatem ma to sens? 

- Zniknęły z mapy kraje zacofane, z którymi można było prowadzić korzystny handel, lepiej więc tworzyć 

sztuczne  kolonie  i  korzystnie  w  nie  inwestować,  aniżeli  prowadzić  niepewną  grę.  Gdyby  pańska  maszyna 

prognostyczna  nie  dostała  się  na  łamy  prasy,  to  na  pewno  szefowie  organizacji  zgłosiliby  się  natychmiast,  aby 

dowiedzieć  się  przyszłości  tych  podwodnych  kolonii.  Już  sama  myśl  o  tym,  jaki  mógłby  być  wynik  tych  działań, 

sprawia przyjemność. Podobno “Moskwa 2" przewidziała, że przyszłość należy do komunizmu. Pewnie dlatego, że 

nie wpadła na trop kolonii podwodnych. 

- Zdecydowaliśmy się nie prowadzić prognoz politycznych. 

- Oczywiście, byłoby to ograniczenie wolności poprzez przedstawianie społeczeństwu jego przyszłości. 

Wysoki  betonowy  mur  ciągnął  się  wzdłuż  farmy  podwodnej.  Były  w  nim  drzwi,  a  w  głębi  kryty  basen. 

Trochę  większy  niż  ten,  który  już  widziałem.  Po  czterech  stronach  miał  okratowane  okna.  Właśnie  trener  w 

akwalungu trenował lśniącego czernią psa. 

background image

- To jest właśnie myśliwski pies długowłosy, o którym wspominało zamówienie. Długą sierść utwardza się 

za pomocą specjalnej pomady i dzięki temu chroni się skórę. Takie przygotowanie jest konieczne, ponieważ pies musi 

pływać w różnych miejscach i warunkach. O, proszę zobaczyć, ma gumowe płetwy przyczepione do łap. Gdy nauczy 

się nimi posługiwać, stanie się osobnikiem dojrzałym. Jutro rano odjeżdża, przechodzi więc ostatnie ćwiczenia. Nagle 

pies wyciągnął szyję, zanurzył głowę, zrobił obrót, wyprostował się jak strzała i przywarł do kraty, odbił się od niej i 

w następnej chwili pochwycił rybę. 

- Rzecz w tym, aby złapał rybę i nie zagryzł jej - wtrącił Tanomogi. 

Yamamoto mówił dalej: 

- Gdy ma coś w zębach, nie może oddychać pyskiem, musi to robić przez nos, a wodę wydalać przez skrzela. 

Tylko wytrenowany pies potrafi tego dokonać. 

Pies włożył pysk do torby trzymanej przez trenera i czekał na zamkniecie otworu, a następnie rybę puścił. 

Rzeczywiście, ryba poruszyła się i zaczęła pływać. 

- Proszę pana - odezwał się Tanomogi, jakby coś sobie przypomniał - czy wie pan, w jaki sposób te zwierzęta 

są  przewożone  lądem?  To  bardzo  ciekawe.  Zna  pan  cysterny,  którymi  transportuje  się  benzynę,  prawda?  Otóż 

podobno  w  takich  samych  zbiornikach  połączonych  łańcuchami  odbywają  podróż  zwierzęta.  Świetny  pomysł. 

Zawsze patrzę ze zdziwieniem, gdy widzę pięć albo sześć takich cystern połączonych ze sobą. 

- Mówisz tak, jakbyś wiedział już wszystko - zauważył Yamamoto nieco drwiąco. 

- Absolutnie nie wiem! - szybko odpowiedział Tanomogi podniesionym głosem, a wtedy obaj roześmiali się 

wesoło. 

Nie  dostrzegłem  w  tym  nic  śmiesznego.  Nie  znalazłem  dość  siły,  aby  zmusić  się  do  uśmiechu.  Miałem 

wrażenie, że wraz z ich śmiechem moje zmęczone oczy zapadały się stopniowo coraz głębiej. 

 

 

26 

 

Wracaliśmy  samochodem  należącym  do  instytutu,  więc  w  obawie  przed  kierowcą  w  ogóle  ze  sobą  nie 

rozmawialiśmy. Chciałem powiedzieć Tanomogiemu tylko jedną rzecz, ale nie miałem już ochoty dyskutować z nim 

na jakiekolwiek tematy. Tanomogi był chyba zmęczony i dlatego milczał. W końcu usnąłem. Zostałem zbudzony, gdy 

znaleźliśmy się przed moim domem. Straszliwie bolała mnie głowa. 

- Jutro będę spać do południa. 

- Jutro? Przecież jest czwarta rano. 

Uśmiechnął się ledwie dostrzegalnie. Zauważyłem kątem oka, jak machał do mnie ręką, gdy wchodziłem do 

domu.  Ledwie  trzymałem  się  na  nogach.  Żona  nie  powiedziała  nawet  słowa,  lecz  to  mnie  wcale  nie  zmartwiło. 

Sięgnąłem po szklaneczkę whisky stojącą przy poduszce i nim wziąłem ją do ręki, zasnąłem. 

 

background image

 

 

Śniło mi się, że wielokrotnie byłem wprowadzany do Instytutu Yamamoto. Oto wsiadam do samochodu i 

ruszamy,  i  zaraz  znów  dojeżdżam  do  innego  instytutu.  Mam  wrażenie,  że  stoję  w  pokoju  lustrzanym,  w  którym 

wszystkie  drogi  prowadzą  do  tego  instytutu.  W  bramie  mieszka  coś  strasznego,  tak  groźnego,  że  trudno  mi  to 

wyjaśnić. Ponieważ nie zdążam na dzwonek, a więc spóźniam się do pracy, dlatego chcą mnie ukarać. Za tą bramą 

rozpoczyna się proces. Z każdym uderzeniem serca narasta oskarżenie. Muszę się spieszyć i muszę uciekać. Lecz nie 

mogę  zrozumieć,  czy  uciekam  i  czy  posuwam  się  do  przodu.  I  znów  przede  mną  brama  do  Instytutu  Yamamoto, 

czekająca na mnie... 

Po dziesiątej ocknąłem się i zrozumiałem, że spałem w domu, więc odetchnąłem z ulgą. Wydało mi się to 

zabawne,  więc  mimo  woli  roześmiałem  się.  Podobne  sny  miewałem  w  młodości,  gdy  wracałem  na  przykład  nocą 

pijany do domu. Próbowałem się jeszcze zdrzemnąć, lecz coś nagle zaczęło mnie niepokoić - tym razem naprawdę nie 

mogłem zasnąć. 

Wstałem, by ustalić, skąd dochodził odgłos odkurzacza. Okazało się, że z mojej pracowni. 

- Przeszkadza? - spytała żona, nie podnosząc głowy ani nie przerywając pracy. 

- Niespecjalnie... Chcę cię o coś zapytać. 

- Co się z tobą wczoraj działo? 

- Pracowałem. 

- Zrobiło się późno, więc zadzwoniłam do twego instytutu. 

- Pracowałem gdzie indziej! - wykrzyknąłem coraz bardziej poirytowany i wydało mi się, że naprawdę mam 

powód do gniewu. Kiedy już nie mogłem opanować złości, zadzwonił telefon. Odetchnąłem z ulgą, gdy zaprzestał 

dzwonić. 

Telefonowano z redakcji gazety. “Moskwa 2" przewidziała aktywizację grup wysp wulkanicznych na dnie 

Pacyfiku, a ponieważ zespół chciałby zająć się badaniem związku tego zjawiska z podwyższaniem się temperatury w 

atmosferze,  szuka  kompetentnego  partnera  w  Japonii.  Redakcja  jest  zainteresowana,  czy  Instytut  Techniki 

Obliczeniowej  ze  swą  maszyną  prognostyczną  nie  ma  zamiaru  przyjąć  tej  propozycji.  Jak  zwykle  odmówiłem 

odpowiedzi, przypominając, że wszelkich informacji prasie udziela wyłącznie Komisja Programowa lub Departament 

Statystki.  Uczucie  poniżenia,  jakiego  doznawałem  za  każdym  razem,  gdy  otrzymywałem  takie  telefony,  było  dziś 

silniejsze i miało jakieś szczególne znaczenie. 

background image

...Za oknem jasne, wprost oślepiające kłębiaste chmury zmieniały kształty w oczach i rozpływały się w dali. 

Niżej wisiały gałęzie okryte liśćmi, a w sąsiedztwie rysował się dach, a także ogród. Jeszcze do wczoraj wierzyłem, że 

poczucie codziennej ciągłości jest czymś pożądanym. Lecz dziś myślałem już inaczej. Jeśli to, co wczoraj widziałem, 

było rzeczywiste, to czyż nie należałoby powiedzieć, że moje poczucie ciągłości było fałszem, tak bardzo podobnym 

do rzeczywistości. Wszystko się odwróciło. 

GŁUPOTĄ  Z  MOJEJ  STRONY  BYŁO  PRZEKONANIE,  ŻE  POSIADANIE  MASZYNY 

PROGNOSTYCZNEJ  SPRAWI,  IŻ  ŚWIAT  STANIE  SIĘ  CORAZ  WIĘKSZYM  CONTTNUUM,  ŻE  BĘDZIE 

SPOKOJNIEJSZY  I  TAK  BARDZO  PRZEZROCZYSTY  JAK  KRYSZTAŁ  MINERAŁU.  CZY  WIĘC 

WŁAŚCIWE ZNACZENIE SŁOWA “WIEDZIEĆ" NIE JEST RACZEJ POSTRZEGANIEM CHAOSU, ANIŻELI 

WIDZENIEM ŁADU I ZASAD? 

- To naprawdę ważna sprawa. Chodzi o szpital położniczy, do którego cię siłą zawieziono. Powiedz, jak on 

wyglądał? Chciałbym, abyś dokładnie sobie przypomniała, co to za miejsce. 

Żona  spojrzała na  mnie podejrzliwie  i nie odpowiedziała. Oczywiście, nie  mogłem oczekiwać od niej, że 

zdawała  sobie  sprawę  z  powagi  sytuacji.  Nie  wiedziała  także,  że  mam  pewne  podejrzenia.  Ponieważ  nie  mogłem 

żonie  niczego  wyjaśnić,  denerwowałem  się  jeszcze  bardziej.  Chociaż  nie  zostałem  zobowiązany  do  ścisłego 

przestrzegania  tajemnicy,  to  jednak  ujawnienie  żonie  całej  prawdy  mogło  tylko  wszystko  niepotrzebnie 

skomplikować. Czułem się wprost zdruzgotany, gdy wyobraziłem sobie reakcję żony na wieść o tym, gdzie mogłoby 

znajdować się nasze dziecko. Wyrwane z jej łona i sprzedane. 

Jakoś musiałem z niej to wydobyć. Może znajdę jakieś sprytne kłamstwo. 

- Czy sądzisz, że był to szpital położniczy? 

- Dlaczego? - zawahała się nieco. 

- Mówiąc szczerze, uważam, że była to czyjaś złośliwość. 

- Czyja? 

- Kolega z dawnych czasów, ginekolog, dostał pomieszania zmysłów i on mógł to zrobić. 

W normalnej sytuacji nie potrafiłbym powiedzieć takiego głupstwa, nie wybuchając śmiechem, a ponieważ 

zachowałem całkowicie poważną minę, odniosłem natychmiastowy efekt. Jej twarz od razu spoważniała. Na pewno 

dla kobiety nie ma nic bardziej obraźliwego. Jeśli byłaby to prawda, oznaczałoby, że wziął ją pół żartem, pół serio do 

łóżka i wyrwał z niej płód. 

- Rzeczywiście, chyba nie był to szpital. 

- Więc jak to miejsce wyglądało? 

- Hm... - zmrużyła oczy i lekko potrząsając odchyloną do tyłu głową powiedziała: - ...było zupełnie pusto i 

strasznie ciemno... 

- Czy w pobliżu znajdowało się morze? 

- Hm... 

- Piętrowy czy parterowy budynek? 

- Tak, niski... 

- Na podwórku leżało dużo blaszanych baniek? 

- Hm... 

- Jak wyglądał lekarz? Był wielkim mężczyzną? 

- Tak, chyba tak. 

background image

- Co? W ogóle nic nie pamiętasz? 

- Przecież dostałam jakieś dziwne lekarstwo. Wydaje mi się, że coś sobie przypominam, ale bardzo niejasno, 

jakbym  straciła  pamięć.  Natomiast  dobrze  pamiętam  to,  co  działo  się  przed  zażyciem  leku.  Tę  pielęgniarkę  z 

pieprzykiem na twarzy poznałabym na ulicy. 

Niestety, w Instytucie Yamamoto nie natrafiłem na kobietę z pieprzykiem na twarzy. Pozostał mi chyba tylko 

jeden  sposób,  to  znaczy  poddanie  żony  analizie  za  pomocą  maszyny  prognostycznej  i  odtworzenie  jej  pamięci. 

Wiedziałem, że może to się okazać niebezpieczne. Tak jak dla kobiety Kondo Chikako. Czy warto narażać żonę na 

takie niebezpieczeństwo? 

Moja decyzja nie wynikała z przemyśleń. Prawdopodobnie była rezultatem narastającego niepokoju. Samo 

przypuszczenie,  co  mogło  stać  się  z  synem,  było  wystarczającym  powodem,  by  sytuacja  stała  się  dla  mnie  nie  do 

zniesienia. 

Wszystko byłoby w porządku, gdybym był ostrożny i nie spuścił żony z oka. Chociaż chyba i tak byłaby 

narażona na niebezpieczeństwo. Na samą myśl o tym czułem się znieważony. 

Poleciłem żonie: 

- Przygotuj się, szybko. 

 

 

27 

 

Żona  popatrzyła  na  mnie  podejrzliwie,  ale  o  nic  nie  zapytała.  Chyba  dlatego,  że  zwróciłem  się  do  niej 

zdecydowanym tonem i nie dałem jej możliwości zapytać o cokolwiek. Bywają przecież takie sytuacje, gdy musi się 

obejść bez wyjaśnień. 

Jednak  gdy  patrzyłem  za  nią,  jak  schodziła  na  dół  się  przebrać,  a  potem  na  jej  zdenerwowaną  minę,  nie 

mogłem  powstrzymać  chęci  usprawiedliwienia  się.  Chciałem  sam  siebie  zrozumieć,  czy  naprawdę  próbowałem  ją 

chronić przed niebezpieczeństwem, czy po prostu postanowiłem posłużyć się nią jako narzędziem. Zastanawiałem się 

nad  tym,  pochyliwszy  głowę  pełen  winy  i  wątpliwości.  Dlaczego  jednak  poddałem  się  temu  nastrojowi  -  nie 

potrafiłem  tego  wyjaśnić.  Możliwe,  że  w  głębi  ducha  spodziewałem  się  jakiegoś  przerażającego  rezultatu, 

czyhającego  na  nas  jakiegoś  nieszczęścia?  To  prawda,  że  całkowicie  straciłem  pewność  siebie.  Nie  udało  mi  się 

dokonać oceny sytuacji, oceny w całym tego słowa znaczeniu. Po prostu bezsensownie ulegałem coraz większemu 

niepokojowi. Przepełniało mnie zniechęcenie i wola ucieczki za wszelką cenę. Moje dziecko - nie wiem czy syn, czy 

córka - urodzi się jako stworzenie wodne ze skrzelami, w końcu dorośnie i co wtedy będzie sądzić o rodzicach? Na 

samą tylko myśl o tym ogarniało mnie przerażenie. Czyż w porównaniu z tym, co go czeka, dzieciobójstwo nie jest 

humanitarnym czynem? 

Kropla potu spadła mi z czubka nosa. Ocknąłem się. Już prawie dziesięć minut stałem zamyślony, jeszcze 

nawet się nie umyłem. Zszedłem na dół, a gdy włożyłem szczoteczkę do ust, poczułem mdłości, jakbym miał kaca. 

Zadzwonił telefon. Czy to znów szantażysta? A może to jeden z tych nieprzyjemnych telefonów od kogoś, 

kto  zna  na  wylot  wszystkie  moje  sprawy?  Nie  wypłukawszy  ust  podbiegłem  do  telefonu.  Dzwonił  Tomoyasu  z 

Komisji Programowej. Już nie denerwował mnie jego natarczywy ton, odparłem więc obojętnie pytaniem: 

- Co znowu niemożliwe? 

- Nie, nie, nie chodzi o to, że jest niemożliwe. Jak na razie postanowiliśmy zachować spokój i zaczekać. 

background image

Jak zwykle. I znów gazety nas nie zauważą. Czekanie i spokój nie interesują prasy. Nie mówiąc o tym, że 

ostatnio  zainteresowanie  mediów  znacznie  zmalało  prawdopodobnie  dlatego,  że  rozpowszechnił  się  pogląd,  iż 

maszyna prognostyczna działa przeciwko człowiekowi. Lecz teraz było mi to całkowicie obojętne. Nie miałem ani 

czasu, ani chęci zajmować się takimi sprawami. Gdyby ten tchórz Tomoyasu, który myśli, że chwycił przyszłość za 

gardło, dowiedział się choć jedną setną tego, co ja... Milczałem, więc Tomoyasu kontynuował: 

- A przy okazji, jak idzie praca? Z góry cieszę się na spotkanie komisji pojutrze... 

- Hm, myślę że będę mógł przedstawić interesujący raport, wykorzystując dane podstawowe, jak na przykład 

współczynniki ogólne charakteru. 

- A co ze sprawą mordercy? 

Biała nitka śliny wypłynęła z kącika ust i spadła na zewnętrzną stronę dłoni. 

- W ciągu dnia podsumuję sprawozdanie i poproszę Tanomogiego, żeby je panu przedstawił... - odparłem, 

odkładając słuchawkę, by uniknąć dalszych pytań. 

W  tym  momencie  znów  odezwał  się  dzwonek.  Tym  razem  nie  miałem  wątpliwości,  że  był  to  telefon  od 

szantażysty, mówiącego głosem podobnym do mojego. 

-  Czy  profesor  Katsumi?  Tak  szybko  pan  się  zgłosił,  jakby  spodziewał  się  pan  mojego  telefonu...  - 

powiedział śmiejąc się. Nie czekając na odpowiedź spoważniał i dodał: - Nie, nie “jakby spodziewał się pan", pan po 

prostu na mnie czekał... Prawda?... W każdym razie pan coś knuje, coś takiego, przed czym chciałbym pana ostrzec... 

W pewnym sensie oczekiwałem tego szantażysty. Za każdym razem gdy chciałem przystąpić do działania, 

stawał  mi  na  drodze.  Chociaż  się  go  spodziewałem,  to  jednocześnie  byłem  w  kłopocie,  nie  wiedziałem  co  z  tym 

fantem  zrobić.  Jeśli  jeszcze  nie  założono  podsłuchu  u  mnie  w  domu,  to  trudno  sobie  wyobrazić,  żeby  ktoś  poza 

Tanomogim, mógł poznać pomysł poddania żony analizie za pomocą maszyny prognostycznej. Jednak byłoby wręcz 

nienaturalne, żeby Tanomogi, który dotąd był niezwykle przebiegły, teraz zdradził się, że to on właśnie kryje się za 

tym wszystkim... Zadrżałem, czując w pobliżu niewidzialnego obserwatora. 

- Myślisz, że czekałem? To zupełny przypadek! 

- Ja wiem. Właśnie rozmawiałeś, nim ja zadzwoniłem, prawda? 

Zmieszałem się.  Zgodnie z  moim przypuszczeniem  mogła to być jedynie taśma  maszyny prognostycznej, 

która  przemawiała  moim  głosem.  Wypowiadała  jednak  słowa  odpowiednie  do  danej  sytuacji,  że  trudno  mi 

przychodziło sobie wyobrazić, że mogłaby tak precyzyjnie reagować na moje wypowiedzi. 

- Ha ha ha, zaskoczony pan? - Widocznie wyczuł moje zakłopotanie. - Lecz teraz już chyba pan rozpoznał, 

kim jestem? 

- Kim pan jest? 

- Kim? Jeszcze pan nie zrozumiał? Dam więc jeszcze jedną wskazówkę. Telefon, który pan przed chwilą 

odebrał, pochodził od Tomoyasu. 

-  Ach,  jesteś  Tanomogim!  Nie,  ty  jesteś  maszyną.  Jesteś  tylko  głosem.  Tobą  manipuluje  Tanomogi,  na 

pewno. Chyba tam jesteś. Odpowiedz szybko! 

- Mówi pan bez sensu. Jeśli jestem tym, który mówi, to jestem również i tym, który słucha. Zatelefonowałem 

z  własnej  woli.  Czy  sądzisz,  że  maszyna,  manipulowana  przez  kogoś,  mogłaby  tak  dobrze  reagować  na  twoje 

zachowania? Mówisz mając coś w ustach. Nie zdążyłeś chyba wypłukać ust i podszedłeś do telefonu, prawda? Jeśli 

chcesz, mogę poczekać, aż skończysz płukać. Och, przepraszam! Wcale nie chciałem cię ośmieszać. Ale faktem jest, 

że mówię z własnej woli. 

background image

- I dlatego powinieneś powiedzieć, kim jesteś! 

- Możliwe. Czy naprawdę jeszcze nie zgadłeś? Tak, chyba nie. Profesorze, zauważył pan przynajmniej, jak 

bardzo mój głos przypomina pański. Może to jest przypadkowe podobieństwo - na pewno tak myślisz. Nie? To trudno. 

Nie starasz się uczyć, nie skłaniasz się do wysiłku i nie próbujesz wykryć, kim jestem naprawdę. Tymczasem ja jestem 

po prostu drugą stroną tej samej monety. Więc ostatecznie dzielę się z tobą przynajmniej częścią tej ważnej sprawy... 

- Dlaczego więc nie przyjdziesz tutaj i nie spotkasz się ze mną? Wtedy byłoby łatwiej z tobą rozmawiać. 

- Tak myślisz? To, niestety, jest niemożliwe. Rozmowa przez telefon jest mniej skomplikowana... 

- Proszę zatem przystąpić do sedna sprawy. 

- Dobrze - odpowiedział raczej zdecydowanie. - Podjąłeś groźną w skutkach decyzję. 

Zrozumiałem,  że  muszę  być  ostrożny.  Mój  przeciwnik  z  całkowitą  swobodą  posługiwał  się  słownictwem 

gangstera, a jednocześnie zachowywał się jak urzędnik państwowy, dając do zrozumienia, że nie jest kimś całkiem 

zwyczajnym. Gdyby przyszło mi określić jego zawód, to skłaniałbym się do opinii, że jest on detektywem szantażystą. 

Udaje, że potrafi przejrzeć moje myśli, i w ten sposób próbuje poddać mnie przesłuchaniu, zadając naprowadzające 

pytania. 

-  Zrozumiałe.  -  Zareagował  na  moje  milczenie  lekko  pokasłując.  -  Nic  dziwnego,  że  pan  mi  nie  ufa. 

Przyjmuję to. Teraz pan zamierza wyjść z domu razem z żoną. Prawda? Proszę jednak nie myśleć, że podpatruję pana 

przez lornetkę z naprzeciwka. Faktem jest, że w tym momencie ktoś prowadzi obserwację przed pańskim domem. 

Proszę spojrzeć przez okno na końcu korytarza. Szybko! 

Przynaglony  odłożyłem  słuchawkę  i  uczyniłem,  co  mi  kazał.  Przed  bramą  ujrzałem  znanego  mi  już 

mężczyznę  przechadzającego  się  ze  znudzoną  miną.  Wróciłem  i  wziąłem  do  ręki  słuchawkę,  jednak  się  nie 

odezwałem. 

- I co pan na to? - Mimo mojego milczenia, on wiedział, że już wróciłem. - To ten sam młodzieniec, z którym 

pan stoczył walkę. Bardzo zdolny specjalista od skrytobójstwa. 

- Skąd, u licha, dzwonisz? 

Za wszelką cenę starałem się wypatrzeć, z którego okna mógłby mnie podglądać, mimo że zdrętwiała mi 

dłoń i całe ramię. Słuchając go przejrzałem utrwalony w głowie plan osiedla. 

- Przecież powiedziałem, że nie dzwonię z bliska. Akurat dobrze się składa, obok przejeżdża wóz strażacki. 

Gdy otworzę okno, będziesz chyba mógł usłyszeć... Ale koło domu nic nie słyszysz... 

- Taką sztuczkę można zrobić za pomocą magnetofonu. 

- Naturalnie... Więc może podam mój numer telefonu. Gdy usłyszysz numer kierunkowy, wtedy opuszczą cię 

wątpliwości. Proszę powiesić słuchawkę i nakręcić ten numer, dobrze? 

- Mam tego dosyć. Już wszystko mi jedno. 

- Nie, nie może być wszystko jedno - powiedział ostrzegawczym tonem. - To bardzo poważna sprawa. Widzę 

to wszystko. 

- O co chodzi? 

- Nie pojmujesz? - Szantażysta nagłe westchnął i zmienił ton. Było coś tak przejmującego w jego głosie, że 

nawet  mnie  nie  uraziła  zbytnia  bezpośredniość.  -  Powiedziałem  ci  już  tyle,  a  dotąd  się  nie  zorientowałeś?  To  nie 

jestem ja. To jesteś ty. To znaczy, ja jestem tobą. 

 

 

background image

28 

 

Przez dłuższy czas nawet się nie poruszyłem. Nie tylko moje ciało, lecz również myśli zamarły w bezruchu. 

To nie było zwykłe zdumienie, lecz jakieś niesamowite pomieszanie spokoju i wzburzenia, prowadzące niemal do 

szaleństwa. Przez cały czas myślałem, że chodzi tu o faceta, którego znam; a teraz zdałem sobie sprawę z tego, że 

faktycznie jest moim lustrzanym odbiciem. Pojąłem całą głupotę i śmieszność tej sytuacji... Moje wzburzenie mogłem 

porównać  do  nieprzyjemnie  gorzkiego  poczucia  rozpaczy,  jakby  we  śnie  stał  się  duchem  i  spod  sufitu  patrzył  na 

własne martwe ciało... 

Z trudem znalazłem właściwe słowa i złożyłem je w całość. 

- Wobec tego ty jesteś ciałem złożonym ze mnie, jesteś swego rodzaju syntezą zbudowaną przez maszynę 

prognostyczną. 

- Można i tak powiedzieć, ale to nie takie proste. Sztuczny twór nie potrafi rozmawiać - odpowiadać i pytać, 

prawda? 

Nie zastanawiając się, kiwnąłem twierdząco w stronę niewidzialnego rozmówcy. 

- Przecież chyba nie jesteś obdarzony świadomością? 

- Skądże... - odpowiedział głos, siąkając cicho nosem. - Ja nie mam ciała. Tak jak przypuszczałeś, jestem 

zwyczajną nagraną wcześniej taśmą... Oczywiście, nie mogę sobie pozwolić jeszcze na takie luksusy, jak posiadanie 

świadomości.  Jestem  wyposażony  w  coś  ważniejszego  niż  świadomość,  a  mianowicie  w  konieczność  i  pewność. 

Wiem dokładnie, co się dzieje w twoich myślach, i to z dużym wyprzedzeniem. Nie jest istotne, jak bardzo starasz się 

zachować niezależność, po prostu nie zrobisz nawet jednego kroku poza wcześniej ustalonym programem. 

- Kto więc zaprojektował ci słowa, które wypowiadasz? 

- Nikt. Rodzą się w sposób nieuchronny z ciebie samego. 

- To znaczy... 

- To znaczy, że jestem wartością prognozy drugiego stopnia, która poznała twą przyszłość dzięki prognozie 

pierwszego stopnia. Jednym słowem, ja jestem tobą. Jestem tobą, który pozna ciebie. 

Nagle zdałem sobie sprawę, że jestem jakimś małym, odległym obiektem w imponująco rozległym miejscu, 

w  którym  dotąd  istniałem.  Przemieszczający  się  ból  wciąż  krążył  z  irytującą  szybkością,  niczym  sygnał  świetlny 

przed japońskim salonem fryzjerskim. 

- Zapewne ktoś taki jak Tanomogi spowodował, że zadzwoniłeś do mnie. 

- Wciąż jeszcze mówisz od rzeczy. Widocznie nie oceniłeś sytuacji dostatecznie jasno. Moja wola jest twoją 

wolą. Tylko że jeszcze nie zdajesz sobie z tego sprawy. Czynię tylko to, co ty byś prawdopodobnie uczynił, jakbyś 

poznał swą przyszłość. 

- A jak uruchamiasz magnetofon? 

-  Pytasz  o  takie  bzdury!  Oczywiście,  proszę  kogoś  o  to.  Teraz  pomaga  mi  -  zgodnie  z  twoim 

przypuszczeniem - kolega Tanomogi. Ale nie wolno ci myśleć, że jest to spisek uknuty przez niego przeciw tobie. 

Jego dotychczasowe zachowanie zależało ode mnie. Fakt, że zależało od mojej woli, oznacza, że zależało od twojej 

woli. Jeśli o coś podejrzewasz Tanomogiego, to lepiej żebyś podejrzewał siebie... 

- W porządku, poprzestańmy na tym... Dlaczego dzwonisz do mnie z pogróżkami i wywołujesz zamieszanie 

w głowie? 

- To nie zamieszanie, to ostrzeżenie. 

background image

-  Nie  ma  potrzeby  mówić  tak  oględnie.  Ponieważ  znasz  moją  przyszłość,  musiałeś  też  poznać  naszych 

wrogów, prawda? Czy nie można było działać bardziej bezpośrednio? 

- Wrogów? Nadal używasz tego słowa... Skoro tak, to wróg znajduje się wewnątrz. Taki sposób myślenia 

staje się naszym wrogiem. Ja staram się tylko uratować cię od katastrofy. Ach, prawda, dobrze się składa. Tam czeka 

Sadako... nie, przepraszam, to jednak chyba nie jest zbyt miłe, gdy w ten sposób mówię o twojej żonie, mimo że ja 

jestem tobą. No, w każdym razie mogę mówić o niej “małżonka", no więc małżonka czeka za drzwiami. Najwyraźniej 

przysłuchuje się tej dziwnej rozmowie... Chciałbym ją o coś zapytać. Możesz zawołać ją do telefonu? 

- Z pewnością nie. 

- Spodziewałem się, że tak zareagujesz. Jeśli chcemy ją wtajemniczyć, to trzeba będzie wyznać wszystko. A 

ty nie masz na to dość odwagi. Nawet nie wyjaśniłeś jej powodu wyjścia z domu, prawda? Zwłaszcza że teraz nie ma 

najmniejszej potrzeby wychodzić... 

- Dlaczego? Nie zamierzam przemilczeć takiej obrazy. 

- No dobrze. Jeśli nie chcesz poprosić żony do telefonu, możesz jej to sam powiedzieć. Chodzi o tę fałszywą 

pielęgniarkę z pieprzykiem, która uprowadziła twoją żonę. Na pewno mówiła, że pieprzyk znajdował się na brodzie, 

czy może raczej był z boku nad górną wargą? 

 

 

29 

 

Dyszałem ciężko, jakbym zapomniał przez jakiś czas oddychać. W bezkresnej dali zaświtał wątły promyk i 

wtedy widok wokół mnie całkowicie się odmienił. Kobieta miała pieprzyk nie na brodzie, lecz nad górną wargą. Może 

pamięć jest tak zawodna albo też żona uległa złudzeniu. Jeśli tak, to czyż tą pielęgniarką nie była faktycznie moja 

asystentka  Wada?  Ona  ma  pieprzyk  nad  górną  wargą.  Wada  wstydziła  się  tego  defektu  urody,  dlatego  zwykle 

opuszczała głowę, aby nie był on nazbyt widoczny. Naówczas pieprzyk wydawał się znajdować u dołu twarzy, a w 

zamglonej pamięci mógł się przesunąć na brodę. 

-  Sadako!  -  Wstrząśnięty  tą  myślą  krzyknąłem,  aż  zagrzmiało  w  całym  domu.  -  Chodzi  o  ten  pieprzyk  u 

pielęgniarki. 

Natychmiast drzwi się uchyliły i ukazała się w nich skrzywiona ze zdziwienia twarz żony. 

- Co się stało? Przestraszyłeś mnie. 

- Chodzi mi o ten pieprzyk, czy może znajdował się w tym miejscu, a nie na brodzie? 

- Hm, teraz gdy o tym wspomniałeś, wydaje mi się, że w tym. 

- Tak, dokładnie tak... - wtrącił się mój telefoniczny rozmówca. 

Z  pośpiechem  machnąłem  ręką,  jakbym  chciał  odpędzić  od  siebie  żonę.  Ona  jednak  nie  odchodziła, 

przyglądając mi się uparcie chłodnym wzrokiem. Dobrze rozumiałem, dlaczego miała taką minę. Zwrócony do niej 

tyłem milczałem, przyciskając słuchawkę do ucha. On, czyli ja, mówił dalej: 

- Pielęgniarką istotnie była koleżanka Wada. W tym roku akurat w pierwszy dzień stycznia przeziębiła się i 

nie przyszła, gdy współpracownicy instytutu odwiedzili cię w domu z życzeniami. Dlatego twoja żona jej nie poznała. 

Jeśli to sobie uświadomisz, to nie będziesz miał wątpliwości, że nie ma żadnego znaczenia, czy ona jest wrogiem, czy 

przyjacielem, prawda? 

- Oznaczałoby to, że zrobiła to na moją prośbę, a faktycznie ty ją o to poprosiłeś. 

background image

- Z czego znowu jesteś niezadowolony? 

Powoli się odwróciłem, lecz żony za mną już nie było. 

- ...dlatego właśnie wszystko wydaje się wrogie. 

- Tak to wygląda... - odpowiedziała maszyna spokojnie, jakby ze skruchą, a może tylko tak mi się wydawało. 

- Uczyniliśmy dla ciebie tyle, ile mogliśmy. 

- Wiem, mam tego dość! - Nagle ogarnął mnie wielki gniew. - Proszę przedstawić wniosek. Już mam dość 

chodzenia w kółko. Do licha, co chcesz, żebym zrobił? 

- To dziwne. Przecież mówiłem, że konkluzja jest oczywista. Nie rób zamieszania i nie wyprowadzaj żony z 

domu. 

- Dlaczego to ma spowodować zamieszanie? 

-  Czy  sądziłeś,  że  żona  bez  uprzednich  wyjaśnień  zgodzi  się  posłusznie  poddać  badaniu  maszyny 

prognostycznej? Jeśli  tak  myślałeś,  to  musisz  być  nie  lada  prostakiem.  Chyba  pochlebiałeś  sobie,  uważając  się  za 

zimnego  faceta, gdy tymczasem byłeś po prostu znudzonym, konserwatywnym  mężczyzną. I to byłaby cała twoja 

historia. Teraz nawet żona się nie zgodzi na to, żebyś zaglądał jej do duszy. Nie, nie martw się, nie podejrzewaj jej o 

niewierność czy zazdrość. To coś jeszcze gorszego... To jest pogarda i rezygnacja. 

- Głupstwa opowiadasz... 

- Tak, zasadzka, jak wiesz, pojawia się zwykle tam, gdzie człowiek się jej najmniej spodziewa. Przeszkoda 

pojawia się więc nieoczekiwanie i staje się punktem zwrotnym losu... To znaczy, musisz uchylić rąbka tajemnicy, aby 

nakłonić żonę do zgody na badania. Wtedy mimo woli złamiesz przyrzeczenie dane w Instytucie Yamamoto. 

- Jeśli przyjmujesz takie założenie... 

- Nie, to nie żadne założenie, to już jest decyzja. To tak, jakbyśmy doszli do konkluzji. Gdybym teraz nie 

zatelefonował, na pewno uczyniłbyś to. Przecież miałeś drogę wyjścia. Na przykład mogłeś poprosić pana Yamamoto 

i  załatwić  żonie  pozwolenie  na  zwiedzenie  jego  instytutu.  Ale  nic  takiego  nie  przyszło  ci  do  głowy.  Zwiedziwszy 

instytut przyjąłeś, że znana ci dotąd codzienność stała się odwrotnością rzeczywistości, a mimo to teraz myślisz o tym, 

aby zabić swoje dziecko i w ten sposób przeciąć związki z przyszłością i ukryć się w świecie odwróconym do góry 

nogami...  Czy  pamiętasz,  że  wczoraj  w  nocy  Wada  rozmawiając  z  tobą  powiedziała,  że  to  jest  sąd?  I  tak  było,  to 

naprawdę  był  sąd.  To,  co  ci  komunikuję,  zapewne  jest  już  wyrokiem.  Okazuje  się,  że  jesteś  zaprzysięgłym 

konserwatystą,  co  nie  pasuje  do  obrazu  wytwórcy  na  wskroś  nowoczesnej  maszyny  prognostycznej.  To 

zdumiewające, że jesteś kimś tak szalenie konserwatywnym. 

- Czy zadzwoniłeś po to, żeby głosić kazania? 

-  Mówisz,  jakby  to  dotyczyło  kogoś  innego,  a  przecież  ja  jestem  tobą...  No  dobrze,  w  każdym  razie 

chciałbym  maksymalnie  ograniczyć  liczbę  ofiar.  Skoro  wiesz,  że  pielęgniarką  była  Wada,  to  nie  ma  potrzeby 

poddawać żony analizie maszyny prognostycznej. Jeśli to, co mówię, trafia do twego przekonania, to już jest dobrze. 

- Czy moje dziecko zostało umieszczone w sztucznej macicy, by wyrosło na istotę wodną? 

- Tak jest. 

- Dlaczego? Dlaczego musiano to zrobić? 

- Rozumiem twój niepokój. To, że pragniesz poznać przyczyny... Yamamoto spodziewał się, że zadasz to 

pytanie, zechcesz się czegoś dowiedzieć na temat ludzi hodowanych poza naturalnym łonem matki, i dlatego śmiał się 

z powodu twojego tchórzostwa. Wystąpiłem więc z wnioskiem o wydanie dla ciebie zgody na zwiedzanie miejsca, w 

background image

którym tworzy  się ludzi-akwanów - ludzi żyjących  w  wodzie. Myślę, że już zakończono rozpatrywanie  wniosku  i 

możesz się zgłosić po odpowiedź bezpośrednio. Chyba po piątej ktoś się tu zjawi... 

- Jeszcze tylko jedno... Kim faktycznie jest zabójca księgowego? 

- Oczywiście Tanomogi... Ale nie wyciągaj wniosków pochopnie. Pamiętaj, że to ja wydałem rozkaz, czyli ty 

wydałeś rozkaz. 

- Nic o tym nie wiem. 

- Nawet jeśli tak jest, to już nic nie poradzę na to, co się stało. 

- Czy jest z tobą Tanomogi? O, teraz pokasłuje. 

- Nie, to Wada. 

- Wszystko jedno kto, daj mi ją do telefonu. 

-  Czy  chcesz  podejść?  -  spytała  maszyna,  jakby  odwracając  się  do  tyłu.  Wkrótce  odpowiedział  nosowy  i 

wesoły głosik Wady. 

- Ależ, profesorze, pan rozmawia sam ze sobą. 

Tak, miała rację. Byłem po tamtej stronie; gdybym zjawił się osobiście, musiałoby to wyglądać zabawnie, 

niezależnie  od  punktu  widzenia  na  tę  sprawę.  Zdrętwiały  mi  palce  i  omal  nie  wypadła  mi  z  ręki  lepka  od  potu 

słuchawka.  I  w  tym  samym  momencie,  gdy  chciałem  ją  mocniej  chwycić,  połączenie  zostało  przerwane.  Kiedy 

spróbowałem oddzwonić, w odpowiedzi usłyszałem tylko głuche buczenie. 

Zresztą tak chyba było lepiej. Jeśli on był drugim mną i wszystko o mnie wiedział, to niewątpliwie z góry 

przewidział mój błąd. Ja miałem wciąż wiele pytań. Zakładając, że to on wydał rozkaz zamordowania księgowego, to 

musiał  jakiś  czas  przedtem  istnieć.  A  to  oznacza,  że  on  istniał,  zanim  jeszcze  zdecydowałem  się  zająć 

przewidywaniem przyszłości poszczególnych ludzi. Wobec tego kiedy się narodził? W jakim dokładnie momencie to 

się stało? A poza tym, kto go stworzył? 

Spróbowałem zadzwonić do Tanomogiego. Nie zastałem go jednak w domu. Oczywiście Wady też nie było. 

- Już jestem gotowa - zawołała żona zza drzwi. 

- Już nie trzeba. 

- Czego nie trzeba? 

- Już nie musisz ze mną wychodzić. 

Otworzyłem drzwi i zatrzymałem się w rogu sypialni. Żona odwróciła wzrok, rozwiązała tasiemkę z pasa obi 

i rzuciła ją przed lustro. 

- Słuchaj, powiedz, czy ty mną gardzisz? 

Żona uniosła głowę, jakby zdziwiona tym pytaniem, a następnie zaśmiała się jakoś z przymusem, jakby na 

przekór sobie. 

- Masz na ustach proszek do czyszczenia zębów. 

Opadły mi ręce, poczułem się nikim. Chciałem jeszcze coś powiedzieć, lecz faktycznie byłem nikim. Nie 

mogłem wiedzieć, że nasze własne oblicza, na które teraz patrzyliśmy - beznadziejnie uśmiechającej się żony i moje, 

ubrudzone  proszkiem  do  zębów  -  oglądamy  po  raz  ostatni.  Cofnąłem  się,  zamknąłem  za  sobą  drzwi  łazienki  i 

odwróciłem się w stronę umywalki. Wypłukałem usta i zacząłem się golić. 

 

 

30 

background image

 

Dzwoniłem do pracowni co trzydzieści minut, ponieważ chciałem się dowiedzieć, gdzie poszedł Tanomogi. 

Czas  oczekiwania  skróciłem  sobie  czytaniem  gazety.  Jak  zwykle  to  samo:  Międzynarodowe  umowy,  problemy 

terytorialne na morzach, szpiegostwo gospodarcze, niezwykłe upały, podnoszenie się poziomu wód, trzęsienia ziemi, 

a  następnie  piękne  kobiety,  zabójstwa,  pożary  i  opowieści  o  dumnej  duszy.  Zadziwiające  było  to,  że  tak  okropne 

zlepki  zjawisk  wprawiały  mnie  w  sentymentalny  nastrój.  Mnie,  człowiekowi,  który  mając  czterdzieści  sześć  lat 

wejrzał  w  skrawek  przyszłości,  wszystkie  sprawy  codzienne  wydały  się  już  odległą  przeszłością.  Poczułem  się 

wyczerpany i pozostawiony sam sobie. 

Znów  się  zdrzemnąłem.  Na  gazecie,  która  leżała  pod  moją  głową,  pojawiła  się  mokra  plama  wielkości 

twarzy.  Yoshio  wrócił  ze  szkoły,  rzucił  tornister  i  gdy  znów  chciał  gdzieś  wybiec,  rozległ  się  gniewny  głos  żony. 

Mimo woli zerwałem się na nogi. Chciałem go zawołać i porozmawiać, lecz w następnej chwili słyszałem już tylko 

oddalające się i cichnące kroki syna na ulicy. 

Zszedłem na dół. Żona zawołała z kuchni. 

- Czy chcesz coś jeść? 

- Nie, może później. 

Włożyłem drewniaki geta na nogi i postanowiłem się trochę przejść wokół domu, żeby przy okazji wysuszyć 

mokrą od potu koszulę. 

Ledwie  wyszedłem  z  domu,  od  razu  ujrzałem  znajomego  szpicla.  Zbliżał  się  powoli  w  moją  stronę  z 

wyrazem nudy na twarzy, a co parę kroków kopał to w prawo to w lewo kamyki leżące na chodniku. Spostrzegłszy 

mnie, zatrzymał się przestraszony. Gdy podszedłem, uśmiechnął się zakłopotany, spuścił głowę i zaczął się oddalać 

przyspieszając kroku. Zatrzymałem go pytaniem. 

- Co tu robisz?! 

- Och... 

Chciałem go zlekceważyć i obejść, ale on odwrócił się i postanowił iść razem ze mną. Niech robi, co chce. 

Nie jest chyba tak głupi, żeby napaść na mnie w tym miejscu. Cały czas dochodził hałas bawiących się w pobliżu 

dzieci,  a  wokół  mijali  nas  przechodnie.  Szliśmy  jakiś  czas  razem.  Po  chwili  przerwałem  milczenie,  chcąc  go 

rozdrażnić: 

- Jak pięknie zmykałeś tamtego dnia, pamiętasz? - On uśmiechnął się tylko niewinnie jak dziecko. 

- Ach, zrobiłem to, co mi kazano. 

- Oczywiście. Podobno jesteś znakomitym specjalistą od mordowania? 

- Co? Robię tylko to, co mi każą. 

- A teraz jakie masz rozkazy? 

- Hm - mężczyzna nagle spuścił oczy, jakby był zakłopotany. - Kazano mi po prostu pana śledzić. 

- A kto kazał to robić? 

- Jak to kto? Przecież pan kazał. 

Ach,  to  tak  się  rzeczy  mają.  Ten  drugi  ja jest  widocznie  gotów  podejmować  się  nawet  realizacji  różnych 

zamówień,  włącznie  z  zabijaniem.  Nie  miałem  najmniejszego  pojęcia,  skąd  pojawiła  się  u  mnie  taka  skłonność. 

Gdybym  nie  znajdował  się  przytłoczony  presją  i  skulony  w  kłębek,  to  moje  cierpienie  zapłonęłoby  goręcej  od 

rozgrzanego grubą warstwą tłuszczu na brzuchu. 

- Ilu ludzi już zabiłeś? 

background image

- Och, nie ma o czym mówić, jeszcze nikogo nie zabiłem, od czasu gdy śledzę pana. 

Odetchnąłem z ulgą. 

- A przedtem? 

-  Jedenaście  osób.  Specjalizuję  się  w  metodach,  które  nie  zostawiają  żadnych  śladów.  Powoduję  utratę 

świadomości, zaciskam nos i usta, w ten sposób następuje uduszenie się. To trochę kłopotliwe, ale na pewno dla mnie 

bezpieczne.  Gdy  pozoruję  utonięcie,  wprowadzam  wodę  przez  nos.  Wtłaczam  ją  do  płuc,  jak  przy  sztucznym 

oddychaniu, i tak zostawiam ofiarę - wygląda to na śmierć przez utonięcie. Mam też sposób na duszenie. Obejmuję 

gardło  całą  szerokością  dłoni.  To  wymaga  trochę  czasu,  ale  w  ten  sposób  można  uniknąć  zostawiania  śladów. 

Naturalnie,  natrafiam  niekiedy  na  dość  duży  opór,  i  muszę  zastosować  śmiertelny  cios;  ważne  aby  nie  zostawić 

widocznych  śladów  i  jednocześnie  zablokować  siłę  przeciwnika.  Tak,  zdarza  się  i  łamanie  palców  w  stawach, 

wbijanie paznokci w oczy... Tak jest, w żadnym wypadku nie używam narzędzi. Zostawiają ślady. Unieszkodliwiam 

przeciwnika gołymi rękami. ...Mogę się pochwalić, że na pierwszy rzut oka oceniam, jaki sposób należy zastosować w 

danym  przypadku.  To  chyba  rodzaj  hipnozy.  Uciskam  czułe  miejsce  i  powoduję  utratę  świadomości,  jak  podczas 

śmierci.  Jeśli  idzie  o  pana,  wiem,  co  należy  wybrać,  ale  nie  mogę  o  tym  powiedzieć.  Przecież  nie  powinno  się 

uprzedzać wroga, bo wtedy efekt będzie słabszy. No, może panu mógłbym uchylić rąbka tajemnicy... Tak, chyba nic 

by nie szkodziło, gdybym powiedział... No więc jeśli chodzi o pana, to należałoby znaleźć takie miejsce gdzieś na 

twarzy, albo w tym miejscu, z boku brzucha. 

Co  zamierzał  uczynić  ten  drugi  “ja"  wynajmując  takiego  typa?  Zatrudnił  go,  ale  nie  zlecił  mu  żadnego 

konkretnego zadania. Można więc sądzić, że występuje w charakterze mojej osobistej ochrony, roztoczył nade mną 

specjalny  nadzór.  W  każdym  razie  wygląda  to  teraz  zabawnie.  Nie  ma  żadnego  powodu,  żebym  tak  bezwstydnie 

spacerował z tym mężczyzną. 

- Słuchaj, możesz już iść do domu. 

- Nie dam się nabrać na ten numer - odpowiedział, chichocząc i spoglądając na mnie kątem oka. - Przecież 

sam pan uprzedzał, żebym nie słuchał żadnych rozkazów, jeśli nie są one przedstawione na piśmie. Nie, nie dam się 

nabrać. Jeśli pan ma czas, to może by pan poszedł ze mną coś zjeść? Gdy wychodziłem rano, zapomniałem wziąć ze 

sobą coś do jedzenia. Już nawet zrezygnowałem z obiadu, ale nie będzie to chyba sprzeczne z rozkazami, jeśli będzie 

mi pan towarzyszył... Bardzo proszę... choćby był to tylko makaron gryczany soba albo pszenny udon

W rezultacie uznałem, że odmowa byłaby zbyt kłopotliwa, a poza tym liczyłem, że w ten sposób może go 

trochę oswoję. Postawiłem więc mu porcję makaronu w sąsiedniej knajpce. Przypomniałem sobie, że ja również od 

rana  nic  nie  jadłem.  Nie  miałem  apetytu,  więc  zamówiłem  tylko  zarusoba,  czyli  makaron  gryczany  podawany  na 

bambusowym  talerzyku.  Mimo  że  panował  straszny  upał,  zamówił  rosół  z  makaronem,  posypał  papryką,  aż  rosół 

poczerwieniał,  i  nie  spiesząc  się,  jakby  chciał  wszystko  sprawdzić,  jadł  powoli  łyżka  po  łyżce.  Był  tak 

skoncentrowany na jedzeniu, że nawet nie spostrzegł muchy łażącej mu po twarzy. Wyglądał ohydniej niż wtedy, gdy 

opowiadał o mordowaniu. 

W  telewizji  skończyło  się  jakieś  widowisko  i  wybiła  godzina  piąta.  Mężczyzna  zerwał  się  z  miejsca, 

rozejrzał i powiedział: 

-  O  piątej  miałem  zadzwonić  i  dowiedzieć  się,  dokąd  pana  dziś  wieczór  zaprowadzić.  -  Z  wyraźnym 

niepokojem pośpieszył do telefonu i zaczął wystukiwać numer. Po kilku słowach kiwnął głową, zakończył rozmowę i 

wrócił ze spokojniejszą miną. - Wszyscy już się podobno zebrali i chcą, żeby pan przyszedł. 

- Dokąd? 

background image

- Dokąd? Przecież pan obiecał. O piątej miałem pójść po pana do domu. 

To  był  mężczyzna,  którego  wysłał  po  mnie  ten  drugi  ja  na  zlecenie  komisji  reprezentującej  pracownię 

hodowli  ludzi  podwodnych.  Wszystko  było  takie  proste,  a  wydawało  się  jakoś  straszliwie  pokrętne,  i  choć  było 

pokrętne, okazało się bardzo proste. 

- A teraz do kogo pan dzwonił? 

- Do pana Tanomogiego. 

- Tanomogi? Co z nim? Czy on ma coś wspólnego z komisją? 

- Hm. 

- Czy wiesz, gdzie to jest? 

- Tak. 

Z pośpiechem pierwszy wybiegł z restauracji i od razu zatrzymał taksówkę. Stopniowo koło się zamknęło, a 

myśliwy, tropiący zwierzynę pokazał teraz twarz. Spoza poplątanych gałęzi i pni drzewa ukazała się jego prawdziwa 

postać.  Płać  to,  co  się  należy,  zwracaj  to,  co  jesteś  winien,  a  jaki  ostatecznie  będzie  wynik  odejmowania? Trzeba 

jeszcze  dokładnie  to  wyjaśnić.  Nie  przejąłem  się  tym,  że  byłem  w  pogniecionej  koszuli  i  w  drewniakach  geta  na 

gołych stopach. 

Po  uregulowaniu  rachunku  otrzymałem  trzydzieści  jenów  reszty.  Tym  też  się  nie  zmartwiłem.  Tanomogi 

zapłaci za taksówkę. 

Jak należało się spodziewać mój przewodnik dobrze znał ulice miasta. Kazał taksówkarzowi celowo kluczyć 

to w prawo, to w lewo wąskimi zaułkami. Kierunek jazdy wydawał mi się inny od tego, który sobie wyobraziłem: nie 

jechaliśmy  chyba  w  stronę  ziemi  wydartej  morzu,  dlatego  czułem  się  coraz  bardziej  niespokojny.  Po  chwili 

znaleźliśmy się na znajomej ulicy. Na drodze, którą uczęszczałem rano i wieczorem... I wtedy mężczyzna powiedział 

do kierowcy: 

- Proszę skręcić w prawo zaraz za rogiem, przy kiosku papierosowym, przed tym białym parkanem. 

- Nie żartuj! -  krzyknąłem  mimo  woli i zmieszany położyłem ręce na oparciu za  kierowcą. - To przecież 

budynek Instytutu Techniki Obliczeniowej. To mój instytut. 

-  Jasne  -  odrzekł  mój  towarzysz,  przesuwając  się  w  kąt.  -  Tanomogi  powiedział,  że  to  tutaj,  dlatego  tu 

jesteśmy. 

Nie miałem powodu twierdzić, że się mylił. W każdym razie zdecydowałem się wysiąść i zapytać strażnika. 

Odparł, że faktycznie odbywa się zebranie, i dodał, że polecono mu zawiadomić, jak tylko przyjadę. Nie może być 

pomyłki. Mój przewodnik odetchnął z ulgą i kiwnął głową potwierdzająco, starannie gładząc się po brodzie. 

- Który pokój? 

- Hm, myślę, że sala maszyny prognostycznej na pierwszym piętrze. 

Okna odbijające ciemniejące chmury błyszczały bielą, nic więc nie było widać. Poleciłem strażnikowi, żeby 

zapłacił  za  taksówkę  i  ruszyłem  przed  siebie.  Kiedy  odwróciłem  się  i  spojrzałem  przez  ramię,  ujrzałem,  jak  się 

przyglądał ze zdziwieniem moim drewniakom. Zabójca stał obok niego z opuszczonymi długimi rękami i śmiał się. 

Przy wejściu do budynku zmieniłem obuwie na słomiane sandały przeznaczone dla odwiedzających. 

Po  drodze  zajrzałem  do  sali  dokumentacji  na  dole.  Pracowity  Kimura  wraz  z  czterema  młodszymi 

pracownikami zajmował się klasyfikowaniem i znakowaniem całej masy materiałów i danych, mimo że nie wiedział, 

w  jakim  celu  i  kiedy  zostaną  użyte.  To  była  kuchnia,  która  dostarczała  pożywienia  dla  maszyny  prognostycznej. 

Pogrążeni  w  monotonnej,  ale  potrzebnej  pracy,  byli  zadowoleni,  dopóki  mogli  wierzyć  w  fakty.  I  chyba  nie 

background image

obchodziło ich, czy maszyna się pożywi, czy też będzie cierpieć na niestrawność. Prawdę mówiąc, ja też lubię taką 

robotę. Pokój studiów był pusty. 

Korytarz na pierwszym piętrze, mający tylko jedno okno na końcu, zasnuła już ciemność. Natężyłem słuch, 

lecz nie usłyszałem niczego podejrzanego poza odgłosami ulicy. Szedłem cicho, dotarłem do sali i zajrzałem przez 

dziurkę od klucza, ale nic nie dostrzegłem. 

Gdy położyłem rękę na klamce, powtórzyłem w duchu to, co planowałem powiedzieć zebranym: O co wam 

chodzi?  Jaka  komisja  zatwierdziła  to  zebranie?  Kto  zezwolił  na  wykorzystanie  tego  pomieszczenia?  Maszyna 

prognostyczna znajduje się pod bardzo ścisłym nadzorem czynników rządowych, dlatego nawet ja muszę dokładnie 

informować zwierzchników o każdym jej uruchomieniu. Teraz żądam wyjaśnień. Nie mogę pozwolić, żebyście robili, 

co wam się żywnie podoba. Nie wiem, jakie macie upoważnienie, lecz jedno jest pewne: ja jestem tutaj za wszystko 

odpowiedzialny, a nikt mnie o nic nie pytał... 

Kalkulując  efekty,  jednym  pchnięciem  otworzyłem  drzwi.  Moją  twarz  owiał  chłodny  wiatr.  Nim  jeszcze 

zdążyłem wypowiedzieć pierwsze słowa, stanąłem jak wryty. Byłem całkowicie zaskoczony. Nie spodziewałem się 

tego, co zastałem. 

Od lewej strony  na dwóch krzesłach przed biurkiem siedzieli Yamamoto z  Zakładu Rozwoju  Życia Poza 

Łonem  Matki  i  Wada  Katsuko.  We  wgłębieniu  na  wprost  maszyny  stał  Tanomogi,  a  w  kącie  ulokował  się  jego 

ulubieniec  Aiba...  Gdy  z  prawej,  przy  ekranie  telewizyjnym,  ujrzałem  Tomoyasu  z  Komisji  Programowej, 

uśmiechającego  się  jakby  z  zażenowaniem,  doznałem  niemal  wstrząsu.  Czułem  się  zdegustowany  własną  głupotą, 

dzięki której traktowałem dotąd Tomoyasu jak podrzędnego urzędnika. 

Nawet jeśli powiem, że przestępca ukrył się w mroku, to i tak nie mogę pogodzić się z faktem, że go nie 

zauważyłem. Przecież cały czas żył blisko mnie. Nie wiedziałem więc teraz, co począć i jak zareagować na tę nową 

sytuację.  Nagle  coś  zaświtało  mi  w  głowie.  Najgroźniejszym  potworem  jest  ten  odmieniec,  który  był  bliskim  i 

zaufanym człowiekiem - pomyślałem. 

-  Czekaliśmy  na pana  - powiedział Tanomogi,  występując pół kroku do przodu. Zaproponował  mi  wolne 

krzesło stojące w środku. Pozostali poruszyli się, każdy na swój sposób, aby mnie powitać. Dzięki temu opuściło mnie 

napięcie. 

-  Po  co  zwołano  to  zebranie?  -  zapytałem,  zająwszy  wskazane  krzesło  i  wyraziwszy  uszanowanie  dla 

Yamamoto, a następnie obrzuciłem wszystkich władczym wzrokiem. 

- Dowiedział pan się już trochę z rozmowy telefonicznej, rozważaliśmy pański wniosek o udzielenie zgody 

na odwiedzenie zakładu hodowli akwanów, czyli ludzi żyjących w wodzie... - powiedziała szybko Wada, właściwym 

sobie poważnym tonem, a następnie włączył się Yamomoto: 

- Tak, dyskutowaliśmy o tym - potwierdził, a na jego wielkiej, wyrażającej coś na kształt rezygnacji twarzy 

pojawił się sympatyczny uśmiech. 

Nagle znów  się zachmurzyło. Coś było nie  w porządku. Nie  mogłem  nadążyć za zbyt  nagłymi zmianami 

uczuć. Starałem się nie dać po sobie poznać, lecz serce we mnie zamarło. 

-  Oficjalna  nazwa  tego  zebrania  -  zabrał  głos  Tanomogi  ugodowym  tonem  -  mogłaby  być  następująca: 

Posiedzenie  Zwyczajne  Oddziału  Instytutu  Techniki  Obliczeniowej  i  Komisji  Administracyjnej  Eksploatacji  Dna 

Morskiego.  Lecz  jest  zbyt  długa,  a  poza  tym  nie  wyraża  dostatecznie  celnie  istoty  naszej  pracy,  dlatego 

zdecydowaliśmy się określić to gremium po prostu Komisją Oddziałową. 

- Co wcale nie umniejsza naszego znaczenia - dodał Aiba. 

background image

- Tak, jestem jednocześnie członkiem Komisji Głównej - rzekł Yamamoto, wciąż kiwając się w tył i w przód. 

- Zalecono mi brać udział w zebraniach w charakterze specjalnego obserwatora.. 

- Kto pozwolił  wam na  wykorzystanie tego  miejsca? - zapytałem bezsilnym  głosem, spuszczając  wzrok i 

patrząc w okolice kolan Tanomogiego. 

Usłyszałem głos maszyny prognostycznej. 

- Ja pozwoliłem. 

- To pański sobowtór, odpowiadający pańskiej prognozie drugiego stopnia - wyjaśnił Tomoyasu i spojrzał na 

głośnik, jakby oczekiwał stamtąd akceptacji. 

- Jednak to ty jesteś prawdziwym zabójcą! - krzyknąłem piskliwym starczym głosem, który mnie samego 

zaskoczył. 

- Jeśli wyjmie pan z kontekstu sprawę zabójstwa, nie obejdzie się bez kłopotów. Trzeba spojrzeć na motywy 

w relacji do całości... 

- Czy nie powinniśmy - Wada potrząsnęła głową poirytowana - rozpocząć od sprawy, która budzi najwięcej 

wątpliwości  pana  Katsumi?  Na  przykład  od  wyjaśnienia  powodu  i  czasu,  w  którym  została  skonstruowana  jego 

wartość prognozy drugiego stopnia. 

Tak, na pewno, to najbardziej chciałem wiedzieć. Ale jakże drażniło mnie, że poznali mnie na wylot. Nie 

potrafiłem nad sobą zapanować, gdy uświadomiłem sobie, że dotąd traktowali mnie jak jakiegoś tępaka. Nawet Wada. 

- Chwileczkę - krzyknąłem nie dopuszczając jej do głosu. - Chcę wiedzieć, czego dotyczy punkt, od którego 

chcecie rozpocząć. 

- A, o to chodzi... 

Tanomogi  rozejrzał  się,  jakby  zakłopotany.  Pozostali  milczeli  i  wpatrywali  się  we  własne  paznokcie. 

Wreszcie biorąc tę ciszę za wyraz aprobaty, niechętnie zabrał głos: 

- Prawdę mówiąc, konkluzja jest następująca: Pan musi umrzeć. 

- Umrzeć? Co za głupstwa... 

Bez namysłu spróbowałem podnieść się z krzesła, lecz nie czując nadmiernego niepokoju, roześmiałem się 

cynicznie. 

- A teraz zamierzamy porozmawiać o powodach... - kontynuował Tanomagi. 

- Nie, dziękuję, dość tego! 

Powinienem teraz wstać i wyjść stąd, ignorując wszystko, co do mnie mówili. Co mogą mi zrobić? Nic nie 

powinno się zdarzyć. Kiedy jednak popatrzyłem na niewzruszone miny i ich złowieszcze twarze, obleciał mnie nagle 

strach. 

- Ale, proszę pana - wtrąciła się Wada - a może nie powinniśmy jeszcze rezygnować? Proszę wytrwać do 

końca. 

Wszyscy pokiwali poważnie głowami, a Tanomogi odezwał się takim głosem, jakby chciał mnie podnieść na 

duchu: 

- No właśnie, konkluzja jest logiczna, a w logice wiele zależy od przyjętej hipotezy. Chcemy użyć wszelkich 

dostępnych nam środków, aby pana uratować. Proszę nie tracić nadziei. Wierzymy, że poznawszy tę konkluzję pan 

sam może znaleźć przesłanki, które pozwolą ją zmienić. A teraz proszę posłuchać. 

 

 

background image

31 

 

Przecież logika nie zabija człowieka!  A przynajmniej “logika" skazująca  mnie na śmierć nie  ma żadnego 

sensu. Ci ludzie popełniają straszliwy błąd! Nie zostanę tu po to, żeby walczyć z tego rodzaju logiką, ale dlatego, że 

poważnie potraktowałem ich słowa. W każdym razie dwie osoby zostały zamordowane, wydarto płód z łona kobiety, 

a ponadto zatrudniono mistrza skrytobójców. W sytuacji, z jaką miałem do czynienia, nie było ważne, czy coś jest 

logiczne  czy  nielogiczne.  Jeżeli  podjęli  określoną  decyzję,  to  ją  zrealizują.  Naprawdę,  nawet  słuchanie  ich  było 

poniżające. Nie mogłem jednak kopnąć krzesła i odejść. Wydało mi się, że czas się zatrzymał, gdy ja pozostawałem w 

bezruchu. 

- Zacznijmy może wyjaśniać wszystko po kolei... - Tanomogi mówił z pośpiechem, jakby bojąc się, że mu 

przerwę. - O istnieniu tej organizacji dowiedziałem się we wrześniu ubiegłego roku. Tak, akurat skończono budowę 

maszyny  prognostycznej  i  mogliśmy  już  pokazywać  na  ekranie  rozbijanie  szklanki  w  przyszłości.  Pamięta  pan? 

Dzięki  poparciu  pana  Yamamoto  z  Centralnego  Szpitala  Ubezpieczeń  przyszła  do  pracy  u  nas  koleżanka  Wada... 

Najpierw podaję konkluzję. Wydaje mi się bowiem, że wszystkiego dowiedziałem się od Wady... 

Wada musnęła mnie wzrokiem, jakby chciała mnie wybadać. 

- Nie powiedziałam o tym od razu. Najpierw przeprowadziłam bardzo trudny test - rzekła. 

- Tak, wiem - potwierdził Tanomogi, spoglądając kątem oka. -To był trudny test. Tak trudny, że początkowo 

odniosłem wrażenie, iż wcale jej na mnie nie zależy. W każdym razie opowiedziała mi punkt po punkcie fantastycznie 

romantyczną opowieść o naszej przyszłości, którą może nam pokazać maszyna prognostyczna. Byłem przekonany, że 

Wada jest poetką. No tak, traktowałem ją dość ceremonialnie, podczas gdy poddawała mnie strasznemu testowi. 

- Był to test służący stwierdzeniu, do jakiego stopnia jest on w stanie przyjąć przyszłość całkowicie odciętą 

od  przeszłości.  Staraliśmy  się  bowiem  wykryć,  czym  się  bardziej  interesuje,  programowaniem  czy  maszyną 

prognostyczną. Oczywiście, przeprowadziliśmy również pobieżny test pańskiej osoby, profesorze. Pamięta pan? 

Słuchając jej odniosłem wrażenie, że istotnie tak było. Nic konkretnego nie mogłem sobie przypomnieć, ale 

pamiętałem, jak bawiły mnie nonsensy, które opowiadała ta dziewczyna. Chciałem jej teraz na nie odpowiedzieć, ale 

mimo wysiłku nie byłem w stanie wypowiedzieć choćby jednego słowa. 

-  Przegrał  pan,  profesorze.  Pan  nawet  nie  próbował  rozważyć  możliwości,  w  której  przyszłość  zdradza  i 

odrzuca  teraźniejszość.  To  znaczy...  zaraz,  jak  mam  to  powiedzieć...  to  znaczy  maszyna  prognostyczna  nie  może 

odpowiedzieć,  jeżeli  nie  zada  się  jej  poprawnie  sformułowanego  pytania.  Sama  nie  potrafi  stawiać  sobie  pytań. 

Dlatego  bardzo  istotne  stają  się  kwalifikacje  pytającego.  Pan  nie  ma  wystarczających  kwalifikacji  do  zadawania 

pytań. 

-  Nie  masz  racji.  Najważniejsze  są  fakty!  -  zawołałem  ochrypłym  głosem.  -  Prognozowanie  to  nie  jest 

opowiadanie  bajek.  To  logiczna  konkluzja,  która  wynika  z  faktów,  zawsze  z  faktów!  Wygadujecie  nonsensy,  o 

których nawet wspominać nie warto... 

- Czyżby? Czyżby maszyna mogła reagować tylko na fakty? Czy nie jest potrzebna zamiana tych faktów na 

problemy? 

- Dość tego. Uprzedzam, że jestem inżynierem, a nie filozofem. 

- Tak. Pański wybór tematów ma zawsze określony charakter, ograniczony pewnym wzorem. 

- O co wam chodzi? - Pochyliłem się, rękę położyłem na oparciu krzesła i starałem się mówić zdecydowanie 

i głośno, lecz z trudem wydobywałem słowa z gardła. - Nie interesuje mnie, co wygadujesz, Tanomogi, bo to ty jesteś 

background image

mordercą!  A  ty,  Wada-kun,  jesteś  prowodyrem  grupy,  która  porwała  mi  dziecko!  Uważam,  że  jesteś  szalona. 

Zdumiewa  mnie  pańska  dwulicowość,  panie  Tomoyasu.  Żeby  tak  mnie  oszukiwać  bez  najmniejszych  skrupułów? 

Nawet nie wiem, jak mam na to zareagować. 

- Przecież ja... - Tomoyasu szukając ratunku spuścił wzrok i wpatrywał się w podłogę. - Starałem się w miarę 

możliwości nie dopuszczać do pogorszenia sytuacji. 

- To prawda - rzeki Yamamoto, próbując mnie powstrzymać otwartą dłonią. - Tomoyasu znalazł się w bardzo 

trudnej sytuacji. W każdym razie próbował nie dopuścić, by dwuwarstwowość organizacji stała się zbyt widoczna. 

Przyjął więc postawę na pierwszy rzut oka dwuznaczną. 

- Dwuwarstwowa, podwójna organizacja... 

-  Nie,  proszę  poczekać,  wróćmy  do  początku.  -  Tanomogi  podszedł  bliżej,  przed  drzwiami  odwrócił  się, 

stanął i zgiętymi palcami oparł się o brzeg biurka. - Profesorze, myślę, że z grubsza wie pan, o co chodzi. Od jakiegoś 

czasu  w  tajemnicy  posługujemy  się  maszyną  prognostyczną  dla  potrzeb  Towarzystwa  Eksploatacji  Terenów 

Podwodnych. Nie, licznik nie jest precyzyjny. Udawało się nam cofać czas i ustawiać go zgodnie z potrzebami za 

pomocą specjalnego aparatu. 

- Kto dał pozwolenie na tego rodzaju działanie? 

- Hm, to ja zostałem kierownikiem tej organizacji... Oczywiście, dlatego najpierw się sprzeciwiłem. Mimo 

zapewnień, że Towarzystwo Eksploatacji Terenów Podwodnych  ma tu  większe uprawnienia niż rząd, ubolewałem 

jednak nad tym, że zostałem kierownikiem bez pańskiej wiedzy i zgody. Towarzystwo tego zażądało. Chyba im się 

bardzo  spieszyło...  Mimo  że  rozwój  kolonii  podwodnych  stał  się  już  procesem  nieodwracalnym,  byłem  bardzo 

niespokojny. Gdy tylko usłyszeli o ukończeniu maszyny prognostycznej, natychmiast tu przybiegli. Nie mogli jednak 

wystąpić  z  oficjalną  propozycją  współpracy.  Chodzi  bowiem  o  organizację,  której  istnienie  jest  utrzymywane  w 

absolutnej tajemnicy... Właśnie wtedy przysłali koleżankę Wadę, aby mnie wybadała. Gdy stwierdziła, że się nadaję, 

zostałem wytypowany na kierownika... Jednak odmówiłem. Chciałem pana namówić, żeby pan odpowiadał za tę tajną 

organizację. Znalazłem się w niezręcznej sytuacji, ponieważ razem pracowaliśmy. Naprawdę martwiłem się tym, że 

pan  wcześniej  czy  później  odkryje  informacje,  które  wprowadziliśmy  do  maszyny.  Oczywiście,  przy  pańskim 

poczuciu  obowiązku,  nie  można  było  się  spodziewać,  żeby  pan  uruchomił  maszynę  bez  pozwolenia  Komisji 

Programowej. 

- I widzi pan - wtrąciła Wada poirytowanym tonem - pan był bardziej zainteresowany samą maszyną aniżeli 

przyszłością. 

-  Czy  to  ważne?  Mogłabyś  tego  nie  mówić  -  zdecydowanie  przerwał  jej  Tanomogi.  -  Przewidując  taką 

postawę, towarzystwo działające za pośrednictwem Tomoyasu  wymyśliło  mechanizm pozwalający  wprowadzać  w 

stan zamrożenia działalność Komisji Programowej. Taka nienaturalna sytuacja nie mogła jednak trwać długo. Trzeba 

było sprawę jakoś rozstrzygnąć... 

- Rozumiem, więc postanowiliście mnie zabić. 

-  Nic  podobnego,  zrozumiano  to  znacznie  później.  Nawet  koleżanka  Wada  bardzo  o  pana  się  martwiła. 

Towarzystwo  stale  przedstawiało  plan  pozbycia  się  pana  w  sposób  legalny,  ale  nie  wyrażaliśmy  na  to  zgody.  Nie 

mogliśmy  zrobić  czegoś  tak  okrutnego.  Wiedzieliśmy,  jak  ważna  była  dla  pana  ta  maszyna.  To  właśnie  Wada 

zaproponowała,  żeby  poddać  pana  analizie  i  spróbować  przewidzieć  przyszłość.  Nie  uzyskaliśmy  zbyt  dobrych 

rezultatów.  Uznaliśmy,  że  trochę  nieodpowiedzialnie  byłoby  wyciągać  wnioski  na  podstawie  nieprecyzyjnego 

przybliżenia.  Zdecydowaliśmy  więc  wykorzystać  maszynę  do  bardzo  dokładnego  określenia  kroków,  jakie 

background image

należałoby podjąć. Chcieliśmy wiedzieć, jak zacząłby pan postępować, gdyby pan uzyskał konkretną wiedzę na temat 

rozwoju kolonii podmorskich. 

- Jaki więc był wynik? 

- Ach! - Tanomogi zaczął mówić przez zaciśnięte usta, rysując na rogu biurka kwadraty jeden przy drugim. 

- Trzęsienie ziemi?! - wykrzyknął nagle Aiba, spoglądając na sufit. W tym momencie uświadomiłem sobie, 

że moje nogi od stóp do kolan zataczają koła. Trwało to około czterech sekund i ustało. 

- Więc... - przynaglałem, a on potwierdzająco skinął głową. 

- Tak, więc zrozumieliśmy, że jednak rezultaty są złe. 

- Co to znaczy “złe"? 

- To znaczy, że nie wytrzymał pan próby. To znaczy, że nie mógł pan wyobrazić sobie przyszłości inaczej niż 

jako continuum aktualnej codzienności. Mimo że pan pokładał duże nadzieje w maszynie prognostycznej, nie był pan 

w stanie zaakceptować i nadążyć za szybko zmieniającą się, oderwaną od teraźniejszości, przyszłością, która może 

zanegować  rzeczywistość  i  nawet  ją  zniszczyć.  Co  do  programowania,  to  pan  jest  chyba  najlepszym  specjalistą, 

jakiego  posiadamy,  lecz  programowanie  jest  prostą  operacją  polegającą  na  redukowaniu  danych  jakościowych  do 

ilościowych. Jeśli ponownie nie dokona się syntezy zamieniając dane ilościowe w jakościowe, nigdy nie pozna się 

przyszłości.  To  jest  oczywiste,  że  pan  pozostał  optymistą  pod  tym  względem.  Nie  potrafił  pan  wyobrazić  sobie 

przyszłości  inaczej  jak  tylko  mechaniczne  przedłużenie  ilościowej  rzeczywistości.  W  rezultacie  był  pan  w  stanie 

konceptualnie  zainteresować  się  przewidywaniem  przyszłości,  ale  zupełnie  nie  potrafił  znieść  przyszłości 

rzeczywistej. 

- Nic nie rozumiem. Nie rozumiem, co chcesz przez to powiedzieć. 

- Proszę poczekać, wyjaśnię konkretnie, a później pokażę na ekranie. Chodzi o to, że przyjął pan postawę 

zdecydowanej negacji przyszłości, a w końcu zaczął pan wątpić w możliwości prognostyczne maszyny. 

- Nic o tym nie wiem. Dlaczego pan posługuje się formą czasu przeszłego? 

- Nic na to nie poradzę. Taką prognozę przedstawiła maszyna. A pan złamał obietnicę po to, aby sprzeciwić 

się materializacji przyszłości, bo na przykład kilka godzin temu był pan bliski ujawnienia tajemnic organizacji. 

- Co to ma za znaczenie? Co w tym złego, że nie zgadzam się na kolonie podwodnych ludzi? Przecież mój 

sprzeciw  jest  częścią  możliwej,  wspaniałej  przyszłości  jako  prognozy  drugiego  stopnia  w  nowych  warunkach, 

prawda? Wierzę, że warto wykorzystać maszynę prognostyczną po to, aby zapobiec tak nonsensownej przyszłości. 

- Czy chce pan powiedzieć, że celem działania maszyny prognostycznej nie jest tworzenie przyszłości, lecz 

tylko konserwowanie teraźniejszości? 

- No, chyba tak... -  wtrąciła się Wada pokasłując. - Oto podstawy  myślenia pana Katsumi. Nie  warto już 

mówić na ten temat, nic to nie pomoże... 

- To jednostronne stanowisko - odparłem, z trudem opanowując wzbierający gniew. - Chyba to niemożliwe, 

by kolonie podwodne były jedyną przyszłością. Nie ma nic groźniejszego od monopolizowania prognoz. Czyż nie 

przestrzegałem  was  przed  tym  aż  do  znudzenia?  To  faszyzm.  To  jest  równoznaczne  z  daniem  politykowi  mocy 

boskiej. Dlaczego więc nie staracie się przewidzieć przyszłości, która nastąpiłaby po ujawnieniu tajemnicy? 

- Robiliśmy takie przewidywania - odparł Tanomogi bezbarwnym głosem. - Otrzymaliśmy informację, że 

pan zostanie zabity. 

- Przez kogo? 

- Przez tego skrytobójcę, który czeka na zewnątrz. 

background image

 

 

32 

 

Chcą więc mnie zabić? W tym celu posługują się zdumiewająco pokrętną teorią. Mógłbym zrozumieć, gdyby 

- znając prognozę - chcieli przeciwdziałać, ale oni starają się do niej dostosować, a mnie zabić. Nie mogłem pojąć, po 

co przygotowano prognozę. Być może właśnie po to, aby mnie zabić. 

- To nieprawda - nagle z głośnika odezwało się moje drugie ja, czyli owa wartość prognozy drugiego stopnia. 

Poczułem się tak, jakby moje ubranie stało się przezroczyste. Nie mogłem ukryć zażenowania. 

- Co jest nieprawdą? 

- To, o czym teraz mówiłeś. 

Spojrzenia Tanomogiego i innych zebranych osób przeszywały mnie na wylot. 

- W każdym razie - dochodził głos maszyny - nastąpiło jakieś nieporozumienie. Kolega Tanomogi wcale nie 

przyjął prognozy z zadowoleniem. Przeciwnie, z całą powagą zaczął myśleć o tym, jak cię uratować. I wtedy zwrócił 

się o radę do mnie. 

- To druga pańska osobowość, to wartość prognozy drugiego stopnia - wtrącił z pośpiechem Tanomogi. - 

Któż ma poważniej myśleć o swoim losie jak nie sam zainteresowany. Poza tym ja znam pana lepiej niż pan siebie. 

-  Słusznie,  masz  rację.  Wszystko  to,  co  następuje,  wynika  z  moich  planów.  Ja  jestem  twoim  idealnym 

odbiciem i dlatego, mówiąc innymi słowami, stało się to z twojej woli, której sam sobie nie uświadamiałeś. 

- A morderstwo? A pułapka zastawiona na żonę? 

- No tak, za to nikt nie odpowiada. To zrobiłeś sam, dla siebie. 

- Przestań ze mnie kpić! - odparłem i utkwiłem wzrok w twarzy Tanomogiego, który zamknął oczy i uciskał 

skronie opuszkami palców. 

- W istocie rzeczy to był czysto teoretyczny plan - mówił łagodnym głosem, mocno akcentując słowa, jakby 

włożył  mi  rękę  we  wnętrzności,  mieszał  w  nich  i  gładził.  -  Chyba  tak,  proszę  spróbować  pomyśleć.  Wszystko 

przeprowadzono mając na uwadze tylko jeden cel. A mianowicie, co zrobić, żebyś poznał przyszłość i znalazł się w 

warunkach uniemożliwiających wyjawienie prawdy o tajnej organizacji. Dlatego nawet pierwsze morderstwo miało 

dwa cele. Po pierwsze, chodziło o to, żeby rzucić podejrzenie na ciebie i sprawić, byś zaczął  wątpić i uświadomił 

sobie,  że  już  nie  możesz  polegać  na  świecie  zewnętrznym.  Następnie  chodziło  o  to,  aby  przygotować  cię  do 

następnych sytuacji przez ogłoszenie wiadomości o handlu embrionami... 

-  Ale  czy  to  nie  dziwne?  Przecież  to  ja  wpadłem  na  pomysł,  żeby  przedstawić  prognozę  życia  jakiegoś 

pojedynczego  człowieka,  a  mężczyznę,  który  został  potem  zamordowany,  spotkałem  całkowicie  przypadkowo  na 

ulicy... 

- To nieprawda. Pomysł podsunęła ci maszyna. Zresztą plan został skonstruowany wcześniej i zakładał taką 

sytuację.  Gdybyś  jej  nie  zaakceptował,  Tanomogi  by  się  tym  zajął  i  zwrócił  twoją  uwagę  na  tego  konkretnego 

mężczyznę.  Uczynił  to  zresztą  bardzo  zręcznie.  Podejrzliwy  księgowy  sprawdził  książeczkę  oszczędnościową  i 

ostatecznie zapędził kobietę w kozi róg, zmusił ją w końcu do mówienia. Bezmyślnie wspomniała o handlu płodami 

ludzkimi i dzięki temu mężczyzna poznał tajemnicę. Zgodnie z zasadami organizacji, oboje musieli zostać uciszeni. 

Pod pretekstem spotkania z kimś ze szpitala mężczyzna udał się na umówione miejsce, do którego zaprowadził cię 

background image

Tanomogi. Wiesz już, co się stało potem. Tanomogi zabił mężczyznę, a ja zatelefonowałem do ciebie z pogróżkami. 

Kobieta zażyła lekarstwo dostarczone jej przez Aibę i bez sprzeciwu popełniła samobójstwo. 

- To zbyt okrutne. 

- Tak, być może okrutne. Trudno przecież racjonalnie usprawiedliwiać zabójstwo, niezależnie od tego, na 

jaką sprawiedliwość by się powoływano. 

- Nie można też rozważać sprawy zabójstwa w ramach jakiejś ogólnej teorii. Morderstwo jest z gruntu złe, 

ponieważ odbiera człowiekowi przyszłość. Planowałeś pozbawić życia dziecko, prawda? 

- To zupełnie inna sprawa... 

-  Dlaczego?  Wcale  nie  inna.  Nie  potrafiłeś  zaakceptować  przyszłości  dziecka  i  dlatego  z  zimną  krwią 

zignorowałeś  jego  życie.  W  tych  zmiennych  czasach,  gdy  nie  ma  jednej  formy  przyszłości,  w  czasach,  w  których 

trzeba poświęcić jedną przyszłość, by uratować inną, morderstwa są nieuniknione. Czy nie mam racji? Co byś zrobił, 

gdyby  ona  nie  umarła?  Poddałbyś  ją  analizie  za  pomocą  maszyny  i  dowiedział  o  istnieniu  akwanów.  Na  pewno 

narobiłbyś dużo hałasu. 

- Naturalnie. 

- Jesteś szczery. To trzeba ci przyznać. Opinia publiczna byłaby oburzona, tłum zaatakowałby farmę hodowli 

akwanów i tym samym pogrzebał całą przyszłość... 

- Skąd o tym wiesz? 

- Powiedziała nam to maszyna, którą ty zbudowałeś. 

- Nawet jeśli tak się stało, nic nie upoważnia cię do osądzania teraźniejszości na podstawie przyszłości, która 

jeszcze się nie zaczęła. 

- Nie chodzi tu o prawo, lecz o wolę. 

- Jeśli o wolę, to tym bardziej nie. 

- I ty to mówisz?! Przecież to ty rozbudziłeś śpiącą przyszłość. Widocznie nadal nie rozumiesz tego, co sam 

wywołałeś. Kiedy kogoś ugryzie pies, zwykle odpowiada jego właściciel. Nie powinieneś chyba uskarżać się na to, że 

ciebie pozostawiono przy życiu, zamiast tej kobiety. 

- Tak - wtrącił się Tanomogi. - Niektórzy podzielali tę opinię. 

-  Mimo  to  nie  zrezygnowałeś  do  ostatniego  momentu.  Staraliśmy  się  zrobić  wszystko  co  możliwe,  a 

Tanomogi usłuchał mojej rady i wziął na siebie bardzo trudne zadanie zabicia księgowego. 

- Lecz ja tylko... 

- Nie, to dzięki Tanomogiemu skończyło się bez straszliwego przeżycia, jakim jest niespodziewane skazanie 

na karę. Podglądając przyszłość, choćby tylko przez chwilę, otrzymałeś szansę uniknięcia przestępstwa... Tak, przy 

tym masz syna. Ach, ty jeszcze nie wiesz... To jest syn. Nie, to nie był mój pomysł, najwięcej zawdzięczamy Wadzie... 

Nasze oczy się spotkały. Wada nie odwróciła wzroku. Zbladła po czubek nosa, tylko jej oczy błyszczały jak 

u ptaka. Nagle przypomniałem sobie rozmowę z wczorajszego wieczora, podczas której powiedziała mi, że jestem 

sądzony. Patrzyła na mnie z potępiającą miną i najwyraźniej nie czuła się nawet odrobinę nieswojo. Nie przestraszysz 

zjawy robiąc do niej groźną minę. Mój gniew zduszony zdumieniem utknął w gardle usztywniając szyję jak deską. 

-  ...Dzięki  Wadzie  mogłeś  połączyć  się  z  przyszłością.  Zachowując  twojego  syna  i  przeznaczając  mu  los 

akwana, daliśmy wyraz naszej wdzięczności. Uhonorowaliśmy cię jako twórcę maszyny prognostycznej. Rozumiesz? 

Oznacza to, że mogłeś uniknąć przestępstwa wobec przyszłości. To bardzo dużo. Zbrodnia przeciw przyszłości różni 

się od zbrodni przeciw przeszłości i teraźniejszości tym, że jest podstawowa i rozstrzygająca. 

background image

- Nie żartuj. Mój syn został kalekim niewolnikiem. Za co więc mam być wdzięczny? Jestem tak zaskoczony, 

że trudno mi cokolwiek powiedzieć. 

-  Poczekaj  chwilę.  To  tylko  nieporozumienie  wynikające  z  nieznajomości  rzeczy.  Ale  to  wyjaśnimy 

później... W każdym razie zaprowadziłem cię do Instytutu Yamamoto dopiero wtedy, gdy to wszystko zrobiliśmy. 

Najpierw  ta  wizyta  wydała  ci  się  bez  sensu.  Według  ciebie  nie  miała  żadnego  związku  z  sytuacją,  w  jakiej  się 

znajdowaliśmy. Gdy się nad tym zastanowisz, to zrozumiesz, że nawet w idealnym sądzie nie potraktowano by cię tak 

sprawiedliwie. Umożliwiono ci wniknięcie w część tajemnic przyszłości, która cię głęboko interesowała, a o której 

wcześniej nic nie potrafiłeś powiedzieć. To wszystko, co mogłem dotąd dla ciebie zrobić, już nie mam wyboru, czas 

na twoją decyzję. Pokładałem w tobie wielkie nadzieje. Czy wkroczysz odważnie w przyszłość, czy też się wycofasz. 

- Zatem? 

- Nie  ma potrzeby  wyjaśniać, to przecież dotyczy ciebie, powinieneś  wszystko  wiedzieć... Mimo naszego 

wysiłku, nie zmieniłeś się. Swoją nieudolnością doprowadziłeś do sytuacji, z której nie ma wyjścia, musisz wszystko 

opowiedzieć  żonie.  Powiedzieliśmy  ci  to  trochę  okrężną  drogą,  lecz  ostatecznie  nic  się  nie  zmieniło  w  kwestii 

pierwszej prognozy. Gdybyśmy cię zostawili w spokoju, na pewno wyjawiłbyś światu nasz sekret, prawda? Dlatego 

ściągnęliśmy cię tutaj, by ostatecznie rozwiązać problem... 

- Pan Yamamoto mówił wczoraj, że nie zawsze zabijacie, że stosujecie inne, łagodniejsze metody... 

-  Tak  jest,  zwykle  obiera  się  sposób,  który  nie  zwraca  uwagi.  Tak  czy  owak,  towarzystwo  potrzebuje 

codziennie  ośmiuset  embrionów.  Wyobrażasz  sobie,  że  co  najmniej  osiemset  ciężarnych  kobiet  dowiaduje  się 

codziennie o skupowaniu ludzkich embrionów, nie wspominając o lekarzach i pośrednikach? W ciągu roku daje to 

dwieście  dziewięćdziesiąt  tysięcy  osób.  Najciekawsze,  że  mimo  to  udaje  się  nam  zachować  tajemnicę.  Aby  nie 

wzbudzić zbytniej ciekawości, posługujemy się niezbyt uczciwym chwytem mówiąc kobietom, że są wspólniczkami 

ciężkiego przestępstwa. Lęk wywołany oddaniem płodu za siedem tysięcy jenów wystarcza, by zamknąć im usta. Nie 

udałoby się to, gdyby zabieg był bezpłatny... Istotnie, pewnie myślisz, że to niepotrzebny wydatek. Ale biorąc pod 

uwagę  rozmiar  podmorskiej  kolonii,  której  organizacja  powinna  być  ostatecznie  ukończona,  roczna  inwestycja  w 

wysokości  trzech  miliardów  jenów  to  niewiele.  Nie  sądzisz,  że  siedem  tysięcy  jenów  za  ludzkie  życie  to  niezbyt 

wiele? Tę cenę podobno ustalił psycholog. Z punktu widzenia obecnego wskaźnika cen jest to suma jak najbardziej 

właściwa, odpowiednia do ceny duszy... To naprawdę ciekawe... Nie, oczywiście, przekazanie twojej żonie siedmiu 

tysięcy jenów znaczyło coś innego. Była to demonstracja uzasadniona określonym celem. Nie ma jednolitej ceny za 

dusze.  W  każdym  razie  jeśli  weźmiesz  pod  uwagę  dużą  liczbę  osób  związanych  z  tą  sprawą,  to  zrozumiesz,  że 

niewykluczone są przecieki. Zresztą nie jest ważne, jak szeroko rozchodzą się pogłoski, dopóki nie wydostają się poza 

krąg  zainteresowanych.  Kończą  się  najwyżej  chorobą  żołądka  lub  jakąś  przypadłością  u  osoby,  której  doskwiera 

świadomość uczestniczenia w tym procederze. Można nawet powiedzieć, że owe pogłoski są nawet korzystne. Ale 

jeśli  tajemnica  przedostaje  się  na  zewnątrz,  sytuacja  przedstawia  się  inaczej.  Wtedy  pogłoski  wykraczają  poza 

jednostkowe indywidualne przypadki, stają się opinią publiczną i rozprzestrzeniają w szalonym tempie jak epidemia 

grypy. Naturalnie, musimy natychmiast podejmować odpowiednie kroki, tak jak w wypadku tej kobiety. Właściwie 

pomyłkę popełnił pośrednik, ale w stosunku do niej zastosowano najwyższy wymiar kary w celu ostrzeżenia innych. 

Przysparza nam to kłopotów. Nie, nie chodzi tu o najwyższy wymiar kary, którego wykonanie nie jest szczególnie 

trudne, lecz o pozbycie się ciała. Dlatego używamy sposobów, które nie pozostawiają śladów. Na przykład można 

doprowadzić do śmiertelnego strachu lub - jeśli to nie poskutkuje - wywołać sztuczne szaleństwo. Nie myślisz chyba, 

że lepiej jest zwariować niż umrzeć. 

background image

- Trudno coś pewnego powiedzieć, jeśli dotyczy to kogoś obcego. 

-  Kogoś  obcego?  Mówisz  głupstwa.  Twoja  śmierć  jest  jednocześnie  moją  śmiercią.  Ale  nie  bądźmy 

sentymentalni. Przecież gdybyś potrafił myśleć nie poddając się uczuciom, to oczywiście doszedłbyś do tego samego 

wniosku. Zdecydowanie lepiej jest umrzeć, aniżeli żyć jak szmata, zwłaszcza że nasze towarzystwo dla osamotnionej 

rodziny oferuje pewne ubezpieczenie. 

- Ubezpieczenie? To bardzo uprzejme... Lecz jeśli twoja wola jest moją wolą, to byłoby to swego rodzaju 

samobójstwo. Nie wypłacają ubezpieczeń samobójcom. 

- Nie powinieneś się tym martwić. Będzie to wyglądało na śmierć przypadkową. Wiadomo już, że dotkniesz 

linii wysokiego napięcia i zginiesz od wstrząsu. 

 

 

33 

 

Ile  czasu  upłynęło  -  nie  wiem,  lecz  na  dworze  zrobiło  się  już  ciemno.  Nikt  się  nie  poruszył:  w  tej  ciszy 

uparcie trzymałem się tylko swego czasu, jak we śnie. Czułem się tak, jakbym budził się i zdumiony znów zapadał w 

sen. Gdybym tylko mógł pozostać w tym stanie, a milczenie trwało wiecznie, być może następna chwila nigdy by nie 

nadeszła. 

Czy myślałem o czymś w ciągu tego czasu? Chyba tak, lecz naprawdę tylko o mało ważnych sprawach. Czy 

Tanomogiemu  spodnie prasowała  gospodyni domu, czy też  może koleżanka Wada? Chyba blankiet  ubezpieczenia 

znów wepchnąłem do kieszeni i zapomniałem o nim... I tak błądziłem w labiryncie niespokojnych myśli, lecz nawet 

nie drgnąłem. Tylko moje uczucia, gdyby miały skrzydła, na pewno by uleciały. Czekałem wiec na szansę z napiętymi 

mięśniami, jak kot wpatrujący się w dziurę, gotowy do skoku. Ach, kot nie jest tu zwykłym porównaniem. W tym 

momencie ciągłość codzienności, w postaci symetrycznej do zerwanej ciągłości, ukazała mi się w postaci werandy 

obmytej promieniami słońca, wpadającymi przez szpaler wistarii... Dopóki istnieje ta krawędź werandy - myślałem - 

dopóty mam szansę przetrwać. Muszę jakoś przetrwać i uratować się. 

Nagle zaskrzypiało krzesło i Aiba wstał z miejsca. 

- Może powoli zaczniemy? Chyba już czas. 

- Chcecie mnie zabić?! - krzyknąłem i mimo woli zerwałem się z miejsca, przewracając krzesło. 

- Nie o to chodzi - wybąkał zaskoczony Tanomogi. Wada poparła go. 

-  Mamy  jeszcze  ponad  dwie  godziny.  Korzystając  z  tego,  musimy  pokazać  farmę  hodowli  akwanów. 

Chcielibyśmy także koniecznie przedstawić obraz prognostyczny podmorskiej kolonii, jeśli pan nie ma nic przeciwko 

temu... 

- Nie ma tu miejsca na żadne “jeśli". To oczywiste, że chce obejrzeć - brutalnie wtrąciła się maszyna. - To 

było od początku przewidziane, więc przedłużono czas dany nam do dyspozycji do dziewiątej. Niezależnie od siły 

twoich argumentów, on nie jest jeszcze przekonany. Na pewno będzie stawiać opór. 

- Więc można rozpocząć? - zapytał Aiba, wyciągając rękę w stronę maszyny ponad ramieniem Tomoyasu. 

-  Czy  mógłbym  przedtem  dostać  trochę  wody?  -  zapytał  Tomoyasu,  z  wahaniem  spoglądając  na  Wadę  i 

jednocześnie odwracając wzrok od Aiby. 

- Może puszkę soku? 

- Przepraszam, ale bardzo chce mi się pić. 

background image

- Nie szkodzi. I tak trzeba Kimurze i pracującym na dole powiedzieć, że dziś zostaniemy tutaj do późna, więc 

oni mogą iść wcześniej do domu. 

- To znaczy, że Kimura i jego ludzie także wiedzą o tej organizacji?! - wykrzyknąłem, zwracając się w stronę 

Wady, która nagle poderwała się z miejsca i ruszyła do wyjścia, jakby ślizgała się na łyżwach. 

-  Nie,  nie  wiedzą  -  odpowiedział  Tanomogi,  a  ja  pochyliłem  się  ku  drzwiom  i  skoczyłem,  z  całej  siły 

odbijając się od podłogi. Ale nim ręce dosięgnęły klamki, drzwi otworzyły się z drugiej strony. Z trudem zachowałem 

równowagę, gdy drogę zablokował mi ów samozwańczy mistrz skrytobójstwa, ten sam młody mężczyzna, który mnie 

śledził. Uśmiechnął się z zażenowaniem, opuścił ręce, jakby nie wiedział, co z nimi zrobić. 

- Mimo wszystko próbuje pan stawiać opór. To niedobrze, profesorze. 

W odpowiedzi rzuciłem się na niego. Nie miałem innego wyjścia - musiałem o całej sytuacji opowiedzieć 

Kimurze i prosić go o ratunek. Ci ludzie na pewno oszaleli. Mierząc lewym barkiem w pierś zabójcy i wykorzystując 

jego  nieuwagę,  chciałem  wyminąć  go  z  prawej  strony.  Przynajmniej  zamierzałem  tak  zrobić.  Widać  źle 

skalkulowałem, bo poczułem silne uderzenie w lewy bok i gdy wydało mi się, że już zostałem w tę stronę obrócony, w 

następnym momencie - ku mojemu zaskoczeniu - rzuciło mną o przeciwległą ścianę. Wydało mi się, że dolna część 

ciała spadła gdzieś w nieznaną głębię. Z krocza, spomiędzy palców i z uszu spoglądało na mnie mnóstwo oczu. W 

końcu, gdy wróciło już normalne poczucie przestrzeni, pod sercem pozostał narastający ból. 

Podtrzymywany z obu stron przez Tanomogiego i Tomoyasu znalazłem się na poprzednim miejscu. 

- Proszę wytrzeć pot... - szepnęła Wada i delikatnie położyła mi na dłoni równo złożoną chusteczkę. Obok 

stał  Yamamoto,  kiwając  głową  do  tyłu  i  do  przodu,  jakby  chciał  dać  do  zrozumienia,  że  to  bardzo  naganne 

zachowanie. Spostrzegłem, że mężczyzna nie zmieniając postawy rozchylił cienkie wargi i jakby trochę zawstydzony 

powiedział: 

- Tak, profesor nakazał mi tak postępować w podobnych sytuacjach. Początkowo myślałem, że pan żartuje. 

Przykro mi, ale co miałem zrobić... 

- Już wystarczy. Odejdź stąd i poczekaj. - To powiedziała maszyna, ale mężczyzna nie odróżnił chyba jej 

głosu  od  mojego,  gdyż  nie  zwracając  na  mnie  uwagi  kiwnął  zamaszyście  głową  na  potwierdzenie  i  odszedł. 

Skrzypienie butów sprawiało wrażenie, jakby kleiły się do podłogi. 

- Proszę rozpoczynać, mimo wszystko - rzekła Wada i także opuściła pokój. 

-  To  co  robisz  i  co  mówisz  jest  zgodne  z  przewidywaniem  -  powiedziała  maszyna  karcąco,  podkreślając 

każde słowo.  

Tanomogi zgasił światło. Aiba włączył telewizor. 

Nagle, jakby sprowokowany przez ciemność, zacząłem krzyczeć. Lecz w gardle mi zaschło, a głos okazał się 

słabszy, niż się spodziewałem. 

- Dlaczego musicie robić takie rzeczy? Jeśli zamierzacie mnie zabić, dlaczego nie uczynicie tego od razu? 

- Nam to nie przeszkadza. Jeżeli pan powie, że naprawdę nie chce pan oglądać tych obrazków... - z pewnym 

wahaniem odpowiedział Tanomogi, widoczny w niebieskawym świetle lampy kineskopowej. 

Milczałem, siedziałem bez ruchu, z trudem znosząc dotkliwy ból w boku... 

 

 

Interludium 

 

background image

TELEWIZYJY OBRAZ FARMY HODOWLAEJ AKWAÓW 

 

KOMENTARZ YAMAMOTO 

 

Na ekranie pojawiają się metalowe drzwi, na których widnieje wymalowany białą farbą numer 3. 

Wchodzi młody mężczyzna w bieli. Odwraca się w stronę kamery i patrzy mrużąc oczy, jakby oślepiały go 

lampy. 

- Najpierw pokój porodowy. Proszę teraz popatrzeć na swoje dziecko. (Zwraca się do chłopca) Gotowy? 

- Tak, proszę pana. Sala nr 3 jest to pomieszczenie... 

- Nie, wyjaśnienia są niepotrzebne. Pokaż tylko, jak wygląda syn profesora... 

 

(Chłopiec  kiwa  głową  i  otwiera  drzwi.  Wnętrze  identyczne  jak  w  pomieszczeniu  rozwojowym  świń... 

Chłopiec wchodzi po żelaznych schodkach i znika w głębi). 

 

-  Tym  korytarzem  na  prawo  można  wyjść  na  tyły  budynku,  który  widzieliśmy  wczoraj...  Pamięta  pan? 

Basen,  w  którym  trenowano  psa... Przejście piechotą tunelem podziemnym zajmuje ponad trzydzieści  minut,  więc 

planujemy zbudować kolejkę. 

 

(Chłopiec wraca, trzymając w rękach szklane naczynie). 

 

- Czy wszystko w porządku? Przyjęło się? 

- Tak, proszę pana. 

 

(Zbliżenie  szklanego  pojemnika.  Na  planie  pokazuje  się  zwinięty  embrion  w  kształcie  rybki  medaka

Przezroczyste  serce  pulsuje  jak  mgiełka  rozgrzanego  powietrza.  Naczynia  krwionośne,  niby  tryskające  iskry  ogni 

sztucznych w mroku, zanurzone są w galaretowatej substancji). 

 

-  To  pański  syn.  Jak  się  podoba?  Wygląda  bardzo  zdrowo.  Możemy  już  pójść  dalej.  (Ściemnienie)  Ach, 

proszę  chwilę  poczekać.  Muszą  przygotować.  Ta  farma  hodowli  akwanów  z  grubsza  dzieli  się  na  trzy  działy: 

narodziny i rozwój, pielęgnacja niemowląt i szkolenie. Dział pierwszy niczym się nie różni od odpowiedniego działu 

zwierzęcego, dlatego teraz go pominę. Różnica między działem pielęgnacji niemowląt a działem szkolenia polega na 

tym,  że  w  jednym  zajmujemy  się  akwariami  od  urodzenia  do  piątego  roku  życia,  w  dziale  szkolenia  natomiast  - 

dziećmi  od  szóstego  roku  wzwyż.  Jednak  dzieci  powyżej  sześciu  lat  pochodzą  z  okresu,  w  którym  zaledwie 

rozpoczęliśmy  eksperymenty,  tak  więc  ten  dział  jest  niewielki,  znajduje  się  w  nim  jedno  ośmioletnie  i  ośmioro 

siedmioletnich  dzieci.  Mamy  natomiast  sto  osiemdziesiąt  jeden  sześciolatków  i  czterdzieści  tysięcy  pięciolatków. 

Liczba  dzieci  do  czwartego  roku  życia  powiększa  się.  z  roku  na  rok  od  dziewięćdziesięciu  do  stu.  Dlatego  też  od 

przyszłego roku dział szkoleniowy będzie miał już odpowiedni wymiar. Obecnie w kilku miejscach na dnie morza 

trwają przyspieszone prace budowlane. W jednym obozie szkoleniowym zmieści się od trzech do dziesięciu tysięcy 

osobników, a w dwudziestu jeden miejscach... 

- Przepraszam, że kazałem czekać... 

background image

 (Głos  przerwał  wyjaśnienia,  pojawiło  się  światło  na  ekranie.  Oto  widok  ogromnego  basenu.  Jak  okiem 

sięgnąć, długie półki podzielone na mniejsze przedziały. Stoją obok siebie w wielu szeregach i na wielu poziomach. 

W każdym przedziale pływają niemowlęta akwanów w najrozmaitszych pozycjach). 

 

- To jest dział pielęgnacji niemowląt jeszcze ssących mleko. Zostają tutaj przeniesione bezpośrednio z sali 

porodowej. W ciągu dnia przybywa od pięciuset do ponad tysiąca noworodków. Idealnie byłoby chować je tutaj przez 

pięć miesięcy, ale wówczas należałoby przygotować sto dwadzieścia tysięcy łóżeczek. A to jest niemożliwe. Dlatego 

pozostają  w  tym  pomieszczeniu  przez  dwa  miesiące.  Spośród pozostałych  co  miesiąc  wybieramy  po  trzysta,  czyli 

razem  dziewięćset,  w  celu  testowania  i  zatrzymujemy  w  tym  dziale.  Pozostałe  po  ukończeniu  dwu  miesięcy  są 

wysyłane do oddziałów dziecięcych związanych z określonymi miejscami planowanej eksploatacji dna morskiego. 

Instruktorów jest wciąż za mało, to prawdziwy powód do zmartwienia, a i tak śmiertelność jest niska. No więc w tym 

basenie znajduje się trzynaście tysięcy  maluchów, a podobnych jest pięć, ponadto jest basen  modelowy dla dzieci 

mających od trzech do pięciu miesięcy, są też oddziały szkoleniowe dla tych, które już wyszły z basenu dziecięcego. 

Pokażę teraz w kolejności, proszę najpierw popatrzeć na te karmiące urządzenia... 

 

(Kamera  najeżdża  na  jeden  z  przedziałów.  Jest  to  boks  zrobiony  z  bakelitu.  Wewnątrz  bieleje  niemowlę 

akwana, pomarszczone, z dużą głową opuszczoną do dołu, a nogami w górze; śpi w tej dziwacznej pozycji poruszając 

skrzelami. W górnej części boksu znajduje się szereg wystających guzów, połączonych cienkimi przewodami z grubą 

rurą biegnącą w górę. W dole też jest podobna rura, lecz w każdym boksie zainstalowano tylko jedno odprowadzenie). 

 

- Górna rura to przewód mleczny, dolna jest odprowadzeniem nieczystości... 

 

(Podpłynął  inżynier  w  akwalungu,  kiwnął  potwierdzająco  i  lekko  postukał  palcem  w  boks.  Niemowlę 

przebudziło się i żywo ruszając skrzelami powoli się obróciło, podniosło głowę i przyssało się do jednej z “sutek" pod 

sufitem. Wyglądało jak zwyczajne ludzkie niemowlę. Dziwne było tylko to, że z każdym łykiem mleko przelewało się 

przez  skrzela.  Całe  wnętrze  boksu  zasnuło  się  bielą;  przez  dolną  rurę  musi  się  wylewać  zużyta  woda,  a  wpływać 

świeża). 

 

...ale najtrudniejsze jest utrzymanie odpowiedniej temperatury ciała, a nie wyżywienie. Wraz z powstaniem 

skrzeli zachodzi szereg zmian w gruczołach wydzielania zewnętrznego, zgodnie z zasadą wzajemnego oddziaływania 

narządów. Spodziewaliśmy się zmian w skórze i gromadzenia się pod nią tłuszczu, ale nie wiedzieliśmy dokładnie, 

jak  poważne  będą  to  zmiany.  Mieliśmy  też  duże  kłopoty  z  czynnościami  fizjologicznymi  skóry,  a  również  z  jej 

odpornością na ciśnienie. Gdybyśmy poubierali dorastające dzieci w koszulki z plastyku, nie moglibyśmy zachować 

stałej  temperatury  ciała,  ponieważ  woda  jest  złym  przewodnikiem  ciepła.  Odnieśliśmy  jednak  dość  duży  sukces... 

Problem w tym, jaką temperaturę powinna mieć woda w czasie karmienia niemowląt. Jak panu wiadomo, zwierzęta 

ciepłokrwiste  mają  temperaturę  ciała  niezależną  od  otoczenia,  są  więc  w  stanie  zużyć  znacznie  więcej  energii.  W 

wypadku akwanów zdolność dostosowania się do środowiska uległa znacznej aktywizacji, co przy braku dostatecznej 

uwagi mogło doprowadzić do nadmiernego obniżenia temperatury ciała. Na przykład różnica między ciepłotą ciała 

ryb  a  temperaturą  wody  wynosi  dwa  lub  trzy  stopnie.  Gdyby  przez  jakieś  niedopatrzenie  stało  się  tak  z  nowym 

rodzajem ludzkim, nad którym tyle pracowaliśmy, człowiek wody przemieniłby się w bezwartościowy twór niskiego 

background image

rzędu. Wobec tego postawiliśmy pytanie, czy akwanów należy chować w wodzie o temperaturze trzydziestu pięciu 

stopni  ciepła  czy  też  w  innej?  Niełatwo  było  na  to  odpowiedzieć.  Musieliśmy  brać  pod  uwagę  zarówno  sprawę 

wzmocnienia skóry, jak i narastania tkanki tłuszczowej. Jednak udało się problem rozwiązać. Oto górna rura - tego 

stąd  nie  widać  -  podzielona  jest  na  dwie  warstwy.  Z  jednej  warstwy  płynie  mleko,  z  drugiej  -  morska  woda  o 

temperaturze sześciu stopni. Przewód mleczny jest połączony z sutkami, lecz można nim dowolnie sterować z pokoju 

operacyjnego i dzięki temu trzy razy dziennie wykorzystać po sześć obrotów co dziesięć i osiem sekund. Wtedy z 

trzydziestu sutek tryska zimna woda. Innymi słowy, stosuje się masaż za pomocą zimnej wody pod ciśnieniem. Dzięki 

temu osiągnięto nieoczekiwany rezultat. Niestety, nie będzie pan mógł zobaczyć, jak niemowlęta szaleją (chichocząc 

pomachał ręką). 

Myślę, że tyle wystarczy w tym miejscu. Chodźmy dalej. W kolejności przed nami znajduje się modelowy 

basen, a nieco dalej odrębne baseny dla poszczególnych roczników. Nie mamy zbyt wiele czasu, ominiemy pośrednie 

etapy i obejrzymy tylko ostatni - pięciolatków. Zobaczymy, jak one sobie żyją. 

 

(Wyciemnienie, pojawia się  nowa scena. Basen  wielkości  klasy  w  szkole podstawowej. Na  mniej  więcej 

trzydzieścioro  dzieci  połowę  stanowią  chłopcy;  dzieci  zabawiają  się  pływając  swobodnie  wokoło,  z  gumowymi 

płetwami  na  stopach,  to  znów  odpoczywając  w  najróżniejszych  pozycjach.  Te  wodne  dzieci  mają  twarze  bez 

wątpienia  japońskie,  lecz  oczy  są  dziwnie  szeroko  otwarte  i  nie  mrugają.  Włosy  sterczą  niczym  wodorosty,  przy 

gardle widać szczeliny dla skrzeli, a także płaskie zapadnięte piersi. 

Przestrzeń wypełnia szczęk przypominający pocieranie zardzewiałego metalu. Plątanina rur spuszczonych z 

sufitu. Duże i małe kawałki drewna pływające w wodzie. Pętle do przeskakiwania, na różnej wysokości wystają ze 

ściany kołki rozmaitych kształtów). 

 

- Ten odgłos to zgrzytanie zębów dzieci. To  właśnie  sposób na prowadzenie rozmowy.  Akwanom  struny 

głosowe zanikły, ale nawet gdyby się zachowały, nie można by ich użyć w wodzie. Akwanowie posługują się więc 

rodzajem alfabetu Morse'a, opartego na gramatyce języka japońskiego, można więc ich mowę tłumaczyć. Zaletą tego 

języka jest możliwość porozumiewania się za pomocą różnych przedmiotów, w ogóle bez użycia ust. Dwoje ludzi 

może prowadzić dialog  uderzając jednym palcem o drugi  i jednocześnie jeść,  można też  wygłaszać przemówienie 

pocierając  stopami  o  podłogę.  Połączono  pismo  pionowe  z  poziomym.  Obecnie  dysponujemy  około 

osiemdziesięcioma byłymi inżynierami łączności bezprzewodowej, którzy władają językiem akwanów. Zaczęła też 

pracę  specjalna  maszyna  tłumacząca,  w  której  zainstalowano  mózg  elektroniczny,  możemy  więc  prowadzić 

kształcenie na zaawansowanym poziomie. O, widzi pan? Z jakim skupieniem słuchają rozkazu z nadajnika? 

 

(Dzieci pilnie wpatrują się w kierunku, z którego widocznie dochodzą sygnały, lecz nagle rzucają się przed 

siebie w stronę wyjścia z lewej strony. Kamera podąża za nimi. Pojawiają się dwie kobiety w akwalungach. Jedna stoi 

obok  dużego  pudełka,  a  druga  pociera  jedną  pałką  o  drugą  -  widocznie  wydaje  jakieś  polecenia.  Dzieci  najpierw 

ustawiają  się  w  szeregu.  Jedna  z  kobiet  wyjmuje  z  pudełka  jakieś  przedmioty  wielkości  książeczek  w  wydaniu 

kieszonkowym i podaje kolejno dzieciom. Jedno dziecko natychmiast wbija zęby w swoją porcję). 

 

- To czas posiłku. 

 

background image

(Kobieta z pałkami bije dziecko, które zaczęło już jeść. Wszystkie inne rozbiegają się zgrzytając zębami). 

 

-  Ponieważ  źle  się  zachowało,  zostało  ukarane.  Bardzo  tu  dbamy  o  dyscyplinę.  Nie  wolno  im  jeść  przed 

powrotem do pokoi. 

- Czy to dziecko teraz się uśmiechało? 

- Hm, w ich ekspresji uczuć zaszła zmiana, więc to nie był uśmiech ludzki. Wraz z płucami atrofii uległa 

również diafragma, więc właściwie nie mogą się śmiać. A co ciekawe, te dzieciaki nie płaczą. Po prostu nie mogą. 

Gruczoły łzowe zniknęły wraz z innymi gruczołami wydzielania zewnętrznego. 

- Chociaż nie ronią łez, to jednak chyba płaczą w jakiś inny sposób? 

- Jak powiedział James, człowiek nie dlatego płacze, że jest smutny, lecz jest smutny, ponieważ płacze. One 

nie mają gruczołów łzowych, więc być może nie znają uczucia smutku. 

- To okrutne! 

- Co takiego? 

- To jednak zbyt bolesne... 

- Niepotrzebnie pan im współczuje. (Śmieje się). To strata czasu. Chodźmy dalej. Tu jest wzorcowa szkółka 

dla sześciolatków i starszych. 

- (Z tv): Proszę o przerwę, jeśli można. 

- Tak, naturalnie. Muszą przetransportować kamerę łodzią podwodną, ponieważ odległość jest dość duża. W 

tym czasie proszę zapalić światło. 

 

WAŻNE  SPRAWOZDANIE  PRZEDSTAWIONE  PRZEZ  TOMOYASU  W  CZASIE  PRZERWY, 

DOTYCZĄCE HIPOTEZY ZWIĄZANEJ Z KOŃCEM CZWARTEJ EPOKI MIĘDZYLODOWCOWEJ 

 

- Jestem tylko funkcjonariuszem, będę mówić krótko, jak najprościej. Profesor Katsumi już wie o tym, lecz 

dziś rano znowu telefonowano z redakcji gazety. Chodzi mianowicie o radziecką propozycję w sprawie wspólnych 

badań aktywizacji wysp wulkanicznych znajdujących się na dnie Pacyfiku. Prawdę mówiąc, dzięki Tanomogiemu my 

dosyć dawno skończyliśmy badania. Prawdopodobnie Rosjanie mają również pewne wyobrażenie o tym, co my już 

wiemy ale wykorzystują je do gry politycznej, tak dla nich typowej... 

- Proszę się skracać - ostrzegł Tanomogi. 

- Rozumiem... Jestem laikiem w tych sprawach, mógłbym rzecz zbyt uprościć. W każdym razie chodzi o to, 

że w rzeczywistości na dnie całego Pacyfiku następuje aktywizacja podwodnych wulkanów. Prawdopodobnie ma to 

również związek z ostatnimi anomaliami pogody, takimi jak podniesienie się temperatury na półkuli północnej. Już od 

dawna  istniały  na  ten  temat  rozmaite  teorie.  Uważano  na  przykład,  że  jest  to  skutek  czarnych  plam  na  słońcu  lub 

wzrostu  stężenia  dwutlenku  węgla  w  atmosferze  wskutek  nadmiernego  zużycia  energii  przez  człowieka.  Ale  te 

hipotezy nie wyjaśniają zjawiska do końca. 

Wiemy,  że  lodowiec,  jako  pozostałość  po  Czwartej  Epoce  Lodowcowej,  i  czapa  lodowa  na  biegunie 

południowym  topnieją,  więc  naturalnie  poziom  wody  musi  się  podnieść.  Stwierdziliśmy  również,  że  stopień 

podnoszenia  się  poziomu  wód  nie  odpowiada  naszym  obliczeniom.  Doszliśmy  do  wniosku,  że  podobnie  jak  w 

poprzedniej - Trzeciej Epoce Międzylodowcowej, kiedy to lód całkowicie stopniał w ciągu tysiąca lat, również i teraz 

poziom  morza  podniesie  się  o  sto  metrów.  Zresztą  w  związku  z  tym  wiele  krajów  przeniosło  miasta  i  fabryki  na 

background image

wyżyny. Przykro  mi, że  nasz  rząd, powołując się na brak płaskowyżu, uznał, iż  lepiej zostawić  sprawy  własnemu 

biegowi. Dostrzegł problem, lecz udaje, że on nie istnieje... 

Okazało  się  jednak,  że  od  ostatniego  Roku  Geodezyjnego  poziom  wód  wzrósł  znacznie  bardziej,  niż 

wynikałoby  to  z  topnienia  lodowców.  Jeśli  wierzyć  obliczeniom,  przybyło  trzykrotnie  więcej  wody,  niż  się 

spodziewano. Niektórzy naukowcy mówią nawet, że trzy i pół razy więcej. Nie sposób też wyjaśnić obniżania się w 

wielu  miejscach  poziomu  gruntu  zwykłym  odpływem  wód  podskórnych.  Istnieje  prawdopodobieństwo,  że  woda 

morska jest gdzieś odtwarzana. Być może rzecz w zwiększonej aktywności podwodnych wulkanów. Trzeba też brać 

pod uwagę fakt, że gazy wulkaniczne to w większości para. Kto wie, może prawdziwe jest założenie, iż obecna woda 

morska zrodziła się z tego gazu. Ja tego nie rozumiem, ale coś w tym musi być. 

Biorąc pod uwagę stopień podnoszenia się poziomu wód w morzach, najprawdopodobniej zaczyna się dziać 

coś niepojętego, wprost absurdalnego. Na przykład zgodnie z nową teorią - oczywiście powtarzam za uczonymi - to, 

co  nazywamy  Ziemią,  powstało  pierwotnie  z  nabrzmienia  i  uniesienia  się  w  górę,  pod  wpływem  wysokiej 

temperatury,  materii  promieniotwórczej  znajdującej  się  w  skorupie  ziemskiej.  Nic  dziwnego,  że  kryje  się  w  niej 

mnóstwo  magmy.  Z  biegiem  lat  ta  substancja  nabrzmiewa,  w  niezbyt  częstych  interwałach  przejawia  aktywność 

wulkaniczną i w każdej chwili może wybuchnąć. Lecz i to rozumowanie nie wyjaśnienia zjawiska dostatecznie. Co 

więcej, z powodu nawarstwiającej się lawy skorupa grubieje, rośnie jej ciężar, w końcu nie wytrzymuje parcia i pęka 

jak rozdeptana purchawka, z której unosi się zawartość. W którym miejscu wybuchnie i strzeli swą zawartością? Na 

pewno na styku dna morskiego i lądu. 

Podobno  zdarzało  się  to  co  pięćdziesiąt  do  dziewięćdziesięciu  milionów  lat,  bez  wyjątku.  W  obszarach 

wokół pasa brzegowego Pacyfiku pojawiły się podejrzane ruchy. Zachodzą one właśnie w pasie trzęsień znanym jako 

Ognisty Pierścień Pacyfiku. Przepraszam, ale prawdę mówiąc, nie rozumiem tego. Jeśli jest tak, jak powiedziałem, to 

wzrost temperatury i podnoszenie się poziomu morza nie oznacza zjawisk typowych dla okresu międzylodowcowego, 

lecz  najprawdopodobniej  jest  rezultatem  zapowiadającej  się  jednej  z  największych  katastrof  zdarzających  się  co 

pięćdziesiąt milionów lat. Opieram się tutaj na hipotezie końca Czwartej Epoki Międzylodowcowej. 

Nie wiem, gdzie tę teorię najpierw ogłoszono, ale wywołała ona panikę w wielu krajach i doprowadziła do 

rezygnacji  z  zaleceń  Międzynarodowego  Roku  Geodezyjnego.  Przyjęto  bowiem  założenie,  że  w  niezbyt  odległej 

przyszłości  wybuchnie  naraz  kilkaset  podwodnych  wulkanów,  woda  będzie  podnosić  się  co  roku  o  trzydzieści 

metrów,  a  po  czterdziestu  latach  jej  poziom  podniesie  się  ponad  tysiąc  metrów.  Gdyby  wiadomość  o  tym  została 

opublikowana,  wybuchłoby  nieprawdopodobne  zamieszanie.  Porządek  publiczny  zostałby  całkowicie  zburzony. 

Pomijając  tak  rozległy  kraj  jak  ZSRR,  na  pewno  całkowicie  zostałaby  zniszczona  Europa,  podobnie  stałoby  się  z 

Ameryką  z  wyjątkiem  szczytów  Gór  Skalistych.  Z  Japonii,  profesorze,  pozostałoby  pięć  albo  sześć  punkcików  - 

najwyższe wzniesienia. Aby podjąć odpowiednie działania strategiczne, rząd musi mieć całkowitą pewność, że żadna 

wiadomość na ten temat nie przedostanie się do szerszych kręgów społecznych. 

Rząd  zdecydował  się  nie  mieszać  w  to  innych  krajów  w  zamian  za  niewtrącanie  się  ich  w  nasze  sprawy 

wewnętrzne,  ale  ponieważ  w  składzie  rządu  wciąż  zachodzą  zmiany,  nie  ma  więc  pewności,  czy  można  jego 

członkom  zaufać.  I  dlatego  postanowiono  powołać  swego  rodzaju  Komisję  Ocalenia,  wspieraną  przez  kręgi 

finansjery. Komisja się rozwiązała, a w jej miejsce powstało Towarzystwo Rozwoju Kolonii Podmorskich. 

- To nieuczciwe działanie! 

background image

Poczułem pieczenie na końcu języka, jakby wlano mi do gardła żrący kwas. Czy naprawdę rozgniewałem 

się, czy tylko pomyślałem, że powinienem się gniewać, albo też udawałem gniew? Nie wiedziałem, lecz czułem, że w 

tym momencie należałoby krzyczeć. 

-  Jeśli  o  tym  wszystkim  wiedziałeś...  -  zacząłem,  lecz  zdrętwiałe  szczęki  odmawiały  posłuszeństwa  - 

dlaczego od razu nie powiedziałeś? Gdybym wiedział od początku, na pewno inaczej bym się zachował. 

- Czy naprawdę? - zapytał ostro Tanomogi, podnosząc wzrok. 

- Oczywiście, że tak! - zawołałem, choć był to raczej jęk. - Jak można było ukrywać tak bardzo niepokojącą 

wiadomość?! 

- Uważam, że nie można było inaczej. Gdybym wcześniej uchylił rąbka tajemnicy, pan profesor na pewno 

jeszcze usilniej starałby się uchwycić aktualnej rzeczywistości i toczył bezsensowne boje. 

- Dlaczego? 

- Ponieważ upadek Ziemi napawałby pana trwogą. 

- Na pewno! 

- Czy istnienie akwanów mogłoby uwolnić pana od tej trwogi? 

Próbowałem odpowiedzieć, lecz nie mogłem. Zacząłem chrypieć, jakbym się przeziębił. Wydałem z siebie 

pisk  bezradnego  zwierzątka.  Górna  część  ciała  była  rozgrzana,  lecz  od  kolan  czułem  dziwny  chłód.  Jakby  śmierć 

wpełzała we mnie od dołu. 

- Ja - Tanomogi mówił powoli - traktuję podwodne wulkany jako zjawisko drugorzędne. 

- Dlaczego? - zapytałem coraz bardziej niespokojny. 

- Współczesność to nie jest Epoka Międzylodowcowa, to po prostu kres Czwartej Epoki Międzylodowcowej. 

Nie, to być może początek nowych ruchów geologicznych. 

- No dobrze, niezależnie od tego, czy  nastąpi  katastrofa, czy nie, założenie  kolonii podwodnych  ma i tak 

ogromne znaczenie. Nie dlatego, że jest nieuniknione, lecz po prostu w pozytywnym sensie, ponieważ jest kreacją 

nowego świata. Osobiście uważam problem podnoszenia się poziomu wód w morzach za dobrą okazję do skłonienia 

decydentów, by jasno określili poczynania, które muszą być podjęte. 

- To herezja! Tanomogi-san, to herezja. 

- Niech będzie i herezja, widocznie różnimy się z Tomoyasu postawami. Oczywiście, profesorze, chociaż 

wspólnie działamy, to jednak niekoniecznie wyznajemy tę samą filozofię. Prawda, Tomoyasu-san? Mówiąc szczerze, 

to kręgi finansjery zamierzały potajemnie trochę na tym zarobić. Zresztą, czy można uznać, że na darmo wyrzucają 

własne pieniądze na rzecz przyszłości? 

-  Przesadzasz  -  rzekł  Tomoyasu  z  gniewną  miną,  podnosząc  brodę.  -  Czy  to  jest  rzecz  drugorzędna,  czy 

trzeciorzędna, to i tak miasta i pola, i wszystko inne na pewno zatonie. Tylko to jest pewne. 

Znów  pojawia  się  obraz  telewizyjny,  tym  razem  z  widokiem  szkoły  ćwiczeń  dla  modelowych  akwanów, 

komentuje Yamamoto: 

 

(...na tle nieboskłonu czerniejącego morza w rozkołysanej wodzie unosi się bielejący i błyszczący przedmiot 

w kształcie tulipana wspartego na jednej łodydze). 

 

- To jest budynek modelowej szkoły. Ciekawy architektonicznie, prawda? Wykonany całkowicie z plastyku, 

ściany  mają  przestrzeń  wypełnioną  gazem.  Dzięki  temu  unosi  się  w  wodzie.  W  ten  sposób  różni  się  od  struktury 

background image

naziemnej, uzależnionej od przyciągania ziemskiego. Wewnątrz mieszkają akwany. Mogą swobodnie się poruszać, 

nie zwracając uwagi ani na sufit, ani na podłogę. Nie muszą być skazane na jeden poziom. Wyjścia i wejścia u góry są 

stale otwarte. Widzi pan, jaka to prosta kombinacja? Przy tym cokolwiek o niej powiedzieć, jedno jest pewne: jest 

wygodna. Wewnątrz nie potrzeba powietrza, nie trzeba też przejmować się przeciekami ani ciśnieniem wody. Morze 

w głębi jest spokojne i ciche... 

 

(Budynek się przybliża). 

 

- Jest duży, prawda? 

- Aktualnie przebywa w nim tylko dwustu czterdziestu mieszkańców, ale gdy przybędzie dzieci, będzie tu 

mogło  zamieszkać  nawet  tysiąc.  Mieści  się  tu  szkoła  i  internat.  Niezły  budynek.  W  przyszłości  stanie  tutaj 

dwadzieścia jeden takich samych budowli. Co roku po trzysta osób, od piątego do dziesiątego roku życia, łącznie 

dwadzieścia  jeden  tysięcy.  Łatwo  je  budować.  Wkrótce  przystąpimy  do  masowej  produkcji.  Przywozi  się  cztery 

naraz, każdy złożony, mieszczący się na jednej ciężarówce, wystarczy na miejscu połączyć części, wpuścić gaz, i to 

wszystko. Może jedynie umocowanie fundamentu na dnie morza jest pracochłonne. 

 

(Kamera pełznie po ścianie w górę. Pojawiają się kolejne pasma łagodnego światła. Źródło światła jest chyba 

wbudowane w ściany. Przez ekran przepływa ławica ryb). 

 

-  Proszę  patrzeć  uważnie.  Światła  lekko  się  rozjaśniają,  to  znów  ściemniają.  Ten  rytm  różni  się  nieco  na 

kolejnych poziomach. W ten sposób światło pełni rolę wabika dla ryb. Rozmaite gatunki różnie reagują na natężenie 

światła, schodzą więc w dół. A tam czeka na nie szeroko otwarte wejście. To rodzaj technicznie nowoczesnej sieci. 

Myślę, że ta metoda łowienia ryb upowszechni się w przyszłości. Jest bardzo efektywna. Co więcej, rybacy, którzy tu 

przybywają... 

- Co to znaczy “tu"? 

- Chyba w połowie drogi między Urayasu i Kisarazu. 

- Jak zdołaliście dotąd utrzymać tajemnicę? 

- Akurat w tym miejscu jest pięćdziesiąt do sześćdziesięciu metrów głębokości. Poza tym wybraliśmy stąd 

muł  na  jakieś  dwadzieścia  metrów,  to  znaczy  na  wysokość  budynku.  Na  tę  głębokość  nie  można  dopłynąć  bez 

odpowiedniego sprzętu do nurkowania. A na naszych uczniów zwracamy baczną uwagę... 

- Co tu robią trenerzy? 

- Teraz wydłużają wsporniki, by dach znajdował się dwadzieścia metrów od powierzchni wody. 

 

(Kamera  dochodzi  do  górnej  części  konstrukcji.  Ukazuje  się  duża  okrągła  dziura  w  środku  wypukłej 

powierzchni. A w niej unosi się w wodzie chłopiec opierający się nogą o brzeg otworu. Przy jego plecach pływa ryba 

wielkości dłoni). 

 

-  Przypłynął  nam  na  spotkanie.  To  jest  akwan  numer  jeden.  Najstarszy.  Ma  osiem  lat,  lecz  wygląda  na 

dwanaście  lub  nawet  więcej.  W  morzu  wszystko  dojrzewa  zaskakująco  szybko.  Czytałem  w  jakiejś  publikacji 

Akademii Nauk ZSRR, że oceaniczne rośliny wykazują prawie stuprocentową biologiczną aktywność w porównaniu 

background image

z  pięcioprocentową  roślin  lądowych.  A  co  do  zwierząt,  to  wystarczy  przypomnieć,  że  słoń  potrzebuje  około 

czterdziestu lat do osiągnięcia dorosłości, podczas gdy dwu- lub trzyletni wieloryb jest zdolny do wydania na świat 

potomstwa. 

 

 (Chłopiec otwiera usta, zgrzyta zębami i opuszcza głowę. Lekko odpycha rybę, która chce się otrzeć o jego 

wargi. Wygląda, jakby się uśmiechał. Być może chodzi tu o coś innego. Jego ciało okrywa szara kurtka i kombinezon, 

na stopach ma płetwy. Jasne włosy unoszą się w wodzie. Gdyby nie ostrość spojrzenia dziwnie szeroko otwartych 

owalnych  oczu,  jego  z  wyglądu  delikatne,  pełne  wdzięku  ciało  niczym  nie  różniłoby  się  od  dziewczęcego, 

prawdopodobnie  z  powodu  ciśnienia  wody.  Tylko  te  skrzela  i  zapadła  klatka  piersiowa  sprawiają  niesamowite 

wrażenie). 

 

- Ryba jest oswojona. Chłopiec lubi zwierzęta. Jego imię przełożone na język mówiony brzmi Iriri. To tylko 

symbol. Proszę jeszcze popatrzeć tam, na górę... 

 

(Zbliżenie powierzchni dachu. Pod chyba plastykowym pokryciem coś bujnie rośnie). 

 

- To się nazywa Scenedesmus quadricanda, typ chlorelli, lecz od samego początku tę słodkowodną roślinę 

zaaklimatyzowaliśmy do rozwoju w morskiej wodzie. Jest idealnym źródłem pożywienia, zawiera ponad dwanaście 

rodzajów ważnych kwasów aminowych. Ciastka zrobione z tego są ulubionym pokarmem dzieci. 

 

(Chłopiec  zgina  lekko  nogi  w  kolanach  i  w  tej  pozycji  spokojnie  zanurza  się  w  otworze.  Zgrzyta  zębami 

wzywając rybę. Kamera prowadzi go od tyłu. Chłopiec wykonuje obrót i rzutem głowy w dół przyspiesza. Stopy z 

płetwami poruszają się delikatnym rytmem. W dali czeka wiele dzieci uczepionych poręczy biegnącej w dół otworu w 

ścianie, to znów przepływających prostopadle przed kamerą. Hałasują jak rój owadów...) 

 

- Dobrze oswojona ryba. Trenując w ten sposób moglibyśmy chować ryby jak zwierzęta domowe. - Zwraca 

się w stronę mikrofonu: - Mógłbyś w tym miejscu zatrzymać? 

(Głucha odpowiedź w głośniku): 

- Chciałby pan zobaczyć salę robót? 

- Tak, na moment. 

 

(Kamera zatrzymuje się. Widok na ścianę i długi rząd owalnych drzwi w równym szeregu przypomina ule). 

 

- Na razie pokoje stoją puste, lecz tutaj znajduje się większość sal ćwiczeniowych. 

 

(Zbliża się do jednego z wejść. Chłopiec złapał rybkę i wpycha swoje włosy do jej pyszczka, lecz nagle rusza 

dalej i znika w głębi). 

 

background image

- Nazywamy je klasami, ale później będą tu małe fabryki, w których będzie można prowadzić doświadczenia 

fizyczne  i  produkować  żywność.  Za  pięć  lat,  gdy  najstarsza  klasa  stanie  się  załogą  pracowniczą,  będą 

samowystarczalni pod każdym względem. 

- Co będą robić po zakończeniu nauki? 

-  Buduje  się  już  podmorskie  fabryki,  więc  tam  znajdą  zatrudnienie.  Inni  będą  pracować  w  podwodnych 

kopalniach, na polach naftowych... Mamy teraz problem z brakiem rąk do pracy na podwodnych pastwiskach. Tam 

też  będą  mile  widziani.  Najzdolniejsi  zostaną  skierowani  do  wydziałów  specjalnych,  by  kształcić  się  na  lekarzy, 

inżynierów, techników. Będą pomagać ludziom i w przyszłości nas zastąpią. 

(Tomoyasu ostrzegająco:) 

- Istnieje całkowicie odmienny pogląd na temat tego specjalnego kształcenia. 

- To żaden problem. Są granice tego, co mogą zrobić ludzie lądowi, a poza tym ich liczba jest absolutnie 

niewystarczająca. 

 

(Ukazuje się wnętrze pokoju. Nie ma tu jakichś specjalnych stołów do pracy, tylko zewsząd - z podłogi, ze 

ścian, z sufitu - wystają kołki i haki, wiszą różne półki. Niektóre narzędzia są nawet uczepione do balonów, chłopiec 

spogląda dumnie w kamerę, to znów na narzędzia, porównuje je). 

 

- Proszę zobaczyć, to są wynalazki Iriri. - (Do mikrofonu:) - Czy mógłbyś któregoś użyć? 

 

(Odgłos skrzypienia... Chłopiec kiwa głową, bierze narzędzia, łączy je z rurą wystającą w rogu pokoju). 

 

- Sprężone powietrze. To główna energia pod wodą. Dysponują też prochem zgazyfikowanym i płynnym 

gazem. 

 

(Chłopiec przekręca kurek. Narzędzie zaczyna drgać i wypuszczać bąble. Ulatują pod sufit, gdzie łączą się w 

dużą kulę, która zostaje wessana przez otwór w suficie. Ryba płynie za tą kulą i próbuje chwycić w pyszczek. Potem 

chłopiec przykłada drgający kołek do winylowej deski i natychmiast ją przecina). 

 

- To jest automatyczna piła. Niezwykłe, prawda? Sam to wymyślił. I wszystko wykonał ręcznie. Sala robót 

wyposażona  jest  w  rozmaite  narzędzia.  Tutaj  plastyk  zastępuje  metal,  można  więc  powiedzieć,  że  opanowanie 

wykorzystania plastyku jest podstawą podwodnego życia. To trochę dziwne... To dziecko ma zaledwie osiem lat. Pod 

wodą dojrzewa bardzo szybko, nie tylko fizycznie. 

-  A  skąd  czerpiecie  energię?  Do  produkcji  plastyku  potrzebne  są  dość  wysokie  temperatury,  a  przy  tym 

światło w tym pokoju... 

- Oczywiście, elektryczne. Wraz z rozwojem techniki izolacyjnej udało się stosunkowo łatwo wprowadzić tu 

energię elektryczną. Zresztą to jeden z najtrudniejszych problemów. W każdym razie nie sposób sobie poradzić tutaj 

bez elektryczności. 

- Nie? 

- Absolutnie nie. Nawet gdyby wykorzystać do ogrzewania i wytwarzania mocy dynamicznej inne źródło. 

Na  przykład  jeśli  idzie  o  łączność,  fale  elektryczne  są  bezużyteczne  w  wodzie.  Należy,  oczywiście,  posłużyć  się 

background image

falami  ultradźwiękowymi,  ale  do  ich  wysłania  i  przyjęcia  potrzebna  jest  elektryczność.  Ponadto  w  odpowiednim 

czasie chcielibyśmy posłużyć się sprężonym powietrzem dla zachowania samowystarczalności i uniezależnienia się 

od lądu. Teraz jesteśmy połączeni kablem. W przyszłości będą w użyciu miniaturowe generatory atomowe, albo też 

wytworzymy efektywny generator na ciężkie oleje lub generator gazowy, funkcjonujący dzięki sile nośnej wody. Tak 

czy  inaczej  musimy  się  uniezależnić.  Wtedy  można  by  podwodny  instytut  założyć  daleko  od  lądu,  czy  nawet 

zbudować ogromne miasto. To nie sen... Och, znów wynalazek? 

 

(Tym  razem  na  jednej  trzeciej  wysokości  chłopiec  wyciągnął  prosty  drążek  z  pedałami.  Gdy  postawił  go 

pionowo, oparł się o niego, nacisnął pedał i uniósł się w górę, a następnie pochylił i wtedy popłynął w bok. Było to 

możliwe dzięki obracającej się śrubie na końcu drążka). 

 

- To podwodny rower. Chłopiec jest zadowolony, wręcz dumny, gdy oglądamy, jak na nim jeździ. 

- Zaskakująco towarzyski. 

- Tak, Iriri jest wyjątkowo towarzyski. On pierwszy był poddany eksperymentowi, na pewno popełniliśmy 

szereg błędów w procesie jego rozwoju. Na przykład nie zniknęły mu całkowicie gruczoły wydzielania zewnętrznego. 

Może pan zauważył, że jego oczy są owalne. Pozostały jeszcze nieznaczne ślady gruczołów łzowych z lewej strony. 

To pewnie przyczyna niedoskonałego spalania. 

- Niedoskonałego spalania? 

-  Czy  pan  wie,  że  ludzkie  emocje  w  dużym  stopniu  zależą  od  wrażliwości  skóry  i  błony  śluzowej?  Na 

przykład  “czuć  się  przyjemnie",  “czuć  szorstkość,  lepkie  swędzenie"  -  to  tylko  kilka  przykładów  określeń 

wyrażających metaforycznie wewnętrzny nastrój lub zewnętrzną atmosferę. Te zewnętrzne odczucia ciała, mówiąc 

krótko, są wyrazem instynktownego pragnienia zachowania morza w nas samych. Może wydawać się, że zbaczam z 

tematu, proszę jednak o chwilę cierpliwości, bo to chyba jest istotne. Jak pan  wie, ludzie są  wysoce rozwiniętymi 

stworzeniami  lądowymi,  zbudowanymi  prawie  wyłącznie  ze  składników  morza,  z  krwi,  kości  i  plazmy.  Nie  tylko 

początki  życia  były  wynikiem  krystalizacji  morza,  lecz  także  później  życie  cały  czas  zależy  od  morza.  Nawet  po 

wyjściu z morza zachowała się jego cząstka na skórze. Człowiek jest do tego stopnia związany z morzem, że kiedy 

zachoruje, musi się leczyć solankowymi zastrzykami. Skóra jest niczym innym jak tylko transformatą morza. Chociaż 

jej  odporność  jest  duża,  to  jednak  od  czasu  do  czasu  musi  sięgać  po  pomoc  morza.  Gruczoły  wydzielania 

zewnętrznego  wzmacniają  zmęczoną  skórę.  Łzy  są  morzem  oczu.  Dlatego  też  nasze  odczucia,  tzn.  stymulacja  i 

kontrola gruczołów wydzielania zewnętrznego, są wyrazem walki morza z zagrożeniem ze strony lądu. 

- Bez tego nie byłoby uczuć? 

-  Nie,  tego  nie  powiedziałem,  lecz  twierdzę,  że  mają  one  całkowicie  inną  jakość,  niż  to  sobie  dotąd 

wyobrażaliśmy. Teraz akwani są w wodzie i na razie muszą walczyć z atmosferą. Chodzi o to, że ryba nie zna strachu 

przed ogniem. 

 

(Chłopiec zręcznie manipuluje rowerem wodnym i rozpoczyna grę w berka z oswojoną rybą). 

 

- Gdy patrzę na inne dzieci i porównuję je z Iririm, czasem ogarnia mnie niepokój. Zastanawiam się, czy nie 

są pozbawione uczuć lub czy nie mają innych serc. 

- To znaczy, że tylko ten chłopiec przypomina człowieka? 

background image

-  Tak,  można  zrozumieć,  co  robi.  -  (Stawał  się  coraz  bardziej  sentymentalny).  -  Można  jednak  postawić 

pytanie, czy lądowe serce nie jest w morzu tylko sprawą niecałkowitego spalania? 

 

(Goniąc za rybą chłopiec przepływa obok kamery i znika). 

 

- Czy nie jest to źródłem jego inteligencji? 

-  Nie,  inne  dzieci  nie  są  wcale  mniej  zdolne  od  niego.  Na  przykład  dziecko  o  trzy  miesiące  młodsze 

skonstruowało zegarek oparty na zasadzie alternacji bąbelków wodnych. Nazywamy to zegarem, lecz jego wskazówki 

obracają się co piętnaście minut. 

 

(Kamera przesuwa się w ślad za chłopcem w stronę jego kolegów). 

 

(Odzyskał spokój, teraz znów mówił jasno, tonem urzędowym). 

-  Ten  środkowy  pokład  jest  przeznaczony  na  mieszkania,  poniżej  znajdują  się  odrębne  klasy  dla 

poszczególnych roczników. Podobnie jak u nas, ich nauka również rozpoczyna się od pisania, czytania i arytmetyki. 

Nie  jesteśmy  pewni,  co  robić  dalej,  na  razie  przyjęliśmy  program  dostosowany  do  ich  warunków  życia,  a  więc 

położyliśmy nacisk na fizykę ciała płynnego i chemię molekularną. Nie jesteśmy w stanie dokładnie przewidzieć ich 

potrzeb.  Dopiero  gdy  wykształcą  własnych  nauczycieli,  będą  mogli  ustalić  właściwy  program  nauki.  W  końcu 

powietrze i woda zbyt się różnią z punktu widzenia zmysłowego. 

 

(Szereg balkonów, jeden nad drugim... bawiące się dzieci... jedne wykazują nie skrywaną ciekawość, inne są 

prawie obojętne). 

 

- Może nie ma nawet potrzeby o tym wspominać, ale tutaj nie uczą się ani historii, ani geografii czy nauk 

społecznych. Nie mogliśmy się zdecydować, jak im przyswoić wiedzę na temat stosunków międzyludzkich, a także 

stosunków między akwanami. 

(Tomoyasu pociągnął nosem). 

- To oczywiste. Byłoby błędem zaszczepiać w nich wieczny żal... 

- Nie... - (Lekko potrząsnął głową). - Mówiąc to przeceniasz ludzi lądowych. 

 

(Zarówno  pełne  ciekawości,  jak  i  wykazujące  obojętność  dzieci  charakteryzuje  niezwykły  chłód,  z  jakim 

patrzą  na  ciebie.  Odnosi  się  wrażenie,  że  stałeś  się  przedmiotem.  Można  zrozumieć  słowa  Yamamoto,  który 

wspomniał, że wydają się nie mieć uczuć. 

Jakiś figlarz podbiega do kamery i próbuje zasłonić obiektyw rękami... Dziewczynka zachłannie obserwuje 

robaka  pełzającego  po  ścianie...  Grupa  chłopców  otacza  Iririego  i  wnikliwie  ogląda  jego  rower...  Dziewczynka 

chwyta zabłąkaną rybkę i wpycha ją sobie do ust, a wtedy stojący obok chłopiec wkłada jej palec do nosa, potrząsa nią 

i zmusza do wyplucia... Inna dziewczynka unosząca się na plecach pozwala chłopcu lizać się pod pachami... Mieszana 

żeńsko-męska  grupa,  chyba  dyżurnych,  krąży  wycierając  ściany  za  pomocą  odkurzacza  poruszanego  sprężonym 

gazem. Jakiś chłopiec głaszcze po pysku psa wodnego, który wtulił ogon między nogi...) 

 

background image

- To byłoby tyle w dużym skrócie. Aiba, proszę już wyłączyć... 

 

(Ktoś  mimo  woli  westchnął  głośno... Obraz na ekranie zadrżał, skurczył  się do jednego punktu i zniknął, 

pozostawiając po sobie cień...) 

 

ODBITKA ŚWIATŁODRUKOWA 

 

 

34 

 

Nikt  się  nie  poruszył,  gdy  w  monitorze  zniknął  drgający,  malejący  obraz.  Nikt  też  nie  zapalił  w  pokoju 

światła  ani  się  o  to  nie  upomniał.  Może  jeszcze  będzie  jakiś  ciąg  dalszy  -  pomyślałem,  odetchnąwszy  z  ulgą. 

Przynajmniej przez ten czas pozostanę przy życiu. 

Gdy  cisza  się  przedłużała,  szybko  narastał  strach.  Dziwne,  że  tak  bardzo  przytłoczyło  mnie  to,  co 

zobaczyłem na ekranie, i chociaż buntowałem się wewnętrznie, obudziło się we mnie zainteresowanie. Mimo woli 

zastanawiałem  się nad stosunkiem liczby chłopców do dziewcząt  -  wydało  mi  się, że  w przybliżeniu było ich tyle 

samo.  To  znów  myślałem  o  przyszłych  ślubach,  poddawałem  się  więc  całkiem  ludzkiemu,  jak  mi  się  wydawało, 

nastrojowi panującemu w sali ćwiczeń. Znów powróciłem do ciemności, oprzytomniałem i pomyślałem, że to może ja 

jestem poddany eksperymentowi. I czekam na śmierć... Filiżanka współczucia podana skazańcowi... Zastanawiałem 

się, czy mi powiedzą, iż zaszła jakaś zmiana w sposobie zadania mi śmiertelnego ciosu. 

Paznokcie wbijały mi się w dłonie. Miałem wrażenie, że zostałem unieruchomiony w gipsie, i tak trwałem 

uczepiwszy  się  tej  chwili.  A  może  po  prostu  zostałem  zmuszony  przez  swoje  alter  ego,  ową  wartość  prognozy 

drugiego stopnia, do myślenia, że to ja sam pragnę śmierci? Co zasiało we mnie zwątpienie w możliwości maszyny 

prognostycznej? Otóż zgoda na dyktowane przez nią wyroki losu i mimowolne poddanie się biegowi rzeczy zamknęło 

mnie w bezsensownym kręgu teorii cyklu, która przypomina jedynie wróżenie za pomocą medalu o jednakowych obu 

stronach. A przecież żeby odrzucić bezsensowną śmierć, chyba nie wystarczy przeświadczenie, że nie chcę umierać. 

Pomyślałem, że już dłużej nie wytrzymam. Lecz myśl nie jest równoznaczna z działaniem. Oczywiście, nie 

chodzi o to, że nie zdawałem sobie sprawy z własnej sytuacji. Ta martwa cisza nie pozwalała mi oderwać się poprzez 

natężenie uczuć, pewną szansę dawało mi raczej złagodzenie napięcia. Napięcie przenikało mnie do tego stopnia, że 

mięśnie w całym ciele zesztywniały niczym stara skóra, więc zwykłe poruszenie głową mogło wywołać zgrzyt. 

Wreszcie  Aiba  podniósł  głowę  i  wstał  z  miejsca;  widocznie  chciał  o  coś  zapytać.  Korzystając  z  okazji 

obróciłem  się  gwałtownie,  jakbym  chciał  wyrwać  się  z  więzów.  Struny  głosowe  stwardniały,  jakby  usztywnione 

parafiną, i wydały żałosny dźwięk. W tym momencie całkowicie straciłem szacunek dla samego siebie. 

- Na pewno trudniej żyć na lądzie niż w morzu. Właśnie z powodu tych trudności istoty żywe rozwinęły się i 

przekształciły w ludzi. Mimo wszystko nie mogę zaakceptować niczego z tego planu... 

- Tak przypuszczałam - mruknęła Wada. 

- To uprzedzenie. - Yamamoto odzyskał równowagę i przybrał optymistyczny ton. - To pewne, że walka z 

przyrodą doprowadziła do ewolucji żywych stworzeń. Faktem jest również, że cztery epoki lodowcowe i trzy epoki 

międzylodowcowe  spowodowały  rozwój  od  Australopiteka  do  współczesnego  człowieka.  Nie  pamiętam,  kto  tak 

ładnie powiedział, że to stworzenie, które nazywamy człowiekiem, jest po prostu uczniem zrodzonym z chusteczki 

background image

czarnoksiężnika,  któremu  na  imię  Lodowiec.  Rodzaj  ludzki  ostatecznie  podbił  przyrodę.  Prawie  wszystkie  twory 

natury poddał melioracji, z dzikich stworzeń uczynił sztuczne. To znaczy człowiek posiadł siłę pozwalającą zmienić 

ewolucję  z  czegoś  przypadkowego  w  coś  świadomego.  Czyż  więc  nie  można  uważać,  że  cel,  do  którego  żywe 

stworzenia dążyły wypełzając z morza na ląd, już nie istnieje? Dawniej musieliśmy wciąż polerować stare soczewki, 

teraz soczewki ze sztucznego tworzywa od początku są gładkie i błyszczące. 

Już minęła epoka, w której obowiązywała prawda, że cierpienie uszlachetnia. Człowiek sam wyzwolił się z 

dzikości.  Czyż  nie  nadszedł  właściwy  czas,  by  wreszcie  zrekonstruował  siebie  zgodnie  z  racjonalnymi  zasadami? 

Gdyby  to  uczynił,  koło  walki  i  ewolucji  by  się  zamknęło.  Myślę,  że  nadszedł  czas  powrotu  do  morza,  które  jest 

pierwotnym domem człowieka nie jako niewolnika, lecz pana i władcy. 

I chociaż nie wiadomo dlaczego westchnąłem, odzyskałem siłę i powiedziałem: 

-  Lecz niewolnik pozostaje niewolnikiem. Przecież są ludem  kolonialnym,  nie  mają ani  swego rządu, ani 

swoich polityków. 

-  Teraz  tak  -  wtrącił  się  zniecierpliwiony  Tanomogi.  -  Lecz  w  każdej  epoce  nowe  rodziło  się  zwykle  z 

niewolnictwa. 

- Ale czy akceptacja akwanów nie oznacza jednocześnie negacji nas samych? Ludzie na lądzie staną się za 

życia reliktem przeszłości. 

-  Trzeba  to  znieść,  wytrwać  mimo  zerwania  ciągłości,  bo  jest  to  równoznaczne  ze  zwróceniem  się  ku 

przyszłości... 

- Ale jeśli ja jestem zdrajcą dla akwanów, to czyż wy nie jesteście zdrajcami ludzi żyjących na lądzie?! 

- Profesorze, a może jednak należałoby pomyśleć nieco inaczej? - Tomoyasu potrząsnął głową, pokazując 

jak jemu łatwo przychodzi zrozumieć to wszystko. - Z jednej strony ulice wypełniają się bezrobotnymi i pogarsza się 

wciąż sytuacja na rynku... 

-  Oczywiście,  oczywiście,  zawsze  można  uzasadniać  tak  czy  siak...  Ale  nie  macie  żadnego  prawa 

utrzymywać w tajemnicy tak straszliwych planów. Absolutnie nie macie prawa! 

- Jednak mamy. To prawo dane akwanom przez maszynę prognostyczną. Poza tym, gdy nadejdzie właściwy 

czas, ogłosimy je publicznie. 

- Kiedy? 

-  Gdy  większość  matek  będzie  miała  chociaż  jedno  dziecko  żyjące  w  wodzie.  Kiedy  uprzedzenia  do 

akwanów znikną, gdy minie lęk, który zniekształca rzeczywistość... Do tego czasu strach przed potopem stanie się 

realny i ludzie będą musieli wybierać między wojną o resztki lądu a akwanami jako przedstawicielami przyszłości. 

Oczywiście, lud - dodał, odsuwając hałaśliwie krzesło - lud wybierze akwanów. 

Gdy  skończył  mówić,  odwrócił  się,  rozejrzał  i  dał  jakiś  znak  Aibie.  Ten  gest  wydał  mi  się  okropnie 

bezlitosny, przestraszyłem się go tak, jakbym w ciemności uderzył się o róg budynku. Aiba w mgnieniu oka zerwał się 

z miejsca i włożył do maszyny wcześniej przygotowaną kartę z programem. Poruszył kilka przycisków, patrząc przez 

okienko kontrolne. 

Nagle  w  lewym  boku  poczułem  ból,  jakby  mnie  ktoś  ukłuł  igłą.  To  nie  była  igła,  lecz  prawa  ręka 

Tanomogiego. Nie zauważyłem, kiedy stanął obok mnie, pochylił się i cicho powiedział: 

- Profesorze, to prognoza przyszłości... To blue print prawdziwej przyszłości... Wyobrażam sobie, jak bardzo 

chciał pan ją poznać. 

 

background image

 

35 

 

Maszyna opowiedziała następującą historię: 

 

Na głębokości pięciu tysięcy metrów nagle uniosła się równina pokryta grubą, podziurawioną warstwą błota, 

niby  sierścią  wymarłego  zwierzęcia.  I  natychmiast  rozsypała  się,  zmieniła  się  w  ciemną  chmurę,  zabulgotała  i 

wygasiła gwiazdki planktonu przepływającego ławicą przy czarnej przezroczystej ścianie. 

Obnażyła się popękana skalna płyta. Ze szczelin wypłynęła iskrząca się brązowa, galaretowata masa, która 

plując ogromnymi bąblami powietrza  nabrzmiewała  na obszarze kilku  metrów, a  następnie rozpostarła gałęzie jak 

korzenie starej sosny. Jaśniejąca w mroku magma znikała z pola widzenia. Po niej pozostał ogromny słup pary, który 

przebił warstwę marine snow, zamienił się w wir i rozpadając się bezgłośnie parł do góry. Lecz ten słup też zniknął 

pośród cząsteczek wielkiej wody i nigdy nie dotarł do odległej powierzchni morza. 

Właśnie w tym momencie, dwie mile morskie dalej, statek frachtowo-pasażerski “Nanchô-maru" płynął w 

stronę  Jokohamy.  Niespodziewane  drżenie  i  skrzypienie  statku,  trwające  krótką  chwilę,  zaniepokoiło  pasażerów  i 

załogę. Nawet stojący na mostku drugi oficer zwrócił uwagę na stado wyskakujących bezładnie w górę delfinów i 

nagłą zmianą barwy morza. Nie uznał jednak za stosowne zanotować tego w księdze pokładowej. Na niebie świeciło 

lipcowe słońce podobne do roztopionej rtęci. 

W  tym  czasie  niewidoczne  pulsowanie  morza  już  przekształciło  się  w  długie  fale  tsunami,  które  z 

niewiarygodną szybkością siedmiuset dwudziestu kilometrów na godzinę zmierzały w stronę lądu... 

Tsunami przeszły jak powiew wiatru ponad kilku pastwiskami podwodnymi, nad polami naftowymi i lasem 

“tulipanów". Wielu akwanów pochłoniętych poszukiwaniem rybiej ikry nawet nie zauważyło jakiejkolwiek zmiany. 

Następnego  ranka  fale  tsunami  zalały  wybrzeże  od  Shizuoki  po  Bôsô.  Statek  “Nanchô-maru"  otrzymał 

wiadomość, że Jokohama nie istnieje, zatrzymał się więc na otwartym morzu. 

Kapitan statku całkowicie zdezorientowany wyrażeniem “Jokohama nie istnieje" jeszcze bardziej zdziwił się 

postawą  pasażerów.  Co  oznacza  ich  spokój?  -  zastanawiał  się.  To  dziwne  zachowanie  charakteryzowało  ich  od 

początku. Pasażerowie, którzy wynajęli ten statek, załadowali nań ogromną maszynę i gdy przybyli do celu, nawet nie 

zamierzali  jej  wyładować.  Kazali  zawrócić  statek,  a  podczas  podróży  wciąż  wchodzili  i  wychodzili  z  ładowni, 

zamienionej przez nich na jakąś pracownię, i coś robili przy tej  maszynie. Kim jest ten  Tanomogi i jego ludzie? - 

rozmyślał kapitan. 

- Ach, to ty jesteś? 

- Oczywiście. 

- Milczałeś wiedząc, że port w Jokohamie zostanie zniszczony. 

- Nie, nie milczałem. Większość się uratowała, ponieważ ostrzeżono ich wcześniej. 

- Więc ja też znalazłem się na tym statku? 

- Nie, profesorze, pan już dawno... 

 

Fala  powodzi  się  nie  cofała.  Chłopiec  i  dziewczynka  chodzili  podnieceni  wzdłuż  brzegu  morza  w 

poszukiwaniu zdobyczy. Podnieśli coś myśląc, że to bransoletka, ale były to sztuczne zęby. Niczego wartościowego 

nie  znaleźli.  Wtedy  dziewczynka  zobaczyła  topielca.  Przerażona  chciała  zawrócić,  lecz  chłopiec  uparł  się,  żeby 

background image

odwrócić ciało twarzą do góry. Nagle topielec sam się odwrócił, szczerząc zęby i wysuwając język, po czym odpłynął 

w  morze.  Faktycznie  był  to  akwan-zwiadowca.  Nie  wiedząc  o  tym,  dziewczynka  dostała  histerii  i  straciła 

przytomność. 

 

Woda  nie  ustąpiła,  a  nieustające  trzęsienia  ziemi  i  pogłoski  o  dziwacznych  topielcach  napawały  ludzi 

dodatkowym  niepokojem.  Najbardziej  przerażała  wprost  niewiarygodna  wiadomość,  że  rząd  zniknął.  Oczywiście, 

była to tylko plotka, ale nie całkiem bezpodstawna. Po prostu rząd już się przeniósł na morze. 

Budynki rządowe stały na podmorskim wzniesieniu, otoczone skalną pustynią i lasem wodorostów. Z drugiej 

strony  pod  łagodnym  zboczem,  za  dwudziestometrowym  rowem  stały  trzy  fabryki  w  kształcie  pomarańczowych 

tulipanów, produkujące głównie magnezjum i plastyk. Patrzący na ten dziwny krajobraz urzędnicy, znajdujący się w 

budynku  w  kształcie  cylindrycznej  tuby  wypełnionej  powietrzem  i  wspartym  na  trzech  nogach,  byli  bardzo  zajęci 

przygotowaniem ogłoszenia. 

Po  pewnym  czasie  z  anteny  wystawionej  nad  powierzchnię  morza  popłynęło  w  świat  następujące 

oświadczenie: 

 

Ostatecznie doszliśmy do końca Czwartej Epoki Międzylodowcowej i wstąpiliśmy w nową erę 

geologiczną, musimy jednak uniknąć nieprzemyślanego działania i paniki. 

Rząd,  działając  w  ścisłej  tajemnicy,  stworzył  człowieka  żyjącego  w  wodzie,  rozwijał  też 

podwodne kolonie, aby odtąd móc utrzymywać międzynarodowe stosunki na korzystnych warunkach. 

Dziś istnieje już osiem podmorskich miast zamieszkanych przez ponad trzysta tysięcy akwanów. 

Akwani są szczęśliwi i posłuszni, przyrzekli też nieść wszelką pomoc w związku z katastrofą. 

Wkrótce dotrą do was środki ratunkowe, prawie wszystkie będą wysłane z dna morza. 

Japonia zgłosiła prawa do obszarów morskich określonych w odrębnym piśmie. 

a zakończenie oświadczamy, że w stosunku do matek mających dzieci akwanów przewiduje 

się  specjalną  dostawę  środków  zaopatrzenia.  Proszę  czekać  na  odrębne  ogłoszenie,  które  wkrótce 

nastąpi. 

 

(Część audycji dotycząca specjalnych racji cieszyła się dużym zainteresowaniem, ponieważ zdecydowana 

większość matek nabyła już ten przywilej). 

 

Za  budynkiem  rządowym  stały  obok  siebie  jeszcze  trzy  trochę  mniejsze  budowle  o  podobnym  kształcie. 

Były  to  bardzo  pomysłowo  skonstruowane  domy  mieszkalne  wyposażone  nawet  w  helikoptery  umieszczone  na 

dachach.  W  rozległym  ogrodzie  otoczonym  kolczastym  drutem,  który  miał  za  zadanie  nie  dopuścić  na  teren 

akwariów, znajdowały się doliny, rafy koralowe, różnobarwne gaje roślin wodnych. Mieszkali tu ludzie oddychający 

powietrzem, którzy w pogodne dni, jeśli nie zajmowali się chwytaniem owadów, to zakładali akwalungi i wpatrywali 

się w pulsujące przez fale promienie słońca, jakby przez szczeliny w matowym szkle. Niektóre rodziny wychodziły na 

wycieczki z automatycznymi harpunami. Wynajęcie pokoju było bardzo kosztowne, więc bez rządowej pomocy nie 

sposób było dostać mieszkanie. Oznacza to więc, że nie każdy, kto tylko wyraził życzenie, mógł tutaj zamieszkać. 

background image

Poza tym na lądzie można było jakoś przeżyć. Pracowały jeszcze elektrownie, fabryki, funkcjonowały ulice 

handlowe.  Mimo  wciąż  zbliżającej  się  linii  brzegowej  i  postępującej  inflacji,  zwykli  ludzie  mieszkali  na  lądzie. 

Naturalnie, było coraz trudniej żyć, więc wielu pracowało jako brygadierzy na farmach podwodnych i dzięki temu 

mogło  jakoś  związać  koniec  z  końcem.  Dziwny  ruch  zrodził  się  wśród  matek  na  lądzie,  a  jego  celem  było 

utrzymywanie bliskich kontaktów z własnymi dziećmi. Akwani jednak nie byli w stanie zrozumieć takich pragnień, 

więc nawet nie starali się odpowiedzieć na życzenia matek. Rząd udawał, że nie dostrzega problemu. Powstały jednak 

prywatne przedsiębiorstwa organizujące zbiorowe wycieczki pod morze i czerpały z tego niemałe zyski. 

 

Zdarzył się wypadek: jakieś dziecko w akwalungu wystrzeliło z harpuna przez płot i zabiło akwana. Rząd 

oświadczył,  że  nie  ma  podstaw  prawnych  do  rozstrzygnięcia  tego  wypadku,  co  rozgniewało  akwanów.  Część 

zareagowała strajkiem. Chcąc nie chcąc, rząd musiał przyznać równość wobec prawa akwanom. W ten sposób spór 

został  rozstrzygnięty,  ale  odtąd  stosunki  między  obu  stronami  zmieniły  się  radykalnie.  Po  kilku  latach  do  rządu 

dopuszczono także rekrutujących się spośród akwanów specjalistów z dziedziny prawa, handlu i inżynierii. 

 

Wraz  z  upływem  lat  wzmogło  się  tempo  podnoszenia  się  poziomu  wody.  Ludzie  nadal  przenosili  się  na 

wyżej położone tereny i w ten sposób wyzbyli się nawyku życia osiadłego. Nie było już kolei ani elektrowni. Ludzie 

żyli bez celu, z jałmużny dawanej przez akwanów. Na niektórych brzegach ktoś przedsiębiorczy zainstalował wodne 

teleskopy,  umożliwiające  oglądanie  życia  w  morzu.  To  był  pomysł.  Znudzeni  ludzie  zużywali  nędzne  zarobki  na 

oglądanie swych dzieci i wnuków. 

Kilka lat później nawet teleskopy pordzewiały na dnie morza. 

 

- Co więc się stało z innymi? Z tymi, do których za ogrodzenie nie wolno było wchodzić akwanom? 

- Mieszkali tam cały czas. 

- Bezpiecznie? 

- Tak, bezpiecznie, lecz strażnicy z harpunami nie nosili już akwalungów. Zresztą zastąpiono ich strażnikami 

wywodzącymi się spośród akwanów. Po prostu akwani zdecydowali się zachować oddychających powietrzem jako 

cennych potomków rodzaju ludzkiego. 

- Czy to już wystarczy, Tomoyasu-san? 

- Taak, tak czy owak w tym czasie ja też już umrę. 

 

W  końcu  akwani  wyłonili  własny  rząd,  który  został  uznany  przez  opinię  międzynarodową.  Co  więcej,  w 

wielu krajach zdecydowano się pójść ich śladem i obrać drogę akwanów. 

Lecz jedna rzecz martwiła akwanów. A mianowicie, pojawiła się dziwna choroba. Zdarzał się, co prawda, 

tylko jeden przypadek na kilkadziesiąt tysięcy osobników. Najprawdopodobniej choroba była dziedziczna. Możliwe, 

że wywodziła się z funkcjonowania gruczołów wydzielania zewnętrznego pierwszego pokolenia Iririego. Urzędowo 

nazwano ją chorobą lądową. Kiedy wykrywano ją u kogokolwiek, zalecano leczenie operacyjne. 

 

 

36 

 

background image

- Przecież mówiłem! - krzyknąłem ze złośliwym tryumfem. 

- Co takiego? 

- Teraz na nich kolej, niech cierpią z powodu lądu! 

Nikt nie odpowiedział. Bez rozglądania się wokół siebie, mogłem odczytać jak na dłoni miny zebranych przy 

mnie. Nawet podniecona Wada ściągnęła wargi w trąbkę, udając, że tym razem już przekroczyła granicę miłości i 

nienawiści. I prawdę mówiąc, na nic by teraz się nie zdały moje złośliwości. 

- Jest to tak odległe i niepojęte, że można stracić zmysły... - powiedział szeptem ktoś stojący za mną. Chyba 

Yamamoto.  Naprawdę  daleko...  Ta  przyszłość  jest  tak  odległa,  jak  zamierzchła  starożytność...  Nagle  zadrżałem. 

Powietrze, które wypuszczałem, cofnęło się i utknęło w gardle, wywołując pisk podobny do dźwięku pękniętego fletu. 

Widocznie  wszystkie  materiały  zostały  zebrane  i  przedstawione  mi.  Ale  co  miałem  z  nimi  zrobić?  Czy 

powinienem  udawać,  że  godzę  się  na  taką  przyszłość,  czekając  na  okazję  ucieczki  i  możliwość  rozgłoszenia 

wszystkiego publicznie? Jeśli w sprawiedliwości była jakaś moralna wartość, należało tak postąpić. W przeciwnym 

wypadku  może  powinienem  odważnie  przyznać,  że  jestem  wrogiem  przyszłości  i  szykować  się  na  śmierć?  Tak 

powinienem  chyba  zrobić,  jeśli  honor  jeszcze  coś  znaczy.  Jeśli  nie  wierzyłem  w  przyszłość,  powinienem 

zaakceptować pierwszą alternatywę, jeśli wierzyłem, to tę drugą... 

Gdybym  powiedział,  że  się  wahałem,  nie  byłbym  ścisły.  Możliwe,  że  tylko  wmawiałem  sobie,  iż 

powinienem się wahać. Prawdopodobnie nie podejmę żadnej decyzji i bez wątpienia zostanę zabity i wyrzucony na 

śmietnik. Najgorsze, że nie potrafiłem już w nic  wierzyć. Wydało mi się, że stałem się zupełnie bezwartościowy i 

zasługuję na nazwę śmiecia. Prawdopodobnie maszyna naprawdę dokładnie wszystko przewidziała... 

Miałem wrażenie, że w duszy rozmawiam sam ze sobą, lecz nagle myśl moja zmieniła się w słowa. 

- Czy można tak całkowicie wierzyć w nieomylność maszyny? 

- Jednak w dalszym ciągu pan myśli tak jak przedtem, prawda? - W glosie Tanomogiego zdumienie mieszało 

się ze współczuciem. 

- Słuchaj, istnieje chyba możliwość błędu, prawda? Im przyszłość jest bardziej odległa, tym błąd może być 

większy...  Gdyby  tylko  jeszcze  chodziło  o  błąd...  A  kto  zagwarantuje,  że  to  wszystko  nie  jest  fantazją  maszyny? 

Mogła wszystko wymyślić, zmieniając to, co okazało się dla niej niezrozumiałe, a inne dane upraszczając po to, by 

rezultat okazał się prawdopodobny. W końcu gdyby pojawił się jakiś twór z trojgiem oczu, maszyna automatycznie 

poprawiłaby na dwoje... 

- To jest zgodne z prognozą. Gdy pan w pewnym momencie zacznie wątpić w zdolność maszyny, wówczas... 

- Dalszy ciąg zdania zagłuszył kaszel. 

-  Wcale  nie  twierdzę,  że  wątpię.  Czy  powątpiewanie  i  absolutna  akceptacja  to  jedyne  możliwe  postawy? 

Chodzi mi tylko o to, że jakaś inna przyszłość... 

- Inna przyszłość? 

-  Zachowujecie  się  tak,  jakbyście  byli  dobroczyńcami  dla  akwanów,  ale  czy  rzeczywiście  ludzie-ryby  w 

przyszłości podziękują wam, jak się spodziewacie? Raczej śmiertelnie was znienawidzą. 

- Świnia się nie rozgniewa, gdy nazwie się ją świnią. 

Nagle  w  całym  ciele  poczułem  znużenie  i  odrętwienie,  więc  zamilkłem.  Miałem  wrażenie,  że  patrząc  na 

gwiazdy, widzę bezkresną przestrzeń wszechświata i zbiera mi się na płacz. Nie była to ani rozpacz, ani przeczucie, a 

raczej równowaga między ograniczonością myśli i bezsilnością ciała. 

- Ale - odezwałem się, szukając na ślepo słów - co się stało z moim dzieckiem? 

background image

- Jest bezpieczne - odpowiedziała łagodnie Wada, jakby z daleka. - To nasz prezent dla pana, profesorze. To 

wszystko, co mogliśmy zrobić. 

 

 

37 

 

Po tym wszystkim maszyna opowiedziała następującą historię: 

 

Pewien  chłopiec  pracował  jako  uczeń  na  podwodnych  polach  naftowych.  Pewnego  razu,  gdy  pomagał 

reperować wieżę radiową należącą do przedsiębiorstwa naftowego, która unosiła się na morzu w plastykowej łodzi, 

bez  większego  zastanowienia  wyskoczył  na  powierzchnię.  A  trzeba  dodać,  że  nie  miał  na  sobie  kombinezonu 

nadwodnego. (Jest to ubranie używane przez akwanów do pracy nad  wodą, zaopatrzone w aparat doprowadzający 

świeżą  wodę  morską  do  skrzeli).  Od  tego  czasu  nie  mógł  zapomnieć  cudownego  wrażenia,  jakiego  wtedy  doznał. 

Opuszczanie  wody  było  ściśle  zabronione  przez  administrację  urzędu  zdrowia.  Jeśli  wykryto  tego  rodzaju 

wykroczenie, surowo za nie karano. Dlatego chłopiec nikomu nic nie powiedział, zachował wszystko w tajemnicy. 

Wiatr  widocznie  porwał  coś  z  jego  skóry,  gdyż  chłopiec  nie  mógł  zapomnieć  owego  uczucia  niepokoju. 

Ulegał ustawicznej pokusie, oddalał się od swego miasta i odpływał daleko, gdy tylko nadarzała się okazja. Zawsze 

udawał się w tę samą stronę, a mianowicie ku wyżynie, która dawno temu była ponoć lądem. W tym miejscu w czasie 

przypływu i odpływu pojawiał się szybki strumień wody. Tworzyły się wiry, unosiły z dna morza w górę masy mułu, 

które mąciły wodę, to znów ukazywały się jakby ruchome skały, zmieniające się w ściany mgły. Widząc to wszystko, 

chłopiec wyobrażał sobie chmury nad lądem. Oczywiście, nawet teraz są chmury na niebie: w czasie zajęć szkolnych 

z przyrody oglądał je na filmie. Lecz obecnie chmury są monotonne. Dawniej, gdy wielkie lądy pokrywały Ziemię, 

chmury przybierały najrozmaitsze kształty pod wpływem bogatej konfiguracji lądów. Niebo kryło się za bajecznymi, 

jakby wziętymi ze snów, zwałami chmur. Ciekawe, z jakimi uczuciami patrzyli na nie dawni mieszkańcy Ziemi? 

Oczywiście,  mieszkańcy  lądów  nie  wydawali  się  chłopcu  niezwykli.  Zawsze  kiedy  chciał,  mógł  pójść  do 

muzeum  i  obejrzeć  komorę  powietrzną,  a  w  niej,  pośród  mebli  domowych,  które  -  jak  mówiono  -  pochodziły  z 

dawnych czasów, zobaczyć ludzi poruszających się nieporadnie i pełzających po podłodze, przypominających raczej 

otępiałe i pozbawione życia zwierzęta. Mieli oni  wypiętą,  nie dopasowaną do reszty,  górną część ciała, z powodu 

powietrznego  pojemnika  zwanego  płucami.  Były  to  ułomne  stworzenia,  które  muszą  posługiwać  się  dziwacznymi 

sprzętami,  zwanymi  krzesłami,  po  to,  aby  utrzymać  zwykłą  postawę.  Nie  potrafił  nawet  wyobrazić  sobie  takiego 

życia. Podczas zajęć ze sztuki uczono go, że dawna sztuka ludzi lądowych - terranów - była niedojrzała, prymitywna. 

Na przykład muzyka to - zgodnie z definicją - sztuka drgań. Drgania fal wodnych o różnej długości otulają 

skórę całego ciała. W  wypadku terranów  w  grę  wchodzą tylko  wibracje powietrza. Przy tym drgania te  mogą być 

rozpoznawane tylko przez bardzo mały, szczególny organ, zwany błoną bębenkową. Dlatego - jak mówiono - była to 

muzyka monotonna, o niewielkim zróżnicowaniu... 

Gdy patrzyło się na terranów w muzeum, można było odnieść takie wrażenie. Lecz nikt nie potrafił sobie 

wyobrazić jedynie na podstawie przypuszczeń, czym w rzeczywistości była ich muzyka. A może istniał tam specjalny 

świat,  zupełnie  odmienny  od  tego,  jaki  wyobrażano  sobie  z  pozycji  podwodnej?  Łatwo  zmieniające  się,  lekkie 

powietrze...  Tańczące  po  niebie  chmury  o  wszelkich  możliwych  kształtach...  świat  bajecznych  snów,  świat 

nierealny... 

background image

W  książkach  historycznych  pisano  o  tym,  jak  to  na  tej  wyniszczonej  i  przepełnionej  cierpieniami  Ziemi 

pokryci ranami przodkowie akwanów dzielnie walczyli do końca. Z perspektywy czasu można uznać, że ich również 

cechował  frontier  spirit.  Mimo  konserwatyzmu  mieli  odwagę  wbić  skalpel  we  własne  ciało,  by  zamienić  się  w 

akwanów. Niezależnie od motywów, jakimi się kierowali; należy im się wdzięczność i szacunek za odwagę, która 

zrodziła nasze istnienie. 

Czyż można wyczuć taką odwagę i rozmach, patrząc dziś na terranów znajdujących się w muzeum? Uczeni 

orzekli,  że  ich  niski  stopień  rozwoju  jest  raczej  atrofią,  która  nastąpiła  wskutek  utraty  podmiotowej  roli.  Chociaż 

myślę, że tak mogło być, uważamy że nie można wykluczyć, iż ukryło się w nich coś niepojętego również dla nich 

samych.  Co  więcej,  czy  to  możliwe,  by  nic  innego  nie  posiadali  prócz  frontier  spirit?  Chłopiec  nie  analizował 

problemu precyzyjnie, ale odkąd owiał go wiatr, czuł się wprost oczarowany tym światem przeszłości, który jeszcze 

funkcjonował za ścianą powietrza. Studia nad formami życia epoki lądowej osiągnęły dość wysoki poziom. Nawet w 

podręcznikach  dla  szkół  podstawowych  poświęcano  dość  dużo  miejsca  epoce  lądowej.  Natomiast  o  życiu 

wewnętrznym ludzi nie można było wywnioskować przez zwykłą analogię, ponieważ zachodziła duża rozbieżność w 

życiu  umysłowym  akwanów  i  terranów.  Należy  też  wziąć  pod  uwagę  szczególnie  niekorzystny  wpływ  choroby 

lądowej, która mogła być tylko rodzajem wrodzonej choroby umysłowej. Historia życia wodnego była jednak krótka i 

w  kierowaniu społecznością akwanów  nadal  występowały elementy działania opartego na zasadzie prób i błędów, 

dlatego też choroba ta miała wciąż zdolność szerzenia się i zarażania umysłów. Właśnie ta obawa powodowała, że 

niezbyt  entuzjastycznie  zajmowano  się  tą  gałęzią  nauki.  Pokusa  złamania  tabu  tym  bardziej  rozbudzała  uczucia 

młodzieży. 

Nim  chłopiec  zdał  sobie  z  tego  sprawę,  codziennie,  po  skończonej  pracy,  odbywał  dalekie,  potajemne 

wycieczki.  Jeździł  na  skuterze  wodnym,  poszukując  śladów  lądowego  życia  ludzi  tak  daleko,  jak  tylko  czas  mu 

pozwalał,  musiał  bowiem  zdążyć  przed  zamknięciem  internatu,  w  którym  mieszkał.  Przejeżdżał  nad  podwodnym 

pastwiskiem rozciągającym się na dnie pod błękitnymi promieniami, mając nad sobą połyskujące mętne fale, jakby 

oglądane od wewnętrznej strony przez pofalowane szkło, albo też obok obserwatorium atmosfery podtrzymywanego 

na niezliczonych bojach, albo też przecinał pianę bąbelków wypuszczanych przez fabrykę, niczym dym z czynnego 

wulkanu. 

Dysponując ograniczonym czasem, nie mógł dotrzeć do szczytu dostatecznie wysokiego, by móc wydostać 

się ponad wodę. W najbliższej okolicy nie było już lądu. 

Pewnego  dnia  chłopiec  podszedł  do  nauczyciela  muzyki  i  zdecydował  się  go  zapytać  o  to,  czy  muzykę 

lądową naprawdę można było słyszeć jedynie uszami, czy może raczej przypominała wiatr, a więc dało się również 

wyczuć na skórze. Nauczyciel zdecydowanie potrząsnął głową i zaprzeczył. 

- Widzisz, wiatr jest tylko ruchem powietrza, a nie wibracją. 

- Czyż nie mówiono, że pieśń płynie z wiatrem? 

- Woda przenosi muzykę, ale nie jest muzyką. Nadawanie powietrzu innego znaczenia, niż posiada ono jako 

surowiec przemysłowy jest niedopuszczalnym mistycyzmem. 

Lecz  chłopiec  usłyszał  w  powietrzu  o  wiele  więcej,  niż  dopuszczał  nauczyciel.  Trudno  więc  było  mu 

uwierzyć w to, co on mówił. Postanowił upewnić się jeszcze raz samodzielnie, czy wiatr jest, czy nie jest muzyką. 

Wkrótce  potem  rozpoczęły  się  trzydniowe  święta.  Chłopiec  wykorzystał  je  na  wycieczkę  statkiem  z 

kolegami, którzy chcieli obejrzeć ruiny. Ich szybka łódź w ciągu zaledwie pół dnia zawiozła ich do wielkich ruin w 

miejscu,  które  kiedyś  nosiło  nazwę  Tokio.  Znajdował  się  tam  dobrze  wyposażony  obóz  wraz  z  kioskami 

background image

sprzedającymi  piękne  pamiątki,  a  nawet  zoo  zwierząt  lądowych,  które  cieszyły  się  międzynarodowym  rozgłosem. 

Niewątpliwie był to bardzo interesujący ośrodek rozrywki. W każdym razie rozganianie ławic ryb pośród szczelin i 

korytarzy  w labiryncie ponurego rumowiska, przypominającego ułożone  warstwami liczne pudełka, było ciekawą, 

wprost sensacyjną zabawą. Kiedy patrzyło się z góry na miasto, ukazywały się takie dziwne rzeczy, jak pasy zwane 

ulicami, wyglądające niczym rozciągnięta sieć. Można by je nazwać tunelami bez dachu, służącymi do chodzenia. 

Terranie  nie  mogli  rozstawać  się  z  ziemią,  musieli  używać  powierzchni  ziemi  do  chodzenia,  więc  widocznie  tego 

rodzaju środki były im niezbędne. Cóż to za bezsensowne zużycie przestrzeni! Na pierwszy rzut oka wyglądało to 

zabawnie, ale po zastanowieniu się, ten krajobraz przyprawiał o wzruszenie. Ślady walki ich przodków ze ścianą, jaką 

była powierzchnia ziemi... Wysiłek i różnego rodzaju pomysły służące choćby częściowemu zmniejszeniu wagi ciała 

i przeciwstawienie się przyciąganiu ziemskiemu... Tam nawet plastykowe pudełko wypełnione powietrzem spadało z 

góry  na  dół...  Podział  ziemi,  rozdrapywanie  jej  między  siebie...  W  tym  to  okresie  ludzie  podpierając  się  na  dwu 

cienkich  nogach,  wprawiali ciała  w ruch po ziemi.. Susza,  wiatr... gdzie  nawet  woda, zamieniona  w  krople zwane 

deszczem, spadała z góry na dół... Pusta przestrzeń... 

Chłopiec  nie  miał jednak czasu  na podziwianie takich cudów. Podziwianie i ciekawość  pozostawił  swym 

naiwnym jeszcze kolegom i zgodnie z planem zaczął płynąć samotnie, kierując się w głąb lądu. Gdyby płynął cały 

dzień  w  stronę  północno-zachodnią,  powinien  dotrzeć  do  pozostałości  owego  lądu,  o  którym  uczył  się  na  lekcji 

geografii. Stopniowo słońce chyliło się ku horyzontowi i nastąpił moment, w którym fale błyszczały najpiękniej. Im 

dalej,  tym  krajobraz  stawał  się  ciemniejszy  i  bardziej  monotonny.  W  tym  pasie,  świeżo  przyłączonym  do  morza, 

cienie śmierci wydawały się czaić wszędzie. 

Oglądając  się  do  tyłu,  mógł  jeszcze  zobaczyć  nad  ruinami  “Tokio"  światła  teleskopowych  iluminacji, 

unoszące się niby fluoryzujące ryby. Nagle ogarnął go lęk, przez chwilę się zastanowił, czy nie powinien wrócić, lecz 

wbrew rozsądkowi nogi same kierowały go w przeciwną stronę. 

Chłopiec płynął i płynął. Mijał coraz ostrzejsze nierówności, wystające skały i głębokie parowy, szkielety 

lądowych  roślin  sterczące  niby  kolce  i  wątłe  białe  plamy  skupione  na  szczycie  wzgórza...  Może  to  kości  zwierząt 

lądowych, które pomarły stłoczone w jednym miejscu, zapędzone tu przez podchodzące morze. 

Chłopiec  płynął  całą  noc.  Trzykrotnie  odpoczywał,  posilał  się  słodką  galaretką,  którą  zabrał  ze  sobą,  i 

schwytanymi rybami. Ponieważ dotychczas nigdy nie pływał dłużej niż piętnaście minut bez skutera, był teraz tak 

zmęczony,  że  prawie  stracił  czucie  w  nogach  i  rękach.  Mimo  to  płynął,  a  gdy  w  końcu  nadszedł  świt,  dotarł  do 

upragnionego  celu:  tu  ziemia  uniosła  się  i  przecięła  powierzchnię  morza.  Była  to  tylko  wysepka  o  zaledwie 

półkilometrowym obwodzie, wystająca tylko nieznacznie nad powierzchnię wody... 

Resztkami  sil  chłopiec  wpełzł  na  ląd.  Wyobrażał  sobie,  że  aby  usłyszeć  muzykę  wiatru,  powinien 

wyprostować się i stanąć na lądzie, lecz nie był w stanie się poruszyć, leżał bezwładnie na ziemi, jak gdyby jego ciało 

nagle wchłonęło ciężar świata. Mógł jedynie poruszać jednym palcem. Poza tym oddychanie sprawiało mu ból, czuł 

się  tak,  jakby  w  czasie  zapasów  dostał  nieregulaminowy  cios  w  skrzela.  Zakładając,  że  również  w  powietrzu 

znajdował się tlen, nie przejmował się tym specjalnie. 

Wiał upragniony wiatr. Obmywał mu zwłaszcza oczy i jakby w odpowiedzi coś z oczu zaczęło płynąć. Był 

szczęśliwy. Może to były łzy, pomyślał, i zdał sobie sprawę z tego, że to jest lądowa choroba. Już nie próbował się 

poruszyć. 

Wkrótce przestał oddychać. 

background image

Upłynęło jeszcze wiele dni i nocy, gdy morze pochłonęło również i tę wysepkę, a martwe ciało porwał prąd 

morski i uniósł w nieznane. 

 

Teraz ja pomyślałem, czy jeszcze  mogę  unieść palec. Nie, przypuszczalnie nie  mogę. Podobnie jak palec 

tego akwana, który wypełznął na ląd, mój również był ciężki jak ołów. 

 

W dali rozległ się gwizd pociągu. Z dudnieniem przejechał samochód ciężarowy. Ktoś cicho zakasłał. Kilka 

razy  zadrżały  ramy  okienne,  zadźwięczały  szyby.  To  chyba  zerwał  się  wiatr.  I  wtedy  za  drzwiami  rozległy  się 

zbliżające  się  kroki  owego  mistrzowskiego  skrytobójcy,  którego  jakby  przyssane  do  podłogi  buty  na  gumowych 

podeszwach powodowały charakterystyczny szelest. Jeszcze nie mogę w to uwierzyć... A poza tym czy człowiek - 

tylko dlatego, że istnieje - już musi brać na siebie jakieś obowiązki? Myślę, że w zasadzie tak jest. W kłótniach między 

rodzicami a dziećmi zwykle sądzą dzieci... Niezależnie od intencji, to chyba twórca jest sądzony przez stworzonego - 

takie są reguły tej rzeczywistości. 

 

Kroki zatrzymują się przed drzwiami. 

 

 

Postscriptum 

 

Spór  o  to,  czy  przyszłość  jest  pozytywna,  czy  negatywna,  jest  znany  od  dawna.  Wiele  dzieł  literatury 

wyrażało w postaci przyszłości zarówno pozytywny, jak i negatywny obraz świata. 

Lecz ja nie przyjąłem ani jednej, ani drugiej postawy. Nękały mnie poważne wątpliwości, czy ktokolwiek ma 

prawo osądzać przyszłość i ją wartościować. Uznałem, że jeśli ktoś nie ma prawa zanegować określonej przyszłości, 

to tym bardziej nie ma prawa jej afirmować. 

Prawdziwa przyszłość pojawi się jako “rzecz" po drugiej stronie przepaści, która dzieli ją od współczesnego 

systemu ocen. Na przykład co pomyślałby człowiek z okresu Muromachi, gdyby nagle ożył i ujrzał teraźniejszość? 

Czy współczesność jest piekłem, czy też rajem? Cokolwiek by pomyślał, tylko jedno byłoby pewne, że on nie ma już 

żadnego prawa do wydawania jakichkolwiek ocen. To współczesność, a nie on, ocenia i decyduje. 

Dlatego ja też uznałem, że przedmiotem mojego osądu nie powinna być przyszłość, lecz przeciwnie, musi 

być  teraźniejszość.  Zatem  taka  przyszłość  nie  jest  utopią  ani  piekłem,  nie  może  też  być  obiektem  snobistycznej 

ciekawości.  Krótko  mówiąc,  jest  chyba  po  prostu  niczym  innym  jak  pewnym  społeczeństwem  przyszłości,  które 

prawdopodobnie  osiągnie  znacznie  wyższy  poziom  niż  współczesne.  Nie  ma  zresztą  większego  znaczenia,  poza 

odrobiną goryczy w oczach tych, którzy są pogrążeni w przeżywaniu mikroskopijnej ciągłości, zwanej codziennością 

czasu współczesnego. 

Przyszłość  wydaje  werdykt  “winny"  na  to  poczucie  ciągłości  zwyczajnego  życia.  Właśnie  ten  problem 

traktuję  jako  szczególnie  ważny  w  tych  krytycznych  czasach  i  decyduję  się  uchwycić  tę  postać  przyszłości,  która 

wtargnęła  we  współczesność  jako  strona  sądząca.  Nasze  poczucie  ciągłości  musi  umrzeć  w  momencie,  gdy  ujrzy 

przyszłość.  Aby  zrozumieć  przyszłość,  nie  wystarczy  po  prostu  żyć  w  teraźniejszości.  Musimy  jasno  sobie 

uświadomić, że największa wina kryje się właśnie w tym zwyczajnym porządku, który nazywamy codziennością. 

background image

Prawdopodobnie  nie  istnieje  coś  takiego  jak  okrutna  przyszłość.  Jest  okrutna  dlatego,  że  właśnie  jest 

przyszłością.  Odpowiedzialność  za  okrucieństwo  spoczywa  jednak  na  teraźniejszości,  niezdolnej  zaakceptować 

przepaści dzielącej od przyszłości. 

Ta  powieść  ukazywała  się  w  dziewięciu  odcinkach  na  łamach  miesięcznika  “Sekai".  W  ciągu  tych 

dziewięciu miesięcy zadręczałem się świadomością okrucieństwa tej przepaści rozumianej jako zerwanie ciągłości. I 

zrozumiałem, że nie można całkowicie uciec od okrucieństwa. 

Czytelnik  ma  swobodę  wyboru.  Może  w  powieści  odnaleźć  zarówno  nadzieję,  jak  i  rozczarowanie. 

Jakiegokolwiek wyboru dokona, i tak chyba nie będzie mógł uniknął konfrontacji z okrucieństwem przyszłości. Jeśli 

ktoś uniknie tej bolesnej próby, na przykład wyznając filozofię nadziei i wiary w przyszłość, to i tak jego nadzieja 

pozostanie pobożnym życzeniem. 

Zastanówmy  się,  czy  nie  toniemy  zbyt  głęboko  w  powodzi  nadziei  i  rozczarowań,  ocen  subiektywnych, 

podejmowanych ze względu na poczucie codziennej ciągłości? 

Powieść  kończy  się  śmiercią  tego  poczucia  ciągłości,  lecz  nie  przynosi  zrozumienia  istoty  rzeczy  ani 

żadnego rozwiązania. Na pewno pogrąży czytelnika w tysiącu kłębiących się wątpliwości. 

Jest wiele spraw, których ja też jeszcze nie rozumiem. Na przykład: jaką właściwie postawę zajmuje asystent 

Tanomogi?  Czy  jest  po  prostu  reprezentantem  jakiegoś  kapitalisty?  Czy  też  rewolucjonistą  działającym  na  rozkaz 

społeczności akwanów, przekazywanym za pomocą  maszyny prognostycznej? Albo może jest reformistą, któremu 

przyświeca  intencja  manipulowania  kapitalistami,  czyniącymi  dobro,  choć  chcą  czynić  zło?  Niepewność 

towarzyszyła mi przez cały czas, gdy pisałem. Zresztą nadal nie mam wyrobionego zdania. Nie mogę się pozbyć tej 

jednej wątpliwości. 

W  zasadzie  zrealizowałem  cel  napisania  tej  powieści,  jeśli  tylko  udało  mi  się  przybliżyć  czytelnikowi 

konfrontację  z  okrucieństwem  przyszłości,  jeśli  wywołałem  ból  i  napięcie  i  w  ten  sposób  doprowadziłem  do 

wewnętrznego dialogu. 

Zatem  gdy podniesiesz oczy  znad tej książki, będziesz  miał przed sobą własną rzeczywistość i być  może 

poczujesz  się  zaskoczony...  Parafrazując  doktora  Katsumiego,  najstraszniejszą  bowiem  rzeczą  na  świecie  jest 

odkrycie stanu wyjątkowego objawiającego się pośród najbliższych sobie spraw i rzeczy. 

 

Abe Kôbô 

Czerwiec 1959