background image

 

 

Lilian Darcy 

 

Szczęście w nieszczęściu 

 

background image

 

Rozdział 1 

 
Wystarczyło  zaledwie  kilka  sekund,  żeby  cały  świat  Lauren  Van  Shuyler 

zmienił się nie do poznania. Usłyszała krzyk jakiegoś mężczyzny: 

– Uwaga na dźwig! Uważajcie na ten przeklęty dźwig! 
Za  późno.  Dziewiętnastowieczna  ceglana  fasada  domu  runęła  z  hukiem  na 

ziemię.  Było  chłodne  majowe  popołudnie  i  padał  deszcz.  Kilka  platform  z 
rozpadającego się rusztowania pofrunęło w powietrze niczym karty do gry. 

– Cofnijcie się! Cofnijcie się! – zawołał ten sam męski głos. 
Coś ciężkiego i ciepłego upadło na Lauren, powalając ją na ziemię. Ten ktoś – 

ponieważ było to ciało mężczyzny – potoczył się na nią, a potem pociągnął ją za 
sobą i przekręcił się jeszcze raz. Oboje runęli bokiem do zimnego, wąskiego kanału 
w  niewykończonej  betonowej  podłodze  budynku  o  ułamek  sekundy  wcześniej, 
zanim  spadło na nich  kilka elementów  rusztowania.  Potem  deszcz cegieł posypał 
się z głośnym łoskotem. 

Lauren dusiła się, suchy i twardy jak kreda pył wypełniał jej usta i nos. Ostry 

ból przeszył jej nogę, później poczuła dziwnie kojące ciepło, a następnie stopniowe 
odrętwienie. 

Nie mogła się poruszyć. Otaczał ją nieprzenikniony mrok, tak gęsty, że niemal 

namacalny.  Poczuła  łzy  na  policzku.  Leżący  obok niej  mężczyzna  na  pewno  żył, 
gdyż czuła drgania jego klatki piersiowej. Nigdy dotąd nie zaznała tak potwornego, 
obezwładniającego strachu. 

– Żyje pani? Nic się pani nie stało? – usłyszała głos leżącego obok mężczyzny. 
– Tak, żyję. – Z jej piersi wyrwał się suchy jak czkawka szloch. – Żyję. 
– Dobre i to na początek. 
– Czy to się skończyło? – spytała Lauren. – Ten... ten zawał? 
Słyszała  teraz  jedynie  ciężki,  nieregularny  oddech  towarzysza  niedoli. 

Chwyciły  ją  mdłości,  chciała  się  skulić  i  objąć  ramionami,  ale  nie  mogła  nimi 
poruszyć.  Jedno  ramię  miała  wyciągnięte  wzdłuż  betonowego  kanału,  drugie 
nienaturalnie wykręcone. 

–  Nie  słyszę,  żeby  jeszcze  coś  spadało.  Może  pani  się  poruszyć?  –  zapytał 

nieznajomy. 

– Nie za bardzo. 
– Tak przypuszczałem. 
Oboje  pogrążyli  się  w  ponurym  milczeniu.  Zmysły  Lauren,  nastawione  na 

background image

 

przetrwanie,  były  wyostrzone  i  czujne.  Czuła  na  twarzy  zimne  powietrze. 
Oznaczało to, że kanał nie jest całkowicie zablokowany z obu stron. 

Teraz,  kiedy  oczy  Lauren  przyzwyczaiły  się  do  mroku,  dostrzegła  nawet 

niewyraźne  światełko,  słabe  i  rozproszone.  Lauren  widziała  również  jakieś 
zamazane kontury – prawdopodobnie ramię i głowę nieznajomego. 

Nie mogła jednak zrobić żadnego ruchu. Leżała na boku. Jej biodro pulsowało 

bólem,  gdyż  wpijał  się  w  nie  kamyk.  Skórzany  plecak,  wciśnięty  między  dolną 
część pleców Lauren i ścianę, zmuszał ją do wygięcia kręgosłupa. 

Roztrzaskane  drewno  z  częściowo  zmiażdżonych  desek  z  rozbitej  platformy 

zraniło jej ramię. Pod klatką piersiową czuła leżącą płasko rękę mężczyzny. Jego 
kłykcie musiały boleśnie wpijać się w twardy beton. 

– Czy uratował mi pan życie? – zapytała. 
Instynktownie starała się znaleźć jakiś punkt oparcia w tym nowym świecie. 
– Chyba jeszcze za wcześnie na tego typu stwierdzenia – odparł kwaśno, siląc 

się na żart. 

– Boję się. 
– Ooch... proszę się nie bać, dobrze? Proszę... Lepiej zachować spokój. 
–  Jestem  spokojna.  –  Jednak  szczękała  zębami  ze  strachu.  Czuła,  że  zaraz  jej 

strach przerodzi się w panikę. 

– Zimno ci? 
– Nie jestem ubrana na taką okazję. 
Roześmiał się cicho. 
–  Brawo!  Nie  wiedziałem,  że  istnieje  strój  przeznaczony  do  leżenia pod kupą 

gruzu  –  Chciałam  powiedzieć,  że  nie  jestem...  że  mam  na  sobie  tylko  cienką 
bluzkę. Zimno mi. 

– Może i trochę zmarzłaś, ale nic nam nie będzie. 
– Ramię mi drętwieje. 
– Spróbujmy się poruszyć. 
– Jak? 
– Podstawą zespołowego działania jest planowanie i dobra współpraca. 
Usiłowała się roześmiać, ale zabrzmiało to żałośnie. 
– A co powiesz na wyznaczenie jakiegoś celu? – mruknęła. 
– Dobry pomysł. Ja przede wszystkim chciałbym wydostać palce spod twoich 

pleców. Masz bardzo wystające żebra! 

– Ja... ja ostatnio straciłam trochę na wadze. I mam na imię Lauren. 
–  W  porządku,  Lauren.  W  ogóle  nie  zmieścilibyśmy  się  tutaj,  gdybyś  ważyła 

background image

 

pięć kilogramów więcej. 

– A ty? Jak masz na imię? 
– Lock. 
– Lock, czy mogę poruszyć ramieniem? – Wydawało się tak zimne i martwe jak 

marmur. – I przesunąć plecak? Uwiera mnie. 

– Czy właśnie to wyczuwam czubkami palców? Jest ze skóry, prawda? 
– Tak. 
– Masz w nim coś przydatnego? Jedzenie łub coś do picia? 
– Trochę wody mineralnej i tabliczkę czekolady. 
– A więc wybrałem odpowiednią osobę do uratowania, co? 
–  Tylko  że  ty  mnie  nie  wybrałeś.  To  wszystko  jedynie  nieszczęśliwy  zbieg 

okoliczności. 

–  Nie,  nie  wybrałem  cię.  Do  diaska,  to  było  instynktowne!  Krzyknąłem  do 

pozostałych i wepchnąłem cię tu, ponieważ tylko ciebie mogłem dosięgnąć. Tylko 
ty i ja staliśmy pod tym przeklętym dźwigiem. 

– Pracujesz na tutejszej budowie? 
– Nie, tylko ją odwiedziłem. Ładne powitanie, nie ma co. A ty? 
– Ja też dopiero przyjechałam. Szukałam kierownika.  Czy inni zdołali w porę 

uciec? 

– Nie wiem. Kilku na pewno, ale chyba nie wszyscy. 
Oboje znowu zaczęli nasłuchiwać. Żadnych głosów. 
Żadnych okrzyków. Żadnego ruchu. 
Ile  czasu  minie,  zanim  nas  stąd  wyciągną?  –  Lauren  nie  wiedziała,  dlaczego 

zdaje się na jego sąd w tej sprawie. Skąd mógł znać odpowiedź? 

On jednak potraktował jej pytanie poważnie. 
– Nie wiemy, ile gruzu na nas spadło, jak stabilne jest to miejsce i kogo jeszcze 

zasypało. 

– Nie, oczywiście, że nie. Przepraszam, to było głupie pytanie. 
– Nie ma sprawy. Wiesz, zajmijmy się wydostaniem tej czekolady. 
Wykonali to tak, jak się umówili. Wyznaczyli cel, ułożyli plan i porozumiewali 

się przez cały czas. Najpierw musieli wydostać jego rękę spod jej pleców. Lauren 
poczuła, że jego dłoń się ześlizgnęła wzdłuż jej boku i zatrzymała w dole brzucha. 
Jęknął. 

–  Mam  nadzieję,  że  nie  będzie  gorzej  –  stwierdził.  –  Możesz  teraz  przesunąć 

ramię? 

– Myślę, że tak.  –  Roześmiała się i w jej śmiechu oboje usłyszeli histeryczną 

background image

 

nutę. 

–  Hej,  tylko  spokojnie  –  powiedział  łagodnie,  chcąc  ją  uspokoić.  –  Obejmij 

mnie, dobrze? 

–  Dobrze.  –  Pod  miękką,  bawełnianą  koszulą  wyczuła  twarde  mięśnie.  Kiedy 

odzyskała władzę w ramieniu, poczuła bolesne mrowienie. 

– Dobrze, teraz spróbuję wyciągnąć plecak spod twoich barków. 
– Proszę! Powiedz mi, co powinnam zrobić. 
Powoli i mozolnie zmieniali pozycje, niemal w kompletnej ciszy. 
– Mam czekoladę! – oświadczył wreszcie Lock triumfalnie. 
– Chce mi się pić. Powinniśmy byli najpierw wyjąć wodę. 
– Po czekoladzie będziesz miała jeszcze większe pragnienie. 
– Słusznie – przyznała. 
– Masz – odezwał się Lock. 
Poczuła,  że  nieporadnie  wepchnął  jej  kawałek  czekolady  do  ust.  Zdołała 

przełknąć gęstą i lepką masę. 

– Och! – jęknęła, walcząc z odruchem wymiotnym. 
– Wody, proszę! 
– Nie mogę się do niej dostać. Nie zwymiotujesz, prawda? – A potem warknął, 

jak gdyby wydawał rozkazy: 

– Oddychaj! Głęboko! Nie myśl o niczym innym. Po prostu nabierz powietrza, 

zatrzymaj je w ustach, wypuść. 

Spokojnie. A potem jeszcze raz. 
Posłuchała go i od razu poczuła się o niebo lepiej. 
– Dzięki – powiedziała. 
– Już dobrze? 
– Jestem w ciąży – wyznała nagle i zaczęła drżeć na całym ciele. – Mój Boże, 

jestem w ciąży. Jak to wpłynie na moje dziecko? 

W  jej  pytanie  wdarł  się  nagle  ryk  syren,  początkowo  słaby,  a  potem  coraz 

bardziej przeraźliwy i coraz głośniejszy. 

– Od jak dawna? – zapytał na tle rosnącej wrzawy. 
–  Pięć  i  pół  tygodnia,  jeśli  wierzyć  lekarzowi.  –  Uchwyciła  się  jego  koszuli, 

nieco poniżej pasa. – Wiem o tym na pewno dopiero od ostatniego weekendu. Nie 
chcę stracić dziecka! 

– Nie stracisz! – Objął ją mocno. – Wszystko będzie w porządku. Nie zrobiłaś 

sobie nic w brzuch, jest mocno przyciśnięty do mojego. Masz skurcze? 

– Nie, nic takiego – wyjąkała. 

background image

 

– Twoje maleństwo rośnie sobie tam w środku i świetnie się czuje. 
– Skąd wiesz? – zapytała szorstko. – Nie jesteś lekarzem, prawda? 
– Nie, ale mam dzieci – odparł. – Dwóch chłopców, bliźniaków. 
– Twoja żona na pewno się zamartwia. 
– Nie, ona umarła. Kilka miesięcy temu. 
– Och, tak mi przykro. To musiało być dla ciebie straszne! Nie pomyślałam... 
– No tak, ale nie mówmy o tym – odparł oschle. – Dręczy mnie raczej poczucie 

winy niż żal. 

Tylko  pięć  słów,  jakże  jednak  znaczących.  Dlaczego  ten  mężczyzna  czuł  się 

winny? Dlaczego nie potrafił opłakiwać żony? 

– Teraz chłopcami opiekuje się moja mama. Będzie zrozpaczona, jeśli coś mi 

się stanie. 

– Dobry Boże, pomóż nam... 
– Przyjechali ratownicy – szepnął, gdy wycie syren zaczęło cichnąć. 
– Jak nas znajdą? 
– Kiedy tylko wyłączą te wszystkie syreny, zacznę wrzeszczeć. Nie przestrasz 

się. 

– Ja też mogę krzyczeć. 
– Wtedy po prostu wzajemnie się ogłuszymy. 
Lecz  chociaż  krzyczał  wniebogłosy  przez  pięć  minut  lub  dłużej,  nic  nie 

wskazywało na to, że ktokolwiek go usłyszał. 

–  Beton  niezbyt  dobrze  przewodzi  dźwięki  –  powiedział  w  końcu,  a  potem 

usłyszeli łoskot cegły spadającej w niewielkiej odległości. Lock z sykiem wciągnął 
powietrze.  –  Fatalnie.  Możemy  zostać  tu  jakiś  czas  oznajmił,  potwierdzając  jej 
obawy. – Całą noc albo dłużej. 

Zaczęła się trząść. 
– Całą noc? Nie, to za długo! Moje dziecko... 
– Spokojnie. 
Lock  zdołał  przytknąć  butelkę  z  wodą  do  jej  ust.  Lauren  upiła  łyk,  a  potem 

zaczęła  opowiadać.  Nie  obchodziło  jej,  czy  dobiera  właściwe  słowa.  Nie 
przejmowała się tym, że całej historii nie wyznała dotąd nikomu, nawet najlepszym 
przyjaciółkom. 

Może  właśnie  dlatego,  że  to  jedna  z  nich,  Corinne,  przedstawiła  ją  Benowi 

Devesonowi.  Może  to  z  tego  powodu  Lauren  nic  jej  nie  wyjawiła.  Nic  o 
powracającym  często  przekonaniu,  że  tak  naprawdę  to  nie  ona  jest  zaręczona  z 
Benem  i  będzie  miała  z  nim  dziecko.  Nic  o  wrażeniu,  że  istnieją  dwie  Lauren,  z 

background image

 

których jedna uczestniczy we wszystkich przygotowaniach do wspaniałego wesela, 
podekscytowana  i  zaangażowana,  druga  zaś  obserwuje  to  wszystko  z  boku, 
zmagając się z nieznośnym bólem serca. 

Która z tych dwóch Lauren jest prawdziwa? 
A  teraz  zdradziła  swą  tajemnicę  zupełnie  obcemu  mężczyźnie.  Może  był 

ostatnim człowiekiem, z którym dane jej będzie porozmawiać? 

Panika  i  strach  przed  utratą  dziecka  zakrawały  na  ironię,  gdyż  Ben  go  nie 

chciał. I to właśnie sprawiało jej największy ból. Postawa ojca dziecka nie dawała 
jej spokoju przez cały tydzień, odkąd w ostatni weekend powiedziała mu o ciąży, 
kilka godzin po zrobieniu testu. 

–  Musiałam  o  tym  wiedzieć  –  wyrwało  się  jej.  –  Podświadomie  musiałam 

wiedzieć, że Ben tak zareaguje, ponieważ nie powiedziałam mu od razu. Zrobiłam 
to, dopiero gdy już byłam pewna. A wówczas... 

Dokładnie zapamiętała jego słowa. 
–  Dobry  Boże!  Jak,  do  licha,  mogłaś  do  tego  dopuścić?!  –  wykrzyknął  ze 

złością. 

– Wiem, że to trochę wcześniej, niż planowaliśmy... 
–  Właśnie,  do  wszystkich  diabłów!  Mówiliśmy  o  trzech  lub  czterech  latach, 

najpierw mieliśmy nacieszyć się życiem. 

–  Myślę,  że  będziemy  musieli  jakoś  to  zaakceptować,  ale...  Och,  Ben,  mamy 

dziecko. Nie uważasz, że to prawdziwy cud? 

–  Uśmiechnął  się  z  przymusem,  wybąkał  drętwo  kilka  słów  o  tym,  jaki  jest 

szczęśliwy. 

–  I  to  wszystko  dokładnie  takim  samym  tonem  opowiadała  teraz  obcemu 

mężczyźnie – jakiego używa, kiedy mówi mi, jak wspaniale było nam ze sobą w 
łóżku. 

Tylko  że  rzeczywistość  była  inna.  Opowiedziała  Lockowi  również  o  tym. 

Wyznała,  że  współżycie  z  Benem  nie  dawało  jej  satysfakcji,  przyznała  się  do 
początkowych wątpliwości. 

–  Zgodziłam  się  z  nim  sypiać  dopiero  po  zaręczynach.  Nie  było  dobrze,  ale 

miałam nadzieję, że z czasem wszystko się ułoży. To moja wina. Muszę nad tym 
popracować. Powinnam była zdać sobie sprawę, że ja... 

  –  urwała,  a  potem  dodała  z  wahaniem:  –  Oczywiście,  kocham  go.  Straciłam 

dla  niego  głowę.  On  nie  jest  ideałem,  ale  tacy  zdarzają  się  tylko  w  książkach. 
Pobieramy się za pięć dni. Chcę mieć rodzinę. Pragnę tego! Och, moje dziecko! – 
jęknęła rozpaczliwie. 

background image

 

Wielkie  nieba,  co  mam  zrobić,  żeby  przestała  o  tym  myśleć?  –  przemknęło 

Danielowi przez głowę. Chyba jest w szoku. Znienawidzi siebie samą za to, że mi 
to wszystko opowiedziała. 

Za  każde  bolesne,  rozdzierające  serce  słowo.  Był  tego  pewny,  ponieważ  sam 

już się znienawidził za pięć krótkich słów, które mu się wypsnęły, gdy wspomniał 
o śmierci żony. „Bardziej poczucie winy niż żal". 

Dobry  Boże,  jak  to  się  stało,  że  tak  szybko  zaczęli  się  sobie  zwierzać, 

zdradzając najgłębiej skrywane uczucia? 

Lauren Van Shuyler przyjechała na plac budowy jakąś godzinę temu. Zobaczył 

ją z okna biura, gdzie przeglądał plany. 

Wiedział,  że  to  Lauren  Van  Shuyler,  córka  i  spadkobierczyni  właściciela 

olbrzymiej korporacji zajmującej się produkcją artykułów żelaznych i wyposażenia 
domów. Przyjechała, by obejrzeć budowę najnowszego magazynu swej firmy. 

Zaintrygowała  Daniela,  toteż  pod  byle  pretekstem  wybiegł  na  plac  budowy. 

Ojciec  Daniela  był  sierżantem  w  plutonie  ojca  Lauren  i  chociaż  później  panowie 
nie  utrzymywali  ze  sobą  stosunków  towarzyskich,  nie  zapomnieli  o  łączącej  ich 
więzi. Kiedy John Van Shuyler usłyszał o rozwijającej się firmie Daniela, wybrał ją 
do zainstalowania systemu bezpieczeństwa w nowym budynku. 

Lauren  zaparkowała  swoje  kosztowne  sportowe  auto  na  zakręcie  i 

pomaszerowała  raźno  przez  poorany  koleinami  teren  budowy.  Wyglądała 
wspaniale w eleganckich czarnych spodniach i ciemnoczerwonej jedwabnej bluzce, 
która  podkreślała  jej  lśniące, kasztanowe włosy  i  jasną cerę. Ktoś  podał  jej  kask, 
lecz niestety nie zdążyła już go włożyć. 

Sekundę  później  operator  dźwigu  pozwolił  sobie  na  karygodną  chwilę 

nieuwagi...  Daniel  w  ostatniej  chwili  porwał  Lauren  w  ramiona  i  przetoczył  się 
wraz z nią do dołu. 

Teraz  na  łydce  wyczuwał  lepki  płyn  przesączający  się  przez  jego  znoszone 

dżinsy.  Podejrzewał,  że  to  krew  –  jej  krew  –  nie  chciał  jednak  o  tym  mówić. 
Lauren o niczym nie wspomniała. Może nawet nie wie, że jest ranna. 

Dotyk  jej  ciała  był  taki  przyjemny,  tak  ładnie  pachniała.  Rękoma  wyczuwał 

jedwab i len, wciągał w nozdrza zapach jaśminu i kwiatów pomarańczy. Ile czasu 
upłynęło, odkąd był tak blisko z jakąś kobietą? Chyba dużo. To by wyjaśniało jego 
gwałtowne  podniecenie.  Becky  umarła  dokładnie  cztery  miesiące  temu,  ale 
przedtem nie uprawiali miłości przez wiele miesięcy. 

Nagle zatęsknił za synkami. Uwielbiał ich. 
Nie przestawał też myśleć o narzeczonym Lauren. Chętnie powiedziałby temu 

background image

 

łajdakowi kilka słów do słuchu. 

Czuł, że Lauren drży. Chciałby ją objąć mocniej, uspokoić, dodać otuchy, ale to 

było niemożliwe. 

Uzmysłowił sobie, że Lauren nie wie, kim on jest. Przedstawił się jej jako Lock. 

Wszyscy  przyjaciele  tak  go  nazywali,  a  także  najbliżsi  współpracownicy  i 
wspólnicy.  Nawet  jego  matka  od  czasu  do  czasu  używała  tego  imienia.  Lecz 
formalnie był Danielem Lachlanem, a to nazwisko nie mogło być Lauren obce. 

– Przestań mówić, odpocznij teraz – poprosił ją. 
– Wiesz, zależy mi tylko na dziecku. Tata jeszcze o niczym nie wie. Od dawna 

chciał mieć wnuczkę lub wnuka... 

– Przestań się zamartwiać. 
– Proszę, pomóż mi. Wciąż się trzęsę i nic nie mogę na to poradzić. 
– Wiem, ale zaraz ci przejdzie. 
– Ponieważ nie mogę przestać myśleć, że Ben ucieszyłby się, gdybym straciła... 
I  nagle  Daniel  zrozumiał,  że  tylko  w  jeden  sposób  może  ją  uciszyć.  To  nie 

wymagało  wielkiego  wysiłku.  Powstrzymał  potok  jej  zbyt  szczerych  słów 
żarliwym pocałunkiem. 

 

background image

10 

 

Rozdział 2 

 
Usta  Locka  przywarły  do  jej  ust;  miały  smak  ceglanego  pyłu  i  czekolady. 

Lauren jęknęła na znak protestu. Była zaręczona z Benem. Ten mężczyzna był dla 
niej obcy, nie znała go. 

Lecz  zanim  zdołała  oderwać  usta  lub  odwrócić  głowę,  stało  się  coś 

niezwykłego.  Konwulsyjne  drżenie  jej  ciała  stopniowo  ustało.  Zalała  ją  fala 
słodyczy, radosnego uniesienia. Pocałunek Locka nie miał nic wspólnego z seksem 
czy zdradą. Po prostu był... samym życiem. 

Wargi Locka poruszały się coraz wolniej. Pozwolił jej odetchnąć. Mogłaby coś 

powiedzieć, zaprotestować, oburzyć się. Jednak nie zrobiła tego. Sekundę  później 
usta Locka znów musnęły jej wargi... 

Mogłoby to trwać wiele godzin. Tkwili w ciasnej przestrzeni, która wyostrzała 

ich  zmysły.  Oboje  jednak  stracili  poczucie  czasu.  A  potem  hałas  pracujących 
maszyn zaczął narastać i całkiem blisko usłyszeli zgrzyt i chrzęst. 

Lock gwałtownym ruchem cofnął głowę. Lauren usłyszała odgłos uderzenia o 

beton i jęknęła. Otworzyła oczy, nie mogąc sobie przypomnieć, kiedy je zamknęła. 
Wokół panowała czarna jak atrament, aksamitna ciemność. Na zewnątrz zapewne 
zapadła noc. 

– Twoja głowa – powiedziała. 
–  Nic  mi  nie  jest  –  odparł  szybko.  Mówił  niewyraźnie,  lekko  zachrypniętym 

głosem. 

Dobiegł  ich  ryk  syreny.  Nasłuchiwali,  trwając  nieruchomo  i  milcząco  przez 

kilka  minut.  Lauren  było  potwornie  zimno.  Cienka  bluzka  przylgnęła  do  niej  jak 
warstwa szronu. 

Pochyliła  głowę  i  przycisnęła  czoło  do  klatki  piersiowej  Locka.  Objął  ją 

mocniej, czuła, że szuka właściwych słów. 

– Posłuchaj, ja... To był... taki impuls. 
– Wiem. 
– Wygląda na to, że oboje tego potrzebowaliśmy. Aby poczuć, iż nadal żyjemy. 
– Tak, ja odebrałam to tak samo. 
– Więc nie gniewasz się na mnie? 
– Czy moje usta stawiały opór? 
– Nie. Twoje usta to najlepsza rzecz, jakiej skosztowałem od dawna. Myślę, że 

mówiły wierszem, śpiewały. 

background image

11 

 

– W takim razie stworzyliśmy duet. 
–  Uhmm,  ale  teraz  twoje  czoło  wbija  mi  się  w  obojczyk.  To  już  nie  poezja. 

Myślałem, że żałujesz tego, co się stało. 

–  Nie,  nie  żałuję,  chociaż  cieszę  się,  że  się  skończyło.  Będę  miała  dziecko  z 

Benem. Nie powinnam... napawać się smakiem ust innego mężczyzny, nawet jeśli 
my nie... jeśli nigdy nas nie... 

–  Przeżyjemy,  Lauren.  Wydostaniemy  się  stąd.  Posłuchaj,  ratownicy  są  coraz 

bliżej! 

– A jeśli popełnią jakiś błąd? 
– Nie popełnią. 
– Operator dźwigu popełnił. 
–  Ten  facet  był  skończonym  idiotą.  Słyszałem,  jak  kierownik  wspomniał,  że 

chce go zwolnić. 

– Szkoda, że nie zrobił tego w zeszłym tygodniu! 
Oboje roześmieli się niepewnie. 
– Powiedz mi, jak się nazywasz. Chcę poznać twoje imię i nazwisko. 
– Nie, nie musisz wiedzieć o mnie nic więcej. 
– Dlaczego? 
–  Dlatego,  że  kiedy  jutro  rano  obudzisz  się  w  jakimś  szpitalu,  będziesz 

naprawdę  żałowała,  że  tak  wiele  mi  o  sobie  opowiedziałaś  dziś  wieczorem  – 
wyjaśnił.  –  Ludzie  często  żałują,  że  obnażyli  duszę przed  niewłaściwą  osobą.  To 
może wyrządzić nieodwracalną szkodę. Wiesz, ja też żałuję kilku rzeczy, o których 
ci powiedziałem dziś wieczorem. 

– Nie będę niczego żałowała – odparła. – Musiałam komuś opowiedzieć o tym 

wszystkim. O dziecku i całej reszcie. Dusiłam to w sobie od dawna. 

– Tak, o dziecku. Ale nie o całej reszcie. 
– Powiedz mi, kim jesteś. 
–  Nie,  ponieważ  nie  chcę,  żeby  dzisiejszy  wieczór  stał  się  jeszcze  gorszy, 

rozumiesz? I kiedy się stąd wydostaniemy, natychmiast zniknę. 

– Nie uda ci się. Będą chcieli cię zbadać. 
– Myślę, że to ty jesteś ranna i potrzebujesz pomocy lekarskiej. 
– Chodzi ci o moją nogę? – spytała całkiem spokojnie. – Skąd wiesz? 
– Czułem, jak coś ciepłego wsiąka w moje dżinsy. Zrozumiałem, że to musi być 

krew, twoja krew. Jeśli ty też o tym wiedziałaś, czemu nic nie powiedziałaś? 

– Nie chciałam cię niepokoić – wyjaśniła. 
Jej spokój i odwaga napełniły go podziwem. Ta kobieta nie była lekkomyślną 

background image

12 

 

trzpiotką, żyjącą beztrosko i przyjemnie dzięki sukcesom ojca. Wszyscy wiedzieli, 
że John Van Shuyler zamierzał przekazać jej kontrolę nad rodzinną firmą w ciągu 
najbliższych pięciu lat. Z pewnością Lauren dorosła do tego zadania. 

– Noga szybko zdrętwiała i przestała boleć  – ciągnęła. – Zresztą i tak nic byś 

nie mógł zrobić. A teraz podaj mi swoje nazwisko. 

– Nie. Porozmawiajmy o czymś innym. 
– Na przykład? 
– Jaka jest twoja ulubiona potrawa? 
Westchnęła. 
–  No  cóż,  zrobimy,  jak  chcesz.  Najbardziej  lubię  grochówkę.  Moja  matka 

często gotowała ją w zimowe wieczory i podawała z gorącymi grzankami. 

– Chętnie zjadłbym teraz coś takiego. 
– A twoje ulubione dania? 
– Ulubione dania? Wszystko, czego nie wolno dawać niemowlakom! 
– Co za wyrafinowany gust. 
–  Przez  ostatni  rok  miałem  kaszkę  dla  dzieci  na  wszystkich  ubraniach.  Tak 

naprawdę uwielbiam pizzę z grzybami i cebulą, oczywiście po rozmrożeniu. 

I znów wydawało się, że rozmawiają tak godzinami. Ulubiony film. Ulubiona 

pora roku. Ulubiony sport. Czasami zgadzali się, a czasami nie, ale liczyła się tylko 
wymiana myśli i porozumienie. 

Ponownie usłyszeli zgrzyty, przytłumione okrzyki, a potem znów zapadła cisza. 

Wreszcie,  po  długim  czasie,  słabiutki  promyk  bladego  światła  przebił  się  przez 
mrok. Lock krzyknął i tym razem otrzymał odpowiedź. 

–  Jesteśmy  tutaj,  idziemy  do  ciebie,  kolego!  –  Och,  jak  dobrze  było  znów 

usłyszeć ludzki głos, tę wątłą więź z resztą świata. 

– Jest nas dwoje! – odkrzyknął. – Lauren jest ranna w nogę! 
Zadawano  im  pytania  i  dodawano  otuchy.  Rozmawiał  z  nimi  mężczyzna  o 

imieniu Kyle. 

– To już nie potrwa długo – obiecał im wreszcie Kyle. 
Jego głos dobiegał z daleka. – Ponieważ tak grzecznie czekacie, poślemy wam 

trochę ciepła, dobrze? 

Po kilku chwilach Daniel poczuł delikatne muśnięcia powietrza, które najpierw 

stało się letnie, a potem ciepłe. 

– Uważajcie na złamaną platformę nad naszymi nogami – ostrzegł Kyle'a. 
– Znowu włączamy maszyny – uprzedził ich Kyle. – Będziemy robić przerwy 

co kilka minut, żeby sprawdzić, co z wami. 

background image

13 

 

–  W  porządku!  –  odkrzyknął  Daniel.  Maszyny  ponownie  zaczęły  hałasować. 

Przekrzykując  ich  warkot,  powiedział  pośpiesznie  do  Lauren,  jak  gdyby  już  nie 
mógł dłużej zwlekać: – Nie wychodź za Bena. Jeśli czujesz, że coś jest nie tak, nie 
rób tego. W ten sposób wcale nie pomożesz dziecku. 

– Lauren długo nie odpowiadała. Wyczuł, jak bardzo jest spięta. 
– Nie możesz tak do mnie mówić – odrzekła w końcu. 
– Czemu nie? 
– To nie fair. 
– Po tym wszystkim, co mi opowiedziałaś? 
– To nie fair – powtórzyła i głos jej lekko zadrżał. – Nie chcę tego słuchać. Ja 

muszę... ja chcę wyjść za Bena. 

– No dobrze, już dobrze. 
– Proszę, powiedz mi, kim jesteś. 
– Nie. 
– Potrafię cię odnaleźć. – Ta groźba była dziwną mieszaniną pewności siebie i 

bezradności. 

To oczywiste, że  może  mnie odnaleźć, pomyślał Daniel. Bez trudu, ponieważ 

zawarłem umowę z firmą jej ojca. 

– Zrobiłabyś to? – zapytał cicho. – Po co, skoro nigdy więcej się nie spotkamy? 
–  Zrobiłabym  to,  ponieważ  nie  chcę,  żebyś  podejmował  za  mnie  decyzje  w 

sprawach  dotyczących  uczuć,  Lock.  To  ja  postanowię,  czy  będę  żałować 
wszystkiego, co powiedziałam. Podaj mi swoje nazwisko! 

– Nie. 
Milczała całą minutę, zanim powiedziała: 
– To nie chodzi tylko o mnie, prawda, Lock? Ty też chciałbyś zapomnieć, że 

wyjawiłeś mi pewien sekret... 

– Tak – przyznał, a raczej warknął niechętnie. 
– W porządku... – odrzekła powoli. – W porządku. 
I zanim się zorientował, zbliżyła twarz do jego twarzy i przywarła wargami do 

jego ust. 

Odpowiedział  na  jej  pocałunek.  Do  diabła,  nic  nie  mógł  na  to poradzić!  Była 

tak blisko. Jego ramię leżało na jej żołądku, a jej ręka spoczywała na jego ramieniu. 
Piersi Lauren przywarły do jego klatki piersiowej. 

Po  kilku  sekundach  usłyszał  ciche,  lekkie  westchnienie  i  poczuł,  że  Lauren 

odsunęła usta. 

– Ty już wiesz, kim  jestem  – oświadczyła.  – Wiedziałeś od początku. W tym 

background image

14 

 

właśnie tkwi problem, co? 

– Dlaczego mnie znów pocałowałaś? 
– Najpierw odpowiedz na moje pytanie. Zawahał się. 
– Chroniłem cię. 
Czy  to  był  najważniejszy  powód?  A  może  to  poczucie  winy.  Jego  poczucie 

winy. Bardziej poczucie winy niż żal... 

– Chroniłeś mnie? – powtórzyła Lauren. – Tylko dlatego? Na pewno? 
– Chroniłem sam siebie – przyznał. 
– Ponieważ czujesz się winny, że nie opłakiwałeś swojej żony? 
– Tak. A ty jakbyś się czuła na moim miejscu? 
– Nie wiem. Nigdy nie byłam w takiej sytuacji. 
– Uwierz mi, czuję się winny. 
Oczy  go  zapiekły  i  z  całej  duszy  zapragnął  powiedzieć  jej  więcej,  wyjawić 

wszystko. Zacisnął usta tak mocno, że poczuł smak krwi. 

Dlaczego  czuł  potrzebę  otwarcia  się  przed  tą  obcą  kobietą,  skoro  nigdy  nie 

wyznał  prawdy  ani  matce,  ani  starszej  siostrze,  ani  najlepszemu  przyjacielowi. 
Mama  nadal  chodziła  wokół  niego  na  paluszkach,  jak  gdyby  jego  serce  umarło 
wraz ze śmiercią Becky. Nigdy nie wyjawił mamie, że ożenił się z Becky jedynie z 
poczucia  obowiązku,  i  nigdy  tego  nie  wyjawi.  Takie  zasady  wpoił  mu  ojciec. 
Prawdziwe  bohaterstwo  to  nie  tylko  odpowiednie  postępowanie,  lecz  także 
nieobnoszenie się ze swym czynem. Jednak w tej sprawie chodziło o coś więcej. 
Nie chciał się przyznać mamie, jakim był głupcem. Bo tylko idiota zdecydowałby 
się na romans z szefową. 

Do  licha,  od  samego  początku  wiedział,  że  podoba  się  Becky.  Zawsze  miał 

powodzenie  u  płci  pięknej,  odkąd  skończył  piętnaście  lat.  To  właśnie  wtedy 
wystrzelił  w  górę  na  ponad  metr  osiemdziesiąt  i  pozbył  się  trądziku. 
Szesnastoletnie przyjaciółki jego siostry Helen, o wiele dojrzalsze od niego, nagle 
dostrzegły w nim mężczyznę. 

Nie miał wtedy pojęcia, co się dzieje. Za  każdym razem oblewał się gorącym 

rumieńcem  i  czuł  się  bardzo  niezręcznie.  Nawet  parę  lat  później,  kiedy  już 
wydoroślał, nadal nie lubił kobiecej kokieterii i zalotów. 

Od lat młodzieńczych nie umiał radzić sobie z kobietami, które zbyt otwarcie 

się nim interesowały. Po prostu czuł do nich obrzydzenie, bał się ich. 

Aż do śmierci taty... 
Becky  wiedziała,  jak  ukoić  jego  ból.  Była  troskliwa,  łagodna,  ostrożna. 

Zaprzestała  jawnego  flirtowania.  Porzuciła  łatwe  do  przejrzenia  manewry,  żeby 

background image

15 

 

zostać  z  nim  sam  na  sam  w  pracy  po  godzinach.  Zamiast  tego,  poświęciła  całe 
swoje niemałe zasoby energii na przewidywanie jego rzeczywistych potrzeb. 

Na pewnym firmowym przyjęciu wypiła trochę za dużo i zrobiła się płaczliwa. 

Daniel uznał, że to jest urocze. 

Odwiózł ją do domu i położył do łóżka. Jakże żałował tego, co się potem stało! 

Po miesiącu okazało się, że Becky „pomyliła" się i zaszła w ciążę. Nie tylko ona się 
pomyliła. 

Powinien  był  zaufać  swoim  pierwszym,  instynktownym  odczuciom.  Nie 

należało iść z Becky do łóżka. Nie powinien był rozklejać się po śmierci ojca. Nie 
do  tego  stopnia,  by  zapomnieć  o  zdrowym  rozsądku  i  instynkcie 
samozachowawczym. 

– Dlatego mnie okłamałeś – powiedziała w końcu Lauren. 
– Nie okłamałem. 
– Nie? 
– Ja nigdy cię nie okłamałem. Po prostu nie powiedziałem ci całej prawdy. 
– Ani nie podałeś mi twojego pełnego imienia i nazwiska. 
– Właśnie tak. Dlaczego znów mnie pocałowałaś? 
– Ponieważ chciałam ci udowodnić, że niczego nie żałuję. Jak się nazywasz? 
– Lock – odpowiedział przez zaciśnięte zęby. – Przykro mi, ale dla ciebie nadal 

nazywam się Lock. W każdym razie później nie będziesz mogła twierdzić, że nie 
próbowałem ułatwić nam obojgu zakończenia tej sprawy. 

Hałas ucichł. Jeszcze raz dotarł do nich z oddali głos Kyle'a. 
– Przepraszamy za hałas. Prawie do was dotarliśmy. , Z wami nadal wszystko w 

porządku? 

– Nic nam nie jest – odrzekł Lock. 
– Lauren? 
– Tak, jestem tutaj. Czuję się dobrze. 
Poczuli  teraz  wibracje  wywołane pracą  maszyn.  Potem  usłyszeli  jakiś krzyk  i 

warkot maszyn znów ucichł. 

– Lauren, Lock, zostały już tylko platformy. Jest ich cztery, zachodzą na siebie, 

musimy działać ostrożnie. 

Minęło pięć, może piętnaście minut. Nad ich głowami rozległ się ogłuszający 

zgrzyt. Lauren mocno zacisnęła powieki, gdy nagle zalało ich jaskrawe, oślepiające 
światło reflektorów. 

Jej  ciało  od  pasa  w  dół  nadal  tkwiło  pod  ostatnią  roztrzaskaną  platformą. 

Próbowała otworzyć oczy, lecz oślepiające światło nadal padało prosto na jej twarz. 

background image

16 

 

Otaczali ich jacyś ludzie, ratownicy w mundurach, sanitariusze. Glosy docierały do 
nich ze wszystkich stron. 

–  Lock,  spróbujemy  wyciągnąć  cię  pierwszego.  Lauren,  odetniemy  ostatnią 

deskę koło twoich nóg. Powiedz nam, czym możesz poruszyć? 

– Prawie niczym – jęknęła. 
Lock  usiłował  wygramolić  się  z  zagłębienia  w  betonie,  ale  potrzebował 

pomocy.  Ratownicy  wyciągnęli  do  niego  ręce,  a  potem  zaczęli  zadawać  pytania 
Lauren. 

– Czy straciłaś gdzieś czucie? Spróbujesz to wypić? 
Pojawił  się  sprzęt  medyczny.  Więcej  rąk.  Uwolniony  z  pułapki  Lock  stał 

chwiejnie  na  zgiętych  nogach.  Właściwie  to  Lauren  widziała  tylko  jego  stopy. 
Kiedy ciepłe ciało Locka przestało ją ogrzewać, zadrżała z zimna. 

Jej  oczy  już  się  przyzwyczaiły  do  jaskrawego  światła.  Uniosła  powieki, 

poszukała  Locka  wzrokiem.  Zobaczyła  tylko  szerokie,  zakurzone  plecy  w 
bawełnianej  koszuli.  To  musiał  być  on.  Próbowała  wypowiedzieć  jego  imię, 
podziękować  mu,  poprosić,  żeby  nie  odchodził,  ale  słowa  uwięzły  jej  w  gardle. 
Otoczyli  go  starsi  sanitariusze  i  ratownicy.  Lauren  usiłowała  poruszyć  stopami. 
Przenikliwy ból przeszył jej nogę. Omal nie zemdlała. Ktoś powiedział: 

– Trzeba jechać szybko do szpitala. 
Ktoś inny przykrył ją ogrzanym kocem i wsunął poduszki pod jej głowę i barki. 
Stetoskop  zakołysał  się  w  polu  widzenia  Lauren.  Chwyciła  ramię  jednego  z 

sanitariuszy. 

– Moje dziecko – powiedziała naglącym tonem. – Jestem w ciąży. Proszę, nie 

pozwólcie, żeby coś złego stało się mojemu dziecku! 

Po  tych  słowach  sanitariusz  zasypał  ją  pytaniami.  Odpowiedziała  na  nie 

najlepiej,  jak  mogła.  Potem  dobiegły  ją  podniesione głosy  z  miejsca,  gdzie  nadal 
stał Lock. 

– Wsiadaj do ambulansu, Lock. 
– Nie jestem ranny. Chcę wrócić do domu, do moich dzieciaków. 
– Najpierw musimy pana zbadać. 
–  Więc  mnie  zbadajcie,  a  potem  puśćcie  do  domu.  Moja  mama  oszaleje  ze 

strachu. 

Inny z sanitariuszy zwrócił się do Lauren: 
– Zrobię pani zastrzyk, dobrze? 
– Dobrze. – Skinęła głową – Gdzie? 
– W nogę. Jest pani szczepiona przeciw tężcowi? 

background image

17 

 

– Tak. 
– Ciśnienie krwi i puls w normie, ale damy pani łagodny środek uspokajający, 

ponieważ  na  razie  nie  mamy  –  odpowiedniego  sprzętu,  by  wydostać  spod  gruzu 
pani nogę. 

Chyba  zemdleję,  pomyślała  Lauren  na  widok  swojej  lepkiej  od  krwi  nogi. 

Zamknęła  oczy,  ogarnęła  ją  senność.  Nagle  zrozumiała,  że  zaczął  działać  środek 
uspokajający. Miejscowe znieczulenie nie całkiem uśmierzyło ból. 

Otworzyła oczy, dopiero gdy niesiono ją do ambulansu. 
–  W  porządku,  zabieramy  panią  do  szpitala,  Lauren  –  powiedział  któryś  z 

sanitariuszy. 

Zanim  zamknęły  się  drzwi  karetki,  Lauren  dojrzała  sylwetkę  Locka.  Pokryty 

kurzem, wysoki, wspaniale zbudowany, stał nieruchomo obok niebieskiego sedana 
z otwartymi drzwiami. Trzymał w ręku kluczyki, jak gdyby zastanawiał się, co ma 
teraz robić. 

Wiedziała,  że  na  zawsze  zachowa  w  pamięci  jego  twarz.  Ciemne  włosy, 

zlepione  i  szare  od  kurzu.  Ciemne  oczy,  okolone  jeszcze  ciemniejszymi  rzęsami. 
Usta, które ją całowały, zaciśnięte teraz w wąską linię. Nos, który wyglądał, jakby 
ucierpiał w kilku bójkach. 

Lauren wiedziała, że rozpozna Locka natychmiast, kiedy go ponownie zobaczy. 

Bo właśnie przed chwilą postanowiła, że nie spocznie, dopóki nie dowie się, kim 
jest jej wybawiciel. 

 

background image

18 

 

Rozdział 3 

 
– Lauren, czy mogłabyś przed wyjściem podpisać listy, które mi podyktowałaś? 
–  Oczywiście,  Eileen.  Wychodzisz  już?  –  Lauren  nie  oderwała  wzroku  od 

monitora komputera. 

– Już po szóstej. 
– O mój Boże! Przepraszam. Powinnaś była mi coś powiedzieć! 
–  To  nieważne,  Lauren.  –  Eileen  Harrap  uśmiechnęła  się.  Pracowała  dla  ojca 

Lauren przez ponad trzydzieści lat. Czasami zachowywała się jak kochająca ciotka, 
a nie osobista asystentka Lauren. – Do zobaczenia w poniedziałek. 

– Życzę ci miłego weekendu. 
– Nawzajem. 
Eileen cicho zamknęła drzwi, a Lauren ponownie odwróciła się do komputera. 

Nie mogła skupić uwagi na arkuszu kalkulacyjnym. Zraniona noga wciąż dawała o 
sobie  znać,  choć od wypadku  minęło  pół  roku.  Lauren dopadło  znużenie.  Ukryła 
twarz  w  dłoniach,  przymknęła  powieki,  by  dać  chwilę  odpoczynku  zmęczonym 
oczom. 

Po chwili drzwi otworzyły się i w progu ponownie stanęła Eileen. 
– Czy pamiętasz, że dziś wieczorem ojciec zaprosił cię na kolację? – spytała. 
– Tak, pamiętam. 
– Czeka na ciebie o siódmej. 
– W porządku. 
W ciągu ostatnich sześciu miesięcy wiele się zmieniło w życiu Lauren. Teraz 

była w ósmym miesiącu ciąży i coraz częściej myślała o mającym przyjść na świat 
maleństwie.  Na  jej  palcu  nie  błyszczał  żaden  pierścionek  zaręczynowy,  żadna 
obrączka.  Fakt,  że  wyszła  bez  szwanku  z  poważnego  wypadku,  popchnął  ją  do 
zdecydowanego działania. 

Jeszcze  podczas  pobytu  w  szpitalu  powiedziała  Benowi,  że  za  niego  nie 

wyjdzie. Ben wpadł we wściekłość, nie skąpił jej wyzwisk. 

Zaledwie kilka tygodni później opuścił kraj po nieudanym starcie swojej firmy 

internetowej.  Przeniósł  się  do  Szwajcarii,  by  uniknąć  zwrotu  pieniędzy 
udziałowcom, którzy lekkomyślnie zainwestowali w jego przedsięwzięcie. 

Lauren nie widziała Bena od czerwca, ale wywarł on nieodwracalny wpływ na 

jej  życie.  Była  z  nim  w  ciąży,  chociaż  jeszcze  nie  określił  jednoznacznie,  do 
jakiego stopnia chce uczestniczyć w życiu ich dziecka. 

background image

19 

 

Niedawno otrzymała też listy z pogróżkami na tyle poważnymi, że zgłosiła się 

na policję. Podejrzewano, że wysłał je któryś ze wspólników Bena, rozgoryczony 
poniesionymi stratami. 

Wkrótce  potem  ojciec  Lauren  zaczął  coraz  częściej  nalegać  na  zatrudnienie 

dodatkowych  ochroniarzy  i  zainstalowanie  najnowocześniejszych  systemów 
bezpieczeństwa.  Lauren przyznała,  że  to rozsądny  pomysł,  ale  nie śpieszyła  się z 
wprowadzeniem go w życie, zaprzątały ją inne sprawy. 

Przed  urodzeniem  dziecka  powinna  przemyśleć  wiele  spraw.  Gdyby  nie 

wypadek  sprzed  pół  roku  i  nowe  uczucie,  które  się  wtedy  zrodziło,  poślubiłaby 
Bena.  Ta  świadomość  wprawiła  ją  w  popłoch.  Tak  niewiele  brakowało,  by 
popełniła największy błąd w swoim życiu... 

Z  westchnieniem  wyłączyła  komputer  i  uporządkowała  papiery.  Zaczęła  się 

zastanawiać, co zabrać do wiejskiego domu jej ojca i czy powinna zostać tam na 
weekend. Ojciec by się ucieszył. 

A potem, tak jak robiła to niemal codziennie, wróciła myślami do tamtej nocy 

spędzonej  pod  gruzami.  Nie  pamiętała  swego  strachu,  ale  nie  mogła  zapomnieć 
głosu Locka, ani tego, o czym rozmawiali i jak się całowali. 

Potem  ich  rozdzielono  i  nigdy  więcej  się  nie  spotkali.  Trzy  tygodnie  po 

wypadku  Lauren  wysłała  list  pod  adresem  kierownictwa  feralnej  budowy,  łudząc 
się,  że  jej  słowa  dotrą  wcześniej  czy  później  do  Locka.  W  środku  było  tylko 
dziewięć słów: Niczego nie żałuję. Proszą, skontaktuj się ze mną. Lauren Chciała 
opowiedzieć  mu  o  zerwaniu  z  Benem.  Pragnęła  mu  podziękować  za  uratowanie 
życia, no i za pomoc w podjęciu właściwej decyzji. Lecz nawet jeśli otrzymał jej 
list, nigdy na niego nie odpowiedział. 

Wynajęła  zatem  prywatnego  detektywa,  jednak  już  następnego  dnia  odwołała 

zlecenie. Skoro Lock nie chciał się z nią więcej spotkać, powinna uszanować jego 
wolę. 

Jednak myślała o nim znacznie więcej i częściej, niż nakazywał rozsądek. 
W porządku, komputer był wyłączony, papiery zapakowane do teczki. Jednak 

Lauren nie opuszczało dziwne wrażenie, że zapomniała o czymś bardzo ważnym. 
Weź się w garść, zganiła się w duchu, bo tata od razu zauważy, że coś jest nie tak. 

Skierowała się do windy. 
– Pani Van Shuyler opuszcza swoje biuro. 
– Chłopie, ale ona ma ładne nogi, co? 
Daniel, który właśnie dotarł do biura ochrony, słysząc te komentarze, zacisnął 

zęby. Spojrzał na rząd czarnobiałych monitorów, a potem szybko oderwał od nich 

background image

20 

 

wzrok. 

Tak,  to  była  Lauren.  W  tym  roku  jej  ojciec  często  korzystał  z  usług  Lachlan 

Security  Systems.  Najpierw  Daniel  przeprowadził  generalny  remont  systemu 
bezpieczeństwa  w  całym  gmachu.  Na  szczęście  udało  mu  się  wówczas  uniknąć 
spotkania z Lauren. 

A  potem...  John  Van  Shuyler  zaproponował  mu  kolejne  zlecenie, 

zaniepokojony  pogróżkami  pod  adresem  córki.  Zasugerował,  że  cała  trójka 
powinna przedyskutować ten problem w najbliższy poniedziałek po południu. 

Daniel  nie  wiedział,  co  począć.  Czy  powinien  porozmawiać  z  Lauren  przed 

spotkaniem  z  jej  ojcem  i  raz  na  zawsze  zamknąć  pewien  rozdział,  by  wreszcie 
zapomnieć o tamtej upiornej nocy? A  może całkiem zgłupiał, wyobrażając sobie, 
że cokolwiek trzeba wyjaśniać? Może Lauren już dawno przeszła nad całą sprawą 
do  porządku  dziennego?  Od  ich  spotkania  musiała  poradzić  sobie  z  wieloma 
problemami,  na  pewno  nie  miała  czasu  ani  chęci  na  rozpamiętywanie  niezbyt 
miłych wydarzeń. 

Daniel też wolałby nie wracać myślami do wypadku. Mimo to nadal odczuwał 

zażenowanie,  wspominając  to,  co  razem  przeżyli.  To  było  takie  niesamowite  i 
intymne...  Siła  i  jednocześnie  bezbronność  Lauren.  Jej  śmiech.  Sposób,  w  jaki 
płakała. Co mieli sobie do zaoferowania? Absolutnie nic. 

Zostaw to do poniedziałku, zdecydował. 
Gdy  ponownie  zerknął  na  monitor,  znów  zobaczył  Lauren.  Szary  obraz, 

widoczny pod dziwnym kątem, przypomniał mu, jak wyglądała, kiedy leżeli objęci 
ramionami.  Żadne  z  nich  nie  widziało  dobrze  twarzy  współtowarzysza  niedoli. 
Kiedy znów się spotkają, być może Lauren nawet go nie rozpozna. 

Ochroniarze  nadal  wymieniali  komentarze  na  temat  wyglądu  Lauren.  Nie 

zauważyli Daniela, który wciąż stał w drzwiach. 

– Idzie tu. 
– Tak, teraz wspaniale widać jej nogi. 
– Zamknijcie się, chłopaki! – warknął Daniel, wchodząc do pomieszczenia. 
– Co? 
–  Powiedziałem,  że  macie  się  zamknąć  –  powtórzył.  –  Gapienie  się  na  córkę 

szefa, to nie najlepszy pomysł. Chyba że nie zależy wam na tej pracy? 

– W porządku, panie Lachlan. Pani Lauren na pewno by się nie obraziła. Jest 

podobno bardzo miła. 

– Tak, to prawda – mruknął Daniel, znowu wpatrując się w monitory. 
Teraz Lauren przechodziła przez hol, zaraz dotrze do drzwi obrotowych. Tak, 

background image

21 

 

droga wolna. 

Zebrał swoje rzeczy, szybko pożegnał się z ochroniarzami i wyszedł. Było już 

późno i chciał wrócić do domu, do swoich synków. 

Listy... No tak. Eileen prosiła o podpisanie przygotowanych do wysyłki listów. 
Tłumiąc  złość,  Lauren  energicznie  zawróciła.  Przeszła  przez  placyk  między 

siedzibą firmy Van Shuyler i sąsiadującym z nim wielopoziomowym parkingiem i 
jak burza wtargnęła do holu. 

Była  w  połowie  drogi  do  windy,  kiedy  zobaczyła  jakiegoś  mężczyznę  w 

ciemnym, dobrze skrojonym garniturze. Prawdopodobnie nie spojrzałaby na niego 
po  raz  drugi,  lecz  na  jej  widok  mężczyzna  zatrzymał  się  w  pół  kroku  i 
znieruchomiał. 

To zwróciło jej uwagę i obudziło wspomnienia. 
– Lock! – wyszeptała. – Dobry Boże, Lock, co ty tu robisz?! 
Podeszła do niego, uśmiechnęła się promiennie i spojrzała mu w oczy. 
– Cześć, Lauren – burknął. 
– Jak dobrze znów cię zobaczyć! Szukałeś mnie? 
I  nagle  wszystko  zrozumiała.  W  ciemnym  garniturze  Lock  prezentował  się 

wspaniale. Miał ciemne oczy i włosy i lekko skrzywiony nos. Był niewiarygodnie 
przystojnym  mężczyzną.  Teraz  sprawiał  wrażenie  przerażonego,  a  jednocześnie 
zakłopotanego.  A  na  identyfikatorze  przypiętym  do  klapy  jego  marynarki  było 
napisane: Daniel Lachlan, Lachlan Security Systems. 

Lauren  wiedziała,  że  ojciec  zatrudnił  tę  firmę,  gdyż  znał  ojca  jej  dyrektora 

jeszcze  z  czasów  wojny.  Miała  też  spotkać  się  z  tatą  i  z  Danielem  Lachlanem  w 
poniedziałek  po  południu,  by  porozmawiać  o  wprowadzeniu  dodatkowych 
systemów  zabezpieczających.  Jednak  nie  miała  pojęcia,  że  Daniel  Lachlan  i 
mężczyzna, który leżał razem z nią pod gruzami, to jedna i ta sama osoba. 

Ale on o tym wiedział. Cały czas był tak blisko niej. że w każdej chwili mógł 

się z nią skontaktować. 

– Wysłałam do ciebie list – powiedziała, z trudem panując nad głosem. 
– Nigdy do mnie nie dotarł. 
– Myślałam, że nigdy cię nie odszukam, a tymczasem ty przez cały czas mnie 

szpiegowałeś... 

–  Nie  robiłem  tego  –  odrzekł.  –  Naprawdę.  –  Potarł  kark.  –  Widywałem  cię 

tylko czasami na monitorze. 

–  Ale  na  pewno  wiesz,  że  odwołałam  ślub  z  Benem  Musisz  też  wiedzieć,  że 

uciekł z kraju. Dobry Boże, ty wiesz o wszystkim! A mimo to nie przyszło ci do 

background image

22 

 

głowy by się ze mną skontaktować, porozmawiać... Nie, ty tego wręcz nie chciałeś. 
Ja  otworzyłam  przed  tobą  duszę,  co  więcej,  wzięłam  sobie  do  serca  twoje  rady. 
Uszanowałam  też  twoje  życzenie i nie  próbowałam  cię  odszukać,  ale  nie  miałam 
pojęcia, że byłeś tak blisko... 

Urwała i zamrugała oczami, żeby powstrzymać łzy. Ogarnęła ją wściekłość na 

samą  siebie  za  to,  że  się  tak  obnażyła  emocjonalnie.  I  to  przed  kimś,  kogo  jej 
uczucia obchodziły tyle, co zeszłoroczny śnieg. 

–  Wciąż  rozpamiętywałam  naszą  rozmowę.  Powierzyłam  ci  bardzo  intymne 

sekrety, a ty mnie wysłuchałeś jak najlepszy przyjaciel, jakby ci na mnie zależało. 
Myślałam,  że  uszanowałeś  moją  prywatność po  tym  wszystkim,  co  ci  wyznałam. 
Ale  ty  jedynie  chroniłeś  swój  tyłek,  prawda?  Próbowałeś  uciec  przed  poczuciem 
winy, z którego mi się zwierzyłeś. A może bałeś się, że utracisz intratne zlecenie od 
mojego ojca? Och! To po prostu obrzydliwe! 

– Tak, to obrzydliwe – przyznał cicho. 
Lauren  wyjęła  chusteczkę  i  otarła  oczy.  Nagle  Daniel  zrozumiał,  że 

konsekwentne unikanie Lauren było jednym z największych błędów w jego życiu. 
Jeszcze kilka minut temu uważał inaczej. Tłumaczył sobie, że tak będzie najlepiej 
dla nich obojga, a nawet w to wierzył... Jednak teraz, stojąc z nią twarzą w twarz, 
uświadomił sobie, jak głupio postąpił. 

– To rzeczywiście wstrętne – powiedział. – Wiedziałem, że znów się spotkamy, 

Lauren, ale nie chciałem, żeby odbyło się to w taki sposób. Uwierz mi. Nie byłem 
pewny,  jak  wspominasz  tamtą  noc.  To  nie  ma  nic  wspólnego  z  moją  pracą.  Po 
prostu postanowiłem dać ci trochę czasu... 

Zamilkł,  gdy  zobaczył,  że  Lauren  gwałtownie  potrząsa  głową,  odwraca  się  i 

maszeruje  do  wyjścia.  Widoczna  spod  skórzanego  płaszcza  sukienka  ciążowa  z 
szarej  wełny  otulała  figurę  Lauren,  wspaniale  podkreślając  zmysłowe  okrągłości. 
Daniel daremnie próbował skierować myśli na inne tory. Z tyłu nie było widać, że 
panna  Van  Shuyler  w  ogóle  jest  w  ciąży,  no  i  tamci  dwaj  ochroniarze  mieli 
całkowitą rację co do jej nóg. 

–  ...  Lauren  –  dokończył  cicho,  chociaż  wiedział,  że  ona  go  nie  usłyszy. 

Wiedział też, że zaczęła płakać. 

No  tak,  doskonale.  Nie  pomyliła  się  co  do  większości  motywów,  jakimi  się 

kierował, prawda? Tak, w pewnym sensie chronił własną skórę i nie dopuszczał do 
siebie  poczucia  winy.  To  dobrze,  że  Lauren  właśnie  tak  myśli,  że  jest  na  niego 
wściekła. Tak będzie lepiej dla nich obojga. 

Lepiej? A właściwie dlaczego? 

background image

23 

 

Znał  już  odpowiedź.  Ponieważ,  ku  jego  przerażeniu,  ogień,  który  w  nim 

zapłonął  tamtej  nocy,  wcale  nie  wygasł.  Te  sześć  godzin  spędzonych  w  ciasnej 
betonowej  pułapce,  dotyk  ciała  Lauren,  zapach  jej  perfum,  dźwięk  jej  słodkiego 
głosu – to wszystko wciąż żyło w jego pamięci. 

Nie chciał ani takich przeżyć, ani takich wspomnień. Tak bardzo się pomylił w 

ocenie  kobiety,  z  którą  się  ożenił.  Minie  dużo  czasu,  zanim  będzie  gotowy  do 
kolejnego  związku.  Jednak  nie  chciał,  żeby  Lauren  gniewała  się  na  niego,  by 
zaczęła  go  unikać.  Czy  dwoje  inteligentnych  dorosłych  ludzi  nie  może  się 
porozumieć? 

– Lauren! – zawołał za nią. 
Pozwolić jej odejść? Nie. Chociażby dlatego, że mają się oficjalnie spotkać w 

przyszłym tygodniu pod zatroskanym spojrzeniem ojca Lauren. 

Muszą być dla siebie uprzejmi, co więcej, powinni ułożyć wzajemne stosunki 

na przyjacielskiej stopie. Przecież Daniel będzie dbał o bezpieczeństwo Lauren. 

Pobiegł za nią. 
– Lauren! 
Nie  zatrzymała  się,  ale  zwolniła.  Dogonił  ją  dopiero  w  garażu,  gdy  miała 

wcisnąć guzik windy. 

– Hej! – zawołał, wyciągając rękę. 
To był wielki błąd. 
Uznała jego gest za napaść, toteż podniosła rękę, żeby go spoliczkować. Jednak 

Daniel był szybszy. Chwycił Lauren za nadgarstek i już po chwili unieruchomił jej 
obie ręce. Lauren nie spuszczała płonącego wzroku z jego twarzy. 

– Puść mnie! – warknęła, unosząc wyżej głowę. 
– Mylisz się co do moich zamiarów! 
– Powiedziałam, żebyś mnie puścił! 
Posłuchał. Lauren natychmiast objęła swój wydatny już brzuszek. 
–  A  ja  powiedziałem,  że  mylisz  się  co  do  moich  zamiarów.  –  Tym  razem 

zabrzmiało to niemal żałośnie. Przepraszam cię, Lauren. 

Podświadomie  nadal  osłaniała  dziecko,  wyczuwał  w  niej  siłę  i  zaciętość, 

chociaż na pierwszy rzut oka sprawiała wrażenie bezbronnej i zagubionej. 

– Możemy porozmawiać? – zapytał. 
– Spotkamy się w poniedziałek po południu, prawda? 
–  To  nie  może  tak  długo  czekać  –  odparł.  –  Co  pomyśli  twój  ojciec,  jeśli 

wyczuje, że jesteś do mnie wrogo nastawiona? 

– Pomyśli, że nie chcę z tobą pracować. Będziesz miał w związku z tym jakieś 

background image

24 

 

problemy? 

– Nie zerwę tego kontraktu, Lauren. Gdyby nie twój – tata, mój ojciec straciłby 

obie nogi. Mój ojciec nigdy nie miał okazji spłacenia tego długu. 

– Ale ty miałeś – odrzekła. – Uratowałeś mi życie. 
–  Tamtej  nocy  nie  zrobiłem  dla  ciebie  więcej  niż  ty  dla  mnie.  Oboje 

podtrzymywaliśmy  się  nawzajem  na  duchu.  Spłacę  ten  dług,  jeśli  ochronię  cię 
przed łajdakiem, który ci grozi. 

– Nie jesteś mi potrzebny i ty też mnie nie potrzebujesz. To ty pół roku temu 

nalegałeś, by każde z nas poszło w swoją stronę. Nie mam czasu na twoje gierki. 

Spodziewam  się  dziecka  i  jestem  sama.  Ben  wciąż  nie  raczył  mnie 

poinformować,  w  jakim  stopniu  chce  uczestniczyć  w  życiu  naszego  dziecka. 
Uprzedziłam  prawników,  że  powinni  się  przygotować  do  walki  o  opiekę  nad 
dzieckiem.  Ostatnią  rzeczą,  jakiej  chcę  lub  potrzebuję  w  życiu,  jest  związek  z 
kolejnym facetem. 

– Czy mówimy o jakimś bliskim związku? Ja nie szukam bliskości – odparł. – 

Chcę tylko dobrze wykonywać moją pracę. Zrobimy to, czego chce twój ojciec, a 
potem zakończymy tę znajomość. To wszystko. 

–  Mój  ojciec  chce,  żebyś  mi  towarzyszył  podczas  codziennych  zajęć 

przynajmniej przez tydzień, a prawdopodobnie dłużej. Masz uzyskać informacje, w 
jaki  sposób  spędzam  czas,  z  kim  się  spotykam,  czy  zachowuję  minimum 
bezpieczeństwa.  Jeżeli  uważasz,  że  to  nas  do  siebie  nie  zbliży,  to  jak  właściwie 
pojmujesz wzajemną bliskość? 

– Chyba inaczej niż ty – odgryzł się. – Ponieważ dla mnie bliskość to coś, co 

zaszło między nami tamtej nocy. Obiecuję ci, że nie mam tego typu zachowań w 
programie. 

–  Tata  po  prostu  znajdzie  kogoś  innego  –  rzuciła  przez  ramię,  wychodząc  z 

windy. 

– On chce kogoś, komu może zaufać. 
– I tylko ty wydajesz mu się godny zaufania w całej Filadelfii? 
–  Pamiętaj,  że  kiedyś  ufał  też  Benowi  –  powiedział  bez  ogródek.  Nie 

obchodziło  go,  że  zadał  jej  cios  poniżej pasa.  –  Naszych  ojców  łączy  wyjątkowa 
więź. Nie przekonasz go, żeby wynajął kogoś innego, Lauren. 

– W takim razie zrezygnuję z dodatkowej ochrony – oświadczyła. – Policja już 

nad  tym  pracuje.  Jak  na  razie,  niezbyt  intensywnie.  Od  tygodnia  nie  dostałam 
żadnego listu z pogróżkami. 

– To świetnie! – warknął Daniel. – Doskonale. Zobaczymy, co twój tata powie 

background image

25 

 

na ten temat w poniedziałek. 

– Zobaczymy. 
Odwróciła  się,  wyjęła  kluczyki  z  kieszeni  i  poszła  w  stronę  samochodu.  Nie 

spuszczając  oczu  z  Lauren,  Daniel  natychmiast  zauważył,  co  stało  się  z  jej 
samochodem.  Wstrząśnięta  Lauren  aż  jęknęła.  Serce  Daniela  zabiło  mocniej, 
poczuł ucisk w dołku. 

– Ojej! – wyjąkała – O Boże! 
Potknęła  się  i  oparła  o  maskę  najnowszego  modelu  BMW.  Wszystkie  cztery 

opony zostały przecięte. 

 

background image

26 

 

Rozdział 4 

 
– Teraz jestem wściekła! – powiedziała Lauren. Cholernie wściekła! 
Jednak  nie  wyglądała  na  rozgniewaną.  Sprawiała  wrażenie  roztrzęsionej  i 

zaszokowanej. 

Wyprostowała się, odwróciła do Daniela, jej niebieskie oczy zabłysły. Zacisnęła 

usta. Daniel nie był pewny, w jaki sposób już po kilku sekundach znalazła się w 
jego ramionach, które z nich zrobiło pierwszy krok? 

Pachniała tak samo jak ostatnim razem, kiedy trzymał ją w objęciach. Jaśminem 

i kwiatem pomarańczy. Do licha, jak mógł tak bardzo odczuwać brak tego zapachu, 
skoro  wdychał  go  tylko  przez  sześć  godzin?  Ale  jej  ciało  się  zmieniło.  Wydatny 
brzuch wpijał mu się w żołądek. A piersi były bujne, krągłe, ciężkie i miękkie. 

– To gorsze niż kilka listów, prawda? – szepnął w końcu. 
–  Jestem  wściekła!  –  powtórzyła  i  tym  razem  Daniel  rzeczywiście  usłyszał 

gniew  w  jej  głosie.  Lauren  puściła  go,  wyprostowała  się  i  zacisnęła  pięści.  – 
Najwidoczniej  ta  osoba  zupełnie  mnie  nie  zna.  W  przeciwnym  wypadku 
wiedziałaby, że trudno mnie zastraszyć. 

– Dzwonię na policję. – Daniel wyjął telefon komórkowy z kieszeni. . 
– Lauren skinęła gwałtownie głową. 
– Dzięki. Gdybym to ja spróbowała teraz z nimi rozmawiać... 
– Tylko bełkotałabyś i syczała do komórki, co? 
– Coś w tym rodzaju! 
Potem  zadzwonił  do  ojca  Lauren,  żeby  odwołać  dzisiejszą  kolację  z  nim,  a 

wreszcie do warsztatu samochodowego. 

Policjanci błyskawicznie uporali się z dość pobieżnymi oględzinami miejsca, co 

nie zaskoczyło Daniela. Zrobili, co do nich należało, ale takiego wykroczenia nie 
można porównać z rozbojem czy rozprowadzaniem narkotyków. 

Daniel  przypomniał  sobie,  że  kiedy  stali  z  Lauren  przy  windzie,  z  garażu 

wybiegł jakiś mężczyzna. Chyba w niebieskiej marynarce... 

Nie  potrafił  jednak  powiedzieć  nic  na  temat  wzrostu,  koloru  włosów  i  wieku 

nieznajomego. 

Oficer policji, który spisał ich zeznania, dość kpiąco potraktował informację, że 

Daniel jest właścicielem firmy zajmującej się bezpieczeństwem. No cóż, i bez tego 
Daniel o mało nie spalił się ze wstydu. 

Tak  skupiłem  uwagę  na  Lauren,  że  nawet  nie  zauważyłem  tego  faceta, 

background image

27 

 

powtarzał w myślach, gdy w końcu pozwolono im odjechać. Nie tego mnie uczono. 

Lauren  siedziała  spokojnie  na  miejscu  pasażera,  wyczerpana  i  przygnębiona. 

Już się nie gniewała. Teraz to on był wściekły. Na siebie. 

To musiał być tamten facet w niebieskiej marynarce, rozmyślał intensywnie. O 

szóstej trzydzieści w piątek wieczorem ludzie opuszczają garaż samochodem, a nie 
pieszo. 

Podjechali  pod  dom  Lauren.  Mieszkała  na  eleganckim  osiedlu,  które  miało 

raczej  chronić  anonimowość  niż  kłuć  w  oczy  luksusem.  Daniel  nieśmiało  objął 
Lauren. 

– Musisz być zmęczona, Lauren. – Do diabła, że też stać go było tylko na taki 

banał. 

– Nic mi nie jest. Dzięki. – Zesztywniała i Daniel cofnął się. 
– Masz w domu jedzenie? – zapytał. 
– Mnóstwo. Najwyżej coś zamówię. Nic mi nie jest – powtórzyła. 
– Chcesz, żebym wszedł? 
– Nie. 
– I tak wejdę, żeby obejrzeć twój dom. 
Niechętnie skinęła głową. 
–  W  porządku  –  odparła.  –  Nie  masz  nic  przeciwko  temu,  że  będę  ci 

towarzyszyła przy tych oględzinach? Nalegam. 

Nie. Nie miał nic przeciwko temu. 
Nie obejrzał domu bardzo dokładnie – to było zaplanowane na przyszły tydzień, 

ale  sprawdził  wszystkie  pomieszczenia,  zamki  w  drzwiach  i  okna.  Dzięki 
oględzinom  tego  miejsca  dowiedział  się  znacznie  więcej  o  Lauren.  Nagle  poczuł 
się dziwnie zażenowany. Gdyby mógł, rzuciłby się do ucieczki. 

Rezydencja  Lauren  była  piękna  i  wygodna,  a  każdy  szczegół  wyposażenia 

dokładnie  przemyślany.  Umeblowana  antykami  sypialnia  tchnęła  spokojem, 
gabinet był świetnie wyposażony, a salon wydał się Danielowi niezwykle elegancki 
i  kobiecy.  W  nowoczesnej  kuchni,  w  której  królowały  granit  i  szkło,  Lauren 
wykrzesała z siebie dość energii, by przystąpić do gotowania kolacji. 

Na  samym  końcu  Daniel  zajrzał  do  pomieszczenia,  które  było  pokojem 

dziecinnym, i poczuł ukłucie w sercu. 

Chociaż dziecko Lauren miało się urodzić prawie za dwa  miesiące, pokój był 

kompletnie  urządzony.  Kolorowa  pościel  na  małym  łóżeczku,  maści,  oliwki  i 
zasypki  na  stoliku do  przewijania.  W  biblioteczce  książki dla dzieci, na niższych 
półkach  zabawki,  w  wysokiej  komodzie  –  prawdopodobnie  mnóstwo  śpiochów, 

background image

28 

 

koszulek i kaftaników. 

Odniósł  wrażenie,  że  Lauren  stara  się  być  wspaniale  zorganizowana. 

Perfekcjonistka, która nie lubi, gdy sprawy wymykają się jej z rąk. Pewnie uważa, 
że wszystko można zaplanować, a następnie bez przeszkód zrealizować, o ile tylko 
człowiek wykaże się silną wolą. 

Wrócił  myślą  do  stosu  książek,  które  zauważył  na  szafce  nocnej  przy  łóżku. 

Książki o ciąży i poradniki dla rodziców. Obok telewizora dostrzegł kasety wideo z 
ćwiczeniami  dla  ciężarnych  kobiet,  a  w  kuchni  komplet  książek  kucharskich  o 
żywieniu małych dzieci i przyszłych matek. 

Ona się boi... 
To dlatego zdawała się lekceważyć anonimy z pogróżkami i nie zależało jej na 

wzmocnieniu ochrony... 

Straciła matkę jakieś piętnaście lat temu, przypomniał sobie, stojąc nieruchomo 

w  nieskazitelnie  czystym  i  wymuskanym  pokoju  dziecinnym.  Ojciec  jej  dziecka 
zdefraudował pieniądze wspólników i zbiegł do Szwajcarii. Lauren nie otrzymała 
wsparcia od dwóch najważniejszych osób, więc nie czuje się zbyt pewnie, więcej – 
jest  przerażona.  Dlatego  postanowiła,  że  na  przekór  przeciwnościom  zostanie 
idealną matką. 

To było smutne i wzruszające zarazem. Mówiło wiele o jej stosunku do życia i 

wielkiej determinacji. 

Wreszcie Daniel upewnił się, że Lauren jest chwilowo całkowicie bezpieczna. 

Potem stał przy telefonie, kiedy dzwoniła do jakiejś przyjaciółki, zapraszając ją do 
siebie na noc. 

Corinne  Alexander  okazała  się  afektowaną,  chudą  jak  patyk  blondynką, 

nadrabiającą makijażem brak urody, której poskąpiła jej natura. 

–  Ależ  miałaś  wieczór,  kochanie  –  oświadczyła  zamiast  powitania.  –  Tak  się 

cieszę, że mogę ci jakoś pomóc. Opowiem ci o urlopie, który spędziłam w Europie. 

–  Objęła  mocno  Lauren,  a  potem  odwróciła  się  do  Daniela.  –  Jesteś 

ochroniarzem,  prawda?  Cześć!  –  Nie  spojrzała  mu  w  oczy  i  już  nie  zwracała  na 
niego uwagi. 

– Co mogę dla ciebie zrobić, kochanie? Przygotować ci kąpiel? 
– Nic mi nie jest, Corinne – odparła łagodnie Lauren, jakby chciała ją uspokoić. 

To  ona  troszczyła  się  o  przyjaciółkę,  a  nie  odwrotnie.  –  Po  prostu  potrzebuję 
czyjegoś towarzystwa. 

–  Czy  sprawdziłaś  pod  łóżkami?  Czy  twój  telefon  działa?  –  Najwidoczniej 

Corinne należała do ludzi, którzy lubią być potrzebni. 

background image

29 

 

Daniel powiedział cicho do Lauren: 
– Wyjdę teraz, jeśli wszystko jest w porządku. 
– Tak właśnie jest. 
– I rano pojedziesz do twojego taty? 
– Tak. – Skinęła głową. 
Dopiero  po  tej  odpowiedzi  trochę  się  odprężył  i  zaczął  myśleć  o  swoich 

chłopcach. 

Zabrał Coreya i Jesse'ego od matki bardzo późno. Mama i chłopcy bardzo się 

kochali, ale Daniel uważał, że dzieci spędzają za dużo czasu z babcią, a za mało – z 
tatą. Chyba nie tylko Lauren marzyła o tym, by zostać rodzicem doskonałym. 

–  Mam  bardzo  dobrego  szefa  ochrony  osobistej,  który  mógłby  wykonać  to 

zadanie  –  powiedział  Daniel,  pochylając  się  do  przodu.  Czuł,  jakie  ma  napięte 
mięśnie. Po weekendzie spędzonym z dziećmi uspokoił się trochę, ale teraz, kiedy 
rozmawiał z Lauren i jej ojcem, niepokój powrócił ze zdwojoną siłą. 

–  Nie,  Danielu,  chcę  ciebie  –  odparł  John  Van  Shuyler  bez  namysłu. 

Zmarszczki wokół jego ust pogłębiły się jeszcze bardziej. Siwowłosy, lecz wciąż w 
dobrej formie, musiał mieć teraz ponad siedemdziesiąt lat. 

–  Tu  chodzi  o  bezpieczeństwo  mojej  jedynej  córki.  Chcę,  żebyś  osobiście 

czuwał  nad  tą  sprawą.  –  Ojciec  Lauren  mówił  stanowczym  tonem  biznesmena, 
któremu notorycznie brakuje czasu. 

– Tak, w porządku, proszę pana – odpowiedział mu Daniel. – Rzucił spojrzenie 

na Lauren i zauważył, że niemal niedostrzegalnie wzruszyła ramionami. 

Próbowałeś, przekazała mu w ten sposób. 
John spojrzał na zegarek i oznajmił: 
– Muszę iść na inne spotkanie. Czy możecie załatwić resztę spraw sami? 
– Przyniosłem trochę notatek – odrzekł Daniel. 
– Informuj mnie na bieżąco, Lock, ponieważ moja córka potrafi być bardzo, ale 

to bardzo uparta. 

Nikt  się  nie  roześmiał,  zapadła  niezręczna  cisza.  Kiedy  tylko  za  ojcem 

zamknęły się drzwi, Lauren poczuła się nieswojo. Nagle coś przyszło jej do głowy. 

– Czy mój tata wie, że byłeś na budowie, kiedy zawalił się tamten budynek? Że 

zostałeś uwięziony razem ze mną? 

– Teraz wie – odparł. 
– Od kiedy? 
– Od naszej rozmowy w zeszłym tygodniu, gdy zaproponował mi to zlecenie. 
–  I  nic  mi  nie  powiedział!  –  Potrząsnęła  głową,  wyraźnie  zdegustowana.  – 

background image

30 

 

Zaczynam mieć tego wszystkiego dosyć! 

– Dosyć czego? 
– Dosyć traktowania mnie jak... jak... 
– Jak kobiety w ósmym miesiącu ciąży, która otrzymała anonimowe pogróżki i 

której przecięto opony? 

– Nie! Mam dosyć traktowana mnie jak małej dziewczynki, której nie mówi się 

o wszystkim, bo i tak jest za głupia, by to zrozumieć. 

Przytrzymując  brzuch,  z  pewnym  trudem  wstała  z  kanapy  i  spiorunowała 

Daniela wzrokiem. 

–  Mówię  poważnie  –  ciągnęła.  –  Od  tej  pory  będziesz  informował  mnie 

wyczerpująco o rozwoju sytuacji. 

O wszystkim, co powiedzą ci na policji. O wszystkim, co usłyszysz od mojego 

ojca.  O  wszystkim,  co  zamierzasz  zrobić.  Pominiesz  choćby  jedno,  i  następnego 
dnia zostaniesz... odsunięty od sprawy! 

– No cóż, dobrze o tym wiedzieć – mruknął. Spojrzała na niego ze złością. 
– Ja nie żartuję! 
– Ja też. Naprawdę dobrze o tym wiedzieć. 
– Dlaczego? – Nadal mu nie ufała. 
–  Bo  mnie  też  odpowiada  taki  układ.  Nie  boisz  się,  chcesz  mieć  dostęp  do 

wszystkich uzyskanych informacji. 

A poza tym... 
Czekała chwilę, a potem go ponagliła. 
– Tak? Co poza tym? 
–  Która  godzina?  –  Spojrzał  na  stary  zegarek  z  zaśniedziałą  metalową 

bransoletką.  Lauren  domyśliła  się,  że  prawdopodobnie  należał  do  jego  zmarłego 
ojca.  –  Za  kwadrans  szósta.  Muszę  odebrać  dzieciaki,  ale  pozostało  nam  wiele 
spraw do omówienia. Czy moglibyśmy to zrobić przy kolacji? 

– Na mieście? Z twoimi chłopcami? 
–  Nie,  u  mnie  w  domu.  Zamówimy  pizzę.  Przepraszam,  wiem,  że  to  nie  jest 

idealne rozwiązanie, ale ja naprawdę... 

– Rozumiem – powiedziała szybko. – Nie ma problemu. To żaden kłopot. 
Nigdy dotąd nie widziała u niego takiego wyrazu twarzy. Dopiero w tej chwili 

zdała sobie sprawę, jak bardzo Daniel kocha dzieci. 

–  Nie  musisz  nic  tłumaczyć  –  mówiła  dalej.  –  To  oczywiste,  że  pragniesz 

spędzać jak najwięcej czasu z synkami. No to jesteśmy umówieni. 

– Czy dzisiaj przyjechałaś do pracy swoim samochodem? – zapytał Daniel. 

background image

31 

 

– Nie, wzięłam taksówkę. – Napotkała jego czujne spojrzenie i zarumieniła się. 

– Tak, masz rację, stchórzyłam. Czy źle zrobiłam? 

–  Ależ  nie,  wręcz  przeciwnie.  Na  pewno  nie  chcesz  wpaść  w  pułapkę 

zastawioną  przez  jakiegoś  sfrustrowanego  i  zdesperowanego  wspólnika  twojego 
byłego narzeczonego, domagającego się zwrotu pieniędzy. 

Spojrzała na Daniela i zauważyła, że zmrużył oczy i zacisnął usta. Ta poważna 

mina uwydatniła jego mocno zarysowaną szczękę i wystający podbródek. 

– Nic nie wiedziałam o interesach Bena – wyjaśniła. – Ani o planach ucieczki z 

kraju. Wierzysz mi, prawda? 

–  Oczywiście,  że  wierzę!  Sprawdzę  dokumentację  interesów Bena  i  jego  akta 

osobiste  w  poszukiwaniu  wskazówek,  kto  może  za  tym  stać.  Nie  oczekuję,  że 
podasz mi na tacy listę podejrzanych, ani że sama zbadasz tę sprawę. Znalazłaś się 
mimo  woli  w  samym  środku  wydarzeń,  jesteś  w  ciąży  i  najwidoczniej  wcale  nie 
masz  zaufania...  –  Urwał,  a  potem  dodał:  –  Według  mnie  jesteś  bardzo  odważna. 
Chodźmy już, dobrze? 

Chciałaby zobaczyć w tej chwili jego twarz, ale odwrócił się w stronę drzwi. Co 

więcej,  pragnęłaby  usłyszeć  zakończenie  tamtego  zdania.  Komu,  jego  zdaniem, 
zupełnie nie ufała? 

Jesse i Corey byli wspaniali. 
Powitali  tatę  żywiołowo,  tuląc  się  i  obejmując  go.  Lauren  widziała  matkę 

Daniela, Margaret Lachlan, tylko przez chwilę, jednak zdołała to i owo zauważyć. 
Grube  uda  w  wygodnych,  elastycznych  spodniach,  krótkie,  siwe  włosy,  brak 
makijażu; dużo zmarszczek i pogodny uśmiech. 

Daniel przedstawił Lauren jako swoją klientkę i córkę Johna Van Shuylera. 
Pani  Lachlan  skinęła  głową,  biorąc  w  dłonie  ręce  Lauren  i  ściskając  je 

delikatnie. 

–  Mój  mąż  tak  bardzo  podziwiał  pani  ojca.  Powinni  byli  utrzymywać  bliższe 

stosunki, wtedy już dawno zostalibyśmy przyjaciółmi. Przykro mi, że właśnie teraz 
przeżywa pani takie trudne chwile. 

– Daniel na pewno bardzo mi pomoże – odparła Lauren i uśmiechnęła się. 
Grzeczność  za  grzeczność.  Tak  wypadało  powiedzieć.  Jednak  już  po  chwili 

uświadomiła sobie, że to nie pusty frazes, a szczera prawda. 

W  samochodzie  chłopcy  śpiewali  przez  pierwsze  piętnaście  minut,  a  przez 

resztę  podróży  pokazywali  palcem  każdą  ciężarówkę,  każdy  autobus  i  ambulans, 
który  ich  mijał.  Kiedy  Daniel  wrócił  do  samochodu  z  dwoma  tekturowymi 
pudełkami, Corey i Jesse krzyknęli zgodnym chórem: 

background image

32 

 

– Tak, to pizza! 
Lauren zerknęła do tyłu. Synkowie Daniela mieli niebieskie oczy,  jedwabiste, 

kręcone włoski i roześmiane buzie. Wyglądali na szczęśliwe i kochane dzieci. 

W podmiejskim domu Daniela panował bałagan. Początkowo widok ten trochę 

zaszokował Lauren. Gdy pomyślała o tych wszystkich bakteriach... Stała sztywno 
na  środku  salonu,  pocierając  zmęczone  plecy.  A  chłopcy  natychmiast  uklękli  i 
zaczęli się bawić. Daniel zaś zdjął marynarkę, podwinął rękawy koszuli i poszedł 
do kuchni. 

Gdy  Lauren  rozejrzała  się  dokładniej,  dostrzegła,  że  wszędzie  jest  bardzo 

czysto, ostre kanty mebli poowijane są specjalną folią, a z zamków szaf i szuflad 
wyjęto  klucze.  Wszystko  to  podniosło  ją  na  duchu.  Z  lekkim  wahaniem 
zdecydowała,  że  ten  bałagan  jest  w  sumie  niegroźny  i  nawet  dość  malowniczy. 
Trochę zabawek, czyste ubrania, sterty książeczek i kolorowych rysunków. 

Daniel zajrzał na chwilę do salonu. 
–  Przepraszam.  –  Machnął  ręką.  –  To  wygląda  jak  pobojowisko,  prawda? 

Czasami po prostu brak mi czasu na sprzątanie. 

– Czy mogę pomóc? 
– Posprzątać? Do diaska, nie! 
Wielkimi krokami wrócił do kuchni, a Lauren poszła za nim. 
– Chodziło mi... o pizzę. 
– A co tu jest do roboty? Po prostu usiądź! 
Położył pudełka z pizzą na stole w przytulnej wnęce jadalnej, chwycił talerze, 

szklanki i serwetki, po kolei umył buzie i rączki synom. Potem wszyscy zasiedli do 
kolacji. 

Przez cały czas Lauren bacznie obserwowała Daniela. 
Świetnie  sobie  radził,  był  rozluźniony  i  niesłychanie  cierpliwy.  Nie  podnosił 

głosu na dzieci. 

Wywarł  na  niej  duże  wrażenie,  a  nawet  poczuła  zazdrość.  Sama  często 

zastanawiała  się,  jak  poradzi  sobie  z  rodzicielstwem.  Miała  ambicje,  by  zastąpić 
dziecku  również  ojca,  lecz  obawiała  się,  że  już  same  zabiegi  pielęgnacyjne 
przysporzą  jej  wielu  kłopotów  Przynajmniej  była  przygotowana  od  strony 
praktycznej.  Urządziła  pokój  dla  maleństwa,  kupiła  ubranka,  zabawki.  W  ten 
sposób udało jej się wmówić sobie, że w pełni kontroluje sytuację. 

No  i  przeczytała  mnóstwo  poradników.  Ale,  prawdę  mówiąc,  po  tej  lekturze 

poczuła się  jeszcze  gorzej  i  mniej  pewnie.  Daniel  sprawił,  że nagle  wszystkie  jej 
obawy zbladły. 

background image

33 

 

– Nie masz gosposi? – zapytała. 
–  Próbowałem  tego  –  odrzekł  –  ale  nie  byłem  zbyt  zadowolony.  Miałem 

wrażenie, że obca osoba narusza moją prywatność. 

– O rany, skąd ja to znam? 
Zignorował jej zgryźliwą uwagę i ciągnął – dalej. 
–  Nie  przeszkadza  mi  bałagan.  Korzystamy  z  usług  wyspecjalizowanej  firmy. 

Sprzątają raz w tygodniu, żeby do minimum ograniczyć inwazję kurzu i zarazków, 
a poza tym my, faceci, żyjemy, jak nam się podoba. 

– Trzech facetów, co? 
–  Tak,  a  z  każdym  rokiem  będzie  coraz  gorzej.  –  Uśmiechnął  się  do  niej 

szeroko. – No, weź kawałek pizzy. 

Wzięła jeden i spytała ostrożnie: 
–  Czy  nie  dajesz  chłopcom  w  ten  sposób  dobrego  przykładu?  No  wiesz, 

poszanowanie wolności, dbanie o własne rzeczy... 

Spojrzał na nią z uśmiechem. 
– W jakiej książce to wyczytałaś? 
– Nie pamiętam. – Zarumieniła się lekko pod jego rozbawionym spojrzeniem. – 

A dlaczego uważasz, że gdzieś to wyczytałam? 

– Zauważyłem stertę poradników przy twoim łóżku. 
– No tak. Który z nich byś mi polecił? 
– Odpowiem, kiedy kilka z nich przeczytam. 
Otworzyła usta ze zdumienia. 
– Nie przeczytałeś żadnego? Musiałeś! – Była naprawdę wstrząśnięta. 
– Przeczytałem kilka po śmierci Becky – przyznał. 
Z roztargnieniem ugryzła duży kawałek pizzy i podparła podbródek wolną ręką, 

gotowa słuchać i uczyć się od praktyka. 

– Trzymałem je przy łóżku, tak jak ty. Dwa rozdziały z jednej, trzy z drugiej... 

Czasami wydawało mi się, że to jakiś thriller. Nie spałem całymi nocami. Leżałem 
pokryty  potem,  pełen  skruchy  i  przerażenia,  że  oto  jednym  nieprzemyślanym 
gestem lub słowem okaleczyłem psychicznie moje dzieci. 

– Chyba żartujesz! 
–  Tylko  trochę  przesadzam  –  odparł.  –  W  końcu  uznałem,  że  ludzie  z  taką 

wybujałą wyobraźnią jak ja i talentem do przewidywania najgorszych scenariuszy 
powinni  trzymać  się z  daleka  od  książek o  opiece nad  dziećmi.  Teraz  kieruję  się 
zdrowym rozsądkiem i jestem o wiele szczęśliwszy. Dzieci też. 

– Skąd wiesz, że chłopcy są szczęśliwi? 

background image

34 

 

Zmarszczyła brwi i ugryzła następny kawałek pizzy. 
Obaj chłopcy mieli buzie wymazane sosem pomidorowym, policzki wypchane 

ciastem  i  serem.  Jeśli  wierzyć  tabelkom  z  książek,  spożywanie  pizzy  powinno 
zostać zabronione. Sól i tłuszcz kapiący z każdego kęsa, prawie żadnych witamin. 
No tak, ale za to ten wspaniały smak... 

– No cóż, myślę, że mógłbym przeprowadzić pewien eksperyment – stwierdził 

Daniel. – Rozdzielić chłopców na trzy miesiące i jednego wychowywać zgodnie z 
mądrymi teoriami, drugiego – według własnego widzimisię. Potem powinienem ich 
przebadać fizycznie i psychicznie i porównać wyniki. Ciekawe, który z bliźniaków 
lepiej by się rozwijał? 

– Żartujesz. 
– Tak, żartuję. 
– A ty najwidoczniej myślisz, że jestem neurotyczką. 
Pochylił się nad stołem i dotknął ręki Lauren. Ta pieszczota była lekka, krótka i 

niewinna, ale Lauren aż zadrżała. 

–  Nie  jesteś  neurotyczką  –  powiedział,  patrząc  jej  w  oczy.  –  Znalazłaś  się  w 

trudnej sytuacji i czasami reagujesz zbyt gwałtownie. To się zdarza, prawda? 

– Przypuszczam, że tak – przyznała, a potem wzruszyła ramionami. 
–  Spokojnie,  nie  ma  się  o  co  kłócić.  Nie  twierdzę,  że  znam  odpowiedzi  na 

wszystkie pytania. 

– A szkoda... 
Roześmiał się. 
–  Nie  martw  się,  poradzisz  sobie.  Na  pewno  będziesz  wspaniałą  matką. 

Potrzeba tylko dużo cierpliwości, pogody ducha i miłości. 

– Ja już kocham moje dziecko. – Objęła ręką brzuch. 
–  Schodzę!  –  zawołał  Corey,  ten  w  czerwonym  sweterku,  i  zaczął  się 

niecierpliwie wiercić na krzesełku. 

– Chcę się wykąpać! – zawtórował mu Jesse. 
–  No  dobrze.  Położę  ich  spać,  a  potem  wrócimy  do  sprawy,  którą  mieliśmy 

omówić – zaproponował Daniel, patrząc pytająco na Lauren. 

– Ja posprzątam – zaproponowała. 
Oczywiście powiedział jej, że nie musi tego robić, ale i tak go nie posłuchała. 

Miała dość czasu, żeby posprzątać również w salonie. Czołgała się niezdarnie na 
czworakach,  wkładając  klocki,  samochodziki  i  drewniane  wagoniki  do 
plastikowych pudełek. 

– Już jestem wolny – oznajmił Daniel, stając w progu salonu. – Corey właśnie 

background image

35 

 

nauczył  się  wychodzić  z  łóżeczka,  musiałem  porozkładać  na  podłodze  poduszki. 
Na szczęście Jesse jest trochę spokojniejszy. To co, zaczynamy? Robi się późno. 

Lauren  patrzyła,  jak  Daniel  wyjmuje  dokumenty  z  aktówki.  Zauważyła  kilka 

broszurek  o  różnych  systemach  alarmowych  i  blok  papieru  pokryty  nierównym 
pismem Daniela. 

Poważni  i  skupieni  pochylili  się  nad  papierami.  Efektywność  i  operatywność 

Daniela  wywarła  na  Lauren  duże  wrażenie  i  dodała  jej  otuchy.  Poczuła  się  też 
swobodniej, gdyż żadne z nich nie wracało do wydarzeń sprzed pół roku. 

Prawie  skończyli,  kiedy  Daniel  nadstawił  uszu,  urwał  w  pół  zdania  i  wytężył 

słuch.  Z  korytarza  dobiegał  odgłos  lekkich  kroków,  po  chwili  do  salonu  wszedł 
Corey. 

– Wyszedłem z łóżeczka, tato – obwieścił triumfalnie i zrobił śmieszną minę. 
Rzucił się w ramiona Daniela, który ze śmiechem posadził malca na kanapie. 
– Mój mały, ty nie masz pojęcia, że wcale nie jestem tym zachwycony, prawda? 
–  Nie  wierzę,  Danielu  –  powiedziała  Lauren,  której  udzieliło  się  rozbawienie 

Daniela. – Wiem, co naprawdę czujesz. Jesteś dumny ze swojego synka. 

–  Czy  teraz  rozumiesz,  czemu  wyrzuciłem  wszystkie  poradniki?  Chyba 

powinienem popatrzeć na Corey a z dezaprobatą, ale nie potrafię. Spójrz, jaki on 
jest  z  siebie  dumny!  Myśli,  że  świetnie  się  spisał.  –  Mocno  przytulił  synka  i 
pocałował go w główkę. – Corey, chce ci się spać? 

– Nie! – Niebieskie oczka malca zabłysły. 
– No tak, to co robimy? Nie będzie ci przeszkadzać, jeśli mały tu zostanie? I tak 

zaraz kończymy. 

– Mnie to nie przeszkadza – odpowiedziała Lauren zgodnie z prawdą. 
Po dziesięciu minutach, kiedy skończyli, Corey spał, opierając pulchną rączkę 

na udzie Daniela, a główkę na poduszce. Ten widok rozczulił Lauren i uświadomił 
jej,  że  Daniel  może  ją  wiele  nauczyć.  Czuła  się  zagubiona  i  samotna.  Czasami 
nawiedzało ją ponure przeświadczenie, że nigdy nie będzie dobrą matką. 

A zaraz potem zadała mu przypuszczalnie najgorsze z możliwych pytań. 
– Jak... jak umarła twoja żona, Danielu? 
Daniel wzdrygnął się lekko, a Corey mruknął coś przez sen. 
–  Przepraszam.  –  Złożyła  jego  notatki,  próbując opanować drżenie  rąk.  –  Nie 

miałam prawa... 

– W porządku – odparł. – To znaczy, wydaje mi się nienaturalne unikanie tego 

typu rozmów. 

–  Tak,  ja  czuję  to  samo  w  odniesieniu  do  śmierci  mojej  matki  –  przyznała 

background image

36 

 

Lauren. – To tak, jak gdyby ludzie udawali, że ona nigdy nie istniała. 

–  Próbuję  opowiadać  o  niej  chłopcom.  No  wiesz,  same  miłe  rzeczy.  Razem 

oglądamy jej fotografie. Jednak pewnego dnia będą musieli się dowiedzieć, co się 
stało. To było... – Urwał i potrząsnął głową. – Widzisz, to po prostu nie powinno 
było  się  stać.  W  trakcie  ciąży  Becky  dostała  cukrzycy,  to  się  czasami  zdarza  i 
ustępuje po porodzie. U niej było inaczej... Początkowo czuła się dobrze, ale potem 
przeczytała tę książkę... 

Roześmiał się gorzko. 
– Może dlatego nie cenię wysoko poradników – ciągnął. – Lubię dreszczowce, 

ponieważ  ich  autorzy  nie  udają,  że  znają  odpowiedzi  na  podstawowe  pytania.  W 
każdym  razie  Becky  wbiła  sobie  do  głowy,  że  może  kontrolować  poziom  cukru 
jedynie  poprzez  ćwiczenia  i  odpowiednią  dietę.  Zaczęła  chodzić  na  spotkania 
zwolenników medycyny alternatywnej. – Sposępniał. – Nigdy mi nie powiedziała, 
że przestała przyjmować insulinę. 

Kiedy pewnego dnia wróciłem z pracy, chłopcy spali w swoich łóżeczkach, a 

Becky leżała w śpiączce w łazience na podłodze. 

Zszokowana Lauren tylko pokręciła głową. 
– Sanitariusze byli wspaniali, po prostu fantastyczni. Ale było już za późno. Nie 

mogli jej z tego wyciągnąć. A ja wciąż odczuwam wściekłość. 

– Na nią? – Lauren z trudem wymówiła te słowa. 
– Tak. Na nią. Na tamtą książkę i na grupę tych durniów. Na siebie. Do diabła, 

dlaczego wtedy wyznałem ci, że mam poczucie winy? 

– Nie musisz mi opowiadać... 
–  Muszę,  potrzebuję  tego.  Przykro  mi  tylko,  że  karmię  cię  takimi 

ponuractwami. 

Rozczesał palcami włosy, a potem zaczął masować skronie. Jego wysokie czoło 

było  poorane  zmarszczkami.  Lauren  najchętniej  objęłaby  serdecznie  Daniela, 
podtrzymała go na duchu. Niestety, nie miała prawa tego robić. 

–  Gdybym  nie  był  taki  nieszczęśliwy  w  małżeństwie,  a  przede  wszystkim, 

gdybym  nie  gniewał  się  na  nią,  że  zaszła  w  ciążę...  Gdybym  bardziej  się  starał, 
pewnie nie ukrywałaby przede mną niczego! Nie potrafię należycie opłakiwać jej 
śmierci, bo wciąż dręczy mnie poczucie winy... 

Znowu  potrząsnął  głową.  Ich  oczy  się  spotkały  i  coś  między  nimi  zaiskrzyło. 

Usta  Daniela  przyciągały  wzrok  Lauren  niczym  magnes.  Miała  chęć  dotknąć  go, 
przesunąć rękoma po jego muskularnych ramionach i szerokich barach. 

– Przepraszam – powiedział. – Nie zasłużyłaś na to, by obarczać cię kłopotami. 

background image

37 

 

–  Ty  również  na  to  nie  zasłużyłeś.  Danielu.  Nie  powinieneś  obwiniać  się  za 

śmierć  Becky.  Nie  można  uratować  ludzi,  którzy  tego  nie  chcą.  Ja  przeżyłam  to 
samo z powodu Bena. 

– Więc rozumiesz mnie? 
– Tak, oczywiście. Miałam sobie za złe, że Ben z niczego mi się nie zwierzał. 

Dlaczego nie powiedział mi, że jego firma wpadła w tarapaty? Dlaczego uciekł? 

– Czasami czuję się bardzo samotny. Znasz to uczucie, prawda? 
– Aż za dobrze. 
– No cóż, skończyliśmy na dzisiaj, więc... – Daniel zająknął się. 
– Tak, pora na mnie. 
– Czujesz się bezpieczna w twoim domu? 
– Nic nie wskazuje na to, że ten facet wie, gdzie mieszkam. Wszystkie listy z 

pogróżkami  przysłał  do  firmy.  –  Zerknęła  na  Coreya,  który  głębiej  wtulił  się  w 
kolana ojca. – Nie wstawaj – powiedziała do Daniela. – Nie chciałabym go budzić. 
To takie wspaniałe dzieciaki. Wyjdę sama. 

–  Wszystko  w  porządku,  teraz  już  się  nie  obudzi.  Odprowadzę  cię,  a  potem 

położę go do łóżeczka. 

Daniel  wstał  ostrożnie,  przesuwając  śpiące  dziecko  na  ramię.  Lauren  słyszała 

rytmiczny oddech Coreya. Na tle koszuli ojca policzek malca wyglądał jak okrągłe, 
białe jabłuszko. Dotknęła miękkich loków chłopczyka, a Daniel uśmiechnął się do 
niej. 

– Najpiękniejszy widok na świecie, co? Rekompensuje cały ten bałagan. 
Lauren  nie  mogła  wykrztusić  ani  słowa,  więc  tylko  skinęła  głową  i  poszła  za 

Danielem  do  drzwi  frontowych.  Czuła  się  tak,  jakby  rozdzielała  ich  bezdenna 
przepaść. To ostatni człowiek na świecie, który chciałby nawiązać ze mną bliskie 
stosunki, pomyślała smętnie. 

 

background image

38 

 

Rozdział 5 

 
Miło to wygląda... 
Daniel  omiótł  taksującym  spojrzeniem  nieskazitelnie  czyste,  błyszczące, 

przyćmione  szyby  w  drzwiach  frontowych,  wypielęgnowane  rośliny  i  wolną  od 
kurzu tablicę głoszącą, że to jest Cedarwood Athletic Club. 

–  Są  tu  wszystkie  przyrządy  gimnastyczne,  których  szukałam  –  powiedziała 

Lauren.  –  A  potem  odkryłam,  że  jest  tu  również  szkoła  rodzenia  na  całkiem 
przyzwoitym poziomie. 

– A jak z bezpieczeństwem? 
– Przed wejściem trzeba pokazać przepustkę i dowód tożsamości z fotografią. 
– Możesz zaczekać minutę w samochodzie? Chciałbym coś sprawdzić. 
– Jasne. 
Odprowadziła go wzrokiem, gdy wbiegł na schody Sportowy strój uwydatniał 

jego mocne, długie nogi i szerokie ramiona. 

To  dziwne,  ale  po  wczorajszej  rozmowie  czuli  się  w  swoim  towarzystwie  o 

wiele  swobodniej.  Może  szczere  wyznania  ulżyły  im,  pomogły  pokonać 
wewnętrzne  napięcie.  Teraz  Lauren  przepełniała  energia  i  radość  życia.  Nabrała 
pewności, że poradzi sobie ze wszystkimi problemami. 

Zaczęła  też  rozumieć,  jak  ważna  jest  dla  Daniela  jego  praca.  Podchodził  do 

nowego zadania niezwykle poważnie, a piętrzące się przed nim trudności jedynie 
pobudzały go do działania. 

Po  przybyciu  do  jej  biura  wczesnym  popołudniem,  nie  tracił  czasu  na 

pogawędki.  Zamiast  tego  natychmiast  wzięli  się  do  pracy.  Daniel  pochwalił 
systemy i procedury bezpieczeństwa w centrali korporacji Van Shuylerów. Ustalili, 
że Lauren będzie jeździła kilkoma różnymi samochodami, zmieniając je na chybił 
trafił. 

Teraz wizytowali jej fitness club. Lauren widziała Daniela przez przydymione 

szyby. Stał przy ladzie i rozmawiał z uśmiechniętą recepcjonistką. Najwidoczniej 
ta  rozmowa  satysfakcjonowała  obie  strony.  Recepcjonistka  kiwała  głową  i 
dowodziła  czegoś  z  coraz  większym  zapałem.  Wystukała  coś  na  klawiaturze 
komputera, wysłuchała uważnie Daniela, a potem podała mu coś ponad wysokim 
biurkiem. Lauren nie mogła dostrzec, co to było. 

Daniel powiedział coś, co zostało skwitowane kolejnym szerokim uśmiechem, a 

potem  szybko  pobiegł  do  drzwi.  Lecz  kiedy  dotarł  do  samochodu  i  usiadł  na 

background image

39 

 

miejscu pasażera, miał znacznie poważniejszą minę. 

– Otrzymałem przepustkę dla gościa, żebym mógł obejrzeć wyposażenie klubu 

–  wycedził.  –  Ależ  ze  mnie  szczęściarz. Vanessa  z  recepcji była  zachwycona,  że 
zamierzam wstąpić do klubu. 

Lauren natychmiast odgadła, do czego zmierza. 
– To niedobrze, prawda? 
– Fatalnie. Wprawdzie musiałem pokazać dowód tożsamości z fotografią, ale ta 

dziewczyna natychmiast zobaczyła we mnie potencjalnego klienta. Wystarczyło się 
miło uśmiechnąć. Może twój prześladowca już należy do tego klubu. 

–  Nie  strasz  mnie,  bo  i  tak  będę  tu  przychodzić!  –  Te  słowa  wyrwały  się  jej 

prosto z serca. – W tutejszej szkole rodzenia poznałam kilka wspaniałych kobiet. 

– Nie zamierzam cię do niczego zmuszać. 
– Dziękuję! 
–  Wejdźmy  tam.  Pokażesz  mi  basen  i  salę,  gdzie  ćwiczysz.  Porozmawiam  z 

osobami odpowiedzialnymi za bezpieczeństwo tego klubu i powiem im, że miałaś 
pewne problemy. Sprawdzę ich kamery i procedury postępowania w razie jakiegoś 
wypadku.  A  skoro  już  o  tym  mowa,  nie  powinnaś  z  góry  zakładać,  że  twoim 
prześladowcą  jest  mężczyzna.  To  może  być  kobieta  lub  para.  Ktoś  próbuje  cię 
zastraszyć, wzbudzić w tobie poczucie winy, więc moim zdaniem trzeba rozważyć 
scenariusz  zakładający  bezpośrednią  konfrontację.  Zaczekają  na  odpowiedni 
moment, gdy będziesz zupełnie bezbronna... 

–  Chcesz  powiedzieć,  gdy  się  przebieram  lub  jestem  naga  i  właśnie  wyszłam 

spod prysznica? 

– Tak – zgodził się z nią Daniel. 
– Cholera jasna! 
Daniel westchnął w duchu. Czuł się w towarzystwie Lauren coraz swobodniej. 

Wczoraj  przyjęła  ze  zrozumieniem  jego  wyznanie  i  dopatrzyła  się  pewnych 
podobieństw  do  tego,  co  zaszło  między  nią  i  Benem.  W  jakiś  sposób  poczuł  się 
oczyszczony.  Dlatego  dzisiaj  mógł  poświęcić  wszystkie  myśli  nowemu  zadaniu, 
czyli zapewnieniu Lauren bezpieczeństwa. 

Sęk w tym, że im lepiej poznawał jej codzienne zajęcia, tym częściej dochodził 

do  wniosku,  iż  Lauren  wcale  nie  potrzebuje  dodatkowych  alarmów  i  kamer,  ona 
potrzebuje jego. 

A  właściwie  jakiegoś  ochroniarza.  Zatrudniał ich  mnóstwo, na  pełnym  etacie, 

na  pół  etatu,  tymczasowo,  na  stałe.  Przysadzistych,  ciemnowłosych  i  krzepkich. 
Wysokich, smukłych blondynów. Miał odpowiedni personel do takiej roboty. 

background image

40 

 

Wiedział  jednak,  że  John  Van  Shuyler  natychmiast  zaprotestuje  przeciwko 

podobnemu rozwiązaniu. 

–  To  jest  sala,  gdzie  ćwiczymy  –  powiedziała  Lauren,  wskazując  przeszklone 

ściany. 

Daniel  był  w  rozterce.  Czy  powinien  spodziewać  się  eskalacji  zagrożenia? 

Westchnął ciężko. 

– Gdzie zazwyczaj ćwiczysz? Z przodu sali? Z tyłu? Potrząsnęła głową. 
– Tam, gdzie akurat jest wolne miejsce. 
–  W  przyszłości  podchodź  jak  najbliżej  do  tej  murowanej  ściany  i  unikaj 

szklanej. Nie zbliżaj się do szatni, jeśli jest pusta. Tam  mieści się odkryty basen, 
tak? 

–  Tak,  możesz  go  zobaczyć  z  tarasu  kawiarni.  –  Ruszyła  w  tym  kierunku,  a 

Daniel poszedł za nią. 

–  Unikaj  tego  tarasu.  Pływaj  w  krytym  basenie.  Spróbuj  przyjeżdżać  tu  o 

różnych porach i zmieniaj miejsca, gdzie parkujesz – powiedział bez entuzjazmu. – 
To... – – rozłożył ręce – to całkiem oczywiste. Po prostu musisz nauczyć się myśleć 
w taki sposób. 

–  To  wspaniale!  Cudownie!  –  odparła  ironicznie,  sztywnym  krokiem 

przemaszerowała  przez  kawiarnię  i  dotarła  na  taras.  Oparła  łokcie  o  drewnianą 
poręcz,  z  nachmurzoną  miną  spojrzała  na  opustoszały  teren  wokół  basenu,  z 
którego spuszczono wodę. 

– Chcę zwrócić ci uwagę na to, co oczywiste – dodała po chwili. – Ten basen 

zamknięto na zimę. Jeden problem masz z głowy. 

– Rozważam jeszcze jeden pomysł. 
– Czyżby? – Spojrzała na niego przez ramię. 
–  Całodobowa  osobista  ochrona  –  wyjaśnił.  –  Moja,  kiedy  to  możliwe.  Przez 

resztę czasu dyżury moich ludzi. 

– Nie. Nie! 
Wzruszył ramionami, wyłącznie po to, żeby ukryć ulgę, jaką poczuł. 
– Wybór należy do ciebie. 
Utkwiła w nim uważne spojrzenie. 
–  Ale  mój  tata  nie  dokonałby  takiego  wyboru,  prawda?  On  by  przyjął  twoją 

propozycję. 

– Myślę, że tak. 
–  W  takim  razie  nie  powiemy  mu  o  tym.  Mam  dowody  na  to,  że  umiesz 

dochować tajemnicy, kiedy chcesz. 

background image

41 

 

Nagle  poczuł  wyrzuty  sumienia.  Pewnie, mogliby  razem  udawać  przed  ojcem 

Lauren, że w pełni kontroluje sytuację, ale to John miał rację. 

– Czy ty rzeczywiście właśnie teraz chcesz się narażać na najgorsze? – zapytał. 
– Nie boję się, raczej jestem wściekła. 
– A co z twoim dzieckiem? 
– A co z moim dzieckiem? – Jej twarz stężała jak maska. 
Nie pasowała do niej buńczuczna, zuchowata mina. 
–  Ile  procent  ryzyka  jesteś  w  stanie  zaakceptować,  gdy  w  grę  wchodzi  życie 

twojego  dziecka?  Dziesięć?  Dwadzieścia?  Prowadzisz  bez  pasa  bezpieczeństwa? 
Ile alkoholu pijesz? 

– Zero ryzyka. Na litość boską, dobrze o tym wiesz. 
–  No  cóż,  nie  mogę  ci  zagwarantować  bezpieczeństwa,  jeśli  nie  zgodzisz  się 

zatrudnić ochroniarza. 

– Nie chcę teraz o tym myśleć! – Zamknęła oczy. 
– Musisz! 
– Skończmy przegląd moich codziennych zajęć. Chciałeś zobaczyć mój kościół, 

jeszcze raz rzucić okiem na dom. Potem się zastanowię. 

– W porządku. 
– Zimno mi. – Skrzyżowała ramiona i zaczęła rozcierać je rękoma. 
Kościół, do którego chodziła Lauren, mieścił się w dzielnicy będącej siedzibą 

wielu  firm.  Lauren  musiała  przyznać,  że  w  niedzielę  było  tam  prawie  pusto. 
Danielowi to się nie spodobało. 

Lauren również. 
– A teraz pewnie mam zrezygnować z niedzielnej mszy! 
– Zmień kościół. Zamieszkaj z ojcem w New Jersey i chodź do jego kościoła. 
– Ojciec spędza weekendy w Nowym Jorku, u bliskiej przyjaciółki. 
–    –  Możesz  chodzić  do  mojego  kościoła.  Znajduje  się  w  bezpieczniejszym 

miejscu, a na parkingu, który do niego przylega, zawsze jest duży ruch. 

Nie odpowiedziała. Zastanowił się, pod wpływem jakiego idiotycznego impulsu 

wysunął tę propozycję. Był pewny, że Lauren odmówi. 

Potem  pojechali  do  jej  domu.  Daniel  zaproponował  jej  zainstalowanie 

dodatkowego systemu alarmowego, na co Lauren wyraziła zgodę. Zapytał też, czy 
przechowuje w domu jakieś kosztowności. Czy ma sejf? Czy trzyma gotówkę lub 
biżuterię  w  łatwo  dostępnych  miejscach?  Odpowiadała  na  pytania,  nie  kryjąc 
narastającej irytacji. 

Powstrzymał się od złośliwości, tylko spokojnie zapytał: 

background image

42 

 

– Czy zamykasz swoją szafę na dokumenty? 
– Tak! Zobacz! – Przechyliła się lekko w bok i przesadnie mocno pociągnęła za 

rączkę  górnej  szuflady,  najwidoczniej  oczekując,  że  zamek  stawi  opór.  Lecz 
szuflada wysunęła się lekko i Lauren omal nie straciła równowagi. 

Daniel chwycił ją i postawił na nogi. Serce zabiło mu szybciej, jak zawsze, gdy 

dotykał  Lauren.  Nadal  stał  /.  a  blisko  niej.  Nie  mógł  oderwać  spojrzenia  od  jej 
pięknie wykrojonych ust i kosmyków cienkich, ciemnych włosów na jej karku. 

Natomiast  Lauren  była  znacznie  bardziej  wstrząśnięta  otwartą  szufladą  niż 

dotykiem Daniela, który położył ręce na jej ramionach. 

– To dziwne – powiedziała. – Zawsze zamykam. 
– A gdzie trzymasz klucze? 
– Jeden komplet przy breloczku, z innymi kluczami, a drugi tutaj... 
–  Urwała  i  wpatrzyła  się  w  mały  cynowy  dzbanuszek  do  połowy  napełniony 

spinaczami. 

– Nie ma ich tam. 
–  Nie,  są  tutaj.  –  Sięgnął  ręką  i  wziął  klucze  z  półki.  Leżały  obok  cynowego 

dzbanka. – Czy rzuciłaś je tam i chybiłaś? 

– Gdybym je rzuciła, to... Nie, nie rzuciłam i zamknęłam tę szufladę! 
Odwróciła się i zaczęła chodzić po pokoju tam i z powrotem, zacisnąwszy ręce 

w pięści. 

–  To  było  może  tydzień  temu.  Pamiętam  o  tym,  ponieważ  telefon  zadzwonił, 

zanim  przekręciłam  klucz.  Zamek  w  tej  szafce  zacina  się,  chyba  że  wsunie  się 
wszystkie  szuflady  naprawdę  mocno.  Kiedy  skończyłam  rozmowę,  wróciłam  i 
zamknęłam  szufladę.  Potem  schowałam  klucz  pod  spinaczami.  Właściwie  nie 
trzymam tu żadnych ważnych materiałów, ale... 

Zbladła, jej źrenice rozszerzyły się, oddech stał się płytki i nagle Daniel przestał 

się  troszczyć  o  osobiste  bezpieczeństwo  Lauren  czy  o  bezpieczeństwo  jej 
dokumentów. Teraz interesowało go tylko samopoczucie Lauren. 

–  Przygotuję  coś  do  zjedzenia  –  oświadczył.  –  A  potem  zastanowimy  się  na 

spokojnie. Uważasz, że ktoś tu był i grzebał w twoich rzeczach? 

– Ja o tym wiem! Jeszcze nie umiem powiedzieć, czy czegoś brakuje, ale ktoś 

na pewno zaglądał do tych szuflad. Na pewno! 

– I jesteś wściekła, co? – zapytał, wiedząc, że tak nie jest, bo Lauren po prostu 

się boi. 

– Podniosła głowę i spojrzała mu prosto w oczy. 
– Nie – odparła. – Tym razem jestem przerażona! 

background image

43 

 

Może sprawiło to błagalne spojrzenie jej szeroko otwartych oczu. A może ten 

niezwykły odcień błękitu i długie, ciemne rzęsy. Możliwe, że drżenie dolnej wargi. 
Bez względu na powód – Daniel nie umiał nad sobą zapanować. 

Przesunął  dłońmi  po  okrytych  miękkim  swetrem  barkach  Lauren,  po  jej 

kręgosłupie, i zatrzymał na plecach. Musnął podbródkiem jej włosy. Potem schylił 
głowę, szukając ust Lauren. 

Tylko  jeden  niewinny  pocałunek.  Nic  więcej,  przyrzekł  sobie  zbyt  późno. 

Muszę dodać jej otuchy. 

Nic z tego nie wyszło. Z ust Lauren wyrwał się cichy dźwięk. Może miał być 

protestem, ale zaraz potem zamienił się w pomruk zadowolenia. Ona również tego 
pragnęła z całego serca. 

Daniel delikatnie dotknął ustami jej warg. Raz, drugi, trzeci. Później przestał je 

liczyć i przestał myśleć. Przestał sobie powtarzać, że źle postępuje. 

To  nie  mogło być  złe,  skoro  sprawiało  im  obojgu  taką przyjemność,  prawda? 

Lauren miała gęste, jedwabiste i pachnące włosy. Rozwarła usta i odchyliła głowę 
do tyłu. Obsypywał  pocałunkami  jej usta, a ona chłonęła je jak spieczona ziemia 
chłonie  deszcz.  Zacisnęła  mocno  ręce  na  jego  biodrach,  najwidoczniej  prosząc  o 
więcej. 

Dał jej to, czego pragnęła. 
Oparł  ręce  na  twardym  brzuchu  Lauren,  przesuwał  usta  w  dół,  po  jej  szyi. 

Okrągły  dekolt  jej  swetra  był  luźny,  ale  Daniel  nie  mógł  sięgnąć  ustami  poza 
obojczyk Lauren, a przecież gorąco pragnął pieścić jej piersi. 

Wreszcie  znalazł  to,  czego  szukał.  Lauren  jęknęła,  gdy  potarł  palcami  jej 

wrażliwe sutki, odchyliła głowę. 

– Pragnę cię chronić, Lauren – szepnął. – Pragnę cię strzec. 
– Nie, po prostu całuj mnie. 
Pieścił  ją  przez  długie  minuty.  Obsypywał  pocałunkami  jej  usta,  szyję,  > 

miękkie  kosmyki  włosów  tuż  za  uchem.  Gładził  jej  piersi,  miękką  skórę  pleców, 
ciepłe  ramiona.  Lauren  trzymała  go  za  biodra,  tuląc  do  siebie.  Podobała  mu  się 
ślepa namiętność, która w niej zapłonęła. 

Dotknął wargami jej ucha, a potem szepnął: 
– Zdejmij sweter. Proszę. Chcę cię zobaczyć. Chcę cię dotknąć i poznać smak 

twego ciała. 

Lauren  już  cofnęła  się  o  krok,  skrzyżowała  ramiona  i  chwyciła  brzeg  swetra. 

Oczy miała otwarte, lecz przesłonięte mgłą. A jej włosy rozsypały się na wszystkie 
strony. 

background image

44 

 

Nagle  jednak  znieruchomiała,  potrząsnęła  głową,  opuściła  ręce  i  obronnym 

gestem  objęła  brzuch.  Sweter  ześlizgnął  się  jej  z  ramienia  i  Daniel  delikatnie 
podsunął go do góry. Pozwoliła mu na to, a następnie pokręciła głową. 

– Nie potrzebujemy tego, Danielu – powiedziała. – Wiesz o tym równie dobrze, 

jak ja. Z jakiegoś powodu nasze ciała czują inaczej, ale mylą się. 

–  Dlaczego  tak  uważasz?  –  Musiał  usłyszeć  to  od  niej.  Może  wtedy  się 

opamięta. 

–  Ponieważ  budowanie  prawdziwego  związku  między  nami  właśnie  teraz 

przypominałoby  wznoszenie  pięć–  dziesięciopiętrowego  wieżowca  na  bagnach. 
Nie  wiem,  jaki  będzie  stosunek  Bena  do  tego  dziecka. Przypuszczam, że  w  ogóle 
nie  będzie  się  nim  interesował.  W  dodatku  pojawił  się  ten  prześladowca, 
kimkolwiek jest. A ty... ty dobrze wiesz, jak wiele sprzecznych emocji tobą targa. 
Nie mam ochoty na przelotny romans, nie chcę tego ani dla siebie, ani dla mojego 
dziecka. 

– Lauren... – zaczął. 
Ponownie  potrząsnęła  głową.  Nie  chciała  słuchać  żadnych  argumentów. 

Niestety, nie mogła zaprzeczyć, że spalała ich żądza. Trawiła ich oboje, pozornie 
nieodparta,  pozornie  kusząca  obietnicą  ekstazy  i  zapomnienia,  i  wspomnieniem 
tego,  co  podarowali  sobie  sześć  miesięcy  temu.  Któż  nie  chciałby  przeżyć  tego 
wszystkiego? 

– Jeżeli zamierzasz się spierać – szepnęła – najpierw sam sobie odpowiedz na 

kilka pytań. 

– Jakich pytań? 
– Jak bardzo ufasz moim uczuciom? I jak bardzo ufasz własnym? 
– Ani trochę – zgodził się z nią. – Nie zamierzałem spierać się z tobą, Lauren. 

Masz  rację.  Nie  jestem  pewien,  czy  będę  umiał  obdarzyć  inną  kobietę  takim 
zaufaniem,  jakie  powinienem  był  pokładać  w  Becky.  Męczy  mnie  sama  myśl  o 
obudzeniu w sobie tych wszystkich uczuć, których nie podarowałem żonie. 

–  Rozumiem  –  odparła.  –  Kiedy  rozpada  się  twój  związek,  ogarnia  cię 

zmęczenie i zniechęcenie. Ja również tak się czuję. 

–  Wiesz  co,  czasami  poszłoby  łatwiej,  gdybyśmy  tyle  nie  rozmyślali. 

Gdybyśmy potrafili połączyć na krótko – nasze ciała, a potem rozejść się w różne 
strony. Zamiast tego, pragniemy jakoś dopasować pożądanie do uczuć... Nie wolno 
nam  prowadzić  tej  gry,  zwłaszcza  że  chwilowo  jesteśmy  skazani  na  swoje 
towarzystwo. Przepraszam. Nie powinienem był cię całować właśnie teraz. 

–  Nie!  –  wyrwało  jej  się.  –  Nie  powinieneś  był  mnie  całować  sześć  miesięcy 

background image

45 

 

temu. 

– Wtedy też nie – zgodził się z nią. – Już więcej tego nie zrobię. Byłaś wtedy 

taka  blada  –  ciągnął.  –  Zaniepokoił  mnie  twój  stan.  –  Wskazał  ręką  na  nadal 
otwartą  szufladę.  –  Jest  już  szósta.  Mam  później  jeszcze  jedno  spotkanie.  Może 
zamówimy coś do zjedzenia i ustalimy, jakiego rodzaju ochrony potrzebujesz? 

Skinęła głową w milczeniu, zbyt wyczerpana, aby cokolwiek powiedzieć. 
 

background image

46 

 

Rozdział 6 

 
Daniel usmażył befsztyk, ponieważ Lauren nie zgodziła się, by coś zamówić. 
–  W  tej  chwili  przeraża  mnie  sama  myśl  o  dostawcy  z  restauracji  –  wyznała, 

nakładając sałatkę na talerz. – Muszę to przezwyciężyć. Uda mi się, na pewno! 

–  Może  jednak  zamieszkasz  z  tatą?  –  Daniel  włożył  kilka  ziemniaków  do 

kuchenki mikrofalowej. 

Lauren potrząsnęła głową. 
– On tak bardzo się o mnie martwi, że oboje zwariowalibyśmy ze strachu. 
– A gdyby zamieszkała z wami przyjaciółka ojca? 
– Pracuję nad tym, by stać się bardziej niezależną osobą. Nie lubię, gdy ktoś się 

nade mną roztkliwia. Tamtego wieczoru, gdy nocowała u mnie Corinne, czułam się 
podle. Skakała koło mnie tak, jakbym była chora. 

– Trochę przesadza, jest zbyt egzaltowana. 
–  Ona  dobrze  mi  życzy.  Nasza  przyjaźń  przeżyła  liczne  wzloty  i  upadki,  ale 

znamy  się  od  dawna.  –  Od  szkoły  średniej,  kiedy  obie  nosiły  na  zębach  aparaty 
ortodontyczne, co było źródłem potężnych kompleksów i zahamowań. 

– Czy razem spędziłyście ten wieczór? 
–  Tak.  Zjadłyśmy  kolację,  obejrzałyśmy...  –  Urwała,  zrozumiawszy,  o  co  mu 

chodzi. – Jeżeli sugerujesz, że to Corinne szperała w mojej szafie na dokumenty... 

– Która z was pierwsza poszła do łóżka? 
– Ja, około dziewiątej, ale... 
– Kto tu był od tej pory? 
–  Tata,  w  sobotę  wieczorem.  Moi  przyjaciele,  Patrick  i  Catrina,  wpadli,  żeby 

oddać  pożyczone  kasety  wideo.  Mam  sprzątaczkę,  która  przychodzi  w 
poniedziałki, ale ona jest... Nie! Bridget O’Meara? Ona ma pięćdziesiąt siedem lat! 

–  Możesz  wybierać  spośród  nich,  Lauren.  Chyba  że  ktoś  rozbił  szybę  albo 

uszkodził zamek, a ty jeszcze tego nie zauważyłaś lub mi o tym nie powiedziałaś. 

– Zaraz po wejściu do domu sprawdzam wszystkie drzwi i okna. 
– To bardzo dobrze! 
– Nienawidzę tego! 
– Już o tym wspominałaś. 
– Chyba cię to nie dziwi? 
–  Nie,  ale  w  twojej  sytuacji  starałbym  się  reagować  racjonalnie,  a  nie 

emocjonalnie. 

background image

47 

 

Rzuciła mu gniewne, lodowate spojrzenie, ale on tylko uśmiechnął się lekko. 
– Walcz. Tak trzeba. 
–  W  porządku,  właśnie  przypomniałam  sobie,  że  jeszcze  ktoś  wchodził  do 

domu. W poniedziałek, kiedy byłam w pracy. Poleciłam dostarczyć nowe krzesło. – 
Dotknęła ręką pleców, które bolały ją coraz bardziej. – Bridget powiedziała, że ten 
facet  był  tu  jakiś  czas,  podczas  –  gdy  ona  sprzątała.  Chętnie  wysłucham  twego 
zdania na ten temat. 

– To i owo przyszło mi do głowy – przyznał. – Kiedy zjemy kolację, powinnaś 

sprawdzić,  czy  coś  ci  zginęło.  I  jeszcze  jedna  sprawa.  Bridget  ma  własny  klucz, 
prawda? 

– Inaczej nie mogłaby tu wejść, gdyż większość czasu spędzam poza domem. 
–  Lepiej  przypomnij  jej,  żeby  nigdy  nie  zostawiała  go  na  widoku.  Jutro  każę 

wymienić wszystkie zamki. 

Lauren  skinęła głową,  a  potem  postawiła  talerze na stole  w  rogu przestronnej 

kuchni.  Znalazła  też  obrus,  lniane  serwetki,  srebrne  kółka  do  serwetek  i 
kryształowe  szklanki  do  wody.  Dopiero  po  zakończeniu  tych  przygotowań 
zauważyła, że Daniel ją obserwuje. 

– Już rozumiem, dlaczego byłaś taka zdegustowana widokiem mojego salonu – 

mruknął. 

–  Czasami  wystarczy  drobiazg,  by  dom  bardzo  zmienił  się  na  korzyść  – 

odpowiedziała sztywno, sznurując  usta.  Potem  osunęła się  na najbliższe krzesło i 
przyłożyła  dłoń  do  czoła.  –  No  dobrze,  wyznam  ci  prawdę.  Kiedy  zaczynam 
myśleć,  że  sprawy  wymykają  mi  się  z  rąk,  zamieniam  się  w  nieznośną, 
pedantyczną zrzędę. 

– Zauważyłem – odparł łagodnie. 
Ich  oczy  się  spotkały.  Gdy  Daniel  się  uśmiechnął,  Lauren  mimowolnie 

odpowiedziała tym samym. Zrobiło jej się miło, że jakiś mężczyzna o niej myśli, 
stara się ją rozszyfrować. Ben nigdy tego nie robił. 

A potem Daniel wzruszył ramionami. 
– Przepraszam. To chyba zupełnie normalna reakcja u kogoś, komu grożono. 
– Och, bardzo nie lubię, kiedy zalicza się mnie do pospolitej większości. 
– Jednak twoje poczucie humoru jest wyjątkowe, jedyne w swoim rodzaju. – W 

jego  oczach  ujrzała  błysk  rozbawienia.  Chciała  się  na  niego  pogniewać,  lecz  nie 
mogła.  –  Trzymaj  się  tego,  jeśli  dzięki  temu  czujesz  się  silniejsza  –  dodał.  –  I 
oczywiście masz rację. Zachowanie kontroli jest naprawdę ważne. 

–  Czasami  myślę,  że  taka  postawa  mnie  wykańcza  –  wyznała,  rumieniąc  się 

background image

48 

 

gwałtownie. – Spodobał mi się twój dom, Danielu. Zwłaszcza to, co wymknęło się 
spod kontroli. 

–  Więc  może  pozwolisz  mi  przejąć  częściową  kontrolę  nad  twoim  życiem? 

Musisz zachować trochę sił dla dziecka, prawda? 

Kuchenka mikrofalowa zabrzęczała. Lauren poczuła, że robi jej się niedobrze z 

głodu. Jej dziecko szybko rosło i potrzebowało dużo kalorii. 

–  W  porządku.  –  Skinęła  głową.  –  Zgadzam  się,  zwyciężyłeś.  Załatwimy 

sprawę ochrony w sposób, jaki uznasz za najlepszy. Pod warunkiem, że będziemy 
przestrzegać pewnej zasady. 

– Co to za zasada? 
– Kiedy powiem, by ochroniarze czekali na zewnątrz, to posłuchają. 
– W porządku – odparł. – Podjęłaś właściwą decyzję. Naprawdę mnie to cieszy. 
Zauważyła jednak, że wcale nie wyglądał na zadowolonego. 
– Nigdy się do tego nie przyzwyczaję – oświadczyła Lauren. 
Zastukała  obcasikami  po  podłodze  korytarza  przed  salą  konferencyjną.  Przy 

każdym kroku fala bólu przenikała jej ciało. Bolały ją stopy. Bolała głowa. Bolały 
plecy. Bez względu na swój wizerunek kobiety interesu, ponownie założy te buty 
dopiero po urodzeniu dziecka! 

Był  piątkowy  wieczór,  dokładnie dziesięć  dni przed  Bożym  Narodzeniem.  To 

spotkanie skończyło się późno. Za godzinę i piętnaście minut zacznie się kolacja, 
podczas której będzie się rozmawiać o interesach. A Daniel nadal krążył wokół niej 
jak... jak mężczyzna, którego wynajęła do ochrony i który wykona swoje zadanie, 
nawet gdyby miał przypłacić to życiem. 

Był  jak  zwykle  ubrany  w  jeden  ze  swoich  ciemnych  garniturów  i  wyglądał 

wspaniale. Jednak sprawiał wrażenie człowieka, który marzy o tym, by być daleko 
stąd.  Rzucał  ukradkowe  spojrzenia  na  zegarek  i  gładził  podbródek.  Lauren  już 
bardzo dobrze znała ten gest. 

– O co chodzi? – zapytała wprost. 
– Liza miała mnie zastąpić o piątej, ale wynikły jakieś problemy. 
– Nie było nikogo innego? 
– Wiesz, że jestem bardzo wybredny, jeśli chodzi o dobór twoich ochroniarzy. 
– Wiem, że ja jestem bardzo wybredna. Kawa na ławę, Danielu. Gdzie się tak 

śpieszysz? 

Czyżby  umówił  się  z  jakąś  kobietą?  A  może  chciał  już  odebrać  synków  od 

babci? Tak, to o nich chodzi. Poznała to po wyrazie jego twarzy. 

– Obiecałem chłopcom przejażdżkę do centrum. Chcieli pooglądać świąteczne 

background image

49 

 

dekoracje  –  wyjaśnił,  potwierdzając  jej  przypuszczenia.  Zgarbił  się  i  wsunął  ręce 
do  kieszeni  spodni.  –  Powinienem  dotrzymać  słowa.  –  Roześmiał  się 
nieoczekiwanie.  –  Do  licha,  w  ostatni  weekend  kupiłem  dla  nich  prezenty 
gwiazdkowe, a oni nawet tego nie zauważyli. 

–  Naprawdę?  –  Czy  to  możliwe?  Zapragnęła  dowiedzieć  się  czegoś  więcej  o 

dwulatkach. Zwłaszcza takich zachwycających jak synowie Daniela. 

– Dobry jestem, co? Ale nie chcę ich zwodzić i oszukiwać. Mama przez cały 

dzień  opowiadała  im  o  tym  wypadzie  do  miasta.  Nie  cierpię  takich  sytuacji.  W 
takich chwilach żałuję, że jestem samotnym ojcem. 

– Twoja matka... 
–  Właśnie  do  mnie  zadzwoniła,  żeby  mi  przypomnieć,  iż  w  ten  weekend 

wyjeżdża  do  mojej  siostry  w  Wirginii.  Przywiązuje  dużą  wagę  do  tego  wyjazdu, 
musi się przygotować. 

– Przepraszam, Danielu. Mogłeś po prostu odejść. 
Nie  odpowiedział.  Nie  musiał.  Minęły  właśnie  trzy  tygodnie,  odkąd  zaostrzył 

ochronę Lauren. Znała go już dostatecznie dobrze i wiedziała, że Daniel nigdy nie 
schodzi z posterunku. 

–  Pojedźmy  po  nich  teraz  –  zaproponowała.  –  Twoja  matka  będzie  mogła 

spokojnie  przygotować  się  do  wyjazdu.  Obejrzymy  razem  dekoracje,  a  potem 
zawieziesz  mnie  do  restauracji  i  upewnisz  się,  że  wszystko  jest  w  porządku. 
Następnie będziesz miał kilka godzin na znalezienie kogoś, kto odwiezie mnie do 
domu. 

– Ale chciałaś pojechać do domu, żeby się przebrać. 
– Nie ma takiej potrzeby. – Co tam, te pęcherze na piętach kiedyś się przecież 

wygoją. 

Spojrzał  na  Lauren  z  wahaniem,  nadal  poirytowany.  Nagle  zapragnęła 

wygładzić zmarszczki na jego czole, pogłaskać go po włosach, przytulić. 

– Nie dyskutuj, proszę  – powiedziała takim tonem, że dalsza rozmowa na ten 

temat nie miała sensu. 

–  W  porządku.  Mama  już  ich  nakarmiła.  W  pobliżu  jej  domu  jest  kilka  ulic, 

które zawsze są pięknie udekorowane – powiedział i ruszył do windy. 

Lauren  dotrzymywała  mu  kroku,  choć  bolały  ją  otarte  pięty,  głowa  i  plecy,  a 

ciężki brzuch bardzo przeszkadzał. 

– To nie potrwa długo – dodał. – Może nawet będzie dość czasu, żebyś... 
– Nie muszę się przebierać. – Przynajmniej dopóki nie zobaczę swojego odbicia 

w lustrze, dodała w duchu. 

background image

50 

 

Lauren  od  lat  nie  oglądała  świątecznych  dekoracji.  Zapomniała,  jaki  to 

wspaniały  widok.  Noc  była  jasna  i  zimna,  ale  Daniel  natychmiast  włączył 
ogrzewanie.  Chłopcy  na  tylnym  siedzeniu  ściskali  w  rączkach  kawałki  świeżych, 
kruchych ciastek. W samochodzie unosił się zapach cynamonu. 

Daniel powoli jechał ulicami, mówiąc: 
– Ojej! Spójrzcie na ten dom! Czy widzicie te sanie? 
I elfy? 
Początkowo Lauren czuła się trochę niezręcznie. Znalazła się tu przypadkiem. 

Nie należała do rodziny. Ale potem Daniel powiedział do niej cicho: 

–  To  miło,  że  się  z  nami  wybrałaś.  Dobrze  jest  porozmawiać  czasami  z  kimś 

dorosłym. No i mama jest zadowolona, bo uda jej się wcześniej wyjechać. Dziękuję 
ci, Lauren. 

– Mnie też jest miło – szepnęła. 
Ostatnio  Lauren  łatwo  się  wzruszała.  Ucieszyła  się,  że  w  samochodzie  jest 

ciemno. Co i rusz zerkała ukradkiem na Daniela. Pragnęła znów znaleźć się w jego 
ramionach, a ukrywanie tego przychodziło jej z coraz większym trudem. 

– Spójrzcie, chłopcy! Spójrzcie na tę wielką choinkę! 
– zawołał po chwili. 
Wskazywał  synom  najpiękniejsze,  rozjarzone  lampkami  dekoracje  z  równym 

zapałem,  z  jakim  dbał  o  bezpieczeństwo  Lauren.  W  miarę  upływu  czasu  coraz 
bardziej ceniła tę cechę jego charakteru. Gdyby kiedykolwiek zapragnęła poszukać 
oparcia w jakimś mężczyźnie, zwróciłaby się do Daniela. On jej nie zawiedzie. 

Nie,  sama  muszę  rozwiązywać  swoje  problemy,  skarciła  się  natychmiast.  Dla 

odwrócenia uwagi od takich myśli, zapytała: 

– Danielu, jak świętujecie Boże Narodzenie? 
– Jest wspaniałe! – Roześmiał się od ucha do ucha. 
– Mama dba o należytą oprawę. 
– To miłe. 
–  Owszem  –  przyznał.  –  Kiedyś  trochę  się  buntowałem,  ale  po  narodzinach 

chłopców  zrozumiałem,  jakie  to  ważne.  Kiedy  masz  dzieci,  szybko  zmieniasz 
poglądy. 

– Tak przypuszczam. 
– A co z tobą? 
–  Myślę,  że  ja  też  zmienię  zapatrywania  na  wiele  kwestii.  Przynajmniej 

wszyscy tak mówią. 

–  Nie  chodziło  mi  o  twoje  poglądy.  Chciałem  zapytać,  jak  spędzacie  Boże 

background image

51 

 

Narodzenie. 

–  Ach,  tak.  –  Skinęła  głową.  –  Cicho.  Spokojnie.  Moja  mama  była  jednak 

podobna  do  twojej.  Uwielbiała  rodzinne  spędy  i  ten  podniosły  nastrój,  dbała  o 
najmniejszy szczegół. 

– Brak ci tego? 
– No wiesz, to wymaga dużo pracy i... – Wzięła głęboki oddech. – Tak. Brakuje 

mi tego. 

Synowie  Daniela  wydawali  się  coraz  bardziej  zmęczeni  i  senni,  a  kolacja 

Lauren miała się rozpocząć za dwadzieścia minut. 

– Musimy jechać do restauracji – powiedziała. 
– Zdążymy wpaść na gorącą czekoladę – odparł. – Gdzieś, gdzie moglibyśmy 

zabrać  moich  chłopców  i  gdzie  nie  będą  się  wściekać  z  powodu  kilku  plam  na 
obrusie.  –  Spojrzał  na  zegarek.  –  No  tak, chyba  rzeczywiście  już  nie  mamy  na  to 
czasu. 

– Nie. Niestety, nie. 
Po  piętnastu  minutach  zatrzymał  się  przed  restauracją,  w  której  Lauren  miała 

zjeść  służbową  kolację.  Otworzył  przed  nią  drzwi,  kiedy  ona  wciąż  próbowała 
podnieść  się  z  fotela.  Daniel  zawsze  tak  postępował.  Nie  skakał  koło  niej,  nie 
wykonywał teatralnych gestów. Po prostu był na miejscu, gotów przyjść z pomocą 
swojej podopiecznej. W miarę jak Lauren stawała się coraz cięższa, przyjmowała te 
gesty z coraz większą wdzięcznością, bo ułatwiały jej życie. 

–  Nie  wchodź do środka  – poprosiła.  –  Do  drzwi  frontowych  prowadzą  tylko 

dwa stopnie. Czuję się dobrze. 

–  Będę  patrzył.  Żałuję,  że  nie  mogliśmy  napić  się  gorącej  czekolady  –  dodał 

cicho. 

– Ja też. 
Zabrakło  jej  tchu.  Daniel  patrzył  na  usta  Lauren.  Potem  pochylił  się, 

zmniejszając  odległość  między  nimi,  a  potem  wydatny  brzuch  Lauren  otarł  się  o 
jego płaszcz. 

– Kiedy kolacja się skończy, ktoś będzie na ciebie czekać – oświadczył. – Może 

Charlie. Albo Alex. Znasz ich obu. Dadzą ci znać, gdy przyjadą. Zobaczymy się w 
poniedziałek. 

– Dzięki. 
– Nie, to ja ci dziękuję. 
Uśmiechnął  się,  a  Lauren  zrobiła  to,  co  musiała.  Minęła  go  i  weszła  do 

restauracji. 

background image

52 

 

–  Wiesz,  naprawdę  zaczynam  się  przyzwyczajać  do  tego  wszystkiego  – 

powiedziała Lauren Danielowi ponad tydzień później, w Wigilię. – Myślałam, że to 
niemożliwe. Coś podobnego... 

– Ludzie przyzwyczajają się do wielu rzeczy – odparł, uśmiechając się do niej. 
Patrzył na nią ciepło, w kącikach jego ciemnych oczu pojawiły się kurze łapki. 
– Chociaż mogłabym się obejść bez tego faceta, któremu brak przednich zębów. 
–  To  trochę  niesprawiedliwe.  Wiesz,  że  stracił  je  w  walce,  podczas  pełnienia 

obowiązków. 

–  No  cóż,  tak  naprawdę  nie  przeszkadzają  mi  jego  braki  w  uzębieniu,  tylko 

oddech. Karmisz go kanapkami z czosnkiem? 

Roześmiał się. 
– Nie opowiadaj mu dowcipów. Mówiąc poważnie... – Jednak żadne z nich nie 

było  zbyt  poważne  –  ...  to  porządny  człowiek,  ale  jeśli  chcesz,  mogę  przydzielić 
mu inne zadanie. 

–  Nie,  nie  rób  tego  –  odparła.  –  Masz  rację.  Charlie  jest  miły,  a  ja 

niesprawiedliwa. A Bill jest wspaniały i całkowicie oddany swojej pracy. – Lauren 
wskazała widocznego przez oblodzone okno umundurowanego ochroniarza, który 
nie  odrywał  wzroku  od  potoku  samochodów  wjeżdżających  na  rozległy  parking 
przylegający do kościoła. 

– Tak – zgodził się z nią Daniel. – Bill jest najlepszy. 
– Hmm. 
Lauren  nie  chciała  przyznać,  że  w  coraz  większym  stopniu  jedynym 

ochroniarzem, którego rzeczywiście lubiła mieć w pobliżu, jest Daniel. I wcale nie 
ze  względu  na  swoje  bezpieczeństwo.  Chociaż  niedawno,  gdy  już  powoli 
zapomniała o zagrożeniu, otrzymała następny list z pogróżkami. 

Policja teoretycznie nadal pracowała nad tą sprawą, lecz Lauren podejrzewała, 

że  dopóki  chroni  ją  Daniel,  śledztwo  nie  przyniesie  żadnych  rezultatów.  Widać 
uznano, że pani Van Shuyler jest dobrze strzeżona, a to przecież najważniejsze. 

Zorientowała  się,  że  Daniel  po  cichu  prowadzi  prywatne  dochodzenie  w  jej 

sprawie, gdyż zadał jej kilka enigmatycznych pytań, ale, podobnie jak policja, miał 
wiele innych spraw na głowie. 

Musiała przyznać, że nie ma prawa oczekiwać niczego więcej. Pewnie przez nią 

nieco zaniedbywał obowiązki dyrektora Lachlan Security Systems. 

Teraz już po raz czwarty przyjechała do jego kościoła. Daniel był zaskoczony, 

że  Lauren  tak  regularnie  uczęszcza  na  msze,  a  ona  polubiła  ciepłą  i  przyjazną 
atmosferę tego miejsca. 

background image

53 

 

Tego  ranka  Daniel  przywiózł  do  kościoła  swoich  synków.  Lauren  obiecała 

zająć się dziećmi w przykościelnej salce dla dzieci. Przestronne wnętrze błyszczało 
od  ozdób.  W  rogu  stała  szopka.  Po  porannej  mszy  dzieci  miał  odwiedzić  Święty 
Mikołaj. 

Zanim Daniel wyszedł, Lauren zdążyła mu szepnąć: 
– A tak między nami, w piątek przyszedł kolejny list z pogróżkami. 
– Nie powiedziałaś mi o tym! 
– Nie chciałam zepsuć ci weekendu.  – Odciąganie Daniela od jego firmy jest 

złe,  ale  pozbawianie  go  możliwości  zajmowania  się  dziećmi,  to  coś  znacznie 
gorszego i bardziej nagannego. 

– Widocznie policja również tego nie chciała – odrzekł. – Oni też mi o niczym 

nie powiedzieli. 

– Na moją prośbę. Przyniosłam fotokopię tego listu. 
Podała odbitkę Danielowi, który szybko przeczytał ją, marszcząc brwi. 
 
Ponowne ostrzeżenie! Numer twojego osobistego konta bankowego i dane karty 

kredytowej  zostały  ściągnięte  Z  Internetu.  Następne  będą  konta  Korporacji  Van 
Shuylerów. Spłać dobrowolnie długi Devesona, dopóki jeszcze możesz... 

– Bardziej konkretny niż poprzednie – stwierdził. 
–  Wygląda  to  jednak  na  pustą  groźbę.  Mój  księgowy  wraz  z  ekspertem 

policyjnym  przeprowadzili  kontrolę.  Nie  znaleźli  żadnego  dowodu  na  to,  że  ktoś 
obcy  miał  dostęp  do  mojego  konta  osobistego  lub  do  kont  naszej  rodzinnej 
korporacji. 

– Jeśli właśnie te informacje znaleźli w twojej szafie na dokumenty... 
– Mogli to wykorzystać już kilka tygodni temu  – zgodziła się z nim. – Ale ja 

nie trzymam tam informacji finansowych... 

– Więc co tam trzymasz? Powiedziałaś mi, że niczego nie brakowało. 
– Większość to dokumenty osobiste. Stare pamiętniki, listy i fotografie. Notatki 

z wykładów, które prawdopodobnie powinnam wyrzucić. 

– W takim razie nasz szantażysta musiał się poczuć srodze zawiedziony. 
– Chyba że chciał przeczytać wyjątkowo kiepskie wiersze, które napisałam, gdy 

miałam czternaście lat, lub znaleźć imiona chłopców, w których się durzyłam. 

–  Taak.  –  Daniel  spochmurniał.  Potem  jego  ton  się  zmienił.  –  A  skoro  już  o 

chłopcach  mowa,  skończcie  z  tym  zaraz.  –  Rozdzielił  Coreya  i  Jesse'ego,  którzy 
zaczęli obrzucać się klockami. – Pobawcie się grzecznie, chłopcy – poprosił. – Tata 
niedługo wróci, dobrze? 

background image

54 

 

– Tata idzie do kościoła? – spytał Jesse. 
– Trafiłeś w sedno, kolego. 
– Ja też pójdę? 
– Nie dzisiaj. Lauren pobawi się z wami. 
– Lauren poczyta książkę? 
– Tak. – Uwolnił się z objęć chłopców, uśmiechnął do Lauren i wyszedł. 
Lauren niezdarnie uklękła na leżącej na podłodze poduszce, a każdy z chłopców 

przyniósł  jej  jakąś  książkę.  Po  chwili  dołączyła  do  nich  mała  dziewczynka 
imieniem  Emily,  która  mogła  mieć  około  trzech  lat.  Cała  trójka  usiłowała  usiąść 
Lauren  na  kolanach,  co  było  trudne,  gdyż  uniemożliwiał  to  duży  brzuch.  Termin 
porodu  wyznaczono  za  trzy  tygodnie.  Wreszcie  Lauren  zdołała  posadzić  synków 
Daniela obok siebie. Emily przycupnęła na krzesełku tuż za nią. 

Dziecko w brzuchu Lauren energicznie kopało. Chłopcy Daniela chcieli słuchać 

wyłącznie  opowiadań  o  samochodach,  co  zupełnie  nie  spodobało  się  Emily. 
Dziewczynka  pragnęła  usłyszeć  historię  o  Bożym  Narodzeniu  i  powtórzyła  to 
szesnaście razy. Nikt nie siedział spokojnie i ktoś rozlał coś lepkiego na ciążowe 
legginsy  Lauren.  Nie  była  to  słodka  scena  spokoju  i  miłości,  jaką  opisywały 
podręczniki dla przyszłych matek, a mimo to Lauren uważała, że wszystko jest w 
najlepszym porządku. 

W  końcu  Emily  poszła  się  bawić  z  inną  dziewczynką.  Lauren  została  z 

chłopcami Daniela, którzy postanowili potraktować ją jako część wyposażenia sali 
gimnastycznej.  Byli  tacy  zachwycający,  że  po  prostu  musiała  chwycić  ich  w 
ramiona,  uścisnąć  i  pocałować  –  tak  łatwo  mogłaby  pokochać  tych  malców  –  i 
właśnie wtedy Daniel stanął w drzwiach, gdyż msza dobiegła końca. 

Z jakiegoś powodu Lauren poczuła się tak, jak gdyby ją przyłapano na gorącym 

uczynku i roześmiała się z zażenowaniem. 

–  Nieźle  mnie  wymęczyli.  –  Nadal  obejmowała  ramieniem  Coreya  i  opierała 

lekko podbródek na jego kędzierzawej główce. 

– Nie powinnaś na to pozwalać – odrzekł Daniel. 
– Och, ale to mi się podoba. To... mi służy. 
Dlaczego przyglądał się jej tak uważnie? 
Kiedy  tylko  sformułowała  w  myśli  to  pytanie,  Daniel  uśmiechnął  się  z 

przymusem, odwrócił i zszedł na bok, robiąc przejście kilku innym rodzicom. 

–  Czas  na  zabawę!  –  oświadczyła  jedna  z  matek.  Kilkoro  starszych  dzieci 

powtórzyło za nią: 

– Czas na zabawę! Tak! 

background image

55 

 

Synkowie  Daniela  natychmiast  podskoczyli,  również  bardzo  podekscytowani, 

chociaż tak naprawdę nie zrozumieli, o co chodzi. 

Lauren nie była pewna, jak powinna postąpić. Bill nadal czekał na zewnątrz, by 

jej towarzyszyć w drodze do domu. Będzie obserwował jej rezydencję, kiedy ona 
spakuje  niewielką  torbę  podróżną.  Następnie  odwiezie  ją  do  luksusowej 
podmiejskiej willi jej ojca, gdzie razem spędzą ciche Boże Narodzenie. 

Eileen  Harrap  zje  z  nimi  świąteczną  kolację,  ale  potem  pojedzie  do  swojej 

siostry. Siostra Lauren, Stephanie, w tym  roku odwiedzi rodzinny dom dopiero w 
styczniu. 

Nie  zaplanowali  innych  uroczystości,  nie  zaprosili  innych  gości.  Czy  to  nie 

smutne? 

– Chyba powinnam już pójść – powiedziała z wymuszonym uśmiechem. 
Daniel natychmiast wyłowił nutę niechęci w jej głosie. 
– A nie chcesz? – spytał. 
Na jej twarzy malował się smutek. Daniel walczył ze sobą, żeby nie zareagować 

na  nastrój  Lauren.  Profesjonalna  ochrona  to  jedno,  ale  troska  o  samopoczucie 
klientki to zupełnie inna sprawa. Przestraszył się własnych uczuć, nie chciał sobie 
komplikować życia. 

Znowu się zarumieniła. 
–  Och,  wiesz,  zastanawiałam  się,  czy  nie  przydałoby  mi  się  trochę  praktyki. 

Skoro tu jest tyle dzieci... 

–  Myślę,  że  praktyka  to  podstawa  powodzenia  w  każdej  dziedzinie.  Zostań, 

proszę. Będziesz tu mile widziana. 

– Mogłabym pomóc. 
– To zawsze się przyda. 
Skinęła  głową  i  poszła  zapytać  Dorothy  Minter,  organizatorkę  zabawy,  co 

mogłaby zrobić. Dorothy wskazała na kuchnię, do której dorośli wnosili przykryte 
talerze z jedzeniem. Daniel uważnie obserwował Lauren. 

Jak zawsze wyglądała pięknie. Włosy upięła na czubku głowy, a ciemnozielony 

strój złożony z topu i tuniki miękko otulał jej śliczną figurkę. 

Poczuł,  że  budzi  się  w  nim  pożądanie.  Przez  ostatnie  trzy  tygodnie  tłumił  je, 

poskramiał,  deptał,  jak  gdyby  było  ogrodowym  szkodnikiem  pożerającym  jego 
rośliny. Czasami nawet wmawiał sobie, że te wysiłki zakończyły się sukcesem. 

Ostatnio  prawie  już  nie  myślał  o  ich  niedawnym  pocałunku.  Prawie  nie 

fantazjował  na  jej  temat.  Lauren  była  jego  klientką  i  nikim  więcej.  Mógł 
wyrecytować nazwiska osób, z którymi najczęściej się kontaktowała. Wyliczyć jej 

background image

56 

 

ulubione  restauracje  i  sklepy.  Znał  wszystkie  szczegóły  jej  życia  codziennego  i 
tylko to go obchodziło. 

Nieprawda!  Wiedział  o  niej  znacznie  więcej,  i  im  lepiej  ją  poznawał,  tym 

bardziej  się  nią  interesował.  Nieustannie  czymś  go  zaskakiwała,  była  pełna 
sprzeczności. 

Podchodziła  odważnie  i  rzeczowo  do  grożącego  jej  niebezpieczeństwa,  a 

przecież  była  nieśmiała  i  na  myśl  o  przyszłym  macierzyństwie  traciła  pewność 
siebie.  Ambitna,  profesjonalna  i  niezawodna  w  pracy,  najwidoczniej  nie  radziła 
sobie z życiem osobistym. W jednej chwili mogła się śmiać z jego żartów, a zaraz 
potem  miała  oczy  pełne  łez.  Z  gracją  krążyła  po  sali  z  talerzami  kruchych 
ciasteczek i kanapek, a przecież czerwieniła się i jąkała, kiedy tylko ktoś zapytał ją 
o jej dziecko. 

Musiała poczuć, że Daniel ją obserwuje, gdyż w pewnym momencie spojrzała 

mu prosto w oczy. 

Do diabła, przestraszył się tego spojrzenia i nie wiedział dlaczego. 
A może wiedział. Czyż nie tak samo patrzyła na niego Becky w czasach, gdy 

nic ich jeszcze nie łączyło? 

Och,  Boże,  jak  bardzo  nienawidził  tego  spojrzenia!  Zawsze  było  w  nim  coś 

drapieżnego  i  niebezpiecznie  zachłannego.  Nie  znosił  sytuacji,  kiedy  czuł  się  jak 
trofeum.  To  spojrzenie  na  jakiś  czas  zniknęło  z  oczu  Becky  po  śmierci  ojca 
Daniela.  Zastąpiła  je  czułość,  która  go  ujęła.  Wtedy  radykalnie  zmienił  zdanie  o 
Becky.  Ona  się  zmieniła.  Albo  on.  A  może  dopiero  zaczął  dostrzegać  prawdziwą 
Becky ukrytą za mało subtelną maską, która tak często go irytowała. 

I  dlatego  ożenił  się  z  nią  i  oboje  byli  nieszczęśliwi  już  od  pierwszego  dnia. 

Kiedy Becky upewniła się, że ich związku nie da się uratować, zaczęła krytykować 
Daniela  w  obecności  jego  przyjaciół.  Bez  reszty  pochłonęły  ją  modne  diety, 
medycyna  alternatywna  i kosztowne  seminaria  rozwoju duchowego.  I  oczywiście 
to też była jego wina. Podobno zbyt często przebywał poza domem, nie chwalił lub 
wręcz nie zauważał zmian, które wprowadziła w wystroju wnętrz lub w sposobie 
przygotowywania i podawania posiłków. Obiecał poprawę, ale było już za późno. 
Becky znów zwracała na niego tamto spojrzenie. Głodne i czujne, ale jednocześnie 
zaborcze i wrogie. 

Czego Lauren ode mnie chce? – zastanawiał się gorączkowo. 
Czegoś więcej, niż mogę jej dać. Kobieta nie patrzy tak na mężczyznę, kiedy 

już  dostanie  to,  czego  pragnęła.  Więc  o  co  chodzi?  Wydawała  się  równie 
zdeterminowana  jak  on,  by  odrzucić  czysto  fizyczny  pociąg.  On  chronił  ją  przed 

background image

57 

 

niebezpieczeństwem, najlepiej jak umiał. Więc o co jej chodzi? 

Zapomnij  o  tym,  nakazał  sobie  w  duchu.  Trzymaj  się  wspólnie  wytyczonych 

granic, nie przekraczaj  ich pod żadnym  pozorem.  Przypomnij  jej  o  istnieniu tych 
granic. To wszystko, co możesz zrobić. 

– Corey, czy chcesz mi oderwać ucho? – powiedział do synka, którego trzymał 

w objęciach. – To bardzo ważna część ciała, będzie mi jeszcze potrzebna. 

Jesse pociągnął go za wolną rękę. 
– Dekoracje. Zobaczyć dekoracje. 
– Chcesz zobaczyć dekoracje? 
– Ty też pójdź. 
– Tak, ja też pójdę. 
Obejrzeli szopkę i choinkę. A potem przyszła pora na poczęstunek. Chłopcy już 

po chwili mieli buzie wymazane czekoladą. Po uraczeniu się smakołykami wszyscy 
zaczęli śpiewać kolędy, wreszcie do sali wszedł Święty Mikołaj. 

To  była  kompletna  katastrofa.  Malcy  śmiertelnie  się  przerazili.  Nie  chcieli 

podejść  do  Mikołaja,  choć  Dorothy  Minter  gorąco  ich  do  tego  namawiała.  Nie 
potrafiła uwierzyć w zapewnienia Daniela, że to nic takiego i że w przyszłym roku 
pójdzie lepiej. 

– Och, ale musicie mieć zdjęcie! 
–  Nie  zachęcajmy  ich  do  płaczu,  pani  Minter.  To  tylko  wystraszy  pozostałe 

maleństwa. 

– Ale jestem pewna, że się uda, jeśli odwrócimy ich uwagę. 
Skłamał  naprędce,  iż  koniecznie  musi  odprowadzić  synków  do  łazienki.  I 

właśnie  wtedy,  trzymając  mocno  dwóch  wierzgających  malców,  zauważył,  że 
Lauren znowu go obserwuje. 

–  Może  powinnaś  już  pójść  –  powiedział  do  niej  chłodno,  a  jednocześnie 

znacznie  bardziej  opryskliwie  i  nieuprzejmie,  niż  zamierzał.  –  Bo  inaczej  Bill 
spóźni się na kolację świąteczną. 

Zareagowała tak, jak oczekiwał. Cofnęła się. Twarz jej posmutniała. Zaczęła go 

przepraszać. 

Przerwał  jej,  mówiąc,  że  wszystko  jest  w  porządku,  i  że  Bill  sobie  poradzi. 

Potem złożył jej życzenia świąteczne. Już wiedział, zachował się jak ostatni łajdak. 
Nie chciał ranić Lauren, ale w ostatecznym rozrachunku wyjdzie im to na dobre, 
był  tego  pewny.  Nie  mógł  jej  nic  zaoferować  –  ani  przyjaźni,  ani  mądrości,  ani 
zaangażowania uczuciowego – i chciał, by to do niej dotarło. 

 

background image

58 

 

Rozdział 7 

 
– Eileen, w tym roku przeszłaś samą siebie – stwierdził ojciec Lauren, patrząc 

na zawieszoną na ścianie plastikową rybę. 

– No cóż, doskonale wiesz, jak trudno jest kupić ci prezent – odparła bez cienia 

skruchy. – Więcej już nawet nie będę próbowała. Od tej pory będziesz otrzymywać 
ode mnie wyłącznie najświeższe ploteczki. 

John  roześmiał  się  wesoło,  a  potem  powiedział  tak,  jakby  to  był  uciążliwy 

obowiązek: 

–  No  cóż,  myślę,  że  powinniśmy  teraz  zasiąść  do  kolacji.  Pracownicy  firmy 

cateringowej  zostawili  wszystko  w  podgrzewaczach,  wystarczy,  że  nałożymy 
potrawy na talerze. 

Szesnaście  lat  temu  Boże  Narodzenie  było  zupełnie  inne.  Matka  Lauren 

przywiązywała  wielką  wagę  do  świąt  i  jeśli  nie  mogła  ściągnąć  całej  rodziny, 
zapraszała  przyjaciół.  Zmarła  dwudziestego  ósmego  grudnia,  kiedy  Lauren  miała 
zaledwie  piętnaście  lat.  Od  tamtej  pory  święta  Bożego  Narodzenia  w  domu  Van 
Shuylerów zawsze były ciche. 

Lauren doskonale to rozumiała, dlatego nigdy nie czyniła ojcu wymówek. Lecz 

w  tym  roku  ogarnął  ją  płomień  buntu  i  przyrzekła  sobie,  że  następne  Boże 
Narodzenie będzie inne. 

Wtedy będzie miała dziecko. Dziecko, które będzie raczkowało lub próbowało 

chodzić,  pochłonięte  kolorowymi  ozdobami  choinkowymi  i  lampkami,  ciągle 
wkładające coś do buzi. 

Jej  dziecko  spędzi  święta  Bożego  Narodzenia  tak  jak  Jesse  i  Corey 

Lachlanowie.  Będzie  wielka,  pachnąca,  sięgająca  sufitu,  bogato  przystrojona 
choinka, świąteczna kolacja, gromada gości i wizyta Świętego Mikołaja. 

No,  byle  obyło  się  bez  okrzyków  przerażenia  na  widok  mężczyzny  w 

czerwonym  stroju.  Lauren  uśmiechnęła  się  na  wspomnienie  szczerych  słów 
synków Daniela. 

– Nie chcę widzieć Świętego Mikołaja! Nie chcę widzieć Świętego Mikołaja! 
A  potem  z  bólem  serca  przypomniała  sobie  sugestię  wypowiedzianą  minutę 

później przez Daniela. Nie spodziewała się, że odtrąci ją w taki sposób. Myślała, że 
między  nimi  wszystko  dobrze  się  układa.  Trzymali  się  granic,  które  sami 
wytyczyli. Miała nadzieję, że zostaną przyjaciółmi. 

Lecz obojętna mina i chłodny ton, kiedy się do niej zwrócił, sprawiały wrażenie 

background image

59 

 

celowych.  A  Lauren  nie  mogła  sobie  przypomnieć,  żeby  słowem  lub  czynem 
zasłużyła  na  takie  traktowanie.  To  on  pierwszy  zaproponował,  żeby  chodziła  do 
jego  kościoła.  Ona  tylko  pozostała  na  dziecięcej  zabawie  świątecznej,  gdzie  tak 
naprawdę  nie  było  dla  niej  miejsca.  Patrzyła,  jak  Daniel  radzi  sobie  ze  swoimi 
malcami. W przyszłości chciałaby mu dorównać. I to wszystko. 

Przynajmniej  nie  będę  musiała  na  niego  patrzeć  przez  kilka  dni,  pomyślała, 

siadając do kolacji z ojcem i Eileen. 

Pomyliła się! 
Musiała pożegnać się z tą pocieszającą myślą godzinę później, kiedy zadzwonił 

telefon.  Jej  ojciec  podniósł  komórkę,  udzielił  kilku  lakonicznych  odpowiedzi,  a 
potem powiedział Lauren: 

–  To  ktoś  z  Metropay  Parking.  –  Rozpoznała  nazwę  koncesjonowanej  firmy 

zarządzającej  parkingiem  obok  korporacji  Van  Shuylerów.  –  Ktoś  namalował 
graffiti na ścianach wokół twojego miejsca. 

– Tego, gdzie stał mój samochód, kiedy przecięto opony? Od tej pory z niego 

nie korzystałam. 

– Najwidoczniej ten facet o tym nie wie. – Jej ojciec znowu podniósł komórkę. 
– Chcesz wezwać policję? 
–  Nie,  zadzwonię  do  Daniela.  Mam  tego  dosyć.  Policja  nawet  nie  wszczęła 

porządnego  śledztwa  w  tej  sprawie.  A  Daniel  może  tu  przyjechać  i  wtedy 
porozmawiamy o tym, co się stało. 

– Tato, jest Boże Narodzenie! Odłóż telefon. 
– Myślisz, że Daniel jeszcze nie zjadł kolacji? 
Podeszła i objęła go. 
– Przypomnij sobie, tato – powiedziała cicho. – Czy pamiętasz stosy papieru do 

pakowania i małych kuzynów z zarumienionymi policzkami i lepkimi od słodyczy 
wargami? Pamiętasz zapach potraw, nie przywiezionych na zamówienie, lecz tych, 
które  mama  sama  ugotowała?  Pamiętasz  głupie  gry,  którymi  wuj  Pete  starał  się 
zabawić dorosłych, i Olimpiadę Balonową, którą urządził w piwnicy dla dzieci? 

– Tak. Tak, oczywiście, pamiętam to wszystko – odparł ochryple. 
–  Zerwaliśmy  kontakt  z  rodziną  mamy,  kiedy  wuj  Pete  przeprowadził  się  do 

Chicago.  Ale  wiesz  co?  Gdzieś  tam  są  ludzie,  którzy  nadal  razem  spędzają  Boże 
Narodzenie  i  wiem,  że  Daniel  jest  jednym  z  nich.  Nie  możesz  prosić  go,  żeby 
przyjechał tu dzisiaj i dyskutował o sprawach zawodowych! 

Ojciec  Lauren  milczał  jakiś  czas.  Później  niezdarnie  przytulił  jej  głowę  do 

policzka i poczuła znajomy zapach jego płynu po goleniu. W końcu odpowiedział 

background image

60 

 

szorstko: 

–  Zrozumiałem,  o  co  ci  chodzi.  Za  rok  nasza  rodzina  powiększy  się  o  twoje 

dziecko.  Wtedy  inaczej  spędzimy  Boże  Narodzenie.  Czy  przynajmniej  pozwolisz 
mi zatelefonować do Daniela? 

– A będziesz mógł zapomnieć o całej sprawie, jeśli nie pozwolę? 
– Nie. Wiesz, że nie zapomnę. Za wiele dla mnie znaczysz, Lauren, i niedobrze 

mi się robi na samą myśl o grożącym ci niebezpieczeństwie. 

– W takim razie zadzwoń. Nie rozmawiaj jednak za długo. A co w ogóle głosiły 

te napisy na murze? 

– Facet z Metropay nie chciał powiedzieć. Najwidoczniej było to coś naprawdę 

nieprzyzwoitego. – Podniósł telefon komórkowy, wystukał numer i poinformował 
Daniela, co się stało. 

Następnie milczał przez minutę lub dwie, mruknął coś niezrozumiałego i nagle 

powiedział: 

  –  Przywieź  też  swoich  chłopców.  Nie,  będziecie  mile  widziani.  Poszukam 

zabawek w piwnicy i z przyjemnością znowu zobaczę tu dzieci. Dziękuję, Danielu. 
Spotkamy się mniej więcej za godzinę. 

Chwilę potem z kamienną twarzą wytrzymał gniewne spojrzenie córki. 
– To był jego pomysł. 
– Mogłeś się nie zgodzić! 
– Chcę, żeby był tutaj, Lauren. Potrzebuję jego oceny sytuacji. 
Lauren  powstrzymała  się  od  gwałtownego  protestu  i  czekała  na  to,  co 

nieuniknione. 

– Masz rację – przytaknęła półtorej godziny później. 
  – Są nieprzyzwoite. 
Daniel  wstąpił  do  garażu  w  drodze  przez  miasto  i  zrobił  kilka  zdjęć  napisów 

wykonanych  czerwonym  sprayem.  Jego  synkowie  budowali  wieże  z  klocków  w 
salonie, pod czujnym okiem Eileen, kiedy pozostała trójka dorosłych odbyła to, co 
John Van Shuyler nazwał „naradą kryzysową". 

Zaparzył  kawę  i  siedzieli  teraz  w  jego  gabinecie,  pełnym  książek  o 

północnoamerykańskiej faunie i florze. 

– I myślę, że masz rację, John. Popchniemy sprawę do przodu, jeśli zapomnimy 

o policji – oświadczył Daniel. – Dla nich to błahostka, na którą szkoda czasu. Chcę 
przeanalizować znane fakty i wyciągnąć z tego wnioski. 

Może coś wpadnie mi do głowy. 
Lauren  wiedziała,  że  Daniel  i  tak  pracuje  nad  tą  sprawą.  Nie  miała  jednak 

background image

61 

 

pojęcia,  że  już  tak  dobrze  się  do  tego  przygotował.  Rozłożył  wydruk  z  datami 
wszystkich  listów,  stempli  pocztowych  na  kopertach,  treścią  listów  wraz  z 
charakterystycznymi  sformułowaniami,  oraz  informacjami,  jakie  mieli  o  innych 
incydentach.  O  przeciętych  oponach,  włamaniu  do  szafy  z  dokumentami,  a  teraz 
jeszcze o wulgarnych napisach. 

– Jeśli jest w tym jakaś prawidłowość, to nie rzuca się w oczy  – podsumował 

Daniel. 

–  Chyba  tylko  to,  że  ten  facet  dba  o  to,  żebym  dobrze  zapamiętała  dni 

świąteczne  –  skomentowała  Lauren.  –  Przeciął  opony  nazajutrz  po  Dniu 
Dziękczynienia. 

Jej ojciec roześmiał się. 
– Zanotuj to w twoim zestawieniu, Lock. Ten typ nie lubi indyków. 
– Chyba to zrobię, ponieważ moje zestawienie składa się z niewielu faktów  – 

odparł Daniel. – Firma Bena miała w przybliżeniu szesnaście tysięcy inwestorów, 
rozproszonych  w  całych  Stanach  Zjednoczonych.  Sądząc  po  stemplach 
pocztowych,  listy  wysłano  z  sześciu  różnych  miejsc.  Z  dwóch  różnych  urzędów 
pocztowych tu w Filadelfii, dwóch w pobliżu Bostonu, jednego w Nowym Jorku i 
jednego  w  małym  mieście  w  Connecticut.  Na  trzech  listach  są  odciski  palców, 
należące  do  trzech  różnych  osób.  Mogłyby  się  przydać,  ale  policja  nie  ma  ich  w 
kartotece. – Bezradnie wzruszył ramionami. 

–  Nie  masz  żadnego  przeszkolenia  w  tej  dziedzinie,  prawda?  –  zapytał  ojciec 

Lauren. 

–  Nie,  nie  mam.  Moja  specjalność  to  zapobieganie  przestępstwom,  a  nie 

tropienie przestępców. Powinieneś wynająć prywatnego detektywa. 

– Nie chcę tego zrobić. Jeszcze nie. – John Van Shuyler wstał i zaczął nerwowo 

krążyć po pokoju. – Czy wspomniałaś Benowi o tej sprawie, Lauren? 

–  Nie,  prawie  wcale  się  nie  kontaktujemy.  Nadal  czekam  na  jego  decyzję 

odnośnie kontaktów z dzieckiem. 

–  Powinnaś  powiedzieć  mu  o  wszystkim.  Może  to  go  zmusi  do  zrobienia 

chociaż małego kroku we właściwym kierunku. 

Pokręcił  powoli  głową,  jakby  nie  mógł  znieść  ogromu  wad  Bena  Devesona. 

Lauren znowu poczuła przypływ determinacji, jak zawsze, kiedy jej tata wydawał 
się zagubiony. Poradzi sobie z Benem, bez względu na wszystkie okoliczności. Da 
sobie  radę  z  tajemniczym  prześladowcą.  Ben  nie  musi  o  tym  wiedzieć.  Przecież 
świetnie jej idzie. 

– Pójdę się zdrzemnąć – ciągnął John. – A co do was. 

background image

62 

 

to  może  wzięlibyście  tych  malców  na  spacer?  Lauren,  wyglądasz,  jakbyś 

potrzebowała świeżego powietrza. 

Zgoda, ale wolałabym uniknąć towarzystwa Daniela... 
Nie  powiedziała  tego  głośno,  lecz  tylko  skinęła  głową.  Tata  wyglądał  na 

zmęczonego. Ta cała sprawa bardziej go martwiła, niż chciał to okazać. 

– Ubiorę się i możemy iść – zwróciła się do Daniela. 
– Zostawiłem kombinezony chłopców w samochodzie. 
– Zajmę się dziećmi podczas spaceru, pobiegam z nimi, żebyś mógł spokojnie 

pomyśleć nad sprawą. Tata ma rację, przyda mi się łyk świeżego powietrza. 

– Nie uważam, że mogłabyś dogonić coś szybszego od gąsienicy – powiedział 

Daniel do Lauren, kiedy jej ojciec wyszedł z pokoju. 

– Miał nadzieję, że zasłuży na jej śmiech, ale Lauren tylko uniosła brwi. Była 

rozgniewana czy tylko czujna? Miała prawo do obu reakcji po tym, jak ją wczoraj 
potraktował.  Wyrzuty  sumienia  nie  dawały  mu  spokoju,  jednak  nie  wiedział,  jak 
rozegrać  te  sprawę.  Przeprosić  Lauren?  Nie,  musiałby  wdać  się  w  bardzo 
nieprzyjemną rozmowę. A może ją pocałować? 

O, tak, to wspaniały pomysł, szepnął jego wewnętrzny głos. 
Nie. 
Ile  razy  próbował  określić  swój  stosunek  do  Lauren?  Nie  chciał  znowu  tego 

powtarzać, bo zawsze ponosił klęskę. Na pewno w jakimś momencie ich wzajemne 
stosunki  po  prostu  muszą  się  poprawić.  Statki  na  wzburzonym  morzu  w  końcu 
zawijają  do  portu.  Świt  nadchodzi  nawet  po  najciemniejszej  nocy.  W  pewnym 
momencie  przestanie  pragnąć  Lauren,  może  nawet  zacznie  jej  ufać,  może  nawet 
zostaną przyjaciółmi. 

Rozwiąż  ten  problem,  wtedy  będziesz  mógł  zniknąć  z  życia  Lauren.  Znajdź 

tego faceta, nakazał sobie i mimo woli uśmiechnął się. 

Tak jak Lauren intuicyjnie wyczuwał, że to jest mężczyzna. Ale kto to taki? 
Na  dworze  policzki  chłopców  wkrótce  zaczerwieniły  się  z  zimna.  Dreptali 

wolniej  niż  zwykle,  gdyż  puchowe  kombinezony  krępowały  ich  ruchy.  Tydzień 
temu w tej okolicy spadło dużo śniegu i wszędzie były zaspy. 

Śnieg zachwycił malców. Piszczeli i śmiali się z radości. Lauren dzielnie się z 

nimi bawiła. Ulepili kilka śnieżek i bardzo małego, niezgrabnego bałwana. Ojciec 
Lauren przyniósł stare sanki z czerwonego plastiku, na których zmieścili się obaj 
chłopcy. 

Daniel  zdał  sobie  sprawę,  że  obserwuje  te  harce  na  śniegu  z  szerokim 

uśmiechem. 

background image

63 

 

Dlaczego musi na nią patrzeć? Dlaczego Lauren zawsze tak szybko odwracała 

oczy,  gdy  zobaczyła,  że  on  ją  obserwuje?  W  pewnym  momencie  potknęła  się  i 
omal nie runęła w śnieg. Daniel rzucił się ku niej, ale ona potrząsnęła głową. 

– Nic mi nie jest. Ostatnio mam kłopoty z zachowaniem równowagi. 
– Jesteś pewna? Chcesz wejść do domu? 
–  Nic  mi  nie  jest  –  powtórzyła,  podnosząc  głowę  i  posyłając  mu  buńczuczny 

uśmiech. 

Chcę  dopaść  tego  drania  dla  niej,  uświadomił  sobie  nagle.  To  nie  ma  nic 

wspólnego  z  chęcią  wyniesienia  się  z  jej  życia.  Ta  kobieta  już  dość  wycierpiała, 
również przeze mnie. Jednak nie zgorzkniała, nie załamała się. Tak, chcę zrobić to 
dla niej. 

–  Rękawiczki  chłopców  są  zupełnie  mokre.  Chyba  pora  wracać  do  domu  – 

powiedziała. 

– To jakiś smarkacz. To musi być jakiś dzieciak. Tylko wtedy można dopatrzyć 

się w tej sprawie odrobinę sensu. 

Przez  chwilę  Lauren  nie  zrozumiała,  o  co  mu  chodzi,  ale  potem  spojrzała 

uważnie na Daniela. 

Jego  ciemne  oczy  błyszczały,  a  na  twarzy  malował  się  nie  znany  jej  wyraz 

triumfu.  Dosłownie  tryskał  energią.  Wydawał  się  jakiś  większy  i  silniejszy.  Stał 
nieruchomo, po chwili uderzył pięścią w rozwartą dłoń. 

– Chodzi ci o tego faceta – domyśliła się. 
– Tak. – Nachylił się i zdjął Jesse'emu rękawiczki. – Tak, masz rację, chłopcom 

prawie zamarzły palce. Pora zakończyć spacer. 

Podniósł obu malców, którzy jak zwykle ulokowali się na jego biodrach. Corey 

zaczął popłakiwać i Daniel zapytał: 

– Czy możesz szybko odwrócić ich uwagę? 
– Obiecać im gorącą czekoladę z pianką? 
– Słyszeliście to, chłopcy? 
– Przepraszam, powinnam była wcześniej spojrzeć na ich rękawiczki. 
– Nic im nie będzie. Chcę jeszcze pomyśleć o sprawie. Na głos, jeśli pozwolisz. 
– W porządku, jestem tym głęboko zainteresowana, co chyba zrozumiałe. 
A jeszcze bardziej tobą, Danielu, dodała w duchu. Fascynowały ją jego ruchy, 

urzekała mimika. Na przykład mrużył oczy i wysuwał lekko język, gdy nad czymś 
rozmyślał. Sposób, w jaki zajmował się synkami i w tym samym czasie zastanawiał 
się  nad  sprawą.  Podobno  mężczyźni  nie  umieją  opiekować  się  dziećmi  tak  jak 
kobiety,  ani  robić  kilku  rzeczy  jednocześnie.  Przypuszczała,  że  Daniel  musiał się 

background image

64 

 

tego nauczyć. 

–  Prawdopodobnie  studiuje  w  college'u  –  powiedział.  –  Nie  jest  taki  bystry  i 

obyty,  za  jakiego  chciałby  uchodzić  w  naszych  oczach.  Być  może  rzeczywiście 
próbował się włamać do waszych kont bankowych, ale nie udało mu się. 

– Na szczęście. 
– W takim razie to przeciętniak. A to oznacza, że nie jest niebezpieczny. 
– A jego motywy? Podaj mi jednego z twoich malców. Będzie ci wygodniej. 
– Poradzę sobie. – Prawie dotarli do domu. – Posadzę ich przy kominku, a ty 

tymczasem przygotujesz dla nich gorącą czekoladę. 

– Ty też się napijesz? 
– Tak, poproszę. Wiesz, dlaczego myślę, że to dzieciak z college'u? 
– Dlaczego? 
– Na ślad naprowadziły mnie twoje słowa, że on chce. abyś dobrze zapamiętała 

dni  świąteczne.  Pewnie  mieszka  w  Filadelfii,  ale  uczy  się  gdzie  indziej. 
Prawdopodobnie w Bostonie. Osobiście pojawia się w twoim życiu tylko podczas 
wolnych dni. Dla niego to zabawa, nie zajmuje się tym przez cały czas. W każdym 
razie taka jest moja teoria. Oczywiście mogę się mylić. 

Weszli przez boczne drzwi i Lauren zaprowadziła wszystkich do salonu. Daniel 

postawił  synków  przed  kominkiem,  a  oni  wyciągnęli  zziębnięte  rączki  w  stronę 
ognia. 

– To dzielni malcy – oświadczyła Lauren. – Myślałam, że będą płakać. 
– Tak, to fajne dzieciaki – rzucił od niechcenia, a potem uśmiechnął się od ucha 

do ucha. 

Lauren odpowiedziała mu równie szerokim uśmiechem i mruknęła: 
– Uważaj, bo uwierzę, że ich nie uwielbiasz! 
– W porządku, nie naciskaj. Oni są wyjątkowo fajni. 
– Czuję się tak, jakbym rozwiązał sprawę – dodał. – A nie powinienem. 
– Jeśli o mnie chodzi, jestem pod wrażeniem. 
– Nadal właściwie nic nie wiemy – upierał się, rozbierając chłopców. 
– . Gorąca czekolada? – zapytał Jesse z nadzieją. 
– Prawie trafiłeś w dziesiątkę, kolego. Po prostu musimy zdecydować, którym 

tropem ruszymy – powiedział Daniel. 

–  A  jest  ich  dużo,  prawda?  –  Lauren  przyzwyczaiła  się  do  dość  nagłych 

zwrotów  konwersacji  i  była  bardzo  dumna  z  tej  nowej  umiejętności.  –  Znacznie 
więcej niż mieliśmy  parę godzin temu. Za  minutę włożę je do suszarki  – dodała, 
biorąc wilgotne kombinezony. 

background image

65 

 

– Musimy przekonać policjantów, żeby tak na to spojrzeli i zaczęli działać. 
Malcy  wypili  czekoladę  i  natychmiast  zrobili  się  senni.  Lauren  trzymała 

Jesse'ego  na  kolanach,  powoli  sączyła  czekoladę  i  obserwowała  płomień  w 
kominku. 

Chłopiec miał delikatną cerę i jedwabiste włosy. Nie zauważył, że Lauren mu 

się przygląda. Impulsywnie pocałowała go w policzek. Miała wrażenie, że dotknęła 
ustami  ciepłego  atłasu.  Czy  jej  własne  dziecko  będzie  takie  doskonałe,  takie 
inteligentne, takie szczęśliwe? 

Wyglądało na to, że Daniel nie śpieszy się do domu. Wyciągnął się wygodnie 

na  kanapie.  Lauren  siedziała  na  fotelu.  Po  jakimś  czasie  malcy  położyli  się  na 
dywaniku  przed  kominkiem  i  niebawem  zasnęli,  zahipnotyzowani  przez  tańczące 
płomienie. 

– Jak długo będą spali? – zapytała. 
–  Dwie  godziny,  jeśli  im  pozwolę.  Ale  potem  nie  zasną  aż  do  północy,  więc 

może dam im tylko godzinę. Posłuchaj, pozwoliłem na to tylko dlatego, ponieważ 
chciałem z tobą spokojnie porozmawiać. 

– O tym facecie? Ja raczej... 
– Nie, nie o nim. 
– Najchętniej bym o nim zapomniała – dodała. 
–  Wiem.  Chciałem  porozmawiać  o  naszym  wczorajszym  spotkaniu. 

Oświadczyłem,  że  powinnaś  już  wyjść,  bo  Bill  przez  ciebie  spóźni  się  na 
świąteczną kolację. To było... bardzo nieuprzejme i za to chciałem cię przeprosić. 
Wybaczysz mi? 

Miała dwie możliwości. Przyjąć przeprosiny lub je odrzucić. 
– Właściwie nie rozumiem, co cię wtedy ugryzło? 
Po pełnej napięcia chwili odpowiedział w końcu: 
– Nie wiem. – Miał obojętną minę, zniechęcającą do zadawania dalszych pytań, 

a szczególnie tych najbardziej kłopotliwych. 

Lauren doznała tak wielkiego zawodu, że na chwilę zaniemówiła. Kłamał, i to 

ją zabolało. Lecz dobrze ukryła te uczucia. 

– Daj mi znać, kiedy będziesz wiedział. Wpatrzył się w ogień. 
– Tak, zrobię to. 
Kolejna  wymówka...  Rozgniewać  się?  Zignorować  jego  zachowanie,  przejść 

nad tym do porządku dziennego? A może okazać wściekłość? 

Poruszył się na kanapie i mruknął: 
–  Dam  ci  znać,  Lauren,  kiedy  zrozumiem,  dlaczego  uczucia,  jakie  żywię  do 

background image

66 

 

ciebie, tak mnie przerażają. Na razie „nie wiem" musi ci wystarczyć. 

– Dobrze – odparła lekkim tonem, jakby to nie miało żadnego znaczenia. 
Rzecz w tym, że obchodziło ją wszystko, co miało choćby najmniejszy związek 

z Danielem Lachlanem. Walczyła z tym, lecz była skazana na przegraną. 

– Ta teoria się nie potwierdziła. – Daniel podniósł glos, żeby zagłuszyć krzyki 

chłopców. Ścisnął mocniej słuchawkę telefonu. 

– Przepraszam, nie zrozumiałam – odpowiedziała Lauren. 
– Nie, to ja przepraszam za moich chłopców. – Zamknął nogą drzwi kuchni i od 

razu zrobiło się ciszej. 

– Nigdy nie przepraszaj za swoich synków, Danielu – powiedziała ciepło, lekko 

zachrypniętym głosem. – Są wspaniali i kocham ich. 

To nie była rzucona od niechcenia uwaga. Daniel zrozumiał, że Lauren mówi 

prawdę.  Na  myśl  o  tym  ogarnęło  go  dziwne  uczucie,  ale  nie  miał  czasu,  żeby  je 
przeanalizować. Z trudem wrócił do tematu rozmowy. 

– Chciałem ci powiedzieć, że przed chwilą zadzwonili do mnie z policji. 
– Tak? Mów! 
–  Nie  mam  dobrych  wieści,  Lauren.  Policjanci  sprawdzili  wszystkich 

inwestorów Bena na terenie Filadelfii i w jej pobliżu. Moja teoria zawaliła się jak 
domek z kart. Nikt z nich nie miał dzieciaka w college'u w Bostonie. Najbardziej 
pasował student z Waszyngtonu. Przesłuchali – go i od razu wypuścili. To nie mógł 
być on. Przepraszam cię, chyba się wygłupiłem. 

Westchnął i zaklął pod nosem. 
–  To  okropne!  W  zeszłym  tygodniu  naprawdę  byłem  pewien,  że  wpadłem  na 

właściwy trop. 

– To nie twoja wina. Może to tylko zbieg okoliczności, że wszystkie incydenty 

miały miejsce tuż przed świętami. 

– Nie sądzę, że chodzi o zwykły zbieg okoliczności. Gdybym wiedział, co się 

za tym kryje... 

– Przestali się zadręczać. 
–  Przyjadę  po  ciebie  trochę  później.  Moja  matka  będzie  mogła  zjawić  się  u 

mnie dopiero o siódmej. 

– Odwołaj to. jeśli chcesz – zaproponowała natychmiast, bez chwili wahania. 
–  Nie  chcę.  Twój  tata  życzył  sobie,  żebym  cię  zawiózł  na  bal  sylwestrowy 

korporacji  Van  Shuylerów  i  zamierzam  to  zrobić.  Będę  tak  uważnie  badał  teren, 
pilnował twoich pleców i obserwował każdego, do kogo się odezwiesz, że uznasz 
to  za  najgorszy  wieczór  w  życiu.  Ale  przynajmniej  będę  robić  to,  co  do  mnie 

background image

67 

 

należy. I odwiozę cię całą do domu. 

Roześmiała się i Daniel poczuł się dziwnie usatysfakcjonowany. 
Dlaczego  tak  reaguje  na  tę  kobietę?  Tyle  razy  ją  zawiódł,  a  teraz  puszył  się. 

ponieważ  zdołał  ją  rozweselić?  Przypuszczał,  że  Lauren  nie  dotrwa  do  końca 
zabawy. Prawdopodobnie wyjdą z balu jeszcze przed dziesiątą. 

Gdy ją zobaczył, od razu zrozumiał, że poczynił błędne założenie. 
Wyglądała  fantastycznie  w  czarnej  sukni  na  ramiączkach.  Powitała  go 

olśniewającym uśmiechem, a niebieskie oczy błyszczały jak dwie gwiazdy. 

– Dostałaś z opóźnieniem jakiś prezent gwiazdkowy czy wygrałaś los na loterii 

– zapytał, unosząc brwi. 

– Przekonałam samą siebie do zmiany nastawienia – odparła, podnosząc małą, 

elegancką torebkę i zarzucając czarny szal na ramiona. Jej głos brzmiał stanowczo, 
ruchy sprawiały wrażenie zdecydowanych. – W tym roku urodzi się moje dziecko. 
Zamierzam zapewnić mu dobry start. Nie dam się zastraszyć. 

– Niewiele rzeczy przyjmujesz potulnie, prawda? 
– Jestem uparta i nie poddaję się łatwo – zgodziła się z nim, zamykając drzwi 

mieszkania. 

Zeszli po schodkach do zaparkowanego na rogu ulicy samochodu Daniela. 
–  Chyba  znasz  opowieść  o  dębie  i  o  trzcinach?  –  ciągnęła.  –  Trzciny  gną  się 

podczas  burzy  i  dzięki  temu  są  w  stanie  przetrwać  każdą  nawałnicę.  Dąb  stoi 
prosto, lecz bardzo silny wiatr może go wyrwać z korzeniami i zniszczyć. 

– Spodziewasz się, że zostaniesz wyrwana z korzeniami? – zapytał. 
Noc  była  zimna  i  strumyki  wody  w  rynsztokach  zamarzły.  Daniel  otworzył 

przed  Lauren  drzwi  samochodu,  a  potem  przytrzymał  jej  łokieć,  ponieważ  było 
ślisko. Poczuł zapach jej perfum – mieszanki jaśminu i kwiatów pomarańczy. Do 
tej  pory  powinien  już  się  uodpornić  na  ten  aromat,  lecz  tak  się  nie  stało.  Wręcz 
przeciwnie, ta woń coraz silniej działała na jego zmysły. 

–  Po  prostu  chciałabym  nauczyć  się  trochę  bardziej  płynąć  z  prądem  – 

powiedziała. – Skoro inni potrafią, ja też powinnam spróbować. – Wsunęła się na 
miejsce  pasażera  z  zaskakującym  wdziękiem  i  gracją,  pomimo  ciąży  i  długiej, 
fałdzistej sukni. 

– Czy właśnie to robiłaś na parafialnej zabawie w dzień Bożego Narodzenia? – 

zapytał,  przypominając  sobie  nagle  wyraz  jej  twarzy.  Zmarszczone  brwi, 
pochmurne,  niepokojące  spojrzenie.  Wtedy  go  przeraziła.  Ale  być  może  źle 
zinterpretował jej zachowanie. 

–  Tak  przypuszczam  –  potwierdziła.  –  Prawdopodobnie.  Tylko  to  czyste 

background image

68 

 

szaleństwo, gdyż równie dobrze mogłabym uczyć się gry na fortepianie, oglądając 
koncert wirtuoza. Ejże, jak zeszliśmy na ten temat? 

Utkwiła  w  nim  oskarżycielskie  spojrzenie,  kiedy  uruchamiał  silnik.  Daniel 

roześmiał się i podniósł ręce z kierownicy, czując, jak z serca spada mu olbrzymi, 
ciężki głaz. Próbowała uczyć się opieki nad dziećmi, obserwując go? To naprawdę 
było... dziwne. Co mógł na to odpowiedzieć? 

– To nie moja wina – oznajmił. – Zadałem tylko jedno proste pytanie o sposób, 

w jaki reagujesz na to, co przynosi ci życie. 

– To pytanie wcale nie było proste – zaprzeczyła – ale osobiste i przenikliwe. 

Po  takim  pytaniu  przyszła  matka  ma  zamęt  w  głowie.  Dzisiejszej  nocy  chcę  się 
dobrze bawić, nie zapominaj o tym! 

–  Czy  to  część  moich  zawodowych  obowiązków?  Mam  sprawić,  żebyś  się 

dobrze bawiła? 

– Właśnie tak, panie Lachlan! 
– Obrzucił ją szybkim spojrzeniem i zobaczył, że podniosła wysoko głowę i że 

ma zaróżowione policzki. 

– Ojej, pani Van Shuyler, zastanawiam się, czy podołam tak trudnemu zadaniu! 

– powiedział cicho. 

– W razie potrzeby udzielę panu kilku lekcji. 
– A właściwie to jak zamierza pani to zrobić? 
– A jak pan sądzi, panie Lachlan? 
– No cóż... przypuszczam, że mogę podsunąć pani parę pomysłów? 
Więc  może  ona  też  lubiła  flirtować?  Oto  poznał  kolejną  cechę  osobowości 

Lauren Van Shuyler. Zaczynał zbyt wiele oczekiwać od tego balu. 

Bal  sylwestrowy  był  największym  wydarzeniem  towarzyskim  w  Korporacji 

Van  Shuylerów.  Ojciec  Lauren  pojawił  się  tylko  na  krótko,  wyszedł  przed 
dziewiątą  trzydzieści.  Dlatego  to  Lauren  musiała  pełnić  obowiązki  gospodyni. 
Robiła  to  ze  stylem  i  gracją.  Częściowo  była  to  nabyta  umiejętność,  ale  przede 
wszystkim wrodzona intuicja, a tego nie można się nauczyć. 

Idąc tuż za nią, Daniel obserwował, jak Lauren taktownie rozmawia z gośćmi, 

jak stara się zapamiętać wszystkie nazwiska. Prawie nie zwracała na niego uwagi, 
co początkowo bardzo mu odpowiadało. 

Jednak w miarę upływu czasu to zadowolenie przeradzało się w inne, znacznie 

mniej przyjemne uczucie. 

W  porządku,  Lauren  musiała  pogawędzić  z  żoną  głównego  księgowego. 

Dopilnować, żeby jeden dyrektor porozmawiał z drugim dyrektorem. 

background image

69 

 

Ale  czy  rzeczywiście  musiała  go  skąpo  obdzielać  zdaniami  typu:  „Zjedz  coś, 

jeśli  masz  ochotę,  Danielu",  „Możesz  znaleźć  sobie  partnerkę  i  potańczyć.  Nie 
musisz chodzić za mną krok w krok. Poradzę sobie". 

Jedzenie i taniec nie należały do jego obowiązków. Musiał towarzyszyć Lauren. 
–  Twój  tata  polecił  mi  dopilnować,  żebyś  nie  przesadziła!  –  warknął  jak 

rozjuszony niedźwiedź. Było teraz około wpół do jedenastej. 

– Przecież nie przesadzam – odparła. 
– Nie usiadłaś nawet na chwilę i prawie nic nie jadłaś. 
– Zjem później, kiedy porozmawiam ze wszystkimi. 
–  Jeżeli  jeszcze  zostanie  coś  do  jedzenia  i  jeśli  będziesz  miała  dość  sił,  żeby 

podnieść widelec. Jesteś w dziewiątym miesiącu ciąży. 

–  Czuję  się  świetnie.  –  Odeszła,  i  zmieniła  ton.  –  Phil?  Jak  się  czujesz?  Czy 

Cindy przyszła z tobą? 

Daniel  oparł  się  o  ścianę  i  patrzył,  jak  Lauren  idzie  dalej.  Ciekawe,  czy 

zauważy,  że  przestał  jej  towarzyszyć?  Najwidoczniej  spostrzegła  to  w  końcu, 
ponieważ odnalazła go po dwudziestu minutach i powiedziała: 

– Teraz mogę coś zjeść. Przyłączysz się do mnie? 
– Tylko po to, żeby dopilnować, abyś wreszcie usiadła. 
– Hej, ukradłeś mi moją kwestię! Zamierzałam powiedzieć dokładnie to samo! 
– No dobrze... 
Zapomniał języka w gębie i nic innego nie przyszło mu do głowy. Co się z nim 

dzieje?  Zwykle  nie  brakowało  mu  słów.  Zazwyczaj  nie  zachowywał  się  jak 
zawodowy ochroniarz i nie obserwował klientów w ponurym milczeniu i z zaciętą 
miną. 

Jeśli  Lauren  poczuła  się  urażona,  nie  dała  nic  po  sobie  poznać.  Jadła  z 

apetytem, uśmiechając się pogodnie. 

– Nie dostaniesz mdłości od smażonych warzyw? 
– Ejże, Lock, stary kumplu! Tak może zabawiać dziewczynę szesnastolatek. 
Ponownie  spróbował  wszcząć  rozmowę,  tym  razem  o  muzyce.  Z  wysiłku  aż 

rozbolała go głowa, zdołał jednak wykrztusić: 

– Nie chciałabyś zatańczyć? 
– Bałam się, że już nigdy o to nie zapytasz – odparła. 
–   

background image

70 

 

Rozdział 8 

 
Dlaczego  to powiedziałam?  Co też  wpadło  mi  do głowy,  rozpaczała  w  duchu 

Lauren. 

Dopóki  nie  zasiedli  z  Danielem  do  kolacji,  Lauren  wykonała  większą  część 

obowiązków  przypadających  na  ten  wieczór.  Zwykle  robił  to  jej  ojciec  jako  szef 
korporacji. Teraz scedował obowiązki na Lauren. 

– Baw się dobrze, ale pamiętaj,  żeby najpierw porozmawiać ze wszystkimi, z 

którymi powinnaś – powiedział córce. 

W  końcu  uznała,  że  tę  część  uroczystości  ma  już  za  sobą.  Potem  nagle 

zauważyła, że nie ma przy niej Daniela. Jeszcze niedawno szedł za nią w odległości 
kilku  kroków,  czujny  jak  zawsze.  Zatęskniła  za  nim.  Odkąd  przywiózł  ją  tu 
samochodem,  nie  żartował  z  nią  ani  nie  flirtował,  ale  to  jej  zupełnie  nie 
przeszkadzało.  Wszyscy  inni  dzielili  się  nowinami,  żartowali,  zadawali  pytania. 
Milczenie  Daniela uspokajało, dodawało otuchy.  Podobnie było przy  kolacji.  Nie 
przeszkadzało jej, że mówił tak mało. 

Lecz  później,  kiedy  opróżnili  talerze,  Daniel  nadal  nic  nie  powiedział,  poza 

paroma  banałami,  które,  sądząc  po  jego  ponurej  minie,  były  tylko  stratą  czasu. 
Uznała więc, że jej ochroniarz wróci do rogu sali. żeby ją obserwować. Nie chciała 
tego. Na tę myśl serce w niej zadrżało. 

Zamiast  tego  Daniel  poprosił  ją  do  tańca  i  wypaliła  wtedy  całą  prawdę.  Tak, 

rzeczywiście bała się, iż nigdy jej nie zaprosi. 

Chciała, żeby to zrobił. 
To chyba prawdziwy cud, że tak się stało. 
Oboje przeszli niezdarnie na środek parkietu. Ona była w dziewiątym miesiącu 

ciąży, więc nic dziwnego, ale Daniel? Chyba że wcale nie miał ochoty na taniec. Po 
prostu starał się być uprzejmy i... 

Ramię  Daniela,  ciężkie  i  ciepłe,  objęło  nagie  ramiona  Lauren.  Drugie 

zatrzymało się na wysokości jej talii. Instynktownie przytuliła się do niego, słysząc 
jego miarowy oddech, czując ciepło jego ciała. 

– Lauren... 
– Nic nie mów. Już przegadałam pół nocy. 
– Dobrze. – Oparł podbródek o jej włosy. 
Nie  mogła  uwierzyć,  że  północ  nadeszła  tak  szybko.  Piosenkarz  skończył 

tęskną pieśń o miłości i oświadczył: 

background image

71 

 

–  Teraz  odliczamy.  Nie  mam  czasu  na  długą  przemowę.  Dziesięć,  dziewięć, 

osiem... 

Lauren podniosła głowę i zamrugała powiekami. 
– Nie pocałuję cię – powiedział Daniel nieoczekiwanie dla siebie samego. 
– Nie? 
Nie  widziała  oczu  Daniela,  bo  przesłonił  je  rzęsami.  Nie  wiedziała,  o  czym 

myślał. Postanowił, że jej nie pocałuje... Dziwne, bo jego usta ułożyły się właśnie 
do pocałunku. 

– Cztery, trzy, dwa... 
– Zrobię to – oświadczył. – Zrobię to. 
– Tak. – To znacznie lepszy pomysł! 
– Szczęśliwego Nowego Roku! 
– Przepraszam – wymamrotał. – Ja... 
– Proszę! Och, proszę! 
Dotknął  ustami  warg  Lauren,  rozchylając  je.  Potem  cofnął  się,  a  Lauren 

zaprotestowała cichym jękiem. 

– Zawiozę cię do domu – powiedział. 
– Nie rób tego. 
–  Jestem  doradcą  do  spraw  bezpieczeństwa  w  korporacji  Van  Shuylerów.  – 

Zacisnął  zęby.  –  Nie  mogę  tego  zrobić  na  oczach  wszystkich  pracowników. 
Zabieram cię do domu. 

– Gdzie nikt nie będzie widział, jak mnie całujesz? – Objęła go mocniej. 
– Nie to miałem na myśli. 
– Wiem, ale byłoby miło, gdybyś to zrobił – Nie będę uprawiał z tobą miłości, 

Lauren.  Pragnę  tego.  Pragnąłem  tego,  odkąd  po  raz  pierwszy  trzymałem  cię  w 
ramionach  siedem  miesięcy  temu,  ale  mam  tak  wiele  powodów,  żeby  tego  nie 
robić... 

– Chcę je usłyszeć. 
– Znasz je. 
– Przypomnij mi. Dzisiejszej nocy nie pamiętam żadnego z nich. 
– Jesteśmy na środku sali balowej, a to nie jest odpowiednie  miejsce na takie 

rozmowy. 

– Może stąd pójdziemy. Chcę stąd odejść. Dość mam tego miejsca, muszę się 

odprężyć,  zrobić  coś  łatwego  –  i  przyjemnego.  Chcę,  żebyś  uprawiał  ze  mną 
miłość, Danielu. 

– Uprawianie miłości nie jest łatwe. 

background image

72 

 

–  To  najłatwiejsza  rzecz  na  świecie.  Zamykasz  oczy,  zaczynasz  pieścić 

partnerkę  i  to  się  dzieje.  Pragnę  tego.  –  Rozmyślnie  położyła  rękę  na  jego 
pośladkach, powoli musnęła ustami jego wargi. 

Daniel jęknął. 
– Możesz to dostać – mruknął. – Jeszcze chwila, a dostaniesz wszystko, czego 

pragniesz. 

– Tak... 
– Lauren, zastanów się nad tym, dobrze się zastanów, jeszcze minutę, a potem 

powiedz mi, że się rozmyśliłaś. 

– Nie zrobię tego. 
– Potrzebujesz mężczyzny, który będzie się o ciebie troszczył, który będzie cię 

kochał najbardziej na świecie, a ja nim nie jestem. Nie jestem do tego gotowy. Nie 
teraz. Jeszcze nie. W twoim obecnym życiu nie ma dla mnie miejsca. 

Nie wspomniał dziecka Bena, ale nie musiał tego robić. Wiedziała, że o to mu 

chodzi. 

–  Może  nawet  nigdy  nie  będę  do  tego  gotowy.  Jeśli  chcesz  znać  prawdę,  to 

prawdopodobnie  jest  to  najważniejszy  powód,  dla  którego  nigdy  się  z  tobą  nie 
skontaktowałem,  choć  przeżyliśmy  wspólnie  chwile  grozy.  Jak  bardzo 
znienawidziłabyś  samą  siebie,  jak  bardzo  zaszkodziłabyś  przyszłości  twojego 
dziecka, gdybyś wpuściła mnie dzisiejszej nocy do twojego łóżka? 

Mimo to Lauren musiała wpuścić go do swojego domu. 
W  teorii  to  nie  powinno  być  problemem.  Bywał  w  jej  domu  dość  często, 

sprawdzając  zamki  i  okna,  odsłuchując  wszystkie  nagrane  na  automatycznej 
sekretarce wiadomości. 

Ale tej nocy było jakoś inaczej. Powietrze we wszystkich pokojach jak gdyby 

zgęstniało.  Daniel przeszukał dokładnie  pomieszczenia,  a  Lauren  poszła  za nim  i 
przyglądała  się,  jak on to  robi.  Odsuwa zasłony,  otwiera  szafy,  omiata  wzrokiem 
każdy mebel. 

Nie mogła tego znieść. 
– To chyba nie jest konieczne, Danielu. Przecież wymieniłeś wszystkie zamki. 

Wszystkie listy wysyłane są pod adresem firmy. 

– Sprawdzę twój pokój. 
Ruszyła za nim, rozgniewana jego uporem. Zderzyli się dokładnie w drzwiach 

jej sypialni, kiedy Daniel odwrócił się, żeby zadać Lauren jakieś pytanie. 

Jego usta... 
Uderzyła go brzuchem w biodro. Odruchowo zamknęła oczy, kiedy wyciągnął 

background image

73 

 

ramiona, żeby ją podtrzymać. Na oślep szukała jego ust i znalazła je, podnosząc ku 
niemu twarz w tej samej chwili, gdy położył ręce na jej ramionach. 

– Do diabła, dlaczego tak trudno jest z tym walczyć? – szepnął. 
– Ponieważ to jest takie przyjemne. 
– To nie wystarczy. 
–  Wiem.  Przestań  mi  to powtarzać.  Przeżyjmy  choć  kilka  chwil zapomnienia, 

oboje tego potrzebujemy. 

– Ujęła jego twarz w dłonie i pocałowała go prosto w usta. Obudziło się w niej 

bardzo  kobiece uczucie  triumfu,  kiedy  wyczuła  reakcję  Daniela  i  zrozumiała,  jak 
wielką ma nad nim władzę. 

Daniel miał otwarte usta, gorące i spragnione. Rozczesał palcami włosy Lauren, 

wysuwał gorączkowo spinki. Oderwał usta od jej warg i wtulił w jedwabiste loki. 
Kosmyki  połaskotały  ją  w  policzek.  Daniel  pogładził  rękoma  ramiona  Lauren,  a 
potem  ujął  w  dłonie  jej  piersi.  Sutki  natychmiast  stwardniały.  Lauren  zadrżała, 
zakołysała  biodrami  niczym  jakaś  egzotyczna  tancerka,  przywarła  do  Daniela 
jeszcze mocniej. 

– Och tak, tak, Danielu! – Oddychała płytko, nierówno i drżała na całym ciele. 
– Chcesz, żebym wziął cię do łóżka? Chcesz tego, Lauren? Oderwał usta od jej 

warg  i  wskazał  na  wielkie  łóżko,  królujące  w  sypialni.  –  Jest  tam.  Tak  blisko.  I 
cokolwiek  słyszałaś,  seks  jest  możliwy  nawet  w  tak  zaawansowanej  ciąży. 
Powiedziano  mi  też,  że  to  może  być  naprawdę  przyjemne.  Jeśli  tego  nie  chcesz, 
powiedz mi o tym teraz, zanim nie jest za późno. 

Wielkie  łóżko  było  przykryte  starą  narzutą,  którą  matka  Lauren  kupiła  na 

wyprzedaży. Oddała ją do renowacji, ale narzuta była delikatna i Lauren bardzo o 
nią dbała. Starała się nigdy na niej nie siadać. 

Jednak ktoś inny okazał się mniej ostrożny. 
Zamarła, gdy to zauważyła. 
– Rozumiem, że nie chcesz – powiedział Daniel. Nadal mocno ją obejmował i 

wyczuwała, że jest tak samo podniecony jak ona. – Powinienem się z tego cieszyć, 
prawda? – Nie wyglądał na zadowolonego. W jego zachrypniętym głosie wyczuła 
nutę żalu. 

– Ktoś tu był – powiedziała, zaciskając usta, by nie drżały. 
Przeniósł wzrok na jej twarz. 
– Skąd wiesz? 
– Poznałam po wyglądzie narzuty na łóżku. Nigdy na niej nie siadam, ale zrobił 

to  ktoś  inny.  Tam,  koło  szarki  nocnej.  Widzisz,  jest  pomarszczona  i  pęknięta 

background image

74 

 

wzdłuż szwu. 

– Lauren, nie ma żadnych śladów włamania. 
– Ja nie żartuję ani nie mam urojeń. 
– A ja nie twierdzę, że się mylisz. To był ktoś, kto miał dostęp do kluczy po 

wymianie  zamków,  ktoś,  kto  zna  kod  alarmu  i  kto  bardzo  się  starał,  żebyś  nie 
zauważyła żadnych oznak jego obecności. 

– Masz rację. To niesamowite, prawda? Dlaczego jakiś facet zakrada się tutaj 

na  palcach...  –  urwała  nagle  i  chwyciła  Daniela  za  ramię.  –  Żałuję,  że  to 
powiedziałam.  O  skradaniu  się  na  palcach.  To  zbyt  okropne.  –  Wzdrygnęła  się, 
puściła go, przycisnęła ręce do piersi. – Jak do licha on się tu dostał? 

Daniel objął ją ramieniem. Znowu wstrząsnął nią dreszcz, a potem zapanowała 

nad emocjami, stłamsiła je siłą woli. 

– To okropne – powtórzyła. – I, co gorsza, zupełnie pozbawione sensu! 
– Popełniliśmy błąd – odparł Daniel. – To nie jest „ten facet", Lauren. Mamy do 

czynienia z dwiema różnymi osobami. – Zaklął. – Ale myliłem się w przypadku – 
dzieciaka  z  college'u.  Teraz  jestem  przekonany,  iż  mamy  do  czynienia  z  dwiema 
różnymi osobami. 

–  Czy  dzięki  temu  mam  poczuć  się  lepiej?  –  zapytała  z  irytacją.  –  Że  dwie 

osoby  dybią  na  moje  życie?  Albo  na  moją  bieliznę?  Dwie  osoby,  które  mnie 
prześladują, przeszukują moje rzeczy! Och, na litość boską, moje rzeczy! 

Ciarki przeszły jej po grzbiecie i odepchnęła ramię Daniela. 
– Moje szuflady? Moje szafy? 
Większość  ubrań  trzymała  w  sąsiadującej  z  sypialnią garderobie.  Lecz  w  tym 

pokoju stała stara, wysoka komoda, gdzie Lauren przechowywała bieliznę. To była 
jej słabostka. Uwielbiała kupować bieliznę. 

Teraz  po  prostu  wysuwała  po  kolei  każdą  szufladę  i  za  każdym  razem 

odnajdywała  dowody,  że  ktoś  grzebał  w  jej  rzeczach,  ktoś  ostrożny,  ale  niezbyt 
uważny. 

Nie powiedziała ani słowa, ale Daniel bez przeszkód czytał w jej twarzy. 
– Przypuszczam, że są takie okazje, kiedy opłaca się być pedantyczną zrzędą – 

powiedział do Lauren. – W stercie moich bokserek mogłyby zagnieździć się ptaki, 
a ja i tak niczego bym nie zauważył. Kimkolwiek byli ci ludzie, najwidoczniej zdali 
sobie sprawę, że muszą postępować bardzo ostrożnie. 

–  Dlatego  to  jest  znacznie  gorsze  –  odparła  piskliwie.  Potem  głos  jej  się 

załamał. – Wolałabym raczej, żeby wszystko leżało na podłodze, a szuflady nadal 
były wysunięte. A tak, to ma w sobie coś osobistego. 

background image

75 

 

Wyciągnęła  rękę  na  oślep  i  znowu  zacisnęła  ją  na  przedramieniu  Daniela, 

potrzebowała jego siły i spokoju. 

On również ją objął. Palce Daniela musnęły delikatną skórę w zgięciu ramienia 

Lauren. 

–  Co  chcesz  zrobić?  Oczywiście  znowu  zmienimy  zamki  i  kody  alarmu,  a  ty 

będziesz  musiała  strzec  swoich  kluczy  jak  angielskich  klejnotów  koronnych.  Nie 
zostawiaj  torebki  na  widoku,  nawet  we  własnym  domu.  Zmień  godziny  pracy 
Bridget.  Niech  sprząta  tylko  wtedy,  kiedy  jesteś  w  domu  i  wcale  nie  dawaj  jej 
kluczy.  Nie  zapraszaj  przyjaciół.  Mogę  przydzielić  ochroniarzy,  którzy  będą 
pilnowali  twojego  domu  wewnątrz  i  na  zewnątrz  przez  całą  dobę.  Mogę  także 
pomóc ci w przeprowadzce, jeśli chcesz zmienić mieszkanie. 

– Nie. 
– Do czego odnosi się to „nie"? 
–  Do  wszystkiego,  z  wyjątkiem  zamków  i  alarmu.  Nie  pozwolę  nikomu  się 

zastraszyć.  –  Wzięła  głęboki  oddech.  –  Chcę,  żebyś  mi  pomógł  tylko  w  jeszcze 
jednej nowej sprawie. 

– Powiedz, o co chodzi. Zrobię to. 
–  Chcę,  abyś  pomógł  mojej  siostrze,  Stephanie,  urządzić  przyjęcie  z  okazji 

urodzin mojego dziecka. 

– Co takiego? 
–  Nie  może  tego  zrobić  z  Paryża,  to  chyba  zrozumiałe.  Zostało  mało  czasu, 

tylko dwa tygodnie. Miała kilka wspaniałych pomysłów, ale ja muszę wprowadzić 
pewne zmiany. Nie chcę, żeby tam były wyłącznie moje przyjaciółki. Chcę, żeby 
przyszli też ich mężowie i chłopcy. – Kiedy mówiła, wyczytała z twarzy Daniela, 
że zrozumiał jej zamiary. – Postawimy telewizor w piwnicy, żeby mogli obejrzeć 
mecz  piłki  nożnej,  pić  piwo,  grać  w  pokera  lub  coś  podobnego.  –  Zamierzam 
poprosić Bridget, żeby pomogła w podawaniu do stołu i zaproponować, by wzięła 
do pomocy kilku członków swojej rodziny. 

–  Jesteś  pewna?  –  zapytał  ochrypłym,  pełnym  napięcia  głosem.  –  To  ma  być 

pułapka? 

– Raczej szansa dla ciebie, żebyś mógł ich obserwować, zbytnio nie rzucając się 

w oczy. Tak, jestem pewna. 

– Wiesz, co mówisz? 
– Wiem. I ty myślisz o tym samym. To ktoś, kto mnie zna. Ktoś, kogo uważam 

za przyjaciela lub przyjaciółkę. 

 

background image

76 

 

Daniel nie wiedział, kto bardziej hałasuje. Mężczyźni w piwnicy, gdzie oglądali 

mecz  piłki  nożnej,  czy  kobiety  w  salonie,  które  piszczały  z  podniecenia  i  śmiały 
się, rozpakowując prezenty dla dziecka. 

–  Weźcie  sobie  więcej  piwa  –  powiedział  do  ośmiu  odwróconych  plecami 

mężczyzn, których sylwetki rysowały się na tle rozjarzonego ekranu telewizyjnego. 

Kilku mężczyzn chrząknęło lub odmówiło, ale większość go zignorowała. 
Mężowie  lub  chłopcy  koleżanek  Lauren  ze  szkoły  rodzenia  i  innych 

przyjaciółek nie wyglądali tak, jak gdyby mieli jakieś złe zamiary. 

Daniel  polecił  zmienić  zamki  w  domu  Lauren  na  Nowy  Rok,  prawie  dwa 

tygodnie temu. Od tej pory Lauren nigdy nie spuszczała oczu ze swojego jedynego 
kompletu  kluczy.  Nie  było  żadnych  śladów  świadczących,  że  ktoś  włamał  się  do 
domu.  Przyszły  jeszcze  dwa  listy  z  pogróżkami.  Ich  zawartość  i  specyficzne 
sformułowania  nadal  przywodziły  Danielowi  na  myśl  jakiegoś  rozgniewanego, 
rozpuszczonego  smarkacza  z  college'u,  który  wcale  nie  był  taki  wyrafinowany  i 
obyty  w  świecie,  za  jakiego  się  uważał.  Policja  rozszerzyła  krąg  podejrzanych, 
przesłuchała kilka osób i nadal nie miała podejrzanego. 

Daniel  powoli  wrócił  na  górę,  udając,  że  jest  czymś  bardzo  zaaferowany.  W 

kuchni  Bridget  zręcznie  nakładała  na  talerze  zimne  i  gorące  dania.  Pomagała  jej 
dwudziestotrzyletnia córka, Trish. Obie uśmiechnęły się do Daniela i zaprosiły, by 
spróbował  ich  potraw.  Sprawiały  wrażenie  bardzo  zajętych,  zadowolonych  i 
zupełnie niegroźnych. 

Chwycił kilka parujących kąsków i ponownie wymknął się z kuchni, mówiąc: 
– Diabelnie smaczne! 
Idąc opustoszałym holem w stronę sypialni, usłyszał głos Lauren, dochodzący z 

samego  środka  gromady  gości.  I  jak  zwykle  zareagował  przyśpieszonym  biciem 
serca. 

– Och, Catrina, to zachwycające! Dziękuję ci! 
Lauren  z  zapałem  rozwijała  podarunki,  które  Stephanie  układała  w  stos  na 

bocznym  stoliku.  Wraz  z  pojawianiem  się  kolejnych  gości  przybywało  też 
prezentów. W salonie razem z Lauren było czternaście kobiet. 

Daniel  wyruszył  na  dalszy  zwiad.  W  pokoju  dziecinnym  panowała  cisza,  tak 

samo  w  gabinecie  Lauren.  Sypialnia  była  pusta.  Daniel  właśnie  miał  zawrócić, 
kiedy  z  przylegającej  do  sypialni  łazienki  dobiegł  go  jakiś  dźwięk.  Drzwi  były 
zamknięte, prawdopodobnie na klucz. 

Usłyszał głośny szum spuszczanej wody i mruknął: 
– Tak, po to właśnie są łazienki. 

background image

77 

 

Po  chwili  zawrócił,  mijając  po  drodze  łazienkę  dla  gości.  Drzwi  toalety  były 

otwarte. Można było zobaczyć wazon ze świeżymi, czerwonymi różami stojący na 
marmurowej  toaletce,  nieskazitelnie  czysty  ręcznik  dla  gości  położony  na 
podgrzewanym wieszaku i koszyczek z mydełkami w kształcie muszli. 

Dlaczego  w  takim  razie  ktoś  używa  prywatnej  łazienki  Lauren?  –  zaczął  się 

zastanawiać gorączkowo Daniel. 

Ukradł kilka smakołyków Bridget i oparł się o kuchenną futrynę, skąd widział 

dużą część salonu poprzez podwójne drzwi prowadzące do jadalni. Zapamiętał listę 
gości i teraz widział wszystkich, z wyjątkiem Catriny Callahan, Anny Hazelwood i 
Corinne  Alexander.  Dwie  z  nich  po  prostu  mogły  siedzieć  w  jakimś  kącie,  poza 
jego polem widzenia. 

Dzisiaj  Lauren  wyglądała  fantastycznie.  Rozpuściła  włosy,  które  spadały  jej 

kaskadą  na  plecy,  oczy  jej  błyszczały  z  radości.  Ubrana  była  na  różowo,  choć 
zazwyczaj unikała tego koloru, uważając, że nie licuje on z jej pozycją zawodową. 
Teraz  miała  w  sobie  coś  łagodnego,  delikatnego,  chwytającego  za  serce.  Czy 
dlatego,  że  myślała  tylko  o  swoim  dziecku,  zapominając  na  krótką  chwilę  o 
grożącym jej niebezpieczeństwie? 

Ten  rozmarzony,  senny  wyraz  twarzy  tylko  podkreślał  jej  urodę.  Daniel 

spróbował  sobie  wyobrazić,  jak  będzie  wyglądała,  gdy  po  raz  pierwszy  weźmie 
swoje  dziecko  w  ramiona.  Nagle  zdał  sobie  sprawę,  że  chce  to  zobaczyć  i 
przestraszył  się.  Opadły  go  podobne  wspomnienia  z  jego  własnej,  tak  niedawnej 
przeszłości.  Przypomniał  sobie  zobowiązania,  małżeńskie  kajdany,  nieszczęście, 
naciski i narastające urazy. 

Wróciwszy  wolnym  krokiem  do  holu,  rozejrzał  się,  oczekując,  iż  jeden  z 

zaproszonych mężczyzn może wejść po schodach na górę. Usłyszał jednak zgodny 
chór  basów  i  barytonów.  A  zatem  towarzystwo  jest  całkowicie  pochłonięte 
końcówką meczu. Tak, on sam też chętnie obejrzałby ten mecz, ale ostatnio Lauren 
miała  pierwszeństwo  przed  innymi  sprawami.  Jej  bezpieczeństwo  jest 
najważniejsze. 

Sąsiadująca  z  sypialnią  Lauren  łazienka  nadal  była  zajęta.  Nie  dobiegał  już  z 

niej  szum  wody.  Zamiast  tego  Daniel  usłyszał  cichy  szczęk  otwieranych  drzwi 
szafki, zgrzyt wysuwanej szuflady, brzęk pojemników z kosmetykami lub lekami. 

Czekał. 
Dźwięki  te  docierały  zza  drzwi  jeszcze  przez  parę  minut.  Później  rozległ  się 

szczęk zamka. Drzwi otworzyły się i stanęła w nich Corinne. Na chwilę zamarła, 
ale potem skrzywiła usta w parodii promiennego uśmiechu. 

background image

78 

 

–  Cześć,  Daniel  –  powiedziała,  próbując  go  wyminąć.  Ponieważ  stał  w 

drzwiach,  po  prostu  oparł  rękę  o  framugę,  żeby  zagrodzić  Corinne  drogę. 
Podziałało. 

– Musimy porozmawiać – powiedział. 
– Danielu, proszę! – Zaśmiała się cicho. – Chcę zobaczyć, jak Lauren rozwija 

mój podarunek. 

W  milczeniu wszedł do łazienki i nie odwracając się, zamknął za sobą drzwi. 

Następnie oparł ręce na biodrach, jak bramkarz z nocnego klubu. Uznał, że ten gest 
wystarczy,  by  dać  Corinne  do  zrozumienia,  iż  to  nie  przelewki  i  on  w  razie 
potrzeby bez wahania użyje przemocy. Da jej minutę lub dwie, a potem, był tego 
pewny, Corinne sama zacznie mówić. 

Nie musiał czekać nawet tak długo. 
– To nie jest to, o czym myślisz – wypaliła Corinne po dwudziestu sekundach 

pełnego napięcia milczenia. 

– Powiedz mi, o czym myślę – zachęcił ją spokojnie. 
– Że ją okradam. 
– Nie wyglądasz na kogoś, kto musi to robić. 
– Właśnie! – Na jej twarzy odmalowała się ulga. – Jesteś profesjonalistą w tej 

dziedzinie, Danielu – powiedziała, zniżając uwodzicielsko głos. – Przyznaję, że ja 
sama  uważam  się  za  amatorkę,  jednak  moja  obecność  tutaj  jest  całkowicie 
uzasadniona. Po prostu szukam dowodów na poparcie wniosku o wyłączną opiekę 
nad  dzieckiem,  jeśli  Ben  Deveson  zwróci  się  z  tym  do  sądu.  Zastanawia  się  nad 
tym od miesięcy i chce poznać więcej faktów. 

– Jakiego rodzaju faktów? 
–  Och,  wiesz,  o  co  chodzi.  Szukam  dowodów  na  używanie  narkotyków, 

problemy  emocjonalne,  rozwiązłość,  niezdrowy  tryb  życia  i  tak  dalej.  Na  pewno 
masz z tym do czynienia w swoim zawodzie. Danielu. Ponieważ nie odstępowałeś 
Lauren  na  krok  i  podjąłeś  wszelkie  możliwe  środki  ostrożności,  okazało  się  to 
znacznie trudniejsze, niż powinno. Jednak jej prawnicy będą chcieli nakłonić ludzi, 
żeby obrzucili Bena błotem, to nie ulega wątpliwości. 

– Ludzi, którzy udają, że są jej bliskimi przyjaciółmi? To chciałaś powiedzieć? 
–  Do  diabła,  nigdy  w  życiu  nie  był  taki  rozgniewany,  a  Corinne  nawet  nie 

mrugnęła okiem. 

– Lauren go rzuciła – powiedziała, zaciskając usta. 
–  Ja  pierwsza  go  poznałam!  Na  Boga,  to  ja  ich  sobie  przedstawiłam!  Jakim 

cudem mogłabym w tym sporze wziąć jej stronę? 

background image

79 

 

–  Przecież  udajesz,  że  właśnie  tak  jest.  A  co  z  przeciętymi  oponami  i 

anonimami pełnymi pogróżek? 

– To nie moja sprawka. 
Daniel z trudem panował nad nerwami. Miał ochotę potrząsnąć tą chudą jędzą i 

zmusić ją do szybszego artykułowania zdań. 

– Nie wiem, kto to był – mówiła dalej Corinne. Początkowo było mi to na rękę, 

chociaż wciągnęło cię do gry, a ty jesteś trudnym przeciwnikiem. To zabawne, ale 
Lauren długo uważała, że nęka ją jedna i ta sama osoba. Czasami było mi jej żal. 
Jednak ja nigdy nie posunęłabym się do tego typu ekscesów, to nie w moim stylu. – 
Spojrzała na niego z nadąsaną minką, jak gdyby mówiła: „Spójrz na mnie, jestem 
miła!",  a  potem  zepsuła  ten  niezbyt  przekonujący  występ,  dodając:  –  Lauren  nie 
musi  się  niczym  martwić  w  sprawie  opieki  nad  dzieckiem.  Jest  taka  czysta,  że 
można  ją  stawiać  innym  za  przykład.  Ben  prawdopodobnie  zrezygnuje  z 
dochodzenia praw do dziecka na drodze sądowej, co mi odpowiada. 

–  Uśmiechnęła  się.  –  Nie  chcę,  żeby  dziecko  Lauren  plątało  się  pod  nogami, 

kiedy zamieszkam z Benem. 

–  Właśnie  –  wycedził  Daniel  przez  zęby.  –  Dziękuję  za  udzielenie  mi  tych 

informacji.  A  teraz  możesz  już  odejść.  –  Nie  powiedział  ani  słowa  więcej,  tylko 
wykręcił  Corinne  rękę  do  tyłu,  chwycił  za  nadgarstek  i  wyprowadził  kobietę  z 
łazienki. 

– Sprawiasz mi ból – jęknęła. 
– Nie. – Nie ściskał jej ręki tak mocno, jak na to zasługiwała.  – Dowiesz się, 

kiedy naprawdę zacznę to robić. 

Kusiło  go  to.  Tak  bardzo  kusiło!  Chciał  wykręcić  jej  przedramię  tak  bardzo, 

żeby znalazło się równolegle do kręgosłupa. Widzieć, jak się pochyla, skręca z bólu 
i błaga o litość. Ta kobieta zdradziła swoją starą przyjaciółkę. Oszukała ją właśnie 
wtedy, gdy Lauren była najbardziej bezbronna i zagubiona. Gdy toczyła najcięższą 
walkę w życiu i bardzo potrzebowała psychicznego wsparcia. 

– Dokąd mnie prowadzisz? 
– Do drzwi – odparł. – Sama wyniesiesz się stąd do wszystkich diabłów. I jeśli 

choćby  cień  twojego  małego  palca  znowu  się  pojawi  w  życiu  Lauren,  każę  cię 
aresztować. Wylądujesz za kratkami, zanim zdążysz policzyć do trzech, wierz mi. 

– Na jakiej podstawie? – wyjąkała. – Jakie masz dowody przeciwko mnie? 
– Tydzień temu kazałem zainstalować w całym domu ukryte kamery. 
To  nie  była  prawda. Chętnie  posunąłby  się  do  tego  typu  środków  ostrożności, 

ale Lauren nigdy nie pozwoliłaby na to. Wiedział jednak, że Corinne mu uwierzy. 

background image

80 

 

Jednak jeżeli okaże się na tyle głupia, by kiedykolwiek tu wrócić, on zamieni jej 
życie w piekło. 

Kiedy zamknął drzwi za Corinne, musiał zacisnąć ręce w pięści, żeby przestały 

mu  drżeć.  Przez  kilka  minut  nie  mógł  się  poruszyć.  Tylko  stał  tak  z  pochyloną 
głową i zamkniętymi oczami, starając się opanować. 

Tak bardzo pragnął chronić Lauren, że aż go to przerażało. Był zły na siebie za 

to,  że  nie  sprawdził  Corinne  dokładniej.  Zadowolił  się  ustaleniem,  czy  miała 
udziały  w  kampanii  Bena,  czy  była  kiedykolwiek  karana,  i  na  tym  koniec.  Nie 
wziął pod uwagę pobudek osobistych, nawet mu to nie przyszło do głowy. Zajrzał 
też  do  dokumentacji  Bena,  na  tyle  głęboko,  na  ile  mógł,  ale  to  nie  była  jego 
dziedzina. Zresztą tym obiecała zająć się policja. Teraz Daniel miał ochotę wsiąść 
do  najbliższego  samolotu  lecącego  do  Szwajcarii,  żeby  osobiście  wytoczyć  krew 
Bena  Devesona.  Chciał  sam  przejrzeć  wszystkie  dowody  zgromadzone  przez 
policję,  zbadać  wszystkie  dokumenty  firmy  Devesona, przekształcić całe  Lachlan 
Security Systems w brygadę śledczą i dopaść wreszcie tego drania, który zamienił 
życie Lauren w koszmar. 

A  najbardziej  pragnął  trzymać  w  ramionach  Lauren  i  osłaniać  ją  własnym 

ciałem przed każdym niebezpieczeństwem. 

Nic ci nie grozi. Jestem tu. Nie opuszczę cię... To właśnie powiedziałem Becky. 

Że jej nie opuszczę. 

I w ten oto sposób unieszczęśliwiłem nas oboje. Nie jestem nic winien Lauren. 

Absolutnie  nic.  Nie  wolno  mi  ingerować  w  jej  życie.  Nie  jestem  też  ojcem  jej 
dziecka. Muszę się trzymać daleko od tego wszystkiego i oszczędzić nam obojgu 
cierpienia i żalu. 

Niespokojny,  nadal  rozgniewany,  z  trudem  panował  nad  emocjami.  Przenikał 

go ból, którego nie umiał wytłumaczyć. Powoli wrócił do kuchni i ukradł jeszcze 
kilka smakołyków Bridget. Zjadł je, nie czując ich smaku. Wsłuchiwał się w głos 
Lauren, która co i rusz głośno wyrażała zachwyt, oglądając resztę prezentów. 

– Nie miałeś prawa! 
– Dobry Boże, Lauren, a co miałem zrobić? Pogłaskać ją po głowie i odesłać z 

powrotem do grona gości? 

Przekazać  ją  tobie,  żebyś  zmieszała  ją  z  błotem  na  środku  salonu  usłanego 

papierem do pakowania? 

Papier do pakowania został oczywiście dawno wyrzucony. Była szósta wieczór, 

na dworze panował mrok i chłód. Dom wysprzątano, a goście odjechali. Lauren i 
Daniel  siedzieli  naprzeciw  siebie  na  środku  salonu,  pełnego  ślicznych  prezentów 

background image

81 

 

dla  jej  dziecka.  Te  podarunki  nie  były  najlepszym  tłem  dla  kłótni,  jaką  ze  sobą 
toczyli. 

– To była moja sprawa! – oświadczyła Lauren z gniewem. – Corinne zdradziła 

mnie, a nie ciebie! Nie miałeś prawa tak postąpić. Chciałabym spojrzeć jej prosto w 
oczy,  usłyszeć  o  wszystkim  z  jej  ust  i  powiedzieć,  co  myślę  o  jej  udawanej 
przyjaźni.  A  ty  odebrałeś  mi  tę  szansę!  Zamiast  tego  sam  ją  zdemaskowałeś, 
groziłeś jej i wyrzuciłeś ją z mego domu bez mojej wiedzy! 

Potrząsnęła głową, jakby zabrakło jej słów. 
– Ty naprawdę masz bzika na punkcie kontrolowania wszystkiego, co się wokół 

ciebie dzieje. Niezła z ciebie despotka i pedantka. – Z najwyższym trudem zmuszał 
się  do  mówienia  względnie  spokojnym  tonem,  choć  miał  ochotę  krzyczeć.  –  Ja 
tylko próbowałem cię chronić! Robię, co do mnie należy, nie rozumiesz tego? 

– To nie ma nic wspólnego z kontrolą! 
–  Nie?  Pewnie  nie  ma  z  tym  nic  wspólnego  również  sterylnie  czysty  i 

kompletnie urządzony pokój dziecinny, ani te wszystkie poradniki dla przyszłych 
rodziców? 

– No tak, staram się zapanować nad swoim życiem, nie pozostawiam niczego 

przypadkowi – przytaknęła natychmiast. – Wiem o tym. Dostrzegam to, śmieję się 
z tego i... nadal to robię. W ten sposób odnajduję wewnętrzny spokój, jakiś ład w 
życiu.  Ciekaw  jesteś,  o  co  mam  do  ciebie  pretensje,  Danielu,  a  raczej  Locku  – 
prychnęła z gryzącą ironią. – Zaczynasz odmawiać mi prawa do uczestniczenia w 
sprawach, które mnie dotyczą. Jeśli uważasz, że mi pomagasz, to bardzo się mylisz. 
Może  i  mam  bzika  na  punkcie  samokontroli,  ale  ty  zachowujesz  się  jak 
nadopiekuńcza  kwoka.  Pewnie  nawet  nie  zdajesz  sobie  z  tego  sprawy,  mnie  to 
natomiast szalenie irytuje. 

–  Chronię  cię,  ponieważ  mi  za  to  płacą!  Sama  się  na  to  zgodziłaś,  czyżbyś 

zapomniała? A może zaprzeczysz, że potrzebujesz ochrony? 

– Posuwasz się znacznie dalej poza to, za co ci płacą, Danielu. – Oczy Lauren 

zabłysły, a głos zadrżał. Mimo to wydawała się bardzo pewna swych racji.  – Ale 
kiedy  pozwalam  ci  na  to,  jak  wtedy,  gdy  pytałam  o  wychowywanie  dzieci  czy 
zostałam na zabawie w twoim kościele, ty zareagowałeś agresją. Zupełnie jakbym 
próbowała cię zmusić do czegoś, na co nie masz ochoty. To ty wysyłasz sprzeczne 
sygnały. 

Och, jaka jesteś piękna, kiedy się gniewasz! Tak, tylko wyobraź sobie, co ona 

by zrobiła, gdybyś naprawdę jej to powiedział, pomyślał Daniel. 

Poczuł gorycz w ustach. Wypił jedno piwo, kiedy kręcił się na dole, oglądając 

background image

82 

 

mecz i czekając na koniec przyjęcia. Potem wypił drugie. Teraz żałował, że dał się 
skusić.  Alkohol  ciążył  mu  w  żołądku,  przytępiał  ostrość  umysłu,  której  teraz  tak 
bardzo potrzebował. Miał przecież wiele spraw do przemyślenia. 

Po  chwili  jednak  musiał  przyznać  szczerze,  że  to  nie  piwo  mu  w  tym 

przeszkadzało. To Lauren. Była taka pociągająca i piękna, kiedy się gniewała. 

–  A  oto  jeszcze  jeden  sprzeczny  sygnał,  specjalnie  dla  ciebie  –  powiedział  i 

podszedł, żeby ją pocałować. 

Czy  kiedykolwiek  przedtem  całował  tak  namiętnie  rozgniewaną  kobietę?  No 

tak, oczywiście, kilka razy Becky. Częściej to on był całowany przez kobiety, po 
starannie zaplanowanej kampanii, jak później zrozumiał. Nie lubił tej uprawianej z 
premedytacją męsko-damskiej gry, tych następujących po sobie, niemal rytualnych 
zachowań. Teraz było inaczej, bo... znacznie lepiej, bez cienia fałszu. 

Oczy  Lauren  błyszczały,  policzki  zarumieniły  się.  Rozpuszczone  włosy  były 

trochę potargane, gdyż rozczesała je palcami i odrzuciła do tyłu, unosząc dumnie 
głowę.  Patrzyła,  jak  Daniel  idzie  ku  niej,  musiała  odgadnąć  jego  zamiary.  Nie 
odezwała  się,  po  prostu  piorunowała  go  spojrzeniem,  jakby  ostrzegając  przed 
konsekwencjami. 

Podjął to wyzwanie bez namysłu. 
–  Jeżeli  uważasz,  że  to  coś  zmieni,  to  grubo  się  mylisz  –  syknęła  jak 

rozzłoszczona kotka. Odwróciła gwałtownie głowę i wargi Daniela dotknęły kącika 
jej ust. Poczuł słodki smak truskawek, biszkoptu i śmietany. 

Ujął  podbródek  Lauren  i  ostrożnie  znów  zwrócił  jej  głowę  ku  sobie.  Kiedy 

wykrztusiła „Nie", Daniel zamknął jej usta pocałunkiem. 

–  Powtórz  to  tak,  jakbyś  naprawdę  tego  nie  chciała,  a  wtedy  przestanę  – 

warknął. 

– Ja naprawdę tego nie chcę. Poza tym nadal gniewam się na ciebie. 
– Ale nie pozostajesz obojętna na moje pocałunki. 
Nie  odpowiedziała,  lecz  oparła  lekko  dłonie  na  jego  biodrach.  Podniosła  ku 

niemu  twarz,  już  się  nie  odwracała.  Rozchyliła  usta.  No  i  rzeczywiście  nie 
pozostała bierna wobec jego pieszczot. 

– Odpowiadam na twoje pocałunki – przyznała potulnie. Objęła go rękoma za 

szyję> ugryzła lekko w dolną wargę, a potem musnęła językiem wyimaginowaną 
ranę. – Ale to i tak niczego nie zmienia. Gniewam się na ciebie. 

– Co zamierzasz zrobić w tej sprawie? 
– Całować cię tak długo, aż mnie przeprosisz. 
– To dość ryzykowne i chyba nazbyt ambitne założenie. Wytrzymam dłużej niż 

background image

83 

 

ty. 

– Doskonale! Wcale mi się nie śpieszy. 
Oboje pletli androny i oboje doskonale o tym wiedzieli. 
– A co potem? 
– Potem zadzwonię do Corinne i umówię się na spotkanie z nią. 
– Nie! 
–  Nie  przeszkodzisz  mi  w  tym,  Danielu.  Nie  w  tym,  co  muszę  i  powinnam 

zrobić. Całuj mnie, ile tylko dusza zapragnie. 

– Tak. To właśnie zamierzam... – mruknął. 
–  Ale  nie  oszukuj  się,  że  to  cokolwiek  zmieni  w  naszych  wzajemnych 

stosunkach. 

Zimny prysznic nie podziałałby tak szybko, jak ostatnie słowa Lauren. Daniel 

cofnął się o krok. 

– Nie dzwoń do Corinne! – poprosił. – Na litość boską, nie rób tego! 
– Czemu nie? 
– Bo za osiem dni masz urodzić dziecko. 
–  To  wystarczający  dowód,  że  jestem  dorosła.  Nie  zostałam 

ubezwłasnowolniona. Przestań mnie pouczać. 

–  Pewne  zachowania  są  poniżej  twojego  poziomu,  Lauren.  Co  właściwie 

zamierzasz zrobić? Dostarczyć Corinne satysfakcji, przyznając, jak bardzo dała ci 
się we znaki? A może urządzisz pyskówkę? 

– Sądzisz, że to w moim stylu? 
– Nie! Do diabła, nie! Ale kto wie, jaki ona ma styl? Jesteś od niej tysiąc razy 

lepsza. Nie zawracaj sobie nią głowy, nie warto. 

Popatrzyła  na niego uważnie, przechylając  lekko głowę  na  bok.  Była  dziwnie 

spokojna, wręcz nienaturalnie opanowana. 

– Zastanawiam się, czy to nie jest najprzyjemniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek 

mi powiedziałeś. – Uśmiechnęła się leciutko. – Myślę, że tak. 

–  Czy  pamiętasz,  że  jesteś  jutro  po  południu  umówiona  na  oddziale 

położniczym  miejskiego  szpitala?  –  spytał  Daniel  –  I  że  twój  tata  chciał,  abym 
sprawdził ich system alarmowy? 

–  Tak,  pamiętam.  Tuż  przedtem  mam  badania  prenatalne  i  proszę,  żebyś  mi 

towarzyszył.  W  poczekalni  –  dodała  z  naciskiem.  –  Ja  chcę,  abyś  mnie  chronił. 
Danielu. Ale nie przed zdradzieckimi przyjaciółkami. 

Wzruszył  ramionami,  na  pozór  lekceważąco,  w  istocie  jednak  był  trochę 

zaniepokojony. Do diabła, pomyślał, ona naprawdę potrzebuje mojej pomocy. 

background image

84 

 

A może to Lauren miała rację? Może to raczej on odczuwał wielką potrzebę, by 

chronić ją przed całym złem tego świata? 

 

background image

85 

 

Rozdział 9 

 
– Jak ci poszło? – Daniel krążył po poczekalni oddziału położniczego. W tym 

miejscu czuł się w roli ochroniarza szczególnie niezręcznie. 

–  Doktor  Feldman  mówi,  że  wszystko  jest  w  porządku  –  odparła  Lauren. 

Znowu  ubrała  się  jak  kobieta  interesu  –  w  elegancką,  lecz  skromną  granatową 
sukienkę.  –  Puls  jest  świetnie  wyczuwalny  i  dziecko  miewa  się  dobrze.  Jest 
ułożone główką do dołu. Właściwie to... 

– Wiem, trzeba szykować się do porodu. 
– No tak, ale to jeszcze może potrwać. 
–  Nie  wszystkie  dzieci  są  punktualne.  Przyjmą  cię  na  oddział  i  spokojnie 

poczekasz na swój czas. 

– Albo kogoś zamorduję. 
– A skoro już o tym mowa, nie zapytałem cię jeszcze, czy... 
– Tak, widziałam się z Corinne dziś rano. Tak, nadal jest cała i ma wszystkie 

włosy. 

– To dobrze – powiedział ostrożnie. 
–  Ja  nie  przegrałam,  Danielu.  –  Musnęła  palcami  rękaw  jego  szarej  koszuli, 

jakby  pragnęła  go  uspokoić.  Czy  wyczuwała,  że  coś  go  dręczy?  Czasami  miał 
ochotę  poprosić,  żeby  Lauren  pomogła  mu  zrozumieć,  co  to  takie–  go.  – 
Siedziałam  za  wielkim  biurkiem  w  moim  ogromnym  biurze,  w  towarzystwie 
prawnika. W pełni kontrolowałam sytuację, zmusiłam Corinne, aby spojrzała mi w 
oczy, co ją zaniepokoiło, i dostałam to, czego chciałam. 

– A co to właściwie było? Wczoraj mi tego nie powiedziałaś. 
– Nie miałeś ochoty słuchać, prawda? Chciałam wydobyć z niej więcej, niż była 

skłonna mi powiedzieć, o planach Bena. Udało mi się. – Podniosła głowę. – Wiem, 
na  czym  stoję  w  sprawie  mojego  dziecka.  Ben  nie  wróci  do  USA,  bo  musiałby 
stanąć przed sądem. Powiedział podobno, że jeśli chcę pokazać mu dziecko, będę 
musiała odwiedzić go w Europie. Czyli zakopał topór wojenny. Corinne go kocha, 
chyba  wkrótce  razem  zamieszkają.  Nie miałam  pojęcia,  że  jej  ostatnia podróż do 
Europy miała takie romantyczne podłoże. Ben wyraził ubolewanie z powodu tych 
anonimów i incydentów. Zamierza zaproponować jakąś ugodę, ale ja się na to nie 
zgodzę. Nie zabiorę dziecka do Europy. Jestem niezależna i świetnie sobie poradzę 
w mli samotnej matki. 

Daniel  poczuł  się  trochę  nieswojo.  Jednak  i  tym  razem  nie  potrafiłby 

background image

86 

 

powiedzieć,  co  go  zaniepokoiło.  Decyzja  Lauren,  a  może  jej  determinacja  i 
pewność  siebie?  O  ile  oczywiście  Lauren  nie  działa  teraz  pod  wpływem  ślepej 
złości.  Cóż,  ona  nie  przemyślała  jeszcze  wszystkiego,  jej  dziecko  jeszcze  nie 
przyszło  na  świat.  Nie  wiedziała,  w  co  się  pakuje.  Dlaczego  tak  bardzo  go  to 
niepokoiło? Czym się martwił? 

–  Jak  się  czujesz?  –  zapytał  lekko  zachrypniętym  głosem.  –  Wszystko  w 

porządku? 

– Czuję się dobrze, biorąc pod uwagę okoliczności. – Skrzywiła się, przecząc w 

ten sposób swym słowom, a potem potarła plecy w okolicy krzyża. Daniel znał ten 
gest.  Omal  nie  zaproponował  jej  masażu.  Dzisiaj  jednak  był  ostrożny.  Patrzył 
całkiem  inaczej  na  wiele  spraw,  jedne  przemyślał,  a  nad  innymi  ciągle  się 
zastanawiał. 

Gdyby Lauren go posłuchała, nie zobaczyłaby się z Corinne dziś rano, ale stało 

się inaczej. Wczoraj powiedziała, że chodzi jej o zakończenie sprawy. Czy dlatego 
dzisiaj inaczej wygląda? 

Jest spokojna, trochę zamyślona, szczęśliwa. 
Tak, wygląda na szczęśliwą. Gdzieś znikł dawny upór, to nieznośne, graniczące 

z arogancją stawianie na swoim. 

– Co się zmieniło, Lauren? – zapytał nagle, gdy ruszyli korytarzem do wyjścia. 
Zatrzymała się i popatrzyła na Daniela. 
– Czy to widać? 
–  Tak,  widać.  To  wygląda  wspaniale.  Ty  wyglądasz  wspaniale.  Jesteś  taka 

spokojna, rozluźniona. 

– Hormony? 
– Coś więcej. 
–  No  tak,  masz  rację.  Czuję  się  inaczej,  ponieważ  nareszcie  wiem,  na  czym 

stoję  i  na  kogo  mogę  liczyć.  Eileen,  Bridget,  Stephanie,  Catrina  –  oto  moi 
prawdziwi przyjaciele. I ty. – Powtórzyła to słowo po kilku sekundach, tym razem 
pytającym tonem: – Ty? 

– Tak, oczywiście, jestem twoim przyjacielem burknął. 
Ja  nigdy  bym  cię  nie  zdradził,  pomyślał,  ale  na  szczęście  ugryzł  się  w  język. 

Czy pojmował zdradę tak samo jak Lauren? 

– Nadal nie wiemy, kto jest twoim prześladowcą – przypomniał jej. 
–  On  nie  napawa  mnie  lękiem.  Szczerze  mówiąc,  bardziej  przerażała  mnie 

myśl, że ktoś grzebie w moich rzeczach. To tym się martwiłam, znacznie bardziej 
niż przeciętymi oponami czy listami z pogróżkami. 

background image

87 

 

Stali przy oknach, z których roztaczał się widok na centrum Filadelfii. 
–  Spójrz  –  powiedziała.  –  Widać  dach  budynku,  w  którym  mieściły  się  biura 

firmy  Bena.  Zauważyłam  to  kilka  tygodni  temu.  Zajmowali  sześć  pięter,  które 
chyba nie zostały ponownie wynajęte. Ktoś na tym dużo stracił. 

–  Tak,  tak  przypuszczam  –  zgodził  się,  jednak  myślami  błądził  gdzie  indziej, 

nie poświęcając wiele uwagi słowom Lauren. 

A przynajmniej wtedy tak było. 
–  Za  kilka  minut  muszę  być  na  oddziale  położniczym  –  przypomniała  mu.  – 

Lepiej już chodźmy. 

– Pomyślą, że to ja jestem ojcem dziecka. 
– Pewnie tak. Jeśli ci na tym zależy, możemy im wyjaśnić, jak jest naprawdę. 
– To nieważne. Niech myślą, co chcą. Lauren skinęła głową. 
– W porządku. 
–  Zaczynała  żałować,  że  zdecydowała  się  na  wyprawę  do  szpitala  właśnie 

dzisiaj. Była już zmęczona i najchętniej posiedziałaby gdzieś spokojnie. W dodatku 
nadal odczuwała ból w dole brzucha i plecach. 

Dobrze, że był przy niej Daniel. Za bardzo się do niego przyzwyczaiła, w tym 

sęk. Przyzwyczaiła się, że Daniel otwiera jej drzwi, pyta, czy nie jest jej zimno i 
czy  nie  chce  jej  się  pić.  Przywykła,  że  w  jego  obecności  czuje  się  bezpieczna. 
Przyzwyczaiła  się,  że  chociaż  Daniel  często  milczy,  czasami  bawi  ją  do  łez 
opowieściami o wyczynach swoich synków. 

– Au! 
Nagle  ostry  ból  w  dole  brzucha  przeszył  ją  niby  sztylet.  To  było  takie 

przenikliwe, niepodobne do niczego znanego... 

To nie poród. 
To nie może być poród. 
Dziecko  miało  przyjść  na  świat  za  tydzień.  Przecież  nie  może  urodzić  się 

wcześniej, to tylko jakaś niestrawność lub kolka. 

Nie  bardzo  potrafiła  się  skupić  na  oględzinach  oddziału  położniczego.  Na 

twarzy  Daniela  malowało  się  uprzejme  zainteresowanie,  które  wyglądało  na 
prawdziwe, choć Lauren wiedziała, że tak nie jest. 

– Dobrze się czujesz? – spytał trochę później, kiedy grupa przyszłych matek i 

zdenerwowanych ojców poszła dalej, aby obejrzeć jedną z sal operacyjnych. 

Tak!  –  odparła  z  udaną  wesołością.  –  Cieszę  się,  że  można  rodzić  w  swoim 

pokoju, o ile wszystko przebiega prawidłowo. 

– Tak, to przyjemny szpital. Pozwolisz, że zadzwonię? Mam pilną sprawę. 

background image

88 

 

– Jasne. 
–  Tutaj  nie  wolno  używać  komórek,  muszę  poszukać  automatu.  Zaraz  was 

dogonię, nie martw się. 

– Czuję się świetnie – powtórzyła. Po kilku sekundach, gdy zajrzała do cichej, 

wyposażonej w najnowszą aparaturę sali porodowej, znowu chwyciły ją bóle. Tak 
samo ostre i przenikliwe. 

To  nie  poród.  To  nie  może  być  poród.  Ale  na  pewno  nie  czuła  się  dobrze. 

Zawieszony  wysoko  na  ścianie  porodówki  zegar  wskazywał  za  kwadrans  szóstą. 
Od pierwszego ataku bólu minęło piętnaście minut. 

Daniel  wkrótce  wrócił.  Zmrużył  oczy  tak  bardzo,  że  wyglądały  jak  dwie 

szparki. 

– Coś nie tak? – zapytała. 
– Na razie nie. Będę cię informował na bieżąco. 
Powinna  była  zapytać,  o  czym  mówi,  ale  właśnie  dotarli  do  oddziału 

noworodków. 

–  Ojej!  Niemowlęta!  –  powiedział  z  szerokim  uśmiechem,  zaglądając  przez 

szybę. – Dawno nie widziałem takich maleństw jak te. 

Większość  noworodków  spała,  ale  kilka  płakało.  Jedno  całkiem  czerwone 

niemowlę z gęstymi, czarnymi włoskami właśnie brało pierwszą w życiu kąpiel i 
wcale nie było tym zachwycone. Pozostałe zwiedzające szpital pary trzymały się za 
ręce i uśmiechały do siebie. 

–  Jak  prezentuje  się  ten  oddział  z  twojego  punktu  widzenia,  Danielu?  Jest 

bezpieczny? – spytała Lauren. 

– Tak, dobry – odrzekł. – Nie dostrzegam żadnych problemów. 
Mówił jeszcze o sprawnych ochroniarzach i dokładnym systemie kontroli, ale 

Lauren go nie słuchała. Bóle wróciły, tym razem na dłużej. W każdym razie tak jej 
się  wydawało.  A  może  dlatego,  że  przybrały  na  sile.  Zegar  na  oddziale 
noworodków wskazywał za siedem szóstą. 

Daniel dostrzegł dziwny wyraz jej twarzy. 
Przypuszczalnie śmiertelne przerażenie. 
Powiedział  coś  do  Lauren,  lecz  ona  nie  usłyszała  ani  słowa,  tylko  mocno 

chwyciła go za ramię. I już nie puściła. 

– Nie, nie czujesz się dobrze! Co ci jest? Zaraz mi oderwiesz rękę. Wyglądasz, 

jakbyś miała... 

– To nie poród – powiedziała Lauren zmienionym głosem. 
– Nie? 

background image

89 

 

– Zwykły ból. Przechodzi i wraca, mija i znowu wraca. I tak w kółko. 
– Ale to nie jest poród? 
–  Nie.  –  Zauważyła,  że  pielęgniarka  oprowadzająca  grupę  spojrzała  na  nią  z 

ciekawością. Zmusiła się, by odpowiedzieć jej szerokim uśmiechem. 

Po  czterech  minutach  rozpoczął  się  kolejny  skurcz,  a  następne  powtarzały  się 

dokładnie co cztery minuty. Za trzy szósta. Minuta po szóstej. Pięć. Dziewięć po 
szóstej. Wycieczka się skończyła. 

– Możesz wrócić do domu? – zapytał Daniel. 
Chyba pogodził się z tym, że Lauren całkowicie zawładnęła jego ramieniem, a 

to  dobry  znak.  Ramię  Daniela  było  najlepsze  na  świecie.  Po  każdych  czterech 
minutach Lauren dochodziła do wniosku, że umarłaby bez niego. 

– Nie, nie mogę – orzekła. 
– To rzeczywiście jest poród, prawda? 
– Tak sądzę. 
– I chcesz zostać tu na noc? 
–  Tak.  –  I  chcę,  żebyś  ty  został,  dodała  w  myślach.  Lecz  nie  musiała  o  nic 

prosić, bo Daniel powiedział: 

– Ulokujemy cię w pokoju, a potem będę musiał zadzwonić do mamy, dobrze? 
– W porządku. 
– Zostaję, Lauren. Nie opuszczę cię. 
– Wiem. Dziękuję ci. 
 
Spacerowali  po  korytarzu  oddziału  położniczego  tak  długo,  aż  Lauren 

zapamiętała każdy szczegół tej drogi. Ssała cukierki. Oparła czoło o ścianę pokoju, 
który jej przydzielono, podczas gdy Daniel masował jej plecy. 

Przy każdym nowym skurczu zastanawiała się, czy nie wziąć epiduralu. Jednak 

pielęgniarka  ostrzegła  ją,  że  ten  lek  może  opóźnić  poród,  zwłaszcza  przy 
pierwszym dziecku. A i tak wszystko trwało nieznośnie długo. 

Daniel  próbował  odwrócić  uwagę  Lauren  od  bólu,  komentując  na  bieżąco 

transmisję z zapasów, którą oglądał na ekranie telewizora w jej pokoju, ale nic do 
niej nie docierało. Wskazówki zegara nadal pełzły, choć to już nie miało znaczenia. 
Skurcze powtarzały się mniej więcej co trzy minuty. 

–  To  jeszcze  trochę  potrwa  –  uprzedziła  ją  pielęgniarka  i  uśmiechnęła  się 

pokrzepiająco. 

– Myślę, że teraz wezmę epidural – zdecydowała Lauren. 
– Dobrze, kotku, ale anestezjolog jest teraz w sekcji C, asystuje przy porodzie. 

background image

90 

 

Przyślę go tutaj, gdy wróci. 

Gdy kobieta wyszła z pokoju, Lauren powiedziała spokojnie do Daniela: 
– Nienawidzę jej. 
– Przejdźmy się jeszcze raz. 
– Nie! 
Odmierzający  w  żółwim  tempie  czas  zegar  doczołgał  się  do  siódmej  rano. 

Matka Daniela musiała zostać z wnukami na całą noc. Lauren próbowała się tym 
przejmować, ale nie mogła. Nie wierzyła, że reszta świata jeszcze istnieje. Przyszły 
pielęgniarki z porannej zmiany. Skądś do nozdrzy Lauren dotarł zapach śniadania. 
Nowa pielęgniarka powiedziała jej, że anestezjolog już wkrótce przyjdzie. Lauren 
nie uwierzyła jej. Uznała, że w tym szpitalu nie ma anestezjologa. 

Daniel  przekonał  ją,  aby  poszła  na  spacer  numer  dziewięć  po  szpitalnych 

korytarzach. Zgodziła się, ale znienawidziła go za to. 

– To nie pomaga? 
–  Nie!  Wciąż  mnie  boli!  Chodziłam  do  szkoły  rodzenia.  Oddycham,  tak  jak 

mnie uczono. To nie powinno tak bardzo boleć. 

Suchy  szloch  wstrząsnął  jej  ciałem.  Nie  mogła  płakać.  Przylgnęła  do  Daniela, 

który ją objął, pocałował i powiedział łagodnie: 

– Wszystko w porządku, Lauren. Kocham cię. Naprawdę wszystko w porządku. 
Nie  uwierzyła  mu.  Nie  uwierzyła  pielęgniarkom,  więc  dlaczego  miałaby 

wierzyć  Danielowi?  Koniec  świata  był  już  bliski,  tylko  wszyscy  to  przed  nią 
ukrywali.  Chciała,  żeby  świat  przestał  istnieć,  gdyż  wtedy  wreszcie  przestałaby 
cierpieć.  Chciała  wrócić  do  swojego  pokoju,  tylko  że  skurcze  następowały  tak 
szybko po sobie, że z trudem stawiała kroki. 

Kiedy w końcu wpełzła do łóżka, Daniel przeprosił ją i wyszedł z pokoju. Do 

łazienki. Znienawidziła go za to, że musiał pójść do łazienki. Nie było go podczas 
trzech  skurczów  i  miała  wrażenie,  że  sprawiały  jej  znacznie  większy  ból  niż 
poprzednie. Jak to możliwe? 

– Wszystko w porządku – powiedział po powrocie. 
–  Nic  nie  jest  w  porządku.  Chcę,  żebyś  tu  był.  Cały  czas.  Nie  zamierzam 

zachowywać się jak dobrze wychowana panienka. Czuję się lepiej, gdy mogę sobie 
ulżyć. Jestem nieszczęśliwa i nienawidzę cię! 

– W porządku. 
– Powiedziałam, że cię nienawidzę. 
– A ja cię kocham. Jestem tu z tobą. I zostanę na zawsze, jeśli mi pozwolisz. 
– Odejdź! Nie. Nie odchodź! Trzymaj mnie. Och, Boże, kiedy to się skończy? 

background image

91 

 

Skurcze nasilały się. W pokoju pojawiła się pielęgniarka. 
–  Lauren,  świetnie  sobie  radzisz  –  powiedziała.  Rozwarcie  na  dziewięć 

centymetrów. To już nie potrwa długo. Dziecko wkrótce się urodzi. 

– Mój epidural... 
– Już na to za późno. 
– Nienawidzę jej! – jęknęła Lauren, kiedy pielęgniarka wyszła z pokoju. 
–  Już  o  tym  mówiłaś  –  przypomniał  jej  Daniel.  –  Tylko  to  była  inna 

pielęgniarka. 

Chwyciła go za ramiona. 
– Chcę, żebyś mnie uratował – krzyknęła. – Pamiętasz noc, kiedy spotkaliśmy 

się po raz pierwszy? Czy to nie było wspaniałe, kiedy nas wydobyli spod ziemi? 

–  Ale  tym  razem  najpierw  sama  musisz  trochę  popracować,  kochanie  – 

wychrypiał. 

– Pomóż mi! 
– Jestem tutaj, kotku. I będę zawsze. Kocham cię, Lauren. 
Kiedy  puściła  go  na  chwilę,  przycisnął  pałce  do  powiek.  Oczy  piekły  go  z 

niewyspania. Bolały go plecy i głowa. Wszystkie stawy zesztywniały. Podobnie jak 
w dniu, gdy po raz pierwszy się spotkali... 

No  nie,  tym  razem  Lauren  była  w  innej  sytuacji.  Nie  mógł  wiedzieć,  jak  się 

czuła.  Została  uwięziona  w  pułapce  bólu,  nie  potrafiła  logicznie  myśleć,  mówiła 
zupełnie od rzeczy. 

A przynajmniej taką miał nadzieję, ponieważ już kilkakrotnie oświadczyła, że 

go nienawidzi. 

Natomiast on wyznał jej miłość... Czyżby zaczynał wierzyć, że mogą wspólnie 

spędzić resztę życia? 

Cały  świat  zniknął  mu  z  oczu.  Pozostała  tylko  twarz  Lauren,  jej  odwaga  i 

cierpienie, które sprawiło, że się załamała. Chciał razem z nią dźwigać to brzemię. 

Dlatego  wciąż  powtarzał,  że  jest  tutaj,  że  nigdy  nie  odejdzie,  nigdy  jej  nie 

opuści. 

I że ją kocha. 
Czy  to  było  największe  kłamstwo,  jakie  kiedykolwiek  padło  z  jego  ust,  czy 

szczera prawda? 

Kiedy rodziła Becky, nie mówiłem, że ją kocham, przypomniał sobie nagle ze 

smutkiem.  Wtedy  milczał  jak  zaklęty,  żeby  nie  wyrwały  mu  się  jakieś  kłamliwe 
słowa pociechy. Nigdy jej nie kochał i nie chciał oszukiwać ani jej, ani siebie. Nie 
mógłby  tego  zrobić,  nawet  gdyby  próbował.  To  właśnie  wtedy  zrozumiał,  że  ich 

background image

92 

 

małżeństwo to prawdziwa katastrofa. 

Czy teraz okłamuję Lauren? 
Nie. 
To  były.  najprawdziwsze,  najpiękniejsze  słowa,  jakie  kiedykolwiek 

wypowiedział.  Nareszcie  poczuł  się  wolny.  Zakręciło  mu  się  w  głowie  ze 
szczęścia, z nadziei, z ulgi. Nie posiadał się z radości, upajał się poczuciem siły, 
pewnością  siebie.  Kochał  Lauren.  Kochał  w  niej  wszystko.  Już  darzył  miłością 
dziecko,  które  wkrótce  miało  się  narodzić.  Nie  był  ojcem  tego  maleństwa,  ale  to 
nieważne. 

Pogładził ręką wewnętrzną stronę ramienia Lauren i odsunął jej z czoła mokre 

od potu włosy. 

Była  taka  piękna!  Pomimo  zmęczonej,  wykrzywionej  z  bólu  twarzy,  włosów 

spadających w nieładzie na ramiona, zroszonej potem górnej wargi, zachwycała go 
swoją urodą. 

Zaczęła drżeć i Daniel znowu powiedział: 
– Kocham cię, Lauren! 
Nawet go nie usłyszała. 
– Pomóż mi! Muszę przeć! Zaczyna się! 
Jednak główka dziecka ukazała się dopiero godzinę później. Daniel zobaczył na 

monitorze,  że  z  każdym  nowym  skurczem  tętno  dziecka  słabnie  coraz  bardziej  i 
strach ścisnął go za gardło. W pewnej chwili przyszedł doktor Feldman, ale Daniel 
tego  nie  zauważył.  Teraz  druga  pielęgniarka  usunęła  z  pokoju  zwykły  wózek 
szpitalny  dla  dzieci  i  wepchnęła  nowy,  ze  specjalną  aparaturą  do  intensywnej 
terapii. 

Lauren zbyt cierpiała, żeby wyczuć, że coś jest nie w porządku. 
– Co się dzieje? – zapytał Daniel, gdy tylko powrócił doktor Feldman. 
– Nic takiego. Ramię utknęło i to wszystko. 
– Wszystko? 
Daniel  zobaczył  na  monitorze,  że  tętno  dziecka  bardzo  osłabło.  Teraz  cenna 

była każda sekunda. 

– Uwolnijcie je! – syknął przez zęby. 
– Robimy, co w naszej mocy. Oddychaj podczas tego skurczu, Lauren – polecił 

lekarz. 

– Nie mogę! – wyjęczała, a potem i tak to zrobiła. Oczy miała szeroko otwarte i 

nieruchomym wzrokiem wpatrywała się w jakiś punkt na suficie. 

–  W  porządku,  przyj  teraz,  Lauren.  Przyj  z  całej  siły!  –  rozkazał  doktor 

background image

93 

 

Feldman. 

Lauren jęknęła i zaczęła dyszeć tak ciężko, jak biegacz po maratonie. Drżała na 

całym ciele. 

–  To  dziewczynka!  –  obwieścił  doktor.  Zapadła  cisza,  którą  rozdarł  głośny 

krzyk dziecka. – No właśnie! To śliczna dziewczynka! 

–  Czy  nic  jej  nie  jest?  –  wykrztusił  Daniel,  czując,  że  strach  chwyta  go  za 

gardło. 

–  Czuje  się  świetnie.  Jest  piękna.  Tylko  zaaplikujemy  jej  troszkę  tlenu...  Czy 

ona ma już imię? 

–  Callie  Jean,  po  mojej  matce  –  szepnęła  Lauren,  a  potem  zaczęła  płakać.  – 

Och! Mam małą córeczkę! Mam śliczną córeczkę! – szlochała. 

– Callie to ładne imię – wtrąciła pielęgniarka. 
– Mama naprawdę miała na imię Caroline, ale nikt nigdy tak jej nie nazywał – 

powiedziała Lauren przez łzy. – Ja zawsze bardzo lubiłam to zdrobnienie. 

–  A  oto  i  ona.  Jest  piękna.  –  Pielęgniarka  położyła  dziewczynkę  na  brzuchu 

Lauren.  Callie  była  duża,  miała  wilgotne,  czarne  włoski  i  zanosiła  się  od  płaczu. 
Lauren spojrzała czule na córkę. 

Daniel wiedział, że jest szczęśliwa, ale nie mógł dzielić z nią tego uczucia. Nie 

poprosiła  go o  to.  Nawet  na  mnie  nie  spojrzała,  uświadomił  sobie.  Nawet  mi  nie 
powiedziała, że już dawno wybrała imię dla dziecka. Zresztą, to nie moje dziecko, 
nawet nie  mam  prawa  go  kochać.  Co  ja  właściwie  robię?  Już  nie  jestem  nikomu 
potrzebny. 

– Muszę stąd wyjść – mruknął gdzieś w przestrzeń, ze wzrokiem utkwionym w 

podłogę. 

Opuścił pokój najszybciej, jak mógł. Początkowo nie wiedział, dokąd idzie. Po 

prostu  uciekł.  Chodził  tam  i  z  powrotem  przez  kilka  minut.  Z  trudem  chwytał 
oddech, uginały się pod nim nogi, a oczy bolały ze zmęczenia. Nie jadł od ponad 
dwudziestu godzin. Miał pusty żołądek, ale wcale nie czuł głodu. 

W końcu pogodził się z porażką. Rozjaśniło mu się w głowie i był gotowy do 

działania. Musi zrobić tylko jedną rzecz. To, co powinien był robić przez cały czas. 
Z pasją oddać się pracy. 

 
Lauren  nie  wiedziała,  kiedy  Daniel  wyszedł.  Wydawało  się  jej,  że  w  jednej 

chwili ściskała go za ramię, a w następnej, kiedy, zauroczona córeczką, wolna od 
bólu, podniosła oczy, już go nie było w pokoju. 

– Dokąd poszedł Daniel? – zapytała pielęgniarkę. 

background image

94 

 

– Powiedział, że musi wyjść – odparła pielęgniarka. Sprawiała wrażenie lekko 

zaskoczonej. 

Ale  przecież  nie  wiedziała,  że  Daniel  nie  jest  ojcem  tego  dziecka. 

Prawdopodobnie telefonował do swojego biura lub do matki i synków. Wracał do 
swojego prawdziwego życia. 

Skończyłem,  powie  z  ciężkim  westchnieniem.  To  była  koszmarna  noc,  lecz 

teraz jestem wolny i wrócę do was jak najszybciej. 

Lub coś w tym stylu. 
Wyznał mi miłość. Nie pamiętam kiedy, ale wiem, że mi się to nie przyśniło. 

Nie przesłyszałam się. Powtórzył to kilka razy... 

No tak, a jak ona zareagowała? W kółko krzyczała, że go nienawidzi. Chyba nie 

potraktował jej serio? Zapewne Daniel też nie mówił poważnie. 

Wolna od bólu, wyczerpana, zachwycona dzieckiem... a potem odtrącona. 
Odtrącona.  Zrezygnowana.  Nie  wiedziała,  że  nastrój  może  tak  szybko  się 

zmieniać. Jej uczucia były jak olbrzymie fale, które niszczą wszystko, co napotkają 
na swej drodze. 

Kiedy  później  umościła  się  wygodnie  w  łóżku,  z  małą  Callie  w  ramionach, 

Daniela nadal nie było. Może wcale nie wróci. Właśnie patrzyła na Callie, kiedy w 
końcu stanął w drzwiach. 

– Posłuchaj, mam kilka dobrych wiadomości. – Nie powitał jej, nie uśmiechnął 

się. 

– Tak? – Serce biło jej jak oszalałe. Zakręciło jej się w głowie. Pragnęła go. 
I kochała. 
Kiedy to się stało? Nie umiała wskazać tej chwili, dnia lub nawet tygodnia. Po 

prostu wiedziała, że Daniel na stałe zagościł w jej sercu i duszy i że oddałaby za 
niego życie, tak jak, za Callie. 

Podszedł do jej łóżka, a potem zatrzymał się, wyraźnie zakłopotany. 
– Znalazłem tego drania. To twoje słowa o biurze Bena naprowadziły innie na 

trop.  Nie  tylko  udziałowcy  Bena  ponieśli  straty  po  jego  ucieczce  z  kraju.  Miał 
również  innych  wierzycieli.  Na  przykład  kogoś,  kto  wynajął  mu  pomieszczenia 
biurowe. Poprosiłem policję, by sprawdzili ten trop. Przed chwilą potwierdzili moje 
podejrzenia. 

Prześladował cię chłopak z pewnego bostońskiego college'^ którego ojciec jest 

właścicielem budynku, w którym urzędował Ben. Już go aresztowali. 

Lauren spojrzała na niego uważnie. Miał obojętny wyraz twarzy, jak przystało 

na  profesjonalistę,  i  mocno  zaciśnięte  usta.  Zastanawiała  się  przez  chwilę,  czy 

background image

95 

 

powinna mu właśnie teraz powiedzieć, co do niego czuje. 

Uznała, że tak, i dlatego wypaliła: 
– Myślisz, że mnie to obchodzi?  – zapytała, z każdym słowem coraz bardziej 

podnosząc  głos.  –  Po  raz  pierwszy  spojrzałam  na  moją  córeczkę,  a  kiedy 
podniosłam  oczy,  ciebie  już  przy  nas  nie  było.  Nie  wiedziałam,  czy  w  ogóle 
wrócisz.  A  kiedy  wreszcie  się  zjawiasz,  obwieszczasz  mi,  że  policja  kogoś 
aresztowała. To wszystko, co masz mi do powiedzenia?! To wspaniale! Wykonałeś 
swoje zadanie i możesz być z siebie dumny. 

A teraz wynoś się z mojego życia! – Wybuchnęła niepohamowanym płaczem. 
Odczuwała  ogromny  ból,  a  zarazem  potężną  ulgę.  Burza  hormonów?  Niech  i 

tak będzie. To hormony, a nie zdrowy rozsądek popychały ją do działania. Nie ma 
się czemu dziwić, zważywszy okoliczności. 

Daniel podszedł bliżej. Usiadł na łóżku. Pogładził palcem grzbiet jej dłoni. 
– Kocham cię. 
–  A  ja  cię  nienawidzę.  Rozmawialiśmy  o  tym  podczas  porodu,  pamiętasz?  – 

Pociągnęła  nosem,  cofnęła  rękę,  wytarła  twarz  chusteczką,  znowu  pociągnęła 
nosem i spojrzała na Daniela. – Czy musimy powtarzać tę rozmowę? 

– Ty mnie nie nienawidzisz – odparł. 
– A ty mnie nie kochasz. Widocznie mężczyźni i kobiety okłamują się w takich 

sytuacjach. Prawda wychodzi na jaw dopiero po urodzeniu dziecka. 

–  Ja  cię  naprawdę  kocham.  Nie  wiem,  jak  to  się  stało,  ale  dzięki  tobie 

wyzbyłem się pewnych paskudnych cech, stałem się innym człowiekiem. Zaufałem 
ci,  jak  nigdy  –  żadnej  kobiecie.  Moje  małżeństwo  było  katastrofą,  Lauren.  Nie 
lubię do tego wracać. 

– Powiedziałeś mi o tym pierwszej nocy, gdy się spotkaliśmy. 
–  I  żałowałem  tego  przez  następne  sześć  miesięcy.  Przekreśliłem  szansę  na 

ponowne spotkanie z tobą, ponieważ powiedziałem ci za dużo i nie mogłem tego 
cofnąć. Przeraziła mnie silna więź, która nas wtedy połączyła. Kocham cię, Lauren. 
I zabolało mnie, kiedy przestałaś na mnie zwracać uwagę po porodzie. Poczułem 
się  jak  kompletne  zero,  jakbym  nic  dla  ciebie  nie  znaczył.  I  to  w  chwili,  kiedy 
wyznałem ci miłość. 

– Jeśli zrozumiałeś, że mnie kochasz, to dlaczego odszedłeś? 
– Nie chciałem ci się dłużej narzucać. Uznałem, że już nie jestem ci potrzebny. 

Pewnie nawet nie przyszło ci do głowy, jak droga jest mi Callie. 

Próbowała zaprzeczyć, ale Daniel nie pozwolił jej dojść do słowa. 
– Wydawało mi się, że mogę zrobić tylko jedno wykonać moje zadanie. I tak 

background image

96 

 

też postąpiłem. Usunąłem tego typa z twojego życia, a teraz muszę powtórzyć, że 
cię  kocham.  Jeśli  nie  pragniesz  mojej  miłości,  no  cóż,  chyba  jakoś  się  z  tym  w 
końcu  uporam.  Nie  dziw  się,  że  na  chwilę  odszedłem.  Ja  cię  nie  opuściłem, 
rozumiesz? 

  – Mówił szybko, z gniewem. – Byłem tam. Dla ciebie i dla Callie. Jestem tutaj, 

pragnę cię poślubić i spędzić z tobą resztę życia. 

Lauren poczuła na policzku gorące łzy. 
–  Co  ja  wyprawiam?  –  szepnęła  drżącym  głosem.  –  Szczęście  wypełnia  mi 

serce, a ja szlocham, jakby ktoś mi je złamał. 

– Tak, to dość dziwne – zgodził się z nią Daniel, scałowując jej łzy. – Po prostu 

jesteś wyczerpana. Fizycznie i emocjonalnie. 

– Wiesz, ten ból wcale nie był taki straszny. 
Wybuchnął tak gromkim śmiechem, że chyba go usłyszano w całym szpitalu. 
– I kto to mówi! Nadal się zastanawiam, kiedy odzyskam czucie w ramieniu. 
Lauren  ostrożnie  przełożyła  śpiącą  córeczkę  do  małego  łóżeczka.  Potem 

pogładziła  Daniela  po  twarzy  i  nadstawiła  usta.  Daniel  nie  dał  się  długo  prosić. 
Wypuścił Lauren z objęć, dopiero gdy w pokoju rozległ się donośny płacz Callie. 

Weszła pielęgniarka i powiedziała wesoło: 
– Myślę, że mała jest głodna. Czy chce pani karmić piersią? 
– Spróbuję – odparła Lauren, nieco nerwowo. – Czy pani powie mi, co robić? 
– Właśnie po to tu jestem. Wszystko będzie dobrze. – Zwróciła się do Daniela: 

– Czy tata zechce potrzymać swoją małą córeczkę? My z mamą musimy poczynić 
pewne przygotowania. 

Swoją  małą  córeczkę...  Te  słowa  zabrzmiały  wspaniale.  Jak  zachowa  się 

Daniel? W milczeniu, wstrzymując oddech, patrzyła na jego twarz. Uśmiechnął się 
i wyciągnął ramiona, kiedy pielęgniarka podniosła maleńką Callie. 

Jej córka. Ich córka. 
– Tatuś bardzo chciałby potrzymać swoją małą córeczkę – odparł cicho Daniel. 
Lauren z ulgą przymknęła powieki. Tak wiele ostatnio zdarzyło się w jej życiu. 

Aż  trudno  uwierzyć,  że  dramatyczny,  groźny  wypadek  wskazał  jej  drogę  ku 
szczęściu. Życie bywa wspaniałe...