background image

MICHAIŁ BUŁHAKOW 

PSIE SERCE 

Zakład Nagrań i Wydawnictw 

Związku Niewidomych 

Warszawa 1996 

background image

Auuuu. Spójrzcie na mnie, przecież umieram. Zamieć wyje mi w bramie modlitwę za 

konających, a ja wyję razem z nią. 

Przepadłem,  przepadłem.  Łajdak  w  brudnej  białej  czapie  -  kucharz  ze  stołówki 

racjonalnego  żywienia  pracowników  Centralnej  Rady  Gospodarki  Narodowej  -  chlusnął 

wrzątkiem  i  oparzył  mi  lewy  bok.  Co  za  kanalia,  a  podobno  proletariusz.  O  Boże  mój,  jak 

boli! Przeżarło wrzątkiem do kości. Wyję teraz i wyję, ale czy to wycie coś pomoże? 

No i co  ja  mu takiego zrobiłem?  Czy  Rada  Gospodarki Narodowej zbiednieje,  jeżeli 

pogrzebię  w  jej  śmietniku?  Zachłanne  bydlę!  Proszę  kiedyś  spojrzeć  na  jego  pysk -  szerszy 

niż  dłuższy.  Złodziej  z  mordą  jak  patelnia.  Och,  ludzie,  ludzie.  W  południe  ugościł  mnie 

wrzątkiem, a teraz już się zmierzcha, będzie pewnie około czwartej, sądząc po zapachu cebuli 

z komendy straży ogniowej na Preczystience. Strażacy, jak powszechnie wiadomo, na kolację 

jadają kaszę. To wyjątkowe świństwo - w rodzaju grzybów. Nawiasem mówiąc, znajome psy 

z Preczystienki opowiadały, jakoby na Nieglinnym w restauracji „Bar” jada się dyżurne żarcie 

-  grzyby  plus  sos  pikantny  za  trzy  ruble  siedemdziesiąt  pięć  kopiejek  porcja.  Potrawa  dla 

amatora, równie dobrze można lizać kalosze... Uuuu... 

Bok  piecze  nie  do  wytrzymania,  dalszy  ciąg  mojej  kariery  życiowej  widzę 

najzupełniej  wyraźnie:  jutro  pojawią  się  rany  i  pytanie,  czym  je  będę  leczyć?  Latem 

poleciałbym  na  Sokolniki,  rośnie  tam  także  specjalne  bardzo  dobre  ziele,  w  dodatku  można 

się  nażreć  bezpłatnie piętek od kiełbasy, wylizać  zatłuszczone papiery, które wyrzucają tam 

obywatele. I gdyby nie jakaś wydra, która na łące pod księżycem śpiewa „Boska Aido” tak, 

że  aż  serce  zamiera,  byłoby  naprawdę  wspaniale.  Ale  zimą  dokąd  mam  iść?  Dostawałeś 

kopniaki w tyłek? Dostawałeś. A cegłą po żebrach? A jakże. Dostałem już za swoje. 

Wszystkiego  doświadczyłem,  pogodziłem  się  z  losem  i  jeśli  teraz  rozpaczam,  to 

wyłącznie  za  przyczyną  fizycznego  bólu  i  zimna,  ponieważ  duch  mój  nie  osłabł  jeszcze  do 

końca... Żywotny jest duch sobaczy. 

Ale  za  to  ciało  moje  udręczone,  poranione,  pastwili  się  nad  nim  ludzie  zupełnie 

wystarczająco.  A  najgorsze,  że  kiedy  chlusnął  na  mnie,  wrzątek  dostał  się  pod  sierść,  a  to 

znaczy,  że  nic  już  nie  chroni  lewego  boku.  Z  łatwością  mogę  się  nabawić,  powiedzmy, 

zapalenia  płuc,  a  z  zapaleniem  płuc,  to  proszę  obywateli,  po  prostu  zdechnę  z  głodu.  Z 

zapaleniem  płuc  należy  leżeć  na  frontowej  klatce  pod  schodami,  a  kto  wtedy  zamiast  mnie, 

samotnego,  obłożnie  chorego  psa,  będzie  biegać  po  śmietnikach  w  poszukiwaniu  jedzenia? 

background image

Choroba  zaatakuje  płuco,  zacznę  pełzać  na  brzuchu,  osłabnę,  a  wtedy  byle  hycel  zatłucze 

mnie kijem na śmierć. A dozorcy z blachami na piersiach złapią moje zwłoki za nogi i rzucą 

na furmankę... 

Ze  wszystkich  proletariuszy  dozorcy  są  najpaskudniejsi.  Wyrzutki  społeczeństwa, 

najniższa  kategoria  ludzkości.  Kucharze  jeszcze  zdarzają  się  rozmaici.  Na  przykład 

nieboszczyk Włas z Preczystienki. Niezliczonym uratował życie. Ponieważ w czasie choroby 

najważniejsze,  żeby  dorwać  coś  do  żarcia.  No  więc,  zdarzało  się,  jak  opowiadają  stare  psy, 

rzuci  czasem  Włas  kość,  a  na  kości  jeszcze  i  pół  ćwiartki  mięsa.  Niechaj  mu  ziemia  lekką 

będzie  za  to,  że  to  był  naprawdę  nie  byle  kto,  nadworny  kucharz  hrabiów  Tołstojów,  a  nie 

Rady  Racjonalnego  Żywienia.  Co  oni  wyprawiają  w  tym  Racjonalnym  Żywieniu,  to  się  po 

prostu  w  psiej  głowie  nie  mieści.  Przecież  ci  dranie  na  cuchnącym  solonym  mięsie  gotują 

kapuśniak, a stołownicy, biedactwa, o niczym nie mają pojęcia. Przybiegają, jedzą, chłepcą. 

Niektóre  maszynistki  otrzymują  według  IX  grupy  cztery  i  pół  czerwońca,  no,  co 

prawda jeszcze kochanek podaruje czasem pończochy z fil de Perse. Ale jakie poniżenie musi 

wycierpieć za te fildepersy. Przecież nie żeby tak normalnym sposobem, tylko przymusza do 

francuskiej  miłości.  S...  syny  ci  Francuzi,  mówiąc  między  nami.  Chociaż  jadają  bogato  i 

zawsze  z  czerwonym  winem.  Tak...  Przybiegnie  taka  maszynistka  do  stołówki,  przecież  za 

cztery  i  pół  czerwońca  do  „Baru”  nie  pójdzie.  Jej  nawet  na  kinematograf  nie  wystarcza,  a 

kinematograf to dla kobiety jedyna pociecha w życiu. Drży, krzywi się, ale zjada... Pomyśleć 

tylko, płaci czterdzieści kopiejek za obiad z dwóch dań, a te obydwa dania nawet i piętnastu 

niewarte,  bo  pozostałe  dwadzieścia  pięć  ukradł  kierownik.  A  czy  w  ogóle  powinna  się  tak 

odżywiać?  Ma  zajęty  wierzchołek  prawego  płuca  i  kobiecą  chorobę  na  francuskim  tle,  w 

pracy potrącili z pensji, w stołówce nakarmili cuchnącym mięsem, o, to właśnie ona biegnie, 

to  ona...  Wbiega  do  bramy  w  pończochach  od  kochanka.  Nogi  marzną,  brzuch  podwiewa, 

dlatego że sierść ma na sobie mniej więcej taką jak moja i majtki nosi leciutkie, koronkowe, 

aby  nic. To dla kochanka:  niechby spróbowała włożyć  flanelowe, zaraz zacznie wrzeszczeć: 

jakaś  ty  nieelegancka!  Obrzydła  mi  moja  Matriona,  namordowałem  się  z  flanelowymi 

majtkami,  aż  doczekałem  się,  nadeszły  moje  czasy.  Jestem  przewodniczącym  i  ile  bym  nie 

nakradł,  wszystko  wydam  na  kobiece  ciało,  na  szyjki  rakowe,  na  Abrau  Durco.  Dosyć  się 

nagłodowałem w młodości, w zupełności mi wystarczy, a życie pozagrobowe nie istnieje. 

Żal  mi  jej, żal serdecznie.  Ale  siebie samego żal  mi  jeszcze  bardziej. Mówię tak  nie 

przez  egoizm,  a  tylko  dlatego,  że  naprawdę  nie  mamy  jednakowych  warunków.  Jej 

przynajmniej w domu będzie ciepło, a mnie... Dokąd mam iść? Uuuuu!... 

- Chodź tu, piesku, chodź! 

background image

Szarik, Szarik... Dlaczego skomlisz, biedaku? Kto cię skrzywdził? Och... 

Zamieć  sucha  wiedźma  zatrzasnęła  bramę  i  walnęła  miotłą  dziewczynę  po  uszach. 

Zadarła  do  kolan  spódniczkę,  obnażyła  kremowe  pończochy  i  wąski  rąbek  nie  dopranej 

koronkowej bielizny, zdusiła słowa, obsypała psa śniegiem. 

Boże  mój, co za pogoda... Och... A  jeszcze do tego boli  brzuch. Pewnie przez tamto 

mięso! Kiedy się to wreszcie skończy? 

Pochylając głowę dziewczyna rzuciła się do ataku, sforsowała bramę, na ulicy zaczęło 

nią  kręcić,  kręcić,  ciskać  we  wszystkie  strony,  wreszcie  zawirowała  w  śnieżnym  wichrze  i 

przepadła z oczu. 

A pies został w bramie, dokuczał mu poraniony bok, więc przywarł do zimnej ściany, 

wstrzymał oddech i kategorycznie postanowił, że nigdzie się stąd nie ruszy i że w tej bramie 

zdechnie.  Rozpacz  pognębiła  go  dostatecznie.  Tak  boleśnie  i  gorzko  mu  było  na  duszy,  tak 

samotnie  i  strasznie,  że  z  oczu  popłynęły  malutkie  psie  łezki,  spadały  kropelkami  i 

natychmiast  wysychały.  Z  uszkodzonego  boku  sterczały  zamarznięte  kłaki  skołtunionej 

sierści,  a  pomiędzy  nimi  przezierały  złowieszcze  czerwone  placki  oparzeń.  Ach,  jacy 

bezmyślni, głupi i okrutni bywają kucharze. Zawołała: 

„Szarik”... Jaki on tam, u diabła, Szarik. Szarik to znaczy okrągły, dobrze odżywiony, 

głupi,  żre  owsiankę,  syn  świetnych  rodziców,  a  on  jest  kosmaty,  kościsty,  obszarpany, 

włóczęga z zapadniętym brzuchem, bezdomny kundel. Zresztą dzięki i za dobre słowo. 

Trzasnęły  drzwi  na  przeciwległej  stronie  ulicy  w  jasno  oświetlonym  sklepie  i  z  tych 

drzwi  wyszedł  obywatel.  Właśnie  obywatel,  a  nie  towarzysz,  a  nawet,  mówiąc  ściśle, 

wielmożny  pan.  Bliżej  -  jaśniej  -  wielmożny  pan.  Myślicie,  że  twierdzę  tak  ze  względu  na 

jego palto? Nonsens. Bardzo wielu proletariuszy  nosi teraz palta. Co prawda kołnierze  mają 

inne, nawet nie ma porównania, ale mimo wszystko z daleka można się pomylić. Za to jeśli 

chodzi  o  oczy,  to  już  nie  ma  mowy  o  pomyłce  ani  z  bliska,  ani  z  daleka.  O,  oczy  to  coś 

niezwykłego, niczym barometr. Widać wszystko, kto ma wielką pustynię zamiast duszy, kto 

ni  z  tego,  ni  z  owego  może  kopnąć  czubkiem  buta  między  żebra,  a  kto  się  boi.  Takiego 

właśnie  lękliwego  gnojka  miło  jest  ugryźć  w  łydkę.  Boisz  się,  to  masz  za  swoje.  Jeśli  się 

boisz, widocznie masz powody... wrrr... hau-hau... 

Wielmożny  pan  pewnym  krokiem  przeszedł  jezdnię  w  śnieżnym  słupie  zamieci  i 

ruszył do bramy. Tak, tak, w tym wypadku wszystko widać gołym okiem. Ten nie będzie jadł 

cuchnącego mięsa, a jeśli mu gdziekolwiek takie zaserwują, zrobi potworny skandal, napisze 

do gazet... mnie, Filipa Filipowicza, chciano otruć. 

Jest coraz bliżej  i  bliżej.  Widać, że zwykł  jadać  obficie  i że  nie kradnie, taki psa  nie 

background image

kopnie, ale sam też nikogo się nie boi, a nie boi się dlatego, że stale jest najedzony. Zajmuje 

się  pracą  umysłową,  ma  ostrą  bródkę  w  stylu  francuskim,  a  także  wąsy  siwe,  puszyste  i 

zawadiackie niczym francuscy rycerze, ale śnieżna kurzawa niesie od niego zapach paskudny, 

szpitalny. Oraz woń cygara. 

Po  kiego  czorta,  ciekawe,  zaniosło  go  do  spółdzielni  Centrochozu?  Przystanął 

niedaleko... Na co on czeka? Uuuu... Co też mógł kupić w takim nędznym sklepiku, czy już 

mu nie wystarcza Ochotnyj Riad? Co to jest? Kiełbasa. Drogi panie, gdybyś zobaczył, z czego 

oni robią tę kiełbasę, omijałbyś ten sklep z daleka. Lepiej niech pan ją odda mnie. 

Pies  zebrał  resztkę  sił  i  w  przypływie  desperacji  wyczołgał  się  z  bramy  na  chodnik. 

Zadymka  wystrzeliła  nad  głową  z  karabinu,  załopotała  ogromnymi  literami  płóciennego 

plakatu „Czy odmładzanie jest możliwe?” 

Oczywiście,  że  możliwe.  Zapach  kiełbasy  odmłodził  mnie,  podniósł  z  brzucha  na 

nogi,  płomiennymi  falami  zmarszczył  mój  pusty  od  dwóch  dni  żołądek,  pogromca  szpitala, 

rajski zapach mielonej kobyły z czosnkiem i pieprzem. Czuję i wiem, w prawej kieszeni futra 

ma kiełbasę. Już jest nade mną. O władco mój! Spójrz na mnie. Ja umieram. Sprzedajna jest 

moja dusza i dola paskudna. 

Pies  pełznął  na  brzuchu  jak  żmija,  zalewając  się  łzami.  Proszę  zwrócić  uwagę  na 

dzieło  kucharza.  Ale  nie,  pan  przecież  za  żadne  skarby  nie  da  mi  tej  kiełbasy.  Och,  bardzo 

dobrze  znam  bogatych  ludzi!  A  tak  naprawdę  do  czego  ona  panu  potrzebna?  Na  co  panu 

cuchnący  koń?  Takie  trujące  konie  sprzedają  tylko  w  Mosselpromie.  A  pan  luminarz 

światowej sławy jadł dzisiaj śniadanie dzięki męskim gruczołom płciowym. Uuu... Co to się 

dzieje  na  tym  świecie?  Widać  jeszcze  za  wcześnie  na  umieranie,  a  rozpacz  zaprawdę  jest 

grzechem. Nie zostaje nic innego, jak tylko lizać mu ręce. 

Zagadkowy  i  wielmożny  pan  pochylił  się  nad  psem,  błysnął  złotym  obramowaniem 

oczu i wyjął z prawej kieszeni białą, podłużną paczkę. Nie zdejmując brązowych rękawiczek 

rozwinął  papier,  który  niezwłocznie  zagarnęła  zamieć,  oderwał  kawałek  kiełbasy  zwanej 

„specjalną krakowską”. Rzucił psu... O szlachetna osobo! Uuu! 

- Fit-fit - zagwizdał pan i dodał surowym głosem. - Na! Szarik, Szarik! 

Znowu  Szarik.  Ochrzcili.  A  niech  pan  nazywa  mnie,  jak  chce,  zgadzam  się  na 

wszystko. Za pański nadzwyczajny uczynek. 

Pies  błyskawicznie  zdarł  flak,  ze  szlochem  wgryzł  się  w  krakowską  i  pożarł  ją  w 

okamgnieniu. A przy tym prawie się udławił kiełbasą i śniegiem, aż łzy popłynęły mu z oczu, 

ponieważ z zachłanności omal nie pożarł sznurka. Jeszcze, jeszcze, liżę pańską rękę. Spodnie 

całuję, dobroczyńco mój! 

background image

-  Na  razie  wystarczy...  -  Pan  mówił  urywanymi  zdaniami,  jakby  wydawał  komendy. 

Pochylił  się  nad  Szarikiem,  badawczo  popatrzył  mu  w  oczy  i  nieoczekiwanie,  z  intymną 

serdecznością dłonią w rękawiczce przejechał po psim brzuchu. 

- Aha - powiedział znacząco - obroży nie masz, no i bardzo dobrze, właśnie ty jesteś 

mi potrzebny. Maszeruj za mną - pstryknął palcami. - Fit-fit! 

Mam  iść  za  panem?  A  choćby  i  na  koniec  świata.  Może  mnie  pan  kopać  swoimi 

butami z filcu, a ja słowa nie powiem. 

Na  całej  Preczystience  świeciły  latarnie.  Bok  bolał  nie  do  wytrzymania,  ale  Szarik 

chwilami zapominał o bólu pochłonięty jedną jedyną myślą, żeby tylko w ciżbie nie stracić z 

oczu cudownej zjawy w futrze, żeby jakimkolwiek sposobem wyrazić jej miłość i oddanie. I 

ze siedem razy od Preczystienki do Zaułka Obuchowa wyraził. Ucałował w śniegowiec przy 

uliczce  Martwej,  torując  drogę  straszliwym  wyciem  tak  wystraszył  jakąś  paniusię,  że  aż 

usiadła na słupie, ze dwa razy zaskowyczał, żeby podtrzymać litość dla siebie. 

Jakiś  łajdacki,  robiony  pod  syberyjskiego,  kot  włóczęga  wyskoczył  zza  rynny  i 

pomimo zamieci wywęszył krakowską. Szarik zapomniał o bożym świecie na myśl, że bogaty 

dziwak,  zbierający  po  bramach  poranione  psy,  również  i  tego  złodzieja  zabierze  ze  sobą,  a 

wtedy przyjdzie dzielić  się produktem Mosselpromu. Dlatego tak wyszczerzył zęby  na kota, 

że  ten  z  sykiem  podobnym  do  syczenia  dziurawego  szlauchu  wdrapał  się  po  rynnie  na 

pierwsze piętro. Rrr... hau... u! Won! Nie wystarczy Mosselpromu dla wszystkich łachmytów, 

co się włóczą po Preczystience. 

Pan  ocenił  oddanie  i  pod  samą  strażą  ogniową,  pod  oknem,  z  którego  dobiegał 

przyjemny pomruk waltorni, nagrodził psa drugim, trochę  mniejszym kawałkiem, tak z pięć 

łutów. 

Ech,  co  za  dziwak.  Chce  mnie  zwabić.  Może  się  pan  nie  obawiać.  Sam  nie  mam 

zamiaru uciekać. Pójdę wszędzie, gdzie pan rozkaże. 

- Fit fit fit! Tędy! 

Na Obuchowa? Jak pan sobie życzy. Znamy tę ulicę całkiem nieźle. 

Fit fit! Tutaj? Z przyjem... 

E, nie, bardzo mi przykro. Nie. Tu jest szwajcar. Nie ma nic gorszego na świecie. Po 

wielekroć niebezpieczniejszy od dozorcy. Absolutnie znienawidzony gatunek. 

Paskudniejszy od kotów. Hycel w liberii z lampasami. 

- No, nie bój się, chodź. 

- Kłaniam się nisko, Filipie Filipowiczu. 

- Dzień dobry, Fiodorze. 

background image

To  jest  ktoś.  Boże  mój,  komuś  ty  mnie  podrzuciła,  dolo  moja  pieska!  Cóż  to  za 

osobistość,  która  może  uliczne  psy  wprowadzać  do  domu  spółdzielni  mieszkaniowej  w 

obecności  szwajcara?  A  ten  drań  -  proszę  tylko  popatrzeć  -  stoi  bez  ruchu  i  bez  słowa!  Co 

prawda  oczy  ma  chmurne,  ale  ogólnie  rzecz  biorąc  patrzy  obojętnie  spod  swojej  czapki  ze 

złotym  szamerunkiem.  Jakby  wszystko  było  w  porządku. To  się  nazywa  poszanowanie  i  to 

jakie, panowie! No, a ja z nim i za nim. I co? Możesz mnie pocałować. Żeby tak capnąć za tę 

proletariacką,  spracowaną  nogę.  Za  wszystkie  świństwa  twoich  kolegów  po  fachu.  Ile  razy 

tłukłeś mnie szczotką po mordzie, co? 

- No chodź, chodź. 

Rozumiem,  rozumiem,  pan  będzie  łaskaw  się  nie  niepokoić.  Gdzie  pan,  tam  i  ja. 

Proszę  mi  tylko  pokazywać  drogę,  a  na  pewno  nie  zostanę  w  tyle,  nie  bacząc  na  mój 

przerażający bok. 

Ze schodów na dół. 

- Nie było do mnie listów, Fiodor? 

Z dołu na schody, z szacunkiem. 

-  Nie  było,  Filipie  Filipowiczu  (intymnie,  półgłosem  do  góry),  a  do  mieszkania  pod 

trzecim towarzyszy dokwaterowali. 

Dostojny dobroczyńca psów odwrócił się gwałtownie  na stopniu  i przechylony przez 

poręcz zapytał ze zgrozą: 

- No i co? 

Jego oczy stały się okrągłe, a wąsy stanęły dęba. 

Szwajcar na dole zadarł głowę, przyłożył dłoń do warg i potwierdził. 

- Tak jest, całe cztery sztuki. 

- O mój Boże! Wyobrażam sobie, co teraz się będzie działo w mieszkaniu. A co na to 

lokatorzy? 

- A nic. 

- A Fiodor Pawłowicz? 

- Pojechał po cegły i parawan. 

Będą stawiać ścianki działowe. 

- Diabli wiedzą, co tu się dzieje! 

-  Do  wszystkich,  oprócz  pańskiego,  mieszkań,  Filipie  Filipowiczu,  będą 

dokwaterowywać. Właśnie było zebranie, wybrali nowy zarząd, a poprzedni pogonili. 

- Co to się wyrabia. Ajaj, ajaj... Fit fit. 

Idę, idę, nie zostaję. Bok, proszę  łaskawie zauważyć, daje znać o sobie. Pan pozwoli 

background image

polizać buciczek. 

Zniknął  na  dole  lampas  szwajcara.  Na  marmurowym  podeście  powiało  ciepłem  od 

kaloryferów, raz jeszcze skręcili - i oto półpiętro. 

background image

II 

Nie ma żadnego powodu uczyć się czytać, jeśli mięso i tak pachnie na wiorstę. Mimo 

to (jeśli państwo mieszkacie w Moskwie i macie chociaż odrobinę oleju w głowie) chcąc nie 

chcąc  musicie  się  nauczyć  i  do  tego  bez  żadnych  tam  kursów.  Spośród  czterdziestu  tysięcy 

moskiewskich psów chyba tylko jakiś kompletnie skretyniały idiota nie potrafi ułożyć z liter 

słowa „kiełbasa”. 

Szarik zaczął uczyć się według kolorów. Jak tylko ukończył  cztery  miesiące, w całej 

Moskwie rozwieszono błękitnozielone szyldy z napisem Mspo - handel mięsem. Powtarzamy, 

że  nie  ma  to  najmniejszego  sensu,  ponieważ  mięso  i  tak  można  wywąchać.  A  raz  zaszło 

nieporozumienie: kierując się na jadowicie zielony kolor, Szarik, któremu zmylił powonienie 

benzynowy  dym  silnika,  zamiast  do  jatki  wlazł  do  sklepu  z  towarami  elektrotechnicznymi 

braci Gołubizner na ulicy Miasnickiej. I tam, u braci, pies zapoznał się z kablem izolacyjnym, 

który przewyższa nawet bat dorożkarski. Tę niezwykłą, niezapomnianą chwilę należy uważać 

za początek szkoły. Od razu na trotuarze do Szarika dotarło, że „błękitny” nie zawsze oznacza 

„mięsny”,  i  wtulając  ogon  między  tylne  łapy  oraz  wyjąc  z  powodu  okropnego  bólu, 

przypomniał  sobie,  że  na  wszystkich  jatkach  pierwsza  od  lewej  jest  taka  złota  albo  ruda 

pokraka podobna do sanek. 

Dalej poszło jeszcze sprawniej. „A” opanował na „Centralrybie” na rogu Mochowej, a 

potem także „B”. Łatwiej mu było podbiegać od ogona słowa „ryba”, dlatego że na początku 

słowa stał milicjant. 

Kwadratowe  kafelki  na  narożnikach  moskiewskich  domów  zawsze  i  nieuchronnie 

znaczyły  „Ser”.  Czarny  kranik  samowara  oznaczał  byłego  właściciela  „Czyczkina”,  kule 

czerwonego  holenderskiego  -  bestialskich  subiektów,  którzy  nienawidzili  psów,  trociny  na 

podłodze i obrzydliwy, wstrętnie śmierdzący bachstein. 

Jeśli  gdzieś  grał  akordeon,  co  było  niewiele  lepsze  od  „Boskiej  Aidy”  -  i  pachniały 

parówki,  pierwsze  litery  na  białych  plakatach  nadzwyczaj  wygodnie  składały  się  na  słowo 

„nieprzyzwo...  „,  co  oznaczało  „nieprzyzwoitymi  wyrazami  się  nie  wyrażać,  napiwków  nie 

dawać”. Tutaj czasami jak wiry na rzece skłębiały się bójki, ludzi bito pięściami po mordach, 

czasami, niezmiernie rzadko, serwetkami albo butami. 

Jeśli  w  oknach  wisiały  nieświeże  szynki  i  leżały  mandarynki...  hau-hau...  de... 

delikatesy.  Jeśli  ciemne  butelki  z  paskudną  cieczą...  Wi...  wi...  wino...  Bracia  Jelisiejew 

niegdysiejsi. 

background image

Nieznajomy pan, który przywlókł psa pod drzwi swojego wspaniałego mieszkania na 

półpiętrze,  zadzwonił,  a  pies  niezwłocznie  podniósł  oczy  na  wielką,  czarną  ze  złoconymi 

literami  wizytówkę,  która  wisiała  na  boku  szerokich,  przeszklonych  różową,  laną  szybą 

drzwi.  Trzy  pierwsze  litery  złożył  od  razu:  Pe-er-o,  Pro.  Ale  dalej  było  zębate,  wysokie 

draństwo niewiadomego znaczenia. Czyżby proletariusz - pomyślał Szarik ze zdziwieniem... 

To być  nie  może. Uniósł do góry  nos, raz jeszcze obwąchał  futro i absolutnie pewny swego 

pomyślał. 

-  Nie,  proletariuszem  tu  nie  pachnie.  Słowo  uczone  i  Bóg  raczy  wiedzieć,  co  ono 

znaczy. 

Za  różową  szybą  zapłonęło  niespodziewane  i  wesołe  światło,  jeszcze  bardziej 

uwydatniając czarną wizytówkę. Drzwi otworzyły się absolutnie bezszelestnie i śliczna młoda 

kobieta w białym fartuszku i koronkowym czepeczku pojawiła się przed psem i jego panem. 

Tego pierwszego owiało boskie ciepło, a spódniczka kobiety zapachniała konwaliami. 

To rozumiem, to mi się podoba - pomyślał pies. 

-  Niech  pan  będzie  łaskaw,  Szarik  -  powiedział  ironicznie  pan  i  Szarik,  machając 

ogonem, wszedł z nabożnym zachwytem. 

Nieprzebrana  mnogość  przedmiotów  zagracała  bogaty  przedpokój.  Natychmiast 

zapadało  w  pamięć  lustro  do  samej  podłogi,  które  niezwłocznie  odzwierciedliło  drugiego 

złachmanionego  i  obszarpanego  Szarika,  straszne  rogi  jelenie  na  wysokościach, 

nieprzeliczone futra i kalosze oraz opalizujący tulipan ze światłem elektrycznym pod sufitem. 

-  Gdzie  pan  takiego  znalazł,  Filipie  Filipowiczu?  -  z  uśmiechem  pytała  kobieta  i 

pomagała zdjąć ciężkie, podbite srebrnym lisem futro. - O Boże! Ale sparszywiały! 

- Głupstwa gadasz. Gdzie sparszywiały? - surowo i urywanie wypytywał pan. 

Po  zdjęciu  futra  okazało  się,  że  jest  w  czarnym  garniturze  z  angielskiego  sukna,  na 

brzuchu zaś radośnie i matowo połyskuje mu złoty łańcuszek. 

-  Czekaj  no,  nie  kręć  się,  głuptasie.  Hm.  To  nie  parchy...  no  stójże,  u  diabła...  Hm. 

Aha. To oparzenie. Co za drań cię tak urządził? Co? Stój ty spokojnie! 

Kucharz, katorżnik kucharz! - żałosnymi ślepiami mówił pies z lekka skowycząc. 

- Zina - wydał komendę pan - jego natychmiast do laboratorium, a mnie fartuch. 

Kobieta  gwizdnęła,  pstryknęła  parę  razy  palcami  i  pies  po  chwili  wahania  ruszył  za 

nią.  We  dwoje  trafili  do  wąskiego,  słabo  oświetlonego  korytarza,  minęli  jedne  lakierowane 

drzwi, przeszli do końca,  następnie w  lewo  i znaleźli się w ciemnej komórce, która od razu 

nie spodobała się psu z powodu złowieszczego zapachu. Ciemność pstryknęła i błyskawicznie 

przemieniła  się  w  oślepiający  dzień,  a  do  tego  ze  wszystkich  stron  zalśniło,  zaiskrzyło  się, 

background image

zabielało. 

E, nie - zawył w myśli pies - przykro mi, ale się nie dam! Teraz rozumiem, niech ich 

diabli wezmą razem z kiełbasą. Okazuje się, że zwabili mnie do psiej lecznicy. Zaraz zmuszą 

do picia rycyny, bok pokroją nożem, kiedy i tak boli, że dotknąć nie sposób. 

- Ej, ty dokąd? - krzyknęła ta, którą nazwano Ziną. 

Pies  wyrwał  się,  zakręcił  i  nagle  uderzył  o  drzwi  zdrowym  bokiem,  aż  trzasnęło  w 

całym mieszkaniu. Potem odleciał z powrotem, zawirował jak fryga pod batem, przewracając 

przy  tym  na  podłogę  białe  wiadro,  z  którego  poleciały  strzępy  waty.  Kiedy  tak  kołował, 

wokół  przelatywały  ściany  obstawione  szafami  z  błyszczącymi  instrumentami  w  środku, 

migał biały fartuszek i wykrzywiona kobieca twarz. 

- Co ty wyprawiasz, czorcie kudłaty? - rozpaczliwie krzyczała Zina. - Oszalał! 

Gdzie tu mogą być kuchenne schody? - zastanawiał się pies. Rozpędził się i jak pocisk 

uderzył  na  chybił  trafił  w  szybę  w  nadziei,  że  są  za  nią  drugie  drzwi.  Chmura  odłamków 

wyleciała  z  hukiem  i  brzękiem,  wyskoczył  pękaty  słój  z  rudym  paskudztwem,  które 

błyskawicznie zalało całą podłogę i buchnęło smrodem. Rozwarły się prawdziwe drzwi. 

- Stój, b-bydlaku! - krzyczał pan, skacząc w fartuchu włożonym na jedną rękę i łapiąc 

psa za nogi. - Zina, łap go za kołnierz, łobuza. 

- Bo... Boże, to ci pies! 

Drzwi  otworzyły  się  szerzej  i  wbiegł  jeszcze  jeden  osobnik  płci  męskiej  w  fartuchu. 

Rozdeptując potłuczone szkło rzucił  się  nie do psa, tylko do szafy, otworzył  ją  i  cały pokój 

wypełnił  słodkawy,  mdlący  zapach. Następnie osobnik własnym  brzuchem  przydusił psa do 

podłogi, przy czym pies capnął go z satysfakcją powyżej sznurowadeł. Osobnik jęknął, ale nie 

stracił orientacji. Mdlący  płyn zaparł psu dech, potem  nogi  mu odpadły  i  pojechał gdzieś w 

bok po krzywiźnie. Dziękuję, wszystko skończone - pomyślał w rozmarzeniu, padając wprost 

na  ostre  szkło.  -  Żegnaj,  Moskwo!  Nie  zobaczę  już  więcej  Czyczkina  ani  proletariuszy,  ani 

krakowskiej kiełbasy. Idę do psiego nieba za wszystko, co wycierpiałem. Bracia oprawcy, za 

co mnie tak? 

I wtedy ostatecznie upadł na bok i zdechł. 

Kiedy  zmartwychwstał,  troszeczkę  kręciło  mu  się  w  głowie,  odrobinę  mdliło  w 

brzuchu, ale boku jakby nie było, bok rozkosznie milczał. Pies otworzył prawe melancholijne 

oko  i  kątem  tego oka  zobaczył,  że  jest  ciasno  zabandażowany  w  poprzek  boków  i  brzucha. 

Jednak mnie załatwili, sukinsyny - pomyślał niejasno. - Ale trzeba im oddać sprawiedliwość - 

sprytnie. 

-  „Od  Sewilli  do  Grenady...  w  ciepłym  zmroku  cichych  nocy”  -  zanucił  nad  nim 

background image

roztargniony i fałszywy głos. 

Pies zdziwił się, otworzył do reszty oboje oczu i o dwa kroki od siebie zobaczył męską 

nogę  na  białym  taborecie.  Nogawka  i  kalesony  na  tej  nodze  były  podwinięte,  a  goły,  żółty 

goleń wysmarowany zaschniętą krwią i jodyną. 

Święci pańscy! - pomyślał pies - okazuje się, że to ja go ugryzłem. Moja robota. No, 

dostanę lanie! 

-  „Rozbrzmiewają  serenady,  zewsząd  słychać  mieczy  brzęk.  A  dlaczego  ugryzłeś 

doktora, włóczykiju? Co? Dlaczego rozbiłeś szybę? Co? 

- Uuu - żałośnie zaskowyczał pies. 

- Już dobrze, obudziłeś się, to teraz leż, bałwanie. 

-  Jak  się  panu  udało,  Filipie  Filipowiczu,  zwabić  takiego  nerwowego  psa?  -  zapytał 

sympatyczny męski głos i trykotowa nogawka kalesonów opadła w dół. Zapachniało tytoniem 

i w szafie zadźwięczało szkło. 

- Serdecznością. Jedynym sposobem możliwym w obcowaniu z żywą istotą. Terrorem 

nie  można  zrobić  ze  zwierzęciem  niczego,  niezależnie  od  szczebla  rozwoju,  na  jakim  się  to 

zwierzę znajduje. Zawsze tak twierdziłem, twierdzę i będę twierdzić. Oni całkowicie błędnie 

rozumują, sądząc, że terror im pomoże. Nie, nie pomoże, jakikolwiek by był, biały, czerwony 

czy  nawet  brunatny!  Terror  doszczętnie  paraliżuje  system  nerwowy.  Zina!  Kupiłem  temu 

łajdakowi kiełbasę krakowską za rubla  i czterdzieści kopiejek.  Bądź tak dobra  i  nakarm go, 

kiedy mu przejdą mdłości. 

Zachrzęściło wymiatane szkło i kobiecy głos kokieteryjnie zauważył: 

-  Krakowskiej!  Boże,  trzeba  mu  było  kupić  okrawków  za  dwudziestkę  w  jatce.  A 

krakowską kiełbasę to lepiej sama zjem. 

- Tylko spróbuj! Ja ci zjem! 

To trucizna  dla  ludzkiego  żołądka.  Dorosła  dziewczyna,  a  jak  dziecko  pakuje  do  ust 

każde świństwo. Ani mi się waż! Uprzedzam, nie licz ani na mnie, ani na doktora Bormentala, 

kiedy rozboli cię brzuch... „Jeśli powie ktoś, że inna równie piękna jest jak ty...” 

Łagodne,  perliste  dzwoneczki  sypały  się  po  całym  mieszkaniu,  a  w  oddali  z 

przedpokoju co chwila dochodziły głosy. Dzwonił telefon. Zina znikła. 

Filip  Filipowicz  rzucił  do  wiadra  niedopałek  papierosa,  zapiął  fartuch,  przed  lustrem 

na ścianie wygładził puszyste wąsy i zawołał psa. 

- Fit-fit. No nic, nic się nie stało. Idziemy przyjmować pacjentów. 

Pies  wstał  na  niepewne  łapy,  zachwiał  się,  chwilę  dygotał,  ale  szybko  wrócił  do 

równowagi  i  ruszył  w  ślad  za  powiewającymi  połami  Filipa  Filipowicza.  Ponownie  szedł 

background image

wąskim korytarzem, ale teraz zobaczył, że jest jasno oświetlony rozetą pod sufitem. Kiedy zaś 

otworzyły się lakierowane drzwi i pies wszedł z Filipem Filipowiczem do gabinetu, oślepił go 

blask.  Przede  wszystkim  wszędzie  płonęły  światła:  płonęły  pod  stiukami  na  suficie,  płonęły 

na  biurku,  płonęły  na  ścianie,  w  szybach  oszklonych  szaf.  Światło  zalewało  bezmiar 

przedmiotów,  z  których  najbardziej  interesująca  okazała  się  ogromna  sowa  siedząca  na 

ścianie na konarze. 

- Leżeć - rozkazał Filip Filipowicz. 

Rzeźbione  drzwi  po  przeciwnej  stronie  otworzyły  się  i  wszedł  tamten,  nadgryziony, 

który  teraz  w  jaskrawym  świetle  okazał  się  bardzo  przystojny,  młody  ze  spiczastą  bródką, 

podał kartkę papieru i powiedział: 

- Dawny... 

Natychmiast bezszelestnie zniknął, a Filip Filipowicz poprawił poły fartucha, usiadł za 

olbrzymim biurkiem i od razu stał się niezwykle dostojny i imponujący. 

Nie,  to  nie  lecznica,  trafiłem  w  jakieś  zupełnie  inne  miejsce -  w  popłochu  pomyślał 

pies  i opadł  na wzorzystość dywanu obok ciężkiej skórzanej kanapy. -  A tę sowę to jeszcze 

wyjaśnimy... 

Drzwi otworzyły się miękko i wszedł ktoś, kto do tego stopnia wstrząsnął psem, że ten 

aż szczeknął, ale bardzo nieśmiało... 

- Milczeć! Ba, zmienił się pan nie do poznania, drogi panie. 

Przybyły  nieśmiało  i  z  nadzwyczajnym  szacunkiem  ukłonił  się  Filipowi 

Filipowiczowi. 

- Chi-chi! Pan jest magiem i czarodziejem, profesorze - powiedział skonfundowany. 

- Niech pan zdejmie spodnie, kochaneczku - rozkazał Filip Filipowicz i wstał. 

Chryste Panie - pomyślał pies - to ci ananas! 

Na  głowie  ananasa  rosły  absolutnie  zielone  włosy,  które  na  karku  przechodziły  w 

rdzawy  kolor  tytoniu;  twarz  ananasa  pokrywały  zmarszczki,  ale  cerę  miał  różową  jak 

noworodek.  Lewa  noga  nie  zginała  się,  musiał  ciągnąć  ją  po  dywanie,  za  to  prawa 

podrygiwała  jak  nakręcana  zabawka.  W  klapie  wspaniałej  marynarki  niczym  oko  tkwił 

drogocenny klejnot. 

Psa nawet mdlić przestało z ciekawości. 

- Hau-hau – zaszczekał cichutko. 

- Milczeć! Jak tam sen, drogi panie? 

-  He-he.  Czy  jesteśmy  sami,  profesorze?  To  coś  nieopisanego  -  wstydliwie  zaczął 

przybyły.  -  Parole  d’honneur,  od  dwudziestu  pięciu  lat  nie  pamiętam  czegoś  podobnego.  - 

background image

Indywiduum ujęło guzik od spodni. - Czy pan uwierzy, profesorze, co noc śnią mi się nagie 

dziewczyny i to całymi stadami. Doprawdy jestem oczarowany. Jest pan cudotwórcą. 

- Hm - mruknął z troską Filipowicz, wpatrując się w źrenice gościa. 

Ten  wygrał  wreszcie  walkę  z  guzikami  i  zdjął  pasiaste  spodnie.  Pod  spodniami 

ukazały  się  niesłychane  wręcz  kalesony.  Były  kremowego  koloru  w  haftowane  jedwabiem 

czarne koty i pachniały perfumami. 

Pies jedwabnych kotów nie zdzierżył i szczeknął tak, że indywiduum aż podskoczyło. 

- Oj! 

- Dostaniesz lanie! Niech pan się nie boi, on nie gryzie. 

Ja nie gryzę? - zdumiał się pies. 

Przybyłemu  z  kieszeni  spodni  wypadła  na  dywan  mała  koperta,  na  której  widniała 

dziewczyna  z  rozpuszczonymi  włosami.  Indywiduum  podskoczyło,  pochyliło  się,  podniosło 

zgubę i strasznie poczerwieniało. 

- Proszę jednak uważać - ostrzegawczo i posępnie powiedział Filip Filipowicz grożąc 

palcem. - Pomimo wszystko niech pan uważa i nie nadużywa! 

- Ja nie nadu... - wymamrotało stropione indywiduum rozbierając się. - Ja tylko, drogi 

profesorze, przeprowadzałem doświadczenie. 

- No i co? Jakie były wyniki? - spytał surowo Filip Filipowicz. 

Indywiduum ekstatycznie machnęło ręką. 

- Od dwudziestu pięciu  lat, przysięgam  na Boga, nie zdarzyło  mi się  nic podobnego. 

Ostatni raz w 1899 roku w Paryżu na rue de la Paix. 

- A dlaczego pan pozieleniał? 

Twarz przybysza zachmurzyła się. 

- Przeklęty „Kościotłuszcz”! 

Nie może pan sobie wyobrazić, profesorze, co te obiboki podsunęły mi zamiast farby. 

Proszę tylko popatrzeć - mamrotał szukając oczami lustra. 

- Za takie rzeczy  należy  bić po mordzie! - dodał  wpadając w  furię. - I co mam teraz 

począć, profesorze? - zapytał rozpaczliwie. 

- Hm, niech pan ogoli głowę. 

- Profesorze - żałośnie wykrzyknął gość - przecież znowu odrosną mi siwe! A oprócz 

tego  nie  będę  się  mógł  pokazać  w  biurze.  I  tak  już  trzeci  dzień  nie  jeżdżę  do  pracy.  Ech, 

profesorze, gdyby pan odkrył sposób na odmładzanie włosów. 

- Nie wszystko naraz, mój drogi - mruczał Filip Filipowicz. 

Pochylił się i błyszczącymi oczami obejrzał goły brzuch pacjenta. 

background image

-  No  cóż,  wyśmienicie,  wszystko  w  zupełnym  porządku.  Prawdę  mówiąc,  nawet  nie 

oczekiwałem  takiego  rezultatu.  „Wiele  krwi  i  wiele  pieśni.”  Może  się  pan  ubierać,  drogi 

panie! 

- „Mam dla tej, co najpiękniejsza!” – brzękliwym niczym patelnia głosem podchwycił 

pacjent  i  promieniejąc  zaczął  się  ubierać.  Kiedy  już  się  oporządził,  podskakując  i  woniejąc 

perfumami, odliczył Filipowi Filipowiczowi paczkę białych banknotów i zaczął czule ściskać 

mu obie dłonie. 

-  Dwa  tygodnie  może  mi  się  pan  nie  pokazywać  -  powiedział  Filip  Filipowicz  -  ale 

jednak bardzo proszę, niech pan będzie ostrożny. 

- Profesorze! - krzyknął już za drzwiami głos pełen ekstazy - może pan być absolutnie 

spokojny - po czym chutliwie zachichotał i przepadł. 

Sypki dzwonek przeleciał przez mieszkanie, otworzyły się lakierowane drzwi. Wszedł 

ugryziony, wręczył kartkę Filipowi Filipowiczowi i oznajmił: 

- Wiek podała nieprawdziwy. Ma jakieś pięćdziesiąt cztery, pięćdziesiąt pięć lat. Tony 

serca przytłumione. 

Znikł,  a  zamiast  niego  pojawiła  się  szeleszcząca  dama  w  zawadiacko  zsuniętym  na 

bok  kapeluszu  i  w  iskrzącej  się  kolii  na  wiotkiej,  pomiętej  szyi.  Pod  jej  oczami  wisiały 

dziwaczne czarne worki, a policzki miała różowe jak lalka. 

Dama była strasznie zdenerwowana. 

- Szanowna pani! Ile ma pani lat? - bardzo surowo zapytał Filip Filipowicz. 

Dama przeraziła się i nawet pobladła pod skorupą różu. 

- Przysięgam, profesorze, gdyby pan wiedział, jaki dramat przeżywam! 

- Ile ma pani lat, szanowna pani? - jeszcze surowiej powtórzył Filip Filipowicz. 

- Słowo honoru!... No, czterdzieści pięć. 

- Szanowna pani - zaapelował Filip Filipowicz - pacjenci czekają. Proszę nie zabierać 

mi czasu. Nie jest pani jedyna! 

Pierś damy burzliwie falowała. 

- Tylko panu, jako luminarzowi nauki. Ale przysięgam, to coś tak okropnego... 

-  Ile  ma  pani  lat?  -  wściekle  i  piskliwie  zapytał  Filip  Filipowicz,  a  jego  okulary 

zabłysły. 

- Pięćdziesiąt jeden! - skręcając się ze strachu odparła dama. 

- Proszę zdjąć majtki, łaskawa pani - z ulgą powiedział Filip Filipowicz i wskazał na 

wysoki, biały szafot w kącie. 

-  Profesorze,  przysięgam  -  wymamrotała  dama,  drżącymi  palcami  rozpinając  jakieś 

background image

zatrzaski na pasie. - Ten Moryc... Przysięgam jak na spowiedzi... 

-  „Od  Sewilli  do  Grenady...”  -  z  roztargnieniem  zanucił  Filip  Filipowicz  i  nacisnął 

pedał przy marmurowej umywalce. Zaszumiała woda. 

- Przysięgam  na Boga! -  mówiła dama  i żywe plamy przedzierały się przez sztuczne 

na jej policzkach. - Ja wiem, to moja ostatnia namiętność. Przecież to taki łajdak! Profesorze! 

To karciany szuler, o tym wie cała Moskwa. Nie potrafi przepuścić najostatniejszej modystce! 

Jest taki diabelnie młody - mamrotała dama i wyrzucała spod szeleszczących spódnic zmięty 

koronkowy kłąb. 

Psu ostatecznie zamąciło się w głowie i przewróciło do góry nogami. 

A  idźcież  wy  do  diabła  -  pomyślał  mętnie  i  położył  głowę  na  łapy,  zapadając  w 

drzemkę ze wstydu. - Nawet nie będę się starał pojąć, o co tu chodzi, i tak nie zrozumiem. 

Ze snu wyrwał go brzęk  i wtedy  zobaczył, że  Filip  Filipowicz rzucił do  miski  jakieś 

połyskujące rurki. 

Plamista  dama  przyciskając  ręce  do  piersi  z  nadzieją  patrzyła  na  Filipa  Filipowicza. 

Ten zaś godnie nachmurzony usiadł za biurkiem i coś zapisał. 

- Ja pani przeszczepię jajniki małpy - oznajmił i popatrzył surowo. 

- Ach, profesorze, czy naprawdę małpy? 

- Tak – bezapelacyjnie odpowiedział Filip Filipowicz. 

- A kiedy operacja? - blednąc pytała dama słabym głosem. 

- „Od Sewilli do Grenady...” 

Uhm...  w  poniedziałek.  Rano  położy  się  pani  do  kliniki.  Mój  asystent  przygotuje 

panią. 

- Ach, kiedy ja nie chcę do kliniki. Czy nie można tu, u pana, profesorze? 

-  Widzi  pani,  operuję  u  siebie  tylko  w  wyjątkowych  przypadkach.  To  będzie 

kosztowało bardzo drogo, pięćdziesiąt czerwońców. 

- Zgadzam się, profesorze! 

Znowu  poleciała  woda,  zakołysał  kapelusz  z  piórami,  potem  pojawiła  się  łysa  jak 

talerz głowa  i  jej  właściciel  uścisnął  Filipa Filipowicza. Pies drzemał,  mdłości  minęły, więc 

rozkoszował  się  uspokojonym  bokiem  i  ciepłem,  nawet  chrapnął  sobie  i  zdążył  zobaczyć 

kawałeczek  uroczego  snu  -  wyrywał  sowie  cały  pęk  piór  z ogona...  a  potem  zdenerwowany 

głos kłapnął nad głową. 

- Jestem zbyt znany w Moskwie, profesorze. Co mam zrobić? 

- Panowie - z oburzeniem krzyczał Filip Filipowicz - przecież tak nie można. Trzeba 

się hamować. Ile ona ma lat? 

background image

- Czternaście, profesorze... 

Pan rozumie, rozgłos mnie zgubi. W najbliższych dniach mam jechać na zagraniczną 

delegację. 

- Ale przecież ja nie jestem prawnikiem, łaskawco... Niech pan poczeka jakie dwa lata 

i ożeni się z nią. 

- Jestem żonaty, profesorze. 

- Ach, panowie, panowie! 

Drzwi  otwierały  się,  zmieniały  twarze,  brzęczały  instrumenty  i  Filip  Filipowicz 

pracował bez chwili wytchnienia. 

Obleśne  mieszkanie -  myślał  pies - ale  jak  mi tu  dobrze! Po kiego diabła  jestem  mu 

potrzebny? A może chce mnie zatrzymać? Dziwak! Przecież wystarczy mu okiem mrugnąć, a 

będzie miał takiego psa, że tylko zwariować! A może ja jestem ładny? Widać mam szczęście! 

A ta sowa to paskudztwo... Bezczelna. 

Ostatecznie pies obudził się późnym wieczorem, kiedy dzwonki umilkły, dokładnie w 

chwili,  w  której  drzwi  wpuściły  szczególnych  gości.  Było  ich  od  razu  czworo.  Wszyscy 

młodzi i ubrani bardzo skromnie. 

A  ci  czego  tu  szukają?  -  ze  zdziwieniem  pomyślał  pies.  Znacznie  bardziej 

nieprzyjaźnie  powitał  przybyłych  Filip  Filipowicz.  Stał  przy  biurku  i  patrzył  na  przybyłych 

jak dowódca na nieprzyjaciół. Nozdrza jego jastrzębiego nosa rozdymały się. Goście dreptali 

w miejscu stojąc na dywanie. 

- Przyszliśmy do pana, profesorze - zaczął ten, który miał na głowie wysoką na ćwierć 

arszyna szopę wyjątkowo gęstych, kędzierzawych włosów - w następującej sprawie... 

-  Chyba  niesłusznie  panowie  w  taką  pogodę  chodzicie  bez  kaloszy  -  przerwał  mu 

mentorskim  tonem  Filip  Filipowicz.  -  Po  pierwsze,  możecie  się  przeziębić,  a  po  drugie, 

zabłociliście mi dywan, a ja mam wyłącznie perskie dywany. 

Ten z szopą umilkł i cała czwórka ze zdumieniem zagapiła się na Filipa Filipowicza. 

Milczenie  trwało  kilka  sekund  i  przerywał  je  tylko  stuk  palców  Filipa  Filipowicza  po 

malowanym drewnianym talerzu na biurku. 

- Po pierwsze, nie jesteśmy panami - powiedział wreszcie najmłodszy z całej czwórki, 

podobny do brzoskwini. 

- Po pierwsze - przerwał mu Filip Filipowicz - jest pan kobietą czy mężczyzną? 

Czterej  znowu  umilkli  i  otworzyli  usta.  Tym  razem  pierwszy  opamiętał  się  ten  z 

szopą. 

- Co za różnica, towarzyszu? - zapytał dumnie. 

background image

-  Jestem  kobietą  -  przyznał  się  brzoskwiniowy  młodzieniec  w  skórzanej  kurtce  i 

mocno poczerwieniał. 

W  ślad  za  nim  nie  wiadomo  dlaczego  poczerwieniał  jeden  z  przybyłych,  blondyn  w 

papasze. 

- Wobec tego może pani zostać w czapce, a pana, szanowny panie, poproszę o zdjęcie 

nakrycia głowy - mentorskim tonem powiedział Filip Filipowicz. 

-  Nie  jestem  dla  pana  szanownym  panem  -  ostro  odparował  blondyn  zdejmując 

papachę. 

- My przyszliśmy do was - znowu zaczął czarny z szopą. 

- Przede wszystkim, jacy my? 

- My,  nowy zarząd  naszego domu - z powstrzymywaną  furią przemówił czarny. - Ja 

jestem Szwonder, ona Wiaziemska, on, towarzysz Piestruchin i Szarowkin. I my... 

- Czy to was dokwaterowali do mieszkania Fiodora Pawłowicza Sablina? 

- Nas - odpowiedział Szwonder. 

- Boże, przepadł Kałabuchowski dom! - z rozpaczą zawołał Filip Filipowicz i załamał 

ręce. 

- Czy to ma być żart, profesorze? 

- Jaki tam żart?! Jestem w zupełnej rozpaczy! - krzyknął Filip Filipowicz. - Co teraz 

będzie z centralnym ogrzewaniem? 

- Pan kpi czy o drogę pyta, profesorze Preobrażeński? 

-  W  jakiej  sprawie  przyszliście,  państwo,  do  mnie?  Proszę  o  pośpiech,  mój  obiad 

czeka. 

-  My,  komitet  domowy  -  z  nienawiścią  zaczął  Szwonder  -  przyszliśmy  do  pana  po 

zebraniu, w którym uczestniczyli wszyscy mieszkańcy naszego domu, na którym stał problem 

zagęszczenia mieszkań w tym domu... 

- Kto stał na kim?! - krzyknął Filip Filipowicz. - Będzie pan łaskaw formułować swoje 

myśli trochę jaśniej. 

- Stał problem zagęszczenia. 

- Starczy! Zrozumiałem! 

Wiadomo  panu,  że  decyzją  z  dwunastego  sierpnia  tego  roku  moje  mieszkanie 

zwolnione jest od wszelkich zagęszczeń i dokwaterowań? 

-  Wiadomo  -  odpowiedział  Szwonder  -  ale  walne  zebranie  po  rozpatrzeniu  pańskiej 

sprawy  doszło  do  wniosku,  że  globalnie  i  w  szczególności  zajmuje  pan  zbyt  duży  metraż. 

Zdecydowanie zbyt duży. Sam jeden mieszka pan w siedmiu pokojach. 

background image

- Sam jeden mieszkam i pracuję w siedmiu pokojach - odpowiedział Filip Filipowicz. - 

I bardzo przydałby mi się ósmy. Jest mi niezbędny na bibliotekę. 

Wszyscy czworo oniemieli. 

- Ósmy! E-he-he - powiedział blondyn pozbawiony nakrycia głowy. - Całkiem nieźle. 

- To nie do opisania! - zawołał młodzieniec, który okazał się kobietą. 

- Mam poczekalnię i zwracam uwagę, że mieści się tam również biblioteka; jadalnia, 

mój gabinet, to razem trzy. Laboratorium - cztery. 

Operacyjny - pięć. Moja sypialnia - sześć i pokój dla służby - siedem. Więc za mało... 

Zresztą, to nieważne. Moje mieszkanie jest zwolnione, nie mamy o czym  mówić. Czy mogę 

wreszcie zjeść obiad? 

- Pan daruje - powiedział czwarty, podobny do krępego żuka. 

-  Pan  daruje  -  przerwał  mu  Szwonder  -  myśmy  przyszli  porozmawiać  w  sprawie 

jadalni i laboratorium. Walne zebranie prosi, aby pan dobrowolnie, w trybie dyscypliny pracy, 

zrezygnował z jadalni. Nikt w Moskwie nie ma jadalni. 

- Nawet Isadora Duncan - dźwięcznie zawołała kobieta. 

Coś  się  działo  z  Filipem  Filipowiczem,  coś,  wskutek  czego  twarz  delikatnie 

spurpurowiała, ale nie wydał z siebie żadnego dźwięku, czekając na dalszy ciąg. 

- I z laboratorium również - kontynuował Szwonder. - Laboratorium spokojnie można 

połączyć z gabinetem. 

- Uhm - powiedział Filip Filipowicz trochę dziwnym głosem. - A gdzie ja będę jadał? 

- W sypialni – chórem odpowiedzieli wszyscy czworo. 

Purpura na Filipie Filipowiczu przybrała nieco szarawy odcień. 

-  Jadać  w  sypialni  -  powiedział  z  lekka  zduszonym  głosem  -  w  laboratorium  czytać, 

ubierać się w poczekalni, operować w pokoju dla służby, w jadalni badać pacjentów. Bardzo 

możliwe, że Isadora Duncan tak właśnie postępuje. Być może jada w gabinecie, a w łazience 

kroi  króliki.  Być  może.  Ale  ja  nie  jestem  Isadorą  Duncan!  -  zaryczał  nagle,  a  purpura  jego 

pożółkła.  -  Ja  będę  jadał  w  jadalni,  a  operował  w  operacyjnym.  Możecie  to  przekazać 

walnemu  zebraniu  i  proszę  uprzejmie  zająć  się  własnymi  sprawami,  mnie  zaś  umożliwić 

jedzenie  obiadu  tam,  gdzie  jadają  wszyscy  normalni  ludzie,  to  znaczy  w  jadalni,  a  nie  w 

poczekalni i nie w pokoju dziecinnym. 

- Wobec tego, profesorze, z powodu pana uporczywych przeciwdiziałań - powiedział 

wzburzony Szwonder - złożymy na pana skargę do wyższych instancji. 

-  Aha  -  powiedział  Filip  Filipowicz  -  więc  to tak?  -  i  głos  jego  przybrał  podejrzanie 

uprzejmy odcień. - Poproszę, żebyście państwo chwileczkę zaczekali. 

background image

To ci facet - z zachwytem pomyślał pies - no, po prostu podobny do mnie jak kropla 

do  kropli.  Och,  capnie  ich  zaraz,  och,  capnie.  Jeszcze  nie  wiem,  jakim  sposobem,  ale  tak 

capnie...  Bierz  ich!  Złapać  by  tego  długonogiego  nad  cholewą  za  ścięgno  podkolanowe... 

wrrr... 

- Proszę... tak... dziękuję. 

Poproszę 

Piotra 

Aleksandrowicza. 

mówi 

profesor 

Preobrażeński. 

Piotr 

Aleksandrowicz?  Cieszę  się,  że  pana  zastałem.  Dziękuję,  z  moim  zdrowiem  wszystko  w 

porządku. Piotrze Aleksandrowiczu, muszę odwołać pańską operację. Co? W ogóle odwołać. 

Podobnie  jak  wszystkie  pozostałe  operacje.  A  oto  dlaczego  przerywam  swoją  pracę  w 

Moskwie i w ogóle w Rosji... Przed chwilą pojawiło się u mnie czworo, w tym jedna kobieta 

przebrana  za  mężczyznę,  dwaj  uzbrojeni  w  rewolwery,  i  sterroryzowali  mnie  w  moim 

mieszkaniu w celu odebrania jego części. 

- Pan pozwoli, profesorze - zaczął Szwonder zmieniając się na twarzy. 

- Pan daruje... nie widzę możliwości, żeby powtórzyć wszystko, co oni tu wygadywali. 

Nonsensy  to  nie  moja  specjalność.  Wystarczy,  jeśli  powiem,  że  zaproponowali  mi,  żebym 

zrezygnował  z  mojego  laboratorium.  Innymi  słowy  zmuszają  mnie,  abym  operował  tam, 

gdzie  do  tej  pory  kroiłem  króliki.  W  takich  warunkach  ja  nie  tylko  nie  mogę,  ale  nie  mam 

prawa pracować. Dlatego zaprzestaję praktyki, zamykam mieszkanie i wyjeżdżam do Soczi. 

Klucze mogę zostawić Szwonderowi. Niech on operuje. 

Wszyscy czworo zastygli. Śnieg topniał na ich butach. 

-  Co  robić...  Mnie  samemu  jest  bardzo  przykro...  Jak?  O  nie,  Piotrze 

Aleksandrowiczu! O nie. Więcej się na to nie zgodzę. 

Moja cierpliwość się wyczerpała. To już drugi taki przypadek od sierpnia. Jak? Hm... 

Jak pan uważa. Chociażby tak. Ale jeden warunek: obojętne kto, obojętne kiedy, obojętne co, 

ale  żeby  to  był  taki  papier,  na  podstawie  którego  ani  Szwonder,  ani  ktokolwiek  inny  nie 

będzie  mógł  nawet  zbliżyć  się  do  drzwi  mojego  mieszkania.  Dokument  ostateczny. 

Faktyczny. 

Najprawdziwszy! Żelazny. Żeby zapomniano o moim nazwisku. Skończone. Umarłem 

dla nich. 

Tak, tak. Bardzo proszę. Kto? 

Aha...  To  co  innego.  Aha...  Dobrze.  Oddaję  słuchawkę.  Pan  będzie  łaskaw -  głosem 

żmii zwrócił się Filip Filipowicz do Szwondera - ktoś chce z panem porozmawiać. 

- Pan pozwoli, profesorze - powiedział  Szwonder to rozpłomieniając  się, to gasnąc - 

pan wypaczył nasze słowa. 

background image

- Poprosiłbym o nieużywanie tego rodzaju określeń. 

Szwonder wziął słuchawkę i niepewnie powiedział: 

- Tak, słucham. Tak... 

Przewodniczący  komitetu  domowego...  My  postępowaliśmy  zgodnie  z  przepisami... 

Ale profesor i tak jest w zupełnie wyjątkowej sytuacji... 

Słyszeliśmy  o  jego  pracach...  Chcieliśmy  mu  zostawić  całych  pięć  pokoi...  No 

dobrze... jeśli tak to wygląda... Dobrze... 

Potwornie czerwony odwiesił słuchawkę i odwrócił się. 

Jakby wylał na nich spluwaczkę! Niezły numer! - z zachwytem pomyślał pies. - Czy 

on  zna  czarodziejskie  zaklęcie,  czy  jak?  No,  teraz  możecie  nawet  mnie  bić,  jak  tam  sobie 

chcecie, ale ja się stąd nie ruszę. 

Pozostała trójka z otwartymi ustami patrzyła na oplutego Szwondera. 

- To po prostu haniebne! - nieśmiało wykrztusił opluty. 

- Gdyby teraz była dyskusja - zaczęła kobieta płonąc rumieńcem wzburzenia - ja bym 

udowodniła Piotrowi Aleksandrowiczowi... 

-  Przepraszam,  czy  pani  właśnie  w  tej  chwili  zamierza  rozpocząć  tę  dyskusję?  - 

grzecznie zapytał Filip Filipowicz. 

Oczy kobiety rozgorzały. 

-  Rozumiem  pańską  ironię,  profesorze,  zaraz  sobie  pójdziemy...  Ja  tylko  jako 

kierownik sektora kulturalnego domu... 

- Kie-row-nicz-ka - poprawił Filip Filipowicz. 

-  Chcę  panu  zaproponować  -  i  kobieta  wyciągnęła  zza  pazuchy  kilka  jaskrawych  i 

mokrych od śniegu czasopism - kilka czasopism na rzecz niemieckich dzieci. Po pół rubla. 

- Nie, nie wezmę - krótko odparł Filip Filipowicz spojrzawszy na czasopisma. 

Niesłychane  zdumienie  odbiło  się  na  twarzach,  a  kobieta  pokryła  się  żurawinowym 

nalotem. 

- Dlaczego? 

- Nie chcę. 

- Nie współczuje pan niemieckim dzieciom? 

- Współczuję. 

- Żałuje pan pół rubla? 

- Nie. 

- Więc dlaczego? 

- Nie chcę. 

background image

Przez chwilę wszyscy milczeli. 

- Wie pan co, profesorze - powiedziała dziewczyna z ciężkim westchnieniem - gdyby 

nie był pan europejskim luminarzem i gdyby nie ujęły się za panem w wyjątkowo oburzający 

sposób (blondyn pociągnął  ją za  brzeg kurtki,  machnęła  na  niego ręką) osoby, które, jestem 

pewna, jeszcze wyjaśnimy, należałoby pana aresztować. 

- A za co? - z ciekawością zapytał Filip Filipowicz. 

- Bo pan nienawidzi proletariatu - dumnie odpowiedziała kobieta. 

- Owszem, nie lubię proletariatu - ze smutkiem zgodził się Filip Filipowicz i nacisnął 

guziczek. 

Gdzieś w głębi zadzwoniło. 

Otwarły się drzwi do korytarza. 

- Zina - zawołał Filip Filipowicz - podawaj obiad. Państwo pozwolą? 

Wszyscy  czworo  w  milczeniu  wyszli  z  gabinetu,  w  milczeniu  minęli  poczekalnię  i 

było słychać, jak ciężko i głośno zatrzasnęły się za nimi frontowe drzwi. 

Pies  stanął  na  tylnych  łapach  i  wykonał  przed  Filipem  Filipowiczem  coś  w  rodzaju 

muzułmańskiej modlitwy. 

background image

III 

Na  malowanych  w  rajskie  kwiaty  talerzach  z  szeroką  obwódką  leżały  cieniutko 

pokrojone plasterki siomgi, marynowany węgorz. Na ciężkiej desce kawałek sera z łezką, w 

srebrnym  wiaderku  obłożonym  śniegiem  -  kawior.  Między  talerzami  kilka  cieniutkich 

kieliszków  i  trzy  kryształowe  karafki  z  różnego  koloru  wódką.  Wszystkie  te  przedmioty 

znajdowały  się  na  maleńkim  marmurowym  stoliku  przytulonym  do  ogromnego  kredensu  z 

rzeźbionej  dębiny.  Kredens  tryskał  strumieniami  przeszklonego  srebrzystego  światła.  Na 

środku  pokoju  -  stół  ciężki  jak  katafalk,  zasłany  białym  obrusem,  a  na  nim  dwa  nakrycia, 

serwetki zwinięte na kształt papieskiej tiary i trzy ciemne butelki. 

Zina  wniosła  srebrny  półmisek  z  pokrywą.  W  środku  coś  powarkiwało.  Zapach  od 

półmiska  szedł  taki,  że  pysk  psa  natychmiast  wypełniła  rzadka  ślina.  Ogrody  Semiramidy - 

pomyślał i niczym pałką zastukał ogonem w podłogę. 

- Dawać  je tutaj - zachłannie polecił  Filip Filipowicz. - Doktorze Bormental, błagam 

pana,  niech  pan  zostawi  kawior  w  spokoju.  I  jeśli  chce  pan  usłuchać  dobrej  rady,  to  proszę 

sobie nalać nie angielskiej, tylko zwyczajnej rosyjskiej wódki. 

Przystojny  ugryziony  -  był  już  bez  fartucha,  w  przyzwoitym  czarnym  garniturze  - 

wzruszył szerokimi ramionami, uśmiechnął się uprzejmie i nalał sobie przezroczystej. 

- Ostatnia nowinka? - zapytał. 

-  A  niech  Bóg  broni!  - odżegnał  się  gospodarz.  -  To  spirytus.  Daria  Pietrowna  sama 

świetnie robi wódkę. 

- Nie powiedziałbym,  Filipie  Filipowiczu, wszyscy twierdzą, że trzydzieści  stopni to 

całkiem przyzwoicie. 

-  A  wódka  powinna  mieć  czterdzieści  stopni,  nie  trzydzieści,  to  po  pierwsze  - 

pouczająco przerwał Filip Filipowicz - a po drugie, jeden Bóg wie, czego oni tam dolewają. 

Czy potrafi pan zgadnąć, co im przyjdzie do głowy? 

- Dosłownie wszystko - z przekonaniem powiedział ugryziony. 

- Jestem tego samego zdania - dodał  Filip  Filipowicz  i  jednym chluśnięciem wlał do 

gardła  zawartość  kieliszka.  -  Mm...  doktorze  Bormental,  błagam  pana,  niech  pan 

natychmiast...  i  jeśli  pan  powie,  że  to...  będę  pańskim  nieprzejednanym  wrogiem  do  końca 

życia. „Od Sewilli do Grenady.” 

Mówiąc  te  słowa  schwycił  łapiastym  srebrnym  widelcem  coś,  co  przypominało 

malutki, ciemny chlebek. Ukąszony poszedł za jego przykładem. Oczy Filipowicza zabłysły. 

background image

-  Niedobre?  -  żując  wypytywał  Filip  Filipowicz.  -  Niedobre?  Proszę  odpowiedzieć, 

szanowny panie doktorze. 

- Wyśmienite - szczerze odpowiedział ugryziony. 

- Ja myślę... Niech pan zauważy, Iwanie Arnoldowiczu, piją wódkę pod zupę i zimne 

zakąski  wyłącznie  nie  dorżnięci  przez  bolszewików  obszarnicy.  Każdy  chociażby  trochę 

szanujący się człowiek stosuje zakąski gorące. A w Moskwie najpierwsza z gorących zakąsek 

to właśnie to. Kiedyś znakomicie przyrządzano je w „Słowiańskim Bazarze”. No. 

- Karmi pan psa w jadalni - rozległ się kobiecy głos - a później wołami się go stąd nie 

wyciągnie. 

- Nie szkodzi. Biedak się  nagłodował. - Filip Filipowicz  na końcu widelca podał psu 

zakąskę,  przyjętą  z  magiczną  zręcznością,  widelec  zaś  z  brzękiem  wrzucił  do  miseczki  z 

wodą. 

Po  chwili  z  talerzy  buchnęła  pachnąca  rakami  para.  Pies  siedział  w  cieniu  obrusa  z 

miną  wartownika  przy  składzie  prochu.  A  Filip  Filipowicz  zatknął  koniec  serwetki  za 

kołnierzyk i wygłaszał filipikę: 

- Jedzenie, Iwanie  Arnoldowiczu, to sztuka nieprosta. Jeść trzeba umieć, a niech pan 

sobie  wyobrazi,  że  większość  ludzi  w  ogóle  nie  umie  jeść.  Należy  nie  tylko  wiedzieć,  co 

zjeść,  ale  kiedy  i  jak  (Filip  Filipowicz  znacząco  potrząsnął  łyżką).  I  o  czym  przy  tym 

rozmawiać.  Taaak.  Jeżeli  pan  dba  o  swój  system  trawienny,  to  moja  rada:  nie  mówić  przy 

obiedzie o bolszewikach i medycynie. I niech Pan Bóg broni czytać przed obiadem radzieckie 

gazety. 

- Hm... Ale przecież innych nie ma. 

-  No  więc  niech  pan  żadnych  nie  czyta.  Wie  pan,  przeprowadziłem  trzydzieści 

obserwacji  u  siebie  w  klinice.  I  co  pan  myśli?  Pacjenci,  którzy  nie  czytają  gazet,  czują  się 

wspaniale. Za to ci, których umyślnie zmusiłem do czytania „Prawdy”, tracili na wadze. 

- Hm... - z zaciekawieniem mruknął nadgryziony, różowiejąc od zupy i alkoholu. 

- Mało tego. Osłabiony odruch kolanowy, marny apetyt, upadek ducha. 

- Do diabła... 

- Tak. A zresztą, co też ja? 

Sam zacząłem mówić o medycynie. 

Filip  Filipowicz  usiadł  wygodniej,  zadzwonił  i  w  wiśniowej  portierze  pojawiła  się 

Zina. Pies dostał gruby i blady plaster jesiotra, który mu nie smakował, i zaraz potem kawał 

krwistego rostbefu. Kiedy to pożarł, nagle poczuł, że jest śpiący i już więcej nie może patrzeć 

na żadne jedzenie. Dziwne uczucie - myślał zamykając ciężkie powieki - nie chcę patrzeć na 

background image

nic, co można zjeść. A palenie po obiedzie to głupota. 

Jadalnię  zapełnił  nieprzyjemny  sinawy  dym.  Pies  drzemał,  położywszy  głowę  na 

przednich łapach. 

- Saint Julien to przyzwoite wino - usłyszał przez sen - tyle tylko, że go teraz nigdzie 

nie ma. 

Głuchy, przytłumiony sufitami i dywanami chorał doleciał skądś z góry i z boku. 

Filip Filipowicz zadzwonił i weszła Zina. 

- Zina, co to wszystko znaczy? 

- Znowu walne zebranie zrobili, Filipie Filipowiczu - odparła Zina. 

- Znowu - zawołał z goryczą  Filip  Filipowicz. -  No, teraz się zacznie, przepadł dom 

Kałabuchowa. Trzeba  będzie się wyprowadzić. Tylko pytanie, dokąd. Pójdzie  jak po  maśle. 

Najpierw  śpiewy  każdego  wieczora,  następnie  w  ubikacjach  zamarzną  rury,  potem  pęknie 

kocioł centralnego ogrzewania i tak dalej. Koniec z Kałabuchowem. 

- Filip Filipowicz się zamartwia - zauważyła z uśmiechem Zina i wyniosła stos talerzy. 

- Jak tu się nie zamartwiać?! - zakrzyknął Filip Filipowicz. - Trzeba zrozumieć, co to 

był za dom! 

- Pan zbyt ponuro patrzy na rzeczywistość - zaoponował przystojny i ugryziony. - Oni 

się teraz bardzo zmienili. 

-  Chyba  pan  mnie  zna,  prawda,  mój  drogi?  Jestem  człowiekiem  faktu,  człowiekiem 

obserwacji. I wrogiem nie potwierdzonych hipotez. Wiadomo o tym bardzo dobrze nie tylko 

w Rosji,  ale  i w Europie.  Jeżeli coś  mówię, to znaczy, że  mówię  na podstawie konkretnego 

faktu  z  którego  wyciągam  wnioski.  Proszę,  oto  fakt:  wieszak  i  stojak  na  kalosze  w  naszym 

domu. 

- Ciekawe... 

Kalosze,  głupstwo.  Nie  w  kaloszach  szczęście  -  pomyślał  pies.  -  Ale  to  osobistość 

wybitna. 

- Weźmy stojak na kalosze. Od 1903 roku mieszkam w tym domu. I oto przez cały ten 

czas do marca 1917 roku nie było ani jednego wypadku - podkreślam czerwonym ołówkiem - 

ani  jednego,  żeby  z  klatki  schodowej  od  frontu  zginęła  choć  jedna  para  kaloszy.  Proszę 

pamiętać, dwanaście mieszkań, a ja przyjmuję pacjentów. W marcu, siedemnastego, pewnego 

pięknego dnia zginęły wszystkie kalosze, w tym dwie pary moich, trzy laski, palto i samowar 

szwajcara. Od tej chwili stojak na kalosze przestał istnieć. Mój drogi! Nie wspominam już o 

centralnym  ogrzewaniu.  Nie  wspominam.  Niechaj  będzie,  ponieważ  mamy  rewolucję 

społeczną,  nie  trzeba  palić  pod  kotłem.  Pytam  tylko,  dlaczego,  kiedy  zaczęła  się  ta  cała 

background image

historia,  wszyscy  zaczęli  chodzić  w  brudnych  koszulach  i  walonkach  po  marmurowych 

schodach? Dlaczego jeszcze do tej pory trzeba zamykać kalosze na klucz? I do tego stawiać 

przy  nich  na  warcie  żołnierza,  bo  inaczej  ktoś  je  ukradnie?  Dlaczego  zabrano  chodnik  z 

frontowych  schodów?  Czy  Karol  Marks  zabrania  trzymania  chodników  na  schodach?  Czy 

Karol  Marks  napisał  gdzieś,  że  wejście  do  drugiej  oficyny  Kałabuchowskiego  domu  należy 

zabić  deskami  i  chodzić  dookoła  od  tyłu  przez  podwórze?  Komu  to  potrzebne?  Dlaczego 

proletariusz nie może zostawić swoich kaloszy na dole, tylko musi brudzić marmur? 

-  Przecież  proletariusz,  Filipie  Filipowiczu,  w  ogóle  nie  ma  kaloszy  -  zająknął  się 

ugryziony. 

- Nic podobnego! - głosem gromu odpowiedział Filip Filipowicz i nalał sobie szklankę 

wina. - Hm... nie uznaję likierów po obiedzie, powodują ociężałość i paskudnie wpływają na 

wątrobę... Nic podobnego! Proletariusz chodzi teraz w kaloszach... w moich kaloszach! To są 

te same kalosze, które znikły wiosną 1917 roku. Powstaje pytanie: kto je gwizdnął? Ja? Być 

to  nie  może.  Burżuj  Sablin?  (Filip  Filipowicz  dziabnął  palcem  w  sufit).  Śmieszne 

przypuszczenie. Właściciel cukrowni Połczow? (Filip Filipowicz pokazał w bok). W żadnym 

wypadku!  Taaak!  Ale  żeby  je  chociaż  zdejmowali  na  schodach  (Filip  Filipowicz  zaczął 

purpurowieć).  Po  jakiego  diabła  zabrano  kwiaty  z  podestów?  Dlaczego  elektryczność,  która 

gasła, o ile dobrze pamiętam, dwa razy w ciągu dwudziestu lat, teraz gaśnie dokładnie raz na 

miesiąc?  Statystyka,  doktorze  Bormental,  to  straszna  rzecz.  Pan,  który  zna  moją  ostatnią 

pracę, wie o tym lepiej niż ktokolwiek inny. 

- Chaos, Filipie Filipowiczu. 

- Nie - z absolutnym przekonaniem  zaprzeczył  Filip  Filipowicz - Nie. Pan pierwszy, 

drogi  Iwanie  Arnoldowiczu,  powinien  się  powstrzymać  od  używania  tego  słowa.  To 

złudzenie,  dym,  fikcja.  -  Filip  Filipowicz  szeroko  rozczapierzył  krótkie  palce  i  dwa  cienie 

podobne  do  żółwi  poruszyły  się  na  obrusie.  -  Co  to  takiego  ten  wasz  chaos,  stara  baba  z 

kosturem?  Wiedźma,  która  wytłukła  wszystkie  szyby  i  zgasiła  wszystkie  latarnie?  Przecież 

ona w ogóle nie istnieje. Jaki sens pan wkłada w to słowo? - zapytał z furią Filip Filipowicz 

nieszczęsną  kaczkę  z  kartonu,  wiszącą  do  góry  nogami  obok  kredensu  i  sam,  zamiast  niej, 

odpowiedział. - Wyjaśniam: jeśli zamiast co wieczór operować, zacznę w swoim mieszkaniu 

śpiewać chórem, nastanie u mnie chaos. Jeżeli wchodząc do ubikacji zacznę, przepraszam za 

wyrażenie,  odlewać  się  obok  muszli  i  to  samo  będą  robić  Zina  i  Daria  Pietrowna,  to  w 

ubikacji  zacznie  się  chaos.  Jak  z  tego  wynika,  chaos  istnieje  nie  w  klozetach,  tylko  w 

głowach. A więc kiedy te barytony ryczą: „Precz z chaosem”, zbiera mi się na śmiech (twarz 

Filipa  Filipowicza  wykrzywiła  się  tak,  że  nadgryziony  otworzył  usta).  Mnie  to  śmieszy, 

background image

przysięgam  panu.  To  znaczy,  że  każdy  z  nich  powinien  dostać  w  ucho  od  samego  siebie!  I 

kiedy  wreszcie  wybije  z  siebie  wszelkie  halucynacje  i  zajmie  się  tym,  co  do  niego  należy, 

sprzątaniem piwnic na przykład, chaos zniknie sam z siebie. Nie można służyć dwóm bogom 

naraz!  Nie  można  jednocześnie,  powiedzmy,  zajmować  się  podmiataniem  tramwajowych 

szyn  i  losem  hiszpańskich  oberwańców!  To  się  jeszcze  nikomu  nie  udało,  doktorze,  a  tym 

bardziej  ludziom, którzy w ogóle są zapóźnieni  w rozwoju w porównaniu  z Europą o jakieś 

dwieście lat i do tej pory jeszcze niezbyt sprawnie potrafią zapinać własne spodnie! 

Uniósł się Filip Filipowicz. Jego jastrzębie nozdrza były rozdęte. Nabrał sił po sytym 

obiedzie, grzmiał niczym pradawny prorok, a głowa jego pobłyskiwała jak srebro. 

Słowa  padały  na  drzemiącego  psa  niczym  głuchy  podziemny  łoskot.  To  sowa  o 

głupich żółtych ślepiach wyskakiwała w sennych widziadłach, to odrażająca morda kucharza 

w  brudnej  białej  czapce,  to  zawadiacki  wąs  Filipa  Filipowicza  oświetlony  ostrą 

elektrycznością  pod  abażurem,  to  opasłe  sanie  skrzypiały  i  przepadały,  a  w  psim  żołądku 

rozpadał się pływając w sokach poszarpany kawał rostbefu. 

Mógłby  spokojnie  zarabiać  forsę  na  wiecach  -  mętnie  marzył  pies.  -  Kombinator 

pierwszej klasy. Zresztą pewnie i tak śpi na pieniądzach. 

-  Posterunkowy!  –  krzyczał  Filip  Filipowicz.  -  Posterunkowy!  Uhu-hu-hu!  -  jakieś 

bąble  pękały  w  psim  mózgu...  -  Posterunkowy!  To  i  tylko  to!  I  absolutnie  nieważne,  czy 

będzie  z  blachą,  czy  też  w  czerwonym  kepi.  Postawić  policjanta  obok  każdego  człowieka  i 

zmusić  tego  policjanta,  aby  hamował  wokalne  zapędy  naszych  obywateli.  Chaos,  pan 

powiada. A ja panu powiem, doktorze, że nic nie zmieni się na lepsze w naszym domu, ani w 

jakimkolwiek  innym  domu,  dopóki  nie  uspokoi  się  tych  śpiewaków!  Jak  tylko  zaprzestaną 

swoich koncertów, sytuacja sama z siebie zmieni się na lepsze. 

-  Kontrrewolucyjne  rzeczy  pan  mówi,  Filipie  Filipowiczu  -  żartobliwie  zauważył 

nadgryziony. - Nie daj Boże, jeszcze ktoś usłyszy. 

-  To  całkiem  bezpieczne  -  żarliwie  zaprzeczył  Filip  Filipowicz.  -  Nie  ma  mowy  o 

żadnej  kontrrewolucji.  Nawiasem  mówiąc,  to  jeszcze  jedno  słowo,  którego  wyjątkowo  nie 

cierpię. Absolutnie nie wiadomo, co się pod nim kryje. Diabli wiedzą! A więc nadal twierdzę, 

że  w  moich  słowach  nie  ma  żadnej  kontrrewolucji.  Jest  w  nich  zdrowy  rozsądek  i 

doświadczenie. 

Filip  Filipowicz  wyciągnął  zza  kołnierzyka  ogon  lśniącej,  pozałamywanej  serwetki, 

zmiął  ją  i  położył  obok  szklanki  z  nie  dopitym  winem.  Ukąszony  natychmiast  wstał  i 

podziękował: Merci. 

-  Chwileczkę,  doktorze  -  zatrzymał  go  Filip  Filipowicz  wyjmując  portfel  z  kieszeni 

background image

spodni. Zmrużył oczy, odliczył białe papierki i wręczył je ugryzionemu ze słowami: - Dzisiaj 

należy się panu, Iwanie Arnoldowiczu, czterdzieści rubli. Proszę. 

Pokaleczony  przez  psa  grzecznie  podziękował  i  czerwieniejąc  wsunął  pieniądze  do 

kieszeni marynarki. 

- Czy dzisiaj wieczorem jestem panu potrzebny, Filipie Filipowiczu? - zapytał. 

-  Nie,  dziękuję  panu,  mój  drogi.  Nic  dzisiaj  robić  nie  będziemy.  Po  pierwsze,  królik 

zdechł, a po drugie, dzisiaj w Teatrze Wielkim „Aida”. A ja jej dawno nie słyszałem. Lubię... 

Pamięta pan? Duet... 

Tari-ra-rim... 

-  Jak  się  panu  udaje  wszędzie  zdążyć,  Filipie  Filipowiczu?  -  z  podziwem  zapytał 

lekarz. 

-  Zdążyć  wszędzie  może  ten,  kto  nigdzie  się  nie  spieszy  -  pouczająco  wyjaśnił 

gospodarz. -  Oczywiście,  gdybym  zaczął  biegać  po  zebraniach  i  śpiewać  całymi  dniami  jak 

słowik,  zamiast  wykonywać  moje  bezpośrednie  obowiązki,  nigdzie  bym  nie  zdążył.  -  Pod 

palcami Filipa Filipowicza w kieszeni niebiesko zagrała pozytywka. - Ósma minęła... Pojadę 

na drugi akt... Jestem zwolennikiem podziału pracy. W Teatrze Wielkim niechaj śpiewają, a 

ja  będę  operować.  I  bardzo  dobrze.  Żadnego  chaosu.  Jeszcze  jedno,  Iwanie  Arnoldowiczu, 

niech  pan  koniecznie  dopilnuje,  jak  tylko  trafi  się  odpowiedni  zgon,  natychmiast  wprost  ze 

stołu w płyn odżywczy, i do mnie! 

- Może pan być spokojny, Filipie Filipowiczu, patolodzy już mi obiecali. 

- Świetnie, a  my  na razie poobserwujemy tego ulicznego neurastenika. Niech  mu się 

tymczasem bok zagoi. 

Troszczy się o mnie - pomyślał pies. - To bardzo dobry człowiek. Wiem, kto to jest. 

Czarodziej,  mag,  cudotwórca  z  bajki  dla  psów... Bo  chyba  niemożliwe,  żebym  to  wszystko 

widział we śnie. A jeśli to sen? 

-  Pies  we  śnie  zadygotał.  -  A  kiedy  się  obudzę...  wszystko  zniknie.  I  lampy  w 

jedwabiu,  i  ciepło,  i  sytość.  Znowu  zaczną  się  bramy,  obłąkańcze  zimno,  oblodzony  asfalt, 

głód, źli ludzie... Śnieg, stołówka... Boże, jak mi będzie ciężko! 

Ale nic podobnego się nie stało. Właśnie brama rozwiała się jak ohydny koszmar i już 

więcej nie powróciła. 

Widocznie  nie  taki  groźny  jest  chaos.  Nie  bacząc  na  nic  dwa  razy  dziennie  szare 

harmonijki pod parapetami rozgrzewały się i ciepło falami płynęło po całym mieszkaniu. 

Jasne i oczywiste - pies wyciągnął najwspanialszy pieski los. W jego oczach nie mniej 

niż dwa razy dziennie wzbierały łzy wdzięczności pod adresem mędrca z Preczystienki. Poza 

background image

tym  wszystkie  lustra  w  salonie  i  w  poczekalni  między  szafami  odbijały  pięknego  psa  - 

szczęściarza. 

Jestem  piękny.  A  być  może  jestem  nieznanym  księciem  incognito  -  rozmyślał  pies 

patrząc na kosmatego psa koloru kawy, który z zadowoloną mordą spacerował w lustrzanych 

dalach.  Bardzo  możliwe,  że  moja  babka  zgrzeszyła  z  wodołazem.  Stąd  zapewne  na  moim 

pysku  ta  biała  łata.  Bo  niby  skąd  jeszcze?  Filip  Filipowicz  jest  człowiekiem  o  wyjątkowym 

guście i na pewno nie przygarnie pierwszego lepszego skundlonego psa. 

W ciągu tygodnia pies zeżarł tyle, ile w ciągu sześciu poprzednich głodowych tygodni 

na  ulicy.  Oczywiście,  jeżeli  liczyć  na  kilogramy.  No,  a  już  o  jakości  jedzenia  u  Filipa 

Filipowicza nawet nie ma co mówić. Jeśli nawet nie brać pod uwagę tego, że Daria Pietrowna 

codziennie  kupowała  za  osiemnaście  kopiejek  górę  okrawków  na  rynku  Smoleńskim, 

wystarczy  wspomnieć  obiady  o  siódmej  wieczorem  w  jadalni,  przy  których  pies  asystował 

pomimo  protestów  wytwornej  Ziny.  W  czasie  tych  obiadów  Filip  Filipowicz  ostatecznie 

uzyskał rangę bóstwa. Pies stawał na tylnych łapach i żuł marynarkę, pies poznawał dzwonek 

Filipa  Filipowicza  -  dwa  pełnodźwięczne  krótkie  naciśnięcia  pana  domu  -  i  ze  szczekaniem 

wybiegał go witać do przedpokoju. Pan wchodził w srebrzystej lisiurze, rozjarzony milionem 

śnieżnych  gwiazdek,  pachnący  mandarynkami,  cygarami,  perfumami,  cytrynami,  benzyną, 

wodą kolońską, i jego głos jak trąba bojowa huczał w całym mieszkaniu. 

- Ty świnio, dlaczego rozszarpałeś sowę? Przeszkadzała ci? Przeszkadzała, pytam? A 

profesora Miecznikowa dlaczego rozbiłeś? 

- Temu psu, Filipie Filipowiczu, trzeba choćby raz przyłożyć pejczem - z oburzeniem 

mówiła Zina - bo inaczej rozpuści się jak dziadowski bicz. Proszę zobaczyć, co zrobił z pana 

kaloszami. 

- Nikogo nie wolno bić - denerwował się Filip Filipowicz - zapamiętaj to sobie raz na 

zawsze. Na człowieka i na zwierzę należy wpływać wyłącznie siłą przekonywania. Czy dostał 

już dzisiaj mięso? 

-  O  Boże,  przecież  obżarł  nas  wszystkich.  Jak  pan  nawet  może  pytać,  Filipie 

Filipowiczu. Dziwne, że się jeszcze nie rozpękł. 

- No i niech je na zdrowie... 

Co ci zrobiła sowa, bandyto? 

- Uuu! - skowyczał pies lizus i pełzał na brzuchu wykręcając łapy. 

Następnie wleczono go za kołnierz przez poczekalnię do gabinetu. Pies wył, odgryzał 

się, wczepiał w dywan,  jechał  na zadzie  jak w cyrku. Pośrodku gabinetu, na dywanie  leżała 

szklistooka  sowa  z  rozprutym  brzuchem,  z  którego  sterczały  jakieś  czerwone  szmaty 

background image

śmierdzące naftaliną. Na biurku spoczywał doszczętnie roztrzaskany portret. 

-  Naumyślnie  nie  posprzątałam,  żeby  pan  mógł  sam  zobaczyć  -  meldowała 

zmartwiona  Zina  -  przecież  ten  drań  wskoczył  na  biurko  i  cap  ją  za  ogon!  Zanim  się 

połapałam,  już  było po niej. Niech pan  mu wsadzi  sowę w mordę, Filipie Filipowiczu, żeby 

popamiętał, co to znaczy niszczyć rzeczy. 

I zaczynało się wycie. Psa wczepionego w dywan ciągnięto do sowy, a pies szlochał 

przy tym gorzkimi łzami i myślał: Bijcie, tylko nie wyrzucajcie z mieszkania. 

-  Sowę  odesłać  do  wypchania  jeszcze  dzisiaj.  Oprócz  tego  masz  tu  osiem  rubli  i 

oddzielnie osiemnaście kopiejek na tramwaj, pojedź do Miura i kup mu przyzwoitą obrożę z 

łańcuchem. 

Następnego dnia psu założyli  szeroką, błyszczącą obrożę. Kiedy spojrzał w  lustro, w 

pierwszej chwili bardzo się zmartwił, podwinął ogon i poszedł do łazienki rozważając, jak się 

jej  pozbyć,  zaczepić  o  kufer  czy  lepiej  o  skrzynię.  Ale  bardzo  prędko  zrozumiał,  że  jest  po 

prostu głupi. Zina wyprowadziła go na spacer po Zaułku Obuchowa. Szedł jak aresztant, mało 

nie spalił się ze wstydu, ale kiedy już doszli Preczystienką do cerkwi Zbawiciela, zdążył już 

świetnie  zrozumieć,  czym  jest  w  życiu  obroża.  Wściekła  zawiść  gorzała  w  ślepiach 

wszystkich  napotkanych  psów,  a  przy  uliczce  Martwej  jakiś  długonogi  kundel  z  obciętym 

ogonem obszczekał go nazywając „obszarniczym ścierwem” i „cwelem”. Kiedy przechodzili 

przez  szyny  tramwajowe,  milicjant  popatrzył  na  obrożę  z  szacunkiem  i  satysfakcją,  a  kiedy 

wrócili, stała się rzecz nieprawdopodobna - szwajcar Fiodor własnoręcznie otworzył frontowe 

drzwi  i  wpuścił  Szarika,  a  do  Ziny  powiedział:  „Uch,  ty,  ale  kudłacza  sprawił  sobie  Filip 

Filipowicz. A jaki nadzwyczajnie tłusty!” 

- Ja myślę - wyjaśniła śliczna i rumiana od mrozu Zina - żre za sześciu. 

Obroża znaczy dokładnie to samo co teczka - zażartował w myśli pies i kręcąc zadem 

pomaszerował na półpiętro jak panisko. 

Doceniwszy  obrożę  zgodnie  z  jej  wartością  pies  udał  się  z  pierwszą  wizytą  do 

najważniejszego  sektora  raju,  tam  gdzie  do  tej  pory  wstęp  był  mu  najsurowiej  zakazany,  a 

mianowicie  do  królestwa  kucharki  Darii  Pietrowny.  Całe  mieszkanie  nie  było  warte  nawet 

dwóch  piędzi  jej  królestwa.  Dzień  w  dzień,  w  czarnej,  wyłożonej  od  góry  białymi  kaflami 

kuchni  huczał  i  buzował  płomień.  Potrzaskiwało  w  palenisku  pod  płytą.  W  purpurowych 

odblaskach  gorzała  odwieczną  płomienną  udręką  i  nieukojoną  namiętnością  twarz  Darii 

Pietrowny.  Twarz  jej  lśniła  tłusto,  połyskiwała  w  modnej  fryzurze  na  uszy,  z  koszyczkiem 

jasnych włosów na karku, jarzyły się dwadzieścia dwa fałszywe brylanty. Na hakach wbitych 

w  ściany  wisiały  złote  rondle,  w  całej  kuchni  kipiało  zapachami,  bulgotało  i  syczało  w 

background image

zakrytych naczyniach... 

-  Won!  -  wrzasnęła  Daria  Pietrowna.  -  Won,  przybłędo,  doliniarzu.  Ciebie  tu  tylko 

brakowało! Jak wezmę pogrzebacz!... 

No, o co ci chodzi? No, czego krzyczysz? - pies przymilnie mrużył ślepia. - Jaki tam 

ze mnie doliniarz? Czy nie zauważyła pani obroży? - I właził bokiem w drzwi wsuwając do 

środka mordę. 

Pies Szarik posiadał tajemnicę zjednywania ludzkich serc. Już po dwóch dniach leżał 

w kącie obok kosza z węglem i patrzył, jak pracuje Daria Pietrowna. Ostrym, wąskim nożem 

odrąbywała  głowy  i  łapki  bezradnym  jarząbkom,  następnie  niczym  rozwścieczony  oprawca 

zdzierała  z kości  mięso, kurom wyrywała wnętrzności, coś tam przekręcała przez  maszynkę 

do  mięsa,  a  tymczasem  Szarik  znęcał  się  nad  ptasią  głową.  Z  miski  mleka  Daria  Pietrowna 

wyciągała  kawałki  rozmoczonej  bułki,  ugniatała  je  na  desce  z  mięsną  miazgą,  zalewała  to 

wszystko  śmietanką,  posypywała  solą  i  formowała  na  deseczce  kotlety.  Pod  płytą  huczało 

niczym  przy  pożarze,  a  na  patelni  skwierczało,  pieniło  się  i  podskakiwało.  Z  łoskotem 

odskakiwały fajerki, obnażając straszliwe czeluści, w których klekotał i buzował płomień. 

Wieczorem  gasła  kamienna  paszcza,  w  oknie  kuchni  nad  białą  zazdrostką  trwała 

dostojna  i  zawiesista  noc  z  Preczystienki,  odznaczona  samotną  gwiazdą.  Kuchenna  podłoga 

była wilgotna, tajemniczo i mgliście błyskały rondle, na stole leżała strażacka czapka. Szarik 

spoczywał  na  ciepłej  płycie  niczym  lew  w  bramie  i  z  ciekawości  stawiając  na  sztorc  jedno 

ucho patrzył, jak nadzwyczaj wzburzony czarnowąsy człowiek z szerokim skórzanym pasem, 

za przymkniętymi  drzwiami  pokoju  Ziny  i  Darii  Pietrowny obejmuje  Darię Pietrownę. Cała 

jej twarz, z wyjątkiem martwo upudrowanego nosa, płonęła namiętnością i udręką. 

Świetlista szczelina leżała na portrecie czarnowąsego i zwisał z niego rozan - ręcznik 

wielkanocny. 

-  Przyczepił  się  dosłownie  jak  demon  -  mruczała  w  półmroku  Daria  Pietrowna.  - 

Odczep się! Zina zaraz przyjdzie. Ty co, całkiem, jakby cię odmłodzili? 

-  Nam  to  niepotrzebne  -  kiepsko  panując  nad  sobą,  ochryple  mówił  czarnowąsy.  - 

Jakżeś ty płomienna! 

Wieczorami  gwiazda  Preczystienki  znikała  za  ciężkimi  portierami  i  jeżeli  w  Teatrze 

Wielkim  nie  szła  akurat  „Aida”  i  nie  było  posiedzenia  Wszechrosyjskiego  Towarzystwa 

Chirurgicznego,  bóstwo  znajdowało  się  w  gabinecie  w  głębokim  fotelu.  Nie  płonęły  ognie 

pod sufitem. Paliła się tylko jedna zielona lampa na biurku. Szarik leżał na dywanie w cieniu i 

oglądał  rzeczy  przerażające.  W  obrzydliwej,  mętnej  i  gryzącej  cieczy  leżały  ludzkie  mózgi. 

Ręce  bóstwa  obnażone  po  łokcie,  w  rudych  gumowych  rękawiczkach,  śliskie,  obłe  palce, 

background image

grzebały, gmerały w zwojach. Od czasu do czasu bóstwo uzbrajało się w malutki, błyszczący 

nożyk  i  ostrożnie  przecinało  żółte,  sprężyste  mózgi.  „Aż  do  najświętszych  brzegów  Nilu” - 

cichutko  nuciło  bóstwo,  przygryzając  wargi  i  wspominając  złociste  wnętrze  Teatru 

Wielkiego. 

O  tej  godzinie  kaloryfery  nagrzewały  się  do  ostatecznych  granic.  Ciepło  od  nich 

płynęło  pod  sufit,  stamtąd  rozchodziło  się  po  całym  pokoju,  a  w  psich  kudłach  ożywała 

ostatnia, jeszcze nie wyczesana osobiście przez Filipa Filipowicza, ale już skazana na zagładę 

pchła.  Dywany  tłumiły  dźwięki  w  mieszkaniu.  A  później  gdzieś  daleko  zadźwięczały  drzwi 

wejściowe. 

Zinka poszła do kinematografu - myślał pies - a to znaczy, że kiedy wróci, będziemy 

jeść kolację. Dzisiaj, jak należy przypuszczać, będą sznycle cielęce! 

* * * 

W ten straszny dzień jeszcze rano Szarika ukłuło coś w rodzaju przeczucia. Wskutek 

czego nagle zaskomlał i pierwsze śniadanie - pół miski owsianki i wczorajszą baranią kość - 

zjadł w ogóle bez apetytu. Smętnie przespacerował się do poczekalni i tam cichutko powył do 

swojego  odbicia.  Ale  w  ciągu  dnia,  już  potem,  kiedy  Zina  wyprowadziła  go  na  spacer  na 

bulwary,  dzień  mijał  jak  zwykle.  Pacjentów  dzisiaj  nie  było,  ponieważ,  jak  wiadomo,  we 

wtorki przyjęć nie ma, i bóstwo siedziało w gabinecie, rozłożywszy na biurku jakieś ciężkie 

księgi  z  barwnymi  obrazkami.  Czekano  na  obiad.  Pies  nieco  się  ożywił,  kiedy  sobie 

przypomniał, że jak dokładnie dowiedział się w kuchni, na drugie danie będzie indyczka. Idąc 

korytarzem  usłyszał,  jak  w  gabinecie  Filipa  Filipowicza  nieoczekiwanie  i  nieprzyjemnie 

zadzwonił  telefon.  Filip  Filipowicz  wziął  słuchawkę,  posłuchał  i  nagle  bardzo  się 

zdenerwował. 

- Wyśmienicie - powiedział - niech pan natychmiast przywiezie, natychmiast! 

Śpiesznie zadzwonił, a kiedy weszła Zina, polecił niezwłocznie podawać obiad. 

- Obiad! Obiad! Obiad! 

W  jadalni  od  razu  zadźwięczały  talerze,  Zina  zakrzątnęła  się,  z  kuchni  doleciało 

zrzędzenie Darii Pietrowny, że indyczka jeszcze niegotowa. Pies znowu poczuł niepokój. 

Nie  lubię  zamieszania  w  domu  -  pomyślał...  I  jak  tylko  pomyślał,  zamieszanie 

przybrało  jeszcze  bardziej  nieprzyjemny  charakter.  Przede  wszystkim  dzięki  pojawieniu  się 

ugryzionego niegdyś doktora Bormentala, który przywiózł ze sobą brzydko pachnącą walizkę 

i nie rozbierając się nawet poszedł z nią korytarzem wprost do laboratorium. Filip Filipowicz 

background image

porzucił  filiżankę  z  nie  dopitą  kawą,  co  mu  się  nigdy  nie  zdarzało,  i  wyszedł  na  spotkanie 

Bormentala, co również się nie zdarzało. 

- Kiedy umarł? - zawołał. 

-  Trzy  godziny  temu  -  odpowiedział  Bormental,  nie  zdejmując  zaśnieżonej  czapki  i 

otwierając walizeczkę. 

Kto znowu umarł? - ponuro i niechętnie pomyślał pies i wlazł pod nogi. - Nie znoszę, 

kiedy tak latają. 

- Nie plącz się pod nogami! 

Prędzej,  prędzej,  prędzej!  -  krzyknął  Filip  Filipowicz  na  wszystkie  strony  i  jak  się 

wydało psu, zaczął  naciskać wszystkie dzwonki. Przybiegła Zina. - Zina! Do telefonu Darię 

Pietrownę, niech zapisuje, nikogo nie przyjmę! Ty będziesz potrzebna. Doktorze Bormental, 

błagam pana, prędzej, prędzej, prędzej! 

Nie podoba mi się, nie podoba - pies zasępił się urażony i zaczął łazić po mieszkaniu, 

a  tymczasem  krzątanina  skoncentrowała  się  w  laboratorium.  Zina  nagle  ukazała  się  w 

fartuchu podobnym do całunu i biegała teraz z kuchni do laboratorium i z powrotem. 

Pójść  może  coś  zjeść  czy  co?  Pies  z  nimi  -  pomyślał  pies  i  tu  go  spotkała 

niespodzianka. 

- Szarikowi nic nie dawać - zagrzmiała komenda z laboratorium. 

- A kto go tam upilnuje! 

- Zamknąć! 

I Szarika podstępem zamknięto w łazience. 

Chamstwo - pomyślał Szarik siedząc w mrocznej łazience - i zwyczajna głupota... 

Przesiedział w łazience około kwadransa w dziwnym stanie ducha - ni to w furii, ni to 

w ciężkiej depresji. Wszystko było smętne, niejasne... 

Dobra, zobaczy pan jutro swoje kalosze, wielce szanowny Filipie Filipowiczu - myślał 

pies. - Już dwie pary musiał pan kupić, kupi pan jeszcze jedną. Żeby pan psów nie zamykał. 

Ale  nagle  coś  przerwało  jego  gniewne  myśli.  Znienacka,  nie  wiadomo  dlaczego, 

przypomniał sobie kawałek swojej najwcześniejszej młodości - słoneczne, ogromne podwórze 

przy  Rogatce  Preobrażeńskiej,  odłamki  słońca  w  potłuczonych  butelkach,  rozbite  cegły, 

wolne psy włóczęgi. 

Nie, gdzie tam, na żadną wolność stąd nie wyjdę, nie  ma co się okłamywać - smucił 

się pies pociągając nosem. - Jestem psem mojego pana, kulturalnym stworzeniem, zaznałem 

już  lepszego  życia.  Zresztą  czym  jest  wolność?  Dymem,  fikcją,  ułudą...  Majakami  tych 

nieszczęsnych demokratów... 

background image

Potem  półmrok  w  łazience  stał  się  przerażający,  pies  zawył,  rzucił  się  na  drzwi  i 

zaczął je drapać. 

Uuu! - jak w beczkę poleciało przez mieszkanie. 

A  sowę  znowu  rozszarpię  -  wściekle,  lecz  bezsilnie  pomyślał  pies.  Następnie  osłabł, 

chwilę poleżał, a kiedy wstał, sierść mu się nagle zjeżyła i nie wiadomo dlaczego w wannie 

przywidziały się odrażające wilcze ślepia. 

W  apogeum  jego  udręki  drzwi  się  otworzyły.  Pies  wyszedł,  otrząsnął  się  i  ponuro 

ruszył do kuchni, ale Zina za obrożę powlokła go do laboratorium. Chłód ścisnął mu serce. 

Po  co  tam  jestem  potrzebny?  -  pomyślał  podejrzliwie.  -  Bok  już  się  zagoił,  nic  nie 

rozumiem. 

I  pojechał  na  łapach  po  śliskim  parkiecie  i  tym  sposobem  został  doprowadzony  do 

laboratorium.  A  tam  od  razu  wstrząsnęła  nim  niesłychana  jasność.  Biała  kula  pod  sufitem 

lśniła  tak,  że  aż  biło  po  oczach.  W  białym  blasku  stał  kapłan  i  przez  zęby  nucił  o  świętych 

brzegach Nilu. Tylko po niewyraźnym zapachu można  było poznać Filipa Filipowicza. Jego 

podstrzyżoną siwiznę ukrywała biała czapka, przypominająca kłabuk patriarchy. Bóstwo było 

całe w bieli, a na tę biel niczym epitrachelion nałożony był wąski, gumowy fartuch. 

Dłonie - w czarnych rękawiczkach. 

Również i nadgryziony był w kłabuku. Długi stół był rozstawiony, a do niego z boku 

przysunięto maleńki, czworokątny na lśniącej nodze. 

Teraz pies najbardziej znienawidził ugryzionego i najbardziej za jego dzisiejsze oczy. 

Zwykle odważne i prostoduszne, teraz uciekały we wszystkie strony przed ślepiami psa. Były 

czujne,  fałszywe,  a  w  ich  głębi  przyczaiło  się  coś  niedobrego,  jakieś  obrzydlistwo,  jeśli  nie 

zbrodnia. Pies spojrzał na niego ciężko, ponuro i odszedł w kąt. 

- Zina, obroża - niegłośno powiedział Filip Filipowicz - tylko go nie zdenerwuj. 

Oczy  Ziny  błyskawicznie  stały  się  równie  paskudne  jak  nadgryzionego.  Podeszła  do 

psa i pogłaskała go jawnie fałszywie. Pies spojrzał na nią ze smutkiem i pogardą. 

No cóż... jest was troje... 

Jeśli  zechcecie,  to  weźmiecie.  Tylko  że  powinno  być  wam  wstyd...  Żebym  chociaż 

wiedział, co ze mną zrobicie... 

Zina zdjęła obrożę, pies potrząsnął  łbem  i parsknął. Przed  nim  wyrósł  nadgryziony  i 

mdlący, wstrętny zapach rozprzestrzeniał się wokół niego. 

Tfu,  paskudztwo...  Dlaczego  tak  mnie  mdli  i  dlaczego  mi  tak  straszno...  -  pomyślał 

pies i cofnął się przed ugryzionym. 

- Prędzej, doktorze - niecierpliwie powiedział Filip Filipowicz. 

background image

Mocno  i  słodko  zapachniało  powietrze.  Ugryziony  nie  spuszczając  z  psa  łajdackich 

czujnych  oczu,  wyciągnął  zza  pleców  prawą  rękę  i  szybko  podsunął  psu  pod  nos  kawał 

wilgotnej  waty.  Szarik  osłupiał,  leciutko  zakręciło  mu  się  w  głowie,  ale  jeszcze  zdołał 

odskoczyć.  Ugryziony  skoczył  za  nim  i  nagle  zalepił  mu  watą  całą  mordę.  Psu  z  miejsca 

zaparło oddech, ale jeszcze raz zdołał się wyrwać. Złoczyńca... - przeleciało przez głowę. - Za 

co?  -  Jeszcze  raz  oblepiono  watą  i  wtedy  znienacka  w  środku  laboratorium  ukazało  się 

jezioro,  a  na  nim  w  łódkach  bardzo  wesołe,  pozagrobowe,  niebywale  różowe  psy. 

Pozbawione kości nogi ugięły się. 

-  Na  stół!  -  wesoło  runęły  gdzieś  słowa  Filipa  Filipowicza  i  rozpłynęły  się  w 

pomarańczowych strugach. Przerażenie zniknęło,  nastało wesele. Przez  jakieś dwie sekundy 

gasnący pies kochał ugryzionego. Następnie cały świat przewrócił się do góry nogami. Zdążył 

jeszcze poczuć pod brzuchem chłodną, ale przyjemną dłoń. Potem - już nic. 

background image

IV 

Na  wąskim  stole  operacyjnym  leżał  na  plecach  pies  Szarik,  a  jego  głowa  bezradnie 

uderzała  o  białą  ceratową  poduszkę.  Brzuch  miał  już  wygolony,  a  teraz  doktor  Bormental, 

sapiąc z pośpiechu, wgryzał się maszynką w sierść na łbie Szarika. Filip Filipowicz, wsparty 

dłońmi o krawędź stołu, oczami lśniącymi niczym złota oprawka jego okularów obserwował 

tę procedurę i mówił wzburzony: 

-  Najważniejszy  moment,  Iwanie  Arnoldowiczu,  będzie  wtedy,  kiedy  dostanę  się  do 

siodełka  tureckiego.  Błagam  pana,  niech  pan  mi  wtedy  błyskawicznie  poda  infundibulum  i 

natychmiast szyjemy. Jeżeli mi się tam zacznie krwawienie, stracimy czas i psa też stracimy. 

Zresztą  on  i  tak  nie  ma  najmniejszych  szans.  -  Zamilkł,  zmrużył  oko,  zajrzał  w  jakby 

ironicznie  na  wpół  przymknięte  oko  psa  i  dodał:  -  A  wie  pan,  żal  mi  go.  Proszę  sobie 

wyobrazić, że zdążyłem się do niego przyzwyczaić. 

I  jednocześnie  wznosił  ręce,  jakby  błogosławił  na  trudną  drogę  nieszczęsnego  psa 

Szarika. Starał się, żeby nawet pyłek nie spadł na czarną gumę. 

Spod wystrzyżonej sierści zabłysła biaława skóra psa. Bormental odrzucił maszynkę i 

uzbroił się w brzytwę. Namydlił bezsilny łebek i zaczął golić. Pod ostrzem głośno chrzęściło, 

gdzieniegdzie wystąpiła krew. Ogoliwszy głowę ugryziony przetarł ją tamponem zmoczonym 

w benzynie, następnie rozciągnął goły brzuch psa i powiedział odsapując: „Gotowe”. 

Zina odkręciła kran nad umywalką i Bormental rzucił się do mycia rąk. Zina polała je 

spirytusem z butelki. 

- Czy mogę już iść, Filipie Filipowiczu? - zapytała, bojaźliwie zezując na ogolony psi 

łeb. 

- Możesz. 

Zina  przepadła.  Bormental  krzątał  się  nadal.  Lekkimi  serwetkami  z  gazy  obłożył  łeb 

Szarika  i  wtedy  na  poduszce  ukazała  się  nigdy  dotąd  nie  widziana  łysa  psia  czaszka  i 

dziwaczna brodata morda. 

Wtedy poruszył się kapłan. Wyprostował się, spojrzał na psi łeb i powiedział: 

- No to pobłogosław nas, Panie Boże. Skalpel. 

Bormental z błyszczącego stosu na stoliku wyjął maleńki, brzuchaty nożyk i podał go 

kapłanowi. Następnie przyoblekł się w takie same czarne rękawiczki jak i kapłan. 

- Śpi? - zapytał Filip Filipowicz. 

- Śpi. 

background image

Zacisnęły  się  zęby  Filipa  Filipowicza,  oczka  nabrały  ostrego,  kłującego  blasku,  a 

kiedy  machnął  nożykiem,  wyrysował  na  brzuchu  Szarika  precyzyjną  i  długą  ranę.  Skóra 

rozstąpiła się, we wszystkie strony trysnęła krew. Bormental rzucił się jak drapieżnik i zaczął 

kawałami 

gazy 

uciskać 

ranę 

Szarika, 

następnie 

maleńkimi 

szczypczykami 

przypominającymi  szczypce  do  cukru  zacisnął  brzegi  i  rana  wyschła.  Na  czole  Bormentala 

wystąpiły  pęcherzyki  potu.  Filip  Filipowicz  ciął  ponownie  i  obaj  zaczęli  rozrywać  ciało 

Szarika  hakami,  nożycami,  jakimiś  klamrami.  Wyskoczyły  różowe  i  żółte  tkanki,  płaczące 

krwawą rosą. Filip Filipowicz wiercił i ciął skalpelem, a potem krzyknął: „Nożyczki!”. 

Instrument  mignął  w  rękach  ugryzionego  jak  w  rękach  magika.  Filip  Filipowicz 

sięgnął do środka i po kilku obrotach wyrwał z ciała Szarika jego jądra z jakimiś strzępkami. 

Bormental  zupełnie  mokry  z  zapału  i  wzburzenia  podbiegł  do  szklanego  naczynia  i  wyjął  z 

niego  inne  mokre  i  obwisłe  gruczoły  płciowe.  W  dłoniach  profesora  i  asystenta  skręciły  się 

skacząc krótkie wilgotne struny. Zamigotały półokrągłe igły w klemach i jądra zostały wszyte 

zamiast poprzednich psich.  Kapłan odsunął się od rany, dotknął  jej kawałkiem gazy  i wydał 

komendę: 

- Niech pan, doktorze, błyskawicznie szyje skórę. - A potem spojrzał na okrągły zegar 

ścienny. 

-  Zrobiliśmy  w  czternaście  minut  -  przez  zaciśnięte  zęby  wycedził  Bormental  i  wbił 

zakrzywioną igłę w zwiotczałą skórę. 

Następnie obaj zaniepokoili się jak mordercy, którym spieszno. 

- Skalpel - krzyknął Filip Filipowicz. 

Skalpel wskoczył mu do ręki jakby sam z siebie i wtedy twarz Filipa Filipowicza stała 

się  straszna.  Wyszczerzył  porcelanowe  i  złote  koronki  i  jednym  ruchem  nałożył  na  łeb 

Szarika  czerwony  wianek.  Skórę  ogoloną  z  włosów  odrzucono  jak  skalp.  Obnażono  kości 

czaszki. 

Filip Filipowicz krzyknął: 

- Trepan! 

Bormental  podał  mu  błyszczącą  korbkę.  Gryząc  wargi  Filip  Filipowicz  wetknął 

wiertło i zaczął  borować w czaszce Szarika  maleńkie dziurki w odległości centymetra jedna 

od drugiej dookoła całej czaszki. Na każdą dziurkę tracił  nie więcej  niż pięć sekund. Potem 

zaczął  piłować  piłą  o  niesłychanym  kształcie,  wsuwając  jej  pysk  w  pierwszą  dziurkę  -  tak 

piłuje  się  drzewo  na  pudełeczko  do  robót  ręcznych.  Czaszka  cichutko  popiskiwała  i  trzęsła 

się. Po trzech minutach pokrywa czaszki Szarika została zdjęta. 

I  wtedy  obnażyła  się  kopuła  mózgu  -  szara  w  niebieskawych  żyłkach  i  czerwonych 

background image

plamach. Filip Filipowicz wgryzł się nożyczkami w opony i otworzył je. Raz trysnęła cienka 

fontanna krwi i omal nie trafiła profesora w oko, skropiła biały kaptur. Bormental ze skręconą 

pincetą rzucił się jak tygrys, żeby zacisnąć, i zacisnął. Z Bormentala spełzał strumieniami pot, 

a  jego twarz  stała  się  mięsista  i  wielobarwna.  Jego oczy  latały  od  dłoni  profesora  do tacy  z 

narzędziami,  stojącej  na  stoliku  instrumentacyjnym.  Filip  Filipowicz  zaś  stał  się  doprawdy 

przerażający. Z  jego nosa wylatywało  syczenie, zęby obnażyły  się do samych dziąseł. Zdarł 

opony  z  mózgu,  wdarł  się  gdzieś  bardzo  głęboko,  wydobywając  z  otwartej  jamy  półkule 

mózgu.  W  tejże  chwili  Bormental  zaczął  blednąć.  Objął  jedną  ręką  pierś  Szarika  i  ochryple 

powiedział: 

- Tętno gwałtownie spada... 

Filip  Filipowicz  spojrzał  na  niego  jak  dzikie  zwierzę,  coś  wymamrotał  i  wdarł  się 

jeszcze  głębiej.  Bormental  z  chrzęstem  ułamał  koniec  szklanej  ampułki,  wyciągnął  z  niej 

wszystko do strzykawki i podstępnie ukłuł Szarika w okolice serca. 

-  Wchodzę,  idę  do  tureckiego  siodła  -  zaryczał  Filip  Filipowicz  i  zakrwawionymi 

śliskimi rękawiczkami wyjął z czaszki szarożółty mózg Szarika. Na sekundę zwrócił oczy na 

mordę  Szarika  i  Bormental  natychmiast  ułamał  koniec  drugiej  ampułki  z  żółtym  płynem, 

który wciągnął do długiej strzykawki. 

- W serce? – zapytał nieśmiało. 

-  Pan  się  jeszcze  pyta?  -  wściekle  zaryczał  profesor.  -  Wszystko  jedno,  on  już  i  tak 

zdechł  panu  co  najmniej  pięć  razy.  Niech  pan  kłuje!  Czy  to  do  pomyślenia?  -  Jego  twarz 

wyglądała jak twarz natchnionego rozbójnika. 

Doktor z rozmachu łatwo wbił igłę w serce psa. 

- Żyje, ale ledwie ledwie - wyszeptał nieśmiało. 

- Nie ma czasu na dyskusje, żyje czy nie żyje - wychrypiał straszny Filip Filipowicz. - 

Jestem w siodle. Zdechnie tak czy inaczej... ach, ty... „Aż do najświętszych brzegów Nilu...” 

Niech pan mi poda przysadkę. 

Bormental podał mu szklane naczynie, w którym pływała na nitce biała grudka. Jedną 

ręką (Nie ma sobie równych w Europie... jak Boga kocham! - niejasno pomyślał Bormental) 

profesor wyciągnął rozhuśtaną grudkę, a drugą nożyczkami wystrzygł identyczną gdzieś tam 

w głębi między rozwartymi półkulami. Tę Szarika rzucił na talerz, a nową wsunął do mózgu 

razem z nitką i swoimi krótkimi palcami, które cudownym sposobem stały się nagle cienkie i 

wrażliwe,  zamotał  ją  tam  bursztynową  nitką.  Następnie  wyrzucił  z  mózgu  jakieś  rozpórki, 

pincetę, schował mózg z powrotem w kościaną czaszkę, odsunął się i już spokojniej zapytał: 

- Oczywiście zdechł? 

background image

- Tętno nitkowate - odpowiedział Bormental. 

- Powtórzyć adrenalinę. 

Profesor  zasłonił  mózg  oponami,  odpiłowaną  pokrywę  przyłożył  na  swoje  miejsce, 

naciągnął skalp i zaryczał: 

- Niech pan szyje! 

Bormental zaszył głowę w ciągu pięciu minut, łamiąc przy tym trzy igły. 

I oto na poduszce pojawiła  się  na krwawym tle zmartwiała, zagasła  morda Szarika  z 

okrężną raną na głowie. Wtedy też Filip Filipowicz odpadł ostatecznie niczym syty wampir, 

zerwał  jedną  rękawiczkę,  wyrzucając  z  niej  obłok  przepoconego talku,  drugą  rozdarł,  rzucił 

na podłogę  i zadzwonił  naciskając guzik w  ścianie. W progu pojawiła się Zina, odwrócona, 

żeby nie patrzeć na Szarika we krwi. Kapłan zdjął kredowymi dłońmi zakrwawiony kłabuk i 

krzyknął: 

- Zina, natychmiast podaj mi papierosa. Potem wanna i czysta bielizna. 

Oparł podbródek o krawędź stołu, dwoma palcami uniósł prawą powiekę psa, zajrzał 

w niewątpliwie umierające oko i powiedział: 

- No tak, u diabła. Nie zdechł. Ale zdechnie tak czy inaczej. Ech, doktorze Bormental, 

żal mi psa, był taki serdeczny, chociaż straszny chytrus. 

background image

Z pamiętnika doktora Bormentala 

Cienki  zeszyt  formatu  papieru  listowego.  Zapisany  pismem  doktora  Bormentala.  Na 

pierwszych  dwóch  stronach  jest  ono  bardzo  staranne,  wyraźne,  zwarte,  a  na  dalszych 

zamaszyste, niespokojne, z mnóstwem kleksów. 

 

22 grudnia 1924. Poniedziałek. 

Historia choroby 

Pies laboratoryjny  mniej więcej dwuletni. Samiec. Rasa-kundel. Imię - Szarik. Sierść 

rzadka, w kępkach, maść - bura podpalana. Na prawym boku blizny po całkowicie zagojonym 

oparzeniu.  Odżywianie  przed  przybyciem  do  profesora  -  złe;  po  tygodniowym  pobycie  - 

wyjątkowo utuczony. Waga - 87kg (wykrzyknik). Serce, żołądek, płuca, temperatura... 

 

23  grudnia.  O  godz.  8:30  wieczorem  przeprowadzona  została  pierwsza  w  Europie 

operacja według metodyki prof. 

Preobrażeńskiego:  pod  narkozą  (chloroform)  usunięto  Szarikowi  jądra,  a  na  ich 

miejsce  zostały  przeszczepione  jądra  wraz  z  nasieniowodami  i  przydatkami  pobrane  od 

dwudziestoośmioletniego  mężczyzny,  który  zmarł  4  godziny  i  4  minuty  przed  operacją, 

przechowane w sterylnym płynie fizjologicznym według metodyki prof. Preobrażeńskiego. 

Bezpośrednio  po  tym  została  usunięta  przysadka  (po trepanacji  czaszki)  i  zastąpiona 

ludzką, pobraną od wyż. wym. mężczyzny. 

Zastosowano  87cm  chloroformu,  1  iniekcję  kamfory,  dwie  iniekcje  adrenaliny 

dosercowo. 

Cel  operacji:  eksperyment  prof.  Preobrażeńskiego  polegający  na  jednoczesnym 

przeszczepieniu przysadki i jąder w celu wyjaśnienia problemu przyrastania przysadki oraz jej 

wpływu na odmładzanie ludzkiego organizmu. 

Operował prof. Filip Filipowicz Preobrażeński. 

Asystował dr Iwan Arnoldowicz Bormental. 

Noc  po  operacji:  powtarzające  się  niebezpieczne  zanikanie  tętna.  Oczekiwanie  za 

zejście. Olbrzymie dawki kamfory wg metodyki Preobrażeńskiego. 

 

24 grudnia, rano. Poprawa. 

background image

Oddech dwukrotnie przyspieszony. Tętno ledwie wyczuwalne, temperatura 42 stopnie. 

Kamfora, kofeina podskórnie. 

 

25  grudnia.  Ponownie  pogorszenie.  Tętno  ledwie  wyczuwalne,  kończyny  zimne, 

źrenice  nie  reagują.  Adrenalina  dosercowo,  kamfora  wg  Preobrażeńskiego,  dożylnie  płyn 

fizjologiczny. 

 

26  grudnia.  Nieznaczna  poprawa.  Tętno  180,  oddech  92,  temperatura  41.  Kamfora, 

odżywcze lewatywy. 

 

27  grudnia.  Puls  152,  oddech  50,  temperatura  39,8,  źrenice  reagują,  kamfora 

podskórnie. 

 

28  grudnia.  Znaczna  poprawa.  W  południe  znienacka  zlewne  poty,  temperatura  37. 

Rany pooperacyjne bez zmian. Opatrunek. Pojawia się apetyt. 

Odżywianie płynne. 

 

29 grudnia. Stwierdzone nagłe wypadanie sierści na czole i bokach tułowia. Wezwani 

na  konsylium  -  profesor  katedry  chorób  skórnych  Wasilij  Wasilewicz  Bundariow  i  dyrektor 

moskiewskiego wzorcowego instytutu weterynaryjnego. Uznali, że przypadek nie jest opisany 

w literaturze. Diagnoza pozostała nie ustalona. Temperatura normalna. 

Notatka ołówkiem: 

Wieczorem  pojawiło  się  pierwsze  szczeknięcie  (godz.  8:15).  Zwraca  uwagę 

gwałtowna zmiana tembru i obniżenie tonacji. Szczekanie zamiast wyrazów „hau-hau” brzmi 

„a-o”, swoją barwą bardzo niewyraźnie przypomina jęk. 

 

30 grudnia. Wypadanie sierści przybrało charakter ogólnego wyłysienia. Ważenie dało 

nieoczekiwany rezultat: waga 307kg na skutek wzrostu (wydłużenia) kości. Pies nadal leży. 

 

31 grudnia. Apetyt kolosalny. 

Kleks. Za kleksem pospiesznie zanotowano: 

O godz. 12 min. 12 po południu pies wyraźnie wyszczekał A-B-yr. 

Przerwa w notatkach, dalej zaś najwidoczniej przez pomyłkę w pośpiechu napisano: 

 

background image

1 grudnia (przekreślone, poprawione) 1 stycznia 1925. Rano sfotografowaliśmy go. Ze 

szczęścia szczeka „Abyr”, powtarzając to słowo głośno i jakby radośnie. O 3:00 po południu 

(dużymi literami) roześmiał się, wywołując omdlenie pokojówki Ziny. Wieczorem powtórzył 

osiem razy z rzędu: „Abyrtnec”. 

Ukośnymi  literami  ołówkiem  -  profesor rozszyfrował  słowo  „Abyrtnec”,  znaczy  ono 

„Centryba”... Coś potwor... 

Do zeszytu włożono kartkę. 

Nauka rosyjska omal nie poniosła ciężkiej straty. 

Historia choroby profesora Filipa Preobrażeńskiego. 

O  godz.  1:13  -  głębokie  omdlenie.  Prof.  Preobrażeński  padając  uderzył  głową  o 

poprzeczkę krzesła. Tinctura Valeriana. 

W obecności mojej i Ziny pies (o ile oczywiście można go nazwać psem) zwymyślał 

profesora Preobrażeńskiego najgorszymi słowami. 

 

Przerwa w notatkach. 

 

6 stycznia (Na zmianę ołówkiem i fioletowym atramentem). 

Dzisiaj,  po  tym,  kiedy  odpadł  mu  ogon,  powiedział  najzupełniej  wyraźnie  słowo 

„knajpa”. Pracuje fonograf. Diabli wiedzą, co to takiego. 

Nie wiem, co o tym myśleć. 

Profesor przestał przyjmować pacjentów. Od godziny 5:00 z  laboratorium, w którym 

spaceruje  to  stworzenie,  wyraźnie  słychać  wulgarne  przekleństwa  i  słowa  „jeszcze  raz 

podwójne”. 

 

7  stycznia.  Wymawia  bardzo  wiele  słów:  „drynda”,  „miejsc  brak”,  „gazeta 

wieczorna”, „najlepszy prezent dla dziecka” i wszystkie przekleństwa, jakie w ogóle istnieją 

w rosyjskim leksykonie. 

Wygląda  dziwnie.  Sierść  została  mu  tylko  na  głowie,  podbródku  i  piersiach.  W 

pozostałych  miejscach  jest  łysy  i  obciągnięty  zwiotczałą  skórą.  Organy  płciowe  stają  się 

męskie. 

Głowa znacznie powiększona. Czoło niskie, ustawione pod kątem. 

Jak Boga kocham, chyba zwariuję. 

Filip  Filipowicz  ciągle  jeszcze  czuje  się  nie  najlepiej.  Obserwację  prowadzę 

przeważnie ja (fonograf, fotografie). 

background image

Po mieście rozpełzły się plotki. 

Skutki  nieobliczalne.  Dzisiaj  w  dzień  cała  ulica  była  zatłoczona  jakimiś  nierobami  i 

staruchami. Gapie jeszcze do tej pory stoją pod oknami. W porannych gazetach pojawiła się 

zdumiewająca  informacja:  „Plotki  o  Marsjaninie  w  Zaułku  Obuchowa  są  niczym  nie 

uzasadnione.  Roznoszą  je  przekupnie  z  Sucharowki  i  będą  surowo  karani”.  Jaki,  u  diabła, 

Marsjanin? Przecież to koszmar. 

Jeszcze lepiej napisali w „Wieczornej”, że mianowicie urodziło się dziecko, które gra 

na  skrzypcach. Obok rysunek: skrzypce  i  moja  fotografia  z podpisem:  „Prof. Preobrażeński, 

który zrobił  matce cesarskie cięcie”. To coś niewyobrażalnego... On wymawia  nowe słowo: 

„milicjant”. 

Okazuje  się,  że  Daria  Pietrowna  była  we  mnie  zakochana  i  gwizdnęła  zdjęcie  z 

albumu  Filipa  Filipowicza.  Kiedy  przepędziłem  reporterów,  jeden  z  nich  jednak  wkręcił  się 

do kuchni itd. 

Co się dzieje w godzinach przyjęć! Dzisiaj były 82 dzwonki. Telefon jest wyłączony. 

Bezdzietne kobiety zwariowały i pchają się... 

Komitet  domowy  w  pełnym  składzie  ze  Szwonderem  na  czele.  Po  co  -  sami  nie 

wiedzą. 

 

8  stycznia.  Późnym  wieczorem  postawiliśmy  diagnozę.  Filip  Filipowicz,  jako 

prawdziwy uczony, przyznał się do omyłki - zmiana przysadki powoduje nie odmłodzenie, a 

całkowite  uczłowieczenie  organizmu  (podkreślone  trzy  razy).  Ale  nie  pomniejsza  to  jednak 

znaczenia jego niebywałego, wstrząsającego odkrycia. 

Tamten dzisiaj po raz pierwszy przespacerował się po mieszkaniu. W korytarzu pękał 

ze śmiechu patrząc na żarówkę. Następnie w towarzystwie Filipa Filipowicza i moim udał się 

do  gabinetu.  Dobrze  się  trzyma  na  tylnych  łapach  (przekreślone)...  na  nogach  i  sprawia 

wrażenie małego i kiepsko zbudowanego mężczyzny. 

Śmiał się również w gabinecie. Uśmiech ma nieprzyjemny i jakby sztuczny. Następnie 

podrapał się w kark, rozejrzał i zapisałem nowe wyraźnie wypowiedziane słowo, „Burżuje”. 

Klął. Klnie metodycznie, bez najmniejszej przerwy i niewątpliwie absolutnie bezmyślnie. 

Przekleństwa  mają  trochę  fonograficzny  charakter  -  jakby  to  stworzenie  słyszało 

gdzieś dawno temu  nieprzyzwoite słowa, które podświadomie automatycznie zarejestrowało 

w swoim mózgu, a teraz wypluwa je na pęczki. Niech mnie diabli wezmą, a zresztą nie jestem 

psychiatrą. 

Na  Filipie  Filipowiczu  te  przekleństwa  wywierają  zdumiewająco  przygnębiające 

background image

wrażenie. Bywają chwile, kiedy przestaje być opanowanym, chłodnym obserwatorem nowych 

zjawisk i jakby traci cierpliwość. I na przykład w czasie tego pomstowania nagle wykrzyknął 

nerwowo: „Przestań!” 

Efekt był równy zeru. 

Po  przechadzce  do  gabinetu  wspólnym  wysiłkiem  umieściliśmy  Szarika  w 

laboratorium. 

A  następnie  odbyliśmy  z  Filipem  Filipowiczem  naradę.  Muszę  przyznać,  że  po  raz 

pierwszy  widziałem,  jak  ten  pewny  siebie  i  zdumiewająco  mądry  człowiek  nie  wiedział,  co 

począć.  Swoim  zwyczajem  nucąc  zapytał:  „No  i  co  my  teraz  zrobimy?”  I  sam  sobie 

odpowiedział, dosłownie tak: 

„Moskonfekcja,  tak...  od  Sewilli  do  Grenady.  Moskonfekcja,  drogi  doktorze...  „  Nic 

nie zrozumiałem. Profesor wyjaśnił: 

„Bardzo  pana  proszę,  Iwanie  Arnoldowiczu,  aby  pan  kupił  psu  bieliznę,  spodnie  i 

marynarkę”. 

 

9  stycznia.  Leksykon  wzbogaca  się  co  pięć  minut  (przeciętnie)  o  nowe  słowo;  od 

dzisiejszego  rana  mówi  też  zdaniami.  Wygląda  na  to,  że  zamrożone  w  świadomości 

odmarzają  i wychodzą. Od wczorajszego wieczora  fonograf  nagrał:  „nie pchać  się”,  „drań”, 

„nie czepiać się tramwaju”, „ja ci pokażę”, „uznanie Ameryki”, „prymus”. 

 

10 stycznia. Odbyło się ubieranie. Podkoszulek pozwolił sobie włożyć bardzo chętnie, 

nawet  wesoło  chichotał.  Na  kalesony  nie  zgodził  się,  wyrażając  protest  ochrypłymi 

wrzaskami: „Do kolejki, sucze dzieci, do kolejki!” Został ubrany. Skarpetki są za duże. 

W  zeszycie  jakieś  schematyczne  rysunki  według  wszelkich  oznak  ukazujące 

przekształcanie się psiej nogi w ludzką. 

Wydłuża się tylna część szkieletu stopy (planta). Wydłużają się palce. Pazury. 

Powtórna systematyczna nauka używania toalety. Służba straszliwie przygnębiona. 

Ale należy podkreślić, że stworzenie jest pojętne. Robi znaczne postępy. 

 

11 stycznia. Już całkowicie pogodził się  ze spodniami.  Wypowiedział długie, wesołe 

zdanie: „Daj papierosa ze swej łaski, bo masz dziś spodnie w szerokie paski”. 

Sierść  na  głowie  -  słaba,  jedwabista.  Łatwo  pomylić  z  włosami.  Ale  na  ciemieniu 

nadal  jakby podpalany. Dzisiaj wylazła resztka puchu z ucha. Apetyt kolosalny. Pasjami żre 

śledzie. 

background image

O  godzinie  piątej  po  południu  wydarzenie  -  po  raz  pierwszy  słowa,  które 

wypowiedziało stworzenie, nie były oderwane od otaczających zjawisk, lecz stały się reakcją 

na nie. A mianowicie - kiedy profesor rozkazał mu: 

„Nie rzucaj resztek na podłogę”, niespodziewanie odpowiedziało: 

„Odwal się, gnido”. 

Filip Filipowicz był wstrząśnięty, potem opanował się i powiedział: „Jeśli jeszcze raz 

pozwolisz sobie nawymyślać mnie albo doktorowi, to oberwiesz”. 

W  tym  momencie  fotografowałem  Szarika.  Ręczę,  że  zrozumiał  słowa  profesora. 

Ponury cień legł na jego twarz. Popatrzył spode łba, dosyć niechętnie, ale ucichł. 

Hurra, rozumie! 

 

12  lutego.  Wkłada  ręce  do  kieszeni  spodni.  Oduczamy  od  przeklinania.  Gwizdał: 

„Ech, jabłoczko”. Podtrzymuje rozmowę. 

Nie  mogę  się  powstrzymać  od  paru  hipotez,  niech  chwilowo  diabli  wezmą 

odmładzanie.  Co  innego  jest  nieporównywalnie  ważniejsze  -  niebywały  eksperyment 

profesora 

Preobrażeńskiego  odsłonił  jedną  z  tajemnic  ludzkiego  mózgu.  Od  tej  chwili 

zagadkowa  funkcja  przysadki  -  gruczołu  dokrewnego  umieszczonego  w  mózgu  -  została 

wyjaśniona.  Przysadka  określa  ludzką  osobowość.  Jej  hormony  można  uznać  za 

najważniejsze  w  organizmie  -  to  hormony  osobowości.  Nowa  dziedzina  nauki  -  bez  retorty 

Fausta  stworzono  homunkulusa.  Skalpel  chirurga  powołał  do  życia  nową  jednostkę  ludzką. 

Profesor Preobrażeński jest kreatorem. Kleks. 

Zresztą,  zboczyłem  z  tematu...  A  więc  Szarik  podtrzymuje  rozmowę.  Według  moich 

przypuszczeń  sprawa  wygląda  następująco:  wszczepiona  przysadka  zaktywizowała  ośrodek 

mowy  w  psim  mózgu  i  popłynął  potok  słów.  Moim  zdaniem  mamy  do  czynienia  z 

rozwijającym  się  ożywionym  mózgiem,  a  nie  z  mózgiem  stworzonym  od  nowa.  Cóż  za 

cudowne  potwierdzenie  teorii  ewolucji!  O  wy,  wspaniałe  szczeble  ewolucji,  od  psa  do 

chemika  Mendelejewa!  Jeszcze  jedna  moja  hipoteza  -  mózg  Szarika  w  okresie  jego  psiego 

życia  zgromadził  nieprzebrane  mnóstwo  pojęć.  Wszystkie  słowa,  których  zaczął  używać  w 

pierwszej kolejności - słowa ulicy - słyszał je i zachował w swoim mózgu. Teraz, idąc ulicą, z 

ukrytym przerażeniem patrzę na napotkane psy. Jeden Bóg wie, co kryje się w ich mózgach. 

Szarik czyta. Czytał (trzy wykrzykniki). To ja się tego domyśliłem. Po „Centrorybie”. 

Że  czytał  od  końca.  I  nawet  znam  rozwiązanie  tej  zagadki  -  tkwi  ono  w  specyfice  nerwów 

wzrokowych psa. 

background image

Co  się  w  Moskwie  wyrabia,  tego  ludzki  rozum  nie  ogarnie.  Siedmiu  handlarzy  z 

Sucharowki  już  siedzi  za  rozpowszechnianie  plotek  o  końcu  świata  spowodowanym  przez 

bolszewików. 

Opowiadała  o  tym  Daria  Pietrowna  i  nawet  wymieniła  dokładną  datę  -  28  listopada 

1925  roku,  w  dzień  świętego  Stefana  Męczennika  ziemia  zderzy  się  z  osią  niebios...  Jacyś 

szarlatani  wygłaszają  już  odczyty.  Takie  pandemonium  wynikło  z  tej  przysadki,  że  choć 

zwiewaj, gdzie pieprz rośnie. Przeniosłem się do Preobrażeńskiego na jego prośbę i sypiam w 

poczekalni  razem  z  Szarikiem.  Rolę  poczekalni  pełni  teraz  laboratorium.  Szwonder  miał 

jednak  rację.  Komitet  domowy  triumfuje.  W  szafach  nie  ma  ani  jednej  szyby,  ponieważ 

skakał. Z trudem oduczyliśmy. 

Z  Filipem  dzieje  się  coś  dziwnego.  Kiedy  mu  opowiedziałem  o  swoich  hipotezach - 

mam  nadzieję,  że  rozwój  psychiczny  Szarika  osiągnie  bardzo  wysoki  poziom  -  chrząknął  i 

zapytał: 

„Tak pan myśli?” Ton był złowieszczy. Czyżbym się mylił? Stary coś wymyślił... W 

czasie  kiedy  prowadzę  historię  choroby,  Filip  Filipowicz  siedzi  nad  historią  człowieka,  od 

którego wzięliśmy przysadkę. 

Kartka włożona do zeszytu. 

Klim  Grigoriewicz  Czugunkin,  lat  25,  kawaler.  Bezpartyjny,  sympatyk.  Trzykrotnie 

sądzony  i  uniewinniony.  Pierwszy  raz  z  powodu  braku  dostatecznych  dowodów,  drugi  raz 

uratowało  go  pochodzenie  społeczne,  trzeci  raz  wyrok  15  lat  katorgi  z  zawieszeniem. 

Kradzieże. Zawód - gra po knajpach na bałałajce. 

Wyjątkowo  niskiego  wzrostu,  źle  zbudowany.  Wątroba  powiększona  (alkohol). 

Przyczyna  śmierci  -  cios  nożem  w  serce  w  knajpie  („Sygnał  Stop”)  na  Rogatce 

Preobrażeńskiej. 

Stary  bez  chwili  przerwy  siedzi  nad  historią  choroby  Klima.  O  co  chodzi  -  nie 

rozumiem.  Coś  mruczał,  że  trzeba  było  dokładnie  obejrzeć  w  prosektorium  całe  zwłoki 

Czugunkina. Nie rozumiem, o co chodzi. A bo to nie wszystko jedno, czyja przysadka? 

 

17  stycznia.  Kilka  dni  nie  notowałem  -  chorowałem  na  influenzę.  W  tym  czasie 

ostatecznie ukształtował się wygląd zewnętrzny: 

a) budowa ciała dokładnie jak u człowieka, 

b) waga około trzech pudów, 

c) maleńkiego wzrostu, 

d) głowa malutka, 

background image

e) zaczął palić, 

f) je ludzkie jedzenie, 

g) sam się ubiera, 

h) rozmawia bez żadnych trudności. 

A to ci przysadka (kleks). 

Nna  tym  kończę  historię  choroby.  Przed  nami  nowy  organizm  -  obserwację  musimy 

prowadzić od początku. 

Załączniki: stenogramy rozmów, nagrania na płytach, otografie. 

Podpis: asystent profesora 

Filipa Filipowicza Preobrażeńskiego 

doktor Borental 

background image

VI 

Był  zimowy  wieczór.  Koniec  stycznia.  Pora  przedobiednia,  przed  przyjmowaniem 

pacjentów.  Na  framudze  drzwi  do  poczekalni  wisiała  biała  kartka  papieru,  na  której  ręką 

Filipa Filipowicza było napisane: 

Zabraniam jedzenia pestek słonecznikowych w mieszkaniu. 

F.  Preobrażeński  i  niebieskim  ołówkiem,  wielkimi  jak  ciastka  literami,  ręką 

Bormentala: 

Gra na instrumentach muzycznych od 5:00 po południu do 7:00 rano jest zabroniona. 

Następnie ręką Ziny: 

Kiedy  pan  wróci,  proszę  powiedzieć  Filipowi  Filipowiczowi:  Ja  nie  wiem,  dokąd on 

poszedł. Fiodor mówił, że ze Szwonderem. 

Ręką Preobrażeńskiego: 

Mam sto lat czekać na szklarza? 

Ręką Darii Pietrowny 

(drukowanymi literami): 

Zina poszła do sklepu, powiedziała, że przyprowadzi. 

W  jadalni  było  już  zupełnie  wieczornie,  dzięki  lampie  pod  jedwabnym  abażurem. 

Światło  z  kredensu  było  przepołowione,  lustrzane  szybki  zaklejone  ukośnie  na  krzyż  od 

jednej  fasetki do drugiej. Pochylony  nad  stołem  Filip Filipowicz zagłębił się w rozłożonych 

ogromnych  płachtach  gazety.  Błyskawice  bruździły  jego  twarz,  a  przez  zęby  wyskakiwały 

urywane, gruchające krótkie słowa. Filip Filipowicz czytał notatkę. 

„Nie ma żadnych wątpliwości, że jest to z nieprawego łoża (jak mawiano w zgniłym 

burżuazyjnym społeczeństwie) zrodzony jego syn. Oto jak zabawia się nasza pseudonaukowa 

burżuazja.  Siedem  pokoi  każdy  potrafi  zajmować  do  czasu,  kiedy  lśniący  miecz 

praworządności nie błysnął nad nim czerwonym płomieniem. 

Szw...r” 

Bardzo uporczywie, wprawnie, zawadiacko ktoś grał na bałałajce za dwoma ścianami 

i  dźwięki  zręcznej  wariacji  na  temat  „Świeci  miesiąc”  zbełtały  się  w  głowie  Filipa 

Filipowicza  ze  słowami  notatki  w  nienawistną  kaszę.  Kiedy  doczytał,  splunął  sucho  przez 

lewe ramię i machinalnie zanucił przez zęby: 

-„  Świeeci  miesiąc...  świeeci  miesiąc...  świeeci  miesiąc...”  Tfu,  przyczepiła  się 

przeklęta melodia! 

background image

Zadzwonił. Twarz Ziny wysunęła się spomiędzy fałd portiery. 

- Powiedz mu, że jest już piąta godzina, niech przestanie, i proszę, zawołaj go tutaj. 

Filip  Filipowicz  siedział  w  fotelu  za  biurkiem.  Między  palcami  lewej  dłoni  sterczał 

brązowy niedopałek cygara. Pod portierami, oparty o framugę stał założywszy nogę na nogę 

mężczyzna maleńkiego wzrostu o nieprzyjemnej aparycji. Twarde włosy na jego głowie rosły 

kępkami  jak  krzaki  na  wykarczowanym  polu,  a  twarz  pokrywał  nie  zgolony  puszek.  Czoło 

było  zdumiewająco  wąskie.  Nieomal  bezpośrednio  nad  szeroko  rozrzuconymi  pędzelkami 

brwi zaczynała się gęsta szczotka uwłosienia. 

Marynarka rozerwana pod lewą pachą była cała w słomie, pasiaste spodnie na prawym 

kolanie  podarte,  a  na  lewym  upaćkane  liliową  farbą.  Na  szyi  mężczyzny  wisiał  jadowicie 

niebieski  krawat  ze  szpilką  z  fałszywym  rubinem.  Kolor  krawata  był  tak  agresywny,  że 

chwilami, zamykając umęczone oczy, Filip Filipowicz w całkowitej ciemności to na suficie, 

to na ścianie widział płonącą pochodnię w błękitnej koronie. A kiedy podnosił powieki, ślepł 

ponownie,  ponieważ  z  podłogi  rozbryzgując  półkręgi  światła  atakowały  oczy  lakierowane 

sztyblety i białe getry. 

Jak  w  kaloszach  -  z  nieprzyjemnym  uczuciem  pomyślał  Filip  Filipowicz,  westchnął, 

zasapał  się  i  zajął  się  zgasłym  cygarem.  Człowiek  pod  drzwiami  mętnawymi  oczami 

spoglądał na profesora i palił papierosa brudząc gors popiołem. 

Zegar  na  ścianie  obok  drewnianego  jarząbka  wydzwonił  pięć  razy.  Jeszcze  coś 

pojękiwało w środku, kiedy Filip Filipowicz przystąpił do rozmowy. 

- Zdaje się, że już dwukrotnie prosiłem, żeby nie spać na piecu, tym bardziej w ciągu 

dnia? 

Człowiek zakaszlał ochryple, jakby się udławił kością, i odpowiedział: 

- W kuchni jest lepsze powietrze. 

Głos miał niezwykły, stłumiony, a zarazem rozgłośny niczym z beczułki. 

Filip Filipowicz pokręcił głową i zapytał: 

- Skąd się wzięło to paskudztwo? Mówię o krawacie. 

Człowieczek  śledząc  wzrokiem  palec  spojrzał  bokiem  poprzez  odstającą  wargę  i 

miłośnie popatrzył na krawat. 

- Dlaczego paskudztwo? - zapytał. - Elegancki krawat. Daria Pietrowna podarowała. 

-  Daria  Pietrowna  podarowała  ci  obrzydliwość  w  rodzaju  tych  butów.  Co  to  za 

błyszczący idiotyzm? Skąd? O co prosiłem? Żeby kupić przy-zwo-i-te trzewiki, a co to jest? 

Czyżby doktor Bormental wybrał właśnie takie? 

- A to ja mu kazałem, żeby były lakierki. Co to, ja jestem gorszy od innych? Niech pan 

background image

pójdzie na Kuźniecki, wszyscy w lakierkach. 

Filip Filipowicz pokręcił głową i powiedział z naciskiem: 

- Koniec ze spaniem na piecu. 

Jasne? Co za bezczelność! 

Przecież przeszkadzasz tam. 

Kobietom. 

Twarz mężczyzny pociemniała, wargi odęły się. 

- E tam, kobiety. Nie wiesz czasem, wielmożne panie. Zwyczajne garkotłuki, a robią z 

siebie bógwico. A wszystko ta Zinka, skarżypyta. 

- Żebyś nie śmiał na Zinę mówić Zinka! Jasne? 

Milczenie. 

- Pytam, czy to jasne? 

- Jasne. 

- Zdjąć z szyi to obrzydlistwo. Niech pan... ty popatrz na siebie w  lustrze  i przyjrzyj 

się,  jak wyglądasz. Podwórkowy komediant. Nie  rzucać na podłogę niedopałków, setki razy 

prosiłem. I żebym więcej  nie  słyszał  w  mieszkaniu ani  jednego nieprzyzwoitego słowa! Nie 

pluć! Tam stoi spluwaczka. W pisuarze zachowywać się odpowiednio. Zaprzestać wszelkich 

rozmów  z  Ziną.  Skarżyła  się,  że  czatujesz  na  nią  po  ciemku.  Zapamiętaj  to  sobie!  Kto 

odpowiedział pacjentowi „cholera go wie”? Nie jesteś w szynku, zrozumiano? 

- Chyba tata za bardzo mnie sztorcuje - nagle płaczliwie powiedział mężczyzna. 

Filip Filipowicz poczerwieniał, okulary błysnęły. 

-  Kto tu  jest  twoim  tatą?  Co  to  za  poufałość?  Żebym  więcej  tego  słowa  nie  słyszał! 

Zwracać się jak należy: Filipie Filipowiczu! 

Na twarzy mężczyzny rozgorzała zuchwałość. 

-  Co  pan  tak  ciągle...  To  nie  pluć.  To  nie  palić.  Tam  nie  chodzić...  Co  to  ma  być? 

Całkiem  jak w tramwaju. Czego pan  mi żyć  nie  daje?!  A  jak o  „tatę” chodzi,  nie  ma  się co 

obrażać.  Czy  ja  prosiłem,  żeby  mnie  operować?  -  Mężczyzna  zaszczekał  z  oburzeniem.  - 

Ładna historia! Złapał stworzenie boskie, pokroił nożem głowę, a teraz się mnie wypiera. A ja 

może w ogóle nie dawałem zgody na żadną operację. Także samo (mężczyzna wzniósł oczy 

do  sufitu,  jakby  przypominając  sobie  sformułowanie),  także  samo  jak  moi  krewniacy.  Ja, 

może nawet mam prawo zaskarżyć do sądu. 

Oczy  Filipa  Filipowicza  zrobiły  się  kompletnie  okrągłe,  cygaro  wypadło  z  ręki.  Ale 

typek - przeleciało mu przez głowę. 

-  Raczysz  być  niezadowolony,  że  zostałeś  przeistoczony  w  człowieka?  -  zapytał 

background image

mrużąc  oczy.  -  Być  może  wolisz  znowu  biegać  po  śmietnikach?  Zamarzać  w  bramach?  No 

cóż, gdybym tylko wiedział... 

-  A  co  mi  pan  tak  bez  przerwy  wypomina?  Śmietniki  i  śmietniki.  Miałem  swój 

kawałek chleba? Miałem. A gdybym tak umarł pod nożem? Co na to powiecie, towarzyszu? 

-  Filipie  Filipowiczu!  -  z  irytacją  krzyknął  Filip  Filipowicz.  -  Nie  jestem  dla  ciebie 

żadnym towarzyszem! To przerażające! 

Koszmarny koszmar - pomyślał. 

-  No  chyba,  a  jak  inaczej...  -  ironicznie  powiedział  człowiek  i  zwycięsko  wystawił 

nogę  do  przodu.  -  To  się  rozumie.  Jacy  my  tam  dla  pana  towarzysze!  Gdzie  tam  nam.  Nie 

uczyliśmy  się  na  uniwersytetach,  w  mieszkaniach  po  piętnaście  pokoi  z  łazienką  też  nie 

mieszkaliśmy.  Tylko  że  teraz  pora  by  z  tym  skończyć.  W  teraźniejszym  czasie  każdy  ma 

swoje prawo... 

Filip  Filipowicz  blednąc  słuchał  dywagacji  mężczyzny.  Ten  przerwał  mowę  i 

demonstracyjnie ruszył do popielniczki ze zżutym papierosem w ręku. Poruszał się trochę jak 

kaczka. Długo rozgniatał niedopałek w popielniczce muszli z miną jasno wyrażającą: „Masz! 

Masz!” Zgasiwszy papierosa, nagle kłapnął zębami i wsadził nos pod pachę. 

- Palcami łapać pchły! 

Palcami! - krzyknął z furią Filip Filipowicz. - Nie rozumiem, skąd ty je bierzesz? 

-  Znów  się  coś  nie  podoba,  hoduję  je  czy  co?  -  obraził  się  mężczyzna.  -  Widocznie 

pchły  mnie  lubią.  -  Pogrzebał  palcami  pod  podkładką  rękawa  i  puścił  w  powietrze  kłak 

lekkiej, rudej waty. 

Filip  Filipowicz  wzniósł  wzrok  ku  girlandom  na  suficie  i  zabębnił  palcami  po  stole. 

Mężczyzna po zamordowaniu pchły odszedł i siadł na krześle, ręce przy tym rozwiesił wzdłuż 

klap  marynarki,  a  dłonie  opuścił.  Jego  oczy  zezowały  na  klepki  parkietu.  Filip  Filipowicz 

spojrzał  tam,  gdzie  kładł  się  ostry  odblask  na  tępych  noskach  lakierków,  zmrużył  oczy  i 

zapytał: 

- O jakiej sprawie chciałeś mnie zawiadomić? 

-  Jaka  tam  sprawa!  Bardzo  prosta  sprawa.  Potrzebny  mi  jest,  Filipie  Filipowiczu, 

dokument. 

Filipa Filipowicza jakby trochę skręciło. 

- Hm... Do diabła! Dokument! 

Rzeczywiście...  Hm...  a  być  może  jakoś  można...  -  Jego  głos  brzmiał  niepewnie  i 

smętnie. 

-  Za  pozwoleniem  -  z  pewnością  siebie  odpowiedział  mężczyzna  -  jakże  to  tak,  bez 

background image

dokumentu?  Bez  tego  ani  rusz,  bardzo  przepraszam.  Sam  pan  wie,  że  człowiekowi  bez 

dokumentów jest surowo zabronione w ogóle istnieć. Po pierwsze, komitet domowy... 

- Co ma do tego komitet domowy? 

- Jak to, co ma? Spotykam ich, ciągle pytają, a kiedy ty, wielce szanowny obywatelu, 

wreszcie się zameldujesz? 

-  O  mój  ty  Boże  -  z  rozpaczą  zawołał  Filip  Filipowicz.  -  Spotykają,  pytają  się... 

Wyobrażam sobie, co im opowiadasz. Przecież zabroniłem ci łazić po schodach. 

- A bo to ja jestem katorżnik, czy co? - zdziwił się człowiek i przekonanie o własnej 

słuszności rozgorzało nawet w jego rubinie. 

- Co to znaczy „łazić”? Dosyć przykre są pańskie słowa. Chodzę jak wszyscy ludzie. 

I przy tym zastukał lakierowanymi butami po parkiecie. 

Filip Filipowicz zamilkł, spojrzenie jego uciekło w bok. Jednak muszę się hamować - 

pomyślał. Podszedł do kredensu i duszkiem wypił szklankę wody. 

- Wyśmienicie - powiedział trochę spokojniej. - Nie chodzi o słowa. A więc, co mówi 

twój przeuroczy komitet? 

-  A  co  ma  mówić...  I  w  ogóle  bez  racji  wymyśla  mu  pan  od  przeuroczych.  Komitet 

broni interesów. 

- Poinformuj mnie łaskawie, czyich interesów? 

- Wiadomo czyich, pracującego elementu. 

Filip Filipowicz wybałuszył oczy. 

- Ty jesteś pracujący? 

Dlaczego? 

- Bo nie jestem nepman. Chyba jasne. 

- No dobrze. Więc czego chce komitet w twoim rewolucyjnym interesie? 

-  Wiadomo  czego,  chce  mnie  zameldować.  Mówią,  kto  to  widział,  żeby  człowiek 

mieszkał w Moskwie nie zameldowany. To raz. Ale najważniejsze, to książeczka wojskowa. 

Nie życzę sobie być dezerterem. No i jeszcze tego... związek zawodowy, giełda pracy... 

-  Chciałbym  wiedzieć,  na  podstawie  czego  mam  cię  zameldować?  Tego  obrusa  czy 

mojego  dowodu  osobistego?  Przecież  trzeba  chociaż  trochę  liczyć  się  z  sytuacją.  Nie 

zapominaj,  że  jesteś...  E...  hm...  że  tak  powiem,  istotą  niespodziewanie  stworzoną  w 

laboratorium - mówił z coraz mniejszym przekonaniem Filip Filipowicz. 

Mężczyzna milczał zwycięsko. 

-  Wyśmienicie.  Co  koniec  końców  jest  potrzebne,  żeby  cię  zameldować  i  w  ogóle 

zrobić wszystko zgodnie z planami tego twojego komitetu domowego? Przecież nie masz ani 

background image

imienia, ani nazwiska. 

- Tu jest pan niesprawiedliwy. 

Imię mogę sobie zupełnie spokojnie wybrać. Wydrukuję w gazecie i spokój. 

- Więc jak się chcesz nazywać? 

Mężczyzna poprawił krawat i odpowiedział: 

- Poligraf Poligrafowicz. 

- Nie udawaj głupiego - ponuro powiedział Filip Filipowicz - to poważna rozmowa. 

Jadowity uśmieszek wykrzywił wąsiki mężczyzny. 

- Ja tu czegoś nie rozumiem - powiedział wesoło i sensownie. 

-  Mnie  kląć  nie  wolno.  Pluć  nie  wolno.  A  od  pana  słyszę  bez  przerwy  „głupi”  albo 

„dureń”. Widać tylko profesorom wolno przeklinać w Eresefeser. 

Filipowi Filipowiczowi krew uderzyła do głowy i kiedy napełniał szklankę, rozbił ją. 

Napił  się  z  następnej  i  pomyślał:  Jeszcze  chwila,  a  on  zacznie  mnie  pouczać  i  będzie  miał 

absolutną rację. Nie potrafię trzymać się w garści. 

- Prze-epra-szam. Mam rozstrojone nerwy. To imię wydało mi się dziwne. Chciałbym 

wiedzieć, gdzieś ty je wygrzebał? 

- Komitet domowy poradził. 

Szukaliśmy w kalendarzu. Które ci się podobają, pytają? No to wybrałem. 

- W żadnym kalendarzu czegoś takiego być nie może. 

- Dosyć dziwne - uśmiechnął się mężczyzna - kiedy on wisi w pańskim laboratorium. 

Nie wstając Filip Filipowicz przygniótł guziczek w tapecie i na dzwonek pojawiła się 

Zina. 

- Kalendarz z laboratorium. 

Chwilę trwała cisza. Kiedy Zina wróciła z kalendarzem, Filip Filipowicz zapytał: 

- Gdzie? 

- Imieniny czwartego marca. 

- Pokaż... Hm... Do diabła... 

Wrzuć to do pieca, Zina, natychmiast. 

Zina  z  przerażeniem  wytrzeszczając  oczy  odeszła  z  kalendarzem,  a  mężczyzna  z 

wyrzutem pokręcił głową. 

- Bądź łaskaw podać nazwisko. 

- Zgadzam się na rodowe nazwisko. 

- Co? Rodowe? A konkretnie? 

- Szarikow. 

background image

* * * 

W  gabinecie  przed  biurkiem  stał  przewodniczący  komitetu  Szwonder  w  skórzanej 

kurtce.  Doktor  Bormental  siedział  w  fotelu.  I  na  zaczerwienionych  od  mrozu  policzkach 

doktora (właśnie przed chwilą wrócił) malowało się identyczne zakłopotanie jak i na twarzy 

siedzącego obok Filipa Filipowicza. 

- Więc jak mam pisać? - zapytał niecierpliwie. 

- No cóż - powiedział Szwonder - sprawa nie jest skomplikowana. 

Niech  pan  napisze  zaświadczenie,  obywatelu  profesorze.  Że  tak  i  tak,  okaziciel 

niniejszego  to  jest  rzeczywiście  Szarikow  Poligraf  Poligrafowicz,  zaistniały  w  pańskim 

mieszkaniu. 

Oszołomiony  Bormental  poruszył  się  w  fotelu.  Filipowi  Filipowiczowi  podskoczył 

wąs. 

- Hm... u diabła! Nic głupszego nie można sobie wyobrazić. Wcale nie zaistniał, a po 

prostu... jednym słowem... 

- To już pańska sprawa - spokojnie i ze złośliwą satysfakcją powiedział Szwonder. 

- Zaistniał czy też nie... 

Globalnie  i  w  szczególności,  to  przecież  właśnie  pan  przeprowadzał  doświadczenie, 

profesorze! No i stworzył pan obywatela Szarikowa. 

- Bardzo proste - zaszczekał Szarikow od szafy bibliotecznej. Wpatrywał się w krawat 

odzwierciedlony w lustrzanej otchłani. 

- Bardzo bym prosił - odgryzł się Filip Filipowicz - o nie wtrącanie się do rozmowy. I 

niesłusznie mówisz, że to proste. To nawet bardzo nieproste. 

- Jak to, mam się nie wtrącać - zaburczał obrażony Szarikow. 

Szwonder niezwłocznie go poparł. 

-  Przepraszam,  profesorze,  obywatel  Szarikow  ma  najzupełniejszą  rację.  To  jego 

prawo uczestniczyć w dyskusji o  jego własnym  losie, w szczególności wtedy, kiedy sprawa 

dotyczy dokumentów. Dokumenty to najważniejsza rzecz na świecie. 

W  tym  momencie  ogłuszające  dzwonienie  za  uchem  przerwało  rozmowę.  Filip 

Filipowicz powiedział do słuchawki „Tak”... poczerwieniał i wrzasnął: 

- Proszę nie zawracać mi głowy głupstwami. A co to pana obchodzi? - Z całej mocy 

rzucił słuchawkę na widełki. 

Niebiańska radość spłynęła na oblicze Szwondera. 

Filip Filipowicz purpurowiejąc krzyknął: 

background image

- Jednym słowem kończmy to wszystko. 

Wyrwał kartkę z notesu, wypisał kilka słów, a następnie z irytacją przeczytał na głos: 

- „Niniejszym stwierdzam...” 

Diabli  wiedzą,  co  to  takiego...  Hm...  „Okaziciel  poniższego  jest  człowiekiem 

otrzymanym  metodą  laboratoryjnego  doświadczenia  w  rezultacie  operacji  przeprowadzonej 

na mózgu i wymaga dokumentów.” Do diabła! Ja w ogóle jestem przeciwny, żeby otrzymał te 

idiotyczne dokumenty. „Podpis: profesor Preobrażeński.” 

-  To  dosyć  dziwne,  profesorze  -  obraził  się  Szwonder.  -  Jak  to,  mówi  pan  o 

dokumentach  „idiotyczne”?  Ja  nie  mogę  dopuścić,  żeby  w  domu  przebywał  nie 

udokumentowany lokator, i do tego nie wciągnięty do wojskowej ewidencji przez milicję. A 

jeśli nagle wybuchnie wojna z imperialistycznym drapieżcą? 

- Ja tam nigdzie wojować nie pójdę! - nagle ponuro szczeknął Szarikow od szafy. 

Szwonder  osłupiał,  ale  szybko  oprzytomniał  i  grzecznie  przywołał  Szarikowa  do 

porządku. 

-  Wy,  obywatelu  Szarikow,  wypowiadacie  się  w  sposób  wyjątkowo  nie 

uświadomiony. Bezwarunkowo musicie wciągnąć się do wojskowej ewidencji. 

-  Do  ewidencji  się  wciągnę,  ale  żeby  walczyć,  figa  z  makiem  -  nieprzyjaźnie 

odpowiedział Szarikow poprawiając krawat. 

Teraz  z  kolei  zmieszał  się  Szwonder.  Preobrażeński  wymienił  złośliwe  i  smętne 

spojrzenie z  Bormentalem:  „No, proszę - oto jego moralność”. Bormental znacząco pokiwał 

głową. 

-  Jestem  ciężko  ranny  po  operacji  -  posępnie  zawył  Szarikow.  -  Widzisz,  jak  mnie 

urządzili. - Pokazał na głowę. Wzdłuż czoła ciągnęła się świeża blizna pooperacyjna. 

- Jesteście indywidualistą anarchistą? - zapytał Szwonder wysoko unosząc brwi. 

- Mnie się należy biały bilet - odparł na to Szarikow. 

- No dobrze, to na razie nieważne - odpowiedział zdumiony Szwonder - teraz chodzi o 

to, że zaświadczenie profesora wyślemy na milicję i wtedy wydadzą nam dokument. 

- Ale, ale, e... - znienacka przerwał mu Filip Filipowicz, najwidoczniej dręczony jakąś 

myślą - czy nie macie w waszym domu wolnego pokoju? Jestem skłonny go kupić. 

Żółte iskry pojawiły się w piwnych oczach Szwondera. 

-  Nie,  profesorze,  ku  mojemu  ogromnemu  żalowi  nie  mamy.  I  nie  przewidujemy, 

żebyśmy mieli. 

Filip  Filipowicz  zacisnął  wargi  i  nic  nie  powiedział.  Znowu  jak  szalony  zagrzmiał 

telefon.  Filip  Filipowicz  nie  pytając  o  nic  w  milczeniu  zrzucił  słuchawkę  z  widełek  tak,  że 

background image

najpierw  przez  chwilę  się  kręciła,  a  potem  zawisła  na  niebieskim  sznurze.  Wszyscy 

wzdrygnęli  się  jednocześnie.  Nadenerwował  się  stary  -  pomyślał  Bormental,  a  Szwonder 

błyskając oczami skłonił się i wyszedł. 

Szarikow poskrzypując stebnówką sztybletów ruszył w ślad za nim. 

Profesor  został  sam  z  Bormentalem.  Po  chwili  milczenia  Filip  Filipowicz  szybko 

pokiwał głową i powiedział: 

- To jakiś koszmar, słowo honoru. Czy pan widzi? 

Przysięgam,  drogi  doktorze,  że  zmordowałem  się  przez te  dwa tygodnie  bardziej  niż 

przez ostatnie czternaście lat! Powiem panu, że to jest niezły typek... 

W  oddali  głucho  trzasnęło  szkło,  wzleciał  przygłuszony  pisk  kobiecy  i  natychmiast 

ucichł. Nieczysta siła przemknęła po tapetach w korytarzu, wpadła do laboratorium, tam coś 

łupnęło  i  błyskawicznie  poleciało  z  powrotem.  Trzasnęły  drzwi,  w  kuchni  rozległ  się  niski 

krzyk Darii Pietrowny. Potem zawył Szarikow. 

- Boże mój, jeszcze coś nowego! - krzyknął Filip Filipowicz rzucając się do drzwi. 

-  Kot!  -  domyślił  się  Bormental  i  wybiegł  za  profesorem.  Popędzili  korytarzem  do 

przedpokoju, z przedpokoju  skręcili  w korytarz do ubikacji  i  łazienki. Z kuchni wyskoczyła 

Zina i wpadła prosto na Filipa Filipowicza. 

- Ile razy mówiłem, żeby tu nie było kotów! - z wściekłością krzyczał Filip Filipowicz. 

-  Gdzie  on  jest?!  Iwanie  Arnoldowiczu,  niech  pan,  na  miłość  boską,  uspokoi  pacjentów  w 

poczekalni. 

- W łazience, w łazience siedzi, czort przeklęty - łapiąc powietrze krzyczała Zina. 

Filip Filipowicz naparł na drzwi łazienki, ale drzwi się nie poddawały. 

- Natychmiast otwierać! 

W odpowiedzi w łazience coś zaczęło skakać po ścianach, spadły miednice i dziki głos 

Szarikowa zaryczał za drzwiami: 

- Zabiję na miejscu... 

Woda  zaszumiała  w  rurach,  a  potem  chlusnęła.  Filip  Filipowicz  naparł  na  drzwi  i 

zaczął  je  szarpać. Zgrzana Daria Pietrowna z okropnym grymasem  na twarzy zjawiła  się  na 

progu  kuchni.  Następnie  wysoka  szyba,  oddzielająca  pod  sufitem  kuchnię  od  łazienki, 

rozpękła się krętym pęknięciem, z góry wyprysnęły dwa odłamki szkła, a za nimi ogromnych 

rozmiarów, tygrysio pręgowany kot z błękitną kokardą na szyi, podobny do policjanta. Spadł 

prosto  do  stojącego  na  dole  długiego  półmiska,  roztrzaskując  go  wzdłuż,  z  półmiska 

zeskoczył  na  podłogę,  zakręcił  na  trzech  łapach,  prawą  machnął  jak  gdyby  w  tańcu  i  w 

okamgnieniu  czmychnął  przez  wąską  szparę  na  kuchenne  schody.  Szpara  rozszerzyła  się  i 

background image

kota  zastąpiła  fizjonomia  staruszki  w  chusteczce.  Spódnica  starej,  usiana  białym  groszkiem, 

znalazła  się  w  kuchni.  Starucha  kciukiem  i  wskazującym  palcem  otarła  zapadłe  usta,  jej 

kłujące, opuchnięte oczy omiotły kuchnię, po czym oświadczyła z ciekawością: 

- O Panie Jezu! 

Pobladły Filip Filipowicz ruszył przez kuchnię i groźnie zapytał staruchę: 

- Czego pani tu chce? 

-  Ciekawość  byłaby  gadającego  pieska  zobaczyć  -  odparła  przymilnie  starucha  i 

przeżegnała się. 

Filip  Filipowicz  pobladł  jeszcze  bardziej,  podszedł  bardzo  blisko  do  staruchy  i 

wyszeptał bez tchu: 

- W tej chwili won z kuchni! 

Starucha cofnęła się do drzwi i powiedziała urażona: 

- Cosik jakby pan za ostry, profesorze. 

- Won, powiedziałem! - powtórzył Filip Filipowicz i jego oczy stały się okrągłe jak u 

sowy. Własnoręcznie trzasnął kuchennymi drzwiami za staruchą. 

- Dario Pietrowno, przecież prosiłem. 

- Filipie Filipowiczu - z rozpaczą odpowiedziała Daria Pietrowna, zaciskając w pięści 

obnażone ręce - co ja mam zrobić? Ludziska pchają się od rana do nocy, tylko się powiesić. 

Woda  w  łazience  huczała  groźnie  i  głucho,  ale  głosu  już  nie  było  słychać.  Wszedł 

doktor Bormental. 

- Iwanie Arnoldowiczu, bardzo pana proszę... hm... ilu pacjentów czeka? 

- Jedenastu - odpowiedział Bormental. 

- Niech pan wszystkich odwoła, nie będę dziś przyjmować. 

Filip Filipowicz zapukał w drzwi i krzyknął: 

- Proszę natychmiast wyjść! 

Dlaczego drzwi są zamknięte? 

- Gu-gu! - żałośnie i bezbarwnie odpowiedział głos Szarikowa. 

- Do diabła! Nie słyszę, zakręć wodę. 

- Hau! Hau! 

-  Zakręć  wreszcie  wodę!  Nie  rozumiem,  co  on  tam  nabroił...  -  wpadając  w  furię 

zawołał Filip Filipowicz. 

Zina  i  Daria  Pietrowna  wyglądały  z  kuchni  otworzywszy  drzwi.  Filip  Filipowicz 

jeszcze raz załomotał pięścią w drzwi. 

- O, tu jest! - zawołała z kuchni Daria Pietrowna. 

background image

Filip Filipowicz popędził tam. W rozbitym oknie pod sufitem ukazała się i wyjrzała na 

kuchnię  twarz  Poligrafa  Poligrafowicza.  Malowało  się  na  niej  przerażenie,  oczy  spoglądały 

płaczliwie, a wzdłuż nosa ciągnęło się płomieniejące świeżą krwią zadrapanie. 

- Czyś ty oszalał? - zapytał Filip Filipowicz. - Dlaczego nie wychodzisz? 

Szarikow smutny i przestraszony zerknął za siebie i odparł: 

- Zatrzasnąłem się. 

- Otwórz zamek. Czy ty nigdy zamka nie widziałeś? 

- Kiedy się nie otwiera, przeklęty - strachliwie odparł Szarikow. 

- O Boże! Na pewno spuścił bezpiecznik! - krzyknęła Zina i plasnęła w dłonie. 

-  Tam  jest  taki  guziczek!  -  wołał  Filip  Filipowicz,  starając  się  przekrzyczeć  wodę  - 

trzeba go nacisnąć w dół. W dół, mówię. 

Szarikow przepadł i po chwili pojawił się znowu. 

- Ni psa nie widać - wyszczekał ze zgrozą przez okno. 

- To zapal lampę. On się chyba wściekł! 

-  Kot  przeklęty  lampę  rozwalił  -  odpowiedział  Szarikow  -  a  ja  go  chciałem,  drania, 

złapać za nogi, przekręciłem kran, a teraz nie mogę znaleźć. 

Wszyscy troje załamali ręce i w takiej pozycji zamarli. 

Gdzieś  po  pięciu  minutach  Bormental,  Zina  i  Daria  Pietrowna  siedzieli  rzędem  na 

mokrym dywanie zwiniętym w rulon u podnóża drzwi, a szwajcar Fiodor z zapaloną ślubną 

świecą  Darii  Pietrowny  przełaził  po  drewnianej  drabinie  przez  dymnik.  Jego  zad  w  wielką 

szarą kratkę mignął w powietrzu i znikł w otworze. 

- Du... u-u! - wykrzykiwał coś Szarikow poprzez ryk wody. 

Rozległ się głos Fiodora. 

-  Filipie  Filipowiczu,  tak  czy  inaczej  otworzyć  trzeba,  niech  się  rozpłynie, 

wygarniemy z kuchni. 

- Otwierać! - gniewnie krzyknął Filip Filipowicz. 

Wszyscy  troje  wstali  z  dywanu,  drzwi  łazienki  popchnięto  od  środka  i  woda 

natychmiast  runęła  do  korytarza.  I  popłynęła  trzema  strumieniami:  prosto  -  do  ubikacji 

naprzeciwko, w prawo - do kuchni  i  w  lewo - do przedpokoju. Brodząc  i podskakując  Zina 

zatrzasnęła  drzwi  do  niego.  Po  kostki  w  wodzie  wyczłapał  Fiodor,  uśmiechając  się  nie 

wiedzieć czemu. Wyglądał, jakby był w ceracie - cały mokry. 

- Ledwie zatkałem, okropne ciśnienie. 

- Gdzie jest... ten? – zapytał Filip Filipowicz i z przekleństwem podniósł jedną nogę. 

- Boi się wyjść - z głupawym uśmiechem wyjaśnił Fiodor. 

background image

- Tata będzie bić? - doleciał z łazienki płaczliwy głos Szarikowa. 

- Bałwan! - krótko odpowiedział Filip Filipowicz. 

Zina  i  Daria  Pietrowna  w  zakasanych  do  kolan  spódnicach,  z  gołymi  nogami,  oraz 

Szarikow ze szwajcarem  na  bosaka, w podwiniętych spodniach, plaskali mokrymi  szmatami 

po  podłodze  kuchni  i  wyżymali  je  nad  brudnymi  wiadrami  i  do  muszli  klozetowej.  Huczał 

osamotniony  piec  kuchenny.  Woda  wypływała  przez  drzwi  na  schody  i  z  podestu  spadała 

prosto do piwnicy. 

Bormental,  wspinając  się  na  palce  i  stojąc  w  głębokiej  kałuży  na  parkiecie 

przedpokoju, prowadził rokowania przez ledwie uchylone drzwi. 

-  Dzisiaj  nie  ma  przyjęć,  profesor  źle  się  czuje.  Pękła  u  nas  rura,  niech  pan  będzie 

łaskaw odsunąć się od drzwi. 

- A kiedy profesor przyjmie? - domagał się głos za drzwiami. - Ja tylko na chwileczkę. 

- Nie mogę - Bormental zamiast na obcasach stanął na palcach. 

- Profesor leży i pękła rura. 

Zaprasza  na  jutro.  Zina!  Moja  droga!  Wycieraj  tutaj,  bo  się  wyleje  na  frontowe 

schody. 

- Szmatami nie daje rady... 

- Zaraz wybierzemy kubkami - odezwał się Fiodor - zaraz. 

Dzwonki następowały jeden po drugim i Bormental już całą podeszwą stał w wodzie. 

- Więc kiedy  będzie operacja? -  nie dawał za wygraną głos  i ktoś próbował wcisnąć 

się w szparę. 

- Pękła rura... 

- Ja mogę przejść w kaloszach... 

Za drzwiami pojawiły się niebieskawe sylwetki. 

- Proszę jutro, dzisiaj nie można. 

- Jestem zapisany. 

- Jutro. Katastrofa z wodociągiem. 

U  nóg  doktora  Fiodor taplał  się  w  jeziorze,  czerpał  kubkiem,  a  podrapany  Szarikow 

wymyślił  nowy sposób. Ogromną  szmatę zwinął  w rulon, położył  się  na  brzuchu  i  popędził 

wodę z przedpokoju z powrotem do ubikacji. 

- Czego ty, czorcie, ganiasz ją po całym mieszkaniu? - gniewała się Daria Pietrowna. - 

Wylewaj do sedesu. 

-  Co  tam  do  sedesu  -  łowiąc  rękami  mętną  wodę  odpowiadał  Szarikow.  -  Przecież 

wylezie od frontu. 

background image

Z  korytarza  ze  zgrzytem  wyjechała  ławeczka,  a  na  niej  wyprostowany,  łapiąc 

równowagę, Filip Filipowicz w pasiastych granatowych skarpetkach. 

- Iwanie Arnoldowiczu, niech pan przestanie im odpowiadać. Proszę do sypialni, dam 

panu pantofle. 

- To drobiazg, Filipie Filipowiczu, naprawdę nic nie szkodzi. 

- Niech pan wskoczy w kalosze. 

- Drobnostka. Nogi i tak już mam mokre. 

- O mój Boże! - zamartwiał się Filip Filipowicz. 

- Co za wredne zwierzę! - odezwał się nagle Szarikow i wyjechał przykucnięty z wazą 

na zupę w ręku. 

Bormental  zatrzasnął  drzwi,  nie  wytrzymał  i  wybuchnął  śmiechem.  Nozdrza  Filipa 

Filipowicza rozdęły się, błysnęły okulary. 

- Bądź łaskaw wyjaśnić - zapytał Szarikowa z wysokości - o kim mówisz? 

- O kocie mówię. Co za ścierwo - odpowiedział Szarikow, a oczka mu biegały. 

-  Wiesz,  Szarikow  -  powiedział  Filip  Filipowicz  nabierając  powietrza  w  płuca  - 

doprawdy jeszcze nie widziałem kogoś równie bezczelnego. 

Bormental zachichotał. 

- Jesteś po prostu bezwstydny - kontynuował Filip Filipowicz. 

- Jak śmiesz mówić coś takiego? 

To  wszystko  przez  ciebie  i  jeszcze  pozwalasz  sobie...  No  nie!  Diabli  wiedzą,  co  to 

takiego! 

- Powiedz mi, proszę, Szarikow - zaczął Bormental - jak długo jeszcze będziesz latał 

za kotami? Wstyd! Przecież to po prostu skandal! Dzikus! 

-  Jaki  ja  tam  dzikus?  -  ponuro  zapytał  Szarikow.  -  Wcale  nie  jestem  dzikus.  Nie 

sposób  wytrzymać  z  nim  w  mieszkaniu.  Tylko  szuka,  co  by  ukraść.  Darii  zeżarł  farsz. 

Chciałem mu dać nauczkę. 

-  Tobie  samemu  warto  dać  nauczkę!  -  odparł  Filip  Filipowicz.  -  Lepiej  obejrzyj  w 

lustrze swoją fizys. 

- Mało oka nie straciłem - mrocznie powiedział Szarikow, macając oko mokrą, brudną 

ręką. 

Kiedy czarny od wody parkiet nieco podsechł, wszystkie lustra pokrył łaziebny nalot i 

dzwonki umilkły. Filip Filipowicz stał w przedpokoju w czerwonych safianowych pantoflach. 

- To dla ciebie, Fiodor. 

- Najpokorniej dziękuję. 

background image

- Przebierz się natychmiast. I jeszcze jedno, napij się wódki u Darii Pietrowny. 

-  Dziękuję  najpokorniej  -  Fiodor  zawahał  się  przez  chwilę,  potem  powiedział:  -  Tu 

jeszcze, Filipie Filipowiczu... 

Przepraszam,  wstyd  powiedzieć,  ale  jeszcze  za  szybę  spod  siódemki...  Obywatel 

Szarikow rzucał kamieniami... 

- W kota? - zapytał Filip Filipowicz, chmurząc się jak obłok. 

- O to właśnie chodzi, że w lokatora. On już nawet grozi, że poda do sądu. 

- Do diabła! 

- Szarikow objął tamtejszą kucharkę, a tamten go pogonił. No, posprzeczali się. 

- Na miłość boską, proszę mnie natychmiast zawiadamiać o takich rzeczach! Ile? 

- Półtora. 

Filip Filipowicz wydobył trzy błyszczące półrublówki i wręczył je Fiodorowi. 

- Za takiego drania jeszcze półtora rubla płacić - doleciał głuchy głos od drzwi - a on 

sam... 

Filip  Filipowicz  odwrócił  się,  przygryzł  wargę,  w  milczeniu  naparł  na  Szarikowa, 

wypchnął  go  do  poczekalni  i  zamknął  na  klucz.  Szarikow  od  środka  od  razu  załomotał 

pięściami w drzwi. 

- Ani się waż! - niewątpliwie chorym głosem krzyknął Filip Filipowicz. 

- No, to już faktycznie - znacząco zauważył Fiodor - takiego bezczelnego w życiu nie 

widziałem. 

Jak spod ziemi wyrósł Bormental. 

- Filipie Filipowiczu, proszę, niech się pan nie denerwuje. 

Energiczny eskulap otworzył drzwi i z poczekalni dobiegł jego głos. 

- Co to ma być? Jesteś w knajpie czy gdzie? 

- Właśnie tak z  nim trzeba... - dodał  stanowczo Fiodor - dokładnie tak... I jeszcze w 

ucho go... 

- Ależ, co ty mówisz, Fiodor - smutnie burknął Filip Filipowicz. 

- Najmocniej przepraszam, pana mi szkoda, Filipie Filipowiczu. 

background image

VII 

- Nie, nie i nie! - uparcie powtarzał Bormental. - Bądź łaskaw założyć. 

- A co tam, jak Boga... - zaburczał niezadowolony Szarikow. 

- Dziękuję, doktorze - serdecznie powiedział Filip Filipowicz - bo mnie już obrzydło 

zwracanie mu uwagi. 

-  Tak  czy  inaczej  nie  pozwolę  jeść,  aż  nie  założysz.  Zina,  zabierz  Szarikowowi 

majonez. 

- Jak to zabierz? - zdenerwował się Szarikow. - Zaraz założę. 

Lewą  ręką  zasłonił  półmisek  przed  Ziną,  a  prawą  wepchnął  serwetkę  za  kołnierz  i 

zrobił się podobny do klienta razury. 

- I widelcem, proszę - dodał Bormental. 

Szarikow westchnął przeciągle i zaczął łowić kawałki jesiotra w gęstym sosie. 

- Jeszcze wódeczki bym wypił - oznajmił pytająco. 

- A może już wystarczy? - zainteresował się Bormental. - Jakoś ostatnio za bardzo cię 

ciągnie do wódki. 

- Żałuje mi pan? - zapytał Szarikow i popatrzył spode łba. 

- Głupstwa gadasz... - wtrącił się surowo Filip Filipowicz, ale Bormental przerwał mu. 

- Proszę się nie kłopotać, Filipie Filipowiczu, ja sam. Ty, Szarikow, gadasz bzdury, ale 

co najbardziej oburzające, wypowiadasz je bezapelacyjnie i z głębokim przekonaniem. Wódki 

mi oczywiście nie szkoda, tym bardziej że nie jest moja, tylko Filipa Filipowicza. Po prostu 

wódka szkodzi. To po pierwsze, a po drugie, i bez wódki zachowujesz się nieprzyzwoicie. 

Bormental pokazał na zaklejony kredens. 

- Zina, podaj mi, proszę, jeszcze rybę - powiedział profesor. 

Tymczasem  Szarikow  sięgnął  po  karafkę,  zerknął  na  Bormentala  i  nalał  sobie 

kieliszek. 

-  Innym  też  wypada  zaproponować  -  powiedział  Bormental  -  i  to  w  następujący 

sposób: najpierw Filipowi Filipowiczowi, później mnie, a na samym końcu sobie. 

Wargi  Szarikowa  wykrzywił  ledwie  dostrzegalny  satyryczny  uśmieszek,  po  czym 

rozlał wódkę do kieliszków. 

- Zawsze tu wszystko jak na paradzie - powiedział. - Serwetkę tu, krawat tam, i wciąż 

przepraszam  i proszę,  merci, ale  żeby coś tak naprawdę, bez  lipy, co to, to nie. Sami  siebie 

męczycie jak przy carskim reżimie. 

background image

- Naprawdę, to znaczy jak? 

Bądź łaskaw mi wytłumaczyć. 

Szarikow nic  na to nie odpowiedział  Filipowi Filipowiczowi, tylko uniósł kieliszek  i 

zaproponował: 

- No, życzę wszystkim... 

- Tobie również - z niejaką ironią odezwał się Bormental. 

Szarikow  wlał  sobie  w  gardło  zawartość  kieliszka,  skrzywił  się,  przyłożył  do  nosa 

kawałek chleba, powąchał, a następnie połknął, przy czym łzy napłynęły mu do oczu. 

- Staż - nagle jakby nieobecnym głosem powiedział Filip Filipowicz. 

Bormental spojrzał ze zdziwieniem. 

-  Staż!  -  powtórzył  Filip  Filipowicz  i  gorzko  pokiwał  głową.  -  Nic  się  już  nie  da 

zrobić. Klim. 

Bormental  z  nadzwyczajnym  zainteresowaniem  ostro  wpatrzył  się  w  oczy  Filipa 

Filipowicza. 

- Tak pan przypuszcza, Filipie Filipowiczu? 

- Nie ma co przypuszczać, jestem pewien. 

- Czyżby... - zaczął Bormental i przerwał spojrzawszy na Szarikowa. 

Szarikow zasępił się podejrzliwie. 

- Sp~ater (niem. później) - niegłośno powiedział Filip Filipowicz. 

- Gut - przytaknął asystent. 

Zina wniosła indyczkę. 

Bormental  nalał  Filipowi  Filipowiczowi  czerwonego  wina  i  zaproponował 

Szarikowowi. 

- Nie chcę. Ja lepiej się wódeczki napiję. - Oczka miał już maślane, na czole wystąpił 

pot, poweselał. Również Filip Filipowicz stał się nieco życzliwszy po alkoholu. Oczy mu się 

ożywiły,  przychylniej  spoglądał  na  Szarikowa,  którego  czarna  głowa  tkwiła  w  serwetce  jak 

mucha w śmietanie. 

Bormental zaś, kiedy się pokrzepił, ujawnił skłonność do działania. 

- No więc, co będziemy robić dzisiejszego wieczoru? - zapytał Szarikowa. 

Ten zamrugał oczami i odpowiedział: 

- Najlepiej chodźmy do cyrku. 

-  Tak  codziennie  do  cyrku  -  dobrodusznie  zauważył  Filip  Filipowicz.  -  To  dosyć 

nudne. Ja bym na twoim miejscu chociaż raz poszedł na przykład do teatru. 

- Do teatru nie pójdę - nieprzyjaźnie powiedział Szarikow i przeżegnał usta. 

background image

-  Czkanie  przy  stole  odbiera  innym  apetyt  -  automatycznie  oznajmił  Bormental.  - 

Proszę wybaczyć... Ale właściwie dlaczego nie podoba ci się teatr? 

Szarikow spojrzał przez pusty kieliszek jak przez lornetkę, pomyślał i odął wargi. 

- Bo tam udają głupich... 

Rozmawiają i rozmawiają... 

Czysta kontrrewolucja. 

Filip  Filipowicz  opadł  na  gotyckie  oparcie  fotela  i  zaśmiał  się  tak,  że  w  jego  ustach 

zaiskrzył złoty częstokół. Bormental tylko pokręcił głową. 

- Poczytałbyś cokolwiek - zaproponował - no, bo wiesz... 

-  Ja  już  i  tak  czytam  i  czytam...  -  odpowiedział  Szarikow  i  znienacka  szybko  i 

pożądliwie nalał sobie pół szklanki wódki. 

-  Zina  - trwożnie  zawołał  Filip  Filipowicz  -  zabierz,  dziecko,  wódkę.  Nie  będzie  już 

więcej potrzebna. A więc, co ty czytasz? 

Przez  głowę  przeleciał  mu  obraz  -  bezludna  wyspa,  palma,  człowiek  w  zwierzęcej 

skórze i szlafmycy. „Trzeba będzie dać Robinsona”. 

-  Tę...  jak  jej  tam...  korespondencję  Engelsa  z  tym...  no,  jak  mu  tam  czortowi...  z 

Kautskym. 

Widelec  Bormentala  z  kawałkiem  białego  mięsa  zatrzymał  się  w  pół  drogi,  a  Filip 

Filipowicz rozlał wino na obrus. Szarikow w tym czasie chytrze przełknął wódkę. 

Filip Filipowicz oparł łokcie na stole, wpatrzył się w Szarikowa i zapytał: 

- Chciałbym wiedzieć, jeśli wolno, co masz do powiedzenia na temat tej lektury? 

Szarikow wzruszył ramionami. 

- No, że się nie zgadzam. 

- Z kim? Z Engelsem czy z Kautskym? 

- A z obydwoma. 

-  To  nadzwyczajne,  przysięgam  na  Boga.  „Jeśli  powie  ktoś,  że  inna.”  A  co  mógłbyś 

zaproponować ze swojej strony? 

-  A  co  tu  proponować?  Tylko  piszą  i  piszą...  kongres,  jacyś  tam  Niemcy...  Głowa 

puchnie. Wszystko wziąć i podzielić... 

- Tak też myślałem - zawołał Filip Filipowicz i uderzył dłonią w obrus. - Właśnie tak 

przypuszczałem. 

- A może nawet znasz sposób? - zapytał z ciekawością Bormental. 

-  Jaki  tam  sposób  -  objaśnił  bardzo  rozmowny  po  wódce  Szarikow.  -  Sprawa  jest 

prosta. Bo jak to jest: jeden rozsiadł się w siedmiu pokojach, ma ze czterdzieści par spodni, a 

background image

kto inny włóczy się, szuka czegoś do jedzenia po śmietnikach. 

-  Tych  siedem  pokoi  to  do  mnie  aluzja,  naturalnie?  -  mrużąc  wyniośle  oczy  zapytał 

Filip Filipowicz. 

Szarikow nastroszył się i umilkł. 

-  No  cóż,  bardzo  dobrze;  nie  jestem  przeciwny  podziałowi.  Doktorze,  ilu  pacjentów 

odesłaliśmy wczoraj? 

- Trzydziestu dziewięciu - niezwłocznie odpowiedział Bormental. 

-  Hm...  trzysta  dziewięćdziesiąt  rubli.  No,  podzielmy  grzech  na  trzech  mężczyzn. 

Kobiet  -  Ziny  i  Darii  Pietrowny  -  nie  będziemy  liczyć.  Od  ciebie,  Szarikow,  należy  się  sto 

trzydzieści rubli. Bądź łaskaw wypłacić. 

- Ładna historia - odparł Szarikow przestraszywszy się. - A to znowu za co? 

- Za kran i za kota - zagrzmiał nagle Filip Filipowicz wychodząc ze stanu ironicznego 

spokoju. 

- Filipie Filipowiczu - z trwogą zawołał Bormental. 

-  Chwileczkę.  Za  ten  skandal,  coś  go  wywołał,  aż  musiałem  odwołać  pacjentów. To 

przecież  nie do zniesienia. Człowiek  jak  jaskiniowiec  skacze po całym  mieszkaniu, wyrywa 

krany. A kto zabił kotkę madame Połasucher? Kto... 

- Ty, Szarikow, trzy dni temu ugryzłeś kobietę na schodach - dołożył Bormental. 

- Kosztujesz mnie... - ryczał Filip Filipowicz. 

-  Bo  ona  mnie  w  mordę  trzasnęła  -  zaskowyczał  Szarikow  -  a  to  moja  morda,  nie 

państwowa! 

-  Dlatego  że  ją  uszczypnąłeś  w  pierś  -  krzyknął  Bormental  i  przewrócił  kieliszek  z 

winem. - Ty stoisz... 

-  Stoisz  na  najniższym  szczeblu  rozwoju  -  przekrzykiwał  doktora  Filip  Filipowicz.  - 

Jesteś  zaledwie  formującym  się  stworzeniem  o  zaczątkach  rozumu.  Wszystkie  twoje 

zachowania  są  czysto  zwierzęcej  natury,  a  pozwalasz  sobie  w  obecności  dwóch  ludzi  z 

uniwersyteckim  wykształceniem  z  absolutnie  niewyobrażalną  nonszalancją  wysuwać  jakieś 

projekty na miarę kosmiczną, komicznie idiotycznie, o tym, jak wszystko należy podzielić... a 

jednocześnie zeżarłeś proszek do zębów... 

- Trzy dni temu - potwierdził Bormental. 

-  No  właśnie  -  grzmiał  Filip  Filipowicz  -  zakarbuj  to  sobie  na  nosie...~  a  propos, 

dlaczego starłeś z  nosa  maść cynkową?... że masz  milczeć  i słuchać, co się do ciebie  mówi. 

Masz  uczyć  się  i  starać  zostać  choćby  elementarnie  znośnym  członkiem  socjalistycznego 

społeczeństwa. I jeszcze jedno: co za łajdak podsunął ci tę książkę? 

background image

- Dla pana każdy jest łajdakiem - z przestrachem odpowiedział Szarikow, oszołomiony 

napaścią z dwóch stron. 

- Domyślam się - czerwieniejąc ze złości zawołał Filip Filipowicz. 

-  No,  co  takiego.  No,  Szwonder  mi  dał.  On  nie  jest  łajdakiem...  Po  to,  żebym  się 

rozwijał... 

- Widzę, jak się rozwijasz po Kautskym - żółknąc krzyknął piskliwie Filip Filipowicz i 

gwałtownie  nacisnął  guziczek  w  ścianie.  -  Dzisiejsza  historia  pokazała  to,  że  lepiej  już  nie 

można. Zina! 

- Zina! - krzyczał Bormental. 

- Zina! - wydzierał się przerażony Szarikow. 

Zina przybiegła pobladła. 

- Zina, tam w poczekalni... 

Ona jest w poczekalni? 

- W poczekalni - pokornie odpowiedział Szarikow, zieleniejąc jak murawa. 

- Zielona książka... 

- No, zaraz palić - rozpaczliwie zawołał Szarikow. - Ona jest państwowa, z biblioteki! 

- Korespondencja, nazywa się, tego, jak mu tam, Engelsa z tym czortem... Do pieca! 

Zina uleciała. 

-  Ja  bym  tego  Szwondera  powiesił,  słowo  honoru,  na  pierwszej  suchej  gałęzi!  - 

zawołał Filip Filipowicz, nienawistnie wbijając zęby w skrzydło indyczki. - Ta zdumiewająca 

kanalia siedzi w domu jak wrzód. Mało tego, że wypisuje w gazetach bezmyślne paszkwile... 

Szarikow  złośliwie  i  ironicznie  zaczął  zezować  na  profesora.  Filip  Filipowicz  zaś  z 

kolei spojrzał na niego z ukosa i umilkł. 

Och,  chyba  nic  dobrego  z tego  w  naszym  mieszkaniu  nie  wyniknie  -  nagle  proroczo 

pomyślał Bormental. 

Zina wniosła na okrągłym półmisku rudą z prawego, a rumianą z lewego boku babę i 

maszynkę do kawy. 

- Ja nie będę tego jadł - groźnie i nieprzyjaźnie oznajmił z miejsca Szarikow. 

- Nikt ci nie proponuje. 

Zachowuj się przyzwoicie. 

Doktorze, pan będzie łaskaw. 

Obiad zakończył się w milczeniu. 

Szarikow wyciągnął z kieszeni zmiętego papierosa  i zadymił. Po wypiciu kawy Filip 

Filipowicz spojrzał  na  zegarek, nacisnął pozytywkę  i delikatnie  zagrało kwadrans po ósmej. 

background image

Filip Filipowicz swoim zwyczajem opadł na gotyckie oparcie i sięgnął po gazetę ze stołu. 

- Doktorze, bardzo pana proszę, niech pan z nim pojedzie do cyrku. Tylko, na miłość 

boską, trzeba sprawdzić w programie, czy nie ma tam kotów? 

-  I  jak  takie  draństwo  wpuszczają  do  cyrku  -  posępnie  zauważył  Szarikow  kręcąc 

głową. 

- No, mało to kogo wpuszczają do cyrku - dwuznacznie powiedział Filip Filipowicz. - 

Co tam dają? 

-  U  Salomońskiego  -  zaczął  czytać  Bormental  -  jakieś  cztery...  Jussems  i  człowiek 

martwego punktu. 

- Co to za Jussems? - podejrzliwie zainteresował się Filip Filipowicz. 

- Bóg raczy wiedzieć. Pierwszy raz widzę takie słowo. 

- No, a w takim razie niech pan lepiej zobaczy u Nikitinów. Koniecznie wszystko musi 

być jasne. 

- U Nikitinów... U Nikitinów... hm... słonie i granice ludzkiej zręczności. 

-  Taaak.  Co  powiesz  na  temat  słoni,  drogi  Szarikow?  -  nieufnie  zapytał  Szarikowa 

Filip Filipowicz. 

Ten się obraził. 

-  Co to,  ja  nie  rozumiem  czy  co?  Kot  -  inna  rzecz.  Słonie  to  zwierzęta  pożyteczne  - 

odparł Szarikow. 

-  No  to  wyśmienicie.  Jeśli  są  takie  pożyteczne,  to  jedź  i  obejrzyj  je  sobie.  Masz  się 

słuchać  Iwana  Arnoldowicza.  I  żadnych  rozmów  w  bufecie!  Iwanie  Arnoldowiczu, 

najpokorniej proszę nie częstować Szarikowa piwem. 

Po  dziesięciu  minutach  Iwan  Arnoldowicz  i  Szarikow  w  kaczonosej  cyklistówce  i  w 

palcie z flauszu, z podniesionym kołnierzem pojechali do cyrku. W mieszkaniu ucichło. Filip 

Filipowicz znalazł się w swoim gabinecie. Zapalił lampę pod ciężkim zielonym kołpakiem. W 

ogromnym  gabinecie  zrobiło  się  bardzo  spokojnie  i  Filip  Filipowicz  zaczął  przemierzać 

pokój.  Długo  i  płomiennie  świecił  bladym,  zielonkawym  ognikiem  koniuszek  cygara.  Ręce 

profesor wsadził do kieszeni spodni i posępna zaduma dręczyła jego uczone, łysiejące czoło. 

Cmokał, nucił przez zęby:  „Aż do najświętszych  brzegów Nilu...” i coś  mamrotał. Wreszcie 

odłożył  cygaro  do  popielniczki,  podszedł  do  szafy  składającej  się  wyłącznie  ze  szkła  i  cały 

gabinet oświetlił trzema najmocniejszymi światłami pod sufitem. Z szafy, z trzeciej szklanej 

półki  Filip  Filipowicz  zdjął  wąski  słoik  i  nachmurzony  zaczął  oglądać  go  pod  światło.  W 

przejrzystej,  gęstej  cieczy  pływała  nie  opadając  na  dno  maleńka  biała  grudka,  wydobyta  z 

głębi mózgu Szarika. Wzruszając ramionami, krzywiąc wargi i pochrząkując, Filip Filipowicz 

background image

pożerał  ją  wzrokiem,  jakby  w  białej  niezatapialnej  grudce  chciał  wykryć  przyczynę 

zdumiewających  wydarzeń,  które  wywróciły  do  góry  nogami  życie  w  mieszkaniu  na 

Preczystience. 

Niewykluczone,  że  niezmiernie  uczony  człowiek  wykrył  tę  przyczynę.  W  każdym 

razie,  kiedy  już  do  woli  napatrzył  się  na  przysadkę,  schował  słoik  do  szafy,  zamknął  ją  na 

klucz, klucz schował do kieszonki kamizelki, a sam, z rękami głęboko w kieszeniach, z głową 

wciśniętą  w  ramiona,  opadł  na  skórę  kanapy.  Długo  palił  następne  cygaro,  doszczętnie 

rozgryzając  jego  koniec,  wreszcie  w  zupełnej  samotności,  ubarwiony  na  zielono  niczym 

posiwiały Faust, zawołał: 

- Jak Boga kocham, chyba się zdecyduję. 

Nikt  mu  na to nie odpowiedział.  W  mieszkaniu ucichły wszelkie dźwięki. W Zaułku 

Obuchowa,  jak  wiadomo,  o  godzinie  jedenastej  wieczorem  ruch  zamiera.  Z  rzadka 

rozbrzmiewały odległe kroki zapóźnionego przechodnia, stukały gdzieś za storami i cichły. W 

gabinecie  delikatnie  dzwoniła  pozytywka  w  kieszeni  Filipa  Filipowicza...  Profesor 

niecierpliwie oczekiwał na powrót z cyrku doktora Bormentala i Szarikowa. 

background image

VIII 

Nie wiadomo, na co zdecydował się Filip Filipowicz. Niczego szczególnego w ciągu 

następnego tygodnia nie przedsięwziął i, być może, za przyczyną jego bezczynności życie w 

mieszkaniu wypełniły najrozmaitsze wydarzenia. 

Mniej  więcej  w  sześć  dni  po  historii  z  wodą  i  kotem  do  Szarikowa  przyszedł  z 

komitetu  domowego  młody  człowiek,  który  okazał  się  kobietą,  i  wręczył  dokumenty,  które 

Szarikow  niezwłocznie  schował  do  kieszeni  i  równie  niezwłocznie  zawołał  doktora 

Bormentala. 

- Bormental! 

-  Proszę  zwracać  się  do  mnie  Iwanie  Arnoldowiczu!  -  powiedział  Bormental, 

zmieniając się na twarzy. 

Należy tu dodać, że przez tych sześć dni chirurgowi udało się osiem razy pokłócić ze 

swoim wychowankiem, więc atmosfera na pokojach w Kałabuchowskim była duszna. 

-  No  to  do  mnie  proszę  mówić  tak  samo!  -  najzupełniej  absolutnie  logicznie  odparł 

Szarikow. 

- Nie! - zagrzmiał w drzwiach Filip Filipowicz - takiego imienia w moim mieszkaniu 

nikomu  nie  pozwolę  wymówić.  Jeśli  życzysz  sobie,  aby  przestano  nazywać  cię  poufale 

Szarikowem, i ja, i doktor Bormental będziemy się do ciebie zwracać per „panie Szarikow”. 

- Nie jestem żadnym panem, wszyscy panowie są w Paryżu! - odszczeknął Szarikow. 

- To robota Szwondera! - krzyczał Filip Filipowicz. - Dobra, ale poczekajcie, już ja się 

policzę z tym łajdakiem. Nie będzie nikogo oprócz pań i panów w moim mieszkaniu, dopóki 

ja  się  w  nim  znajduję!  W  przeciwnym  wypadku  jeden  z  nas,  ja  albo  ty,  będzie  musiał  się 

wynieść,  i to najprawdopodobniej ty. Jeszcze dzisiaj dam ogłoszenie do gazety  i  możesz  mi 

wierzyć, że znajdę dla ciebie pokój. 

- Jeszcze czego, co ja głupi, żeby się stąd wyprowadzać - bardzo jasno odpowiedział 

Szarikow. 

-  Jak?  -  zapytał  Filip  Filipowicz  i  zmienił  się  na  twarzy  do  takiego  stopnia,  że 

Bormental podbiegł do niego i z trwogą, delikatnie ujął go za rękaw. 

-  Radzę,  nie  bądź  zbyt  bezczelny,  monsieur  Szarikow!  -  Bormental  bardzo  podniósł 

głos. 

Szarikow  cofnął  się,  wyciągnął  z  kieszeni  trzy  papierki  -  zielony,  żółty,  biały  -  i 

stukając w nie palcami powiedział: 

background image

-  Macie.  Członek  stowarzyszenia  mieszkaniowego  i  należy  mi  się  powierzchnia 

mieszkaniowa  konkretnie  w  mieszkaniu  pod  numerem  5  u  głównego  lokatora 

Preobrażeńskiego w rozmiarze 16 arszynów kwadratowych,  jeśli  pan - Szarikow pomyślał  i 

dodał słowo, które Bormental odnotował automatycznie w mózgu jako nowe - łaskaw. 

Filip Filipowicz przygryzł wargę i nieostrożnie powiedział: 

- Przysięgam, że ja tego Szwondera w końcu zastrzelę. 

Szarikow  w  najwyższym  stopniu  uważnie  i  ostro  przyjął  te  słowa,  co  widać  było  po 

jego oczach. 

- Filipie Filipowiczu, vorsichtig (niem. ostrożnie) - ostrzegawczo zaczął Bormental. 

-  No,  to  już  wie  pan...  Jeśli  taką  podłość!  -  zawołał  po  rosyjsku  Filip  Filipowicz.  - 

Zapamiętaj  sobie,  Szarikow...  panie,  że  ja,  jeśli  pozwolisz  sobie  na  jeszcze  jeden  bezczelny 

wyskok,  to  pozbawię  cię  obiadu  i  w  ogóle  wiktu  w  moim  domu.  Szesnaście  arszynów  to 

doprawdy  uroczo,  ale  przecież  nie  mam  obowiązku  cię  karmić  na  podstawie  tego  żabiego 

dokumentu! 

Tu Szarikow przestraszył się i otworzył usta. 

- Nie mogę zostać bez jedzenia - wymamrotał. - Gdzie się będę odżywiał? 

-  W  takim  razie  zachowuj  się  przyzwoicie!  -  zgodnym  chórem  oświadczyli  obaj 

eskulapi. 

Szarikow  znacznie  przycichł  i  tego  dnia  nikomu  nie  zrobił  nic  złego,  z  wyjątkiem 

siebie - wykorzystując krótką nieobecność Bormentala, przywłaszczył jego brzytwę i rozpruł 

sobie  policzek  tak,  że  Filip  Filipowicz  i  doktor  Bormental  nałożyli  mu  na  ranę  szwy,  na 

skutek czego Szarikow długo wył zalewając się łzami. 

Następnej  nocy  w  gabinecie  profesora  siedzieli  we  dwóch  -  sam  Filip  Filipowicz  i 

wierny,  przywiązany  do  niego  doktor  Bormental.  W  domu  już  spali.  Filip  Filipowicz  był  w 

swoim  lazurowym szlafroku i czerwonych pantoflach, a Bormental w koszuli  i granatowych 

szelkach. Między lekarzami na okrągłym stole, obok opasłego albumu stała butelka koniaku, 

talerzyk z plasterkami cytryny i pudełko cygar. Uczeni, zapełniwszy cały pokój dymem cygar, 

z  zapałem  omawiali  ostatnie  wydarzenie.  Tego  wieczora  Szarikow  przyswoił  sobie  dwa 

czerwońce  leżące pod suszką w gabinecie  Filipa  Filipowicza, przepadł z  mieszkania, wrócił 

późno  i  kompletnie  pijany.  Mało  tego.  Razem  z  nim  zjawiło  się  dwóch  nieznanych 

osobników,  którzy  najpierw  hałasowali  na  frontowej  klatce,  a  następnie  wyrazili  życzenie 

spędzenia  nocy  w  gościnie  u  Szarikowa.  Wymienieni  osobnicy  oddalili  się  dopiero  wtedy, 

kiedy  Fiodor,  obecny  przy  tej  scenie  w  jesionce  narzuconej  na  bieliznę,  zatelefonował  na 

czterdziesty piąty komisariat milicji. Osobnicy błyskawicznie znikli, jak tylko Fiodor odwiesił 

background image

słuchawkę.  Po  odejściu  osobników  nie  wiadomo  gdzie  zniknęła  popielniczka  z  malachitu, 

stojąca pod lustrem w przedpokoju, bobrowa czapka Filipa Filipowicza, a także jego laska, na 

której  złotymi,  przeplecionymi  literami  było  napisane:  „Drogiemu  i  szanownemu  Filipowi 

Filipowiczowi wdzięczni ordynatorzy w dniu...” i dalej widniała rzymska liczba XXV. 

- Co to za jedni? - zaciskając pięści nacierał na Szarikowa Filip Filipowicz. 

Ten zaś, chwiejąc się i przypadając do futer, mamrotał coś w tym sensie, że osobnicy 

są mu nie znani, ale są w porządku, to nie jakieś tam sukinsyny. 

- Najbardziej zdumiewające, że przecież obaj byli pijani. Jak im się udało? - dziwił się 

Filip  Filipowicz,  patrząc  na  to  miejsce  w  stojaku,  gdzie  niegdyś  tkwiła  jubileuszowa 

pamiątka. 

- Fachowcy - wyjaśnił Fiodor oddalając się spać, z rublem w kieszeni. 

Dwóch czerwońców Szarikow wyparł się kategorycznie  i przy tym wypowiedział się 

niejasno, że niby nie on jeden jest w mieszkaniu. 

-  Aha,  być  może  doktor  Bormental  gwizdnął  czerwońce?  -  zainteresował  się  Filip 

Filipowicz cichym, ale strasznym głosem. 

Szarikow  zachwiał  się,  otworzył  absolutnie  nieprzytomne  oczy  i  wypowiedział 

przypuszczenie: 

- A być może Zinka wzięła... 

-  Co  takiego?!  -  krzyknęła  Zina,  która  właśnie  pojawiła  się  w  drzwiach  niczym 

widziadło, przykrywając ręką rozpiętą na piersi bluzkę. - Jak ten... 

Szyja Filipa Filipowicza zabarwiła się na czerwono. 

- Spokojnie, Zina, moja droga - powiedział wyciągając do niej rękę - nie denerwuj się, 

my tu wszystko załatwimy. 

Zina  niezwłocznie  rozszlochała  się  wykrzywiając  wargi  i  dłoń  Filipa  Filipowicza 

zadygotała na jej obojczyku. 

-  Zina,  jak  ci  nie  wstyd?  Kto  by  mógł  pomyśleć  coś  takiego?  Tfu,  co  za  hańba!  - 

mówił speszony Bormental. 

- Zina, głupia jesteś, jak Boga kocham - zaczął Filip Filipowicz. 

Ale  w  tym  momencie  Zina  przestała  płakać  sama  z  siebie  i  wszyscy  umilkli. 

Szarikowowi zrobiło się niedobrze. 

Uderzywszy głową w ścianę wydał dźwięk: ni to „i”, ni to „je” - coś w rodzaju „eee”. 

Jego twarz zbladła, a szczęka poruszyła się spazmatycznie. 

- Dać mu, łajdakowi, wiadro z laboratorium! 

I wszyscy zakrzątnęli się przy pielęgnowaniu chorego Szarikowa. Kiedy prowadzono 

background image

go  do  łóżka,  zataczał  się  w  rękach  Bormentala  oraz  niezmiernie  tkliwie  i  melodyjnie 

przeklinał najgorszymi wyrazami, wymawiając je z ogromnym trudem. 

Cała ta historia wydarzyła się około pierwszej, a teraz była trzecia nad ranem, lecz ci 

dwaj  w  gabinecie  nie  spali,  podekscytowani  koniakiem  z  cytryną.  Nadymili  tak,  że  dym 

przesuwał się w powolnych, gęstych warstwach i nawet nie falował. 

Doktor  Bormental  blady,  z  nadzwyczaj  zdecydowanym  wyrazem  oczu,  uniósł 

kieliszek o talii osy. 

- Filipie  Filipowiczu - zawołał  z uczuciem -  nigdy  nie zapomnę,  jak przyszedłem do 

pana, kiedy byłem głodującym studentem, a pan wziął  mnie do siebie na katedrę. Proszę mi 

wierzyć,  Filipie  Filipowiczu,  jest  pan  dla  mnie  czymś  znacznie  więcej  niż  profesorem  i 

nauczycielem...  Mój  bezgraniczny  szacunek  dla  pana...  Proszę  mi  pozwolić  ucałować  pana, 

drogi Filipie Filipowiczu. 

-  Tak,  mój  kochaneczku  -  wybełkotał  speszony  Filip  Filipowicz  i  wstał.  Bormental 

objął go i pocałował w puszyste, mocno przesiąknięte nikotyną wąsy. 

- Jak Boga kocham, Filipie Filipowiczu... 

-  Tak  mnie  pan  wzruszył,  tak  wzruszył...  Dziękuję...  -  mówił  Filip  Filipowicz.  - 

Kochaneczku,  czasami  krzyczę  na  pana  w  czasie  operacji.  Niechże  mi  pan  wybaczy  starczą 

impulsywność. W gruncie rzeczy jestem taki samotny... „Od Sewilli do Grenady...” 

-  Filipie  Filipowiczu,  czy  nie  wstyd  panu?...  -  wykrzyknął  szczerze  płomienny 

Bormental. - Jeżeli nie chce pan mnie urazić, proszę nigdy więcej nie mówić w ten sposób... 

- Dziękuję panu, dziękuję... 

„Aż  do  najświętszych  brzegów  Nilu...”  Dziękuję...  I  ja  polubiłem  pana  jako 

utalentowanego lekarza. 

-  Powiadam  panu,  Filipie  Filipowiczu!  -  zawołał  z  pasją  Bormental,  zerwał  się, 

dokładniej zamknął drzwi do korytarza, a kiedy wrócił na miejsce, mówił już dalej szeptem. - 

Przecież  to  jest  jedyne  wyjście.  Nie  śmiem  panu  oczywiście  udzielać  rad,  ale,  Filipie 

Filipowiczu, niech pan popatrzy na siebie, jest pan kompletnie wyczerpany, tak przecież nie 

sposób dalej pracować! 

- Absolutnie nie sposób - westchnąwszy potwierdził Filip Filipowicz. 

- No właśnie, to nie do pomyślenia - szeptał Bormental. 

-  Zeszłym  razem  mówił  pan,  że  to  z  obawy  o  mnie,  i  gdyby  pan  wiedział,  drogi 

profesorze, jak mnie to poruszyło. Nie jestem przecież dzieckiem i świetnie rozumiem, jaka z 

tego może wyniknąć okropna historia. Ale według mojego najgłębszego przekonania nie ma 

innego wyjścia. 

background image

Filip Filipowicz wstał, zamachał na niego rękami i zawołał: 

- Niech mnie pan nie kusi i w ogóle o tym nie wspomina. - Profesor zaczął spacerować 

po pokoju w rozkołysanych falach dymu. - Nie chcę tego nawet słuchać. Proszę pomyśleć, co 

będzie,  jeśli  nas  nakryją?  Ani panu, ani  mnie  nie pomoże „biorąc pod uwagę pochodzenie”, 

chociaż  pierwszy  raz  w  życiu  staniemy  przed  sądem.  Nie  ma  pan  przecież  odpowiedniego 

pochodzenia, mój drogi? 

- A skądże znowu, u diabła. 

Mój  ojciec  był  sędzią  śledczym  w  Wilnie  -  z  goryczą  odparł  Bormental  dopijając 

koniak. 

- No właśnie, proszę bardzo. 

To  przecież  jak  choroba  dziedziczna.  Trudno  wyobrazić  sobie  coś  paskudniejszego. 

Zresztą,  przepraszam,  ze  mną  jest  jeszcze  gorzej.  Ojciec:  protojeriej  przy  katedrze.  Merci. 

„Od Sewilli do Grenady... W cichym zmroku ciemnych nocy...” niech to diabli wezmą. 

- Filipie Filipowiczu, jest pan światowej sławy uczonym i przez jakiegoś, przepraszam 

za wyrażenie, sukinsyna... Proszę mi wybaczyć, ale oni nie poważą się pana ruszyć! 

- Tym bardziej ja na to nie pójdę - powiedział zadumany Filip Filipowicz, przystając i 

wpatrując się w oszkloną szafę. 

- Ależ dlaczego? 

- Dlatego, że pan przecież nie jest światową sławą. 

- Gdzie mi tam... 

-  Otóż  to.  A  zostawić  kolegę  w  czasie  katastrofy  i  samemu  wykręcić  się  światową 

sławą, pan daruje... Jestem moskiewskim studentem, a nie Szarikowem. 

Filip  Filipowicz  dumnie  uniósł  ramiona  i  zrobił  się  podobny  do  pradawnego  króla 

Francji. 

- Ech, Filipie  Filipowiczu... - zawołał z goryczą  Bormental - to znaczy  że  co? Teraz 

będzie pan czekał, aż uda się z tego chuligana zrobić człowieka? 

Filip  Filipowicz  powstrzymał  go  gestem  ręki,  nalał  sobie  koniaku,  possał  cytrynę  i 

powiedział: 

-  Iwanie  Arnoldowiczu,  czy  ja  według  pana  znam  się  na  anatomii  i  fizjologii, 

powiedzmy, ludzkiego mózgu? Co pan sądzi na ten temat? 

-  Filipie  Filipowiczu,  pan  jeszcze  pyta!  -  z  ogromnym  uczuciem  odpowiedział 

Bormental i rozłożył ręce. 

- No dobrze. Bez fałszywej skromności. Ja też uważam, że w tej dziedzinie nie należę 

do ostatnich w Moskwie. 

background image

-  A  ja  uważam,  że  pan  jest  pierwszy  nie  tylko  w  Moskwie,  ale  i  w  Londynie,  i  w 

Oxfordzie! - gniewnie przerwał Bormental. 

- No dobrze, niech tak będzie. 

No więc, przyszły profesorze Bormental, to się nikomu nie uda. Koniec. Nawet nie ma 

nad  czym  się  zastanawiać.  Proszę  się  powołać  na  mnie,  powiedzieć,  że  tak  mówi 

Preobrażeński.  Finita!  Klim!  -  nagle  triumfująco  zawołał  Filip  Filipowicz  i  szafa 

odpowiedziała mu dźwięcznym brzęczeniem. - Klim - powtórzył. 

- A więc tak, doktorze Bormental, jest pan pierwszym uczniem mojej szkoły, a także, 

jak się dzisiaj przekonałem, moim przyjacielem. Tak więc panu jako przyjacielowi zdradzę w 

tajemnicy  -  rzecz  jasna  wiem,  że  nie  wyda  mnie  pan  na  pośmiewisko  -  że  stary  osioł 

Preobrażeński  naciął  się  na  tej  operacji  jak  student  trzeciego  roku.  Co  prawda  dokonałem 

odkrycia, i sam pan wie jakiego - w tym miejscu Filip Filipowicz gorzko wskazał oburącz na 

zasłonięte  okna,  najwidoczniej  mając  na  myśli  Moskwę  -  ale  jednak  proszę,  Iwanie 

Arnoldowiczu  wziąć  pod  uwagę,  że  jedynym  rezultatem  tego  odkrycia  będzie  to,  że  teraz 

wszyscy będziemy mieć tego Szarikowa, o, tutaj. - Preobrażeński poklepał się po stromym  i 

skłonnym  do  apopleksji  karku.  -  O  to  może  być  pan  spokojny!  Jeśliby  ktokolwiek  - 

kontynuował z masochistyczną przyjemnością Filip Filipowicz - położył mnie tu i wychłostał, 

przysięgam,  zapłaciłbym  mu  z  pięć  czerwońców!  „Od  Sewilli  do  Grenady...”  Niech  mnie 

diabli  wezmą...  Przez  pięć  lat  siedziałem,  wydłubywałem  przysadki  z  mózgów...  Pan  wie, 

jaką  robotę odwaliłem:  w  głowie  się  nie  mieści.  A  teraz oto  powstaje  pytanie:  po  co?  Żeby 

pewnego pięknego dnia sympatyczne zwierzę przemienić w takiego łotra, że włos się jeży? 

- Rzeczywiście, w niesłychanego. 

- W pełni się z panem zgadzam. 

Oto,  doktorze,  co  się  dzieje,  kiedy  eksperyment  zamiast  iść  ostrożnie  i  równolegle  z 

naturą,  forsuje  problem  i  zrywa  zasłony.  No  i  mamy  teraz  Szarikowa  z  całym 

dobrodziejstwem inwentarza. 

- Filipie Filipowiczu, a gdyby mózg Spinozy? 

- Tak! - zaryczał Filip Filipowicz. - Tak! Jeśli tylko nieszczęsny pies nie zdechnie mi 

pod nożem, a widział pan, jaka to operacja. Krótko mówiąc, ja, Filip Preobrażeński, w życiu 

nie  robiłem  trudniejszej.  Można  wszczepić  przysadkę  Spinozy  albo  jakiegokolwiek  innego 

czorta  i  przerobić  psa  na  coś  niebywałego.  Pytanie  tylko,  po  jakiego  diabła?  Niech  mi  pan 

wytłumaczy,  proszę,  po  co  sztucznie  fabrykować  Spinozę,  kiedy  zwykła  baba  może  go 

urodzić  w  każdej  chwili.  Przecież  madame  Łomonosowa  urodziła  w  Chołmogorach  tego 

swojego  wspaniałego.  Ludzkość,  doktorze,  sama  zatroszczy  się  o  to  w  trybie  ewolucji, 

background image

uporczywie wyodrębniając z nikczemnej masy przeciętności dziesiątki niezwykłych geniuszy, 

którzy są chlubą naszej planety. Teraz pan rozumie, doktorze, czemu uznałem za nieprzydatne 

pańskie wnioski z historii choroby Szarika. Moje odkrycie, niech się nim diabli udławią, i nad 

którym się tak pan trzęsie, ma wartość dokładnie jednego złamanego szeląga. Tak, niech się 

pan ze mną nie spiera, Iwanie Arnoldowiczu, ja już to zrozumiałem. I nigdy nie rzucam słów 

na wiatr, świetnie pan o tym wie. Teoretycznie to bardzo ciekawe. No dobra! Fizjolodzy będą 

zachwyceni. Moskwa oszalała... No, a w praktyce? Kogo ma pan przed sobą? - Preobrażeński 

pokazał palcem na drzwi laboratorium, za którymi spoczywał Szarikow. 

- Niespotykany łobuz. 

-  Ale  kto  to  taki?  Klim,  Klim  -  zawołał  profesor  -  Klim  Czugunkin  (Bormental 

otworzył usta), a więc, dwukrotnie karany, alkoholizm,  „wszystko rozdzielić”, czapka  i dwa 

czerwońce  przepadły  (tu  Filip  Filipowicz  przypomniał  sobie  jubileuszową  laskę  i 

spurpurowiał),  cham  i  świnia...  No,  tę  laskę  odzyskam.  Słowem,  przysadka  to  zamknięta 

komora określająca osobowość konkretnego człowieka. 

Konkretnego!  „Od  Sewilli  do  Grenady...”  -  okrutnie  przewracając  oczami  krzyczał 

Filip  Filipowicz  -  a  nie  ogólnoludzką.  Przysadka  to  cały  mózg  w  miniaturze,  który  mnie  w 

ogóle  nie  interesuje  i  w  ogóle  pies  z  nim  tańcował.  Myślałem  o  czymś  zupełnie  innym,  o 

eugenice, o poprawieniu ludzkiego gatunku. I właśnie na odmładzaniu się naciąłem. Czy pan 

naprawdę myśli, że ja to robię dla pieniędzy? Pomimo wszystko jestem przecież uczonym. 

-  Jest  pan  wielkim  uczonym,  ot  co!  -  oznajmił  Bormental  łykając  koniak.  Oczy 

nabiegły mu krwią. 

-  Chciałem  tylko  przeprowadzić  małe  doświadczenie  po  tym,  jak  dwa  lata  temu 

otrzymałem  z  przysadki  wyciąg  hormonów  płciowych.  A  co  wyszło  zamiast  tego?  O  mój 

Boże!  A  tych  hormonów  w  przysadce,  o  Chryste...  Doktorze,  przede  mną  kompletna 

beznadziejność, przysięgam, zagubiłem się. 

Bormental zakasał nagle rękawy, oczy zbiegły mu się u nasady nosa i powiedział: 

-  W  takim  razie,  drogi  nauczycielu,  jeśli  pan  nie  chce,  ja  sam  na  własne  ryzyko 

nakarmię  go  arszenikiem.  Do  diabła  z  ojcem,  byłym  sędzią  śledczym.  Przecież  koniec 

końców, to jest pana własne eksperymentalne stworzenie. 

Filip Filipowicz przygasł, zwiotczał, opadł w fotel i powiedział: 

- Nie, ja na to nie pozwolę, mój drogi chłopcze. Mam sześćdziesiąt lat i mogę udzielić 

panu rady. Niech pan nigdy nie popełnia przestępstwa, niezależnie od tego, przeciwko komu 

byłoby ono skierowane. Dożyje pan starości, mając czyste ręce. 

- Na litość, Filipie Filipowiczu, jeśli nad nim jeszcze trochę popracuje ten Szwonder, 

background image

to  co  z  niego  wyrośnie?  Mój  Boże, teraz  dopiero  zaczynam  rozumieć,  co  może  wyniknąć  z 

tego Szarikowa! 

-  Aha!  Teraz  pan  zrozumiał?  A  ja  zrozumiałem  dziesięć  dni  po  operacji.  No  więc 

Szwonder  jest największym durniem ze wszystkich. Nie pojmuje, że Szarikow jest znacznie 

niebezpieczniejszy dla niego niż dla mnie. Teraz wszelkimi sposobami stara się poszczuć go 

na  mnie,  nie rozumiejąc, że  jeżeli ktoś z kolei poszczuje Szarikowa na  niego, ze Szwondera 

zostanie mokra plama. 

- Ja myślę! Same koty ile są warte! Człowiek z psim sercem. 

-  O  nie,  nie  -  przeciągle  odpowiedział  Filip  Filipowicz  -  popełnia  pan,  doktorze, 

ogromny  błąd,  niech  pan,  na  Boga,  nie  obraża  psa.  Koty  to  tylko  chwilowe...  To  sprawa 

karności i dwóch, trzech tygodni. Zapewniam pana. Jeszcze jakiś miesiąc i przestanie się na 

nie rzucać. 

- A dlaczego nie teraz? 

-  Iwanie  Arnoldowiczu,  to  przecież  elementarne...  Doprawdy,  po  co  pan  pyta? 

Przecież  przysadka  nie  zawisła  w  powietrzu.  Przecież  została  wszczepiona  właśnie  w  psi 

mózg, trzeba czasu, żeby się przyjęła. Teraz Szarikow zachowuje tylko resztki tego, co psie, i 

proszę  zrozumieć,  że  koty  to  jeszcze  najmniej  straszne  z  tego,  co  on  robi.  Niech  pan  sobie 

uświadomi,  najstraszniejsze,  że  Szarikow  ma  już  nie  psie,  a  właśnie  ludzkie  serce.  I  to 

najparszywsze ze wszystkich, jakie stworzyła natura! 

Podekscytowany  do  najwyższego  stopnia  Bormental  zacisnął  w  pięści  silne,  chude 

dłonie, poruszył ramionami i twardo przemówił: 

- Skończone. Ja go zabiję. 

- Zabraniam! - kategorycznie odpowiedział Filip Filipowicz. 

- Na litość... 

Filip Filipowicz podniósł nagle palec i zaczął nadsłuchiwać. 

- Niech pan poczeka... Chyba słyszałem kroki. 

Obaj nadsłuchiwali, ale w korytarzu było cicho. 

-  Zdawało  mi  się  -  powiedział  Filip  Filipowicz  i  z  zapałem  zaczął  mówić  po 

niemiecku.  W  potoku  zagranicznych  słów  kilkakrotnie  zabrzmiało  po  rosyjsku  słowo 

„kryminał”. 

- Chwileczkę - nagle czujnie odezwał się Bormental i ruszył do drzwi. 

Wyraźnie  było  słychać  kroki  zbliżające  się  do  gabinetu.  I  jeszcze  buczenie  jakiegoś 

głosu.  Bormental  otworzył  drzwi  i  odskoczył  zdumiony.  Doszczętnie  zaskoczony  Filip 

Filipowicz zastygł w fotelu. 

background image

W  oświetlonym  czworokącie  korytarza  pojawiła  się  w  samej  tylko  nocnej  koszuli 

Daria  Pietrowna  z  płonącym  bojowo  obliczem.  Zarówno  lekarza,  jak  i  profesora  oślepiła 

obfitość  ogromnego  i,  jak  im  się  ze  strachu  wydało,  zupełnie  gołego  ciała.  W  potężnych 

rękach  Daria  Pietrowna  wlokła  coś  i  to  coś  zapierało  się,  siadało  na  zadzie,  a  jego  pokryte 

czarnym  puchem  niewielkie  nóżki  plątały  się  na  parkiecie.  „Coś”,  rzecz  jasna,  okazało  się 

Szarikowem, kompletnie zdezorientowanym,  jeszcze pijanym, rozkudłanym  i w  samej tylko 

koszuli. 

Daria  Pietrowna,  goła  i  imponująca,  potrząsnęła  Szarikowem  jak  workiem  kartofli  i 

powiedziała, co następuje: 

-  Jak  się  panu  podoba,  panie  profesorze,  nasz  gość  Telegraf  Telegrafowicz?  Ja  już 

byłam zamężna, ale Zina to niewinna dziewczyna. Szczęście, że się obudziłam. 

Zakończywszy  przemówienie  Daria  Pietrowna  zawstydziła  się,  krzyknęła,  zasłoniła 

pierś dłońmi i uleciała. 

- Dario Pietrowna, na  miłość  boską, przepraszam - krzyknął  w  ślad za  nią  czerwony 

Filip Filipowicz, kiedy się opamiętał. 

Bormental  zakasał  wyżej  rękawy  koszuli  i  ruszył  na  Szarikowa.  Filip  Filipowicz 

zajrzał mu w oczy i przeraził się. 

- Panie doktorze! Zakazuję panu... 

Bormental prawą ręką ujął Szarikowa za kołnierz i potrząsnął tak, że płótno koszuli z 

przodu trzasnęło. 

Filip  Filipowicz  rzucił  się  na  ratunek  i  zaczął  wydzierać  szczupłego  Szarikowa  z 

wprawnych chirurgicznych rąk. 

- Bić  nie  ma pan prawa - krzyczał  na wpół zaduszony Szarikow, siadając  na ziemi  i 

trzeźwiejąc. 

- Doktorze! - krzyczał Filip Filipowicz. 

Bormental trochę się opamiętał i wypuścił Szarikowa, który natychmiast zaskowyczał. 

-  W  porządku  -  wysyczał  Bormental  -  poczekamy  do  rana.  Urządzę  mu  benefis,  jak 

tylko wytrzeźwieje. 

I  chwyciwszy  Szarikowa  pod  pachy  powlókł  go  do  laboratorium  spać.  Szarikow 

próbował wierzgać, ale nogi nie chciały go słuchać. 

Filip  Filipowicz  rozstawił  nogi,  na  skutek  czego  lazurowe  poły  szlafroka  rozsunęły 

się, wzniósł oczy i ręce do lampy pod sufitem korytarza i powiedział: 

- No, no... 

background image

IX 

Benefis  Szarikowa,  który  obiecał  mu  doktor  Bormental,  nie  odbył  się  jednakże 

następnego  ranka,  z  tej  mianowicie  przyczyny,  że  Poligraf  Poligrafowicz  przepadł  z  domu. 

Bormental wpadł we wściekłą furię, nazwał sam siebie osłem za to, że nie schował klucza od 

drzwi  frontowych,  krzyczał,  że  nigdy  sobie  tego  nie  daruje  i  zakończył  życzeniem,  żeby 

Szarikow  trafił  pod  autobus.  Filip  Filipowicz  siedział  w  gabinecie  i  zanurzając  palce  w 

czuprynie mówił: 

- Wyobrażam sobie, co się będzie działo na ulicy... Wyobrażam sobie. „Od Sewilli do 

Grenady...” mój Boże. 

- Może jest w komitecie domowym - szalał Bormental i gdzieś biegał. 

W  komitecie  domowym  pokłócił  się  z  przewodniczącym  Szwonderem  do  tego 

stopnia,  że  przewodniczący  Szwonder  zasiadł  do  pisania  skargi  do  sądu  ludowego  rejonu 

chamowniczeskiego,  krzycząc  przy  tym,  że  nie  jest  stróżem  wychowanka  profesora 

Preobrażeńskiego, tym bardziej że ów wychowanek, Poligraf, nie dalej jak wczoraj okazał się 

oszustem,  biorąc  z  komitetu  domowego  siedem  rubli,  rzekomo  na  zakup  podręczników  w 

spółdzielni. 

Fiodor, który z tej okazji zarobił trzy ruble, przeszukał dom od góry do dołu. Nigdzie 

nie było nawet śladu Szarikowa. 

Tylko  jedno  stało  się  jasne  -  Poligraf  opuścił  mieszkanie  o  świcie  w  cyklistówce, 

palcie  i  szaliku,  zabierając  ze  sobą  z  kredensu  butelkę  jarzębiaku,  rękawiczki  doktora 

Bormentala  i  wszystkie  swoje  dokumenty.  Daria  Pietrowna  i  Zina  nie  ukrywały  burzliwej 

radości oraz nadziei, że Szarikow nigdy już nie wróci. Od Darii Pietrowny Szarikow pożyczył 

poprzedniego dnia trzy ruble i pięćdziesiąt kopiejek. 

-  Dobrze  wam  tak!  -  ryczał  Filip  Filipowicz  potrząsając  pięściami.  Przez  cały  dzień 

dzwonił  telefon,  dzwonił  również  dnia  następnego.  Lekarze  przyjmowali  niezwykle  wielu 

pacjentów,  a  na  trzeci  dzień  w  gabinecie  jasno  i  wyraźnie  stanął  problem  zawiadomienia 

milicji, która to milicja powinna odnaleźć Szarikowa w moskiewskich odmętach. 

Jak  tylko  zostało  wypowiedziane  słowo  „milicja”,  nabożną  ciszę  uliczki 

Obuchowskiej  rozszarpał  chrzęst  ciężarówki  i  zadrżały  okna  w  całym  domu.  Następnie 

zabrzmiał pewny siebie dzwonek i z niezwykłą godnością wkroczył Poligraf Poligrafowicz, w 

całkowitym  milczeniu  zdjął  cyklistówkę,  powiesił  palto  na  jelenich  rogach  i  objawił  się  w 

zupełnie nowym kształcie. Miał na sobie skórzaną kurtkę, wyraźnie kupioną na kogoś innego, 

background image

również  skórzane  wytarte  spodnie  i  wysokie  angielskie  buty,  sznurowane  pod  kolana. 

Niewyobrażalny koci zapach natychmiast rozprzestrzenił się w całym przedpokoju. 

Preobrażeński  i  Bormental  jak  na komendę skrzyżowali ręce  na piersiach, stanęli we 

framudze  drzwi,  oczekując  pierwszych  informacji  od  Poligrafa  Poligrafowicza.  Ten  zaś 

przygładził szczeciniaste włosy, odkaszlnął i rozejrzał się w taki sposób, że było jasne - swoje 

zakłopotanie Poligraf stara się zamaskować nonszalancją. 

- Ja, Filipie Filipowiczu - zaczął wreszcie mówić - dostałem posadę. 

Obaj  lekarze  wydali  z  siebie  suche,  nieokreślone  chrząknięcie  i  poruszyli  się. 

Preobrażeński oprzytomniał pierwszy, wyciągnął przed siebie rękę i wyrzekł: 

- Papiery. 

Było napisane na maszynie: 

„Okaziciel  niniejszego,  Poligraf  Poligrafowicz  Szarikow,  jest  kierownikiem 

pododdziału  oczyszczania  miasta  z  bezdomnych  zwierząt  (kotów  itp.)  w  wydziale 

Moskiewskiej Gospodarki komunalnej.” 

- Tak - ciężko powiedział Filip Filipowicz - a któż to ci załatwił? Ach, zresztą sam się 

domyślam. 

- No tak, Szwonder - odpowiedział Szarikow. 

- Pozwól, że zapytam: dlaczego tak ohydnie śmierdzisz? 

Szarikow z zatroskaniem powąchał kurtkę. 

-  No  to  co,  że  śmierdzi...  wiadomo,  jak  od  specjalisty.  Wczoraj  dusiliśmy  te  koty, 

dusiliśmy... 

Filip  Filipowicz  wzdrygnął  się  i  spojrzał  na  Bormentala.  Oczy  Bormentala 

przypominały dwie czarne  lufy skierowane wprost na Szarikowa. Bez zbędnych  słów ruszył 

na Szarikowa i z łatwością złapał go za gardło. 

- Ratunku! - zapiszczał Szarikow blednąc. 

- Doktorze! 

-  Nie  pozwolę  sobie  na  nic  złego,  Filipie  Filipowiczu,  proszę  się  nie  niepokoić  - 

żelaznym głosem powiedział Bormental i wrzasnął: - Daria Pietrowna, Zina! 

Obie pojawiły się w przedpokoju. 

-  No,  powtarzaj  -  powiedział  Bormental  i  odrobinę  przycisnął  gardło  Szarikowa  do 

wiszącego na wieszaku futra - proszę mi wybaczyć... 

- No dobrze, powiem - odparł zachrypłym głosem absolutnie wstrząśnięty Szarikow, 

ale  nagle  nabrał  powietrza,  szarpnął  się  i  spróbował  krzyknąć  ratunku,  krzyk  się  jednak  nie 

udał i głowa Poligrafa całkowicie utonęła w futrze. 

background image

- Doktorze, błagam pana. 

Szarikow pokiwał głową, dając do zrozumienia, że poddaje się i będzie powtarzać. 

- ... Proszę mi wybaczyć, szanowna Dario Pietrowna i Zinaido? 

- Prokofiewna - wyszeptała z przestrachem Zina. 

- Uf, Prokofiewna... - mówił  łapiąc powietrze zachrypły Szarikow -... że pozwoliłem 

sobie... 

- Sobie na paskudne zachowanie w nocy w stanie pijackiego zamroczenia. 

- Pijackiego zamroczenia... 

- Nigdy więcej nie będę... 

- Nie bę... 

- Niech pan go puści, Iwanie Arnoldowiczu - chórem poprosiły obie kobiety - przecież 

pan go zadusi. 

Bormental puścił Szarikowa i powiedział: 

- Ta ciężarówka czeka na ciebie? 

- Nie - z szacunkiem powiedział Poligraf - tylko mnie przywiozła. 

-  Zina,  proszę  odesłać  samochód.  A  teraz  weź  pod  uwagę,  co  następuje:  znowu 

wróciłeś do mieszkania Filipa Filipowicza. 

- A dokąd mam jeszcze iść? - nieśmiało zapytał Szarikow, błądząc wokół wzrokiem. 

-  Znakomicie.  Masz  siedzieć  jak  mysz  pod  miotłą.  W  przeciwnym  razie  za  każde 

wykonane świństwo będziesz miał ze mną do czynienia. Jasne? 

- Jasne - odparł Szarikow. 

Filip Filipowicz przez cały czas rozprawy z Szarikowem zachowywał milczenie. Jakoś 

żałośnie  przytulony  do  futryny  obgryzał  paznokieć  patrząc  w  parkiet. Potem  nagle  podniósł 

wzrok na Szarikowa i zapytał mechanicznie, głuchym głosem: 

- A co potem się dzieje z tymi... zabitymi kotami? 

- Idą na paltoty - odparł Szarikow. - Zrobią z nich wiewiórki na kredyt dla robotników. 

Następnie w mieszkaniu zapadła cisza i trwała dwie doby. Poligraf Poligrafowicz rano 

odjeżdżał  ciężarówką,  pojawiał  się  wieczorem,  cicho  zjadał  obiad  w  towarzystwie  Filipa 

Filipowicza i Bormentala. 

Chociaż Bormental i Szarikow spali w jednym pokoju - w poczekalni dla pacjentów - 

nie rozmawiali ze sobą i Bormental pierwszy się znudził. 

Chyba  po  jakichś  dwóch  dniach  w  mieszkaniu  pojawiła  się  chudziutka  panienka  z 

podmalowanymi  oczami,  w  kremowych  pończochach,  niezmiernie  zmieszana  wspaniałością 

mieszkania.  Szła  w  wytartym  paletku  w  ślad  za  Szarikowem  i  w  przedpokoju  wpadła  na 

background image

profesora. 

Profesora zamurowało, zmrużył oczy i zapytał: 

- Przepraszam, a to kto? 

- Żenię  się z  nią, to nasza  maszynistka, będzie ze  mną  mieszkać. Trzeba Bormentala 

wykwaterować  z  poczekalni.  Ma  własne  mieszkanie  -  wyjątkowo  nieprzyjaźnie  i  ponuro 

wyjaśnił Szarikow. 

Filip Filipowicz zamrugał oczami, zamyślił się patrząc na poczerwieniałą panienkę, po 

czym poprosił ją nader uprzejmie: 

- Pozwoli pani na chwileczkę do mojego gabinetu. 

- Ja z nią pójdę - szybko i podejrzliwie oświadczył Szarikow. 

Wtedy momentalnie wynurzył się spod ziemi Bormental. 

- Przykro mi - powiedział - profesor porozmawia z panią, a my obaj zostaniemy tutaj. 

-  A  ja  nie  chcę  -  złym  głosem  powiedział  Szarikow,  próbując  udać  się  w  ślad  za 

płomieniejącą ze wstydu panienką i Filipem Filipowiczem. 

- Raczej nie - Bormental ujął Szarikowa za rękę i zaprowadził do laboratorium. 

Przez  jakieś  pięć  minut  z  gabinetu  nic  nie  było  słychać,  a  potem  rozległ  się  głuchy 

szloch panienki. 

Filip Filipowicz stał przy biurku, a panienka łkała w brudną koronkową chusteczkę. 

- Powiedział, łajdak, że był ranny na polu walki - zaszlochała panienka. 

- Kłamie -  nieustępliwie odpowiadał  Filip Filipowicz. Pokręcił głową  i powiedział: - 

Szczerze mi pani żal, ale przecież nie można tak z pierwszym lepszym tylko z powodu jego 

służbowego stanowiska... Dziecko, zapewniam panią, że to okropne. A więc tak... - otworzył 

szufladę biurka i wyjął trzy banknoty po trzydzieści rubli. 

-  Otruję  się  -  płakała  panienka  -  w  stołówce  codziennie  solone  mięso...  a on  grozi... 

mówi,  że  jest  czerwonym  dowódcą...  Ze  mną,  mówi,  będziesz  mieszkać  w  luksusach... 

psychikę,  mówi,  mam  szlachetną,  tylko  kotów  nienawidzę...  Pierścionek  mi  zabrał  na 

pamiątkę... 

-  No,  no,  szlachetna  psychika...  „Od  Sewilli  do  Grenady...”  -  mamrotał  Filip 

Filipowicz - trzeba jakoś przez to przejść... Pani jest taka młoda... 

- Czyżby w tej właśnie bramie? 

- Niech pani bierze pieniądze, kiedy pożyczają - zaryczał Filip Filipowicz. 

Następnie uroczyście otwarły się drzwi i Bormental na zaproszenie Filipa Filipowicza 

wprowadził Szarikowa. Szarikow  miał rozbiegane oczy  i sierść  na  jego głowie sterczała  jak 

szczotka. 

background image

-  Łajdak  -  powiedziała  panienka,  błyskając  rozmazanym  i  zapłakanym  okiem  i 

pasiastym upudrowanym nosem. 

- Skąd masz bliznę na czole? 

Bądź łaskaw wyjaśnić tej pani - serdecznie zaproponował Filip Filipowicz. 

Szarikow zagrał va banque. 

- Byłem ranny na froncie kołczakowskim - wyszczekał. 

Panienka wstała i wyszła z głośnym płaczem. 

- Niech pani przestanie! - krzyknął za nią Filip Filipowicz. - Chwileczkę, proszę oddać 

pierścionek - zwrócił się do Szarikowa. 

Ten zaś pokornie zdjął z palca tombakowy pierścionek ze szmaragdowym oczkiem. 

- Dobra - powiedział raptem z wściekłością - ty mnie jeszcze popamiętasz. Urządzę ci 

jutro kompresję etatów. 

- Niech się pani go nie boi - krzyknął do panienki Bormental. 

- Nie pozwolę mu nic pani zrobić! - odwrócił się i tak popatrzył, że Szarikow cofnął 

się i uderzył głową o szafę. 

-  Jej  nazwisko?  -  zapytał  Bormental.  -  Nazwisko!  -  zaryczał  i  nagle  stał  się  dziki  i 

przerażający. 

- Wasniecowa - odpowiedział Szarikow, szukając wzrokiem, gdzie by tu zwiać. 

- Codziennie - ujmując go za klapy kurtki powiedział Bormental - sam osobiście będę 

sprawdzał w zakładzie oczyszczania, czy nie zredukowano obywatelki Wasniecowej. I jeżeli 

ty...  jeśli  się  dowiem,  że  jest  zredukowana,  to...  własnoręcznie  cię  zastrzelę.  Strzeż  się, 

Szarikow, do ciebie mówię! 

Szarikow nie mógł oderwać oczu od nosa Bormentala. 

-  Sami  też  umiemy  strzelać  z  rewolweru...  -  wymamrotał  Poligraf,  ale  jakoś  słabo  i 

nagle wykorzystał moment, by prysnąć w drzwi. 

- Strzeż się! - biegł za nim krzyk Bormentala. 

Przez całą noc i połowę następnego dnia wisiała cisza jak burzowa chmura. Wszyscy 

milczeli.  Ale  następnego  dnia,  kiedy  Poligraf  Poligrafowicz,  którego  tknęło  ponure 

przeczucie, odjechał ciężarówką do pracy, profesor Preobrażeński poza zwykłymi godzinami 

przyjął  jednego ze swoich  byłych pacjentów, tęgiego, wysokiego  mężczyznę  w wojskowym 

mundurze.  Człowiek  ten  uporczywie  domagał  się  spotkania  i  w  końcu  dopiął  swego. 

Wchodząc do gabinetu uprzejmie stuknął obcasami. 

-  Czyżby  bóle  powróciły,  drogi  panie?  -  zapytał  mizerny  Filip  Filipowicz.  -  Proszę, 

niech pan siada. 

background image

- Merci. Nie, profesorze - odpowiedział gość stawiając szłyk na rogu biurka. - Jestem 

panu  niezmiernie  zobowiązany...  Hm...  Przyjechałem  w  zupełnie  innej  sprawie,  Filipie 

Filipowiczu...  żywiąc  wielki  szacunek...  hm...  ostrzec.  Oczywiste  głupstwo.  To  zwyczajny 

łajdak... - Pacjent sięgnął do teczki i wyjął papier. - Dobrze, że trafiło bezpośrednio do mnie... 

Filip  Filipowicz  wsadził  dodatkowo  binokle  na  okulary  i  zaczął  czytać.  Długo 

mamrotał do siebie zmieniając się na twarzy. 

„...  a  także  grożąc,  że  zabije  przewodniczącego  komitetu  domowego,  towarzysza 

Szwondera, z czego jawnie wynika, że przechowuje broń palną. Wygłasza kontrrewolucyjne 

przemówienia,  a  nawet  Engelsa  kazał  swojej  socjalsłużącej  Zinaidzie  Prokofiewnie  Buninej 

spalić  w  piecu,  jako  wyraźny  mienszewik  ze  swoim  asystentem  Bormentalem  Iwanem 

Arnoldowiczem,  który  potajemnie,  nie  zameldowany,  przebywa  w  jego  mieszkaniu.  Podpis 

kierownika  pododdziału  oczyszczania  P.  P.  Szarikowa  potwierdzam.  Przewodniczący 

komitetu domowego Szwonder, sekretarz Piestruchin.” 

-  Pan  pozwoli  mi  zatrzymać  u  siebie?  -  zapytał  Filip  Filipowicz  pokrywając  się 

plamami. - Czy to, być może, jest panu potrzebne dla nadania sprawie urzędowego biegu? 

- Pan daruje, profesorze - nadzwyczaj obraził się pacjent rozdymając nozdrza. - Chyba 

naprawdę przesadnie pan nami gardzi. Ja... - i zaczął nadymać się jak indyk. 

- Przepraszam, przepraszam, mój drogi! - wymamrotał Filip Filipowicz. - Jeszcze raz 

przepraszam,  naprawdę  nie  chciałem  pana  urazić.  Niech  pan  się  nie  gniewa,  mój  drogi,  on 

mnie tak udręczył... 

-  Myślę  -  powiedział  zupełnie  uspokojony  pacjent.  -  Ale  co  za  łajdak!  Swoją  drogą 

chciałbym go zobaczyć. W Moskwie opowiadają o panu legendy, profesorze... 

Filip Filipowicz z rozpaczą machnął tylko ręką. I wtedy pacjent zobaczył, że profesor 

zgarbił się i nawet jakby posiwiał w ostatnim okresie. 

* * * 

Przestępstwo  dojrzało  i  spadło  jak  kamień,  jak  zresztą  przeważnie  bywa.  Z  sercem 

ściśniętym  złym  przeczuciem  wrócił  ciężarówką  Poligraf  Poligrafowicz.  Głos  Filipa 

Filipowicza  poprosił  go  do  laboratorium.  Zdumiony  Szarikow  przyszedł  i  z  niejasnym 

strachem  spojrzał  w  lufy  na  twarzy  Bormentala,  a  następnie  na  Filipa  Filipowicza.  Chmura 

krążyła  wokół  asystenta,  a  jego  lewa  ręka  z  papierosem  lekko  drżała  na  niklowanym  pręcie 

krzesła ginekologicznego. 

Filip Filipowicz z bardzo złowieszczym spokojem powiedział: 

background image

- Natychmiast zabieraj rzeczy, spodnie, palto, wszystko, co ci jest potrzebne, i won z 

mieszkania. 

- Jakże to tak? - szczerze zdumiał się Szarikow. 

-  Won  z  mieszkania  i  to  dziś  -  monotonnie  powtórzył  Filip  Filipowicz,  patrząc  spod 

zmrużonych powiek na swoje paznokcie. 

Jakaś nieczysta siła opanowała chyba Poligrafa Poligrafowicza, zagłada już czatowała 

na  niego  i  nieubłagany  wyrok  został  wydany.  Sam  Poligraf  rzucił  się  w  objęcia 

nieuniknionego, bo szczeknął wściekle i ostro: 

- Znowu zaczynacie? Co to ja mocnych na was nie znajdę? Jak tu siedzę na szesnastu 

arszynach, tak będę siedział. 

- Wynoś się z mieszkania - serdecznie szepnął Filip Filipowicz. 

Szarikow  sam  zaprosił  swoją  śmierć.  Podniósł  lewą  rękę  i  pokazał  Filipowi 

Filipowiczowi  obgryzioną  nie  do  zniesienia,  cuchnącą  kotami  figę.  A  następnie  prawą  ręką 

wyciągnął  z  kieszeni  rewolwer  i  skierował  go  w  stronę  Bormentala.  Papieros  Bormentala 

zatoczył  łuk  niczym  spadająca  gwiazda,  a  po  kilku  sekundach  Filip  Filipowicz  biegając  po 

rozbitych  szklanych  szybach  w  przerażeniu  miotał  się  od  szafki  do  kozetki.  Na  kozetce  zaś 

leżał  chrypiąc  rozkrzyżowany  kierownik  pododdziału  oczyszczania,  a  ulokowany  na  jego 

piersiach chirurg Bormental dusił go malutkim białym jaśkiem. 

Po  kilku  minutach  doktor  Bormental  z  twarzą  zmienioną  nie  do  poznania  otworzył 

drzwi frontowe i obok guziczka dzwonka nakleił karteczkę: 

„Z powodu choroby profesora przyjęć dzisiaj nie będzie. 

Prosimy nie niepokoić dzwonkiem.” 

Lśniącym  scyzorykiem  doktor  przeciął  kabel  dzwonka,  obejrzał  w  lustrze  swoją 

podrapaną  do  krwi  twarz  i  pokaleczone,  drżące  dłonie.  Następnie  pojawił  się  w  drzwiach 

kuchni i powiedział wystraszonej Zinie i Darii Pietrownie: 

- Profesor prosi, żebyście nie wychodziły z mieszkania. 

- Dobrze - nieśmiało odpowiedziały Zina i Daria Pietrowna. 

-  Pozwólcie,  że  zamknę  drzwi  kuchenne  na  klucz  -  powiedział  Bormental,  chowając 

się za drzwi w ścianie i zasłaniając twarz dłonią. - To tylko na krótko i nie z powodu braku 

zaufania  do  was.  Ale  ktoś  może  przyjść,  nie  wytrzymacie,  otworzycie,  a  nam  nie  wolno 

przeszkadzać. Jesteśmy zajęci. 

- Dobrze - odpowiedziały kobiety i niezwłocznie pobladły. 

Bormental  zamknął  drzwi  kuchenne,  zamknął  także  frontowe oraz  drzwi  z  korytarza 

do przedpokoju. Potem kroki jego zamarły w laboratorium. 

background image

Cisza  spłynęła  na  mieszkanie  i  wpełzła  we  wszystkie  kąty.  Nadciągnął  zmierzch, 

wstrętny i czujny, słowem mrok. Co prawda później, kiedy już było po wszystkim, sąsiedzi z 

domu  naprzeciwko  mówili,  że  w  oknach  od  podwórza  u  Preobrażeńskiego  paliły  się 

wszystkie  światła,  i  nawet  podobno  można  było  zobaczyć  biały  kłobuk  samego  profesora... 

Trudno to sprawdzić. Co prawda również  i  Zina, kiedy wszystko się  skończyło, plotkowała, 

że  w  gabinecie  przed  kominkiem,  już  potem,  kiedy  profesor  i  Bormental  wyszli  z 

laboratorium,  przeraził  ją  śmiertelnie  Iwan  Arnoldowicz.  Podobno  siedział  w  kucki  przed 

kominkiem  w  gabinecie  i  własnoręcznie  palił  zeszyt,  w  którym  zapisywał  historie  chorób 

pacjentów profesora! Podobno twarz doktora była zupełnie zielona i cała, caluteńka okropnie 

podrapana. A Filip Filipowicz też tego wieczora był niepodobny do siebie. I jeszcze jakoby... 

zresztą być może niewinna panienka z mieszkania na Preczystience zwyczajnie kłamie... 

Za  jedno  można  zaręczyć  -  w  mieszkaniu  tego  wieczoru  panowała  absolutna  i 

przerażająca cisza. 

background image

EPILOG 

Dokładnie w tę właśnie noc, która nastąpiła w dziesięć dni po bitwie w laboratorium, 

w  mieszkaniu  profesora  Preobrażeńskiego,  tym  w  Zaułku  Obuchowa,  ostro  zadzwonił 

dzwonek: 

- Milicja kryminalna i śledczy. Proszę otworzyć. 

Kroki  biegnących  ludzi,  potem  stukot  i  do  roziskrzonego  lampami  laboratorium  ze 

świeżo  oszklonymi  szafkami  weszło  mnóstwo  ludzi.  Dwaj  byli  w  milicyjnych  mundurach, 

jeden  w  czarnym  palcie,  z  teczką,  przepełniony  złośliwą  satysfakcją  przewodniczący 

Szwonder,  młodzieniec-kobieta,  dozorca  Fiodor,  Zina,  Daria  Pietrowna,  niekompletnie 

ubrany Bormental, wstydliwie zasłaniający szyję bez krawata. 

Drzwi gabinetu przepuściły Filipa Filipowicza. Wyszedł w swym znanym wszystkim 

lazurowym  szlafroku  i wszyscy  mogli  się od razu przekonać, że  Filip  Filipowicz  bardzo się 

poprawił przez ostatni tydzień. Dawny władczy i energiczny Filip Filipowicz, pełen godności, 

stanął przed nocnymi gośćmi i przeprosił za swój szlafrok. 

- Proszę się nie krępować, profesorze - powiedział nadzwyczaj zmieszany mężczyzna 

w cywilu, ociągał się jeszcze przez chwilę i wreszcie przemówił: - Bardzo mi przykro. Mamy 

nakaz  rewizji  w  pańskim  mieszkaniu,  a  także  -  mężczyzna  spojrzał  z  ukosa  na  wąsy  Filipa 

Filipowicza i zakończył: - aresztowania w zależności od rezultatu. 

Filip Filipowicz zmrużył oczy i zapytał: 

- A o co jestem oskarżony, jeśli mogę zapytać, i przez kogo? 

Mężczyzna podrapał się w policzek i wyczytał z kartki wyciągniętej z teczki. 

-  Oskarża  się  Preobrażeńskiego,  Bormentala,  Zinaidę  Buniną  i  Darię  Iwanową  o 

zabójstwo  kierownika  pododdziału  oczyszczania  Moskiewskiej  Gospodarki  Komunalnej, 

Poligrafa Poligrafowicza Szarikowa. 

Szloch Ziny zagłuszył jego ostatnie słowa. 

-  Nic  nie  rozumiem  -  powiedział  Filip  Filipowicz,  po  królewsku  wzruszając 

ramionami  -  jakiego  znowu  Szarikowa?  Ach,  przepraszam,  chodzi  o  tego  psa...  którego 

operowałem? 

-  Pan  daruje,  profesorze,  nie  psa,  tylko  kiedy  był  już  człowiekiem.  O  to  właśnie 

chodzi. 

- Dlatego, że mówił? - zapytał Filip Filipowicz. - Ale to jeszcze nie znaczy, że się jest 

człowiekiem. Zresztą to nieistotne. Szarik istnieje nadal i nikt go nie miał zamiaru zabijać. 

background image

- Profesorze - z ogromnym zdumieniem powiedział czarny człowiek i uniósł brwi - w 

takim  razie  będzie  go  pan  musiał  okazać.  Przepadł  już  dziesięć  dni  temu  i  pan  daruje,  ale 

wygląda to bardzo nieładnie. 

-  Doktorze  Bormental,  pan  będzie  łaskaw  okazać  Szarika  panu  śledczemu  -  polecił 

Filip Filipowicz, zabierając nakaz rewizji. 

Doktor Bormental uśmiechnął się krzywo i wyszedł. 

Kiedy  wrócił  i  zagwizdał,  za  nim  z  gabinetu  wyszedł  pies  dziwacznej  postury. 

Miejscami  łysy,  miejscami  zarastający  sierścią.  Wyszedł  jak  w  cyrku,  na  tylnych  łapach, 

potem stanął na wszystkich czterech i rozejrzał się. Grobowe milczenie jak galareta zastygło 

w  laboratorium.  Koszmarny  pies  z  purpurową  blizną  na  czole  ponownie  stanął  na  tylnych 

łapach, uśmiechnął się i usiadł w fotelu. 

Drugi  milicjant nagle przeżegnał  się, zamaszyście zrobił krok w tył  i  nadepnął  Zinie 

na obie nogi jednocześnie. 

Człowiek w czarnym nie zamykając ust powiedział słowa następujące: 

- Jakże to tak, na litość? 

Przecież on pracował w zakładzie oczyszczania? 

-  Ja  go  tam  nie  posyłałem  -  odparł  Filip  Filipowicz.  -  Rekomendował  go  pan 

Szwonder, o ile się nie mylę. 

-  Nic  nie  rozumiem  -  niepewnie  powiedział  czarny  i  zwrócił  się  do  pierwszego 

milicjanta: - To ten? 

- Ten - bezdźwięcznie odpowiedział milicjant. - Formalnie ten. 

- Ten sam - rozległ się głos Fiodora - tylko, że drań znowu zarasta. 

- Przecież mówił... 

- On  i teraz  jeszcze  mówi, tyle tylko, że coraz mniej  i rzadziej, tak że korzystajcie z 

okazji, bo niedługo w ogóle umilknie. 

- Ale dlaczego? - cicho zapytał czarny człowiek. 

Filip Filipowicz wzruszył ramionami. 

-  Nauka  jeszcze  nie  zna  sposobu  na  przekształcenie  zwierzęcia  w  człowieka. 

Spróbowałem,  ale  nie  udało  mi  się,  jak  widzicie.  Porozmawiał  i  teraz  powraca  do  stanu 

pierwotnego. Atawizm. 

- Nieprzyzwoitymi słowami nie wyrażać się - nagle wrzasnął pies z fotela i wstał. 

Czarny człowiek raptem pobladł, wypuścił teczkę i zaczął padać bokiem  na podłogę, 

milicjant podtrzymał go z boku, a Fiodor od tyłu. Powstało zamieszanie i w tym zamieszaniu 

najwyraźniej można było usłyszeć trzy zdania. 

background image

Filipa Filipowicza: - Krople walerianowe. To omdlenie. 

Doktora Bormentala: - Własnoręcznie zrzucę Szwondera ze schodów, jeśli raz jeszcze 

pojawi się w mieszkaniu profesora Preobrażeńskiego. 

Szwondera: - Proszę wnieść te słowa do protokółu. 

Szara  harmonijka  kaloryfera  dyszała  ciepłem.  Story  skryły  zawiesistą  noc 

Preczystienki i jej samotną gwiazdę. Najwyższa istota, dostojny dobroczyńca psa, siedział w 

fotelu,  a  pies  Szarik  leżał  na  dywanie,  przytulony  do  skórzanej  kanapy.  Marcowa  mgła 

przyprawiała go o poranne bóle głowy, wędrujące wzdłuż świeżej blizny. Ale wieczorem, w 

cieple, ból przechodził. I teraz było coraz lepiej i lepiej, a myśli w psiej głowie płynęły ciepłe 

i składne. 

Tak mi się powiodło, tak powiodło - myślał wpadając w drzemkę - wprost nieopisanie 

powiodło. Utrwaliłem się w tym mieszkaniu. Nie ma wątpliwości, że z moim pochodzeniem 

jest sprawa nieczysta. Tu nie obeszło się bez wodołaza. Puszczalska była moja babunia, niech 

jej  ziemia  lekką  będzie,  staruszce.  Wprawdzie  całą  głowę  mi  schlastali  nie  wiadomo  po  co, 

ale do wesela się zagoi. Nie będziemy się tym przejmować. 

W oddali głucho zadźwięczało szkło. Ugryziony sprzątał w laboratoryjnych szafach. 

Siwy czarodziej siedział zaś i nucił: 

- „Aż do najświętszych brzegów Nilu...” 

Pies  oglądał  rzeczy  straszne.  Poważny  człowiek  dłonie  w  śliskich  gumowych 

rękawiczkach  zanurzał  w  naczyniu,  wyjmował  mózg  -  uparcie,  niestrudzenie,  wciąż  czegoś 

szukał, coś kroił, wypatrywał, mrużył oczy i nucił: 

- „Aż do najświętszych brzegów Nilu...”