Jak za dawnych
Jak za dawnych
Jak za dawnych
Jak za dawnych
lat
lat
lat
lat
Jennifer Green
Tytuł oryginału: Just Like Old Times
Przekład: Krystyna Kozubal
ROZDZIAŁ PIERWSZY
- Wiesz, tato, martwię się o mamę.
Craig Reardon przykucnął przy kosiarce do trawy. Sprawdził
poziom oleju w silniku.
- JuŜ o tym rozmawialiśmy, Julie - odrzekł. – Nie obchodzi mnie,
co robi twoja matka.
- Ale ona spotyka się z tym facetem...
- To juŜ zupełnie mnie nie interesuje. Ciebie i twojego brata takŜe
nie powinno. Wasza matka ma prawo Ŝyć tak, jak lubi.
Znów trzeba dolać oleju do tej cholernej maszyny. Co za piekielny
dzień! Wszystko się wali. Poszedł do szopki z narzędziami. Córka nie
odstępowała go ani na krok.
-
Tak, ale ten facet namówił mamę, Ŝeby go zabrała na weekend
do naszej Chatki.
-
Kochanie, jak długo jeszcze mam ci tłumaczyć? Twoja matka
moŜe się spotykać ze wszystkimi facetami w Colorado Springs, jeśli
ma na to ochotę. To jedna z tych rzeczy, jakie moŜna bez ograniczeń
robić po rozwodzie.
Odwrócił się tyłem do oślepiającego słońca i otworzył nową
puszkę oleju.
-
Ale przedtem z nikim się nie spotykała - nudziła Julie. - Z nikim,
tato. A ten facet jest bardzo natarczywy...
-
Twoja matka na pewno sobie poradzi. Nawet gdyby musiała
walczyć z bykiem na arenie, teŜ dałaby sobie radę.
- Z tym facetem z pewnością sobie nie poradzi.
Mówię ci, to naprawdę okropne. Jest o dwie tony cięŜszy od niej...
Nie lubię go i boję się...
-
Boisz się? Przestraszył cię czymś? - Craig podniósł głowę znad
kosiarki. Zapomniał zupełnie o oleju i popatrzył badawczo na córkę.
-
Czy ten bydlak dotknął cię choćby palcem? Coś ci powiedział?
-
Mnie nie. Mamie. Oszukuje ją, a ona wcale tego nie widzi.
Naprawdę nie powinna z nim jechać do Chatki. Tam jest zupełnie
pusto, a wiesz przecieŜ, jaka naiwna jest nasza mama...
- Twoja mama wcale nie jest naiwna.
- On chyba chce jej coś zrobić - marudziła Julie.
- Kochanie, nikt nie zrobi twojej matce niczego, na co ona nie
pozwoli. Nie ma takiej moŜliwości. Znokautuje kaŜdego, kto tylko
spróbuje ją skrzywdzić.
- A ciebie juŜ kiedyś znokautowała?
-
Tak. - Craig spojrzał groźnie na córkę. - Skończmy wreszcie tę
rozmowę. Tyle razy ci mówiłem, Ŝe zawsze i o kaŜdej porze mogę z
tobą rozmawiać na wszystkie tematy oprócz tego jednego. Nie
będziemy rozmawiać o twojej matce. Jasne?
-
Mamo, w tym tygodniu twoja kolej na wyjazd do Chatki,
prawda?
-
Tak, ale wątpię, czy uda nam się tam wybrać, Jonie. Mam tyle
roboty w domu... - Karen rzuciła na stół torbę z zakupami i zdjęła z
ramienia torebkę. Co za dzień! Kupiła przecieŜ coś na obiad, ale za
nic nie moŜe sobie przypomnieć, co to takiego.
- To dobrze.
- Tak? Co dobrze, synku? - JuŜ wie. Kotlety z rusztu. Tak, to
właśnie zaplanowała na obiad. Jeśli oczywiście uda jej się uruchomić
opiekacz. Kiedy ostatnim razem uŜywała tego złomu, opaliła sobie
grzywkę i o mało co nie podpaliła domu.
- To dobrze, Ŝe tam nie jedziesz, bo tata chyba zapomniał, Ŝe to
twoja kolej, i zaplanował sobie weekend w Chatce.
- Tak? To w porządku.
Chciała podejść do lodówki, ale szesnastoletni syn zastąpił jej
drogę. Trzymał w dłoni karton mleka.
-
Mówiłam ci sto razy, Ŝebyś nie pił z kartonu, Jonie Jacobie. Czy
Julie jest jeszcze u ojca?
-
Tak. Wróci o siódmej. On w tym tygodniu kogoś tam zabiera,
mamo. Do Chatki.
-
To miło.
-
Kobietę.
- To miło - powtórzyła nieprzytomnie Karen. Tym razem
skierowała się w stronę kredensu. Syn ponownie zastąpił jej drogę.
- Nie obchodzi cię to?
- Daj spokój, Jonie. JuŜ ci tłumaczyłam, Ŝe twój ojciec jest
wolnym człowiekiem. Ma prawo do własnego Ŝycia i sam decyduje o
tym, jak i z kim spędzi wolny czas. Nie musi o to pytać ani ciebie, ani
Julie. I na pewno nie mnie.
- No, a jeśli ma kłopoty?
- Kłopoty to specjalność waszego ojca. Uwielbia je, ale doskonale
potrafi sobie z nimi radzić. Czy moŜemy uznać ten temat za
wyczerpany?
-
Ona ma na imię Diedre.
-
Jonie...
- To prawdziwa piękność. Ma długie nogi, włosy do pasa i
fantastyczną figurę...
-
Jonathanie Jacobie...
-
I jest młoda.
Młoda. To słowo uŜądliło jak osa. Karen potarła dłonią czoło.
Chyba zaczyna się migrena. - Nie chcę więcej o tym słyszeć -
oświadczyła stanowczo.
- Gdzie podziały się te cholerne ziemniaki? PrzecieŜ niemoŜliwe,
Ŝ
eby znów zapomniała je kupić.
-
Zachowuje się zupełnie w porządku, ale wcale nie jest w
porządku, mamo. UŜywa takich mocnych perfum, Ŝe aŜ zatyka. A
paznokcie ma długie jak szpony. - Podniósł ręce, demonstrując
klasyczną pozycję Draculi. - Jak tylko spojrzy na tatę, zaraz jej się
zapalają w oczach dolary. Nie masz pojęcia, jak go usidliła. Tata
wcale się nie zorientował, co się dzieje. A wiesz, co ona powiedziała
Julie?
-
Nie, i wcale mnie nie obchodzi, o czym ta osoba rozmawia z
twoją siostrą. Uznajmy tę rozmowę za zakończoną. Tym razem
ostatecznie.
Przeklęta torba z ziemniakami wreszcie się znalazła.
- Powiedziała Julie, Ŝe wróci z Chatki z obrączką na palcu.
- Z obrączką?
-
Powiedziała, Ŝe tata ją poprosi o rękę.
Karen wcale nie chciała rzucić torby z ziemniakami na blat. Tak
jakoś wyszło. Jak na złość, torba się rozdarła i ziemniaki rozsypały po
całej kuchni. Odpowiednie zakończenie koszmarnego dnia.
Z kaŜdym zakrętem Karen coraz bardziej oddalała się od
cywilizacji. W górach było chłodniej i spokojniej. Zniknęły miasta,
drogi zrobiły się węŜsze. Jodły i świerki porastały strome zbocza,
okalając zielonym pierścieniem szczyty gór. Powietrze stało się
rzadsze i tak ostre, Ŝe zapierało dech w piersiach. Dostrzegła płynący
w dolinie strumyk - takie malutkie, szybko poruszające się w promie-
niach słońca diamenty - znak, Ŝe była juŜ prawie na miejscu.
Minęła ostatni zakręt. Przez drogę przebiegł jeleń. W tym miejscu
szosa się skończyła. Dzielące ją od Chatki pół kilometra jechała juŜ
wąskim leśnym duktem. Wystarczyłby moment nieuwagi, Ŝeby
stoczyć się w stromą przepaść.
Do diabła z przepaścią. Przejrzała się we wstecznym lusterku.
Mimo bardzo pracowitego dnia udało jej się wczoraj wpaść jeszcze do
fryzjera i kupić trochę nowych kosmetyków.
Nie, wcale nie widać po niej zdenerwowania. Wygląda dokładnie
tak, jak powinna wyglądać kobieta, która chce spędzić weekend na
łonie natury. Ubrała się w koralową koszulową bluzkę, bo w tym
kolorze najbardziej jej do twarzy, i w spodnie koloru khaki, bo bardzo
wyszczuplają. Dotknięte róŜem policzki sprawiały wraŜenie naturalnie
zarumienionych, błyszczące wargi dałoby się wytłumaczyć obec-
nością ochronnej szminki, a odrobina czarnego tuszu naturalnie
przyciemniła koniuszki rzęs. Nikt przecieŜ nie wie, Ŝe na co dzień
rzadko kiedy tak dobrze wyglądają.
- Wspaniale - powiedziała do swego odbicia w lusterku. Mimo to
piekielna zmarszczka wciąŜ nie i chciała zniknąć z czoła. Całe to
gadanie o pewności siebie nie pomoŜe jej wyglądać młodziej niŜ na
trzydzieści sześć lat.
Od czwartku imię „Diedre" prześladowało ją jak ból zęba, a
wyobraźnia upiększyła jeszcze opisaną przez Jona kobietę. Taka,
która ma na imię Diedre, musi być wysoka, smukła i rozwiązła. Craig
nie traciłby czasu na byle kogo. Ta kobieta jest na pewno bardzo
sprytna i fantastyczna w łóŜku. A przede i wszystkim młoda.
Karen przygryzła wargę. ZbliŜała się do Chatki.
Craig juŜ przyjechał, jego biały dŜip „Cherokee" stał przed
gankiem. Pewnie jest tu od wczoraj. Z nią.
Zatrzymała samochód tuŜ za dŜipem Craiga i wyłączyła silnik.
Cała trzęsła się ze zdenerwowania.
W końcu to na nią przypada kolej korzystania z Chatki w tym
tygodniu, więc ma wszelkie prawo znaleźć się tutaj. Dzieci zawiozła
do swoich rodziców. Przedtem teŜ często wyskakiwała sama na parę
godzin do Chatki, nie ma więc Ŝadnego powodu, aby Craig
podejrzewał, Ŝe jej pojawienie się tutaj jest czymś niezwykłym. W
ostatniej chwili przypomniała sobie nawet o rekwizytach i
wyładowała podróŜną torbę jabłkami, wyglądała więc, jakby w nią
zapakowano ubrania na dwa dni poza domem. Karen nie potrzebowała
Ŝ
adnych ubrań. PrzecieŜ nie ma zamiaru zostać tu dłuŜej niŜ kilka
minut. Dokładnie tyle czasu, ile potrzeba na ustalenie, Ŝe to Craig
pomylił terminy, a nie ona, i na szybkie obejrzenie tej jego Diedre.
Chwyciła torbę i wysiadła z samochodu. PrzecieŜ wszystkie matki
poświęcają się dla dzieci. Tamta kobieta zupełnie nic ją nie obchodzi.
Od roku są z Craigiem rozwiedzeni, więc jeśli jej były mąŜ ma ochotę
zadawać się z wyrachowaną egoistką, seksualną Amazonką, to jego
sprawa. Ale jeśli ten związek okaŜe się trwały? Jeśli ta kobieta
zostanie macochą jej dzieci? Wtedy będzie miała wpływ na ich Ŝycie.
Karen chce ją tylko zobaczyć. Dla dobra dzieci. Co innego w takiej
sytuacji moŜe zrobić matka?
Wciągnęła brzuch, wyprostowała plecy i ułoŜyła twarz w
pogodnym uśmiechu pewnej siebie, dojrzałej kobiety. Dostanie
zawału, jeśli okaŜe się, Ŝe jeszcze nie wstali. Jest juŜ prawie jedenasta.
Bardzo się starała, Ŝeby nie przyjechać za wcześnie.
Przeleciał nad nią kruk i pomyślała ponuro, Ŝe to zły znak.
Przeświecające przez gałęzie drzew promienie słońca wyzłociły
kamienistą ścieŜkę. Zbudowany z surowego kamienia dom stał na
wzgórzu, wznosząc się nad urwiskiem. Za kilka tygodni poŜółkną
osiki na podwórzu.
W tej chwili Karen czuła się jak bliska kuzynka tych drzew.
DrŜała, serce jej waliło jak młotem, dłonie miała wilgotne, wzrok
wlepiony w drzwi Chatki.
Ten dom jest jedyną rzeczą, która ich jeszcze wiąŜe. Oboje są jego
równoprawnymi
właścicielami.
Wprawdzie
wszystkowiedzący
adwokaci, prowadzący sprawę rozwodową, przez wiele miesięcy
tłumaczyli im, jaka to skomplikowana sytuacja prawna. Tyle, Ŝe ani
ona, ani Craig zupełnie się tym nie przejęli. Dzieci bardzo kochały
Chatkę i Ŝadne z rodziców nie chciało wyzbyć się prawa przywoŜenia
ich tutaj. Z kalendarzem w ręku opracowali podział weekendów, tak
Ŝ
eby jedno drugiemu nie przeszkadzało. Podzielili teŜ między siebie
obowiązki związane z dbaniem o dom. Craig nadzorował układanie
nowego dachu i zawsze zostawiał na następny tydzień drewno na
opał. Karen robiła generalne porządki i dbała o zaopatrzenie domku.
Słowem, cały ten układ funkcjonował znakomicie. MoŜe gdyby dzieci
były starsze, podjęliby jakąś inną decyzję.
Na myśl o dzieciach zebrała się w sobie. Zresztą nie ma pojęcia,
dlaczego jest taka zdenerwowana. PrzecieŜ za dziesięć minut juŜ jej tu
nie będzie, a przez dziesięć minut wszystko moŜna wytrzymać.
Przeszła przez szeroki, kamienny ganek. Frontowe drzwi były
uchylone, ale szyba wewnętrznych, oszklonych, była zupełnie
nieprzezroczysta i nie dało się przez nią nic zobaczyć. Zawahała się,
niepewna co ma zrobić, Ŝeby wyglądać naturalnie w nienaturalnej,
nieetycznej i w ogóle paskudnej sytuacji. PrzecieŜ szpieguje byłego
męŜa.
Po raz setny usiłowała przekonać samą siebie, Ŝe nie znalazła się
tu ze względu na Craiga, ale wyłącznie dla dobra dzieci. Energicznie
zapukała we framugę drzwi - raz, ale głośno. Wsunęła głowę do
ś
rodka.
- Craig? - zaskrzeczała jak Ŝaba z chorym gardłem.
- Craig? - powtórzyła.
- Karen?
Pomyślała, Ŝe jest przeziębiony, bo jego głos teŜ zabrzmiał bardzo
dziwnie. Jej były mąŜ zazwyczaj mówił głębokim, gardłowym
tenorem, a teraz odezwał się dziwnie sztucznym, zgrzytliwym
barytonem.
Weszła do mrocznego wnętrza wprost z jasnego dnia i musiała
przez chwilę przyzwyczajać oczy. Jednak bardzo szybko zdała sobie
sprawę, Ŝe Craig dopiero przed chwilą wstał z łóŜka. Stał koło pieca z
szufelką w dłoni, odwrócony po usłyszeniu jej głosu. Włosy miał
potargane, ubrany był jedynie w stare dŜinsy.
Oderwała wzrok od jego opalonego, nagiego torsu i natychmiast
zalała Craiga potokiem słów, które wylatywały jej z ust szybciej niŜ
woda z górskiego źródełka.
- O BoŜe, nie wiem, co robić! Zobaczyłam twój samochód przed
domem. Nie miałam zielonego pojęcia, Ŝe ty tu będziesz. Sądziłam, Ŝe
to moja kolej na weekend w Chatce... - W domku były dwie sypialnie
z oknami wychodzącymi na przepaść. Drzwi do obydwu były otwarte.
Dostrzegła leŜący na podłodze pusty śpiwór. Nie było na nim
najmniejszego wybrzuszenia, zdradzającego obecność zmysłowego
damskiego ciała. Teatralnym gestem połoŜyła rękę na sercu. -
Dałabym głowę. Słowo.
Drzwi do łazienki takŜe były uchylone, ale i tam nie zauwaŜyła
najmniejszego ruchu. W Ŝadnej innej części domku nie dałoby się
nikogo schować. Pokój dzienny był ogromny; właściwie był to i
pokój, i kuchnia. W jednym jego końcu ustawiono kominek, a w
drugim - piec na drewno. Pomiędzy wyłoŜonymi dębową boazerią
ś
cianami były: ogromna kanapa, kilka lekkich krzeseł, indiańskie
naczynia i tkaniny oraz antyczny stolik do gier, na którym zwykle
rozgrywali partie szachów. Na krześle wisiała męska koszula, ale
nigdzie nie dostrzegła ani śladu kobiety. W kuchennej części
pomieszczenia wisiały rondle i garnki. Drzwi od schowka były
wprawdzie zamknięte, ale Karen doskonale wiedziała, Ŝe jest tak
zapakowany sprzętem sportowym i ubraniami, Ŝe Ŝadne ciało juŜ by
się tam nie wcisnęło.
- Cholera! - Craig uderzył się dłonią w czoło. – To przecieŜ twój
weekend! Chyba pomyliłem daty. Miałem koszmarny tydzień. Tyle
roboty. Po prostu nie spojrzałem w kalendarz. Bardzo przepraszam. -
W porządku, nic się nie stało. Szczerze mówiąc, chętnie wyjadę. I tak
nie powinnam była tu przyjeŜdŜać. Mam tylko kilka godzin i
zostawiłam dzieci u ojca, a...
- Czy coś ci się stało w szyję, Karen?
-
W szyję? - Dotknęła jej dłonią, ale Craig juŜ na nią nie patrzył.
Jego spojrzenie biegało gdzieś za jej plecami: w prawo, w lewo i
wreszcie skierowało się na oszklone drzwi. Z jej szyją nic złego się
nie działo, za to Craig kręcił swoją jak wszędobylski struś. - Szukasz
czegoś?
-
Czy szukam kogoś? - Zesztywniał nagle. - Dlaczego miałbym
szukać kogoś?
-
Nie pytałam, czy szukasz kogoś. - Nieco zbita z tropu, odgarnęła
grzywkę z czoła. - Pytałam, czy szukasz czegoś.
-
Niczego nie szukam. Właśnie robiłem śniadanie. Przyjechałem
tu wczoraj wieczorem, zaraz po pracy, i... Naprawdę coś z twoją szyją
nie w porządku. Naciągnęłaś sobie mięsień?
-
Co mówiłeś? - Gdzie moŜe być ta cholerna baba? Jedyne buty,
jakie stały w sieni, to ogromna męska dziewiątka. MoŜe poszła
popływać? Nie, Craig nie puściłby jej samej. Nurt górskiej rzeki jest
zbyt wartki, a woda lodowato zimna. Łatwo o skurcz. Karen
przypomniała sobie, jak wymknęła się kiedyś z domu, Ŝeby popływać,
a Craig z wrzaskiem puścił się za nią wąwozem obiecując, Ŝe obedrze
ją ze skóry. Do dziś to pamięta...
- Jeśli zostawiłaś coś w samochodzie, to moŜesz to bez obaw
przynieść.
Znów popatrzyła na niego badawczo. Na pewno coś mu dolega.
Jej były mąŜ nigdy w Ŝyciu nie mówił takim głębokim barytonem.
- Zabrałam ze sobą tylko tę torbę. Przyjechałam na parę godzin.
Nawet gdybym zostawiła coś w samochodzie, i tak bym tu tego nie
przynosiła. Powiedziałam ci przecieŜ, Ŝe zaraz wyjeŜdŜam. Mam
mnóstwo roboty w domu i nie widzę powodu, dla którego ty nie
miałbyś tu zostać... Czego szukasz?
-
Jego - wymknęło mu się.
-
Jakiego jego? O kim ty mówisz?
- O nim, Karen. Do diabła! - Podszedł do drzwi i otworzył je
gwałtownym ruchem.
Stanęła obok niego i oboje wyjrzeli na dwór. Słońce świeciło,
lekki wietrzyk poruszał wierzchołkami drzew, przez podwórko
przebiegła wiewiórka. Poza tym nigdzie nie było widać najmniejszego
ruchu.
-
Nie przywiozłaś tu nikogo? - Craig najwyraźniej kogoś
wypatrywał.
-
Nie, nikogo nie przywoziłam. Dlaczego miałabym kogokolwiek
tu przywozić? JuŜ ci mówiłam, Ŝe zostawiłam dzieci u moich
rodziców... - urwała i zapytała obojętnie: - a moŜe ty kogoś tu
przywiozłeś?
-
Nie. - Craig zatrzasnął oszklone drzwi. - Przyjechałem zupełnie
sam. Czy jest jakiś powód, który kaŜe ci przypuszczać, Ŝe ktoś tu ze
mną jest?
- O BoŜe! Pewnie, Ŝe nie. Nawet mi to nie przyszło do głowy. Po
prostu usiłuję podtrzymać rozmowę. W końcu mogłeś tu kogoś
zaprosić i... - Głos jej się załamał i oklapła jak przekłuty balonik.
Nagle zdała sobie sprawę, Ŝe stała bardzo blisko byłego męŜa. Z
trudem przełknęła ślinę. Odsunął się od niej tak szybko, jak ona od
niego, jednak po raz pierwszy spojrzał jej prosto w oczy. Serce jej
zatrzepotało niespokojnie. Nie uśmiechał się, ale w jego brązowych
oczach zabłysły wesołe iskierki.
-
O co tu chodzi? - mruknął.
-
Nie wiem. - Wciągnęła głęboko powietrze.
- Czy nie wydaje ci się, Ŝe źle się dzieje w państwie duńskim?
Skinęła głową.
- Myślałaś, Ŝe jestem tu z jakąś kobietą?
Niech go szlag trafi! Craig potrafi być dociekliwy.
-
Dobrze wiem, Ŝe to nie moja sprawa - odrzekła wymijająco - i
jest mi bardzo przykro. Słowo honoru. Bardzo cię przepraszam, Ŝe
wtykam nos w twoje prywatne sprawy. Czuję się okropnie i bardzo
głupio. Ale Jon powiedział...
-
Karen - przerwał Craig. Tym razem był to jego normalny, dobrze
jej znany głos. Dziwaczny baryton zniknął jak zły sen - Julie
powiedziała mi, Ŝe przyjedziesz tu na weekend z jakimś męŜczyzną.
Zapadło głuche milczenie.
-
Nie rozumiem - odezwała się wreszcie. - Nie mam pojęcia... Po
co Julie miałaby ci mówić coś takiego?
-
Powiedziała mi takŜe, Ŝe ten facet jest niebezpieczny, Ŝe wpadłaś
po uszy i Ŝe ona się go boi.
-
To śmieszne. - Potrząsnęła głową, ale nie udało jej się ukryć
zakłopotania, które oblepiło ją jak pajęczyna. - Nie jestem w nikim
zakochana. Nawet nie spotykam się z nikim od... - Wciągnęła
powietrze. - NiewaŜne. Jon powiedział mi, Ŝe ta Diedre to niezły
numer, Ŝe jest bardzo pazerna i robi z tobą, co chce. To, oczywiście,
nie moja sprawa, ale wyglądało na to, Ŝe on jej nie lubi i Ŝe bardzo się
denerwuje, więc zaczęłam się bać...
- Diedre? - W jego tonie było coś dziwnego.
-
Rozumiem, Ŝe Jon Jacob trochę przesadził z tymi twoimi
natychmiastowymi zaręczynami?
-
Nasz syn wymyślił sobie to wszystko od początku do końca. Nie
znam Ŝadnej Diedre. Nigdy w Ŝyciu nie spotykałem się z Ŝadną
Diedre. Nawet nie spotkałem kobiety, która miałaby tak na imię.
Karen przypomniała sobie, jak w pierwszej klasie wywaliła się jak
długa na szkolnej zabawie. Teraz wstydziła się jeszcze bardziej niŜ
wtedy.
- Zupełnie nie wiem, co dzieci chciały w ten sposób osiągnąć -
powiedziała z namysłem - ale zabiję jedno i drugie, jak tylko wrócę do
domu.
-
Najlepiej otruj - zaproponował.
-
Raczej uduszę.
-
To dobry pomysł - zgodził się. - Jadłaś śniadanie?
-
Słucham?
- Czy jadłaś śniadanie? Właśnie miałem zrobić sobie coś do
jedzenia, a ty przecieŜ dwie godziny spędziłaś za kierownicą. Zrób
sobie małą przerwę, zanim znów wsiądziesz do samochodu. Wypij
chociaŜ filiŜankę kawy...
Propozycja była tak zaskakująca, Ŝe Karen miała wątpliwości, czy
jest szczera.
- Naprawdę, nie chciałabym ci przeszkadzać.
- Wcale mi nie przeszkadzasz. Poza tym powinniśmy wspólnie
zadecydować, co zrobić z naszymi pociechami.
Uśmiechnęła się leciutko. Ta sytuacja wprawiła ją w nie lada
zakłopotanie, ale przynajmniej Craig teŜ nie czuje się zbyt swobodnie.
Spokojnie moŜe zostać kilka minut, szczególnie Ŝe mają całkiem
bezpieczny temat do rozmowy. Zawsze doskonale się rozumieli, kiedy
chodziło o dzieci, chociaŜ zwykle rozmawiali o tym, co zrobić, Ŝeby
im było dobrze. Wspólne omawianie najbardziej dotkliwego sposobu
zamordowania ukochanych latorośli wydało się Karen niesłychanie
zabawną zmianą sytuacji. W końcu przyjechała tu tylko dla dobra
dzieci.
ROZDZIAŁ DRUGI
Na śniadanie były naleśniki z jagodami. Karen zjadła siedem,
Craig - pięć. Siedziała przy stole z jedną nogą podwiniętą pod siebie i
z apetytem pochłaniała swoją ulubioną potrawę.
-
Chyba ze sto razy rozmawiałam z nimi o rozwodzie -
powiedziała.
-
Ja teŜ. Wiem, jak trudno im przywyknąć do nowej sytuacji, ale
nie przypuszczałem, Ŝe chcą nas ponownie połączyć.
-
Sądzisz, Ŝe po to właśnie wymyślili te historyjki? śebyśmy
oboje znaleźli się tutaj tego samego dnia?
-
No pewnie, Karo. A o cóŜ innego mogłoby chodzić?
Przelotnie spojrzała mu w oczy, a potem szybko wbiła wzrok w
filiŜankę z kawą. Zupełnie niechcący powiedział do niej „Karo". Ot,
wyrwało mu się to uŜywane kiedyś zdrobnienie.
Craig zerwał się od stołu i szybko wstawił patelnię do zlewu.
Przyjazd tutaj i ratowanie byłej Ŝony przed jakimś rozpustnym Don
Juanem to jeden z jego najgłupszych pomysłów. Zawsze celował w
wykonywaniu najgłupszych na świecie ruchów, kiedy w grę
wchodziła Karen. W dniu, w którym podpisali dokumenty
rozwodowe, w zasadzie stracił prawo zajmowania się nią. ToteŜ wcale
się nią nie zajmował... Do czasu, gdy ich piętnastoletnia córka nie
opisała mu tego typa, z którym Karen się zadaje. Nikt, Ŝadna kobieta
na świecie nie była bardziej nieodporna na niewłaściwych facetów,
niŜ jego była Ŝona. Zawsze tak było.
Kiedy jechał tu wczoraj wieczorem, osaczyły go wspomnienia.
Dobrze, aŜ za dobrze pamiętał chwilę, w której zobaczył ją po raz
pierwszy. To było pierwszego dnia w szkole na lekcji historii. Weszła
do klasy i usiadła obok Ricka Willminga, z którym wtedy chodziła.
Craig od razu wpadł po uszy. Była najpiękniejszą dziewczyną, jaką w
Ŝ
yciu widział. Wszystko wokół niej lśniło złotem: jej włosy koloru
miodu, opalona skóra. Ale Kara nie zwracała na niego uwagi. Udało
mu się pozbyć Willminga. NaleŜała do klubu dyskusyjnego, więc i on
się tam zapisał. WciąŜ jednak traktowała go obojętnie.
Był gwiazdą futbolu. Wszystkie dziewczyny za nim szalały, ale
nie Karen. MoŜe dlatego, Ŝe miał opinię brutala. Chyba trochę się go
bała, więc się zmienił. Zachowywał się grzecznie jak harcerz.
Odprowadzał ją do domu, nosił za nią teczkę z ksiąŜkami, dzwonił do
niej co wieczór, ale nigdy - ani słowem, ani czynem - nie dał po sobie
poznać, Ŝe w jego Ŝyłach płynie gorąca krew. Po miesiącu, a był to
najdłuŜszy miesiąc w całym jego Ŝyciu, zgodziła się wreszcie wyjść z
nim wieczorem. Raz, na próbę, i tylko do kina. I to pod warunkiem, Ŝe
wróci do domu przed dziesiątą. Zabrał ją na film Walta Disneya. A co
innego mógł zaryzykować? Pięć minut po dziesiątej przed drzwiami
jej rodzinnego domu pocałował ją na dobranoc. Był to bez wątpienia
najdelikatniejszy i najbardziej niewinny pocałunek w jego Ŝyciu.
Słowo harcerza, Ŝe tylko przypadkiem musnął dłonią jej pierś.
Uderzyła go. Dostał prosto w oko małą, złotą piąstką...
- Craig, zostało jeszcze trochę kawy. Chcesz?
Podniósł głowę. Karen zbierała naczynia ze stołu i stała teraz za
nim z dzbankiem w ręku.
-
Nie, dziękuję. Nie musisz tego robić.
-
CzyŜbyś nie zauwaŜył, Ŝe zjadłam tyle samo co ty? Jeśli chcesz
pozmywać, to ja po wycieram. - Uniosła głowę. - Czym się martwisz?
WciąŜ myślisz o dzieciach?
- Niezupełnie - odparł. - Szczerze mówiąc, myślałem o pewnej
przejaŜdŜce kajakiem bardzo dawno temu i o chłopcu, popisującym
się przed swoją dziewczyną opanowaniem i zręcznością, z jaką radził
sobie ze wzburzoną wodą.
Opuściła głowę, a promienie słońca ozłociły jej włosy.
- O ile dobrze pamiętam, zmokliśmy wtedy trochę - mruknęła.
Wcale nie trochę. Oboje byli przemoczeni do suchej nitki. Kajak
odpłynął, a oni wylądowali na jakimś brzegu, nie wiadomo gdzie.
Innym razem namówił ją na wagary i urządzili sobie piknik. Jednak
wszystko się wydało, a potem przez tydzień za karę zostawali po
lekcjach w szkole. Następnym razem zebrał trochę pieniędzy, Ŝeby
zaprosić ją na elegancką kolację. Jednak właśnie tego dnia lało jak z
cebra, a jego stuletni gruchot złapał gumę. Jej ulubiona biała sukienka
pobrudziła się smarem, a co gorsza, starzy zrobili awanturę, Ŝe Karen
spóźniła się do domu.
Karen nigdy nie miała Ŝadnych kłopotów... dopóki nie poznała
Craiga. Kochali się po raz pierwszy tego wieczoru, kiedy postanowił,
Ŝ
e tym razem randka musi się udać. Wtedy juŜ nie biła go po twarzy i
nie waliła po łapach. Stało się to zimą, podczas mroźnej zamieci
ś
nieŜnej, a na tylnym siedzeniu jego samochodu było bardzo ciasno.
Starał się zachować spokój i robić wszystko, jak trzeba. Ale nie
wiedział, jak to trzeba robić, a był tak zwariowany na jej punkcie, Ŝe
w ogóle nie mógł myśleć. Sprawił jej ból. BoŜe, wcale tego nie chciał!
O mało nie umarł, kiedy zaczęła płakać.
Karen wytarła ostatni talerz.
- Prawie skończone. - Uśmiechnęła się do niego, a potem szybko
odwróciła głowę.
Craig czuł, Ŝe ta sytuacja coraz bardziej ją krępuje. To jego wina.
Powinien z nią rozmawiać, choćby o głupstwach, zamiast
rozpamiętywać stare dzieje. Bardzo długo nie był z nią sam na sam.
Albo były z nimi dzieci, albo nie byli razem.
Od lat na nią nie patrzył. To znaczy, nie przyglądał jej się tak
naprawdę. Znał dobrze tamtą siedemnastoletnią dziewczynę, którą
kiedyś była, ale siedząca obok niego kobieta wydała mu się zupełnie
obca. To przykre - wcale jej nie zna. Koralowa koszula i sportowe
spodnie podkreślały jej wspaniałą figurę. Nawet zupełnie zwyczajne
ubranie potrafi nosić z wdziękiem. Ma wrodzone poczucie elegancji.
Jej twarz zachowała ten sam delikatny owal i klasyczne rysy, ale na
czole pojawiły się pierwsze zmarszczki. Porusza się jak dojrzała
kobieta, z taką pewnością siebie, jakiej nigdy nie miała nastoletnia
Karen. Nie ma pojęcia, co mogłoby ją teraz rozbawić. Nie wie nawet,
czy nadal uwielbia galaretki owocowe, i wcale nie chce wiedzieć, czy
w łóŜku z innym męŜczyzną jest tak samo wspaniała, jak kiedyś z
nim.
Wcale jej nie zna. Jest jeszcze piękniejsza, niŜ była. WciąŜ złota -
od prostych włosów do skóry o miodowym odcieniu - a jej niebieskie
oczy to wciąŜ oczy tamtej delikatnej dziewczyny, którą kiedyś
pokochał. Tamta dziewczyna wierzyła w niego, ufała mu i szła za nim
wszędzie - niezaleŜnie od tego, jakie kłopoty sprowadzał na nich
oboje - bo go kochała. Dawno, dawno temu Karen kochała i poŜądała
go ponad wszystko na świecie. BoŜe, aleŜ oni się kochali...
Przeszył go ostry i dobrze znany ból. Gdzie to zgubili? Jakim
cudem dwoje ludzi moŜe zgubić tak rzadką, tak wyjątkową i
wspaniałą miłość?
Karen odłoŜyła ścierkę.
- Gotowe - powiedziała radośnie. - Śniadanie było wspaniałe.
Serdeczne dzięki, ale na mnie juŜ czas. Nie martw się o dzieci.
Pogadam z nimi.
- Ja teŜ.
- Okay.
- MoŜe powinniśmy uzgodnić sposób postępowania. To chyba
jedna z tych spraw, w których musimy zaprezentować wspólne
stanowisko.
Karen skinęła głową, ale popędziła do wyjścia, jakby jakiś potwór
deptał jej po piętach. Na pewno wybiłaby szybę, gdyby szklane drzwi
były zamknięte na klucz. Na szczęście nie były i wystarczyło je tylko
lekko pchnąć. Jej stopy ledwie musnęły podłogę ganku, jakby nie
mogły się zatrzymać w biegu. Usłyszała za sobą kroki Craiga.
Najwyraźniej miał zamiar odprowadzić ją do samochodu. Wolałaby,
Ŝ
eby tego nie robił.
Krew tętniła jej w Ŝyłach. Nerwy miała napięte jak postronki.
Ś
niadanie przebiegło w miłej atmosferze i to jej wina, Ŝe nastrój tak
się zmienił. To ona zamilkła i zamiast podtrzymywać konwersację po-
zwoliła, Ŝeby zapadła głucha cisza. A potem ta cisza rozrosła się w
mur nie do pokonania. Przynajmniej w jej odczuciu.
Nagle przyszła jej do głowy szokująca myśl, Ŝe jadła śniadanie z
zupełnie obcym człowiekiem. Craig nie był juŜ tym chłopcem, w
którym się zakochała i za którego wyszła za mąŜ. Zupełnie nie zna
tego wysokiego męŜczyzny o szerokich barach i namiętnych,
czarnych oczach.
IleŜ to lat temu ostatni raz patrzyła na Craiga? Naprawdę patrzyła
na niego? Zawsze był bardzo wysoki, szczupły, muskularny. Teraz
jednak jego twarz poprzecinały zmarszczki, nabyte wraz z do-
ś
wiadczeniem Ŝyciowym, a w ciemnoblond włosach pojawiły się nitki
siwizny. W ruchach znać było spokojną siłę i onieśmielającą pewność
siebie. Craig jako młodzieniec odznaczał się wybujałym temperamen-
tem, nad którym zupełnie nie panował. Dorosły Craig teŜ był bardzo
pociągający. Wiedziała, Ŝe niewielu męŜczyzn mogło się z nim
zmierzyć w interesach, za to setki kobiet z radością wyzwałyby go na
pojedynek w łóŜku.
Jej stopy prawie nie dotykały trawy.
Skoro zaczęła sobie wyobraŜać byłego męŜa w łóŜku, to znak, Ŝe
najwyŜszy czas stąd wyjechać. Co gorsza, te wyobraŜenia
skonkretyzowały się w wizję jedwabnych prześcieradeł i jej samej w
łóŜku Craiga. Uświadomiła sobie nagle swoje potrzeby seksualne i
przeraziła się samej siebie. Dzięki Bogu, Craig nie zdaje sobie z tego
sprawy. Musi natychmiast uciec od byłego męŜa. Teraz. Szybko. Z
prędkością odrzutowca. Gdyby tylko umiała latać...
To miało juŜ nigdy nie sprawiać bólu. Przysięgała sobie, przecieŜ
przysięgała, Ŝe nie pozwoli, Ŝeby ją jeszcze kiedyś bolało. Zarówno
jemu, jak i jej rozwód przyniósł ulgę i wytchnienie. Nie będzie teraz
reanimować związku, który przysporzył jej tak wiele bólu. On na
pewno teŜ nie ma na to ochoty. Więc dlaczego wciąŜ kołaczą się po
głowie pytania, na które nigdy nie dostała odpowiedzi? Dlaczego boli,
jakby to była świeŜa, otwarta rana? Gdzie się podziała ich miłość?
Jakim cudem dwoje ludzi mogło gdzieś zapodziać tak wielkie
uczucie? Dobiegła do samochodu zasapana, bez tchu.
- Karen, czyŜbym nie zauwaŜył poŜaru?
Weź się w garść, przywołała się do porządku. Zachowujesz się jak
zupełna idiotka.
- Nie ma Ŝadnego poŜaru - powiedziała wesoło. - Po prostu
przypomniałam sobie, Ŝe czeka mnie długa podróŜ. Muszę wracać do
dzieci. - Chromowana damka drzwiczek samochodu była tuŜ, tuŜ.
Ratunek na odległość wyciągniętej ręki.
Gdyby tylko Craig nie stał jej na drodze... Słońce muskało jego
brązowe ramiona i opaloną szyję. Wcale nie miała zamiaru patrzeć mu
w oczy, ale jak tu walczyć z polem magnetycznym. Jego przenikliwe
spojrzenie padło na pobladłą twarz Karen. Dreszcz przebiegł jej po
plecach.
- Czy powiedziałem coś, co sprawiło ci przykrość? -
zapytał
cicho.
-
O BoŜe, nie. Wcale nie jest mi przykro, tylko po prostu muszę
juŜ jechać...
-
Rozumiem, Karo. Tak bardzo się spieszysz, Ŝe zapomniałaś
zabrać torbę.
Nie zauwaŜył, Ŝe niechcący znów powiedział do niej „Karo".
Udała, Ŝe nie usłyszała.
- O rany! Gdzie ja mam głowę! Dzięki. – Wyciągnęła rękę po
torbę. Craig podniósł ją, by podać Karen, i o mało nie wyłamał sobie
ręki.
-
Co ty tam masz? - spytał zaciekawiony.
-
Nic.
-
Coś się tam w środku rusza. Coś okrągłego...
- Dotknął zniszczonego materiału i popatrzył na nią pytająco.
Jedną z najgorszych przywar Craiga zawsze była i zawsze będzie
niepohamowana ciekawość.
- Jabłka - powiedziała cicho Karen.
- Jabłka? Chyba sobie ze mnie Ŝartujesz. – Otworzył torbę i zajrzał
do środka. - Rzeczywiście, jabłka -
stwierdził.
Dostrzegła w kącikach jego ust cień tego piekielnego uśmiechu,
tak bardzo chłopięcego, prowokującego do grzechu... To był ten sam
niebezpieczny uśmiech, który tak draŜnił jej zmysły przed milionami
lat. Jakim cudem wciąŜ tak na nią działa?
- To zupełnie logiczne, Ŝe włoŜyłam tam jabłka - powiedziała.
- Wiec mi wytłumacz, bo umieram z ciekawości. - Gdybym
zapakowała ubrania, to by się pogniotły. A jabłka, no wiesz,
wyglądają tak, jakby torbę wypełniały rzeczy na dwa dni. - Jasna
cholera, policzki ma juŜ czerwone jak burak. - Okay, okay, złapałeś
mnie. Kłamałam. Wiedziałam, Ŝe tu będziesz, i wcale nie miałam
zamiaru zostać. PrzecieŜ miałeś tu przyjechać z kobietą.
Jakieś tajemnicze ogniki zabłysły w jego oczach. Przez otwarte
okno wrzucił torbę na tylne siedzenie samochodu.
-
JuŜ prawie zapomniałem o tej Daphne - powiedział, nie
spuszczając oczu z Karen.
-
Diedre - poprawiła. - A jak juŜ dopadnę tego twojego syna, to
poŜałuje, Ŝe w ogóle wymyślił to imię.
-
A czy twój syn nie wspomniał przypadkiem, jak ta Diedre
wygląda? - zapytał, powstrzymując uśmiech.
-
Wspaniałe ciemne włosy, długie do pasa - mówiła Karen z
oczami wzniesionymi do nieba - nogi aŜ do szyi. Długie paznokcie.
Wysoka. Opisał mi ją jako dziewczynę z okładki. Jak teraz o tym
myślę, to wiem, Ŝe powinna mnie zastanowić przedwcześnie
rozbudzona wyobraźnia erotyczna naszego szesnastoletniego syna.
Ale tak o niej mówił, jakby ta Diedre była okropnie przebiegłą,
wyrachowaną egoistką i... - urwała nagle - muszę juŜ jechać.
-
Karo...
-
Naprawdę muszę jechać - powiedziała stanowczo.
- MoŜesz jechać, ale za chwilę. Najpierw muszę ci podziękować.
- Podziękować?
- Narobiłaś sobie mnóstwo kłopotów. Musiałaś zapakować jabłka,
jechałaś taki kawał drogi... Wygląda na to, Ŝe Jon Jacob odmalował ci
prawdziwą wiedźmę połykającą męŜczyzn.
- Nie - potrząsnęła głową. - Opowiadał o pięknej kobiecie, a ja
zupełnie nie powinnam była się w to wtrącać. - Martwiłaś się o mnie.
- Wcale nie.
- Martwiłaś się - powtórzył cicho - i jestem ci za to wdzięczny.
Wcale nie oczekiwała tego i Craig najpewniej teŜ nie mógł
przewidzieć, co zrobi. Powoli zbliŜył rękę do jej twarzy, pogładził ją
po policzku, a po chwili jego dłoń ześlizgnęła się na szyję Karen.
Zobaczyła jego ciemne oczy, w których odbijało się słońce. A potem
poczuła jego usta. Delikatniejsze niŜ szept. Leciutko musnął jej wargi.
Nie był to zawadiacki, prawie brutalny pocałunek chłopca ani dobrze
znane małŜeńskie zaproszenie do łóŜka. Miał smak kawy, słodkich
leśnych jagód i jeszcze czegoś trudnego do opisania. Dobrze znała to
uczucie; powolne ześlizgiwanie się w podniecenie, niewysłowiony
urok poŜądania, nagłe zdziwienie...
Craig uniósł głowę. Zobaczyła na jego czole głęboką zmarszczkę i
była zupełnie pewna, Ŝe ma teraz taką samą. Ich usta rozłączyły się w
tym samym momencie. Oczekiwała, Ŝe Craig powie teraz coś
sensownego. Chciała, Ŝeby coś takiego powiedział.
- Niech to szlag trafi - powiedział zupełnie bez sensu i znów
przywarł do jej ust.
Ujął jej twarz w dłonie i Karen nagle straciła oddech, przestała
nawet myśleć. Jeden pocałunek, potem następny i jeszcze jeden.
Podniecała się coraz bardziej, chociaŜ jeszcze chwilę wcześniej
mogłaby przysiąc, Ŝe tego rodzaju uczucia dawno juŜ w niej umarły i
nawet zostały pogrzebane. To mi się tylko śni, pomyślała. To przecieŜ
nie moŜe dziać się naprawdę. Ale ten sen okazał się bardzo
realistyczny. Wilgotny, gorący język Craiga wdarł się między jej
wargi. Czuła ciepło jego skóry, napięcie mięśni... Całował ją, jakby
całe wieki za nią tęsknił, jak gdyby była zgubionym drogocennym
skarbem, który wreszcie się odnalazł.
Zakręciło się jej w głowie, zachwiała się i o mało nie upadła.
Oparła się na jego nagim ramieniu i zawrót głowy jeszcze się nasilił.
Teraz juŜ przywierali do siebie udami, a jej piersi dotykały jego torsu.
-
Karo, przestań - powiedział niskim, nieswoim głosem.
-
Tak - mruknęła. Zupełnie uczciwie zgadzała się z nim, Ŝe trzeba
natychmiast przestać.
-
Tak nie moŜna.
-
Wiem.
-
To szaleństwo i oboje dobrze o tym wiemy. Trzeba z tym
natychmiast skończyć.
-
Natychmiast - zgodziła się znowu i po chwili jego usta znów
znalazły się na jej wargach. Przez zamknięte powieki czuła tańczące
po twarzy promienie słońca. Szyja ją bolała, a jego wargi wędrowały
po niej coraz niŜej i niŜej. Wciągnęła głęboko powietrze. Ciepło
rozlało się po całym ciele, kiedy przesunął dłońmi po jej plecach, a
potem gwałtownie przygarnął do siebie biodra Karen. Oddychał
szybko i nierówno. Poczuła jego napręŜoną męskość - namacalny
dowód, Ŝe się nie pomyliła. Rozum mówił jej, Ŝe to niemoŜliwe
t
i zupełnie niewłaściwe. Pamięć podsuwała ból i Ŝal,
rozdzierające ją jeszcze nie tak dawno z powodu tego ... właśnie
męŜczyzny. To nic trudnego odsunąć się teraz od niego.
Nigdy w Ŝyciu! Nie sądziła, Ŝe to uczucie kiedykolwiek wróci. -
Myślała... Była zupełnie pewna, Ŝe tamten czar prysnął,
Ŝ
e nie potrafi juŜ czuć czegoś takiego, Ŝe wszystko umarło sto lat
temu. I wcale nie chodzi o poŜądanie.
NajwaŜniejsze, Ŝe znów Ŝyje. OŜyła kaŜda cząsteczka jej ciała.
Nikt inny tak na nią nie działał. Inni męŜczyźni nawet nie zbliŜali
jej do tego wspaniałego uczucia.
Tylko Craig. Czary zdarzały się tylko z Craigiem. Ale nie
przypuszczała, Ŝe on teŜ moŜe jeszcze coś takiego odczuwać.
Odsunął się od niej, spojrzał jej prosto w twarz i zaklął. Jak cień
wszedł za nią na ganek, potem do domu. Przez cały czas mruczał pod
nosem jakieś zupełnie nieistotne w tej chwili ostrzeŜenia. Przerwał
tylko na moment, Ŝeby ją pocałować.
Szklane drzwi nie chciały same ustąpić, więc otworzył je przed
nią. A poniewaŜ przy tej okazji zatrzymał się, Ŝeby przytulić Karen,
skrzydło drzwi z całej siły uderzyło go w tyłek. Wciągnęła go do
pokoju. Zdawało się jej, Ŝe niczego poza nią nie widzi, i zaśmiała się
głośno.
- Karo, to powaŜna sprawa. To przecieŜ okropne. Nie powinno się
nigdy zdarzyć.
- Więc przestań.
- MoŜe w przyszły wtorek - mruknął - albo jeszcze później.
Rozpiął jej bluzkę i rozchylił. Chciał poczuć ciepło jej nagiego
ciała. Jęknął. Próbował zabić ją wzrokiem, chociaŜ przecieŜ nie stało
się nic waŜnego. Jeszcze nie. Ale wiedziała, poznała to po rytmie
swego serca, po sposobie, w jaki Craig na nią patrzył, Ŝe jeśli
natychmiast nie przestaną, to coś się stanie. Musi go powstrzymać.
Oboje muszą przestać. Natychmiast.
Zdjęła buty. LeŜały na trasie z pokoju do sypialni, jak ślady stóp.
Craig zmagał się z guzikami. Jej bluzka wylądowała na klamce,
spodnie rzucone... nie wiadomo gdzie.
W sypialni było chłodniej i nie tak jasno. Szklane drzwi
prowadziły na balkon, z którego rozciągał się widok na skaliste
zbocza wąwozu. Podwójne łóŜko wbudowane było w ścianę i
zajmowało całą wolną przestrzeń pomiędzy spadzistymi skrzydłami
dachu. Craig ominął rozłoŜony na podłodze śpiwór, w którym tej nocy
spał, rzucił Karen na łóŜko i natychmiast nakrył swoim ciałem.
DraŜnił językiem rozpaloną skórę jej szyi. Końcami palców
odnalazł zapięcie zwykłego bawełnianego stanika, odpiął je i uwolnił
piersi. Pieścił je językiem, potem zębami. Przygryzł sutek. Jej ciało
wygięło się. Mocno przywarła do niego.
Nawet przed sądem mogłaby przysiąc, Ŝe to ona jest
odpowiedzialna za ich miłosny wybuch. Tylko Craig by w to nie
uwierzył. Nigdy nie była lekkomyślna, chyba Ŝe z nim. śaden inny
męŜczyzna nie pobudzał jej do perwersji, nie umiał zmienić grzecznej
dziewczynki w namiętną kochankę.
Craig był nieogolony i świeŜy zarost draŜnił delikatną skórę
Karen, wzmagał jej podniecenie. Jego język zostawił ognisty ślad w
miękkim zagłębieniu między jej piersiami. Całował jej szyję i piersi
tak, jakby umierał z głodu, a ona była sutym obiadem. I nic go nie
obchodziło, czy po pierwszym daniu będą jeszcze inne.
Robił to juŜ przedtem. Doprowadzał ją do granic zdrowego
rozsądku. Ale chyba zapomniał, Ŝe nauczył ją prowadzić taką samą
grę. Jej dłonie powędrowały w dół i przez jego płaski brzuch dotarły
do kępy skręconych włosów, tuŜ nad zapięciem dŜinsów. Zatrzask był
mocny, wcale nie chciał się poddać. Wreszcie ustąpił i jednocześnie
rozsunął kawałek suwaka.
Wtedy na moment znieruchomiała. Nie robiła nic, tylko patrzyła
na Craiga. Potem zaczęła go delikatnie głaskać, najpierw szyję, potem
wspaniale umięśniony tors, pępek i jeszcze niŜej... Powoli, jakby
odbywała niespieszną przechadzkę... Jeszcze niŜej, do otwartego teraz
suwaka dŜinsów. Na minutę jej palce zniknęły w tym wycięciu... Na
dwie minuty...
Zanim jeszcze wziął ją pod siebie, zobaczyła w jego oczach ten
błysk. Usłyszała coś, ni to jęk, ni to śmiech, a potem poczuła, Ŝe
przytrzymuje jej ręce.
-
A więc tak, chcesz się bawić... - wymruczał.
-
Nie chcę.
- Właśnie, Ŝe chcesz. Uwielbiasz niebezpieczeństwo, Karo.
Zawsze to lubiłaś.
Musiał puścić jej ręce, Ŝeby ściągnąć z siebie spodnie. Zrobił to
szybko, ale za to jej majteczki zdejmował bardzo powoli i zanim
malutki kawałek materiału znalazł się na podłodze, wycałował całe jej
nogi.
No więc, była wreszcie naga. On teŜ. Świadomość tego faktu
odbijała się w jego oczach, kiedy podziwiał piękne ciało Karen.
AŜ do tej chwili sądziła, Ŝe jest zaślepiony, Ŝe poddał się
poŜądaniu, które tak nagle zaskoczyło ich oboje. Zawsze był
agresywny, na początku nawet ją przeraŜał. Bała się jego rozmiarów,
jego siły i zupełnie nieokiełznanego, typowo męskiego stosunku do
seksu. Kiedy znalazł się w łóŜku, przestawał myśleć. Zapach, widok,
dotyk, dźwięk... Craig uwielbiał wszystko, co wiązało się z kobiecym
ciałem, z uprawianiem miłości. Ale myliła się sądząc, Ŝe tym razem
teŜ zaślepiło go poŜądanie.
UłoŜył jej nogi wokół siebie, na wysokości bioder, a potem wziął
ją, wypełniał powoli, głęboko... Nie był to wyścig do spełnienia. Craig
był cały śliski od potu, mięśnie miał napięte, oczy pełne ognia.
Całował ją delikatnie...
Czule odgarnął mokre włosy z jej czoła.
-
Jesteś gotowa? - szepnął.
-
Tak.
- Wydaje mi się, Karo, Ŝe czekasz na jakąś szaleńczą gonitwę, ale
dostaniesz coś zupełnie innego.
Coś w jego głosie sprawiło, Ŝe zatrzęsła się cała. Znów ją
pocałował i wsunął się w nią. Ich miłosny taniec odbywał się w tym
samym, od lat dobrze znanym rytmie. Teraz jednak w uszach ryczał
jej wiatr, który owinął się wokół nich, zamknął w ich własnym,
intymnym świecie.
Nikt oprócz nich nigdy przedtem nie był zakochany.
ś
adna para w całym kosmosie nigdy nie kochała się tak bardzo
jak oni. Miłość fizyczna sprawiała im wiele przyjemności, ale zawsze
oplatała ich magia, przedziwny czar, który sami stwarzali, dziki i
słodki cud, który sobie wzajemnie dawali. Teraz, przy nim, znów
poczuła tamten czar. Z nim... dotknęła nieba.
ROZDZIAŁ TRZECI
Craig otworzył oczy. W pokoju było cicho. Promienie słońca
leŜały na drewnianej podłodze jak złote plamy. Było późne
popołudnie. Słońce wpadało w okna tej sypialni tylko na chwilę, pod
koniec dnia.
Pomyślał półprzytomnie, Ŝe chyba zasnął. Nie miał zwyczaju
sypiać w ciągu dnia. Musiał być zupełnie wykończony, jeśli zasnął o
tej porze. Powoli, jak przez sen, przypomniał sobie, co go tak
wyczerpało, kto go tak zmęczył i jakiego fantastycznego uŜył
sposobu. Odwrócił głowę.
Karen wciąŜ jeszcze miała ślady snu na policzkach. LeŜała
zwinięta w kłębek, z kolanami pod szyją, i zawzięcie ssała kciuk.
Wyglądała bardzo marnie.
Uniósł się na łokciu. W oczach Karen zabłysło przeraŜenie.
- O, nie! Ty juŜ nie śpisz! Craig, to wszystko moja wina.
Powinien natychmiast wziąć się w garść, ale znacznie łatwiej to
powiedzieć, niŜ zrobić. WciąŜ jeszcze widział oczami wyobraźni
rozpaloną Karen, przypomniał sobie, jak namiętnie się kochali,
pomyślał, jak naturalne, zupełnie naturalne było to, Ŝe leŜała obok
niego w łóŜku.
- Karo...
- Słuchaj, to się zdarza wielu rozwiedzionym parom. Nie twierdzę,
Ŝ
e z moralnego punktu widzenia jest to słuszne. Mówię tylko, Ŝe się
zdarza. Ludzie się rozwodzą i potem nagle czują się bardzo samotni.
Potrzeby seksualne nie zanikają na zawołanie. Wcale niełatwo jest
znaleźć kogoś, kto cię rozumie, kto wie, jaki jesteś w łóŜku. Obcy
ludzie są okropni, więc kiedy wreszcie twój były współmałŜonek...
- Karo... - spróbował znowu, ale bez skutku. Przerwanie potoku jej
wymowy było tak samo niemoŜliwe, jak skok do pędzącego pociągu.
-
Wielu ludziom się to zdarza.
-
Okay.
- Jest to, oczywiście, niewłaściwe, ale rozdzieranie szat niczego
nie zmieni. Nie pozostałby na ziemi ani jeden Ŝywy człowiek, gdyby
ludzie popełniali samobójstwa z powodu kaŜdego błędu. Nikt nie jest
doskonały.
Craig pomyślał, Ŝe tylko jego była Ŝona potrafi prowadzić
dyskusję filozoficzną zupełnie nie ubrana i ze śladami jego zębów na
całym ciele.
- A poza tym, nikt się o tym nie dowie, a my juŜ nigdy więcej tego
nie zrobimy - paplała. - Ani twoi rodzice, ani moi... Dzieci... To
przecieŜ one zaplanowały nasze spotkanie sam na sam. Ale nie
pozwolimy, aby się to kiedykolwiek powtórzyło. A przede wszystkim,
nie będzie juŜ ku temu okazji. Tak więc moŜemy przyjąć, Ŝe był to
odosobniony incydent. Tak?
- Tak.
Nagle zauwaŜyła coś na jego ramieniu.
- O BoŜe! To ja ci to zrobiłam?
- Co zrobiłaś? - Dotknął dłonią barku. Pod palcami poczuł
zadrapania. Nie Ŝadne krwawiące rany, tylko draśnięcia cudownej
kochanki, która juŜ nie panuje nad swoimi odruchami. Teraz jego była
Ŝ
ona takŜe nie dawała się opanować. W zupełnie innym sensie,
niestety...
-
Craig?
-
Co, kochanie?
- Ja tylko chciałabym, Ŝebyś wiedział... - Z jej oczu wyzierał
ogromny, bezdenny smutek. – Nigdy nie chciałam cię skrzywdzić.
Wystarczająco duŜo bólu sprawiliśmy sobie dotąd. Jeśli masz do mnie
Ŝ
al o to, co się stało...
- Karo... - Chwycił ją za rękę. - Nigdy nie będę miał do ciebie Ŝalu.
Cokolwiek zrobisz. Bywałem czasem na ciebie wściekły, ale to
zupełnie co innego. A jeśli idzie o to, Ŝe się kochaliśmy, to naprawdę
nic mnie nie obchodzi, czy było to złe, czy dobre. Bardzo się cieszę,
Ŝ
e to się stało, i niczego nie Ŝałuję.
-
Musisz - szepnęła.
-
Nie muszę.
-
Sądziłam, Ŝe będziesz na mnie zły. - Popatrzyła mu prosto w
oczy.
-
A jak myślisz, kto zaczął ten pierwszy pocałunek? Ty niczego
nie zaczynałaś, to ja. - Spróbował się uśmiechnąć. - Dawniej byś mi
zrobiła awanturę. MoŜe nawet dostałbym w oko. Jeśli wciąŜ masz na
to ochotę, nie krępuj się. Masz pełne prawo mi przyłoŜyć.
Jedyna rzecz, na jaką Karen miała teraz ochotę, to jak najszybsza
ucieczka. Nagle zdała sobie sprawę z tego, Ŝe wciąŜ trzymają się za
ręce, Ŝe leŜą na tej samej poduszce w tym samym łóŜku i Ŝe oboje są
nadzy.
Zerwała się. Niecałe pięć minut później w zapiętej byle jak bluzce
i z potarganymi włosami błyskawicznie znikała mu z oczu, pędząc w
dół górską serpentyną. Usprawiedliwieniem tej gwałtownej ucieczki
miał być powrót do domu, do dzieci. Musiała przecieŜ porozmawiać z
nimi na temat ich podstępnych planów połączenia własnych rodziców.
Konieczność powrotu do domu to dobre wytłumaczenie, ale Craig
wiedział, Ŝe prawdziwy powód był zupełnie inny. Musiała
natychmiast od niego uciec.
Stał w drzwiach i patrzył na znikający w oddali samochód.
Przygładził dłonią włosy. Jeszcze dziś rano wyśmiałby kaŜdego, kto
by
mu
powiedział,
Ŝ
e
spędzi
dzień w łóŜku ze swoją byłą Ŝoną. Teraz nie było mu do śmiechu.
Odwrócił się na pięcie, owładnięty nagłą potrzebą szybkiego
opuszczenia tego miejsca. Zapakował resztę jedzenia, pozbierał swoje
rzeczy, pozamykał okna.
Wrócił do sypialni, zdjął z łóŜka prześcieradło i połoŜył czyste, a
na koniec zabrał się do układania narzuty.
W fałdach grubego materiału znalazł stanik Karen.
Nagle zupełnie zapomniał, Ŝe jeszcze przed chwilą tak bardzo się
spieszył. Usiadł na łóŜku i oglądał uwaŜnie fragment damskiej
bielizny. Był to zwykły, biały stanik bez koronek, rozmiar 34C. Nawet
zakonnice noszą bardziej uwodzicielską bieliznę. Dawno temu
Ŝ
artował z niej, Ŝe nosi takie skromne staniki. Ale Kara nigdy nie
próbowała poprawić swojej figury. Nigdy nie zaleŜało jej na tym,
Ŝ
eby przyciągać wzrok obcych facetów.
Tkanina jeszcze pachniała jej ciałem i delikatnymi perfumami...
Kapryfolium? Uwielbiała perfumy i uŜywała ich na co dzień.
Zmieniała zapachy zaleŜnie od tego, jaki miała danego dnia nastrój.
Na jej toaletce stało ze dwadzieścia maleńkich flakoników. Kiedy
miała ochotę pójść z nim do łóŜka, uŜywała Shalimara, a kiedy się
czymś martwiła albo denerwowała, nieodmiennie skrapiała się jakąś
lekką, spokojną wodą kwiatową. Jak na przykład kapryfolium.
Więc bałaś się tu przyjechać, Karo, pomyślał. I na pewno się nie
spodziewałaś, Ŝe pójdziesz ze mną do łóŜka.
Obudziło się w nim stare, dobrze mu znane poczucie winy.
Zacisnął powieki. Tak, od samego początku poczucie winy barwiło
jego stosunki z Karen. Przypomniał sobie, jak po tamtej koszmarnej,
nieudanej próbie kochania się solennie jej obiecał, Ŝe juŜ nigdy więcej
nie będą tego próbowali. Dotrzymał słowa. Przez całe trzy dni. Po
lekcjach odprowadził ją do domu, a kiedy zorientował się, Ŝe jej
rodzice gdzieś wyjechali i Ŝe na pewno nie wrócą przed szóstą...
Następną rzeczą, którą zapamiętał, było łóŜko z baldachimem, stojące
w jej sypialni i jakieś wypchane zwierzątka przyglądające się ich
ekscesom. Dwa dni później spacerowali po lesie, trzymając się za ręce
i rozmawiając. Naprawdę tylko rozmawiali. Godzinę później szukali
swoich ubrań rozrzuconych po okolicznych krzakach.
Wtedy juŜ miał prezerwatywy. Kupił je w innym mieście, gdzie
nikt go nie znał. Zepsuł kilka w zamkniętej łazience, bo nie chciał
przy dziewczynie wyglądać na niedoświadczonego kretyna. Opanował
w końcu tę technikę, ale było juŜ za późno. Za pierwszym razem robili
to przecieŜ bez Ŝadnego zabezpieczenia. Okres jej się spóźniał. Mieli
iść do kina. Jeszcze teraz pamięta, jak przyjechał po nią, a ona
wybuchnęła płaczem, gdy znalazła się w samochodzie. Nie dzień, ale
cały tydzień spóźnienia. Była przeraŜona. Pocili się ze strachu przez
następne dwa tygodnie, nie kochali się, jakby Ŝycie bez grzechu
mogło cokolwiek naprawić. Udało się. Dostała wreszcie okres, ale
wtedy juŜ i jego, i jej rodzice zaczęli martwić się ich znajomością.
Tamtego roku w październiku Craig skończył osiemnaście lat, ale
Karen dzieliło od osiemnastych urodzin jeszcze kilka długich
miesięcy. MoŜe gdyby nie zabraniano im spotykać się ze sobą, nie za-
planowaliby romantycznej ucieczki do innego stanu.
Przyznano im stypendia do tego samego college'u. Craig obiecał
jej, Ŝe jakoś dadzą sobie radę. Bóg wie, jakim cudem. Nie mieli ani
grosza, nie mieli gdzie mieszkać, a rodzice nie chcieli z nimi nawet
rozmawiać. Mimo to udało się im. Wynajęli pokój na poddaszu na
terenie uczelni, znaleźli pracę, chodzili na zajęcia, Ŝywili się masłem
orzechowym i namiętną miłością. Mieli siebie i o nic innego nie dbali.
Mieli miłość, która nigdy nie umrze.
Prezerwatywy zawiodły ich, kiedy Karen miała dziewiętnaście lat.
Urodził się Jonathan Jacob, a w następnym roku - Julie. Kara rzuciła
naukę i chyba nigdy tego nie Ŝałowała. Kochała swoje dzieci, męŜa i
kochała Ŝycie, a Craig dałby się za nią zabić. Bóg świadkiem.
Romantyczna gotowość do poświęcenia Ŝycia za ukochaną nie
nadawała się, niestety, do jedzenia. Mleko dla niemowląt okazało się
znacznie droŜsze niŜ masło orzechowe, a namiętną miłością nie dało
się opłacić czynszu. Kara dorabiała pisaniem na maszynie. Craig nie
mógł rzucić studiów, ale znalazł sobie i jeszcze jedną dodatkową
pracę. I wtedy właśnie po raz ostatni widział swoją Ŝonę. Dopiero
dzisiaj, po dwunastu latach znów ją zobaczył. Craig patrzył tępo w
sufit. Z tym niewidzeniem Karen to, oczywiście, przesada. Widywał
ją, Ŝył obok niej, nawet z nią sypiał. Wychowali razem dwójkę dzieci.
Ale właśnie w tamtym okresie stracił Karen i do tej pory nie ma
zielonego pojęcia, jak to się mogło stać. Przez całe lata zŜerało go
poczucie winy. To on uwiódł Karen, zanim naprawdę dojrzała do
miłości. On wymyślił ten cały zwariowany ślub, kiedy oboje byli
jeszcze zbyt młodzi na małŜeństwo. Z jego winy nie mieli pieniędzy.
To on odpowiadał... za wszystko. To przez niego zawsze popadali w
kłopoty i dlatego właśnie on powinien się starać, Ŝeby była
szczęśliwa. Kłopot w tym, Ŝe przez cały czas sądził, iŜ to właśnie robi.
Zanim się obejrzał, mieli juŜ dom, on był wicedyrektorem do
spraw handlowych u Hytecha i zarabiał mnóstwo pieniędzy, a dzieci
były na tyle duŜe, Ŝe mogliby wreszcie znaleźć trochę czasu dla
siebie. Zamiast tego wciąŜ się kłócili. Wstrętnie i ordynarnie. O głupie
drobiazgi: kto ma skosić trawnik, przynieść bieliznę z pralni, który z
kretyńskich programów telewizyjnych dzisiaj obejrzeć.
Czar ich miłości nie zniknął tak zwyczajnie. Został na śmierć
zadeptany. W końcu Craig pojął, Ŝe Karen po prostu juŜ go nie kocha.
Rozwód nie sprawił mu bólu. Wspólne Ŝycie stało się nie do
zniesienia i rozwód okazał się prawnym sposobem na uśmierzenie
bólu. Przynajmniej tak mu się wtedy wydawało. Potem jego Ŝycie
toczyło się normalnie.
Jeśli rzeczywiście zadeptaliśmy na śmierć naszą miłość, pomyślał,
to co się zdarzyło dziś rano, panie Reardon? Co się stało z Karen? Co
się stało z tobą? I co macie zamiar teraz z tym zrobić?
W środę Karen wyszła z pracy punktualnie o piątej i wcześniej
wróciła do domu. PodjeŜdŜając pod dom zauwaŜyła, Ŝe trawnik jest
skoszony, a worki ze śmieciami, zawiązane i równo ustawione,
czekają na przyjazd śmieciarzy. Jon Jacob musiał się bardzo starać.
Kuchnia powitała ją wyszorowanymi blatami i czystymi naczyniami.
Nawet na kuchence nie było Ŝadnych przypalonych kleksów. Julie teŜ
się napracowała. Przez tydzień odgrywali role idealnych dzieci.
Karen przebrała się w domowe ubranie. Pomyślała, Ŝe
wychowanie dzieci to złoŜony proces naciskania właściwych guzików
na chybił-trafił. Odbyła z nimi rozmowę na temat prób wyswatania jej
z Craigiem. Nie krzyczała na nich ani nie ukarała. Powiedziała tylko,
Ŝ
e bardzo ich oboje kocha, Ŝe rozumie, co czują, i Ŝe wszystkie dzieci
z rozwiedzionych małŜeństw chciałyby, Ŝeby ich rodzice znów byli
razem. Powiedziała, Ŝe jest jej przykro, ale w tym wypadku jest to
zupełnie niemoŜliwe i nigdy się nie zdarzy. Prosiła, Ŝeby nigdy więcej
nie podejmowali takich prób, bo w ten sposób mogą tylko skrzywdzić
ojca. Od tamtego dnia cały dom lśnił czystością, a oba potwory
zmieniły się w aniołki.
Karen nigdy nie próbowała wzbudzać w dzieciach poczucia winy,
nie uznawała takich metod wychowawczych. Najwyraźniej jednak raz
na piętnaście lat moŜna ten sposób zastosować, i to ze znakomitym
rezultatem. Teraz Karen miała pewność, Ŝe Ŝadne z nich juŜ nigdy nie
spróbuje zorganizować jej spotkania z byłym męŜem. To waŜne, bo
wcale nie wiedziała, czy po tej pierwszej próbie uda jej się odzyskać
równowagę.
- O, mama! Wróciłaś wcześniej.
- Cześć, skarbie. - Odwróciła się na pięcie. - Dziękuję, Ŝe
wstawiłaś obiad, córeńko. - Przytuliła swoją młodszą latorośl. Julie
wyrosła na piękną dziewczynę.
Miała śniadą cerę po ojcu, czarne włosy i ciemne oczy. JuŜ od
roku chłopcy wydzwaniali do niej, ale, jak dotąd, Julie nie poświęcała
im wiele uwagi. Karen była z tego bardzo zadowolona. - Co w szkole?
- Nudy.
Karen zapewne doznałaby wstrząsu, gdyby kiedykolwiek
usłyszała inną odpowiedź. Był to pierwszy tydzień szkoły po
wakacjach. Julie doskonale się uczyła i, chociaŜ za nic w świecie by
się do tego nie przyznała, uwielbiała szkołę.
- Wszystko w porządku? Masz dobrych nauczycieli?
- Wszystko w porządku - powiedziała Julie z pewnym
zniecierpliwieniem. -Mamo, coś się stało – dodała po chwili wahania.
-
Co takiego?
-
Chciałam ci pomóc i nastawiłam pranie.
-
I co?
- No i ta czekoladowa bluzka z bawełny, którą tak bardzo lubisz...
Nie wiedziałam, Ŝe tego się nie wrzuca do suszarki. Zdawało mi się,
Ŝ
e uwaŜnie przeczytałam przepis prania...
- Co się z nią stało?
- MoŜe by weszła na pudla. Ale na małego. Przepraszam cię
bardzo.
- Nic nie szkodzi. To przecieŜ tylko bluzka.
Najwyraźniej posiadanie chwilowo idealnych, doskonałych i
pracowitych dzieci musi mieć jakieś skutki uboczne, ale to nie było
dla Karen najwaŜniejsze. MoŜe nawet stracić całą swoją garderobę,
byleby jej aniołki zapomniały o swoich nierealnych nadziejach na
ponowne małŜeństwo rodziców.
- Cześć, mamo. JuŜ jesteś?
Jon musiał się nachylić, Ŝeby mogła go pocałować. Przez ostatnie
trzy lata unikał wszelkich czułości, nawet matczynych, ale, dzięki
Bogu, juŜ z tego wyrósł. Był wyŜszy od niej o co najmniej
dwadzieścia centymetrów i najwyraźniej doszedł do wniosku, Ŝe
matki zwykle przytulają swoje dzieci, a on jest juŜ na tyle dorosły, Ŝe
moŜe to tolerować.
- Nic nie mów. Wiem, Ŝe umierasz z głodu. Zaraz będzie obiad.
Co w szkole? Lekcje odrobiłeś?
-
Odrobiłem. I skosiłem trawnik.
-
Wiem, widziałam. Dziękuję, maleństwo.
- Dzwoniła babcia. Chce, Ŝebyśmy przyszli na obiad w piątek.
Rozmawiałem z Fitzem, będę u niego pracować po lekcjach.
Karen uwaŜała, Ŝe Jon Jacob nie powinien tego robić. Musi się
przygotować do egzaminów, a to wymaga duŜo pracy. Nie moŜe brać
na siebie dodatkowych obciąŜeń, ale co moŜna poradzić, jeŜeli jego
największym Ŝyciowym marzeniem jest zarabianie pieniędzy. Chce
mieć własny samochód. I chyba bardziej mu to potrzebne niŜ
powietrze.
- Daj spokój, mamo. Pogodzę obie rzeczy. Pozwól mi
przynajmniej spróbować. PrzecieŜ zawsze mogę to rzucić, jeśli okaŜe
się, Ŝe nie daję sobie rady ze szkołą.
- Jeszcze o tym porozmawiamy - powiedziała Karen.
Obiad zjedli szybko i jak zwykle narobili mnóstwo hałasu i
bałaganu. Jon najwyraźniej miał nową dziewczynę, bo Julie dokuczała
mu bez przerwy. Rozlało się mleko. Dzieci przysięgały, Ŝe mają
uczulenie na dynię, takie samo, jakie zawsze miały na inne warzywa.
Trzy razy dzwonił telefon - dwa razy do Julie. Karen domyśliła się, Ŝe
to chłopcy, bo córka czerwieniła się jak burak i bardzo szybko
kończyła rozmowę. Jeden telefon był do Jona. Synek mówił coś do
słuchawki sztucznym barytonem i cały czas trzymał rękę w kieszeni.
To na pewno ta nowa dziewczyna.
Jon najwyraźniej odziedziczył po ojcu wybujały temperament, co
wprawdzie martwiło Karen, ale nie za bardzo. Będzie miała czas na
zmartwienia, kiedy jej syn zainteresuje się jakąś dziewczyną na dłuŜej
niŜ tydzień.
Zostawiła ich kłócących się, kto ma zmywać. Poszła do pokoju,
włączyła telewizor i usiadła na kanapie. Pomyślała, Ŝe to wyjątkowo
dobry tydzień. Dzieci zachowywały się nadzwyczaj spokojnie,
szczęśliwe i pochłonięte własnymi sprawami. W pracy rzadko kiedy
tak dobrze się układało. Jim, naczelny dyrektor firmy, bez uprzedzenia
dał jej podwyŜkę. Przebyła długą drogę od zwykłej maszynistki w hali
maszyn do osobistej sekretarki i asystentki naczelnego dyrektora. Jim
miał sześćdziesiąt trzy lata i miał prawo okazać się staromodnym
szefem, wymagającym od sekretarki wyłącznie podawania kawy.
Tymczasem przez wszystkie minione lata coraz bardziej wprowadzał
Karen w przedsięwzięcia, których się bała, i obciąŜał ją
odpowiedzialnością, której nie potrafiła udźwignąć. Teraz twierdziła,
Ŝ
e i bez niego znakomicie poprowadziłaby całą firmę, i tak było
naprawdę. Zrobił jej wspaniałą niespodziankę tą nieoczekiwaną pod-
wyŜką.
Jeszcze raz powiedziała sobie, Ŝe tydzień minął znakomicie. Z
jednym drobnym wyjątkiem. Ma zupełnie stargane nerwy. Musi się
mocno trzymać, Ŝeby nie chodzić po ścianach.
Wiatr poruszył firankami. Rozejrzała się po pokoju. Na górze były
trzy sypialnie. Na dole - kuchnia, schowek, ogromny pokój dziecinny
i ten mały, kwadratowy pokój. Było to jej sanktuarium, kryjówka,
jedyne miejsce, w którym mogła chwilę odpocząć. Podłogę wyłoŜono
kremowym dywanem, obicia mebli i zasłony były w kolorze
łososiowym, ale poza tym nic w tym pokoju do siebie nie pasowało.
Porcelanowy serwis prezentował jak najbardziej nowoczesne ame-
rykańskie wzornictwo, za to wygięte w kształcie litery S siedzisko z
kości słoniowej miało ponad sto lat. Nad rzeźbionym, okrągłym
stołem, wykonanym w Bostonie w czasach wojny domowej, wisiał
surrealistyczny obraz przedstawiający górski krajobraz. Łososiowa
kanapa była zupełnie nowa, a okrągła lampa ze zwisającymi wokół
klosza kryształkami naleŜała jeszcze do prababci Karen.
Karen doskonale wiedziała, Ŝe cały ten pokój jest w bardzo złym
guście. Chomikowała tu wszystkie przedmioty, które lubiła, i jej się tu
podobało.
Nic nie usprawiedliwiało jej podenerwowania. Wszystko jest w
porządku! Od soboty powtórzyła sobie to zdanie chyba ze sto razy,
jakby jakiś krasnoludek siedzący w jej głowie koniecznie chciał
utrzymać ją w takim przekonaniu. Nic się nie dzieje, tłumaczyła sobie.
Dzieci grzeczne, w domu panuje porządek. Twój świat wcale się nie
zawalił w sobotę. Wszystko jest w najlepszym porządku.
Chciała się odpręŜyć. Oparła głowę na poduszce i w tej samej
chwili ktoś zadzwonił do drzwi. Skrzywiła się, wstała z kanapy i nie
wkładając kapci, poszła otworzyć. W drzwiach stał wysoki, chudy
chłopak. Sprawiał wraŜenie śmiertelnie przeraŜonego tym, Ŝe ośmielił
się ją fatygować.
- Jon jest w kuchni albo w pokoju na dole - powiedziała i Roger
błyskawicznie zniknął w głębi domu.
Sześć minut później dzwonek znów zawył i Karen jeszcze raz
wstała z kanapy. Przed drzwiami stała panienka z taką warstwą
makijaŜu na twarzy, jakby wybierała się do pracy na ulicę. Na gołe
ciało włoŜyła ciasną bluzkę. Karen zauwaŜyła w jej uchu jeszcze
jedną dziurę. To juŜ czwarta.
- Julie jest w kuchni albo w pokoju na dole - powiedziała.
-
Pewnie jest zajęta.
-
Nie jest zajęta.
-
Nie chciałabym jej przeszkadzać.
Karen westchnęła cięŜko. Za nic nie moŜe zrozumieć tej Marty.
Jakim cudem tak dziwacznie ubierająca się dziewczyna moŜe być tak
zupełnie pozbawiona pewności siebie.
- Na pewno się ucieszy, Ŝe przyszłaś, kochanie zachęcała ją
Karen. - Wejdź, proszę.
Tak jak przedtem Rog, Marta posłusznie zniknęła w głębi domu.
Karen z powrotem usiadła na kanapie i w tej samej chwili znów
ktoś zadzwonił do drzwi. O BoŜe, pomyślała, zanosi się na jeden z
tych koszmarnych wieczorów, kiedy dzieciaki tłoczą się jak
winogrona na kiści. Inni rodzice mają dość rozumu, Ŝeby przewidzieć,
Ŝ
e dzieci potrafią błyskawicznie przewrócić do góry nogami cały dom,
więc nikt ich u siebie nie przyjmuje. Nikt przy zdrowych zmysłach nie
pozwala robić z własnego domu miejsca spotkań nastolatków. Karen
doskonale wiedziała, Ŝe wszyscy rodzice w sąsiedztwie uwaŜają ją za
naiwniaczkę. Rzeczywiście jest naiwna. Szła otworzyć drzwi po raz
trzeci i myślała, czy ma w domu dość praŜonej kukurydzy i chipsów.
Zastanawianie się nad tym nie ma wprawdzie najmniejszego sensu, bo
i tak zawsze im za mało...
- Są w kuchni albo... - urwała w pół słowa. Tym razem w drzwiach
nie stał Ŝaden wyrośnięty, zawstydzony młodzieniec, tylko wysoki
męŜczyzna w szarym garniturze. Zaschło jej w ustach, a serce zaczęło
walić, walić i walić jak młotem. Pomyślała, Ŝe były mąŜ przyjechał tu
prosto z pracy, bo ma na sobie krawat i wygląda na bardzo
zmęczonego. Obrzucił ją obojętnym spojrzeniem. Chyba jest
przepracowany, pomyślała.
-
Przepraszam cię, Karen. Wiem, Ŝe powinienem był zadzwonić i
uprzedzić, ale wiesz, po raz pierwszy w tym tygodniu udało mi się
wyjść z pracy wcześniej, niŜ planowałem, a obiecałem przecieŜ, Ŝe
porozmawiam z dzieciakami.
-
Nic nie szkodzi. Nie musisz dzwonić. Ja juŜ z nimi
rozmawiałam.
-
Wiem. To znaczy, domyśliłem się, Ŝe rozmawiałaś, ale ty gorzej
radzisz sobie z takimi problemami niŜ ja. Poza tym uwaŜam, Ŝe tym
razem oboje powinniśmy z nimi porozmawiać. Są w domu?
Tak jak poprzedni goście, Craig takŜe pomaszerował w stronę
kuchni.
Karen nawet nie ruszyła się od drzwi. Pojawienie się
jakiegokolwiek dorosłego w towarzystwie nastolatków mogło mieć
tylko jeden skutek. Chwilę później przez korytarz przebiegł Roger i
tylko raz się potknął, zanim dotarł do drzwi wyjściowych. TuŜ za nim
pojawiła się Marta. Oboje rzucili za siebie szybko:
- Do widzenia pani!
Karen wciąŜ stała przy drzwiach, a krasnoludek w jej głowie
bezustannie powtarzał: „Nic ci nie jest, Karen. Wszystko w
porządku”. Nic nie było w porządku. Od dnia, w którym kochała się z
Craigiem, czuła się okropnie, a myśl o ponownym spotkaniu z nim
napełniała ją przeraŜeniem. Była pewna, Ŝe będzie to trudna próba.
Wiedziała,
Ŝ
e
poczuje
wibrujące
pomiędzy
nimi
przykre
zawstydzenie. I tak teŜ było. Serce jej waliło i krew uderzyła do
głowy. Jej były mąŜ najwyraźniej nie odczuwał Ŝadnego z tych
ś
miesznych objawów. Przedtem miliony razy wchodził do tego domu,
zamieniał z nią kilka słów i znikał w głębi domu, Ŝeby porozmawiać z
dziećmi. Tym razem wszystko odbywa się przecieŜ tak samo. Tak
jakby ich sobotnie spotkanie nigdy nie miało miejsca. Poczuła ulgę, Ŝe
tamta seksualna przygoda nie miała dla niego istotnego znaczenia.
To ogromna ulga, powiedziała sobie stanowczo. BoŜe! PrzecieŜ
gdyby okazało się, Ŝe któremuś z nich jeszcze na tym związku zaleŜy,
to konsekwencje mogłyby być straszne. Dla wszystkich. PrzecieŜ nie
moŜna budować Ŝadnych głupich nadziei na jednym spotkaniu. Seks
to tylko... seks. PrzecieŜ pójście do łóŜka jeden, jedyny raz niczego
nie moŜe zmienić. Decydując się na rozwód, spalili za sobą wszystkie
mosty. Teraz juŜ nie ma powrotu.
JuŜ za chwilę, wmawiała sobie, juŜ za moment będę mogła
normalnie oddychać.
ROZDZIAŁ CZWARTY
Karen nie miała najmniejszego zamiaru podsłuchiwać. Zbyt
niespokojna, Ŝeby z powrotem zasiąść przed telewizorem, sięgnęła po
leŜącą na stoliku ksiąŜkę. To nie jej wina, Ŝe przez otwarte drzwi
kuchni wyraźnie słychać było prowadzoną tam rozmowę. Chciała
odejść, bo przecieŜ Craig ma prawo rozmawiać z dziećmi bez
ś
wiadków, ale temat rozmowy był tak waŜny, Ŝe nie potrafiła się
oprzeć.
Dzieci dobrze wiedziały, Ŝe matka daje sobie czasami „wciskać
ciemnotę", ale ojca nigdy nawet nie próbowały nabierać. Swoje
stosunki z dziećmi Craig opierał na otwartości i bezwzględnej
uczciwości.
Jeśli nawet Karen Ŝywiła jakąś nadzieję, Ŝe sobotnie spotkanie w
łóŜku coś pomiędzy nimi zmieniło, to podsłuchana rozmowa byłego
męŜa z dziećmi wyleczyła ją tak dokładnie, jak dentystyczne wiertło.
-
Bardzo nam przykro, tato. Nie chcieliśmy nikogo skrzywdzić.
Ani ciebie, ani mamy.
-
Nie mnie musicie przepraszać, ale mamę. Chcę tylko, Ŝebyście
szczerze odpowiedzieli mi na jedno pytanie. Uknuliście niezłą intrygę,
Ŝ
ebyśmy się z mamą spotkali w Chatce i, oczywiście, zrobiliście to w
jakimś celu. Chciałbym się dowiedzieć, co właściwie zamierzaliście w
ten sposób osiągnąć?
Karen słyszała, jak Jon nerwowo przełyka ślinę.
- Myśleliśmy, Ŝe kiedy pojawi się ktoś inny, jakiś narzeczony
mamy albo twoja panienka, to wreszcie zrozumiecie, Ŝe wciąŜ bardzo
wam na sobie zaleŜy.
- I na ciebie to podziałało! - wybuchnęła Julie.
- Wiesz, Ŝe tak było. Nie zapomnę wyrazu twojej twarzy, kiedy
powiedziałam ci, Ŝe mama moŜe mieć kłopoty...
-
Na mamę teŜ. Mama o mało nie dostała zawału, kiedy
opowiedziałem jej o twojej dziewczynie. Wiem, Ŝe wam ciągle
jeszcze zaleŜy... - rzucił Jon.
-
A więc stwierdziliście - przerwał mu Craig - Ŝe ja i mama nie
jesteśmy sobie zupełnie obojętni. I sądzicie, Ŝe to takie wielkie
odkrycie? Myśleliście, Ŝe nas tym zaskoczycie?
-
Tato...
-
Tato...
-
Ty,
Julie,
wmówiłaś
mi,
Ŝ
e
wasza
matka
jest
w
niebezpieczeństwie, a Jon przestraszył mamę jeszcze bardziej. No
więc dobrze, „podziałało" to na nas. To, Ŝe ludzie się rozwodzą, nie
musi wcale znaczyć, Ŝe przestaje ich obchodzić wszystko, co dotyczy
byłego męŜa albo Ŝony.
-
Rodzice Masona teŜ się rozwiedli. - Jon był tak przejęty, Ŝe aŜ
głos mu się łamał. - Ale oni nie mogą nawet znieść swojego widoku.
Wy z mamą nigdy się tak nie zachowywaliście.
-
Z tym tylko, synku, Ŝe to zupełnie o niczym nie świadczy.
Ludzie rozwodzą się z róŜnych przyczyn i bardzo róŜnie się
zachowują - powiedział Craig.
- Nie chciałbym, Ŝeby którekolwiek z was kiedykolwiek naraziło
waszą matkę na podobne przeŜycia. Zdenerwowaliście ją bardzo,
wtrącając się w sprawy, o których nie macie bladego pojęcia. – Jego
głos złagodniał. - Słuchajcie mnie uwaŜnie. Czy wydaje wam się, Ŝe
bez Ŝadnego powodu zdecydowaliśmy się na rozwód? Czy naprawdę
sądzicie, Ŝe naraŜalibyśmy i siebie, i was na ten cały koszmarny
proces, gdybyśmy mogli jakoś sobie ułoŜyć wspólne Ŝycie?
Karen spojrzała na swoje dłonie tak mocno zaciśnięte na ksiąŜce,
Ŝ
e aŜ palce jej zbielały. Pomyślała, Ŝe Craig zawsze miał niespotykany
dar trafiania w samo sedno. To, co zdarzyło się między nimi w sobotę,
taka krótka chwila zapomnienia, nie powinna jej była przesłonić
przeszłości. Poruszyli przecieŜ niebo i ziemię, ale nic to nie pomogło.
Kochali się, ale to takŜe nie pomogło. Nic nie pomogło. Po prostu, nie
mogli juŜ dłuŜej być małŜeństwem.
Nagle gwałtownie zapragnęła zniknąć. Odwróciła się na pięcie. O
sekundę za późno. Craig otworzył drzwi i zobaczył ją stojącą w halu.
Zaczerwieniła się jak panienka. Poczuła się jak złodziej sklepowy,
złapany na gorącym uczynku.
- Ja tylko... - Pokazała mu ksiąŜkę.
PołoŜył palec na ustach i delikatnie pociągnął ją za sobą do drzwi
wejściowych. Kiedy wyszli na ganek, zatrzymała się przy schodkach,
ale Craig potrząsnął tylko głową i szedł dalej. Karen domyśliła się, Ŝe
chce z nią porozmawiać na osobności, gdzieś, gdzie dzieci na pewno
ich nie usłyszą. Craig pędził przez trawnik jak samochód wyścigowy.
Zacisnęła usta i podreptała za nim. Sądziła, Ŝe będzie chciał jeszcze
raz przekonać ją, Ŝe muszą zaprezentować dzieciom jednolite
stanowisko w tej sprawie. Nie powinno to trwać dłuŜej niŜ pięć
sekund. Kiedy on juŜ wreszcie sobie pójdzie, Karen zabierze swoje
stargane nerwy na górę, naleje do wanny ze dwa litry pachnącego
płynu i co najmniej na godzinę zanurzy się w gorącej kąpieli. A moŜe
nawet na dwie godziny. Kąpiel na pewno dobrze jej zrobi. Dałaby
sobie głowę uciąć, Ŝe jej ponury nastrój poprawi się z chwilą, gdy
były mąŜ zniknie jej z oczu. A moŜe uda się skrócić tę
pięciosekundową rozmowę do trzech sekund?
Widziała, jak Craig znika za rogiem garaŜu. Po co on tam idzie?
Nie mam tam przecieŜ nic poza drewnem do kominka i wysokimi do
kolan chwastami.
- Przepraszam cię, Karen - powiedział – ale musiałem znaleźć
miejsce, w którym choćby przez kilka minut moglibyśmy zostać sami.
Tak, Ŝeby dzieci nie widziały, Ŝe jesteśmy razem.
No, to mu się udało. Ani Jon, ani Julie w Ŝaden sposób nie zgadną,
Ŝ
e ich odpowiedzialni rodzice schowali się za sąg drewna, pomyślała
Karen.
-
Słyszałam, co im powiedziałeś - przyznała się - i zupełnie się z
tobą zgadzam. Bardzo jasno wytłumaczyłeś, Ŝeby nie mieli Ŝadnej
nadziei na nasze ponowne małŜeństwo.
-
Chciałem, Ŝeby przestali wymyślać sposoby na wyswatanie nas.
I to wcale nie dla naszego spokoju, ale przede wszystkim dla ich
dobra.
-
Mówiłam juŜ, Ŝe zupełnie się z tobą zgadzam. Wystarczająco
boleśnie przeŜyli nasz rozwód.
- Nie powinniśmy ich angaŜować w nasze problemy. Skinęła
głową, zupełnie zgadzając się tym razem ze zdaniem byłego męŜa.
Zobaczyła, Ŝe Craig podnosi ręce i wyciąga je po nią. Zorientowała
się, co się dzieje, dopiero wtedy, kiedy było juŜ za późno. Chwycił ją
za ramiona i pociągnął do góry, tak Ŝe musiała stanąć na palcach.
Pochylił głowę, zasłaniając jej widok na zachodzące słońce, a potem
jego usta dotknęły jej ust, przywarły do nich tak nagle, jakby ten
pocałunek nie mógł zaczekać ani chwili dłuŜej.
Jej myśli rozsypały się jak confetti. Myślała, Ŝe Craigowi chodzi
jedynie o dzieci. Sądziła, Ŝe uznał sobotnie intymne spotkanie w
Chatce za niezdrowy, zupełnie błędny i nieodpowiedzialny wybryk.
Liczyła na to, Ŝe Craig będzie mądrzejszy niŜ ona. Ale w jego
pocałunku nie było ani krzty mądrości. Napierał na nią, jakby
odczuwał głód i szukał na jej wargach czegoś do jedzenia. Było tak
samo, jak w tamtą sobotę, tylko znacznie gorzej. Podniecający dotyk
jego niecierpliwych dłoni, napięcie i dobrze znana radość z takiej
bliskości ciał...
Dreszcz wstrząsnął całym jej ciałem. Ogarnął ją strach, ale taki
słodki strach jak wtedy, gdy się skacze z wysokiej skały w czarną toń
jeziora. Zanurzyła się w tej wodzie tak szybko i tak głęboko, Ŝe moŜe
juŜ nigdy nie wypłynie na powierzchnię. MoŜe juŜ nigdy nie będzie
oddychać. Wiedziała na pewno, Ŝe jeśli on przestanie ją całować, to
ona juŜ nigdy nie będzie oddychać.
-
Do diabła, Karo - powiedział bardzo cicho, a w jego głosie była
wyłącznie pieszczota. Jego wargi zsunęły się na jej szyję, potem na
delikatny płatek ucha.
-
Bądź grzeczna - poprosił, chociaŜ to właśnie on zachowywał się
niegrzecznie. Jego dłonie delikatnie pieściły plecy Karen, dotarły do
talii. Przylgnęła do niego. Był twardszy niŜ stal. Gorąca stal. Ale,
niech Bóg jej przebaczy, ogień płonący w jej Ŝyłach miał tyle samo
Ŝ
aru.
- Karen.
Wróciła do rzeczywistości. To, co nie mogło się nigdy więcej
wydarzyć, co nigdy więcej zdarzyć się nie powinno, co zdarzyć się nie
miało - właśnie się zdarzyło. Nagle zapadła między nimi pełna
napięcia cisza. Ujrzała w jego oczach mroczną pasję, widziała, jak
zaciska szczęki, próbując się opanować.
- DrŜysz cała - powiedział.
Skinęła głową. Ośmieszyłaby się, gdyby chciała zaprzeczyć.
Trzęsła się jak galareta.
- Boisz się? Nie ty jedna. - Delikatnie pogłaskał ją po policzku.
Opuścił ręce i wskazał jej stertę drewna.
- A moŜe sobie tu usiądziesz - rzekł, opierając się o białą ścianę
garaŜu - a ja postoję tutaj. I oboje zachowamy bezpieczny dystans,
dopóki wszystkiego nie omówimy..
Udawanie dobrego humoru przyszło mu z pewnym trudem, ale
Karen radośnie powitała propozycję zachowania bezpiecznego
dystansu. Przysiadła na brzeŜku duŜej kłody i głęboko wciągnęła
powietrze.
-
Craig... Ja zupełnie nie rozumiem, co się tu dzieje.
-
A myślisz, Ŝe ja rozumiem?
-
Ale to ty zacząłeś. Naumyślnie. To nie było tak jak w sobotę. To
nie impuls. Speq'alnie mnie pocałowałeś.
-
Specjalnie. Chciałem wiedzieć, czy wymyśliłem sobie całą tę
sobotę, czy teŜ tamto wydarzyło się między nami naprawdę. - Oparty
plecami o ścianę, rozluźnił krawat. - I nie wmawiaj mi, Ŝe ty nie
chciałaś się teŜ o tym przekonać. Widziałem, jak na mnie spojrzałaś,
kiedy wszedłem do domu.
-
Myślałam... Ŝe ty zapomniałeś, Ŝe wymazałeś to z pamięci.
-
Musieliby mi wyciąć połowę mózgu, Ŝebym mógł o tym
zapomnieć. - Popatrzyli sobie w oczy. Badawczo przyglądał się jej
twarzy swoimi uczciwymi oczami.
- Odpowiesz mi szczerze, jeśli cię o coś zapytam? Ale nie myśl,
nie kombinuj, tylko odpowiedz od razu, bez zastanowienia.
Czekała, niepewna, czego się spodziewać.
- Chciałbym wiedzieć - zaczął, patrząc jej prosto w oczy - co się
stało. Co naprawdę zepsuło się między nami. Niech mnie diabli
porwą, jeśli wiem.
- Daj spokój, Craig. - Wbiła paznokcie w kłodę.
- Być moŜe nawet udało nam się ukryć to przed dziećmi, ale
Ŝ
yliśmy jak pies z kotem, warczeliśmy na siebie i drapaliśmy się do
krwi o kaŜde głupstwo.
- To wiem. Pamiętam, jaki byłem wściekły. Ale chyba nie wiem...
i nigdy nie wiedziałem, dlaczego właściwie byłaś na mnie taka zła.
-
Ta wściekłość to była dwukierunkowa ulica - przypomniała. -
Nie tylko ja byłam zła.
-
W porządku. Ale teraz chciałbym się dowiedzieć, co właściwie
czułaś.
Czuła drewnianą drzazgę wbijającą się w jej delikatną dłoń,
widziała słońce zachodzące krwawo nad linią równo przyciętego
Ŝ
ywopłotu. Innym kobietom mówienie o uczuciach nie sprawia tru-
dności. Jej sprawia. Po rozwodzie jeszcze bardziej zamknęła się w
sobie. Nie, nie potrafi otwierać zabliźnionych ran.
- ChociaŜ spróbuj. Dobrze, Karo? Spróbuj ze mną porozmawiać.
Nie chcę ci sprawiać bólu, ale muszę to wreszcie zrozumieć.
MoŜe gdyby tego od niej Ŝądał, potrafiłaby mu odmówić, ale on
prosił, a ona równie dobrze mogłaby go zapytać o to samo. Ona takŜe
spędziła wiele bezsennych nocy, próbując znaleźć odpowiedź na
pytania bez odpowiedzi, liŜąc rany, które nie chciały się zagoić.
Bezradnie podniosła rękę. Nie patrzyła na niego.
- Nie chodziło o jedną sprawę. - Z trudem tylko powstrzymywała
łzy. - To były miliony drobnych spraw, które nakładały się na siebie,
nakładały i nakładały. - Ku jej ogromnemu zdumieniu hamowane tak
długo uczucia wylewały się z niej teraz, jakby przerwała się jakaś
potęŜna tama. - Zawsze stawiałam na pierwszym miejscu ciebie i
dzieci. Nigdy mnie nie zmuszałeś, ja sama tego chciałam... Wszystko,
czego pragnęłam dla siebie, zawsze musiało czekać. Ty skończyłeś
studia, zrobiłeś dyplom, a ja nie. Mogłam pracować jedynie jako
maszynistka. Wiem, wypracowałam sobie wreszcie jakąś pozycję, ale
poświęciłam na to bardzo wiele lat. I przez te wszystkie lata
pracowałam na pełnym etacie, próbowałam być dobrą matką, dbać o
dom. Byłam oszczędna i skrzętna, a ty... Ty wcale tego nie
zauwaŜałeś. A raczej, w pewnym momencie przestałeś zauwaŜać.
Przestało ci na mnie zaleŜeć. Czułam się, jakbyś po mnie deptał i
uwaŜał, Ŝe to wszystko po prostu ci się naleŜy. Zrobiłeś oszałamiającą
karierę, wszedłeś w nową fazę Ŝycia, a ja wciąŜ siedziałam w domu -
tradycyjna Ŝona, nudna jak stare przyzwyczajenia.
-
Dlaczego, do diabła, nigdy przedtem mi o tym nie mówiłaś? -
zawołał Craig.
-
Mówiłam. Mówiłam ci to na sto sposobów, tysiące razy -
odrzekła gniewnie.
-
Nie, cholera, nie mówiłaś! I nie waŜ się teraz płakać. Pierwszy
raz od lat w ogóle ze mną rozmawiasz. Naprawdę rozmawiasz. Nie
wiadomo dlaczego zaczęłaś nagle oczekiwać ode mnie, Ŝebym
zgadywał twoje myśli. PrzecieŜ nie jestem jasnowidzem...
-
Nie. - Łzy napłynęły jej do oczu, ale udało się jej powstrzymać
płacz. Odetchnęła głęboko. Bardzo duŜo ją kosztowały te zwierzenia.
Wolałaby chyba stąpać boso po rozŜarzonych węglach. Ale skoro juŜ
zaczęli i jeśli Craigowi zaleŜy na szczerości... Nagle teŜ zapragnęła
oczyścić atmosferę.
-
Nigdy nie uwaŜałam cię za jasnowidza - powiedziała - ale moŜe
mi wytłumaczysz, w jaki sposób kobieta ma powiedzieć łamiącemu
jej serce męŜczyźnie, Ŝe właśnie złamał jej serce? Nie miałam ci nic
do powiedzenia. Przynajmniej od chwili, kiedy przestało ci na mnie
zaleŜeć.
- Karo!
- Słucham?
- Byłem na ciebie wściekły, bardzo mnie zraniłaś, ale nigdy nie
przestało mi na tobie zaleŜeć. – Przetarł dłonią oczy i potrząsnął
głową. Powoli, z namysłem, z kolei on zaczął rozdrapywać swoje
stare rany. - Zdawało mi się, Ŝe nie dostrzegasz, jak cięŜko pracuję,
jak bardzo staram się wyglądać w twoich oczach na człowieka
sukcesu. To ja wpakowałem cię we wszystkie kłopoty, kochanie.
Teraz muszę to uczciwie przyznać. Kiedy wreszcie dopiąłem swego,
ty zupełnie przestałaś się mną interesować. WciąŜ miałaś na głowie
tysiące innych spraw. Chodziliśmy nawet razem do łóŜka, ale był to
słomiany ogień. Potem miałaś na głowie zbyt wiele obowiązków,
Ŝ
eby w ogóle zwracać na mnie uwagę. Tak bardzo się starałem robić
wszystko po twojej myśli...
-
Na litość boską! - zawołała Karen. - Nigdy nie musiałeś nic dla
mnie robić. Skąd ci w ogóle przyszedł do głowy taki pomysł? I
dlaczego nigdy nie powiedziałeś mi, co czułeś?
-
Wydawało mi się, Ŝe mówiłem - celowo przybrał oschły ton. -
Mówiłem ci to na sto sposobów, tysiące razy.
Usłyszawszy echo własnych słów, Karen podniosła głowę.
Czerwona kula słońca zniknęła z pola widzenia. Zapadł cichy wieczór
i temperatura zaczęła gwałtownie spadać - zapowiedź jesieni. Słysza-
ła, Ŝe gdzieś trzasnęły drzwi, jakiś samochód nie mógł zapalić, sąsiad
wołał kota... W domu zabłysły światła. W kaŜdej chwili Jon i Julie
mogą zacząć ich szukać.
A jednak nie mogła oderwać wzroku od oczu Craiga. Mieli za
sobą wiele przeŜytych wspólnie lat, historię błędów i krzywd, ale
takŜe historię miłości. Pewnie nie mogliby się tak bardzo ranić
nawzajem, gdyby tak szaleńczo się nie kochali. Karen nigdy nie
przypuszczała, Ŝe jego wieczny brak czasu i wspinaczka na szczyt
mogą być w jakikolwiek sposób związane z nią, Ŝe jego pogoń za
sukcesem była ofiarą składaną u jej stóp. Zawstydziła ją własna
niewraŜliwość. Przestraszyła się, Ŝe tak mało wie o człowieku,
którego kochała całym sercem i duszą.
-
Nigdy nie chciałam cię skrzywdzić - powiedziała cicho.
-
Ja teŜ nie chciałem cię skrzywdzić. - Jego oczy błyszczały. - Ale
teŜ nigdy nie przypuszczałem, Ŝe jeszcze kiedyś będę się z tobą
kochać, Karo. Sądziłem, Ŝe wszystko juŜ minęło i dawno przepadło.
Myślałem, Ŝe nie Ŝywisz juŜ dla mnie Ŝadnych uczuć...
-
Nie ma dla nas powrotu.
-
A sądzisz, Ŝe chciałbym wrócić?
- Nie. - Przyjrzała mu się badawczo. - Ale teraz wszystko się
zmieniło.
- Wiem.
- Dzieci przecieŜ juŜ wpadły na pomysł, Ŝeby nas znów połączyć.
Załamałyby się, gdybyśmy znów zaczęli się spotykać, a potem
okazałoby się, Ŝe juŜ nie umiemy razem Ŝyć.... - Potrząsnęła głową. -
Kiedy mieliśmy po siedemnaście lat, mogliśmy sobie pozwolić na
działanie pod wpływem emocji i na brak odpowiedzialności. Teraz
nasze postępowanie wpływa na Ŝycie innych ludzi, więc nie mamy juŜ
prawa niczego ryzykować.
- Oczywiście, Ŝe nie mamy prawa. - Nic juŜ nie da się zrobić i my
nic na to nie poradzimy. Zbyt wielka odpowiedzialność na nas ciąŜy.
- Więc udamy, Ŝe nic się nie stało – powiedział Craig.
- Właśnie tak.
- Nie ma innego wyjścia.
- Ano, nie ma.
- To wspaniale wygląda w teorii, Karo. Szczególnie, kiedy jesteś
metr ode mnie. - ChociaŜ zapadł juŜ zmrok, zauwaŜyła w jego oczach
błysk. - A co by się stało, gdybyś do mnie podeszła jeszcze bliŜej?
Mogłabyś mi wtedy pokazać, jak dobrze nam idzie udawanie, Ŝe ten
poŜar lasu w ogóle się nie zaczął.
Dzieci juŜ spały. Karen bez wahania sięgnęła po zakurzoną
butelkę burbona. Trzymała ją na specjalne okazje. Nalała alkohol do
wysokiego, kryształowego kieliszka. Pierwszy łyk sparzył jej gardło,
ale chciała wypić do dna. Musi przecieŜ iść jutro do pracy, a to
oznacza, Ŝe musi teŜ zasnąć.
Weszła do wanny napełnionej ciepłą wodą z ogromną ilością
róŜanego płynu do kąpieli. Zapach kwiatów zawsze ją odpręŜał.
Szczególnie zapach róŜ, taki subtelny i delikatny.
Nagle przypomniała sobie coś. Tysiące lat temu Craig przyniósł
jej herbaciane róŜe. W tamtych czasach musieli się liczyć z kaŜdym
groszem. Mieszkali w nieumeblowanym pokoju na poddaszu i nigdy
nie mogli zapłacić w terminie rachunków za światło, ogrzewanie czy
telefon. Kiedy kupowała sobie nową szminkę, czuła się jak złodziej.
Wszystkie koszule Craiga miały poprzecierane kołnierzyki. A ten
kretyn, ten cholerny kretyn, jej młody małŜonek, przyniósł do domu
róŜe. I to nie jedną róŜę, ale - zupełne szaleństwo - cały ich tuzin.
Ogromnie jej się te róŜe podobały. Tak delikatnie pachniały...
Wstawiła je do kuchennego dzbanka, bo nie mieli Ŝadnego
wazonu. RóŜe były zamknięte w pączkach, ale następnego dnia płatki
rozchyliły się i tak słodko j pachniały...
Samo wspomnienie tamtych róŜ sprawiło jej ból, spowodowało,
Ŝ
e znów go chciała, Ŝe znów bardzo kochała Craiga.
Napij się, Karen, pomyślała. Coś musi cię wreszcie przywołać do
porządku. Pij, pij.
Przełknęła kolejną porcję burbona i zanurzyła się w pienistej
kąpieli. Skóra pomarszczyła się jej jak na suszonej śliwce, ale nie
chciała jeszcze wychodzić.
Tamten czar, tamten diabelski czar znów do nich powrócił.
Dobrze to wiedziała. I on teŜ juŜ wiedział. Julie i Jon wyszli na ganek,
wołając: „mamo! tato!", a mimo to ten diabeł w szarym garniturze
wcale nie chciał jej puścić. Trzymał ją, a spojrzenie jego oczu
przyciągało ją mocniej niŜ magnes.
- JuŜ wcale cię nie znam - przyznał.
- Ja teŜ cię nie znam.
- To będzie jak pływanie w głębokiej wodzie, Karo. I to bez
Ŝ
adnej gwarancji, Ŝe gdzieś w pobliŜu znajdzie się koło ratunkowe.
Poprzednim razem nam nie wyszło. Nie udało się, chociaŜ tak bardzo
się kochaliśmy.
Skinęła głową. Pamięta, Ŝe skinęła głową.
- Ale moŜe spróbujmy. Tylko ty i ja. Jeśli będziemy bardzo
ostroŜni, to nikt się o tym nie dowie. – Bardzo starannie dobierał
słowa. - śadnych złudzeń. Oboje jesteśmy zbyt mądrzy, Ŝeby dawać
sobie jakieś obietnice bez pokrycia. Ale ja naprawdę chciałbym się
dowiedzieć, kim ty teraz jesteś. Chciałbym po prostu widywać cię,
rozmawiać z tobą. Co strasznego się stanie, jeśli poznamy siebie na
nowo?
W tamtej chwili i w tamtym miejscu propozycja Craiga wydała jej
się bardzo rozsądna. Kiedy stosunki między nimi się popsuły, straciła
coś więcej niŜ męŜa. Straciła najlepszego przyjaciela. Wydawało jej
się, Ŝe on o to jedno tylko teraz prosi: Ŝeby mogli sprawdzić, czy
przyjaźń między nimi jest jeszcze moŜliwa.
Wypiła kolejny łyk burbona, ale alkohol w niczym jej nie pomógł.
Adrenalina pulsowała w jej Ŝyłach szybciej niŜ startująca rakieta.
Czuła juŜ smak niebezpieczeństwa. Przypomniała sobie, jak prawie
straciła rozum, kiedy okazało się, Ŝe jedynym wyjściem dla nich jest
rozwód. Myślała sercem zamiast głową i dlatego tak głupio zgodziła
się znów z nim spotkać. Ale bardzo się bała. Bała się, Ŝe nigdy nie uda
im się na nowo zaprzyjaźnić. A jeszcze bardziej się bała, Ŝe moŜe im
się udać.
ROZDZIAŁ PIĄTY
Karen poprawiła poduszkę, włoŜyła okulary i sięgnęła po leŜącą
na nocnym stoliku ksiąŜkę. Była prawie północ. ZdąŜyła przeczytać
dwie strony.
Na dole coś zapiszczało, a potem całe stado słoni weszło po
schodach. Za chwilę to samo stado zeszło na dół. Rozległ się jeszcze
jeden pisk, od którego zadzwoniły szyby w oknach. Zaraz po nim
usłyszała śmiech i chichoty rozbawionych panienek. Magnetofon
ryknął ogłuszająco i natychmiast zamilkł. Po chwili z dziecięcej
jaskini na parterze buchnął rock and roli. Hałas mógłby z łatwością
obudzić umarłego.
- Nie będziesz miała nic przeciwko temu, Ŝe zaproszę na sobotę
kilka koleŜanek, mamo? - zapytała ją parę dni temu Julie. - Będziemy
się cicho zachowywać. Obiecuję. Nawet nie zauwaŜysz, Ŝe w ogóle
jesteśmy w domu.
Karen przewróciła kartkę. Postanowiła, Ŝe dopiero za godzinę
zajrzy do tego domu wariatów, wcześniej nie miałoby to
najmniejszego sensu. Nie poradzi sobie, dopóki dziewczynki nie
stracą swojej młodzieńczej energii.
Pochyliła się, Ŝeby rozmasować stopy, i wtedy usłyszała jakiś
dźwięk. Taki dziwny dźwięk, jakby grad uderzył o szybę. Nocne
niebo było czyste, bez jednej chmurki. Dźwięk się powtórzył.
Zmarszczyła brwi, zsunęła się na brzeg wielkiego, podwójnego łoŜa i
odsunęła zasłonę. W szybie dostrzegła odbicie swojej twarzy.
Padające zza pleców światło nie pozwalało dostrzec nic na zewnątrz.
Zgasiła lampę i znów wyjrzała przez okno. Przykleiła nos do szyby i
dokładnie w to samo miejsce uderzyła gruda ziemi. Odruchowo
odskoczyła od okna. Westchnęła. Jest naprawdę tolerancyjna i
wyrozumiała, nienawidzi \ odgrywać roli Baby Jagi, ale jest kilka
zasad, których pod Ŝadnym pozorem nie wolno w jej domu łamać...
Przygotowana psychicznie na solidną awanturę, otworzyła
szeroko okno. Na trawniku nie było śladu po rozbrykanych
piętnastolatkach. W świetle ulicznych latarni dostrzegła sylwetkę
męŜczyzny. Stał na trawniku z zadartą do góry głową.
Nawet nie pomyślała, Ŝe mogłaby się bać. Mimo ciemności widać
było, Ŝe jest to cholernie przystojny, dobrze jej znany facet. Jego
wysoka sylwetka o szerokich ramionach wyraźnie odcinała się od
oświetlonego blaskiem latarni trawnika.
Kiedyś juŜ to przeŜyła. Wspomnienie było tak silne, Ŝe Karen
znów poczuła się jak siedemnastoletnia panienka, której zabroniono
spotykać się z Craigiem. Mimo to on przyszedł i rzucił garść ziemi w
okno, Ŝeby ją wywołać. Wbrew swoim rodzicom, wbrew rodzicom
Karen. Ona była zamkniętą w wieŜy królewną, a on - dzielnym
rycerzem.
Otrząsnęła się z tamtego wspomnienia. Pod oknem stał dorosły
męŜczyzna, a nie chłopiec. Niebezpieczny męŜczyzna, który wypełnił
jej myśli erotycznymi marzeniami i nadzieją, w której spełnienie nie
miała odwagi uwierzyć. JuŜ od dwóch tygodni nie śpi z jego powodu.
Boi się go. Zniszczył jej z takim trudem wypracowane poczucie
równowagi, a teraz wydaje mu się, Ŝe ona powita go z radością.
Najwyraźniej jeszcze jej nie zauwaŜył, bo znów się schylił.
Wyobraziła sobie, jak sięga do klombu z kwiatami po jeszcze jedną
garść ziemi. Szybko wychyliła się z okna i zasyczała:
- Psst
Wyprostował się. Jego ciemne oczy odnalazły ją w cieniu
parapetu. Posłał jej uśmiech, który mógłby poruszyć piekło. Ten
uśmiech zawsze powodował przyspieszone bicie jej serca. Cholera!
WciąŜ powoduje. Ale Karen postanowiła nie przyznawać się do tego.
-
Zwariowałeś, Reardon? Zupełnie ci odbiło? Jeśli chcesz wejść,
moŜesz skorzystać z drzwi.
-
Nie mogę, Karo. Nie chcę wchodzić. Chcę, Ŝebyś ty wyszła.
- Ja mam wyjść?
- Tak. Wyjdź do mnie. I postaraj się, Ŝeby nikt cię nie zauwaŜył.
Karen nie miała zamiaru nigdzie wychodzić, i to w dodatku bez
istotnej przyczyny, ale Craig zniknął w mroku, zanim zdąŜyła mu to
powiedzieć. Zirytowana zamknęła okno. Zawsze po kąpieli ubierała
się w jakiś stary podkoszulek. Teraz teŜ miała na sobie wypchane na
kolanach spodnie i podkoszulek. Nie nałoŜyła bielizny ani butów, nie
zrobiła makijaŜu. PrzecieŜ do pilnowania kilkunastoletnich panienek
nie trzeba się koniecznie ubierać w wieczorową suknię. Poza tym
jestem stanowczo za stara, pomyślała. Jestem za stara, Ŝeby w środku
nocy wyślizgiwać się z domu na spotkanie z męŜczyzną, jak jakaś
niedowarzona nastolatka. Ale ogromnieją ciekawiło, czego mógł od
niej chcieć.
Czuła się bardzo niezręcznie, nawet głupio, ale włoŜyła buty,
cichutko wyszła na podest schodów i spojrzała przez balustradę. Hol
był zasłany śpiworami. Ktoś urzędował w kuchni, słyszała otwieranie
i zatrzaskiwanie drzwi lodówki. JednakŜe głównym źródłem hałasu
pozostawał pokój dzieci. Dochodziły stamtąd chichoty, głośny śmiech
i rock and rollowa muzyka. Dziewczynki tańczyły.
Jak na razie, droga do drzwi wyjściowych była wolna. Tylko na
chwileczkę, zapewniła Karen samą siebie.
Kiedy wyszła z domu, po Craigu nie pozostał nawet ślad.
Powietrze było świeŜe i chłodne, noc cicha i nieruchoma, jak
cmentarz o północy. Nerwowo zatarła dłonie. MoŜe sobie poszedł, bo
za długo się grzebała?
Craig mieszkał trzy domy dalej. O to teŜ adwokaci robili straszne
awantury podczas rozwodu. UwaŜali, Ŝe nie powinien kupować domu
połoŜonego tak blisko. Nie rozumieli, Ŝe skoro rodzice wspólnie
opiekują się dziećmi, to dzięki takiemu rozwiązaniu mogą one chodzić
do ojca nawet na piechotę. Prawdę mówiąc, robiły to prawie
codziennie.
Teraz jednak na ulicy nie było ani ich dzieci, ani Ŝadnych innych.
Karen rozejrzała się i wreszcie zauwaŜyła tylny błotnik białego dŜipa
Craiga, zaparkowanego wprawdzie na ulicy, ale do połowy scho-
wanego za płotem sąsiada. Co sił w nogach pobiegła do samochodu.
Zupełnie nie wiedziała, po co ten pośpiech, i wcale nie była pewna,
czy to spotkanie ma w ogóle jakiś sens.
Drzwi
samochodu
otworzyły
się,
jak
za
dotknięciem
czarodziejskiej róŜdŜki, gdy tylko do nich podeszła. Zupełnie
niespodziewanie dla samej siebie zaczęła się śmiać. Zza drzwi
wysunęła się wielka dłoń, zacisnęła na przegubie jej ręki i zaczęła
wciągać Karen do środka.
- Strasznie się grzebałaś. Wsiadaj, zanim któreś z nich nas
wypatrzy.
- Kto ma nas wypatrzeć?
- Dzieci. - Craig oparł się o drzwi po swojej stronie samochodu. -
NatęŜenie
hałasu
w
moim
domu
grozi
natychmiastowym
ogłuchnięciem. I to z twojej winy. Gdybyś nie pozwoliła urządzić u
siebie tego zwariowanego balu piŜamowego, Jon na pewno nie
przypomniałby sobie, Ŝe dawno juŜ nie zapraszał do domu kolegów.
WciąŜ nie mogę uwierzyć, Ŝe dałem się na to namówić. Wsiadaj,
wsiadaj!
- Ale ja...
Craig dobrze wiedział, Ŝe jest zdenerwowana. On teŜ się
denerwował, ale nie dał nic po sobie poznać.
-
Coś mi się zdaje, Ŝe chwilowo mamy podobne problemy: w
domu nie ma spokoju i nie mamy się gdzie podziać. Pamiętam, Ŝe na
to samo narzekałem, kiedy miałem siedemnaście lat.
-
Tym razem jest to znacznie gorsze - przyznała ze śmiechem.
Wsiadła do samochodu i zatrzasnęła drzwi. Niedokładnie, ale była
zbyt roztrzęsiona, Ŝeby zwracać uwagę na takie drobiazgi. Widziała w
ciemności jego oczy. Czuła się tak bezpiecznie, jak owca w obecności
wilka.
Więc juŜ do tego doszło, pomyślał Craig. Tak jak przypuszczał,
zaaranŜowane przez niego nieoczekiwane spotkanie w środku nocy
zaskoczyło ją, i w tej chwili nie była tak zupełnie pewna, czy aby
dobrze zrobiła, wychodząc z domu. Widać po niej wyraźnie, Ŝe jest
bardzo spięta.
-
Naprawdę nie mogę dziewczynek zostawiać samych tak długo...
-
NajwyŜej piętnaście minut. Tyle czasu chłopcy teŜ powinni
wytrzymać. - Tak naprawdę, chłopcy byli grzeczni jak aniołki i
cichutko grali w pokera.
Karen znacznie się uspokoiła, gdy usłyszała, Ŝe chodzi tylko o
kwadrans. Nawet rozsiadła się wygodnie na fotelu i przestała sprawiać
wraŜenie osoby, która za chwilę ucieknie.
- Co tak pachnie? - zapytała.
- Pizza. Do tego kilka puszek kukurydzy. Podkradłem chłopakom.
Jesteś głodna? - Sięgnął po złoŜone na tylnym siedzeniu zapasy. -
Dobrze by było, gdybyś była głodna. Nie dam rady sam tego zjeść.
Podwójny ser, szynka, papryka i chyba z milion czarnych oliwek...
- Oliwki?
-
To jedyna pizza, jaka została. Resztę pochłonęli - powiedział
spokojnie Craig. Ohydne kłamstwo. Postraszył, Ŝe ich pozabija, jeśli
odwaŜą się to tknąć.
-
Chyba oliwki. - RozłoŜył jej na kolanach kilka papierowych
serwetek i połoŜył na nich kwadratowe pudełko. - Niestety, nie mam
srebrnej zastawy. O tym nie pomyślałem. Przyszło mi do głowy, Ŝe,
być moŜe, tak jak ja potrzebujesz chwili wytchnienia od tego całego
rozgardiaszu.
- Oliwki - powtórzyła cicho.
Zawsze je uwielbiała. Ale czarne, nie zielone. Którejś nocy, kiedy
miał się urodzić Jon Jacob, Craig przeczesał całe miasteczko
uniwersyteckie w poszukiwaniu otwartego sklepu, gdzie mieliby
czarne oliwki. Kiedy tylko przywiózł je do domu, wyjadła cały słoik.
- MoŜe kawałeczek - powiedziała nieśmiało. Zjadła cztery. Cała
się upaprała serem i wszędzie było mnóstwo okruszków.
Nikt nigdy nie potrafił go tak rozśmieszyć jak Kara. Sklęła go,
kiedy powiedział, Ŝe jest Ŝarłoczna. Ulicą przejechał samochód, a oni
skulili się, Ŝeby ich nikt nie zauwaŜył. Jak dzieci. Roześmiała się i
ś
miała się długo z tego tylko, Ŝe tłusta, czarna oliwka spadła mu na
spodnie. Nie rozmawiali ani o dzieciach, ani o pracy. Po prostu...
rozmawiali. O tym, Ŝe księŜyc tak dziwnie wygląda. O chudym
pręgowanym kocurze, który kiedyś szedł za nią aŜ do domu, i o tym,
Ŝ
e oboje zupełnie nie znają się na fotografowaniu. Karen powiedziała,
Ŝ
e chodzi na wykłady z historii Chin. Craig nie miał zielonego
pojęcia, Ŝe ona interesuje się takimi sprawami, ona zaś nie wiedziała,
Ŝ
e Craig ma coś wspólnego z lokalną polityką. Nie zgłębiali Ŝadnego z
tych tematów, nawet nie próbowali. Karen zupełnie naturalnie
znajdowała więcej tematów do rozmowy niŜ on. To oczywiste.
Craig był bardziej niepewny i rozbity. Udało mu się przekonać
samego siebie, Ŝe ma prawo i wszelkie powody, aby znów się z nią
spotkać. Dwa tygodnie temu zapłonęło w nich poŜądanie, jak suchy
las płonie od pojedynczej zapałki. Taki sam czarodziejski wybuch
spowodował ich pocałunek za garaŜem. Sądził, Ŝe rozumie, co się
dzieje. Rozstali się, bo doprowadzali się nawzajem do szału. Rozwód
przerwał ten zamknięty krąg nieporozumień, ale najwyraźniej okazał
się tylko formalnością, opieczętowanym kawałkiem papieru. Ich
związek nigdy się nie zakończył. Nie było Ŝadnego podsumowania,
odpowiedzi na zasadnicze pytania, Ŝadnej spinającej tamte wszystkie
lata klamry. Pomyślał, Ŝe gdyby spróbowali powaŜnie ze sobą poroz-
mawiać, to wzajemne zrozumienie mogłoby im obojgu bardzo pomóc
w Ŝyciu.
Przez szybę wpadł promień księŜyca i tak oświetlił twarz Karen,
Ŝ
e jej skóra wyglądała jak krem waniliowy. Rozciągnięty dekolt
starego podkoszulka odsłaniał białą szyję. Kiedy się śmiała, wokół jej
policzków trzepotały złote, jedwabiste pasma włosów. Pachniała
damasceńskimi róŜami. Craig pamiętał, Ŝe juŜ kiedyś czuł się
podobnie. Siedzieli wtedy w cięŜarówce jego ojca, zaparkowanej w
jakimś odludnym miejscu. Sama obecność Karen powodowała, Ŝe
cały świat gdzieś zniknął. Zrobiło się późno i wiedział, Ŝe musi
odwieźć ją do domu, ale zupełnie nie miał na to ochoty.
Pochłonęli całą pizzę. Craig wrzucił serwetki do pudełka i odłoŜył
je z powrotem na tylne siedzenie. Karen wciąŜ jeszcze oblizywała
palce. Wargi miała wilgotne od coli. Craig patrzył na nią i coraz lepiej
rozumiał, Ŝe cała jego szlachetna motywacja, te wszystkie opowieści o
„wzajemnym zrozumieniu" i „bliskości" nie są warte funta kłaków. Po
prostu, chciał z nią być. Sam na sam, tak jak teraz. NiewaŜne, jakim
kosztem.
-
Reardon. Ja naprawdę muszę juŜ iść.
-
Wiem.
- Dziewczynki pewnie nawet nie zauwaŜyły, Ŝe wyszłam, ale nie
masz pojęcia, jak one potrafią przewrócić dom do góry nogami...
- Wiem, wiem...
- To wstyd. - PołoŜyła rękę na klamce, ale nie otworzyła drzwi. -
To prawdziwy wstyd, Ŝe w naszym wieku musimy się tak potajemnie
spotykać. To na pewno najbardziej tajemnicza pizza, jaką w Ŝyciu
jadłam.
- Myślisz, Ŝe właśnie dlatego była taka dobra?
- Masz jakieś wątpliwości? - Roześmiała się. Nawet oczy miała
uśmiechnięte. - Dzięki, Craig – dodała cicho.
Obiecał sobie, Ŝe jej nie pocałuje. Uznał, Ŝe przyzwoity
męŜczyzna dałby jej spokój. Karen boi się ponownego bólu, a on juŜ i
tak zbyt wiele razy wpędził ją w tarapaty. Jednak nachylił się nad nią,
a Kara popełniła potworny błąd - nie odsunęła się. Nawet się nie
poruszyła, kiedy ujął jej twarz w dłonie. Patrzyła na niego swymi,
jakby rozjaśnionymi gorączką, oczami, w których wyczytał zarówno
obawę, jak i poŜądanie.
-
Tylko raz - obiecał.
-
Nie.
-
Zwykły przyjacielski pocałunek.
-
Nie.
- Jeden, bardzo krótki. Ręce będę trzymał za plecami. Niech mnie
piorun strzeli, jeśli to potrwa dłuŜej niŜ trzydzieści sekund.
Jakieś sto lat temu targował się z nią w podobny sposób... I ona
wtedy tak samo nerwowo się śmiała.
- Zawsze się bezwstydnie zachowywałeś - upomniała go.
-
A ty zawsze to lubiłaś, Karo. - Jego palce bezszelestnie
wślizgnęły się w jej włosy. Była tak blisko, Ŝe czuł zapach jej
słodkiego, ciepłego oddechu.
- Lubiłaś mój brak zahamowań i zawsze doprowadzałaś mnie do
szaleństwa swoimi Ŝartami. Tak mnie podniecałaś, Ŝe nic nie
widziałem, jak w gęstej mgle. Karen... - SpowaŜniał. - To nie było
tylko zwyczajne poŜądanie. Wydawało mi się wtedy, Ŝe potrafię
pozabijać wszystkie twoje smoki. Obiecałem, Ŝe się tobą zajmę i Ŝe
będziesz bezpieczna. Naprawdę chciałem dotrzymać tej obietnicy.
Cała róŜnica między tamtymi czasami i dniem dzisiejszym polega na
tym, Ŝe jestem teraz starszy i zbyt dorosły, Ŝeby obiecywać coś, nie
mając pewności, Ŝe potrafię dotrzymać obietnicy.
JuŜ nie musiał jej całować. To ona go pocałowała. Zrobiła to tak
mocno i tak namiętnie, Ŝe ciałem Craiga wstrząsnął dreszcz.
Niedoświadczona dziewczyna oczekiwała obietnic, ta dorosła
kobieta ceniła sobie uczciwość. Jej pocałunek wyraził to lepiej niŜ
tysiąc słów. Była chora z bólu i zmęczona Ŝyciem w tamtym piekle
pełnym błędów i nieporozumień. To właśnie chciała mu powiedzieć,
głaszcząc go po włosach i obejmując mocno za szyję. Była przeraŜona
tym, co się z nimi działo. I to chciała mu powiedzieć, przeciągając
pocałunek, pieszcząc językiem jego wargi i zęby, czego dawna Karen
nigdy nie ośmieliłaby się zrobić.
- Nigdy nie prosiłam, Ŝebyś mi cokolwiek obiecywał - szepnęła.
– Nie oczekiwałam Ŝadnych deklaracji. Jeśli o to ci chodzi...
- Cicho - mruknął. Znacznie łatwiej sobie radził z tamtą
dziewczyną, w której się kiedyś zakochał. Kobieta w jego ramionach
była zmienna jak wiosenna pogoda. Kara nawet nie zdaje sobie
sprawy, jak łatwo ją zranić. Jest wprawdzie starsza, mądrzejsza i
bardziej zahartowana, a mimo to wciąŜ taka delikatna...
- O nic cię nie proszę.
- Wiem. - Dotknął jej policzka. Chciał ją głaskać, dotykać,
obejmować... WciąŜ drŜała. Jej ciemnoniebieskie oczy wyraŜały
poŜądanie i wszystkie zaklęcia, w które juŜ dawno przestała wierzyć.
Chwilę później juŜ jej nie było w samochodzie. Patrzył za
majaczącą w ciemnościach sylwetką. Wreszcie zniknęła we wnętrzu
domu, a on wciąŜ jeszcze siedział i patrzył.
Na przednim siedzeniu dŜipa, w środku nocy, pomyślał.
NajwyŜszy czas zrozumieć, Ŝe jest zakochany we własnej byłej Ŝonie.
Zupełnie na nowo zakochał się po uszy w tej kobiecie, jaką stała się
jego dawna Karen. W tej, którą stracił przez własne niedbalstwo i
niewraŜliwość. W jedynej kobiecie, która pewnie juŜ nigdy nie
uwierzy w Ŝadną z jego obietnic. I to właśnie teraz, kiedy moŜe z
pełną odpowiedzialnością obiecać, Ŝe naprawdę się zmienił. Ale jak to
udowodnić Karen?
Firma Craiga mieściła się o dwa kroki od U.S. Air Force
Academy. Hytech projektował i produkował róŜne wymyślne
urządzenia elektroniczne do samolotów najnowszej generacji. Nie
Ŝ
adną broń, tylko takie przyrządy na tablicę rozdzielczą, Ŝeby pilot
miał się czym zająć podczas lotu. Craig nigdy nie mógł pojąć, jakim
cudem ta właśnie produkcja od wielu lat zapewniała firmie milionowe
zyski. Roczny dochód Craiga wynosił kilkaset tysięcy dolarów, bo
właściciel firmy uznał, Ŝe wiceprezes do spraw handlowych bardzo się
zasłuŜył w powstaniu tak wielkich zysków.
W ten poniedziałek zupełnie nie mógł się zająć pracą. Po raz trzeci
w ciągu pół godziny popatrzył na zegarek. Nie zwracał najmniejszej
uwagi na zawalone papierami biuro. Papiery zaścielały cały gabinet.
Ogromne fotele stały zsunięte pod ścianą, a na dywanie rozłoŜone
były. schematy i wyniki badań porównawczych kilku ostatnich
produktów firmy. Oczywiście, mógłby je porównać komputer, tyle
tylko, Ŝe maszyna nie ma instynktu i nigdy nie będzie go miała,
choćby nie wiadomo jak ją udoskonalić. Craigowi płacono właśnie za
jego niezawodny instynkt. Zawsze przed podjęciem decyzji o
wprowadzeniu na rynek nowego produktu musiał mieć przed oczami
obraz tego przedmiotu.
Virginia, sekretarka Craiga, przezornie zamknęła drzwi na klucz,
Ŝ
eby najdrobniejszy nawet przeciąg nie zagroził porozkładanym na
podłodze kartkom. Na jej zadartym nosie pyszniły się ogromne szkła
w czerwonej oprawce. Wąską spódniczkę podciągnęła do kolan i
wypinając potęŜną pupę, ostroŜnie układała papiery. Ginny zawsze
rozkładała plany na podłodze jego gabinetu. Od dziesięciu lat była
jego sekretarką i naleŜało to do jej obowiązków.
-
Jeśli nie przestaniesz wreszcie patrzeć na zegarek, Reardon, to
nigdy tego nie skończymy - powiedziała.
-
Jest juŜ po czwartej. - Craig zasłonił mankietem koszuli złotą
bransoletkę zegarka. - A ty nie miałaś jeszcze przerwy obiadowej.
-
PrzeŜyję. Będziesz tu siedział całą noc, jeśli ci nie pomogę.
- No i co z tego? To juŜ nie twój problem.
- Dobrze ci radzę, wykorzystaj swojego niewolnika, dopóki
jeszcze tu jest. O piątej wychodzę. Umówiłam się z Haroldem na
obiad. Będziemy zupełnie sami. Bez dzieci, bez teściowej. Dlatego
właśnie, mimo Ŝe cię uwielbiam, nie mogę dziś zostać z tobą dłuŜej.
-
A czy ja cię o to prosiłem?
-
Nie. - Poprawiła opadające na nos okulary.
-
Ale nie lubię cię z tym zostawiać samego. I wcale nie ze
względu na ciebie, tylko na mnie. Jak przesiedzisz tu całą noc, jutro
będziesz kwaśny jak ocet i bardzo trudny we współŜyciu. - Czekała i
jego ripostę, ale Craig nie skorzystał z okazji. - Chory jesteś? -
zapytała troskliwie.
-
Ja? Nie, czuję się świetnie.
-
Nie pamiętam, Ŝebyś kiedykolwiek był tak rozbity.
- Po prostu myślę - odpowiedział zgodnie z prawdą. Cały czas
myślał o malutkiej laseczce dynamitu, jaką podłoŜył w jednym z biur
na drugim końcu miasta. W kaŜdej chwili mógł zadzwonić telefon.
Oczekując na ten telefon, zastanawiał się w stosunkami
panującymi między nim i jego sekretarką. Kiedy zatrudnił Virginię,
była pełna szacunku i trochę wystraszona, ale jego status pana i
władcy nie trwał długo. Potem Ginny widziała go w gorszych
momentach i przestał na niej robić wraŜenie jego sześciocyfrowy
roczny dochód i dziesiątki tytułów na drzwiach gabinetu. MoŜe i jest
troci szorstka, ale znakomicie prowadzi jego biuro i b rdzo lubi tę
pracę. Craig tak uwaŜał, bo nigdy na nic nie narzekała, ale w tej chwili
nie b juŜ tego taki pewien. Przypomniał sobie, jak dv lata temu mało
brakowało, Ŝeby Virginia złoŜy wymówienie. Bracken, taki picuś z
księgowości zaczął ją napastować. Craig zwolnił go, kiedy tylko
zorientował się, co się dzieje. Zrugał Virginię o to, Ŝe nie powiedziała
mu o swoich kłopotach. Dziewczyna najpierw się obruszyła, a potem
powiedziała, Ŝe takie rzeczy zdarzają się przecieŜ w biurach i Ŝe
chciała sama sobie z tym poradzić. A przecieŜ Karen, tak samo jak
Virginia, pracuje jako sekretarka szefa duŜej firmy. Na pewno w ciągu
tych wszystkich lat pracy jakiś biurowy Don Juan
musiał się
dostawiać takŜe do niej. Tym bardziej, Ŝe Karen jest piękna i
delikatna, nie taka zwyczajna jak jego Ginny.
Tak, teraz wreszcie zrozumiał, Ŝe Kara po prostu nie opowiadała
mu o swoich problemach. Dzieliła się z nim radościami i sukcesami,
ale kłopotów nigdy nie przynosiła do domu. Nigdy przedtem nawet
nie przyszło mu do głowy, Ŝe ta praca nie daje jej satysfakcji.
Całe popołudnie chodziła mu po głowie jedna myśl. Dlaczego,
kiedy jeszcze byli małŜeństwem, nigdy nie posadził jej naprzeciwko
siebie i po prostu nie zapytał, o czym myśli, czy ma jakieś marzenia,
aspiracje zawodowe, czy jest szczęśliwa? Dlaczego nie interesował się
takimi waŜnymi problemami kobiety, która była jego Ŝoną?
Rozdzwonił się telefon i Craig zerwał się na równe nogi. Virginia
popatrzyła na niego ze zdziwieniem.
- Czekałem na ten telefon - powiedział. - Odbiorę w sekretariacie.
Musiał przebyć ocean papierów, Ŝeby się tam dostać, Ale o tej
porze w sekretariacie było pusto i mógł spokojnie rozmawiać.
- Reardon, słucham. - Udało mu się chwycić słuchawkę po trzecim
dzwonku.
- To właściwa osoba - usłyszał. Mocno przycisnął słuchawkę do
ucha. Uśmiechnął się zadowolony. Rzeczywistość okazała się jeszcze
gorsza niŜ przypuszczał. Znajomy kobiecy głos po drugiej stronie
słuchawki był bardzo obraŜony. - Posłaniec z kwiaciarni przyniósł mi
bukiet - oznajmiła sucho.
- Taak? - Zapomniał o Virginii, o biurze i papierach... Wyobraził
sobie Karen. Zawsze bardzo starannie ubierała się do pracy. Włosy
upinała w kok. Nosiła buty na wysokich obcasach (uwielbia wysokie
obcasy) i eleganckie kostiumy. Na pewno wygląda wspaniale. Zawsze
jest taka opanowana. Te nutki zdenerwowania w jej głosie mogła
wywołać wyłącznie malutka laseczka dynamitu.
- RóŜe. Trzydzieści sześć róŜ. Trzydzieści sześć Ŝółtych róŜ od
jakiegoś Texa Lancera.
- Ten Tex musi być twoim oddanym wielbicielem - powiedział
zimno Craig.
-
Tak, a krowy potrafią latać. Nie znam Ŝadnego Texa Lancera.
-
Jesteś pewna? MoŜe spotkałaś go kiedyś i teraz po prostu nie
pamiętasz.
-
Reardon. Jest tylko jeden człowiek na świecie, który mógłby mi
przysłać Ŝółte róŜe, ale on nie ma na imię Tex. Jak mogłeś mi to
zrobić?
-
Ja? Kochanie, oskarŜasz niewłaściwego faceta. To nie moja
wina, Ŝe męŜczyźni za tobą szaleją.
- Craig...
- Cholera! Mam drugi telefon! Nie mogę teraz rozmawiać, Karo.
Zadzwonię do ciebie później.
- OdłoŜył słuchawkę i głośno się roześmiał. Pomyślał z
satysfakcją, Ŝe jego była Ŝona ma przed sobą cały długi tydzień takich
irytujących niespodzianek. Dziś rano złoŜył w kwiaciarni zamówienie,
które tylko zaczynało się od róŜ. Jutro Kara dostanie, naręcze kamelii
od Clifforda Rinesa, w środę Basil Wickenford III przyśle jej
orchidee, a w czwartek Gilbert Rafferty - fiołki. W piątek Quentin
Forbes... Co, u licha, pośle jej Quentin Forbes? Takie jakieś cudaczne,
bardzo kolorowe kwiaty. Właściciel kwiaciarni powiedział mu, jak się
nazywają, ale Craig nie miał głowy do nazw kwiatów.
Dawno juŜ nie dawał Karen Ŝadnych dowodów uznania. Craig
dobrze wiedział, Ŝe dla zdobycia jej będzie potrzebował znacznie
cięŜszej artylerii niŜ garść kwiatów. Nie chciała, Ŝeby ją zdobywał.
Nie chciała, aby ją znów ranił, i miała po temu uzasadnione powody.
Wyszła za mąŜ za niewraŜliwego egoistę. Błędy, które popełnił,
ciąŜyły mu jak ołów, ale przecieŜ zostały popełnione i są teraz
integralną częścią ich przeszłości. Jego jedyna szansa to
udowodnienie Karen, Ŝe stał się innym męŜczyzną i Ŝe naprawdę juŜ
nigdy w Ŝyciu jej nie skrzywdzi.
Tym razem, obiecał sobie Craig, będę bardzo ostroŜny. Na pewno
nie napytam jej biedy. Teraz juŜ zawsze będę uwaŜał, Ŝeby to ona była
szczęśliwa.
ROZDZIAŁ SZÓSTY
Ktoś zapukał do drzwi.
- Julie! MoŜesz otworzyć? Nie mogę tego teraz zostawić -
zawołała Karen znad stosu bielizny, którą, właśnie przeglądała.
- No pewnie.
Karen usłyszała, jak rzucona z impetem szczotka uderzyła o
podłogę w kuchni. Julie z radością witała wszelkie przerwy w
domowych zajęciach, zaplanowanych na sobotnie przedpołudnie. I nie
ona jedna. Karen zdmuchnęła opadający na oczy kosmyk włosów i
pochyliła się nad stertą ciuchów. KaŜda koszula, kaŜda bluzka czy
para spodni miały inny przepis prania. Na trzy osoby trzeba by co
tydzień robić dziewięćdziesiąt siedem osobnych prań. śarty, czy co?
-
Cześć, tato! - Julie była najwyraźniej zaskoczona. - Mieliśmy się
spotkać dopiero po południu.
-
I spotkamy się. - Objął córkę i pocałował w policzek.
-
Jestem ci potrzebna?
-
Niezupełnie.
-
Więc chcesz coś od Jona. Ale się ucieszy! Robi porządki w
swoim pokoju. Wygląda to tak, jakby prowadził działania wojenne.
Wyobraź sobie...
-
Właściwie, to Jona teŜ nie potrzebuję. Przyszedłem do waszej
mamy.
-
Do mamy? - Julie szeroko otworzyła zdziwione oczy. - Chcesz
się zobaczyć z mamą?
-
Muszę znaleźć stare zeznania podatkowe. Mama zawsze
trzymała je na strychu. Czy jest w domu?
-
Tak, jest w domu - powiedziała Karen, stając w drzwiach.
Widziała, Ŝe córka obserwuje ich z ogromnym zainteresowaniem.
Powitała Craiga uprzejmym skinieniem głowy, chociaŜ serce jej
trzepotało jak ptak schwytany w sidła.
Przez cały tydzień ani razu nie udało jej się skontaktować z byłym
męŜem. Tylko w poniedziałek odebrał telefon i powiedziała mu, co
sądzi o róŜach, ale to wszystko. Wypadło mu nagle bardzo wiele
spotkań i w Ŝaden sposób nie mógł z nią rozmawiać w pracy, a po
południu miał takie mnóstwo zajęć, Ŝe zupełnie nie mógł odebrać
telefonu w domu.
Te wszystkie cudowne, wspaniałe kwiaty... Craigowi musi na niej
bardzo zaleŜeć, skoro zadał sobie tyle i trudu. ChociaŜ w tej chwili nie
wygląda jak starający się facet. Stare dŜinsy, skórzana kurtka, ręce w
kieszeniach zaróŜowione od chłodnego porannego powietrza policzki.
Stał w drzwiach z nogą wysuniętą do przodu, jakby nie miał odwagi
wejść do domu bez jej pozwolenia, i bez najmniejszej emocji
przyglądał się szczupłej sylwetce swojej byłej Ŝony.
- Przepraszam, Ŝe ci zawracam głowę, Karen - powiedział
uprzejmym, zupełnie obojętnym tonem - ale gdybyś mogła poświęcić
mi kilka chwil... Jestem pewien, Ŝe masz na strychu nasze stare
zeznania podatkowe. Byłbym wdzięczny, gdybyś pozwoliła mi do
nich zajrzeć.
- Nie ma sprawy - odrzekła równie grzecznie.
- Co potrzebujesz?
-
Oświadczenie podatkowe z tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego
siódmego roku.
-
Och, to będzie kłopot. Te papiery leŜą chyba na samym spodzie.
Julie...
-
Na mnie nie licz. - Córka podniosła ręce do góry. - Nie mam
pojęcia, gdzie tam co znaleźć.
-
No dobrze, sama z tobą pójdę - westchnęła Karen.
Wyprostowana, jakby połknęła kij od szczotki, weszła po schodach na
górę. Craig w milczeniu poszedł za nią. Jon wysunął nos z pokoju i
zawołał:
- Tato! Co ty tu...
- Musimy znaleźć stare zeznania podatkowe - odpowiedział
szybko synowi.
- Chyba są na strychu - dodała Karen.
W końcu korytarza znajdowały się małe drzwi prowadzące na
strych. Karen nacisnęła klamkę. Craig przystanął na chwilę, Ŝeby
zamienić parę słów z synem, więc Karen poszła przodem.
Schody na strych były wąskie i źle oświetlone. Na górze były
tylko dwa małe okienka, przez które przesączało się światło dnia.
Nigdy nie wykończyli strychu. Wiatr dmuchał przez szczeliny, a
zakurzone promienie słońca padały na podłogę z desek, zasłaną
pudłami pełnymi jakichś rupieci.
Karen z obrzydzeniem patrzyła na ten bałagan: stare krzesła,
dziecięce łóŜeczko, połamany fotel na biegunach, jakiś zniszczony
stolik i mnóstwo pudeł pełnych ksiąŜek. Na tym strychu
przechowywano wiele wspomnień, ale na pewno nie było tu zeznań
podatkowych. Nigdy nie składali na strychu Ŝadnych dokumentów
dotyczących podatków. I Craig doskonale o tym wiedział.
Usłyszała, jak zamyka drzwi na dole, a potem idzie po
trzeszczących stopniach. Wszedł na górę i nie zatrzymując się nawet
na chwilę, podszedł prosto do niej. JuŜ nie patrzył na nią obojętnie.
Zniknęła teŜ gdzieś jego układność.
Podkradł się do niej jak lew do świeŜego mięsa, I pochyłu głowę i
pocałował ją szybko. Pocałunek był,
1
] na tyle krótki, Ŝe moŜna go
było uznać za powitanie, ale dla niej trwał wystarczająco długo.
Poczuła na piersiach dotknięcie zimnej skórzanej kurtki i ciepło jego
ust na swoich wargach. Podniósł głowę, a na jego twarzy pojawił się
szatański uśmiech.
- Dzień dobry, Karo - powiedział niewinnie. Serce jej waliło jak
młot pneumatyczny i Karen bardzo się tego wstydziła. Oszukiwanie
dzieci, potajemne spotkania...
No, oczywiście, nie mają przecieŜ innego wyjścia. Przynajmniej
jeśli chcą, aby dzieci nie budowały zamków z piasku...
Mimo wszystko źle się z tym czuła. ChociaŜ z drugiej strony, to
uczucie było całkiem przyjemne. Przez cały ostatni rok Ŝyła jak
cnotliwa zakonnica. JuŜ prawie zapomniała, jaką przyjemność sprawia
robienie rzeczy zakazanych. Tylko jeden największy na świecie łobuz
zawsze umiał ją skusić do złego. Ten sam, który w tej chwili tak
mocno ją obejmuje.
- Craig... - Musi omówić z nim bardzo powaŜną sprawę. JuŜ za
chwilę na pewno sobie przypomni, o czym to miała z nim
porozmawiać.
Jednak jej były mąŜ najwyraźniej zaplanował sobie zupełnie inną
kolejność zdarzeń.
- MoŜemy tu zostać najwyŜej dwadzieścia minut. - Craig usiadł na
pudle z ksiąŜkami i pociągnął Karen za sobą. - Coś ci przyniosłem. Po
to właśnie przyszedłem. Ale najpierw kawa. - Rozpiął suwak
skórzanej kurtki i wyciągnął nieduŜy termos. – Jest tylko jedna
filiŜanka. Musimy się podzielić. A potem prezencik...
-
Jaki znowu prezent? Nie, Craig, poczekaj...
-
Nie denerwuj się. To nie jest duŜe.
PołoŜył jej na kolanach prostokątny przedmiot opakowany w
papier. Wpatrywała się w Craiga i nawet nie rzuciła okiem na paczkę.
- No, otwórz. Bo sam otworzę...
Przyglądał się, jak Karen odwija Ŝółty papier, pod którym ukrył
specjalnie dla niej wybraną ksiąŜkę.
Wprawdzie tylko raz wspomniała, Ŝe chodzi na wykłady z historii
Chin, ale kupił jej klasyczne dzieło o historii Chin, elegancko wydane,
w skórzanej, tłoczonej złotem, oprawie.
-
Miałem nadzieję, Ŝe ci się spodoba.
-
Podoba mi się.
-
Mam nadzieję, Ŝe ci się przyda, bo mówiłaś, Ŝe interesują cię
Chiny...
-
AleŜ to wspaniały prezent. To biały kruk - powiedziała. -
Stosujesz chwyty poniŜej pasa, Reardon. i robisz to celowo.
- Chwyty poniŜej pasa? O czym ty mówisz?
-
Umówiliśmy się, Ŝe nie będziemy się spieszyć, Ŝe zobaczymy,
jak nam się ułoŜy. Nie powinieneś postępować w ten sposób, to nie w
porządku. Jestem zaŜenowana...
-
Naprawdę?
-
Jej
zakłopotanie
sprawiło
mu
wyraźną
przyjemność.
-
Craig, to nieuczciwe - powiedziała stanowczo.
-
Co jest nieuczciwe?
- I kwiaty, i ksiąŜka są nieuczciwe. Nie potrzebuję Ŝadnego
zadośćuczynienia i nie powinieneś tego robić. - Przypomniała sobie
wreszcie to, co przez cały tydzień chciała mu powiedzieć. - DuŜo
myślałam o tym, co powiedziałeś. O twoim poczuciu winy za to, Ŝe
wciąŜ mnie pakowałeś w jakieś kłopoty. OtóŜ, zupełnie nie masz racji
i nie potrzebujesz mnie za nic przepraszać. PrzecieŜ nie namawiałeś
mnie, Ŝebym poszła z tobą do łóŜka, sama tego chciałam. I do tego,
Ŝ
ebym z tobą uciekła, teŜ mnie nie zmuszałeś. Nie jesteś i nigdy nie
byłeś w najmniejszym nawet stopniu odpowiedzialny za Ŝaden z
moich błędów.
- W porządku.
- Nie, to nie jest w porządku. Miałabym ochotę cię udusić,
gdybym wiedziała, Ŝe Ŝyjesz z takim strasznym poczuciem winy w
sercu. Wszyscy dobrze wiedzą, Ŝe oboje jesteśmy wyjątkowymi
głupkami, ale ta głupota jest w takim samym stopniu moją chorobą,
jak i twoją. Naprawdę nie musisz siebie o nic obwiniać ani pokutować
za Ŝaden grzech, którego i ja nie miałabym na sumieniu. Jednakowo
odpowiadamy za wszystkie kłopoty, w jakie przez całe Ŝycie razem
się pakowaliśmy. Zrozumiałeś to wreszcie?
- Karo!
- Tak? - Cały czas myślała o tym, Ŝe powinna mu pomóc pozbyć
się tego bezsensownego poczucia winy. Rodzice Craiga prowadzili
raczej beztroskie Ŝycie i w końcu rozwiedli się z powodu jakiegoś
idiotycznego „wolnego związku". Craig nigdy o tym nie mówił, nawet
wtedy, kiedy jeszcze chodzili do szkoły, ale Karen uwaŜała, Ŝe to
właśnie rodzice wzbudzili w nim to nadmiernie rozwinięte poczucie
winy. Wprawdzie cieszył się opinią zimnego brutala, ale była to tylko
poza. W głębi serca był zawsze gotów do poświęceń i ogromnie duŜo
od siebie wymagał.
Craig pogłaskał ją po policzku. Wybrała sobie nie najlepszy
moment na roztrząsanie przeszłości. Miała przed sobą męŜczyznę
próbującego zwrócić jej uwagę na teraźniejszość.
- Nie chmurz się - polecił.
A poniewaŜ polecenie było zupełnie idiotyczne, więc się
uśmiechnęła.
- To, Ŝe dałem ci ksiąŜkę, nie ma nic wspólnego z poczuciem
winy, kochanie. To tylko taki kaprys.
Bez podtekstów. I niech mnie diabli porwą, jeśli wiem, dlaczego
Tex przysłał ci róŜe, ale moja męska intuicja podpowiada mi, Ŝe te
kwiaty teŜ nie miały nic wspólnego z poczuciem winy.
Oboje dobrze wiedzieli, Ŝe Ŝaden Tex nie istnieje.
- A więc? - Karen dała się wciągnąć do gry. – Co ci podpowiada
twoja męska intuicja? Dlaczego dostałam tyle kwiatów od Texa i jego
kumpli?
- To oczywiste. - Craig nagle przypomniał sobie o termosie.
Otworzył go i wlał kawę do nakrętki.
- Jesteś piękną, utalentowaną i bardzo powabną kobietą. To rzadka
kombinacja i kaŜdy męŜczyzna, który nie jest ślepy i głuchy, musi to
zauwaŜyć. Wcale mnie nie dziwi, Ŝe faceci uganiają się za tobą.
Oszczędź mi, proszę, szczegółów. Szczerze mówiąc, wolałbym juŜ
więcej nie słyszeć o tych kwiatach.
Powiedział to wszystko bardzo powaŜnie, a przy tym nalewanie
kawy tak go zaabsorbowało, Ŝe w Ŝaden sposób nie mógł jej spojrzeć
w oczy. Komplement sprawił Karen ogromną przyjemność, ale
jeszcze większą - widok Craiga, bardzo zajętego przeklętą nakrętką od
termosu. Karen pomyślała, Ŝe po raz pierwszy w Ŝyciu widzi tego
ogromnego jak dąb męŜczyznę tak zakłopotanego. Nie sądziła, Ŝe
naprawdę słuchał jej Ŝalów na temat tego, Ŝe jej nie doceniał i Ŝe
uwaŜał ją za swoją własność. Ona takŜe zapamiętała jego zwierzenia o
poczuciu odpowiedzialności za popełnione przez nich błędy. Oboje
słuchali tego, co mieli sobie do powiedzenia. Nie przypuszczała, Ŝe to
się jeszcze kiedyś zdarzy. Poczuła nagły przypływ wzruszenia...
- No dobrze - mruknęła. - Jeśli nie chcesz słuchać o kwiatach,
przestanę o nich mówić.
- Świetnie.
- Musisz jednak wiedzieć, Ŝe chciałabym tę sprawę załatwić do
końca. Gdybym tylko wiedziała, kto naprawdę przysłał mi te kwiaty,
natychmiast rozebrałabym się do naga, zarzuciła na siebie jakiś welon
i zatańczyła przed nim bolero. Trzeba przecieŜ podziękować
człowiekowi...
Craig o mało nie udławił się kawą. Podała mu serwetkę.
- MoŜe uda ci się namówić Texa, Ŝeby następnym razem dołączył
do kwiatów swój adres - powiedział ponuro Craig.
-
Myślisz, Ŝe byłby zadowolony, gdybym mu osobiście
podziękowała?
-
Sądzę, Ŝe bez specjalnego wysiłku doprowadziłabyś biedaka do
obłędu.
-
Och, nie chciałabym się posunąć tak daleko. Jeśli uwaŜasz, Ŝe
ten pomysł z bolerem nie jest najszczęśliwszy, to moŜe pomyślę o
jakimś nastrojowym spotkaniu przy świecach.
-
Jeśli natychmiast nie przestaniesz, zapomnę o naszej dwójce
nadwraŜliwych nastolatków i zgwałcę
i cię tu, na strychu. - Nie dał po sobie poznać, czy rzeczywiście
tylko zaŜartował. - Chyba się przestraszyłaś, kochanie.
- Przestraszyłam się i wciąŜ jeszcze się boję.
- Odetchnęła głęboko. - Ale na pewno nic nam się nie uda, jeśli
nie zdobędziemy się wobec siebie na szczerość. Albo oboje damy
sobie stuprocentową ,f szansę, albo wcale nie ma sensu próbować. -
Uśmiechnęła się. - Nie wiem, czy ta ksiąŜka coś zmieni, Reardon.
Chciała odgarnąć z czoła pasmo włosów, ale Craig złapał ją za
rękę.
- Do diabła z ksiąŜkami! Tak właśnie było na początku, kiedy się
poznaliśmy. Tylko my dwoje, i !sam na sam. Tym razem będziemy
ostroŜniejsi, Karo. I Patrzyła mu w oczy, czuła dotyk jego dłoni i
doskonale wiedziała, Ŝe ostroŜność jest ostatnią rzeczą, o jakiej jej
były mąŜ w tej chwili myśli. W jego oczach płonął Ŝar...
-
Za długo tu siedzimy! - Zerwała się na równe nogi. - Dzieci
zaczną coś podejrzewać. Zejdę juŜ na dół.
-
Chcesz mnie tu zostawić, Ŝebym sobie sam znalazł nieistniejący
dokument?
- No właśnie.
- Wracaj, skarbie.
Rozsądek kazał jej szybko stąd wyjść. Jeśli zostanie, Craig na
pewno ją pocałuje. Szczerze wątpiła, czy skończyłoby się na jednym,
krótkim pocałunku. A jeden dłuŜszy mógłby sprowadzić na nich
prawdziwe kłopoty. Ma przecieŜ ogromną praktykę w traceniu głowy
dla Craiga. O tym nie moŜe zapomnieć. Oboje zawsze robili wszystko
na łeb na szyję. Nigdy wolniej. Szczególnie chętnie, gdy chodziło o
seks. I o tym takŜe musi pamiętać.
MoŜe go nawet kocha. MoŜe nigdy nie przestała go kochać. I
moŜe nawet tym razem by im się udało, ale popełnione kiedyś błędy
skrzywdziły takŜe innych ludzi. Szczególnie ucierpiały na tym ich
dzieci, i to nauczyło ją ostroŜności. Doświadczenia minionych lat
zmusiły Karen do rozwinięcia w sobie poczucia odpowiedzialności.
Była juŜ na trzecim schodku, gdy Craig dobiegł do poręczy. Miał
diabelski uśmiech, którego porządna kobieta powinna się bać.
- Jeśli naprawdę chcesz mnie tu zostawić - zawołał - to moŜe mi
przynajmniej powiesz, jak miałaby wyglądać ta kolacja przy
ś
wiecach.
Oczy mu błyszczały, jakby juŜ widział Karen chłepczącą
szampana z jego pępka. Ona teŜ wyobraziła sobie taką samą scenę.
- No i co ja mam z tobą zrobić, Reardon - mruknęła.
- Naprawdę chcesz wiedzieć?
-
Nie chcę.
Zatrzasnęła za sobą drzwi, zostawiając go samego na strychu, i
dopiero wtedy wybuchnęła śmiechem. Zawsze potrafił ją rozśmieszyć.
Za to teŜ go kochała. Jeszcze jedno ostrzeŜenie, Ŝe juŜ wpadła po
uszy.
Jon zawsze uwaŜał swoją siostrę za skrzyŜowanie złośliwej
odmiany cholery z koszmarnym potworem. Od dnia swoich urodzin
wciąŜ go prześladowała. Wszyscy ją chwalili, zawsze miała bardzo
dobre stopnie, ale oprócz tego była wścibska i bez przerwy grzebała w
jego rzeczach. Ojciec uwaŜał za oczywiste, Ŝe Jon ma na nią uwaŜać
w szkole, co wcale nie było łatwe, szczególnie od kiedy wyrosła na
ładną dziewczynę. Dwa razy musiał się bić ze starszymi od siebie
chłopakami, którym wydawało się, Ŝe mogą bez przeszkód podrywać
Julie. Jon nie cierpiał bójek. Jakim cudem dał się wmanewrować w
rolę goryla swojej atrakcyjnej siostry?
Julie była przekleństwem jego Ŝycia, ale miała jedną pozytywną
cechę: nie paplała. Nawet przyparta do muru potrafiła dochować
tajemnicy. W trudnych chwilach zawsze trzymali się razem. On stał
murem za nią, a ona zawsze brała jego stronę. Ten system szczególnie
dobrze działał w ich stosunkach z rodzicami.
Julie wyjrzała przez okno.
- Co mama powiedziała? - zapytała, kiedy samochód odjechał. -
ś
e dokąd jedzie?
- Po mleko.
Julie szybko przeszła przez kuchnię.
-
Popatrz - powiedziała, otwierając szeroko drzwi lodówki. Jon
zajrzał jej przez ramię. Na półce równym szeregiem stało pięć
litrowych kartonów mleka. Spojrzeli po sobie.
-
To juŜ trzeci raz w tym tygodniu. Nic z tego nie rozumiem.
Dokąd ona jeździ?
- Najwyraźniej po mleko - powiedział Jon.
- Tyle to i ja wiem. Jeśli przywiezie jeszcze litr mleka, otworzymy
mleczarnię. ZauwaŜyłeś, jak się ubrała? Białe spodnie, czerwony
sweter...
Jon nie odpowiedział. O tym samym właśnie pomyślał.
- Jon, odkąd to mama tak elegancko się ubiera, jadąc po zakupy?
Przynosi to mleko tylko dlatego, Ŝe nie chce, Ŝebyśmy się czegoś
domyślili. To jasne jak słońce.
Zanim zatrzasnęła drzwi lodówki, Jon zdąŜył jeszcze chwycić
karton mleka.
-
Wróci przed ósmą. - Pociągnął łyk prosto z kartonu. -
Poprzednim razem nie było jej przez niecałą godzinę. MoŜe naprawdę
robi zakupy?
-
A koty uwielbiają pływać. - Julie usiadła na krześle i oparła
głowę na rękach. - Jest siódma wieczorem, a my nawet nie wiemy,
dokąd pojechała nasza własna matka. UwaŜam, Ŝe powinieneś coś
zrobić.
-
Ja? A co ja mogę zrobić? - Jon otarł usta wierzchem dłoni.
- Powiedz chociaŜ, Ŝe teŜ się martwisz.
- No dobrze. TeŜ się martwię. Dziwnie się zachowuje, no i co z
tego? MoŜe nie chce, Ŝebyśmy wiedzieli, co robi.
- O BoŜe, aleŜ ty jesteś głupi! - Julie westchnęła.
- Oczywiście, Ŝe nie chce, Ŝebyśmy wiedzieli, co ona robi. A o co
ja się martwię, idioto? Mama nigdy nie miała przed nami tajemnic.
Jesteśmy przecieŜ całym jej Ŝyciem.
- Mnie się wydaje, Ŝe to ma jakiś związek z tatą - powiedział z
namysłem Jon.
- Bo ty chcesz wierzyć, Ŝe to o tatę chodzi. Ja teŜ bym chciała w to
wierzyć. A jeśli nie? Jeśli to jakiś obcy facet? A moŜe ona naprawdę
ma kłopoty i bardzo nas potrzebuje?
Kolejny łyk mleka utknął Jonowi w gardle, jakby to była grudka
błota. MoŜna się było tego spodziewać, siostrzyczka lubi
dramatyzować. Jednak jego teŜ ruszyło.
- MoŜe i masz rację - mruknął - ale ja nie mam zamiaru się
wtrącać. Nie chcę więcej awantur.
- A kto mówi o wtrącaniu się? Proponuję ci tylko, Ŝebyśmy na nią
uwaŜali, upewnili się, Ŝe nic złego się nie dzieje, by w razie czego
moŜna jej było pomóc.
Jon musiał się z nią zgodzić. Nie miał innego wyjścia.
Jeszcze tydzień temu Karen martwiła się, Ŝe jej stosunki z byłym
męŜem wymykają się spod kontroli. Podczas kolejnych spotkań
płomień poŜądania rozpalał się coraz mocniej. Ta namiętność nie była
niczym nowym, tylko oni byli zupełnie inni. On i ona, męŜczyzna i
kobieta, w Ŝyciu których juŜ nic i nigdy nie będzie takie samo. Jej
pociąg do Craiga przewyŜszał wszystko, co czuła kiedykolwiek
przedtem, i to takŜe bardzo ją niepokoiło. ZbliŜenie seksualne, którego
tak się obawiała, zbyt szybko stało się faktem. Nikt nie wie, jak to się
dzieje, Ŝe potajemnym kochankom udaje się spotykać się mimo
wszystko. Karen i Craig musieli się ukrywać jak złodzieje, Ŝeby
wykraść choćby godzinę na spotkanie.
Ś
wiatła tańczyły za szybą samochodu, odbijały się w strugach
deszczu. Wieczór był ciemny jak smoła, a na dodatek zimny, jesienny
deszcz zacinał w okna.
Włączyła wycieraczki.
- Na pewno chcesz prowadzić? - zapytał Craig.
- Rozpadało się na dobre.
- Dam sobie radę, to juŜ niedaleko.
- Naprawdę nie powiesz mi, dokąd jedziemy?
- W odludne miejsce. - Uśmiechnęła się do niego.
- Obiecuję, Ŝe nie spotkamy tam znajomych.
Szczerze mówiąc, trochę głupio się czuła, zawoŜąc go w to
właśnie miejsce, ale nie miała wyboru. Bardzo chciała, raczej musiała,
znaleźć się sam na sam z Craigiem. Skąd mogła wiedzieć, co
naprawdę do niego czuje, albo co on czuje do niej, jeśli nie mieli
moŜliwości wypróbować i sprawdzić swoich uczuć?
Zachowała jednak ostroŜność i wykazała się poczuciem
odpowiedzialności, bo zaproponowała, Ŝe spotkają się na neutralnym
terenie, w miłym i bezpiecznym miejscu. Co więcej, ktoś ze
znajomych zawsze moŜe wpaść na nich w bibliotece, w muzeum czy
w ustronnym zaułku, a tam na pewno nikogo nie spotkają.
Nigdzie nie byli bezpieczni. O seksie w ogóle nie było co marzyć.
Największym ich problemem było zachowanie tajemnicy, a
szczególnie, zwodzenie własnych dzieci. W końcu to całkiem
moŜliwe, Ŝe Jon Jacob pójdzie do delikatesów kupić wołowinę z
ryŜem albo, na przykład, umówi się ze swoją dziewczyną na randkę w
muzeum. Julie za to często bywała w bibliotece, chociaŜ, o ile Karen
dobrze pamięta, nigdy nie chodziła tam wieczorem. Oddalenie się od
miasta gwarantowało, Ŝe znajdą spokojne miejsce, w którym uda się
porozmawiać. śadne z nich jednak nie miało tak duŜo wolnego czasu,
Ŝ
eby go tracić na daleką podróŜ.
Karen uwielbiała swoje dzieci. Craig takŜe. Dałaby się za nie
zabić i Craig teŜ. Dziś jednak Jon Jacob miał randkę i nawet wziął w
tym celu samochód Craiga, a Julie spędzała noc u koleŜanki, rodzice
mieli więc okazję spędzić ze sobą kilka spokojnych godzin. Karen
zdecydowała się skorzystać z tej okazji.
- Coś mi się wydaje, Ŝe pamiętam ten zakręt - mruknął Craig.
Karen pomyślała, Ŝe powinien go bardzo dobrze pamiętać.
-
Ale chyba nie zamierzasz łamać przepisów, skarbie?
-
Mam trzydzieści sześć lat, bardzo się staram być idealną matką
naszych wspólnych dzieci i od lat radzę sobie z bardzo
odpowiedzialną pracą. Czy taka kobieta mogłaby pomyśleć o łamaniu
prawa?
Asfalt lśnił w strugach deszczu jak mokry heban. Spojrzała przed
siebie, potem we wsteczne lusterko. Nie było widać Ŝadnego
samochodu. Skręciła z równej drogi i zjechała na pobocze. Jedną z
atrakcji Colorado Springs jest Ogród Bogów -
ponad stuhektarowy
park, który Indianie nazywali Czerwoną Ziemią. W tym miejscu
znajduje się na prerii osobliwa góra. Erozja wyrzeźbiła w granicie
fantastyczne kształty. Czerwona Skała wygląda jak wieŜa
gigantycznej katedry. Natura stworzyła tu prawdziwe cuda, za kaŜdym
zakrętem oczekiwała turystów jakaś niespodzianka. Park zawsze
zamykano na noc, jednakŜe jego granice nie były aŜ tak szczelne jak
Fort Knox. Karen i Craig juŜ wiele, wiele lat temu znaleźli
niestrzeŜony wjazd. Atrakcją tego miejsca było głównie to, Ŝe
nielegalnie wjeŜdŜali do parku, a poza tym nikt im tam nie
przeszkadzał, kiedy chcieli być sami.
Karen wyłączyła silnik i wygasiła światła. Na chwilę w
samochodzie zrobiło się zupełnie ciemno. Craig odwrócił się na
swoim siedzeniu, ale nie odezwał się ani słowem. W ogłuszającej
ciszy słychać było jedynie stukające o blachę krople deszczu i
gwałtowne bicie serca Karen.
- Nie umiałam wymyślić nic innego - poskarŜyła się Ŝałośnie. - W
kaŜdym innym miejscu dzieci mogłyby się na nas natknąć. To jedyne
miejsce, jakie znam, gdzie nikt nas nie będzie szukał.
- Nie musisz się usprawiedliwiać - powiedział Craig.
- Przywiozłaś mnie tu, Ŝeby się trochę popieścić.
- Nie...
-
Napaliłaś się na mnie, przyznaj się. Pamiętasz, to ja zawsze
tłumaczyłem się, Ŝe przywoŜę cię tutaj, Ŝebyśmy mogli spokojnie
porozmawiać. Myślisz, Ŝe dam się nabrać?
-
Reardon... - Napięcie powoli ustępowało, roześmiała się. Tego
się właśnie obawiała. Craig rzeczywiście wyciągnął błędne wnioski z
faktu, Ŝe tu go przywiozła. Dobrze pamiętał nie całkiem niewinną
historię tego miejsca. Mnóstwo rzeczy zdarzyło się po raz pierwszy
właśnie tutaj. Tu po raz pierwszy naprawdę ją pocałował, tutaj
pozwoliła mu dotknąć swego ciała, po raz pierwszy tutaj połoŜył jej
dłoń na dziwnym i przeraŜającym wybrzuszeniu swoich spodni. Od
tamtych dni minęło juŜ wiele lat i Karen sądziła, Ŝe stare wspomnienia
zupełnie wyblakły. Do chwili, gdy zatrzymała samochód, bo wtedy
właśnie poczuła, jak krew uderza jej do głowy. Minęło, ale
zdenerwowanie pozostało. Współuczestnik tamtych wydarzeń był
najwyraźniej zachwycony tą sytuacją. Wpatrywał się w nią
błyszczącymi oczami, jak Ŝądny krwi wampir.
- Hej, skarbie. Spróbuję jakoś znieść to, Ŝe się do mnie dobierasz.
- To dramatyczne westchnienie było częścią odgrywanej właśnie
komedii. - MęŜczyzna musi robić to, co do niego naleŜy.
- Przestań, ty erotomanie.
- JuŜ dobrze, Karen. W porządku. Poświęcę swoją cnotę, ale robię
to tylko dla ciebie. Nie chciałbym, Ŝeby się rozniosło wśród
znajomych, Ŝe idę do łóŜka z kaŜdą dziewczyną, która mnie o to
poprosi... Ale trudno mi będzie wejść w nastrój, jeśli natychmiast nie
przestaniesz się śmiać.
ROZDZIAŁ SIÓDMY
Jego Ŝarty odniosły wreszcie skutek. Roześmiała się głośno, a
razem ze śmiechem przyszło odpręŜenie. Bardzo się bała, co on sobie
pomyśli.
Craig nie przyznał się, Ŝe widok tego miejsca niesamowicie na
niego podziałał. Wydało mu się, Ŝe w samochodzie zaroiło się od
starych wspomnień. To przecieŜ w tym właśnie miejscu oboje poznali
siłę poŜądania. To tutaj odkryli nowy rodzaj bliskości. Kara nigdy nie
potrafiła mówić o sobie, ale w tym jednym miejscu zawsze się przed
nim otwierała. Craig miał nadzieję, Ŝe i tym razem pozwoli sobie na
szczerość.
- Posłuchaj - powiedziała.
Lało jak z cebra. Błyskawica rozjaśniła horyzont. Srebrzyste
ś
wiatło zalało całą okolicę i park zamienił się na chwilę w baśniową
krainę. Wysokie skały wyglądały jak wieŜyczki ogromnego zamku z
diamentami zamiast okien.
Karen wytarła zaparowaną szybę.
- Tu jest tylko skała i piasek - powiedziała cicho.
- Ale podczas burzy i w świetle księŜyca zmienia się to w
najpiękniejszy zakątek na ziemi.
-
Zawsze kochałaś to miejsce.
-
Bo tu jest niewyobraŜalnie pięknie.
Craig pomyślał, Ŝe ona teŜ jest niewyobraŜalnie piękna. Deszcz
stukał o szyby. Kara nigdy nie uwaŜała siebie za kobietę wraŜliwą, ale
on nigdy nie myślał o niej inaczej, jak o takiej właśnie kobiecie.
Zadzwoniła do niego pięć minut po wyjściu dzieci z domu, a za
następne pięć juŜ była u niego. Nie traciła czasu na ubieranie się ani
na makijaŜ. Miała na sobie dŜinsową spódnicę, zapinany pod szyję
sweter i jasny Ŝakiet. Zdecydowanie za lekko się ubrała jak na taki
chłodny i deszczowy wieczór.
Znów pochyliła się nad kierownicą i starła parę z szyby.
- Przestań oddychać, Reardon. Nic nie widzę.
- Tylko mój oddech ci przeszkadza? - Uśmiechnął się. - Ale nie
otwieraj okna. Jesteś juŜ wystarczająco zziębnięta.
- Nieprawda. Jestem cieplutka jak grzanka.
Uchyliła okno i machnęła ręką. Skorzystał z okazji i pochwycił
szczupłą dłoń. Palce miała zimne jak sople lodu.
- Do głowy by mi nie przyszło - powiedziała przyłapana na
kłamstwie - Ŝe we wrześniu moŜe być tak zimno.
- Wszyscy w Colorado o tym wiedzą - zaŜartował.
O tej porze roku pogoda szybko się zmieniała i nigdy nie dało się
jej przewidzieć. Wysoko w górach, gdzie stała ich Chatka, w której
zaledwie kilka tygodni temu kochali się w ciepły, słoneczny dzień,
teraz leŜał juŜ śnieg.
Craig pamiętał tamten dzień z najdrobniejszymi szczegółami. W
stereo i w kolorze. Miał nadzieję, Ŝe Kara teŜ nie zapomniała.
Nie wypuszczał jej dłoni. Karen spojrzała mu w oczy. Zobaczył w
nich rosnące poŜądanie. A przecieŜ on tylko wkładał na jej skostniałe
dłonie swoje stare rękawice z futerka.
Błyskawica znów oświetliła horyzont i fantastyczny widok za
oknem odwrócił uwagę Karen.
-
Jeszcze trochę bajki... - mruknął Craig.
-
Naprawdę tego nie czujesz? - Spojrzała na niego.
-
Jest dziś wyjątkowo wraŜliwa, pomyślał. Wszystko ma dla niej
znaczenie.
-
Pomyśl, co by się stało, gdyby dało się zamienić bajkę w
rzeczywistość - powiedział cicho. - Wyobraź sobie, Ŝe moŜesz
pojechać, dokąd tylko zechcesz, i robić to, na co masz ochotę.
-
Gdybym mogła pojechać, dokąd zechcę... - Przymknęła oczy. -
Pojechałabym na Daleki Wschód, a dokładnie - do Chin. A gdybym
mogła robić to, na co mam ochotę... - Otworzyła oczy. Znów była
spięta. - A nie będziesz się śmiał?
- Nie będę.
- To tylko takie głupie marzenie. Nic wielkiego. I zupełnie
nieciekawe...
- Powiesz wreszcie?
- Kiedy jeszcze chodziliśmy do szkoły, Ŝadna z moich koleŜanek
nie chciała zostać nauczycielką.
Uczenie uwaŜano za staromodny stereotyp kariery zawodowej
kobiet. A ja zawsze chciałam robić coś, co miałoby związek z dziećmi
i z historią... - Zamyśliła się na chwilę. - Przyglądałam się naszym
dzieciom. One uwaŜają, Ŝe nauka historii polega na zapamiętywaniu
suchych dat, zupełnie nie mają do tego serca. Jestem przekonana, Ŝe
gdyby uczono je historii we właściwy sposób, to na pewno by się
zainteresowały. Historia to przecieŜ głównie zapis błędów, których nie
chcielibyśmy popełnić po raz drugi. Dzieci powinny wiedzieć, Ŝe
wokoło istnieje wielki świat, inne kraje, inne wartości i kultury, inni
ludzie, którzy mają takie same problemy jak my, ale całkiem inne
pomysły na ich rozwiązywanie... - Zamilkła, jakby się przestraszyła
tych niespodziewanych wynurzeń.
- I co dalej? - zapytał.
- Ja lubię dzieci - powiedziała, jakby chciała się bronić.
PrzecieŜ dobrze to wiedział. Jeśli w jakimś domu znalazłoby się
sto osób i tylko jedno niemowlę, Karen instynktownie trafiłaby do
niemowlęcia. Większość rodziców w jej wieku jak ognia unika
wszelkich spotkań swoich dzieci z rówieśnikami, ale drzwi domu
Karen zawsze stały otworem przed nastolatkami. Dzieci zawsze do
niej lgnęły.
-
To tylko takie głupie marzenie - zapewniła. - Coś, co sobie
wymyśliłam bardzo dawno temu.
-
I wcale ci juŜ na tym nie zaleŜy, co? - Nie spuszczał z niej oka.
-
Oczywiście, Ŝe nie. BoŜe, mam dobrze płatną pracę, która daje
mi moŜliwości rozwoju i zapewnia spokojną przyszłość. Co by o mnie
pomyślały dzieci, gdybym po prostu rzuciła to wszystko dla jakiejś
mrzonki?
-
Chyba zmarzłaś, bo cała się trzęsiesz. - Z zimnem moŜna było
sobie bez trudu poradzić, uruchamiając silnik i włączając ogrzewanie.
Zamiast tego przytulił ją do siebie, co rozwiązywało znacznie
powaŜniejszy problem: mieć ją blisko siebie, i to natychmiast.
Kara nie od razu zaprotestowała, a kiedy siedziała juŜ na jego
kolanach, było na to za późno. Naprawdę zmarzła.
-
Nigdy nie myślałaś o powrocie na studia? - kontynuował
rozmowę Craig.
-
Chciałam pochodzić na jakieś wykłady, ale robić dyplom...
- Nie masz na to czasu - dokończył za nią.
- Zgadłeś. Pracuję od ósmej do piątej, prowadzę dom, i co
najwaŜniejsze...
-
NajwaŜniejsze, Ŝe dzieci cię potrzebują.
-
Właśnie.
- I duŜo czasu poświęcasz swoim rodzicom. Twoja matka nie
moŜe się bez ciebie obejść, szczególnie od czasu, gdy twoja siostra
wyjechała do innego stanu.
Jeśli się to wszystko podsumuje, to aŜ dziw bierze, Ŝe znalazłaś
teraz trochę czasu dla mnie. Nie mówiąc juŜ o powrocie na studia...
-
Bo naprawdę nie mam czasu. A w ogóle, to nie wiem, po co o
tym rozmawiamy. PrzecieŜ to tylko nierealne marzenie, zapomniałeś?
Sam pomysł to czyste kretyństwo - dodała z uśmiechem. - Co ty
robisz, Reardon?
-
Ja? Chcę cię trochę rozgrzać. - Rozpiął kurtkę i mocniej ją
przytulił.
-
Ciekawe, dlaczego nie mogę uwierzyć w twój altruizm.
-
Bo jesteś okropnie podejrzliwa. - Otarł się policzkiem o jej
włosy. Tak Ŝarliwie opowiadała o dzieciach i o uczeniu... AŜ go
zabolało, kiedy zdał sobie sprawę, od jak dawna ukrywała to
marzenie. Uświadomił sobie, jak często Karen przedkładała potrzeby
innych -jego, dzieci, swoich rodziców - nad własne marzenia. - Nie
musisz się o nic martwić. Ja się wszystkim zajmę.
-
To oświadczenie teŜ nie budzi mojego zaufania. Zwłaszcza kiedy
trzymasz ręce pod moim Ŝakietem.
-
Nic waŜnego się nie stanie. Nawet akrobata niczego nie wskóra
na przednim siedzeniu samochodu. Szczególnie przy tej temperaturze.
Ale...
Przechyliła głowę, Ŝeby spojrzeć mu w oczy. Uśmiechała się do
niego oczami, ustami, całą sobą.
- Ale co? - przypomniała.
- Ale tak sobie pomyślałem, Ŝe powinniśmy prze- prowadzić
badania na temat zmian w technice pieszczot w ciągu ostatnich
piętnastu lat. Takie intelektualne doświadczenie dla potomności.
Mogłabyś się poświęcić.
- To Ŝałosny podstęp, Reardon.
Dobrze wiedział, ale Karen było to obojętne. Uśmiechała się bez
strachu. Nie obawiała się pieszczot.
Iskra nie moŜe podpalić skały, szczególnie w takich
okolicznościach. Była tego pewna. Zupełnie pewna.
Craig jeszcze ją w tym upewnił. Nawet nie dotknął jej swetra.
Włoski angory połaskotały go, kiedy połoŜył wargi na jej szyi. Miała
delikatną skórę, białą i pachnącą Shalimarem. Znał ten zapach. Ona
moŜe nawet tego nie pamięta, ale w niektóre noce pod kołdrą
odnajdywał ten zapach w najbardziej nieoczekiwanych miejscach.
Krew w nim zawrzała, jednak bez pośpiechu przesuwał usta po
szyi aŜ do delikatnego płatka jej ucha. Jego język napotkał na drodze
malutki kolczyk z perełką. Craig zręcznie zdjął go i zamknął w dłoni.
Pieścił jej ucho, niechronione teraz Ŝadnym obcym ciałem. Z piersi
Karen wyrwało się westchnienie. Odnalazł w ciemności jej usta.
Znów ją pocałował, tym razem mocniej. Rozległo się klaśnięcie,
potem drugie. Zdjęła rękawiczki i rzuciła jedną po drugiej na tylne
siedzenie.
Nie dotykała go, ale czuł, Ŝe ona pragnie to zrobić, tylko bardzo
się boi.
-
Zrób to - odezwał się. - Dotknij mnie. Chcę poczuć dotyk twoich
dłoni.
-
Są takie zimne. - Spróbowała się wykręcać. - Jeszcze mi od tego
umrzesz.
- Nie umrę. Zrób to, Karo.
Wsunęła dłonie pod jego sweter. Ostrzegała. AŜ syknął pod
dotknięciem lodowatych palców. Jej ręce rozgrzały się, a potem aŜ
rozpaliły od gorącej skóry jego brzucha. PoŜądanie przeszyło go jak
błyskawica. Bardzo tęsknił za dotknięciem jej dłoni. Brakowało mu
ich jak kawałka duszy. Jej włosy przelewały mu się miedzy palcami
jak płynne złoto. Znów ją pocałował. Głaskał ją i pieścił, aŜ dotarł do
rąbka spódniczki. Karen wciąŜ trzymała dłonie pod swetrem Craiga.
W samochodzie było cicho. Tak cicho, Ŝe wyraźnie słyszał jej
szybki oddech. Tak cicho, Ŝe słyszał szelest swoich dłoni
przesuwających się po jej zamkniętych w jedwabnych pończochach
nogach. Od kostki do kolana, a potem wyŜej, na udo.
Poruszyła się. Jego kochanka. Zawsze tak trudno było ją
rozbudzić, za to potem zupełnie niemoŜliwe stawało się jej uśpienie.
Kara była niespokojna, niecierpliwa, podniecona... W ciemnym
samochodzie, pod warstwą utrudniających Ŝycie ubrań, znalazł
wreszcie jędrną skórę na jej udzie. Pozwoliła mu na to. Ale kiedy
chciał zagłębić palce w szczelinę między jej nogami, zacisnęła uda.
- Nie, Craig... - szepnęła.
- Cicho... - Znów ją pocałował. - Jesteś całkowicie ubrana. Nie
musisz się niczego obawiać. Zaufaj mi.
Namiętnie całował jej usta. Przez cienki materiał majteczek
wyczuł ciepłą, jedwabistą wilgoć. Tylko jednego pragnął: dotykać
Karen i dzielić z nią tę niesłychaną przyjemność. Poczuł jej
przyspieszony oddech. Kara nie spodziewała się takiego obrotu
sprawy. On teŜ nie.
Gdzieś daleko zagrzmiało. Ten grzmot znakomicie harmonizował
ze stanem Craiga. Miał w kieszeni prezerwatywę, ale nie śmiał jej
nawet wyciągnąć. Nie tutaj, nie teraz... Prawa stopa zupełnie mu
ś
cierpła, ramię zesztywniało, a samochód był ostatnim miejscem, w
jakim chciałby się w tej chwili znajdować. Chciał leŜeć na szerokim,
wygodnym tapczanie. I Ŝeby Kara była przy nim. Całkiem naga. I
Ŝ
eby dało się zamknąć drzwi na klucz.
WciąŜ pieścił, głaskał, dotykał jej przez cienki materiał. Pałał
nienawiścią do tego materiału i myślał, Ŝe to wszystko przez nią. On
tego nie zaplanował, chciał tylko namówić ją na długą rozmowę. Ale
Kara opowiedziała mu tamto swoje marzenie i wtedy on pomyślał o
tych pragnieniach, z których przez wszystkie
spędzone z nim lata zrezygnowała dla dobra dzieci i jego. Zawsze
pozwalała mu na egoizm.
No więc, to jej własna, cholerna wina, Ŝe ma teraz kłopoty.
Próbowała się jakoś wywinąć, ale nie mogła. Próbowała uwolnić ręce,
i teŜ jej się nie udało.
- Reardon. - To był ledwie dosłyszalny szept.
- Pozwól mi... - poprosił. Rozgrzała się i teraz jej skóra tak pięknie
pachniała. Stłumił własne potrzeby i skoncentrował się wyłącznie na
niej. - Pozwól mi, Karo.
Oczy jej błyszczały jak w gorączce. Widział w nich poŜądanie i
niespełnienie, i strach przed kolejną ryzykowną próbą. Kiedyś mu juŜ
przecieŜ zaufała...
Całował jej nos, policzki, usta. Nie był tamtym chłopcem-egoistą i
chciał, Ŝeby o tym wiedziała i uwierzyła mu. Pochyliła głowę.
Dotknął wargami tego miejsca na szyi, gdzie najsilniej bije puls.
Karen nagle zwarła nogi, ściskając jego rękę. Krzyknęła, a jej ciało
wypręŜyło się w rozkosznym spazmie.
Craig zamarł. Jego mózg zarejestrował błysk jakiegoś Ŝółtego
ś
wiatła, ale on zupełnie zignorował ten sygnał. Mgliście zdawał sobie
sprawę, Ŝe czoło ma zroszone potem, jest napięty do granic
wytrzymałości, a krąŜenie w lewej nodze zupełnie zanikło.
W tym momencie Kara odchyliła głowę do tyłu i cała reszta
przestała mieć jakiekolwiek znaczenie. Zalała go fala czułości. Mokre
włosy przykleiły się do czoła Karen. Delikatnie dotknęła jego
policzka, jakby się czemuś dziwiła. WciąŜ jeszcze oddychała
nierówno, a jej oczy... O BoŜe, te jej oczy! Nie przypuszczał, Ŝe
jeszcze kiedyś spojrzy na niego w ten sposób.
-
Jestem taka wściekła na ciebie. - Pogłaskała go po policzku. - śe
szkoda gadać.
-
Naprawdę? - Z ociąganiem zabrał rękę. MoŜe w ciągu
najbliŜszego roku znajdzie w sobie dość siły, Ŝeby przestać patrzeć na
tę kobietę. Ma bardzo czerwone i wilgotne usta, jak płatki róŜy.
Sprawiała wraŜenie, jakby chciała się przeciągnąć jak kotka. Miał
nadzieję, Ŝe tego nie zrobi. Jeśli tylko się poruszy, moŜe go powaŜnie
uszkodzić.
- To wszystko twoja wina - powiedziała oskarŜycielsko.
- Mam nadzieję, Ŝe tak.
- Nie śmiej się ze mnie. Okropnie się wstydzę. To wcale nie były
niewinne pieszczoty, Reardon. Nie mogę uwierzyć, Ŝe zrobiłeś mi to
w samochodzie.
-
Przesunęła palcem po jego wargach. - Jesteś jeszcze bardziej
niebezpieczny niŜ dawniej - powiedziała cicho.
-
Coś musi być w tym połączeniu ciebie z samochodem. MoŜe
mam wrodzoną słabość...
- Naprawdę? - Chwycił ją za rękę. - Nie wyzbyłaś się swoich
dawnych słabości, Karo?
- Naprawdę, to bardzo się boję - przyznała szczerze.
- Boję się, Ŝe stracę głowę dla kogoś, kogo juŜ chyba zupełnie nie
znam. Jesteś znacznie silniejszy niŜ tamten męŜczyzna, za którego
wyszłam za mąŜ. Silniejszy, bardziej pewny siebie... - przerwała. - I
ciągnie mnie do ciebie bardziej niŜ przedtem. Ten dziwny czar...
To nie tylko pociąg fizyczny. Wolałabym, Ŝeby chodziło
wyłącznie o seks.
Jakiś biały, metaliczny kształt zamajaczył w ciemności przed nim.
- Karo...
- Przedtem nigdy nie mieliśmy dla siebie czasu.
Zapomnieliśmy, jak się rozmawia. Teraz juŜ wiemy, jakie błędy
popełniliśmy, więc kiedy jesteśmy razem...
Czuję wtedy coś cudownego. To takie uczucie, jakby wszystko
wreszcie znalazło się na właściwym miejscu, jakby wszystko dopiero
teraz zaczęło do siebie pasować. Nigdy przedtem niczego podobnego
nie czułam...
-
Kochanie...
- Jednak wciąŜ się boję. Boję się nas, boję się ciebie. Kiedyś byłeś
moim księciem z bajki. Oczarowałeś mnie. Ale teraz juŜ nie jesteśmy
dziećmi, a ty, Reardon, wciąŜ próbujesz czarować. Zupełnie nie mam
pojęcia, jak się zachowasz, kiedy rzeczywistość zapuka...
-
Karen. - Ścisnął mocno jej ramię. Nie znał innego sposobu
przerwania potoku jej słów. Mimo Ŝe bardzo chciał powiedzieć, Ŝe
czuje to samo i tego samego się boi, to w tym właśnie momencie nie
mógł tego zrobić. Rzeczywistość juŜ zapukała. Delikatnie odwrócił jej
głowę w stronę zaparowanej, zalanej deszczem szyby.
-
Tu jest jeszcze jeden samochód - zauwaŜyła wreszcie.
-
Tak, dzieciaki mają swoje sposoby na wyszukiwanie odludnych
miejsc - zgodził się.
-
Ale to biały samochód.
-
Tak.
-
Biały cherokee... Jak twój. To dziwne... bardzo podobny do
twojego.
-
Karo. - Craig przetarł oczy dłonią. - To jest mój samochód, a w
ś
rodku siedzi nasz syn i jego dziewczyna. Przerwanie tej rozmowy to
ostatnia rzecz, na jaką mam teraz ochotę, ale...
-
Jon Jacob? - Karen błyskawicznie zsunęła się z kolan Craiga. -
To niemoŜliwe! - Przycisnęła nos do szyby i natychmiast odskoczyła.
- Cholera! MoŜliwe. - Bardzo rozśmieszyła go komicznym
połączeniem niedowierzania i paniki w jej głosie. - Porozmawiamy
innym razem - oznajmiła.
-
Właśnie chciałem ci to zaproponować.
-
Myślisz, Ŝe nas rozpoznał?
- Nie sądzę. - Pokręcił głową. - Twoja sierra to seryjny model w
bardzo popularnym kolorze. Do tego pada i jest ciemno, a poza tym
podejrzewam, Ŝe chwilowo jest zajęty... czym innym.
- Nasz syn jest za młody na takie rzeczy. - Jej matczyny radar juŜ
się nastawił na właściwe fale.
-
Tak sądzisz, skarbie? Jest wystarczająco dorosły.
-
Chyba następnym razem będziemy musieli porozmawiać na
zupełnie inny temat.
- Całkowicie się z tobą zgadzam.
- Jakim cudem znów nas to spotyka? Jestem juŜ za stara na takie
Ŝ
ycie - powiedziała cicho. - Tym razem ty prowadzisz. - Zamienili się
miejscami, trochę się przy tym obijając. - Jak najdłuŜej nie włączaj
ś
wiateł.
Gaz do dechy i nie zatrzymuj się, dopóki nie wyjedziemy z parku.
- Tak jest, proszę pani.
W przymierzalni u Raftera wisiała na wieszaku halka z czarnej
satyny i szkarłatna, krótka koszulka.
Przyszły do tego domu towarowego w centrum handlowym, Ŝeby
kupić Julie trochę nowych rzeczy. Córka weszła do przymierzalni z
całym naręczem łaszków, a Karen dla zabicia czasu teŜ wybrała sobie
kilka ciuszków i poszła je przymierzyć. Kiedy jednak znalazła się w
przymierzalni, pokręciła z niedowierzaniem głową. Ogłupiała, czy co?
Zupełnie nie myśli o tym, co robi. Dlaczego nie przyjrzała się
dokładniej temu, co wybiera? Szczerze mówiąc, musi sobie kupić
trochę bielizny, ale tego rodzaju rzeczy w ogóle nie ma sensu
przymierzać. Dotknęła jedwabistej haleczki i pomyślała, Ŝe jest
zupełnie nie w jej stylu. A potem pomyślała, Ŝe okropnie się
zakochała we własnym byłym męŜu.
Od ich ostatniego „wypadu" minęły zaledwie dwa dni, a ona juŜ
ze sto razy zdąŜyła sobie powtórzyć, Ŝe sytuacja wcale nie była
zabawna. Ryzykowała, Ŝe szesnastoletni syn przyłapie ją w
kompromitującej ich w sytuacji. Nie był to powód do śmiechu.
Zamknęła oczy. Pomyślała sobie, Ŝe nie wiadomo dlaczego lubi tego
męŜczyznę, na jakiego wyrósł jej były mąŜ. Lubi jego spokojną
pewność siebie, subtelne poczucie humoru i miły uśmiech. Lubi
patrzyć mu w oczy, lubi...
-
Mamo! Śpisz, czy co? Chyba z godzinę do ciebie mówię...
-
Przepraszam, kochanie. - Karen błyskawicznie otworzyła oczy.
Natychmiast z powrotem zmieniła się w mamę. Odsunęła zasłonę
przymierzami i oglądała komplecik, który Julie miała na sobie. -
Bardzo ładnie w tym wyglądasz.
-
Nie wydaje ci się, Ŝe to trochę za długie? - Julie obróciła się
wkoło.
-
MoŜe o centymetr. Ale ten materiał i tak się zbiegnie. Bardzo ci
do twarzy w jasnym błękicie. Jeśli ci się podoba, to kupujemy.
-
Ale to nie jest z wyprzedaŜy - uprzedziła Julie.
-
Nic nie szkodzi.
- Mamo. - Julie otworzyła szeroko oczy ze zdziwienia. -Ty
naprawdę jesteś dziś jakaś dziwna... - Jej wzrok przesunął się od
twarzy matki do wiszącej na wieszaku bielizny. - O raju! Chyba nie
chcesz tego kupić?
Oczywiście, Ŝe nie. Karen miała to juŜ na końcu języka. Raz
jeszcze spojrzała na kuszące koronki. Są takie ładne... Całe Ŝycie była
praktyczna i zbyt rozsądna, Ŝeby pozwalać sobie na elegancką
bieliznę. A moŜe po prostu nigdy nie miała dość odwagi?
- Myślę, Ŝe jednak kupię... - powiedziała.
-
Chyba Ŝartujesz. To zupełnie nie w twoim stylu - stanowczo
oświadczyła Julie.
-
Tak sądzisz? - Zapłaciła za bieliznę, zanim Julie zdąŜyła się
przebrać. - No juŜ, ubieraj się szybko. Muszę jeszcze kupić coś w
aptece, a ty moŜesz zajrzeć do sklepu muzycznego, a potem jedziemy
prosto do domu.
Zwykle rozdzielały się i osobno robiły zakupy. Paradowanie po
ulicy z matką nie było w dobrym tonie. Tym razem jednak, kiedy
tylko wyszły na ulicę, Julie dosłownie przykleiła się do Karen.
-
Cały ostatni tydzień chciałam z tobą porozmawiać.
-
O czym?
- Mamo... - Julie objęła ją za szyję. - Obiecaj, Ŝe nie będziesz
miała przede mną tajemnic. Ja wiem, Ŝe to głupie, ale czy powiesz mi,
jeśli zaczniesz się z kimś spotykać? Z jakimś facetem?
Karen pomyślała, Ŝe zrobi wszystko, Ŝeby tylko nie zburzyć
spokoju córki. MoŜe nawet oszukiwać i kraść. W tym wypadku
wystarczył jeden prosty wykręt.
-
Czy stało się coś takiego, Ŝe ten właśnie pomysł przyszedł ci do
głowy, córeńko?
-
Właściwie to nie. Ja tylko pomyślałam, Ŝe od rozwodu z nikim
się nie widujesz. Ale jeśli chciałabyś się z kimś spotkać, to chyba
powinnaś przedtem porozmawiać o tym ze mną. I jeszcze coś...
Nagle w piętnastoletniej twarzyczce Julie zabłysły bardzo dorosłe
oczy. Karen wcale nie miała ochoty usłyszeć tego jeszcze czegoś.
- Tak, na wszelki wypadek... No wiesz, Ŝeby juŜ I skończyć ten
temat i w ogóle... Nie wyjdziesz za mąŜ za kogoś, kogo ja i Jon nie
polubimy, prawda?
- Nigdy w Ŝyciu. - Karen mocno przytuliła Julie.
- Masz to jak w banku, kwiatuszku.
Uspokojona Julie natychmiast popędziła do sklepu muzycznego.
Karen patrzyła w ślad za nią oczarowana i zupełnie rozbrojona tym
łobuziakiem i światową kobietą w jednej osobie - własną córką.
Dopiero teraz skojarzyła, Ŝe dzieci ostatnio zachowywały się
trochę dziwnie. I te pytania Julie... Nie mogą przecieŜ wiedzieć, Ŝe
spotyka się z Craigiem. Są bystre i za bardzo spostrzegawcze, Ŝeby
udało się zachować to w sekrecie. Rozmowa z córką potwierdziła jej
mocne przekonanie, Ŝe stosunki z Craigiem powinny nadal pozostać
tajemnicą. Julie była bardzo zaborcza i opiekuńcza w stosunku do
matki i Karen wyczuwała w tym coś więcej niŜ naturalną, zdrową
miłość córki. To jeden ze skutków rozwodu. Dzieci za bardzo przejęły
się nią, Craigiem, i w ogóle problemami dorosłych. Nie wolno robić
im nadziei na połączenie się rodziców. Karen nie chciała po raz drugi
ryzykować ich spokoju.
ChociaŜ z drugiej strony... Od kilku tygodni Craig nadskakiwał
jej, jakby była jego narzeczoną. Przez te kilka tygodni cieszyła się
radosną pełnią ponownie odkrywanej miłości. Wiele rzeczy
ś
wiadczyło o tym, Ŝe Craig bardzo się zmienił. Nie da się zaprzeczyć,
Ŝ
e ich nowy związek rozwija się w zawrotnym tempie, a ona nadal nie
wie, co Craig naprawdę czuje. Chciał z nią być. Musiałaby nie mieć
oczu, Ŝeby tego nie zauwaŜyć. Wszystkie ich kradzione wspólne
chwile były zupełnie wyjątkowe, ekscytujące...
To właśnie tak bardzo ją niepokoiło. Ukrywanie się, zamykanie w
małym świecie, przywołało tamten dawny czar, który odkryli, będąc
jeszcze prawie dziećmi. OŜywianie starych wspomnień, trochę niebez-
pieczny flirt, romantyczne, tajemnicze spotkania... Cholera, całymi
latami
oboje
byli
ś
miertelnie
powaŜnymi
i
nad
wyraz
odpowiedzialnymi „pracoholikami", więc nic dziwnego, Ŝe ta zabawa
sprawia im ogromną przyjemność. Zabawa, a nie prawdziwe Ŝycie.
Prawdziwe Ŝycie to kłopoty, w których ugrzęźli przedtem. Błyskawica
zapala się tylko na moment. Pioruny milkną, gdy codzienna rutyna
nakazuje zrobić zakupy czy wynieść śmieci.
Najgłębsza rana, jaka została jej po rozwodzie, to poczucie klęski.
Jej klęski w roli kobiety. Kochała Craiga, ale nie potrafiła go
zatrzymać, chociaŜ wciąŜ była tą samą Karen, tą samą kobietą, z którą
oŜenił się siedemnaście lat temu.
Wysoko w górach rosną takie kwiaty, które za dnia wyglądają jak
chwasty. Za to w księŜycowe noce otwierają swoje płatki i
oszałamiająco pachną. Te kwiaty bardzo przypominają ją i Craiga i
ich tajemniczy romans w świetle księŜyca. Skąd pewność, Ŝe jego
uczucie jest wystarczająco silne, aby wytrzymać ostre światło dnia?
ROZDZIAŁ ÓSMY
Telefon zadzwonił po dziesiątej wieczorem. Karen odłoŜyła
ksiąŜkę i podniosła słuchawkę.
-
Kara? Dziś po południu pogadałem sobie z Jonem.
Dowiedziałem się trochę o tej dziewczynie, z którą wtedy był.
-
Opowiedz mi wszystko. - UłoŜyła się wygodnie. Sam dźwięk
głosu Craiga powodował przyspieszone bicie serca.
-
Ma na imię Marsha.
-
Nigdy o niej nie słyszałam.
- Nic dziwnego. To nie jest dziewczyna, którą Jon Jacob moŜe ci
przedstawić. Chyba z rok łaziła za Jonem i wreszcie wymusiła na nim,
Ŝ
eby się z nią umówił. To była ich pierwsza randka, ale to właśnie ona
zaproponowała, Ŝeby zaparkować samochód w jakimś ustronnym
miejscu. Z koloru twarzy twojego syna podczas tej opowieści mogłem
wywnioskować, Ŝe gdy tylko się zatrzymali, rozłoŜyła się na nim jak
prześcieradło na tapczanie.
- Cholera!
-
Typowa matczyna reakcja! - zaśmiał się Craig. - Nasz syn ma na
to nieco inny pogląd. On twierdzi, Ŝe był zupełnie bezradny w uścisku
tej bezwstydnej dziewuchy. Spełniło mu się najskrytsze marzenie
wszystkich chłopców. Wiem, boisz się, Ŝe rozpoznał twój samochód,
a tylko skrzętnie to ukrywa. Ale szczerze mówiąc, to nie jest raczej
moŜliwe.
- To juŜ teraz niewaŜne. Dobry BoŜe! Myślisz, Ŝe on... Ŝe oni...
Nie. Wydaje mi się, Ŝe śmiertelnie go wystraszyła.
Jon oświadczył, Ŝe teraz panuje AIDS, a to maleństwo zaliczyło
juŜ co najmniej szkolną druŜynę piłkarską.
Twoje nauki nie poszły w las.
- No i co? I co? - ponaglała.
Słyszała, jak przekłada słuchawkę. Najwyraźniej sadowił się w
ogromnym, skórzanym fotelu, stojącym w jego salonie.
- Trwało chwilę, zanim zdecydował się na prawdziwą męską
rozmowę. Nie mógł tego juŜ dłuŜej w sobie dusić. Pogadaliśmy
szczerze i wtedy dopiero wyszedł z niego męŜczyzna. Podobało mu
się, Ŝe ta dziewucha tak się na niego napaliła. Chciała go, jak kobieta
pragnie męŜczyzny. Nigdy nie byłaś szesnastoletnim chłopcem, Karo,
i nawet nie moŜesz sobie wyobrazić, jak takie coś potrafi uderzyć do
głowy.
Karen usłyszała szelest na korytarzu i o mało nie dostała zawału
na widok stojącej w drzwiach córki. Zakryła słuchawkę. Julie
trzymała w ręku nadgryzione jabłko.
- Chciałam tylko zobaczyć, kto do ciebie dzwoni - usprawiedliwiła
się. - Jest tak późno...
- To pan Macalvey - powiedziała Karen. - Dzwoni z biura. Nie
moŜe znaleźć dokumentów, nad którymi dziś pracowaliśmy. - Julie
zmarszczyła nos i ułoŜyła buzię w bardzo współczującą minę. Ugryzła
jabłko i pomachała ręką na dobranoc. Karen odczekała, aŜ córka
pójdzie do swojego pokoju, i odsłoniła mikrofon.
- Macalvey, tak? - Craig musiał jednak coś usłyszeć.
- Jesteś juŜ w łóŜku, kochanie?
- Tak, panie MacaWey. - Przyjemny dreszcz przebiegł jej po
plecach. Craig zadzwonił, Ŝeby wtajemniczyć ją we wszystko, co
udało mu się wyciągnąć od ich szesnastoletniego i szybko
dojrzewającego syna. To naturalne poczucie wspólnoty sprawiło jej
ogromną przyjemność, ale rozmowa na temat Jona Jacoba właśnie
została zakończona. Głos Craiga brzmiał teraz jak rozkołysany
saksofon w zadymionym barze.
-
Biała pościel?
-
RóŜowa.
- I masz na sobie podkoszulek. ZałoŜę się, Ŝe nic więcej.
Rzeczywiście, ubrała się w podkoszulek, bez Ŝadnej bielizny pod
spodem. Znów poczuła przyspieszone bicie serca. To juŜ drugi raz w
tym tygodniu dzwoni późnym wieczorem i czaruje ją tym swoim
głosem, a potem wrząca krew nie pozwala jej zasnąć.
- Mogę sobie wyobrazić twoje długie nogi wyciągnięte na
prześcieradle. Kocham twoje nogi, skarbie. Nie wyobraŜasz sobie
nawet, jak często o nich myślę. WciąŜ sobie przypominam kształt
twojej łydki, uda, dotyk twego ciała przez jedwabną pończochę. Masz
pojęcie, jak bardzo mnie podniecasz?
Sama myśl...
Karen aŜ pisnęła. Tym razem w drzwiach sypialni stał Jon Jacob.
Przycisnęła słuchawkę do piersi.
-
Chciałem tylko sprawdzić, czy wszystko w porządku - szepnął. -
Nikt nigdy tak późno do ciebie nie dzwoni.
-
Nic się nie dzieje. To tylko pan Macalvey. Siedzi do późna w
biurze i chciał się ze mną porozumieć w sprawie, nad którą teraz
pracujemy.
Jon Jacob wreszcie sobie poszedł. Karen cięŜko opadła na
poduszkę.
-
Pan Macahrey?
-
Słucham panią.
- Jesteś wstrętnym erotomanem. Cały dom się przez ciebie obudził
i dlatego właśnie musimy skończyć tę rozmowę. Chcę tylko, Ŝebyś
wiedział... Dopadnę cię. Nie wiem jeszcze, jak i gdzie, ale na twoim
miejscu juŜ bym się bała.
Zanim odłoŜyła słuchawkę, usłyszała jeszcze jego śmiech. Chwilę
później zgasiła nocną lampkę i pokój pogrąŜył się w ciemności.
Dzieci jeszcze nie spały. W łazience leciała woda, radio cichutko
grało rocka. Minął dobry kwadrans, zanim zgasło światło w holu i
dzieci poukładały się w łóŜkach. Wreszcie zapadła zupełna ciemność i
zapanował spokój.
Karen przytuliła do piersi poduszkę. Za nic nie mogła zasnąć.
Czuła swoje nogi, ocierające się o chłodne prześcieradło. Piersi miała
obrzmiałe i cięŜkie. Wszystko przez niego... Ten wstrętny człowiek
jest na tyle bezczelny, by wciąŜ przypominać jej, jak gorsząco
zachowała się wtedy w samochodzie. 1 najwyraźniej sprawia mu to
ogromną przyjemność.
Wyszła z łóŜka i podeszła do rozjaśnionego blaskiem księŜyca
okna. Zakochanie to cudowne uczucie, ale miłość, prawdziwą i trwałą
miłość naleŜy wypróbować w prawdziwym Ŝyciu. Czy Craig nadal
będzie ją chciał, gdy zgasną fajerwerki? A właściwie, pomyślała, z
czyjej winy fajerwerki przestały rozjaśniać nasz związek?
Przypomniała sobie niedawną rozmowę na temat Jona Jacoba.
„Zupełnie bezradny w uścisku bezwstydnej dziewuchy". Craig tak
powiedział. I jeszcze, Ŝe to „najskrytsze marzenie wszystkich
chłopców".
Zwyczajne opowiadanie faktów z perspektywy młodego chłopca,
ale sprawiło jej przykrość. Karen spędziła z Craigiem siedemnaście lat
i przez cały ten czas nie wiedziała, Ŝe jego najskrytsze marzenie to
uściski bezwstydnej dziewuchy. Tyle kaŜda kobieta powinna wiedzieć
o swoim męŜu. Karen nigdy nie była bezwstydna. Nie miała po prostu
takiej cechy charakteru. W ich związku zawsze Craig był stroną
aktywną. Potem, kiedy juŜ ją rozbudził, pozbywała się wszelkich
zahamowań i zawsze kończyli razem, jednakowo rozgorączkowani.
Dlatego wydawało się jej, Ŝe nie jest waŜne, kto inicjuje te zbliŜenia.
Teraz okazuje się, Ŝe jednak miało znaczenie. Monotonia zabija
wszystko. Craig doskonale wiedział o jej nieustannej gotowości, ale
nawet najbardziej płomienny uwodziciel moŜe czasem poczuć
zmęczenie rolą agresora. Stanowczo za mało uwagi poświęcała jego
potrzebom.
Rzeczywiście bała się uwierzyć w uczucia, o których istnieniu
Craig ją zapewniał. Na róŜne sposoby usiłował ją przekonać, Ŝe nie
popełni juŜ dawnych błędów. Teraz dotarło do niej, Ŝe ona teŜ musi
odnaleźć w ich przeszłości te momenty, kiedy to ona popełniała błędy.
Pozwoliła mu, Ŝeby pełnił rolę głowy domu. Tak jej było
wygodniej. Sama nieszczególnie się czuła jako osoba decydująca o
wszystkim. Łatwo było obwiniać męŜa o to, Ŝe uwaŜa ją za swoją
własność, i jednocześnie siedzieć cicho i nie protestować. Łatwo było,
cholernie łatwo, chować się w jego cieniu, bo on był silny, pewny
siebie i odpowiedzialny. Ona nigdy nie miała dość pewności siebie.
Teraz sama musi znaleźć siły i odwagę, Ŝeby o niego walczyć.
Jeśli naprawdę go kocha.
Sekretarka wprowadziła Craiga do gabinetu. Pomyślał, Ŝe wolałby
tłuc kamienie, niŜ znaleźć się choćby w pobliŜu tego miejsca.
- Craig. - Był to rodzaj powitania, chociaŜ siedzący za biurkiem
wysoki męŜczyzna ani nie wstał, ani nie podał mu ręki. Sekretarka
zamknęła drzwi. Zostali sami. Ojciec Karen wskazał mu jedno ze
stojących przed biurkiem krzeseł. - Bardzo dawno z tobą nie
rozmawiałem.
- Tak. - Craig usiadł. Nie mógł sobie przypomnieć, ile czasu
minęło od jego ostatniej rozmowy z Waltem Hennesseyem. JuŜ ponad
rok ich kontakty ograniczały się do spotkań przy okazji podrzucania i
odbierania dzieci od dziadków. Craig miał świadomość, Ŝe ojciec
Karen jego obarcza winą za rozwód. To Craig od samego początku
był sprawcą wszystkich zmartwień jego najmłodszej i ukochanej
córki. Nigdy nie przepadali za sobą.
Karen była podobna do matki, Walt miał raczej kwadratową
twarz. Był bardzo szczupły i kosztowny garnitur, który miał tego dnia
na sobie, wisiał na nim jak szmata. Garnitury po prostu źle na nim
leŜały. Walt wcale się nie przejmował swoim wyglądem. Był
najlepszym adwokatem podatkowym w całym stanie, mądrym,
inteligentnym i znakomicie wykształconym. Miał teŜ niezawodny
instynkt.
Karen kochała ojca jak nikogo na świecie. Dlatego właśnie Craig
zdecydował, Ŝe musi z nim porozmawiać w cztery oczy. Choćby
nawet starszy pan powitał go z pistoletem.
Walt patrzył na niego ze spokojem policjanta, obserwującego
zakutego w kajdanki przestępcę.
- Twoja córka zabiłaby mnie - zaczął Craig - gdyby wiedziała, Ŝe
tu jestem, ale musisz wiedzieć, Ŝe znów się spotykam z Karen.
Cisza. Jedyna pociecha, Ŝe na biurku nie pojawiły się ani granaty,
ani nawet pistolety pojedynkowe. Ojciec Karen cicho bębnił palcami
w oparcie fotela.
- Tak, chyba to właśnie podejrzewałem. Nie zadzwoniłeś do mnie
do domu, nie chciałeś się tam spotkać. Nie ma znów tak wielu
powodów, dla których musiałbyś się ze mną spotykać w tym
gabinecie. Erica zrobiłaby piekło, gdyby odkryła, Ŝe znów kręcisz się
koło naszej córki.
-
Wiem o tym.
-
A dzieci?
-
Nie. - Craig pokręcił głową. - Dzieci nic nie wiedzą. Zresztą nikt
nie wie. Ani moi rodzice, ani nikt ze znajomych. Karen chce utrzymać
to w tajemnicy, dopóki oboje nie nabierzemy pewności, Ŝe znów
moŜemy być razem. Ona chroni dzieci, Erice, ciebie. A ja uwaŜam, Ŝe
dobrze robi, ale uwaŜam teŜ, Ŝe ty jeden powinieneś wiedzieć. -
Rozpiął marynarkę. - Doskonale wiesz, Ŝe uganiałem się za Karen,
kiedy jeszcze oboje byliśmy prawie dziećmi. Bałem się, Ŝe dowiesz
się jakoś o naszych potajemnych spotkaniach i pomyślisz sobie, Ŝe
robię to samo, co wtedy. Nie proszę cię o pozwolenie ani o poparcie,
Walt. Po prostu chcę, Ŝebyś wiedział, Ŝe kocham twoją córkę i mam
nadzieję, Ŝe do mnie wróci.
-
Tak na mnie patrzysz, jakbyś przypuszczał, Ŝe zaraz wyciągnę
szpicrutę. - Walt przestał bębnić palcami o fotel.
-
MoŜe to właśnie bym zrobił, gdybym znalazł się na twoim
miejscu.
-
Myślałem i o tym, kiedy mieliście po siedemnaście lat. - Ojciec
Karen lekko się uśmiechnął. - Ale teraz juŜ za późno. - Wziął ołówek i
zaczął nim stukać w blat biurka. - Nigdy nie miałem okazji ci tego
powiedzieć, ale ani przez chwilę nie uwaŜałem, Ŝe do rozwodu doszło
z winy jednego z was. Nie wiem, co się stało, ale uwaŜnie was obser-
wowałem przez ten ostatni rok. Sam widok Karen rozdziera mi serce.
ZauwaŜyłem teŜ i powaŜnie się obawiałem, Ŝe ojciec moich wnucząt
jest cholernie bliski załamania.
Craig przygotował się na wszelkie moŜliwe reakcje Walta
Hennesseya - z wyjątkiem współczucia.
- Rzeczywiście, o mało się nie załamałem - przyznał.
- Kiedy jeszcze chodziłem do szkoły - mówił z namysłem - byłem
wspaniałym chłopakiem. Dobry sportowiec, przystojny, na tyle
zdolny, Ŝe nie musi nawet zaglądać do ksiąŜki, Ŝeby mieć dobre
stopnie. śadnych problemów, moŜe poza rozwodem rodziców. Ale w
moim Ŝyciu brakowało głębi. UwaŜałem, Ŝe mogę mieć wszystko,
czego tylko zapragnę. Tak mnie wychowano. Nie byłem zepsutym
dzieckiem w tym sensie, Ŝe zawsze miałem wszystkiego za duŜo. To
Ŝ
ycie mnie zepsuło, bo wszystko zbyt łatwo mi przychodziło. No
więc, jeśli chciałbyś wiedzieć, to ja jestem winien rozpadowi naszego
małŜeństwa, a nie Kara. Byłem aroganckim samolubem i ją takŜe
uwaŜałem za coś, co po prostu mi się naleŜy.
Na biurku Walta zabrzęczał telefon. Nacisnął guzik i podniósł
słuchawkę.
-
Nie ma mnie dla nikogo, panno Rivers - powiedział i odłoŜył
słuchawkę. Przez otwarte okno za jego plecami wpadały promienie
przedwieczornego słońca. To oświetlenie uwydatniło zmarszczki na
jego twarzy.
-
Daleko odszedłeś od tamtego chłopca, którym byłeś wtedy -
powiedział wreszcie.
-
Mam nadzieję, Ŝe uda mi się przekonać o tym twoją córkę.
-
Trudne zadanie. Przez trzydzieści sześć lat ani razu nie udało mi
się przekonać mojej córki do czegokolwiek - powiedział Walt. - Nie
przyszedłbyś tutaj, gdyby wasz ponowny związek był juŜ faktem, a
więc Karen nie jest jeszcze pewna poprawy waszych stosunków?
To pytanie poruszyło napięte do granic wytrzymałości nerwy
Craiga.
- Ja ją kocham - powiedział cicho. Tylko takiej odpowiedzi mógł
udzielić.
- Kiedy juŜ oboje będziecie pewni - Walt mówił to wyraźnie
odpręŜony - jeśli to w ogóle nastąpi, ja wezmę na siebie przekonanie
Erici. A zanim to nastąpi, mogę wam od czasu do czasu zająć czymś
dzieci. Wprawdzie są juŜ „bardzo dorosłe" i coraz rzadziej mają czas
dla dziadka, ale spróbuję im coś ciekawego wymyślić. Mecz
futbolowy albo konną jazdę. Coś wymyślę.
-
MoŜesz mi wierzyć albo nie - powiedział powaŜnie Craig - ale
nie przyszedłem tu prosić cię o pomoc. Chciałem ci tylko wyjaśnić
sytuację, Ŝeby mieć pewność, Ŝe w razie czego staniesz po stronie
Karen.
-
Niepotrzebnie. Ja zawsze stoję po jej stronie. NiezaleŜnie od
tego, co robi. - Zamyślił się. - Wiesz, kiedy zaczęła dorastać, chłopcy
kręcili się wokół niej jak pszczoły koło miodu. Jeden wisiał na
telefonie, drugi przesiadywał na ganku, a trzeci blokował dojazd do
domu jakimś Ŝałosnym gratem. Ale od dnia, w którym się poznaliście,
stałeś się dla niej wszystkim. ChociaŜ wątpię, czy mi uwierzysz, ale
powiem ci coś, Craig. Zawsze uwaŜałem, Ŝe bardzo dobrze wybrała. -
Podniósł głowę. - Ale jeśli jeszcze raz ją skrzywdzisz, to klnę się na
Boga, Ŝe cię powieszę...
- A ja ci kupię sznur - powiedział cicho Craig.
MoŜna było przewidzieć, Ŝe na Ŝadnym sygnalizatorze w całym
Colorado Springs nie zapali się ani jedno zielone światło, kiedy on się
spieszy. Craig przycisnął pedał gazu w tej samej chwili, w której
zgasło czerwone światło. AŜ do Wildwood ruch nie zmniejszył się ani
trochę.
W powietrzu czuć juŜ było jesień. Słońce wyszło zza chmur i
oświetlało domy ich osiedla. Było juŜ siedem po dwunastej, a on
umówił się z Karen u siebie w domu punktualnie o dwunastej. śadne
z nich nie mogło wyrwać z normalnego dnia pracy więcej niŜ pół
godziny.
Przejrzał się w lusterku i zaklął. Wyglądał, jakby całe
przedpołudnie walczył ze stadem wilków. Właściwie to prawda, tyle
Ŝ
e tym razem w roli wilka wystąpiła korporacja. Zahamował przed
domem. Jej sierra juŜ tu stała. Poprawił krawat, wyrzucił z kieszeni
trzy długopisy i notatnik, przygładził dłonią włosy. Jeszcze raz
powtórzył sobie w myślach rozmowę, jaką chciał przeprowadzić z
Karen. WciąŜ miał w pamięci wczorajsze spotkanie z jej ojcem. Walt
nieoczekiwanie
okazał
wiele
zrozumienia
swemu
zięciowi,
obciąŜonemu zbrodnią pakowania jego córki w kłopoty. Zamiast
odczucia wyraźnej ulgi, całą noc dręczyło Craiga poczucie winy.
Dobrze wiedział, Ŝe stawia Karen w sytuacji bez wyjścia. Te kwiaty,
prezenty, rozmowy telefoniczne, potajemne spotkania na strychu i w
samochodzie. Wywierał na nią kuszącą seksualną presję. Ani na
chwilę nie pozwalał jej zapomnieć o tym, Ŝe mogłoby im być dobrze
razem. Naprawdę chciał ją mieć. Nie tylko w łóŜku, ale w ogóle w
Ŝ
yciu. Chciał ją mieć na zawsze.
Walt przypomniał mu, w jakim stanie była Karen przed
rozwodem. Wtedy zupełnie straciła wiarę w siebie. NiezaleŜnie od
tego, jak bardzo ją kocha, jak bardzo jest pewny, Ŝe poprawa ich
stosunków jest trwała, nie moŜe ryzykować, Ŝe znów ją skrzywdzi.
Naprawdę musi zwolnić tempo. Musi zwolnić i dać jej trochę czasu.
PrzecieŜ minął dopiero miesiąc. NiemoŜliwe, Ŝeby tak szybko mu
zaufała.
Craig obiecał sobie solennie, Ŝe dzisiejsze spotkanie będzie
zwyczajnym, sympatycznym lunchem we dwoje.
Wreszcie spokojnie porozmawiają. Tylko tyle. Zachowa się jak
dŜentelmen. Tym razem na pewno weźmie się w karby.
Przeskoczył dwa stopnie i znalazł się na ganku swego domu. Po
rozwodzie Karen została z dziećmi w „ich" domu, a Craig kupił
pierwszą z brzegu nieruchomość, jaką wystawiono na sprzedaŜ w
sąsiedztwie. Dom był mały i ciasny, ale kupował go wyłącznie z
myślą o tym, Ŝeby mieszkać jak najbliŜej swoich dzieci. Bardzo
powaŜnie traktował swoje obowiązki rodzicielskie. Rok temu nawet
nie przyszłoby mu do głowy, Ŝe miał jeszcze jeden powód, Ŝeby
zamieszkać w sąsiedztwie: pragnienie bycia blisko Karen.
- Karen! - zawołał od progu.
Kiedy rano rozmawiali przez telefon, Karen powiedziała, Ŝe szefa
dzisiaj nie będzie, więc moŜe po drodze kupić coś do jedzenia w
chińskim barze. Dobrze się złoŜyło, bo on przez całe przedpołudnie
nie miał wolnej ani chwili.
Karen nie odezwała się. JuŜ miał zawołać ponownie, gdy
zauwaŜył jej buty. Czarne szpilki z białymi noskami leŜały na
dywanie jak drogowskazy.
Stalowoszary dywan był tak samo ciemny jak salon jego domu.
OŜywiały go jedynie naleŜące do dzieci sprzęty elektroniczne.
Poustawiał tu wszystkie produkowane przez swoją firmę urządzenia:
wzmacniacze i kolumny, duŜy ekran telewizyjny, komputer z
mnóstwem dysków i programów. On sam bardzo rzadko korzystał z
tego pokoju.
Dzieci zawsze robiły tu bałagan. Julie zostawiła jakąś taśmę i
błękitną bawełnianą koszulkę. Od czasu, gdy była tu po raz ostatni,
leŜały nietknięte w tym samym miejscu. Piłka futbolowa, na której
osiadła juŜ spora warstwa kurzu, słoneczne okulary i jakieś szkolne
zeszyty naleŜały do Jona Jacoba.
Ctaig rozejrzał się po tym bałaganie i zobaczył Ŝakiet z
czerwonego jedwabiu. Rzucony niedbale, zajmował jedyne wolne do
niedawna krzesło.
Poszedł tym tropem. Następną część damskiej garderoby -
gustowną i przesadnie skromną czarną sukienkę - znalazł w korytarzu
łączącym salon z kuchnią. Sukienka leŜała samotnie na dywanie.
Craig otworzył usta, Ŝeby znów zawołać Karen, ale jakaś Ŝaba,
która nie wiadomo skąd znalazła się w jego gardle, przegryzła mu
struny głosowe. Odchrząknął. Nie pomogło. Nadal nie mógł wydobyć
z siebie głosu.
OstroŜnie skierował się do kuchni. Była długa i wąska, od pokoju
oddzielał ją barowy blat. Rano zawsze wypijał tu kawę, mimo Ŝe na
całej powierzchni stołu walały się jakieś stare listy, projekty i
narzędzia, które juŜ dawno miał odłoŜyć na miejsce i ciągle
zapominał. Przy blacie ustawiono wysokie barowe stołki.
-
Craig! - Karen odwróciła się na pięcie. - Ale mnie
przestraszyłeś! Nie słyszałam, jak wszedłeś. - Uśmiechnęła się do
niego. - Dlaczego się spóźniłeś?
-
Ja... To nie moja wina... - Ta złośliwa Ŝaba za Ŝadne skarby
ś
wiata nie chciała się wynieść z jego gardła.
-
Wprawdzie miało być coś z chińskiej kuchni, ale to mi się
wydawało prostsze. Obejdziemy się bez gotowania i bez zmywania.
Potrzebne nam tylko dwa papierowe talerze i własne palce.
JuŜ zauwaŜył, Ŝe przygotowała coś w rodzaju pikniku. Krewetki w
sosie koktajlowym, mnóstwo malutkich kanapeczek, artystycznie
ułoŜone warzywa, dzbanuszek wykałaczek. Między tym wszystkim
stała czara z likierem wiśniowym.
- Wspaniale wygląda - powiedział.
- I wcale się nie napracowałam. Kłopot w tym, je przy jedzeniu
palcami moŜna się solidnie upaprać. Dla ciebie to Ŝaden problem, bo
jesteś w swoim domu i w razie czego po prostu zmienisz koszulę. Ja,
niestety, nie mogę wystawiać swojej sukienki na tak wielkie ryzyko.
Z trudem oderwał wzrok od likieru. Karen próbowała mu
logicznie wyjaśnić, dlaczego pozbyła się ubrania. Dobrze rozumiał, Ŝe
nie chciała ryzykować powrotu do biura w zaplamionej sosem
sukience. Przy takim jedzeniu rzeczywiście łatwo się ubrudzić.
- Siadaj wreszcie - zawołała. - Nie wiem, jak ty, ale ja miałam
koszmarne przedpołudnie. Muszę trochę odpocząć, bo popołudnie
zapowiada się jeszcze gorzej...
Craig usiadł na wysokim stołku i Karen postawiła przed nim
mroŜoną herbatę z cytryną.
- Gdzie trzymasz serwetki? - zapytała. - Nie mogę nic znaleźć w
tej przeklętej kuchni.
Mimo to znalazła serwetki i znów przebiegła obok niego. Doleciał
go zapach egzotycznych, podniecających perfum. Nigdy przedtem nie
uŜywała tego zapachu. Przynajmniej nie dla niego.
- Dobrze... - Zmarszczyła czoło. Na moment przestała biegać.
Stała z dłonią opartą na biodrze.
- Jeszcze czegoś nie dałam? A tak, juŜ wiem!
- Zapomniałam o czymś... - Przelotnie spojrzała mu w oczy.
Miała na sobie halkę i pończochy. W zasadzie halka zakrywała tę
samą powierzchnię jej ciała, co zwykła, od lat przez nią noszona
bielizna, ale robiła to zupełnie inaczej. Koronkowy brzeg tej czarnej,
satynowej halki sięgał do połowy uda. Lśniąca, śliska tkanina opinała
ciało Karen, podkreślała biust i szczupłą talię. Karen nie włoŜyła
stanika i jej sutki wyraźnie odznaczały się na cienkim materiale. Z
kształtu malutkich wypukłości w górnej części jej ud wywnioskował,
Ŝ
e majtek teŜ na sobie nie miała. Pończochy trzymały się na
podwiązkach z czarnej satyny.
-
Karen - powiedział. - Usiądź.
-
Na pewno o czymś zapomniałam...
-
Siadaj, Karo.
ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY
- Karen... Chyba rzeczywiście za bardzo cię pospieszałem. To
nieuczciwe...
Karen zanurzyła krewetkę w sosie i włoŜyła mu ją do ust.
Po raz pierwszy w Ŝyciu udało jej się do tego stopnia zbić go z
tropu, Ŝe jąkał się i czerwienił. Cały ranek denerwowała się, Ŝe w
ostatniej chwili zabraknie jej odwagi na to, co sobie zaplanowała.
Odgrywanie rozpustnej kobiety, najskrytszego marzenia Craiga, nie
było wcale łatwe. Zbyt dobrze ją znał, Ŝeby dał się zwieść. Bała się, Ŝe
będzie się głupio czuła, Ŝe będzie głupio wyglądać, bo ta rola zupełnie
nie była w jej stylu. Widząc, jak zareagował na jej widok, szybko
nabrała pewności siebie. Pewnie, Ŝe setki razy widział ją ubraną
skromniej niŜ w halkę, ale nigdy przedtem nie prowokowała go w taki
sposób.
Nie mając innego wyjścia, Craig połknął krewetkę.
- UwaŜaj na sos, kochanie - ostrzegła. - Jest bardzo ostry.
ZałoŜyła nogę na nogę. Zerknął na jej uda, potem na biust
widoczny przez czarną satynę. Przed spotkaniem z Craigiem Karen
wpadła do Keastmana. Sprzedawali tam bardzo drogie perfumy.
Wprawdzie nie mogła sobie na nie pozwolić, ale na ladzie stały próbki
i, oczywiście, skorzystała. Trudno powiedzieć, czy Craigowi spodobał
się zapach i widok, jaki zastał w kuchni, ale krewetkę przełknął z
wyraźną trudnością.
- Karo - zaczął, rozluźniając krawat.
- Tak?
-
Ja mówię powaŜnie.
-
Ja teŜ. Naprawdę jestem dziś bardzo powaŜna - zapewniła. .
-
Nie chciałbym, Ŝebyś uwaŜała, Ŝe cię do czegokolwiek
zmusiłem... Do podjęcia decyzji... Nie dałem ci czasu na upewnienie
się...
-
Jedz powoli - powiedziała i następna krewetka wsunęła się w
jego usta.
Odpięła hebanową spinkę i rozpuściła włosy. Rozsypały się na
ramionach miodowozłotą kaskadą. Uśmiechnęła się do Craiga.
Zamknął oczy, na czoło wystąpiły mu krople potu.
-
Nie próbowałeś jeszcze szparagów.
-
Nie mam ochoty na szparagi.
- Oczywiście, Ŝe masz. PrzecieŜ je uwielbiasz. Mają wyjątkowo
łagodny smak. Szczególnie po tym ostrym sosie...
Craig otworzył oczy. Spojrzał na nią ostrym jak brzytwa
wzrokiem. Mimo to włoŜyła mu do ust kawałek szparaga.
-
Karo...
-
Słucham.
-
Próbuję z tobą szczerze porozmawiać. Muszę.
- Słowa są bardzo istotne w procesie porozumiewania się -
zgodziła się z nim. Ale nie w tej chwili, pomyślała. Miała rację.
Demonstrowała mu właśnie jeden ze składników, których poprzednim
razem zabrakło w ich przepisie na małŜeństwo.
Nawet jeśli ludzie bardzo mocno siebie pragną, codzienna rutyna
zabija poŜądanie, napięcie słabnie...
Przedtem teŜ pewnie o tym wiedziała, ale nigdy nie chciało jej się
przyjąć aktywnej postawy. Ani w łóŜku, ani nigdzie indziej. MoŜe
bała się ośmieszenia w jego oczach?
Spojrzała na Craiga. śyły na jego szyi pulsowały.
O BoŜe, pomyślała, nigdy juŜ nie dam ci krewetek, Reardon.
- Karen...
-Tak?
-
Pamiętam, co powiedziałaś tamtego wieczoru. - Wziął głęboki
oddech. Był okropnie spięty. - O tym, Ŝe nasze sekretne spotkania to
nic innego, jak oŜywianie starych wspomnień. Nie chciałbym,
Ŝ
ebyśmy mieszali przeszłość z teraźniejszością. Ja nigdy... - Milczał
długą chwilę. Śledził spojrzeniem jej szczupłą dłoń. Tym razem Karen
wzięła w palce wiśnię. Craig obserwował, jak zatapia białe zęby w
ciemnoczerwonej słodyczy.
-
Do diabła - jęknął. - Czy ty naprawdę sądzisz, Ŝe jestem ze stali?
Pokręciła przecząco głową.
- Specjalnie urządziłaś ten lunch. Najwyraźniej szukasz kłopotów.
Tym razem skinęła głową, potwierdzając jego domysły.
-
Uwielbiasz kłopoty. Znów skinęła głową.
-
No, to będziesz je miała.
Nieświadoma niebezpieczeństwa sięgnęła po następną wiśnię.
Craig chwycił ją za rękę i pociągnął za sobą.
Zatrzymali się na chwilę w holu, z dala od okien. Craig przytulił ją
mocno do siebie. Jego ręce ślizgały się po czarnej satynie halki.
Głaskał Karen po plecach, tulił do siebie. Obsypał ją gradem
pocałunków, głębokich, namiętnych pocałunków, które odebrały jej
zdolność logicznego myślenia. No, moŜe niezupełnie, bo zdjęła z
niego marynarkę i zaczęła rozpinać guziki białej koszuli. Popatrzyła
mu prosto w oczy. śar, jaki w nich zobaczyła, zaparł jej dech w
piersiach. Nie była to zwykła Ŝądza, ale prawdziwa, gorąca miłość w
jej najczarowniejszym wydaniu. Tęsknota i oddanie mieszały się w
nich z długo tłumionym poŜądaniem.
Ś
wiadoma, .Ŝe Craig na nią patrzy, Karen odpięła ostatni guzik
jego koszuli. Dotknęła opalonej i porośniętej kędzierzawymi włosami
piersi. Czuła, jak bardzo jest spięty. Kiedy jej palce dotarły do jego
sutków, serce Craiga omal nie oszalało. A kiedy oplotła go ramionami
i przywarła biustem do jego nagiej piersi, zaczął gwałtownie chwytać
powietrze, jak wyrzucona na brzeg ryba. Dzielił ich tylko mały
kawałek satyny.
-
Jeśli zaraz nie przestaniesz - wyszeptał - to będziemy się kochać
w holu.
-
Przykro mi, ale to twoje zmartwienie, kochanie - mruknęła. - Ja
jestem zajęta. - Podniosła głowę i patrząc mu prosto w oczy, zaczęła
rozpinać spodnie. -Wreszcie wpadłeś w ramiona bezwstydnej
dziewuchy, Reardon. Trzymaj się mocno, bo nic ci juŜ nie pomoŜe.
Mam zamiar cię uwieść.
-
Podoba mi się ten pomysł.
-
Powinien ci się podobać.
- Czy sądzisz, Ŝe mam szansę - powiedział w chwili przerwy
między pocałunkami, którymi obsypywał jej szyję - wziąć czynny
udział w tym gwałcie?
-
Nie. - Musi zachować stanowczość.
-
Dlaczego nie?
- Bo nie. Postanowiłam. - Czuła, jak pieścił wargami jej ramię, i
na chwilę zapomniała, co właściwie postanowiła. Wreszcie sobie
przypomniała. - Postanowiłam, Ŝe zostaniesz bezradną ofiarą mojej
namiętności. MoŜe zechcę zmusić cię do cierpliwości jeszcze przez
wiele, wiele godzin...
Przyciągnął ją do siebie i długo, namiętnie całował. Nie
przerywając pocałunku, delikatnie popychał ją przed sobą w kierunku
- sypialni. Zdjął jeden but, potem drugi, ale ani na chwilę nie przerwał
pocałunku. W ten sposób dotarli do ogromnego łoŜa, zasłanego białą
pościelą. Karen zauwaŜyła, Ŝe jej ofiara chętnie współpracuje w
porwaniu. Craig błyskawicznie zrzucił z siebie resztki ubrania i
bieliznę.
Teraz przyszła kolej na nią. Craig zsunął z jej ramion cieniutkie
ramiączka halki i jego oczom ukazał się niczym juŜ nieosłonięty,
jędrny biust Karen. Zsunął halkę niŜej, na biodra, i pozwolił, aby
ś
liska satyna sama opadła na podłogę u jej stóp. Miała na sobie
jedynie pończochy i podwiązki z czarnej koronki. Po chwili juŜ leŜała
na tapczanie. Craig okrył ją swoim ciałem i tysiącem pocałunków.
Pieścił jej piersi, aŜ róŜowe sutki stwardniały jak kamyki. Rozpiął
podwiązki i całując delikatnie jej nogi, powoli zsuwał pończochy.
Rozpalił ją do białości.
Kochała się z nim ponad milion razy, ale nigdy nie przypominało
to tego, co działo się z nimi teraz. Nawet tamten poranek w Chatce nie
dorównywał ich dzisiejszym popisom. Przez całe tygodnie narastało w
nich poŜądanie, ale nie mieli okazji spotkać się w bezpiecznym
miejscu, Ŝeby nacieszyć się sobą i na nowo odkrywaną miłością.
Skóra Karen pokryła się kropelkami potu. Craig teŜ był cały
mokry. Dotknięcia jego palców nie ugasiły jej pragnienia i
najwyraźniej potęgowały jego poŜądanie. Pragnęła go z całego serca,
czuła wyłącznie bijący od niego Ŝar, wtapiający się w jej ciało.
Uniósł głowę. Popatrzył na jej mokre od potu włosy, na
zaczerwienione od pocałunków wargi. Nie odrywając od niej oczu,
otworzył szufladę nocnego stolika i wyjął stamtąd małą paczuszkę.
- Myślałaś, Ŝe cię naraŜę na takie ryzyko, kochanie? - wyszeptał.
Jego wargi dotknęły jej ust. Zmieścił w tym pocałunku ogromną
tkliwość dla tego, co razem tworzyli i co mogliby wspólnie stworzyć.
ZałoŜył sobie jej ręce na szyję i wszedł w nią. W cudownym
uniesieniu galopowali po równinach i górach niepowtarzalnych
doznań.
- Kocham cię - szepnęła na moment przed ogarniającym ich
spełnieniem.
Usłyszał. ChociaŜ przez cały ranek Craig tłumaczył sobie, Ŝe nie
powinien jej tak szybko ciągnąć do łóŜka, teraz Ŝałował, Ŝe nie
namówił jej na to duŜo wcześniej. Gdyby tylko wiedział, Ŝe juŜ moŜe
mu powiedzieć te dwa słowa, które właśnie powiedziała.
Kara wtuliła się w niego jak zziębnięte kociątko. Pogłaskał ją po
plecach. Czuł, Ŝe ona juŜ naprawdę naleŜy do niego. Był niebotycznie
szczęśliwy. Przed jego zamkniętymi oczami znów przesunął się
tamten widok: prowokacyjny uśmiech i ta przeklęta czarna haleczka.
To przez nią stracił głowę i serce. Gotowość Karen do miłości wciąŜ
przyprawiała go o zawrót głowy. Oddała mu się z taką swobodą,
zapamiętaniem i szczerością. Kara mi ufa, pomyślał. Hola, hola!
Jeszcze nie włoŜyłeś jej obrączki na palec, natychmiast przywołał się
do porządku. Słowa wypowiedziane w miłosnym porywie to nie to
samo, co normalne Ŝycie. Ale jeśli zachowa ogromną ostroŜność, jeśli
nie popełni juŜ Ŝadnego błędu, to moŜe wzbudzi jej zaufanie i
spowoduje, Ŝe Karen naprawdę uwierzy w ich wspólną przyszłość.
Przeciągnęła się leniwie, ziewnęła. Nawet cienia zdenerwowania.
Na wszelki wypadek mocniej ją przytulił.
- Pamiętasz naszą noc poślubną? - zapytał cicho.
- Katastrofa wspaniałych marzeń - mruknęła. Wcale nie była taka
ś
piąca.
- Nie, Karo, nie wszystko. - Pogłaskał ją po twarzy. - Na początku
bardzo dobrze się bawiliśmy. Pamiętam, jak cię porwałem. I tę
szaleńczą jazdę samochodem. Pamiętam, jak się denerwowałaś. Cho-
ciaŜ muszę przyznać, Ŝe to nie tę część tamtej nocy pamiętam
najlepiej...
- Porozmawiajmy raczej o pogodzie - zaproponowała.
- Dokładnie pamiętam tę chwilę - Craig wcale nie chciał
rozmawiać o pogodzie - kiedy juŜ mieliśmy w rękach akt ślubu. Nasz
związek był odtąd oficjalny, ale Ŝadne z nas nie miało pojęcia, co z
tym fantem zrobić. Nie mieliśmy dokąd pojechać, bo nie pomyś-
leliśmy o tym, Ŝeby wcześniej cokolwiek zaplanować. - OstroŜnie
dotknął palcem jej policzka. - Nienawidziłaś tamtego motelu...
-
Był ładny.
-
Ale był tylko motelem.
-
Musieliśmy się gdzieś zatrzymać. Nie mogliśmy przecieŜ jeździć
samochodem przez całą noc...
-
Ale to tylko motel - powtórzył cicho - i fatalnie się w nim czułaś.
Nasza tajemnicza ucieczka i ta wariacka nocna podróŜ. Wszystko
wydawało nam się takie romantyczne. A potem nagle znaleźliśmy się
w zimnym, bezosobowym pokoju w jakimś motelu. I na domiar złego
nagle schowałaś się w łazience...
-
Reardon... - Wprawdzie zabrzmiało to bardzo stanowczo, ale
zauwaŜył, Ŝe Karen się rumieni i z trudem powstrzymuje uśmiech.
-
Nie wiedziałem, o co chodzi, i powtarzałem w kółko: co się
stało, co się stało? A ty wprawdzie odpowiadałaś, Ŝe nic takiego, ale
nie chciałaś wyjść. Siedziałaś tam ponad godzinę, zanim wreszcie
nabrałaś odwagi, Ŝeby mi powiedzieć...
-
Reardon...
- Do końca Ŝycia nie zapomnę tamtych chwil.
Miałem osiemnaście lat i w swoją własną noc poślubną musiałem
szukać otwartej apteki, Ŝeby ci kupić podpaski...
Najwyraźniej miała juŜ dosyć tego wyśmiewania się z niej.
Uderzyła go poduszką. Zaczął ją delikatnie łaskotać, a ona w
odpowiedzi usiadła mu na piersi i obiecała, Ŝe juŜ go nie wypuści.
Dotyk jej nagiego ciała obudził w nim nowe pragnienie. Tak wiele się
zmieniło od tamtej nocy poślubnej. Chciał, Ŝeby o tym pamiętała.
PrzeŜyli ze sobą wiele złych i dobrych chwil, i to takŜe chciał jej
przypomnieć. Ku jego wielkiej radości okazało się, Ŝe ona teŜ
wszystko doskonale pamięta.
- Craig, ja... - Karen drŜącymi palcami dotknęła jego policzka. Był
zupełnie pewien, Ŝe właśnie uwierzyła w ich wspólną przyszłość i Ŝe
chciałaby o tym porozmawiać. Niestety, spojrzała przypadkiem na
budzik i czar prysnął... Jej tkliwy wyraz twarzy zmienił się w
komiczne przeraŜenie.
- O rany! - zawołała.
Craig nie musiał patrzeć na zegarek, Ŝeby zorientować się, Ŝe ich
lunch trwał znacznie dłuŜej niŜ godzinę. Kara próbowała odsunąć się
od niego, ale leniwym ruchem przyciągnął ją z powrotem do siebie.
Nie ma mowy, Ŝeby mu teraz stąd uciekła.
-
Nie wrócisz dziś do pracy - oświadczył.
-
Craig, ja muszę. Wystarczy, Ŝe rano się urwałam...
- Zadzwoń. Powiedz, Ŝe się czymś zatrułaś albo Ŝe właśnie rodzisz
bliźnięta... Wymyśl coś. Kiedy ostatni raz brałaś wolny dzień?
- Biorę wolne dni tylko wtedy, kiedy dzieci chorują.
- Jesteś gorsza ode mnie, skarbie. Nawet taka parka
zatwardziałych „pracoholików" jak my powinnaś sobie od czasu do
czasu pozwolić na kilka wolnych godzin. Chyba mamy jeszcze coś do
załatwienia?
Upewniwszy się, Ŝe Karen nigdzie nie pójdzie, Craig wstał z łóŜka
i skierował się do kuchni. Wrócił z czarą likieru wiśniowego w
rękach. Karen spojrzała na wiśnie, potem na niego. Craig wyłączył
telefon i zamknął drzwi.
Karen stała przed Chatką z rękami w kieszeniach kurtki. Patrzyła
na znikające za krawędzią urwiska sylwetki trojga ludzi. Dzieci
wybrały się z dziadkiem na wycieczkę. Raz do roku, zawsze na
jesieni, jej rodzice spędzali jeden weekend w Chatce.
Przyjechali przed godziną. PodróŜ bardzo Karen zmęczyła. Potem
jeszcze rozpakowywanie zapasów... Po raz pierwszy tego popołudnia
miała chwilę dla siebie.
W oddali dźwięczał śmiech dzieci, popołudniowe słońce
przeświecało przez gałęzie sosen. Wiatr przesypywał suche liście.
Wystarczyło kilka chwil samotności, Ŝeby oddała się marzeniom.
Bardzo jej brakowało Craiga. To zupełnie idiotyczne, pomyślała.
Spotykają się teraz codziennie. Na pewno zobaczy go w poniedziałek.
To tylko dwa dni. Powinna się cieszyć, Ŝe los zesłał jej to krótkie
rozstanie. Musi przecieŜ złapać oddech po szaleństwach ostatniego
tygodnia.
Uśmiechnęła się do własnych myśli. Ten szatan Craig przysłał jej
do domu skrzynkę likieru wiśniowego. To tylko jeden z jego
oryginalnych pomysłów. Codziennie spotykali się na lunchu w jego
domu. Zawsze zamykał drzwi na klucz i wyłączał telefon, po czym
zajmował się nią, a nie jedzeniem. Miał niesamowity apetyt i bujną
wyobraźnię. Nigdy przedtem nie była tak zaspokojona. Craig bardzo
tego pilnował. Wracała do biura zupełnie wypluta. Tego teŜ pilnował.
Craig był w niej śmiertelnie zakochany. Mówił jej to bez przerwy: w
łóŜku, poza łóŜkiem i przy najmniejszej okazji. W kaŜdym razie
wystarczająco często, Ŝeby przekonać nawet kamień.
Drzwi domku trzasnęły głośno. Karen odwróciła się. Na ganku
stała szczupła kobieta w dŜinsach i swetrze. Karen pomyślała, Ŝe ona
sama nigdy nie będzie taka piękna, jak jej matka.
- Poszli sobie? - zawołała Erica.
- Tak, ale zaraz wrócą. Wybrali się na krótki spacer. Ojciec
obiecał, Ŝe będzie za pół godziny i rozpali ognisko.
Ojciec zwykle piekł kurczęta na ognisku i ziemniaki w popiele.
Kobietom łaskawie zostawiał przygotowanie deseru.
-
To dobrze. - Matka stanęła za plecami Karen.
-
Co dobrze?
-
Cieszę się, Ŝe sobie poszli. Twój ojciec udzielił mi przed
wyjazdem szczegółowych instrukcji. Powiedział, Ŝe mam ci dać
spokój i nie wciągać w Ŝadne powaŜne rozmowy. Nie mogłam się juŜ
doczekać, Ŝeby zabrał dzieci na spacer. Co się stało?
-
Nic się nie stało - odpowiedziała szczerze Karen, chociaŜ przez
chwilę czuła się trochę nieswojo.
-
Ktoś musiał twojemu ojcu naopowiadać głupot, bo bardzo
nalegał, Ŝebym się w nic nie wtrącała. Jak gdybym kiedykolwiek
wtrącała się w Ŝycie moich córek. Wszystkie jesteście juŜ dorosłe... -
Erica zawahała się, zanim zadała pytanie. - Coś niedobrego z dziećmi?
Czy Jon Jacob ma kłopoty w szkole?
- Skąd. Oboje znakomicie sobie radzą.
Weszły do domu i zaczęły nakrywać do obiadu. Erica rozłoŜyła
papierowe talerze, Karen wyjęła z lodówki warzywa na sałatkę. Na
dolnej półce zauwaŜyła słoik z czarnymi oliwkami. Nagle okropnie
zachciało jej się oliwek. Jak zagubionemu na pustyni podróŜnikowi
chce się wody. Zjadła dwie oliwki, po chwili jeszcze dwie.
- A więc jesteś chora. Dlaczego nie chcesz mi o tym powiedzieć?
Pamiętasz, jak w zeszłym roku Samantha ukrywała przede mną tę
swoją cystę...
Karen dobrze wiedziała, dlaczego jej starsza siostra nie chciała
powiedzieć o tym matce. Erica Hennessey całe Ŝycie się zamartwiała.
Szczególnie, gdy tematu do zmartwień dostarczały jej własne córki.
Tym razem takŜe nie obyło się bez serii niedyskretnych pytań. Starsze
siostry w podobnych przypadkach szybko traciły cierpliwość, ale
Karen nigdy. Matka zawsze musiała we wszystko wścibić nos. WciąŜ
nie mogła się przyzwyczaić do tego, Ŝe jej dziewczynki mają juŜ
dorosłe dzieci.
Bogu dzięki, Ŝe dziadek z Jonem i Julie pojawili się na podwórku.
Przesłuchanie zostało skończone.
Rozpalili ognisko na dworze i cała piątka z apetytem zajadała
chrupiące, rumiane kurczęta. Ojciec usiadł koło Karen. Jak zwykle,
bawił całą rodzinę opowieściami wędkarskimi, ale córce wydał się
trochę zbyt gadatliwy. Chciała go nawet zapytać, czy coś mu
przypadkiem nie leŜy na wątrobie, ale nie miała okazji. Nocny chłód
zapędził ich w końcu do domu. Rozegrali partię kanasty, jednak
górskie powietrze szybko ich zmorzyło. To Julie rozpoczęła koncert
ziewania i ona teŜ pierwsza się poddała. Reszta rodziny poszła za jej
przykładem.
Karen wygasiła ogień na kominku. Słyszała, jak ojciec rozmawia
z Jonem Jacobem. Potem śmiali się jeszcze, pewnie z jakichś męskich
Ŝ
artów... W końcu jednak wszyscy zasnęli i w Chatce zapadła cisza.
Karen nie spała. Cały wieczór prześladował ją jakiś dziwny
niepokój. Narzuciła na siebie wełniany pled i wyszła na ganek. Noc
była zimna, a powietrze tak ostre, Ŝe aŜ szczypało policzki. Góry
wznosiły się w oddali jak duchy. Nad szczytami jaśniał blady sierp
księŜyca. Trzęsła się z zimna, ale zamiast schować się w ciepłej
kuchni, wciąŜ stała i patrzyła.
Kilka godzin wcześniej puściła mimo uszu niedyskretne pytania
matki, teraz jednak zaczęły ją niepokoić. Odkąd Karen sięgała
pamięcią, matka zawsze o wszystko wypytywała. Dziś jednak ojciec
takŜe był dziwnie opiekuńczy... Na dodatek Jon Jacob Ŝartował sobie
z „anonimowego" prezentu w postaci skrzynki likieru wiśniowego, a
Julie bez wyraźnego powodu znów zaczęła z nią rozmawiać o
męŜczyznach. Jeśli nawet jeszcze nie wiedzą nic o Craigu, to wkrótce
się dowiedzą. W jej rodzinie nigdy Ŝadna tajemnica nie mogła się
długo utrzymać. Są ze sobą zbyt zŜyci.
Karen zamknęła oczy i odetchnęła ostrym, górskim powietrzem.
Więc dlaczego im nie powiesz, pomyślała. On cię kocha, ty
kochasz jego. Oboje marzycie o tym, Ŝeby znów być razem. Co cię
trzyma?
Dobrze znała odpowiedź na to pytanie. Zacisnęła palce na
poręczy. Radość, jaką znajdowali w sobie wzajemnie, jest tak samo
prawdziwa, jak bicie ich serc. Rozmawiają ze sobą tak, jak nie
rozmawiali juŜ od lat, a ich fizyczne zbliŜenia... Zawsze wiedziała, Ŝe
jest im dobrze w łóŜku, ale to, co dawali sobie ostatnio, przerastało
wszelkie poprzednie doświadczenia. Mimo to ich związek nie jest
naturalny. śyją w wieŜy z kości słoniowej i Karen nie ma Ŝadnej
pewności, czy uczucie Craiga pozostanie niezmienione, gdy opadnie
zauroczenie i radość z* odzyskanych wspomnień. Wielkie miłości
mają tę obrzydliwą cechę, Ŝe umierają, gdy tylko dwoje ludzi zaczyna
co rano myć zęby w tej samej łazience... Drzwi otworzyły się
cichutko. Matka Karen wyszła na ganek. Zawinęła się w duŜą kurtkę
myśliwską ojca, na nogach miała ciepłe kapcie.
- Przeziębisz się, mamo - powiedziała Karen.
Erica
odetchnęła
chłodnym
powietrzem,
popatrzyła
z
obrzydzeniem na pokrywający trawę szron i upewniła się, Ŝe obie
umrą na zapalenie płuc. Mimo tak potwornej groźby podeszła jednak
do córki.
-
Nic mi nie jest, mamo. Chciałam tylko odetchnąć świeŜym
powietrzem.
-
Zawsze łatwiej ci się rozmawiało z ojcem niŜ ze mną -
poskarŜyła się matka. - Nie mam o to pretensji. Cieszę się, Ŝe jesteście
tacy podobni do siebie. Wiesz -
dodała po chwili - właśnie do mnie
dotarło, Ŝe twój ojciec odgadł to, czego ja nie wyczułam. Chodzi o
męŜczyznę, tak?
- Mamo...
- Zmieniłaś uczesanie i makijaŜ. W samym środku rozmowy nagle
milkniesz i tak dziwnie się uśmiechasz.
Przegrałaś w kanastę, a przecieŜ zawsze musisz oszukiwać,
Ŝ
ebyśmy mogły wygrać... To musi być męŜczyzna. Kochasz go?
Karen milczała. Matka nie patrzyła na nią, tylko przyglądała się
szczytom gór oświetlonym księŜycowym blaskiem.
- Samantha i June - odezwała się wreszcie Karen - bez kłopotów
osiągnęły sukces zawodowy i szczęście w małŜeństwie. Nigdy nie
zrobiły niczego, co mogłoby cię zmartwić.
-
Ty takŜe nigdy nic takiego nie zrobiłaś.
-
Sama wiesz... - Karen potrząsnęła głową.
- W szkole miałam wprawdzie dobre stopnie, ale zupełnie nie
wiedziałam, co chcę ze sobą zrobić. Oboje z ojcem poczuliście się
dotknięci, kiedy uciekłam z Craigiem. Jeszcze bardziej przeŜyliście
nasz rozwód. Czułam się... Zawsze się tak czuję... Zawiodłam was.
- Idiotka. - Erica nigdy dobrze nie rozumiała swej najmłodszej
córki, jednak instynkt macierzyński kazał jej nazywać rzeczy po
imieniu. - Zawsze byłaś ulubienicą ojca. Nie zawiodłabyś go, nawet
gdybyś kopała rowy...
-
Nie jego, mamo. Chciałam powiedzieć, Ŝe zawiodłam ciebie.
-
Zupełnie zwariowałaś, córeczko. - Erica powiedziała to cicho. -
MoŜesz sobie robić, co chcesz, bylebyś tylko była szczęśliwa. Jesteś,
niestety, bardzo podobna do ojca. Zawsze bez szemrania spełniasz
zachcianki innych, ale nic a nic nie dbasz o siebie. Całe Ŝycie bałam
się, Ŝe wyjdziesz za jakiegoś egoistę, który nie ma pojęcia, jaka jesteś
wspaniała. I tak teŜ się stało...
-
Nie - przerwała jej Karen - nie chcę, Ŝebyś winiła Craiga, mamo.
Zawsze go lubiłaś, dopóki nie doszłaś do wniosku, Ŝe mnie
skrzywdził. Ale to nie takie proste. Ja sama zrobiłam sobie krzywdę.
Nigdy nie stałam się samodzielna i zawsze byłam zaleŜna od niego.
KaŜdy związek by się załamał.
-
MoŜe masz rację...
-
ś
adne moŜe. Tak to właśnie jest.
Ich oczy spotkały się w ciemności. Po raz pierwszy w Ŝyciu nie
rozmawiały jak matka z córką, ale jak kobieta z kobietą.
-
A więc jednak chodzi o męŜczyznę - powiedziała cicho Erica.
Karen skinęła głową. - Bardzo ci na nim zaleŜy. - Karen znów
przytaknęła. - Sądzę, Ŝe juŜ byś mi o nim opowiedziała, gdybyś miała
pewność, Ŝe go zaakceptuję.
-
Na pewno go nie zaakceptujesz, ale nie dlatego trzymam to w
tajemnicy.
-
Obiecuję ci, Ŝe jeśli cię uszczęśliwi, to nie zaprotestuję, nawet
jeśli okaŜe się demokratą.
Kiepski Ŝart, jednak wywołał uśmiech na twarzy Karen.
- Tylko musisz mieć pewność, kochanie. Nigdy więcej nie wiąŜ
się z męŜczyzną, dopóki zaślepia cię namiętność.
ROZDZIAŁ DZIESIĄTY
- Craig... Wiem, Ŝe to głupio zabrzmi, ale... Czy mógłbyś się ze
mną na serio pokłócić?
AŜ upuścił ręcznik. Wyszedł spod prysznica, Ŝeby odebrać
telefon. Miał nadzieję, Ŝe to Karen dzwoni i jego nadzieja się spełniła,
chociaŜ nie do końca. Sądził, Ŝe mimo późnej pory zadzwoni, Ŝeby
mu opowiedzieć, jak minął weekend w Chatce. Zupełnie nie
spodziewał się takiej propozycji.
- Pokłócić? - zapytał kompletnie zaskoczony.
-
Tak. Porządnie, solidnie pokłócić. Wiem, Ŝe moŜe ci się to
wydać dziwne, ale jeśli się nad tym zastanowisz... Dotąd nie było
między nami Ŝadnej róŜnicy zdań. Jak gdyby wciąŜ zaślepiała nas
namiętność.
-
No... - Craig wytarł twarz dłonią. Nawet nie schylił się po
ręcznik. PrzecieŜ nikt nie widzi, Ŝe chodzi po domu zupełnie nagi i
cały mokry. Ze słuchawką przy uchu podszedł do barku i wyjął
butelkę szkockiej. - No więc... Czy uwaŜasz, Ŝe kłótnia rozwiąŜe
któryś z naszych problemów? - Cisza.
- Dobrze, domyślam się. UwaŜasz, Ŝe twój pomysł nie ma nic
wspólnego z naszymi kłopotami, i na pewno masz rację. Przepraszam,
Ŝ
e w ogóle o tym pomyślałem...
- Wcale nie mówiłam, Ŝe to nie ma nic wspólnego.
- Jakaś nuta w jej głosie sprawiła, Ŝe poczuł się, jakby zasypywał
go ruchomy piasek. Nalał sobie kieliszek i szybko wypił. Pomyślał, Ŝe
to głupi pomysł i Ŝe oddałby majątek za jakiś przewodnik po
zakamarkach kobiecego umysłu. Kiedy rozstali się w piątek, Kaja
była w doskonałej formie. Wszystko znakomicie im się układało.
Cholera, musiało się wydarzyć coś, co ją przestraszyło.
- Craig? Jesteś tam jeszcze?
-
Jestem. Pomyślałem sobie, Ŝe to trochę trudne zacząć się kłócić
ot tak, bez wyraźnego powodu. Wiesz, do kłótni trzeba mieć nastrój.
-
Wcale nie potrzeba Ŝadnego nastroju. PrzecieŜ kiedyś
awanturowaliśmy się o kaŜde głupstwo. I o to mi właśnie chodzi.
Wcześniej czy później pokłócimy się o coś, a jak pamiętasz,
potrafiliśmy się kłócić do krwi. Więc moŜe gdybyśmy teraz
spróbowali...
-
Dobrze, dobrze. Jeśli chcesz się kłócić, skarbie, to się kłóćmy,
ale nie przez telefon.
Karen nie lubiła zostawiać dzieci samych. Teraz jednak było
bardzo późno i oboje dawno spali kamiennym snem, a Craig
najwyraźniej bardzo chciał się z nią zobaczyć.
Ubrał się i przygotował kawę, a po chwili Karen zapukała do
drzwi.
Nie było po niej widać, Ŝeby doznała jakiegoś urazu. Tryskała
energią. Zrzuciła z siebie płaszcz. Pod spodem miała dŜinsy i za duŜą
koszulę flanelową - strój do walki. Zdjęła buty i powędrowała prosto
do salonu. Podwinęła rękawy. Nie miał odwagi się uśmiechnąć. AleŜ
go podniecała. Nie zdąŜyła załoŜyć stanika i piersi kołysały się
swobodnie przy kaŜdym jej ruchu. Mógł sobie wyobrazić mnóstwo
rzeczy, jakie chciałby z nią w tej chwili robić, ale kłócić się...
- Zrobić kawę? - zapytał.
Nie teraz. Miała co innego na głowie.
- Byłeś egoistą. - Wyciągnęła w jego stronę oskarŜycielski palec. -
Tak cię pochłaniała praca, Ŝe zupełnie nie zwracałeś na mnie uwagi.
- Wiem, skarbie.
- Craig, Craig - westchnęła. - Nie wczułeś się w sytuację. Nie
zgadzaj się ze mną. Broń się.
- Okay.
- W końcu przecieŜ nie byłeś aŜ takim egoistą.
Połowa winy spada na mnie. Nigdy ci nie mówiłam, Ŝe coś się źle
dzieje, więc skąd mogłeś to wiedzieć.
- Niecierpliwie machnęła ręką. - Zeszliśmy z kursu. Musimy
znaleźć coś, co nas poróŜni.
Craig okazywał dotąd anielską cierpliwość i wyrozumiałość.
KaŜdy męŜczyzna to potwierdzi: wymyślanie kłótni z powietrza nie
ma najmniejszego sensu. Licho wie, co ją naszło. Dwa dni z matką? A
moŜe to jeden z tych testów, które zamieszczają magazyny kobiece?
Przyjrzał się jej uwaŜnie i wreszcie zrozumiał. Karen wcale nie
miała większej ochoty na sztuczne kłótnie niŜ on sam, ale nie
Ŝ
artowała. Najwyraźniej po prostu się bała. Nie moŜna o niej
powiedzieć, Ŝe jest osobą apodyktyczną, ale ma charakterek. Oboje
zawsze dusili w sobie wzajemne pretensje, a potem z najbłahszego
powodu wybuchała awantura zupełnie nieproporcjonalna do
przyczyny. Kara dobrze zapamiętała tamte awantury. Teraz chce się
upewnić, Ŝe juŜ nigdy, przenigdy się nie powtórzą. MoŜe on teŜ tego
potrzebował.
- Dobrze - powiedział Craig - jeśli chcesz się sprawdzić, to
zaczynajmy. - Niech wie, Ŝe traktuje powaŜnie ją i jej pomysły.
Próbowali wielu tematów: sytuacja na Bliskim Wschodzie, jego
matka, jej matka, polityka władz lokalnych, pieniądze... Ten ostatni
temat powinien im umoŜliwić ostrą kłótnię. Craig nigdy nie liczył się
z pieniędzmi, a Karen była oszczędna. Kroplą, która wtedy przepełniła
kielich, była właśnie jakaś bezsensowna awantura o pieniądze. Tym
razem jednak nawet ten Ŝelazny temat ich nie poruszył. Oczywiście,
mieli zupełnie inne poglądy, ale cholerny Craig teraz naprawdę
słuchał jej argumentów. Nawet przyznał, Ŝe domowy budŜet zawsze
stanowi punkt zapalny. Nie kłócili się ze sobą, tylko rozmawiali.
RóŜnica poglądów sprawiła tylko tyle, Ŝe rozmowa wydała im się
interesująca.
-
Nawet nie próbujesz... - Karen zerwała się z fotela.
-
PrzecieŜ się staram.
- Ale nie za bardzo. PrzecieŜ moglibyśmy napisać ksiąŜkę o
awanturach na tematy finansowe. No juŜ, przypomnij sobie, jak to
było, kiedy ostatni raz naprawdę się na mnie wściekłeś.
-
MG z otwieranym dachem.
-
Ale się wściekałeś! - zawołała radośnie.
- Właśnie je kupiliśmy. Jeszcze atrament, którym spisano umowę,
dobrze nie wysechł. Zrobiłem remont silnika, polakierowałem... To
była pierwsza luksusowa rzecz, na jaką mogliśmy sobie pozwolić. A
ty go rozbiłaś na pierwszym z brzegu drzewie.
- O mało mnie nie zabiłeś.
-
Chętnie bym to zrobił. Jechać tak szybko w nocy podczas
ś
nieŜycy, i to tylko dlatego, Ŝe spieszyłaś się do domu z litrem mleka.
-
Byłeś bardzo miły, kiedy policjant przywiózł mnie do domu -
przypomniała - ale tylko tak długo, dopóki sobie nie poszedł. Gdy
tylko zostaliśmy sami, czymś we mnie rzuciłeś, Reardon.
-
Rzuciłem. - O ile dobrze sobie przypominał, była to poduszka z
kanapy. Rzucił ją tak mocno, nie w Karen, tylko w ścianę, Ŝe pękła i
posypało się na nich pierze.
- Plułeś ogniem.
- No pewnie. A najbardziej mnie wściekała twoja pewność, Ŝe
bardziej się martwię o ten cholerny samochód niŜ o ciebie.
-
Reardon.
-
Tak?
- Psujesz cały sens tego ćwiczenia. Mieliśmy się kłócić. Robię, co
mogę, Ŝeby cię wyprowadzić z równowagi.
- Udało ci się, kochanie. Jestem na ciebie wściekły.
- Odpinasz mi koszulę, a trudno to uznać za oznakę złości. Muszę
ci coś powiedzieć. To waŜne.
Czekałam na właściwy moment, ale ten właściwy moment nie
bardzo chce nadejść, a muszę ci to powiedzieć.
Bardzo trudno było skierować jego uwagę na sprawy zasadnicze.
Odpiął guziki jej koszuli i dotknął nagiego ciała. Karen teŜ miała
problemy z koncentracją. Udało im się przejść przez wzburzone
wody. śadnych czarów, nawet cienia zaślepienia... Karen nie
posiadała się ze szczęścia. Zdecydowanie ujęła w dłonie jego twarz.
Wiedziała przecieŜ, Ŝe waŜnych spraw nie wolno przemilczać.
-
Chcę, Ŝebyś wiedział - powiedziała cicho - Ŝe zawsze byłam z
ciebie bardzo dumna, Craig. Zawsze. Twoi rodzice zniszczyli ci
dzieciństwo, ale nawet wtedy nie pozwoliłeś na to, Ŝeby ich styl Ŝycia
wpłynął na twoje postępowanie. Zawsze szedłeś własną drogą,
trzymałeś się własnych przekonań i nigdy nie tańczyłeś tak, jak ktoś
inny grał. Nawet kiedy wszystko się między nami popsuło... Nawet
wtedy... Zawsze byłam z ciebie dumna. Z tamtego chłopca, którego
pokochałam, i z tego męŜczyzny, jakim się stałeś.
-
Do licha. - Najwyraźniej zaschło mu w gardle. - Teraz naprawdę
mnie wkurzyłaś.
-
Tak? - Uśmiechnęła się i mocno przytuliła się do niego.
Craig rozmawiał przez telefon, kiedy za drzwiami usłyszał głosy.
- Rozumiem, jest zajęty. Ale właśnie przejeŜdŜałam tędy, bo szef
mi kazał załatwić jakieś drobiazgi... Muszę się z nim na chwilę
zobaczyć.
-
W porządku. Powiem mu...
-
Wiesz, chodzi o dzieci...
-
O tak, na pewno.
- Jeśli nie ma dla mnie czasu, to po prostu zostawię to na jego
biurku...
Poznał głos Karen i szybko skończył rozmowę. W tej samej chwili
Virginia nacisnęła brzęczyk. Zdjęła palec z dzwonka dopiero wtedy,
kiedy Craig ukazał się w drzwiach swego gabinetu. Uśmiechnęła się
do niego.
- Pani Reardon chciała wyjść, nie spotkawszy się z panem -
oznajmiła z niewinną miną. - PrzecieŜ moŜe pan poświęcić trochę
czasu na sprawy dotyczące własnych dzieci. Nie będę łączyć rozmów.
Dziś jest tu taki dom wariatów, Ŝe chyba zamknę drzwi, Ŝeby nie było
słychać hałasu...
Zanim sekretarka skończyła swój wywód, Craig sam zamknął
drzwi. Karen natychmiast odwróciła się do niego. Ubrała się dzisiaj w
granatową sukienkę z białą kamizelką. Kurczowo ściskała w rękach
duŜą, Ŝółtą torbę. Sukienkę juŜ kiedyś widział, ale róŜ na policzkach -
to było coś zupełnie nowego. I te iskierki w oczach takŜe były
nowością.
Ich stosunki bardzo się zmieniły od tamtego wieczoru, gdy Karen
wpadła do niego z wariackim pomysłem, Ŝeby się pokłócić. Ona teŜ
się zmieniła. Jaśniała od środka, a jej uśmiech był przeznaczony
wyłącznie dla niego. JuŜ nie ukrywała swego uczucia. TakŜe swoją
miłość przeznaczyła wyłącznie dla niego.
Teraz była niezmiernie podekscytowana. Przyciskała do siebie tę
wielką, Ŝółtą torbę i bardzo się tłumaczyła z niezapowiedzianej wizyty
w jego biurze.
- Naprawdę nie chciałam ci przeszkadzać, ale wiesz przecieŜ, Ŝe
Ŝ
adne z nas nie ma dziś czasu na lunch, więc... A to nie moŜe czekać
do jutra... Jedno z nas kończy dzisiaj trzydzieści siedem lat.
Biedactwo, bardzo się zestarzałeś... Nie mogłam pozwolić, Ŝebyś
cierpiał samotnie... - Podeszła do niego szybko i mocno go
pocałowała.
Nie powinno mnie to tak bardzo podniecać, pomyślał Craig.
Fizyczne poŜądanie mogłoby juŜ nieco złagodnieć, a jednak nie
złagodniało. To przez tę rozkwitającą na nowo miłość. Zawsze mu
mało. Pomyślał z przeraŜeniem, Ŝe nawet w dziewięćdziesiątym roku
Ŝ
ycia nie będzie miał dosyć Karen.
Ich wargi zwarły się w namiętnym pocałunku i Craigowi wydało
się, Ŝe czas się zatrzymał, a świat zewnętrzny zupełnie zniknął. Kara
juŜ się go nie obawiała. Przyjmowała jego uściski jak stęskniona i
oddana kochanka.
Wreszcie oderwała się od niego. Była zarumieniona i nie mogła
złapać oddechu.
-
Do licha, Craig! Nie po to tu przyszłam. Zachowuj się - zganiła
go. Odwróciła się i sięgnęła po Ŝółtą torbę. - Ale najpierw coś ci
powiem. Musisz wrócić do domu przed szóstą. Dzieci będą na ciebie
czekały. Ty nic o tym nie wiesz, więc udawaj zaskoczenie. Julie
upiekła tort, a Jon przygotuje obiad. OkaŜ wyrozumiałość, bo kiedy
ostatnim razem spróbowałam spaghetti przyrządzone przez twojego
syna...
-
Na pewno będę zaskoczony i wyrozumiały. - Nienawidził
przyjęć urodzinowych, a Kara je uwielbiała. Bez wątpienia przyłoŜyła
rękę zarówno do tortu, jak i do obiadu. Z jej oczu wyczytał takŜe coś
więcej: Ŝal i przykrość, Ŝe nie moŜe być z nimi. Jest przecieŜ byłą
Ŝ
oną, kimś, kto musi wymyślać preteksty na usprawiedliwienie swojej
wizyty przed sekretarką. Kimś, kto nie ma prawa dzielić z nim radości
z urodzinowego przyjęcia.
Uśmiechnęła się jednak i wyciągnęła z Ŝółtej torby owiniętą
kolorowym papierem paczkę z ogromną kokardą na wierzchu.
- Nie utrudniaj mi Ŝycia - powiedziała. - Wiem przecieŜ, Ŝe jedyna
rzecz, jakiej nienawidzisz bardziej niŜ przyjęć urodzinowych, to
okazywanie radości z prezentów. Ale tym razem musisz jakoś
wytrzymać. Masz tu taki drobiaŜdŜek...
To wcale nie był drobiaŜdŜek, tylko własnoręcznie przez nią
zrobiony sweter. Tak się denerwowała, Ŝe nie mogła ustać w miejscu.
Pomogła Craigowi przeciągnąć sweter przez głowę i spochmurniała.
- Zrobiłam za długie rękawy.
-
Wcale nie. Są w sam raz. - Błyskawicznie podwinął ściągacze. -
Kochanie, to najpiękniejszy sweter, jaki w Ŝyciu miałem.
-
Robiłam go wieczorami, więc dzieci się nie domyśla, Ŝe to ode
mnie, moŜesz go nosić bez obaw. - Powiedziała to jednym tchem, aŜ
go zaniepokoiła. Dlaczego tak bardzo się tym przejmuje? Cofnęła się
o dwa kroki i uwaŜnie mu się przyjrzała. - Czy nie jest za luźny przy
szyi?
-
Nie. Jest akurat.
-
Te rękawy...
-
Są doskonałe.
Przestała wreszcie zajmować się swetrem. Obejrzała Craiga od
stóp do głów.
- Niech mnie diabli. Jesteś przystojny - stwierdziła, patrząc mu
prosto w oczy. - Co ja mówię! Jesteś najbardziej seksownym
męŜczyzną na tym kontynencie. Zadziwiające. W twoim wieku...
Pogroził jej palcem.
- Naprawdę muszę juŜ wracać do pracy - roześmiała się głośno. -
Załatwiałam Jimowi sprawy w mieście, ale czeka na mnie, bo mamy
jeszcze mnóstwo roboty.
Jednak nie protestowała zbytnio, gdy Craig oplótł jej ręce wokół
swojej szyi. Jeśli oczekiwała pocałunku, to srodze się zawiodła. Po
prostu, trzymał ją w ramionach, tulił do piersi... Pasowali do siebie jak
klucz do zamka. Poczuł się, jakby odzyskał kawałek serca, który mu
gdzieś zaginął. JuŜ czas, pomyślał.
- Karo. - Trącił ją nosem w policzek. - Bardzo mi się podoba ten
sweter. - Zobaczył, jak oczy jej się zamgliły z przejęcia. śadne z nich
nie myślało teraz o swetrze. - Ale jest jeszcze coś, co chciałbym
dostać na urodziny.
- Co takiego?
- Kocham cię, skarbie. Chcę, Ŝebyś mi pozwoliła wrócić do domu
i oznajmić całemu światu, co do ciebie czuję. Chcę znów załoŜyć ci
obrączkę na palec. Chcę z tobą spędzić resztę naszego Ŝycia. Mam
nadzieję... Myślę... Wiem, Ŝe ty teŜ tego pragniesz.
Obawiał się, Ŝe zesztywnieje w jego ramionach, Ŝe się od niego
odsunie, ale nic takiego się nie stało. Podniosła głowę i dostrzegł w jej
oczach głęboką, prawdziwą miłość. Mimo to milczała.
- Boisz się reakcji dzieci?
-
Nie - odrzekła, kręcąc głową. - Dzieci chcą, Ŝebyśmy znów byli
razem.
-
Jeśli boisz się matki, to moŜe najpierw ja z nią porozmawiam.
Albo lepiej, zrobimy to razem.
-
Craig. - Znów pokręciła głową. - Nie boję się niczyjej reakcji.
Nigdy się nie bałam. Chodzi mi tylko o to, Ŝe to są ludzie, którzy nas
kochają. Nie chcę w nich wzbudzać nadziei, dopóki nie nabierzemy
absolutnej pewności.
- Ja jestem pewien.
Chciała coś powiedzieć, ale usłyszała głosy za drzwiami i
odskoczyła od niego. Nastrój prysnął.
- Nie moŜemy teraz tego roztrząsać. No, nie patrz tak na mnie,
proszę. Kocham cię, Craig. - Jej głos przycichł i stał się miękki jak
aksamit. - Naprawdę cię kocham, i to bardziej niŜ przedtem. Nie
sądziłam, Ŝe w ogóle potrafię tak kochać. Po prostu, chcę z tobą
porozmawiać w cztery oczy, zanim ci odpowiem. Zgoda?
Craig pozwolił jej odejść. Następnego dnia bardzo tego Ŝałował.
Przez jedną noc stało się coś, co spowodowało, Ŝe Kara juŜ nie chciała
wpuścić go do swego Ŝycia. Nawet na chwilę.
Dzieci właśnie wyszły urządzić Craigowi przyjęcie urodzinowe.
Ona teŜ tam powinna być, jej miejsce jest przy nich. Są przecieŜ
rodziną. Karen słyszała, jak włączyło się ogrzewanie i jak zegar w
kuchni odmierza czas. Jutro, pocieszyła się, wszystko się zmieni.
Otworzyła lodówkę w poszukiwaniu czegoś do zjedzenia. Znalazła
kawałek sera i napoczętą miskę budyniu, ale na to nie miała ochoty. Z
tyłu, za główką sałaty zauwaŜyła słoik z oliwkami. To zupełnie
wystarczy. Wzięła słoik, zatrzasnęła drzwi lodówki i z roztargnieniem
sięgnęła po oliwkę. Po chwili po drugą.
Nie mogła się doczekać rozmowy z Craigiem. WciąŜ
prześladował ją zbolały wyraz jego twarzy, kiedy natychmiast nie
przystała na propozycję ponownego małŜeństwa. Zrobiła mu
przykrość... O BoŜe, wcale tego nie chciała, ale w jego biurze byli
jacyś ludzie, a ona musiała szybko wracać do pracy... Chciał od niej
obietnicy i, oczywiście, dostanie ją. Z całego serca odda mu siebie, ale
potrzebuje ciszy i spokoju, Ŝeby mu o tym powiedzieć na swój własny
sposób. Po drodze do salonu zjadła jeszcze kilka oliwek. Tak
niedawno bała się, Ŝe kiedy znów zamieszkają razem, cały czar
pryśnie. Myliła się. Ich związek jest teraz zupełnie inny. Nauczyli się
porozumiewać się ze sobą. Oboje bardzo się zmienili. Te zmiany
spowodowały, Ŝe stali się zdolni do jaszcze głębszej miłości. A jeśli
idzie o czary... Karen wreszcie zrozumiała, Ŝe ten czar nie ma nic
wspólnego z siłami nadprzyrodzonymi, Ŝe nie jest tylko jedną z
odmian poŜądania. Cała tajemnica w tym, Ŝeby umieć znaleźć czas dla
siebie. W kaŜdej chwili sama moŜe coś takiego wyczarować, jeśli
tylko będzie wystarczająco pewna siebie i swojej miłości. Odrobina
zalotności... Jutro mu powie. Tym razem będzie zupełnie inną Ŝoną.
Powie mu to podczas lunchu. Urządzą sobie długi i romantyczny
lunch we dwoje. Ma nadzieję, Ŝe takie lunche będą jadali codziennie
do chwili, gdy oboje skończą po sto dwadzieścia lat.
Wyjrzała przez okno. Dzieci powinny juŜ niedługo wrócić.
Sięgnęła po kolejną oliwkę, ale słoik był pusty. Zajrzała do niego,
jakby nie dowierzała własnym palcom. Rzeczywiście zjadła
wszystkie. Zawsze bardzo lubiła czarne oliwki, ale połykała je jak
cukierki tylko wtedy, kiedy była w ciąŜy. Sama myśl o ciąŜy bardzo ją
rozbawiła, ale tylko na chwilę. PrzecieŜ nie mogę być teraz w ciąŜy,
pomyślała. Oboje bardzo uwaŜali. Nie tylko jej powiedział, ale takŜe
udowodnił, Ŝe nie ma zamiaru nigdy więcej ryzykować, tak jak w
młodości.
Mimo to Karen popędziła do łazienki. Nad umywalką wisiał
kalendarz. Nie zawsze miesiączki były regularne, poza tym uwaŜali
przecieŜ... Przypomniała sobie... O BoŜe! Tamten jeden raz...
Pierwszy raz w Chatce... śadne z nich nie przewidziało, Ŝe zwykły
pocałunek moŜe ich doprowadzić do całkowitego zapomnienia. Nie
byli na to przygotowani. Kalendarz potwierdzał, Ŝe okres spóźnia się o
dwa tygodnie. Usiadła na pokrywie sedesu. Kiedy pół godziny później
Jon i Julie wpadli do domu, ona wciąŜ jeszcze tam siedziała. Dzieci
były uradowane i rozgadane. Opowiadały, jak bardzo zaskoczyło ojca
przyjęcie urodzinowe. Craig musiał się zdrowo namęczyć, bo dzieci
mówiły, Ŝe zachwycał się obiadem, tortem i prezentami.
Karen
słyszała
swój
ś
miech,
zachowała
kontrolę
nad
czynnościami. Jutro dzieci idą do szkoły, a Julie musi jeszcze
przejrzeć notatki przed klasówką z historii. Jon ma wynieść śmieci, a
potem przez godzinę oboje będą oglądać telewizję w swoim pokoju,
zanim wreszcie pójdą spać.
Karen zabrała się do zmywania.
- Mogłaś przyjść, mamo.
Odwróciła się. Właśnie teraz, kiedy tak bardzo potrzebuje chwili
spokoju, to jedno okazuje się zupełnie niemoŜliwe. Jon Jacob z rękami
w kieszeniach stał oparty o ścianę.
- Dokąd przyjść, kochanie?
-
Do taty. Urodziny nie mogą się udać bez ciebie. Tacie teŜ ciebie
brakowało. - Przestępował z nogi na nogę. - Nie denerwuj się. My juŜ
wiemy.
-
Co wiecie? - BoŜe, pomyślała Karen, nie pozwól, Ŝebym miała
dziś jeszcze jeden atak serca!
-
Wiemy, Ŝe spotykasz się z tatą. Rozumiem, dlaczego nie chciałaś
nam powiedzieć. Bałaś się, Ŝe zaczniemy cię namawiać, Ŝebyście
znów byli razem. Ale my juŜ tego więcej nie zrobimy. Zro-
zumieliśmy, Ŝe potrzebujecie czasu... - Jon przygładził włosy takim
samym ruchem jak jego ojciec. - Jeśli się uda, to dobrze, a jeśli nie,
trudno. Mam rację?
- Masz. - Zupełnie zaschło jej w gardle.
- Nie musicie się krępować, jeśli chcecie gdzieś wyjść wieczorem,
czy coś w tym guście. Nie musicie się nami przejmować - zapewnił.
Ziewnął, powiedział, Ŝe weźmie prysznic i zaraz pójdzie spać, a
potem poczłapał na górę.
Wreszcie została sama. Wydało jej się, Ŝe ściany kuchni zaczęły
zbliŜać się do siebie i za chwilę ją zgniotą. Jeśli nawet było w domu
trochę tlenu, to jej płuca w Ŝaden sposób nie mogły go wykorzystać.
ś
ołądek skręcał się i podskakiwał, jak tratwa na wzburzonym
morzu.
Tak więc, pomyślała, nasza tajemnica przestała być tajemnicą.
Właściwie to Ŝadna niespodzianka. PrzecieŜ nie mieli szans na
utrzymanie tego sekretu przez całą wieczność. Tak, ale ona ma teraz
jeszcze jedną tajemnicę, i ta właśnie tajemnica wszystko zmienia.
Zamknęła oczy. Była przeraŜona i zrozpaczona. W ciągu tych
ostatnich dni przeŜyli na nowo część swojej wspólnej przeszłości i
byli z tym bardzo szczęśliwi. Jednak tego fragmentu przeszłości
Karen nie potrafi znieść po raz drugi. Nie moŜe mu tego znowu
zrobić. Przeszli juŜ przez to, dokładnie przez to samo, siedemnaście
lat temu. Karen uwielbia dzieci, Craig teŜ. Ale ciąŜa zupełnie zmienia
najlepszy nawet związek, a nie planowana ciąŜa wymusza zmiany,
zanim dwoje ludzi zdąŜy się do nich przygotować. Tak było wtedy i
teraz teŜ na pewno będzie tak samo.
Musi jak najszybciej pójść do lekarza. Apetyt na oliwki i
spóźniony okres niczego jeszcze nie dowodzą, ale w głębi serca...
BoŜe, to serce wciąŜ wali jak młot pneumatyczny... W głębi serca juŜ
wiedziała... Tej tajemnicy nie da się długo zachować.
ROZDZIAŁ JEDENASTY
- Jim? Mówi Craig Reardon. Czy jest Karen?
- Jest, oczywiście. Poczekaj chwilę. - Ale chwile mijały i minęła
cała minuta, zanim szef Karen znów się odezwał. - Na pewno tu była.
Musiała wyjść do toalety, a ja nie zwróciłem na to uwagi. Powiem jej,
Ŝ
eby do ciebie zadzwoniła.
- Będę ci bardzo wdzięczny. Dzięki.
Craig odłoŜył słuchawkę. Jakiś kwadrans później zajrzała do
niego Virginia. Przypomniała mu, tak na wszelki wypadek, Ŝe jest juŜ
piąta i Ŝe to piątek, po czym poszła do domu. Inni teŜ juŜ wychodzili.
Nawet najbardziej zatwardziali „pracoholicy" w piątki kończyli pracę
punktualnie. W kilka minut biuro opustoszało, a Craig wciąŜ siedział
w swoim fotelu i czekał na telefon, który - zaczął to właśnie podej-
rzewać - nigdy nie zadzwoni.
W ciągu czterech dni, jakie minęły od jego urodzin, zaledwie dwa
razy rozmawiał z Karen, która odwoływała wspólny lunch i szybko
się rozłączała pod byle jakim pretekstem. Nie mógł jej złapać w
domu, bo kiedy zadzwonił, zawsze siedziała w wannie. Telefonował
do pracy, a ona nagle znikała w toalecie albo po prostu nie dało się jej
nigdzie znaleźć. Nie zadzwoniła do niego później ani razu.
Oczywiście, bardzo moŜliwe, Ŝe naprawdę była bardzo zapracowana...
Nie, zupełnie niemoŜliwe, pomyślał.
Craig przygładził włosy. Od kilku dni czuł ucisk w sercu i teraz
teŜ obleciał go strach. Nie mógł juŜ dłuŜej udawać, Ŝe nic się nie stało.
Najwyraźniej wydarzyło się coś okropnego. MoŜe zbytnio naciskał na
zalegalizowanie ich związku? A moŜe ponownie przeanalizowała
swoją przeszłość i zadecydowała, Ŝe jednak nie zaryzykuje po raz
drugi? Albo stwierdziła, Ŝe najzwyczajniej w świecie wcale go nie
kocha.
Strach przed utratą Karen przygniótł go jak stutonowa skała.
Tłumaczył sobie, Ŝe gdyby nawet Karen zmieniła zdanie, to zrobiłaby
to zupełnie inaczej. Ucieczka nie była w jej stylu. Zawsze stawiała
czoło przeciwnościom, czasami zbyt gwałtownie i bez zastanowienia,
ale nigdy nie unikała trudnych sytuacji. Na pewno powiedziałaby,
gdyby się rozmyśliła.
Chciałbyś w to wierzyć, Reardon, pomyślał. Ale prawda wygląda
tak, Ŝe ona cię unika. Nie chce cię widzieć, ani nawet z tobą
rozmawiać.
Czekał na telefon' od niej do szóstej, a potem poszedł do domu.
Przygotował sobie obiad, ale i tak nie mógł nic jeść. Zaparzył kawę,
ale zupełnie o niej zapomniał. Wykąpał się, ogolił, przebrał i włączył
telewizor, ale zaraz go wyłączył. Nic nie pomagało. Czuł, Ŝe go
roznosi. Tak czy inaczej, musi ją wreszcie dopaść.
Przez następne dwie godziny nie wypuszczał z ręki telefonu. W
piątkowe wieczory dzieci zawsze gdzieś wychodziły, a więc ma
doskonałą okazję zastać ją samą w domu. Telefon nie odpowiadał.
Wreszcie tuŜ po jedenastej ktoś podniósł słuchawkę. Odezwał się
zaspany męski głos i Craigowi serce podskoczyło do gardła. PrzeŜył
koszmar, zanim rozpoznał głos teścia.
- Nie ma jej - powiedział Walt.
- Oczywiście, Ŝe jest. - Craig miał naprawdę dosyć tej zabawy w
ciuciubabkę. - Jest przecieŜ jedenasta wieczorem.
- Wiem, która jest godzina. - Walt zupełnie się rozbudził. -
Myślałem, Ŝe wybraliście się gdzieś razem. Dzieciaki dopiero co
wróciły do domu. Zostawiła mnie tu pod głupim pretekstem. Mam
niby sprawdzić, jak działa ogrzewanie. Powiedziała matce, Ŝe w
ś
rodku nocy nagle zaczyna syczeć. Nie sprzeciwiałem się, bo
myślałem, Ŝe chcecie trochę pobyć razem. Więc jestem, sprawdzam
ogrzewanie i jednocześnie robię za niańkę do dzieci. One oczywiście
uwaŜają, Ŝe są juŜ wystarczająco dorosłe... - Przerwał nagle. -
Cholera! Jeśli ty nie wiesz, gdzie ona jest...
-
Nic się nie stało - zapewnił teścia. - Wiem, gdzie ona jest.
-
No bo jeśli nie jesteście razem, to ona sama... O tej porze...
-
Nie denerwuj się, Walt. Po prostu źle się umówiliśmy. Wszystko
w porządku. Nic jej się nie przydarzyło. Wiem, gdzie jest, a ty moŜesz
być pewien, Ŝe się nią zaopiekuję.
Wielkie słowa, a tymczasem opiekunowi ręce się trzęsą ze
strachu. Od pierwszych słów starszego pana myśli Craiga pędziły z
prędkością światła. Kiedy tylko odłoŜył słuchawkę, narzucił na siebie
kurtkę i chwycił kluczyki od samochodu. Zatrzymał się przy aptece,
potem na stacji benzynowej. Zatankował samochód i wlał w siebie
filiŜankę mocnej kawy. Potem pojechał w góry.
Noc była ciemna, bezksięŜycowa, a droga o tej porze - zupełnie
pusta. Wcisnął pedał gazu. Zwolnił dopiero na górskich serpentynach.
Cierpiał na mdlącą huśtawkę nastrojów: od nadziei do przeraźliwego j
strachu.
Właściwie nie okłamał teścia. Dobrze wiedział, gdzie jest Karen.
Nie sprostowała przypuszczeń ojca, Ŝe ma randkę z Craigiem. To
dobry znak. Karen nie wciągałaby ojca w spisek, mający jakikolwiek
związek z facetem, którego za chwilę wyrzuci jak zbędny balast. A
wiec dzieje się z nią coś złego. Coś bardzo powaŜnego i bardzo złego.
Coś tak strasznego, Ŝe nie mogła się z nim spotkać, Ŝe musiała zostać
sama, bez dzieci, Ŝe chciała po prostu zniknąć. Tylko jedna sprawa
mogła ją tak okropnie wytrącić z równowagi. I jest tylko jedno
miejsce na ziemi, w którym Karen chce się znaleźć, kiedy świat wali
jej się na głowę.
O drugiej w nocy zaparkował swój samochód za jej sierrą. W
Chatce nie paliło się światło, tylko nad kominem unosiła się cienka
struŜka dymu. Otworzył drzwi najciszej, jak potrafił.
Znalazł ją. Odetchnął z ulgą. LeŜała w śpiworze na kanapie,
zwinięta w kłębek, z kolanami pod brodą. Ogień na kominku dogasał i
w jego słabym świetle włosy Karen wyglądały jak złoty jedwab.
Przyjrzał się sińcom pod jej oczami. Musi być zupełnie wykończona,
pomyślał. Zdjął buty i marynarkę, dorzucił drew do kominka i usiadł
w ogromnym fotelu. Karen nawet się nie poruszyła. Pewnie i stado
słoni by jej teraz nie obudziło. Jest zupełnie wyczerpana. Musiała
sobie sama radzić z takim koszmarnym problemem. Zupełnie sama...
Patrzył na śpiącą kobietę i pomyślał, Ŝe przecieŜ przysięgał nigdy
więcej nie przysparzać jej kłopotów. Myślał o tych wszystkich
sytuacjach, kiedy to chciał dobrze, i nic mu się nie udawało. Pomyślał
teŜ o tym, jak bardzo się boi, Ŝe ta jego złota dziewczyna moŜe mu
odmówić ostatniej szansy.
Karen obudziła się. Światło. Przez okna przesączało się bladoŜółte
ś
wiatło. Z paleniska buchał Ŝar, a w całym pokoju panowało miłe
ciepło. Rozejrzała się. Na stoliku zobaczyła płaskie pudełeczko. Serce
zatrzymało się na chwilę, a potem ruszyło biegiem, na łeb na szyję.
Pudełeczko zawierało test ciąŜowy. Obok pudełka zauwaŜyła kolano
w dŜinsowych spodniach. Craig spał. Ramiona zgarbione, świeŜy
zarost na policzkach, worki pod oczami. Musiał chyba poczuć, Ŝe mu
się przygląda, bo natychmiast się obudził. Zamarła. BoŜe, co ona
najlepszego zrobiła! Patrzył na nią z tak ogromną miłością... Jego
spojrzenie wyraŜało miłość, niepewność i strach. Poczuła się bardzo
podle. Odwlekała rozmowę z nim tylko dlatego, Ŝe chciała go chronić,
a tymczasem tak bardzo go zraniła.
- No - powiedział cicho - to chyba jednak mamy jakiś problem,
skarbie. Tak jak kiedyś.
- Zgadłeś - wyszeptała.
-
Powinienem był to przewidzieć kilka tygodni temu. Kiedyś
znałem twoje ciało lepiej niŜ swoje własne...
-
Craig... powiedziałabym ci o tym wcześniej, ale dopiero w
następny wtorek mogę pójść do lekarza. Nie chciałam cię martwić,
dopóki nie było to konieczne, a przed badaniem nic nie jest pewne.
-
Przypuszczałem, Ŝe nie byłaś jeszcze u lekarza. Przywiozłem ci
test. - Sięgnął po niebieskie pudełko. - JuŜ prawie znam na pamięć
instrukcję obsługi. To bardzo łatwe i nie zajmie ci duŜo czasu. Tu są
takie dwa okienka. Kiedy to urządzenie zakończy poszukiwania
hormonu ciąŜowego, w tym małym okienku pokaŜe się niebieski
paseczek. To trwa około trzech minut. A jeśli w tym duŜym okienku
teŜ pokaŜe się niebieski kolor, to mamy szansę na małego Reardona.
-
Craig... - Nie patrzył jej w oczy i nie wiedziała, czy Ŝartuje, czy
mówi powaŜnie.
-
ś
adnych rozmów. To musi być twoja pierwsza poranna
czynność, bo inaczej test nie będzie dokładny. Porozmawiamy potem,
dobrze?
Mimo to przez cały czas, kiedy była w łazience, Craig nie
przestawał mówić. Słyszała skrzypienie drewnianej podłogi za
kaŜdym razem, kiedy przechodził koło drzwi.
- Powiedziałem ci, Ŝe to wszystko juŜ było, Karo, ale obiecuję, Ŝe
tamto juŜ się nie powtórzy. To Ŝycie przeŜyjemy zupełnie inaczej.
MoŜe dzieci urodziły nam się za wcześnie, ale to przecieŜ nigdy nie
stanowiło zasadniczego problemu. Nieszczęście polegało na tym, Ŝe
zamieniliśmy nasze Ŝycie w bezsensowną gonitwę i biegliśmy tak
szybko, Ŝe w końcu przestaliśmy dostrzegać siebie nawzajem. I na
tym właśnie polega róŜnica. Jeśli się wie, co moŜna stracić, to
człowiek lepiej tego pilnuje. O BoŜe! Nie wytrzymam! Jeszcze nie
skończyłaś?
- Jeszcze chwilę.
- NiezaleŜnie od tego, czy jesteś w ciąŜy, czy nie, zatrudnimy
pomoc domową, a ty wrócisz na studia.
Będziesz miała czas na wszystko, na co masz ochotę, Karo.
Musisz przestać nas rozpieszczać, musisz nauczyć się egoizmu. Nawet
gdybym miał cię do tego zmusić...
Zamilkł, kiedy Karen otworzyła drzwi łazienki. Bardzo ją
wzruszyło wszystko, co mówił, ale jego widok przyprawił ją niemal o
zawał serca. Głębokie zmarszczki na czole nie miały Ŝadnego związku
ze strachem przed ciąŜą... Ma mu bardzo wiele do powiedzenia, ale to
moŜe zaczekać.
Podeszła do niego i zarzuciła mu ręce na szyję. Przypomniała
sobie, ileŜ to razy stanowił jej jedyną podporę... Chciała, Ŝeby
wiedział, Ŝe teraz ona moŜe być podporą dla niego.
Gdy tylko poczuł na sobie dotyk jej rąk, zaczął ją obsypywać
gorącymi pocałunkami.
- Do licha! Myślałem, Ŝe juŜ cię straciłem. Znowu. Karo, nie
mogę cię znów stracić!
Ból w jego głosie przeraził ją, a jeszcze bardziej przeraŜająca była
ś
wiadomość, Ŝe to ona jest przyczyną tego bólu. Pocałowała go.
Najpierw delikatnie, a potem mocno.
Oszalałe serce Craiga powoli wracało do normy. A więc nie miała
zamiaru zniknąć. Wreszcie w to uwierzył. Uścisk, w którym trzymał
jej ramiona, rozluźnił się i przeszedł w pieszczotę. Wcale nie
próbowała od niego uciec. Kiedy wreszcie w to uwierzył, jej róŜowa
koszula nocna zsunęła się na podłogę i Craig przeniósł Karen przez
próg sypialni.
- Kocham cię - powiedziała. - Bardzo cię kocham.
Ale słowa to nie wszystko, to stanowczo za mało. Pomogła mu
pozbyć się ubrania. UłoŜył ją na ogromnym tapczanie i połoŜył się
obok niej zupełnie nagi. Wiedział, jak ją pieścić, ale po raz pierwszy
w Ŝyciu był taki spięty. Bał się i ten strach zabarwił jego pocałunki,
zdominował niespieszne pieszczoty.
- Nie odejdziesz, prawda? - wyszeptał.
-
Nie.
-
Nigdy?
-
Nigdy, kochany. Obiecuję.
-
Pieścili się, całowali, dawali sobie wszystko, co mieli
najlepszego. Nie zauwaŜyli, w którym momencie ich delikatne
pieszczoty przekształciły się w palące, nie kontrolowane poŜądanie.
Karen przypadkiem spojrzała w oczy Craiga. Mogłaby przysiąc, Ŝe
płomień tych oczu dociera prosto w głąb jej serca. PrzeŜywali teraz
zupełnie inną miłość, zupełnie nowe czary, biorące swój początek z
zaufania, wiedzy i szczerego, głębokiego uczucia. Dreszcz spełnienia
wstrząsnął całym jej ciałem, kiedy razem dosięgli szczytu. Potem
długo leŜała bez ruchu. Chciała na zawsze pozostać w jego ramionach.
Czuła się nierozerwalnie z nim związana. Craig leŜał obok niej,
wyciągnięty na skotłowanej pościeli, uśmiechnięty, z zamkniętymi
oczami. Miał prawo czuć zmęczenie. Przez pół nocy jechał tutaj, a
drugą połowę przedrzemał w niewygodnym fotelu. Musi się teraz
porządnie wyspać, pomyślała Karen i spróbowała ostroŜnie uwolnić
się z jego uścisku. Natychmiast przyciągnął ją z powrotem do siebie.
- Jeszcze z tobą nie skończyłem.
Groźba w jego głosie nie wydała jej się wcale straszna.
Wprawdzie był silnym męŜczyzną, ale teraz nawet nie miał siły
otworzyć oczu. Karen wtuliła się w niego. Spełniłaby kaŜde jego
Ŝ
yczenie.
- Nie załatwiliśmy tamtej sprawy... - zaczął.
-
Wiem - mruknęła. - Powinnam ci była od razu powiedzieć, co
wykazał test.
-
To akurat moŜe poczekać. Musimy omówić coś znacznie
powaŜniejszego.
Popatrzyła na niego. Wcale nie był taki zmordowany, jak
przypuszczała.
Otworzył oczy i nie odrywał od niej wzroku.
- PrzeŜyłem przez ciebie potworny tydzień, skarbie, a teraz
chciałbym się dowiedzieć, dlaczego. Myślałem, Ŝe oboje juŜ coś
uzgodniliśmy. Miało nie być Ŝadnych tajemnic.
-
Uzgodniliśmy, ale to zupełnie inna sprawa.
-
Dlaczego inna?
-
Bo ja się bardzo bałam - przyznała uczciwie.
- Nie obchodzi mnie, czy problem jest duŜy czy malutki, Karo.
Kiedy następnym razem się przestraszysz, pozwól mi bać się razem z
tobą. We dwoje zawsze raźniej.
-
Właśnie dlatego nie mogłam ci powiedzieć.
-
Wiesz, to zupełnie nie ma sensu...
- Dla mnie ma. - Spojrzała mu w oczy. - Craig... Ty zawsze
wyciągałeś mnie z "tarapatów, zawsze najlepiej na świecie potrafiłeś
rozwiązywać wszystkie problemy. Tym razem, po raz pierwszy,
odkąd cię poznałam, nie miałeś takiego obowiązku. Przez ostatni
tydzień bardzo duŜo o nas myślałam. Osiemnaście lat temu
ś
miertelnie powaŜnie traktowaliśmy Ŝycie. Dopiero teraz potrafimy
się naprawdę sobą cieszyć. Nie bawimy się w romans, tylko naprawdę
go przeŜywamy. - Próbował jej przerwać, ale połoŜyła mu palec na
ustach. - Znam cię, Reardon, i znam twoje rozbudowane poczucie
odpowiedzialności. Gdybyś wiedział, Ŝe jestem w ciąŜy, natychmiast
byś mi włoŜył obrączkę na palec. Nie miałam zamiaru zastawiać na
ciebie pułapki. Nie chciałam, Ŝebyś jeszcze raz w Ŝyciu musiał się dla
mnie poświęcać. Chcę, Ŝebyś mógł po prostu cieszyć się naszym
związkiem. Dopiero co zaczęliśmy się odnajdywać, na nowo
poznawać... Przeraziłam się, Ŝe moŜemy to wszystko stracić. Cholera!
Po prostu chcę, Ŝebyś był szczęśliwy. Tym razem Craig połoŜył jej
palec na ustach.
- Uwodziłem cię, gdzie się tylko dało: na strychu, w samochodzie
- powiedział miękko. - UŜywałem wszystkich niedozwolonych
sztuczek, Ŝeby cię tylko zdobyć. I to zanim jeszcze którekolwiek z nas
choćby przelotnie, pomyślało o dziecku. Dobra o tym wiesz. W
poniedziałek w moim biurze po prosiłem cię, Ŝebyś wyszła za mnie za
mąŜ. Wtedy takŜe nie myślałaś jeszcze o dziecku. O tym te; powinnaś
pamiętać.
- Pamiętam - szepnęła.
- MoŜliwe, Ŝe trochę przesadzam z tym chronieniem cię przed
ś
wiatem, ale coś mi się wydaje, Ŝe t] popadłaś w znacznie większą
przesadę, próbują* chronić mnie. - Przytulił ją mocniej. - Dziecko to
nie Ŝadna pułapka, skarbie. Jeśli nawet teraz nie zagnieździ* się w
tobie Ŝaden człowieczek, to na pewno zrobi to w ciągu najbliŜszych
kilku
miesięcy.
Oboje
przecieŜ
kochamy dzieci, chociaŜ to nie ma teraz nic do rzeczy. Chcę
dzielić z tobą Ŝycie, bo cię kocham, bo bez ciebie nic nie ma sensu, bo
jesteś tą najwłaściwszą połówką mojej duszy. Czy dotarło to wreszcie
do ciebie?
- Tak - szepnęła cichutko.
-
Niczego ci dotąd nie obiecywałem, ale teraz obiecuję. śaden
huragan, Ŝadne dziecko ani trzęsienie ziemi nie zmienią mojego
stosunku do ciebie. Chcę, Ŝebyś zawsze miała czas dla siebie, Ŝebyś
miała go dla mnie i obiecuję ci, Ŝe tak się stanie.
-
Wierzę ci. - Łzy zalśniły w jej oczach. To na pewno nie jest
zaślepienie... Tym razem zbudowali swoją miłość na granitowym
fundamencie. Craig ma te same co ona marzenia i potrzeby. Oboje
nauczyli się wreszcie, Ŝe to on jest najwaŜniejszy dla niej, a ona dla
niego. - Reardon - szepnęła. - Tym razem nam się uda.
-
Pewnie, Ŝe się uda... - Głos mu zadrŜał. - Kocham cię, Karo.
-
Ja teŜ cię kocham.
-
ś
adnych wątpliwości?
-
Ani jednej. - Pocałowała go. - Jeśli tamta propozycja małŜeństwa
jest jeszcze aktualna...
-
Jest aktualna. Zaoszczędzisz mi duŜo zdrowia, jeśli natychmiast
się zgodzisz. Szybko!
-
Tak, zgadzam się -powiedziała powoli. - Bardzo tego chcę.
Pocałował ją mocno, namiętnie, a potem obdarzył ją tym swoim
piekielnym, chłopięcym uśmiechem, przez który się w nim zakochała.
- A teraz, na miłość boską, czy byłabyś uprzejma wyjawić mi
wynik testu ciąŜowego, zanim zupełnie oszaleję?
-
Pokazało się niebieskie! - Roześmiała się.
-
Naprawdę niebieskie?
-
Naprawdę niebieskie.
AŜ krzyknął z radości. Ona teŜ zaczęła się śmiać. Potem ucichli, a
ich usta połączyły się w namiętnym pocałunku.
Ten pocałunek przypieczętował ich wspólną przyszłość. Kochali
się, pogubili, nauczyli się czegoś i odnaleźli się. Karen była zupełnie
pewna, Ŝe teraz z łatwością potrafią dotrzymać danego sobie słowa.