background image

Jak za dawnych 

Jak za dawnych 

Jak za dawnych 

Jak za dawnych 

lat

lat

lat

lat    

    

Jennifer Green 

 
 
 
 
 
Tytuł oryginału: Just Like Old Times 
Przekład: Krystyna Kozubal 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 
- Wiesz, tato, martwię się o mamę. 
Craig  Reardon  przykucnął  przy  kosiarce  do  trawy.  Sprawdził 

poziom oleju w silniku. 

- JuŜ o tym rozmawialiśmy, Julie - odrzekł. – Nie obchodzi mnie, 

co robi twoja matka. 

- Ale ona spotyka się z tym facetem... 
- To juŜ zupełnie mnie nie interesuje. Ciebie i twojego brata takŜe 

nie powinno. Wasza matka ma prawo Ŝyć tak, jak lubi. 

Znów trzeba dolać oleju do tej cholernej maszyny. Co za piekielny 

dzień! Wszystko się wali. Poszedł do szopki z narzędziami. Córka nie 
odstępowała go ani na krok. 

-

 

Tak,  ale  ten  facet  namówił  mamę,  Ŝeby  go  zabrała  na  weekend 

do naszej Chatki. 

-

 

Kochanie,  jak  długo  jeszcze  mam  ci  tłumaczyć?  Twoja  matka 

moŜe  się  spotykać  ze  wszystkimi  facetami  w  Colorado  Springs,  jeśli 
ma na to ochotę. To jedna z tych rzeczy, jakie moŜna bez ograniczeń 
robić po rozwodzie. 

Odwrócił  się  tyłem  do  oślepiającego  słońca  i  otworzył  nową 

puszkę oleju. 

-

 

Ale przedtem z nikim się nie spotykała - nudziła Julie. - Z nikim, 

tato. A ten facet jest bardzo natarczywy... 

-

 

Twoja  matka  na  pewno  sobie  poradzi.  Nawet  gdyby  musiała 

walczyć z bykiem na arenie, teŜ dałaby sobie radę. 

- Z tym facetem z pewnością sobie nie poradzi. 
Mówię ci, to naprawdę okropne. Jest o dwie tony cięŜszy od niej... 

Nie lubię go i boję się... 

-

 

Boisz się? Przestraszył cię czymś? - Craig podniósł głowę znad 

kosiarki. Zapomniał zupełnie o oleju i popatrzył badawczo na córkę. 

-

 

Czy ten bydlak dotknął cię choćby palcem? Coś ci powiedział? 

-

 

Mnie  nie.  Mamie.  Oszukuje  ją,  a  ona  wcale  tego  nie  widzi. 

Naprawdę  nie  powinna  z  nim  jechać  do  Chatki.  Tam  jest  zupełnie 
pusto, a wiesz przecieŜ, jaka naiwna jest nasza mama... 

 
- Twoja mama wcale nie jest naiwna. 
- On chyba chce jej coś zrobić - marudziła Julie. 

background image

-  Kochanie,  nikt  nie  zrobi  twojej  matce  niczego,  na  co  ona  nie 

pozwoli.  Nie  ma  takiej  moŜliwości.  Znokautuje  kaŜdego,  kto  tylko 
spróbuje ją skrzywdzić. 

- A ciebie juŜ kiedyś znokautowała? 
-

 

Tak.  -  Craig  spojrzał  groźnie  na  córkę.  -  Skończmy  wreszcie  tę 

rozmowę. Tyle razy ci mówiłem, Ŝe zawsze i o kaŜdej porze mogę z 
tobą  rozmawiać  na  wszystkie  tematy  oprócz  tego  jednego.  Nie 
będziemy rozmawiać o twojej matce. Jasne? 

-

 

Mamo,  w  tym  tygodniu  twoja  kolej  na  wyjazd  do  Chatki, 

prawda? 

-

 

Tak,  ale  wątpię,  czy  uda  nam  się  tam  wybrać,  Jonie.  Mam  tyle 

roboty  w  domu...  -  Karen  rzuciła  na  stół  torbę  z  zakupami  i  zdjęła  z 
ramienia  torebkę.  Co  za  dzień!  Kupiła  przecieŜ  coś  na  obiad,  ale  za 
nic nie moŜe sobie przypomnieć, co to takiego. 

- To dobrze. 
-  Tak?  Co  dobrze,  synku?  -  JuŜ  wie.  Kotlety  z  rusztu.  Tak,  to 

właśnie zaplanowała na obiad. Jeśli oczywiście uda jej się uruchomić 
opiekacz.  Kiedy  ostatnim  razem  uŜywała  tego  złomu,  opaliła  sobie 
grzywkę i o mało co nie podpaliła domu. 

-  To  dobrze,  Ŝe  tam  nie  jedziesz,  bo  tata  chyba  zapomniał,  Ŝe  to 

twoja kolej, i zaplanował sobie weekend w Chatce. 

- Tak? To w porządku. 
Chciała  podejść  do  lodówki,  ale  szesnastoletni  syn  zastąpił  jej 

drogę. Trzymał w dłoni karton mleka. 

-

 

Mówiłam ci sto razy, Ŝebyś nie pił z kartonu, Jonie Jacobie. Czy 

Julie jest jeszcze u ojca? 

-

 

Tak.  Wróci  o  siódmej.  On  w  tym  tygodniu  kogoś  tam  zabiera, 

mamo. Do Chatki. 

 
-

 

To miło. 

-

 

Kobietę. 

- To  miło  -  powtórzyła  nieprzytomnie  Karen.  Tym  razem 

skierowała się w stronę kredensu. Syn ponownie zastąpił jej drogę. 

- Nie obchodzi cię to? 
- Daj  spokój,  Jonie.  JuŜ  ci  tłumaczyłam,  Ŝe  twój  ojciec  jest 

wolnym człowiekiem. Ma prawo do własnego Ŝycia i sam decyduje o 

background image

tym, jak i z kim spędzi wolny czas. Nie musi o to pytać ani ciebie, ani 
Julie. I na pewno nie mnie. 

- No, a jeśli ma kłopoty? 
- Kłopoty to specjalność waszego ojca. Uwielbia je, ale doskonale 

potrafi  sobie  z  nimi  radzić.  Czy  moŜemy  uznać  ten  temat  za 
wyczerpany? 

-

 

Ona ma na imię Diedre. 

-

 

Jonie... 

-  To  prawdziwa  piękność.  Ma  długie  nogi,  włosy  do  pasa  i 

fantastyczną figurę... 

-

 

Jonathanie Jacobie... 

-

 

I jest młoda. 

 Młoda.  To  słowo  uŜądliło  jak  osa.  Karen  potarła  dłonią  czoło. 

Chyba  zaczyna  się  migrena.  -  Nie  chcę  więcej  o  tym  słyszeć  - 
oświadczyła stanowczo. 

- Gdzie podziały się te cholerne ziemniaki? PrzecieŜ niemoŜliwe, 

Ŝ

eby znów zapomniała je kupić. 

-

 

Zachowuje  się  zupełnie  w  porządku,  ale  wcale  nie  jest  w 

porządku,  mamo.  UŜywa  takich  mocnych  perfum,  Ŝe  aŜ  zatyka.  A 
paznokcie  ma  długie  jak  szpony.  -  Podniósł  ręce,  demonstrując 
klasyczną  pozycję  Draculi.  -  Jak  tylko  spojrzy  na  tatę,  zaraz  jej  się 
zapalają  w  oczach  dolary.  Nie  masz  pojęcia,  jak  go  usidliła.  Tata 
wcale się nie zorientował, co się dzieje. A wiesz, co ona powiedziała 
Julie? 

-

 

Nie,  i  wcale  mnie  nie  obchodzi,  o  czym  ta  osoba  rozmawia  z 

twoją  siostrą.  Uznajmy  tę  rozmowę  za  zakończoną.  Tym  razem 
ostatecznie. 

Przeklęta torba z ziemniakami wreszcie się znalazła. 
- Powiedziała Julie, Ŝe wróci z Chatki z obrączką na palcu. 
- Z obrączką? 
-

 

Powiedziała, Ŝe tata ją poprosi o rękę. 

Karen  wcale  nie  chciała  rzucić  torby  z  ziemniakami  na  blat.  Tak 

jakoś wyszło. Jak na złość, torba się rozdarła i ziemniaki rozsypały po 
całej kuchni. Odpowiednie zakończenie koszmarnego dnia. 

Z  kaŜdym  zakrętem  Karen  coraz  bardziej  oddalała  się  od 

cywilizacji.  W  górach  było  chłodniej  i  spokojniej.  Zniknęły  miasta, 

background image

drogi  zrobiły  się  węŜsze.  Jodły  i  świerki  porastały  strome  zbocza, 
okalając  zielonym  pierścieniem  szczyty  gór.  Powietrze  stało  się 
rzadsze i tak ostre, Ŝe zapierało dech w piersiach. Dostrzegła płynący 
w dolinie strumyk - takie malutkie, szybko poruszające się w promie-
niach słońca diamenty - znak, Ŝe była juŜ prawie na miejscu. 

Minęła ostatni zakręt. Przez drogę przebiegł jeleń. W tym miejscu 

szosa  się  skończyła.  Dzielące  ją  od  Chatki  pół  kilometra  jechała  juŜ 
wąskim  leśnym  duktem.  Wystarczyłby  moment  nieuwagi,  Ŝeby 
stoczyć się w stromą przepaść. 

Do  diabła  z  przepaścią.  Przejrzała  się  we  wstecznym  lusterku. 

Mimo bardzo pracowitego dnia udało jej się wczoraj wpaść jeszcze do 
fryzjera i kupić trochę nowych kosmetyków. 

Nie, wcale nie widać po niej zdenerwowania. Wygląda dokładnie 

tak,  jak  powinna  wyglądać  kobieta,  która  chce  spędzić  weekend  na 
łonie  natury.  Ubrała  się  w  koralową  koszulową  bluzkę,  bo  w  tym 
kolorze najbardziej jej do twarzy, i w spodnie koloru khaki, bo bardzo 
wyszczuplają. Dotknięte róŜem policzki sprawiały wraŜenie naturalnie 
zarumienionych,  błyszczące  wargi  dałoby  się  wytłumaczyć  obec-
nością  ochronnej  szminki,  a  odrobina  czarnego  tuszu  naturalnie 
przyciemniła  koniuszki  rzęs.  Nikt  przecieŜ  nie  wie,  Ŝe  na  co  dzień 
rzadko kiedy tak dobrze wyglądają. 

- Wspaniale - powiedziała do swego odbicia w lusterku. Mimo to 

piekielna  zmarszczka  wciąŜ  nie  i  chciała  zniknąć  z  czoła.  Całe  to 
gadanie  o  pewności  siebie  nie  pomoŜe  jej  wyglądać  młodziej  niŜ  na 
trzydzieści sześć lat. 

Od  czwartku  imię  „Diedre"  prześladowało  ją  jak  ból  zęba,  a 

wyobraźnia  upiększyła  jeszcze  opisaną  przez  Jona  kobietę.  Taka, 
która ma na imię Diedre, musi być wysoka, smukła i rozwiązła. Craig 
nie  traciłby  czasu  na  byle  kogo.  Ta  kobieta  jest  na  pewno  bardzo 
sprytna i fantastyczna w łóŜku. A przede i wszystkim młoda. 

Karen przygryzła wargę. ZbliŜała się do Chatki. 
Craig  juŜ  przyjechał,  jego  biały  dŜip  „Cherokee"  stał  przed 

gankiem. Pewnie jest tu od wczoraj. Z nią. 

Zatrzymała  samochód  tuŜ  za  dŜipem  Craiga  i  wyłączyła  silnik. 

Cała trzęsła się ze zdenerwowania. 

W  końcu  to  na  nią  przypada  kolej  korzystania  z  Chatki  w  tym 

background image

tygodniu,  więc  ma  wszelkie  prawo  znaleźć  się  tutaj.  Dzieci  zawiozła 
do  swoich  rodziców.  Przedtem  teŜ  często  wyskakiwała  sama  na  parę 
godzin  do  Chatki,  nie  ma  więc  Ŝadnego  powodu,  aby  Craig 
podejrzewał,  Ŝe  jej  pojawienie  się  tutaj  jest  czymś  niezwykłym.  W 
ostatniej  chwili  przypomniała  sobie  nawet  o  rekwizytach  i 
wyładowała  podróŜną  torbę  jabłkami,  wyglądała  więc,  jakby  w  nią 
zapakowano ubrania na dwa dni poza domem. Karen nie potrzebowała 
Ŝ

adnych  ubrań.  PrzecieŜ  nie  ma  zamiaru  zostać  tu  dłuŜej  niŜ  kilka 

minut.  Dokładnie  tyle  czasu,  ile  potrzeba  na  ustalenie,  Ŝe  to  Craig 
pomylił terminy, a nie ona, i na szybkie obejrzenie tej jego Diedre. 

Chwyciła torbę i wysiadła z samochodu. PrzecieŜ wszystkie matki 

poświęcają się dla dzieci. Tamta kobieta zupełnie nic ją nie obchodzi. 
Od roku są z Craigiem rozwiedzeni, więc jeśli jej były mąŜ ma ochotę 
zadawać  się  z  wyrachowaną  egoistką,  seksualną  Amazonką,  to  jego 
sprawa.  Ale  jeśli  ten  związek  okaŜe  się  trwały?  Jeśli  ta  kobieta 
zostanie macochą jej dzieci? Wtedy będzie miała wpływ na ich Ŝycie. 
Karen  chce  ją  tylko  zobaczyć.  Dla  dobra  dzieci.  Co  innego  w  takiej 
sytuacji moŜe zrobić matka? 

Wciągnęła  brzuch,  wyprostowała  plecy  i  ułoŜyła  twarz  w 

pogodnym  uśmiechu  pewnej  siebie,  dojrzałej  kobiety.  Dostanie 
zawału, jeśli okaŜe się, Ŝe jeszcze nie wstali. Jest juŜ prawie jedenasta. 
Bardzo się starała, Ŝeby nie przyjechać za wcześnie. 

Przeleciał  nad  nią  kruk  i  pomyślała  ponuro,  Ŝe  to  zły  znak. 

Przeświecające  przez  gałęzie  drzew  promienie  słońca  wyzłociły 
kamienistą  ścieŜkę.  Zbudowany  z  surowego  kamienia  dom  stał  na 
wzgórzu,  wznosząc  się  nad  urwiskiem.  Za  kilka  tygodni  poŜółkną 
osiki na podwórzu. 

W  tej  chwili  Karen  czuła  się  jak  bliska  kuzynka  tych  drzew. 

DrŜała,  serce  jej  waliło  jak  młotem,  dłonie  miała  wilgotne,  wzrok 
wlepiony w drzwi Chatki. 

Ten dom jest jedyną rzeczą, która ich jeszcze wiąŜe. Oboje są jego 

równoprawnymi 

właścicielami. 

Wprawdzie 

wszystkowiedzący 

adwokaci,  prowadzący  sprawę  rozwodową,  przez  wiele  miesięcy 
tłumaczyli  im,  jaka  to  skomplikowana  sytuacja  prawna.  Tyle,  Ŝe  ani 
ona,  ani  Craig  zupełnie  się  tym  nie  przejęli.  Dzieci  bardzo  kochały 
Chatkę i Ŝadne z rodziców nie chciało wyzbyć się prawa przywoŜenia 

background image

ich  tutaj.  Z  kalendarzem  w  ręku  opracowali  podział  weekendów,  tak 
Ŝ

eby  jedno  drugiemu  nie  przeszkadzało.  Podzielili  teŜ  między  siebie 

obowiązki  związane  z  dbaniem  o  dom.  Craig  nadzorował  układanie 
nowego  dachu  i  zawsze  zostawiał  na  następny  tydzień  drewno  na 
opał.  Karen  robiła  generalne  porządki  i  dbała  o  zaopatrzenie  domku. 
Słowem, cały ten układ funkcjonował znakomicie. MoŜe gdyby dzieci 
były starsze, podjęliby jakąś inną decyzję. 

Na  myśl  o  dzieciach  zebrała  się  w  sobie.  Zresztą  nie  ma  pojęcia, 

dlaczego jest taka zdenerwowana. PrzecieŜ za dziesięć minut juŜ jej tu 
nie będzie, a przez dziesięć minut wszystko moŜna wytrzymać. 

Przeszła  przez  szeroki,  kamienny  ganek.  Frontowe  drzwi  były 

uchylone,  ale  szyba  wewnętrznych,  oszklonych,  była  zupełnie 
nieprzezroczysta  i  nie  dało  się  przez  nią  nic  zobaczyć.  Zawahała  się, 
niepewna  co  ma  zrobić,  Ŝeby  wyglądać  naturalnie  w  nienaturalnej, 
nieetycznej  i  w  ogóle  paskudnej  sytuacji.  PrzecieŜ  szpieguje  byłego 
męŜa. 

Po raz setny usiłowała przekonać samą siebie, Ŝe nie znalazła się 

tu ze względu na Craiga, ale wyłącznie dla dobra dzieci. Energicznie 
zapukała  we  framugę  drzwi  -  raz,  ale  głośno.  Wsunęła  głowę  do 
ś

rodka. 

- Craig? - zaskrzeczała jak Ŝaba z chorym gardłem. 
- Craig? - powtórzyła. 
- Karen? 
Pomyślała, Ŝe jest przeziębiony, bo jego głos teŜ zabrzmiał bardzo 

dziwnie.  Jej  były  mąŜ  zazwyczaj  mówił  głębokim,  gardłowym 
tenorem,  a  teraz  odezwał  się  dziwnie  sztucznym,  zgrzytliwym 
barytonem. 

Weszła  do  mrocznego  wnętrza  wprost  z  jasnego  dnia  i  musiała 

przez  chwilę  przyzwyczajać  oczy.  Jednak  bardzo  szybko  zdała  sobie 
sprawę, Ŝe Craig dopiero przed chwilą wstał z łóŜka. Stał koło pieca z 
szufelką  w  dłoni,  odwrócony  po  usłyszeniu  jej  głosu.  Włosy  miał 
potargane, ubrany był jedynie w stare dŜinsy. 

Oderwała  wzrok  od  jego  opalonego,  nagiego  torsu  i  natychmiast 

zalała  Craiga  potokiem  słów,  które  wylatywały  jej  z  ust  szybciej  niŜ 
woda z górskiego źródełka. 

- O  BoŜe,  nie  wiem,  co  robić!  Zobaczyłam  twój  samochód  przed 

background image

domem. Nie miałam zielonego pojęcia, Ŝe ty tu będziesz. Sądziłam, Ŝe 
to moja kolej na weekend w Chatce... - W domku były dwie sypialnie 
z oknami wychodzącymi na przepaść. Drzwi do obydwu były otwarte. 
Dostrzegła  leŜący  na  podłodze  pusty  śpiwór.  Nie  było  na  nim 
najmniejszego  wybrzuszenia,  zdradzającego  obecność  zmysłowego 
damskiego  ciała.  Teatralnym  gestem  połoŜyła  rękę  na  sercu.  - 
Dałabym głowę. Słowo. 

Drzwi  do  łazienki  takŜe  były  uchylone,  ale  i  tam  nie  zauwaŜyła 

najmniejszego  ruchu.  W  Ŝadnej  innej  części  domku  nie  dałoby  się 
nikogo  schować.  Pokój  dzienny  był  ogromny;  właściwie  był  to  i 
pokój,  i  kuchnia.  W  jednym  jego  końcu  ustawiono  kominek,  a  w 
drugim  -  piec  na  drewno.  Pomiędzy  wyłoŜonymi  dębową  boazerią 
ś

cianami  były:  ogromna  kanapa,  kilka  lekkich  krzeseł,  indiańskie 

naczynia  i  tkaniny  oraz  antyczny  stolik  do  gier,  na  którym  zwykle 
rozgrywali  partie  szachów.  Na  krześle  wisiała  męska  koszula,  ale 
nigdzie  nie  dostrzegła  ani  śladu  kobiety.  W  kuchennej  części 
pomieszczenia  wisiały  rondle  i  garnki.  Drzwi  od  schowka  były 
wprawdzie  zamknięte,  ale  Karen  doskonale  wiedziała,  Ŝe  jest  tak 
zapakowany  sprzętem  sportowym  i  ubraniami,  Ŝe  Ŝadne  ciało  juŜ  by 
się tam nie wcisnęło. 

- Cholera!  -  Craig  uderzył  się  dłonią  w  czoło.  –  To  przecieŜ  twój 

weekend!  Chyba  pomyliłem  daty.  Miałem  koszmarny  tydzień.  Tyle 
roboty. Po prostu nie spojrzałem w kalendarz. Bardzo przepraszam. - 
W porządku, nic się nie stało. Szczerze mówiąc, chętnie wyjadę. I tak 
nie  powinnam  była  tu  przyjeŜdŜać.  Mam  tylko  kilka  godzin  i 
zostawiłam dzieci u ojca, a... 

- Czy coś ci się stało w szyję, Karen? 
-

 

W szyję? - Dotknęła jej dłonią, ale Craig juŜ na nią nie patrzył. 

Jego  spojrzenie  biegało  gdzieś  za  jej  plecami:  w  prawo,  w  lewo  i 
wreszcie  skierowało  się  na  oszklone  drzwi.  Z  jej  szyją  nic  złego  się 
nie działo, za to Craig kręcił swoją jak wszędobylski struś. - Szukasz 
czegoś? 

-

 

Czy  szukam  kogoś?  -  Zesztywniał  nagle.  -  Dlaczego  miałbym 

szukać kogoś? 

-

 

Nie pytałam, czy szukasz kogoś. - Nieco zbita z tropu, odgarnęła 

grzywkę z czoła. - Pytałam, czy szukasz czegoś. 

background image

-

 

Niczego  nie  szukam.  Właśnie  robiłem  śniadanie.  Przyjechałem 

tu wczoraj wieczorem, zaraz po pracy, i... Naprawdę coś z twoją szyją 
nie w porządku. Naciągnęłaś sobie mięsień? 

-

 

Co  mówiłeś?  -  Gdzie  moŜe  być  ta  cholerna  baba?  Jedyne  buty, 

jakie  stały  w  sieni,  to  ogromna  męska  dziewiątka.  MoŜe  poszła 
popływać?  Nie,  Craig  nie  puściłby  jej  samej.  Nurt  górskiej  rzeki  jest 
zbyt  wartki,  a  woda  lodowato  zimna.  Łatwo  o  skurcz.  Karen 
przypomniała sobie, jak wymknęła się kiedyś z domu, Ŝeby popływać, 
a Craig z wrzaskiem puścił się za nią wąwozem obiecując, Ŝe obedrze 
ją ze skóry. Do dziś to pamięta... 

-  Jeśli  zostawiłaś  coś  w  samochodzie,  to  moŜesz  to  bez  obaw 

przynieść. 

Znów  popatrzyła  na  niego  badawczo.  Na  pewno  coś  mu  dolega. 

Jej były mąŜ nigdy w Ŝyciu nie mówił takim głębokim barytonem. 

- Zabrałam  ze  sobą  tylko  tę  torbę.  Przyjechałam  na  parę  godzin. 

Nawet  gdybym  zostawiła  coś  w  samochodzie,  i  tak  bym  tu  tego  nie 
przynosiła.  Powiedziałam  ci  przecieŜ,  Ŝe  zaraz  wyjeŜdŜam.  Mam 
mnóstwo  roboty  w  domu  i  nie  widzę  powodu,  dla  którego  ty  nie 
miałbyś tu zostać... Czego szukasz? 

-

 

Jego - wymknęło mu się. 

-

 

Jakiego jego? O kim ty mówisz? 

- O  nim,  Karen.  Do  diabła!  -  Podszedł  do  drzwi  i  otworzył  je 

gwałtownym ruchem. 

Stanęła  obok  niego  i  oboje  wyjrzeli  na  dwór.  Słońce  świeciło, 

lekki  wietrzyk  poruszał  wierzchołkami  drzew,  przez  podwórko 
przebiegła wiewiórka. Poza tym nigdzie nie było widać najmniejszego 
ruchu. 

-

 

Nie  przywiozłaś  tu  nikogo?  -  Craig  najwyraźniej  kogoś 

wypatrywał. 

-

 

Nie,  nikogo  nie przywoziłam.  Dlaczego  miałabym  kogokolwiek 

tu  przywozić?  JuŜ  ci  mówiłam,  Ŝe  zostawiłam  dzieci  u  moich 
rodziców...  -  urwała  i  zapytała  obojętnie:  -  a  moŜe  ty  kogoś  tu 
przywiozłeś? 

-

 

Nie.  -  Craig zatrzasnął  oszklone drzwi.  -  Przyjechałem  zupełnie 

sam.  Czy  jest  jakiś  powód,  który  kaŜe  ci  przypuszczać,  Ŝe  ktoś  tu  ze 
mną jest? 

background image

- O BoŜe! Pewnie, Ŝe nie. Nawet mi to nie przyszło do głowy. Po 

prostu  usiłuję  podtrzymać  rozmowę.  W  końcu  mogłeś  tu  kogoś 
zaprosić  i...  -  Głos  jej  się  załamał  i  oklapła  jak  przekłuty  balonik. 
Nagle  zdała  sobie  sprawę,  Ŝe  stała  bardzo  blisko  byłego  męŜa.  Z 
trudem  przełknęła  ślinę.  Odsunął  się  od  niej  tak  szybko,  jak  ona  od 
niego,  jednak  po  raz  pierwszy  spojrzał  jej  prosto  w  oczy.  Serce  jej 
zatrzepotało  niespokojnie.  Nie  uśmiechał  się,  ale  w  jego  brązowych 
oczach zabłysły wesołe iskierki. 

-

 

O co tu chodzi? - mruknął. 

-

 

Nie wiem. - Wciągnęła głęboko powietrze. 

- Czy nie wydaje ci się, Ŝe źle się dzieje w państwie duńskim? 
Skinęła głową. 
- Myślałaś, Ŝe jestem tu z jakąś kobietą? 
Niech go szlag trafi! Craig potrafi być dociekliwy. 
-

 

Dobrze  wiem,  Ŝe  to  nie  moja  sprawa  -  odrzekła  wymijająco  -  i 

jest  mi  bardzo  przykro.  Słowo  honoru.  Bardzo  cię  przepraszam,  Ŝe 
wtykam  nos  w  twoje  prywatne  sprawy.  Czuję  się  okropnie  i  bardzo 
głupio. Ale Jon powiedział... 

-

 

Karen - przerwał Craig. Tym razem był to jego normalny, dobrze 

jej  znany  głos.  Dziwaczny  baryton  zniknął  jak  zły  sen  -  Julie 
powiedziała mi, Ŝe przyjedziesz tu na weekend z jakimś męŜczyzną. 

Zapadło głuche milczenie. 
-

 

Nie rozumiem - odezwała się wreszcie. - Nie mam pojęcia... Po 

co Julie miałaby ci mówić coś takiego? 

-

 

Powiedziała mi takŜe, Ŝe ten facet jest niebezpieczny, Ŝe wpadłaś 

po uszy i Ŝe ona się go boi. 

-

 

To  śmieszne.  -  Potrząsnęła  głową,  ale  nie  udało  jej  się  ukryć 

zakłopotania,  które  oblepiło  ją  jak  pajęczyna.  -  Nie  jestem  w  nikim 
zakochana.  Nawet  nie  spotykam  się  z  nikim  od...  -  Wciągnęła 
powietrze.  -  NiewaŜne.  Jon  powiedział  mi,  Ŝe  ta  Diedre  to  niezły 
numer,  Ŝe  jest  bardzo  pazerna i robi  z tobą,  co  chce.  To,  oczywiście, 
nie moja sprawa, ale wyglądało na to, Ŝe on jej nie lubi i Ŝe bardzo się 
denerwuje, więc zaczęłam się bać... 

- Diedre? - W jego tonie było coś dziwnego. 
-

 

Rozumiem,  Ŝe  Jon  Jacob  trochę  przesadził  z  tymi  twoimi 

natychmiastowymi zaręczynami? 

background image

-

 

Nasz syn wymyślił sobie to wszystko od początku do końca. Nie 

znam  Ŝadnej  Diedre.  Nigdy  w  Ŝyciu  nie  spotykałem  się  z  Ŝadną 
Diedre. Nawet nie spotkałem kobiety, która miałaby tak na imię. 

Karen przypomniała sobie, jak w pierwszej klasie wywaliła się jak 

długa  na  szkolnej  zabawie.  Teraz  wstydziła  się  jeszcze  bardziej  niŜ 
wtedy. 

- Zupełnie  nie  wiem,  co  dzieci  chciały  w  ten  sposób  osiągnąć  - 

powiedziała z namysłem - ale zabiję jedno i drugie, jak tylko wrócę do 
domu. 

-

 

Najlepiej otruj - zaproponował. 

-

 

Raczej uduszę. 

-

 

To dobry pomysł - zgodził się. - Jadłaś śniadanie? 

-

 

Słucham? 

- Czy  jadłaś  śniadanie?  Właśnie  miałem  zrobić  sobie  coś  do 

jedzenia,  a  ty  przecieŜ  dwie  godziny  spędziłaś  za  kierownicą.  Zrób 
sobie  małą  przerwę,  zanim  znów  wsiądziesz  do  samochodu.  Wypij 
chociaŜ filiŜankę kawy... 

Propozycja była tak zaskakująca, Ŝe Karen miała wątpliwości, czy 

jest szczera. 

- Naprawdę, nie chciałabym ci przeszkadzać. 
- Wcale  mi  nie  przeszkadzasz.  Poza  tym  powinniśmy  wspólnie 

zadecydować, co zrobić z naszymi pociechami. 

Uśmiechnęła  się  leciutko.  Ta  sytuacja  wprawiła  ją  w  nie  lada 

zakłopotanie, ale przynajmniej Craig teŜ nie czuje się zbyt swobodnie. 
Spokojnie  moŜe  zostać  kilka  minut,  szczególnie  Ŝe  mają  całkiem 
bezpieczny temat do rozmowy. Zawsze doskonale się rozumieli, kiedy 
chodziło  o  dzieci,  chociaŜ  zwykle  rozmawiali  o  tym,  co  zrobić,  Ŝeby 
im  było  dobrze.  Wspólne  omawianie  najbardziej  dotkliwego  sposobu 
zamordowania  ukochanych  latorośli  wydało  się  Karen  niesłychanie 
zabawną  zmianą  sytuacji.  W  końcu  przyjechała  tu  tylko  dla  dobra 
dzieci. 

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 
Na  śniadanie  były  naleśniki  z  jagodami.  Karen  zjadła  siedem, 

Craig - pięć. Siedziała przy stole z jedną nogą podwiniętą pod siebie i 
z apetytem pochłaniała swoją ulubioną potrawę. 

-

 

Chyba  ze  sto  razy  rozmawiałam  z  nimi  o  rozwodzie  - 

powiedziała. 

-

 

Ja  teŜ.  Wiem,  jak  trudno  im  przywyknąć  do  nowej  sytuacji,  ale 

nie przypuszczałem, Ŝe chcą nas ponownie połączyć. 

-

 

Sądzisz,  Ŝe  po  to  właśnie  wymyślili  te  historyjki?  śebyśmy 

oboje znaleźli się tutaj tego samego dnia? 

-

 

No pewnie, Karo. A o cóŜ innego mogłoby chodzić? 

Przelotnie  spojrzała  mu  w  oczy,  a  potem  szybko  wbiła  wzrok  w 

filiŜankę  z  kawą.  Zupełnie  niechcący  powiedział  do  niej  „Karo".  Ot, 
wyrwało mu się to uŜywane kiedyś zdrobnienie. 

Craig  zerwał  się  od  stołu  i  szybko  wstawił  patelnię  do  zlewu. 

Przyjazd  tutaj  i  ratowanie  byłej  Ŝony  przed  jakimś  rozpustnym  Don 
Juanem  to  jeden  z  jego  najgłupszych  pomysłów.  Zawsze  celował  w 
wykonywaniu  najgłupszych  na  świecie  ruchów,  kiedy  w  grę 
wchodziła  Karen.  W  dniu,  w  którym  podpisali  dokumenty 
rozwodowe, w zasadzie stracił prawo zajmowania się nią. ToteŜ wcale 
się  nią  nie  zajmował...  Do  czasu,  gdy  ich  piętnastoletnia  córka  nie 
opisała mu tego typa, z którym Karen się zadaje. Nikt, Ŝadna kobieta 
na  świecie  nie  była  bardziej  nieodporna  na  niewłaściwych  facetów, 
niŜ jego była Ŝona. Zawsze tak było. 

Kiedy  jechał  tu  wczoraj  wieczorem,  osaczyły  go  wspomnienia. 

Dobrze,  aŜ  za  dobrze  pamiętał  chwilę,  w  której  zobaczył  ją  po  raz 
pierwszy. To było pierwszego dnia w szkole na lekcji historii. Weszła 
do  klasy  i  usiadła  obok  Ricka  Willminga,  z  którym  wtedy  chodziła. 
Craig od razu wpadł po uszy. Była najpiękniejszą dziewczyną, jaką w 
Ŝ

yciu  widział.  Wszystko  wokół  niej  lśniło  złotem:  jej  włosy  koloru 

miodu,  opalona  skóra.  Ale  Kara  nie  zwracała  na  niego  uwagi.  Udało 
mu się pozbyć Willminga. NaleŜała do klubu dyskusyjnego, więc i on 
się tam zapisał. WciąŜ jednak traktowała go obojętnie. 

Był  gwiazdą  futbolu.  Wszystkie  dziewczyny  za  nim  szalały,  ale 

nie Karen. MoŜe dlatego, Ŝe miał opinię brutala. Chyba trochę się go 
bała,  więc  się  zmienił.  Zachowywał  się  grzecznie  jak  harcerz. 

background image

Odprowadzał ją do domu, nosił za nią teczkę z ksiąŜkami, dzwonił do 
niej co wieczór, ale nigdy - ani słowem, ani czynem - nie dał po sobie 
poznać,  Ŝe  w  jego  Ŝyłach  płynie  gorąca  krew.  Po  miesiącu,  a  był  to 
najdłuŜszy miesiąc w całym jego Ŝyciu, zgodziła się wreszcie wyjść z 
nim wieczorem. Raz, na próbę, i tylko do kina. I to pod warunkiem, Ŝe 
wróci do domu przed dziesiątą. Zabrał ją na film Walta Disneya. A co 
innego  mógł  zaryzykować?  Pięć  minut  po  dziesiątej  przed  drzwiami 
jej rodzinnego domu pocałował ją na dobranoc. Był to bez wątpienia 
najdelikatniejszy  i  najbardziej  niewinny  pocałunek  w  jego  Ŝyciu. 
Słowo  harcerza,  Ŝe  tylko  przypadkiem  musnął  dłonią  jej  pierś. 
Uderzyła go. Dostał prosto w oko małą, złotą piąstką... 

- Craig, zostało jeszcze trochę kawy. Chcesz? 
Podniósł  głowę.  Karen  zbierała  naczynia  ze  stołu  i  stała  teraz  za 

nim z dzbankiem w ręku. 

-

 

Nie, dziękuję. Nie musisz tego robić. 

-

 

CzyŜbyś nie zauwaŜył, Ŝe zjadłam tyle samo co ty? Jeśli chcesz 

pozmywać, to ja po wycieram. - Uniosła głowę. - Czym się martwisz? 
WciąŜ myślisz o dzieciach? 

- Niezupełnie  -  odparł.  -  Szczerze  mówiąc,  myślałem  o  pewnej 

przejaŜdŜce  kajakiem  bardzo  dawno  temu  i  o  chłopcu,  popisującym 
się przed swoją dziewczyną opanowaniem i zręcznością, z jaką radził 
sobie ze wzburzoną wodą. 

Opuściła głowę, a promienie słońca ozłociły jej włosy. 
- O ile dobrze pamiętam, zmokliśmy wtedy trochę - mruknęła. 
Wcale  nie  trochę.  Oboje  byli  przemoczeni  do  suchej  nitki.  Kajak 

odpłynął,  a  oni  wylądowali  na  jakimś  brzegu,  nie  wiadomo  gdzie. 
Innym  razem  namówił  ją  na  wagary  i  urządzili  sobie  piknik.  Jednak 
wszystko  się  wydało,  a  potem  przez  tydzień  za  karę  zostawali  po 
lekcjach  w  szkole.  Następnym  razem  zebrał  trochę  pieniędzy,  Ŝeby 
zaprosić  ją  na  elegancką  kolację.  Jednak  właśnie  tego  dnia  lało  jak  z 
cebra, a jego stuletni gruchot złapał gumę. Jej ulubiona biała sukienka 
pobrudziła się smarem, a co gorsza, starzy zrobili awanturę, Ŝe Karen 
spóźniła się do domu. 

Karen  nigdy  nie  miała  Ŝadnych  kłopotów...  dopóki  nie  poznała 

Craiga. Kochali się po raz pierwszy tego wieczoru, kiedy postanowił, 
Ŝ

e tym razem randka musi się udać. Wtedy juŜ nie biła go po twarzy i 

background image

nie  waliła  po  łapach.  Stało  się  to  zimą,  podczas  mroźnej  zamieci 
ś

nieŜnej,  a  na  tylnym  siedzeniu  jego  samochodu  było  bardzo  ciasno. 

Starał  się  zachować  spokój  i  robić  wszystko,  jak  trzeba.  Ale  nie 
wiedział, jak to trzeba robić, a był tak zwariowany na jej punkcie, Ŝe 
w ogóle nie mógł myśleć. Sprawił jej ból. BoŜe, wcale tego nie chciał! 
O mało nie umarł, kiedy zaczęła płakać. 

Karen wytarła ostatni talerz. 
- Prawie skończone. - Uśmiechnęła się do niego, a potem szybko 

odwróciła głowę. 

Craig czuł, Ŝe ta sytuacja coraz bardziej ją krępuje. To jego wina. 

Powinien  z  nią  rozmawiać,  choćby  o  głupstwach,  zamiast 
rozpamiętywać  stare  dzieje.  Bardzo  długo  nie  był  z  nią  sam  na  sam. 
Albo były z nimi dzieci, albo nie byli razem. 

Od  lat  na  nią  nie  patrzył.  To  znaczy,  nie  przyglądał  jej  się  tak 

naprawdę.  Znał  dobrze  tamtą  siedemnastoletnią  dziewczynę,  którą 
kiedyś  była,  ale siedząca  obok  niego  kobieta  wydała  mu  się  zupełnie 
obca.  To  przykre  -  wcale  jej  nie  zna.  Koralowa  koszula  i  sportowe 
spodnie  podkreślały  jej  wspaniałą  figurę.  Nawet  zupełnie  zwyczajne 
ubranie  potrafi  nosić  z  wdziękiem.  Ma  wrodzone  poczucie  elegancji. 
Jej  twarz  zachowała  ten  sam  delikatny  owal  i  klasyczne  rysy,  ale  na 
czole  pojawiły  się  pierwsze  zmarszczki.  Porusza  się  jak  dojrzała 
kobieta,  z  taką  pewnością  siebie,  jakiej  nigdy  nie  miała  nastoletnia 
Karen. Nie ma pojęcia, co mogłoby ją teraz rozbawić. Nie wie nawet, 
czy nadal uwielbia galaretki owocowe, i wcale nie chce wiedzieć, czy 
w  łóŜku  z  innym  męŜczyzną  jest  tak  samo  wspaniała,  jak  kiedyś  z 
nim. 

Wcale jej nie zna. Jest jeszcze piękniejsza, niŜ była. WciąŜ złota - 

od prostych włosów do skóry o miodowym odcieniu - a jej niebieskie 
oczy  to  wciąŜ  oczy  tamtej  delikatnej  dziewczyny,  którą  kiedyś 
pokochał. Tamta dziewczyna wierzyła w niego, ufała mu i szła za nim 
wszędzie  -  niezaleŜnie  od  tego,  jakie  kłopoty  sprowadzał  na  nich 
oboje - bo go kochała. Dawno, dawno temu Karen kochała i poŜądała 
go ponad wszystko na świecie. BoŜe, aleŜ oni się kochali... 

Przeszył  go  ostry  i  dobrze  znany  ból.  Gdzie  to  zgubili?  Jakim 

cudem  dwoje  ludzi  moŜe  zgubić  tak  rzadką,  tak  wyjątkową  i 
wspaniałą miłość? 

background image

Karen odłoŜyła ścierkę. 
-  Gotowe  -  powiedziała  radośnie.  -  Śniadanie  było  wspaniałe. 

Serdeczne  dzięki,  ale  na  mnie  juŜ  czas.  Nie  martw  się  o  dzieci. 
Pogadam z nimi. 

- Ja teŜ. 
- Okay. 
-  MoŜe  powinniśmy  uzgodnić  sposób  postępowania.  To  chyba 

jedna  z  tych  spraw,  w  których  musimy  zaprezentować  wspólne 
stanowisko. 

Karen skinęła głową, ale popędziła do wyjścia, jakby jakiś potwór 

deptał jej po piętach. Na pewno wybiłaby szybę, gdyby szklane drzwi 
były zamknięte na klucz. Na szczęście nie były i wystarczyło je tylko 
lekko  pchnąć.  Jej  stopy  ledwie  musnęły  podłogę  ganku,  jakby  nie 
mogły  się  zatrzymać  w  biegu.  Usłyszała  za  sobą  kroki  Craiga. 
Najwyraźniej  miał  zamiar  odprowadzić  ją  do  samochodu.  Wolałaby, 
Ŝ

eby tego nie robił. 

Krew  tętniła  jej  w  Ŝyłach.  Nerwy  miała  napięte  jak  postronki. 

Ś

niadanie  przebiegło  w  miłej  atmosferze  i  to  jej  wina,  Ŝe  nastrój  tak 

się zmienił. To ona zamilkła i zamiast podtrzymywać konwersację po-
zwoliła,  Ŝeby  zapadła  głucha  cisza.  A  potem  ta  cisza  rozrosła  się  w 
mur nie do pokonania. Przynajmniej w jej odczuciu. 

Nagle przyszła jej do głowy szokująca myśl, Ŝe jadła śniadanie z 

zupełnie  obcym  człowiekiem.  Craig  nie  był  juŜ  tym  chłopcem,  w 
którym  się  zakochała  i  za  którego  wyszła  za  mąŜ.  Zupełnie  nie  zna 
tego  wysokiego  męŜczyzny  o  szerokich  barach  i  namiętnych, 
czarnych oczach. 

IleŜ to lat temu ostatni raz patrzyła na Craiga? Naprawdę patrzyła 

na  niego?  Zawsze  był  bardzo  wysoki,  szczupły,  muskularny.  Teraz 
jednak  jego  twarz  poprzecinały  zmarszczki,  nabyte  wraz  z  do-
ś

wiadczeniem Ŝyciowym, a w ciemnoblond włosach pojawiły się nitki 

siwizny. W ruchach znać było spokojną siłę i onieśmielającą pewność 
siebie. Craig jako młodzieniec odznaczał się wybujałym temperamen-
tem,  nad  którym  zupełnie  nie  panował.  Dorosły Craig  teŜ  był  bardzo 
pociągający.  Wiedziała,  Ŝe  niewielu  męŜczyzn  mogło  się  z  nim 
zmierzyć w interesach, za to setki kobiet z radością wyzwałyby go na 
pojedynek w łóŜku. 

background image

Jej stopy prawie nie dotykały trawy. 
Skoro zaczęła sobie wyobraŜać byłego męŜa w łóŜku, to znak, Ŝe 

najwyŜszy  czas  stąd  wyjechać.  Co  gorsza,  te  wyobraŜenia 
skonkretyzowały  się  w  wizję  jedwabnych  prześcieradeł  i  jej  samej  w 
łóŜku  Craiga.  Uświadomiła  sobie  nagle  swoje  potrzeby  seksualne  i 
przeraziła się samej siebie. Dzięki Bogu, Craig nie zdaje sobie z tego 
sprawy.  Musi  natychmiast  uciec  od  byłego  męŜa.  Teraz.  Szybko.  Z 
prędkością odrzutowca. Gdyby tylko umiała latać... 

To miało juŜ nigdy nie sprawiać bólu. Przysięgała sobie, przecieŜ 

przysięgała,  Ŝe  nie  pozwoli,  Ŝeby  ją  jeszcze  kiedyś  bolało.  Zarówno 
jemu,  jak  i jej  rozwód  przyniósł  ulgę  i  wytchnienie.  Nie  będzie teraz 
reanimować  związku,  który  przysporzył  jej  tak  wiele  bólu.  On  na 
pewno  teŜ  nie  ma  na  to  ochoty.  Więc  dlaczego  wciąŜ  kołaczą  się  po 
głowie pytania, na które nigdy nie dostała odpowiedzi? Dlaczego boli, 
jakby  to  była  świeŜa,  otwarta  rana?  Gdzie  się  podziała  ich  miłość? 
Jakim  cudem  dwoje  ludzi  mogło  gdzieś  zapodziać  tak  wielkie 
uczucie? Dobiegła do samochodu zasapana, bez tchu. 

- Karen, czyŜbym nie zauwaŜył poŜaru? 
Weź się w garść, przywołała się do porządku. Zachowujesz się jak 

zupełna idiotka. 

-  Nie  ma  Ŝadnego  poŜaru  -  powiedziała  wesoło.  -  Po  prostu 

przypomniałam sobie, Ŝe czeka mnie długa podróŜ. Muszę wracać do 
dzieci.  -  Chromowana  damka  drzwiczek  samochodu  była  tuŜ,  tuŜ. 
Ratunek na odległość wyciągniętej ręki. 

Gdyby  tylko  Craig  nie  stał  jej  na  drodze...  Słońce  muskało  jego 

brązowe ramiona i opaloną szyję. Wcale nie miała zamiaru patrzeć mu 
w oczy, ale jak tu walczyć z polem magnetycznym. Jego przenikliwe 
spojrzenie  padło  na  pobladłą  twarz  Karen.  Dreszcz  przebiegł  jej  po 
plecach. 

- Czy powiedziałem coś, co sprawiło ci przykrość? - 

zapytał 

cicho. 

-

 

O  BoŜe,  nie.  Wcale  nie  jest  mi  przykro,  tylko  po  prostu  muszę 

juŜ jechać... 

-

 

Rozumiem,  Karo.  Tak  bardzo  się  spieszysz,  Ŝe  zapomniałaś 

zabrać torbę. 

Nie  zauwaŜył,  Ŝe  niechcący  znów  powiedział  do  niej  „Karo". 

background image

Udała, Ŝe nie usłyszała. 

- O  rany!  Gdzie  ja  mam  głowę!  Dzięki.  –  Wyciągnęła  rękę  po 

torbę. Craig podniósł ją, by podać Karen, i o mało nie wyłamał sobie 
ręki. 

-

 

Co ty tam masz? - spytał zaciekawiony. 

-

 

Nic. 

-

 

Coś się tam w środku rusza. Coś okrągłego... 

- Dotknął zniszczonego materiału i popatrzył na nią pytająco. 
Jedną z najgorszych przywar Craiga zawsze była i zawsze będzie 

niepohamowana ciekawość. 

- Jabłka - powiedziała cicho Karen. 
- Jabłka? Chyba sobie ze mnie Ŝartujesz. – Otworzył torbę i zajrzał 

do środka. - Rzeczywiście, jabłka - 

stwierdził. 

Dostrzegła  w  kącikach  jego  ust  cień  tego  piekielnego  uśmiechu, 

tak bardzo chłopięcego, prowokującego do grzechu... To był ten sam 
niebezpieczny  uśmiech,  który  tak  draŜnił  jej  zmysły  przed  milionami 
lat. Jakim cudem wciąŜ tak na nią działa? 

- To zupełnie logiczne, Ŝe włoŜyłam tam jabłka -  powiedziała. 
- Wiec  mi  wytłumacz,  bo  umieram  z  ciekawości.  -  Gdybym 

zapakowała  ubrania,  to  by  się  pogniotły.  A  jabłka,  no  wiesz, 
wyglądają  tak,  jakby  torbę  wypełniały  rzeczy  na  dwa  dni.  -  Jasna 
cholera,  policzki  ma  juŜ  czerwone  jak  burak.  -  Okay,  okay,  złapałeś 
mnie.  Kłamałam.  Wiedziałam,  Ŝe  tu  będziesz,  i  wcale  nie  miałam 
zamiaru zostać. PrzecieŜ miałeś tu przyjechać z kobietą. 

Jakieś  tajemnicze  ogniki  zabłysły  w  jego  oczach.  Przez  otwarte 

okno wrzucił torbę na tylne siedzenie samochodu. 

-

 

JuŜ  prawie  zapomniałem  o  tej  Daphne  -  powiedział,  nie 

spuszczając oczu z Karen. 

-

 

Diedre  -  poprawiła.  -  A  jak  juŜ  dopadnę  tego  twojego  syna,  to 

poŜałuje, Ŝe w ogóle wymyślił to imię. 

-

 

A  czy  twój  syn  nie  wspomniał  przypadkiem,  jak  ta  Diedre 

wygląda? - zapytał, powstrzymując uśmiech. 

-

 

Wspaniałe  ciemne  włosy,  długie  do  pasa  -  mówiła  Karen  z 

oczami  wzniesionymi  do  nieba  -  nogi  aŜ  do  szyi.  Długie  paznokcie. 
Wysoka.  Opisał  mi  ją  jako  dziewczynę  z  okładki.  Jak  teraz  o  tym 
myślę,  to  wiem,  Ŝe  powinna  mnie  zastanowić  przedwcześnie 

background image

rozbudzona  wyobraźnia  erotyczna  naszego  szesnastoletniego  syna. 
Ale  tak  o  niej  mówił,  jakby  ta  Diedre  była  okropnie  przebiegłą, 
wyrachowaną egoistką i... - urwała nagle - muszę juŜ jechać. 

 
-

 

Karo... 

-

 

Naprawdę muszę jechać - powiedziała stanowczo. 

- MoŜesz jechać, ale za chwilę. Najpierw muszę ci podziękować. 
- Podziękować? 
- Narobiłaś sobie mnóstwo kłopotów. Musiałaś zapakować jabłka, 

jechałaś taki kawał drogi... Wygląda na to, Ŝe Jon Jacob odmalował ci 
prawdziwą wiedźmę połykającą męŜczyzn. 

-  Nie  -  potrząsnęła  głową.  -  Opowiadał  o  pięknej  kobiecie,  a  ja 

zupełnie nie powinnam była się w to wtrącać. - Martwiłaś się o mnie. 

- Wcale nie. 
- Martwiłaś się - powtórzył cicho - i jestem ci za to wdzięczny. 
Wcale  nie  oczekiwała  tego  i  Craig  najpewniej  teŜ  nie  mógł 

przewidzieć, co zrobi. Powoli zbliŜył rękę do jej twarzy, pogładził ją 
po  policzku,  a  po  chwili  jego  dłoń  ześlizgnęła  się  na  szyję  Karen. 
Zobaczyła jego ciemne oczy, w których odbijało się słońce. A potem 
poczuła jego usta. Delikatniejsze niŜ szept. Leciutko musnął jej wargi. 
Nie był to zawadiacki, prawie brutalny pocałunek chłopca ani dobrze 
znane  małŜeńskie  zaproszenie  do  łóŜka.  Miał  smak  kawy,  słodkich 
leśnych jagód i jeszcze czegoś trudnego do opisania. Dobrze znała to 
uczucie;  powolne  ześlizgiwanie  się  w  podniecenie,  niewysłowiony 
urok poŜądania, nagłe zdziwienie... 

Craig uniósł głowę. Zobaczyła na jego czole głęboką zmarszczkę i 

była zupełnie pewna, Ŝe ma teraz taką samą. Ich usta rozłączyły się w 
tym  samym  momencie.  Oczekiwała,  Ŝe  Craig  powie  teraz  coś 
sensownego. Chciała, Ŝeby coś takiego powiedział. 

- Niech  to  szlag  trafi  -  powiedział  zupełnie  bez  sensu  i  znów 

przywarł do jej ust. 

Ujął  jej  twarz  w  dłonie  i  Karen  nagle  straciła  oddech,  przestała 

nawet  myśleć.  Jeden  pocałunek,  potem  następny  i  jeszcze  jeden. 
Podniecała  się  coraz  bardziej,  chociaŜ  jeszcze  chwilę  wcześniej 
mogłaby przysiąc, Ŝe tego rodzaju uczucia dawno juŜ w niej umarły i 
nawet zostały pogrzebane. To mi się tylko śni, pomyślała. To przecieŜ 

background image

nie  moŜe  dziać  się  naprawdę.  Ale  ten  sen  okazał  się  bardzo 
realistyczny.  Wilgotny,  gorący  język  Craiga  wdarł  się  między  jej 
wargi.  Czuła  ciepło  jego  skóry,  napięcie  mięśni...  Całował  ją,  jakby 
całe  wieki  za  nią  tęsknił,  jak  gdyby  była  zgubionym  drogocennym 
skarbem, który wreszcie się odnalazł. 

Zakręciło  się  jej  w  głowie,  zachwiała  się  i  o  mało  nie  upadła. 

Oparła się na jego nagim ramieniu i zawrót głowy jeszcze się nasilił. 
Teraz juŜ przywierali do siebie udami, a jej piersi dotykały jego torsu. 

-

 

Karo, przestań - powiedział niskim, nieswoim głosem. 

-

 

Tak - mruknęła. Zupełnie uczciwie zgadzała się z nim, Ŝe trzeba 

natychmiast przestać. 

 
-

 

Tak nie moŜna. 

-

 

Wiem. 

 
-

 

To  szaleństwo  i  oboje  dobrze  o  tym  wiemy.  Trzeba  z  tym 

natychmiast skończyć. 

-

 

Natychmiast  -  zgodziła  się  znowu  i  po  chwili  jego  usta  znów 

znalazły  się  na  jej  wargach.  Przez  zamknięte  powieki  czuła  tańczące 
po twarzy promienie słońca. Szyja ją bolała, a jego wargi wędrowały 
po  niej  coraz  niŜej  i  niŜej.  Wciągnęła  głęboko  powietrze.  Ciepło 
rozlało  się  po  całym  ciele,  kiedy  przesunął  dłońmi  po  jej  plecach,  a 
potem  gwałtownie  przygarnął  do  siebie  biodra  Karen.  Oddychał 
szybko  i  nierówno.  Poczuła  jego  napręŜoną  męskość  -  namacalny 
dowód, Ŝe się nie pomyliła. Rozum mówił jej, Ŝe to niemoŜliwe 

t

  i  zupełnie  niewłaściwe.  Pamięć  podsuwała  ból  i  Ŝal, 

rozdzierające  ją  jeszcze  nie  tak  dawno  z  powodu  tego  ...  właśnie 
męŜczyzny. To nic trudnego odsunąć się teraz od niego. 

Nigdy  w  Ŝyciu!  Nie  sądziła,  Ŝe  to  uczucie  kiedykolwiek  wróci.  - 

Myślała... Była zupełnie pewna, Ŝe tamten czar prysnął, 

Ŝ

e nie potrafi juŜ czuć czegoś takiego, Ŝe wszystko umarło sto lat 

temu. I wcale nie chodzi o poŜądanie. 

NajwaŜniejsze, Ŝe znów Ŝyje. OŜyła kaŜda cząsteczka jej ciała. 
Nikt inny tak na nią nie działał. Inni męŜczyźni nawet nie zbliŜali 

jej do tego wspaniałego uczucia. 

Tylko  Craig.  Czary  zdarzały  się  tylko  z  Craigiem.  Ale  nie 

background image

przypuszczała, Ŝe on teŜ moŜe jeszcze coś takiego odczuwać. 

Odsunął  się  od niej,  spojrzał jej  prosto  w  twarz i  zaklął.  Jak  cień 

wszedł za nią na ganek, potem do domu. Przez cały czas mruczał pod 
nosem  jakieś  zupełnie  nieistotne  w  tej  chwili  ostrzeŜenia.  Przerwał 
tylko na moment, Ŝeby ją pocałować. 

Szklane  drzwi  nie  chciały  same  ustąpić,  więc  otworzył  je  przed 

nią.  A  poniewaŜ  przy  tej  okazji  zatrzymał  się,  Ŝeby  przytulić  Karen, 
skrzydło  drzwi  z  całej  siły  uderzyło  go  w  tyłek.  Wciągnęła  go  do 
pokoju. Zdawało się jej, Ŝe niczego poza nią nie widzi, i zaśmiała się 
głośno. 

- Karo, to powaŜna sprawa. To przecieŜ okropne. Nie powinno się 

nigdy zdarzyć. 

- Więc przestań. 
- MoŜe w przyszły wtorek - mruknął - albo jeszcze później. 
Rozpiął  jej  bluzkę  i  rozchylił.  Chciał  poczuć  ciepło  jej  nagiego 

ciała. Jęknął. Próbował zabić ją wzrokiem, chociaŜ przecieŜ nie stało 
się  nic  waŜnego.  Jeszcze  nie.  Ale  wiedziała,  poznała  to  po  rytmie 
swego  serca,  po  sposobie,  w  jaki  Craig  na  nią  patrzył,  Ŝe  jeśli 
natychmiast  nie  przestaną,  to  coś  się  stanie.  Musi  go  powstrzymać. 
Oboje muszą przestać. Natychmiast. 

Zdjęła buty. LeŜały na trasie z pokoju do sypialni, jak ślady stóp. 

Craig  zmagał  się  z  guzikami.  Jej  bluzka  wylądowała  na  klamce, 
spodnie rzucone... nie wiadomo gdzie. 

W  sypialni  było  chłodniej  i  nie  tak  jasno.  Szklane  drzwi 

prowadziły  na  balkon,  z  którego  rozciągał  się  widok  na  skaliste 
zbocza  wąwozu.  Podwójne  łóŜko  wbudowane  było  w  ścianę  i 
zajmowało  całą  wolną  przestrzeń  pomiędzy  spadzistymi  skrzydłami 
dachu. Craig ominął rozłoŜony na podłodze śpiwór, w którym tej nocy 
spał, rzucił Karen na łóŜko i natychmiast nakrył swoim ciałem. 

DraŜnił  językiem  rozpaloną  skórę  jej  szyi.  Końcami  palców 

odnalazł zapięcie zwykłego bawełnianego stanika, odpiął je i uwolnił 
piersi.  Pieścił  je  językiem,  potem  zębami.  Przygryzł  sutek.  Jej  ciało 
wygięło się. Mocno przywarła do niego. 

Nawet  przed  sądem  mogłaby  przysiąc,  Ŝe  to  ona  jest 

odpowiedzialna  za  ich  miłosny  wybuch.  Tylko  Craig  by  w  to  nie 
uwierzył.  Nigdy  nie  była  lekkomyślna,  chyba  Ŝe  z  nim.  śaden  inny 

background image

męŜczyzna nie pobudzał jej do perwersji, nie umiał zmienić grzecznej 
dziewczynki w namiętną kochankę. 

Craig  był  nieogolony  i  świeŜy  zarost  draŜnił  delikatną  skórę 

Karen,  wzmagał  jej  podniecenie.  Jego  język  zostawił  ognisty  ślad  w 
miękkim  zagłębieniu  między  jej  piersiami.  Całował  jej  szyję  i  piersi 
tak,  jakby  umierał  z  głodu,  a  ona  była  sutym  obiadem.  I  nic  go  nie 
obchodziło, czy po pierwszym daniu będą jeszcze inne. 

Robił  to  juŜ  przedtem.  Doprowadzał  ją  do  granic  zdrowego 

rozsądku.  Ale  chyba  zapomniał,  Ŝe  nauczył  ją  prowadzić  taką  samą 
grę. Jej dłonie powędrowały w dół i przez jego płaski brzuch dotarły 
do kępy skręconych włosów, tuŜ nad zapięciem dŜinsów. Zatrzask był 
mocny,  wcale  nie  chciał  się  poddać.  Wreszcie  ustąpił  i  jednocześnie 
rozsunął kawałek suwaka. 

Wtedy  na  moment  znieruchomiała.  Nie  robiła  nic,  tylko  patrzyła 

na Craiga. Potem zaczęła go delikatnie głaskać, najpierw szyję, potem 
wspaniale  umięśniony  tors,  pępek  i  jeszcze  niŜej...  Powoli,  jakby 
odbywała niespieszną przechadzkę... Jeszcze niŜej, do otwartego teraz 
suwaka  dŜinsów.  Na  minutę  jej  palce  zniknęły  w  tym  wycięciu...  Na 
dwie minuty... 

Zanim  jeszcze  wziął  ją  pod  siebie,  zobaczyła  w  jego  oczach  ten 

błysk.  Usłyszała  coś,  ni  to  jęk,  ni  to  śmiech,  a  potem  poczuła,  Ŝe 
przytrzymuje jej ręce. 

-

 

A więc tak, chcesz się bawić... - wymruczał. 

-

 

Nie chcę. 

-  Właśnie,  Ŝe  chcesz.  Uwielbiasz  niebezpieczeństwo,  Karo. 

Zawsze to lubiłaś. 

Musiał  puścić  jej  ręce,  Ŝeby  ściągnąć  z  siebie  spodnie.  Zrobił  to 

szybko,  ale  za  to  jej  majteczki  zdejmował  bardzo  powoli  i  zanim 
malutki kawałek materiału znalazł się na podłodze, wycałował całe jej 
nogi. 

No  więc,  była  wreszcie  naga.  On  teŜ.  Świadomość  tego  faktu 

odbijała się w jego oczach, kiedy podziwiał piękne ciało Karen. 

AŜ  do  tej  chwili  sądziła,  Ŝe  jest  zaślepiony,  Ŝe  poddał  się 

poŜądaniu,  które  tak  nagle  zaskoczyło  ich  oboje.  Zawsze  był 
agresywny, na początku nawet ją przeraŜał. Bała się jego rozmiarów, 
jego  siły  i  zupełnie  nieokiełznanego,  typowo  męskiego  stosunku  do 

background image

seksu. Kiedy znalazł się w łóŜku, przestawał myśleć. Zapach, widok, 
dotyk, dźwięk... Craig uwielbiał wszystko, co wiązało się z kobiecym 
ciałem,  z  uprawianiem  miłości.  Ale  myliła  się  sądząc,  Ŝe  tym  razem 
teŜ zaślepiło go poŜądanie. 

UłoŜył jej nogi wokół siebie, na wysokości bioder, a potem wziął 

ją, wypełniał powoli, głęboko... Nie był to wyścig do spełnienia. Craig 
był  cały  śliski  od  potu,  mięśnie  miał  napięte,  oczy  pełne  ognia. 
Całował ją delikatnie... 

Czule odgarnął mokre włosy z jej czoła. 
-

 

Jesteś gotowa? - szepnął. 

-

 

Tak. 

- Wydaje mi się, Karo, Ŝe czekasz na jakąś szaleńczą gonitwę, ale 

dostaniesz coś zupełnie innego. 

Coś  w  jego  głosie  sprawiło,  Ŝe  zatrzęsła  się  cała.  Znów  ją 

pocałował  i  wsunął  się  w  nią.  Ich  miłosny  taniec  odbywał  się  w  tym 
samym,  od  lat  dobrze  znanym  rytmie.  Teraz  jednak  w  uszach  ryczał 
jej  wiatr,  który  owinął  się  wokół  nich,  zamknął  w  ich  własnym, 
intymnym świecie. 

Nikt oprócz nich nigdy przedtem nie był zakochany. 
ś

adna  para  w  całym  kosmosie  nigdy  nie  kochała  się  tak  bardzo 

jak oni. Miłość fizyczna sprawiała im wiele przyjemności, ale zawsze 
oplatała  ich  magia,  przedziwny  czar,  który  sami  stwarzali,  dziki  i 
słodki  cud,  który  sobie  wzajemnie  dawali.  Teraz,  przy  nim,  znów 
poczuła tamten czar. Z nim... dotknęła nieba. 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 
Craig  otworzył  oczy.  W  pokoju  było  cicho.  Promienie  słońca 

leŜały  na  drewnianej  podłodze  jak  złote  plamy.  Było  późne 
popołudnie. Słońce wpadało w okna tej sypialni tylko na chwilę, pod 
koniec dnia. 

Pomyślał  półprzytomnie,  Ŝe  chyba  zasnął.  Nie  miał  zwyczaju 

sypiać w ciągu dnia. Musiał być zupełnie wykończony, jeśli zasnął o 
tej  porze.  Powoli,  jak  przez  sen,  przypomniał  sobie,  co  go  tak 
wyczerpało,  kto  go  tak  zmęczył  i  jakiego  fantastycznego  uŜył 
sposobu. Odwrócił głowę. 

Karen  wciąŜ  jeszcze  miała  ślady  snu  na  policzkach.  LeŜała 

zwinięta  w  kłębek,  z  kolanami  pod  szyją,  i  zawzięcie  ssała  kciuk. 
Wyglądała bardzo marnie. 

Uniósł się na łokciu. W oczach Karen zabłysło przeraŜenie. 
- O, nie! Ty juŜ nie śpisz! Craig, to wszystko moja wina. 
Powinien  natychmiast  wziąć  się  w  garść,  ale  znacznie  łatwiej  to 

powiedzieć,  niŜ  zrobić.  WciąŜ  jeszcze  widział  oczami  wyobraźni 
rozpaloną  Karen,  przypomniał  sobie,  jak  namiętnie  się  kochali, 
pomyślał,  jak  naturalne,  zupełnie  naturalne  było  to,  Ŝe  leŜała  obok 
niego w łóŜku. 

- Karo... 
- Słuchaj, to się zdarza wielu rozwiedzionym parom. Nie twierdzę, 

Ŝ

e  z  moralnego  punktu  widzenia  jest  to  słuszne.  Mówię  tylko,  Ŝe  się 

zdarza.  Ludzie  się  rozwodzą i  potem  nagle  czują  się  bardzo  samotni. 
Potrzeby  seksualne  nie  zanikają  na  zawołanie.  Wcale  niełatwo  jest 
znaleźć  kogoś,  kto  cię  rozumie,  kto  wie,  jaki  jesteś  w  łóŜku.  Obcy 
ludzie są okropni, więc kiedy wreszcie twój były współmałŜonek... 

- Karo... - spróbował znowu, ale bez skutku. Przerwanie potoku jej 

wymowy było tak samo niemoŜliwe, jak skok do pędzącego pociągu. 

-

 

Wielu ludziom się to zdarza. 

-

 

Okay. 

- Jest  to,  oczywiście,  niewłaściwe,  ale  rozdzieranie  szat  niczego 

nie zmieni. Nie pozostałby na ziemi ani jeden Ŝywy człowiek, gdyby 
ludzie popełniali samobójstwa z powodu kaŜdego błędu. Nikt nie jest 
doskonały. 

Craig  pomyślał,  Ŝe  tylko  jego  była  Ŝona  potrafi  prowadzić 

background image

dyskusję filozoficzną zupełnie nie ubrana i ze śladami jego zębów na 
całym ciele. 

- A poza tym, nikt się o tym nie dowie, a my juŜ nigdy więcej tego 

nie  zrobimy  -  paplała.  -  Ani  twoi  rodzice,  ani  moi...  Dzieci...  To 
przecieŜ  one  zaplanowały  nasze  spotkanie  sam  na  sam.  Ale  nie 
pozwolimy, aby się to kiedykolwiek powtórzyło. A przede wszystkim, 
nie  będzie  juŜ  ku  temu  okazji.  Tak  więc  moŜemy  przyjąć,  Ŝe  był  to 
odosobniony incydent. Tak? 

- Tak. 
Nagle zauwaŜyła coś na jego ramieniu. 
- O BoŜe! To ja ci to zrobiłam? 
- Co  zrobiłaś?  -  Dotknął  dłonią  barku.  Pod  palcami  poczuł 

zadrapania.  Nie  Ŝadne  krwawiące  rany,  tylko  draśnięcia  cudownej 
kochanki, która juŜ nie panuje nad swoimi odruchami. Teraz jego była 
Ŝ

ona  takŜe  nie  dawała  się  opanować.  W  zupełnie  innym  sensie, 

niestety... 

-

 

Craig? 

-

 

Co, kochanie? 

-  Ja  tylko  chciałabym,  Ŝebyś  wiedział...  -  Z  jej  oczu  wyzierał 

ogromny,  bezdenny  smutek.  –  Nigdy  nie  chciałam  cię  skrzywdzić. 
Wystarczająco duŜo bólu sprawiliśmy sobie dotąd. Jeśli masz do mnie 
Ŝ

al o to, co się stało... 

- Karo... - Chwycił ją za rękę. - Nigdy nie będę miał do ciebie Ŝalu. 

Cokolwiek  zrobisz.  Bywałem  czasem  na  ciebie  wściekły,  ale  to 
zupełnie co innego. A jeśli idzie o to, Ŝe się kochaliśmy, to naprawdę 
nic mnie nie obchodzi, czy było to złe, czy dobre. Bardzo się cieszę, 
Ŝ

e to się stało, i niczego nie Ŝałuję. 

-

 

Musisz - szepnęła. 

-

 

Nie muszę. 

 
-

 

Sądziłam,  Ŝe  będziesz  na  mnie  zły.  -  Popatrzyła  mu  prosto  w 

oczy. 

-

 

A  jak  myślisz,  kto  zaczął  ten  pierwszy  pocałunek?  Ty  niczego 

nie  zaczynałaś,  to  ja.  -  Spróbował  się  uśmiechnąć.  -  Dawniej  byś  mi 
zrobiła awanturę. MoŜe nawet dostałbym w oko. Jeśli wciąŜ masz na 
to ochotę, nie krępuj się. Masz pełne prawo mi przyłoŜyć. 

background image

Jedyna rzecz, na jaką Karen miała teraz ochotę, to jak najszybsza 

ucieczka.  Nagle  zdała  sobie  sprawę  z  tego,  Ŝe  wciąŜ  trzymają  się  za 
ręce, Ŝe leŜą na tej samej poduszce w tym samym łóŜku i Ŝe oboje są 
nadzy. 

Zerwała się. Niecałe pięć minut później w zapiętej byle jak bluzce 

i z potarganymi włosami błyskawicznie znikała mu z oczu, pędząc w 
dół  górską  serpentyną.  Usprawiedliwieniem  tej  gwałtownej  ucieczki 
miał być powrót do domu, do dzieci. Musiała przecieŜ porozmawiać z 
nimi na temat ich podstępnych planów połączenia własnych rodziców. 

Konieczność powrotu do domu to dobre wytłumaczenie, ale Craig 

wiedział,  Ŝe  prawdziwy  powód  był  zupełnie  inny.  Musiała 
natychmiast od niego uciec. 

Stał  w  drzwiach  i  patrzył  na  znikający  w  oddali  samochód. 

Przygładził  dłonią  włosy.  Jeszcze  dziś  rano  wyśmiałby  kaŜdego,  kto 
by 

mu 

powiedział, 

Ŝ

spędzi

dzień w łóŜku ze swoją byłą Ŝoną. Teraz nie było mu do śmiechu. 

Odwrócił  się  na  pięcie,  owładnięty  nagłą  potrzebą  szybkiego 
opuszczenia tego miejsca. Zapakował resztę jedzenia, pozbierał swoje 
rzeczy, pozamykał okna. 

Wrócił do sypialni, zdjął z łóŜka prześcieradło i połoŜył czyste, a 

na koniec zabrał się do układania narzuty. 

W fałdach grubego materiału znalazł stanik Karen. 
Nagle zupełnie zapomniał, Ŝe jeszcze przed chwilą tak bardzo się 

spieszył.  Usiadł  na  łóŜku  i  oglądał  uwaŜnie  fragment  damskiej 
bielizny. Był to zwykły, biały stanik bez koronek, rozmiar 34C. Nawet 
zakonnice  noszą  bardziej  uwodzicielską  bieliznę.  Dawno  temu 
Ŝ

artował  z  niej,  Ŝe  nosi  takie  skromne  staniki.  Ale  Kara  nigdy  nie 

próbowała  poprawić  swojej  figury.  Nigdy  nie  zaleŜało  jej  na  tym, 
Ŝ

eby przyciągać wzrok obcych facetów. 

Tkanina  jeszcze  pachniała  jej  ciałem  i  delikatnymi  perfumami... 

Kapryfolium?  Uwielbiała  perfumy  i  uŜywała  ich  na  co  dzień. 
Zmieniała  zapachy  zaleŜnie  od  tego,  jaki  miała  danego  dnia  nastrój. 
Na  jej  toaletce  stało  ze  dwadzieścia  maleńkich  flakoników.  Kiedy 
miała  ochotę  pójść  z  nim  do  łóŜka,  uŜywała  Shalimara,  a  kiedy  się 
czymś  martwiła  albo  denerwowała,  nieodmiennie  skrapiała  się  jakąś 
lekką, spokojną wodą kwiatową. Jak na przykład kapryfolium. 

background image

Więc bałaś się tu przyjechać, Karo, pomyślał. I na pewno się nie 

spodziewałaś, Ŝe pójdziesz ze mną do łóŜka. 

Obudziło  się  w  nim  stare,  dobrze  mu  znane  poczucie  winy. 

Zacisnął  powieki.  Tak,  od  samego  początku  poczucie  winy  barwiło 
jego  stosunki  z  Karen.  Przypomniał  sobie,  jak  po  tamtej  koszmarnej, 
nieudanej próbie kochania się solennie jej obiecał, Ŝe juŜ nigdy więcej 
nie  będą  tego  próbowali.  Dotrzymał  słowa.  Przez  całe  trzy  dni.  Po 
lekcjach  odprowadził  ją  do  domu,  a  kiedy  zorientował  się,  Ŝe  jej 
rodzice  gdzieś  wyjechali  i  Ŝe  na  pewno  nie  wrócą  przed  szóstą... 
Następną rzeczą, którą zapamiętał, było łóŜko z baldachimem, stojące 
w  jej  sypialni  i  jakieś  wypchane  zwierzątka  przyglądające  się  ich 
ekscesom. Dwa dni później spacerowali po lesie, trzymając się za ręce 
i  rozmawiając.  Naprawdę  tylko  rozmawiali.  Godzinę  później  szukali 
swoich ubrań rozrzuconych po okolicznych krzakach. 

Wtedy  juŜ  miał  prezerwatywy.  Kupił  je  w  innym  mieście,  gdzie 

nikt  go  nie  znał.  Zepsuł  kilka  w  zamkniętej  łazience,  bo  nie  chciał 
przy dziewczynie wyglądać na niedoświadczonego kretyna. Opanował 
w końcu tę technikę, ale było juŜ za późno. Za pierwszym razem robili 
to przecieŜ bez Ŝadnego zabezpieczenia. Okres jej się spóźniał. Mieli 
iść  do  kina.  Jeszcze  teraz  pamięta,  jak  przyjechał  po  nią,  a  ona 
wybuchnęła płaczem, gdy znalazła się w samochodzie. Nie dzień, ale 
cały  tydzień  spóźnienia.  Była  przeraŜona.  Pocili  się  ze  strachu  przez 
następne  dwa  tygodnie,  nie  kochali  się,  jakby  Ŝycie  bez  grzechu 
mogło  cokolwiek  naprawić.  Udało  się.  Dostała  wreszcie  okres,  ale 
wtedy juŜ i jego, i jej rodzice zaczęli martwić się ich znajomością. 

Tamtego roku w październiku Craig skończył osiemnaście lat, ale 

Karen  dzieliło  od  osiemnastych  urodzin  jeszcze  kilka  długich 
miesięcy. MoŜe gdyby nie zabraniano im spotykać się ze sobą, nie za-
planowaliby romantycznej ucieczki do innego stanu. 

Przyznano  im  stypendia  do  tego  samego  college'u.  Craig  obiecał 

jej,  Ŝe  jakoś  dadzą  sobie  radę.  Bóg  wie,  jakim  cudem.  Nie  mieli  ani 
grosza,  nie  mieli  gdzie  mieszkać,  a  rodzice  nie  chcieli  z  nimi  nawet 
rozmawiać.  Mimo  to  udało  się  im.  Wynajęli  pokój  na  poddaszu  na 
terenie  uczelni, znaleźli  pracę,  chodzili  na  zajęcia,  Ŝywili  się  masłem 
orzechowym i namiętną miłością. Mieli siebie i o nic innego nie dbali. 
Mieli miłość, która nigdy nie umrze. 

background image

Prezerwatywy zawiodły ich, kiedy Karen miała dziewiętnaście lat. 

Urodził się Jonathan Jacob, a w następnym roku - Julie. Kara rzuciła 
naukę i chyba nigdy tego nie Ŝałowała. Kochała swoje dzieci, męŜa i 
kochała  Ŝycie,  a  Craig  dałby  się  za  nią  zabić.  Bóg  świadkiem. 
Romantyczna  gotowość  do  poświęcenia  Ŝycia  za  ukochaną  nie 
nadawała się, niestety, do jedzenia. Mleko dla niemowląt okazało się 
znacznie  droŜsze  niŜ  masło  orzechowe,  a  namiętną  miłością  nie  dało 
się  opłacić  czynszu.  Kara  dorabiała  pisaniem  na  maszynie.  Craig  nie 
mógł  rzucić  studiów,  ale  znalazł  sobie  i  jeszcze  jedną  dodatkową 
pracę.  I  wtedy  właśnie  po  raz  ostatni  widział  swoją  Ŝonę.  Dopiero 
dzisiaj,  po  dwunastu  latach  znów  ją  zobaczył.  Craig  patrzył  tępo  w 
sufit.  Z  tym  niewidzeniem  Karen  to,  oczywiście,  przesada.  Widywał 
ją, Ŝył obok niej, nawet z nią sypiał. Wychowali razem dwójkę dzieci. 
Ale  właśnie  w  tamtym  okresie  stracił  Karen  i  do  tej  pory  nie  ma 
zielonego  pojęcia,  jak  to  się  mogło  stać.  Przez  całe  lata  zŜerało  go 
poczucie  winy.  To  on  uwiódł  Karen,  zanim  naprawdę  dojrzała  do 
miłości.  On  wymyślił  ten  cały  zwariowany  ślub,  kiedy  oboje  byli 
jeszcze zbyt młodzi na małŜeństwo. Z jego winy nie mieli pieniędzy. 
To  on  odpowiadał...  za  wszystko.  To  przez  niego  zawsze  popadali  w 
kłopoty  i  dlatego  właśnie  on  powinien  się  starać,  Ŝeby  była 
szczęśliwa. Kłopot w tym, Ŝe przez cały czas sądził, iŜ to właśnie robi. 

Zanim  się  obejrzał,  mieli  juŜ  dom,  on  był  wicedyrektorem  do 

spraw  handlowych  u  Hytecha  i  zarabiał  mnóstwo  pieniędzy,  a  dzieci 
były  na  tyle  duŜe,  Ŝe  mogliby  wreszcie  znaleźć  trochę  czasu  dla 
siebie. Zamiast tego wciąŜ się kłócili. Wstrętnie i ordynarnie. O głupie 
drobiazgi:  kto  ma  skosić  trawnik,  przynieść  bieliznę  z  pralni,  który  z 
kretyńskich programów telewizyjnych dzisiaj obejrzeć. 

Czar  ich  miłości  nie  zniknął  tak  zwyczajnie.  Został  na  śmierć 

zadeptany. W końcu Craig pojął, Ŝe Karen po prostu juŜ go nie kocha. 
Rozwód  nie  sprawił  mu  bólu.  Wspólne  Ŝycie  stało  się  nie  do 
zniesienia  i  rozwód  okazał  się  prawnym  sposobem  na  uśmierzenie 
bólu.  Przynajmniej  tak  mu  się  wtedy  wydawało.  Potem  jego  Ŝycie 
toczyło się normalnie. 

Jeśli rzeczywiście zadeptaliśmy na śmierć naszą miłość, pomyślał, 

to co się zdarzyło dziś rano, panie Reardon? Co się stało z Karen? Co 
się stało z tobą? I co macie zamiar teraz z tym zrobić? 

background image

W  środę  Karen  wyszła  z  pracy  punktualnie  o  piątej  i  wcześniej 

wróciła  do  domu.  PodjeŜdŜając  pod  dom  zauwaŜyła,  Ŝe  trawnik  jest 
skoszony,  a  worki  ze  śmieciami,  zawiązane  i  równo  ustawione, 
czekają  na  przyjazd  śmieciarzy.  Jon  Jacob  musiał  się  bardzo  starać. 
Kuchnia  powitała  ją  wyszorowanymi  blatami  i  czystymi  naczyniami. 
Nawet na kuchence nie było Ŝadnych przypalonych kleksów. Julie teŜ 
się napracowała. Przez tydzień odgrywali role idealnych dzieci. 

Karen  przebrała  się  w  domowe  ubranie.  Pomyślała,  Ŝe 

wychowanie dzieci to złoŜony proces naciskania właściwych guzików 
na chybił-trafił. Odbyła z nimi rozmowę na temat prób wyswatania jej 
z Craigiem. Nie krzyczała na nich ani nie ukarała. Powiedziała tylko, 
Ŝ

e bardzo ich oboje kocha, Ŝe rozumie, co czują, i Ŝe wszystkie dzieci 

z  rozwiedzionych  małŜeństw  chciałyby,  Ŝeby  ich  rodzice  znów  byli 
razem.  Powiedziała,  Ŝe  jest  jej  przykro,  ale  w  tym  wypadku  jest  to 
zupełnie niemoŜliwe i nigdy się nie zdarzy. Prosiła, Ŝeby nigdy więcej 
nie podejmowali takich prób, bo w ten sposób mogą tylko skrzywdzić 
ojca.  Od  tamtego  dnia  cały  dom  lśnił  czystością,  a  oba  potwory 
zmieniły się w aniołki. 

Karen nigdy nie próbowała wzbudzać w dzieciach poczucia winy, 

nie uznawała takich metod wychowawczych. Najwyraźniej jednak raz 
na  piętnaście  lat  moŜna  ten  sposób  zastosować,  i  to  ze  znakomitym 
rezultatem. Teraz Karen miała pewność, Ŝe Ŝadne z nich juŜ nigdy nie 
spróbuje  zorganizować  jej  spotkania  z  byłym  męŜem.  To  waŜne,  bo 
wcale nie wiedziała, czy po tej pierwszej próbie uda jej się odzyskać 
równowagę. 

- O, mama! Wróciłaś wcześniej. 
- Cześć,  skarbie.  -  Odwróciła  się  na  pięcie.  -  Dziękuję,  Ŝe 

wstawiłaś  obiad,  córeńko.  -  Przytuliła  swoją  młodszą  latorośl.  Julie 
wyrosła na piękną dziewczynę. 

Miała  śniadą  cerę  po  ojcu,  czarne  włosy  i  ciemne  oczy.  JuŜ  od 

roku chłopcy wydzwaniali do niej, ale, jak dotąd, Julie nie poświęcała 
im wiele uwagi. Karen była z tego bardzo zadowolona. - Co w szkole? 

- Nudy. 
Karen  zapewne  doznałaby  wstrząsu,  gdyby  kiedykolwiek 

usłyszała  inną  odpowiedź.  Był  to  pierwszy  tydzień  szkoły  po 
wakacjach.  Julie  doskonale  się  uczyła  i,  chociaŜ  za  nic  w  świecie  by 

background image

się do tego nie przyznała, uwielbiała szkołę. 

- Wszystko w porządku? Masz dobrych nauczycieli? 
-  Wszystko  w  porządku  -  powiedziała  Julie  z  pewnym 

zniecierpliwieniem. -Mamo, coś się stało – dodała po chwili wahania. 

-

 

Co takiego? 

-

 

Chciałam ci pomóc i nastawiłam pranie. 

-

 

I co? 

- No i ta czekoladowa bluzka z bawełny, którą tak bardzo lubisz... 

Nie  wiedziałam,  Ŝe  tego  się  nie  wrzuca  do  suszarki.  Zdawało  mi  się, 
Ŝ

e uwaŜnie przeczytałam przepis prania... 

- Co się z nią stało? 
-  MoŜe  by  weszła  na  pudla.  Ale  na  małego.  Przepraszam  cię 

bardzo. 

- Nic nie szkodzi. To przecieŜ tylko bluzka. 
Najwyraźniej  posiadanie  chwilowo  idealnych,  doskonałych  i 

pracowitych  dzieci  musi  mieć  jakieś  skutki  uboczne,  ale  to  nie  było 
dla  Karen  najwaŜniejsze.  MoŜe  nawet  stracić  całą  swoją  garderobę, 
byleby  jej  aniołki  zapomniały  o  swoich  nierealnych  nadziejach  na 
ponowne małŜeństwo rodziców. 

- Cześć, mamo. JuŜ jesteś? 
Jon musiał się nachylić, Ŝeby mogła go pocałować. Przez ostatnie 

trzy  lata  unikał  wszelkich  czułości,  nawet  matczynych,  ale,  dzięki 
Bogu,  juŜ  z  tego  wyrósł.  Był  wyŜszy  od  niej  o  co  najmniej 
dwadzieścia  centymetrów  i  najwyraźniej  doszedł  do  wniosku,  Ŝe 
matki zwykle przytulają swoje dzieci, a on jest juŜ na tyle dorosły, Ŝe 
moŜe to tolerować. 

-  Nic  nie  mów.  Wiem,  Ŝe  umierasz  z  głodu.  Zaraz  będzie  obiad. 

Co w szkole? Lekcje odrobiłeś? 

-

 

Odrobiłem. I skosiłem trawnik. 

-

 

Wiem, widziałam. Dziękuję, maleństwo. 

-  Dzwoniła  babcia.  Chce,  Ŝebyśmy  przyszli  na  obiad  w  piątek. 

Rozmawiałem z Fitzem, będę u niego pracować po lekcjach. 

Karen  uwaŜała,  Ŝe  Jon  Jacob  nie  powinien  tego  robić.  Musi  się 

przygotować do egzaminów, a to wymaga duŜo pracy. Nie moŜe brać 
na  siebie  dodatkowych  obciąŜeń,  ale  co  moŜna  poradzić,  jeŜeli  jego 
największym  Ŝyciowym  marzeniem  jest  zarabianie  pieniędzy.  Chce 

background image

mieć  własny  samochód.  I  chyba  bardziej  mu  to  potrzebne  niŜ 
powietrze. 

- Daj  spokój,  mamo.  Pogodzę  obie  rzeczy.  Pozwól  mi 

przynajmniej spróbować. PrzecieŜ zawsze mogę to rzucić, jeśli okaŜe 
się, Ŝe nie daję sobie rady ze szkołą. 

- Jeszcze o tym porozmawiamy - powiedziała Karen. 
Obiad  zjedli  szybko  i  jak  zwykle  narobili  mnóstwo  hałasu  i 

bałaganu. Jon najwyraźniej miał nową dziewczynę, bo Julie dokuczała 
mu  bez  przerwy.  Rozlało  się  mleko.  Dzieci  przysięgały,  Ŝe  mają 
uczulenie na dynię, takie samo, jakie zawsze miały na inne warzywa. 
Trzy razy dzwonił telefon - dwa razy do Julie. Karen domyśliła się, Ŝe 
to  chłopcy,  bo  córka  czerwieniła  się  jak  burak  i  bardzo  szybko 
kończyła  rozmowę.  Jeden  telefon  był  do  Jona.  Synek  mówił  coś  do 
słuchawki  sztucznym  barytonem  i  cały czas  trzymał  rękę  w  kieszeni. 
To na pewno ta nowa dziewczyna. 

Jon najwyraźniej odziedziczył po ojcu wybujały temperament, co 

wprawdzie  martwiło  Karen,  ale  nie  za  bardzo.  Będzie  miała  czas  na 
zmartwienia, kiedy jej syn zainteresuje się jakąś dziewczyną na dłuŜej 
niŜ tydzień. 

Zostawiła  ich  kłócących  się,  kto  ma  zmywać.  Poszła  do  pokoju, 

włączyła  telewizor  i  usiadła  na  kanapie.  Pomyślała,  Ŝe  to  wyjątkowo 
dobry  tydzień.  Dzieci  zachowywały  się  nadzwyczaj  spokojnie, 
szczęśliwe  i  pochłonięte  własnymi  sprawami.  W  pracy  rzadko  kiedy 
tak dobrze się układało. Jim, naczelny dyrektor firmy, bez uprzedzenia 
dał jej podwyŜkę. Przebyła długą drogę od zwykłej maszynistki w hali 
maszyn do osobistej sekretarki i asystentki naczelnego dyrektora. Jim 
miał  sześćdziesiąt  trzy  lata  i  miał  prawo  okazać  się  staromodnym 
szefem,  wymagającym  od  sekretarki  wyłącznie  podawania  kawy. 
Tymczasem  przez  wszystkie  minione  lata  coraz  bardziej  wprowadzał 
Karen  w  przedsięwzięcia,  których  się  bała,  i  obciąŜał  ją 
odpowiedzialnością,  której  nie  potrafiła  udźwignąć.  Teraz  twierdziła, 
Ŝ

e  i  bez  niego  znakomicie  poprowadziłaby  całą  firmę,  i  tak  było 

naprawdę.  Zrobił  jej  wspaniałą  niespodziankę  tą  nieoczekiwaną  pod-
wyŜką. 

Jeszcze  raz  powiedziała  sobie,  Ŝe  tydzień  minął  znakomicie.  Z 

jednym  drobnym  wyjątkiem.  Ma  zupełnie  stargane  nerwy.  Musi  się 

background image

mocno trzymać, Ŝeby nie chodzić po ścianach. 

Wiatr poruszył firankami. Rozejrzała się po pokoju. Na górze były 

trzy sypialnie. Na dole - kuchnia, schowek, ogromny pokój dziecinny 
i  ten  mały,  kwadratowy  pokój.  Było  to  jej  sanktuarium,  kryjówka, 
jedyne miejsce, w którym mogła chwilę odpocząć. Podłogę wyłoŜono 
kremowym  dywanem,  obicia  mebli  i  zasłony  były  w  kolorze 
łososiowym,  ale  poza  tym  nic  w  tym  pokoju  do  siebie  nie  pasowało. 
Porcelanowy  serwis  prezentował  jak  najbardziej  nowoczesne  ame-
rykańskie  wzornictwo,  za  to  wygięte  w  kształcie  litery  S  siedzisko  z 
kości  słoniowej  miało  ponad  sto  lat.  Nad  rzeźbionym,  okrągłym 
stołem,  wykonanym  w  Bostonie  w  czasach  wojny  domowej,  wisiał 
surrealistyczny  obraz  przedstawiający  górski  krajobraz.  Łososiowa 
kanapa  była  zupełnie  nowa,  a  okrągła  lampa  ze  zwisającymi  wokół 
klosza kryształkami naleŜała jeszcze do prababci Karen. 

Karen doskonale wiedziała, Ŝe cały ten pokój jest w bardzo złym 

guście. Chomikowała tu wszystkie przedmioty, które lubiła, i jej się tu 
podobało. 

Nic  nie  usprawiedliwiało  jej  podenerwowania.  Wszystko  jest  w 

porządku!  Od  soboty  powtórzyła  sobie  to  zdanie  chyba  ze  sto  razy, 
jakby  jakiś  krasnoludek  siedzący  w  jej  głowie  koniecznie  chciał 
utrzymać ją w takim przekonaniu. Nic się nie dzieje, tłumaczyła sobie. 
Dzieci  grzeczne,  w  domu  panuje  porządek.  Twój  świat  wcale  się  nie 
zawalił w sobotę. Wszystko jest w najlepszym porządku. 

Chciała  się  odpręŜyć.  Oparła  głowę  na  poduszce  i  w  tej  samej 

chwili  ktoś  zadzwonił  do  drzwi.  Skrzywiła  się,  wstała  z  kanapy  i  nie 
wkładając  kapci,  poszła  otworzyć.  W  drzwiach  stał  wysoki,  chudy 
chłopak. Sprawiał wraŜenie śmiertelnie przeraŜonego tym, Ŝe ośmielił 
się ją fatygować. 

- Jon  jest  w  kuchni  albo  w  pokoju  na  dole  -  powiedziała  i  Roger 

błyskawicznie zniknął w głębi domu. 

Sześć  minut  później  dzwonek  znów  zawył  i  Karen  jeszcze  raz 

wstała  z  kanapy.  Przed  drzwiami  stała  panienka  z  taką  warstwą 
makijaŜu  na  twarzy,  jakby  wybierała  się  do  pracy  na  ulicę.  Na  gołe 
ciało  włoŜyła  ciasną  bluzkę.  Karen  zauwaŜyła  w  jej  uchu  jeszcze 
jedną dziurę. To juŜ czwarta. 

- Julie jest w kuchni albo w pokoju na dole - powiedziała. 

background image

-

 

Pewnie jest zajęta. 

-

 

Nie jest zajęta. 

-

 

Nie chciałabym jej przeszkadzać. 

Karen  westchnęła  cięŜko.  Za  nic  nie  moŜe  zrozumieć  tej  Marty. 

Jakim cudem tak dziwacznie ubierająca się dziewczyna moŜe być tak 
zupełnie pozbawiona pewności siebie. 

-  Na  pewno  się  ucieszy,  Ŝe  przyszłaś,  kochanie  zachęcała  ją 

Karen. - Wejdź, proszę. 

Tak jak przedtem Rog, Marta posłusznie zniknęła w głębi domu. 
Karen  z  powrotem  usiadła  na  kanapie  i  w  tej  samej  chwili  znów 

ktoś  zadzwonił  do  drzwi.  O  BoŜe,  pomyślała,  zanosi  się  na  jeden  z 
tych  koszmarnych  wieczorów,  kiedy  dzieciaki  tłoczą  się  jak 
winogrona na kiści. Inni rodzice mają dość rozumu, Ŝeby przewidzieć, 
Ŝ

e dzieci potrafią błyskawicznie przewrócić do góry nogami cały dom, 

więc nikt ich u siebie nie przyjmuje. Nikt przy zdrowych zmysłach nie 
pozwala  robić  z  własnego  domu  miejsca  spotkań  nastolatków.  Karen 
doskonale wiedziała, Ŝe wszyscy rodzice w sąsiedztwie uwaŜają ją za 
naiwniaczkę.  Rzeczywiście  jest  naiwna.  Szła  otworzyć  drzwi  po  raz 
trzeci i myślała, czy ma w domu dość praŜonej kukurydzy i chipsów. 
Zastanawianie się nad tym nie ma wprawdzie najmniejszego sensu, bo 
i tak zawsze im za mało... 

- Są w kuchni albo... - urwała w pół słowa. Tym razem w drzwiach 

nie  stał  Ŝaden  wyrośnięty,  zawstydzony  młodzieniec,  tylko  wysoki 
męŜczyzna w szarym garniturze. Zaschło jej w ustach, a serce zaczęło 
walić, walić i walić jak młotem. Pomyślała, Ŝe były mąŜ przyjechał tu 
prosto  z  pracy,  bo  ma  na  sobie  krawat  i  wygląda  na  bardzo 
zmęczonego.  Obrzucił  ją  obojętnym  spojrzeniem.  Chyba  jest 
przepracowany, pomyślała. 

-

 

Przepraszam cię, Karen. Wiem, Ŝe powinienem był zadzwonić i 

uprzedzić,  ale  wiesz,  po  raz  pierwszy  w  tym  tygodniu  udało  mi  się 
wyjść  z  pracy  wcześniej,  niŜ  planowałem,  a  obiecałem  przecieŜ,  Ŝe 
porozmawiam z dzieciakami. 

-

 

Nic  nie  szkodzi.  Nie  musisz  dzwonić.  Ja  juŜ  z  nimi 

rozmawiałam. 

-

 

Wiem. To znaczy, domyśliłem się, Ŝe rozmawiałaś, ale ty gorzej 

radzisz  sobie  z  takimi  problemami  niŜ  ja.  Poza  tym  uwaŜam,  Ŝe  tym 

background image

razem oboje powinniśmy z nimi porozmawiać. Są w domu? 

Tak  jak  poprzedni  goście,  Craig  takŜe  pomaszerował  w  stronę 

kuchni. 

Karen  nawet  nie  ruszyła  się  od  drzwi.  Pojawienie  się 

jakiegokolwiek  dorosłego  w  towarzystwie  nastolatków  mogło  mieć 
tylko  jeden  skutek.  Chwilę  później  przez  korytarz  przebiegł  Roger  i 
tylko raz się potknął, zanim dotarł do drzwi wyjściowych. TuŜ za nim 
pojawiła się Marta. Oboje rzucili za siebie szybko: 

- Do widzenia pani! 
Karen  wciąŜ  stała  przy  drzwiach,  a  krasnoludek  w  jej  głowie 

bezustannie  powtarzał:  „Nic  ci  nie  jest,  Karen.  Wszystko  w 
porządku”. Nic nie było w porządku. Od dnia, w którym kochała się z 
Craigiem,  czuła  się  okropnie,  a  myśl  o  ponownym  spotkaniu  z  nim 
napełniała  ją  przeraŜeniem.  Była  pewna,  Ŝe  będzie  to  trudna  próba. 
Wiedziała, 

Ŝ

poczuje 

wibrujące 

pomiędzy 

nimi 

przykre 

zawstydzenie.  I  tak  teŜ  było.  Serce  jej  waliło  i  krew  uderzyła  do 
głowy.  Jej  były  mąŜ  najwyraźniej  nie  odczuwał  Ŝadnego  z  tych 
ś

miesznych objawów. Przedtem miliony razy wchodził do tego domu, 

zamieniał z nią kilka słów i znikał w głębi domu, Ŝeby porozmawiać z 
dziećmi.  Tym  razem  wszystko  odbywa  się  przecieŜ  tak  samo.  Tak 
jakby ich sobotnie spotkanie nigdy nie miało miejsca. Poczuła ulgę, Ŝe 
tamta seksualna przygoda nie miała dla niego istotnego znaczenia. 

To  ogromna  ulga,  powiedziała  sobie  stanowczo.  BoŜe!  PrzecieŜ 

gdyby okazało się, Ŝe któremuś z nich jeszcze na tym związku zaleŜy, 
to konsekwencje mogłyby być straszne. Dla wszystkich. PrzecieŜ nie 
moŜna  budować  Ŝadnych  głupich  nadziei  na  jednym  spotkaniu.  Seks 
to  tylko...  seks.  PrzecieŜ  pójście  do  łóŜka  jeden,  jedyny  raz  niczego 
nie moŜe zmienić. Decydując się na rozwód, spalili za sobą wszystkie 
mosty. Teraz juŜ nie ma powrotu. 

JuŜ  za  chwilę,  wmawiała  sobie,  juŜ  za  moment  będę  mogła 

normalnie oddychać. 

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 
Karen  nie  miała  najmniejszego  zamiaru  podsłuchiwać.  Zbyt 

niespokojna, Ŝeby z powrotem zasiąść przed telewizorem, sięgnęła po 
leŜącą  na  stoliku  ksiąŜkę.  To  nie  jej  wina,  Ŝe  przez  otwarte  drzwi 
kuchni  wyraźnie  słychać  było  prowadzoną  tam  rozmowę.  Chciała 
odejść,  bo  przecieŜ  Craig  ma  prawo  rozmawiać  z  dziećmi  bez 
ś

wiadków,  ale  temat  rozmowy  był  tak  waŜny,  Ŝe  nie  potrafiła  się 

oprzeć. 

Dzieci  dobrze  wiedziały,  Ŝe  matka  daje  sobie  czasami  „wciskać 

ciemnotę",  ale  ojca  nigdy  nawet  nie  próbowały  nabierać.  Swoje 
stosunki  z  dziećmi  Craig  opierał  na  otwartości  i  bezwzględnej 
uczciwości. 

Jeśli  nawet  Karen  Ŝywiła  jakąś  nadzieję, Ŝe  sobotnie  spotkanie  w 

łóŜku  coś  pomiędzy  nimi  zmieniło,  to  podsłuchana  rozmowa  byłego 
męŜa z dziećmi wyleczyła ją tak dokładnie, jak dentystyczne wiertło. 

-

 

Bardzo  nam  przykro,  tato.  Nie  chcieliśmy  nikogo  skrzywdzić. 

Ani ciebie, ani mamy. 

-

 

Nie  mnie  musicie  przepraszać,  ale  mamę.  Chcę  tylko,  Ŝebyście 

szczerze odpowiedzieli mi na jedno pytanie. Uknuliście niezłą intrygę, 
Ŝ

ebyśmy się z mamą spotkali w Chatce i, oczywiście, zrobiliście to w 

jakimś celu. Chciałbym się dowiedzieć, co właściwie zamierzaliście w 
ten sposób osiągnąć? 

Karen słyszała, jak Jon nerwowo przełyka ślinę. 
- Myśleliśmy,  Ŝe  kiedy  pojawi  się  ktoś  inny,  jakiś  narzeczony 

mamy albo twoja panienka, to wreszcie zrozumiecie, Ŝe wciąŜ bardzo 
wam na sobie zaleŜy. 

- I na ciebie to podziałało! - wybuchnęła Julie. 
- Wiesz,  Ŝe  tak  było.  Nie  zapomnę  wyrazu  twojej  twarzy,  kiedy 

powiedziałam ci, Ŝe mama moŜe mieć kłopoty... 

-

 

Na  mamę  teŜ.  Mama  o  mało  nie  dostała  zawału,  kiedy 

opowiedziałem  jej  o  twojej  dziewczynie.  Wiem,  Ŝe  wam  ciągle 
jeszcze zaleŜy... - rzucił Jon. 

-

 

A  więc  stwierdziliście  -  przerwał  mu  Craig  -  Ŝe  ja  i  mama  nie 

jesteśmy  sobie  zupełnie  obojętni.  I  sądzicie,  Ŝe  to  takie  wielkie 
odkrycie? Myśleliście, Ŝe nas tym zaskoczycie? 

-

 

Tato... 

background image

-

 

Tato... 

-

 

Ty, 

Julie, 

wmówiłaś 

mi, 

Ŝ

wasza 

matka 

jest 

niebezpieczeństwie,  a  Jon  przestraszył  mamę  jeszcze  bardziej.  No 
więc  dobrze,  „podziałało"  to  na  nas.  To,  Ŝe  ludzie  się  rozwodzą,  nie 
musi wcale znaczyć, Ŝe przestaje ich obchodzić wszystko, co dotyczy 
byłego męŜa albo Ŝony. 

-

 

Rodzice  Masona  teŜ  się  rozwiedli.  -  Jon  był  tak  przejęty,  Ŝe  aŜ 

głos mu się łamał. - Ale oni nie mogą nawet znieść swojego widoku. 
Wy z mamą nigdy się tak nie zachowywaliście. 

-

 

Z  tym  tylko,  synku,  Ŝe  to  zupełnie  o  niczym  nie  świadczy. 

Ludzie  rozwodzą  się  z  róŜnych  przyczyn  i  bardzo  róŜnie  się 
zachowują - powiedział Craig. 

- Nie  chciałbym,  Ŝeby  którekolwiek  z  was  kiedykolwiek  naraziło 

waszą  matkę  na  podobne  przeŜycia.  Zdenerwowaliście  ją  bardzo, 
wtrącając  się  w  sprawy,  o  których  nie  macie  bladego  pojęcia.  –  Jego 
głos  złagodniał.  -  Słuchajcie  mnie  uwaŜnie.  Czy  wydaje  wam  się,  Ŝe 
bez Ŝadnego powodu zdecydowaliśmy się na rozwód? Czy naprawdę 
sądzicie,  Ŝe  naraŜalibyśmy  i  siebie,  i  was  na  ten  cały  koszmarny 
proces, gdybyśmy mogli jakoś sobie ułoŜyć wspólne Ŝycie? 

Karen spojrzała na swoje dłonie tak mocno zaciśnięte na ksiąŜce, 

Ŝ

e aŜ palce jej zbielały. Pomyślała, Ŝe Craig zawsze miał niespotykany 

dar trafiania w samo sedno. To, co zdarzyło się między nimi w sobotę, 
taka  krótka  chwila  zapomnienia,  nie  powinna  jej  była  przesłonić 
przeszłości. Poruszyli przecieŜ niebo i ziemię, ale nic to nie pomogło. 
Kochali się, ale to takŜe nie pomogło. Nic nie pomogło. Po prostu, nie 
mogli juŜ dłuŜej być małŜeństwem. 

Nagle gwałtownie zapragnęła zniknąć. Odwróciła się na pięcie. O 

sekundę za późno. Craig otworzył drzwi i zobaczył ją stojącą w halu. 

Zaczerwieniła się jak panienka. Poczuła się jak złodziej sklepowy, 

złapany na gorącym uczynku. 

- Ja tylko... - Pokazała mu ksiąŜkę. 
PołoŜył palec na ustach i delikatnie pociągnął ją za sobą do drzwi 

wejściowych. Kiedy wyszli na ganek, zatrzymała się przy schodkach, 
ale Craig potrząsnął tylko głową i szedł dalej. Karen domyśliła się, Ŝe 
chce z nią porozmawiać na osobności, gdzieś, gdzie dzieci na pewno 
ich nie usłyszą. Craig pędził przez trawnik jak samochód wyścigowy. 

background image

Zacisnęła  usta  i  podreptała  za  nim.  Sądziła,  Ŝe  będzie  chciał  jeszcze 
raz  przekonać  ją,  Ŝe  muszą  zaprezentować  dzieciom  jednolite 
stanowisko  w  tej  sprawie.  Nie  powinno  to  trwać  dłuŜej  niŜ  pięć 
sekund.  Kiedy  on  juŜ  wreszcie  sobie  pójdzie,  Karen  zabierze  swoje 
stargane  nerwy  na  górę,  naleje  do  wanny  ze  dwa  litry  pachnącego 
płynu i co najmniej na godzinę zanurzy się w gorącej kąpieli. A moŜe 
nawet  na  dwie  godziny.  Kąpiel  na  pewno  dobrze  jej  zrobi.  Dałaby 
sobie  głowę  uciąć,  Ŝe  jej  ponury  nastrój  poprawi  się  z  chwilą,  gdy 
były  mąŜ  zniknie  jej  z  oczu.  A  moŜe  uda  się  skrócić  tę 
pięciosekundową rozmowę do trzech sekund? 

Widziała,  jak  Craig  znika  za  rogiem  garaŜu.  Po  co  on  tam  idzie? 

Nie mam tam przecieŜ nic poza drewnem do kominka i wysokimi do 
kolan chwastami. 

-  Przepraszam  cię,  Karen  -  powiedział  –  ale  musiałem  znaleźć 

miejsce, w którym choćby przez kilka minut moglibyśmy zostać sami. 
Tak, Ŝeby dzieci nie widziały, Ŝe jesteśmy razem. 

No, to mu się udało. Ani Jon, ani Julie w Ŝaden sposób nie zgadną, 

Ŝ

e ich odpowiedzialni rodzice schowali się za sąg drewna, pomyślała 

Karen. 

-

 

Słyszałam, co im powiedziałeś - przyznała się - i zupełnie się z 

tobą  zgadzam.  Bardzo  jasno  wytłumaczyłeś,  Ŝeby  nie  mieli  Ŝadnej 
nadziei na nasze ponowne małŜeństwo. 

-

 

Chciałem, Ŝeby przestali wymyślać sposoby na wyswatanie nas. 

I  to  wcale  nie  dla  naszego  spokoju,  ale  przede  wszystkim  dla  ich 
dobra. 

-

 

Mówiłam  juŜ,  Ŝe  zupełnie  się  z  tobą  zgadzam.  Wystarczająco 

boleśnie przeŜyli nasz rozwód. 

- Nie  powinniśmy  ich  angaŜować  w  nasze  problemy.  Skinęła 

głową,  zupełnie  zgadzając  się  tym  razem  ze  zdaniem  byłego  męŜa. 
Zobaczyła,  Ŝe  Craig  podnosi  ręce  i  wyciąga  je  po  nią.  Zorientowała 
się, co się dzieje, dopiero wtedy, kiedy było juŜ za późno. Chwycił ją 
za  ramiona  i  pociągnął  do  góry,  tak  Ŝe  musiała  stanąć  na  palcach. 
Pochylił  głowę,  zasłaniając  jej  widok  na  zachodzące  słońce,  a  potem 
jego  usta  dotknęły  jej  ust,  przywarły  do  nich  tak  nagle,  jakby  ten 
pocałunek nie mógł zaczekać ani chwili dłuŜej. 

Jej  myśli  rozsypały  się  jak  confetti.  Myślała,  Ŝe  Craigowi  chodzi 

background image

jedynie  o  dzieci.  Sądziła,  Ŝe  uznał  sobotnie  intymne  spotkanie  w 
Chatce  za  niezdrowy,  zupełnie  błędny  i  nieodpowiedzialny  wybryk. 
Liczyła  na  to,  Ŝe  Craig  będzie  mądrzejszy  niŜ  ona.  Ale  w  jego 
pocałunku  nie  było  ani  krzty  mądrości.  Napierał  na  nią,  jakby 
odczuwał  głód  i  szukał  na  jej  wargach  czegoś  do  jedzenia.  Było  tak 
samo,  jak  w  tamtą  sobotę,  tylko znacznie  gorzej.  Podniecający dotyk 
jego  niecierpliwych  dłoni,  napięcie  i  dobrze  znana  radość  z  takiej 
bliskości ciał... 

Dreszcz  wstrząsnął  całym  jej  ciałem.  Ogarnął  ją  strach,  ale  taki 

słodki strach jak wtedy, gdy się skacze z wysokiej skały w czarną toń 
jeziora. Zanurzyła się w tej wodzie tak szybko i tak głęboko, Ŝe moŜe 
juŜ  nigdy  nie  wypłynie  na  powierzchnię.  MoŜe  juŜ  nigdy  nie  będzie 
oddychać.  Wiedziała  na  pewno,  Ŝe  jeśli  on  przestanie  ją  całować,  to 
ona juŜ nigdy nie będzie oddychać. 

-

 

Do diabła, Karo - powiedział bardzo cicho, a w jego głosie była 

wyłącznie  pieszczota.  Jego  wargi  zsunęły  się  na  jej  szyję,  potem  na 
delikatny płatek ucha. 

-

 

Bądź grzeczna - poprosił, chociaŜ to właśnie on zachowywał się 

niegrzecznie.  Jego  dłonie  delikatnie  pieściły  plecy  Karen,  dotarły  do 
talii.  Przylgnęła  do  niego.  Był  twardszy  niŜ  stal.  Gorąca  stal.  Ale, 
niech  Bóg  jej  przebaczy,  ogień  płonący  w  jej  Ŝyłach  miał  tyle  samo 
Ŝ

aru. 

- Karen. 
Wróciła  do  rzeczywistości.  To,  co  nie  mogło  się  nigdy  więcej 

wydarzyć, co nigdy więcej zdarzyć się nie powinno, co zdarzyć się nie 
miało  -  właśnie  się  zdarzyło.  Nagle  zapadła  między  nimi  pełna 
napięcia  cisza.  Ujrzała  w  jego  oczach  mroczną  pasję,  widziała,  jak 
zaciska szczęki, próbując się opanować. 

- DrŜysz cała - powiedział. 
Skinęła  głową.  Ośmieszyłaby  się,  gdyby  chciała  zaprzeczyć. 

Trzęsła się jak galareta. 

-  Boisz  się?  Nie  ty  jedna.  -  Delikatnie  pogłaskał  ją  po  policzku. 

Opuścił ręce i wskazał jej stertę drewna. 

-  A  moŜe  sobie  tu  usiądziesz  -  rzekł,  opierając  się  o  białą  ścianę 

garaŜu  -  a  ja  postoję  tutaj.  I  oboje  zachowamy  bezpieczny  dystans, 
dopóki wszystkiego nie omówimy.. 

background image

Udawanie  dobrego  humoru  przyszło  mu  z  pewnym  trudem,  ale 

Karen  radośnie  powitała  propozycję  zachowania  bezpiecznego 
dystansu.  Przysiadła  na  brzeŜku  duŜej  kłody  i  głęboko  wciągnęła 
powietrze. 

-

 

Craig... Ja zupełnie nie rozumiem, co się tu dzieje. 

-

 

A myślisz, Ŝe ja rozumiem? 

-

 

Ale to ty zacząłeś. Naumyślnie. To nie było tak jak w sobotę. To 

nie impuls. Speq'alnie mnie pocałowałeś. 

-

 

Specjalnie.  Chciałem  wiedzieć,  czy  wymyśliłem  sobie  całą  tę 

sobotę, czy teŜ tamto wydarzyło się między nami naprawdę. - Oparty 
plecami  o  ścianę,  rozluźnił  krawat.  -  I  nie  wmawiaj  mi,  Ŝe  ty  nie 
chciałaś  się  teŜ o  tym  przekonać.  Widziałem,  jak  na  mnie  spojrzałaś, 
kiedy wszedłem do domu. 

-

 

Myślałam... Ŝe ty zapomniałeś, Ŝe wymazałeś to z pamięci. 

-

 

Musieliby  mi  wyciąć  połowę  mózgu,  Ŝebym  mógł  o  tym 

zapomnieć.  -  Popatrzyli  sobie  w  oczy.  Badawczo  przyglądał  się  jej 
twarzy swoimi uczciwymi oczami. 

- Odpowiesz  mi  szczerze,  jeśli  cię  o  coś  zapytam?  Ale  nie  myśl, 

nie kombinuj, tylko odpowiedz od razu, bez zastanowienia. 

Czekała, niepewna, czego się spodziewać. 
- Chciałbym wiedzieć - zaczął, patrząc jej prosto w oczy - co się 

stało.  Co  naprawdę  zepsuło  się  między  nami.  Niech  mnie  diabli 
porwą, jeśli wiem. 

- Daj spokój, Craig. - Wbiła paznokcie w kłodę. 
- Być  moŜe  nawet  udało  nam  się  ukryć  to  przed  dziećmi,  ale 

Ŝ

yliśmy  jak  pies  z  kotem,  warczeliśmy  na  siebie  i  drapaliśmy  się  do 

krwi o kaŜde głupstwo. 

- To wiem. Pamiętam, jaki byłem wściekły. Ale chyba nie wiem... 

i nigdy nie wiedziałem, dlaczego właściwie byłaś na mnie taka zła. 

-

 

Ta  wściekłość  to  była  dwukierunkowa  ulica  -  przypomniała.  - 

Nie tylko ja byłam zła. 

-

 

W  porządku.  Ale  teraz  chciałbym  się  dowiedzieć,  co  właściwie 

czułaś. 

Czuła  drewnianą  drzazgę  wbijającą  się  w  jej  delikatną  dłoń, 

widziała  słońce  zachodzące  krwawo  nad  linią  równo  przyciętego 
Ŝ

ywopłotu.  Innym  kobietom  mówienie  o  uczuciach  nie  sprawia  tru-

background image

dności.  Jej  sprawia.  Po  rozwodzie  jeszcze  bardziej  zamknęła  się  w 
sobie. Nie, nie potrafi otwierać zabliźnionych ran. 

-  ChociaŜ  spróbuj.  Dobrze,  Karo?  Spróbuj  ze  mną  porozmawiać. 

Nie chcę ci sprawiać bólu, ale muszę to wreszcie zrozumieć. 

MoŜe  gdyby  tego  od  niej  Ŝądał,  potrafiłaby  mu  odmówić,  ale  on 

prosił, a ona równie dobrze mogłaby go zapytać o to samo. Ona takŜe 
spędziła  wiele  bezsennych  nocy,  próbując  znaleźć  odpowiedź  na 
pytania  bez  odpowiedzi,  liŜąc  rany,  które  nie  chciały  się  zagoić. 
Bezradnie podniosła rękę. Nie patrzyła na niego. 

- Nie chodziło o jedną sprawę. - Z trudem tylko powstrzymywała 

łzy. - To były miliony drobnych spraw, które nakładały się na siebie, 
nakładały i nakładały. - Ku jej ogromnemu zdumieniu hamowane tak 
długo  uczucia  wylewały  się  z  niej  teraz,  jakby  przerwała  się  jakaś 
potęŜna  tama.  -  Zawsze  stawiałam  na  pierwszym  miejscu  ciebie  i 
dzieci. Nigdy mnie nie zmuszałeś, ja sama tego chciałam... Wszystko, 
czego  pragnęłam  dla  siebie,  zawsze  musiało  czekać.  Ty  skończyłeś 
studia,  zrobiłeś  dyplom,  a  ja  nie.  Mogłam  pracować  jedynie  jako 
maszynistka. Wiem, wypracowałam sobie wreszcie jakąś pozycję, ale 
poświęciłam  na  to  bardzo  wiele  lat.  I  przez  te  wszystkie  lata 
pracowałam  na  pełnym  etacie,  próbowałam  być  dobrą  matką,  dbać  o 
dom.  Byłam  oszczędna  i  skrzętna,  a  ty...  Ty  wcale  tego  nie 
zauwaŜałeś.  A  raczej,  w  pewnym  momencie  przestałeś  zauwaŜać. 
Przestało  ci  na  mnie  zaleŜeć.  Czułam  się,  jakbyś  po  mnie  deptał  i 
uwaŜał, Ŝe to wszystko po prostu ci się naleŜy. Zrobiłeś oszałamiającą 
karierę, wszedłeś w nową fazę Ŝycia, a ja wciąŜ siedziałam w domu - 
tradycyjna Ŝona, nudna jak stare przyzwyczajenia. 

-

 

Dlaczego,  do  diabła,  nigdy  przedtem  mi  o  tym  nie  mówiłaś?  - 

zawołał Craig. 

-

 

Mówiłam.  Mówiłam  ci  to  na  sto  sposobów,  tysiące  razy  - 

odrzekła gniewnie. 

-

 

Nie,  cholera,  nie  mówiłaś!  I  nie  waŜ  się  teraz  płakać.  Pierwszy 

raz  od  lat  w  ogóle  ze  mną  rozmawiasz.  Naprawdę  rozmawiasz.  Nie 
wiadomo  dlaczego  zaczęłaś  nagle  oczekiwać  ode  mnie,  Ŝebym 
zgadywał twoje myśli. PrzecieŜ nie jestem jasnowidzem... 

-

 

Nie. - Łzy napłynęły jej do oczu, ale udało się jej powstrzymać 

płacz. Odetchnęła głęboko. Bardzo duŜo ją kosztowały te zwierzenia. 

background image

Wolałaby chyba stąpać boso po rozŜarzonych węglach. Ale skoro juŜ 
zaczęli  i  jeśli  Craigowi  zaleŜy  na  szczerości...  Nagle  teŜ  zapragnęła 
oczyścić atmosferę. 

-

 

Nigdy nie uwaŜałam cię za jasnowidza - powiedziała - ale moŜe 

mi  wytłumaczysz,  w  jaki  sposób  kobieta  ma  powiedzieć  łamiącemu 
jej  serce  męŜczyźnie,  Ŝe  właśnie  złamał  jej  serce?  Nie  miałam  ci  nic 
do  powiedzenia.  Przynajmniej  od  chwili,  kiedy  przestało  ci  na  mnie 
zaleŜeć. 

- Karo! 
- Słucham? 
-  Byłem  na  ciebie  wściekły,  bardzo  mnie  zraniłaś,  ale  nigdy  nie 

przestało  mi  na  tobie  zaleŜeć.  –  Przetarł  dłonią  oczy  i  potrząsnął 
głową.  Powoli,  z  namysłem,  z  kolei  on  zaczął  rozdrapywać  swoje 
stare  rany.  -  Zdawało  mi  się,  Ŝe  nie  dostrzegasz,  jak  cięŜko  pracuję, 
jak  bardzo  staram  się  wyglądać  w  twoich  oczach  na  człowieka 
sukcesu.  To  ja  wpakowałem  cię  we  wszystkie  kłopoty,  kochanie. 
Teraz  muszę  to  uczciwie  przyznać.  Kiedy  wreszcie  dopiąłem  swego, 
ty  zupełnie  przestałaś  się  mną  interesować.  WciąŜ  miałaś  na  głowie 
tysiące  innych  spraw.  Chodziliśmy  nawet  razem  do  łóŜka,  ale  był  to 
słomiany  ogień.  Potem  miałaś  na  głowie  zbyt  wiele  obowiązków, 
Ŝ

eby w ogóle zwracać na mnie uwagę. Tak bardzo się starałem robić 

wszystko po twojej myśli... 

-

 

Na litość boską! - zawołała Karen. - Nigdy nie musiałeś nic dla 

mnie  robić.  Skąd  ci  w  ogóle  przyszedł  do  głowy  taki  pomysł?  I 
dlaczego nigdy nie powiedziałeś mi, co czułeś? 

-

 

Wydawało  mi  się,  Ŝe  mówiłem  -  celowo  przybrał  oschły  ton.  - 

Mówiłem ci to na sto sposobów, tysiące razy. 

Usłyszawszy  echo  własnych  słów,  Karen  podniosła  głowę. 

Czerwona kula słońca zniknęła z pola widzenia. Zapadł cichy wieczór 
i temperatura zaczęła gwałtownie spadać - zapowiedź jesieni. Słysza-
ła, Ŝe gdzieś trzasnęły drzwi, jakiś samochód nie mógł zapalić, sąsiad 
wołał  kota...  W  domu  zabłysły  światła.  W  kaŜdej  chwili  Jon  i  Julie 
mogą zacząć ich szukać. 

A  jednak  nie  mogła  oderwać  wzroku  od  oczu  Craiga.  Mieli  za 

sobą  wiele  przeŜytych  wspólnie  lat,  historię  błędów  i  krzywd,  ale 
takŜe  historię  miłości.  Pewnie  nie  mogliby  się  tak  bardzo  ranić 

background image

nawzajem,  gdyby  tak  szaleńczo  się  nie  kochali.  Karen  nigdy  nie 
przypuszczała,  Ŝe  jego  wieczny  brak  czasu  i  wspinaczka  na  szczyt 
mogą  być  w  jakikolwiek  sposób  związane  z  nią,  Ŝe  jego  pogoń  za 
sukcesem  była  ofiarą  składaną  u  jej  stóp.  Zawstydziła  ją  własna 
niewraŜliwość.  Przestraszyła  się,  Ŝe  tak  mało  wie  o  człowieku, 
którego kochała całym sercem i duszą. 

-

 

Nigdy nie chciałam cię skrzywdzić - powiedziała cicho. 

-

 

Ja teŜ nie chciałem cię skrzywdzić. - Jego oczy błyszczały. - Ale 

teŜ  nigdy  nie  przypuszczałem,  Ŝe  jeszcze  kiedyś  będę  się  z  tobą 
kochać,  Karo.  Sądziłem,  Ŝe  wszystko  juŜ  minęło  i  dawno  przepadło. 
Myślałem, Ŝe nie Ŝywisz juŜ dla mnie Ŝadnych uczuć... 

-

 

Nie ma dla nas powrotu. 

-

 

A sądzisz, Ŝe chciałbym wrócić? 

-  Nie.  -  Przyjrzała  mu  się  badawczo.  -  Ale  teraz  wszystko  się 

zmieniło. 

- Wiem. 
- Dzieci przecieŜ juŜ wpadły na pomysł, Ŝeby nas znów połączyć. 

Załamałyby  się,  gdybyśmy  znów  zaczęli  się  spotykać,  a  potem 
okazałoby się, Ŝe juŜ nie umiemy razem Ŝyć.... - Potrząsnęła głową. - 
Kiedy  mieliśmy  po  siedemnaście  lat,  mogliśmy  sobie  pozwolić  na 
działanie  pod  wpływem  emocji  i  na  brak  odpowiedzialności.  Teraz 
nasze postępowanie wpływa na Ŝycie innych ludzi, więc nie mamy juŜ 
prawa niczego ryzykować. 

- Oczywiście, Ŝe nie mamy prawa. - Nic juŜ nie da się zrobić i my 

nic na to nie poradzimy. Zbyt wielka odpowiedzialność na nas ciąŜy. 

- Więc udamy, Ŝe nic się nie stało – powiedział Craig. 
- Właśnie tak. 
- Nie ma innego wyjścia. 
- Ano, nie ma. 
-  To  wspaniale  wygląda  w  teorii,  Karo.  Szczególnie,  kiedy jesteś 

metr ode mnie. - ChociaŜ zapadł juŜ zmrok, zauwaŜyła w jego oczach 
błysk.  -  A  co  by  się  stało,  gdybyś  do  mnie  podeszła  jeszcze  bliŜej? 
Mogłabyś  mi  wtedy  pokazać,  jak  dobrze  nam  idzie  udawanie,  Ŝe  ten 
poŜar lasu w ogóle się nie zaczął. 

Dzieci  juŜ  spały.  Karen  bez  wahania  sięgnęła  po  zakurzoną 

butelkę  burbona.  Trzymała  ją  na  specjalne  okazje.  Nalała  alkohol  do 

background image

wysokiego,  kryształowego  kieliszka.  Pierwszy  łyk  sparzył  jej  gardło, 
ale  chciała  wypić  do  dna.  Musi  przecieŜ  iść  jutro  do  pracy,  a  to 
oznacza, Ŝe musi teŜ zasnąć. 

Weszła  do  wanny  napełnionej  ciepłą  wodą  z  ogromną  ilością 

róŜanego  płynu  do  kąpieli.  Zapach  kwiatów  zawsze  ją  odpręŜał. 
Szczególnie zapach róŜ, taki subtelny i delikatny. 

Nagle  przypomniała  sobie  coś.  Tysiące  lat  temu  Craig  przyniósł 

jej  herbaciane  róŜe.  W  tamtych  czasach  musieli  się  liczyć  z  kaŜdym 
groszem.  Mieszkali  w  nieumeblowanym  pokoju  na  poddaszu  i  nigdy 
nie mogli zapłacić w terminie rachunków za światło, ogrzewanie czy 
telefon.  Kiedy  kupowała  sobie  nową  szminkę,  czuła  się  jak  złodziej. 
Wszystkie  koszule  Craiga  miały  poprzecierane  kołnierzyki.  A  ten 
kretyn,  ten  cholerny  kretyn,  jej  młody  małŜonek,  przyniósł  do  domu 
róŜe.  I  to  nie  jedną  róŜę,  ale  -  zupełne  szaleństwo  -  cały  ich  tuzin. 
Ogromnie jej się te róŜe podobały. Tak delikatnie pachniały... 

Wstawiła  je  do  kuchennego  dzbanka,  bo  nie  mieli  Ŝadnego 

wazonu. RóŜe były zamknięte w pączkach, ale następnego dnia płatki 
rozchyliły się i tak słodko j pachniały... 

Samo  wspomnienie  tamtych  róŜ  sprawiło  jej  ból,  spowodowało, 

Ŝ

e znów go chciała, Ŝe znów bardzo kochała Craiga. 

Napij się, Karen, pomyślała. Coś musi cię wreszcie przywołać do 

porządku. Pij, pij. 

Przełknęła  kolejną  porcję  burbona  i  zanurzyła  się  w  pienistej 

kąpieli.  Skóra  pomarszczyła  się  jej  jak  na  suszonej  śliwce,  ale  nie 
chciała jeszcze wychodzić. 

Tamten  czar,  tamten  diabelski  czar  znów  do  nich  powrócił. 

Dobrze to wiedziała. I on teŜ juŜ wiedział. Julie i Jon wyszli na ganek, 
wołając:  „mamo!  tato!",  a  mimo  to  ten  diabeł  w  szarym  garniturze 
wcale  nie  chciał  jej  puścić.  Trzymał  ją,  a  spojrzenie  jego  oczu 
przyciągało ją mocniej niŜ magnes. 

- JuŜ wcale cię nie znam - przyznał. 
- Ja teŜ cię nie znam. 
-  To  będzie  jak  pływanie  w  głębokiej  wodzie,  Karo.  I  to  bez 

Ŝ

adnej  gwarancji,  Ŝe  gdzieś  w  pobliŜu  znajdzie  się  koło  ratunkowe. 

Poprzednim razem nam nie wyszło. Nie udało się, chociaŜ tak bardzo 
się kochaliśmy. 

background image

Skinęła głową. Pamięta, Ŝe skinęła głową. 
-  Ale  moŜe  spróbujmy.  Tylko  ty  i  ja.  Jeśli  będziemy  bardzo 

ostroŜni,  to  nikt  się  o  tym  nie  dowie.  –  Bardzo  starannie  dobierał 
słowa.  -  śadnych  złudzeń.  Oboje  jesteśmy  zbyt  mądrzy,  Ŝeby  dawać 
sobie  jakieś  obietnice  bez  pokrycia.  Ale  ja  naprawdę  chciałbym  się 
dowiedzieć,  kim  ty  teraz  jesteś.  Chciałbym  po  prostu  widywać  cię, 
rozmawiać  z  tobą.  Co  strasznego  się  stanie,  jeśli  poznamy  siebie  na 
nowo? 

W tamtej chwili i w tamtym miejscu propozycja Craiga wydała jej 

się bardzo rozsądna. Kiedy stosunki między nimi się popsuły, straciła 
coś  więcej  niŜ  męŜa.  Straciła  najlepszego  przyjaciela.  Wydawało  jej 
się,  Ŝe  on  o  to  jedno  tylko  teraz  prosi:  Ŝeby  mogli  sprawdzić,  czy 
przyjaźń między nimi jest jeszcze moŜliwa. 

Wypiła kolejny łyk burbona, ale alkohol w niczym jej nie pomógł. 

Adrenalina  pulsowała  w  jej  Ŝyłach  szybciej  niŜ  startująca  rakieta. 
Czuła  juŜ  smak  niebezpieczeństwa.  Przypomniała  sobie,  jak  prawie 
straciła  rozum, kiedy  okazało  się,  Ŝe  jedynym wyjściem  dla  nich  jest 
rozwód.  Myślała  sercem  zamiast  głową  i  dlatego  tak  głupio  zgodziła 
się znów z nim spotkać. Ale bardzo się bała. Bała się, Ŝe nigdy nie uda 
im się na nowo zaprzyjaźnić. A jeszcze bardziej się bała, Ŝe moŜe im 
się udać. 

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 
Karen  poprawiła  poduszkę,  włoŜyła  okulary  i  sięgnęła  po  leŜącą 

na  nocnym  stoliku  ksiąŜkę.  Była  prawie  północ.  ZdąŜyła  przeczytać 
dwie strony. 

Na  dole  coś  zapiszczało,  a  potem  całe  stado  słoni  weszło  po 

schodach. Za chwilę to samo stado zeszło na dół. Rozległ się jeszcze 
jeden  pisk,  od  którego  zadzwoniły  szyby  w  oknach.  Zaraz  po  nim 
usłyszała  śmiech  i  chichoty  rozbawionych  panienek.  Magnetofon 
ryknął  ogłuszająco  i  natychmiast  zamilkł.  Po  chwili  z  dziecięcej 
jaskini  na  parterze  buchnął  rock  and  roli.  Hałas  mógłby  z  łatwością 
obudzić umarłego. 

-  Nie  będziesz  miała  nic  przeciwko  temu,  Ŝe  zaproszę  na  sobotę 

kilka koleŜanek, mamo? - zapytała ją parę dni temu Julie. - Będziemy 
się  cicho  zachowywać.  Obiecuję.  Nawet  nie  zauwaŜysz,  Ŝe  w  ogóle 
jesteśmy w domu. 

Karen  przewróciła  kartkę.  Postanowiła,  Ŝe  dopiero  za  godzinę 

zajrzy  do  tego  domu  wariatów,  wcześniej  nie  miałoby  to 
najmniejszego  sensu.  Nie  poradzi  sobie,  dopóki  dziewczynki  nie 
stracą swojej młodzieńczej energii. 

Pochyliła  się,  Ŝeby  rozmasować  stopy,  i  wtedy  usłyszała  jakiś 

dźwięk.  Taki  dziwny  dźwięk,  jakby  grad  uderzył  o  szybę.  Nocne 
niebo  było  czyste,  bez  jednej  chmurki.  Dźwięk  się  powtórzył. 
Zmarszczyła brwi, zsunęła się na brzeg wielkiego, podwójnego łoŜa i 
odsunęła  zasłonę.  W  szybie  dostrzegła  odbicie  swojej  twarzy. 
Padające zza pleców światło nie pozwalało dostrzec nic na zewnątrz. 
Zgasiła lampę i znów wyjrzała przez okno. Przykleiła nos do szyby i 
dokładnie  w  to  samo  miejsce  uderzyła  gruda  ziemi.  Odruchowo 
odskoczyła  od  okna.  Westchnęła.  Jest  naprawdę  tolerancyjna  i 
wyrozumiała,  nienawidzi  \  odgrywać  roli  Baby  Jagi,  ale  jest  kilka 
zasad, których pod Ŝadnym pozorem nie wolno w jej domu łamać... 

Przygotowana  psychicznie  na  solidną  awanturę,  otworzyła 

szeroko  okno.  Na  trawniku  nie  było  śladu  po  rozbrykanych 
piętnastolatkach.  W  świetle  ulicznych  latarni  dostrzegła  sylwetkę 
męŜczyzny. Stał na trawniku z zadartą do góry głową. 

Nawet nie pomyślała, Ŝe mogłaby się bać. Mimo ciemności widać 

było,  Ŝe  jest  to  cholernie  przystojny,  dobrze  jej  znany  facet.  Jego 

background image

wysoka  sylwetka  o  szerokich  ramionach  wyraźnie  odcinała  się  od 
oświetlonego blaskiem latarni trawnika. 

Kiedyś  juŜ  to  przeŜyła.  Wspomnienie  było  tak  silne,  Ŝe  Karen 

znów  poczuła  się  jak  siedemnastoletnia  panienka,  której  zabroniono 
spotykać się z Craigiem. Mimo to on przyszedł i rzucił garść ziemi w 
okno,  Ŝeby  ją  wywołać.  Wbrew  swoim  rodzicom,  wbrew  rodzicom 
Karen.  Ona  była  zamkniętą  w  wieŜy  królewną,  a  on  -  dzielnym 
rycerzem. 

Otrząsnęła  się  z  tamtego  wspomnienia.  Pod  oknem  stał  dorosły 

męŜczyzna, a nie chłopiec. Niebezpieczny męŜczyzna, który wypełnił 
jej  myśli  erotycznymi  marzeniami  i  nadzieją,  w  której  spełnienie  nie 
miała odwagi uwierzyć. JuŜ od dwóch tygodni nie śpi z jego powodu. 
Boi  się  go.  Zniszczył  jej  z  takim  trudem  wypracowane  poczucie 
równowagi, a teraz wydaje mu się, Ŝe ona powita go z radością. 

Najwyraźniej  jeszcze  jej  nie  zauwaŜył,  bo  znów  się  schylił. 

Wyobraziła  sobie,  jak  sięga  do  klombu  z  kwiatami  po  jeszcze  jedną 
garść ziemi. Szybko wychyliła się z okna i zasyczała: 

- Psst 
Wyprostował  się.  Jego  ciemne  oczy  odnalazły  ją  w  cieniu 

parapetu.  Posłał  jej  uśmiech,  który  mógłby  poruszyć  piekło.  Ten 
uśmiech  zawsze  powodował  przyspieszone  bicie  jej  serca.  Cholera! 
WciąŜ powoduje. Ale Karen postanowiła nie przyznawać się do tego. 

-

 

Zwariowałeś,  Reardon?  Zupełnie  ci  odbiło?  Jeśli  chcesz  wejść, 

moŜesz skorzystać z drzwi. 

-

 

Nie mogę, Karo. Nie chcę wchodzić. Chcę, Ŝebyś ty wyszła. 

- Ja mam wyjść? 
- Tak. Wyjdź do mnie. I postaraj się, Ŝeby nikt cię nie zauwaŜył. 
Karen  nie  miała  zamiaru  nigdzie  wychodzić,  i  to  w  dodatku  bez 

istotnej  przyczyny,  ale  Craig  zniknął  w  mroku,  zanim  zdąŜyła  mu  to 
powiedzieć.  Zirytowana  zamknęła  okno.  Zawsze  po  kąpieli  ubierała 
się w jakiś stary podkoszulek. Teraz teŜ miała na sobie wypchane na 
kolanach spodnie i podkoszulek. Nie nałoŜyła bielizny ani butów, nie 
zrobiła  makijaŜu.  PrzecieŜ  do  pilnowania  kilkunastoletnich  panienek 
nie  trzeba  się  koniecznie  ubierać  w  wieczorową  suknię.  Poza  tym 
jestem stanowczo za stara, pomyślała. Jestem za stara, Ŝeby w środku 
nocy  wyślizgiwać  się  z  domu  na  spotkanie  z  męŜczyzną,  jak  jakaś 

background image

niedowarzona  nastolatka.  Ale  ogromnieją  ciekawiło,  czego  mógł  od 
niej chcieć. 

Czuła  się  bardzo  niezręcznie,  nawet  głupio,  ale  włoŜyła  buty, 

cichutko  wyszła  na  podest  schodów  i  spojrzała  przez  balustradę.  Hol 
był zasłany śpiworami. Ktoś urzędował w kuchni, słyszała otwieranie 
i  zatrzaskiwanie  drzwi  lodówki.  JednakŜe  głównym  źródłem  hałasu 
pozostawał pokój dzieci. Dochodziły stamtąd chichoty, głośny śmiech 
i rock and rollowa muzyka. Dziewczynki tańczyły. 

Jak  na  razie,  droga  do  drzwi  wyjściowych  była  wolna.  Tylko  na 

chwileczkę, zapewniła Karen samą siebie. 

Kiedy  wyszła  z  domu,  po  Craigu  nie  pozostał  nawet  ślad. 

Powietrze  było  świeŜe  i  chłodne,  noc  cicha  i  nieruchoma,  jak 
cmentarz o północy. Nerwowo zatarła dłonie. MoŜe sobie poszedł, bo 
za długo się grzebała? 

Craig mieszkał trzy domy dalej. O to teŜ adwokaci robili straszne 

awantury podczas rozwodu. UwaŜali, Ŝe nie powinien kupować domu 
połoŜonego  tak  blisko.  Nie  rozumieli,  Ŝe  skoro  rodzice  wspólnie 
opiekują się dziećmi, to dzięki takiemu rozwiązaniu mogą one chodzić 
do  ojca  nawet  na  piechotę.  Prawdę  mówiąc,  robiły  to  prawie 
codziennie. 

Teraz jednak na ulicy nie było ani ich dzieci, ani Ŝadnych innych. 

Karen rozejrzała się i wreszcie zauwaŜyła tylny błotnik białego dŜipa 
Craiga,  zaparkowanego  wprawdzie  na  ulicy,  ale  do  połowy  scho-
wanego  za  płotem  sąsiada.  Co  sił  w  nogach  pobiegła  do  samochodu. 
Zupełnie  nie  wiedziała,  po  co  ten  pośpiech,  i  wcale  nie  była  pewna, 
czy to spotkanie ma w ogóle jakiś sens. 

Drzwi 

samochodu 

otworzyły 

się, 

jak 

za 

dotknięciem 

czarodziejskiej  róŜdŜki,  gdy  tylko  do  nich  podeszła.  Zupełnie 
niespodziewanie  dla  samej  siebie  zaczęła  się  śmiać.  Zza  drzwi 
wysunęła  się  wielka  dłoń,  zacisnęła  na  przegubie  jej  ręki  i  zaczęła 
wciągać Karen do środka. 

- Strasznie  się  grzebałaś.  Wsiadaj,  zanim  któreś  z  nich  nas 

wypatrzy. 

- Kto ma nas wypatrzeć? 
- Dzieci. - Craig oparł się o drzwi po swojej stronie samochodu. - 

NatęŜenie 

hałasu 

moim 

domu 

grozi 

natychmiastowym 

background image

ogłuchnięciem.  I  to  z  twojej  winy.  Gdybyś  nie  pozwoliła  urządzić  u 
siebie  tego  zwariowanego  balu  piŜamowego,  Jon  na  pewno  nie 
przypomniałby  sobie,  Ŝe  dawno  juŜ  nie  zapraszał  do  domu  kolegów. 
WciąŜ  nie  mogę  uwierzyć,  Ŝe  dałem  się  na  to  namówić.  Wsiadaj, 
wsiadaj! 

- Ale ja... 
Craig  dobrze  wiedział,  Ŝe  jest  zdenerwowana.  On  teŜ  się 

denerwował, ale nie dał nic po sobie poznać. 

-

 

Coś  mi  się  zdaje,  Ŝe  chwilowo  mamy  podobne  problemy:  w 

domu nie ma spokoju i nie mamy się gdzie podziać. Pamiętam, Ŝe na 
to samo narzekałem, kiedy miałem siedemnaście lat. 

-

 

Tym  razem  jest  to  znacznie  gorsze  -  przyznała  ze  śmiechem. 

Wsiadła  do  samochodu  i  zatrzasnęła  drzwi.  Niedokładnie,  ale  była 
zbyt roztrzęsiona, Ŝeby zwracać uwagę na takie drobiazgi. Widziała w 
ciemności jego oczy. Czuła się tak bezpiecznie, jak owca w obecności 
wilka. 

Więc  juŜ  do  tego  doszło,  pomyślał  Craig.  Tak  jak  przypuszczał, 

zaaranŜowane  przez  niego  nieoczekiwane  spotkanie  w  środku  nocy 
zaskoczyło  ją,  i  w  tej  chwili  nie  była  tak  zupełnie  pewna,  czy  aby 
dobrze  zrobiła,  wychodząc  z  domu.  Widać  po  niej  wyraźnie,  Ŝe  jest 
bardzo spięta. 

-

 

Naprawdę nie mogę dziewczynek zostawiać samych tak długo... 

-

 

NajwyŜej  piętnaście  minut.  Tyle  czasu  chłopcy  teŜ  powinni 

wytrzymać.  -  Tak  naprawdę,  chłopcy  byli  grzeczni  jak  aniołki  i 
cichutko grali w pokera. 

Karen  znacznie  się  uspokoiła,  gdy  usłyszała,  Ŝe  chodzi  tylko  o 

kwadrans. Nawet rozsiadła się wygodnie na fotelu i przestała sprawiać 
wraŜenie osoby, która za chwilę ucieknie. 

- Co tak pachnie? - zapytała. 
- Pizza. Do tego kilka puszek kukurydzy. Podkradłem chłopakom. 

Jesteś  głodna?  -  Sięgnął  po  złoŜone  na  tylnym  siedzeniu  zapasy.  - 
Dobrze  by  było,  gdybyś  była  głodna.  Nie  dam  rady  sam  tego  zjeść. 
Podwójny ser, szynka, papryka i chyba z milion czarnych oliwek... 

- Oliwki? 
-

 

To  jedyna  pizza,  jaka  została.  Resztę  pochłonęli  -  powiedział 

spokojnie  Craig.  Ohydne  kłamstwo.  Postraszył,  Ŝe  ich  pozabija,  jeśli 

background image

odwaŜą się to tknąć. 

-

 

Chyba  oliwki.  -  RozłoŜył  jej  na  kolanach  kilka  papierowych 

serwetek i połoŜył na nich kwadratowe pudełko. - Niestety, nie mam 
srebrnej  zastawy.  O  tym  nie  pomyślałem.  Przyszło  mi  do  głowy,  Ŝe, 
być  moŜe,  tak  jak  ja  potrzebujesz  chwili  wytchnienia  od  tego  całego 
rozgardiaszu. 

- Oliwki - powtórzyła cicho. 
Zawsze je uwielbiała. Ale czarne, nie zielone. Którejś nocy, kiedy 

miał  się  urodzić  Jon  Jacob,  Craig  przeczesał  całe  miasteczko 
uniwersyteckie  w  poszukiwaniu  otwartego  sklepu,  gdzie  mieliby 
czarne oliwki. Kiedy tylko przywiózł je do domu, wyjadła cały słoik. 

-  MoŜe  kawałeczek  -  powiedziała  nieśmiało.  Zjadła  cztery.  Cała 

się upaprała serem i wszędzie było mnóstwo okruszków. 

Nikt  nigdy  nie  potrafił  go  tak  rozśmieszyć  jak  Kara.  Sklęła  go, 

kiedy powiedział, Ŝe jest Ŝarłoczna. Ulicą przejechał samochód, a oni 
skulili  się,  Ŝeby  ich  nikt  nie  zauwaŜył.  Jak  dzieci.  Roześmiała  się  i 
ś

miała  się  długo  z  tego  tylko,  Ŝe  tłusta,  czarna  oliwka  spadła  mu  na 

spodnie.  Nie  rozmawiali  ani  o  dzieciach,  ani  o  pracy.  Po  prostu... 
rozmawiali.  O  tym,  Ŝe  księŜyc  tak  dziwnie  wygląda.  O  chudym 
pręgowanym kocurze, który kiedyś szedł za nią aŜ do domu, i o tym, 
Ŝ

e oboje zupełnie nie znają się na fotografowaniu. Karen powiedziała, 

Ŝ

e  chodzi  na  wykłady  z  historii  Chin.  Craig  nie  miał  zielonego 

pojęcia, Ŝe ona interesuje się takimi sprawami, ona zaś nie wiedziała, 
Ŝ

e Craig ma coś wspólnego z lokalną polityką. Nie zgłębiali Ŝadnego z 

tych  tematów,  nawet  nie  próbowali.  Karen  zupełnie  naturalnie 
znajdowała więcej tematów do rozmowy niŜ on. To oczywiste. 

Craig  był  bardziej  niepewny  i  rozbity.  Udało  mu  się  przekonać 

samego  siebie,  Ŝe  ma  prawo  i  wszelkie  powody,  aby  znów  się  z  nią 
spotkać.  Dwa  tygodnie  temu  zapłonęło  w  nich  poŜądanie,  jak  suchy 
las  płonie  od  pojedynczej  zapałki.  Taki  sam  czarodziejski  wybuch 
spowodował  ich  pocałunek  za  garaŜem.  Sądził,  Ŝe  rozumie,  co  się 
dzieje. Rozstali się, bo doprowadzali się nawzajem do szału. Rozwód 
przerwał  ten  zamknięty  krąg  nieporozumień,  ale  najwyraźniej  okazał 
się  tylko  formalnością,  opieczętowanym  kawałkiem  papieru.  Ich 
związek  nigdy  się  nie  zakończył.  Nie  było  Ŝadnego  podsumowania, 
odpowiedzi  na  zasadnicze  pytania,  Ŝadnej  spinającej  tamte  wszystkie 

background image

lata klamry. Pomyślał, Ŝe gdyby spróbowali powaŜnie ze sobą poroz-
mawiać, to wzajemne zrozumienie mogłoby im obojgu bardzo pomóc 
w Ŝyciu. 

Przez  szybę  wpadł  promień  księŜyca  i  tak  oświetlił  twarz  Karen, 

Ŝ

e  jej  skóra  wyglądała  jak  krem  waniliowy.  Rozciągnięty  dekolt 

starego podkoszulka odsłaniał białą szyję. Kiedy się śmiała, wokół jej 
policzków  trzepotały  złote,  jedwabiste  pasma  włosów.  Pachniała 
damasceńskimi  róŜami.  Craig  pamiętał,  Ŝe  juŜ  kiedyś  czuł  się 
podobnie.  Siedzieli  wtedy  w  cięŜarówce  jego  ojca,  zaparkowanej  w 
jakimś  odludnym  miejscu.  Sama  obecność  Karen  powodowała,  Ŝe 
cały  świat  gdzieś  zniknął.  Zrobiło  się  późno  i  wiedział,  Ŝe  musi 
odwieźć ją do domu, ale zupełnie nie miał na to ochoty. 

Pochłonęli całą pizzę. Craig wrzucił serwetki do pudełka i odłoŜył 

je  z  powrotem  na  tylne  siedzenie.  Karen  wciąŜ  jeszcze  oblizywała 
palce. Wargi miała wilgotne od coli. Craig patrzył na nią i coraz lepiej 
rozumiał, Ŝe cała jego szlachetna motywacja, te wszystkie opowieści o 
„wzajemnym zrozumieniu" i „bliskości" nie są warte funta kłaków. Po 
prostu,  chciał  z nią  być.  Sam  na  sam,  tak  jak  teraz.  NiewaŜne,  jakim 
kosztem. 

-

 

Reardon. Ja naprawdę muszę juŜ iść. 

-

 

Wiem. 

-  Dziewczynki  pewnie  nawet  nie  zauwaŜyły,  Ŝe wyszłam, ale  nie 

masz pojęcia, jak one potrafią przewrócić dom do góry nogami... 

- Wiem, wiem... 
- To wstyd. - PołoŜyła rękę na klamce, ale nie otworzyła drzwi. - 

To prawdziwy wstyd, Ŝe w naszym wieku musimy się tak potajemnie 
spotykać.  To  na  pewno  najbardziej  tajemnicza  pizza,  jaką  w  Ŝyciu 
jadłam. 

- Myślisz, Ŝe właśnie dlatego była taka dobra? 
-  Masz  jakieś  wątpliwości?  -  Roześmiała  się.  Nawet  oczy  miała 

uśmiechnięte. - Dzięki, Craig – dodała cicho. 

Obiecał  sobie,  Ŝe  jej  nie  pocałuje.  Uznał,  Ŝe  przyzwoity 

męŜczyzna dałby jej spokój. Karen boi się ponownego bólu, a on juŜ i 
tak zbyt wiele razy wpędził ją w tarapaty. Jednak nachylił się nad nią, 
a  Kara  popełniła  potworny  błąd  -  nie  odsunęła  się.  Nawet  się  nie 
poruszyła,  kiedy  ujął  jej  twarz  w  dłonie.  Patrzyła  na  niego  swymi, 

background image

jakby  rozjaśnionymi  gorączką,  oczami,  w  których  wyczytał  zarówno 
obawę, jak i poŜądanie. 

-

 

Tylko raz - obiecał. 

-

 

Nie. 

-

 

Zwykły przyjacielski pocałunek. 

-

 

Nie. 

- Jeden, bardzo krótki. Ręce będę trzymał za plecami. Niech mnie 

piorun strzeli, jeśli to potrwa dłuŜej niŜ trzydzieści sekund. 

Jakieś  sto  lat  temu  targował  się  z  nią  w  podobny  sposób...  I  ona 

wtedy tak samo nerwowo się śmiała. 

- Zawsze się bezwstydnie zachowywałeś - upomniała go. 
-

 

A  ty  zawsze  to  lubiłaś,  Karo.  -  Jego  palce  bezszelestnie 

wślizgnęły  się  w  jej  włosy.  Była  tak  blisko,  Ŝe  czuł  zapach  jej 
słodkiego, ciepłego oddechu. 

- Lubiłaś  mój  brak  zahamowań  i  zawsze  doprowadzałaś  mnie  do 

szaleństwa  swoimi  Ŝartami.  Tak  mnie  podniecałaś,  Ŝe  nic  nie 
widziałem,  jak  w  gęstej  mgle.  Karen...  -  SpowaŜniał.  -  To  nie  było 
tylko  zwyczajne  poŜądanie.  Wydawało  mi  się  wtedy,  Ŝe  potrafię 
pozabijać  wszystkie  twoje  smoki.  Obiecałem,  Ŝe  się  tobą  zajmę  i  Ŝe 
będziesz  bezpieczna.  Naprawdę  chciałem  dotrzymać  tej  obietnicy. 
Cała róŜnica między tamtymi czasami i dniem dzisiejszym polega na 
tym,  Ŝe  jestem  teraz  starszy  i  zbyt  dorosły,  Ŝeby  obiecywać  coś,  nie 
mając pewności, Ŝe potrafię dotrzymać obietnicy. 

JuŜ  nie  musiał jej  całować. To ona  go  pocałowała.  Zrobiła  to  tak 

mocno i tak namiętnie, Ŝe ciałem Craiga wstrząsnął dreszcz. 

Niedoświadczona  dziewczyna  oczekiwała  obietnic,  ta  dorosła 

kobieta  ceniła  sobie  uczciwość.  Jej  pocałunek  wyraził  to  lepiej  niŜ 
tysiąc  słów.  Była  chora  z  bólu  i  zmęczona  Ŝyciem  w  tamtym  piekle 
pełnym  błędów  i  nieporozumień.  To  właśnie  chciała  mu  powiedzieć, 
głaszcząc go po włosach i obejmując mocno za szyję. Była przeraŜona 
tym,  co  się  z  nimi  działo.  I  to  chciała  mu  powiedzieć,  przeciągając 
pocałunek, pieszcząc językiem jego wargi i zęby, czego dawna Karen 
nigdy nie ośmieliłaby się zrobić. 

- Nigdy nie prosiłam, Ŝebyś mi cokolwiek obiecywał -  szepnęła. 

– Nie oczekiwałam Ŝadnych deklaracji. Jeśli o to ci chodzi... 

-  Cicho  -  mruknął.  Znacznie  łatwiej  sobie  radził  z  tamtą 

background image

dziewczyną, w której się kiedyś zakochał. Kobieta w jego ramionach 
była  zmienna  jak  wiosenna  pogoda.  Kara  nawet  nie  zdaje  sobie 
sprawy,  jak  łatwo  ją  zranić.  Jest  wprawdzie  starsza,  mądrzejsza  i 
bardziej zahartowana, a mimo to wciąŜ taka delikatna... 

- O nic cię nie proszę. 
-  Wiem.  -  Dotknął  jej  policzka.  Chciał  ją  głaskać,  dotykać, 

obejmować...  WciąŜ  drŜała.  Jej  ciemnoniebieskie  oczy  wyraŜały 
poŜądanie i wszystkie zaklęcia, w które juŜ dawno przestała wierzyć. 

Chwilę  później  juŜ  jej  nie  było  w  samochodzie.  Patrzył  za 

majaczącą  w  ciemnościach  sylwetką.  Wreszcie  zniknęła  we  wnętrzu 
domu, a on wciąŜ jeszcze siedział i patrzył. 

Na  przednim  siedzeniu  dŜipa,  w  środku  nocy,  pomyślał. 

NajwyŜszy czas zrozumieć, Ŝe jest zakochany we własnej byłej Ŝonie. 
Zupełnie  na  nowo  zakochał  się  po  uszy  w  tej  kobiecie,  jaką  stała  się 
jego  dawna  Karen.  W  tej,  którą  stracił  przez  własne  niedbalstwo  i 
niewraŜliwość.  W  jedynej  kobiecie,  która  pewnie  juŜ  nigdy  nie 
uwierzy  w  Ŝadną  z  jego  obietnic.  I  to  właśnie  teraz,  kiedy  moŜe  z 
pełną odpowiedzialnością obiecać, Ŝe naprawdę się zmienił. Ale jak to 
udowodnić Karen? 

Firma  Craiga  mieściła  się  o  dwa  kroki  od  U.S.  Air  Force 

Academy.  Hytech  projektował  i  produkował  róŜne  wymyślne 
urządzenia  elektroniczne  do  samolotów  najnowszej  generacji.  Nie 
Ŝ

adną  broń,  tylko  takie  przyrządy  na  tablicę  rozdzielczą,  Ŝeby  pilot 

miał  się  czym  zająć  podczas  lotu.  Craig  nigdy  nie  mógł  pojąć,  jakim 
cudem ta właśnie produkcja od wielu lat zapewniała firmie milionowe 
zyski.  Roczny  dochód  Craiga  wynosił  kilkaset  tysięcy  dolarów,  bo 
właściciel firmy uznał, Ŝe wiceprezes do spraw handlowych bardzo się 
zasłuŜył w powstaniu tak wielkich zysków. 

W ten poniedziałek zupełnie nie mógł się zająć pracą. Po raz trzeci 

w  ciągu  pół  godziny  popatrzył  na  zegarek.  Nie  zwracał  najmniejszej 
uwagi  na  zawalone  papierami  biuro.  Papiery  zaścielały  cały  gabinet. 
Ogromne  fotele  stały  zsunięte  pod  ścianą,  a  na  dywanie  rozłoŜone 
były.  schematy  i  wyniki  badań  porównawczych  kilku  ostatnich 
produktów  firmy.  Oczywiście,  mógłby  je  porównać  komputer,  tyle 
tylko,  Ŝe  maszyna  nie  ma  instynktu  i  nigdy  nie  będzie  go  miała, 
choćby nie wiadomo jak ją udoskonalić. Craigowi płacono właśnie za 

background image

jego  niezawodny  instynkt.  Zawsze  przed  podjęciem  decyzji  o 
wprowadzeniu  na  rynek  nowego  produktu  musiał  mieć  przed  oczami 
obraz tego przedmiotu. 

Virginia,  sekretarka  Craiga,  przezornie  zamknęła  drzwi  na  klucz, 

Ŝ

eby  najdrobniejszy  nawet  przeciąg  nie  zagroził  porozkładanym  na 

podłodze kartkom. Na jej zadartym nosie pyszniły się ogromne szkła 
w  czerwonej  oprawce.  Wąską  spódniczkę  podciągnęła  do  kolan  i 
wypinając  potęŜną  pupę,  ostroŜnie  układała  papiery.  Ginny  zawsze 
rozkładała  plany  na  podłodze  jego  gabinetu.  Od  dziesięciu  lat  była 
jego sekretarką i naleŜało to do jej obowiązków. 

-

 

Jeśli  nie  przestaniesz  wreszcie  patrzeć  na  zegarek,  Reardon,  to 

nigdy tego nie skończymy - powiedziała. 

-

 

Jest  juŜ  po  czwartej.  -  Craig  zasłonił  mankietem  koszuli  złotą 

bransoletkę zegarka. - A ty nie miałaś jeszcze przerwy obiadowej. 

-

 

PrzeŜyję. Będziesz tu siedział całą noc, jeśli ci nie pomogę. 

- No i co z tego? To juŜ nie twój problem. 
-  Dobrze  ci  radzę,  wykorzystaj  swojego  niewolnika,  dopóki 

jeszcze  tu  jest.  O  piątej  wychodzę.  Umówiłam  się  z  Haroldem  na 
obiad.  Będziemy  zupełnie  sami.  Bez  dzieci,  bez  teściowej.  Dlatego 
właśnie, mimo Ŝe cię uwielbiam, nie mogę dziś zostać z tobą dłuŜej. 

-

 

A czy ja cię o to prosiłem? 

-

 

Nie. - Poprawiła opadające na nos okulary. 

-

 

Ale  nie  lubię  cię  z  tym  zostawiać  samego.  I  wcale  nie  ze 

względu  na  ciebie,  tylko  na  mnie.  Jak  przesiedzisz  tu  całą  noc,  jutro 
będziesz kwaśny jak ocet i bardzo trudny we współŜyciu. - Czekała i 
jego  ripostę,  ale  Craig  nie  skorzystał  z  okazji.  -  Chory  jesteś?  - 
zapytała troskliwie. 

-

 

Ja? Nie, czuję się świetnie. 

-

 

Nie pamiętam, Ŝebyś kiedykolwiek był tak rozbity. 

- Po  prostu  myślę  -  odpowiedział  zgodnie  z  prawdą.  Cały  czas 

myślał o malutkiej laseczce dynamitu, jaką podłoŜył w jednym z biur 
na drugim końcu miasta. W kaŜdej chwili mógł zadzwonić telefon. 

Oczekując  na  ten  telefon,  zastanawiał  się  w  stosunkami 

panującymi  między  nim  i  jego  sekretarką.  Kiedy  zatrudnił  Virginię, 
była  pełna  szacunku  i  trochę  wystraszona,  ale  jego  status  pana  i 
władcy  nie  trwał  długo.  Potem  Ginny  widziała  go  w  gorszych 

background image

momentach  i  przestał  na  niej  robić  wraŜenie  jego  sześciocyfrowy 
roczny dochód i dziesiątki tytułów na drzwiach gabinetu. MoŜe i jest 
troci  szorstka,  ale  znakomicie  prowadzi  jego  biuro  i  b  rdzo  lubi  tę 
pracę. Craig tak uwaŜał, bo nigdy na nic nie narzekała, ale w tej chwili 
nie b juŜ tego taki pewien. Przypomniał sobie, jak dv lata temu mało 
brakowało,  Ŝeby  Virginia  złoŜy  wymówienie.  Bracken,  taki  picuś  z 
księgowości  zaczął  ją  napastować.  Craig  zwolnił  go,  kiedy  tylko 
zorientował się, co się dzieje. Zrugał Virginię o to, Ŝe nie powiedziała 
mu o swoich kłopotach. Dziewczyna najpierw się obruszyła, a potem 
powiedziała,  Ŝe  takie  rzeczy  zdarzają  się  przecieŜ  w  biurach  i  Ŝe 
chciała  sama  sobie  z  tym  poradzić.  A  przecieŜ  Karen,  tak  samo  jak 
Virginia, pracuje jako sekretarka szefa duŜej firmy. Na pewno w ciągu 
tych  wszystkich  lat  pracy  jakiś  biurowy  Don  Juan

 

musiał  się 

dostawiać  takŜe  do  niej.  Tym  bardziej,  Ŝe  Karen  jest  piękna  i 
delikatna, nie taka zwyczajna jak jego Ginny. 

Tak,  teraz  wreszcie  zrozumiał,  Ŝe  Kara  po  prostu  nie  opowiadała 

mu  o  swoich  problemach.  Dzieliła  się z  nim  radościami  i  sukcesami, 
ale  kłopotów  nigdy  nie  przynosiła  do  domu.  Nigdy  przedtem  nawet 
nie przyszło mu do głowy, Ŝe ta praca nie daje jej satysfakcji. 

Całe  popołudnie  chodziła  mu  po  głowie  jedna  myśl.  Dlaczego, 

kiedy  jeszcze  byli  małŜeństwem,  nigdy  nie  posadził  jej  naprzeciwko 
siebie i po prostu nie zapytał, o czym myśli, czy ma jakieś marzenia, 
aspiracje zawodowe, czy jest szczęśliwa? Dlaczego nie interesował się 
takimi  waŜnymi  problemami  kobiety,  która  była  jego  Ŝoną? 
Rozdzwonił  się  telefon  i  Craig  zerwał  się  na  równe  nogi.  Virginia 
popatrzyła na niego ze zdziwieniem. 

- Czekałem na ten telefon - powiedział. - Odbiorę w sekretariacie. 
Musiał  przebyć  ocean  papierów,  Ŝeby  się  tam  dostać,  Ale  o  tej 

porze w sekretariacie było pusto i mógł spokojnie rozmawiać. 

Reardon, słucham. - Udało mu się chwycić słuchawkę po trzecim 

dzwonku. 

-  To  właściwa  osoba  -  usłyszał.  Mocno  przycisnął  słuchawkę  do 

ucha. Uśmiechnął się zadowolony. Rzeczywistość okazała się jeszcze 
gorsza  niŜ  przypuszczał.  Znajomy  kobiecy  głos  po  drugiej  stronie 
słuchawki był bardzo obraŜony. - Posłaniec z kwiaciarni przyniósł mi 
bukiet - oznajmiła sucho. 

background image

- Taak? - Zapomniał o Virginii, o biurze i papierach... Wyobraził 

sobie  Karen.  Zawsze  bardzo  starannie  ubierała  się  do  pracy.  Włosy 
upinała w kok. Nosiła buty na wysokich obcasach (uwielbia wysokie 
obcasy) i eleganckie kostiumy. Na pewno wygląda wspaniale. Zawsze 
jest  taka  opanowana.  Te  nutki  zdenerwowania  w  jej  głosie  mogła 
wywołać wyłącznie malutka laseczka dynamitu. 

- RóŜe.  Trzydzieści  sześć  róŜ.  Trzydzieści  sześć  Ŝółtych  róŜ  od 

jakiegoś Texa Lancera. 

- Ten  Tex  musi  być  twoim  oddanym  wielbicielem  -  powiedział 

zimno Craig. 

-

 

Tak, a krowy potrafią latać. Nie znam Ŝadnego Texa Lancera. 

-

 

Jesteś  pewna?  MoŜe  spotkałaś  go  kiedyś  i  teraz  po  prostu  nie 

pamiętasz. 

-

 

Reardon. Jest tylko jeden człowiek na świecie, który mógłby mi 

przysłać  Ŝółte  róŜe,  ale  on  nie  ma  na  imię  Tex.  Jak  mogłeś  mi  to 
zrobić? 

-

 

Ja?  Kochanie,  oskarŜasz  niewłaściwego  faceta.  To  nie  moja 

wina, Ŝe męŜczyźni za tobą szaleją. 

- Craig... 
-  Cholera!  Mam  drugi  telefon!  Nie  mogę  teraz  rozmawiać,  Karo. 

Zadzwonię do ciebie później

- OdłoŜył  słuchawkę  i  głośno  się  roześmiał.  Pomyślał  z 

satysfakcją, Ŝe jego była Ŝona ma przed sobą cały długi tydzień takich 
irytujących niespodzianek. Dziś rano złoŜył w kwiaciarni zamówienie, 
które tylko zaczynało się od róŜ. Jutro Kara dostanie, naręcze kamelii 
od  Clifforda  Rinesa,  w  środę  Basil  Wickenford  III  przyśle  jej 
orchidee,  a  w  czwartek  Gilbert  Rafferty  -  fiołki.  W  piątek  Quentin 
Forbes... Co, u licha, pośle jej Quentin Forbes? Takie jakieś cudaczne, 
bardzo kolorowe kwiaty. Właściciel kwiaciarni powiedział mu, jak się 
nazywają, ale Craig nie miał głowy do nazw kwiatów. 

Dawno  juŜ  nie  dawał  Karen  Ŝadnych  dowodów  uznania.  Craig 

dobrze  wiedział,  Ŝe  dla  zdobycia  jej  będzie  potrzebował  znacznie 
cięŜszej  artylerii  niŜ  garść  kwiatów.  Nie  chciała,  Ŝeby  ją  zdobywał. 
Nie chciała, aby ją znów ranił, i miała po temu uzasadnione powody. 
Wyszła  za  mąŜ  za  niewraŜliwego  egoistę.  Błędy,  które  popełnił, 
ciąŜyły  mu  jak  ołów,  ale  przecieŜ  zostały  popełnione  i  są  teraz 

background image

integralną  częścią  ich  przeszłości.  Jego  jedyna  szansa  to 
udowodnienie Karen, Ŝe stał się innym męŜczyzną i Ŝe naprawdę juŜ 
nigdy w Ŝyciu jej nie skrzywdzi. 

Tym razem, obiecał sobie Craig, będę bardzo ostroŜny. Na pewno 

nie napytam jej biedy. Teraz juŜ zawsze będę uwaŜał, Ŝeby to ona była 
szczęśliwa. 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 
Ktoś zapukał do drzwi. 
-  Julie!  MoŜesz  otworzyć?  Nie  mogę  tego  teraz  zostawić  - 

zawołała Karen znad stosu bielizny, którą, właśnie przeglądała. 

- No pewnie. 
Karen  usłyszała,  jak  rzucona  z  impetem  szczotka  uderzyła  o 

podłogę  w  kuchni.  Julie  z  radością  witała  wszelkie  przerwy  w 
domowych zajęciach, zaplanowanych na sobotnie przedpołudnie. I nie 
ona  jedna.  Karen  zdmuchnęła  opadający  na  oczy  kosmyk  włosów  i 
pochyliła  się  nad  stertą  ciuchów.  KaŜda  koszula,  kaŜda  bluzka  czy 
para  spodni  miały  inny  przepis  prania.  Na  trzy  osoby  trzeba  by  co 
tydzień robić dziewięćdziesiąt siedem osobnych prań. śarty, czy co? 

-

 

Cześć, tato! - Julie była najwyraźniej zaskoczona. - Mieliśmy się 

spotkać dopiero po południu. 

-

 

I spotkamy się. - Objął córkę i pocałował w policzek. 

-

 

Jestem ci potrzebna? 

-

 

Niezupełnie. 

-

 

Więc  chcesz  coś  od  Jona.  Ale  się  ucieszy!  Robi  porządki  w 

swoim  pokoju.  Wygląda  to  tak,  jakby  prowadził  działania  wojenne. 
Wyobraź sobie... 

-

 

Właściwie,  to  Jona  teŜ  nie  potrzebuję.  Przyszedłem  do  waszej 

mamy. 

-

 

Do  mamy?  -  Julie  szeroko  otworzyła  zdziwione  oczy.  -  Chcesz 

się zobaczyć z mamą? 

-

 

Muszę  znaleźć  stare  zeznania  podatkowe.  Mama  zawsze 

trzymała je na strychu. Czy jest w domu? 

-

 

Tak, jest w domu - powiedziała Karen, stając w drzwiach. 

Widziała, Ŝe córka obserwuje ich z ogromnym zainteresowaniem. 

Powitała  Craiga  uprzejmym  skinieniem  głowy,  chociaŜ  serce  jej 
trzepotało jak ptak schwytany w sidła. 

Przez cały tydzień ani razu nie udało jej się skontaktować z byłym 

męŜem.  Tylko  w  poniedziałek  odebrał  telefon  i  powiedziała  mu,  co 
sądzi  o  róŜach,  ale  to  wszystko.  Wypadło  mu  nagle  bardzo  wiele 
spotkań  i  w  Ŝaden  sposób  nie  mógł  z  nią  rozmawiać  w  pracy,  a  po 
południu  miał  takie  mnóstwo  zajęć,  Ŝe  zupełnie  nie  mógł  odebrać 
telefonu w domu. 

background image

Te wszystkie cudowne, wspaniałe kwiaty... Craigowi musi na niej 

bardzo zaleŜeć, skoro zadał sobie tyle i trudu. ChociaŜ w tej chwili nie 
wygląda jak starający się facet. Stare dŜinsy, skórzana kurtka, ręce w 
kieszeniach zaróŜowione od chłodnego porannego powietrza policzki. 
Stał  w  drzwiach  z  nogą  wysuniętą  do  przodu,  jakby  nie  miał  odwagi 
wejść  do  domu  bez  jej  pozwolenia,  i  bez  najmniejszej  emocji 
przyglądał się szczupłej sylwetce swojej byłej Ŝony. 

- Przepraszam,  Ŝe  ci  zawracam  głowę,  Karen  -  powiedział 

uprzejmym, zupełnie obojętnym tonem - ale gdybyś mogła poświęcić 
mi  kilka  chwil...  Jestem  pewien,  Ŝe  masz  na  strychu  nasze  stare 
zeznania  podatkowe.  Byłbym  wdzięczny,  gdybyś  pozwoliła  mi  do 
nich zajrzeć. 

- Nie ma sprawy - odrzekła równie grzecznie. 
- Co potrzebujesz? 
-

 

Oświadczenie  podatkowe  z  tysiąc  dziewięćset  osiemdziesiątego 

siódmego roku. 

-

 

Och, to będzie kłopot. Te papiery leŜą chyba na samym spodzie. 

Julie... 

-

 

Na  mnie  nie  licz.  -  Córka  podniosła  ręce  do  góry.  -  Nie  mam 

pojęcia, gdzie tam co znaleźć. 

-

 

No  dobrze,  sama  z  tobą  pójdę  -  westchnęła  Karen. 

Wyprostowana, jakby połknęła kij od szczotki, weszła po schodach na 
górę.  Craig  w  milczeniu  poszedł  za  nią.  Jon  wysunął  nos  z  pokoju  i 
zawołał: 

- Tato! Co ty tu... 
- Musimy  znaleźć  stare  zeznania  podatkowe  -  odpowiedział 

szybko synowi. 

- Chyba są na strychu - dodała Karen. 
W  końcu  korytarza  znajdowały  się  małe  drzwi  prowadzące  na 

strych.  Karen  nacisnęła  klamkę.  Craig  przystanął  na  chwilę,  Ŝeby 
zamienić parę słów z synem, więc Karen poszła przodem. 

Schody  na  strych  były  wąskie  i  źle  oświetlone.  Na  górze  były 

tylko  dwa  małe  okienka,  przez  które  przesączało  się  światło  dnia. 
Nigdy  nie  wykończyli  strychu.  Wiatr  dmuchał  przez  szczeliny,  a 
zakurzone  promienie  słońca  padały  na  podłogę  z  desek,  zasłaną 
pudłami pełnymi jakichś rupieci. 

background image

Karen  z  obrzydzeniem  patrzyła  na  ten  bałagan:  stare  krzesła, 

dziecięce  łóŜeczko,  połamany  fotel  na  biegunach,  jakiś  zniszczony 
stolik  i  mnóstwo  pudeł  pełnych  ksiąŜek.  Na  tym  strychu 
przechowywano  wiele  wspomnień,  ale  na  pewno  nie  było  tu  zeznań 
podatkowych.  Nigdy  nie  składali  na  strychu  Ŝadnych  dokumentów 
dotyczących podatków. I Craig doskonale o tym wiedział. 

Usłyszała,  jak  zamyka  drzwi  na  dole,  a  potem  idzie  po 

trzeszczących  stopniach.  Wszedł  na  górę  i  nie  zatrzymując  się  nawet 
na  chwilę,  podszedł  prosto  do  niej.  JuŜ  nie  patrzył  na  nią  obojętnie. 
Zniknęła teŜ gdzieś jego układność. 

Podkradł się do niej jak lew do świeŜego mięsa, I pochyłu głowę i 

pocałował  ją  szybko.  Pocałunek  był,

1

]  na  tyle  krótki,  Ŝe  moŜna  go 

było  uznać  za  powitanie,  ale  dla  niej  trwał  wystarczająco  długo. 
Poczuła  na  piersiach  dotknięcie zimnej  skórzanej  kurtki  i  ciepło  jego 
ust na swoich wargach. Podniósł głowę, a na jego twarzy pojawił się 
szatański uśmiech. 

- Dzień  dobry,  Karo  -  powiedział  niewinnie.  Serce  jej  waliło  jak 

młot  pneumatyczny  i  Karen  bardzo  się  tego  wstydziła.  Oszukiwanie 
dzieci, potajemne spotkania... 

No,  oczywiście,  nie  mają  przecieŜ  innego  wyjścia.  Przynajmniej 

jeśli chcą, aby dzieci nie budowały zamków z piasku... 

Mimo  wszystko  źle  się  z  tym  czuła.  ChociaŜ  z  drugiej  strony,  to 

uczucie  było  całkiem  przyjemne.  Przez  cały  ostatni  rok  Ŝyła  jak 
cnotliwa zakonnica. JuŜ prawie zapomniała, jaką przyjemność sprawia 
robienie rzeczy zakazanych. Tylko jeden największy na świecie łobuz 
zawsze  umiał  ją  skusić  do  złego.  Ten  sam,  który  w  tej  chwili  tak 
mocno ją obejmuje. 

- Craig...  -  Musi  omówić  z  nim  bardzo  powaŜną  sprawę.  JuŜ  za 

chwilę  na  pewno  sobie  przypomni,  o  czym  to  miała  z  nim 
porozmawiać. 

Jednak jej były mąŜ najwyraźniej zaplanował sobie zupełnie inną 

kolejność zdarzeń. 

- MoŜemy tu zostać najwyŜej dwadzieścia minut. - Craig usiadł na 

pudle z ksiąŜkami i pociągnął Karen za sobą. - Coś ci przyniosłem. Po 
to  właśnie  przyszedłem.  Ale  najpierw  kawa.  -  Rozpiął  suwak 
skórzanej  kurtki  i  wyciągnął  nieduŜy  termos.  –  Jest  tylko  jedna 

background image

filiŜanka. Musimy się podzielić. A potem prezencik... 

-

 

Jaki znowu prezent? Nie, Craig, poczekaj... 

-

 

Nie denerwuj się. To nie jest duŜe. 

PołoŜył  jej  na  kolanach  prostokątny  przedmiot  opakowany  w 

papier. Wpatrywała się w Craiga i nawet nie rzuciła okiem na paczkę. 

- No, otwórz. Bo sam otworzę... 
Przyglądał  się,  jak  Karen  odwija  Ŝółty  papier,  pod  którym  ukrył 

specjalnie dla niej wybraną ksiąŜkę. 

Wprawdzie tylko raz wspomniała, Ŝe chodzi na wykłady z historii 

Chin, ale kupił jej klasyczne dzieło o historii Chin, elegancko wydane, 
w skórzanej, tłoczonej złotem, oprawie. 

-

 

Miałem nadzieję, Ŝe ci się spodoba. 

-

 

Podoba mi się. 

-

 

Mam  nadzieję,  Ŝe  ci  się  przyda,  bo  mówiłaś,  Ŝe  interesują  cię 

Chiny... 

-

 

AleŜ  to  wspaniały  prezent.  To  biały  kruk  -  powiedziała.  - 

Stosujesz chwyty poniŜej pasa, Reardon. i  robisz to celowo. 

- Chwyty poniŜej pasa? O czym ty mówisz? 
-

 

Umówiliśmy  się,  Ŝe  nie  będziemy  się  spieszyć,  Ŝe  zobaczymy, 

jak nam się ułoŜy. Nie powinieneś postępować w ten sposób, to nie w 
porządku. Jestem zaŜenowana... 

-

 

Naprawdę? 

Jej 

zakłopotanie 

sprawiło 

mu 

wyraźną 

przyjemność. 

-

 

Craig, to nieuczciwe - powiedziała stanowczo. 

-

 

Co jest nieuczciwe? 

-  I  kwiaty,  i  ksiąŜka  są  nieuczciwe.  Nie  potrzebuję  Ŝadnego 

zadośćuczynienia  i  nie  powinieneś  tego  robić.  -  Przypomniała  sobie 
wreszcie  to,  co  przez  cały  tydzień  chciała  mu  powiedzieć.  -  DuŜo 
myślałam  o  tym,  co  powiedziałeś.  O  twoim  poczuciu  winy  za  to,  Ŝe 
wciąŜ mnie pakowałeś w jakieś kłopoty. OtóŜ, zupełnie nie masz racji 
i  nie  potrzebujesz  mnie  za  nic  przepraszać.  PrzecieŜ  nie  namawiałeś 
mnie,  Ŝebym  poszła  z  tobą  do  łóŜka,  sama  tego  chciałam.  I  do  tego, 
Ŝ

ebym  z  tobą  uciekła,  teŜ  mnie  nie  zmuszałeś.  Nie  jesteś  i  nigdy  nie 

byłeś  w  najmniejszym  nawet  stopniu  odpowiedzialny  za  Ŝaden  z 
moich błędów. 

- W porządku. 

background image

-  Nie,  to  nie  jest  w  porządku.  Miałabym  ochotę  cię  udusić, 

gdybym  wiedziała,  Ŝe  Ŝyjesz  z  takim  strasznym  poczuciem  winy  w 
sercu.  Wszyscy  dobrze  wiedzą,  Ŝe  oboje  jesteśmy  wyjątkowymi 
głupkami,  ale  ta  głupota  jest  w  takim  samym  stopniu  moją  chorobą, 
jak i twoją. Naprawdę nie musisz siebie o nic obwiniać ani pokutować 
za  Ŝaden  grzech,  którego  i  ja  nie  miałabym  na  sumieniu.  Jednakowo 
odpowiadamy  za  wszystkie  kłopoty,  w  jakie  przez  całe  Ŝycie  razem 
się pakowaliśmy. Zrozumiałeś to wreszcie? 

- Karo! 
- Tak? - Cały czas myślała o tym, Ŝe powinna mu pomóc pozbyć 

się  tego  bezsensownego  poczucia  winy.  Rodzice  Craiga  prowadzili 
raczej  beztroskie  Ŝycie  i  w  końcu  rozwiedli  się  z  powodu  jakiegoś 
idiotycznego „wolnego związku". Craig nigdy o tym nie mówił, nawet 
wtedy,  kiedy  jeszcze  chodzili  do  szkoły,  ale  Karen  uwaŜała,  Ŝe  to 
właśnie  rodzice  wzbudzili  w  nim  to  nadmiernie  rozwinięte  poczucie 
winy. Wprawdzie cieszył się opinią zimnego brutala, ale była to tylko 
poza. W głębi serca był zawsze gotów do poświęceń i ogromnie duŜo 
od siebie wymagał. 

Craig  pogłaskał  ją  po  policzku.  Wybrała  sobie  nie  najlepszy 

moment  na  roztrząsanie  przeszłości.  Miała  przed  sobą  męŜczyznę 
próbującego zwrócić jej uwagę na teraźniejszość. 

- Nie chmurz się - polecił. 
A  poniewaŜ  polecenie  było  zupełnie  idiotyczne,  więc  się 

uśmiechnęła. 

-  To,  Ŝe  dałem  ci  ksiąŜkę,  nie  ma  nic  wspólnego  z  poczuciem 

winy, kochanie. To tylko taki kaprys. 

Bez  podtekstów.  I  niech  mnie  diabli  porwą,  jeśli  wiem,  dlaczego 

Tex  przysłał  ci  róŜe,  ale  moja  męska  intuicja  podpowiada  mi,  Ŝe  te 
kwiaty teŜ nie miały nic wspólnego z poczuciem winy. 

Oboje dobrze wiedzieli, Ŝe Ŝaden Tex nie istnieje. 
- A  więc?  -  Karen  dała  się  wciągnąć  do  gry.  –  Co  ci  podpowiada 

twoja męska intuicja? Dlaczego dostałam tyle kwiatów od Texa i jego 
kumpli? 

-  To  oczywiste.  -  Craig  nagle  przypomniał  sobie  o  termosie. 

Otworzył go i wlał kawę do nakrętki. 

- Jesteś piękną, utalentowaną i bardzo powabną kobietą. To rzadka 

background image

kombinacja i kaŜdy męŜczyzna, który nie jest ślepy i głuchy, musi to 
zauwaŜyć.  Wcale  mnie  nie  dziwi,  Ŝe  faceci  uganiają  się  za  tobą. 
Oszczędź  mi,  proszę,  szczegółów.  Szczerze  mówiąc,  wolałbym  juŜ 
więcej nie słyszeć o tych kwiatach. 

Powiedział  to  wszystko  bardzo  powaŜnie,  a  przy  tym  nalewanie 

kawy tak go zaabsorbowało, Ŝe w Ŝaden sposób nie mógł jej spojrzeć 
w  oczy.  Komplement  sprawił  Karen  ogromną  przyjemność,  ale 
jeszcze większą - widok Craiga, bardzo zajętego przeklętą nakrętką od 
termosu.  Karen  pomyślała,  Ŝe  po  raz  pierwszy  w  Ŝyciu  widzi  tego 
ogromnego  jak  dąb  męŜczyznę  tak  zakłopotanego.  Nie  sądziła,  Ŝe 
naprawdę  słuchał  jej  Ŝalów  na  temat  tego,  Ŝe  jej  nie  doceniał  i  Ŝe 
uwaŜał ją za swoją własność. Ona takŜe zapamiętała jego zwierzenia o 
poczuciu  odpowiedzialności  za  popełnione  przez  nich  błędy.  Oboje 
słuchali tego, co mieli sobie do powiedzenia. Nie przypuszczała, Ŝe to 
się jeszcze kiedyś zdarzy. Poczuła nagły przypływ wzruszenia... 

-  No  dobrze  -  mruknęła.  -  Jeśli  nie  chcesz  słuchać  o  kwiatach, 

przestanę o nich mówić. 

- Świetnie. 
-  Musisz  jednak  wiedzieć,  Ŝe  chciałabym  tę  sprawę  załatwić  do 

końca. Gdybym tylko wiedziała, kto naprawdę przysłał mi te kwiaty, 
natychmiast rozebrałabym się do naga, zarzuciła na siebie jakiś welon 
i  zatańczyła  przed  nim  bolero.  Trzeba  przecieŜ  podziękować 
człowiekowi... 

Craig o mało nie udławił się kawą. Podała mu serwetkę. 
- MoŜe uda ci się namówić Texa, Ŝeby następnym razem dołączył 

do kwiatów swój adres - powiedział ponuro Craig. 

-

 

Myślisz,  Ŝe  byłby  zadowolony,  gdybym  mu  osobiście 

podziękowała? 

-

 

Sądzę,  Ŝe  bez  specjalnego  wysiłku  doprowadziłabyś  biedaka  do 

obłędu. 

-

 

Och,  nie  chciałabym  się  posunąć  tak  daleko.  Jeśli  uwaŜasz,  Ŝe 

ten  pomysł  z  bolerem  nie  jest  najszczęśliwszy,  to  moŜe  pomyślę  o 
jakimś nastrojowym spotkaniu przy świecach. 

-

 

Jeśli  natychmiast  nie  przestaniesz,  zapomnę  o  naszej  dwójce 

nadwraŜliwych nastolatków i zgwałcę 

i  cię  tu,  na  strychu.  -  Nie  dał  po  sobie  poznać,  czy  rzeczywiście 

background image

tylko zaŜartował. - Chyba się przestraszyłaś, kochanie. 

- Przestraszyłam się i wciąŜ jeszcze się boję. 
-  Odetchnęła  głęboko.  -  Ale  na  pewno  nic  nam  się  nie  uda,  jeśli 

nie  zdobędziemy  się  wobec  siebie  na  szczerość.  Albo  oboje  damy 
sobie  stuprocentową  ,f  szansę,  albo  wcale  nie  ma  sensu  próbować.  - 
Uśmiechnęła się. - Nie wiem, czy ta ksiąŜka coś zmieni,  Reardon. 

Chciała  odgarnąć  z  czoła  pasmo  włosów,  ale  Craig    złapał  ją  za 

rękę. 

- Do diabła z ksiąŜkami! Tak właśnie było na początku, kiedy się 

poznaliśmy.  Tylko  my  dwoje,  i  !sam  na  sam.  Tym  razem  będziemy 
ostroŜniejsi,  Karo.  I  Patrzyła  mu  w  oczy,  czuła  dotyk  jego  dłoni  i 
doskonale  wiedziała,  Ŝe  ostroŜność  jest  ostatnią  rzeczą,  o  jakiej  jej 
były mąŜ w tej chwili myśli. W jego oczach płonął Ŝar... 

-

 

Za  długo  tu  siedzimy!  -  Zerwała  się  na  równe  nogi.  -  Dzieci 

zaczną coś podejrzewać. Zejdę juŜ na dół. 

-

 

Chcesz mnie tu zostawić, Ŝebym sobie sam znalazł nieistniejący 

dokument? 

- No właśnie. 
- Wracaj, skarbie. 
Rozsądek  kazał  jej  szybko  stąd  wyjść.  Jeśli  zostanie,  Craig  na 

pewno ją pocałuje. Szczerze wątpiła, czy skończyłoby się na jednym, 
krótkim  pocałunku.  A  jeden  dłuŜszy  mógłby  sprowadzić  na  nich 
prawdziwe kłopoty. Ma przecieŜ ogromną praktykę w traceniu głowy 
dla Craiga. O tym nie moŜe zapomnieć. Oboje zawsze robili wszystko 
na  łeb  na  szyję.  Nigdy  wolniej.  Szczególnie  chętnie,  gdy  chodziło  o 
seks. I o tym takŜe musi pamiętać. 

MoŜe  go  nawet  kocha.  MoŜe  nigdy  nie  przestała  go  kochać.  I 

moŜe  nawet  tym  razem  by  im  się  udało, ale  popełnione  kiedyś  błędy 
skrzywdziły  takŜe  innych  ludzi.  Szczególnie  ucierpiały  na  tym  ich 
dzieci,  i  to  nauczyło  ją  ostroŜności.  Doświadczenia  minionych  lat 
zmusiły Karen do rozwinięcia w sobie poczucia odpowiedzialności. 

Była juŜ na trzecim schodku, gdy Craig dobiegł do poręczy. Miał 

diabelski uśmiech, którego porządna kobieta powinna się bać. 

-  Jeśli  naprawdę  chcesz  mnie  tu zostawić  -  zawołał  -  to  moŜe  mi 

przynajmniej  powiesz,  jak  miałaby  wyglądać  ta  kolacja  przy 
ś

wiecach. 

background image

Oczy  mu  błyszczały,  jakby  juŜ  widział  Karen  chłepczącą 

szampana z jego pępka. Ona teŜ wyobraziła sobie taką samą scenę. 

- No i co ja mam z tobą zrobić, Reardon - mruknęła. 
- Naprawdę chcesz wiedzieć? 
-

 

Nie chcę. 

Zatrzasnęła  za  sobą  drzwi,  zostawiając  go  samego  na  strychu,  i 

dopiero wtedy wybuchnęła śmiechem. Zawsze potrafił ją rozśmieszyć. 
Za  to  teŜ  go  kochała.  Jeszcze  jedno  ostrzeŜenie,  Ŝe  juŜ  wpadła  po 
uszy. 

Jon  zawsze  uwaŜał  swoją  siostrę  za  skrzyŜowanie  złośliwej 

odmiany  cholery  z  koszmarnym  potworem.  Od  dnia  swoich  urodzin 
wciąŜ  go  prześladowała.  Wszyscy  ją  chwalili,  zawsze  miała  bardzo 
dobre stopnie, ale oprócz tego była wścibska i bez przerwy grzebała w 
jego rzeczach. Ojciec uwaŜał za oczywiste, Ŝe Jon ma na nią uwaŜać 
w  szkole,  co  wcale  nie  było  łatwe,  szczególnie  od  kiedy  wyrosła  na 
ładną  dziewczynę.  Dwa  razy  musiał  się  bić  ze  starszymi  od  siebie 
chłopakami, którym wydawało się, Ŝe mogą bez przeszkód podrywać 
Julie.  Jon  nie  cierpiał  bójek.  Jakim  cudem  dał  się  wmanewrować  w 
rolę goryla swojej atrakcyjnej siostry? 

Julie  była  przekleństwem  jego  Ŝycia,  ale  miała  jedną  pozytywną 

cechę:  nie  paplała.  Nawet  przyparta  do  muru  potrafiła  dochować 
tajemnicy.  W  trudnych  chwilach  zawsze  trzymali  się  razem.  On  stał 
murem za nią, a ona zawsze brała jego stronę. Ten system szczególnie 
dobrze działał w ich stosunkach z rodzicami. 

Julie wyjrzała przez okno. 
-  Co  mama  powiedziała?  -  zapytała,  kiedy  samochód  odjechał.  - 

ś

e dokąd jedzie? 

- Po mleko. 
Julie szybko przeszła przez kuchnię. 
-

 

Popatrz  -  powiedziała,  otwierając  szeroko  drzwi  lodówki.  Jon 

zajrzał  jej  przez  ramię.  Na  półce  równym  szeregiem  stało  pięć 
litrowych kartonów mleka. Spojrzeli po sobie. 

-

 

To  juŜ  trzeci  raz  w  tym  tygodniu.  Nic  z  tego  nie  rozumiem. 

Dokąd ona jeździ? 

- Najwyraźniej po mleko - powiedział Jon. 
- Tyle to i ja wiem. Jeśli przywiezie jeszcze litr mleka, otworzymy 

background image

mleczarnię.  ZauwaŜyłeś,  jak  się  ubrała?  Białe  spodnie,  czerwony 
sweter... 

Jon nie odpowiedział. O tym samym właśnie pomyślał. 
- Jon, odkąd to mama tak elegancko się ubiera, jadąc po zakupy? 

Przynosi  to  mleko  tylko  dlatego,  Ŝe  nie  chce,  Ŝebyśmy  się  czegoś 
domyślili. To jasne jak słońce. 

Zanim  zatrzasnęła  drzwi  lodówki,  Jon  zdąŜył  jeszcze  chwycić 

karton mleka. 

-

 

Wróci  przed  ósmą.  -  Pociągnął  łyk  prosto  z  kartonu.  - 

Poprzednim razem nie było jej przez niecałą godzinę. MoŜe naprawdę 
robi zakupy? 

-

 

A  koty  uwielbiają  pływać.  -  Julie  usiadła  na  krześle  i  oparła 

głowę  na  rękach.  -  Jest  siódma  wieczorem,  a  my  nawet  nie  wiemy, 
dokąd  pojechała  nasza  własna  matka.  UwaŜam,  Ŝe  powinieneś  coś 
zrobić. 

-

 

Ja? A co ja mogę zrobić? - Jon otarł usta wierzchem dłoni. 

- Powiedz chociaŜ, Ŝe teŜ się martwisz. 
-  No  dobrze.  TeŜ  się  martwię.  Dziwnie  się  zachowuje,  no  i  co  z 

tego? MoŜe nie chce, Ŝebyśmy wiedzieli, co robi. 

- O BoŜe, aleŜ ty jesteś głupi! - Julie westchnęła. 
- Oczywiście, Ŝe nie chce, Ŝebyśmy wiedzieli, co ona robi. A o co 

ja  się  martwię,  idioto?  Mama  nigdy  nie  miała  przed  nami  tajemnic. 
Jesteśmy przecieŜ całym jej Ŝyciem. 

- Mnie  się  wydaje,  Ŝe  to  ma  jakiś  związek  z  tatą  -  powiedział  z 

namysłem Jon. 

- Bo ty chcesz wierzyć, Ŝe to o tatę chodzi. Ja teŜ bym chciała w to 

wierzyć. A jeśli nie? Jeśli to jakiś obcy facet? A moŜe ona naprawdę 
ma kłopoty i bardzo nas potrzebuje? 

Kolejny  łyk  mleka  utknął  Jonowi  w  gardle,  jakby  to  była  grudka 

błota.  MoŜna  się  było  tego  spodziewać,  siostrzyczka  lubi 
dramatyzować. Jednak jego teŜ ruszyło. 

-  MoŜe  i  masz  rację  -  mruknął  -  ale  ja  nie  mam  zamiaru  się 

wtrącać. Nie chcę więcej awantur. 

- A kto mówi o wtrącaniu się? Proponuję ci tylko, Ŝebyśmy na nią 

uwaŜali,  upewnili  się,  Ŝe  nic  złego  się  nie  dzieje,  by  w  razie  czego 
moŜna jej było pomóc. 

background image

Jon musiał się z nią zgodzić. Nie miał innego wyjścia. 
 
Jeszcze tydzień temu Karen martwiła się, Ŝe jej stosunki z byłym 

męŜem  wymykają  się  spod  kontroli.  Podczas  kolejnych  spotkań 
płomień poŜądania rozpalał się coraz mocniej. Ta namiętność nie była 
niczym  nowym,  tylko  oni  byli  zupełnie  inni.  On  i  ona,  męŜczyzna  i 
kobieta,  w  Ŝyciu  których  juŜ  nic  i  nigdy  nie  będzie  takie  samo.  Jej 
pociąg  do  Craiga  przewyŜszał  wszystko,  co  czuła  kiedykolwiek 
przedtem, i to takŜe bardzo ją niepokoiło. ZbliŜenie seksualne, którego 
tak się obawiała, zbyt szybko stało się faktem. Nikt nie wie, jak to się 
dzieje,  Ŝe  potajemnym  kochankom  udaje  się  spotykać  się  mimo 
wszystko.  Karen  i  Craig  musieli  się  ukrywać  jak  złodzieje,  Ŝeby 
wykraść choćby godzinę na spotkanie. 

Ś

wiatła  tańczyły  za  szybą  samochodu,  odbijały  się  w  strugach 

deszczu. Wieczór był ciemny jak smoła, a na dodatek zimny, jesienny 
deszcz zacinał w okna. 

Włączyła wycieraczki. 
Na pewno chcesz prowadzić? - zapytał Craig. 
- Rozpadało się na dobre. 
- Dam sobie radę, to juŜ niedaleko. 
- Naprawdę nie powiesz mi, dokąd jedziemy? 
- W odludne miejsce. - Uśmiechnęła się do niego. 
- Obiecuję, Ŝe nie spotkamy tam znajomych. 
Szczerze  mówiąc,  trochę  głupio  się  czuła,  zawoŜąc  go  w  to 

właśnie miejsce, ale nie miała wyboru. Bardzo chciała, raczej musiała, 
znaleźć  się  sam  na  sam  z  Craigiem.  Skąd  mogła  wiedzieć,  co 
naprawdę  do  niego  czuje,  albo  co  on  czuje  do  niej,  jeśli  nie  mieli 
moŜliwości wypróbować i sprawdzić swoich uczuć? 

Zachowała  jednak  ostroŜność  i  wykazała  się  poczuciem 

odpowiedzialności,  bo  zaproponowała,  Ŝe  spotkają  się  na  neutralnym 
terenie,  w  miłym  i  bezpiecznym  miejscu.  Co  więcej,  ktoś  ze 
znajomych zawsze moŜe wpaść na nich w bibliotece, w muzeum czy 
w ustronnym zaułku, a tam na pewno nikogo nie spotkają. 

Nigdzie nie byli bezpieczni. O seksie w ogóle nie było co marzyć. 

Największym  ich  problemem  było  zachowanie  tajemnicy,  a 
szczególnie,  zwodzenie  własnych  dzieci.  W  końcu  to  całkiem 

background image

moŜliwe,  Ŝe  Jon  Jacob  pójdzie  do  delikatesów  kupić  wołowinę  z 
ryŜem albo, na przykład, umówi się ze swoją dziewczyną na randkę w 
muzeum. Julie za to często bywała w bibliotece, chociaŜ, o ile Karen 
dobrze pamięta, nigdy nie chodziła tam wieczorem. Oddalenie się od 
miasta  gwarantowało,  Ŝe  znajdą  spokojne  miejsce,  w  którym  uda  się 
porozmawiać. śadne z nich jednak nie miało tak duŜo wolnego czasu, 
Ŝ

eby go tracić na daleką podróŜ. 

Karen  uwielbiała  swoje  dzieci.  Craig  takŜe.  Dałaby  się  za  nie 

zabić i Craig teŜ. Dziś jednak Jon Jacob miał randkę i nawet wziął w 
tym celu samochód Craiga, a Julie spędzała noc u koleŜanki, rodzice 
mieli  więc  okazję  spędzić  ze  sobą  kilka  spokojnych  godzin.  Karen 
zdecydowała się skorzystać z tej okazji. 

- Coś mi się wydaje, Ŝe pamiętam ten zakręt - mruknął Craig. 
Karen pomyślała, Ŝe powinien go bardzo dobrze pamiętać. 
-

 

Ale chyba nie zamierzasz łamać przepisów, skarbie? 

-

 

Mam  trzydzieści  sześć  lat,  bardzo  się  staram  być  idealną  matką 

naszych  wspólnych  dzieci  i  od  lat  radzę  sobie  z  bardzo 
odpowiedzialną pracą. Czy taka kobieta mogłaby pomyśleć o łamaniu 
prawa? 

Asfalt lśnił w strugach deszczu jak mokry heban. Spojrzała przed 

siebie,  potem  we  wsteczne  lusterko.  Nie  było  widać  Ŝadnego 
samochodu.  Skręciła  z  równej  drogi  i  zjechała  na  pobocze.  Jedną  z 
atrakcji Colorado Springs jest Ogród Bogów - 

ponad  stuhektarowy 

park,  który  Indianie  nazywali  Czerwoną  Ziemią.  W  tym  miejscu 
znajduje  się  na  prerii  osobliwa  góra.  Erozja  wyrzeźbiła  w  granicie 
fantastyczne  kształty.  Czerwona  Skała  wygląda  jak  wieŜa 
gigantycznej katedry. Natura stworzyła tu prawdziwe cuda, za kaŜdym 
zakrętem  oczekiwała  turystów  jakaś  niespodzianka.  Park  zawsze 
zamykano na noc, jednakŜe jego granice nie były aŜ tak szczelne jak 
Fort  Knox.  Karen  i  Craig  juŜ  wiele,  wiele  lat  temu  znaleźli 
niestrzeŜony  wjazd.  Atrakcją  tego  miejsca  było  głównie  to,  Ŝe 
nielegalnie  wjeŜdŜali  do  parku,  a  poza  tym  nikt  im  tam  nie 
przeszkadzał, kiedy chcieli być sami. 

Karen  wyłączyła  silnik  i  wygasiła  światła.  Na  chwilę  w 

samochodzie  zrobiło  się  zupełnie  ciemno.  Craig  odwrócił  się  na 
swoim  siedzeniu,  ale  nie  odezwał  się  ani  słowem.  W  ogłuszającej 

background image

ciszy  słychać  było  jedynie  stukające  o  blachę  krople  deszczu  i 
gwałtowne bicie serca Karen. 

- Nie umiałam wymyślić nic innego - poskarŜyła się Ŝałośnie. - W 

kaŜdym innym miejscu dzieci mogłyby się na nas natknąć. To jedyne 
miejsce, jakie znam, gdzie nikt nas nie będzie szukał. 

- Nie musisz się usprawiedliwiać - powiedział Craig. 
- Przywiozłaś mnie tu, Ŝeby się trochę popieścić. 
- Nie... 
-

 

Napaliłaś  się  na  mnie,  przyznaj  się.  Pamiętasz,  to  ja  zawsze 

tłumaczyłem  się,  Ŝe  przywoŜę  cię  tutaj,  Ŝebyśmy  mogli  spokojnie 
porozmawiać. Myślisz, Ŝe dam się nabrać? 

-

 

Reardon...  -  Napięcie  powoli  ustępowało,  roześmiała  się.  Tego 

się właśnie obawiała. Craig rzeczywiście wyciągnął błędne wnioski z 
faktu,  Ŝe  tu  go  przywiozła.  Dobrze  pamiętał  nie  całkiem  niewinną 
historię  tego  miejsca.  Mnóstwo  rzeczy  zdarzyło  się  po  raz  pierwszy 
właśnie  tutaj.  Tu  po  raz  pierwszy  naprawdę  ją  pocałował,  tutaj 
pozwoliła  mu  dotknąć  swego  ciała,  po  raz  pierwszy  tutaj  połoŜył  jej 
dłoń  na  dziwnym  i  przeraŜającym  wybrzuszeniu  swoich  spodni.  Od 
tamtych dni minęło juŜ wiele lat i Karen sądziła, Ŝe stare wspomnienia 
zupełnie  wyblakły.  Do  chwili,  gdy  zatrzymała  samochód,  bo  wtedy 
właśnie  poczuła,  jak  krew  uderza  jej  do  głowy.  Minęło,  ale 
zdenerwowanie  pozostało.  Współuczestnik  tamtych  wydarzeń  był 
najwyraźniej  zachwycony  tą  sytuacją.  Wpatrywał  się  w  nią 
błyszczącymi oczami, jak Ŝądny krwi wampir. 

- Hej, skarbie. Spróbuję jakoś znieść to, Ŝe się do mnie dobierasz. 

-  To  dramatyczne  westchnienie  było  częścią  odgrywanej  właśnie 
komedii. - MęŜczyzna musi robić to, co do niego naleŜy. 

- Przestań, ty erotomanie. 
- JuŜ dobrze, Karen. W porządku. Poświęcę swoją cnotę, ale robię 

to  tylko  dla  ciebie.  Nie  chciałbym,  Ŝeby  się  rozniosło  wśród 
znajomych,  Ŝe  idę  do  łóŜka  z  kaŜdą  dziewczyną,  która  mnie  o  to 
poprosi... Ale trudno mi będzie wejść w nastrój, jeśli natychmiast nie 
przestaniesz się śmiać. 

 
ROZDZIAŁ SIÓDMY 
Jego  Ŝarty  odniosły  wreszcie  skutek.  Roześmiała  się  głośno,  a 

background image

razem ze śmiechem przyszło odpręŜenie. Bardzo się bała, co on sobie 
pomyśli. 

Craig  nie  przyznał  się,  Ŝe  widok  tego  miejsca  niesamowicie  na 

niego  podziałał.  Wydało  mu  się,  Ŝe  w  samochodzie  zaroiło  się  od 
starych wspomnień. To przecieŜ w tym właśnie miejscu oboje poznali 
siłę poŜądania. To tutaj odkryli nowy rodzaj bliskości. Kara nigdy nie 
potrafiła mówić o sobie, ale w tym jednym miejscu zawsze się przed 
nim  otwierała.  Craig  miał  nadzieję,  Ŝe  i  tym  razem  pozwoli  sobie  na 
szczerość. 

- Posłuchaj - powiedziała. 
Lało  jak  z  cebra.  Błyskawica  rozjaśniła  horyzont.  Srebrzyste 

ś

wiatło  zalało  całą  okolicę  i  park  zamienił  się  na  chwilę  w  baśniową 

krainę.  Wysokie  skały  wyglądały  jak  wieŜyczki  ogromnego  zamku  z 
diamentami zamiast okien. 

Karen wytarła zaparowaną szybę. 
- Tu jest tylko skała i piasek - powiedziała cicho. 
-  Ale  podczas  burzy  i  w  świetle  księŜyca  zmienia  się  to  w 

najpiękniejszy zakątek na ziemi. 

-

 

Zawsze kochałaś to miejsce. 

-

 

Bo tu jest niewyobraŜalnie pięknie. 

Craig  pomyślał,  Ŝe  ona  teŜ  jest  niewyobraŜalnie  piękna.  Deszcz 

stukał o szyby. Kara nigdy nie uwaŜała siebie za kobietę wraŜliwą, ale 
on nigdy nie myślał o niej inaczej, jak o takiej właśnie kobiecie. 

Zadzwoniła  do  niego  pięć  minut  po  wyjściu  dzieci  z  domu,  a  za 

następne  pięć  juŜ  była  u  niego. Nie  traciła  czasu  na  ubieranie  się  ani 
na  makijaŜ.  Miała  na  sobie  dŜinsową  spódnicę,  zapinany  pod  szyję 
sweter  i  jasny  Ŝakiet.  Zdecydowanie  za  lekko  się  ubrała  jak  na  taki 
chłodny i deszczowy wieczór. 

Znów pochyliła się nad kierownicą i starła parę z szyby. 
- Przestań oddychać, Reardon. Nic nie widzę. 
-  Tylko  mój  oddech  ci  przeszkadza?  -  Uśmiechnął  się.  -  Ale  nie 

otwieraj okna. Jesteś juŜ wystarczająco zziębnięta. 

- Nieprawda. Jestem cieplutka jak grzanka. 
Uchyliła  okno  i  machnęła  ręką.  Skorzystał  z  okazji  i  pochwycił 

szczupłą dłoń. Palce miała zimne jak sople lodu. 

-  Do  głowy  by  mi  nie  przyszło  -  powiedziała  przyłapana  na 

background image

kłamstwie - Ŝe we wrześniu moŜe być tak zimno. 

- Wszyscy w Colorado o tym wiedzą - zaŜartował. 
O tej porze roku pogoda szybko się zmieniała i nigdy nie dało się 

jej  przewidzieć.  Wysoko  w  górach,  gdzie  stała  ich  Chatka,  w  której 
zaledwie  kilka  tygodni  temu  kochali  się  w  ciepły,  słoneczny  dzień, 
teraz leŜał juŜ śnieg. 

Craig  pamiętał  tamten  dzień  z  najdrobniejszymi  szczegółami.  W 

stereo i w kolorze. Miał nadzieję, Ŝe Kara teŜ nie zapomniała. 

Nie wypuszczał jej dłoni. Karen spojrzała mu w oczy. Zobaczył w 

nich rosnące poŜądanie. A przecieŜ on tylko wkładał na jej skostniałe 
dłonie swoje stare rękawice z futerka. 

Błyskawica  znów  oświetliła  horyzont  i  fantastyczny  widok  za 

oknem odwrócił uwagę Karen. 

-

 

Jeszcze trochę bajki... - mruknął Craig. 

-

 

Naprawdę tego nie czujesz? - Spojrzała na niego. 

-

 

Jest  dziś  wyjątkowo  wraŜliwa,  pomyślał.  Wszystko  ma  dla  niej 

znaczenie. 

-

 

Pomyśl,  co  by  się  stało,  gdyby  dało  się  zamienić  bajkę  w 

rzeczywistość  -  powiedział  cicho.  -  Wyobraź  sobie,  Ŝe  moŜesz 
pojechać, dokąd tylko zechcesz, i robić to, na co masz ochotę. 

-

 

Gdybym  mogła  pojechać,  dokąd  zechcę...  -  Przymknęła  oczy.  - 

Pojechałabym  na  Daleki  Wschód,  a  dokładnie  -  do  Chin.  A  gdybym 
mogła  robić  to,  na  co  mam  ochotę...  -  Otworzyła  oczy.  Znów  była 
spięta. - A nie będziesz się śmiał? 

- Nie będę. 
-  To  tylko  takie  głupie  marzenie.  Nic  wielkiego.  I  zupełnie 

nieciekawe... 

- Powiesz wreszcie? 
-  Kiedy jeszcze chodziliśmy  do szkoły, Ŝadna  z moich  koleŜanek 

nie chciała zostać nauczycielką. 

Uczenie  uwaŜano  za  staromodny  stereotyp  kariery  zawodowej 

kobiet. A ja zawsze chciałam robić coś, co miałoby związek z dziećmi 
i  z  historią...  -  Zamyśliła  się  na  chwilę.  -  Przyglądałam  się  naszym 
dzieciom.  One  uwaŜają,  Ŝe  nauka  historii  polega  na  zapamiętywaniu 
suchych  dat,  zupełnie  nie  mają  do  tego  serca.  Jestem  przekonana,  Ŝe 
gdyby  uczono  je  historii  we  właściwy  sposób,  to  na  pewno  by  się 

background image

zainteresowały. Historia to przecieŜ głównie zapis błędów, których nie 
chcielibyśmy  popełnić  po  raz  drugi.  Dzieci  powinny  wiedzieć,  Ŝe 
wokoło  istnieje  wielki  świat,  inne  kraje,  inne  wartości  i  kultury,  inni 
ludzie,  którzy  mają  takie  same  problemy  jak  my,  ale  całkiem  inne 
pomysły  na  ich  rozwiązywanie...  -  Zamilkła,  jakby  się  przestraszyła 
tych niespodziewanych wynurzeń. 

- I co dalej? - zapytał. 
- Ja lubię dzieci - powiedziała, jakby chciała się bronić. 
PrzecieŜ  dobrze  to  wiedział.  Jeśli  w  jakimś  domu  znalazłoby  się 

sto  osób  i  tylko  jedno  niemowlę,  Karen  instynktownie  trafiłaby  do 
niemowlęcia.  Większość  rodziców  w  jej  wieku  jak  ognia  unika 
wszelkich  spotkań  swoich  dzieci  z  rówieśnikami,  ale  drzwi  domu 
Karen  zawsze  stały  otworem  przed  nastolatkami.  Dzieci  zawsze  do 
niej lgnęły. 

-

 

To  tylko  takie  głupie  marzenie  -  zapewniła.  -  Coś,  co  sobie 

wymyśliłam bardzo dawno temu. 

-

 

I wcale ci juŜ na tym nie zaleŜy, co? - Nie spuszczał z niej oka. 

-

 

Oczywiście,  Ŝe  nie.  BoŜe,  mam  dobrze  płatną  pracę,  która  daje 

mi moŜliwości rozwoju i zapewnia spokojną przyszłość. Co by o mnie 
pomyślały  dzieci,  gdybym  po  prostu  rzuciła  to  wszystko  dla  jakiejś 
mrzonki? 

-

 

Chyba  zmarzłaś,  bo  cała  się  trzęsiesz.  -  Z  zimnem  moŜna  było 

sobie bez trudu poradzić, uruchamiając silnik i włączając ogrzewanie. 
Zamiast  tego  przytulił  ją  do  siebie,  co  rozwiązywało  znacznie 
powaŜniejszy problem: mieć ją blisko siebie, i to natychmiast. 

Kara  nie  od  razu  zaprotestowała,  a  kiedy  siedziała  juŜ  na  jego 

kolanach, było na to za późno. Naprawdę zmarzła. 

-

 

Nigdy  nie  myślałaś  o  powrocie  na  studia?  -  kontynuował 

rozmowę Craig. 

-

 

Chciałam pochodzić na jakieś wykłady, ale robić dyplom... 

- Nie masz na to czasu - dokończył za nią. 
-  Zgadłeś.  Pracuję  od  ósmej  do  piątej,  prowadzę  dom,  i  co 

najwaŜniejsze... 

-

 

NajwaŜniejsze, Ŝe dzieci cię potrzebują. 

-

 

Właśnie. 

-  I  duŜo  czasu  poświęcasz  swoim  rodzicom.  Twoja  matka  nie 

background image

moŜe  się  bez  ciebie  obejść,  szczególnie  od  czasu,  gdy  twoja  siostra 
wyjechała do innego stanu. 

Jeśli  się  to  wszystko  podsumuje,  to  aŜ  dziw  bierze,  Ŝe  znalazłaś 

teraz trochę czasu dla mnie. Nie mówiąc juŜ o powrocie na studia... 

-

 

Bo  naprawdę  nie  mam  czasu.  A  w  ogóle,  to  nie  wiem,  po  co  o 

tym rozmawiamy. PrzecieŜ to tylko nierealne marzenie, zapomniałeś? 
Sam  pomysł  to  czyste  kretyństwo  -  dodała  z  uśmiechem.  -  Co  ty 
robisz, Reardon? 

-

 

Ja?  Chcę  cię  trochę  rozgrzać.  -  Rozpiął  kurtkę  i  mocniej  ją 

przytulił. 

-

 

Ciekawe, dlaczego nie mogę uwierzyć w twój altruizm. 

-

 

Bo  jesteś  okropnie  podejrzliwa.  -  Otarł  się  policzkiem  o  jej 

włosy.  Tak  Ŝarliwie  opowiadała  o  dzieciach  i  o  uczeniu...  AŜ  go 
zabolało,  kiedy  zdał  sobie  sprawę,  od  jak  dawna  ukrywała  to 
marzenie.  Uświadomił  sobie,  jak  często  Karen  przedkładała  potrzeby 
innych  -jego,  dzieci,  swoich  rodziców  -  nad  własne  marzenia.  -  Nie 
musisz się o nic martwić. Ja się wszystkim zajmę. 

-

 

To oświadczenie teŜ nie budzi mojego zaufania. Zwłaszcza kiedy 

trzymasz ręce pod moim Ŝakietem. 

-

 

Nic waŜnego się nie stanie. Nawet akrobata niczego nie wskóra 

na przednim siedzeniu samochodu. Szczególnie przy tej temperaturze. 
Ale... 

Przechyliła  głowę,  Ŝeby  spojrzeć  mu  w  oczy.  Uśmiechała  się  do 

niego oczami, ustami, całą sobą. 

- Ale co? - przypomniała. 
-  Ale  tak  sobie  pomyślałem,  Ŝe  powinniśmy  prze-  prowadzić 

badania  na  temat  zmian  w  technice  pieszczot  w  ciągu  ostatnich 
piętnastu  lat.  Takie  intelektualne  doświadczenie  dla  potomności. 
Mogłabyś się poświęcić. 

- To Ŝałosny podstęp, Reardon. 
Dobrze  wiedział,  ale  Karen  było  to  obojętne.  Uśmiechała  się  bez 

strachu. Nie obawiała się pieszczot. 

Iskra  nie  moŜe  podpalić  skały,  szczególnie  w  takich 

okolicznościach. Była tego pewna. Zupełnie pewna. 

Craig  jeszcze  ją  w  tym  upewnił.  Nawet  nie  dotknął  jej  swetra. 

Włoski angory połaskotały go, kiedy połoŜył wargi na jej szyi. Miała 

background image

delikatną  skórę,  białą  i  pachnącą  Shalimarem.  Znał  ten  zapach.  Ona 
moŜe  nawet  tego  nie  pamięta,  ale  w  niektóre  noce  pod  kołdrą 
odnajdywał ten zapach w najbardziej nieoczekiwanych miejscach. 

Krew  w  nim  zawrzała,  jednak  bez  pośpiechu  przesuwał  usta  po 

szyi aŜ do delikatnego płatka jej ucha. Jego język napotkał na drodze 
malutki kolczyk z perełką. Craig zręcznie zdjął go i zamknął w dłoni. 
Pieścił  jej  ucho,  niechronione  teraz  Ŝadnym  obcym  ciałem.  Z  piersi 
Karen  wyrwało  się  westchnienie.  Odnalazł  w  ciemności  jej  usta. 
Znów  ją  pocałował,  tym  razem  mocniej.  Rozległo  się  klaśnięcie, 
potem  drugie.  Zdjęła  rękawiczki  i  rzuciła  jedną  po  drugiej  na  tylne 
siedzenie. 

Nie  dotykała  go,  ale  czuł,  Ŝe  ona  pragnie  to  zrobić,  tylko  bardzo 

się boi. 

-

 

Zrób to - odezwał się. - Dotknij mnie. Chcę poczuć dotyk twoich 

dłoni. 

-

 

Są takie zimne. - Spróbowała się wykręcać. - Jeszcze mi od tego 

umrzesz. 

- Nie umrę. Zrób to, Karo. 
Wsunęła  dłonie  pod  jego  sweter.  Ostrzegała.  AŜ  syknął  pod 

dotknięciem  lodowatych  palców.  Jej  ręce  rozgrzały  się,  a  potem  aŜ 
rozpaliły  od  gorącej  skóry  jego  brzucha.  PoŜądanie  przeszyło  go  jak 
błyskawica.  Bardzo  tęsknił  za  dotknięciem  jej  dłoni.  Brakowało  mu 
ich  jak  kawałka  duszy.  Jej  włosy  przelewały  mu  się  miedzy  palcami 
jak płynne złoto. Znów ją pocałował. Głaskał ją i pieścił, aŜ dotarł do 
rąbka spódniczki. Karen wciąŜ trzymała dłonie pod swetrem Craiga. 

W  samochodzie  było  cicho.  Tak  cicho,  Ŝe  wyraźnie  słyszał  jej 

szybki  oddech.  Tak  cicho,  Ŝe  słyszał  szelest  swoich  dłoni 
przesuwających  się  po  jej  zamkniętych  w  jedwabnych  pończochach 
nogach. Od kostki do kolana, a potem wyŜej, na udo. 

Poruszyła  się.  Jego  kochanka.  Zawsze  tak  trudno  było  ją 

rozbudzić,  za  to  potem  zupełnie  niemoŜliwe  stawało  się  jej  uśpienie. 
Kara  była  niespokojna,  niecierpliwa,  podniecona...  W  ciemnym 
samochodzie,  pod  warstwą  utrudniających  Ŝycie  ubrań,  znalazł 
wreszcie  jędrną  skórę  na  jej  udzie.  Pozwoliła  mu  na  to.  Ale  kiedy 
chciał zagłębić palce w szczelinę między jej nogami, zacisnęła uda. 

- Nie, Craig... - szepnęła. 

background image

-  Cicho...  -  Znów  ją  pocałował.  -  Jesteś  całkowicie  ubrana.  Nie 

musisz się niczego obawiać. Zaufaj mi. 

Namiętnie  całował  jej  usta.  Przez  cienki  materiał  majteczek 

wyczuł  ciepłą,  jedwabistą  wilgoć.  Tylko  jednego  pragnął:  dotykać 
Karen  i  dzielić  z  nią  tę  niesłychaną  przyjemność.  Poczuł  jej 
przyspieszony  oddech.  Kara  nie  spodziewała  się  takiego  obrotu 
sprawy. On teŜ nie. 

Gdzieś daleko zagrzmiało. Ten grzmot znakomicie harmonizował 

ze  stanem  Craiga.  Miał  w  kieszeni  prezerwatywę,  ale  nie  śmiał  jej 
nawet  wyciągnąć.  Nie  tutaj,  nie  teraz...  Prawa  stopa  zupełnie  mu 
ś

cierpła,  ramię  zesztywniało,  a  samochód  był  ostatnim  miejscem,  w 

jakim chciałby się w tej chwili znajdować. Chciał leŜeć na szerokim, 
wygodnym  tapczanie.  I  Ŝeby  Kara  była  przy  nim.  Całkiem  naga.  I 
Ŝ

eby dało się zamknąć drzwi na klucz. 

WciąŜ  pieścił,  głaskał,  dotykał  jej  przez  cienki  materiał.  Pałał 

nienawiścią do tego materiału i myślał, Ŝe to wszystko przez nią. On 
tego nie zaplanował, chciał tylko namówić ją na długą rozmowę. Ale 
Kara  opowiedziała  mu  tamto  swoje  marzenie  i  wtedy  on  pomyślał  o 
tych pragnieniach, z których przez wszystkie 

spędzone z nim lata zrezygnowała dla dobra dzieci i jego. Zawsze 

pozwalała mu na egoizm. 

No  więc,  to  jej  własna,  cholerna  wina,  Ŝe  ma  teraz  kłopoty. 

Próbowała się jakoś wywinąć, ale nie mogła. Próbowała uwolnić ręce, 
i teŜ jej się nie udało. 

- Reardon. - To był ledwie dosłyszalny szept. 
- Pozwól mi... - poprosił. Rozgrzała się i teraz jej skóra tak pięknie 

pachniała.  Stłumił  własne  potrzeby  i  skoncentrował  się  wyłącznie  na 
niej. - Pozwól mi, Karo. 

Oczy  jej  błyszczały  jak  w  gorączce.  Widział  w  nich  poŜądanie  i 

niespełnienie, i strach przed kolejną ryzykowną próbą. Kiedyś mu juŜ 
przecieŜ zaufała... 

Całował jej nos, policzki, usta. Nie był tamtym chłopcem-egoistą i 

chciał,  Ŝeby  o  tym  wiedziała  i  uwierzyła  mu.  Pochyliła  głowę. 
Dotknął  wargami  tego  miejsca  na  szyi,  gdzie  najsilniej  bije  puls. 
Karen  nagle  zwarła  nogi,  ściskając  jego  rękę.  Krzyknęła,  a  jej  ciało 
wypręŜyło się w rozkosznym spazmie. 

background image

Craig  zamarł.  Jego  mózg  zarejestrował  błysk  jakiegoś  Ŝółtego 

ś

wiatła, ale on zupełnie zignorował ten sygnał. Mgliście zdawał sobie 

sprawę,  Ŝe  czoło  ma  zroszone  potem,  jest  napięty  do  granic 
wytrzymałości, a krąŜenie w lewej nodze zupełnie zanikło. 

W  tym  momencie  Kara  odchyliła  głowę  do  tyłu  i  cała  reszta 

przestała mieć jakiekolwiek znaczenie. Zalała go fala czułości. Mokre 
włosy  przykleiły  się  do  czoła  Karen.  Delikatnie  dotknęła  jego 
policzka,  jakby  się  czemuś  dziwiła.  WciąŜ  jeszcze  oddychała 
nierówno,  a  jej  oczy...  O  BoŜe,  te  jej  oczy!  Nie  przypuszczał,  Ŝe 
jeszcze kiedyś spojrzy na niego w ten sposób. 

-

 

Jestem taka wściekła na ciebie. - Pogłaskała go po policzku. - śe 

szkoda gadać. 

-

 

Naprawdę?  -  Z  ociąganiem  zabrał  rękę.  MoŜe  w  ciągu 

najbliŜszego roku znajdzie w sobie dość siły, Ŝeby przestać patrzeć na 
tę  kobietę.  Ma  bardzo  czerwone  i  wilgotne  usta,  jak  płatki  róŜy. 
Sprawiała  wraŜenie,  jakby  chciała  się  przeciągnąć  jak  kotka.  Miał 
nadzieję, Ŝe tego nie zrobi. Jeśli tylko się poruszy, moŜe go powaŜnie 
uszkodzić. 

- To wszystko twoja wina - powiedziała oskarŜycielsko. 
Mam nadzieję, Ŝe tak. 
 - Nie śmiej się ze mnie. Okropnie się wstydzę. To wcale nie były 

niewinne  pieszczoty,  Reardon.  Nie  mogę  uwierzyć,  Ŝe  zrobiłeś  mi  to 
w samochodzie. 

-

 

Przesunęła  palcem  po  jego  wargach.  -  Jesteś  jeszcze  bardziej 

niebezpieczny niŜ dawniej - powiedziała cicho. 

-

 

Coś  musi  być  w  tym  połączeniu  ciebie  z  samochodem.  MoŜe 

mam wrodzoną słabość... 

-  Naprawdę?  -  Chwycił  ją  za  rękę.  -  Nie  wyzbyłaś  się  swoich 

dawnych słabości, Karo? 

- Naprawdę, to bardzo się boję - przyznała szczerze. 
- Boję się, Ŝe stracę głowę dla kogoś, kogo juŜ chyba zupełnie nie 

znam.  Jesteś  znacznie  silniejszy  niŜ  tamten  męŜczyzna,  za  którego 
wyszłam  za  mąŜ.  Silniejszy,  bardziej  pewny  siebie...  -  przerwała.  -  I 
ciągnie mnie do ciebie bardziej niŜ przedtem. Ten dziwny czar... 

To  nie  tylko  pociąg  fizyczny.  Wolałabym,  Ŝeby  chodziło 

wyłącznie o seks. 

background image

Jakiś biały, metaliczny kształt zamajaczył w ciemności przed nim. 
- Karo... 
- Przedtem nigdy nie mieliśmy dla siebie czasu. 
Zapomnieliśmy,  jak  się  rozmawia.  Teraz  juŜ  wiemy,  jakie  błędy 

popełniliśmy, więc kiedy jesteśmy razem... 

Czuję  wtedy  coś  cudownego.  To  takie  uczucie,  jakby  wszystko 

wreszcie znalazło się na właściwym miejscu, jakby wszystko dopiero 
teraz zaczęło do siebie pasować. Nigdy przedtem niczego podobnego 
nie czułam... 

Kochanie... 

- Jednak wciąŜ się boję. Boję się nas, boję się ciebie. Kiedyś byłeś 

moim księciem z bajki. Oczarowałeś mnie. Ale teraz juŜ nie jesteśmy 
dziećmi, a ty, Reardon, wciąŜ próbujesz czarować. Zupełnie nie mam 
pojęcia, jak się zachowasz, kiedy rzeczywistość zapuka... 

-

 

Karen.  -  Ścisnął  mocno  jej  ramię.  Nie  znał  innego  sposobu 

przerwania  potoku  jej  słów.  Mimo  Ŝe  bardzo  chciał  powiedzieć,  Ŝe 
czuje to samo i tego samego się boi, to w tym właśnie momencie nie 
mógł tego zrobić. Rzeczywistość juŜ zapukała. Delikatnie odwrócił jej 
głowę w stronę zaparowanej, zalanej deszczem szyby. 

-

 

Tu jest jeszcze jeden samochód - zauwaŜyła wreszcie. 

-

 

Tak, dzieciaki mają swoje sposoby na wyszukiwanie odludnych 

miejsc - zgodził się. 

-

 

Ale to biały samochód. 

-

 

Tak. 

-

 

Biały  cherokee...  Jak  twój.  To  dziwne...  bardzo  podobny  do 

twojego. 

-

 

Karo. - Craig przetarł oczy dłonią. - To jest mój samochód, a w 

ś

rodku siedzi nasz syn i jego dziewczyna. Przerwanie tej rozmowy to 

ostatnia rzecz, na jaką mam teraz ochotę, ale... 

-

 

Jon  Jacob?  -  Karen  błyskawicznie  zsunęła  się  z  kolan  Craiga.  - 

To niemoŜliwe! - Przycisnęła nos do szyby i natychmiast odskoczyła. 
-  Cholera!  MoŜliwe.  -  Bardzo  rozśmieszyła  go  komicznym 
połączeniem  niedowierzania  i  paniki  w  jej  głosie.  -  Porozmawiamy 
innym razem - oznajmiła. 

-

 

Właśnie chciałem ci to zaproponować. 

-

 

Myślisz, Ŝe nas rozpoznał? 

background image

-  Nie  sądzę.  -  Pokręcił  głową.  -  Twoja  sierra  to  seryjny  model  w 

bardzo  popularnym  kolorze.  Do  tego  pada  i  jest  ciemno,  a  poza  tym 
podejrzewam, Ŝe chwilowo jest zajęty... czym innym. 

- Nasz syn jest za młody na takie rzeczy. - Jej matczyny radar juŜ 

się nastawił na właściwe fale. 

-

 

Tak sądzisz, skarbie? Jest wystarczająco dorosły. 

-

 

Chyba  następnym  razem  będziemy  musieli  porozmawiać  na 

zupełnie inny temat. 

- Całkowicie się z tobą zgadzam. 
- Jakim cudem znów nas to spotyka? Jestem juŜ za stara na takie 

Ŝ

ycie - powiedziała cicho. - Tym razem ty prowadzisz. - Zamienili się 

miejscami,  trochę  się  przy  tym  obijając.  -  Jak  najdłuŜej  nie  włączaj 
ś

wiateł. 

Gaz do dechy i nie zatrzymuj się, dopóki nie wyjedziemy z parku. 
- Tak jest, proszę pani. 
 
W  przymierzalni  u  Raftera  wisiała  na  wieszaku  halka  z  czarnej 

satyny i szkarłatna, krótka koszulka. 

Przyszły do tego domu towarowego w centrum handlowym, Ŝeby 

kupić  Julie  trochę  nowych  rzeczy.  Córka  weszła  do  przymierzalni  z 
całym naręczem łaszków, a Karen dla zabicia czasu teŜ wybrała sobie 
kilka  ciuszków  i  poszła  je  przymierzyć.  Kiedy  jednak  znalazła  się  w 
przymierzalni, pokręciła z niedowierzaniem głową. Ogłupiała, czy co? 
Zupełnie  nie  myśli  o  tym,  co  robi.  Dlaczego  nie  przyjrzała  się 
dokładniej  temu,  co  wybiera?  Szczerze  mówiąc,  musi  sobie  kupić 
trochę  bielizny,  ale  tego  rodzaju  rzeczy  w  ogóle  nie  ma  sensu 
przymierzać.  Dotknęła  jedwabistej  haleczki  i  pomyślała,  Ŝe  jest 
zupełnie  nie  w  jej  stylu.  A  potem  pomyślała,  Ŝe  okropnie  się 
zakochała we własnym byłym męŜu. 

Od  ich  ostatniego  „wypadu"  minęły  zaledwie  dwa  dni,  a  ona  juŜ 

ze  sto  razy  zdąŜyła  sobie  powtórzyć,  Ŝe  sytuacja  wcale  nie  była 
zabawna.  Ryzykowała,  Ŝe  szesnastoletni  syn  przyłapie  ją  w 
kompromitującej  ich  w  sytuacji.  Nie  był  to  powód  do  śmiechu. 
Zamknęła oczy. Pomyślała sobie, Ŝe nie wiadomo dlaczego lubi tego 
męŜczyznę,  na  jakiego  wyrósł  jej  były  mąŜ.  Lubi  jego  spokojną 
pewność  siebie,  subtelne  poczucie  humoru  i  miły  uśmiech.  Lubi 

background image

patrzyć mu w oczy, lubi... 

-

 

Mamo! Śpisz, czy co? Chyba z godzinę do ciebie mówię... 

-

 

Przepraszam,  kochanie.  -  Karen  błyskawicznie  otworzyła  oczy. 

Natychmiast  z  powrotem  zmieniła  się  w  mamę.  Odsunęła  zasłonę 
przymierzami  i  oglądała  komplecik,  który  Julie  miała  na  sobie.  - 
Bardzo ładnie w tym wyglądasz. 

-

 

Nie  wydaje  ci  się,  Ŝe  to  trochę  za  długie?  -  Julie  obróciła  się 

wkoło. 

-

 

MoŜe o centymetr. Ale ten materiał i tak się zbiegnie. Bardzo ci 

do twarzy w jasnym błękicie. Jeśli ci się podoba, to kupujemy. 

-

 

Ale to nie jest z wyprzedaŜy - uprzedziła Julie. 

-

 

Nic nie szkodzi. 

-  Mamo.  -  Julie  otworzyła  szeroko  oczy  ze  zdziwienia.  -Ty 

naprawdę  jesteś  dziś  jakaś  dziwna...  -  Jej  wzrok  przesunął  się  od 
twarzy  matki  do  wiszącej  na  wieszaku  bielizny.  -  O  raju!  Chyba  nie 
chcesz tego kupić? 

Oczywiście,  Ŝe  nie.  Karen  miała  to  juŜ  na  końcu  języka.  Raz 

jeszcze spojrzała na kuszące koronki. Są takie ładne... Całe Ŝycie była 
praktyczna  i  zbyt  rozsądna,  Ŝeby  pozwalać  sobie  na  elegancką 
bieliznę. A moŜe po prostu nigdy nie miała dość odwagi? 

- Myślę, Ŝe jednak kupię... - powiedziała. 
-

 

Chyba  Ŝartujesz.  To  zupełnie  nie  w  twoim  stylu  -  stanowczo 

oświadczyła Julie. 

-

 

Tak  sądzisz?  -  Zapłaciła  za  bieliznę,  zanim  Julie  zdąŜyła  się 

przebrać.  -  No  juŜ,  ubieraj  się  szybko.  Muszę  jeszcze  kupić  coś  w 
aptece, a ty moŜesz zajrzeć do sklepu muzycznego, a potem jedziemy 
prosto do domu. 

Zwykle  rozdzielały  się  i  osobno  robiły  zakupy.  Paradowanie  po 

ulicy  z  matką  nie  było  w  dobrym  tonie.  Tym  razem  jednak,  kiedy 
tylko wyszły na ulicę, Julie dosłownie przykleiła się do Karen. 

-

 

Cały ostatni tydzień chciałam z tobą porozmawiać. 

-

 

O czym? 

-  Mamo...  -  Julie  objęła  ją  za  szyję.  -  Obiecaj,  Ŝe  nie  będziesz 

miała przede mną tajemnic. Ja wiem, Ŝe to głupie, ale czy powiesz mi, 
jeśli zaczniesz się z kimś spotykać? Z jakimś facetem? 

Karen  pomyślała,  Ŝe  zrobi  wszystko,  Ŝeby  tylko  nie  zburzyć 

background image

spokoju  córki.  MoŜe  nawet  oszukiwać  i  kraść.  W  tym  wypadku 
wystarczył jeden prosty wykręt. 

-

 

Czy stało się coś takiego, Ŝe ten właśnie pomysł przyszedł ci do 

głowy, córeńko? 

-

 

Właściwie  to  nie.  Ja  tylko  pomyślałam,  Ŝe  od  rozwodu  z  nikim 

się  nie  widujesz.  Ale  jeśli  chciałabyś  się  z  kimś  spotkać,  to  chyba 
powinnaś przedtem porozmawiać o tym ze mną. I jeszcze coś... 

Nagle w piętnastoletniej twarzyczce Julie zabłysły bardzo dorosłe 

oczy. Karen wcale nie miała ochoty usłyszeć tego jeszcze czegoś. 

-  Tak,  na  wszelki  wypadek...  No  wiesz,  Ŝeby  juŜ  I  skończyć  ten 

temat  i  w  ogóle...  Nie  wyjdziesz  za  mąŜ  za  kogoś,  kogo  ja  i  Jon  nie 
polubimy, prawda? 

- Nigdy w Ŝyciu. - Karen mocno przytuliła Julie. 
Masz to jak w banku, kwiatuszku. 
Uspokojona  Julie  natychmiast  popędziła  do  sklepu  muzycznego. 

Karen  patrzyła  w  ślad  za  nią  oczarowana  i  zupełnie  rozbrojona  tym 
łobuziakiem i światową kobietą w jednej osobie - własną córką. 

Dopiero  teraz  skojarzyła,  Ŝe  dzieci  ostatnio  zachowywały  się 

trochę  dziwnie.  I  te  pytania  Julie...  Nie  mogą  przecieŜ  wiedzieć,  Ŝe 
spotyka  się  z  Craigiem.  Są  bystre  i  za  bardzo  spostrzegawcze,  Ŝeby 
udało się zachować to w sekrecie. Rozmowa z córką potwierdziła jej 
mocne  przekonanie,  Ŝe  stosunki  z  Craigiem  powinny  nadal  pozostać 
tajemnicą.  Julie  była  bardzo  zaborcza  i  opiekuńcza  w  stosunku  do 
matki  i  Karen  wyczuwała  w  tym  coś  więcej  niŜ  naturalną,  zdrową 
miłość córki. To jeden ze skutków rozwodu. Dzieci za bardzo przejęły 
się  nią,  Craigiem,  i  w  ogóle  problemami  dorosłych.  Nie  wolno  robić 
im nadziei na połączenie się rodziców. Karen nie chciała po raz drugi 
ryzykować ich spokoju. 

ChociaŜ  z  drugiej  strony...  Od  kilku  tygodni  Craig  nadskakiwał 

jej,  jakby  była  jego  narzeczoną.  Przez  te  kilka  tygodni  cieszyła  się 
radosną  pełnią  ponownie  odkrywanej  miłości.  Wiele  rzeczy 
ś

wiadczyło o tym, Ŝe Craig bardzo się zmienił. Nie da się zaprzeczyć, 

Ŝ

e ich nowy związek rozwija się w zawrotnym tempie, a ona nadal nie 

wie,  co  Craig  naprawdę  czuje.  Chciał  z  nią  być.  Musiałaby  nie  mieć 
oczu,  Ŝeby  tego  nie  zauwaŜyć.  Wszystkie  ich  kradzione  wspólne 
chwile były zupełnie wyjątkowe, ekscytujące... 

background image

To właśnie tak bardzo ją niepokoiło. Ukrywanie się, zamykanie w 

małym  świecie,  przywołało  tamten  dawny  czar,  który  odkryli,  będąc 
jeszcze prawie dziećmi. OŜywianie starych wspomnień, trochę niebez-
pieczny  flirt,  romantyczne,  tajemnicze  spotkania...  Cholera,  całymi 
latami 

oboje 

byli 

ś

miertelnie 

powaŜnymi 

nad 

wyraz 

odpowiedzialnymi „pracoholikami", więc nic dziwnego, Ŝe ta zabawa 
sprawia  im  ogromną  przyjemność.  Zabawa,  a  nie  prawdziwe  Ŝycie. 
Prawdziwe Ŝycie to kłopoty, w których ugrzęźli przedtem. Błyskawica 
zapala  się  tylko  na  moment.  Pioruny  milkną,  gdy  codzienna  rutyna 
nakazuje zrobić zakupy czy wynieść śmieci. 

Najgłębsza rana, jaka została jej po rozwodzie, to poczucie klęski. 

Jej  klęski  w  roli  kobiety.  Kochała  Craiga,  ale  nie  potrafiła  go 
zatrzymać, chociaŜ wciąŜ była tą samą Karen, tą samą kobietą, z którą 
oŜenił się siedemnaście lat temu. 

Wysoko w górach rosną takie kwiaty, które za dnia wyglądają jak 

chwasty.  Za  to  w  księŜycowe  noce  otwierają  swoje  płatki  i 
oszałamiająco  pachną.  Te  kwiaty  bardzo  przypominają  ją  i  Craiga  i 
ich  tajemniczy  romans  w  świetle  księŜyca.  Skąd  pewność,  Ŝe  jego 
uczucie jest wystarczająco silne, aby wytrzymać ostre światło dnia? 

 
ROZDZIAŁ ÓSMY 
Telefon  zadzwonił  po  dziesiątej  wieczorem.  Karen  odłoŜyła 

ksiąŜkę i podniosła słuchawkę. 

-

 

Kara?  Dziś  po  południu  pogadałem  sobie  z  Jonem. 

Dowiedziałem się trochę o tej dziewczynie, z którą wtedy był. 

-

 

Opowiedz  mi  wszystko.  -  UłoŜyła  się  wygodnie.  Sam  dźwięk 

głosu Craiga powodował przyspieszone bicie serca. 

-

 

Ma na imię Marsha. 

-

 

Nigdy o niej nie słyszałam. 

- Nic dziwnego. To nie jest dziewczyna, którą Jon Jacob moŜe ci 

przedstawić. Chyba z rok łaziła za Jonem i wreszcie wymusiła na nim, 
Ŝ

eby się z nią umówił. To była ich pierwsza randka, ale to właśnie ona 

zaproponowała,  Ŝeby  zaparkować  samochód  w  jakimś  ustronnym 
miejscu. Z koloru twarzy twojego syna podczas tej opowieści mogłem 
wywnioskować, Ŝe gdy tylko się zatrzymali, rozłoŜyła się na nim jak 
prześcieradło na tapczanie. 

background image

- Cholera! 
-

 

Typowa matczyna reakcja! - zaśmiał się Craig. - Nasz syn ma na 

to nieco inny pogląd. On twierdzi, Ŝe był zupełnie bezradny w uścisku 
tej  bezwstydnej  dziewuchy.  Spełniło  mu  się  najskrytsze  marzenie 
wszystkich chłopców. Wiem, boisz się, Ŝe rozpoznał twój samochód, 
a  tylko  skrzętnie  to  ukrywa.  Ale  szczerze  mówiąc,  to  nie  jest  raczej 
moŜliwe. 

- To juŜ teraz niewaŜne. Dobry BoŜe! Myślisz, Ŝe on... Ŝe oni... 
Nie. Wydaje mi się, Ŝe śmiertelnie go wystraszyła.  
Jon  oświadczył,  Ŝe  teraz  panuje  AIDS,  a  to  maleństwo  zaliczyło 

juŜ co najmniej szkolną druŜynę piłkarską. 

Twoje nauki nie poszły w las. 
- No i co? I co? - ponaglała. 
Słyszała,  jak  przekłada  słuchawkę.  Najwyraźniej  sadowił  się  w 

ogromnym, skórzanym fotelu, stojącym w jego salonie. 

-  Trwało  chwilę,  zanim  zdecydował  się  na  prawdziwą  męską 

rozmowę.  Nie  mógł  tego  juŜ  dłuŜej  w  sobie  dusić.  Pogadaliśmy 
szczerze  i  wtedy  dopiero  wyszedł  z  niego  męŜczyzna.  Podobało  mu 
się, Ŝe ta dziewucha tak się na niego napaliła. Chciała go, jak kobieta 
pragnie męŜczyzny. Nigdy nie byłaś szesnastoletnim chłopcem, Karo, 
i nawet nie moŜesz sobie wyobrazić, jak takie coś potrafi uderzyć do 
głowy. 

Karen  usłyszała  szelest  na  korytarzu  i  o  mało  nie  dostała  zawału 

na  widok  stojącej  w  drzwiach  córki.  Zakryła  słuchawkę.  Julie 
trzymała w ręku nadgryzione jabłko. 

- Chciałam tylko zobaczyć, kto do ciebie dzwoni - usprawiedliwiła 

się. - Jest tak późno... 

-  To  pan  Macalvey  -  powiedziała  Karen.  -  Dzwoni  z  biura.  Nie 

moŜe  znaleźć  dokumentów,  nad  którymi  dziś  pracowaliśmy.  -  Julie 
zmarszczyła nos i ułoŜyła buzię w bardzo współczującą minę. Ugryzła 
jabłko  i  pomachała  ręką  na  dobranoc.  Karen  odczekała,  aŜ  córka 
pójdzie do swojego pokoju, i odsłoniła mikrofon. 

- Macalvey, tak? - Craig musiał jednak coś usłyszeć. 
- Jesteś juŜ w łóŜku, kochanie? 
-  Tak,  panie  MacaWey.  -  Przyjemny  dreszcz  przebiegł  jej  po 

plecach.  Craig  zadzwonił,  Ŝeby  wtajemniczyć  ją  we  wszystko,  co 

background image

udało  mu  się  wyciągnąć  od  ich  szesnastoletniego  i  szybko 
dojrzewającego  syna.  To  naturalne  poczucie  wspólnoty  sprawiło  jej 
ogromną  przyjemność,  ale  rozmowa  na  temat  Jona  Jacoba  właśnie 
została  zakończona.  Głos  Craiga  brzmiał  teraz  jak  rozkołysany 
saksofon w zadymionym barze. 

-

 

Biała pościel? 

-

 

RóŜowa. 

- I masz na sobie podkoszulek. ZałoŜę się, Ŝe nic więcej. 
Rzeczywiście, ubrała się w podkoszulek, bez Ŝadnej bielizny pod 

spodem. Znów poczuła przyspieszone bicie serca. To juŜ drugi raz w 
tym  tygodniu  dzwoni  późnym  wieczorem  i  czaruje  ją  tym  swoim 
głosem, a potem wrząca krew nie pozwala jej zasnąć. 

-  Mogę  sobie  wyobrazić  twoje  długie  nogi  wyciągnięte  na 

prześcieradle.  Kocham  twoje  nogi,  skarbie.  Nie  wyobraŜasz  sobie 
nawet,  jak  często  o  nich  myślę.  WciąŜ  sobie  przypominam  kształt 
twojej łydki, uda, dotyk twego ciała przez jedwabną pończochę. Masz 
pojęcie, jak bardzo mnie podniecasz? 

Sama myśl... 
Karen aŜ pisnęła. Tym razem w drzwiach sypialni stał Jon Jacob. 

Przycisnęła słuchawkę do piersi. 

-

 

Chciałem tylko sprawdzić, czy wszystko w porządku - szepnął. - 

Nikt nigdy tak późno do ciebie nie dzwoni. 

-

 

Nic  się  nie  dzieje.  To  tylko  pan  Macalvey.  Siedzi  do  późna  w 

biurze  i  chciał  się  ze  mną  porozumieć  w  sprawie,  nad  którą  teraz 
pracujemy. 

Jon  Jacob  wreszcie  sobie  poszedł.  Karen  cięŜko  opadła  na 

poduszkę. 

-

 

Pan Macahrey? 

-

 

Słucham panią. 

- Jesteś wstrętnym erotomanem. Cały dom się przez ciebie obudził 

i  dlatego  właśnie  musimy  skończyć  tę  rozmowę.  Chcę  tylko,  Ŝebyś 
wiedział...  Dopadnę  cię.  Nie  wiem  jeszcze,  jak  i  gdzie,  ale  na  twoim 
miejscu juŜ bym się bała. 

Zanim odłoŜyła słuchawkę, usłyszała jeszcze jego śmiech. Chwilę 

później  zgasiła  nocną  lampkę  i  pokój  pogrąŜył  się  w  ciemności. 
Dzieci  jeszcze  nie  spały.  W  łazience  leciała  woda,  radio  cichutko 

background image

grało  rocka.  Minął  dobry  kwadrans,  zanim  zgasło  światło  w  holu  i 
dzieci poukładały się w łóŜkach. Wreszcie zapadła zupełna ciemność i 
zapanował spokój. 

Karen  przytuliła  do  piersi  poduszkę.  Za  nic  nie  mogła  zasnąć. 

Czuła swoje nogi, ocierające się o chłodne prześcieradło. Piersi miała 
obrzmiałe  i  cięŜkie.  Wszystko  przez  niego...  Ten  wstrętny  człowiek 
jest  na  tyle  bezczelny,  by  wciąŜ  przypominać  jej,  jak  gorsząco 
zachowała  się  wtedy  w  samochodzie.  1  najwyraźniej  sprawia  mu  to 
ogromną przyjemność. 

Wyszła  z  łóŜka  i  podeszła  do  rozjaśnionego  blaskiem  księŜyca 

okna. Zakochanie to cudowne uczucie, ale miłość, prawdziwą i trwałą 
miłość  naleŜy  wypróbować  w  prawdziwym  Ŝyciu.  Czy  Craig  nadal 
będzie  ją  chciał,  gdy  zgasną  fajerwerki?  A  właściwie,  pomyślała,  z 
czyjej winy fajerwerki przestały rozjaśniać nasz związek? 

Przypomniała  sobie  niedawną  rozmowę  na  temat  Jona  Jacoba. 

„Zupełnie  bezradny  w  uścisku  bezwstydnej  dziewuchy".  Craig  tak 
powiedział.  I  jeszcze,  Ŝe  to  „najskrytsze  marzenie  wszystkich 
chłopców". 

Zwyczajne  opowiadanie  faktów  z  perspektywy  młodego  chłopca, 

ale sprawiło jej przykrość. Karen spędziła z Craigiem siedemnaście lat 
i  przez  cały  ten  czas  nie  wiedziała,  Ŝe  jego  najskrytsze  marzenie  to 
uściski bezwstydnej dziewuchy. Tyle kaŜda kobieta powinna wiedzieć 
o swoim męŜu. Karen nigdy nie była bezwstydna. Nie miała po prostu 
takiej  cechy  charakteru.  W  ich  związku  zawsze  Craig  był  stroną 
aktywną.  Potem,  kiedy  juŜ  ją  rozbudził,  pozbywała  się  wszelkich 
zahamowań  i  zawsze  kończyli  razem,  jednakowo  rozgorączkowani. 
Dlatego wydawało się jej, Ŝe nie jest waŜne, kto inicjuje te zbliŜenia. 
Teraz  okazuje  się,  Ŝe  jednak  miało  znaczenie.  Monotonia  zabija 
wszystko.  Craig  doskonale  wiedział  o  jej  nieustannej  gotowości,  ale 
nawet  najbardziej  płomienny  uwodziciel  moŜe  czasem  poczuć 
zmęczenie  rolą  agresora.  Stanowczo  za  mało  uwagi  poświęcała  jego 
potrzebom. 

Rzeczywiście  bała  się  uwierzyć  w  uczucia,  o  których  istnieniu 

Craig  ją  zapewniał.  Na  róŜne  sposoby  usiłował  ją  przekonać,  Ŝe  nie 
popełni  juŜ  dawnych  błędów.  Teraz  dotarło  do  niej,  Ŝe  ona  teŜ  musi 
odnaleźć w ich przeszłości te momenty, kiedy to ona popełniała błędy. 

background image

Pozwoliła  mu,  Ŝeby  pełnił  rolę  głowy  domu.  Tak  jej  było 

wygodniej.  Sama  nieszczególnie  się  czuła  jako  osoba  decydująca  o 
wszystkim.  Łatwo  było  obwiniać  męŜa  o  to,  Ŝe  uwaŜa  ją  za  swoją 
własność, i jednocześnie siedzieć cicho i nie protestować. Łatwo było, 
cholernie  łatwo,  chować  się  w  jego  cieniu,  bo  on  był  silny,  pewny 
siebie i odpowiedzialny. Ona nigdy nie miała dość pewności siebie. 

Teraz  sama  musi  znaleźć  siły  i  odwagę,  Ŝeby  o  niego  walczyć. 

Jeśli naprawdę go kocha. 

Sekretarka wprowadziła Craiga do gabinetu. Pomyślał, Ŝe wolałby 

tłuc kamienie, niŜ znaleźć się choćby w pobliŜu tego miejsca. 

-  Craig.  -  Był  to  rodzaj  powitania,  chociaŜ  siedzący  za  biurkiem 

wysoki  męŜczyzna  ani  nie  wstał,  ani  nie  podał  mu  ręki.  Sekretarka 
zamknęła  drzwi.  Zostali  sami.  Ojciec  Karen  wskazał  mu  jedno  ze 
stojących  przed  biurkiem  krzeseł.  -  Bardzo  dawno  z  tobą  nie 
rozmawiałem. 

-  Tak.  -  Craig  usiadł.  Nie  mógł  sobie  przypomnieć,  ile  czasu 

minęło od jego ostatniej rozmowy z Waltem Hennesseyem. JuŜ ponad 
rok ich kontakty ograniczały się do spotkań przy okazji podrzucania i 
odbierania  dzieci  od  dziadków.  Craig  miał  świadomość,  Ŝe  ojciec 
Karen  jego  obarcza  winą  za  rozwód.  To  Craig  od  samego  początku 
był  sprawcą  wszystkich  zmartwień  jego  najmłodszej  i  ukochanej 
córki. Nigdy nie przepadali za sobą. 

Karen  była  podobna  do  matki,  Walt  miał  raczej  kwadratową 

twarz. Był bardzo szczupły i kosztowny garnitur, który miał tego dnia 
na  sobie,  wisiał  na  nim  jak  szmata.  Garnitury  po  prostu  źle  na  nim 
leŜały.  Walt  wcale  się  nie  przejmował  swoim  wyglądem.  Był 
najlepszym  adwokatem  podatkowym  w  całym  stanie,  mądrym, 
inteligentnym  i  znakomicie  wykształconym.  Miał  teŜ  niezawodny 
instynkt. 

Karen kochała ojca jak nikogo na świecie. Dlatego właśnie Craig 

zdecydował,  Ŝe  musi  z  nim  porozmawiać  w  cztery  oczy.  Choćby 
nawet starszy pan powitał go z pistoletem. 

Walt  patrzył  na  niego  ze  spokojem  policjanta,  obserwującego 

zakutego w kajdanki przestępcę. 

- Twoja córka zabiłaby mnie - zaczął Craig - gdyby wiedziała, Ŝe 

tu jestem, ale musisz wiedzieć, Ŝe znów się spotykam z Karen. 

background image

Cisza. Jedyna pociecha, Ŝe na biurku nie pojawiły się ani granaty, 

ani  nawet  pistolety  pojedynkowe.  Ojciec  Karen  cicho  bębnił  palcami 
w oparcie fotela. 

- Tak, chyba to właśnie podejrzewałem. Nie zadzwoniłeś do mnie 

do  domu,  nie  chciałeś  się  tam  spotkać.  Nie  ma  znów  tak  wielu 
powodów,  dla  których  musiałbyś  się  ze  mną  spotykać  w  tym 
gabinecie. Erica zrobiłaby piekło, gdyby odkryła, Ŝe znów kręcisz się 
koło naszej córki. 

-

 

Wiem o tym. 

-

 

A dzieci? 

-

 

Nie. - Craig pokręcił głową. - Dzieci nic nie wiedzą. Zresztą nikt 

nie wie. Ani moi rodzice, ani nikt ze znajomych. Karen chce utrzymać 
to  w  tajemnicy,  dopóki  oboje  nie  nabierzemy  pewności,  Ŝe  znów 
moŜemy być razem. Ona chroni dzieci, Erice, ciebie. A ja uwaŜam, Ŝe 
dobrze  robi,  ale  uwaŜam  teŜ,  Ŝe  ty  jeden  powinieneś  wiedzieć.  - 
Rozpiął  marynarkę.  -  Doskonale  wiesz,  Ŝe  uganiałem  się  za  Karen, 
kiedy  jeszcze  oboje  byliśmy  prawie  dziećmi.  Bałem  się,  Ŝe  dowiesz 
się  jakoś  o  naszych  potajemnych  spotkaniach  i  pomyślisz  sobie,  Ŝe 
robię to samo, co wtedy. Nie proszę cię o pozwolenie ani o poparcie, 
Walt.  Po  prostu  chcę,  Ŝebyś  wiedział,  Ŝe  kocham  twoją  córkę  i  mam 
nadzieję, Ŝe do mnie wróci. 

-

 

Tak  na  mnie  patrzysz,  jakbyś  przypuszczał,  Ŝe  zaraz  wyciągnę 

szpicrutę. - Walt przestał bębnić palcami o fotel. 

-

 

MoŜe  to  właśnie  bym  zrobił,  gdybym  znalazł  się  na  twoim 

miejscu. 

-

 

Myślałem i o tym, kiedy mieliście po siedemnaście lat. - Ojciec 

Karen lekko się uśmiechnął. - Ale teraz juŜ za późno. - Wziął ołówek i 
zaczął  nim  stukać  w  blat  biurka.  -  Nigdy  nie  miałem  okazji  ci  tego 
powiedzieć, ale ani przez chwilę nie uwaŜałem, Ŝe do rozwodu doszło 
z winy jednego z was. Nie wiem, co się stało, ale uwaŜnie was obser-
wowałem przez ten ostatni rok. Sam widok Karen rozdziera mi serce. 
ZauwaŜyłem  teŜ  i  powaŜnie  się obawiałem,  Ŝe  ojciec  moich  wnucząt 
jest cholernie bliski załamania. 

Craig  przygotował  się  na  wszelkie  moŜliwe  reakcje  Walta 

Hennesseya - z wyjątkiem współczucia. 

- Rzeczywiście, o mało się nie załamałem - przyznał. 

background image

- Kiedy jeszcze chodziłem do szkoły - mówił z namysłem - byłem 

wspaniałym  chłopakiem.  Dobry  sportowiec,  przystojny,  na  tyle 
zdolny,  Ŝe  nie  musi  nawet  zaglądać  do  ksiąŜki,  Ŝeby  mieć  dobre 
stopnie. śadnych problemów, moŜe poza rozwodem rodziców. Ale w 
moim  Ŝyciu  brakowało  głębi.  UwaŜałem,  Ŝe  mogę  mieć  wszystko, 
czego  tylko  zapragnę.  Tak  mnie  wychowano.  Nie  byłem  zepsutym 
dzieckiem w tym sensie, Ŝe zawsze miałem wszystkiego za duŜo. To 
Ŝ

ycie  mnie  zepsuło,  bo  wszystko  zbyt  łatwo  mi  przychodziło.  No 

więc, jeśli chciałbyś wiedzieć, to ja jestem winien rozpadowi naszego 
małŜeństwa,  a  nie  Kara.  Byłem  aroganckim  samolubem  i  ją  takŜe 
uwaŜałem za coś, co po prostu mi się naleŜy. 

Na  biurku  Walta  zabrzęczał  telefon.  Nacisnął  guzik  i  podniósł 

słuchawkę. 

-

 

Nie  ma  mnie  dla  nikogo,  panno  Rivers  -  powiedział  i  odłoŜył 

słuchawkę.  Przez  otwarte  okno  za  jego  plecami  wpadały  promienie 
przedwieczornego  słońca.  To  oświetlenie  uwydatniło  zmarszczki  na 
jego twarzy. 

-

 

Daleko  odszedłeś  od  tamtego  chłopca,  którym  byłeś  wtedy  - 

powiedział wreszcie. 

-

 

Mam nadzieję, Ŝe uda mi się przekonać o tym twoją córkę. 

-

 

Trudne zadanie. Przez trzydzieści sześć lat ani razu nie udało mi 

się  przekonać  mojej  córki  do  czegokolwiek  -  powiedział  Walt.  -  Nie 
przyszedłbyś  tutaj,  gdyby  wasz  ponowny  związek  był  juŜ  faktem,  a 
więc Karen nie jest jeszcze pewna poprawy waszych stosunków? 

To  pytanie  poruszyło  napięte  do  granic  wytrzymałości  nerwy 

Craiga. 

- Ja ją kocham - powiedział cicho. Tylko takiej odpowiedzi mógł 

udzielić. 

-  Kiedy  juŜ  oboje  będziecie  pewni  -  Walt  mówił  to  wyraźnie 

odpręŜony - jeśli to w ogóle nastąpi, ja wezmę na siebie przekonanie 
Erici. A zanim to nastąpi, mogę wam od czasu do czasu zająć czymś 
dzieci. Wprawdzie są juŜ „bardzo dorosłe" i coraz rzadziej mają czas 
dla  dziadka,  ale  spróbuję  im  coś  ciekawego  wymyślić.  Mecz 
futbolowy albo konną jazdę. Coś wymyślę. 

-

 

MoŜesz  mi  wierzyć  albo  nie  -  powiedział  powaŜnie  Craig  -  ale 

nie  przyszedłem  tu  prosić  cię  o  pomoc.  Chciałem  ci  tylko  wyjaśnić 

background image

sytuację,  Ŝeby  mieć  pewność,  Ŝe  w  razie  czego  staniesz  po  stronie 
Karen. 

-

 

Niepotrzebnie.  Ja  zawsze  stoję  po  jej  stronie.  NiezaleŜnie  od 

tego, co robi. - Zamyślił się. - Wiesz, kiedy zaczęła dorastać, chłopcy 
kręcili  się  wokół  niej  jak  pszczoły  koło  miodu.  Jeden  wisiał  na 
telefonie,  drugi  przesiadywał  na  ganku,  a  trzeci  blokował  dojazd  do 
domu jakimś Ŝałosnym gratem. Ale od dnia, w którym się poznaliście, 
stałeś  się  dla  niej  wszystkim.  ChociaŜ  wątpię,  czy  mi  uwierzysz,  ale 
powiem ci coś, Craig. Zawsze uwaŜałem, Ŝe bardzo dobrze wybrała. - 
Podniósł  głowę.  -  Ale  jeśli  jeszcze  raz  ją  skrzywdzisz,  to  klnę  się  na 
Boga, Ŝe cię powieszę... 

- A ja ci kupię sznur - powiedział cicho Craig. 
MoŜna  było  przewidzieć,  Ŝe  na  Ŝadnym  sygnalizatorze  w  całym 

Colorado Springs nie zapali się ani jedno zielone światło, kiedy on się 
spieszy.  Craig  przycisnął  pedał  gazu  w  tej  samej  chwili,  w  której 
zgasło czerwone światło. AŜ do Wildwood ruch nie zmniejszył się ani 
trochę. 

W  powietrzu  czuć  juŜ  było  jesień.  Słońce  wyszło  zza  chmur  i 

oświetlało  domy  ich  osiedla.  Było  juŜ  siedem  po  dwunastej,  a  on 
umówił się z Karen u siebie w domu punktualnie o dwunastej. śadne 
z  nich  nie  mogło  wyrwać  z  normalnego  dnia  pracy  więcej  niŜ  pół 
godziny. 

Przejrzał  się  w  lusterku  i  zaklął.  Wyglądał,  jakby  całe 

przedpołudnie  walczył  ze  stadem  wilków.  Właściwie  to  prawda,  tyle 
Ŝ

e  tym  razem  w  roli  wilka  wystąpiła  korporacja.  Zahamował  przed 

domem.  Jej  sierra  juŜ  tu  stała.  Poprawił  krawat,  wyrzucił  z  kieszeni 
trzy  długopisy  i  notatnik,  przygładził  dłonią  włosy.  Jeszcze  raz 
powtórzył  sobie  w  myślach  rozmowę,  jaką  chciał  przeprowadzić  z 
Karen. WciąŜ miał w pamięci wczorajsze spotkanie z jej ojcem. Walt 
nieoczekiwanie 

okazał 

wiele 

zrozumienia 

swemu 

zięciowi, 

obciąŜonemu  zbrodnią  pakowania  jego  córki  w  kłopoty.  Zamiast 
odczucia  wyraźnej  ulgi,  całą  noc  dręczyło  Craiga  poczucie  winy. 
Dobrze wiedział, Ŝe stawia Karen w sytuacji bez wyjścia. Te kwiaty, 
prezenty,  rozmowy  telefoniczne,  potajemne  spotkania  na  strychu  i  w 
samochodzie.  Wywierał  na  nią  kuszącą  seksualną  presję.  Ani  na 
chwilę nie pozwalał jej zapomnieć o tym, Ŝe mogłoby im być dobrze 

background image

razem.  Naprawdę  chciał  ją  mieć.  Nie  tylko  w  łóŜku,  ale  w  ogóle  w 
Ŝ

yciu. Chciał ją mieć na zawsze. 

Walt  przypomniał  mu,  w  jakim  stanie  była  Karen  przed 

rozwodem.  Wtedy  zupełnie  straciła  wiarę  w  siebie.  NiezaleŜnie  od 
tego,  jak  bardzo  ją  kocha,  jak  bardzo  jest  pewny,  Ŝe  poprawa  ich 
stosunków  jest  trwała,  nie  moŜe  ryzykować,  Ŝe  znów  ją  skrzywdzi. 
Naprawdę  musi  zwolnić  tempo.  Musi  zwolnić  i  dać  jej  trochę  czasu. 
PrzecieŜ  minął  dopiero  miesiąc.  NiemoŜliwe,  Ŝeby  tak  szybko  mu 
zaufała. 

Craig  obiecał  sobie  solennie,  Ŝe  dzisiejsze  spotkanie  będzie 

zwyczajnym, sympatycznym lunchem we dwoje. 

Wreszcie  spokojnie  porozmawiają.  Tylko  tyle.  Zachowa  się  jak 

dŜentelmen. Tym razem na pewno weźmie się w karby. 

Przeskoczył  dwa  stopnie  i  znalazł  się  na  ganku  swego  domu.  Po 

rozwodzie  Karen  została  z  dziećmi  w  „ich"  domu,  a  Craig  kupił 
pierwszą  z  brzegu  nieruchomość,  jaką  wystawiono  na  sprzedaŜ  w 
sąsiedztwie.  Dom  był  mały  i  ciasny,  ale  kupował  go  wyłącznie  z 
myślą  o  tym,  Ŝeby  mieszkać  jak  najbliŜej  swoich  dzieci.  Bardzo 
powaŜnie  traktował  swoje  obowiązki  rodzicielskie.  Rok  temu  nawet 
nie  przyszłoby  mu  do  głowy,  Ŝe  miał  jeszcze  jeden  powód,  Ŝeby 
zamieszkać w sąsiedztwie: pragnienie bycia blisko Karen. 

- Karen! - zawołał od progu. 
Kiedy rano rozmawiali przez telefon, Karen powiedziała, Ŝe szefa 

dzisiaj  nie  będzie,  więc  moŜe  po  drodze  kupić  coś  do  jedzenia  w 
chińskim  barze.  Dobrze  się  złoŜyło,  bo  on  przez  całe  przedpołudnie 
nie miał wolnej ani chwili. 

Karen  nie  odezwała  się.  JuŜ  miał  zawołać  ponownie,  gdy 

zauwaŜył  jej  buty.  Czarne  szpilki  z  białymi  noskami  leŜały  na 
dywanie jak drogowskazy. 

Stalowoszary  dywan  był  tak  samo  ciemny  jak  salon  jego  domu. 

OŜywiały  go  jedynie  naleŜące  do  dzieci  sprzęty  elektroniczne. 
Poustawiał  tu  wszystkie  produkowane  przez  swoją  firmę  urządzenia: 
wzmacniacze  i  kolumny,  duŜy  ekran  telewizyjny,  komputer  z 
mnóstwem  dysków  i  programów.  On  sam  bardzo  rzadko  korzystał  z 
tego pokoju. 

Dzieci  zawsze  robiły  tu  bałagan.  Julie  zostawiła  jakąś  taśmę  i 

background image

błękitną  bawełnianą  koszulkę.  Od  czasu,  gdy  była  tu  po  raz  ostatni, 
leŜały  nietknięte  w  tym  samym  miejscu.  Piłka  futbolowa,  na  której 
osiadła  juŜ  spora  warstwa  kurzu,  słoneczne  okulary  i  jakieś  szkolne 
zeszyty naleŜały do Jona Jacoba. 

Ctaig  rozejrzał  się  po  tym  bałaganie  i  zobaczył  Ŝakiet  z 

czerwonego  jedwabiu.  Rzucony  niedbale,  zajmował  jedyne  wolne  do 
niedawna krzesło. 

Poszedł  tym  tropem.  Następną  część  damskiej  garderoby  - 

gustowną i przesadnie skromną czarną sukienkę - znalazł w korytarzu 
łączącym salon z kuchnią. Sukienka leŜała samotnie na dywanie. 

Craig  otworzył  usta,  Ŝeby  znów  zawołać  Karen,  ale  jakaś  Ŝaba, 

która  nie  wiadomo  skąd  znalazła  się  w  jego  gardle,  przegryzła  mu 
struny głosowe. Odchrząknął. Nie pomogło. Nadal nie mógł wydobyć 
z siebie głosu. 

OstroŜnie skierował się do kuchni. Była długa i wąska, od pokoju 

oddzielał  ją  barowy  blat.  Rano  zawsze  wypijał  tu  kawę,  mimo  Ŝe  na 
całej  powierzchni  stołu  walały  się  jakieś  stare  listy,  projekty  i 
narzędzia,  które  juŜ  dawno  miał  odłoŜyć  na  miejsce  i  ciągle 
zapominał. Przy blacie ustawiono wysokie barowe stołki. 

-

 

Craig!  -  Karen  odwróciła  się  na  pięcie.  -  Ale  mnie 

przestraszyłeś!  Nie  słyszałam,  jak  wszedłeś.  -  Uśmiechnęła  się  do 
niego. - Dlaczego się spóźniłeś? 

-

 

Ja...  To  nie  moja  wina...  -  Ta  złośliwa  Ŝaba  za  Ŝadne  skarby 

ś

wiata nie chciała się wynieść z jego gardła. 

-

 

Wprawdzie  miało  być  coś  z  chińskiej  kuchni,  ale  to  mi  się 

wydawało  prostsze.  Obejdziemy  się  bez  gotowania  i  bez  zmywania. 
Potrzebne nam tylko dwa papierowe talerze i własne palce. 

JuŜ zauwaŜył, Ŝe przygotowała coś w rodzaju pikniku. Krewetki w 

sosie  koktajlowym,  mnóstwo  malutkich  kanapeczek,  artystycznie 
ułoŜone  warzywa,  dzbanuszek  wykałaczek.  Między  tym  wszystkim 
stała czara z likierem wiśniowym. 

- Wspaniale wygląda - powiedział. 
-  I  wcale  się  nie  napracowałam.  Kłopot  w  tym,  je  przy  jedzeniu 

palcami moŜna się solidnie upaprać. Dla ciebie to Ŝaden problem, bo 
jesteś w swoim domu i w razie czego po prostu zmienisz koszulę. Ja, 
niestety, nie mogę wystawiać swojej sukienki na tak wielkie ryzyko. 

background image

Z  trudem  oderwał  wzrok  od  likieru.  Karen  próbowała  mu 

logicznie wyjaśnić, dlaczego pozbyła się ubrania. Dobrze rozumiał, Ŝe 
nie  chciała  ryzykować  powrotu  do  biura  w  zaplamionej  sosem 
sukience. Przy takim jedzeniu rzeczywiście łatwo się ubrudzić. 

- Siadaj  wreszcie  -  zawołała.  -  Nie  wiem,  jak  ty,  ale  ja  miałam 

koszmarne  przedpołudnie.  Muszę  trochę  odpocząć,  bo  popołudnie 
zapowiada się jeszcze gorzej... 

Craig  usiadł  na  wysokim  stołku  i  Karen  postawiła  przed  nim 

mroŜoną herbatę z cytryną. 

-  Gdzie  trzymasz  serwetki?  -  zapytała.  -  Nie  mogę  nic  znaleźć w 

tej przeklętej kuchni. 

Mimo to znalazła serwetki i znów przebiegła obok niego. Doleciał 

go zapach egzotycznych, podniecających perfum. Nigdy przedtem nie 
uŜywała tego zapachu. Przynajmniej nie dla niego. 

-  Dobrze...  -  Zmarszczyła  czoło.  Na  moment  przestała  biegać. 

Stała z dłonią opartą na biodrze. 

- Jeszcze czegoś nie dałam? A tak, juŜ wiem! 
- Zapomniałam o czymś... - Przelotnie spojrzała mu w oczy.  
Miała na sobie halkę i pończochy. W zasadzie halka zakrywała tę 

samą  powierzchnię  jej  ciała,  co  zwykła,  od  lat  przez  nią  noszona 
bielizna,  ale  robiła  to  zupełnie  inaczej.  Koronkowy  brzeg  tej  czarnej, 
satynowej halki sięgał do połowy uda. Lśniąca, śliska tkanina opinała 
ciało  Karen,  podkreślała  biust  i  szczupłą  talię.  Karen  nie  włoŜyła 
stanika  i  jej  sutki  wyraźnie  odznaczały  się  na  cienkim  materiale.  Z 
kształtu malutkich wypukłości w górnej części jej ud wywnioskował, 
Ŝ

e  majtek  teŜ  na  sobie  nie  miała.  Pończochy  trzymały  się  na 

podwiązkach z czarnej satyny. 

-

 

Karen - powiedział. - Usiądź. 

-

 

Na pewno o czymś zapomniałam... 

-

 

Siadaj, Karo. 

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 
- Karen...  Chyba  rzeczywiście  za  bardzo  cię  pospieszałem.  To 

nieuczciwe... 

Karen zanurzyła krewetkę w sosie i włoŜyła mu ją do ust. 
Po  raz  pierwszy  w  Ŝyciu  udało  jej  się  do  tego  stopnia  zbić  go  z 

tropu,  Ŝe  jąkał  się  i  czerwienił.  Cały  ranek  denerwowała  się,  Ŝe  w 
ostatniej  chwili  zabraknie  jej  odwagi  na  to,  co  sobie  zaplanowała. 
Odgrywanie  rozpustnej  kobiety,  najskrytszego  marzenia  Craiga,  nie 
było wcale łatwe. Zbyt dobrze ją znał, Ŝeby dał się zwieść. Bała się, Ŝe 
będzie się głupio czuła, Ŝe będzie głupio wyglądać, bo ta rola zupełnie 
nie  była  w  jej  stylu.  Widząc,  jak  zareagował  na  jej  widok,  szybko 
nabrała  pewności  siebie.  Pewnie,  Ŝe  setki  razy  widział  ją  ubraną 
skromniej niŜ w halkę, ale nigdy przedtem nie prowokowała go w taki 
sposób. 

Nie mając innego wyjścia, Craig połknął krewetkę. 
- UwaŜaj na sos, kochanie - ostrzegła. - Jest bardzo ostry. 
ZałoŜyła  nogę  na  nogę.  Zerknął  na  jej  uda,  potem  na  biust 

widoczny  przez  czarną  satynę.  Przed  spotkaniem  z  Craigiem  Karen 
wpadła  do  Keastmana.  Sprzedawali  tam  bardzo  drogie  perfumy. 
Wprawdzie nie mogła sobie na nie pozwolić, ale na ladzie stały próbki 
i, oczywiście, skorzystała. Trudno powiedzieć, czy Craigowi spodobał 
się  zapach  i  widok,  jaki  zastał  w  kuchni,  ale  krewetkę  przełknął  z 
wyraźną trudnością. 

- Karo - zaczął, rozluźniając krawat. 
- Tak? 
-

 

Ja mówię powaŜnie. 

-

 

Ja teŜ. Naprawdę jestem dziś bardzo powaŜna - zapewniła. . 

-

 

Nie  chciałbym,  Ŝebyś  uwaŜała,  Ŝe  cię  do  czegokolwiek 

zmusiłem...  Do  podjęcia  decyzji...  Nie  dałem  ci czasu  na  upewnienie 
się... 

-

 

Jedz  powoli  -  powiedziała  i  następna  krewetka  wsunęła  się  w 

jego usta. 

Odpięła  hebanową  spinkę  i  rozpuściła  włosy.  Rozsypały  się  na 

ramionach  miodowozłotą  kaskadą.  Uśmiechnęła  się  do  Craiga. 
Zamknął oczy, na czoło wystąpiły mu krople potu. 

-

 

Nie próbowałeś jeszcze szparagów. 

background image

-

 

Nie mam ochoty na szparagi. 

-  Oczywiście,  Ŝe  masz.  PrzecieŜ  je  uwielbiasz.  Mają  wyjątkowo 

łagodny smak. Szczególnie po tym ostrym sosie... 

Craig  otworzył  oczy.  Spojrzał  na  nią  ostrym  jak  brzytwa 

wzrokiem. Mimo to włoŜyła mu do ust kawałek szparaga. 

-

 

Karo... 

-

 

Słucham. 

-

 

Próbuję z tobą szczerze porozmawiać. Muszę. 

-  Słowa  są  bardzo  istotne  w  procesie  porozumiewania  się  - 

zgodziła  się  z  nim.  Ale  nie  w  tej  chwili,  pomyślała.  Miała  rację. 
Demonstrowała mu właśnie jeden ze składników, których poprzednim 
razem zabrakło w ich przepisie na małŜeństwo. 

Nawet  jeśli ludzie  bardzo  mocno  siebie  pragną, codzienna  rutyna 

zabija poŜądanie, napięcie słabnie... 

Przedtem teŜ pewnie o tym wiedziała, ale nigdy nie chciało jej się 

przyjąć  aktywnej  postawy.  Ani  w  łóŜku,  ani  nigdzie  indziej.  MoŜe 
bała się ośmieszenia w jego oczach? 

Spojrzała na Craiga. śyły na jego szyi pulsowały. 
O BoŜe, pomyślała, nigdy juŜ nie dam ci krewetek, Reardon. 
- Karen... 
-Tak? 
-

 

Pamiętam,  co  powiedziałaś  tamtego  wieczoru.  -  Wziął  głęboki 

oddech. Był okropnie spięty. - O tym, Ŝe nasze sekretne spotkania to 
nic  innego,  jak  oŜywianie  starych  wspomnień.  Nie  chciałbym, 
Ŝ

ebyśmy  mieszali  przeszłość  z  teraźniejszością.  Ja  nigdy...  -  Milczał 

długą chwilę. Śledził spojrzeniem jej szczupłą dłoń. Tym razem Karen 
wzięła  w  palce  wiśnię.  Craig  obserwował,  jak  zatapia  białe  zęby  w 
ciemnoczerwonej słodyczy. 

-

 

Do diabła - jęknął. - Czy ty naprawdę sądzisz, Ŝe jestem ze stali? 

Pokręciła przecząco głową. 
- Specjalnie urządziłaś ten lunch. Najwyraźniej szukasz kłopotów. 
Tym razem skinęła głową, potwierdzając jego domysły. 
-

 

Uwielbiasz kłopoty. Znów skinęła głową. 

-

 

No, to będziesz je miała. 

Nieświadoma  niebezpieczeństwa  sięgnęła  po  następną  wiśnię. 

Craig chwycił ją za rękę i pociągnął za sobą. 

background image

Zatrzymali się na chwilę w holu, z dala od okien. Craig przytulił ją 

mocno  do  siebie.  Jego  ręce  ślizgały  się  po  czarnej  satynie  halki. 
Głaskał  Karen  po  plecach,  tulił  do  siebie.  Obsypał  ją  gradem 
pocałunków,  głębokich,  namiętnych  pocałunków,  które  odebrały  jej 
zdolność  logicznego  myślenia.  No,  moŜe  niezupełnie,  bo  zdjęła  z 
niego  marynarkę  i  zaczęła  rozpinać  guziki  białej  koszuli.  Popatrzyła 
mu  prosto  w  oczy.  śar,  jaki  w  nich  zobaczyła,  zaparł  jej  dech  w 
piersiach. Nie była to zwykła Ŝądza, ale prawdziwa, gorąca miłość w 
jej  najczarowniejszym  wydaniu.  Tęsknota  i  oddanie  mieszały  się  w 
nich z długo tłumionym poŜądaniem. 

Ś

wiadoma,  .Ŝe  Craig  na  nią  patrzy,  Karen  odpięła  ostatni  guzik 

jego koszuli. Dotknęła opalonej i porośniętej kędzierzawymi włosami 
piersi.  Czuła,  jak  bardzo  jest  spięty.  Kiedy  jej  palce  dotarły  do  jego 
sutków, serce Craiga omal nie oszalało. A kiedy oplotła go ramionami 
i przywarła biustem do jego nagiej piersi, zaczął gwałtownie chwytać 
powietrze,  jak  wyrzucona  na  brzeg  ryba.  Dzielił  ich  tylko  mały 
kawałek satyny. 

-

 

Jeśli zaraz nie przestaniesz - wyszeptał - to będziemy się kochać 

w holu. 

-

 

Przykro mi, ale to twoje zmartwienie, kochanie - mruknęła. - Ja 

jestem zajęta. - Podniosła głowę i patrząc mu prosto w oczy, zaczęła 
rozpinać  spodnie.  -Wreszcie  wpadłeś  w  ramiona  bezwstydnej 
dziewuchy,  Reardon.  Trzymaj  się  mocno,  bo  nic  ci  juŜ  nie  pomoŜe. 
Mam zamiar cię uwieść. 

-

 

Podoba mi się ten pomysł. 

-

 

Powinien ci się podobać. 

-  Czy  sądzisz,  Ŝe  mam  szansę  -  powiedział  w  chwili  przerwy 

między  pocałunkami,  którymi  obsypywał  jej  szyję  -  wziąć  czynny 
udział w tym gwałcie? 

-

 

Nie. - Musi zachować stanowczość. 

-

 

Dlaczego nie? 

-  Bo  nie.  Postanowiłam.  -  Czuła,  jak  pieścił  wargami  jej  ramię,  i 

na  chwilę  zapomniała,  co  właściwie  postanowiła.  Wreszcie  sobie 
przypomniała.  -  Postanowiłam,  Ŝe  zostaniesz  bezradną  ofiarą  mojej 
namiętności.  MoŜe  zechcę  zmusić  cię  do  cierpliwości  jeszcze  przez 
wiele, wiele godzin... 

background image

Przyciągnął  ją  do  siebie  i  długo,  namiętnie  całował.  Nie 

przerywając pocałunku, delikatnie popychał ją przed sobą w kierunku 
- sypialni. Zdjął jeden but, potem drugi, ale ani na chwilę nie przerwał 
pocałunku. W ten sposób dotarli do ogromnego  łoŜa, zasłanego białą 
pościelą.  Karen  zauwaŜyła,  Ŝe  jej  ofiara  chętnie  współpracuje  w 
porwaniu.  Craig  błyskawicznie  zrzucił  z  siebie  resztki  ubrania  i 
bieliznę. 

Teraz  przyszła  kolej  na  nią.  Craig  zsunął  z  jej  ramion  cieniutkie 

ramiączka  halki  i  jego  oczom  ukazał  się  niczym  juŜ  nieosłonięty, 
jędrny  biust  Karen.  Zsunął  halkę  niŜej,  na  biodra,  i  pozwolił,  aby 
ś

liska  satyna  sama  opadła  na  podłogę  u  jej  stóp.  Miała  na  sobie 

jedynie pończochy i podwiązki z czarnej koronki. Po chwili juŜ leŜała 
na  tapczanie.  Craig  okrył  ją  swoim  ciałem  i  tysiącem  pocałunków. 
Pieścił  jej  piersi,  aŜ  róŜowe  sutki  stwardniały  jak  kamyki.  Rozpiął 
podwiązki  i  całując  delikatnie  jej  nogi,  powoli  zsuwał  pończochy. 
Rozpalił ją do białości. 

Kochała się z nim ponad milion razy, ale nigdy nie przypominało 

to tego, co działo się z nimi teraz. Nawet tamten poranek w Chatce nie 
dorównywał ich dzisiejszym popisom. Przez całe tygodnie narastało w 
nich  poŜądanie,  ale  nie  mieli  okazji  spotkać  się  w  bezpiecznym 
miejscu, Ŝeby nacieszyć się sobą i na nowo odkrywaną miłością. 

Skóra  Karen  pokryła  się  kropelkami  potu.  Craig  teŜ  był  cały 

mokry.  Dotknięcia  jego  palców  nie  ugasiły  jej  pragnienia  i 
najwyraźniej potęgowały jego poŜądanie. Pragnęła go z całego serca, 
czuła wyłącznie bijący od niego Ŝar, wtapiający się w jej ciało. 

Uniósł  głowę.  Popatrzył  na  jej  mokre  od  potu  włosy,  na 

zaczerwienione  od  pocałunków  wargi.  Nie  odrywając  od  niej  oczu, 
otworzył szufladę nocnego stolika i wyjął stamtąd małą paczuszkę. 

- Myślałaś, Ŝe cię naraŜę na takie ryzyko, kochanie? - wyszeptał.  
Jego  wargi  dotknęły  jej  ust.  Zmieścił  w  tym  pocałunku  ogromną 

tkliwość dla tego, co razem tworzyli i co mogliby wspólnie stworzyć. 

ZałoŜył  sobie  jej  ręce  na  szyję  i  wszedł  w  nią.  W  cudownym 

uniesieniu  galopowali  po  równinach  i  górach  niepowtarzalnych 
doznań. 

- Kocham  cię  -  szepnęła  na  moment  przed  ogarniającym  ich 

spełnieniem. 

background image

Usłyszał.  ChociaŜ  przez  cały  ranek  Craig  tłumaczył  sobie,  Ŝe  nie 

powinien  jej  tak  szybko  ciągnąć  do  łóŜka,  teraz  Ŝałował,  Ŝe  nie 
namówił jej na to duŜo wcześniej. Gdyby tylko wiedział, Ŝe juŜ moŜe 
mu powiedzieć te dwa słowa, które właśnie powiedziała. 

Kara  wtuliła  się  w  niego  jak  zziębnięte  kociątko.  Pogłaskał  ją  po 

plecach. Czuł, Ŝe ona juŜ naprawdę naleŜy do niego. Był niebotycznie 
szczęśliwy.  Przed  jego  zamkniętymi  oczami  znów  przesunął  się 
tamten  widok:  prowokacyjny  uśmiech  i  ta  przeklęta  czarna  haleczka. 
To przez nią stracił głowę i serce. Gotowość Karen do miłości wciąŜ 
przyprawiała  go  o  zawrót  głowy.  Oddała  mu  się  z  taką  swobodą, 
zapamiętaniem  i  szczerością.  Kara  mi  ufa,  pomyślał.  Hola,  hola! 
Jeszcze nie włoŜyłeś jej obrączki na palec, natychmiast przywołał się 
do  porządku.  Słowa  wypowiedziane  w  miłosnym  porywie  to  nie  to 
samo, co normalne Ŝycie. Ale jeśli zachowa ogromną ostroŜność, jeśli 
nie  popełni  juŜ  Ŝadnego  błędu,  to  moŜe  wzbudzi  jej  zaufanie  i 
spowoduje, Ŝe Karen naprawdę uwierzy w ich wspólną przyszłość. 

Przeciągnęła  się  leniwie, ziewnęła.  Nawet  cienia  zdenerwowania. 

Na wszelki wypadek mocniej ją przytulił. 

- Pamiętasz naszą noc poślubną? - zapytał cicho. 
- Katastrofa wspaniałych marzeń - mruknęła. Wcale nie była taka 

ś

piąca. 

- Nie, Karo, nie wszystko. - Pogłaskał ją po twarzy. - Na początku 

bardzo  dobrze  się  bawiliśmy.  Pamiętam,  jak  cię  porwałem.  I  tę 
szaleńczą jazdę samochodem. Pamiętam, jak się denerwowałaś. Cho-
ciaŜ  muszę  przyznać,  Ŝe  to  nie  tę  część  tamtej  nocy  pamiętam 
najlepiej... 

- Porozmawiajmy raczej o pogodzie - zaproponowała. 
-  Dokładnie  pamiętam  tę  chwilę  -  Craig  wcale  nie  chciał 

rozmawiać o pogodzie - kiedy juŜ mieliśmy w rękach akt ślubu. Nasz 
związek  był  odtąd  oficjalny,  ale  Ŝadne  z  nas  nie  miało  pojęcia,  co  z 
tym  fantem  zrobić.  Nie  mieliśmy  dokąd  pojechać,  bo  nie  pomyś-
leliśmy  o  tym,  Ŝeby  wcześniej  cokolwiek  zaplanować.  -  OstroŜnie 
dotknął palcem jej policzka. - Nienawidziłaś tamtego motelu... 

-

 

Był ładny. 

-

 

Ale był tylko motelem. 

-

 

Musieliśmy się gdzieś zatrzymać. Nie mogliśmy przecieŜ jeździć 

background image

samochodem przez całą noc... 

-

 

Ale to tylko motel - powtórzył cicho - i fatalnie się w nim czułaś. 

Nasza  tajemnicza  ucieczka  i  ta  wariacka  nocna  podróŜ.  Wszystko 
wydawało nam się takie romantyczne. A potem nagle znaleźliśmy się 
w zimnym, bezosobowym pokoju w jakimś motelu. I na domiar złego 
nagle schowałaś się w łazience... 

-

 

Reardon...  -  Wprawdzie  zabrzmiało  to  bardzo  stanowczo,  ale 

zauwaŜył, Ŝe Karen się rumieni i z trudem powstrzymuje uśmiech. 

-

 

Nie  wiedziałem,  o  co  chodzi,  i  powtarzałem  w  kółko:  co  się 

stało, co  się  stało?  A  ty  wprawdzie  odpowiadałaś,  Ŝe  nic  takiego,  ale 
nie  chciałaś  wyjść.  Siedziałaś  tam  ponad  godzinę,  zanim  wreszcie 
nabrałaś odwagi, Ŝeby mi powiedzieć... 

-

 

Reardon... 

- Do końca Ŝycia nie zapomnę tamtych chwil. 
Miałem osiemnaście lat i w swoją własną noc poślubną musiałem 

szukać otwartej apteki, Ŝeby ci kupić podpaski... 

Najwyraźniej  miała  juŜ  dosyć  tego  wyśmiewania  się  z  niej. 

Uderzyła  go  poduszką.  Zaczął  ją  delikatnie  łaskotać,  a  ona  w 
odpowiedzi  usiadła  mu  na  piersi  i  obiecała,  Ŝe  juŜ  go  nie  wypuści. 
Dotyk jej nagiego ciała obudził w nim nowe pragnienie. Tak wiele się 
zmieniło  od  tamtej  nocy  poślubnej.  Chciał,  Ŝeby  o  tym  pamiętała. 
PrzeŜyli  ze  sobą  wiele  złych  i  dobrych  chwil,  i  to  takŜe  chciał  jej 
przypomnieć.  Ku  jego  wielkiej  radości  okazało  się,  Ŝe  ona  teŜ 
wszystko doskonale pamięta. 

- Craig, ja... - Karen drŜącymi palcami dotknęła jego policzka. Był 

zupełnie pewien, Ŝe właśnie uwierzyła w ich wspólną przyszłość i Ŝe 
chciałaby  o  tym  porozmawiać.  Niestety,  spojrzała  przypadkiem  na 
budzik  i  czar  prysnął...  Jej  tkliwy  wyraz  twarzy  zmienił  się  w 
komiczne przeraŜenie. 

- O rany! - zawołała. 
Craig nie musiał patrzeć na zegarek, Ŝeby zorientować się, Ŝe ich 

lunch trwał znacznie dłuŜej niŜ godzinę. Kara próbowała odsunąć się 
od  niego,  ale  leniwym  ruchem  przyciągnął  ją  z  powrotem  do  siebie. 
Nie ma mowy, Ŝeby mu teraz stąd uciekła. 

-

 

Nie wrócisz dziś do pracy - oświadczył. 

-

 

Craig, ja muszę. Wystarczy, Ŝe rano się urwałam... 

background image

- Zadzwoń. Powiedz, Ŝe się czymś zatrułaś albo Ŝe właśnie rodzisz 

bliźnięta... Wymyśl coś. Kiedy ostatni raz brałaś wolny dzień? 

- Biorę wolne dni tylko wtedy, kiedy dzieci chorują. 
-  Jesteś  gorsza  ode  mnie,  skarbie.  Nawet  taka  parka 

zatwardziałych  „pracoholików"  jak  my  powinnaś  sobie  od  czasu  do 
czasu pozwolić na kilka wolnych godzin. Chyba mamy jeszcze coś do 
załatwienia? 

Upewniwszy się, Ŝe Karen nigdzie nie pójdzie, Craig wstał z łóŜka 

i  skierował  się  do  kuchni.  Wrócił  z  czarą  likieru  wiśniowego  w 
rękach.  Karen  spojrzała  na  wiśnie,  potem  na  niego.  Craig  wyłączył 
telefon i zamknął drzwi. 

Karen stała przed Chatką z rękami w kieszeniach kurtki. Patrzyła 

na  znikające  za  krawędzią  urwiska  sylwetki  trojga  ludzi.  Dzieci 
wybrały  się  z  dziadkiem  na  wycieczkę.  Raz  do  roku,  zawsze  na 
jesieni, jej rodzice spędzali jeden weekend w Chatce. 

Przyjechali przed godziną. PodróŜ bardzo Karen zmęczyła. Potem 

jeszcze rozpakowywanie zapasów... Po raz pierwszy tego popołudnia 
miała chwilę dla siebie. 

W  oddali  dźwięczał  śmiech  dzieci,  popołudniowe  słońce 

przeświecało  przez  gałęzie  sosen.  Wiatr  przesypywał  suche  liście. 
Wystarczyło kilka chwil samotności, Ŝeby oddała się marzeniom. 

Bardzo  jej  brakowało  Craiga.  To  zupełnie  idiotyczne,  pomyślała. 

Spotykają się teraz codziennie. Na pewno zobaczy go w poniedziałek. 
To  tylko  dwa  dni.  Powinna  się  cieszyć,  Ŝe  los  zesłał  jej  to  krótkie 
rozstanie.  Musi  przecieŜ  złapać  oddech  po  szaleństwach  ostatniego 
tygodnia. 

Uśmiechnęła się do własnych myśli. Ten szatan Craig przysłał jej 

do  domu  skrzynkę  likieru  wiśniowego.  To  tylko  jeden  z  jego 
oryginalnych  pomysłów.  Codziennie  spotykali  się  na  lunchu  w  jego 
domu.  Zawsze  zamykał  drzwi  na  klucz  i  wyłączał  telefon,  po  czym 
zajmował  się  nią,  a  nie  jedzeniem.  Miał  niesamowity  apetyt  i  bujną 
wyobraźnię.  Nigdy  przedtem  nie  była  tak  zaspokojona.  Craig  bardzo 
tego pilnował. Wracała do biura zupełnie wypluta. Tego teŜ pilnował. 
Craig był w niej śmiertelnie zakochany. Mówił jej to bez przerwy: w 
łóŜku,  poza  łóŜkiem  i  przy  najmniejszej  okazji.  W  kaŜdym  razie 
wystarczająco często, Ŝeby przekonać nawet kamień. 

background image

Drzwi  domku  trzasnęły  głośno.  Karen  odwróciła  się.  Na  ganku 

stała szczupła kobieta w dŜinsach i swetrze. Karen pomyślała, Ŝe ona 
sama nigdy nie będzie taka piękna, jak jej matka. 

- Poszli sobie? - zawołała Erica. 
-  Tak,  ale  zaraz  wrócą.  Wybrali  się  na  krótki  spacer.  Ojciec 

obiecał, Ŝe będzie za pół godziny i rozpali ognisko. 

Ojciec  zwykle  piekł  kurczęta  na  ognisku  i  ziemniaki  w  popiele. 

Kobietom łaskawie zostawiał przygotowanie deseru. 

-

 

To dobrze. - Matka stanęła za plecami Karen. 

-

 

Co dobrze? 

-

 

Cieszę  się,  Ŝe  sobie  poszli.  Twój  ojciec  udzielił  mi  przed 

wyjazdem  szczegółowych  instrukcji.  Powiedział,  Ŝe  mam  ci  dać 
spokój i nie wciągać w Ŝadne powaŜne rozmowy. Nie mogłam się juŜ 
doczekać, Ŝeby zabrał dzieci na spacer. Co się stało? 

-

 

Nic  się  nie  stało  -  odpowiedziała  szczerze  Karen,  chociaŜ  przez 

chwilę czuła się trochę nieswojo. 

-

 

Ktoś  musiał  twojemu  ojcu  naopowiadać  głupot,  bo  bardzo 

nalegał,  Ŝebym  się  w  nic  nie  wtrącała.  Jak  gdybym  kiedykolwiek 
wtrącała się w Ŝycie moich córek. Wszystkie jesteście juŜ dorosłe... - 
Erica zawahała się, zanim zadała pytanie. - Coś niedobrego z dziećmi? 
Czy Jon Jacob ma kłopoty w szkole? 

- Skąd. Oboje znakomicie sobie radzą. 
Weszły  do  domu  i  zaczęły  nakrywać  do  obiadu.  Erica  rozłoŜyła 

papierowe  talerze,  Karen  wyjęła  z  lodówki  warzywa  na  sałatkę.  Na 
dolnej  półce  zauwaŜyła  słoik  z  czarnymi  oliwkami.  Nagle  okropnie 
zachciało  jej  się  oliwek.  Jak  zagubionemu  na  pustyni  podróŜnikowi 
chce się wody. Zjadła dwie oliwki, po chwili jeszcze dwie. 

- A więc jesteś chora. Dlaczego nie chcesz mi o tym powiedzieć? 

Pamiętasz,  jak  w  zeszłym  roku  Samantha  ukrywała  przede  mną  tę 
swoją cystę... 

Karen  dobrze  wiedziała,  dlaczego  jej  starsza  siostra  nie  chciała 

powiedzieć o tym matce. Erica Hennessey całe Ŝycie się zamartwiała. 
Szczególnie,  gdy  tematu  do  zmartwień  dostarczały  jej  własne  córki. 
Tym razem takŜe nie obyło się bez serii niedyskretnych pytań. Starsze 
siostry  w  podobnych  przypadkach  szybko  traciły  cierpliwość,  ale 
Karen nigdy. Matka zawsze musiała we wszystko wścibić nos. WciąŜ 

background image

nie  mogła  się  przyzwyczaić  do  tego,  Ŝe  jej  dziewczynki  mają  juŜ 
dorosłe dzieci. 

Bogu dzięki, Ŝe dziadek z Jonem i Julie pojawili się na podwórku. 

Przesłuchanie zostało skończone. 

Rozpalili  ognisko  na  dworze  i  cała  piątka  z  apetytem  zajadała 

chrupiące,  rumiane  kurczęta.  Ojciec  usiadł  koło  Karen.  Jak  zwykle, 
bawił  całą  rodzinę  opowieściami  wędkarskimi,  ale  córce  wydał  się 
trochę  zbyt  gadatliwy.  Chciała  go  nawet  zapytać,  czy  coś  mu 
przypadkiem nie leŜy na wątrobie, ale nie miała okazji. Nocny chłód 
zapędził  ich  w  końcu  do  domu.  Rozegrali  partię  kanasty,  jednak 
górskie  powietrze  szybko  ich  zmorzyło.  To  Julie  rozpoczęła  koncert 
ziewania i ona teŜ pierwsza się poddała. Reszta rodziny poszła za jej 
przykładem. 

Karen wygasiła ogień na kominku. Słyszała, jak ojciec rozmawia 

z Jonem Jacobem. Potem śmiali się jeszcze, pewnie z jakichś męskich 
Ŝ

artów... W końcu jednak wszyscy zasnęli i w Chatce zapadła cisza. 

Karen  nie  spała.  Cały  wieczór  prześladował  ją  jakiś  dziwny 

niepokój.  Narzuciła  na  siebie  wełniany  pled  i  wyszła  na  ganek.  Noc 
była  zimna,  a  powietrze  tak  ostre,  Ŝe  aŜ  szczypało  policzki.  Góry 
wznosiły  się  w  oddali  jak  duchy.  Nad  szczytami  jaśniał  blady  sierp 
księŜyca.  Trzęsła  się  z  zimna,  ale  zamiast  schować  się  w  ciepłej 
kuchni, wciąŜ stała i patrzyła. 

Kilka  godzin  wcześniej  puściła  mimo  uszu  niedyskretne  pytania 

matki,  teraz  jednak  zaczęły  ją  niepokoić.  Odkąd  Karen  sięgała 
pamięcią,  matka  zawsze  o  wszystko  wypytywała.  Dziś  jednak  ojciec 
takŜe był dziwnie opiekuńczy... Na dodatek Jon Jacob Ŝartował sobie 
z  „anonimowego"  prezentu  w  postaci  skrzynki  likieru  wiśniowego,  a 
Julie  bez  wyraźnego  powodu  znów  zaczęła  z  nią  rozmawiać  o 
męŜczyznach. Jeśli nawet jeszcze nie wiedzą nic o Craigu, to wkrótce 
się  dowiedzą.  W  jej  rodzinie  nigdy  Ŝadna  tajemnica  nie  mogła  się 
długo utrzymać. Są ze sobą zbyt zŜyci. 

Karen zamknęła oczy i odetchnęła ostrym, górskim powietrzem. 
Więc  dlaczego  im  nie  powiesz,  pomyślała.  On  cię  kocha,  ty 

kochasz  jego.  Oboje  marzycie  o  tym,  Ŝeby  znów  być  razem.  Co  cię 
trzyma? 

Dobrze  znała  odpowiedź  na  to  pytanie.  Zacisnęła  palce  na 

background image

poręczy.  Radość,  jaką  znajdowali  w  sobie  wzajemnie,  jest  tak  samo 
prawdziwa,  jak  bicie  ich  serc.  Rozmawiają  ze  sobą  tak,  jak  nie 
rozmawiali juŜ od lat, a ich fizyczne zbliŜenia... Zawsze wiedziała, Ŝe 
jest  im  dobrze  w  łóŜku,  ale  to,  co  dawali  sobie  ostatnio,  przerastało 
wszelkie  poprzednie  doświadczenia.  Mimo  to  ich  związek  nie  jest 
naturalny.  śyją  w  wieŜy  z  kości  słoniowej  i  Karen  nie  ma  Ŝadnej 
pewności,  czy  uczucie  Craiga  pozostanie  niezmienione,  gdy  opadnie 
zauroczenie  i  radość  z*  odzyskanych  wspomnień.  Wielkie  miłości 
mają tę obrzydliwą cechę, Ŝe umierają, gdy tylko dwoje ludzi zaczyna 
co  rano  myć  zęby  w  tej  samej  łazience...  Drzwi  otworzyły  się 
cichutko. Matka Karen wyszła na ganek. Zawinęła się w duŜą kurtkę 
myśliwską ojca, na nogach miała ciepłe kapcie. 

- Przeziębisz się, mamo - powiedziała Karen. 
Erica 

odetchnęła 

chłodnym 

powietrzem, 

popatrzyła 

obrzydzeniem  na  pokrywający  trawę  szron  i  upewniła  się,  Ŝe  obie 
umrą na zapalenie płuc. Mimo tak potwornej groźby podeszła jednak 
do córki. 

-

 

Nic  mi  nie  jest,  mamo.  Chciałam  tylko  odetchnąć  świeŜym 

powietrzem. 

-

 

Zawsze  łatwiej  ci  się  rozmawiało  z  ojcem  niŜ  ze  mną  - 

poskarŜyła się matka. - Nie mam o to pretensji. Cieszę się, Ŝe jesteście 
tacy podobni do siebie. Wiesz - 

dodała po chwili - właśnie do mnie 

dotarło,  Ŝe  twój  ojciec  odgadł  to,  czego  ja  nie  wyczułam.  Chodzi  o 
męŜczyznę, tak? 

- Mamo... 
- Zmieniłaś uczesanie i makijaŜ. W samym środku rozmowy nagle 

milkniesz i tak dziwnie się uśmiechasz. 

Przegrałaś  w  kanastę,  a  przecieŜ  zawsze  musisz  oszukiwać, 

Ŝ

ebyśmy mogły wygrać... To musi być męŜczyzna. Kochasz go? 

Karen  milczała.  Matka  nie  patrzyła  na  nią,  tylko  przyglądała  się 

szczytom gór oświetlonym księŜycowym blaskiem. 

- Samantha  i  June  -  odezwała  się  wreszcie  Karen  -  bez  kłopotów 

osiągnęły  sukces  zawodowy  i  szczęście  w  małŜeństwie.  Nigdy  nie 
zrobiły niczego, co mogłoby cię zmartwić. 

-

 

Ty takŜe nigdy nic takiego nie zrobiłaś. 

-

 

Sama wiesz... - Karen potrząsnęła głową. 

background image

- W  szkole  miałam  wprawdzie  dobre  stopnie,  ale  zupełnie  nie 

wiedziałam,  co  chcę  ze  sobą  zrobić.  Oboje  z  ojcem  poczuliście  się 
dotknięci,  kiedy  uciekłam  z  Craigiem.  Jeszcze  bardziej  przeŜyliście 
nasz rozwód. Czułam się... Zawsze się tak czuję... Zawiodłam was. 

-  Idiotka.  -  Erica  nigdy  dobrze  nie  rozumiała  swej  najmłodszej 

córki,  jednak  instynkt  macierzyński  kazał  jej  nazywać  rzeczy  po 
imieniu.  -  Zawsze  byłaś  ulubienicą  ojca.  Nie  zawiodłabyś  go,  nawet 
gdybyś kopała rowy... 

-

 

Nie jego, mamo. Chciałam powiedzieć, Ŝe zawiodłam ciebie. 

-

 

Zupełnie zwariowałaś, córeczko.  -  Erica  powiedziała to  cicho.  - 

MoŜesz sobie robić, co chcesz, bylebyś tylko była szczęśliwa. Jesteś, 
niestety,  bardzo  podobna  do  ojca.  Zawsze  bez  szemrania  spełniasz 
zachcianki  innych,  ale  nic  a  nic  nie  dbasz  o  siebie.  Całe Ŝycie bałam 
się, Ŝe wyjdziesz za jakiegoś egoistę, który nie ma pojęcia, jaka jesteś 
wspaniała. I tak teŜ się stało... 

-

 

Nie - przerwała jej Karen - nie chcę, Ŝebyś winiła Craiga, mamo. 

Zawsze  go  lubiłaś,  dopóki  nie  doszłaś  do  wniosku,  Ŝe  mnie 
skrzywdził.  Ale to  nie  takie  proste.  Ja  sama  zrobiłam  sobie  krzywdę. 
Nigdy  nie  stałam  się  samodzielna  i  zawsze  byłam  zaleŜna  od  niego. 
KaŜdy związek by się załamał. 

-

 

MoŜe masz rację... 

-

 

ś

adne moŜe. Tak to właśnie jest. 

Ich  oczy  spotkały  się  w  ciemności.  Po  raz  pierwszy  w  Ŝyciu  nie 

rozmawiały jak matka z córką, ale jak kobieta z kobietą. 

-

 

A  więc  jednak  chodzi  o  męŜczyznę  -  powiedziała  cicho  Erica. 

Karen  skinęła  głową.  -  Bardzo  ci  na  nim  zaleŜy.  -  Karen  znów 
przytaknęła. - Sądzę, Ŝe juŜ byś mi o nim opowiedziała, gdybyś miała 
pewność, Ŝe go zaakceptuję. 

-

 

Na  pewno  go  nie  zaakceptujesz,  ale  nie  dlatego  trzymam  to  w 

tajemnicy. 

-

 

Obiecuję  ci,  Ŝe  jeśli  cię  uszczęśliwi,  to  nie  zaprotestuję,  nawet 

jeśli okaŜe się demokratą. 

Kiepski Ŝart, jednak wywołał uśmiech na twarzy Karen. 
-  Tylko  musisz  mieć  pewność,  kochanie.  Nigdy  więcej  nie  wiąŜ 

się z męŜczyzną, dopóki zaślepia cię namiętność. 

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 
-  Craig...  Wiem,  Ŝe  to  głupio  zabrzmi,  ale...  Czy  mógłbyś  się  ze 

mną na serio pokłócić? 

AŜ  upuścił  ręcznik.  Wyszedł  spod  prysznica,  Ŝeby  odebrać 

telefon. Miał nadzieję, Ŝe to Karen dzwoni i jego nadzieja się spełniła, 
chociaŜ  nie  do  końca.  Sądził,  Ŝe  mimo  późnej  pory  zadzwoni,  Ŝeby 
mu  opowiedzieć,  jak  minął  weekend  w  Chatce.  Zupełnie  nie 
spodziewał się takiej propozycji. 

- Pokłócić? - zapytał kompletnie zaskoczony. 
-

 

Tak.  Porządnie,  solidnie  pokłócić.  Wiem,  Ŝe  moŜe  ci  się  to 

wydać  dziwne,  ale  jeśli  się  nad  tym  zastanowisz...  Dotąd  nie  było 
między  nami  Ŝadnej  róŜnicy  zdań.  Jak  gdyby  wciąŜ  zaślepiała  nas 
namiętność. 

-

 

No...  -  Craig  wytarł  twarz  dłonią.  Nawet  nie  schylił  się  po 

ręcznik.  PrzecieŜ  nikt  nie  widzi,  Ŝe  chodzi  po  domu  zupełnie  nagi  i 
cały  mokry.  Ze  słuchawką  przy  uchu  podszedł  do  barku  i  wyjął 
butelkę  szkockiej.  -  No  więc...  Czy  uwaŜasz,  Ŝe  kłótnia  rozwiąŜe 
któryś z naszych problemów? - Cisza. 

- Dobrze,  domyślam  się.  UwaŜasz,  Ŝe  twój  pomysł  nie  ma  nic 

wspólnego z naszymi kłopotami, i na pewno masz rację. Przepraszam, 
Ŝ

e w ogóle o tym pomyślałem... 

- Wcale nie mówiłam, Ŝe to nie ma nic wspólnego. 
- Jakaś nuta w jej głosie sprawiła, Ŝe poczuł się, jakby zasypywał 

go ruchomy piasek. Nalał sobie kieliszek i szybko wypił. Pomyślał, Ŝe 
to  głupi  pomysł  i  Ŝe  oddałby  majątek  za  jakiś  przewodnik  po 
zakamarkach  kobiecego  umysłu.  Kiedy  rozstali  się  w  piątek,  Kaja 
była  w  doskonałej  formie.  Wszystko  znakomicie  im  się  układało. 
Cholera, musiało się wydarzyć coś, co ją przestraszyło. 

- Craig? Jesteś tam jeszcze? 
-

 

Jestem. Pomyślałem sobie, Ŝe to trochę trudne zacząć się kłócić 

ot tak, bez wyraźnego powodu. Wiesz, do kłótni trzeba mieć nastrój. 

-

 

Wcale  nie  potrzeba  Ŝadnego  nastroju.  PrzecieŜ  kiedyś 

awanturowaliśmy  się  o  kaŜde  głupstwo.  I  o  to  mi  właśnie  chodzi. 
Wcześniej  czy  później  pokłócimy  się  o  coś,  a  jak  pamiętasz, 
potrafiliśmy  się  kłócić  do  krwi.  Więc  moŜe  gdybyśmy  teraz 
spróbowali... 

background image

-

 

Dobrze,  dobrze.  Jeśli  chcesz  się  kłócić,  skarbie,  to  się  kłóćmy, 

ale nie przez telefon. 

Karen  nie  lubiła  zostawiać  dzieci  samych.  Teraz  jednak  było 

bardzo  późno  i  oboje  dawno  spali  kamiennym  snem,  a  Craig 
najwyraźniej bardzo chciał się z nią zobaczyć. 

Ubrał  się  i  przygotował  kawę,  a  po  chwili  Karen  zapukała  do 

drzwi. 

Nie  było  po  niej  widać,  Ŝeby  doznała  jakiegoś  urazu.  Tryskała 

energią. Zrzuciła z siebie płaszcz. Pod spodem miała dŜinsy i za duŜą 
koszulę flanelową - strój do walki. Zdjęła buty i powędrowała prosto 
do salonu. Podwinęła rękawy. Nie miał odwagi się uśmiechnąć. AleŜ 
go  podniecała.  Nie  zdąŜyła  załoŜyć  stanika  i  piersi  kołysały  się 
swobodnie  przy  kaŜdym  jej  ruchu.  Mógł  sobie  wyobrazić  mnóstwo 
rzeczy, jakie chciałby z nią w tej chwili robić, ale kłócić się... 

- Zrobić kawę? - zapytał. 
Nie teraz. Miała co innego na głowie. 
- Byłeś egoistą. - Wyciągnęła w jego stronę oskarŜycielski palec. - 

Tak cię pochłaniała praca, Ŝe zupełnie nie zwracałeś na mnie uwagi. 

- Wiem, skarbie. 
-  Craig,  Craig  -  westchnęła.  -  Nie  wczułeś  się  w  sytuację.  Nie 

zgadzaj się ze mną. Broń się. 

- Okay. 
- W końcu przecieŜ nie byłeś aŜ takim egoistą. 
Połowa winy spada na mnie. Nigdy ci nie mówiłam, Ŝe coś się źle 

dzieje, więc skąd mogłeś to wiedzieć. 

-  Niecierpliwie  machnęła  ręką.  -  Zeszliśmy  z  kursu.  Musimy 

znaleźć coś, co nas poróŜni. 

Craig  okazywał  dotąd  anielską  cierpliwość  i  wyrozumiałość. 

KaŜdy  męŜczyzna  to  potwierdzi:  wymyślanie  kłótni  z  powietrza  nie 
ma najmniejszego sensu. Licho wie, co ją naszło. Dwa dni z matką? A 
moŜe to jeden z tych testów, które zamieszczają magazyny kobiece? 

Przyjrzał  się  jej  uwaŜnie  i  wreszcie  zrozumiał.  Karen  wcale  nie 

miała  większej  ochoty  na  sztuczne  kłótnie  niŜ  on  sam,  ale  nie 
Ŝ

artowała.  Najwyraźniej  po  prostu  się  bała.  Nie  moŜna  o  niej 

powiedzieć,  Ŝe  jest  osobą  apodyktyczną,  ale  ma  charakterek.  Oboje 
zawsze  dusili  w  sobie  wzajemne  pretensje,  a  potem  z  najbłahszego 

background image

powodu  wybuchała  awantura  zupełnie  nieproporcjonalna  do 
przyczyny.  Kara  dobrze  zapamiętała  tamte  awantury.  Teraz  chce  się 
upewnić, Ŝe juŜ nigdy, przenigdy się nie powtórzą. MoŜe on teŜ tego 
potrzebował. 

-  Dobrze  -  powiedział  Craig  -  jeśli  chcesz  się  sprawdzić,  to 

zaczynajmy. - Niech wie, Ŝe traktuje powaŜnie ją i jej pomysły. 

Próbowali  wielu  tematów:  sytuacja  na  Bliskim  Wschodzie,  jego 

matka,  jej  matka,  polityka  władz  lokalnych,  pieniądze...  Ten  ostatni 
temat powinien im umoŜliwić ostrą kłótnię. Craig nigdy nie liczył się 
z pieniędzmi, a Karen była oszczędna. Kroplą, która wtedy przepełniła 
kielich,  była  właśnie  jakaś  bezsensowna  awantura  o  pieniądze.  Tym 
razem  jednak  nawet  ten  Ŝelazny  temat  ich  nie  poruszył.  Oczywiście, 
mieli  zupełnie  inne  poglądy,  ale  cholerny  Craig  teraz  naprawdę 
słuchał  jej  argumentów.  Nawet  przyznał,  Ŝe  domowy  budŜet  zawsze 
stanowi  punkt  zapalny.  Nie  kłócili  się  ze  sobą,  tylko  rozmawiali. 
RóŜnica  poglądów  sprawiła  tylko  tyle,  Ŝe  rozmowa  wydała  im  się 
interesująca. 

-

 

Nawet nie próbujesz... - Karen zerwała się z fotela. 

-

 

PrzecieŜ się staram. 

-  Ale  nie  za  bardzo.  PrzecieŜ  moglibyśmy  napisać  ksiąŜkę  o 

awanturach  na  tematy  finansowe.  No  juŜ,  przypomnij  sobie,  jak  to 
było, kiedy ostatni raz naprawdę się na mnie wściekłeś. 

-

 

MG z otwieranym dachem. 

-

 

Ale się wściekałeś! - zawołała radośnie. 

- Właśnie je kupiliśmy. Jeszcze atrament, którym spisano umowę, 

dobrze  nie  wysechł.  Zrobiłem  remont  silnika,  polakierowałem...  To 
była  pierwsza  luksusowa  rzecz,  na  jaką  mogliśmy  sobie  pozwolić.  A 
ty go rozbiłaś na pierwszym z brzegu drzewie. 

- O mało mnie nie zabiłeś. 
-

 

Chętnie  bym  to  zrobił.  Jechać  tak  szybko  w  nocy  podczas 

ś

nieŜycy, i to tylko dlatego, Ŝe spieszyłaś się do domu z litrem mleka. 

-

 

Byłeś  bardzo  miły,  kiedy  policjant  przywiózł  mnie  do  domu  - 

przypomniała  -  ale  tylko  tak  długo,  dopóki  sobie  nie  poszedł.  Gdy 
tylko zostaliśmy sami, czymś we mnie rzuciłeś, Reardon. 

-

 

Rzuciłem. - O ile dobrze sobie przypominał, była to poduszka z 

kanapy. Rzucił ją tak mocno, nie w Karen, tylko w ścianę, Ŝe pękła i 

background image

posypało się na nich pierze. 

- Plułeś ogniem. 
-  No  pewnie.  A  najbardziej  mnie  wściekała  twoja  pewność,  Ŝe 

bardziej się martwię o ten cholerny samochód niŜ o ciebie. 

-

 

Reardon. 

-

 

Tak? 

 
- Psujesz cały sens tego ćwiczenia. Mieliśmy się kłócić. Robię, co 

mogę, Ŝeby cię wyprowadzić z równowagi. 

- Udało ci się, kochanie. Jestem na ciebie wściekły. 
- Odpinasz mi koszulę, a trudno to uznać za oznakę złości. Muszę 

ci coś powiedzieć. To waŜne. 

Czekałam  na  właściwy  moment,  ale  ten  właściwy  moment  nie 

bardzo chce nadejść, a muszę ci to powiedzieć. 

Bardzo trudno  było  skierować  jego  uwagę  na  sprawy zasadnicze. 

Odpiął  guziki  jej  koszuli  i  dotknął  nagiego  ciała.  Karen  teŜ  miała 
problemy  z  koncentracją.  Udało  im  się  przejść  przez  wzburzone 
wody.  śadnych  czarów,  nawet  cienia  zaślepienia...  Karen  nie 
posiadała  się  ze  szczęścia.  Zdecydowanie  ujęła  w  dłonie  jego  twarz. 
Wiedziała przecieŜ, Ŝe waŜnych spraw nie wolno przemilczać. 

-

 

Chcę,  Ŝebyś  wiedział  -  powiedziała  cicho  -  Ŝe  zawsze  byłam  z 

ciebie  bardzo  dumna,  Craig.  Zawsze.  Twoi  rodzice  zniszczyli  ci 
dzieciństwo, ale nawet wtedy nie pozwoliłeś na to, Ŝeby ich styl Ŝycia 
wpłynął  na  twoje  postępowanie.  Zawsze  szedłeś  własną  drogą, 
trzymałeś  się  własnych  przekonań  i  nigdy  nie  tańczyłeś  tak,  jak  ktoś 
inny  grał.  Nawet  kiedy  wszystko  się  między  nami  popsuło...  Nawet 
wtedy...  Zawsze  byłam  z  ciebie  dumna.  Z  tamtego  chłopca,  którego 
pokochałam, i z tego męŜczyzny, jakim się stałeś. 

-

 

Do licha. - Najwyraźniej zaschło mu w gardle. - Teraz naprawdę 

mnie wkurzyłaś. 

-

 

Tak? - Uśmiechnęła się i mocno przytuliła się do niego. 

 
Craig rozmawiał przez telefon, kiedy za drzwiami usłyszał głosy. 
- Rozumiem,  jest  zajęty.  Ale  właśnie  przejeŜdŜałam  tędy,  bo  szef 

mi  kazał  załatwić  jakieś  drobiazgi...  Muszę  się  z  nim  na  chwilę 
zobaczyć. 

background image

-

 

W porządku. Powiem mu... 

-

 

Wiesz, chodzi o dzieci... 

-

 

O tak, na pewno. 

-  Jeśli  nie  ma  dla  mnie  czasu,  to  po  prostu  zostawię  to  na  jego 

biurku... 

Poznał głos Karen i szybko skończył rozmowę. W tej samej chwili 

Virginia  nacisnęła  brzęczyk.  Zdjęła  palec  z  dzwonka  dopiero  wtedy, 
kiedy  Craig  ukazał  się  w  drzwiach  swego  gabinetu.  Uśmiechnęła  się 
do niego. 

-  Pani  Reardon  chciała  wyjść,  nie  spotkawszy  się  z  panem  - 

oznajmiła  z  niewinną  miną.  -  PrzecieŜ  moŜe  pan  poświęcić  trochę 
czasu na sprawy dotyczące własnych dzieci. Nie będę łączyć rozmów. 
Dziś jest tu taki dom wariatów, Ŝe chyba zamknę drzwi, Ŝeby nie było 
słychać hałasu... 

Zanim  sekretarka  skończyła  swój  wywód,  Craig  sam  zamknął 

drzwi. Karen natychmiast odwróciła się do niego. Ubrała się dzisiaj w 
granatową  sukienkę  z  białą  kamizelką.  Kurczowo  ściskała  w  rękach 
duŜą, Ŝółtą torbę. Sukienkę juŜ kiedyś widział, ale róŜ na policzkach - 
to  było  coś  zupełnie  nowego.  I  te  iskierki  w  oczach  takŜe  były 
nowością. 

Ich stosunki bardzo się zmieniły od tamtego wieczoru, gdy Karen 

wpadła  do  niego  z  wariackim  pomysłem,  Ŝeby  się  pokłócić.  Ona  teŜ 
się  zmieniła.  Jaśniała  od  środka,  a  jej  uśmiech  był  przeznaczony 
wyłącznie  dla  niego.  JuŜ  nie  ukrywała  swego  uczucia.  TakŜe  swoją 
miłość przeznaczyła wyłącznie dla niego. 

Teraz  była  niezmiernie  podekscytowana.  Przyciskała  do  siebie  tę 

wielką, Ŝółtą torbę i bardzo się tłumaczyła z niezapowiedzianej wizyty 
w jego biurze. 

-  Naprawdę  nie  chciałam  ci  przeszkadzać,  ale  wiesz  przecieŜ,  Ŝe 

Ŝ

adne z nas nie ma dziś czasu na lunch, więc... A to nie moŜe czekać 

do  jutra...  Jedno  z  nas  kończy  dzisiaj  trzydzieści  siedem  lat. 
Biedactwo,  bardzo  się  zestarzałeś...  Nie  mogłam  pozwolić,  Ŝebyś 
cierpiał  samotnie...  -  Podeszła  do  niego  szybko  i  mocno  go 
pocałowała. 

Nie  powinno  mnie  to  tak  bardzo  podniecać,  pomyślał  Craig. 

Fizyczne  poŜądanie  mogłoby  juŜ  nieco  złagodnieć,  a  jednak  nie 

background image

złagodniało.  To  przez  tę  rozkwitającą  na  nowo  miłość.  Zawsze  mu 
mało. Pomyślał z przeraŜeniem, Ŝe nawet w dziewięćdziesiątym roku 
Ŝ

ycia nie będzie miał dosyć Karen. 

Ich  wargi  zwarły  się  w  namiętnym  pocałunku  i Craigowi  wydało 

się,  Ŝe  czas  się zatrzymał, a  świat  zewnętrzny  zupełnie  zniknął. Kara 
juŜ  się  go  nie  obawiała.  Przyjmowała  jego  uściski  jak  stęskniona  i 
oddana kochanka. 

Wreszcie  oderwała  się  od  niego.  Była  zarumieniona  i  nie  mogła 

złapać oddechu. 

-

 

Do licha, Craig! Nie po to tu przyszłam. Zachowuj się - zganiła 

go.  Odwróciła  się  i  sięgnęła  po  Ŝółtą  torbę.  -  Ale  najpierw  coś  ci 
powiem. Musisz wrócić do domu przed szóstą. Dzieci będą na ciebie 
czekały.  Ty  nic  o  tym  nie  wiesz,  więc  udawaj  zaskoczenie.  Julie 
upiekła  tort,  a  Jon  przygotuje  obiad.  OkaŜ  wyrozumiałość,  bo  kiedy 
ostatnim  razem  spróbowałam  spaghetti  przyrządzone  przez  twojego 
syna... 

-

 

Na  pewno  będę  zaskoczony  i  wyrozumiały.  -  Nienawidził 

przyjęć urodzinowych, a Kara je uwielbiała. Bez wątpienia przyłoŜyła 
rękę zarówno do tortu, jak i do obiadu. Z jej oczu wyczytał takŜe coś 
więcej:  Ŝal  i  przykrość,  Ŝe  nie  moŜe  być  z  nimi.  Jest  przecieŜ  byłą 
Ŝ

oną, kimś, kto musi wymyślać preteksty na usprawiedliwienie swojej 

wizyty przed sekretarką. Kimś, kto nie ma prawa dzielić z nim radości 
z urodzinowego przyjęcia. 

Uśmiechnęła  się  jednak  i  wyciągnęła  z  Ŝółtej  torby  owiniętą 

kolorowym papierem paczkę z ogromną kokardą na wierzchu. 

- Nie utrudniaj mi Ŝycia - powiedziała. - Wiem przecieŜ, Ŝe jedyna 

rzecz,  jakiej  nienawidzisz  bardziej  niŜ  przyjęć  urodzinowych,  to 
okazywanie  radości  z  prezentów.  Ale  tym  razem  musisz  jakoś 
wytrzymać. Masz tu taki drobiaŜdŜek... 

To  wcale  nie  był  drobiaŜdŜek,  tylko  własnoręcznie  przez  nią 

zrobiony sweter. Tak się denerwowała, Ŝe nie mogła ustać w miejscu. 
Pomogła Craigowi przeciągnąć sweter przez głowę i spochmurniała. 

- Zrobiłam za długie rękawy. 
-

 

Wcale nie. Są w sam raz. - Błyskawicznie podwinął ściągacze. - 

Kochanie, to najpiękniejszy sweter, jaki w Ŝyciu miałem. 

-

 

Robiłam  go  wieczorami,  więc  dzieci  się  nie  domyśla,  Ŝe  to  ode 

background image

mnie, moŜesz go nosić bez obaw. - Powiedziała to jednym tchem, aŜ 
go zaniepokoiła. Dlaczego tak bardzo się tym przejmuje? Cofnęła się 
o dwa kroki i uwaŜnie mu się przyjrzała. - Czy nie jest za luźny przy 
szyi? 

-

 

Nie. Jest akurat. 

-

 

Te rękawy... 

-

 

Są doskonałe. 

Przestała  wreszcie  zajmować  się  swetrem.  Obejrzała  Craiga  od 

stóp do głów. 

-  Niech  mnie  diabli.  Jesteś  przystojny  -  stwierdziła,  patrząc  mu 

prosto  w  oczy.  -  Co  ja  mówię!  Jesteś  najbardziej  seksownym 
męŜczyzną na tym kontynencie. Zadziwiające. W twoim wieku... 

Pogroził jej palcem. 
- Naprawdę muszę juŜ wracać do pracy - roześmiała się głośno. - 

Załatwiałam Jimowi sprawy w mieście, ale czeka na mnie, bo mamy 
jeszcze mnóstwo roboty. 

Jednak  nie  protestowała  zbytnio,  gdy  Craig  oplótł  jej  ręce  wokół 

swojej  szyi.  Jeśli  oczekiwała  pocałunku,  to  srodze  się  zawiodła.  Po 
prostu, trzymał ją w ramionach, tulił do piersi... Pasowali do siebie jak 
klucz  do  zamka.  Poczuł  się,  jakby  odzyskał  kawałek  serca,  który  mu 
gdzieś zaginął. JuŜ czas, pomyślał. 

- Karo. - Trącił ją nosem w policzek. - Bardzo mi się podoba ten 

sweter. - Zobaczył, jak oczy jej się zamgliły z przejęcia. śadne z nich 
nie  myślało  teraz  o  swetrze.  -  Ale  jest  jeszcze  coś,  co  chciałbym 
dostać na urodziny. 

- Co takiego? 
- Kocham cię, skarbie. Chcę, Ŝebyś mi pozwoliła wrócić do domu 

i  oznajmić  całemu  światu,  co  do  ciebie  czuję.  Chcę  znów  załoŜyć  ci 
obrączkę  na  palec.  Chcę  z  tobą  spędzić  resztę  naszego  Ŝycia.  Mam 
nadzieję... Myślę... Wiem, Ŝe ty teŜ tego pragniesz. 

Obawiał  się,  Ŝe  zesztywnieje  w  jego  ramionach,  Ŝe  się  od  niego 

odsunie, ale nic takiego się nie stało. Podniosła głowę i dostrzegł w jej 
oczach głęboką, prawdziwą miłość. Mimo to milczała. 

- Boisz się reakcji dzieci? 
-

 

Nie - odrzekła, kręcąc głową. - Dzieci chcą, Ŝebyśmy znów byli 

razem. 

background image

-

 

Jeśli  boisz  się  matki,  to  moŜe  najpierw  ja  z  nią  porozmawiam. 

Albo lepiej, zrobimy to razem. 

-

 

Craig.  -  Znów  pokręciła  głową.  -  Nie  boję  się  niczyjej  reakcji. 

Nigdy się nie bałam. Chodzi mi tylko o to, Ŝe to są ludzie, którzy nas 
kochają.  Nie  chcę  w  nich  wzbudzać  nadziei,  dopóki  nie  nabierzemy 
absolutnej pewności. 

- Ja jestem pewien. 
Chciała  coś  powiedzieć,  ale  usłyszała  głosy  za  drzwiami  i 

odskoczyła od niego. Nastrój prysnął. 

-  Nie  moŜemy  teraz  tego  roztrząsać.  No,  nie  patrz  tak  na  mnie, 

proszę.  Kocham  cię,  Craig.  -  Jej  głos  przycichł  i  stał  się  miękki  jak 
aksamit.  -  Naprawdę  cię  kocham,  i  to  bardziej  niŜ  przedtem.  Nie 
sądziłam,  Ŝe  w  ogóle  potrafię  tak  kochać.  Po  prostu,  chcę  z  tobą 
porozmawiać w cztery oczy, zanim ci odpowiem. Zgoda? 

Craig  pozwolił  jej  odejść.  Następnego  dnia  bardzo  tego  Ŝałował. 

Przez jedną noc stało się coś, co spowodowało, Ŝe Kara juŜ nie chciała 
wpuścić go do swego Ŝycia. Nawet na chwilę. 

Dzieci  właśnie  wyszły  urządzić  Craigowi  przyjęcie  urodzinowe. 

Ona  teŜ  tam  powinna  być,  jej  miejsce  jest  przy  nich.  Są  przecieŜ 
rodziną.  Karen  słyszała,  jak  włączyło  się  ogrzewanie  i  jak  zegar  w 
kuchni  odmierza  czas.  Jutro,  pocieszyła  się,  wszystko  się  zmieni. 
Otworzyła  lodówkę  w  poszukiwaniu  czegoś  do  zjedzenia.  Znalazła 
kawałek sera i napoczętą miskę budyniu, ale na to nie miała ochoty. Z 
tyłu,  za  główką  sałaty  zauwaŜyła  słoik  z  oliwkami.  To  zupełnie 
wystarczy. Wzięła słoik, zatrzasnęła drzwi lodówki i z roztargnieniem 
sięgnęła po oliwkę. Po chwili po drugą. 

Nie  mogła  się  doczekać  rozmowy  z  Craigiem.  WciąŜ 

prześladował  ją  zbolały  wyraz  jego  twarzy,  kiedy  natychmiast  nie 
przystała  na  propozycję  ponownego  małŜeństwa.  Zrobiła  mu 
przykrość...  O  BoŜe,  wcale  tego  nie  chciała,  ale  w  jego  biurze  byli 
jacyś  ludzie,  a  ona  musiała  szybko  wracać  do  pracy...  Chciał  od  niej 
obietnicy i, oczywiście, dostanie ją. Z całego serca odda mu siebie, ale 
potrzebuje ciszy i spokoju, Ŝeby mu o tym powiedzieć na swój własny 
sposób.  Po  drodze  do  salonu  zjadła  jeszcze  kilka  oliwek.  Tak 
niedawno  bała  się,  Ŝe  kiedy  znów  zamieszkają  razem,  cały  czar 
pryśnie. Myliła się. Ich związek jest teraz zupełnie inny. Nauczyli się 

background image

porozumiewać  się  ze  sobą.  Oboje  bardzo  się  zmienili.  Te  zmiany 
spowodowały,  Ŝe  stali  się  zdolni  do  jaszcze  głębszej  miłości.  A  jeśli 
idzie  o  czary...  Karen  wreszcie  zrozumiała,  Ŝe  ten  czar  nie  ma  nic 
wspólnego  z  siłami  nadprzyrodzonymi,  Ŝe  nie  jest  tylko  jedną  z 
odmian poŜądania. Cała tajemnica w tym, Ŝeby umieć znaleźć czas dla 
siebie.  W  kaŜdej  chwili  sama  moŜe  coś  takiego  wyczarować,  jeśli 
tylko  będzie  wystarczająco  pewna  siebie  i  swojej  miłości.  Odrobina 
zalotności...  Jutro  mu  powie.  Tym  razem  będzie  zupełnie  inną  Ŝoną. 
Powie  mu  to  podczas  lunchu.  Urządzą  sobie  długi  i  romantyczny 
lunch  we  dwoje.  Ma  nadzieję, Ŝe  takie  lunche  będą  jadali codziennie 
do chwili, gdy oboje skończą po sto dwadzieścia lat. 

Wyjrzała  przez  okno.  Dzieci  powinny  juŜ  niedługo  wrócić. 

Sięgnęła  po  kolejną  oliwkę,  ale  słoik  był  pusty.  Zajrzała  do  niego, 
jakby  nie  dowierzała  własnym  palcom.  Rzeczywiście  zjadła 
wszystkie.  Zawsze  bardzo  lubiła  czarne  oliwki,  ale  połykała  je  jak 
cukierki tylko wtedy, kiedy była w ciąŜy. Sama myśl o ciąŜy bardzo ją 
rozbawiła,  ale  tylko  na  chwilę.  PrzecieŜ  nie  mogę  być  teraz  w  ciąŜy, 
pomyślała.  Oboje  bardzo  uwaŜali.  Nie tylko jej powiedział, ale  takŜe 
udowodnił,  Ŝe  nie  ma  zamiaru  nigdy  więcej  ryzykować,  tak  jak  w 
młodości. 

Mimo  to  Karen  popędziła  do  łazienki.  Nad  umywalką  wisiał 

kalendarz.  Nie  zawsze  miesiączki  były  regularne,  poza  tym  uwaŜali 
przecieŜ...  Przypomniała  sobie...  O  BoŜe!  Tamten  jeden  raz... 
Pierwszy  raz  w  Chatce...  śadne  z  nich  nie  przewidziało,  Ŝe  zwykły 
pocałunek  moŜe  ich  doprowadzić  do  całkowitego  zapomnienia.  Nie 
byli na to przygotowani. Kalendarz potwierdzał, Ŝe okres spóźnia się o 
dwa tygodnie. Usiadła na pokrywie sedesu. Kiedy pół godziny później 
Jon  i  Julie  wpadli  do  domu,  ona  wciąŜ  jeszcze  tam  siedziała.  Dzieci 
były uradowane i rozgadane. Opowiadały, jak bardzo zaskoczyło ojca 
przyjęcie  urodzinowe.  Craig  musiał  się  zdrowo  namęczyć,  bo  dzieci 
mówiły, Ŝe zachwycał się obiadem, tortem i prezentami. 

Karen 

słyszała 

swój 

ś

miech, 

zachowała 

kontrolę 

nad 

czynnościami.  Jutro  dzieci  idą  do  szkoły,  a  Julie  musi  jeszcze 
przejrzeć notatki przed klasówką z historii. Jon ma wynieść śmieci, a 
potem  przez  godzinę  oboje  będą  oglądać  telewizję  w  swoim  pokoju, 
zanim wreszcie pójdą spać. 

background image

Karen zabrała się do zmywania. 
- Mogłaś przyjść, mamo. 
Odwróciła  się.  Właśnie  teraz,  kiedy  tak  bardzo  potrzebuje  chwili 

spokoju, to jedno okazuje się zupełnie niemoŜliwe. Jon Jacob z rękami 
w kieszeniach stał oparty o ścianę. 

- Dokąd przyjść, kochanie? 
-

 

Do taty. Urodziny nie mogą się udać bez ciebie. Tacie teŜ ciebie 

brakowało. - Przestępował z nogi na nogę. - Nie denerwuj się. My juŜ 
wiemy. 

-

 

Co  wiecie?  -  BoŜe,  pomyślała  Karen,  nie  pozwól,  Ŝebym  miała 

dziś jeszcze jeden atak serca! 

-

 

Wiemy, Ŝe spotykasz się z tatą. Rozumiem, dlaczego nie chciałaś 

nam  powiedzieć.  Bałaś  się,  Ŝe  zaczniemy  cię  namawiać,  Ŝebyście 
znów  byli  razem.  Ale  my  juŜ  tego  więcej  nie  zrobimy.  Zro-
zumieliśmy,  Ŝe  potrzebujecie  czasu...  -  Jon  przygładził  włosy  takim 
samym  ruchem  jak  jego  ojciec.  -  Jeśli  się  uda,  to  dobrze,  a  jeśli  nie, 
trudno. Mam rację? 

- Masz. - Zupełnie zaschło jej w gardle. 
- Nie musicie się krępować, jeśli chcecie gdzieś wyjść wieczorem, 

czy  coś  w  tym  guście.  Nie  musicie  się  nami  przejmować  -  zapewnił. 
Ziewnął,  powiedział,  Ŝe  weźmie  prysznic  i  zaraz  pójdzie  spać,  a 
potem poczłapał na górę. 

Wreszcie  została  sama.  Wydało  jej  się,  Ŝe  ściany  kuchni  zaczęły 

zbliŜać  się  do  siebie  i za  chwilę  ją  zgniotą.  Jeśli  nawet  było  w  domu 
trochę tlenu, to jej płuca w Ŝaden sposób nie mogły go wykorzystać. 

ś

ołądek  skręcał  się  i  podskakiwał,  jak  tratwa  na  wzburzonym 

morzu. 

Tak  więc,  pomyślała,  nasza  tajemnica  przestała  być  tajemnicą. 

Właściwie  to  Ŝadna  niespodzianka.  PrzecieŜ  nie  mieli  szans  na 
utrzymanie  tego  sekretu  przez  całą  wieczność.  Tak,  ale  ona  ma  teraz 
jeszcze  jedną  tajemnicę,  i  ta  właśnie  tajemnica  wszystko  zmienia. 
Zamknęła  oczy.  Była  przeraŜona  i  zrozpaczona.  W  ciągu  tych 
ostatnich  dni  przeŜyli  na  nowo  część  swojej  wspólnej  przeszłości  i 
byli  z  tym  bardzo  szczęśliwi.  Jednak  tego  fragmentu  przeszłości 
Karen  nie  potrafi  znieść  po  raz  drugi.  Nie  moŜe  mu  tego  znowu 
zrobić.  Przeszli  juŜ  przez  to,  dokładnie  przez  to  samo,  siedemnaście 

background image

lat temu. Karen uwielbia dzieci, Craig teŜ. Ale ciąŜa zupełnie zmienia 
najlepszy  nawet  związek,  a  nie  planowana  ciąŜa  wymusza  zmiany, 
zanim  dwoje  ludzi  zdąŜy  się  do  nich  przygotować.  Tak  było  wtedy  i 
teraz teŜ na pewno będzie tak samo. 

Musi  jak  najszybciej  pójść  do  lekarza.  Apetyt  na  oliwki  i 

spóźniony  okres  niczego  jeszcze  nie  dowodzą,  ale  w  głębi  serca... 
BoŜe, to serce wciąŜ wali jak młot pneumatyczny... W głębi serca juŜ 
wiedziała... Tej tajemnicy nie da się długo zachować. 

background image
background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY 
- Jim? Mówi Craig Reardon. Czy jest Karen? 
-  Jest,  oczywiście.  Poczekaj  chwilę.  -  Ale  chwile  mijały  i  minęła 

cała minuta, zanim szef Karen znów się odezwał. - Na pewno tu była. 
Musiała wyjść do toalety, a ja nie zwróciłem na to uwagi. Powiem jej, 
Ŝ

eby do ciebie zadzwoniła. 

- Będę ci bardzo wdzięczny. Dzięki. 
Craig  odłoŜył  słuchawkę.  Jakiś  kwadrans  później  zajrzała  do 

niego Virginia. Przypomniała mu, tak na wszelki wypadek, Ŝe jest juŜ 
piąta i Ŝe to piątek, po czym poszła do domu. Inni teŜ juŜ wychodzili. 
Nawet najbardziej zatwardziali „pracoholicy" w piątki kończyli pracę 
punktualnie. W kilka minut biuro opustoszało, a Craig wciąŜ siedział 
w  swoim  fotelu  i  czekał  na  telefon,  który  -  zaczął  to  właśnie  podej-
rzewać - nigdy nie zadzwoni. 

W ciągu czterech dni, jakie minęły od jego urodzin, zaledwie dwa 

razy  rozmawiał  z  Karen,  która  odwoływała  wspólny  lunch  i  szybko 
się  rozłączała  pod  byle  jakim  pretekstem.  Nie  mógł  jej  złapać  w 
domu,  bo  kiedy  zadzwonił,  zawsze  siedziała  w  wannie.  Telefonował 
do pracy, a ona nagle znikała w toalecie albo po prostu nie dało się jej 
nigdzie  znaleźć.  Nie  zadzwoniła  do  niego  później  ani  razu. 
Oczywiście, bardzo moŜliwe, Ŝe naprawdę była bardzo zapracowana... 
Nie, zupełnie niemoŜliwe, pomyślał. 

Craig  przygładził  włosy.  Od  kilku  dni  czuł  ucisk  w  sercu  i  teraz 

teŜ obleciał go strach. Nie mógł juŜ dłuŜej udawać, Ŝe nic się nie stało. 
Najwyraźniej wydarzyło się coś okropnego. MoŜe zbytnio naciskał na 
zalegalizowanie  ich  związku?  A  moŜe  ponownie  przeanalizowała 
swoją  przeszłość  i  zadecydowała,  Ŝe  jednak  nie  zaryzykuje  po  raz 
drugi?  Albo  stwierdziła,  Ŝe  najzwyczajniej  w  świecie  wcale  go  nie 
kocha. 

Strach  przed  utratą  Karen  przygniótł  go  jak  stutonowa  skała. 

Tłumaczył sobie, Ŝe gdyby nawet Karen zmieniła zdanie, to zrobiłaby 
to  zupełnie  inaczej.  Ucieczka  nie  była  w  jej  stylu.  Zawsze  stawiała 
czoło przeciwnościom, czasami zbyt gwałtownie i bez zastanowienia, 
ale  nigdy  nie  unikała  trudnych  sytuacji.  Na  pewno  powiedziałaby, 
gdyby się rozmyśliła. 

Chciałbyś w to wierzyć, Reardon, pomyślał. Ale prawda wygląda 

background image

tak,  Ŝe  ona  cię  unika.  Nie  chce  cię  widzieć,  ani  nawet  z  tobą 
rozmawiać. 

Czekał  na  telefon'  od  niej  do  szóstej,  a  potem  poszedł  do  domu. 

Przygotował  sobie  obiad,  ale  i  tak  nie  mógł  nic  jeść.  Zaparzył  kawę, 
ale zupełnie o niej zapomniał. Wykąpał się, ogolił, przebrał i włączył 
telewizor,  ale  zaraz  go  wyłączył.  Nic  nie  pomagało.  Czuł,  Ŝe  go 
roznosi. Tak czy inaczej, musi ją wreszcie dopaść. 

Przez  następne  dwie  godziny  nie  wypuszczał  z  ręki  telefonu.  W 

piątkowe  wieczory  dzieci  zawsze  gdzieś  wychodziły,  a  więc  ma 
doskonałą  okazję  zastać  ją  samą  w  domu.  Telefon  nie  odpowiadał. 
Wreszcie  tuŜ  po  jedenastej  ktoś  podniósł  słuchawkę.  Odezwał  się 
zaspany  męski  głos  i  Craigowi  serce  podskoczyło  do  gardła.  PrzeŜył 
koszmar, zanim rozpoznał głos teścia. 

- Nie ma jej - powiedział Walt. 
- Oczywiście, Ŝe jest. - Craig miał naprawdę dosyć tej zabawy w 

ciuciubabkę. - Jest przecieŜ jedenasta wieczorem. 

- Wiem,  która  jest  godzina.  -  Walt  zupełnie  się  rozbudził.  - 

Myślałem,  Ŝe  wybraliście  się  gdzieś  razem.  Dzieciaki  dopiero  co 
wróciły  do  domu.  Zostawiła  mnie  tu  pod  głupim  pretekstem.  Mam 
niby  sprawdzić,  jak  działa  ogrzewanie.  Powiedziała  matce,  Ŝe  w 
ś

rodku  nocy  nagle  zaczyna  syczeć.  Nie  sprzeciwiałem  się,  bo 

myślałem,  Ŝe  chcecie  trochę  pobyć  razem.  Więc  jestem,  sprawdzam 
ogrzewanie i jednocześnie robię za niańkę do dzieci. One oczywiście 
uwaŜają,  Ŝe  są  juŜ  wystarczająco  dorosłe...  -  Przerwał  nagle.  - 
Cholera! Jeśli ty nie wiesz, gdzie ona jest... 

-

 

Nic się nie stało - zapewnił teścia. - Wiem, gdzie ona jest. 

-

 

No bo jeśli nie jesteście razem, to ona sama... O tej porze... 

-

 

Nie denerwuj się, Walt. Po prostu źle się umówiliśmy. Wszystko 

w porządku. Nic jej się nie przydarzyło. Wiem, gdzie jest, a ty moŜesz 
być pewien, Ŝe się nią zaopiekuję. 

Wielkie  słowa,  a  tymczasem  opiekunowi  ręce  się  trzęsą  ze 

strachu.  Od  pierwszych  słów  starszego  pana  myśli  Craiga  pędziły  z 
prędkością światła. Kiedy tylko odłoŜył słuchawkę, narzucił na siebie 
kurtkę  i  chwycił  kluczyki  od  samochodu.  Zatrzymał  się  przy  aptece, 
potem  na  stacji  benzynowej.  Zatankował  samochód  i  wlał  w  siebie 
filiŜankę mocnej kawy. Potem pojechał w góry. 

background image

Noc  była  ciemna,  bezksięŜycowa,  a  droga  o  tej  porze  -  zupełnie 

pusta. Wcisnął pedał gazu. Zwolnił dopiero na górskich serpentynach. 
Cierpiał na mdlącą huśtawkę nastrojów: od nadziei do przeraźliwego j 
strachu. 

Właściwie  nie  okłamał  teścia.  Dobrze  wiedział,  gdzie  jest  Karen. 

Nie  sprostowała  przypuszczeń  ojca,  Ŝe  ma  randkę  z  Craigiem.  To 
dobry znak. Karen nie wciągałaby ojca w spisek, mający jakikolwiek 
związek  z  facetem,  którego  za  chwilę  wyrzuci  jak  zbędny  balast.  A 
wiec dzieje się z nią coś złego. Coś bardzo powaŜnego i bardzo złego. 
Coś tak strasznego, Ŝe nie mogła się z nim spotkać, Ŝe musiała zostać 
sama,  bez  dzieci,  Ŝe  chciała  po  prostu  zniknąć.  Tylko  jedna  sprawa 
mogła  ją  tak  okropnie  wytrącić  z  równowagi.  I  jest  tylko  jedno 
miejsce na ziemi, w którym Karen chce się znaleźć, kiedy świat wali 
jej się na głowę. 

O  drugiej  w  nocy  zaparkował  swój  samochód  za  jej  sierrą.  W 

Chatce  nie  paliło  się  światło,  tylko  nad  kominem  unosiła  się  cienka 
struŜka dymu. Otworzył drzwi najciszej, jak potrafił. 

Znalazł  ją.  Odetchnął  z  ulgą.  LeŜała  w  śpiworze  na  kanapie, 

zwinięta w kłębek, z kolanami pod brodą. Ogień na kominku dogasał i 
w  jego  słabym  świetle  włosy  Karen  wyglądały  jak  złoty  jedwab. 
Przyjrzał się sińcom pod jej oczami. Musi być zupełnie wykończona, 
pomyślał. Zdjął buty i marynarkę, dorzucił drew do kominka i usiadł 
w  ogromnym  fotelu.  Karen  nawet  się  nie  poruszyła.  Pewnie  i  stado 
słoni  by  jej  teraz  nie  obudziło.  Jest  zupełnie  wyczerpana.  Musiała 
sobie sama radzić z takim koszmarnym problemem. Zupełnie sama... 

Patrzył na śpiącą kobietę i pomyślał, Ŝe przecieŜ przysięgał nigdy 

więcej  nie  przysparzać  jej  kłopotów.  Myślał  o  tych  wszystkich 
sytuacjach, kiedy to chciał dobrze, i nic mu się nie udawało. Pomyślał 
teŜ  o  tym,  jak  bardzo  się  boi,  Ŝe  ta  jego  złota  dziewczyna  moŜe  mu 
odmówić ostatniej szansy. 

Karen obudziła się. Światło. Przez okna przesączało się bladoŜółte 

ś

wiatło.  Z  paleniska  buchał  Ŝar,  a  w  całym  pokoju  panowało  miłe 

ciepło. Rozejrzała się. Na stoliku zobaczyła płaskie pudełeczko. Serce 
zatrzymało  się  na  chwilę,  a  potem  ruszyło  biegiem,  na  łeb  na  szyję. 
Pudełeczko  zawierało  test  ciąŜowy.  Obok  pudełka  zauwaŜyła  kolano 
w  dŜinsowych  spodniach.  Craig  spał.  Ramiona  zgarbione,  świeŜy 

background image

zarost na policzkach, worki pod oczami. Musiał chyba poczuć, Ŝe mu 
się  przygląda,  bo  natychmiast  się  obudził.  Zamarła.  BoŜe,  co  ona 
najlepszego  zrobiła!  Patrzył  na  nią  z  tak  ogromną  miłością...  Jego 
spojrzenie  wyraŜało  miłość,  niepewność  i  strach.  Poczuła  się  bardzo 
podle. Odwlekała rozmowę z nim tylko dlatego, Ŝe chciała go chronić, 
a tymczasem tak bardzo go zraniła. 

-  No  -  powiedział  cicho  -  to  chyba  jednak  mamy  jakiś  problem, 

skarbie. Tak jak kiedyś. 

- Zgadłeś - wyszeptała. 
-

 

Powinienem  był  to  przewidzieć  kilka  tygodni  temu.  Kiedyś 

znałem twoje ciało lepiej niŜ swoje własne... 

-

 

Craig...  powiedziałabym  ci  o  tym  wcześniej,  ale  dopiero  w 

następny  wtorek  mogę  pójść  do  lekarza.  Nie  chciałam  cię  martwić, 
dopóki nie było to konieczne, a przed badaniem nic nie jest pewne. 

-

 

Przypuszczałem, Ŝe nie byłaś jeszcze u lekarza. Przywiozłem ci 

test.  -  Sięgnął  po  niebieskie  pudełko.  -  JuŜ  prawie  znam  na  pamięć 
instrukcję obsługi. To bardzo łatwe i nie zajmie ci duŜo czasu. Tu są 
takie  dwa  okienka.  Kiedy  to  urządzenie  zakończy  poszukiwania 
hormonu  ciąŜowego,  w  tym  małym  okienku  pokaŜe  się  niebieski 
paseczek. To trwa około trzech minut. A jeśli w tym duŜym okienku 
teŜ pokaŜe się niebieski kolor, to mamy szansę na małego Reardona. 

-

 

Craig... - Nie patrzył jej w oczy i nie wiedziała, czy Ŝartuje, czy 

mówi powaŜnie. 

-

 

ś

adnych  rozmów.  To  musi  być  twoja  pierwsza  poranna 

czynność, bo inaczej test nie będzie dokładny. Porozmawiamy potem, 
dobrze? 

Mimo  to  przez  cały  czas,  kiedy  była  w  łazience,  Craig  nie 

przestawał  mówić.  Słyszała  skrzypienie  drewnianej  podłogi  za 
kaŜdym razem, kiedy przechodził koło drzwi. 

- Powiedziałem ci, Ŝe to wszystko juŜ było, Karo, ale obiecuję, Ŝe 

tamto  juŜ  się  nie  powtórzy.  To  Ŝycie  przeŜyjemy  zupełnie  inaczej. 
MoŜe  dzieci  urodziły  nam  się  za  wcześnie,  ale  to  przecieŜ  nigdy  nie 
stanowiło  zasadniczego  problemu.  Nieszczęście  polegało  na  tym,  Ŝe 
zamieniliśmy  nasze  Ŝycie  w  bezsensowną  gonitwę  i  biegliśmy  tak 
szybko,  Ŝe  w  końcu  przestaliśmy  dostrzegać  siebie  nawzajem.  I  na 
tym  właśnie  polega  róŜnica.  Jeśli  się  wie,  co  moŜna  stracić,  to 

background image

człowiek  lepiej  tego  pilnuje.  O  BoŜe!  Nie  wytrzymam!  Jeszcze  nie 
skończyłaś? 

- Jeszcze chwilę. 
-  NiezaleŜnie  od  tego,  czy  jesteś  w  ciąŜy,  czy  nie,  zatrudnimy 

pomoc domową, a ty wrócisz na studia. 

Będziesz  miała  czas  na  wszystko,  na  co  masz  ochotę,  Karo. 

Musisz przestać nas rozpieszczać, musisz nauczyć się egoizmu. Nawet 
gdybym miał cię do tego zmusić... 

Zamilkł,  kiedy  Karen  otworzyła  drzwi  łazienki.  Bardzo  ją 

wzruszyło wszystko, co mówił, ale jego widok przyprawił ją niemal o 
zawał serca. Głębokie zmarszczki na czole nie miały Ŝadnego związku 
ze strachem przed ciąŜą... Ma mu bardzo wiele do powiedzenia, ale to 
moŜe zaczekać. 

Podeszła  do  niego  i  zarzuciła  mu  ręce  na  szyję.  Przypomniała 

sobie,  ileŜ  to  razy  stanowił  jej  jedyną  podporę...  Chciała,  Ŝeby 
wiedział, Ŝe teraz ona moŜe być podporą dla niego. 

Gdy  tylko  poczuł  na  sobie  dotyk  jej  rąk,  zaczął  ją  obsypywać 

gorącymi pocałunkami. 

-  Do  licha!  Myślałem,  Ŝe  juŜ  cię  straciłem.  Znowu.  Karo,  nie 

mogę cię znów stracić! 

Ból w jego głosie przeraził ją, a jeszcze bardziej przeraŜająca była 

ś

wiadomość,  Ŝe  to  ona  jest  przyczyną  tego  bólu.  Pocałowała  go. 

Najpierw delikatnie, a potem mocno. 

Oszalałe serce Craiga powoli wracało do normy. A więc nie miała 

zamiaru  zniknąć.  Wreszcie  w  to  uwierzył.  Uścisk,  w  którym  trzymał 
jej  ramiona,  rozluźnił  się  i  przeszedł  w  pieszczotę.  Wcale  nie 
próbowała  od  niego  uciec.  Kiedy  wreszcie  w  to  uwierzył, jej  róŜowa 
koszula  nocna  zsunęła  się  na  podłogę  i  Craig  przeniósł  Karen  przez 
próg sypialni. 

- Kocham cię - powiedziała. - Bardzo cię kocham. 
Ale  słowa  to  nie  wszystko,  to  stanowczo  za  mało.  Pomogła  mu 

pozbyć  się  ubrania.  UłoŜył  ją  na  ogromnym  tapczanie  i  połoŜył  się 
obok niej zupełnie nagi. Wiedział, jak ją pieścić, ale po raz pierwszy 
w  Ŝyciu  był  taki  spięty.  Bał  się  i  ten  strach  zabarwił  jego  pocałunki, 
zdominował niespieszne pieszczoty. 

- Nie odejdziesz, prawda? - wyszeptał. 

background image

-

 

Nie. 

-

 

Nigdy? 

-

 

Nigdy, kochany. Obiecuję.  

-

 

Pieścili  się,  całowali,  dawali  sobie  wszystko,  co  mieli 

najlepszego.  Nie  zauwaŜyli,  w  którym  momencie  ich  delikatne 
pieszczoty  przekształciły  się  w  palące,  nie  kontrolowane  poŜądanie. 
Karen  przypadkiem  spojrzała  w  oczy  Craiga.  Mogłaby  przysiąc,  Ŝe 
płomień  tych  oczu  dociera  prosto  w  głąb  jej  serca.  PrzeŜywali  teraz 
zupełnie  inną  miłość,  zupełnie  nowe  czary,  biorące  swój  początek  z 
zaufania, wiedzy i szczerego, głębokiego uczucia. Dreszcz spełnienia 
wstrząsnął  całym  jej  ciałem,  kiedy  razem  dosięgli  szczytu.  Potem 
długo leŜała bez ruchu. Chciała na zawsze pozostać w jego ramionach. 
Czuła  się  nierozerwalnie  z  nim  związana.  Craig  leŜał  obok  niej, 
wyciągnięty  na  skotłowanej  pościeli,  uśmiechnięty,  z  zamkniętymi 
oczami.  Miał  prawo  czuć  zmęczenie.  Przez  pół  nocy  jechał  tutaj,  a 
drugą  połowę  przedrzemał  w  niewygodnym  fotelu.  Musi  się  teraz 
porządnie  wyspać,  pomyślała  Karen  i  spróbowała  ostroŜnie  uwolnić 
się z jego uścisku. Natychmiast przyciągnął ją z powrotem do siebie. 

- Jeszcze z tobą nie skończyłem. 
Groźba  w  jego  głosie  nie  wydała  jej  się  wcale  straszna. 

Wprawdzie  był  silnym  męŜczyzną,  ale  teraz  nawet  nie  miał  siły 
otworzyć  oczu.  Karen  wtuliła  się  w  niego.  Spełniłaby  kaŜde  jego 
Ŝ

yczenie. 

- Nie załatwiliśmy tamtej sprawy... - zaczął. 
-

 

Wiem  -  mruknęła.  -  Powinnam  ci  była  od  razu  powiedzieć,  co 

wykazał test. 

-

 

To  akurat  moŜe  poczekać.  Musimy  omówić  coś  znacznie 

powaŜniejszego. 

Popatrzyła  na  niego.  Wcale  nie  był  taki  zmordowany,  jak 

przypuszczała. 

Otworzył oczy i nie odrywał od niej wzroku. 
-  PrzeŜyłem  przez  ciebie  potworny  tydzień,  skarbie,  a  teraz 

chciałbym  się  dowiedzieć,  dlaczego.  Myślałem,  Ŝe  oboje  juŜ  coś 
uzgodniliśmy. Miało nie być Ŝadnych tajemnic. 

-

 

Uzgodniliśmy, ale to zupełnie inna sprawa. 

-

 

Dlaczego inna? 

background image

-

 

Bo ja się bardzo bałam - przyznała uczciwie. 

-  Nie  obchodzi  mnie,  czy  problem  jest  duŜy  czy  malutki,  Karo. 

Kiedy następnym razem się przestraszysz, pozwól mi bać się razem z 
tobą. We dwoje zawsze raźniej. 

-

 

Właśnie dlatego nie mogłam ci powiedzieć. 

-

 

Wiesz, to zupełnie nie ma sensu... 

-  Dla  mnie  ma.  -  Spojrzała  mu  w  oczy.  -  Craig...  Ty  zawsze 

wyciągałeś  mnie  z  "tarapatów,  zawsze  najlepiej  na  świecie  potrafiłeś 
rozwiązywać  wszystkie  problemy.  Tym  razem,  po  raz  pierwszy, 
odkąd  cię  poznałam,  nie  miałeś  takiego  obowiązku.  Przez  ostatni 
tydzień  bardzo  duŜo  o  nas  myślałam.  Osiemnaście  lat  temu 
ś

miertelnie  powaŜnie  traktowaliśmy  Ŝycie.  Dopiero  teraz  potrafimy 

się naprawdę sobą cieszyć. Nie bawimy się w romans, tylko naprawdę 
go  przeŜywamy.  -  Próbował  jej  przerwać,  ale  połoŜyła  mu  palec  na 
ustach.  -  Znam  cię,  Reardon,  i  znam  twoje  rozbudowane  poczucie 
odpowiedzialności.  Gdybyś  wiedział,  Ŝe  jestem  w  ciąŜy,  natychmiast 
byś  mi  włoŜył  obrączkę  na  palec.  Nie  miałam  zamiaru  zastawiać  na 
ciebie pułapki. Nie chciałam, Ŝebyś jeszcze raz w Ŝyciu musiał się dla 
mnie  poświęcać.  Chcę,  Ŝebyś  mógł  po  prostu  cieszyć  się  naszym 
związkiem.  Dopiero  co  zaczęliśmy  się  odnajdywać,  na  nowo 
poznawać... Przeraziłam się, Ŝe moŜemy to wszystko stracić. Cholera! 
Po  prostu  chcę,  Ŝebyś  był  szczęśliwy.  Tym  razem  Craig  połoŜył  jej 
palec na ustach. 

- Uwodziłem cię, gdzie się tylko dało: na strychu, w samochodzie 

-  powiedział  miękko.  -  UŜywałem  wszystkich  niedozwolonych 
sztuczek, Ŝeby cię tylko zdobyć. I to zanim jeszcze którekolwiek z nas 
choćby  przelotnie,  pomyślało  o  dziecku.  Dobra  o  tym  wiesz.  W 
poniedziałek w moim biurze po prosiłem cię, Ŝebyś wyszła za mnie za 
mąŜ. Wtedy takŜe nie myślałaś jeszcze o dziecku. O tym te; powinnaś 
pamiętać. 

- Pamiętam - szepnęła. 
-  MoŜliwe,  Ŝe  trochę  przesadzam  z  tym  chronieniem  cię  przed 

ś

wiatem,  ale  coś  mi  się  wydaje,  Ŝe  t]  popadłaś  w  znacznie  większą 

przesadę,  próbują*  chronić  mnie.  -  Przytulił  ją mocniej.  -  Dziecko  to 
nie  Ŝadna  pułapka,  skarbie.  Jeśli  nawet  teraz  nie  zagnieździ*  się  w 
tobie  Ŝaden  człowieczek,  to  na  pewno  zrobi  to  w  ciągu  najbliŜszych 

background image

kilku 

miesięcy. 

Oboje 

przecieŜ

background image

kochamy  dzieci,  chociaŜ  to  nie  ma  teraz  nic  do  rzeczy.  Chcę 

dzielić z tobą Ŝycie, bo cię kocham, bo bez ciebie nic nie ma sensu, bo 
jesteś tą najwłaściwszą połówką mojej duszy. Czy dotarło to wreszcie 
do ciebie? 

- Tak - szepnęła cichutko. 
-

 

Niczego  ci  dotąd  nie  obiecywałem,  ale  teraz  obiecuję.  śaden 

huragan,  Ŝadne  dziecko  ani  trzęsienie  ziemi  nie  zmienią  mojego 
stosunku  do  ciebie.  Chcę,  Ŝebyś  zawsze  miała  czas  dla  siebie,  Ŝebyś 
miała go dla mnie i obiecuję ci, Ŝe tak się stanie. 

-

 

Wierzę  ci.  -  Łzy  zalśniły  w  jej  oczach.  To  na  pewno  nie  jest 

zaślepienie...  Tym  razem  zbudowali  swoją  miłość  na  granitowym 
fundamencie.  Craig  ma  te  same  co  ona  marzenia  i  potrzeby.  Oboje 
nauczyli  się  wreszcie,  Ŝe  to  on  jest  najwaŜniejszy  dla  niej,  a  ona  dla 
niego. - Reardon - szepnęła. - Tym razem nam się uda. 

-

 

Pewnie, Ŝe się uda... - Głos mu zadrŜał. - Kocham cię, Karo. 

-

 

Ja teŜ cię kocham. 

-

 

ś

adnych wątpliwości? 

-

 

Ani jednej. - Pocałowała go. - Jeśli tamta propozycja małŜeństwa 

jest jeszcze aktualna... 

-

 

Jest aktualna. Zaoszczędzisz mi duŜo zdrowia, jeśli natychmiast 

się zgodzisz. Szybko! 

-

 

Tak, zgadzam się -powiedziała powoli. - Bardzo tego chcę. 

Pocałował  ją  mocno,  namiętnie,  a  potem  obdarzył  ją  tym  swoim 

piekielnym, chłopięcym uśmiechem, przez który się w nim zakochała. 

-  A  teraz,  na  miłość  boską,  czy  byłabyś  uprzejma  wyjawić  mi 

wynik testu ciąŜowego, zanim zupełnie oszaleję? 

-

 

Pokazało się niebieskie! - Roześmiała się. 

-

 

Naprawdę niebieskie? 

-

 

Naprawdę niebieskie. 

AŜ krzyknął z radości. Ona teŜ zaczęła się śmiać. Potem ucichli, a 

ich usta połączyły się w namiętnym pocałunku. 

Ten  pocałunek  przypieczętował  ich  wspólną  przyszłość.  Kochali 

się, pogubili, nauczyli się czegoś i odnaleźli się. Karen była zupełnie 
pewna, Ŝe teraz z łatwością potrafią dotrzymać danego sobie słowa.