background image

MEG CABOT

KSIĘŻNICZKA NA DWORZE

PAMIĘTNIK KSIĘŻNICZKI 4

background image

Walterowi Schretzmanowi i wielu innym osobom,

które jak Nowy Jork długi i szeroki

okazują ludziom wielką szczodrość.

Niech wam się nie wydaje, że tego nie doceniamy

- z podziękowaniami

background image

- Gdybym była księżniczką - szepnęła do siebie - mogłabym szczodrze obdarowywać 

ubogich. Ale nawet jeśli tylko udaję, że nią jestem, i tak mogę wymyślać różne drobne dobre 

uczynki. Będę udawała, że spełnianie tych dobrych uczynków to szczodre obdarowywanie 

ludzi.

Frances Hodgson Burnett

Mała księżniczka

przekład Wacława Komarnicka

background image

Czwartek, 1 stycznia, północ,

książęca sypialnia w Genowii

MOJE POSTANOWIENIA NOWOROCZNE

NAPISALA KSIĘŻNICZKA AMELIA MIGNONETTE

GRIMALDI THORMPOCIS RENALDO

WIEK: 14 I 8 MIESIĘCY

1. Przestanę obgryzać paznokcie, ze sztucznymi włącznie.

2. Przestanę kłamać. Grandmére i tak wie, kiedy kłamię, a wszystko przez ten mój 

nos, a właściwie moje  zdradzieckie  nozdrza, które mi  się rozszerzają, ile razy 

zmyślam, więc w sumie nie ma sensu nawet próbować mówić cokolwiek poza 

szczerą prawdą.

3. Nigdy nie odejdę od ustalonego tekstu orędzia w czasie oficjalnego wystąpienia 

telewizyjnego przed narodem Genowii.

4. W obecności dam dworu przestanie mi się wyrywać mérde.

5. Przestanę prosić Francois, mojego genowiańskiego ochroniarza, żeby mnie uczył 

przeklinać po francusku.

6.   Przeproszę   Genowiańskie   Stowarzyszenie   Hodowców   Oliwek   za   ten   numer   z 

pestką.

7.   Przeproszę   pałacowego   kucharza   za   to,   że   podsunęłam   psu   Grandmére   tamten 

kawałek foie gras (chociaż wielokrotnie informowałam pałacową kuchnię, że nie 

jadam wątróbki).

8. Przestanę pouczać genowiańskich dziennikarzy na temat zagrożeń związanych z 

paleniem tytoniu. Jeśli wszyscy mają ochotę nabawić się raka płuc, to mają do tego 

pełne prawo.

9. Osiągnę samorealizację.

10. Przestanę tyle myśleć o Michaelu Moscovitzu.

Nie, zaraz. Przecież już mogę myśleć o Michaelu Moscovitzu, BO TERAZ TO JEST 

MÓJ CHŁOPAK!!!!!!!!

MT + MM = WIELKA MIŁOŚĆ

background image

Piątek, 2 stycznia, 14.00,

książęca sypialnia w Genowii

Wiecie, podobno mam ferie. Poważnie. To znaczy,  w końcu to jest moja przerwa 

semestralna. Powinnam się bawić, naładować sobie mentalne akumulatory na nadchodzący 

semestr, który wcale nie zapowiada się lekko, bo zacznę zajęcia z algebry, stopień II, nie 

wspominając już o zdrowiu i zasadach bezpieczeństwa. Wszyscy w szkole mówili: „Och, ty 

to masz szczęście, spędzisz Gwiazdkę w pałacu, a wszyscy ci będą usługiwać”.

No cóż, po pierwsze, mieszkanie w pałacu to żadna frajda. Zgadnijcie, czemu? Bo w 

takich pałacach wszystko jest naprawdę stare. No dobra, nie żeby pałac został zbudowany w 

czwartym roku naszej ery, czy kiedy tam moja przodkini, księżna Rosamunda, rozpoczęła 

swoje panowanie. Tak czy inaczej, postawiono go chyba w XVII wieku i pozwólcie, że wam 

przypomnę, czego ludzie w XVII wieku nie mieli:

1. kablówki

2. stałych łączy internetowych

3. toalet

Co nie znaczy, że nie ma tu teraz talerza telewizji satelitarnej, ale zaraz! - to w końcu 

dom   mojego   taty;   jedyne   kanały,   jakie   sobie   zaprogramował,   to   CNN,   CNN   Serwis 

Finansowy i kanał golfowy. A gdzie MTV2, ja się pytam? Gdzie Kanał Filmowy dla Pań 

Lifetime?

Co w zasadzie nie ma większego znaczenia, bo i tak przez cały czas mnie tu poganiają 

jak wołu roboczego. Nie zdarza się, żebym znalazła jedną wolną chwilę dla siebie, mogła 

wziąć pilota do ręki i zacząć się zastanawiać: „Hm - hm, ciekawe, czy nie leci teraz akurat 

jakiś film z Tracey Gold?”

No, a toalety?... Pozwólcie tylko, że wam powiem jedno: w XVII wieku nie znali się 

za dobrze na kanalizacji. Więc teraz, prawie czterysta lat później, jeśli wrzucisz do muszli 

chociaż o jeden listek papieru toaletowego za dużo i próbujesz go spuścić, wywołujesz, małe 

domowe tsunami.

To by było na tyle. Tak wygląda moje życie w Genowii.

Wszystkie inne znane mi dzieciaki spędzają ferie w Aspen na nartach albo opalają się 

w Miami.

A ja? Co JA robię w czasie ferii?

No   cóż,   oto   wpisy   z   nowego   terminarza   spotkań,   który   Grandmére   dała   mi   w 

background image

prezencie na Gwiazdkę (no bo która dziewczyna nie chciałaby dostać pod choinkę terminarza 

spotkań, prawda?), gdzie zanotowałam sobie, co robiłam do tej pory.

Niedziela, 21 grudnia,

książęca sypialnia w Genowii

Przyjechałam do Genowii. Ponieważ podczas lotu zjadłam całą dużą paczkę skittles, 

omal   nie   puściłam   pawia   w   kierunku   oficjalnego   genowiańskiego   komitetu   powitalnego, 

który pojawił się na lotnisku, żeby powitać mnie zaraz po wyjściu z samolotu.

Minął już cały jeden dzień, odkąd po raz ostatni widziałam Michaela. Usiłowałam 

dodzwonić się do domu jego dziadków w ? ??? Baton, bo Moscovitzowie pojechali tam do 

nich na ferie zimowe, ale nikt nie odpowiadał, może ze względu na różnicę czasu, gdyż w 

Genowii jest tak ze sześć godzin wcześniej niż na Florydzie.

Poniedziałek, 22 grudnia

książęca sypialnia w Genowii

Podczas zwiedzania genowiańskiego krążownika marynarki wojennej HMS „Książę 

Filip” potknęłam się o kotwicę i niechcący zepchnęłam admirała Pepina do wody. Ale nic mu 

się nie stało. Wyłowili go z genowiańskiej portówki za pomocą harpuna.

Tylko   dlaczego   jestem   jedyną   osobą   w   tym   kraju,   która   uważa   kwestie   ochrony 

środowiska   za   istotne?   Jeżeli   ludzie   mają   dalej   cumować   swoje   jachty   w   genowiańskim 

porcie, naprawdę powinni zacząć zwracać uwagę na to, co wyrzucają za burtę. Morświnom 

nosy więzną w plastikowych opakowaniach po sześciopakach z piwem. Zwierzęta głodzą się 

na śmierć, bo nie mogą nawet otworzyć pysków, żeby coś zjeść. Wystarczyłoby rozrywać te 

opakowania, zanim się je wyrzuca, i nic złego by się nie działo.

No   cóż,   dobra,   niezupełnie   NIC   złego,   bo   w   końcu   od   tego   się   zaczyna,   że   nie 

powinno się wyrzucać śmieci za burtę.

Po   prostu   nie   mogę   stać   bezczynnie   i   przyglądać   się,   kiedy   bezbronne   morskie 

stworzenia giną przez hordy turystów uzależnionych od Bain de Soleil, którzy pielgrzymują 

tutaj w poszukiwaniu idealnej śródziemnomorskiej opalenizny.

Dwa dni, odkąd po raz ostatni widziałam Michaela. Dwa razy usiłowałam się do niego 

dodzwonić. Za pierwszym razem nikt nie odebrał. Za drugim razem odebrała babcia Michaela 

i powiedziała, że właśnie się z nim minęłam, bo przed sekundą wyszedł do apteki wykupić dla 

dziadka talk do stóp robiony na receptę. To takie do niego podobne, on zawsze najpierw myśli 

o innych, a dopiero potem o sobie.

background image

Wtorek, 23 grudnia

książęca sypialnia w Genowii

Podczas śniadania z członkami Genowiańskiego Stowarzyszenia Hodowców Oliwek 

oświadczyłam,   że   nietypowa   dla   tej   pory   roku   susza,   która   nawiedziła   obszar   Morza 

Śródziemnego, to „na pewno pestka”. Nikt nie uznał tego stwierdzenia za specjalnie zabawne, 

a już zwłaszcza członkowie Genowiańskiego Stowarzyszenia Hodowców Oliwek.

Trzy   dni,   odkąd   po   raz   ostatni   widziałam   Michaela.   Nie   mam   czasu   dzwonić   ze 

względu na kontrowersje związane z użyciem słowa „pestka” przy hodowcach oliwek.

Środa, 24 grudnia

Rozkład książęcych zajęć

Wygłosiłam telewizyjne orędzie gwiazdkowe do narodu Genowii. Troszkę odeszłam 

od ustalonego tekstu, wymieniając wysokość dochodów z parkometrów w pięciu gminach 

Nowego   Jorku,   i   wyraziłam   nadzieję,   że   zainstalowanie   parkometrów   w   Genowii 

przyczyniłoby się znacznie do rozwoju gospodarczego kraju, a przy okazji zniechęciłoby zbyt 

oszczędnych turystów do jednodniowych wypadów w nasze granice. Nie mam pojęcia, czemu 

Grandmére   tak   się   na   mnie   wściekła.   Parkometry   w   Nowym   Jorku   WCALE   nie   są 

obrzydliwymi gargamelami psującymi uliczny krajobraz. Przez większość czasu i tak się ich 

nie zauważa.

Cztery DOORWM (Dni Odkąd Ostatni Raz Widziałam Michaela).

Czwartek, 25 grudnia

Rozkład książęcych zajęć

NARESZCIE ROZMAWIAŁAM Z MICHAELEM!!!!!! W końcu udało mi  się do 

niego dodzwonić. Niestety, rozmowa trochę nam się nie kleiła, bo mój tata, babka i kuzyn 

René

  siedzieli  w pokoju, z którego dzwoniłam, a rodzice, dziadkowie i siostra Michaela 

siedzieli w pokoju, w którym on odebrał telefon.

Zapytał mnie, czy dostałam coś fajnego pod choinkę, a ja mu powiedziałam, że nie, że 

dostałam tylko terminarz spotkań i książęce berło. A tak naprawdę chciałam dostać telefon 

komórkowy.   Zapytałam   Michaela,   czy   on   dostał   coś   fajnego   z   okazji   Chanuki,   a   on 

stwierdził, że nie, że dali mu tylko kolorową drukarkę. To i tak o wiele lepszy prezent niż 

mój,   moim   zdaniem.   Chociaż   berło   znakomicie   nadaje   się   do   odsuwania   skórek   przy 

paznokciach.

background image

Tak bardzo mi ulżyło, że Michael nie całkiem o mnie zapomniał. Zdaję sobie sprawę, 

że mój chłopak znacznie przewyższa wszystkich pozostałych przedstawicieli swojego rodzaju 

- to znaczy innych facetów. Ale każdy przecież wie, że faceci są podobni do psów - ich 

pamięć   krótkoterminowa   praktycznie   nie   istnieje.   Mówisz   takiemu,   że   twoją   ulubioną 

bohaterką filmową jest Xena, Wojownicza Księżniczka, a za pięć minut słyszysz, jak komuś 

opowiada, że twoją ulubioną bohaterką filmową jest Xica z Telemundo. Chłopcy po prostu 

nic nie mogą na to poradzić, a trzeba wziąć jeszcze pod uwagę, że i tak mają już mózgi 

przesadnie pozapychane informacjami na temat modemów, Star Treka Voyagera, Limp Bizkit 

i tym podobnych rzeczy.

Michael nie stanowi tutaj  żadnego wyjątku  od reguły.  Och, wiem,  że jest drugim 

uczniem w swojej klasie i osiągnął rewelacyjne wyniki na egzaminie SAT, i że został jeszcze 

przed terminem przyjęty na jeden z najbardziej prestiżowych uniwersytetów w całym kraju. 

Ale sami wiecie, że zajęło mu jakieś pięć milionów lat, zanim wreszcie się przyznał, że mnie 

lubi. I to dopiero po tym, jak wysłałam mu całą stertę anonimowych listów. Które potem 

okazały się wcale nie anonimowe, bo od początku wiedział, że są ode mnie, dzięki wszystkim 

moim   przyjaciółkom,   wliczając   w   to   jego   młodszą   siostrę,   i   ich   wrodzonej,   niebywałej 

gadatliwości.

No, ale nieważne.  Ja tylko  mówię,  że pięć  dni to dużo czasu, żeby obyć  się bez 

jednego znaku życia od swojego ukochanego. To znaczy, chłopak Tiny Hakim Baba, Dave 

Faroq El - Abar, czasami potrafi do niej przez tyle  czasu nie zadzwonić, a Tina zawsze 

dochodzi wtedy do wniosku, że Dave spotkał jakąś dziewczynę, która jest ciekawsza od niej. 

Wreszcie nie wytrzymała i skonfrontowała się z nim na ten temat, mówiąc mu, że go kocha i 

cierpi, kiedy on do niej nie dzwoni... Co tylko sprawiło, że nie zadzwonił już do niej ani razu, 

bo Dave okazał się typowym, niezdolnym do głębszego zaangażowania uciekaczem.

Michaelowi byłoby bardzo łatwo spotkać dziewczynę, która jest ciekawsza ode mnie. 

To znaczy, na świecie muszą chyba żyć miliony dziewczyn, które mają jakieś rzeczywiste 

zalety poza tym, że są księżniczkami, i które w czasie wakacji nie są zamykane na cztery 

spusty w pałacu, z szaloną babką i jej dziwacznym łysym pudlem.

I chociaż  wszystkie  mówimy:  „Och, nieprawda”,  kiedy Tina  twierdzi,  że  Dave ją 

rzucił, zaczynam chyba rozumieć, co ona czuje.

Rozmawiałam z mamą i panem Gianinim. U nich obojga w porządku, chociaż mama 

nadal   nie   chce   pozwolić   swojemu   lekarzowi,   żeby   jej   powiedział   czego   się   spodziewa   - 

chłopca czy dziewczynki. Mama mówi, że nie życzy sobie wiedzieć, bo jeśli to chłopiec, 

podczas porodu nie będzie parła, ponieważ nie chce sprowadzać na świat jeszcze jednego 

background image

ciemięzcy z chromosomem Y (pan G. mówi, że to tylko zwykłe hormonalne gadanie, ale ja 

nie byłabym taka pewna. Mama potrafi być ostro anty - Y - chromosomalna, kiedy się uprze). 

Dali mi Grubego Louie do telefonu, żebym mu mogła życzyć wesołych świąt, a on zawarczał 

ze złością, więc wiem, że też ma się dobrze.

5 DOORWM.

Piątek, 26 grudnia

Rozkład książęcych zajęć

Musiałam się przyglądać, kiedy tata i kuzyn  René

  grali w charytatywnym turnieju 

golfowym przeciwko Tigerowi Woodsowi. Tiger wygrał (też mi niespodzianka), bo tata jest 

w średnim wieku, a książę René

 przyznał, że poprzedniego wieczoru brał udział w imprezie, 

na której delektowano się grappą. Jedyny sport nudniejszy od golfa to polo. Będę musiała 

patrzeć, jak tata i kuzyn René

 grają w TO w przyszłym miesiącu - chociaż praktycznie rzecz 

biorąc, René

 trudno nazwać moim kuzynem. To jakaś stutysięczna woda po kisielu.

I mimo że jest księciem, włoskie prawo nie zezwala mu już na postawienie stopy na 

jego ojczystej ziemi, a to przez socjalistów, którzy wygnali wszystkich członków włoskiej 

rodziny królewskiej za granicę. Pałac przodków biednego René

  należy teraz do słynnego 

projektanta butów, który urządził w nim sanatorium dla bogatych Amerykanów. Przyjeżdżają 

tam   na   weekendy,   sami   sobie   gotują   makaron   i   sączą   przy   tym   dwustuletni   ocet 

balsamiczny...

René

  chyba jest wszystko jedno, bo tu, w Genowii nadal wszyscy zwracają się do 

niego   „Wasza   Wysokość,   książę   René”   i   przyznaje   mu   się   wszelkie   przywileje   należne 

członkowi rodu panującego.

Ale i tak, mimo że René ma cztery lata więcej ode mnie i jest na pierwszym roku 

jakiejś   francuskiej   szkoły   biznesu,   to   jeszcze   nie   znaczy,   że   wolno   mu   traktować   mnie 

protekcjonalnie. To znaczy, moim zdaniem hazard jest czymś moralnie nagannym, więc się 

denerwuję, widząc, że René spędza tyle godzin przy stole do ruletki, zamiast spożytkować 

czas jakoś sensowniej.

Wspomniałam mu o tym. Wydaje mi się po prostu, że René musi sobie jeszcze zdać 

sprawę z tego, że życie składa się z czegoś więcej niż z jeżdżenia z szaloną prędkością alfa 

romeo albo pływania w pałacowym krytym basenie wyłącznie w skąpych czarnych speedos, 

które tu w Europie są bardzo modne (zaapelowałam do taty, żeby, na litość boską, trzymał się 

zwykłych kąpielówek, co na szczęście i tak robi).

No i dobra, René po prostu mnie wyśmiał.

background image

Ale przynajmniej mogę teraz spać spokojnie, wiedząc, że zrobiłam wszystko, żeby 

wykazać   pewnemu   niezwykle   egoistycznemu   księciu   błąd,   jakim   jest   jego   pasożytniczy 

żywot.

6 DOORWM.

Sobota, 2 7 grudnia

Rozkład książęcych zajęć

Przygnębiający   dzień,   bo   to   dwudziesta   piąta   rocznica   śmierci   dziadka.   Musiałam 

złożyć wieniec na jego grobie, nosić czarny woal itd. Woal przylepił mi się do błyszczyku na 

ustach, nie udało mi się odkleić go podmuchiwaniem, wreszcie musiałam go ściągnąć, a przy 

okazji   kapelusz   wpadł   mi   do   portowej   zatoki.   Książę   René   go   wyłowił   z   pomocą   kilku 

życzliwych   turystek   w   toplesie,   ale   kapelusz   już   chyba   nigdy   nie   będzie   się   do   niczego 

nadawał.

7 DOORWM.

Niedziela, 28 grudnia

Rozkład książęcych zajęć

Książę   René

  został   przyłapany   na   zabawianiu   w   pałacowym   basenie   życzliwych 

turystek w toplesie. Potężna awantura ze strony taty, który uważa, że w wieku osiemnastu lat 

René

  powinien   zdawać   sobie   sprawę   ze   swojej   reputacji   „księcia   Williama   Europy 

kontynentalnej  minus   klejnoty  koronne”,  jako  że   rodzina  René

  ma  już tylko  tytuły i nie 

towarzyszy im żaden majątek, i że te dziewczyny go tylko wykorzystywały. René

 mówi, że 

nie ma nic przeciwko temu, żeby go w ten sposób wykorzystywać, a skoro JEMU to nie 

przeszkadza,   to   czemu   miałoby   przeszkadzać   tacie?   Ale   tatę   to   tylko   jeszcze   bardziej 

rozwścieczyło. Powinnam była ostrzec René

  , że niebezpiecznie jest sprzeciwiać się tacie, 

kiedy ta żyłka na środku czoła zaczyna mu pulsować, lecz nie zdążyłam.

Próbowałam   dodzwonić   się   do   Michaela,   ale   przez   całe   godziny   był   tylko   zajęty 

sygnał. Musiał siedzieć w sieci. Wysłałabym mu maila, ale jedyne komputery w pałacu z 

dostępem do Internetu stoją w biurze administracji, a drzwi były zamknięte.

8 DOORWM.

Poniedziałek, 29 grudnia

Rozkład książęcych zajęć

Spotkałam   się   z   dyrekcją   genowiańskiego   kasyna.   Zniechęcił   mnie   ich   upór   przy 

background image

utrzymaniu   bezpłatnego   parkowania   dla   stałych   klientów.   Wyjaśniałam   im,   jak   znacząco 

mogą wzrosnąć dochody księstwa dzięki płatnym parkometrom, ale mnie zakrzyczeli.

Poprosiłam   tatę   o   klucze   do   biura   administracji,   żebym   mogła   wysyłać   maile   do 

Michaela, ile razy mam na to ochotę, ale on też mnie zgasił, przez René

 , którego złapano w 

biurze  administracji   w  zeszłym  tygodniu.   Siedział  na   kopiarce   i  robił   sobie  ksero  dolnej 

połowy pleców. Zapewniłam tatę, że mnie nigdy coś tak głupiego nie przyszłoby do głowy, 

bo nie jestem pękającym od testosteronu, bezdomnym księciem w kąpielówkach Speedos, ale 

najwyraźniej mówiłam do ściany.

Dziewięć   dni,   odkąd   ostatni   raz   widziałam   Michaela,   i   myślę,   że   niedługo 

OSZALEJĘ!!!!!!!!!!!!!!!

Wtorek, 30 grudnia

Rozkład książęcych zajęć

WIADOMOŚĆ OD MICHAELA, którą przekazały mi pałacowe telefonistki. Brzmi 

tak: „Mia, tęsknię za tobą, spróbuję zadzwonić do ciebie o bon nuit”. Pytałam pałacowe 

telefonistki, czy na pewno dokładnie to powiedział Michael, a one twierdzą, że tak. Tyle że ta 

wiadomość nie ma sensu. Bon nuit to „dobranoc” i nie oznacza konkretnej godziny. Może jest 

jakieś słowo w języku Klington, które brzmi jak  bon nuit? Niestety, sama nie mam czasu, 

żeby zadzwonić do Michaela, bo przez cały dzień miałam na głowie genowiańskiego ministra 

obrony narodowej i uczyłam się, jak postępować w przypadku mało prawdopodobnego ataku 

militarnego ze strony wrogich sił zbrojnych.

10 DOORWM.

Środa, 31 grudnia

Rozkład książęcych zajęć

Pozowałam do książęcego portretu. Polecono mi nie ruszać się, a zwłaszcza się nie 

uśmiechać.   Ale   było   mi   bardzo   trudno   tego   nie   robić,   bo   Rommel,   miniaturowy   pudel 

Grandmére, kręcił się przy nas w takim plastikowym kołnierzu, który mu założono na szyję, 

żeby nie wylizywał sobie resztek futerka. Rommel to jedyny znany mi pies z obsesyjno - 

kompulsywnym  zaburzeniem osobowości, które sprawia, że wylizuje sobie futro do gołej 

skóry.   Wszyscy   weterynarze   w   Ameryce   uważali,   że   Rommel   wyłysiał   wskutek   jakiejś 

alergii. A potem, kiedy przyjechaliśmy do Genowii, nadworny weterynarz wykrzyknął:

Alors! Ależ oui! To typowe OKZO!

background image

Nie   mam   zamiaru   kpić   sobie   z   cierpień   jakiejkolwiek   czworonożnej   istoty,   ale 

Rommel był po prostu śmieszny, bo zasłonięto mu część pola widzenia i ciągle wpadał na 

jakieś zbroje czy inne takie.

Książęcy   portrecista   mówi,   że   doprowadzam   go   do   rozpaczy.   Zwolnił   mnie   z 

pozowania wcześniej, żebym mogła pójść na sylwestra do pałacowej sali balowej. Przyjęcie 

było   beznadziejne,   bo   nie   było   tam   Michaela   i   nie   miałam   kogo   pocałować   o   północy. 

Usiłowałam   się   do   niego   dodzwonić,   ale   Moscovitzowie   najwyraźniej   wyszli   na   jakąś 

imprezę na plaży albo przy basenie, bo nikt nie odebrał.

Wiecie, czego jest pod dostatkiem na Florydzie? Imprez na plaży albo przy basenach. 

A wiecie, kto chodzi na takie imprezy na plaży albo przy basenach? Dziewczyny ubrane w 

bikini. Zupełnie jak te z filmu Blue Crush. Jak tamta, jak jej tam, Kate Bosworth, która miała 

jedno oko niebieskie, a drugie brązowe i nosiła obcisłe szorty. Taa, właśnie takie jak ona. 

Jakim cudem człowiek ma konkurować z dziewczyną - surferką z jednym okiem niebieskim, 

a drugim brązowym, może ktoś mi łaskawie powiedzieć???

René

  usiłował  mnie   pocałować  o  północy,   ale  powiedziałam   mu,   żeby  raczej  już 

poszedł   i   pocałował   Grandmére.   Zdążył   wypić   tyle   szampana,   że   faktycznie   to   zrobił. 

Grandmére uderzyła go po głowie ozdobą półmiska w kształcie łabędzia wyrzeźbionego w 

ananasie.

11 DOORWM.

Czwartek, 1 stycznia

Rozkład książęcych zajęć

DOSTAŁAM   MAILA   OD   MICHAELA!!!!!!!   René

  ukradł   klucz   do   biura 

administracji, bo jak twierdził, musiał „wyszukać parę rzeczy” na Netszkapie (tak naprawdę 

oceniał zdjęcia ludzi na Are You Hot or Not - sama go na tym przyłapałam), a ja akurat 

przechodziłam obok biura w drodze na pałacowy kryty basen, więc zażądałam, żeby mnie 

wpuścił.   René

  miał   zbyt   dużego   kaca   po   tym   całym   szampanie,   którego   wypił   wczoraj 

wieczorem, żeby się ze mną w tej sprawie wykłócać.

No więc weszłam na sieć, a tam czekał na mnie mail od Michaela!!!!!!!!!!!!! Okazuje 

się, że wczoraj wieczorem wcale NIE BYŁ na żadnej imprezie z dziewczynami w stylu Kate 

Bosworth.

Mia 

- pisał - 

przepraszam, że nie było mnie, kiedy dzwoniłaś, byłem 

z moimi dziadkami na noworocznej imprezie klubu emeryta (puszczali 

background image

Rickiego Martina i wydawało im się, że bardziej na czasie już być 
nie mogą) . Przekazali Ci moją wiadomość? No cóż, tak czy inaczej, 

szczęśliwego Nowego Roku. Naprawdę za Tobą tęsknię i tak dalej.

PS Czy oni Cię tam zamknęli na jakiejś wysokiej wieży, czy co? 

Bo nawet w więzieniach wolno czasem korzystać z telefonów. Czy muszę 
pojechać do Genowii i wspiąć się na tę wieżę po Twoim warkoczu, żeby 

Cię uwolnić, czy jak?

Czy ktokolwiek dostał kiedyś BARDZIEJ romantyczny list? Naprawdę za mną tęskni 

I TAK DALEJ! A wiecie, co znaczy: I TAK DALEJ. Miłość. Racja? Czy nie to właśnie 

znaczy: I TAK DALEJ?

Zrobiłam błąd, bo spytałam o to René

 . Stwierdził, że mężczyzna, który nie chce jasno 

przelać   na   papier   prawdziwych   uczuć   do   kobiety,   w   ogóle   nie   jest   godzien   miana 

prawdziwego mężczyzny.

Powiedziałam mu, że Michael nie pisał na papierze, tylko na zwykłym kompie, a to 

różnica.

Prawda?

Przez cały dzień odwiedzałam pacjentów Genowiańskiego Szpitala Ogólnego. Bardzo 

przygnębiające, nie ze względu na pacjentów, ale przez tego klowna, którego szpital zatrudnił 

do rozśmieszania chorych dzieci. JAK JA NIENAWIDZĘ KLOWNÓW! !!! Strasznie się ich 

boję,   odkąd   przeczytałam   książkę   Stephena   Kinga  To,   którą   potem   przerobili   na   film 

telewizyjny. Grał w nim ten facet z  The Waltons. To po prostu okropne, że pisarz potrafi 

wziąć na tapetę jakieś zupełnie niewinne stworzenie, na przykład klowna, i zrobić z niego 

uosobienie zła! Przez cały czas spędzony w szpitalu usiłowałam schodzić temu klownowi z 

oczu, na wypadek gdyby miał się okazać pomiotem szatana.

12 DOORWM.

No i teraz, 2 stycznia,  siedzę sobie właśnie na galerii dla gości, obserwując sesję 

parlamentu   Księstwa   Genowii   i   udaję,   że   uważnie   słucham,   jak   ci   wszyscy   podstarzali 

panowie w perukach rozwodzą się bez końca na temat parkowania.

Właściwie nie mam wątpliwości, to wyłącznie moja wina. No bo zacznijmy od tego, 

że gdybym w ogóle nie puściła pary z ust na temat parkowania, nic z tego by się teraz nie 

działo.

Ale   czy   oni   nie   zdawali   sobie   sprawy,   że   jeśli   nie   zaczniemy   pobierać   opłat   za 

parkowanie, to tylko zachęcimy w ten sposób jeszcze liczniejsze grupy Francuzów i Włochów 

background image

do przekraczania naszej granicy samochodem zamiast pociągiem, przez co robią się korki na 

już i tak bardzo zatłoczonych genowiańskich ulicach, i niszczy się nasza już i tak ledwie 

zipiąca infrastruktura?

Pewnie powinno mi pochlebiać, że tak poważnie potraktowali mój pomysł. No bo 

faktycznie,   jestem   księżniczką   Genowii,   ale   co   ja   niby   WIEM?   Pochodzę   wprawdzie   z 

książęcej   rodziny,   a   przy   okazji   w   Liceum   imienia   Alberta   Einsteina   włączono   mnie   do 

programu zajęć z rozwoju zainteresowań, ale to wszystko jeszcze nie znaczy, że naprawdę 

mam   jakieś   zainteresowania   albo   że   jestem   osobą   utalentowaną.   W   gruncie   rzeczy   jest 

dokładnie   odwrotnie.   Z   całą   pewnością   NIE   JESTEM   utalentowana,   skoro   mam   średnie 

wyniki w każdej dziedzinie, która by wam przyszła na myśl, no może z wyjątkiem rozmiaru 

stóp, bo tu akurat natura aż za dobrze mnie wyposażyła.  W sumie nie mam też żadnych 

zainteresowań. Prawdę mówiąc, skierowali mnie na rozwój zainteresowań tylko dlatego, że 

zawalałam algebrę i wszyscy uznali, że przyda mi się dodatkowy czas na naukę.

Więc   jak   się   nad   tym   dobrze   zastanowić,   to   bardzo   ładnie   ze   strony   posłów   do 

parlamentu Genowii, że w ogóle zastanawiają się nad czymś, co JA miałam do powiedzenia.

Nie potrafię  jednak czuć  wobec  nich  żadnej  specjalnej  wdzięczności,  skoro każda 

chwila, jaką tutaj spędzam, jest tylko kolejną chwilą, której nie mogę poświęcić mojej jedynej 

prawdziwej miłości. To znaczy, minęło już trzynaście dni i osiemnaście godzin, odkąd ostatni 

raz widziałam Michaela. To prawie dwa tygodnie. I przez całe te dwa tygodnie zaledwie raz 

rozmawiałam z nim przez telefon, wszystko przez różnicę czasu między Genowią a Stanami 

Zjednoczonymi   i   przez   ten   mój   NIENORMALNY,   kompletnie   NIEREALISTYCZNY 

rozkład obowiązków. Bo kiedy ja w tym nawale zajęć mam znaleźć czas, żeby zadzwonić do 

swojego chłopaka? No, kiedy?

Mówię wam, już samo to wystarczy, żeby doprowadzić do łez prawie piętnastoletnią 

dziewczynę. Przeznaczenie po prostu działa przeciwko mnie i Michaelowi. Nawet nie miałam 

czasu kupić mu prezentu na urodziny, a zostały tylko trzy dni.

Jestem   jego   dziewczyną   zaledwie   od   trzynastu   dni,   a   już   go   chyba   zaczynam 

rozczarowywać.

No cóż, będzie musiał po prostu zaczekać na swoją kolej. Zgodnie z tym, co mówi 

Grandmére   -   a   ona   powinna   mieć   o   tym   jakie   takie   pojęcie   -   wszystkich   rozczarowuję: 

Michaela, obywateli Genowii, tatę, ją, kogo tam sobie chcecie.

Naprawdę  nie   rozumiem.   Na   litość   boską,   przecież   chodzi   o   najzwyczajniejsze   w 

świecie PARKOMETRY.

background image

Trzynaście dni i dziewiętnaście godzin, odkąd ostatni raz widziałam Michaela.

Sobota, 3 stycznia

Rozkład książęcych zajęć

8.00 - 9.00

Śniadanie z olimpijską reprezentacją hippiczną

Genowii

Słowo   daję,   nie   mam   nic   przeciwko   koniarzom,   bo   konie   są   totalnie   świetne.   Ale   CO 

KONKRETNIE pracownicy kuchni pałacowej mają przeciwko keczupowi? Poważnie, odkąd 

dałam   sobie   spokój   z   dietą   bez   jajek   i   nabiału,   ponieważ   nie   umiem   wyrzec   się   sera,   a 

MacDonald's   zaczął   po   ludzku   traktować   kury,   które   znoszą   jajka,   z   których   robi   się 

McMuffinki, żadne śniadanie nie smakuje mi lepiej niż omlet z serem. ALE JAK MA MI 

SMAKOWAĆ   OMLET   Z   SEREM   BEZ   KECZUPU????   Następnym   razem,   kiedy   będę 

jechała do Genowii, zabiorę ze sobą butelkę heinza, przysięgam.

9.30 - 12.00

Otwarcie nowego skrzydła Muzeum Sztuk Pięknych

Księstwa Genowii

Chwila!  To już JA maluję  lepiej  niż niektórzy z tych  baranów, a przecież  jestem 

kompletnym  beztalenciem.  Tyle  dobrego, że wystawili  jeden obraz mojej  mamy  (Portret 

córki  artystki  w wieku lat  pięciu,  kiedy  odmawia zjedzenia  hot doga), więc  się nie  będę 

czepiać.

12.30 - 14.00

Lunch z ambasadorem Genowii w Japonii

Dorno arigato.

14.30 - 16.30

Sesja parlamentu Genowii

ZNOWU????   Całą   sesję   spędziłam,   rozmyślając   o   Michaelu.   Kiedy   Michael   się 

uśmiecha, czasem jeden kącik jego ust unosi się wyżej niż drugi. Poza tym ma bardzo ładne 

wargi. I bardzo ładne ciemne oczy. Oczy, którymi potrafi zajrzeć w głąb mojej duszy. Tak 

strasznie   za   nim   tęsknię!!!!!!!   Po   prostu   beznadzieja.   Powinnam   zadzwonić   do   Amnesty 

International   -   TO   TAKA   STRASZNA   I   NIESPRAWIEDLIWA   KARA,   ŻEBY 

background image

PRZETRZYMYWAĆ MNIE Z DALA OD MĘŻCZYZNY, KTÓREGO KOCHAM OD TAK 

DAWNA!!!

17.00 - 18.00

Herbatka w Genowiańskim Towarzystwie Historycznym

W   sumie   mieli   mnóstwo   ciekawych   rzeczy   do   opowiedzenia   o   niektórych   moich 

krewnych. Szkoda tylko, że książę René

 pojechał do Monte Carlo kupić sobie nowego kuca 

do gry w polo. Też mógłby się tego czy owego dowiedzieć.

19.00 - 22.00

Oficjalna kolacja z członkami

Genowiańskiej Izby Handlowej

Dobra, miał szczęście, że przynajmniej TO mu się upiekło.

14 DOORWM.

Chyba tego dłużej nie zniosę.

WIERSZ DLA M.M.

Za głębokim i błękitnym oceanem

Jest daleko ten mój Michael ukochany.

Chociaż wcale się nie zdaje tak daleko,

Mimo całych tych czternastu dni rozłąki,

Bo w swym sercu wciąż na niego wiernie czekam,

I tam kwitną róż miłości wieczne pąki.

Coś   czuję,   że   będę   musiała   poważnie   popracować,   jeśli   mam   złożyć   mojemu 

ukochanemu poetycki hołd godny jego osoby.

Niedziela, 4 stycznia

Rozkład książęcych zajęć

9.00 - 10.00

Msza w genowiańskiej kaplicy pałacowej

Myślałam,   że   chodzenie   do   kościoła   powinno   przynosić   człowiekowi   duchowe 

wsparcie i otuchę. Tymczasem mnie się tylko zachciało spać.

background image

10.30 - 14.00

Jacht książęcej rodziny Genowii

Wycieczka z rodziną książęcą z Monako

Dlaczego jestem najmniej opaloną osobą w całej Genowii? I co takiego ma w sobie 

René

 w tych swoich speedos? To znaczy, naprawdę widać, że on uważa się za Bóg wie kogo. 

A   te   wszystkie   dziewczyny,   które   w   porcie   wywrzaskują   jego   imię,   tylko   go   w   tym 

utwierdzają. Ciekawa jestem, czy nadal by tak za nim szalały, gdyby im ktoś powiedział, że 

przyłapałam René

 , kiedy wyśpiewywał piosenki Enrique Iglesiasa przed lustrzaną ścianą sali 

balowej, udając, że moje berło to mikrofon?

16.30 - 19.00

Lekcja etykiety z Grandmére

Nawet w Genowii te tortury nie mają końca. Jakbym sama doskonale nie wiedziała, 

czemu wszyscy dostali kociej mordy na temat tego całego mojego orędzia. No bo przecież już 

przysięgłam, że nigdy więcej nie odejdę od przygotowanego tekstu, kiedy będę wygłaszała 

przemowę do narodu Genowii. Czemu ona dalej MARUDZI?

19.00 - 22.00

Oficjalna kolacja z premierem Francji i jego rodziną

René

  zniknął gdzieś na cztery godziny z dwudziestoletnią córką premiera. Mówili 

potem, że po prostu pojechali zagrać w ruletkę, ale skoro to prawda, czemu bez przerwy 

chichotali między sobą po powrocie? Jeśli René

  nie zacznie uważać, to zanim się obejrzy, 

dorobi się własnego Małego Księcia, którym będzie musiał się opiekować.

15 DOORWM.

Dzisiaj dwa razy usiłowałam się do niego dodzwonić. Za pierwszym razem odebrała 

babcia Michaela i powiedziała, że Michael poszedł do sklepu komputerowego kupić nową 

kasetkę z tonerem do drukarki. Potem odebrał jego tata i powiedział, że Michael i Lilly poszli 

z   dziadkami   na   tani   seans   do   kina,   obejrzeć   ostatniego   Jamesa   Bonda.   A   to 

szczęściarze!!!!!!!!!!!!!!!

Poniedziałek, 5 stycznia

Rozkład książęcych zajęć

8.00 - 9.00

Śniadanie z Zespołem Baletowym Księstwa Genowii

background image

Po raz pierwszy byłam świadkiem, że René

 potrafi wstać przed dziesiątą rano.

9.30 - 12.00

Zajęcia klasy baletu, prywatny spektakl Śpiącej Królewny

Nie wiem, czy Lilly ma rację, twierdząc, że balet jest totalnie seksistowski. No bo 

faceci też muszą nosić trykoty. Co w sumie dostarcza widzom aż za wiele informacji, jeśli 

wiecie, co przez to chcę powiedzieć.

12.30 - 14.00

Lunch z genowiańskim ministrem turystyki

Czy nikt nie przyzna, że mój pomysł z parkometrami ma trochę sensu? A poza tym 

cały   ruch   pieszy   generowany   przez   turystów,   który   schodzą   z   pokładów   statków 

wycieczkowych  cumujących  w genowiańskim porcie na jednodniowe zwiedzanie,  niszczy 

niektóre   z   naszych   najbardziej   wartościowych   historycznie   mostów,   takich   jak   Pont   des 

Vierges (czyli  most Dziewic), nazwany tak na cześć mojej praprapraprapraprapraprababki 

Agnes, która wolała się z niego rzucić, niż zostać zakonnicą, czego z kolei żądał jej ojciec 

(nic jej się nie stało: okręt książęcej marynarki wojennej wyłowił ją z wody i skończyło się na 

tym, że uciekła z kapitanem, co wprawiło całą rodzinę Renaldich w potężną konsternację). 

Nie   obchodzi   mnie,   jaka   część   dochodu   narodowego   brutto   Genowii   pochodzi   z   tych 

jednodniowych wycieczek turystycznych. Oni WSZYSTKO tu zrujnują!

14.30 - 16.30

Wysłuchać, jak tata udziela wywiadu lokalnym mediom

na temat roli Genowii jako globalnej potęgi w bieżącym

międzynarodowym układzie sił ekonomicznych

Nieważne. Bardziej już chyba nie mogłabym się nudzić!  Michaelu! Och, Michaelu! 

Gdzie jesteś, mój Michaelu?!

17.00 - 18.00

Herbatka z Grandmére

i członkiniami Genowiańskiego Koła Pomocy Pań

Wylałam   herbatę   na   nowe   atłasowe   pantofle,   które   były   ufarbowane   pod   kolor 

sukienki odpowiedniej na okazję takiej popołudniowej herbatki.

Teraz buty mają kolor herbaty.

background image

19.00 - 23.00

Oficjalna kolacja z bardzo sławnym

byłym sowieckim przywódcą i jego żoną

René miał status Zaginionego w Akcji przez prawie całą kolację. Znaleziono go po 

deserze   w   ogrodzie   pałacowym,   gdzie   przy   fontannie   emablował   primabalerinę   zespołu 

baletowego Księstwa Genowii. Tata bardzo zmartwiony.  Próbowałam ukoić jego stargane 

nerwy, rozmawiając uprzejmie z dziewczyną, którą zaprosił na kolację - z tą Miss Republiki 

Czech - żeby czuła się zaakceptowana przez naszą rodzinę, w razie gdyby co.

16 DOORWM.

Jeśli   to   potrwa   jeszcze   trochę   dłużej,   prawdopodobnie   dostanę   afazji,   jak   ta 

dziewczyna z Firestarter, i zacznę mylić własnego ojca z kapeluszem.

Wtorek, 6 stycznia,

apartament Księżnej Wdowy, pałac w Genowii

ZADZWONIŁ DO MNIE!!!!!!!!!!!!!!!!!

Tyle   że   mnie   oczywiście   nie   było   w   pobliżu   (jak   zwykle).   Byłam   w   gmachu 

Genowiańskiej Opery i oglądałam durny spektakl Cyganerii, który nawet mi się podobał, ale 

tylko do momentu, kiedy większość sympatycznych bohaterów UMARŁA.

Zostawił wiadomość u pałacowych telefonistek. Wiadomość brzmiała: „Hej”.

HEJ! Michael powiedział: „Hej”!

Chciałam do niego oddzwonić, oczywiście, kiedy tylko dorwałam się do telefonu, ale 

wszyscy Moscovitzowie wybrali się właśnie do Le Crabbe Shacque, korzystając ze zniżki dla 

emerytów   na   młody   drób...   To   znaczy   wszyscy   poza   doktor   Moscovitz   (PANIĄ   doktor 

Moscovitz),   która   musiała   zostać   w   apartamencie,   bo   jeden   z   jej   klientów   potrzebował 

nadzwyczajnej sesji terapeutycznej (jakiś zakupoholik, który właśnie na nowo popadł w nałóg 

wskutek licznych poświątecznych wyprzedaży).

Pani doktor Moscovitz powiedziała, że na pewno przekaże Michaelowi wiadomość, 

którą dla niego zostawiłam. Wiadomość brzmiała: „Hej”.

No   cóż...   Wolałabym   powiedzieć   mu   coś   bardziej   romantycznego,   ale   naprawdę 

trudno jest mówić o miłości matce swojego chłopaka, jak się właśnie przekonałam.

O mój Boże, Grandmére znów się na mnie wydziera. Przez cały dzień prawiła mi 

kazania na temat tego głupiego balu, który się właśnie zbliża - mojego balu pożegnalnego, 

lego,   który   wydadzą   tu   dla   mnie   w   przeddzień   mojego   powrotu   do   Ameryki..,   i   do 

background image

ukochanego.

Problem w tym, że książę William będzie na balu, bo i tak przyjeżdża do Genowii na 

charytatywny mecz polo, w którym zagrają mój tata i książę René

 , a Grandmére bez przerwy 

się martwi, że popełnię taką samą straszliwą towarzyską gafę w obecności księcia Williego, 

jaką popełniłam, wygłaszając orędzie do narodu Genowii.

Jakbym   w   ogóle   miała   zamiar   sterczeć   tam   i   opowiadać   księciu   Williamowi   o 

parkometrach. Ale nieważne.

-   Naprawdę   nie   mam   pojęcia,   co   się   z   tobą   dzieje   -   mówi   Grandmére.   -   Bujasz 

myślami   w   obłokach,   odkąd   tylko   wyjechaliśmy   z   Nowego   Jorku.   Jeszcze   bardziej   niż 

zazwyczaj. - Przymruża oczy i przygląda mi się, co zawsze mnie przeraża, bo Grandmére ma 

wokół całych powiek wytatuowane czarne kreski, żeby poranki móc spędzać na goleniu sobie 

brwi i rysowaniu nowych, zamiast babrać się z tuszem i eyelinerem. - Chyba nie myślisz o 

TYM CHŁOPAKU, prawda?

Grandmére   tym   określeniem   nazywa   Michaela,   odkąd   oświadczyłam,   że   żyję 

wyłącznie dla niego. Pomijając mojego kota, Grubego Louie, naturalnie.

- Jeśli  mówisz  o Michaelu  Moscovitzu  - odparłam  swoim najbardziej  królewskim 

tonem - to owszem, jak najbardziej o nim myślę. Nigdy o nim na długo nie zapominam, bo 

jest radością mojego serca.

Za całą odpowiedź Grandmére parsknęła pogardliwie.

- Cielęca miłość - stwierdziła. - Zobaczysz, że szybko ci przejdzie.

Och, wybacz, Grandmére, ale totalnie się mylisz. Kocham się w Michaelu od mniej 

więcej ośmiu lat, wyjąwszy może ten dwutygodniowy okres, kiedy wydawało mi się, że się 

zakochałam w Joshu Richterze. Osiem lat to więcej niż połowa mojego życia. Namiętności 

tak głębokiej i długotrwałej jak moja nie uda ci się w ten sposób podważyć, nie zdołasz też jej 

zdefiniować za pomocą swojego ubogiego słownictwa na temat ludzkich uczuć.

Nic z tego nie powiedziałam jednak głośno, biorąc pod uwagę, że Grandmére ma 

naprawdę ostry język, którym potrafi „przypadkowo” ranić ludzi.

Chociaż i tak, mimo że Michael stanowi sens mojego życia i radość mojego serca, nie 

sądzę,  żebym  miała  zacząć  ozdabiać  swoje zeszyty  do algebry serduszkami,  kwiatkami  i 

napisami:   „pani   Michaelowa   Moscovitz”,   tak   jak   Lana   Weinberger   dekorowała   swoje 

(chociaż ona pisała „pani Joshowa Richter”, oczywiście). Nie tylko dlatego, że robienie takich 

rzeczy to kompletny idiotyzm, a poza tym nie zależy mi na tym, żeby pozbywać się własnej 

tożsamości przez przyjmowanie nazwiska męża, lecz także dlatego, że jako książę małżonek 

księżnej Genowii, to Michael będzie musiał przyjąć moje nazwisko. Ale nie Thermopolis, 

background image

tylko Renaldo. Michael Renaldo. Na dobrą sprawę brzmi to całkiem, całkiem.

Jeszcze   trzynaście   dni,   zanim   znów   ujrzę   światła   Nowego   Jorku   i   ciemne   oczy 

Michaela. Proszę Cię, Boże, pozwól mi dożyć tej chwili.

JKW Michael Renaldo

M. Renaldo, Książę Małżonek

Michael Moscovitz Renaldo z Genowii

Siedemnaście dni, odkąd ostatni raz widziałam Michaela.

Środa, 7 stycznia

Rozkład książęcych zajęć

Na temat dzisiejszego dnia mam do powiedzenia tyle, że jeśli ci ludzie CHCĄ, żeby 

infrastruktura   tego   państwa   została   zniszczona   przez   spaliny   wytwarzane   przez   sportowe 

samochody, którymi  jeżdżą niemieccy turyści, to mają do tego nienaruszalne prawo. Kim 

jestem, żeby stawać im na drodze?

Och, przepraszam, jestem tylko księżniczką tego kraju.

18 DOORWM.

Czwartek, 8 stycznia

Rozkład książęcych zajęć

8.00 - 9.00

Śniadanie z ambasadorem Genowii w Hiszpanii

Wciąż nie ma keczupu!!!

9.30 - 12.00

Ostatnie poprawki do książęcego portretu

Nie wolno mi  zobaczyć  gotowego obrazu, dopóki nie zostanie odsłonięty podczas 

pożegnalnego balu. Mam nadzieję, że malarz nie uwzględnił wielkiego pryszcza, który zaczął 

mi się robić na brodzie. To by było nieco żenujące.

12.30 - 14.00

Lunch z genowiańskim ministrem finansów

NARESZCIE! Wreszcie ktoś się ze mną zgadza co do zalet parkometrów z punktu 

widzenia   fiskusa.   Minister   finansów   to   WŁAŚCIWY   CZŁOWIEK   NA   WŁAŚCIWYM 

MIEJSCU!

background image

Co mnie jednak smuci, Grandmére nadal nie jest przekonana. A to ona, w o wiele 

większym stopniu niż tata czy parlament, jest siłą, która ma największy wpływ na opinię 

publiczną.

14.30 - 16.30

Kolejny wykład na temat tego, co wolno,

a czego nie wolno mi mówić w towarzystwie

księcia Williama, kiedy go spotkam

Przykład:

„Bardzo mi miło poznać księcia”. - Okay.

„Czy ktoś ci już mówił, że wyglądasz jak Heath Ledger?” - Nie okay.

René

  wpadł   w   sam   środek   moich   korepetycji   po   drodze   do   pałacowej   siłowni   i 

zasugerował, żebym zapytała Williego, co tak naprawdę zaszło między nim a Britney Spears. 

Grandmére mówi, że jeśli to zrobię, zostawi Rommla pod moją opieką, kiedy następny raz 

wybierze się do Baden - Baden na złuszczanie naskórka. Ugh! Robi mi się niedobrze na myśl 

i o opiece nad Rommlem, i o złuszczaniu naskórka. I na myśl o René

 też, skoro już o nim 

mowa.

19.00 - 23.00

Oficjalna kolacja z największym importerem

genowiańskiej oliwy z oliwek

A może eksporterem? I tak nie mam nic do powiedzenia.

19 DOORWM.

Piątek, 9 stycznia, 3.00

książęca sypialnia w Genowii

Właśnie mi to przyszło do głowy:

Kiedy   Michael   powiedział,   że   mnie   kocha   tamtego   wieczoru   podczas 

Bezwyznaniowego Zimowego Balu, mógł mieć na myśli miłość w sensie platonicznym. Nie 

miłość w sensie oceanu płomiennej namiętności. No wiecie, może on mnie kocha tak, jak się 

kocha przyjaciela.

Tylko że przyjaciołom na ogół nie wkłada się języka w usta, prawda?

No cóż, może tu w Europie tak się robi. Ale nie w Ameryce, na litość boską.

Tyle że Josh Richter używał języka, kiedy mnie pocałował przed szkołą, a on z całą 

background image

pewnością nigdy nie był we mnie zakochany! !!!!!!!!

Bardzo   się   zmartwiłam.   Poważnie.   Rozumiem,   że   jest   środek   nocy   i   powinnam 

przynajmniej   próbować   zasnąć,   skoro   jutro   mam   przeciąć   wstęgę,   otwierając   nowy 

Genowiański Książęcy Dom Dziecka.

Ale jak mam spać, kiedy mój chłopak może właśnie siedzieć na Florydzie i kochać 

mnie tak, jak się kocha przyjaciela, i może nawet dokładnie w tej minucie zakochuje się w 

Kate Bosworth? No bo, w przeciwieństwie do mnie, Kate jest w czymś naprawdę dobra (w 

surfowaniu). To Kate należy się miejsce na zajęciach z rozwoju zainteresowań, NIE MNIE.

Dlaczego   jestem   taka   głupia?   Dlaczego   nie   zażądałam,   żeby   Michael   się   określił, 

kiedy mi powiedział, że mnie kocha? Dlaczego nie powiedziałam: „A jak mnie kochasz? Jak 

przyjaciela? Czy jak partnera na całe życie?”

Jestem idiotką.

Teraz już za nic nie zdołam zasnąć. No bo jak mam spać, wiedząc, że mężczyzna, 

którego  kocham,   prawdopodobnie  uważa   mnie  po  prostu  za  przyjaciółkę,   którą  miło  jest 

całować po francusku?

Mogę zrobić tylko jedną rzecz: muszę zadzwonić do jedynej osoby, która będzie w 

stanie mi pomóc. A mogę do niej teraz zadzwonić, bo:

1. tam, gdzie ona jest, dopiero dochodzi siódma wieczór;

2. na Gwiazdkę dostała komórkę, więc chociaż teraz jest na nartach w Aspen, wciąż 

mogę ją złapać telefonicznie, nawet jeśli jest na wyciągu narciarskim czy gdzieś 

tam.

Dzięki Bogu, że mam w swoim pokoju telefon. Mimo że I TAK muszę wykręcać 9, 

żeby przełączyć się na linię zewnętrzną.

20 DOORWM.

Piątek, 9 stycznia, 3.05 w nocy,

książęca sypialnia w Genowii

Tina odebrała po pierwszym sygnale! Totalnie nie było jej na wyciągu narciarskim. 

Wczoraj na stoku skręciła sobie nogę w kostce. O, dzięki Ci, Boże, że sprawiłeś, żeby Tina 

skręciła sobie nogę w kostce, dzięki czemu mogła być pod ręką i służyć mi wsparciem w 

godzinie potrzeby.

Zresztą nic jej nie jest, bo mówi, że boli ją tylko wtedy, gdy się rusza.

Kiedy zadzwoniłam, Tina siedziała w swoim pokoju w domku narciarskim i oglądała 

Kanał Filmowy Lifetime. Chciała wiedzieć tylko jedno: co powiem, kiedy przedstawią mi 

background image

księcia Williama. Usiłowałam jej wyjaśnić, że według Grandmére nie powinnam do księcia 

Williama   mówić   nic   poza:   „Miło   mi   cię   poznać”.   Najwyraźniej   babka   obawia   się,   że 

mogłabym zapuścić się w wykład na temat parkometrów, co wydaje jej się niepożądane.

Poza tym, jakie to ma znaczenie? Cokolwiek do niego powiem, moje serce należy już 

do innego.

Ta odpowiedź wydała się Tinie zdecydowanie niezadowalająca.

- No to - powiedziała - przynajmniej mogłabyś zdobyć dla mnie adres mailowy księcia 

Wiliama.   To   znaczy,   nie   każdy   znajduje   się   w   takim   emocjonalnie   satysfakcjonującym 

związku ja ty, Mia.

Odkąd tylko zaczęła z nim chodzić, chłopak Tiny, Dave, ucieka od zaangażowania, 

twierdząc, że mężczyzna nie może nakładać sobie więzów, dopóki nie ukończy szesnastu lat. 

Zatem, mimo iż Tina twierdzi, że Dave to jej Romeo w bojówkach, ma oczy otwarte i szuka 

jakiegoś miłego faceta, który gotów byłby się zaangażować. Chociaż mnie się wydaje, że 

książę   William   jest   dla   niej   za   stary.   Zaproponowałam,   żeby   wzięła   się   raczej   do   jego 

młodszego brata Harry'ego,  który - jak słyszę  - jest też naprawdę bardzo fajny,  ale Tina 

powiedziała, że wtedy nigdy nie miałaby szansy na koronę. Mogę nawet zrozumieć takie 

poglądy, chociaż wierzcie mi, los koronowanej głowy ma w sobie o wiele mniej blasku, kiedy 

go już doświadczysz.

- Okay - powiedziałam. - Zrobię, co się da, żeby zdobyć dla ciebie adres mailowy 

księcia Williama. Ale teraz mam co innego na głowie. Na przykład, że istnieje całkiem realna 

możliwość, że Michael lubi mnie wyłącznie jak przyjaciółkę.

- Co takiego? - Tina była zszokowana. - Ale mnie się wydawało, że mówiłaś, że w 

wieczór Bezwyznaniowego Balu Zimowego użył słowa na K.

- Bo użył - odparłam. - Tylko że on mi nie powiedział, że się we mnie zakochał. 

Powiedział tylko, że mnie kocha.

Na szczęście nie musiałam wyjaśniać tego dokładniej. Tina przeczytała wystarczająco 

wiele romansów, żeby idealnie zrozumieć, do czego zmierzam.

- Faceci nie mówią słowa na K, chyba że naprawdę tak myślą, Mia - powiedziała. - 

WIEM to. Dave nigdy nie używa tego słowa wobec mnie. - W jej głosie pojawiła się nuta 

smutku.

- Tak, wiem - odparłam ze współczuciem. - Ale ja pytam o to: CO miał na myśli 

Michael? No bo słyszałam już, jak mówił, że kocha swojego psa. Ale przecież nie jest w 

swoim psie ZAKOCHANY.

- Chyba rozumiem, o co ci chodzi - powiedziała Tina, chociaż niezbyt pewnym tonem. 

background image

- No więc, co zamierzasz zrobić w tej sprawie?

-   Właśnie   dlatego   do   ciebie   dzwonię!   -   powiedziałam.   -   To   znaczy,   jak   sądzisz, 

powinnam go o to spytać?

Tina wydała  bolesny okrzyk.  Myślałam,  że uraziła sobie skręconą kostkę, ale ona 

tylko strasznie się przeraziła tego, co jej powiedziałam.

- Oczywiście, że nie możesz tak po prostu zwrócić się z tym do niego i go o to spytać! 

- zawołała. - Nie możesz go stawiać pod ścianą. Musisz zagrać subtelniej. Pamiętaj, to jest 

Michael, co oczywiście ustawia go znacznie powyżej innych facetów... Ale to nadal facet.

O tym nie pomyślałam. Najwyraźniej o wielu rzeczach nie myślę. W głowie mi się nie 

mieściło, że ja tu sobie marzę o niebieskich migdałach, cała szczęśliwa, że Michael mnie 

choćby lubi, gdy przez cały ten czas on się może właśnie zakochuje w jakiejś innej, bardziej 

intelektualnie pociągającej albo lepiej fizycznie rozwiniętej dziewczynie.

- No cóż - westchnęłam. - Może po prostu powinnam powiedzieć coś w rodzaju: 

„Lubisz mnie jak przyjaciółkę, czy lubisz mnie jako swoją dziewczynę?”

- Mia... - odezwała się Tina - naprawdę uważam, że nie powinnaś pytać o to Michaela 

prosto z mostu. Może się przestraszyć  i uciec, jak przerażona gołębica.  Chłopcom się to 

zdarza, sama wiesz. Oni nie są tacy jak my. Nie lubią mówić o swoich uczuciach.

To   takie   smutne,   że   chcąc   dostać   jakąś   sensowną   radę   na   temat   facetów,   muszę 

dzwonić do kogoś, kto jest tysiące kilometrów stąd. Dzięki Bogu za Tinę Hakim Baba, tylko 

tyle mogę powiedzieć.

- Więc co twoim zdaniem powinnam zrobić? - spytałam.

- No cóż, trudno ci będzie zrobić cokolwiek - odparła Tina - dopóki tu nie wrócisz. 

Jedyny sposób, żeby się przekonać, co chłopak do ciebie czuje, to popatrzeć mu w oczy. 

Przez telefon nic z niego nie wyciągniesz. Chłopcom rozmowy telefoniczne nie wychodzą.

To racja, czego dowodem jest mój były chłopak Kenny.

- Mam! - dodała Tina takim głosem, jakby wpadła na świetny pomysł. - Czemu nie 

zapytasz Lilly?

- Nie wiem - odparłam. - Trochę dziwnie się czuję, wplątując ją w to, co jest między 

mną a Michaelem...

Mówiąc prawdę, Lilly i ja jak dotąd nawet nie rozmawiałyśmy o tym, że ja lubię jej 

brata, a jej brat lubi mnie. Zawsze myślałam, że ona się za to jakoś na mnie wścieknie. W 

końcu jednak okazało się, że Lilly nawet nam w jakiś sposób pomogła dojść do porozumienia, 

bo powtórzyła Michaelowi, że to ja wysyłam do niego anonimowe listy miłosne.

- Po prostu ją spytaj - powiedziała Tina.

background image

- Ale tam jest naprawdę późna pora - odparłam.

- Późna? Na Florydzie jest teraz zaledwie dziewiąta!

- Taa, a o tej właśnie porze dziadkowie Lilly i Michaela kładą się spać. Nie chcę tam 

dzwonić i ich budzić. Będą mnie nienawidzili do końca świata.

CO STWORZY NIEZRĘCZNĄ  SYTUACJĘ PODCZAS CEREMONII ŚLUBNEJ. 

Ale głośno tego nie powiedziałam. Chociaż pewnie mogłam, bo Tina by mnie zrozumiała.

- Oni się nie przejmą, że ich obudziłaś, Mia - stwierdziła Tina. - Przecież w końcu 

dzwonisz z innej strefy czasowej. Zrozumieją to. I pamiętaj, że masz do mnie oddzwonić po 

rozmowie z Lilly! Chcę wiedzieć, co powiedziała.

Muszę przyznać, że kiedy wybierałam numer, palce mi się trzęsły. Nie tyle dlatego, że 

bałam się, że obudzę starszych  państwa Moscovitzów, a oni mnie  znienawidzą  do końca 

życia,   ale   dlatego,   że   istniała   pewna   szansa,   że   Michael   odbierze   telefon.   Co   powinnam 

powiedzieć, jeśli on się odezwie? Nie miałam pojęcia. Wiedziałam na pewno tylko tyle, że nie 

zamierzam   spytać:   „Lubisz   mnie   jak   przyjaciółkę,   czy   jak   swoją   dziewczynę?”,   bo   Tina 

zakazała mi to mówić.

Lilly odebrała po pierwszym sygnale. Nasza rozmowa przebiegła następująco:

Lilly: 

Wow! To ty.

Ja:  

Czy   nie   dzwonię   za   późno?   Nie   obudziłam   twoich   dziadków, 

prawda?

Lilly:  

No cóż, owszem. W pewnym sensie. Ale dojdą do siebie. No 

więc, jak leci?

Ja: 

Znaczy, w Genowii? Hm, chyba nieźle.

Lilly: 

Och, jasne. Jestem pewna, że nieźle, skoro usługują ci tam 

we   wszystkim,   służba   jest   na   każde   twoje   zawołanie,   a   przez   cały 
czas na głowie nosisz diadem.

Ja:  

Diadem   jest   trochę   niewygodny.   Słuchaj,   powiedz   mi   całą 

prawdę, Lilly. Czy Michael znalazł sobie inną dziewczynę?

Lilly: 

Inną dziewczynę? O czym ty mówisz?

Ja:  

Wiesz,   o   co   mi   chodzi.   Jakąś   dziewczynę   z   Florydy,   która 

umie surfować. Jakąś Kate albo Annę Marie, z jednym okiem brązowym, 
a drugim niebieskim. Po prostu mi powiedz, Lilly. Przysięgam, zniosę 

prawdę.

Lilly:  

Po   pierwsze,   żeby   Michael   mógł   spotkać   inną   dziewczynę, 

background image

musiałby oderwać się raz na jakiś czas od laptopa i wyjść z naszego 
apartamentu,   co   mu   się   zdarza,   odkąd   tu   jesteśmy,   tylko   przy 

posiłkach   i   wtedy,   kiedy   chce   dokupić   jeszcze   jakieś   części   do 
komputera.  Jest tak  samo nieopalony  jak zawsze.  Po drugie,  on nie 

umawia się z żadną Kate, bo lubi CIEBIE.

Ja (prawie płacząc z ulgi):  

Naprawdę, Lilly? Przysięgasz? Nie kłamiesz 

po to, żebym poczuła się lepiej?

Lilly:  

Nie,   nie   kłamię.   Chociaż   nie   wiem,   jak   długo   jego 

przywiązanie do ciebie przetrwa, skoro nawet nie pamiętałaś o jego 
urodzinach.

Poczułam,   że   coś   mnie   chwyta   za   gardło.   Urodziny   Michaela!   Zapomniałam   o 

urodzinach   Michaela!   Zapisałam   je   sobie   w   moim   nowym   terminarzu   spotkań,   ale   to 

wszystko, co się tutaj działo...

- O mój Boże, Lilly! - wrzasnęłam. - Na śmierć zapomniałam!

- Tak - odparła. - Zapomniałaś. Ale nie martw się. Jestem pewna, że nie spodziewał 

się kartki od ciebie, czy czegoś takiego. W końcu wyjechałaś pełnić obowiązki księżniczki 

Genowii.   Jak   można   oczekiwać,   że   będziesz   pamiętała   o   czymś   tak   mało   ważnym,   jak 

urodziny twojego chłopaka?

Wydało   mi   się   to   strasznie   nie   fair.   Michael   i   ja   chodzimy   ze   sobą   zaledwie   od 

dwudziestu dwóch dni, a przez dwadzieścia jeden z tych dni byłam naprawdę bardzo zajęta. 

To   znaczy,   dobrze   jest   Lilly   żartować,   ale   nie   zauważyłam,   żeby   zaprzątało   jej   głowę 

chrzczenie   okrętów   marynarki   wojennej   albo   prowadzenie   krucjaty   na   rzecz   publicznych 

płatnych parkometrów. Może nikomu to nigdy nie przyszło na myśl, ale rola księżniczki to 

ciężka praca.

- Lilly... - szepnęłam. - Czy mogę z nim pomówić? To znaczy z Michaelem?

- Jasne - odparła. A potem wrzasnęła: - Michael! Telefon!

- Lilly! - krzyknęłam. - Twoi dziadkowie!

- Daj spokój - powiedziała. - Zasłużyli sobie na to za trzaskanie drzwiami o piątej 

rano, kiedy idą podnieść z trawnika „Timesa”.

Trwało to dosyć długo, zanim wreszcie usłyszałam jakieś kroki i Michael powiedział 

do Lilly: „Dzięki”. A potem wziął słuchawkę i odezwał się nieco zaciekawionym głosem, bo 

Lilly nie powiedziała mu, kto dzwoni: „Halo?”

Wystarczyło usłyszeć jego głos, żebym zapomniała, że jest po trzeciej rano i że czuję 

background image

się podle i nienawidzę swojego życia. Nagle poczułam się tak, jakby była druga po południu, 

a   ja   bym   leżała   na   jednej   z   tych   plaż,   o   których   zachowanie   w   stanie   nienaruszonym   i 

niezatrutym przez turystów tak uparcie walczę, a nade mną świeciłoby ciepłe słońce i ktoś 

podawałby mi zimną jak lód oranginę na srebrnej tacy. Sam głos Michaela sprawił, że właśnie 

tak się poczułam.

- Michael - powiedziałam - to ja.

- Mia... - odparł takim tonem, jakby szczerze się cieszył, że mnie słyszy. I to chyba nie 

była moja wyobraźnia. Naprawdę brzmiało to tak, jakby było mu miło, i wcale nie tak, jakby 

szykował się do rzucenia mnie dla Kate Bosworth. - Co u ciebie?

-   W   porządku   -   powiedziałam.   A   potem,   żeby   mieć   to   jak   najszybciej   za   sobą, 

dodałam: - Słuchaj, Michael, w głowie mi się nie mieści, że przegapiłam twoje urodziny. 

Wierzyć   mi   się   nie   chce,   że   mogłam   tak   skrewić.   Jestem   najobrzydliwszą   osobą,   jaka 

kiedykolwiek chodziła po tej ziemi.

A   wtedy   Michael   zrobił   coś   cudownego.   Roześmiał   się...   Roześmiał   się!   Jakby 

zapomnienie o jego urodzinach nie było niczym istotnym!

- Och, nie ma sprawy - powiedział. - Wiem, że jesteś bardzo zajęta. A poza tym jest 

jeszcze różnica stref czasowych i tak dalej. No więc jak leci? Grandmére wybaczyła ci numer 

z parko - metrami, czy nadal cię prześladuje?

O   mało   się   nie   rozpłynęłam   na   środku   mojego   książęcego   łoża,   ze   słuchawką 

przytkniętą do ucha. Trudno mi było uwierzyć, że on jest dla mnie taki miły po tym moim 

okropnym   postępku.   Wcale   nie   było   tak,   jakby   minęło   już   dwadzieścia   dni.   Było   tak, 

jakbyśmy nadal stali przed moją klatką schodową, kiedy padał śnieg i białe płatki odznaczały 

się  na ciemnej  czuprynie  Michaela,  a Lars  wściekał  się pod drzwiami,  bo nie mogliśmy 

przestać się całować, a on marzł i chciał już wejść do środka.

W   głowie   mi   się   nie   mieściło,   że   mogłam   w   ogóle   pomyśleć,   że   Michael   mógł 

zakochać się w jakiejś surferce z Florydy o różnokolorowych oczach. To znaczy nadal nie 

byłam do końca pewna, czy on jest we mnie zakochany, czy nie. Ale byłam całkiem pewna, 

że mnie LUBI.

I właśnie wtedy, o trzeciej rano, kiedy siedziałam sama w swojej książęcej sypialni w 

Genowii, to mi zupełnie wystarczało.

Potem zapytałam go o jego urodziny, a on mi powiedział, że poszli do Red Lobster, a 

Lilly dostała alergii na koktajl z krewetek i musieli skrócić obiad i lecieć na ostry dyżur, bo 

Lilly  spuchła  jak Violet  w  Karolu i  fabryce czekolady, i  że teraz  musi  nosić  przy sobie 

strzykawkę z adrenaliną na wypadek, gdyby kiedykolwiek jeszcze przez niedopatrzenie zjadła 

background image

owoce   morza.   I   że   rodzice   kupili   Michaelowi   nowego   laptopa   z   okazji   jego   przyszłych 

studiów uniwersyteckich, i że kiedy wróci do Nowego Jorku, będzie się zastanawiał  nad 

założeniem  zespołu muzycznego, bo ma  kłopoty ze znalezieniem sponsorów dla swojego 

webzina „Crackhead”, odkąd wygłosił na nim expose na temat Windowsów - że są do bani, a 

on używa wyłącznie Linuxa.

Najwyraźniej wielu byłych subskrybentów „Crackhead” boi się gniewu Billa Gatesa i 

jego popleczników.

Byłam taka szczęśliwa, słuchając głosu Michaela, że nawet nie zauważyłam, która to 

godzina i jak bardzo zaczyna mi się chcieć spać, dopóki on nie powiedział:

- Hej, czy u ciebie nie jest teraz jakaś, zaraz... czwarta rano? Bo do tej pory zrobiła się 

już czwarta. Mnie jednak było wszystko jedno, bo byłam taka szczęśliwa, że mogę z nim 

porozmawiać.

- Tak - odparłam sennie.

- No to lepiej wskakuj do łóżka - powiedział Michael. - Chyba że możesz dzisiaj 

pospać dłużej. Ale założę się, że od rana masz pełen grafik, mam rację?

-   Och   -   odparłam,   nadal   zagubiona   w   -   tej   rapsodii,   jaką   brzmiał   dla   mnie   głos 

Michaela. - Mam tylko ceremonię przecinania wstęgi w szpitalu. I lunch z Genowiańskim 

Towarzystwem   Historycznym.   A   potem   zwiedzanie   genowiańskiego   zoo.   I   kolację   z 

ministrem kultury i jego żoną.

- O mój Boże - powiedział Michael przerażonym głosem. - Czy ty codziennie tak 

musisz?

- Yhm - potwierdziłam, żałując, że nie ma  mnie tam razem z nim, żebym  mogła 

popatrzeć zakochanym wzrokiem w śliczne brązowe oczy, słuchając uroczego, głębokiego 

głosu i w ten sposób przekonać się, czy on mnie kocha, skoro to był, według Tiny, jedyny 

sposób, żeby się przekonać, jak to jest z chłopakami.

- Mia... - powiedział nieco naglącym tonem. - Lepiej się trochę prześpij. Masz przed 

sobą kolejny przeładowany dzień.

- Dobrze - odparłam radośnie.

- Mówię serio, Mia - powtórzył. Czasami potrafi być taki władczy, zupełnie jak Bestia 

w  Pięknej i Bestii, moim ukochanym filmie wszech czasów. Albo tak mnie rozstawiać po 

kątach jak Patrick Swayze  rozstawiał Baby w  Wirującym  seksie. To bardzo przyjemne.  - 

Odłóż słuchawkę i kładź się do łóżka.

- Ty odłóż pierwszy - powiedziałam.

Niestety,  od razu przestał być  władczy.  Zamiast  tego zaczął  mówić  głosem, który 

background image

wcześniej słyszałam u niego tylko raz, a działo się to na schodach przed domem mojej mamy 

w wieczór Bezwyznaniowego Balu Zimowego, kiedy się tak długo całowaliśmy.

Co, prawdę mówiąc, jeszcze bardziej na mnie podziałało niż rozstawianie po kątach.

- Nie - powiedział. - Ty odłóż pierwsza.

- Nie - odparłam, a nogi mi miękły. - Ty odłóż.

- Nie - powtórzył. - Ty.

- Oboje odkładać mi te słuchawki! - powiedziała Lilly niegrzecznym tonem, włączając 

się z drugiej linii. - Muszę zadzwonić do Borysa, zanim zadziała jego wieczorna tabletka 

nasenna.

Więc oboje bardzo prędko powiedzieliśmy dobranoc i rozłączyliśmy się. Ale jestem 

niemal pewna, że Michael powiedziałby mi, że mnie kocha, gdyby Lilly nie wisiała na linii.

Dziesięć dni zanim znów go zobaczę. Nie mogę się DOCZEKAĆ!!!!!!!

Piątek, 9 stycznia

Rozkład książęcych zajęć

13.00 - 15.00

Lunch z Genowiańskim Towarzystwem Historycznym

Grandmére   potrafi   być   okropnie   wredna.   Poważnie.   Wyobraźcie   sobie,   że   mnie 

uszczypnęła   tylko   dlatego,   że   myślała,   że   na   parę   sekund   zasnęłam   podczas   lunchu! 

Przysięgam, będę miała siniaka. Dobrze, że nie mam czasu chodzić na plażę, bo gdybym się 

opalała i ktoś zobaczyłby ślad, jaki mi zostawiła, pewnie zadzwoniłby do Genowiańskiego 

Towarzystwa Opieki nad Dziećmi, czy czegoś takiego.

W dodatku wcale nie spałam. Tylko dałam oczom przez moment odpocząć.

Grandmére   mówi,   że   to   bezmyślność   ze   strony   TEGO   CHŁOPAKA,   żeby   mnie 

przetrzymywać do tak późnej pory, szepcząc mi do ucha słodkości. Mówi, że książę René 

nigdy by nie potraktował żadnej swojej dziewczyny tak beztrosko.

Poinformowałam ją bardzo stanowczo, że w gruncie rzeczy Michael KAZAŁ mi iść 

spać, bo bardzo o mnie dba, i że to JA przedłużałam rozmowę. I że wcale nie szeptaliśmy 

sobie do uszu słodkości, tylko prowadziliśmy poważną dyskusję na temat sztuki i literatury 

oraz monopolu Billa Gatesa w przemyśle sofware'owym.

Na co Grandmére odparła:

- Pfuit!

Ale widać, że jest totalnie zazdrosna, bo sama chciałaby mieć chłopaka, który jest taki 

mądry   i   myślący   jak   mój.   Ale   to   się   nigdy   nie   zdarzy,   bo   Grandmére   jest   za   wredna, 

background image

pomijając już to, co sobie robi z brwiami. Chłopcy lubią dziewczyny, które mają prawdziwe 

brwi, a nie namalowane.

Dziewięć dni, zanim znajdę się w ramionach ukochanego.

Sobota, 10 stycznia,

książęca sypialnia w Genowii

Jestem taka podekscytowana! Tina, nie mogąc dołączyć do swojej rodziny na stoku 

narciarskim, cały dzień spędziła w kafejce internetowej  w Aspen, sprawdzając horoskopy 

wszystkich swoich przyjaciół. Wczoraj mi przefaksowała horoskopy dla mnie i dla Michaela! 

Wklejam je tutaj do mojego terminarza spotkań, żeby ich nie zgubić. Tak się zgadzają z 

prawdą, że aż mi ciarki chodzą po plecach.

Michael - data urodzenia: 5 stycznia

Koziorożec to przywódca wszystkich znaków ziemskich. Oto siła 

stabilizacji,   jeden   z   najpracowitszych   znaków   Zodiaku.   Koziorożec 
jest   obdarzony   wielką   zdolnością   koncentracji,   ale   nie   w   sensie 

egoistycznym. Osoby spod tego znaku znajdują o wiele więcej pewności 
siebie   w   tym,   co   robią,   niż   w   tym,   jakie   są.   Koziorożec   potrafi 

bardzo wiele osiągnąć! Jednak pozbawiony jest równowagi w działaniu. 
Może stać się zbyt surowy i za bardzo się skupić na osiągnięciach. 

Wtedy   zapomina   o   małych   radościach,   jakie   niesie   życie.   Kiedy 
Koziorożec   wreszcie   się   zrelaksuje   i   zacznie   cieszyć   życiem, 

wychodzą   na   jaw   jego   przeurocze   skrywane   cechy.   Nikt   nie   jest 
obdarzony przyjemniejszym poczuciem humoru niż Koziorożec. Och, żeby 

tylko pozwolił nam się pławić w cieple swojego uśmiechu!

Mia - data urodzenia: 1 maja

Pozostający   pod   władzą   pełnej   miłości   Wenus   Byk   odznacza   się 

wielką   emocjonalną   głębią.   Przyjaciele   i   ukochani   mogą   polegać   na 

jego   cieple   i   uczuciowej   dostępności.   Byk   reprezentuje   stałość, 
lojalność i cierpliwość. Skupiony na sprawach ziemskich, może stać 

się zbyt sztywny i bać się ponosić konieczne w życiu ryzyko. Czasami 
Bykowi   zdarza   się   utknąć   po   uszy   w   kłopotach.   Może   nie   chcieć 

spróbować   wykorzystać   całego   swojego   potencjału   i   stawić   czoło 
wyzwaniu.   Czy   jest   uparty?   Bardzo!   Byk   umie   zawsze   postawić   na 

swoim. Energia jin tego znaku staje się czasem zbyt silna, a wtedy 
Byk   potrafi   być   bardzo,   bardzo   bierny.   Jednak   nie   można   wymarzyć 

background image

sobie lepszego kochanka czy bardziej lojalnego przyjaciela.

Michael + Mia

Te   dwa   pełne   odwagi,   ambitne   ziemskie   znaki   wydają   się   dla 

siebie   stworzone.   Oboje   cenią   sobie   karierę   i   łączy   ich   głębokie 

umiłowanie   piękna  i   rzeczy  trwałych,   klasycznie  solidnych.   Ironia, 
jaką   obdarzony   jest   Koziorożec,   potrafi   oczarować   Byka,   natomiast 

niezwykła zmysłowość Byka odrywa Koziorożca od jego obsesji na tle 
kariery. Lubią ze sobą rozmawiać i świetnie się dogadują. Zwierzają 

się   sobie,   a   jedno   jest   w   stanie   obiecać,   że   nigdy   drugiego   nie 
zrani, ani nie zawiedzie. Mogą stworzyć idealną parę.

Widzicie? Jesteśmy dla siebie stworzeni! Ale niezwykła zmysłowość? U MNIE? Hm, 

nie wydaje mi się.

A jednak... jestem taka szczęśliwa! Cudownie! Lepiej niż idealnie już być nie może!

Niedziela, 11 stycznia

Rozkład książęcych zajęć

9.00 - 10.00

Msza w genowiańskiej kaplicy pałacowej

O mój Boże, jestem dziewczyną Michaela zaledwie od dwudziestu czterech dni, a już 

jestem   w   tym   do   niczego.   To   znaczy   w   byciu   jego   dziewczyną.   Nie   umiem   się   nawet 

zdecydować,  co mu  dać na urodziny.  Jest miłością  mojego życia,  powodem,  dla którego 

chodzę po tej ziemi. Można by oczekiwać, że będę wiedziała, co facetowi podarować.

Ale nie. Nie mam zielonego pojęcia.

Tina mówi, że jedyną rzeczą, którą możesz dać chłopakowi, z którym oficjalnie nie 

chodziłaś jeszcze przez cały miesiąc, jest sweter. I mówi, że to już i tak naciąganie struny, 

skoro Michael i ja nawet nie byliśmy jeszcze razem na oficjalnej randce - więc, technicznie 

rzecz biorąc, jak można powiedzieć, że ze sobą chodzimy?

No ale SWETER? To takie nieromantyczne. Taki prezent dałabym swojemu tacie - 

gdyby   rozpaczliwie   nie   potrzebował   poradników   na   temat   radzenia   sobie   ze   złością,   bo 

właśnie to sprezentowałam mu pod choinkę. Z całą pewnością kupiłabym sweter dla swojego 

ojczyma.

Ale dla CHŁOPAKA?

Trochę się zdziwiłam, że Tina mogła zasugerować coś tak banalnego, jako że na ogół 

w naszej małej grupce pełni rolę specjalisty od spraw romansowych. Ale Tina twierdzi, że 

background image

zasady   rządzące   wyborem   prezentów   dla   chłopców   są   w   gruncie   rzeczy   bardzo   surowe. 

Mama jej te zasady wyłożyła.  Mama Tiny była kiedyś  modelką, obracała się w bogatym 

międzynarodowym  towarzystwie i umawiała się z pewnym sułtanem, więc chyba wie, co 

mówi.   Zasady   dotyczące   prezentów   dla   facetów,   według   pani   Hakim   Baba,   wyglądają 

następująco:

Czas chodzenia ze sobą 

Odpowiedni prezent

1 - 4 miesiące 

sweter

5 - 8 miesięcy 

woda kolońska

9 - 12 miesięcy 

zapalniczka

1

1 rok i dłużej 

zegarek

Ale  to i  tak  lepiej  wygląda  niż  lista   prezentów  odpowiednich  dla  chłopaka,  którą 

Grandmére przedstawiła mi wczoraj, kiedy wspomniałam jej o moim straszliwym faux pas, 

czyli zapomnieniu o urodzinach Michaela. Oto jej lista:

Czas chodzenia ze sobą 

Odpowiedni prezent

1 - 4 miesiące 

słodycze

5 - 8 miesięcy

książka

9 - 12 miesięcy

lniana chusteczka do nosa

1 rok i dłużej rękawiczki

Chusteczki   do   nosa?   Kto   jeszcze   daje   komuś   w   prezencie   chusteczki   do   nosa? 

Chusteczki do nosa są kompletnie niehigieniczne.

A słodycze? Dla FACETA???

Ale Grandmére twierdzi, że w przypadku dziewczyn i chłopaków obowiązują te same 

reguły. Michaelowi też nie wolno podarować mi na urodziny niczego poza słodyczami albo 

ewentualnie kwiatami!

W sumie myślę, że wolę już listę pani Hakim Baba.

A jednak cała ta kwestia z dawaniem prezentów jest okropnie trudna! Każdy mówi ci 

coś   innego.   Na   przykład,   wczoraj   wieczorem   zadzwoniłam   do   mamy   i   spytałam   ją,   co 

powinnam dać Michaelowi, a mama powiedziała, że srebrne jedwabne bokserki.

1

  Pani Hakim Baba mówi, że dla niepalącego można ją zastąpić kieszonkowym  scyzorykiem albo 

piersiówką   na   brandy.   Bzdura.   Jakbym   kiedykolwiek   zamierzała   umawiać   się   z   palaczem,   pijakiem   albo 
facetem, który chodzi po świecie z nożem w kieszeni. Ojojoj, randka marzeń!

background image

Ale ja przecież nie mogę dać Michaelowi BIELIZNY!!!!!!! Wolałabym, żeby mama 

się   pospieszyła   i   wreszcie   urodziła   to   dziecko,   bo   wtedy   przestanie   zachowywać   się   tak 

dziwnie. W obecnym stanie braku równowagi hormonalnej do niczego mi się nie przydaje.

Z czystej desperacji zadzwoniłam do taty i spytałam, co powinnam dać Michaelowi, a 

tata   stwierdził,   że   pióro   wieczne,   żeby   Michael   mógł   do   mnie   pisywać,   kiedy   będę   w 

Genowii,   bo   wtedy   nie   będę   do   niego   przez   cały   czas   wydzwaniała   i   rujnowała   skarbu 

państwa Genowii.

I co jeszcze, tato? Jakby w dzisiejszych czasach ktoś jeszcze pisał piórem wiecznym.

W dodatku w Genowii będę spędzać wyłącznie Boże Narodzenie i letnie wakacje, 

zgodnie z umową, którą spisaliśmy we wrześniu.

Pióro wieczne. Akurat. Czy jestem jedyną osobą w tej rodzinie, która ma w sobie 

odrobinę romantyzmu?

Ups, muszę przestać pisać. Ojciec Christoff patrzy w moją stronę. Ale to jego własna 

wina.   Nie   pisałabym   pamiętnika   podczas   mszy,   gdyby   jego   kazania   były   choć   trochę 

inspirujące. Albo przynajmniej wygłaszane po angielsku.

12.00 - 14.00

Lunch z dyrektorem

Książęcej Genowiańskiej Opery

i czołową mezzosopranistką

Myślałam, że to JA wybrzydzam przy jedzeniu, ale okazuje się, że mezzosopranistki 

są o wiele bardziej wybredne niż księżniczki.

Mimo zaaplikowania pasty do zębów wczoraj przed pójściem do łóżka mój pryszcz 

urósł do niebotycznych rozmiarów.

15.00 - 17.00

Spotkanie z Genowiańskim Stowarzyszeniem

Właścicieli Nieruchomości

Można   by   pomyśleć,   że   przynajmniej   Stowarzyszenie   Właścicieli   Nieruchomości 

będzie po mojej stronie w kwestii parko - metrów. Przecież w końcu to przed ICH domami 

ciągle parkują turyści. Wydawałoby się, że będą chcieli uzyskać nieco więcej funduszy na 

naprawy chodników. Ale NIEEE.

Przysięgam, nie wiem, jak tata znosi to na co dzień. Naprawdę nie mam pojęcia.

background image

17.00 - 22.00

Oficjalna kolacja z ambasadorem Genowii w Chile i jego żoną

Wielka afera związana z tym, że René

 „pożyczył sobie” kabriolet porsche ambasadora 

- i żonę ambasadora - i skoczył po deserze do Monte Carlo. Parę uciekinierów znaleziono 

wreszcie przy grze w tenisa na pałacowych kortach.

Niestety, to był tenis rozbierany.

Za osiem dni znów go zobaczę. O radości! O szczęście!

Poniedziałek, 12 stycznia, 1.00 w nocy,

książęca sypialnia w Genowii

Właśnie   skończyłam   rozmowę   z   Michaelem.   MUSIAŁAM   do   niego   zadzwonić. 

Właściwie nie miałam wyboru. Musiałam się dowiedzieć, co chce dostać na urodziny. Wiem, 

że to oszustwo - PYTAĆ kogoś, co chce dostać - ale naprawdę nie mam pojęcia, co mu kupić. 

Oczywiście, gdybym  była taką Kate Bosworth, na pewno już dawno znalazłabym idealny 

prezent, na przykład czarującą bransoletkę przyjaźni, którą sama uplotłabym z wodorostów, 

czy coś takiego.

Ale nie jestem Kate Bosworth. Nawet nie wiem, jak się plecie bransoletki. O MÓJ 

BOŻE,   JA   NAWET   NIE   WIEM,   JAK   SIĘ   PLECIE   BRANSOLETKI   Z 

WODOROSTÓW!!!!!!!!!!!

MUSZĘ znaleźć dla niego coś NAPRAWDĘ odpowiedniego, skoro już zapomniałam 

- o jego urodzinach. No i dochodzi jeszcze to, że wylądował z księżniczką, dziwolągiem i 

beztalenciem, zamiast chodzić z jakąś atrakcyjną dziewczyną w typie Kate Bosworth, która 

potrafiłaby surfować i pleść bransoletki, i osiągnęłaby samorealizację, a poza tym nigdy by 

nie dostawała pryszczy i tak dalej. Muszę dać mu coś tak wspaniałego, że zapomni, że jestem 

tylko niepotrafiącą surfować, obgryzającą paznokcie pierwszoklasistką, której przytrafiło się 

urodzić w książęcej rodzinie.

Oczywiście   Michael   mówi,   że   nie   chce   nic   dostawać,   że   tylko   mnie   potrzebuje 

(gdybym   mogła   w   to   uwierzyć!!!!!!!!!),   i   że   zobaczy   mnie   za   osiem   dni,   i   że   to   jest 

najpiękniejszy prezent, jaki mógłby od kogokolwiek dostać.

To chyba wskazuje, że istotnie może być we mnie zakochany, a nie kochać mnie jak 

jakiegoś przyjaciela. Będę, rzecz jasna, musiała naradzić się z Tiną i przekonać się, co ona na 

to powie, ale osobiście stwierdzam, że w tym przypadku wskazówka pokazała na TAK!

Oczywiście, on tylko tak mówi. To znaczy o tym, że nie chce żadnego prezentu na 

urodziny. Muszę mu COS kupić. Coś naprawdę fajnego. Tylko co?

background image

W każdym razie naprawdę miałam powód, żeby do niego zadzwonić. Nie zrobiłam 

tego tylko dlatego, że chciałam usłyszeć jego głos. Jeszcze tak mnie nie pogięło.

No dobra, może i pogięło. Co na to poradzę? Kocham się przecież w Michaelu chyba 

od   zawsze.   Uwielbiam   sposób,   w   jaki   wymawia   moje   imię.   Uwielbiam,   jak   się   śmieje. 

Uwielbiam, kiedy mnie pyta o zdanie, jakby naprawdę go obchodziło, co myślę (Bóg jeden 

wie, że nikt z mojego otoczenia tak mnie nie traktu - ' je. No bo niech tylko poddam jakiś 

pomysł  - na przykład, że można by oszczędzić wodę, wyłączając w nocy fontannę przed 

pałacem, kiedy i tak nikogo nie ma w pobliżu - a wszyscy zaczynają się zachowywać, jakby 

jedna ze zbroi z Wielkiej Sieni zaczęła gadać).

No cóż, nie wszyscy, bo mój tata jest inny. Ale ja go tutaj w Genowii widuję jeszcze 

rzadziej niż w domu, bo jest zajęty posiedzeniami parlamentu, prowadzeniem swojego jachtu 

w różnych regatach i włóczeniem się po okolicy z Miss Republiki Czech.

Nieważne.   Lubię   rozmawiać   z   Michaelem.   Czy   to   źle?   W   końcu   on   JEST   moim 

chłopakiem.

Gdybym   tylko   była   go   bardziej   warta!   To   znaczy,   biorąc   pod   uwagę,   że   nie 

pamiętałam   o   jego  urodzinach,   że   nie   jestem   w   stanie   wymyślić,   co   mu   kupić,   i  że   tak 

naprawdę w niczym nie jestem dobra, i wszystko, co on sobą reprezentuje, to cud boski, że w 

ogóle się mną zainteresował!

Właśnie mówiliśmy sobie bardzo miłe do widzenia po absolutnie uroczej rozmowie na 

temat Genowiańskiego Stowarzyszenia Hodowców Oliwek i zespołu, który Michael próbuje 

założyć   (on   jest   taki   utalentowany!),   i   czy   „Frontalna   Lobotomia”   będzie   zniechęcającą 

nazwą dla zespołu, i właśnie zbierałam się na odwagę, żeby mu powiedzieć: „tęsknię za tobą” 

albo „kocham cię”, zostawiając mu w ten sposób wolną drogę, żeby mógł  odpowiedzieć 

czymś podobnym i w ten sposób raz na zawsze rozwiązać dylemat: czy on mnie kocha jak 

przyjaciela, czy jest we mnie zakochany, kiedy usłyszałam w tle głos Lilly, która domagała 

się rozmowy ze mną.

- Odwal się - powiedział Michael, ale Lilly nadal wrzeszczała:

- Ja muszę z nią pomówić, właśnie sobie przypomniałam, że muszę ją o coś zapytać!

Wtedy Michael powiedział:

- Ale nie mów jej O TYM.

A mnie serce zadrżało, bo pomyślałam, że Lilly nagle sofcie przypomniała, że mimo 

wszystko Michael spotyka się za moimi plecami z jakąś dziewczyną o imieniu Annę Marie. 

Zanim zdążyłam powiedzieć chociaż słowo, Lilly wyrwała mu słuchawkę (usłyszałam, że 

Michael jęknął, chyba z bólu, widocznie musiała go kopnąć czy coś) i natychmiast zaczęła:

background image

- O mój Boże, zapomniałam cię spytać. Widziałaś to?

- Lilly... - rzekłam z wyrzutem, bo nawet z odległości kilkunastu tysięcy kilometrów 

mogłam poczuć, jak Michaela zabolało. Lilly mocno kopie! Wiem, bo w ciągu dziesięciu lat 

przyjaźni oberwało mi się od niej parę kopniaków. - Rozumiem, że przywykłaś mieć mnie 

tylko dla siebie, ale będziesz musiała nauczyć się mną dzielić ze swoim bratem. I nawet jeśli 

to oznacza, że będziemy musiały wyznaczyć naszej przyjaźni pewne granice, wydaje mi się, 

że trzeba je będzie ustalić. Nie wolno ci tak wyskakiwać spod ziemi i wyrywać Michaelowi 

słuchawki z ręki, kiedy może mieć mi coś bardzo ważnego do po...

- Przestań wreszcie gadać o tym moim świętym bracie. WIDZIAŁAŚ TO?

- Co miałam widzieć? O czym ty mówisz? - Pomyślałam sobie, że może znów ktoś 

usiłował wskoczyć na wybieg niedźwiedzia polarnego w zoo w Central Parku.

- Och, tylko o filmie - odparła Lilly. - Opartym na twojej biografii. Tym, który dali w 

telewizji wczoraj wieczorem. A może nie słyszałaś, że historia twojego życia leciała jako film 

tygodnia?

Nie zdziwiłam się zbytnio, słysząc te słowa. Już mnie ostrzegano, że powstaje film 

oparty na mojej biografii. Ale biuro prasowe pałacu zapewniało mnie, że film nie zostanie 

wyemitowany przed festiwalami, które odbywają się w lutym. Chyba zrobiono nas w konia.

Nieważne. Już i tak w obiegu są cztery moje nieautoryzowane biografie. Jedna trafiła 

nawet na moment na listę bestsellerów. Przeczytałam ją. Nie była wcale dobra. Ale może to 

tylko dlatego, że wiedziałam, czym to się wszystko skończyło.

- No i? - spytałam. Byłam trochę wściekła na Lilly. No bo jak to, odepchnęła Michaela 

od telefonu, żeby mi opowiadać o jakimś durnym filmidle?

- O filmie mówię - ciągnęła. - O twoim życiu. Przedstawiono cię jako osobę nieśmiałą 

i niezręczną.

- JESTEM nieśmiała i niezręczna - przypomniałam jej.

- Pokazali twoją babkę jako uosobienie troski i osobę pełną współczucia dla twojego 

trudnego losu - dodała Lilly. - Wyjątkowo bezczelne zniekształcanie faktów. Wszędzie tego 

pełno   od   czasu,   kiedy   w   Zakochanym   Szekspirze   usiłowano   przedstawić   Barda   jako 

seksownego chłopaka z sześciopakiem piwa i pełnym uzębieniem.

- To okropne - powiedziałam. - A czy teraz mogę dokończyć rozmowę z Michaelem? 

Bardzo proszę.

- Nawet nie zapytałaś, jak przedstawili mnie - rzuciła Lilly oskarżycielskim tonem. - 

Twoją najlepszą przyjaciółkę.

- No więc, jak cię przedstawili, Lilly? - spytałam, patrząc na wielki ozdobny zegar na 

background image

szczycie marmurowego gzymsu nad kominkiem. - I pośpiesz się, proszę, bo dokładnie za 

siedem godzin mam śniadanie, a potem przejażdżkę konną z Genowiańskim Towarzystwem 

Hippicznym.

- Pokazali mnie jako osobę, która bynajmniej cię nie wspierała w trudach związanych 

z podjęciem książęcej roli! - Lilly prawie wrzeszczała w słuchawkę. - Wymyślili, że zaraz po 

tym, jak sobie głupio obcięłaś włosy, zaczęłam ci dokuczać, że jesteś płytka i starasz się 

nadążyć za modą!

- Taa - mruknęłam, czekając, aż dotrze do sedna swojej tyrady. Bo rzeczywiście, Lilly 

nie wspierała mnie zanadto ani w kwestii uczesania, ani w kwestii książęcej roli.

Ale okazało się, że ona już dotarła do sedna swojej tyrady.

-   Ja   cię   nigdy   nie   wspierałam   w   obowiązkach   księżniczki?!   -   wrzeszczała   do 

słuchawki, zmuszając mnie, żebym odsunęła ją od głowy w celu uchronienia bębenka przed 

uszkodzeniem. - Przez cały ten czas byłam pierwszą i jedyną osobą, która cię wspierała!

To była taka oczywista nieprawda, że w pierwszej chwili pomyślałam, że Lilly sobie 

żartuje,   i   zaczęłam   się   śmiać.   Ale   kiedy   przyjęła   mój   wybuch   śmiechu   lodowatym 

milczeniem, zdałam sobie sprawę, że ona mówiła całkiem poważnie. Najwyraźniej Lilly jest 

obdarzona   jedną   z   tych   wybiórczych   pamięci,   które   pozwalają   człowiekowi   pamiętać 

wszystkie dobre uczynki, ale żadnych złych. Trochę tak jak politycy.

Bo   przecież,   gdyby   było   prawdą,   że   tak   dzielnie   mnie   wspierała,   nigdy   nie 

zaprzyjaźniłabym   się   z   Tiną   Hakim   Baba,   z   którą   zaczęłam   siadać   podczas   lunchu   w 

październiku tylko dlatego, że Lilly przestała się do mnie odzywać ze względu na ten cały 

numer z książęcym pochodzeniem.

- Mam nadzieję - warknęła Lilly - że śmiejesz się na samą myśl, że ktoś wpadł na 

pomysł, że mogłabym kiedykolwiek nie być wobec ciebie w pełni lojalną przyjaciółką, Mia. 

Wiem, że zdarzały się lepsze i gorsze chwile, ale jeśli kiedykolwiek byłam wobec ciebie 

twarda, to tylko wtedy, kiedy miałam wrażenie, że sama nie jesteś wobec siebie uczciwa.

- Hm - mruknęłam. - W porządku.

- Mam zamiar napisać list - ciągnęła Lilly - do studia, które wyprodukowało tego 

kłamliwego   gniotą,   i   zażądać   pisemnych   przeprosin   za   nieodpowiedzialny   wydźwięk 

scenariusza. A jeśli mi nie odpiszą i nie opublikują tego listu na całej stronie w „Variety”, 

wytoczę im proces. Nic mnie nie obchodzi, że sprawa pewnie się oprze o Sąd Najwyższy. Te 

typki   z   Hollywood   uważają,   że   mogą   filmować   wszystko,   co   im   przyjdzie   do   łbów,   a 

publiczność i tak im będzie jadła z ręki. No cóż, może w przypadku klasy robotniczej to jest 

prawda, ale JA zamierzam walczyć o uczciwe przedstawianie prawdziwych ludzi i wydarzeń. 

background image

Człowiek MNIE nie powstrzyma!

Spytałam, jaki człowiek, bo wydawało mi się, że miała na myśli reżysera czy kogoś 

takiego,   ale   ona   zaczęła   tylko   wrzeszczeć:   „No,   człowiek!   Człowiek!”,   jakbym   była 

niedorozwinięta umysłowo.

A wtedy Michael dorwał się znów do telefonu i wyjaśnił mi, że „człowiek” to figura 

stylistyczna,   aluzja   odnosząca   się   do   władzy,   i   że   w   podobny   sposób   jak   freudyści   za 

wszystko   obarczają   winą   „matkę”,   muzycy   bluesowi   w   całej   historii   tego   gatunku 

muzycznego przypisywali swoje cierpienia „człowiekowi”. Zgodnie z tradycją, poinformował 

mnie, „człowiek” to zwykle mężczyzna białej rasy, odnoszący sukcesy finansowe, w średnim 

wieku i cieszący się pozycją dającą mu znaczną władzę nad innymi ludźmi.

Zastanawialiśmy   się   nad   nazwaniem   zespołu   Michaela   „Człowiek”,   ale   w   końcu 

zrezygnowaliśmy ze względu na lekko mizoginistyczny wydźwięk takiej nazwy.

Dopiero   za   siedem   dni   znów   znajdę   się   w   ramionach   Michaela.   Och,   gdybyż   te 

godziny mogły przefrunąć prędko jak gołębica o chyżych skrzydłach!

Właśnie zdałam sobie z tego sprawę - „człowiek” Michaela brzmi zupełnie jak opis 

mojego taty! Chociaż wątpię, żeby ci wszyscy muzycy bluesowi mówili o księciu Genowii. O 

ile się orientuję, tata nawet nie był nigdy w Memphis.

Poniedziałek, 12 stycznia

Rozkład książęcych zajęć

20.00 - 24.00

Filharmonia Księstwa Genowii

Ile   razy   zaczyna   mi   się   wydawać,   że   rzeczy   zaczną   się   toczyć   zgodnie   z   moimi 

oczekiwaniami, zawsze zdarza się coś, co te oczekiwania rujnuje.

I zwykle macza w tym palce Grandmére.

Chyba musiała się zorientować, że przez całą noc gadałam z Michaelem, bo dziś znów 

byłam   strasznie   niewyspana.   No   więc   dziś   rano,   między   moją   przejażdżką   konną   z 

Towarzystwem   Hippicznym   a   spotkaniem   ze   Stowarzyszeniem   Rozwoju   Przestrzennego 

Wybrzeża   Genowii,   Grandmére   kazała   mi   usiąść   i   palnęła   mi   kazanie.   Tym   razem   nie 

chodziło   jej   o   odpowiednie   prezenty   urodzinowe   dla   chłopaka.   Zamiast   tego   mówiła   o 

Właściwych Wyborach.

- Wszystko pięknie, Amelio - powiedziała. - Nie mam nic przeciwko temu, żebyś 

lubiła TEGO CHŁOPAKA.

- No, mam nadzieję! - zawołałam ze świętym oburzeniem. - Zwłaszcza że nigdy go nie 

background image

spotkałaś! Co ty w ogóle wiesz o Michaelu? Nic!

Grandmére tylko rzuciła mi złe spojrzenie.

- Niemniej - ciągnęła - wydaje mi się, że niedobrze robisz, pozwalając, by uczucie do 

tego   Michaela   zaślepiło   cię   na   tyle,   że   nie   dostrzegasz   innych,   bardziej   odpowiednich 

kandydatów na księcia małżonka, takich jak...

Przerwałam Grandmére, by jej powiedzieć, że jeśli wymieni imię księcia Williama, 

rzucę się do wody z mostu Dziewic.

Grandmére odparła, żebym nie ośmieszała się bardziej niż zwykle i że i tak nigdy nie 

mogłabym  wyjść  za mąż  za księcia  Williama,  bo on należy do Kościoła  anglikańskiego. 

Istnieją jednak inni, nieskończenie bardziej odpowiedni kandydaci do romantycznych uczuć 

księżniczki z panującego rodu Renaldich niż taki Michael. Dodała, że byłoby jej szalenie 

przykro, gdybym przegapiła możliwość poznania tych innych młodych ludzi tylko dlatego, że 

wydaje   mi   się,   że   jestem   zakochana   w   Michaelu.   Zapewniła   mnie,   że   gdyby   odwrócić 

okoliczności i gdyby to Michael był dziedzicem korony i znacznej fortuny, bardzo wątpi, czy 

byłby mi tak wierny, jak ja jestem wierna jemu.

Bardzo ostro sprzeciwiłam się takiej ocenie charakteru Michaela. Poinformowałam 

Grandmére, że gdyby kiedykolwiek zadała sobie tyle trudu, żeby go poznać, zdałaby sobie 

sprawę, że w każdym aspekcie swojego życia, od pełnienia roli redaktora naczelnego nieco 

teraz   podupadłego   webzinu   „Crackhead”   do   pełnienia   funkcji   skarbnika   Klubu 

Komputerowego - wykazywał się nieposzlakowaną uczciwością i lojalnością. Wyjaśniłam jej 

również, z największą cierpliwością, na jaką mogłam się zdobyć, że boli mnie, kiedy słyszę, 

jak mówi coś złego o człowieku, któremu oddałam swoje serce.

-   Właśnie   w   tym   problem   -   powiedziała   Grandmére,   przewracając   tymi   swoimi 

przerażającymi oczami. - Jesteś zdecydowanie za młoda, żeby komukolwiek oddawać serce. 

Myślę, że to bardzo niemądre, byś w wieku czternastu lat decydowała, z kim chcesz spędzić 

resztę życia. Chyba że chodziłoby o kogoś naprawdę, ale to naprawdę wyjątkowego. Kogoś, 

kogo   i   ja,   i   twój   tata   dobrze   znamy.   BARDZO,   bardzo   dobrze.   Kogoś,   kto,   choćby 

WYDAWAŁ   się   jeszcze   nieco   niedojrzały,   prawdopodobnie   potrzebowałby   jedynie,   aby 

odpowiednia kobieta pomogła mu się ustatkować. Dziewczęta dojrzewają znacznie szybciej 

niż młodzi mężczyźni, Amelio...

Przerwałam   Grandmére,   żeby   ją   poinformować,   że   za   cztery   miesiące   skończę 

piętnaście lat, a poza tym Julia miała czternaście lat, kiedy wyszła za mąż za Romea. Na co 

Grandmére odparła:

- I bardzo pięknie się ten związek zakończył, nie ma co!

background image

Najwyraźniej w świecie Grandmére nigdy nie była zakochana. Co więcej, w ogóle nie 

potrafi docenić uroku tej romantycznej tragedii.

- W każdym razie - dodała Grandmére - jeśli masz zamiar utrzymać przy sobie TEGO 

CHŁOPAKA, fatalnie zabierasz się do rzeczy.

Pomyślałam sobie, że to naprawdę strasznie dołujące, żeby Grandmére sugerowała mi, 

że   mając   prawdziwego   chłopaka   od   zaledwie   dwudziestu   pięciu   dni,   w   ciągu   których 

rozmawiałam z nim przez telefon dokładnie trzy razy, już znalazłam się w niebezpieczeństwie 

jego utraty na rzecz jakiejś dziewczyny o różnokolorowych oczach. Powiedziałam jej to.

- No cóż,  Amelio,   przykro   mi   - odparła   Grandmére.   - Ale  jeśli   naprawdę chcesz 

utrzymać przy sobie tego młodego mężczyznę, to nie mogę powiedzieć, żebyś zabierała się do 

tego jak należy.

Przysięgam, że nie wiem, co mnie w tym momencie opętało. Ale chyba właśnie w 

tamtej chwili całe napięcie, które we mnie narastało - sprawa z parkometrami, tęsknota za 

Michaelem i mamą, i Grubym Louie, problem z tym, co mam mówić do księcia Williama, 

mój pryszcz - wszystko to się przelało i usłyszałam, jak wyrzucam z siebie:

- Oczywiście, że chcę go przy sobie utrzymać! Ale jak ja mam to osiągnąć, skoro 

jestem pozbawioną poczucia samorealizacji, talentów, biustu, w niczym niepodobną do Kate 

Bosworth księżniczką - DZIWOLĄGIEM???

Grandmére zrobiła taką minę, jakby zaskoczył ją mój wybuch. Wydawało się, że nie 

wie,   do   której   sprawy  odnieść   się   najpierw   -   mojego   braku   uzdolnień   czy   braku   biustu. 

Wreszcie zdecydowała się powiedzieć:

- Mogłabyś zacząć od tego, że nie będziesz wisiała na telefonie, gadając z nim do 

wczesnych   godzin   rannych.   Nie   zostawiasz   mu   cienia   wątpliwości   co   do   twojego 

zaangażowania.

- Oczywiście, że nie - odparłam zdumiona. - Dlaczego miałabym to robić? Przecież ja 

go kocham!

- Ale nie musisz mu o tym mówić! - Grandmére wyglądała, jakby miała ochotę cisnąć 

we mnie kieliszkiem swojego przedpołudniowego sidecara. - Czy ty jesteś kompletną idiotką? 

NIGDY nie pozwalaj mężczyźnie być pewnym twoich uczuć! Początkowo szło ci tak dobrze, 

kiedy zapomniałaś  o jego urodzinach. Ale teraz  wszystko  psujesz, bez przerwy do niego 

wydzwaniając.   Jeśli   TEN   CHŁOPAK   zorientuje   się,   co   do   niego   naprawdę   czujesz, 

przestanie o ciebie zabiegać.

- Ale Grandmére... - Byłam nieco zagubiona. - Przecież wyszłaś za mąż za dziadka. 

Na pewno musiał się zorientować, że go kochasz, skoro zgodziłaś się wyjść za niego.

background image

- Za Grandpere, Mia, bardzo cię proszę, nie za „dziadka”. Wy Amerykanie upieracie 

się przy takich wulgarnych określeniach... - Pociągnęła nosem i zrobiła urażoną minę. - Twój 

Grandpere z całą pewnością nie „orientował się”, jakie uczucia żywię do niego. Zadbałam o 

to, by żył w przekonaniu, że wyszłam za niego dla pieniędzy i tytułu. A chyba nie muszę ci 

przypominać, że spędziliśmy potem ze sobą czterdzieści lat w niezmąconym szczęściu. I to 

bez osobnych sypialni - dodała nieco złośliwym tonem - w przeciwieństwie do kilku innych 

królewskich par, które mogłabym wymienić.

- Zaczekaj chwilę... - Gapiłam się na nią oszołomiona. - Przez czterdzieści lat spałaś w 

jednym łóżku z Grandpere, ale ani razu nie powiedziałaś mu, że go kochasz?

Grandmére dopiła resztkę sidecara i czułym gestem pogłaskała Rommla po łebku. Od 

czasu   powrotu   do   Genowii   i   zdiagnozowania   u   Rommla   obsesyjno   -   kompulsywnego 

zaburzenia   osobowości   jego   futerko   zaczęło   odrastać   po   zastosowaniu   tego   plastikowego 

kołnierza. Cały pokrył się delikatnym puchem, podobnym do puchu na maleńkim kurczątku. 

Ale wcale nie wyglądał dzięki temu mniej obrzydliwie.

- Dokładnie to - powiedziała Grandmére - właśnie usiłuję ci wyjaśnić. Sprawiłam, że 

Grandpere chodził koło mnie na paluszkach, i w dodatku cały czas go to uszczęśliwiało. Jeśli 

chcesz utrzymać przy sobie tego Michaela, sugeruję, żebyś postępowała tak samo. Przestań 

wydzwaniać  do niego co noc. Przestań trzymać  się z dala od innych  chłopców. Przestań 

obsesyjnie rozmyślać, co mu dać na urodziny. To ON powinien obsesyjnie rozmyślać, co ma 

ci kupić, żebyś była nim wciąż zainteresowana, a nie odwrotnie.

- Ale moje urodziny są dopiero w maju! - Nie chciałam jej mówić, że już wymyśliłam, 

co   dać   Michaelowi.   Nie   chciałam   mówić,   bo   w   zasadzie   ukradłam   to   z   magazynu 

genowiańskiego muzeum pałacowego.

Cóż,   nikt   inny   tego   nie   używał,   więc   nie   wiem,   czemu   nie   miałabym   sobie   tego 

zabrać.   W   końcu   jestem   księżniczką   Genowii   i   wszystko   w   tym   muzeum   jest   moje.   A 

przynajmniej należy do rodziny książęcej.

- A kto powiedział, że mężczyzna ma kupować kobiecie prezenty wyłącznie z okazji 

urodzin? - Grandmére patrzyła na mnie takim wzrokiem, jakby poważnie wątpiła, czy należę 

do gatunku homo sapiens. Uniosła nadgarstek. Otaczała go bransoletka, którą bardzo lubi 

nosić, z diamentami  dużymi  jak jednocentowe monety euro. - Dostałam to od Grandpere 

piątego marca, jakieś czterdzieści lat temu. Piąty marca to nie data moich urodzin ani żadne 

inne święto. Grandpere dał mi ją tego dnia wyłącznie dlatego, że uznał, że ta bransoletka jest, 

podobnie jak ja, wyjątkowa. - Znów położyła  dłoń na łebku Rommla. - I w taki właśnie 

sposób, Amelio, mężczyzna powinien traktować ukochaną kobietę.

background image

Biedny Grandpere, pomyślałam. Nie miał zielonego pojęcia, co sobie bierze na głowę, 

kiedy zainteresował się Grandmére, i która w młodości była niezłą laską, zanim wytatuowała 

sobie kreski wokół oczu i zaczęła golić brwi. Jestem pewna, że dziadzio raz na nią spojrzał 

poprzez salę balową, kiedy on był młodym, czarującym następcą tronu, a ona bystrą młodą 

debiutantką, i zamarł jak grafficiarz złapany w krąg świateł policyjnego radiowozu, ani przez 

chwilę nie podejrzewając, jaki los go czeka...

Lata subtelnych gierek i mieszania sidecara w shakerze.

- Nie sądzę, żebym umiała tak postępować, Grandmére - powiedziałam. - To znaczy 

nie chcę, żeby Michael dawał mi diamenty. Chciałabym tylko, żeby mnie zaprosił na swój bal 

maturalny.

- Nie zrobi tego - odparła - jeśli nie będzie podejrzewał, że możesz spotykać się z 

innymi chłopakami.

- Ależ Grandmére! - Byłam oburzona. - Przecież ja z nikim innym nie poszłabym na 

bał maturalny, tylko z Michaelem!

Nie sądziłam, by była jakaś szansa, że kto inny mnie zaprosi, ale czułam, że to nie ma 

tu nic do rzeczy.

- Ale nie musisz mu tego mówić, Amelio - oświadczyła Grandmére surowym tonem. - 

Musisz natomiast podtrzymywać w nim wątpliwość co do stałości twoich uczuć, żeby ciągle 

musiał o ciebie zabiegać. Widzisz, mężczyźni cenią sobie polowanie, a kiedy już dopadną 

zdobyczy, na ogół tracą całe zainteresowanie. Proszę. Przeczytaj to. Ta książka odpowiednio 

zilustruje to, co usiłowałam ci przekazać.

Wyjęła z torby od Gucciego książkę i wręczyła mi ją. Spojrzałam na okładkę.

Dziwne losy Jane Eyre? - Nie wierzyłam własnym oczom. - Widziałam ten film. I 

nie obraź się, ale był okropnie nudny.

- Film! - prychnęła Grandmére. - Przeczytaj książkę, Amelio, i przekonaj się, czy nie 

nauczysz  się z niej  tego  czy owego na  temat  związków,  jakie  powinny łączyć  kobiety i 

mężczyzn.

-   Grandmére...   -   Nie   bardzo   wiedziałam,   jak   jej   powiedzieć,   że   nie   nadąża   za 

współczesnymi czasami. - Moim zdaniem ludzie, którzy chcą się nauczyć, jak mają wyglądać 

związki damsko - męskie, powinni sięgnąć po Mężczyźni są z Marsa, kobiety z Wenus.

- PRZECZYTAJ TO! - wrzasnęła Grandmére tak głośno, że wystraszony Rommel 

uciekł jej z kolan i schował się za donicą z geranium.

Przysięgam, nie wiem, czym sobie zasłużyłam na taką babkę jak moja. Babka Lilly 

totalnie   uwielbia   jej   chłopaka,   Borysa   Pelkowskiego.   Wiecznie   mu   wysyła   plastikowe 

background image

pojemniki z ciastkami i innymi smakołykami. Nie wiem, dlaczego mnie przypadła w udziale 

babka, która próbuje mnie  zmusić  do zerwania z facetem,  z którym  chodzę od zaledwie 

dwudziestu pięciu dni.

Za siedem dni, sześć godzin i czterdzieści dwie minuty zobaczę go znowu.

Wtorek, 13 stycznia

Rozkład książęcych zajęć

8.00 - 10.00

Śniadanie z członkami Genowiańskiego Książęcego

Towarzystwa Szekspirowskiego

Dziwne  losy Jane Eyre  są bardzo nudne - na  razie  nic, tylko  sierocińce,  kiepskie 

fryzury i mnóstwo kaszlu.

10.00 - 16.00

Sesja parlamentu Genowii

Dziwne losy Jane Eyre nieco się rozkręcają - dostała pracę jako guwernantka w domu 

pewnego bardzo bogatego człowieka, pana Rochestera. Pan Rochester jest strasznie władczy, 

bardzo mi przypomina Wolverine'a albo Michaela.

17.00 - 19.00

Herbatka z Grandmére i żoną premiera Francji

Pan Rochester jest naprawdę świetny.  Ląduje na mojej liście  Dziesięciu Gorących 

Facetów między Hugh Jackmanem a tym chorwackim chłoptasiem z Ostrego dyżuru.

20.00 - 22.00

Oficjalna kolacja z premierem Wielkiej Brytanii

i jego rodziną

Jane Eyre to totalna idiotka! Przecież to nie była wina pana Rochestera! Dlaczego ona 

jest dla niego taka niemiła?

A Grandmére nie powinna wrzeszczeć na mnie za to, że czytam przy stole. W końcu 

to ona dała mi tę książkę.

Jeszcze sześć dni, jedenaście godzin i dwadzieścia dwie minuty, i zobaczę swojego 

ukochanego.

background image

Środa, 14 stycznia, 3.00,

książęca sypialnia w Genowii

Zdaje się, że rozumiem, o co Grandmére chodziło z tą książką. Chociaż cała ta część, 

w   której   pani   Fairfax   ostrzega   Jane,   żeby   nie   zaprzyjaźniała   się   za   bardzo   z   panem 

Rochesterem   przed   ślubem,   miała   sens   tylko   dlatego,   że   w   tamtych   czasach   nie   znano 

środków antykoncepcyjnych.

Jestem raczej pewna - będę się jednak musiała skonsultować w tej kwestii z Lilly - że 

nie ma sensu stosować się do rad fikcyjnej postaci, zwłaszcza z książki napisanej w 1846 

roku.

Mimo to docierają do mnie główne założenia rad pani Fairfax, które sprowadzają się 

do   tego:   „Nie   lataj   za   chłopakami.   Latanie   za   chłopakami   jest   niemądre.   Latanie   za 

chłopakami   może   prowadzić   do   bardzo   złych   rzeczy,   na   przykład   do   pożarów   domów, 

amputacji rąk i ślepoty. Miej trochę szacunku dla siebie i nie pozwól, żeby sprawy zaszły za 

daleko przed ślubem”.

Rozumiem. Och, jak ja to dobrze rozumiem.

ALE CO MICHAEL SOBIE POMYŚLI, JEŚLI OT TAK PRZESTANĘ DO NIEGO 

DZWONIĆ??? Przecież on może pomyśleć, że ja go już w ogóle nie kocham!!! A ja wcale 

nie mam aż tak wielu punktów na swoją korzyść. To znaczy, jako jego dziewczyna właściwie 

do niczego się nie nadaję. W niczym nie jestem dobra, zapominam o urodzinach, no i jestem 

KSIĘŻNICZKĄ.

Chyba o to chodziło Grandmére. W taki sposób mamy sobie zapewniać, że chłopcy 

będą koło nas skakać.

Sama nie wiem. Ale w przypadku Grandmére to zadziałało. No i zadziałało dla Jane. 

Chyba mogłabym spróbować.

Ale nie będzie łatwo. Na Florydzie jest właśnie dziewiąta wieczorem. Kto wie, co 

teraz robi Michael? Mógł pójść na spacer po plaży i spotkać jakąś przepiękną bezdomną 

muzyczkę, która mieszka na molo i żyje ze śpiewania dla turystów pieśni folkowych przy 

akompaniamencie stratocastera. Ja nawet w TENISA nie umiem grać, co dopiero mówić o 

grze na instrumentach muzycznych.

Założę się, że nosi ciuchy z frędzelkami i ma duży biust i błyszczące zęby, zupełnie 

jak Jewel. Żaden chłopak nie mógłby przejść spokojnie koło takiej dziewczyny.

Nie. Grandmére i pani Fairfax mają rację. Muszę stawiać opór. Muszę stawić opór 

chęci  zadzwonienia  do niego.  Kiedy jesteś  mniej  dostępna,  mężczyźni  zaczynają  za tobą 

background image

szaleć, zupełnie jak w Dziwnych losach Jane Eyre.

Chociaż   wydaje   mi   się,   że   wyjeżdżanie   gdzieś   daleko,   żeby   zamieszkać   pod 

przybranym   nazwiskiem   z   dalekimi   krewnymi,   tak   jak   to   zrobiła   Jane,   jest   lekkim 

przegięciem. Jednak z drugiej strony, to całkiem kuszące.

Pięć dni, siedem godzin i dwadzieścia pięć minut, zanim znów go zobaczę.

Środa, 14 stycznia

Rozkład książęcych zajęć

8.00 - 10.00

Śniadanie z Genowiańskim Towarzystwem Medycznym

Jestem   tak   strasznie   zmęczona.   Po   raz   ostatni   przesiedziałam   pół   nocy,   czytając 

dziewiętnastowieczną literaturę piękną.

10.00 - 16.00

Sesja parlamentu Genowii

Obstrukcja   parlamentarna   ministra   finansów!   Mówi,   że   poświęci   własne   życie,   a 

Genowia będzie miała parkometry!

17.00 - 19.00

Sesja parlamentu Genowii

Obstrukcja parlamentarna trwa. Chciałabym się wymknąć i napić oranginy, ale boję 

się, że to by wyglądało, jakbym go nie popierała.

20.00 - 22.00

Sesja parlamentu Genowii

Dłużej tego nie zniosę. Ta obstrukcja parlamentarna jest okropnie nudna. Poza tym 

René

  właśnie wsunął głowę do naszej loży i uśmiechnął się do mnie kpiąco. A niech się 

śmieje. ON nie będzie musiał któregoś dnia rządzić tym krajem.

Czwartek, 15 stycznia

Oficjalna kolacja w sąsiednim Monako

Grandmére wreszcie zauważyła mój pryszcz. Pewnie nie mogła znieść samej myśli, że 

spotkam   się   z   księciem   Williamem   przyozdobiona   olbrzymim   pryszczem   na   brodzie,   bo 

background image

wyraźnie   zwariowała.   Mówiłam   jej,   że   sytuacja   jest   pod   kontrolą,   ale   Grandmére 

najwyraźniej   nie   wierzy   w   pastę   do   zębów   jako   środek   na   piękną   cerę.   Wysłała   po 

nadwornego dermatologa. Dermatolog zrobił mi jakiś zastrzyk w brodę, a potem zakazał dalej 

smarować twarz pastą do zębów.

Wygląda   na   to,   że   nawet   z   pryszczem   nie   umiem   sobie   sama   poradzić.   Jak   ja 

kiedykolwiek zdołam rządzić całym krajem?

DO ZAŁATWIENIA PRZED WYJAZDEM Z GENOWII

1. Znaleźć bezpieczne miejsce i schować prezent dla Michaela tak, żeby NA PEWNO 

nie znalazła go Grandmére ani wścibskie damy dworu, które będą pakować moje 

rzeczy (w czubku glana?).

2. Powiedzieć do widzenia pracownikom kuchni i podziękować im za te wszystkie 

wegetariańskie posiłki.

3.   Upewnić   się,   że   zarządca   portu   powiesi   po   parze   nożyc   przy   każdej   boi 

cumowniczej   dla   turystów   na   jachtach,   którzy   nie   mają   własnego   sprzętu   do 

rozcinania sześciopaków z piwem.

4. Zdjąć śmieszny nos z okularami z posągu Grandmére w Sali Portretowej, zanim ona 

je zauważy.

5. Poćwiczyć moją mowę powitalną do księcia Williama. A także mowę pożegnalną 

do księcia René

 .

6. Pobić rekord Francois w ślizganiu się w skarpetkach po posadzce Kryształowego 

Holu, który wynosi sześć metrów i dwadzieścia centymetrów.

7. Wypuścić na wolność wszystkie gołębie z pałacowego gołębnika (jeśli będą chciały 

wrócić, to w porządku, ale powinny mieć możliwość wyboru).

8. Dać do zrozumienia Tante Jean Marie, że mamy już dwudzieste pierwsze stulecie i 

kobiety nie muszą dłużej żyć  z przekleństwem ciemnego owłosienia na twarzy 

(zostawić jej swoją tubkę veeta).

9.   Przekazać   ukradkiem   ministrowi   finansów   informacje   o   producentach 

parkometrów, które udało mi się ściągnąć z sieci.

10. Odebrać księciu René

 swoje berło.

Piątek, 16 stycznia, 23.00,

książęca sypialnia w Genowii

Wczoraj Tina przez cały dzień czytała  Dziwne losy Jane Eyre, które jej poleciłam i 

background image

zgadza się ze mną, że coś jest w tym całym nieganianiu za chłopakami, w przeciwieństwie do 

ganiania za nimi. Postanowiła zatem nie dzwonić i nie pisać maili do Dave'a (chyba że on 

pierwszy zadzwoni albo wyśle maila).

Lilly natomiast odmówiła wzięcia udziału w tym spisku, bo mówi, że podobne gierki 

są dziecinne i że jej związek z Borysem nie poddaje się ocenom z punktu widzenia zwykłych 

współczesnych psychoseksualnych praktyk dobierania się w pary. Według Tiny (nie mogę 

zadzwonić do Lilly, bo Michael mógłby odebrać telefon i pomyśleć, że za nim ganiam), Lilly 

twierdzi, że  Jane Eyre  była jednym z pierwszych manifestów feministycznych, i że ona z 

całego   serca   aprobuje   nasze   przyjęcie   tej   książki   jako   modelu   dla   naszych   związków   z 

mężczyznami. Chociaż wysłała mi przez Tinę ostrzeżenie, że nie powinnam oczekiwać, że 

Michael   poprosi   mnie   o   rękę,   dopóki   nie   zrobi   przynajmniej   jednego   doktoratu   i   nie 

zdobędzie stanowiska w jakiejś firmie, która płaci co najmniej dwieście tysięcy rocznie, nie 

licząc corocznej premii za osiągnięcia.

Dodała również, że tylko raz widziała Michaela jadącego konno i wyglądał wtedy 

szalenie nieromantycznie, nie powinnam więc robić sobie nadziei, że będzie w najbliższej 

przyszłości skakał przez jakieś przełazy, jak pan Rochester.

Ale mnie nie chce się w to wierzyć. Jestem pewna, że w siodle Michael wyglądałby 

znakomicie.

Tina wspomniała, że Lilly nadal jest przykro ze względu na ten film o moim życiu, 

który puszczali parę dni temu. Tina też go obejrzała i uważa, że nie było tak źle, jak twierdzi 

Lilly. Powiedziała, że aktorka, która grała dyrektor Guptę, była prześmieszna.

Tina nie znalazła się w filmie, a to dlatego, że jej tata dowiedział się o nim zawczasu i 

zagroził producentom sądem, jeśli choćby wspomną imię jego córki. Pan Hakim Baba bardzo 

się martwi, że Tinę mógłby porwać jakiś rywalizujący z nim szejk naftowy. Tina mówi, że nie 

miałaby nic przeciwko porwaniu, jeśli rywalizujący z jej tatą szejk naftowy byłby seksowny i 

chętny do podjęcia długoterminowych emocjonalnych zobowiązań, i pamiętałby o tym, żeby 

na walentynki kupić jej diamentowy wisiorek w kształcie serduszka od Kay Jewelers.

Tina  twierdzi,  że dziewczyna,  która grała  Lane  Weinberger  w  tym  filmie,  zrobiła 

świetną   robotę   i   powinna   dostać   nagrodę   Emmy.   Uważa   też,   że   Lana   nie   będzie 

uszczęśliwiona   tym,   jak   została   przedstawiona,   to   znaczy   jako   zazdrośnica,   która   sama 

chciałaby być księżniczką, a nie jest.

Facet,   który   grał   Josha,   też   był   podobno   słodki.   Tina   usiłuje   zdobyć   jego   adres 

mailowy.

Tina i ja przysięgłyśmy sobie, że jeśli którąkolwiek z nas najdzie kiedyś ochota, by 

background image

zadzwonić do swojego chłopaka, to zamiast tego będziemy dzwoniły do siebie. Niestety, ja 

nie mam komórki, więc nie zanosi się, żeby Tina mogła mnie złapać, jeśli będę akurat w 

trakcie pasowania kogoś na rycerza czy czegoś takiego. Ale twardo zamierzam przyprzeć 

jutro tatę do muru, żeby mi kupił motorolę. Jestem w końcu dziedziczką tronu. W najgorszym 

razie powinnam mieć pagera.

Notatka do samej siebie: wyszukać w słowniku słowo „przełaz”.

Cztery dni, dwanaście godzin i pięć minut, aż wreszcie znów zobaczę Michaela.

Sobota, 17 stycznia

Mecz polo księstwa Genowii

Czy może być nudniejszy sport niż polo? Oczywiście, pomijając golfa. Nie sądzę.

Poza tym nie sądzę, żeby koniom służyło całe to wymachiwanie kijami tuż obok ich 

głów. No bo weźmy Srebrnego, konia Samotnego Jeźdźca. Samotny Jeździec bez przerwy 

strzelał ze swojej strzelby tuż przy uchu Srebrnego. Nic dziwnego, że biedaczek ciągle stawał 

dęba.

Poza tym René

  WCALE A WCALE nie rywalizuje z księciem Williamem... Wciąż 

tylko zajeżdża mu drogę i zabiera biednemu facetowi piłkę przy każdej możliwej okazji... A 

przecież są podobno w jednej drużynie!

Przysięgam,   jeśli   drużyna   René

  wygra,   a   on   zacznie   udawać   Mię   Hamm   i 

wymachiwać nad głową swoją koszulką, będę wiedziała, że robi to tylko po to, żeby się 

popisać przed obecnymi tutaj hordami fanek księcia Williama. Co pewnie można by nawet 

zrozumieć. Widocznie działa mu na nerwy, że Willie jest o tyle popularniejszy od niego. A 

przecież René

 ma całkiem imponujące bicepsy.

Gdyby tylko te dziewczyny wiedziały o udawaniu Enrique Iglesiasa przed lustrem...

Za trzy dni, siedemnaście godzin i sześć minut znów zobaczę Michaela. Nic mi nie 

mówcie o imponujących bicepsach...

Sobota, 17 stycznia, 23.00,

książęca sypialnia w Genowii

Grandmére naprawdę nie ma kontaktu z rzeczywistością. Dzisiaj odbył się pożegnalny 

bal - no wiecie, dla uczczenia zakończenia mojej pierwszej oficjalnej wizyty w Genowii w 

background image

roli następczyni tronu.

Grandmére  marudziła  o tym  balu od tygodni:  że to moja wielka  szansa, żeby się 

zrehabilitować  po tej całej aferze z parkometrami. Nie wspominając  już o osobie księcia 

Williama. W gruncie rzeczy, przy tej całej gadaninie, jakoby Michael nie był odpowiednim 

materiałem   na   księcia   małżonka,   dała   mi   tak   w   kość,   że   przypisuję   jej   całkowitą 

odpowiedzialność za pojawienie się pryszcza - mimo że pryszcza już nie ma dzięki cudom 

współczesnej dermatologii. Biorąc pod uwagę nacisk, jaki wywierała na mnie Grandmére, i 

niepokój   wynikający   z   przeświadczenia,   że   właśnie   teraz   mój   chłopak   może   brać   lekcje 

surfingu u jakiejś pozbawionej pryszczy panny w typie Kate Bosworth, to i tak cud, że moja 

cera nie zaczęła przypominać cery tego faceta, którego trzymano zamkniętego w piwnicy w 

filmie Goonies.

No, nieważne. Tak więc Grandmére robiła strasznie dużo zamieszania wokół moich 

włosów (które odrastają i znów zaczynają przyjmować kształt trójkąta, ale kto by się tym 

przejmował; podobno chłopcy wolą długowłose dziewczyny od dziewczyn krótkowłosych - 

czytałam o tym we francuskim „Cosmopolitanie”), nie mniejsze zamieszanie robiła wokół 

moich   paznokci   (no   i   dobra,   mimo   wszystkich   noworocznych   postanowień   nadal   je 

obgryzam; powieście mnie za to), a jeszcze większe zamieszanie robiła wokół tego, co mam 

powiedzieć do księcia Williama.

A potem, po tym wszystkim, wchodzimy na tę głupią salę balową, ja podchodzę do 

Williego   (który,   muszę   to   przyznać   -   mimo   że   moje   serce   nadal   należy   do   Michaela   - 

wyglądał w smokingu całkiem apetycznie) i szykuję się, żeby powiedzieć: „Bardzo miło mi 

cię poznać”, aż tu nagle stało się tak, że w ostatniej sekundzie zapomniałam, z kim właściwie 

rozmawiam, bo spojrzał na mnie tymi swoimi chłodnymi jak lód niebieskimi oczami i totalnie 

mnie zmroziło, dokładnie tak jak kiedyś w towarzystwie Josha Richtera, który uśmiechnął się 

do mnie w drogerii Bigelow's. Poważnie, zupełnie jakbym  nie mogła sobie przypomnieć, 

gdzie jestem ani co tam robię. Tylko patrzyłam w te błękitne oczy i myślałam: „O mój Boże, 

one mają dokładnie kolor morza za oknem mojej książęcej sypialni w Genowii”.

A potem książę William powiedział: „Bardzo miło mi cię poznać”, i uścisnął mi rękę, 

a ja tylko się na niego gapiłam, chociaż przecież on mi się wcale w ten sposób nie podoba. 

KOCHAM SWOJEGO CHŁOPAKA.

Ale   pewnie   tak   to   już   jest   z   tym   facetem.   Ma   w   sobie   taką   charyzmę   jak,   nie 

przymierzając, Bill Clinton (Clintona jednak nigdy nie spotkałam, tylko czytałam o nim).

No,   nieważne,   to   już   wszystko.   Tak   się   skończyło   moje   spotkanie   z   brytyjskim 

księciem Williamem! Odwrócił się potem ode mnie, żeby odpowiedzieć na czyjeś pytanie na 

background image

temat   wyścigów   koni   pełnej   krwi,   a   ja   powiedziałam   coś   w   rodzaju:   „Och,   popatrzcie, 

pieczone kapelusze pieczarek!”, żeby czymś pokryć potworne zmieszanie, i rzuciłam się w 

pogoń za lokajem, który je serwował. I to wszystko, koniec.

Nie   muszę   chyba   mówić,   że   nie   zdobyłam   jego   adresu   mailowego.   Tina   będzie 

musiała nauczyć się żyć z tym rozczarowaniem.

Ale wieczór na tym się nie skończył. Wcale nie. Pojęcia nie miałam, co mnie jeszcze 

może czekać, kiedy Grandmére zaczęła mnie ni stąd, ni zowąd wpychać w ramiona księcia 

René

  , żebyśmy zatańczyli przed reporterem „Newsweeka”, który przyjechał do Genowii, 

żeby napisać artykuł o przejściu naszego księstwa na euro. PRZYSIĘGAŁA potem, że tylko o 

to jej chodziło - o fotografię.

Ale kiedy już zatańczyliśmy (w czym, nawiasem mówiąc, jestem beznadziejna... To 

znaczy w tańcu. Umiem tańczyć na dwa, jeżeli patrzę pod nogi i cały czas w myślach liczę 

kroki, ale wiecie co? Oni tu w Genowii nie tańczą na dwa... Przynajmniej nie w pałacu), 

widziałam,  że Grandmére chodziła  po sali i pokazywała  nas ludziom palcami,  i było  tak 

wyraźnie widać, co przy tym mówiła, że nie muszę nawet umieć czytać z ust, żeby zgadnąć: 

„Czy to nie jest świetnie dobrana para?”

UGH!!!!!!

No więc potem, kiedy tańce się skończyły,  podeszłam do Grandmére i na wszelki 

wypadek - żeby nie robiła sobie jakichś nadziei - powiedziałam do niej:

- Grandmére, mam wprawdzie zamiar przystopować nieco z telefonami do Michaela, 

ale to jeszcze nie znaczy, że zamierzam zacząć chodzić z księciem René

 ...

Który zaraz potem spytał mnie, czy nie miałabym ochoty wyjść na chwilę na taras i 

zapalić papierosa.

Oczywiście odpowiedziałam mu, że nie palę, i że on też nie powinien, bo w samych 

tylko   Stanach   Zjednoczonych   tytoń   odpowiada   za   śmierć   przynajmniej   pół   miliona   osób 

rocznie, ale on zaczął się ze mnie śmiać, niczym James Spader w  Dziewczynie w różowej 

sukience.

No to powiedziałam mu, żeby sobie niczego nie wyobrażał, bo ja już mam chłopaka, i 

może on nie widział filmu zrealizowanego na podstawie mojej biografii, ale ja doskonale 

wiem, jak sobie radzić z facetami, którzy kręcą się wokół mnie tylko ze względu na moje 

klejnoty koronne.

Wtedy René

 powiedział, że jestem urocza, a ja odparłam:

- Na litość boską, daj już spokój tym tekstom w stylu Enrique Iglesiasa.

A potem podszedł do mnie tata i spytał, czy nie widziałam gdzieś premiera Grecji, a ja 

background image

mu powiedziałam:

- Tato, wydaje mi się, że Grandmére chciałaby mnie wydać za René

 ...

Wtedy tata zacisnął mocno wargi i wziął Grandmére na bok „na słówko”. Tymczasem 

książę René

 wymknął się, żeby się obściskiwać z jedną z sióstr Hilton.

Grandmére później podeszła do mnie i powiedziała, żebym nie była śmieszna, że ona 

chciała, żebym zatańczyła z księciem René

 tylko po to, żeby można było zrobić ładne zdjęcie 

dla „Newsweeka”, i że może napiszą o nas jakiś artykuł, który przyciągnąłby do Genowii 

jeszcze więcej turystów.

Na co odparłam, że biorąc pod uwagę rozpadającą się infrastrukturę, większa liczba 

turystów jest dokładnie tym, czego temu krajowi najmniej potrzeba.

Przypuszczam,   że   gdyby   jakiś   projektant   obuwia   kupił   na   pniu  należący   do   mnie 

pałac,   też   byłabym   zdesperowana,   ale   nie   wybierałabym   dziewczyny,   na   której   barkach 

spoczywa odpowiedzialność za los całego narodu - i która poza tym już MA chłopaka.

Dla własnego pocieszenia powiem tylko, że jeśli „Newsweek” opublikuje to zdjęcie, 

może Michael zacznie robić się zazdrosny o René

  , tak jak pan Rochester w kwestii tego 

całego St. Johna, i stanie się wobec mnie jeszcze bardziej władczy!!!

Za dwa dni, osiem godzin i dziesięć minut znów zobaczę Michaela.

NIE MOGĘ SIĘ JUŻ DOCZEKAĆ!!!!!!!!!!!!

Poniedziałek, 19 stycznia,

15.00 czasu genowiańskiego,

książęcy genowiański odrzutowiec

na wysokości 15 000 metrów n.p.m.

Nie mogę uwierzyć, że:

A.   Tata   wolał   zostać   w   Genowii,   żeby   spróbować   rozwiązać   kryzys   związany   z 

problemem parkometrów, niż wracać ze mną do Nowego Jorku.

B. On naprawdę uwierzył Grandmére, kiedy mu powiedziała, że w związku z tym, jak 

słabo wypadłam w Genowii, powinnam kontynuować lekcje etykiety.

C. Ona (nie mówiąc już o Rommlu) wraca ze mną do Nowego Jorku.

TO NIE FAIR. Ja dotrzymałam swojej części umowy. Odbyłam każdą lekcję etykiety, 

jaką   Grandmére   raczyła   mi   zaordynować.   Zdałam   algebrę.   Wygłosiłam   to   swoje   głupie 

orędzie do narodu Genowii.

Grandmére mówi, że cokolwiek sobie wyobrażam, i tak muszę się jeszcze mnóstwo 

background image

nauczyć o sztuce rządzenia. Tyle że ona strasznie się myli. Wiem, że wraca do Nowego Jorku 

wyłącznie po to, żeby się nade mną znęcać. To stało się dla niej czymś w rodzaju hobby. W 

gruncie rzeczy - z tego, co widzę - może to być jej wrodzony talent, wręcz dar od Boga.

Przynajmniej ma tyle szczęścia, że w ogóle dostał jej się jakiś talent. Ale to i tak 

okropnie nie fair.

No i dobra, zanim wyjechałam, tata wsunął mi do ręki sto euro i powiedział, żebym się 

nie przejmowała Grandmére, bo on mi to pewnego dnia wynagrodzi.

Ale   przecież   nic   nie   zdoła   zrobić,   żeby   mi   wynagrodzić   to,   co   się   będzie   działo 

TERAZ. Nic.

Mówi, że to tylko  nieszkodliwa  starsza pani  i że powinnam starać  się cieszyć  jej 

towarzystwem, póki mogę, bo pewnego dnia zabraknie jej wśród nas. Popatrzyłam na niego 

tylko, jakby zwariował. Nawet on nie zdołał utrzymać obojętnej miny.

- No dobra - powiedział - przeznaczę dwieście dolców dziennie na Greenpeace, jeśli 

dzięki tobie na jakiś czas będę miał ją z głowy.

Co jest o tyle śmieszne, że tacie już nic na głowie nie zostało. To znaczy jest łysy.

Dwieście dolców to dwa razy tyle, ile już przekazywał w moim imieniu na rzecz mojej 

ulubionej   organizacji.   Mam   szczerą   nadzieję,   że   Greenpeace   docenia   niewyobrażalny 

wysiłek, jaki podejmuję dla ich dobra.

No więc Grandmére wraca do Nowego Jorku ze mną i ciągnie ze sobą tego tchórza 

Rommla. W dodatku właśnie wtedy, kiedy dopiero co zaczęło mu odrastać futerko. Biedulek.

Powiedziałam  tacie, że wytrzymam  jeszcze jeden semestr lekcji etykiety,  ale żeby 

lepiej z góry wyjaśnił z Grandjnere jedną sprawę, a mianowicie: mam teraz chłopaka, i to na 

poważnie. Niech Grandmére nie próbuje sabotować tego związku albo wyobrażać sobie, że 

może mnie próbować swatać z jakimiś kolejnym książętami René

  . Nie obchodzi mnie, ile 

tytułów   arystokratycznych   będzie   miał   ewentualny   kandydat,   moje   serce   należy   do 

Szanownego Pana Michaela Moscovitza.

Tata mi powiedział, że zobaczy, co się da zrobić. Ale nie jestem pewna, czy w ogóle 

słuchał, co mówię, bo kręciła się koło nas Miss Republiki Czech i machała swoją szarfą jakoś 

tak niecierpliwie.

W   każdym   razie   przed   chwilą   sama   powiedziałam   Grandmére,   żeby   nic   nie 

kombinowała w sprawie Michaela.

- Nie chcę więcej słyszeć ani słowa o tym, że podobno jestem jeszcze za młoda, żeby 

się zakochiwać - powiedziałam przy lunchu (łosoś gotowany na parze dla Grandmére, sałatka 

z trzech odmian fasoli dla mnie) podanym nam przez genowiańskie stewardesy. - Jestem 

background image

wystarczająco dorosła, żeby wiedzieć, co się dzieje w moim sercu, a to znaczy, że jestem 

wystarczająco dorosła, żeby komuś to serce oddać, jeśli będę miała ochotę.

Grandmére   mruknęła,   że   w   takim   razie   powinnam   być   też   gotowa   na   sercowe 

rozczarowanie, ale ją zignorowałam. To, że jej własne życie uczuciowe po śmierci dziadka 

stało się niezupełnie satysfakcjonujące, jeszcze nie znaczy, że może się cynicznie odnosić do 

mojego.

No   bo   niewiele   jej   widać   przyszło   ze   spotykania   się   z   magnatami   prasowymi, 

dyktatorami i innymi cudakami. Tymczasem mnie i Michaela czeka wielka miłość, zupełnie 

taka, jaka połączyła Jane i pana Rochestera. Albo Jenifer Aniston i Brada Pitta.

A przynajmniej mamy na to szansę, jeśli w końcu uda nam się pójść na jakąś randkę.

Został mi jeden dzień i czternaście godzin do spotkania z nim.

Poniedziałek, 19 stycznia,

dzień pamięci Martina Luthera Kinga,

poddasze - nareszcie

Jestem   taka   szczęśliwa,   że   omal   nie   eksploduję   jak   ten   bakłażan,   którego   kiedyś 

zrzuciłam z okna sypialni Lilly na szesnastym piętrze.

Jestem w domu!!!!!!! Nareszcie w domu!!!!!!!

Nawet nie wiem, jak wam opowiedzieć, jak świetnie się czułam, patrząc przez okno 

samolotu na światła Manhattanu. Łzy mi się zakręciły w oczach, kiedy zdałam sobie sprawę, 

że   znów   jestem   w   powietrzu  nad   moim   ukochanym  miastem.   Wiedziałam,   że  pode  mną 

taksówkarze   potrącają   biedne   staruszki   (szkoda,   że   nie   moją   Grandmére...),   właściciele 

spożywczaków   oszukują   klientów   przy   wydawaniu   reszty,   bankierzy   inwestycyjni   nie 

sprzątają po swoich psach, a w  całym  mieście  bezduszni producenci,  dyrektorzy,  agenci, 

wydawcy i choreografowie rozwiewają do cna nadzieje różnych ludzi na karierę w zawodach 

piosenkarza, aktora, muzyka, pisarza czy tancerza.

Tak, znów znalazłam się w moim ukochanym Nowym Jorku. Wreszcie wróciłam do 

domu.

Zdałam sobie z tego sprawę szczególnie wyraźnie, kiedy wysiadłam z samolotu, a tam 

czekał   na   mnie   Lars,   gotów   zastąpić   w   obowiązkach   ochroniarza   Francois,   faceta,   który 

opiekował się mną w Genowii i nauczył mnie wszystkich francuskich przekleństw.

Lars   wyglądał   wyjątkowo   groźnie,   a   to   ze   względu   na   ciemną   opaleniznę   po 

miesięcznym urlopie. Ferie zimowe spędził na Belize w towarzystwie Wahima, ochroniarza 

background image

Tiny Hakim Baba. Nurkowali z maskami i polowali na dzikie świnie. Na pamiątkę swojej 

podróży   podarował   mi   kawałek   kła   dzikiej   świni,   chociaż   ja   oczywiście   nie   popieram 

zabijania zwierząt dla rozrywki, nawet dzikich świń, które nic nie mogą poradzić na to, że są 

takie paskudne i wredne.

Potem,   po   sześćdziesięciu   pięciu   minutach   opóźnienia,   dzięki   korkom   na   Belt 

Parkway znalazłam się w domu.

Tak dobrze było znów zobaczyć mamę!!! Już zaczyna mieć widoczny brzuszek. Nie 

chciałam jej nic mówić, bo chociaż mama twierdzi, że nie obchodzą jej standardy piękna 

obowiązujące w zachodnim świecie i że nie ma nic złego w tym, że kobieta nosi rozmiar 

większy niż ósemka, jestem całkiem pewna, że gdybym powiedziała coś w rodzaju: „Mamo, 

jesteś wielka”, nawet w formie komplementu, zaczęłaby płakać. Mimo wszystko zostało jej 

do końca ciąży jeszcze sporo czasu. Powiedziałam zatem:

- To dziecko to będzie chłopiec. A jeśli nie, będziesz miała dziewczynkę tak wysoką 

jak ja.

- Och, mam nadzieję - powiedziała mama i otarła z twarzy łzy radości. A może płakała 

dlatego, że Gruby Louie strasznie gryzł ją po kostkach, usiłując dostać się bliżej mnie. - 

Przydałaby mi się jakaś kopia ciebie na te okazje, kiedy jesteś daleko. Tak bardzo za tobą 

tęskniłam!   Nikt   mnie   nie   karcił   za   zamawianie   z   Number   One   Noodle   Son   pieczonej 

wieprzowiny i zupy wonton.

- Ja próbowałem - zapewnił mnie pan Gianini.

Pan   G.   też   wygląda   świetnie.   Zapuszcza   sobie   kozią   bródkę.   Udałam,   że   mi   się 

podoba.

A potem pochyliłam się i podniosłam Grubego Louie, który aż warczał, żeby zwrócić 

moją   uwagę,   i   uściskałam   go   mocno.   Może   się   mylę,   ale   chyba   schudł   podczas   mojej 

nieobecności. Nie chcę nikogo oskarżać o umyślne głodzenie go, ale zauważyłam, że jego 

miseczka na suche jedzenie nie była pełna po brzegi. W gruncie rzeczy wyglądała na pełną 

zaledwie do połowy. Ja sama zawsze napełniam miseczkę Grubego Louie po wrąbek, bo 

nigdy nie wiadomo, kiedy na Manhattanie zapanuje nagła zaraza i zabije wszystkich poza 

kotami. Gruby Louie nie może sam sobie nasypać jedzenia, jako że kocie łapki są pozbawione 

kciuków,   więc   trzeba   mu   wsypywać   trochę   jedzenia   na   zapas,   na   wypadek   gdybyśmy 

wszyscy umarli i w pobliżu nie byłoby nikogo, kto by mógł otworzyć mu torbę z kocimi 

chrupkami.

Ale poddasze wygląda rewelacyjnie!!! Pan Gianini wiele rzeczy odnowił, kiedy mnie 

nie było. Pozbył się choinki - to pierwszy taki wypadek w historii rodziny Thermopolis, że 

background image

choinka zniknęła z poddasza przed Wielkanocą - i założył nam stałe łącze internetowe. Więc 

teraz można mailować albo wchodzić na sieć w każdej chwili, nie blokując telefonu.

To jak cud boski.

A to jeszcze nie wszystko. Pan G. zupełnie przerobił ciemnię, która nam została po 

czasach, kiedy mama przechodziła swoją fazę Ansel Adams. Usunął okiennice i pozbył się 

wszystkich toksycznych chemikaliów, które walały się tam, ho mama i ja bałyśmy się ich 

dotykać.   Teraz   ciemnia   będzie   pokojem   dziecinnym!   Jest   taki   słoneczny   i   jasny.   A 

przynajmniej   BYŁ,   zanim   mama   zaczęła   malować   na   ścianach   (jajecznymi   temperami, 

naturalnie, żeby nie narażać na szwank zdrowia swojego nienarodzonego dziecka!) scen o 

wielkiej wadze historycznej, takich jak przesłuchanie Winony Ryder albo zaręczyny J. Lo i 

Bena Afflecka, żeby, jak mówi, dziecko zyskało zrozumienie wszelkich problemów, przed 

jakimi staje nasz naród (pan G. zapewnił mnie na osobności, że przemaluje pokój, gdy tylko 

mama   zostanie   przyjęta   na   porodówkę.   Kiedy  już   endorfiny   zrobią   swoje,   nawet   się   nie 

zorientuje.   Mogę   powiedzieć   tylko   jedno   -   dzięki   Bogu,   że   tym   razem   w   celach 

reprodukcyjnych mama wybrała mężczyznę obdarzonego zdrowym rozsądkiem).

Ale   najlepsze   ze   wszystkiego   czekało   mnie   na   automatycznej   sekretarce.   Mama 

puściła mi tę wiadomość z dumą niemal w tej samej chwili, w której przekroczyłam próg.

TO   BYŁA   WIADOMOŚĆ   OD   MICHAELA!!!   MOJA   PIERWSZA   NAGRANA 

WIADOMOŚĆ OD MICHAELA, ODKĄD ZOSTAŁAM JEGO DZIEWCZYNĄ!!!!!!!!!!!

Co oczywiście oznacza, że musiało podziałać. To znaczy, to moje niedzwonienie.

Wiadomość brzmiała tak:

Cześć, Mia. Taa, tu Michael. Zastanawiałem się właśnie, czy byś 

nie mogła, hm, no, zadzwonić do mnie, kiedy odsłuchasz tę wiadomość. 

Bo dawno cię nie słyszałem. I tylko chciałem się upewnić,: czy, hm, 
no,   wszystko   w   porządku   u   ciebie.   I   czy   bezpiecznie   dotarłaś   do 

domu. I czy nic się nie stało. No dobra. To na tyle. Cóż. To pa. 
Aha,   mówił   Michael.   A   może   już   to   mówiłem.   Nie   pamiętam.   Dzień 

dobry,   pani   Thermopolis.   Dzień   dobry,   panie   G.   No   dobra.   To   ja 
spadam. Zadzwoń do mnie, Mia. Cześć.

Wyjęłam taśmę z sekretarki i schowałam ją w szufladzie mojej nocnej szafki razem z:

A. kilkoma ziarenkami ryżu z worka, na którym siedzieliśmy z Michaelem podczas 

Balu   Wielu   Kultur,   na   pamiątkę   pierwszego   razu,   kiedy   zatańczyliśmy   wolny 

taniec,

background image

B. zasuszonym kawałkiem grzanki z Rocky Horror Picture Show, bo to wtedy byliśmy 

z   Michaelem  na  pierwszej  randce,   tylko   że  to  nie  była   prawdziwa  randka,   bo 

poszedł też z nami Kenny, i

C. śnieżynkę wyciętą z papieru z Bezwyznaniowego Zimowego Balu, na pamiątkę 

naszego pierwszego pocałunku.

Ta   wiadomość   to   był   najlepszy   prezent   gwiazdkowy,   jaki   mogłam   dostać.   Nawet 

lepszy niż stałe łącze.

Potem poszłam do swojego pokoju i rozpakowałam się, i na swoim magnetofonie 

odegrałam tę wiadomość jeszcze chyba z pięćdziesiąt razy, a mama co chwilę wchodziła, 

żeby znów mnie uściskać i zapytać, czy mam ochotę posłuchać jej nowego kompaktu Liz 

Phair, i chciała mi pokazywać swoje rozstępy. A potem, kiedy do mnie weszła tak gdzieś za 

trzydziestym razem, a ja znów słuchałam wiadomości od Michaela, zapytała:

- Kochanie, czy ty jeszcze do niego nie oddzwoniłaś?

A ja powiedziałam:

- Nie.

Na co mama spytała:

- Dlaczego?

A ja powiedziałam:

- Bo usiłuję postępować jak Jane Eyre.

I wtedy mama zmrużyła oczy, tak jak robi to zawsze, kiedy na C - SPAN odbywa się 

debata na temat subsydiowania sztuk pięknych.

- Jane Eyre? - powtórzyła. - Chodzi ci o tę książkę?

-   Dokładnie   -   odparłam,   wyciągając   spod   Grubego   Louie   malutkie   wysadzane 

brylancikami uchwyty do serwetek, które dostałam na gwiazdkę od premiera Francji. Gruby 

Louie  położył  się  w  mojej  walizce,   bo  chyba  wydawało  mu   się,  że  ja  się  pakuję,  a  nie 

rozpakowuję, i chciał mnie powstrzymać przed kolejnym wyjazdem. - Widzisz, Jane nie latała 

za panem Rochesterem, tylko pozwoliła mu latać za sobą. Więc Tina i ja obiecałyśmy sobie, 

że będziemy postępować tak jak Jane.

W przeciwieństwie do Grandmére mama wcale nie ucieszyła się na te słowa.

- Ależ Jane Eyre była dla pana Rochestera po prostu wredna! - zawołała.

Nie wspomniałam, że mnie się też tak wydawało... z początku.

- Mamo - powiedziałam bardzo stanowczym  tonem. - A co powiesz o tym całym 

zamknięciu Berty na strychu?

background image

- Przecież ona była  szalona - zauważyła  mama. - A w tamtych  czasach nie mieli 

psychotropów. Zamknięcie Berty na strychu było łagodniejszym rozwiązaniem niż wysłanie 

jej do szpitala wariatów, biorąc pod uwagę, jak te instytucje wyglądały w tamtych czasach. 

Tam ludzi przykuwano do ścian łańcuchami. Doprawdy, Mia, nie mam pojęcia, skąd ci się 

bierze choćby połowa tych pomysłów. Jane Eyre? Skąd wytrzasnęłaś Jane Eyre?

- Hm... - mruknęłam, usiłując zyskać na czasie, bo wiedziałam, że moja odpowiedź 

mamie się nie spodoba. - Grandmére mi ją dała.

Mama tak mocno zacisnęła usta, że wargi zupełnie jej znikły.

-   Powinnam   była   się   domyślić   -   powiedziała.   -   No   cóż,   Mia,   uważam,   że   to 

chwalebne, że razem z przyjaciółką postanowiłyście nie uganiać się za chłopakami. Ale jeśli 

jakiś chłopak zostawia miłą wiadomość na twojej automatycznej sekretarce, tak jak Michael 

właśnie   to   zrobił,   trudno  uznać   za   ganianie   za   nim,   gdybyś   zachowała   się,  jak  nakazuje 

uprzejmość i oddzwoniła.

Zastanowiłam się nad tym. Mama prawdopodobnie miała rację. Przecież to nie tak, 

jakby Michael trzymał na strychu szaloną żonę. Apartament przy Piątej Alei, gdzie mieszkają 

Moscovitzowie, nawet nie ma strychu, o ile mi wiadomo.

- Okay - powiedziałam, odkładając ubrania, które chciałam odwiesić do szafy. - Chyba 

mogę do niego zadzwonić.

Serce mi rosło na samą myśl. Za minutę - za mniej niż minutę, jeśli uda mi się pozbyć 

mamy z pokoju dość szybko - będę rozmawiała z Michaelem! Nie będzie już tego dziwnego 

poszumu, który pojawia się zawsze, kiedy dzwonisz przez ocean. Bo nie ma już między nami 

żadnego oceanu! Tylko park Washington Square. I nie będę się musiała martwić, że mógłby 

żałować, że zamiast Mią Thermopolis nie jestem jakąś Kate Bosworth, bo na Manhattanie nie 

ma dziewczyn w tym typie..; A jeżeli nawet są, to muszą się w coś ubierać, zwłaszcza zimą.

- Odpowiadanie  na telefony nie liczy się jako uganianie - powiedziałam.  - Chyba 

mogę tak zrobić.

Mama, która siedziała na krawędzi łóżka, tylko potrząsnęła głową.

- Mia... - westchnęła. - Wiesz, że nie lubię sprzeciwiać się twojej babce... - To było 

największe   kłamstwo,   jakie   usłyszałam   od   czasu,   gdy   René

  powiedział  mi,  że  cudownie 

tańczę   walca,   ale   puściłam   je   mimo   uszu,   ze   względu   na   stan   mamy.   -   Ale   stanowczo 

uważam, że nie powinnaś stosować wobec chłopaków jakichś gierek. Zwłaszcza w przypadku 

chłopaka, na którym ci zależy. A już szczególnie w przypadku takiego chłopaka jak Michael.

- Jeśli chcę spędzić z nim resztę życia, to będę musiała stosować wobec niego różne 

gierki  - wyjaśniłam  jej  cierpliwie.  - Z całą  pewnością nie mogę  powiedzieć  mu  prawdy. 

background image

Gdyby kiedykolwiek dowiedział się o sile mojego uczucia do niego, uciekłby jak spłoszona 

gołębica.

- Jak co? - Mama zrobiła zaskoczoną minę.

-   Jak   spłoszona   gołębica   -   tłumaczyłam.   -   Widzisz,   Tina   powiedziała   swojemu 

chłopakowi, Dave'owi Faroukowi El - Abarowi, co do niego naprawdę czuje, a on zachował 

się wobec niej zupełnie jak David Caruso.

- Jak kto? - Mama zamrugała.

- Jak David Caruso - powtórzyłam. Zrobiło mi się żal mamy. Najwyraźniej udało jej 

się złapać pana Gianiniego przez przypadek. W głowie mi się nie mieściło, że nie wie takich 

podstawowych rzeczy. - No wiesz, zniknął, i to na długo. Dave pojawił się dopiero wtedy, 

kiedy Tinie udało się zorganizować bilety na Wrestlemanię do Garden. A i od tamtej pory, jak 

mówi Tina, nie układa im się.

Skończyłam rozpakowywanie, wypędziłam Grubego Louie z walizki, zamknęłam ją i 

postawiłam na podłodze. A potem usiadłam obok mamy na łóżku.

-   Mamo...   -   powiedziałam   -   NIE   CHCĘ,   żeby   to   samo   przytrafiło   się   mnie   i 

Michaelowi.   Kocham   Michaela   bardziej   niż   kogokolwiek   na   świecie,   wyjąwszy   ciebie   i 

Grubego Louie.

Tę   drugą   część   dodałam   tylko   po   to,   żeby   nie   było   jej   przykro.   Chyba   kocham 

Michaela bardziej niż mamę. Brzmi to okropnie, lecz nic na to nie poradzę, tak po prostu 

czuję.

Ale nigdy i nikogo nie pokocham tak, jak kocham Grubego Louie.

-   Dalej   nie   rozumiesz?   -   spytałam.   -   Nie   chcę   schrzanić   tego,   co   łączy   mnie   i 

Michaela. On jest moim Romeo w czarnych dżinsach. - Nigdy nie widziałam Michaela w 

czarnych dżinsach, ale jestem pewna, że ma takie. Po prostu w szkole musimy nosić szkolne 

mundurki, więc na ogół widuję go w szarych flanelowych spodniach, które stanowią część 

tego   mundurka.   -   A   rzecz   sprowadza   się   do  tego,   że   Michael   mógłby   trafić   dużo   lepiej 

zamiast na mnie. Muszę więc szczególnie uważać.

Mama zamrugała oczami i popatrzyła na mnie z lekkim zdziwieniem.

- Mógłby trafić lepiej? Mia, na miłość boską, o czym ty mówisz?

- No cóż - odparłam - ja przecież nie jestem dobrą partią. Tak naprawdę nie jestem 

wcale ładna ani nic, a chyba obie wie - I my, jak ciężko musiałam pracować, żeby zdać 

algebrę, i to w pierwszej klasie. W zasadzie w niczym nie jestem dobra.

- Mia! - Mama patrzyła na mnie z oburzeniem. - Co ty wygadujesz?! Mnóstwo rzeczy 

świetnie   ci   idzie!   Mój   Boże,   wiesz   przecież   chyba   wszystko   o   ochronie   środowiska   i   o 

background image

Islandii, i o tym, co leci na Lifetime Channel...

Próbowałam uśmiechnąć się do niej z otuchą, jakbym naprawdę uważała, że te rzeczy 

można potraktować jako wrodzone talenty. Nie chciałam, żeby mama winiła się za to, że nie 

przekazała mi żadnych swoich artystycznych uzdolnień. Co w sumie nie jest jej winą, po 

prostu DNA gdzieś się poplątało, i tyle.

- Taaa...   - powiedziałam.   - Ale  widzisz,  mamo,   to nie  są  prawdziwe  uzdolnienia. 

Michael jest świetny i inteligentny, i umie grać na kilku instrumentach, i pisze piosenki, i 

radzi sobie ze wszystkim, do czego się weźmie, i to tylko kwestia czasu, zanim złapie go 

jakaś naprawdę śliczna dziewczyna, która umie surfować, czy coś...

- Zupełnie nie wiem - odparła mama - czemu uważasz, że tylko dlatego, że musiałaś 

przyłożyć   się   do   algebry   trochę   bardziej   niż   inni   ludzie   w   twojej   klasie,   to   ma   od   razu 

znaczyć, że w niczym nie jesteś dobra albo że Michael rzuci cię dla dziewczyny, która będzie 

umiała surfować. Ale uważam, że jeśli' nie widziałaś chłopaka przez miesiąc, a on zostawia 

dla ciebie wiadomość, to zwykłą przyzwoitością byłoby oddzwonić do niego. Jeśli tego nie 

zrobisz, gwarantuję ci, że on cię w końcu rzuci. I wcale nie będzie wyglądał jak spłoszona 

gołębica.

Popatrzyłam   na   mamę   i   pomyślałam,   że   ma   rację.   I   zrozumiałam   wtedy,   że   plan 

Grandmére   -   no   wiecie,   że   faceta,   którego   się   kocha,   zawsze   należy   utrzymywać   w 

niepewności co do swoich uczuć - ma pewne słabe punkty. Na przykład on mógłby po prostu 

uznać, że faktycznie go nie lubisz, i pójść w swoją stronę, może nawet zakochać się w jakiejś 

innej dziewczynie, której miłości mógłby być pewien, takiej jak Judith Gershner, prezeska 

Klubu Komputerowego, stanowiąca stałe zagrożenie, mimo że podobno umawia się z jakimś 

chłopakiem z Trinity, ale przecież nigdy nie wiadomo, to mogła być zmyłka, żebym nabrała 

fałszywego poczucia, że Michaelowi nic nie grozi ze strony klonujących muszki owocowe 

paluszków Judith...

- Mia - zagaiła mama, patrząc na mnie z wielkim niepokojem. - Nic ci nie jest?

Usiłowałam się uśmiechnąć, ale nie mogłam.  Jak, zastanawiałam się, mogłyśmy  z 

Tiną   przeoczyć   tę   bardzo   poważną   wadę   naszego   planu?   Nawet   teraz   Michael   mógł 

rozmawiać przez telefon z Judith albo jakąś inną równie inteligentną dziewczyną o kwazarach 

czy fotonach, czy o czym tam rozmawiają intelektualiści. Co gorsza, mógł wisieć na telefonie 

i gadać z Kate Bosworth o surfowaniu na wysokiej fali.

- Mamo - oznajmiłam, wstając. - Musisz teraz wyjść. Chcę do niego zadzwonić.

Byłam zadowolona, że paniki, która mnie ogarniała, nie było przynajmniej słychać w 

moim głosie.

background image

- Och, Mia - powiedziała mama, robiąc zadowoloną minę. - Naprawdę dobrze zrobisz. 

Charlotte Bronte jest wprawdzie znakomitą pisarką, ale musisz pamiętać, że napisała Jane 

Eyre w latach czterdziestych dziewiętnastego wieku, a wtedy świat wyglądał nieco inaczej...

- Mamo... - powiedziałam lekko zniecierpliwionym głosem.

Rodzice Lilly i Michaela, państwo doktorostwo Moscovitz, mają nienaruszalną zasadę 

dotyczącą   dzwonienia   po   jedenastej   w   dni   powszednie.  Verbotten  i   już.   Była   prawie 

jedenasta,   a   mama   nadal   tam   stała   i   odmawiała   mi   prywatności,   której   potrzebuję,   żeby 

wykonać ważny telefon.

- Och - westchnęła i uśmiechnęła się.

Chociaż jest w ciąży, nadal wygląda jak totalna laska z tymi swoimi długimi czarnymi 

włosami, które ślicznie się kręcą. Ja najwyraźniej odziedziczyłam włosy po tacie, choć tak 

właściwie nigdy włosów taty nie widziałam, bo odkąd go pamiętam, zawsze był łysy.

DNA bywa takie niesprawiedliwe.

W każdym razie mama WRESZCIE wyszła - ciężarne kobiety ruszają się tak powoli; 

słowo daję, ewolucja powinna była raczej dodać im prędkości, żeby mogły uciekać przed 

drapieżnikami czy czymś tam, ale najwyraźniej nie dała - a ja rzuciłam się do telefonu, a serce 

biło mi jak szalone, bo NARESZCIE miałam porozmawiać z Michaelem, i nawet moja mama 

powiedziała, że to w porządku, że moje dzwonienie do niego nie liczy się jako ganianie za 

nim, skoro to on dzwonił pierwszy...

I   właśnie   kiedy   miałam   wziąć   do   ręki   słuchawkę,   telefon   zadzwonił.   Moje   serce 

wykonało   taki   dziwny   podskok,   jaki   robi   za   każdym   razem,   kiedy   widzę   Michaela. 

Wiedziałam, że to on. Po prostu wiedziałam. Odebrałam po drugim dzwonku - wprawdzie nie 

chcę, żeby mnie rzucił dla jakiejś bardziej gorliwej dziewczyny, ale nie chcę też, żeby sobie 

myślał,   że   siedzę   i   wyczekuję   na   jego   telefon   -   i   powiedziałam   swoim   najbardziej 

wyszukanym tonem:

- Helou?

Ucho wypełnił mi zachrypnięty od papierosów głos Grandmére.

- Amelia? Czemu tak dziwnie mówisz? Przeziębiłaś się?

- Grandmére... - No, to się w głowie nie mieści. Była dziesiąta pięćdziesiąt dziewięć! 

Została mi dokładnie jedna minuto na telefon do Michaela bez ryzyka popadnięcia w niełaskę 

u jego rodziców. - Nie mogę teraz rozmawiać. Muszę gdzieś zadzwonić.

- Pfuit! - Grandmére wydała ten swój odgłos dezaprobaty. - A do kogóż to zamierzasz 

dzwonić o takiej porze, bo sama pewnie się nie domyśle?

- Wszystko w porządku. - Dziesiąta pięćdziesiąt dziewięć i trzydzieści sekund. - On 

background image

dzwonił pierwszy. Ja tylko oddzwaniam. Tak nakazuje grzeczność.

-   Jest   za   późna   pora,   żebyś   wydzwaniała   do   TEGO   CHŁOPAKA   -   oświadczyła 

Grandmére.

Jedenasta. Moja szansa minęła. Dzięki, Grandmére.

- Zresztą i tak zobaczysz się z nim jutro w szkole – ciągnęła - a teraz daj mi do 

telefonu swoją matkę.

- Moją matkę? - Byłam zdumiona. Grandmére nigdy nie rozmawia z moją mamą, jeśli 

tylko   może   tego   uniknąć.   Nie   układa   im   się,   odkąd   po   zajściu   w   ciążę   ze   mną   mama 

odmówiła wyjścia za mąż za tatę, bo nie chciała pozwolić, żeby jej dziecko zostało narażone 

na nabycie wad rodowej arystokracji.

- Tak, twoją matkę - powiedziała Grandmére. - Chyba wiesz, o kim mówię.

No więc wyszłam z pokoju i przekazałam słuchawkę mamie, która siedziała w salonie 

z panem Gianinim i oglądała Anna Nicote Show. Nie mówiłam jej, kto dzwoni, bo gdybym to 

zrobiła, kazałaby mi powiedzieć Grandmére,  że jest pod prysznicem,  i sama  musiałabym 

nadal rozmawiać z babką.

-   Halo   -   powiedziała   mama   zadowolonym   tonem,   przekonana,   że   to   któraś   z   jej 

przyjaciółek   dzwoni,   żeby   skomentować   wygłupy   Howarda   K.   Sterna   i   Bobby   Trendy. 

Wymknęłam się jak najszybciej. W pobliżu sofy leżało kilka ciężkich przedmiotów, które 

mama mogła cisnąć w moją stronę, gdybym została w zasięgu strzału.

Wróciłam do pokoju i zaczęłam rozmyślać o Michaelu. Co mu powiem, kiedy jutro 

Lars i ja zatrzymamy limuzynę, żeby podrzucić jego i Lilly do szkoły? Że zrobiło się za 

późno na telefony? A jeśli on zauważy, że nozdrza mi latają, bo łżę? Nie wiem, czy już się 

zorientował, że tak się dzieje zawsze, kiedy kłamię, ale wydaje mi się, że wspomniałam o tym 

Lilly,   bo   przecież   dolega   mi   kompletna   nieumiejętność   trzymania   buzi   na   kłódkę   i 

nierozpowiadania rzeczy, które powinnam zatrzymać dla siebie. Mogła mu to powtórzyć. I co 

wtedy?

A potem, kiedy siedziałam przygnębiona na łóżku, mocno już senna, bo w Genowii 

była  teraz  jakaś  piąta  rano, nagle  wpadłam  na genialny pomysł.  Mogłam  sprawdzić,  czy 

Michael jest zalogowany w sieci, i przesłać mu wiadomość na ICQ! Mogłam to zrobić, mimo 

że mama rozmawiała przez telefon z Grandmére, bo przecież mieliśmy teraz stałkę!

Podeszłam więc do komputera i zrobiłam właśnie to. A on był w sieci!

Michael 

-   pisałam   -  

Cześć,   to   ja!   Jestem   już   w   domu!   Miałam   do 

Ciebie   zadzwonić,   ale   jest   po   jedenastej   i   nie   chcę,   żeby   Twoi 

background image

rodzice się wściekli.

Michael zmienił sobie nicka, odkąd „Crackhead” zaczął podupadać. Już nie pisze jako 

CracKing.   Teraz   używa   nicka   Linux   -   Rulz,   żeby   zaprotestować   przeciwko   tłamszeniu 

przemysłu software'owego przez Microsoft.

LinuxRulz: 

Witaj w domu! Dobrze Cię znów tu mieć. Martwiłem się, 

że umarłaś, czy coś.

Więc  zauważył,   że  przestałam  dzwonić!  A  to  znaczy,   że  wymyślony  z  Tiną  plan 

działał bez zarzutu. Przynajmniej do tej pory.

GrLouie:  

Nie, nie umarłam. Tylko jestem non - - stop zajęta. No 

wiesz, los arystokracji spoczywa na moich barkach i tak dalej. Czy 
mamy z Larsem wpaść po Ciebie i Lilly jutro przed szkołą?

LinuxRulz: 

Byłoby fajnie. A co robisz w piątek?

Co robię w piątek? On mnie zaprasza NA RANDKĘ? Ja i Michael pójdziemy w końcu 

na randkę? Nareszcie???

Usiłowałam pisać od niechcenia, żeby nie widział, jak jestem podekscytowana. Już 

zdążyłam wystraszyć Grubego Louie, bo tak podskakiwałam na krześle przy komputerze, że o 

mało nie fiknął koziołka.

GrLouie: 

Nic specjalnego, jak do tej pory. A czemu pytasz?

LinuxRulz:  

Chcesz   iść   na   kolację   do   Screening   Room?   Będą 

wyświetlali pierwszą część Gwiezdnych Wojen.

O   MÓJ   BOŻE!!!   ON   MNIE   ZAPROSIŁ   NA   RANDKĘ!!!   Na   kolację   i   na   film. 

Wszystko w jednym, bo w Screening Room siedzi się przy stole i je kolację, podczas gdy na 

sali wyświetlany jest film. A przecież Gwiezdne Wojny to jeden z moich ulubionych filmów, 

obok Wirującego seksu. Czy na świecie jest jakaś dziewczyna szczęśliwsza ode mnie? Nie, 

nie sądzę. Britney, możesz mi skoczyć.

Palce mi drżały, kiedy odpisywałam.

GrLouie: 

Chyba możemy tak się umówić. Będę musiała jeszcze spytać 

background image

mamę. Mogę dać Ci odpowiedź jutro?

LinuxRulz: 

OK. Zatem do zobaczenia jutro. Około 8.15?

GrLouie: 

Jutro, 8.15.

Chciałam dodać jeszcze coś o tym, że tęskniłam albo że go kocham, ale sama nie 

wiem, po prostu dziwnie się czułam i nie mogłam tego zrobić. Bo przecież to trochę żenujące 

mówić osobie, którą kochasz, że ją kochasz. Nie powinno tak być, ale tak jest. Poza tym 

wydawało mi się, że Jane Eyre nie zrobiłaby czegoś takiego. Chyba że, no wiecie, właśnie 

odkryłaby, że facet, którego kocha, oślepł podczas bohaterskiej próby wyratowania swojej 

szalonej żony piromanki z płonącego piekła, które sama roznieciła.

Ale zaproszenie mnie na kolację i film wydało mi się bohaterskim czynem.

A potem Michael dopisał:

LinuxRulz:: 

Mała, przeleciałem tę galaktykę | z jednego krańca na 

drugi...

Co   jest   moim   ulubionym   tekstem   z   pierwszej   części  Gwiezdnych   Wojen.   Więc 

odpisałam...

GrLouie: 

Tak się składa, że lubię miłych mężczyzn.

...przeskakując od razu do Imperium kontratakuje, na co Michael odpisał:

LinuxRulz: 

Ja jestem miły.

A to nawet lepsze niż mówić, że się kogoś kocha, bo zaraz po tym, jak Han Solo to 

mówi w filmie, zaczyna całować się z księżniczką Leią. O MÓJ BOŻE!!! To naprawdę jest 

tak,   jakby   Michael   był   Hanem   Solo,   a   ja   księżniczką   Leią,   bo   Michael   jest   świetny   w 

naprawianiu różnych rzeczy,  na przykład napędów CD, a ja jestem bardzo wyczulona na 

sprawy społeczne, jak księżniczka Leia, i tak dalej.

Poza   tym   pies   Michaela,   Pawłów,   w   pewnym   sensie   przypomina   Chewbaccę.   To 

znaczy, gdyby Chewbacca był owczarkiem.

Nawet gdybym próbowała, nie umiałabym sobie wymarzyć fajniejszej randki. No i 

mama na pewno mnie puści, bo Screening Room jest całkiem niedaleko, a poza tym  idę 

background image

przecież z Michaelem. Nawet pan Gianini lubi Michaela, a on nie przepada za wszystkimi 

chłopakami   z   Alberta   Einsteina   -   mówi,   że   w   większości   są   chodzącymi   bombami 

testosteronowymi.

Ciekawe, czy księżniczka Leia czytała kiedykolwiek Jane Eyre. Ale może Jane Eyre 

nie istniała w jej galaktyce.

Teraz   już   na   pewno   nie   zasnę.   Jestem   za   bardzo   nakręcona.   ZOBACZĘ   GO   ZA 

OSIEM GODZIN I PIĘTNAŚCIE MINUT.

A w piątek będę siedziała obok niego w zaciemnionej sali. Zupełnie sam na sam. I 

nikogo dokoła. No, pomijając kelnerki i innych ludzi oglądających seans.

Moc jest ze mną.

Wtorek, 20 stycznia,

pierwszy dzień szkoły po feriach

Godzina wychowawcza

Dziś rano ledwie zwlokłam się z łóżka. W gruncie rzeczy udało mi się wygrzebać 

spod kołdry - i spod Grubego Louie, który przez całą noc leżał mi na brzuchu i mruczał jak 

traktor   -   tylko   ze   względu   na   perspektywę   spotkania   z   Michaelem   po   raz   pierwszy   od 

trzydziestu dwóch dni.

To   totalne   okrucieństwo,   żeby   zmuszać   osobę   w   moim   delikatnym   wieku,   kiedy 

powinna sypiać przynajmniej dziewięć godzin na dobę, żeby podróżowała między dwoma 

mocno odległymi strefami czasowymi, nie dając jej nawet dnia wypoczynku między jedną a 

drugą. Nadal jestem strasznie zmęczona po podróży i pewna, że to źle wpłynie nie tylko na 

mój   rozwój   fizyczny   (nie   tyle   w   kwestii   wzrostu,   bo   już   jestem   dość   wysoka,   ale   pod 

względem gruczołów piersiowych, które są szalenie wrażliwe na wszelkie zakłócenia rytmu 

snu i czuwania), lecz i umysłowy.

A   teraz   zaczynam   przecież   drugi   semestr   pierwszej   licealnej,   więc   moje   stopnie 

zaczną   się   poważnie   liczyć.   Nie   żebym   zamierzała   iść   na   studia,   czy   coś   takiego. 

Przynajmniej   nie   od   razu.   Ja,   podobnie   jak   książę   William,   zamierzam   zrobić   sobie   rok 

przerwy między szkołą a studiami. Ale mam nadzieję, że spędzę go, rozwijając jakiś talent 

czy zainteresowanie, a jeśli żadnego do tej pory nie znajdę, będę pracowała jako wolontariusz 

dla   Greenpeace   -   mam   nadzieję,   że   na   jednym   z   tych   statków,   które   krążą   w   pobliżu 

japońskich i rosyjskich wielorybników. Nie sądzę, żeby Greenpeace przyjmował ochotników, 

którzy mają średnią poniżej 3,0.

W każdym razie wstawanie dziś rano było męką, zwłaszcza że kiedy wyjęłam już 

background image

szkolny mundurek, zdałam sobie sprawę, że w szufladzie z bielizną nie ma moich majtek z 

królową Amidalą. Muszę mieć na sobie majtki z królową Amidalą pierwszego dnia nowego 

semestru,  inaczej  będę miała  pecha przez całą resztę roku. No bo miałam  je na sobie w 

wieczór Bezwyznaniowego Zimowego Balu, kiedy Michael powiedział, że mnie kocha.

Nie   powiedział   że   JEST   WE   MNIE   ZAKOCHANY.   Powiedział,   że   mnie   kocha. 

Miejmy nadzieję, że jednak nie jak przyjaciela.

Muszę włożyć majtki z królową Amidalą pierwszego dnia nowego semestru, tak samo 

jak muszę je wysłać do pralni przed piątkiem, żebym mogła je mieć na sobie w czasie randki 

z Michaelem. Bo w ten wieczór przyda mi się każdy dodatkowy łut szczęścia, jeżeli mam 

konkurować ze wszystkimi Kate Bosworth tego świata o jego uczucie... No i skoro w ten 

wieczór zamierzam wręczyć Michaelowi prezent urodzinowy. Prezent, który, mam nadzieję, 

tak bardzo mu się spodoba, że jeśli się jeszcze we mnie nie zakochał, to natychmiast to zrobi.

Musiałam więc pójść do pokoju mamy, tego, który dzieli z panem Gianinim, i obudzić 

ją (na szczęście pan G. był pod prysznicem, bo przysięgam na Boga, że gdybym musiała 

oglądać ich razem w łóżku w stanie, w jakim się wtedy znajdowałam, skończyłabym tak samo 

jak Annę Heche). Zapytałam:

- Mamo, gdzie są moje majtki z królową Amidalą?

Mama, która śpi jak kamień, nawet kiedy nie jest w ciąży, odparła tylko:

- Szurnowog.

A to nawet nie jest ludzki język.

- Mamo - powtórzyłam - potrzebne mi są moje majtki z królową Amidalą. Gdzie one 

są?

Ale mama mruknęła tylko:

- Kapukin.

Wtedy wpadłam na pomysł. Nie żebym naprawdę uważała, że mama zabroni mi pójść 

na kolację z Michaelem, po tym jak ładnie mówiła o nim wczoraj wieczorem. Ale żeby się 

upewnić, że nie mogła się wycofać, zapytałam:

-   Mogę   pójść   z   Michaelem   na   kolację   i   na   film   do   Screening   Room   w   piątek 

wieczorem?

A ona, przewracając się z boku na bok, sapnęła:

- Taa, taaa, skuniper.

Więc sprawę uważam za załatwioną.

Ale   i   tak   musiałam   pójść   do   szkoły   w   zwyczajnej   bieliźnie,   co   lekko   mnie 

zdenerwowało, bo nie ma w niej nic specjalnego, jest po prostu biała i nudna.

background image

Trochę  się rozchmurzyłam,  kiedy wsiadłam  do limuzyny,  bo cieszyłam  się, że  za 

moment zobaczę Michaela.

Ale wtedy zaczęłam się zastanawiać, co się> u licha, może stać, kiedy już zobaczę 

Michaela.  Bo  jeśli  się  nie  widziało   własnego  chłopaka   przez  trzydzieści  dwa  dni, to  nie 

wystarczy po prostu powiedzieć: „Cześć, jak się masz?”, kiedy już go widzisz. Musisz go 

chyba uściskać czy coś.

Ale jak mam go uściskać w samochodzie? Na oczach wszystkich? Przynajmniej nie 

musiałam   się   martwić   o   ojczyma,   bo   pan   G.   stanowczo   odmawia   jeżdżenia   do   szkoły 

limuzyną ze mną, Larsem, Lilly i Michaelem, chociaż przecież jedziemy w to samo miejsce. 

Pan Gianini twierdzi, że woli metro. Mówi, że tylko wtedy może posłuchać muzyki, którą 

lubi (mama i ja nie pozwalamy mu puszczać Blood, Sweat and Tears na poddaszu, więc musi 

ich słuchać na discmanie).

Ale co z Lilly? Przecież ona tam będzie. Jak mogę obejmować Michaela przy Lilly? 

No dobra, po części to dzięki niej Michael i ja w ogóle się zeszliśmy. Ale to nie znaczy, że 

czuję się swobodnie, biorąc udział w publicznych demonstracjach naszych wzajemnych uczuć 

NA JEJ OCZACH.

Gdybyśmy byli w Genowii, mogłabym bez zażenowania pocałować go w policzki, bo 

tak tam wygląda standardowe powitanie.

Ale to jest Ameryka, gdzie nawet ręce ściska się ludziom z rzadka, chyba że jest się, 

powiedzmy, burmistrzem.

A dochodziła jeszcze cała ta sprawa z Jane Eyre. To znaczy Tina i ja postanowiłyśmy, 

że nie będziemy ganiać za naszymi chłopakami, ale nic nie ustaliłyśmy w kwestii powitań z 

nimi po trzydziestodwudniowej nieobecności.

Miałam właśnie spytać  Larsa, co jego zdaniem powinnam zrobić, kiedy doznałam 

olśnienia - dokładnie w chwili, gdy przystawaliśmy przed apartamentowcem Moscovitzów. 

Hans, kierowca, miał wysiąść i otworzyć drzwi Lilly i Michaelowi, ale powiedziałam:

- Ja to zrobię.

I wyskoczyłam z samochodu.

A tam stał w śniegu Michael i był taki wysoki, przystojny i męski, a wiatr burzył te 

jego  ciemne  włosy.   Na  sam  jego  widok  serce  zaczęło   mi  walić  w   tempie  chyba   tysiąca 

uderzeń na minutę. Czułam się, jakbym miała się rozpłynąć...

Zwłaszcza kiedy uśmiechnął się na mój widok uśmiechem rozjaśniającym mu oczy, 

które były tak ciemnobrązowe, jak to sobie zapamiętałam, i pełne tej samej inteligencji i 

poczucia   humoru   jak   wtedy,   kiedy   ostatni   raz   w   nie   spojrzałam,   trzydzieści   dwa   dni 

background image

wcześniej.

Nie mogłam  tylko  stwierdzić  jednego: czy były,  czy nie były  pełne  miłości.  Tina 

twierdziła, że powinnam rozpoznać, patrząc w oczy Michaela, czy mnie kocha, czy nie. Ale 

prawda jest taka, że patrząc Michaelowi w oczy, mogłam tylko stwierdzić, że nie wydaję mu 

się kompletnie odpychająca. Gdybym się wydawała odpychająca, pewnie by odwrócił wzrok, 

tak jak ja, kiedy widzę w szkolnej stołówce tego faceta, który zawsze wyciąga kukurydzę ze 

swojego chilli.

- Cześć - powiedziałam głosem, który nagle zrobił się piskliwy.

- Cześć - powiedział Michael głosem wcale nie piskliwym, ale naprawdę głębokim i 

przypominającym głos Wolverine'a.

A potem staliśmy tam i nie mogliśmy oderwać od siebie oczu, a oddech nam zamarzał 

i tworzył małe obłoczki białej pary, a wokoło nas na Piątej Alei śpieszyli się ludzie - ludzie, 

których prawie nie dostrzegałam. Ledwo do mnie dotarło, że Lilly powiedziała:

- Och, na litość boską...

I minęła nas, żeby wsiąść do limuzyny.

A potem Michael powiedział:

- Naprawdę dobrze znów cię widzieć.

A ja odparłam:

- Ja też się cieszę.

Ze środka limuzyny Lilly powiedziała:

- Ej, na zewnątrz jest poniżej zera, może byście się tak pośpieszyli i już wsiedli?

A ja wtedy powiedziałam:

- Chyba powinniśmy...

A Michael dodał:

- Taaa...

I położył dłoń na klamce drzwi, żeby je dla mnie przytrzymać. A kiedy zaczęłam się 

schylać,   żeby   wsiąść,   drugą   dłoń   położył   na   moim   ramieniu,   a   gdy   się   obróciłam,   żeby 

zobaczyć, czego chce (chociaż i tak właściwie wiedziałam), powiedział:

- No i jak, możesz się ze mną spotkać w piątek wieczorem?

A ja odparłam:

- Yhym.

A wtedy on jakoś tak przyciągnął mnie za ramię zupełni w stylu pana Rochestera, 

więc musiałam podejść do niego o kro” a on takim szybkim ruchem, jakiego jeszcze u niego 

nie widzi łam, pochylił się i pocałował mnie prosto w usta, na oczach odźwiernego i całej 

background image

reszty Piątej Alei!

Muszę przyznać, że odźwierny Michaela i wszyscy przechodnie, włączając pasażerów 

autobusu linii Ml, który mijał nas dokładnie w tej chwili, wcale nie zwrócili specjalnej uwagi 

na to, że oto na ich oczach całuje się księżniczka Genowii.

Ale JA zauważyłam. I czułam się z tym świetnie. Poczułam się tak, jakby całe moje 

zamartwianie się o to, czy Michael kocha mnie jak przyjaciółkę, czy jak życiowego partnera, 

było trochę głupie.

Bo przyjaciół tak się nie całuje.

Tak mi się wydaje.

No   więc   potem   wślizgnęłam   się   na   tylne   siedzenie   limuzyny   obok   Lilly   z   tym 

szerokim, głupawym uśmiechem na twarzy, totalnie pewna, że ona się będzie ze mnie śmiała, 

ale  nic   na  to  nie   mogłam  poradzić,  bo  byłam  taka   szczęśliwa,   że  mimo  braku   majtek  z 

królową Amidalą mój semestr już się dobrze zaczyna, a przecież nie trwał jeszcze nawet 

kwadransa!

A wtedy Michael usiadł koło mnie, zatrzasnął drzwi i Hans ruszył, a Lars powiedział 

do Lilly i Michaela:

- Dzień dobry.

A oni też się z nim przywitali i nawet nie wiedziałabym, że Lars się podśmiewał nad 

swoją kawą latte, gdyby Lilly nie powiedziała mi o tym, kiedy już wysiedliśmy z limuzyny 

pod szkołą.

- Bo niby - wyjaśniła - nic nie wiedzieliśmy o tym, co wy robicie tam na zewnątrz...

Ale powiedziała to bez złośliwości.

Byłam taka szczęśliwa, że prawie do mnie nie docierało, co mówi Lilly po drodze do 

szkoły, a mówiła cały czas o tym filmie opartym na mojej biografii. Powiedziała, że wysłała 

list polecony do producentów i do tej pory nie otrzymała  odpowiedzi, chociaż minął już 

ponad tydzień.

- To jest - oświadczyła - kolejny przykład na to, że hollywoodzkie typki sądzą, że 

wszystko ujdzie im na sucho. No cóż, jestem tu po to, żeby im uświadomić, jak bardzo się 

mylą. Jeśli nie dostanę odpowiedzi do jutra, pójdę z tym do prasy.

Udało jej się zwrócić moją uwagę.

- Masz zamiar zwołać konferencję prasową? - spytałam.

- A czemu nie? - Lilly wzruszyła ramionami. - Ty zrobiłaś to samo, a do niedawna 

trudno ci było sklecić jedno zdanie przed kamerą. Więc czemu miałabym sobie nie poradzić?

Wow. Lilly naprawdę się wkurzyła tym filmem. Chyba będę musiała go obejrzeć i 

background image

przekonać się, czy rzeczywiście jest tak ile. Innym dzieciakom w szkole niespecjalnie się 

podobał. No ale wszyscy byli w St. Moritz albo w swoich domkach zimowych w Ojai, kiedy 

został wyemitowany. Byli za bardzo zajęci jeżdżeniem na nartach albo leżeniem na plaży, 

żeby przejmować się jakimś głupim filmem telewizyjnym nakręconym na podstawie życia ich 

koleżanki ze szkoły

Sądząc po ilości gipsów, jakie mieli na sobie ludzie - Tina wcale nie była jedyną 

osobą, która sobie coś w czasie ferii nadwerężyła - wszyscy bawili się dużo lepiej niż ja. 

Nawet Michael mówi, że większość czasu spędził na balkonie apartamentu dziadków, pisząc 

piosenki dla swojego nowego zespołu.

Chyba jestem jedyną osobą, która całą przerwę świąteczną przesiadywała na obradach 

parlamentu i usiłowała negocjować opłaty za parkowanie przed kasynem w stolicy Genowii.

Ale i tak się cieszę, że już jestem z powrotem. Dobrze było wrócić, bo po raz pierwszy 

w czasie mojej całej szkolnej kariery jakiś facet naprawdę mnie lubi - a może nawet kocha - 

tak jak ja kocham jego. I będę się z nim widywać w przerwach między lekcjami i na zajęciach 

z RZ...

O mój Boże! Na śmierć zapomniałam! Przecież zaczął się nowy semestr! Dadzą nam 

zupełnie   nowy   plan   lekcji!   Zostanie   rozdany   pod   koniec   godziny   wychowawczej,   po 

ogłoszeniach. A co, jeśli Michael i ja nie będziemy już mieć razem RZ? Przecież ja nawet nie 

powinnam chodzić na RZ, biorąc pod uwagę, że zainteresowań nie mam żadnych. Skierowali 

mnie na te zajęcia dopiero wtedy, kiedy okazało się, że nie radzę sobie z algebrą, więc przyda 

mi się trochę czasu na naukę indywidualną. Z założenia miałam mieć o tej porze wychowanie 

techniczne.   WYCHOWANIE   TECHNICZNE!   ONI   TAM   KAŻĄ   LUDZIOM   ROBIĆ 

STOJAKI NA PRZYPRAWY!

W drugim semestrze na tej godzinie przypada gospodarstwo domowe. JEŚLI W TYM 

SEMESTRZE KAŻĄ MI CHODZIĆ NA GOSPODARSTWO DOMOWE ZAMIAST NA 

RZ, TO CHYBA UMRĘ!!!!!!!

Bo skończyło się na tym, że na koniec pierwszego semestru z algebry dostałam pięć 

mniej. Nie wyznaczają ci czasu na naukę indywidualną, jeśli masz z tego przedmiotu pięć 

mniej. Pięć mniej to dobry stopień. No, chyba że jest się jakąś Judith Gershner.

O Boże, wiedziałam, że tak będzie, Po prostu WIEDZIAŁAM, że stanie się coś złego, 

jeśli nie włożę majtek z królową Amidalą.

No więc, jeśli nie trafię na RZ, będę się widywać z Michaelem wyłącznie podczas 

lunchu i na przerwach. Bo on jest w ostatniej klasie, a ja zaledwie w pierwszej, więc nie 

zanosi się na to, żebyśmy mieli wspólne zajęcia z zaawansowanego rachunku różniczkowego 

background image

albo że on trafi do mnie na francuski.

A przecież może się zdarzyć i tak, że nawet podczas lunchu go nie zobaczę! Może być 

tak, że nasze przerwy na lunch nie będą wypadać w tym samym czasie!

A   nawet   gdyby   wypadały   o   tej   samej   porze,   jakie   jest   prawdopodobieństwo,   że 

Michael będzie chciał siadać ze mną podczas lunchu? Ja zawsze jadam z Lilly i Tiną, a 

Michael   zawsze   siadał   z   Klubem   Komputerowym   i   ludźmi   z   czwartej   klasy.   Czy   teraz 

przyjdzie i usiądzie przy mnie? Przecież JA w żaden sposób nie mogę pójść i usiąść przy jego 

stoliku.   Ci   wszyscy   faceci   cały   czas   mówią   o   rzeczach,   o   których   nie   mam   pojęcia,   na 

przykład o tym, jaki beznadziejny jest Steve Jobs i jak łatwo jest włamać się do systemu 

obrony narodowej Indii...

O   Boże,   rozdają   nam   właśnie   nowy   plan   lekcji.   Proszę,   nie   kierujcie   mnie   na 

Gospodarstwo   Domowe.   PROSZĘ,   PROSZĘ,   PROSZĘ,   PROSZĘ,   PROSZĘ,   PROSZĘ, 

PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, 

PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, 

PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, 

PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, 

PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, 

PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, 

PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, 

PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, 

PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, 

PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, 

PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, 

PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, 

PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, 

PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, 

PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, 

PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ, FROSZĘ, PROSZĘ, PROSZĘ.

Wtorek, 20 stycznia

Algebra

HA! Może i zginęły mi majtki z królową Amidalą, ale Moc i tak jest ze mną. Mój plan 

lekcji jest dokładnie taki sam jak w zeszłym semestrze, tyle że jakimś cudem teraz mam na 

trzeciej godzinie biologię zamiast historii cywilizacji (O Boże, nie pozwól, żeby Kenny, mój 

background image

dawny partner na biologii i eks - chłopak, też został przeniesiony na biologię na trzeciej 

godzinie). Historię cywilizacji mam teraz na siódmej, a zamiast WF - u na czwartej wszyscy 

mamy zdrowie i przepisy bezpieczeństwa.

I nie ma  żadnego  wychowania  technicznego  ani gospodarstwa domowego,  BOGU 

NIECH   BĘDĄ   DZIĘKI!!!!!   Nie   wiem,   kto   wmówił   szkolnej   administracji,   że   jestem 

uzdolniona i mam zainteresowania, ale ktokolwiek to był, zaskarbił sobie moją wdzięczność 

na wieki i z całej siły postaram się dorosnąć do tych oczekiwań.

I tak się składa, że wiem, że Michael nie tylko też ma RZ na piątej godzinie, ale i 

przerwę na lunch o tej samej porze co ja. Wiem to, bo kiedy przyszłam na algebrę, usiadłam i 

wyciągnęłam   zeszyt   i  książkę   „Algebra   dla  klas  pierwszych   i  drugich”,   do  klasy  wszedł 

Michael!

Tak, wszedł do klasy, w której pierwsza licealna uczy się u pana Gianiniego algebry, 

jakby tu było jego miejsce czy coś, a wszyscy zaczęli się na niego gapić, włącznie z Laną 

Weinberger,   bo   wiecie,   maturzyści   zazwyczaj   nie   wchodzą   tak   po   prostu   do   klas 

pierwszaków, chyba że mają akurat dyżur w pokoju nauczycielskim i przynoszą komuś jakąś 

przepustkę czy coś takiego.

Ale Michael nie miał dyżuru w pokoju nauczycielskim. Zajrzał do klasy pana G. tylko 

po to, żeby się ze mną zobaczyć. Wiem to, bo podszedł prosto do mojego stolika ze swoim 

planem lekcji w ręku i spytał:

- W której grupie masz lunch?

A ja mu odpowiedziałam, że w A, na co on powiedział:

- To tak samo jak ja. A potem masz RZ?

- Tak - powiedziałam, a on stwierdził:

- No to cool, zobaczymy się na lunchu.

A potem odwrócił się i wyszedł. Był taki wysoki i dorosły z tym swoim plecakiem 

JanSport i w butach New Balances.

A   sposób,   w   jaki   wychodząc   z   klasy,   powiedział:   „Cześć,   panie   G.”   do   pana 

Gianiniego, tak od niechcenia - bo pan Gianini siedział jarzy swoim biurku z kubkiem kawy 

w rękach i uniesionymi wysoko brwiami...

No cóż, bardziej luzacko to wszystko nie mogło już wyglądać.

I   przyszedł   tutaj   zobaczy   -   się   ze   mną.   ZE   MNĄ.   Z   MIĄ   THERMOPOLIS.   Do 

niedawna najmniej popularną osobą w całej szkole, z wyjątkiem tego faceta, który nie lubi 

kukurydzy w swoim chilli.

Więc teraz wszyscy, którzy nie widzieli, jak ja i Michael całowaliśmy się podczas 

background image

Bezwyznaniowego Zimowego Balu, wiedzą, że ze sobą chodzimy, bo nie wchodzi się do 

czyjejś klasy podczas przerwy, żeby patrzeć - na czyjś plan lekcji, chyba że się z tą osobą. 

chodzi.

Nawet kiedy zadzwonił dzwonek, niemal czułam,  że przewiercają mnie  spojrzenia 

wszystkich współtowarzyszy algebraicznej niedoli, włącznie z Laną Weinberger. Praktycznie 

słychać było, że każdy myśli: „To ON chodzi z NIĄ?”

Rozumiem, że trudno w to uwierzyć. To znaczy w końcu SAMA ledwie wierzę, że to 

prawda.   Bo   oczywiście,   jest   publiczną   tajemnicą,   że   Michael   to   trzeci   z   kolei 

najprzystojniejszy facet w szkole, po Joshu Richterze i Justinie Baxendale'u (chociaż jeśli 

mnie spytacie o zdanie, stwierdzam, bo widziałam Michaela, wielokrotnie bez koszuli, że 

obaj ci faceci wyglądają przy nim jak ten głupek Quasimodo), więc co on niby robi ze MNĄ, 

beztalenciem   i   dziwadłem   o   stopach   rozmiaru   nart,   zupełnie   pozbawionym   biustu   i   z 

nozdrzami, które falują, kiedy kłamię?

Poza tym jestem tylko marną pierwszoklasistką, a Michael jest maturzystą, którego 

jeszcze przed terminem przyjęto na uczelnię  na Manhattanie  należącą  do prestiżowej Ivy 

League. Plus to, że Michael jest drugim uczniem w swojej klasie, ma same szóstki, podczas 

gdy ja ledwie przebrnęłam przez algebrę poziom I. Plus to, że Michael zawsze angażuje się w 

jakieś   zajęcia   pozalekcyjne,   włącznie   z   Klubem   Komputerowym,   Klubem   Szachowym   i 

Klubem Fizyków. Zaprojektował szkolną stronę internetową, potrafi grać chyba na dziesięciu 

instrumentach, a teraz zakłada własny zespół.

A ja? Ja jestem księżniczką. I to by było na tyle.

I   to   też   od   niedawna.   Zanim   odkryłam,   że   jestem   księżniczką,   byłam   tylko 

beznadziejnym  wyrzutkiem, który zawalał algebrę i wiecznie miał pełno kociej sierści na 

szkolnym mundurku.

Więc chyba  można powiedzieć, że mnóstwo ludzi lekko się zdziwiło, widząc, jak 

Michael  Moscovitz  podchodzi do mojego stolika  w klasie algebry,  żeby porównać nasze 

plany lekcji. Czułam, że oni wszyscy się na mnie gapią, kiedy on już wyszedł, a dzwonek 

zadzwonił, i słyszałam, jak o tym między sobą szepczą. Pan G. usiłował wszystkich uspokoić, 

mówiąc:

- No dobra, przerwa się skończyła. Wiem, że dawno się nie widzieliście, ale w ciągu 

najbliższych dziewięciu tygodni czeka nas masa roboty.

Tyle że, oczywiście, nikt nie zwracał uwagi na niego, tylko na mnie.

W ławce przede mną Lana Weinberger już wisiała na komórce - tej nowej, za którą 

musiałam   zapłacić,   bo  zniszczyłam   jej   poprzednią,   roznosząc   ją   w   drobny  pył   w   niemal 

background image

psychotycznym ataku złości w zeszłym miesiącu - i mówiła:

- Shel? W żaden sposób nie uwierzysz, co się przed chwilą stało. Znasz tę dziwaczną 

dziewczynę z waszych lekcji łaciny, tę, co ma program telewizyjny i płaską twarz? Taa, no 

więc jej brat był tu przed chwilą i porównywał swój plan lekcji z planem Mii Thermopolis...

Lana ma  jednak tego pecha, że pan Gianini  cierpi  na jakiś  uraz do korzystania  z 

telefonów  komórkowych  podczas   lekcji.  Normalnie  rzucił   się  na  nią,   wyrwał   jej   telefon, 

przytknął go do ucha i powiedział:

- Panna Weinberger nie może w tej chwili rozmawiać, bo jest zajęta pisaniem eseju na 

tysiąc słów na temat niestosowności korzystania z telefonów komórkowych podczas lekcji.

A potem wrzucił ten telefon do szuflady biurka i powiedział jej, że może go odebrać 

pod koniec dnia, kiedy wręczy mu swój esej.

Szkoda, że pan G. nie dał telefonu Lany mnie. Już ja bym umiała korzystać z tego 

telefonu lepiej niż ona.

Ale nawet jeśli nauczyciel jest twoim ojczymem, nie może tak po prostu konfiskować 

rzeczy innym uczniom i oddawać ich tobie.

Wielka szkoda, bo mnie by się naprawdę przydał telefon komórkowy. Przypomniało 

mi się właśnie, że nie zapytałam mamy, czego chciała Grandmére, kiedy dzwoniła wczoraj 

wieczorem.

O kurczę. Liczby całkowite. Muszę się skupić.

B = (x: x jest takie, że x > 0)

Definicja:   Kiedy   liczbę   całkowitą   podniesie   się   do   kwadratu,   nazywa   się   go 

kwadratem idealnym.

Wtorek, 20 stycznia

Zdrowie i przepisy bezpieczeństwa

Straszne nudy – MT

I ty mi to mówisz? Ile razy w czasie naszej uczniowskiej kariery będą nam opowiadać,  

że seks bez zabezpieczenia może się skończyć niechcianą ciążą albo AIDS? Czy oni myślą, że 

po pierwszych pięciu tysiącach razy nie dotarło? - LM

Najwyraźniej.   Hej,   widziałaś,   jak   pan   Wheeton   otworzył   drzwi   do   pokoju 

nauczycielskiego, popatrzył na Mademoiselle Klein, a potem wyszedł? On jest ewidentnie w 

niej zakochany.

Wiem, wyraźnie to widać, zawsze przynosi jej kawę z mleczkiem z delikatesów Ho. A 

co to oznacza, jeśli nie miłość? Wahim będzie zrozpaczony, jeżeli oni zaczną się umawiać.

background image

Tak,   ale   dlaczego   miałaby   woleć   pana   Wheetona   od   Wahima?   Wahim   ma 

przynajmniej muskuły. Nie mówiąc już o broni.

Kto   zdoła   przejrzeć   tajemnice   ludzkiego   serca?   Ja   nie.   O   mój   Boże,   popatrz,  

przechodzi do kwestii bezpieczeństwa w ruchu drogowym. Czy może być coś BARDZIEJ  

nudnego? Zróbmy sobie jakąś listę. Ty zaczynasz.

Dobra.

*NOWA UZUPEŁNIONA*

LISTA DZIESĘCIU GORĄCYCH FACETÓW

ZEBRAŁA MIA THERMOPOLIS

Z KOMENTARZAMI LILLY MOSCOVITZ

1.   Michael   Moscovitz   (To   zrozumiale,   że   nie   mogę   się   zgodzić   -   ze   względu   na  

genetyczny związek z tym indywiduum. Przyznam jedynie, że nie jest obrzydliwie  

zdeformowany).

2. Ioan Griffud z serialu Horatio Hornblower (Zgoda. Może mną potrząsać, ile razy 

mu przyjdzie ochota).

3. Facet ze Smalhille (Aha - szkoda tylko, że nie pozwolili mu dołączyć do szkolnej 

drużyny pływackiej, bo powinien w każdym odcinku częściej zdejmować koszulę).

4. Hayden Christiensen (Znów - aha. To samo odnośnie drużyny pływackiej. Musi się 

jakaś znaleźć dla rycerzy Jedi. Nawet takich, którzy przeszli na Ciemną Stronę).

5.   Pan   Rochester   (Postać   fikcyjna,   ale   owszem,   zgadzam   się,   że   emanuje   pewną  

szorstką męskością).

6. Patrick Swayze (Hm, niech będzie, może w Wirującym  seksie, ale widziałaś go 

ostatnio? Ten facet wygląda starzej niż twój tata!).

7.   Kapitan   von   Trapp   z   Dźwięków   muzyki   (Christopher   Plummer   to   był   facet 

extraordinaire gorący. W każdej chwili postawiłabym na niego przeciwko całej 

bandzie nazistów).

8. Justin Baxendale (Zgoda. Słyszałam, że jakaś trzecioklasistka chciała się dla niego  

zabić. Bo, na nią popatrzył. Poważnie. Jakby oczami tak hipnotyzował, że dostała 

kręćka niczym Sylwia Plath. Teraz chodzi na psychoterapię).

9. Heath Ledger (Ooooch, w filmie o księciu rock and rolla, absolutnie. Ale już nie tak  

samo w Four Feathers. W tym drugim filmie jego gra była jakaś taka nieświeża.  

Poza tym za rzadko zdejmował koszulę).

background image

10. Bestia z Pięknej i Bestii (Moim zdaniem jeszcze komuś tu przydałaby się terapia).

Wtorek, 20 stycznia

RZ

Mam straszną depresję.

Wiem, że nie powinnam. Przecież wszystko tak mi się świetnie w życiu układa.

Pierwsza Świetna Rzecz; Chłopak, w którym się kocham jak wariatka, praktycznie 

przez całe swoje życie, też mnie kocha, a przynajmniej naprawdę lubi, i wybieramy się w 

piątek na naszą pierwszą prawdziwą randkę.

Druga Świetna Rzecz: Wiem, że to dopiero pierwszy dzień nowego semestru, ale jak 

na razie niczego jeszcze nie zawalam, włącznie z algebrą.

Trzecia Świetna Rzecz: Nie jestem już w Genowii, najnudniejszym miejscu na całej 

planecie, może z wyjątkiem algebry i lekcji etykiety u Grandmére.

Czwarta Świetna Rzecz: Kenny już nie jest moim partnerem na zajęciach z biologii. 

Moim nowym partnerem jest Shameeka. Co za ulga. Wiem, że to tchórzostwo (żeby czuć 

ulgę, nie musząc już siedzieć przy Kennym), ale jestem całkiem pewna, że Kenny uważa 

mnie za okropną osobę, która przez wiele miesięcy go zachęcała, a przez cały czas podobał jej 

się ktoś inny (chociaż wcale nie ten ktoś, kogo podejrzewał Kenny). W każdym razie fakt, że 

nie   będę   musiała   znosić   niechętnych   spojrzeń   Kenny'ego   (chociaż   on   ma   już   nową 

dziewczynę, dziewczynę z naszych zajęć biologii ściśle mówiąc - trzeba przyznać, że nie 

tracił czasu), prawdopodobnie wpłynie pozytywnie na moje stopnie z tego przedmiotu. Poza 

tym Shameeka jest naprawdę niezła w naukach ścisłych, a to dlatego, że jest zodiakalną Rybą. 

Ale tak jak i ja, nie ma ŻADNEGO POJEDYNCZEGO KONKRETNEGO TALENTU, co 

czyni ją moją duchową siostrą, jeśli się nad tym zastanowić.

Piąta Świetna Rzecz: Mam naprawdę luzackich przyjaciół, którzy chcą się ze mną 

spotykać, i to wcale nie tylko dlatego, że jestem księżniczką.

Ale widzicie, jest jeden problem. Dzieją się w moim życiu te wszystkie świetne rzeczy 

i powinnam być totalnie szczęśliwa. Powinnam skakać pod niebo z radości.

I może tylko tak gadam pod wpływem zmęczenia podróżą samolotową - jestem taka 

nieprzytomna, że oczy same mi się zamykają - albo zaczyna mi się PMS - bo z pewnością 

mój wewnętrzny zegar rozregulował się po tych wszystkich lotach transkontynentalnych - ale 

nie mogę się pozbyć uczucia, że jestem...

No, po prostu beznadziejna.

Zaczęłam sobie zdawać z tego sprawę dzisiaj podczas lunchu. Siedziałam tam jak 

background image

zwykle z Lilly i Borysem, i Tiną, i Shameeką, i Ling Su, a wtedy podszedł Michael i usiadł z 

nami,  co oczywiście  wywołało  sensację w całej  stołówce, bo zazwyczaj  siada z Klubem 

Komputerowym, o czym wie cała szkoła.

A   ja   byłam   totalnie   zażenowana,   ale   oczywiście   także   dumna   i   zadowolona,   bo 

Michael NIGDY nie siadał przy naszym stoliku, kiedy on i ja byliśmy tylko przyjaciółmi, 

więc to, że z nami usiadł, MUSI znaczyć, że jest przynajmniej trochę we mnie zakochany, bo 

to przecież spore poświęcenie porzucać intelektualne rozważania przy stoliku, przy którym 

normalnie siada, na rzecz pogaduszek, które odchodzą przy naszym stole, a które sprowadzają 

się na ogół do, na przykład, szczegółowych analiz wczorajszego odcinka Czarodziejek albo 

uwag, jak słodki był ten top, który miała na sobie Rosę McGowan, czy innych takich.

Ale   Michael   totalnie   się   do   tego   dostosował,   chociaż   uważa,   że  Czarodziejki  to 

dziecinada. A ja naprawdę starałam się kierować rozmową tak, żeby dotyczyła spraw, którymi 

interesują się faceci, na przykład Buffy - postrachu wampirów albo Milli Jovovich.

Tyle że się okazało, że wcale nie musiałam, bo Michael jest jak jedna z tych ciem 

żywiących się porostami, o których uczyliśmy się na biologii. No wiecie, tych, co zrobiły się 

całe czarne, kiedy podczas rewolucji przemysłowej mech, którym się żywiły, poczerniał od 

sadzy. On potrafi przystosować się do każdej sytuacji i czuć się na luzie. To niesamowity 

talent,   który   sama   chciałabym   posiadać.   Może   gdybym   go   miała,   nie   czułabym   się   tak 

strasznie nie na miejscu podczas spotkań Genowiańskiego Towarzystwa Hodowców Oliwek.

W każdym razie dziś przy stole podczas lunchu ktoś zaczął mówić o klonowaniu i 

wszyscy   mówili,   kogo   chcieliby   sklonować,   gdyby   to   było   możliwe,   i   każdy   mówił,   że 

Alberta Einsteina, żeby mógł do nas wrócić i wyjaśnić nam sens życia i tak dalej, albo Jonasa 

Salka,   żeby   wynalazł   lekarstwo   na   raka,   i   Mozarta,   żeby   dokończył   swoje   requiem   (to, 

oczywiście,   był   pomysł   Borysa),   albo   markizę   Pompadour,   żeby   mogła   nam   udzielić 

wskazówek na temat romansów (Tina), lub Jane Austen, żeby mogła opisać swoim ostrym 

piórem   bieżący   klimat   polityczny,   a   my   skorzystalibyśmy   z   jej   sarkastycznego   poczucia 

humoru (Lilly).

A potem Michael powiedział, że on by sklonował Kurta Cobaina, bo to był geniusz 

muzyczny, który umarł zbyt młodo. I wtedy zapytał mnie, kogo JA bym sklonowała, a ja nie 

mogłam   niczego   wymyślić,   bo   nie   ma   takiej   nieżyjącej   osoby,   którą   chciałabym   znów 

sprowadzić na świat, może wyjąwszy Grandpere, ale to już by było dziwactwo. A Grandmére 

na  pewno dostałaby kociej  mordy.  Więc  powiedziałam  po prostu, że Grubego Louie,  bo 

bardzo go kocham i chętnie miałabym przy sobie dwa takie koty.

Tylko że nie zrobiło to wrażenia na nikim poza jednym Michaelem, który powiedział:

background image

- To miłe.

Ale pewnie powiedział tak tylko dlatego, że jest moim chłopakiem.

W każdym razie jakoś to zniosę. Totalnie przywykłam do tego, że jestem jedyną znaną 

mi osobą, która potrafi obejrzeć od początku do końca  Empire Records  za każdym razem, 

kiedy puszczają to na TBS, i która uważa, że to jeden z najlepszych filmów wszech czasów - 

po Gwiezdnych Wojnach i Wirującym seksie, i Powiedz coś, i Pretty Woman, naturalnie. Och, 

i jeszcze Wstrząsach i Twisterze.

Jestem skłonna utrzymywać w sekrecie, że co roku oglądam wybory Miss Ameryki, 

chociaż dobrze wiem, że to bardzo degradujące dla kobiet i wcale nie ma nic wspólnego z 

fundowaniem   komuś   stypendiów,   zwłaszcza   jeśli   wziąć   pod   uwagę,   że   do   konkursu   nie 

dostaje się żadna dziewczyna, która nosi większy rozmiar niż dziesiątkę.

To znaczy,  dobrze znam siebie od tej strony.  Po prostu taka już jestem i chociaż 

próbowałam się rozwijać, oglądając takie nagradzane filmy jak  Przyczajony tygrys, ukryty 

smok czy Gladiator, to jakoś mi się nie spodobały. Wszyscy na koniec umierają, a poza tym 

nie ma tam wcale tańca ani wybuchów, więc bardzo trudno mi się przy nich nie rozpraszać.

Usiłuję zaakceptować te swoje cechy. Po prostu taka już jestem. Na przykład, jestem 

dobra z angielskiego, ale już nie taka dobra z algebry. I wszystko.

Ale dopiero kiedy poszliśmy dzisiaj po lunchu na rozwój zainteresowań i Lilly zaczęła 

pracować nad listą ujęć do odcinka swojego programu  Lilly mówi prosto z mostu  na ten 

tydzień, a Borys wyjął skrzypce i zaczął grać jakiś koncert (niestety, już nie w szafie na 

materiały biurowe, bo ciągle jeszcze nie wstawili do niej drzwi), a Michael włożył słuchawki 

i zaczął pracować nad nową piosenką dla swojego zespołu, wtedy to mnie uderzyło:

Nie ma ani jednej rzeczy,  w której byłabym  szczególnie dobra. W gruncie rzeczy 

gdyby nie to, że jestem księżniczką, byłabym najzwyczajniejszą osobą na świecie. Nawet nie 

chodzi o to, że nie potrafię surfować czy pleść bransoletek przyjaźni. Ja NIC nie potrafię.

No bo wszyscy moi przyjaciele mają niesamowite osiągnięcia: Lilly wie wszystko na 

każdy temat i nie boi się powiedzieć tego przed kamerą. Michael nie tylko potrafi grać na 

gitarze   i   na   chyba   jeszcze   pięćdziesięciu   innych   instrumentach,   włącznie   z   pianinem   i 

perkusją, ale umie też napisać program komputerowy. Borys, odkąd skończył mniej więcej 

jedenaście lat, daje koncerty skrzypcowe w Carnegie Hall przy pełnej sali. Tina Hakim Baba 

potrafi   czytać   książki   w   tempie   jednej   dziennie,   zapamiętuje,   co   przeczytała,   i   może   to 

cytować praktycznie co do słowa, a Ling Su jest niezmiernie uzdolniona plastycznie. Jedyną 

osobą   przy   naszym   lunchowym   stoliku   pozbawioną   jakichś   szczególnych   uzdolnień   jest 

Shameeka, i ta myśl pocieszyła mnie na jakąś minutę, ale potem przypomniałam sobie, że 

background image

Shameeka jest przecież niesamowicie bystra i piękna, zbiera same szóstki, a ludzie pracujący 

dla agencji modelek wiecznie ją zaczepiają, na przykład w Bloomingdale's, kiedy robi zakupy 

z mamą, i pytają, czy mogliby ją reprezentować (chociaż tata Shameeki twierdzi, że jego 

córki nie będą nigdy pracować jako modelki, i w ogóle po jego trupie).

A ja? Nie mam pojęcia, czemu Michael w ogóle mnie lubi, jestem takim beztalenciem 

i nudą. To w sumie dobrze, że mój los jako następczyni tronu całego księstwa został już 

przypieczętowany, bo gdybym musiała ubiegać się gdziekolwiek o pracę, na pewno bym jej 

nie dostała, skoro w niczym nie jestem dobra.

No więc siedzę sobie tutaj, na rozwoju zainteresowań, i nijak nie mogę odwracać się 

plecami od tej podstawowej prawdy:

Ja, Mia Thermopolis, nie mam ani zainteresowań, ani talentów.

CO JA TUTAJ ROBIĘ????? TO NIE MOJE MIEJSCE!!! MOJE MIEJSCE JEST NA 

WYCHOWANIU   TECHNICZNYM!!!!  ALBO   NA   GOSPODARSTWIE   DOMOWYM!!!! 

POWINNAM ROBIĆ KLATKI DLA PTAKÓW ALBO ZAPIEKANKI!!!!

Właśnie to pisałam, kiedy Lilly nachyliła się do mnie i powiedziała:

- O mój Boże, a tobie CO się znów stało? Wyglądasz, jakbyś przed chwilą zeżarła 

skarpetkę.

Właśnie tak mówimy obie do kogoś, kto ma bardzo przygnębioną minę, bo tak zawsze 

wygląda   Gruby   Louie,   kiedy   przypadkowo   zeżre   jedną   z   moich   skarpet   i   musi   iść   do 

weterynarza na chirurgiczne usunięcie tejże.

Na   szczęście   Michael   tego   nie   słyszał,   bo   miał   na   uszach   słuchawki.   Nigdy   nie 

zdołałabym się przy nim przyznać do tego, do czego przyznałam się wtedy jego siostrze, to 

znaczy że jestem jednym wielkim beztalenciem, bo wtedy zorientowałby się, że w niczym nie 

przypominam Kate Bosworth, i by mnie rzucił.

- A na RZ kazali mi chodzić tylko dlatego, że zawalałam algebrę - przypomniałam jej.

Wtedy Lilly powiedziała coś, co mnie strasznie zdziwiło.

- Masz pewien talent.

Popatrzyłam na nią szeroko otwartymi oczami, chyba pełnymi łez.

- Ach tak? Ciekawe jaki?

Naprawdę się bałam, że się rozpłaczę. To chyba rzeczywiście musi być PMS czy coś, 

bo praktycznie byłam gotowa głośno się rozbeczeć.

Ale ku mojemu rozczarowaniu Lilly powiedziała tylko:

- No cóż, jeśli sama tego nie czujesz, ja ci tego nie powiem. - A kiedy zaczęłam 

protestować,   dodała:   -   Część   podróży   ścieżką   samorealizacji   polega   na   tym,   że   sama   ją 

background image

musisz odnaleźć, bez pomocy czy rad innych ludzi. Inaczej nie będziesz miała poczucia, że 

coś osiągnęłaś. A masz to przecież przed samym nosem.

Rozejrzałam się, ale nie mogłam się zorientować,  o czym  ona mówi. Nie miałam 

przed nosem niczego, co bym potrafiła zauważyć. Nikt na mnie nie patrzył. Borys zawzięcie 

machał smyczkiem, Michael szybko (i wściekle) uderzał w klawisze keyboardu, ale to by 

było wszystko. Cała reszta pochylała się nad swoimi książkami do powtórek albo patrzyła w 

okno, albo robiła rzeźby z wosku czy inne takie.

Nadal nie mam pojęcia, o czym Lilly właściwie mówiła. Nie mam żadnego talentu - 

poza tym, że umiem odróżnić widelec do ryby od zwykłego obiadowego.

W   głowie   mi   się   nie   mieści,   że   uważałam,   że   w   celu   osiągnięcia   samorealizacji 

potrzeba mi tylko wzajemności ze strony mężczyzny, któremu oddałam serce. Teraz, kiedy 

wiem, że Michael mnie kocha - a przynajmniej naprawdę lubi - czuję się jeszcze gorzej. Bo 

jego niesamowite uzdolnienia sprawiają, że moje beztalencie jeszcze bardziej rzuca się w 

oczy.

Szkoda, że nie mogę  pójść do gabinetu pielęgniarki i zdrzemnąć się tam. Ale nie 

pozwolą   mi,   chyba   że   miałabym   temperaturę,   a   ja   jestem   całkiem   pewna,   że   to   tylko 

zmęczenie po podróży.

Wiedziałam, że to nie będzie dobry dzień. Gdybym miała na sobie majtki z królową 

Amidalą, nigdy bym nie musiała stanąć twarzą w twarz z tą prawdą o sobie.

Wtorek, 20 stycznia

Historia cywilizacji

Wynalazca

Wynalazek

Korzyść społeczna

Koszt społeczny

Samuel EB. Morse

Telegraf

Łatwiejsze 
porozumiewanie się

Zakłócona 
perspektywa (druty)

Thomas A. Edison

Oświetlenie 
elektryczne

Łatwiejsze włączanie 
światła, tańsze niż 
świece

Nieufność 

społeczeństwa

 

(z 

początku 

niepopularne)

Ben Franklin

Piorunochron

Mniejsze szanse 
trafienia pioruna w 
dom

Brzydota

Eli Whitney

Maszyna 
przędzalnicza

Mniej pracy

Mniejsze zatrudnienie

A. Graham Bell

Telefon

Łatwiejsze 
porozumiewanie się

Zakłócona 
perspektywa (druty)

Elias Howe

Maszyna do szycia

Mniej pracy

Mniejsze zatrudnienie

Christopher Sholes

Maszyna do pisania

Łatwiejsza praca

Mniejsze zatrudnienie

background image

Henry Ford

Samochód

Szybsze poruszanie 
się

Zatrucie środowiska

Ja   niczego   nigdy   nie   wynajdę,   ani   pożytecznego,   ani   szkodliwego   społecznie,   bo 

jestem wyrzutkiem i beztalenciem. Nawet nie mogłam zmusić kraju, którym pewnego dnia 

będę rządzić, do zainstalowania PARKOMETRÓW!!!!!!!!!!!

PRACA DOMOWA

Algebra: pytania na początku rozdziału 11 (nie ma powtórki, bo pan 

G.   zachorował   na   anginę   -   zresztą   semestr   dopiero   się   zaczął   i   nie   ma 

jeszcze czego powtarzać. Poza tym ja już nie zawalam algebry!!!!!).

Angielski: zaktualizować dziennik (Jak spędziłam ferie zimowe - 500 

słów)

Biologia: rozdział 13

Zdrowie i przepisy bezpieczeństwa: przeczytać rozdział 1 Ty i twoje 

środowisko

RZ: odkryć swój ukryty talent

Francuski: Chapitre Dix

Historia cywilizacji: rozdział 13 Nowy wspaniały świat

Wtorek, 20 stycznia, w limuzynie,

w drodze na lekcję etykiety

u Grandmére

LISTA RZECZY DO ZROBIENIA

1. Znaleźć majtki z królową Amidalą.

2. Przestać obsesyjnie rozmyślać nad tym, czy Michael mnie kocha, czy też tylko lubi. 

Pamiętać,  że wiele dziewczyn  w  ogóle nie ma  chłopaka. Albo mają  naprawdę 

paskudnych chłopaków bez przednich zębów, takich jak Maury Povich.

3.   Zadzwonić   do   Tiny   i   porównać   spostrzeżenia   na   temat   działania   zasady 

nieuganiania się za chłopakami.

4. Odrobić wszystkie lekcje. Nie rób sobie zaległości pierwszego dnia!!!

5. Zapakować prezent dla Michaela.

6. Dowiedzieć się, o czym Grandmére rozmawiała z mamą wczoraj wieczorem. O 

background image

Boże, spraw, żeby nie chodziło o coś dziwacznego, na przykład pomysł zabrania 

mnie na polowanie na kaczki. Nie chcę strzelać do żadnych kaczek.

7. Przestać obgryzać paznokcie.

8. Kupić żwirek dla kota.

9. Odkryć swój ukryty talent. Jeśli Lilly go zna, musi być dość oczywisty, bo przecież 

sama nie odkryła nawet prawdy na temat moich nozdrzy.

10. ODESPAĆ WRESZCIE TROCHĘ!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! Chłopcom nie podobają się 

dziewczyny z wielkimi fioletowymi sińcami pod oczami, zupełnie nie w stylu Kate 

Bosworth. Nawet takim idealnym chłopakom jak Michael.

Wtorek, 20 stycznia, nadal w limuzynie,

w drodze na lekcję etykiety

u Grandmére

Brudnopis pracy do dziennika na angielski:

JAK SPĘDZIŁAM FERIEZIMOWE

Ferie   zimowe   spędziłam   w   Genowii,   która   ma   pięćdziesiąt   tysięcy   mieszkańców.  

Genowia to księstwo leżące na Lazurowym Wybrzeżu między Włochami i Francją. Genowia 

eksportuje przede wszystkim oliwę. Importuje zasadniczo turystów. Ostatnio jednak Genowia 

zaczęła cierpieć z powodu znaczących ubytków infrastruktury wskutek wzmożonego ruchu 

pieszych turystów, bo w porcie cumuje bardzo wiele statków wycieczkowych i

-

-

-

-

-

-

-

-

-

Środa, 21 stycznia

Godzina wychowawcza

O   mój   Boże!   Wczoraj   musiałam   być   bardziej   zmęczona,   niż   mi   się   wydawało. 

Zasnęłam w limuzynie w drodze do Grandmére i Lars nie mógł mnie dobudzić na lekcję 

background image

etykiety! Mówi, że kiedy próbował, pacnęłam go i nazwałam brzydkim francuskim słowem 

(no, to już wina Francois, nie moja).

Tak więc Lars kazał Hansowi zawrócić i odwieźć mnie z powrotem na poddasze, a 

potem zaniósł mnie na trzecie piętro do mojego pokoju (niełatwa sprawa, ważę mniej więcej 

tyle co pięciu Grubych Louie), a mama położyła mnie do łóżka.

Nie obudziłam się na kolację, ani nic. Spałam aż do siódmej dziś rano! Całe piętnaście 

godzin.

Wow. Chyba musiałam być nieco wyczerpana po całym tym ożywieniu powrotem do 

domu i spotkaniem z Michaelem.

Albo   naprawdę   cierpiałam   na   zmęczenie   po   długiej   podróży   samolotem,   a   to 

wczorajsze zamartwianie się brakiem jakiegokolwiek talentu wcale nie brało się z niskiej 

samooceny, ale z zachwianej wskutek braku fazy REM podczas snu równowagi chemicznej. 

No   wiecie,   mówi   się,   że   ludzie   pozbawieni   snu   zaczynają   po   jakimś   czasie   cierpieć   na 

halucynacje. Był taki DJ, który nie spał przez jedenaście dni z rzędu, co jest najdłuższym 

udokumentowanym okresem bezsenności u człowieka, a potem zaczął puszczać wyłącznie 

Phila Collinsa, i wtedy ludzie się domyślili, że trzeba wezwać do niego karetkę.

Tyle że po piętnastu godzinach snu nadal czuję się jak kompletne beztalencie. Ale 

dzisiaj   przynajmniej   nie   wydaje   mi   się,   że   to   taka   straszna   tragedia.   Chyba   sen   przez 

piętnaście godzin pozwolił mi zobaczyć wszystko w odpowiedniej perspektywie. No bo nie 

każdy może być takim supergeniuszem jak Lilly albo Michael. Tak jak nie każdy może być 

wirtuozem skrzypiec jak Borys. Na pewno jest COŚ, w czym  jestem dobra. Muszę tylko 

domyślić  się, co to jest. Spytałam  dzisiaj przy śniadaniu pana G., w czym  jego zdaniem 

jestem dobra, a on powiedział, że jego zdaniem czasem ciekawie się ubieram.

Ale Lilly nie mogła tego mieć na myśli, bo wtedy, kiedy mówiła o moim tajemniczym 

talencie,   miałam   na   sobie   szkolny   mundurek,   który   raczej   nie   pozostawia   miejsca   na 

twórczość własną.

Uwaga pana G. przypomniała mi, że jeszcze nie znalazłam majtek z królową Amidalą. 

Ale nie miałam zamiaru wypytywać ojczyma, czy ich nie widział. UGH! Ja usiłuję nawet nie 

patrzeć   na   bieliznę   pana   Gianiniego»   kiedy   wraca   z   pralni   równiutko   poskładana,   i   z 

wdzięcznością przyznaję, że on mi się odwzajemnia taką samą uprzejmością.

Mamy też zapytać nie mogłam, bo dziś rano znów była martwa dla świata. Ciężarne 

kobiety potrzebują chyba tyle samo snu co nastolatki i DJ - e.

Ale   naprawdę   muszę   je   znaleźć   przed   piątkiem,   inaczej   moja   pierwsza   randka   z 

Michaelem okaże się kompletnym niewypałem. Po prostu to wiem. Na przykład, on rozpakuje 

background image

swój prezent i powie: „No tak. Ale przecież liczą się intencje...”

Chyba powinnam była pójść za radą pani Hakim Baba i kupić mu sweter.

Ale Michael to nie jest taki typ, który nosi swetry! Zdałam sobie z tego sprawę, kiedy 

zatrzymaliśmy się dziś rano przed ich apartamentowcem. Stał tam, taki wysoki i męski, i taki 

podobny do Heatha Ledgera... Tyle że włosy ma ciemne, a nie jasne.

I szalik tak jakoś powiewał mu na wietrze, a ja widziałam część jego szyi, no wiecie, 

dokładnie między jabłkiem Adama a miejscem, gdzie otwiera się kołnierzyk koszuli. To takie 

miejsce,   powiedział   mi   kiedyś   Lars,   że   jeśli   się   uderzy   dość   mocno,   można   kogoś 

sparaliżować.   Szyja   Michaela   wyglądała   tak   ładnie,   była   taka   gładka   i   zaokrąglona,   że 

mogłam myśleć wyłącznie o panu Rochesterze, kiedy jechał na swoim koniu Mesrourze i 

rozmyślał o swojej wielkiej miłości do Jane...

I wiedziałam, po prostu wiedziałam, że miałam rację, nie kupując Michaelowi swetra. 

To znaczy Kate Bosworth nigdy by nie dała swetra swojemu przyjacielowi, rozgrywającemu 

drużyny. UGH.

W   każdym   razie   Michael   mnie   wtedy   zobaczył   i   uśmiechnął   się,   i   już   przestał 

wyglądać jak pan Rochester, bo pan Rochester nigdy się nie uśmiechał.

Wyglądał po prostu jak Michael. A mnie serce podskoczyło w piersi, jak zawsze kiedy 

go widzę.

- Nic ci nie jest? - spytał, gdy tylko wsiadł do limuzyny.

Te jego oczy, takie brązowe, że niemal czarne - zupełnie jak trzęsawiska, które mijał 

pan Rochester, jadąc po wrzosowiskach, bo jeśli się wpadnie w takie trzęsawisko, to można w 

nim zatonąć  z głową i nikt o człowieku  więcej nie  usłyszy...  a to się właśnie zdarza  za 

każdym   razem,   kiedy   spoglądam   w   oczy   Michaelowi:   spadam,   spadam   i   jestem   całkiem 

pewna, że już nigdy się nie wydostanę, ale nie mam nic przeciwko temu, bo uwielbiam tam 

być   -   spojrzały   teraz   głęboko   w   moje   oczy.   MOJE   oczy   są   zaledwie   szare,   mają   kolor 

nowojorskich chodników. Albo parkometrów.

- Dzwoniłem do ciebie wieczorem - powiedział Michael, kiedy siostra zepchnęła go w 

kąt   limuzyny,  bo  sama   też  chciała  wsiąść.  -  Ale  twoja  mama   powiedziała,   że  po  prostu 

padłaś...

- Byłam strasznie zmęczona - odparłam, zachwycona faktem, że najwyraźniej martwił 

się o mnie. - Spałam piętnaście godzin bez przerwy

- No i dobrze - powiedziała Lilly. Najwyraźniej nie interesowały jej szczegóły moich 

cykli snu. - Odezwali się do mnie producenci tego twojego filmu.

- Naprawdę? - zdziwiłam się. - I co napisali?

background image

- Zaprosili mnie na spotkanie przy śniadaniu - powiedziała Lilly takim tonem, jakby 

nie chciała się chwalić. Tyle że raczej jej się nie udało. Totalnie słychać było w jej głosie 

dumę. - W piątek rano. Więc nie będę potrzebowała limuzyny.

- Wow - byłam  pod wrażeniem.  - Spotkanie przy śniadaniu?  Naprawdę? Podadzą 

bajgle?

- Bardzo możliwe - odparła Lilly.

Zaimponowała   mi.   Mnie   jeszcze   nigdy   nie   zaproszono   na   poranne   spotkanie   z 

producentami   filmowymi  przy śniadaniu.  Tylko   na śniadanie   z  ambasadorem   Genowii  w 

Hiszpanii.

Zapytałam Lilly, czy już zrobiła listę żądań do producentów, a ona odparła, że tak, ale 

że mi nie powie, co to za żądania.

Chyba będę musiała obejrzeć ten film i przekonać się, co ją tak rozwścieczyło. Mama 

ma go na kasecie. Powiedziała, że to jeden z najśmieszniejszych filmów, jakie widziała w 

życiu.

Ale  z drugiej   strony moja   mama  zaśmiewa   się  podczas  całego  Wirującego  seksu

nawet podczas tych scen, które wcale nie miały być śmieszne, więc nie wiem, czy ona jest tu 

właściwym sędzią.

Oho.   Jedna   z   cheerleaderek   (niestety,   nie   Lana)   zerwała   sobie   ścięgno   Achillesa, 

ćwicząc Pilates podczas przerwy. Więc właśnie ogłosili, że będą organizować konkurs na 

zastępczynię,   jako   że   dublerka   tej   dziewczyny   przeniosła   się  do   szkoły   dla   dziewcząt   w 

Massachusetts wskutek zorganizowania zbyt szalonej imprezy podczas wyjazdu rodziców na 

Martynikę.

Mam nadzieję, że Lilly za bardzo zajęła się protestami wobec filmu opartego na mojej 

biografii, żeby teraz protestować jeszcze przeciw wyborom nowej cheerleaderki. W zeszłym 

semestrze   zmusiła   mnie   do   spacerowania   z   tym   wielkim   plakatem   z   napisem: 

CHEERLEADING JEST SEKSISTOWSKI I TO ŻADEN SPORT, a ja nawet nie jestem 

pewna,   czy   faktycznie   ma   rację,   skoro   na   ESPN   odbywają   się   zawody   mistrzowskie 

cheerleaderek. Ale to fakt, że dla damskich sportów uprawianych w naszej szkole nie ma 

drużyny cheerleaderów. I na przykład, Lana i jej banda nigdy nie pojawiają się na meczach 

damskiej drużyny koszykówki, a nie zdarza im się opuścić żadnego meczu męskiej drużyny. 

Więc coś się kryje w tym zarzucie o seksizm.

O Boże, jakiś palant właśnie przyniósł mi przepustkę z zajęć. Przepustkę dla mnie! 

Wzywają mnie do gabinetu dyrektorki! A przecież nic nie zrobiłam! No cóż, przynajmniej 

tym razem.

background image

Środa, 21 stycznia, gabinet dyrektor Gupty

W głowie mi się nie mieści, że to zaledwie drugi dzień nowego semestru, a ja już 

siedzę tu, pod gabinetem dyrektorki. Może i nie skończyłam odrabiać pracy domowej, ale 

mam   przecież   usprawiedliwienie   napisane   przez   ojczyma.   Przekazałam   je   do   biura 

administracji szkolnej, pierwsza rzecz z samego rana. Brzmi tak:

Proszę   usprawiedliwić   Mii   nieodrobienie   pracy   domowej   zadanej   we   wtorek   20 

stycznia. Mia cierpiała na dolegliwości związane z międzykontynentalną podróżą lotniczą i  

nie   była   w   stanie   wczoraj   wieczorem   wywiązać   się   ze   swoich   obowiązków.   Oczywiście  

dzisiaj nadrobi zaległości.

Frank Gianini

Trochę to beznadziejne, kiedy ojczym jest jednocześnie twoim nauczycielem.

Ale czemu dyrektor Gupcie coś się nie podoba? To znaczy zdaję sobie sprawę, że jest 

dopiero drugi dzień nowego semestru, a ja już mam zaległości. Ale nie AZ TAKIE.

I nie widziałam dzisiaj Lany, więc nie chodzi o to, że mogłam coś zrobić jej albo jej 

rzeczom.

O MÓJ BOŻE. A jeśli oni zdali sobie sprawę, że popełnili pomyłkę, znów kierując 

mnie na rozwój zainteresowań? No bo przecież ja nie mam zainteresowań. Ani talentów. A 

jeśli skierowali mnie na te zajęcia tylko dlatego, że komputer się pomylił, a teraz oni odkryli 

pomyłkę i każą mi chodzić na wychowanie techniczne albo na gospodarstwo domowe, gdzie 

jest moje miejsce? Będę musiała zrobić stojak na przyprawy!!! Albo, co gorsza, omlet w stylu 

zachodniego wybrzeża!!!

I już nigdy nie zobaczę Michaela! No dobra, będę go widywać po drodze do szkoły i 

podczas lunchu, i po szkole, i w weekendy, i w czasie wakacji, ale to wszystko. Zabierając 

mnie   z   RZ,   pozbawią   mnie   całych   pięciu   godzin   w   towarzystwie   Michaela   tygodniowo! 

Podczas lekcji wcale tak dużo ze sobą nie gadamy, bo Michael jest naprawdę utalentowany, w 

przeciwieństwie do mnie, i potrzebuje godziny dziennie, żeby szlifować swój talent, a nie 

douczać   mnie   z   algebry,   na   czym   na   ogół   się   kończy   wskutek   mojego   braku   zdolności 

matematycznych. No ale przynajmniej jesteśmy wtedy RAZEM.

O Boże, to straszne! Jeśli naprawdę mam jakiś talent - w co wątpię - CZEMU Lilly po 

prostu mi nie powie, co to jest? Wtedy mogłabym to cisnąć dyrektor Gupcie prosto w twarz, 

kiedy będzie mnie usiłowała skierować na wychowanie techniczne.

Zaraz...   A   czyj   to   głos?   Ten,   który   dochodzi   z   gabinetu   dyrektorki?   Jest   dziwnie 

background image

znajomy. Brzmi zupełnie jak głos...

Środa, 21 stycznia, limuzyna Grandmére

To już szczyt wszystkiego, co Grandmére wyprawia. No bo co za osoba robi TAKIE 

RZECZY? Ot tak zabiera nastolatkę ze szkoły?

Przecież podobno jest dorosła. Powinna dawać mi dobry przykład.

A co robi zamiast tego?

No cóż, najpierw opowiada grubymi nićmi szyte KŁAMSTWA, a potem zabiera mnie 

ze szkoły pod fałszywym pretekstem.

Mówię wam, jeśli mama albo tata dowiedzą się o tym, Klaryssa Renaldo może sobie 

szykować trumnę.

I nie chodzi o to, że mało nie dostałam przez nią ataku serca. Na szczęście poziom 

cholesterolu   mam   bardzo   niski   dzięki   wegetariańskiej   diecie,   bo   w   przeciwnym   razie 

mogłabym zapaść na poważne niedomagania układu krążenia, tak okropnie się wystraszyłam, 

kiedy wyszła z gabinetu dyrektor Gupty, mówiąc:

- Owszem, modlimy się wszyscy o jego szybki powrót do zdrowia, ale wie pani, jak to 

bywa w podobnych przypadkach...

Poczułam, że cała krew odpływa mi z twarzy na jej widok. I to nie tylko dlatego, że ze 

wszystkich ludzi akurat Grandmére rozmawiała z dyrektor Guptą, ale ze względu na te słowa.

Wstałam prędko, a serce biło mi tak mocno, że myślałam, że. mi wyskoczy z piersi.

- Co się stało? - spytałam spanikowana. - Coś złego z tatą? Znów ma raka? O to 

chodzi? Możesz mi powiedzieć, zniosę wszystko.

Byłam pewna, sądząc z tego, co Grandmére mówiła do dyrektor Gupty, że tata ma 

remisję raka jądra i że znów będzie musiał odbyć całe leczenie...

- Wyjaśnię ci w samochodzie - odpowiedziała Grandmére sztywno. - Chodź ze mną.

- Nie, proszę - błagałam, idąc za nią. Za mną z kolei dreptał Lars. - Powiedz mi już 

teraz. Wszystko zniosę, przysięgam ci, że zniosę. Czy tata dobrze się czuje?

-   Nie   martw   się   lekcjami,   Mia!   -   zawołała   dyrektor   Gupta,   kiedy   opuszczałyśmy 

gabinet. - Masz myśleć tylko o swoim ojcu!

A więc to prawda! Tata BYŁ chory!

-   Czy   to   znów   rak?   -   spytałam   Grandmére,   kiedy   wyszłyśmy   ze   szkoły   i 

skierowałyśmy się do jej limuzyny,  zaparkowanej dokładnie pod kamiennym  lwem, który 

strzeże schodów prowadzących do budynku Liceum imienia Alberta Einsteina. - Czy to się da 

wyleczyć? Może potrzebuje transplantacji szpiku? Bo wiesz, pewnie mogłabym być dawcą, 

background image

sądząc z tego, że odziedziczyłam po nim włosy. A przynajmniej jego włosy musiały wyglądać 

tak jak moje, kiedy jeszcze ich trochę miał.

Dopiero gdy znalazłyśmy się w bezpiecznym wnętrzu limuzyny, Grandmére spojrzała 

na mnie z wyraźną niechęcią i powiedziała:

-   Nic   złego   nie   dzieje   się   twojemu   ojcu.   Ale   coś   jest   nie   tak   z   tą   twoją   szkołą. 

Wyobraź   sobie,   że   nie   zezwalają   na   nieobecność   ucznia   z   innego   powodu   niż   choroba. 

Śmieszne! Czasami człowiek potrzebuje wolnego dnia. Dzień dla siebie, tak się to chyba 

określa. No cóż, Amelio, dzisiaj będziesz miała dzień dla siebie. Siedząc w kącie limuzyny, 

patrzyłam na nią i mrugałam oczami. Nie bardzo rozumiałam, o co jej chodzi.

- Czekaj chwilę - powiedziałam. - Mówisz, że... tata nie zachorował?

-  Pfuit!   -   parsknęła   Grandmére,   unosząc   swoje   domalowane   brwi.   -  Wydawał   się 

zdrowy, kiedy rozmawiałam z nim dziś rano.

- No to dlaczego... Dlaczego powiedziałaś dyrektor Gupcie, że...

- Bo inaczej nie zwolniłaby cię z lekcji - odparła Grandmére, spoglądając na złoty 

zegarek   wysadzany   brylantami.   -   A   już   i   tak   jesteśmy   spóźnione.   Naprawdę   nie   ma   nic 

gorszego   niż   nadgorliwy   pedagog.   Im   się   wydaje,   że   pomagają   ludziom,   tymczasem   w 

rzeczywistości jest wiele rodzajów nauki. I nie każda odbywa się w szkolnej klasie.

Wreszcie zaczynałam rozumieć. Grandmére nie wyciągnęła mnie ze szkoły w środku 

dnia dlatego, że zachorował ktoś z rodziny. Nie, zabrała mnie ze szkoły w środku dnia, bo 

chce mnie czegoś nauczyć.

- Grandmére! - zawołałam, ledwie wierząc w to, co właśnie usłyszałam. - Nie możesz 

tak sobie przyjeżdżać  i zabierać  mnie  ze szkoły,  ile razy ci się spodoba. I nie wolno ci 

opowiadać dyrektor Gupcie, że mój tata jest chory, kiedy nic mu nie jest! Jak w ogóle mogłaś 

COŚ   TAKIEGO   powiedzieć?!   Czy   nigdy   nie   słyszałaś   o   samosprawdzających   się 

przepowiedniach? No bo jeśli zaczniesz bez przerwy opowiadać takie rzeczy, to one się mogą 

naprawdę zdarzyć...

- Nie bądź śmieszna, Amelio - przerwała mi. - Twój ojciec nie będzie musiał wracać 

do szpitala tylko dlatego, że powiedziałam jedno niewinne kłamstewko szkolnej dyrektorce.

- Nie wiem, skąd ta pewność - odparłam gniewnie. - I dokąd mnie zabierasz? Przecież 

wiesz, że nie mogę sobie pozwolić, by znikać ze szkoły w środku dnia. Nie jestem aż tak 

zdolna   jak   wszystkie   inne   dzieciaki   w   mojej   klasie   i   mam   mnóstwo   do   nadrobienia,   bo 

wczoraj musiałam położyć się wcześniej spać...

- Och, JAKŻE mi przykro - powiedziała Grandmére sarkastycznym tonem. - Wiem, 

jak uwielbiasz lekcje algebry.  Jestem pewna, że to dla ciebie  wielka przykrość,  że jedną 

background image

dzisiaj opuścisz...

Nie mogłam odmówić jej racji. Przynajmniej częściowej. Bo chociaż wcale mnie nie 

zachwycała metoda, jaką to osiągnęła, wcale nie zamierzałam rozpaczać nad tym, że zabrała 

mnie z algebry. Liczby całkowite to nie moja specjalność.

- No cóż, gdziekolwiek byśmy jechały - powiedziałam surowo - lepiej wróćmy na 

lunch. Inaczej Michael będzie się zastanawiał, gdzie się podziałam...

- Tylko nie znów TEN CHŁOPAK! - mruknęła Grandmére, podnosząc wzrok na sufit 

limuzyny.

- Owszem, właśnie TEN CHŁOPAK - rzekłam. - Tak się składa, że kocham tego 

chłopaka ciałem i duszą. Gdybyś tylko miała okazję go poznać, tobyś wiedziała, że...

-   Jesteśmy   na   miejscu   -   powiedziała   z   pewną   ulgą,   kiedy   kierowca   zwolnił.   - 

Nareszcie. Amelio, wysiadamy.

Wysiadłam   z   limuzyny,   a   potem   rozejrzałam   się   wkoło,   żeby   zobaczyć,   dokąd 

przywiozła mnie Grandmére. Ale zobaczyłam tylko duży magazyn Chanel na Pięćdziesiątej 

Siódmej. Przecież nie mogło chodzić o ten butik. A może?

Kiedy Grandmére udało się rozplatać smycz Rommla, postawić psa na ziemi i ruszyć 

zdecydowanym krokiem w stronę wielkich szklanych drzwi, przekonałam się, że faktycznie 

przyjechałyśmy do sklepu Chanel.

- Grandmére! - zawołałam, biegnąc za nią. - Chanel? Zabrałaś mnie ze szkoły, żeby 

robić ZAKUPY?

- Potrzebujesz sukienki - powiedziała Grandmére i pociągnęła nosem. - Na czarno - 

biały bal hrabiny Trevanni na ten piątek. Na wcześniejszy termin nie zdołałam cię umówić.

- Czarno - biały bal? - powtórzyłam, kiedy Lars wprowadzał nas do cichego, jasnego 

wnętrza   sklepu   Chanel,   najbardziej   ekskluzywnego   butiku   na   świecie.   Zanim   zostałam 

księżniczką,  bałabym  się nawet nogę postawić w takim sklepie... Chociaż nie mogę  tego 

samego powiedzieć o swoich przyjaciołach, bo Lilly nakręciła kiedyś cały odcinek swojego 

programu telewizyjnego we wnętrzu przymierzalni u Chanel. Zabarykadowała się w środku i 

mierzyła  ostatnie  kreacje  od Karla  Lagerfelda,  dopóki ochrona  nie wyłamała  drzwi  i nie 

wyrzuciła   jej   na   ulicę.   To   był   odcinek   na   temat   tego,   że   projektanci  haute   couture 

dyskryminują   ludzi   ze   względu   na   rozmiar,   bo  nie   sposób   znaleźć   skórzanych   spodni  w 

rozmiarze większym niż noszona przez Miss Ameryki dziesiątka. - Jaki znów czarno - biały 

bal?

- Matka na pewno ci już mówiła - powiedziała Grandmére, kiedy wysoka rudowłosa 

kobieta podeszła do nas z okrzykiem: „Wasza Wysokość! Jak dobrze znów panią widzieć!”

background image

- Matka nie mówiła mi o żadnym balu - odparłam. - Powtórz mi, kiedy to ma być?

- W piątek wieczorem - powtórzyła. A do sprzedawczyni powiedziała: - Tak. Zdaje mi 

się, że odłożono u państwa kilka sukienek dla mojej wnuczki. Chodziło mi konkretnie o białe 

suknie. - Znów zwróciła się do mnie. - Jesteś za młoda na czerń. I nie chcę słyszeć żadnych 

sprzeciwów.

Sprzeciwów co do czego? Jak mogę się sprzeciwiać czemuś, czego nie rozumiem?

- Oczywiście - powiedziała sprzedawczyni z szerokim uśmiechem. - Proszę za mną, 

Wasza Wysokość.

- W piątek wieczorem?! - zawołałam, bo przynajmniej to jedno zaczynało do mnie 

docierać. - Grandmére, ja w piątek wieczorem nie mogę iść na żaden bal. Już się umówiłam 

z...

Ale Grandmére tylko położyła mi dłoń na plecach i pchnęła mnie naprzód.

A ja, potykając się, poszłam za sprzedawczynią, która nawet nie mrugnęła okiem, 

jakby księżniczki w glanach wiecznie się potykały, idąc za nią do przymierzalni.

A teraz siedzę w limuzynie Grandmére i wracam do szkoły, i myślę wyłącznie o tym, 

że   swoją   obecną   sytuację   zawdzięczam   kilku   osobom.   Przede   wszystkim   mamie,   która 

zapomniała mi powtórzyć, że już pozwoliła Grandmére zaciągnąć mnie na ten bal; hrabinie 

Trevanni,   która   wymyśliła   ten   czarno   -   biały   bal;   sprzedawcom   od   Chanel,   którzy   są 

wprawdzie   bardzo   mili,   ale   tak   naprawdę   tylko   rozwijają   w   ludziach   złe   skłonności,   bo 

umożliwili Grandmére ubranie mnie w białą, zdobioną dżetami suknię balową i zaciągnięcie 

mnie  gdzieś,   gdzie   wcale  nie   mam   ochoty  iść;   mojemu  ojcu,  który  puszczą   moją   matkę 

samopas   na   tym   beznadziejnym   Manhattanie;   no   i   oczywiście   samej   Grandmére,   która 

kompletnie rujnuje mi życie.

Bo kiedy jej powiedziałam, podczas gdy ludzie od Chanel wkładali na mnie te metry 

materiału, że nie mogę pójść w piątek na czarno - biały bal do hrabiny Trevanni, bo właśnie 

na ten wieczór Michael i ja umówiliśmy się na naszą pierwszą randkę, zareagowała długim 

wykładem na temat tego, że księżniczka przede wszystkim ma obowiązki względem narodu. 

Sprawy jej serca, utrzymuje Grandmére, muszą zawsze znaleźć się na drugim miejscu.

Usiłowałam jej wyjaśnić, że tej randki nie da się odwołać ani przełożyć, bo Gwiezdne 

Wojny  będą   pokazywać   w   Screening   Room   tylko   w   ten   wieczór,   a   potem   znów   będą 

wyświetlali tylko  Moulin Rouge, którego nie chcę oglądać, bo słyszałam, że tam ktoś na 

końcu umiera.

Ale Grandmére nie chce zrozumieć, że moja randka z Michaelem może być tak samo 

ważna, jak czarno - biały bał hrabiny Trevanni. Najwyraźniej hrabina Trevanni jest szalenie 

background image

aktywną   towarzysko   osobą   z   książęcej   rodziny   Monako,   w   dodatku   naszą   dość   odległą 

kuzynką (a kto nie jest?). Jeżeli nie pojawię się na czarno - białym balu, zrobię jej afront, 

którego książęcy ród Renaldich już nigdy nie mógłby naprawić.

Zaznaczyłam,   że   niepojawienie   się   na   Gwiezdnych   Wojnach   z   Michaelem 

stanowiłoby   taki   afront,   którego   mój   związek   mógłby   nie   wytrzymać.   Ale   Grandmére 

powiedziała tylko, że jeśli Michael mnie naprawdę kocha, to zrozumie, że musiałam odwołać 

spotkanie z nim.

- A jeśli nie zrozumie - powiedziała Grandmére, wydychając obłok szarego dymu z 

gitane'a, którego trzymała w zębach - to w ogóle nigdy nie będzie się nadawał na księcia 

małżonka.

Grandmére łatwo tak mówić. ONA nie była zakochana w Michaelu od pierwszej klasy 

podstawówki. ONA nie spędza jednej godziny za drugą, usiłując pisać wiersze miłosne godne 

jego osoby. ONA nie ma pojęcia, co to znaczy kochać, bo jedyna osoba, którą Grandmére 

kochała w całym swoim życiu, to ona sama.

No cóż, to prawda.

A teraz zatrzymujemy się już pod szkołą. Właśnie zaczyna się przerwa na lunch. Za 

minutę  będę  musiała   wejść do  środka i  wyjaśnić  Michaelowi,   że  nie  mogę   iść  na naszą 

pierwszą   randkę,   bo   wywołam   międzynarodowy   skandal,   z   którego   kraj,   którym   mam 

pewnego dnia rządzić, może się nigdy nie podnieść.

Dlaczego zamiast tego wszystkiego Grandmére nie wysłała mnie po prostu do szkoły 

dla dziewcząt w Massachusetts?

Środa, 21 stycznia

RZ

Nie mogłam mu powiedzieć.

No bo niby jak? Zwłaszcza że był  dla mnie taki miły podczas  lunchu. Już chyba 

wszyscy   w   całej   szkole   wiedzieli,   że   Grandmére   przyjechała   i   zabrała   mnie   z   godziny 

wychowawczej. W pelerynie z szynszyli, z tymi brwiami i Rommlem u boku, czy mogła 

przemknąć się niezauważona? Ona się rzuca w oczy jak Cher.

Wszyscy się bardzo przejęli, no wiecie, rzekomą  chorobą mojego ojca. Zwłaszcza 

Michael. Zaczął się dopytywać:

- Czy mogę ci w czymś pomóc? Odrobić algebrę czy coś? Wiem, że to niewiele, ale 

chociaż tyle mógłbym zrobić...

Jak miałam mu wyjawić prawdę - że mój tata nie jest chory, a babka wyciągnęła mnie 

background image

ze szkoły w środku lekcji na ZAKUPY? Żeby mi wybrać sukienkę na bal, na który Michael 

nie został zaproszony, a który ma się odbyć dokładnie wtedy, kiedy mieliśmy wybrać się na 

kolację i kosmiczną fantasy rozgrywającą się w odległej galaktyce?

Nie mogłam. Nie mogłam mu tego powiedzieć. Nikomu nie mogłam powiedzieć. Po 

prostu   przesiedziałam   cały   lunch   w   milczeniu.   Ludzie   brali   moje   milczenie   za   objaw 

wielkiego zmartwienia. W zasadzie BYŁAM bardzo zmartwiona, tylko z innego powodu, niż 

sądzili. Przez cały czas, kiedy tam siedziałam, myślałam: NIENAWIDZĘ MOJEJ BABKI, 

NIENAWIDZĘ MOJEJ BABKI, NIENAWIDZĘ MOJEJ BABKI, NIENAWIDZĘ MOJEJ 

BABKI, NIENAWIDZĘ MOJEJ BABKI.

Ja jej naprawdę strasznie, ale to strasznie nienawidzę.

Kiedy   tylko   lunch   się   skończył,   wymknęłam   się   do   jednego   z   automatów 

telefonicznych przy drzwiach auli i zadzwoniłam do domu. Wiedziałam, że mama będzie na 

poddaszu, a nie w pracowni, bo nadal pracuje nad pokojem dziecinnym. Doszła już do trzeciej 

ściany, na której tworzy wysoce realistyczny obraz upadku Sajgonu.

- Och, Mia - westchnęła, kiedy zapytałam ją, czy czasem nie zapomniała mi czegoś 

przekazać. - Bardzo cię przepraszam. Twoja babka dzwoniła podczas Anny Nicole. Wiesz, co 

się ze mną dzieje, kiedy leci Anna Nicole.

- Mamo... - wycedziłam przez zęby - dlaczego jej powiedziałaś, że ja mogę iść na tę 

głupią imprezę? Obiecałaś mi wcześniej, że na ten wieczór mogę się umówić z Michaelem!

-   Naprawdę?   -   Mama   strasznie   się   zdziwiła.   Bo   i   czemu   się   miała   nie   zdziwić? 

Najwyraźniej nie pamiętała raczej rozmowy na temat mojej randki z Michaelem... Głównie 

dlatego, że spała w tym czasie jak kamień. No ale tego nie musiałam jej mówić. Zależało mi 

tylko,   żeby   poczuła   się   jak   najbardziej   winna   ohydnej   zbrodni,   jaką   popełniła.   -   Och, 

kochanie. Tak bardzo mi przykro. No cóż, będziesz po prostu musiała odwołać spotkanie z 

Michaelem. On zrozumie.

- Mamo! - zawołałam. - To miała być nasza pierwsza poważna randka! Musisz coś 

zrobić!

- Jestem trochę zdziwiona - powiedziała mama nieco uszczypliwym tonem - że tak się 

tym martwisz, kotku. No wiesz, biorąc pod uwagę wszystkie twoje deklaracje o nieganianiu 

za Michaelem. Odwołanie pierwszej randki zdecydowanie pasowałoby do tych założeń.

- Bardzo śmieszne, mamo - odparłam. - Ale Jane wcale by nie odwołała randki z 

panem Rochesterem. Ona by tylko do niego nie wydzwaniała ani nie pozwoliła mu dotrzeć do 

drugiej bazy.

- Aha - odparła.

background image

- Posłuchaj - powiedziałam. - To jest poważna sprawa. Musisz mnie jakoś wykręcić od 

tego głupiego balu!

Ale mama stwierdziła tylko, że pogada o tym z tatą. Wiedziałam, co to znaczy. W 

żaden sposób nie wymigam się od balu. Tata nigdy w życiu nie przedłożył miłości ponad 

obowiązek. Przypomina w tym księżniczkę Małgorzatę.

No więc  teraz  siedzę  tutaj  (i usiłuję odrobić  algebrę,  jak zwykle,  bo przecież  nie 

jestem  utalentowana  ani   nie  mam  zainteresowań),  wiedząc,  że   w   jakimś   momencie  będę 

musiała powiedzieć Michaelowi, że odwołuję naszą randkę. Tylko jak? Jak mam to zrobić? A 

co, jeśli on się tak wścieknie, że nigdy więcej się do mnie nie odezwie?

Albo, co gorsza, poprosi jakąś  inną dziewczynę,  żeby poszła  z nim na  Gwiezdne 

Wojny? Jakąś dziewczynę  znającą wszystkie  teksty,  które trzeba wykrzykiwać,  kiedy leci 

film? Na przykład wtedy, kiedy Ben Kenobi mówi: „Obi - Wan? Tego imienia dawno nie 

słyszałem”, trzeba zawołać: „Jak dawno?”, a wtedy Ben mówi: „Bardzo dawno”.

Są miliony dziewczyn, które to wiedzą. Michael każdą z nich mógłby zaprosić zamiast 

mnie i bawić się rewelacyjnie. Beze mnie.

Lilly nie daje mi spokoju i dopytuje się, co jest nie tak. Ciągle podsuwa mi karteczki, 

bo pokój nauczycielski jest właśnie odkażany i pani Hill siedzi tu dziś razem z nami, udając, 

że sprawdza prace z informatyki czwartej klasy. Ale tak naprawdę wybiera sobie rzeczy, które 

chce zamówić z katalogu Gamet Hill. Widziałam, że ma go pod pracami.

Czy twój tata jest bardzo chory? 

- napisała Lilly na ostatniej karteczce. -  

Będziesz 

musiała lecieć z powrotem do Genowi!?

Nie - odpisałam.

Czy to rak?

 - chce wiedzieć Lilly. - 

Ma nawrót?

Nie - odpisuję.

No to o co chodzi? - 

pismo Lilly staje się spiczaste, to pewny znak, że zaczynam jej 

działać na nerwy. - 

Dlaczego nie chcesz mi nic powiedzieć?

BO   -   chcę   odpisać   wielkimi   literami   -   PRAWDA   DOPROWADZI   DO 

TRAGICZNEGO KOŃCA MOJEGO ZWIĄZKU Z TWOIM BRATEM, A JA TEGO BYM 

NIE ZNIOSŁA! CZY TY NIE WIDZISZ, ŻE ŻYĆ BEZ NIEGO NIE MOGĘ?

Ale tego nie piszę, bo jeszcze się nie poddałam. Czy nie jestem wszak księżniczką z 

panującego rodu Renaldich? Czy księżniczki z panującego rodu Renaldich poddają się, ot tak, 

kiedy w grę wchodzi coś tak dla nich ważnego, jak Michael ważny jest dla mnie?

Nie, one tak nie robią. Spójrzcie tylko na moje przodkinie, Agnes i Rosagundę. Agnes 

skoczyła z mostu, żeby dostać to, czego chciała (czyli nie zostać zakonnicą). A Rosagunda 

background image

udusiła   faceta   własnymi   włosami   (żeby   nie   musieć   się   z   nim   przespać).   Czyja,   Mia 

Thermopolis, pozwolę, żeby taki drobiazg jak czarno - biały bal hrabiny Trevanni stanął na 

drodze mojej pierwszej randce z mężczyzną, którego kocham?

Nie, nie pozwolę.

Może więc to jest mój talent. Niezłomność odziedziczona po księżniczkach z rodu 

Renaldich.

Uderzona tą obserwacją, napisałam kartkę do Lilly:

Czy moim talentem jest to, że podobnie jak moje przodkinie jestem niezłomna?

Czekałam bez tchu na odpowiedź. Chociaż nie wiedziałam jasno, co zrobię, jeśli ona 

odpisze, że tak. Bo co to niby za talent niezłomność? Pieniędzy się tym nie zarobi w taki 

sposób,   jak   można   spieniężyć   talent   do   gry   na   skrzypcach,   do   pisania   piosenek   czy   do 

produkowania programów telewizji kablowej.

Ale i tak miło byłoby wiedzieć, że sama odkryłam swój talent. No wiecie, jako część 

tej wspinaczki po pniu jungowskiego drzewa samorealizacji.

Odpowiedź Lilly strasznie mnie rozczarowała:

Nie, twoim talentem nie jest niezłomność, kretynko. Boże, czasami bywasz głupsza,  

niż ustawa przewiduje. Co złego dzieje się z twoim ojcem?????

Westchnęłam i zdałam sobie sprawę, że nie mam innego wyjścia - muszę jej odpisać.

Nic. Grandmére chciała tylko zabrać mnie do Chanel, więc zmyśliła całą tę chorobę 

taty.

Boże

 - odpisała Lilly - 

nic dziwnego, że znów wyglądasz, jakbyś zeżarła skarpetkę. 

Twoja babka to kawał wariatki.

Sama nie mogłabym  tego lepiej ująć. Gdyby tylko Lilly wiedziała, jak bardzo ma 

rację.

Środa, 21 stycznia, klatka schodowa

Szósta lekcja

Nadzwyczajne posiedzenie klubu dziewczyn  radzących sobie z chłopakami metodą 

Jane   Eyre.   Naturalnie   w   każdej   chwili   grozi   nam   wpadka,   ponieważ   urwałyśmy   się   z 

francuskiego, żeby zebrać się tutaj, na klatce schodowej prowadzącej na strych (drzwi strychu 

są oczywiście zamknięte; Lilly mówi, że w filmie nakręconym na podstawie mojej biografii 

dzieciaki bez przerwy wychodzą na dach szkoły; kolejny przykład na to, że sztuka naprawdę 

nie   naśladuje   życia)   i   udzielić   duchowego   wsparcia   jednej   z   sióstr,   która   znalazła   się   w 

potrzebie.

background image

No właśnie. Okazuje się, że nie jestem jedyną, dla której ten semestr zaczyna się 

pechowo. Nie dość, że Tina skręciła nogę w kostce na stoku w Aspen - w czasie przerwy po 

piątej lekcji dostała też na swoją nową komórkę SMS - a od Dave'a Farouqa El - Abara. 

Wiadomość   brzmiała:   NIE   RACZYŁAŚ   ODDZWO   -   NIĆ.   NA   MECZ   RANGERSÓW 

ZABIERAM JASMINE. ŻYCZĘ POWODZENIA.

W  życiu   nie  widziałam,  żeby  ktoś   napisał   coś  równie   bezdusznego  jak  ten   SMS. 

Przysięgam, krew mi się ścięła w żyłach, kiedy to czytałam.

- Seksistowskie bydlę - warknęła Lilly, kiedy to zobaczyła. - Nie bierz sobie tego do 

serca, Tino. Znajdziesz lepszego faceta niż ten typek.

- J - ja nie chcę n - nikogo l - lepszego - szlochała Tina. - Ja c - chcę D - Dave'a!

Serce mi  się kraje, kiedy patrzę,  jak ona  cierpi  - i to nie  tylko  emocjonalnie,  bo 

niełatwo było jej wdrapać się na trzecie piętro o kulach. Jako wierna przyjaciółka obiecałam, 

że   posiedzę   przy   niej,   kiedy   będzie   się   próbowała   uporać   ze   swoją   zgryzotą.   Lilly 

przeprowadza ją przez pięć faz żalu towarzyszącego zerwaniu (według Elisabeth Ktibler - 

Ross): Zaprzeczenie  - „Nie chce  mi  się  wierzyć,  że  on mi  zrobił  coś  takiego”;  Gniew  - 

„Jasmine to pewnie krowa i całuje się po francusku na pierwszej randce”; Targowanie się - 

„Może, jeśli mu obiecam, że będę dzwoniła do niego codziennie wieczorem, zechce mnie z 

powrotem”;   Depresja  - „Już  nigdy  nikogo  nie  pokocham”;   Akceptacja   - „No  cóż,  chyba 

jednak   BYŁ   trochę   samolubny”.   Oczywiście   siedząc   tutaj   razem   z   Tiną   zamiast   na 

francuskim, ryzykuję zawieszenie w prawach ucznia, bo taka jest kara za zerwanie się z lekcji 

w naszym Liceum imienia Alberta Einsteina.

Ale co jest ważniejsze, mój stopień z zachowania czy przyjaciółka?

Poza tym na dole schodów stoi na czatach Lars. Jeśli nadejdzie pan Kreblutz, główny 

woźny, Lars zagwiżdże hymn narodowy Genowii, a my przyciśniemy się do ściany za starymi 

materacami   z   sali   gimnastycznej   (które,   nawiasem   mówiąc,   mocno   śmierdzą   i   stanowią 

zagrożenie przeciwpożarowe).

Bardzo mi smutno ze względu na Tinę, nie mogę jednak zaprzeczyć, że ta historia dała 

mi   niezłą   nauczkę:   radzenie   sobie   z   facetami   metodą   Jane   Eyre   niekoniecznie   stanowi 

najlepszy sposób na utrzymanie ich przy sobie.

Choć z drugiej strony, zdaniem Grandmére, która zdołała utrzymać przy sobie męża 

przez czterdzieści lat, najszybszą metodą zniechęcenia faceta jest latanie za nim.

No i z pewnością Lilly, która ma za sobą najdłuższy z nas wszystkich stażem związek, 

nie lata za Borysem. Jeśli ktoś tutaj lata, to raczej ON. Ale to prawdopodobnie dlatego, że 

Lilly jest zbyt zajęta licznymi procesami sądowymi i akcjami społecznymi, żeby zwracać na 

background image

niego uwagę częściej niż to konieczne.

Gdzieś między tymi dwoma metodami postępowania - Grandmére i Lilly - musi się 

kryć tajemnica tworzenia prawdziwie udanych związków z mężczyznami. Będę musiała ją 

odkryć,  bo powiem wam jedno: gdybym  kiedykolwiek  miała dostać od Michaela takiego 

SMS - a, jakiego dostała właśnie Tina od Dave'a, rzuciłabym się do wody z Tappan Zee i 

bardzo wątpię, czy jakiś seksowny kapitan straży przybrzeżnej przyszedłby mi na ratunek i 

mnie wyłowił - a przynajmniej nie w jednym kawałku. Most Tappan Zee jest o wiele wyższy 

niż Pont des Vierges.

No i oczywiście wiecie, co to znaczy - ten cały numer z Tiną i Dave'em. To znaczy, że 

nie mogę  odwołać randki  z Michaelem.  W żaden sposób i nie ma  zmiłuj. Nic mnie  nie 

obchodzi, czy Monako zacznie wymierzać rakiety Scud w budynek parlamentu Genowii - ja 

nie idę na ten czarno - biały bal. Grandmére i hrabina Trevanni będą się musiały uporać z tym 

rozczarowaniem.

Bo kiedy chodzi o naszych mężczyzn, my, kobiety z rodu Renaldich, nie ryzykujemy. 

Gramy ostrożnie.

PRACA DOMOWA

Algebra:   pytania   wstępne   na   pocz.   rozdziału   11   PLUS...???   Nie 

wiem, dzięki Grandmére

Angielski: uaktualnić  dziennik (Jak spędziłam  ferie zimowe  - 500 

słów) PLUS...??? Nie wiem, dzięki Grandmére

Biologia: rozdział 13 PLUS...??? Nie wiem, dzięki Grandmére

Zdrowie i przepisy bezpieczeństwa: rozdział 1 Ty i twoje środowisko 

PLUS...??? Nie wiem, dzięki Grandmére

RZ: odkryć swój ukryty talent

Francuski: Chapitre Dix PLUS...??? Nie wiem, dzięki Grandmére

Historia   cywilizacji:   rozdział   13  Nowy   wspaniały   świat,   zebrać 

aktualne   informacje   o   tym,   jakie   koszty   społeczne   powoduje   rozwój 

technologii

background image

Środa, 21 stycznia, w limuzynie,

w drodze powrotnej do domu

od Grandmére

Chociaż może nigdy się nie przekonam, co tak naprawdę jest moim ukrytym talentem 

- nawet jeśli jakiś posiadam - to talent Grandmére jest aż nadto oczywisty. Klaryssa Renaldo 

ma absolutny dar totalnego rujnowania mi życia. Jest dla mnie teraz ewidentne, że właśnie o 

to   jej   chodziło   od  samego  początku.  Wszystko  zaś   sprowadza   się  po  prostu  do  tego,   że 

Grandmére nie może ścierpieć Michaela. Oczywiście nie dlatego, żeby kiedykolwiek coś jej 

zrobił. Nigdy nie zrobił jej nic złego, poza tym, że uczynił jej wnuczkę najszczęśliwszą osobą 

na ziemi. Przecież ona go nawet nigdy nie spotkała.

Nie, Grandmére nie cierpi Michaela, bo Michael nie należy do żadnej królewskiej 

rodziny.

Skąd to wiem? No cóż, stało się to dla mnie całkiem jasne, kiedy dzisiaj weszłam do 

jej   apartamentu   na   lekcję   etykiety   i   patrzę,   a   tu   kto   właśnie   wrócił   z   meczu   squasha   w 

Nowojorskim Klubie Atletycznym i potrząsał swoją rakietą, wyglądając zupełnie jak Andre 

Agassi? Och, nikt inny, tylko książę René

 .

- Co TY tu robisz? - zapytałam tonem, za który Grandmére później mnie zbeształa 

(powiedziała, że moje pytanie było całkiem nie na miejscu, zupełnie jakbym podejrzewała 

René

 o coś brzydkiego; co, oczywiście, zgadzało się z prawdą; w Genowii musiałam dać mu 

w łeb, żeby odzyskać swoje berło).

- Cieszę się urokami waszego pięknego miasta - odparł René.

A potem przeprosił i powiedział, że musi iść pod prysznic, bo, jak to ujął, po meczu 

nieco trąci kozłem.

- Doprawdy, Amelio - odezwała się Grandmére z dezaprobatą. - Tak się wita własnego 

kuzyna?

- A czemu on nie siedzi w tej swojej szkole? - zapytałam.

- Skoro już musisz wiedzieć - odparła - tak się składa, że ma przerwę w zajęciach.

- W dalszym ciągu? - Wiem, że to zabrzmiało, jakbym była bardzo podejrzliwa. No bo 

co to za szkoła biznesu, nawet francuska, w której przerwa gwiazdkowa trwa do lutego?

- W szkołach takich jak szkoła René

 - wyjaśniła mi Grandmére - zimowa przerwa jest 

tradycyjnie dłuższa niż w amerykańskich, żeby uczniowie mogli w pełni wykorzystać sezon 

narciarski.

- Nie widziałam przy nim nart - zauważyłam podstępnie.

background image

- Pfuit! - Grandmére tylko tyle miała mi do powiedzenia na ten temat. - René

 dość już 

czasu spędził w tym roku na stokach. Poza tym on uwielbia Manhattan.

No cóż, TO bym pewnie mogła zrozumieć. Nowy Jork JEST przecież najpiękniejszym 

miastem na ziemi. Nie dalej niż wczoraj pewien robotnik budowlany znalazł na Czterdziestej 

Drugiej szczura, który ważył dziesięć kilo! To tylko dwa i pół kilo mniej niż mój kot! W 

Paryżu ani w Hongkongu nie uświadczy się dziesięciokilogramowych szczurów, tego jestem 

pewna.

Potem zajęłyśmy się lekcją etykiety - to znaczy Grandmére udzielała mi informacji na 

temat wszystkich, których spotkam na czarno - białym balu, łącznie z tegorocznym zestawem 

debiutantek, córek osób z tak zwanej amerykańskiej szlachty, które w tym roku „wchodzą” do 

Towarzystwa przez duże T i będą szukały mężów (chociaż jeśli chcecie znać moje zdanie, 

powinny raczej rozejrzeć się za dobrym programem studiów magisterskich i może jeszcze za 

pracą na pół etatu, na przykład uczeniem niepiśmiennych ludzi czytania i pisania; ale to tylko 

moja opinia), kiedy ni stąd, ni zowąd przyszło mi do głowy rozwiązanie mojego problemu.

Czemu Michael nie miałby pójść ze mną na czarno - biały bal do hrabiny Trevanni 

jako osoba towarzysząca?

No   dobra,   przyznaję,   to   nie   Gwiezdne   Wojny.   I   owszem,   musiałby   się   wbić   w 

smoking i tak dalej. Ale przynajmniej bylibyśmy razem. I mogłabym mu wręczyć prezent 

urodzinowy w otoczeniu, które znajduje się poza wybetonowanym terenem Liceum imienia 

Alberta Einsteina. Przynajmniej nie musiałabym zupełnie odwoływać randki. Przynajmniej 

stan  stosunków  dyplomatycznych  między Genowią i  Monako nie  przekroczyłby  poziomu 

pomarańczowego alertu..

Jak   zdołam,   zastanawiałam   się,   namówić   na   to   Grandmére?   Przecież   ona   nic   nie 

wspomniała, że hrabina pozwoliła mi przyjść z osobą towarzyszącą.

Ale   co   z   tymi   wszystkimi   debiutantkami?   Czy   one   nie   przyprowadzają   ze   sobą 

chłopaków? Czy nie po to istnieje Wojskowa Akademia Westpoint? Zęby debiutantki miały z 

kim chodzić na bale? Więc jeśli te dziewczyny mogą przyprowadzać ze sobą chłopaków, a 

nawet nie są księżniczkami, to dlaczego ja miałabym nie móc?

Tylko jak miałam namówić Grandmére, żeby mi pozwoliła przyprowadzić Michaela 

na czarno - biały bal, po tych naszych długich dyskusjach, w których padały wnioski, że nie 

wolno pozwolić, by obiekt twoich uczuć w ogóle się orientował, że go lubisz? Zanosiło się na 

sporą przeszkodę do pokonania. Stwierdziłam, że spróbuję posłużyć się wobec Grandmére 

dyplomacją i taktem, których uczyła mnie z takim trudem.

- I proszę cię, Amelio, cokolwiek byś robiła - mówiła właśnie Grandmére, rozczesując 

background image

szczoteczką   rzadkie   futerko   Rommla,   zgodnie   z   zaleceniami   nadwornego   weterynarza 

Genowii - nie gap się zbyt długo na efekty liftingu u hrabiny. Wiem, że to może okazać się 

trudne. Wygląda tak, jakby chirurg strasznie ją naciągnął. Ale Elena dokładnie tak chciała 

wyglądać. Najwyraźniej zawsze marzyła o twarzy okonia z rozbieżnym zezem...

- Słuchaj, Grandmére, ja jeszcze w sprawie balu - wtrąciłam subtelnie. - Jak sądzisz, 

czy hrabinie zrobiłoby to jakąś różnicę, gdybym z kimś przyszła?

Grandmére spojrzała na mnie ze zdziwieniem.

- O co ci chodzi? - spytała. - Wątpię, żeby twoja matka dobrze się czuła na czarno - 

białym   balu   hrabiny   Trevanni.   Po   pierwsze,   nie   będzie   tam   żadnych   hipisowskich 

radykałów...

- Nie chodzi mi o mamę  - przerwałam, zdając sobie sprawę, że byłam chyba ZA 

BARDZO subtelna. - Myślałam raczej, no wiesz, o osobie towarzyszącej płci męskiej.

-   Ależ   ty   już   masz   osobę   towarzyszącą   -   powiedziała   Grandmére,   nadal,   jak 

zauważyłam, nie patrząc mi w oczy. - Książę René

 był tak uprzejmy i zgodził się towarzyszyć 

ci na balu. Na czym  to ja skończyłam?  Aha, tak. Mówiłam o guście hrabiny w doborze 

strojów.   Myślę,   że   do   tej   pory   dość   się   już   nauczyłaś,   żeby   to   wiedzieć.   Nie   wolno   ci 

komentować,   przynajmniej   przy   niej,   tego,   co   ma   na   sobie   gospodyni   przyjęcia.   Ale 

powinnam cię chyba uprzedzić, że hrabina ma słabość do strojów, które są dla niej nieco za 

młodzieńcze, a ukazują...

- RENÉ

 będzie moją osobą towarzyszącą? - Wstałam, omal nie przewracając przy tym 

sidecara Grandmére. - René

 zabiera mnie na ten bal?

- No cóż, tak - odparła Grandmére z niewinną miną; trochę zanadto niewinną jak na 

mój   gust.   -   Jest   przecież   gościem   w   tym   mieście.   W   tym   kraju,   tak   na   dobrą   sprawę. 

Spodziewałabym się raczej, Amelio, że wręcz się ucieszysz, mogąc sprawić, że poczuje się 

tutaj jak w domu...

Popatrzyłam na nią zwężonymi oczami.

- Co się tutaj dzieje? - spytałam. - Grandmére, czy ty usiłujesz wyswatać mnie z René?

- Ależ skąd - odparła. Wydawała się szczerze zaszokowana taką sugestią. No ale miny 

Grandmére   już   nieraz   mnie   zmyliły.   Zwłaszcza   takie,   jakie   przybiera,   kiedy   chce,   bym 

myślała, że jest tylko bezradną staruszką. - Wyobraźnię na pewno odziedziczyłaś po swojej 

rodzinie ze strony matki. Twój ojciec nigdy nie bujał w obłokach tak jak ty, za co mogę tylko 

dziękować Bogu. Wpędziłby mnie przedwcześnie do grobu, jestem o tym przekonana, gdyby 

był choć w połowie tak kapryśny, jak to zdarza się tobie, młoda damo.

-   A   co   niby   mam   sobie   myśleć?   -   zapytałam.   Trochę   się   zawstydziłam   swoim 

background image

wybuchem.   Mimo   wszystko   pomysł,   że   Grandmére   chce   mnie,   zaledwie   czternastolatkę, 

wyswatać z jakimś księciem i wydać za niego za mąż, BYŁ przecież nieco szalony. Nawet jak 

na możliwości Grandmére. - Zmusiłaś nas, żebyśmy ze sobą zatańczyli...

- Do zdjęcia w czasopiśmie. - Grandmére pociągnęła nosem.

- ...no i nie lubisz Michaela...

- Nigdy nie powiedziałam, że go nie lubię. Z tego, co o nim wiem, to na pewno uroczy 

chłopiec. Ja tylko chciałabym, Amelio, żebyś realistycznie podeszła do faktu, że nie jesteś 

taka sama jak inne dziewczęta. Jesteś księżniczką i musisz myśleć o dobru własnego kraju.

- ...a potem René

 pojawia się tu znienacka, a ty mi oświadczasz, że ma ze mną pójść 

na czarno - biały bal...

- Czy to źle, że chcę, żeby ten biedny chłopiec zaznał trochę rozrywki podczas pobytu 

w tym mieście? Ma za sobą tyle trudnych przeżyć, stracił dom swoich przodków, nie mówiąc 

już o własnym królestwie...

- Grandmére - powiedziałam. - René

  jeszcze nie było na świecie, kiedy ich rodzinę 

wyrzucono z ...

- Tym bardziej - przerwała mi - powinnaś być wrażliwa na jego cierpienia.

Świetnie. No i co mam teraz zrobić? To znaczy, z Michaelem? Nie mogę zabrać i 

jego, i księcia René

  na bal. I tak już dziwacznie wyglądam, z tymi na wpół odrośniętymi 

włosami  i  moją   bezpłciowością   (chociaż,   sądząc   z opisu  Grandmére,  ta  hrabina   wygląda 

jeszcze dziwaczniej niż ja) bez sprowadzania ze sobą dwóch osób towarzyszących ORAZ 

ochroniarza.

Żałuję, że nie jestem księżniczką Leią zamiast sobą, księżniczką Mią. Wolałabym, 

żeby nad głową wisiała mi Gwiazda Śmierci niż ten czarno - biały bal.

Środa, 21 stycznia, poddasze

No cóż, rozmowa mojej mamy z moim tatą o balu u hrabiny Trevanni na razie nie 

doszła do skutku. Najwyraźniej debata parlamentarna w sprawie parkometrów wymknęła się 

spod   kontroli.   Minister   turystyki   zorganizował   własną   obstrukcję   parlamentarną,   w 

odpowiedzi na obstrukcję zorganizowaną przez ministra finansów, i żadne głosowanie nie 

może się odbyć, dopóki on nie przestanie gadać i nie usiądzie. Na razie gada od dwunastu 

godzin i czterdziestu pięciu minut. Nie wiem, czemu tata po prostu nie każe go aresztować i 

wtrącić do lochu.

Naprawdę zaczynam się bać, że nie uda mi się wymigać od tego całego balu.

- Lepiej zawiadom Michaela. - Mama wsunęła głowę do mojego pokoju i cała jest 

background image

chętna do pomocy. - Powiedz mu, że nie dasz rady spotkać się z nim w piątek. Amelio, czy ty 

znów piszesz ten swój pamiętnik? Nie powinnaś czasem odrabiać teraz lekcji?

Usiłując zmienić temat rozmowy (przecież jak najbardziej odrabiam lekcje, a teraz 

tylko zrobiłam sobie małą przerwę), odezwałam się:

- Nic nie powiem Michaelowi, dopóki nie odezwie się tata. Nie ma sensu, żebym 

ryzykowała, że Michael ze mną zerwie, skoro tata może w każdej chwili stwierdzić, że wcale 

nie muszę iść na ten głupi bal.

-   Mia   -   powiedziała   mama   -   Michael   nie   zerwie   z   tobą   tylko   dlatego,   że   masz 

zobowiązania rodzinne, od których nie możesz się wykręcić.

- Nie byłabym taka pewna - odparłam ponuro. - Dave Farouq El - Abar zerwał dzisiaj 

z Tiną, bo nie odpowiedziała na jego telefon.

- To co innego - stwierdziła mama. - Nieodpowiadanie na czyjeś telefony to zwykła 

niegrzeczność.

- Ależ mamo - zaprotestowałam. Zaczynałam już czuć się zmęczona tym, że ciągle 

muszę coś jej tłumaczyć. Dla mnie to cud boski, że ona w ogóle znalazła jakiegoś faceta, a co 

dopiero   dwóch,   skoro   najwyraźniej   o   sztuce   umawiania   się   na   randki   nie   ma   zielonego 

pojęcia.   -   Jeśli   jesteś   zbyt   dostępna,   facet   może   uznać,   że   polowanie   przestało   go   już 

pociągać. Mama spojrzała na mnie podejrzliwie.

- Nic nie mów. Pozwól mi zgadnąć. Babka ci to powiedziała?

- Hm - odparłam. - Tak.

- No cóż, pozwól zatem, że i ja ci dam radę, jaką kiedyś dostałam od swojej własnej 

matki - powiedziała mama.

Zdziwiłam się. Mama na ogół nie dogaduje się za dobrze z własnymi rodzicami, więc 

raczej   rzadko   wspomina   któreś   z   nich   jako   autora   rady   wartej   przekazania   młodszemu 

pokoleniu.

- Skoro twoim zdaniem zachodzi możliwość, że będziesz musiała odwołać piątkową 

randkę z Michaelem - ciągnęła - to lepiej zacznij mu opowiadać historię o kocie na dachu.

Byłam zrozumiale zaskoczona tym stwierdzeniem.

- O kocie na czym?

-  O  kocie  na   dachu  -  powtórzyła.   -  Musisz  zacząć   go  powoli  przygotowywać   na 

rozczarowanie. Gdyby coś się stało Grubemu Louie podczas twojego pobytu w Genowii... - 

Musiała mi chyba opaść szczęka, bo mama dodała szybko: - Nie martw się, nic mu się nie 

stało. Ja tylko mówię, że gdyby coś mu się stało, nie powiedziałabym ci o tym tak po prostu, 

przez telefon. Zaczęłabym powoli cię przygotowywać na ewentualną przykrość. Może bym 

background image

powiedziała: „Mia, Gruby Louie uciekł przez okno twojego pokoju i siedzi teraz na dachu, i 

nie możemy go z niego ściągnąć”.

-   Oczywiście,   że   mogłabyś   go   ściągnąć   -   zaprotestowałam.   -   Mogłabyś   wyjść   na 

schodki przeciwpożarowe i wziąć ze sobą poszewkę na poduszkę, a kiedy byś się do niego 

zbliżyła, mogłabyś zarzucić ją na niego i wnieść go z powrotem do domu.

- Tak - przyznała mama - ale wyobraź sobie, że powiedziałabym ci, że właśnie to 

spróbuję   zrobić.   A   następnego   dnia   zadzwoniłabym   i   powiedziałabym,   że   to   nie   zdało 

egzaminu. Gruby Louie uciekł na sąsiedni dach i...

- Powiedziałabym, żebyś poszła do sąsiedniego domu, zadzwoniła i poprosiła, żeby 

ktoś cię wpuścił na klatkę, a potem weszłabyś na sąsiedni dach. - Naprawdę nie wiedziałam, 

do   czego   mama   zmierza.   -   Jak   w   ogóle   mogłabyś   być   tak   nierozsądna,   żeby   pozwolić 

Grubemu   Louie  wyjść  na   zewnątrz?   Tyle   razy  ci   mówiłam,  że   musisz   trzymać  w   mojej 

sypialni zamknięte okno. Przecież wiesz, jak on lubi patrzeć stamtąd na gołębie. Louie nie ma 

żadnych umiejętności, które by mu pozwoliły przetrwać na wolności...

- Więc   nie  spodziewałabyś  się,  że  uda  mu  się  przeżyć   dwie  noce  poza  domem   - 

powiedziała mama.

- Nie. - Prawie zapłakałam. - Nie spodziewałabym się.

-   Właśnie.   Więc   byłabyś   mentalnie   przygotowana,   gdybym   zadzwoniła   do   ciebie 

trzeciego dnia i powiedziała, że mimo wszystkich naszych wysiłków Gruby Louie nie żyje.

-   O   MÓJ   BOŻE!   -   Złapałam   Grubego   Louie,   który   leżał   na   łóżku   obok   mnie.   - 

Uważasz, że powinnam zrobić coś takiego biednemu Michaelowi? Przecież on ma psa, nie 

kota! Pawłów nigdy w życiu nie wdrapie się na dach!

-   Nie   o   to   mi   chodzi   -   powiedziała   mama.   Miała   znużoną   minę.   I   cóż   w   tym 

dziwnego? Jej soki życiowe powoli spija nienasycony płód, który się w niej rozwija. - Mówię, 

że  powinnaś  przygotować  Michaela  na rozczarowanie,  jakim  dla niego  będzie  odwołanie 

przez ciebie piątkowej  randki, jeśli faktycznie będziesz ją musiała  odwołać. Zadzwoń do 

niego i powiedz mu, że być może z jakiegoś powodu nie będziesz mogła pójść. To wszystko. 

Opowiedz mu o kocie na dachu.

Puściłam Grubego Louie. Nie dlatego, że wreszcie zrozumiałam, o czym mówi mama, 

ale dlatego, że usiłował mnie ugryźć, żebym przestała go trzymać w kurczowym uścisku.

-   Och   -   westchnęłam.   -   Myślisz,   że   jeśli   to   zrobię,   jeśli   zacznę   go   powoli 

przygotowywać na to, że nie dam rady spotkać się z nim w piątek, to on mnie nie rzuci, kiedy 

mu w końcu powiem, że nie mogę iść?

- Mia  -  odparła  mama   - żaden  chłopak   nie  rzuci  cię  dlatego,  że  odwołałaś  jedną 

background image

randkę. A jeśli to zrobi, to w ogóle nie był wart twojego zainteresowania. Tak jak Dave Tiny, 

odważę się dodać. Najprawdopodobniej dla niej to tylko lepiej. A teraz bierz się do lekcji.

Ale kto mógłby oczekiwać, że zabiorę się do lekcji po otrzymaniu takiej informacji?

Zamiast tego weszłam na sieć. Miałam zamiar wysłać wiadomość do Michaela na 

ICQ, ale przekonałam się, że Tina już zdążyła wysłać wiadomość do mnie.

IluvRomance: 

Cześć, Mia. Co porabiasz?

W tym brzmiał taki smutek! Nawet kolor liter zmieniła na niebieski!

GrLouie: 

Odrabiam biologię. A co u Ciebie?

IluvRomance:

 

Chyba   nieźle.   Tylko   tęsknię   za   nim   tak 

strasznie!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!   Szkoda,   że   kiedykolwiek   usłyszałam 
o tej głupiej Jane Eyre.

Pamiętając, co powiedziała moja mama, odpisałam:

GrLouie: 

Tina, jeśli Dave chciał zerwać z Tobą tylko dlatego, że 

nie   odpowiadałaś   na   jego   telefony,   to   nie   jest   Ciebie   wart. 
Znajdziesz sobie nowego chłopaka, takiego, który Cię doceni.

IluvRomance: 

Naprawdę tak myślisz?

GrLouie: 

Absolutnie.

IluvRomance:  

Ale gdzie jaw LI - AE znajdę chłopaka, który mnie 

doceni?   Wszyscy   chłopcy,   którzy   chodzą   do   naszej   szkoły,   są 
beznadziejni. Oczywiście poza MM.

GrLouie:  

Nie martw się, znajdziemy Ci kogoś. Muszę teraz szybko 

skontaktować się z tatą...

Nie chciałam jej mówić, że tak naprawdę muszę napisać do Michaela. Nie chciałam 

popisywać się przed nią tym, że ja mam chłopaka, a ona nie. Poza tym miałam nadzieję, że 

ona nie pamięta,  że w  Genowii, gdzie  mieszka  tata,  jest teraz  czwarta  rano. Ani że pod 

względem   udogodnień   technologicznych   Palais   de   Genovia   nie   nadąża   tak   bardzo   za 

współczesnością.

background image

GrLouie: 

No to narka.

IluvRomance:  

Ok., pa. Jeśli potem będziesz miała ochotę pogadać, 

to ja tu cały czas siedzę. Nie mam nic innego do roboty.

Biedna,   słodka   Tina!   Jest   tak   wyraźnie   pogrążona   w   rozpaczy.   Naprawdę,   kiedy 

pomyśleć nad tym dłużej, dobrze, że się pozbyła tego Dave'a. Jeśli tak bardzo chciał zostawić 

ją dla tej całej Jasmine, mógł zrobić to delikatniej, najpierw trochę jej opowiadając o kocie na 

dachu. Gdyby był choć trochę dżentelmenem, toby tak zrobił. Ale teraz widać jak na dłoni, że 

Dave dżentelmenem nie jest.

Cieszę się, że mój chłopak jest inny. A przynajmniej mam nadzieję, że jest inny. Nie, 

chwila - oczywiście, że jest inny. Jest przecież MICHAELEM.

GrLouie: 

Cześć!

LinuxRulz: 

Hej, mała! Gdzie się podziewałaś?

GrLouie: 

Lekcja etykiety.

LinuxRulz:  

To Ty jeszcze nie wiesz wszystkiego, co tylko się da 

na temat bycia księżniczką?

GrLouie:  

Najwyraźniej   nie.   Grandmére   zajęła   się   dopracowaniem 

szczegółów.   Przy   okazji,   czy   jest   w   ten   piątek   jakiś   późniejszy 
seans Gwiezdnych Wojen niż siódma?

LinuxRulz: 

Tak, jest seans o jedenastej . A co?

GrLouie: 

Och, nic.

LinuxRulz: 

NO CO?

Ale widzicie, tutaj nadeszła ta część zadania, której nie mogłam wykonać. Może przez 

te wielkie litery albo może dlatego, że jeszcze na świeżo miałam w głowie rozmowę z Tiną. Z 

niczym   nieporównywalny   smutek   jej   niebieskich   liter   był   dla   mnie   po   prostu   nie   do 

zniesienia. Wiem, że powinnam była zwyczajnie się ujawnić i powiedzieć mu wszystko o 

balu, tu i teraz, ale po prostu nie mogłam się na to zdobyć. Mogłam myśleć tylko o tym, jak 

niesamowicie zdolny i utalentowany jest Michael, a jakim żałosnym beztalenciem jestem ja 

sama, i jak łatwo byłoby mu znaleźć kogoś, kto byłby bardziej godzien jego uwagi.

Więc zamiast tego napisałam:

background image

GrLouie: 

Zastanawiałam się nad nazwami dla twojego zespołu.

LinuxRulz:  

Ale   co   to   ma   wspólnego   z   tym,   czy   jest   jakiś 

późniejszy seans Gwiezdnych Wojen w piątek wieczorem?

GrLouie:  

No  cóż,  chyba  nic.  Ale  co  powiesz  na  MICHAEL  AND  THE 

WOOKIES?

LinuxRulz:  

Myślę,   że   znów   bawiłaś   się   kulką   kocimiętki   Grubego 

Louie.

GrLouie: 

Ha, ha. No to co powiesz na THE EWOKS?

LinuxRulz:  

THE   EWOKS?  Dokąd   zabrała   Cię   twoja   Grandmére,   kiedy 

wyciągnęła Cię z godziny wychowawczej? Na terapię elektrowstrząsami?

GrLouie: 

Ja tylko staram się pomóc.

LinuxRulz:  

Wiem,   przepraszam.   Tylko   że   naprawdę   nie   wydaje   mi 

się,   żeby   chłopaki   chcieli   być   porównywani   do   małych   tłustych 

futrzaków z planety Endor. Wiem, że gra z nami Borys, ale i on przy 
Ewokach chyba by się zdenerwował. Mam nadzieję.

GrLouie: 

BORYS PELKOWSKI GRA W TWOIM ZESPOLE????

LinuxRulz: 

Taa. A co?

GrLouie: 

Nic.

Mogę powiedzieć tylko jedno - gdybym zakładała zespół, nie wzięłabym do niego 

Borysa Pelkowskiego. To znaczy wiem, że on jest utalentowanym muzykiem i tak dalej, ale 

przede wszystkim jest człowiekiem, który oddycha przez usta. Myślę, że to wspaniale, że 

jemu i Lilly układa się tak świetnie, i czasami potrafię nawet nieźle się z nim dogadać i miło 

spędzić czas w jego towarzystwie. Ale nie pozwoliłabym  mu wejść do swojego zespołu. 

Chyba że przestałby wsadzać sweter w spodnie.

LinuxRulz: 

Borys nie jest taki beznadziejny, kiedy się go lepiej 

pozna.

GrLouie:  

Wiem.   Tylko   on   się   nie   wydaje   takim   typem,   który   się 

nadaje do jakiegoś zespołu. Cały ten Bartok.

LinuxRulz: 

On gra całkiem znośny bluegrass, wiesz? Nie żebyśmy w 

naszym zespole zamierzali 1 grać bluegrass...

To była nieco pocieszająca wiadomość.

background image

LinuxRulz: 

A więc? Twoja babka wypuści Cię na czas?

Nie miałam zielonego pojęcia, o czym on mówił.

GrLouie: 

Co???

LinuxRulz:  

W   piątek.   Masz   lekcję   etykiety,   prawda?   To   dlatego 

pytałaś, czy będzie jakiś późniejszy seans filmu, prawda? Martwisz 
się, że babka nie wypuści Cię na czas?

No i tu skrewiłam.  Widzicie,  sam podsunął mi najlepszą wymówkę - wystarczyło 

powiedzieć: „Tak” i byłaby szansa, że on by wtedy powiedział: „Okay, no to umówmy się na 

inny termin”.

ALE CO, JEŚLI NIE PRZYSŁUGUJE MI ŻADEN INNY TERMIN????

Co, jeśli Michael, tak jak Dave, po prostu wypnie się na mnie i znajdzie sobie jakąś 

inną dziewczynę do chodzenia do kina????

No więc zamiast tego napisałam:

GrLouie: 

Nie, wszystko będzie okay. Myślę, że uda mi się wyjść na 

czas.

DLACZEGO   JESTEM   TAKA   GŁUPIA????   CZEMU   TO   NAPISAŁAM???? 

Przecież nie zdołam wyrwać się wcześnie, bo będę na tym głupim czarno - białym balu DO 

PÓŹNEJ NOCY!!!!!

Przysięgam, jestem taką idiotką, że w ogóle nie zasługuję na chłopaka.

Czwartek, 22 stycznia

Godzina wychowawcza

Dziś rano przy śniadaniu pan G. zapytał:

- Czy ktoś widział moje brązowe sztruksy?

A moja mama, która nastawiła budzik, żeby wstać wcześnie i w miarę możliwości 

złapać mojego ojca w przerwie posiedzenia parlamentu (zero szans), odparła:

- Nie, ale może ktoś widział moją koszulkę z napisem „Uwolnić Winonę Ryder”?

Wtedy powiedziałam:

background image

- No cóż, ja nadal nie znalazłam swoich majtek z królową Amidalą.

I w tej chwili wszyscy zorientowaliśmy się, że ktoś nam ukradł pranie.

To   jedyne   wyjaśnienie   tej   całej   sytuacji.   No   bo   oddajemy   pranie   do   pralni   na 

Thompson   Street,   a   oni   piorą   nasze   rzeczy   i   odnoszą   je   poskładane.   A   że   nie   mamy 

odźwiernego, torby po prostu stoją w holu, aż ktoś się zlituje i zatarga je trzy piętra w górę na 

poddasze.

Tyle że najwyraźniej nikt nie wie, gdzie podziała się torba, którą oddaliśmy do pralni 

na   dzień   przed   moim   wyjazdem   do   Genowii!   Chyba   jako   jedyny   członek   tej   rodziny 

przejmuję   się   takimi   drobiazgami   jak   pranie   -   najwyraźniej   dlatego,   że   jestem   osobą 

pozbawioną talentu i nie potrafię myśleć o rzeczach poważniejszych niż czysta bielizna.

A to może oznaczać tylko jedno: któryś z tych dziwacznych reporterów (oni regularnie 

przetrząsają nasze torby ze śmieciami, co okropne denerwuje pana Molinę, naszego dozorcę) 

dorwał się do naszego prania i lada moment możemy oczekiwać przełomowych wieści na 

pierwszej stronie „The Post”: WYPADŁO Z TORBY: CO NOSI KSIĘŻNICZKA MIA I CO 

TO ZDANIEM NASZYCH EKSPERTÓW OZNACZA.

A   WTEDY   CAŁY   ŚWIAT   SIĘ   DOWIE,   ŻE   NOSZĘ   MAJTKI   Z   KRÓLOWĄ 

AMIDALĄ!

A przecież wcale nie rozpowiadam wkoło, że mam bieliznę z Gwiezdnych Wojen ani 

w ogóle,  że mam  jakieś majtki,  które przynoszą  mi  szczęście.  Właściwe  powinnam była 

zabrać   te   majtki   z   królową   Amidalą   do   Genowii,   żeby   przyniosły   mi   szczęście   podczas 

wygłaszania gwiazdkowego orędzia do narodu. Gdybym tak postąpiła, może nie wplątałabym 

się w tę parkometrową aferę.

Ale nieważne. Tak się zajęłam Michaelem, że na śmierć zapomniałam.

No   i   teraz   wygląda   na   to,   że   ktoś   znalazł   moje   szczęśliwe   majtki   i   zanim   się 

obejrzycie, będzie je można kupić w eBuy! Poważnie! Kto mi wmówi, że moje majtki nie 

sprzedawałyby się jak gorące bułeczki? Zwłaszcza że to majtki z królową Amidalą.

Po prostu przepadłam.

Mama już zadzwoniła na Szósty Komisariat i zgłosiła kradzież, ale ci faceci są zbyt 

zajęci   tropieniem   prawdziwych   przestępców,   żeby   zacząć   poszukiwać   złodzieja   toreb   z 

praniem. Praktycznie wyśmiali mamę przez telefon.

Jej ani panu G. nic złego się nie dzieje, zgubili tylko zwyczajne ciuchy. Tylko mnie 

zginęła bielizna. Co gorsza - bielizna, która przynosi mi szczęście. Rozumiem, że mężczyźni i 

kobiety, którzy w tym mieście walczą ze zbrodnią, mają na głowie ważniejsze sprawy niż 

szukanie moich majtek.

background image

Ale   biorąc   pod   uwagę   wszystko,   co   się   ostatnio   dzieje,   potrzebuję   każdego   łutu 

szczęścia, jaki mogę sobie zapewnić.

Czwartek, 22 stycznia

Algebra

DO ZAŁATWIENIA

1. Poprosić ambasadora Genowii przy ONZ, żeby zadzwonił do CIA. Sprawdzić, czy 

mogą oddelegować paru agentów do odszukania mojej bielizny (jeśli wpadnie w 

nieodpowiednie ręce, może się to skończyć międzynarodową aferą).

2. Kupić jedzenie dla kota!!!!!

3. Sprawdzić, czy mama bierze odpowiednią dawkę kwasu foliowego.

4. Powiedzieć Michaelowi, że nie uda mi się pójść na naszą pierwszą randkę.

5. Przygotować się na to, że mnie rzuci.

Definicja:   Pierwiastek   kwadratowy   z   idealnego   kwadratu   jest   jedną   z   dwóch 

identycznych liczb.

Definicja:   Dodatni   pierwiastek   kwadratowy   nazywa   się   podstawowym 

pierwiastkiem kwadratowym. Liczby ujemne nie mają pierwiastków.

Czwartek, 22 stycznia

Zdrowie i przepisy bezpieczeństwa

Widziałaś to? Spotykają się w Cosi na lunch!

Tak. On ją bardzo kocha.

To takie urocze, kiedy nauczyciele się zakochują.

Denerwujesz się jutrzejszym spotkaniem przy śniadaniu?

Wcale. To ONI powinni się denerwować.

Idziesz tam zupełnie sama? Mama i tata z tobą nie idą, prawda?

Och, błagam. Sama umiem sobie dać radę z bandą producentów filmowych, wielkie 

mi co. Jak oni mogą tak rok po roku pchać nam w gardła podobnie infantylną papkę? Im się 

zdaje, że do nas jeszcze nie dotarła informacja o tym, że tytoń zabija? Hej, zrobiłaś wczoraj 

lekcje, czy przez cały wieczór siedziałaś z moim bratem na ICQ?

I jedno, i drugie.

Jesteście   tacy   rozkoszni,   że   aż   mi   się   rzygać   chce.   Prawie   tak   rozkoszni   jak   pan 

Wheeton i Mademoisełle Klein.

background image

Zamknij się.

Boże, umrę z nudów. Chcesz zrobić jeszcze jedną listę?

Dobra, ty zaczynasz.

PRZEWODNIK LILLY MOSCOVITZ:

CO WARTO OBEJRZEĆ W TV.

A CO MOŻNA SOBIE DAROWAĆ

(z komentarzami Mi Thermopolis)

Siódme niebo

Lilly:   Kompleksowe   spojrzenie   na   walkę,   jaką   toczy   pewna   rodzina,   usiłując 

przestrzegać   chrześcijańskich   wartości   we   wciąż   zmieniającym   się   współczesnym 

społeczeństwie. Nawet niezła gra aktorska i od czasu do czasu wzruszające sceny. Ten serial 

ma tendencje moralizatorskie, ale z zadziwiającym realizmem przedstawia problemy, przed 

jakimi stają współczesne rodziny, i tylko czasami zalatuje czułostkowością.

Mia:   Chociaż   tata   jest   pastorem,   a  każdy  przed   końcem   odcinka   musi   się   czegoś 

nauczyć,  jest to całkiem niezły serial. Mocny punkt: kiedy gościnnie występowali w nim 

bracia   Olsen.   Słaby   punkt:   kiedy   serialowy   kostiumolog   kazał   wyprostować   włosy 

najmłodszej dziewczynki.

Idol

Lilly:   Żałosna   próba   grania   na   najniższych   instynktach.   W   tym   programie   młode 

talenty poddaje się upokarzającemu publicznemu „przesłuchaniu”, a potem robi się zbliżenia, 

kiedy przegrani płaczą, a wygrani się puszą.

Mia: Biorą grupę atrakcyjnych osób, które potrafią śpiewać i tańczyć, i każą im wziąć 

udział w castingu. Można wygrać miejsce w grupie rockowej i czasem ktoś je zdobywa, a 

czasem   nikt,   a   ci,   którzy   wygrywają,   natychmiast   robią   się   sławni   i   mogą   się   wtedy 

popisywać, na ogół przez cały czas nosząc ciekawe i zazwyczaj ukazujące pępek ciuchy. Jak 

można mówić, że to zły program?

Sabrina - nastoletnia czarownica

Lilly: Chociaż to serial oparty na komiksie, jest zdumiewająco udany i czasem nawet 

zabawny. Niestety, prawdziwych praktyk Wicca w nim nie pokazują. Serial mógłby zyskać, 

background image

gdyby przeprowadzono najpierw pewne studia w zakresie starej jak świat religii, która przez 

całe wieki dawała moc milionom ludzi, głównie kobiet. Bardzo podejrzany jest gadający kot: 

do tej pory nie czytałam jeszcze o żadnych poważnych badaniach, które podtrzymywałyby 

możliwość istnienia transfiguracji.

Mia:   Totalnie   świetny,   kiedy   mowa   o   czasach   szkoły   średniej,   czyli   o   czasach 

Harveya. Znika Harvey = znika dobry serial.

Słoneczny patrol

Lilly: Infantylna bzdura.

Mia: Najwspanialszy serial  wszech  czasów. Wszyscy  są w  nim przystojni,  można 

nadążyć za treścią każdego odcinka, nawet jeśli się jednocześnie wysyła wiadomości na ICQ, 

i jest mnóstwo  zdjęć plaż,  które są takie piękne, kiedy na Manhattanie  zapadają właśnie 

ciemne, przygnębiające lutowe wieczory. Najlepszy odcinek: kiedy Pamelę Anderson porwał 

półczłowiek, półpotwór, który po operacji plastycznej został profesorem na UCLA. Najgorszy 

odcinek: za każdym razem, kiedy Mitch adoptuje syna.

Powerpuff girls

Lilly: Najlepszy serial telewizyjny.

Mia: Patrz wyżej. Nic dodać, nic ująć.

Roswell

Lilly:   Obecnie,   niestety,   już   wycofany   z   dalszej   produkcji,   serial   ten   prezentował 

intrygujące spojrzenie na możliwość mieszkania wśród nas przybyszów z innych planet. Fakt, 

że mogą być nastolatkami, i to w dodatku niezwykle atrakcyjnymi fizycznie, nieco naciąga 

prawdopodobieństwo serialowych sytuacji.

Mia: Seksowni faceci o sile pozaziemskich istot. Czego więcej można by pragnąć? 

Mocny punkt: Max, za każdym razem, kiedy się z kimś ściskał. Słaby punkt: kiedy pojawiła 

się ta paskudna Tess. No i to, że już nie robią nowych odcinków.

Buffy - postrach wampirów

Lilly:   Feministyczna   siła   w   całym   rozkwicie,   a   przy   tym   znakomita   rozrywka. 

Bohaterka to szczupła, twarda, sprawna maszyna do mordowania wampirów, która nie mniej 

martwi   się   o   swoją   nieśmiertelną   duszę,   co   o   nieskazitelną   fryzurę.   Niezły   wzór   do 

naśladowania dla młodych kobiet - nie, dla ludzi każdej płci i w każdym wieku, bo wszyscy 

background image

mogą wzbogacić się duchowo, oglądając ten serial. Cała telewizja powinna mieć ten poziom. 

To, że do tej pory serial był ignorowany przez ludzi przyznających nagrodę Emmy, zakrawa 

na śmieszność.

Mia: Gdyby tylko Buffy mogła znaleźć sobie chłopaka, który nie musi pić czerwonych 

krwinek, żeby przeżyć. Mocny punkt: za każdym razem, kiedy się całują. Słaby punkt: brak.

Kochane kłopoty

Lilly: Przemyślany portret samotnej matki, która usiłuje wychować nastoletnią córkę, 

na tle małego miasteczka z północno - wschodniego wybrzeża.

Mia: Wielu, wielu, wielu, wielu, wielu, wielu bardzo fajnych chłopaków. Plus fajnie 

jest widzieć samotne matki, które, sypiając z nauczycielem ich córek, dostają brawa, a nie 

pouczenia od Organizacji Obrońców Moralności Publicznej.

Czarodziejki

Lilly:   Chociaż   ten   film   faktycznie   przedstawia   pewne   typowe   praktyki   Wicca, 

zaklęcia,   które   zwykle   rzucają   w   nim   dziewczyny,   są   kompletnie   nierealistyczne.   Na 

przykład,   nie   da   się   podróżować   w   czasie   czy   między   różnymi   wymiarami,   nie   tworząc 

szczelin w kontinuum czasoprzestrzeni. Gdyby te dziewczyny naprawdę miały się przenieść 

do siedemnastowiecznej purytańskiej Ameryki, zjawiłyby się tam z przełykami wywróconymi 

na  lewą  stronę,  a  nie  w  porządnie  zesznurowanych  gorsetach,   bo nikt  nie  może   przeżyć 

podróży przez dziurę w czasie i zachować całkowitej integralności. To proste prawo fizyki. 

Albert Einstein przewraca się w grobie.

Mia: Wow, czarownice w seksownych sukienkach. Jak Sabrina, a nawet lepiej, bo 

chłopcy są przystojniejsi, a czasami znajdują się w niebezpieczeństwie i dziewczyny muszą 

ich ratować.

Czwartek, 22 stycznia

RZ

Tina jest strasznie wściekła na Charlotte Bronte. Mówi, że Jane Eyre zrujnowała jej 

życie.

Oświadczyła to przy lunchu. Przed samym nosem Michaela, który nie powinien się 

dowiedzieć o radzeniu sobie z facetami metodą Jane Eyre, no ale nieważne. Przyznał, że 

nigdy nie przeczytał tej książki, więc myślę, że można bezpiecznie uznać, że nie miał pojęcia, 

o czym mówiła Tina.

background image

Ale   to   i   tak   smutne.   Tina   mówi,   że   przestaje   czytać   romanse.   Rzuca   je,   bo 

doprowadziły do rozpadu jej związku z Dave'em!

Bardzo nas zmartwiła ta wiadomość. Tina UWIELBIA romanse. Czyta mniej więcej 

jeden dziennie.

Ale teraz mówi, że gdyby nie powieści o miłości, to ona, a nie Jasmine szykowałaby 

się na mecz Rangersów z Dave'em Faroukiem El - Abarem w najbliższą sobotę.

A moja uwaga, że przecież ona i tak nie lubi hokeja, wcale nie pomogła.

Obie z Lilly zdałyśmy sobie sprawę, że to jest punkt zwrotny w nastoletnim rozwoju 

Tiny. Należało zwrócić jej uwagę na fakt, że to Dave, a nie Jane Eyre, położył kreskę na ich 

związku... Oraz na to, że kiedy spojrzeć na sprawę obiektywnie, ona na tym tylko zyska. To 

śmieszne, żeby Tina miała obwiniać romanse o swoje uczuciowe kłopoty.

Tak   więc   Lilly   i   ja   natychmiast   spisałyśmy   następującą   listę,   z   nadzieją   że   Tina 

dostrzeże swój błąd w myśleniu:

LSTA ROMANTYCZNYCH BOHATERÓW

I CENNYCH LEKCJI, JAKICH NAM UDZIELAJĄ

ZEBRANA PRZEZ MIĘ I LILLY

1. Jane Eyre z Dziwnych losów Jane Eyre:

Trwaj przy swoich przekonaniach, a wszystko się ułoży.

2. Lorna Doone z Lorny Doone:

Prawdopodobnie tak naprawdę jesteś  księżniczką  i dziedziczką  wielkiej  fortuny, 

tylko nikt ci jeszcze o tym nie powiedział (patrz przykład Mii Thermopolis).

3. Elizabeth Bennet z Dumy i uprzedzenia: Chłopcy lubią wygadane dziewczyny.

4. Scarlett O'Hara z Przeminęło z wiatrem: To samo,

5. Lady Marion z Robin Hooda:

Umiejętność strzelania z łuku bardzo się w życiu przydaje.

6. Jo March z Małych kobietek:

Zawsze zachowuj kopię swoich manuskryptów, na wypadek gdyby mściwa młodsza 

siostra miała spalić ci ostatnią wersję.

7. Ania Shirley z Ani z Zielonego Wzgórza:

Tylko jedno słowo: Clairol.

8. Marguerite St. Just ze Scarlet Pimpernel:

Sprawdź, czy twój narzeczony nie ma obrączki, zanim za niego wyjdziesz.

background image

9. Catherine z Wichrowych wzgórz:

Nie wyobrażaj sobie za wiele na swój temat, inaczej skończysz po śmierci, wędrując 

po wrzosowiskach w samotnej rozpaczy.

10. Tessa z Tessy d'Urberville:

To samo.

Tina po przeczytaniu naszej listy przyznała ze łzami w oczach, że miałyśmy rację, 

literackie bohaterki romansów naprawdę są jej przyjaciółkami i nigdy nie potrafiłaby z całą 

świadomością się ich wyrzec. Wszyscy odetchnęliśmy z ulgą (to znaczy poza Michaelem i 

Borysem  - oni zajęli  się grą na Game  - Boyu  Michaela),  kiedy Shameeka  złożyła  nagle 

oświadczenie, które nas zaskoczyło jeszcze bardziej niż słowa Tiny:

- Będę startowała w konkursie na nową cheerleaderkę.

Zatkało nas. Nie dlatego, że z Shameeki byłaby zła cheerleaderka - jest najbardziej z 

nas wygimnastykowana, a poza tym  najatrakcyjniejsza i wie niemal tyle  samo co Tina o 

modzie i makijażu.

Ale chodziło o to, co najprościej ujęła w słowa Lilly:

- Dlaczego chcesz zrobić COŚ TAKIEGO?

- Dlatego - wyjaśniła Shameeka - że jestem zmęczona pozwalaniem na to, żeby Lana i 

jej   przyjaciółki   mną   pomiatały.   Jestem   tak   samo   dobra   jak   każda   z   nich.   Dlaczego   nie 

miałabym spróbować dostać się do drużyny, nawet jeśli nie obracam się w ich kółku? Mam 

taką samą szansę trafienia do drużyny cheerleaderek jak każdy.

Lilly odparła:

- To, co mówisz, jest niezaprzeczalną prawdą, ja jednak muszę cię ostrzec, Shameeko. 

Jeśli staniesz do konkursu na cheerleaderkę, może się zdarzyć, że dostaniesz się do drużyny. 

Czy   jesteś   gotowa   narażać   się   na   takie   upokarzające   doświadczenie,   jakim   staje   się 

cheerleading, kiedy dopingujesz Josha Richtera, który gania za piłką?

-   Cheerleading   przez   wiele   lat   cierpiał,   nosząc   stygmat   głębokiego   seksizmu   - 

powiedziała Shameeka. - Ale moim zdaniem środowisko cheerleaderskie wielkimi krokami 

zbliża się do przeobrażenia w szybko rozwijającą się dziedzinę sportu atrakcyjnego tak samo 

dla mężczyzn, jak i dla kobiet. To dobry sposób na utrzymanie formy fizycznej i aktywności 

ruchowej,   a   poza   tym   łączy   dwie   sprawy,   które   są   dla   mnie   bardzo   ważne:   muzykę   i 

gimnastykę. I będzie znakomicie wyglądać na moim podaniu o przyjęcie na wyższą uczelnię. 

To oraz fakt, że George W. Bush sam był cheerleaderem. A zresztą nie wolno mi będzie 

chodzić na żadne imprezy po meczach.

background image

W tę część nie wątpiłam. Pan Taylor, tata Shameeki, jest okropnie surowy.

Ale jeśli chodzi o całą resztę, nie byłam już taka pewna. Poza tym  jej przemowa 

brzmiała tak, jakby ją sobie wcześniej przećwiczyła, no i mówiła nieco obronnym tonem.

- Czy to znaczy, że jeśli dostaniesz się do drużyny - zapytałam - przestaniesz jeść z 

nami lunch i będziesz siadała tam?

Wskazałam długi stół po przeciwnej stronie stołówki, gdzie siedziała Lana i Josh, i 

cała   banda   ich   niezwykle   dobrze   ostrzyżonych,   pełnych   entuzjazmu   dla   szkolnego   życia 

popleczników. Myśl, że stracimy Shameekę, która zawsze była taka elegancka, a przy tym 

rozsądna, na rzecz Ciemnej Strony, sprawiła mi prawdziwą przykrość.

- Oczywiście, że nie - odparła Shameeka z oburzeniem. - Jeśli dostanę się do drużyny 

cheerleaderek   Liceum   imienia   Alberta   Einsteina,   nie   zmieni   to   mojej   przyjaźni   z   wami 

wszystkimi ani na jotę. Nadal będę kamerzystką przy twoim programie - tu skinęła głową w 

stronę Lilly - i twoją partnerką na biologii - to do mnie - i twoją konsultantką w dziedzinie 

szminek - do Tiny - i twoją modelką do portretów - do Ling Su. - Może tylko nieco mniej 

czasu będziemy spędzać razem, jeśli przyjmą mnie do drużyny.

Siedzieliśmy tam wszyscy i zastanawialiśmy się nad wielką zmianą, która może nas 

spotkać. Gdyby Shameeka dostała się do drużyny, toby, oczywiście, było świetną zemstą za 

wszystkie   inteligentne   dziewczyny   całego   świata.   Ale   przy   Okazji   pozbawiłoby   nas   też 

towarzystwa   Shameeki,   która   musiałaby   cały   swój   wolny   czas   poświęcać   na   ćwiczenie 

szpagatów i łapanie autobusu do Westchester na wyjazdowe mecze podczas Rye Country 

Day.

I chodziło w tym jeszcze o coś więcej. Gdyby Shameeka dostała się do drużyny, toby 

znaczyło, że jest w czymś dobra - NAPRAWDĘ, NAPRAWDĘ dobra w czymś, nie tylko 

troszkę dobra we wszystkim, co już i tak o niej wiemy. Gdyby miało się okazać, że Shameeka 

jest   NAPRAWDĘ,   NAPRAWDĘ   w   czymś   dobra,   to   ja   byłabym   JEDYNĄ   osobą   przy 

naszym lunchowym stoliku, która nie ma żadnego zauważalnego talentu.

I przysięgam, że nie tylko z tego jednego powodu miałam rozpaczliwą nadzieję, że 

Shameece   nie   uda   się   dostać   do   drużyny.   To   znaczy   naprawdę   chciałam,   żeby   jej   się 

powiodło, jeśli tego właśnie pragnęła.

Tylko że... Tylko że ja NAPRAWDĘ nie chcę być jedyną osobą pozbawioną jakiegoś 

talentu!!! NAPRAWDĘ, NAPRAWDĘ tego nie chcę!!!!!!!

Ciszę przy stole dałoby się kropić nożem... No cóż, poza tym głośnym bing - bing - 

bing elektronicznej gry Michaela. Chłopcy, nawet tacy idealni jak Michael, są najwyraźniej 

odporni na takie rzeczy jak ogólny nastrój.

background image

Ale ja wam mówię: nastrój tego semestru jak do tej pory jest dość słaby. W gruncie 

rzeczy, jeśli się nie polepszy w najbliższym czasie, będę musiała spisać na straty cały semestr 

jako nieudany.

Nadal nie mam pojęcia, co jest moim ukrytym talentem. Jedno, czego jestem całkiem 

pewna, to że NIE JEST to psychologia. Wyperswadowanie Tinie rzucenia tych jej książek 

było   ciężką   pracą!   I   nie   udało   nam   się   przekonać   Shameeki,   że   nie   powinna   zostawać 

cheerleaderką. Chyba zaczynam rozumieć, dlaczego może jej na tym zależeć - to znaczy, w 

tym może być JAKAŚ frajda.

Chociaż   to,   że   ktokolwiek   chciałby   z   własnej   woli   spędzać   tyle   czasu   z   Laną 

Weinberger, już przekracza moje zrozumienie.

Czwartek, 22 stycznia

Francuski

Mademoiselle Klein NIE JEST uszczęśliwiona, że wczoraj Tina i ja urwałyśmy się z 

lekcji.

Powiedziałam   jej,   że   nie   urwałyśmy   się,   tylko   wystąpiła   konieczność   interwencji 

medycznej, która wiązała się z wyjściem do delikatesów Ho po tampaksy,  ale nie jestem 

pewna, czy Mademoiselle Klein nam uwierzyła. Można by pomyśleć, że będzie odczuwała 

pewien   rodzaj   kobiecej   solidarności   z   całym   tym   surfowaniem   na   szkarłatnej   fali,   lecz 

widocznie nie odczuwa. Ale przynajmniej nic nam nie wpisała. Puściła nas z ostrzeżeniem i 

wyznaczyła nam do napisania esej na pięćset słów (oczywiście po francusku) na temat linii 

Maginota.

Ale ja wcale nie o tym chcę pisać. Chcę napisać o czymś innym:

MÓJ TATA RZĄDZI!!!!!

I to nie tylko jakimś krajem. Totalnie wyplątał mnie z tej całej afery z czarno - białym 

balem!!!

Oto co się stało - przynajmniej według pana G., który złapał mnie przed chwilą na 

korytarzu   i   zdał   mi   relację:   obstrukcja   parlamentarna   w   sprawie   parkometrów   została 

wreszcie przerwana (po trzydziestu sześciu godzinach)  i mojej mamie  wreszcie udało się 

dodzwonić do taty (ci, którzy byli za zainstalowaniem parkometrów, wygrali. To zwycięstwo 

środowiska naturalnego, jak i moje własne. Ale i tak nie zostałam jeszcze pomszczona za 

tortury, jakie zniosłam w rękach Grandmére po moim orędziu gwiazdkowym do obywateli 

Genowii, bo przecież prawdziwym zwycięzcą w tej całej batalii jest jednak infrastruktura 

księstwa).

background image

W każdym razie mój tata otwarcie powiedział, że nie muszę iść na bal do hrabiny. Nie 

tylko to, ale także, że nigdy w życiu nie słyszał czegoś równie głupiego, i że jedyna różnica 

zdań   między   rodziną   książęcą   z   Monako   a   naszą   to   ta,   którą   stwarza   Grandmére. 

Najwyraźniej ona i hrabina rywalizują ze sobą od czasów szkoły średniej i Grandmére chciała 

się tylko popisać wnuczką, o której piszą książki i kręcą filmy. Ewidentnie jedyna wnuczka 

hrabiny też będzie na balu, ale o niej nigdy nie nakręcono żadnego filmu i w gruncie rzeczy 

jest   jakąś   nieudacznicą,   która   wyleciała   z   ekskluzywnego   internatu   dla   dziewcząt   w 

Szwajcarii, bo nie umiała nauczyć się porządnie jeździć na nartach, czy coś takiego.

A więc jestem wolna! Mogę spędzić jutrzejszy wieczór z moim ukochanym! Zupełnie 

niepotrzebnie opowiadałam Michaelowi jakieś historie o kocie na dachu! Wszystko będzie 

dobrze, tyle tylko, że nadal nie mam swojej szczęśliwej bielizny. Czuję w kościach, że to mi 

może przynieść pecha.

Jestem taka szczęśliwa, że znów mam ochotę napisać jakiś wiersz. Jednak spróbuję 

ukryć to przed Tiną, bo wydaje mi się, że to nie na miejscu popisywać się własną radością, 

kiedy   ktoś   inny   czuje   się   tak   strasznie   przygnębiony   (Tina   dowiedziała   się,   kto   to   jest 

Jasmine.  To dziewczyna, która chodzi z Dave'em do Trinity.  Jej ojciec też jest szejkiem 

naftowym.   Jasmine   ma   aparat   ortodontyczny   w   kolorze   akwamaryny   i   używa   nicka 

Iluvjustin2345).

PRACA DOMOWA

Algebra: pytania na końcu rozdziału 11

Angielski:   opisać   w   dzienniku   swoje   uczucia   związane   z   lekturą 

wiersza Johna Donne'a Przynęta

Biologia: nie wiem. Shameeka odrobi ją za mnie

Zdrowie   i   przepisy   bezpieczeństwa:   rozdział   3  Ty   i   zagrożenia 

środowiskowe

RZ: odkryć swój ukryty talent

Francuski: Chapitre Onze, écrivez une narratif, 300

Historia   cywilizacji:   w   500   słowach   opisz   powstanie 

amerykańskiego konfliktu

WIERSZ DLA MICHAELA

background image

Och, Michael,

Niedługo zaparkujemy

Przed Grand Moff Tarkin,

Ciesząc się wegetariańskim moo shu

Przy śmiesznych piskach R2D2

I może nawet trzymając ręce

Złączone, patrząc na piaski Tatooine,

Wiedząc, że nasza miłość na razie

Więcej ma Mocy niż Gwiazda Śmierci.

I chociaż nasza planeta może

W powietrze wylecieć,

A każde żywe stworzenie zginąć,

My jak Leia i Han, w gwiazdach na niebie.

Bo naszej miłości nigdy nie zniszczą.

Niczym Sokół Milenium w hiperprzestrzeni,

Nasza miłość będzie trwać na wieki.

Czwartek, 22 stycznia, w limuzynie,

w drodze powrotnej do domu od Grandmére

Tylko   osoba   dużego   formatu   jest   w   stanie   się   przyznać,   że   popełniła   błąd   -   to 

Grandmére mnie tego nauczyła.

A jeśli to prawda, jestem nawet osobą większego formatu, niżby na to wskazywało 

moje metr siedemdziesiąt pięć wzrostu. Bo myliłam się. Myliłam się co do Grandmére. Przez 

cały ten czas, kiedy wydawało mi się, że jest nieludzka i może nawet została zesłana tu z 

macierzystego   statku   istot   pozaziemskich,   żeby   przyjrzeć   się   życiu   na   naszej   planecie,   a 

potem zdać relację swoim przełożonym. Otóż okazuje się, że Grandmére jest człowiekiem, 

zupełnie jak ja.

Skąd o tym wiem? Jak odkryłam, że księżna wdowa z Genowii mimo wszystko nie 

zaprzedała swojej duszy Księciu Ciemności, jak to często zakładałam?

Dowiedziałam się tego dzisiaj, kiedy weszłam do apartamentu Grandmére w hotelu 

Plaża,   w   pełni   gotowa,   żeby   odbyć   z   nią   batalię   w   sprawie   tej   całej   imprezy   u   hrabiny 

Trevanni. Miałam zamiar powiedzieć twardo: „Grandmére, tata mówi, że nie muszę tam iść, i 

wiesz co? Ja nie zamierzam się tam wybrać”.

Dokładnie to zamierzałam jej powiedzieć.

background image

Tyle że kiedy weszłam do środka i ją zobaczyłam, słowa praktycznie uwięzły mi w 

gardle! Bo Grandmére wyglądała tak, jakby ktoś przejechał się po niej walcem drogowym! 

Poważnie. Siedziała tam po ciemku - zarzuciła takie purpurowe szale na abażury lamp, bo, jak 

powiedziała, światło raziło ją w oczy - i nawet nie była porządnie ubrana. Miała na sobie 

purpurowy aksamitny szlafrok i jakieś kapcie, i przykryła sobie kolana kaszmirowym pledem, 

a włosy miała nakręcone na lokówki, i gdyby jej eyeliner nie był wytatuowany, przysięgam, 

że   byłby   rozmazany.   Nawet   nie   popijała   sidecara,   swojego   ulubionego   drinka,   ani   nic. 

Siedziała tam bez ruchu, a na jej kolanach trząsł się Rommel. Jak śmierć na chorągwi. To 

znaczy Grandmére tak wyglądała, nie pies.

- Grandmére! - Nie zdołałam powstrzymać okrzyku, kiedy ją zobaczyłam. - Czy ty się 

dobrze czujesz? Jesteś chora czy co?

Ale Grandmére powiedziała tylko, głosem zupełnie niepodobnym do jej normalnego 

głosu, więc prawie nie mogłam uwierzyć, że należy do tej samej osoby:

- Nie, nic mi nie jest. Przynajmniej nic mi nie będzie. Kiedy już uporam się z tym 

upokorzeniem.

- Upokorzeniem?  Jakim upokorzeniem?  - Podeszłam i uklękłam  obok jej fotela.  - 

Grandmére, czy ty na pewno nie jesteś chora? Nawet nie palisz!

- Nic mi nie będzie - powiedziała słabym głosem. - Za parę tygodni zdołam jakoś 

pokazać swoją twarz publicznie. W końcu jestem Renaldo. Jestem silna, jakoś dam sobie 

radę.

Właściwie to Grandmére jest Renaldo tylko przez małżeństwo, ale w tej chwili nie 

zamierzałam się z nią o to spierać, bo widziałam, że coś jest poważnie nie w porządku - na 

przykład macica jej wypadła pod prysznicem albo coś takiego (to się kiedyś zdarzyło jednej 

pani na osiedlu emeryckim w Boca, gdzie mieszkają dziadkowie Lilly i Michaela; no i często 

przytrafia się to krowom we Wszystkich stworzeniach dużych i małych).

-   Grandmére   -   powiedziałam,   rozglądając   się   ukradkiem,   czy   jej   macica   nie   leży 

gdzieś na podłodze. - Chcesz, żebym wezwała lekarza?

- Żaden lekarz nie uleczy mnie z tego, co mi dolega - zapewniła mnie Grandmére. - 

Cierpię wyłącznie dlatego, że wstydzę się, bo mnie własna wnuczka nie kocha.

Nie miałam pojęcia, o czym ona mówi. No pewnie, że czasami nie znoszę Grandmére. 

Czasami   nawet   myślę,   że   jej   nienawidzę.   Ale   to   nie   znaczy,   że   jej   nie   kocham.   Chyba. 

Przynajmniej nigdy jej tego nie powiedziałam otwarcie.

- Grandmére, ale o czym ty mówisz? Oczywiście, że cię kocham...

- To dlaczego nie chcesz pójść ze mną na czarno - biały bal do hrabiny Trevanni? - 

background image

chlipnęła Grandmére.

Mrugając ze zdumienia, wykrztusiłam tylko:

- C - co?

- Twój ojciec powiedział, że nie chcesz iść na bal - rzuciła Grandmére. - Mówi, że 

sobie tego nie życzysz!

- Grandmére - powiedziałam. - Wiesz przecież od dawna, że ja tam nie chcę pójść. 

Wiesz, że Michael i ja...

- TEN CHŁOPAK! - krzyknęła Grandmére. - ZNÓW ten chłopak!

- Grandmére, przestań o nim tak mówić - poprosiłam. - Doskonale wiesz, jak ma na 

imię.

- I pewnie ten Michael - pociągnęła nosem Grandmére - jest dla ciebie ważniejszy niż 

JA. Pewnie uważasz, że w tej sprawie JEGO uczucia są ważniejsze niż MOJE.

Odpowiedzią na to pytanie mogło być tylko jednoznaczne: TAK. Ale nie chciałam być 

niegrzeczna. Powiedziałam:

- Grandmére, jutro wieczorem mamy naszą pierwszą randkę. To znaczy ja i Michael. 

To dla mnie naprawdę ważne.

- I jak przypuszczam to, że DLA MNIE ważna była twoja obecność na tym balu, nie 

ma żadnego znaczenia? - Kiedy Grandmére tak siedziała i patrzyła na mnie zrozpaczonym 

wzrokiem, przez moment wydawało mi się nawet, że ma łzy w oczach. Ale to pewnie tylko 

złudzenie wywołane przyćmionym  światłem. - To, że Elena Trevanni, odkąd byłam małą 

dziewczynką, zawsze się wywyższała, bo pochodziła ze starszej i lepszej rodziny niż ja? Że 

dopóki nie wyszłam za twojego dziadka, zawsze miała ładniejsze sukienki, buty i torebki niż 

te, na które stać było moich rodziców? Że nadal uważa się za osobę lepszą ode mnie, bo 

wyszła za HRABIEGO, który nie miał żadnych obowiązków ani ziem, tylko nieskończone 

bogactwo, podczas gdy ja musiałam sobie ręce urobić po łokcie, żeby Genowia stała się 

kwitnącym rajem turystycznym, którym jest dzisiaj? I że miałam nadzieję, że ten jeden raz, 

pokazując jej, jaką mam uroczą i dobrze ułożoną wnuczkę, zdołam się jej odwdzięczyć?

Zatkało mnie. Nie miałam pojęcia, dlaczego ten głupi bał jest dla niej taki ważny. 

Myślałam, że to dlatego, że ona chce doprowadzić mnie i Michaela do zerwania albo zmusić 

mnie, żebym polubiła księcia René

  zamiast niego, żebyśmy mogli któregoś dnia połączyć 

nasze   rodziny   świętym   węzłem   małżeńskim   i   stworzyć   rasę   superkrólewską.   Nigdy   nie 

przyszło mi do głowy, że mogą tu zachodzić jakieś inne, ukryte okoliczności łagodzące...

Takie   jak   to,   że   hrabina   Trevanni   jest,   mówiąc   ściśle,   Laną   Weinberger   mojej 

Grandmére.

background image

Bo na to mi wyglądało. Zupełnie jakby ta Elena Trevanni znęcała się nad Grandmére i 

dokuczała jej tak bezlitośnie, jak mnie zamęczała i torturowała Lana od wielu lat.

Zastanawiałam się, czy Elena, jak Lana, kiedykolwiek zasugerowała Grandmére, żeby 

sobie   przylepiła   plastry   z   opatrunkiem   na   biuście   zamiast   stanika.   Jeśli   powiedziała   coś 

takiego do Klaryssy Renaldo, to jest o wiele odważniejszą osobą niż ja.

- A teraz - dodała Grandmére bardzo smutnym głosem - muszę jej powiedzieć, że 

moja   wnuczka   nie   kocha   mnie   na   tyle,   żeby   na   jeden   wieczór   rozstać   się   ze   swoim 

chłopakiem.

Z bólem serca zdałam sobie sprawę, co trzeba zrobić. To znaczy, wiedziałam, co czuje 

Grandmére. Gdyby istniał jakiś sposób - jakikolwiek sposób - żebym mogła odpłacić Lanie - 

no wiecie, poza umówieniem się z jej chłopakiem, co już i tak zrobiłam, tylko że to w efekcie 

upokorzyło MNIE znacznie bardziej niż Lane - to ja bym to zrobiła natychmiast. Wszystko 

jedno co by to było.

Bo kiedy ktoś jest tak wredny i okrutny, i po prostu do głębi paskudny jak Lana - i to 

nie tylko wobec mnie, ale wszystkich dziewczyn z Liceum imienia Alberta Einsteina, które 

nie zostały obdarzone taką urodą i szkolnym wzięciem jak ona - w pełni zasługuje na to, żeby 

utrzeć mu nosa.

Tylko tak dziwnie było pomyśleć, że ktoś taki jak Grandmére, na pozór niesamowicie 

pewny siebie, może mieć w swoim życiu własną Lane Weinberger. To znaczy ja sobie zawsze 

wyobrażałam, że gdyby Lana Weinberger zamiotła długimi blond włosami stolik Grandmére, 

babka z miejsca zamieniłaby się w Przyczajonego Tygrysa i walnęłaby ją w twarz butem od 

Ferragamo.

Ale może istniał ktoś, kogo nawet Grandmére nieco się obawiała. I może tą osobą była 

właśnie hrabina Trevanni.

I chociaż to nieprawda, że kocham Grandmére bardziej niż Michaela - ja nikogo nie 

kocham bardziej niż Michaela poza, oczywiście, Grubym Louie - to bardziej żal mi było w 

tamtej chwili Grandmére niż samej siebie. No wiecie, jeśli skończy się na tym, że Michael ze 

mną zerwie, bo odwołałam naszą randkę. To brzmi niewiarygodnie, ale mówię prawdę.

No więc powiedziałam, chociaż sama nie wierzyłam do końca, że te słowa wychodzą 

z moich ust:

- Dobrze, Grandmére. Pojawię się na tym twoim balu.

Grandmére uległa cudownemu przeobrażeniu. W jednej chwili się rozchmurzyła.

- Naprawdę, Amelio? - powiedziała, chwytając mnie za ręce. - Naprawdę zrobisz to 

dla mnie?

background image

Wiedziałam, że stracę Michaela na zawsze. Ale jak kiedyś powiedziała moja mama, 

jeśli on tego nie zrozumie, to pewnie w ogóle nie jest mnie wart.

Jestem popychadłem. Ale ona miała taką szczęśliwą minę. Zrzuciła kaszmirowy pled - 

i Rommla - i zadzwoniła na pokojówkę, zażądała sidecara i papierosów, a potem przeszłyśmy 

do naszej dzisiejszej lekcji - to znaczy, jak zapytać o numer telefonu do najbliższej korporacji 

taksówkowej w pięciu różnych językach.

A ja tylko chcę wiedzieć: CO.

To znaczy nie  pytam  o to, czemu  miałabym  kiedykolwiek  zamawiać  taksówkę w 

hindi.

Chodzi mi o to, co - CO???? - powiem Michaelowi? No bo poważnie, jeśli on mnie 

teraz nie rzuci, to coś z nim jest nie w porządku. A skoro wiem, że z nim wszystko jest w 

porządku, to wiem również, że zostanę porzucona.

I mogę na to wszystko powiedzie tylko jedno: NIE MA SPRAWIEDLIWOŚCI NA 

TYM ŚWIECIE.

Ponieważ   jurto   rano   Lilly   ma   swoje   spotkanie   przy   śniadaniu   z   producentami 

telewizyjnego filmu opartego na mojej biografii, przekaże mu tę nowinę właśnie wtedy. W 

ten sposób Michael zdąży mnie rzucić przed godziną wychowawczą. Może uda mi się potem 

przestać płakać, zanim Lana zobaczy mnie na algebrze na drugiej lekcji. Nie sądzę, żebym 

mogła znieść jej kpiny po tym, jak już serce zostanie wyrwane mi z piersi i ?? - śnię te na 

posadzkę holu. Nienawidzę samej siebie.

Czwartek, 22 stycznia, poddasze

Widziałam ten film o moim życiu. Mama nagrała go dla mnie, kiedy byłam w Genowi 

i. Myślała, że potem pan G. nagrał na nim mecz Jetsów, ale okazało się, że nie.

Facet, który grał Michaela, był po prostu rewelacyjny. W filmie on i ja schodzimy się 

na koniec.

Szkoda, że w prawdziwym życiu on mnie jutro rzuci... Chociaż Tina tak nie uważa.

To bardzo ładnie z jej strony i tak dalej, ale fakt pozostaje faktem, on to na pewno 

zrobi. No bo to naprawdę kwestia dumy.  Jeśli dziewczyna,  z którą chodzisz przez pełne 

trzydzieści cztery dni, odwołuje waszą pierwszą randkę, to naprawdę nie masz wyboru, tylko 

musisz z nią zerwać. To znaczy, ja totalnie rozumiem. SAMA bym ze sobą zerwała. Przecież 

teraz to takie ewidentne, że nastolatki z królewskich rodzin nie są normalnymi nastolatkami. 

To   znaczy,   dla   ludzi   takich   jak   ja   czy   książę   William   obowiązek   będzie   zawsze   stał   na 

pierwszym miejscu. Kto zdoła to zrozumieć, a co dopiero dostosować się do tego?

background image

Tina mówi, że Michael zdoła i że się dostosuje. Tina mówi, że Michael nie zerwie ze 

mną dlatego, że on mnie kocha. Ja mówię, że owszem, zerwie, bo kocha mnie wyłącznie jak 

przyjaciela.

- Michael wyraźnie kocha cię bardziej niż jak przyjaciela - powtarza mi Tina bez 

przerwy przez telefon. - To znaczy, przecież wyście się całowali!

- Tak - mówię. - Ale z Kennym też się całowaliśmy, a wcale nie lubiłam go bardziej 

niż jak przyjaciela.

- To zupełnie inna sprawa - mówi Tina.

- Jak to?

- Bo ty i Michael jesteście sobie przeznaczeni! - Tina ma już w głosie desperację. - 

Wasze horoskopy to mówią! Ty i Kenny nigdy nie byliście dla siebie stworzeni, bo on jest 

Rakiem.

Pomijając   astrologiczne   przepowiednie   Tiny,   nie   ma   żadnego   dowodu   na   to,   że 

Michael interesuje się mną bardziej niż taką Judith Gershner. To prawda, napisał dla mnie 

wiersz, w którym pojawiło się słowo na K. Ale to było cały miesiąc temu. A ja cały ten 

ostatni   okres   spędziłam   poza   granicami   kraju.   Od   czasu   mojego   powrotu   nie   powtarzał 

podobnych wyznań. Myślę, że to wielce prawdopodobne, że jutrzejszy dzień przyniesie ze 

sobą tę słomkę, która przeważy ciężar dźwigany na plecach przez tego seksownego chłopaka. 

No bo dlaczego Michael miałby tracić czas na dziewczynę taką jak ja, która nawet nie umie 

się postawić własnej babce? Jestem pewna, że gdyby babka Michaela powiedziała do niego: 

„Michael, musisz iść ze mną w piątek do salonu bingo, bo Olga Krakowski, moja rywalka z 

dzieciństwa, będzie tam i ja się chcę tobą przed nią popisać”, to on by po prostu odparł: 

„Wybacz, babciu, ale to się nijak nie da zrobić”.

Nie, ja jestem pozbawiona kręgosłupa.

I jestem jedyną osobą, która musi ponieść tego konsekwencje.

Zastanawiam się, czy nie jest już za późno na to, żeby zmienić szkołę. Bo ja naprawdę 

nie zniosę chodzenia z Michaelem do tej samej szkoły, kiedy on już ze mną zerwie. Jeśli mam 

go widywać na korytarzach, przy lunchu i na RZ, wiedząc, że kiedyś był cały mój, a potem go 

straciłam, to mnie to przecież zabije.

Ale   czy   jest   jakaś   inna   szkoła   na   Manhattanie,   która   przyjmie   takie   beztalencie, 

takiego wyrzutka bez charakteru? Wątpię.

DLA MICHAELA

background image

Och, Michaelu, jedyna moja miłości,

Czekały nas nowe, tak liczne radości,

Straciłam Cię jednak, nie starczyło mi siły.

I przez łata będę płakać po Tobie, mój miły.

Piątek, 23 stycznia

Godzina wychowawcza

No cóż. Po wszystkim. Powiedziałam mu.

Nie rzucił mnie. Na razie. W gruncie rzeczy zachował się w tej całej sprawie bardzo 

fajnie.

- Naprawdę, Mia - powiedział tylko - rozumiem. Jesteś księżniczką. Obowiązek rzecz 

święta.

Może po prostu nie chciał rzucać mnie w szkole, na oczach wszystkich?

Powiedziałam mu, że jeśli zdołam, spróbuję wyrwać się z tego balu wcześniej. On 

stwierdził, że jeśli mi się uda, mam wpaść. To znaczy, do apartamentu Moscovitzów.

Ja oczywiście wiem, co to oznacza:

Zamierza mnie rzucić, kiedy tam przyjdę.

O MÓJ BOŻE, CO JEST ZE MNĄ NIE TAK???? Znam Michaela od tylu lat. To NIE 

jest   taki   typ   chłopaka,   który   rzuci   dziewczynę   tylko   dlatego,   że   ona   ma   jakieś   rodzinne 

zobowiązania i musi je postawić na pierwszym miejscu przed randką z nim. TO NIE JEST 

TAKI CHŁOPAK. DLATEGO WŁAŚNIE GO KOCHAM.

Ale czemu nie mogę przestać myśleć, że nie rzucił mnie w tym momencie jedynie 

dlatego, że nie mógł tego zrobić, siedząc w mojej limuzynie, na oczach mojego kierowcy i 

ochroniarza? No bo Michael nie ma przecież pojęcia, czy Lars nie został przeszkolony w 

sprawianiu lania chłopakom, którzy mogliby próbować mnie rzucić w jego obecności.

MUSZĘ PRZESTAĆ. MICHAEL TO NIE DAVE FA - ROUQ EL - ABAR. On mnie 

NIE RZUCI z takiego błahego powodu.

No   to   dlaczego   czuję   się   tak,   jak   wiem,   że   musiała   czuć   się   Jane   Eyre,   kiedy 

dowiedziała się prawdy o Bercie w dzień swojego ślubu? Nie, Michael nie ma żony, tego 

jestem pewna. Ale jest bardzo możliwe, że mój związek z nim, tak jak związek Jane z panem 

Rochesterem, dobiega końca. I nie potrafię wymyślić żadnego sposobu pod słońcem, żeby to 

naprawić. No bo czy to możliwe, że dzisiaj wieczorem, kiedy pojadę do Moscovitzów, dom 

zastanę w płomieniach i będę miała okazję dowieść, że jestem warta Michaela, nie myśląc o 

sobie, tylko ratując z płomieni jego matkę, a może jego psa, Pawłowa?

background image

Poza tym nie widzę możliwości naszego ponownego zejścia się. Oczywiście, dam mu 

prezent urodzinowy, skoro zadałam sobie już taki trud, kradnąc go.

Ale wiem, że to nic nie zmieni.

Ale CO jest ze mną nie tak???? Lepiej, żeby to był PMS. Bo jeśli miłość cały czas tak 

wygląda, to ja już wcale nie chcę być zakochana!!!!!!!!!!!

Piątek, 23 stycznia

Nadal godzina wychowawcza

Właśnie   ogłoszono   nazwisko   najnowszej   członkini   zespołu   cheerleaderek   drużyny 

juniorów Liceum imienia Alberta Einsteina. Jest nią Shameeka Taylor.

Świetnie. Po prostu świetnie. No i tyle. Jestem teraz już oficjalnie jedyną znaną mi 

osobą, która nie posiada żadnego widocznego talentu.

POD KAŻDYM WZGLĘDEM jestem wyrzutkiem.

Piątek, 23 stycznia

Algebra

Michael   nie   zajrzał   tutaj   w   przerwie   między   lekcjami.   To   pierwszy   dzień   w   tym 

tygodniu, żeby nie wpadł tu na moment powiedzieć mi „cześć” po drodze na swoje zajęcia z 

zaawansowanego angielskiego, trzy klasy dalej.

Totalnie staram się nie wziąć tego do siebie osobiście, ale ten mały wewnętrzny głosik 

wciąż mi szepcze: NO I MASZ! JUŻ PO WSZYSTKIM! ON CIĘ WŁAŚNIE RZUCA!

Jestem   pewna,   że   Kate   Bosworth   nie   ma   w   sobie   takiego   wewnętrznego   głosiku. 

DLACZEGO nie mogłam urodzić się taką Kate Bosworth zamiast Mią Thermopolis? •

Żeby jeszcze pogorszyć sprawę - jakbym kiedykolwiek mogła przejmować się czymś 

tak trywialnym - Lana właśnie obróciła się do mnie i syknęła:

- Nie myśl sobie, że skoro twoja przyjaciółka dostała się do zespołu, cokolwiek się 

między nami zmieni, Mia. Ona jest tak samo żałosna jak ty. Pozwolili jej dołączyć do nas 

tylko po to, żeby podwyższyć poziom geniuszowatości w drużynie.

A potem znów zamiotła głową - ale zrobiła to za wolno. Bo całkiem spora część jej 

włosów nadal leżała na moim blacie.

I kiedy z całej siły zamknęłam książkę do algebry,  poziom I i II - bo to właśnie 

zrobiłam   natychmiast   -   dość   spora   część   tych   jedwabistych,   pachnących   awapuhi   loków 

dostała się między strony 210 i 211.

Lana wrzasnęła z bólu. Pan G., który stał przy tablicy, obrócił się, zobaczył, skąd 

background image

dochodzą te wrzaski, i westchnął.

- Mia - powiedział zmęczonym głosem. - Lana. Co znowu?

Lana wytknęła mnie palcem.

- Ona zatrzasnęła książkę na moich włosach!

Wzruszyłam niewinnie ramionami.

- Nie zauważyłam, że jej włosy tkwiły w mojej książce. A w ogóle, czy ona nie może 

trzymać swoich włosów przy sobie?

Pan Gianini zrobił znudzoną minę.

-   Lana   -   powiedział   -   jeśli   nie   jesteś   w   stanie   zapanować   nad   fryzurą,   zalecam 

zaplatanie warkoczy. Mia, nie zatrzaskuj książki. Powinna być otwarta na stronie dwieście 

jedenaście, z której przeczytasz nam ustęp drugi. Głośno.

Przeczytałam głośno ustęp drugi, ale z pewną satysfakcją w głosie. Po raz pierwszy 

zemściłam się na Lanie i NIE TRAFIŁAM do gabinetu dyrektorki. Słodka, słodka zemsta.

Nie   wiem   nawet,   czemu   muszę   uczyć   się   tych   rzeczy.   Nie   sądzę,   żeby   pałac   w 

Genowii   był   pełen   nadgorliwych   pracowników   umierających   z   chęci   mnożenia   za   mnie 

ułamków.

Wielomiany

Składnik: zmienna (zmienne) pomnożone przez współczynnik

Jednomian: wielomian z jedną zmienną

Dwumian: wielomian z dwoma zmiennymi

Trójmian: wielomian z trzema zmiennymi

Stopień wielomianu = stopień składnika o najwyższym stopniu

Zachwycona zemstą nad wrogiem, prawie zapomniałam o tym, że mam złamane serce. 

Muszę pamiętać, że Michael mnie rzuci po czarno - białym balu dziś wieczorem. Czemu nie 

mogę się SKUPIĆ???? To pewnie ta miłość. Mam jej już powyżej uszu.

Piątek, 23 stycznia

Zdrowie i przepisy bezpieczeństwa

Dlaczego wyglądasz, jakbyś zeżarła skarpetkę?

Wcale nie. Jak twoje spotkanie przy śniadaniu?

Owszem, wyglądasz. Spotkanie poszło REWELACYJNIE.

Naprawdę? Zgodzili się umieścić sprostowanie na całą stronę w „Variety”?

background image

Nie, nawet lepiej.  Czy  coś zaszło  między  tobą a moim bratem? Bo widziałam  go 

przed chwilą w holu z bardzo podejrzaną miną.

PODEJRZANĄ? Jak to podejrzaną? Jakby rozglądał się za Judith Gershner, żeby ją 

zaprosić na randkę dziś wieczorem???

Nie, raczej tak jakby rozglądał się za automatem telefonicznym. Dlaczego miałby się 

umawiać z Judith Gershner? Ile razy mam ci powtarzać, że on lubi ciebie, a nie J.G. ?

Chciałaś   powiedzieć,   że   mnie   LUBIŁ.   Zanim   zostałam   zmuszona   odwołać   naszą 

dzisiejszą randkę, bo Grandmére zmusza mnie do pójścia na bal.

Bal? Doprawdy. Ugh. Ale wybacz mi, Mia. Michael nie poprosi innej dziewczyny, żeby  

z nim chodziła, tylko dlatego, że ty nie możesz iść dziś na randkę. On naprawdę cieszył się 

na tę randkę z tobą. I nie tylko z powodu pożądliwości.

NAPRAWDĘ???

Tak, ty beznadziejo. A co myślałaś? Przecież wy ze sobą chodzicie.

Ale właśnie o to chodzi. Że nawet nie chodzimy. Na randki. To znaczy jeszcze nie.

I co z tego? Kiedyś wreszcie pójdziecie, kiedy nie będziesz miała żadnego balu w 

perspektywie.

Nie uważasz, że on ma zamiar mnie rzucić?

Raczej   nie,   chyba   że   coś   ciężkiego   spadło   mu   na   głowę   między   chwilą,   kiedy  

widziałam  go po raz ostatni,  a chwilą  obecną.  Facetów z uszkodzonym  mózgiem  trudno 

obciążać odpowiedzialnością za to, co robią.

Dlaczego coś ciężkiego miałoby mu spaść na głowę?

To była taka krotochwila. Chcesz usłyszeć o moim spotkaniu czy nie?

Chcę. Co się działo?

Powiedzieli mi, że interesuje ich opcja na mój program.

Co to znaczy?

To   znaczy,   że   rozprowadzą   Lilly   mówi   prosto   z   mostu   w   swoich   sieciach,   żeby  

zobaczyć,   czy   ktoś   tego   nie   kupi.   Wtedy   to   byłby   prawdziwy   program.   Na   prawdziwym  

kanale. Nie na kablówce ogólnego dostępu. Na przykład w ABC albo Lifetime, albo VH1 czy 

czymś takim.

Lilly!!!! ALEŻ TO REWELACJA!!!

Tak, wiem. Ups, musimy przestać pisać. Wheeton się na nas gapi.

Notatka do samej siebie: sprawdzić słowa „pożądliwość” i „krotochwila”.

background image

Piątek, 23 stycznia

RZ

Lunch był dzisiaj bardzo uroczysty. Wszyscy mieli jakiś po wód do świętowania:

• Shameeka, bo udało jej się dostać do drużyny cheerleaderek i w ten sposób zemścić 

się za wszystkie wysokie, bardzo inteligentne dziewczyny całego świata (chociaż, 

oczywiście, Shameeka wygląda jak supermodelka i może sobie obie nogi założyć 

na szyję, ale co tam).

• Lilly, bo jest zainteresowanie opcją na jej program.

• Tina, bo wreszcie zdecydowała się rzucić Dave'a, a nie romanse jako takie, i dalej 

żyć normalnie.

• Ling Su, bo udało jej się zamieścić rysunek Joego, tego kamiennego lwa, na szkolnej 

wystawie rysunkowej.

• Borys, bo - no cóż, jest Borysem. Borys zawsze jest szczęśliwy.

Zauważcie, że nie wymieniłam Michaela. To dlatego, że nie mam pojęcia, w jakim 

nastroju był Michael w czasie lunchu - czy był szczęśliwy, czy smutny; czy doskwierała mu 

pożądliwość, czy coś innego. To dlatego, że Michael na lunchu się nie pokazał. Tuż przed 

czwartą lekcją, kiedy przebiegał koło mojej szafki, rzucił tylko:

- Mam parę rzeczy do załatwienia. Zobaczymy się na RZ, okay?

PARĘ RZECZY DO ZAŁATWIENIA.

Powinnam   go,   oczywiście,   po   prostu   o   to   zapytać.   Powinnam   najzwyczajniej 

powiedzieć: „Słuchaj, czy ty masz zamiar zerwać ze mną z tego powodu?” Bo naprawdę 

chciałabym już wiedzieć. Wóz albo przewóz.

Jednak nie mogę tak po prostu podejść do Michaela i zapytać go, jak stoją sprawy 

między nami, bo właśnie teraz jest zajęty i omawia z Borysem jakieś sprawy związane ze 

swoim   zespołem.   Zespół   Michaela   składa   się   (jak   na   razie)   z   Michaela   (gitara   basowa), 

Borysa   (skrzypce   elektroniczne)   i   takiego   wysokiego   Paula   z   Klubu   Komputerowego 

(klawisze),   z   faceta   z   orkiestry   dętej   LIAE   o   imieniu   Trevor   (gitara)   i   Feliksa,   tego 

przerażającego typka z czwartej klasy z kozią bródką, która jest jeszcze obfitsza niż bródka 

pana Gianiniego (perkusja). Nadal nie mają jeszcze nazwy dla zespołu ani miejsca na próby. 

Ale chyba myślą, że pan Kreblutz, główny woźny, będzie ich wpuszczał w weekendy na salę 

prób orkiestry dętej, jeżeli mu załatwią bilety na Westminster Kennel Show w przyszłym 

miesiącu. Pan Kreblutz jest wielkim fanem strzyżonych pudli.

background image

Sam  fakt,  że  Michael  jest w   stanie  skoncentrować  się  na  sprawach  związanych   z 

zespołem, kiedy nasz związek właśnie się rozpada, dowodzi, że jest prawdziwym muzykiem, 

kompletnie poświęcającym się swojej sztuce. Ja, będąc dziwadłem i beztalenciem, oczywiście 

nie umiem myśleć o niczym innym, tylko o moim złamanym sercu. Zdolność Michaela do 

skoncentrowania   się   mimo   wszelkiego   osobistego   żalu,   jaki   może   właśnie   odczuwać, 

pokazuje, że jest prawdziwym geniuszem.

Albo to, albo w ogóle nigdy go specjalnie nie obchodziłam.

Wołałabym wierzyć, że to pierwsze.

Och, żebym miała jakieś ujście, takie jak muzyka, coś, co by mi pomogło poradzić 

sobie z tym cierpieniem, które właśnie odczuwam! Ale niestety - nie jestem artystką. Muszę 

tylko siedzieć tu i cierpieć w milczeniu, kiedy wszędzie wkoło mnie szczodrzej obdarzone 

istoty wyrażają swoje najdokuczliwsze bolączki poprzez piosenkę, taniec i kinematografię.

No cóż, dobra, wyłącznie poprzez kinematografię, bo nie ma żadnych piosenkarzy ani 

tancerzy   na   RZ   na  piątej   godzinie   lekcyjnej.   Zamiast   tego   mamy   Lilly,   która   konstruuje 

właśnie, jak to określiła, kluczowy odcinek  Lilly mówi prosto z mostu. Przyjrzy się w nim 

oślizgłemu podbrzuszu amerykańskiej instytucji znanej jako Starbucks. Lilly stwierdziła, że 

Starbucks, poprzez wprowadzenie karty Starbucks (za której pomocą ludzie uzależnieni od 

kofeiny mogą płacić elektronicznie za swoją małą czarną) jest w gruncie rzeczy agendą CIA, 

która   śledzi   poruszenia   amerykańskiej   inteligencji   -   pisarzy,   reżyserów   i   innych   znanych 

agitatorów sprawy liberalnej - poprzez ich konsumpcję kawy.

A co mnie to. Ja nawet nie lubię kawy.

Och, kurczę. Dzwonek.

PRACA DOMOWA

Algebra: a kogo to obchodzi?

Angielski: mam wszystko gdzieś

Biologia: mam dość życia

Zdrowie i zasady bezpieczeństwa: pan Wheeton też jest zakochany. 

Powinnam go ostrzec, żeby dał sobie spokój, póki jeszcze jest czas

RZ: nawet nie powinno mnie tu być

Francuski: i po co ten język w ogóle istnieje? Przecież i tak wszyscy 

mówią po angielsku

Historia cywilizacji: co to ma za znaczenie? Wcześniej czy później i 

background image

tak umrzemy

Piątek, 23 stycznia, 18.00,

apartament Grandmére w hotelu Plaża

Grandmére  kazała  mi  przyjść  tutaj  prosto ze  szkoły,  żeby Paolo mógł  zacząć  nas 

czesać na bal. Nie wiedziałam, że Paolo przyjmuje również zlecenia na wizyty w prywatnych 

mieszkaniach, ale najwyraźniej właśnie tak jest. Wyłącznie od członków rodzin panujących, 

jak mnie zapewnił, i od Madonny.

Wyjaśniłam mu, że teraz zapuszczam włosy, bo chłopcy wolą dziewczyny długowłose 

od krótkowłosych, a Paolo zaczął cmokać pod nosem, ale potem użył kilku lokówek, usiłując 

się pozbyć tego trójkątnego kształtu, i to chyba podziałało, bo moje włosy wyglądają całkiem 

nieźle. W ogóle cała wyglądam całkiem nieźle. To znaczy, przynajmniej z zewnątrz.

Szkoda tylko, że wewnątrz jestem cała niepoukładana.

Usiłuję   jednak   tego   nie   okazywać.   No   bo   wiecie,   chciałabym,   żeby   Grandmére 

myślała, że się dobrze bawię. No bo ja przecież robię to tylko dla niej. Dlatego, że ona jest 

starą kobietą, moją babką, i że walczyła z nazistami i tak dalej, za co właściwie ktoś powinien 

dać jej jakiś medal.

Mam tylko  nadzieję, że ona to pewnego dnia doceni.  To znaczy,  moje  niezwykłe 

poświęcenie. Ale wątpię, czy to się kiedykolwiek stanie. Siedemdziesięcioparoletnie damy - 

zwłaszcza   jeśli   są   księżnymi   wdowami   -   chyba   nigdy   nie   pamiętają,   jak   to   jest   mieć 

czternaście lat i być zakochaną.

No cóż, chyba  już na nas pora. Grandmére włożyła  seksowną czarną kieckę, całą 

połyskującą. Wygląda jak Diana Ross. Tylko bez brwi. I starsza. I biała.

Mówi,   że   wyglądam   jak   śnieżynka.   Hmmm,   właśnie   tego   zawsze   pragnęłam, 

wyglądać jak śnieżynka...

Może to jest ten mój ukryty talent. Wykazuję się zadziwiającym podobieństwem do 

śnieżynki.

Moi rodzice pękną z dumy.

Piątek, 23 stycznia, 20.00,

łazienka w apartamencie hrabiny Trevanni

 na Piątej Alei

Tia. Łazienka. Znów siedzę w łazience. Wydaje się, że przy okazji każdej imprezy 

ląduję na koniec w łazience. Ciekawe dlaczego.

background image

Łazienka hrabiny jest trochę za bogata. Ładna jest i tak dalej, ale nie wiem, czy sama 

wybrałabym   kinkiety ze  świecami   jako część  wystroju   własnej   łazienki.   No bo  nawet  w 

naszym pałacu nie mamy kinkietów ze świecami na ścianach. Chociaż wyglądają szalenie 

romantycznie  i tak bardzo w stylu  Ivanhoe, i tak dalej, to nadal stanowią dość poważne 

zagrożenie pożarowe, poza tym że chyba nie są bezpieczne dla zdrowia, biorąc pod uwagę, ile 

substancji rakotwórczych muszą wydzielać.

No, ale nieważne. Przecież nie chodzi tutaj o to, czemu ktokolwiek miałby chcieć 

wieszać  kinkiety  ze  świecami   na  ścianach  łazienki.  Tak  naprawdę  chodzi   o to,  że  skoro 

podobno pochodzę od tych wszystkich silnych kobiet - no wiecie, Rosagundy, która udusiła 

tamtego   woja   swoim   warkoczem,   i   Agnes,   która   skoczyła   z   mostu,   nie   mówiąc   już   o 

Grandmére, która podobno powstrzymała  nazistów od zrównania z ziemią całej Genowii, 

przyjmując na herbatce Hitlera i Mussoliniego - to czemu jestem takim popychadłem?

Pytam poważnie. Totalnie dałam się nabrać na ten numer Grandmére, która jakoby 

chciała pochwalić się przed Eleną Trevanni ładną i dobrze ułożoną - i owszem, wyglądającą 

jak   śnieżynka   -   wnuczką.   Miałam   dla   Grandmére   masę   empatii,   nie   zdając   sobie   wtedy 

sprawy - tak jak zdaję ją sobie teraz - że Grandmére jest całkowicie pozbawiona ludzkich 

uczuć i wszystko to miało mnie tylko wmanewrować w pojawienie się na balu, żeby mogła 

się mną popisywać jako NOWĄ DZIEWCZYNĄ KSIĘCIA RENÉ!!!!!!!!!!!!

Na korzyść René

 muszę przyznać, że on chyba nic o tym nie wiedział. Był tak samo 

zdumiony jak ja, kiedy Grandmére przedstawiała mnie swojej rzekomo największej rywalce, 

która   dzięki   umiejętnościom   chirurga   plastycznego   wygląda   mniej   więcej   trzydzieści   lat 

młodziej niż Grandmére, chociaż obie są podobno w tym samym wieku.

Ale mnie się wydaje, że hrabina nieco z tą chirurgią przedobrzyła  - trudno nawet 

powiedzieć,   w   którym   miejscu   i   jak.   To   znaczy,   popatrzcie   tylko   na   biednego   Michaela 

Jacksona - bo ona naprawdę, dokładnie tak jak mówiła Grandmére, przypomina okonia z 

rozbieżnym   zezem.   Jej   oczy   są   tak   jakby   za   szeroko   rozstawione   od   zbyt   mocnego 

naciągnięcia otaczającej je skóry.

Kiedy   Grandmére   mnie   przedstawiła:   „Hrabino,   chciałabym   pani   przedstawić 

wnuczkę,  księżniczkę  Amelię  Mignonette  Grimaldi  Renaldo”  (zawsze opuszcza  nazwisko 

Thermopolis) - myślałam, że wszystko będzie dobrze. No cóż, może nie wszystko, bo byłam 

przygotowana na to, że po balu pojadę spędzić wieczór w domu mojej najlepszej przyjaciółki, 

gdzie   jej   brat   najprawdopodobniej   mnie   rzuci.   No   ale   rozumiecie,   myślałam,   że   na   balu 

będzie okay.

Ale wtedy Grandmére dodała:

background image

- No i oczywiście znasz adoratora Amelii, księcia Pierre’a René

 Grimaldiego Alberta.

Adoratora? ADORATORA??? René

  i ja wymieniliśmy szybkie spojrzenia. Dopiero 

wtedy zauważyłam, że tuż obok hrabiny stoi dziewczyna, która musi być jej własną wnuczką 

- tą, którą wyrzucono ze szwajcarskiego internatu dla dziewcząt. Wydała mi się niezbyt ładna 

i   trochę   smutna,   chociaż   dokładnie   taką   właśnie   czarną   seksowną   suknię   jak   jej   suknia 

chciałabym włożyć na bal maturalny - o ile w ogóle zostanę zaproszona. Ale i tak nosiła ją 

bez pewności siebie.

No   więc   kiedy   stałam   tam   i   robiłam   się   totalnie   czerwona   na   twarzy,   i   pewnie 

przypominałam   nie   tyle   śnieżynkę,   co   czerwono   -   biały   cukierek   choinkowy,   hrabina 

przechyliła głowę, żeby mi się przyjrzeć, i odparła:

- Więc  ten łobuz René

  wreszcie dał się złapać, i to TWOJEJ wnuczce, Klarysso. 

Musisz mieć ogromną satysfakcję.

A potem hrabina rzuciła własnej wnuczce - przedstawiła mi ją jako Bellę - spojrzenie 

pełne czystej pogardy, pod którym Bella aż się ugięła.

Zdałam sobie natychmiast sprawę, co konkretnie tam się właśnie rozgrywa.

A potem Grandmére powiedziała:

- Naturalnie, Eleno. - A do mnie i do René

 dodała: - Chodźcie, dzieci.

A my poszliśmy za nią. René

 miał rozbawioną minę, ale ja? Ja GOTOWAŁAM SIĘ 

ZE ZŁOŚCI!

- W głowie mi się nie mieści, że to zrobiłaś! - zawołałam, jak tylko znalazłyśmy się 

poza zasięgiem słuchu hrabiny.

- Że co zrobiłam, Amelio? - spytała Grandmére, kiwając głową do jakiegoś faceta 

ubranego w tradycyjny afrykański strój.

- Że powiedziałaś tej kobiecie, że ja i René

 ze sobą chodzimy - odparłam - kiedy z całą 

pewnością tak nie jest. Wiem, że zrobiłaś to tylko po to, żebym wypadła lepiej niż ta biedna 

Bella.

- René

  - powiedziała słodkim głosem Grandmére. Potrafi być  bardzo słodka, jeśli 

chce. - Bądź aniołem i zobacz, czy uda ci się znaleźć dla nas trochę szampana, dobrze?

René

  ,  nadal   z  wyrazem   cynicznego   rozbawienia  na   twarzy  -  takim,  jaki  zawsze 

prezentuje Enrique w reklamówkach Doritos - odszedł w poszukiwaniu alkoholu.

- Doprawdy, Amelio - powiedziała Grandmére, kiedy zniknął. - Czy ty musisz być 

taka niegrzeczna dla tego biednego chłopaka? Ja tylko chciałabym, żebyście jako kuzyni czuli 

się swobodnie i dobrze w swoim towarzystwie.

-   Istnieje   zasadnicza   różnica   pomiędzy   zapewnianiem   mojemu   kuzynowi   dobrego 

background image

samopoczucia - powiedziałam - a usiłowaniem przedstawiania go jako mojego chłopaka!

- No a tak właściwie, to czego brakuje René

 ? - chciała wiedzieć Grandmére.

Wszędzie dokoła nas eleganckie pary w smokingach i wieczorowych sukniach ruszały 

na parkiet, gdzie orkiestra grała  tę piosenkę, którą śpiewała Audrey Hepburn w  filmie  o 

Tiffany's. Wszyscy byli ubrani albo na czarno, albo na biało, albo na czarno - biało. Sala 

balowa apartamentu  hrabiny zadziwiająco  przypominała  wybieg  dla pingwinów w zoo w 

Central   Parku,   gdzie   kiedyś   wypłakiwałam   sobie   oczy   po   odkryciu   prawdy   o   moim 

pochodzeniu.

-   Przecież   on   jest   niezwykle   uroczy   -   ciągnęła   Grandmére   -   i   naprawdę   bardzo 

kosmopolityczny. Nie mówiąc o tym, że jest diabelnie przystojny. Jak można w ogóle woleć 

jakiegoś maturzystę od KSIĘCIA?

- Bo widzisz, Grandmére - odparłam - ja kocham Michaela.

-   Miłość   -   parsknęła   Grandmére,   podnosząc   oczy   na   szklany   sufit   nad   naszymi 

głowami. - Pfuit!

- Tak, Grandmére - powtórzyłam - ja go kocham. Tak jak ty kochałaś Grandpere - i nie 

próbuj   zaprzeczać,   bo   wiem,   że   go   kochałaś.   A   teraz   będziesz   musiała   przestać   hołubić 

sekretną nadzieję na zrobienie z księcia René

 zięcia swojego syna, bo to się nigdy nie spełni.

Grandmére zrobiła absolutnie niewinną minę.

- Ja w ogóle nie wiem, o czym ty mówisz - powiedziała, pociągając nosem z urazą.

-   Daruj   sobie,   Grandmére.   Chcesz,   żebym   spotykała   się   z   René

  tylko   z   jednego 

powodu: bo on należy do arystokracji i w dodatku zagrasz tym hrabinie na nerwach. No cóż, 

nic   z   tego.   Nawet   jeśli   Michael   i   ja   mielibyśmy   ze   sobą   zerwać...   -   co   mogło   nastąpić 

szybciej, niż się spodziewała - ...ja nie będę się spotykała z René

 !

Grandmére wreszcie popatrzyła tak, jakby zaczynała mi wierzyć.

- Dobrze - powiedziała bezdźwięcznie. - Przestanę nazywać René

 twoim adoratorem. 

Ale musisz z nim zatańczyć. Przynajmniej raz.

- Grandmére... - Ostatnia rzecz, na jaką miałam ochotę, to tańce. - Proszę. Nie dzisiaj. 

Ty nie masz pojęcia...

- Amelio - powiedziała Grandmére tonem innym niż do tej pory. - Jeden taniec. To 

wszystko, o co cię proszę. Uważam, że jesteś mi to winna.

- JA ci to jestem WINNA? - Nie mogłam w tym momencie nie wybuchnąć śmiechem. 

- Jakim cudem?

- Och, tylko ze względu na jedną rzecz - powiedziała Grandmére niczym uosobienie 

niewinności. - Chodzi mi o to, co zginęło ostatnio z pałacowego muzeum.

background image

Cały   mój   bojowy   duch   Renaldich   wyszedł   cichutko   drzwiami   na   taras   na   tyłach 

apartamentu hrabiny, kiedy to usłyszałam. Poczułam się tak, jakby ktoś wymierzył mi cios 

prosto w mój brzuch śnieżynki. Czy Grandmére naprawdę powiedziała to, CO MNIE SIĘ 

WYDAJE???

Przełykając głośno ślinę, spytałam:

- C - co?

- Tak. - Grandmére spojrzała na mnie znacząco. - Bezcenny obiekt - jeden z niewielu 

identycznych,   jakie   istnieją   -   podarowany   mi   przez   bardzo   bliskiego   przyjaciela,   pana 

Richarda Nixona, świętej pamięci  byłego  amerykańskiego  prezydenta. Przekonano się, że 

zniknął. Zdaję sobie sprawę, że osoba, która go zabrała, uważała, że jego braku nikt nie 

zauważy, bo to nie był jeden jedyny taki przedmiot, a one wszystkie wyglądają podobnie. 

Jednakże ta rzecz miała dla mnie ogromną wartość emocjonalną. Dick był takim wspaniałym, 

wiernym   przyjacielem   Genowii,   kiedy   jeszcze   pełnił   swoją   funkcję,   mimo   wszystkich 

późniejszych   kłopotów.   ALE   TY   PRZECIEŻ   NIC   NIE   WIESZ   NA   TEMAT   TEJ 

KRADZIEŻY, AMELIO, PRAWDA?

No to mnie miała! Miała mnie i świetnie sobie z tego zdawała sprawę. Nie wiem, skąd 

się dowiedziała - niewątpliwie za pomocą czarnej magii, w której musi mieć całkiem sporą 

wprawę - ale najwyraźniej wiedziała. Przepadłam. Wpadłam jak śliwka w kompot. Nie wiem, 

czy jako członkini rodziny panującej i tak dalej, znajduję się w Genowii ponad prawem, ale 

naprawdę wcale nie chciałam się tego dowiadywać.

Powinnam   była,   teraz   to   rozumiem,   udać   idiotkę.   Powinnam   była   powiedzieć   z 

miejsca: „Bezcenny przedmiot? Jaki bezcenny przedmiot?”

Ale czułam, że nie ma sensu kłamać. Nozdrza natychmiast by mnie zdradziły. Zamiast 

tego powiedziałam wysokim, piskliwym głosem, który ledwie rozpoznawałam jako własny:

- Wiesz co, Grandmére? Z radością zatańczę z René

 . Nie ma sprawy.

Grandmére zrobiła wielce zadowoloną minę. Powiedziała:

- Tak, wydawało mi się, że właśnie tak to potraktujesz. - A potem uniosła wysoko 

swoje domalowane brwi. - Och, spójrz, René

 właśnie niesie nam drinki. Kochany chłopiec, 

nieprawdaż?

Tak właśnie zostałam zmuszona do zatańczenia z księciem René

 - który jest dobrym 

tancerzem, ale co z tego, przecież to nie Michael. To znaczy, on nigdy nawet nie oglądał 

Baffy - postrachu wampirów i uważa, że Windowsy są bardzo fajne.

Kiedy tańczyliśmy, zdarzyła się przedziwna rzecz. René

 powiedział:

- Ta Bella Trevanni jest niewiarygodna. Sama popatrz, tam jest. Wygląda jak roślina, 

background image

którą zapomniano podlać.

Rozejrzałam się, chcąc się przekonać, o czym on właściwie mówi, no i faktycznie, 

zobaczyłam   biedną   smutną   Bellę.   Tańczyła   z   jakimś   staruszkiem,   który   musiał   być 

przyjacielem jej babki. Miała ogromnie zbolałą minę, jakby facet opowiadał jej o swoim 

portfelu inwestycyjnym czy czymś podobnym. No ale znów, skoro ma taką hrabinę za babkę, 

to   może   zbolała   mina   jest   normalnym   wyrazem   twarzy   Belli.   Serce   wezbrało   mi 

współczuciem dla niej, bo dobrze wiem, jak to jest być gdzieś, gdzie człowiek nie ma ochoty 

być, tańczyć z kimś, z kim nie ma się ochoty tańczyć...

Popatrzyłam na René

 i powiedziałam:

- Kiedy ten taniec się skończy, zaproś ją do następnego.

Teraz z kolei René

 zrobił zbolałą minę.

- A muszę?

- Słuchaj mnie, René

 - powiedziałam surowo. - Poproś ją do tańca. Dla niej to będzie 

radość jej życia, że przystojny książę chciał z nią zatańczyć.

-   No   bo   dla   ciebie   to   żadna   przyjemność,   tak?   -   powiedział   René

  ,  nadal   z  tym 

cynicznym uśmieszkiem.

- René

 - westchnęłam. - Nie obraź się. Ale ja już spotkałam swojego księcia, i to na 

długo zanim poznałam ciebie. Jedyny problem w tym, że jeśli nie uda mi się prędko stąd 

wydostać,   to   nie   wiem,   jak   długo   jeszcze   będzie   tym   moim   księciem,   bo   już   musiałam 

odwołać kino, do którego mieliśmy razem pójść, a niedługo zrobi się za późno nawet na to, 

żebym mogła jeszcze zajrzeć do...

- Bez obawy, Wasza Wysokość - powiedział René

  , okręcając mnie wkoło. - Jeśli 

twoim pragnieniem jest uciec z tego balu, dopilnuję, aby zostało spełnione.

Popatrzyłam na niego z pewnym wahaniem. No bo dlaczego René

 nagle zrobił się dla 

mnie taki miły?  Może z tego samego powodu, dla którego ja chciałam, żeby zatańczył  z 

Bella? Bo było mu mnie żal?

- Hm - powiedziałam. - Okay.

I tak właśnie trafiłam do łazienki. René

 kazał mi się tu schować, a sam poszedł znaleźć 

Larsa, który ma sprowadzić taksówkę, i kiedy już będziemy mieli taksówkę, a droga będzie 

wolna, René

 zapuka trzy razy, sygnalizując mi w ten sposób, że Grandmére jest zajęta czymś 

innym i nie zauważy mojej ucieczki. René

  obiecał, że potem jej powie, że chyba zjadłam 

jakąś nieświeżą truflę, bo poczułam się niedobrze i Lars musiał mnie zabrać do domu.

Oczywiście, to bez znaczenia. To znaczy cały ten fortel. Bo i tak uda mi się dotrzeć do 

domu Michaela w samą porę, żeby zdążył mnie jeszcze dzisiaj rzucić. Może będzie z tego 

background image

powodu przygnębiony, no wiecie, kiedy już mu wręczę prezent urodzinowy. A może będzie 

tylko   zadowolony,   że   się   mnie   pozbył.   Kto   wie?   Już   przestałam   próbować   zrozumieć 

mężczyzn. To zupełnie odmienny gatunek.

Ups, René

 puka. Muszę spadać.

Na spotkanie przeznaczeniu.

Piątek, 23 stycznia, 23.00,

łazienka w mieszkaniu państwa Moscovitz

Teraz już wiem, co czuła Jane Eyre, kiedy wróciła do Thornfield Hall i przekonała się, 

że dom spłonął do fundamentów, a ludzie mówili jej, że wszyscy jego mieszkańcy zginęli w 

pożarze.

Ale potem przekonała się, że pan Rochester nie zginął, i była superszczęśliwa, bo 

Jane, rozumiecie, mimo tego, co on jej usiłował zrobić, bardzo go kochała.

I ja się tak właśnie czuję teraz. Superszczęśliwa. Bo naprawdę myślę, że Michael 

mimo wszystko wcale nie zamierza ze mną zerwać!!!!!

Nie żebym kiedyś myślała, że zamierza... To znaczy, że NAPRAWDĘ zamierza. Bo to 

nie   jest   TAKI   facet.   Ale   naprawdę,   naprawdę   się   tego   bałam,   kiedy   stałam   pod 

apartamentowcem Moscovitzów z palcem na dzwonku domofonu. Stałam tam i myślałam: 

„Po co ja to w ogóle robię? Po prostu sama się proszę, żeby mi złamano serce. Powinnam się 

odwrócić i poprosić Larsa, żeby złapał inną taksówkę, i wrócić na poddasze”.

Nawet   nie   zadałam   sobie   trudu,   żeby   zmienić   tę   głupią   balową   sukienkę   na   coś 

innego, bo po co? I tak wyglądało na to, że za parę minut znajdę się w drodze powrotnej do 

domu, więc mogłam się przebrać już u siebie.

No więc stałam tam w holu, a za mną stał Lars i opowiadał mi głupoty o tym swoim 

polowaniu   na  dzikie  świnie   na  Belize,  bo  teraz  nie   opowiada  już  o  niczym  innym,   a  ja 

usłyszałam Pawłowa, psa Michaela, który szczekał, bo wyczuł, że ktoś stoi przy drzwiach, a 

mnie w głowie brzęczało: „Okay, kiedy on ze mną zerwie, NIE BĘDĘ płakać. Będę myślała o 

Rosagundzie i Agnes, i będę tak silna jak one...”

A   wtedy   Michael   otworzył   drzwi.   Widziałam,   że   mój   strój   nieco   go   zaskoczył. 

Pomyślałam sobie, że może liczył na to, że nie będzie musiał zrywać ze śnieżynką. Ale nic 

nie mogłam na to poradzić, chociaż w ostatniej chwili przypomniałam sobie, że we włosach 

mam diadem, a taki widok może przerażać facetów, rozumiecie.

No więc zdjęłam diadem i powiedziałam:

- No to jestem.

background image

Co było strasznie głupią odzywką, bo w końcu przecież sam widział, że przed nim 

stoję, nieprawdaż?

Ale Michael, jak się zdawało, doszedł do siebie. Powiedział:

- Och, wchodź, wyglądasz... Wyglądasz naprawdę pięknie.

Co   jest   dokładnie   czymś   takim,   co   facet   powiedziałby   dziewczynie,   z   którą   chce 

zerwać, żeby jakoś podbudować jej ego, zanim je strzaska obcasem własnego buta.

No ale nieważne, weszłam do środka, a Lars wszedł za mną i Michael powiedział:

- Lars, mama i tata są w salonie i oglądają Dateline, może masz ochotę posiedzieć z 

nimi...

A Lars od razu tam poszedł, bo chyba sam nie miał ochoty kręcić się w pobliżu i być 

świadkiem Wielkiego Zerwania.

No   więc   wtedy   Michael   i   ja   zostaliśmy   sami   w   korytarzu.   Obracałam   diadem   w 

dłoniach, próbując wymyślić, co mam powiedzieć. Przez całą drogę usiłowałam w taksówce 

wymyślić, co mam powiedzieć, ale mi się nie udało.

A wtedy Michael się odezwał:

- No cóż, jadłaś już kolację? Bo mam kilka wegetariańskich burgerów...

Podniosłam   wzrok   znad   płytek   podłogowych,   którym   przyglądałam   się   bardzo 

uważnie, bo to było łatwiejsze, niż patrzeć Michaelowi w te mroczne oczy, które zawsze mnie 

wciągają   w   głąb,   aż   zaczynam   czuć,   że   nie   mogę   się   w   ogóle   poruszyć.   W   dawnych 

celtyckich   czasach   kryminalistów   karano   w   ten   sposób,   że   kazano   im   przejść   przez 

trzęsawisko. Jeśli tonęli, to było wiadomo, że są winni, a jeśli nie, to znaczyło, że winni nie 

są.   Tylko   że   człowiek   zawsze   tonie,   kiedy   trafi   na   trzęsawisko.   Niedawno   w   Irlandii 

znaleziono w jednym z bagien kilka ciał i one nadal miały wszystkie włosy i zęby, i tak dalej. 

Zostały dokładnie zakonserwowane. To było obrzydliwe na maksa.

I tak się właśnie czuję, kiedy patrzę w oczy Michaelowi. To znaczy, nie obrzydliwie 

na maksa, ale jakbym tonęła w grzęzawisku. Jednak nie przeszkadza mi to, bo jest mi wtedy 

ciepło i przyjemnie, i wygodnie...

A teraz on mnie pytał, czy mam ochotę na wegetariańskiego burgera. Czy faceci na 

ogół pytają swoje dziewczyny, czy chcą zjeść wegetariańskiego burgera, zanim z nimi zerwą? 

Nie mam zbyt wielkiego doświadczenia w tych sprawach, więc prawdę mówiąc, nie miałam 

pojęcia.

Ale wydawało mi się, że nie.

- Hm - odezwałam się inteligentnie. - Nie wiem.

Zastanawiałam się, czy to nie jest jakieś podchwytliwe pytanie.

background image

- Zjem, jeśli ty też będziesz jadł.

A Michael powiedział na to:

- Okay.

I   gestem   kazał   mi   iść   za   sobą,   więc   weszliśmy   do   kuchni,   gdzie   siedziała   Lilly, 

rozkładając na granitowym blacie rozrysowane kadry odcinka Lilly mówi prosto z mostu, 

który miała kręcić nazajutrz.

- Jezu - powiedziała na mój widok. - Co ci się stało? Wyglądasz, jakbyś zamieniła się 

na ciuchy z Królową Śniegu.

- Byłam na balu - przypomniałam jej.

- No tak - powiedziała Lilly. - Cóż, jeśli interesuje cię moje zdanie, Królowa Śniegu 

wyszła lepiej na tej zamianie. Ale mnie tu w ogóle powinno nie być. Więc nie zwracajcie na 

mnie uwagi.

- Nie będziemy - zapewnił ją Michael.

A potem zrobił najdziwniejszą rzecz pod słońcem. Zaczął gotować.

Poważnie. On GOTOWAŁ.

No dobra, może nie tyle gotował, ile odgrzewał. Ale i tak wyjął te dwa wegetariańskie 

burgery, które kupił w Balducci's, i położył je na bułkach, a potem bułki ułożył na dwóch 

talerzach. Później wyjął frytki, które podgrzewały się na tacy w piekarniku, i je też wyłożył 

na dwa talerze. A potem z lodówki wyjął keczup i majonez, i musztardę razem z dwiema 

puszkami coli, całość ustawił na tacy i wyszedł z kuchni, i zanim w ogóle zdążyłam spytać 

Lilly, co się tutaj, u diabła, dzieje, wrócił po talerze i powiedział do mnie:

- Chodź.

Co mogłam zrobić? Poszłam za nim.

Weszliśmy do pokoju telewizyjnego, gdzie Lilly i ja obejrzałyśmy po raz pierwszy 

wiele klejnotów kinematografii, na przykład Valley Girl i Get It On, i Atak szesnastometrowej 

kobiety, i Crossing Delancey.

A tam usiedliśmy na czarnej skórzanej sofie państwa Moscovitz stojącej przed ich 

trzydziestodwucalowym   telewizorem   Sony.   Przed   sofą   z   kolei   stały   dwa   małe   składane 

stoliki. Michael postawił na nich talerze z przygotowanym jedzeniem. Stały tam, jaśniejąc w 

poświacie   wstępnych   napisów  Gwiezdnych   Wojen,   które   zastygły   na   ekranie   telewizora, 

najwyraźniej przez kogoś spauzowane.

- Michael - powiedziałam, szczerze zaskoczona. - Co TO znaczy?

- No cóż, nie mogłaś wybrać się do Screening Roomu - powiedział z taką miną, jakby 

trochę się dziwił, że sama na to jeszcze nie wpadłam - więc przyprowadziłem Screening 

background image

Room do ciebie. Dobra, jemy. Umieram z głodu.

Może on i umierał z głodu, ale ja nadal nie mogłam się ruszyć. Stałam tam i patrzyłam 

na wegetariańskie burgery - które, mówiąc przy okazji, pachniały bosko - i powiedziałam:

- Czekaj chwilę. Moment. To ty ze mną nie zerwiesz?

Michael   już   zdążył   usiąść   na   kanapie   i   wepchnąć   kilka   frytek   do   ust.   Kiedy 

powiedziałam o zerwaniu, obejrzał się na mnie i popatrzył tak, jakbym kompletnie zgłupiała.

- Zerwać z tobą? A czemu miałbym to zrobić?

- No cóż - powiedziałam,  zastanawiając  się, czy on nie ma  racji i czy ja czasem 

rzeczywiście kompletnie nie zgłupiałam. - Kiedy ci powiedziałam, że nie będę mogła się z 

tobą spotkać dziś wieczorem... No cóż, wydawałeś się taki odległy...

-   Nie   byłem   odległy   -   powiedział   Michael.   -   Zastanawiałem   się,   co   moglibyśmy 

zrobić, zamiast pójść do kina.

- Ale potem nie pokazałeś się na lunchu...

- Racja - powiedział Michael. - Musiałem zadzwonić i zamówić te burgery, i ubłagać 

Mayę, żeby poszła do sklepu i kupiła resztę rzeczy. A tata pożyczył naszą kopię Gwiezdnych 

Wojen kumplowi, więc musiałem do niego zadzwonić i wydobyć ją od niego.

Słuchałam w osłupieniu. Wszyscy, jak się wydawało - Maya, gosposia Moscovitzów, 

Lilly, a nawet rodzice Michaela - brali udział w tym spisku mającym na celu odtworzenie 

Screening Roomu w jego własnym mieszkaniu.

Tylko że ja nic o tym planie nie wiedziałam. Tak jak on nic nie wiedział o moim 

przekonaniu, że on chce ze mną zerwać.

- Och - powiedziałam, zaczynając się czuć jak największa idiotka na całym świecie. - 

Więc ty nie chcesz ze mną zerwać?

- Nie, nie chcę z tobą zerwać - powiedział Michael, który zaczynał mieć taką minę, 

jaką musiał mieć pan Rochester, kiedy dowiedział się, że Jane spotykała się z tym całym St. 

Johnem. - Mia, ja cię kocham, zapomniałaś o tym? Dlaczego miałbym chcieć z tobą zrywać? 

A teraz siadaj i jedz, zanim ostygnie.

I wtedy już nie ZACZYNAŁAM się czuć jak największa idiotka na świecie. Ja się już 

TOTALNIE tak czułam.

Ale jednocześnie byłam  totalnie,  niesamowicie szczęśliwa. Bo Michael  powiedział 

słowo na K! Powiedział mi je prosto w twarz! I to takim władczym tonem jak kapitan von 

Trapp albo Bestia, albo Patrick Swayze!

A potem Michael przycisnął przycisk „play” na pilocie i pokój wypełniły pierwsze 

dźwięki cudownego tematu przewodniego  Gwiezdnych Wojen  Johna Williamsa. A Michael 

background image

powiedział:

- Mia, chodź tutaj. Chyba że najpierw chciałabyś się przebrać. Przyniosłaś ze sobą 

jakieś normalne ciuchy?

Nie, coś tu nadal nie grało. Nie do końca.

- Czy kochasz mnie  tak, jak się kocha przyjaciela?  - spytałam  go, usiłując nadać 

głosowi   taki   ton,   jakbym   była   cynicznie   rozbawiona,   taki   ton,   jakim   mówi   René

  ,  żeby 

Michael nie domyślił się prawdy: że serce waliło mi jak młot pneumatyczny. - Czy raczej 

jesteś we mnie ZAKOCHANY?

Michael patrzył na mnie ponad oparciem sofy. Miał taką minę, jakby nie do końca 

wierzył   własnym   uszom.   Ja   własnym   uszom   też   nie   wierzyłam.   Czy   naprawdę   go   o   to 

zapytałam? Po prostu przyszłam i spytałam, wyrzucając w błoto wszystkie moje dyskusje z 

Tiną?

Najwyraźniej   -   sądząc   z   jego   niedowierzającej   miny,   w   każdym   razie   właśnie   to 

zrobiłam. Czułam, że zaczynam się czerwienić, i czerwienić, i czerwienić...

Jane Eyre nigdy w życiu nie zadałaby tego pytania.

No   ale   z   drugiej   strony   może   właśnie   powinna.   Bo   sposób,   w   jaki   Michael   mi 

odpowiedział,   sprawił,   że   naprawdę   warto   było   narazić   się   na   zażenowanie,   zadając   to 

pytanie. Bo on zareagował tak, że wyciągnął rękę, wyjął mi diadem z dłoni, odłożył go na 

kanapę obok siebie, ujął mnie za obie ręce i naprawdę długo mnie całował.

W usta.

Po francusku.

Przegapiliśmy prolog do filmu z racji tego pocałunku. A potem, kiedy wreszcie z 

namiętnego   uścisku   wyrwał   nas   odgłos   strzałów   oddawanych   do   statku   księżniczki   Lei, 

Michael powiedział:

- Oczywiście, że jestem w tobie zakochany. A teraz siadaj i jedz.

To była naprawdę najbardziej romantyczna chwila w całym moim życiu. Jeśli nawet 

jak Grandmére dożyję do późnej starości, nigdy już nie doznam takiego szczęścia. Po prostu 

stałam tam, nie posiadając się z radości, przez jakąś minutę. To znaczy, do mnie to ledwie 

docierało.  On mnie  kochał.  I nie tylko  to, on BYŁ WE MNIE ZAKOCHANY! Michael 

Moscovitz był zakochany we mnie, Mii Thermopolis!

- Burger ci stygnie - powiedział Michael.

Widzicie? Widzicie, jak idealnie do siebie pasujemy? On jest taki praktyczny, ja z 

kolei bujam w obłokach. Czy kiedykolwiek istniała lepiej dobrana para? Czy ktoś był kiedyś 

na takiej idealnej randce?

background image

Siedzieliśmy sobie, jedząc nasze wegetariańskie burgery i oglądając Gwiezdne Wojny, 

on w swoich dżinsach i starej koszulce Boomtown Rats, a ja w sukni balowej od Chanel. A 

kiedy Ben Kenobi powiedział: „Obi - Wan? Tego imienia dawno już nie słyszałem”, oboje 

powiedzieliśmy chórem: „Jak dawno?” A Ben odparł, jak to robi za każdym razem: „Bardzo 

dawno”.

I potem, tuż zanim Luke leci zaatakować Gwiazdę Śmierci, Michael spauzował film, 

żeby przynieść deser, a ja pomogłam mu sprzątnąć talerze.

Kiedy   szykował   lody,   wślizgnęłam   się   z   powrotem   do   pokoju   telewizyjnego   i 

czekałam, żeby wrócił i to znalazł, co nastąpiło parę minut potem.

- Co to jest? - spytał, kiedy podał mi moje lody, waniliowe, polane gorącym sosem 

czekoladowym, z dodatkiem bitej śmietany i orzeszków pistacjowych.

- To twój prezent urodzinowy - powiedziałam, ledwie mogąc usiedzieć na miejscu, tak 

się nie mogłam doczekać, aż zobaczę, czy się ucieszy. To był o wiele lepszy prezent niż 

sweter czy cukierki. Pomyślałam sobie, że to idealny prezent dla Michaela.

Czułam,   że   mam   prawo   być   podekscytowana,   bo   zapłaciłam   za   ten   prezent   dla 

Michaela całkiem słoną cenę... Tygodnie zamartwiania się o to, że się wyda, a potem, kiedy 

już   się   wydało,   musiałam   zatańczyć   z   księciem   René

  ,   który   wprawdzie   jest   dobrym 

tancerzem, ale mówiąc szczerze, pachnie jak popielniczka.

No więc byłam nieźle przejęta, kiedy Michael z wyrazem zdziwienia na twarzy usiadł 

i wziął do ręki pudełeczko.

- Mówiłem ci, że nie chcę, żebyś mi cokolwiek dawała - powiedział.

- Wiem. - Aż podskakiwałam na siedzeniu, taka byłam  podekscytowana. - Ale ja 

chciałam. I kiedy to zobaczyłam, pomyślałam sobie, że to IDEALNY prezent.

- No cóż - powiedział Michael. - Dzięki.

Rozwinął wstążeczkę z maleńkiego pudełeczka, a potem podniósł wieczko...

A tam, na poduszeczce z waty, leżał mój prezent. Brudny mały kamyczek, nie większy 

niż mrówka. Nawet mniejszy jeszcze niż mrówka. Rozmiaru główki od szpilki.

- Hm... - powiedział Michael, przyglądając się tej odrobinie. - To naprawdę śliczne.

Roześmiałam się ze szczęścia.

- Ty nawet nie wiesz, co to jest!

- No cóż - powiedział. - Nie, nie wiem.

- Nie zgadniesz?

- No cóż - powtórzył.  - To mi wygląda jak... To znaczy,  to bardzo przypomina... 

kamyk.

background image

- Bo to JEST kamyk - powiedziałam. - Zgadnij, skąd się wziął.

Michael przyjrzał się kamykowi.

- Nie wiem. Z Genowii?

- Nie, głuptasie! - zawołałam. - Z Księżyca! To skała księżycowa. Neil Armstrong ją 

stamtąd   przywiózł.   Zebrał   sporo   takich   kamyków,   przywiózł   je   na   Ziemię   i   podarował 

Białemu   Domowi,   a   Richard   Nixon   dał   kilka   mojej   babce,   kiedy   jeszcze   pełnił   urząd 

prezydenta.  No cóż, technicznie  rzecz  biorąc, sprezentował je księstwu Genowii. A ja je 

zobaczyłam i pomyślałam sobie, że... No cóż, że powinieneś jeden mieć... Bo ja wiem, że 

interesujesz się kosmosem. Masz przecież te błyszczące po ciemku gwiazdozbiory na suficie 

nad swoim łóżkiem i tak dalej...

Michael podniósł oczy znad księżycowego kamyka - któremu przyglądał się, jakby nie 

mógł uwierzyć, że go naprawdę ma przed sobą - i zapytał:

- Kiedy byłaś w moim pokoju?

- Och - powiedziałam, czując, że znów zaczynam się rumienić. - Już dość dawno 

temu...

No cóż, to BYŁO dość dawno temu. Jeszcze zanim się dowiedziałam, że on mnie lubi, 

kiedy wysyłałam mu te wszystkie anonimowe listy miłosne.

- Raz, kiedyś, kiedy Maya w nim sprzątała.

- Aha - powiedział Michael i znów zaczął się przyglądać kamykowi. - Mia - odezwał 

się parę sekund później. - Ja nie mogę tego przyjąć.

-  Owszem,   możesz   -  powiedziałam.   -  W   pałacowym   muzeum   zostało   ich   jeszcze 

sporo, nie martw się. Richard Nixon musiał naprawdę mieć słabość do Grandmére, bo jestem 

pewna, że mamy więcej tych kamyków niż Monako czy jakieś inne państwo.

- Mia - powiedział Michael. - To jest skała. KSIĘŻYCOWA.

- Tak - powiedziałam, nie wiedząc, do czego on zmierza.

Nie podobało mu się? Przyznaję, że to trochę DZIWNE dawać swojemu chłopakowi 

na urodziny kawałek kamyka. Ale w końcu to nie jest pierwszy lepszy kamyk. A Michael to 

nie pierwszy lepszy chłopak. Naprawdę wydawało mi się, że jemu się spodobał.

- To skała - znów powtórzył  - która przybyła  z odległości trzystu osiemdziesięciu 

tysięcy kilometrów. Spoza Ziemi. Z odległości trzystu osiemdziesięciu tysięcy kilometrów 

spoza Ziemi!

- Tak - powiedziałam, zastanawiając się, co poszło nie tak. Dopiero co odzyskałam 

Michaela, spędziwszy cały tydzień w przekonaniu, że miał zamiar rzucić mnie, chociaż z 

zupełnie   innego   powodu,   po   to   żeby   teraz   odkryć,   że   mnie   rzuci   z   zupełnie   innego? 

background image

Naprawdę, na tym świecie nie ma żadnej sprawiedliwości. - Michael, jeżeli ci się nie podoba, 

to ja to mogę zabrać. Ja po prostu myślałam, że...

- Nie ma mowy - powiedział, chowając pudełeczko poza zasięgiem moich rąk. - Nie 

oddam ci tego z powrotem. Ja tylko po prostu nie mam pojęcia, co ja ci dam na urodziny. 

Trudno będzie przebić taki prezent.

I to wszystko? Poczułam, że rumieniec schodzi mi z twarzy.

-   Och,   moje   urodziny   -   powiedziałam.   -   Możesz   napisać   dla   mnie   jeszcze   jedną 

piosenkę.

Co było z mojej strony nieco perfidne, bo przecież on się nigdy nie przyznał, że ta 

pierwsza   piosenka,   którą   mi   kiedyś   zagrał,   „Wysoka   szklanka   wody”,   była   o   mnie.   Ale 

widząc ze sposobu, w jaki się teraz uśmiechnął, dobrze się domyślałam. Ona była dla mnie. 

TOTALNIE dla mnie.

No więc wtedy dojedliśmy nasze lody i obejrzeliśmy resztę filmu, a kiedy się skończył 

i leciały napisy, przypomniałam sobie coś jeszcze, co miałam zamiar mu ofiarować, coś, co 

przyszło mi do głowy w taksówce po drodze od hrabiny, kiedy usiłowałam wymyślić, co mu 

powiem, jeśli on ze mną zerwie.

- Ach - powiedziałam. - Wymyśliłam nazwę dla twojego zespołu.

- Błagam - jęknął. - Tylko nie Piloci Śmigaczy.

- Nie - powiedziałam. - Skinner Box.

Bo to jest taka skrzynka, której użył pewien psycholog, żeby na szczurach i gołębiach 

dowieść,   że   istnieje   coś   takiego   jak   reakcja   warunkowa.   Pawłów,   ten   facet,   którego 

nazwiskiem Michael nazwał swojego psa, robił to samo, tylko z psami i dzwoneczkami.

- Skinner Box - powtórzył Michael z zastanowieniem.

-   Taa   -   powiedziałam.   -   No   bo   wiesz,   pomyślałam   sobie,   że   skoro   psa   nazwałeś 

Pawłowem...

- Nawet mi się to podoba - powiedział Michael. - Pogadam z chłopakami.

Rozpromieniłam się. Wieczór zmieniał się w coś o wiele lepszego, niż się początkowo 

spodziewałam. Naprawdę nic innego nie mogłam zrobić, tylko siedzieć tam i PROMIENIEĆ. 

W  gruncie rzeczy dlatego  właśnie  zamknęłam  się w  łazience.  Żeby spróbować się  nieco 

uspokoić. Jestem taka szczęśliwa, że ledwie mogę pisać. Ja...

Sobota, 24 stycznia, poddasze

Ups. Wczoraj wieczorem musiałam przerwać pisanie, bo Lilly zaczęła walić do drzwi 

łazienki. Dopytywała się, czy nagle nie zapadłam na bulimię albo coś podobnego. Kiedy je 

background image

otworzyłam  (to  znaczy drzwi) i zobaczyła,  że siedzę  w  łazience  z moim  pamiętnikiem  i 

długopisem   w   ręku,   powiedziała   takim   mocno   półprzytomnym   tonem   (Lilly   jest   raczej 

skowronkiem niż sową):

- Chcesz mi wmawiać, że siedzisz tu od pół godziny i PISZESZ PAMIĘTNIK?

No dobra, muszę przyznać, że to trochę dziwne, ale nic na to nie poradzę. Byłam taka 

szczęśliwa, że po prostu MUSIAŁAM to wszystko opisać, żeby nigdy nie zapomnieć tych 

wrażeń.

- I NADAL nie odkryłaś, w czym jesteś dobra? - spytała Lilly.

A kiedy potrząsnęłam głową, odeszła, głośno tupiąc nogami ze złości.

Ja jednak nie mogłam się na nią wściec, bo... No cóż, bo jestem tak bardzo zakochana 

w jej bracie.

W ten sam sposób nawet nie jestem w stanie zezłościć się na Grandmére, chociaż, w 

sumie, wczoraj wieczorem usiłowała pchnąć mnie w ramiona tego bezdomnego księcia. Ale 

trudno mi ją obwiniać za to, że próbowała. Chciała tylko wypaść jak najlepiej przed swoją 

przyjaciółką.

Poza tym zadzwoniła tu przed chwilą i chciała się dowiedzieć, czy czuję się już lepiej 

po tej nieświeżej trufli, którą zjadłam. Moja mama, nie wychodząc z roli, zapewniła ją, że już 

nic mi nie jest. I wtedy Grandmére zaczęła się dopytywać, czy nie mogłabym przyjechać do 

niej na herbatę... bo hrabina podobno bardzo chciałaby mnie lepiej poznać. Powiedziałam, że 

mam dużo lekcji do odrobienia. To powinno zrobić wrażenie na hrabinie. No wiecie, że mam 

tak wyrobione poczucie etyki uczniowskiej.

Na René

 też nie potrafię się pogniewać, po tym jak wczoraj naprawdę przyszedł mi z 

pomocą... Zastanawiam się, jak się dalej potoczyły sprawy między nim i Bella. To by było 

całkiem   zabawne,   gdyby   tych   dwoje   zaczęło   ze   sobą   chodzić...   No   cóż,   zabawne   dla 

wszystkich poza Grandmére.

I nawet nie mogę się wściec na pralnię z Thompson Street za to, że zgubili moje 

majtki z królową Amidalą, bo dziś rano ktoś zapukał do drzwi naszego poddasza, a kiedy 

otworzyłam, stała tam Ronnie z wielką torbą pełną naszego prania, włącznie z brązowymi 

sztruksami   pana   G.   i   koszulką   mojej   mamy   z   napisem   UWOLNIĆ   WINONĘ   RYDER. 

Ronnie mówi, że musiała przez pomyłkę zabrać złą torbę z holu i że była na Barbadosie na 

wakacjach   ze   swoim   szefem   i   dopiero   teraz   zauważyła,   że   ma   w   domu   torbę   ubrań 

nienależących do niej.

Niestety, wcale nie cieszę się z odzyskania majtek z królową Amidalą tak bardzo, jak 

można by się tego spodziewać. Bo najwyraźniej zupełnie spokojnie mogę się bez nich obyć. 

background image

Zastanawiałam   się,   czy   nie   zamówić   sobie   większej   liczby   takich   majtek   w   prezencie 

urodzinowym, ale teraz już nie muszę, bo Michael, chociaż sam nie ma o tym pojęcia, już mi 

dał najpiękniejszy prezent, jaki kiedykolwiek mogłabym dostać.

I   nie,   nie   chodzi   o   jego   miłość   -   chociaż   to   prawdopodobnie   drugi   w   kolejności 

najpiękniejszy   prezent,   jaki   mógłby   mi   kiedykolwiek   ofiarować.   Chodzi   mi   o   coś,   co 

powiedział, kiedy Lilly wyszła już, głośno tupiąc, z łazienki.

- O co wam chodzi? - zapytał.

- Och - powiedziałam, chowając pamiętnik. - Ona się na mnie wściekła, bo jeszcze nie 

odkryłam, co jest moim ukrytym talentem.

- Czym? - spytał Michael.

- Moim ukrytym talentem. - I wtedy, dlatego że był wobec mnie taki uczciwy w całej 

tej   kwestii   zakochiwania   się,   ja   też   postanowiłam   być   uczciwa   wobec   niego.   Więc 

wyjaśniłam: - Chodzi po prostu o to, że Lilly i ty jesteście tacy utalentowani. Oboje jesteście 

świetni w tylu rzeczach, a ja w niczym nie jestem dobra i czasami czuję się taka... No cóż, 

jakbym po prostu była nie na swoim miejscu. W każdym razie na pewno tak się czuję na RZ.

- Mia... - powiedział Michael - ależ ty JESTEŚ bardzo uzdolniona.

- Taaa... - odparłam, mnąc brzeg sukienki. - Najlepiej wychodzi mi przebieranie się za 

śnieżynkę.

- Nie - zaprzeczył Michael. - Chociaż skoro już o tym wspomniałaś, owszem, w tym 

też jesteś niezła. Ale mnie chodziło o pisanie.

Muszę przyznać, że tu zaczęłam się na niego gapić i powiedziałam, całkiem nie jak 

księżniczka:

- Hę?

- No cóż, to przecież oczywiste - powiedział - że ty lubisz pisać. No bo wiecznie 

siedzisz z nosem w tym pamiętniku. I dostajesz szóstki za wszystkie prace z angielskiego. To 

przecież całkiem jasne, Mia. Jesteś pisarką.

I chociaż nigdy przedtem się nad tym nie zastanawiałam, zdałam sobie nagle sprawę, 

że Michael ma rację. To znaczy, ja FAKTYCZNIE wiecznie coś notuję w swoim pamiętniku. 

I piszę mnóstwo wierszy, i mnóstwo notatek, i maili, i innych rzeczy. To znaczy, wydaje mi 

się w sumie, że WIECZNIE coś piszę. Robię to tak często, że nawet nigdy nie pomyślałam o 

tym jako o TALENCIE. To jest po prostu coś, co robię bez przerwy, tak jak bez przerwy 

oddycham.

Ale teraz, kiedy już wiem, co jest moim talentem, możecie się założyć, że zacznę nad 

nim   pracować.   A   pierwsza   rzecz,   jaką   napiszę,   to   projekt   ustawy   do   przedłożenia 

background image

parlamentowi   Genowii   na   temat   zainstalowania   sygnalizacji   świetlnej   w   centrum   stolicy. 

Skrzyżowania są tam po prostu ZABÓJCZE...

Ale to będzie dopiero po powrocie z kręgli z Michaelem, Lilly i Borysem. Bo nawet 

księżniczka musi się od czasu do czasu rozerwać.

background image

PODZIĘKOWANIA

Pragnę serdecznie podziękować Beth Adler, Alexandrze Alexo, Jennifer Brown, Kim 

GoadFloyd, Darcyjacobs, Laurze Langlie, Amandzie Maciel, Abby McAden i Benjaminowi  

Egnatzowi.

Nieco spóźnione podziękowania dla rodziny Beckhamów, a zwłaszcza dla Julii za to,  

że tak uprzejmie pozwoliła mi zapożyczyć do moich książek nawyk zżerania skarpet przez jej  

kotkę Molly!