background image

Friedrich Durrenmatt 

 

 

 

Kraksa 

(Tłumaczył Andrzej Wirth) 

background image

 

CZĘŚĆ PIERWSZA 

 

Czy  istnieją  jeszcze  jakieś  historie  możliwe,  historie  godne  pisarza?  Jeśli  ktoś  nie  chce 

mówić o sobie, romantycznie i lirycznie uogólniać swojej osobowości, jeśli nie czuje się zmuszony, 

aby opowiedzieć szczerze o swych nadziejach i porażkach, o tym, jak sypia z kobietami - jak gdyby 

prawdomówność mogła to wszystko podnieść do rangi uogólnienia, nie zaś w sferę medycyny lub 

w  najlepszym  razie  psychologii  -  jeśli  ktoś  nie  chce  tego  robić,  woli  zaś  dyskretnie  pozostać  w 

cieniu, ukrywając taktownie sprawy osobiste, wpatrzony  w swoje tworzywo jak rzeźbiarz w swój 

materiał, kształtując go, ucząc się jednocześnie na nim, jeśli jak pewien typ klasyków stara się nie 

popadać  łatwo  w  zwątpienie  -  nawet  kiedy  nie  da  się  zaprzeczyć,  że  czysty  nonsens  jawi  się  na 

każdym  kroku  -  wówczas  pisanie  staje  się  czynnością  trudniejszą  i  bardziej  samotną,  a  także 

bardziej bezsensowną. Nie chodzi przecież o dobrą notę w historii literatury  - komu nie zdarzyło 

się otrzymać dobrej noty, jakaż miernota nie została już wyróżniona - postulaty dnia są ważniejsze. 

Lecz  i  tutaj  znów  dylemat  i  niekorzystna  sytuacja  na  rynku.  Życie  oferuje  nam  same  rozrywki: 

wieczorem  dostarcza  ich  kino,  poezję  daje  codzienna  gazeta  w  felietonie,  za  większą  sumkę,  w 

praktyce - począwszy od jednego franka, już żąda się duszy, wyznań, właśnie prawdy, wymaga się 

wyższych wartości, morału, efektownych powiedzonek, zawsze coś musi być przezwyciężone albo 

spotkać  się  z  afirmacją,  raz  jest  to  chrystianizm,  kiedy  indziej  znów  powszechne  zwątpienie, 

wszystko  może  stać  się  literaturą.  Lecz  jeśli  autor  właśnie  wzbrania  się  przed  produkowaniem 

takiej  strawy,  coraz  bardziej,  z  rosnącą  stanowczością,  bo  wprawdzie  świadom  jest,  że  impuls 

zmuszający do pisania tkwi w nim, w zależnej od przypadku grze świadomości i nieświadomości, 

w  jego  wierze  i  wątpliwościach,  sądzi  jednak,  że  właśnie  te  sprawy  z  pewnością  nie  obchodzą 

publiczności - wystarczy to, co on pisze, kształtuje, formuje - niechaj więc apetycznie przedstawia 

samą tylko powierzchnię i wyłącznie nad nią pracuje, poza tym zachowa milczenie, nie rozwodząc 

się  zbytnio  ani  nie  komentując.  Kiedy  dojdzie  do  takiego  przeświadczenia,  zatrzyma  się,  będzie 

zwlekał,  stanie  bezradny,  jest  to  prawie  nieuniknione.  Rodzi  się  przeczucie,  że  nie  ma  już  co 

opowiadać, zaczyna się poważnie myśleć o rezygnacji, być może, jest jeszcze miejsce na parę zdań, 

poza  tym  można  tylko  wziąć  kurs  na  biologię,  by  przynajmniej  myślowo  zbliżyć  się  jakoś  do 

wybuchu ludzkości, do rosnących miliardów ludzi, do nieustannie produkujących macic - albo też 

zwrócić  się  ku  fizyce,  astronomii,  ażeby  uświadomić  sobie  strukturę  wszechświata,  w  którym 

krążymy. Reszta dla magazynów, dla takich tygodników, jak “Life”, “Match”, “Quick” i dla “Sie 

und  Er”  -  prezydent  z  tlenowym  aparatem,  wujek  Bułganin  w  swoim  ogrodzie,  księżniczka  w 

towarzystwie zuchowatego pilota, głośne gwiazdy filmowe i potentaci dolara, wielkości wymienne, 

background image

już  wyszły  z  mody,  ledwie  się  o  nich  czasem  wspomni.  Obok  powszedni  dzień  przeciętnego 

człowieka,  w  moim  przypadku  zachodnioeuropejski,  ściślej  szwajcarski,  zła  pogoda  i  zła 

koniunktura,  troski  i  nieszczęścia,  wstrząsy  wywołane  perypetiami  osobistymi,  bez  związku 

wszakże z całością świata, z biegiem rzeczy i nonsensów, z rozwojem konieczności.   

Los zeszedł ze sceny, na której toczy się gra, aby czaić się za kulisami, poza obowiązującą 

dramaturgią  -  na  pierwszym  planie  wszystko  jawi  się  jako  katastrofa,  choroba,  kryzys.  Nawet 

wojna  zaczyna  być  zależna  od  tego,  czy  mózgi  elektronowe  przepowiedzą  jej  rentowność,  lecz 

wiadomo,  że  to  nigdy  nie  nastąpi,  jeśli  maszyny  rachunkowe  prawidłowo  funkcjonują.  Klęski 

można sobie już tylko matematycznie wyobrazić, lecz biada, jeśli do sztucznych mózgów zakradnie 

się jakieś fałszerstwo, jeśli zostaną zastosowane niedozwolone chwyty. A to wszystko jeszcze nie 

jest  tak  przykre  jak  sama  możliwość,  że  nagle  puszcza  jakaś  śruba,  psuje  się  cewka,  jakiś  guzik 

błędnie  reaguje  i  już  mamy  koniec  świata,  z  powodu  technicznego  krótkiego  spięcia,  z  powodu 

włączenia niewłaściwej dźwigni. Tak więc nie grozi już żaden Bóg, żadna sprawiedliwość, żadne 

fatum  jak  w  Piątej  symfonii  -  lecz  wypadki  drogowe,  tamy  walące  się  na  skutek  zastosowania 

fałszywej  konstrukcji,  eksplozja  fabryki  bomb  atomowych  spowodowana  przez  roztargnionego 

laboranta,  źle  wyregulowane  wylęgarnie.  Nasza  droga  prowadzi  obok  ścian  wypełnionych 

reklamami  butów  Bally,  wozów  Studebakera,  lodów  śmietankowych  i  tablicami  pamiątkowymi 

znaczącymi  miejsca  spoczynku  nieszczęśliwych  ofiar  wypadków,  zdarzają  się  jeszcze  historie 

możliwe, w których z tuzinkowej twarzy wyziera nagle ludzkość, czyjś pech nabiera mimochodem 

sensu  ogólnego,  sąd  i  sprawiedliwość  stają  się  nagle  widoczne,  może  i  łaska,  wyjednana 

przypadkiem, odbita w monoklu pijanego. 

background image

CZĘŚĆ DRUGA 

 

Wypadek,  wprawdzie  nie  poważny,  kraksa  również  i  tutaj:  Alfredo  Traps,  żeby  wymienić 

nazwisko,  zatrudniony  w  branży  tekstylnej,  lat  czterdzieści  pięć,  bynajmniej  jeszcze  nie  otyły, 

zjawisko pociągające, o poprawnych manierach zdradzających wprawdzie pewną tresurę, trącących 

czymś  prymitywnym  i  handlarskim  -  ten  nasz  współcześnik  jechał  właśnie  swym  studebakerem 

jedną z większych dróg kraju. Już mógł się spodziewać, że za godzinę będzie u siebie w domu, w 

pewnym  znaczniejszym  mieście,  gdy  nagle  wóz  zastrajkował.  Po  prostu  przestał  się  poruszać. 

połyskująca  czerwonym  lakierem  maszyna  spoczęła  bezradnie  u  stóp  niewielkiego  wzgórza,  na 

które  pięła  się  droga;  na  północy  utworzyła  się  kumulusowa  chmura,  na  zachodzie  słońce  stało 

wciąż jeszcze wysoko, tak niemal jak po południu. Traps wypalił papierosa i zajął się tym, czego 

wymagała sytuacja. Mechanik, który w końcu wziął na hol studebakera,  oświadczył, że nie może 

usunąć  uszkodzenia  wcześniej  niż  następnego  dnia  -  defekt  gaźnika.  Czy  odpowiadało  to 

rzeczywistości, tego nie można było ani stwierdzić, ani też nie byłoby wskazane podejmować takiej 

próby  -  jest  się  wydanym  na  łup  mechaników,  jak  niegdyś  było  się  zdanym  na  laskę  rycerzy 

rozbójników,  a  jeszcze  przed  tym  na  łaskę  bóstw  lokalnych  i  demonów.  Za  wygodny,  aby  odbyć 

półgodzinną drogę do następnej stacji kolejowej i podjąć nieco skomplikowaną, choć krótką podróż 

do domu, do żony, do czworga swych dzieci - sami chłopcy - postanowił Traps przenocować. Była 

godzina  szósta  wieczór,  ciepło,  zbliżał  się  najdłuższy  dzień  lata,  wioska,  na  której  skraju  stał 

warsztat  samochodowy,  miła,  rozsypana  u  stóp  zalesionych  wzgórz,  z  kościółkiem  na  pagórku, 

plebanią, z dębem prastarym, ujętym w żelazne obręcze i podpory, wszystko solidne, czyściutkie, 

nawet  kupy  gnoju  przed  chłopskimi  domami  starannie  spiętrzone  i  szykowne.  Była  tu  również 

gdzieś  w  pobliżu  jakaś  fabryczka,  kilka  szynków  i  gospód,  jedną  z  nich  Trapsowi  już  nieraz 

polecano, lecz wszystkie pokoje były zajęte - jakiś zjazd hodowców drobiu zarezerwował łóżka - 

agentowi tekstylnemu wskazano willę, gdzie przyjmuje się czasem przyjezdnych. Traps ociągał się. 

Jeszcze można było wrócić koleją, lecz wabiła go nadzieja, że przeżyje tu jakąś przygodę. Nieraz 

trafiały  się  po  wsiach  dziewczęta,  jak  ostatnio  w  Grossbiestringen,  umiejące  docenić  agentów 

tekstylnych.  Ożywiony  nowym  impulsem  ruszył  w  stronę  willi.  Od  kościoła  dolatywało  bicie 

dzwonów.  Krowy  minęły  go  porykując.  Piętrowy  domek  stał  w  dość  rozległym  ogrodzie,  ściany 

oślepiająco białe, płaski dach, zielone okiennice, do połowy przesłonięte krzewami, buki i świerki, 

od  frontu  kwiaty,  głównie  róże,  wśród  nich  człowieczek  w  podeszłym  wieku,  w  skórzanym 

fartuchu,  być  może  właściciel  posesji,  zajęty  lekką  robotą  w  ogrodzie:  Traps  przedstawił  się  i 

poprosił o nocleg.   

background image

-  Pański  zawód  -  zapytał  stary,  który  zbliżył  się  do  parkanu,  paląc  brissago,  głowa  jego 

ledwie wystawała nad furtkę.   

- Pracuje w branży tekstylnej.   

Stary  bacznie  zlustrował  Trapsa,  spoglądając  w  sposób  właściwy  dalekowidzom  ponad 

małymi, nieoprawnymi szkłami.   

- Oczywiście, może pan tutaj przenocować.   

Traps spytał o cenę.   

Nie  zwykł  za  to  przyjmować  zapłaty,  wyjaśnił  stary,  jest  samotny,  jego  syn  przebywa  w 

Stanach Zjednoczonych, nad nim ma pieczę gosposia, panna Simona, jest więc rad, jeśli od czasu 

do czasu może przyjąć kogoś w gościnę.   

Agent  podziękował.  Był  wzruszony  tą  gościnnością  i  zauważył,  że  na  wsi  nie  wymarły 

bynajmniej  cnoty  i  dobre  zwyczaje  przodków.  Otworzono  mu  furtkę.  Traps  rozejrzał  się: 

żwirowane dróżki, trawniki, głębokie cienie, fragmenty oświetlone słońcem.   

Dzisiaj  wieczorem  spodziewa  się  kilku  panów,  powiedział  stary,  kiedy  zbliżyli  się  do 

kwiatów,  i  zaczął  starannie  przycinać  krzak  róży.  Mają  przyjść  przyjaciele,  którzy  mieszkają  w 

sąsiedztwie,  bądź  we  wsi,  bądź  dalej  aż  u  stóp  wzgórza,  emeryci,  jak  on,  ściągnęli  tutaj  dla 

łagodnego  klimatu  i  dlatego,  że  tutaj  nie  czuje  się  fenu,  wszyscy  samotni,  wdowcy,  spragnieni 

czegoś nowego, jakiegoś urozmaicenia, będzie więc to dla niego wielka przyjemność móc zaprosić 

pana Trapsa na kolację i na następujący po niej kawalerski wieczór.   

Agent był zaskoczony. Właściwie chciał zjeść we wsi, w szeroko znanej gospodzie, lecz nie 

śmiał  odrzucić  zaproszenia.  Czuł  się  zobowiązany.  Przyjął  propozycję  bezpłatnego  noclegu.  Nie 

chciał  robić  wrażenia  nieuprzejmego  mieszczucha.  Udawał  więc  zadowolonego.  Gospodarz 

zaprowadził  go  na  pierwsze  piętro.  Miły  pokój.  Bieżąca  woda,  szerokie  łoże,  stół,  wygodne 

krzesło, na ścianie obraz Hodlera, stare, oprawne w skórę tomiska na półce. Agent otworzył swoją 

walizeczkę,  umył  się,  ogolił,  spowił  się  w  chmurę  wody  kolońskiej,  podszedł  do  okna,  zapalił 

papierosa. Wielka tarcza słoneczna opadała za wzgórza opromieniając buki. Podsumował pobieżnie 

interesy  dnia,  zlecenie  firmy  Rotacher  niczego  sobie,  kłopot  w Wildholzem,  pięć  procent  zażądał 

łajdak, on mu jeszcze pokaże. Potem wyłoniły się wspomnienia. Powszednie, nieuporządkowane, 

zdrada  małżeńska  planowana  w  hotelu  Touring,  problem,  czy    najmłodszemu  synkowi  (którego 

najbardziej  kocha)  kupić  elektryczną  kolejkę,  uprzejmość,  a  właściwie  obowiązek  nakazywał 

telefonicznie powiadomić żonę o niezamierzonej zwłoce. Jednak zaniechał tego, jak to już często 

bywało.  Żona  zdążyła  się  nawet  przyzwyczaić,  a  poza  tym  i  tak  by  mu  nie  uwierzyła.  Ziewnął, 

pozwolił sobie na jeszcze jednego papierosa. Widział, jak trzej starsi panowie zbliżali się krocząc 

żwirowaną  alejką,  dwóch  ramię  w  ramię,  gruby  i  łysy  za  nimi.  Powitanie,  uściski  rąk,  objęcia, 

background image

rozmowy o różach. Traps odsunął się od okna, podszedł do półki z książkami. Sądząc po tytułach, 

które  odczytał,  można  się  było  spodziewać  nudnego  wieczoru  -  Hotzendorff,  “Zbrodnia 

morderstwa  i  kara  śmierci”,  Savingy,  “System  współczesnego  prawa  rzymskiego”,  Ernst  David 

Holle,  “Praktyka  przesłuchania”.  Agent  zrozumiał.  Gospodarz  był  prawnikiem,  może  byłym 

adwokatem.  Przygotował  się  już  na  rozwlekłe  dysputy  -  cóż  wie  o  prawdziwym  życiu  taki  mól 

książkowy, świadczą o tym jego kodeksy. Było również do przewidzenia, że będzie się mówiło o 

sztuce albo o czymś podobnym, tematy, przy których mógł się łatwo zbłaźnić - dobre sobie, gdyby 

nie musiał trwać w centrum walki konkurencyjnej, on także nabrałby biegłości w subtelniejszych 

sprawach. Niechętni schodził więc na dół, gdzie na otwartej, wciąż oświetlonej słońcem werandzie 

zajęto  miejsca,  podczas  gdy  gosposia,  tęga  osoba,  nakrywała  stół  w  przyległej  jadalni.  Lecz 

zdumiał  się,  kiedy  ujrzał  oczekujące  go  towarzystwo.  Był  rad,  że  najpierw  zbliżył  się  doń  pan 

domu,  teraz  wyglądający  niemal  jak  fircyk,  nieliczne  włosy  starannie  zaczesane,  w  znacznie  za 

obszernym  surducie.  Powitano  Trapsa  krótkim  przemówieniem.  Zdążył  ukryć  swe  zaskoczenie, 

bąknął, że całą przyjemność po jego stronie, skłonił się chłodno, pełen rezerwy, grał rolę bywałego 

w świecie fachowca od tekstyliów i pomyślał z żalem, że został przecież w tej wiosce tylko po to, 

aby przygadać sobie jakąś dziewczynę. To się nie udało.  Zobaczył przed  sobą trzech pozostałych 

starców,  którzy  w  niczym  nie  ustępowali  zdziwaczałemu  gospodarzowi.  Jak  niesamowite  kruki 

wypełniali  słoneczną  werandę  z  wyplatanymi  meblami  i  powiewnymi  firankami,  zgrzybiali, 

wymiętoszeni  i  zaniedbani,  chociaż  ich  surduty  zdawały  się  być  w  najlepszym  gatunku  -  co 

spostrzegł natychmiast - jeśli nie brać pod uwagę łysego (nazwiskiem Pilet, siedemdziesiąt siedem 

lat, jak oświadczył pan domu przy prezentacji, która teraz nastąpiła), sztywno i godnie siedzącego 

na  bardzo  niewygodnym  taborecie,  chociaż  wokół  stało  kilka  wygodnych  krzeseł.  Więcej  niż 

starannie  ubrany,  w  butonierce  biały  goździk,  gładził  nieustannie  przyczernionego  krzaczastego 

wąsa, emeryt zapewne, może jakiś były, przez szczęśliwy przypadek wzbogacony zakrystian albo 

kominiarz,  lub  -  co  równie  nie  wykluczone  -  maszynista.  Tym  nędzniej  prezentowali  się  dwaj 

pozostali.  Jeden  (pan  Kummer,  lat  osiemdziesiąt  dwa),  grubszy  jeszcze  od  Pileta,  otyły,  złożony 

jakby  z  połci  słoniny,  siedział  w  fotelu  na  biegunach,  twarz  miał  jaskrawoczerwoną,  potężny 

nochal  pijaka,  jowialne  wyłupiaste  oczy  za  złotym  cwikierem,  do  tego,  pewnie  na  skutek 

przeoczenia,  nocna  koszula  pod  czarnym  garniturem  i  kieszenie  wypchane  gazetami  i  papierami, 

podczas gdy drugi (pan  Zorn, lat osiemdziesiąt sześć), wysoki i chudy,  monokl wciśnięty w lewe 

oko,  blizny  na  twarzy,  haczykowaty  nos,  śnieżnobiała  lwia  grzywa,  zapadłe  usta,  pod  każdym 

względem staroświeckie zjawisko - miał źle zapiętą kamizelkę i na nogach dwie różne skarpetki.   

- Campari ? - spytał gospodarz.   

background image

-  Proszę  bardzo  -  odpowiedział  Traps  i  usiadł  w  fotelu,  podczas  gdy  wysoki  i  chudy  z 

zainteresowaniem oglądał go przez monokl.   

- Pan Traps weźmie zapewne udział w naszej zabawie ?   

- Ależ oczywiście. Bardzo lubię zabawy.   

Starsi panowie uśmiechnęli się, pokręcili głowami.   

- Nasza zabawa jest być może szczególnego rodzaju - dorzucił gospodarz ostrożnie, jakby 

się ociągając. - Polega ona na tym, że wieczorem odgrywamy nasze dawne zawody.   

Starcy uśmiechnęli się znów grzecznie, dyskretnie.   

Traps zdziwił się. Jak ma to rozumieć ?   

- A no tak - sprecyzował gospodarz - ja byłem kiedyś sędzią, pan Zorn prokuratorem, a pan 

Kummer adwokatem, zabawiamy się zatem w sąd.   

- Ach tak. - Traps zrozumiał i pomysł wydał mu się możliwy do przyjęcia. A może jednak 

wieczór nie był jeszcze całkiem stracony.   

Gospodarz przypatrywał się agentowi z uroczystą miną.   

-  W  zasadzie  -  wyjaśnił  łagodnym  głosem  -  odtwarzaliśmy  słynne  procesy  historyczne, 

proces  Sokratesa,  proces  Jezusa,  proces  Joanny  d'Arc,  proces  Dreyfusa,  ostatnio  podpalenie 

Reichstagu. Kiedyś znów Fryderyk Wielki uznany został przez nas za niepoczytalnego.   

Traps zdumiał się.   

- I odgrywacie to każdego wieczoru ?   

Sędzia przytaknął.   

- Ale oczywiście najpiękniej jest - wyjaśnił dalej - kiedy się gra w oparciu o żywy materiał, 

wtedy wynikają szczególnie interesujące sytuacje. Nie dalej jak wczoraj był pewien poseł, który we 

wsi wygłosił przemówienie wyborcze i przegapił ostatni pociąg. Został skazany na czternaście lat 

więzienia za szantaż i przekupstwo.   

- Surowy sąd - stwierdził rozbawiony Traps.   

- To sprawa honoru - rozpromienili się starcy.   

- A jakąż rolę mógłbym odegrać ?   

Znów uśmieszki, niemal śmiech.   

-  Mamy  już  sędziego,  prokuratora  i  obrońcę  -  są  to  stanowiska  zakładające  znajomość 

przedmiotu  i  reguł  gry  -  powiedział  gospodarz.  -  Jedynie  stanowisko  oskarżonego  pozostaje  nie 

obsadzone,  chciałbym  wszakże  jeszcze  raz  podkreślić,  że  pan  Traps  nie  powinien  się  w  żadnym 

wypadku czuć zmuszonym do wzięcia udziału w zabawie.   

Pomysł starszych panów rozweselił agenta. Wieczór był uratowany. Może obejdzie się bez 

uczonej  i  nudnej  atmosfery,  zapowiada  się,  że  będzie  wesoło.  Był  człowiekiem  prostym,  nie 

background image

wyróżniającym się intelektem i bez szczególnej skłonności do zajęć intelektualnych, człowiekiem 

interesu - sprytnym, kiedy trzeba, gotowym w sprawach zawodowych na wszystko. Lubił przy tym 

dobrze zjeść i wypić, miał skłonność do rubasznych żartów. Weźmie udział w zabawie, powiedział, 

to zaszczyt dla niego zająć osierocone stanowisko oskarżonego.   

-  Brawo  -  zarechotał  prokurator  i  zaklaskał  w  dłonie  -  brawo,  tak  mówi  prawdziwy 

mężczyzna, to się nazywa odwaga.   

Agent zaczął rozpytywać się z ciekawością o zbrodnie, która mu teraz zostanie przypisana.   

- To bez znaczenia - odpowiedział prokurator wycierając monokl - zbrodni zawsze można 

się doszukać.   

Wszyscy się roześmieli.   

Pan Kummer podniósł się.   

-  Niech  pan  pozwoli,  panie  Traps  -  rzekł  tonem  niemal  ojcowskim  -  musimy  jeszcze 

spróbować naszego porto: jest stare, musi się pan z nim zapoznać.   

Poprowadził  Trapsa  do  jadalni.  Wielki  okrągły  stół  był  teraz  odświętnie  nakryty.  Stare 

krzesła  z  wysokimi  oparciami,  na  ścianach  poczerniałe  obrazy,  wszystko  solidne,  staromodne.  Z 

werandy dobiegała paplanina starców, w otwartych oknach pełgało światło wieczoru, wdzierał się 

świergot ptaków. Na jakimś stoliczku stały butelki, jeszcze inne na kominku, bordeaux ułożone w 

koszyczkach.  Obrońca  starannie  nalał  porto  drżącą  nieco  ręką  ze  starej  flaszki  do  dwóch  małych 

kieliszków,  napełnił  je  po  brzegi,  trącił  się  z  agentem  przepijając  do  niego,  zrobił  to  ostrożnie, 

kieliszki z kosztownym płynem ledwie się musnęły.   

Traps skosztował.   

- Wyborne - pochwalił.   

-  Jestem  pańskim  obrońcą,  panie  Traps  -  powiedział  pan  Kummer.  -  Powinniśmy  zatem 

wypić za naszą przyjaźń !   

- Za naszą przyjaźń !   

Najlepiej  będzie  -  osądził  adwokat,  tak  nacierając  na  Trapsa  swoją  czerwoną  twarzą, 

pijackim  nosem  i  cwikierem,  że  aż  trącił  go  swym  olbrzymim  brzuchem,  nieprzyjemną  miękką 

masą - najlepiej będzie, jeśli pan Traps od razu wyzna mu swoje przestępstwo. Wtedy on mógłby 

zagwarantować, że i w sądzie jakoś to pójdzie. Sytuacja nie jest wprawdzie groźna, ale nie należy 

jej  bagatelizować.  Wysoki,  chudy  prokurator,  wciąż  jeszcze  w  pełni  sił  umysłowych,  wydaje  się 

niebezpieczny,  a  także  sam  gospodarz  zdaje  się  skłaniać  do  surowości,  a  może  nawet  pewnej 

pedanterii,  które  z  wiekiem  -  liczy  sobie  już  osiemdziesiąt  siedem  lat  -  jeszcze  przybrały  na  sile. 

Mimo to udało się jemu, obrońcy, przeforsować większość spraw, a przynajmniej nie dopuścić do 

najgorszego. Raz tylko, chodziło wtedy o    mord rabunkowy, nie można było naprawdę nic pomóc. 

background image

Ale przecież mord rabunkowy nie wchodzi tu zapewne w rachubę, na to jego zdaniem, pan Traps 

nie wygląda, a może jednak ?   

Agent  roześmiał  się,  nie  popełnił  na  szczęście  żadnej  zbrodni.  Następnie  powiedział:  “Na 

zdrowie !”   

-  Niech  pan  mi  się  zwierzy  !  -  zachęcał  go  obrońca.  -  Nie  powinien  pan  się  wstydzić.  Ja 

znam życie, mnie już nic nie zadziwi. Losy ludzkie rozwijały się przed moimi oczami, panie Traps, 

otwierały się otchłanie, może mi pan wierzyć.   

Bardzo mu naprawdę przykro, uśmiechnął się zalotnie agent, że jest oskarżonym, który nie 

popełnił przestępstwa - a poza tym to już rzecz prokuratora coś wynaleźć, przecież sam obrońca to 

powiedział,  nieprawda  ?  Jak  zabawa,  to  zabawa.  On  sam  jest  ciekaw,  co  z  tego  wyniknie.  Czy 

odbędzie się prawdziwe przesłuchanie ?   

- Spodziewam się !   

- Bardzo mnie to cieszy.   

Obrońca przybrał zakłopotany wyraz twarzy.   

- Pan się czuje niewinny, panie Traps ?   

Agent roześmiał się: - Zupełnie niewinny - i rozmowa wydała mu się nad wyraz zabawna.   

Obrońca przecierał cwikier.   

- Niech pan to sobie dobrze zakarbuje, młody przyjacielu - winny czy niewinny - chodzi o 

taktykę ! To wielce ryzykowne, mówiąc łagodnie, obstawać przy niewinności przed naszym sądem. 

Przeciwnie,  byłoby  najrozsądniej  od  razu  obwinić  się  o  jakieś  przestępstwo,  na  przykład,  rzecz 

korzystna  szczególnie  dla  ludzi  interesu:  oszustwo.  Wtedy  zawsze  można  jeszcze  ustalić  na 

podstawie przesłuchania, że oskarżony przesadza, że właściwie nie można mówić o oszustwie, lecz 

raczej  o  niewinnym  zatuszowaniu  faktów  ze  względu  na  reklamę,  jak  to  często  w  handlu  bywa. 

Droga  od  winy  do  niewinności  jest  wprawdzie  trudna,  ale  możliwa,  natomiast  jest  zgoła 

beznadziejne i ma katastrofalny wpływ na wynik, jeśli ktoś chce koniecznie zachować niewinność. 

Traci pan tam, gdzie mógłby pan jeszcze zyskać. Jest pan w sytuacji przymusowej, nie może pan 

już wybrać sobie winy, lecz musi pan pozwolić na narzucenie jej sobie.   

Agent,  rozbawiony,  wzruszył  ramionami.  Ubolewa,  że  nie  może  zadowolić  sądu,  ale 

naprawdę nie przypomina sobie niestety żadnego wykroczenia, które by go skłóciło z prawem.   

Obrońca  znów  założył  cwikier.  Z  Trapsem  będzie  miał  kłopot,  powiedział  z  namysłem, 

niełatwa to będzie sprawa. - Ale przede wszystkim - zakończył rozmowę - niech pan się zastanawia 

nad każdym słowem, nie paple bez zastanowienia, bo inaczej zostanie pan skazany na wieloletnie 

więzienie, a wtedy nic zrobić się nie da.   

background image

Potem  nadeszli  inni.  Zajęto  miejsca  za  okrągłym  stołem.  Swojski  nastrój,  żarciki. 

Nasamprzód  podano  najrozmaitsze  zakąski,  wędliny,  jajka  po  rosyjsku,  ślimaki,  zupę  żółwiową. 

Nastrój był znakomity, zjadano ze smakiem, chlipiąc bez żenady.   

-  No,  oskarżony,  cóż  pan  może  nam  zaprezentować,  spodziewam  się  jakiegoś  pięknego, 

solidnego morderstwa - zarechotał prokurator.   

Obrońca zaprotestował.   

- Mój klient został oskarżony, chociaż nie dopuścił się żadnego przestępstwa, jest to, można 

by rzec, niezwykle rzadki wypadek w sądownictwie. Oświadcza, że jest niewinny.   

- Niewinny - zdziwił się prokurator. Szramy na twarzy błysnęły czerwienią, monokl o mało 

nie wpadł mu do talerza, kołysał się jak wahadło na czarnym sznureczku. Karłowaty sędzia, który 

właśnie  wrzucał  do  zupy  kawałki  chleba,  znieruchomiał,  spojrzał z  wyrzutem  na  agenta,  pokręcił 

głową,  nawet  milczący  łysek  z  białym  goździkiem  wytrzeszczył  w  zdumieniu  oczy.  Zapadła 

niepokojąca cisza. Przestały brzękać łyżki i widelce, umilkły sapania i mlaskanie. Tylko Simona w 

głębi pokoju chichotała cichutko.   

- Musimy przeprowadzić śledztwo - powiedział wreszcie prokurator. - Co nie może istnieć, 

nie istnieje.   

- No proszę - zaśmiał się Traps. - Jestem do dyspozycji !   

Do ryb podano wino, lekkiego, musującego neuchatela.   

- A zatem - powiedział prokurator oczyszczając z ości pstrąga - przekonamy się. Żonaty ?   

- Od jedenastu lat.   

- Dzieciaki są ?   

- Czworo.   

- Zawód ?   

- W branży tekstylnej.   

- Jest pan agentem firmy, drogi panie Traps ?   

- Przedstawicielem generalnym.   

- Świetnie. Miał pan kraksę ?   

- Przypadek. Pierwszy raz od roku.   

- Ach, a przed rokiem ?   

-  No  tak,  ale  wtedy  jechałem  starym  wozem  -  wyjaśnił  Traps.  -  Citroenem,  model  1939, 

teraz mam studebakera, czerwony, na zamówienie.   

-  Studebaker,  ach,  to  interesujące,  i  to  od  niedawna  ?  Przedtem  nie  był  pan  pewnie 

przedstawicielem generalnym ?   

- Prostym, zwykłym agentem w branży tekstylnej.   

background image

- Koniunktura - przytaknął prokurator.   

Obok Trapsa siedział obrońca.   

- Uważaj pan - powiedział szeptem.   

Agent branży tekstylnej, przedstawiciel generalny, jak możemy go już teraz nazywać, zajął 

się  beztrosko  befsztykiem  po  tatarsku,  wycisnął  cytrynę,  była  to  jego  własna  recepta  -  odrobina 

koniaku, papryka i sól. Lepszego jedzenia nie zdarzyło mu się nigdy kosztować, rozpromienił się 

cały, jak dotąd wieczory w “Schlaraffii” uważał za zaszczyt, największą przyjemność, jakiej mógł 

zaznać człowiek jego pokroju, lecz ten kawalerski wieczór zapowiadał jeszcze lepszą zabawę.   

- Aha - zauważył prokurator - należy pan do “Schlaraffii”. Jakiego pseudonimu używa pan 

tam ?   

- Markiz de Casanova.   

- Świetnie ! - zachichotał radośnie prokurator, jakby informacja ta miała szczególną wagę, 

wciskając  znów  monokl.  -  Bardzo  nam  przyjemnie  to  usłyszeć.  Czy  można  z  pańskiego 

pseudonimu wnosić o pańskim życiu prywatnym, mój drogi ?   

- Uwaga ! - syknął obrońca.   

- Drogi panie - odpowiedział Traps. - Tylko w pewnej mierze. Kiedy z kobietami przytrafia 

mi się coś pozamałżeńskiego, to tylko przypadkowo i bez ambicji.   

Czy  pan  Traps  nie  byłby  tak  dobry  i  nie  zechciał  opowiedzieć  zebranemu  tu  towarzystwu 

swego  życia  w  krótkim  zarysie,  zapytał  sędzia  rozlewając  do  kieliszków  neuchatela.  Skoro  już 

postanowiono odbyć sąd nad miłym gościem i grzesznikiem i, jeśli się uda, zamknąć go na długie 

lata,  to  byłoby  rzeczą  najwłaściwszą  usłyszeć  od  niego  coś  bardziej  szczegółowego,  prywatnego, 

intymnego, jakiejś historyjki o kobietach, jeśli można - z pieprzykiem.   

- Opowiadać, opowiadać ! - domagali się chichocząc starsi panowie. Zaprosili raz do stołu 

jakiegoś alfonsa, który opowiadał najciekawsze i najbardziej pikantne rzeczy ze swojej dziedziny i 

udało mu się wykręcić czterema latami więzienia.   

-  No,  no  -  zaśmiał  się  również  Traps  -  cóż  o  mnie  można  powiedzieć.  Prowadzę  zupełnie 

powszednie życie, moi panowie, pospolite życie, jak to zaraz wyznam. Pijemy !   

- Pijemy !   

Przedstawiciel  generalny  uniósł  kieliszek,  spojrzał  głęboko  w  nieruchome,  ptasie  oczy 

czterech  starców  utkwione  w  nim  tak,  jakby  był  szczególnie  smakowitym  kąskiem,  po  czym 

brzęknęły trącane kieliszki.   

Na  dworze  słońce  wreszcie  zaszło,  ucichł  także  piekielny  skwir  ptaków,  krajobraz  jednak 

rysował  się  jeszcze  ostro  -  ogrody  i  czerwone  dachy  pośród  drzew,  lasy  na  wzgórzach,  w  oddali 

background image

góry  i  kilka  lodowców  -  nastrój  spokoju,  wiejska  cisza,  uroczyste  przeczucie  szczęścia, 

błogosławieństwa bożego i kosmicznej harmonii.   

-  Miałem  twardą  młodość  -  zaczął  Traps,  kiedy  Simona  zmieniła  talerz  i  podała  potężny 

dymiący półmisek. Champignons a la creme. - Ojciec mój był robotnikiem, proletariuszem, który 

padł  ofiarą  herezji  Marksa  i  Engelsa,  był  to  zgorzkniały,  ponury  człowiek,  który  nigdy  nie 

zatroszczył się o swoje jedyne dziecko, matka była praczką, przekwitła wcześnie.   

Mogłem chodzić tylko do szkoły powszechnej, tylko do powszechniaka - wyznał ze łzami w 

oczach,  rozgoryczony  i  wzruszony  zarazem  swoją  surową  przeszłością,  podczas  gdy  panowie 

powściągliwie trącali się kieliszkami marechaux.   

- Ciekawe - powiedział prokurator - ciekawe. Tylko szkoła powszechna. Ale przy pomocy 

łokci szanowny pan jakoś się wybił.   

-  No  myślę  -  chełpił  się  Traps,  rozgrzany  przez  marechaux,  zachęcony  towarzyską 

atmosferą, światem bożym odświętnie rozpościerającym się za oknami. - No myślę. Jeszcze przed 

dziesięcioma  laty  byłem  tylko  domokrążcą  i  z  małą  walizką  wędrowałem  od  domu  do  domu. 

Ciężka  praca,  włóczęga,  noclegi  po  stogach,  w  podejrzanych  zajazdach.  W  mojej  branży 

zaczynałem od dołu, od samego dołu. A teraz, moi panowie, gdybyście mogli zobaczyć moje konto 

bankowe ! Nie chcę się chwalić, ale czy ktoś z was ma studebakera ?   

- Niechże pan będzie ostrożny - wyszeptał zakłopotany obrońca.   

- Jak do tego doszło ? - spytał zaciekawiony prokurator.   

Obrońca upomniał Trapsa - powinien pilnować się i nie mówić za wiele.   

Traps  oznajmił,  że  przejął  wyłączne  przedstawicielstwo  hefajstonu  na  kontynent,  i 

triumfalnie rozejrzał się dokoła. - Tylko Hiszpania i Bałkany są w innych rękach.   

-  Hefajstos  był  greckim  bogiem  -  zarechotał  mały  sędzia  nakładając  na  talerz  pieczarki  - 

naprawdę  wielkim  kowalem-artystą.  Boginię  miłości  i  jej  zalotnika,  boga  wojny  Aresa,  złapał  do 

tak  subtelnie  wykutej  i  niewidzialnej  sieci,  że  inni  bogowie  nie  mogli  się  dość  nacieszyć  tym 

połowem, co jednak oznacza hafajston, którego wyłączne przedstawicielstwo przejął szanowny pan 

Traps, to pozostaje dla sędziego zawoalowane i mgliste.   

-  A  jednak  jest  pan  bliski  prawdy,  czcigodny  gospodarzu  i  sędzio  -  roześmiał  się  Traps.  - 

Sam  pan  mówi:  zawoalowane,  a  właśnie  ten  nie  znany  mi  bóg  grecki  o  prawie  identycznym  z 

nazwą mego produktu imieniu utkał ową delikatną jak welon i niewidzialną sieć. Mamy dzisiaj już 

nylon,  perlon,  myrlon,  istnieje  również  hefajston,  król  sztucznych  tkanin,  nie  do  zdarcia, 

przejrzysty,  prawdziwe  dobrodziejstwo  dla  reumatyków,  stosowany  zarówno  w  przemyśle,  jak  w 

modzie,  w  czasie  wojny  i  w  czasie  pokoju.  Znakomity  materiał  na  spadochrony,  a  zarazem 

background image

najbardziej  pikantna  materia  na  nocne  koszule  dla  najpiękniejszych  pań,  jak  uczą  moje  własne 

badania.   

-  Słuchajcie  no,  słuchajcie  -  zaskrzeczeli  starcy  -  własne  badania,  a  to  dobre  !  -  Simona 

znów zmieniła talerze i podała pieczeń cielęcą.   

- Co za uczta ! - rozpromienił się przedstawiciel generalny.   

-  Cieszy  mnie  -  powiedział  prokurator  -  że  potrafi  pan  doceniać  te  rzeczy,  i  słusznie  ! 

Prezentują  nam  tu  najlepsze  produkty,  i  to  w  zadowalających  ilościach,  menu  jak  sprzed  wieku, 

kiedy  ludzie  mieli  jeszcze  odwagę  jeść.  Chwała  Simonie  !  Chwała  naszemu  gospodarzowi  !  Sam 

przecież robi zakupy, stary karzeł i wyjadacz, a co do win, to już Pilet, jako karczmarz, zabiega o 

nie w okolicznych wioskach.  I jemu też chwała  !  Lecz jakże przedstawia się pańska sprawa, mój 

zuchu  ?  Badajmy  dalej  pański  przypadek.  Teraz  znamy  już  pańskie  życie  -  była  to  prawdziwa 

przyjemność wejrzeć w nie na chwilę, na pańską działalność uzyskaliśmy już jasny pogląd. Tylko 

jeden  nieważny  punkt  nie  został  jeszcze  wyjaśniony:  jak  doszedł  pan  w  swym  zawodzie  do  tak 

lukratywnego stanowiska ? Samym wysiłkiem, tylko żelazną energią ?   

- Uwaga - syknął obrońca. - Teraz będzie niebezpiecznie.   

-  To  nie  było  takie  łatwe  -  odpowiedział  Traps  przypatrując  się  pożądliwie,  jak  sędzia 

przystępuje do krajania pieczeni - musiałem najpierw pokonać Gygaxa, a to była ciężka robota.   

- Ach, pana Gygaxa, a któż to znowu ?   

- Mój dawny szef.   

- Trzeba było go się pozbyć, chciał pan powiedzieć ?   

-  Trzeba  go  było  usunąć,  aby  użyć  szorstkiego  języka  mojej  branży  -  odpowiedział  Traps 

nabierając sosu. - Panowie wybaczą moją szczerość. W interesach idzie się na całego, ząb za ząb, a 

kto  chce  być  dżentelmenem,  to  trudno,  taki  ginie.  Ja  zarabiam  pieniędzy  jak  lodu,  ale  haruję  jak 

dziki  osioł,  co  dzień  robię  sześćset  kilometrów  moim  studebakerem.  Tak  bardzo  fair  znów  nie 

postępowałem,  jak  się  rzekło,  kiedy  trzeba  było  staremu  Gygaxowi  przyłożyć  nóż  do  gardła  i 

pchnąć, ale musiałem iść w górę, co tu gadać, ostatecznie interes jest tylko interesem.   

Prokurator spojrzał ciekawie znad cielęcej pieczeni.   

- Usunąć, przyłożyć nóż do gardła, popchnąć, to są przecież dość złośliwe wyrażenia, drogi 

panie Traps.   

Przedstawiciel generalny zaśmiał się.   

- Należy je oczywiście rozumieć w sensie przenośnym   

- A jak się ma pan Gygax, szanowny panie ?   

- Umarł w zeszłym roku.   

- Czy pan oszalał - zasyczał wzburzony obrońca. - Pan chyba do cna zwariował.   

background image

- W zeszłym roku - ubolewał prokurator. - To przykre. A ileż miał lat ?   

- Pięćdziesiąt dwa.   

- W sile wieku. A na co umarł ?   

- Na jakąś tam chorobę.   

- Kiedy pan otrzymał jego stanowisko ?   

- Trochę wcześniej.   

-  Świetnie,  to  mi  na  razie  wystarczy  -  powiedział  prokurator.  -  Mamy  szczęście. 

Wygrzebaliśmy trupa, a to ostatecznie najważniejsze.   

Wszyscy  się  roześmiali.  Nawet  Pilet,  łysy  jak  pała,  który  z  nabożeństwem  zajadał, 

pedantycznie, nieomylnie pochłaniając niezmierzone ilości, podniósł wzrok znad talerza.   

- Dobrze - powiedział i skubnął czarnego wąsa.   

Po czym zamilkł i jadł dalej.   

Prokurator uroczyście podniósł kieliszek.   

-  Moi  panowie  -  oświadczył  -  na  cześć  tego  odkrycia  musimy  skosztować 

pichon-longueville z 1933 r. Dobre bordeaux do dobrej zabawy.   

Znów trącili się kieliszkami, przepijając do siebie.   

-  Niech  to  pioruny,  panowie  -  zdumiał  się  przedstawiciel  generalny,  jednym  łykiem 

wychylając pichon i wyciągając kieliszek ku sędziemu - Wspaniały trunek !   

Zapadł zmierzch i nie można już było prawie rozpoznać twarzy zgromadzonych. Za oknami 

czuło  się  obecność  pierwszych  gwiazd,  gdy  gospodyni  zapaliła  trzy  wielkie,  ciężkie  świeczniki, 

które  rzuciły  na  ściany  cienie  siedzących  wokół  okrągłego  stołu  niczym  kielich  jakiegoś 

fantastycznego  kwiatu.  Ufny,  swojski  nastrój,  atmosfera  powszechnej  życzliwości,  rozluźnienie 

form towarzyskich, obyczajów.   

- Jak w bajce - zdumiał się Traps.   

Obrońca starł serwetą pot z czoła.   

-  Sam  pan  jest  bajką,  drogi  panie  Traps  -  powiedział.  Nie zdarzyło  mi  się  jeszcze  spotkać 

oskarżonego, który z większym spokojem zdobyłby się na tak nierozważne wynurzenia.   

Traps zaśmiał się.   

- Niech pan się nie obawia, drogi sąsiedzie. Kiedy przesłuchanie się już zacznie, nie stracę 

głowy.   

W  pokoju  śmiertelna  cisza  jak  przed  chwilą.  Nie  usłyszysz  najcichszego  mlaskania, 

najlżejszego chrząknięcia   

- Nieszczęśniku - jęknął obrońca. - Cóż pan przez to rozumie: “Kiedy przesłuchanie się już 

zacznie” ?   

background image

- Czyżby - rzekł przedstawiciel generalny zgarniając na talerz sałatę - już coś się zaczęło ?   

Starcy  uśmiechnęli  się,  spojrzeli  po  sobie  porozumiewawczo,  przebiegle,  zachichotali 

radośnie.   

Milczący, opanowany łysek parsknął:   

- On nie zauważył, on nie zauważył !   

Traps  spojrzał  nieufnie,  był  zaskoczony,  ta  szelmowska  wesołość  wydała  mu  się 

niesamowita, wrażenie, które wprawdzie szybko ustąpiło, tak że sam nawet zaczął się śmiać.   

- Panowie wybaczą mi - powiedział - wyobrażałem sobie tę zabawę uroczyściej, godniej, z 

zachowaniem formalności, z posmakiem sali sądowej.   

-  Kochany  panie  Traps  -  wyjaśnił  mu  sędzia.  -  Wiele  bym  dał,  żeby  raz  jeszcze  ujrzeć 

pańską  zdumioną  twarz.  Nasz  sposób  sprawowania  sądu  wydaje  się  panu  obcy  i  za  bardzo 

pochopny,  jak  widzę,  lecz,  wielce  szanowny  panie,  my  czterej  przy  tym  stole  jesteśmy  na 

emeryturze i wyzwoliliśmy się od niepotrzebnego zalewu formułek, protokołów, papierków i ustaw 

i od całego tego kramu,  który ciąży na naszych sądach. My sądzimy nie  wdając się w szmatławe 

kodeksy i paragrafy.   

- To śmiałe - odpowiedział Traps trochę bełkotliwie. - To śmiałe, panowie, to mi imponuje. 

Nie wdając się w paragrafy, to jest śmiała idea.   

Obrońca  podniósł  się  ceremonialnie.  Idzie  zaczerpnąć  powietrza,  oznajmił,  nim  podadzą 

kurczaka  i  następne  dania,  mały  zdrowotny  spacerek  i  papieros  są  na  czasie,  zaprasza  więc  pana 

Trapsa, aby mu towarzyszył.   

Z werandy wkroczyli prosto w noc, która wreszcie zapadła, gorąca i majestatyczna. Z okien 

jadalni spływały na trawniki wstęgi światła, sięgając aż po grządki z różami. Niebo pełne gwiazd, 

bez  księżyca,  ciemnym  masywem  rysowały  się  drzewa,  ledwie  się  można  było  domyślić  ścieżek. 

Ociężali od wina, coraz to zataczali się i tracili równowagę, kosztowało ich wiele wysiłku, aby iść 

normalnie i prosto, palili papierosy paisiennes - czerwone punkciki w ciemności.   

-  Mój  Boże  -  Traps  zaczerpnął  powietrza  -  cóż  to  była  za  zabawa  tam  -  wskazał  ku 

oświetlonym oknom, w których właśnie ukazała się masywna sylwetka gospodyni. - Przyjemnie się 

zaczyna, całkiem przyjemnie.   

-  Drogi  przyjacielu  -  powiedział  obrońca  zataczając  się  i  wspierając  na  Trapsie.  -  Nim 

zawrócimy  i  zaatakujemy  naszego  kurczaka,  niech  mi  wolno  będzie  zwrócić  się  do  pana  z  jedną 

uwagą na serio, którą powinien pan sobie wziąć do serca. Darzę pana sympatią, mój drogi, życzę 

panu jak najlepiej, chcę mówić do pana jak ojciec: jesteśmy na najlepszej drodze, aby z kretesem 

przegrać nasz proces !   

background image

-  A  to  pech  -  odpowiedział  przedstawiciel  generalny,  ostrożnie  prowadząc  obrońcę  alejką 

wokół  wielkiego,  ciemnego  i  kulistego  masywu  zarośli.  Dalej  była  sadzawka,  wyczuli,  że  stoi  tu 

kamienna  ława,  usiedli.  Gwiazdy  odbijały  się  w  wodzie,  chłód  wzrastał.  Od  strony  wsi  tony 

harmonijki i śpiew, zadął też uroczyście alpejski róg - Związek Hodowców Drobiu świętował.   

-  Musi  się  pan  wziąć  w  kupę-  napomniał  obrońca.  -  Ważne  pozycje  zostały  opanowane 

przez wroga, zmarły Gygax, który całkiem niepotrzebnie wypłynął przez pańską niepowściągliwą 

paplaninę,  poważnie  panu  zagraża,  to  wszystko  obciąża,  niedoświadczony  obrońca  musiałby 

skapitulować, lecz wytrwałością - wykorzystując wszystkie szansa, przede wszystkim zaś licząc na 

pańską jak największą ostrożność i dyscyplinę - mogę jeszcze to, co istotne, uratować.   

Traps roześmiał się.   

-  To  byłaby  wcale  komiczna  zabawa  towarzyska  -  stwierdził  -  trzeba  by  ja  wprowadzić 

również na następnym posiedzeniu “Schlarafii”.   

-  Prawda  ?  -  ucieszył  się  obrońca.  -  Człowiek  odżywa.  Ja  zaraz  skapcaniałem,  drogi 

przyjacielu, jak tylko porzuciłem pracę i nagle, bez zajęcia, bez mojego dawnego zawodu miałem 

zażywać starości w tej wiosce. Bo cóż tu się dzieje ? Nic, tyle że nic czuje się fenu, to wszystko. 

Zdrowy  klimat  ?  Dobre  sobie  -  bez  pracy  umysłowej  !  Prokurator  dogorywał,  przypuszczano,  że 

nasz  gospodarz  ma  raka  żołądka.  Pilet  cierpiał  na  cukrzycę,  mnie  dokuczało  nadciśnienie.  Oto 

rezultat.  Pieskie  życie.  Często  siadywaliśmy  smutni,  gwarzyli  sobie  tęsknie  o  naszych  dawnych 

zawodach i sukcesach, to była nasza jedyna skromna rozrywka. I oto prokurator wpadł na pomysł, 

aby  wprowadzić  tę  zabawę,  sędzia  oddał  do  dyspozycji  dom,  a  ja  mój  kapitał.  -  No  cóż,  jestem 

kawalerem,  a  jako  wieloletni  adwokat  górnych  dziesięciu  tysięcy  mogłem  sobie  odłożyć  ładną 

sumkę.  Mój  drogi,  wprost  nie  chce  się  wierzyć,  jak  wspaniale  potrafi  się  odwzajemnić  swemu 

obrońcy uniewinniony korsarz wielkiej finansjery - graniczy to już z rozrzutnością. Zabawa ta stała 

się  dla  nas  ożywczym  źródłem,  hormony,  żołądki,  soki  żołądkowe  znów  zaczęły  dobrze 

funkcjonować,  zniknęła  nuda,  znów  pojawiły  się  energia,  młodzieńczość,  prężność,  apetyt:  niech 

pan  tylko  popatrzy  i  nie  zważając  na  swój  brzuch  wykonał  parę  ćwiczeń  gimnastycznych,  jeśli 

Traps  dobrze  dojrzał  w  ciemności.  -  Bawimy  się  z  gośćmi  sędziego,  którzy  odtwarzają  naszych 

oskarżonych  -  ciągnął  obrońca  siadając  -  czasem  z  domokrążcami,  a  przed  dwoma  miesiącami 

musieliśmy  nawet  skazać  pewnego  niemieckiego  generała  na  dwadzieścia  lat  więzienia. 

Przejeżdżał tędy z małżonką, tylko moja sztuka uratowała go od szubienicy.   

-  Wspaniale  -  powiedział  Traps  -  ta  produkcja  skazańców  !  Lecz  ta  szubienica  to  już 

nieprawdopodobne, z tym już troszeczkę pan przesadza, szanowny panie mecenasie, kara śmierci 

została przecież zniesiona.   

background image

- W prawodawstwie państwowym - stwierdził skwapliwie obrońca - lecz my tutaj mamy do 

czynienia z prawodawstwem prywatnym i znóweśmy ją wprowadzili. Właśnie możliwość skazania 

na karę śmierci sprawia, że nasza gra tak jest emocjonująca i osobliwa.   

- I kata też pewnie macie, co ? - zaśmiał się Traps.   

- Oczywiście - potwierdził z dumą obrońca. - Mamy i kata. Pilet.   

- Pilet ?   

- Zdziwił się pan, co ?   

Traps przełknął parę razy ślinę.   

- Przecież on ma gospodę i dostarcza wina, które pijemy.   

- Zawsze był oberżystą - uśmiechnął się dobrodusznie obrońca. - Swoje państwowe zajęcie 

uprawiał  tylko  jako  amator.  Niemal  honorowo.  Był  jednym  z  najwybitniejszych  fachowców  w 

sąsiednim  kraju;  wprawdzie  już  od  dwudziestu  lat  na  emeryturze,  lecz  wciąż  jeszcze  biegły  w 

swojej sztuce.   

Ulicą  przejechał  samochód  i  w  świetle  reflektorów  zajaśniał  dym  papierosów.  Przez 

mgnienie  oka  Traps  ujrzał  również  obrońcę,  nieforemną  postać  w  niechlujnym  surducie,  tłustą, 

zadowoloną, dobroduszną twarz. Zadrżał. Zimny poty wystąpił mu na czoło.   

- Pilet.   

Obrońca zdumiał się.   

- Cóż to się panu stało, drogi Traps ? Czują, że pan drży. Może zrobiło się panu niedobrze ?   

- Sam nie wiem - wyszeptał przedstawiciel generalny i ciężko westchnął. - Sam nie wiem.   

Ujrzał  przed  sobą  łyska,  który  przy  stole  zachowywał  się  dość  głupkowato,  trzeba  było 

dużego  opanowania,  żeby  jeść  w  towarzystwie  kogoś  takiego,  ale  czyż  można  go  winić,  że  miał 

biedaczysko  taki  zawód.  Łagodna  noc  letnia,  jeszcze  bardziej  łagodne  wino  nastroiły  Trapsa 

humanitarnie,  tolerancyjnie,  pozbawiły  go  uprzedzeń,  był  ostatecznie  człowiekiem,  który  wiele 

widział i znał świat, nie był tchórzem ani filistrem, był nie byle jakim fachowcem tekstylnym, tak, 

teraz nawet wydało się Trapsowi, że wieczór, bez kata byłby mniej wesoły i zabawny, cieszył się 

już, że niebawem będzie mógł w “Schlarafii” popisać się tą przygodą, kata też pewnie jakoś by się 

sprowadziło przy pomocy niewielkiego wynagrodzenia i zwrotu kosztów, i wreszcie wyzwolony od 

obaw  wybuchnął  śmiechem:  “Ależ  wpadłem!  A  już  miałem  stracha  !  Zabawa  staje  się  coraz 

weselsza !”   

- Zaufaniem płaci się za zaufanie - powiedział obrońca, kiedy się już podnieśli i wspierając 

się  wzajemnie,  oślepieni  światłem  bijącym  z  okien  ostrożnie  postępowali  ku  domowi.  -  Jak  pan 

zabił Gygaxa ?   

- Ja miałbym zabić Gygaxa ?   

background image

- No, jeżeli nie żyje !   

- Ale to nie ja go zabiłem !   

Obrońca zatrzymał się.   

-  Mój  drogi  ,  młody  przyjacielu  -  odpowiedział  współczująca.  -  Rozumiem  pańskie 

skrupuły.  Ze wszystkich zbrodni najbardziej przykro jest przyznać się do morderstwa. Oskarżony 

wstydzi  się,  nie  chce  uznać  swego  czynu,  zapomina,  usuwa  go  z  pamięci,  w  ogóle  wiele  ma 

zastrzeżeń  wobec  przeszłości,  obciąża  siebie  przesadnymi  wyrzutami  i  nikomu  nie  ufa,  nawet 

swemu  przyjacielowi  i  opiekunowi,  obrońcy,  co  właśnie  jest  najbardziej  niedorzeczne,  bo  dobry 

obrońca kocha mord i cieszy się, kiedy mu się jakiś mord przedstawi. Do rzeczy więc, drogi panie 

Traps. Ja czuję się dobrze wtedy, kiedy mam przed sobą jakieś rzeczywiste zadanie, jak alpinista, 

który stoi u stóp niepokonanego czterotysięcznika, że się tak wyrażę, jako doświadczony turysta - 

wtedy  mózg  zaczyna  myśleć,  wszystkie  tryby  poruszają  się  sprawnie,  aż  miło.  Pańska  nieufność 

jest  więc  wielkim,  tak,  chciałoby  się  rzec,  zasadniczym  błędem,  jaki  pan popełnia.  Dlatego  niech 

pan się wreszcie przyzna, mój stary !   

Przedstawiciel generalny zaklinał się jednak, że nie ma nic do wyznania   

Obrońca  zawahał  się.  W  ostrym  świetle  padającym  z  okna,  od  którego  dobiegał  coraz 

bardziej swawolny brzęk kieliszków i śmiechy, patrzył na Trapsa wytrzeszczonymi oczami.   

-  Chłopcze  mój,  chłopcze  -  mruczał  z  dezaprobatą  -  a  cóż  to  znowu  ma  znaczyć  ?  Wciąż 

jeszcze  nie  chce  pan  porzucić  swojej  fałszywej  taktyki  i  dalej  chce  pan  grać  niewinnego  ?  Czy 

wciąż pan jeszcze nic nie rozumie ? Trzeba się przyznać, czy się chce, czy nie, a zawsze znajdzie 

się  coś,  do  czego  należałoby  się  przyznać,  przecież  powinno  to  panu  już  wreszcie  zaświtać  w 

głowie  ! A więc śmiało, mój drogi, bez ceregieli i ociągania się, niech pan wali, co panu leży na 

wątrobie.  Jak  zabił  pan  Gygaxa  ?  W  afekcie,  prawda  ?  Wtedy  musielibyśmy  przygotować  się  do 

oskarżenia o zabójstwo. Mogę się założyć, że prokurator zdąża w tym kierunku. Przeczucie mi to 

mówi. Znam ja tego gagatka !   

Traps potrząsnął głową.   

- Drogi panie obrońco - powiedział - Szczególny urok naszej gry polega na tym, jeśli wolno 

mi  jako  początkującemu  wyrazić  swoje  bardzo  niekompetentne  zdanie,  że  biorący  w  niej  udział 

czuje  się  nagle  nieswojo  i  przenika  go  dreszcz  strachu.  Zabawa  grozi  przerodzeniem  się  w 

rzeczywistość.  Człowiek  zadaje  sobie  nieraz  pytanie,  czy  jest  właściwie  przestępcą,  czy  nie,  czy 

rzeczywiście zabił starego Gygaxa, czy go nie zabił. Kiedy słuchałem pana, o mało nie zakręciło mi 

się  w  głowie.  I  dlatego  zaufaniem  odwzajemniam  zaufanie.  Nie  ponoszę  winy  za  śmierć  starego 

gangstera. Naprawdę.   

background image

Przy  tych  słowach  wkroczyli  znów  do  jadalni,  gdzie  już  podawano  kurczaka,  a  w 

kieliszkach iskrzył się chateau pavie 1921.   

Traps,  ożywiony,  zwrócił  się  do  poważnego,  milczącego  łyska,  uścisnął  mu  rękę.  Od 

obrońcy  dowiedział  się,  jaki  był  dawny  zawód  łyska,  i  chciałby  podkreślić,  że  nie  może  być  nic 

bardziej miłego niż ujrzeć przy stole tak dzielnego człowieka, zapewnia go, że nie ma w tej mierze 

przesądów, wręcz przeciwnie. Pilet, gładząc przyczernionego wąsa, bełkotał rumieniąc się, trochę 

zażenowany i w jakimś okropnym dialekcie:   

- Jestem rad, jestem rad, będę się starał.   

Po  tej  wzruszającej  scenie  bratania  się  kurczak  smakował  wyśmienicie.  Był  przyrządzony 

według sekretnego przepisu Simony, jak oznajmił sędzia. Mlaskano, jedzono rękoma, wychwalając 

ten  arcyprzysmak,  pito,  trącano  się  kieliszkami  za  zdrowie  każdego,  zlizywano  sos  z  palców, 

wszyscy czuli się znakomicie i w atmosferze przytulnej swojskości proces znów ruszył z miejsca: 

prokurator  z  serwetą  zawiązaną  wokół  szyi,  podnosząc  kąsek  ku  układającym  się  w  dziób, 

mlaskającym  ustom,  wciąż  żywił  nadzieję,  że  jako  przystawkę  do  drobiu  otrzyma  jeszcze 

przyznanie się do winy.   

-  Oczywiście,  kochany  i  wielce  szanowny  oskarżony  -  wypytywał  Trapsa  -  otruł  pan 

Gygaxa ?   

- Nie - zaśmiał się Traps. - Nic podobnego.   

- Powiedzmy więc: zastrzelił ?   

- Też nie.   

- Zaaranżował tajemniczy wypadek samochodowy ?   

Wszyscy się roześmieli, a obrońca zasyczał:   

- Uwaga ! To pułapka !   

-  Pech,  panie  prokuratorze,  wyraźny  pech  -  zawołał  ze  swadą  Traps.  -  Gygax  umarł  na 

zawał serca, i nie był to pierwszy zawał, jaki mu się przytrafił, już przed laty chwyciło go, musiał 

uważać na siebie, chociaż wobec innych udawał  zdrowego, przy  lada wzruszeniu można się było 

obawiać, że to się powtórzy, wiem dobrze.   

- Ach, i od kogóż to ?   

- Od jego żony, panie prokuratorze.   

- Od jego żony ?   

- Uwaga na miłość boską - wyszeptał obrońca.   

Chateau pavie z 1921 przerósł oczekiwania. Traps wychylał już czwarty kieliszek i Simona 

postawiła  obok  niego  dodatkową  flaszkę.  Ponieważ  prokurator  się  dziwi  -  tu  przedstawiciel 

generalny przepił do starszych panów - nie chcę, aby wysoki sąd myślał, że on coś ukrywa, chce 

background image

powiedzieć  prawdę  i  przy  prawdzie  obstawać,  choćby  nawet  obrońca  miał  dalej  ostrzegawczo 

posykiwać  swoje  ostrzeżenia.  Z  panią  Gygax  mianowicie  istotnie  coś  go  łączyło,  no  tak,  stary 

gangster  często  bywał  w  podróży,  zaniedbując  najokropniej  swoją  dobrze  zbudowaną  i  powabną 

żonkę,  od  czasu  do  czasu  grał  więc  rolę  pocieszyciela  na  kanapie  w  pokoju  Gygaxa,  a  później 

niekiedy i w łożu małżeńskim, jak to się zdarza i jak to bywa na tym świecie.   

Na  te  słowa  Trapsa  starsi  panowie  zmartwieli,  następnie  zaś  zapiszczeli  naraz  głośno  z 

satysfakcji i łysek, zwykle milczący, zawołał podrzucając biały goździk:   

- Przyznaje się, przyznaje się.   

Tylko obrońca, zrozpaczony, złapał się za głowę.   

-  Co  za  głupota  -  zawołał.  Jego  klient  zwariował  i  nie  można  brać  na  serio  jego 

opowiadania. Traps zaprotestował z oburzeniem wśród nowych oklasków zgromadzonych. Od tego 

zaczęła  się  dłuższa  wymiana  zdań  między  obrońca  i  prokuratorem,  gwałtowne  zmaganie  się, 

komiczne  i  poważne  zarazem,  którego  treści  Traps  nie  rozumiał...  Chodziło  o  słowo  dolus, 

przedstawiciel  generalny  nie  wiedział,  co  by  też  mogło  oznaczać.  Dyskusja  stawała  się  coraz 

bardziej  gwałtowna,  prowadzona  coraz  głośniej,  coraz  bardziej  niezrozumiale,  wtrącił  się  sędzia, 

uniósł  się  nawet.  Traps  z  początku  usiłował  przysłuchiwać  się,  aby  zgadnąć,  o  czym  była  mowa, 

odetchnął  jednak,  kiedy  gospodyni  podała  sery  -  camambert,  brie,  ementaler,  gruyere,  tete  de 

moine, vacherin, limburger, gorgonzola i pogodziwszy się z tym, że dolus znaczy dolus, przepił do 

łyska,  jedynego,  który  milczał  i  też  zdawał  się  nic  nie  rozumieć,  kiedy  naraz,  niespodziewanie 

prokurator znów zwrócił się do niego.   

-  Panie  Traps  -  zapytał  ze  zjeżoną  lwią  grzywą  i  purpurową  twarzą,  trzymając  monokl  w 

lewej ręce. - Czy wciąż jeszcze jest pan zaprzyjaźniony z panią Gygax ?   

Wszyscy wpatrzyli się w Trapsa, który wsunął do ust kawałek bułka z camambertem i żuł 

smakowicie.  Następnie  wychylił  jeszcze  jeden  łyk  chateau  pavie.  Gdzieś  tykał  zegar,  a  od  wsi 

dolatywały  wciąż  dalekie  tony  organków  i  męski  śpiew:  Był  sobie  domek  “Pod  Szwajcarską 

Szpadą”   

Odkąd  umarł  Gygax,  wyjaśnił  Traps,  nie  odwiedzał  już  kobietki.  Ostatecznie  nie  chciałby 

psuć dobrej sławy dzielnej wdowy.   

To oświadczenie obudziło ku jego zdumieniu upiorną, niepojętą wesołość, wzrosła jeszcze 

ogólna  swawola,  prokurator  zawołał:  Dolo  malo,  dolo  malo,  wykrzykiwał  greckie  i  łacińskie 

wiersze,  cytował  Schillera  i  Goethego,  podczas  gdy  mały  sędzia  zdmuchiwał  świece,  aż  do 

ostatniej,  której  użył  do  tego,  aby  głośno  sapiąc  i  pobekując,  z  pomocą  dłoni  poruszanych  za  jej 

płomieniem,  rzucać  na  ścianę  najfantastyczniejsze  cienie,  kozły,  nietoperze,  leśne  duszki,  przy 

czym  Pilet  tak  bębnił  w  stół,  że  kieliszki,  talerze,  półmiski  podskakiwały:  “Zanosi  się  na  wyrok 

background image

śmierci, zanosi się na wyrok śmierci !” Tylko obrońca nie brał udziału w ogólnej radości, podsunął 

Trapsowi  półmisek  namawiając,  żeby  jadł,  muszą  się  pocieszyć  serem,  nie  pozostało  im  już  nic 

innego.   

Wniesiono  chateau  margaux.  Spokój  znów  wrócił.  Wszyscy  wpatrywali  się  w  sędziego, 

który  przystąpił  ostrożnie  i  ceremonialnie  do  odkorkowywania  omszałej  butelki  (rocznik  1914) 

przy pomocy osobliwego, zabytkowego korkociągu, którym można było wyciągnąć korek z leżącej 

butelki,  nie  wyjmując  jej  z  koszyczka,  czynność,  której  wszyscy  przyglądali  się  w  napięciu, 

wstrzymując  oddech,  trzeba  było  przecież  zachować  korek  możliwie  nie  uszkodzony,  był  to 

bowiem  jedyny  dowód,  że  flaszka  rzeczywiście  pochodziła  z  roku  1914,  cztery  dziesiątki  lat 

zniszczyły już etykietkę. Korek wysunął się tylko częściowo, resztę trzeba było starannie usuwać, 

można  było  jednak  odczytać  jeszcze  na  nim  datę,  podawano  go  sobie  wzajemnie,  wąchano, 

podziwiano  i  w  końcu  uroczyście  wręczono  przedstawicielowi  generalnemu,  na  pamiątkę 

czarującego  wieczoru,  jak  wyraził  się  sędzia.  Teraz  sędzia  skosztował  wina,  mlasnął,  napełnił 

kieliszki,  po  czym  inni  zaczęli  wąchać,  popijać,  wybuchali  okrzykami  zachwytu,  wychwalali  tak 

świetnego  gospodarza.  Podawano  sobie  ser  i  sędzia  wezwał  prokuratora,  aby  wygłosić  swoją 

“mówkę  oskarżycielską”.  Prokurator  zażądał  naprzód  nowych  świec,  rzecz  powinna  się  odbyć 

uroczyście, z należnym nabożeństwem, potrzebna jest koncentracja, wewnętrzne skupienie. Simona 

przyniosła,  czego  żądał.  Wszyscy  byli  zaciekawieni,  przedstawicielowi  generalnemu  te 

przygotowania  wydały  się  trochę  niesamowite,  przebiegł  go  dreszcz,  lecz  zarazem  jego  przygoda 

wydała mu się cudowna i za nic na świecie nie zrezygnowałby z niej. Jedynie jego obrońca zdawał 

się być niezupełnie zadowolony.   

- Zgoda, Traps - powiedział - wysłuchajmy mowy oskarżycielskiej. Zdziwisz się pan, kiedy 

zobaczysz  jakiegoś  sobie  piwa  nawarzył  przez  nieopatrzne  odpowiedzi  i  błędną  taktykę.  O  ile 

przedtem było źle, to teraz jest już beznadziejnie. Ale odwagi, już ja panu pomogę wydostać się z 

tarapatów, niech pan tylko nie traci  głowy, będzie to kosztowało pana trochę nerwów, aby  wyjść 

cało.   

Istotnie  przyszła  już  pora  na  przemówienie  oskarżyciela.  Ogólne  pochrząkiwanie, 

pokasływanie,  jeszcze  raz  się  trącono  i  prokurator  rozpoczął  swoją  mowę  wśród  chichotów  i 

uśmieszków.   

- Najzabawniejsze w tym naszym kawalerskim wieczorku, najbardziej udane jest chyba to - 

powiedział  podnosząc  kieliszek,  nie  wstając  jednak  z  krzesła  -  żeśmy  natrafili  na  trop  mordu  z 

takim  wyrafinowaniem  uknutego,  że  wymknął  się  oczywiście  państwowemu  wymiarowi 

sprawiedliwości.   

Traps, zaskoczony, nagle wybuchnął gniewem.   

background image

-  Ja  miałbym  popełnić  mord  ?  -  protestował.  -  No,  moi  panowie,  wydaje  mi  się,  ze 

poszliście  za  daleko,  już  obrońca  wystąpił  z  tą  głupią  historią  -  ale  opamiętał  się  natychmiast  i 

zaczął  się  śmiać  nieopanowanie,  ledwie  mógł  się  uspokoić.  Cudowny  kawał,  teraz  już  rozumie, 

chcą wmówić w niego zbrodnię. Można pęknąć ze śmiechu, naprawdę można pęknąć ze śmiechu.   

Prokurator spojrzał z godnością na Trapsa, przetarł monokl, znów go założył.   

-  Oskarżony  -  powiedział  -  powątpiewa  o  swojej  winie.  To  rzecz  ludzka.  Któż  z  nas  zna 

siebie,  któż  z  nas  wie  o  własnych  zbrodniach  i  skrywanych  nieprawościach  ?  Jedno  wszakże 

powinno być już teraz podkreślone, nim namiętności naszej gry na nowo wybuchną: jeśli Traps jest 

mordercą  -  jak  ja  twierdzę,  jak  wewnętrznie  jestem  przeświadczony  -  wówczas  czeka  nas 

szczególnie  uroczysta  chwila.  I  słusznie.  Odkrycie  mordu  to  radosne  zdarzenie,  przyspiesza  ono 

rytm naszych serc, stawia nas wobec nowych zadań, decyzji, obowiązków - toteż chciałbym przede 

wszystkim  pogratulować  naszemu  drogiemu  domniemanemu  sprawcy,  nie  jest  bowiem  rzeczą 

możliwą  odkryć  mord  bez  pomocy  sprawcy,  przywrócić  rządy  sprawiedliwości.  A  zatem  za 

najlepsze  zdrowie  naszego  przyjaciela,  naszego  skromnego  Alfredo  Trapsa,  którego  życzliwy  los 

zesłał między nas.   

Wybuchła  radosna  wrzawa,  biesiadnicy  powstawali,  pili  za  zdrowie  przedstawiciela 

generalnego,  on  dziękował  ze  łzami  w  oczach  i zapewniał,  że  jest  to  najpiękniejszy  wieczór  jego 

życia.   

Prokurator, teraz również ze łzami:   

-  Jego  najpiękniejszy  wieczór,  oznajmia  nasz  szanowny  gość,  co  za  słowo,  co  za 

wstrząsające  słowo.  Wspomnijmy  tylko  czasy,  kiedy  w  służbie  państwa  uprawiało  się  ponure 

rzemiosło.  Nie  jako  przyjaciel,  stawał  wówczas  przed  nami  oskarżony,  lecz  jako  wróg;  tego, 

którego  powinniśmy  przycisnąć  do  piersi,  odpychaliśmy  od  siebie.  Niech  cię  więc  przygarnę  do 

piersi !   

Z tymi słowami zerwał się, przyciągnął Trapsa i objął go gwałtownie.   

- Prokuratorze, drogi, drogi przyjacielu - bełkotał przedstawiciel generalny.   

-  Oskarżony,  kochany  Traps  -  szlochał  prokurator.  -  Bądźmy  na  ty.  Nazywam  się  Kurt. 

Twoje zdrowie, Alfredo !   

-  Twoje  zdrowie,  Kurt  !    Całowali  się,  tulili  do  serca,  głaskali,  przepijali  do  siebie,  rosło 

wzruszenie, skupiony nastrój rozkwitającej przyjaźni.   

- Jakże wszystko się odmieniło - promieniał prokurator. - Goniliśmy kiedyś od sprawy do 

sprawy,  od  zbrodni  do  zbrodni,  od  wyroku  do  wyroku;  teraz  spokojnie  uzasadniamy,  wysuwamy 

kontrargumenty, referujemy, dysputujemy, mówimy i zgłaszamy sprzeciw, dobrodusznie, wesoło, 

bez  pośpiechu;  uczymy  się  szanować  oskarżonego,  kochać  go,  cieszymy  się  jego  sympatią, 

background image

bratamy  się  wzajemnie.  Z  chwilą  gdy  to  nastąpiło,  wszystko  toczy  się  dalej  łatwo,  zbrodnia  traci 

wagę,  wyrok  nie  jest  już  bolesny.  Niech  mi  będzie  zatem  wolno  w  obliczu  dokonanego  mordu 

wypowiedzieć słowa uznania. (Traps, znów w świetnym humorze, wtrąca w tym miejscu: “Dowód, 

drogi  Kurt,  dowód  !”)  -  Słowa  jak  najbardziej  zasłużone,  bo  chodzi  o  doskonały,  piękny  mord. 

Oczywiście  drogi  sprawca  mógłby  widzieć  w  tym  burszowski  cynizm,  nic  nie  jest  mi  jednak 

bardziej  obce.  “Pięknym”  można  nazwać  jego  czyn  w  dwojakim  rozumieniu,  w  sensie 

filozoficznym  i  techniczno  -mistrzowskim.  Nasze  zgromadzenie  mianowicie,  zacny  przyjacielu 

Alfredo,  porzuciło  przesąd,  aby  w  zbrodni  widzieć  coś  przeciwnego  pięknu,  straszliwego,  w 

sprawiedliwości  natomiast  coś  pięknego,  aczkolwiek  może  groźniej  pięknego;  nie,  my  nawet  w 

zbrodni  odkrywamy  piękno  jako  warunek  nieodzowny,  który  dopiero  umożliwia  wymiar 

sprawiedliwości. Oto aspekt filozoficzny. Oceńmy teraz techniczne piękno czynu. Ocena. Sądzę, że 

znalazłem właściwe słowo, moja mowa oskarżycielska nie chce przecież być mową terrorystyczną, 

która  mogłaby  naszego  przyjaciela  zażenować,  wprawić  w  zakłopotanie,  lecz  oceną,  która  mu 

przedstawi zbrodnię, pozwoli jej rozkwitnąć, uświadomi mu ją. Tylko na czystym cokole poznania 

można  wznieść  monolitowy  pomnik  sprawiedliwości.  -  Prokurator,  który  liczył  już  sobie 

osiemdziesiąt sześć lat, zrobił pauzę. Mimo podeszłego wieku przemawiał donośnym, skrzypiącym 

głosem i z wielkim ożywieniem, wiele przy tym jadł i popijał. Teraz ścierał pot z czoła zawiązaną 

dokoła  szyi  poplamioną  serwetą,  wycierał  nią  pofałdowany  kark.  Traps  był  wzruszony.  Siedział 

bezwładnie  w  fotelu,  ociężały  od  jedzenia.  Był  syty,  lecz  nie  chciał  dopuścić,  aby  zaćmiło  go 

czterech  staruchów,  chociaż  przyznawał  w  głębi  duszy,  że  z  trudem  może  dotrzymać  kroku 

potężnym  apetytom  i  pragnieniu  starców.  Był  tęgim  żarłokiem,  lecz  nie  zdarzyło  mu  się  jeszcze 

spotkać  takiej  żywotności  i  takiego  obżarstwa.  Zdumiony,  wpatrywał  się  w  stół,  pochlebiała  mu 

serdeczność,  z  jaką  traktował  go  prokurator,  słyszał,  jak  na  wieży  kościelnej  bije  uroczyście 

dwunasta i z daleka dolatuje nocny chór hodowców drobiu: “Życie nasze niby podróż...”   

-  Jak  w  bajce  -  dziwił  się  wciąż  przedstawiciel  generalny.  -  Jak  w  bajce.  -  A  potem:  -  Ja 

miałbym popełnić mord, właśnie ja, ciekawi mnie tylko w jaki sposób ?   

Tymczasem  sędzia  odkorkował  następną  butelkę  chateau  margaux  1914  i  prokurator,  już 

znów rześki, zaczął od nowa.   

-  Jak  to  się  stało  -  mówił  -  jak  odkryłem,  że  naszemu  drogiemu  przyjacielowi  można  by 

zaszczytnie przypisać mord, i to nie zwyczajny sobie mord, ale mord mistrzowski, dokonany bez 

przelewu krwi, bez takich środków jak trucizna, pistolety i tym podobne ?   

Odchrząknął, Traps znieruchomiał z vacherinem w ustach, zapatrzony w prokuratora.   

Jako  fachowiec  musi  przede  wszystkim  wyjść  z  założenia,  ciągnął  prokurator  dalej,  że 

zbrodnia może ukrywać się za każdym zdarzeniem, w każdej osobie. Pierwsze domniemanie, że w 

background image

osobie    pana  Trapsa  natrafiono  na  kogoś  uprzywilejowanego  przez  los  i  obdarzonego  łaską 

zbrodni, zawdzięcza tej okoliczności, że przedstawicie generalny przed rokiem używał był starego 

citroena, obecnie zaś chlubi się studebakerem.   

-  Wiem  oczywiście  -  mówił  dalej  -  że  żyjemy  w  okresie  wielkiej  koniunktury,  i  dlatego 

domniemanie  było  zrazu  bardzo  niejasne,  zbliżone  raczej  do  intuicji,  że  mamy  tu  przed  sobą 

przeżycie  radosne,  a  mianowicie  odkrycie  mordu.  Że  nasz  drogi  przyjaciel  zajął  stanowisko 

swojego szefa, że musiał szefa usunąć, że szef umarł, te fakty nie stanowiły jeszcze dowodu, były 

to  dopiero  impulsy,  które  tę  intuicję  wzmacniały  ,  gruntowały.  Podejrzenie,  podbudowane 

logicznie, zjawiło się dopiero wtedy, kiedyśmy się dowiedzieli, na co umarł ten mityczny szef - na 

zawał  serce.  Tego  należało  się  chwycić,  kombinować,  wytężać  swoją  dociekliwość  i  węch, 

dyskretnie  działać,  zastawiać  wnyki  na  prawdę,  w  powszedniości  rozpoznać  coś  osobliwego,  w 

wyraźnym dojrzeć coś niewyraźnego, jakieś zarysy we mgle; wierzyć w mord właśnie dlatego, że 

wydaje  się  absurdalny  -  zakładać,  że  jest  możliwy.  Rzućmy  okiem  na  materiał  dowodowy. 

Naszkicujmy portret zmarłego. Niewiele o nim wiemy; to, co wiemy, czerpiemy ze słów naszego 

sympatycznego  gościa.  Pan  Gygax  był  przedstawicielem  generalnym  sztucznej  tkaniny  hefajston, 

w  której  pożyteczne  właściwości,  wymienione  przez  naszego  Alfredo,  chętnie  wierzymy.  Był  to 

człowiek,  jak  możemy  dalej  wnosić,  idący  na  całego,  wyzyskujący  bezwzględnie  swoich 

podwładnych, człowiek, który nie zawahał się robić interesów metodami, które były często więcej 

niż wątpliwie.   

- To prawda - zawołał zachwycony Traps - świetnie pan utrafił w tego łajdaka !   

-  Dalej  zaś  możemy  wnioskować  -  ciągnął  prokurator  -  że  wobec  innych  chętnie  udawał 

siłacza,  osiłka,  przedsiębiorczego  człowieka  interesu,  co  znaleźć  się  potrafi  w  każdej  sytuacji  i  z 

niejednego  pieca  chleb  jadał,  i  dlatego  też  Gygax  ciężką  chorobę  serca  najstaranniej  ukrywał  - 

również i tutaj cytujemy Alfredo - znosił tę chorobę, jak możemy się domyślać, z pewnego rodzaju 

krnąbrnym sprzeciwem, że się tak wyrażę, jak osobistą utratę prestiżu.   

- Cudownie - zdumiał się przedstawiciel generalny. - to są już prawie czary, założyłbym się, 

że Kurt znał zmarłego.   

-    Niech lepiej milczy - syknął obrońca.   

-    Do  tego  należy  dodać  -  oświadczył  prokurator  -  jeżeli  chcemy  obraz  pana  Gygaxa 

uzupełnić,  że  zmarły  zaniedbywał  swoją  żonę,  którą  wyobrażamy  sobie  jako  apetyczną  i  dobrze 

zbudowaną  kobietkę  -  tak  przynajmniej  wyraził  się  w  przybliżeniu  nasz  przyjaciel.  Dla  Gygaxa 

liczył  się  tylko  sukces,  interes,  pozory,  fasada  i  z  pewnym  prawdopodobieństwem  możemy 

przypuszczać, że był on przeświadczony o wierności swojej żony i sądził, że jest zjawiskiem zbyt 

nadzwyczajnym i zbyt wyjątkowym okazem mężczyzny, ażeby nasunąć żonie choćby samą myśl o 

background image

zdradzie małżeńskiej, i dlatego też musiałoby to być dla niego wielkim ciosem, gdyby dowiedział 

się, że żona zdradziła go z naszym Casanovą z “Schlaraffii”.   

Wszyscy się roześmiali, a Traps z ukontentowania walił się po udach.   

- Taki był właśnie - powiedział rozpromieniony domniemaniem prokuratora. - To go dobiło, 

kiedy się dowiedział.   

- Pan po prostu zwariował - jęknął obrońca.   

Prokurator podniósł się i z wyrazem szczęścia na twarzy popatrzył na Trapsa, który nożem 

oskrobywał tete de moine.   

-  Ach  -  spytał  -  jakżeż  on  się  o  tym  dowiedział,  stary  grzesznik ?  Czyżby  wyznała  mu  to 

jego apetyczna żoneczka ?   

-  Na  to  była  za  tchórzliwa,  panie  prokuratorze  -  odpowiedział  Traps.  -  Okropnie  bała  się 

tego gangstera.   

- Czy Gygax sam to wykrył ?   

- Na to był za bardzo zarozumiały.   

- Więc może ty mu wyznałeś, mój drogi przyjacielu i Don Juanie ?   

Traps mimo woli poczerwieniał.   

- Ależ nie, Kurt - powiedział - Co ty też sobie myślisz. Jeden z nieskazitelnych przyjaciół z 

jego branży uświadomił starego łotra.   

- Jakże to ?   

- Chciał mi zaszkodzić. Zawsze był wrogo nastawiony do mnie.   

- Co za ludzie - zdumiał się prokurator. - Lecz jak dowiedział się ów dżentelmen o twoim 

stosunku ?   

- Opowiedziałem mu.   

- Opowiedziałeś ?   

- No tak, przy kieliszku. czego się wtedy nie opowiada   

-  Zgoda  -  skinął  głową  prokurator.  -  Ale  przecież  powiedziałeś  przed  chwilą,  że  partner 

pana Gygaxa nastawiony był do ciebie wrogo. Czy nie można było mieć już z góry pewności, że 

stary łajdak o wszystkim się dowie ?   

Teraz energicznie wtrącił się obrońca, zerwał się nawet, zlany potem, który nasycał kołnierz 

jego surduta.   

- Chciałbym zwrócić uwagę Trapsa - oznajmił - że na pytanie to można nie odpowiadać.   

Traps był innego zdania.   

background image

- Dlaczego nie ? - powiedział. - Pytanie jest przecież całkiem niewinne. Przeież omgło mi 

być zupełnie obojętne, czy Gygax o tym się dowie, czy nie. stary gangster zachowywał się wobec 

mnie tak bezwzględnie, że naprawdę nie potrzebowałem liczyć się z jakimiś względami.   

Przez  chwilę  w  pokoju  zapanowała  znowu  cisza,  cisza  śmiertelna,  i  zaraz  wybuchła 

wrzawa,  swawola,  homeryczny  śmiech,  istny  orkan  wesołości.  Łysy  milcząco  objął  Trapsa, 

ucałował  go,  obrońca  tak  się  śmiał,  że  aż  zgubił  cwikier.  Takiemu  oskarżonemu  nie  można  po 

prostu  mieć  niczego  za  złe  -  sędzia  i  prokurator  tańczyli  wokół  pokoju,  łomotali  w  ściany, 

potrząsali  sobie  ręce,  włazili  na  krzesła,  tłukli  butelki,  wyprawiali  z  zadowolenia  najbardziej 

niedorzeczne figle.   

- Oskarżony znów się przyznaje - zakrakał na cały pokój prokurator sadowiąc się teraz na 

oparciu  krzesła.  -  Drogiemu  gościowi  należy  się  najwyższa  pochwała,  gra  on  rzeczywiście 

znakomicie.  Sprawa  jest  jasna,  osiągnęliśmy  ostateczną  pewność  -  ciągnął  dalej  na  chyboczącym 

się  krześle.  Wyglądał  jak  zwietrzały  barokowy  posąg.  -  Przypatrzmy  się  naszemu  szanownemu, 

drogiemu  Alfredo.  Był  zdany  na  łaskę  i  niełaskę  tego  gangstera,  przebranego  za  szefa  i  tłukł  się 

citroenem po okolicy. Jeszcze przed rokiem ! Mógłby być z tego dumny, nasz przyjaciel, ten ojciec 

czworga  dziatek,  ten  syn  robotnika  fabrycznego.  I  słusznie.  Jeszcze  podczas  wojny  był 

domokrążcą,  a  nawet  nie  domokrążcą  -  nie  miał  licencji,  był  więc  tylko  włóczęgą,  sprzedającym 

towary  tekstylne  nielegalnego  pochodzenia,  małym  pokątnym  handlarzem.  Koleją  od  wioski  do 

wioski  albo  pieszo  przez  polne  drogi,  całymi  kilometrami,  przez  mroczne  lasy  w  drodze  do 

odległych osiedli, przez  ramię przewieszona wytarta skórzana torba  czy  nawet zwykły koszyk, w 

ręku rozlatująca się walizka. Teraz porósł w piórka, wrósł w interes, był członkiem partii liberalnej, 

w przeciwieństwie do swego ojca marksisty. Lecz któż wypoczywa na gałęzi, na którą wreszcie się 

wdrapał,  kiedy  ponad  nim,  blisko  szczytu  -  żeby  się  poetycko  wyrazić  -  rozpościerają  się  dalsze 

konary  z  jeszcze  lepszymi  owocami  ?  Wprawdzie  zarabiał  dobrze,  mknął  w  swym  citroenie  od 

jednego  sklepu  tekstylnego  do  drugiego,  maszyna  nie  była  taka  zła,  lecz  nasz  drogi  Alfredo 

widział, jak z prawa i z lewa wynurzają się nowe modele, przelatują ze świstem obok niego, mijają 

go i prześcigają. W kraju rósł dobrobyt, któż nie chciałby w nim uczestniczyć ?   

- Tak był właśnie, Kurt - promieniał Traps. - całkiem dokładnie tak.   

Prokurator był teraz w swoim żywiole, szczęśliwy, zadowolony jak szczodrze obdarowane 

dziecko.   

-  Łatwiej  było  powziąć  postanowienie  niż  je  przeprowadzić  -  wyjaśnił,  wciąż  jeszcze 

siedząc na poręczy krzesła. - Szef nie dopuszczał go wyżej, złośliwie, wytrwale go wykorzystywał, 

dawał mu zaliczki na konto nowych kontaktów, umiał coraz bardziej, bezlitośnie przywiązywać go 

do siebie !   

background image

-  Bardzo  słusznie  -  krzyczał  w  oburzeniu  przedstawiciel  generalny.  -  Panowie  nawet  nie 

wyobrażają sobie, jak mnie usidlił ten stary gangster !   

- Trzeba było iść na całego - powiedział prokurator.   

- I to jak jeszcze - potwierdził Traps.   

Odezwania  oskarżonego  rozogniły  prokuratora,  stał  teraz  na  krześle,  powiewając  jak 

chorągwią  serwetą  spryskaną  winem,  na  kamizelce  jego  widniały  resztki  sałatki,  sosu 

pomidorowego, ryby.   

Nasz drogi przyjaciel wystąpił najprzód w dziedzinie interesów, również i tutaj niezupełnie 

fair,  jak  sam  przyznaje.  Możemy  sobie  w  przybliżeniu  przedstawić,  jak  to  wyglądało.  Nawiązał 

potajemni  kontakt  z  dostawcą  swego  szefa,  sondował,  obiecywał  lepsze  warunki,  siał  zamęt, 

porozumiewał  się  z  innymi  agentami  tekstylnymi,  zawierał  przymierza  i  kontrprzymierza. 

Następnie wpadł na pomysł, aby obrać jeszcze inną drogę.   

- Jeszcze inną drogę ? - zdumiał się Trap    Prokurator skinął głową.   

- Ta droga, moi panowie, prowadziła poprzez kanapę w mieszkaniu Gygaxa prosto do jego 

małżeńskiego łoża.   

Wszyscy się roześmiali, najgłośniej Traps.   

- Rzeczywiście - potwierdził - to był złośliwy kawał, który zrobiłem staremu gangsterowi. 

Ale i sytuacja była aż za śmieszna, jak sobie przypominam. Dotąd wstydziłem się właściwie, któż 

się  chętnie  zastanawia  nad  sobą,  nikt  nie  ma  całkiem  czystej  koszuli,  lecz  między  tak 

wyrozumiałymi  przyjaciółmi  wstyd  byłby  czymś  śmiesznym,  niepotrzebny,  Ciekawe  !  Czuję,  że 

zostałem zrozumiany, i zaczynam też rozumieć siebie, jakbym zawierał znajomość z człowiekiem, 

którym  sam  jestem,  którego  gdzieś  tam  przedtem  poznałem    bardzo  przelotnie  jako  pewnego 

przedstawiciela generalnego w studebakerze z żoną i dziećmi.   

-  Z  satysfakcją  stwierdzamy  -  odpowiedział  prokurator  tonem  ciepłym  i  serdecznym  -  że 

naszemu  przyjacielowi  zaczyna  coś  świtać.  Pomagajmy  mu  dalej,  aby  wreszcie  zyskał  pełną 

jasność. Śledzimy motywy jego postępowania z gorliwością radosnych archeologów, a natkniemy 

się  w  końcu  na  wspaniałość  ukrytych  zbrodni.  Nawiązał  stosunek  z  panią  Gygax.  Jak  do  tego 

doszło  ?  Widział  już  przedtem  apetyczną  kobietkę,  jak  możemy  sobie  wyobrazić.  Być  może 

zdarzyło się to późnym wieczorem, może w zimie, gdzieś około szóstej (Traps: “O siódmej, Kurt, o 

siódmej !”), kiedy zapadł piękna miejska noc, zapaliły się złote latarnie uliczne, wszędzie widniały 

oświetlone wystawy i kina, zielone i żółte neony, było przytulnie, rozkosznie, nęcąco. Jechał swym 

citroenem  śliskimi  ulicami  w  kierunku  dzielnicy  willowej,  gdzie  mieszkał  jego  szef  (Traps, 

zachwycony,  wtrąca:  “Tak,  tak,  dzielnica  willowa”),  teczka  pod  pachą,  polecenia,  próbki  tkanin. 

Miała  zapaść  ważna  decyzja,  lecz  limuzyna  Gygaxa  nie  stała  na  zwykłym  miejscu  przy 

background image

krawężniku, mimo to przeszedł przez mroczny park, zadzwonił. Pani Gygax otworzyła, jej mąż nie 

wróci dzisiaj do domu, a służąca wyszła. Była w sukni wieczorowej, albo jeszcze lepiej w płaszczu 

kąpielowym,  zapytała,  czy  Traps  nie  zechciałby  jednak  wstąpić  na  jeden  aperitif,  zaprasza  go 

serdecznie, i tak oto siedzieli już w salonie obok siebie.   

Traps zdumiał się.   

- Skąd ty to wszystko tak dobrze wiesz, Kurt ? To zakrawa na czarną magię !   

-  Wprawa  -  wyjaśnił  prokurator.  -  Losy  ludzkie  rozgrywają  się  jednakowo.  Nie  było  to 

bynajmniej  uwiedzenie,  ani  ze  strony  Trapsa,  ani  owej  kobiety,  to  była  okazja,  którą  on 

wykorzystał. Była sama i nudził się, nie miała nic określonego na myśli, była rada, że może z kimś 

porozmawiać, w mieszkaniu było przytulnie i ciepło, a pod kwiecistym płaszczykiem kąpielowym 

miała  nocną  koszulę.  Kiedy  Traps  usiadł  obok  niej  i  zobaczył  jej  białą  szyję,  wypukłość 

wychylających się piersi, ona zaś szczebiotała, zła na męża, rozczarowana - jak trafnie wyczuł to 

nasz przyjaciel -dopiero wtedy pojął, że musi tutaj uderzyć, a kiedy już uderzył, wtedy dowiedział 

się  niebawem  wszystkiego  o  Gygaxie.  Jak  podejrzany  jest  stan  jego  zdrowia,  że  jakieś  silniejsze 

przeżycie  może  go  zabić,  ile  ma  lat,  jak  grubiański  i  niedobry  jest  dla  swojej  żony  i  jak 

niewzruszenie przekonany o jej wierności, bo od żony, która chce się zemścić na mężu, można się 

dowiedzieć wszystkiego. Utrzymywał więc dalej ten stosunek, gdyż teraz powziął już zamysł i szło 

mu  tylko  o  to,  aby  wszelkimi  środkami  zrujnować  szefa,  niech  się  co  chce  dzieje.  I  tak  przyszła 

chwila,  kiedy  już  wszystko  miał  w  ręku,  wspólnika,  dostawców,  białą,  rozkoszną  nagą  kobietę  w 

nocy,  i  tak  zaciskał  pętle  dążąc  do  skandalu.  Z  wyrachowaniem.  Również  i  to  możemy  sobie 

wyobrazić:  smutna  pora  zmierzchu,  wieczór  i  tym  razem.  Naszego  przyjaciela  spotykamy  w 

restauracji, powiedzmy sobie: w jakiejś winiarni na starym mieście, trochę tu za gorąco, wszystko 

solidne,  patriotyczne,  wytworne  (nawet  ceny),  witrażowe  szybki,  okazały  gospodarz  (Traps:  “W 

piwnicy  ratuszowej,  Kurt”),  okazała  gospodyni,  że  sprostujemy  nasza  pomyłkę,  na  tle  portretów 

nieżyjących  już  bywalców  gospody,  sprzedawca  gazet  spacerujący  po  sali,  to  znów  z  niej 

wychodzący,  później  Armia  Zbawienia,  śpiewająca  pieść  “Kiedy  błyśnie  promyk  słońca”,  paru 

studentów,  jakiś  profesor,  na  stoliku  dwa  kieliszki  i  dobry  trunek,  widać,  że  Traps  dziś  nie 

oszczędza,  wreszcie  w  rogu  solidny  partner  Gygaxa,  blady,  tłusty,  spocony,  w  rozpiętym 

kołnierzyku, apoplektyczny jak ofiara, w którą się właśnie celuje, nie mogący wyjść z podziwu, co 

to  wszystko  ma  znaczyć,  dlaczego  Traps  naraz  go  zaprosił,  słuchający  z  uwagą,  z  własnych  ust 

Trapsa dowiadujący się o zdradzie małżeńskiej, aby następnie, w parę godzin później, jak się stać 

musiało i jak to przewidział nasz Alfredo, pędzić do szefa i uświadomić nieszczęśliwca w poczuciu 

obowiązku, z przyjaźni i dlatego, że tak nakazuje przyzwoitość.   

background image

-  Co  za  obłudnik  !  -  wołał  Traps  oczarowany,  z  płonącymi,  szeroko  otwartymi  oczami 

słuchając relacji prokuratora, szczęśliwy, że oto poznaje prawdę, dumną, śmiałą i samotną prawdę.   

Następnie:   

Tak  zatem  ziściło  się  przeznaczenie,  nadszedł  dokładnie  przewidziany  moment,  w  którym 

Gygax wszystkiego się dowiedział, mógł jeszcze ten stary gangster dojechać do domu - wyobraźmy 

to  sobie  -  kipiący  wściekłością,  już  w  samochodzie  nagłe  poty,  ból  w  okolicy  serce,  drżenie  rąk, 

gniewne  gwizdki  policjantów,  nie  zauważone  znaki  drogowe,  męcząca  droga  z  garażu  do  drzwi 

wejściowych,  upadek,  być  może  już  w  korytarzu,  kiedy  małżonka  wybiegła  na  spotkanie, 

przyjemna, apetyczna kobietka. Nie trwało to już długo, lekarz wstrzyknął jeszcze morfinę i już po 

wszystkim,  nieodwołalnie,  jeszcze  jakieś  rzężenie,  szloch  małżonki.  Traps  w  domu,  w  otoczeniu 

swoich  najbliższych  przyjmuje  telefon,  zmieszanie,  wewnętrzny  wybuch  triumfu,  nastrój 

spełnienia, w trzy miesiące później studebaker.   

Znów  śmiechy.  Poczciwy  Traps,  wciąż  wpadający  w  osłupienie,  śmiał  się  również,  choć 

lekko  zakłopotany,  drapał  się  w  głowę,  przytakiwał  z  uznaniem  prokuratorowi,  lecz  nie  był 

bynajmniej strapiony, był nawet w dobrym humorze. Wieczór wydał mu się jak najbardziej udany, 

wzburzyło go to wprawdzie nieco i skłoniło do refleksji, że przypisano mu mord, stan ten odczuwał 

jednakże  jako  przyjemny.  Rosło  w  nim  przeczucie  spraw  wyższego  porządku,  sprawiedliwości, 

winy  i  pokuty,  napełniając  go  zdumieniem.  Strach,  którego  nie  zapomniał,  który  ogarnął  go  w 

ogrodzie i później na widok wybuchowej radości biesiadników, wydał mu się teraz nieuzasadniony, 

bawił go. Wszystko było tak bardzo ludzkie. Był ciekaw, co będzie dalej. Towarzystwo zataczając 

się,  z  wciąż  potykającym  się  obrońcą,  przeniosło  się  na  czarną  kawę  do  salonu,  pomieszczenia 

przeładowanego  bibelotami  i  wazami.  Na  ścianach  ogromne  sztychy,  widoki  miast,  tematy 

historyczne.,  “Przysięga  na  Rutli”,  “Bitwa  pod  Laupen”,  “Klęska  szwajcarskiej  gwardii”, 

“Proporzec  siedmiu  nieugiętych”,  sufit  w  gipsaturach,  sztukaterie,  w  rogu  fortepian,  wygodne 

fotele,  niskie,  ciężkie,  na  nich  hafty,  zacne  sentencje:  “Chwała  temu,  co  kroczy  sprawiedliwą 

drogą”,  “Kto  ma  czyste  sumienie,  ten  sypia  spokojnie”.  Przez  otwarte  okno  widać  było  szosę, 

ledwie  majaczącą  w  ciemnościach,  raczej  można  się  było  jej  domyślać,  bajkowej,  zapadłej  w 

ciemność, z rozkołysanymi światłami i reflektorami samochodów, które o tej porze przejeżdżały z 

rzadka,  było  już  przecież  około  drugiej.  Czegoś  bardziej  porywającego  od  mowy  Kurta  nie 

zdarzyło  mu  się  przeżyć,  sądził  Traps.  W  zasadzie  niewiele  można  tu  dorzucić,  kilka  małych 

sprostowań, te byłyby zapewne wskazane. I tak na przykład: szlachetny partner Gygaxa był raczej 

drobny, chudy, w sztywnym kołnierzyku, bynajmniej nie przepoconym, a pani Gygax przyjęła go 

nie  w  płaszczu  kąpielowym,  lecz  w  kimonie,  co  prawda  głęboko  wydekoltowanym,  tak  że 

serdeczność jej zaproszenia dostrzegalna była gołym okiem - był to jeden z jego dowcipów, dowód 

background image

dyskretnego humoru - również i zasłużony zawał serca zaskoczył tego łajdaka nie w domu, lecz w 

magazynach, podczas fenu - jeszcze przewiezienie do szpitala, następnie znów atak i zgon. Lecz to 

wszystko,  jako  się  rzekło,  nie  jest  istotne,  przede  wszystkim  zaś  zgadza  się  dokładnie  to,  co 

oznajmił jego wielki, serdeczny przyjaciel, prokurator: rzeczywiście zadał się z panią Gygax tylko 

po  to,  aby  zrujnować  starego  łajdaka,  tak,  nawet  przypomina  sobie  teraz  dokładnie,  jak  w  jego 

łóżku,  sponad  jego  małżonki,  wpatrywał  się  w  jego  fotografię,  w  to  niesympatyczne,  spasione 

oblicze  w  rogowych  okularach,  zza  których  patrzyły  wytrzeszczone  oczy,  i  jak  dziką  radością 

ogarnęło go przeczucie, że tym, co teraz tak radośnie i żarliwie uprawia, morduje - w rzeczy samej 

- swego szefa, że go z zimna krwią wykańcza.   

Usadowiono  się  już  w  miękkich  fotelach  z  szlachetnymi  sentencjami,  kiedy  Traps  to 

oświadczył. Sięgano po filiżanki z gorącą kawą, mieszano łyżeczką, popijano koniakiem z wielkich 

pękatych kieliszków, był to roffignac 1891.   

- A zatem przechodzę do wniosku o karę - oznajmił prokurator, rozparty w monstrualnym 

fotelu,  z  nogami  w  skarpetkach  nie  od  pary  (jedna  w  szaro-czarną  kratę,  druga  zielona), 

zarzuconymi    na poręcz. - Drogi Alfredo nie działał “dolo indirecto”, z czego mogłaby wyniknąć 

śmierć tylko przypadkowa, lecz “dolo malo”, w złym zamiarze, na co wskazują już same fakty; z 

jednej strony sam sprowokował skandal, z drugiej zaś po śmierci starego łajdaka nie odwiedził już 

ani razu jego apetycznej żonki, z czego niezbicie wynika, ze małżonka był jedynie narzędziem w 

jego krwawych planach, miłosną bronią morderczą, że tak powiem, że mamy zatem do czynienia z 

mordem  przeprowadzonym  w  sposób  psychologiczny,  tak  mianowicie,  że  oprócz  zdrady 

małżeńskiej nie wydarzyło się nic niezgodnego z prawem, co prawda tylko pozornie. Dlatego też, 

gdy  się  ten  pozór  już  rozwiał,  tak,  kiedy  już  drogi  oskarżony  sam  najuprzejmiej  się  przyznał,  ja 

jako prokurator mam przyjemność - i na tym kończę swój wywód - żądać od wysokiego sądu kary 

śmierci dla Alfredo Trapsa, jako zapłaty za zbrodnię, która zasługuje na podziw, budzi zdumienie i 

ma prawo uchodzić za jedną z najbardziej niezwykłych zbrodni stulecia.   

Śmiano się, bito brawo i rzucono się na tort, który teraz wniosła Simona. Dla ukoronowania 

wieczoru, jak powiedziała. Za oknami wzeszedł jako dodatkowa atrakcja późny księżyc, cieniutki 

sierp. Lekki szum drzew, poza tym cisza, na ulicy tylko z rzadka jakiś samochód, jakiś spóźniony 

przechodzień, powracający do domu ostrożnie, nieznacznym zygzakiem. Przedstawiciel generalny 

poczuł  się  ocalony,  siedział  obok Pileta  na  miękkiej  pluszowej  kanapie  (sentencje:  “Przebywaj  w 

przyjaciół gronie”), opasał ramieniem milczącego, który w pewnych momentach wyrzucał z siebie 

pełen  zdumienia  okrzyk  “świetnie”,  z  nieśmiało  syczącym  “ś”,  lgnąc  tkliwie  do  jego 

wypomadowanej  elegancji.  Z  ufnością.  Policzek  przy  policzku.  Wino  uczyniło  go  ociężałym  i 

zgodnym,  rozkoszował  się,  że  przebywa  w  rozumnym  gronie,  że  może  być  szczery,  może  być 

background image

samym  sobą,  że  nie  ma  już  żadnej  tajemnicy,  bo  żadna  już  nie  była  mu  potrzebna,  że  jest 

doceniany, kochany, zrozumiany, i myśl, że popełnił morderstwo, docierała coraz głębiej do jego 

świadomości,  wzruszała,  przemieniała  jego  życie,  czyniła  je  bardziej  ważkim,  bardziej 

bohaterskim, bardziej cennym.  Zachwycało go to prawie. Planował mord  i dokonał go, aby pójść 

wyżej - uświadomił to sobie teraz z pełną jasnością.   

I to właściwie nie z zawodowych czy z finansowych przyczyn, czy dlatego że pragnął mieć 

studebakera, lecz w istocie rzeczy, aby stać się  prawdziwym,  głębszym  człowiekiem - jak mu się 

zdawało w tej chwili u kresu jego myślowych możliwości - godnym szacunku, przyjaźni uczonych 

i  wykształconych  mężów,  którzy  mu  teraz  -  nawet  Pilet  -  jawili  się  jak  owi  pradawni  magowi,  o 

których  kiedyś  czytał  w  “Readers  Digest”,  którzy  teraz  odkryli  nie  tylko  tajemnicę  gwiazd,  lecz 

więcej,  także  i  tajemnice  sprawiedliwości,  jurisprudencji  (upajał  się  tym  słowem),  którą  on  w 

swoim  żywocie  tekstylnego  fachowca  poznał  tylko  jako  abstrakcyjne  zagrożenie  i  która  teraz  jak 

jakieś  potężne,  niepojęte  słońce  wschodziła  nad  jego  ograniczonym  horyzontem  niczym  jakaś 

całkowicie niezrozumiała idea, która go tym gwałtowniej przyprawiała o drżenie i napawała grozą. 

Przysłuchiwał  się  więc,  pociągając  głośno  złocistobrunatny  koniak,  najpierw  głęboko  zdumiony, 

potem  coraz  bardziej  oburzony  na  wywody  grubego  obrońcy,  wobec  tych  gorliwych  prób 

zmierzających do przekształcenia jego czynu w coś zwyczajnego, mieszczańskiego, powszedniego. 

Pan  Kummer,  odrywając  cwikier  od  mięsistych  policzków  i  eksplikując  swe  słowa  przy  pomocy 

małych,  wytwornych,  geometrycznych  gestów,  wywodził,  że  z  przyjemnością  wysłuchał 

wynalazczej mowy pana prokuratora. Oczywista, stary gangster Gygax nie żyje, jego klient zaznał 

przez  niego  wielu  cierpień,  ogarnęła  go  prawdziwa  animozja  do  pryncypała,  próbował  go  obalić, 

któż  temu  zaprzeczy,  gdzież  to  się  nie  zdarza,  fantastyczne  jest  tylko  przedstawiać  śmierć  tego 

chorego na serce człowieka interesu jako mord (“Ale ja przecież zamordowałem” - zaprotestował 

nagle  Traps,  jakby  spadł  z  nieba).  W  przeciwieństwie  do  prokuratora  uważa  on  oskarżonego  za 

niewinnego,  tak,  niezdolnego  do  występku.  (Traps  wtrąca,  tym  razem  rozgoryczony:  “Ale  ja 

przecież  jestem  winny  !”)  Przedstawiciel  generalny  hefajstonu  jest  tutaj  typowym  przykładem. 

Kiedy określa go jako niezdolnego do występku, nie chce przez to powiedzieć, że jest on niewinny, 

wręcz  przeciwnie.  Traps  jest  być  może  zaplątany  we  wszystkie  rodzaje  występków,  cudzołożył, 

szwindlem przebijał się przez życie, nie zawsze cofając się przed krzywdą, nie tak jednak, aby jego 

życie miało się składać z samych zdrad małżeńskich i szwindlów, nie, nie. Ono również ma swoje 

pozytywne  strony,  a  nawet  cnoty.  Drogi  Alfredo  jest  pracowity,  wytrwały,  oddany  swym 

przyjaciołom,  stara  się  zapewnić  dzieciom  lepszą  przyszłość,  pod  względem  politycznym 

niezawodnie  lojalny,  trzeba  tylko  oceniać  jego  życie  jako  całość.  Ma  może  we  krwi  pewną  dozę 

niesolidności, trochę zepsuty, jak to często się zdarza    w niejednym życiu przeciętnym, tak nawet 

background image

musi się zdarzać, lecz właśnie dlatego nie jest zdolny do wielkiego, czystego, dumnego występku, 

do zdecydowanego czynu, do niewątpliwej zbrodni. (Traps: “Oszczerstwo, istne oszczerstwo.”) Nie 

jest on zbrodniarzem, lecz ofiarą epoki, Zachodu, cywilizacji, która stopniowo traciła wiarę (coraz 

bardziej  mglistym  tonem)  w  chrystianizm,  uniwersalizm,  i  jest  tak  chaotyczna,  ze  jednostce  nie 

przyświeca  już  żadna  gwiazda  przewodnia.  W  rezultacie  występuje  zamęt,  zdziczenie,  zaczyna 

obowiązywać  prawo  pięści,  brak  jest  prawdziwej  obyczajności.  I  cóż  się  teraz  stało  ?  Ten  jak 

najbardziej  przeciętny  osobnik  wpadł  całkiem  nie  przygotowany  w  ręce  wyrafinowanego 

prokuratora.  Jego  intensywna  działalność  w  branży  tekstylnej,  jego  życie  prywatne,  wszystkie 

przygody jego żywota, na który składały się podróże zawodowe, walka o chleb i mniej lub bardziej 

niewinne  przyjemności,  zostały  teraz  prześwietlone,  przebadane,  poddane  sekcji.  Niezależne  od 

siebie  fakty  zostały  powiązane,  ukradkiem  podsunięto  logiczny  plan  dla  wyjaśnienia  całości, 

zdarzenia,  które  równie  dobrze  przebiegać  mogły  inaczej,  zostały  przedstawione  jako  przyczyny 

działań, z bezmyślności zrobiono świadomy zamiar, tak że w końcu, w konsekwencji przesłuchania 

wyskoczył  morderca  jak  królik  z  kuglarskiego  cylindra.  (Traps:  “Nieprawda  !”)  Jeśli  rozważa  się 

sprawę Gygaxa z trzeźwym obiektywizmem, nie poddając się mistyfikacjom prokuratora, dochodzi 

się  do  przekonania,  że  w  rzeczy  samej  stary  gangster  sam  jest  winien  swej  śmierci  przez  swe 

nieporządne  życie,  przez  swą  konstytucję  fizyczną  -  czym  jest  choroba  managerów,  nie  trzeba 

wyjaśniać - brak wytchnienia, hałas, zrujnowane małżeństwo i rozstrojone nerwy, lecz najpewniej 

zawał  wywołany  był  przez  fen,  o  którym  wspomniał  Traps,  właśnie  fen  odgrywa  w  sprawach 

sercowych decydującą rolę (Traps: “Śmieszne !”), mamy zatem wyraźnie do czynienia ze zwykłym 

nieszczęśliwym  wypadkiem.  Oczywiście,  jego  klient  postępował  bezwzględnie,  lecz  zmuszały  go 

do tego właśnie prawa walki konkurencyjnej, jak to sam wciąż podkreśla; oczywiście, najchętniej 

uśmierciłby  swego  szefa,  jakież  to  myśli  nie  przychodzą  czasem  do  głowy,  jakich  czynów  nie 

dokonuje się w myślach, ale przecież tylko w myślach, czyn poza takimi myślami nie istnieje i nie 

można  go  skonstatować.  Jest  absurdem  przyjmować  jego  istnienie,  lecz  jeszcze  większym 

absurdem  jest,  kiedy  sam  klient  sobie  wyobraża,  że  popełnił  morderstwo.  Oprócz  kraksy 

samochodowej  doznał  jeszcze  innej,  psychicznej  kraksy,  i  dlatego  on,  obrońca,  wnosi  o 

uniewinnienie Alfredo Trapsa itd., itd.   

Przedstawiciela  generalnego  coraz  bardziej  drażniła  ta  życzliwa  zasłona  dymna,  którą 

zasnuta  została  jego  piękna  zbrodnia,  w  której  zbrodnia  ta  ulegała  zniekształceniu,  zanikała, 

stawała  się  nierealna,  zjawiskowa,  była  tylko  wynikiem  ciśnienia  atmosferycznego.  Czuł  się 

niedoceniony,  zaprotestował  przeto  gwałtownie,  gdy  tylko  obrońca  wypowiedział  ostatnie  słowa. 

Zerwał się oburzony, trzymając talerzyk z nowym kawałkiem tortu w prawej, kieliszek roffignaca 

w  lewe  ręce,  i  oświadczył,  że  chciałby,  nim  zapadnie  wyrok,  najuroczyściej  zapewnić,  iż 

background image

solidaryzuje się z przemówieniem prokuratora - w tym miejscu oczy jego nabiegły łzami - to było 

morderstwo,  świadome  morderstwo,  teraz  stało  się  to  dla  niego  jasne,  mowa  obrońcy  natomiast 

głęboko go rozczarowała, wręcz przeraziła. Właśnie po nim spodziewał się zrozumienia, powinien 

się go spodziewać, uprasza więc o wyrok, więcej, o karę, nie dlatego, iżby chciał schlebiać sądowi, 

lecz  powodowany  szczerym  zapałem,  bo  dopiero  tej  nocy  zaświtało  mu,  co  to  znaczy  żyć 

prawdziwym  życiem  (tutaj  zmieszał  się  trochę  poczciwy  zuch),  po  cóż  istniałyby  wyższe  ideały 

sprawiedliwości,  występku  i  grzechu  niczym  owe  pierwiastki  chemiczne  i  związki,  z  których 

wygotowuje  się  sztuczną  tkaninę,  żeby  pozostać  przy  przykładach  z  jego  branży,  gdyby  nie 

świadomość, która go odrodziła, w każdym bądź razie - jego słownictwo pozazawodowe jest nieco 

skąpe,  prosi  więc  o  wybaczenie,  ledwie  jest  w  stanie  wyrazić,  co  ma  na  myśli  -  w  każdym  razie 

odrodzenie  wydaje  mu  się  właściwym  wyrażeniem  dla  określenia  szczęścia,  które  go  teraz  jak 

potężny wicher owiewa, wzburza i porywa.   

Tak doszło do wyroku, który ogłosił mały, teraz również porządnie już pijany sędzia wśród 

śmiechów, pisków, okrzyków radości i prób jodłowania (podjętych przez pana Pileta), ogłosił ten 

wyrok z wysiłkiem, gdyż nie tylko wlazł na fortepian stojący w rogu, czy też raczej do fortepianu, 

bo  uprzednio  go  otworzył,  również  i  samo  mówienie  nastręczało  mu  niepokonalne  wprost 

trudności. Zacinał się na pewnych słowach, inne przekręcał lub połykał, zaczynał zdania, których 

nie mógł już opanować, nawiązywał do takich, których sens już dawno zapomniał, lecz w ogólnych 

zarysach można było jeszcze odgadnąć bieg myśli. Zaczął od pytania, kto ma rację, prokurator, czy 

obrońca,  czy  Traps  istotnie  popełnił  jedna  z  najosobliwszych  zbrodni  stulecia,  czy  też  jest 

niewinny.  Żadnego  z  tych  dwu  poglądów  nie  może  uznać  za  słuszny.  Chociaż  Traps  istotnie  nie 

dorósł do poziomu metod stosowanych w śledztwie przez prokuratora, jak utrzymuje obrońca, i z 

tego  powodu  przystał  na  wiele  rzeczy,  które  formalnie  biorąc  nie  rozegrały  się  w  ten  właśnie 

sposób,  lecz  jak  się  okazuje,  właśnie  on  zamordował,  wprawdzie  nie  powodowany  szatańskim 

zamiarem,  bynajmniej,  lecz  dlatego  tylko,  że  przyswoił  sobie  bezmyślność  świata,  w  którym 

przyszło  mu  żyć  jako  generalnemu  przedstawicielowi  sztucznej  tkaniny  hefajstonu.  Zabił,  bo  to 

wydawało mu się właśnie najbardziej naturalne,  aby  drugiego przyprzeć  do muru, bez skrupułów 

iść naprzód, niech będzie, co ma być. W świecie, który przemierzał swoim studebakerem, nic by 

się nie stało ich drogiemu Alfredo, nic nie mogłoby mu się stać, lecz właśnie był uprzejmy zawitać 

do  ich  białej  ustronnej  willi  (tu  sędzia  stał  się  mglisty  i  ciągnął  swoją  mowę  wśród  radosnego 

szlochu,  przerywanego  raz  po  raz  wzruszonym,  potężnym  kichnięciem,  przy  czym  jego  mała 

główka  ginęła  spowita  w  ogromnej  chustce,  co  wywoływało  wciąż  rosnącą  wesołość  obecnych). 

Zawitał  do  czterech  starych  ludzi,  którzy  wniknęli  w  jego  świat  czystym  promieniem 

sprawiedliwości,  co  wprawdzie  osobliwe  ma  rysy,  on  wie,  wie,  wie  o  tym  dobrze.  Ta 

background image

sprawiedliwość  śmieje  się  szyderczo  z  czterech  zwietrzałych  oblicz,  odbija  się  w  monoklu 

sędziwego  prokuratora,  w  cwikierze  grubego  obrońcy,  chichocze  w  ustach  pijanego,  już  nieco 

bełkotliwego sędziego i  rozbłyskuje czerwono na łysinie  emerytowanego  kata (inni niecierpliwie, 

przekrzykując  te  poetyczności:  “Wyrok,  wyrok  !”),  w  imię  której  on  teraz  ich  najlepszego, 

najdroższego Alfredo skazuje na śmierć (prokurator, obrońca, kat i Simona: “Brawo!” Traps, teraz 

również  szlochający  ze  wzruszenia:  “Dzięki,  drogi  sędzio,  dzięki  !”),  chociaż  pod  względem 

prawnym  tylko  na  tym  się  opiera,  że  skazany  sam  siebie  uznaje  winnym.    A  to  jest  w  końcu 

najważniejsze.  Cieszy  go  więc,  że  wydał  wyrok,  który  skazany  uznaje  w  całej  rozciągłości, 

godność ludzka nie żąda łaski i również nasz szanowny drogi gość radośnie przyjmuje uwieńczenie 

swego mordu, które, jak on mniema, nastąpiło wśród nie mniej przyjemnych okoliczności niż sam 

mord.  To,  co  u  mieszczuch,  u  przeciętnego  człowieka  przejawia  się  jako  przypadek,  jako  kraksa 

albo  jako  zwykła  konieczność  natury,  jako  choroba,  jako  zatkanie  naczynia  krwionośnego  przez 

zator,  jako  złośliwy  nowotwór,  jawi  się  tutaj  jako  nieunikniony  wynik  moralny.  Dopiero  tutaj 

konsekwentnie  doskonali  się  życie  na  wzór  dzieła  sztuki,  ludzka  tragedia  staje  się  widoczna, 

rozbłyskuje, przyjmuje nieskazitelną postać, doskonali się (inni: “Koniec, koniec !”), tak powinno 

się to z całym spokojem powiedzieć: dopiero w akcie obwieszczenia wyroku, który z oskarżonego 

czyni  skazańca,  dokonuje  się  nobilitacja  sprawiedliwości;  nie  może  być  nic  wyższego, 

szlachetniejszego, większego niż chwila, w której człowiek zostaje skazany na śmierć. To się teraz 

zdarzyło.  Traps,  któremu  być  może  nie  przysługuje  aż  takie  szczęście  -  gdyż  w  zasadzie  tylko 

warunkowa  kara  śmierci  byłaby  dopuszczalna,  której  on  nie  chce  brać  pod  uwagę,  aby  ich 

drogiemu przyjacielowi nie sprawić zawodu - słowem, Alfredo stał się teraz równy i godny, a by 

być przyjętym do ich grona jako gracz mistrzowski itd. (inni: “Szampana tutaj !”)   

Wieczór osiągnął swój punkt szczytowy. Pienił się szampan, wesołość zgromadzonych była 

niezmącona, z polotem, braterska, nawet obrońca został znów omotany siecią przyjaznych uczuć. 

Świece dopalały się, kilka już zgasło, na dworze pierwsza zapowiedź ranka, gwiazdy blednące od 

dalekiego wschodu słońca, rześkość i rosa. Traps był zachwycony, a zarazem zmęczony, zażądał, 

aby zaprowadzono  go do pokoju, zataczał się od jednej przyjaznej piersi  do drugiej. Rozlegał się 

już tylko bełkot, wszyscy byli pijani, donośna wrzawa wypełniła salon, mowy pozbawione sensu, 

monologi,  nikt  już  bowiem  nie  słuchał  drugiego.  Od  wszystkich  zalatywało  czerwonym  winem  i 

serem,  głaskano  przedstawiciela  generalnego  po  włosach,  pieszczono  go,  całowano  utrudzonego 

szczęśliwca,  który  był  niczym  dziecko  w  otoczeniu  dziadków  i  wujów.  Milczący  łysek 

odprowadzał go na górę. Żmudnie drapali się po schodach na czworakach, w połowie drogi utknęli, 

splątani w sobie, nie potrafili już iść dalej, przykucnęli na stopniach. Z góry, przez okno, sączył się 

blask kamiennego świtu, mieszała się z białością tynkowanych ścian, nadto z zewnątrz przenikały 

background image

pierwsze odgłosy wstającego dnia, od dalekich dworców gwizdy i szczęk przetaczanych wagonów 

jak  niejasne  wspomnienie  o  jego  spóźnionym  powrocie  do  domu.  Traps  był  szczęśliwy,  wyzbyty 

wszelkich  pragnień  jak  nigdy  jeszcze  w  swoim  drobnomieszczańskim  życiu.  Jawiły  mu  się  blade 

obrazy,  chłopięca  twarzyczka,  zapewne  najmłodszy  synek,  którego  najbardziej  kochał,  potem,  w 

półmroku,  wioska,  do  której  trafił  w  wyniku  kraksy,  jasna  wstęga  szosy  wspinająca  się  na  małe 

wzniesienie, pagórek z kościołem, olbrzymi szumiący dąb opasany żelaznymi obręczami i wsparty 

na podporach, zalesione wzgórza, za nimi bezkresne świecące niebo, w górze, wszędzie, bez końca. 

Lecz oto właśnie łysek  wywrócił się, wymamrotał: “Chcę spać,  chcę spać, jestem zmęczony”, po 

czym rzeczywiście zasnął, słyszał jeszcze tylko, jak Traps pełznął w górę, później upadło z hukiem 

krzesło.  Milczący  łysek  ocknął  się  na  schodach,  lecz  tylko  na  sekundę,  jeszcze  pełen  snów  i 

wspomnień o minionych koszmarach i chwilach wypełnionych grozą, następnie zakotłowało się od 

gmatwaniny  nóg  wokół  niego,  śpiącego,  bo  inni  wchodzili  po  schodach.  Wygryzmolili  na  stole, 

piszcząc i skrzecząc, pergamin z wyrokiem śmierci, utrzymany w tonie niezwykle panegirycznym, 

z  dowcipnymi  zwrotami,  o  akademickiej  frazie  -  łacina  i  stara  niemczyzna  -  następnie  ruszyli  w 

drogę, aby dzieło to położyć generalnemu przedstawicielowi przy łóżku, dla miłego upamiętnienia 

wielkiej  pijatyki,  kiedy  się  rano  przebudzi.  Na  dworze  jasno,  wczesna  godzina,  pierwsze 

niecierpliwe i ostre krzyki ptaków - i tak wchodzili po schodach, stąpali poprzez pogrążonego we   

śnie  łyska.  Jeden  trzymał  się  drugiego,  wszyscy  trzej  zataczali  się,    posuwając  się  nie  bez 

trudności,  zwłaszcza  na  zakręcie  schodów,  gdzie  wzajemne  zderzanie  się,  cofanie,  rozpychanie  i 

ustępowanie do tyłu były nieuniknione Wreszcie stanęli przed drzwiami pokoju gościnnego. Sędzia 

otworzył i uroczysta grupa skamieniała na progu - prokurator z jeszcze nie odwiązaną serwetą - we 

framudze  okna  wisiał  Traps,  bez  ruchu,  ciemna  sylweta  a  na  tle  mdło  srebrzystego  nieba,  w 

ciężkim zapachu róż, tak ostatecznie i bezwzględnie, że prokurator, w którego monoklu przeglądał 

się dojrzewający ranek, musiał najprzód zaczerpnąć powietrza, zanim, bezradny i smutny z powodu 

straty przyjaciela, zawołał z niekłamanym bólem:   

- Alfredo, kochany Alfredo ! Coś ty też sobie, na miłość boską, pomyślał ? Zepsułeś nam 

nasz najpiękniejszy wieczór !