Klauzura Wstęp wzbroniony Consilia Maria Lakotta

background image

background image

Klauzura

Wstęp wzbroniony!

Consilia Maria Lakotta

background image

I

Myślę, że ten pamiętnik autorstwa siostry zakonnej już

ze względu na historię swojego powstania jest jedyny w

swoim rodzaju. Tak mi się przynajmniej wydaje, ponieważ do

tej pory nie prowadzono podobnych zapisków w tak

skomplikowanym stanie ducha. Tego ja – postulantka Eileen

O’Davis – jestem zupełnie pewna.

Piszę w tajemnicy przed moimi przełożonymi,

posługując się pismem stenograficznym, którego w moim

życiu zawodowym nikt poza mną nie potrafił odszyfrować.

Reporterzy mają swoje tajemnice, które chronią przed

wścibskimi spojrzeniami kolegów po fachu. Tę największą

noszę teraz w sobie i wcale nie czuję się z tym dobrze.

Wdarłam się do tego klasztoru, aby...

Nie, powinnam wyrzucić to z siebie i wyznać, jak w

ogóle doszło do tego, że konwent St. Mary z Golden Hills ma

background image

czarną owcę w białym stadzie.

Wszystko wzięło się stąd, że dla mojego szefa –

wydawcy i redaktora naczelnego wysokonakładowego

czasopisma dla kobiet, ukazującego się w Chicago – napisałam

dobry reportaż, który nagrodził wyższym niż zazwyczaj

honorarium. Już samo to powinno mi było dać do myślenia,

gdyż stary nie bywał tak hojny dla początkujących adeptów

dziennikarstwa. Dopiero co zdałam maturę i zaledwie od roku

pracowałam w redakcji.

Kiedy więc szef wręczał mi kopertę zawierającą kwotę,

której wysokość zaparła mi dech w piersiach, zdjął z nosa

okulary, co zawsze było znakiem, że chce podjąć ze swoim

rozmówcą temat wykraczający poza relacje służbowe.

- Od razu powiedziałem sobie, że ten drażliwy temat

może podjąć jedynie kobieta. Doskonale sobie pani z nim

poradziła, dziecinko. Oddać sprawiedliwość siostrze zakonnej

zamieniającej strzykawki ze szczepionką przeciwko cholerze,

a jednocześnie wydobyć na światło dzienne całą prawdę.

Mężczyzna byłby w tym wypadku prawdziwym słoniem w

składzie porcelany. Nawet będąc czasopismem niezależnym,

background image

musimy liczyć się z religijnymi odczuciami katolickiego kręgu

naszych czytelników. A więc, jak już powiedziałem, dziecino

– doskonała robota.

Wyrażenie „dziecino” nie powinno absolutnie budzić

wrażenia, że z moim przełożonym wiązały mnie relacje

zapewniające niektórym koleżankom szybszy awans

zawodowy. Byłam po prostu redakcyjną maskotką i właśnie

dlatego mógł złożyć mi tę fatalną propozycję. Zbierałam się

już do odejścia, kiedy przytrzymał mnie za ramię.

- Proszę zostać jeszcze na chwilę, panno O’Davis.

Cóż za uroczysty początek...

- Proszę mi powiedzieć, jest pani irlandzkiego

pochodzenia, nieprawdaż? Pani nazwisko...

- Moi dziadkowie pochodzą z Cork, moi rodzice już z

Chicago, a ja jestem urodzoną Amerykanką – odpowiedziałam

dumnie, na co on się uśmiechnął.

- Proszę się nie obrażać, dziecinko. Kiedy się patrzy na

panią, nikt nie wątpi, że ma do czynienia z nowoczesną młodą

damą. Ma pani swój styl, chociaż nie wynagradzam pani po

background image

królewsku. No dobrze, wygląd zewnętrzny jest okay. A jak się

mają sprawy z religią – surowa katoliczka, jak czcigodni

dziadkowie z Cork na południowym zachodzie Irlandii?

Na policzkach zakwitły mi rumieńce. Nie tolerowałam

żadnych żartów na ten temat.

- Szefie, właśnie przed chwilą zapewnił mnie pan...

- Ależ naturalnie, dziecino! Gdybym tylko jeszcze raz

mógł mieć dwadzieścia jeden lat jak pani – od razu pełna

koncentracja! A tego mi właśnie potrzeba – temperamentu,

roztropności, wdzięku osobistego. Proszę dobrze uważać:

właśnie dlatego, że jest pani katoliczką aż do szpiku kości,

chciałbym zlecić pani wykonanie pewnego zadania, które

potraktowane z głową może przynieść niemałą sławę.

Tu zaczął przekopywać nieprzejrzany stos papierów i

fotografii, które w zastraszającym tempie zwykły spiętrzać się

na biurku każdego redaktora. Wyłowił z niego kolorowy fotos

i podsunął mi go pod nos.

- Kto to jest?

Uśmiechnęłam się. Nabija się ze mnie?

- To przecież Clare Nell, wschodząca gwiazda

background image

Hollywood. Każdy windziarz wiesza jej portret nad łóżkiem i

wie, że wkrótce ma zagrać Marię Stuart.

Szef przytaknął skinieniem głowy.

- Okay – to znaczy, właściwie nie. Przed chwilą

otrzymałem informację, że rolę dostanie ktoś inny. Clare Nell

wstąpiła do klasztoru.

Rozwarłam w zdumieniu oczy. Pewnie nie byłabym

bardziej zszokowana, gdyby stwierdził, że panna Nell zginęła

w wypadku samochodowym.

- Niemożliwe!

- Oczywiście, że możliwe. To nagłówek naszego

następnego numeru. Została dominikanką misjonarką w

Golden Hills. Od razu i bez żadnych zapowiedzi. Żadnych

skandali, żadnych afer, żadnych bankructw, żadnych

niepowodzeń na ekranie. Po prostu nie do uwierzenia.

Przeciągnął ręką po solidnej łysinie. Nie mogły się na

niej zjeżyć ze zgrozy włosy, gdyż w przeciwnym razie miałby

modnego właśnie jeżyka.

Przez tę chwilę udało mi się odzyskać równowagę

ducha.

background image

- To może jakiś trik, szefie. Wkrótce pewnie wystąpi.

Szkoda, wydawało mi się, że ma lepszy gust. Nie

potrzebowała tego rodzaju reklamy.

- I tu się pani myli, dziecinko. Potraktowała sprawę

zupełnie poważnie. List pożegnalny do firmy oraz odmowa

pod adresem w większej części męskich wielbicieli, oficjalne

zrzeczenie się praw filmowych oraz majątku – konwent St.

Mary połknął ją bez reszty; gwiazda filmowa postulantką.

Musi tam pani pojechać!

- Co takiego? Ja?

Wstał z krzesła i podszedł do drzwi. Następnie

przepędził do diabła swoje dwie sekretarki, a mnie do ognia

czyśćcowego. Tak mi się przynajmniej wydawało.

Kiedy już stało się jasne, że w pobliżu nie ma

nieproszonych uszu, wyjawił mi swój plan. Ktoś musiał udać

się do Golden Hills i zbadać po co, na co i dlaczego aktorka, i

to znajdująca się na najlepszej drodze do zrobienia kariery,

wbiła sobie do głowy, że da światu kopniaka i pozwoli się za

życia pogrzebać.

Jeszcze miałam nadzieję, że będzie chodziło o mniej lub

background image

bardziej grzecznościową wizytę u zakonnic, które łagodną

sztuką perswazji uda się przekonać, jak doskonałym

lekarstwem na ciągły brak powołań może okazać się dobrze

napisany reportaż o klasztorze, kiedy szef powiedział:

- Już się dowiadywałem. Dalej niż do rozmównicy nie

przedrze się żaden reporter ani reporterka. Siostry mają surową

klauzurę. Trzeba ją wysadzić, zrozumiano?

Nie rozumiałam ani słowa, gapiąc się na niego w

milczeniu. On pochylił się ku przodowi, zaczerpnął powietrza,

potem jednak, po chwili zastanowienia, podszedł do stojącej

przy ścianie kasy pancernej, otworzył ją i pomachał w moją

stronę trzema pokaźnymi paczkami banknotów.

- A więc niniejszym zabezpieczony byłby ślub z

pewnym młodym filharmonikiem, dziecino. Gdyby jeszcze

rok udało się pani okiełznać uczucia i przybrać welon – tak jak

Clare Nell!

W podobny sposób werbuje się szpiegów, oburzona

zerwałam się z miejsca.

- Wykluczone, szefie. Ani za pieniądze, ani za dobre

słowo. Nie zrobię czegoś takiego.

background image

Szef trzasnął drzwiami sejfu.

- Zrobi pani! – stwierdził z napawającym lękiem

spokojem, wskazał na krzesło, na którym miałam zająć

miejsce, i dodał: – Mam tylko panią. To jest prawdziwa bomba

dla reportera, gdyż dotąd nikt się na coś podobnego nie

odważył. Nikt, kto wstępuje do klasztoru, nie musi przecież od

razu zobowiązać się, że pozostanie w nim przez całe życie.

Czy śluby składa się od razu, kiedy zatrzasną się drzwi

klauzury?

Potrząsnęłam głową.

- Na pewno nie. Ale uważam, że to niemoralne, po

prostu oszustwo...

Mój rozmówca założył ręce.

- Nie jestem wprawdzie katolikiem, ale uważam się za

znośnego chrześcijanina. Czy poprzedniego lata nie wzięła

pani urlopu, żeby odprawić rekolekcje w klasztorze? Przez

cztery dni, nieprawdaż? No dobrze, byłem wspaniałomyślny,

chociaż było wtedy dużo roboty i napięte terminy. Jestem

tolerancyjny dla wszystkich, czy to dla żydów, muzułmanów,

czy hindusów. Gdyby mi pani oświadczyła: „Szefie, muszę

background image

koniecznie odprawić roczne rekolekcje w klasztorze”, to na

początku pewnie bym szalał – ale czego człowiek potrzebuje,

to musi mieć. Dobrze – proszę odprawić roczne rekolekcje u

zakonnic, przecież to nie przestępstwo. Jeśli wola, to i bez

pieniędzy, tyle tylko, że stanie się pani potem sławna, i temu

na pewno nie będzie się dało zapobiec.

Usiadłam.

Trafił dokładnie w moją piętę achillesową. Spokój,

cisza, skupienie – wszystko to marzenia w zabieganym

reporterskim życiu. Ileż tak potrzebnego odprężenia przyniosły

mi te cztery dni! Więcej niż sześć tygodni urlopu na Florydzie!

I dalej – przecież nie jestem początkującą świętą – nęciła mnie

sława. Szef miał rację, cała historia była wyjątkowa, jedyna w

swoim rodzaju. Reporterka dociera do świętego świętych w

żeńskim klasztorze i wydobywa na światło dzienne pilnie

strzeżone tajemnice. Mój przełożony przypatrywał mi się

uważnie.

- Mógłby z tego wyjść całkiem znośny reportaż i to

nawet taki, któremu sam papież nie poskąpiłby

background image

błogosławieństwa. Jedynie, co byłoby niezbędne, to

oryginalność, poczucie humoru, lekkość i zaduma – właśnie

cała Eileen O’Davis, którą nasi czytelnicy już zdążyli nauczyć

się cenić. Przecież wiele młodych dziewcząt wróciło z

powrotem do normalnego życia, kiedy się przekonały, że na

dłuższą metę klasztorne mury nie są dla nich.

Spuściłam głowę, w moim wnętrzu wrzało.

Szef podszedł do okna i otworzył je na oścież. Na

zewnątrz widać było blask wiosennego słońca.

- Zbladła pani, dziecinko. Nie chcę niczego wymuszać

ani nakazywać. Proszę wziąć zasłużone honorarium i udać się

do pierwszej lepszej kawiarni albo, jeśli wola, pospacerować

po butikach. A kiedy na spokojnie podejmie pani decyzję,

proszę przyjść do mnie, a obiecuję, że obojętnie, jaka ona

będzie, wszystko pozostanie między nami, okay?

- Okay! – wystękałam niewyraźnie.

Wypuścił mnie z gabinetu i wrzaskiem zaczął wzywać

swoje sekretarki, które oczywiście zapadły się pod ziemię.

Oddaliłam się pośpiesznie.

background image

Chicago nie jest z pewnością właściwym miejscem, jeśli

ma się do przetrawienia ciężkie duchowe konflikty. Biegałam

bez celu wzdłuż ulic obramowanych szybami wystawowych

okien, na światłach raz po raz przechodziłam z jednej strony

na drugą, ciągle zanurzona w tłumie ludzi i sama nie wiem, jak

doszło do tego, że wylądowałam nagle przed świątynią muz.

Nie, nie przed katedrą, lecz przed tym budynkiem, w którym

każdego sobotniego wieczoru Robert Galmore z kręgiem

filharmoników demonstrował wspaniały kunszt gry na harfie i

cymbałkach.

Jeśli przyjmę ofertę szefa, nie będę już mogła dzięki

legitymacji prasowej przekradać się ku orkiestrze, aby zająć

zarezerwowane miejsce i przez dwie godziny studiować ciche,

skupione oblicze mojego „cherubina”, na którym rysowało się

tyle wzniosłości, że – moim zdaniem – nie dało się niczego

podobnego znaleźć w całym milionowym mieście. Wszyscy

ludzie wokoło nosili na twarzach maski, tylko Robert Galmore

zachowywał ludzkie oblicze, tak mi się przynajmniej

wydawało. A ja, obdarowana i szczęśliwa, wracałam do domu,

jeśli tylko musnął mnie jego uśmiech. On tłumaczył całą

background image

sprawę zapałem młodej reporterki, a nie osobistą sympatią,

kiedy wieczór w wieczór trwałam w kaskadach brzmień

muzyki klasycznej, chociaż bardziej podoba mi się jazz.

Poza nieśmiałą, nieco chaotyczną rozmową – podczas

której dowiedziałam się, że pracuje w banku – nie miałam

więcej okazji do spotkania z nim. Jakim cudem szef zwietrzył,

co w trawie piszczy?

Czy każdy mógł dojrzeć na mojej twarzy ten wyraz

cichego uwielbienia? Pewnie nie pozostanie mi nic innego, jak

zakrywać oblicze burką na podobieństwo niewiast Wschodu.

Wydaje mi się bowiem, że bardzo kocham Roberta Galmore’a,

nawet jeszcze i teraz, kiedy odważyłam się na ten karkołomny

krok i noszę czarny czepek postulantek z St. Mary. Tego

jednakże popołudnia byłam niezdecydowana, wahając się

pomiędzy zgodą a odmową, protestem a pokusą. I pewnie

wszystko byłoby inaczej, gdybym tylko usłyszała choćby

najmniejsze wyznanie miłosne ze strony mojego uwielbianego

muzyka. Ale na to przyszłoby mi pewnie jeszcze długo czekać.

Jak to często się zdarza, pobożne zakonnice nazywają to

tutaj „zrządzeniem Opatrzności”, przed świątynią muz

background image

natknęłam się na tego, o którym tak intensywnie myślałam –

Roberta Galmore’a. Pozdrowił mnie, a ja poczułam, że się

rumienię. Niezdecydowany zwolnił kroku.

- Dzisiaj, niestety, nie wpuszczają obcych – wyjaśnił mi

nie pytany i nieco roztargniony. – Przyszedłem z

przyzwyczajenia, żeby zabrać szal, o którym zapomniałem

ostatnio.

- Tak, niebieski w srebrne paski, mam go w domu! –

odparłam na to. Zdziwiony spojrzał na mnie.

- Pani? Właśnie chciałem zapytać którąś ze sprzątaczek

– dzisiaj robione są generalne porządki. Daleko pani mieszka?

- Nie, autobusem jesteśmy w pięć minut na miejscu.

Jeśli potowarzyszy mi pan, wbiegnę na górę i przyniosę go –

nie chciałam, żeby spadł na podłogę – to przecież czysty

jedwab! – dodałam z zapałem.

- Nic specjalnego, panno...

- O’Davis!

- Hm – taki tam tani produkt z supermarketu. Ale gdyby

była pani taka uprzejma, to można oddać go w sobotę w

garderobie. Jeśli natomiast nie może pani przyjść, dam chętnie

background image

pieniądze na znaczek na list polecony...

Spojrzałam na niego trzeźwym okiem. Mężczyzna,

który nie korzysta z okazji, aby przebywać w towarzystwie

swojej ukochanej, w ogóle nie kocha. Nieco zmieszany

przeciągnął dłonią po swoich pięknych, falujących włosach i

dodał pospiesznie:

- Musi pani wiedzieć, że jestem teraz w pracy. W tej

aktówce jest tysiąc dolarów, nie wolno mi się więc

zatrzymywać, chociaż nie podejrzewam w pani specjalisty od

napadów na bank.

Odrzuciłam głowę w tył.

- O, nie miałam zamiaru panu przeszkadzać. Obowiązek

to obowiązek, proszę się pospieszyć, żeby pan zdążył, bo

dzisiaj spory ruch na ulicach.

- W sobotę ćwiczymy Czajkowskiego – zawołał jeszcze

do mnie i zniknął w tłumie. Poczułam nagle, że w głębi duszy

zaczynam nienawidzić pewnego niebieskiego szala w srebrne

paski. Czy nie wystawiłam się na pośmiewisko? Było

oczywiste, że jestem zupełnie obojętna Robertowi

Galmore’owi. Oddać szal garderobianej albo przesłać pocztą...

background image

O nie! Mój cherubin był zupełnie zwykłym człowiekiem, który

w ciągu dnia myślał zazwyczaj o pieniądzach, pełniąc

obowiązki wiernego sługi przeklętej mamony. Niepojęte, że w

wolnym czasie oddawał się takiemu hobby i biorąc do ręki

harfę, porywał młode dziewczęta, takie jak ja, do siódmego

nieba...

Dość! Dostanie swój szal, ale bez jednego słowa! Odtąd

pewne zarezerwowane dla prasy miejsce w pobliżu orkiestry

będzie świeciło pustką! Ach, życie w Chicago jest twarde i

brutalne, zupełnie pozbawione poetyckości. To zrozumiałe, że

zapędziło w klasztorne mury samą Clare Nell. W tym

światowym mieście nie było już żadnych wartości, liczyła się

jedynie wartość pieniądza.

Problem został rozwiązany. W klasztorach ostała się

prawdziwa romantyka, serce i dobro tylko tam były do

znalezienia, doskonale to odczułam podczas rekolekcji. To, co

było potrzebne gwieździe filmowej, może się i dla mnie

okazać dobre. Poza tym, jakim to przestępstwem było

wstąpienie do klasztoru, aby z bliska przyjrzeć się życiu

zakonnic? Przecież nie miałam zamiaru ich szpiegować, żeby

background image

potem wywołać skandal. Szef miał rację, powinien to być

doskonale napisany, interesujący reportaż, na który rzucą się

przede wszystkim czytelniczki, bo przecież pracowałam dla

czasopisma kobiecego!

Następnego poranka list polecony zaadresowany do

pana Galmore’a był już w drodze. Wysłałam szal, tak jak

postanowiłam, bez jednego słowa. Natomiast twarz mojego

szefa promieniała radością. Zdumione sekretarki po raz drugi

w tym tygodniu zostały zmuszone do udania się na

nieplanowaną przerwę, my zaś omówiliśmy szczegóły całego

przedsięwzięcia. Przede wszystkim należało udowodnić

wszystkim krewnym, znajomym i przyjaciołom, że moja

decyzja jest konsekwencją wewnętrznej potrzeby ducha, w

przeciwnym wypadku bardzo szybko mogłoby dojść w Golden

Hills do niechcianej wpadki. Moi koledzy i koleżanki przez

cały tydzień będą mieli o czym rozprawiać w klubie, a potem

popadnę w zapomnienie, moje miejsce zajmie ktoś inny –

tylko w domu może być trudno.

Nigdy nie wspominałam ani rodzicom, ani rodzeństwu o

chęci wstąpienia do klasztoru, nawet wtedy kiedy mój starszy

background image

brat Patryk postanowił zostać kapłanem. W dobrej irlandzkiej

rodzinie przynajmniej jeden jej członek przynależy do stanu

duchownego, nawet jeśli od całych pokoleń zamieszkuje ona

w Ameryce. Tak więc nie było to niczym nadzwyczajnym.

Natomiast ja nigdy nie wykazywałam skłonności ku życiu

zakonnemu, lecz wyborem takiego a nie innego zawodu

dowiodłam niewątpliwego przywiązania do tego pięknego

świata. Chciałam pójść śladami życia i to w dodatku tam,

gdzie pulsuje ono najmocniej. Wszyscy o tym wiedzieli. Jak

więc wytłumaczyć sensowność mojego kroku? Na szczęście

nie musiałam niczego robić w pośpiechu, moi rodzice

mieszkali poza Chicago, w wiejskiej okolicy, gdzie

posiadaliśmy własny dom, przy którego budowie uczestniczyli

jeszcze dziadkowie. Dopiero niedawno udało się go uwolnić

od ciężarów kredytu. Któregoś dnia miałam należeć do grona

spadkobierców...

Mój szef machnął ręką, jak gdyby chciał odpędzić

muchę.

- Bzdura! Na razie niczego proszę nie pisać, a list

wysłać do rodziców dopiero z klasztoru, uzasadniając to tym,

background image

że nie chciała pani sprawiać im bólu. To chyba rozsądne

tłumaczenie?

Tak, to był dobry pomysł. Kiedy udawałam się w

podróż, by zebrać materiał na reportaż, też nie odprawiałam

specjalnej ceremonii pożegnania. Moi bliscy przyzwyczaili się

do tego, że wyrosły mi skrzydła i opuściłam rodzinne gniazdo.

Poza tym przypominałam sobie mgliście, że we wszystkich

klasztorach można było składać wizyty. Golden Hills nie

leżało w końcu na antypodach, tylko parę mil na północ od

miasta.

Dla rodziców był to rzut kamieniem, odkąd John, mój

drugi starszy brat, kupił samochód. Mieściły się w nim właśnie

cztery osoby. Cztery było idealną liczbą jak na okazjonalne

odwiedziny w klasztorze – nie trzeba będzie odpowiadać na

zbyt wiele pytań, jak wtedy, kiedy zjawiłoby się pięcioro

rodzeństwa, zwłaszcza najmłodsza Maureen. Przez moment

przeszył mnie dotkliwy ból, jakbym rzeczywiście miała się

rozstać z moją młodszą siostrą, za której wychowanie byłam

prawie współodpowiedzialna. Potem jednak uśmiechnęłam się

sama do siebie – cała ta komedia miała trwać tylko rok. Zaraz

background image

jak tylko jako nowicjuszka dotrę do ostatnich tajemnic życia

klasztornego, jeszcze przed złożeniem pierwszych ślubów

zakonnych, wrócę do życia w świecie. Zawsze można było

znaleźć jakieś wyjaśnienie. Tym się właśnie pocieszałam.

Wszystkie inne sprawy wziął w swoje ręce sam szef. Dostałam

do ręki bilet. Osobiście nie chciał mi towarzyszyć, gdyż

mogłoby się to wydać zbyt podejrzane. W żadnym też

wypadku nie wolno mi było przedstawić się przełożonej

generalnej jako reporterka, lecz jedynie jako pracownik

wydawnictwa. Nie była to cała prawda, ale też i nie kłamstwo,

tym sposobem nikt nie nabierze podejrzeń.

Nieco ryzykowna była inna sprawa: moje nazwisko

pojawiało się często na łamach naszego poczytnego

czasopisma. Czy ktoś mnie może rozpoznać? Wszystko

zależało właśnie od tego.

Nie musiałam się niczego obawiać. Kiedy wymieniłam

moje nazwisko, twarz czcigodnej matki pozostała

background image

niewzruszona. Równie dobrze mogłabym się nazywać Mary

Smith lub Liz Miller. O tym, że w tym klasztorze nikt nie

czytywał naszego pisma, pomyślałam, kiedy zobaczyłam

wznoszącą się na wzgórzach bryłę zabudowań w okropnym

stylu przełomu wieków, które być może całe lata temu

zasłużyły sobie na tak poetycką nazwę i teraz daleko im było

do tego.

Był szary, skąpany w deszczu, wczesnowiosenny dzień.

Na niebie przesuwały się ciężkie kłębiaste chmury. Nieliczne

drzewa, mające ożywiać surową fasadę klasztoru, wypuściły

zaledwie pierwsze pączki. Na burych polach nie widać było

żadnego śladu jakiejkolwiek zieleni, martwe i ciche leżały

wokoło. Jasnoczerwony traktor ugrzązł w błocie i to zaraz

obok głównego wejścia. Najwidoczniej nie udało mu się

pokonać zakrętu drogi wiodącej za rogiem ku stajniom,

oborom i stodołom.

Wielkie nieba, to raczej jakaś dobrze prowadzona farma

niż żeński klasztor! Z zabudowań gospodarczych dobiegało

szczekanie psa i głuche porykiwanie krów. Blaszany dźwięk

dzwonka u bramy – i chuda, ciemno odziana siostra zakonna,

background image

która moim zdaniem była nieco zbyt wysoka, by móc uważać

ją za pełną wdzięku. Dominikanki wyobrażałam sobie zawsze

jako lśniąco białe, nieskazitelne gołębice na dziedzińcu Boga.

Takie, którym Pan nie złamałby ani jednego piórka, kiedy

rozgniewany przepędzał przekupniów ze świątyni. Tę,

przewiązaną szarą zapaską i tęgo rozczochraną, spowijała

czerń.

- Dzień dobry – rzekłam suchym tonem domokrążcy,

który po raz pierwszy dzwoni do drzwi obcego domostwa. –

Czy mogłabym rozmawiać z matką generalną?

Wysoka zakonnica szeroko rozwarła szare oczy.

- Z czcigodną matką? A kim pani jest?

- Eileen O’Davis – odpowiedziałam śmiało i niebiosa

nie zagrzmiały. Siostrzyczka nie miała najmniejszego pojęcia,

kto przed nią stał.

- A co pani sprzedaje? – pytała dalej, spoglądając na

moją walizkę oraz płaszcz przeciwdeszczowy, z którego

spływały strugi wody.

- Jeśli można tak powiedzieć, to mnie samą – odparłam

nieco podrażniona – chciałabym wstąpić do tego klasztoru.

background image

No cóż, moje oświadczenie brzmiało co najmniej

dwuznacznie, bo najwidoczniej siostra nie podejrzewała, że

pod jej dachem zagościła nowa postulantka!

- Proszę mi tylko powiedzieć w jakiej sprawie i pójść za

mną do rozmównicy.

- Niech siostra posłucha, chcę zostać dominikanką, czy

też może wylądowałam tutaj wśród wyznawczyń buddyzmu?

Chuda siostra na dłuższą chwilę zamknęła oczy, a ja

pomyślałam, że zaraz zemdleje.

- Aaa, nowa? Nic mi o tym nie wiadomo, że się pani

zgłosiła! Jak brzmiało nazwisko – Davids?

- O’Davis – i nie jestem zgłoszona. Nie miałam pojęcia,

że nawet w klasztorach na pierwszym miejscu stoi święty

Biurokracy.

Teraz moja rozmówczyni roześmiała się, ukazując

potężne, końskie zęby, w żadnym wypadku nie dodające jej

urody.

Wytarła najpierw wielkie, kościste ręce w szarą

zapaskę, a następnie wyciągnęła ku mnie swoją prawicę:

- Serdecznie witamy. Proszę chwilę zaczekać, zaraz

background image

zawołam mistrzynię nowicjuszek, matkę Amabilis – bo ja

jestem tylko opiekunką postulantek.

Obróciła się w pośpiechu na pięcie, a ja dostrzegłam, że

nosi na nogach drewniane chodaki. Jeszcze tylko tego

brakowało, żeby były częścią stroju zakonnego.

Nagle przede mną otwarły się wielkie, ciemne drzwi i

potykając się o próg wpadłam do wysokiego, chłodnego

pomieszczenia, gdy nagle z dala rozległ się męski głos:

- Ależ siostro Elżbieto! Proszę o ciszę klasztorną!

Tyczkowata siostrzyczka uśmiechnęła się promiennie,

jak gdyby to nie ją przywoływano do porządku.

- Dziękuję, czcigodna matko!

A do mnie:

- Jest pani dzieckiem szczęścia, to sama matka

generalna.

- Co się dzieje, mamy gości? – usłyszałam na zewnątrz

potężny męski głos. Pewnie zjawił się ktoś ze służby

domowej, kogo obowiązkiem było wyrzucanie za próg

nieproszonych gości.

Ale drzwi szybko się zamknęły. Najwidoczniej

background image

siostrzyczka uspokajała rozdrażnionego domowego gnoma. Z

bijącym sercem przysiadłam na niewygodnym drewnianym

krześle. Z mojego płaszcza kapały na podłogę krople wody.

Na szczęście nie było na niej dywanu, ale i tak drewniane

deski lśniły wypastowane na wysoki połysk. Zgrzebny lniany

obrus przykrywał nierówności przedpotopowego stołu,

wyciosanego chyba z drewna tekowego i sprawiającego

wrażenie potężnego kowadła. Czyżby tutaj kuto młodych

ludzi, formując ich do życia klasztornego?

Ze ściany spoglądało na mnie olejne malowidło,

przedstawiające Chrystusa w towarzystwie dwóch niewiast.

Jedna z nich trzymała w rękach ogromną paterę z martwą

naturą, na widok której zgłodniałemu gościowi z ust

pociekłaby ślinka, a kiszki zagrałyby marsza. Tymczasem Pan

nie zaszczycał smakołyków nawet jednym spojrzeniem,

natomiast Jego wzrok spoczywał dobrotliwie na młodszej z

kobiet, spoglądającej ku Niemu w zachwycie i nie oferującej

Mu niczego oprócz skupionego przysłuchiwania się. Niejasno

przypomniałam sobie historię o Marii i Marcie, a także i to, że

zawsze większą sympatią darzyłam pilną Martę. A ponadto

background image

teraz byłam głodna.

Otwarto drzwi, a w nich nie zjawiła się Marta,

balansując na ramieniu z tacą z zimnymi zakąskami, lecz

siostra zakonna wypełniająca swoją posturą prawie całą

futrynę. Głębokie, ciemne oczy ukryte za szkłami okularów

obrzuciły mnie szybkim spojrzeniem, zważyły i z pewnością

uznały za zbyt lekką. Wielkie nieba, męski głos przynależał do

niej, gdyż przedstawiła się najgłębszym basem:

- Matka Dominica z konwentu St. Mary. Co panią tutaj

sprowadza, panno Davis? Wydaje mi się, że nasza siostra

odźwierna nie zrozumiała pani do końca.

- Ależ nie – wykrztusiłam z siebie – naprawdę mam

zamiar zostać zakonnicą.

Potem wzruszyłam ramionami.

- Najwidoczniej coś pokręciłam.

Przełożona generalna uśmiechnęła się.

- Czy nie wiedziała pani, że zazwyczaj wysyła się

najpierw pisemne zgłoszenie?

- Z iloma załącznikami? – zapytałam rozdrażniona.

- Tylko z życiorysem i podaniem powodów, dla których

background image

pragnie pani przyjść właśnie do nas – wyjaśniła olbrzymka

dobrotliwie. Usiadła naprzeciw mnie, a pod jej ciężarem stare

krzesło zaskrzypiało niepokojąco.

Poczułam, że się rumienię. Tego mi jeszcze tylko

brakowało.

- Bardzo mi przykro, ale nie miałam o tym pojęcia i

myślałam, że wystarczy po prostu przyjechać.

- Hm... czy omówiła pani tę kwestię ze swoim

spowiednikiem, który mógłby udzielić stosownej porady?

Spuściłam wzrok. Nigdy jeszcze nie miałam stałego

spowiednika, jak inne pobożne dusze. Było mi obojętne, kto

siedzi po drugiej stronie kratki w konfesjonale, podnosząc

rękę, aby udzielić rozgrzeszenia. Pozostałe kwestie uważałam

po prostu za zbytnią przesadę. Gdyby tylko siostra generał-

major – o przepraszam – siostra przełożona generalna

domyślała się, kim był szef, który skłonił mnie do tego...

- Od jak dawna żywi pani pragnienie zostania siostrą

zakonną? – zapytał mnie głęboki bas tonem psychiatry

pragnącego dowiedzieć się, jak długo jego pacjent cierpi na

background image

urojenia.

- Od... od bardzo niedawna, to stało się nagle –

odpowiedziałam po raz pierwszy zupełnie szczerze.

- No, no! A dlaczego właśnie dominikanką?

Zastanawiałam się gorączkowo. Nigdy jeszcze nie

wzniosłam nawet aktu strzelistego pod adresem świętego

Dominika. Oprócz imienia nie znałam żadnego szczegółu z

jego życiorysu. Natomiast dysponowałam sporą wiedzą na

temat świętego Franciszka.

- Spodobał mi się biały habit – wymruczałam pod

nosem, gapiąc się z płonącymi policzkami w ciemny ubiór

mojej rozmówczyni. Tylko w okolicach czepka było nieco

bieli. Poza tym wszystko tonęło w czerni.

- Biel nosimy tylko w niedziele i święta. Powodem jest

kwestia związana z praniem – oświeciła mnie matka

generalna. – Nie wydaje mi się to także wystarczającym

powodem do wybrania właśnie naszego zgromadzenia.

Zakłopotana wpatrywałam się w ciemny blat stołu

niecałkowicie przykryty lnianym obrusem, gdyż w czasach,

kiedy go wykonano, z pewnością nie było mowy o żadnych

background image

ozdobach.

- Czy zna pani przynajmniej maksymę naszego zakonu?

Zrezygnowana potrząsnęłam głową.

- Jest krótka i łatwa do zapamiętania. Brzmi: „Veritas –

Prawda”.

Mówiąc to, wstała z miejsca, jak gdyby chcąc dać mi do

zrozumienia, że dowiedziała się wystarczająco wiele na mój

temat.

Zostałam z pewnością przejrzana, więc również

zaczęłam się zbierać. Lecz przy drzwiach w jej wnętrzu

przeważyła męska dobroć, więc zwróciła się do mnie ciepłym

barytonem.

- Najpierw musi pani coś zjeść. Proszę powiesić płaszcz,

o tam, na wieszaku. Dzisiejszego wieczoru następny pociąg do

Chicago będzie dopiero po 20.00.

Wyszła, zostawiając mnie samą, a ja zdjęłam wreszcie z

siebie przemoczony trencz. W rzeczy samej kaloryfery grzały

słabo. Wydawało mi się, że przechodząc obok, przełożona

generalna podkręciła nieco termostat. Bardzo uprzejme z jej

strony, że nie posłała mnie do domu głodnej. Narastała we

background image

mnie złość. Co to za brednie z brakiem powołań zakonnych.

Tutejsze siostry zdawały się wcale tego nie doświadczać, gdyż

w przeciwnym wypadku przyjęłyby mnie z otwartymi

ramionami i to nie zadając zbędnych pytań, kiedy chętna

kandydatka zjawiła się w ich progach, uciekając przed

pokusami zepsutego świata!

Pogrążona w niewesołych myślach podeszłam do

wysokiego okna, w którym nie było żadnej firanki, a jedynie

wyblakłe zasłony o bliżej nieokreślonym kolorze. Spojrzałam

na wionące pustką pola. Najbliższe domostwa położone były

na krańcu horyzontu Golden Hills. Muszą mnie tu zatrzymać

choćby ze względu na miłosierdzie.

Nie upłynęły nawet dwie minuty i ponownie zjawiła się

siostra Elżbieta, odźwierna. Tym razem, co stwierdziłam z

ulgą, miała na sobie biały fartuch i normalne obuwie. Za

pierwszym razem pewnie dopiero wróciła z obory. W ręku

niosła tacę przykrytą czystą ściereczką. Z głośnym łomotem

postawiła ją na stole, który najwidoczniej wszystko

wytrzymywał, i rozłożyła przede mną serwetkę. Następnie

uroczystym gestem ustawiła na środku wazę z zupą, przy

background image

moim miejscu gruby porcelanowy talerz i drewniany półmisek

z bielusieńkim jak śnieg chlebem, soczystą różową szynką

oraz prawdziwym, wiejskim masłem. Oprócz tego mały

talerzyk z dwoma ogromnymi, czerwonymi jabłkami.

Wszystko to zrobiło na mnie wrażenie prawdziwej uczty i to

większej niż martwa natura Marty, która ugościła Pana,

zbierając za to naganę.

- Proszę się częstować, a jeśli czegoś zabraknie,

wystarczy powiedzieć.

Musiałam się uśmiechnąć.

- Siostro, tym przecież można nakarmić cały regiment

wojska.

- Proszę tylko zaczekać, aż nabierze pani prawdziwego

postulanckiego apetytu, panno Davis. Na to nie czeka się u nas

nawet trzech tygodni. Człowiek zaczyna być niespokojny,

kiedy wyznacza mu się tak skąpe racje. Ale bez obaw, można

się u mnie poskarżyć, jestem przecież opiekunką postulantek.

Nie, to nie zdarzy się nigdy w moim przypadku!

Zanurzyłam chochlę w gęstej zupie z maślanki, w której

pływały śliwki. Nie widziałam jeszcze takiej potrawy.

background image

Pociągnęłam nosem.

Siostra Elżbieta roześmiała się.

- Tak, tak, nasza siostra kucharka pochodzi z Niemiec,

jest emigrantką. Od pół roku jemy nawet regularnie kiszoną

kapustę z golonką. Tylko piwa nie wolno jej podać do stołu,

niestety.

- Siostro Elżbieto, sprawy nie zajdą nigdy tak daleko,

żebym została siostry postulantką i nauczyła się jeść kiszoną

kapustę – posyła się mnie do domu pocztą zwrotną.

Tyczkowata siostra wypuściła trzymaną w dłoni klamkę

od drzwi, najwidoczniej pełna skrupułów, że prowadzi ze mną

tak długie prywatne rozmowy, ale zwyciężyła niewieścia

ciekawość.

- A z jakiegoż to powodu? Co mówiła?

- Przełożona generalna stwierdziła, że musi znaleźć dla

mnie następny pociąg i... odjazd do domu.

Siostra Elżbieta przymknęła powieki, trwało to około

pięciu sekund. Potem jej twarz rozpogodziła się.

- Przypominam sobie dokładnie, że ze mną zrobiła tak

samo. Od tej chwili upłynęło już dobrych piętnaście lat. Nasza

background image

czcigodna matka nie zmienia się. Proszę się nie niepokoić, z

pewnością została pani przyjęta.

Wyszła, uśmiechając się. Ja zaś, nie wierząc już w nic,

pozwoliłam się prowadzić zdrowemu apetytowi i niczym

wygłodniały brzdąc wepchnęłam w siebie wszystko co jadalne

i co w zasięgu moich rąk. Wydawało mi się, że jeszcze dzisiaj

pośle się mnie na krańce świata.

Odkładałam właśnie łyżkę, kiedy po raz kolejny zjawiła

się matka generalna.

- Doskonale – skinęła głową z zadowoleniem – ma pani

przynajmniej blade pojęcie o powołaniu – zdrowy apetyt.

Siostry, które na widok pożywniejszych dań wpadają w

omdlenie, nie są nam tutaj potrzebne. No, ale przejdźmy na

spokojnie do rzeczy, panno O’Davis. Czy ma pani rodziców i

jakie jest ich stanowisko co do podjętej przez panią decyzji?

Staranniej niż to konieczne zwinęłam moją serwetkę i

odpowiedziałam z ociąganiem:

- Moi rodzice nigdy nie robili mi żadnych trudności, ani

przy wyborze zawodu, ani w żadnej inne sprawie. Gdybym im

oznajmiła, że wychodzę za mąż za syna Rockefellera, też by

background image

się na to zgodzili.

Duże, ciemne oczy ukryte za szkłami okularów

pozostały poważne.

- A więc mogę być pewna, że przybyła pani do nas z

błogosławieństwem swoich rodziców? – zgłębiała temat dalej.

- Najprawdopodobniej moi rodzice jeszcze dzisiaj

otrzymają list, w którym informuję ich o moim zamiarze. To

wystarczy, przecież mam dwadzieścia jeden lat.

Matka generalna nachyliła się ku mnie.

- Coś takiego, wysłała pani jedynie pisemne

zawiadomienie?

- Owszem, nie miałam czasu, żeby do nich jechać, gdyż

mieszkamy poza miastem. W Chicago mam umeblowaną

garsonierę i pracuję zawodowo.

- Aaaa – rozumiem – tak to wygląda. Cała sprawa staje

się coraz bardziej skomplikowana.

Nie podzielałam tej opinii. Musiałam wyglądać

niezwykle wojowniczo, gdyż matka zgromadzenia

przypomniała mi nagle o tym, że nie bez kozery, mając na

background image

myśli najwyższy autorytet zakonny, dodaje się w jej tytule do

określenia „przełożona” również stopień generalski. W

najbardziej męskim ze swoich tonów zwróciła się do mnie:

- Zanim zostanie pani przyjęta, muszę mieć ustną i

pisemną zgodę pani rodziców. Nie obejdzie się bez tego.

Bardzo mi przykro, ale musi pani wracać.

Nigdy bym nie pomyślała, że przełożeni robią takie

trudności, gdy chce się wstąpić do klasztoru. Zachowywała się

tak, jakbym co najmniej została uprowadzona przez

porywaczy i na siłę zaciągnięta do tej twierdzy zakonnej.

Prawdziwy cud, że nie wezwała policji.

- Moi rodzice mają telefon! – wpadła mi do głowy

zbawienna myśl. – Podam ich numer i w ciągu dziesięciu

minut będziemy miały ustne zapewnienie, że dają mi

absolutnie wolną rękę.

Przełożona generalna potrząsnęła głową.

- Nie mamy w zwyczaju szantażować zaskoczonych

rodziców. Wybierając duszę dla siebie, Bóg działa niezwykle

troskliwie i ostrożnie, panno O’Davis. Rodzice dali pani życie

i jednym z przysługujących im praw jest spokojne

background image

wysłuchanie ich opinii. Powiedziała pani, że mieszkają poza

miastem?

- Owszem, dość daleko – potwierdziłam skwapliwie

(połączenia z Chicago były znakomite).

- Hm – sprawdzę w rozkładzie jazdy, czy dzisiaj

wieczorem będzie jeszcze jakiś pociąg! – oświadczyła moja

interlokutorka, powstając z miejsca. Straciłam wszelką

nadzieję. Jutro rano zjawię się przed obliczem szefa i słusznie

usłyszę zarzut bycia całkowitym beztalenciem. Nie

zobaczyłam nawet słynnego szyldu „Klauzura, wstęp

wzbroniony”, nie mówiąc nawet o tym, żeby sforsować

ozdobioną nim bramę.

- Matko generalna! – ruszyłam do ataku z odwagą, jaką

daje desperacja, dostrzegając, że chyba po raz pierwszy udało

mi się ją poważnie zaniepokoić. – Nie można mnie po prostu

odesłać z powrotem, gdyż dostanę się w sidła mojego szefa,

który raz pozwolił mi się z nich wyrwać, ale z pewnością nie

zrobi tego po raz drugi.

Była to nawet prawda. Szef wyśmieje mnie i nigdy

więcej nie dostanę szansy, żeby po wykonanym zadaniu

background image

otrzymać awans na samodzielną reporterkę.

- Pani szef? – zapytała przełożona generalna, dopiero

teraz poważnie zainteresowana wykonywanym przez mnie

zawodem, gdyż najwidoczniej była to dla niej rzecz

najzupełniej drugorzędna.

- Jestem re... pracownikiem redakcji – wyjąkałam. W

ostatniej chwili udało mi się przełknąć zdradzieckie słowo

„reporterka”.

- Aha, i pewnie miała pani stałą umowę o pracę? –

zapytała nagle czymś olśniona.

Skinęłam głową, z serca spadł mi kamień. Matka

generalna zamyśliła się. Najwidoczniej miała złe

doświadczenia z menedżerami filmowymi reprezentującymi

Clare Nell.

- W jakim wieku jest pani szef? – zapytała nagle. Tym

razem to ja wpadłam w zdumienie.

- No, około pięćdziesiątki – tak mi się zdaje.

- Żonaty?

- Nie, to znaczy, tak – rozwiedziony...

- Aha...

background image

Nie miałam pojęcia, czy przełożone generalne mają

bogatą wyobraźnię, czy czerpią swoje doświadczenia z życia,

układając w całość skomplikowane łamigłówki, które zwykły

pojawiać się w scenariuszach filmowych. Wydawało mi się, że

miała już pod ręką gotową historię, więc czyniłam wszystko,

żeby ją do niej przekonać.

- Nasz szef jest bardzo despotyczny – powiedziałam

zgodnie z prawdą. – Byłabym bardzo szczęśliwa, mogąc przez

dłuższy czas pozostać poza jego zasięgiem.

Zarówno element ojcowski, jak i macierzyński jej

natury zdawały się skłaniać ją ku temu, aby przygarnąć mnie

pod skrzydła.

Podeszła do okna.

- Leje tak, że mogłoby się zdawać, iż niebiosa zawarły z

panią przymierze. No dobrze, proszę zostać na noc, a potem

zobaczymy co dalej.

Wychodząc, potknęła się o moją walizkę.

- Co pani z sobą zabrała – wyprawę dla postulantki?

Ze zdumienia otwarłam usta.

- Co takiego? Jaką wyprawę?

background image

- No tak, wyprawę, którą również oblubienice Pana

zwykły zabierać ze sobą do klasztoru, z wyjątkiem oczywiście

ubóstwa. W tym wypadku można przyjść takim, jakim się jest,

i nie jest to nigdy przeszkodą.

W mojej walizce znajdowały się dwie sukienki

koktajlowe, trzy garsonki, cztery pary bucików na obcasie

firmy Charleston, etola ze sztucznej norki, torebka z

krokodylej skóry oraz wykwintna nylonowa bielizna.

- Myślę – wydaje mi się, że parę z tych rzeczy okaże się

mi przydatne – wyjąkałam.

- A czy jest pomiędzy nimi choć jedna prosta, czarna

sukienka?

- Nnn-ie! W ostatnich latach nie mieliśmy żadnego

pogrzebu w rodzinie.

Przełożona generalna skierowała swoje kroki ku

drzwiom.

- No więc, zobaczymy. Przyślę mistrzynię nowicjuszek,

żeby przydzieliła pani pokój gościnny.

Niedługo zjawiła się przyjazna, niska siostrzyczka.

Wszystko w jej postaci było proporcjonalne okrągłe i

background image

sprawiające wrażenie, że dzięki otaczającemu klasztor

gospodarstwu zakonnice dobrze się odżywiają. Nie było

natomiast w niej niczego nadzwyczajnego, choćby na

podobieństwo wrażenia, jakie odnosi się, kontemplując obrazy

świętych. Mimo to natychmiast odczułam, że jest ona tą

zakonnicą, do której wnętrza chciałabym koniecznie zajrzeć.

Jaka była tego przyczyna? Być może powodowały to jej

wielkie, stalowoniebieskie, irlandzkie oczy, które zwykły nie

tylko spoglądać na drugą osobę, lecz wwiercały się w głąb

duszy. W każdym razie wydawało mi się, że mnie przejrzano,

więc szybko spuściłam wzrok.

- No więc jestem siostra Amabilis, mistrzyni

nowicjuszek – zwróciła się do mnie z uśmiechem, jak gdybym

przynależała już do gromadki jej podopiecznych. – Jeszcze

dotąd się nie zdarzyło, żeby się ktoś mnie bał. Proszę więc za

mną. I bez obawy, nie przyodziejemy pani od razu w habit.

Musiałam się uśmiechnąć. Ostatecznie w klasztorze nie

było żadnych zapadni, w których czeluściach znikało się

bezpowrotnie. Pokój gościnny był mały i skromnie urządzony,

lecz bardzo przytulny. Nad pomalowanym na biało,

background image

dziewczęcym łóżkiem zawieszono oleodruk przedstawiający

słoneczniki, które bardzo lubię.

- No tak – stwierdziła matka Amabilis, zaciągając

zasłony – okna tego pokoju wychodzą niestety w stronę

gospodarstwa. Miejmy nadzieję, że rankiem nie będzie pani

przeszkadzało porykiwanie krów. My wstajemy nieco

wcześniej, zanim jeszcze ono nastąpi.

- A o której godzinie?

- Krowy doi się około szóstej rano.

- Nie to miałam na myśli. Kiedy siostra wstaje?

- Hi, hi, hi! Bladym świtem, o piątej trzydzieści –

przynajmniej w zimie. Latem zaczynamy pół godziny

wcześniej.

Czym prędzej usiadłam na jedynym krześle.

- Wielkie nieba, ale dlaczego tak wcześnie? To przecież

prawie o północy! – wyrwało mi się.

- Za to rzadko wstajemy w nocy na modlitwę, tak jak

jest to w zwyczaju w wielu innych zakonach – pocieszyła

mnie matka Amabilis.

Nocą – tego mi jeszcze tylko brakowało! Piąta

background image

trzydzieści była już porą niewyobrażalną. Moją pracę

rozpoczynałam dopiero o dziewiątej i do ósmej wylegiwałam

się słodko w piernatach. Najwidoczniej dotąd wiodłam życie w

zupełnie innym świecie.

Z westchnieniem otwarłam walizkę, ale nie miałam

śmiałości wyciągnąć z niej nylonowego tworu, którego

potrzebowałam podczas pierwszej nocy klasztornej.

- Proszę się nie spieszyć z rozpakowywaniem –

uspokoiła mnie matka Amabilis. – Być może w godzinach

nocnych dojdzie pani do chwalebnego przekonania, żeby

odstąpić od zbyt pośpiesznie podjętej decyzji. Nikt nie będzie

się temu dziwił. Młodzież już taka jest. W każdym wypadku

udało się pani odetchnąć klasztornym powietrzem,

nieprawdaż?

Poczerwieniałam. Czyż nie traktowała mnie niczym

szpiega, którego wyrzuca się poza dom, nie pokazując żadnej z

tajemnic, z którą chciałby się bliżej zapoznać?

- Zostaję! – odparłam z przekorą, zakładając ręce, jak

gdyby dla zademonstrowania, że żadna siła na świecie nie

będzie w stanie przepędzić mnie z tego pokoju.

background image

- Oj, czy aby na pewno? – pokiwała głową moja

rozmówczyni, a jej okrągła twarz dowodziła, że doskonale się

bawi. – Proszę pomyśleć: piąta trzydzieści.

Podała mi rękę.

- Proszę się nie nudzić. Z pewnością zwykle nie udaje

się pani tak wcześnie na spoczynek. Tam, w szufladzie jest

kilka książek. Nie mamy niestety radia, nie wspominając o

telewizji.

Najwidoczniej siostry obchodziły się bez informacji,

niczym dzikusy w buszu.

- Ale wobec tego nie wiecie nic na temat tego, co dzieje

się w polityce! – nie mogłam się nadziwić.

- Zauważymy na pewno, kiedy nastąpi koniec świata.

Wszystko inne nie ma zbytniego znaczenia – odparła

nieustraszona optymistka i zanim wyszła, odwróciła się w

moją stronę.

- Potrzebuje pani jeszcze czegoś, drogie dziecko?

Wzruszył mnie ton, jakim zwróciła się do mnie.

- Nie, dziękuję. Proszę się nie przejmować, wszystko

background image

jest w porządku.

- Jeśli chodzi o samotność, to proszę się nie martwić.

Nawet najgroźniejsi gangsterzy USA nie wpadli jeszcze na

pomysł, żeby zakraść się do Golden Hills. Dobrej nocy.

Zostałam sama. Spojrzałam na zegarek – była dopiero

dziewiętnasta. Tylko jako dziecko bywałam tak wcześnie

posyłana do łóżka. Słyszałam jeszcze ciche kroki

rozbrzmiewające na korytarzu tu i tam. Najwidoczniej

klauzura położona była za żelaznymi bramami i żaden dźwięk

spoza nich nie docierał do mnie. Bardzo to było uprzejme ze

strony matki Amabilis, że przestrzegła mnie przed

samotnością. Kiedy to ostatnio byłam tak pozostawiona sama

sobie?

Nie, nie jest dobrze, żeby człowiek był sam!

Zabrałam się za rozpakowywanie mojego bagażu i

wyjęłam z walizki dwie porządne sukienki, które mogłyby się

nadać. Jedna z nich, z lekkiej wełny, była w kolorze

fioletowego bzu, druga z dzianiny bawełnianej, bardziej

kolorowa, lecz bez zwracającego uwagę wycięcia i z długimi

rękawami. Na to chyba powinny się zgodzić.

background image

Zrobiło się chłodno. Powinnam może wreszcie

skorzystać z dobrodziejstw łóżka! Materac był zdumiewająco

miękki. Ostatnio ciągle czytałam o twardych posłaniach

zakonnic, pryczach, siennikach i blaszanych szafkach. A

tymczasem miejsce mojego spoczynku było całkiem wygodne.

Kiedy się obróciłam, łóżko zaskrzypiało. Być może gościło już

niejedną wylęknioną kandydatkę na zakonnicę? Tu muszę

przyznać, że nie było mi lekko na duszy.

W co ja się wpakowałam? Doskonale przecież

zdawałam sobie sprawę z tego, że nie nadaję się na siostrę

zakonną, a przecież chciałam tu pozostać, wiodąc życie w

klasztorze – i to przynajmniej przez rok. A rok ma dwanaście

miesięcy złożonych z trzystu sześćdziesięciu pięciu dni. Uff,

trzysta sześćdziesiąt pięć poranków o piątej trzydzieści, zanim

jeszcze zapieje kur – nie, to zbyt wygórowane żądanie! Szef

zrobiłby lepiej, posyłając mnie gdzieś w Himalaje! Już na

samą myśl o nim ogarniała mnie złość. Serce łomotało mi w

piersi szybko i głośno. Nie miałam ze sobą żadnego lekarstwa,

aby je uspokoić. Nie byłam przecież starszą panią noszącą ze

sobą nieodłączne puzdro z medykamentami! Co zwykle robi

background image

się w takim wypadku?

Co to doradzała matka Amabilis – że miałam trochę

poczytać? Być może dobrym rozwiązaniem będzie nieco

rozrywki. No to do dzieła! Pewnie przechowują tu parę

starych, budujących opowiastek w złoconych oprawach.

Otwarłam szufladę wskazaną mi przez mistrzynię

nowicjuszek.

Pierwsza pozycja: Doktor Żywago! Rosyjski bestseller –

nie! Tego najmniej bym się tutaj spodziewała, ale znałam go.

Następna pozycja? Ciężkie tomisko, złocone rogi, pewnie

Biblia. Otwarłam ją – dowcipy ze wszystkich kontynentów.

Amerykańskie, angielskie, szkockie, irlandzkie, niemieckie,

hiszpańskie – zawirowało mi w głowie! To na takiej lekturze

spędza się tutaj czas? Kim był ten wesoły mnich? „Święty

Antoni z Padwy – był spokojny, kiedy to się stało!”.

Ta pozycja była po niemiecku – uśmiechnęłam się.

Gdybym tylko ja była spokojna. Nie, nie miałam ochoty na

tego rodzaju literaturę.

No więc, trzecia cegła. Hm – Summa theologica –

wreszcie coś, co bardziej pasuje do murów klasztornych.

background image

Stwierdziłam, że w moje ręce dostało się skrócone, łatwe w

odbiorze dzieło Tomasza z Akwinu – przejrzyste w układzie,

bo podzielone na czytelne akapity. I tak nie miałam zamiaru

dłużej zagłębiać się w czytaniu, a jedynie otrzymać odpowiedź

na moje wątpliwości.

Pierwsze zdanie wielkiego dominikanina, które

przeczytałam, brzmiało: „Nie zastanawiamy się nad celem, a

jedynie nad drogami, które do niego wiodą”. Zaskoczona

zastanowiłam się przez chwilę. Zdumiewająco trafne

spostrzeżenie. Jakąż to drogę wybrałam? Czy któryś ze

świętych doradziłby mi jej wybór? Najprawdopodobniej – nie.

Dalej przeczytałam: „Ci, którzy potrzebują porady

innych, wiedzą, jeśli są w stanie łaski, że dobrze robią,

doradzając sobie samym, aby szukać porady innych osób i

odróżniając dobrą radę od złej”.

Zatrzasnęłam z hukiem dzieło Akwinaty, aż echo odbiło

się od ścian. To było ewidentne naruszenie mojej prywatności.

Oczywiście, że posłuchałam złej rady, i doskonale zdawałam

sobie z tego sprawę. Przełożona generalna miała rację. Zaraz z

rana spakuję manatki i wyjadę, choćby miało mnie to potem

background image

kosztować utratę szans na zostanie redaktorką.

We wszelkich wątpliwościach uzyskuje się spokój i

równowagę ducha, podejmując jakąkolwiek decyzję. I tak

postanowiłam sobie, że nie sprzeciwię się matce generalnej,

jeśli nazajutrz każe mi opuścić klasztor. Wpierw jednak

chciałam zakosztować nieco więcej mądrości autorstwa tego

męża, którego kilka zdań wystarczyło, aby uspokoić moje

wzburzone wnętrze.

Przysunęłam lampę nieco bliżej i zaczęłam czytać od

początku.

Odkąd opuściłam szkołę i zdałam maturę, nie miałam w

ręku tak ciężkiej lektury. Teraz zaś wydawało mi się, jakbym

kroczyła przez ciemności nocy po jasno oświetlonej, pewnej

ścieżce, której jasność z każdym krokiem stawała się większa.

Blask światła tak bardzo przybrał na sile, że stał się

wręcz oślepiający.

Oczywiście zasnęłam i we śnie nie siedziałam u stóp

Pana tak jak wspomniana wcześniej Marta, lecz u stóp

Akwinaty, wpatrując się w jego oblicze, zaś wszystkie pokusy

świata straciły dla mnie swój czar.

background image
background image

II

Rankiem nie usłyszałam ani ryku krów, ani wstających

o piątej trzydzieści sióstr. Kiedy zaniepokojona matka

Amabilis przyglądała mi się, gasząc lampkę nocną przy moim

łóżku, była dziewiąta rano.

- Myślałam już, że jest pani pierwszą kandydatką, która

zmarła w naszych murach – stwierdziła wytrącona z

równowagi. Podniosłam się, dojrzałam leżącą na podłodze

książkę i przeprosiłam za kłopot.

- Ach, nic nie szkodzi. Energia elektryczna jest u nas

tania. Ale tak ciężka strawa duchowa na wieczór – i to na

samym początku. Trzeba było przeglądnąć książkę z

dowcipami.

Potrząsnęłam głową.

- Nie, matko Amabilis, Wilhelm Busch i inni wielcy

background image

humoryści z pewnością nie pomogliby mi w podjęciu decyzji,

która teraz zapadła.

- Cóż to za decyzja? – zapytała zdumiona matka

Amabilis, skrywając dłonie w rękawach habitu i pochylając się

ku mnie.

- Zmierzenia się z siostry przełożoną generalną i

wszystkimi świętymi, aby tu pozostać. Święty Tomasz

stwierdził w swoim dziele, że największym dobrodziejstwem,

jakie można wyświadczyć bliźniemu, jest odwiedzenie go od

błędu i poprowadzenie ku prawdzie.

- Taaak? – dodała matka Amabilis z jeszcze większym

oczekiwaniem w głosie.

- Wydaje mi się, że do dzisiaj miałam zupełnie błędne

zdanie na temat życia w klasztorze – odparłam energicznie – i

wraz ze mną błędnie oceniło je wiele innych osób.

Stalowobłękitne oczy matki spoczęły na mnie dłuższą

chwilę. Patrzyła bez słowa, a potem powiedziała:

- No cóż, proszę przejść do sąsiedniej rozmównicy,

zanim jeszcze przywdziejemy pani na głowę czepek

postulantki. Jeszcze wczoraj matka Dominica telefonowała do

background image

pani rodziców. Przyjechali tutaj, żeby omówić wszystkie

sprawy, skoro taka jest pani wola.

Zamarłam na chwilę, po czym wyskoczyłam z łóżka na

równe nogi.

- Czy teraz w świecie nosi się coś takiego, kiedy po

prostu człowiek kładzie się na spoczynek? – zapytała

mistrzyni nowicjuszek, spoglądając z podziwem na mój

przyodziewek. Przytaknęłam dumnie.

- Oj, oj! – odparła tylko. – Trzeba się będzie przestawić

– i to wszystko ze względu na prawdę.

Zaśmiałyśmy się jednocześnie.

Kiedy już przed nią i przed sobą samą usprawiedliwiłam

swoje karkołomne decyzje, ubrałam się szybko w liliową

sukienkę, gdyż było to moje najbardziej neutralne światowe

odzienie, i przygotowałam się na spotkanie z rodzicami oraz

na cały szereg pytań i zarzutów. Mama i tata nie tylko spożyli

doskonałe śniadanie, ale jeszcze na domiar złego przywieźli ze

sobą Maureen, do której jestem tak bardzo przywiązana.

Maureen została zwolniona z zajęć szkolnych, ponieważ ja

chciałam wstąpić do klasztoru, a ona koniecznie chciała

background image

zobaczyć mnie raz jeszcze. Kończy teraz ostatnią klasę szkoły

podstawowej.

Rzuciłam się mamie w objęcia, jak gdybym

rzeczywiście miała zamiar zostać tu przez całe życie.

Ona ucałowała mnie w oba policzki.

- A więc to prawda? – zapytała z radością w głosie i

błyskiem w oczach. – Nigdy nie przyszłoby mi do głowy, że

właśnie ty urzeczywistnisz moje dziewczęce marzenia i

wstąpisz do klasztoru.

- Ależ Mary! – wtrącił tatuś z wyrzutem w głosie. Ona

się roześmiała:

- Tak, mój mężu, zanim ciebie poznałam, miałam taki

zamiar, ale nie były to dominikanki, tylko klaryski.

Tatuś przeciągnął ręką po rzadkich włosach.

- Co za szczęście, że chodzi tylko o moją córkę. Chodź

tu, moja panno! No, dobrze się wyspałaś w przedsionku nieba?

- Doskonale, tatusiu.

- To masz powołanie, dziecko. Ojciec MacShaggy

zwykł mawiać, że dobry apetyt, spokojny sen i dobra wola

wystarczają, aby wstąpić do klasztoru. Wszystko inne sprawią

background image

atmosfera i łaska. Potrzebujesz czegoś, córeczko?

O, jacyż zdecydowani byli moi kochani rodzice, jeszcze

bardziej w gorącej wodzie kąpani niż ja sama. Wyglądało na

to, jak gdyby sami mieli uczynić ten krok, a to wydało mi się

już nieco podejrzane. Maureen przytuliła się do mnie.

- Eileen, jeśli tu zostaniesz, otrzymam w spadku cały

nasz pokój, ze wszystkimi twoimi klamotami. Pomyśl tylko, to

tak jakbym była już prawie dorosła.

Pociągnęłam ją za długie, rude warkocze.

- Nie wcześniej, zanim te spadną pod nożyczkami.

- Obetną ci teraz włosy, Eileen? – zapytała moja siostra

z zazdrością. Bezwiednie przeciągnęłam ręką po głowie.

Matka Amabilis, wnosząca właśnie tacę przeładowaną

dojrzałymi owocami, usłyszała pytanie i uśmiechnęła się.

- Nie, już od dawna tego nie praktykujemy, moja mała.

- O jaka szkoda, to byłoby takie ekscytujące! Pamiętasz,

Eileen, jak oglądałyśmy razem Historię pewnej zakonnicy i jak

płakałam, kiedy widziałam, jak golą jej głowę?

Najchętniej zatkałabym jej tę rozgadaną jadaczkę.

Wszelkie nasze informacje na temat życia w klasztorze

background image

pochodziły z filmów i książek autorstwa osób, które były w

klasztornych murach, ale ponownie powróciły do świata. Na

szczęście Maureen wbiła zęby w soczystą gruszkę.

- No cóż, siostro, jak to ma wyglądać z ekwipunkiem? –

zapytał mój kochany ojciec. – Potrzebne jej będą buty do

wspinaczki, skoro od tej chwili tak ostro rusza w górę?

- Mamy tutaj listę – odparła matka Amabilis. –

Przygotuję jej kopię do zabrania. Nie jest tego dużo, w

każdym razie znacznie mniej, niż kiedy wychodziłaby za mąż

córka z dobrego domu.

Tatuś był zadowolony, gdyż miał do wyposażenia

jeszcze kilka córek, mamusia natomiast obiecała mi swoją

czarną sukienkę, którą nosiła ostatnio podczas święceń

kapłańskich mojego brata.

- Tę możemy jeszcze przefarbować – orzekła mistrzyni,

a ja wpadłam w panikę. Moja piękna liliowa sukienka z czystej

wełny!

- Na pewno się zbiegnie! – spróbowałam się

przeciwstawić.

- Drogie dziecko, mamy na to swoje sposoby –

background image

uśmiechnęła się matka Amabilis uspokajająco. – A jeśli

rzeczywiście nie będzie pasowała, to ubierze ją inna

postulantka, gdyż pani się z nią zamieni, nieprawdaż?

A więc tak to funkcjonowało! No cóż, zaopatrzę się

znowu w rozsądną garderobę, kiedy dostanę moją pierwszą

pensję jako redaktorka. Poza tym ta na pewno nie będzie już

modna. W ciągu pół godziny zostały wyjaśnione wszystkie

pytania, przede wszystkim to najważniejsze, czy wraz z

rodzicami chcę wrócić do domu. Oboje zaprzeczyli

jednogłośnie w moim imieniu. Przy pożegnaniu jednak swoimi

uściskami prawie chcieli połamać mi żebra.

Maureen rozpłakała się na głos. Wzięłam ją na bok,

pocieszając szeptem, że może wcale nie wytrzymam, że może

będzie ze mną tak jak z niejedną postulantką, którą odesłano

do domu. Słysząc to, moja młodsza siostra uspokoiła się

natychmiast, otarła piąstką oczy i oznajmiła:

- Tylko nie ty! Założyłam się z Patem Walkerem, że

dasz sobie radę. Jeśli wytrzymasz dwa lata, dostanę wszystkie

jego książki o Dzikim Zachodzie. Powiedział, że jego rodzice

orzekli, że na pewno niedługo wrócisz do domu.

background image

Jakoś mnie to nie uspokoiło.

- Zobaczymy, jak to będzie, Maureen – dodałam słabo.

Ona skinęła głową.

- Poczekaj tylko, jak będę mieć szesnaście lat, pójdę w

twoje ślady. Wtedy będziesz już starą zakonnicą i zostaniesz

moją mistrzynią nowicjuszek.

- Nic z tego nie będzie, Maureen. Nie wbijaj sobie

niczego do głowy, słyszysz?

- Takie rzeczy już się zdarzały, na przykład w życiu

małej świętej Teresy. Jej rodzona siostra została później

przełożoną klasztoru, uczyliśmy się tego na katechezie.

Byłam szczęśliwa, kiedy wreszcie znikła za progiem i

wraz z rodzicami pomachała mi z okna taksówki.

- Dziwne – orzekła matka Dominica, która pojawiła się

znowu, a jej głos ze zdumienia był jeszcze o dwa tony niższy

niż zwykle. – Rodzice nieomal pragnęli się pani pozbyć. Była

pani tak złą córką?

Potrząsnęłam głową.

- Nie, czcigodna matko, to Irlandczycy. Jeśli połowa

członków rodziny nie wybierze stanu duchownego, uważa się

background image

ich za nienormalnych.

Mistrzyni nowicjuszek potwierdziła również, że połowa

Irlandii osiedliła się w Ameryce. Również i ona miała

przodków, którzy pochodzili z okolicy Limerick. Natychmiast

też połączyło nas coś serdecznego, odczułam to już wczoraj.

Samochód zniknął w oddali. Nocą deszcz nieco ustał, ale i tak

kiedy rodzice dotrą taksówką do domu, będzie ona wyglądała

jak dzik, który właśnie wytarzał się w błotnej kąpieli.

Przełożona generalna pokiwała głową. Odpowiednio do rangi

tego dnia założyła biały strój, więc wyglądała bardzo

dostojnie, na podobieństwo dobrze zbudowanego pingwina.

- Jak na mój gust, wszystko poszło trochę za szybko –

oznajmiła zatopiona w myślach. – Jeśli ma pani takie samo

odczucie, Eileen, proszę natychmiast o tym powiedzieć. Nie

jestem zwolenniczką pośpiechu, rozumiemy się? Nie

zwabiamy naszych sióstr do klasztoru ani też nie wpędzamy

ich do niego. Pozostaje pani wolnym człowiekiem tak długo,

dopóki nie złoży uroczystych ślubów.

Przytaknęłam. Nigdy bym nie pomyślała, że u

początków życia klasztornego usłyszę tak stanowcze

background image

ostrzeżenia i przestrogi.

- Doskonale, siostra Elżbieta wraca właśnie z obory –

dodała generalna żywszym tonem. – Proszę się pośpieszyć

matko Amabilis i oczepić naszą młodą postulantkę. Potrzeba

nam świeżych sił, żeby odciążyć nieco w pracy naszą

gospodynię.

Po raz pierwszy podcięło mi nogi.

Matka Amabilis chwyciła mnie za ramię.

- Oczywiście, no to do przebieralni. Proszę się nie

kłopotać, pożyczę pani strój roboczy. Za kwadrans będziemy

gotowe.

Nie dostrzegłam nawet tabliczki na drzwiach dzielących

klauzurę od pozostałych pomieszczeń klasztoru, potknęłam się

tylko o próg, jakby owiany tajemnicą, i nieomal po omacku

szłam śladami mistrzyni nowicjuszek przez długi, pogrążony

w mroku korytarz, gdy na jego końcu otwarła białe drzwi.

Weszłam do ogromnej sali, której bym się tutaj nie

spodziewała, słonecznej, jasnej i wyglądającej na pierwszy

rzut oka niczym okręt pod pełnymi żaglami. Wszędzie

zwieszały się białe zasłony oraz białe parawany, zdające się

background image

oddzielać od siebie boksy dla poszczególnych wioślarzy.

Mistrzyni skierowała swoje kroki ku pustemu

przedziałowi po prawej stronie, mającemu skośną ścianę

przednią z małym okienkiem u szczytu.

- Proszę bardzo, ta celka należy teraz do pani, Eileen.

Wszystkie są identyczne, nie foruje się więc pani ani też nie

krzywdzi. Tamta szafeczka przeznaczona jest tylko na

najpotrzebniejsze rzeczy. Stop, nie na świeckie ubranie!

Oddaje się je do szatni i kiedy złoży pani śluby wieczyste,

przejdzie ono na własność klasztoru.

- A co potem? – zapytałam ogarnięta ciekawością. – Co

zrobią siostry za dziesięć lat z niemodnymi ubraniami?

- Proszę tak nie mówić! – uśmiechnęła się matka

Amabilis, a w jej błękitnych oczach widać było rozbawienie. –

Mamy tam garderobę, która dziesięć razy była już w modzie i

znowu się zestarzała. Kiedy światowym kreatorom nie

przychodzi nic nowego do głowy, wszystko, co zdawało się

beznadziejnym przeżytkiem, staje się znowu trendy. A gdyby i

to zawiodło, używamy jej jako rekwizytów teatralnych.

- Jako czego? – zdumiałam się.

background image

- Tak, tak, niegdysiejsza suknia wieczorowa siostry Rut,

którą przywiozła jako nieświadoma niczego postulantka, stała

się znakomitym strojem Panny Marii w misterium

bożonarodzeniowym. A ja byłam powodem niezadowolenia

reżyserki, gdyż oznajmiłam, że Matka Boża nie chodziła z

pewnością w jedwabiach, bo Jej Syn powiedział później:

„Noszący miękkie odzienie przebywają na dziedzińcach

królów”. A więc jako postulantki wybieramy proste odzienie i

skromne materiały. O – właśnie zjawiła się Betty.

Odwróciłam się. Za mną stała pucołowata postulantka,

pierwsza, jaką zobaczyłam w pełnej gali. Z całą pewnością

liczyła sobie zaledwie osiemnaście lat. Nosiła czarny czepek z

białym welonikiem, miała biały, sztywny kołnierzyk i zupełnie

niepasującą do całości, wełnianą sukienkę trzy czwarte, też

oczywiście czarną. Najwidoczniej wolno jej było odezwać się

dopiero wtedy, kiedy była o coś pytana.

- To Eileen, a to Betty, podajcie sobie ręce. Jesteście

sąsiadkami w celkach, co nie znaczy, że możecie szeptać

pomiędzy parawanami. Rozmawiać wolno tylko na wypadek

pożaru lub kiedy ktoś jest chory i potrzebuje pomocy. Swoje

background image

głosy słyszycie w tej sypialni tylko podczas modlitwy

porannej i wieczornej, nieprawdaż Betty?

Dziewczyna skinęła głową, najwidoczniej ciągle jeszcze

zobowiązana do milczenia.

- Co takiego Betty – to ma być ubiór postulantki dla

Eileen?

Betty jeszcze energiczniej pokiwała głową. Mistrzyni

nowicjuszek wreszcie zrozumiała.

- Ależ dziecko, jeśli rozmawiam z tobą, wolno ci

mówić, to przecież oczywiste. Że też wy, kurczęta, zawsze

musicie wszystko pojmować dosłownie. Nie było żadnego

innego czarnego ubioru?

Wzorowa postulantka pokonała wreszcie własne opory i

odezwała się zaskakująco wysokim, piskliwym głosem:

- Matko Amabilis, to chyba jedyna ciemna sukienka w

całej szatni. Musimy dopiero zacząć farbowanie. Siostra

Agnieszka była zdania, że biel i czerń też są dominikańskie.

Zszokowana gapiłam się na twór, który niezbyt

zachwycona mistrzyni nowicjuszek rozłożyła przede mną.

Wielki Boże, nie ulegało wątpliwości, że któryś z braci Marx

background image

zrobiłby w tym przebraniu zawrotną karierę. Całość była w

workowatym stylu, jaki około roku 1930 musiał być ostatnim

krzykiem mody: talia siedziała prawie na kolanach, przód od

samej góry do dołu był skromnie zapinany na guziki, rękawy z

pewnością sięgały czubków palców, a deseń – o nie – tworzyły

dwucentymetrowej wielkości, grube, czarno-białe kwadraty,

tak że przy dłuższym spoglądaniu widzowi łzy ciekły z oczu.

Odskoczyłam, kiedy matka Amabilis przyłożyła

sukienkę do moich ramion. Chyba nie myślała na poważnie o

tym, że... Ale mistrzyni skinęła z zadowoleniem.

- Z pewnością pasuje. Nałóżmy ją od razu, Eileen.

Odwróciłam się zmieszana. Betty ciągle jeszcze stała w

miejscu, a z jej rumianego wiejskiego oblicza biła nieskrywana

radość. Czy do wszystkiego potrzebowała rozkazu? Wreszcie

nastąpiło „spocznij”!

- Możesz odejść, Betty! No właśnie, a tu jest jeszcze

czepek.

Czułam się bardzo marnie, zdejmując moje światowe

odzienie. Elegancka liliowa sukienka spoczęła na łóżku.

- Porządną bieliznę przygotuję dopiero na jutro –

background image

pocieszyła mnie mistrzyni nowicjuszek.

Przynajmniej pod tym okropnym workiem będę mogła

jeszcze przez dzień czuć się jak w mojej starej skórze. Jak

gdyby chodziło o szczególnie udany model, matka Amabilis z

ogromną starannością pomogła mi założyć bardziej komiczny

niż cenny ubiór, pociągnęła tu i tam...

- Doskonale pasuje! – stwierdziła z zadowoleniem,

niczym kapral podczas musztry. Klosz sukienki kończył się

nad kostką na szerokość dłoni. Kształty ciała rozpływały się w

nim niczym na obrazach Picassa.

- Czy teraz zostanę przeznaczona do pracy w ogrodzie i

oborze? – wyszeptałam zdławionym głosem.

- A dlaczego?

- Myślałam, że będzie potrzebny strach na wróble.

Matka Amabilis znowu się uśmiechnęła.

- Drogie dziecko, strój ten przed tobą nosiły jako

postulantki trzy nowicjuszki i zostały szczęśliwymi

zakonnicami. Panu Bogu nie zależy na „Miss klasztoru”, On

spogląda na serce.

background image

Odniosłam wrażenie, że musi to być serce kryjące w

sobie dzielność Dawida, skoro miało zdzierżyć upokorzenie

skazujące na karę bycia żywą karykaturą. Niewzruszona matka

Amabilis zawiązała mi na ramionach szeroką pelerynkę.

- No i spójrz, jedna część szachownicy jest już zakryta,

a kiedy dojdzie do tego duży, szary fartuch kuchenny,

widoczne będą tylko rękawy i część spódnicy.

To brzmiało pocieszająco, przemogłam się więc.

- Jeśli chodzi o mnie, matko Amabilis, to można by

zaraz ufarbować moją liliową sukienkę.

Ona pozostała niewzruszona.

- Najpierw zobaczymy, jak przeżyjesz pierwsze

tygodnie. Potem będzie dość czasu, żeby targnąć się na twoją

ulubioną kreację.

Oj, odkryła moją piętę achillesową – próżność. Dotarło

już do mnie, że jej błękitne oczy zaglądały do wnętrza duszy,

odkrywając je niczym lekarz, który musi przeprowadzić

konieczną operację. Wszystko to działo się szybko, lecz nie

bez boleści.

- Usiądź na łóżku, o tak – pomogła mi w tym

background image

energicznym ruchem ręki. – Zobaczmy, czy będzie ci pasował

czepek postulantki.

Przy tych słowach wyciągnęła z kieszeni grzebień, który

równie dobrze mógłby uchodzić za zgrzebło, kilkoma

oszczędnymi ruchami zbierając mi włosy z czoła, zaczesała je

do tyłu – przedziałki nie były mile widziane – i za chwilę

byłam oczepiona.

- Gotowe! – stwierdziła z zadowoleniem.

- Gdzie jest jakieś lusterko? – westchnęłam.

Matka Amabilis potrząsnęła głową.

- W całym klasztorze nie odkryłam jeszcze żadnego.

Ale jeśli znajdziesz na zewnątrz jakąś kałużę, pozwalam ci się

w niej przejrzeć. Może się także zdarzyć, że po dzisiejszym

obiedzie Betty wyszoruje któryś z garnków na taki połysk, że

uda Ci się w nim zobaczyć twoje odbicie.

Kolejny raz uznałam, że uznanie w klasztorze luster za

tabu było bardzo mądrym zarządzeniem. W przeciwnym

wypadku, jeśli traktowano tu wszystkich podobnie jak mnie,

zakon ten na pewno upadłby z powodu braku powołań.

background image

Rozkojarzona ruszyłam w ślady mojej mistrzyni, kiedy

ponownie wyprowadziła mnie na zewnątrz. Tyle mijałyśmy po

drodze drzwi i różnych zakrętów, że nigdy nie trafiłabym sama

z powrotem.

- Prowadzę cię teraz do kuchni, gdzie są pozostałe

postulantki – wraz z tobą jest was dziewięć – oznajmiła mi

matka Amabilis. – Nie dziw się, jeśli powitają cię milczeniem.

Rozmowy są dozwolone tylko w określonych porach dnia, ale

do tego szybko się przyzwyczaisz. Dziewczęta są zajęte

czyszczeniem warzyw na dzisiejszy obiad.

- Ale przecież ja miałam pomagać w oborze –

wyjaśniłam z trwogą.

Mistrzyni nowicjuszek roześmiała się.

- Och, to był tylko niewinny żart, który zawsze

praktykujemy. To najlepszy sposób sprawdzenia, czy ktoś ma

powołanie, czy też nie. Jeśli kandydatka odwróci się

obruszona na pięcie, odsyłamy ją. A ty zostałaś. No, jesteśmy

w kuchni.

background image

Najwidoczniej wylądowałyśmy w jakiejś piwnicy.

Wkroczyłyśmy do dużego, ciemnego pomieszczenia z

kamienną posadzką, którego okna zabezpieczone były z

zewnątrz kratami. Pośrodku stał ogromny piec, największy,

jaki widziałam w życiu. Przypominał spoczywający w

bezruchu czołg najeżony lufami garnków. Już o tej rannej

godzinie czuło się bijącą od niego falę gorąca.

Dopiero teraz, kiedy nieco ochłonęłam, dostrzegłam po

jego lewej stronie grupkę postulantek siedzących na niskich

taboretach. Otaczały wianuszkiem potężny ceber, w którym od

czasu do czasu z pluskiem lądowała obrana marchewka.

- Siedźcie, siedźcie! – zwróciła się do nich mistrzyni,

gdyż każda miała podołek pełen nieobranych jeszcze marchwi.

– Gloria, dostaw jeszcze jeden stołeczek. To nasza nowa

postulantka. Dzisiaj w południe przedstawi się ją oficjalnie w

refektarzu. Do tego czasu obowiązuje milczenie.

Osiem głów skinęło zgodnie i małe nożyki rozpoczęły

dalej swoją mozolną pracę przy obieraniu bulwiastych

marchewek.

Wyobrażałam sobie, że zakonnice i kandydatki zajmują

background image

się przede wszystkim modlitwą, teraz zaś widziałam jedynie

zajęte pracą, służebne duszki, które zdawały się zaliczać kurs

nauki gotowania. Czyżby misją dominikanek było kształcenie

idealnych gospodyń domowych? Biorąc pod uwagę motto

zakonu, można by oczekiwać czegoś innego.

Zdegustowana zajęłam miejsce na pustym taborecie. Na

szczęście, kiedy jeszcze uczęszczałam do szkoły, musiałam

sporo pomagać w domu, więc nie wyszłam na osobę z dwiema

lewymi rękoma. Niestety, nie wynaleziono jeszcze żadnego

środka, aby przy tego rodzaju pracy zachować czyste,

niezabarwione ręce. Najwidoczniej nie używano tutaj

nowoczesnych maszyn, które załatwiłyby całą sprawę w kilka

minut.

Oj – duża marchewka wymknęła mi się z dłoni i

chlupnęła do cebra na podobieństwo karpia. Prysła woda,

zabulgotało – również w dziewczęcych gardłach. Spojrzałam

po moich sąsiadkach – kilka z nich przeżyło niechciany

prysznic. Uśmiechnęłyśmy się do siebie – powiodłam

wzrokiem wokoło. Która z nich była aktorką Clare Nell?

Przecież wydawało mi się, że rozpoznam ją bez trudu pośród

background image

tysiąca innych. Ale nie, najwidoczniej nie było jej tutaj.

Same niezbyt urodziwe twarze z dobrych

mieszczańskich rodzin, najlepszy przekrój Ameryki, chłodne,

rzeczowe, tu i tam zamyślone – ale w żadnym wypadku nie

sexy czy mogące wzbudzić większe zainteresowanie.

Natomiast urody takiej osoby jak Clare Nell nie był w stanie

przysłonić nawet najbardziej workowaty uniform postulancki.

Na koniec cała historia okaże się pomyłką, a ja utknę w

klasztorze z powodu kaczki dziennikarskiej.

Klapiąca chodakami siostra kucharka przechodziła tam i

z powrotem, podnosiła pokrywki, dosypywała przypraw do

garnków, żonglowała wielkimi jak miski chochlami. Wreszcie

zwróciła się do nas:

- Zaśpiewajcie coś, siostrzyczki! Taka cisza panuje w tej

kuchni, że nawet ziemniaki nie chcą się gotować.

Oho, jej, jako dowodzącej, wolno było rozmawiać w

tym pomieszczeniu. Zaintonują teraz jakiś kanon czy też

chorał gregoriański?

- Gdy strumyk płynie z wolna... – zaproponowała

kucharka, a ja nie chciałam wierzyć własnym uszom. Zaczęły

background image

śpiewać zupełnie świecką piosenkę, którą doskonale znałam.

Jakże często śpiewaliśmy ją podczas wycieczek szkolnych!

Oczywiście nie oczekiwałam nie wiadomo jakich hitów, ale

również nie spodziewałam się czegoś takiego. Czy wtych

biednych istotach na dźwięk radosnego rytmu nie budziła się

tęsknota wyrwania się zklasztornych murów? Pewnie już

nigdy więcej nie przekroczyłyby wiodącej przez ogród bramy

klasztornej!

Prześpiewałyśmy wszystkie zwrotki, głośno i radośnie,

ale nieco fałszując. Zauważyłam, że siostra siedząca

naprzeciwko mnie nie umiała utrzymać tonacji. Parę razy

wydawało mi się, że być może jest to Clare Nell, gdyż

charakterystycznie się uśmiechnęła, kiedy marchewka

wyśliznęła mi się z rąk. Nie, to niemożliwe, Clare Nell umiała

śpiewać jak słowik, wiedziałam to z jej filmów. A ta miała

głos jak młodzieniec przechodzący mutację.

- Znakomicie! – stwierdziła siostra kucharka, zaglądając

mi przez ramię – to wystarczy, bo inaczej jutro znowu

będziemy jadły marchewkę. Dalej, do krajalnicy z nimi!

Hurra, nie trzeba ich kroić na drobno. A więc jednak

background image

była w tej przedpotopowej kuchni jakaś techniczna atrakcja.

Zerwałyśmy się z miejsc, walcząc o uchwyty przy cebrze, a ta,

którą uważałam za Clare Nell, zrobiła to najsprawniej, co nie

jest chyba w naturze gwiazdy filmowej. Wszelkie podejrzenia

opuściły mnie, kiedy zobaczyłam, jak wsypuje marchewki do

ogromnego leja pierwszej krajalnicy, jaką kiedykolwiek

wynaleziono w Ameryce. Klasztor z pewnością zakupił ją

tanio w jakimś muzeum.

Jej stuki i warkoty zagłuszyły wszelkie inne odgłosy.

Kwadrans później wydarzenia nabrały tempa, gdyż ogromny

piec rozgrzał się tak bardzo, jakby zaraz miano w nim

wytapiać stal.

Siostra kucharka ustawiła nas w szeregu.

- No więc, wy dwie kończycie zupę, Ewa i Gloria gotują

budyń, Clare i nowa – przyniesiecie z ogrodu pietruszkę i

pomożecie siostrze Elżbiecie oczyścić warzywa ze ślimaków,

Dolly i Betty przygotują zastawę stołową, teraz każda ma

zajęcie. Kiedy zadzwonią na zajęcia szkolne, każda kończy

pracę, zostawia fartuch i dalej jak zwykle.

Wstrzymałam oddech, podczas gdy postulantki ustawiły

background image

się zgodnie z rozkazami – gdzie była Clare, którą mnie

przydzielono?

Zatkało mnie – nie pomyliłam się – u mojego boku

stanęła fałszująca solistka. Profil – nos – ale przecież Clare

była blondynką, a ta jest szatynką – nie, to nie ona!

Jak dobrze, że tak szybko udało mi się wydostać na

świeże powietrze. Milcząc, człapałam obok mojej towarzyszki

przez wielki ogród. Nagle chwyciła mnie za rękę.

- Ostrożnie, jest ślisko!

- Wolno nam wreszcie rozmawiać? – wystękałam, z

wysiłkiem utrzymując równowagę na grząskim gruncie, gdyż

od dłuższego czasu przywykałam do miejskiej nawierzchni.

Clare się uśmiechnęła.

- Nie, ale nie mogę pozwolić na to, żebyś upadła. W tym

wypadku rozmawiamy oczywiście ze sobą.

- Aha!

W duchu postanowiłam częściej się poślizgiwać.

Niestety, parę minut później dotarłyśmy do grządki

zarezerwowanej dla ziół kuchennych. Wszędzie rosła

pietruszka, jak gdyby siostry miały w planach

background image

przeprowadzenie kuracji oczyszczającej krew. Nie było

powodu, żeby dłużej się zatrzymywać.

- Nie tak – tylko świeże listki – zaszeptała ku

mnieClare.

Starałam się więc zrywać tylko jasnozielone roślinki i

wkrótce miałam pełne obie ręce. Moja współsiostra wręczyła

mi jeszcze swój plon, po czym zrobiła gest, jakbym była

zabłąkaną kurą. Co takiego, mam teraz zanieść kucharce to

zielsko i to do tego sama? Rozejrzałam się wokoło.

- Przepraszam cię, że jestem taka nierozgarnięta, ale na

pewno nie trafię jeszcze do kuchni.

Clare skinęła głową ze zrozumieniem i ruszyłyśmy obie.

Widać było, że jest bardzo sumienna: nie przemówiła ani

słowa więcej, niż było to konieczne do pouczenia nowej.

Szkoda. Nie mogłam jej rozpoznać także i po głosie, gdyż

przez głośniki każdy głos słychać inaczej, o czym sama się

przekonałam, korzystając z mikrofonu. Nic straconego, jeszcze

nadarzy się stosowna okazja.

Nie, to naprawdę nie była gwiazda ekranu, gdyż inaczej

siostra kucharka potraktowałaby ją z większym szacunkiem.

background image

Teraz zgromiła postulantkę:

- Należy przypuszczać, siostro Clare, że ciągle jeszcze

zachowuje się siostra jak zupełna dyletantka. Po co takie

spacerowanie bez potrzeby. Pietruszkę dodaje się do potraw

dopiero na samym końcu. Trzeba było zostać w ogrodzie i

przynieść zioła, kiedy zadzwoniono na lekcje. Zrozumiano?

- Dziękuję, siostro Judy.

No, ja bym na pewno nie wytrzymała. Co to za

ofukiwanie, przecież Clare chciała dobrze i naprawdę nie

wyglądało na to, żeby miała zamiar marnować czas. Ślimaki w

warzywach mogły jeszcze poczekać. Rozdrażniona opuściłam

za nią kuchnię. Ładne mi odnoszenie się sióstr do siebie!

Spojrzałam na Clare z boku, jej twarz była spokojna i prawie

pogodna. Ależ miała grubą skórę. Nie, Clare Nell grała tylko

duchowe role z elementami psychologii głębi, inie miała skóry

słonia.

Zbierać ślimaki – i to palcami! Oniemiała przyglądałam

się, jak Clare zbiera do starej doniczki gąsienice i inne

owłosione albo pokryte śluzem monstra. Na połamanych

paznokciach nie widać było żadnych śladów lakieru.

background image

Najwidoczniej w klasztorze było więcej sióstr o tym samym

imieniu. Ociągając się, ruszyłam w jej ślady, a potem wzięłam

kawałek drewienka służący mi za szczypce. Clare odebrała mi

go ze spokojem.

- Nie tak, w ten sposób kaleczy się te stworzenia. To

tylko na początku jest trudne, potem się przyzwyczaisz. Patrz

– nic w tym nadzwyczajnego.

Przezwyciężyłam obrzydzenie. Skoro ona to potrafiła, to

i ja muszę zacisnąć zęby. Nagle, kiedy przyglądałam się, jak

pilnie i w milczeniu pracuje, przyszedł mi do głowy pewien

fortel, który mógł ją zdradzić. Nie tak dawno gwiazda ekranu

nakręciła film, w którym występowała jako prosta wiejska

dziewczyna. Podziwialiśmy ją podobnie jak teraz pochyloną i

wykonującą daleko bardziej higieniczną czynność, mianowicie

zbieranie kłosów.

Podczas tej sceny śpiewała romantyczną piosenkę –

miałam wrażenie, że w uszach rozbrzmiewa mi jeszcze jej

cudowny głos. A skoro w klasztorze wolno było śpiewać, więc

zaraz zaintonowałam:

- Oh, my love, my love there in the deep valley...

background image

Nie, Clare się nie poruszyła, nawet nie mrugnęła okiem,

jakby nie znała tego szlagieru, który sprzedał się w ponad 250

000 egzemplarzy. Dośpiewałam zwrotkę do końca, a potem

zrezygnowałam. Było jasne, że nie mam do czynienia z

aktorką filmową. Ale i tak była miła, promieniowała od niej

sympatia, ukryta mądrość, harmonijnie zmieszana ze

skromnością. Miejmy nadzieję, że częściej będzie się nas

posyłało razem, choćby i nawet do zbierania gąsienic.

Nagle Clare się zerwała...

- Psst! – zaczęłam nasłuchiwać. W dali rozległ się

przenikliwy ton alarmu.

- Nauka! – wymamrotała Clare, ściągając z siebie

zapaskę. Nie wiedząc dlaczego, posłusznie poszłam za jej

przykładem.

- A co z gąsienicami?

Clare schyliła się, podniosła doniczkę z wijącą się

zawartością i pobiegła przede mną do zagrody dla kur, gdzie

po prostu wrzuciła jej zawartość przez ogrodzenie.

- Nie! Przecież tam zostaną pożarte!

Clare skinęła głową z zadowoleniem, oto był los tych

background image

pełzających stworzeń, których nie wolno było skaleczyć

patykiem, jak gdyby były muszlami perłowymi. W rzeczy

samej, wielce wrażliwa natura. Kury gdakały, dziobiąc bez

miłosierdzia. Cóż za plajta, żeby podejrzewać w tej

postulantce moją wróżkę filmową! Pewnie gdyby jej kazano,

rzuciłaby kury na pożarcie jastrzębiom. Nieco rozdwojona

wewnętrznie, niczym cień, poszłam za nią, odłożyłam fartuch

na półkę, potknęłam się kolejny raz w korytarzu i ze świeżo

umytymi rękoma przekroczyłam progi sali szkolnej.

Nie wyglądała ona inaczej niż wszystkie klasy na

świecie. Nie brakowało nawet tablicy z kolorową kredą.

Dziewięć grzecznych postulantek z welonikami i w

czepkach siedziało niczym wróble w jednym rzędzie, a ja

zajęłam miejsce na końcu. Na szczęście zauważyłam, że Betty

i Dolly były na tyle normalne, żeby kalać trwającą ciszę

zabronionym szeptaniem. A więc w stadku nie były same

bohaterki cnoty. Zaraz też zachichotały głośno, właśnie wtedy,

background image

kiedy otwarto drzwi, w których pojawiła się siostra gospodyni

– Elżbieta. Tym razem była bez szarego fartucha i w

porządnych butach. Urody jej nie przybyło.

Czyżby jako pierwsza była lekcja na temat obchodzenia

się z bydłem?

W filmach widziałam najczęściej urodziwe zakonnice,

które mogłyby stać się przyczyną zguby nawet zahartowanych

globtroterów – przed oczyma stanęła mi amerykańska

produkcja pod tytułem Marynarz i zakonnica. Siostra Elżbieta

pozbawiona była kobiecego uroku, gasząc w samym zarodku

wszelkie marzycielskie wyobrażenia o delikatnej kruchości

sióstr zakonnych.

Złożyła swoje spracowane ręce na pulpicie szkolnym,

uśmiechnęła się do nas przyjaźnie, ukazując swoje potężne

uzębienie, a następnie głośno i wyraźnie akcentując, zaczęła

wyliczać wszystko, czego postulantka nie robi.

- Siostra Eileen jest nowa, więc musimy powrócić do

wiadomości z ostatnich trzech tygodni. Zgodnie z wymogami

prawa kanonicznego okazało się jeszcze możliwe przyjęcie jej

do postulatu. Nie orientuje się w sprawach, które wam są już

background image

znane. Wstępując do zakonu, postulantka pozostawia za sobą

to, kim była w świecie i co miało dla niej znaczenie: rodzinę,

pozycję społeczną, zawód, a nawet nazwisko. Znamy tylko

swoje imiona i tak powinno pozostać. Nie jest w zwyczaju

późniejsze przedstawianie się podczas rekreacji. Nie

opowiadamy sobie nawzajem, co robiłyśmy w świecie, ile

zarabiałyśmy, z jakich pochodzimy kręgów. Porządna

postulantka nie będzie próbowała dowiadywać się tego,

stawiając sprytne pytania, a jeśli miałaby to uczynić, to próżno

przyjdzie jej czekać na odpowiedź. W tym jednym wypadku

wolno nam być względem siebie nieuprzejmymi i zbyć osobę

ciekawską.

Spuściłam szybko wzrok. Ładne perspektywy co do

moich wysiłków dowiedzenia się czegoś z życia aktorki

filmowej Clare Nell, jeśli w ogóle uda mi się ją spotkać!

Siostra Elżbieta zwróciła się do mojej sąsiadki:

- Dlaczego kładziemy tak duży nacisk na to, żeby

pozostać nieznanymi, Ewo?

Postulantka wstała z miejsca niczym uczennica,

recytując wyuczoną na pamięć odpowiedź:

background image

- Ponieważ stałyśmy się nową rodziną, w której każda

jest taka sama, bez żadnej różnicy.

- Nie, nie taka sama, tylko tak samo uprawniona, a to

istotna różnica, Ewo. Usiądź. Nie powinno się zdarzyć, żeby

któraś z nas w jakiś sposób była uprzywilejowana ze względu

na swoją pozycję w świecie. Stąd też nie chcemy wiedzieć,

czy ktoś był ubogi, czy bogaty, utalentowany czy też nie,

uczęszczał do szkoły podstawowej czy też może skończył

studia. Wystarczy, że przełożona generalna prowadzi na ten

temat stosowne zapiski, angażując każdą według jej

szczególnych zdolności.

Hm – już widziałam, jak moje plany kruszą się w gruzy,

zasypywane powoli piaskiem widma porażki. Tylko

przełożona generalna – to było bicie głową w mur. Ukradkiem

zerknęłam na szereg postulantek. Same grzeczne, uważne

twarze. Na żadnej nie widać było ani śladu emocji, kiedy

żądano tak doskonałego aktu samozapomnienia zakładającego

absolutne wyrzeczenie się wszelkiej przeszłości. Spojrzałam

na siostrę Clare, która niewzruszenie spoglądała przed siebie.

Gdyby była moją gwiazdą, to okrutne prawo coś by ją obeszło.

background image

W końcu nie była kimś tam, tylko pozostawiła za sobą nieomal

światową sławę. A ta siedziała sztywno, jak gdyby była

najwyżej pomywaczką w podmiejskim zajeździe. Jeśli tylko

uda mi się z nią zaprzyjaźnić – i kiedy już nabierzemy do

siebie zaufania...

Chłodny głos siostry Elżbiety wyrwał mnie z moich

rozmyślań:

- Stałyśmy się wprawdzie teraz nową rodziną i

rodzeństwem, więc pozostawiamy wszelkie formalności,

zwracamy się do siebie przez ty i po imieniu – lecz nie

oznacza to wcale, że na własną rękę możemy zawierać bliższe

relacje emocjonalne z którąś z sióstr, której charakter

szczególnie nam odpowiada. My, dominikanki, mamy otwarte

serca, aby znosić i pielęgnować prawdziwe przyjaźnie, lecz nie

mogą być one tej natury, że dwóm siostrom wolno mieć ze

sobą tajemnicę, którą nie mogłyby się podzielić ze wszystkimi

innymi. Krótko mówiąc – wszystko, co posiadamy, zarówno

dobra duchowe, jak i materialne, dzielimy po siostrzanemu ze

sobą, nie mówiąc nawet o siostrzanej miłości. Nie

wstąpiłyśmy do zakonu, żeby znaleźć sobie przyjaciółkę, lecz

background image

żeby stać się wszystkim dla wszystkich. Przyjaciółką

partykularną wolno nam być tylko wtedy, jeśli jesteśmy

pewne, że w drodze do osiągnięcia jej własnej doskonałości

okażemy się osobie zainteresowanej pomocne poprzez własny

przykład i dobrą radę.

Ufff, suchy styl urzędowych definicji w wykonaniu

siostry Elżbiety nieco mnie zdenerwował. Wygłaszała swój

monolog, jakby czytała rubryki z notowań giełdowych albo

leksykonu wiedzy religijnej. Na pewno nie spędziła młodości

w oborze, tylko jako kierowniczka wydziału w urzędzie

skarbowym albo jeszcze innego niedarzonego sympatią

urzędu. Jej duże, szare oczy skierowały się ku mnie i

zatrzymały przez chwilę.

- Każda, która tu wstępuje, musi również wiedzieć, że

czas, który spędza w tych murach, zanim zostanie obłóczona,

należy uważać za okres próby, a więc nie oznacza on

ostatecznego przyjęcia. Próbuje się ją, a ona pozwala się

próbować co do swojej przydatności jako siostra zakonna. Z

tego powodu przyjmuje chętnie każde zajęcie, które jej się

zleca, starając się unikać przedstawiania swoich własnych

background image

wyobrażeń na temat życia zakonnego. Wie, że właściwe życie

za klauzurą rozpoczyna się dopiero po przybraniu habitu, a to,

co teraz przeżywa, jest jedynie pierwszym kontaktem ze

zgromadzeniem, powierzchownym zapoznaniem się z

zewnętrzem. Siostrą klauzurową staje się dopiero w

nowicjacie.

To było to. Wszystkie siostry były jasnowidzami! Nie,

chyba zrobiłam rachunek bez gospodarza. Półroczny postulat

był dla mnie czasem straconym. Nie zobaczę nawet skrawka

prawdziwego życia zakonnego, tylko parę drobiazgów. Co

mnie czekało! Jeśli mam wypełnić moją misję, muszę

koniecznie przejść przez obłóczyny jako nowicjuszka. Siostra

Elżbieta ziewnęła serdecznie. Pouczanie postulantek było dla

niej z pewnością znacznie cięższym obowiązkiem niż poranna

praca w oborze!

- Dla siostry Eileen powtarzam raz jeszcze to, co wy

wszystkie już wiecie: przebywamy wprawdzie z

nowicjuszkami i profeskami w jednym refektarzu, naszej

jadalni i świetlicy dziennej, ale nie wynika stąd prawo, aby

uważać obłóczone siostry za równe nam. Wręcz przeciwnie,

background image

świadomie utrzymujemy dystans aż do momentu, kiedy same

przywdziejemy zakonny welon. Pozdrawiamy się wzajemnie i

podejmujemy konieczny dialog, jeśli wymaga tego wspólna

praca – zwykle jednak, jako postulantki, trzymamy się ściśle

własnej grupy. Dopiero po obłóczynach tworzymy jedną

wspólnotę ze wszystkimi. Dlaczego tak ma to wyglądać,

siostro Betty?

Betty podniosła się powoli i ociężale. Wytrzeszczyła

oczy, otworzyła i zamknęła usta, ale najwidoczniej nie

wiedziała.

Tłumiłam w sobie śmiech. Rozweselona uniosłam w

górę rękę. Zdziwiona siostra Elżbieta spojrzała na mnie z

niedowierzaniem. Co takiego, znałam odpowiedź?

- Tak, Eileen?

Zerwałam się z miejsca.

- Myślę, że przez całe stulecia nie modernizowano

statutów zakonnych.

Postulantki parsknęły śmiechem. Siostra Elżbieta

oniemiała. Potem stwierdziła sucho:

- Bardzo mnie cieszy taka bystrość umysłu, Eileen. Być

background image

może w twojej osobie znajdziemy wreszcie współsiostrę, która

podejmie kiedyś trud tej tak koniecznej reformy, nieprawdaż?

Zaczerwieniłam się i usiadłam. Wiem, było to

nieoględne, ale w moim wnętrzu wrzało.

Ona zaś niewzruszenie kontynuowała tym samym

rzeczowym tonem:

- Spotyka się natury przejawiające chęć reformowania

wszystkiego, gdziekolwiek się tylko znajdą. Ale nie wszystkie

są pokroju Teresy z Avila czy Mary Ward. Właśnie dlatego, że

kandydaci do zakonu gotowi są do podjęcia akcji jako

domniemani wywrotowcy działający z inspiracji Ducha

Świętego, jesteśmy takie ostrożne i dołączamy je do całej

trzódki dopiero po sumiennym wypróbowaniu charakteru. Nie

wolno nam zapominać, że również Mahomet twierdził, iż

działa na bezpośrednie polecenie Boga i pod kierunkiem Jego

archanioła.

Cała twarz paliła mnie żywym ogniem, tak było mi

wstyd. Nie, siostra Elżbieta musiała być pedagogiem, być

może nawet kimś więcej, to było pewne. Nie spodziewałam się

po niej takiej spontaniczności. Również i dzisiaj przymykała

background image

oczy – wczoraj wydawało mi się to śmieszne – teraz zaś

zauważyłam, że robi to, aby się lepiej skoncentrować, pewnie

jakieś przyzwyczajenie z nieznanego mi bliżej jej życia w

świecie.

Niczym w półśnie wysłuchałam całego szeregu zaleceń,

które wszystkie dotyczyły jednego: w jaki sposób możliwie

nie zwracając na siebie uwagi i nie sprawiając kłopotów,

mamy włączać się w rytm życia klasztornego oraz

dostosowywać się do jego wymogów i zwyczajów. Kiedy

wybiło południe, grupka zerwała się na nogi, odmówiłyśmy na

stojąco Anioł Pański, a potem hałaśliwie wyszłyśmy na

zewnątrz, z pewnością nie tak spokojnie i w ciszy, jak

oczekiwałaby tego siostra Elżbieta od kandydatek do zakonu.

Jeszcze nie całkiem wyszedłszy za próg, Betty i Dolly

znowu szeptały ze sobą głowa przy głowie.

Zwlekałam nieco przy drzwiach, dopóki nie podeszła

nasza wykładowczyni. Pozdrawiając, jak gdyby nic się nie

stało, chciała przejść obok, ale ja zagrodziłam jej drogę,

wyciągając rękę.

- Przepraszam, siostro Elżbieto!

background image

Nagle po raz pierwszy wydało mi się, że uśmiechając

się, jest niemal ładna.

- Dziecko drogie! – odparła przyjaźnie. – Czepek ci się

przekrzywił, bo różki pod nim uciskają. Ale bądź spokojna,

jeszcze je zrzucimy!

Poklepała mnie po policzku, jakby chciała uspokoić

oporną krowę, po czym szybko opuściła salę szkolną.

Kwadrans później, wraz z moją gromadką, siedziałam w

dużym, chłodnym refektarzu na końcu ogromnego dębowego

stołu. Wyżej zasiadały nowicjuszki w białych welonach, a u

czoła stołu matka generalna wraz z około dwudziestoma

siostrami profeskami, które, o dziwo, zdecydowały się spędzić

całe życie pod tym dachem.

Kiedy jednak rozpoczęto czytanie przy stole,

zauważyłam, że zamiary te wcale nie były aż tak jasne. Każda

z nich mogła w każdym czasie zostać odwołana i

oddelegowana do pracy misyjnej. Jedna z sióstr, która zjadła

przed nami, siedziała na wysokim krześle z poręczami,

czytając korespondencję, jaka nadeszła z Wietnamu,

Hongkongu i Tokio. Nieznane zakonnice w zwykłym,

background image

pobożnym stylu pisały po części pełne skarg, po części bardzo

optymistyczne listy. Dla mnie wszystkie one brzmiały tak

samo.

Kilka razy siostry się roześmiały, ja natomiast nie

widziałam ku temu najmniejszego powodu.

Tajemnice familijne – jeszcze to wyjaśnimy, dlaczego

taką wesołość wywołała wiadomość, że pewien gorliwy

katechumen ofiarował kapłanowi do celebracji dzban wódki

ryżowej, a siostra Coronata wiedziona ciekawością naukową

próbowała palić opium, aby potem zszokować ojca

duchownego wypowiedzią, że zdaje się ono rzeczywiście mieć

właściwość osładzania misjonarskiego żywota.

Moje współsiostrzyczki też tylko na wpół słuchały, tak

bardzo smakował im obiad. Clare objadała się niczym

ulicznik, który trzy dni nie miał niczego w ustach. Jako

aktorka byłaby przyzwyczajona do uważania na linię, więc jak

mogłam dać się zwieść temu pozornemu podobieństwu w

rysach? Ukradkiem powiodłam wzrokiem po twarzach, lecz

nigdzie nie dostrzegłam zakonnicy, która byłaby wstrząsająco

podobna do mojej gwiazdy filmowej. Poza tym znaczną część

background image

oblicza przykrywały siostrom czepki. Po posiłku ruszyłyśmy

do kuchni zmywać naczynia. Tak było codziennie, wyjaśniła

mi szeptem Betty. Miała obecnie „tydzień przy garnkach”, to

znaczy nie miała nic innego do roboty niż szorowanie

ogromnych kotłów i patelni. Mnie oddelegowano do sztućców.

Trzeba było umyć całą górę noży, łyżek i widelców. W

dymiącym parą cebrze brzękało i szczękało do ogłuchnięcia.

Zanurzona w oparach pracowałam w pocie czoła, lecz nie

trwało nawet pięciu minut i skaleczyłam się tak mocno w

palec, że nie byłam zdolna do dalszych zmagań.

Siostra Judy przyniosła plaster i założyła mi opatrunek.

Szczęśliwie nie zostałam ofuknięta.

- To wszystko leniwe ciało. Jak się zetrze, pójdzie

wszystko lepiej! – pocieszyła mnie.

Zdrową ręką miałam za zadanie zetrzeć stół, do czego

się jeszcze nadawałam. Mimo wszystko pot lał się ze mnie

strumieniami. To wszystko z powodu oparów w tej wielkiej

jak hangar garkuchni!

Tym razem śpiewano przy robieniu porządków pobożną

background image

pieśń Maryjo, Królowo niebios, a ja pomyślałam przy tym, że

chociaż Matkę naszego Pana czci się ponad wszystkie inne

stworzenia, Ona także prowadziła gospodarstwo domowe.

Towarzyszący śpiewowi ogłuszający akompaniament

szczękających talerzy i brzęczących sztućców był wręcz nie do

opisania.

O godzinie pierwszej rozległ się dzwonek i w jednym

momencie zewsząd słychać było jedno paplanie. Minął czas

milczenia, przez dwie godziny można było rozmawiać. Co za

ulga dla mnie, początkującej w tej praktyce! Machając ścierką,

zagadnęłam siostrę Betty:

- Betty, to okropne – jak ty to wytrzymujesz, żeby przez

całe przedpołudnie nie otworzyć ust?

Betty uśmiechnęła się całą szerokością swojej okrągłej,

wieśniaczej twarzy. – Wcale nie wytrzymuję, co tydzień

muszę wyznać, że znowu zdarzyło mi się poszeptywać.

- Komu – na spowiedzi?

- Eee tam, to przecież nie grzech. Naszej matce, siostrze

Elżbiecie. Ona jest super, pod twardą skorupą ma miękkie

serce, a przede wszystkim nie leci na skargę do generalnej.

background image

Oj, co za szczęście, zwłaszcza po tym, jak zachowałam

się podczas lekcji.

- Myślałam, że to matka Amabilis jest mistrzynią

nowicjuszek – no i przecież to ona mnie przebrała.

- Zgadza się, siostra Elżbieta tylko od czasu do czasu

prowadzi konferencje, bo większość czasu poświęca

prowadzeniu gospodarstwa, a to też rzutuje nieco na jej

zachowanie. Możemy wzorować się na obu. Ale jeśli coś

przeskrobiesz, to idź lepiej do siostry Elżbiety, ona jest

bardziej wyrozumiała.

Po tych słowach odeszła i nie kłopocząc się wcale

usłyszaną nie tak dawno przestrogą przed zawieraniem zbyt

bliskich przyjaźni, pytlowała z rudą, wesołą Dolly. Co miałam

teraz do roboty? Bezradnie rozglądałam się wokoło.

Postulantka Clare wzięła mnie na stronę.

- Eileen, przez dwie godziny możesz robić, co tylko

chcesz, zdrzemnąć się, szyć, czytać, pisać...

- Pisać też? – zapytałam z ożywieniem w głosie.

- Oczywiście, powinnyśmy nawet dużo pisać. Matka

Amabilis twierdzi, że postulantka ma tak wiele do

background image

uporządkowania w swoim wnętrzu, że potrzebny jest taki

wentyl. Pisz, ile tylko pragniesz i jeśli tylko masz na to ochotę.

- Ale to jest później cenzurowane, nieprawdaż?

Ona się uśmiechnęła.

- Coś ty, mamy pełną swobodę. Mistrzyni w życiu nie

przyszłoby do głowy zaglądać do szuflad w twojej szafce.

Nawet nie wolno jej tego zrobić. Mówi, że dominikanów

powinno się w każdej wolnej chwili napotkać z książką lub z

piórem, w przeciwnym wypadku są wyrodkami.

To były pocieszające perspektywy. Mój reportaż będzie

mógł dojrzewać w spokoju.

Pobiegłam więc czym prędzej do mojej celi i rzuciłam

się do pisania. Teraz zdrętwiały mi palce od ciągłego

stenografowania, które, miejmy nadzieję, będę w stanie kiedyś

odszyfrować. Dzwonią – co nas teraz czeka?

Na parterze w korytarzu po raz pierwszy spotkałam ojca

dyrektora, duchowego kierownika czarno-białego żeńskiego

stadka. To potężny dominikanin, o niemal kwadratowej

background image

posturze. Wokół jego czaszki, przypominającej mi trochę

Marcina Lutra, wije się wianuszek ciemnych, drutowatych

włosów. Ale w jego oczach błyszczą iskierki wesołości. Czy

też może rozweselił go tylko mój widok – ten okropny

workowaty strój w stylu retro i w czarno-białą szachownicę?

- Laudetur Jesus Christus! – pozdrowił głośno, a ja nie

znając prawidłowej odpowiedzi, odparłam na wszelki

wypadek „Amen”.

Zaśmiał się głośno i zatrzymał na kilka sekund.

- O, znowu nowa! – stwierdził zdumiewająco

dźwięcznym głosem, a ja kolejny raz skonstatowałam, że

wszyscy tędzy mężczyźni są tenorami. O wiele lepiej

pasowałoby mu, gdyby mógł zamienić się głosem co najmniej

z matką Dominicą. – Miejmy nadzieję, że wytrzyma pani

pierwszy tydzień, jest najtrudniejszy! W każdym razie życzę

powodzenia.

- Serdeczne dzięki, ojcze. Czy mogę zapytać, co

oznaczał ostatni dzwonek?

Zmarszczył wysokie czoło.

- Chwileczkę – aha, koncert krakania. Cały czas prosto,

background image

drugie drzwi po lewej stronie prowadzą do salonu

muzycznego. Potrafi pani grać na organach?

- Nie, ani trochę.

Rozczarowany pokręcił głową.

- Znowu niewypał. Odczekajmy, być może oddeleguje

się panią do tego, wtedy będzie pani umiała.

- Ależ nie, ojcze, jestem totalnym beztalenciem...

- O tym, niestety, decyduje matka Amabilis. No więc,

powodzenia!

Powlokłam się dalej w moim upiornym ubranku.

Ostatecznie nawet najświętszy zakonnik to tylko mężczyzna, a

młoda postulantka jest jeszcze na tyle córką Ewy, że przeżywa

prawdziwy koszmar, spotykając w takim stroju męską istotę.

Wcale mnie nie zdziwiło jego przypuszczenie, że to

stworzenie z zapadłej wsi męczyło w wiejskim kościółku jakąś

fisharmonię!

Z „instrumentów muzycznych” posiadałam radio

tranzystorowe i gramofon.

Echo wielu młodych głosów zaciekawiło mnie, więc

podeszłam do drzwi prowadzących do wspomnianego salonu.

background image

Jako pierwsze ujrzałam stojące na środku organy, na

podobieństwo orła z rozpiętymi w locie skrzydłami, a przy

miechach nożnych siostrę Clare. Siedzącą przy klawiaturze

zakonnicę przewracającą kartki śpiewnika mogłam dojrzeć

jedynie od tyłu. Ku mojemu zdziwieniu nosiła biały welon

nowicjuszki, a przecież podczas konferencji dowiedziałam się

o surowym rozdziale nowicjuszek i postulantek.

Najwidoczniej śpiew również był uważany za pracę, która

zbliżała nas ku sobie i przy której wolno było mówić jedynie

to, co konieczne.

- No, nareszcie przyszła! – zawołała Dolly głośno, kiedy

mnie ujrzała. – Teraz możemy zaczynać, siostro Mary Clara!

Założę się, że dołączy do drugiego głosu, a wtedy nie będę

musiała się tak wysilać.

Siedząca przy organach i zagadnięta w ten sposób

siostra, a nie postulantka, odwróciła się powoli – miała jasną

delikatną cerę i ogromne ciemne oczy!

- Eeee – Eileen – nieprawdaż? Podejdź tu, siostro –

musimy sprawdzić wysokość twojego głosu. Stań tam, a wy –

proszę o ciszę!

background image

Co mi przypominał ten miękki, żeński głos? Od

pierwszej chwili zafascynowana przyglądałam się

nowicjuszce.

Dała Clare znak i rozległo się sapanie miecha.

- Fis – zaśpiewaj proszę fis, Eileen.

Spróbowałam, ale gardło miałam jak zasznurowane, jak

gdyby ktoś trzymał mnie za nie, chcąc ukarać za brak chęci do

gry na organach. Przecież był ktoś, kto się do tego nadawał?

Po co jeszcze inni?

- Nie, to nie było całkiem czysto, siostro Eileen. Betty,

bądź tak uprzejma i przypomnij sobie, że rekreacja już się

skończyła. No więc, Eileen, jeszcze raz – fis!

Tym razem wydany ton był dźwięczny i najwidoczniej

czysty. Nowicjuszka uderzyła akord, a ja musiałam

zawtórować. Następnie przeszłyśmy całą gamę w górę i w dół.

Organistka skinęła głową z zadowoleniem.

- Miałaś rację, Dolly. Siostrę Eileen dołączymy najlepiej

do drugiego głosu. Wolałabym, żeby doszła do nas jakaś dobra

sopranistka, bo wtedy nie musiałabym tak bardzo natężać

mojego głosu.

background image

- Ależ siostro Mary Clara, to byłoby naprawdę szkoda.

Ojciec Donatus uważa, że powinna siostra śpiewać solo, a chór

ma być jedynie akompaniamentem.

Nowicjusza uśmiechnęła się i odwróciła szybko.

Postulantki chętnie obsypywały komplementami zakonnice

odziane już w habit. Mną zaś wstrząsnęło – jak zwróciła się do

niej Dolly? Mary Clara – a więc w konwencie były dwie

siostry o podobnym imieniu – postulantka Clare i nowicjuszka

Mary Clara. Stanęłam tak, że mogłam dobrze przyjrzeć się

profilowi grającej na organach. Ustawiłyśmy się i nowicjuszka

nakazała ciszę.

- Drogie siostry, dzisiaj rozpoczynamy naukę nowej

łacińskiej pieśni, to znaczy sama pieśń jest stara, a jedynie

nowa aranżacja pochodzi od współczesnego kompozytora.

Prześpiewam pierwszą zwrotkę.

Uderzyła w klawisze, postulantka Clare mocniej

poruszyła miechami, zaś z organów wydostały się delikatne

dźwięki: „Adoro te devote, latens Deitas!”.

Zbliżam się w pokorze i niskości swej – wstrzymałam

oddech. Wspaniały anielski głos, w świecie nowicjuszka

background image

musiała być śpiewaczką – nie – teraz odwróciła się i wydało

mi się, że z całą pewnością ją rozpoznałam. Spadły mi łuski z

oczu. To nie Clare, która zachwycona przestała poruszać

miechem, gdyż jej głos nie nadawał się do niczego, lecz Mary

Clara jest gwiazdą filmową Clare Nell!

Uszczęśliwiona przyglądałam się jej, nie słysząc

wydawanych przez nią poleceń i dokonując w milczeniu

własnych porównań. No tak, usta Clare Nell były w filmach

znacznie pełniejsze, twarz nie aż tak długa i wąska, a przede

wszystkim linia brwi znacznie ostrzejsza. Jednakże doskonale

zdawałam sobie sprawę z tego, że charakteryzator zarówno

teatralny, jak i filmowy jest w stanie stworzyć zupełnie nowe

oblicze. Kto wiedział, jak gwiazda wyglądała w życiu

prywatnym bez makijażu?

- Siostro Eileen! – zwrócił się do mnie głos brzmiący

wyrzutem. – Nie śpiewasz z nami. Proszę, tutaj jest śpiewnik,

jesteśmy przy trzeciej zwrotce.

Zdezorientowana próbowałam się skoncentrować, a ona

dokładnie mi się przysłuchiwała.

- Stop, Eileen, nie wymawiaj łaciny po angielsku – nie

background image

mówi się hjumanitas tylko humanitas! „Bóstwo swe na krzyżu,

skryłeś wobec nas; Tu ukryte z bóstwem człowieczeństwo

wraz”. Clare, proszę więcej powietrza.

Oj, ostro brała nas w obroty. Dzięki temu, że się

wysiliłam, udało mi się tak wymawiać słowa, że zrozumiałby

mnie nawet sam Tacyt. Chociaż się koncentrowałam, moje

myśli ciągle zajęte były osobą nowicjuszki. Jakim cudem uda

mi się jako prostej postulantce zbliżyć się do niej, skoro na

razie zabroniony nam był bezpośredni kontakt z obłóczonymi

zakonnicami?

Jak gdyby odczuła te intensywne myśli po zakończonej

próbie, kiedy Adoro te devote brzmiało w miarę czysto, Mary

Clara wzięła mnie na stronę.

- Stop, nowa zostaje jeszcze na chwilę.

Z największą przyjemnością!

Spojrzała na mnie z uśmiechem.

- Siostro Eileen, sprawa wygląda następująco:

poszukuję pilnie następczyni, którą wprowadzę w tajniki gry

na organach, ponieważ wkrótce będę musiała poświęcić się

innym studiom i nie będę miała czasu na prowadzenie prób.

background image

Interesuje cię zdobycie tej umiejętności?

Zawahałam się, jej podejście było całkiem niezależne.

Widać było, że nie była przyzwyczajona ciągle prosić o

pozwolenie i czekać na polecenia, tylko będąc wolną artystką,

miała własne pojęcie o przyjętej roli. Chyba gdzieś czytałam,

że gdy wstąpiła do klasztoru, któryś z reżyserów miał

odetchnąć, pozbywszy się wymagającej i samowolnej

gwiazdy.

- No więc, siostro Eileen? Jesteś przecież muzykalna,

nie możesz temu zaprzeczyć, czy też są jakieś inne powody?

W wypadku napotkanego ojca wzbraniałam się uparcie,

teraz zaś zachęciła mnie myśl, że w ten sposób znajdę się w

pobliżu niej, mając przy tym okazję do porozmawiania

częściej niż inne. Chcąc nie chcąc, musiałam się zgodzić,

chociaż gra na organach była dla mnie koszmarem, gdyż...

- Nie potrafię liczyć – stwierdziłam z niesmakiem – z

matematyki miałam ciągle dostateczny...

Nowicjuszka roześmiała się i w tym momencie nie

miałam już najmniejszych wątpliwości, uśmiech dodał jej

uroku – a kiedy wyobraziłam sobie jeszcze makijaż – i

background image

świeckie ubranie...

- Siostro Eileen, z tą odrobiną akrobatyki liczbowej na

podwójnej klawiaturze łatwo się uporasz. Miałam już

uczennice mniej rozgarnięte od ciebie. No więc?

- Dobrze, skoro jest taka potrzeba – i jeśli wyrazi zgodę

nasza mistrzyni postulantek...

- Siostra Elżbieta? Już ja ją przekonam. Być może w ten

sposób uda mi się uratować cię przed oborą – zamknęła

śpiewnik. – Postaram się o stosowne pozwolenie i dam ci

znać. Możesz odejść, Eileen.

Wielkie nieba, nowicjuszka rozmawiała ze mną prawie

jak przełożona, co fascynowało i złościło mnie jednocześnie –

ale artystki pozostają sobą nawet w zakonnych habitach. Clare

Nell nie była w stanie wyzwolić się od samej siebie.

Najwidoczniej też przełożeni zakonni mieli względem niej

szczególne plany, skoro miała odbyć jakieś specjalne studia.

Płonąc ciekawością i zatopiona w myślach, udałam się do

naszej sypialni. Wolno nam było przygotować cele do udania

się na spoczynek.

Przy drzwiach dorwałam chętną do plotek siostrę Betty i

background image

zatrzymałam ją szybko:

- Momencik, Betty – jak to jest, dlaczego mamy tu dwie

siostry o imieniu Clare? Przecież łatwo mogą się zdarzać

pomyłki?

Ona potrząsnęła głową i wzruszyła ramionami:

- Nie zawracam sobie tym głowy. Nowicjuszka to Mary

Clara. Jeśli pamięta się o podwójnym imieniu, to łatwo je

rozróżnić, bo nasza postulantka ma tylko jedno. Poza tym

nowicjuszka prawie że należy do naszego grona, tylko

obłóczono ją trzy miesiące wcześniej.

Nadstawiłam uszu.

- Co takiego? A dlaczego?

- Nie wiem do końca. To wiąże się jakoś z jej

przeszłością, pewnie dlatego, że jest tak zdolna. Poza tym

sprawia wrażenie prawdziwej zakonnicy, no nie?

Przytaknęłam gorliwie i utwierdziłam się w moim

przekonaniu. Chciano oszczędzić Clare Nell ciekawskich

pytań ze strony młodych współsióstr.

- Wiesz może, jak się przedtem nazywała, to znaczy jak

background image

miała na imię, wszystko inne przecież nie powinno nas

interesować.

- Miała na imię Clare, tak samo jak nasza postulantka i

przy obłóczynach nazwano ją Mary Clara. Matka generalna

jest zdania, że z naszym imieniem chrzcielnym jest związana

nie tylko nasza konsekracja, lecz także sakrament. Dlatego też,

w przeciwieństwie do innych zgromadzeń, zachowujemy

najczęściej nasze imiona chrzcielne, chyba że któreś się

powtarza. Stąd też nasza postulantka będzie musiała przybrać

inne imię, ponieważ mamy już siostrę o imieniu Mary Clara.

Psst – ktoś idzie. – Przy tych słowach przemknęła obok mnie

do sypialni. Ale matka Amabilis miała dobre uszy, których

czujność w żadnej mierze nie ucierpiała pod czepkiem

zakonnym.

- O, siostra Eileen. Właśnie rozmawiała ze mną Mary

Clara, nasza nowicjuszka. Dlaczego roztrząsacie twoją sprawę

z inną postulantką zamiast ze mną? Czyżby występowały

jakieś trudności co do gry na organach?

Na policzki wypełzły mi rumieńce. Zaraz pierwszego

dnia złapana na gorącym uczynku!

background image

- Nnn... nie, matko Amabilis, właściwie nie.

- No to proszę wejść do sypialni i wypakować do końca

swoje rzeczy. Przygotowałam już stosowną bieliznę. Wiem, że

na początku nakaz milczenia jest najcięższy, i dlatego też nie

mam pretensji. Tak wielu rzeczy trzeba się jeszcze dowiedzieć

i nauczyć. Ale po kilku miesiącach z pewnością nie zastanę cię

ze sprawiającą mi wieczne troski Betty!

Nie wiedziałam jeszcze, że zasadniczo dziękuje się za

mniej lub bardziej surowe upomnienie. Skinęłam tylko głową

szczęśliwa, że mogę wśliznąć się do sypialni.

Wstrząśnięta stanęłam przed całą kolekcją lnianej

bielizny domowej roboty. Nie powstała może na przełomie

wieków, lecz każdego światowego człowieka przerażała

dbałością o skromność. Jeśli jednak dalej miałam na sobie

nosić szaty pokutnicy, to i ta moda muzealnej proweniencji nie

powinna mnie dziwić.

background image

Przebrałam się zdecydowana na wszystko. Musiałam

przecież odegrać moją rolę do końca. Być może uda mi się

uniknąć nowicjatu, jeśli podczas nauki gry na organach

częściej będę się spotykać z Mary Clara. Najchętniej jednak

rzuciłabym to wszystko. Szef nie miał najmniejszego pojęcia o

porządku dnia w klasztorze! Nie byłam przyzwyczajona do

słuchania sygnałów dawanych dzwonkiem i co godzina

robienia tego, co polecono, również jeśli chodzi o jedzenie i

spanie.

O dziewiątej, śmiesznej dla mnie godzinie, kiedy to

kury idą spać, osunęłam się znużona na moje solidne

koszarowe łóżko. Materace piankowe nie były tutaj znane.

Moim zdaniem posłanie było twarde, ale za to pewnie

zdrowsze. Pościel wiejskim zwyczajem była w niebieską

kratkę. Żagle, parawany naszych celek, poruszały się lekko w

powiewach wiatru wpadających przez otwarte okno. Chciałam

jeszcze ułożyć sobie solidny plan, jak wybadać nowicjuszkę

Mary Clara, kiedy to wypraktykowałam pierwszą cnotę dobrej

postulantki – zapadłam w mocny, głęboki sen.

Dzwonek zadzwonił nie o piątej trzydzieści, tylko o

background image

szóstej. Czyżbym znowu zaspała?

Pośpiesznie odsunęłam zasłonę zakrywającą sąsiednią

celkę. Rozczochrana Betty siedziała na łóżku, patrząc na mnie

ze zdziwionym uśmiechem.

- Tego nie wolno robić! – wyszeptała.

- Co się dzieje?

- Nic, postulantki wstają pół godziny później, ponieważ

nie chodzą na kontemplację.

Z tą informacją nie potrafiłam nic począć. Kontemplacja

w lustrze, pomyślałam sobie, stwierdzając, że pewnie Betty

nabija się ze mnie, kiedy ona nagle z całą powagą uczyniła

znak krzyża i głośno zaczęła się modlić, aż echo niosło po sali.

W bezruchu słuchałam przez chwilę, jak osiem głosów

odpowiada, pomrukując pod nosem. Na szczęście nie modliły

się przez cały czas, gdyż pewnie i za godzinę nie byłabym

gotowa do wyjścia. Ciągle coś mi się myliło. Ze

zdenerwowania nie mogłam nawet zasznurować butów.

Wszystkie czekały tylko na mnie, kiedy wreszcie sapiąc,

dołączyłam do reszty. W takim tempie ubierać się trzeba

pewnie tylko w wojsku!

background image

Kiedy dotarłyśmy do położonej na parterze kaplicy,

zzewnątrz weszły wyglądające na zziębnięte, odziane na

czarno i biało siostry zakonne, zajmując bezszelestnie i w

milczeniu miejsca w ławkach. Cóż mogły takiego robić tak

wczesnym rankiem na podwórku klasztornym?

Na koniec zjawiła się tyczkowata siostra Elżbieta, a ja

odniosłam wrażenie, że dociera do mnie owiewający ją zapach

obory. Drobna nowicjuszka męczyła się niezmiernie,

balansując dwukrotnie wyższą od niej zapalarką do świec.

Udało się jej właśnie zapalić ostatnią, kiedy od strony zakrystii

wkroczył ojciec Donatus w towarzystwie dwóch postulantek

pełniących najwidoczniej funkcję ministrantów. Miałam

nadzieję, że na mnie nigdy nie przyjdzie kolej.

Zachowywałabym się pewnie bardzo głupio. Ojciec kierownik

skłonił swoje potężne czoło, odmawiając spowiedź

powszechną, apostulantki mu towarzyszyły. Czego to jeszcze

będę się musiała nauczyć! Pewnie nie nadarzy się mi okazja,

żeby znowu kiedyś to wykorzystać, ale na pewno było to

interesujące!

Słuchać kazania na czczo, to zdarzyło się mi już w

background image

Chicago, nie żyłam przecież jako postępowa poganka, lecz

wypełniałam religijne obowiązki z irlandzką sumiennością.

Tymczasem ojciec Donatus nie wygłaszał kazania, lecz

najwidoczniej całą naukę rekolekcyjną.

Potężna, zwalista postać ze złożonymi na piersiach

rękoma stała przed nami niczym niewzruszona skała wiary, nie

przejmując się, niestety, ani zaspanymi postulantkami, ani

moim coraz to bardziej blednącym czubkiem nosa.

Ojciec Donatus przemawiał poruszająco o niepojętych

drogach Bożej Opatrzności, która wszystko wie, wszystko

widzi, wszystko prowadzi. Jego zdaniem człowiek ze swoimi

zamierzeniami oraz samowolą nie jest w stanie zniweczyć

niczego w Bożych planach. Bóg bowiem wciąż na nowo

prowadzi go ku wyznaczonemu celowi. Nie jesteśmy też w

stanie oszukać Go ani co do naszych zamiarów, ani co do

naszych czynów. Ponadto kiedyś z całkowitą suwerennością

odkryje i ukaże tajniki i głębie każdego ludzkiego serca.

Jak można się domyślać, nie czułam się zbyt dobrze,

słuchając tych słów. Ojciec nie zrobił nawet chwili przerwy,

kiedy nagle bez czucia wylądowałam w objęciach stojącej

background image

obok mnie współsiostry.

- Teraz pewnie pójdzie o własnych siłach – wyszeptała

matka Amabilis nad moim uchem, a do mnie dotarło, że

jestem na zewnątrz, oddycham świeżym powietrzem i widzę

słońce rozjaśniające swoimi promieniami klasztorny ogród.

- Siostro Eileen, dlaczego nie powiedziałaś, że trudno ci

przychodzi wytrzymać o pustym żołądku? Przecież jest tyle

udogodnień, również i dla nas, zakonnic. Możemy bez

problemów korzystać z dyspens.

Nie wiedziałam oczywiście, co było faktyczną

przyczyną, więc wymruczałam zmieszana, że zdarzyło mi się

to po raz pierwszy i że powodem jest zmiana otoczenia.

Siostra kucharka Judy przybiegła, niosąc filiżankę mocnej

kawy, która postawiła mnie na nogi.

- Wolno siostrze przystąpić jeszcze do komunii świętej

– zachęciła mnie matka Amabilis – gdyż w tym wypadku

traktujemy całe zajście jako chorobę.

Potrząsnęłam głową.

- Nie, dziękuję. Może lepiej jutro. Czy mogę dostać

kawałek chleba?

background image

Siostra Judy przygotowała już smakowitą kanapkę –

była nawet z wędliną. A więc nie obowiązywał tu ścisły

wegetarianizm – co za ulga.

- Proszę to zjeść, Eileen. Nie miałaś żadnego

zaświadczenia lekarskiego, którego zawsze wymagamy. Tak

więc jeszcze dzisiaj udamy się z wizytą do lekarza! –

oznajmiła mi łagodnie mistrzyni nowicjuszek. Poddałam się.

Nie miałam o tym najmniejszego pojęcia – co za zwyczaje,

niczym przy poborze do wojska! A mnie się wydawało, że

każdy może bez problemu wstąpić do klasztoru. Na koniec

zasięgną jeszcze pewnie opinii w jakimś biurze

detektywistycznym? No i stało się:

- Konieczne byłoby także postaranie się o opinię od

proboszcza. Proszę nam podać adres parafii.

Jeszcze i to – byłam – jeśli chodzi o te sprawy – bez

wyroku sądowego i kary. Jedynie kiedy jeździłam na skuterze,

zapłaciłam jednodolarowy mandat za niewłaściwe parkowanie.

O nie, wcale nie było tak łatwo przedrzeć się za klasztorne

mury. Dwie godziny później maszerowałam z matką Amabilis

na przystanek autobusowy. W sąsiedniej mieścinie rezydował

background image

znajomy lekarz. Przebadał mnie dokładnie i sumiennie. Wynik

był zadowalający, a wątpliwości mojej przełożonej zostały

rozwiane.

- Zdrowie jest pierwszym warunkiem, siostro Eileen. O

tym jeszcze przyjdzie ci się przekonać. Życie w zakonie wcale

nie jest lekkie. Kto nie ma zdrowych nerwów, ten nie

powinien znaleźć się w naszych szeregach, a komu już w

postulacie lub nowicjacie zjawia się święty Dominik, tego z

łagodną perswazją odsyłamy do domu. Ale ty nie jesteś z tej

gliny.

- Mam nadzieję, że była to ostatnia tego rodzaju wpadka

– odparłam zdecydowanie. Matka Amabilis uśmiechnęła się.

- Coś podobnego może się zdarzyć nawet zdrowym

osobom – pocieszyła mnie. – Jeśli tylko coś sprawia trudności,

należy mi o tym powiedzieć. Traktujemy każdego

indywidualnie i nie zależy nam na masowych wstąpieniach. Z

tego powodu przestrzegamy także wszystkie kandydatki, aby

na własną rękę nie podejmowały żadnych działań co do

praktyk pokutnych.

Teraz ja nie mogłam się powstrzymać i wybuchnęłam

background image

śmiechem.

- Matko Amabilis, co do mnie, to nie ma obaw.

- Nie bądź taka pewna. Czy wiesz, ile zachodu

kosztowało nas odzwyczajenie siostry Mary Clara od

klęczenia całymi godzinami. Trwała na kolanach, kiedy inne

zgodnie z przepisami siedziały. Obawiałyśmy się, że chce

ustanowić rekord świata.

Niesamowite – właśnie Clare Nell – i ta ciągotka do

klęczenia? Dziwne to trochę, być może miała zamiar dowieść,

że na planie filmowym potrzebowano twardych ludzi, i nie

chciała, żeby traktowano ją jak maskotkę.

- Jest bardzo samodzielna – wydawało mi się, że muszę

stanąć w jej obronie – sprawia wrażenie, jakby spędziła tu całe

lata.

Matka Amabilis uśmiechnęła się zagadkowo.

- Tak ci się wydaje? Wolałabym, żebyś na razie wzięła

sobie za wzór swoją opiekunkę postulantek. Dla mnie jest to

prawzór przykładnej zakonnicy.

Zatkało mnie – siostra Elżbieta? Ta zimna biurokratka,

zdająca się wyciosana z dębowego drewna?

background image

Kiedy przybyłyśmy, nasze postulantki miały właśnie

naukę. Tym razem zajęcia prowadził ojciec Donatus. Zjawiłam

się więc na czas.

Oczekiwałam, że w postulacie będzie się przekonywało

kandydatki, aby w każdych okolicznościach pozostały wierne

swojemu pierwotnemu postanowieniu i – jak zwykł się

wyrażać mój szef – „urobi się je”, teraz zaś mogłam się

przekonać, że jest zupełnie inaczej.

Ojciec Donatus najwidoczniej zmierzał ku temu, aby

wybić nam z głowy wszelkie myśli o klasztorze. Nie wyliczał

nic innego jako tylko same przeszkody, tak że nieomal

dochodziło się do przekonania, iż nikt nie wstępuje do

klasztoru kierowany samym powołaniem.

Przeanalizował mniej więcej wszystkie typy postaw

osób wstępujących, kierujących się przy tym własnym

widzimisię, choć próbujących ten fakt lepiej lub gorzej

ukrywać. Coś na podobieństwo wnikliwości Boskiej

background image

Opatrzności, tak dokładnie przezeń opisanej podczas porannej

homilii, że aż ścięło mnie to z nóg, zdawało się nierozdzielnie

przynależeć do katalogu talentów jego osobowości.

- Wszystko, co nie dzieje się z prawdy, nie może się

ostać – a kto w jakikolwiek sposób unika jej, nie wytrwa w

naszym zakonie – obwieścił. – Można na przykład – nie

ujmując w niczym innym zgromadzeniom zakonnym –

wstąpić do franciszkanów, gdyż miłuje się ubóstwo w jego

najsurowszym wymiarze, do jezuitów, gdyż ma się żołnierską

naturę ceniącą przede wszystkim dyscyplinę, do cystersów,

gdyż pociągają nas szczególnie samotność i wieczne

milczenie, lecz nie można zostać dominikaninem, jeśli nie

dysponuje się ugruntowanym i bezkompromisowym

umiłowaniem prawdy. Co zaś oznacza umiłowanie prawdy?

Przerwał na chwilę – a ja mimowolnie spuściłam wzrok,

powtarzając sobie w duszy z przekorą, że taki właśnie mam

zamiar. A mianowicie za pomocą własnego doświadczenia

pragnę zgłębić prawdę o życiu zakonnym, a przy tym i tę

odnoszącą się do powodów, które wpędziły znaną aktorkę

filmową w klasztorne mury. Czyż świat nie miał prawa

background image

dowiedzenia się o nich, zwłaszcza gdy rozeszło się tak wiele

plotek? Niemniej serce uderzyło mi mocniej, kiedy

kontynuował:

- Powiem wam – umiłowanie prawdy to nic innego jak

miłość ku Chrystusowi, gdyż powiedział On o sobie: „Ja

jestem Prawdą”. Nie wiem, czy któraś z was pojęła kiedyś

dogłębnie, co to oznacza. Wyobraźmy sobie, że ktoś z nas

zadeklaruje coś takiego na swój temat na forum publicznym, w

radiu czy w telewizji – najpewniej czym prędzej umieści się

go tam, gdzie takie rzeczy leczą.

Postulantkami wstrząsnął śmiech, ja natomiast

pozostałam poważna i dziwnie poruszona we wnętrzu.

Czyż pierwszej nocy spędzonej w pokoju gościnnym

klasztoru nie dotknęło mnie, na podobieństwo płonącego

ognia, gorące pragnienie poszukiwania prawdy przez

Akwinatę i niczym iskra nie zapadło w moją duszę?

- Życie i nauczanie tej prawdy, którą jest Chrystus, jest

misją naszego zgromadzenia i wszystkie musicie zdać sobie z

tego sprawę, jeśli chcecie wytrwać w swojej decyzji zostania

dominikankami. Jeśli zaś ktoś zamierza żyć prawdą i jej

background image

nauczać, to pierwszym tego warunkiem jest jej znajomość.

Dlatego też zaznajamiam was nie ze statutami konwentu – to

zrobi znacznie lepiej ode mnie opiekunka postulantek, lecz z

duchem zgromadzenia i głębią prawdy, a także zachęcam was,

abyście każdego poranka, kiedy tylko dusza obudzi się ze snu,

spoglądały w lustro Chrystusowej prawdy podczas cichej

kontemplacji. Jeśli posłuchacie, to jako ojciec duchowny

obiecuję wam, że przeżyjecie niebo na ziemi – gdyż również

aniołowie i święci trwają zatopieni w rozważaniu odwiecznej

Prawdy. Modlitwa, nauka i kontemplacja przysporzą wam

szczęścia, wobec którego bledną wszelkie rozkosze tego

świata.

Słuchając tych odważnych obietnic, nieomal przestałam

oddychać. Kiedy to mówił, w jego wzroku nie przebłyskiwał

fanatyzm, lecz trzeźwy rozsądek, na który zwróciłam uwagę

już przy pierwszym spotkaniu – a ponadto i blask tego ognia,

który napełnił mnie taką tęsknotą.

Moje współsiostry spojrzały na niego z wahaniem,

wydawało mi się, że tu i tam wyczuwam sceptycyzm, że oto

więcej się obiecuje, niż jest się w stanie dotrzymać. Skoro w

background image

klasztorach można było odnaleźć prawdziwe szczęście, to

dlaczego nie odkryło go więcej osób, dlaczego wręcz

przeciwnie – przeczy się mu, wyśmiewa i szydzi zeń?

Nieśmiało zerknęłam w kierunku mojej sąsiadki, postulantki

Clare. Jej twarz była tak skupiona i spokojna, jakby uwierzyła

w każde usłyszane słowo, jakby w ciągu tych kilku tygodni,

odkąd tu jest, odczuła, że wszystko, co mówi ojciec, jest

prawdą. Wyglądała na szczęśliwą – naprawdę. Z pewnością

była tutaj na swoim miejscu. Postanowiłam, że na rekreacji

rozmówię się z nią, gdyż wydawało mi się, że stoję przy płocie

odgradzającym mnie od rajskiego ogrodu. Swoistą pociechą

było, że na pozostałych dziewczęcych obliczach nie widać

było podobnego uszczęśliwienia.

Betty spoglądała zupełnie głupawo, jakby ojciec

duchowny mówił o klasztornym gospodarstwie i właściwym

używaniu traktora. Z pewnością rumianolica dziewoja

pochodziła z jakiejś wiejskiej farmy. Można jej było

pozazdrościć życiowego realizmu, którego nie wzruszały

duchowe poruszenia. Być może to właśnie jej nieporuszony

wzrok sprawił, że ojciec powrócił do chłodnej równowagi,

background image

którą odznaczał się początek jego wykładu.

- Przyznaję, że również pomiędzy moimi współbraćmi,

w konwencie dominikańskim, nie znaleźli się kandydaci od

razu pełni najwyższych ideałów i zrozumienia odwiecznej

prawdy. Napotkać bowiem można wiele rozmaitych

powodów, dla których szuka się ucieczki w klasztorne mury.

Oto zjawiają się osoby nie radzące sobie z życiem w świecie.

W klasztorach, mówią sobie, nie potrzebują niczego planować

ani myśleć, będzie się ich prowadziło i popychało – co może

nie do końca, ale poniekąd jest słuszne. Są i tacy, którym brak

talentu, i takich większość ludzi świeckich, zwykłych oceniać

zakonników według jednej miary, określa mianem bankrutów

życiowych. Inni z kolei obawiają się pewnych zawirowań i

niebezpieczeństw związanych z wojną, uważając błędnie, że

zostanie im to oszczędzone w klasztorze. Jest to słuszne, ale

tylko co do służby wojskowej. Współczesne konflikty wojenne

nie oszczędzą też zakonów. Jeszcze inni spodziewają się życia

pełnego przygód jako włóczykije Boży, wiedząc, że

podejmujemy pracę jako misjonarze w wielu krajach świata. I

nawet, jeśli jako zakonnicy czy zakonnice odziani w ochronny

background image

strój zgromadzenia, nie wyruszą z wyprawą misyjną,

docierając do mieszkańców odległych tropików, mają przecież

nadzieję zobaczenia choć części ciekawych zakątków naszej

starej Ziemi. Przyznaję, że w wypadku kobiet motyw ten

spotyka się rzadziej. Za to inny występuje wśród nich tym

częściej: wiele dziewcząt, osiągnąwszy pewien wiek, zaczyna

się lękać grożącego im ciężaru samotności. W klasztorze mają

towarzystwo i oczywiście życiowe zadanie – nie przeczuwają

jednak, jak trudny do zniesienia może być obowiązek ciągłego

bycia we wspólnocie. Nie jest to może najgorszy powód do

wstąpienia, ale też i nie najlepszy. Z kolei tragedią jest, jeśli

któraś zlekceważona przez jakiegoś Don Juana wybiera

klasztorny welon zamiast przysłowiowego małżeńskiego

czepka. Tym dziewczętom gwarantuję, że nie będą szczęśliwe.

Z powodu nieszczęśliwej miłości nie ucieka się od ludzi do

Boga. On żąda pierwszej miłości albo ostatniej i najgłębszej.

To byłyby zasadniczo główne powody, dla których wstępuje

się do zakonu, nie mając jasności co do istoty prawdziwego

powołania. Czy też może o czymś zapomniałem? Można się

zgłosić i przedstawić swój punkt widzenia.

background image

Nie, niemożliwością było wstać teraz z miejsca i

wyłuszczyć ten niezwykły powód, dla którego siedziałam tutaj

odziana w okropny czarno-biały strój oraz pelerynkę

postulantek klasztoru St. Mary. Ku mojemu zdumieniu

zgłosiła się cicha siostra Clare.

- Tak, proszę? – zwrócił się do niej uprzejmie ojciec

Donatus. Ona zaś odparła:

- Być może jest jeszcze jeden powód: źle pojęta

romantyka. Zdarza się, że dziewczęta pozwalają się zwieść

niewłaściwemu przykładowi i przywdziewają czepek zakonny.

Myślę tutaj o siostrach zakonnych o alabastrowych obliczach,

grających główne role w filmach, przeżywających słodko-

gorzkie romanse, zdających się cierpiętnicami otoczonymi

tajemniczą aureolą. Szczególnie kobiety chętnie odwołują się

do tych ideałów.

Usiadła. Ojciec Donatus uśmiechnął się.

- Nie jestem w stanie tak dalece wejrzeć w głąb

kobiecego serca, ale z pewnością jest w tym sporo racji –

chociaż to, co w ostatnich latach mieliśmy okazję oglądać na

ekranach filmowych odnośnie do klasztorów, podziałało raczej

background image

odstraszająco na budzące się powołania zakonne. Można

powiedzieć: niczym grad w maju. Myślę, że sporo zła

wyrządziły w tym względzie filmy, które widziałem nawet

ostatnio. Jeśli więc jest pośród was taka, której marzy się rola

zakonnicy, to proszę, aby się zgłosiła. Nie brakuje skutecznych

i wypróbowanych środków, aby ją wyleczyć.

Teraz już wszyscy się zaśmiali, a siostra Clare

najserdeczniej. Kolejny raz potwierdziło się, że nie jest

poszukiwaną przeze mnie Clare Nell. A co miałaby na ten

temat do powiedzenia nowicjuszka Mary Clara? Z pewnością

stanęłaby w obronie filmu, bo przecież nie brakowało

znakomitych tytułów, choćby wspomnieć tylko Ostatnią na

szafocie.

Oczywiście żadna z nas nie pragnęła ponieść śmierci

męczeńskiej, czego potwierdzeniem była żwawa i wesoła

krzątanina, kiedy zakończył się wykład ojca Donatusa i znowu

wolno było rozmawiać.

background image

Co dnia miałyśmy parę godzin, by nagadać się do woli.

W tym czasie tak gruntownie nadrabiano wszystkie zaległości,

że niemal było się zadowolonym, kiedy dzwonek ponownie

nakazywał milczenie.

Miałam wiele spraw na sercu. Trzymałam się u boku

Clare, ponieważ wydawała mi się najroztropniejsza ze

wszystkich.

- Co robimy, siostro Clare?

- Matka Amabilis pozwoliła na spacer wokół naszych

pól, jest przecież wiosna.

Zdumiałam się.

- Co takiego, nie chcesz chyba powiedzieć, że wolno

nam opuścić klasztor – i to jeszcze poruszać się poza murami

ogrodu?

Clare się zaśmiała, a ja przez chwilę bolałam nad tym,

że nie jest Clare Nell, lecz rzeczywiście sympatyczną, prostą,

wiejską dziewczyną. Jakaż to byłaby wspaniała okazja do

wypytania jej! Wzięła mnie za rękę.

- Chodź, pokażę ci, dokąd możemy chodzić. Na

początku pewnie będą cię bolały nogi. Kiedy nas obłóczą w

background image

nowicjacie, będziemy miały całodniowe wycieczki. Pewnie

myślałaś, że siedzimy tutaj niczym w więzieniu?

- Ale przecież słyszałam...

- Tak, wiem, ale to wszystko odnosi się do zakonów

mających ścisłą klauzurę, zakratowane okna w rozmównicach

i tym podobne. Jako zgromadzenie czynne nie mamy tego.

Mamy znacznie więcej swobody, niż przypuszczasz, z

wyjątkiem oczywiście tego, że mogłybyśmy w tajemnicy same

chodzić do kina.

Szybko podjęłam temat.

- Siostro Clare, czy w świecie chętnie chodziłaś do

kina?

- Owszem – odpowiedziała swobodnie, zupełnie nie

domyślając się, do czego zmierzam. Nie zaczerwieniła się też

wcale ani nie zmieszała, a ja wyobraziłam sobie, że stawiam to

pytanie Mary Clara, która na razie była dla mnie nieosiągalna.

- Dlaczego o to pytasz?

Zastanowiłam się szybko, po czym odparłam śmiało:

- Nie wiem, czy kiedy tutaj wstąpiłaś, słyszałaś o

pogłosce, jakoby jedna z nas lub nowicjuszek miała być w

background image

świecie aktorką filmową.

Niestety, w tej właśnie chwili matka Amabilis zawołała

nas, klaszcząc w dłonie. Nie było mile widziane, jeśli dwie

przebywały na osobności, gdyż cała grupa miała scalać się,

spędzając wolny czas na uprawianiu sportu lub dobrej

zabawie.

- To nie powinno nas obchodzić! – stwierdziła obojętnie

Clare, zbierając się do biegu. – Chodź, nie pozwólmy czekać

matce Amabilis.

Jej zainteresowanie filmem wydawało się

powierzchowne. Do takiego opanowania nie byłaby zdolna

nawet słynna gwiazda filmowa. Odtąd postulantka Clare

przestała zajmować moją fantazję. Teraz wiedziałam już, że

jeśli chcę się dowiedzieć czegoś, co zainteresuje czytelniczki

mojego czasopisma, to z żelazną konsekwencją i anielską

cierpliwością muszę wkradać się w łaski nowicjuszki Mary

Clara. Chociaż spędziłam tutaj dopiero dwa dni, już sam

spacer odczułam jako wyzwalający relaks.

Dziewczęta zachowywały się niczym uczennice, które

właśnie rozpoczęły wakacje, brykając bez opamiętania. A

background image

kiedy chichoty i błazeństwa stały się zbyt głośne, mistrzyni

Amabilis przywoływała je po matczynemu do porządku, aby

miały w sobie więcej troski o godność, jaka przystoi przyszłej

zakonnicy. To oczywiście wywoływało nowe śmiechy i żarty.

Moim zdaniem wszystkie cofnęły się do wieku nastolatek, a

przecież pomiędzy nimi były i takie, które już dawno powinny

były wkroczyć w wiek małżeński. Czy siostry Ewa i Rita nie

przynależą przypadkiem do tych, które wstępują do klasztoru,

gdyż przepadły ich szanse powodzenia u mężczyzn?

Nie sprawiały wcale wrażenia nieszczęśliwych i brały

udział we wszystkich figlach, jedynie kiedy Dolly chciała w

lasku wspiąć się na drzewo, skarciły ją niczym starsze

rodzeństwo i to zanim matka Amabilis poprawiła sobie

czepek, co było nieomylnym znakiem, że jest czymś

zszokowana.

Siostra Clare trzymała się nieco na uboczu, rozmawiała

o czymś energicznie z mistrzynią nowicjuszek, więc byłam

zmuszona przyłączyć się do innych. Nie, nie miałam zamiaru

zawierać z nią niechętnie widzianej przyjaźni partykularnej.

Odkąd wiedziałam, że nie jest Clare Nell, poprzestanę na

background image

siostrzanej uprzejmości. O tym, że w mniejszych kręgach są

także siostrzane kłótnie, przekonałam się w drodze do domu.

Betty i Dolly poróżniły się i pokłóciły z powodu jakiejś

błahostki, więc z rozpalonymi policzkami schodziły sobie z

drogi. Ale niezbyt długo, matka Amabilis miała w tym

względzie sokoli wzrok.

Podczas spaceru nie powiedziała ani słowa.

Dopiero kiedy byłyśmy w klasztorze i ponownie

obowiązywało milczenie, wzięła na bok czupurne koguty.

- No tak, dla was dwóch milczenie jeszcze się nie

zaczęło, bo macie sobie nawzajem coś do powiedzenia,

nieprawdaż?

Betty i Dolly stały nadąsane naprzeciw siebie, niczym

uparte cielęta, i żadna nie otwarła ust.

- Rozumiem – orzekła matka Amabilis – w tym stanie

ducha nie możecie oczywiście odmówić wraz z innymi

komplety, a więc dzisiaj wieczór zwalniam was od Salve

Regina. Jak długo to potrwa, zależy tylko i wyłącznie od was.

Po tych słowach odeszła. Dolly zadarła nos, a Betty

odwróciła się na pięcie, ja zaś zadałam sobie w duchu pytanie,

background image

co może oznaczać to wykluczenie z modlitwy wieczornej.

Była sobota. Wtedy nie wiedziałam jeszcze, że w dni

poświęcone Matce Bożej nasza modlitwa celebrowana będzie

szczególnie uroczyście. Oczarowana przyglądałam się, jak po

wspólnie odmówionym brewiarzu gasną wszystkie światła w

kaplicy oprócz wiecznej lampki na ołtarzu. Każda z zakonnic

otrzymała długą świecę, którą zapalała mistrzyni nowicjuszek.

Następnie wyszły parami z ławek i dwójkami udały się

w stronę ołtarza. Siedząca przy organach nowicjuszka Mary

Clara zaintonowała Salve Regina, pozdrowienie Królowej

Niebios, a my zaśpiewałyśmy tę piękną, starą pieśń.

Dostojnym krokiem po szerokim ciemnozielonym dywanie

ruszyły najpierw siostry profeski. Przed samym ołtarzem,

śpiewając, skłoniły się ku sobie, podobnie jak czynią to

kapłani, kiedy podczas koncelebry przekazują sobie znak

pokoju.

Intuicyjnie pojęłam piękno i głębię tego gestu.

Był to przepiękny widok, kiedy oświetlone blaskiem

świec spokojne oblicza pochylały się przed sobą, tu i tam

delikatny uśmiech na wargach – lub nieco skryty dystans –

background image

który w obliczu ołtarza szybko znikał, a serdeczny wzajemny

ukłon stawał się silniejszy. Jeśli w ciągu dnia zdarzyły się

lekkie rozgoryczenia lub spory, to wszystko zostało teraz

obmyte falą wzajemnej siostrzanej miłości i przebaczenia.

Na koniec przyszła kolej na nas, postulantki. Z bijącym

sercem ruszyłam do przodu, nieco niepewnie stąpając, jakby

trzymana w ręku świeca była zbyt ciężka. Moją partnerką była

znowu Clare. Nie miałyśmy sobie co wybaczać. Mimowolnie

musiałam się uśmiechnąć, bo przecież to nie jej wina, że nie

była aktorką filmową. Również i ona uśmiechnęła się do mnie

– poczułam ciepło wokół serca. Czy będę w stanie poprzestać

na zamierzonej chłodnej uprzejmości?

Kończąc śpiew, odniosłyśmy świece i zgasiłyśmy je.

Podobne do mokrych kur postulantki Betty i Dolly

siedziały na boku w ławce. Jedna z nich łkała.

Innego wieczoru mogły już uczestniczyć wraz z innymi

w modlitwach i skłoniły się przed sobą nawet kilka sekund

background image

dłużej, niż było to przepisane. Moim zdaniem tego rodzaju

procedura była godnym uwagi środkiem służącym

zachowywaniu pokoju we wspólnocie tworzonej przez ludzi.

Cóż za myśli mogą przyjść do głowy, kiedy nocą leży się

bezsennie po przeżytym co dopiero dniu w murach

klasztornych? Przypomniałam sobie, jak często, żyjąc w

świecie, miałam większe lub mniejsze konflikty z bliźnimi,

również i w kręgu rodziny nie obeszło się czasem bez kłótni,

czego nie dało się uniknąć przy tak wielu zróżnicowanych

charakterach. Nigdy też nie przyszłoby mi do głowy, że

milczący, wyrazisty gest przebaczenia mógłby być minimum,

jakiego chrześcijanie oczekiwaliby od siebie. Niemal się

zaśmiałam, wyobrażając sobie, że szef pochyla się uprzejmie

przed licznie zgromadzonymi współpracownikami, którym w

ciągu dnia udzielał reprymend i nagan – albo że politycy robią

coś podobnego. Zbyt piękne, żeby mogło być prawdziwe.

Nieco lepiej zrozumiałam pokój panujący w klasztorach, kiedy

na krótko przed kompletą – odmawianą codziennie tak samo,

jednakże w dzień powszedni bez świec – przeżyłam pierwszą

przerzucankę słowną z jedną z sióstr i siedząc samotnie w

background image

ławce, zastanawiałam się, czy nie powinnam sprowokować

jakiegoś zajścia, żeby uniknąć wspólnego odmawiania Salve

Regina. Zaraz potem do kaplicy weszła moja „przeciwniczka”,

akurat dzisiaj uklękła obok mnie – tymczasem kiedy powstała

pierwsza z sióstr profesek, mój gniew złagodniał.

Nie jestem w stanie opisać tego stanu radosnego

uniesienia, jaki przeżyłam w sercu po tym akcie

przezwyciężenia samej siebie. Naraziłam się wówczas na

poważne niebezpieczeństwo uważania się za prawdziwą

kandydatkę do zakonu. A to byłoby bez sensu. Na pewno

jednak zabiorę stąd do domu sporo dobrych impulsów.

Kto by też pomyślał, że poróżnię się z siostrą Mary

Clara, którą tak w duchu podziwiałam? Poszło oczywiście o

grę na organach. Prawie nie robiłam postępów, a Mary Clara

nie była obdarzona anielską cierpliwością. Ostatecznie

również i ona, jako młoda nowicjuszka, stała u początków

formacji zakonnej. Śmieszne, w jej pobliżu muszę zawsze

myśleć o błyskotliwej „karierze” oficera, być może dlatego, że

domyślam się, iż ma się w klasztorze szczególne plany, co do

jej zdolności. Mary Clara uczęszczała na zajęcia do

background image

pobliskiego seminarium duchownego dominikanów i

studiowała teologię. Więcej nie wiemy. Być może była nieco

przeciążona zbytnimi oczekiwaniami związanymi z jej osobą.

W każdym razie ilekroć zjawiała się na próbach, była

rozdrażniona. Ze swej strony muszę przyznać, że też nie byłam

utalentowaną uczennicą. Ciągle się myliłam w liczeniu, co w

efekcie dawało przeraźliwe dysharmonie w partiach mających

czarować pięknem równego dźwięku. Wyciągałam basy, kiedy

miało rozbrzmieć vox angeli, i grałam na wszystkich

rejestrach, gdy w partyturze zaznaczono pianissimo. Organy

dostawały zadyszki, kiedy kładłam ręce na klawiszach, i już

kilkakrotnie zwiodłam na pokuszenie moje współsiostry, gdyż

szeptały i śmiały się podczas silentium, słysząc rozlegające się

z daleka żałosne zawodzenia piszczałek mające być próbą

okiełznania instrumentu. Również ojciec Donatus

przekonywał się od czasu do czasu o moim beztalenciu, gdyż

widział już nadciągające z dala na nasz klasztor czarne dni,

kiedy siostra Mary Clara przestanie pełnić funkcję organistki

ze względu na postępujące studia.

Zatroskany stał w drzwiach zakrystii, potrząsając swoim

background image

potężnym czołem. Mary Clara dostrzegła to w lusterku

wstecznym, które umożliwiało jej nie tylko obserwowanie

tego, co dzieje się w kaplicy, lecz także od czasu do czasu

sprawdzenie nienagannego ułożenia białego jak śnieg welonu

nowicjuszki, przy czym zwykła uśmiechać się z

zadowoleniem. Nie brałam jej tego w żadnym wypadku za złe,

gdyż w swoim zawodzie była przyzwyczajona do poprawiania

sto razy swojego wyglądu, zanim rozpoczęto nakręcanie

nowego ujęcia. Kto byłby w stanie tak szybko ją od tego

odzwyczaić?

Tym, co jednak wzięłam jej za złe, było nieco zbyt

głośne i pełne złości stwierdzenie, że najwidoczniej jestem

przypadkiem beznadziejnym, nadającym się tylko do tego,

żeby doprowadzić ją do skrajnej rozpaczy, gdyż brakuje mi

dobrych chęci, aby uważać. To z kolei doprowadziło mnie do

szewskiej pasji. Jak mogła coś takiego powiedzieć? Tego

rodzaju argument był ostatnim spośród tych, którymi

posłużyłaby się nasza opiekunka postulantek lub mistrzyni

nowicjuszek. Coś takiego usłyszałoby się na krótko przed

nakazem opuszczenia klasztoru.

background image

- Jeśli siostra myśli, że może tutaj obchodzić się ze mną

niczym gwiazda filmowa ze statystką, która zepsuła jej

zbliżenie, to źle gra siostra tę rolę! – parsknęłam niczym

rozdrażniona kotka, kiedy zepchnęła lekceważąco moje

niezręczne palce z klawiatury.

Wytrącona z równowagi gapiła się na mnie zupełnie

osłupiała. W następnej chwili żałowałam tego, co

powiedziałam. Przecież nie trzeba było tak arogancko

naruszać jej klasztornego incognito. Na jej obliczu z wolna

pojawił się krwisty rumieniec.

- Ja – przepraszam, siostro Eileen – nie jestem

przyzwyczajona uczyć kogoś.

Mogłam sobie oczywiście wyobrazić, iż obcowała z

mistrzami swojego fachu, a kształcenie adeptów sztuki

filmowej nie było jej zadaniem.

- Oczywiście – wymruczałam wyrozumiale – myślę, że

siostrze szczególnie ciężko przychodzi znosić nasze

niedoskonałości. Być może w najbliższym czasie przydzielą

siostrze stanowisko, na którym będzie można swobodniej

pracować.

background image

Ona uśmiechnęła się z samozadowoleniem, nie

zauważając nawet, że powróciłam do formalnego sposobu w

zwracaniu się.

- O tak, na pewno tak będzie, jeśli tylko zostaną ku temu

spełnione pewne warunki – tutaj urwała, jakby już zbyt wiele

powiedziała. Byłam ciekawa jakież to stanowisko w klasztorze

obejmie była aktorka filmowa. Tak w ogóle to w tygodniach,

które nadeszły, miałam okazję przekonać się o tym, że

przełożeni mieli dobre wyczucie co do tego, do jakich prac

nadawały się niektóre z sióstr. Swoją znajomość ludzkiej

natury zdobyli nie tylko w przelotnych spotkaniach.

Po kilku bezowocnych próbach zatrudnienia przy

pracach w gospodarstwie domowym i w ogrodzie odesłano

mnie wkrótce do pracy biurowej.

Nie miałam pojęcia o tym, że również klasztor

potrzebował rozległej administracji. Byłam szczęśliwa, że

ominęła mnie nudna buchalteria. Musiałam jedynie

przepisywać korespondencję przełożonej generalnej, z

wyjątkiem tych listów, które, jako postulantkę, nic mnie nie

obchodziły, gdyż dotyczyły najbardziej intymnych tajemnic

background image

klasztornych. Oczywiście nimi zajęłabym się najchętniej.

Tym, co również rozpalało moją ciekawość, była

przychodząca korespondencja. Zanim jednakże przesyłki

dotarły do moich rąk, zostały już przeglądnięte przez jedną

zsióstr profesek i przekazane matce generalnej. Ona zaś

czarnym stemplem czyniła nieczytelnym nazwisko adresatki,

gdyż nasze życie prywatne miało pozostać nieznane. Również

pierwszy list, jaki otrzymałam z domu, nosił adres:

„Postulantka Eileen...”, zaś moje nazwisko O’Davis zamazane

było kleksem z czarnego tuszu.

Moim obowiązkiem było dostarczenie rankiem poczty

do refektarza i rozłożenie jej na poszczególnych miejscach –

pakiet dla sióstr profesek, drugi dla nowicjuszek i trzeci dla

postulantek. Ponieważ nie znałam jeszcze wszystkich imion,

siostra pracująca w biurze sortowała je dla mnie. Pomimo

wszelkich utrudnień zawsze miałam chwilę, aby szybko

przerzucić pakiet dla nowicjuszek. Nigdzie jednak nie

odkryłam nazwiska „Nell”, którego tak bardzo poszukiwałam.

Miałam zamiar zapamiętać wielkość i kolor koperty, a potem

dobrze uważać, która z sióstr weźmie ją do ręki, co też

background image

ostatecznie przyczyniłoby się do rozwiania wszelkich moich

wątpliwości.

Choć obracałam listy do siostry Mary Clara na

wszystkie strony, a nawet trzymałam je pod światło – stempel

był i nadal skrywał wszystko cieniem tajemnicy. Nigdy też nie

nadszedł list ze studia filmowego, mogący dać mi potrzebną

wskazówkę. Zaś podejrzewana przeze mnie na początku

postulantka Clare otrzymywała najwidoczniej bardzo rzadko

jakąkolwiek korespondencję.

Za to moi krewni pisywali tym częściej. Jeszcze dziś

jestem wdzięczna mojej mamie za to, że zaraz w pierwszych

dniach przysłała mi zwykłą czarną sukienkę, co pozwoliło mi

po ośmiodniowych torturach wyzwolić się z kratkowanego

kostiumu clowna i poczuć się normalną, żeńską istotą.

Tymczasem moje współsiostry nie dostrzegły żadnej zmiany.

Najwidoczniej wstępując do klasztoru, były już na tyle

doskonałe, że wygasła w nich jakakolwiek kobieca próżność.

Żadna nie miała klasycznej elegancji, ze spokojem nosiły

staromodne, domowe wełniane ubrania i zdawały się mieć

zupełnie inne troski niż na przykład ja.

background image

Długi czas nie odważyłam się zadawać w biurze

żadnych pytań, ale potem, kiedy moi troskliwi rodzice

przysłali mi znaczki, gdyż nie wiedzieli, że wolno nam pisać

tylko jeden list w miesiącu, zapytałam mimochodem:

- Co tutaj pisać, siostro Wiktoryno, my, postulantki, nie

przeżywamy nic szczególnego – a poza tym przemilcza się to,

co najważniejsze, gdyż z pewnością nasze listy są czytane.

Pracująca w biurze siostra Wiktoryna obróciła się

powoli na swoim krześle, niczym na karuzeli, i spojrzała na

mnie jak na ciekawe zwierzę.

- Co tam siostra mówi, siostro Eileen? Kto miałby

czytać nasze listy? Listonosz?

- Siostro Wiktoryno, proszę... – odparłam na to

rozdrażniona – przecież wiadomo, że w każdym klasztorze jest

cenzura. Generałowa na pewno otwiera każdy list, zanim się

go nada.

Siostra Wiktoryna zamyśliła się na chwilę, obliczając

coś na palcach.

- Dwadzieścia siedem – skinęła następnie głową – mam

za sobą dokładnie dwadzieścia siedem lat spędzonych w

background image

klasztorze, ale w ciągu tego czasu poznałam tylko jeden

przypadek, że kontrolowano pocztę jednej z sióstr – mieliśmy

tutaj kiedyś oszustkę, próbującą się ukrywać przed policją z

Chicago i udającą znajomość wielu spraw, tak że dopuszczono

ją nawet do prowadzenia kasy. Kiedy podejrzenia się

potwierdziły, skontrolowano jej korespondencję – ale z

ciężkim sercem, tak zreferowała nam to matka generalna. A

tak na marginesie, to nie jest to żadna „generałowa”. To

pewnie jakiś slang postulantek!

Siostra Wiktoryna, zazwyczaj znana jako milcząca,

zaczerpnęła głęboko powietrza i ponownie zajęła się swoją

pracą. Dla niej sprawa była załatwiona, a kto przez

dwadzieścia siedem lat stara się żyć w świetle prawdy, ma z

pewnością prawo do tego, aby świeżo upieczonej kandydatce

wydawać się wiarygodnym.

- Wobec tego, skąd biorą się te plotki w świecie? –

zapytałam szczerze, wstrząśnięta możliwościami związanymi

z prowadzeniem przeze mnie korespondencji.

Siostra Wiktoryna przeglądała jakieś papiery, więc

prawie nie podniosła głowy.

background image

- Pewnie tu i tam można coś takiego spotkać w

niektórych zakonach. My, dominikanki, odpowiadamy

zaufaniem na zaufanie. Poza tym – tego się siostra nauczy jako

nowicjuszka – oczekujemy od każdej obłóczonej siostry tyle

ducha rodzinnego i taktu, że nie będzie rozgłaszać po ulicach,

co u nas jest w zwyczaju. Ktoś taki nie nadaje się po prostu na

zakonnicę.

- Ale dlaczego? – zapytałam możliwie niewinnie. –

Przecież może się to dziać również w dobrej wierze – na

przykład, żeby ośmielić i zachęcić młodsze rodzeństwo.

Siostra Wiktoryna zrozumiała, że ten punkt widzenia

jest wystarczającym powodem do złamania klasztornego

milczenia, gdyż należało pouczyć osobę niedoinformowaną.

Odwróciła się ku mnie ponownie.

- Siostro Eileen, czy nigdy nie zastanawiała się siostra

nad tym, że Matka Boża, którą chcemy przecież naśladować,

przez całe życie trzymała przed światem w tajemnicy boskie

pochodzenie swojego Syna, tak że nawet najbliżsi krewni –

zwyjątkiem Elżbiety, której Bóg to objawił – uważali

Chrystusa za naturalnego syna Józefa?

background image

Spuściłam ręce na podołek. Tak szybko nie byłam w

stanie pojąć tej prawdy. Tym bardziej, iż wydawało mi się, że

siostra Wiktoryna potrafi tylko dodawać cyfry i pisać zlecenia

pocztowe. Spełniała swój urząd od dwudziestu pięciu lat, więc

nic dziwnego, że sprawiała wrażenie suchej i pożółkłej,

podobnie jak wiele osób mających do czynienia z kramem

biurowym.

- Siostro Wiktoryno – poprosiłam nieśmiało – proszę

wybaczyć moją głupotę i nie mówić nic generałowej, to

znaczy... chciałam powiedzieć przełożonej generalnej, o moich

nieuzasadnionych podejrzeniach.

Wydawało mi się, że pochylona nad papierzyskami

uśmiecha się lekko.

- Co do tego, to nasza czcigodna matka przywykła do

zupełnie innych głupot. Proszę się nie martwić, Eileen,

jesteśmy przecież siostrami, które nie oskarżają się wzajemnie

z powodu błahostek.

Chrząknęła i przeżegnała się.

- A teraz odmówimy Zdrowaś Mario jako pokutę za

nasze gadulstwo.

background image

Chcąc nie chcąc, musiałam podziwiać starszą siostrę.

Od razu widziało się różnicę w porównaniu z nami,

chwiejnymi postulantkami, które odczuwały milczenie jako

torturę. Siostra Elżbieta wprawdzie wyjaśniła nam już dawno

podczas wykładu głębszy sens tego zwyczaju – nigdy nie

staniemy się wewnętrznie duchowym człowiekiem, jeśli

podobnie jak ludzie w świecie zatopimy się w rozmowie, do

której tylko nadarzy się okazja. Prawdziwa zakonnica,

podkreśliła, dojrzewa w milczeniu Maryi. Ale dopiero

wyjaśnienie siostry Wiktoryny przydało teoretycznemu

wykładowi praktycznej treści.

Przez cały ranek rozmyślałam na ten temat, a kiedy

krótko po całej rozmowie spotkana na korytarzu siostra Betty

dała mi pośpieszny znak, że chce poszeptać ze mną o czymś,

wzbroniłam się mężnie i położyłam palec na ustach, po raz

pierwszy znajdując upodobanie w tym klasztornym ćwiczeniu.

O ilu sprawach można było pomyśleć, kiedy zajrzało się

do Pisma Świętego i dostrzegło, jak często i przy jakich

okazjach Maryja zachowywała milczenie. Najpierw wobec

swojego narzeczonego, potem wobec całego Nazaretu – małej

background image

plotkarskiej mieściny. Ach nie, już dużo wcześniej, kiedy

szukali schronienia w Betlejem, mogła przecież przemówić i

jak prawdziwa córka Ewy zwrócić się do gospodarza:

„Zdajecie sobie w ogóle sprawę, kogo przepędzacie od drzwi?

Noszę w łonie przychodzącego Mesjasza, Zbawcę świata!”.

Zamiast tego jednak milczała i zadowoliła się stajenką. Byłam

tak głęboko zatopiona w myślach, że doszłam do wesela w

Kanie, gdzie przed wszystkimi gośćmi pozwoliła się

przywołać do porządku, jak gdyby nie miała żadnej zasługi w

dziele wcielenia Syna Bożego, gdy wstrząśnięta siostra

Wiktoryna zerknęła mi przez ramię:

- Siostro Eileen, cóż to siostra wyrabia? Na list matki

generalnej do wizytatora biskupiego wkręciła siostra różowy

papier do maszyny!

Dobry Boże – no tak, w szafce miałam także prywatny

papier listowy, podarunek mojej młodszej siostry Maureen –

musiałam się pomylić, sięgając na półkę.

Zdążyłam też napisać „Ekscelencjo!” i dalej, zgodnie ze

stenogramem, w stylu naszej przełożonej: „Niniejszym

wyrażam moje głębokie zadowolenie, że będziemy miały

background image

okazję przyjąć Go w okresie Wielkanocy w ramach wizytacji.

Podejmę zaraz stosowne przygotowania i poinformuję moje

Współsiostry...”.

Siostra Wiktoryna śmiała się całą szerokością swojej już

lekko pomarszczonej biurowej twarzy.

- Oj, siostro Eileen, niech przynajmniej to wolno mi

będzie opowiedzieć naszej matce generalnej, ona ma poczucie

humoru, zobaczy siostra. Różowy liścik do surowego

wizytatora byłby niczym próba przekupstwa na płaszczyźnie

kościelnej, hi, hi, hi!

W pośpiechu wykręciłam kartkę i chciałam podrzeć, ale

siostra Wiktoryna szybko mi ją odebrała.

- Niech się siostra nie denerwuje – to przyda całej

wiadomości specjalnego efektu, kiedy matka przełożona

będzie ją odczytywać.

Pogodziłam się z faktem, że będę przyczyną ogólnej

wesołości. Nasza jadalnia rozbrzmiewała wesołym kobiecym

śmiechem częściej, niż przypuszczaliby ludzie z zewnątrz,

gdyby tylko mieli wstęp do tej części klauzury i mogli się

zszokować widokiem naturalnej wielkości krzyża wiszącego

background image

na głównej ścianie w kapitularzu.

- Siostro Wiktoryno, kto to w ogóle jest – ten wizytator.

Jakie jest jego zadanie?

Jej usta ciągle jeszcze drgały uśmiechem.

- Jakby to wytłumaczyć, hmmm. W źle prowadzonych

klasztorach jest on osobą, względem której żywi się

największe obawy. W dobrze prowadzonych z kolei mile

widzianym gościem, poprzez którego można się zwrócić do

biskupa o wsparcie dla wspólnoty.

- Ach tak. I dlatego żywi się co do niego obawy?

Czyżby był swego rodzaju detektywem w żeńskim klasztorze?

- Siostro Eileen, z całym szacunkiem dla twojej fantazji.

Wizytator zajmuje się tylko wizytacją – i to z całą dyskrecją

związaną z tym urzędem. Nie jest celnikiem przeszukującym

nasze cele klasztorne, z psem gończym przy boku. Zdaje się

jedynie na nasze wypowiedzi podczas sprawozdań.

Pochyliłam się, wkręcając do maszyny białą kartkę

papieru mającą w nagłówku prosty adres przełożonej

generalnej z St. Mary wraz z numerem naszego konta – na

wszelki wypadek...

background image

- Jakie sprawozdania? Co on chce usłyszeć? Przecież

mamy już spowiednika – jednego zwyczajnego i drugiego

nadzwyczajnego, jak się wczoraj dowiedziałyśmy.

- Zgadza się, ten jest swego rodzaju tubą zakonnic.

Każda może bez przeszkód przedstawić swoje skargi i

zażalenia, nawet na własnych przełożonych. Jemu zaś nie

wolno zdradzić, od kogo pochodzą informacje, którymi

dysponuje.

Gapiłam się na nią z niedowierzaniem.

- A ja myślałam, że zakonnice mogą najwyżej milczeć i

znosić wszystko, nawet jeśli ciosa im się kołki na głowach.

Siostra Wiktoryna pokiwała głową.

- Oj, siostro Eileen, gdyby siostra wiedziała! Już

niejeden raz uroczyście złożono z urzędu przełożoną, nie

pojmującą swego stanowiska jako matka i służebnica – co ja

mówię, rozwiązano nawet natychmiast całe fundacje

klasztorne. To wszystko zależy od wypowiedzi prostych sióstr

oraz postulantek i jest częścią wolności, którą zapewnia się

każdemu, kto wybiera stan zakonny. Jeśliby zaś tego nie było,

to na samym początku byłybyśmy zdradzone i sprzedane.

background image

Skinęłam głową oszołomiona. Na koniec nie pozostało

mi nic z moich wyobrażeń, że wszyscy zakonnicy nosili na

szyjach pętle, które wystarczyło jedynie zacisnąć, żeby

uczynić ich bezwolnymi. Tymczasem sprawa wyglądała

dokładnie odwrotnie, każda przełożona była praktycznie w

ręku swoich podwładnych.

Siostra Wiktoryna zerknęła na mnie z boku.

- Tak, tak, postulantki muszą się jeszcze wiele nauczyć

o życiu klasztornym. Niech się siostra nie przejmuje.

- I coś takiego jest we wszystkich klasztorach czy tylko

u dominikanek?

Powoli zaczęło mi się wydawać, że nasz zakon wynajął

dla siebie wszystkie możliwe wolności.

- Nie, Eileen – wszystkie klasztory na całym świecie

przeżywają od czasu do czasu odwiedziny wizytatora. Nawet

ostatnio tak modne instytuty świeckie ze stosunkowo

najluźniejszymi relacjami wspólnotowymi poddaje się

kontroli, czy jakaś dusza nie doznaje w nich uszczerbku.

Była to chyba najbardziej sensacyjna wiadomość, którą

dotychczas zdobyłam.

background image

- Czy wolno mi na ten temat porozmawiać na rekreacji z

innymi postulantkami? – zapytałam. Siostra Wiktoryna

potwierdziła spokojnie.

- Zbliżająca się wizytacja i tak jest pierwszym tematem

wszystkich rozmów. Tylko – spisek postulantek nigdy nie

odniósł sukcesu w wypadku wizytatora biskupiego. Musiałyby

przeciągnąć na swoją stronę przynajmniej siostry profeski.

Roześmiałam się. Nikomu nie przyszłoby nic

podobnego na myśl, nasza dziewiątka była zupełnie

zadowolona i nie prowadziłyśmy żadnych kacerskich knowań.

Co było tematem naszych rozmów? Początkowo

myślałam, że będzie niezwykle trudno prowadzić konwersację,

skoro odnoszono się z dezaprobatą do wspomnień o naszej

świeckiej przeszłości, a szczególnie z życia prywatnego.

Plotkowania o kimś, tak jak to zwykle bywa na spotkaniach

przy kawie, zabraniała siostrzana miłość, w której miałyśmy

się codziennie doskonalić. A pobożne rozważania były nie na

miejscu, gdyż dość miałyśmy ich podczas konferencji i

wykładów.

background image

W rzeczy samej, nie potrzebowałam sobie łamać głowy

nad tym, jak konwersować z moimi współsiostrami! Miałyśmy

dość tematów dotyczących najściślejszego „nowego” kręgu

rodzinnego, jeden bardziej interesujący od drugiego.

- Betty! – oznajmiłam tryumfująco, jakbym zwiastowała

jakąś nowość. –Wiedziałaś, że nasze listy nie są cenzurowane?

Moja współsiostra zwróciła ku mnie swoje okrągłe,

rumiane oblicze.

- No pewnie, powiedziano nam o tym podczas pierwszej

konferencji. Nie było cię na niej, bo doszłaś później. Moim

zdaniem powinno się mimo wszystko wprowadzić pewne ulgi.

Co to jest jeden list w miesiącu? Miałam tyle przyjaciółek. A

teraz wszystkie muszą się dowiadywać przez moich rodziców,

jak się czuję i co dalej zamierzam. Szkoda!

Pozostałe postulantki miały podobne zdanie, tylko ileż

pieniędzy pójdzie na znaczki, jeśli każda będzie pisała tyle, ile

tylko zapragnie? Poza tym miałyśmy się uczyć powolnego

wyzwalania się z przyzwyczajeń życia prywatnego, aby tym

mocniej wrosnąć w nową wspólnotę. Teoretycznie wszystko to

background image

było zupełnie słuszne, natomiast ja, słuchając podnoszonych

argumentów, umocniłam się w postanowieniu poinformowania

o niuansach życia zakonnego szerszych mas publiczności. Z

pewnością nie były to tajemnice na wagę tych, które dotyczyły

Maryi!

Betty nachyliła się ku mnie. Ależ ona lubiła poszeptać!

- Posłuchaj, można bez problemu przemycić list, kiedy

ma się dyżur na furcie. Nasza dojarka mieszka przecież w

sąsiedniej wsi, siostra Elżbieta nie poradziłaby sobie ze

wszystkim. Jeśli tylko podasz jej list ze znaczkiem, nie

pytając, schowa go do kieszeni w fartuchu i wie, co dalej ma

zrobić.

Pozostałe rozmawiały tak głośno i energicznie o

nadchodzącej wizytacji, że mogłyśmy przysunąć się bliżej.

- Naprawdę? A jak się to kiedyś wyda...

- Co tam – drobny grzeszek postulantek, to nic takiego.

W nowicjacie pewnie miałby większą wagę. Przecież jesteśmy

jeszcze pół na pół w świecie.

Jakoś nie bardzo mi się to podobało.

- Nie, Betty, nie odpowiadają mi takie sekrety...

background image

Przy tym zaczerwieniłam się mocno, gdyż w tej samej

chwili przypomniało mi się, że nieustannie dokonuję oszustwa

i to największego, jakie tylko jest możliwe pośród zakonnic.

- Tak, czerwień się, czerwień – docinała mi Betty ze

śmiechem – nie musisz udawać i tak widać, że chętnie byś coś

takiego zrobiła. Przecież to nic wielkiego, chyba że

napisałabyś do jakiegoś ładnego chłopaka, którego zostawiłaś

w świecie, tak jak siostra Maryann. Ona to nawet była

zaręczona, zanim jeszcze przyszła do nas.

Zdumiona spojrzałam w stronę cichej, wysokiej

postulantki Maryann, która z reguły trzymała się nieco na

boku.

- Ona?

- Tak, ale go nie chciała, tak mówi. Ale czasami wydaje

mi się, że w głębi duszy trochę tęskni, bo chodzi taka

przygnębiona, co nie?

Maryann właśnie spojrzała w naszą stronę, jakby

odczytała swoje imię na naszych wargach, a ja wzruszyłam

ramionami. Ta i miłość – no nie, nie mogłam sobie wyobrazić,

co w tym bezbarwnym dziewczęciu mogłoby zachwycić

background image

mężczyznę, nie mówiąc nawet o tym, że byłoby ono zdolne do

jakiejkolwiek namiętności.

- Betty – zwróciłam się do mojej rozmówczyni – daj

sobie lepiej spokój z tym przemycaniem listów, bo jak się

wyda, to stracisz dobrą opinię.

- Co tam, sama siostra Elżbieta opowiadała kiedyś, że

jako młoda postulantka też przemyciła list i skutkiem tego

jeden z jej braci podjechał prawdziwym powozem, chcąc ją

zabrać do domu – i to tylko dlatego, że napisała do krewnych,

jakoby na całym gospodarstwie były tylko same maszyny i ani

jednego konia, a ona miewa czasami tak wielką chęć na

przejażdżkę na Mayflower. To była jej ulubiona klacz.

- Czyżby nasza opiekunka pochodziła z jakiegoś

ranczo? – zapytałam tylko nieco zdziwiona, gdyż wiedziałam,

jak dobrze radzi sobie z inwentarzem w oborze i wydaje

polecenia pracującym na polach parobkom.

- Nie, ona jest nawet szlachcianką, tak, polską

hrabianką, której rodzice kupili w Minnesocie nowe dobra

ziemskie.

Wyśmiałam ją.

background image

- Betty, to chyba jakieś plotki, nie wierzę w ani jedno

słowo.

- A ja tak! W pralni widziałam chusteczki, które miały

wyszytą w rogu hrabiowską koronę. Numerek właścicielki,

który naszyto na nią, trochę się wystrzępił. Zapytałam z głupia

frant, czyje są te delikatne chusteczki, bo przecież po

maglowaniu trzeba rzeczy sortować, a siostra Tony

powiedziała od razu, że to siostry Elżbiety.

Mimo wszystko jakoś nie mogłam uwierzyć. Przecież

hrabianki z pewnością nie posłano by do obory ani do pracy w

polu.

- Przecież nie wiemy, czy przypadkiem kiedyś czegoś

nie zmajstrowała i dlatego dostało się jej to zadanie. Przy tym

jest przecież również opiekunką postulantek, a na to

stanowisko nie bierze się byle kogo.

Betty miała dziwaczne argumenty, ale – kto wie, jakie

tutaj były możliwości. Siostra Elżbieta wydawała mi się

niezbyt urodziwa – no ale przecież nie była już najmłodsza – a

ciężka praca w oborze mogła zatrzeć wszelkie ślady

pochodzenia z wyższych sfer. Poza tym – to znałam ze

background image

średniowiecznych historii – nieroztropne czy nieurodziwe

hrabianki najczęściej zamykano w klasztorach. Hm, będę

miała do rozwiązania jeszcze niejedną zagadkę!

W tym momencie zwróciła się do mnie siostra Gloria.

- Wiesz już, Eileen, że w następnym tygodniu na ciebie

przypada służba ministrancka – i to razem z Clare?

Podskoczyłam jak ukłuta szydłem – tego się właśnie

obawiałam.

- A czemu ja – wystarczy przecież, że męczę się grą na

organach.

- Mamy jeszcze siostrę Mary Clara. Wcześniej ona też

radziła sobie sama. Poza tym uważam, że twoja gra nie jest

zbyt zachwycająca. Wczoraj opuściłaś refren.

- Zgadza się, ale były w nim trzy „b”, a tego jeszcze nie

umiem – przyznałam.

Postulantki zaśmiały się, najwidoczniej szczęśliwe, że

przydział do gry na organach nie wypadał każdej co miesiąc.

Ojciec Donatus wcale nie był zadowolony, kiedy co chwila

niewydarzone dyletantki robiły bałagan w zakrystii i w szafie z

paramentami, ponieważ wraz z ministranturą uczono także i

background image

obsługi zakrystii. Wszystko to zrobiło na mnie duże wrażenie,

bo przecież zazwyczaj nie ogląda się kielichów mszalnych i

paten z tak bezpośredniej bliskości.

Podczas gdy ja podziwiałam kosztowne sprzęty,

postulantka Rita instruowała mnie dobitnie, co powinnam

robić, a czego nie. Słuchałam tylko półuchem, jak mi

wyjaśniała, co mam zrobić, pomagając rankiem ojcu

Donatusowi przy zakładaniu szat liturgicznych.

- Posłuchaj, siostro Eileen – szeptała do mnie swoim

delikatnym, bardzo wysokim głosem – a więc kiedy powie:

„Proszę cingulum”, masz mu podać pasek do białej alby i

kilkoma zręcznymi ruchami ułożyć fałdy. Mój Boże, ja się

wystraszyłam i na początku źle to zrobiłam. Alba się wlokła, a

kiedy ojciec nastąpił na nią, oderwała się koronka! Ale się

napłakałam.

Świadomie zarejestrowałam mniej więcej ostatnie dwa

zdania, gdyż to, że siostra Rita znowu płakała, doprowadzało

prawie wszystkie z nas do pasji. Była typem zawsze

bezradnego, ciągle wylęknionego stworzenia, więc kiedy

znowu zrobiła coś na opak – a to w przypadku każdej

background image

postulantki zdarzało się często – wybuchała wstrząsającym

płaczem. Bywały dni, że chodziła z zaczerwienionymi

oczyma, chociaż nasza opiekunka i siostra Amabilis zwracały

jej uwagę, stosując najłagodniejszy z możliwych tonów.

Nawet najbardziej błaha wskazówka, że coś znowu sknociła,

powodowała, że tonęła we łzach.

Widząc mnie w zakrystii, ojciec Donatus skinął głową.

- Miejmy nadzieję, że siostra nie jest taką syreną

strażacką jak poprzedniczka – oznajmił z kwaśno-pogodnym

uśmiechem, a jego wzrok dowodził, że ocena mojej osoby

wypadła zadowalająco. Rankiem uporządkowałam wszystko w

zakrystii i to nie drżąc ze strachu, że coś przypadkiem nie leży

na swoim miejscu. Zaraz potem ojciec rozpoczął recytować

zwykłe modlitwy, które każdy kapłan odmawia przed mszą

świętą.

Przygotowałam taką jak trzeba, piękną, śnieżnobiałą

albę z szeroką koronką u dołu. Wystarczyło, żeby ją tylko

założył. Chwyciłam do ręki cingulum, sznur, który ściąga ją, a

jednocześnie wiąże. Jak to mówiła siostra Rita? Czy miałam

jeszcze zaciągnąć go i związać? Teraz się mściło, że jej nie

background image

słuchałam. Kiedy się jeszcze zastanawiałam, ojciec Donatus

stał cierpliwie, odczekując kilka sekund i trzymając ręce nieco

odchylone od tułowia. Wreszcie padło krótkie i niecierpliwe:

- No, to hop!

Panie Boże! Przemogłam się, wzięłam sznurowaty,

długi pasek – i obejmując od tyłu potężnego ojca, podałam mu

go, oczywiście nie mogąc poradzić sobie z tym ze względu na

jego obwód w pasie. W tejże chwili ojciec Donatus wybuchnął

całkiem światowym śmiechem, chwycił szybko cingulum,

zawiązał je i zaraz potem wytarł sobie załzawione oczy.

- Miała mi siostra podać cingulum do rąk! –

poinstruował mnie, ciągle jeszcze nie mogąc złapać tchu.

Sporo wysiłku kosztowało go opanowanie się na tyle, żeby

kontynuować dalsze przygotowania. Szybko ułożyłam fałdy

alby, aby nie powłóczyła się po ziemi i nareszcie byliśmy

gotowi do wyjścia.

background image

III

To drobne zdarzenie całkowicie uwolniło ojca Donatusa

od troski, że mogłabym się okazać kolejną beksą. Uśmiechał

się, widząc mnie już z daleka, a w jego konwencie cała sprawa

urosła do rangi nieomal anegdoty. Będąc na moim miejscu,

siostra Rita obrażona i zawstydzona nie przekroczyłaby

pewnie więcej progu zakrystii. Z kolei ja nie mogę

powiedzieć, że dobrze spełniam posługę ministrancką.

Postulantka Clare, którą przyuczano razem ze mną, robi to o

wiele lepiej, a przede wszystkim godniej. Któregoś razu

dostrzegłam, jak ukradkiem całuje patenę.

- Słuchaj no – powiedziałam do niej – przecież nie

wolno bez potrzeby dotykać naczyń liturgicznych gołymi

rękoma!

Zaskoczona zarumieniła się.

- Oj – odpowiedziała zmieszana – nie zdradź mnie

background image

proszę, siostro Eileen. Ale gdybym była mężczyzną,

zostałabym na pewno kapłanem. Poza tym dałabym wiele,

żeby przez całe życie być zakrystianką.

Byłam zdziwiona.

- To dlaczego nie wstąpiłaś do jakiegoś zakonu

kontemplacyjnego, gdzie mają wieczną adorację?

Ona spuściła swoje piękne, zamyślone oczy, jakbym

przejrzała najgłębszą tajemnicę jej serca.

- To – ze względu na misje. Nie chciałam być

szczęśliwa sama...

Nie bardzo ją zrozumiałam. O co jej chodziło?

- Czy nigdy nie pomyślałaś o tym, Eileen, że jest łaską,

a nie dziełem przypadku, że wiemy o wcieleniu Chrystusa i

Jego obecności w Najświętszym Sakramencie? Miliony ludzi

nie wiedzą jeszcze o tym. Dlatego też przezwyciężam tę

tęsknotę i chęć cichej adoracji i pragnę pójść ku nim, aby

zanieść im to światło prawdy – jako dominikanka. A ty kiedy

wstąpiłaś, nie myślałaś o misjach?

Odwróciłam się szybko, udając, że szukam czegoś w

szafie, tak bardzo mnie zawstydziła.

background image

- Nie, to właściwie była dla mnie sprawa drugorzędna.

Ty pewnie masz odpowiednie podejście. Czy mogłabyś mi

wyświadczyć pewną przysługę, Clare, i dziś po południu

podczas nabożeństwa eucharystycznego posłużyć za mnie do

kadzidła? Nie radzę sobie zbyt dobrze z zapalaniem i prawie

wygląda to tak, jak kiedyś w wypadku Kaina i Abla.

Moja współsiostra uśmiechnęła się.

- Oczywiście, bardzo chętnie. Jedni drugich ciężary

noście – a w tym wypadku jest to trybularz z kadzidłem.

Roześmiałam się głośno – zdziwiona, że Clare miała

poczucie humoru, co przy jej cichym ispokojnym charakterze

sprawiło, że wydała mi się jeszcze sympatyczniejsza. Gwiazda

filmowa czy nie – poczułam, że lubię ją jak prawdziwą

przyjaciółkę.

- Dziękuję ci! – odparłam. – Ojciec Donatus wyznaczył

wprawdzie mnie. Myślę, że kiedy sam był ministrantem, to

spłatał niejednego figla. To się wie.

- Skąd? – chciała się dowiedzieć moja rozmówczyni.

- Od moich braci – odpowiedziałam dumnie – to są

dopiero niezłe ptaszki.

background image

- Jaka szkoda! – odparła na to Clare, pomagając mi przy

rozkładaniu dużego płaszcza nieszpornego, co miało zapobiec

zaplątaniu się weń ojca Donatusa. – Ja niestety byłam

jedynaczką.

- Dlaczego byłam?

Odwróciła się.

- Moi rodzice już nie żyją. Oj – przepraszam, nie

powinnyśmy zdradzać niczego z naszego życia prywatnego.

- Siostro Clare, jesteś zbyt skrupulatna. To przecież nic

takiego. Gdybyś tylko wiedziała, czego ja chciałabym się

dowiedzieć od innych sióstr. Nigdy nie jesteś ciekawa?

Ona powoli potrząsnęła głową, a potem odparła:

- Owszem, czasami – przynajmniej tego, co dotyczy

ciebie.

Ucieszyłam się tym tak, jakby inne dziewczyny cieszyły

się pierwszym, niezdecydowanym jeszcze wyznaniem

miłosnym nieśmiałego chłopca. Uścisnęłam ją szybko.

- Clare, to super, że możemy pracować razem. Na co

teraz znowu dzwonią?

Ciągłe dzwonienie grało mi na nerwach. Uśmiechnęła

background image

się:

- Skończyło się milczenie. Wiesz, że w sobotę musimy

się znowu oskarżać?

Skrzywiłam się od razu. To też był osobny, ciemny

rozdział życia klasztornego, napawający mnie z początku

lękiem. Schodziłyśmy się w każdy weekend niczym ludzie,

których łączy wspólne hobby. Tyle tylko, że nasze specjalne

klasztorne hobby polegało na tym, aby w obecności matki

Amabilis – później w nowicjacie będzie to matka generalna –

wyznać na klęczkach własne przewinienia względem reguły

zakonnej i otrzymać za to, no może nie surową karę, ale raczej

łagodną pokutę polegającą nie na jakimś szczególnym

ćwiczeniu pokutnym, ale najczęściej na odmówieniu

modlitwy.

Jedna sprawa oburzyła mnie zaraz w pierwszym

tygodniu.

- Po co właściwie klękamy, przecież matka Amabilis

jest tylko człowiekiem? W całym moim życiu nie dygałam

przed nikim. W tym względzie już jako mała dziewczynka

byłam uparta niczym osiołek.

background image

Tą, którą w ten sposób zagadnęłam, była nasza wysoka

postulantka Eve, która według mnie była prawie nie dającym

się znieść wzorem drobiazgowego przestrzegania reguły.

Funkcjonowała niczym mechanizm zegarka. Matce Amabilis z

trudem przychodziło znalezienie powodu do nagany. Jej

samooskarżenia musiały być wręcz wytworem fantazji.

Eve, dziewczyna w starszym wieku, o wąskiej, surowej

twarzy, na której odbijały się kruczoczarne brwi, zerknęła na

mnie zdumiona.

- Nie doszło jeszcze do ciebie, że nad matką Amabilis,

zaraz na głównej ścianie, wisi ogromny krzyż? Przed nim

klękamy – a także dlatego, że zleconym jej przez

posłuszeństwo zadaniem jest wychowywanie nas.

- Eeee tam – zawyrokowałam – mimo wszystko, skoro

wiemy, że wykroczenia przeciwko regule nie są grzechem i

nie trzeba się z nich spowiadać, to po co to całe zamieszanie

przy ich wyznawaniu?

Eve wytrzeszczyła oczy na mnie, heretyczkę.

- Siostro Eileen, jesteś irlandzkim uparciuchem! Nie,

nikt się nie wygadał, kim i czym jesteś, ale że Irlandką – to

background image

widać przecież na pierwszy rzut oka, kiedy tylko otworzysz

usta.

Przytaknęłam z zadowoleniem.

- Zgadza się, nigdy nie pozwoliliśmy nikomu zmusić się

do niczego. Tylko – czy ty w ogóle nie masz uczuć? Nigdy nie

budzi się w tobie sprzeciw, siostro Eve?

Moja wysoka współsiostra popatrzyła na mnie

zaskoczona, a potem coraz bardziej się czerwieniąc, odparła:

- Zdradzę ci pewną tajemnicę – ale tylko i jedynie z tego

powodu, że być może pomoże ci to pokonać własną dumę:

jeśli zostanę zakonnicą, to tylko z zaciśniętymi zębami. Tak,

dobrze usłyszałaś. Przy każdym poleceniu, którego

natychmiast nie mogę zrozumieć i uznać za dobre, muszę się

chwytać niczym jamnik za futro na karku i przymuszać się, że

tak powiem z najeżoną sierścią, do czynienia tego, co chce

właściciel. Tyle. Teraz już wiesz, ile mnie kosztują te sobotnie

popołudnia.

Ze zdumienia opadła mi szczęka. Eve odwróciła się ze

spokojem i odeszła. Po niej najmniej spodziewałabym się

takiego wyznania. To dlatego ciągle sprawiała wrażenie

background image

sztywnej i zimnej – cóż za wewnętrzne walki! Pobiegłam za

nią i chwyciłam za rękę:

- Dziękuję ci bardzo. Myślę, że to, co powiedziałaś,

bardzo mi pomoże – tylko powiedz mi jeszcze, po co to

właściwie robisz?

Eve spojrzała na mnie ponuro.

- Nigdy jeszcze nie słyszałaś o zadośćuczynieniu i

pokucie? – odmruknęła niechętnie, po czym wreszcie udało się

jej umknąć z zasięgu wścibskiej współsiostry.

Od tej soboty recytowałam moje przewinienia niczym

kołowrotek, grzecznie przy tym klęcząc i pozwalając nakładać

sobie pokutę, jaką tylko matka Amabilis dla mnie

przewidziała. Przy tym często podczas naszych wyznań widać

było błądzący wokół jej warg raczej skryty uśmiech aniżeli

gniew. Przecież ona też była kiedyś postulantką!

Ale prawdziwy ubaw miał cały konwent, kiedy nadeszła

niedziela i dym z kadzidła miał unieść się ku sklepieniu

background image

kaplicy. Właśnie Clare była jego powodem, co nigdy nikomu

nie przyszłoby do głowy.

Kiedy tak heroicznie zrezygnowałam z zaszczytnej

funkcji składania Panu ofiary kadzielnej, Clare przejęła trudne

zadanie podania trybularza ojcu i to tak, aby jego łańcuszki się

nie poplątały, a kadzidło rzeczywiście dymiło.

Tak więc wspólnota sióstr z St. Mary wyczekiwała

zgodnie i w pobożnym skupieniu na Tantum ergo, które

kończyło nasze nabożeństwo. Ojciec Donatus, aby wreszcie

przejść do sedna sprawy, klęczał przed ołtarzem w

uroczystych szatach – udało mi się bez żadnych wpadek

pomóc mu przy zakładaniu płaszcza nieszpornego.

Potrząsnęłam dzwonkami. Do mnie należały teraz wszystkie

inne obowiązki wynikające z posługi ministranckiej, gdyż

Clare była całkowicie pochłonięta złoconym trybularzem.

No więc uklękła obok niego i wzorowo podała mu

trybularz. Ojciec Donatus poruszył nim nieco, mirra też się

paliła – ale na tym nie koniec. Zazwyczaj kapłan sam nakładał

nieco kadzidła, a wyglądało na to, że Clare jest nieco

roztargniona i nie całkiem uważna.

background image

- Łódkę z mirrą proszę! – wyszeptał ojciec Donatus, a

mną wstrząsnęło. Obiecałam przecież, że przygotuję także to

naczyńko na mirrę.

- Jest w zakrystii! – wyjąkałam wystraszona, zaciskając

kurczowo dłonie na dzwonkach. Clare, przejęta swoją rolą,

spoglądała ku stojącej na ołtarzu monstrancji, jak ktoś, kto ma

podjąć ciężką decyzję. Wreszcie pogodzona z losem spuściła

głowę i poruszając się na kolanach, przeszła ku drzwiom do

zakrystii. Dopiero tam wstała, wzięła z szafki łódkę i – jak

ktoś, kto znajduje się w transie i nie wie, co robi – ku uciesze

wszystkich, znowu klęcząc, weszła na kolanach do kaplicy,

blada, śmiertelnie poważna, trzymając w obu rękach łódkę.

Ojca Donatusa zdziwiły nieco głośne kaszle i

pociągania nosem, jakie momentalnie rozległy się w kaplicy.

To przecież nie było w zwyczaju dobrze wychowanych sióstr!

Zerkając w tył, ku pierwszej ławce, udało mi się zobaczyć, że

nawet nasza matka generalna wyciera nos i załzawione oczy.

Pobożny konwent trząsł się ze śmiechu, również i ojciec

Donatus uśmiechnął się nieco, a ja odważam się twierdzić z

absolutną pewnością, że nasz Pan ukryty w Sakramencie

background image

również w tym uczestniczył. Przecież nie jest gniewnym

bożkiem, tylko Bogiem z ludzkim sercem.

Wreszcie, zanim ktokolwiek udusił się ze śmiechu,

Clara dotarła do ojca Donatusa. Jego głowa płonęła żywym

ogniem, energiczniej też, niż to zazwyczaj było w jego

dystyngowanym stylu, wziął od niej łódkę, nałożył mirrę i

oddał jej naczyńko, szepcząc przy tym prosząco:

- Proszę wstać!

Siostra Clare zrobiła minę, jakby nie pojmowała świata.

Wstać w najbardziej uroczystej chwili podczas całego

nabożeństwa? Nie, chyba się przesłyszała. Pokornie wzięła

więc łódkę, na kolanach przeszła na swoje miejsce i tam

pozostała. Minęło kilka minut, zanim cały konwent uspokoił

się nieco, potem ja wstałam, odsunęłam klęcznik, ojciec

przyklęknął i biorąc do ręki monstrancję, pobłogosławił

rozweselony konwent, uśmiechając się do swoich myśli.

Tylko jedna osoba nie miała o niczym najmniejszego

pojęcia, będąc poważna niczym archanioł – moja droga

współsiostra Clare! Pochylona żegnała się, obrzucając

ostatnim stęsknionym spojrzeniem Najświętszy Sakrament,

background image

kiedy ojciec zamykał drzwiczki do tabernakulum. Teraz trzeba

było odnieść wszystkie sprzęty. Tym razem dzięki Bogu Clare

wstała, a więc na szczęście nie oduczyła się jeszcze chodzić.

Ledwie znaleźliśmy się w zakrystii, ojciec Donatus

ofuknął srogo nieświadomą niczego postulantkę:

- Siostro Clare – co sobie wbiła siostra do głowy, że nie

wstała, kiedy trzeba było przynieść łódkę? Czy mogę prosić o

jakieś wyjaśnienie?

Siostra Clare spojrzała na niego ze szczerym

przerażeniem.

- Miałam wstać, ojcze? – zapytała z niedowierzaniem i

najwidoczniej zdumiona.

- Oczywiście, że tak! A jak się siostrze wydaje, jak to

wyglądało, kiedy na kolanach przeszła siostra do zakrystii?

Chciała siostra rozweselić Matkę Bożą i wszystkich

dominikańskich świętych, czy też może był jakiś inny powód?

Osłupiała Clare przez kilka minut nie mogła się zdobyć

na żadną odpowiedź. Wreszcie pojęła i oblała się rumieńcem.

- Ojcze Donatusie – w obliczu świętej Hostii, której

byłam tak blisko... po prostu nie mogłam.

background image

- Tak? – wymruczał ojciec Donatus ze swej strony

najwidoczniej zdumiony. – A czemuż to? Czy ja jako kapłan

nie wstaję?

- Owszem – przytaknęła Clare. – Ale ojciec jest

przyzwyczajony. Ja natomiast myślałam, że uderzy we mnie

piorun niczym podczas nawałnicy, kiedy odważę się wstać,

będąc tak blisko Boga.

Ojciec Donatus nie powiedział już ani słowa,

przyglądnął się jedynie postulantce Clare swoimi czarnymi,

przenikliwymi oczyma i nie jestem w stanie powiedzieć, co się

w nich kryło – wesołość, wzruszenie? A kto wie, może nawet i

uznanie?

Tym większe było moje rozczarowanie, kiedy niedługo

potem siostra Clare została wycofana ze służby ministranckiej

z chłodną uwagą przełożonej generalnej – wypowiedzianą

najgłębszym basem – iż do służby przy ołtarzu nie nadają się

ani kłębki nerwów, ani roztargnieni marzyciele. Ku mojemu

ubolewaniu wyznaczyła mi do pomocy nieco niespokojną i

głośną siostrę Glorię. Pośród postulantek z tą czułam się

najmniej emocjonalnie i po ludzku związana. Ale wykonywała

background image

swoje obowiązki bez zarzutu i nie było powodów ani do

płaczu, ani do śmiechu. Nie czuję się dobrze w towarzystwie

zbyt rezolutnych i zaradnych życiowo ludzi. Nie pojmowałam

też, dlaczego przy każdej nadarzającej się okazji upokarza się

cichą, spokojną Clare.

Nadszedł Wielki Post i przy całej surowości i odcięciu

od świata podczas tych tygodni miałyśmy jedno miłe

urozmaicenie: pilnie uczestniczyłyśmy w próbach naszej

sztuki teatralnej na Wielkanoc, to znaczy na dzień przybycia

wizytatora naszego biskupa. Był to monsignore, przewielebny

prałat, a więc należało mu pokazać coś naprawdę

wartościowego. Kicz i ckliwość nie cieszyły się popularnością

u dominikanek, a wszystko, co podawano nam w postaci

duchowego obroku, musiało być pierwszej klasy. Tak więc

wybrałyśmy starohiszpańską sztukę misteryjną, którą pewien

uczony dominikanin przełożył na współczesny angielski, nie

ujmując przy tym wiele z jej klasycznej piękności.

Na początku pomiędzy postulantkami zaczęło się

wielkie zgadywanie, kto będzie reżyserował, a kto zagra

główną rolę – postać Marii Magdaleny, której pierwszej ukazał

background image

się zmartwychwstały Pan. Tutaj miałam swoje własne

oczekiwania i z zadowoleniem dowiedziałam się, że nasza

nowicjuszka Mary Clara nie tylko jest reżyserem, lecz także

główną aktorką. Nie mogło być inaczej, Clare Nell, aktorka o

światowej sławie, miała najwięcej doświadczenia na tym polu

– bo przecież chciano także zaimponować dostojnemu

gościowi.

My, najmłodsze mieszkanki klasztoru, dostałyśmy tylko

role drugorzędne. Nasze obie najwyższe i najstarsze

postulantki powołano, że tak powiem, pod broń. Znakomitym

posunięciem było odzianie w uniform rzymskiego legionisty

ascetycznej Eve, która zawzięcie walczyła przeciw własnej

woli o wierność w żołnierskim posłuszeństwie, oraz zaradnej i

obrotnej Glorii.

Postulantka Maryann grała ogrodnika z Getsemani i tym

sposobem zostały obsadzone role męskie.

Siostra Rita odpadła w przedbiegach, gdyż zaraz

podczas pierwszej próby prawie połamała sobie język. Skutek

był jeden, dostała ataku płaczu, a to już absolutnie nie było

nam potrzebne. Doradzałam, żeby zaliczyć ją do grona kobiet

background image

rozpaczających u grobu Pana, ale nowicjuszka Mary Clara

była nieustępliwa. Rita, jako nie nadająca się, musiała

zrezygnować, podobnie i Betty, która swoją prezencją

pasowała do całości niczym dromader na biegunie.

Pozostawały jeszcze tylko dwie, Dolly i ja, jeśli cała nasza

paczka miała być zatrudniona. Clare zaangażowano jako

anioła zwiastującego dobrą nowinę, gdyż bez większego trudu

na jej twarzy malował się wyraz niebiańskiego zachwytu,

natomiast słowa skierowane do płaczących niewiast miała

zamiast niej powiedzieć Dolly. Jej głos brzmiał młodzieńczo i

głośno, gdyż według Pisma Świętego niebiańskie istoty miały

postać lśniących młodzieńców. Clare miała jedynie milcząco

usiąść na odsuniętym od grobu kamieniu. Bez najmniejszego

sprzeciwu przyjęła też niemą rolę. Najwidoczniej całe

zamieszanie wokół gry na scenie było jej zupełnie obojętne.

Najbardziej znacząca rola przypadła mnie, byłam

bowiem jedną z Marii udających się wraz z Magdaleną do

grobu. Ale najwidoczniej brak mi talentu, gdyż nigdy nie

byłam w stanie zadowolić siostry Mary Clara. Oczywiście

background image

słuchałam wszelkich jej poleceń, bo przecież na pewno

wiedziała lepiej ode mnie, ale w duchu dziwiłam się. Moje

zdanie było najczęściej zupełnie inne. Też przecież wcześniej,

czy to służbowo, czy prywatnie, widziałam wiele przedstawień

teatralnych i nie byłam zupełną dyletantką.

Nowicjuszka Mary Clara gospodarzyła więc niczym

wiecznie niezadowolony, rozkrzyczany reżyser, musztrując

nas ostro, więcej ganiąc, niż chwaląc, i nie pozostawiając nam

żadnych złudzeń co do wykazywania choćby cienia uzdolnień

artystycznych. Przy tym też sama nie tolerowała żadnych

uwag co do swojej roli. Matka Amabilis próbowała tu i tam

zmienić zbyt teatralną gestykulację, ale Mary Clara zagadała

ją. Widać było, że jest w swoim żywiole i zapomniała zarówno

o stroju zakonnym, jak i o swojej pozycji skromnej

nowicjuszki.

Spłoszona matka Amabilis wycofała się.

Stwierdziłam, że odkąd wstąpiła do klasztoru, Clare

Nell utraciła wiele ze swojej dawnej wielkości, a czasem była

po prostu kiczowata. Chociaż może nie znam się na sztukach

misteryjnych i ich szczególnym charakterze. Pilnie wyuczyłam

background image

się mojej roli, zadowolona z urozmaicenia cichego,

zamkniętego okresu Wielkiego Postu, kiedy przestałyśmy

chodzić na spacery, a czas milczenia wydłużył się bardziej niż

zwykle. Nastawiłam się na wszelkiego rodzaju klasztorne

umartwienia i obostrzenia, a tymczasem byłam zaskoczona,

jak gładko wszystko idzie. Nawet nasz jadłospis – pomimo

braku potraw mięsnych – był tak bogaty, że nie bardzo

wiedziałam, co można uznać za szczególną ofiarę w tym

względzie. Słodkości nigdy nie lubiłam, owoce dostawałyśmy

każdego dnia, w piwnicy było ich dość, a ponieważ zbliżała

się wiosna, trzeba je wreszcie spożyć. Niemniej siostra

Elżbieta upomniała nas po matczynemu, że mamy powiedzieć,

jeśli któraś nie jest w stanie znieść klasztornego postu. Kto

tylko tego potrzebuje, może bez żadnego problemu skorzystać

z popołudniowego podwieczorku.

Nie, byłyśmy wszystkie dobrze odżywione i syte, gdyż

nasza kucharka, siostra Judy, miała w swoim programie

niezliczone odmiany niemieckich potraw postnych –

oryginalne bawarskie kluski i knedle – tak że prawie

życzyłyśmy sobie, żeby Wielki Post trwał nieco dłużej.

background image

Po swojej „wpadce” jako zakrystianka Clare została

oddelegowana do kuchni. Tam z pewnością nie było jej lekko

z zawsze zajętą i pilną Judy, która w swojej ojczyźnie

nazywała się Judith! Uważam, że doskonale naśladuje swój

biblijny wzorzec i swoimi dokonaniami przy garnkach też

byłaby w stanie namówić do ucztowania samego Holofernesa.

O skutkach można przeczytać w Starym Testamencie. Judy

także potrafi być czasem w złym humorze, zwłaszcza wtedy,

gdy biedna postulantka coś przesoli. Nie, sytuacja Clare była

nie do pozazdroszczenia. Ja zaś przeciwnie, miałam się dobrze

w naszym klasztornym biurze. Ale moja radość nie trwała

długo.

Dzisiaj odwiedziła mnie matka Amabilis i

poinformowała oględnie, że ze względu na miłość siostrzaną

trzeba niekiedy zrezygnować z zajmowanego stanowiska, jeśli

inna siostra nie radzi sobie na swoim. No cóż, nasza płacząca

siostra Rita denerwowała swoimi łzami nawet najłagodniejsze

krowy. Posłano ją do siostry Elżbiety, aby nieco okrzepła, ale

na nic się to nie zdało. Być może praca w biurze uspokoi nieco

jej nadwrażliwe nerwy – a poza tym trochę wiejskiego

background image

powietrza dobrze zrobi także i mnie.

Otworzyłam szeroko oczy, a matka Amabilis

uśmiechnęła się.

- Bez obaw, Eileen. Nasze gospodarstwo jest urządzone

bardzo nowocześnie i nie trzeba machać widłami.

Zrezygnowana przykryłam pokrowcem maszynę do

pisania. Westchnęła również siostra Wiktoryna. Chętnie

korzystała z mojej pomocy. Nie musiała przecież szkolić mnie

od podstaw, gdyż znałam się na pracy w biurze. Co pocznie z

siostrą Ritą, kiedy ta swoim łzami będzie moczyć wszystkie

kalki?

Czyżby tęskniła za domowymi pieleszami? Nawet my,

postulantki, nie byłyśmy w stanie niczego się dowiedzieć. Jeśli

tylko wspomniano o tym, że ewentualnie wyśle się ją do

domu, aby jeszcze raz przemyślała, czy zbyt pochopnie nie

podjęła swojej decyzji, płakała jeszcze bardziej, wzbraniając

się z oburzeniem.

Tak więc trzeba było obchodzić się z nią cierpliwie i

ostrożnie, niczym z kruchym jajkiem. Dobrze, że nie

wyznaczono jej razem ze mną. To już lepiej pracować w

background image

oborze!

W rzeczy samej, nie było tak źle, jak to sobie na

początku wyobrażałam. Siostra Elżbieta zmodernizowała

przestarzałe gospodarstwo. Wciąż na nowo interweniowała u

matki generalnej o konieczne zmiany i dzięki właściwej sobie

– wprawdzie na wskroś posłusznej, lecz niewiarygodnie

niewzruszonej – polskiej wytrwałości za każdym razem

osiągała to, co chciała.

Była trzeźwo myślącą, praktyczną osobą, zaangażowaną

i oddaną swojej prostej pracy. Aby zapobiegać chorobom

zwierzęcym, nie powiesiła w oborze portretów świętych, lecz

w chwilach odpoczynku studiowała fachową literaturę

przedmiotu. Oborą mogłoby się poszczycić każde nowoczesne

gospodarstwo, gdyż wszystko błyszczało tu czystością. Nawóz

z poszczególnych stanowisk schodził bezpośrednio do

kanalizacji, a odpowiednie urządzenie rozsypywało

podściółkę. Zmechanizowany był również proces karmienia.

Nie zapomniano także – co mnie osobiście sprawiło

największą ulgę – o instalacji do dojenia.

Oczywiście moja radość okazała się przedwczesna.

background image

Siostra Elżbieta chwyciła mnie mocno za rękę i poprowadziła

do młodego zwierzęcia imieniem Jolly. Nie można było

skorzystać z mechanicznej dojarki, tylko należało wydoić je

ręcznie, gdyż było ono chore i miało wrażliwe dójki. Tak więc

siostra Elżbieta przysunęła zydel i zademonstrowała mi, jak

delikatnie i ostrożnie obchodzić się z zaognionym wymieniem.

Młoda cielica pozwalała na to bez sprzeciwu – ale kiedy tylko

usiadłam na stołku, obejrzała się niczym pacjent, któremu

przedstawia się nowego lekarza praktykanta.

- Siostro Elżbieto – proszę przytrzymać ogon. Czy

zatroszczy się siostra o to, żeby mnie nie kopnęła?

Nasza siostra gospodyni wyszczerzyła swoje końskie

zęby i przewróciła oczyma – kolejny raz stwierdziłam, że

idealnie nadaje się do tego otoczenia.

- Bez obaw – uspokoiła mnie – Jolly jest łagodna jak

baranek.

Byłam zdenerwowana – nawet we śnie nie wyobrażałam

sobie podobnej sceny. Już bardziej wolałam stać na scenie

obok niecierpliwej Mary Clara!

Wbrew oczekiwaniom wszystko poszło dobrze. Cielica

background image

stała spokojnie, a mleko tryskało równomiernie spod moich

palców.

- Znakomicie! – pochwaliła mnie siostra Elżbieta. – Być

może zostanie kiedyś siostra moją następczynią. Czasami

dopada mnie ischias, a wtedy muszę poleżeć w łóżku.

Wstrząsnęła mną groza, lecz kiedy spojrzałam na jej

pociągłą, dobrotliwą twarz, również zaczęłam się śmiać.

- Nie, nie – pocieszyła mnie zaraz. – Siostry przyszłość

to misje. Tam potrzebujemy rąk do pracy. Ja też już dawno

bym się tam znalazła, gdyby nie to, że dobrze znam się na

pracy w gospodarstwie.

To brzmiało niczym westchnienie. Mogłam sobie

wyobrazić, że niegdysiejsza hrabianka miała pewnie nadzór

nad dobrami ziemskimi, lecz chyba niekoniecznie spędzała

życie w oborze.

- No dobrze, a teraz chodźmy do stajni! – oznajmiła mi

dumnie.

- Co takiego, konie? – zapytałam oszołomiona. – Mamy

jeszcze jakieś szkapy? Przecież to można zobaczyć jeszcze

tylko w Irlandii.

background image

Siostra Elżbieta przecząco potrząsnęła głową.

- One nie są do pracy w polu, tylko do jazdy wierzchem.

Inne jeszcze o tym nie wiedzą, ale kiedy zostaniecie

nowicjuszkami, będziecie musiały nauczyć się jeździć konno.

To był mój pomysł.

Równie dobrze mogłaby mi powiedzieć, że polecimy

rakietą na Księżyc, żeby tam założyć klasztor. Wydawało mi

się to dobrym dowcipem.

- Ale to przecież niemożliwe – nie w naszych długich

habitach!

Siostra Elżbieta kroczyła przede mną w swoich prostych

sandałach, zmierzając w poprzek podwórza ku czworokątnemu

budynkowi stajennemu, na który dotąd nie zwróciłam uwagi.

- Nie będzie siostra nosić habitu, tylko czarne spodnie

do jazdy konnej. Kiedy zjawiamy się u Indian na motorach czy

w samochodach, wcale im nie imponujemy – a poza tym tam,

gdzie mieszkają dzisiaj, można dotrzeć jedynie pojazdem

terenowym.

Zrobiło mi się gorąco. Wszyscy liczyli na to, że

ruszymy na misje do Ameryki Południowej, Azji, Australii!

background image

Co za szczęście, że w każdej chwili mogłam dać nogę, jeśli

tylko coś by mi nie odpowiadało. Jednakże tak do końca nie

dowierzałam całej historii. Kiedy więc znalazłyśmy się w

stajni, zapytałam ostrożnie:

- Siostro Elżbieto, czy to nie będzie śmieszny widok – u

góry zakonnica, a dołem amazonka w spodniach?

Moja interlokutorka załamała ręce.

- Na litość boską, przecież nie robimy karykatur z

naszych młodych współsióstr. W pewnych regionach

misyjnych nosimy tylko ubrania cywilne, przynajmniej w

wypadku niektórych zadań – na przykład udając się konno do

wiosek indiańskich. Mały czarny czepek, coś na wzór czapki

dżokejskiej też spełnia to zadanie. Wszystkiego nauczycie się

w nowicjacie. Wtedy też na dobre przyłączycie się do nas.

Teraz to tylko początek.

Istotnie, musiałam jeszcze za wszelką cenę przejść przez

nowicjat. Postulantka tylko zajrzała w mury klasztorne, nie

dowiadując się tak naprawdę tego, co najważniejsze.

- A kto prowadzi zajęcia z jeździectwa? – zapytałam,

przyglądając się z podziwem pięknym, silnym wierzchowcom.

background image

- Ja! – odparła skromnie siostra Elżbieta.

Kolejny raz wgapiłam się w nią. Na widok mojego

zdumienia jej twarz drgnęła skrytą wesołością.

- Owszem. Ścigałam się kiedyś konno z moimi braćmi,

wygrywając od nich całe kieszonkowe. Byli szczęśliwi, kiedy

wstąpiłam do klasztoru, gdyż nie mogli zdzierżyć, że jeżdżę

lepiej od nich.

Siostra Elżbieta w uniformie jeździeckim! Chętnie bym

to zobaczyła. Czyżby przejrzała moje myśli? Zaczerwieniła się

nieco i zmieszała.

- Muszę przyznać, że moi bracia przepowiedzieli mi

wtedy, iż okropnie będę wyglądać w habicie. Jako amazonka

byłam podobna do młodego mężczyzny i wyglądałam całkiem,

całkiem.

Westchnęła nieco na to wspomnienie, a jej trzeźwo

patrzące, szare oczy nabrały dziwnego blasku.Teraz

uwierzyłam w całą historię z koroną hrabiowską. To wszystko

było niesamowicie frapujące.

- A gdyby mogła siostra wrócić do swojej ojczyzny – to

co by siostra zrobiła?

background image

Siostra Elżbieta spojrzała na mnie zaniepokojona.

- Kto coś siostrze naopowiadał?

Potrząsnęłam głową.

- Podobnie jak siostra nie zajmuję się plotkami.

- Czyżby coś zwracało uwagę? Jestem taką złą

zakonnicą?

- Nie, nie, głupia sprawa: korona na chusteczce.

Siostra Elżbieta oblała się rumieńcem.

- To nieszczęsne przyzwyczajenie starych rodzin! –

wyrwało się jej. – Że też nie mogą zrezygnować z koron na

bieliźnie. – Proszę o tym nikomu nie mówić! – poprosiła mnie.

– Nie przywiązuję do tego żadnej wagi i czuję się tutaj

znakomicie.

Spojrzałam na nią z podziwem. Gdyby tylko tak łatwo

poszło mi z Clare Nell.

- Siostro, a jak wytrzymuje siostra przez całe życie to

incognito? Mając taką przeszłość – wyobrażam sobie tutaj na

przykład, no może nie kogoś pochodzącego z kręgów

arystokratycznych, ale mającego znane nazwisko –

powiedzmy jakąś artystkę, gwiazdę filmową!

background image

Siostra Elżbieta stwierdziła, że moja bezczelność

chwieje gmachem zakonnej reguły. Jako reporterka nie byłam

przyzwyczajona do psucia sobie szans zbytnią delikatnością. A

taka okazja mogła już się nie powtórzyć. Musiałam wziąć na

cel właśnie naszą dobrotliwą opiekunkę postulantek.

Tymczasem natychmiast doświadczyłam, jak polska hrabianka

staje się wzorową zakonnicą, która zna obowiązujące reguły.

Siostra Elżbieta odwróciła się na pięcie.

- Życzyłabym sobie, żeby wszystkie postulantki

pokazywały taką gorliwość i pokorę, jak pewna królowa

ekranu. A teraz idziemy do pony szetlandzkich. Są najlepsze

dla osób początkujących i lękliwych tak jak siostra Rita.

To mnie zachwyciło. Zasłużyłam sobie na burę, ale się

nie zraziłam. Ostatecznie dowiedziałam się, że Clare Nell na

pewno przebywa na terenie klasztoru, a teraz doszłam do

przekonania, że nie jest wzorową zakonnicą, gdyż zbyt

niecierpliwie obchodzi się z nami, laikami, podczas prób

teatralnych i nauki gry na organach. Pony szetlandzkie

objęłam za szyje, szczęśliwa niczym dziecko. Życie w

background image

klasztorze od razu nabrało innych barw. Nauczę się jeździć

konno! To marzenie rzadko spełniało się w wypadku żyjącej w

mieście, normalnej amerykańskiej dziewczyny, chyba że

wyszła za mąż za farmera lub trapera.

Oczywiście, że zostaję. Absolutnie żadnego myślenia o

odejściu po postulacie, przecież to, co najlepsze, jest dopiero

przede mną!

Z prawdziwie ognistym zapałem rzuciłam się w wir

nowych obowiązków, a siostra Elżbieta zdawała się

zadowolona ze mnie. Tymczasem postulantka Rita płakała

dalej tak często, jak i wcześniej. Również praca w biurze nie

wydawała się lekarstwem mogącym uspokoić jej nerwy. Co

się dzieje z tą dziwną dziewczyną? Mary Clara zaangażowała

ją do zmiany dekoracji, przynajmniej do tego się nadaje.

Nasza sztuka misteryjna z dnia na dzień była coraz

lepsza. Odpowiednie kostiumy sporządzono w naszej

krawczarni i wyglądały one naprawdę znakomicie.

background image

Najładniejszy nosiła oczywiście główna aktorka – nowicjuszka

Mary Clara. Nie byłabym wprawdzie pewna, czy pokutnica

Magdalena zjawiłaby się w tak smutny dzień przy grobie w

szkarłatnych szatach – ale co tam, wyglądała tak urodziwie, że

z pewnością zaimponowałaby nawet prawdziwej straży

rzymskiej.

Tylko gra Clare Nell wydawała mi się ciągle jeszcze

nienaturalna, miała jakieś dziwne wyobrażenie o swojej roli.

W filmach była o wiele lepsza. W sztuce nie ukazuje się

samego Jezusa, stoi On wysoko nad grobem, a widzi się

jedynie oświetlone reflektorem Jego stopy w sandałach i

kawałek srebrnobiałej sukni oraz słyszy Jego głos. Moim

zdaniem nasza Magdalena zachowywała się zbyt ziemsko i

światowo, jakby spotkała swojego narzeczonego – a nie

Zbawcę. Kiedy zwróciłam jej na to uwagę, odparła obrażona,

że nie mam o niczym pojęcia i jeszcze zobaczę, jakie wrażenie

zrobi nasze przedstawienie na dostojnym gościu.

Podejrzewałam złośliwie, że gdyby widzami pozostały

tylko same siostry, Mary Clara nie wysilałaby się zbytnio i nie

skorzystała ze wszystkich dostępnych środków. Użyła nawet

background image

tak zwykle niechętnie widzianej szminki, pudru, cieni do oczu

i sztucznych rzęs. Nasza pani reżyser uważała mianowicie, że

ze względu na swoją przeszłość Magdalena nie mogła być

wzorem niepozornej skromności, a z punktu widzenia teologii

również i w pewnych grzechach skrywało się niebezpieczne

piękno. Co miałyśmy na to powiedzieć? Przed naszą gwiazdą

bladły nasze stroje i role. Wygłaszała najdłuższe monologi,

występowała w pierwszej i ostatniej scenie. Wobec jej

wspaniałej sukni nawet sam apostoł Jan był tylko bezbarwnym

statystą!

Siostry profeski w milczeniu i z bardzo różnymi minami

opuściły próbę generalną. Ciekawa byłam, jak wypadnie

premiera.

Przedtem jednak – na dwa tygodnie przed Wielkanocą –

my, postulantki, przeżyłyśmy szczególną atrakcję, która

usunęła w cień nawet nasze przedstawienie teatralne. Pewnego

dnia siostra Amabilis z łagodnym uśmiechem, czyniącym jej

zakonnemu imieniu wszelki zaszczyt, oznajmiła nam, że od

zawsze jest w zwyczaju, iż po pewnym czasie kandydatki do

zakonu piszą wypracowanie na temat powodów, dla których

background image

wybrały życie w klasztorze. Nie, nie oczekiwano pracy

doktorskiej ani też szczegółowego życiorysu. Mamy całkiem

po prostu i w kilku zdaniach przelać na papier to, co

powiedziałybyśmy naszemu Panu i Zbawicielowi, gdyby

postawił to samo decydujące pytanie.

Odpowiedź zostanie przekazana wprawdzie nie Jemu

samemu, ale komuś występującemu w Jego imieniu. Tak,

wizytator biskupa pragnął się dowiedzieć, co skłania

współczesne dziewczyny do wybrania stanu zakonnego, i to

nie wiedziony własną ciekawością, lecz w trosce Kościoła o

nowe powołania. Oczywiście dostojny gość nie zamierzał

wdzierać się do naszych sumień. Jeśli któraś odmawia

udzielenia odpowiedzi, wystarczy, że po prostu odda pustą

kartkę, nikt nie będzie próbował przełamać jej milczenia.

Powinnyśmy jednak pomyśleć także o tym, że przeżywając

trudności, możemy skorzystać z rady i pomocy osoby

kompetentnej. Przełożone będą się mogły zapoznać z naszymi

elaboratami jedynie za wyraźną zgodą samych

zainteresowanych.

Tyle, jeśli chodzi o wzniosłą przemowę naszej

background image

mistrzyni! Jej fiołkowe oczy obrzucały nas matczyno-

dobrotliwym spojrzeniem. Nie miałyśmy powodu do

nieufności, a przecież wszystkie popadłyśmy w zakłopotanie,

ja najbardziej.

- Co to, siostro Eileen, chyba nie kłopocze się siostra

zbytnio o styl swojego listu? – zapytała mnie matka Amabilis

z uśmiechem. – A może jednak?

Zaczerwieniłam się nieco, robiła aluzję do mojego

zawodu. Kiedy milczałam, nie wiedząc, co odpowiedzieć,

rzekła:

- Być może wizytator będzie zadowolony, jeśli

przeczyta, że nasz strój zakonny tak siostrę zachwycił, iż

postanowiła wstąpić do klasztoru.

Oczywiście, że przełożona generalna nie uwierzyła w to

zmyślone wyjaśnienie i wietrzyła jakąś tajemnicę, której nie

chciałam zdradzić. Bo przecież w przeciwnym razie nie

przyjęto by mnie pod tak błahym pretekstem. Pozostałe

postulantki roześmiały się, a ja wzruszyłam ramionami.

Było dla mnie całkowitą niewiadomą, co właściwe

powinnam napisać. Nie umiałam i nie chciałam kłamać.

background image

Pewnie najlepszym wyjściem będzie oddanie nieważnego

„głosu”, podobnie jak przy tajnym głosowaniu.

Nadeszło wreszcie oczekiwane popołudnie. Byłyśmy

same w wielkim refektarzu. Na zewnątrz było już ciepło, więc

wyłączono ogrzewanie. Tymczasem nas ogarniały fale gorąca

i chłodu. W milczeniu siedziałyśmy przy stole. Rozmawiać

mogłyśmy jedynie wtedy, kiedy któraś miała wątpliwości co

do ortografii. Nikt nam nie przeszkadzał. Miałyśmy całe

godziny. Większość pogrążona była w gorączkowych

rozmyślaniach.

Tylko siostra Betty pisała beztrosko, okrągłym,

dziecinnym pismem i nie zasłaniając swojego listu przed

ciekawskimi spojrzeniami innych. Cały świat mógł wiedzieć,

dlaczego wstąpiła do klasztoru. Również poważna siostra Eva

wzięła się za pisanie, dokładnie, pod linijkę, znowu z tym

samym natężeniem na twarzy, jakby i to zadanie kosztowało ją

przymuszenie się do posłuszeństwa. Po chwili za jej

przykładem poszła korpulentna Gloria i obie z oczywistych

powodów stały się prawie przyjaciółkami. Zachęcona postawą

Betty, do pracy wzięła się także Dolly, tylko Rita siedziała

background image

zrozpaczona, znowu przełykając łzy. Jedno słowo – i zmoczy

całą kartkę. Nie napisze przecież chyba, że wstąpiła do

klasztoru, żeby się wypłakać. Każdego dnia jest z nią gorzej.

Matka Amabilis skorzystała nawet z porady psychiatry, ale bez

skutku.

Co robi Clare? Siedziała obok mnie, uśmiechając się do

własnych myśli i pisząc powoli, linijka po linijce. Zerknęłam

ukradkiem – wyglądało na to, że pisze wierszem, bo zdania

były bardzo krótkie!

Ja natomiast nie napisałam jeszcze ani słowa. Było to

koszmarne, jak w szkole, kiedy dostało się szczególnie trudny

temat. I to właśnie musiało się mnie przydarzyć – członek

redakcji, a bez polotu. Bo o czym miałam napisać?

Mój wzrok napotkał spojrzenie Betty. W jej okrągłych

oczach na przemian widać było dumę i współczucie.

Niesamowite, już skończyła.

- Pssst! – syknęła, żeby zwrócić moją uwagę, po czym

spontanicznie podała mi swoją kartę przez stół.

Oczywiście kolejny raz musiała przekroczyć nakaz

milczenia.

background image

- Przeczytaj, może wtedy przyjdzie ci coś do głowy.

Co za wspaniałomyślność! Oddałam się lekturze i

uśmiechnęłam. Betty napisała niczym czternastolatka:

„Czcigodny Księże! Bardzo łatwo można powiedzieć,

dlaczego wstąpiłam do klasztoru. Podobają mi się chińskie

dzieci. Wyglądają wszystkie jak lalki z porcelany. Mój wujek,

który przez dziesięć lat mieszkał w Niemczech, przywiózł mi

kiedyś właśnie taką. Chciałabym mieć i sto takich. Ponieważ

jednak, nawet gdybym wyszła za mąż, nie mogę mieć setki

własnych dzieci i nie będą one wyglądały jak mali Chińczycy,

dlatego chciałabym udać się na misje i to możliwie do

ochronki dla dzieci-uciekinierów w Hongkongu. Pragnę także

móc opowiadać małym, słodkim Azjatom o Dziecięciu Jezus,

które przyszło na świat również dla nich. Bardzo proszę,

Wielebny Księże Wizytatorze, wstawić się za mną u moich

Przełożonych, abym otrzymała właśnie takie zadanie, kiedy

zostanę obłóczona jako nowicjuszka, gdyż inaczej nie będę

szczęśliwa. Jeśli jednak nie da się inaczej, to będę próbowała

robić to, co mi każą. Postulantka Betty”.

Oddałam jej list.

background image

- Wspaniale, Betty.

Rozpromieniła się, uśmiechając szeroko. Też

chciałabym tak beztrosko napisać. Spoglądając znowu wzdłuż

stołu, zobaczyłam ku swemu zdumieniu, że postulantka Rita

nagle zaczyna pilnie pisać i to nie roniąc ani jednej łzy.

Nieomal rzucała słowami o papier.

Także Clare zdawała się już kończyć, zamierzając

właśnie włożyć list do koperty, kiedy otwarto drzwi i weszła

matka Amabilis chcąca zorientować się w sytuacji. Powiew

powietrza zdmuchnął jej list na moje kolana. Szybko go

pochwyciłam i przez te kilka sekund, kiedy trzymałam go

wdłoniach, udało mi się przeczytać pierwsze dwa słowa jej

„wiersza”: „Vere, signum...”. – Czyżby Clare napisała swoje

uzasadnienie po łacinie? Pospiesznie wsunęła kartkę do

koperty. Matka Amabilis ucieszyła się, że niektóre z nas już

skończyły i zebrała zaklejone koperty. Nawet Rita oddała

swoją. Na jej policzkach widać było czerwone plamy, ale nie

od płaczu.

Cicho stąpając, matka Amabilis wyszła na zewnątrz. Te,

które były gotowe, miały czas wolny i refektarz powoli

background image

pustoszał. Wyszła Eve, a za nią Rita. Opuściła mnie także

Clare. Zaraz potem ruszyła ku drzwiom Dolly i tylko

Maryann, podobnie jak i ja, siedziała niezdecydowana nad

kartką papieru.

W tej chwili, kiedy chciałam zwrócić się do niej z

pytaniem, zaczęła pisać. Napisała może trzy krótkie zdania,

włożyła kartkę do koperty, zakleiła ją i wyszła.

Zostałam sama, nie napisawszy ani jednego słowa. Mam

oddać czystą kartkę? Jako jedyna, która nic nie wie czy też

odmawia udzielenia żądanej informacji? Nie, to było zbyt

głupie.

Już miałam zrezygnować i poddać się, gdy nagle

przypomniałam sobie o pierwszym wieczorze w klasztorze,

gdy leżąc w łóżku czytałam z wypiekami na policzkach

Summa theologica! Wtedy właśnie – to mogłam powiedzieć z

czystym sumieniem – obudziło się we mnie coś na

podobieństwo tęsknoty, aby tak jak Tomasz z Akwinu z

gorliwością oddać się badaniu chrześcijańskiej prawdy i

poszukiwać jej ze wszystkich sił i wszystkimi zmysłami,

niczym wielkiej, coraz bardziej jaśniejącej światłości.

background image

Myślę, że gdybym wstąpiła do klasztoru z powołania,

nic tak bardzo by mnie nie pociągało, jak zgłębianie prawdy.

Ponadto, chociaż nie całkiem w wolnym od zastrzeżeń sensie,

wiązało się z nią również moje zawodowe zobowiązanie i

zadanie. Dzisiaj wiedziałam już, co robią nowicjuszki i siostry

profeski, kiedy wczesnym rankiem spacerują po krużgankach,

milczące i zatopione w sobie: zgłębiają w duchu którąś z

prawd, towarzyszącą im następnie w ciągu dnia i pomagającą

dochować wierności przyjętym zobowiązaniom.

I w tym momencie zaczęłam pisać:

„To nie święty Dominik powołał mnie do klasztoru i

gdybym miała powiedzieć, który święty zakonu najbardziej

mnie zafascynował, to muszę przyznać, że najbardziej pociąga

mnie Tomasz z Akwinu. Lubię wykład teologiczny ojca

Donatusa, jest to najmilsza godzina w ciągu całego dnia...”.

Utknęłam. W rzeczy samej, to była prawda. Konferencje

dla postulantek, owszem, były konieczne, ale mnie nudziły,

gdyż obejmowały zewnętrzne sprawy reguły zakonnej, a

tymczasem z wykładu ojca wiało duchem tradycji starego

zakonu.

background image

Pisząc to, nieomal żałowałam, że tak naprawdę nie

jestem kandydatką do zgromadzenia, i szkoda mi było tego

entuzjazmu dla prawdy. Ostatecznie jednak żyjący w świecie

człowiek również mógł i musiał do niej dążyć. W

rzeczywistości nic nie stracę, lecz wiele zyskam, kiedy znowu

opuszczę klasztorne mury.

Wizytator będzie zadowolony z mojego uzasadnienia,

gdyż pewnie wydam się mu gorliwą poszukiwaczką prawdy.

Kartka była pełna, więc do koperty z nią! Nagle wydało mi się,

że jestem w stanie napisać artykuł redakcyjny na pierwszą

stronę mojego czasopisma poruszający temat przeznaczenia

ludzi ku prawdzie i to najwidoczniej mając tkwiący w sercu

oścień oczywistej sprzeczności z samą sobą. Co za kuriozalna

sytuacja! Stałam jednocześnie po dwóch różnych stronach

barykady.

Wreszcie skończyłam i jako ostatnia odniosłam matce

Amabilis list do biura. Wzięła go bez słowa, najwidoczniej

zadowolona, że nie zastrajkowałam, kiedy trzeba było

wykonać tak drażliwe zadanie. Teraz wreszcie mógł się zjawić

wizytator biskupa!

background image

Wydaje się, że co roku w klasztorze przed Wielkanocą

zaczynają się wielkie porządki i to zarówno wewnątrz, jak i na

zewnątrz. Najpierw szorowałyśmy i czyściłyśmy na wyścigi,

zużywając całe morze wody i górę mydła, a następnie

uczestniczyłyśmy w trzydniowych rekolekcjach dla

oczyszczenia wewnętrznego. Było to przygotowanie zupełnie

innego rodzaju niż w rodzinach, gdzie najczęściej do ostatniej

chwili trwają gorączkowe zakupy i bieganina.

Nieważne były wielkanocne jajka ani świąteczne

pieczyste, lecz złożenie starego człowieka i przyobleczenie się

w zmartwychwstałego Chrystusa. To był temat wiodący

naszych rekolekcji, który nastroił mnie bardzo melancholijnie.

Gdybym tylko mogła radykalnie pozbyć się starego człowieka

i pozwolić przyodziać się w nowego. Niestety, zarówno przed

świętami, jak i po nich pozostałam w duchu reporterką, będąc

obcym ciałem w pobożnej wspólnocie.

Siedziałam z rozdartym sercem, przysłuchując się.

background image

Moim siostrom można było tylko pozazdrościć

prostoduszności.

Nadszedł poranek wielkanocny i poruszona do głębi

serca stałam na dziedzińcu klasztornym, na którym rozpalono

buchające płomieniami ognisko. Było jeszcze ciemno, a granat

nieba usiany był tysiącami gwiazd. Nasze siostry przybrane w

białe świąteczne habity zapaliły swoje świece od

wielkanocnego paschału.

Lumen Christi – Deo gratias!

Ze śpiewem na ustach wkroczyłyśmy do kaplicy. Nigdy

dotąd liturgia tak mnie nie zachwycała i ponownie wydało mi

się, że zostałam przeniesiona w czasy Kościoła pierwszych

wieków. I faktycznie – ojciec Donatus wyjaśnił nam w

homilii, że większość zwyczajów bierze swój początek w

latach, w których żyli apostołowie.

Kolejną niespodziankę i radość przeżyłyśmy następnie

w refektarzu. Cały dzień wolno nam było rozmawiać i nie było

obowiązku ścisłego milczenia. Miejsca przy stole przystrojono

zielenią, a siostra Judy podała pieczone jagnię. Byliśmy

niczym jedna wielka, szczęśliwa rodzina. Po raz pierwszy

background image

odczułam, że kocham moje współsiostry, natomiast Clare

mogłaby być moją rodzoną siostrą.

Udałyśmy się na wielkanocny spacer wokół naszych

pól, które teraz nie wyglądały pusto i smutno. Wszędzie

dookoła konwentu St. Mary widać było świeżą zieleń,

zarówno na roli, jak i w ogrodzie. Jakąż przyjemnością było

cieszyć się promieniami wiosennego słońca!

Zaraz po świętach spadła na nas gorączka oczekiwania –

nadciągał wizytator biskupa. Cały klasztor lśnił czystością, jak

gdyby monsignore kontrolował nasze talenty gospodyń

domowych.

Kiedy się wreszcie zjawił, my, postulantki,

popatrzyłyśmy po sobie osłupiałe. Wizytator był niskim,

szczupłym mężczyzną, który mógł skryć się w cieniu

potężnego ojca Donatusa i gdyby nie fiolet na jego czarnej

sutannie, mogłybyśmy pomyśleć, że to jakaś pomyłka. Nikt

nie był w stanie ocenić, w jakim jest wieku, gdyż wyglądał

nieomal bezczasowo. To nas nieco uspokoiło. Uznałyśmy, że

nie ma się czym przejmować.

Wraz z przełożoną generalną i jej zastępczynią zniknął

background image

szybko w zarezerwowanym dla niego pokoju gościnnym. Nie

słychać zeń było żadnych głosów, w przeciwieństwie do

wspólnoty sióstr, gdzie szumiało jak w ulu.

Szczególnie my, postulantki, nie mogłyśmy

powstrzymać języków. Czyżby już czytał nasze listy? O, my

zarozumiałe gęsi – przełożone zajęły mu całe godziny. Tylko

nowicjuszki obsługiwały go przy obiedzie. Dla nas jakby go

nie było. Z mieszanymi uczuciami udałyśmy się do naszych

codziennych zajęć.

Dopiero późnym popołudniem poprosił na rozmowy

siostry profeski, jedną po drugiej. Jeśli tak dalej pójdzie, to na

nas przyjdzie kolej dopiero za parę dni. Ale pomyliłyśmy się,

bo zaraz następnego dnia – tym razem w pełnej gali – zjawiła

się siostra Elżbieta i zebrała nas razem. Wkrótce miałyśmy

zostać przedstawione dostojnemu gościowi.

Upomniała nas, że mamy się zachowywać naturalnie i

skromnie. Nie stawia się żadnych ograniczeń co do wolności

słowa. Mamy jednak pamiętać o tym, że najwyższa zasada

dominikanek brzmi „Prawda”. Nic więcej nie ma do dodania.

Pamiętam, że wchodziłyśmy w kolejności starszeństwa, gdyż

background image

pierwsza była siostra Eve. No, tej chodzącej regule nie będzie

miał chyba nic do zarzucenia, była przecież najgorliwsza i

najbardziej punktualna z nas wszystkich. Nie potrwało

rzeczywiście długo i zaraz była z powrotem. Następna poszła

Gloria. Na swój rubaszny i krzepki sposób poradziłaby sobie

nawet z legatem papieskim, nie widać było po niej żadnego

zdenerwowania.

- Eve, jak było? No, opowiadaj wreszcie!

Eve położyła długi, kościsty palec na swoich wąskich

wargach.

- Przecież jeszcze obowiązuje milczenie!

Nic nie dało się zrobić. Chociaż pewnie chętnie

chciałaby porozmawiać, znowu zmusiła się do posłuszeństwa,

obróciła się na pięcie i weszła schodami na piętro.

- O rany, skoro już jestem święta, to po co mi jeszcze iść

do klasztoru! – mruknęła rozczarowana Dolly i zaczęła

poszeptywać z Betty. Siostrę Glorię najwidoczniej

potraktowano z wojskową dbałością o czas i dyscyplinę, gdyż

po paru minutach wyszła i ona.

- No, Glory – jak tam?

background image

- Powiedziałam mu, że wszystko jest tutaj okay, i z tego

był zadowolony. Siostra Elżbieta powiedziała, że teraz kolej

na Clare.

Siostra Clare zerwała się do wejścia, udało mi się

jeszcze uścisnąć jej dłoń. Tym razem trwało to tak długo, że

zaczęłyśmy przestępować z nogi na nogę.

- Pomyślałabyś coś takiego o naszej potulnej Clare! –

wyszeptała oburzona Betty. – O czym ona może gadać?

Przecież nic takiego nie dzieje się w naszej grupie!

Ktoś mnie pociągnął za rękaw. Była to siostra Rita,

blada i bliska płaczu.

- Posłuchaj, boję się. Czy mogłybyśmy wejść razem?

- Coś ty, nie opowiadaj bzdur! Cóż takiego może się

stać? Pytają cię i odpowiadasz.

- Właśnie o to chodzi, że ja nie potrafię odpowiedzieć.

Spoglądała na mnie bezradnie, przedstawiając

prawdziwy obraz nędzy i rozpaczy.

- Nie przejmuj się – próbowałam ją uspokajać –

przypomnij sobie, że nawet Tomasz z Akwinu był nazywany

milczącym osłem przez swoich kolegów studentów. Powiesz

background image

to wizytatorowi, gdy będzie się niecierpliwił, a on na pewno

uzna, że się nadajesz na zakonnicę.

Słuchające nas postulantki roześmiały się, a Rita jeszcze

bardziej pogrążyła się w wątpliwościach. Ależ z nią były

problemy!

- Siostra Maryann, proszę!

No, wreszcie wracała Clare, cicha i spokojna jak

zawsze. Natychmiast znalazłam się u jej boku.

- No i jak? Zadaje dużo pytań? Jakich?

- Chciał wiedzieć, czy jestem w klasztorze szczęśliwa –

poza tym nic więcej.

- Eeee, i to trwało tak długo? – zapytała Betty nieufnie.

– Byłaś w środku dwadzieścia minut, niczym na spowiedzi

generalnej.

Clare nic nie zdradziła, uśmiechając się jedynie do

własnych myśli.

- Uważam, że z każdą rozmawia inaczej. Wizytator jest

życzliwym, roztropnym człowiekiem, którego nikt nie musi się

obawiać.

Przy tym spojrzała w kierunku drżącej siostry Rity, a ta

background image

odetchnęła, gdyż była następna w kolejce. Była w takim

nastroju, jakby miała iść do dentysty, i nie byłyśmy w stanie

jej pojąć. Trochę zdenerwowania, owszem, to było zrozumiałe,

ale takie zachowanie? Nikomu nie przyszło do głowy, że stan

mojego ducha był jeszcze poważniejszy – przecież byłam

niczym parszywa owca pośród zdrowych. Czy wizytator

przejrzy moje wnętrze? W tym wypadku mogłam jutro

pakować manatki i jechać do domu.

- Maryann idzie! No i co, jak tam było? Wyglądasz na

zadowoloną?

Wzięłam Ritę pod rękę i podprowadziłam pod same

drzwi.

- No, Rita, weź się w garść...

Ona uczepiła się jednak Maryann, która była jej

sąsiadką z celki.

- Jaki on jest?

- Idź, jest naprawdę wspaniały – mogę wracać do domu.

- Cooo?

- Rita, czekają na ciebie!

Wreszcie drzwi zamknęły się za biednym barankiem

background image

ofiarnym. Biegiem wróciłam do naszej gromadki.

- Co powiedziałaś, Maryann? Jedziesz do domu?

Zadowolona skinęła głową. Po niej najmniej byśmy się

tego spodziewały. Opanowana i spokojna żyła przez te

tygodnie pośród nas, nigdy się na nic nie skarżąc, chociaż, nie

sprawiała wrażenia, że jest szczególnie szczęśliwa.

- Ale z jakiego powodu, Maryann?

Betty wręcz paliła ciekawość. Maryann usiadła.

- Sama nie wiem, jak to się stało. W pewnej chwili

poczułam, że mogę mu o wszystkim powiedzieć, więc

opowiedziałam, że moi rodzice chcieli mnie zmusić do

małżeństwa z pewnym bogatym człowiekiem, którego wręcz

nie cierpię. A ponieważ nie przestawali mnie namawiać,

uciekłam do klasztoru, bo tutaj wreszcie miałam spokój.

- No dobrze, a co teraz?

Prostując się, siostra Maryann obrzuciła nas

tryumfującym wzrokiem.

- Dostanę od niego pismo dla moich rodziców, mówiące

o tym, że małżeństwo wymuszone w jakikolwiek sposób,

podobnie jak i śluby zakonne, są według prawa kościelnego

background image

nieważne. W obu wypadkach Kościół rozwiązuje istniejącą

relację. Tak więc wracam do domu, jeśli tak można

powiedzieć, z listem żelaznym od biskupa.

Betty spojrzała na nią z podziwem.

- A jeśli każą ci się wynosić, wrócisz do nas z

powrotem?

Maryann potrząsnęła głową.

- Nie, gdyż dotarło do mnie, że nonsensem jest

wstąpienie do klasztoru z takiego powodu. I pewnie też nie

wytrzymałabym. Jeśli okaże się to konieczne, wizytator

zatroszczy się dla mnie o jakąś pracę poza domem.

Wstała.

- No, idę pakować moje rzeczy.

- Co? Chcesz jechać jeszcze dzisiaj?

Roześmiała się.

- Moje drogie, czuję się wręcz wyzwolona. Nie, moje

miejsce nie jest tutaj.

Dziwne, żal mi jej było, że nie mogła zostać. Czyżby

mnie samej tak się tutaj spodobało? Nie rozumiałam samej

siebie. Nerwowo zerknęłam w kierunku drzwi – kiedy Rita

background image

wyjdzie, będzie kolej na mnie. Tymczasem sprawa się

przeciągała, najwidoczniej wizytator musiał najpierw

odczekać, aż wyschnie potok łez. Wcale bym się nie zdziwiła,

gdyby wezwał sanitariuszy.

Odeszłam nieco na bok i zaczęłam spacerować wzdłuż

korytarza. Wreszcie wyszła Rita – blada, ale o dziwo bez

jednej łzy na twarzy. Zadrżały mi kolana. Niestety, nie

dowiedziałam się, jak jej poszło, choć pozostałe natychmiast ją

otoczyły. Zamknęłam za sobą drzwi. Byłam w środku.

Wizytator nie siedział uroczyście w fotelu z wysokimi

poręczami, lecz stał przy regale z książkami, jakby między

audiencjami miał jeszcze czas w nich powertować. Odwrócił

się powoli ku mnie.

Uśmiech sprawił, że na jego twarzy pojawiło się całe

mnóstwo drobnych zmarszczek i teraz mogłam już ocenić, że

nie jest najmłodszy.

- Aha, jeśli się nie myślę, mam do czynienia z siostrą

background image

Eileen?

- Owszem...

- Usiądźmy na chwilę. Zdaje mi się, że żywi siostra

szczególne zainteresowanie Akwinatą, studiami i nauką.

Pewnie marzy siostra o karierze nauczycielki albo katechetki

w naszym zgromadzeniu, nieprawdaż?

Wytrzeszczyłam na niego oczy.

- Nie, nawet mi to nie przyszło do głowy. Ucieszyłabym

się jedynie z tego, gdybyśmy miały więcej wykładów teologii,

nic poza tym.

- Aha – wizytator spojrzał na swoje dłonie i zamilkł na

chwilę.

- Być może byłaby siostra zainteresowana podjęciem

propozycji naszego biskupa, aby dominikanki wydawały

własne czasopismo, które pomogłoby młodym ludziom w

świecie rozpoznać powołanie zakonne. Musiałoby ono

oczywiście być prowadzone według zasad i wymagań

nowoczesnego dziennikarstwa. Nie miałaby siostra ochoty

zostać redaktorką?

Spojrzałam na niego prawie rozgniewana.

background image

- Nie, czcigodny księże!

Teraz on podniósł nagle głowę, obrzucając mnie

wnikliwym spojrzeniem.

- Nie? Naprawdę chce siostra tak radykalnie zerwać ze

swoim wcześniejszym zajęciem? Nie przypadło siostrze do

gustu?

Zagryzłam wargi. Co tu odpowiedzieć? Byłam przecież

jeszcze związana umową o pracę z moim szefem. Nie mogłam

samowolnie przyjąć stanowiska w innej gazecie i psuć mu

szyki, pisząc dla innego wydawcy.

- Chętnie pracowałam zawodowo – odparłam z

wahaniem w głosie. – Ale teraz jestem w klasztorze.

Ależ on miał przenikliwy wzrok! Zniewalał zaraz, jak

tylko spojrzało się mu w twarz. Niezwykle mądre, ostre

wejrzenie – niczym u chirurga.

- No tak, to oznacza pewnie, że w pierwszym rzędzie

pragnie siostra wzrastać w powołaniu. Chwalebny zamiar,

chociaż – ostrzegam – nie ma siostra jeszcze właściwego

wyobrażenia o tym, co naprawdę znaczy być zakonnicą.

Zapoznano was dopiero z całym szeregiem reguł i zwyczajów

background image

stanowiących przedsmak całości, a bycie siostrą zakonną to

znacznie więcej.

Milczałam niczym oskarżony podczas przesłuchania,

nie mogący zrobić nic innego, jak siedzieć cicho, żeby się

niepotrzebnie nie zdradzić.

- To znaczy – kontynuował, nie spuszczając ze mnie

wzroku – że rezygnuje się całkowicie z własnej woli, aby stać

się chętnym narzędziem nie przełożonych, lecz bezpośrednio

samego Boga, który swoją Opatrznością kieruje Zakonem

Dominikańskim, prowadząc go przez doczesność. Czy siostra

zdaje sobie sprawę z tego, że nasze czasy wymagają

misyjności?

Zwlekałam przez chwilę.

- Jeszcze nie całkiem – odparłam szczerze. Nie

przywiązywałam przecież żadnej wagi do tego, aby udzielać

się w pracy apostolskiej.

- Czy interesowała się siostra kiedyś misjami? – zapytał

mój sędzia śledczy.

Potrząsnęłam głową.

- Nie, wielebny księże.

background image

- Hm – myśl o misjach nie decydowała o wstąpieniu

siostry do klasztoru?

- W żadnym wypadku, monsignore!

- Lecz wstąpiła siostra do konwentu prowadzącego

bezpośrednią pracę misyjną. Postulat oznacza czas próby – nie

tylko ze strony przełożonych – również własnego sumienia...

W tym momencie spuściłam szybko oczy, nie mogąc

przy tym powstrzymać wypełzającego mi na twarz rumieńca.

Oblała mnie fala gorąca.

- Jeśli więc chce siostra pozostać, to proszę intensywniej

kierować swoje cele i pragnienia – od których nie może i nie

powinno być wolne serce żadnej zakonnicy – na ostatnie

wezwanie naszego Pana: „Idźcie na cały świat...”, gdyż to jest

powołanie tego zakonu. Głoszenie wszystkim prawdy.

Siedziałam jak sparaliżowana.

Odczekał chwilę, kiedy to pewnie lustrował mnie

wzrokiem, bo ja nie miałam odwagi podnieść oczu, a potem

nagle przemówił zupełnie innym, swobodnym tonem:

- A co w życiu zakonnym budzi ewentualnie siostry

zastrzeżenia? Proszę mówić zupełnie szczerze i bez obaw, że

background image

dowiedzą się o tym osoby trzecie.

Spojrzałam na niego szybko.

- Nic, monsignore

- Ej, to dopiero dziwne – naprawdę, nic? Nie ma

żadnych braków co do... powiedzmy, zewnętrznego kształtu

waszej formacji? Może to być także jakaś sprawa techniczna.

To wszystko przynależy do kompetencji wizytatora.

Nagle przyszedł mi do głowy pewien pomysł.

- Brakuje telewizora, monsignore. Przecież są czasem

dobre, katolickie audycje – na przykład przemawia biskup

Sheen...

- Słusznie, słusznie, siostro Eileen. Zupełnie się z tym

zgadzam. Jeśli chodzi o formy przepowiadania, dominikanki

powinny iść z duchem czasu. Biskup dysponuje jeszcze

jednym telewizorem. Poczynię w tym względzie odpowiednie

kroki. To, co zleca nasz ordynariusz, przyjmuje również

przełożona generalna. To chyba by było wszystko siostro,

chociaż nie – jeszcze tylko jedno pytanie. Co w życiu

zakonnym podoba się siostrze najbardziej?

Odpowiadając, wstałam już:

background image

- Siostrzana wspólnota. To, że mała gromadka dzień w

dzień trudzi się w wyświadczaniu drugiemu jedynie miłości...

- Zgadza się, coś takiego rzadko spotyka się w świecie.

Dobrze, miło mi było siostrę poznać. Oby została siostra

szczęśliwą zakonnicą.

Na tym rozmowa się zakończyła.

Dopiero na zewnątrz oblały mnie siódme poty. Ku

drzwiom rzuciła się teraz Dolly, zadowolona i szczęśliwa, że

jej na pewno pójdzie gładko. Kiedy weszłam do refektarza,

było w nim pusto, ale nie przeszkadzało mi to. Zachowałam

się właściwie czy też nie? Wydawało mi się, że wizytator wie

o mnie znacznie więcej, niż mi się mogło wydawać. Dopiero

po chwili pomaszerowałam do mojej celki, zadowolona, że w

sypialni obowiązuje ścisłe milczenie. Położyłam się na łóżku.

Powiewające obok białe zasłony miały w sobie coś niezwykle

uspokajającego.

W drugim kącie ktoś hałasował. Najwidoczniej była to

siostra Maryann pakująca swoje walizki. Czy chciałabym

pójść w jej ślady? Nie, nigdy. Byłam przecież zadowolona i

ciekawa, jak to będzie dalej. Na czym właściwie polegała

background image

przygoda życia zakonnego? Wizytator skrystalizował mi cały

problem, jakby poznał czuły punkt w mojej duszy – być

zakonnicą to znaczy żyć według woli Bożej. Co miałoby to dla

mnie oznaczać – założywszy, że nie będę intruzem, lecz osobą

powołaną?

Ogarnęło mnie znużenie, niczym po tytanicznym

wysiłku. Zasnęłam i obudziło mnie dopiero wieczorne

dzwonienie. Wystraszona skoczyłam na równe nogi – wielkie

nieba, nasze przedstawienie teatralne! Rzut oka na odbicie w

szybie. Poprawiłam czepek i już pędziłam po schodach,

przeskakując po dwa stopnie. Zamiast jednak do oratorium

przebudowanego teraz na salę teatralną siostra Elżbieta posłała

mnie do kaplicy.

- Szybko! Nastąpiła zmiana, wizytator chciałby jeszcze

krótko do was przemówić. Dzwonił biskup, więc musi

niezwłocznie wracać!

Zanim zdążyłam ochłonąć, zostałam wepchnięta do

kaplicy, ale nie do organów, przy których zasiadała dzisiaj

nowicjuszka Mary Clara, żebym ja nie skompromitowała

wspólnoty. Wydawało się, że nie wie jeszcze o odwołanej

background image

premierze, gdyż uderzała w klawisze niczym sama święta

Cecylia, intonując swoim dźwięcznym głosem Adoro te. Na

zakończenie dała jeszcze popis solowy, odśpiewując O

salutaris Hostia. Słuchałyśmy zachwycone.

Wreszcie wizytator biskupi zwrócił się do nas ze

słowami pożegnania.

Podkreślił, że nasz konwent zrobił na nim dobre, więcej,

doskonałe wrażenie, więc może bez większych obaw opuścić

nasz dom. Szczególnym zadowoleniem napełnia go fakt, że

drogę do wspólnoty znalazło kilka młodych osób różnego

pokroju i stanu, a przede wszystkim, że tak doskonale potrafiły

one uzasadnić swoją decyzję.

Wypełniając swoje obowiązki, rzadko zdarzało mu się

odczuć takie wzruszenie, jak dzisiejszego ranka, czytając

pismo jednej z postulantek – imienia jej nie zdradzi – która

jako jedyne uzasadnienie swojego wyboru napisała pierwsze

zdanie prefacji: „Zaprawdę, godne to i sprawiedliwe, słuszne i

zbawienne, abyśmy Ciebie zawsze i wszędzie chwalili Ojcze

święty, wszechmogący wieczny Boże, przez Jezusa Chrystusa,

naszego Pana”. Pójść do klasztoru z powodu dziękczynienia za

background image

łaskę zbawienia jest jego zdaniem najpiękniejszym i

najgłębszym motywem, jaki może odczuwać młode ludzkie

serce, gdyż również Chrystus pozwala nazywać się w

sakramencie „Eucharystią” – to znaczy dziękczynienie.

Zerknęłam nieśmiało w stronę siostry Clare. Chyba

tylko mnie jednej było wiadome, kto napisał te słowa. Jej

kartka wylądowała w refektarzu na moich kolanach i udało mi

się odczytać pierwsze dwa słowa: Vere, dignum. Teraz

wiedziałam, co oznaczały. Zawstydzona i poruszona

spojrzałam na nią. Jakże można jej było pozazdrościć

wewnętrznego spokoju i równowagi!

Otrząsnęłam się z zamyślenia, dopiero kiedy wizytator

prosił, abyśmy się nie niepokoiły, kiedy wkrótce opuszczą nas

dwie kandydatki. Podejmują ten krok za jego wiedzą i zgodą, a

także swoich przełożonych, gdyż jest to dla nich najlepsze

rozwiązanie. O Maryann już wiedziałam – ale kim była druga?

Czyżbym to miała być ja? Doradził może przełożonym, żeby

background image

mnie odesłano, gdyż nie czuję powołania do pracy misyjnej?

Serce łomotało mi w piersiach. Co powiem mojemu szefowi,

kiedy już niedługo stanę przed nim, nie będąc w stanie

powiedzieć niczego istotnego na temat życia zakonnego?

Moje skupienie licho wzięło i dopiero, kiedy po

szybkim pożegnaniu wizytatora matka Amabilis ponownie nas

zwołała, udało mi się wziąć w garść. Wyjaśniła nam krótko, że

w następnym tygodniu opuszczą nas siostry Maryann i Rita –

odetchnęłam głęboko, ciężar spadł mi z serca – a następnie

oznajmiła, iż naszą sztukę misteryjną musimy, niestety, zagrać

same, to znaczy tylko dla konwentu. Wizytator nie miał już

czasu, żeby uczestniczyć w premierze, życzył jednakże, aby

udała się jak najlepiej...

I w tym momencie wszystkie spontanicznie

zerknęłyśmy w tył.

Ktoś głośno załkał – siostra Mary Clara, nasza

nowicjuszka, grająca główną rolę Magdaleny. Zakrywszy

twarz rękoma, zaczęła płakać głośno niczym dziecko, któremu

zabrano ulubioną zabawkę. Zaniepokojona matka Amabilis

podeszła do niej, aby ją uspokoić – przecież cieszymy się

background image

wszystkie na przeżycie premiery i zobaczenie jej występu – ale

nic nie dało się zrobić. Do naszej gwiazdy nie docierały żadne

argumenty, łkała i płakała dalej, wreszcie odprowadzono ją do

celki, gdzie cierpiąc na migrenę, przeleżała do popołudnia

następnego dnia.

Cała ta historia wywołała w klasztorze tyle samo

wesołości, co i oburzenia. Ostatecznie zasadniczym zadaniem

sióstr nie była gra na scenie. Co sobie ta nowicjuszka wbiła do

głowy? Ja rozumiałam ją doskonale. Nie przywykła przecież,

aby zdejmowano ją z głównej roli czy też odwoływano

prapremierę z jej udziałem. A może istotnie chciała zagrać

jedynie ze względu na obecność wizytatora?

Matka Amabilis zebrała nas w wąskim kręgu

postulantek, wyjaśniając z zakłopotaniem, że Mary Clara

przejawia czasami trudny charakter. Należy jednak mieć

nadzieję, że nastąpi zwrot ku lepszemu. Było błędem

powierzenie jej głównej roli oraz reżyserii.

Tutaj zgłosiła się nasza surowa siostra Eve, pytając

szorstkim tonem, czy wolno zapytać, dlaczego opuszcza nas

siostra Rita. Wszystkie spojrzałyśmy na nią zdziwione, to

background image

przecież było oczywiste – lecz jej przemożne poczucie

sprawiedliwości broniło się przed uznaniem faktu, że można

odesłać kogoś do domu tylko dlatego, że od czasu do czasu

tonie we łzach.

Matka Amabilis zamyśliła się przez chwilę, a następnie

usiadła przy nas.

- Zasadniczo nie jest przyjęte, aby udzielać wyjaśnień,

dlaczego odsyła się którąś z postulantek. Ale ponieważ widzę,

że stworzyłyście zażyłą wspólnotę, wobec tego macie pewne

prawo dowiedzieć się czegoś na ten temat. Ogólnie rzecz

biorąc, ludzie świeccy szczególnie ostro krytykują

przełożonych, jeśli coś takiego się zdarza, a przecież nie da się

tego uniknąć.

Spojrzała na siostrę Eve.

- Weźcie, proszę, pod uwagę, że w wypadku wspólnoty

zakonnej nie chodzi o naturalną rodzinę, w obrębie której

oczywiście musimy się pogodzić ze wszystkimi błędami,

słabościami i chorobami jej członków. Wspólnota zakonna jest

rodziną powstałą z wolnego wyboru, a więc przełożone nie

mogą domagać się od swoich współsióstr, że zaakceptują one

background image

obecność histeryczek czy niezrównoważonych emocjonalnie

osób. Gdyby tak było, to każdy normalny klasztor

przemieniłby się wkrótce w klinikę dla nerwowo chorych.

Przebywanie w instytucjach zakonnych jest zadaniem dla

ludzi, którzy szczególnie nadają się do tego. Być może wiecie,

że ciężki przypadek histerii jest również przeszkodą zrywającą

zawarty w Kościele związek małżeński, jeśli zatai się ten fakt.

Tego oczywiście jeszcze nie wiedziałam, ale Eve nie

dawała za wygraną, gdyż ciągle matkowała Ricie.

- Czy siostra Rita zachowywała się histerycznie? –

chciała się dowiedzieć.

Matka Amabilis zwlekała przez chwilę z odpowiedzią,

po czym odparła:

- Ostateczną diagnozę powinien postawić psychiatra.

Widzę jednak, że nie da się inaczej i należy powiedzieć wam

całą prawdę bez ogródek. Wizytator biskupa zezwolił mi –

jeśli miałoby to okazać się konieczne – abym podzieliła się

jego doświadczeniami. Siostra Rita poinformowała go, że

prywatnie – nie pytając przedtem o zgodę swojego

spowiednika – złożyła bardzo ciężki ślub, że w każdej sytuacji

background image

życiowej i w każdej chwili będzie czynić stale to, co

doskonalsze. Wiecie, że byli święci, którzy mogli dochować

wierności temu przyrzeczeniu, lecz mieli ku temu szczególne

powołanie i łaskę. Dla słabych nerwów siostry Rity tego

rodzaju zobowiązanie było wręcz trucizną i musiało w końcu

doprowadzić do katastrofy. Dlatego też płakała przy każdym

niepowodzeniu, a każdą, nawet najlżejszą naganę traktowała

niezwykle poważnie. Opowiedziała o wszystkim dopiero

wizytatorowi biskupa, a on wyjaśnił jej, że według prawa

kanonicznego wstąpienie do wspólnoty zakonnej zwalnia ze

wszystkich złożonych kiedykolwiek prywatnych ślubów. A

więc mocą swojego urzędu uwolnił ją od ciężaru

zobowiązania. W normalnym stanie rzeczy oznaczałoby to dla

siostry Rity wyzwolenie, lecz niestety przynależy ona do tego

rodzaju osób, które upierają się przy swoim zdaniu. Ze

wszystkich sił obstawała przy swoim postanowieniu.

Wizytator próbował ją przekonywać, wyjaśniał, że prędzej czy

później dojdzie do niepowodzeń i porażek. Na próżno, siostra

Rita uparła się – i same widzicie, właśnie takie charaktery nie

nadają się do życia zakonnego. Albo wciąż na nowo

background image

sprzeciwiają się decyzjom przełożonych, albo rujnują się same

bezsensownymi zmaganiami. Najczęściej skłonne są też do

fanatyzmu, zarażając nim zdrowe duchowo osoby, stąd nie

powinny stwarzać zagrożenia dla innych i lepiej będzie, kiedy

wrócą do domu.

Spojrzała wokoło z uśmiechem, a jej błękitne oczy

promieniały zwykłą dobrocią.

- Jeśli któraś spośród was obciążona jest jakimś

prywatnym ślubem, to powiedzcie o tym, proszę, przed

obłóczynami.

Siostra Dolly parsknęła śmiechem:

- Matko Amabilis, jako dziecko przyrzekłam Panu

Bogu, że nie będę łasuchem, ale to już z tego powodu jest

nierealne, że mamy w kuchni siostrę Judy, która sprawia, że

jest to prawie niemożliwe.

Roześmiałyśmy się, gdyż wszyscy wiedzieli, że siostra

Judy nosi na pasku pęk kluczy, z którym nie rozstaje się nawet

w kaplicy. Wszelkie specjały jej spiżarni były dobrze

zamknięte. Miała swoje specjalne rezerwy naruszane jedynie

w wypadku choroby którejś z sióstr. Wtedy też można było

background image

doświadczyć, że z powodzeniem omija wszelkie zalecane

przez lekarzy diety i rozpuszcza swoje pisklęta rozkoszami

podniebienia, dopóki nie wyzdrowieją.

Matka Amabilis podniosła się.

- Bądźcie, proszę, tak dobre i pomódlcie się za swoje

współsiostry, które odeszły, aby odnalazły się w świecie, i

zachowajcie je w życzliwej pamięci. Jest sprawą taktu, aby na

przyszłość o tym nie rozmawiać.

Dla siostry Betty będzie to pewnie nieco trudne,

natomiast my byłyśmy zadowolone. Również siostra Eve

wyglądała na usatysfakcjonowaną, przygotowując się do tego,

czego już nie dało się uniknąć. Za kilka miesięcy w nowicjacie

dołączymy do nowych sióstr. Wtedy też będę w częstszym

kontakcie z siostrą Mary Clara, chociaż szczerze

powiedziawszy, perspektywa ta nie była dla mnie w żaden

sposób pociągająca. W gruncie rzeczy rozczarowała mnie

zakonnica o manierach gwiazdy, jednakże musiałam wywiązać

się z mojego zadania i dowiedzieć się, co skłoniło ją do

porzucenia kariery i pójścia do klasztoru.

My dawno przebolałyśmy nieszczęsną historię ze sztuką

background image

teatralną, tymczasem Mary Clara jeszcze przez całe tygodnie

chodziła ze zgorzkniałą miną i była nie do zniesienia podczas

nauki gry na organach. Orzekła, że brakuje mi polotu i że

nigdy nie będę w stanie zastąpić jej całkowicie.

Z tego powodu zastrzegła też sobie, że tylko ona będzie

grywać podczas uroczystości i świąt kościelnych oraz przy

wszystkich innych szczególnych okazjach. Mnie osobiście

było to na rękę. Moje zdolności wystarczały na potrzeby

wspólnoty, a poza tym nie miałam ambicji, aby popisywać się

na polu muzyki.

Współpraca z siostrą Elżbietą podobała mi się coraz

bardziej. Konie i krowy poznawały mnie już po głosie, a

kucyki zawarły ze mną szczególnie zażyłą przyjaźń.

Ukradkiem próbowałam wsiadać im na grzbiety, a siostra

Elżbieta uśmiechnęła się wyrozumiale, kiedy złapała mnie

przy tym.

- Ma siostra w szafie tę sukienkę w czarno-białą kratę? –

dowiadywała się szelmowsko. – Być może dostanę

pozwolenie, żeby skroić z niej strój dżokejski, żeby oszczędzić

czarny ubiór postulantki.

background image

Bardzo polubiłam jej serdeczno-surowy styl bycia.

Niestety, nader często zmieniałyśmy nasze obowiązki.

Tydzień później przeszłam do pralni, zastępując korpulentną

siostrę Glorię, którą z kolei odkomenderowano do pracy w

gospodarstwie. Los zakonnicy – nigdy nie było wiadomo, jak

długo pozostanie się w jednym miejscu. Pralnia napełniała

mnie jeszcze większą grozą niż obora, gdyż przez całe życie

nie zrobiłam jeszcze większej przepierki.

Zdumiała mnie przede wszystkim doskonała

organizacja. Dysponowano bowiem nowoczesnymi

maszynami. A ponadto w pralni nie obowiązywało milczenie,

gdyż przy tak wielu czynnościach niemożliwe było

posługiwanie się jedynie gestykulacją. Było więc wesoło,

ciągle rozlegał się śpiew i śmiechy – byłyśmy zbyt młode i

swawolne, aby nasze rozmowy koncentrowały się jedynie na

tematach duchowych. Pośród całych gór prania, prawie nie

mogąc złapać tchu z powodu wilgoci i pary, plotkowałyśmy

wyłącznie o sprawach ziemsko-światowych.

Niezręczność postulantek nie wyprowadzała z

równowagi naszej tęgiej siostry Tony. Wszystkiemu dawała

background image

radę.

- No, no, no, wcale nie jesteś taka nadwrażliwa, siostro

Eileen – pochwaliła mnie zaraz pierwszego dnia. – Szkoda, że

nie widziałaś Clare. Zachowywała się, jakby jej miała spaść

korona z głowy i broniła się rękami i nogami, żeby tylko nie

dotknąć rogu prześcieradła.

- Co takiego, nasza cicha Clare? – zdumiałam się.

- Ach, pewnie, że nie ta, tylko Mary Clara. Najwyższy

czas, żebyście zostały obłóczone i żeby jedna z nich otrzymała

nowe imię. No więc, mam na myśli nowicjuszkę.

Skapitulowała zaraz trzeciego dnia i zaczęła grozić całą swoją

bogatą rodziną, jeśli przełożona zostawi ją dalej w pralni.

Uważasz, że jest tu aż tak źle?

Szczerze zaprzeczyłam.

- Nie, skąd! W biurze jest w każdym razie znacznie

nudniej. Co to siostra powiedziała, że nowicjuszka Mary Clara

jest z zamożnego domu? Przecież o tym nikt nie wie.

Siostra Tony była zbyt prostoduszna, żeby mnie

przejrzeć czy też uświadamiać sobie, że czyni coś

zabronionego, wypowiadając się na temat sytuacji rodzinnej

background image

innej współsiostry:

- Na pewno pochodzi z wyższych sfer, to sami

milionerzy. Na jej obłóczyny przyjechało sześć limuzyn –

wszystko krewni chcący się dowiedzieć, co też ją czeka w

najbliższej przyszłości. Ale w porządnym klasztorze nie

zwraca się uwagi na dobra i pieniądze, przynajmniej nie u nas!

– dodała z satysfakcją w głosie, wyłączając suszarkę do prania

i wyjmując z niej cały kosz prawie suchych, pachnących

czystością rzeczy. Nie było tu naprawdę nic, co mogłoby

wzbudzać wstręt.

- Chodź, idziemy to rozwiesić, bo słońce świeci!

Załadowałyśmy kosz na wózek i ruszyłyśmy na dwór.

Miałam ochotę zagwizdać z radości: jeszcze jeden kamyczek

w mozaice portretu Clare Nell.

Wszystko idealnie pasowało do mojego sensacyjnego

artykułu:

„Niewyrozumiałe przełożone posyłają gwiazdę filmową

do pralni – Clare grozi swoimi powiązaniami w świecie –

przełożone roztropnie ustępują, pozwalając jej studiować

teologię...” – Hm, siostra Tony szturchnęła mnie przyjaźnie w

background image

bok.

- Hallo, siostro Eileen, śnisz na jawie? Bierz się do

roboty, pranie spada mi na trawę!

- Oj, przepraszam – byłam myślami przy Mary Clara.

- Tak, tak, ta Clara – kontynuowała siostra Tony. – Od

prania miała skurcze mięśni, a od wieszania reumatyzm. Przy

tym ciągle opowiadała mi o tym, jaka to była wysportowana w

świecie. Pływała i jeździła na nartach. Nie wiem tylko, na co

jej się to przyda w klasztorze.

Podawałam mojej informatorce klamerki, pomagając

tam, gdzie nie mogła dosięgnąć do sznurka. Była prawdziwą

kopalnią wiadomości. To trzeba było zaraz wykorzystać.

- Siostro Tony, a jeśli Mary Clara wniosła w posagu

okrągły milion, to proszę pomyśleć, co można za te pieniądze

zrobić. Przecież nie wolno przegapić okazji.

- Eee, tam! Jeśli chodzi o pieniądze, to święty Dominik

jest nieprzekupny, nawet jeśli jako pierwszego ideału nie

wybrał sobie ubóstwa, tak jak Franciszek.

- Ale przecież przełożone zgodziły się i pozwoliły Clara

studiować? – nie ustępowałam.

background image

Korpulentna siostra spojrzała na mnie zdumiona.

- Ustąpiły? Wręcz przeciwnie, Mary Clara nie chciała

nawet tego. Początkowo chciała studiować muzykę, a nie

teologię i całymi godzinami nudziła matkę generalną, że

klasztor powinien być mecenasem sztuk. Miała zamiar

utworzyć słynny chór i przedstawiać oratoria – czy coś

takiego. A ja nie wiem nawet, co to takiego jest.

Aha – gwiazda nie ukrywała swoich zamiarów. W

jakiejś mierze chodziło jej o sławę, nawet jeśli w klasztorze

wyglądało to nieco inaczej. Pewnie widziała się już w duchu

jako słynna solistka w dominikańskim habicie. Tego jeszcze

nie było w filmie i w telewizji!

Tymczasem siostra Tony demonstrowała mi, jak się

napina i mocuje linkę, żeby poluźniona nie włóczyła potem po

ziemi prania.

Uczepiłam się dalej podjętego tematu.

- Ale Mary Clara ma naprawdę wspaniały głos. Nie

rozumiem, dlaczego matka generalna nie wyraziła zgody.

Tony się uśmiechnęła.

- Siostro Eileen, nie jesteśmy tu po to, żeby hodować

background image

talenty, tylko szerzyć wiarę. Jeśli chce, to może później

wyśpiewywać Ewangelię małym indiańskim dziewczynkom,

tak jak to robią teraz Francuzi. Sławy przy tym na pewno nie

zdobędzie, bo nasze stacje misyjne są bardzo daleko i szerzej

nieznane.

Linka trzymała! Moje lasso na siostrze Tony również,

więc zaciągnęłam je czym prędzej:

- To dlaczego nie pozostała w świecie, siostro Tony?

Tam mogła mieć wszystko, sławę, zaszczyty, owacje –

przecież już była sławna.

- Co takiego? – zapytała zdumiona siostra Tony,

obracając się wokół swojej potężnej figury. – Sławna to ona

była tylko w kręgu swojej bogatej rodziny. Krewni, owszem,

próbowali ułatwić jej zrobienie kariery, to opowiadała mi sama

Mary Clara – ale profesorowie orzekli, że jej głos jest zupełnie

znośny, ale nie nadaje się na estradę czy do koncertowania.

Czegoś tam brakuje, nie znam się na tym.

Zdziwiło mnie to. Najwidoczniej jednak Clare Nell

chciała zmienić fach i z aktorki filmowej stać się primadonną

wielkiej opery lub śpiewaczką koncertową... Doskonale, to

background image

wszystko znajdzie się w moim reportażu. Próbowała osiągnąć

swój cel za pośrednictwem zakonu – jakież to idee mogą

wpaść do głowy takiemu rozpieszczonemu stworzeniu, żeby

tylko za wszelką cenę dopiąć swego! A więc ambicja! Tak też

ją oceniałam.

- A jeśli nic nie osiągnie u przełożonych, co wtedy? –

chciałam się dowiedzieć więcej. Siostra Tony ziewnęła.

- Aaach – sam Pan Bóg raczy wiedzieć. Jestem pewna,

że uda się jej przekonać matkę generalną. Ale co to nas

obchodzi? Pilnujmy w pralni naszych obowiązków, to

wystarczy.

Najwidoczniej nawet w zacnym umyśle siostry Tony

zaczynało powoli świtać, że posunęłyśmy się zbyt daleko w

interpretacji obowiązku ścisłego milczenia.

- Dalej, siostro Eileen, trzeba wyłączyć pralkę numer

trzy. Bielizna jest już wyprana. Nie powinnyśmy rozmawiać o

sobie.

To mi wystarczało, bo i tak dowiedziałam się o wielu

sprawach.

Mimowolnie zmieszałam się, kiedy wkrótce potem

background image

niczym na zawołanie w pralni zjawiła się Mary Clara. Nie

wyglądała na zbyt szczęśliwą i w duchu zrobiło mi się jej żal.

Tym szczęśliwsze wrażenie sprawiała Clare. Kiedy

zadzwoniono na modlitwy w chórze, spotkałam ją siedzącą w

ławce postulantek z rękoma na podołku. Nie wyglądała przy

tym na specjalnie świętą ani umartwiającą się choćby

klęczeniem na kolanach. Siedziała skupiona, a na jej twarzy

malował się wyraz takiego spokoju i radości, takiego

wewnętrznego szczęścia, że wiele dałabym za to, aby

dowiedzieć się, skąd bierze się ta aura niezwykłości, która

zdawała się ją owiewać, ilekroć tylko znalazła się w kaplicy.

Później, w spokojniejszej chwili, zapytałam ją o to

ostrożnie:

- Siostro Clare, co robisz, kiedy tak cicho i spokojnie

siedzisz w kaplicy? Ja nie zawsze wiem, o co i jak powinnam

się modlić.

Zerknęła na mnie zaskoczona.

background image

- Modlić się? – zapytała powoli.

- No tak, modlić się, czy też może przychodzisz do

kaplicy, żeby odpocząć?

Spojrzała na mnie swoimi jasnymi, pogodnymi oczyma.

- To bardzo proste, siostro Eileen. Siedzę tam i

uśmiecham się do Pana, a On uśmiecha się do mnie. To

wystarczy.

Oniemiałam.

- Jesteś o tym przekonana, Clare?

Przytaknęła:

- Jestem w stanie całkowitej zgody z tym wszystkim,

czym są Boże zamiary i plany.

- Aha – a to powinno być naszym najwyższym celem,

tak jak to powiedział wczoraj ojciec Donatus podczas

wykładu. To znaczy, że jest to dużo trudniejsze do osiągnięcia

przez surową ascezę, pokutę i tak dalej.

Obrzuciła spojrzeniem swoje dłonie.

- Nie, ta droga nadaje się dla mnie, ale nie chcę jej

narzucać nikomu. Każdy człowiek jest inny. Ze wszystkich

spraw życia zakonnego dla mnie najważniejsza jest

background image

kontemplacja. I tak to postrzegał również nasz święty

założyciel.

Miała rację, mnie też tyle udało się dowiedzieć na temat

osoby i działalności nieznanego mi Dominika. Teraz

wiedziałam, dlaczego przedstawia się go z księgą i pochodnią.

Kontemplacja Boga zapalała go miłością, mocą której chciał

przepowiadać prawdę.

- Widzę, Clare, że będziesz doskonałą dominikanką! –

orzekłam z podziwem w głosie. – Ale wierz mi, kiedy ja

siadam w kaplicy i wyciszam się, nic się nie dzieje. Być może

Bóg również wtedy milczy – ale co tam... W moim wypadku

to nie jest modlitwa.

Chwyciła moją dłoń, jakby musiała mnie pocieszyć.

- Ależ tak, Eileen, trochę cierpliwości. Pójść do Boga i

milczeć, zamiast do ludzi, żeby hałasować, to już jest

początek. Pozwól się poprowadzić. Jeszcze się wszystkiego

nauczysz.

- Uważam, że ty uczysz się szybciej niż wszystkie inne.

Kiedy cię obłóczą, osiągniesz cel.

Zarumieniła się nieco.

background image

- Jeśli w ogóle mnie obłóczą – wyszeptała cicho.

Spojrzałam na nią oszołomiona.

- Jak możesz w to wątpić – psychicznie jesteś zupełnie

normalna – nie tak jak siostra Rita. A poza tym w każdym

względzie promieniejesz siostrzaną miłością bardziej niż

każda z nas.

Milczała, a z twarzy zniknął jej uśmiech. Co ją gnębiło?

Niemożliwością było drążyć dalej. Jej powściągliwość

stanowiła wprawdzie delikatną barierę, lecz w żadnym

wypadku nie poczułam się odepchnięta – w jakiejś mierze w

jej zachowaniu było już coś z siostry zakonnej. Zawstydzona

odczułam w swoim wnętrzu, że sióstr się nie bada, nie zgłębia,

nie naciska. Tajemnica przynależy do nich podobnie jak

welon.

Czasami żałowałam, że nie wstąpiłam do klasztoru z

powołania. Może wtedy miałabym udział w tym nieznanym

szczęściu, którego nie dało się wymusić. Jak miałam nauczyć

się odnajdywać ten pokój, którym promieniowała Clare w

kaplicy, skoro ciągle musiałam sobie powtarzać, że w gruncie

rzeczy moje miejsce nie jest tutaj? Nie miałam żadnych

background image

złudzeń, że pobłądziłam w drodze ku Bogu. A przecież moje

przedsięwzięcie nie wydaje mi się grzechem, co najwyżej

aktem odwagi i poniekąd desperacji...

Nadeszło lato. Przez dłuższy czas nic nie pisałam.

Ogarnęło mnie zniechęcenie. Nie zdarzyło się nic nowego, nie

posuwam się do przodu, ale i nie cofam, zewnętrznie uczę się

zachowań dobrej zakonnicy, lecz nie sięgając ku głębi. Za to

ostatnio przeżywałyśmy burzę w szklance wody.

Wizytator biskupa okazał się człowiekiem

dotrzymującym słowa. Przysłał nam ogromny odbiornik

telewizyjny. Oczywiście nasze przełożone decydują o tym,

jakie programy wolno nam oglądać, i są one starannie dobrane.

Siostrze Mary Clara ciągle ich za mało. Podobno molestowała

matkę generalną, abyśmy skontaktowały się z którąś z redakcji

telewizyjnych. Chciała, żeby wyemitowano program z

żeńskiego klasztoru – oczywiście naszego. Tym razem matka

background image

Dominica raz na zawsze przeforsowała swoje zdanie i to nie

tylko mocą swego urzędu, lecz także gromem potężnego

głosu. Będzie się nad tym zastanawiać, jeśli najpierw wyjdzie

inicjatywa ze strony biskupa. Do powołania dominikańskiego

przynależy wprawdzie przepowiadanie Chrystusa w każdy

sposób, nawet za pomocą telewizji, lecz nikt nie ma zamiaru

robić z nowicjuszek gwiazd telewizyjnych.

Konwent St. Mary ma dużo ważniejsze zadanie do

wykonania: unowocześnienie naszego stroju zakonnego.

Kwestia ta była już podejmowana wielokrotnie, odkąd Ojciec

Święty zobowiązał do tego klasztory żeńskie. Ze zrozumiałych

względów niektóre przełożone zwlekały z wykonaniem jego

zalecenia, wyczekując na to, jaką drogę obiorą inne

zgromadzenia. Inne zaś pozostawiły ten drażliwy temat

upływowi czasu – a tym samym możliwej następczyni.

Również i u nas były tradycje, z którymi niechętnie

zrywano. Tym razem jednak nasz biskup, przypominając o

prośbie papieża, zalecił pilne przedstawienie mu

przygotowanych projektów. W gruncie rzeczy nas, postulantki,

cała sprawa obchodziła najmniej – lecz matka generalna była

background image

zbyt macierzyńska, żeby nas wykluczyć, bo przecież już w

następnym miesiącu, to znaczy we wrześniu, zaplanowano

nasze obłóczyny, a więc miałyśmy poniekąd prawo

dowiedzieć się, jaki strój dostaniemy.

- Mamy nawet pomiędzy sobą postulantkę – zagaiła

matka generalna podczas decydującego „zebrania plenarnego

zjednoczonych zakonnic” – która wstąpiła do naszego

zgromadzenia tylko i wyłącznie ze względu na nasz piękny

ubiór.

Przy tym jej wzrok zatrzymał się przez sekundę na

mojej osobie.

- Dlatego też uznałam, że powinnyśmy uwzględnić

także głosy naszych najmłodszych córek.

Na jej kolanach spoczywało kilka zwojów

wykazujących znaczne podobieństwo do pism znalezionych w

Qumran, tak były postrzępione i pożółkłe. Ale pomiędzy nimi

było też kilka śnieżnobiałych. Wstała i rozwinęła najstarszy...

- To nasz strój, który nosiłyśmy w roku 1870. Już raz

był zmieniany – po pierwszej wojnie światowej. Tak więc

widzicie, że nie dzieje się nic nadzwyczajnego, kiedy po raz

background image

kolejny musimy sięgnąć po nożyce i igłę. Przyniosłam także

dwa projekty z naszej domowej krawczarni. Możemy podjąć

dyskusję o tym, który z nich jest bardziej udany.

Przypięła rysunki do tablicy używanej okazyjnie

podczas naszych wykładów. Na pierwszy rzut oka widać było,

że nowe modele nie były dziełem dyktatorki mody.

Rozległy się chichoty i oburzone szepty.

- Co – tak mamy chodzić? Przecież będziemy płoszyć

konie!

- Karykatury – na pół zakonnica, na pół fotomodelka –

nie, tak nie wypada.

- Zmienić najwyżej długość habitu i skrócić welon – to

wystarczy.

Matka Dominica potrząsnęła głową i podniosła rękę.

- Nie, moje siostry, nasz biskup życzy sobie zasadniczej

zmiany. Uproszczenia i unowocześnienia, tak abyśmy

poruszając się gdziekolwiek, nie zwracały na siebie

szczególnej uwagi. Skoro jednak nie możemy dojść do

porozumienia, dobrze – jesteśmy demokratycznym ciałem –

wysuńcie swoje propozycje i na koniec przegłosujemy je.

background image

To była woda na nasz młyn! Zawsze chętnie rysowałam

i projektowałam stroje. Do czynu zapaliły się także

nowicjuszki. Po południu dostałyśmy dwie godziny wolnego

czasu, jedynie kompletne beztalencia plastyczne mogły iść na

spacer. Siostry Dolly i Betty znikły oczywiście jak za

pociągnięciem czarodziejskiej różdżki. My, pozostałe,

siedziałyśmy, pilnie szkicując. Nie zabrakło też siostry Clare.

Mnie zaś zdziwił jej zapał, bo przecież zwykle nie przywiązuje

wagi do tego, co zewnętrzne.

Kiedy wieczorem zebrano projekty, prawie nie

mogłyśmy się doczekać, które z nich ocenione zostaną jako

najlepsze – a tym samym za mające zostać poddane pod

głosowanie. Było to niczym ogłoszenie wyników konkursu.

Wiele z nas źle spało tej nocy, chociaż biskup nie wyznaczył

żadnej nagrody za najlepszy model.

Następnego ranka jeszcze szybciej zerwałyśmy się z

łóżek, punktualnie co do minuty zjawiłyśmy się w refektarzu i

z utęsknieniem wyglądałyśmy końca przedpołudniowych

zajęć, aż wreszcie rozległ się dzwonek zwołujący całą

wspólnotę. Przy wejściu my, postulantki, tłoczyłyśmy się

background image

jedna przy drugiej. Tylko siostry profeski zachowały

opanowanie zdobyte przez długie lata spędzone w klasztorze.

Matka Dominica poleciła wystawić trzy szkice, nie

zdradzając jednak imion ich autorek. Zobaczyłam zaraz, że

mojego modelu nie było wśród nich – za to było dzieło Clare.

Przyglądnęłam mu się jeszcze wczoraj. W gruncie rzeczy

nowy strój nie odróżniał się zasadniczo od starego, jedynie

zręcznie uproszczono jego linie. Welon kończył się tuż nad

ramionami, co sprawiało, że nie mógł się nigdzie zaczepić

przy wietrze i złej pogodzie. Następny model podobny był

nieco do sztywnego stroju konfirmacyjnego, surowy w liniach,

praktyczny, bez żadnych ozdób – wydawało mi się, że

rozpoznaję szkic siostry Eve. Trzeci szkic przedstawiał

wreszcie skrzyżowanie kostiumu stewardesy i garsonki z

niewielkim czarno-białym toczkiem – całkiem niezłe. W tym

stroju mogłybyśmy przekroczyć progi meczetu islamskich

fundamentalistów, nie zwracając niczyjej uwagi jako

chrześcijanki, nie wspominając nawet o zakonnicach.

Odrzucono go przy salwie głośnego śmiechu. Zamiast

roztropnie milczeć, nowicjuszka Mary Clara zerwała się z

background image

miejsca z błyskającymi gniewem oczyma.

- To właśnie jest projekt, jakiego oczekuje nasz biskup.

Należy się o tym przekonać. W każdym razie domagam się,

aby przesłano go do kurii.

Matka Dominica przywołała ją do porządku.

- Siostro Mary Clara, wiesz doskonale, że w święto

wspomnienia rzezi Niewiniątek w Betlejem oddaję na jeden

dzień mój urząd w ręce najmłodszej postulantki – a ten etap

formacji masz już ostatecznie za sobą.

Nowicjuszka oblała się rumieńcem i usiadła. No,

oczywiście, jeśli już ktoś miał się czuć powołanym do

projektowania kostiumów i mieć wyczucie stylu, to na pewno

tylko i wyłącznie gwiazda filmowa. Niestety, siostry

jednogłośnie odrzuciły jej projekt. Chciano oczywiście

zachować siostrzaną demokrację. Po pierwszym wstępnym

głosowaniu zdecydowaną większością głosów został wybrany

projekt Clare. Nie odżegnywał się on zupełnie od starego

zakonnego stroju, a jednocześnie odpowiadał wymogom

współczesności. Tylko Mary Clara była innego zdania,

oponując na głos:

background image

- Jeśli ten projekt przejdzie, to przerywam moje studia.

W takim stroju nie przekroczę progów uczelni. Jest bez stylu i

smaku.

Matka Dominica nie pozwoliła wyprowadzić się z

równowagi.

- Wręcz przeciwnie, siostro Mary Clara. Masz klasyczną

figurę, więc posłużysz do zdjęcia miary. A następnie, że tak

powiem, jako żywy manekin zawieziemy cię do kurii, żeby

pokazać nasz projekt biskupowi.

Wszystkie siostry roześmiały się. Siostra Mary Clara

zatrzęsła się z oburzenia. Moim zdaniem w tym wybuchu

przekory i zazdrości była po prostu tragiczna i wręcz

niepodobna do ubóstwianej kiedyś Clare Nell. Co się z nią

stało? Czyżby wszystkie aktorki traciły swój nimb, kiedy bez

makijażu widziało się je z bliska i doświadczało ich

prawdziwego charakteru? Jakże bardzo nasz kult gwiazd

filmowych uwarunkowany był wzorcami widzianymi w kinie.

Było to tak, jakby aktor był również tą postacią, którą według

zamysłu i woli swoich menedżerów miał przedstawiać na

ekranie. Nie, w osobie Clare Nell nie było nic pociągającego,

background image

bez ogródek wspomnę o tym w moim klasztornym reportażu.

Przyjrzałam się z kolei mojej współsiostrze, postulantce

Clare, która bez najmniejszego trudu zwyciężyła w konkursie.

Wydawało się, że cała sprawa niewiele ją obchodzi i pewnie to

jej zadowolony uśmiech musiał rozjuszyć rywalkę.

- Na pewno biskup będzie niezwykle zadowolony, że

musi zaakceptować projekt nieopierzonej postulantki! –

wysyczała Mary Clara.

- Tak więc – orzekła matka Dominica na zakończenie –

imię autorki zostanie usunięte. Biskupa interesuje jedynie to,

jaki model wybrałyśmy, a nie sama projektantka mody.

Przy tym spojrzała na Clare, która przytaknęła z

uśmiechem, chociaż pozbawiano ją wyrazów uznania ze

strony najwyższych władz. Wręcz zdawała się oddychać z

ulgą. Siostra krawcowa otrzymała zlecenie uszycia nowego

habitu i na tym nasza dyskusja się zakończyła, to znaczy –

oficjalnie. Tego dnia bowiem jeszcze nieraz przekraczano

nakaz ścisłego milczenia, i to nie tylko pośród nas,

postulantek. Niezbicie dowiodły tego samooskarżenia w

następną sobotę. Jeśli chodzi o ubiór, również zakonnice są i

background image

pozostaną córkami Ewy. Mówiąc szczerze, to jestem z tego

zadowolona. Prawdziwa świętość na pewno nie ma nic

wspólnego z zaparciem się wszystkiego, co naturalne.

Zakonnica nie jest nijakiego rodzaju, lecz pozostaje kobietą –

ta myśl bardzo mnie pocieszyła.

Tydzień później przyszła z kurii odpowiedź, że

zaaprobowano nasz nowy strój i że należy go wykorzystać

przy pierwszych obłóczynach. Pogratulowałam Clare sukcesu,

ale ona potrząsnęła tylko głową.

- Tak naprawdę to nie strój jest najważniejszy, Eileen.

Nawet gdybyśmy kiedyś chodziły w cywilu, przed Bogiem to i

tak niczego nie zmienia.

To by się zgadzało – zakonnicą jest się przede

wszystkim w sercu. Nie pomyślałam o tym.

Szybkimi krokami zbliżają się nasze obłóczyny i

przejście do nowicjatu. Przyznam się, że spędziłam kilka

bezsennych nocy. Mam uczestniczyć w tej ceremonii czy też

background image

nie? A może posuwam się za daleko? Chociaż ostatecznie –

przecież byłam w końcu świadkiem – cóż w tym wielkiego

przywdziać habit, który w każdej chwili można zmienić? Czy

przypadkiem nie nadaje się całej sprawie przesadnego

znaczenia? Gorzej by było, gdybym chciała złożyć pierwsze

śluby – to jest bowiem granica, której nie wolno mi

przekroczyć, i nie ośmielę się do niej podejść.

Nowicjat – sama matka Dominica powtarzała ciągle, że

jest tylko przedłużonym czasem próby postulatu. Jest się i

pozostaje kandydatką, mającą pełne prawo podjęcia w każdej

chwili decyzji opuszczenia klasztoru, i to bez konieczności

uzyskania zgody władz kościelnych. O żadnych ślubach nie

ma jeszcze mowy. Oczywiście zabiło mi mocniej serce, kiedy

dowiedziałam się, że obłóczyny przeprowadzi wizytator. A

więc odbędzie się cała uroczystość?

Ogarnął mnie jeszcze większy niepokój, kiedy

rozpoczęły się rekolekcje przed obłóczynami. Ojciec Donatus

kolejny raz dobitnie mówił o istocie odpowiedzialności, jaką

bierze na siebie człowiek, który jest gotów oddać Bogu całego

siebie. Najgłębszym bowiem sensem takiej ofiary, wraz z

background image

wynikającymi zeń zależnością i przynależnością, jest życie

przed Bogiem, z Boga i dla Boga. To nie ludziom składamy w

ręce ten królewski dar naszej osobistej wolności, lecz samemu

Panu.

I znowu wydawało mi się, że mądre, ciemne oczy

naszego rekolekcjonisty wciąż na nowo badawczo wpatrują się

we mnie. A może wmawiałam to sobie tylko z powodu

niespokojnego sumienia?

Ośmiodniowe praktyki wcale nie zmierzały ku temu,

aby wszystkimi środkami duchowego oddziaływania

„przykuć” nas do klasztoru – wręcz przeciwnie – ponownie

otwarto na oścież drzwi do świata, wstrząsając przy tym

sercami, abyśmy jeszcze raz przemyślały podjętą decyzję.

Kiedy więc na koniec ojciec Donatus oznajmił, żeby każda,

która żywi choć cień wątpliwości co do życia zakonnego,

przyszła do niego na rozmowę i pozwoliła sobie doradzić,

wpadła mi do głowy pewna myśl, od której nie mogłam się

wyzwolić.

Musiałam o coś zapytać ojca Donatusa.

Oczywiście było to głupotą – bo przecież, niczym

background image

aktorka, miałam jedynie do odegrania swoją rolę, żeby potem

powrócić do prywatnego życia – tylko dlaczego tak bardzo

paliło mnie w duszy pytanie o wolność, jakby obłóczyny

osobiście mnie dotyczyły?

I tak usiadłam naprzeciw niego, a ojciec Donatus w

swoim białym dominikańskim habicie wyrastał przede mną

niczym potężna, głęboko ośnieżona i wiejąca spokojem góra.

Na jej szczycie gnieździł się orzeł z rozpostartymi skrzydłami

– to były jego oczy, których spojrzenie zwróciło się ku mnie –

czujne, jasne, wszystkowiedzące. Z bijącym sercem

usłyszałam swój własny głos:

- Moja największa trudność polega na zrzeczeniu się

wolności, o której ojciec wspomniał. Uważam, że ofiara,

której się w tym wypadku żąda, jest zbyt wielka. Nie móc

nigdy więcej czynić tego, co się chce, tylko

podporządkowywać się woli innych – jak zakonnicy i

zakonnice mogą coś takiego wytrzymać?

Ojciec Donatus uśmiechnął się nieco. Ale nie tak, żeby

mnie urazić albo sprawić wrażenie, że lekceważy dręczący

mnie problem.

background image

- Siostro Eileen, proszę mi powiedzieć, ile razy tak

naprawdę mogła siostra w świecie robić to, co chciała? A

może w większości wypadków było się uzależnionym od

kogoś innego? – zapytał.

Zastanawiałam się, zwlekając z odpowiedzią. Odparł

więc zamiast mnie:

- Zastanówmy się przez chwilę i zacznijmy od siostry

urodzin. W rzeczywistości nie było się wolnym już w wyborze

własnych rodziców, ponieważ dokonała tego tylko jedna osoba

– Chrystus, który od Boga wyszedł i mógł sobie wybrać

Matkę. My natomiast zostaliśmy pozbawieni już tej pierwszej

wolności, gdyż Bóg osadził nas w określonej rodzinie i w

ściśle określonych uwarunkowaniach. Czy to jasne?

Przytaknęłam. Z tym wywodem musiał się zgodzić

zarówno mędrzec, jak i głupiec. Nie był to jednak „brak

wolności”, o który mi chodziło.

Ojciec Donatus, nawykły do zgłębiania istoty rzeczy,

nie pozwolił się zbić z tropu i kontynuował swoją myśl.

- Doskonale, przejdźmy więc do dzieciństwa. Tu

również było się posłusznym aż do osiągnięcia wieku

background image

używania rozumu. Zakładam, że będąc dobrze wychowana,

słuchała siostra rodziców, a więc znowu nie była całkowicie

wolna. To też nie jest tragedia, gdyż dotyczy nas wszystkich. I

teraz – dorosła siostra i wybrała sobie zawód, dysponując przy

tym określonymi zdolnościami, ale nie będąc w stanie sama

się nimi obdarować. Podobnie jak wszystkim innym ludziom,

zostały one dane siostrze z góry. Czy mogła siostra wybrać

inny zawód niż pracę w redakcji?

Zdziwiłam się nieco.

- Oczywiście, ojcze. Wydaje mi się, że byłabym niezłą

modystką. Zniechęciła mnie jednak konieczność posiadania

sprawności manualnych, a poza tym zbyt skomplikowane było

samo szkolenie. Równie dobrze mogłam zostać

przedszkolanką albo nauczycielką...

- Doskonale, wszystko to jakoś siostrze „leżało”,

nieprawdaż? Ale czy na przykład zostałaby siostra kolejarką

albo lekarką, albo urzędniczką, albo po prostu sprzątaczką?

Zmarszczyłam czoło. Cóż to znowu za porównania?

- Nie, ojcze! – wyrwało mi się. – Nie mogłam przecież

wszystkiego wybrać.

background image

Przytaknął, a jego mądre oczy błyszczały wesołością.

- No proszę, podjęła siostra decyzję, korzystając ze

stosunkowo ograniczonej palety możliwości wyboru zawodu.

A więc znowu nie było się wolnym w wyborze, gdyż nie

można było wybrać wszystkiego, co tylko przyszłoby do

głowy. Smutne, ale prawdziwe: znowu nasza wolność została

ograniczona.

Zmieszałam się trochę. Ojciec był zręczny niczym

prawnik i już miał mnie w swoich sidłach.

- Dalej, siostro Eileen. Czy była siostra całkowicie

wolna w swojej decyzji zawarcia związku małżeńskiego czy

pozostania w stanie wolnym? Pewnie powie siostra: tak. Tylko

powoli – jest wiele osób, które fizycznie lub duchowo nie

nadają się do zawarcia związku małżeńskiego i to wiedząc o

tym. Podobnie, jak i wielu jest takich, którzy czują się

wprawdzie do tego powołani, lecz pomimo uporczywych

poszukiwań nie znajdują odpowiedniego partnera. No więc,

czy mogła siostra swobodnie zdecydować co do wyboru stanu

wolnego?

Słysząc to, spuściłam oczy. Właściwie to jeszcze i teraz

background image

byłam przekonana o tym, że wyjdę za mąż. Nie musi to być

ten filharmonik Robert Galmore, który był zbyt nieśmiały lub

chłodny, żeby starać się o moją rękę. Może jeszcze spotkam

kiedyś innego mężczyznę.

- Myślę – odrzekłam powoli – że wiele zależy od tego,

w jakiej się jest sytuacji.

- Oczywiście! Nie każdy poznaje odpowiedniego

partnera i nie każdy dostrzega w małżeństwie najbardziej

idealny stan na ziemi. Tu trzeba się dostosować do

określonego człowieka, jeśli nawet nie podporządkować się

mu, i to pomimo wszelkich nowoczesnych teorii o

równouprawnieniu partnerów. I tutaj decydują predyspozycje i

skłonności. Chcę przez to powiedzieć, że nawet pragnienie

małżeństwa czy dziewictwa zostało nam dane i pochodzi z

góry. Nigdy nie jest się na tyle wolnym we własnych

decyzjach, na ile byśmy chcieli. Czy jak dotąd, rozumiemy

się?

Przytaknęłam.

- Niewątpliwie próbuje mi ojciec udowodnić, że zawsze

mamy do czynienia z jakimś upośledzeniem naszej wolności.

background image

Zgadzam się, bo nawet w najbardziej idealnym zawodzie

musiałabym się komuś lub czemuś podporządkować, na

przykład jako niezależna pisarka – oczekiwaniom i gustom

czytelników.

Ojciec Donatus nachylił się ku mnie. Złożywszy razem

swoje wielkie, silne dłonie, oparł się łokciami o stół, a mnie

się wydało, że jego blat zaraz trzaśnie.

- Weźmy jakikolwiek dzień z siostry życia. Czy wstając

rano, jest się wolnym w wyborze tego, co nas dzisiaj może lub

powinno spotkać? Czy też przeciwnie, wciąż na nowo

zaskakują nas okoliczności, których nie przewidzieliśmy, i

chcąc nie chcąc, tak czy inaczej, musimy na nie zareagować?

Roześmiałam się.

- Ojcze, nie przesadzajmy. Żaden człowiek na świecie

nie jest na tyle wolny, żeby w detalach decydować o tym, co

go w ciągu dnia spotka. Co chce mi ojciec udowodnić?

- To, że w każdej sekundzie naszego życia jesteśmy

kierowani i prowadzeni, a bez woli naszego Ojca niebieskiego

nie spadnie nam włos z głowy.

Natychmiast wykorzystałam okazję do ataku:

background image

- Wobec tego, gdzież jest nasza ludzka wolność?

Ojciec Donatus oparł się wygodnie na krześle, jak ktoś,

kto osiągnąwszy swój cel, może teraz odpocząć. A więc jego

zamiarem było sprowokowanie mnie to zadania tego

oburzonego pytania. Zaczął zupełnie innym tonem:

- Co mówi Chrystus o wolności i zniewoleniu

człowieka? Każdy, kto popełnia grzech, jest niewolnikiem

grzechu. Niewolnik zaś nie pozostaje na zawsze w domu,

jedynie Syn zamieszkuje w nim na zawsze. „Syn uczyni was

wolnymi”. I w innym miejscu: „Prawda was wyzwoli”. Gdyż

jeśli grzeszymy, jesteśmy niewolnikami, a kiedy postępujemy

za Chrystusem, Synem i Prawdą, jesteśmy całkiem i zupełnie

wolni.

Spojrzałam na niego w milczeniu. Cóż za przeskok w

myśleniu! Nie nadążałam za tokiem jego rozumowania, ale on

już wyjaśniał:

- Prosty przykład z życia codziennego: ktoś –

powiedzmy, tutaj w klasztorze, jedna z niewyrozumiałych

sióstr– obraża nas. Zabrakło nam wolności w tym względzie,

że nie mogliśmy zadecydować, czy ta obraza nas dotknie, czy

background image

też nie – lecz jesteśmy całkowicie wolnymi co do tego, jak na

nią odpowiedzieć – czy z całą ostrością i energią, na jaką nas

stać, czy też łagodnością, grzeszną odpłatą, czy też boską

pokorą. Nikt na świecie nie jest w stanie przymusić nas do

grzesznej reakcji. Zgadza się?

Wyobraziłam sobie podobną sytuację, po czym

przytaknęłam.

- Ma ojciec rację. Wybierając dobro lub zło, jestem

całkowicie wolna. Tylko czy to rzeczywiście jest jedyna i

ostateczna wolność, którą dysponujemy w życiu? Bo wtedy

wypadałoby, żeby cały świat wstąpił do klasztoru, gdyż i tak

nie istnieje prawdziwa wolność.

Ciemne oczy ojca Donatusa były w tej chwili oceanem

spokoju i światła.

- Prawdziwa wolność, droga siostro, polega na tym, aby

zawsze móc wypełniać wolę Bożą, kierując się wolnością w

podejmowaniu decyzji. To prawdziwie królewska wolność

człowieka. W klasztorze zaś nie zabiera się nam jej ani nie

ogranicza, lecz wspiera i wspomaga wszystkimi możliwymi

środkami.

background image

Milczałam, bo tak naprawdę, co można było na to

odpowiedzieć? W świecie wciąż na nowo – nawet jeśli

bezskutecznie – próbuje się człowieka zachęcić lub przymusić

do grzechu. Jedno i drugie jest niemożliwe, jeśli sama nie

wyrzeknę się mojej wolności. Tymczasem w klasztorze ze

wszystkich sił motywuje się mnie do czynienia i wybierania

dobra. Co więc za różnica, czy wykonuje się polecenia

przełożonych zakonnych, czy szefów świeckich – na przykład

szefa mojej gazety?

Ojciec Donatus odczekał chwilę.

- No i jak? – zapytał mnie. – Czy dalej czuje się siostra

niewolnikiem cudzej woli?

Wstałam z krzesła i podałam mu dłoń.

- Pokonał mnie ojciec.

- Nieważne, już Augustyn doszedł do wniosku, że

służba Bogu jest wyrazem najwyższej wolności. A był

przecież człowiekiem ceniącym ją ponad wszystko. Życzę

siostrze w klasztorze wolności dzieci Bożych, która według

słów Pana pozostaje na zawsze.

Przez chwilę miałam wielką ochotę uścisnąć potężnego

background image

dominikanina, tak ogromna fala radości zalała mi serce – i w

uścisku tym nie byłoby ani śladu erotyki. Tylko z jakiego

powodu byłam tak szczęśliwa? Przecież moja obecność w

klasztorze ma inne przyczyny, a zasadnicze pytanie o wolność

postawiłam tylko teoretycznie!

To wewnętrzne rozdarcie dalej mnie niepokoi. A do

obłóczyn pozostały tylko trzy dni. Zazdroszczę moim

współsiostrom, które przechadzają się w stanie trzeźwego

zachwycenia, czując się zupełnie niczym oblubienice, których

weselne przygotowania są w pełnym toku.

My, postulantki, nie potrzebujemy nawet skinąć ręką.

Oszczędza się nas we wszystkim ijedynie od czasu do czasu

musimy zjawić się w krawczarni, żeby przymierzyć białą

suknię weselną. Zaskoczona jestem okazywaną nam troską.

Nic nie szkodzi, że suknie te przerabia się ciągle dla nowych

kandydatek. Najważniejsze, żeby przyodziawszy je, były

szczęśliwe w oblubieńczym stroju. Również w świecie wiele

background image

młodych dziewcząt wypożycza sobie suknie, pod zastaw. My

dajemy pod zastaw jedynie naszą wolność – a to dotyka mnie

tyle samo, co i każdą pannę młodą, która pozbywa się swojej

wolności, mówiąc „tak”. W gruncie rzeczy najlepiej się czuję,

wyobrażając sobie, że wszystko to jest prawdziwe, że tu, w

klasztorze, jest moje miejsce i nie mam żadnego powodu, żeby

wątpić w swoje powołanie.

Tymi argumentami uspokajam burzące się we mnie

sumienie. Jak dotąd dowiedziałam się tak wielu ważnych

rzeczy z życia zakonnic, że mój eksperyment się opłacał,

również i dla mnie samej. Pocieszam się, że kiedyś będę w

stanie wyjaśnić wielu czytelnikom mojego czasopisma, na

czym polega domniemane dożywotnie uwięzienie w

klasztorze.

Pojutrze obłóczyny. Czasami miałabym wielką ochotę

wyrwać się stąd! Ale zostaję!

Wytrzymałam!

Dokładnie dwa tygodnie po uroczystości obłóczyn piszę

znowu. Początkowo nie miałam siły, żeby kontynuować

zapiski. Wychodząc z sypialni postulantek, którą ostatni raz

background image

opuściłam rankiem przed ceremonią, przekroczyłam słynny

próg właściwej klauzury. Obecnie piszę już z tej części

klasztoru, przed którą zwiesza się znany powszechnie szyld:

„Klauzura! Wstęp wzbroniony!”. Udało mi się – od czternastu

dni jestem posiadaczką małej celi klasztornej, którą wolno mi

dzielić z moją kochaną siostrą Clare. Dopiero jako siostry

profeski dostaniemy osobne pomieszczenia. Niesamowite,

ciągle jeszcze nie mogę w to uwierzyć!

Dzisiaj, w niedzielę, siedzę w białym dominikańskim

habicie przy oknie, noszę skrócony welon, szkaplerz, różaniec

– zewnętrznie stałam się nowicjuszką przygotowującą się do

wzięcia na siebie ciężaru życia zakonnego ze wszystkimi tego

konsekwencjami. Śmiać mi się chce na myśl, że zostanę

siostrą zakonną żyjącą w klauzurze. Jak okropnie brzmi to

słowo, kiedy czyta się je w jakiejś gazecie, na przykład w

Chicago. A co się za tym kryje?

Klauzura – to nic innego jak miejsce, gdzie możemy się

swobodnie poruszać osłonięte przed ciekawskimi i wścibskimi

spojrzeniami gapiów. Klauzurę można porównać z własnym

domostwem, do którego obcy nie mają swobodnego wstępu.

background image

Jak mówi matka Amabilis, jest to komnata oblubienicy, którą

dzieli się jedynie z Panem. O tym jednak, jak dotąd, nie wiem

jeszcze zbyt wiele. Moja współsiostra Clare, która teraz nosi

imię Gratia, mogłaby więcej napisać o jedności serc z

Chrystusem. Wydaje się, że jest łagodnym aniołem, gdyż tak

wiele szczęścia i radości promienieje od niej od dnia obłóczyn.

Cała uroczystość była równie fascynująca jak ceremonia

ślubna. W nocy przed obłóczynami nie mogłam zmrużyć oka.

Nad ranem na dwie godziny zapadłam w ciężki sen, tak że

musiano mną potrząsać, gdy na zewnątrz rozbrzmiało wołanie:

- Obudź się, oblubienico Chrystusa, Pan jest blisko.

Weź swoją lampę i chodź!

Gdyby to zależało ode mnie, pewnie poczłapałabym z

innymi z lampą bez oliwy, dokładnie tak jak w przypowieści.

Ale zręczne i usłużne dłonie pomogły mi przywdziać

nienagannie wyprasowaną suknię. Uczesano mnie i

przystrojono niczym dziecko. Matka Amabilis przypięła mi do

włosów piękny welon ozdobiony mirtowym wiankiem.

Zdumiewa mnie jej dobry smak, który wykazuje, będąc matką

tak wielu młodych córek. Nie musimy się wstydzić wielu

background image

ciekawskich spojrzeń zaproszonych gości. Oczywiście

przybyli nasi krewni i każdy z nich cieszył się ze spotkania. W

rękach trzymałyśmy długie, przyozdobione zielenią świece.

Na zewnątrz, w kaplicy, chór sióstr śpiewał Jesus, Corona,

Virginum – starą łacińską pieśń na okoliczność konsekracji

dziewic w Kościele.

Parami zeszłyśmy do kaplicy. Ze zdenerwowania nie

widziałam prawie nic wokół siebie, w tym nawet

poszeptującego tłumu ludzi wyciągających szyje, aby pośród

siedmiu tonących w bieli panien młodych rozpoznać swoje

córki, i ocierających ukradkiem łzę czy też próbujących ukryć

westchnienie zachwytu i wzruszenia. Bezszelestnie

kroczyłyśmy po szerokim niedzielnym dywanie rozłożonym w

przejściu między ławkami, uważając, żeby nie nastąpić sobie

na tren sukni, gdyż wbrew obowiązującej modzie

pozostawiono je długie. Tak było uroczyściej.

Ołtarz naszej kaplicy tonął w ofiarowanych kwiatach i

świecach. Zasiadająca przy organach siostra Mary Clara

śpiewała solo zapierające wszystkim dech w piersiach. W

rzeczy samej, teraz rozbrzmiały nawet skrzypce – a przecież

background image

nie miałyśmy nikogo, kto potrafiłby grać na tym instrumencie!

Wszystko przesuwało się wokół nas niczym we śnie.

Wizytator odziany w uroczyste szaty zasiadał na swoim

krześle tronowym, a my, jedna po drugiej, klękałyśmy przed

nim. Nasza przełożona generalna siedząca w ławce

promieniała szczęściem niczym prawdziwa matka. Trzymała

w rękach nasze stroje zakonne, które zostały wcześniej

poświęcone i które później miała nam wręczyć.

Nie rozpoznałam własnego głosu, kiedy na pytanie:

„Moja córko, czego pragniesz od Kościoła świętego i Zakonu

świętego Dominika?”, odpowiedziałam cicho i z drżeniem:

- Miłosierdzia Bożego i waszego!

Była to średniowieczna formuła, ale mnie się wydawało,

że odpowiedź ta została wymyślona jedynie dla mnie i to

zupełnie słusznie.

Wizytator biskupi był jednak przyzwyczajony do tego,

że młode głosy łamały się w tak uroczystej chwili.

Uśmiechając się lekko, odmawiał przewidziane w liturgii

modlitwy, podczas gdy chór, podobnie jak i przy święceniach

kapłańskich, odśpiewywał Veni Creator Spiritus.

background image

Tylko jedna spośród nas otrzymała przy obłóczynach

nowe imię: siostra Clare została nazwana Gratią, a ja byłam

jedyną, która oprócz niej samej domyślała się dlaczego. Czyż

nie wspomniała prefacji jako przyczyny swojego wstąpienia

do klasztoru? Gratia oznacza łaskę – łaskę od Boga. Przez

chwilę widziałam jej rozjaśnioną szczęściem twarz. Potem

wstałyśmy i opuściłyśmy kaplicę. W sąsiednim pomieszczeniu

siostry pomogły nam nałożyć po raz pierwszy strój zakonny.

Moje oporne włosy nie chciały się schować pod ciasnym

czepkiem. Ostatecznie jednak udało się, przynajmniej

zewnętrznie, zrobić ze mnie siostrę zakonną. Dzisiaj, w drodze

wyjątku, wolno nam było przejrzeć się w lustrze.

Jak obco wyglądała moja twarz w tym obramowaniu!

Dziwne: skoro tylko widziało się siebie w habicie,

przemieniało się także i wnętrze. Oczywiście w jednej chwili

poruszałam się zrównoważonym i spokojnym krokiem dobrze

wychowanej zakonnicy, spuściłam oczy i wraz z innymi, z

bijącym sercem weszłam ponownie do kaplicy. Wydawało mi

się, że czuję spojrzenia moich bliskich, ale nie popatrzyłam w

ich stronę, mimowolnie stosując się do klasztornego zwyczaju.

background image

Niczym we śnie uroczystość potoczyła się dalej.

Uroczystej mszy świętej towarzyszyła oprawa

muzyczna. Tylko skąd wzięły się skrzypce? A co z

cymbałkami – znałam skądś ich dźwięczny, drżący dźwięk.

Rozmarzona wsłuchiwałam się weń niczym w nieziemskie

głosy. Clare lekko szturchnęła mnie w bok. Odmówiono

ostatnią modlitwę. Wstałyśmy. Ponownie wyszłyśmy w

siostrzanej asyście, tym razem udając się do tajemniczej

klauzury. Z drżeniem serca przekroczyłam słynny próg

wiodący do zakonnych cel i w następnej chwili miałam

największą ochotę uściskać matkę Amabilis, ponieważ spełniła

moje najgłębsze, ciche pragnienie i wyznaczyła mi miejsce

wraz z siostrą Clare, to znaczy z Gratią. Przez cały okres

nowicjatu będziemy razem.

Wnikliwym, a jednocześnie dobrym oczom naszej

mistrzyni nie uszedł zbawienny wpływ Clare na moją osobę.

Takiej więzi serc się nie burzyło. Nie byłyśmy tego rodzaju

background image

przyjaciółkami z klasztoru, które ciągle przebywają w swoim

towarzystwie, zaniedbując wspólnotę. Również Gratia

ucieszyła się wraz ze mną i szybko uścisnęłyśmy sobie dłonie.

Potem stanęłyśmy jak dzieci, rozglądając się wokoło.

Cela klasztorna nie ma nic wspólnego z celą więzienną. Był to

niewielki, słoneczny, wymalowany na biało pokoik z

szerokim, nie zakratowanym oknem skierowanym ku

wschodowi. Była bieżąca woda i porządna umywalka. Szybko

sięgnęłam ręką pod prześcieradło – żadnej słomy, tylko

zwykły materac, nie mówiąc nawet o gołych deskach.

Opowiadano nam jakieś bajki! Dwa grube wełniane koce będą

pewnie zbyt ciepłe na letnie noce.

Oczywiście nasz nowy dom był prosty i ubogi – nigdzie

ani śladu zbędnego umeblowania, żadnych ozdób, żadnego

luksusu. Gładko wymalowana, drewniana podłoga – a przecież

– ileż radości z tego wyrzeczenia! Cele klasztorne mają coś w

sobie – jakby zrzucało się wszystko, co nieistotne, cały balast,

którym zwykle blokuje się dojście do własnej duszy.

- Ładnie tu, prawda? – wyszeptała Gratia, a ja skinęłam

głową w milczeniu. Stojąca na korytarzu matka Amabilis

background image

zaklaskała w dłonie.

- Zbierajcie się, wasi bliscy czekają z utęsknieniem,

żeby się z wami zobaczyć. Czy to możliwe, że trzeba was

wręcz wyciągać niczym ślimaki ze skorupy?

Roześmiane popędziłyśmy po schodach, starając się nie

nadepnąć na długi habit, który wprawdzie nie wlókł się już po

ziemi, ale nam ciągle jeszcze przeszkadzał, gdyż kończył się

tuż nad kostką. Zbiegałam tak szybko, że różaniec zaplątał mi

się w poręcz schodów, ponieważ gdzieś z dołu rozbrzmiał

dźwięczny głosik mojej młodszej siostry Maureen.

I już otwarły się szeroko drzwi do rozmównicy.

Wewnątrz tłoczyli się obładowani bukietami kwiatów

nasi bliscy, nie mogący się pozbyć ich dostatecznie szybko. Na

szczęście rozmównicą był dzisiaj nasz pokój muzyczny.

Zalecono nam, abyśmy witały się z rodziną serdecznie, lecz

zachowując wymaganą powagę. Tymczasem żadna nie mogła

się powstrzymać i rzuciłyśmy się rodzicom w ramiona.

Zaraz obok mnie siostra Dolly tak obcałowywała swoją

rodzicielkę, że mała, korpulentna niewiasta nie mogła złapać

tchu. Ja sama zaraz poczułam na moim policzku szczęśliwą,

background image

klejącą się buzię Maureen. Chwilę przedtem pałaszowała

czekoladę, gdyż za długo już musiała czekać na śniadanie.

- Eileen, gdybyś miała mniej pucołowatą twarz, byłabyś

najładniejsza ze wszystkich sióstr – oznajmiła mi zaraz na

wstępie. Potem przyszła kolej na moją mamę, której w

ostatniej chwili udało się zapobiec temu, żeby moja młodsza

siostra wysmarowała mi habit połową tabliczki czekolady.

- Nie lubisz już czekolady mlecznej? – dowiadywała się

dalej, kiedy przywitali się już ze mną rodzice.

- Później, Maureen, u nas wszystko się dzieli, tak jak

pomiędzy rodzeństwem.

- Eeee, pomiędzy tak wiele? To dla ciebie nic nie

zostanie! – orzekła moja siostra, chowając czekoladę z

powrotem do kieszeni. – O popatrz, jakaś „Afro” jest tutaj.

Odwróciłam się i zobaczyłam, jak siostra Clare, teraz

Gratia, obejmuje w serdecznym uścisku starą Murzynkę, która

bez żenady całuje ją w policzek, roniąc ze wzruszenia łzy.

Mimo woli dziwaczną parę otoczył krąg ludzi – chociaż nie

wszyscy Amerykanie znają pojęcie segregacji rasowej, to i tak

wydawało się nam to osobliwe. Czyżby Gratia nie miała

background image

bliższej rodziny? Pod moim adresem padły zadawane szeptem

pytania.

- Spokojnie, Gratia nie ma rodziców, więc być może jest

to jej niańka – uspokoiłam moich krewnych. Reszta

towarzystwa próbowała kurczowo omijać wzrokiem

zaskakującą scenę. Wszystkie siostry miały mnóstwo gości,

będąc całkowicie zajęte przyjmowaniem mniej lub bardziej

niepraktycznych upominków lub delikatnym wzbranianiem się

przed nimi.

Mój ojciec wziął mnie na stronę.

- Dobrze wyglądasz, moja panno. Ale chciałem ci

powiedzieć, że na zewnątrz czekają jeszcze goście, którzy nie

chcieli przeszkadzać w rodzinnym powitaniu. Zgadnij tylko,

kto?

- Co takiego – obcy do mnie? Nikt z rodziny?

Ojciec uśmiechnął się osobliwie. Nagle na twarzy

pojawiły się mi rumieńce.

- Tato, chyba nie mój szef?

- Nie, nie on. Twój kolega z jego polecenia. I jeszcze

ktoś, kto interesuje się tobą. Idź, zobacz, stoją na korytarzu.

background image

Zapominając o zakonnym dostojeństwie, wpadłam na

korytarz.

Tam jako pierwszego zobaczyłam wysokiego reportera

Jacka Peeta, odpowiadającego za dział sportowy i wiadomości

z ostatniej chwili. Chudy i tyczkowaty, jak zawsze sprawiający

wrażenie zagonionego, wyposażony w nowoczesny aparat,

którego na szczęście nie wyciągnął. Dalej stał – i w tym

momencie zaparło mi dech – Robert Galmore z orkiestry

symfonicznej. Teraz już wiedziałam, kto tak mistrzowsko grał

na cymbałkach. Dziwne! Moje serce nie biło ani trochę

szybciej – byłam jedynie zaskoczona, że się tutaj znalazł.

- Powiedziałbym prawie „Halo dziecinko”. Witaj,

siostro Eileen. A więc to prawda, bo myślałem już, że to jakaś

sztuczka starego. Gratuluję, czy też może mówi się coś innego

przy takiej okazji?

Był czerwony, zmieszany i mówił nieco zbyt głośno.

- Aha, a tutaj to Robert Galmore, którego stary zażądał

telegraficznie od koncertmistrza. Gra w fil...

- My się już znamy – przerwał mu Robert Galmore,

podając mi rękę.

background image

Przez chwilę przyglądaliśmy się sobie, jego oczy

zdawała się przesłaniać mgiełka wzruszenia, a ja pozostałam

chłodna i opanowana.

- To miłe, że pomógł pan uświetnić naszą uroczystość –

zwróciłam się do niego. – Pomimo całego, niemałego

zamieszania rozpoznałam pański styl.

Zaczerwienił się.

- Dziękuję! Taak – ja – byłem bardzo zaskoczony,

panno – siostro Eileen, kiedy usłyszałem o tak radykalnej

decyzji.

- A co dopiero ja! – zagrzmiał beztrosko Jack Peet. –

Zaskoczony, to mało powiedziane. Cała redakcja była

znokautowana. Ni z tego, ni z owego utalentowana, urodziwa

koleżanka wstępuje do klasztoru – kiedy przynajmniej połowa

naszego sztabu chętnie by ją poślubiła.

Oho – a więc szef dochował tajemnicy co do powodów,

jakie zawiodły mnie do konwentu St. Mary. Wszyscy

uwierzyli w prawdziwość mojego powołania. Nawet Jack,

który nie tak łatwo dawał się zapędzić w kozi róg. Był

przecież jednym z naszych najzdolniejszych ludzi.

background image

- Co do prośby o rękę – włączył się do rozmowy Robert

Galmore – to byłyby do tego gotowe także i inne osoby, ale

teraz jest już za późno. Doskonale wygląda siostra w habicie.

Powiedział to ze smutkiem w głosie. Trochę więcej niż

pół roku temu ucieszyłby mnie ten ton i byłabym w siódmym

niebie. Co się ze mną stało? Spóźnione wyznanie Roberta

przebrzmiało w moim wnętrzu bez echa.

- Nie możemy obozować na korytarzu – otrząsnęłam

się. – Mamy tu obok mały pokój gościnny. Zobaczę, czy jest

wolny.

Zapukałam, drzwi otworzyła matka Amabilis.

- O, siostra Eileen. Pewnie potrzebne jest jakieś

schronienie dla półoficjalnych gości, nieprawdaż? W drodze

wyjątku możecie później porozmawiać przez godzinkę. Teraz

prosimy do stołu. Panowie również pozwolą.

Nie dało się nic zrobić. Ruszyliśmy za mistrzynią

nowicjuszek, a Jackowi udało się wyszeptać mi do ucha:

- Do licha, to ona zabroniła fotografować. Zrób coś i

przekonaj ją, żebym mógł zrobić kilka zdjęć ciebie i Clare

Nell. Słyszysz?

background image

Milcząc, skinęłam głową.

Po śniadaniu, które nieco się opóźniło, mogłyśmy

znowu przez chwilę pobyć wśród naszych krewnych. Potem

zadzwoniono na wspólny obiad. Oczywiście zjawić się na nim

mogła jedynie ograniczona liczba gości każdej z nas. Mimo to

dość spora sala wypełniła się po brzegi. Wszędzie panował

wesoły gwar. Każda miała niezwykle dużo do opowiedzenia i

odpowiedzenia na wszystkie zadawane pytania.

Tylko Gratia siedziała spokojnie u boku starej

Murzynki, która czuła się pewnie nieco zagubiona. Musiała jej

też powiedzieć coś bardzo czułego, ponieważ twarz sędziwej

niewiasty promieniała radością. Czy uda mi się dowiedzieć,

jaką rolę odegrała ona w życiu Clare? Być może Gratia, w

świecie Clare, pracowała w jakimś hotelu, gdzie do pewnych

posług zatrudnia się Murzynów. Tymczasem wykształcenie i

obycie mojej współsiostry przemawiało przeciwko

przypuszczeniu, że była jedynie prostą pokojówką.

background image

Nieco później, podczas poobiedniej rekreacji,

spacerując po klasztornym dziedzińcu z moimi bliskimi i

pokazując im ogród, dojrzałam ku swemu zdumieniu, że Jack i

Robert najwidoczniej zamierzają zrobić potajemnie kilka

fotografii – i łażą za Gratią i jej czarną towarzyszką. Czyżby

popełnili ten sam błąd, co i ja, uważając ją za Clare Nell,

ponieważ nosiła wcześniej to samo imię i została obłóczona

razem ze mną? Zobaczyłam, jak Murzynka zdecydowanie

zasłania Gratię i gestykulując, gwałtownie odpędza obu

natrętów. Musiałam się uśmiechnąć. To było podobne do

mojej nieśmiałej przyjaciółki.

Szybko wyjaśniłam sytuację moim rodzicom i

podbiegłam do niej.

- Siostro Eileen! – zwróciła się do mnie wzburzona

Gratia. – Czy ci panowie nie wiedzą, że nie wolno nas

fotografować?

- Chwileczkę, siostro Gratio, zaraz się tym zajmę –

uspokoiłam ją, po czym energicznie wzięłam Jacka w obroty:

- Posłuchaj, Jack, nie psuj opinii naszemu środowisku.

Nie mogłam na razie rozmówić się z matką Amabilis, ale to i

background image

tak niczego by nie zmieniło. Nie wolno fotografować

nowicjuszek.

- A to niby z jakiego powodu? Myśli pewnie, że

zajmujemy się handlem nowicjuszkami, czy jak? – zapytał

Jack, tak jak to było w jego zwyczaju, nie owijając w bawełnę

- Postaraj się zrozumieć – warknęłam ze złością. –

Tylko dla prasy kościelnej robi się czasem wyjątek. Ale

wyobraź sobie, jak krępująca jest sytuacja dla kogoś, kto

rezygnuje z bycia w klasztorze, a jego fotografia już krąży w

mediach. To wszystko się zdarza, bo przecież jest to tylko

okres próby.

Jack wzruszył ramionami:

- Dziwne argumenty. No dobra, wyświadcz nam tę

przysługę, żebyśmy mogli sfotografować Nell. Resztę

możemy zostawić w spokoju.

Robert Galmore zaoponował.

- To nie moja sprawa. Przyznaję jedynie, że bardzo

zależałoby mi na otrzymaniu pożegnalnego zdjęcia od siostry,

siostro Eileen.

Nie podjęłam tematu, również i ta aluzja nie zrobiła

background image

bowiem na mnie najmniejszego wrażenia.

- Jack, to właściwie bez celu, ale dla ciebie spróbuję

jeszcze raz. A tak na marginesie, to jesteś na złym tropie.

Prawdziwa Clare Nell to siostra Mary Clara, ta, która dziś rano

śpiewała solo.

Obrzucił mnie zdziwionym spojrzeniem.

- Co ty mówisz – wydawało mi się, że ją rozpoznałem.

W tych czepkach wyglądacie wszystkie jednakowo. Jesteś

pewna, że Nell nie jest w waszej grupie?

- Absolutnie! – odparłam na to. – W żadnym wypadku

nie jest to Gratia. Tymczasem Mary Clara pokazuje typowe

maniery byłej gwiazdy filmowej. Przekonany jest o tym cały

konwent.

Rozśmieszyła mnie jego zdumiona mina. Jak widać

pomylić się mogą również i najsprytniejsi reporterzy!

- Strzeliłbyś Panu Bogu w okno i dostarczył

czytelnikom kaczkę, która pewnie długo by popływała –

zakpiłam w naszym starym żargonie. Nagle odezwał się

Robert Galmore, który dotychczas milczał zamyślony:

- Ale przypominam sobie dokładnie, że Nell nigdy nie

background image

śpiewała. Wszystkie jej filmy były synchronizowane. To, co

uważano za jej głos, to dubbing – podkład muzyczny w

wykonaniu innej znanej śpiewaczki.

Teraz ja straciłam pewność siebie.

- To niemożliwe. Rozpoznałam Clare Nell zaraz w

pierwszych dniach. A kiedy uda się wam znaleźć okazję do

rozmowy z Mary Clara, to przekonacie się o tym sami.

Jack machnął ręką.

- Nie ma sprawy, przyjrzyjmy się innej grupie

nowicjuszek. Może tam będziemy mieli więcej szczęścia.

- Pójdę do matki Amabilis i dam ci znać – pocieszyłam

go, po czym zostawiłam moich bliskich i wyruszyłam na

poszukiwanie mistrzyni nowicjuszek. Tak jak myślałam, nie

dała się przekonać.

- Nie, siostro Eileen, nie mogę i nie powinnam robić w

tym względzie żadnych wyjątków. Pan Peet może

opublikować reportaż, ale bez zdjęć. Gdybyście były

profeskami na krótko przed wyjazdem na misje, to co innego.

Wtedy z niejaką pewnością można by powiedzieć, że

dochowacie wierności zgromadzeniu i ani wspólnota, ani wy

background image

same nie będziecie narażone na jakiekolwiek nieprzyjemności.

Proszę pomyśleć o bezwzględności współczesnej prasy – nie

możemy dopuścić do tego, aby jakaś znana nowicjuszka, która

chciałaby żyć pośród nas w ukryciu, dostała się znowu w

krzyżowy ogień reporterskich fleszy.

Było to wystarczająco jasne. Tak jak mnie nauczono,

podziękowałam za odmowę i oddaliłam się.

Kiedy wróciłam na dziedziniec, był on jak wymieciony.

Znikli również moi koledzy.

Siostra Elżbieta złapała moją rodzinę i pokazywała im

nasze konie. Zastałam moich bliskich oglądających kucyki.

Moja młodsza siostra zadecydowała już, że kiedy tylko

skończy szkołę, zaraz napisze do papieża, żeby móc wcześniej

wstąpić do takiego wspaniałego klasztoru, w którym uczy się

jeździć konno. Uszczęśliwiona siedziała na grzbiecie

łagodnego szetlandzkiego konika. Prawdziwa rzeka łez

popłynęła wtedy, kiedy trzeba było się pożegnać z nowym

przyjacielem.

Kiedy wróciliśmy, nadszedł akurat czas na

background image

popołudniowe nabożeństwo, a potem nasi krewni udawali się

w drogę do domu, zwłaszcza jeśli mieszkali w Chicago lub

najbliższej okolicy. Kolejny raz usłyszeliśmy Mary Clara

wykonującą solo, które przygotowała specjalnie na naszą

uroczystość, a jej głos rozbrzmiewał w moich uszach pełniej i

potężniej, jak nigdy dotąd. Śpiewała Laudate Dominum

Mozarta, a akompaniował jej – cóż za niespodzianka – Robert

Galmore! Ostatnie słowa brzmiały: „Et veritas – veritas

Domini manet in aeternum”.

Jack Peet pewnie został przekonany, podobnie jak i

Robert Galmore. Nie miałam okazji zamienić z nimi słowa,

pozdrowili mnie jedynie z daleka, kiedy żegnałam się z

rodziną. W klasztorze pozostała jedynie stara Murzynka, która

pewnie miała przed sobą dłuższą drogę.

To był naprawdę męczący dzień i naprawdę poczułyśmy

się szczęśliwe dopiero wtedy, kiedy znalazłyśmy się w naszej

celi. Obowiązywało wielkie nocne milczenie, spowijające nas

ogromem ciszy i spokoju. Kiedy już leżałyśmy w łóżkach – po

raz pierwszy we wspólnej celi – nie wytrzymałam i

wyszeptałam, łamiąc nakaz milczenia:

background image

- Gratia, moi goście wzięli cię za Nell. Przepraszam, że

byli tacy natrętni.

- Psst! – odparła na to moja dzielna współsiostra. Była

dużo gorliwsza w przestrzeganiu reguły niż ja. Ziewnęła

jeszcze tylko serdecznie, przewróciła się na bok i już spała.

Pewnie nawet nie wiedziała, kim była Nell. Zaśmiałam się

sama do siebie i następnego dnia nie powróciłam już do

tematu.

Począwszy od tego dnia, również i my, nowicjuszki,

ćwiczymy się w sztuce kontemplacji, wstajemy więc razem z

siostrami profeskami o piątej trzydzieści, aby pierwsze pół

godziny spędzić na wznoszeniu serca i ducha ku Bogu. Na

początku przez pięć minut słuchamy lektury zaczerpniętej z

jakiegoś dominikańskiego dzieła teologicznego, a potem

wychodzimy na zewnątrz, aby w ciszy przemyśleć to, co

usłyszałyśmy. W rzeczy samej, żadna inna chwila – poza

background image

wieczornym zmierzchem – nie nadaje się ku temu, aby niczym

na skrzydłach orłów wznosić duszę ku Bogu. Wszystko do

tego zachęca: cisza poranka, barwy jutrzenki, gaśnięcie gwiazd

i nagły wschód słońca.

Oczywiście przez kilka pierwszych tygodni

potrzebowałam przynajmniej kwadransa, aby otrząsnąć się z

senności i nakłonić moje serce ku temu, aby myślało o czym

innym niż tylko zmęczenie. Przyzwyczaiłam się jednak

szybciej, niż mi się mogło wydawać. Jest rzeczą samą przez

się zrozumiałą, że jeśli nie czujemy się zdrowe, nie musimy

uczestniczyć w tej praktyce. Siostra Gratia wyznała mi, że

poranna kontemplacja jest dla niej najmilszą godziną dnia.

A przecież – kilkakrotnie zabrakło jej pośród nas, z

czego wnioskuję, że wczesne wstawanie przychodziło jej

jeszcze ciężej niż mnie. Nie usłyszałam jednak nigdy, żeby się

skarżyła.

Już dwa miesiące jestem w nowicjacie. Czas ucieka,

przed nami zima. Moja ciekawość co do klauzury została już

znacznie zaspokojona. Obecnie ćwiczymy się w umiejętności

życia w duchu ślubów zakonnych. W postulacie

background image

poznawałyśmy przede wszystkim nasz zakon oraz zewnętrzne

praktyki i tradycje, teraz zaś zgłębiamy struktury wewnętrzne.

Co miałoby się tak radykalnie zmienić?

Tylko ten, kto żył w klasztorze, wie, co oznacza nagle

stać się ubogim, nie będąc jednak zmuszonym cierpieć nędzy.

To inny rodzaj ubóstwa niż to w świecie. Ubodzy w Chicago

oraz w innych częściach świata zabiegają przynajmniej o to,

aby wyzwolić się z nędzy i braku niezbędnych środków do

życia. I słusznie. My tymczasem powinnyśmy starać się o to,

aby zawsze pozostać skromnymi i nigdy nie dążyć ku

posiadaniu czegoś na wyłączność.

Ubiór zakonny, który noszę, nie należy do mnie, lecz w

gruncie rzeczy dysponuje nim wspólnota. Dom, w którym

mieszkam, przedmioty codziennego użytku, spożywane

jedzenie – wszystko to jest mi dane i o nic nie muszę się

starać. Stale jest się w pozycji i postawie przyjmującego.

Wszystko to jednak nie jest takie proste, jakby mogło się

wydawać. Siostra Eve, której już i tak ciężko przychodzi

posłuszeństwo, któremu poddaje się jedynie z zaciśniętymi

zębami, odkryła niedawno w swoim wnętrzu, jak się nam

background image

kiedyś szczerze przyznała na rekreacji, nowego smoka:

chciwość. Pękamy wręcz ze śmiechu, gdyż tak naprawdę

ciężko jest w klasztorze coś posiadać. Ale Eve na przykład

ciężko jest rozstać się z lampką nocną z haftowanym

abażurem, którą matka podarowała jej na obłóczyny. A my,

zakonnice, mamy na nowo nauczyć się starej sztuki

wyszywania i cerowania. Betty znowu skłonna jest do

wyszukiwania przy stole najlepszych kąsków dla siebie i

kilkakrotnie ukarano ją, nakazując zrezygnować z deseru, gdyż

była zbyt egoistyczna.

A ja – no cóż, nie dociera do mnie, że książki, które mi

podarowano, należą także do innych. Wciąż na nowo łapię się

na tym, że uciekam w jakiś kąt i tam, niczym chomik,

zagrzebuję mój skarb, po czym robiąca porządki siostra Gloria

tryumfująco go odgrzebuje. Poza tym, moim zdaniem,

ubóstwo nie jest ciężarem. Wydaje się też wręcz niemożliwe,

aby któraś z nas miała trudności z życiem w duchu drugiego

ślubu, a mianowicie w czystości. Cała nasza formacja jest tak

skoncentrowana na tym, co duchowe, że nawet sam diabeł

miałby trudności ze sprowokowaniem pokusy. Jak okiem

background image

sięgnąć nigdzie nie ma mężczyzn, poza naszym parobkiem

pomagającym w gospodarstwie i ojcem Donatusem, który z

góry odpada. Nawet sama Madame Pompadour nie byłaby w

stanie omotać tego dyplomaty niebieskiego dworu. Jego

realizm jest wręcz klasyczny, a nieprzekupny uśmiech oraz

chłodne spojrzenie czarnych oczu rozbrajają i niweczą

wszelkie zakusy córek Ewy.

Ciągle jest zajęty roztrząsaniem kwestii teologicznych i

zdaje się zupełnie zapominać o tym, że obecność niewiast

może również dotyczyć i innych pól aktywności, a nie tylko

oddawania się zgłębianiu prawdy pod kierunkiem męskiego

rozumu. Na jego przychylne spojrzenie można jedynie liczyć,

gdy podczas wykładu udzielamy tak roztropnych odpowiedzi,

że nie powstydziłby się ich również męski nowicjusz.

Do trzeciego ślubu, posłuszeństwa, ojciec Donatus

przywiązuje największą wagę i myślę, że sam jest w naszym

konwencie ucieleśnieniem ojcostwa, co zapobiega temu, że

wspólnota nie pogrąża się w feminizmie, tkwiąc głowami w

różowych chmurkach. Jest niczym świeży powiew wiatru,

który od czasu do czasu energicznie je rozwiewa tchnieniem

background image

arktycznego chłodu. Z przyjemnością słyszałam, jak kiedyś

„grzmiał”, gdy siostra Nora tak nieszczęśliwie ustawiła wiadro

z wodą przed jego gabinetem, że wychodząc, potknął się o nie.

Od czasu do czasu ojciec Donatus troszczy się o to, abyśmy

nie wyrastały na geniuszy robienia porządków, za co my,

nowicjuszki, jesteśmy mu szczególnie wdzięczne.

Poza tym to, co wyobrażałam sobie pod pojęciem

„klauzura”, skurczyło się nieco. Oczywiście mamy teraz nieco

więcej „ćwiczeń pokutnych”, lecz żadne z nich nie jest tego

rodzaju, jak przedstawiane w pewnych powieściach lub

filmach. Chcę przez to powiedzieć, że nie ma nic poniżającego

w tym, kiedy w dni kwartalne – jak od zawsze nazywają się

dni pokutne w Kościele – w Wielkim Poście i Wielki Piątek

spożywamy nasze posiłki, klęcząc. Chińczycy i Japończycy

robią tak od całych tysiącleci i uważają to za wygodę, zaś

nasza pozycja przy stole wydaje im się śmieszna.

Początkowo bolały mnie kolana, ale kiedy ojciec

background image

Donatus zaprezentował nam film ukazujący z jednej strony

głód na świecie, a z drugiej wołający o pomstę luksus

niektórych grup społecznych opływających we wszystko,

uważam za wskazane przypomnienie sobie od czasu do czasu

o tym, jak wielką łaską od Boga jest bycie sytym każdego

dnia. Mimo to nie wyobrażam sobie udania się na misje do

krajów Trzeciego Świata. Obawiam się chorób tropikalnych,

uciążliwości związanych z klimatem, obcych ludów, a przede

wszystkim pełnego wyrzeczeń życia, które trzeba tam

prowadzić.

Tymczasem Gratia najbardziej polubiła godziny

wykładu z misjologii. Choć bardzo ją lubię, nie

towarzyszyłabym jej do Chin czy na Filipiny. Często już na

ten temat dyskutowałyśmy.

- Czy nie zdobyłabyś się na to ze względu na

umiłowanie woli Bożej? – zapytała mnie niedawno.

Wzruszyłam ramionami.

- Nie wiem, Gratio. Obawiam się, że moja miłość do

Boga nie jest na tyle silna, żeby mógł On wymagać ode mnie,

czego tylko chce. Ty przecież czasami także uginasz się,

background image

ponieważ On jest mocniejszy i nic innego ci nie pozostaje.

Spojrzała na mnie tajemniczo uśmiechnięta, a potem

dała mi poruszającą odpowiedź:

- Poddaję się woli Bożej z tą samą siłą, z jaką

podporządkowuje się osoba miłująca i wpatrując się

nieustannie w Jego oczy, szukam, czego ode mnie oczekuje.

- A jeśli okaże się to zbyt ciężkie, Gratio?

- Jestem przekonana o tym, że On to już przedtem

rozważył – odparła.

O, jakże chciałabym tak wierzyć – tylko że w tym

momencie znalazłabym się tu z przekonania i pewnie bym

została. A to byłby nonsens! Czasami ciężko jest mi sobie

wyobrazić, że wkrótce muszę się pożegnać ze wszystkimi,

skoro w zasadzie zgłębiłam wszelkie tajemnice klauzury.

Jedno tylko było dla mnie dziwne i zaskakujące –

ćwiczenie pokutne nazywane venia. W świecie nie

potrafiłabym sobie wyobrazić czegoś podobnego. Zaznaczyć

trzeba, że dotyczy ono tylko tych osób, które popełniły ciężkie

przewinienia przeciwko wspólnocie lub sensowi życia

zakonnego. W trakcie sobotniego zebrania nieszczęsna

background image

winowajczyni, w obecności wszystkich sióstr i przełożonej

generalnej, ma upaść przed krzyżem na ziemię, prosząc o

przebaczenie.

Matka Amabilis zademonstrowała nam, jak to się

odbywa – a mnie przypomniały się zaraz święcenia

kapłańskie, w których kiedyś uczestniczyłam. Pokutnica leży

wyciągnięta na ziemi, z twarzą na rękach i wymawia formułę

prośby o przebaczenie i miłosierdzie. Następnie matka

generalna nakłada pokutę i wybacza w imieniu wszystkich.

Ceremonia ta jest zadośćuczynieniem za popełnione

wykroczenie i żałującej współsiotrze nie wolno już więcej o

nim przypominać.

Zgadzam się, że to bardzo surowa praktyka, ale na

pewno sprawiedliwa. Już jako dziecko nie miałam nic

przeciwko surowości tam, gdzie była ona potrzebna. Nie

potrafię sobie tylko wyobrazić, co musi nastąpić, zanim któraś

z sióstr będzie do niej zmuszona. Mam bardzo bujną fantazję i

trochę żałuję, że tak rzadko coś takiego ma miejsce. Kiedy już

uda mi się to zobaczyć, będę mogła wrócić do świata, bo w

klasztorach pewnie nic bardziej emocjonującego się nie

background image

zdarza, chyba że wybuchnąłby pożar.

Nasze życie nowicjackie leniwie toczy się do przodu.

Tworzymy liczną grupę, wraz z nowicjuszkami z

poprzedzającego nas rocznika. Od czasu do czasu miewam tak

wyczekiwaną możliwość częstszego spotkania Clare Nell.

Tylko że nie należy to wcale do przyjemności. Najwidoczniej

Mary Clara intensywnie studiuje, bo stała się nerwowa i

bardzo niespokojna. Znacznie też schudła, przez co jeszcze

mniej w niej podobieństwa do wcześniejszej piękności

filmowej. Wcale się nie dziwię, że Jack Peet się pomylił.

Myślę też, że Mary Clara uważa za wielkie upokorzenie

to, że od czasu do czasu odrywa się ją od studiowania i odsyła

do innych prac, na przykład zlecając opiekę nad chorymi, przy

której musi się zapoznać z zasadami udzielania pierwszej

pomocy. Przypadkowo i ja musiałam podjąć się tej zaszczytnej

funkcji. Siostra Elżbieta skaleczyła się w gospodarstwie i

prawie groziło jej zakażenie krwi.

Mamy osobne pomieszczenie dla chorych, duży, jasny

pokój, wyposażony znacznie bardziej komfortowo niż nasze

klasztorne cele. Jest w nim nawet dywan i wyściełany fotel.

background image

Można powiedzieć, że osoba chorująca na pewien czas

powraca do życia światowego, więc pozwala się jej na pewne

swobody.

Tylko że siostra Elżbieta nie jest wcale cierpliwą

pacjentką. Zdaje sobie sprawę, że jest potrzebna, i to wprawia

ją w zdenerwowanie. Kiedy wczoraj usłyszałam, jak Mary

Clara odzywa się do niej, wstyd mi było za nią. Ostatecznie, w

przeciwieństwie do nas, młodych nowicjuszek, nasza

gospodyni ma za sobą wiele lat spędzonych w klasztorze, więc

może sobie czasem pozwolić na okazanie zniecierpliwienia.

- Dokończ to, Eileen, ja już nie będę bandażować siostry

Elżbiety – wycedziła przez zęby rozzłoszczona Mary Clara,

rzucając opatrunek na stół – nijak nie mogę jej dogodzić.

Może tobie się to uda, bo byłaś przecież dojarką.

Odwróciła się na pięcie i wyszła z zadartą dumnie

głową. Zamiast niej rumieńcem oblała się siostra Elżbieta.

- Ach, siostro Eileen, jak to dobrze, że mamy przed sobą

duchową odnowę. Obie tego potrzebujemy, Mary Clara i ja.

Zdziwiona przestałam opatrywać jej skaleczoną rękę.

- Duchowa odnowa? A cóż to znowu takiego?

background image

Siostra Elżbieta, prawie już w dobrym humorze,

wyszczerzyła swoje końskie zęby.

- Cierpliwości. Ćwiczymy, jeśli tak można powiedzieć,

ostatni akt, i to gruntownie. To doskonale robi każdej

zakonnicy. W naszym konwencie odbywa się to co pół roku, w

Wielki Piątek i w oktawie uroczystości Wszystkich Świętych.

Na pewno będziesz zdania, że to w zupełności wystarcza na

całe sześć miesięcy.

Rozgorzała we mnie ciekawość. Niejasno

przypomniałam sobie, że wczesną wiosną, na krótko przed

Wielkanocą, nas, postulantki, wysłano na spacer, wyjaśniając,

że siostry mają teraz odnowę duchową, więc mamy godzinę

wolnego. Wtedy nie zastanawiałam się głębiej nad tym, co

mogłoby to pojęcie oznaczać. A więc jeszcze jedna tajemnica

klauzury, skrywana skrzętnie przed postulantkami!

Było to w środę po uroczystości Wszystkich Świętych,

kiedy i my zostałyśmy po raz pierwszy dopuszczone do tej

background image

tajemniczej ceremonii. Odbywała się ona w kaplicy, gdzie

przed ołtarzem, podobnie jak i w większości kościołów,

ustawiono na katafalku trumnę okrytą czarnym kirem.

Otaczające ją świece nie paliły się jeszcze. Przybyły wszystkie

siostry, w tym również chora siostra Elżbieta, która nie

pozwoliła się zwolnić i siedziała z boku na wygodnym krześle.

Z zakrystii wyszedł ojciec Donatus ubrany w czarny

ornat, przewidziany do tego typu liturgii. Aha – pewnie po raz

kolejny wspominano zmarłych członków zakonu. To już

przecież było w Dzień Zaduszny, czemu więc – zaraz, ojciec

Donatus zwraca się do nas.

- Celebrujemy dzisiaj mszę świętą za spokój naszej

duszy i modlimy się za nas samych, tak jak gdybyśmy już

umarli – oznajmił wszystkim, a ja poczułam, że ze zdumienia

drgają mi kąciki ust. Co za dziwaczny obyczaj! Ale ochota do

śmiechu szybko mi przeszła, kiedy dotarły do mnie jego dalsze

słowa:

- Nie jest to nic innego, jak uprzednie przygotowanie na

śmierć, która, jak żadne inne wydarzenie na tym świecie,

czeka nas wszystkich z absolutną pewnością, chociaż nie

background image

wiemy, kiedy, gdzie i jak. Właśnie dlatego, że się tego nie

domyślamy, chcemy – my, zakonnicy – zadośćuczynić tą

celebracją za wszelki brak gorliwości w naszym własnym

życiu, sprawiający, że egzystujemy w doczesności, jak gdyby

nie było jej końca, a także za lekkomyślność ludzi świeckich,

ignorujących śmierć, jak gdyby nie następowały po niej

odpowiedzialność i sąd. Celebrując więc jednocześnie śmierć,

sąd i zmartwychwstanie, pokutujemy za nas i wszystkich

biednych grzeszników.

Oparłam się nieco mocniej o ławkę, jak gdybym przez

następną godzinę potrzebowała pewnej podpory i spoglądając

w bok, zobaczyłam, jak siostrze Dolly odpływa wszystka krew

z twarzy. Miejmy nadzieję, że cała ta historia nie będzie zbyt

drastyczna!

Z czymś, co miało oznaczać uśmiech pod adresem nas,

nowicjuszek (postulantki, które przebywały w klasztorze od

czterech tygodni, były wyłączone z uczestnictwa, podobnie jak

i my swego czasu), ojciec Donatus kontynuował:

- Wiem, że w świecie krążą plotki o tym, że sypiamy

czasem w trumnach, tak jak to być może zdarzało się w

background image

średniowieczu, i zgadzam się, że jest to nieco drastyczny

sposób przypominania mnichom o końcu życia. Nasze

nabożeństwo nie ma więc napędzić nam stracha, lecz napełnić

pokojem i tak jak zapowiada jego nazwa, sprawić odnowę

duchową.

Spojrzał na naszą przełożoną generalną i dał jej znak.

Ona wstała, podeszła do przodu, uklękła i pochyliła się nisko.

Półgłosem zaczęła odmawiać Confiteor, a my, uklęknąwszy,

poszłyśmy w jej ślady.

Potem wstała, zapaliła jedną ze świec przy trumnie i

wróciła na swoje miejsce.

- Ta świeca, drogie siostry, płonie za spokój duszy

waszej przełożonej generalnej i matki, tak jak gdyby już

zmarła. Ja, jako wasz ojciec duchowy, zapalam świece po

prawej stronie za siostry profeski, a po lewej stronie za

nowicjuszki. Te świece płoną więc za nasze własne dusze, tak

jakby stały one już przed tronem Bożym, mając doświadczyć

sądu Jego miłosierdzia i sprawiedliwości.

Trwałyśmy na klęczkach, a ja, wpatrując się w

płomienie spokojnie palących się świec, nie mogłam wcale

background image

powiedzieć, że było mi wesoło na duszy. Mimowolnie serce

zaczęło mi głucho bić w piersi. Strach? Eee tam – to przecież

tylko stara zakonna tradycja!

Ojciec Donatus stanął przy trumnie ze złożonymi

rękoma – i jeśli teraz spodziewałabym się jakiegoś kazania, to

byłam w błędzie. Krótko i z przeraźliwą jasnością

poinformował nas:

- Teraz przez kwadrans będziemy trwali w milczeniu,

przedstawiając sobie, jak Bóg oceniłby ostatni rok naszego

życia, gdybyśmy zaraz musieli zdać z niego sprawę. Podobnie

przedstawimy sobie również i to, co chcielibyśmy zmienić w

naszych czynach, słowach i myślach, gdyby dano nam

możliwość łaski życia w wierności, prawdzie i miłości.

Odwróciwszy się ku ołtarzowi, ukląkł.

Zapadło milczenie. Tylko tu i tam słychać było

skrzypienie ławki, szmer przesuwanego różańca, czasem

stłumione westchnienie. Najlepiej wcale nie będę się

angażować w to widowisko, skoro tak naprawdę to nie moje

miejsce. Po co mam uczestniczyć w tej barbarzyńskiej

ceremonii i wyobrażać sobie własną godzinę śmierci? Na

background image

pewno nie byłoby mi łatwo, gdybym musiała stanąć teraz

przed Bogiem i wyjaśniać Mu, że znalazłam się tutaj tylko

dlatego, że obiecałam swojemu szefowi porządny reportaż z

żeńskiego klasztoru.

Wielkie nieba, oblały mnie siódme poty! Ukradkiem

zerknęłam ku mojej sąsiadce – Gratii – ileż bym dała za to,

żeby móc z takim spokojem, nieomal szczęściem, wpatrywać

się w płomień świecy mający symbolizować moją biedną i

samotną duszę. Ręce miałam niczym sople lodu – tak pewnie

czuli się wszyscy, którzy wydawali ostatnie tchnienie. Szybko

usiadłam, ale nikt nie zwracał na mnie uwagi, wszyscy zajęci

byli sobą i rachunkiem sumienia. Czas wlókł się

niemiłosiernie. Pewnie tak zdaje się on mijać duszom

czyśćcowym, aż wreszcie ojciec Donatus powstał i głębokim

basem zaintonował De profundis. Chór sióstr towarzyszył mu,

śpiewając: „Z głębokości wołam do Ciebie, Panie...”.

Wreszcie skończyliśmy. Byłam bliska zemdlenia. Za

żadne skarby świata nie chciałam teraz umrzeć. Byłam wręcz

szczęśliwa, kiedy kontynuowano odprawianie mszy.

Przynajmniej można się było uchwycić znajomych gestów i

background image

modlitw – żyło się jeszcze, termin zdający się ostatnim kolejny

raz został odroczony.

Na końcu liturgii ojciec Donatus przemówił do nas

poraz kolejny:

- Powróćcie do klasztornej codzienności jak te, które

zostały ocalone od śmierci i powstały z martwych, mogąc jak

Łazarz dodać do życia jeszcze jedną chwilę. Przekonacie się,

że z tej praktyki wyrasta nowa siła i miłość względem

waszego powołania i znoszenia z cierpliwością tego, co w

życiu zakonnym oznacza ofiarę i pokutę. Niech was

błogosławi Bóg wszechmogący...

Kiedy wstałam, trzęsły mi się kolana.

Nie wierzyłam własnym oczom i uszom, kiedy

kwadrans później zobaczyłam, jak Betty i Dolly poszeptują ze

sobą w najlepsze. Z jakiego drzewa wyciosany jest człowiek!

Kiedy tylko wolno było znowu rozmawiać, pozwoliłam sobie

pofolgować emocjom i zwróciłam się do mojej sąsiadki z celi,

Gratii.

- Co za okropieństwo, gdybym tylko wiedziała o tym,

nie przekroczyłabym nigdy progów klasztoru! Czy może inni

background image

nie żyją tak chętnie jak ja?

Siostra Gratia spojrzała na mnie zdumiona.

- Uważasz, że to zbyt ciężkie doświadczenie? Moim

zdaniem żyje się po nim tak samo chętnie i radośnie jak po

przebytej chorobie.

- Nie, siostro Gratio, uważam, że sprawy idą za daleko.

Komu to potrzebne? Czyżby strachem chciano nas na siłę

zatrzymać w klasztorze?

- Ależ, siostro Eileen! Wręcz przeciwnie! Jeśli jest

pośród nas taka, która wstąpiła nie kierowana szczerymi

motywami, to po tym ćwiczeniu poczuje się zachęcona, aby

wejrzeć do swego serca przed Bogiem i doprowadzić sprawy

do porządku. Co do tych, które zostaną, można być raczej

przekonanym, że ich powołanie jest prawdziwe.

Odwróciłam szybko wzrok – to było to. Gratia i

wszystkie inne mogły stanąć przed Bogiem i być spokojne. A

ja?

- Nie bardzo wiem, do czego potrzebny jest ten cały

teatr wokół powołania – odparłam rozdrażniona. – Czy to takie

ważne, dlaczego któraś wstępuje? Najważniejsze przecież,

background image

żeby została dobrą zakonnicą.

Siostra Gratia uśmiechnęła się.

- A tego nie da się osiągnąć bez powołania, Eileen.

Wiem doskonale, o czym mówię.

Tym razem spojrzałam jej prosto w twarz, zdecydowana

zadać ostatnie pytanie:

- No to powiedz mi, siostro Gratio, dlaczego podczas tej

całej żałobnej ceremonii wyglądałaś na taką szczęśliwą?

Usiadła na brzegu łóżka, składając ręce na kolanach,

nieco zmieszana, ponieważ zapytałam o coś, co w zasadzie nie

powinno mnie obchodzić.

- Byłam szczęśliwa, siostro Eileen, ponieważ myślałam

o tym, że gdybym teraz naprawdę umarła, to wreszcie

włączono by mnie w krąg Eucharystii, tego dziękczynienia,

które Chrystus dzień w dzień składa przed obliczem swojego

Ojca. Tutaj, na ziemi, przeżywa się to w obrazie i

przypowieści – to porwanie ku wdzięczności, którą winno

Ojcu całe stworzenie... ale to pewnie zbyt teologiczne dla

ciebie?

Spojrzałam na nią poruszona. Jakże ona wierzyła, ufała i

background image

miłowała. Chciało mi się płakać.

- Za co, na litość boską, jesteś taka wdzięczna? –

wyszeptałam. – Powiedziałaś mi kiedyś, że za łaskę wiary, ale

to nie może być tylko to.

- To prawda – odparła również szeptem. – Wdzięczna

jestem za to, iż mogłam rozpoznać, że jedynie w stanie

zakonnym poświęconym Bogu człowiek może najdoskonalej

dopełnić sensu swojej egzystencji – ze wszystkich sił,

nieustannie, być i dopełniać większej chwały Bożej.

Dalibóg, przecież to pierwsze pytanie z katechizmu – po

co my, chrześcijanie, żyjemy na świecie?

- Tego jeszcze... o tym jeszcze nie pomyślałam –

wyjąkałam wstrząśnięta.

- To nic innego, jak to, co Pan wyraził w słowach, że

niektórzy powstrzymują się od małżeństwa ze względu na

Królestwo Niebieskie i kto może to pojąć, ten pojmuje.

Usiadłam obok niej i spontanicznie wzięłam jej dłoń.

- Siostro Gratio – z całym szacunkiem dla naszych

przełożonych – żeby zrozumieć sens życia zakonnego,

musiałam poznać najpierw ciebie...

background image

Zaprzeczyła skromnie.

- Przecież ma się takie myśli, będąc samemu w

klasztorze!

Po czym zakrzątnęła się, gdyż rozległ się dzwonek

wzywający nas do zajęć. Nagle – ja byłam już w drzwiach –

siostra Gratia chwyciła się za serce.

- Ach – tak mi słabo. Eileen, bądź tak dobra i powiedz

siostrze Wiktorynie, że przyjdę trochę później.

- Oczywiście, połóż się. Czy mogę ci jakoś pomóc?

Zdarzało się częściej, że miałaś kłopoty z sercem? Jeśli tak, to

musimy wezwać lekarza. Wiesz przecież, że obecnie pełnię

funkcję sanitariuszki.

- To nic poważnego, zaraz mi przejdzie. Proszę, idź już,

bo spóźnisz się na zajęcia.

Udałam się do naszej infirmerii, gdzie trzeba było

posprzątać. Poza tym nikomu nie brakowało zajęć, gdyż

powoli zbliżało się Boże Narodzenie. Każda z nas miała w tym

czasie więcej obowiązków, więc nie zdążyłam porozmawiać z

naszą mistrzynią nowicjuszek na temat stanu zdrowia Gratii.

Ale chyba czuje się lepiej, kiedy minął wreszcie pochmurny

background image

listopad. Być może i ją poruszyła wewnętrznie ta „duchowa

odnowa”. Stopniowo ja także odzyskałam równowagę ducha,

pocieszając się, że tylko raz w niej uczestniczyłam, i myśląc,

aby już nigdy więcej się to nie zdarzyło.

Kiedy kolejny raz będziemy pracować razem z Mary

Clara (naszym zadaniem jest przećwiczenie na organach

chorałów bożonarodzeniowych), zapytam ją otwarcie o to,

czego już od dawna chciałam się dowiedzieć, i wreszcie moja

misja dobiegnie końca. Już dłużej nie jestem w stanie znosić

obcej mej naturze nędzy tego bytowania, przypatrując się, jak

inne serca cieszą się łaską powołania. Po świętach znajdę jakiś

powód do odejścia. Gdyby tylko ta myśl tak mnie nie męczyła!

Czasami nawet przez całą noc nie mogę zmrużyć oka. Jestem

smutna, przygnębiona, na siłę próbuję skupić się na czymś

innym. Chyba muszę na jakiś czas przerwać robienie moich

notatek. Jak to dobrze, że mam taką taktowną towarzyszkę.

Siostra Gratia nie pyta nigdy, o czym tak dużo piszę...

background image

Jeszcze dzisiaj rankiem ćwiczyłyśmy z Mary Clara

chorały bożonarodzeniowe – a teraz, wieczorem, wiem już, że

wszystko się skończyło, że już nie będę mogła zapytać, co

Clare Nell przywiodło do klasztoru, gdyż ona sama wyznała to

swoim wystąpieniem. Cały konwent jest poruszony i

wytrącony z równowagi.

Nagle, wczesnym popołudniem – na krótko po rekreacji,

a więc raczej o niezwykłej godzinie – rozległ się dzwonek

wzywający nas wszystkie do refektarza. Musiało wydarzyć się

coś szczególnego, rzuciłyśmy więc wszystko.

Postulantki musiały zostać na zewnątrz, co było dalszą

oznaką, że okoliczności są naprawdę niezwykłe.

Przez całe przedpołudnie byłam niespokojna,

przeczuwając niczym niepogodę w kościach i domyślając się,

że może to mieć coś wspólnego ze mną.

Jak tylko zobaczyłyśmy naszą przełożoną generalną,

wiedziałyśmy, że jest w stanie wielkiego wzburzenia, jej

zwykle spokojna, opanowana twarz była czerwona jak burak.

W ręku trzymała jakąś zrolowaną gazetę. Kiedy usiadła na

swoim miejscu i rozwinęła ją – zatkało mnie – było to moje

background image

czasopismo dla kobiet, w którego redakcji pracowałam.

„To koniec, wszystko się wydało!” – przemknęło mi

błyskawicą przez głowę. Patrzyłam przed siebie, nie ważąc się

głębiej odetchnąć.

Matka Dominica wstała, prostując całą swoją potężną

postać, podniosła czasopismo w górę i swoim gromkim

głosem, w którym zdawał się narastać gniew, oznajmiła:

- Drogie współsiostry. Jeśli przypadkiem jest pośród

was taka, która w dniu obłóczyn mogła nie wiedzieć, że nam,

siostrom, nie wolno bez pozwolenia dać się fotografować, to

proszę, aby się teraz zgłosiła.

Spojrzałyśmy po sobie – nie podniosła się ani jedna

ręka, a więc wszystkie wiedziały. Serce uderzało mi młotem –

co ten Jack Peet znowu narozrabiał?

- Siostro Mary Clara! – kontynuowała przełożona

generalna i wszystkie głowy zwróciły się ku nowicjuszce, na

którą nikt dotąd szczególnie nie zważał, a mnie uderzyła

bladość jej twarzy. – A więc wiedziałaś, że moje polecenie

brzmiało: żadnych fotografii. Jak mam sobie wytłumaczyć, że

to znane czasopismo dla kobiet publikuje dwustronicowy

background image

reportaż na temat obłóczyn – i to na dodatek z kilkoma twoimi

fotografiami? Pozwoliłaś się świadomie sfotografować?

Mary Clara powstała sztywno i w martwej ciszy

rozbrzmiały jej słowa:

- Tak, czcigodna matko. A nawet poprosiłam reportera,

żeby wykonał kilka zdjęć, gdyż uważałam, że jest to najlepsza

reklama dla naszego klasztoru.

- Tak?! – skwitowała przełożona generalna tę

wypowiedź swoim najgłębszym basem, uderzając przy tym

czasopismem o stół. – A nie przyszło ci przypadkiem do

głowy, żeby mnie zapytać o zgodę?

- Nie, czcigodna matko, ponieważ wiedziałam, że jej nie

otrzymam.

Cała wspólnota zaszumiała szeptami. Mary Clara

zadziałała samowolnie, świadomie przekraczając zakaz.

Po chwili, kilkoma dalszymi stuknięciami przywołując

wszystkie do porządku, matka Dominica zapytała:

- Skoro tak bardzo byłaś zatroskana o klasztor, to

wyjaśnij mi, proszę, skąd wziął się pomysł, że pozowałaś sama

i to do coraz nowych ujęć?

background image

Mary Clara wzruszyła ramionami.

- Reporterzy starają się zawsze o jak najlepsze ujęcia.

Uważali mnie za fotogeniczną. A poza tym wiedziałam, że

żadnej innej nie starczy na to odwagi.

Matka Dominica poprawiła okulary przesłaniające jej

wielkie oczy, w których tliły się teraz iskierki gniewu i

pochyliła się nad fatalnym magazynem.

- Wydaje mi się, siostro Mary Clara, że cała sprawa ma

głębsze korzenie. Akapit po akapicie przeczytać tu można

wzmianki na temat twojego wspaniałego głosu oraz

zatroskania o talent, który zakopuje się w naszym klasztorze.

Pośrednio zarzuca się nam, że nie doceniamy naszych sióstr,

niewłaściwie wykorzystujemy ich umiejętności, słowem:

chowamy światło pod korcem. Możesz mi powiedzieć, skąd ci

panowie wzięli te poruszające skargi?

Mary Clara wyprostowała się.

- Oczywiście, pan Robert Galmore muzykował wraz ze

mną. Był zachwycony moim głosem, a ja powiedziałam mu

prawdę, stwierdzając, że w żaden sposób nie wykorzystuje się

mnie ani nie kształci. Bo tej śpiewaniny podczas naszych

background image

uroczystości nie nazwę przecież kształceniem.

Słysząc to, otwarłyśmy ze zdumienia usta.

Najwidoczniej Mary Clara straciła panowanie nad sobą, gdyż

wydawało mi się, że drży na całym ciele. Musiała dostrzec to

także przełożona generalna, gdyż zrolowała czasopismo.

- Usiądź, Mary Clara. Pozostałym siostrom winna

jestem pewne wyjaśnienie. W drodze wyjątku zgodziłam się

na udział w uroczystości pewnego reportera, gdyż jedną z

nowicjuszek łączyły z nim zawodowe relacje. Jej szef chciał w

ten sposób sprawić jej niespodziankę. Nie miałam także nic

przeciwko samemu reportażowi z obłóczyn, jednak wyraźnie

zabroniłam robienia zdjęć. Gdyby dziennikarz mimo wszystko

zadziałał samowolnie – bez wiedzy samej siostry – to pewnie

pozostawiłabym sprawę samą sobie. Ale w tym wypadku rzecz

ma się inaczej – chodzi o nienasyconą ambicję siostry Mary

Clara. Wykroczyła samowolą przeciwko klasztornej karności i

dała swoim współsiostrom zły przykład, a więc muszę jej

zalecić, aby naprawiła wyrządzone zło, upokorzyła się i, jak

przepisuje nasza reguła zakonna, w przyszły piątek podczas

kapituły poddała się pokucie venii.

background image

Wstrząsnęło mną – ale był to szok, a nie radość z tego,

że dane mi jest jeszcze przeżywać w klasztorze tak

dramatyczne chwile. Z lękiem spojrzałam w kredowobiałą

twarz Mary Clara, która zerwała się z miejsca, chcąc pewnie

coś powiedzieć, ale matka Dominica podniosła rękę:

- Wystarczy! Nie teraz, siostro Mary Clara! Idź, proszę,

do swojej celi i przez następne dni powstrzymaj się od

uczestniczenia w rekreacji, abyś bez niczyjego wpływu mogła

sama podjąć konieczne decyzje. A wam, siostry, nakazuję, aby

do tego czasu ani słowem nie wracać do całej sprawy. Módlmy

się za naszą współsiostrę, aby zdobyła się na konieczną

odwagę i dała nam przykład zakonnej obserwancji.

To znowu była nasza matka Dominica. Jak zwykle w jej

głębokim głosie pobrzmiewała dobroć. Spojrzała na siostrę

Mary Clara oczyma zatroskanej matki, która musi zganić

swoje dziecko, aby się nie wyrodziło. Tymczasem twarz Mary

Clara powlekła kamienna maska przekory.

Rozeszłyśmy się wzburzone. Na szczęście miałam nieco

wolnego czasu. Spacerowałam bez płaszcza tam i z powrotem

po klasztornym dziedzińcu, nie czując strug deszczu i

background image

podmuchów lodowatego wiatru. W mojej głowie kotłowała się

nawałnica myśli. W gruncie rzeczy to ja byłam winna całemu

nieszczęściu, które spadło na Mary Clara. Gdybym nie

poinformowała Jacka Peeta, że to ona jest gwiazdą filmową

Clare Nell – a tylko jej losy interesowały naszego szefa –

nigdy nie uległaby pokusie, żeby pozwolić się sfotografować

wbrew zaleceniom przełożonych. Skoro więc była to moja

wina, powinnam spróbować ulżyć jej doli.

Nagle przyszła mi do głowy zbawienna myśl. Muszę

natychmiast porozumieć się z przełożoną generalną i

powiadomić ją, że to ja posłałam Jacka Peeta do Mary Clara i

że nasi dziennikarze nie dają tak łatwo za wygraną! Z

pośpiechem wbiegłam do budynku, udając się na pierwsze

piętro, gdzie mieścił się pokój naszej generalnej. Musiałam

zapukać dwa razy, zanim mi wreszcie odpowiedziano.

Spojrzała na mnie zdziwiona, a ja zauważyłam, że jest

wyczerpana i zatroskana. Po raz pierwszy przyszło mi też na

background image

myśl, że na pewno nie należy do przyjemności prowadzenie ku

zakonnej doskonałości całej rzeszy młodych ludzi o tak

zróżnicowanych charakterach.

- Słucham, siostro Eileen, cóż takiego się dzieje? –

zapytał mnie jej głęboki głos, którego ton już sam w sobie

miał coś uspokajającego. Teraz wcale nie wydawał mi się

męski. Dotąd jeszcze nie korzystałam z przywileju dającego

nam możliwość rozmowy z przełożoną generalną, kiedy tylko

uznamy, że jest to konieczne. Była do dyspozycji nawet

najmłodszej postulantki. Nie traktowała nikogo z góry, będąc

naprawdę matką dla całej rodziny.

- Usiądź, dziecko! – zaprosiła mnie przyjaźnie, czując

moje wzburzenie, ale ja potrząsnęłam odmownie głową i

zaczęłam chaotycznie moją przemowę:

- Czcigodna matko, muszę wyjaśnić pewną pomyłkę.

Siostrze Mary Clara nie zależało na fotografiach, wiem o tym

na pewno, gdyż...

- Ustaliłyśmy, że do piątku nie będziemy o tym

wspominać! – upomniała mnie, marszcząc nieco brwi.

- Cała sprawa wygląda dokładnie odwrotnie –

background image

niewzruszenie kontynuowałam moją relację. – Jack Peet

poprosił mnie, abym zdobyła pozwolenie na fotografowanie. A

ponieważ zauważyłam, że zależy mu na zdjęciach Clare Nell,

posłałam go do Mary Clara – zastrzegając, że musi zaczekać,

aż powiadomię go o wyrażonej zgodzie. I tego właśnie nie

zrobił.

Zaczerpnęłam powietrza, spoglądając wyczekująco na

przełożoną generalną i ze zdumieniem skonstatowałam, że

zaczyna się uśmiechać. W rzeczy samej, w jej ciemnych

oczach błyskały ogniki wesołości.

- A więc to ty nasłałaś go na Clare Nell – stwierdziła

tonem, jakim zwykły wyrażać się nastolatki.

- Tak – potwierdziłam z ulgą. – I dlatego, czcigodna

matko, nie można brać za złe ludziom filmu tego, kiedy

pokusa staje się zbyt wielka. Przywykła przecież, żeby

pozować reporterom. Proszę mieć wzgląd na Clare Nell!

Nasza matka przez dłuższą chwilę zastanawiała się nad

czymś, spoglądając na blat swojego starego biurka, jakby w

słojach pokrywających jego blat można było odnaleźć

właściwą decyzję, po czym zwróciła się do mnie:

background image

- Chętnie bym tak zrobiła, drogie dziecko, gdyby Mary

Clara była rzeczywiście aktorką filmową. Ale ona wcale nie

jest Clare Nell.

Stwierdziłam, że chyba się przesłyszałam, i gapiłam się

bez słowa na czcigodną matkę.

- To prawda – powtórzyła na wpół rozweselona, na

wpół zatroskana. – Jesteś w wielkim błędzie, siostro Eileen.

Mary Clara pochodzi wprawdzie z dobrej, należy powiedzieć,

zamożnej rodziny, lecz nigdy nie była Clare Nell. I dlatego

muszę pozostać surowa. Jest bowiem błędnego zdania, że

tutaj, w klasztorze, musi dojść do tego, czego nie udało jej się

osiągnąć w świecie, a mianowicie do zrobienia kariery jako

słynna śpiewaczka.

Musiałam usiąść, byłam jak ogłuszona.

- Czy... czy nigdy nie występowała na scenie? To

znaczy, to podobieństwo... – zamilkłam, widząc, że matka

Dominica znowu się uśmiecha.

- Nie, Mary Clara na próżno próbowała swoich sił. Jej

głos jest bardzo ładny, lecz brak mu potęgi brzmienia

koniecznej w salach koncertowych, na scenie czy w

background image

filharmonii. Ponieważ z uporem próbuje osiągnąć sławę

innymi środkami, nie wolno mi tego akceptować. Nie mam

wyboru i muszę ją ukarać. Zgadzasz się ze mną, siostro?

Skinęłam głową. Na pewno klasztory nie powstały w

tym celu, żeby młodzi ludzie próbowali realizować w nich

cele, które nie zawsze służyły chwale Bożej.

- Pomyśl też, siostro Eileen, i o tym, że w tym wypadku

nastąpiło naruszenie tego, co chciałyśmy osiągnąć ścisłym

zakazem fotografowania. Należy ze wszystkich sił starać się o

zachowanie incognito duszy szukającej w klasztorze

schronienia i ucieczki. Nie jesteśmy firmą reklamującą niebo.

- Czyli prawdziwa Clare Nell wcale nie przebywa

pomiędzy nami? – zapytałam, tonąc w oceanie rozczarowania.

Nasza matka potrząsnęła powoli głową.

- W Ewangeliach opisujących wydarzenie paschalne jest

jedno bardzo istotne zdanie: „Ich oczy były jakby na uwięzi,

tak że Go nie rozpoznali”. Wydaje się, że podobną metodą

zdaje się posługiwać nasz Pan jeszcze i teraz, kiedy ma zamiar

wypróbować wybraną przez siebie duszę. Na moje polecenie

umieszczono cię w jednej celi z Clare Nell, a ty – mogę

background image

powiedzieć: na szczęście – nie rozpoznałaś jej.

Musiałam powoli zblednąć na całej twarzy, gdyż matka

Dominica spojrzała na mnie rozweselona i zatroskana

zarazem.

- Bądź przekonana o tym, siostro Eileen, że Mary Clara

nie umrze, gdy będzie musiała zdobyć się na akt pokuty. Jeśli

już, to uśmierci nim najwyżej swoją dumę i absolutnie

niezakonną ambicję. Nie przejmuj się nią dłużej. W klasztorze

nie wolno nam mieć względu na bogatą rodzinę. Natomiast to,

o czym w drodze wyjątku rozmawiałyśmy dzisiaj, drogie

dziecko, pozostanie między nami, zrozumiano?

Przytaknęłam oszołomiona i milcząca. Moja droga

siostra Gratia to Clare Nell! Ta łagodna, skromna istota – o ja

szalona, zaślepiona, opętana! Powoli wstałam z miejsca.

- Czcigodna matko, jeszcze tylko jedno pytanie. To nie

z ciekawości, lecz jako wyraz podziwu dla mojej współsiostry

Gratii. Jak to się stało, że na jej obłóczynach nie zjawiły się

dziesiątki dziennikarzy i filmowców, a ona sama zadowoliła

się obecnością jednej ubogiej Murzynki?

Matka Dominica powstała również.

background image

- Była jej garderobianą przez cały czas pobytu w

Hollywood, pomagając jej w robieniu makijażu i przy

przebieraniu się. Łączy je bliska przyjaźń i wydaje mi się, że

jest dla niej najbliższym człowiekiem, jakiego ma na świecie.

Prasa i film nie dowiedziały się o terminie obłóczyn na jej

własne życzenie. A teraz już dość, moje dziecko. Nie martw

się więcej o twoje współsiostry, tylko pomódl się w ich

intencji.

Teraz mogłam i musiałam iść. Przełożona generalna

rozmawiała ze mną niezwykle otwarcie i powinnam być jej

wdzięczna. Pochyliłam się nad jej ręką:

- Dziękuję, czcigodna matko!

Ciągle jeszcze nie mogąc pozbierać myśli, wyszłam na

zewnątrz.

Siostra Gratia na pewno się dziwiła, że ilekroć ją w tym

dniu spotkałam, spoglądałam na nią bez słowa, głęboko

wzruszona i przejęta. Jestem dłużniczką naszej przełożonej

generalnej i muszę dowieść, że zasłużyłam na jej zaufanie.

Moje zapiski będę kontynuować dopiero, gdy minie piątek i

czekająca nas w tym dniu kapituła...

background image

Dzisiaj, w piątek, w trzecim tygodniu adwentu

przeżyłam venię! Ale zupełnie inaczej, niż mogłabym to sobie

wyobrazić nawet w najśmielszych snach.

Zebrałyśmy się wszystkie na pół godziny przed

wyznaczonym terminem – brakowało jedynie przełożonej

generalnej oraz Mary Clara, która ze zrozumiałych względów

trzymała się jeszcze z dala. Siostra Dolly wyszeptała do mnie:

- Mogłabym przysiąc, że jest jeszcze w kaplicy, żeby

pomodlić się we własnej intencji i przygotować wewnętrznie.

Wiesz może, gdzie ona się podziewa?

Potrząsnęłam nerwowo głową. Dolly swoimi

poszeptywaniami nie w porę doprowadzała mnie do białej

gorączki. Kiedy wreszcie pozbędzie się tej wady? Na koniec

będzie łamała nakaz milczenia nawet jako profeska. Niektóre

nigdy się niczego nie nauczą! Czasami wręcz można było być

wdzięcznym, że się milczało. Co za koszmar dla samych

background image

zainteresowanych i świadków, gdyby teraz wszystkie

wyczekująco poszeptywały między sobą!

Wreszcie otwarły się drzwi i weszła nasza „generalna”,

opanowana jak zawsze, w czarnym, noszonym na co dzień

habicie, a za nią bezszelestnie przemknęła Mary Clara.

Oceniłam, że wygląda na zdecydowaną. Nie była już taka

blada jak przed kilkoma dniami, raczej widać było po niej, że

coś postanowiła, więc odetchnęłam z ulgą. Jeśli się przemoże,

z pewnością zyska sobie życzliwość wszystkich.

Tak jak zwykle matka Dominica jako pierwsza uklękła

pod krzyżem, odmawiając modlitwy na rozpoczęcie. Potem

wstała – wszystkie spoglądałyśmy na nią. Ona tymczasem nie

miała zamiaru robić z naszego spotkania żadnego widowiska –

najpierw po kolei oskarżały się siostry profeski. Wszystko szło

sprawnie i szybko, zwłaszcza jeśli nie zdarzyło się nic

szczególnego. Zadawaną pokutą było odmówienie modlitwy.

Odpowiadało się: „Dziękuję, czcigodna matko”, gdyż w

klasztorze również pokuta służy ku poprawie, a nie poniżeniu.

O świętym Dominiku mówiono, że jego współbracia nie

wiedzieli, czy wolą być przez niego chwaleni, czy też ganieni,

background image

z tak doskonałą miłością ich upominał. Coś z tego ducha mają

także wszyscy dobrzy dominikańscy przełożeni.

Po profeskach przyszła kolej na nas, nowicjuszki.

Siostra Dolly liczyła na palcach, ile razy wykroczyła

przeciwko nakazowi milczenia. Nie starczyło jej obu rąk, więc

zdenerwowana sięgnęła po różaniec, który zwykle służy

innym celom. Przed nami oskarżała się grupa nowicjuszek

obłóczona rok wcześniej – ostatnią z nich była Mary Clara,

kolejny raz mająca czas na zastanowienie się.

Tak doskonała nie jest żadna siostra zakonna, aby w

takiej chwili nie podnieść głowy, gdy przed „generalną”

stanęła znana wszystkim winowajczyni, aby wyznać swoje

wykroczenia i poddać się pokucie. Zapadła cisza. Mary Clara

przemówiła pewnym głosem i bez zająknienia:

- Oskarżam się, czcigodna matko i wy, drogie siostry, że

świadomie przekroczyłam klasztorną regułę, wyrażając zgodę

na wykonanie zdjęć, których nie wolno było robić.

Milczenie. Powinna była jeszcze dodać: „Proszę o

wasze przebaczenie i pokutę”. Ale nie padło już ani jedno

słowo. Mary Clara stała sztywno pośrodku, zaciskając

background image

kurczowo wargi.

Nasza przełożona generalna pochyliła się nieco ku

przodowi, polecając półgłosem:

- A teraz venia, droga córko.

U jej stóp na posadzce rozłożono fioletowy dywan, na

którym klękałyśmy. Był dostatecznie duży, żeby się na nim

położyć.

Mary Clara podniosła wzrok, mówiąc głośno:

- Nie, tego nie zrobię!

Zamarłyśmy. Matka Dominica zachowała spokój.

- Zdaję sobie sprawę, drogie dziecko, że praktyka ta

sprzeciwia się twojej naturze. Lecz tego, co nie jest możliwe

dla ciała i krwi, można jeszcze dokonać w duchu

posłuszeństwa, do którego zachęcał nasz święty ojciec

Dominik. Ze względu na nie oraz jako pokutę, proszę, abyś

dochowała wierności naszemu zwyczajowi i w ten sposób

dokonała zadośćuczynienia.

Mary Clara potrząsnęła głową.

- Nie zrobię tego ani w duchu posłuszeństwa, ani

dlatego, że się mnie o to prosi.

background image

Martwa cisza. Matka Dominica pobladła. Przez chwilę

milczała, a potem powiedziała:

- Jak chcesz, moje dziecko. Nie możemy cię

przymuszać, gdyż to nie miałoby żadnego sensu. Ty zaś

zmuszasz mnie, aby dokąd się nie opamiętasz, wyłączyć cię ze

wspólnoty, gdyż jawnie odmówiłaś posłuszeństwa. Zastanów

się jeszcze przez chwilę.

Nie panując nad emocjami, Mary Clara krzyknęła:

- Dziękuję, nie pozwolę się do niczego przymuszać.

Sama idę. Występuję z klasztoru.

W tym momencie o moje serce zmagali się diabeł i

anioł. Całą głębią mojej jaźni czułam ciężar i wagę tego, co

ojciec Donatus powiedział mi o wolności człowieka. Nie

chciałam tej sytuacji ani jej świadomie nie sprowokowałam.

Zostałam z nią skonfrontowana podobnie jak wszystkie inne.

Pozostawała mi jedynie wolność w czynieniu dobra lub zła.

Wahałam się, mając do wyboru niebo albo piekło.

Wreszcie przemogłam się, wystąpiłam do przodu,

energicznie odsunęłam na bok Mary Clara i zamiast niej

padłam całą długością ciała na fioletowy dywan, kładąc twarz

background image

na złożonych z przodu rękach, tak jak to przepisywała reguła.

Potem usłyszałam mój własny, obco brzmiący głos:

- Czcigodna matko, drogie współsiostry! Przed Bogiem

i wami wszystkimi oskarżam się w miejsce Mary Clara, że w

gruncie rzeczy to ja jestem winna całemu zamieszaniu. Biorę

na siebie tę pokutę ze świadomością popełnienia znacznie

poważniejszych wykroczeń niż moja współsiostra, ponieważ

wstąpiłam do klasztoru wiedziona nie wewnętrznym

przekonaniem, nie powołaniem, lecz zimnym wyrachowaniem

i światowym zamysłem. Przebywałam tutaj aż do dzisiaj po to,

aby poznawać życie zakonne i zgłębiać tajemnice klauzury, a

następnie przedstawić moje przeżycia opinii publicznej. Z tych

samych powodów nie cofnęłam się i przed tym, aby nasłać na

naszą współsiostrę Mary Clara dziennikarza, ponieważ błędnie

byłam przekonana o tym, iż rozpoznaję w niej znaną aktorkę

filmową. Teraz jednak uległam potędze prawdy, w której wy,

drogie siostry, próbujecie żyć. Nie potrafię uczynić nic innego,

jak wyznać moje błędy i podjąć pokutę. Proszę, jeśli to

możliwe, o wasze przebaczenie.

Nikt nie przerwał mojego wyznania. Słyszałam głuchy

background image

łomot własnego serca. Wydawało mi się, że za chwilę wydam

ostatnie tchnienie – a przecież czułam, jak spada ze mnie

przytłaczający mnie ciężar. Najchętniej leżałabym jeszcze

dłużej, gdyby głęboki bas matki Dominiki nie rozkazał mi:

- Wstań, siostro Eileen. Zastrzegam sobie nałożenie na

ciebie pokuty. Porozmawiamy o tym później. Rozumiecie

chyba wszystkie, że tak szybko nie jestem w stanie powrócić

do równowagi. Siostro Mary Clara, na razie nie biorę pod

uwagę twojej odpowiedzi, dopóki na spokojnie nie zjawisz się

u mnie i bez emocji potwierdzisz, że dalej obstajesz przy

decyzji wystąpienia z klasztoru.

Ktoś pomógł wstać mi na nogi. Była to matka Amabilis,

nasza mistrzyni nowicjuszek, która otoczywszy mnie

ramieniem, jak gdybym była chora, wyprowadziła mnie na

zewnątrz. Nie wiem, co się dalej działo, czy kontynuowano

kapitułę, czy też ją przerwano. Matka Amabilis zaprowadziła

mnie do mojej celi.

- Już dobrze, moje dziecko. Musisz chwilę odpocząć.

Powiem, żeby ci przysłano filiżankę gorącej herbaty. Po niej

na pewno poczujesz się lepiej.

background image

W rzeczy samej, czułam się tak, jakbym wskoczyła do

lodowatej wody. Jak trafnie mistrzyni odgadła stan mojego

wnętrza. W chwilę potem zapukano do drzwi. Zawstydzona

oczekiwałam siostry Gratii, ale zamiast niej zjawiła się

korpulentna siostra Judy, niosąca na tacy dzbanek herbaty,

cukier i trzy kanapki grubo obłożone naszym klasztornym

serem: jeden gatunek smaczniejszy od drugiego, bo był

przecież piątek. Uśmiechnęła się do mnie promiennie.

- Matka Amabilis powiedziała, że nie wolno mi wyjść,

dopóki nie wypijesz herbaty. A ja pomyślałam, że pewnie

powinnaś coś przegryźć, bo sama herbata ci nie pomoże.

Smacznego, siostro Eileen!

Jej rumiane policzki jeszcze bardziej poczerwieniały od

żaru kuchennego pieca. Ale ja nie miałam apetytu.

- Nonsens! – orzekła dzielna siostra kucharka, której nie

mieściło się w głowie, że ktoś, pewnie z wyjątkiem leżącego w

agonii umierającego, może nie móc jeść. – Zobacz, moja mała,

background image

na pewno coś skubniesz. Mmmm – jak to pachnie. Łyknij

herbaty. Za gorzka? Słodycz koi nerwy, a więc jeszcze jedna

kostka cukru. No widzisz! A teraz zrób mi tę przyjemność i

skosztuj kanapkę, siostro Eileen.

Kto chciałby obrazić tę dobrą duszę? Posłusznie

ugryzłam kanapkę. Zaraz po pierwszych dwóch łykach herbaty

rozkurczył mi się żołądek, więc mogłam jeść. Zjadłam jedną

kanapkę, ale ani kęsa więcej, choćby mi nawet obiecywano

gwiazdkę z nieba!

- Niech będzie, zostaw na razie resztę. Muszę teraz iść

do infirmerii. Po naczynia przyjdę wieczorem i wtedy chcę

zobaczyć pusty talerz.

Ożyłam, słysząc o naszym pomieszczeniu dla chorych.

Czy nie zapomniałam o moich obowiązkach? Trzeba było

zrobić opatrunek siostrze Elżbiecie, a siostra Tony oparzyła się

w pralni. Mary Clara na pewno nie było na posterunku.

Tymczasem Judy osadziła mnie na powrót na krześle.

- Zostaniesz tutaj, poradzę sobie sama. Siostra Clare

miała atak serca...

- Co takiego, Mary Clara? Tego się można było

background image

spodziewać!

- Ach, nie ta, miałam na myśli Gratię. Czy częściej jej

się to zdarzało, Eileen?

Teraz już nie można mnie było powstrzymać. Wróciły

mi wszystkie siły. Własne samopoczucie stało się sprawą

drugorzędną.

- Czuję się znakomicie, Judy. Twoja herbata czyni cuda.

Muszę natychmiast zobaczyć Gratię, jestem za nią

odpowiedzialna. Ty i tak masz dość do roboty w kuchni.

Nie pozwoliłam się zatrzymywać dłużej, tylko

pobiegłam co tchu. Siostra Elżbieta już dawno poszła do pracy

w gospodarstwie, ktoś inny zmienił jej opatrunek. W infirmerii

zastałam jedynie Gratię. Leżała, ciężko oddychając, przy

szeroko otwartym oknie na nierozesłanym łóżku, tak jak ją w

pośpiechu ułożono.

- Siostro Gratio, jak się czujesz? Był już lekarz?

Skinęła głową.

- Zaraz zadzwonili do niego. Posłuchaj, mam wadę

serca.

Usiadłam obok niej, sprawdzając puls. Był szybki, lecz

background image

uspokajał się stopniowo, pewnie pod wpływem jakiegoś

lekarstwa.

- Gratio, pewnie zbytnio podenerwowałaś się moim

wystąpieniem podczas kapituły. To już się więcej nie

powtórzy.

Uśmiechnęła się słabo, a ja pogładziłam jej chłodną

dłoń bezradnie zawstydzona.

- Posłuchaj, innym nie mogę powiedzieć, że bardzo cię

polubiłam, nie wiedząc nawet o tym, że jesteś Clare Nell. To

właśnie jest najpiękniejsze – w twojej osobie znalazłam

wspaniałą siostrę.

Gratia potrząsnęła głową.

- Nie mów tak, siostro Eileen. Zdenerwowałam się,

ponieważ pomyślałam, że w rzeczywistości chodzi o mnie. A

przecież tak bardzo trzymałam się na boku.

- Zgadza się, zagrałaś najlepszą rolę swojego życia,

Gratio, i do tego doskonale. Nikt nie podejrzewał, że jesteś

kimś innym.

- Nie mówmy o tym, to przed Bogiem i tak jest

drugorzędne. To ty pokazałaś prawdziwą wielkość ducha,

background image

podejmując pokutę venii.

Poczerwieniałam.

- To był mój obowiązek i powinność.

- Nie! Nieomal można by było uwierzyć, że masz

prawdziwe powołanie zakonne. Szkoda, że tak nie jest.

Jej serce znowu uderzyło gwałtowniej, więc wstałam.

- Nie myśl teraz o niczym, siostro Gratio. Będę prosić,

żeby mnie nie wyrzucono. Choćby tylko ze względu na

ciebie...

Głos mi się załamał, nie mogłam powiedzieć już ani

słowa, więc wyszłam na korytarz. Dobry Boże, tylko dlaczego

teraz ryczę? Przecież musiałam liczyć się z czymś takim na

wypadek wpadki.

Powlokłam się do naszej celi. Gdybym nie była zdrowa

jak rydz, to pewnie też dorwałby mnie atak serca, gdyż

pogrążyłam się w ponurych rozmyślaniach o pożegnaniu z

klasztorem i bliskim rozstaniu, najprawdopodobniej tuż przed

Bożym Narodzeniem! Przecież kogoś takiego jak ja nie

dopuści się do wspólnego świętowania.

background image

Tej nocy nie zmrużyłam oka, niespokojnie przewracając

się z boku na bok. Widok pustego łóżka Gratii jeszcze mocniej

burzył moje wnętrze. Zakłóciłam spokój klasztoru, poruszyłam

całą wspólnotę, jedną siostrę skłoniłam do wystąpienia, drugą

przyprawiłam o chorobę – do licha, nie należało nigdy ulec

namowom szefa! Gdzie było wtedy moje własne sumienie?

Tutaj, w klasztorze, zwracano się z wątpliwościami do ojca

duchownego, a w świecie należało mieć stałego spowiednika,

który znał nas dłużej. To nieomal życiowa konieczność. W

klasztorze wszystko jest tak doskonale poukładane. Ojciec

duchowny jest ostatnią instancją – na wszystko znajdzie radę,

jest pośrednikiem między przełożonymi a...

Ojciec Donatus! Muszę udać się do niego i poprosić o

rozmowę. Że też od razu nie przyszło mi to do głowy! Na

pewno zapobiegnie temu, co najgorsze, przynajmniej jeśli

chodzi o Mary Clara! Gdy stałam przed jego gabinetem, do

głowy przyszła mi kojąca myśl, że ani przełożona generalna,

ani mistrzyni nowicjuszek nie może zabronić którejkolwiek

background image

siostrze zasięgnięcia porady duchowej, więcej – nie potrzeba

na to nawet żadnej zgody. Podobnie i przełożona nie może

odmówić siostrze możliwości skorzystania z posługi

spowiednika, każda może wybrać sobie kogo chce, choćby

nawet trzeba go było sprowadzić z daleka. Nie ma prawa paść

pytanie dlaczego i po co – taką wolność zapewnia Kościół

zakonnikom i zakonnicom w sprawach duchowych.

Prawdziwie byłyśmy tutaj w łagodnym, dobrowolnie

wybranym „więzieniu”.

Kiedy się tak zastanawiałam, zwlekając z zapukaniem,

ponieważ nie wiedziałam, jak powinnam zacząć, drzwi się

otworzyły i na korytarz wypadła siostra Mary Clara. Jej twarz

płonęła rumieńcem gniewu. Czyżby powiedziała także ojcu

Donatusowi, że podtrzymuje swoją decyzję wystąpienia z

klasztoru?

Zapukałam śmiało.

- Tak? Proszę! – zabrzmiał ze środka jego spokojny

głos. Powoli weszłam. Wysoki, zawsze nieco przytłaczający

swoją posturą ojciec Donatus stał przy oknie i, jak gdyby nie

miała tu przed chwilą miejsca burza w szklance wody,

background image

podlewał stojące na parapecie kaktusy. Kolejny raz mu

przeszkadzano. Z westchnieniem odstawił konewkę.

- Następna, proszę! To prawie tak jak u lekarza! Co się

dzieje, siostro Eileen?

Odczekał, aż usiądę, a ponieważ zwlekałam, on również

stał dalej.

- Ojcze – wykrztusiłam z siebie – przyszłam prosić o

wstawienie się za mną, żeby mnie nie wyrzucono z klasztoru

przed Bożym Narodzeniem.

Ojciec Donatus przyglądał mi się, kiwając swoim

potężnym czołem. Na tle rozjaśnionego blaskiem dnia okna

okalający jego głowę wianuszek ciemnych nastroszonych

włosów sprawiał wrażenie groźnej aureoli.

- Jeśli Pan Bóg chce kogoś wypróbować, to posyła go

jako ojca duchownego do żeńskiego klasztoru – wymruczał

wreszcie rozgniewany. – Jest siostra trzecią, która oznajmia mi

dzisiaj, że chce albo musi wystąpić. To jakiś zakaźny obłęd.

Ani nie wydali się siostry Gratii, chociaż jest chora na serce,

ani siostry Mary Clara, chociaż jest uparciuchem rzadkiego

formatu, a pewien również jestem, że i siostra pozostanie.

background image

Więc w czym rzecz?

- Ojcze! – wyjąkałam. – Ale ze mną sprawa ma się

zupełnie inaczej. Ja jestem zdrajczynią, tak... ja...

I nagle klęczałam przed nim na posadzce, zalewając się

łzami. Kiedy nasz ojciec duchowny ochłonął już nieco ze

zdumienia na widok tak dramatycznego wstępu, szorstkim

ruchem wyjął z moich rozpalonych dłoni swój habit.

- Siostro, zapomina siostra o przeznaczeniu szkaplerza.

Nie służy on w każdym razie do osuszania łez niedojrzałych

nowicjuszek. Siostra Tony zmyje mi głowę, jeśli będzie

musiała go co chwilę suszyć i prasować!

No tak, dorwałam jego szkaplerz. Przepędził mnie na

krzesło dla gości, starannie doprowadził do porządku swój

strój i usiadł przede mną przy stole, czekając, aż będę zdolna

do zrozumiałych wypowiedzi. Zrelacjonowałam mu moje

przygody, bez ogródek i nieco chaotycznie. On zaś mimo to

pojął wszystko, co z kolei dobrze świadczy o jego powołaniu

jako ojca duchownego w klasztorze żeńskim.

Na koniec osuszyłam łzy, ponieważ wreszcie udało mi

się odnaleźć chusteczkę do nosa. Ojciec Donatus zadał tylko

background image

jedno pytanie:

- Gdyby po tym wszystkim, co zaszło, chciano siostrę

zatrzymać – czy będzie chciała siostra zostać?

Z głębi duszy, jaka nam samym pozostaje nieznana,

wyrwała się mi odpowiedź:

- Tak, z całego serca, ojcze. Być może. Być może mam

powołanie zakonne... Wierzę, że tak jest.

- Naprawdę? A skąd ta pewność?

Spuściłam głowę.

- Ja... jestem tutaj bardzo szczęśliwa.

Żadnej odpowiedzi. Nieśmiało zerknęłam ku niemu.

Ojciec Donatus uśmiechał się szeroko.

- Typowo żeńska odpowiedź! Tylko że to szczęście

może doznać znacznego zmącenia podczas nowicjatu. Być

może będzie się siostrę traktowało surowiej od innych,

posyłało do prac, których się zwykle nie cierpi, skłaniało do

prób wyrzeczenia samej siebie i oczekiwało pokory. I to na

dodatek zupełnie słusznie. Co wtedy?

Odważnie spojrzałam na niego zaczerwienionymi

oczyma.

background image

- Nie będzie mi to przeszkadzało, gdyż będzie wolą

Bożą.

Ojciec Donatus skinął zadowolony.

- Dobrze wyuczone. Praktyka musi dowieść, czy to coś

więcej niż tylko zachwyt. Poza tym nie jest wykluczone, że

Bóg w drodze wyjątku posługuje się tak dziwnym sposobem,

aby przyprowadzić duszę do klasztoru, gdyż tam wyznaczył

dla niej miejsce. Że da przy tym prztyczka w nos siostry

szefowi, to całkiem w porządku. Ludzie świeccy, szczególnie

zaś pewien gatunek dziennikarzy, muszą wiedzieć, że są

sprawy, które stoją poza zasięgiem ich ciekawości.

Pochylił się.

- Siostro Eileen, czy będąc w świecie, pomyślałaby

siostra kiedykolwiek o wstąpieniu do klasztoru?

Potrząsnęłam z przekonaniem głową, zmuszona się

uśmiechnąć.

- Nie, na pewno nie!

- No cóż, zobaczymy! Pan Bóg ma dużo więcej humoru,

niż wydawać by się to mogło większości ludzi, i jestem

przekonany o tym, że chętnie uśmiecha się, patrząc na nas,

background image

ludzi. Proszę nie tragizować. Nawet jeśli nie radziłbym

nikomu powtórzenia siostry eksperymentu, to w tym wypadku

można przyznać, że drogi Bożej Opatrzności czasami są

zawiłe – jeśli nie wręcz dziwaczne.

- Ojcze – wpadłam mu prawie w słowo. – Czyli poprosi

ojciec matkę generalną, żeby dała mi jeszcze jedną szansę?

Wstał z krzesła.

- Prosić? Nie, ona sama powie, że nie miała zamiaru

wyrzucać siostry. Coś podobnego ma miejsce w wypadku

zabójstwa, kradzieży albo podobnych wykroczeń. Co do

siostry, to odrobina dobroci chyba nie zaszkodzi.

- A – a siostra Mary Clara? – zapytałam szybko.

- Aha – babska ciekawość – nie, nie zdradzę niczego,

chociaż nie podpada to pod tajemnicę spowiedzi. Za pokutę

będzie teraz siostra musiała odczekać na wezwanie matki

generalnej, która ogłosi swoją decyzję co do dalszych losów

siostry. Proszę pamiętać o jednym: dobry pasterz nie ukarał

zagubionej owcy.

O mało co nie wybuchnęłam śmiechem. Poruszona

wyciągnęłam do niego rękę, którą on szorstko pominął

background image

wzrokiem, gdyż nie był za sentymentami.

- Proszę iść w pokoju, siostro Eileen, i pomodlić się za

mnie, żebym nie naprzykrzał się naszemu Panu moimi

prośbami zdjęcia ze mnie krzyża bycia ojcem duchownym w

żeńskim klasztorze.

I już byłam na korytarzu, a on pewnie dalej podlewał

swoje kaktusy! To wspaniałe, że Bóg wychowuje dla siebie

pewien określony rodzaj mężczyzn, nie przywiązanych do

rodziny, odpowiedzialnych jedynie przed Nim i własnym

sumieniem. Wydaje mi się, że ojciec Donatus jest bardzo

szczęśliwym zakonnikiem, nawet jeśli czasami zrzędliwością

próbuje pokryć wzruszenie.

Dokładnie trzy dni przed Bożym Narodzeniem odbyła

się kapituła generalna, ale nie po to, żeby wyznawać winy.

Cała wspólnota zebrała się w celu spokojnego omówienia

wszystkich spraw związanych ze świątecznymi

przygotowaniami. Przed tym gremium dokonałam również

background image

mojego aktu pokuty.

Na wstępie przełożona generalna poinformowała nas, że

w święta nieoczekiwanie przyjadą do nas z wizytą siostry

Angela i Birgit, misjonarki pracujące w Hongkongu. Już jutro

przylecą na lotnisko w Chicago. Powitają je tam dwie

nowicjuszki, siostra Mary Clara i siostra Eileen, oraz siostra

Elżbieta.

Zatkało mnie – a potem pewnie, korzystając z okazji,

mamy po prostu zniknąć w Chicago – po prostu nie wrócić

więcej do klasztoru, nieprawdaż? Również Mary Clara

siedziała jak sparaliżowana. Zerknęłam mimowolnie ku

generalnej. W następnej chwili moja współnowicjuszka wstała

z miejsca.

- Czcigodna matko – wyjąkała – chcę dobrowolnie

poddać się pokucie venii.

Matka Dominica potrząsnęła głową.

- Za późno, zrobiła to za ciebie siostra Eileen. Niech

będzie dla ciebie pokutą, Mary Clara, że inna cię uprzedziła.

Zachowaj tę chętną gotowość na później, choć żywię nadzieję,

że drugi raz nie nadarzy ci się podobna okazja. Poza tym,

background image

zaraz po studiach katechetycznych, podejmiesz naukę jako

nauczycielka śpiewu. Siostra Angela założyła na misjach chór

dziecięcy, a dochód z jego występów pozwala na zaspokojenie

wielu potrzeb.

Siostra Mary Clara zaniemówiła, gapiąc się w

zdumieniu na przełożoną generalną, a pomiędzy nami

zawrzało, choć całe zamieszanie nie trwało długo.

- Natomiast ty, siostro Eileen, jako szczególną pokutę

otrzymujesz polecenie, aby przepisać na maszynie wszystkie

twoje zapiski, jakich dotąd dokonałaś i pewnie jeszcze

dokonasz, nie opuszczając oczywiście niczego, i przedłożyć

mi do wglądu. Jeśli dojdzie do tego, że złożysz u nas pierwsze

śluby zakonne, podejmę starania, aby zostały one

opublikowane jako książka, a nie jako reportaż dla twojego

szefa.

Zaczerpnęłam kurczowo powietrza, niezdolna

powiedzieć ani słowa. Serce zalała mi fala szczęścia – a więc

wolno mi zostać! Wielkie nieba, jak chętnie zostawałam! Nie

wypadało mi rzucać się matce Dominice na szyję. Czułostki

nie są mile widziane w klasztorze.

background image

Spokojnie i z chłodem góry lodowej przełożona

generalna przekazała dalsze polecenia dotyczące świątecznych

porządków i przygotowań. Z Oberammergau, bawarskiej

ojczyzny naszej siostry kucharki, przysłano prawdziwą

szopkę. Postarała się o to cała wioska. Wszystkie figury były

naturalnej wielkości, z ruchomymi elementami i w

oryginalnych regionalnych strojach. Jej ustawieniem miały się

zająć nowe postulantki, które o swoim szczęściu miały się

dowiedzieć po kapitule. Na razie zebrane razem siedziały na

pogaduszkach w refektarzu.

Jakże to wspaniałe odczucie – być nowicjuszką, nieco

starszym pokoleniem w klasztornej rodzinie!

Zaraz po zakończeniu spotkania pobiegłam do siostry

Gratii, która przebywała jeszcze w infirmerii, choć czuła się

nieco lepiej. Żadnej chorej nie wypuszcza się u nas zbyt

wcześnie z łóżka. Z radością wysłuchała mojego

sprawozdania, ciesząc się wraz ze mną, jakby chodziło o nią

samą.

- Gdybym tylko dotrwała – westchnęła nagle, a w jej

oczach pojawiła się obawa.

background image

- Siostro Gratio, takiej jak ty nie zwolnią, nawet gdybyś

była na wpół umierająca – pocieszyłam ją.

- Nie o to chodzi – wyjaśniła mi – ja też chciałabym

podjąć pracę na misjach. Zaraz jak przyjedziecie z lotniska,

przyjdź, proszę, do mnie i opowiedz mi, jak one wyglądają i

co wam opowiedziały, dobrze?

Obiecałam jej, że tak zrobię. Kiedy tylko wspomniało

się o pracy na misjach, zaraz płonęła zapałem, a nie bardzo

rozumiałam ten zachwyt.

- Pomyśl tylko, właśnie co do Mary Clara jest już

pewne, że pojedzie kiedyś na misje.

Gratia się uśmiechnęła.

- Myślę, że to najlepszy środek, aby pozbyć się pychy.

Kto nie zapomni na misjach o sobie, ten nie da sobie rady.

Ojciec Donatus często powtarzał te słowa.

- A co mogło skłonić Mary Clara do pozostania? –

dociekałam dalej. Ale Gratia położyła palec na ustach.

- Nie możesz się zaprzeć swojego powołania, Eileen.

Nie musimy też wiedzieć wszystkiego na temat naszych

bliźnich i powinnyśmy zostawić nienaruszone tajemnice

background image

duszy.

- Masz rację, Gratio! Muszę już iść, bo na dole

dzwonili! – Gratia w milczeniu sięgnęła po różaniec.

W drodze na lotnisko siedziałam dumnie w moim

białym dominikańskim habicie i welonie obok siostry Mary

Clara, pozwalając się obrzucać ciekawskim spojrzeniom

przechodniów zaglądających do wnętrza taksówki. Pewnie

myśleli, że jakieś siostry zakonne udają się w zamorską

podróż.

- Mary Clara – wyszeptałam – to straszne. Co by było,

gdybyśmy teraz miały polecieć do Hongkongu?

Ona potrząsnęła głową.

- Nic strasznego. Postanowiłam sobie, że odtąd zgodzę

się na wszystko, co tylko mnie spotka. Byłam taką

zarozumiałą gęsią. Dzięki twojemu przykładowi, siostro

Eileen, zwyciężył we mnie rozsądek. Mnie nigdy nie

przeszłoby przez gardło to, co ty powiedziałaś.

Zdziwiłam się.

- Ale przecież to była prawda! – odparłam zdumiona.

- No właśnie! – orzekła Mary Clara. – Postąpiłaś

background image

prawdziwie po dominikańsku, nawet nie wiedząc o tym.

Veritas – i dlatego zatrzymano cię w klasztorze – a mnie gratis

do tego.

Uścisnęłam jej dłoń.

- Jesteś szalona, Mary Clara!

Było to pomiędzy nami coś w rodzaju „wyznania

sympatii”. Z uśmiechem spojrzała na mnie. Na szczęście

siedząca z przodu obok kierowcy siostra Elżbieta nie słyszała,

o czym poszeptujemy, gdyż nie wolno było rozmawiać

pomiędzy sobą o żadnych sprawach wspominanych podczas

kapituły. Ale która nowicjuszka jest bez wad? W wypadku nas

obu była to szczególna okoliczność, gdyż należało oczyścić

zatrutą atmosferę.

Stałyśmy w ogromnej hali przylotów przyklejone do

siostry Elżbiety niczym płochliwe postulantki. Żeby tylko

przez pomyłkę nie wsadzono nas do wnętrza którejś z

potężnych międzykontynentalnych maszyn! Ktoś z personelu

naziemnego zagadnął siostrę Elżbietę.

background image

- Czy siostra pochodzi z konwentu St. Mary? Podawano

już wezwanie przez radiowęzeł. To nie ten samolot. Tu zaraz

będą witani dyplomaci. Współsiostry czekają w hali numer

cztery, o tam, po drugiej stronie.

Siostra Elżbieta spojrzała na nas wstrząśnięta. Jej

pociągła twarz jeszcze bardziej się wydłużyła.

- Nie zdradźcie przypadkiem u generalnej, że mnie –

starej profesce – zdarzyło się coś podobnego! Tak, tak,

wyobcowuje się człowiek ze świata, przebywając jedynie

pośród koni i krów. Żebyście mogły mnie widzieć dwadzieścia

lat temu, jak wylądowałam tutaj, przybywając z Polski, oj... –

teraz się wygadała.

- A do tego jeszcze uroczyście witana przez całą

arystokratyczną rodzinę, bo przecież jako hrabianka,

nieprawdaż, siostro Elżbieto? – zatryumfowałam. Zatkała

sobie uszy.

- Ani słowa więcej – trzy kroki od klasztoru i już

zapominamy o regule zakonnej. Szybko, żeby nasze pół-

Chinki nie zasnęły, czekając na nas.

Ruszyłyśmy ku wskazanej hali, gdzie bez trudu

background image

znalazłyśmy siostry odziane w czarno-białe habity. Prawie się

rozczarowałam. Twarze miały wprawdzie opalone, ale wcale

nie żółte, a także okrągłe oczy, podobnie jak większość

mieszkańców naszego kontynentu. Wydawało mi się, że

dziesięć lat pracy misyjnej pozostawi jakieś zewnętrzne ślady.

Szybko odebrałam siostrze Angeli ciężką walizę.

- Ostrożnie, moja mała – w środku są cenne filmy i

projektor. Dostałyśmy go od biskupa Hongkongu, żeby

urządzić interesujący wieczór.

Siostra Birgit, niska i korpulentna, trajkotała niczym

kołowrotek – z lekkim azjatyckim akcentem – z siostrą

Elżbietą. Obie przed wielu laty razem wstąpiły do

zgromadzenia. Na szczęście nie obowiązywało nas milczenie,

bo przecież byłoby to w tym wypadku nieludzkie. Ku memu

zdziwieniu obie misjonarki wcale nie były zmęczone czy

zdenerwowane. Opowiadały, że lot był dla nich prawdziwym

wypoczynkiem, a nawet udało im się zasnąć na parę godzin.

Jeszcze się okaże, że na misjach wcale nie jest tak strasznie!

W drugi dzień świąt, oglądając przygotowany dla nas

pokaz slajdów, musiałam kolejny raz zmienić zdanie!

background image

Miałyśmy za sobą wspaniałe święta, pełne ciszy i

spokoju. W Hongkongu nie było nic takiego, a jedynie dzień w

dzień ta sama wyczerpująca praca.

Wstrząśnięte oglądałyśmy nasze siostry w ogromnych

obozach dla uciekinierów, w szpitalnych salach, w ośrodkach

dla uzależnionych od opium, w ciasnych, hałaśliwych

bazarowych uliczkach, gdzie na chodnikach wegetowała

nędza, na dżonkach przeładowanych chorymi dziećmi, w

więzieniach i azylach dla emigrantów przybyłych z drugiej

strony granicy. Powoli docierało do mnie, dlaczego tak

gruntownie próbowało się nas, ostrożnie rozważając i badając

nasze zdolności, zanim wysłano którąś w obce, przeludnione

strony świata. Była to praca tylko dla mocnych charakterów.

My, młode, spuściłyśmy nieco z tonu.

Siostra Gratia mogła już wstać i obejrzeć z nami filmy.

- No i co – zaszeptałam do niej. – Wyleczyłaś się już z

chęci wyjazdu na misje?

Spojrzała na mnie zdumiona.

- Wręcz przeciwnie, to było raczej jak dolanie oliwy do

ognia.

background image

Nie pojmowałam tego. A przecież od obu sióstr, Angeli

i Birgit, szła jakaś magiczna siła. Ciągle oblegane były przez

ciekawe współsiostry. Musiały o wszystkim opowiadać, bo

wypytywano je o najdrobniejsze szczegóły. Siostra Betty

dowiedziała się, że mali Azjaci nie wyglądają zawsze jak

słodkie lalki, lecz cierpią na wiele ciężkich schorzeń,

najczęściej zaś na krzywicę i obrzęki głodowe. Mają także

wady podobnie jak wszystkie dzieci i zdają się jedynie dużo

cierpliwsze w znoszeniu cierpienia – wydaje się wręcz, że od

najmłodszych lat przeznaczone są ku temu. Serce siostry Betty

rozpłynęło się.

- Trzeba tam dostarczyć całe tony ryżu – zawołała –

żeby wszyscy mogli się najeść. Napiszę do moich rodziców,

żeby sprzedali dom i moją część przeznaczyli na misje w

Hongkongu.

Wszystkie siostry wybuchnęły śmiechem. Zawstydziłam

się, bo co ja mogłabym dać? Nie potrafiłam się zdobyć nawet

na to, żeby tam polecieć samolotem. Opanował mnie dziwny

niepokój, jakby w moim sumieniu utkwił oścień, którego nie

dało się już wyciągnąć.

background image

Siostry misjonarki pozostały pośród nas przez trzy

miesiące, a i tak opowiadaniom nie było końca. W drodze

powrotnej na lotnisko towarzyszyły im z kolei inne

nowicjuszki, siostry Betty i Gratia. Spośród całego nowicjatu

one dwie żywiły największe pragnienie pracy na misjach.

Kiedy powróciły, Gratia była dziwnie cicha i zamknięta

w sobie. Przez kilka dni unikała nawet mojego towarzystwa, a

ja myślałam, że tęskni za misjonarkami, do których bardzo się

przywiązała. Tęsknota nie jest rzadkością w klasztorach,

podobnie jak i przywiązanie sióstr do siebie. Ale pewnego

dnia – było to w marcu, zbliżała się kolejna rocznica mojego

wstąpienia do zgromadzenia – zobaczyłam, jak Gratia z

zaczerwienionymi od płaczu oczyma wychodzi z gabinetu

naszej przełożonej generalnej i serce uderzyło mi mocniej.

Co takiego zrobiła, że zasłużyła na naganę? Jak można

było przyprawić ją o łzy? Zdecydowana na wszystko

postanowiłam, że jeśli okaże się to konieczne, dotrę do matki

background image

Dominiki i będę kruszyć o Gratię kopie, bez względu na to, o

co chodziło. Minęło jednak parę dni, zanim zdecydowała się

powierzyć mi swoją troskę. Siostra Gratia – nasza dawna Clare

Nell – otrzymała pismo z wytwórni filmowej. Proponowano

nakręcenie filmu o misjach, w którym drugorzędne role miały

zagrać prawdziwe siostry zakonne.

Oferowano znaczną sumę, jeśli klasztor odda do

dyspozycji ludzi oraz materiał filmowy nakręcony w

Hongkongu. Ale matka Dominica chciała w tej kwestii

zasięgnąć najpierw opinii wizytatora biskupiego. Czyżby

odrzuciła Gratię jako aktorkę i wybrała kogoś innego?

Słysząc moje ciekawskie pytanie, natychmiast osuszyła

łzy.

- Miałaś nadzieję, że zagrasz główną rolę?

Zaczerwieniła się.

- Nie, Eileen. Nie chcę w ogóle występować. I nie

przeleję już nad tym ani jednej łzy. Martwi mnie tylko, że nie

będę mogła podjąć pracy na misjach – lekarz powiedział, że z

moją wadą serca nie zniosę ani klimatu, ani trudów. A

przecież przyszłam do dominikanek, żeby zostać misjonarką.

background image

Co można było powiedzieć?

- Może jeszcze wyzdrowiejesz – pocieszyłam ją

ostrożnie.

- Obym tylko nie rozchorowała się jeszcze bardziej –

pomyśl tylko, że usunie się mnie z powodu choroby. Przecież

jestem dopiero nowicjuszką.

Na samą myśl o tym dostałam białej gorączki.

- Niech tylko ktoś spróbuje! Bez ciebie nie zostaję ani

dnia dłużej.

Chwyciła mnie gwałtownie za rękę.

- Eileen, nie wolno ci w ten sposób mówić. Albo jesteś

tutaj ze względu na wolę Bożą, albo któregoś dnia poniesiesz

klęskę. Wolałabym, żebyś nie darzyła mnie taką sympatią...

Westchnęłam:

- Oj, Gratio, chyba jeszcze dotąd nie zrozumiałam, co to

tak naprawdę jest Boża miłość. Nigdy nie pomyślałabym, że

jedynie wyrzekające się wszystkiego umiłowanie pozwala

zakonnicy wytrwać. Potrzebuję wzoru, który mnie pociągnie, i

dlatego musimy pozostać razem.

- Nie, Eileen, każda z nas jest przykładem. Nie ja, tylko

background image

każda siostra profeska i nasze przełożone. Musisz uwolnić się

ode mnie, jeśli poważne są twe zamiary. Sercem i tak

pozostaniemy ze sobą związane.

Jak bardzo poważnie to powiedziała! Poczułam ukłucie

w sercu, ale zdawałam sobie sprawę, że poruszyła istotę

zakonnego powołania.

W następnych dniach nie miałyśmy czasu, żeby

porozmawiać na temat naszych osobistych trosk i radości,

ponieważ podobnie jak w roku ubiegłym zbliżała się

wizytacja. Tym razem wizytator biskupi zjawi się nieco

wcześniej, żeby omówić kwestie związane z pytaniem

wytwórni filmowej. Trochę obawiałam się ponownego

spotkania. Czy przełożona generalna powie mu o całej sprawie

związanej z moim wstąpieniem? Jak będę mogła wytrzymać

ciężar jego chłodnego, badawczego wzroku? Chyba lepiej

czułabym się, będąc w skórze Mary Clara.

Tym razem do robienia generalnych porządków

background image

oddelegowano mnie razem z siostrą Betty i wręcz byłam

szczęśliwa, mogąc się porządnie naharować. Nasze podłogi

lśniły takim blaskiem, że wizytator powinien chodzić na

szczudłach! Myślę, że na duchowe kryzysy nie ma lepszego

środka uspokajającego od solidnej pracy. W przeciwnym

wypadku spędziłabym pewnie kolejną bezsenną noc,

oczekując, aż nadejdzie wyznaczony dzień.

Z okna naszej celi dojrzałam, jak przed dom zajeżdża

czarna limuzyna, a następnie mała postać energicznym

krokiem pokonuje wejściowe schody. Poczułam się jak

dziecko w wieczór mikołajkowy.

- Gratia, zobacz – już przyjechał!

Nie okazywała ciekawości, ale dostrzegłam, że i ona jest

niespokojna. Nieco później zażyła swoje krople na serce –

wydawało mi się, że nawet więcej niż zwykle.

- Czym się denerwujesz, Gratio – przecież nic ci nie

zrobią! Pomyśl tylko o mnie, czarnej owcy.

- Eileen, w moim wypadku idzie o śmierć i życie. Jeśli

będę musiała opuścić klasztor... nie, lepiej o tym nie myśleć...

- Nie wmawiaj sobie niczego! A tak na marginesie, to z

background image

monsignore znakomicie się rozmawia, takie przynajmniej

miałam ostatnio wrażenie.

Ale mój głos nie brzmiał przekonująco.

Miałyśmy w tym roku tylko cztery postulantki, piąta

odeszła zaraz w drugim tygodniu, gdyż głowę miała nabitą

nierealnymi marzeniami.

Szybko więc przyszła kolej na nas. Nie można było

nawet odmówić całego różańca. Denerwowałam się, myśląc o

mojej przyjaciółce, która weszła przede mną – niemniej udało

mi się odmówić tajemnice bolesne, aż do ostatniego Zdrowaś.

Głęboko odczuwałam jego uspokajające działanie. To nie

tylko modlitwa, lecz także lekarstwo na uspokojenie nerwów

w naszych zabieganych czasach. To nasz dominikański

przywilej, żeby sięgać po niego niczym po koło ratunkowe w

każdej okoliczności życia. Chwytałam się każdego paciorka z

osobna...

Drzwi się otwarły, a w nich ukazała się bardzo blada,

lecz spokojna siostra Gratia – miała jeszcze na tyle siły, żeby

się uśmiechnąć. Nadeszła moja kolej.

- Jak tam, siostro Eileen – zapytał wizytator,

background image

uśmiechając się całą szerokością swego pomarszczonego,

ascetycznego oblicza. – Udało się przez ten rok zapoznać

bliżej z osobą i dziełem tak umiłowanego przez siostrę

Akwinaty?

Ależ on miał pamięć! Sprawiał wrażenie, jakbyśmy

rozmawiali zaledwie wczoraj. Ostrożnie usiadłam na samym

brzeżku krzesła, w każdej chwili gotowa do ucieczki. Drobny,

szczupły duchowny zdawał się odtwarzać w swojej pamięci

taśmę z rozmową sprzed roku, gdyż kiedy dałam mu

niezrozumiałą, zmieszaną odpowiedź, kontynuował życzliwie:

- Czyli nie podjęła siostra mojej propozycji wydawania

czasopisma o tematyce zakonnej. Przełożona generalna

zdradziła mi natomiast, że poleciła siostrze wydanie książki.

Mam nadzieję, że wkrótce otrzymam jej manuskrypt, gdyż

pewnie potrzebne będzie biskupie imprimatur. Muszę

przyznać, że pomysł mi się podoba, gratuluję.

Patrzyłam na niego bez słowa. Czyżby potrafił tak

dobrze ukrywać swoje myśli i odczucia – czy też matka

generalna nie powiedziała mu, w jaki sposób doszło do

podjęcia tej decyzji?

background image

W rzeczy samej, nie przejmując się zbytnio moim

zmieszanym milczeniem, mówił dalej:

- Właśnie dominikanki powinny głosić Chrystusa na

wszelkie możliwe sposoby. I sama siostra widzi, że

wykorzystuje się talenty, zamiast je zakopywać. To także

przynależy do zadań misyjnych waszego zgromadzenia.

Dobrze, że przełożeni pomyśleli o zleceniu siostrze tego

obowiązku.

Spuściłam szybko oczy – nie, matka Dominica niczego

nie zdradziła, nie powiedziała ani słowa na temat tego, co

swego czasu zdarzyło się w kapitularzu. W sercu poczułam

wobec niej wdzięczność, nie mogąc prawie uwierzyć swemu

szczęściu. Tymczasem monsignore usiadł nieco wygodniej na

krześle i złożył ręce, jakby miał zamiar pogrążyć się w

rozmyślaniu i nie potrzebował moich odpowiedzi.

- Siostro Eileen, powiedziała mi siostra przed rokiem, że

myśl o misjach nie odegrała żadnej znaczącej roli w momencie

podejmowania decyzji o wstąpieniu do zgromadzenia. Przed

chwilą rozmawiałem z jedną ze współsióstr, która wiązała

wielkie nadzieje z pracą misyjną. Myślę, że nie naruszam w

background image

tym wypadku tajemnic duszy. Siostra pewnie wie o

wszystkim?

Dobrze, że nasza rozmowa dotknęła tematu Gratii.

Zaraz odetchnęłam.

- Zgadza się, czcigodny księże. Chce bardzo udać się do

Hongkongu i wydaje mi się, że w całym konwencie nie ma

bardziej gorliwej misjonarki.

Uśmiechnął się poruszony taką wylewnością i łatwo

domyślił bliskości serc.

- Możliwe, że tak jest – ale niestety, roztropność nie

pozwala nam na to, aby posłać siostrę Gratię na misje. Jej

delikatne zdrowie nie zniosłoby trudów tej pracy – poza tym

nie poznała jeszcze głębin swojej duszy – jest stworzona do

kontemplacji. Czy też może jest siostra innego zdania?

Zdumiałam się – czyżby się ze mnie nabijał? Nie, on

naprawdę liczy się z moim zdaniem, jakaż znajomość ludzkiej

natury! Oczy rozpromieniły mi się radością.

- Wielebny księże, dopiero dzięki Gratii pojęłam, co to

jest medytacja. To jej zawdzięczam, że chwile porannego

rozmyślania stały się dla mnie – proszę wybaczyć moją

background image

zbytnią wylewność – prawdziwym klejnotem od Boga, bez

którego nie mogę się już obejść.

- Tak, to bardzo ważne dla osób, które mają być kiedyś

aktywne. Co do siostry Gratii, to sprawa wygląda w ten

sposób, że resztę życia będzie musiała spędzić tutaj – nie

usuniemy jej z klasztoru. Coś takiego zdarza się jedynie w

wypadku niebezpiecznej, zakaźnej choroby i w interesie

zdrowia pozostałych sióstr. Ale o tym siostrze wiadomo?

Zaczerwieniłam się. Czyżby dysponował szóstym

zmysłem? Właśnie tym się martwiłyśmy, a ja w duszy

złorzeczyłam wszystkim przełożonym zakonnym, którzy mieli

zamiar odsyłać chore siostry do domu.

- Tak, monsignore. Słysząc o zwolnieniach w świecie z

powodu choroby, czasami zapytywałam siebie, czy dałoby się

tego uniknąć. Cieszę się, że siostrze Gratii oszczędzono tego

bólu.

Wizytator spuścił wzrok, a jego drobne, szczupłe palce

przewracały leżące na stole luźne kartki papieru, jak gdyby

czegoś szukając. Czyżby wystawiał mnie teraz na próbę?

- Proszę mi wierzyć, siostro, że roztropni przełożeni

background image

zastanawiają się nieraz nad podjęciem takiego kroku. Nie jest

on także aktem samowoli, lecz konieczną i zaakceptowaną

przez władzę kościelną decyzją. Nikt nie byłby zadowolony,

gdybyśmy lekkomyślnie pozostawiali w konwencie ciężko

chore siostry mogące narazić na szwank zdrowie pozostałych

zakonnic. Również i dla samych zainteresowanych jest

znaczną ulgą, że w cierpieniu nie muszą być związane regułą

zakonną.

Było to zrozumiałe, ale i tak jedna myśl nie dawała mi

spokoju. Powiedziałam więc:

- Czy ktoś, kto ciałem i duszą czuje się powołany do

życia zakonnego, nie załamie się, będąc zmuszonym

podporządkować się takiej decyzji?

Milczał przez chwilę, po czym odparł:

- Myślę, że dopiero wtedy widać, czy taka osoba

nauczyła się w klasztorze wyrzeczenia samego siebie! Poza

tym orientuje się siostra pewnie, że po powrocie do zdrowia

zakonnica ma szansę na ponowne wstąpienie. Natomiast jeśli

zachoruje siostra profeska, to oczywiste, że nawet w wypadku

najcięższej choroby nie ma mowy o zwolnieniu. Wtedy,

background image

podobnie jak w rodzinie, trzeba dzielić radości i smutki,

choroby i cierpienia. Tylko dokąd kandydatka przechodzi

okres próby i przygotowania, utrata zdrowia może być

powodem – oczywiście zachowując delikatność w obejściu i

miłość – odesłania jej do życia w świecie.

Odsunął na bok leżące przed nim papiery.

- Ale jak już powiedziałem, w wypadku wspomnianej

współsiostry sprawy się mają na szczęście nieco inaczej. Mogę

sobie nawet wyobrazić, że z tym większą radością zniesie swój

los niemożności wyjazdu na misje, jeśli kiedyś dane jej będzie

przeżyć, gdy inna siostra, która dotąd niechętnie myślała o

pracy poza krajem, zrobi to w jej miejsce.

Podniósł się energicznie z miejsca.

- Ale to jest sprawa łaski, której nikt nie może wymusić.

Cieszy mnie, siostro Eileen, że ma siostra właściwe pojęcie o

życiu zakonnym.

Skąd ten wniosek? Nieco zakłopotana wstałam również

– rozmowa dobiegła końca. Nagle odwróciłam się z

powrotem.

- Monsignore – proszę mi udzielić błogosławieństwa.

background image

- Chętnie!

Uklękłam, a on oszczędnym, surowym gestem sprosił

na mnie pełnię darów Trójcy Świętej. Musnęło mnie serdeczne

spojrzenie jego zwykle tak przenikliwych, trzeźwych oczu.

Kryła się w nich zachęta – do czego? Zdumiona swoją własną

reakcją wyszłam na korytarz, nie wiedząc wtedy nawet, skąd

mi się to wzięło, że poprosiłam go o błogosławieństwo. Do

czego potrzebowałam siły, wiem dopiero dzisiaj, kiedy kończę

sporządzanie moich zapisków.

Wieczorem tego bogatego w wydarzenia dnia znowu

zobaczyłyśmy wizytatora. Odprawił dla nas krótkie

nabożeństwo misyjne i wygłosił krótką homilię. Wydawało mi

się, że pośrednio zwraca się w niej do siostry Gratii i do mnie.

Swoim wyglądem diametralnie różnił się od ojca Donatusa.

Drobny, szczupły, prawie niewidoczny – a przecież płonący

gorliwością. Chciałabym powtórzyć tylko te słowa z jego

przemowy, które dotknęły mnie najbardziej – chodziło o

misje:

- Gdybyście mnie zapytały, drogie siostry, czego

najbardziej potrzebuje misjonarz w Azji czy też w innej części

background image

świata, to z pewnością nie wymienię w pierwszym rzędzie

niezbędnego ekwipunku ani trzosa z koniecznymi dewizami

mającymi pomóc w sfinansowaniu budowy stacji misyjnej, ani

też pomocy humanitarnej innych krajów oraz Papieskiego

Dzieła Misyjnego. Choć to wszystko jest ważne,

najistotniejsze i najważniejsze dla misjonarza jest i pozostaje

umiłowanie dusz. Jedynie z tą miłością wysłał nasz Pan

swoich apostołów, kiedy powiedział, aby nie brali w drogę

dwóch sukien, dwóch par sandałów ani trzosa z pieniędzmi. W

drogę ruszyli w Jego imię i w Jego miłości. Dlatego też proszę

was, czcigodne siostry, abyście nigdy nie nabrały błędnego

przekonania, że wasze współsiostry, pracujące aktywnie na

misjach i dokonujące tam rzeczy zdumiewających, są lepszymi

narzędziami w ręku Boga niż te, które muszą pozostać tutaj, w

klasztorze.

W tym momencie dostrzegłam, że patrzy na Gratię. Ona

pochyliła się ku przodowi, jak gdyby musiała odczytać

następne słowa z jego warg. Patrzył na nią, kończąc zaczętą

myśl:

- Kiedy więc którejś z sióstr wypadnie przez całe życie

background image

pełnić tutaj, przy ołtarzu, straż modlitewną – w duchu gorącej

miłości ku pracy misyjnej, lecz nie przykładając do niej

bezpośrednio ręki – bądźcie pewne, że przez ten cały czas

może dokonać znacznie więcej, niż komukolwiek z nas

mogłoby się wydawać. Mała święta Teresa nie wyjechała

nigdy na misje, a przecież Ojciec Święty uczynił ją patronką

dzieła misyjnego – właśnie z powodu wielkiej miłości do dusz.

Jeśli więc miłość jednej współsiostry będzie rozsiewała iskry,

które zapalą świat, będzie to jedno z największych dzieł,

których może dokonać dla Królestwa Bożego. Nie da się tego

siania ziaren miłości odłączyć od prawdy, lecz trzeba się nimi

dzielić, aby być szczęśliwym.

I w tym miejscu – kiedy poruszona patrzyłam przed

siebie, ponieważ serce zabiło mi mocniej – nagle zmienił ton i

w przypływie dobrego humoru dodał:

- Niech jednak żadna z was nie odniesie błędnie moich

słów do apostolatu dobrych czynów, pisząc w następnym liście

do domu, że nie jest już konieczne składanie ofiar

materialnych, gdyż najważniejsza jest miłość. Nie, moje

siostry – przypominam wam o tym, że Pan kilkakrotnie

background image

nakarmił głodnych, ale najpierw połamał się z nimi chlebem

słowa Bożego. Święty apostoł Jakub z chłodną i sceptyczną

rzeczowością stwierdza, że na nic się nie przyda, jeśli ktoś do

nie mającego odzienia lub codziennego chleba – powie, „idź w

pokoju, ogrzej się i najedz do syta”, a nie da mu tego, czego

koniecznie potrzebuje dla ciała. Tak więc jedno jest istotne,

podobnie jak i drugie. Musimy więc zgodzić się ze świętym

Pawłem, że bez miłości niczym są nawet największe dzieła

miłosierdzia co do ciała. Miłość ma pierwszeństwo we

wszystkim.

Kolejny więc raz wyrażam moją radość z tego, że ta czy

inna siostra składa Bogu w ofierze przewyższającą wszystko

miłość, i proszę was, abyście w tym duchu nigdy nie mówiły i

nie myślały wyniośle o zakonach kontemplacyjnych. W

waszej rozmównicy, drogie siostry, wisi bogaty w symbole

obraz Marii i Marty. Nie rozdzielajcie ich samowolnie, gdyż

przynależą do siebie, służąc Panu, każda na swój sposób.

Niechaj mi będzie wolno udzielić wam błogosławieństwa w

imieniu naszego biskupiego pasterza!

Siostry uklękły. Milcząc, spojrzałam ku siostrze Gratii.

background image

Jej policzki były wilgotne, ale twarz uśmiechnięta. Poczułam

wielką ulgę, jak gdybym znała już rozwiązanie wszystkich jej

trosk. Na razie jednak trzymałam je w sercu.

Dopiero kiedy byłyśmy same, w naszej przytulnej,

małej celi, odwróciłam się do niej i powiedziałam:

- Siostro, już ostatni raz łamię nakaz milczenia. Nie

odzywaj się też ani słowem, żebyś nie musiała oskarżać się

podczas kapituły. Gratio – jutro poproszę przełożoną

generalną, aby mnie przygotowano na wyjazd do Hongkongu.

Moja współsiostra uniosła się powoli na łóżku i w

świetle księżyca zobaczyłam, że błyszczą jej oczy. Chciała coś

powiedzieć, ale tylko zadrżały jej wargi. Nagle wstała,

podeszła do mnie i pocałowała w czoło, obejmując mocno

rękami moją głowę.

- Amen! – wyszeptała uszczęśliwiona. W jej wypadku

nie było to wykroczenie przeciwko regule, lecz modlitwa, a w

klasztorze zawsze można się modlić. Później, spędzając razem

rekreację, wyraziłam jej moje uznanie, że tak chętnie

pogodziła się ze swoim losem. Kolejny raz w jej oczach

zamigotało to światło, które zwykło się w nich pojawiać, gdy

background image

widziało się ją pogrążoną na modlitwie w kaplicy.

- Siostro – powiedziała bez patosu – w życiu każdego z

nas są chwile, w których prosi się Ojca, aby odsunął czekający

kielich, ale jeśli nie jest to możliwe, niech się dzieje Jego

wola.

Zrozumiałam, że Gratia znalazła drogę pełnego

zjednoczenia z Panem i zachowa pokój serca, cokolwiek się

stanie...

Ostatnie akapity moich notatek zapisuję trzy dni przed

złożeniem moich pierwszych ślubów zakonnych. Minęło sporo

czasu. Przez dwa lata intensywnie przygotowywałam się do

wyjazdu na misje. Zaraz po tym, jak w tym uroczystym dniu

ozdobi się nam welon wieńcem róż, już jako profeski, razem z

siostrami Betty, Dolly i Mary Clara, zajmiemy miejsca w

samolocie relacji Chicago–Hongkong. Wraz z nami polecą

filmowcy, gdyż wszystko troskliwie przygotowano, aby

powstał prawdziwy i rzetelny film o tematyce misyjnej. Mary

background image

Clara zagra w nim jedną z głównych ról. Dowiedziała się o

tym dopiero wczoraj i przyjęła tę wiadomość zupełnie

spokojnie. Ostatnie lata trudziła się nad tym, aby pozbyć się

przerośniętej ambicji. Dlatego też zasłużyła sobie na tę

niespodziankę. Aż do końca gotowa była pracować na misjach

jako prosta misjonarka prowadząca dziecięcy chór. A ja? Cóż,

zostawiam moją książkę. Biskup ją przejrzy, a potem niech

opowie ona czytelnikom o moich przygodach. Mój szef musiał

się pogodzić z faktem, że nigdy jej nie opublikuje. Przyjechał

nawet do St. Mary, aby przekonać się o tym, że pozostaję w

klasztorze, kierując się powołaniem. Nie poznawałam go. Był

jak ogłuszony. Przegrał na całej linii. Potem jednak zdobył się

na wspaniałomyślny gest: obiecane mi honorarium ofiarował

jako „pokutę” na rzecz naszej misji. Opuścił klasztor

poruszony i zamyślony.

A co ze mną? Czy obrałam właściwą drogę? Mogę tylko

ciągle powtarzać: jestem szczęśliwa. Do mojego bagażu

zalicza się także niewielka książeczka z cytatami ulubionego

dominikańskiego świętego: Tomasza z Akwinu. Jeden z nich,

background image

ten, który tak mnie zafascynował już przy moim

„nieproszonym” wstąpieniu do konwentu, wieńczy jej

pierwszą stronę i całe moje życie: „Największym

dobrodziejstwem, jakie można wyświadczyć człowiekowi, jest

odwiedzenie go od błędu i poprowadzenie ku prawdzie”.

Dopiero pełnia prawdy doprowadziła mnie ku pełni

miłości...

background image


Document Outline


Wyszukiwarka

Podobne podstrony:
Klauzura Wstęp wzbroniony Consilia Maria Lakotta ebook
Klauzura Wstęp wzbroniony Consilia Maria Lakotta ebook
Kuszenie w Chikaldzie Consilia Maria Lakotta ebook
NIEUPOWAŻNIONYM WSTĘP WZBRONIONY
199810 wstep wzbroniony
2014 08 18 Heretykom wstęp wzbroniony
Maria, A Malczewski WSTĘP BN
Malczewski A , Maria (Wstęp BN, oprac R Przybylski)
SI wstep
Zajęcie1 Wstęp
Wstęp do psychopatologii zaburzenia osobowosci materiały
układ naczyniowy wstep
ZMPST Wstep
Dekalog 0 wstęp
1 WSTEP kineza i fizykot (2)
01 AiPP Wstep

więcej podobnych podstron