background image

Szczepan Twardoch

Obłęd rotmistrza 

von Egern

Fabryka Słów

Lublin 2005

background image

.

background image

        Pod ruiny podeszli jedyną drogą - od południa, konie i tak musieli zostawić niżej. Nie  

mieli szans zdobyć zamku jednym szwadronem. Huzarzy byli dobrymi żołnierzami, ale tutaj 

trzeba by samobójców, kawalerzyści zaś kochali swego dowódcę właśnie za to, że nie kazał 

im umierać na próżno.

Dowodzący   szwadronem   rotmistrz   zablokował   tę   jedyną   drogę,   wiedział,   że 

powstańcy są zbyt wyczerpani, aby robić jakieś wycieczki. Poza tym, nie mieli dokąd się 

przebijać. Tak naprawdę to już nie była wojna, po bitwie pod Aigey powstanie skończyło się, 

definitywnie i zupełnie. W bitwie wygranej karnymi szeregami grenadierów, lekka kawaleria, 

w tym szwadron jego huzarów, nie odegrała żadnej roli - po wszystkim wysłano go w pościg, 

dorzynać niedobitków. I tak to trwało, już kolejny miesiąc.

Joachim   von   Egern   został   oficerem   kawalerii,   aby   w   szalonym   galopie   rozbijać 

szeregi   bagnetów,   a   stał   się   gończym   psem,   szczutym   na   wydającego   ostatnie   tchnienie 

zwierza.   I   tak   nie   było   to   najgorsze   z   zadań,   jakie   przyszło   mu   wypełnić;   nie   raz   jego 

szwadron ganiał po lesie żołnierzy spod własnych sztandarów. Łapał dezerterów i, zazwyczaj, 

jego   huzarzy   jechali   złowieszczo   po   bokach   i   z   tyłu   długich   kolumn   liniowej   piechoty, 

odbierając infanterii nadzieję na szczęśliwą ucieczkę. Nienawidzili ich za to, on odwdzięczał 

się piechocie podobną nienawiścią. Huzarzy również nie przepadali za pracą gończych psów, 

ale pełnili swoją służbę sumiennie. Kiedyś dziwił się tej sumienności. Sądził, że jego ludzie, 

podobnie jak on, pragną wojny. Wojny jako próby charakterów, wojny jako symfonii męstwa i 

odwagi.   Jednak   pierwsza   bitwa,   w   której   widzieli   dywan   trupów   z   regularnym   wzorem 

niebiesko-żółtych   mundurów   piechoty,   upstrzonych   czerwonymi   kontrapunktami   krwi, 

przekonała ich, że gonienie po lasach dezerterów nie jest najgorszym, co mogło ich spotkać.

Większość żołnierzy Joachima siedziała w siodle, zanim jeszcze dobrze nauczyła się 

chodzić.   Jego   szwadron   w   bitwie   pod   Maygaroszag   przeszedł   przez   pułk   kirasjerów, 

zostawiając za sobą puste siodła i kaski, walające się po zrytym kopytami polu. To dzięki 

swoim Madziarom do galowego munduru mógł założyć na szyję gwiazdę na czterokolorowej 

wstążce, spoczywającą obecnie w kufrze. Lecz teraz znów byli gończymi psami i używali 

raczej arkana, niż szabli.

Rotmistrz   Joachim   von   Egern   kochał   wojnę,   pokochał   ją   dzięki   młodzieńczym 

lekturom   i   opowiadaniom   ojca.   Kochał   ją,   obcując   od   dzieciństwa   z   heroiczną   historią 

swojego rodu, opowiedzianą w panopliach, wiszących na murach rodzinnego domu - starych, 

przykurzonych   i   pordzewiałych   szablach,   pistoletach,   pancerzach,   broni   zwycięzców   i 

zwyciężonych. Trofea, wiszące razem z orężem ich zdobywców. Nikt już nie wiedział, co 

background image

należało do pradziada, co do jego wroga. Joachim kochał tę wojnę. Nienawidził zaś tej, w 

której przyszło mu brać udział. Nienawidził zadań, jakie musiał wykonywać. I powstańców, 

za to, że mimo absolutnej klęski nie chcieli się poddać. Póki mogli, uchodzili przed nim z 

desperacją, ale też szybko, zacierając wprawnie ślady, jakby mieli cel tej ucieczki, miejsce, w 

którym zdołają się schronić - chociaż wiedzieli dokładnie, że te góry to matnia. Nienawidził 

ich, bo wybrali tak dobre miejsce do obrony.

W ruinach schroniło się ich czterdziestu, zabiedzonych, rannych, z resztkami amunicji, 

i około trzech setek cywilów, przede wszystkim kobiety i dzieci. Ich synowie, mężowie i 

ojcowie spoczęli pod cienką warstwą ziemi, nieopodal Aigey, Negg, Maygaroszag, i wielu 

innych   jeszcze   mieścin   czy   wiosek,   których   nazw   nikt   nie   pomni.   Joachim   nienawidził 

powstańców - widział, co zrobili z jego rodakami w stolicy, wiedział, czym stanie się jego 

ojczyzna bez południowych portów - ale nie mógł odmówić im męstwa i determinacji, nie 

mógł ich odmówić całemu temu narodowi.

Powstańcami   dowodził   młody,   osiemnastoletni   chłopak,   książę,   jak   mówiono. 

Joachim zaproponował mu przez posły, że wypuści kobiety i dzieci z ruin, niech idą wolni. 

Ten dumnie odpowiedział, że nie jego wolą jest zatrzymywać te biedne niewiasty. Jeżeli chcą, 

mogą odejść, ale żadna nie chce, bo twierdzą, że lepiej im zginąć tutaj, wiążąc swym mężom 

bandaże, niż zdać się na łaskę psa. Rotmistrz dwa dni stał, nie wiedząc, co dalej czynić.

Droga do ruin była wąziutką ścieżką w skale, dawni budowniczowie fortecy wiedzieli, 

co   robią   -   dziesięciu   strzelców   mogło   bronić   się   tutaj   przed   setkami,   czy   tysiącami, 

oczywiście, przy dostatecznej ilości amunicji. Powstańcy nie mieli jej za dużo, ale na pewno 

więcej, niż Joachim ludzi, a strzelali świetnie. Sprawę mogłaby rozwiązać artyleria, jego 

szwadron   prowadził   dwa   lekkie,   górskie   działka,   jednak   tej   nie   chciał   użyć,   nie   zwykł 

bowiem strzelać do kobiet. Nie mógł też po prostu wziąć ruin szturmem, bo woltyżerskie 

zdolności jego huzarów były tutaj na nic. Gdyby pobiegli wszyscy, jak piechota, do ataku, 

paru może dobiegłoby do murów, dosłownie kilku. Joachim znał matki swoich żołnierzy, 

dlatego nie chciał, żeby umierali niepotrzebnie.

Po dwóch dniach siedzenia na kamieniu i tępego przyglądania się zarysowi murów i 

zatkniętej  na nich  dumnie  chorągwi - symbolowi  uporu i wierności  sprawie  przegranej  - 

Joachim podjął decyzję. Włożył galowy mundur, kazał zawiązać białą flagę na drążku, zabrał 

dwóch swoich ludzi i poszedł. Cały jego rozsądek krzyczał, że należy posłać z wiadomością 

żołnierza, że przecież powstańcy, zabijając go, pozbawią oddział dowódcy. Jednak za nic miał 

rozwagę, co sam uświadamiał sobie z niejakim zdziwieniem. Stanął pod dziurą w murze, 

która kiedyś była bramą i wrzasnął, że chce rozmawiać z komendantem. Sądził, że jeżeli 

background image

usłyszy odgłos spalanej podsypki, poprzedzający wystrzał, zdąży uskoczyć. Wytężał więc 

słuch, wyczekując tego dźwięku. Nic jednak takiego się nie stało.

Po kilku chwilach wyszedł ku niemu młody chłopak, wysoki, szczupły i piękny. Miał 

kruczoczarne,   długie   włosy,   jak   większość   mężczyzn   tutaj,   ale   cerę   jaśniejszą,   rysy 

szlachetniejsze   od   współbraci.   Trzymał   się   prosto   i   dumnie,   jego   postawa   wspaniale 

harmonizowała   ze   strojem,   który,   pozbawiony   orientalnego   przepychu,   był   romantyczną 

mieszanką mody tutejszej i munduru wojskowego. Lewą dłoń opierał na huzarskiej szabli, 

takiej samej, jak szabla Joachima. Widząc spojrzenie rotmistrza, chłopiec przygładził ledwie 

widoczne wąsy i powiedział:

- Jest u nas taki zwyczaj, że mężczyzna zatrzymuje na całe życie pierwszą broń, jaką 

własnoręcznie zdobył na wrogu. Ten, któremu zabrałem tę szablę nosił taki sam mundur, jak 

ty,  panie. Skręciłem mu kark, kiedy miałem szesnaście lat. Po co tu przyszedłeś, ułanie, 

dlaczego nie atakujesz? Nie możemy się układać. Poddać się nie zamierzamy, zaś nic innego 

nie mam do zaoferowania.

- Jestem huzarem, nie ułanem. Nie atakuję, bo nie zwykłem palić z armat do kobiet i 

dzieci. Przyszedłem powiedzieć ci, książę...

- Skąd wiesz, żem z książęcego rodu?

- Tak słyszałem, ale wcale nie jestem tego pewien. Przyszedłem powiedzieć, że tylko 

tchórz albo dziecko chowa się za plecami kobiet. Dlatego nie jestem pewien, czy mam do 

czynienia z księciem, czy z dzieckiem, czy tchórzem...

Młodzieniec chwycił rękojeść szabli, wyciągnął ją na parę cali z pochwy, lecz kiedy 

spostrzegł, że Joachim trwa w niezmienionej pozycji, zatrzymał się, chwilę pozostał z klingą 

na poły wysuniętą, patrząc przeciwnikowi w oczy. Kiedy ten wytrzymał spojrzenie, chłopiec z 

trzaskiem schował ostrze, zacisnął usta i bez słów odwrócił się i zniknął za murem.

Następnego dnia, nad ranem, Joachima zbudził wartownik, meldując, że od zamku 

przyszedł powstaniec z listem. Książę wyzwał rotmistrza na pojedynek.  Następnego dnia, 

rano, u podnóża góry, szable, konno.  Joachima nie zdziwiło, że młodzik chciał walczyć w 

siodle - taki był zwyczaj w tym kraju. Decyzja o pójściu samemu do ruin była szalona, lecz 

rzeczywistość podołała temu szaleństwu.

Rotmistrz stawił się przed czasem, ćwierć mili od obozu. Pojechał samotrzeć, z Atillą i 

Imre Orszaghami - braćmi, jedynymi w jego oddziale, których uważał za szlachtę. Nie mieli 

państwowego   patentu,   ale   pochodzili   ze   szlacheckiej,   choć   zubożałej   rodziny,   i   to   mu 

wystarczało.  Po chwili od ruin  zjechał młody komendant z  jednym towarzyszem, siwym 

starcem.  Joachim z podziwem przyglądał się, jak mistrzowsko książę prowadzi  konia po 

background image

arcytrudnej ścieżce. Gdy stanął obok nich, rotmistrz rzekł:

- Zanim zaczniemy się bić, musimy ustalić pewne sprawy.

- Owszem.

- Nasz pojedynek nie będzie zwykłą sprawą honorową - będzie sądem bożym. Zamiast 

szafować życiem naszych żołnierzy, którym nasze spory są obojętne, postawimy na szali 

nasze żywoty, książę.

-   Wiem,   panie.   Obraziłeś   mnie   zbyt   nieudolnie,   żebym   mógł   przypuszczać,   że 

uczyniłeś to z intencją ubliżenia. Nie żywię urazy, co najwyżej czuję rozbawienie. Mogłeś, 

panie, powiedzieć od razu, o co chodzi, zamiast stosować śmieszne wybiegi.

- A zatem jeśli zwyciężysz, książę, dwaj moi obecni tutaj podoficerowie jeszcze dziś 

zwiną obóz i odprowadzą stąd mój szwadron. Będziecie mogli odejść nie niepokojeni, dokąd 

zechcecie.

- Dobrze. A jeżeli tobie los będzie sprzyjał, panie, jakie są twoje warunki?

- Tuszę, że obecny z tobą człowiek jest człowiekiem honoru?

- Owszem, to mój stryj, szlachetny Pavelić.

- A zatem, jeżeli ja zwyciężę, złożycie broń - a ja traktował was będę jak jeńców 

wojennych,  i  swoim słowem  ręczę,  że  przez  innych  tak  potraktowani  będziecie.  Ponadto 

zatroszczę się o los tych nieszczęsnych kobiet... Mam nadzieję, że rozumiesz brak proporcji 

tutaj, mój książę.

- Naturalnie, to wynika z sytuacji, że tak powiem, taktycznej. Jestem w stanie go 

zaakceptować. Mam jeszcze prośbę. Obiecaj mi, panie, że jeżeli mnie zabijesz, zajmiesz się 

moją siostrą. Stryj  Pavelić, jedyny jej, poza mną, opiekun pójdzie do niewoli, a ona nie 

zniosłaby   hańby,   która   niechybnie   stanie   się   jej   udziałem,   jeżeli   pozostanie   bez   męskiej 

opieki.   Możesz   ją,   jeśli   ci   się   spodoba,   poślubić,   panie,   lub   wydać   za   jakiegoś   zacnego 

szlachcica. Kiedy wojna się skończy, wskaże ci miejsce, gdzie zakopany jest skarb, który 

wystarczy na jej posag.

Joachim zaniemówił. Przyzwyczaił się już, że kobiety traktuje się tutaj inaczej niż w 

Cesarstwie - ale swatanie go z siostrą człowieka, którego zamierzał zabić wykraczało poza 

kategorie, w jakich zwykł rozumować. Książę, dostrzegając jego konfuzję, powiedział:

-   Widzę,   panie,   że   zdziwiła   cię   moja   prośba.   Wiem,   że   w   waszym   kraju   panują 

odmienne obyczaje, ale pozwól, że uzasadnię to w następujący sposób: dając sobie pola, 

przyznajemy   sobie   nawzajem   wartość,   zgadzamy   się,   co   do   naszej   równości   i   honoru. 

Walcząc ze sobą, stajemy się braćmi. Oddaję ci moją siostrę, panie, bo z chwilą, w której 

mnie zabijesz, zostaniesz jedynym godnym tego człowiekiem. A zatem, czy się zgadzasz?

background image

Joachim   milczał   przez   chwilę.   To   wszystko   miało   sens.   Wreszcie   skinął   głową   i 

powiedział:

- Zgadzam się. Zatem, bijmy się.

- Jeszcze chwila, wydam jeno dyspozycję szlachetnemu Pavelićowi.

Książę   przemówił   do   stryja   w   swoim   języku,   parę   zdań   zaledwie.   Starzec   długo 

patrzył   na   chłopca,   potem   spojrzał   na   Joachima,   pokręcił   głową.   Odmawiał.   Dowódca 

powstańców podjechał bliżej do niego, wyciągnął zza pasa buławę, podetknął ją stryjowi pod 

nos i warknął coś z wściekłością. Stary z widomą niechęcią wygrzebał spod grubej koszuli 

duży, złoty, wysadzany klejnotami krzyżyk, zawieszony na rzemieniu, chwycił go między 

kciuk   i   palec   wskazujący   prawej   ręki   i   głośno,   uroczyście,   wymówił   słowa   przysięgi, 

niezrozumiałe dla Joachima. Schował krucyfiks, z pietyzmem zawiązał rzemyki koszuli i 

oskarżycielskim gestem wskazał na rotmistrza, na co książę jeszcze bardziej kategorycznym 

gestem wskazał na niebo i wyrzucił z siebie kilka ostrych słów. Stary pochylił głowę.

- Zrobi, co mu nakazałem - powiedział młody komendant.

- Nie wątpię - rzekł huzar, ściągając kurtkę.

Joachim   pozostał   w   koszuli,   książę   obnażył   tors   -   miał   wiotką   klatkę   piersiową 

nastolatka.   Dosiedli   koni.   Huzar   podjechał   do   swego   przeciwnika,   podali   sobie   prawice. 

Rotmistrz dostrzegł w oczach młodzieńca coś, co mogło uchodzić za sympatię. Rozjechali się, 

oddalili się od siebie na strzał z pistoletu. Koń powstańca, piękny hiszpański ogier, czuł chyba 

nadchodzącą walkę, tańczył i parskał. Joachim podciągnął popręg, dobył szabli. Przełożył 

nadgarstek przez temblak, wodze okręcił wokół lewej ręki, przeżegnał się rękojeścią, machnął 

parę   razy,   niby   ścinając   głowę   nieistniejącego   piechocińca   i   zasalutował   przeciwnikowi. 

Widząc, że ten również jest gotowy, ścisnął łydkami wierzchowca. Książę uczynił podobnie. 

Po paru krokach kłusa ruszyli ku sobie galopem.

Joachim rozkoszował się pędem. Odchylony, z prawą ręką swobodnie opuszczoną, 

wyglądał,   jakby   zapomniał   o   celu   tej   galopady.   W   ostatniej   chwili   wzniósł   szablę,   ciął 

pierwszy. Chłopiec odbił cios, po czym rozdzielił ich impet zderzenia. Zawrócili. Joachim, z 

rozwianymi   długimi   włosami,   z   oczami   półprzymkniętymi   z   rozkoszy,   sprawiał   wrażenie 

szaleńca. Zwarli się ponownie. Konie poszły młyńcem, szable na przemian cięły i odbijały 

cięcia. Po kilku minutach gwałtownej wymiany ciosów, książę już wiedział na pewno to, co 

podejrzewał od samego początku - huzar był od niego o niebo lepszym szermierzem.

Być może Joachim nie miał tak dobrych nauczycieli - ale tuzin lat więcej na karku, 

tuzin lat spędzonych w siodle z szablą w ręku dawało mu ogromną przewagę, którą sam 

Joachim również dostrzegał. Gwałtownie osadził konia, pochylił się za łbem i ciął od dołu, 

background image

potężnie, długim, przeciągniętym, głębokim chlaśnięciem przez brzuch, pierś, aż po ramiona. 

Chłopiec nawet nie próbował się zasłonić, nie widział cięcia, które rozpłatało gładką skórę 

jego torsu szeroką bruzdą. Broń wypadła mu z ręki, spojrzał na Joachima i bez jednego jęku 

czy   okrzyku   zwalił   się   na   ziemię.   Huzar   zeskoczył   z   konia,   wziął   księcia   w   ramiona. 

Młodzieniec spojrzał mu w oczy, z jasnym uśmiechem powiedział cicho:

- Taki szermierz wyśmienity...

Każdej sylabie towarzyszył strumyk krwi z ust, spływający po brodzie.

- Pamiętaj, siostra moja... Ach, cóż za świat, gdyby nie ta wojna, moglibyśmy... Taki 

szlachetny... Boże!

Książę zamknął oczy i zwisł bezwładnie. Joachim położył jego ciało na ziemi, wstał, 

cały we krwi. Dopiero teraz zauważył podchodzącego Paveliča. Za nim szli jego huzarzy, 

dzierżąc w dłoniach pistolety. Rotmistrz powstrzymał ich ruchem ręki - stanęli, niechętnie. 

Stary zbliżył się, prowadząc konia. Wyciągnął z olstra pistolet, spojrzał Joachimowi w oczy, 

wyłamał kurek i rzucił mu pod nogi. Podszedł do leżących obok wielkich, omszałych głazów, 

dobył   szabli   i   złamał   ją   między   kamieniami.   Pieczołowicie   pozbierał   ułomki,   włożył   do 

pochwy, odpiął pas, rzucił, po czym siadł obok trupa, i zaczął gładzić go po włosach.

Joachim   ruchem   głowy   nakazał   Orszaghom   powrót   do   obozu.   Odnalazł   swoją 

pochwę, założył kurtkę i dolman, nie przejmując się zakrwawioną koszulą i spodniami, zapiął 

pas, przypiął szablę, pod pachę wsadził broń księcia, po czym podniósł go i ruszył w stronę 

ruin. Stary wstał, poszedł za nim. Krew księcia barwiła srebrny szamerunek kurtki, hafty na 

rękawach,   zlepiała   w   kłaki   futro,   którym   podbity   był   dolman.   Łzy   Joachima   znaczyły 

jaśniejsze plamy na piersi chłopca. Kiedy zbliżał się do fortecy, zauważył widzów. Obsiedli 

każdy załom, każdą dziurę w rozwalonym murze. Patrzyli na niego w milczeniu. Wszedł na 

dziedziniec. Wszędzie siedziały kobiety, baby, babiny, starcy i dzieci. Pomiędzy nimi stali 

uzbrojeni powstańcy. Rozstępowali się przed rotmistrzem, schodząc mu z drogi.

Doszedł   do   środka   niewielkiego   placu,   stanął,   położył   zwłoki   na   ziemi,   zerwał   z 

ramienia dolman i przykrył głowę i pierś zabitego. Obok umieścił niesioną pod pachą szablę. 

Podniósł się i odwrócił do starego. Nie zważając na to, czy stryj księcia rozumie jego język, 

powiedział:

- Macie dwa dni, wyprawcie mu taki pogrzeb, jaki możecie, pochowajcie u stóp góry, 

nie będziemy was niepokoić. Potem poddacie się.

Stary tylko skinął głową. Joachim odwrócił się i ruszył w drogę powrotną do obozu. 

Nagle   uniosło   się   łkanie   i   zawodzenie   -   jak   na   komendę   wszystkie   kobiety   zaczęły 

wykrzykiwać ku niebu swój żal. Ciskały w Joachima grudami ziemi, szarpały go za nogawki, 

background image

chwytały za szablę, drapały, kiedy je mijał. Nie dostrzegał ich.

Zszedł na dół, w namiocie zdarł z siebie zakrwawione ubranie, wytarł ręce, wdział 

czyste spodnie i koszulę, wziął konia i pojechał w las.

Pędził na oślep, na przełaj. Zamykał oczy i dawał smagać się gałęziom, nie bacząc, że 

sieką go aż do krwi. W końcu uderzył czołem o konar i spadł z siodła, tracąc przytomność. 

Gdy się ocknął - nie wiedział po jak długim czasie - koń stał obok, skubiąc jakiś krzak, on zaś 

czuł   wszystkie   żebra   i   potworny   ból   w   skroniach.   Wstał,   oparł   się   o   drzewo,   po   czym 

zwymiotował. Obolały poszedł w kierunku, jak mu się wydawało, obozu, prowadząc za sobą 

wierzchowca. Po chwili wyszedł na polanę, na której dwóch mężczyzn piekło na ognisku 

kurę. Ich obecność tutaj powinna dziwić, jednak Joachimowi wydała się oczywista.

Jeden odziany jak szlachcic w podróży, piękny mężczyzna około trzydziestki, siedział 

oparty o drzewo, wyraźnie rozmyślając. Gdy ujrzał Joachima, uśmiechnął się; co dziwne, 

rotmistrz   miał   wrażenie,   jakby   spotykał   właśnie   kogoś   znajomego.   Kawaler   skinął   nań, 

pokazując bukłak, który chlupotał zachęcająco. Drugi mężczyzna, w liberii wielkopańskiego 

sługi, niski, krępy, z okrągłą pucołowatą twarzą postarzałego amorka, otoczoną kędziorami 

płowej, rzadkiej czupryny, uwijał się wokół ognia. Joachim nazwał ich Nieznajomym i Sługą.

- Zapraszam, siadajcie, panie rotmistrzu, o, tutaj, będzie wam wygodnie na pewno, 

zjecie   z   nami   wieczerzę,   kura   już   gotowa   prawie.   Dobrzem   ją   przyprawił,   ziołami   i 

czosnkiem, cały czas ją piwem polewam, żeby nie była zbyt sucha. A dwa jeszcze bukłaczki 

piwa tam leżą, żeby było się czego napić do obiadu - trajkotał krępy człowieczek, sadzając 

Joachima przy ognisku.

Szlachcic podniósł się, przeciągnął i usiadł obok rotmistrza.

- Cóż cię tutaj sprowadza, chłopcze? - zapytał.

- Jechałem przez las, i...

- Wiem, wiem. Dlaczego jechałeś przez las? Przed czym uciekałeś?

- Zabiłem go.

- Czyżbyś żałował tego?

- Nie, chyba nie... Nie wiem, panie.

- Tak... Pomyśl nad tym chłopcze, spotkamy się jeszcze, wtedy porozmawiamy.

Poklepał Joachima po ramieniu, wstał, podszedł do leżących tobołków, położył się na 

skórze, przykrył drugą i zamknął oczy. Krępy odprowadzał go wzrokiem, a gdy tamten legł, z 

nadzieją w głosie zapytał:

- Nie będziesz jadł, panie?

W odpowiedzi otrzymał tylko pełne zniecierpliwienia machnięcie ręką. Kędzierzawy 

background image

człowieczek uśmiechnął się radośnie:

- No i będzie więcej dla nas! - ściszył głos. - Nie przejmujcie się, panie rotmistrzu, on 

zawsze tak.  Nic sensownego nie powie, tylko  szarady jakieś, zagadki. Ja to  mam prostą 

mądrość - zjeść, pospać, i wiecie co...

Zrobił   wulgarny   gest   ręką.   Nie   doczekawszy   się   uśmiechu,   momentalnie   obrócił 

sprawę w dowcip.

- Ha ha ha, żartowałem, panie rotmistrzu, żartowałem... Jedzmy kurę.

Zajadali   wyśmienite   mięso   w   milczeniu,   popijając   piwem.   Po   ostatnim   kęsie, 

wycierając rękawem usta i, błyszczące od tłuszczu, policzki, Sługa powiedział:

- Pyszny ten ptak... Panie Joachimie, przecież się nie frasujcie, wy i tak za dobrzy 

jesteście... Co, mieliście ich wolno puścić z tej kupy kamieni? To przecie wojna jest, panie 

rotmistrzu. A na tego starucha uważajcie, nieszczery on chyba...

Joachim nic nie powiedział. Zastanawiał się, dlaczego absurdalność całej sytuacji nie 

robi   na   nim   większego   wrażenia.   Poczuł,   że   ma   dosyć   myślenia,   dzień   był   zbyt   ciężki. 

Zaprzestał w końcu rozważań i poddał się zupełnie dyktatowi sytuacji. Jakże mała przecież 

jest różnica między snem, szaleństwem a sprawami na jawie, których nie potrafimy wyjaśnić. 

Joachim pragnął oszaleć, więc bez obaw uległ irracjonalnemu dialogowi. W końcu zasnął, 

uśpiony monotonnym gadulstwem krępego.

Obudził   się   wieczorem.   Pana   i   Sługi   już   nie   było,   z   ogniska   unosiła   się   jedynie 

cieniutka strużka dymu. Obok kamienia, który służył mu za poduszkę, leżała wyrwana z 

notesu kartka ze słowami skreślonymi niezdarnym charakterem pisma:  Pamiętajcie, Panie 

Rotmistrzu von Egern, byle w zgodzie z samym sobą...  Nie było podpisu, ale pismo i tłuste 

plamy świadczyły, iż wiadomość pochodziła od Sługi, nie od Pana.

Koń Joachima stał nieopodal, spoglądając z pretensją na kulbakę, którą bez powodu 

tyle czasu nosi na grzbiecie, i munsztuk, który przeszkadza mu jeść. Joachim wstał, wskoczył 

na siodło i dziwnie spokojny pojechał do obozu.

* * *

Noc   była   upalna,   jak   zazwyczaj   tutaj   na   południu.   Leżał   na   polowym   łóżku   z 

obnażonym   torsem   i   boso.   Wpatrywał   się   w   kilka   gwiazd,   widocznych   przez   zwisającą 

tiulową   moskitierę.   Kiedy   ciemna   postać   przesłoniła,   jaśniejszy   od   otoczenia,   prostokąt 

wyjścia namiotu, prawa dłoń Joachima spoczęła na pistolecie leżącym obok. Bał się. Część 

powstańców już złożyła broń, siedzieli teraz powiązani nieopodal koni - jednak w obozie 

background image

kręciło się pełno kobiet, dzieci i starców, z których każdy i każda szczerze go nienawidzili. 

Wspomniał słowa pewnego generała, wypowiedziane w innym kraju i w innym czasie. Ów 

generał twierdził mianowicie, że jedyny sposób, w jaki można spokojnego rolnika zamienić w 

śmiertelnego   wroga,   walczącego   na   śmierć   i   życie,   to   spalić   mu   dom,   obejście,   zasypać 

studnię i wybić bydło. Joachim pamiętał o tej maksymie i od początku wojny liczył spalone 

domy,   które   widział   na   własne   oczy,   zaznaczając   je   kreseczkami   na   karcie   notatnika. 

Zrezygnował po kolejnej dużej, pasterskiej wiosce, w której doliczył się stu kilkudziesięciu 

czarnych, osmalonych kominów. Kartki, na których było ponad tysiąc kresek, wysłał ojcu. 

Powoli podniósł broń i zapytał:

- Czego?

Odpowiedział mu głos kobiety:

- Mój brat zginął od klingi twojej szabli, czy dla mnie przeznaczyłeś kulę, panie?

Mówiła z nieco staroświecką manierą i z niezdarnym akcentem. Widać uczyła się od 

kiepskich nauczycieli i z dobrych książek. Nie wiedział, jak się zachować. Nie zapraszał jej 

do środka, weszła sama, stanęła naprzeciwko. Skonstatował ze wstydem, że klnie w duchu na 

myśl o wąskim polowym łóżku, a ona, jakby odgadując jego myśli, zapytała:

- Posiądziesz mnie, panie, jak barbarzyńca, rzuciwszy na ziemię, czy też, jak przystało 

na człowieka szlachetnego, obcował ze mną będziesz na tym prostym łożu?

- Ależ pani, pani brat polecił mi, przecież... na Boga, ja nigdy...

Spojrzała na niego z drwiną. Zrezygnował z tłumaczeń. Nagle uświadomił sobie, że 

ma do czynienia z damą. Nie z dziwką, pokrytą pudrem manier, której wystudiowane, drżące 

„nie,  nie, nie” nieodmiennie łączy się z  szelestem zadzieranych  halek,  lecz  z prawdziwą 

damą,   inteligentną,   całkowicie   świadomą   swojego   położenia   i   mimo   to   zdolną   do   ironii. 

Zerwał się, z pośpiechem sięgnął po składane krzesło, rozłożył, wskazał na nie, mamrocząc 

grzecznościowe formułki, zapalił jeszcze jedną świecę i usiadł na łóżku.

Była piękna - smagła, czarnooka. Jej książęcą krew było widać nawet mimo podłej, 

chłopskiej sukienki i szarej  chustki. Zauważył, że strój ma w nieładzie, dopinała jeszcze 

ostatnie guziki.

- Ktoś cię napastował, pani? - zapytał.

- O nie, jedynie twój wierny strażnik raczył sprawdzić, czy nie wnoszę broni.

Wstał, wyszedł z namiotu bez słowa i ryknął w ciemność:

- Wachmistrz Orszagh, do mnie!

Po kilkunastu sekundach trzasnęły obcasy wyglansowanych butów.

- Melduję się, panie rotmistrzu!

background image

- Kto sprawdzał kobietę, która do mnie przyszła?

- Jonas, panie rotmistrzu!

- Powiedzcie mu, że jego warta kończy się jutro o trzynastej. Od wschodu słońca 

pełnić ją będzie na placu apelowym, w pełnym  oporządzeniu, na baczność, z siodłem w 

rękach. Potem ma się zameldować u mnie.

- Tak jest, panie rotmistrzu!

Wszedł do namiotu.

- To zbyteczne, panie - powiedziała.

Usłyszał w jej głosie szczerość. I wdzięczność. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że 

ciągle jest półnagi. Zmieszał się i założył na gołe ciało mundurową kurtkę. Zaproponował 

zwykłe udogodnienia, osobny namiot, ordynansa, nalał wina do kielicha, uprzejmie wszystko 

przyjęła. Siadł, nie wiedział, co powiedzieć. Był oszołomiony sytuacją. Dawno nie przebywał 

w towarzystwie takiej kobiety. Peszyła go jej uroda, a jeszcze bardziej jej inteligencja i duma. 

Nie była zabiedzoną, obdartą i zdeklasowaną siostrą

i   córką   mężczyzn,   którzy   przegrali.   Należała   do   tych   nielicznych   kobiet,   które 

wiedziały, że przegrani nie przestają być mężczyznami, jeżeli tylko spojrzeli klęsce prosto w 

twarz, zaś samo zwycięstwo nie czyni jeszcze z małego łajdaka mężczyzny. Jakże inna była 

od tych suk, które znał Joachim, a które, bez wnikania w to, kto jest naprawdę godzien, 

gotowe   paść   były   do   nóg,   albo   raczej   rozłożyć   swoje,   przed   każdym,   komu   bydlęcym 

obyczajem udało się bardziej zdławić, zniszczyć i upodlić bliźnich. Wiedział, że takie kobiety, 

jak   ona,   potrafią   z   dumą   wjeżdżać   z   mężczyzną   w   triumfalnym   pochodzie   do   właśnie 

zdobytego   miasta,   ale   potrafią   też   odchodzić   z   pokonanym   mężem   na   wygnanie.   Pod 

warunkiem,   że   człowiek,   jakiego   przeznaczył   im   los,   będzie   człowiekiem   ich   miary   i 

zwycięstwo przyjmie z nogami na ziemi, a porażkę z podniesionym czołem. Dubravka, jak 

mu się przedstawiła, była dumna ze swego brata. Matki w tym kraju mówiły do swych synów: 

„wolę po kres moich dni pielęgnować groby was wszystkich, niżbym miała żyć, wiedząc o 

tym, że jeden z was okrył się hańbą tchórzostwa”.

Patrzyła na Joachima, gdy milczał. Wreszcie się odezwała:

- Czy wiesz, panie, że mój lud chce, abym została twoją Judytą, i byś ty skończył jak 

Holofernes? Myślą, że taka była wola mojego brata...

- Na Boga, mylą się!

- Wiem, panie. Nie będę twoją Judytą. Powinieneś jednak surowiej ukarać swego 

żołnierza. Zajmując się obmacywaniem moich piersi i pośladków, nie sprawdził, co przenoszę 

we włosach...

background image

Mówiąc to, sięgnęła do misternie splecionego warkocza, wyciągając z niego stalową 

szpilkę - sztylet.

- Ta niewielka broń jest w środku wydrążona i wypełniona jadem wężowym. Nawet 

całkiem małe zadrapanie wystarczyłoby, abyś sczezł w męce.

Rzuciła mu zatrutą broń pod nogi.

- Zabierz to panie, nie chcę tego oglądać. Moja mamka nauczyła mnie posługiwać się 

tą bronią, kiedy miałam trzynaście lat. Dziś pouczyła mnie, abym wbiła ci ją w kark, w 

chwili, kiedy będziesz mnie poznawał cieleśnie, najlepiej w chwili największego uniesienia, 

lub w udo, jeżeli zażyczyłbyś sobie, abym poznała cię, jak zwykła to czynić Lilith.

Joachim milczał, wstrząśnięty. Nie miał pojęcia, czy kobieta, która doń mówi, jest 

człowiekiem, czy też może aniołem lub sukkubem. Dubravka ciągnęła dalej:

-   Mój   ojciec   i   brat   byli   ostatnimi   rycerzami   pośród   mojego   ludu.   Brat   nigdy  nie 

pozwolił,   aby   kobieta   brała   udział   w   wojnie.   Pośród   innych   oddziałów   zdarzało   się,   że 

kobiety chwytały za strzelbę, czy też szły do nieprzyjacielskiego obozu na przeszpiegi. Mój 

brat rzucił w twarz dowódcom, którzy na to pozwalali - ten kto daje kobiecie oręż do ręki, jest 

tchórzem. Kiedy próbowali go przekonać, w czasie oblężenie Koroleva, aby wydał kobietom 

broń, bo inaczej przegramy, on odpowiedział, że zwycięstwo i porażka to tylko nieistotne 

zakończenie. Przez okazaną podłość i małość zniszczy się bezpowrotnie szlachetność samej 

walki, unieważniając radość zwycięstwa, czy dumną wzniosłość klęski. Tymczasem, mój lud 

uważa,   że   kobieta   mojej   krwi   ma   jednego   małżonka   -   naród.   A   ja   wiem,   panie,   że 

przeznaczeniem   kobiety   jest   jej   mężczyzna.   Tak   jak   przeznaczony   chłopu   jest   pług,   a 

rycerzowi szabla. To dla niego żyję, dla niego mogę umrzeć. Ja przecież nie potępiam Judyty, 

panie.   Ona   jednak   nie   uczyniła   tegoż   dla   swego   ludu,   lecz   dla   swego   zmarłego   męża, 

Manassesa. Mój lud myśli, że to oni są moim Manassesem, lecz mylą się, bo to ty, panie, nim 

jesteś. Mój brat przeznaczyłby mnie tylko komuś, kto jest mnie godzien. Wiedział, że zginie, 

należał do tych, których nie da wziąć się do niewoli, dlatego wybrał śmierć z twojej ręki. 

Pięknie żył, więc i pięknie chciał umrzeć. Nie musiał cię znać, panie. Dwa szlachetne lwy 

rozpoznają się bez trudu pośród stada hien.

Wstał   z   łóżka,   wyprostował   się,   zrobił   dwa   sztywne   kroki   w   jej   stronę.   Ukląkł, 

chwycił jej dłoń w ręce, spojrzał płonącymi oczyma, i wyszeptał:

- Pani, darzyć cię będę czcią najwyższą i, tak jakem twemu bratu przyrzekł, uczynię. A 

kiedy wojna się skończy, a ty, pani, dalej będziesz mię chciała, to poproszę cię o rękę... 

Nigdym nie spotkał takiej damy, jak ty, pani...

Skinęła głową. Poprosił, aby chwilę zaczekała, przeniósł swe najpotrzebniejsze rzeczy 

background image

do namiotu podoficerów i oddał swój do dyspozycji Dubravce. Ordynansowi kazał przynieść 

obiad, wino, wszystko, czego mogła potrzebować. Przed namiotem postawił dwóch ludzi, z 

nakazem, aby spełniali każde jej żądanie. W swojej nowej kwaterze rzucił się na posłanie ze 

skór i zasnął, spał jak zabity.

Obudził go sygnał wygrywany na trąbce. Alarm! Zerwał się błyskawicznie, chwycił 

szablę   i   pistolet,   wybiegł   na   zewnątrz,   nie   wciągnąwszy   nawet   butów.  Wokół   panowało 

straszne   zamieszanie.   Wszyscy   jego   ludzie   byli   na   nogach.   Wachmistrzowie   próbowali 

zaprowadzić porządek. Po obozie biegali powstańcy, część z nich miała broń. Chłopiec, może 

piętnastolatek, biedząc się z podsypaniem zapału i odciągnięciem kurka, szykował się do 

zastrzelenia Joachima ze starej, dłuższej od niego samego strzelby. Rotmistrz przyskoczył 

doń, szarpnął za lufę, wyrywając mu strzelbę z rąk, po czym uderzył płazem szabli w głowę, 

pozbawiając przytomności. Wypalił w powietrze z pistoletu, krzycząc na trębacza. Powoli 

opanowywał sytuację w obozie - zbierało się wokół niego coraz więcej jego ludzi, którzy 

zganiali zrewoltowany tłum w jedno miejsce i rozbrajali. Meldowali o stratach, w gruncie 

rzeczy   niewielkich,   bo   zginęło   dwóch   huzarów,   a   sześciu   było   rannych.   Zabito   kilku 

powstańców, którzy nie wiadomo skąd wytrzasnęli broń. Zginęła również jedna kobieta, która 

próbowała zabić huzara jego własną szablą.

Joachim,   gdy   tylko   opanował   sytuację,   pognał   do   namiotu   Dubravki.   Dwóch 

wartowników, których postawił przed namiotem, teraz tam nie było. Joachim wpadł do środka 

i   nie   uwierzył   własnym   oczom.   W   namiocie   zastał   starca,   którego   książę   wezwał   do 

sekundowania w ich pojedynku oraz jakąś starą kobietę. Oboje siedzieli na łóżku, patrząc na 

niego bez strachu. Na ziemi leżała Dubravka. Ledwie widział w chybotliwym, wątłym świetle 

świecy. Nie żyła, uduszona zapewne, bo nie dostrzegał śladów krwi. Jej głowa, teraz prawie 

łysa,   spoczywała   na   stercie   ściętych   czarnych   włosów.   Rozrzucone   sprzęty   świadczyły 

wyraźnie, że w namiocie toczyła się walka. Joachim zaczerpnął powietrza, świat uciekł mu 

prawie   spod   nóg.   Jego   wyobraźnia   nagle   złożyła   wszystkie   szczegóły   w   całość.   Prawie 

zobaczył, jak starzec siedzi Dubravce na plecach, przytrzymując, podczas gdy stara mamka 

obcina wielkimi nożycami do strzyżenia owiec jej piękne, czarne włosy. Nożyce leżały obok, 

zauważył również knebel.

- Zdradziła nas, przyszła do ciebie, jak suka. To spotyka u nas kobiety, które zadają się 

z wrogiem - powiedziała mamka.

- Młody książę poświęcił swoje życie, abyś zginął z jej ręki, a ona nas zdradziła. 

Możesz nas teraz zabić - dodał stryj.

Joachim patrzył na nich w obłędzie. Przystawił starcowi lufę pistoletu do czoła, ten 

background image

nawet   nie   zamknął   oczu,   lecz   splunął,   mamrocząc   jakieś   przekleństwo.   Nie   odrywając 

pistoletu od głowy starca, rotmistrz kabłąkiem trzymanej w drugiej ręce szabli odwiódł kurek 

i nacisnął spust. Kurek skrzesał iskry,  lecz strzał nie  padł. Von Egern dopiero  po chwili 

zrozumiał, że pistolet ma wystrzelony, nie pomyślał, aby go nabić ponownie. Cofnął się o 

krok, jakby przygotowując się do zadania ciosu szablą. Starzec, patrząc mu w oczy, wyciągnął 

zza   koszuli   duży   krucyfiks,   ten   sam,   na   który   przysięgał   przed   pojedynkiem.   Joachim 

podskoczył ku niemu i wyrwał mu krzyżyk z dłoni.

- Jak śmiesz, psie... Nie  waż się dotykać  krucyfiksu, bo bezcześcisz  go, Judaszu. 

Przysięgałeś na ten krzyż, zanim biłem się z księciem. Za nic masz honor, za nic jego pamięć? 

Będziesz się smażył w piekle, zdrajco nad zdrajcami... - szeptał Joachim drżącym głosem, 

chowając krzyż do kieszeni.

- Dobro mojego ludu  moim najwyższym prawem.  Podziwiam cię,  bo wierzysz  w 

rzeczy przestarzałe, w które już nikt nie wierzy. Jednak, zmurszałe twoje ideały, jakkolwiek 

godne podziwu by był, gdy napotykają na swej drodze rzeczywistość, muszą upaść w proch. 

Trochę   jesteś   podobny   do   młodego   księcia.   On   również   sądził,   że   wojna   to   szlachetne 

zmagania, w których nie idzie o zwycięstwo, lecz o sprawdzian męstwa. On, kiedy wam w 

polu bitwy udał się jaki manewr zręczny, wiwatował na waszą cześć. Kochał wojnę, i dlatego 

nie pozwalał nigdy zgładzić jeńców, nie lubił zasadzek. My kochamy pokój i nienawidzimy 

wojny, więc dlatego musimy być okrutni i bezwzględni. Na szczęście, w ostatnich chwilach 

życia zrozumiał, co jest naprawdę ważne.

Starzec mówił cicho, stanowczym głosem. Kobieta obok niego siedziała bez ruchu. 

Joachim zrobił jeszcze krok do tyłu, podniósł szablę, ale cios nie nastąpił.

- Wachmistrz, do mnie! - wrzasnął von Egern.

Po paru chwilach podbiegł jeden z Orszaghów. Gdy zobaczył co się stało, cofnął się ze 

strachem. Joachim chwycił go za ramię.

-   Stój.   Będziesz   pilnował   tych   potworów.   Odpowiesz   głową,   jeżeli   uciekną,   albo 

zadadzą sobie sami śmierć. Gdzie są wartownicy?

- Dubravka kazała im odejść - powiedział cicho stryj.

- Zaufała wam... Orszagh, wezwij brata i zróbcie porządek w obozie. Za każdą próbę 

oporu kula w łeb. Każdemu, czy to dziecko, kobieta, czy dziad. Odbierzcie tym bandytom 

ciało księcia i trzymajcie przy nim wartę, z nabitą bronią. Zrozumiano?

- Tak jest, panie rotmistrzu!

- Ja wyjeżdżam. Każ mi siodłać konia.

Nie   słuchając   już   wydawanych   przez   Orszagha   komend,   Joachim   wziął   na   ręce 

background image

Dubravkę   i   szedł   w   kierunku   koni.   Ktoś   podsunął   mu   buty,   inny   przyprowadził   konia. 

Rotmistrz, trzymając ciało dziewczyny na łęku przed sobą, jak porywaną narzeczoną, ruszył 

w las.

Jechał długo, bez obranego kierunku. Wył, płakał i złorzeczył, tulił do siebie trupa, 

milczał, śpiewał swoje piosenki z dzieciństwa. Zjechał z drogi w las, koń stąpał powoli, 

Joachim go nie poganiał. Ostrzyżoną głowę martwej dziewczyny oparł sobie na ramieniu. 

Wsłuchiwał się w jej ciało, jakby wiedziony nadzieją, że coś jeszcze usłyszy. Przynajmniej 

jakieś echo wczorajszych słów, których było tak niewiele, ale które znaczyły więcej, niż 

wszystko inne, co w życiu usłyszał, lecz czuł tylko chłód. Bór otwierał się przed nim, mimo 

że Joachim oszalały z bólu nie widział nic, po prostu jechał, na jego drodze nie stanęło żadne 

drzewo.   Las   zmieniał   się   powoli.   Suche   i   rachityczne   południowe   pinie   i   wawrzyny   o 

mięsistych liściach, ustępowały olbrzymim, kolumnowym dębom i wiązom. Nikło podszycie, 

drzewa niczym filary gotyckiej katedry, unosiły zielone sklepienie. Nawa główna drogi, jaka 

się   przed   nim   otwierała,   przecinana   czasem   transeptem   strumienia,   prowadziła   go   do 

prezbiterium   -   wielkiej,   zielonej   polany,   oświetlonej   niczym   najbardziej   jasna   katedra, 

światłem uwięzionym i kierowanym przez maswerki konarów i gałązek. Chłodny półmrok, 

panujący w lesie, przechodził tutaj w feerię migoczącego światła. Poznawał już to miejsce. 

Południowe, spalone słońcem piaski stały się ciężką i tłustą, żyzną ziemią jego ojczyzny. Na 

tej polanie bawił się z braćmi jako mały chłopiec, w konarach wielkiego zwalonego dębu 

urządzali sobie kryjówki.

Zsunął się z konia, nie wypuszczając Dubravki z ramion. Upadł na kolana i delikatnie 

złożył ją na miękki dywan soczystej, zielonej trawy. Obok, najpierw szablą, potem rękami, jął 

wygrzebywać   jamę.   Czarna   ziemia   ustępowała   niechętnie.   Kopał   długo,   aż   do   zmroku, 

wreszcie złożył ciało dziewczyny w grobie. Płacząc, zasypywał mogiłę. Na skraju polany 

znalazł duży głaz, który udało mu się przetoczyć, by uczynić z niego nagrobek. Sztychem 

szabli wyskrobał na kamieniu krzyż, imię „Dubravka” oraz, już przy świetle księżyca, słowa 

nigdy mi nie poślubiona, moja na wieki. Gdy skończył, ktoś trącił go w ramię.

- Synu?

Spodziewał się ich. Nieznajomy pan i Sługa. Sługa stał teraz z tyłu, niecierpliwie 

patrząc po koronach drzew, pan zaś stał przy nim i trzymał rękę na jego ramieniu.

- Twój pistolet nie wypalił. Pomyśl o tym, chłopcze. Nie zniszcz tego. Dobrze? Wiesz 

przecież, czym jest męstwo, prawda?

Wytworny   człowiek   uśmiechnął   się,   pogładził   go   po   włosach,   skinął   na   swojego 

towarzysza i odszedł w las. Sługa, powoli zmierzając za swoim panem, przystanął jeszcze 

background image

przy Joachimie.

- A ten jak zwykle swoje duby smalone bredzi... Ech, człowieku, pokażże im, co 

zrobili, zabierając ci ją... Niech nie ujdą karze. Masz przecież władzę ich pokarać, przecie to 

zemsta   nie   będzie,   jeno   kara.  Twoje   szczęście   zabrali,   dajże   im   za   to   pocierpieć.   Niech 

wiedzą. Ech, człowieku... Do zobaczenia wkrótce, lada dzień.

Joachim wstał, wytarł dłonie o spodnie, rozcierając na nich ziemię. Z trudem wsiadł 

na konia i powlókł się z powrotem.

Gdy   przybył   do   obozu,   umył   się,   przebrał   w   czysty   mundur   i   zarządził   pogrzeb 

księcia. Wszyscy w pełnej gali, trąbka, trzy salwy, jak trzeba. Joachim, po namyśle, złamał 

swoją szablę, wrzucił ją do grobu, zaś do swojej pochwy włożył szablę księcia - pasowała 

idealnie. Zasypał mogiłę i poczekał, aż wszyscy się rozejdą. Wtedy udał się do uwięzionych 

starców. Bez żadnych wstępów powiedział:

-   Chciałem,   abyście   umierali   tydzień.   Chciałem   was   męczyć,   drzeć   z   was   pasy, 

rozciągać   końmi,   zadać   wam   wszelkie   męki,   jakie   tylko   może   przeżyć   człowiek.   Ale 

zmieniłem   zdanie.   Jesteście   mordercami,   więc   sprawiedliwie   będzie   was   potraktować   jak 

morderców. Za kwadrans zawiśniecie oboje. Mówcie pacierz, może wam Bóg przebaczy, bo 

ja wam nigdy nie przebaczę. Przeklinam was.

Dwa razy skrzypnął sznur i dwa ciała zawisły na gałęzi.

Po egzekucji rotmistrz wydał rozkaz do wymarszu. Z przodu, powiązani, szli jeńcy, za 

nimi kobiety i dzieci, huzarzy Joachima jechali dokoła, strzegąc się, zgodnie z jego rozkazem. 

Postanowił   odprowadzić   cywilów   do   zamieszkanych   terenów,   zaś   jeńców   do   obozu 

jenieckiego   nieopodal   kwatery   macierzystego   pułku,   do   którego   formalnie   należał   jego 

szwadron. Chciał wypełnić przyrzeczenie dane księciu. Przez dwa dni maszerowali w mozole 

przez dzicz, aż trzeciego dnia zobaczyli w dolinie pierwszą wioskę. Rotmistrz zdecydował, że 

zatrzymają się, aby uzupełnić zapasy. Kiedy po jakimś czasie mieli ruszyć w dalszą drogę, 

cywile stawili raczej bierny, lecz zdecydowany opór. Joachim uznał, że nie wziął do niewoli 

ani   kobiet,   ani   dzieci,   ani   starców,   którzy   i   tak   ledwie   trzymali   się   na   nogach,   dalej 

poprowadzili więc tylko jeńców.

Jadąc, von Egern myślał o ostatnich wydarzeniach. Nie tak dawno jeszcze był pewien, 

że popadł w obłęd. A jednak widział, że z dowodzeniem radzi sobie tak samo sprawnie jak 

zawsze.   Ludzie   wypełniali   jego   rozkazy  bez   wahania,   ze   zwykłą   wiarą   w   ich   słuszność, 

najwyraźniej   nie   dostrzegając   w   nim   wariata.   Powoli   zaczynał   myśleć   o   swoim,   w   jego 

mniemaniu   niewątpliwym,   szaleństwie   ostatnich   dni   jak   o   śnie,   koszmarze,   który   minął. 

Uznał że kiedy między jeńcami widzi uśmiechającą się do niego twarz Nieznajomego, ma po 

background image

prostu niegroźne przywidzenia. To ostatnie, coraz cichsze pomruki gasnącego wulkanu, jakim 

było jego obłąkanie.

Droga wiodła między spalonymi na kamień i pył górami. Ubogie, suche, wpijające się 

w popękaną skałę rośliny utrzymywały ledwie kilka biednych listków. Było gorąco. Joachim 

pozwolił zdjąć bermyce, dolmany i rozpiąć kurtki. Pot lał się z kawalerzystów strumieniami, 

chociaż trochę mniej się męczyli jadąc konno stępa.

Po   dwóch   dniach   marszu   przednia   straż   doniosła,   że   w   dolinie   widać   kolumnę 

dragonów, prawdopodobnie z IV pułku - można było dostrzec czerwone mundury z zielonymi 

wyłogami.   Z   daleka   nie   dało   się   ich   dokładnie   policzyć,   ale   to   szwadron,   może   nieco 

wzmocniony. Joachima zdziwiło, że żołnierz zameldował mu w sposób, w jaki melduje się o 

zauważonym oddziale wroga. Uznał to za zły omen, wierzył bowiem w żołnierski instynkt, 

wierzył że jego podwładni w jakiś sposób czują, kiedy zanosi się na walkę, podobnie jak 

konie. Dopiero, kiedy sam zobaczył kolumnę dragonów, zrozumiał, dlaczego otrzymał taki 

meldunek. Nie o intuicję, czy instynkt tutaj szło - na czele kolumny jechał oficer na wielkim, 

siwym   ogierze.   Joachim   znał   tego   konia,   a   przede   wszystkim   znał   jego   właściciela   - 

pułkownika Ernsta Friedricha von Radetzky’ego.

Pułkownik był świetnym żołnierzem, jego brawura, zmysł taktyczny i bezwzględność 

stały się słynne po paru błyskotliwych rajdach daleko w głąb terytorium powstańców. Był 

również powszechnie znienawidzony przez żołnierzy, gdyż gardził ich życiem na równi ze 

swoim. Ale to on jak dotąd miał szczęście, jego ludzie nie zawsze. Nienawidzili go też za 

metody, jakimi dyscyplinował swoich podwładnych. Za najmniejsze uchybienia karał z całą 

surowością, na jaką pozwalał mu regulamin, a prostym żołnierzom nigdy nie żałował razów 

szpicrutą.   Mówiło   się,   że   powiesił   już   ośmiu   -   zawsze   za   tchórzostwo,   ponoć 

wyimaginowane.

Joachim,   w   przeciwieństwie   do   większości,   potrafił   odpowiedzieć   na   pytanie, 

dlaczego tak się dzieje. Pułkownik von Radetzky stracił w tej wojnie dom i rodzinę. Jego 

matka była z południa, on sam posługiwał się swobodnie tutejszym językiem, powstańcy 

uznali   go   więc   nie   tylko   za   wroga,   ale   za   zdrajcę.   Kiedy   zaczęło   się   powstanie,   pałac 

pułkownika spłonął, a w nim zginęła jego żona i dwóch synów. On sam przebywał wtedy w 

garnizonie, w stolicy.  Joachim był  więcej  niż  pewien, że  Radetzky nie szukał  na wojnie 

zwycięstwa. Szukał tylko śmierci i okazji do zabijania tych, których obarczał winą za śmierć 

najbliższych. Wszyscy wiedzieli, że nigdy nie bierze jeńców, nie oszczędza cywilów.

Kiedy   dragoni   byli   jeszcze   daleko,   Joachim   nakazał   swoim   ludziom   doprowadzić 

mundury do porządku - nie szemrali, rozumieli sens rozkazu. Rotmistrz patrzył na kolumnę 

background image

jeńców, którzy nie zdawali sobie sprawy z niebezpieczeństwa i nagle dostrzegł między nimi 

Nieznajomego. Podjechał bliżej. Postanowił nie walczyć z obłędem, i tak, jak sądził, nie był 

w stanie rozróżnić, co jest jego szaleństwem, co zaś rzeczywistością. Nieznajomy ruchem 

głowy poprosił go, aby zbliżył się jeszcze bardziej. Joachim spełnił tę niemą prośbę i pochylił 

się,   bo   miał   wrażenie,   że   tamten   chce   mu   coś   powiedzieć.   Nie   mylił   się,   Nieznajomy 

wyszeptał:

- Odpowiadasz za swoich jeńców, chłopcze. Dałeś po dwakroć słowo. Ale nie o twój 

honor   tu   idzie,   jeno   o   ich   życie,   które   znajduje   się   w   twoich   rękach.   Jesteś   za   nich 

odpowiedzialny, Joachimie...

Więzy z rąk Nieznajomego zniknęły. Patrzył na niego jeszcze chwilę, potem spojrzał 

w   dal,   sprawdzić,   jak   daleko   jeszcze   do   spotkania   z   dragonami.   Kiedy   opuścił   wzrok, 

Nieznajomego już nie było.

Jeszcze z klasycznego gimnazjum, do którego uczęszczał, pamiętał wykłady o sporach 

greckich   filozofów.   Dokładnie   pamiętał   niskiego,   okrągłego   nauczyciela,   pana   Kleissera, 

który opowiadał im o  areté, cnocie męstwa. Wtedy śmieszył go ten mały człowieczek, z 

przylizanymi włosami i śmiesznym monoklem, odziany w za ciasny, wytarty surdut. Dopiero 

po latach dotarło do Joachima, co miał na myśli stary Klajster, jak go nazywali. Co chciał im, 

smarkaczom, przekazać, mówiąc, że  areté  to nie tylko męstwo w boju. Zrozumiał, że ten 

człowiek, nadając formę intelektowi całych rzesz młodzieńców, spełniał właśnie swoją areté. 

Dziś o męstwo Joachima von Egern dba Nieznajomy.

Pułkownik   von   Radetzky   przyspieszył   i   wyjechał   na   spotkanie   rotmistrza, 

wyprzedzając mocno swój oddział. Joachim uczynił to samo.

- Dzień dobry, panie pułkowniku - zaczął.

- Dzień dobry, panie rotmistrzu von Egern. Jakże cieszę się, że pana tutaj spotykam! 

Jak pan widzi, wyruszyłem z małym podjazdem, właśnie aby odszukać pana w tych górach. 

Pewnie pan nie słyszał - dzięki finansowemu wsparciu od naszych śmierdzących sąsiadów, 

powstańcy, prawie już na pył starci, odzyskują siły. Zajęli Hegr, naszą twierdzę na wschodniej 

granicy, tam się koncentrują. Ruszamy jak najszybciej, aby zetrzeć ich zanim wzrosną w siłę. 

Pod moją komendą jest teraz trzydziesty piąty pułk grenadierów gwardii, oraz dwunasty pułk 

kawalerii,   do   którego   zostaje   chwilowo   przydzielony   pański   szwadron,   panie   rotmistrzu. 

Specjalnie zamarudziłem, bo bardzo mi zależy na tym oddziale. Słyszałem same dobre rzeczy, 

bardzo   pochlebne   opinie,   zarówno   o   panu,   jak   i   o   pańskich   ludziach.   Bardzo   szanuję 

pańskiego ojca, a widzę, że syn idzie w jego ślady, więc zaszczytem będzie dla mnie mieć 

pana wraz z jego huzarami pod komendą.

background image

- Bardzo dziękuję za te pochwały, panie pułkowniku. Z radością oddam się pod pańską 

komendę.

- Świetnie. Widzę, że prowadzi pan pojmanych bandytów...

- Ma pan na myśli jeńców, panie pułkowniku?

Oczy Radetzky’ego zwęziły się, on sam pochylił się w stronę Joachima.

- Sądzę, że mamy na myśli tych samych ludzi, rotmistrzu. Dobrze, niech pozostaną 

pod strażą pańskich huzarów, na pierwszym postoju zdecydujemy, co z nimi uczynić.

- Tak jest.

Joachim zastanawiał się, czy już teraz powinien powiedzieć Radetzky’emu o swej 

obietnicy. Zrezygnował, nie chciał prowokować konfliktu. Liczył, że może pułkownik, przez 

wzgląd na niego, nie zechce postąpić z jeńcami, jak to miał w zwyczaju.

Stanęli obozem w dolinie, nieopodal rzeki. Żołnierze rozbili namioty, zajęli się końmi. 

Huzarzy przyjaźnie gawędzili z dragonami, spragnieni wieści o nowej wojnie, wymieniali 

chleb i tytoń do fajek za gorzałkę, pławili konie, kąpali się. Kilkunastu z nich pilnowało 

jeńców, zmieniając się często, aby wartownicy również mogli zażyć obozowych uciech. Nic 

się nie stało i Joachim poszedł spać z nadzieją. Był dziwnie spokojny. Chociaż ani na chwilę 

nie   przestawał   myśleć   o   Dubravce,   jej   śmierć   wydawała   mu   się   czymś   przedziwnie 

koniecznym i nieodwracalnym. Wyobrażał sobie, że to ból, jaki żywi starzec, kiedy spokojna i 

wyczekana śmierć zabierze jego starą żonę, po wielu dziesięcioleciach szczęśliwego, pełnego 

miłości małżeństwa. Ból spokojny, przewidziany, pełen nadziei na rychłe spotkanie znowu. A 

w   nocy   śniło   mu   się,   że   balansuje   na   krawędzi   muru   ogromnej   twierdzy,   otoczonej 

rozszalałym morzem. Wiedział, że upadek w każdą stronę - czy w rozbijające się o skały fale, 

czy na twardy, brukowany wewnętrzny plac twierdzy - skończy się śmiercią. Mógł jedynie 

wybrać jej rodzaj. Wiatr nieubłaganie spychał go na dziedziniec, skoczył więc w fale.

Zbudził go wachmistrz Orszagh.

- Panie rotmistrzu, ośmielam się sądzić, że chciałby pan być świadomym tego, co 

właśnie dzieje się w obozie.

- A co się dzieje?

- Pułkownik Radetzky szykuje pluton egzekucyjny. Po połowie nas i dragonów...

Joachim zerwał się z łóżka. Spał w butach, naciągnął tylko kurtkę, Orszagh podał mu 

pas z szablą, von Egern wziął z olster pistolety. Jeden włożył za pas, drugi trzymał w ręku.

- Zbieraj ludzi. Trzydziestu ma być na koniach, reszta niech zbierze się w pobliżu 

jeńców. Każdy ma mieć załadowany karabinek. Pistolety niech zabiorą ze sobą.

- Tak jest.

background image

- Orszagh...

- Tak, panie rotmistrzu?

- Kiedy rozkażę strzelać do dragonów, posłuchają?

- Panie rotmistrzu, na pana rozkaz niektórzy z nich strzeliliby do rodzonego brata, albo 

spalili kościół, a każdy jeden, bez wyjątku, bez wahania wypaliłby do cesarza, jeżeli tylko pan 

tak rozkaże.

- Dobrze. Gotuj się, zatem. Za pół pacierza mają być gotowi.

Podszedł   do   koni,   wziął   swojego,   sam   założył   ogłowie,   czaprak   i   siodło,   słysząc 

pieklącego się pułkownika, który nie umiał zebrać huzarów. Dosiadł wierzchowca i wolno 

podjechał do biegającego i musztrującego swoich dragonów Radetzky ego.

- Co pan robi, panie pułkowniku? - zapytał z wysokości siodła.

Radetzky zauważył go dopiero teraz, zadarł głowę i odpowiedział.

- Nie zwykłem rozmawiać z kimś, kto mówi do mnie z wysokości końskiego grzbietu, 

chyba że jest samym cesarzem, lub przynajmniej arcyksięciem.

- Co pan robi z moimi jeńcami? - Joachim podniósł głos.

Pułkownik podszedł do niego, spojrzał mu w oczy i nagle chwycił jedną ręką za rapcie 

szabli   Joachima,   drugą   za   zwisający  dolman   i   szarpnął   potężnie,   zrywając   zaskoczonego 

rotmistrza z konia. Nie pozwolił mu upaść, podtrzymując za szamerunek kurtki. Następnym 

szarpnięciem przyciągnął jego twarz do swojej i wyszeptał przez zaciśnięte zęby:

- Powiedziałem, chłoptasiu, że nie zwykłem rozmawiać z kimś, kto mówi do mnie z 

siodła.

Oczy miał wąskie jak szparki, ale mówił ze spokojem, oddech miał również spokojny.

- Z jeńcami postępuję zgodnie z twoją sugestią, synku. Bandytów powiesiłbym - ci 

tutaj to są zdrajcy ojczyzny, ale żołnierze. Dlatego każę ich rozstrzelać. Zrozumiałeś?

Nie spodziewał się ciosu, który Joachim zadał głowicą kolby wyciągniętego zza pasa 

pistoletu. Radetzky zachwiał się, ale nie upadł. Chwilę starał się ustać na nogach, wreszcie 

otarł krew z rozbitej brwi i podniósł głowę.

- Każę cię rozstrzelać, synku...

- Żądam satysfakcji! - ryknął Joachim, celując z niego z pistoletu.

- Dobrze, a zatem po wojnie będę się z tobą strzelał i zastrzelę cię sam.

- Żądam satysfakcji teraz!

- Teraz jest wojna i nie będę się z tobą pojedynkował, smarkaczu. Spróbuj jeszcze raz 

mi przeszkodzić w czymś i zrezygnuję z przyjemności osobistego rozwalenia ci łba i jednak 

każę cię rozstrzelać.

background image

- Nie zabijesz tych ludzi, panie.

- Zabiję, i bacz, abyś nie stanął razem z nimi.

- Nie zabijesz - powtórzył z naciskiem Joachim.

Dopiero   teraz   Radetzky   zauważył   że   za   Joachimem   stoją   huzarzy,   z   palcami   na 

cynglach   karabinków.   Rozejrzał   się   i   wrzasnął   na   swoich   dragonów,   którzy   oczekiwali 

nieopodal na spełnienie roli plutonu egzekucyjnego:

- Formuj linię! Podsypać! Bagnet!

Dragoni   wykonywali   rozkazy,   jakby   każda   wywrzeszczana   komenda   natychmiast 

pojawiała się w ich mózgach. Joachim nie spieszył się, pozwolił dragonom sformować linię, a 

swoich ludzi rozrzucił w tyralierę. Setka dragońskich karabinów przeciwko siedemdziesięciu 

lufom jego huzarów, zbrojnych jeszcze w pistolety.

-   Radetzky,   za   twoimi   plecami   stoi   trzydziestu   moich   ludzi   gotowych   do   szarży. 

Chcesz rzezi?

Pułkownik zignorował Joachima, przemówił zaś do jego ludzi:

- Huzarzy! Wasz rotmistrz zbuntował się przeciwko swojemu dowódcy, a zatem teraz 

jesteście pod moją komendą! Rozkazuję wam pojmać rotmistrza von Egern, a w razie oporu 

zabić.

Nikt nie drgnął.

- Pułkowniku Radetzky, moi ludzie dadzą się za mnie posiekać na dzwona... Czy może 

pan to powiedzieć o swoich dragonach?

- Cel!

- Niech pan się zastanowi, panie pułkowniku. Wy się zastanówcie, chłopcy. Chcecie 

umierać z rąk swoich, tylko po to, aby uczynić zadość rzeźniczym skłonnościom waszego 

dowódcy? Wiecie, co potrafią moi huzarzy. Wczoraj jedliście jeden chleb, dzisiaj chcecie 

zginąć od naszych szabel?

- Ty zginiesz pierwszy - warknął Radetzky.

Joachim nie ruszył się z miejsca.

- Pal! - ryknął pułkownik.

Nic się nie stało. Dragoni stali z karabinami wycelowanymi w rotmistrza, ale żaden 

palec nie zgiął się na spuście. Joachim widział, jak niewiele dzieli go od śmierci, ale żaden 

cyngiel nie zwolnił sprężyny, żaden kurek nie opadł na krzesiwo. Wiedział, jak żołnierze 

przeżywają tę chwilę, że czują już ostatni opór cyngla, trzymając jego życie na końcowym 

oporze sprężyny... Zobaczył, jak stojący w pierwszym szeregu rosły brodacz powoli prostuje 

wskazujący   palec,   równie   powoli   odejmuje   kolbę   od   ramienia,   spluwając   trzymanymi   w 

background image

ustach kulami, opiera karabin o ziemię i ściąga bagnet.

Radetzky patrzył  na to z otwartymi  ustami, nie rozumiejąc. Kolejny dragon oparł 

karabin o ziemię. Za nim podobnie uczynili wszyscy. Dwóch podoficerów trzymało jeszcze 

broń przy ramieniu, ale, widząc groźne miny stojących z boku żołnierzy, po chwili wahania 

również opuścili broń do nogi. Pułkownik bez słowa przyskoczył do najbliższego dragona, 

wyrwał mu karabin, uderzył kolbą w brzuch, po czym, gdy ten zgiął się wpół, powalił go na 

ziemię ciosem w kark. Stojący obok nie zareagowali. Radeztky, rycząc, zbił z nóg następnego, 

zatrzymał się i popatrzył na swoich żołnierzy.

Nagle   podjął   decyzję.   Przystawił   odebrany   dragonowi   karabin   do   ramienia   i 

wystrzelił, nie mierząc, w siedzących na ziemi jeńców. Ołowiana kula uderzyła w tył głowy 

jednego z nich, przewiercając czaszkę na wylot. Krwawa struga pokruszonych kości i mózgu 

obryzgała   tych  obok.  Nie   poruszyli  się.   Żaden  nie   starał   się  ukryć,  nawet   nie  próbowali 

zasłaniać się powiązanymi rękoma. Siedzieli, jakby to nie ich życie ważyło się tutaj na szali - 

nie   przyglądali   się   nawet.   Radetzky  rzucił   wystrzeloną   broń   i   wyszarpnął   nabity  karabin 

kolejnemu dragonowi. Gdy podniósł go do ramienia, Joachim był już przy nim. Przystawił 

mu do skroni lufę trzymanego w wyciągniętej ręce pistoletu.

- Odłóżcie karabin, pułkowniku.

Radetzky spojrzał na niego. Joachim nie dostrzegł w jego oczach nawet cienia strachu. 

Nie opuścił broni, mówił cicho, patrząc Joachimowi w oczy.

-   Czy   myślisz,   że   ja   boję   się   śmierci,   smarkaczu?   Zresztą,   jeżeli   dopuszczałbym 

możliwość, że pociągniesz za spust, odłożyłbym karabin, bo chcę, żeby oni poumierali, a 

martwy ich nie pozabijam. Ale ty nie pociągniesz za spust, bo jesteś miękki, smarkaczu.

- Będę musiał pana pułkownika rozczarować.

- Wiesz, co te świnie mi zrobiły? Gonisz ich od miesiąca, zobaczyłeś parę trupów, i 

nagle wydaje ci się, że to biedni i romantyczni powstańcy. A tymczasem to dzikie bestie, 

gorsze od wilków, które trzeba wybić, bo tylko tak można je pokonać. Byłem kiedyś dobrym 

człowiekiem, ale moja dobroć umarła w spalonym pałacu. Widziałem czarne od ognia kości 

mojej żony, przy oknie, którego nie mogła otworzyć, aby uciec z płomieni, bo te diabły zabiły 

je od zewnątrz deskami. Obok leżały zwęglone ciała moich chłopców. Będę zabijał te bestie 

do końca mojego życia, i będę starał się zabić ich jak najwięcej. Będę zabijał ich kobiety, 

żeby ich nie rodziły i ich dzieci, żeby nie mogły dorosnąć, będę palił ich pola, wybijał ich 

bydło i równał z ziemią ich domy.

- Nic mnie to nie obchodzi, panie pułkowniku. Może pan zabić ich wszystkich, nie 

będę pana powstrzymywał. Ale moich jeńców nie, bo ja dałem słowo, że oni będą żyć.

background image

- No to w takim razie nie podołałeś swojemu słowu, młokosie. Jeden z nich już nie 

żyje, a zaraz umrze następny, bo ty jesteś za miękki.

Dwa   palce   nacisnęły  na   spusty  w   tej   samej   sekundzie.   Dwa   kawałki   krzemienia, 

ściśnięte   w   szczękach   kurków   uderzyły   o   żłobioną   stal   krzesiw,   dwie   iskry   spadły   na 

podsypkę   na   odsłoniętych   na   ułamek   sekundy   panewkach.   Dwie   ołowiane   kule   ruszyły 

pchane impetem gazów spalającego się prochu w stronę wylotów luf. Pierwsza pomknęła ku 

siedzącym jeńcom i trafiła jednego z nich w kręgosłup, pozbawiając go życia. Druga uderzyła 

w czaszkę Radetzky’ego, poniżej dragońskiego kasku, w samą skroń, rozsadzając mu głowę. 

Pułkownik zwalił się na ziemię z głuchym odgłosem.

Podoficer   dragonów,   jeden   z   tych,   którzy   wcześniej   wahali   się   chwilę   przed 

opuszczeniem broni, teraz zawył nagle i podrzucił broń do ramienia, celując w Joachima. 

Strzelił - nie trafił, gdyż stojący obok żołnierz podbił lufę karabinu. Ale było już za późno. Na 

odgłos   strzału   plunęły  ogniem   huzarskie   karabinki   -   kule   dosięgły  dragonów,   którzy   nie 

zdążyli nawet podnieść broni. Pierwsza salwa z siedemdziesięciu luf powaliła prawie cały 

pierwszy szereg.

Ani jedna z kul nie trafiła rotmistrza, który stał dokładnie pomiędzy strzelającymi a 

ich celem. Dopiero, gdy zauważył, że drugi szereg dragonów odciąga kurki, rzucił się na 

ziemię.   Równa   salwa   zabiła   kilkunastu   huzarów,   lecz   rozrzuceni   w   tyralierze   byli 

trudniejszym   celem.   Brzmiały   pojedyncze   wystrzały   pistoletów,   zaś   pozostali   przy   życiu 

dragoni,  nagle  na  nowo  zdyscyplinowani  jak  w czasie  bitwy,   ładowali  broń,  reagując  na 

komendy podoficera.

Spod   lasu   galopem   ruszyły   trzy   dziesiątki   kawalerzystów   Joachima.   Żołnierze 

Radetzkyego wypalili jeszcze raz, znów zabijając kilkunastu. Założyli bagnety, ale nie zdążyli 

już obrócić się czołem przeciwko szarżującej jeździe, przemieszali się. Triumfowała huzarska 

szabla i pistolet. Po paru chwilach było po walce. Huzarzy nie brali jeńców, jakaś dzika 

nienawiść do ludzi, z którymi jeszcze wczoraj wesoło gawędzili, odebrała im ludzkie odruchy. 

Nawet ci, którzy prosili pardonu padali pod ciosami.

Joachim patrzył na tę rzeź oniemiały, nie rozumiał swoich ludzi, nie pojmował, bał się 

ich. Spokojni pasterze, rolnicy, szewcy, a nagle zawrzała w nich krew dzikich stepowych 

jeźdźców,   a   wraz   z   nią   wspomnienie   ogromnych   przestrzeni   przemierzonych   w   siodłach 

małych koni, bitew, w których nie bierze się jeńców. Szable unosiły się i opadały bez litości, 

bez wahania.

Kiedy   skończyli,   Joachim   zrozumiał.   Jego   huzarzy   kochali   go.   Miłość   nie   zna 

kompromisów. Pierwszego, który do niego podszedł, trzasnął pięścią w twarz. Nie obruszyli 

background image

się - tacy są, jak zakochana w łajdaku dziewczyna. Przyjmują razy, obelgi, kary, by na jedno 

skinienie skoczyć w ogień, by z uwagą śledzić każdy grymas na jego twarzy. Joachim wszedł 

między trupy dragonów i zauważył, że kilku jeszcze żyje. Wachmistrz Orszagh właściwie 

zrozumiał jego zachowanie - zaczęli ich opatrywać.

Joachim upadł na kolana na skrwawioną ziemię, targnął nim suchy szloch. Nie chciał 

tego. Popełnili bratobójstwo. On popełnił bratobójstwo. I to dla kogo? Dla bandy zdradliwych 

bydlaków, których cały naród nie był  godzien takiego człowieka, jakim był książę. Ktoś 

pociągnął   go   za   cholewę.   Gdy   spojrzał,   zobaczył   leżącego   na   ziemi   Nieznajomego,   w 

dragońskim mundurze, ze śmiertelną raną w piersi.

- Nie martw się Joachimie... Przecie to nie twoja wina... Nie ich...

Mówił krótkimi, urywanymi zdaniami, krew obficie płynęła z rany. Joachim wziął go 

w   ramiona,   usiłował   zatamować   upływ   krwi   dłonią,   jednak   przeciekała   przez   palce. 

Nieznajomy ręką chwycił go za głowę, przysuwając czoło do swojego.

- Pamiętaj, bądź spokojny, Joachimie. W takich czasach tylko spokój.

Skonał. Von Egern spojrzał w niebo. Cóż oznacza śmierć widziadła? Ktoś trącił go w 

ramię.

- Zostaw umarłym grzebanie umarłych - usłyszał ironiczny głos.

Nad nim, w swoim zwykłym ubraniu, stał Sługa, uśmiechając się drwiąco. Joachim 

delikatnie złożył na ziemi ciało dragona.

- Przecież on nie zginąłby w taki sposób... Po prostu lubi takie pretensjonalne gesty.

Joachim popatrzył na ciało. Trup miał obcą twarz, która niczym nie przypominała 

rysów Nieznajomego.

- Rotmistrzu von Egern... Cenisz swój honor?

- Nad życie.

- Spójrz zatem tam. - Wskazał ręką na jeńców. - Ryzykujesz dla nich życiem, a cóż oni 

robią?

Śmiali się. Z niego. Widział to wyraźnie. Rechotali, we właściwy ludziom tej rasy 

skrzekliwy sposób, zaśmiewali się do utraty tchu. Sytuacja była dla nich tak zabawna, że 

nawet   dwa   trupy   ich   ziomków   nie   pohamowały   wesołości.   Patrzyli   na   niego.   Sługa 

przykucnął obok Joachima i pokiwał głową.

- Dla nich człowiek, który się poddał, nie ma wartości. Oni są dla siebie ludźmi bez 

wartości. Zaś ktoś taki jak ty, kto walczy o ich życie ze swoimi, ryzykuje swoje życie dla 

nich, jest śmieszny. Śmieszny to za mało nawet, jest żałosny, godny pogardy, jest wariatem i 

idiotą.

background image

- Ale książę...

-   Książę   był   inny.   Był   jednym   z   tych,   którzy   wznoszą   się   ponad   tłum,   ponad 

rzeczywistość i teraźniejszość, zanurzony w przeszłości. Oczywiście rozumiał ją opacznie, 

interpretując mity i legendy swojego narodu przez pryzmat kultury, w jakiej kształcono jego 

ducha, a którą to kulturę dzielił z tobą, Joachimie. Cóż zrobisz teraz? Zostaniesz tutaj, słaby i 

godny pogardy, przegrany i wystawiony na pośmiewisko?

Rotmistrz nie odpowiedział.

- Joachimie, pozwolisz, aby ludzie, którzy winni ci są wdzięczność obrzucali kpinami 

i drwiną? Wiesz jak cię zwą między sobą? Śmierdzącą kozą. Boś dla nich miękki, wręcz 

tchórzliwy, bo cackasz się z nimi. Mawiają, że jesteś jak głupia dziewczyna, która przytula się 

do prowadzonego na rzeź jagniątka, nie pozwalając poderżnąć mu gardła.

Rotmistrz wstał i, nie patrząc na Sługę, szedł ku jeńcom, podpierając się szablą. Kiedy 

stanął   przed   nimi,   z  błędnym   wzrokiem,   w  pokrwawionym   mundurze,   śmiali   się   jeszcze 

głośniej.

Joachim uzmysłowił sobie, że rzeczywiście jest żałosny, zaśmiał się razem z nimi, 

podniósł szablę i ciął w łeb siedzącego na skraju hałaśliwego młodzieńca. Ten zastygł na 

sekundę z grymasem uśmiechu na twarzy, krew zalała mu oczy, po czym przewrócił się do 

tyłu, opierając się o towarzyszy, do których był przywiązany.

Śmiech   umilkł.   Joachim   wszedł   między   jeńców.   Patrzyli   na   niego   w   milczeniu. 

Zauważył uśmieszek na twarzy jednego z dalej siedzących. Zaczął ciąć. Na oślep, dookoła, 

czasem klinga świstała w powietrzu, ale siedziało ich tak wielu, że trafiał nawet wtedy, kiedy 

ciosy zadawał z zamkniętymi oczami. Rąbał bez opamiętania, a oni padali bez krzyków, 

wydając tylko zduszone jęki.

Potknął się. Gdy upadł, związane ręce przygniotły go do ziemi, wyrwały mu szablę, 

nieudolnie poczęły dusić  - lecz  zaraz  z pomocą  przybyli  mu  obserwujący całe  zdarzenie 

huzarzy. Wjechali w krąg siedzących na trawie jeńców, tratując i tnąc szablami - po paru 

minutach pod klingami i kopytami koni nie zostało już wielu żywych. Joachim, któremu 

żołnierze pomogli się wydostać, podbiegł do ostatniego, jaki jeszcze siedział - na skraju kręgu 

roztratowanych i porżniętych ciał, siedział bez słowa, wpatrując się w rzeź. Rotmistrz, cały 

we krwi,  stanął  nad nim. Jeniec miał twarz  Nieznajomego,  ale nie mówił  nic. Starał się 

niezdarnie osłonić głowę związanymi rękami. Von Egern zawahał się. Za Nieznajomym ujrzał 

Sługę, który powiedział, pogardliwie wydymając wargi:

- Nie da się być trochę w ciąży, Joachimie, nijak. Zdecydowałeś już wcześniej. On 

tutaj   to   konsekwencja   twojego   wyboru.   Mówiłem   ci   już,   że   ma   skłonności   do 

background image

pretensjonalnych i patetycznych gestów. Bądźże więc konsekwentny, bo na skrupuły już za 

późno, mój rotmistrzu.

Joachim pchnął Nieznajomego w pierś. Szabla zaklinowała się między żebrami, oparł 

nogę   o   trupa,   zaparł   się   i   wyszarpnął   ostrze.   Oddychał   ciężko,   świszcząco,   przez   nos. 

Rozglądał się wokół, jakby szukając jeszcze kogoś. Ludzie nie zbliżali się do niego. Joachim 

zszedł do rzeki i w mundurze wszedł w płytką wodę po kolana, po czym zanurzył się cały. Z 

zapałem zmywał krew ze swoich rąk, z twarzy, nie zauważył, że prąd porwał jego bermycę. 

Gdy wyszedł, wsadziwszy rękę do kieszeni natrafił na złoty krucyfiks, który zabrał stryjowi 

księcia. Rzucił go na stertę trupów. Rozejrzał się dookoła, gestem ręki przywołał Orszagha.

- Zakopać ich. Macie na to trzy godziny. Potem zwinąć obóz, oporządzić się, siodłać 

konie i w pełnym rynsztunku na apel, tutaj. Przynieś mi czysty mundur, oliwę i osełkę do 

szabli.

- Ośmielam się przypomnieć, że to ostatni mundur pana rotmistrza.

- A zatem przynieś mi swój, a mój daj ordynansowi do wyczyszczenia.

- Tak jest. Czy pan rotmistrz pozwoli zapytać?

- Pytaj.

- Można im postawić krzyż na mogile?

- A postaw im chociażby samego diabła. Mnie to nie obchodzi. Wykonać.

- Tak jest.

Przebrał się, usiadł pod drzewem i zaczął szlifować i ostrzyć poszczerbioną głownię 

szabli   księcia,   którą  od  pojedynku   nosił  przy boku.  Kiedy  był  już  zadowolony z  efektu, 

przetarł oliwą zaśniedziałą nieco klingę, naoliwiona szmatka odsłoniła napis  In hoc signo 

vinces, przedzielony maltańskim krzyżem. Wpatrywał się w napis przez chwilę, przerwało mu 

szturchnięcie w ramię.

- I co teraz? - usłyszał głos Sługi.

- Nie wiem...

- Mój Joachimie, nie obawiaj się. Od teraz będę przy tobie. Wydrap ten krzyż z głowni 

twojej szabli. Kiedy znakiem, pod którym będziesz zwyciężał, będzie nic, dopiero wtedy 

walka będzie walką dla samej walki. Pamiętasz swego nauczyciela szermierki? Twój ojciec 

zwolnił go, kiedy dowiedział się, że ten wątpi w Boga. Ale przecie nie był on jednym z tych 

nowomodnych filozofów, co w Boga nie wierzą. Nie wierzyć w boskie istnienie - oto głupota. 

O nie, ten stary fechtmistrz, który pokazywał ci, jak trzymać szpadę, wierzył w Boga, tylko 

nie chciał mieć z nim do czynienia, bo, jak twierdził. Bóg nie jest dwornym kawalerem, jest 

grubianinem,   skoro   mając   moc   zapobiegania   temu,   pozwala   aby  świat   wyglądał   tak,   jak 

background image

wygląda. Jaki sens ma wojna toczona dla Boga, twojej ojczyzny, czegokolwiek?

- Nie wiem...

- Nie ma sensu, Joachimie. Nie ma. Jesteś człowiekiem honoru, czyż nie?

- Nie wiem.

- Nic nie wiesz! To nie pora na szlochy, Joachimie, ty już wybrałeś drogę, ja tylko 

doradzam ci, czy masz iść pieszo, czy może wziąć powóz. Bądź lepszy od Boga, Joachimie. 

Jesteś człowiekiem szlachetnym, odważnym, dzielnym, a tymczasem otaczający cię ludzie są 

podli i tchórzliwi. Jesteś, jakby cię określił grecki filozof, słusznie dumnym. Miałeś więc 

rację ku temu, aby ukarać te drwiące z ciebie bydlęta. Bądźże więc konsekwentny - skoro raz 

zostałeś Nemezis, bądź nią dalej. Pokaż Stwórcy, żeś doskonalszy od niego. Nie masz takiej 

jak on mocy, ale zrobisz co tylko możesz, aby wywyższyć godnych i poniżyć tych, co na to 

zasługują. Wiesz już, co masz czynić?

- Wiem. Kim ty jesteś?

Sługa zaśmiał się, odrzucając głowę.

- Tylko sługą, Joachimie, tylko sługą. Służę teraz tobie, boś mnie na służbę przyjął. 

Jak dobry sługa, nigdy nie służę temu, kto mnie nie chce i dobrze nie płaci.

- Myślałem, że służysz Nieznajomemu.

- Służę, służę mu cały czas. Jednak to mało wymagający pryncypał - daje mi wolną 

rękę, i mogę sobie wybierać panów.

- A zatem, niech się stanie. Zostanę Nemezis. Zostanę Attylą...

- O nie, on był Biczem Bożym, a ty będziesz swoim własnym. Twój będzie sąd i 

miecz!

Joachim rzucił się w obłęd jak pływak w wodę. Po kilku godzinach, zgodnie z jego 

rozkazem, ludzie zebrali się na apel. Stało ich tam kilkudziesięciu, bo reszta zginęła w starciu 

z dragonami. Nie widział w ich oczach wyrzutu czy złości. Przyzwyczaili się do absolutnej 

wiary w swojego dowódcę. Von Egern przebrał się w wyczyszczony mundur, wsiadł na konia, 

po czym przemówił do żołnierzy:

- Chłopcy!  Dla  mnie  dzisiaj  skończyła  się  wojna za nasz  kraj. Nie znaczy to,  że 

skończyłem walczyć. Od dziś walczył będę za moją własną sprawę. Za to, co stało się dzisiaj, 

ja   ponoszę   wyłączną   odpowiedzialność,   jednak   ci   z   was,   którzy   zostaną   ze   mną,   będą 

dezerterami. Moje słowo, dane człowiekowi mojego pokroju, było dla mnie ważniejsze, niż 

moja   przysięga   na   wierność   ojczyźnie   czy   cesarzowi.   Cesarz   ma   mnie   gdzieś.   Ja   już 

wybrałem  -   teraz   wy  wybierajcie.   Możecie   ze   mną   zostać.  Wtedy  dochowacie   przysięgi, 

złożonej   przez   waszych   przodków   moim   przodkom,   ale   złamiecie   tę   daną   cesarzowi, 

background image

zostaniecie dezerterami, bandytami. Będą was ścigać. Z myśliwych staniecie się zwierzyną. 

Cóż będziecie z tego mieć? Nic. Nic, poza świadomością, że dochowaliście mi wierności, i że 

uczestniczyliście   w   czymś   wielkim.   Możecie   też   odejść.   Doniesiecie,   że   wasz   dowódca 

zwariował i zdezerterował. Przydzielą was do innego szwadronu w naszym pułku i będziecie 

walczyć dalej. To ostatni moment, w którym możecie odejść, później, za próbę ucieczki - kula 

w łeb. Pamiętajcie, to co dzisiaj widzieliście, będzie niczym w porównaniu z tym, czego 

dokonamy. Nasi przodkowie przybyli tutaj wieki temu, konno, z szablą w ręku, niosąc ogień i 

zniszczenie. Potem jeden z naszych wodzów wybrał krzyż zamiast szabli. Nie potępiam jego 

decyzji.   Dzięki   niemu   z   barbarzyńców   staliśmy   się   ludźmi.   Lecz   czasy   się   zmieniły,   i 

cywilizacja, która uczyniła nas ludźmi, sama upadła w barbarię. Musimy więc wrócić do 

starych metod i wypalić ją do cna, do popiołów. Szablą udowodnimy, że w nas, duchowych 

potomkach Attyli, nie upadło męstwo, nie upadł honor, nie upadła odwaga. Udowodnimy to 

umierając, bo idąc ze mną, musicie się pogodzić z tym, że zginiecie, prędzej czy później. 

Staliśmy się częścią tej kultury, gdy pięła się w górę. Teraz, gdy spada w dół, czas pozostać na 

szczycie, nie walić się w rynsztok razem z nią. Spalimy świat, chłopcy!

Nie rozumieli, o czym mówi, wiedział o tym. Ale w ich krwi, kiedy mówił, grało 

wspomnienie z zamierzchłych czasów - łuk, koń i szabla, przed nimi wszystko, za nimi tylko 

pożoga. Stali. Trzech ruszyło. Jeden z braci Orszaghów i dwóch młodych. Joachim spojrzał na 

nich bez złości.

- Rozumiem i nie potępiam was. Ale jeżeli spotkam któregokolwiek, to zabiję. Bez 

nienawiści - po prostu. Od tej chwili jesteście dla mnie żołnierzami wrogiej armii. Ruszajcie!

Orszagh skinieniem dłoni pożegnał brata i resztę oddziału, po czym bez słowa ruszyli.

* * *

Wjechali do miasteczka od południa. Mieszkańcy nie stawiali oporu, chociaż Joachim 

wiedział,   że   stąd   właśnie   pochodziło   wielu   powstańców.   Miasto,   jak   na   wojenny   czas, 

wyglądało dostatnio i spokojnie. Bez większych zniszczeń, schludnie, z dwoma pięknymi, 

starymi kościołami. Kobiety w długich, kolorowych spódnicach otulały ramiona wełnianymi 

chustami,   mężczyźni   ubierali   się   skromnie,   lecz   porządnie.   Kiedy  żołnierze   jechali   przez 

zupełnie   wyludnione   wąskie   uliczki,   kopyta   dudniły   głucho   na   bruku.   Huzarzy   ciekawie 

rozglądali się po domach. Od dawna już nie byli w mieście.

Pod ratuszem przywitał ich już zgięty wpół burmistrz, czy może mer miasteczka. 

Zapewniał   o   swojej   lojalności,   zapraszał   do   środka,   cały   w   uśmiechach.   Zamilkł,   kiedy 

background image

Joachim trzasnął go w twarz, a kawalerzyści poprawili parę razy nahajkami.

Rotmistrz   zasiadł   w   sali,   gdzie   obradować   zwykli   rajcowie   miejscy,   wydał 

odpowiednie   dyspozycje   ludziom,   zezwolił   swoim   podokazywać   nieco   na   mieście,   ale   z 

umiarem. Kobiet zabronił gwałcić, przykazał natomiast, aby postraszyć właścicielkę burdelu, 

żeby nie próbowała zdzierać z żołnierzy. Sam poszedł spać w głównej sali ratusza.

Następnego dnia rano nakazał rozwiesić na mieście obwieszczenia, głoszące, że każda 

kobieta do lat 35 ma być przyprowadzona dnia następnego w południe przez mężczyznę za 

nią odpowiedzialnego na rynek miejski, celem przedstawienia się nowemu komendantowi 

miasta. Tych, którzy nie dopełnią rzeczonego obowiązku, czeka pluton egzekucyjny. Ci zaś, 

jak głosiło obwieszczenie, których kobiety Pan Komendant zaprosi na uroczysty wieczorny 

bankiet, otrzymają nagrodę pieniężną. Kazał jeszcze Orszaghowi rozpowiedzieć po mieście o 

co chodzi, tak żeby nikt nie miał wątpliwości.

Następnego dnia o dwunastej wyszedł na rynek. Stało ich sześciu. Tylko sześciu. Na 

całe miasto. Przerażony, acz tonący w uśmiechach, burmistrz ze swoją brzydką żoną i trzema 

wdzięczącymi   się   córkami,   wszyscy   w   odświętnych   strojach.   Dwóch   jakichś   kupców   w 

surdutach, jeden ze śliczną wypindrzoną córunią, która, kiedy zobaczyła Joachima, spojrzała 

mu w oczy, zmysłowo oblizała wargi i przesunęła rękami po biuście. Żona drugiego wyraźnie 

się bała. Dwóch następnych stało nieco z boku, z żonami, które nie były zbyt szczęśliwe, ani 

ładne.   Na   końcu   szeregu   stała   ona.   Piękna,   podobna   do   Dubravki   i   cudownie   wściekła. 

Wielkimi, pełnymi furii oczami patrzyła z pogardą na swego męża, który uspokajał ją jak 

mógł i uśmiechał się do Joachima przepraszająco.

Rotmistrz bez zbędnych ceregieli kazał powiesić mężczyzn, którzy przyszli na rynek, 

wdzięczące   się   panny   odprowadzić   do   burdelu,   przestraszone   zaś   do   domu.   Wściekłą 

piękność rozkazał zabrać w zarekwirowanym jej wiszącemu już mężowi powozie. Następnie 

w   kwadrans   spakowali   się   szybko,   sformowali   na   rynku   kolumnę   i,   salutując   szablami 

wyglądającym przez okna mieszkańcom, opuścili miasto. Orszagh, zgodnie z rozkazem, z 

kasy   szwadronu   pokrył   w   dwójnasób   wszelkie   wyrządzone   szkody.   Wyjeżdżając,   minęli 

sześciu powieszonych na drzewie obok cmentarza.

Jechali aż do wieczora, przez ziemię niczyją. Wojska powstańców i cesarstwa biły się 

o   wiele   mil   stąd,   a   rozmieszczone   po   miastach,   małe   i   leniwe   garnizony   bały   się 

dowodzonych przez szaleńca huzarów, których liczba, niesiona z ust do ust, urosła do kilku 

setek.   Po   paru   potyczkach,   w   których   zaprawieni   w   bojach   weterani   roznieśli   ospałych 

wojaków, pilnujących  myta,  czy stacjonujących  przy jakimś ważnym  moście, sam widok 

huzarskiego munduru wystarczył, aby nieliczne posterunki w pośpiechu uchodziły, meldując 

background image

w garnizonach o przytłaczającej przewadze wroga. Nie raz zdarzyło im się przestraszyć dwie, 

czy trzy kompanie. Widok kilkuset żołnierzy, w panice pierzchających na ich widok, dawał 

huzarom poczucie siły, zaś Joachimowi wiernych wykonawców jego wyroków.

Zatrzymali się na postój w opuszczonej chłopskiej zagrodzie. Rotmistrz zajął izbę, zaś 

jego   ludzie   rozlokowali   się   w   stodole,   w   komorze   i   na   poddaszu.   Nakazał,   aby 

przyprowadzono   mu   porwaną   z   miasteczka   kobietę.   Dwóch   huzarów   przywiodło   ją, 

trzymając   pod   ramiona.   Z   obrzydzeniem   odepchnęła   ich   ręce,   sama   przestąpiła   próg, 

wyglądała jak Dubravka, miała nawet podobne rysy, tę samą inteligencję i bezwzględność w 

oczach, podobne ruchy.

- Pani... - zaczął Joachim.

Nie zareagowała. Stała, bezbronna, ale silna swą stanowczością, wpatrzona w ścianę 

domu,   nie   zaciskała   nawet   ust.   Dziwnie   spokojna,   jakby   nie   dostrzegała   obecności   kata 

swojego męża.

- Pani, tyś przecież z tych kobiet, co widzą jaki mężczyzna jest ich godzien.

Odwróciła się raptownie.

- I niby tyś jest mnie godzien? Mój mąż był tchórzem, a tyś jest morderca i okrutnik, 

przewrotny tyran.

- Pani,  sprawiedliwa  spotkała  ich  kara.  Byli  podłymi  tchórzami   i  łajdakami,  więc 

trafili na szubienicę, tam gdzie ich miejsce, zaś te kobiety, które gotowe były kupczyć swoim 

ciałem, też trafiły gdzie ich miejsce. Do burdelu.

- A kim tyś jest, aby sądzić? Chcesz wszystkich, co grzech jaki mają na sumieniu, 

życia pozbawić? Jesteś szaleńcem! Powieś i mnie, bom jako dziecko matce mojej skłamała!

- Pani, ja nie karzę ludzi za ich grzechy, mnie grzech nie obchodzi. Karzę ich za ich 

małość, za to, że są niegodni, aby chodzić po tej ziemi... Bez czci, bez honoru, bez odwagi...

- Parszywy łajdaku! Przecie to byli kupcy i szewcy! Ty od nich chcesz honoru? Tyś 

jest szlachcic, tobie honor przystoi, aleś i przez urodzenie zobowiązan do opieki nad innymi 

stanami!   To   ma   być   twój   honor,   głupcze?   Szubienica   dla   kogoś,   kto   na   jakże   ciężką 

wystawiony próbę złamie się?

- Przecież tylko sześciu było na całe miasto...

- Bo inni się ciebie nie bali, wiedzieli, że was tylko kilkudziesięciu, że wszyscy staną 

w ich obronie, a mój mąż i reszta, których powiesiłeś, nie byli stąd, nienawidzono ich w 

miasteczku, wiedzieli, że na niczyją pomoc nie mogą liczyć.

- Za nic to mam... Być może niektórzy umknęli kary, ale ci, których kazałem powiesić, 

słusznie zginęli.

background image

- Zabij, męcz, ale nie zmuszaj mnie, abym dłużej przebywała w twoim towarzystwie, 

szaleńcze! Bóg cię skarze!

- Drwię sobie z Boga. To ja jestem sprawiedliwością, nie on. On za nic ma honor, a ja 

jestem człowiekiem honoru. Gardzę Bogiem, nie chcę mieć z nim nic do czynienia.

- Bluźnierco, antychryście, precz ode mnie! Joachim podszedł do niej. Wspaniała była 

w swoim gniewie. Jakby widział Dubravkę! Piękna, dumna i odważna. Była w jego mocy, a 

jednak zwracała się doń bez lęku, śmiało rzucając mu  w oczy oskarżenia. Nie rozumiał, 

dlaczego nie potrafiła docenić tego, co dla niej uczynił. Chwycił ją za ręce.

- Pani, ja za nic mam kary po śmierci, mogę iść do piekła, do otchłani, drwię sobie z 

tego. Ale zrozum, uczyniłem to dla ciebie, czynię to dla takich jak ty, chociaż nie ma ich 

wielu. Wynoszę godnych, na zasłużone im miejsce, a miejsce kobiet twego pokroju, pani, jest 

przy boku odważnego i honorowego mężczyzny, nie tchórzliwego kupczyka.

Wyrwała mu dłonie, wytarła je z obrzydzeniem o suknię.

- Precz ode mnie, diable!

Odskoczyła   w   najdalszy   kąt   izby.   Joachim   był   zdziwiony   i   zakłopotany.   Nagle 

wyobraził sobie drwiącego zeń Sługę. Wiedział dokładnie, co ten może powiedzieć, i nie 

chciał tego usłyszeć. Zdecydował.

- Jak masz na imię? - zapytał.

Nie odpowiedziała. Podszedł do niej, chwycił za ramiona i postawił na środku izby, 

nieopodal prowizorycznego łoża.

- Skoro nie przyjmujesz moich tłumaczeń, ani wyznań, postąpię inaczej. Rozbieraj się!

- Będziesz mnie musiał wziąć siłą, bydlaku!

- Jak wolisz.

Uderzył   ją   w   twarz   otwartą   dłonią.   Upadła   na   posłanie.   Broniła   się   zaciekle,   ale 

Joachim był silnym mężczyzną. Szarpał się chwilę z suknią i koszulą. Kiedy zdarł z niej 

ubranie, ściągnął spodnie i usiłował posiąść, próbowała kopnąć go w krocze. Uderzył ją raz 

jeszcze, mocniej, wtedy dopiero, oszołomiona, przestała stawiać opór. Jęczała tylko cicho. 

Joachim nie był delikatny. Na jej twarzy krew z rozbitych warg mieszała się ze łzami bólu. 

Gdy zawył jak zwierzę, w chwili największej rozkoszy, zauważył  błysk, wiedział, że nie 

zdąży już obronić się przed ciosem stalowej szpili, którą ukrywała we włosach - ale w tym 

samym momencie jej nadgarstek chwyciła dłoń o krótkich, pulchnych palcach i brudnych 

paznokciach.

-   Pozbyłeś   się   już   głupich   skrupułów,   to   dobrze,   ale   powinieneś   jeszcze   być 

ostrożniejszy - powiedział Sługa, ciągle trzymając rękę dziewczyny.

background image

Joachim zszedł z posłania, dopiął spodnie, z obrzydzeniem patrząc na zmaltretowane, 

a przecież piękne ciało omdlałej kobiety.

- Wachmistrz Orszagh, do mnie! - ryknął przez pozbawione szyb okno.

Żołnierz wbiegł po chwili, strzelił obcasami.

- Melduję się, panie rotmistrzu!

- Weźcie tę kobietę, niech cały szwadron, kto tylko ma  ochotę, się z nią zabawi. 

Zrozumiano?

Orszagh długo patrzył na Joachima. Wreszcie, ociągając się, odpowiedział:

- Tak jest. Panie rotmistrzu, wolno zapytać?

- Nie wolno! Wykonać i precz, precz ode mnie! Jutro budzić mnie o świcie, i ruszamy.

Rzucił się na pokrwawione posłanie, zasnął od razu. Nie spał długo, rychło zbudziły 

go krzyki. Wybiegł przed chatę z pistoletem w dłoni, kilku huzarów trzymało kobietę, którą 

im oddał, za ręce i nogi, obmacując jej pobite i posiniaczone ciało, jeden zaś gwałcił ją, 

wydając przy tym bydlęce odgłosy. Nieopodal stał osiodłany koń Orszagha, skubiąc trawę, 

zaś pod koniem leżał sam Orszagh. Martwy. Na widok dowódcy żołnierze zaprzestali zabawy, 

na ledwie żywą dziewczynę narzucili dolman, zaś jeden podbiegł do niego.

- Melduję posłusznie, panie rotmistrzu, że wachmistrz powiedział, że pan zwariował 

oddając nam tę dziewczynę, i że on na to nie pozwoli, i chciał razem z nią odjechać. Aleśmy 

mu nie pozwolili, wtedy wyciągnął szablę i ciął Erszega w głowę, tośmy go zasiekli, panie 

rotmistrzu.

Joachim spojrzał na żołnierza z odrazą, odwrócił się na pięcie i wrócił na posłanie. 

Gdy pogrążał się w sen, wciąż słyszał rzężenia zaspokajających swoje żądze huzarów i coraz 

cichsze jęki dziewczyny.

* * *

W wiosce nie przyjęto ich źle. Znajdowali się niedaleko dawnej granicy, ludzie tutaj 

sympatyzowali raczej z cesarzem. Joachim bez żadnych wstępów ogłosił, że pełni rolę sądu 

wojskowego i że należy zgłaszać mu wszelkie skargi i zażalenia na sąsiadów, zwłaszcza, 

jeżeli   dotyczą   one   współpracy   z   powstańcami.   Zasiadł   przed   drzwiami   drewnianego 

kościółka, za wyniesionym z domu sołtysa stołem.

Było wielu chętnych. Zgięci w pokłonach stawali przed jego obliczem, tłumacząc 

jakieś   zawiłe   sprawy.   Joachim   nie   słuchał.   Tych,   którzy   denuncjowali   sąsiadów   jako 

kolaborantów, kazał swoim ludziom kierować do kościoła, gdzie mieli oczekiwać na wyrok, 

background image

zaś tych, co skarżyli się w błahych sprawach, sadzać w jednym miejscu, nieopodal wielkiej 

lipy na środku wioski i pilnować.

Gdy przyszli już wszyscy, kazał wezwać tych, którzy siedzieli pod drzewem razem z 

tymi, których oskarżali, wysłuchiwał obu stron, i rozsądzał. Jeżeli miał wątpliwości, karał 

obie strony grzywną i batogami na gołe pośladki na środku wioski.

Następnie   wezwał   podejrzanych   o   współpracę   z   powstańcami.   Cztery   rodziny 

powtarzały   się   we   wszystkich   donosach.  Wyprowadził   osiemnastu   donosicieli,   ustawił   w 

równym rzędzie i pytał, jaką karę powinien im wymierzyć. Gdy odmawiali odpowiedzi, kazał 

wybatożyć niechętnych do współpracy ojców rodzin, donosicieli zaś zagonił do kościółka, po 

czym  zamknął i zatarasował  wszystkie  drzwi. Oskarżonym  wręczył  pochodnie  i rozkazał 

podpalić budynek. Nikt nawet nie drgnął. Joachim podszedł do pierwszego w szeregu, jeszcze 

raz powtórzył rozkaz, a kiedy mężczyzna odmówił, zastrzelił go. Drugi również się sprzeciwił 

i zginął, za trzeciego wystąpiła żona, z płaczem biorąc pochodnię, za nią zaś następnych kilka 

kobiet.   Joachim   stał,   póki   krzyki   z   palącego   się   kościoła   nie   umilkły  całkiem,   po   czym 

odjechał.

Codziennie ubywało mu ludzi. Uciekali po dwóch, trzech, czasem większą grupą. Nie 

próbował ich gonić, nie dbał o to. Po dwóch tygodniach szalonego rajdu przez południowe 

prowincje cesarstwa został mu tuzin, ale wiedział, że ci już go nie opuszczą. Zasmakowali w 

ogniu, krwi i gwałcie, tak jak on, lubili, gdy za nimi pozostawały zgliszcza, krew i lamenty 

kobiet.

Sługa nie opuszczał Joachima ani na chwilę. Nie mówił już nic, nie musiał. Potakiwał 

tylko, uśmiechał się i gratulował pomysłowości. Rotmistrz czuł, jak cudownie pogrąża się w 

czystą demoniczność - wyszukiwał coraz to nowe sposoby na znajdowanie niegodnych, coraz 

to nowe męki by ich, słusznie w swoim mniemaniu, ukarać, coraz przemyślniej angażował w 

to ich bliskich. Czuł, że łamiąc każde przykazanie, depcząc każdy obyczaj, każdy szacunek, 

wreszcie niszcząc życie, odkrywa prawdziwą, zepsutą istotę świata - coś, czego nie widać pod 

zwykłym,   ślizgającym   się   po   powierzchni   spojrzeniem,   a   co   objawia   się   pod   gorącem 

płomieni, lub pod ostrzem szabli.

Joachim, w swoim przekonaniu, stał bardzo daleko. Nie czuł się już człowiekiem, był 

ponad ludzkimi kategoriami dobra i zła, dlatego, jak mu się wydawało, doskonale rozumiał 

istotę jednego i drugiego. Nie myślał już o księciu, o Dubravce. Ich wspomnienie było blade i 

puste, wyprane z emocji. Nie czuł już smutku, żalu czy cierpienia. Był zimny, spokojny i 

bezwzględny. I tylko Sługa z każdym dniem śmiał się coraz głośniej i coraz częściej klepał 

Joachima po plecach.

background image

Doszli   ich   w Wąwozie   Prstvińskim   -   głębokiej   bruździe,   wyżłobionej   w   górskich 

skałach,   o   prawie   pionowych,   wysokich   ścianach,   z   rzadka   porośniętych   rachitycznymi 

drzewkami.   Szwadron   szwoleżerów,   szwadron   ułanów   oraz   pospolite   ruszenie   -   ze   dwie 

dziesiątki okolicznej szlachty z synami, uzbrojonej przeważnie w strzelby myśliwskie i szable 

po dziadku. Huzarzy bili się zażarcie, lecz przeciwko dwudziestokrotnej przewadze nie mieli 

szans.

Kiedy rotmistrz został sam, dostrzegł swoją szansę. Bardzo chcieli wziąć go żywcem, 

zaś w grupie zmobilizowanej szlachty dostrzegł swojego brata na Artemonie - wspaniałym, 

angielskim ogierze, którego znał jako najściglejszego konia w stadninie ojca, a pewnie i w 

całej   prowincji.   Kiedy,   po   paru   sekundach,   Herman   von   Egern   znalazł   się   nieopodal 

Joachima,   ten  wystrzelił   mu   w  twarz  z  pistoletu,   zepchnął   ciało  na  ziemię,  wskoczył  na 

ojcowskiego konia, i, cudem unikając kul i ostrzy szabel, zdołał wydostać się z wąwozu. W 

lesie zgubili jego trop. Nie wątpił, że prędzej  czy później go dojdą, i chciał, aby to już 

nastąpiło.

Jechał przez ciemny, oświetlony jedynie bladym światłem księżyca las, tą samą drogą, 

którą wiózł trupa Dubravki. I dotarł do tej samej polany, gdzie pochował ukochaną, lecz w 

miejscu nagrobnego kamienia, leżało sponiewierane ciało kobiety, której męża powiesił, którą 

porwał,   zgwałcił,   po   czym   oddał   swoim   huzarom.   Nie   myślał   już   o   tym,   co   widzi,   w 

kategoriach szaleństwa. Czekał na Sługę. Najpierw usłyszał jego śmiech, głośny, drwiący, 

wulgarny. Potem go zauważył. Sługa szedł, zaśmiewając się do łez. Kiedy zobaczył Joachima, 

ogarnęła go jeszcze większa wesołość, aż zatrzymał się, oparł o drzewo, nie miał siły ustać na 

nogach. Pokazywał przy tym Joachima palcem, zupełnie jakby z kimś dzielił się wyjątkowym 

dowcipem. Rotmistrz nie rozumiał. Martwa kobieta, leżąca u jego stóp, uniosła się na łokciu, 

zaczęła   głucho   rechotać,   jednocześnie   lubieżnie   rozchyliła   zakrwawione   uda,   trupia   ręka 

dotknęła posiniaczonych piersi. Za Sługą pojawiła się Dubravka z ogoloną głową i czarnym 

językiem wystającym z ust. Śmiała się. Wychodzili z lasu wszyscy martwi - książę z rozciętą 

piersią, stryj i stara mamka z urwanymi sznurami na szyi, pułkownik von Radetzky z rozbitą 

czaszką, powieszony burmistrz - i wszyscy śmiali się z niego. Wszyscy zanosili się śmiechem. 

Joachim podniósł pistolet i wypalił w kierunku spazmatycznie chichoczącego Sługi. Nagle na 

polanie   byli   już   tylko   oni   dwaj.   Sługa   i   Joachim.   Sługa   już   był   poważny.   Podszedł   do 

rotmistrza i rzekł:

- Zwiesz mnie sługą, a przecież jestem twoim panem. Cały czas mi służyłeś, jak pies. 

Lizałeś mi zabłocone buciory, nędzniku.

- Chcesz mnie teraz opuścić?

background image

- A czy ja kiedykolwiek byłem z tobą, nędzne ścierwo? Jesteś niczym. Pustą, żałosną 

wściekłością. Zdychaj więc, spotkamy się niedługo.

- Nie, Joachimie, nigdy nie jest za późno - usłyszał za sobą głos Nieznajomego.

Odwrócił się. Nieznajomy, odziany tak jak przy pierwszym spotkaniu, siedział pod 

drzewem w pozie nieco niedbałej, jak młody arystokrata.

- Cóż więc mam uczynić?

- Zmień swoje życie, Joachimie.

- Przecież nie zmartwychwstaną ci, których zabiłem.

- Są czyny, których nie da się naprawić, ale da się naprawić siebie. Pokornie przyjmij 

konsekwencje   swoich   czynów.  Wystarczy,   że   zrozumiesz,   co   zrobiłeś,  by  nie   przekreślać 

swojej szansy.

- Wystarczy, że zrozumiem?

- Tak, Joachimie, wystarczy, że zrozumiesz, nazwiesz to po imieniu i ukorzysz się.

Nad polaną znów rozległ się rechot Sługi.

-  A  jakże,   bądź   śmieszny  do   samego   końca.   Żyłeś   jako   głupek,   jako   marionetka, 

umrzyj jeszcze bez honoru, a z twojej śmierci śmiać się będą po kres świata.

- Oszukałeś mnie...

- Sam się oszukałeś, Joachimie. Wybieraj - powiedział Sługa.

- Owszem, Joachimie, wybieraj - powiedział Nieznajomy. - Pamiętaj jednak, do tej 

pory pozbawiłeś życia wielu ludzi, jednak zabijając siebie, zabijesz cały świat, przekreślisz 

swoją szansę ostatecznie i nieodwracalnie. Do tej pory napisałeś bardzo zły list, złożyłeś go i 

odbiłeś swój pierścień w laku. Listu jednak można nie oddać umyślnemu, można go wrzucić 

w  ogień,   nawet   kiedy  jest   już   napisany  i   zapieczętowany.   Kiedy  się   zastrzelisz,   wyślesz 

posłańca na najściglejszym koniu, niechybnego posłańca i wtedy nie będzie już odwrotu. 

Wrzuć swój list w ogień, Joachimie...

Sługa milczał. W lesie słychać już było pościg - nawoływania, konie, psy. Joachim 

patrzył na Nieznajomego i Sługę, nie mówili już nic, spoglądając nań wyczekująco.

Joachim wyciągnął z pochwy szablę księcia. Zauważył  wydrapany ślad po krzyżu 

między słowami  hoc signo. Rzucił ją na ziemię, nabił pistolet, odwiódł kurek i przystawił 

sobie do skroni. Czując na skórze chłód metalu, zapytał jeszcze Nieznajomego:

- Czy ja żyłem złudzeniem?

- Nie, Joachimie. Odrzuciłeś wszystko, poza jednym, i to jedno doprowadziłeś do 

szatańskiego   absurdu.   Stawiając   swój   honor   ponad   swoje   życie,   wystawiałeś   mu   piękne 

świadectwo. Kiedy postawiłeś swój honor ponad wszystko na świecie, zbrukałeś go. Jesteś 

background image

człowiekiem bez honoru. Ale ciągle jesteś jeszcze człowiekiem...

Sługa uśmiechnął się pod nosem i rzekł:

- Ty już dawno wybrałeś... Jesteś w końcu konsekwentny...

Joachim nacisnął spust.

Pilchowice, styczeń - luty 2002

background image

Jeśli to ty hodujesz diabła,

w głębokim dole trzymaj go

Tom Waits

background image

Otchłań

Dwie   nitki   piasku   -   koleiny   pozostawione   przez   setki   i   tysiące   wozów 

przemierzających ten odwieczny trakt z południa na północ. Rozdzielone przez niewielki 

garb, pokryty żółtą, suchą trawą upstrzoną końskim nawozem. Z dwóch stron pylistego traktu 

rozpościerały się ścierniska, które kiedyś były bezkresną pusztą.

Monotonny, rolniczy krajobraz był ostatecznym dowodem triumfu człowieka nad tą 

krainą. Oto poddała mu się puszta, ugięła się pod lemieszem i broną, jako niewolnica rodzi 

teraz   ziarno,   zamiast   przerażać   ogromem   swojej   bezkresnej   przestrzeni,   tak   jak   przeraża 

ocean.

Wciąż   jeszcze   nie   wybrzmiały   do   końca   odgłosy   towarzyszące   znojnej   budowie 

pierwszego traktu. Jęki zmęczenia i bólu, które bat ze skóry nosorożca wydobywał z kilkuset 

spalonych słońcem ciał, stukot kilofów, skwierczenie dopalającego się nad ranem olejowego 

kaganka   w   namiocie   młodego   centuriona,   zatopionego   w   lekturze   łacińskiego   przekładu 

Tukidydesa.

Oficer nie spał w nocy - gdy wstawał ze składanego fotela, aby dokonać porannego 

przeglądu swoich żołnierzy i niewolników, przeciągnął się mocno, aż strzeliły kręgi i kostki 

palców.   Każdemu   krokowi   akompaniowało   skrzypienie   rzemieni   zakurzonego   pancerza, 

którego nikt dawno nie czyścił i suche uderzenia sandałów o miałką ziemię, gdy szedł powoli 

przed   długim   szeregiem   niewolników.   Słyszał   dyskretne   ziewnięcia   wspierających   się   na 

swych tarczach żołnierzy, którzy biesiadowali tej nocy, za jego pozwoleniem.

Kilkanaście stuleci później obok tego, nie wyróżniającego się już niczym miejsca, w 

którym kiedyś stał regularny czworobok wałów, namiotów i latryn, snuła się długa kolumna 

więźniów. Nikt nie pamiętał już o niewolnikach, którzy pracowicie układali tutaj kamienie 

rzymskiej drogi. Nikt nie pamiętał o młodym centurionie, który na własną prośbę przyjechał 

tutaj z Rzymu i którego kości, wraz z przeżartymi przez rdzę resztkami pancerza, leżały w tej 

ziemi od czasu, kiedy szabla huńskiego wojownika roztrzaskała mu czaszkę. Więźniowie, 

idący drogą, nie myśleli o tym, ilu im podobnych przeszło już ten szlak. Cierpienie milionów 

jest   zawsze   niczym   wobec   naszych   własnych,   obtartych   do   krwawiącego   mięsa   stóp. 

Wysuszone z pragnienia usta dolegają bardziej, niż świadomość, że byli tacy, co marli tutaj z 

braku wody i jadła.

Kolumnę   eskortowali   jeźdźcy.   Na   czele   pochodu   jechał   dragon,   na   chudym, 

izabelowatym   koniu.  Wierzchowiec   nie   pochodził   bynajmniej   z  wojskowej   stajni   -  dobre 

konie potrzebne były na polu bitwy, strażnicy musieli zadowolić się wiejskimi szkapami. 

background image

Jeździec dawno pozbył się z grzbietu mundurowego lejbika, dragoński kask kołysał się przy 

łęku.  Żołnierz  obwiązał  sobie  głowę  koszulą,  niedawno  zamoczoną  w studni,  gdzie  poili 

konie i jeńców. Resztka ciepłej wilgoci, ukryta w załomach płótna nie dawała już żadnej 

ochłody. Dragon miał okrągły brzuch i pulchne ramiona - widać było, że pochodził z północy, 

gdyż blada, piegowata skóra zdążyła już pokryć się różową opalenizną, zupełnie inną od 

brązowej na szczupłym torsie drugiego strażnika, który jechał skrajem ścierniska z prawej 

strony traktu. Po granatowych rajtuzach z lampasami i lancy, zaczepionej dwiema pętlami o 

lewy łokieć i strzemię, znać było ułana. Z pewnością też pochodził stąd, gdyż wschodnim 

obyczajem nie zsiadając z siodła, pozwalał swojej karej klaczy zjeść parę pozostawionych na 

ściernisku kłosów, gdy tylko miała na to ochotę.

Dwaj pozostali strażnicy, również ułani, trzymali się z tyłu. Obaj weterani pilnowanie 

jeńców   zostawili   młodszemu   koledze   i   dragonowi.   Sami   raczyli   się   chłodnym   winem   z 

bukłaka,   okładanego   mokrymi   szmatami,   i   prowadzili   niespieszną   pogawędkę   w 

południowym języku, którym mówiła większość jeńców. Całą kolumną dowodził najstarszy 

ze wszystkich jeźdźców, doświadczony wachmistrz Slobodan Draga.

Draga cieszył się absolutnym zaufaniem przełożonych - walczył przeciwko swoim 

rodakom   w   czasie   trzech   kolejnych   powstań.   Był   weteranem   elitarnego   Czwartego 

Cesarskiego   Pułku   Ułanów   Krestvińskich,   który   w   całości   składał   się   z   południowych 

Słowian i był jedną z najpewniejszych jednostek w całym cesarskim wojsku. Nieformalnie 

zaliczano ich do gwardii - na paradach występowali zawsze przed wojskiem liniowym, razem 

z pułkami gwardyjskimi. Krestvińcy co dwa lata składali cesarzowi przysięgę wierności, gdy 

Jego Wysokość osobiście wizytował ich pułk. Rekrut, póki nie odsłużył sześciu miesięcy, nie 

miał prawa ślubować cesarzowi. Zaś nie złożywszy przysięgi, nie miał prawa nazywać się 

Krestvińcem, ani nosić emblematów prawdziwego ułana: kordonów i pióropusza przy czaku.

Tak jak kiedyś dobrze bił się na wojnach, tak teraz Draga starał się dobrze pełnić 

swoją służbę. Chociaż bezwzględny, nie bywał okrutny. Wszelkie przewinienia karał chłostą, 

albo kulą w łeb, lecz jeśli więźniowie byli pokorni i potulni, nie znęcał się bez potrzeby. Nie 

narzucał   też   strasznego   tempa   marszu.  Wiedział,   że   dzień   czy   dwa,   które   w   ten   sposób 

zaoszczędzi, nic nie dadzą, gdy przyjdzie później ciągnąć chorych czy wycieńczonych.

Jeńcy   wszyscy   wyglądali   podobnie   -   chudzi,   bo   państwo   porządnie   żywiło   tylko 

żołnierzy, obdarci ze wszystkich cenniejszych części garderoby, bez butów, kurtek, czapek, 

wszyscy   w   jednako   podartych   koszulach   i   spodniach,   czasem   mających   jeszcze   ślad 

mundurowego lampasa, czy szewronu. Wszyscy mieli ręce skrępowane z tyłu, i byli połączeni 

ze   sobą   solidnym   powrozem,   do   którego   przymocowano   pętle,   luźno   zwisające   na   ich 

background image

szyjach. Więźniów trzeba było dwa razy dziennie rozwiązywać przed posiłkami i dodatkowo 

wiązać im nogi przed noclegiem. To właśnie zajmowało strażnikom najwięcej czasu. Dwóch 

zakładało   pęta,   dwóch   pilnowało,   siedząc   w   siodłach.   „Zrobienie”,   jak   to   określali, 

dwudziestu   sześciu   więźniów,   zajmowało   około   pół  godziny,   co  dawało   półtorej   godziny 

każdego dnia.

* * *

Od kilku dni pejzaż przeobrażał się powoli. Wcześniej puszta stopniowo zamieniała 

się w las, dziś ciągnące się po horyzont pola i pastwiska ustępowały niewielkim, zielonym 

poletkom,   zagajnikom,   łąkom,   przecinanym   gęstą   siecią   dróg   i   strumieni.   Krajobraz 

nieomalże monochromatyczny, cały w żółciach i brązach, nabrał soczystych zieleni, mienił się 

wielokolorowymi kwiatami w oknach białych domków o czerwonych dachach. Nawet ludzie, 

wcześniej   zszarzali,   pokryci   pyłem   i   kurzem,   tutaj   stawali   się   barwni:   dziewczęta   o 

błyszczących, jasnych włosach, w kolorowych fartuszkach na ciemnych spódnicach, wiejscy 

gospodarze, wychodzący z kościoła, dumnie noszący czarne, szmelcowane buty z cholewami. 

Kręgosłup i siła cesarstwa, wolni chłopi, kmiecie. Mieli prawdo do noszenia broni, jednak nie 

przy pasie, tylko w ręku - i u wielu widać było szable czy szpady. Na północy tacy ludzie 

należeli do szlachty, jako jej najniższa warstwa, zaś wsie, takie jak ta, zwały się zaściankami - 

ot, słowiańska skłonność do przesady. Tutaj wszystko było na swoim miejscu.

Mieszkańcy nie zwracali uwagi  na więźniów.  Widywali  takie  kolumny regularnie, 

kilka w miesiącu. Nikt nie czuł tutaj do jeńców nienawiści. Czasem jakiś gospodarz dał im 

bochen chleba, który podzielili między siebie, niekiedy dostali wody czy mleka. Tylko marsz 

był trudniejszy - bose stopy krwawiły na brukowanych drogach.

* * *

Resztkami sił wlekli się przez miasto. Więzień, idący jako ostatni w kolumnie, był już 

kiedyś w stolicy. O, jest i szynk „U szewca”, pili tu piwo z kolegami z pułku, a tam winiarnia, 

gdzie dyskutował z baronem Szabo o literaturze i galeria szermiercza, tutaj właśnie ćwiczył 

się w szpadzie. I pałac, w którym tak mile go podejmowano.

Jednak   coś   się   zmieniło,   coś   wisiało   w   powietrzu.   Kawiarniane   stoliki,   kiedyś 

otoczone   leniwą   atmosferą   sjesty,   dziś   kipiały   od   emocji.   Ludzie   spierali   się,   zamiast 

rozmawiać.   Cesarska   policja,   nie   tak   dawno   jeszcze   dumnie   paradująca   po   chodnikach   - 

background image

symbol siły i potęgi państwa, teraz przemykała pod ścianami. Zamiast szacunku, okazywano 

jej jawną wrogość. Co jeszcze dziwniejsze, zniknęły gdzieś podziały między stanami. Widać 

było szlachtę bratającą się z ludem, dyskutujące zawzięcie grupy przechodniów składały się z 

ludzi wszystkich profesji.

Więzień spostrzegł, że mieszkańcy stolicy podzielili się na dwie grupy - jedni nosili na 

głowach śmieszne, czerwone czapeczki, jakich nigdy tutaj nie zauważył, inni przypinali do 

surdutów kokardy w cesarskich barwach, co zwyczajnie czyni się tylko w wojsku.

Tych   w   czerwonych   czapkach   było   znacznie   więcej.   Chodzili   uzbrojeni   w   piki, 

karabiny, myśliwskie strzelby i pistolety. Widział prostych ludzi, którym spod kapoty zwisała 

nieudolnie przypięta, lub przywiązana sznurkiem, ciężka szabla czy też kirasjerski pałasz. 

Byli bardziej pewni siebie, hałaśliwi, często pijani. Wśród nich kręciło się i paru szlachciców 

- więzień zauważył nawet znajomą twarz, kawalera von Aue, jednak wśród wystrojonych w 

czapeczki przeważali piekarze, czeladnicy, sklepikarze.

Czerwoni, bo tak ich nazywano, okazywali jawną wrogość żołnierzom prowadzącym 

więźniów. Co chwilę z drzwi kawiarni czy klubu w stronę strażników leciała butelka. Ci zaś 

byli dziwnie potulni. Gdyby coś takiego zdarzyło się w innym mieście, śmiałek w najlepszym 

razie dostałby nahajem przez plecy, w najgorszym kulę w łeb. Tutaj kawalerzyści powciskali 

głowy w ramiona, pochylili się, wpatrując się w końskie karki. Jakaś siła wymusiła na nich 

pokorę. Krzykliwi żołnierze, którym w oberżach łyczki bez słowa ustępowały miejsca przy 

szynkwasie, tutaj znosili obelgi i drwiny, zapominając o honorze munduru, ścierali po cichu 

plwocinę.

Tylko   Draga   jechał   wyprostowany   na   czele   kolumny,   spoglądając   przed   siebie,   z 

wodzami w lewej ręce i pistoletem w prawej. W niego nikt nie rzucił butelką, nikt nie splunął. 

Spojrzenie starego ułana pogardliwie ślizgało się po poruszonych przechodniach. Raz tylko 

student   odziany   w   krzykliwy   fraczek   wyskoczył   zza   rogu,   zamachnął   się,   by   cisnąć 

kamieniem, ale zamarł pod ciężkim wzrokiem wachmistrza i nagle odwrócił się, zawstydzony.

Noszących cesarskie kokardy było wyraźnie mniej. W obawie przed przeciwnikami, 

nie chodzili w pojedynkę. Zaczepiani przez czerwonych, bronili się ślamazarnie, uciekali, 

bądź zbierali baty. W ciągu długiego marszu przez ulice, kolumna parę razy minęła niewielkie 

zbiegowiska. Czerwoni otaczali delikwentów wstążkami, a ci, gdy zagrożono im obiciem, 

sami zrywali cesarskie barwy i zakładali czapki. Po chwili razem z resztą zmuszali do tego 

swych dawnych towarzyszy, z daleko większym zapałem zdzierając kolejne kokardy, niż ich 

jeszcze chwilę temu bronili.

Jeńców prowadzono do Schloss, głównego więzienia cesarstwa. Przy samych wrotach 

background image

do kolumny podeszła młoda dziewczyna, przekupka, jakich wiele w stolicy, nocami kupcząca 

swoim ciałem. Na kasztanowe włosy nałożyła na bakier czerwoną czapkę. Splunąwszy pod 

nogi żołnierzowi, podała pierwszemu z jeńców dzban z winem - zatrzymali się wszyscy. 

Draga, rozsierdzony, zawrócił konia, i ryknął:

- Won, dziwko!

Dziewczyna nie zwracała na ułana uwagi. Wachmistrz spiął konia w kłus, w dwóch 

taktach znalazł się przy pojącej kolejnego skazańca dziewce i zdzielił ją nahajem. Jęknęła i 

podała dzban następnemu. Draga zatrzymał się, skonfundowany. Zauważył, że wokół nich 

gromadzi się coraz więcej czerwonych i zatrwożył się, że może utracić jeńców tuż przy końcu 

podróży.   Wydał   więc   komendę   i   kolumna   ruszyła,   wchodząc   powoli   na   dziedziniec 

średniowiecznego barbakanu, który teraz służył za więzienie, podobnie jak paryska Bastylia i 

londyńska Tower.

Na   dziedzińcu   więźniów   rozdzielono.   Część   z   nich   miała   trafić   do   pracy   w 

manufakturach, reszta do posiadłości grafa von Trozt zu Bach. Wachmistrz Draga bez emocji 

obserwował, jak jego jeńcy, po złożeniu obietnicy, że udadzą się prosto do włości arystokraty, 

zostają rozwiązani  i  wolni  wychodzą  ze  Schloss. W końcu  pozostał  tylko  jeden  - trzech 

urzędników wyraźnie nie wiedziało co z nim zrobić, postanowili więc „na razie” osadzić go w 

twierdzy.

Więzienie,  jak  przekonał   się  prowadzony po  jego  korytarzach  jeniec,   było   prawie 

puste. Z bełkotliwego monologu strażnika wynikało, że w całym Schloss siedzi tylko siedmiu 

aresztantów. Dwóch wyjątkowo głupich fałszerzy, którym wydawało się, że mosiężne talary 

mogą udawać złote, jeden chory na trypra szlachetka, którego wsadziła tutaj rodzina, mająca 

znajomości wśród straży (tak, tak - kiedyś takie znajomości wykorzystywało się, aby kogoś 

wyciągnąć!).   I   czterech   szaleńców,   których   bano   się   zamknąć   gdzie   indziej.   Owa   obawa 

szczególnie tyczyła się olbrzyma - idioty o umyśle dziecka i sile wołu, przykutego do ściany 

twierdzy okrętowym łańcuchem.

Razem z nim w celi siedział przerażony aptekarz, który wszystkim swoim pacjentom 

podawał leki na przeczyszczenie. Trafił tutaj, gdy jego driakwi, reklamowanej jako środek na 

potencję, zażył jeden z książąt krwi, kuzyn samego cesarza. Książę planował spotkanie z 

pewną   damą,   zaś   lek   tak   dał   mu   się   we   znaki,   że   spotkanie   skończyło   się   kompletnym 

blamażem. Zaś dama, której nie zbywało na ciętości języka, ośmieszyła zalotnika przed całym 

cesarskim  dworem,   a  nawet   i  samym  cesarzem.   Książę  nie   ustał  w  staraniach  i   po  paru 

tygodniach odnalazł dowcipnego aptekarza. Ten okazał się zwykłym wariatem, mieszkającym 

w domu z czterdziestoma zdechłymi i zasuszonymi kotami. Zbierał je po śmietnikach i wędził 

background image

w kominku, twierdząc, że odstraszają demony. Jednak skompromitowany szlachcic nie uznał 

tego za okoliczność łagodzącą i dopilnował, by winny jego sromoty znalazł się w Schloss.

Trzeci pomyleniec tkwił już tutaj tak długo, że nikt nie pamiętał jego przybycia. Nigdy 

nie   odezwał   się   ani   słowem,   a   od   kilkudziesięciu   lat   pokrywał   ściany   swojej   celi 

skomplikowanym ornamentem, który rzeźbił przy pomocy ułomka łyżki. W zwoje arabeski 

wplecione były litery i cyfry, jak szyfr. Swego czasu było o nim głośno. Celę odwiedził 

nawet,   przybyły   specjalnie   z   Francji,   Wolter   i   osobiście   oglądał   dzieło   skazańca,   aby 

stwierdzić, że to pozbawiony sensu bełkot. Później w tym samym celu przyjechał Rousseau i 

stwierdził,   że   szaleniec   jest   natchniony  przez   Boga,   a   ten,   kto   zrozumie   szyfr,   posiądzie 

tajemnicę   istnienia.   Po   powrocie   do   Genewy   Rousseau   napisał   broszurę   „O   uwolnienie 

boskiego proroka ze Schloss”, jednak przeszła ona bez echa. Stary wariat nic sobie nie robił 

ze sławy. Zresztą po paru miesiącach zapomniano o nim, a po trzydziestu latach czytelnicy 

książeczki Rousseau nie mieli pojęcia, że jej bohater dalej żyje w murach więzienia, pracując 

nad swoim szyfrem.  Większość z nich twierdziła,  że boski prorok to  figura retoryczna  - 

metafora   udręczonego   w   szponach   tyranii   ludu.   Jeńca   umieszczono   w   celi   z   siódmym 

więźniem.

* * *

Cela była bardziej komfortowa od innych w Schloss. Dwieście lat temu, trzydzieści 

kolejnych   zim   spędził   tu   Hals   von   Reden   -   człowiek,   który   uwierzył,   że   cesarz   jest 

Antychrystem   i   próbował   go   zgładzić,   dokładnie   w   chwili,   gdy   Ravaillac   zasztyletował 

dobrego króla Henryka. Reden uniknął zasłużonej kary dzięki hrabiemu de Saint-Germaine, 

który   w   tym   czasie   gościł   na   dworze.   Ów,   jak   mówią   niektórzy,   prorok   i   geniusz,   a 

hochsztapler według innych, miał wizję - śmierć von Redena miała spowodować upadek 

dynastii. Pro publico bono zamiast Redena zamęczono ucharakteryzowanego żebraka, zaś 

szalonego szlachcica zamknięto do końca życia w cesarskiej twierdzy. Reden był świetnym 

rytownikiem - całą lewą ścianę celi pokrywały pejzaże i portrety wielkich tego świata.

Ciężkie drzwi, popchnięte grubym ramieniem strażnika, otworzyły się bezszelestnie - 

widać zawiasy dobrze naoliwiono. Jeniec bezwolnie stał przed wejściem, a pchnięty lekko, 

choć stanowczo, wkroczył do środka i usiadł na wolnej, prawej pryczy. Po przeciwnej stronie 

siedział   wysoki,   szczupły   mężczyzna.   Wydawać   by   się   mogło,   że   przyszedł   tutaj   w 

odwiedziny.   Miał   na   sobie   nieskazitelny   surdut,   czysty   halsztuk,   wyprasowane   spodnie, 

zasznurowane trzewiki, a jego siwe, krótkie włosy były starannie przycięte i ułożone. Nowo 

background image

przybyły spojrzał na niego i bez słowa położył się na legowisku.

-   Dzień   dobry   -   powiedział   więzień   z   lewej   pryczy.   -   Nic   nie   dzieje   się   przez 

przypadek, paniczu Joachimie.

Tamten drgnął na dźwięk imienia.

- Nie pamięta mnie panicz?

- Nie... - powiedział Joachim, siadając. - Ale przypomniałeś mi, jak się nazywałem.

- A skąd tutaj czas przeszły? Zmienił panicz imię? - zapytał spokojnie tamten.

- Nie... nie wiem. Nic nie zapomniałem, ale niczego nie pamiętam. Wszystko stało się 

szare. Moje wspomnienia są tak nieważne, że nie umiem o nich myśleć. Jakby ich nie było. 

Jak błaha historyjka, którą gdzieś zasłyszałem - bez znaczenia.

-   O   czym   panicz   mówi?   Niechże   się   przedstawię,   zatem,   chociaż   znałem   cię   od 

niemowlęcia.   Jestem   don   Jaime   de   Astarloa,   twój   nauczyciel   szermierki.   Jak   panicz 

niewątpliwie zauważył, chwilowo na państwowym wikcie.

Joachim długo patrzył na swojego rozmówcę.

- Don Jaime. Nie poznałbym was - powiedział wreszcie.

Poczuł się niezręcznie, wstał, w zakłopotaniu nie wiedząc, co uczynić.

- Dlaczego panicz się tutaj znalazł? - zapytał don Jaime.

- Poznałem go, potem uciekaliśmy, a ona umarła, to znaczy udusili ją, i potem właśnie 

nas ścigali, i tam był Herman, i zastrzeliłem go, zabrałem konia, i uszedłem, a potem była 

polana... polana... i na... na... nie.. nie wiem - bełkotał Joachim.

Zsunął się z pryczy, upadł na kolana i, szlochając, objął don Jaime za kolana.

- Wiem, don Jaime, ja jestem przeklęty, na wieki.

- Mów.

- Na tej polanie... Tam on był, i wszyscy, i Dubravka, i inni, ja już słyszałem pościg, a 

on przekonywał mnie, żebym rzucił pistolet, ale honor... Honor, don Jaime! Sługa, on ze mnie 

szydził, tak jak ci przeklęci bandyci wcześniej, powstańcy, i kiedy tak mi urągał, to aby 

zachować twarz mogłem tylko palnąć sobie w łeb...

- Więc dlaczego panicz tu jest? Nie takie były moje nauki... - powiedział surowo don 

Jaime. Nie rozumiał wiele z bełkotu Joachima, ale w sprawach honorowych był biegły i nie 

wahał się wydawać opinii.

- Ale ja właśnie tak zrobiłem! Don byłby ze mnie zadowolony! Miałem pistolet dobrze 

opatrzony, dobrze podsypany, skałkę świeżą! Przystawiłem sobie do skroni, pociągnąłem za 

cyngiel, podsypka się zapaliła i pistolet wypalił. Widziałem siebie na pustej polanie, leżącego, 

z góry, z roztrzaskaną czaszką...

background image

* * *

Jorge   hrabia   von   Zelewski   wjechał   na   polanę   jako   pierwszy.  Andaluzyjski   ogier 

świetnie radził sobie z nierówną ścieżką, lepiej niż konie reszty oddziału. Hrabia w prawej 

ręce ściskał pałasz, lewą osadził konia, kiedy tylko zobaczył rotmistrza von Egern leżącego na 

trawie,   z   głową   w   kałuży   krwi.   Pistoletowa   kula   wypchnęła   lewe   oko,   zwisające   teraz 

makabrycznie na policzku. Zelewski puścił pałasz na temblak i sięgnął do krótkiego sztucera, 

zwisającego   na   szaserskim   bandolierze.   Odwiódł   kurek   i   strzelił   w   powietrze,   wzywając 

resztę pościgu. Wysunął stopy ze strzemion, schował klingę do pochwy i lekko przerzucił 

prawą nogę nad siodłem, sprężyście lądując na ziemi. Gdy zabierał się do podciągnięcia 

strzemion na puśliskach, oślepił go blask - wszystko zapłonęło jak magnezja. Drzewa, niebo, 

koń, trawa, nawet jego prawa dłoń, którą dociągał rzemień, zniknęły w oślepiającym błysku.

* * *

- Joachimie.

- Panie.

- Nie posłuchałeś mnie.

- Nie, panie.

- Zdecydowałeś. Mogliśmy spotkać się tutaj za parę chwil, w innej sytuacji, wtedy 

mógłbym ci wybaczyć. Jednak moja miłość nie sięga tak daleko. Potępiam cię, bo sam się 

potępiłeś. Odejdź ode mnie, nie chcę cię widzieć. Precz. Więcej się nie zobaczymy.

- Panie...

-   On   już   wybrał   dla   ciebie   piekło.   Wrócisz   tam   i   będziesz   żył,   bez   szansy   na 

odkupienie. Chciałeś stanąć ponad dobrem i złem - oto spełni się twoje pragnienie. Nie będzie 

już dla ciebie dobra i zła. Cokolwiek uczynisz, jesteś już potępiony. Możesz być jak święty, 

możesz jak sam diabeł - dla ciebie nie ma już grzechu, nie ma już łaski. Jesteś martwy, 

chociaż będziesz żył jak inni. Twoja dusza jest już martwa. Dla ciebie to nie będzie życie, to 

będzie twoje piekło. Nie przerwiesz go, nie zginiesz, chociaż lękał będziesz się śmierci, nie 

umrzesz, chociaż będziesz się starzał, nie pozbawisz się życia sam, chociaż po wielekroć 

spróbujesz. Nie będziesz wiedział na czym polega twoje piekło. Będziesz cierpiał na wieki. 

Będziesz piekłem dla innych.

- Panie, ja...

background image

- Precz. Nie spróbujesz mojej uczty.

* * *

Jorge   hrabia   von   Zelewski   wjechał   na   polanę   jako   pierwszy.  Andaluzyjski   ogier 

świetnie radził sobie z nierówną ścieżką, lepiej niż konie reszty oddziału. Hrabia w prawej 

ręce ściskał pałasz, lewą osadził konia, kiedy tylko zobaczył rotmistrza von Egern stojącego 

na polanie z dziwaczną, otępiałą miną i pustymi, niewidzącymi oczami. Rotmistrz w jednej 

ręce trzymał pistolet, lecz kurek był opuszczony na panewkę. Zelewski, zdziwiony, puścił 

pałasz na temblak i sięgnął do krótkiego sztucera, zwisającego na bandolierze.

- Panie von Egern! - krzyknął, celując w Joachima.

Rotmistrz   powoli   obrócił   głowę   w   stronę   hrabiego.   Strużka   śliny   z   kącika 

rozdziawionych ust pociekła na brudny szamerunek dolmanu. Zelewski ścisnął wierzchowca 

łydkami i, nie odsuwając kolby od ramienia, podjechał stępem do rotmistrza.

- Panie von Egern! Rotmistrzu! - krzyknął ponownie.

Po   chwili   puścił   karabinek   i   sztychem   strącił   Joachimowi   bermycę.   Gdy   ten   nie 

zareagował,   podjechał   jeszcze   krok   bliżej   i   trzasnął   huzara   w   łeb   rękojeścią.   Rotmistrz 

Joachim von Egern bez czucia zwalił się na ziemię.

* * *

Joachim siedział na prawej pryczy, z kolanami podciągniętymi pod brodę, obejmując 

golenie   wychudłymi   ramionami.   Jaime   de   Astarloa   przechadzał   się   po   celi,   dokładnie 

odmierzając i licząc kroki. Wreszcie zatrzymał się i zapytał:

- Więc mówisz, Joachimie, że po tym, jak popełniłeś te wszystkie okropne zbrodnie, 

strzeliłeś sobie w łeb na polanie, aby następnie odżyć? - stary fechtmistrz już nie tytułował 

Joachima „paniczem”.

- Tak, mistrzu - von Egern skinął głową.

- Wiem, że nie kłamiesz. Sądzę, że zwariowałeś. Nie wiem, ile jest prawdy w twoich 

słowach. Wierzę, że to, co opowiedziałeś mi o swoim szalonym, barbarzyńskim rajdzie przez 

południowe prowincje nie jest kłamstwem. Czułbym do ciebie odrazę, gdyby nie to, że jesteś 

moim uczniem. Wystawiłem ci najwyższą notę, bo na taką zasługiwałeś, a nie uczyłem cię 

przecież tylko pchnięć i zasłon, lecz również honoru na prośbę twojego ojca, który zaszczycał 

mnie swoją przyjaźnią. Tym samym odpowiadam za twoje czyny, tak jak mistrz murarski 

background image

odpowiada   za   to,   jak   kładzie   cegły   jego   czeladnik.   Ukształtowałem   cię   tak,   jakbym 

kształtował własnego syna i uznałem za swoje wielkie zwycięstwo. Dziś widzę, że byłeś moją 

ogromną porażką.

- To nie wasza porażka, mistrzu. Wy byliście najlepszym nauczycielem. Uczyliście 

złego przedmiotu. Mówicie, że jesteście za mnie odpowiedzialni, jak murarz za czeladnika. 

Lecz czy murarz, który nauczył swego ucznia budowy domów z kamienia najlepiej jak się da, 

może   czuć   się   winien,   gdy   zawali   się   temu   uczniowi   dom   z   drewna?   Uczyliście   mnie 

murarstwa, a tymczasem potrzebni byli cieśle. Próbowałem ciąć pnie drzew i układać jak 

kamienie, ale tak nie da się zbudować domu.

- Kim jesteś najpierw: moim uczniem, czy szlachcicem, czy może czymś innym?

- Jestem diabłem. Ale jestem waszym uczniem, mistrzu.

- Dobrze więc.

Stary fechtmistrz wstał z pryczy, zrobił dwa kroki i wymierzył Joachimowi siarczysty 

policzek.   Klaśnięcie   odbiło   się   od   sklepienia   zwielokrotnionym   echem,   wybrzmiało   w 

korytarzach.

-   Potraktowałem   cię   jak   ucznia,   nie   szlachcica.   Pamiętaj   zatem,   smarkaczu, 

postanowiłeś zostać antychrystem, dobrze, to nie moja rzecz. Nie jestem katechetą, jestem 

szermierzem. Nie uczyłem cię etyki, lecz honoru. Chociaż jest to dosyć trudne, można być 

człowiekiem złym, a na pewno niemoralnym, pozostając człowiekiem honoru. Nieco łatwiej 

jest być przyzwoitym człowiekiem, honoru nie posiadając. Jednak ty przekroczyłeś granicę, 

stałeś się podły, a podłość wyklucza honor. Dlatego jesteś moją porażką. Nie jestem Bogiem 

ani strażnikiem moralności, Bóg nie jest gentlemanem. Nie osądzam cię za łamanie dziesięciu 

przykazań.   Przecież   nauczyciel   muzyki   nie   ocenia   swego   ucznia   za   to,   czy   strój   nosi 

gustowny, lecz za umiejętność gry na klawikordzie. I ja osądzam cię za sprzeniewierzenie się 

temu, czego cię uczyłem. Podniosłeś rękę na kobietę. Prowokowałeś najniższe postępki, być 

może twoja pycha się nasyciła, ale honor to zupełnie coś innego.

Joachim milczał, wpatrując się w swoje bose, brudne stopy. Don Jaime przemawiał 

dalej:

- Posłuchaj, bo to moja ostatnia nauka dla ciebie. Honor jest jak dziewictwo - raz 

utraconego nie odzyskasz. Można go również stracić bez swojego w tym udziału i bez winy - 

tak jak zgwałcona dziewczyna nie jest już dziewicą, mimo że nie dopuściła się rozpusty. 

Czasem literaci piszą o „odzyskaniu honoru”. Ktoś został obrażony, lecz odzyskał honor, bo 

wyzwał   obrażającego   na   pojedynek.   Nie   jest   to   prawdziwa   honoru   utrata,   lecz   jego 

zawieszenie,   poddanie   próbie.   Obrażony  ma   przed   sobą   dwie   drogi:   utrzymanie,   czy  jak 

background image

wolisz   może,   odwieszenie   honoru,   albo   jego   utratę.   Raz   zaniechasz   pojedynku,   gdy   jest 

potrzebny - honor utraciłeś, już go nie odzyskasz. Nawet gdyby wszyscy o tym zapomnieli, 

wszyscy świadkowie umarli, nikt już o tym nie wiedział. Filozofowie mawiają, że honor to 

sprawa społecznego konsensusu, wzajemnego uznania swojej godności przez ludzi godnych. 

Pewien jestem, że nie znajdziesz wśród tych bakałarzy szlachcica! Honor jest w nas, ale jest 

większy od nas. Raz go stracisz, a nawet gdyby największy poeta napisał na twoją cześć 

poemat trzynastozgłoskowcem, gdyby sam cesarz prosił cię na sekundanta - honoru nie masz. 

I tyle. Więcej o tym nie rozmawiamy. Nie chcę słuchać o twoich czynach, mam nadzieję, że 

słusznie cię za nie ukarzą, albo, jeśliś obłąkany, uleczą. Zrozumiałeś?

- Tak, mistrzu.

- Nie tytułuj mnie więcej mistrzem. Nie zasługujesz, by być moim uczniem. A ja nie 

zasługuję na to miano. Nie jestem lepszy od ciebie. Nie będziemy więcej rozmawiać na ten 

temat.

Joachim milczał. Po kwadransie postanowił zapytać:

- Na inne tematy jednak możemy rozmawiać?

- Owszem. Przecież jesteś moim towarzyszem w celi, a mimo wszystko zapewne nie 

przestałeś być inteligentnym chłopcem, więc milej upłynie mi czas na konwersacji, niż na 

milczeniu - odpowiedział Astarloa.

- Dlaczego pan się tutaj znalazł?

- Dlaczego się tutaj znalazłem? Bo się pomyliłem.

- Jaka to pomyłka?

- Ach! Widziałeś, co dzieje się w mieście?

- Tak. Coś dziwnego, coś, czego nie rozumiem. Bunt?

- Nie, Joachimie. To rewolucja. Jej początek, albo raczej początek jej apogeum, bo tak 

naprawdę to ona trwa tutaj od kilkudziesięciu lat.

Stary fechtmistrz podszedł do stołu i gestem przywołał Joachima do siebie.

- Dasz chyba radę się podciągnąć? - wskazał na niewielkie biforium pod krzyżowym, 

gotyckim sklepieniem, podwójne okienko, wychodzące na dziedziniec Schloss.

- Tak. Chyba tak... Jestem trochę zmęczony po tym marszu.

Rotmistrz wszedł na przymocowany do ściany stół, wspiął się na palce, chwycił kraty 

i podciągnął się bez trudu.

- Schudłem. Mogę tak wisieć chociażby godzinę - powiedział.

- Dobrze. Co tam widzisz? - zapytał  don Jaime, siadając na pryczy.  Mówiąc, nie 

patrzył na Joachima, tylko z niezwykłym zainteresowaniem oglądał swoje paznokcie.

background image

- Dziedziniec. Żołnierzy.

- Co robią?

- No... stoją, po prostu.

- Tak po prostu? Żołnierze? Przypomnij sobie, przecież jesteś oficerem! Co zazwyczaj 

robi żołnierz, gdy nie ma co robić? - don Jaime pytał, jakby egzaminował ucznia z teorii 

szermierki.

- Jedzą, śpią, albo grają w karty. Chyba, że to długi odpoczynek i są kobiety. Wtedy 

biją się o baby, a potem je chędożą.

- Tak. A ci co robią?

- No... właśnie stoją.

- Jak stoją? Pojedynczo?

- Nie. Grupkami. Tak jakby... coś knuli.

- No właśnie. Widzisz, Joachimie, w tym rzecz. To są prości wojacy, synowie chłopów 

i rzemieślników. Gdyby stali bliżej, usłyszałbyś o czym dyskutują. Zwykły żołnierz może 

czasem szemrać przeciwko swemu dowódcy. Nawet wtedy skupia się jedynie na tym, żeby 

nie chłostano, albo żeby było co żreć, albo co wychędożyć, bo od pół roku w żadnym burdelu 

nie   byli.   Tymczasem,   ci   tam,   chłopscy   synowie,   używają   takich   słów   jak   „wolność”, 

„suwerenność  ludu”, „tyrania”, „równość”, „egalitaryzm”  i „demokracja”. Mój przyjaciel, 

pisarz, powiedział mi kiedyś, że rewolucja wybuchnie, bo lud zaczął myśleć i działać jak 

literaci.

- A co to ma  wspólnego z pańskim pobytem w Schloss? - Joachim zeskoczył  na 

podłogę.

-   Ach,   to   proste   -   fechmistrz   uśmiechnął   się   wyrozumiale.   -   Jestem   na   tyle 

spostrzegawczy, żeby zauważyć, że insurekcja wisi na włosku i wybuchnie lada chwila. Wiem 

również,   że   takich   momentów   historii   nie   można   zlekceważyć.   Nie   da   się   zachować 

neutralności. Całym sercem jestem zwolennikiem starego porządku. Ale stary porządek już 

nie   istnieje   -   pozór   to   nie   rzeczywistość.   Przeciwko   motłochowi   stanie   zblazowana   i 

zdegenerowana arystokracja, niegodna, by mieszkać w zamkach swoich rycerskich przodków. 

Postanowiłem   zatem   przeczekać.   Zabiłem   w   pojedynku   jednego   łotra,   po   czym 

pomaszerowałem   prosto   do   sądu.   Przyznałem   się   do   swojego   czynu   i   pokazałem   edykt 

cesarza Maximilliana z 1542 roku, zakazujący pojedynków. Zażądałem zamknięcia mnie w 

Schloss. Niestety, pomyliłem się. Łudziłem się, że armia nie ulegnie temu zrywowi. Pewnie 

miałbym rację, gdyby chodziło o pułk, w którym ty służyłeś, albo w ogóle o wojsko, które 

walczy na prowincji. Tymczasem żołnierze w stolicy to jedno z głównych ognisk buntu. 

background image

Chłopi   w   mundurach.   Schloss   będzie   zdobyte.   Z   nas   zrobią   ofiary   starego   porządku   i 

bohaterów nowego. To może stać się dzisiaj, albo za rok, ale stanie się na pewno. Ja nie 

zamierzam się przyłączać do motłochu. Do machania piką, czy osadzoną na sztorc kosą, 

szermierka nie jest potrzebna. Dlatego pewnie mnie zabiją. Jestem szlachcicem, a szlachcic 

dobry jest tylko wtedy, gdy stara się być bardziej rewolucyjny od rewolucjonistów. Tego zaś 

uczynić nie zamierzam. Powiedziałem ci na samym początku - nie sądzę, abyś znalazł się 

tutaj przez przypadek. Tak się składa, że znakomicie pasujesz do tych czasów, Joachimie. A 

teraz połóż się, chcę mieć spokój.

Joachim posłusznie zaległ na pryczy, przykrywając się cienką derką. Don Jaime de 

Astarloa stanął w przejściu między pryczami w pozycji szermierczej i rozpoczął ćwiczenia. 

Joachim odwrócił się do ściany i wpatrywał w padający na kamienny mur cień tamtego - 

wyraźny,   chociaż   rozedrgany   w   wątłym   świetle   świecy.   Pozycja   zasadnicza,   salut 

wyimaginowaną szpadą, prima. Słyszał monotonne pacnięcia pantofla o posadzkę - wypad, 

powrót, wypad, powrót, wypad, powrót, tap-tap, tap-tap, tap-tap. Cień wyglądał jak ryciny w 

starym   hiszpańskim   podręczniku   szermierki.   Obcisły   strój   podkreślał   ułożenie   ciała   i 

kończyn, zaś fechtmistrz zastygał na pół sekundy po każdym ruchu.

Powoli i metodycznie odtwarzał całą swoją wiedzę. Od podstaw: wypad z pchnięciem, 

podstawowe zasłony - prima, sekonda, tercja, kwarta, przez kolejne pchnięcia, aż po coraz 

bardziej  skomplikowane finty,  wolty,  i  kombinacje różnych  technik. Wyprostowany palec 

prawej dłoni wskazywał na pozycję ostrza wyimaginowanej szpady. Ruchy szlachcica były 

niespieszne, spokojne i pewne - nie zachwiał się ani razu, nie potknął, nie wyciągnął dłoni o 

cal za daleko ani o cal za blisko.

Don   Jaime   de  Astarloa,   najlepsza   szpada   cesarstwa,   wkładał   w   te   ćwiczenia   całe 

mistrzostwo swojego rzemiosła. Joachim zrozumiał. To była ostatnia lekcja, jakiej postanowił 

udzielić mu stary szermierz. Pożegnanie z byłym uczniem. W końcu huzar usnął - świece 

zgasły, a fechtmistrz dalej ćwiczył.

* * *

Pierwszy   promień   słońca,   wpadający   do   celi   przez   okienko   u   powały,   obudził 

Joachima. Don Jaime z oczami zamglonymi ze zmęczenia, lecz bez śladu potu na czole, 

ćwiczył skomplikowany układ. Nie stosowano tej techniki w pojedynkach, gdyż wymagała 

użycia lewej ręki, czego kodeks honorowy zabraniał jednoznacznie. Była jednak bezwzględna 

i skuteczna, świetnie więc nadawała się do obrony przed bandytami, zwłaszcza że można było 

background image

ją wykonać również bez broni, walcząc gołymi rękami.

Joachim   uniósł   się   na   pryczy   i   w   tym   samym   momencie   całym   Schloss   targnął 

potężny wybuch. Tłum wysadził bramę przy użyciu dwóch beczek prochu zrabowanych z 

koszar gwardii pałacowej.

* * *

Siedzieli w celi, przysłuchując się odgłosom rewolucji. W kilkadziesiąt sekund po 

wtargnięciu do Schloss, motłoch zaczął mordować załogę. Joachim, podciągnięty na kratach, 

obserwował   jak   tłum   rozrywał   na   strzępy   odzianych   w   cesarskie   mundury   żołnierzy   i 

oficerów. Ci sami, którzy jeszcze wczoraj spiskowali na dziedzińcu, teraz, pchani szaleńczym 

strachem,   łamali   sobie   paznokcie   i   palce,   wspinając   się   na   mury   twierdzy.   Te   jednak 

zbudowano z równo ciosanych kamieni. Tłum dopadał każdego, kilkadziesiąt rąk chwytało 

nieszczęśnika, kłuło nożami, cięło, szarpało, aż człowiek zamieniał się w ochłapy. Nie dało 

się wskazać momentu, w którym dosięgała ich śmierć. Po prostu przestawali być, tracąc 

najpierw uszy, nosy, potem kończyny, aż wreszcie kończąc jako makabryczne naszyjniki z 

jelit na szyjach odurzonych krwią i alkoholem kobiet.

Joachim zauważył wśród nich tę, która wczoraj częstowała więźniów winem. Śmiała 

się   głośno.   W   jednej   dłoni   trzymała   odrąbaną   głowę   żołnierza,   w   drugiej   zaś   jego 

przyrodzenie. Wzbudzała powszechną wesołość, wpychając członka w usta odciętej głowy.

W końcu nie było już kogo ścigać, więc tłum, gnany wewnętrznym ciśnieniem, jak 

sprężane   powietrze,   zaczął   wlewać   się  do   podziemi   Schloss.   Kilku   strażników   nie   miało 

najmniejszej   szansy   stawić   czoła   rozpędzonej   tłuszczy   i   nie   dopuścić   do   otwarcia   cel. 

Siedzący w pierwszej fałszerze natychmiast przyłączyli się do motłochu - niesiono ich na 

ramionach,   wiwatowano   na   cześć   męczenników.   W   następnej   celi   siedział   szlachcic   - 

rozpustnik. Okrzyki „Niech żyje rewolucja” wznosił od samego początku, więc kiedy otwarto 

drzwi, tłum entuzjastycznie przyjął kolejnego zwolennika nowego ładu, póki fałszerze nie 

zaczęli wrzeszczeć:

- To szlachcic!

- Owszem, urodziłem się szlachcicem, lecz już jako dziecko zrozumiałem, żem taki 

sam   jak   chłop   i   mieszczanin,   że   nic   we   mnie   nie   ma   lepszego.   Jestem   waszym   bratem, 

nienawidzę cesarza i księży tak samo jak wy, dlatego mnie tutaj zamknięto - tłumaczył się 

arystokrata pospiesznie.

- Szlachcic to szlachcic, zabić go! - ryknął jeden z niesionych na ramionach fałszerzy.

background image

- Ale ten plwa na swoje szlachectwo, nie zabijajmy go! - zaoponował ktoś z tłumu.

- Niech dowiedzie, że kocha rewolucję! - krzyknął ktoś inny.

- Niech prosi o przebaczenie! Na kolana!

Siwowłosy   baron   posłusznie   padł   na   kolana.   Z   tłumu   wystąpiła   rudowłosa 

dziewczyna, ta sama, która bawiła się głową żołnierza. Podeszła do upokorzonego szlachcica, 

zadarła spódnicę i wystawiając ku niemu swój srom, wrzasnęła:

- Tu niech całuje rewolucję, to może mu wybaczymy!

Gdy baron posłusznie spełnił rozkaz, nałożono mu na głowę czerwoną czapkę i wśród 

kuksańców, splunięć i poklepywań, przepychano na dziedziniec. Choć kuksańce bynajmniej 

nie były lekkie, baron znosił je bardzo szczęśliwy, stanowiły niewielką cenę za ocalenie. Tłum 

zaś zaczął szturmować drzwi pozostałych cel.

Don Jaime stanął o dwa kroki od wejścia, luźno opuściwszy ręce. Joachimowi nakazał 

wejść   na   stół   pod   oknem.   Gdy   pod   naporem   rąk   drzwi   wyskoczyły   z   zawiasów, 

rewolucjoniści zatrzymali się skonfundowani. Nie wiedzieli, co czynić w obliczu człowieka, 

który nie ucieka, nie próbuje się bronić, a po prostu stoi. Po chwili, krok do przodu wystąpił 

postawny mężczyzna w rzeźniczym fartuchu o głowę wyższy od don Jaimego. W rękach 

dzierżył zdobyty na żołnierzach karabin z bagnetem.

- Jesteś z nami, czy przeciw nam? - ryknął.

Astarloa stał, opierając ciężar ciała na prawej stopie skierowanej ku drzwiom. Kiedy 

rewolucjonista   pchnął   bagnetem   w   pierś   fechtmistrza,   ten   chwycił   lufę   karabinu   prawdą 

dłonią, jednocześnie wykonując półobrót. Ostrze bagnetu przebiło powietrze, zaś don Jaime 

lewą   stopą   uderzył   pod   kolano   napastnika   i   szarpnął   broń,   wytrącając   wielkoluda   z 

równowagi i rozbrajając zarazem. Rzeźnik poleciał na twarz. Karabin wykonał w powietrzu 

obrót jak na paradzie, i bagnet przebił plecy padającego olbrzyma. Ruchy szermierza były 

spokojne i wystudiowane. Poruszał się tak samo, jak kilka godzin wcześniej, kiedy ćwiczył tę 

technikę.

Ruszył do przodu. Kolbą uderzył w twarz stojącą w drzwiach rudą, ogłuszając ją i 

pozbawiając kilku zębów. Bez trudu odbił siekierę, jaką chciał go zdzielić krępy brodacz i 

przebił bagnetem kolejnego rebelianta. Na korytarzu podniósł się wrzask - po raz pierwszy 

ktoś się bronił! Don Jaimego opadło kilku ludzi, tylu, ilu mogło zmieścić się w ograniczonej 

przestrzeni.   Fechtmistrz   nie   poruszał   się   już   niespiesznymi   ruchami   z   sali   szermierczej. 

Pochylił   się   i   przemykając   pod   ramionami   napastników,   lewą   dłonią   wyszarpnął   krótką, 

żołnierską szablę zza pasa jednego z nich. Zaczął siec i rąbać, cały czas wymykając się 

przeszkadzającym sobie nawzajem wrogom. Zabił trzech.

background image

Ktoś chwycił go od tyłu. Dwóch innych rzuciło się, aby pomóc kompanowi - opadli 

don Jaimego, przewrócili się wszyscy. Z kotłowaniny wypadł nagle jeden, z rozpłatanym 

gardłem, zaraz po nim następny z zapaśników zerwał się z rykiem. Zamiast policzka miał 

ogromną, krwawą dziurę, w której widać było zęby. Astarloa ugryzł go z całej siły, wyrywając 

tkankę.   Kiedy   stłoczeni   na   korytarzu   ludzie   zobaczyli   swojego   odważnego   towarzysza 

ryczącego z bólu i strachu, ktoś wrzasnął - „uciekajmy”. Tłum jest równie łatwo przestraszyć 

jak   rozgniewać.   Nagle   wszyscy   poddali   się   panice,   biegnąc   do   wyjścia   i   tratując   się 

nawzajem.

Na podłodze celi fechtmistrz siłował się z trzecim rewolucjonistą. Odebrał potężnemu 

chłopu rybacki nóż i tym krótkim, zakrzywionym ostrzem poderżnął mu gardło. Wreszcie 

podniósł się z podłogi, strząsając z siebie trupa. Ubranie miał potargane i poplamione krwią. 

Krew miał również na twarzy - ściekała mu z ust.

- Żegnaj - powiedział do Joachima.

Podniósł z ziemi krótką szablę i lekkim krokiem ruszył przed siebie. Po chwili z 

korytarza słychać było wrzaski mordowanych.

Joachimem nikt się nie interesował, więc ten chwilę siedział w kucki na stole - jak 

wielkie, przerażone ptaszysko. A kiedy przez parę minut nic się nie wydarzyło, nieśmiało 

zszedł i zrobił parę kroków. On, Joachim von Egern, rotmistrz huzarów, kawaler Orderu św. 

Stefana, szef pierwszego szwadronu w swoim pułku, dumny właściciel szesnastu węzłów na 

kordonie przy bermycy - szesnaście razy szarżował ze swoim szwadronem w pierwszym 

szeregu, z szablą w dłoni, cztery razy był ranny. Prawdziwy huzar, prawdziwy kawalerzysta, 

prawdziwy żołnierz. On, Joachim von Egern, bał się jak mały chłopiec.

Kiedy  Astarloa   siłował   się   z   trzema   rewolucjonistami   na   podłodze   -   Joachim   nie 

zareagował.   Patrzył   nań   tak,   jak   mały   chłopiec   patrzy   na   ojca,   broniącego   go   przed 

niebezpieczeństwami.

Von Egern podniósł leżący na ziemi karabin, którym walczył  don Jaime, odwiódł 

panewkę - broń ciągle była  nabita. Odciągnął kurek i przestąpił próg celi. Korytarz cały 

umazany był krwią. Obok ciał zmasakrowanych strażników, wzdłuż korytarza leżało kilka 

trupów z ranami od szabli. Don Jaime był okrutny, o dwa kroki od Joachima czołgał się 

młody chłopiec w czerwonej czapce. Cięcie rozpłatało mu brzuch. Młokos płakał głośno, 

czołgając się na jednej ręce, drugą podtrzymując wylewające się jelita. Joachim znał takie 

rany. Młodzieniec będzie długo umierał i zwariuje z bólu, jeżeli nikt go nie dobije.

Von   Egern   nie   był   jednak   zdolny   do   zdecydowanego   działania.   Przekroczył 

skowyczącego chłopca i ruszył w górę korytarza. Zaglądał do cel - były puste. Jedynie w 

background image

pomieszczeniu o ścianach pokrytych szyfrem w kącie siedział skulony starzec. Gdy zobaczył 

Joachima, odezwał się po raz pierwszy od czterdziestu lat:

- Proszę... cię... panie. Zamknij... te drzwi - wyszeptał rwącym się głosem.

Rotmistrz podszedł do nieszczęśnika, przyklęknął przy nim, przyglądając się uważnie, 

i zapytał:

- Kim jesteś?

- Jestem... jestem...

- Kto? - indagował Joachim.

- Zamknij... drzwi. Proszę... Cela nie może... nie może być otwarta...

- To koniec tego więzienia. Więzienia były wędzidłem dla ludu, aby utrzymać go na 

trakcie państwa. Lud się znarowił i zerwał, więc nie potrzeba mu już wędzideł. Jesteś wolny - 

powiedział cicho Joachim bez radości w głosie.

- Jesteś głupcem - wyszeptał tamten z wysiłkiem.

- Dlaczego?

- Więzienie... to wszystko... jest więzieniem. Więzienie... więzienia będą... zawsze. 

Zamknij... drzwi... za sobą. Już godzina, jak... nie piszę... Zamknij drzwi.

Joachim wycofał się za próg, po czym spełnił prośbę szaleńca. Z celi dobiegł go głos 

starca:

- Na klucz! W więzieniu... drzwi... muszą być zamknięte na klucz!

- Ależ umrzesz tutaj z głodu! Nie ma już strażników, nikt nie poda ci zupy!

- Głupcze... głupcze... na klucz! Strażnicy są zawsze! Więzienie jest wieczne.

Rotmistrz przekręcił  klucz  w zamku i ruszył  schodami w górę. Stopnie zakręcały 

ciasno jak w wieży kościelnej. Za kolejnym zakrętem znalazł dwa trupy. Jeden z rebeliantów 

padł cięty w kark, drugi miał głęboką ranę między łopatkami.

Astarloa nie walczył, tylko mordował, pomyślał Joachim. Rąbał kmiotów szablą w 

plecy!

Nie   widząc   możliwości   wykorzystania   długiej   broni   w   wąskiej,   spiralnej   klatce 

schodowej, zdjął bagnet z lufy i chwycił go mocno za jarzmo, aby w razie potrzeby użyć jak 

sztyletu. W końcu wyszedł na dziedziniec.

Don Jaimego nie było. Po placu pętali się rewolucjoniści - kilku siedziało, pijąc wino 

z butelek, pewnie zrabowanych z magazynu, pijany szewc wznosił wojownicze okrzyki, tak 

bełkotliwie, że nie dało się zrozumieć poszczególnych słów. Joachim natknął się na kolejne 

trupy, w większości strażników, wszystkie straszliwie zmasakrowane. Kilku rannych leżało 

pod ścianami, nikt ich nie opatrzył, nikt też nie dobił. Pod ciągnącymi się na północnej ścianie 

background image

dziedzińca arkadami zauważył konia. Niewielki gniadosz, wałach, na grzbiecie miał jeszcze 

wojskowy rząd z czwórką na mantelzaku.

Czwarty   ułanów.   Krestvińcy?   Albo   czwarty   szwoleżerów.   Dobrze   byłoby   mieć 

wierzchowca i uciec stąd, pomyślał Joachim. Wiedziony nagłym przeczuciem podszedł do 

zwierzęcia, a gdy zobaczył łeb i kark wałacha, stanął jak wryty. Ktoś porąbał go szablą. Ciosy 

nie były silne, nie zabiły konia, pozbawiły go jednak uszu, wybiły oczy, rozpłatały pysk, 

porozcinały skórę i mięso. Obok leżały bezgłowe zwłoki dawnego właściciela. Zabito go 

chyba, gdy już siedział w siodle.

Dla kawalerzysty koń to świętość. Huzar nie użyje szabli przeciwko wierzchowcowi 

wroga, nawet gdyby miało to uratować mu życie. Gdy lecą dwa ciosy - jeden na jeźdźca, 

drugi na konia, huzar odbije ten skierowany przeciwko swemu rumakowi.

W  bitwie   pod   Nogay  huzarzy  Joachima   zabezpieczali   flanki   sześciorzędowej   linii 

grenadierów, wzmocnionej artylerią. Przeciwko tej ścianie luf jakiś głupiec nakazał szarżować 

francuskim   dragonom,   którzy   wspomagali   powstanie.   Linie   dzieliło   pół   mili.   Dowódca 

dragonów   zwinął   oddział   w   dziesięć   kolumn   i   ruszył   kłusem,   by   po   przebyciu   połowy 

dystansu dać sygnał do galopu. Dwie minuty, może mniej.

Działa strzeliły kartaczami dopiero, gdy jeźdźcy byli na dwieście kroków. Armaty 

wycelowano tak, by raniły wierzchowce, nie jeźdźców. Pierwsza salwa skosiła z miejsca dwa 

pierwsze   szwadrony.   Kiedy  reszta   znalazła   się   na   osiemdziesięciu   krokach,   galopując   po 

swych rannych i martwych kolegach, pułkownik wrzasnął „Ognia”. Tysiąc kul z karabinów 

piechoty starło dragonów na proch. Zawrócić zdołało kilkunastu.

Rekruci,   których   sporo   było   wśród   grenadierów,   patrzyli   na   to   z   rozdziawionymi 

gębami, ale weterani, jak rotmistrz i jego huzarzy, przyglądali się wszystkiemu ze spokojem. 

Ot, głupi rozkaz i jego konsekwencje. Kiedyś im przyjdzie tak pojechać pod lufy, jak bydło na 

rzeź. Szwadron Joachima wysłano na przedpole z rozkazem pojmania jeńców.

I wtedy zobaczyli  to, czego  nie było  widać z daleka  - kilkaset  rannych zwierząt. 

Wszystkie z pogruchotanymi, lub pourywanymi nogami. Ryczały z bólu. Huzarzy słyszeli już 

dzikie rżenie rannego konia, ale nigdy nie znaleźli się w środku takiego przerażającego chóru. 

Joachim nie wytrzymał. Wydał rozkaz i kawalerzyści zaczęli dobijać ranne wierzchowce. Na 

ludzi nie zwracali uwagi. Szwadron huzarów, setka twardych, bezwzględnych wiarusów - 

wszyscy mieli łzy na policzkach, wielu szlochało, gryźli wąsy, klęli z gniewu i wrzeszczeli z 

wściekłości.   Kiedy   wrócili   na   pozycję,   Joachim   dostał   reprymendę   od   generała-majora, 

bardziej pro forma jednak, niż rzeczywistą naganę.

Po   bitwie   natomiast   podszedł   do   huzarów   mały   oficerek   artylerii,   o   włoskim 

background image

nazwisku,   i   zaczął   zawzięcie   tłumaczyć,   jak   wielki   błąd   popełnił   Joachim,   wystawiając 

oddział na takie ryzyko. Trzeba było poczekać, aż to samo zechce zrobić nieprzyjaciel i wtedy 

uderzyć   z   flanki,   a   nie   „ryzykować   dla   koni,   okazując   tym   samym   miękkość   serca   nie 

przystojącą żołnierzowi”. Tylko dzięki interwencji trzech podoficerów, którzy byli wtedy w 

namiocie, Joachim nie zarąbał artylerzysty na miejscu. Wachmistrzowie przygnietli swego 

dowódcę do ziemi, a jeden wypchnął Włocha z namiotu. Po godzinie odszukał go sekundant 

Joachima.

Pojedynek miał odbyć się według najcięższej reguły - najpierw szable, potem szpady, 

na końcu zaś pistolety, z dystansem zmniejszanym o pięć kroków co dwa strzały, więc, jak to 

mawiano, do skutku. Na nic się to jednak zdało. Joachim w pierwszym zwarciu odrąbał 

oficerkowi rękę. Oczywiście artylerzysta zrezygnował z dokończenia pojedynku. A ponieważ 

jego nazwisko z włoskiego tłumaczyło się jako „dobra część”, dworowano później z niego, że 

jedyną swoją dobrą część pozostawił tam, na udeptanej ziemi. Pół roku później, gdy wrócił do 

zdrowia, zapragnął strzelać się z Joachimem. Rotmistrz trafił go pierwszą kulą w pierś, a 

umierającemu wyszeptał do ucha: za konie, łajdaku.

Stojąc  na dziedzińcu  Schloss, Joachim gapił się na  rannego wałacha wstrząśnięty. 

Bestialstwa, które oglądał przez okienko celi nie zrobiły na nim wrażenia - widział wiele 

bitew i tysiące trupów. Dopiero, patrząc na porąbany koński łeb uświadomił sobie istotę tego 

okrucieństwa. Było bezcelowe. Zabija się w bitwie, by osiągnąć jakiś cel - zdobyć teren czy 

miasto, rozbić wrogą armię. Jeżeli przeciwnik podda tyły, to można zwyciężyć nawet bez 

jednego   wystrzału.   Kiedy   ojciec   Joachima   służył   w   wojsku,   wiele   bitew   tak   właśnie 

rozstrzygano.   Istota   wojny   sprowadzała   się   do   udanego   manewru.   Życie   wyszkolonego 

żołnierza było wiele warte, więc dowódca, który znalazł się w niekorzystnej pozycji, wolał się 

wycofać, niż tracić wojsko. Bitwy przypominały gigantyczne partie szachów, rozgrywane 

tysiącami ludzi.

Kiedy Joachim zadawał śmierć, podczas swego rajdu przez południowe prowincje, był 

jak sędzia i kat. Odbierał życie beznamiętnie, aby ukarać i dać przykład. Tutaj zaś zabijano z 

żądzy krwi. Wałach służyłby dobrze każdemu jeźdźcowi, nie wnikając w poglądy polityczne 

swego właściciela. Lecz w siodle siedział cesarski dragon, a na czapraku widniał cesarski 

orzeł, wierzchowiec zatem również był winien. Rotmistrz nie mógł znieść tego widoku ani 

chwili dłużej. Podniósł karabin do ramienia i strzelił zwierzęciu w łeb. Wierzchowiec klęknął 

na przednie nogi, by wreszcie uderzyć głucho o kamienny bruk. Wyglądał tak, jak zawsze 

wyglądają zabite konie - nieporadnie. Zastrzelony niedźwiedź czy wilk dalej zachowuje w 

sobie   siłę.   Leży,   jakby   spał,   szczerząc   kły,   niosąc   w   sobie   wspomnienie   dawnej   potęgi. 

background image

Martwy koń wygląda tak, jakby nigdy nie był zdolny do galopu - pękaty, okrągły korpus, z 

którego nieporadnie, poziomo w bok, sterczą patykowate nogi, nagle zbyt chude, aż trudno 

uwierzyć, że te kruche badyle mogły unieść tak wielkie cielsko i jeźdźca na dodatek.

Nikt nie zareagował na huk wystrzału. Joachim rzucił karabin na ziemię i wyszedł ze 

Schloss główną bramą. Wielu go widziało, nikt jednak nie zwrócił uwagi na szczupłego, 

średniego wzrostu mężczyznę, z potarganymi huzarskimi warkoczykami, rzadkim zarostem, 

bosego, odzianego w wojskowe rajtuzy i wymiętą koszulę. W tych czasach bose obdartusy w 

resztkach wojskowych łachów były równie powszechne w mieście co i odgłosy strzelaniny.

Większość ze „zdobywców” Schloss tłoczyła się nieopodal, obok trzech przyzwoicie 

odzianych mężczyzn, siedzących za stołami, pokrytymi zielonym, aksamitnym suknem. Przed 

każdym   z  nich,  z   wyglądu   prowincjonalnych  adwokatów,   leżał  wielki  arkusz  czerpanego 

papieru,   z  lakowymi   pieczęciami  Tymczasowego  Komitetu  Rewolucyjnego.  Sam  Komitet 

powstał wprawdzie przed godziną zaledwie, lecz tłoki pieczętne były gotowe już dawno. 

Adwokaci wpisywali na karty nazwiska, z krótkim komentarzem na temat roli, jaką taki a taki 

odegrał w zdobyciu „symbolu cesarskiego ucisku i samowoli”. Rewolucjoniści podpisywali 

się przy swoich nazwiskach najczęściej trzema krzyżykami - co ciekawe, nie przeszkadzało 

im to dyskutować między sobą o Rousseau - i otrzymywali pisemne „zaświadczenie wzięcia 

udziału w zdobyciu Schloss”. Anarchia jest zadziwiająco bliska biurokracji.

* * *

Dzień w ogarniętym rewolucją mieście jest gorszy niż bitwa. W bitwie najpierw się 

długo czeka, stoi na deszczu lub w słońcu, potem każą maszerować dwie mile, potem znowu 

się   czeka,   potem   nagle   widać   wroga,   więc   każą   nacierać,   i   sama   walka,   bezpośrednie 

niebezpieczeństwo trwa tylko przez krótką chwilę. Oczywiście gorzej, kiedy dowódca jest 

wariatem.   Który   chcąc   ukarać   swój   pułk   za   rzekome   tchórzostwo,   czy   choćby   brudne 

lederwerki u jakiegoś chłopca stajennego, pośle wojsko w szyku pod ogień artylerii i każe 

stać jak na paradzie, podczas gdy kartacze zdziesiątkują mu ludzi. Tak czasem bywa. Godzina 

pod ogniem gorsza jest od całego roku wojny. A cały dzień pod ogniem? To się nie zdarza, 

chyba że właśnie w ogarniętym rewolucją mieście. Prawda, nikt nie bombarduje stolicy - ale 

kilka tysięcy uzbrojonych budowniczych nowego ładu, którzy ciągną za sobą męty z całego 

miasta, potrafi sparaliżować milionowe miasto skuteczniej, niż kartaczowy ogień wciska w 

ziemię pułk jegrów.

Joachim   nie   zdawał   sobie   z   tego   sprawy.   Nie   myślał   o   grożących   mu 

background image

niebezpieczeństwach. Podarte huzarskie spodnie i złachmaniona koszula to niewiele, dość 

jednak, by zabić człowieka, gdy załamuje się państwo i za gwałty nie grozi żadna kara. Trupy 

na ulicach miasta są wtedy zawsze nagie.

Rotmistrz   przeszedł   powoli   opustoszałą   ulicą.   Znalazł   się   nad   Dunajem.   Dziki 

motłoch, odpłynął ku katedrze, znajdującej się w innej części miasta, jednak aż tutaj słychać 

było wrzaski i wybuchy. Joachim, zmęczony, zszedł do samego brzegu rzeki, przeskoczywszy 

murek, oddzielający nabrzeżną promenadę od stromych, porośniętych trawą zboczy. Po chwili 

znalazł przytulne miejsce - jamę wymytą przez wodę. Osłonięty przed wzrokiem innych, 

zwinął się w kłębek. Nie czuł radości z odzyskanej wolności. Nie wiedział, co robić. Dopiero 

spotkanie z don Jaime przywróciło go do życia. Próbował myśleć o swoim szaleńczym rajdzie 

na południu i nie potrafił wzbudzić w sobie żadnych emocji. Pamiętał wszystko, wspomniał 

zbrodnie, jakie popełnił, jednak nie potrafił myśleć o sobie jak o zbrodniarzu. Nie czuł się 

winien, nie czuł się odpowiedzialny - od dziecka miał się zawsze za człowieka o dobrym 

sercu. Pamiętał widok swojego ramienia, przykładającego ponad końskim łbem pochodnię do 

strzechy wiejskiej chaty - i tyle, nic więcej. Żadnego gniewu, żadnego poczucia winy.

Kim   jestem?   Jestem   potępieńcem?   Upiorem?   Żyję   przecież,   pytał   sam   siebie,   nie 

znajdując odpowiedzi.

W końcu zasnął. Gdy zamknął oczy, ze skarpy zszedł młody mężczyzna, o subtelnej 

urodzie  i szlachetnych  dłoniach.  Lud wyrzucił  go z katedry.  A on usiadł na kamieniu,  u 

wezgłowia   joachimowego   legowiska.   Wsparł   brodę   na   dłoniach,   popatrzył   na   śpiącego 

mężczyznę i zapłakał. Płakał z bezsilności. Chciał pogładzić zmierzwione włosy, lecz cofnął 

rękę w ostatniej chwili. Jedynej rzeczy nie potrafi sprzeciwić się wszechmoc - ludzkiej woli.

Joachima obudziło brutalne poszturchiwanie.

- Wstawaj! Ktoś ty? - huknął niski i gruby mężczyzna. Przez pulchną pierś biegła 

czerwona szarfa, oznaka sił porządkowych rewolucji. W ręku ściskał pikę, której dolnym, 

okutym końcem szturchał śpiącego huzara.

- Rotmistrz Joachim von Egern, dziesiąty pułk huzarów, szef pierwszego szwadronu - 

wyrecytował odruchowo Joachim.

- Aha! Widzieliście, kumie? Ma się ten nos, ha! Szlachcic, do tego żołnierz. I jeszcze 

na   dodatek   Madziar,   pewnie   z   cesarskiej   gwardii   uciekinier!   Brać   go!   -   ryknął   grubas, 

machnięciem ręki zachęcając swoich dwóch kompanów do działania.

Joachim   odzyskał   trzeźwość   myśli.   Coś   się   nagle   zmieniło   -   oto   był   sobą.   Oto 

wrogowie,   oto   on   -   znów   działał,   znów   podejmował   decyzje.   Jeszcze   wczoraj   potulnie 

wstałby i usłuchał, teraz czuł się znów zdolny do walki.

background image

Walka to stan umysłu. Przymioty ciała nie decydują o tym, czy się ją podejmuje, i nie 

tylko   one   decydują   o   zwycięstwie.   Czasem   zwycięstwem   jest   już   samo   stawienie   czoła 

wyzwaniu.

Leżąc   jeszcze   na   ziemi   przewrócił   grubasa   potężnym   kopnięciem.   Zerwał   się 

błyskawicznie, odepchnął drugiego, uderzając go całym ciałem w pierś. Byłby uciekł, gdyby 

trzeci strażnik porządku nie trzasnął go w plecy trzonkiem piki, wywracając na ziemię i 

odbierając dech. Po chwili dwóch krępowało go sznurem, podczas gdy grubas przyciskał do 

ziemi. Ale Joachim był szczęśliwy. Odzyskał siebie! Nie był już potulną owcą, jak cały czas w 

drodze do Schloss. Niechże go potem zabiją - jest znowu Joachimiem von Egern! Dalej 

walczy. Miotał się z całych sił, utrudniając strażnikom zadanie. Nie przyniosło mu to niczego 

poza paroma sińcami od razów pałką, ale i tak rozpierała go radość. Oto znowu żyje! Cóż 

było przyczyną tej nagłej przemiany? Czyżby fakt, że pierwszy raz od tylu tygodni spał jako 

wolny człowiek? Czy to, że odpowiadał wreszcie za siebie, jako wolny człowiek? Rotmistrza 

nie nurtowały te pytania. Kiedy związano mu ręce, tłuścioch zapytał:

- Pójdziesz już spokojnie? Nic ci nie zrobimy, zabieramy cię pod sąd.

Joachim w odpowiedzi skinął głową. Gdy grubas puścił jego stopy, rotmistrz wyprężył 

się na plecach i kopnął go w twarz, łamiąc mu nos. Razy jakie tym razem otrzymał były dużo 

silniejsze. Spętano go jak świnię, i przywiązano do piki. Nie był ciężki - więc nieśli go na 

ramionach,   zmieniając   się   co   jakiś   czas.   Miał   szczęście   -   strażnikom   wyraźnie   zakazano 

zabijać   arystokratów.   Otrzymali   rozkaz   dostarczać   ich   do   ujeżdżalni,   gdzie   stacjonował 

Tymczasowy Komitet Rewolucyjny.

Joachim nie bał się, bo nie miał się czego bać. Śmierci nie obawiał się wcale, ból 

potrafił znieść z podniesionym czołem. Pozycja, w jakiej się znalazł, wręcz go bawiła. Cóż to 

za czasy, oto on, syn hrabiego von Egern, rotmistrz von Egern, oficer i szlachcic, niesiony 

przez czterech chamów na tyczce. Jak w lektyce, tyle że do góry nogami, ha, ha, ha! Cały 

świat staje na głowie, więc on, Joachim von Egern, jedzie w lektyce do góry nogami, ha, ha, 

ha, ha, ha!

Strażnicy musieli brać go za szaleńca - niesiony na pewną śmierć, związany, śmieje 

się   do   swoich   myśli!  Wariat!  Ale   cóż   tam,   kazali   odprowadzić,   więc   odprowadzają.   Nie 

zwrócili   uwagi   na   rudowłosą   dziewczynę   o   opuchniętych   wargach,   która,   gdy   tylko 

zauważyła dziwny bagaż, ruszyła za nimi dziarskim krokiem. Kiedy przystanęli, aby zmienić 

się przy pice, i odsapnąć trochę, doskoczyła do nich.

- Dokąd go niesiecie?!

- Na sąd, dziwko - odpowiedział jeden ze strażników. - To zbiegły arystokrata...

background image

- Zbiegły skąd, chamie? - zaśmiał się Joachim, nic sobie nie robiąc z upokarzającej 

pozycji, w jakiej się znajdował.

- Nooo... z rąk rewolucyjnej sprawiedliwości.

- Przecież rewolucja ma dopiero dziesięć godzin. Cóż miałem robić?

- Zgłosić się do samoukarnia. Rewolucja może ma i dziesięć godzin, ale wszystko już 

było przygotowane od kilku lat. Czekaliśmy na sygnał, jak balon czeka na szpilkę.

- Miałbym sam sobie nałożyć pętlę może i wykopać beczkę spod stóp? Dowcipniś...

Dziewczyna   przysłuchiwała   się   ich   rozmowie   na   pozór   obojętnie.   Jednak   kiedy 

strażnicy   podnieśli   pikę,   dziewczyna   zbliżyła   się   i   pochyliwszy   się   ku   Joachimowi, 

wyszeptała:

- Nic się nie bój, widziałam cię w Schloss, będziesz jednym z zapisanych. Nic ci nie 

zrobią.

Kiedy jeden ze strażników chciał przepędzić ją kopniakiem - dziewczyna zręcznie 

uskoczyła,   śmiejąc   się   i   wykonując   nieprzyzwoite   gesty.   Odczekała   chwilę   i   ruszyła   za 

niosącymi Joachima rewolucjonistami, utrzymując bezpieczną odległość.

Rotmistrz podziwiał miasto z niezwykłej perspektywy, lecz nawet bez niej musiałby 

przyznać,   że   bardzo   się   zmieniło!   Na   chodnikach,   placach   i   skwerach   trwała   fiesta,   tak 

niecodzienna dla konkretnych i zasadniczych mieszkańców stolicy. Pijane tłumy przewalały 

się   po  ulicach,   palono   ogniska,   gdzieś   pieczono   wołu,   gdzieś   maltretowano   schwytanych 

uprzednio, rozebranych do naga kapłanów. Kiedy strażnicy mijali wesołą gromadkę, jednego 

z księży właśnie zmuszono do kopulacji z pijaną w sztok prostytutką. Pierwszy odmówił i 

wisiał już na latarni, wciągnięty tam z pętlą zawiązaną na szyi tak, by nie złamał karku. Dusił 

się powoli, czepiając się dłońmi liny. Joachim już kiedyś widział coś takiego, klecha będzie 

żył jeszcze kilka kwadransów, zależy, jak silne ma ręce. W końcu osłabnie. Sznur zaciśnie się 

w   końcu,   zmiażdży   tchawicę   aż   twarz   stanie   się   sina.   Nogi   będą   kopać   powietrze,   aby 

wreszcie po chwili znieruchomieć...

O tak, rotmistrz doskonale znał ten scenariusz, a jednak za każdym razem intrygowało 

go   to,   jak   uporczywie   skazańcy  opierali   się   nieuniknionej   śmierci  Wiedzieli   przecież,   że 

mdlejące ramiona nie utrzymają ich wiecznie, a jednak walczyli o te kilka łyków powietrza 

więcej. Jeszcze sekunda, jeszcze dwie, jeszcze raz napełnić płuca. Bezsensowny wysiłek, 

daremne próby, wiedzieli przecież, że umrą, mimo to walczyli, zamiast skrócić sobie męki.

Gdyby Joachim znał wszystkie szczegóły tej egzekucji, zapewne byłby zaintrygowany 

jeszcze bardziej. Na latarni konał ksiądz, który nie prowadził czystego życia. Dotykał hostii 

dłońmi, które wcześniej pieściły ciała sprzedajnych kobiet. Często wymykał się wieczorami i 

background image

zachodził do zamtuzów; uwodził mężatki i zakonnice, nie gardził młódkami. Mógł ocalić 

życie, kopulując na oczach gawiedzi z pijaną dziwką. Akt niewątpliwie upokarzający, ale czyż 

nie lepszy od liny zaciskającej się na grdyce? Mógł uznać to za boską karę za swoje czyny, 

pokutę   przez   publiczne   upokorzenie.   Jednak   wybrał   śmierć.   Czasem   mierne   charaktery 

okazują wielkość w obliczu sytuacji ekstremalnych. Niektórzy swoje człowieczeństwo budują 

mozolnie,   powoli,   poprzez   małe   wybory   w   małych   sytuacjach.   Inni,   wcześniej   plugawi, 

dotykają   absolutu   i   zdobywają   dla   siebie   niebo   jedną,   bohaterską   decyzją.   Erupcje 

okrucieństwa wyostrzają charaktery. Pozwalają dokonać wielkich podłości, to pewne, lecz i 

aktów wielkiego heroizmu, które nie mieszczą się w codzienności. Tak oto rewolucjoniści, 

pragnący zamordować księdza, zapewnili mu życie wieczne.

Trybunał rewolucyjny istniał dopiero dziesięć godzin, lecz zdążył już skazać na śmierć 

kilkaset osób.

Już   kilka   lat   temu   dwóm   inżynierom   zlecono   opracowanie   efektywnego   sposobu 

wykonywania masowych egzekucji. Dziś nadszedł czas, by plany te zrealizować.

Stolica opierała jedną stronę o Dunaj, z drugiej strony dotykając podnóży niezbyt 

wysokich,   rozłożystych   wzgórz.   Ich   południowe   stoki   pokrywały   winnice,   które   rodziły 

piękne, słoneczne wina, pachnące miodem z pasiek - jasne, słomiane ule jaśniały między 

winnymi   krzewami.   Na   północnych   stokach   wzgórz   rósł   stary  las,   w   którym   umierało   i 

rozpoczynało swój żywot wielu mieszkańców stolicy. Dyskretne parowy, wykroty i wąwozy, 

skutecznie   chroniące   przed   niechcianym   towarzystwem,   sprzyjały   miłosnym   schadzkom. 

Jasne i rozległe polany były zaś ulubionym miejscem pojedynków. Nad tymi, którzy konali, 

leżąc w trawie,  pochylały się z tkliwością korony starożytnych  buków, dębów i  wiązów. 

Zwycięzcom, którzy po pojedynku przerażeni uchodzili w pośpiechu, aby uniknąć przykrej 

konfrontacji   z   prawem,   las   zapewniał   kryjówkę.   Ciągnął   się   wiele   mil,   zaś   smolarze, 

zamieszkujący   zagubione   polany   z   mielerzami,   chętnie   dawali   schronienie   miejskim 

paniczom do czasu, aż tamci mogli bezpiecznie wrócić do miasta. Ileż wspaniałych książek 

powstało   po   tych   pojedynkach   w   ubogim   szałasie,   gdy   dandysi,   odcięci   od   życia 

towarzyskiego, poszukiwali zajęcia na długie wieczory, spędzane w kompanii czarnego od 

dymu smolarza i jego równie brudnej żony. Bywali też tacy, którzy, wziąwszy sobie leśną 

dziewczynę, pozostawali w zielonej głuszy na zawsze.

Dwaj inżynierowie znali dobrze owe tereny. Wiedzieli, że sąsiedztwo ludzkich siedzib 

nie   służy   zabijaniu.   Na   miejsce   kaźni   wybrali   więc   winnicę   Derflingen,   położoną   na 

łagodnym   stoku,   oddaloną   od   rogatek   miasta   o   dziesięć   minut   drogi.   Pochodził   z   niej 

wyjątkowo   dobry   riesling   o   tej   samej   nazwie.   Jeden   z   inżynierów   był   wielkim   jego 

background image

miłośnikiem, nie przewidział jednak, że pieczołowicie tworzony plan obróci wniwecz winne 

krzewy.

Po wybuchu rewolucji w kilka godzin utwardzono drogi na tyle, by do winnicy dało 

się   wciągnąć   armaty,   niewielkie   ćwierćfuntówki   artylerii   konnej.   Pierwsza,   próbna   salwa 

wykarczowała krzewy, dzięki czemu można było dokładnie wyznaczyć pola, w których raziły 

armatnie kartacze. Tam wykopali doły skazańcy z pierwszego rzutu.

Osiem   armat   strzelało   jednocześnie,   zabijając   naraz   sześćdziesiąt   osób.   Łącznie   z 

czasem   potrzebnym   na   nabicie   dział,   dobicie   rannych   (czym   nie   zajmowano   się   zbyt 

skrupulatnie, rąbiąc szablami jedynie tych, którzy przejawiali zbytnią aktywność) i posypanie 

trupów   wapnem,   dało   się,   przy   sprawnej   organizacji,   i   wytężonej   pracy   artylerzystów   i 

strażników, osiągnąć wydajność rzędu trzystu straconych na godzinę. W dziesiątej godzinie 

rewolucji, liczba straconych dochodziła już do tysiąca.

Sześciu wozów, z dziesięcioma skazanymi na każdym, pilnowało dwóch strażników. 

Jeden   uzbrojony  był   w   pikę,   drugi   w   starą   flintę.  Więźniowie   mogliby  pokonać   ich   bez 

żadnych strat. Jednak nikt nie próbował. Rewolucja paraliżuje, działa jak drapieżny pająk. Nie 

pożera zwyczajnie swych ofiar, lecz, pochwyciwszy je, wstrzykuje im swe trawienne soki, aż 

rozpuszczą ich ciała, dopiero wtedy wysysa tkanki.

Joachim miał właśnie stać się jednym ze statystów tego wielkiego przedstawienia i 

użyźnić swym ciałem brunatną, tłustą ziemię winnicy. Przechodził drogę, którą przeszło już 

przed nim tysiąc jemu podobnych. Zaprowadzono go przed oblicze trybunału, który zasiadał 

w starej ujeżdżalni, przy zestawionych stołach, umieszczonych na prowizorycznie ubitym 

piasku.   Skład   orzekający  stanowiło   pięciu   śmiertelnie   zmęczonych   urzędników,   którzy  w 

ciągu ostatnich godzin wypisali tysiąc wyroków.

Bardzo szybko ustalono rutynę. Wchodzi dziesięciu, jeden z sędziów odczytuje akt 

oskarżenia   i   nazwiska   oskarżonych   -   minuta.   Następnie   każdy   z   oskarżonych   może 

wypowiedzieć zdanie na swoją obronę, piętnaście sekund każdy, razem dwie i pół minuty. 

Teraz wydanie wyroku - pół minuty. Spisanie wyroków, po dwóch na sędziego - dwie minuty. 

Trzech skrybów zajmie się załączeniem wyroków do akt i wpisaniem nazwisk do wielkiej 

księgi   skazanych.   Łącznie   -   sześć  minut   i   dziesięć   wyroków.  Stu   skazanych   na   godzinę. 

Trybunał   wciąż   był   wąskim   gardłem   maszyny   rewolucyjnej   sprawiedliwości   -   kaci   są 

sprawniejsi od sędziów. Zaradzono temu szybko, wprowadzając dwa dodatkowe trybunały, 

teraz w ujeżdżalni toczyło się jednocześnie trzydzieści spraw, co dawało trzystu skazanych na 

godzinę, dzięki temu machina osiągnęła sprawność.

Wraz   z   Joachimem   przed   sądem   stanęły   trzy   przerażone   kobiety,   w   tym   jedna 

background image

arystokratka, co zdradzała strojna, chociaż teraz brudna i potargana, suknia, pięciu mężczyzn, 

odartych z odzieży, która mogłaby ujawnić ich stan. I jedno dziecko, dziesięcioletni chłopiec, 

nie rozumiejący, w jakich opałach się znajduje.

Sędzia odczytał akt oskarżenia, dano teraz skazańcom czas na obronę. Kobiety, stojące 

przed Joachimem, próbowały coś wydukać, jednak po piętnastu sekundach ich nieudolne 

przemowy   przerywało   uderzenie   pałki   strażnika.   Gdy   doszło   do   Joachima,   ten   splunął, 

daleko, aż na stół, przy którym zasiadali prawnicy. Cios pod kolano ściął rotmistrza z nóg. 

Szybko   wysłuchano   przemów   pozostałych   oskarżonych.   Prawnik,   wyczerpany  swą  pracą, 

powstał, aby ogłosić wyrok. Mimo młodego wieku nosił już binokle - wynik sześciu lat pracy 

na stanowisku kancelisty. Poprawił okulary, chociaż tekst z kartki znał na pamięć, spojrzał na 

zegar, pomyślał z tkliwością o ciepłym i miękkim ciele swej młodej żony, które będzie pieścił 

już za pół godziny, kiedy to skończy się jego zmiana.

Nie mógł wiedzieć, że nie będzie mu dane. Gdy zaczerpnął powietrza i otworzył usta, 

by wygłosić formułkę, drzwi ujeżdżalni otwarły się z hukiem i do sali sądowej wkroczyła 

rudowłosa dziewczyna na czele sporej gromady zbrojnej w pistolety, piki, strzelby i kosy. 

Dziewczyna   odziana   była   w   czerwoną,   wyblakłą   spódnicę   i   rozchełstaną   koszulę,   która 

odsłaniała duże, kołyszące się piersi. Na jej głowie, na rudych włosach, tkwiła czerwona 

czapka.   W   prawej   dłoni   trzymała   karabin,   w   lewej   zaś   sztandar,   czerwoną   szmatę, 

przywiązaną do ułomka piki. Śmiała się głośno, odsłaniając bezzębne szczęki.

- Widzę tutaj krecią, kontrrewolucyjną robotę!

Jej ludzie rozbiegli się po ujeżdżalni. Kilku podbiegło do sędziów, przystawiając im 

do gardeł noże. Strażnik, który próbował interweniować, zginął w mgnieniu oka, cięty przez 

pierś postawioną na sztorc kosą. W parę sekund dziewczyna opanowała salę.

Nikt   nie   zwracał   uwagi   na   chłopca,   który   obserwował   wydarzenia   schowany   za 

porzuconymi w rogu skrzyniami. Młody Ewald von dem Kreuz, syn biskupa, który właśnie w 

tej   chwili   zrzuca   i   depcze   nogami   biskupią   infułę   na   wiecu   przed   katedrą.   Chłopiec   za 

kilkanaście lat zostanie znanym malarzem. Do końca życia będzie pamiętał tę scenę, której 

właśnie był świadkiem i kiedyś uczyni rudowłosą, upiększywszy ją nieco, główną bohaterką 

swojego obrazu, dzięki któremu jeszcze za życia stanie się klasykiem.

-   No   i   cóż,   panowie   sędziowie?   Chcecie   zdławić   rewolucję?   -   zapytała   wesoło 

dziewczyna, podchodząc do przerażonych urzędników.

Zaczęli się tłumaczyć.

- Skąd to przypuszczenie?

Ruda wbiła w piasek swój sztandar, podeszła bliżej. Przytknęła lufę do czoła stojącego 

background image

ciągle sędziego, który miał odczytać wyrok, kciukiem odwiodła kurek i zapytała:

- A czemuż więc, psi synu, chcesz skazać na śmierć dobrego rewolucjonistę?

- To niemożliwe! - odpowiedział adwokat. - Skazujemy tutaj tylko wrogów rewolucji!

- Ja jestem rewolucją - wyszeptała dziewczyna. - Zgadzasz się?

-   Jak   to?   Rewolucja   należy   do   nas   wszystkich,   porządnych   ludzi,   którzy   chcą 

poprawić byt mas, jak to możliwe, że zwykła kurwa mianuje się rewolucją...

-  Kurwa?   Co,  aż   tak   ci   się   podobam?   -   Odrzuciła   karabin,   chwyciła   sędziego   za 

halsztuk i przyciągnęła jego twarz do swoich obnażonych piersi tak, że ustami prawie dotykał 

wydatnych, ciemnych sutków. - Co, chciałbyś spróbować tego specjału?

Pocałowała go w usta. Jej piersi robiły na młodym urzędniku spore wrażenie, mimo 

niezbyt intymnej sytuacji. Ale był człowiekiem idei, pracował dla zwycięstwa rewolucji.

- Nie zbałamucisz mnie, dziwko! Rewolucja to nie anarchia!

Odepchnęła   go   gwałtownie,   pochwyciła   karabin   i   ponownie   wycelowała   w   czoło 

urzędnika.

- A czymże jest rewolucja, skrybo?

- Rewolucja to dziejowa sprawiedli...

Nie   skończył   zdania.   Rudowłosa   nacisnęła   spust.   Nie   patrząc,   władczym   gestem 

oddała wystrzelony karabin do tyłu, ktoś usłużnie go odebrał, ktoś natychmiast podał jej 

nowy, załadowany. Oparła kolbę o biodro i zapytała, patrząc na przerażonych sędziów:

- Kto jeszcze z was, adwokacików, ma wątpliwości co do tego, że rewolucja zawsze 

ma rację?

Nie   mieli   wątpliwości.   Znali   potęgę   motłochu,   wiedzieli,   że   to   właśnie   jest 

rewolucyjna władza - uzbrojeni proletariusze i zdecydowany przywódca.

- Niech towarzyszka wskaże, co do kogo się pomyliliśmy. Natychmiast zmienimy nasz 

wyrok. Jesteśmy ludowym trybunałem i głos ludu, który towarzyszka reprezentuje, jest dla 

nas najwyższą władzą.

- Oho ho, nie tak łatwo!

Podeszła do Joachima, rzuciła karabin na ziemię i pogładziła go po włosach.

- Ten idzie ze mną! Oto prawdziwy rewolucjonista! Zdobywał z nami Schloss, a teraz 

wy, pierdzistołki, chcecie go zabić! Nic z tego! Wystawicie mu tutaj natychmiast dokument, 

potwierdzający, że ten oto towarzysz był jednym z Trzystu! Był tym, który zdobywał Schloss 

i dożywotnio będzie czerpał z tego powodu splendory i zaszczyty Obrońcy Rewolucji!

Rzucili się do papierów byleby tylko jak najszybciej spełnić jej żądania. Wiedzieli, że 

tylko to pozwala się utrzymać na powierzchni. Kiedy skończyli, rudowłosa rzuciła okiem na 

background image

dokument.

- Ładny...  Chociaż  i  tak  nie  umiem  go przeczytać!  Ha, ha,  ha,  ha! -  zaniosła  się 

perlistym, radosnym śmiechem. Jej ludzie zawtórowali. Po krótkiej chwili niepewności nawet 

sędziowie i zdezorientowani skazani zaczęli się śmiać. Śmiech był zaraźliwy, zaśmiał się 

również Joachim. Jedna z kobiet rzuciła się rudej do stóp, i zaczęła całować rąbek jej brudnej 

spódnicy:

- Dzięki ci, pani, w imieniu moich synów, cóż by oni zrobili bez matki, pani uratowała 

mi życie, dzięki ci, dzięki!

Ruda spoglądała przez chwilę z rozbawieniem, by po chwili odwrócić się i zadrzeć 

spódnicę, obnażając pośladki.

- A tutaj nie chcesz mnie pocałować? Jeden już mnie w dupę całował, i żyje, nawet go 

komisarzem zrobili! Ha, ha, ha, ha!

Znów   wszyscy   jej   zawtórowali.   Sędziowie   zaczęli   już   spoglądać   po   sobie 

porozumiewawczo - dobra nasza! Ruda nagle spoważniała, odwróciła się do kobiety i kopnęła 

ją bosą stopą.

- Chyba nie myślisz, że jestem tu, by pomagać wrogom rewolucji? Wracaj, suko, do 

szeregu!  A  wy,   urzędasy,   tłumaczcie   szybko   moim   chłopcom,   jak   ten   wasz   sąd   działa   - 

zwróciła się do sędziów.

Zasada nie była skomplikowana, więc wyłożyli ją jasno i sprawnie w dziesięć minut. 

Ruda zapytała teraz swoich ludzi:

- Dobra, który z was, junaków, umie jako tako czytać i pisać?

Kilku   się   zgłosiło.   Szklarz,   szewc,   były  kleryk,   wyrzucony  po   pierwszym   roku   z 

seminarium, zecer, alfons, który nauczył się czytać w szkółce kościelnej.

- A więc mianuję was sędziami. Panowie byli sędziowie, ściągać kabaty i oddawać 

panom sędziom!

Rozkaz wypełniono bez szemrania.

- No i dobrze! A teraz panowie sędziowie sądzą byłych panów sędziów. Raz na wozie, 

raz pod wozem. Teraz to na wozie chyba gorzej, ha, ha, ha! - śmiała się.

Nauczeni dobrym przykładem nowi sędziowie sprawnie wydali wyroki. Radzili sobie 

równie celująco co ich poprzednicy. Byli bardzo dumni ze swoich w tym zakresie dokonań, 

bo nie zrozumieli jeszcze, jak działa rewolucja. Nie wiedzieli, że prędzej czy później znajdą 

się po drugiej stronie. Żaden z nich nie był geniuszem, nie miał tego artystycznego zmysłu, 

pozwalającego   przewidzieć,   w   którą   stronę   przechyli   się   jutro   wahadło   rewolucji.   Nie   o 

zwykły konformizm tutaj szło bowiem, każdy potrafi być chorągiewką na wietrze. Sztuką jest 

background image

być chorągiewką, która zmienia kierunek, zanim odwróci się sam wiatr.

Joachim stał ciągle na piasku ujeżdżalni, nie bardzo wiedząc, co zrobić. Rudowłosa 

podeszła, chwyciła go za rękę i zmienionym, miękkim głosem powiedziała:

- Chodź, musisz być zmęczony.

W pierwszej chwili chciał zaprotestować, ale uświadomił sobie, że nie ma wyjścia. 

Ruszył razem z dziewczyną. Odruchowo - był w końcu gentlemanem - podał jej ramię, które 

zręcznie przyjęła. Wyszli z ujeżdżalni.

- Dokąd idziemy? - zapytał.

-   Najpierw   do   łaźni   i   balwierza,   potem   do   krawca.   Wyglądasz   jak   przystało   na 

rewolucjonistę, owszem, ale już dość tego zadawania szyku podartymi rajtuzami i śmierdzącą 

koszulą.

- Dlaczego mi pomagasz? - rotmistrz wahał się, czy zwrócić się do niej „pani”, czy też 

„towarzyszko”. Jednak na pierwszą formę nie zasługiwała, a druga nie chciała mu przejść 

przez gardło.

- Bo jesteś przystojny, to raz. Bo jesteś żołnierzem, a ja lubię żołnierzy. Bo masz w 

sobie jakieś doświadczenie, które czyni cię bliskim...

- Kim jesteś? Czasem mówisz jak, no... - zmieszał się Joachim.

- Ha, ha, ha! Biedny chłopiec, skromny i niewinny! Jak dziwka mówię! Pewnie, że jak 

dziwka, przecież jestem dziwką.

- Ale czasem jak dama. Więcej, jak dama nie pozbawiona inteligencji i obycia.

- Jestem taka, jaką chcesz mnie widzieć, mój drogi...

- Więc nie pochodzisz z gminu? Przecież w burdelu nikt manier nie uczy.

- Och, mój drogi, zerżnęło mnie tylu hrabiów, baronów i książąt, że chyba jakaś część 

szlachectwa przedostała się do mojej krwi. Chyba od nich mam te maniery. Ale oto i balwierz. 

Dość tych zwierzeń, do dzieła.

Jednym   z   pierwszych   dekretów   rewolucyjnego   rządu   było   ustanowienie   zasady 

nieodpłatności w łaźniach. Nie wymyślono jeszcze, w jaki sposób łaźnie będą finansowane, 

ale ponieważ dekret obowiązywał dopiero od kilku godzin, na razie nie było z tym kłopotu. 

Żaden łaziebny nie kwapił się do obsługiwania Joachima, który wyglądał jak najgorszy z 

żebraków, rudowłosa przejęła więc ich obowiązki. Rozebrała go do naga, żartując i śmiejąc 

się, po czym pomagała mu w toalecie. Rotmistrz nie pamiętał, kiedy ostatni raz się mył. Z 

rozkoszą   po   raz   czwarty   mydlił   twarz,   włosy,   ciało,   nakazując   podawać   kolejne   dzbany 

gorącej wody. Ruda, jak najlepsza służka, odgadywała jego pragnienia - gdy wyciągnął dłoń, 

wkładała mu do niej to mydło, to ręcznik, nie zapominała o dopełnianiu balii gorącą wodą, by 

background image

nie zziębł. Gdy w końcu wyszedł z kąpieli, zawołano balwierza.

- Jak ostrzyc? - zapytał stary fryzjer.

- Po huzarsku - odruchowo odpowiedział Joachim.

- A skąd! - zaprotestowała dziewczyna. - Kto się teraz tak nosi?! Chcesz wyglądać jak 

stare   dziady   z   domu   weterana,   co   z   ostatnich   sześciu   włosów   zaplatają   warkoczyki,   w 

szczerbatą   gębę   wsadzają   glinianą,   obślinioną   fajkę   i,   sepleniąc,   wspominają,   jak   to   się 

służyło w pułku hrabiego jakiegoś tam?

- Ale... ja jestem huzarem...

- No i co? Towarzyszu fryzjerze, tnijcie a la Cezar! Będziesz dalej huzarem, tyle, że 

rewolucyjnym!

Joachim   spojrzał   w   lustro   i   nagle   postanowił,   że   ma   dość   dwóch   kołtunów 

zwisających koło uszu. I wąsów też ma dość...

- Dobrze, balwierzu. Tnij na krótko. I wąsy zgól, i cały zarost. Będzie nowocześnie, 

niech tam.

Fryzjer sprawnie wziął się do pracy. Rotmistrz obserwował, jak w lustrze pojawia się 

nowy, inny człowiek.

Potem,   gdy   na   polecenie   rudowłosej   przyniesiono   nowe   ubranie,   ze   zdziwieniem 

włożył   białą,   jedwabną   koszulę,   czarne   spodnie,   ciemne   pończochy,   czarną   kamizelkę   i 

fraczek, a na szyi zawiązał czarny halsztuk. Na końcu wsunął stopy w lakierowane pantofle. 

Wyglądał elegancko, lecz była to plebejska elegancja. Przyzwyczaił się do widoku szlachty w 

mundurach, zawsze kolorowych, lub w cywilnych ubraniach, lecz nigdy całych czarnych! 

Noszono jasne fraki, białe  pończochy (zawsze,  na Boga, zawsze),  haftowane kamizelki... 

Teraz wyglądał jak elegancko odziany sekretarz czy rządca. Może adwokat. Krótkie włosy, 

nagle odmieniona twarz... Kiedyś warkoczyki i wąsy dawały mu groźny, męski wygląd, teraz 

wydawał się subtelny, chłopięcy.

- No pięknie! Mógłbyś być komisarzem za sam strój, mój oficerku! - zawołała ruda. W 

przeciwieństwie do Joachima nie zmieniła ubrania. Wciąż miała na sobie tę samą spódnicę, 

rozchełstaną koszulę i czerwoną czapkę, zawadiacko zsuniętą na ucho.

- Przywykłem do munduru...

- Dobrze, dobrze. Przyjdzie czas, znajdzie się i mundur...

- I co teraz, moja droga? - zapytał Joachim, odzyskując powoli rezon.

- Teraz pójdziemy na bal, na rewolucyjny bal. Co ty na to?

- Czemu nie...

background image

* * *

Bal odbywał się w pałacu kanclerza. Piękny, stuletni budynek otoczony był rozległym 

parkiem,   zadziwiające,  że   wystarczyło   zaledwie   kilka   godzin,  aby  zdewastować  tak   duże 

założenie. Pałac był jednym z pierwszych celów, przeciw którym skierował się gniew ludu. 

Kanclerza powieszono żywego, z rozprutym brzuchem, skonał więc po trzech kwadransach, 

jednak jego żona, zwisająca głową w dół, umierała przez kilka godzin. Następnie, już w mniej 

wymyślny sposób, wymordowano służbę.

Kiedy nie było już kogo zabijać, zaczął się rabunek. Tłum niszczył wszystko, czego 

nie dało się ukraść. Zapłonęło prawe skrzydło pałacu, jednak ogień nie przeniósł się na resztę 

budynku.   Potem   tłuszcza   rzuciła   się   na   park,   obalając   antyczne   rzeźby,   które   kanclerz 

sprowadził sobie z odkopanego w Italii rzymskiego miasteczka. Rewolucjoniści z zapałem 

niszczyli drzewa, pięknie przycięte krzewy, rozbijali fontanny, sikali do stawu ze złotymi 

karasiami.

Kiedy Joachim ze swoją towarzyszką przybyli na miejsce, ciała ciągle wisiały nad 

schodami. Joachim zapytał, patrząc na obraz zniszczeń:

-   Jak   to   możliwe?   Nie   jesteś   ciemna   i   tępa,   jak   ten...   ten...   -   Joachim   szukał 

właściwego słowa.

- Ten motłoch? - podpowiedziała.

- Tak. Ten motłoch - zgodził się po chwili milczenia. - Więc, jak to możliwe, że 

trzymasz z nimi? Przecież widzisz, że to pusta żądza zniszczenia. Im przecież nie chodzi o 

wolność.

Położyła Joachimowi palec na wargach, delikatnie pieszcząc jego usta.

-   Ciiiii...   Wiesz,   co   mogłoby   się   stać   z   tobą   za   takie   słowa?   Zaraz   wszystko 

zrozumiesz...

Weszli do środka. Bal, jeżeli tak można to nazwać, odbywał się w głównym hallu. Na 

schodach   stała   orkiestra   -   dwóch   pijanych   w   sztok   gitarzystów,   kobieta   z   tamburynem   i 

skrzypek. Fałszując niemiłosiernie, wygrywali cygańskie melodie. Warci siebie wojownicy i 

bardowie, pomyślał Joachim. Kobieta, stara i pomarszczona Cyganka, zawodziła, potrząsając 

tamburynem. Jednak owa muzyka z trudem przebijała się przez gwar. Ogromna i słynąca 

kiedyś   na   cały   kraj   piwnica   kanclerza   była   już   w   trzech   czwartych   opróżniona. 

Rewolucjoniści pili duszkiem stuletnie wina wprost z butelek. Wielu leżało już na stołach lub 

splamionych dywanach. Wśród nich kręciły się równie pijane kobiety. W prawie każdym 

zakamarku ogromnego hallu kopulowały pozbawione wstydu pary.

background image

Przy kominku kilku ledwie przytomnych mężczyzn zabawiało się na wyniesionej z 

buduaru sofie z nagą dziewczyną, wyjątkowo dumną ze swej roli. Pochodnie, które pokryły 

już sufit czarną sadzą, oświetlały spocone ciała drżącym, pomarańczowym światłem. Joachim 

pochwycił   spojrzenie   dziewczyny   znad   odzianych   w   brudną   koszulę   pleców   sapiącego 

zalotnika. Miała zupełnie trzeźwe oczy i otwarte lekko usta. Kładąc dłoń na plecach swego 

kochanka,   lubieżnie   oblizała   wargi.   Joachim,   zawstydzony,   odwrócił   wzrok.   Ruda 

uśmiechnęła się ze zrozumieniem, odsłaniając szczerbę po wybitych zębach.

- Oj, zgrywasz niewiniątko? Powiedzmy sobie otwarcie - wiem, że jesteś tym, który 

urządził sobie krwawy rajd na południu. Wiem, że kierowały tobą inne motywy, ale dotknąłeś 

tej samej otchłani, w którą spogląda ta parząca się suka. Wszyscy tutaj w nią patrzą. To jednak 

prostacy. Ty jesteś szlachcicem, ale otchłań jest ta sama. Wstąp w nią razem ze mną.

- Bredzisz, moja droga. Ja byłem biczem na zło i zepsucie... To tutaj, to zło wcielone. 

Szatan zszedł na ziemię, i zamieszkał w stolicy.

- A pamiętasz tę dziewczynę z miasteczka? Tę, której męża zabiłeś? Pamiętasz, jak 

umarła?

Joachim otworzył usta, ale nie wydobył z siebie głosu.

- No i cóż, mój drogi? Zaniemówiłeś? No już, ja cię nie potępiam... ha, ha, ha! Nie 

oszukuj się, Joachimie, tkwisz już w otchłani, mój diable... Patrz, co się stanie.

Rudowłosa nagle odstąpiła krok od Joachima, zdarła z siebie brudną koszulę, zerwała 

spódnicę i halki. Stanęła całkiem nago, posłała rotmistrzowi całusa i ruszyła ku stołowi. Z 

każdym jej krokiem gwar w sali cichł, by po chwili przerodzić się w absolutną ciszę. Pijacy 

odstawili kielichy, opiumiści odsunęli ustniki nargili, kochankowie zatrzymali się w miłości, 

by patrzeć na rudowłosą. Lekko wskoczyła na stół.

- Witajcie, dzieci! - zawołała.

Odpowiedział jej ryk z kilkudziesięciu gardeł. Podniosła ręce, jej piersi zafalowały, 

wrzaski ucichły.

- Nie dbacie o mnie... Potrzeba mi pieszczot... Kto się o to zatroszczy?

Znów ryk. Zaczęli się przepychać, lecz nikt nie odważył się zbliżyć bardziej, niż na 

kilka kroków. Dziewczyna uciszyła tłum ruchem ręki. Palcem wskazała na kilku urodziwych 

mężczyzn i parę kobiet, po czym, rozrzuciwszy nogą zastawę, położyła się na stole.

- Oto nasz ołtarz, oto moje ciało! Bierzcie mnie!

Wybrańcy, zrzucając ubrania, podbiegli. Po

chwili nagie ciała kotłowały się nad nią, każdy z wybranych starał się dotknąć chociaż 

kawałka   jej   skóry,   włosów,   ona   poddawała   się   tym   chaotycznym   pieszczotom.  Wreszcie 

background image

roztrąciła ich żartobliwymi klapsami. Stanęli dookoła stołu, kobiety przykucnęły na blacie, 

obok niej, wszyscy podnieceni, zziajani, z wypiekami na twarzy. A ona uniosła się na łokciu, 

spojrzała na Joachima i wskazała go palcem.

- Nadeszła twoja kolej, mój miły. Chodź.

Kim była ta dziewczyna? Wiedział, że gdy ulegnie jej teraz, będzie należał do niej 

ciałem i duszą. Myślał o swojej duszy - gdzie ona teraz jest? Jest gdziekolwiek? Cóż więcej 

go powstrzymuje...

Więc nie honor, lecz otchłań!

Ruszył  powoli. Poczuł, że panuje na motłochem jak rudowłosa. Uniósł ramiona - 

jakieś usłużne ręce zdjęły mu frak, szedł wolno, zaś rewolucjoniści utworzyli szpaler. Gdy 

doszedł do stołu, był już nagi.

Był   piękny.   Krótkie   włosy   pięknie   podkreślały   kształtną   czaszkę,   miał   szczupłe, 

umięśnione ramiona, płaski brzuch, śniadą, spaloną słońcem skórę, błyszczącą od olejku, 

którym   namaściła   go   jakaś   dziewczyna.   Stanowił   syntezę   urody   chłopca   i   mężczyzny, 

wdzięku i gibkości, razem z właściwą dojrzałemu mężczyźnie siłą, drzemiącą w mięśniach 

wyrzeźbionych wojną. Oczy rudowłosej płonęły, pod dotknięciem jej dłoni zadrżał. Musnął 

jej usta, a ona objęła jego biodra nogami. Kilkadziesiąt przepitych głosów zaczęło śpiewać 

„Pieśń bojową armii Dunaju” - piosenkę, która powoli awansowała do rangi nieoficjalnego 

hymnu rewolucji.

Na pół zdarta tapiseria zajęła się od pochodni, salę ogarniał ogień. Joachim, pijany 

żądzą,   niczego   jeszcze   nie   zauważył,   lecz   biesiadnicy   poczęli   wybiegać   z   hallu   na 

dziedziniec.

Wreszcie i on poczuł, że leżą pośród płomieni. Jednak ramiona rudowłosej, na pozór 

kobieco słabe, okazały się stalowe. Nie mógł rozerwać uścisku nóg, które oplatały go w talii, 

nie mógł uciekać.

- Jeszcze nie skończyłeś... - wyjęczała.

Ogień poczynał trawić już stół, na którym leżeli. Straszny ból nie zdusił podniecenia, 

zdawał się je nawet podsycać. Joachim wyprężył się w spazmie, skóra na plecach pękała od 

żaru,   włosy  jego   kochanki   płonęły.   Krzyknęła   krótko.   I   wtedy  ogromna   belka   ze   stropu 

oderwała się i runęła w dół.

* * *

Stali   przed   płonącym   budynkiem,   otuleni   w   koce.   Kiedy   przygniotła   ich   płonąca 

background image

belka, ruda odrzuciła ją bez wysiłku, pocałowała Joachima, wzięła go za rękę i poprowadziła 

do wyjścia, przez płomienie. Teraz stał i patrzył na swoje dłonie, osmolone, czarne prawie od 

dymu i sadzy, ale całe, bez najmniejszego poparzenia. Czuł przecież, jak płonęły mu stopy - 

były brudne, ale zupełnie zdrowe.

Przyniesiono mu jego nowe ubranie, również nietknięte. Rudowłosa kontemplowała 

płonący pałac.

- Oto rewolucja. To ja właśnie - wskazała pożar.

- Już rozumiem. Jestem z tobą - odpowiedział.

- Jesteś we mnie. Teraz zaczniesz działać.

- Jak?

- Dla rewolucji. Jak będziesz chciał. Pójdziemy tam, gdzie rządzą rewolucją.

- Wydawało mi się, że to ty nią rządzisz.

- Ależ skąd, Joachimie! Ja jestem tylko zwykłą dziwką.

Joachim   zatrzymał   powóz,   zgrabnego   fiakra.   Powożący   nim,   elegancko   ubrany 

mężczyzna bez słowa wyszedł z powozu i, uchyliwszy kapelusza, poszedł swoją drogą na 

piechotę,   gdy   tylko   zauważył,   że   zatrzymuje   go   człowiek   odziany   jak   adwokat   w 

towarzystwie dziwki.

Dziewczyna chwyciła lejce, Joachim wskoczył na siedzenie. Ruszyli.

- Będę potrzebował broni.

- Jakiej?

- Hm... - zamyślił się huzar. - Dobrej szabli, pary pistoletów, nadałby się też jaki 

karabinek...

- No i po cóż ci to tutaj? - dziewczyna uniosła brwi. - To nie szarża kawalerii, mój 

drogi. Ale dostaniesz swoją broń, nie martw się. Z najlepszego źródła.

Dojechali. Rewolucyjny sąd mieścił się w ujeżdżalni, zaś rewolucyjny rząd w starej 

rzeźni. Wprawdzie zwycięzcy przemyśliwali przez jakiś czas nad przeniesieniem siedziby do 

któregoś   z   zarekwirowanych   pałaców,   ale   wtedy   Maximillian   Kleiderpeter,   który   z 

prowincjonalnego radcy prawnego wyrastał powoli na przywódcę, wygłosił piękną mowę.

Zgromadzeni   w   ubojni   komisarze   słuchali   w   milczeniu,   kiedy   Kleiderpeter   stał 

spokojnie za prowizoryczną mównicą. Jedynie jego dłonie o pobielałych kostkach zdradzały 

napięcie. Zaciskał je na deskach, gdy z pasją perorował, by rewolucja pozostała tu, gdzie się 

narodziła. I choć komisarze mieli dość rzeźni, w której gromadzili się od kilku lat, udając 

konspirację, to w słowach radcy słyszeli wyraźne skrzypienie wozów jadących do Derflingen 

i świst kartaczy z rozgrzanych ćwierćfuntówek. Gdy skończył, wszyscy wiwatowali, i zostało 

background image

postanowione, iż rząd zostaje tam, gdzie się narodził. Nie było tu wprawdzie wygodnych 

foteli, pięknych łazienek, buduarków, w których można by się zaszyć na parę kwadransów z 

jakąś   zaangażowaną   działaczką,   ale   nikt   nie   chciał   przejechać   się   najbardziej   ostatnio 

uczęszczaną linią ujeżdżalnia - Derflingen.

Wysiedli z powozu. Ruda dobrze wiedziała, dokąd iść. W małym kantorku, w którym 

kiedyś urzędował nadzorca masarzy, teraz zasiadał Kleiderpeter. Gdy dziewczyna otworzyła 

drzwi, radca uniósł głowę znad papierów.

- To ty znowu...? Kiedy dasz mi wreszcie spokój, utrapiona dziwko?

Zaśmiała się szeroko.

- Mój drogi Maksiu! Chybaś głupszy, niż myślałam... Aż do śmierci nie zaznasz ode 

mnie spokoju!

Kleiderpeter, zniecierpliwiony, machnął ręką.

- Kogoś mi tu przyprowadziła?

- Joachim Egern. Kawalerzysta były, więzień cesarstwa, kryształowy rewolucjonista.

- Egern? Pewnie jeszcze przedwczoraj „von Egern”, prawda?

- Prawda. A wiesz co, mój drogi Kleiderpeter? Nie dalej jak kilka dni temu wpadła mi 

w ręce książka, rżnął mnie jakiś prawnik, pod tytułem „Prawo do życia w pokoju a wojny 

zaborcze”,   którą   napisał   Maximillian  Albert   von   Kleiderpeter.   Czy  to   aby  nie   jakiś   twój 

krewny?

Radca poczerwieniał.

-   Nie   zaperzaj   się   tak   -   zakpiła   rudowłosa.   -   Możesz   kazać   spalić   cały   nakład, 

światowa literatura pewnie zbytnio na tym nie ucierpi, ha, ha, ha! Dobrze, do rzeczy. Potrzeba 

temu  towarzyszowi ludzi, broni i  zadania, by mógł  udowodnić  swoją przydatność  naszej 

sprawie.

Kleiderpeter, nie spuszczając wzroku z przybyszów, sięgnął do czerwonej  teczki i 

wyjął rozpieczętowany list.

- No, niech będzie. Zobaczymy, jak się towarzysz nadaje. Proszę... - podał Joachimowi 

papier.

Do Towarzysza Generalnego Komisarza Maxa Kleiderpetera. Towarzyszu, tutaj, na  

Nowym Mieście organizuje się powoli silna grupa elementów rojalistycznych. Trudno nam  

znaleźć poparcie wśród burżujów, bo pozamykali się w domach i strzelają bez pytania, gdy  

wchodzimy chociażby na podwórze. Do cesarskich zresztą tak samo. Z nimi policzymy się  

później,  oni   są  bierni,   ograniczają  się  jedynie   do  obrony,   więc   nie  stanowią   zagrożenia.  

background image

Jednak grupa rojalistów, którą zarządza kilku byłych arystokratów i żołnierz, jest prężna i  

dobrze wyposażona. Na razie działają w konspiracji; należy ich rozbić, zanim wyjdą na ulicę.  

Prosimy o wsparcie.

Komisarz Plume

Joachim, przeczytawszy, skinął głową.

- Potrzebuję broni.

- I wstęgi komisarskiej - dodała dziewczyna.

- Już. Wypisuję upoważnienie do magazynu i pozwolenie na broń.

- Słucham? - zdziwił się Joachim - Co? Pozwolenie na broń? A cóż to takiego?

- No, towarzyszu Egern, jak to? Zezwalam wam na noszenie broni...

Joachim nie wierzył własnym uszom.

- Panie... towarzyszu Kleiderpeter... przecież tam, na ulicy, wszyscy noszą broń.

-   Owszem,   ale   zamierzamy   to   ukrócić.   Gdy   tylko   pozbędziemy   się   rojalistycznej 

kontrrewolucji, obywatele nie będą potrzebować broni.

- Jak to nie? Jak to możliwe, by broń nie była potrzebna?

- No, zwyczajnie. Nie trzeba polować, to brutalna i krwawa rozrywka arystokratów, 

zaś bronić obywateli będzie państwowa milicja. Zakażemy również zamków w drzwiach, krat 

w   oknach   i   tym   podobnych.   Zdradzałyby   one   brak   zaufania   do   organów   państwa.   I   co 

towarzysz na to?

- Nic, póki ja będę po drugiej stronie.

- To znaczy po której?

- Póki to ja będę sprawdzał, czy ktoś nie ma zamka w drzwiach.

-   Nie   jest   to   postawa   zbyt   idealistyczna,   ale,   pod   względem   praktycznym, 

wystarczająca. Dobrze, oto pozwolenie i upoważnienie do magazynu. Niech żyje rewolucja!

-   Niech   żyję   ja!   -   odpowiedział   huzar.   Kleiderpeter   popatrzył   zamyślony   znad 

okrągłych binokli. Rudowłosa podeszła do niego, objęła za głowę i, zbliżając swoje usta do 

komisarskiego ucha, wyszeptała:

- On zajdzie dalej niż ty, mój drogi Kleiderpeter. Teraz on mnie rżnie. Twój czas się 

kończy, jeszcze możesz mnie popieścić, ale nóg już przed tobą nie rozłożę.

- Precz, kurwo! - wrzasnął komisarz.

Huzar i dziwka wyszli. Przy wejściu do magazynu pokazali odpowiedni dokument, 

lekko odurzony opium strażnik wpuścił ich do środka. Joachim otrzymał szkarłatną szarfę, 

którą przewiązał się w pasie, na głowę nałożył czerwoną czapkę, taką jak rewolucjoniści, lecz 

background image

z   czarnym   otokiem   i   czarnym   frędzlem,   oznaczającym   rangę   komisarza.   Wybrał   sobie 

również buty do konnej jazdy.

- Teraz broń - powiedział.

Rudowłosa podała mu sztylet o długim i wąskim ostrzu, w pochwie z miękkiej skóry.

- Schowaj go do prawej cholewy, idealnie tam pasuje - powiedziała.

Ze   skrzyni   wyjęła   niewielkie,   mahoniowe   puzderko.   W   nim,   w   odpowiednich, 

wykładanych czerwonym aksamitem wgłębieniach leżały dwa maleńkie, dwulufowe pistolety. 

Nie miały kabłąka, spust był schowany w rękojeści, wystawał dopiero po odciągnięciu kurka. 

Każdy miał tylko jeden kurek, mimo dwóch luf - sprytny mechanizm po pierwszym strzale 

przestawiał skałkę nad drugą panewkę.

- Proszę. Oba są załadowane. Masz ze sobą cztery lufy i ostrze, które łatwo przebije 

nawet pancerną koszulkę. Pistolety schowaj do kieszeni w kamizelce. Będą pasować.

Joachim wziął pistolety i przyjrzał im się dokładnie.

- Mały kaliber, krótka lufa... Z tego człowieka można trafić na pięć kroków, nie dalej...

- Pięć kroków to aż nadto. Będziesz strzelał, przyłożywszy wrogowi lufę do czoła. Nic 

więcej ci nie potrzeba.

Joachim schował pistolety do kieszeni i wsunął sztylet do buta.

- No dobrze, ale dajcie mi  jeszcze jakąś szpadę, albo coś, żeby było widać, żem 

uzbrojony.

Dziwka wzięła się pod boki.

- I to mówi taktyk? Od kogoś ty się wojaczki uczył? Od Rolanda? Roland oberwał w 

łeb i głupio skończył. Jedną z najważniejszych zasad taktyki jest ukrywanie przed wrogiem 

zarówno swoich atutów jak i słabych stron, prawda?

- Owszem, ale raczej nie ukrywa się faktu, że jest się wrogim żołnierzem.

-   Czas   przeszły,   mój   drogi,   czas   przeszły.   Teraz   to   właśnie   należy   do   najlepiej 

strzeżonych sekretów. Pamiętaj o tym, a dasz sobie radę. Gdy wjedziesz do Nowego Miasta, 

ściągnij   szkarłatną   wstęgę,   za   rekomendację   wystarczą   ci   twoje   maniery.   Do   dzieła, 

Joachimie. Weź pięciu ludzi, niech każdy ma karabin. I jeszcze to...

Rudowłosa podała mu zgrabny zestaw - skrzynkę zawierającą kałamarz, inkaust, pióra 

ze stalówkami, papier, pieczęć, lak i inne pisarskie utensylia.

- Oto twoja prawdziwa broń. Pistoletem możesz się obronić. Zwyciężysz pieczęcią na 

papierze.

* * *

background image

Podkute   obcasy   wysokich   butów   stukały   po   bruku.   Rotmistrz   nie   wziął   powozu. 

Chciał przespacerować się po mieście. Właśnie schodził z mostu, był już na Nowym Mieście. 

Swoim ludziom nakazał rozejść się po cichu po zaułkach i czekać w ustalonych miejscach na 

sygnał.

Nie   nosił   już   szkarłatnej   wstęgi.   Ulice   opustoszały,   jedynie   zza   szczelnie 

pozamykanych okiennic mieszczańskich, solidnych kamienic wyzierało słabe światło świec. 

Czasem tylko w bramie stał uzbrojony burżuj, butny i bezczelny, z dubeltówką w rękach, ze 

zbrojnymi w widły parobkami za sobą.

Joachim wiedział, że choć teraz nie czuli strachu, to przyjdzie i na nich pora. Będą ich 

wyciągać po kolei z domów, za łby, gwałcić kobiety, rabować i zabijać mężczyzn. Tam, gdzie 

ktoś stawi opór, zginą wszyscy.

Owszem,   mogliby  uniknąć   swego   losu,   gdyby   nie   zamykali   się   w   domach,   tylko 

wyszli na ulicę... Stolica nie była biednym miastem, średniozamożnej burżuazji było więcej 

niż biedoty, która stanowiła gwardię rewolucji. Z jednej strony wygłodzone lumpy, zbrojne w 

kosy  i   piki,   z   drugiej   dobrze   uzbrojeni,   bo   trzymający  sporo   strzelb   po   domach,   dobrze 

odżywieni, silni burżuje razem ze swymi pachołkami. Zdołaliby obronić cesarza, obronić 

państwo.

Ale nie mogli jednak zrobić tego zza okiennic. Bronili swych domów, zbyt ciasna 

perspektywa nie pozwalała im zrozumieć prostego paradoksu: aby obronić swe domy, muszą 

je   porzucić.   Potrzebowali   wodza,   przywódcy.   Kogoś   lepszego   od   nich,   czyją   wyższość 

czuliby instynktownie, kto przejąłby na siebie ciężar decyzji. Nie byli tchórzami, nie bali się - 

potrzebowali jedynie dowódcy. Kogoś takiego jak on, Joachim von Egern, szlachcic i oficer.

Lecz on szedł przygotowywać im inną przyszłość. Za niecałe trzy tygodnie będzie stał 

tutaj,   w   mundurze   komisarza   Gwardii   Obywatelskiej   -   bo   i   stopnie   oficerskie   również 

powrócą, ale nieco później, trochę czasu musi minąć, nim okaże się, że bez oficerów nie da 

się   wygrać   żadnej   bitwy.   Z   wysokości   grzbietu   angielskiego   wałacha   z   cesarskiej   stajni 

patrzył będzie na oblężenie jednej z kamienic. Nie wezwie dział, z podziwu dla bohaterstwa 

starego   mistrza   cechu   krawców,   broniącego   się   tutaj   wraz   z   trzema   synami,   pięcioma 

czeladnikami i kilkunastoma kobietami.

Będzie chciał, żeby walka była sportowa - stary krawiec i tak nie ma szans. Oblężenie 

potrwa   dziesięć   godzin,   zginie   w   nim   trzydziestu   czterech   rewolucjonistów,   co   wywoła 

oczywiście wściekłość pozostałych. A podziw Joachima dla heroizmu obrońców nie będzie 

się wiązał z sympatią. Komisarz Gwardii nie zrobi niczego, aby powstrzymać piekło, jakie w 

background image

domu starego krawca rozpęta motłoch. Kiedy tylnymi drzwiami wymknie się czternastoletnia 

dziewczyna,   niezauważona   przez   oprawców,   Joachim   będzie   się   tylko   z   zaciekawieniem 

przyglądał tej ucieczce. Gdyby było z kim, chętnie założyłby się, czy uda się dziewczynce 

uciec. Nie zaalarmuje swoich ludzi, lecz i nie pomoże, a kiedy dziewczyna uwiesi się u jego 

strzemienia,   prosząc   o   łaskę,   Joachim   pomyśli   jedynie:   oto   otchłań,   i   odepchnie   ją 

kopniakiem.

Mała wbiegnie w pierwszą przecznicę, uda jej  się uciec do rodziny na prowincji, 

opowie o wszystkim, co widziała. Gdy mężczyźni, których błagać będzie na kolanach, aby 

poszli walczyć z diabłem, będą po kolei tchórzyć, przeprosi Najświętszą Panienkę i obieca 

swoje młode ciało temu, który weźmie broń i pójdzie walczyć. Większość będzie miała na 

tyle przyzwoitości, by z płonącymi ze wstydu policzkami uciec do swoich sypialni. Jeden 

skorzysta   -   bezwzględny   cynik,   którego   mała   pokocha.   Kiedy   już   pozbawi   ją   cnoty, 

bezwzględnie   i   zimno   powie,   że   nie   wybiera   się   na   żadną   wojnę.   Dziewczyna,   w   akcie 

rozpaczy, wbije mu w brzuch sztylet i wsiądzie do pierwszego dyliżansu do stolicy. Tutaj, 

podając się za prostytutkę, zbliży się do jednego z najważniejszych komisarzy, Hansa Plume, i 

zabije   go   w   kąpieli.   Przed   sądem   w   ujeżdżalni   powie,   że   zrobiła   to,   co   zrobiłby   każdy 

mężczyzna, gdyby jakiś jeszcze był w tym kraju. Lecz ostatnim był jej ojciec, który, przybity 

piką do ściany, zdołał jeszcze zastrzelić jednego wroga. Nikt z sędziów nawet nie zauważy, że 

dziewczyna   nie   próbuje   się   tłumaczyć.   Tego   samego   dnia   odłamek   kartacza,   wielkości 

męskiej   dłoni,   uderzy   w   jej   brzuch,   masakrując   wnętrzności.   Będzie   żyła   jeszcze,   gdy 

czternastoletni chłopiec, który wychowywał się w suterenie kamienicy stojącej o czterdzieści 

kroków od jej rodzinnego domu, pchnie ją piką w pierś. Kilka dni wcześniej w Derflingen 

zostanie   otwarta   szkoła,   w   której   tacy   właśnie   młodzieńcy   uczyć   się   będą   rewolucyjnej 

bezwzględności i zapału.

Martwe już ciało zepchnie do dołu grupa skazańców. Dusza dziewczyny wejdzie do 

nieba osobną bramą dla wojowników - w tej bramie patrzy się na inne cnoty niż w bramie dla 

zwykłych ludzi. Wiele mogą wybaczyć, lecz jeszcze więcej wymagają. Nie wprowadzają dusz 

przez tę bramę anioły, lecz walkirie.

Tymczasem jednak dziewczyna siedzi w swoim pokoju z niańką, niby przestraszona, 

lecz bardziej rozbawiona całą sytuacją. Jakież to zabawne, wszyscy siedzą razem w domu, nie 

trzeba nic wielkiego robić, to prawie tak zabawne jak podróż na wieś w lecie! Tylko tata i 

bracia tacy poważni, z bronią. I Hoss, uczeń taty, taki śliczny, tak dorosły i taki męski, chociaż 

ma dopiero szesnaście lat, tak cudnie wygląda przy oknie, jak żołnierz na warcie, spoglądając 

przez   lekko   rozsuniętą   okiennicę,   gdy  ściska   w  dłoniach   pistolet.  Tak,   taka   rewolucja   to 

background image

bardzo zabawna i romantyczna rzecz.

Joachim   postanowił   skierować   się   do   oberży,   tego   węzła   komunikacyjnego 

niespokojnych czasów. Wybrał karczmę „Pod huzarem” - nie przez sentyment, lecz dlatego, 

że przed drzwiami stało dwóch uzbrojonych młodzieńców nie noszących czerwonych czapek. 

To zwiastowało, że goście nie darzą rewolucji zbytnią atencją. Gdy podszedł do strażników, 

skłonił się uprzejmie.

- Panie... - zagaił.

- Von Rakotsch. To mój sługa, Helmut.

-   Rotmistrz   Joachim   von   Egern.   Chwilowo   incognito,   lecz   przed   ziomkiem   i 

przyzwoitym szlachcicem mogę zdradzić tożsamość. Pan, jak rozumiem, również Madziar?

- Owszem,  lecz  wychowany w stolicy.  Czego  pan tu szuka,  panie rotmistrzu  von 

Egern?

- Nie sądzę, bym mógł rozmawiać o tym na ulicy... - odparł Joachim tajemniczo i 

znacząco   spoglądając   w   ścianę   za   swoim   rozmówcą.   -   W   dzisiejszych   czasach   ludzie 

przyzwoici muszą mieć się na baczności.

- Ach tak... A zatem, kawalerze, jesteśmy tutaj nieprzyjaciółmi cesarza, co pan na to?

Joachim nie mógł aż uwierzyć w tak nieskalaną naiwność. Uniósł się więc udawanym 

gniewem.

-   Nieprzyjaciółmi   cesarza?  Ach,   panie,   zatem   nie   chcę   mieć   z   tobą   ani   z   twymi 

towarzyszami nic wspólnego! Ciesz się, że to ja zacząłem rozmowę - w przeciwnym razie 

zastrzeliłbym  cię! Odchodzę, gdy spotkamy się znowu, będę zmuszony bić się z panem. 

Kocham cesarza i nienawidzę rewolucji! - wykrzyknął.

-   Ciszej,   mój   panie.  Widzę,   żeś   zacny   człek.  Wybacz,   że   musiałem   uciec   się   do 

podstępu, ale nie można teraz nikomu ufać. Wrogów cesarza tutaj nie znajdziesz, sama zacna 

szlachta i dobrzy żołnierze, co chcą bić się za swojego władcę - wyszeptał konfidencjonalnie 

młody szlachcic.

- Ach, tak... Rozumiem. Wybacz zatem, panie, me ostre słowa.

- To nic takiego. Ale ciągnijmy to przedstawienie. Za twoim pozwoleniem, panie, 

przegnam cię stąd, jako rojalistę, ty zaś wejdziesz do oberży tylnymi drzwiami, podając hasło 

„Niech Bóg chroni cesarza”. Dzięki temu nie zdekonspirujemy naszego obozu - tak, obozu, to 

zaiste jest obóz wojskowy - przed szpiegami Kleiderpetera.

- Rozumiem, panie. Czyń zatem, co trzeba.

Młodzieniec uniósł strzelbę do ramienia.

- Precz, wraży rojalisto! Tutaj są sami dobrzy rewolucjoniści! - wykrzyknął teatralnie.

background image

Joachim nie mógł uwierzyć,  że było to aż tak proste. Odszedł kawałek, po czym 

ominął   oberżę   i   udał   się   do   kuchennego   wejścia,   podając   owo   niezwykle   trudne   do 

odgadnięcia   hasło.   Otwarto   mu   drzwi.   W   środku   zasiadało   czcigodne   gremium.   Kilku 

żołnierzy - podoficerów, kilku szlachciców. W sali powitał go von Rakotsch:

- Panowie, oto pan Joachim von Egern. Zechce się pan przedstawić, powiedzieć o 

sobie parę słów?

Joachim rozejrzał się. Nie widział znajomych twarzy.

- Jestem rotmistrz Joachim von Egern, jeszcze niedawno szef szwadronu w szóstym 

pułku huzarów - skłamał Joachim. - Pochodzę z Egernów z Mindsztenz. Chcę walczyć, a 

jeżeli będzie trzeba, to zginąć za cesarza.

Rozległy się brawa i wiwaty. Von Rakotsch uciszył zebranych, i powiedział:

- Panowie, takich ludzi nam trzeba! Oficerów, żołnierzy, ludzi chcących walczyć, nie 

tylko gadać i martwić się! Wiwat pan rotmistrz! Niech żyje cesarz!

Znów brawa i wiwaty. Joachim wystąpił:

- Rację ma kawaler von Rakotsch. Nie lubię gadać, chcę walczyć. Dlatego nie zabawię 

tutaj zbyt długo. Zamierzam zorganizować regularny oddział do walki z buntownikami, pod 

nazwą Legionu Cesarskiego. Będzie to jednostka kadrowa, jak wiemy, nasza armia poszła w 

rozsypkę.   Po   jej   odtworzeniu   dzisiejsi   żołnierze   Legionu   Cesarskiego   zostaną   wysokimi 

oficerami. O tak, panowie, za dwa lata wszyscy będą wam zazdrościć szansy, która dziś jest 

przed wami - oto, stając dziś jako prości żołnierze, by własną piersią bronić naszego cesarza, 

zapewniacie sobie wieczną chwałę. Ci, którzy zginą - nie oszukujmy się, będą ofiary - złotymi 

zgłoskami   wypiszą   swe   nazwisko   na   pomniku   bohaterów.   Ci   którzy   przeżyją,   staną   się 

odnowioną, rycerską kadrą nowej cesarskiej armii.

Świeciły   im   się   oczy.   Jak   łatwo   wierzy   się   w   takie   wizje,   pomyślał   rotmistrz. 

Wystarczy obiecać, że staną się lepsi, że zostaną wywyższeni. Nic więcej nie trzeba. Dobrze 

im tak...

- Nie będę teraz wiele mówił. Wszystkiego dowiecie się na zbiórce. Bądźcie gotowi 

jutro, o siedemnastej. Niech każdy z was weźmie ze sobą tylu zaufanych ludzi, ilu będzie 

mógł do jutra zebrać. Przyślę wtedy tutaj mojego łącznika, który będzie rozmawiał tylko z 

panem von Rakotsch. Poda on miejsce i czas spotkania. Tam wszystko się wyjaśni. Na dzisiaj 

to tyle.

Ukłonił się i ruszył ku drzwiom, nie zważając na pytania i okrzyki, jakimi zasypywali 

go zgromadzeni. Tacy głupi. Cóż, widać nie zasłużyli na lepszy los - myślał.

Udał do mieszkania, jakie na Nowym Mieście otrzymał od Kleiderpetera. Rozłożył 

background image

swoje   przybory   pisarskie,   napisał   krótki   i   zwięzły   raport,   w   którym   zażądał   na   jutro 

pięćdziesięciu muszkietów. Na ludzi zapotrzebowania nie zgłaszał, wiedząc, że będzie dobrze 

przyjęte w centrali, gdy poradzi sobie z tym, co oddano mu do dyspozycji. Następnie wezwał 

gońców, którym wręczył szczegółowe instrukcje dla swoich podkomendnych - wybrał tylko 

piśmiennych. W krótkich rozkazach polecał każdemu z nich sprowadzić dziesięciu oddanych 

rewolucji   ludzi   jutro,   na   szesnastą,   do   parku   Griinewald.   Polecał   obiecać   im,   że   złapią 

kilkudziesięciu arystokratów i będą mogli podzielić się łupem.

Nazajutrz   nad   ranem   przybył   wóz   ze   strzelbami.   Joachim   osobiście   dopilnował 

dostarczenia ich na miejsce zbiórki, do lasu. O siedemnastej wszystko było już gotowe. W 

lesie ukrytych było pięćdziesięciu zbrojnych, pod wodzą pięciu rewolucjonistów Joachima. 

Tytułował ich „swoimi porucznikami”, co nie było zgodne z przyjętą praktyką rewolucyjną, 

za   to   wspaniale   łechtało   próżność   nieudanych   czeladników.   W   dwa   dni   z   lumpów   i 

popychadeł przeobrazili się w panów... tfu, towarzyszy oficerów. Wspaniale. Do oberży „Pod 

huzarem” wysłał gońca, polecając przyszłym żołnierzom Legionu Cesarskiego zebrać się w 

parku, o osiemnastej, pod wielkim dębem, na polanie otoczonej gęstymi krzakami, w których 

łatwo mogli się ukryć jego ludzie.

Przybyli gromadnie, było ich ponad osiemdziesięciu. Oczywiście, żaden z nich nie 

sprawdził, czy to nie zasadzka, nikt nie poszedł na zwiad, nikt nawet nie przyjrzał się uważnie 

zaroślom. Wszyscy rozprawiali ze swadą o stopniach, orderach i bohaterstwie. Joachim stał 

na łące, z piątką ludzi pod bronią. Nakazał wszystkim ustawić się w czterorzędowej linii, a 

oni spełnili ten rozkaz z radością i bez szemrania - oto zaczęła się musztra, już jesteśmy 

żołnierzami!   Kiedy   na   znak   Joachima,   z   krzaków   wyszło   pięćdziesięciu   strzelców,   ze 

zdziwienia nawet nie zareagowali. Wielu z dzielnych kontrrewolucjonistów było uzbrojonych, 

lecz gdy Joachim nakazał im rzucić broń, zrobili to bez protestów. Zanim dobrze zrozumieli, 

co się stało, byli już skrępowani zawczasu przygotowanymi sznurami. Następnie skrzętnie 

odebrano im wszystko, co miało jakąkolwiek wartość, bo też nic lepiej nie przywiązuje do 

dowódcy niż łupy. W specjalnym piśmie do Kleiderpetera Joachim zapewnił swoim jeńcom 

pierwszeństwo do egzekucji. Jeszcze tego samego dnia wszyscy zostali skazani i posiekani 

kartaczami w winnicy Derflingen.

Joachim wrócił do swego mieszkania. Nie dobył tego dnia broni innej niż pióro, papier 

i pieczęć. Szybko się uczył. Spać położył się wcześnie, po zjedzeniu lekkiej kolacji. Jednak 

jego sen tej nocy zakłócono aż dwukrotnie.

* * *

background image

Za pierwszym razem obudził go jeden z jego ludzi.

- Towarzyszu komisarzu, przyjechał tutaj pod dom jakiś żołnierz, awanturował się i 

chciał towarzysza wyzwać na pojedynek. Chcieliśmy go pojmać żywcem, lecz wygląda na 

tęgiego zabijakę. Gdy próbowaliśmy go schwytać, posiekł Martina i Hansa szablą. Możemy 

go zastrzelić, jednak zakazałem strzelać bez pozwolenia towarzysza - zameldował.

- A co teraz robi? - zapytał Joachim, zupełnie już rozbudzony.

- Stoi przed domem z pistoletem gotowym do strzału i czeka.

-   Idę   zatem   do   niego.   Pod   żadnym   pozorem   nie   wolno   wam   do   niego   strzelać, 

zrozumiano?

- Tak jest.

Joachim   wyjrzał   przez   okno.   Na   ulicy,   na   kiepskiej   szkapie   siedział   wachmistrz 

Slobodan  Draga.  Nie  krył   się.  Był  w  pysznym,  galowym  mundurze  wachmistrza  ułanów 

krestvińskich, w prawej dłoni dzierżył pistolet, zaś z nadgarstka zwieszała się na temblaku 

szabla. Joachim ubrał się pospiesznie i zszedł na dół. Nakazał otworzyć drzwi i wyszedł do 

ułana.

- Czego chcesz ode mnie? - zapytał.

- Bić się z panem - odpowiedział Draga.

- Dlaczego?

-   Boś   zamordował   moich   przyjaciół.   -   odpowiedział   Draga   i   spojrzał   w   twarz 

Joachima, rozpoznając go. - Tyś jest mój więzień... Jam cię tutaj przyprowadził... - powiedział 

zdumiony. - Kim jesteś?

- Jestem rotmistrz huzarów Joachim von Egern.

Draga siedział w siodle, milczał przez chwilę, jakby nazwisko Joachima obudziło w 

nim wspomnienia.

- Słyszałem o was, panie rotmistrzu.

- Coście słyszeli, wachmistrzu Draga?

-  Wiele...  Wcześniej,   głośno   było   o   was,   żeście   świetny  oficer,   odważny  i   dobry 

dowódca.   Paru   ludzi   z   mojego   pułku   dostało   nawet   pozwolenie   na   przeniesienie   się   do 

waszego szwadronu...

- Kto taki?

- Zoltan Peskovic, Radko Bilic i jeszcze paru, których nie pomnę...

- Ha, ja ich pamiętam - odparł huzar.

Przez chwilę poczuł się, jakby ze starym znajomym wspominał dobre czasy. Draga 

background image

również, lecz zmitygował się szybko.

-   Doszły   mnie   też   wieści   o   tym,   jak   żeście,   panie   rotmistrzu,   zwariowali   i   jęli 

mordować ludzi w południowych prowincjach. Mówiono, że was pojmali. Nie wiedziałem 

jednak, że to was prowadzę do stolicy...

- Dobrze. Czego więc chcesz ode mnie, Draga? Dalej chcesz się bić?

-   Jak   najbardziej,   panie   rotmistrzu.   Jesteście   łajdak   i   szaleniec,   na   dodatek   teraz 

przystaliście do buntowników. Godzi się was zabić.

- Dlaczego więc nie strzelasz? Stoję przed tobą bez broni, a ty masz w ręku pistolet. 

Zakazałem moim ludziom strzelać. Co prawda, gdy mnie zabijesz, zginiesz na pewno, ale nie 

wierzę, żeby krestviński ułan bał się śmierci.

Draga patrzył długo na Joachima. Ręka z pistoletem nie drgnęła. Von Egern miał w 

kieszeni swój dwustrzałowy pistolecik, ale nawet nie próbował po niego sięgnąć.

-   Nie   boję   się   śmierci.   Nie   strzelam,   bo   to   przecież   nie   godzi   się   palić   do 

nieuzbrojonego.

- A skąd pomysł, że będę się z tobą bił? Jestem szlachcicem i oficerem, ty zaś prostym 

chłopem i ledwie wachmistrzem.

- Po pierwsze, żaden z was oficer i szlachcic, bo was zdegradowano i schłopiono. Ale 

szczał na to pies. Jesteście żołnierz i kawalerzysta, jak ja. Tak samo nadstawialiśmy karku w 

szarżach. Jeżeli odmówicie pojedynku, toście tchórz - powiedział butnie Draga.

- Macie rację, wachmistrzu Draga. Nie odmówię. Kto wybiera broń?

- Wy, panie rotmistrzu.

- Dobrze. Szpady, a potem pistolety.

Draga   skrzywił   się.   Nie   władał   dobrze   szpadą,   nigdy   nie   uczył   się   fechtunku. 

Oczywiście, zdawał sobie sprawę, że z szablą w dłoni, jeden na jednego, pewnie też von 

Egernowi nie da rady - prawdziwy fechtmistrz to więcej niż znudzony sierżant w pułku, który 

pokazał, więcej niż ćwierć wieku temu, młodemu Dradze trzy cięcia pieszo i dwa konno - 

jedno z primy, drugie z tercji. Oczywiście, trzydzieści lat w siodle dały wachmistrzowi sporo 

doświadczenia, bez kłopotu zasiekłby każdego młodego adepta szermierki. Głowa pełna teorii 

tylko przeszkadza w walce. Jednak u von Egerna teoria zweryfikowała się przez praktykę, 

były huzar zapomniał o tym, co niepotrzebne czy głupie. No cóż, raz kozie śmierć.

- Dobrze. Szpady, a potem pistolety.

- Kiedy?

- Zaraz. Powiedzmy za kwadrans, na moście. Jest oświetlony, a teraz i tak nikt nie 

chodzi po nocy, bojąc się takich jak pan, panie rotmistrzu.

background image

- Dobrze. Dostarczysz broń? W takim razie za pół godziny. Rozumiem, że obejdziemy 

się bez sekundantów?

- Owszem. Za pół godziny na moście.

Draga zawrócił konia i odjechał. Kilkadziesiąt kroków dalej ścisnął swoją chabetę 

łydkami   i   pokłusował,   niemiłosiernie   hałasując   w   uśpionym   i   przyczajonym   mieście. 

Wojskowe podkowy pięknie brzmiały na stołecznym bruku.

Wachmistrz odwiedził zaprzyjaźnionego miecznika, który swojego czasu sprzedał mu 

świetną,   chociaż   starą   głownię   do   szabli,   dorobiwszy   do   niej   regulaminową   pochwę   z 

mosiężnymi   okuciami   i   podoficerską   rękojeść.   Draga   wiedział,   że   można   do   tego 

rzemieślnika zajść o dowolnej porze, podobnie, jak do doktora, lecz w zgoła odwrotnym celu. 

Po chwili wyszedł z futerałem zawierającym dwie piękne, pojedynkowe szpady o długich, 

hiszpańskich głowniach. Pod drugą pachą trzymał puzdro z parą angielskich pistoletów.

Joachim był na moście na czas, Draga również. Na szerokiej na pięć stóp kamiennej 

balustradzie  stary  ułan  rozłożył  pudła  z bronią.  Chabeta,  rozkulbaczona,  stała  na  ulicy  u 

wyjścia   z   mostu.   Kulbaka,   cały  rząd   i   ułańskie   oporządzenie,   w   nienagannym   porządku, 

leżało na balustradzie.

- Panie rotmistrzu, z racji braku sekundantów, muszę się do pana zwrócić z dwiema 

prośbami.

- Słucham, wachmistrzu Draga.

- Gdybym zginął, proszę pana o nadanie tych listów pilną pocztą do Zagrzebia.

Wachmistrz   podał   Joachimowi   dwa   zapieczętowane   listy,   zaadresowane   na   poste 

restante, na nazwiska Żivko Draga i Teresa Draga.

- Moje ciało, jak również zgromadzone tam oporządzenie, proszę wrzucić do Dunaju. 

Druga prośba - proszę zaopiekować się moim koniem. Wiem, że to szkapa, ale, było nie było, 

jestem kawalerzystą, a to mój wierzchowiec.

- Rozumiem, nie musisz mi tłumaczyć, wachmistrzu, jak traktuje się konie.

- Tak, oczywiście.  Szpady i pistolety po pojedynku proszę odwieźć do miecznika 

Rudolfa Messerschmidta, na Fürstenstrasse 12. Tutaj, proszę, jest dwadzieścia talarów.

Draga podał Joachimowi sakiewkę.

- Wystarczy na listy i obrok dla mojego konia, póki nie zdechnie ze starości. Jak coś 

zostanie, proszę dać na mszę za moją duszę.

Joachim przyjął złoto.

- Zatem, do dzieła, wachmistrzu - powiedział.

Obaj zdjęli wierzchnie okrycia, pozostając tylko w koszulach. Ujęli szpady, wykonali 

background image

niedbałe ukłony szermiercze i stanęli w pozycjach.

- Zaczynamy bez komendy, panie rotmistrzu.

- Cztery złożenia.

- Dobrze.

Zaczęli. Draga przypomniał sobie wszystko, co pamiętał o szermierce szpadą. Joachim 

nie musiał sobie niczego przypominać. Ruszył do przodu, po dwóch krokach wykonał botta 

lunga  - długi wypad, Astarloa, z uporem maniaka trwając przy klasycznej szkole, używał 

włoskiej terminologii. Wachmistrz sparował pchnięcie nieudolną kwartą. Joachim dostawił 

zakroczną  stopę,  ponowił   natarcie  z   pierwszej  linii,   wykonał   łatwą,   podręcznikową   fintę, 

omijając jeszcze bardziej nieudolną zasłonę z secondy i przebił prawe ramię wachmistrza. 

Odskoczyli od siebie.

- Pierwsze złożenie - powiedział Draga.

- Bez dyshonoru możemy zakończyć ten pojedynek. Nie jesteście zdolni do dalszej 

walki, wachmistrzu Draga. Z szablą pewnie poszłoby wam lepiej.

- Pierwsze złożenie - z naciskiem powtórzył Draga.

- Dobrze, jak chcecie.

Znów stanęli w pozycji, tym razem Draga zaatakował. Joachim tylko się bronił, z 

łatwością powstrzymując ataki i tak przez kolejne dwa złożenia.

- Czwarte złożenie. Pistolety. Każdy ładuje swój - powiedział wachmistrz.

Obaj uczynili to sprawnie.

- Dwadzieścia kroków, do skutku - zaproponował ułan.

- Zgoda. Twój jest pierwszy strzał.

Odmierzyli dwadzieścia kroków. Joachim stanął prawym bokiem, z prawą ręką zgiętą 

i   przyciśniętą   do   ciała,   trzymając   pistolet   pionowo   na   wysokości   twarzy.   To   klasyczna 

postawa   pojedynkowa,   zgięty   łokieć   teoretycznie   osłania   płuca,   broń   głowę.   Draga   ujął 

pistolet lewą dłonią, wycelował, strzelił. Kula minęła o dwa palce lufę broni Joachima, po 

czym lekko otarła się o jego prawą skroń, rozrywając tylko skórę. Joachim nie zadrżał nawet. 

Nie bał się śmierci.

Draga   stanął   tak   samo   jak   huzar   wcześniej,   tylko   odwracając   się   lewym   bokiem. 

Joachim otarł krew z twarzy, wycelował, nacisnął spust. Trafił Dragę w lewe ramię. Pocisk 

przebił biceps ułana, przeszedł między żebrami i trafił w serce. Slobodan skonał w kilka 

sekund.

Duszy żołnierza nie chcieli w bałkańskim niebie, przecież on zdrajca, sługus zaborcy! 

Nie   chcieli   go   również   w   tym   przeznaczonym   dla   dobrych   ludzi   -   oto   brutal,   okrutnik, 

background image

nadzorca więźniów. Zapukał więc do nieba dla żołnierzy, a tam powitano go manierką mocnej 

rakiji i kotłem dymiącego jadła. Tylu tak dawno nie widzianych towarzyszy! Zasiadł więc 

przy ognisku i, odgryzając co chwila wielkie kawały od pajdy świeżego chleba, zanurzonej w 

sosie   z   gotującego   się   gulaszu,   jął   czyścić   szuwaksem   skórzane   części   oporządzenia.   Po 

chwili   do   ogniska   podszedł   Pan   w   mundurze   porucznika   ułanów.   Spróbował   gulaszu, 

pochwalił   kucharza,   wziął   łyka   rakiji,   jednak   nie   spoufalał   się   bardziej,   niż   to   przystoi 

porucznikowi względem podoficerów. Podszedł do Slobodana, który natychmiast stanął na 

baczność. Porucznik położył mu rękę na ramieniu.

- Dobrze się spisaliście, wachmistrzu - powiedział.

Draga zasalutował i siadł przy ognisku, wielce zadowolony z pochwały. Łyknął wódki 

i wrócił do czyszczenia swoich lederwerków.

Rotmistrz przez chwilę stał bez ruchu. Podszedł potem do ciała, podniósł je i przez 

balustradę wrzucił w czarne wody Dunaju. Zepchnął również cały ekwipunek ułana. Szablę 

zostawił   na   sam   koniec.  Wyciągnął   najpierw   głownię   z   pochwy,   przejechał   kciukiem   po 

ostrzu, wygiął parę razy, próbując hartu, machnął kilkakrotnie w powietrzu. Zacna szabla, 

pomyślał i z żalem schował broń do pochwy zanim cisnął ją do rzeki. Spakował szpady i 

pistolety   do   pudeł   i   odwiózł   do   miecznika.   Zostawił   mu   również   sakiewkę   i   konia 

wachmistrza Dragi, z przykazaniem opiekowania się chabetą aż do końca jej dni. Wrócił do 

swego   mieszkania   i   opatrzywszy   sobie   ranę,   położył   się   spać.   Jednak   jeszcze   raz   został 

zbudzony tej nocy.

* * *

Obudził go głuchy hałas padającego za drzwiami ciała. Von Egern sięgnął po pistolet i 

odwiódł kurek.

- Martin?! - zawołał jednego ze swoich ludzi.

Odpowiedziała mu cisza. Powoli uchylił drzwi. Otwarły się jedynie na kilkanaście cali 

- zablokowało je ciało Martina. Miał poderżnięte gardło, leżał w kałuży krwi, drgając jeszcze. 

Joachim nagle podjął decyzję - cofnął się o krok i barkiem uderzył w drzwi, przesuwając 

trupa. Wypadł na korytarz i zanim się zorientował, ktoś, zaczajony za drzwiami, chwycił go 

za uzbrojoną dłoń i gwałtownie wykręcił ją do tyłu. Cios, który rotmistrz zadał za siebie, trafił 

w   próżnię.   Napastnik   umiejętnie   i   szybko   założył   mu   dźwignię   na   nadgarstek.   Joachim 

wypuścił   broń.   Kopnięcie   pozbawiło   go   równowagi.   Runął   na   ziemię.   Gdy  upadał,   jego 

przeciwnik zręcznie obrócił go na plecy przygniótł do podłogi, przykładając do czoła obie 

background image

lufy jego własnego pistoletu. Joachim sięgnął do prawej łydki, po sztylet, lecz nie było go 

tam, był przecież bez butów.

- Spokojnie, chłopcze. Powiedzmy sobie szczerze, dałeś się podejść jak szczeniak, nie 

graj więc teraz zaszczutego wilka - powiedział don Jaime de Astarloa.

Ubrany  był   cały  na   czarno,   nawet   twarz   miał   wysmarowaną   węglem.   Lewą   ręką 

schował do pochwy zakrwawiony sztylet, nie wycierając głowni. Puścił Joachima i wstał 

lekko, jednak broń dalej trzymał wymierzoną w jego czoło.

- Wejdźmy do izby - powiedział.

Rotmistrz wstał, ciągle obolały i, kuśtykając wszedł do swojego mieszkania, po czym 

usiadł na  łóżku. Fechtmistrz  wszedł  za nim i starannie zamknął  drzwi. Stanął na środku 

pokoju, nie przestając celować do huzara.

- Pamiętasz, gdy miałeś siedemnaście lat, ćwiczyliśmy na dziedzińcu. Twój ojciec 

przyglądał się z okna. To było kilka godzin po twojej pierwszej walce, z której byłeś bardzo 

dumny...

* * *

Głuche uderzenia stóp i ciche zgrzytnięcia głowni.

Prima, terza, prima, prima, seconda, dobrze, opuść, pass, prima, dobrze!

Dobiegający   z   dziedzińca   monotonny   głos   nauczyciela   szermierki   usypiał   starego 

hrabiego w jego komnacie.

Anzelm von Egern zepchnął wreszcie leżącą w nieładzie pościel - poduszki, kołdry, 

kapy i koce, rozchylił kotary baldachimu i na oślep sięgnął po sznur dzwonka, po czym 

szarpnął   go   gwałtownie,   wzywając   lokaja.   Jeszcze   dziesięć   lat   wcześniej   sługa,   który 

przychodziłby do komnaty tak niespiesznie, jak wszedł do niej młody Imre, dostałby dziesięć 

batów i kopniaka jako odprawę. Ale hrabia na starość miał miękkie serce, a służba o tym 

wiedziała.   Imre   rozsunął   zasłony   w   oknach,   podał   hrabiemu   pantofle,   szlafrok   i   kubek 

grzanego wina.

- Okulary! - powiedział hrabia, zaś sługa powoli rozpoczął poszukiwanie.

Gdy wreszcie para grubych szkieł spoczęła na wydatnym nosie starego szlachcica, 

hrabia   zdecydował   się   wstać.   Wychylił   wino,   nakazał   podać   sobie   miednicę,   brzytwę   i 

zwierciadło. Gdy ujął brzytwę dłonią, przypomniał sobie, że zbyt  trzęsą mu się ręce, by 

samemu się ogolić. Kazał więc postawić przed sobą lustro. W sczerniałej tafli obserwował, 

jak   zręczne   dłonie   chłopaka   usuwają   szarosiwy,   kilkudniowy   zarost   z   jego   policzków, 

background image

pooranych bruzdami zmarszczek. Hrabia był kompletnie łysy, na jakby zbyt obszernej skórze 

czaszki wyraźnie widać było ciemne plamy, twarz miał porowatą i gąbczastą, pod wielkim 

nosem zaś siwy wiecheć, który niegdyś był wąsem.

Mam łeb starego sępa, jakie widuje się na stepie przy padłej krowie, pomyślał hrabia.

- Mam łeb starego sępa - powiedział do lokaja.

- Ależ skąd, wasza hrabiowska mość. Jest pan ciągle pięknym mężczyzną - zaprzeczył 

Imre, chłopiec dwudziestoletni, o pięknej, smukłej sylwetce i ładnej buzi.

Hrabia   był   stary,   ale   nie   był   jeszcze   głuchy.   Dosłyszał   ironię.   Poczekał,   aż   Imre 

skończy go golić, po czym sięgnął po szpicrutę i trzasnął sługę w twarz. Ten zasłonił się 

łokciem i rzucił do ucieczki. Hrabia ryknął za nim:

- Zanim podwiniesz ogonek, psi synu, otwórz okiennice i ustaw mi fotel przed oknem 

tak, bym widział mojego Joachimka, jak ćwiczy.

Stary   hrabia   patrzył   na   dziedziniec.   Na   śniegu   stali   najmłodszy   syn   starego 

arystokraty, Joachim i jego nauczyciel szermierki, Jaime de Astarloa. Nie zważając na mróz, 

obaj byli jedynie w pludrach i koszulach. Dyskutowali o czymś zawzięcie.

Joachimku mój, myślał stary von Egern. Tylem cię już przy sobie utrzymał. Czas na 

ciebie. Nie wiesz o tym, lecz w szufladzie mojej czeka na ciebie oficerski patent... Pójdziesz 

w huzary, jak twój ojciec... Tymczasem Joachim z zapałem relacjonował don Jaimemu walkę, 

którą dziś odbył - na ostre. Fechtmistrz nie zdradzał nawet ułamka owego entuzjazmu, jaki 

przejawiał   młody   szlachcic.   Gdy   Joachim   skończył   opowiadać   całą   sekwencję   pchnięć   i 

zasłon, szermierz skrzywił się i z kwaśną miną powiedział:

- Widziałem ten pojedynek, miałem ze sobą na spacerze lunetę...

- I jak mistrz ocenia moje zwycięstwo? - indagował Joachim, zaskoczony.

- Jak najniżej - odparł zimno don Jaime.

- Dlaczegóż?! - zapytał wstrząśnięty chłopak. - Przecież pokonałem go!

- Kawalerze, dopuścił się kawaler najgorszego...

- Jak to?

- Przy trzecim złożeniu odpowiedział kawaler na proste pchnięcie w pierwszej linii 

secondą, zamiast, jak należało, kwintą. Z tegoż powodu musiał się kawaler w żałosny sposób 

uchylać całym ciałem od tego pchnięcia...

- No a cóż miałem zrobić? Dać się przebóść, bo mi się parada zmyliła?

- Mój drogi kawalerze, szermierka jest sztuką. To nie machanie cepem, czy dźganie 

bagnetem. Należy ją czynić tak, jak przystoi kawalerowi waszego urodzenia, albo wcale, bo 

takie wstrętne zachowania prowadzą wprost do degeneracji. Mało brakowało, by kawaler 

background image

chwycił drugiego duelanta lewą dłonią!

- Cóż pleciecie, mistrzu! Przecież właśnie ta kwinta dała mi przewagę, dzięki której 

sekundę później zdołałem przebić mu udo... - powiedział coraz bardziej przerażony Joachim.

- Tym gorzej... Gdyby to ode mnie zależało, kalających szermierkę pozbawiałbym 

zdolności honorowej. Zwyciężać - tak, ale tylko zgodnie ze sztuką, to, co kawaler wczoraj 

uczynił, było, w moim odczuciu, wstrętne. Kawaler zwyciężył przez przypadek.

Stary hrabia przyglądał się całej scenie z rozbawieniem. Tymczasem Joachim zaperzał 

się co raz bardziej.

- Jakże to być może, mistrzu de Astarloa! Jaki przypadek! Lepszy byłem!

-   Za   przeproszeniem   kawalera.   Stracił   kawaler   równowagę   i   stanął   w   secondzie. 

Każdy,   nawet   tylko   trochę   lepszy   szermierz,   mógł   zwykłym   uderzeniem   w  forte  wybić 

kawalerowi szpadę z dłoni. W pojedynku zostałby kawaler upokorzony, w walce - martwy. 

Sam nie wiem, co gorsze...

- Bzdura! - wrzasnął Joachim.

Ho, ho, ho, teraz, synku, przesadziłeś. Tak się do don Jaimego nie mówi. Da ci on 

teraz szkołę, oj da, pomyślał sobie stary hrabia, obserwując swojego syna i fechtmistrza z 

coraz to większą uciechą.

- Kawalerze von Egern, nie przywykłem, by uczniowie zwracali się do mnie w ten 

sposób. Tuszę, że skoro ma kawaler czelność tak mówić, to jest kawaler lepszym szermierzem 

ode mnie. To impertynencja, ale usłyszawszy taką uwagę od lepszego przyjdzie mi ją znieść 

jakoś - powiedział Astarloa, idąc ku stojakowi, na którym wisiało kilka szpad i szabel.

Wziął ze stojaka dwie ostre, włoskie klingi, bez punt. Podszedł do Joachima i podał 

mu jedną.

- Zechce kawaler odłożyć maskę i floret.

- Ale... co... mistrzu! Mam się z mistrzem bić w ostre? - nie wierzył Joachim.

- Kawalerze, jako szlachcic nie powinien mieć kawaler nic przeciwko postawieniu za 

własnym słowem swojej głowy. Skoro, to co mówię, to bzdura - proszę, oto moja szpada.

Hrabia   von   Egern   aż   zakrywał   usta   dłonią,   aby  nie   parsknąć   głośnym   śmiechem. 

Joachimku, tylko nie zrób z siebie baby i tchórza, i przypadkiem nie zacznij teraz przepraszać, 

myślał. Syn nie zawiódł ojcowskich nadziei. Młody von Egern drżącą ręką odwiesił na stojak 

maskę   i   floret,   wrócił   na   wyrysowaną   kredą   na   kamiennych   płytach   dziedzińca   planszę, 

zasalutował szpadą i stanął w pozycji. Don Jaime widział wyraźnie, jak chłopakowi drżały 

ręce   i   kolana.   Mimo   odległości   zauważył   to   nawet   ojciec   Joachima.   Smarkacz   chyba 

naprawdę myśli, że Astarola chce go zabić, tu i teraz, na moim dziedzińcu. Dzielny z niego 

background image

chłopak, ale bystry nie jest, stwierdził.

- Zaatakuję kawalera w taki sam sposób, w jaki zaatakował ten chłopiec, któremu 

kawaler przebił udo. Prostym pchnięciem w pierwszej linii. Kawalerowi pozostawiam wybór 

właściwej obrony - powiedział fechtmistrz.

Rozluźnił mięśnie prawej ręki, zaatakował. Joachim uniósł się honorem i wykonał 

nieco   zbyt   pospieszną   secondę,   przesuwając   głownię   szpady   don   Jaimego   poza   linię 

pchnięcia. Zdążył nawet poczuć już cień satysfakcji i postanowił zaskoczyć mistrza innym 

manewrem. Natychmiast po secondzie wykonał półobrót na stopie wykrocznej -  demivolte

jak nazywał to fechtmistrz. Chciał zrobić umbrocatta - pchnięcie szpadą trzymaną odwrotnie, 

kostkami palców do góry, jednak don Jaime uprzedził go. Świetnie trafiając w odpowiedni 

moment,   silnie   uderzył   płazem   swej   głowni   w   szpadę   Joachima,   blisko   sztychu.   Broń 

wyleciała pięknym łukiem, z brzękiem uderzając o płyty dziedzińca. Fechtmistrz zrobił dwa 

kroki do tyłu, zasalutował i stanął w pozycji. Joachim, czerwony ze wstydu, podniósł swoją 

broń.

- Jeszcze raz to samo, kawalerze - powiedział don Jaime i zaatakował.

Joachim,   zacisnąwszy   zęby,   parował   secondą.   Don   Jaime   płynnie   zmienił   linię 

pchnięcia i sztych jego szpady zatrzymał się na lewej piersi Joachima, zagłębiając się na pół 

cala. Wyglądało to jak ukłucie, jednak spod przebitej skóry obficie popłynęła krew. Joachim 

krzyknął i dotknął rany. Stary hrabia śmiał się głośno, nie przerażała go powiększająca się 

plama krwi na koszuli syna.

* * *

- Pamiętam. Dał mi mistrz nauczkę wtedy - powiedział Joachim.

- Tak. Jednak, z przykrością muszę powiedzieć, że myliłem się.

- Dlaczego?

-   Bo   tutaj   nie   ma   dobrej   drogi.   Weźmy   naszą   sytuację.   Niedawno   był   u   ciebie 

wachmistrz Draga, dobry żołnierz. Radzili mu - weź sztucer, zaczaj się na dachu, poczekaj aż 

wylezie, zabijesz go szastprast. A Draga obruszył się i powiedział, że jest żołnierzem, nie 

ptasznikiem i zamierza walczyć jak żołnierz. No i skończył jak się spodziewałem, w rzece. W 

końcu brałeś u mnie lekcje.

- Z pistoletu mnie mistrz strzelać nie uczył - zauważył Joachim.

- Ano nie. Ani uchylać się od kul, bo tego nie potrafię. Na drugą drogę wstąpiłem ja, 

jeszcze w więzieniu. Uznałem, że to nie ludzie, to szczury, będę walczył jak ze szczurami. 

background image

Dlatego teraz tutaj jestem i celuję w ciebie z twojego pistoletu. Zabiłem wszystkich twoich 

ludzi,   tylko   jeden   widział   moją   twarz   i   wiedział,   że   umiera.   Resztę   zasztyletowałem   w 

ciemnościach, zachodząc od tyłu.

- Więc wygrałeś?

- Nie. Przegrałem. Stałem się taki jak ty. Nie jestem już szlachcicem, jestem mordercą. 

Jak ty. Jestem lepszy od ciebie, bo to ja ciebie trzymam na muszce. Teraz cię zabiję, czego 

zapewne sam się spodziewasz, ale to ona wygrała. Z nią nie można wygrać. W więzieniu 

wybiłem jej  zęby,  ale one jej odrosną. Rewolucja demoralizuje nas, nie bacząc na nasze 

zdanie. Porażka w walce jest zbrodnią. Draga nie pozostał bez winy, kładąc swoje życie na 

ołtarzu honoru. Miał za zadanie walczyć i zwyciężyć. Nie ma chwały dla pokonanych. To nie 

pojedynek. Ja walczyłem i zwyciężę - upodliwszy się.

Don Jaime wyciągnął rękę z pistoletem. Joachim zajrzał w dwa ciemne otwory luf. 

Trzasnęły drzwi, wysadzone z zawiasów potężnym kopnięciem.

- Nikt tutaj nie umiera bez mojego pozwolenia! - Ryknęła rudowłosa. - Ja decyduję, 

kto ma żyć, kto nie!

- Giń, suko - powiedział don Jaime i strzelił do dziewczyny z obu luf, dwukrotnie 

pociągając za spust.

Obie   kule   trafiły   ją   w   brzuch.   Joachim   bez   chwili   zastanowienia   rzucił   się   na 

fechtmistrza,   uderzając   go   czołem   w   nos.  Astarloa,   oszołomiony   bólem,   upadł   na   plecy, 

Joachim zaś znalazł się na nim, siadając okrakiem na szczupłej klatce piersiowej szermierza, 

ten jednak odzyskał szybko panowanie nad sytuacją. Podrzucił biodra i nogami zahaczył o 

szyję Joachima, ściągając huzara na podłogę.

Von Egern leżał teraz na plecach. Astarloa natychmiast złapał go za lewą stopę i, 

brutalnie   ją   skręcając,   zmusił   do   przewrócenia   się   na   brzuch.   Po   czym   podniósł   się   i 

przyklęknąwszy na łopatkach swojego przeciwnika wparł się kolanami w kręgosłup. Don 

Jaime szarpnął ku sobie nogę Joachima - aż huzar wygiął się w pałąk, pociągnął jeszcze 

mocniej, aż usłyszał trzask pękającego kręgosłupa. Puścił zwiotczałe nagle ciało, rękawem 

otarł krew, obficie cieknącą ze złamanego nosa.

Gdy  odchylił   głowę   do   tyłu,   aby  zatamować   krwotok,   ruda   uderzyła   go   w   twarz 

dębowym siedziskiem trzymanego oburącz, ciężkiego taboretu.

Dusza don Jaimego de Astarloa z nadzieją powędrowała do prywatnego nieba rodu 

Astarloa, lecz tam odtrącono ją z pogardą - oto ten, który piękne życie przekreślił w trzy dni, 

powiedzieli   zgodnie   zasiadający   na   niebieskich   ławach   zarąbani   przez   Maurów   rycerze, 

zmarli od malarii konkwistadorzy, zatopieni razem z Wielką Armadą piękni grandowie. Dusza 

background image

była zbyt dumna, aby pukać gdzie indziej, poszła więc do diabła.

* * *

Rudowłosa położyła sobie głowę Joachima na kolanach.

- Wstań, mój diable - powiedziała.

Otworzył oczy.

* * *

Dziesiątego czerwca piątego roku Republiki dwudziestu huzarów z szóstego pułku 

gwardyjskiego   wlokło   się   powoli   drogą,   która   prowadziła   skłaniającymi   się   ku   stolicy 

zboczami   wzgórz.   Eskortowali   wóz,   w   którym   wieziono   rannego   generała   Joachima   von 

Egern. Kiedy mijali winnicę Derflingen, prowadzący oddział porucznik von Schirach bez 

słowa wyciągnął szablę i uniósł broń, oddając cześć zabitym. Kilku żołnierzy, weteranów 

stołecznej rewolucji, skrzywiło się niechętne, ale prychnięcia kolegów uciszyły ich zaraz i 

cały oddział zasalutował.

Generał   von   Egern.   Jeszcze   niedawno   pułkownik   von   Egern.   Order   Legii 

Republikańskiej z Mieczami, pierwszej klasy. Order za Odwagę, pierwszej klasy. Bohater 

pierwszej wojny rosyjskiej. Bohater bitwy pod Prochorowką, największego starcia kawalerii 

w historii.

Po   stronie   Republiki   stanęło   siedemdziesiąt   pułków   jazdy   i   czternaście   artylerii 

konnej, zaś po stronie Rosjan i sprzymierzeńców osiemdziesiąt dwa pułki jazdy, dziesięć 

pułków artylerii konnej oraz siedem pułków gwardyjskiej piechoty. Von Egern, wtedy jeszcze 

pułkownik,   po   śmierci   generała   Miltscha   przejął   dowodzenie   całym   prawym   skrzydłem. 

Wiedząc, że grozi mu za to albo awans, albo rozstrzelanie, wykonał śmiały manewr - cofnął 

linię   jazdy,   pozorując   oskrzydlenie.   Gdy   rosyjscy   dragoni   mozolnie   pięli   się   w   górę, 

rozciągnięci   nadmiernie,   pułkownik   Egern   dowodzący   kilkunastoma   pułkami,   zawrócił   i 

uderzył, jak mówiono później, najpiękniej poprowadzoną szarżą kawaleryjską w historii. Po 

zmrożonym wczesną zimą stepie pogalopowało dwadzieścia szwadronów najcięższej jazdy - 

kirasjerów. W pierwszej linii dwa doborowe pułki gwardyjskie.

Drugi   klin   von   Egern   sformował   z   siedmiu   pułków   średniej   jazdy   -   dragonów   i 

szwoleżerów, uderzając... w pustkę. Dragoni wpadli w lukę między rosyjskimi oddziałami, 

przygotowanymi do przyjęcia szarży, i oskrzydliwszy, wyrżnęli w pień konną artylerię, która 

background image

mogła zagrozić głównej szarży pułków kirasjerskich. Lekka jazda, huzarzy i szaserzy, poszła 

na   prawym   skrzydle   kirasjerów.   Gdy  sztabowcy,   stojąc   z   otwartymi   ustami   obserwowali 

poczynania von Egerna, ten, w letnim mundurze, w barwnej pelisie, nie dobywszy nawet 

szabli, lecz dyrygując trzymaną w ręku długą fajką jak buławą, galopował na czele prawie 

dwudziestu tysięcy kawalerzystów.

Kirasjerzy masą swych koni, pancerzy i długich, ciężkich pałaszy rozbili większość sił 

rosyjskich   i   znaleźli   się   na   tyłach   centrum   wroga.   Dowodzący   centrum   wojsk   Republiki 

generał Schlimm zrobił jedyny możliwy, rozsądny ruch - wydał rozkaz do ataku i główne siły 

rosyjskie wzięto w kleszcze. Bitwa się skończyła. Pułkownik von Egern został generałem, 

przyjęto go do orderu Legii Republikańskiej.

Nic jednak nie było warte tych paru chwil, w których galopował na czele dwudziestu 

tysięcy konnych. Władza, jaką daje papier, upaja do szaleństwa, jednak nie może się równać z 

bezpośrednim doświadczeniem fizycznej potęgi. Dwadzieścia tysięcy wzniesionych szabel i 

kirasjerskich   pałaszy   dzierżył   on   sam,   lekko,   dwoma   palcami   trzymając   cybuch   fajki. 

Dwadzieścia tysięcy koni on podrywał do galopu, lekko dotykając ostrogami boków swego 

wierzchowca. Dowodzenie, w sensie taktyki i narzucenia swej woli innym, zostało za nim. 

Nie   było   już   czasu   na   rozkazy,   gdyby   się   zatrzymał,   lawina,   którą   sam   wywołał, 

zmiażdżyłaby go bezlitośnie.

Wraca do stolicy w glorii bohatera; pięć lat rewolucji, pięć lat wojny z całą Europą. 

Władza Kleiderpetera zaczynała się chwiać. Rudowłosa wezwała, więc jechał do niej. Nie był 

sam w wozie. Leżał na skórach, obok zaś siedział stary, siwiuteńki ksiądz, rękami oplatając 

przysunięte do podbródka kolana.

* * *

Puszczę   na   wschód   od   stolicy   nazywano   Schwarzwaldem.   Może   od   chłodnego 

półmroku, który nawet w słoneczny dzień spowijał podszycie lasu, pozbawione światła przez 

rozłożyste korony niebosiężnych buków, dębów i wiązów. Może nazywany był Czarnym od 

koloru   urodzajnej   ziemi,   powstałej   z   liści   opadających   i   gnijących   w   tym   samym, 

niezmiennym od tysiącleci cyklu. Rosłaby tutaj  wspaniała pszenica, gdyby las wyrąbać i 

wypalić pnie. Może nazwano go tak od barwy bukowych liści - ciemnozielonych, lecz w 

wielkiej masie przysłaniających popołudniowe niebo czarnymi plamami.

Myślał o tym chłopiec, spoczywający na miękkim kobiercu z paproci, plecami oparty 

o omszały pień wielkiego dębu. Pozwalał sobie na marzenia jako jedyny z oddziału, który 

background image

biwakował na przytulnej polance. Broń chłopca, myśliwska, skałkowa dwururka, załadowana 

teraz   nie   śrutem   na   kaczki,   lecz   ołowianymi   kulami   na   ludzi,   spoczywała   na   kolanach, 

wcześniej   dokładnie   oczyszczona.   Również   należąca   do   młodzika   szabla   była   świeżo 

naostrzona i pokryta oliwą.

W gruncie rzeczy, tylko zawadzała mu ta szabla, bo i pieszemu partyzantowi taka broń 

na nic. Zaczynali swoje leśne życie zeszłej jesieni, jako konny, szlachecki oddział. Jednak 

przez zimę zjedli konie, a szlachta rozjechała się do domów. Nowych koni nie było skąd 

dostać, z okolicznych wsi wszystkie rekwirowało wojsko na potrzeby rozrastającej  się w 

szaleńczym tempie kawalerii - najprzydatniejszej do walki na wschodzie. Tym sposobem, ze 

szlacheckiej jazdy stali się plebejską piechotą, jedynie on pozostał ze szlachty. Jak tłumaczył 

sobie - z patriotyzmu i umiłowania cesarza. Tak naprawdę, nie miał dokąd wracać. Rodzice, 

wujostwo, stryj z córkami, dziadowie i babcie, wszyscy skończyli przysypani cienką warstwą 

wapna w winnicy Derflingen. Jego pałac zlicytowano, kupił go ich sekretarz, teraz nagle 

wzbogacony.

Ciemnowłosy,   smagły   szesnastolatek   o   przedwcześnie   dojrzałej   twarzy   i   starych 

oczach,  bo  tak  jawiłby się  postronnemu  obserwatorowi  młody  marzyciel,  pragnął  zabijać 

rewolucjonistów. Pragnął również pozostać szlachcicem. Nosił więc kawaleryjskie szablisko, 

szaserską modą na długich rapciach, z rękojeścią na dwa cale wyżej kolan. Wbrew pozorom, 

takie   rapcie  świetnie   się  sprawdzają,  kiedy siedzi  się  w  siodle.   Rękojeść  jest  wtedy tam 

dokładnie,   gdzie   powinna  być,  gdy sięga   się  po  nią   prawą  dłonią.   Jednak,  gdy  idzie  się 

piechotą,   szabla   ciągnie   się   po   ziemi   -   o   tak,   można   zadawać   w   taki   sposób   szyku   na 

balowych parkietach i pałacowych posadzkach. Stukające o marmury szablisko zdradza dobrą 

partię - przecież to oficer! Jednak w lesie, plącząca się pod nogami, bezużyteczna szabla 

jedynie zawadza.

Chociaż plebejscy współtowarzysze nie mieli czelności powiedzieć mu tego w twarz, 

bo   w   końcu   był   szlachetnie   urodzony,   drwili   za   jego   plecami.   Sami   zbrojni   w   strzelby, 

pistolety, w walce wręcz używali siekier i noży. Czasem osadzonych na sztorc kos, strasznej 

broni,   która   we   wprawnych   rękach   mogła   przerąbać   człowieka   jak   szczapę   drewna,   od 

obojczyka po pas. Używali, gdy jeszcze się bili. W najlepszym czasie oddział liczył sobie 

ponad sześćdziesięciu ludzi, dziś pozostał ich zaledwie tuzin. Zostali tylko ci, którzy nie mieli 

dokąd pójść. Razem trzymał ich wyłącznie autorytet księdza Gerarda.

Stary kapłan nie rozumiał dziejowej konieczności, jak powiedział mu biskup, który 

bez zmrużenia oka przystąpił do Kościoła Narodowego. Jednak i historia miała poczucie 

humoru,   bo   kapłani   podzieli   się   na   dwie   grupy.   Jedni   usiłowali,   jak   wtedy   mówiono, 

background image

„zmodernizować Kościół”, „przyjąć wyzwanie czasów”, „iść z duchem historii”, co łączyło 

się najczęściej z potulnym oddawaniem dóbr i przysięganiu na wierność rewolucji, potem 

zakładaniem   schizmatyckiego   Kościoła   Narodowego.   Różne   były   motywy   tego 

postępowania. Niektórzy pragnęli po prostu spokojnie żyć w swojej parafii, inni drżeli o 

swoją skórę, jeszcze inni szczerze nienawidzili rzymskiego tworu, którego byli sługami. W 

każdym razie - historia ma poczucie humoru. Po dwóch latach rewolucji to, co u jej zarania 

było radykalne i postępowe, zmieniło się w kontrrewolucyjne przeżytki feudalizmu. Kościół 

Narodowy   okazał   się   być   bastionem   kontrrewolucyjnego   teizmu.   Oczywiście,   część 

narodowych   kapłanów   zareagowała   z   odpowiednim   refleksem   i   ogłosiła   założenie   Klubu 

Krzewicieli Ateizmu. Biskup, któremu wydawało się, że rozumiał dziejową konieczność, w 

rzeczywistości nie wykazał się zrozumieniem, kiedy przyszli po niego noszący czerwone 

czapki. Był bardzo zdziwiony, gdy z rękami związanymi na plecach przemierzał niedługi 

dystans między stolicą, a winnicą Derflingen.

Ksiądz Gerard pochodził z ludu, jednak długie lata studiów, koniecznych, aby prosty 

chłopak z małej słowackiej wioski został kanonikiem w stolicy, dały mu arystokratyczny 

wstręt do kompromisów. Zwykł był mawiać: o, gdybyż mnie lepiej kuszono! Skromność nie 

pozwalała mu uznać sprzeciwu wobec pieniącej się herezji za wyraz osobistego bohaterstwa. 

Jako powód wskazywał nie cechy swojego charakteru, lecz wyjątkową nieudolność diabła. Bo 

gdybyż mnie lepiej kuszono! A cóż, biskupi i książęta z najstarszych rodów imperium biją 

pokłony bandzie rozwydrzonych złodziei, brudnych wszetecznic, pijanych przekupek. Kto to 

widział?

Ze śmiechem opowiadał jeszcze taką historię z czasów, kiedy to siedział w Schloss, 

razem z paroma  księżmi  z prowincji. Cała cela nie  mówiła  o niczym  innym,  jak o psie 

pewnego   strażnika.   Strażnik   nazywał   się   Kronsky   i   pochodził   chyba   z   Polski.   O   psie 

mówiono różne rzeczy - że to wielki alzacki owczarek, inni twierdzili, że sznaucer albo dog, 

w każdym razie nazywał się Hegel. Już czwarty kapłan wracał do celi złamany, gdy podpisał 

listę Kościoła Narodowego. Każdy z nich mówił, że Kronsky poszczuł Heglem i bestia ich 

pokąsała, nie mieli wyjścia, zagryzłaby inaczej. Któregoś dnia przez kraty zobaczył ksiądz 

Gerard   tę   osobliwą   parę,   Kronsky’ego   z   Heglem.   Garbaty,   kulawy  pokurcz,   ciągnący  na 

smyczy   wrzaskliwego,   wyliniałego,   brzydkiego   i   brudnego   pudla.   Potworek   z   całej   siły 

zapierał się nóżkami, jakby wierzył z uporem, że uda mu się zignorować wolę jego pana. To 

był właśnie pogromca moich kompanów spod celi, mówił kapłan.

Tamtego wieczoru, który dla młodego marzyciela miał się stać ostatnim wieczorem 

życia (cóż czyniłby, gdyby wiedział? Wziął w ramiona dziewczynę, aby umierać ze świeżym 

background image

wspomnieniem jej białych piersi, czy padł na kolana, aby polecić się Bogu?) ksiądz Gerard 

zrezygnował już z beznadziejnych prób powstrzymania swoich ludzi przed tym, co chcieli 

uczynić.   Nie   mogąc   ich   uratować,   postanowił   uratować   ich   dusze.   Siedział   więc   pod 

drzewem, spowiadał, by potem odprawić mszę świętą, na której wszyscy przyjęli Najświętszy 

Sakrament.

Chłopiec, chociaż najmłodszy, dowodził całym oddziałem. Kilku ludzi pochodziło z 

dóbr,   należących   kiedyś   do   jego   rodu.   Nie   mogliby   rozkazywać   potomkowi   książąt,   nie 

znieśliby tego.

Po mszy usiedli w kole i każdy wyłożył swój zapas prochu. Wszyscy mieli nabite 

strzelby - prochu, pieczołowicie zsypanego na płócienną chustę starczyło jeszcze na jakieś 

trzydzieści   ładunków.   Każdy   odmierzył   dla   siebie   po   dwie   miarki,   resztę   podzielono   na 

podsypki. Pewnie myślą, że zdobędą proch na żołnierzach, pomyślał gorzko ksiądz Gerard. 

Młody dowódca miał jeszcze złudzenia. Sądził, że jeżeli uderzą na spodziewany konwój z 

dwóch stron traktu, skryci w lesie, to dadzą sobie rady.

* * *

- No i cóż, bandyto, teraz powiesz? - zapytał wachmistrz Geyra młodego rebelianta, 

siedzącego na koniu ze stryczkiem na szyi.

Chłopiec nie powiedział ani słowa. O czym tu mówić? Miało to i swoje dobre strony - 

znów w siodle. Nareszcie. Splunął po nogi huzara. Nie było go stać na bardziej doniosły gest, 

tylko tego żałował. Lecz cóż wzniosłego można zrobić z rękami związanymi z tyłu?

Wachmistrz sieknął nahajem zad konia, mającego wypełnić rolę kata. Młody wałach 

skoczył do przodu, chłopiec osunął się w tył. Krótkie szarpnięcie liny złamało mu kark.

- A co zrobić z klechą, panie poruczniku? - zapytał wachmistrz.

- Nie godzi się go powiesić. To przecież kapłan. Kula w łeb, zatem - odpowiedział ze 

śmiechem porucznik.

- Nie - powiedział generał von Egern, uchylając plandeki wozu. - Dawać mi go tutaj. 

Co z resztą?

- Jak się wasza ekscelencja zapewne domyśla, nie żyją - zameldował Geyra.

Starego księdza pochwyciło za ramiona dwóch rosłych huzarów i wepchnęło na wóz, 

w którym spoczywał ranny generał. Von Egern odezwał się dopiero po kwadransie.

- Wiesz, księże, dlaczego żyjesz?

- Nie...

background image

- Bo potrzebuję słuchacza.

* * *

- Dlaczego? - zapytał Joachim.

- Ponieważ jego czas się skończył - odpowiedziała rudowłosa.

* * *

Jak   najprościej   zatrzymać   żaglowiec?   Można   łańcuchowymi   kulami   zwalić   mu 

maszty. Lub podpalić żagle czy staranować. Albo zatopić burtową salwą.

Można też wbić sternikowi sztylet w plecy, chwycić ster i ustawić okręt do wiatru. Ale 

cóż na to załoga? Darujmy więc życie sternikowi, udajmy się lepiej do kapitańskiej kajuty i 

zabijmy kapitana. A potem weźmy jego kapitański kapelusz, wyjdźmy na pokład i wydajmy 

sternikowi rozkaz - siedem rumbów, ostrzyć, do linii wiatru. Wszystko zależy od siły naszych 

słów. Wystarczy, że jeden bosman przyjmie i wykona rozkaz. Wtedy wygraliśmy i okręt jest 

nasz.

Generał Joachim von Egern siedział w znajdującym się na tyłach stołecznej ujeżdżalni 

małym gabinecie. Przed biurkiem, na podłodze, leżał trup Kleiderpetera.

Kwadrans   wcześniej   dyktator   wstał,   aby   serdecznie   powitać   swego   najlepszego 

generała i zamiast serdecznego uścisku otrzymał pchnięcie sztyletem w serce. Skonał od razu. 

Teraz głowa najpotężniejszego człowieka Republiki spoczywała na kolanach siedzącej  na 

dywanie rudowłosej. Dziewczyna głaskała gładko zaczesane włosy trupa i uśmiechała się do 

Joachima, pokazując bezzębne dziąsła.

Ale to nie koniec historii Generalnego Sekretarza. Musi dokonać się sprawiedliwość. 

Trup   Kleiderpetera   zostanie   osądzony,   skazany,   wsadzony   na   wóz   do   Derflingen   i   tam 

rozstrzelany   kartaczami.  Rigor   mortis  jeszcze   nie   ustąpi,   więc   wystarczy   oprzeć 

dyktatorskiego trupa o wbity w ziemię palik. Dwukrotnie zabite ciało zepchnięte zostanie do 

dołu i przysypane wapnem.

Generał Joachim von Egern przyglądał się zawczasu przygotowanemu dokumentowi. 

Och, jak pięknie brzmi! Rozkoszował się majestatycznym, królewskim brzmieniem słów - 

„My,   Joachim   von   Egern...”,   „pierwszym   konsulem   Republiki”,   „z   woli   Boga   i   ludu 

Republiki”.

Mały,   brudny   Żydek,   znany   jako   Marx   Karczmarz   z   karczmy   nad   Dniestrem   w 

background image

Mołdawii,   był   inteligentniejszy   niż   mogłoby   się   wydawać   przygodnemu   obserwatorowi, 

zwracającemu uwagę na pozory, na postrzępiony chałat, skołtunioną brodę i czarne od brudu 

paznokcie. Szedł Żyd za ich pułkiem, handlując gorzałką, patrzył jak świeżo nominowany 

generał Joachim von Egern przyjmował defiladę zwycięskiego wojska, dosiadając pięknego, 

siwego, pełnej krwi arabskiego ogiera, niespokojnie chrapiącego i tańczącego pod jeźdźcem. 

Koń należał wcześniej do księcia Suworowa, pokonanego rosyjskiego wodza, który musiał 

oddać swą szpadę pierwszemu żołnierzowi Republiki. Oto pełny obraz triumfu.

Wtedy   stary   Żyd,   dosiadający   swego   muła,   objuczonego   baryłkami   z   wódką, 

podjechał do pięknego generała. Adiutanci zagrodzili mu drogę lecz generał von Egern był 

wielkoduszny, ruchem ręki pozwolił handlarzowi podjechać bliżej.

Od kiedy wojsko masz na swe skinienie, nic więcej w Republice nie stanie przeciwko 

tobie. Lecz pamiętaj: historia nigdy nie stanowi sama o sobie. Historia zawsze wraca do 

przeszłości, czy to w swoich formach czy w treści. Nic nie dzieje się po raz pierwszy. Więc 

pamiętaj o Idach Marcowych, powie Żyd, zdradzając erudycję.

Joachim   wygładził   arkusz   papieru   z   uchwałą,   którą   jeszcze   tego   dnia   miał 

przegłosować Senat. Z woli Boga i ludu Republiki Pierwszy Konsul Joachim von Egern. Dziś 

rano   rudowłosa   dała   mu   sztylet   i   papiery.   Sztyletu   już   użył,   wystarczy  podpisać   jeszcze 

papiery. Zanurzył więc pióro w kałamarzu, dłoń zawisła nad pergaminem. Jeden płynny ruch i 

w ozdobnym zawijasie spłynie atrament, układając się w litery „Joachim von Egern”. Taki 

podpis jest jak cięcie w galopie szablą w łeb przerażonego żołnierza piechoty, chowającego 

się za swym bagnetem. Ręka, zgrana wspaniale z rytmem galopu, opada, bez wysiłku, lekko, 

znacząc czerwony ślad na twarzy wroga.

My, Joachim von Egern. My, Joachim von Egern. My, Joachim von Egern.

Nie zrobię tego, pomyślał.

- Dlaczego? - wrzasnęła rudowłosa.

Joachim wstał i rzucił się do drzwi. Dziewczyna, gdy przebiegał obok niej, chwyciła 

go za łydkę, obiema rękami. Zatrzymał się, kopnął ją w twarz. Gdy upadła, wyszarpnął z 

pochwy szpadę i pchnął leżącą prosto w pierś. Świetne, toledańskie ostrze prześlizgnęło się 

między żebrami, przebiło płuca, serce i wbiło się w deski parkietu. Joachim puścił rękojeść i 

wybiegł. Ścigał go świszczący śmiech rudowłosej.

* * *

Wóz niespiesznie toczył się po dobrej, cesarskiej drodze. Obok człapały huzarskie 

background image

konie. Szable śniedziały w pochwach, rzadko się zdarzało, by huzarzy nie musieli dobyć 

broni przez kilka dni. Koniom ładnie zaokrągliły się zady. Jeszcze niedawno wyglądały, jakby 

kości   miały   przebić   im   skórę.   Dobrze   robi   szwadronowi   obrok   dla   generalskich   koni. 

Porucznik   von   Schirach   zabawiał   się   czytaniem   „Ducha   religii”   Shlossbriantta. 

Wachmistrzowie opróżniali już drugi bukłak wódki.

Generał von Egern nie wystawiał nosa poza wóz. Nakazał żołnierzom trzymać się o 

dwadzieścia   kroków   od   zaprzęgu,   aby   nie   przeszkadzali   mu   w   rozmowie   z   księdzem. 

Najpierw on opowiadał o wszystkim, przez dwa dni, a teraz, od kwadransa, słuchał kapłana. 

Nadzieja - to jedyne, czego potrzebował. Może on, ten siwy klecha, może mu ją dać. Jeżeli 

nie, to zastrzeli go, tak postanowił. Ksiądz nie wiedział, że może wygrać życie. Nie widział 

generała   wrogiej   armii,   rewolucjonisty,   który   zniszczył   stary   porządek   -   dostrzegał 

przerażonego   chłopca,   który   przychodzi   skruszony   do   konfesjonału.   „Proszę   księdza,   ja 

dotykałem   piersi   jednej   dziewczyny.   Złapała   nas   jej   bona,   powiedziała,   że   jesteśmy 

potępieni”.

Nie wiem, chłopcze, jaki szatan popchnął cię do takich czynów. Nie wiem, ile z tego, 

o czym mówisz, narodziło się w twoim udręczonym umyśle. Nie wiem, czy Bóg mówił do 

ciebie.   Nie   odezwał   się   nigdy  do   św.  Augustyna,   ani   do  Akwinaty  -   a   do   św.   Bernarda 

przemówił, ale po tym, jak ów pościł

i umartwiał się przez całe życie. Mówisz, że chciałeś się zabić. O tak, to straszny 

grzech. Nie ma gorszego. Mówisz - już jestem potępiony. Chłopcze, nie nam decydować o 

boskich wyrokach. Bóg przechodzi samego siebie, bo na tym polega jego wszechmoc. Bóg 

jest miłością. Tyś synem marnotrawnym, takim, który nie tylko wziął swoją część majątku, 

ale jeszcze skradł części przynależne jego braciom. Ale czy myślisz, że takiego syna nie 

przyjąłby ojciec? Ukorz się, odrzuć zaszczyty, odrzuć władzę, jaką daje ci to państwo, odrzuć 

pychę, odrzuć dumę. Idź do zniszczonej, zbezczeszczonej katedry, padnij na kolana, przyjmij 

karę, jaką naznaczy ci Pan, choćby była najcięższa - a może przyjmie cię do siebie.

Joachim  postanowił   darować   księdzu   życie.   Kazał   dać   mu   cywilne   ubranie,   broń, 

papiery,   konia   i   pieniądze.   Kapłan   z   wysokości   siodła   długo   patrzył   za   odjeżdżającym 

oddziałem.

* * *

Zaparł się całym ciałem o zamknięte drzwi katedry. Szczęknęło i otwarły się przed 

nim, skrzypiąc. Z gwarnej ulicy, która zapomniała już o Derflingen i myślała o pieniądzach, 

background image

wkroczył w ciszę gotyckich murów.

Jakże   zmieniło   się   to   wnętrze!   Freski   na   gotyckim,   gwieździstym   sklepieniu 

zamazano. Nie było już ławek w nawach i transepcie, ani stalli w prezbiterium. Nie było 

pięknego ołtarza, zwalony, zniszczony leżał na podłodze, w stosie połamanych, drewnianych 

rzeźb.   Dostojne   filary   do   wysokości   wyciągniętych   ludzkich   rąk   pokryte   były   afiszami, 

obwieszczeniami i plakatami. Podłogę zaścielała warstwa śmieci, jaką pozostawiają po sobie 

wielkie ludzkie zgromadzenia: butelki, papiery, ogryzki, połamane krzesła. Zamiast zwalonej 

ambony zbudowano prowizoryczne podwyższenie.

Katedra   nie   straciła   jednak   swego   dostojeństwa.   Strzeliste   okna,   w   większości 

pozbawione teraz witraży kierowały myśli ku niebu. Splecione żebra sklepienia nie straciły na 

gracji. W prezbiterium, na najwyższej ścianie wisiał mały krucyfiks. Może zapomnieli, może 

nie sięgali? Dali radę, budując rusztowania, zniszczyć  przedstawiające świętych freski na 

sklepieniu. Jednak mały, pozłacany krucyfiks tkwił w prezbiterium, jak chorągiew seniora na 

donżonie zamku. Możecie zasypać fosę, rozbić bramy, zdobyć mury, wejść na dziedziniec - 

póki powiewa moja chorągiew na najwyższej kondygnacji, jestem, bronię się. Możecie być 

już w środku - będę bronił się na strychu. Pozłacany Chrystus, przybity do małego krzyża z 

ciemnego dębu patrzył na zebrania Klubu Ateistów, patrzył na orgię, w czasie której tłum 

deptał hostie, zwiezione ze wszystkich tabernakulów stolicy. Widział księży, którzy sutanny 

zamienili na czerwone czapki i przed urzędnikami Republiki, w katedrze zaślubiali zakonnice. 

Widział   księży,   którzy   nie   chcieli   czerwonych   czapek,   bagnetami   zmuszanych   do 

spółkowania z zakonnicami, które nie chciały mężów. Widział i zabrał do siebie nowicjuszkę-

klaryskę, która uważała na katechezie i wiedziała, że w takiej sytuacji Kościół nie uznaje 

samobójstwa za grzech.

Joachim von Egern kroczył wzdłuż głównej nawy, z oczami utkwionymi w krzyż. 

Stanął w miejscu, w którym podczas mszy stawał kapłan, zwrócony ku ołtarzowi. Padł na 

kolana. Opuścił głowę i wsparł się na rękach, pochylił cały, dotknął czołem zimnej, wilgotnej 

i brudnej posadzki. Szloch ścisnął mu gardło.

- Panie... - wycharczał. - Przyjmij mnie do siebie, bo cierpię.

- Joachimie, jesteś głupcem - powiedział Sługa.

Joachim zerwał się z klęczków, odwrócił gwałtownie. W centralnym punkcie katedry, 

na skrzyżowaniu transeptu i głównej nawy stał Sługa. Zmienił strój. Odziany był teraz jak 

zamożny mieszczanin, w czarny aksamit. W prawej dłoni trzymał łańcuch, na którego końcu 

znajdowała się stalowa, nitowana obroża, opasująca szyję rudowłosej. Dziewczyna, odarta z 

ubrań,   broczyła   krwią   ze   złamanego   nosa.   Na   nagiej   piersi   nie   było   rany   po   szpadzie 

background image

Joachima.   Klęczała   u   stóp   Sługi,   z   pochyloną   głową,   jak   niewolnica.   Sługa   odezwał   się 

ponownie:

-   Joachimie,   jesteś   głupcem.   Przecież   On   nie   przyjdzie   do   ciebie.   Sam   ci   to 

powiedział.

- On jest miłością. Jego miłość jest większa niż Jego gniew. Przyjdzie.

- Głupcze. A nad to wszystko między nami i wami otchłań wielka postanowiona jest, 

iż ci, którzy by stąd chcieli przejdź do was, nie mogą, ani stamtąd przejdź ówdzie. Czytałeś 

Pismo? Nędzarz nie może zejść do cierpiącego w piekle bogacza, chociażby tylko po to, by 

zwilżyć mu wargi, a do ciebie ma zejść sam Chrystus?

- Przyjdzie - powiedział z uporem Joachim.

- Nie, Joachimie. Nie przyjdzie, bo cię nawet nie słyszy. Zapomniał o tobie. Tylko ja o 

tobie pamiętam. I oto daję ci Ją.

Sługa   ruszył   w   kierunku   Joachima.   Rudowłosa   została,   więc   szarpnął   łańcuch, 

pociągając dziewczynę za sobą. Upadła na twarz, podniosła się i szybko, pokornie podążyła 

za Sługą, by znów przyklęknąć u jego stóp. Sługa podał Joachimowi łańcuch.

- Bierz ją. Jest twoja. Wcześniej ona władała tobą, teraz oddaję ją tobie. Jest twoją 

niewolnicą, możesz z nią zrobić wszystko. Spełni twój każdy rozkaz, pokornie i ochoczo.

Joachim nie wyciągnął ręki.

- On przyjdzie.

- Głupcze. Nie przyjdzie. Proszę cię drugi raz, bo cię lubię. Nasz los podobny. Weź ją, 

staniesz się panem swojego losu. Nie weźmiesz, to puszczę ją wolno, zdejmę okowy, a ona 

cię pożre.

- On przyjdzie - powtórzył Joachim.

- Jak chcesz. Kiedyś zmądrzejesz, głupku - powiedział Sługa i wyszedł z katedry, 

ciągnąc za sobą potykającą się rudowłosą.

Von Egern padł ponownie na kolana. Spojrzał na krzyż, całą swoją świadomość skupił 

na Chrystusie i zamknął żarliwą modlitwę w dwa słowa:

- Panie, przyjdź!

Słowa wyrwały się z ust huzara,  zwielokrotnione  przez gotyckie  mury dotarły do 

pozłacanego   Chrystusa   na   dębowym   krzyżu.   Pochylił   głowę   i   czekał   z   nadzieją.   Lecz 

Zbawiciel pozostał głuchy. Bezustannie woła tak wielu potępionych, że krzyk Joachima nie 

wyróżnił się nawet z chóru tych, którzy sami wepchnęli się do otchłani. Znajomy głos nie 

zwrócił się do Joachima po imieniu, przyjazna dłoń nie spoczęła na jego ramieniu. Każda 

sekundy ciszy przepełniała go rozpaczą, uczuciem równie intensywnym, jak miłość na chwilę 

background image

przed spełnieniem.

Z   hukiem   otwarły   się   odrzwia.   Na   czele   tłumu   rewolucjonistów   w   czerwonych 

czapkach   do   katedry   wpadła   rudowłosa.   Naga,   zakrwawiona,   szła   ku   Joachimowi   z 

rzeźnickim nożem w dłoniach, szaleńczy uśmiech odkrywał już nie bezzębne dziąsła, lecz 

ostre, białe kły. Za nią stąpał motłoch. Mężczyźni z obłędem i żądzą w oczach, kobiety 

obnażające piersi i zdzierające z siebie suknie. Rudowłosa chwyciła Joachima za halsztuk.

-   Nie   chciałeś   mnie   na   łańcuchu?   No   to   masz   mnie   bez   łańcucha.  Trza   było   go 

posłuchać - powiedziała, całując huzara w usta i, raniąc mu wargi do krwi.

Wbiła rzeźnicki nóż w splot słoneczny generała von Egern i szarpnęła z ogromną siłą, 

otwierając klatkę piersiową.

- Wiesz, dlaczego wcześniej nie mogłeś umrzeć? Bo ja nie chciałam twojej śmierci. A 

teraz cię zabiję, i nie licz, że w śmierci znajdziesz ukojenie - wyszeptała mu do ucha.

Sięgnęła   dłonią   między  rozszczepione   żebra,   między  sinoczerwone   płuca,   palcami 

objęła tętniące jeszcze serce, pieszcząc je miłosnym gestem, by nagłym ruchem wyrwać je z 

piersi Joachima i zatopić w nim kły.

Motłoch   rzucił   się   do   przodu,   począł   rozrywać   generała   Joachima   von   Egern   na 

strzępy.  Mury katedry  zadrżały.  Strzeliste   filary,  oddzielające   nawę   główną  od  bocznych, 

złamały się wpół i z głuchym łoskotem uderzyły o posadzkę. Pozbawione oparcia gwieździste 

sklepienie zapadło się i posypało w dół. Mury pochyliły się, ciągnąc za sobą zewnętrzne 

przypory. Przez chwilę stały wsparte o siebie, jak gigantyczny domek z kart, by wreszcie 

pęknąć   i   upaść   na   posadzkę   deszczem   ciemnoczerwonych   cegieł   i   kamieni:   murów, 

maswerków, sterczyn, żeber. Jęk zapadających się ścian i huk uderzenia o ziemię tysięcy 

cegieł słychać było w promieniu wielu mil.

Nawy, transept, wieża zawaliły się, grzebiąc pod sobą kilkuset ludzi. Nienaruszone 

pozostało   tylko  prezbiterium.  Dwa  rzędy filarów,  niższych   niż   w nawie,   małe,   krzyżowe 

sklepienie, pięć okien, po dwa na każdej ścianie i jedno nad ołtarzem. Tyle zostało z katedry, 

wyciosanego z kamienia i ułożonego z cegły teologicznego wykładu metafizyki światła.

Wzgórze szybko porosło trawą, na bezładnej stercie gruzu zadomowiły się brzozy i 

mech.   Kilka   lat   później   osiemnastoletni   Friedrich   (zwany   przez   rówieśników   Fryckiem) 

Kazper przysiadł na jednym z kamieni i z zapartym tchem kreślił węglem na luźnych kartkach 

szkice do obrazu. Na tle przykrytego ciężkimi chmurami nieba wznosiły się ruiny gotyckiej 

katedry. Zniszczone, lecz żywe. Młody artysta trzy kartki poświęcił na dokładne studium 

małego   krucyfiksu,   który   na   przekór   wszystkiemu   wisiał   u   samego   sklepienia   ruiny. 

Pozłacany Chrystus błyszczał, mimo pochmurnego dnia.

background image

* * *

Atilla wychylił się zza narożnika kamienicy. Ulica Thokolyego wyglądała jak pole 

bitwy.   Na   środku   stał   spalony   radziecki   czołg   T-34,   któremu   wybuch   amunicji   oderwał 

wieżyczkę, tak że przekrzywiona armata opierała się o ziemię. Barykada na skrzyżowaniu z 

Doyzsa Gyórgego, była już opanowana przez Sowietów. Atilla długo lustrował teren, wreszcie 

pod kamienicą zauważył siedzącego doń tyłem sowieckiego żołnierza. Widać było kawałek 

pleców i głowę. Taaak, z tej strony nie spodziewały się sowieckie małpy Madziara, pomyślał 

chłopak. Schował się za róg, dając sobie chwilę na zastanowienie.

Trzeba przede wszystkim zameldować. Z drugiej strony, po coś mam ten pistolet, 

rozważał, wtuliwszy się w róg klatki schodowej. Niejeden powstaniec chodzi tylko z butelką 

z benzyną, albo z nożem czy bagnetem - mnie dali tetetkę. Trzeba strzelać. Ale czy meldunek 

nie ważniejszy? Dobra, wyjrzę teraz. Jeżeli jeszcze tam siedzi, znaczy mam strzelać. Jeżeli 

sobie poszedł - lecę z meldunkiem.

Wychylił się ponownie. Rosjanin siedział dalej w tym samym miejscu. Atilla powoli 

wyjął z kieszeni radziecki TT. Chowając broń pod połą jesiennej kurtki, zarepetował, cały 

czas   trzymając   zamek   dłonią,   tak   żeby   nie   narobić   hałasu.   Przyklęknął,   oparł   pistolet   o 

wystającą cegłę i trzymając go w obu dłoniach, wycelował. Żołnierz był dobre sto metrów od 

niego, nie tak łatwo trafić w niewielki cel z takiej odległości - a miał tylko jeden strzał, potem 

musiał   uciekać.   Psiakrew,   jakbym   miał   pepeszę,   albo   przynajmniej   starego   mauzera,   jak 

Zoltan, pomyślał. Wreszcie nacisnął spust. Szarpnęło, jak zwykle - mocno. Pustą i cichą ulicą 

wstrząsnął zwielokrotniony przez ściany domów huk. Sowiecki żołnierz, trafiony w głowę, 

upadł na ziemię. Atilla rzucił się do ucieczki, by po chwili zrozumieć, że powinni do niego 

strzelać, a nic takiego się nie dzieje. Zatrzymał się, przeskoczył szybko na drugą stronę ulicy i 

przyklejony   do   muru   zaczął   wracać.   Gdy   wyjrzał   znowu   wzdłuż   ulicy   Thokolyego,   na 

barykadzie nie było żadnego ruchu. A trup Rosjanina leżał sobie tam w najlepsze. O cholera! 

O jasny gwint! Sam, jeden. Karabin, cztery magazynki, dokumenty, hełm, jasny gwint. Nie 

można tego zostawić. A jak mnie przydybią? Ech, wystarczy, że mnie złapią gdziekolwiek - 

pistoletu w dupę nie schowam, a jak znajdą, to zastrzelą na miejscu. Pies was jebał, Ruski. 

Idę.

Rozejrzawszy   się   dookoła,   ruszył.   Zgięty   wpół   dobiegł   do   martwego   żołnierza. 

Szybko, szybko, szybko, gdzie karabin? Jest! Zarzucił zdobycznego kałasznikowa na plecy, 

odwrócił trupa, by z torby przy pasie wyciągnąć magazynki. Trafił rosyjskiego żołnierza w tył 

background image

głowy. Był z tego dumny, dopóki nie zobaczył twarzy tamtego - zamiast czoła ziała krwawa 

jama wielkości pięści, mózg leżał na barykadzie. Wstrząsnęły nim torsje, zwymiotował, ale 

zaraz się opanował. Dobrze ci tak, Rusku. Nie trza było z Madziarami zaczynać, pomyślał, 

rękawem wycierając usta. Przykrył okaleczoną twarz jakąś szmatą, przełożył magazynki do 

kieszeni   i,   klnąc   w   duchu,   obrócił   trupa   jeszcze   raz,   aby   z   kieszeni   spodni   wyciągnąć 

dokumenty.

- Ręce do góry! - wrzasnął ktoś za Atillą po węgiersku.

Karabin   na   plecach,   pewnie   nie   przeładowany,   do   niczego.  Tetetka   w   kieszeni,   z 

nabojem w komorze, kurek napięty. Zdążę?

Sięgnął do kieszeni, przewracając się jednocześnie na prawy bok. Strzelił do postaci w 

skórzanej kurtce, która wyrosła przed nim, lecz chybił. Szczupły mężczyzna dopadł go w pół 

sekundy jednym skokiem, nawet nie sięgał do kabury. Atilla strzelił jeszcze raz, leżąc, lecz 

gdy naciskał spust, mężczyzna rzucił się w lewo, unikając kuli. Był już przy nim - kopnął w 

prawą dłoń, wytrącając pistolet, i uderzył Atillę w skroń, pozbawiając przytomności. Szybko 

sprawdził mu kieszenie, szukając broni. Zabrał magazynki, karabin i ocucił chłopca paroma 

mocnymi policzkami.

-   Obudziłeś   się,   urwisie?   To   dobrze.   Kapitan   Egern,  AHV.   Obywatelu,   jesteście 

aresztowani   za   zamordowanie   sowieckiego   żołnierza,   posiadanie   broni,   szabrownictwo, 

przynależność do nielegalnej organizacji i co tam jeszcze będzie trzeba.

Atilla nie wierząc własnym oczom patrzył na agenta.

-   Pan   Egern?   Pan?!   Przecież   pan...   Z   samym   panem   generałem   Maleterem   pana 

widziałem... Pan zdrajcą? Pan, taki szlachetny, przecież pan nam opowiadał o honorze, o 

powstaniu w 1848, o Petöfim, o Bemie, o froncie wschodnim, z pana taki dobry Węgier! - 

bełkotał Atilla, bardziej wstrząśnięty nagłą demitologizacją jednego z jego bohaterów, niż 

swoją sytuacją.

- Tak to bywa, chłopcze. Wstawaj, idziemy - odpowiedział Egern, zakuwając Atillę w 

kajdanki.

Osobiście   odprowadził   chłopca   do   tymczasowej   siedziby  AHV.   Tam   spisał   akta, 

następnie przeprowadził przesłuchanie, wybijając Atilli sześć zębów, łamiąc palce u rąk i 

masakrując mięśnie pośladków (po setce razów gumową pałką na gołe ciało). Chłopak nie 

zdradził niczego, odpowiadając hardo, póki mógł jeszcze mówić. Wreszcie Egern, znudzony, 

wyprowadził Atillę  na podwórze dwie  ulicy dalej, gdzie  w pospiesznie  wykopanym  dole 

leżało już kilkanaście ciał. Pilnujący placyku sowiecki sierżant podszedł do kapitana Egerna, 

pogawędzili chwilę przyjaźnie, zapalili. Wreszcie Joachim zaprowadził chłopca nad dół, kazał 

background image

stanąć   twarzą   w   kierunku   grobu,   aby   widział   trupy.   Z   kabury   przy   pasie   wyciągnął 

parabellum,   przystawił   chłopcu   do   potylicy,   potrzymał   chwilę,   aż   nagle   przesunął   lufę 

dwadzieścia centymetrów w prawo i strzelił w mur. Chłopak zwinął się od huku, a Egern 

warknął:

- Spierdalaj. Wynoś się jak najszybciej z Węgier. Już.

Odwrócił się na pięcie i ruszył w stronę wyjścia z placu. Wartownikowi wsunął paczkę 

amerykańskich cameli do kieszeni szynela.

- Nic nie widziałeś, Lońka, prawda? - powiedział po rosyjsku.

-   Jakże   bym   miał   nie   widzieć,   towarzyszu   kapitanie?   Wszystko   widziałem,   a 

sowieckiemu   człowiekowi   i   czerwonoarmiście   kłamać   nie   przystoi.   Wykonaliście   wyrok 

śmierci   na   tym   młodym,   a   już   zepsutym   kontrrewolucjoniście   i   agencie   amerykańskiego 

wywiadu. Odstrzeliliście mu pół łba, a trup wpadł do dołu.

- Dobrze, Lońka. Przyjdź jutro, pogadam z twoim lejtnantem o urlopie. Pojedziesz 

sobie nad Balaton.

Atilla stał jeszcze chwilę, nie rozumiejąc co się dzieje. Usłyszał za sobą rosyjskie:

- Paszoł won, durak! Bystro!

Ruszył więc biegiem.

* * *

Na trzy dni zaszył się w starej kamienicy, w której mieszkała jego babka. Ukrył się na 

strychu, babcia doglądała go, żywiła i leczyła. W Budapeszcie upadało powstanie, miażdżone 

rosyjskimi czołgami, Atilla Szabo nie chciał już walczyć - był na to zbyt chory, obite pośladki 

zaczęły się paprać. Poza tym pamiętał słowa Egerna. 8 listopada, już po upadku miasta, udało 

mu się wydostać z Węgier wraz z grupą zmierzającą do Austrii.

W   Budapeszcie   zostawił   rodziców,   siostrę,   babcię   i   dziewczynę.   Na   szczęście   w 

Wiedniu   miał   starą   ciotkę,   ożenioną   z   Austriakiem   jeszcze   za   cesarstwa.   Mili   ludzie 

przygarnęli go, po dwóch latach udało się ściągnąć rodziców i rodzeństwo. Skończył filologię 

niemiecką   na   wiedeńskim   uniwersytecie,   zrobił   doktorat,   został   profesorem   -   otworzył 

również   mały   antykwariat   przy   Rotenturmstrasse,   specjalizując   się   w   niemieckich   i 

węgierskich   starodrukach.   W   roku   2001   był   dość   zamożnym,   szanowanym   obywatelem 

austriackim   w   sile   wieku,   ze   sporymi   dokonaniami   naukowymi,   pięknym   domem   na 

przedmieściu, dobrą żoną - Węgierką i dwiema dorosłymi córkami.

Któregoś   kwietniowego   popołudnia   do   antykwariatu   wszedł   znany   wiedeński 

background image

adwokat,   Alexander   von   Hohenlohe   (podpisywał   się   z   „von”,   nic   nie   robiąc   sobie   z 

austriackiego prawa, które tego wyraźnie zabraniało) i zaproponował mu zakup unikatowej 

księgi   z   przełomu   XVIII   i   XIX   wieku   -   spisanego   ręcznie,   częściowo   po   niemiecku, 

częściowo   po   węgiersku,   pamiętnika-rękopisu.   Piękny   tom,   z   ponad   dwustoma   kartami 

czerpanego papieru, oprawiony w okutą srebrem skórę. Atilla, nie wahając się, kupił. Cena 

nie była wysoka, a rzecz pasjonująca. Postanowił przejrzeć dziełko następnego dnia, jednak 

wychodząc, otworzył księgę na pierwszej stronie i nie oderwał się od niej przez następne dwie 

godziny. Potem przeniósł ją do małego laboratorium, by po paru kwadransach ze złością 

skonstatować,   że   rzecz   jest   falsyfikatem.   Wspaniałym,   świetnym   w   pewnym   sensie   (ta 

kaligrafia!), napisanym na starym papierze, lecz stosunkowo świeżym atramentem.

Następnego dnia wściekły zadzwonił do adwokata, ten przeprosił i obiecał stawić się 

za   parę   minut   z   pieniędzmi.   Upłynął   kwadrans   zaledwie,   kiedy   do   antykwariatu   wszedł 

szczupły, młody mężczyzna w drogim, szarym garniturze. Atilla mruknął coś na powitanie, 

nie przestając wertować książki.

- Widzę, że czyta pan mój pamiętnik, panie Szabo.

Atilla usłyszał głos, którego nie zapomniał i miał nie zapomnieć nigdy, chociaż po raz 

ostatni słyszał go pół wieku temu. Gdy zobaczył przed sobą twarz kapitana Egerna, dokładnie 

taką jaką zapamiętał, otworzył usta ze zdziwienia graniczącego z szokiem i zamarł. Dwie 

godziny   później   siedział   z   Egernem   przy   stoliku   w   „Brauhaus   Nussdorf”   i   ciągle   z 

niedowierzaniem oglądał zdjęcia, wklejone do pięknego, oprawnego w safian albumu - Egern 

w mundurze rotmistrza huzarów z lat sześćdziesiątych XIX wieku, major huzarów z końca 

XIX wieku, znowu rotmistrz, tym razem w dragonach, rok 1916, Egern znowu w XIX wieku, 

w surducie, potem w mundurze austro-węgierskiej marynarki wojennej, Egern w mundurze 

czołgisty Waffen SS. Rozmawiali ściszonymi głosami, po węgiersku, i Atilla powoli zaczynał 

wierzyć w całą historię.

- Dlaczego tak się stało, panie von Egern? - zapytał w końcu.

- Jest pan wierzący, panie Szabo? - odpowiedział pytaniem na pytanie Joachim.

- Tak, jestem katolikiem.

- „I rzekł Bóg: Cóżeś uczynił? Głos krwi brata twego woła do mnie z ziemi. Teraz 

tedy przeklętym będziesz na ziemi, która otworzyła usta swe, aby przyjęła krew brata twego z 

ręki twojej. Gdy będziesz sprawował ziemię, nie wyda więcej mocy swej tobie; tułaczem, i 

biegunem będziesz na ziemi. Tedy rzekł Kain do Pana: Większa jest nieprawość moja, niżby 

mi ją odpuścić miano. Oto mię dziś wyganiasz z oblicza tej ziemi, a przed twarzą twoją skryję 

się, i będę tułaczem, i biegunem na ziemi; i stanie się, że ktokolwiek mię znajdzie, zabije mię. 

background image

I rzekł mu Pan: Zaiste, ktobykolwiek zabił Kaina, siedmioraką odniesie pomstę. I włożył Pan 

na   Kaina   piętno,   aby   go   nie   zabijał,   ktobykolwiek   znalazł”.   Księga   Rodzaju,   10,   16   - 

wyszeptał Joachim.

- Ale dlaczego stałeś się jak Kain? - zapytał Atilla.

Rotmistrz   zamilkł   na   chwilę.   Sięgnął   po   kieliszek   z   winem,   wychylił   go   jednym 

haustem - wypił już dwie butelki tokaju, a nie był ani trochę pijany.

- Nie jestem jak Kain. Jestem jak Lamech.

- Lamech? - nie zrozumiał Atilla.

- Prawnuk Kaina. „Tedy rzekł Lamech żonom swym, Adzie i Selli: Słuchajcie głosu 

mego, żony Lamechowe, posłuchajcie słów moich; zabiłbym ja męża za zranienie moje, i 

młodzieńca za siność moję. Jeźlić siedmiokroć mścić się będą za Kaina, tedyć za Lamecha 

siedemdziesiąt i siedem kroć”. Zabijałem młodzieńców za siniak, zabijałem nawet za obelgę, 

dlatego ponoszę karę siedemdziesiąt i siedem razy.

- Zakładając, że mówi pan prawdę, panie von Egern, to po tych trzystu latach historia 

się panu zaciera. Przeczytałem wczoraj cały pański pamiętnik - i mieszają się panu miasta, 

okresy,   ludzie,   wszystko!   Przecież  Austro-Węgry   nigdy   nie   toczyły   wielkich   wojen   na 

Bałkanach! W Wiedniu nie  było rewolucji. Katedra św. Stefana nadal stoi,  wcale jej  nie 

zburzono - Atilla wyliczał podniecony.

Joachim von Egern uśmiechnął się.

-   Dlaczego   się   pan   śmieje,   panie   Egern!   Mówię   panu,   że   w   Wiedniu   nie   było 

rewolucji, a pan twierdzi, że była!

Joachim, uśmiechając się pod nosem, podał Atilli zdjęcie - pozowało na nim dwóch 

mężczyzn w mundurach czołgistów WarTen SS, siedząc na wieżyczce czołgu.

- Co pan o tym myśli, panie Szabo? - zapytał.

Atilla wziął w dłonie pożółkłe nieco zdjęcie. Znał się dobrze na militariach.

- To pan, w mundurze SS-Obersturmführera pierwszej dywizji pancernej Leibstandarte 

SS Adolf Hitler, na wieżyczce tygrysa.

- Świetnie! A ten obok?

- Hmmm... wygląda jak... ten znany niemiecki pancerniak. Jak on się nazywał? A, 

Michael Wittmann. To on, prawda?

-   Tak.   SS-Hauptsturmführer   Michael   Wittmann,   101   Panzer  Abteilung,   1   Panzer 

Division Leibstandarte SS Adolf Hitler. Proszę teraz przyjrzeć się, gdzie stoi nasz tygrys.

Szabo   jeszcze   raz   dokładnie   przyjrzał   się   starej   fotografii.   Antykwarycznym 

zwyczajem, najpierw obejrzał dokładnie rewers. Ktoś umieścił na nim datę, piórem, pięknym 

background image

charakterem  pisma   -   6  stycznia,   1945  roku.   Odwrócił   zdjęcie.   Gdy  zrozumiał,   fotografia 

wypadła mu z dłoni. Dwóch oficerów Waffen SS, Joachim von Egern i Michael Wittmann, 

siedziało na wieżyczce potężnego Kónigstigera w zimowym kamuflażu, uśmiechając się do 

fotografa. Czołg stał na tle ruin Mauzoleum Lenina na Placu Czerwonym w Moskwie.

* * *

Joachim von Egern upił jeszcze jeden łyk wina.

- Już pan rozumie, panie Szabo?

- Niczego nie rozumiem, panie von Egern...

- Wrzucono   mnie  w  Historię.   Jestem  bytem  metahistorycznym.  Historia  w  każdej 

sekundzie dzieli się na gałęzie, rozdziela, rozwidla, jak fraktal. Ja żyłem w jednej gałęzi, tak 

jak każdy człowiek, jak pan, jak wszyscy. To moje piekło - żyję zawsze w złych czasach, 

przywiązany do tego kontynentu, zaplątany nie tylko we wszystkie wojny i rewolucje, jakie 

się zdarzyły, ale we wszystkie jakie, tylko mogły się zdarzyć. Niosę ze sobą to brzemię. To 

właśnie jest moje piekło.

Szabo milczał, rozmyślając nad słowami oficera. Nagle coś zrozumiał.

-   Dlaczego   jest   pan   tutaj,   panie   von   Egern?   Przecież   to   całkiem   spokojne...   - 

powiedział, urywając w połowie.

Joachim von Egern uśmiechnął się ze zrozumieniem.

* * *

Bieda jechał bardzo powoli. Jego wałach kroczył stępa, skubiąc trawę. Hun puścił 

wodze i kantar, które zwisały luźno, zaczepione o przedni łęk wysokiego siodła. Wpatrywał 

się uważnie w miękką ziemię panońskiego stepu. Niedawno padał deszcz, więc ślady będą 

widoczne jak na dłoni. Tutejszy step jest dużo lepszy niż w ojczyźnie. Owce, które tutaj się 

pasą są tłustsze i większe.

Nareszcie! Wyraźny ślad podkutego, rzymskiego sandała. Bieda zwiesił się z siodła, 

zgarniając dłonią garść błota. Powąchał, roztarł w dłoni. Świeży ślad, stwierdził. Jesteś blisko, 

rzymski żołnierzyku. Widziałem, jak wyrąbałeś sobie drogę do bramy w obozie, by uciec w 

noc. Nie goniłem cię wtedy, bo brałem łupy. Zostawiłem sobie ciebie na później.

Chwycił wodze i okręcił je wokół lewego nadgarstka. Wyjął arkan. Ruszył lekkim 

kłusem - dosiadał konia w charakterystyczny, niesymetryczny sposób, opierając ciężar ciała 

background image

na lewym udzie.

Jest.

Rzymski oficer zerwał się zza głazu i rzucił do panicznej ucieczki. Hun cmoknięciem 

przynaglił   konia   do   galopu   i   sam   uniósł   się   w   strzemionach.   Galopował   bez   pośpiechu, 

zachodząc   Rzymianina   od   swojej   prawej   strony.   Rzucił   arkan   -   pętla   opadła   na   ramiona 

uciekającego   żołnierza   i   zacisnęła   się   na   szyi.   Szarpnął.   Centurion   znalazł   się   na   ziemi. 

Charczał, usiłując rękami rozluźnić zaciśnięty rzemień. Bieda powoli podjechał do swojego 

jeńca i przyjrzał mu się uważnie. Zmiękczymy cię, pomyślał, i ruszył, pociągając za sobą 

Rzymiania.  Ten   jednak  odzyskał   przytomność   umysłu,  wyrwał   z  pochwy sztylet  i   odciął 

ciągnącą go linę. Z wysiłkiem wstał i dobył miecza, przygotowując się do obrony.

Bieda, zirytowany, zawrócił. Jak chcesz, wzruszył ramionami. Chwycił za szablę i 

cwałem ruszył w kierunku przeciwnika. Wiatr zerwał mu z głowy futrzaną czapkę. Centurion 

Marek Publiusz Pulcher ze zdziwieniem zauważył, że Hun ma jasne włosy i niebieskie oczy. 

Krótkim ostrzem gladiusa nie zdołał odbić potężnego cięcia huńskiej szabli - uderzyła go w 

głowę, rozrąbując czaszkę razem z hełmem.

Bieda  obdarł  trupa  z  cennych  przedmiotów,  wskoczył   na  siodło i  ze  zdziwieniem 

stwierdził, że okolica wydaje mu się znajoma.

Postać fechtmistrza, don Jaime de Astarloa, pochodzi z powieści Artura Perez-Reverte  

„Fechtmistrz”. Don Jaime u swego twórcy  żyje w innym, konkretnym świecie - lecz  jest  

wspaniale zarysowaną figurą, właściwą każdym czasom, w których dochodzi do końca jakiejś  

epoki.

Pilchowice, czerwiec - listopad 2003

background image

Blackjack Davey come a - ridin’ on back,

A - whistlin’ loud and merry.

Made the woods around him ring,

And he charmed the heart of a lady,

Charmed the heart of a lady.

„How old are you, my pretty little miss,

How old are you, my honey?”

She answered to him with a lovin’ smile

„I’ll be sixteen come Sunday,

Be sixteen come Sunday.”

background image

Anna

Jest wiosna, świeża, lecz obfita już zieleń pokrywa drzewa, tak niedawno jeszcze 

patrzące nagimi konarami w zimowe niebo. Przez las biegnie niewielka ścieżka, kobiecymi 

stopami wydeptana w rzadkim podszyciu.

Dróżką wolno idzie Anna. Bez wysiłku niesie wielki kosz bielizny. Nie martwi jej 

pranie. Gdy słońce tak mocno grzeje to sama przyjemność, można się popluskać w rzece, 

jakby się jeszcze było dzieckiem. To chyba najcieplejszy koniec maja, jaki miał miejsce w 

ciągu jej krótkiego, szesnastoletniego życia! Pranie w styczniu to przykrość, lecz teraz, czym 

się martwić? Anna cieszy się więc miękkim dywanem z trawy, który ścieli się pod jej bosymi 

stopami. Z rozkoszą wyniosła na strych zimowe trzewiki, by znowu cieszyć się dotykiem 

ciepłej ziemi. Rozluźnia gorset swojej codziennej, szarej sukienki i zsuwa czepek. Długie, 

rude włosy w pysznych kędziorach opadają na ramiona, Anna potrząsa głową, rozrzucając 

loki. Od kiedy wyszła za mąż, musi nosić czepek, a tak pięknie złocą się jej włosy w słońcu!

Anna ma szesnaście lat, jest już dorosłą kobietą. Nie jest wysoka, lecz ma piękne, 

małe stópki, zgrabne nogi i szerokie biodra. Duże piersi swobodnie kołyszą się pod koszulą. 

Delikatne piegi dodają uroku jej ślicznej buzi - nikt w całych Pilchowicach nie może oprzeć 

się urokowi jej zielonych oczu, otoczonych długimi i gęstymi rzęsami. Zazdrosne dziewczęta 

mówią o Annie:  ta ryszawo heksa  [* ta ruda wiedźma] - ale to dla jej ognistych włosów 

przyjeżdżali konno kawalerowie nawet z Gliwic! Żaden nie spojrzał na inne dziewczyny w 

Pilchowicach, te nieśmiałe, przestraszone, z szaropłowymi warkoczykami. Zresztą one bały 

się mężczyzn, uciekały, płonęły rumieńcem, gdy tylko który się odezwał - a Anna mężczyzn 

lubiła i zniewalała ich z łatwością. Inne dziewczęta uważały śmiałość za oznakę rozwiązłości, 

jednak   żaden   kawaler   nie   uzyskał   od   niej   niczego!   Bardziej   odważni   próbowali   skraść 

buziaka i odchodzili potem zmieszani, a kpiący śmiech dziewczyny odbierał im ochotę na 

dalsze amory.

Aż   w   końcu   znalazł   się   jeden,   który   zamiast   pustych   słów   przyniósł   piękny 

pierścionek, kupiony podobno aż w Krakowie, przyszedł do domu Anny, padł na kolana przed 

jej matką i prosił o rękę dziewczyny. Cóż to było za szczęście dla starej kobiety! Jej mąż 

odumarł je obie, kiedy Anna miała sześć lat i biedna wdowa z trudem gospodarowała na 

marnych sześciu morgach kiepskiego pola, nie mając nikogo do pomocy. A teraz o rękę jej 

jedynaczki   poprosił   sam   Franz   Pawlas   z   Bujakowa!   Przystojny,   bywały   w   świecie 

czterdziestolatek,   za   młodu   służył   w   grenadierach   cesarskich,   ale   przecież   nie   dlatego 

stanowił tak dobrą partię. Był najbogatszym gospodarzem w Bujakowie, do tego freibauerem! 

background image

Miał osiem łanów żyznej ziemi, kilkunastu parobków, sam się ledwie czasem pługa i kosy 

chwycił. Prawie pan, nie zwykły bauer! Prosić o rękę dziewczyny zajechał z fasonem, na 

pięknym,   karym   ogierze,   odziany   w   surdut   z   drogiej   wełny,   którego   żaden   gliwicki 

mieszczanin by się nie powstydził. Matka od razu oddała mu córkę, bez chwili wahania. 

Zacny ten człowiek na dodatek zdecydował, że po ślubie zamieszkają w Pilchowicach, aby 

starej wdowy nie pozbawić towarzystwa. I tak się stało. Franz kilka razy w tygodniu jechał 

konno do Bujakowa, doglądać obejścia, zaś resztę czasu spędzał w domu swej teściowej.

Anna urodziła mężowi syna, który ma już pół roku i teraz został w domu pod opieką 

mamki. Franz nie lubi, gdy służąca pierze jego ubrania, więc Anna musi robić to sama, ale nie 

uważa tego za wyjątkowo przykry obowiązek.

Nad rzeką, pod wielkim dębem, jest dobre miejsce. Anna szybko zrzuca wełnianą 

suknię, żeby jej nie zamoczyć, i zostaje w samej bieliźnie. Mężczyźni o tej porze po lesie nie 

chodzą, a koszula prawie po kolana, więc gdyby nawet jakaś baba Annę zobaczyła, to wstydu 

nie będzie. Dziewczyna wyjęła z kosza pierwsze ubrania, siadła na brzegu rzeki, z nogami w 

wodzie i zaczęła pranie, trąc o trzymany między kolanami waszbret. Woda omywała jej łydki. 

Zaiste,   jest   szczęśliwą  dziewczyną!   Dobry,   bogaty mąż,   zdrowe  dziecko  -  czegóż  więcej 

chcieć?

Niepotrzebnie stawia sobie to pytanie! Zna przecież odpowiedź na to głupie „czegóż 

chcieć więcej?”. Matka miała racje - po co prostej dziewczynie czytanie i książki?

Kiedy Anna miała dziesięć lat, koleżanka, córka wiejskiego organisty i nauczyciela 

nauczyła ją składać litery. Stefka była dla niej jak starsza siostra, do pewnego popołudnia, 

kiedy to siedziały razem w stodole organisty, zatopione w niemieckim romansie. Anna nie 

znała   dobrze   języka,   więc   czytały   razem,   a   Stefka   tłumaczyła   niektóre   słowa.   Leżały 

przytulone do siebie. Na dłoń, którą Stefka położyła na jej pośladkach, nie zwróciła uwagi. 

Lecz gdy ręka zawędrowała pod spódnicę, dziewczyna zerwała się jak oparzona. Stefa jakoś 

udobruchała   wzburzoną   przyjaciółkę   i   wróciły   do   lektury.   Za   chwilę   jednak   spróbowała 

pocałunku.  Nie napotkała chętnych ust! Anna,  bez namysłu,  palnęła koleżankę  pięścią  w 

twarz. Gdy ze złamanego nosa chlusnęła krew, Stefce odechciało się amorów. Był to niezbyt 

piękny koniec przyjaźni.

Annie najbardziej żal było książek, których skądinąd mieć nie mogła i parę lat nie 

czytała   wiele,   ale   po   weselu   poprosiła   swojego   majętnego   męża   o   książki.   Ten   nic   nie 

odpowiedział,   zaś   z   następnej   podróży   przywiózł   młodej,   ciężarnej   wtedy,   żonie   kilka 

tomików   z   wrocławskich   oficyn.   I   czytała,   pochłaniała   je   jak   szalona,   głodna   lektury. 

Niemieckie tłumaczenie „Don Quijote”, zabawna historyjka, dramaty Szekspira, tak piękne, 

background image

sonety   różnych   autorów,   romanse...   I   z   książek   dowiedziała   się   właśnie   „czegóż   więcej 

chcieć”.

Jednak nie była głupia. Kiedyś przeczytała o czekoladzie. Czegóż autor nie pisał? 

Porównanie do ambrozji było jednym z bardziej  umiarkowanych! Opis zajął prawie dwa 

akapity. Anna zapytała wtedy Franza, czy próbował czekolady. Potwierdził. Jednak gdy pytała 

go o jej smak, powiedział jedynie, że jest słodko-gorzka. Nie mogła zrozumieć, jak coś może 

być  słodkie   i  gorzkie   zarazem,  wymieszała   więc  odrobinę   miodu  z   naparem  z  piołunu   - 

wyszło   obrzydlistwo.   Zatem   to   nie   to.   Franz   z   kolejnej   swojej   podróży   do   Wrocławia 

przywiózł Annie odrobinę czekolady. Spróbowała i przestała wierzyć książkom. Smakołyk 

był   dobry,   owszem,   ale   gdzież   tu   miejsce   na   takie   zachwyty,   po   których   można   by   się 

spodziewać, że zemrze się z rozkoszy?

Po   tym   przykrym   doświadczeniu   nie   przestała   czerpać   przyjemności   z   czytania, 

jednak zrozumiała, że rzeczywistość nie dorasta do książek. Taki las - ot, drzewa, liście, 

krzaki, zwierzęta. A w książce - poetyckie cuda, zachwyty! Albo miłość... Franz był pełen 

wigoru, ona sama miała duży temperament, więc obowiązku małżeńskiego dopełniali często i 

z obopólną satysfakcją. Anna nie podzielała zdania tych kobiet ze wsi, które twierdziły, że nie 

ma na świecie nic obrzydliwszego niźli spółkowanie. Jednak te kilka chwil uścisków, piersi 

tarmoszone rękami rozpalonego męża, pocałunki i potem, wiadomo... Było miło. Ale gdzież 

te uniesienia sugerowane przez pisarzy? Czy drżała ziemia? Czy unosili się w chmurach? 

Gdzież serca splatające się w jednym rytmie? Jeśli coś się splatało, to na pewno nie serca.

Znała więc odpowiedź na pytanie „czegóż chcieć więcej?”. Jednak wiedziała, że poza 

zadrukowanymi kartami na pewno tego nie znajdzie. Dlatego wyrzuciła swoje wątpliwości 

precz.

Koszula już czysta. Anna ściska waszbret kolanami i zabiera się do prania spodni.

Wtedy słyszy stłumione i niespieszne uderzenia kopyt o miękką ziemię. Odwraca się 

natychmiast i widzi końskie pęciny. Na wyciągnięcie ręki stoi wielki, kary rumak. Siedząc w 

wodzie, dojrzeć może zaledwie nogi, szeroką pierś i pysk konia. Jeźdźca nie widać - tylko 

jego wysokie, brązowe buty. Zresztą - nie byle jakie buty! Takich nie ma jej mąż, na pewno! 

Cholewy botfortów kończą się za kolanami, brązowa skóra lśni, obcasy wysokie na dwa cale, 

zaś ostrogi, niechybnie pozłacane, skrzą się w słońcu. Anna w milczeniu przygląda się tym 

cudnym, jeździeckim butom. Po chwili oba lekko wysuwają się ze strzemion. Jeździec unosi 

się w siodle, sprężyście przerzuca prawą nogę nad końskim grzbietem i miękko ląduje na 

ziemi. Anna stwierdza, że reszta jest nie mniej imponująca niż buty. Jasne spodnie z łosiowej 

skóry, warte chyba więcej niż wszystkie stroje jej i jej męża, opinają zgrabne nogi. Wąską, 

background image

kobiecą prawie, talię otacza szeroki pas, przy którym zwiesza się pałasz w pysznej oprawie. 

Wyżej - tylko haftowana, kremowa kamizelka na jedwabnej koszuli. Może to sam książę, 

cesarski syn? Któż inny tutaj mógłby nosić takie stroje? Patrzy z nabożeństwem...

- Ile lat masz, panienko? - pyta nieznajomy książę piękną polszczyzną.

A więc nie cesarski syn, pewnie jakiś polski magnat, myśli Anna.

Szesnoście, prosza Najjaśniejszego Pana. Alech już niewiesta, niy panienka, prosza  

Najjaśniejszego Pana - odpowiada jak umie najlepiej.

- Jaki ze mnie Najjaśniejszy Pan? Maurycy Czarnecki jestem, herbu Kornic, infamis, 

banita i wywołaniec, do usług pięknej damy.

Spodobała  mu   się od  razu.  Nagie  uda  pięknie  zarysowane,  blade  i pulchne  jak  u 

szlachcianki, zamiast po chłopsku żylaste i opalone. Obfite, duże piersi, tak pięknie kołyszące 

się pod mokrą koszulą. I burza rudych włosów, tak nieprzyzwoicie rozpuszczonych! Zaiste, 

spodobała mu się ta śląska nimfa! Wyobraził sobie zaraz jak mogłyby się te piersi kołysać 

przy zajęciu zgoła milszym każdej pannie niźli pranie i postanowił nie zmarnować okazji. 

Przecież jemu, Maurycemu de Czarnecki, się nie odmawia! Nie na darmo wykosztował się 

tak bardzo na strój godzien księcia. Nawet hrabianki mdlały na jego widok, a cóż dopiero 

jakaś śląska, chamska dziewka. Miał najlepszych nauczycieli. Kawaler de Seingalt zwykł był 

mawiać, że tylko mężczyźni mogą być arystokratami; kobiety wszystkie są takie same.

* * *

Prezent od ojca - toledańska szpada. Wisiała tam ciągle, w pochwie z koźlej skóry, ze 

złoconymi   okuciami,   na   dwóch   powrozach   zaczepionych   o   krzywy   gwóźdź,   wbity   w 

sczerniałe drewno krokwi. Jan nie patrzył na nią. Siedział w starym fotelu, jedynym meblu na 

całym strychu i wpatrywał się w okienko lukarny. Tylko przez te brudne, oprawne w ołów 

szybki na poddasze wpadała odrobina światła. Poza fotelem w środku nie było wiele - barłóg 

ze starego materaca i kilku koców, skrzynia, szpada na kołku. Myślał o wiszącej za jego 

plecami broni - każdy jej szczegół miał wyryty w głowie, jakby wisiała mu przed oczami. 

Piękna   głownia,   w   stylu  colichemarde,   z   szerokim  forte,   raptownie   zwężającym   się   do 

wąskiego i smukłego sztychu. Przez całą długość pociągnięte żebro. I wytrawiony na głowni 

kartusz z herbem i jednym słowem, Meinetwegen - „z mojego powodu”. To już czterdzieści 

lat, gdy dostał tę szpadę, na osiemnaste urodziny. Ojciec był bogaty, nie żałował pieniędzy - 

głownia   była   z   toledańskiej   stali,   oprawa   wiedeńska,   jelce   i   głowica   pozłacane,   rękojeść 

pokryta   szagrynem   i   złotym   drutem.   Całość   warta   była   co   najmniej   trzydzieści   talarów. 

background image

Gdyby znalazł się kupiec, oczywiście. Ale i w lombardzie u Szmula dostanie za nią z dziesięć. 

Dziesięć talarów! Kiedy ostatnio widział tyle pieniędzy naraz... Kupi sobie od razu kilka 

butelek węgrzyna, dwa bochenki chleba, mięso, ser, dobrą oliwę. Ciasta kupi u Sachera. A 

może reńskie będzie lepsze?

Nie, nie, nie mógł się pozbyć tej szpady. Nic więcej nie łączyło go już ze światem, 

którego był częścią. Tylko ta broń, choć nie przypinana do pasa od dekady, przypominała mu 

ciągle, kim jest.

Jan był głodny. A szpada, przypominając, kłamała. Nie był już tym, kto powinien ją 

nosić.

Nagle zdecydował. Wstał z fotela, ściągnął broń z gwoździa, owinął szmatą i z takim 

zawiniątkiem pod pachą wyszedł ze swego poddasza. Zszedł cztery piętra po schodach - 

kamienica była wysoka, wyjrzał najpierw na ulicę przez okno, czy aby gdzieś nie czai się 

jakiś   wierzyciel.   Nikogo   nie   było,   nasunął   więc   na   oczy   swój   podniszczony   tricorn   i 

pomaszerował do lombardu. Po dziesięciu minutach był na miejscu. Drzwi bez szyldu były 

zamknięte,   Jan   pociągnął   sznurek   dzwonka.   Odsunęła   się   klapka   judasza   i   w   otworze 

pojawiło się oko i krzaczasta brew. Jan uchylił kapelusza, ukłonił się i uśmiechnął niepewnie. 

Uchyla kapelusza przed Żydem. Po co więc mu szpada? Szczęknęła zasuwa, drzwi otworzyły 

się i wszedł.

-   Co   was   sprowadza,   łaskawy  panie   von   Ratschek?   -   zapytał   Samuel,   zwany  też 

Szmulem.

Nosił się na czarno, skromnie. Miał brodę, pejsy, pełne policzki i perkaty, nieżydowski 

nos. Jan nie powiedział ani słowa, położył tylko na ladzie swoje zawiniątko. Żyd spojrzał 

pytająco i rozwinął okrywające broń gałgany. Zastygł, spoglądając na szpadę - nie dotknął jej 

nawet końcem palca.

- Ja tego przyjąć nie mogę, panie von Ratschek. Ja znam ta szpada. Wyście ją od ojca 

dostali. I ja was znam, panie von Ratschek, wy nie będziecie mieli nic pieniędzy, żeby ta 

szpada   ode   mnie   wykupić.  A  ja   nie   miałbym   serca   odebrać   rycerzowi   broni,   panie   von 

Ratschek.

Jan skulił się w sobie i mimowolnie przybrał żałosny wyraz twarzy.

-  Weźże,   Żydzie,   szpadę,   bom   głodny.   Daj   mi   10   talarów,   o   więcej   nie   proszę   - 

powiedział błagalnie.

Szmul zasępił się i jął zakręcać pejsa na palcu. Po chwili sięgnął do ukrytej pod ladą 

szkatuły i wyjął jedną złotą monetę.

- Panie von Ratschek, ja wam pożyczę jeden talar bez zabezpieczenia, możecie mi 

background image

oddać za dwadzieścia lat, ale szpady nie wezmę. Wyście są szlachcic. Godziło by mi się od 

was broń w zastaw brać?

Wyciągnął rękę z talarem.

Jan   już-już   miał   sięgnąć   po   monetę.   Już   ręka   w   kieszeni   zadrżała,   aby   odebrać 

podarunek, mruknąć słowo podziękowań, wyjść i przez jakiś czas żyć jak człowiek. Nawet 

przez tydzień, gdyby nie pił za dużo. Odsunąć wszystkie kłopoty o te następne kilka dni, 

podarować sobie czas, jak przebywający na letnisku na wsi człowiek czasem darowuje sobie 

dodatkowy tydzień spokoju, zanim wróci do niecierpiących zwłoki spraw. Nabrałby sił, po 

drodze do mieszkania wstąpił na targ, kupił jedzenia, przygotowałby sobie w domu piękne 

śniadanie. Poweselał na krótko. Ile razy już Szmul podawał mu taką monetę, żądając zwrotu 

za   dwadzieścia   lat?   Obaj   doskonale   wiedzieli,   że   Jan   siedemdziesiątki   nie   dożyje...   W 

zasadzie ten żydowski lichwiarz był jego jedynym przyjacielem. Nikomu też innemu Żyd nie 

dawał   bezzwrotnych   pożyczek,   tylko   Janowi.  A  on   dawno   już   pozbył   się   skrupułów   i 

przyjmował te zapomogi nie myśląc o honorze.

Już   miał   sięgnąć   po   monetę.   Samuel   uśmiechnął   się   zachęcająco.   I   wtedy   Jan 

wybuchnął.

- Nie jestem żebrakiem, parchu jeden! Przyszedłem sprzedać ci zacną szpadę za jedną 

trzecią jej wartości, nie wciskaj mi więc jałmużny, sukinsynu! Bierzesz szpadę czy nie? - 

ryknął.

Szmul nawet nie drgnął, chociaż po raz pierwszy widział wybuch gniewu u pana von 

Ratschek. Schował dłoń z talarem i zamyślił się. Jan zacisnął pięści, aż zbielały kostki.

Po chwili Żyd położył na ladzie czysty arkusz papieru, otworzył szkatułę, odliczył 

trzydzieści cztery talary, ułożył je jeden za drugim na kartce i zwinął całość w zgrabny rulon.

- Jeżeli to ma być sprzedaż, a nie pożyczka pod zastaw, to płacę tyle, ile jest warta - 

powiedział, zawinął szpadę w szmaty i położył pod ladą.

Jan   włożył   rulon   z   talarami   do   kieszeni   surduta,   mruknął   jakieś   podziękowanie, 

odwrócił się na pięcie i ruszył do drzwi. Gdy dotknął dłonią klamki, usłyszał głos Szmula:

- Panie von Ratschek...

Spojrzał przez ramię na Żyda.

- Ja nikomu nie sprzedam. Gdybyście chcieli ta szpada odkupić, to ona będzie tutaj 

leżała. A gdyby ona potrzebna była, to możecie przyjść i pożyczyć.

Szlachcic milczał przez chwilę. Żyd nie był idiotą, był lichwiarzem, chyba tylko jego 

traktował w taki sposób. Wreszcie wykrztusił z siebie:

- Dziękuję, Samuelu. Zacny z ciebie człowiek.

background image

Żyd machnął ręką, jakby przepraszająco. Ratschek otworzył drzwi. Gdy przestąpił 

przez próg, rzucony silną ręką kamień trafił go w czoło i Jan upadł bez przytomności na 

ziemię.

* * *

Kary   rumak,   którego   Maurycy   zwał   Rosinantem,   idzie   zganaszowany,   zebranym 

galopem. Rytm końskich kroków przyjemnie kołysze - Anna siedzi na przednim łęku siodła, 

zatopiona   w   ramionach   młodzieńca.   Twarz   przytula   do   jego   kamizelki,   wdychając   woń 

męskich perfum, przyjemnie zmieszaną z zapachem końskiego potu i świeżo zżętego siana. 

Teraz rozumie, jak pachnie opisywana w książkach przygoda.

Kiedy tam, nad Bierawką, podał jej dłoń, po prostu wstała i poszła z nim. Chciała 

założyć suknię - „kupię piękniejszą”, powiedział. Więc zostawiła wszystko i dała się posadzić 

w siodle tak, jak stała, w samej koszuli. Wiedziała, że romanse kończą się źle - co tam, niech 

kończą się jakkolwiek, za to jak pięknie trwają! Za nią został mąż, matka, dziecko, pranie, 

sukienka, i prawie mila drogi od Pilchowitz.

W rozkołysanym galopie minęli Smolnicę, Ostropę, Wójtową Wieś z akweduktem, 

doprowadzającym   wodę   do   miasta,   i   wjechali   do   Gliwic.   Kiedy   jechali   ulicą   od   Bramy 

Raciborskiej do rynku, towarzyszyły im zaintrygowane spojrzenia mieszczan. Maurycy nie 

zwracał na łyczków uwagi, zaś dla Anny nie istniało nic poza nim. Kiedy kobieta zostawia za 

sobą dobrego męża, dziecko i matkę, nie musi już przejmować się reputacją.

W  pewnym  momencie   przez   szepty i  śmiechy przebiło  się   grube  słowo.  Kawaler 

zawrócił zgrabną woltą. Koń skrzesał na bruku skry podkowami, po czym stanął w pełnej 

paradzie. Maurycy delikatnie postawił Annę, po czym lekko zeskoczył z siodła. Podszedł do 

wielkiego, rosłego łyka w rzeźniczym fartuchu, który rzucił obelgę. Rzeźnik spodziewał się 

bury.   Chciał   zakpić   sobie   z   paniczyka   -   przeprosić   drwiącym   tonem.   Stał,   ledwie   tłumił 

śmiech i łypał na młodzika, który nie sięgał mu nawet obfitego podbródka, czekał aż ten 

zażąda przeprosin. Ale Maurycy nie powiedział ani słowa. Zamiast tego, ciągle z miłym 

uśmiechem na ustach, uderzył mieszczanina kantem dłoni w gardło. Rzeźnik padł na kolana i 

na próżno próbował zaczerpnąć tchu, a Maurycy, odstąpiwszy na krok, z rozmachem kopnął 

żartownisia   w   twarz,   samym   czubkiem   buta.   Łyk   zwalił   się   na   ziemię,   zalany   krwią   z 

rozkwaszonego nosa. Zaś kawaler wrócił do swej wybranki.

A ona stoi tam i mogłaby wyglądać żałośnie: w samej koszuli, brudnej i zakurzonej od 

drogi, z rozpuszczonymi włosami, bosa, trzymając w dłoni końskie wodze. A jednak wygląda 

background image

pięknie, bo wypełnia ją miłość i duma; oto jej mężczyzna zamknął im gęby i zrobił to dla 

niej!

I zabrał ją do krawca, Żyda, i wybrał jej piękną suknię, którą Żydowin pospiesznie 

dopasowywał do jej figury. I wyszła stamtąd umyta, w sukni piękniejszej niż jakakolwiek, 

której   dane   jej   było   chociażby   dotykać,   w   jedwabnych   pończoszkach   i   trzewiczkach   z 

hiszpańskiej skóry. I wziął ją pod rękę, jak damę, i poszli „Pod Złotą Gęś”, gdzie Maurycy 

wynajął pokój. I położył ją delikatnie w śnieżnobiałej pościeli. I Anna rozumie już, że to nie 

książki kłamią, lecz życie.

* * *

Noc  jest  duszna  i  gorąca.  Przez  otwarte  okno  dobiegają  ciche,  stłumione  odgłosy 

miasta.   Maurycy   śpi,   z   twarzą   wtuloną   w   poduszkę,   nagi.  Anna   leży   obok,   na   plecach, 

wsłuchując się w oddech kochanka i gładząc go po szczupłych plecach i twardych, wąskich 

pośladkach. Upaja się własnym szczęściem, chociaż wie, że będzie trwało krótko, a potem jej 

życie zamieni się w pasmo cierpień. Może już rano obudzi się sama? Czy wróci do męża? 

Wytłumaczy się jakoś? Franz przyjmie te tłumaczenia, ale potem dowie się i tak - zbyt wielu 

ich widziało. Lecz ona powie, że Maurycy... nie, nie Maurycy, że „ten łajdak” ją porwał. 

Franz uwierzy, bo będzie chciał wierzyć i wystarczy mu najmarniejsze usprawiedliwienie, na 

którym na nowo zbuduje swoją miłość do niej. Na początku będzie wątpił, by po jakimś 

czasie zapomnieć o wątpliwościach, płonąć tylko słusznym gniewem. Powie, że mu nie uległa 

- w to Franz również uwierzy.

Ale ona nie zapomni. A na to Franz nie zasłużył.

Wstała więc z łóżka i w bagażach kochanka odnalazła papier i inkaust. Och, dzięki Ci, 

Boże, żeś pozwolił Annie nauczyć się pisać i czytać! Zapaliła świecę i napisała list do męża. 

O tym, że umarła. O tym, że powinien ją pogrzebać i zapomnieć. O tym, że nie powinien jej 

szukać, bo już jej nie odnajdzie. Ta, którą znaleźć może, gdyby poruszył niebo i ziemię, nie 

jest już jego Anną. Napisała również, że Franz był dobrym mężem, a wszystkiemu winne są 

słowa i niech znajdzie sobie żonę, która nie umie czytać. Niech ich syn do końca życia sądzi, 

że jego matka umarła, bo ona nie jest już godna, by brać go na ręce.

Pewien człowiek powiedział, że najlepsze listy miłosne kobieta pisze, gdy zdradza. 

Zapewne, Czytelniku, chciałbyś więc przeczytać ten list - bo był to list miłości, która zginęła. 

Jednak, takie listy czytać może jedynie adresat. Nawet, jeśli nigdy nie zostały napisane, bo 

istnieją tylko tak, jak istnieli najwięksi z kochanków, którzy nie zeszli nigdy z kart książek.

background image

W jukach był również lak, zapieczętowała więc list, włożywszy doń swoją ślubną 

obrączkę. Trzeba go jeszcze wysłać, ale nie to jest najważniejsze. Najważniejsze, że został 

napisany. Wróciła do łoża i wtuliła się w swego kochanka, spodziewając się, że rano zostanie 

sama.

I tak zapewne by się stało, gdyby Maurycy nie obudził się przed świtem. Ujrzał na 

stole zapieczętowany list i z właściwą sobie bezpretensjonalnością otworzył go i przeczytał.

Niektórych zmienia zupełnie jedno wydarzenie. Przypadek czasem wywraca do góry 

nogami hierarchię wartości. Bezbożnik staje się bigotem, bo widział autentyczne uwielbienie 

dla Boga w oczach umierającej matki lub żony. Człowiek pobożny bluźni Bogu, gdy ten 

odebrał   mu   ukochaną   osobę.   Sknera   stawia   cały   swój   majątek   na   jedno   rozdanie,   aby 

doświadczyć   przez   chwilę   uczucia   zawieszenia   nad   przepaścią;   uczucie   okazuje   się 

fascynujące   i   skąpiec   zostaje   hazardzistą.   Hulaka   zostaje   mnichem,   bo   ujrzał   Chrystusa. 

Mnich   zostawia   klasztorne   mury,   przypina   szpadę   i   wdziewa   perukę,   bo   przeczytał 

rewolucyjną książkę. Tak, niektórych ludzi zmienić może jedno wydarzenie.

Maurycy bez wątpienia nie był takim człowiekiem. W jego przypadku trudno mówić o 

hierarchii wartości, gdyż do tego musi istnieć kilka, różnych od siebie, uporządkowanych 

elementów. Tymczasem w życiu Maurycego de Czarnecki istniała jedna wartość: on sam.

W swojej wierze niezłomny był jak krzyżowiec. W obronie samego siebie i swojego 

powodzenia bez chwili wahania wdarłby się na mury Jerozolimy, jak Gotfrid de Bouillon.

Teraz mógł swoją religię wyznawać swobodnie: miał trzos pełen złota - dość i na rok 

wystawnego życia. Miał modne i eleganckie stroje. Zjadł wczoraj dobrą kolację i spędził noc 

z   zaskakująco   atrakcyjną   i   miłośnie   wdzięczną   kobietą,   o   pełnych   piersiach   i   ognistym 

temperamencie. Tak, w takiej sytuacji Maurycego de Czarnecki stać na wielkoduszność. Nie 

odjedzie   więc,   jak   zamierzał.   Nie   zostawi   tutaj   tej   piśmiennej   wieśniaczki.   No,   dobrze, 

wstając z łóżka przez chwilę z żalem pomyślał, że nie zanurzy już dłoni w tych miedzianych 

włosach,   nie   pocałuje   tych   karminowych   warg.   Odgonił   jednak   szybko   to   uczucie,   jako 

niedojrzałe i sentymentalne; religia, którą Maurycy wyznawał była bezwzględna jak purytanie 

z „Mayflowera”, nie dopuszczała sentymentów. W końcu idzie tu o pryncypia!

Mimo niezłomności, Maurycy nie lubił faryzeizmu; w końcu duch ważny jest, nie 

litera. Czyniąc pozorne odstępstwo od doktryny miłości własnej, i pozostając na dłużej z tą 

dziewczyną,   przestrzegał   w   końcu   kardynalnej   zasady   swojego   wyznania   -   jak   mawiają 

Anglicy, be good to yourself.

W   Wiedniu   wrze.   Tam   dzieje   się   historia,   więc   Maurycy   powinien   w   tym 

uczestniczyć; nie daj Bóg, stałoby się tam coś o epokowym znaczeniu, gdy on bawiłby na 

background image

prowincji. Trzeba więc pojechać do stolicy - a taka towarzyszka znacznie całą wyprawę umili, 

nocami przyjemnie rozgrzewając ciało i kości, umęczone niedogodnościami kilkugodzinnej 

podróży. Ponadto, intrygującym jest fakt, iż wieśniaczka ta zdaje się posiadać smak literacki. 

Nie   przez   lektury,   lecz   w   sposób   szlachetniejszy.   Owe   śląskie   dziewczę,   zapewne 

mimowolnie, zdaje się dostrzegać literaturę w życiu. Oto, co czyni dandysa - umiejętność 

dostrzeżenia i rozegrania dramaturgii chwili. Dandys przez całe życie jest w teatrze, gdzie 

każde zachowanie, każdy gest mają swoje znaczenie. I ta Ślązaczka napisała do swojego męża 

list.   Nie   jak   żona   czy   gospodyni,   napisała   list   niczym   postać   z   antycznej   tragedii   lub   z 

szekspirowskiego dramatu. Czyżby znalazł nieoszlifowany diament?

Oczywiście,   rola   Pigmaliona   niezbyt   go   pociągała,   gdyż   jedyną   osobą,   jakiej 

poświęcał tyle uwagi, co mitologiczny król swojemu posągowi, był on sam, a nie można być 

Pigmalionem dla samego siebie. Wiedz jednak, Czytelniku, że w czasach, w jakich przyszło 

żyć   Maurycemu,   nie   znano   jeszcze   krzyżówek   -   najlepszego   antidotum   na   towarzyszącą 

wojażom   nudę.   Zaś   monotonię   czeskich   krajobrazów,   przez   jakie   przyjdzie   im   jechać, 

intelektualna   zabawa   ze   śląską   chłopką   może   urozmaicić,   tym   samym   czyniąc   podróż 

przyjemniejszą.

Anna otworzyła oczy i natychmiast przepełniła ją głupia nadzieja: nie odjechał! Siedzi 

tutaj, na łóżku, i czeka, aż ona się obudzi! Jednak zaledwie kochanek odwrócił się do niej, 

zrozumiała, że to tylko odroczenie nieuchronnego; gdyż w jego oczach dostrzegła sympatię, 

ale nie zobaczyła miłości. Wszelako Anna potrafiła cieszyć się tym, co ma, zapadła się więc w 

jego szczupłych ramionach.

* * *

Jak długo leżał bez przytomności? Otworzył oczy i przede wszystkim ze zdziwieniem 

stwierdził, że go nie obrabowano. Rulon z pieniędzmi tkwił w kieszeni surduta. Nigdzie 

natomiast nie było jego kapelusza. Będzie musiał kupić nowy, a tamten tricorn służył mu już 

tak długo! Pewnie spadł, strącony kamieniem. No tak, kamień! Cóż, do diabła, się stało?

Uniósł się na łokciach i rozejrzał wokoło. Ulica była  dziwnie pusta - o tej  porze 

powinno na niej być jeszcze wielu przechodniów, tymczasem nie widać było żywej duszy. Co 

jeszcze dziwniejsze, pustce i ciszy na tej ulicy towarzyszył dobiegający z daleka hałas, jaki 

czyni   wielki   i   niespokojny  tłum   ludzi.   Spojrzał   na   wejście   do   lombardu   -   nienaruszone. 

Żydowin nie dawał sobie w kaszę dmuchać - gdy poleciały kamienie, pewnie zaryglował 

potężne, dębowe, stalą okute drzwi, odchylił judasza i dał ognia, co przekonało motłoch, by 

background image

poszukał   sobie   łatwiejszej   zdobyczy.   Przyjaźń   Szmula   była   szczera,   jednak   nie   na   tyle 

głęboka, by ten wyskoczył na ulicę i w imię pomocy ryzykował życie swoje i dziatek.

Szlachcic podniósł się z ziemi i zaczął otrzepywać ubranie z błota i kurzu, w tej samej 

chwili uchyliły się drzwi, ciągle zabezpieczone łańcuchem.

- Panie von Ratschek! - zakrzyknął Żyd. - Pozwólcie tutaj!

Jan podszedł bliżej.

-   Cieszę   się   bardzo,   żeście   żywi.   Wybaczcie,   żem   po   was   nie   wyszedł.   Bóg   mi 

świadkiem, ja nie mogłem ku wam wyjść. Gdybym tylko drzwi otworzył, weszliby tutaj, 

zamordowali mnie i ograbili, nie mówiąc o tym, co by zapewne uczynili moim młodym i 

pięknym córkom.

Są różni przyjaciele i różnych przyjaźni się od nich oczekuje. Szmul mógł pożyczyć 

mu pieniądze, albo pielęgnować jego rany - ale przecież Jan nie oczekiwał, że lichwiarz 

będzie się bił w obronie szlachcica. Dlatego zdziwił się nawet przeprosinami Żyda. Machnął 

ręką   na   pożegnanie   i   poszedł   do   siebie.   Postanowił   dokładnie   przemyśleć   kwestię   tych 

trzydziestu   talarów,   za   które   sprzedał   ojcowską   szpadę.   Cztery   przeznaczył   na   bieżące 

potrzeby. Po paru kwadransach na jego strychu stał stół, kupiony od sąsiadów z dołu, a na 

stole parowała potrawka z kurczęcia, pachniała zachęcająco połowa pieczonej kaczki, było też 

kilka pęt kiełbasy, chleb i ser. I trzy butelki reńskiego.

Po raz pierwszy od kilku tygodni Jan położył się tego wieczora spać najedzony. Był 

również   nieco   pijany.   Chłodny  od   dawna   blaszany   piecyk   dziś   rozpalony   był   prawie   do 

czerwoności - a obok piętrzył się jeszcze wesoły stosik pięknych, brzozowych polan. Jan 

położył się w barłogu, z satysfakcją przyjmując fakt, że jest mu za gorąco i zdjąć musi surdut 

i buty. Po kilku minutach chrapał już. Śnił mu się ojciec, co było przykre.

Rano, po śniadaniu, ułożył  plan dnia. Teraz spacer i rozmyślania nad sensownym 

wykorzystaniem   trzydziestu   talarów.   Późnym   popołudniem   obiad   w   restauracji,   potem 

godzina sjesty, a wieczorem do burdelu.

Pełen optymizmu wyszedł więc pospacerować. Pogrążony w rozmyślaniach, trafił na 

zapomnianą uliczkę niedaleko katedry. Piekarz, szewc, zecer - mała drukarenka, zajmująca się 

akcydensami. Na witrynce przyczepiona kartka „na sprzedaż”.

Wrócił   nazajutrz   ze   złotem   w   kieszeni.   Po   trzech   godzinach   negocjacji   był   już 

właścicielem zakładu. Stary zecer oddawał drukarnię za bezcen, uczciwie przyznając, że od 

wybuchu rewolucji zakład nie przynosi żadnych zysków. Ludzie już nie drukują obwieszczeń 

o pogrzebach i weselach, zaś posiadanie biletów wizytowych jest najlepszym dowodem na 

przynależność do klasy, której miejsce jest na łagodnych stokach winnicy Derflingen, przed 

background image

lufami załadowanych kartaczami armat.

Jan miał wielu znajomych z dawnych lat. Nie spotykał się z nimi często, gdyż byli w 

większości   bogatymi   ludźmi.   Nigdy   nie   prosił   ich   o   pomoc,   ale   wiedział,   że   czują 

zakłopotanie na myśl o sytuacji, w jakiej się znajdował. Liczył więc na życzliwość jednego z 

nich, zwłaszcza że teraz nie chciał jałmużny, lecz proponował swoje usługi. Napisał więc list, 

zaadresowany „Kancelaria Republiki, Starszy Sekretarz ds. Administracji Obywatel Hoimar 

Botzen”. Zwięźle wyrażał gotowość współpracy w zakresie dostarczania Sekretariatowi ds. 

Administracji wszelkiego rodzaju obwieszczeń, ogłoszeń i druków urzędowych. Podpisał się 

„Johann   Ratschek”,   opuszczając   „von”   czym   deklarował   lojalność   wobec   Obywatela 

Sekretarza, który jeszcze rok temu był przecież Hoimarem von Botzen zu Dreibaum. Dawał 

tym samym kolejny powód, by jego prośbę rozpatrzyć przychylnie, poza ewentualną chęcią 

udzielenia pomocy kompanowi z dawnych lat.

I   rzeczywiście.   Zaczął   od   przeróżnych   druków   administracyjnych,   formularzy, 

wzorów. A zamówienia były niemałe i płatne z góry.

Ratschek zatrudnił starego właściciela drukarni i kilku pomocników. W kilka tygodni 

dorobił   się   pieniędzy,   które   pozwoliły   mu   funkcjonować   bez   trosk   o   to,   co   będzie   jadł 

następnego dnia. Potem Sekretariat zamówił u Ratschka druk obligacji zabezpieczonych na 

skonfiskowanym majątku Kościoła, które stały się głównym środkiem płatniczym Republiki. 

Gdy  finanse   Republiki   się   załamały,   druk   nowych   obligacji,   tylko   teoretycznie   mających 

pokrycie, stał się kwestią „być albo nie być” rewolucji. Drukarnia Ratschka się rozrastała. 

Ochraniała   ją   bez   przerwy   kompania   grenadierów   -   cały   pułk   dragonów   zaś   był 

odpowiedzialny za ochronę codziennych transportów farby drukarskiej.

Im więcej obligacji drukowali, tym mniej były warte - jednak Jan płatność przyjmował 

tylko w gotowiźnie i nieruchomościach. Zwijał się jak w ukropie, nie licząc nawet złota i 

aktów własności pokościelnych dóbr w całym kraju. W lutym schodząca kra zerwała mosty 

na kilku czeskich rzekach i transport farby nie dotarł. W nocy ze środy na czwartek Republika 

stała się niewypłacalna. Jednak wtedy Ratschek poprosił Sekretarza o kompanię wojska i 

obiecał, że za cztery godziny wznowi druk. Przez pół nocy jeździł konno po Wiedniu na czele 

dragonów,   konfiskując,   odbierając,   kradnąc   i   wydzierając.   Rano   drukarnia   już   działała. 

Obligacje wydrukowane tego dnia były podłej jakości - ale były.

Od   Generalnego   Komisarza   Republiki   Maximilliana   Kleiderpetera   Jan   otrzymał 

pamiątkowy medal „Za Zasługi dla Rewolucji”, który z pogardą wrzucił do szafy. Ale swojej 

szpady od Żyda nie odkupił. Przecież nie był już szlachcicem, był rzemieślnikiem. Po co mu 

szpada?   Czasy   były   niebezpieczne,   nosił   więc   obrotowy,   wielostrzałowy   pistolet,   z 

background image

butelkowym angielskim zamkiem, ostatni krzyk techniki. Kule są lepsze i pewniejsze niż 

ostra stal.

Czasem   tylko   odwiedzał   Samuela   i   patrzył   na   szpadę,   którą   dostał   od   Ojca. 

Meinetwegen.

* * *

Jakże pięknie trwa ten romans! Oczywiście, zmierza ku nieuchronnemu tragicznemu 

zakończeniu. Anna wie, że życie pisze dramaty, tragedie, komedie, romanse, nawet wiersze 

czasem, ale sielanek - nigdy. Teraz Anna czuje, że ciągle jeszcze znajduje się na tych stronach 

romansu, które uważna czytelniczka pochłania z zapartym tchem, w miłym zadowoleniu, 

jakie   daje   jej   utożsamianie   się   z   przeżywającą   miłosną   przygodę   heroiną.   Potem   to 

zadowolenie   ustąpi   perwersyjnie   przyjemniejszemu,   empatycznemu   pogrążaniu   się   w 

tragedii. Ale jeszcze nie teraz! Przez granicę przekradli się nocą. Teraz jadą przez Morawy, w 

wygodnym powozie. Tylko oni, i cichy stangret na koźle. Maurycy wynajął powóz wraz z 

woźnicą w Cieszynie. W oczach wąsatego, starego Czecha, który ich wiezie, Anna widzi 

potępienie i zgorszenie, tłumione tylko złotem jej kochanka; ale teraz dla niej liczą się tylko 

oczy jednego mężczyzny, tylko to, co może dostrzec w spojrzeniu Maurycego jest dla niej 

ważne.

A   Maurycy   patrzy   na   nią   różnie.   Czasem   z   rozbawieniem,   czasem   z 

zainteresowaniem, kiedy rozmawiają o książkach. Czasem nawet udaje się jej go zdziwić. 

Często   spojrzenie   Maurycego   jest   pełne   pożądania,   podobnie   jak   ona   sama.   Nocami,   w 

zajazdach i hotelach, zaspokajają to uczucie. Ich namiętność ciągle jest jak rozbitek na morzu 

- im więcej słonej wody pije, tym większe odczuwa pragnienie. Anna wie, że od takiej miłości 

się umiera, ich romans to tylko zachwycająca agonia. Ale czy można cudniej umierać niż w 

uścisku męskich ramion, przy wiecznie spragnionych pocałunków ustach? Anna nie pyta więc 

o cel podróży, wie, że u kresu tego romansu skończy się też jej życie. Pewnie nadal będzie 

oddychać i poruszać się - ale nie będzie już żyła, bo jej życie skończy się wraz z ostatnim 

pocałunkiem Maurycego. Później czeka ją tylko jakaś nędzna egzystencja, aż do cielesnej 

agonii,   po  której   zapadnie   się  w  śmierć   wieczną,   w potępienie.  W piekle  spotka  pewnie 

Maurycego. Anna jest naiwna; perspektywa wiecznego potępienia wydaje jej się znośniejsza, 

gdy myśli, że on będzie tam z nią.

Maurycy nie myśli o potępieniu. Nie będziesz miał żadnych bogów nad sobą, to jego 

przykazanie. Dziewczyna zdaje się rozumieć swoje położenie. Nie skarży się, nie zaklina, nie 

background image

chce obietnic i przyrzeczeń. Po prostu syci się jego obecnością. Zdaje mu się, że Anna nie 

sypia   -   tak   jakby   każda   chwila   z   nim   wymagała   ze   strony   dziewczyny   świadomego 

uczestnictwa, jakby była zbyt droga, by pozwolić sobie na sen. Zawsze gdy otwiera oczy, 

napotyka   wzrok   kochanki.   Czuwa,   wpatrzona   w   niego.   I   patrzy   mu   w   oczy,   głęboko   i 

badawczo, jakby chciała w jego twarzy, w jego wzroku odszukać coś, co wykracza poza 

cielesne pożądanie. Cieszy ją jego łakome spojrzenie, uwielbia dłonie, które błądzą po jej 

ciele. Nigdy nie odmawia mu siebie i zawsze po spełnieniu szuka jego spojrzenia. Wie o 

beznadziejności tych prób, lecz ciągle ma nadzieję, że znajdzie w nim to, czego sama ma w 

takiej obfitości.

Lecz oboje wiedzą, że w Maurycym uczucia do innego człowieka być nie może, gdyż 

bez reszty wypełnia go miłość własna.

A za oknem powozu przewija się morawski krajobraz - wioski, pola, zagajniki i sady. 

Anna   nigdy   nie   była   tak   daleko   od   domu.   Jednak   nie   jest   zainteresowana   podróżą,   bo 

interesuje ją tylko Maurycy. On zaś nie wygląda przez okno, bo i tak zna te nudne widoki na 

pamięć. Och, gdyby tak pojechać do Italii!

Ale   jadą   do  Wiednia.  W  Italii   jest   pięknie   i   słonecznie,   człowiek   może   sycić   się 

krajobrazem i historią, która go wypełnia. Chłonąć przez skórę słońce, zapach wina i oliwy, 

flirtować   z   Włoszkami   i   włóczyć   się   po   ulicach   Rzymu   i   Neapolu.   Jednak   w   ponurym 

Wiedniu dzieje się historia! A to jest właśnie najbardziej pasjonujące.

Maurycy   nie   poświęca   całego   czasu   swojej   kochance,   oczywiście.   Nie   można 

przesadzać z rozrywkami. Ma ze sobą książki, które przygotują go do roli, jaką chce - ba, jaką 

musi   spełnić.   Czyta   „Umowę   społeczną”   Russa,   przerywając   ją   co   chwila   paroma 

smakowitymi   fragmentami   z  Woltera.   Swoją   wiarę   w  jedyne   bóstwo,   w   siebie,   podpiera 

czasem baronem d’Holbach. Gdy chce powściągnąć zapał, czyta Locke’a. Czasem nawet 

odczytuje pewne fragmenty swojej towarzyszce - a ta zdaje się je rozumieć.

Lecz im bliżej są Wiednia, tym mniej myśli o Annie, więcej zaś o polityce. Gdy 

nocują w Briinn, Maurycy, pochłonięty lekturą pamfletów Hansa Plume, po raz pierwszy 

przedkłada książkę nad ciało swej kochanki i nie przychodzi do Anny w nocy. Owszem, 

następnego wieczora oddaje z nawiązką to, czego zaniedbał. Ale Anna już widzi, że Maurycy 

coraz mniej poświęca jej uwagi, wybiegając raczej myślami w przyszłość.

A potem docierają do Wiednia i Anna wie, że niewiele stron pozostało już do tego 

momentu, w którym w romansach zazwyczaj umieszcza się rycinę, ilustrującą tragiczną scenę 

porzucenia. Ona, w potarganej sukni, lub, gdy książka jest francuska, w samej nocnej koszuli, 

siedzi pod antyczną kolumną, zastygła w tragicznej pozie, dotykając czołem marmuru, a z 

background image

bezsilnie rozchylonej dłoni wypada kwiat. Albo list od niewiernego kochanka. I może na 

drugim planie widać oddalającego się jeźdźca.

Pierwszą   noc   spędzają   w   hotelu.   Maurycy   powraca   do   początków   swojego 

zauroczenia. Jest szarmancki, ujmujący, hojny... I Anna wie, że ogląda go po raz ostatni. Nie 

płacze, do końca syci się jego obecnością.

Budzi się rano w zmiętej pościeli, pachnącej miłością i jego ciałem. Ale Maurycego 

już   nie   ma.   Na   nocnym   stoliku   leży  sakiewka.   Jeżeli   w   środku   jest   złoto,   wystarczy  na 

miesiąc, czy dwa. Jeżeli srebro - na tydzień. Anna odwiązuje rzemień - w środku błyszczą 

złote talary. Dziewczyna uśmiecha się. Chciałaby zostawić tu wszystko, co dostała od niego, 

ale   nie   może   przecież   wyjść   na   ulicę   naga.   Zakłada   więc   najskromniejszą   z   sukien   i 

wychodzi. Idzie przed siebie. Nie wie, co będzie dalej. Nie interesuje się już swoim życiem.

Zaś Maurycy w Ujeżdżalni, w której teraz mieści się Trybunał Rewolucyjny, spotyka 

kilku swoich przyjaciół. Wielu jednak nie ma już w Wiedniu, och, jakże się podzielili koledzy 

z   jednego   gimnazjum!   O   nieobecnych   ci   w   Ujeżdżalni   mówią   „wrogowie”.   Uciekli   z 

cesarzem, walczą w partyzantce. Głupcy. Nie wiedzą, gdzie jest jądro życia, gdzie dzieje się 

świat. Maurycy historię i życie uważa za wiatr, który wypełniać ma jego żagle; dobry żeglarz 

może żeglować z wiatrem, lub ostro na wiatr, ale przecież pod wiatr płynąć nie można!

Rewolucja jawi mu się jako siła, prąca w jednym kierunku, której trzeba się poddać. 

Bardziej  doświadczeni polityczni gracze wiedzą,  że rewolucja jest chaosem,  jest zbiorem 

szalonych   trąb   powietrznych   i   sztuka   przetrwania   jest   sztuką   lawirowania.   Konieczny 

konformizm   trzeba   okiełznać   myśleniem   o   przyszłości   i   przyszłych,   równie   koniecznych 

konformizmach. Nigdy nie należy mówić rzeczy, których potem nie będzie można odwołać. 

Tego właśnie nie wie Maurycy i już pierwszego dnia wygłasza przemówienie jednoznacznie i 

trwale określające jego przynależność - akt, na jaki nie pozwoli sobie żaden doświadczony 

gracz, ceniący swoją cielesną powłokę.

Armaty   w   Derflingen   ryczą   przecież   codziennie,   a   między   zwykłymi   ludźmi, 

mielonymi   przez  żarna  rewolucji,  trafiają  się  tam  również   pechowcy,  którzy  nie   potrafili 

wystarczająco  wcześnie   odgadnąć,   która  z   walczących  na  ulicy stron  zwycięży.  Ale  tego 

Maurycy   nie   wie,   a   pierwsze   dni   jego   rewolucyjnej   aktywności   naznaczone   są   pasem 

sukcesów. Wszyscy go fetują i oklaskują, bo jest radykalny. Tak właśnie postępują ci bogatsi 

w doświadczenie i umiejętności. Sami powstrzymują się od radykalnych wystąpień, swoją 

lojalność wobec sprawy potwierdzając oklaskami dla radykałów.

W tym samym czasie Anna chce rzucić się do rzeki, lecz nie znajduje w sobie dość 

odwagi. Siedzi więc na balustradzie mostu, i pozwala dalszej swojej egzystencji, której nie 

background image

uznaje już za życie, toczyć się bezwolnie. W jej romansie obcy czytelnik przeczytał wypisane 

kapitalikami słowo 

KONIEC

 i zamknął książkę.

Czytelnik dużo gorszej literatury otwiera nową książkę.

Człowiek   biegły   w   wyszukiwaniu   kobiet,   które   można   uczynić   dochodowymi, 

zauważa Annę i niechybnie przyporządkowuje ją do kategorii tych, którym jest wszystko 

jedno. Zabiera ją więc ze sobą, a Anna idzie bez protestów. Kiedy karmi ją i poi winem, 

dziewczyna   nie   czuje   wdzięczności.   Wreszcie   zdziera   z   niej   suknię,   rzuca   na   łóżko   i 

pospiesznie gwałci, ale Anna się nie broni. Wie przecież, że Maurycy już nie położy jej w 

białej pościeli.

Jeszcze tego samego dnia przychodzi do niej pryszczaty student z kilkoma uciułanymi 

groszami. Szanuje damę, którą wielbi, nie może wymagać od niej takich postępków, jednak 

jest już mężczyzną i potrzebuje kobiety, idzie więc do burdelu, aby zażyć relaksu z dziwką. 

Jest nieporadny i delikatny, wychodzi bardzo zadowolony.

Anna jest bezwolna. Jest pusta. Uśmiecha się do ściany, bo ściana ma ten sam kolor, 

co   tapeta   w   którymś   z   hoteli   na   Morawach.   Przychodzą   do   niej   codziennie,   miesiąc   po 

miesiącu,   przez   sto   lat.   Student,   robotnik,   gawrosz,   urzędnik,   mąż,   starzec,   młodzieniec, 

wdowiec, ojciec, bandyta, rojalista, rewolucjonista, szewc, szklarz. Anna daje im to, czego 

szukają, wciąż nieświadoma. Bo Anna myśli tylko o Maurycym, w dłoniach mężczyzn, którzy 

kupują ją sobie na godzinę, szukając wspomnienia jego dłoni.

Sutener zabiera jej wszystkie pieniądze, bo wie, że Anna nie zaprotestuje, więc czemu 

oddawać miałby zarobek przygłupiej kurwie? Czasem chciałby tylko, żeby Anna bardziej się 

przykładała   do   profesjonalnego   wabienia   frajerów.   Jednak   dziewczyna   nie   rozumie,   o   co 

chodzi.   Zirytowany   alfons   bije   ją   laską   i   gwałci,   licząc,   że   lekcja   przyniesie   skutek.   I 

rzeczywiście, Anna nie chce sprawiać kłopotów i stara się bardziej. Opanowuje szybko cały 

profesjonalny rynsztunek. Pończoszki, trzewiczki, gorsety, uśmiechy, szminka, kok, wilgotne 

spojrzenie. Szept, muśnięcie dłonią. Sutener jest zadowolony, kupuje Annie suknie. Anna 

prawie go kocha, bo Maurycy również kupował jej suknie. Polubili ją poeci ze stołecznej 

awangardy. Zabierają często do garsoniery, w której piją czeski likier i palą sprowadzane z 

Chin opium. Anna również pali.

A którejś nocy sutener ostatkiem sił dowleka się do drzwi pokoju Anny i wali w nie 

pięścią. Anna odpycha studenta i otwiera, a alfons wtacza się i umiera obok łóżka z wbitym w 

plecy nożem.

Rewolucja   wkracza   w   swoją   przaśną   fazę:   Kleiderpeter   jest   adwokatem   z   saskiej 

purytańskiej rodziny. Cenzura obyczajowa z czasów cesarstwa ograniczała się do fasad, rząd 

background image

Republiki   chce   zaś   zlikwidować   prostytucję   jako   objaw   społecznej   nierówności.   Dlatego 

żaden inny alfons nie zajmuje się Anną. Suknie, które kupił jej martwy teraz opiekun, szybko 

się niszczą. Anna żebrze na ulicach. Jeśli uda się jej zdobyć pieniądze, kupuje za nie opium, 

od poetów. Czasem po starej znajomości dają jej zapalić za to tylko, że oddaje im się zawsze, 

gdy tylko jej zapragną. A pragną coraz rzadziej, bo Anna wygląda coraz gorzej.

Dostaje   gorączki   i   zaczyna   kaszleć.   Wtedy   poeci   wyrzucają   ją   z   garsoniery   i 

zabraniają wracać, póki nie wyzdrowieje. Wszyscy boją się epidemii.

Anna włóczy się po zimowych ulicach, kaszląc. W końcu traci przytomność i upada, 

w   bramie   na   uliczce   niedaleko   katedry,   prawie   pod   nogami   strzegących   drukarnię 

grenadierów.

* * *

Jan wstał od biurka, aby odpocząć od tasiemcowego raportu dotyczącego produkcji z 

zeszłego miesiąca. Przebijał się przez zapisane równym pismem tabele od trzech godzin i 

należał mu się odpoczynek. Podszedł do okna, by spojrzeć na ulice pokryte cienką warstewką 

śniegu.   I   wtedy  zauważył,   jak   jeden   z   żołnierzy   szarpie   brutalnie   leżącą   na   pawimencie 

dziewczynę.  Wybiegł,   wzburzony.  Wymyślając   od   bydlaków,   trzasnął   żołdaka   w   twarz   i 

rozkazał przenieść dziewczynę do izby.

Była wyczerpana, brudna i mizerna. Kiedyś niewątpliwie była piękna, zaś łachmany, 

w   jakie   była   odziana,   kiedyś   były   prawdziwą   suknią.   Ratschek   wezwał   dwie   kobiety, 

zajmujące się w drukarni mieszaniem farb. Polecił im zabrać dziewczynę do domu, napoić, 

nakarmić,   umyć,   wyleczyć.   Patrzyły   zdziwione,   ale   gdy   wręczył   każdej   po   talarze, 

zadowolone wezwały dorożkę, by odwieźć chorą do mieszkania. Kazał się informować o 

stanie chorej i wrócił do swojego raportu. Dziewczyna pewnie umrze, ale przynajmniej w 

ciepłym łóżku, nie zdechnie na ulicy jak pies.

A   jednak   nie   umarła.   Po   trzech   tygodniach   przyszła   do   drukarni.   Oczywiście, 

grenadierzy zagrodzili jej drogę i kazali uciekać. Wtedy stanęła przed nimi i powiedziała, że 

będzie tu stała, póki nie pozwolą jej widzieć się z jaśnie panem Ratschkiem. Żołnierz odparł, 

że   jaśnie   panów   już   nie   ma,   a   obywatel   Ratschek   ma   pilniejsze   sprawy   na   głowie   niż 

odwiedziny młodych dziewek. Jednak, gdy stała tam godzinę, jeden z wartowników zlitował 

się i poszedł do Ratschka zapytać, co zrobić z dziewczęciem. Jan wyjrzał przez okno i poznał 

tę, którą uratował. Kazał prosić.

Weszła do gabinetu i od drzwi rzuciła mu się do nóg. Objęła pod kolana, jak obejmuje 

background image

się ojca i jęła dziękować kiepską niemczyzną. Ratschek poznał śląski akcent, więc odezwał 

się w swojej muttersprache:

Dyć dej se pokój, dziołszko, i stowej...

Na dźwięk śląskiego dziewczyna zamarła. Język, którym mówiła jej matka; język, 

którym mówił jej mąż... Jej dobroczyńca, mówiąc do niej po śląsku, stał się kimś bliskim, 

chociaż   niepomiernie   wyższym...   Jak  ksiądz   spowiednik.  Wiedziała,   że   musi   wyznać   mu 

ogrom swojej zbrodni, i wiedziała, że on jej udzieli przebaczenia. Tymczasem musi być tylko 

blisko niego...

-  Panoczku,   weźcie   mie  do   sia,  na   służónco...   Poradza  warzić   i   prać,   byda   wóm  

wszysko robiyła, bydziecie mieli w chałpie zawżdy posprzóntane, zol pośmiaton i umyja kożdy  

dziyń,   tepichy   byda   klupać,   bifyje   i   szranki   wyrichtuja,   wszysko   poschróniom,   śniodanie,  

łobiod,   swaczyna   i   wieczerzo   uwarza,   szaty   wypiera,   fuzekle   kożdy   dziyń,   i   wybigluja  

wszysko...

Słuchał bezładnej wyliczanki jak zaklęty. Słowa, które znał z dzieciństwa, brzmiały 

ciepłem kuchennego wejścia do pałacu. Tak mówiły kucharki i służące w rodzinnym dworze, 

i tak rozmawiała z nimi matka, która przy ojcu mówiła tylko po niemiecku. Kiedy uciekał 

spod   ojcowskiego   spojrzenia,   biegł   do   kuchni.   Grube   kucharki,   proste   wieśniaczki   nie 

zwracały się doń „Freiherr von Ratschek”, mówiły po prostu pódź sam, bajtel, dom ci sznita z  

masłym i kyjzóm. Kobiece słowa, które budowały brzmienie kuchni, tak różne od brzmienia 

salonu,  gdzie  ojciec  dobitnie  wymawiał  wzniośle  brzmiące  słowa,  Gott,  Ehre, Vaterland. 

Wspomnienia o ojcu zostawił w lombardzie, razem ze szpadą, tym milsze wydały mu się te 

bifyje, tepichy, swaczyny i biglowanie. Dziewczyna zaczarowała go, przywołując na chwilę 

brzmienie najcieplejszego kąta rodzinnego gniazda. Owszem, potrzebował gosposi, pewnie 

któraś z kobiet pracujących w drukarni powiedziała o tym tej dziewczynie, ale nie dlatego 

zdecydował   się   ją   zatrudnić.   Anna   stała   się   dla   niego   nagle   odnalezioną   pamiątką   z 

dzieciństwa.   Była   jedną   z   tych   ciepłych,   śląskich   kobiet,   których   miłość   uczyniła   jego 

dzieciństwo  okresem  nieomalże  arkadyjskim.   Chciał   ją  mieć  przy  sobie,   tak   jak  nosi  się 

czasem miniaturę matki w medalionie, lub wiesza na ścianie w salonie pejzaż z rodzinnym 

pałacem. Anna miała siedemnaście, może osiemnaście lat, ale miała w sobie odwieczne, ciche 

i   pokorne   ciepło   śląskiej   kobiety,   ucieleśniające   się   w   idealnie   wyprasowanych, 

śnieżnobiałych koszulach, wymiecionych codziennie kątach, mytych co tydzień oknach... To 

samo ciepło, które nosiły w sobie kobiety jego dzieciństwa.

Dał jej adres i klucze, polecił przygotować mieszkanie na jego przyjście, wysprzątać 

wszystko i czekać z kolacją. Gdy późnym wieczorem wrócił do domu, nie zawiódł się. Kilka 

background image

godzin i kobieca ręka sprawiły, że zimne mury nagle nabrały cech miejsca, o którym mógłby 

powiedzieć jes żech doma. Zjadł ze smakiem kolację, pochwalił swoją nową gosposię.

Gdy   położył   się   spać,   przyszła   do   niego.   Jak   płatna   dziewka   sprawnie   zrzuciła 

przyodziewek, stając przed nim naga. Przez chwilę patrzył na jej ciało, które na dobrym 

wikcie odzyskało ponętne kształty. Gdy wślizgnęła się pod pościel, nie miał już wątpliwości - 

dziewczyna pracowała jako dziwka. Powstrzymał jej umiejętne dłonie, pozwolił jednak zostać 

przy nim w łóżku. Przylgnęła doń całym ciałem, czuł jej młodzieńcze ciepło.

- Opowiadaj... - powiedział po niemiecku.

A ona opowiedziała mu całą swoją historię, po czym zasnęła. I spali tak do rana, 

przytuleni.   Ratschek   cieszył   się   bliskością,   ciepłem,   dotykiem   jej   delikatnie   szorstkiej, 

matowej   skóry,   lecz   nie   pożądał   jej.   Była   piękna,   ale   była   czymś   z   domu.   Jan   nie   był 

spragniony kobiet - chadzał czasem do burdelu, poza tym lata zrobiły już swoje. Nie chciał jej 

dla jej ciała, był przecież bogaty, zaś rewolucja wypchnęła na ulice zastępy piękniejszych od 

Anny   dziewcząt.   Nie   chodzi   nawet   o   zwykłe   dziwki,   lecz   o   młode   kobiety,   które   w 

normalnych czasach wychodziłyby szybko za mąż i rodziły dzieci. Chłopcy poszli walczyć w 

Prusach i w Rosji, i ginęli tam całymi tysiącami, a ci, którzy pozostali w Wiedniu, myśleli 

tylko o tym, jak przeżyć, a nie o zakładaniu rodziny. Więc sprzedawały się bogaczom w 

niewolę - ci zapewniali im mieszkanie, wikt i opierunek, czasem stroje, a one w zamian były 

zawsze gotowe, zawsze chętne. Nawet, jeśli bogacz przyprowadzał przyjaciół, aby spróbowali 

specjału, jaki trzyma w garsonierze.

Były od niej piękniejsze, delikatniejsze, bardziej niewinne. Zatrudnił ją nie dlatego, że 

szukał kobiety, zatrudnił ją, bo szukał domu. Gdy zbudził się o zwykłej porze, o piątej rano, a 

ona ciągle leżała, naga i wtulona w jego ramiona, delikatnie potrząsnął ją za ramię.

Stowej, dziołszka, śniodanie trza narychtować.

Następnego dnia znowu przyszła do łóżka i położyła się przy nim naga, i znowu 

zasnęła, a on gładził ją po włosach. Lecz rankiem, gdy otworzył oczy, jej nie było już przy 

nim.   Usłyszał   za   to   odgłosy  kobiecej   krzątaniny,   poczuł   zapach   gorącej   kawy,   świeżego 

chleba i jajecznicy, stwierdził, że jest w domu.

Gdy   siadł   do   stołu,   Anna   przerwała   krzątaninę   i   bez   pytania   przysiadała   obok. 

Ratschek pomyślał, że to chyba nie uchodzi, by gosposia siedziała ze swym panem przy 

jednym stole. Lecz przecież sypia z nim, naga, w jednym łóżku... Uśmiechnął się więc do 

niej. Anna upiła łyk swojej kawy i zabrała się za zmywanie.

* * *

background image

Anna została kochanką Jana Ratschka. Po tym jak opowiedziała mu wszystko, ich 

relacja stała się ściśle intymna, czy tego chciał, czy nie. Nagość cielesna jest niczym wobec 

odsłonięcia prawdziwych tajemnic. Kobiecość Anny była teraz tak dosłowna, że Ratschek 

czułby   się   niezręcznie,   próbując   jej   nie   dostrzegać.   Była   dalej   jego   gosposią,   nocami 

wypełniając obowiązki utrzymanki. Płacił jej pensję gosposi, nic więcej, a ona nie prosiła go 

o prezenty czy pieniądze. Nie kochał jej, cenił po prostu ciepło, które mu dawała i uwielbiał 

jej ciało.

Anna kochała tylko jednego mężczyznę. Nie miała od niego żadnych wieści i była 

pewna,   że   we   wspomnieniach   Maurycego   zlała   się   w   jedno   z   całą   rzeszą   kobiet,   które 

posiadał. Czasem nazwisko Schwarz, jakie przyjął, zgodnie z rewolucyjną koncepcją jedności 

narodowej, widniało na obwieszczeniach, drukowanych w drukarni Jana.

Myślała o mężu i synu. Republika wypowiedziała wojnę królowi Prus i jej wojska 

wkraczały właśnie na Śląsk, po czterdziestu latach pruskich rządów przywracając go znowu 

Austrii, chociaż już nie cesarskiej. Franz zapewne został wcielony do pruskiego wojska, do 

„bośniackiej”   kawalerii.   Czy   jej   szukał?  A  co   z   chłopcem?   Jakaż   matka   porzuca   swoje 

dziecko? Kim była - potworem? Dlaczego to zrobiła? Nic nie przerażało jej bardziej niż to, że 

jedynym człowiekiem na świecie, za którym tęskniła, o którego się bała i na którym jej 

zależało,   był   Maurycy.   Gdyby   ktoś   zapytał   teraz,   czy   woli   spędzić   jeszcze   jedną   noc   z 

Czarneckim,   czy   raczej   wrócić   do   szczęśliwego   życia   z   mężem   i   synem,   bez   żadnych 

konsekwencji, jakby wszystko było tylko snem, nie wahałaby się ani chwili. Było jej żal 

Franza i chłopca, ale o swoim postępku nie potrafiła myśleć inaczej, niż jak o powodzi, o 

żywiole, który niszczy wszystko na swojej drodze, niepokonany, nieposkromiony.

Ratschek, myśląc o Annie, modlił się.

Jakże wielki jesteś, Panie, dając nam namiętności tak potężne, że poddani im, pozbyć 

się możemy człowieczeństwa! Skręcając duszę ludzką supłem pożądań i pragnień, uczyniłeś 

nas prawdziwie wolnymi, gdyż wolność nasza realizuje się w wyborze między boskością a 

diabelstwem.   Wybieramy   między   niewolą   Twoich   przykazań,   a   niewolą   instynktów, 

tkwiących w naszych lędźwiach, zawsze sięgając ku wzniosłości. Wielkość jednego świętego 

warta   jest   hańby   wszystkich   grzeszników,   a   pełni   człowieczeństwa   doświadczają   ci, 

wywyższeni   pomiędzy   Trony   i   Panowania   i   ci,   zepchnięci   w   najgłębsze   otchłanie.   Ta 

dziewczyna,   którą   do   złego   popchnęły   czytane   książki,  Anna,   która   kocha   sowizdrzała 

niewartego uczucia, i kocha go tylko dla dotyku jego rąk, dla smaku jego ust, dla uniesień, 

które jej dawał, sama zmierza ku potępieniu. Jednak dosięga tutaj wielkości, którą Ty nam 

background image

dałeś. Smucisz się, gdy ona cię odpycha, wybierając dla siebie wieczne męki. A jednak, to 

przecież dzieło Twoje - i w tym również objawiasz swą wielkość, dając swemu stworzeniu 

moc tak wielką, by odepchnęło Ciebie, swego Stwórcę. Oto największy z Twych cudów - 

wolność, która prowadzi do zguby. Wolność, która może pokonać nawet Twą nieskończoną 

miłość do człowieka i wbrew Tobie skazać się na wieczne męki.

Medytując nad swoją modlitwą, którą zapisał na kartce z notesu, siedział przy stole, 

wsparłszy czoło na dłoniach. Mijał właśnie szósty miesiąc, od kiedy Anna wprowadziła się do 

tego mieszkania. Usłyszał, jak zbiega po schodach. Wpadła do jego gabinetu, bez pukania. 

Podbiegła do biurka i rzuciła na blat świeżo wydrukowane obwieszczenie.

- Ratuj go - wyszeptała.

Spojrzał   na   papier.   Moritz   von   Tscharneztky   vel   Moritz   Schwarz,   wyrokiem 

Najwyższego Sądu Republiki, skazany na rozstrzelanie, wyrok wykonany zostanie dnia 23 

lipca III roku Rewolucji w winnicy Derflingen. Jutro.

Wyrok   wydany   na   piasku   Ujeżdżalni,   jak   wszystkie,   i   tak   jak   wszystkie   szybko 

wykonany. Zostanie w pantalonach i koszuli, zwiążą mu z tyłu ręce, postawią na wozie i 

zawiozą do winnicy, wymierzą armaty i rąbną kartaczami. A potem młodzi gwardziści pójdą 

dobić rannych bagnetami. I cóż on, Johann Ratschek, drukarz, może zrobić? Jego przyjaciel 

ciągle jest  Sekretarzem, ale balansuje na  skraju przepaści,  tak jak wszyscy tutaj. Widmo 

Derflingen wisi nad każdym, kto ma chociaż skrawek władzy. Nikt nie zaryzykuje posady i 

głowy,   dla   ratowania   kogoś,  kto   stał  się  martwy mocą   podpisu  Kleiderpetera.   Kto  ratuje 

trupy?

Każdy,   czyje   nazwisko   znalazło   się   na   wydrukowanym   w   drukarni   Ratschka 

formularzu, na którym drżąca ręka Obywatela Naczelnika złożyła rozedrgany podpis, był 

martwy.   Owszem,  chodził   jeszcze,   mówił,  oddychał,  nie   wiedział,  co   go  czeka   -  ale  był 

martwy, jak gęś, która biegnie, mimo że rzeźnik właśnie odrąbał jej głowę. I on, Ratschek, 

niezaangażowany   politycznie,   lecz   zarabiający   na   rewolucji   fortunę,   więc   podwójnie 

podejrzany, on, Jan Ratschek, tak sprawnie balansujący, on, którego życie odmienił rozsądek i 

spryt, on miałby nadstawiać głowy za jakiegoś polskiego szlachciurę, któremu zachciało się 

rewolucji?   Za   tego   bawidamka,   tylko   dlatego,   że   dziewczyna,   która   grzeje   mu   łoże, 

zakochana jest w tym durniu bez pamięci, mimo że ten nawet jej zapewne nie pamięta?

- Ratuj go, panie... - poprosiła jeszcze raz.

- Dobrze - odpowiedział Ratschek i zrozumiał, że kocha Annę, kocha ją jak szalony i 

zrobi wszystko, o co ona poprosi.

Nie przyszła tego wieczoru do łóżka. A Jan pragnął jej tego dnia naprawdę, pożądał jej 

background image

po raz pierwszy. Wstał i znalazł ją na prowizorycznym posłaniu w kuchni. Położył się obok 

niej, ale odepchnęła go, delikatnie, lecz stanowczo. Zrozumiał, że teraz znów należała tylko 

do tamtego. Odszedł i nie spał tej nocy. Siedział w nocnej koszuli przy biurku i myślał nad 

tym, co może zrobić.

Na dwie godziny przed świtem wyciągnął z biurka sakiewkę ze złotem. Wrzucił do 

kieszeni czterdzieści talarów. Resztę podręcznych pieniędzy, ponad sześćdziesiąt talarów w 

złocie, zawiązał w mieszku i rzucił na posłanie Anny. O czwartej nad ranem poszedł do 

drukarni.   Nie   zajrzał   nawet   do   głównego   pomieszczenia,   gdzie   na   nowych   maszynach 

drukowano obligacje. Wszedł do starej drukarni, gdzie dalej odbijano akcydensy. Odesłał do 

domu   obydwu   zecerów,   założył   fartuch   i   w   szpaltach   własnoręcznie   ułożył   formularz 

upoważnienia, po czym odbił go we dwóch egzemplarzach. W gabinecie miał dwa sejfy, 

własny oraz państwowy, otwierany dwoma kluczami. Jan miał jeden klucz, drugi zaś był w 

posiadaniu   sekretarza.   W   skrytce   leżały   pieczęcie   -   często   nie   było   czasu   na   wysyłanie 

wydrukowanych   wyroków   do   urzędu,   czy   do   ujeżdżalni,   więc   odpowiedni   człowiek 

stemplował i podbijał papiery w gabinecie Ratschka.

Jan zerwał lakową pieczęć z drzwiczek i przyniesionym z warsztatu ręcznym świdrem 

zaczął rozwiercać zamek. Po godzinie z okładem sejf stał otworem. Jan podbił papiery i 

podrobił podpis samego Kleiderpetera. Wiedział, że według rewolucyjnej hierarchii wartości 

popełnia teraz najgorsze bluźnierstwo. Kleiderpeter był jak bóg, zaś papier z jego podpisem 

był relikwią, przedmiotem kultu, był jak grom w rękach Zeusa. Nie można było w Republice 

popełnić większej, bardziej wywrotowej, bardziej bluźnierczej zbrodni, niż podnieść rękę na 

autorytet Naczelnika ujęty w jego podpisie. Ze świadomością wagi swojego postępku Jan 

schował papiery do pugilaresu i ruszył do lombardu. Szmula nie było, za ladą stał jego syn, 

który bez słowa przyjął pieniądze i wydał Ratschkowi jego broń.

Johann von Ratschek przypasał toledańską szpadę, którą otrzymał od swojego ojca na 

osiemnaste   urodziny   i   poszedł   do   aresztu   przy   ujeżdżalni,   uratować   Moritza   Schwarza, 

nędznika, któremu przydarzyło się być kochanym. Odpowiedni papier otwiera każde drzwi. 

Trzy kwadranse później oszołomionego, zmarnowanego Maurycego strażnicy wyprowadzili 

przed więzienie. Ratschek wręczył mu paszport i przepustkę. Maurycy był zdziwiony, ale w 

zasadzie spodziewał się tego - przecież nie jest byle kim, nie może położyć głupio łba w 

Derfiingen! Nie wnikał w motywy tego dziwaka, który przyniósł mu wolność, postanowił za 

to oddalić się ze stolicy natychmiast. Ratschek chwycił go za ramię i warknął:

- Domstrasse, kamienica pod Orłem, mieszkanie Ratschka. Ona tam czeka na ciebie, 

gnido. Tylko jej zawdzięczasz życie. To mogłoby cię nie przekonać, ale ona ma również 

background image

pieniądze, jedź tam, zabierz ją i uciekajcie za granicę, do Prus albo do Rosji.

Maurycy wzruszył ramionami i odszedł. Po kilku krokach stwierdził, że w istocie 

dysponuje w tej chwili tylko dwoma miedziakami, których rewidującym go strażnikom nie 

chciało się wyciągać z kieszeni pantalonów. Udał się więc pod wskazany adres.

Jan   ściągnął   kapelusz   i   z   odkrytą   głową   niespiesznie   szedł   w   kierunku   drukarni. 

Zatrzymał się w kawiarence. Zjadł kawałek tortu i popił mocną kawą, przeczytał gazetę. Po 

zastanowieniu stwierdził, że to miejsce jest tak samo dobre jak każde inne, zamówił więc 

następną   kawę   i   apfelstrudel.   Miał   ze   sobą   tomik   francuskich   wierszy  Racine’a.   Piękne, 

kieszonkowe   wydanie.   Czytał   jeden   wiersz   po   drugim,   powoli   i   dokładnie,   mamrocząc 

francuskie słowa pod nosem. Jak sądził, miał kilka godzin. Niechże Maurycy i Anna będą już 

daleko.

Nie mylił się, znaleźli go w południe. Do kawiarni weszło sześciu gwardzistów, tupiąc 

podkutymi buciorami. Nałożyli bagnety na karabiny, zaś najstarszy zapytał Jana:

- Obywatel Ratschek?

Ratschek skinął głową i szybko wyszarpnął szpadę z pochwy. Lewą ręką sięgnął za 

pazuchę, wyciągnął pistolet i zastrzelił jednego z gwardzistów. Pozostali przyskoczyli, drugi 

padł, gdy Jan wbił mu w gardło klingę szpady. W tym momencie trzy bagnety przebiły mu 

brzuch. Zwalił się bez przytomności na ziemię. Odzyskał świadomość dopiero na wozie. 

Klęczał, oparty o czyjeś plecy w białej koszuli. Broczył obficie z ran. Jechali do Derflingen i 

nie zostało mu już wiele drogi do przebycia.

Nie był w stanie stać, więc pełniący służbę w krwawej winnicy młodzi gwardziści 

nakazali dwóm innym skazanym go podtrzymać. Jan chciał pozostać przytomnym. W końcu 

niewiele mu chwil tutaj zostało. Popatrzył w ciemny wylot armatniej lufy, na rękę kanoniera, 

przykładającą do otworu zapałowego płonący lont.

Kartacze poszarpały ciało Jana von Ratschek, ale żył jeszcze, gdy wrzucono go do 

dołu i przysypano wapnem i cienką warstwą ziemi. Nie czuł już nic, nie był w stanie nawet 

myśleć. Jedno tylko imię cały czas rozbrzmiewało mu w głowie, aż skonał.

Maurycy zaś pobiegł co tchu pod wskazany adres. Drzwi nie były zamknięte, wszedł 

więc. Przy okrągłym stole w salonie siedziała Anna, w podróżnej sukni, na krześle obok leżał 

tobołek z kocem i kilkoma ubraniami. Podniosła wzrok i gdy zobaczyła, że to Maurycy, nie 

Jan, zemdlała. Czarnecki ocucił kochankę kilkoma pocałunkami, wygłaszając przy tym parę 

komunałów o swym uczuciu, które było tak gwałtowne, że kazało mu ją porzucić. Anna 

poprosiła,   żeby   przestał,   zaś   Maurycy   przypomniał   sobie,   że   Ślązaczka   była   inteligentną 

kobietą, więc zaniechał kłamstw. Przebrał się w skromny, urzędniczy surdut, który zawczasu 

background image

przygotowała. Wręczyła mu sakiewkę ze złotem, przeliczył i, nieco zawiedziony wysokością 

kwoty, schował pieniądze do kieszeni. Wyruszyli po kwadransie.

Ratschek przygotował dobre papiery - opuścili Wiedeń bez żadnych kłopotów. Ruszyli 

na północ, na Morawy i Śląsk. Musieli opuścić Republikę, Czarnecki sądził, że najłatwiej 

będzie przekroczyć granicę pod Częstochową. Chciał udać się do Warszawy. Pokój między 

Republiką a królem pruskim, chociaż chwilowy, powinien pozwolić na przejechanie granicy i 

urządzenie się po drugiej stronie. Gdyby wybuchła nowa wojna, ruszy na północ, uciekając 

przed   grenadierami   Kleiderpetera.   Gdyby   było   trzeba,   ujedzie   do   Danzig,   a   stamtąd   do 

Anglii... Anglia! Właśnie! Tam jest prawdziwie światowe życie...

Anna niewiele mówiła. Gdy jej pozwolił, przylgnęła doń całym ciałem, tuliła się i 

całowała   jego   dłonie,   powtarzając   „dziękuję,   dziękuję,   dziękuję”.   Wiedział,   że   to   jej 

zawdzięcza ocalenie. Każdej nocy okazywał więc wdzięczność, póki starczyło mu sił.

Był poważnie osłabiony i chory, ale cóż z tego, kiedy był żywy! Wynajęli powóz, nie 

chciał jechać dyliżansem publicznym, więc podróż nie była tak uciążliwa. Jednak z każdym 

tygodniem słabł. Gdy dotarli do Olmiitz, trawiła go taka gorączka, że bredził w malignie. 

Anna postanowiła zatrzymać się w hotelu, póki Maurycy nie wyzdrowieje. Wezwany lekarz 

stwierdził tyfus, zakazał zbliżać się do chorego komukolwiek poza Anną i stwierdził, że za 

trzy dni będzie po wszystkim. Anna, która już raz wyrwała Maurcego śmierci, postanowiła się 

nie poddawać. Pielęgnowała go jak mogła najlepiej, zgodnie z zaleceniami, które wydobyła 

od   lekarza   z   niemałym   trudem   (droga   pani,   to   na   nic,   to   beznadziejne),   puszczała 

Czarneckiemu krew, nacierała maściami, kładła gorczycę na piersi chorego. Jednak doktor 

miał   rację   i   Maurycy   umarł   trzeciego   dnia.  Anna   nie   mogła   patrzeć   na   trupa   swojego 

kochanka. Ciało, które dało jej tyle rozkoszy, pozbawione siły, która pchała w żyłach krew, 

teraz zimne i bezwładne, było czymś obcym, jak straszny manekin.

Wyjechała   w   godzinę   po   jego   śmierci,   pozostawiając   w   hotelu   pięć   talarów   na 

urządzenie   pogrzebu.   Za   pięć   talarów   ołomuniecki   proboszcz   sprawił   Maurycemu   de 

Czarnecki   (takie   nazwisko   zapisała   na   kartce   Anna)   chrześcijański   pogrzeb,   godzien 

szlachcica i postawił na grobie skromny, kamienny pomnik, z wyrytym nazwiskiem i datą 

śmierci.

Anna   kontynuowała   podróż.   Gdy   po   paru   dniach   wyszła   z   powozu   pod   nowym, 

pilchowickim kościołem, mimowolnie ruszyła w stronę swego rodzinnego domu. Ludzie nie 

poznali jej, skandal, jakim była ucieczka młodej żony Pawlasa, wydarzył się dawno temu, nikt 

już o nim nie pamiętał (wyjąwszy samego Franza, zapewne), zaś odziana „po pańsku” dama, 

idąca drogą, nie przypominała rudego dziewczęcia w kolorowej kiecce i zapasce. Anna doszła 

background image

wreszcie do rodzinnej zagrody, ścigana ciekawskimi spojrzeniami. Na laubie siedział Franz, 

paląc fajkę, nieopodal bawił się w piasku jej syn... Jakże urósł!

Franz   poznał   ją   natychmiast.   Oto   stała   tam,   przy   furtce,   ta,   którą   najpierw 

beznadziejnie ścigał przez tyle czasu, ta, o której bezustannie myślał, będąc w wojsku, ta, 

która  porzuciła   swego  męża  i   dziecko...  Ta,  która  zniknęła   jak  kamień   w wodzie,   której 

rudych   włosów   wypatrywał   tak   długo,   teraz   stoi   przy   furtce.   Sama,   w   pięknej   sukni,   z 

bagażem.

Wstał, bez słowa zabrał syna i wszedł do domu. Anna nie zrobiła nawet kroku, pewna, 

że Franz jeszcze się pojawi. I rzeczywiście, wyszedł po chwili, niosąc w rękach zawiniątko. 

Podszedł   na   kilkanaście   kroków   do   furtki.   Zmienił   się,   postarzał.   Jednak   był   jeszcze 

piękniejszym mężczyzną niż wtedy, szpakowate włosy dodawały mu powagi, zaś zmarszczki 

podkreślały ostre rysy. Zmężniał, pewnie na wojnie, nie utył, miał piękną figurę, rozłożyste 

bary i szeroką, silną pierś. Anna pomyślała z sympatią, że piękniejszy jest niż Maurycy, 

chociaż inną zupełnie urodą.

Nie   odezwał   się   ani   słowem.   Cisnął   za   płot   pakunek,   który   trzymał   w   dłoniach, 

odwrócił   się   i   zniknął   we   wnętrzu   domu.  Anna   podniosła   związany   paskiem   pakiecik   i 

uchyliła płótno, w które spowite było zawiniątko. W środku były jej książki.

Powóz czekał pod kościołem. Wróciła doń i kazała zawieźć się do hotelu „Pod Złotą 

Gęsią”   w   Gliwicach.   Tam   wynajęła   pokój,   przedstawiając   się   jako  Anna   de   Czarnecki. 

Wybrała ten sam, w którym spędziła swoja pierwszą noc z Maurycym. Nie rozpakowywała 

bagaży, wyjęła tylko przybory do pisania i atrament. Napisała list, po czym zeszła na dół i 

poprosiła służącą, by za czterdzieści pięć minut wezwała do jej pokoju lekarza. Wróciła do 

pokoju i otworzyła pakunek z książkami. Trzymała w dłoniach swoje romanse, przeglądała je, 

chociaż znała przecież każdą stronę na pamięć.

Bohaterki romansów czasem same zadają sobie śmierć. Zażywają truciznę, ukrytą w 

pierścieniu i umierają w ramionach kochanka, lub przecinają sobie żyły, w kąpieli i zastygają, 

alabastrowe, z mokrymi włosami, wpatrzone w przestrzeń.

Anna nie była romansową heroiną. Wyjęła więc z mufki pistolet Jana Ratschka, objęła 

wylot lufy wargami i strzeliła.

Lekarz, wchodząc właśnie po schodach, usłyszał strzał i strwożony zbiegł na dół. 

Wezwano żandarmów, ci bez wahania otworzyli drzwi. W liście, pozostawionym na stole 

samobójczyni przedstawiała się jako Anna Pawlas, żona Franza Pawlasa, lat 18, ladacznica i 

zdrajczyni. Prosiła o powiadomienie męża o swej śmierci, aby stał się wreszcie wolny.

Na pogrzebie Anny nie było księdza, pochowano ją pod płotem cmentarza przy starym 

background image

kościele pod wezwaniem św. Bartłomieja, znajdującym się daleko za murami miasta. Franz 

nigdy nie przyszedł na jej grób, ożenił się ponownie i umarł dwadzieścia sześć lat później.

Kiedy młody student prawa, Wacław Pawlas, przyjechał z Breslau na pogrzeb swojego 

ojca,   rodzina   przekazała   mu   spory   kuferek   z   korespondencją   i   papierami   ojca.   Wacław 

przejrzał całość bez większego zainteresowania - ot, interesy, wojsko, urzędowe sprawy, o 

wszystkim wiedział już z opowiadań. Jednak dno kuferka był podwójne, co łatwo wykrył. W 

skrytce znalazł przewiązany wstążką pakiet listów, oraz złożony na dwoje list od swego ojca, 

zaadresowany „Wacław Pawlas, do odczytania po mojej śmierci”. Młody Pawlas dowiedział 

się, że zmarła przed dwoma laty Eliza Pawlas nie była jego matką. Odwiedził miejsce, w 

którym, jak twierdził ojcowski list, powinna leżeć jego prawdziwa rodzicielka, jednak pod 

cmentarnym płotem nie było już żadnego śladu mogiły. W pakieciku znajdowało się parę 

zachowanych listów jego matki, między innymi oba jej listy pożegnalne. Ojciec zachował 

wszystkie pamiątki po swojej pierwszej żonie.

Wacław był romantykiem, zaczytywał się w Schillerze i Goethem, a styl matczynych 

listów był tak wzruszający, że młody student postanowił odtworzyć tę dramatyczną historię.

Wyruszył do Wiednia, poświęcając na tę wyprawę część odziedziczonych pieniędzy. 

W   Olmiitz   znalazł   grób   Maurycego   de   Czarnecki.   Położył   na   nim   różę,   w   myślach 

poświęcając ją matce.

W Wiedniu odnalazł drukarnię, o której pisała matka w jednym ze swoich listów - 

firma nazywała się teraz „Cesarska i Królewska Drukarnia Rządowa”. Od młodego zecera 

zakupił kilka pamiątek po Janie von Ratschek, którego pamiętało jeszcze kilku starszych 

pracowników. Skierowali oni ciekawskiego młodzieńca do starego Żyda, Samuela, który w 

roku 1805 przyjął nazwisko Fitzelberg. Starzec, który znał dokładnie koleje losu Jana, Anny i 

Maurycego, opowiedział młodzieńcowi całą historię. Wacław skrzętnie notował. Wyjechał z 

Wiednia następnego dnia i wrócił do Wrocławia. Jednak zbyt był poruszony dziejami swojej 

matki, by odłożyć tę historię do szuflady i po dziesięciu miesiącach miał gotowy rękopis 

powieści,   zatytułowanej   „Anna”.  W  jednej   z   wrocławskich   oficyn   wydano   mu,   po   starej 

znajomości (syn drukarza studiował z Wacławem) pierwszą, próbną edycję.

Powieść   przez   kilka   miesięcy   leżała   w   księgarniach,   by,   po   pozytywnej   recenzji 

znanego krytyka, stać się nagle najbardziej poczytną powieścią roku. Szybko wznowiono i w 

ciągu czterech lat ukazały się trzy wydania. Przetłumaczono ją na francuski i uznanie znalazła 

nawet w na dworze Ludwika XVII.

Po kilku latach wśród literackiej socjety minęło zainteresowanie „Anną”, zwłaszcza że 

Vatzlav Pavlas nie napisał już nic więcej. Jednak powieść ciągle wznawiano, gdyż młode 

background image

dziewczęta,   zarówno   w   Niemczech,   Austrii   i   Francji   zaczytywały   się   „Anną”,   aż   do 

pierwszych   lat   dwudziestego   wieku,   często   przedkładając   ją   nawet   ponad   „Jane   Eyre” 

Charlotty Brontë.

„Would you forsake your house and home, Would you forsake your baby? Would you  

forsake your husband, too, To go with Blackjack Davey, Ride off with Blackjack Davey?”

„Well, I’ll forsake my house and home,

And I’ll forsake my baby.

I’ll forsake my husband, too,

For the love of Blackjack Davey,

Love my Blackjack Davey.”

„Blackjack Davey”,

tradycyjna ballada bluegrass

Pilchowice lato - jesień 2004

background image

Cud domu brandenburskiego

Cztery   wierzchowce   galopowały   polnym   traktem.   Bita   droga   prowadziła   między 

polami, oddzielona od nich dwoma rzędami włoskich topoli. Jeźdźcy, dosiadający pięknych 

rumaków, odziani byli jak nakazywała ówczesna moda - nosili trójkątne kapelusze, surduty, 

obcisłe spodnie do konnej jazdy z wysokimi botfortami i obszerne płaszcze. Przy boku każdy 

miał szpadę, w olstrach tkwiły pistolety. Mimo że zapadał już wieczór, nie wstrzymywali 

koni,  ryzykując  potknięcie,   które   mogło  skończyć   się  źle   zarówno  dla  rumaka,  jak  i  dla 

jeźdźca.

Droga dochodziła do sporego traktu, zaś po lewej stronie, w oddali, widać było most 

na Renie.

Pierwszy   z   jeźdźców   zatrzymał   się   na   rozstajach,   zdjął   długie   rękawice   i   zsunął 

chustę, która zakrywała mu twarz, chroniąc przed pyłem. Na lewej dłoni nosił szlachecki 

sygnet, z herbowym rakiem - Warnia, polski herb śląskiej szlachty.

-  Graf   von   Raczek!   Was   denken   Sie?  Wohin   gehen   wir   jetz?  -   zakrzyknął   drugi, 

osadzając konia.

Hrabia   von   Raczek   zeskoczył   z   konia   i   z   juków   wyjął   skórzaną   tubę.   Odkręcił 

pokrywkę   i   delikatnie   wyciągnął   stary   pergamin.   Z   pietyzmem   rozłożył   dokument   na 

kamieniu, zza pazuchy wyjął busolę i zorientował mapę według stron świata, po czym zaczął 

ją studiować, porównując z krajobrazem.

Graf von Raczek! Wir haben keine Zeit! Russische soldaten... - krzyknął ponownie 

drugi jeździec.

Wir müssen den Ring finden! - warknął hrabia von Raczek.

Po chwili znalazł na mapie to, czego szukał, chował ją równie ostrożnie wskoczył na 

siodło i z miejsca spiął konia do galopu. Pojechali na przełaj, przecinając nadrzeczne łąki. W 

jednym miejscu łagodny brzeg Renu przechodził w niewielką i krótką skarpę. Nad nią tkwiła 

jasna, wapienna skała.

Aus dem Pferd! - wydał komendę hrabia.

Wszyscy zeskoczyli z koni.

Herzog von Soltz... - zaczął von Raczek.

Książę skinął głową. Z worka przy siodle wydobył kilof. Ostrze wykonano ze srebra. 

Von Soltz zdjął płaszcz, surdut i kapelusz, pozostając tylko w koszuli i spodniach. Spojrzał po 

swoich towarzyszach. Skinęli głowami. Raczek wyjął z olster pistolety, podsypał prochu na 

panewki i odwiódł kurki, stając obok. Pozostali dwaj wyjęli z pochew swoje szpady i stanęli z 

background image

drugiej strony.

Von Soltz przeżegnał się, kiedy kończył kreślić znak krzyża, hrabia pokręcił głową.

Książę zamachnął się potężnie i uderzył srebrnym kilofem w białą skałę. Nic się nie 

stało - jedynie ostrze się wygięło. Książe pytająco spojrzał na hrabiego. Von Raczek wzruszył 

ramionami.

-  Hanys! Rzykołeś    [*modliłeś się]  dzisiej?  - zapytał swego sługę po śląsku, gdyż 

innym językiem wierny Hanys nie władał.

A kaj tam, Graf... Jo niy rzykom - odpowiedział tamten.

A u spowiedzi żeś był?

Ja, Graf, roz, za bajtla. Ale mie farorz po pysku sczaskali i już tam niy łaża.

To do komunije tyż niy?

Niy, Graf. A czamu pytajóm?

Zawrzyj pysk i chytej tyn oskard! - krzyknął von Raczek.

Hanys wyrwał kilof z rąk zdziwionego księcia i uderzył w skałę. Ziemia zadrżała, 

skała zaś rozszczepiła się na dwoje. Szczelina, najpierw wąska, zaczęła się powoli rozszerzać, 

przy akompaniamencie przeraźliwego, jęczącego dźwięku. Nagle wszystko ucichło. Jaskinia 

stała otworem.

Von Soltz podniósł uprzednio zapaloną pochodnię i odważnie zrobił krok naprzód, za 

nim do groty wkroczył von Raczek. Płomienie oświetliły wnętrze. Skała kryła w sobie grotę 

wielkości sporego kościoła. Na podłodze, w skrzyniach, na stołach, wszędzie leżało złoto. 

Przeróżne   monety,   biżuteria,   naczynia,   wysadzane   drogimi   kamieniami   korony,   berła 

królewskie. Ogromny skarb, przewyższający wszystkie bogactwa Europy. Obaj jednak nie 

zwracali uwagi na kosztowności. Na środku stało łoże, z którego właśnie gramolił się karzeł, 

imponująco brodaty i pokryty tysiącletnim kurzem. Spojrzał zdziwiony na intruzów, podniósł 

rękę w powstrzymującym geście, wreszcie spróbował coś powiedzieć, jednak z zasuszonego 

gardła wydobył się tylko charkot. Odchrząknął i sięgnął po beczułkę, stojącą u wezgłowia. 

Nie zdążył jednak przepłukać gardła - Ślązak wycelował i strzelił dwukrotnie. Jedną kulą 

trafił w czoło, drugą zaś w pierś. Von Soltz doskoczył i dla pewności przebił karła szpadą.

Ganz einfach - powiedział Raczek.

Très bien. Dépechons nous maintenant! Faisons vite ce qu’il y a à faire. Avant qu’il 

soit trop tard!  [* Dobrze. A teraz szybko, zróbmy to, zanim nie jest za późno.] - odpowiedział 

jego towarzysz.

C’est à vous de le faire. C’est vous, le prince! [* Pan jest księciem. Panu to bardziej 

przystoi.] - odparł.

background image

Książę ukląkł przy martwym karle i obejrzał jego dłonie. Na serdecznym palcu prawej 

dłoni pokurcz nosił szeroki, złoty pierścień. Von Soltz usiłował zdjąć klejnot, jednak nie dało 

się go przesunąć przez zgrubiałe stawy paluchów karła. Wreszcie szlachcic, zniecierpliwiony, 

wyjął z kieszeni hiszpański nóż i oberżnął całą kończynę, wyłuskując pierścień ostrzem, po 

czym nabożnie nałożył go na swój serdeczny palec.

Est-ce que cest deja le moment de... [* Czy teraz powinienem...] - zawiesił głos.

Oui. Allez-y vite! Peut etre il faudrait mieux le dire en allemand... S’il ne comprend  

pas le français? [**Tak, teraz. Jak sam pan zauważył, musimy się spieszyć. Tylko niech pan 

to powie po niemiecku, on może nie znać francuskiego.] - odpowiedział mu kompan.

Książę  wzruszył  ramionami   i  wyszedł.  Wszyscy  znają  francuski.  Rozejrzał  się  po 

nadreńskich łąkach, wreszcie podniósł dłoń i zawołał:

-  Pourvu que Jelizawieta meure! Que la Nouvelle Russie nous soit favorable!  C’est 

notre dernière chance...  [*** Spraw, aby umarła caryca Elżbieta! Niech następny władca 

Rosji będzie nam przychylny! To nasza jedyna nadzieja!]

W kwadrans później, kilka tysięcy kilometrów na północny wschód od nadreńskich 

łąk,   w   Petersburgu,   rozległo   się   bicie   w   dzwony.   Powoli   rozbrzmiewały   spiżowe   serca 

wszystkich cerkwi miasta nad Newą. Na carskim dworze ktoś krzyknął.

-  Jej   Wieliczestwo   umierło!  -   a   wiele   głosów   powtarzało   ten   okrzyk   wpierw   po 

rosyjsku, później po niemiecku i francusku.

Fryderyk II mógł odetchnąć z ulgą. W 1763 roku Prusy nie zostały starte z mapy.

* * *

3 lipca 1974 roku pod dom przy ulicy Engelsa w Pilchowicach na Górnym Śląsku, 

zajechał   nowiutki,   srebrzysty  Mercedes   450SL,   sportowe   coupe,   na   białych,   niemieckich 

tablicach   rejestracyjnych.   Na   ulicach   PRL-u   nieczęsto   widywano   takie   samochody.   Nic 

dziwnego, że auto wzbudziło niekłamany zachwyt grupy wyrostków, którzy jeszcze przed 

chwilą rozmawiali o piłce nożnej. Zebrali się dookoła pojazdu, wpatrując się w srebrny lakier, 

skórzaną tapicerkę i głośno przekrzykując się wiela mo na blacie.

Z   samochodu   wysiadł   wysoki   i   szczupły   mężczyzna.   Gdy   tylko   otworzył   drzwi, 

chłopcy rozbiegli się, ale zachęceni przyjaznym gestem, zaraz wrócili do auta. Mężczyzna 

miał około pięćdziesięciu lat, nosił zwykły, nieco wymięty, szary garnitur. Na głowę nałożył 

kapelusz z niewielkim rondem. Okulary w grubych oprawkach z czarnego plastiku i spory 

neseser dopełniały wizerunku zwyczajnego urzędnika. Nie wyróżniałby się niczym na ulicach 

background image

zarówno   Hamburga,   jak   i   Warszawy,   czy   Katowic.   Za   nic   nie   pasował   do   sportowego 

samochodu.

Otworzył pomalowaną na zielono furtkę z kratki „emki”. Dziwnym trafem, każdy dom 

przy   tej   ulicy   miał   cały   płot   z   tej   kraty,   produkowanej   na   potrzeby   kopalni   i,   podobno 

absolutnie nie do kupienia na rynku. Od furtki do drzwi piętrowego domu, typowej kostki, 

jakich   pełno   w   okolicznych   wsiach,   prowadził   schludny,   dokładnie   zamieciony   chodnik, 

flankowany niskimi rzędami bukszpanu. Drzwi murowanego domu schowane były w laubie - 

przedsionku,   o   ażurowych   ścianach,   wycinanych   z   drewna.   Na   niewielkiej   ławeczce   na 

pewno   chętnie   zasiadał   jakiś  staroszek  pamiętający   jeszcze   czasy   kaizera   Wilusia.  Teraz 

jednak ławeczka była pusta, zaś w równym rządku ustawione przed drzwiami stały buty: 

gumiaki  do pracy w ogrodzie,  męskie  półbuty i  damskie  pantofelki.  Mężczyzna  nacisnął 

okrągły przycisk dzwonka. W domu rozległo się natrętne brzęczenie.

Jooooorg! - odezwał kobiecy głos.

Cila, niy nerwuj mie! Kamrat u mie siedzi! - odpowiedział męski baryton.

Ja, już ida...

Szczęknęło   kilka   zamków.   Drzwi   otworzyły   się   skrzypiąc.   Za   nimi   wisiała   niby-

zasłonka   z   plastikowych   pasków,   mających   rzekomo   stanowić   zaporę   dla   much.   Niska, 

korpulentna   kobieta   odgarnęła   paski   i   spojrzała   na   gościa.   Kiedy   zauważyła,   że   to   nikt 

znajomy, przybrała oficjalny wyraz twarzy i zapytała po polsku:

- Dzień dobry. Czym mogę panu pomóc?

Dobry. Jorg doma? Musza snim godać...

Na dźwięk śląskiego dialektu gospodyni uśmiechnęła się lekko.

-  Ja, siedzóm z Francikiym i na fusbal paczóm. Wlyźcie, sam sie sebujcie, tu mocie  

lacze. Jorg mo tam bółnkawa i kołocz, to wóm do. Jo móm robota we fribecie, to se tam  

dowejcie rady bezy mie - trajkotała, przepuszczając gościa i wychodząc na zewnątrz.

Mężczyzna zdjął buty i kapelusz, otworzył drzwi do sieni i wszedł do pokoju. Na 

fotelu siedział Jorg, czyli Jerzy Szołtysek, mężczyzna pięćdziesięcioletni, o szpakowatych 

włosach i spracowanych dłoniach. Naprzeciwko siedział drugi - pewnie Francik, mniejszy, o 

szczurowatej twarzy. Obaj kłócili się o właśnie obejrzany mecz.

Jorg, pieróna, czamu sie niy cieszysz?

Bo my przegrali - odpowiedział Szołtysek.

-  Pieróna, Jorg, jakby te gorole grały z jakimiś Rusami, abo Szwedami, abo tymi  

Holyndrami, tobyś móg być za niymi, ale przeca łóni z Niymcami grali! - pieklił się Francik.

- No właśnie. My sóm przi Polsce, to my sóm za Polskóm. Czamu, Francik, jak cie na  

background image

grubie pytajóm, to żeś już tak za tymi Niymcami niy jest?- bronił się zwolennik polskiej piłki.

Ty dobrze wiysz, czamu. Jorg, a jak do Rajchu pojedziesz to bydziesz za Niymcami?

Niy pojada do Rajchu.

Francik machnął ręką i zaczął pożerać kołocz z makiem, popijając kawą. Kręcił przy 

tym głową, ale dał spokój kłótni.

Gość wszedł do pokoju.

Witej, Jorguś - powiedział.

Gospodarz odwrócił się jak rażony gromem. Talerzyk wypadł mu z dłoni. Popatrzył 

chwilę na przybyłego i, nie odwracając od niego wzroku, powiedział do swojego kolegi:

-  Francik, niy nerwuj sie, ale idź se terozki do dom, ja? Jutro se zaś pogodomy o  

fusbalu.

Francik zrozumiał, że to jakaś ważna sprawa, przełknął pospiesznie ostatni kawałek - 

Cila robiła najlepszy kołocz we wsi - i wyszedł bez słowa. Gość, nie czekając zaproszenia, 

usiadł na drugim fotelu.

Jedyn zero dlo Niymców. Gromy o trzecie z Brazylióm - powiedział Jorg.

To terozkiś jest Polok, ja? - zapytał gość.

Jorg nie odpowiedział. Gość posiedział chwilę w milczeniu. Powoli, po cichu zaczął 

pogwizdywać pod nosem jakąś melodię. Szołtysek zanucił razem z nim. W pokoju cicho 

niosła się Horst Wessel Lied.

* * *

SS-Untersturmführer   Friedrich   Ratschek   tkwił   za   krzakiem   czeremchy,   na   skraju 

rosyjskiego lasu. Plamisty kamuflaż peleryny i pokrowca na hełm pomagał dobrze się ukryć, 

ale młody oficer nie polegał tylko na tym. Twarz umazał błotem, dzięki temu nie przyciągała 

wzroku sowieckich obserwatorów jasną plamą. Do hełmu przymocował kilka wiechci trawy, 

zaś   pistolet   maszynowy   okręcił   wąskimi   paskami,   pociętego   jutowego   worka,   aby 

zamaskować  charakterystyczny kontur broni. Stary pruski  feldfebel  dostałby niewątpliwie 

apopleksji,   widząc   takiego   żołnierza,   tutaj   jednak   nie   groziła   nikomu   szpicruta   speca   od 

musztry, lecz sowieckie kule. Podporucznik co jakiś czas sięgał powoli po lornetkę i lustrował 

przedpole. Od lasu na wschód rozciągały się szerokie łąki. W miejscu, w którym miał swoją 

kryjówkę,   zwężały   się   do   stumetrowego   pasa   rozdzielającego   dwie   ściany   lasu.   Oficer 

spojrzał na swoich ludzi - Heini, z kaemem, Otto - wielki, jasnowłosy chłop ze Szwabii, 

tulący policzek do rury panzerszreka. Dalej siedział cichy i skryty Timo Krispuu, strzelec 

background image

wyborowy. Świetnie się zamaskował i obserwował przedpole przez lunetę swojego mauzera. 

Za nim drugi Estończyk, Jaan Harse, też z panzerszrekiem i Rudolf, z drugim kaemem.

Laden und sichern! - dla pewności wydał komendę Ratschek.

Kiwnęli głowami - sam zakazał odpowiadać, po co komu tyle gadania. Będą mieli się 

Sowieci   z   pyszna,   nie   ma   co.   Oto   sześciu   świetnych   żołnierzy   z   dywizji   pancernej   SS 

„Wiking” uzbroiło się po zęby, zrobiło zasadzkę i da bolszewikom popalić!

Czekali cierpliwie. W zeszłą sobotę wzięli do niewoli Kozaka, który sam przeszedł za 

ich linie, z zamiarem wstąpienia do RONA. Był przesłuchiwany i od niego wiedzieli, że 

konwój musi tędy jechać. Ich kompania była odpowiedzialna za utrzymanie swojego odcinka 

i   nie   mogli   sobie   pozwolić   na   osłabienie   linii,   ale   na   kilkakrotnie   ponawiane   prośby 

podporucznika SS-Sutrmbannführer Geno Reihmann zgodził się wydelegować z Ratschkiem 

pięciu ludzi, których sam sobie wybierze, i dać im broń, jaką sami będą chcieli. Potem kręcił 

nosem, kiedy zobaczył w rękach ludzi podporucznika dwie przeciwpancerne wyrzutnie i dwa 

kaemy MG-42, „Pięciu ludzi, a pół siły ognia kompanii!” - ale słowa dotrzymał. Niech młody 

Untersturmführer zarobi na swój Żelazny Krzyż!

Najpierw usłyszeli warkot czołgowych silników. Konwój otwierał jeden czołg T-34, za 

nim podążały cztery amerykańskie  ciężarówki Studebaker, z  wymalowanymi  czerwonymi 

gwiazdami na burtach, zaś całą kolumnę zamykał lekki T-40.

W   zasadzce   każdy   znał   swoją   rolę.   Nie   otwierali   ognia,   czekali,   aż   znajdą   się 

dokładnie na trawersie kolumny. Otto przygotował pancerzownicę do strzału i wycelował w 

pierwszy czołg, Rudolf w ten zamykający kolumnę.

Feuer frei! - wyszeptał młody oficer.

Dwie rakiety poleciały w stronę czołgów, zostawiając za sobą smugi dymu. W tej 

samej sekundzie Krispuu nacisnął spust, trafiając w głowę kierowcę środkowej ciężarówki. 

Pierwszy czołg  płonął.  Załoga  pospiesznie  wyskakiwała  przez  właz  na  wieży.  W drugim 

potężna   eksplozja   urwała   wieżyczkę,   zabijając   załogę   na   miejscu.   Rudolf   zaczął   pruć   z 

karabinu maszynowego, krótkimi seriami, po kabinach ciężarówek, Krispuu zabił drugiego 

kierowcę, zaś podporucznik i Heine rzucili się przeładowywać panzerszreki.

Verfluchte Scheisse! - krzyknął nagle Rudolf.

Podporucznik spojrzał na przedpole... Wprowadzono ich w błąd! Ciężarówki, które 

miały być pełne części zamiennych, przewoziły żołnierzy! Z bud studebakerów wyskakiwali 

radzieccy piechurzy, słychać było komendy, wykrzykiwane przez wymachującego naganem 

oficera.   Jednak   Ratschek   wybrał   dobrych   żołnierzy,   zanim   jeszcze   wydał   odpowiednie 

rozkazy, każdy zaczął robić swoje. Strzelcy pancerzownic odłożyli rury, sięgnęli po peemy i 

background image

zaczęli strzelać krótkimi seriami. Rozszczekały się również obydwa karabiny maszynowe. 

Estończyk zastrzelił radzieckiego oficera. SS-Untersturmführer raz za razem naciskał spust i 

starał się ocenić sytuację.

Mieli   chwilową   przewagę   i   odnieśli   już   spory   sukces   -   dwa   zniszczone   czołgi, 

kilkunastu   zabitych   Rosjan,   a   podziurawione   ciężarówki   dalej   nie   pojadą.   Sowieci 

dysponowali   jednak   przewagą   liczebną,   było   ich   około   sześćdziesięciu.   Chwilowo   ogień 

przycisnął ich do ziemi, kryli się za samochodami i wrakami czołgów, ale gdy tylko ich 

dowódca   zorientuje   się   w   sytuacji,   natychmiast   przejdzie   do   natarcia.   Musieli   mieć 

przynajmniej sześć erkaemów - przygwożdżą Niemców ogniem zza ciężarówek, reszta ruszy 

do ataku. Trzeba więc uciekać, i to szybko, bo w lesie stracą przewagę nad czerwonymi. Całe 

szczęście, że do swoich pozycji niedaleko! Krótka komenda - ludzie będą wiedzieli co robić.

Zuruck! Schnell!

Heini i Rudolf zaczęli strzelać, w tym czasie reszta żołnierzy odskoczyła na parę 

kroków. Zza drzew posłali kilka serii z pistoletów maszynowych, Krispuu zastrzelił jakiegoś 

Iwana, który zbyt mocno wychylił się zza burty ciężarówki. Pod osłoną kolegów wycofali się 

obaj   strzelcy   kaemów,   objuczeni   taśmami   z   nabojami   i   ciężką   bronią.   Wszyscy   ruszyli 

biegiem przez las. Ratschek zastanawiał się, czy dadzą radę. Popełnił błąd - nie przewidział 

konieczności szybkiego odskoku i za bardzo obciążył swoich ludzi. Za porzucenie w lesie 

broni,   i   to   tak   cennej   jak   karabiny   maszynowe   i   pancerzownice   groziłby   sąd   polowy. 

Żołnierze nieśli za dużo - normalnie obsługę zarówno kaemu jak i panzerszreka stanowi 

dwóch ludzi - celowniczy i amunicyjny. Tutaj każdy niósł swoją amunicję, zaś niszczyciele 

czołgów mieli jeszcze automaty. Wyraźnie słyszeli za sobą odgłosy pogoni, przyspieszyli. 

Jednak   rosyjscy   piechurzy   nie   mieli   tyle   sprzętu   -   wszystko,   co   mogłoby   przeszkadzać, 

porzucili pewnie przy ciężarówkach (Ratschek sam by tak zrobił) i teraz biegli szybciej niż 

Niemcy.

Podporucznik zaczął się rozpaczliwie zastanawiać, co gorsze - zginąć z ręki Iwanów, 

czy ryzykować wściekłość dowódcy kompanii i pewnie sąd polowy. O odznaczeniu może 

zapomnieć, chociażby jutro własnoręcznie zniszczył całą ruską dywizję pancerną. Trudno, nie 

był wariatem, pośmiertny Krzyż Rycerski nie pociągał go wcale. Życie ludzi, którzy pokładali 

w nim swoją ufność, było mu droższe niż broń. Postanowił porzucić obciążenie - już chciał 

wydać taki rozkaz, gdy kilkanaście metrów przed nimi uniósł się duży kawał darni, spod 

którego wyjrzała umorusana twarz żołnierza.

Kameraden! Kommen sie hier! - krzyknął.

Ziemny, zamaskowany schron! Dzięki Bogu! Iwany tutaj ich nie znajdą, dojdą do 

background image

niemieckich linii, odbiją się i dadzą spokój, uznawszy, że udało się im uciec! Wskoczyli do 

środka. Ziemianka przygotowana była bardzo porządnie, ściany oszalowano świeżymi pniami 

sosen,   tak   samo   podłogę,   stały  tam  też   zbite   z   desek   prycze,   był   stół,   lampa   naftowa   i, 

najważniejsze,   radio   -   sensem   istnienia   bunkra   było   zatrzymanie   pierwszego   ataku   i 

ostrzeżenie właściwych linii - od strony „radzieckiej” znajdowała się szczelina obserwacyjna, 

zamaskowana krzakami i siatką. Strop przykrywała gruba darń, zapobiegliwi budowniczy 

zasadzili na niej nawet małą brzózkę.

Gdy wszyscy znaleźli się już w środku, żołnierz ze schronu zasunął właz. Załogę 

placówki   stanowiło   dwóch   ludzi   -   niski,  ciemnowłosy  SS-Sturmann   i   szeregowiec   zajęty 

czyszczeniem swojego karabinu.

Zaś poszoł jakiś oficjyr, gupi gizd, i Rusy mu wojoków zabiyły... - mruknął pod nosem 

żołnierz, nie spodziewając się, że ktoś jeszcze może tutaj rozumieć po śląsku.

Fritz Ratschek przyjrzał się mu badawczo.

Od kiedy to do Waffyn SS Poloków bieróm, co? - zapytał żołnierza.

-  O, pierucha...  - wyrwało się Georgowi Sholtiskowi, spodziewającemu się kary za 

lekceważenie oficera.

Nie został jednak ukarany.

Młody   oficer   mógł   wreszcie   wpiąć   do   munduru   wstążkę   swojego   upragnionego 

Żelaznego Krzyża II klasy. Zgłosił się do SS na ochotnika. Czuł się Niemcem, ale sprawy 

ideologiczne nigdy go nie zaprzątały. Chciał być żołnierzem i, mimo że zabronił mu tego 

ojciec, zabroniła matka, i nawet farorz zagroził ekskomuniką, młody Ratschek w październiku 

1939   zdał   maturę   w   gliwickim   gimnazjum   i   zgłosił   się   na   ochotnika   do   Waffen   SS. 

Koleżeńska atmosfera w tym nowym wojsku odpowiadała mu bardziej, niż arystokratyczny 

Wehrmacht. Trafił do SS-Junkerschule w Bad Tölz, a potem do dywizji „Wiking”. Razem z 

flamandzkimi, norweskimi, estońskimi i fińskimi ochotnikami przeszedł cały szlak bojowy - 

Ukraina, południowa Rosja, Kaukaz, teraz znów Ukraina...

Natomiast   Georg   Sholtisek   nie   był   bynajmniej   ochotnikiem.   Jako   poborowy  mógł 

zostać   powołany   tylko   do   Wehrmachtu,   jednak   w   1943   roku   na   obwodowej   komisji 

wojskowej dano mu do podpisania jakiś dokument. Ktoś powiedział, że to tylko formalność. 

Jorguś nie czytał za dobrze po niemiecku, podpisał więc, jak kazali - rodzice przyuczyli do 

posłuszeństwa. Pięć tygodni później siedział na pryczy, w pociągu wesoło toczącym się przez 

szerokie stepy Rosji. Po niemiecku nie umiał wiele więcej niż „Zu befehl”, „Jawohl”, i „SS-

Schutze Georg Sholtisek”. W pięć tygodni, ku rozpaczy ojca i matki, z syna śląskiego górnika 

stał się rycerzem Tysiącletniej Rzeszy, walczącym na wschodzie z azjatyckimi hordami.

background image

Fritz Ratschek polubił młodego Ślązaka. Zdołał załatwić mu przeniesienie do swojej 

kompanii i zrobił z niego swojego „adiutanta”, jeżeli podporucznik może mieć adiutantów. 

Miło było mieć z kim pogadać po swojemu. Jeszcze weselej było, gdy spotykali jakąś grupę 

Ślązaków z Wehrmachtu.

* * *

Jorg Szołtysek bardzo rzadko pił alkohol. W niedzielę po obiedzie piwo, a gdy nie 

mógł spać, nalewał sobie mały kieliszek gorzołki.

Tyn mój to je porzóndny chop. Do szynku niy chodzi, doma tysz gorzoły niy piyje,  

cygaretów niy kurzy, szporuje, na a geltag mo całkiym fajny - zwykła mawiać gadatliwa Cila 

Szołtysek, dumna ze swego męża.

Lecz tego dnia Jorguś nie odmówił. Noc była ciepła, postanowili więc pójść do lasu. 

Fritz schował samochód w garażu za domem Szołtyska i z bagażnika wyjął dwie butelki 

whisky  Ballantine’s,  absolutny  luksus.  Jorg  wziął  z  domu  szklanki,  dwa  pęta  swojskiego 

wusztu do przegryzania, chleb i koc.

-  Cila, niy czekej na nos z wieczerzóm i narychtuj dlo mie, i dlo mojigo kamrata  

spanie na dole - powiedział do żony.

A ta, zazwyczaj gadatliwa i swarliwa, wyczuła jakoś powagę sytuacji.

Yno mi dziołchów niy pobudźcie - poprosiła tylko.

Spakowali wszystko do plecaka, którego Jorg używał na wycieczkach w góry.

Przez Pilchowice płynie niewielka rzeczka, Bierawka, przecinając lasy okalające wieś. 

Na jednej z leśnych polan, nad rzeką dwaj kamraci rozłożyli koc i usiedli, opierając się o pień 

zwalonego   drzewa.   Niegdysiejszy   SS-Hauptsturmführer,   aktualnie   dobrze   prosperujący 

biznesmen, członek zarządu wielkiej firmy budowlanej Deicher GmbH - Friedrich Ratschek, 

otworzył   pierwszą   butelkę   szkockiej.   Nalał,   wznieśli   toast.   Jorgowi   niezbyt   smakował 

aromatyczny alkohol, ale w tej chwili nie miało to znaczenia. Gdy zaczęło się ściemniać, 

zebrali nieco suchego drewna i rozpalili ognisko. I wspominali.

* * *

Obaj   poddali   się  Amerykanom   w   marcu   1945   i   trafili   do   obozu   jenieckiego   w 

brytyjskiej strefie okupacyjnej.

Fritz   poświadczył,   że   Szołtyska   wcielono   do   Waffen   SS   przymusowo   i   Jorga 

background image

zwolniono,   pozwalając   mu   wybrać,   czy  chce   zostać   w  Niemczech   Zachodnich,   czy  woli 

wrócić do sowieckiej  Polski. Jorg chciał po prostu wrócić  do domu. Nie żałował  swojej 

decyzji,   gdy  czarnoskóry  kierowca   amerykańskiego   jeepa   zatrzymał   się   przed   sowieckim 

posterunkiem w Czechach. Szołtysek wrócił do domu, do Pilchowic. W swojej rodzinnej wsi 

nie zastał wielu dawnych kolegów. Jedni zginęli w Rosji, innych wywieziono do Niemiec. Po 

wojnie ukończył w trybie przyspieszonym górnicze technikum i już w 1946 roku pracował w 

kopalni KWK Knurów. W 1948 ktoś doniósł „że Szołtysek Jerzy się nazywał Sholtisek Georg 

i   że   jest   on   esesmanem,   co   zabijał   komunistów   z   bratniego   Związku   Socjalistycznych 

Republik Radzieckich”.

Aresztowało   go   UB,   siedział   w   budynku   urzędu   przy   ulicy   Powstańców   w 

Katowicach, przesłuchiwali go, niezbyt zresztą brutalnie, bo „Szołtysek Jerzy” niczego nie 

próbował ukrywać. Poświadczył za niego w końcu kuzyn ojca, który zaraz w 1945 zapisał się 

do PPR-u i został „działaczem”. Wypuścili go i dali spokój. Był to jedyny kontakt Jorga 

Szołtyska z polityką. Zbudował dom w Pilchowicach i te trzy dekady spędził na ciężkiej 

pracy na kopalni. Ożenił się z Cecylią Bieniek, która urodziła mu dwie córki i syna. Za 

domem miał gołębnik. Gołębie stanowiły hobby Jorgusia, i okazję do spotkań z kolegami - 

gołymbiorzami. Niektórzy z tych kolegów byli też na wojnie, ale o tym nigdy nie rozmawiali. 

Związek Hodowców Gołębi Pocztowych był jedyną organizacją do jakiej należał.

* * *

Fritz spędził w obozie jenieckim rok. Jego rodzice zginęli w marcu 1945, za drutami 

dowiedział się o tym dopiero po dziesięciu miesiącach. Gdy wyszedł na wolność, nie miał i 

nie znał nikogo. Jedyne, co potrafił, to być żołnierzem. W czerwcu 1946 roku zaciągnął się do 

Legii Cudzoziemskiej. Znał nieźle francuski, w Legii ceniono niemieckich oficerów. Szybko 

awansował do stopnia podporucznika. Walczył w Indochinach, aż do Dien Bien Phu, gdzie 

został  ciężko  ranny.  Nie podpisał  kolejnego kontraktu. Wrócił do Niemiec.  Zarobiona  na 

wojnie sumka pozwoliła mu podjąć wieczorowe studia budowlane, pracował jednocześnie 

jako robotnik, potem majster. W 1956 ukończył studia i zauważył, że biznes podobny jest do 

wojny.   Od   tego   momentu   jego   kariera   zaczęła   się   toczyć   zadziwiająco   dobrze.   Został 

prezesem wielkiej firmy, miał piękny dom z basenem, trzy samochody, wakacje spędzał na 

Teneryfie... Żony ani dzieci nie miał. Zaczął spisywać swoje wspomnienia.

Tak   rozmawiali   do   końca   pierwszej   butelki.   Gdy   Jorguś   otworzył   drugą,   zaczęli 

wspominać wspólne, wojenne przygody. Ciemna noc i płomienie ogniska przypomniały im 

background image

noce spędzone przy ogniu - w Rosji, na Kaukazie, na Ukrainie, w Polsce, na Węgrzech. 

Wspominali towarzyszy, tych co zginęli, tych co przeżyli, sławnych ludzi, których spotkali.

Dziesięć   lat   temu   Jorg   próbował   napisać   do   Estończyka,   Jaana   Harse,   z   którym 

szczególnie się przyjaźnił. Wysłał list na adres matki Jaana, o której ten mawiał „Chociażby 

świat się palił, moja matka zawsze będzie mieszkać w domku pod Haapsalu nad Bałtykiem”, 

ale nie doczekał się odpowiedzi.

Pod koniec drugiej butelki Fritz zapytał:

Jorg, a pamiyntosz jak nos Göring wysłoł nad Ren, szukać tyj jaskinie?

Szołtysek był już nieco pijany.

* * *

Pierwszego marca 1945 dróżką wzdłuż Renu, gdzieś pomiędzy Bonn a Koblencją, 

dziarsko   toczył   się   odkryty   kubelwagen.  W  kanciastym   samochodziku   siedziało   czterech 

mężczyzn.   Kierowca   nosił   mundur   sierżanta   Wehrmachtu;   pozostali   trzej   mieli   na   sobie 

maskujące   panterki   SS,   bez   dystynkcji.   Światła,   zgodnie   z   regulaminem,   przykryli 

przesłonami,   w  obawie   przed   alianckim  lotnictwem.   Pociechą   dla   pasażerów  był   mglisty 

ranek - chmury wisiały nisko, nieciekawa pogoda dla lotników. Pociechą, przecież nikt nie 

ściąga osłon z lamp, jak się na chwilę zachmurzy.

SS-Hauptsturmführer   Fritz   Ratschek   obojętnie   patrzył   na   rzekę,   pogrążony   w 

rozmyślaniach. Gdzieś  na drugim brzegu są już  Amerykanie. Na wschodzie Sowieci,  tak 

blisko Berlina. Chyba w całej Rzeszy już tylko Fiihrer wierzył w zwycięstwo. Fritz słyszał, 

jak w rozmowach o Hitlerze kilkakrotnie powoływano się na „cud domu brandenburskiego”. 

O tym samym mówił sam marszałek Göring.

Byli   w   Bawarii   dwa   tygodnie   temu.   Göring,   odurzony   narkotykami,   pozbawiony 

praktycznej władzy, o czym wiedział nawet Ratschek, przez godzinę perorował w natchnieniu 

o   arystokratycznych   przodkach   Hauptsturmführera.   Germańscy,   śląscy   rycerze!   Ratschek 

wiedział o swoich szlacheckich korzeniach, w Przyszowicach na Śląsku mieszkał nawet jego 

daleki krewny, który ciągle posługiwał się tytułem  Graf von Raczek.  Jednak już pradziad 

Fritza był zbyt ubogi, by dla swego syna wykupić patent. Marszałek wiedział i o tym - 

bełkotał   coś   o   „kupieckiej,   żydowskiej   mentalności,   pieniędzmi   zarzynającej   prawdziwą 

szlachtę”, tytułował młodego esesmana „Hauptsturmführer von Ratschek”. Powtarzał też bez 

przerwy coś o „germańskim rycerstwie”, zaś Fritz nie śmiał napomknąć, że herb jego rodziny, 

Warnia, należy do polskiej heraldyki.

background image

Wreszcie Göring zaczął  opowiadać o wojnie siedmioletniej. Wykład z  historii  był 

długi i nudny, prowadził do prostej konkluzji - w roku 1763 Prusy stały na krawędzi zagłady, 

wojska austriackie i rosyjskie maszerowały na Berlin, a jednak Opatrzność czuwała i kraj 

przetrwał.   Ratschek   wiedział   o   tym   doskonale   ze   szkoły,   jednak   teraz   marszałek   zaczął 

podkreślać   beznadziejność   ówczesnej   sytuacji.   Oczywiście,   analogia   sama   się   nasuwała. 

Tylko gdzie ta cesarzowa Elżbieta, która miałaby umrzeć?

Po   czym   Göring   pokazał,   o   co   naprawdę   chodziło.   Skinieniem   dłoni   przywołał 

kamerdynera,   który   przyniósł   hebanową   skrzyneczkę.   Marszałek   otwarł   pudełko   z 

namaszczeniem i podał Fritzowi pergamin. Ktoś pięknymi, podobnymi do szwabachy literami 

wykaligrafował tekst po łacinie. Poniżej umieszczono miniaturę przedstawiającą brodatego 

mężczyznę, który podnosił prawą dłoń z wielkim pierścieniem na serdecznym palcu. Göring 

tymczasem perorował dalej. Twierdził, że posługując się tym dokumentem, w 1763 roku 

Guido graf von Raczek odnalazł jaskinię, w której spał karzeł Alberyk. Posiadał on pierścień 

Nibelunga,   którego   moc   ratuje   Germanów.  A  teraz   Fritz,   potomek   hrabiego   von   Raczek, 

pojedzie szukać pierścienia Nibelunga, i uratuje Niemcy. A on, Hermann Göring, zostanie 

nowym Fuhrerem, który nie popełni błędów Hitlera.

W efekcie tamtej rozmowy Fritz siedział teraz w pędzącym po wybojach samochodzie 

i zastanawiał się, co też ich czeka na końcu tej podróży. Jego rozważania przerwało nagłe 

hamowanie.   Zatrzymał   ich   żandarm   w   motocyklowym   płaszczu.   Samochód   najwyraźniej 

wydawał mu się podejrzany - żadnego oficera w środku, dużo broni, dziwny kierunek jazdy...

Aussteigen! - rozkazał.

Siedzący   obok   Ratschka   oficer   Wehrmachtu,  herr   Oberst  Heimo   von   Krantz, 

zauważył   żołnierza   wcześniej.   Wyciągnął   z   kabury   pistolet   jeszcze   zanim   samochód   się 

zatrzymał. Z przodu Sholtisek otworzył drzwiczki. A kiedy żandarm skierował w jego stronę 

lufę peemu, Krantz wyciągnął rękę z pistoletem ponad burtę samochodu i dwukrotnie strzelił 

tamtemu   w   pierś.   Wysiadł   z   samochodu,   zabrał   postrzelonemu   pistolet   maszynowy,   z 

ładownic wyciągnął magazynki, następnie wycelował w czoło żandarma i pociągnął za spust. 

Nogą  zepchnął  ciało  do rowu i  wsiadł  do auta.  Sholtysek  stał,  oszołomiony.  Heimo  von 

Krantz, który już powrócił do przerwanej kilka minut wcześniej lektury, uniósł wzrok.

Einsteigen, Sturmann Sholtisek. Fahren Sie, bitte - zwrócił się do kierowcy.

Przejechali   jeszcze  kilka   kilometrów,  kiedy  Ratschek,   tknięty  jakimś   przeczuciem, 

wyciągnął kopię dokumentu Góringa. Nakazał zatrzymać samochód i z kompasem porównał 

układ ruin dwóch nadreńskich zamków i starego, romańskiego kościoła.

Das ist hier, glaube Ich... - powiedział.

background image

Na piechotę ruszyli ku rzece. Na nadbrzeżnej łące tkwił szary głaz, miejsce zgadzało 

się z mapą. Jorg wziął ze sobą kaem, kierowca miał pistolet maszynowy - zajęli stanowiska i 

ubezpieczali   oficerów.   Pułkownik   von   Krantz   dziarskim   krokiem   pomaszerował   do 

kubelwagena po kilof. Wyszarpnął go z przeznaczonych  na to narzędzie haków i równie 

szybkim krokiem jął wracać do skały. Nie doszedł.

Metr od nóg pułkownika eksplodował pocisk kalibru 7,5 cm, wystrzelony z odległego 

o czterysta metrów niemieckiego czołgu „Panther”. Pocisk przeznaczony był dla samochodu, 

zaparkowanego przy drodze, lecz chybił. Z von Krantza zostały jedynie buty. Fritz nagle 

zrozumiał!

Jorg, pódź tukej! Sam niy bydom szczylać! - krzyknął.

Jorg nie rozumiał, ale nie zadawał pytań. W kilku skokach znalazł się przy swoim 

dowódcy. Pantera obróciła wieżę, ale w stronę skały nie padł strzał. Za czołgiem ukazały się 

dwa transportery opancerzone, z których wysypywali się grenadierzy.

Jorg, pier po nich, wiela wlezie! Wiela mosz patrółnów do maszingywyjra? - zapytał 

Fritz.

Trzista. Hauptsturmführer, przeca nos zabiyjom. I pojakimu nasi do nos szczylajóm?  

Przeca widać, że my sóm nasi! - odpowiedział Jorg.

Fritz nie tracił czasu na wyjaśnienia teraz. Sam rozumiał doskonale. Marszałek Göring 

chciał tego, co było w tej skale wyłącznie dla siebie. A ludzie Führera również szukali Groty 

Nibelungów. Nie ośmielą się jednak strzelać do ostatniej nadziei Rzeszy z armaty. Fritz i Jorg 

są   więc   w   luksusowej   sytuacji   -   mogą   strzelać,   nie   będąc   ostrzeliwanymi.   Kierowca 

kubelwagena tego nie zrozumiał i zginął, trafiony serią z czołgowego kaemu.

Ten,   który   dowodził   zmechanizowanym   oddziałem   na   wzgórzu,   nie   był   głupi. 

Grenadierzy szerokim łukiem omijali  stanowisko zajmowane przez  dwóch  Ślązaków, aby 

zajść ich od drugiej strony. Ratschek zastanawiał się, co może zrobić, aby zwiększyć swoje 

szanse na przeżycie kolejnego kwadransa.

W   tym   momencie   wieża   pantery   zwróciła   się   w   stronę   rzeki.   Pierwszy   strzał   z 

niemieckiego czołgu  urwał wieżyczkę shermana, który ukazał  się na wzgórzu na  drugim 

brzegu.   Ale   za   pierwszym   nadjechały   cztery   następne.   Świetnie   wyszkoleni   niemieccy 

czołgiści   zdołali   zniszczyć   kolejnego.   Jednak   dobrze   wymierzona   salwa   z   trzech 

amerykańskich   armat   rozbiła   panterę.   Za   shermanami   widać   było   piechotę   i   saperów   na 

ciężarówkach,   wiozących   elementy   mostu   pontonowego.   Niemiecki   dowódca   usiłował 

zorganizować jakąś obronę, jednakże żołnierze nie strzelali zbyt ochoczo. Kiedy pojawiła się 

pierwsza   biała   flaga,   krzyczał   o   zdradzie   i   groził   pistoletem.   Jego   ludzie   już   nie   chcieli 

background image

umierać.   Ktoś   nacisnął   spust   karabinu,   i   odważny   dowódca,   pragnący   wypełnić   rozkazy 

Fiihrera i walczyć do ostatniego naboju, zginął od niemieckiej kuli. Grenadierzy uznali, że 

nadarza im się niepowtarzalna okazja trafienia do niewoli amerykańskiej. A to było dużo 

lepsze, niż perspektywa gnicia w sowieckim łagrze.

Jorg Sholtisek uznał, że warto dowódcę o coś zapytać.

Hauptsturmführer, możno i dlo nos sam by sie ta wojna mogła skóńczyć?

Fritz Ratschek zgodził się z podwładnym. Wyszli zza głazu z rękami w górze. Dla 

nich ta wojna się skończyła.

Tydzień   później   uprzejmy   oficer   amerykańskiego   wywiadu   wojskowego   zapytał 

Fritza:

Who were you before your military service?

Zaś Fritz odpowiedział po angielsku, ze swoim fatalnym akcentem:

I was nobody.

Who are you going to be when the war is over? - zapytał znowu officer.

I will be nobody - odparł Ratschek.

A amerykański oficer doskonale wiedział, że ten młody esesman wcale nie usiłuje 

utrudniać mu rutynowego przesłuchania.

* * *

Srebrny,   sportowy  mercedes   gnał   po   autostradzie   z   Monachium   do   Ulm.   Potężny 

silnik   z   basowym   pomrukiem   rozpędzał   samochód   do   prędkości   dwustu   kilometrów   na 

godzinę. Fritz prowadził z wyraźną przyjemnością, droga była całkiem pusta. Jorg wpatrywał 

się w przelatujące za szybą krajobrazy. W Niemczech nie był od 1945, za granicę, w ciągu 

tych trzydziestu lat, wyjechał raz - na wczasy, na Węgry.

Podróż się dłużyła, ale jakoś nie rozmawiali zbyt wiele, więc miał dużo czasu na 

rozmyślania.

Życie Jorga dzieliło się na trzy wyraźne okresy. Dzieciństwo, od kiedy pamięta, do 

poranka, w którym przyszło wezwanie do wojska. Matka z łzami w oczach dała mu pięć 

marek, żeby sobie coś kupił w mieście, a on, podekscytowany, spotkał się z kolegami pod 

kościołem i na rowerach pojechali do Gliwic, na komisję wojskową. To były lata beztroski. 

Rodzice nie byli bogaci, ale Jorg był jedynym synem, a ojciec, górnik strzałowy, był dobrze 

opłacany, więc bieda nie zaglądała im do garnka.

Następny okres może nazwać młodością - to trzy lata w Waffen SS, na wojnie. Gdyby 

background image

miał   opowiedzieć   o   tym   swojemu   szesnastoletniemu   synowi   (Jorg   czekał   aż   smarkacz 

dorośnie), powiedziałby, że wojna była straszna. Niech Bóg go od niej strzeże. Jednak, gdy 

myślał o tym, we własnym sumieniu musiał przyznać, że ma wiele dobrych wspomnień z tego 

czasu. Bracia. Niemcy, Estończycy, Finowie i Norweg. Bliżsi mu niż ktokolwiek inny, bliżsi 

niż żona, matka, dzieci.  Kameraden, z którymi łączyła go przyjaźń bardziej intymna, niż 

jakakolwiek   inna   relacja   między   ludźmi,   przyjaźń,   jaką   można   zbudować   na   wspólnym 

obcowaniu ze śmiercią. Towarzysze, którym ratowało się życie po stokroć i którzy odpłacali 

tym samym. Opatrywali sobie nawzajem rany, dbali o siebie jak najlepsze rodzeństwo. Poza 

starszym Jaanem Harse, Estończykiem, który trochę im matkował, wszyscy byli w wieku 

Jorga. Razem upijali się po raz pierwszy, razem po raz pierwszy szli na dziewczyny, razem 

znosili klęski, razem cieszyli się ze zwycięstw. Rozstali się bez żalu, nie szukali też nigdy ze 

sobą kontaktu - a jednak nie było dnia, w którym Jorg nie myślałby o swoich kamratach, lub 

we śnie nie widział ich twarzy.

Trzecia część jego życia zaczęła się wraz z końcem wojny. Był szczęśliwy. Miał dobrą 

żonę i dzieci, porządnych kolegów w pracy. Nie lubił komunistów, chodził do kościoła, a w 

politykę nigdy się nie angażował. Kiedyś obiecał to swojej żonie. Jej ojciec, stary Werner 

Bieniek, miał czterech braci, trzech stracił przez politykę. Dwóch zabili w 1920 roku Polacy z 

POW-u,   trzeciego   w   1921   Niemcy   z   Selbsschutzu.   Sam  Werner   przyjął   taktykę   zbrojnej 

neutralności - trzymał w domu pistolet, i gdy na jego plac  właziły polskie abo niymieckie  

chachary strzelał sprawiedliwie, do wszystkich. Dzięki temu i jedni i drudzy dali mu spokój.

Jorg nie protestował, kiedy jego dzieci uczono w szkole bzdur o odwiecznej polskości 

Śląska, powrocie do piastowskiej macierzy. Dorosną, to przyjdzie czas im wytłumaczyć - a 

teraz, po co paplaniem mają narobić sobie kłopotów w szkole.

I   oto   nagle,   po   trzydziestu   latach,   życie   Jorga   wywróciło   się   do   góry   nogami. 

Wystarczyła jedna noc nad dwiema butelkami whisky - i oto on, Szołtysek Jerzy, który nigdy 

nie przebumelował w życiu ani jednej godziny, bo tak go ojce nauczyli, poszedł do lekarza z 

butelką, kawą i czekoladą z Rajchu i dostał zwolnienie lekarskie na miesiąc. Żonie powiedział 

tylko:

-  Cila,   jada   z   Fritzym   do   Rajchu.   Za   miesiónc   byda   nazod.   Przywieza   dzieckóm  

szekuladów.

Cila najpierw zaczęła trajkotać, a po co, a dlaczego, skąd paszport, czy dadzą, a kto za 

to zapłaci, a czy mu się nic nie stanie. Jorg cierpliwie przeczekał potok słów. Gdy skończyła, 

wyszeptał:

Cila, dziołszko moja, jo musza tam pojechać.

background image

Żona zrozumiała i nie zadała ani jednego pytania więcej. Zrozumiała też, gdy poprosił, 

by   nie   mówiła   nikomu,   że   pojechał   do  Rajchu  -   oficjalnie   wybrał   się   do   sanatorium   w 

Ciechocinku. Na szczęście, nie wiedziała, że Jorg wcale nie będzie sobie wyrabiał paszportu. 

Któregoś dnia Fritz poprosił o zdjęcie i zamknął się na godzinę w pokoju, po czym wręczył 

przyjacielowi   paszport  Bundesrepublik  Deutschland   wystawiony  na  Johana  Kaufmana,   ze 

zdjęciem Jorga i peerelowską wizą w środku.

Kiedy zbierali się już do wyjazdu Jorg zszedł z Fritzem do piwnicy. Zamknął za sobą 

dokładnie   drzwi,   i   kazał   Cili   przypilnować,   żeby   żadne   z   dzieci   nie   polazło   na   dół. 

Zaprowadził Fritza do swojego warsztatu, odsunął ciężką, stalową szafkę i wyjął ze ściany 

dwie cegły. Za nimi znajdował się mały schowek - wysmołowany, aby chronić zawartość 

przed wilgocią, zamykany na stalowe drzwiczki. Kluczyk leżał na framudze piwnicznego 

okienka - mały, zardzewiały,  jeden z wielu rupieci, poniewierających się po warsztaciku. 

Lekko dał się przekręcić w naoliwionym zamku - i ze schowka Jorg wyjął blaszane pudełko 

po   ciastkach.   Położył   je   na   stole   i   otworzył.   W   środku   leżało   pięknie   zakonserwowane 

parabellum i szesnaście nabojów. Wytłumaczył Fritzowi, że pistolet znalazł już po powrocie 

do domu, przy zwłokach oficera, który zginął w lesie pod Pilchowicami. Jorg jakoś głupio 

czuł się bez broni, wziął więc pistolet, wsadził do skrzynki, zalał olejem i schował u rodziców 

pod podłogą na strychu. Kiedy budował dom, sporządził ten schowek, w tajemnicy przed 

wszystkimi. Raz do roku, w rocznicę swojego wstąpienia do wojska, wyciągał pistolet ze 

skrytki, czyścił, konserwował i chował. Raz na rok, nigdy częściej. Ratschek kiwnął tylko 

głową, i Jorg ukrył pistolet z powrotem w schowku.

Na szaloną propozycję Ratschka zgodził się z jednego powodu. Chciał jeszcze raz 

poczuć to podniecenie, które gdzieś w połowie wojny zastąpiło odczucie strachu. Zamiast bać 

się przed walką, opanowywało go wtedy właśnie to niepowtarzalne, wręcz radosne uczucie. 

Wiedział, że może zginąć, ale w jakiś najdziwniejszy sposób przestał się wtedy bać śmierci.

Pamiętał swój ostatni szturm, jakby to było przedwczoraj. Opancerzony transporter 

trząsł się niemiłosiernie na wyboistej drodze, siedzieli naprzeciwko siebie - ciemne, okopcone 

twarze, hełmy w pokrowcach, nerwowe uśmiechy towarzyszy, jaśniejące oczy, brudne dłonie 

kurczowo zaciśnięte na lufach pistoletów maszynowych.

Zaraz po wojnie zamienił czasem kilka zdań z kolegami ze szkoły, którzy trafili do 

Wehrmachtu. Wszyscy mówili to samo - tam yno jedno było ważne - przeżić. Jorg wyczuł tę 

delikatną różnicę w rozłożeniu akcentów, tę nieprzebijalną zasłonę między nim, a tamtymi. 

Ochotniczy   charakter   dywizji   sprawiał,   że   nawet   ci   wcieleni   przymusowo,   jak   Jorg, 

przejmowali   coś   z   walecznego   zapału   młodych   esesmanów.   Wojna   była   straszna,   miał 

background image

nadzieję, że jego dzieci nigdy żadnej nie doświadczą - ale nie mógł się tego wyprzeć: wtedy, 

gdy siedzieli naprzeciwko siebie w jadącym po ulicach Budapesztu transporterze, nie myśleli 

o śmierci, ani o okropnościach wojny. Myśleli z podnieceniem o nadchodzącej walce! Nie 

tęsknił do tego uczucia - jednak, gdy Ratschek dał mu  możliwość krótkiego powrotu do 

czasów, kiedy życie smakowało inaczej, niż węglowy pył w kopalni i kluski z roladą na 

niedzielny obiad, nie zastanawiał się długo.

Ratschek   opowiedział   mu   wszystko.   Gdy   wrócił   z   Indochin   i   wystąpił   z  Legion 

Etrangere, postanowił odnaleźć Pierścień Nibelungów. Otworzył nadreńską grotę, jednak była 

pusta - nie znalazł w niej ani Alberyka, ani złota, ani pierścienia. Tylko dwa zetlałe, ludzkie 

szkielety.

* * *

Książę von Soltz wykrzyczał swoje „życzenie” i zamilkł. Nic się nie stało - nadreńskie 

łąki spowijał mrok.

J’ai l’impression de me retrouver dans une légende [* Mam wrażenie, że znajdujemy 

się w jakiejś legendzie...] - powiedział po chwili.

Effectivement, jusqu’a maintenant, cela en a bien l’air... [* Bo też tak to, jak do tej 

pory, wygląda.] - dodał von Raczek.

Książę uśmiechnął się.

J’ai toujours pensé être rationel, mais dans cette situation précise, même la raison 

me conduirais à en profiter. Dirigeons nous vers Berlin maintenant. Nous allons voir si nous  

avons réussi à changer quelquechose. Et puis... il faut que l’on rende l’anneau au Seigneur  

[*   Uważam   się   za   racjonalistę,   ale   w   naszej   sytuacji   nawet   rozum   podpowiadał,   aby 

wykorzystać tę sytuację. Trzeba nam teraz jak najszybciej jechać do Berlina, sprawdzić, czy 

nasze starania coś dały. A potem oddać ten klejnot Jego Wysokości.] - postanowił.

Von Soltz skinął na swego sługę i skierował się ku wierzchowcom. W tej samej chwili 

Guido graf von Raczek wyciągnął zza pazuchy mały pistolet, przystawił księciu do potylicy i 

strzelił. Na umówiony znak Hanys rzucił się na sługę hrabiego, obalił na ziemię i poderżnął 

mu gardło.

-  Leć terozki drapko na góra, i rozpol te dwie fojerki. Yno drap!  - zakomenderował 

hrabia.

Jawohl, Graf!

Hanys pobiegł na górę i jął krzesać ogień, by rozpalić ogniska. W tym czasie hrabia 

background image

odwrócił trupa, ściągnął mu z palca pierścień i schował do kieszeni. Zaciągnął oba ciała do 

groty. Ogniska już płonęły - a po drugiej stronie Renu zapaliły się niewielkie światełka. Po 

kwadransie do brzegu przybiło pięć łodzi, każda z tuzinem ludzi na pokładzie. Hrabia wydał 

komendy   -   i   z   łodzi   wyniesiono   skrzynie,   do   których   sześćdziesięciu   ludzi   sprawnie 

spakowało skarby z jaskini. Nikt nie ukradł nawet talara. Guido Höllische Graf von Raczek 

wzbudzał   strach   większy   nawet   niż   chciwość   towarzyszy   hrabiego   -   wyborowej   bandy 

rzezimieszków,   przy   których   austriackich   pandurów   można   by   wziąć   za   bogobojnych 

mieszczan.

Tydzień później kolumna zbójów przebranych za pruskich dragonów, eskortujących 

„transport najwyższej wagi państwowej” przemierzała zniszczony wojną kraj, kierując się na 

Śląsk.

* * *

Srebrny, sportowy mercedes zjeżdżał drogą, wijącą się wokół wzgórza Torreblanca 

niedaleko   andaluzyjskiego   kurortu   Fuengirola,   dwadzieścia   pięć   kilometrów   od   Malagi. 

Kwadrans wcześniej Fritz Ratschek i Jorg Szołtysek, po serdecznym pożegnaniu, opuścili 

willę, w której mieszkał były SS-Standartenfiihrer, były dowódca walczących w Waffen SS 

Walonów, aktualnie biznesmen z branży budowlanej, Leon Degrelle.

Fritz był dumny - Degrelle poznał go, pamiętał go jeszcze po tych wszystkich latach. 

W   czasie   wojny   spotkali   się   w   kotle   pod   Czerkasami.   Teraz   długo   rozmawiali,   nieco 

wspominali, potem godzina zeszła na załatwienie aktualnej sprawy. Jorg tylko przysłuchiwał 

się tej rozmowie, ale, ponieważ toczyła się po francusku, niczego nie mógł zrozumieć.

Degrelle nie zrobił na Szołtysku dobrego wrażenia. W przeciwieństwie do Fritza, Jorg 

znał szeregowych żołnierzy - Walonów - podwładnych Degrella. Nie mieli o nim najlepszego 

zdania. W czasie wojny nigdy nie spotkał go osobiście, ale dzisiejsza wizyta odświeżyła tylko 

wspomnienie epitetów, jakimi określali tego ulubieńca Führera jego żołnierze. „Karierowicz”, 

„cwaniak”, „spryciarz”, „kanciarz” - aż po „oszusta” i „kłamcę”. Twarz Belga potwierdzała 

słowa kolegów. Wtedy miał zadowoloną z siebie buźkę małego spryciarza, chytruska - dziś, 

jego poorana zmarszczkami fizjonomia postarzałego lowelasa dopełniała tamtego obrazu. Na 

zdjęciach,   które   Jorg   widywał   w   gazetach   podczas   wojny   nie   było   jednak   tego   błysku 

szaleństwa w oczach, który pojawiał się kilkakrotnie podczas rozmowy z Fritzem.

Ratschek nie wyjawił, po co pojechali do Hiszpanii. Podróż zajęła im trzy dni - spali w 

przydrożnych   hotelikach.   Dużo   rozmawiali   o   planach   Fritza.   Przede   wszystkim   Ratschek 

background image

mówił. Jorg pojechał z nim, aby zakosztować innego życia, chociaż przez chwilę, bo nie 

wierzył w żadne bajki o Nibelungach. Tym bardziej dziwił się niezachwianej pewności, jaką 

okazywał jego towarzysz podróży. Fritz czuł to niedowierzanie i zasypywał go argumentami. 

W ciągu ostatnich lat, każdą wolną chwilę spędzał w bibliotekach, badając dzieje swojego 

wielkiego przodka i pieczołowicie zbierając wszelkie wzmianki o Nibelungach, Złocie Renu i 

innych staroniemieckich legendach. Wiele opowiadał o mitach i historii, lecz jeszcze więcej 

czasu poświęcał przyszłości. Przyszłości Europy, bo on, Friedrich Ratschek po wojnie nie 

czuł się już Niemcem.

Chociaż to raczej Niemcy przestali się czuć podobnymi Frtizowi. Nie czuł się też 

oczywiście Polakiem. Bycie mishlingiem, Ślązakiem, Wasserpolakiem nie było dość dobre dla 

jego nazwiska  i krwi. Dlatego  czuł  się Europejczykiem. Nie  było  to jednak nostalgiczne 

nawiązanie do czasów kulturowej wspólnoty średniowiecza. On patrzył w przyszłość! Był 

patriotą przyszłej Europy, nie zważającej na historię i przeszłość, nowej, jednej Europy! Cóż 

tam - narody! Dziewiętnastowieczny przeżytek - zbyt młody, by mieć podporę w tradycji, 

zbyt stary, by przystawać do wizji, jaką prezentował. W kwestii narodów akurat Jorg mógł się 

zgodzić z Fritzem - pamiętał, swojego staroszka, pradziada, Wacława Szołtyska, który pytany 

o narodowość przez zaangażowane politycznie wnuki, ze zniecierpliwieniem machał tylko 

ręką, a indagowany natarczywie obił nawet laską dorosłego ujka Ywalda.

Ratschek   był   przekonany,   że   pierścień   ukryty   jest   w   piwnicach   przyszowickiego 

pałacu   hrabiów   von   Raczek.   Sądził   również,   że   razem   z   pierścieniem   ukryto   kilka 

tajemniczych skrzyń, o jakich wspominały archiwalia. Miały one zawierać ogromny skarb.

Po powrocie z Hiszpanii, jeździli po całej RFN, załatwiając różne, niezrozumiałe dla 

Jorga sprawy. Fritz twierdził, że musi zorganizować przerzut owych skrzyń ze skarbem przez 

Czechosłowację do RFN.

W   domu   Ratschka   zmienili   samochód   na   duże   volvo   kombi,   oraz   paszporty   na 

szwajcarskie. Oba miały wbite ważne wizy PRL. Samochód był zarejestrowany w Szwajcarii. 

Po   dwóch   tygodniach   wjechali   ponownie   do   Polski.   Jorg   nie   wrócił   jednak   do   swojej 

prawdziwej tożsamości. Przeciwnie, otrzymał sztuczną brodę i perukę, aby przez głupi zbieg 

okoliczności   nie   zostać   zdekonspirowanym.   Uzgodnili,   że   rozmawiać   będą   wyłącznie   po 

niemiecku. Fritz wręczył Jorgowi listę dziesięciu nazwisk z adresami i atlas samochodowy. 

Dnie   spędzali   w   hotelach,   w   nocy  odwiedzali   kamratów   z  Waffen   SS.  Trzech   udało   się 

przekonać. Od Koniecznego, z Opola, pojechali na Podhale. Jorg zastanawiał się, któż taki, z 

im podobnych, mógłby tam mieszkać. Fritz go oświecił - nikt. Na Podhalu mieszkał Janek 

Chalbeda,   żołnierz   „Ognia”,   antykomunistycznego   partyzanta.   Chalbeda   uniknął 

background image

dekonspiracji, jednak został sam, bez możliwości działania. Postanowił więc ukryć w dobrym 

miejscu, zakonserwować i doglądać niemałego arsenału. Fritz i Jorg dotarli do niego późnym 

wieczorem.   Ratschek   zabronił   Jorgowi   się   odzywać,   a   kiedy   przywitał   się   z   góralem, 

Szołtysek zrozumiał dlaczego.

- Witam. Szanowny panie, przybywam tutaj z Londynu, moja szwajcarska tożsamość 

jest   fałszywa.   Jestem   delegatem   prezydenta   Ostrowskiego   na   kraj   -   powiedział   Ratschek 

najczystszą polszczyzną, z arystokratycznym „ł”.

Oczywiście, góral nie był idiotą. Pokiwał głową, wyjął spod serdaka visa, wycelował 

we Fritza, nakazał podnieść ręce do góry i uprzejmie zaprosił do chaty. Syn Chalbedy schował 

volvo do stodoły. Góral był przekonany, że ma do czynienia z prowokatorem SB. Fritz liczył 

się z takim rozwojem wypadków. Spokojnie siadł za stołem i zaczął mówić. Po dwudziestu 

minutach opowieści góral schował pistolet, po pół godzinie przeprosił, po godzinie otworzył 

tajny schowek pod podłogą. Góral utrzymywał luźny kontakt z emigracyjnymi środowiskami 

w Londynie przez kuzyna, który przed wojną wyjechał do USA. Ratschek powołał się na tę 

znajomość,   by   przedstawić   dokładnie   swoje   miejsce   w   emigracyjnej   hierarchii   i   swoje 

zamiary. Chalbeda uwierzył bez zastrzeżeń.

Nieco później Fritz i Jorg wyjeżdżali z podhalańskiej Łopusznej. W bagażniku ich 

samochodu, pod fałszywym dnem spoczywały trzy niemieckie pistolety maszynowe MP-40, 

jedna   radziecka   pepesza,   trzy   pistolety   (parabelka,   walther   z   tłumikiem   i   polski, 

przedwojenny vis) i spora skrzynka amunicji.

Nad ranem dojechali do Pilchowic. Broń zakonserwowali, zalali olejem i w szczelnej 

skrzyni zakopali w lesie. Zanim we wsi ktokolwiek się obudził, byli w domu Jorga. Szwajcar 

Heinrich   Bóhm   z   powrotem   stał   się   ob.   Szołtyskiem   Jerzym,   zamieszkałym   przy   ulicy 

Engelsa 8, Pilchowice, czterdzieści cztery sto czterdzieści pięć.

* * *

Do Towarzysza Majora Kopczyka Antoniego,

Szanowny   Towarzyszu,  ja,   jako  lojalny   obywatel   Polskiej  Rzeczpospolitej   Ludowej  

czuję się we własnym socjalistycznym sumieniu zobowiązany donieść, iż było u mnie, jako  

byłego,   przymusem   wcielonego,   żołnierza   faszystowskich   wojsk,   dwóch   osobników,  

podających się za Szwajcarów, przybyłych też samochodem marki Volvo, ze szwajcarskimi  

tablicami rejestracyjnymi Numeru nie zdołałem zanotować, za co Towarzysza przepraszam  

bardzo.   Osobnicy   owi   stwierdzili,   iż   są   dwoma   żołnierzami   SS   i   do   mnie,   jako   swojego  

background image

kompana, mają prośbę. Mówili przy tym po polsku. Miałem z niemi udać się na Śląsk, aby  

tam dokonać wydobycia jakiegoś cennego przedmiotu, tudzież uczestniczyć w akcie sabotażu  

przeciwko naszej Ludowej Ojczyźnie. Niniejszym deklaruję, jako lojalny obywatel Polskiej  

Rzeczpospolitej   Ludowej   wszelką   pomoc   w   ujęciu   wyżej   wymienionych   bandytów,   którzy  

jednak się z imienia i nazwiska nie przedstawili.

Z poważaniem,

ob. Dracz Michał

Dracz wstał od stołu, złożył kartkę, wsunął do kieszeni marynarki, i ruszył doręczyć ją 

na SB. Stanął na chwilę w drzwiach... Kartka paliła mu kieszeń, nie da się ukryć. Spojrzał na 

swoje powykręcane palce i przypomniał sobie obóz w Jaworznie, w którym zmasakrowano 

mu dłonie. I inne części ciała. Zdecydowanym krokiem ruszył na komendę milicji, w której 

mieściła się siedziba SB. Lepiej być donosicielem, zdecydowanie lepiej.

* * *

Porucznik Miłczyk wyszedł z roboczego spotkania z towarzyszem majorem Ziemką. 

Pobrał z magazynu broń i kluczyki do służbowego dużego fiata. Trasa z siedziby SB przy 

ulicy Powstańców w Katowicach do Przyszowic zabrała mu czterdzieści minut. Zaparkował 

pod kościołem i postanowił przespacerować się do pobliskiego zameczku.

* * *

- Słuchajcie, Miłczyk. Te ich, kurwa, paszporty są pewnie prawdziwe, więc musimy 

ich chwycić na gorącym uczynku. I róbcie to, kurwa, po cichu, bo nam to mogą w każdej 

chwili sprzątnąć. Więc nie spuszczać zamku z oka, byle po cichu i z daleka. To grubsza 

sprawa,   i   jeżeli   damy   sobie   radę   bez   Warszawy   to   cała   zasługa   nam   przypadnie. 

Zrozumieliście mnie dobrze, Miłczyk, kurwa?

- Tak jest, towarzyszu majorze - odpowiedział Miłczyk i w duchu dodał „kurwa”.

Odłożył słuchawkę i pomyślał, że zasługa to przypadnie Ziemce, a on musi odwalać 

czarną robotę. No cóż, taki zawód. Może liczyć tylko na wsparcie rejonowej komendy MO.

* * *

background image

Wszystko   było   umówione,   zorganizowane   i   zapięte   na   ostatni   guzik.   Kostenko   i 

Lompa   już   czekali,   ukryci   w   niewielkim   parku,   otaczającym   eklektyczny   pałacyk   von 

Raczków   w  Przyszowicach,   służący  teraz   za   przedszkole.   Między  drzewami   zaparkowali 

nyskę. Kilkanaście minut po północy na parking przy przyszowickim kościele, oddalonym od 

pałacu   o   sto   metrów,   zajechało   powoli   volvo,   ze   zgaszonymi   światłami.   Jeszcze   w 

samochodzie   Frizt   wyciągnął   krótkofalówkę.   Użył   przycisku   do   nadawania   alfabetem 

Morse’a i wysłał trzy krótkie sygnały.

Alles ist vorbereitet! - odpowiedział mu ściszony głos Lompy.

Aufsteigen - Ratschek wydał równie cichą komendę.

Wysiedli   z   samochodu.   Broń   i   narzędzia   niedbale   ukryli   pod   marynarkami   i 

spokojnym krokiem pomaszerowali do pałacu. W innej sytuacji Jorg może zastanawiałby się - 

po co im pistolety maszynowe? Ale jego umysł przestawił się ponownie na wykonywanie 

komend. Od myślenia był oficer. On zaś miał analizować sytuację, meldować i wykonywać 

rozkazy. Przeszli przez szosę, minęli pawilon handlowy i po dwóch minutach znaleźli się 

naprzeciwko pałacu. Wieś była jak wymarła. Ratschek z kieszeni kurtki wyciągnął czarną 

kominiarkę i naciągnął ją na twarz. Jorg uczynił to samo. Fritz spojrzał na krawędź dachu, 

rysującą się na tle jasnego nieba. Nad wejściowymi drzwiami ciągle dumnie tkwił herb von 

Raczków   -   Warnia,   rak.   Fritz   urodził   się   i   wychował   w   Gliwicach,   ale   bywał   tutaj   w 

odwiedzinach u krewnych, którzy mieszkali w pałacu przed wojną. A teraz Polacy zrobili tutaj 

przedszkole...

Dość refleksji, do dzieła!

Podeszli pod drzwi.  Ratschek, ku zdziwieniu  Jorga,  wyciągnął  wytrych  i w ciągu 

kilkunastu   sekund   otworzył   drzwi.   Weszli   do   środka.   Fritz   dwukrotnie   nacisnął   guzik 

krótkofalówki   -   „OK”.   Ratschek   miał   plany   pałacu,   ale   w   środku   wnętrze   zostało 

przebudowane. Prawie na oślep, przyświecając sobie tylko słabą latareczką, ruszyli szukać 

wejścia do piwnic. Po paru minutach znaleźli! Krótkofalówka - „OK”. Drzwi były zamknięte, 

Fritz wyjął ponownie wytrych. Jorg wyciągnął pistolet z tłumikiem i przeładował, delikatnie 

prowadząc zamek palcami, żeby nie szczęknął zbyt głośno. Wytrych zgrzytnął i kolejne drzwi 

stanęły otworem. Zeszli po schodach.

Piwnica była  zagracona - śmieci, szczątki  starych mebli, okna,  szyby,  jakiś złom, 

wszystko to wypełniało pomieszczenia, zostawiając niewiele miejsca do przejścia. Przecisnęli 

się   między   rupieciami   do   klitki   znajdującej   się   dokładnie   pod   południowo-wschodnim 

narożnikiem pałacu. Krótkofalówka - dwa naciśnięcia, „OK”. Fritz dla pewności spojrzał na 

busolę, przypiętą na przedramieniu. Wyjął z kieszeni stetoskop i geologiczny młotek i zaczął 

background image

opukiwać północną ścianę, przycisnąwszy do muru końcówkę stetoskopu. Jest! Zapalił mocną 

latarkę   i   położył   ją  tak,   by  oświetlała   ścianę.   Oczyściwszy  stary  tynk   szczotką,   odnalazł 

szczelinę. Wcisnął w nią grot śrubokrętu i podważył - ukryte drzwi ustąpiły lekko i otwarły 

się z szelestem. Udało się!

Na środku niewielkiego pomieszczenia, na rokokowym fotelu o pięknych poręczach, 

siedział starzec. Zgarbiony, z głową opuszczoną na pierś, spał. Długie siwe włosy spływając 

na ramiona, łączyły się z brodą, szarą zasłoną przykrywając pierś. Dłonie opierał na szabli. 

Fritz   i   Jorg   stanęli,   zdziwieni   i   skonfundowani.   Starzec   westchnął   ciężko   i   z   wysiłkiem 

podniósł głowę.

Was noch, Schweinebande!? Hier gibt es kein gold! - zapytał charczącym głosem.

Nie umieli wydobyć z siebie głosu. Starzec sapnął i sięgnął za pazuchę, wydobywając 

staroświecki, skałkowy pistolet. Jorg zareagował odruchowo - wytłumiony walther psyknął 

dwukrotnie, nie głośniej niż lufbiksa na wróble. Oba pociski trafiły w głowę - bezwładne ciało 

zwisło na fotelu. Fritz wzruszył ramionami i ściągnął trupowi z palca pierścień Nibelungów. 

Jorg był przekonany że śni. Zanim Rastchek zdążył zastanowić się, co ze skarbem, odezwał 

się głośniczek krótkofalówki:

-  Achtung!, Feindel Vier Wagen!  - zameldował Lompa, jakby ciągle byli w Rosji, i 

chodziło o sowieckie czołgi, nie zaś o cztery milicyjne radiowozy.

Dwaj włamywacze zamknęli za sobą tajne drzwi, rzucili się po schodach na górę i 

przypadli do okien. Ratschek zajął pozycję przy głównym wejściu i ruchem głowy wskazał 

Jorgowi  drugą   stronę  pałacu.   Ośmiu   ludzi,   w tym  sześciu   umundurowanych  milicjantów. 

Uzbrojeni tylko w pistolety. Fritz uśmiechnął się do siebie. Jednak zastrzeli jeszcze w życiu 

kilku komunistów. Mimo wszystko - to miłe.

- Milicja! Wychodzić z rękami do góry albo będziemy strzelać! - krzyknął porucznik 

Miłczyk i zginął od pierwszej kuli.

Milicjanci  rzucili się  za samochody,  kuląc  się ze strachu.  Nigdy nikt  do nich nie 

strzelał. Lecz tam czekali już Lompa i Kostenko z automatami...

Z drugiej strony pałacu trzech funkcjonariuszy zajęło pozycje za wielkimi kubłami na 

śmieci. Jeden z nich dramatycznie wrzeszczał do swoich kolegów na placu, nie wiedząc, że ci 

są już martwi:

- Wezwijcie posiłki, kurwa, wezwijcie posiłki! Niech wojsko tu przyjedzie, kurwa!

Jorg   przypomniał   sobie   etapy   skrytego   podchodzenia   i   likwidacji,   które   ćwiczyli 

trzydzieści lat wcześniej, u Otto Skorzenego, następnie wprowadził je w życie. Przez boczne 

okno wyślizgnął się z pałacu, przeczołgał kawałek, ukryty w cieniu, wpełzł między drzewa, 

background image

szerokim   łukiem   okrążył   pozycję   milicjantów.  Ten   od   wzywania   posiłków   powtarzał   jak 

mantrę -”kurwa, kurwa, kurwa, kurwa...”. Pozostali dwaj usiłowali zerkać na pałac, w którym 

Jorga dawno już nie było. Podczołgał się do miejsca za betonową latarnią, przyklęknął, oparł 

lewy łokieć o kolano - i trzykrotnie strzelił. Trafił wszystkich, podniósł się szybko, podbiegł 

kilka   kroków   i   ponownie   posłał   milicjantom   trzy   kule.   „Punkt   szósty:   sprawdzić   broń, 

przeładować,   zająć   pozycję   defensywną,   czekać   na   rozkazy”.   Zmienił   magazynek, 

przyklęknął za śmietnikiem i szepnął do krótkofalówki.

Klar.

Klar - odpowiedział Lompa.

Der „B” Plan - mruknął do radia Ratschek.

* * *

- Kurwa, kurwa, kurwa, kurwa! - ryczał do słuchawki major Włodzimierz Ziemka. - 

Co to jest, kurwa w dupę jebana mać, Ameryka? Trzecia, kurwa mać, wojna światowa? Co to 

jest?

Właśnie   złożono   mu   raport,   na   który,   piekląc   się,   czekał   od   kwadransa.   Ośmiu 

funkcjonariuszy   zabitych   w   Przyszowicach,   broń   automatyczna,   kaliber   9   milimetrów. 

Następnych   czterech   -   w   blokadzie   na   ulicy   Pszczyńskiej   w   Gliwicach.   Ziemka   właśnie 

wysłuchał zeznania jednego z milicjantów: „Jechali, towarzyszu, jak diabeł sam, no, Jezusie 

Nazareński, towarzyszu, jechał na pełnym gazie, wytłukli, kurwa, przednią szybę, i ten drugi 

walił   seriami   przez   tę   szybę   wytłuczoną,   jak   przypierdolili   w   naszego   fiata,   to   przeszli. 

Myśmy  strzelali,   ale   chyba   nie   trafiliśmy,   bo   szybko   jechali.  A  jak   uciekali,   to   ten   chuj 

otworzył tylne drzwi, i, kurwa, zastrzelił jeszcze Witka, towarzyszu!”.

Cały ślad po bandytach to dwa spalone samochody: volvo na szwajcarskich numerach 

w Przyszowicach i nyska. Zaparkowana na ul. Zimnej Wody w Gliwicach, wrzucili do środka 

granat, na ulicy wypadła połowa szyb.

- Co mnie, kurwa, obchodzą w dupę jebane szyby! - wrzeszczał major Ziemka.

* * *

Cila niczego nie podejrzewała. Jorgowi zdawało się, że gdyby wrócił zakrwawiony, na 

bifyju  położył karabin i głowę milicjanta, to Cili i tak do głowy nie przyszłoby, że jej Jorg 

może mieć coś wspólnego ze strzelaniną. Minęły już cztery dni. W telewizji ani słowa, mała 

background image

notka w „Trybunie”, coś sąsiedzi gadali o napadzie w Przyszowicach. Nic wielkiego!

Piątego dnia wyznaczyli sobie spotkanie z Ratschkiem, nad Bierawką. Jorg był jeszcze 

na chorobowym, siedział w domu i oglądał telewizję, ciągle myśląc o ostatnich wydarzeniach. 

Wieczorem już w sypialni, usłyszał delikatne stuknięcia w szybę. Jego kamrat, Francik, w taki 

sposób wyciągał go czasem na ogród, gdy chcieli posiedzieć razem w milczeniu, napić się 

piwa,   albo   herbaty   z   termosu   i   cieszyć   się   letnią   nocą.   „Czemu   nie”   -   pomyślał   Jorg   i, 

włożywszy szlafrok, wyszedł na dwór. Francik stał tam, jak zwykle. Jednak...

Suchej, bo yno roz powiym. Fritz Ratschek robi dlo komunistów. Niymieckich. Jest  

agyntym Stasi. Tu mosz dowody. - Podał Jorgowi szarą kopertę.

Szołtyska zamurowało. Z jednej strony, to wiele tłumaczyło... Ale Francik!

Skónd ty... - zdołał tylko z siebie wydusić Jorg.

Gehlen Organization - opowiedział krótko przyjaciel.

Ha! Siatka niemieckich szpiegów, zorganizowana w krajach za żelazną kurtyną, zaraz 

po zakończeniu wojny, przez niemieckich speców z Abwehry. Dla CIA, oczywiście... Fritz 

nawet coś o nich wspominał, i Jorg podejrzewał, że dawny kolega może mieć z nimi coś 

wspólnego. Oczy i uszy Amerykanów w Europie Wschodniej...

-  Od Leona Degrelle prziszła pilno przesyłka do nos. Łón go odkrył, jak szukoł po  

swoich papiórach. Łod niego sóm te fotografije. Łobejrz se. I drugo rzecz - nigdy wincyj w  

życiu ni bydymy godać o tym. Rozumisz? O fusbalu, gołymbiach, babach, polityce, grubie - ja,  

ale niy o tym. Rozumisz? - wyjaśnił zdziwionemu Szołtyskowi Francik.

Ja.

No to patrz tam jako. Pyrsk.

Francik odszedł, wsadziwszy ręce w kieszenie. A Jorg usiadł w kuchni, i obejrzał 

zdjęcia.

* * *

-  Deine   name?  Imię?  Kak   tiebia   zawut?  -   zapytał   beznamiętnym   głosem   SS-

Hauptsturmführer Ratschek przerażoną Rosjankę.

Nie odpowiedziała. Esesman podniósł pistolet i strzelił jej w środek czoła. Przeszedł 

krok w prawo, do kolejnej w szeregu. Dalej stało jeszcze dwadzieścia kobiet.

Kak tiebia zawut? - zapytał i uśmiechnął się do dziewczyny.

Nim zdążyła odpowiedzieć, strzelił jej w brzuch, gdy upadła, dobił.

Gefreiter Werner Grossman, z Wehrmacht Propagandenkompanie stał sparaliżowany z 

background image

przerażenia. Po chwili udało mu  się przezwyciężyć  strach, i zareagował jak przystało na 

dziennikarza (ach, gdzież uleciały te wspaniałe czasy, w których fotografował piękne kobiety 

dla ilustrowanych pism!). Uniósł do oczu leicę i zaczął fotografować, robiąc jedno zdjęcie za 

drugim. „Jeszcze trzy, jeszcze dwa, czekaj, musisz mieć gębę tego drania” - myślał. Wreszcie, 

po którymś z kolei odgłosie strzału i trzasku migawki esesman obrócił się do tyłu i gefreiter 

zrobił mu zdjęcie.

Halt, du Schweine! - ryknął Ratschek.

Lecz Grossman potrafił szybko biegać, to bardzo przydatne w zawodzie dziennikarza. 

I uciekł, mimo że esesman strzelał do niego. I gefreiter Werner Grossman do końca życia, 

patrząc na swoją gębę w lustrze, przekonywał się, że Bóg nie stworzył go żołnierzem, Bóg 

uczynił go reporterem. Dlatego tylko zrobił zdjęcia.

* * *

Do zdjęć dołączony był krótki, odszyfrowany list Degrella. „Ten tchórz nie potrafił 

wziąć na siebie odpowiedzialności za rozstrzelanie paru komunistek, gdy już obrósł w tłuszcz 

i pieniądze. Stasi odnalazła zdjęcia w jakimś archiwum i zaszantażowali go ich ujawnieniem. 

Bał się stracić swoją pozycję, dlatego zgodził się z nimi współpracować”.

Warci siebie obaj, psiakrew! Jorg Szołtysek wiedział już co ma zrobić. Broni, użytej w 

akcji pozbyli się od razu, ale miał przecież w piwnicy parabelkę. Wziął pistolet ze sobą i 

poszedł na spotkanie z Fritzem, do lasu.

Spotkali się na niewielkiej polance, nad Bierawką. Jorg przyszedł wcześniej i czekał 

już na Ratschka. Kiedy ten przyszedł wreszcie, Szołtysek zaczął bez ogródek.

Tyś jest ze Stasi, ty pierdnie - powiedział, celując w swojego byłego przyjaciela.

Fritz wiedział, że Jorg trafi go w czoło z dziesięciu kroków. Nie chybi, nigdy nie 

pudłował w takich sytuacjach. Nie wykonał więc żadnego gwałtowanego ruchu. Czekał.

-  Te   Stasi   mie   nic   niy   obchodzi.   Poszołbyś   w   pieróny.   Ale   pamiyntosz   te   ruskie  

dziołchy,   na   wiosna,   w   czterdziestym   czwortym?   Te,   coś   mi   pedzioł,   że   je   bolszewiki  

pozbijały? Tyś je, giździe jedyn, sóm zastrzelił.

A więc o to chodzi...

Jorguś, opamiyntej sie. Przeca wiysz, że jak łune już roz były u nos, to Rusy by je i  

tak pozbijali, zaroz jak by je chycili. Dyć wiedzioł żeś co łuni robiyli z naszymi jyńcami?

Ja, wiedzioł żech. I ty se myślisz, pierdnie, że to styknie?

Fritz zamilkł.

background image

Meine Ehre heisst Treue - powiedział Jorg i strzelił.

Ciało Friedricha Ratschka obciążył kamieniami, i wrzucił do rzeki. Wcześniej zdjął 

mu z palca pierścień Nibelungów. Przyjrzał mu się chwilę w świetle księżyca, by po chwili 

cisnąć go z rozmachem do wody. Ratschek nie wypowiedział jeszcze żadnego żądania - to 

zarezerwowali dla siebie jego preceptorzy.

W kilka miesięcy później Jorg wraz z rodziną zasiadł przy wigilijnym stole. Gdy po 

konopiotce  przyszła  kolej   na  karpia  i  wszyscy  w  milczeniu   pałaszowali   rybę,  Jorg  nagle 

zakrztusił   się   lekko   i,   wbrew   tradycji,   wstał   od   świątecznego   stołu.   Cila   trochę   się 

zaniepokoiła, zwłaszcza że Jorg w tym roku nie był przed świętami u spowiedzi. Tak sądziła - 

w rzeczywistości Jorg poszedł i uczciwie wyznał wszystko księdzu, który odmówił udzielenia 

mu rozgrzeszenia. Jednak tajemnicę spowiedzi ksiądz traktował poważnie.

Jorg wyszedł do sieni i wypluł na dłoń niewielki, twardy przedmiot, który znajdował 

się w mięsie jego karpia. Na dłoni Jorga spoczywał pierścień. Nie chcąc niepokoić rodziny, 

schował  go  do kieszeni  i  wrócił  do wieczerzy.  Po  pasterce  zszedł  do  piwnicy  i  schował 

pierścień Nibelungów w swojej skrytce, razem z parabelką.

* * *

Trzydzieści lat później, w wieku osiemdziesięciu lat Jorg Szołtysek zmarł. Rodzina 

bardzo bolała nad tym,  że na starość  starzik Jorguś się z Pónbóczkiym powadzili.  Nigdy 

więcej nie poszedł do spowiedzi. Kiedy, na prośbę rodziny, do umierającego sprowadzono 

księdza z ostatnimi sakramentami, Jorg odwrócił się do ściany. Pogrzeb był z tego powodu 

niezwykle cichy.

Dzieci Jorga dawno wyprowadziły się do miasta, starka Cila nie żyła od sześciu lat, 

nikt   więc   nie   potrzebował   domu   przy   ulicy   Pojednania   (dawniej   Engelsa)   8.   Kupił   go 

koncern,   który   zamierzał   wybudować   w   Pilchowicach   magazyn   dla   okolicznych 

hipermarketów. Wyburzono dom Jorga i przygotowano beton do zalania fundamentów.

Którejś nocy Szołtysek odnalazł wreszcie drogę z przykościelnego cmentarza do ruin 

swojego domu. Wślizgnął się do piwnicy,  przeszedł do warsztatu, ze schowka wyciągnął 

pierścień i pistolet. Załadował broń i usiadł na krześle.

Nazajutrz   zalano   stare   piwnice   betonem.   Zbudowano   wielki   magazyn,   po   którym 

bezustannie kursowało kilkadziesiąt wózków widłowych.

Zaś Jorg Szołtysek siedział na krześle z gotowym do strzału pistoletem w dłoni i 

czekał.

background image

Pilchowice, wiosna 2004

background image

Podziękowania

Rodzicom, za wszystko;

Agacie, za wszystko i jeszcze więcej;

Dziadkowi, za historię.

Przyjaciołom:

Sylwii, Gosi, Markowi, Wojtkowi, za bycie co sobotę;

Basi za jazdę konną i aplauz;

Krzyśkowi i Maćkowi za szermierkę i konsultacje

z zakresu sztuk walki;

Mistrzowi i Przyjacielowi Krzysztofowi Ł.,

za formację intelektualną.