background image

Rozdział 

- Zrobione, Pete. Właśnie wysłałem mego chłopca na spot­

kanie z twoją córką. - Ernie Tremayne leżał samotnie w białym 
szpitalnym pokoju i nasłuchiwał pikania monitora, któremu to­
warzyszyło walenie piorunów za oknem. - Szkoda tylko, że nie 
mogę posłużyć im za arbitra, jak dawniej. 

„Ładny był z ciebie arbiter, Ernie. Przekupywałeś te dzieciaki 

lodami, żeby przestały się kłócić. Beth i Alana mówiły mi, że 
wszczynały bójki z Mikiem tylko po to, by dostać te cholerne 
lody." 

Ernie zachichotał, choć od śmiechu bolała go klatka piersio­

wa w miejscu cięcia. 

- Tak, Mike też mi o tym kiedyś powiedział. Tęsknię za 

dawnymi czasami, Pete. I to bardzo. Ten atak serca to prawdzi­

wa udręka, ale jeśli dzięki temu nasze dzieciaki znów zaczną ze 
sobą rozmawiać... 

Do pokoju zajrzała pielęgniarka. 

- Panie Tremayne? Godziny odwiedzin... Och, pan jest sam. 
- Tak. Po prostu mówię do siebie, Judy. 
- Mogłabym coś dla pana zrobić? Wprawdzie jeszcze nie 

pora na zastrzyk, ale... 

- Ma pani przy sobie cygara? 

Uśmiechnęła się szeroko. 

background image

6 • SKRADZIONY POCAŁUNEK 

- Przykro mi, ale przed godziną wypaliłam ostatnie. 

- A więc nic nie możesz dla mnie zrobić, Judy. Lepiej zajmij 

się chorymi. 

- Proszę wcisnąć guzik do dyżurki, jeśli będzie pan czegoś 

potrzebował. Oczywiście poza cygarami. - Pielęgniarka wyco­
fała się do holu. 

Ciekawe, co by powiedziała, gdyby zwierzył się jej, że roz­

mawia właśnie ze swoim starym przyjacielem i wspólnikiem 
Pete'em Nightingale'em. Pewnie nieraz miewała pacjentów 
w tym stanie, mówiących do zmarłych przyjaciół i krewnych. 
Na pewno nie uwierzyłaby, że Pete mu odpowiedział. 

Ernie doszedł do wniosku, że udało mu się nawiązać kontakt 

z Pete'em w ciągu kilku sekund, które spędził po tamtej stronie, 

kiedy lekarze na sali operacyjnej usiłowali przywrócić pracę 

jego serca. Przyjaciel naprawdę ucieszył się na jego widok, 

a teraz mogli ze sobą rozmawiać, co było dla Erniego sporą 

pociechą. Miał nadzieję, że dla Pete'a też. 

Oczywiście nie zamierzał wspominać o niczym personelowi 

szpitala. Pewne jak dwa razy dwa, że dopisaliby w jego karcie 
choroby starcze zaburzenia tuż obok choroby serca. A więc 

zatrzyma tę informację dla siebie. Może pewnego dnia opowie 
o tym Beth i Alanie. 

Centrum Medyczne w Tucson dzieliło od małego miasteczka 

Bisbee półtorej godziny jazdy. Przez całą drogę Mike Tremayne 
zastanawiał się, co powiedzieć Beth Nightingale. Mógłby za­

cząć od przeprosin. Do diabła, sporo się tego nazbierało. 

Nieźle narozrabiał przed ośmiu laty, narażając się obu sio­

strom i zrywając najcenniejsze przyjaźnie w swym życiu. Co 
gorsza, poczucie winy nie pozwalało mu na odwiedziny u ojca. 
Od wyjazdu z miasta w noc poprzedzającą ślub z Alaną przyje­

chał do domu tylko dwukrotnie, i to na krótko, ponieważ bał się 

SKRADZIONY POCAŁUNEK • 7 

natknąć przypadkowo na którąś z sióstr. Tym samym przez lata 
krzywdził zarówno siebie, jak i człowieka, którego kochał naj­
bardziej na świecie. Chociaż dziś, w tym sterylnym, przerażają­

cym szpitalnym pokoju Ernie nie wypowiedział ani słowa wy­
rzutu, Mike'a ogarnął żal za cennymi chwilami, których tak 
lekkomyślnie się pozbawił. 

Nad górami gromadziły się chmury burzowe, a błyskawice 

przecinały ciemności. Bezmiar nocnego nieba i rzadka pustynna 
roślinność w niczym nie przypominały dżungli, do której przez 
te lata przywykł. Ale Arizona na swój sposób była równie nie-
ujarzmiona jak Amazonia, a Mike uwielbiał te gwałtowne let­
nie burze. Podobnie jak Alana. Za to Beth kuliła się przy każdym 
grzmocie. 

Beth. Nie widział jej od ośmiu lat - całą wieczność. I przez te 

osiem lat prześladowały go myśli o tym, jak potoczyłyby się 

sprawy, gdyby wówczas nie uciekł. Nawet w głębi deszczowych 
lasów, tysiące kilometrów od Beth, czasami budził się, czując na 
wargach smak zakazanego pocałunku, pocałunku, który zmienił 
wszystko... 

Kiedy Beth otwierała tylne drzwi swego studia witrażu, 

w oddali rozległ się grzmot. Pospiesznie weszła do środka 

i przeszła przez pracownię do sklepu, gdzie w oknach i na stela­
żach z kutego żelaza, które zrobił dla niej Ernie w swoim war­

sztacie, zwieszały się szklane kompozycje w barwach tęczy. 

Lada chwila powinien pojawić się Colby Huxford. Nie zdążyła 
zjeść kolacji, ale wizyta u Erniego w szpitalu była ważniejsza. 

Rozmowa z Erniem rozczarowała ją. Sądziła, że na wiadomość, 

iż znalazła kogoś, kto przejmie produkcję krajaków do szkła, 
które niedawno zaczęli sprzedawać jako spółka Tremayne -
Nightingale, zrobi mu się lżej na sercu. Wprawdzie musieliby 
przekazać prawa do patentu chicagowskiej firmie Handmade, 

background image

8 • SKRADZIONY POCAŁUNEK 

którą reprezentował Huxford, ale przynajmniej zamówienia by­

łyby realizowane w terminie. 

Ale Erniemu wcale się ten pomysł nie spodobał. Błagał ją, by 

nie oddawała patentu, obiecując, że lada dzień wyjdzie ze szpi­
tala i wróci do pracy. Nie wierzyła w to. Odstąpienie patentu 
firmie Handmade wydawało się jedynym wyjściem. 

Zatrzymała wzrok na dużym okrągłym witrażu, który zdomi­

nował okno wystawowe. Wewnątrz sklepu kolory wieczorem 
traciły blask, ale gdy patrzyło się z ulicy, witraż promieniował. 

Zdawała sobie sprawę, że kusi los, zostawiając go na widoku, ale 
Ernie nie wspominał o przyjeździe Mike'a, a to szkło było jej 
najlepszym dziełem. Na szczęście nikt się nie domyślał, że 
przedstawiało również najbardziej grzeszną, najwspanialszą 

chwilę w jej życiu. 

Mike odgadłby to natychmiast, ale ostatnio słyszała, że wy­

ruszył z kolejną ekspedycją botaników w głąb brazylijskich la­
sów deszczowych, spełniając tym samym swoje marzenia. 
Dżungla w dorzeczu Amazonki fascynowała go od dzieciństwa. 

Jedną ze ścian jego pokoju pokrywał wielobarwny fresk przed­

stawiający papugi, małpy i jaguary na tle soczystej, tropikalnej 

zieleni. Mike uwielbiał odwiedziny w zoo i przysiągł sobie, że 
zobaczy każde z tych zwierząt w naturalnym środowisku. Przez 
wyprawy do dżungli często był jednak nieosiągalny i lekarze nie 

mogli skontaktować się z nim, kiedy Ernie dostał ataku serca. 

Pojawienie się bez uprzedzenia byłoby w stylu Mike'a. Może 

powinna zdjąć ten witraż. Przynajmniej na kilka najbliższych 
dni. Dotknęła drewnianej ramy. Wtem przy krawężniku zatrzy­
mał się samochód. Colby Huxford wysiadł z samochodu i prze­
ciął chodnik, więc Beth zostawiła witraż w spokoju. 

Mike przejechał tunel pod górami Mule strzegącymi wjazdu 

do Bisbee od zachodu. Miejscowi nazywali go Tunelem Czasu. 

SKRADZIONY POCAŁUNEK • 9 

Kiedy popatrzył na światła dawnego górniczego miasteczka, 
pożałował, że nie może cofnąć się w czasie, do tamtej nocy 
przed ośmiu laty. Gdyby tylko mógł wymazać ten najgłupszy 
postępek swego życia, wszystko wyglądałoby zupełnie inaczej. 

Nie było jeszcze dziesiątej, ale kręte, strome uliczki Bisbee 

opustoszały. Mike skierował się w dół Main Street, w kierunku 

studia witrażu. Ogarnął go niepokój. Obawiał się tego spotkania 
bardziej niż drapieżnych jaguarów i jadowitych żmij. Chętnie by je 

odłożył, ale obiecał ojcu, że porozmawia z Beth jeszcze tego wie­

czora, zanim ona podejmie jakąś nieodwołalną decyzję. 

Najwyraźniej rekin z Chicago zamierzał przejąć produkcję 

krajaków. Ojciec chciał, by Mike powstrzymał Beth przed pod­
pisaniem umowy. Mike zauważył, że Beth pewnie natychmiast 
wyrzuci go za drzwi. 

- Nie pozwól jej na to - powiedział Ernie. - Na tym krajaku 

można zarobić mnóstwo pieniędzy. Czuję, że Huxford ma za­
miar nas okpić. 

Zupełnie jakbym był jakimś rycerzem na białym koniu, my­

ślał Mike, zbliżając się do studia. Czarna owca pasowałaby 
lepiej. Postanowił jednak spróbować przez wzgląd na ojca 
i Beth. Był jej winien przynajmniej tyle. 

Ceglany piętrowy budynek ze sklepem od frontu i mieszka­

niem na górze stał w rzędzie dziewiętnastowiecznych kamieni­

czek wzdłuż Main Street. Mike zaparkował tuż za limuzyną, bez 

wątpienia wynajętą przez Colby'ego Huxforda. Ernie wiedział, 

że Beth wieczorem ma się z nim spotkać, dlatego wypędził syna 

ze szpitalnego pokoju i powiedział mu, żeby zabierał się do 
Bisbee, zanim będzie za późno. 

Pewnie było już za późno o osiem lat, ale mimo wszystko 

wysiadł z samochodu. W drodze do studia spojrzał na duży 
okrągły witraż w oknie i stanął jak wryty. 

Wpatrywał się w witraż, nie mogąc uwierzyć własnym oczom. 

background image

10 • SKRADZIONY POCAŁUNEK 

Osiem lat znikło, a serce zaczęło mu walić jak młotem. Gwał­

towną falą powróciły wspomnienia... szelest jej czerwonej je­
dwabnej sukni, kasztanowate włosy ocierające się o jego dłoń, 
aromat konwalii, który owiał go, kiedy pochylił głowę, wdycha­

jąc jej pachnący szampanem oddech, dotykając ustami jej 

warg... 

A teraz, uwięzieni w kręgu szkła wiszącego na wystawie, 

zastygli na zawsze w zakazanym uścisku. 

Mike zamknął oczy. Trochę wtedy wypił i nie potrafił się 

opanować. I ta suknia. Beth nigdy nie nosiła takich rzeczy. 
Pomyślał, że może ją pocałować po prostu po to, żeby zaspokoić 
ciekawość, zanim poślubi jej siostrę. W końcu znał ją niemal 

całe życie, a więc komu to szkodziło? Ale nie wiedział nic 
- póki jego wargi nie odnalazły jej ust. Wciąż odczuwał emocje, 
których wówczas doznawał, cudowne uczucie, że wszystko zna­
lazło się na swoim miejscu, i przerażenie na myśl o tym, że 
wkrótce wszystko rozpadnie się na kawałki. 

Próbował sobie wyobrazić, jak mówi Alanie, że nie może się 

z nią ożenić, ponieważ kocha i chyba zawsze kochał jej małą 

siostrzyczkę. Nie potrafił. Alana była dla Beth niczym matka, 

odkąd ich prawdziwa matka umarła, kiedy miały pięć i trzy lata. 
Rozumiał, że między siostrami istniała silna więź, i wszystko 
w nim buntowało się na samą myśl o tym, by wbić pomiędzy nie 
klin. Najprostszym rozwiązaniem był wyjazd z miasta. Wów­

czas obie mogły go znienawidzić i tak pewnie się stało. 

A przynajmniej tak myślał do tej pory. Teraz stał na chodniku, 

patrząc na dzieło Beth - artystyczną interpretację tamtego na­
miętnego pocałunku. Przez jedną pełną nadziei chwilę wyobra­
żał sobie, że umieściła tę pracę w witrynie jako znak dla niego. 
Ale to nie wchodziło w grę. Lekarze ojca usiłowali się z nim 
skontaktować przez tydzień. Dopadli go tuż przed odlotem 
z Manaus. Jeszcze dwadzieścia cztery godziny i byłby w środku 

SKRADZIONY POCAŁUNEK • 11 

dżungli. Nawet Ernie przed paru godzinami nie miał pojęcia 
o jego przyjeździe. 

Zerknął do wnętrza studia. Rozmawiała z chudym facetem 

w szarym garniturze. Nikt w Bisbee nie nosił garniturów, więc 
to musiał być Huxford. Beth słuchała uważnie, chociaż obron­
nym gestem skrzyżowała ramiona na piersiach. 

Na widok jej urody poczuł dziwny ucisk w gardle. Zapomniał 

o tym, a właściwie zepchnął wspomnienia głęboko na dno pamięci. 

Przejechał dłonią po jednodniowym zaroście. Szkoda, że nie zna­
lazł czasu, by się ogolić i zmienić zmiętą koszulę khaki i drelichowe 
spodnie, ale ojciec powiedział mu, że powinien się pospieszyć. 

Teraz pośpiech nie wydawał się taki ważny. Zaczął ją obser­

wować. Miała na sobie purpurową bluzkę z długimi rękawami 
wpuszczoną w purpurowo-granatową powiewną spódnicę do 
kostek. Bluzka opinała jej piersi, a pasek spódnicy podkreślał 
talię, równie szczupłą jak wówczas, kiedy trzymał ją w obję­
ciach. Perłowe kolczyki zwisały jej niemal do ramion. Przywołał 
na pamięć delikatne rysy i gładką skórę, która wydawała się 
przejrzysta jak obrabiane przez nią szkło. Włosy spływały jej do 
połowy pleców, podobnie jak wtedy. Witraże zwisające u sufitu 

zalśniły czerwonym blaskiem, gdy weszła za kontuar. 

Kiedy Mike zorientował się, że poszła po długopis, ruszył do 

akcji. Mniejsza o jego wygląd. Nie mógł dopuścić, by Beth 
zrzekła się praw do krajaka. 

Drzwi studia były zamknięte na zamek. Zabębnił o szklaną 

szybkę u góry. 

Zerknęła na drzwi, marszcząc czoło. Nagle otworzyła szero­

ko oczy. Odłożyła długopis i wyszła zza kontuaru jak lunaty­
czka. Huxford chyba ją o coś spytał, bo na chwilę odwróciła 
głowę, po czym z powrotem skupiła uwagę na Mike'u. 

Patrzył jej prosto w oczy przez oszklone drzwi. Gdy się 

zbliżyła, serce zabiło mu gwałtownie. W ciągu tych ośmiu lat 

background image

12 • SKRADZIONY POCAŁUNEK 

widział oczy niejednej kochanki, ale nigdy nie reagował w ten 
sposób. Zapomniał, jak hipnotyzujące może być spojrzenie tych 
niebieskich oczu. Jednak tym razem nie zaiskrzyły się na powi­

tanie jak kiedyś. Płonął w nich zimny, ponury ogień. 

W końcu odsunęła zasuwkę i uchyliła drzwi. 

- A więc przyjechałeś? 

- Jadę prosto ze szpitala. 
- Byłam tam dziś po południu. - Mówiła tak, jakby brako­

wało jej tchu. - Ernie nic nie wspominał o twoim przyjeździe. 

Mike pozwolił sobie na uśmiech. 

- Nie wiedział. Witaj, Beth. Dobrze cię znów widzieć. Wy­

glądasz cudownie, jak zawsze. 

Nie odpowiedziała mu uśmiechem. 
- Czego chcesz? 

- Żeby na świecie zapanował pokój. - Kiedy poruszyła się, 

by zamknąć drzwi, dodał: -I kilku chwil rozmowy. 

- Jestem zajęta. 

Z westchnieniem potarł kark. Marzył o odejściu, jej lodowata 

odpowiedź była właśnie tym, czego się spodziewał. Ale pamiętał 
o dwóch rzeczach - obietnicy danej ojcu, który w końcu był 
wspólnikiem w tym interesie, i o witrażu w oknie studia. Zniżył 
głos. 

- Ojciec powiedział mi o Huxfordzie i jego ofercie. Nie za­

mierzasz dzisiaj niczego podpisywać, prawda? 

- To nie twoja sprawa. Dobranoc, Michael. 

Wyciągnął rękę, by powstrzymać Beth przed zatrzaśnięciem 

drzwi. 

- Mój ojciec jest twoim wspólnikiem, prawda? 
- Tak. 
- A mnie wyznaczył swoim pełnomocnikiem, a więc to rów­

nież moja sprawa. 

- Ernie cię przysłał? 

SKRADZIONY POCAŁUNEK • 13 

- Tak. Z propozycją. Powinnaś przynajmniej mnie wysłu­

chać. Jesteś mu to winna. 

- Nie powinno go obchodzić, co się stanie z krąjakiem. -

Zerknęła na niego niespokojnie. - Lekarze ostrzegali go, że nie 
wolno mu niepotrzebnie się gryźć. Musi mieć spokój i wracać do 

zdrowia. Mike, on omal nie... 

- Wiem - wydusił z siebie. 
- To moja wina. Mamy mnóstwo zamówień i może napięcie 

doprowadziło go do tego stanu. 

- Nie obwiniaj się. - Głos Mike'a drżał. W końcu dotarło 

do niego, jak bardzo ojciec jest chory, chociaż nie chciał się 
z tym pogodzić. - Od piętnastego roku życia palił te swoje prze­
klęte cygara. I nie chciał słyszeć o prawidłowym odżywianiu. 
Wszystkie te lody, cheeseburgery, frytki i koktajle zrobiły swo­

je. To najnowsze przedsięwzięcie nie spowodowało ataku serca, 

Beth. Nawet o tym nie myśl. - Widział, jak walczy ze sobą. 
Najwidoczniej potrzebowała jego pocieszających słów, ale oba­
wiała się odprężyć. - Wiem, że nie chcesz mieć ze mną do 
czynienia, ale tata prosił mnie, bym tu przyszedł i przedstawił ci 
pewien plan. Obiecałem mu, że to zrobię. 

- Dobrze, wejdź. - Po krótkim wahaniu cofnęła się od drzwi. 

- Colby i ja właśnie kończyliśmy rozmowę. 

- Beth, nie zamierzasz chyba... 
- Nie dziś. Poza tym i tak nie można nic zrobić bez podpisu 

twego ojca. Zamierzałam tylko dać Colby'emu adresy paru 
klientów, którzy zgodzili się służyć informacją o krajaku. 

- A, tak. - Jednak zdążyłbym się ogolić, pomyślał, wcho­

dząc do studia. 

Beth z trudem zachowywała spokój, przedstawiając Mike'a 

Colby'emu Huxfordowi. Należeli do dwóch innych światów, 
niczym Indiana Jones i James Bond. Ze sposobu, w jaki uścisnę-

background image

14 • SKRADZIONY POCAŁUNEK 

li sobie dłonie, zachowując kamienne twarze, można było po­

znać, że nie znoszą się od pierwszego wejrzenia. 

- Mike jest synem Erniego Tremayne'a - wyjaśniła. - Jest 

przewodnikiem ekspedycji naukowych w brazylijskich lasach 
deszczowych. 

- Ach, tak. - Colby odgarnął poły marynarki i oparł dłonie 

na biodrach. - To wyjaśnia ten ząb tygrysa, czy cokolwiek to 

jest, wiszący na pańskiej szyi. 

- Jaguara. 
- Wszystko jedno. Nigdy nie miałem ochoty tam się wybrać. 

Nienawidzę węży. 

- Naprawdę? - zdziwił się Mike. - A one zawsze mówią 

o panu dobrze. 

- Mike! - Beth posłała mu ostrzegawcze spojrzenie. 
- Nieważne - powiedział Colby. - Byłbym w podobnym na­

stroju, gdybym właśnie wrócił ze szpitala od chorego ojca. 
Naprawdę szkoda, że tak się stało. 

- Tak. 

- Może to jednak najlepsze dla krajaka. Handmade wyko­

rzysta jego potencjał lepiej niż mały warsztat. 

- Najwidoczniej nie zna pan dobrze Beth i mojego ojca - za­

uważył Mike. 

- Świetnie sobie radziliśmy aż do choroby Erniego - do­

dała Beth. Uświadomiła sobie, że nie lubi Colby'ego tak sa­

mo jak Mike, ale nie mogła sobie pozwolić na fiasko no­
wego przedsięwzięcia. Zwróciła się do Colby'ego: - Robi 
się późno, a ty masz jeszcze przed sobą długą jazdę do Tucson. 
Dam ci teraz adresy, o których mówiłam, żebyś mógł już wy­

ruszyć. 

- Nie spieszy mi się. - Colby zerknął na Mike'a. 
- A więc ja biorę na siebie zakończenie naszego spotkania. 

- Beth zmusiła się do uśmiechu. - Jestem zmęczona. Miałam 

SKRADZIONY POCAŁUNEK • 15 

ciężki dzień. - Weszła za kontuar i wzięła długopis. Drżał jej 
w palcach. 

Zauważyła, że Mike krąży po sklepie. Gdy podszedł do 

„Pocałunku" wiszącego w oknie, zacisnęła zęby. Oczywi­
ście wiedział, co przedstawia. Nie wolno jej tracić pewności 
siebie. 

To nie będzie łatwe, jeśli się weźmie pod uwagę, jak zareago­

wała na jego nagłe przybycie. Podobno czas osłabia emocje, ale 
wystarczyło jedno spojrzenie w bystre brązowe oczy, by powró­
ciło uczucie tęsknoty, z którym zmagała się przez większość 
życia. Musiał się tu pojawić właśnie teraz - nie ogolony, w po­

miętym ubraniu i... seksowny bardziej niż kiedykolwiek. Cie­

kawe, czy zabił jaguara, którego ząb wisiał na skórzanym rze­

myku na jego szyi. Odniosła wrażenie, że wniósł ze sobą do 
studia surowy urok dżungli, ale cóż, życie stawało się bardziej 
podniecające, kiedy tylko Mike Tremayne znalazł się w pobliżu. 
Mimo jego paskudnego charakteru będzie kochała go zawsze, 
o czym ani on, ani Alana nigdy się nie dowiedzą. 

Mike nawet nie próbował rozmawiać z Huxfordem. Krążył 

po studiu, oglądając jej prace. Beth przypomniała sobie, że jako 
dziecko interesował się wytwarzaniem witraży. Kiedyś jej ojciec 
pomógł całej trójce zrobić szklane gadżety na prezenty pod 
choinkę i Mike okazał się w tym niezły. Ale jako nastolatek 
uznał to hobby za dobre dla dziewczyn i porzucił je. Alana 

poszła w jego ślady, a więc została tylko Beth, która z czasem 
zaczęła terminować u ojca. Niekiedy zazdrościła Alanie i Mi-
ke'owi swobody, ale z drugiej strony cieszyła ją szczególna więź 

z ojcem i Erniem. 

Oderwała kartkę z bloczka i podała ją Colby'emu. 
- Naprawdę ich nie potrzebuję - podkreślił. - Wierzę, że 

kraj ak jest dobry. 

- Ale wciąż nie wiesz, jak dobry. Rozmowa z naszymi klien-

background image

16 • SKRADZIONY POCAŁUNEK 

tami pozwoli ci się o tym przekonać. Nie chcę rozmawiać o ko­
sztach odstąpienia patentu, dopóki się z nimi nie skontaktujesz. 

- Zgoda. Zadzwonię do nich. Ale to ty powiedziałaś, że 

produkcję krajaka należy wznowić natychmiast. 

- Chyba możemy poczekać jeszcze dwadzieścia cztery go­

dziny. - Uśmiechnęła się z przymusem. 

- A więc podpiszesz dokumenty, kiedy przyjdę jutro wie­

czorem? 

- Muszę jeszcze przekonać Erniego, ale jeśli mi się uda, 

prawdopodobnie jutro będziemy mogli sfinalizować umowę. 

- Na pewno go przekonasz. 
- Zobaczymy. 
- Powiedzmy siódma wieczór. Zgoda? - Colby wyciągnął 

rękę. - Możemy uczcić to kolacją, jeśli tu, w Bisbee, dają gdzieś 

przyzwoicie jeść. 

Beth podała mu niechętnie dłoń. Stanowczo nie lubiła tego 

zbyt pewnego siebie mężczyzny. 

- Nasze restauracje należą do najlepszych w południowej 

Arizonie. 

- Naprawdę? Nigdy bym nie przypuszczał. Cóż, w takim 

razie do jutra. - Skierował się do wyjścia. - Miło było pana 
poznać, Tremayne. 

Mike skinął mu na pożegnanie ręką, po czym odwrócił się do 

Beth. 

- Skąd go wykopałaś? 
- Pracuje dla chicagowskiej firmy o nazwie Handmade, któ­

ra próbuje zdobyć pozycję na rynku sprzętu dla hobbistów. 

Kiedy Ernie i ja zaczęliśmy sprzedawać krajaki, zobaczyli nasze 

wideo na kanale zakupów wysyłkowych i natychmiast się z na­
mi skontaktowali. Wtedy nie byliśmy zainteresowani ich ofertą, 
ale teraz... 

- Teraz byłoby to jeszcze głupsze. Tata mówi, że to hit. 

SKRADZIONY POCAŁUNEK • 17 

- Potrzebujemy kolejnych sześciu miesięcy, Mike. - Zerk­

nęła na zewnątrz. Samochód Colby'ego właśnie oderwał się od 
krawężnika. Teraz była naprawdę sam na sam z mężczyzną, 
który w ciągu jednego wieczora zdradził zarówno ją, jak i jej 

siostrę. - Nie mogę czekać, aż Ernie wyzdrowieje. Gdybyśmy 
spóźnili się z zamówieniami, nasza wiarygodność ległaby 
w gruzach. Poza tym Ernie nie powinien dalej pracować w ta­
kim tempie. 

- Też tak uważam. - Mike odstawił witrażową lampkę noc­

ną. - Na szczęście masz mnie. 

- Ciebie? 

- Mówisz tak, jakbyś myślała, że to żart. - Powędrował 

w kierunku okna. 

- To jest żart. - Na pewno celowo zbliżył się do tego nie­

szczęsnego witrażu. Chce się z niej naigrawać. Pewnie zaraz ją 
o niego spyta. 

- Nie jesteś mechanikiem. 
- Naturalnie, że jestem. - Przejechał palcem po hebanowej 

ramie witrażu. - Pięć wakacji z rzędu pracowałem w warsztacie 
taty, a kiedy potrzebowałem dodatkowej gotówki, zatrudniłem 

się nawet jako mechanik w Brazylii. - Odwrócił się ku niej. 

- Mam odpowiednie kwalifikacje do tej pracy, Beth. 

Umowa z Colbym oznaczałaby utratę zysków w przyszłości. 

Ale umowa z tym mężczyzną zburzyłaby jej spokój. 

- A ile możesz mi poświęcić, Mike? Trzy dni? To za mało. 

Skłonił się żartobliwie. 

- Zostanę tak długo, jak długo będziesz mnie potrzebować, 

pani. 

Te słowa omal nie wyprowadziły jej z równowagi, ale zacis­

nęła dłonie i zmusiła się do zachowania spokoju. 

- Sześć miesięcy? 
Drgnął, ale nie odwrócił wzroku. 

background image

18 • SKRADZIONY POCAŁUNEK 

- Jeśli będzie trzeba. 

- Przykro mi, ale nie mogę pozwolić, byś się dla mnie po­

święcał. I nie oszukuj się. Nie wytrzymałbyś sześciu miesięcy. 

W okolicznych strumieniach nie ma piranii ani krokodyli. 
Wpadłbyś w obłęd, przebywając tak daleko od swoich ukocha­
nych lasów deszczowych, i obydwoje o tym wiemy. 

Zmarszczył brwi. 
- Przesadzasz. Tata zamierzał wyszkolić kilku pomocników. 

Mogę to za niego zrobić, a kiedy wróci do domu, będzie ich nadzo­

rował. Wówczas mógłbym stąd wyjechać za sześć tygodni, a nie 

miesięcy. 

Zaczęła wpadać w panikę. Obmyślili ten plan bardzo staran­

nie. Mogłoby się nawet udać, gdyby nie to, że przebywanie 
w pobliżu Mike'a byłoby dla niej piekłem. Postanowiła uciec się 
do prawdy. 

- Nie chcę, żebyś tu zostawał, Mike. 
Złość zapłonęła mu w oczach. 
- Do diabła, Beth, dorośnij. Wydarzenia sprzed ośmiu lat to 

nie powód, by teraz ryzykować przyszłość. 

Miała ochotę go uderzyć. Odwróciła się plecami i złożyła 

ręce na piersi. 

- To nie ma nic wspólnego z dorosłością. Patrzę na to z czy­

sto praktycznej strony. Praca ze szkłem, a w ten sposób zarabiam 
na życie, wymaga spokoju. Jeśli jestem zdenerwowana, nie po­

trafię ciąć szkła bez stłuczek, wyeliminowałam więc wszystko, 
co źle wpływa na moje życie. 

- Jeśli mam tak negatywny wpływ na twoje życie - powie­

dział spokojnie po chwili milczenia - to dlaczego moja podobi­
zna wisi na wystawie twego sklepu? 

Rozdział 

Po tym, jak Beth napięła ramiona, Mike poznał, że oba­

wiała się tego pytania. Ale przecież musiała wiedzieć, że on je 

zada. 

- Myślę, że powinieneś wyjść - powiedziała, wciąż odwró­

cona do niego plecami. 

- O, nie. Nie wywiniesz się tak łatwo. Mam prawo wiedzieć, 

dlaczego zrobiłaś ten witraż. 

- Nie muszę się tłumaczyć. 
- No, dobrze, załóżmy, że chcę go kupić. Nie widzę metki 

z ceną. De kosztuje... - zerknął na kartonik w ramce stojącej na 
parapecie pod kręgiem barwnego szkła - „Pocałunek"? 

Mruknęła coś pod nosem. 
- Nie dosłyszałem. - Podszedł bliżej. - Ile? 

Odwróciła się gwałtownie i przeszyła go wzrokiem. 
- Powiedziałam, że nie jest na sprzedaż. 

- Kiedy go zrobiłaś? - spytał, coraz bardziej zaintrygowany. 

- A jakie to ma znaczenie? 
- Chyba żadnego. Liczy się tylko to, że go zrobiłaś. Podobno 

mnie nienawidzisz. Dlaczego rozmyślnie stworzyłaś coś, co ci 
o mnie przypomina? 

Wzruszyła ramionami, chociaż wyraz jej twarzy był daleki 

od nonszalancji. 

background image

20 • SKRADZIONY POCAŁUNEK 

- Jestem artystką. To po prostu wizerunek dwojga ludzi, 

którzy... 

- Diabła tam! To przecież my, Beth! 
Policzki Beth nabrały delikatnej różowości jego ulubionej 

orchidei z deszczowego lasu, ale spojrzenie pozostało wyzy­

wające. 

- I co z tego? 

Przypatrywał się jej wojowniczej minie, tak różnej od piękna 

i pogody witrażu, o którym rozmawiali. 

- Co on oznacza? 

- Absolutnie nic. 

- Nie wierzę ci. - Chciał przedrzeć się przez tę gniewną 

maskę i dotrzeć do prawdy. 

- Nie obchodzi mnie, czy wierzysz, czy nie. 

- Myślę, że cię jednak obchodzi. 
- Nie! Jesteś zamkniętym rozdziałem mego życia. 

Wskazał ręką witraż. 

- To dlatego powiesiłaś go w oknie i w ogóle nie zamierzasz 

sprzedać? 

- Kolory są ładne i przechodnie przyzwyczaili się do niego. 

- Do diabła, Beth. - Troska o ojca i brak snu sprawiły, że 

poniosły go nerwy. - Nie igraj ze mną. Zawsze podchodzisz 

emocjonalnie do swoich prac. Nie zrobiłabyś tego witrażu, gdy­

by ci na mnie nie zależało. 

- Mylisz się. To było ćwiczenie, eksperyment. 

- Eksperyment, mówisz? A więc zróbmy jeszcze jeden. -

Wziął ją w ramiona i mocno pocałował w usta. 

Odwzajemniła pocałunek i wszystkie kawałki jego świata 

złożyły się w całość. Przez chwilę rozkoszował się miękkimi 

wargami, ciepłym oddechem i słodkim smakiem Beth. Póki go 

nie ugryzła. 

Z przekleństwem wypuścił ją z objęć i dotknął warg. Kiedy 

SKRADZIONY POCAŁUNEK • 21 

oderwał palce, zobaczył na nich krew. Sięgając do tylnej kiesze­
ni spodni po chustkę, nie odrywał wzroku od Beth. 

Cofnęła się i oddychała tak ciężko jak on. 

- Nie próbuj tego nigdy więcej. 

Przyłożył chustkę do warg. 

- Będę musiał poczekać, aż się zagoi, to na pewno. Dobrze, 

że zaprzyjaźniony szaman dał mi na drogę zioła lecznicze. 

- Pewnie myślisz, że te egzotyczne podróże uczyniły cię tak 

pociągającym, że możesz wpaść tu i zacząć, gdzie skończyłeś, 
obojętne, która z sióstr jest pod ręką. 

- Zgoda! Nie powinienem cię całować tamtej nocy. Drogo 

zapłaciłem za ten błąd. Wyjechałem z miasta, żeby was nie 

poróżnić. Czy to się nie liczy? 

- Chcesz, żebym uwierzyła, że to był z twojej strony szla­

chetny gest? Wyjechałeś stąd, bo zawsze chciałeś zobaczyć 
Amazonkę. Poza tym czułeś się urażony, bo Alana nie zgodziła 
się iść z tobą do łóżka tuż przed ślubem! 

- Co takiego? 
- Myślałeś, że mi nie powiedziała, prawda? Cóż, zrobiła to, 

jak tylko zostawiłeś ją przy ołtarzu bez słowa pożegnania. Bła­

gałeś ją, by się z tobą kochała, ale ona chciała poczekać i dlatego 

wściekły wyjechałeś. Nie miałam serca powiedzieć jej, że parę 
godzin wcześniej zaciągnąłeś mnie w ciemny kąt. Gdyby Ernie 
nie zaczął nas szukać, pewnie próbowałbyś uwieść również 

mnie! 

Mike wpatrywał się w nią, nie wierząc własnym uszom. 
- Beth, ja nie... 

- Złamałeś serce mojej siostry. - I moje, dodała w myśli. 

- Nie mogę ci tego wybaczyć, Mike. 

A więc Alana okłamała Beth, myślał z rozpaczą. Musiała 

wyczuć, że coś jest nie tak. To ona chciała się z nim kochać. 
Mdże usiłowała w ten sposób zatrzymać go przy sobie. Pełen 

background image

22 • SKRADZIONY POCAŁUNEK 

świeżo odkrytych, choć nie wypowiedzianych uczuć dla Beth, 
nie zgodził się. Ale nie mógł tego teraz powiedzieć. Nie uwie­
rzyłaby mu, a poza tym słusznie zarzuciła, że złamał Alanie 
serce. 

- Czy... Alana wciąż mieszka w Bisbee? 
- Nie twój interes. 
Uświadomił sobie, że nigdy nie osiągnie tego, po co przy­

szedł, jeśli nie przejdzie do porządku nad jej gniewem. Przełknął 
dumę. 

- Posłuchaj, nasza trójka spędziła razem dzieciństwo. Mieli­

śmy sekretną kryjówkę i specjalne hasło i spędzaliśmy czas na 
szaleństwach, takich jak walka na balony z wodą i konkur­
sy nadmuchiwania gumy do żucia. Wspomnienia muszą coś 
znaczyć. 

- Jak brzmiało to hasło? 

- Słucham? 
- Przed chwilą powiedziałeś, że mieliśmy hasło. Jeśli te 

wspomnienia znaczą dla ciebie tak dużo, powinieneś je pa­
miętać. 

- A ty pamiętasz? 
- Ja spytałam pierwsza. 
- Do diabła! 
- Nie, to nie to hasło. - Przez jej wargi przemknął niemal 

niezauważalny uśmiech. 

Zamknął oczy i skupił się. 

- To był jakiś kwiatek. Nie chciałem kwiatka, ale mnie 

przegłosowałyście, więc musiałem się zgodzić, choć wolałem 
boa dusiciela. - Otworzył oczy. - Czy to się liczy? 

- Nie, ponieważ wybraliśmy inne. - Tym razem uśmiech był 

trochę wyraźniejszy. 

Spojrzał w jej błękitne oczy i przypomniał sobie. 

- Barwinek? 

SKRADZIONY POCAŁUNEK • 23 

- Zgadłeś. 

W pobliskim wąwozie rozległo się echo grzmotu. Burza, 

którą minął, zbliżała się do miasta. 

- Czy to hasło wciąż jest aktualne? 
- Już nie mamy kryjówki, Mike. 
- Myślę, że macie. Ty i Alana. Tylko mnie nie wpuszczano 

do środka przez osiem lat. 

Tę jej zamyśloną minę pamiętał z dzieciństwa. Beth zawsze 

podchodziła do wszystkiego z rozwagą. Między innymi dlatego 

nie uwierzył, że zrobiła ten witraż bez żadnej ukrytej myśli. 
Kiedy on tyrał w dżungli, próbując zapomnieć o tamtej chwili, 
ona musiała odtworzyć ją w dziele sztuki. 

- Pozwól mi sobie pomóc z tym krajakiem, Beth. Przez 

pamięć na dawne czasy. 

- Nie, Mike. Uwierz mi. To nie jest dobry pomysł. 

Wiele lat temu potrafił odgadywać jej myśli. Teraz na pewno 

myślała o Alanie. Postanowił położyć kres niedomówieniom. 

- Nie powiedziałaś mi, co porabia Alana. 

Spojrzała na niego ostro. Wydawało się, że mu nie odpowie. 

Wreszcie odezwała się. 

- Założyła firmę „Wakacje z Przygodą". Zabiera rodziny na 

różne wyprawy - przeprawy tratwą, wspinaczka górska, kajaki 

i tak dalej. Dotychczas nie wyruszała za granicę, ale zamierza 
rozszerzyć działalność na Amerykę Południową. 

Nie dziwił się oskarżycielskiemu tonowi Beth. On i Alana 

zamierzali po ślubie wyjechać do Ameryki Południowej. 

- Założę się, że jest w tym dobra. Zawsze była towarzyska. 
- Rzeczywiście jest dobra. - Odwzajemniła jego spojrzenie. 

- Obydwoje marzyliście o życiu pełnym przygód i wygląda na 
to, że się wam udało. 

- Gdzie mieszka? 
- W Phoenix. Ale jeśli zamierzasz się z nią zobaczyć, to nic 

background image

2 4 . • SKRADZIONY POCAŁUNEK 

z tego. Wybrała się z jakaś rodziną na dwa tygodnie w góry 
Ozark. Wczoraj wyruszyła. 

- Nie planowałem odwiedzin u niej. W końcu to zrobię, bo 

czas już, bym się wytłumaczył. Ale teraz chcę być w pobliżu taty 

i pomóc tobie, jeśli mi pozwolisz. 

Wolno pokręciła głową. 

- Doceniam to, że Ernie znalazł rozwiązanie, ale myślę, że 

dla wszystkich byłoby najlepiej, gdybyśmy zawarli umowę 
z Handmade. Odstąpilibyśmy im prawa do patentu i... 

- I zniweczylibyśmy nadzieje Erniego na godziwą emeryturę. 

- Chwileczkę, Mike. Nie ma gwarancji, że krajak okaże się 

sukcesem. 

- Tata jest o tym przekonany. Podobno cięcie szkła jest dzię­

ki niemu tak łatwe, że każdy będzie chciał spróbować. Jego 
zdaniem krajak zdobędzie taką popularność jak amatorskie ka­
mery wideo. 

- Może też zrobić klapę - zauważyła Beth. - Kto wie? 

Błyskawica znów rozbłysła, a po niej rozległ się grzmot, na 

który w dawnych czasach na pewno by zareagowała. Teraz na­

wet nie drgnęła. 

- Tata jest pewien sukcesu i myśl, że macie w zasięgu ręki 

fortunę, a on nie może ci pomóc, doprowadza go do szału. Jest 
przekonany, że przez ten atak serca sprawił ci zawód. Możemy 
rozwiązać ten problem, jeśli go zastąpię. 

- Uważasz, że to w porządku wzbudzać we mnie poczucie 

winy? 

- Tak, jeśli w ten sposób pomogę tacie wrócić do zdrowia. 
Zmarszczyła czoło i odwróciła wzrok. 
- Żałuję, że zdecydowaliśmy się reklamować ten przeklęty 

krajak. 

Mike wyjrzał przez okno. Na szybie rozpryskiwały się wiel­

kie krople deszczu. 

SKRADZIONY POCAŁUNEK • 25 

- Stało się. - Zwrócił się ku Beth. - Słuchaj, on mnie błagał, 

żebym uwolnił cię ze szponów Huxforda. Jeśli powiem mu, że 

wszystko jest w porządku, na pewno poczuje się lepiej. Jeśli 
powiem, że odrzuciłaś moją ofertę, będzie leżał w szpitalu i za­
martwiał się. To pewne. 

Sprawiała wrażenie schwytanej w pułapkę. 

- Co ty na to? - spytał. 
Obracała na palcu pierścionek z turkusem. 
- Wiesz, że zrobiłabym dla Erniego wszystko. 

I nic dla mnie, pomyślał ze smutkiem Mike. 

- Ale nie mogę sobie pozwolić na to, by odrzucić ofertę 

Huxforda. 

- Nie wierzysz, że wytrwam? 

Nie odwróciła wzroku. 

- Nie widziałam cię od ośmiu lat, Mike. Właściwie cię nie 

znam. 

Jako dwudziestodwulatek z gorącą głową wyszedłby obu­

rzony ze studia, ale życie wśród prymitywnych plemion z de­
szczowych lasów nauczyło go wielu rzeczy, również cierpli­
wości. 

- Mogłabyś zwodzić Huxforda przez jakiś czas? 

- Nie wiem. 

Deszcz tłukł miarowo o szyby. 

- Spróbuj wynegocjować dwa tygodnie zwłoki. Jeśli cię roz­

czaruję, przyjmiesz ofertę Handmade. 

- Dwutygodniowa próba nie zadowoli Erniego, jeśli to, co 

mówisz, jest prawdą. 

- Moglibyśmy umówić się między sobą na dwa tygod­

nie, a Erniemu powiedzieć, że podjąłem się tej pracy. W ten 

sposób damy mu dwa tygodnie na zdrowienie, zanim podej­
miesz decyzję. 

- Ja... 

background image

26 • SKRADZIONY POCAŁUNEK 

Trzask! Błyskawica rozświetliła studio i nagle zrobiło się 

ciemno. 

- Beth, nie bój się... 
- Nie boję się. - Odepchnęła jego wyciągniętą rękę. - Zo­

stań tam, gdzie jesteś, a ja pójdę po świecę. 

A więc grzmoty i błyskawice już jej nie przerażają, pomyślał. 

Stał nieruchomo w ciemnym pomieszczeniu i słuchał deszczu 
chłoszczącego budynek. Pogasły nawet latarnie. 

Z pracowni na tyłach wynurzyła się Beth, niosąc lampę z cy­

ny i szkła ze smukłą świecą wewnątrz. Ojciec Beth kupił ją 
w Meksyku. Nie pozwalano im się nią bawić, ale kiedy tylko 
mogli, przemycali ją do swojej kryjówki i przy świetle świecy 
opowiadali historie o duchach. W każdym razie on i Alana opo­
wiadali historie o duchach. Beth nakrywała się starą kołdrą i słu­

chała ich z oczami rozszerzonymi przerażeniem. 

Postawiła lampę na kontuarze. Mike podszedł do niej. 

- Kiedyś nienawidziłaś burz z piorunami - zauważył. 
- Przekonałam się, że są gorsze rzeczy niż burze. 
- Tak, to prawda. - Na pewno mówiła o śmierci ojca. Mike 

pracował w warsztacie w Manaus, kiedy Ernie zadzwonił z wia­
domością, że Pete zmarł na szybko postępujące zapalenie płuc. 

Byli przyjaciółmi i wspólnikami od lat, odkąd spotkali się na 

sesji grupy samopomocy dla wdowców. Pete - artysta i marzy­
ciel i, dla równowagi, praktyczny Ernie. 

Mike nie przyjechał na pogrzeb. Nie przyszło mu to łatwo, 

ale zdecydował, że dla wszystkich będzie najlepiej, jeśli zostanie 

w Brazylii i nie dopuści do otwarcia starych ran w tym i tak 
trudnym czasie. 

Beth oparła łokcie na kontuarze i obserwowała Mike'a przez 

krąg światła. 

- Czy chciałbyś mieć znów sześć lat, być wolnym jak ptak, 

nie wiedzieć, że może się zdarzyć coś złego? 

SKRADZIONY POCAŁUNEK • 27 

- Czasami. W lasach deszczowych jest plemię, które żyje 

właśnie w ten sposób. 

- Jestem zaskoczona, że nie zaszyłeś się w lesie wraz 

z nimi. 

- Nic by z tego nie wyszło. Za dużo wiem o tak zwanym 

cywilizowanym świecie, żeby być szczęśliwy jak oni. 

- Dwa tygodnie, tak?'- spytała. 
- Dwa tygodnie. 
- Zgoda. 
- Dzięki. - Odetchnął głęboko. - Wiem, jakie to ważne dla 

taty. 

- To jedyny powód, dla którego to robię, Mike. 
- Wiem. - Ale nie do końca w to wierzył. Wciąż pozostawa­

ła sprawa witrażowej wersji ich pocałunku. W ciągu ośmiu lat 
przebywania wśród ludzi, którzy nie mówili po angielsku, wpra­
wił się w odczytywaniu niemych znaków. Ten witraż był najwy­
mowniejszy, jaki kiedykolwiek widział. 

- Mam nadzieję, że nie będę tego żałować - dodała Beth. 
- Przynajmniej ja nie muszę się o to martwić. 
- A to czemu? 
- Jeśli to schrzanię, prawdopodobnie mnie zabijesz. 

Błysk determinacji, który tak dobrze pamiętał, rozświetlił jej 

oczy. 

- Tak. Powoli i z rozkoszą. 

Pomyślał o słodkim smaku jej ust. I choć dolna warga piekła, 

chciał pocałować ją znów. 

- Chyba teraz pójdę do domu i prześpię się. Rano pojadę do 

Tucson zobaczyć się z tatą. Przed południem powinienem być 
z powrotem. Może w przerwie na lunch zajrzałabyś do warszta­
tu? Omówilibyśmy projekt krajaka. 

- Zgoda. - Zawahała się. - Posłuchaj, powinniśmy ustalić 

pewne zasady. 

background image

28 • SKRADZIONY POCAŁUNEK 

Najwidoczniej zdała sobie sprawę, że omal znów jej nie 

pocałował. 

- Będzie, jak zechcesz. 
- Możesz sobie myśleć o tym witrażu, co ci się podoba, ale 

on nic nie znaczy. Nie miej żadnych śmiesznych pomysłów. 

- Zrozumiałem. Ale ciekawi mnie jedno. Czy Alana go wi­

działa? 

- Tak. 
- I co? 
- Ona nie zwraca uwagi na moje prace. Kiedy go zobaczyła, 

powiedziała zdaje się: O, ten jest inny. Wyjaśniłam jej, że to 

wytwór mojej wyobraźni, i więcej o tym nie wspominała. Nie 

wie, co wydarzyło się tamtej nocy. 

Mike nie był taki pewny, czy Alana się czegoś nie domy­

śla, zwłaszcza po tym, jak naciskała na niego, żeby się z nią 

kochał. 

- Dziwne, że się nie zorientowała. Twoje włosy mają do­

kładnie taki odcień, a tamtego wieczora miałaś na sobie czerwo­

ną suknię. 

- Prawdopodobnie zapomniała o czerwonej sukni i nie przy­

szło jej do głowy, że pozwoliłam ci się pocałować. Poza tym, 
gdyby nie szampan, nigdy by do tego nie doszło. 

A więc to sobie wmawiała przez cały czas. 

- Chcesz powiedzieć, że byłaś zbyt oszołomiona, by jasno 

myśleć? 

- No, niezupełnie, ale straciłam panowanie nad sytuacją. 
- Nie mogłaś być na rauszu, Beth. Odtworzyłaś wszystko 

dokładnie, nawet tę jedwabną zielonobłękitną marynarkę, z któ­

rej byłem tak dumny. 

- Artyści zwracają uwagę na takie szczegóły. 

A może zakochane kobiety. Nie mógł albo nie chciał przyjąć 

do wiadomości jej protestów. W każdym razie jeszcze nie. 

SKRADZIONY POCAŁUNEK • 29 

- Skoro tak mówisz. - Oderwał się od kontuaru. - Chyba 

będę się zbierał. 

- Poświecę ci do wyjścia. - Wzięła lampę i ruszyła w kierun­

ku drzwi. - Uważaj na te stojaki z kutego żelaza. 

- Dajesz mi do zrozumienia, że zachowuję się jak słoń 

w składzie porcelany? 

- Nie przypominam sobie, żebyś był znany ze zręcznych 

ruchów. 

- Może nie, ale musisz przyznać, że zawsze potrafiłem zro­

bić użytek ze swoich rąk. 

Zatrzymała się gwałtownie. 
- Myślałam, że doszliśmy do porozumienia. 

- Co ja takiego powiedziałem? 
Zerknęła na niego, unosząc brwi. 
- Zatrudniasz mnie jako mechanika - podkreślił. - Zręczne 

ręce to plus w tego rodzaju pracy. 

- Nie to miałeś na myśli i wiesz o tym. Nie zamierzam spę­

dzić najbliższych dwóch tygodni na odparowywaniu ciosów. 

- Nie martw się. Nie będziesz musiała się przede mną chro­

nić, Beth. 

- To dobrze. Nawiasem mówiąc, skąd masz ten ząb jaguara? 
- Dostałem go od starego czarownika. Na szczęście. Do 

jutra. - Otworzył drzwi i wyszedł wprost na deszcz. Przy samo­

chodzie odwrócił się i spojrzał na studio. Płomień świecy zdra­
dzał, że Beth stoi w drzwiach. 

To napełniło go otuchą. I mimo bolesnego śladu jej zębów na 

dolnej wardze domyślał się, że Beth wciąż go pragnie. Oczywi­
ście to niczego nie rozwiązywało. Pozostawał fakt, że, porzucił 

jej siostrę. 

Osiem lat temu nie chciał, by jego pragnienia, a być może 

również pragnienia Beth, stały się ważniejsze niż więź między 

siostrami. Ale Alana i Beth dorosły. Każda prowadziła interesy 

background image

30 • SKRADZIONY POCAŁUNEK 

w innym mieście. Sporo się zmieniło. Nie był tylko pewien, czy 
to wystarczy. 

Włożył kluczyki do stacyjki i zapalił światła samochodu. Po­

tem wyłączył je i znów włączył, wiedząc, że Beth wciąż patrzy 

za nim. Odwrócił się, by zobaczyć, czy zrobi to samo z lampą. 

Światło zgasło. 

Rozdział 

Beth stała w ciemnościach, obserwując rubinowe światła sa­

mochodu Mike'a, aż skręcił w górę ulicy i zniknął. Choć była na 
siebie wściekła za ten impuls, zapragnęła narzucić płaszcz od 
deszczu i wybiec za nim. Wiktoriański domek Tremayne'ów był 
nie tak daleko stąd, a po tym, jak Mike ją pocałował, nie miała 
wątpliwości, jak by ją powitał, gdyby stanęła na werandzie jego 

domu. Na samo wyobrażenie tej chwili załała ją fala pożądania. 

W wielu sprawach nie była z nim szczera. Jego egzotyczne 

podróże podniecały ją bardziej, niż ośmielała się przyznać. Du­

siła w sobie pytania o miejsca, które zwiedził, ludzi, których 
poznał, bo gdyby opisał jej swoje przygody, zapragnęłaby je 
z nim dzielić. Dopiero by się z niej śmiali z Alaną, gdyby wy­
znała swoje głęboko skrywane pragnienie odkrywania tej mro­
cznej zmysłowej krainy w towarzystwie kochanego mężczyzny. 
Choć nie miała w sobie gotowości Alany do mierzenia się z nie­
znanym sam na sam, z Mikiem u boku odważyłaby się na wszy­

stko. Ale Mike zawsze planował te przygody z Alaną, a Beth nie 
protestowała, kiedy żartowali sobie z jej lękliwości. 

Próbowała znaleźć kogoś, kto zastąpiłby jej Mike'a, kogoś, kto 

dałby jej poczucie bezpieczeństwa. Ale motocyklista, z którym 

zaczęła się umawiać, był brutalny i pozbawiony uczuć, więc szybko 

zakończyła ten romans. Jej związek z zawodowym skoczkiem spa-

background image

32 • SKRADZIONY POCAŁUNEK 

dochronowym przetrwał dłużej, ale i ten mężczyzna okazał się 
zbyt zajęty sobą. W końcu zdecydowała się pozostać przy towa­

rzystwie przyjaciół z branży artystycznej i ciekawej pracy. 

Teraz Mike z powrotem wkroczył w jej życie i w ciągu paru 

chwil doprowadził do tego, że z trudem maskowała pożądanie. 
Wiedziała, że gdyby się z nią kochał, byłaby to tylko niezobowią­
zująca przygoda, jednak pragnęła go mimo wszystko. Od rzucenia 
mu się w ramiona powstrzymywało ją tylko jedno. Alana. 

Beth była przekonana, że siostra nie przestała kochać Mike'a. 

Ona też zdawała się szukać jego kopii. Mężczyźni, których 

przyprowadzała do domu, byli podobni do Mike'a, a kilku nosi­
ło nawet to samo imię. Ale nigdy nie była zajęta kimś dłużej niż 
parę miesięcy. Wyglądało na to, że gdzieś głęboko w jej umyśle 
czai się podsycana przez osiem lat nadzieja, iż Mike wróci 
i poprosi ją o wybaczenie. 

I rzeczywiście wrócił, ale Alany tu nie było. Za to Beth tak. 
Naprawdę chciała przyjąć ofertę Handmade, ale skoro Ernie 

tak bardzo wierzył w sukces krajaka, nie mogła przekazać praw 
do patentu, nie wypróbowawszy planu Mike'a. Krajak mógł 
rzeczywiście zapewnić Erniemu przyzwoitą emeryturę i nie 
miała prawa mu tego odbierać, póki ma jakiś wybór. Oczywiście 

jako jego partnerka w interesach miała pewne zobowiązania, ale 

w grę wchodziło o wiele więcej. Kochała Erniego jak własnego 
ojca. Kiedy dostał ataku serca, wpadła w panikę, świadoma tego, 
że nie jest wystarczająco silna, by stracić tak szybko kolejną 
bliską osobę. 

Alana zareagowała tak samo. Tuliły się do siebie w szpitalnej 

poczekalni jak rozbitkowie. Kiedy powiedziano im, że Ernie prze­
żyje, krzyczały i tańczyły jak szalone. To było niecały tydzień temu. 
Alana zastanawiała się nawet nad odwołaniem wyprawy. Lekarze 
i Beth przekonali ją, by tego nie robiła, ale umówiła się, że zadzwo­
ni jutro rano, by dowiedzieć się o stan chorego. Kolejna myśl 

SKRADZIONY POCAŁUNEK • 33 

wprawiła Beth w zakłopotanie. Poważnie zastanawiała się, czy 
powiedzieć siostrze o powrocie Mike'a. 

Idąc szpitalnym korytarzem, Mike uświadomił sobie, że za­

warłby pakt z samym diabłem, gdyby dzięki temu mógł cieszyć 
się jeszcze przez dwadzieścia lat obecnością ojca. Spędzałby 
w Bisbee więcej czasu, o wiele więcej. Może udałoby mu się 

nawet zabrać ojca na wyprawę w lasy deszczowe. Z łatwością 
wyobraził sobie Erniego siedzącego z gromadą tubylców w krę­
gu ognia i popijającego z tykwy piwo maniokowe. To by była 
dopiero uczta. 

Ale najpierw chory musiał nabrać sił. Mike zbliżył się do 

drzwi, lepiej niż ubiegłego wieczora przygotowany na to, że 
zamiast pełnego energii mężczyzny ujrzy inwalidę. Tymczasem 
Ernie siedział wsparty o poduszki z cygarem w zębach. 

- Co ty, do diabła, wyprawiasz, popełniasz samobójstwo?! 

- zawołał Mike, zbliżając się do łóżka. 

Ojciec wyjął cygaro z ust i uśmiechnął się szeroko. 
- Imitacja. 

Wtedy Mike uświadomił sobie, że nie czuje dymu. Ale może 

Ernie czekał na sprzyjający moment, by je zapalić. 

- Daj mi to, tato. 
Ernie położył cygaro na wyciągniętej dłoni Mike'a. 
- Judy, jedna z pielęgniarek, wzięła je dla mnie z wypoży­

czalni kostiumów. Przyniosła je dziś rano, choć to jej wolny 
dzień. Miło z jej strony, prawda? 

- To zależy od tego, czy byłbyś w stanie to zapalić. Znając 

ciebie, wiem, że potrafiłbyś namówić pielęgniarki do przyniesie­

nia ci prawdziwego. - Mike uważnie oglądał cygaro. 

- To tylko guma, Mike. Ale jestem tak przyzwyczajony do 

trzymania czegoś w zębach, że dobrze się z nim czuję. - Zachi­

chotał. - Nabrałem cię, prawda? 

background image

34 • SKRADZIONY POCAŁUNEK 

Mike odetchnął i popatrzył na ojca. 

- Gdyby to było prawdziwe cygaro, skręciłbym ci kark i za­

oszczędził lekarzom kłopotów, które mają z utrzymaniem cię 

przy życiu. 

- Tak myślałem. Teraz ty będziesz zachowywał się jak gesta­

po, śledząc każdy mój ruch. 

- Masz to jak w banku. - Oddał cygaro Erniemu i wziął 

krzesło. - A kiedy mnie nie będzie w pobliżu, zajmie się tym 
Beth. 

- Zamęczycie mnie. 
- Sam się o to prosiłeś. Nie masz co liczyć na moje współ­

czucie, tato. Jeśli to będzie konieczne, sprowadzę znajomego 
szamana z Brazylii. 

- Hm. Za chwilę będziesz chciał, żebym założył na szyję ten 

twój ząb. 

- Niezły pomysł. - Mike sięgnął do rzemyka. 

- Nie. Zatrzymaj go. Nie będę paradował z czymś takim 

w moim wieku. - Ernie znów wetknął cygaro między zęby. 

- Jak tam spotkanie z Beth? Doszliście do porozumienia? - Py­

tanie brzmiało niewinnie, ale spojrzenie ojca przypominało 

laser. 

- Jasne. Wszystko w porządku. 

- W porządku, mówisz? 

- Jasne. Dlaczego miałoby być inaczej? 

- Chociażby dlatego, że wy dwoje od tamtej nocy, kiedy się 

zwinąłeś, nie powiedzieliście sobie nawet: co słychać. 

- Ludzie tracą się z oczu. 

- To nie był taki przypadek i ty świetnie o tym wiesz. To 

przypominało raczej obserwowanie, w jakim kierunku podąża 
drugie, i kierowanie się w przeciwną stronę. 

- Cóż, może mieliśmy parę problemów, ale to już przeszłość. 

Teraz wszystko będzie dobrze. 

SKRADZIONY POCAŁUNEK • 35 

- Po prostu się przestraszyłeś i tyle. Nic dziwnego. Nie byłeś 

gotów do małżeństwa. Setki razy ci mówiłem, że powinieneś 
wytłumaczyć to Alanie. Nie przyjęłaby tego z zachwytem, ale 
założę się, że wy troje doszlibyście do ładu. To naprawdę wstyd 
po tych wszystkich latach, kiedy bawiliście się razem, że teraz 
nie rozmawiacie ze sobą. 

- Masz rację, tato. - Mike wzruszył ramionami, stłumił 

ziewnięcie i odchylił się na krześle. - Zamierzam porozmawiać 

również z Alaną. Zajmę się wszystkim, zobaczysz. 

- To dobrze, Mike. Pete z radością to usłyszy. 

Mike wyprostował się gwałtownie. 

- Powiedziałeś, że z radością to usłyszy? - Ojciec sprawiał 

wrażenie całkiem przytomnego, ale może lekarstwa zmąciły mu 
umysł. 

- Musiałeś mnie źle zrozumieć. - Emie popatrzył na niego 

przeciągle. - Powiedziałem, że Pete byłby szczęśliwy, słysząc to. 

- Co za ulga. Przez chwilę myślałem, że zacząłeś rozmawiać 

z duchami. 

- O, nie. Gdybym zaczął, daliby mi gumowy pokój zamiast 

gumowego cygara. - Przesunął atrapę w drugi kącik ust. -
A więc Beth obiecała, że pogoni Huxforda? 

- Tak. - To było wystarczająco bliskie prawdy. Huxford pra­

wdopodobnie wróci do Chicago, jeśli przez najbliższe dwa tygo­

dnie nie będzie mógł liczyć na postęp w negocjacjach. 

- A ty będziesz robił krajaki? 
- Tak. 
- A potrafisz? 

Mikę roześmiał się. 
- W samą porę pytasz. 
- Cóż, jeśli się tego obawiasz, pokażę ci. Jeśli pamiętasz 

cokolwiek z tego, czego cię uczyłem, to będzie kaszka z mle­
kiem. O ile sobie przypominam, zawsze miałeś zręczne ręce. 

background image

36 • SKRADZIONY POCAŁUNEK 

- Dzięki. Właśnie to powiedziałem Beth. A skoro przy niej 

jesteśmy, chciałbym cię o coś prosić. Kiedy zajrzy do ciebie, 

powiedz jej, że jestem dobrym mechanikiem, zgoda? Nie jest do 
końca przekonana, że sobie poradzę. 

- Jak tylko zaczniesz produkować krajaki, wszystko się uło­

ży. Beth należy do osób, które potrzebują dowodów. Słowa nic 
dla nich nie znaczą. 

- Tak, wiem. Pamiętam, jak o mało się nie zabiłem, zjeżdża­

jąc po schodach starej gorzelni na rowerze po to tylko, by jej 

udowodnić, że potrafię to zrobić. 

Ernie pokiwał głową. 

- Trzeba ci było założyć chyba z osiem szwów. A pamiętasz 

ten idiotyczny skok na deskorolce w dół Tombstone Canyon 
Road i dzień, w którym wybrałeś się do starej kopalni? Można 
powiedzieć, że popisywałeś się przed Beth z dużą regularnością. 

Faktycznie, teraz to sobie uświadomił. Nigdy nie zaryzyko­

wał, żeby zrobić wrażenie na Alanie, co było dość dziwne, bo to 

ona od zawsze twierdziła, że jest jej chłopakiem, a on w to 
wierzył. Zawłaszczyła go, kiedy mieli po sześć lat, a on mając na 
głowie inne sprawy, takie jak baseball i samochody, po prostu 
przystał na to. Gdzieś około dziesiątej klasy odkrył, że Alana mu 
się podoba, i to przypieczętowało sprawę. Planowali, że wezmą 
ślub, zbiorą trochę grosza i razem wyruszą do dżungli w Amery­
ce Południowej. 

- Coś ci się stało w wargę? 

Mike, gwałtownie przywrócony do rzeczywistości, usiłował 

znaleźć jakieś wytłumaczenie. Poczuł, jak oblewa go żar. 

- Ja... uderzyłem się o róg apteczki. 
- Tak? - Ernie przesunął cygaro w drugi kącik warg. - Gór­

ny czy dolny? 

- To... 

- Jeśli dolny, musiałeś zgiąć się przy zlewie jak precel, a jeśli 

SKRADZIONY POCAŁUNEK • 37 

górny, musiałeś stanąć na skrzynce. Tak czy inaczej, trudno mi 
to sobie wyobrazić. 

- Lepiej zmieńmy temat, tato, dobrze? 

- Wygląda tak, jakby ktoś cię ugryzł, Mike. 

- Ja... 

- Czas upuścić trochę krwi, panie Tremayne - powiedziała 

pielęgniarka, wchodząc energicznie do pokoju. 

Mike, który jeszcze nigdy nie ucieszył się tak na widok 

przedstawicielki służby zdrowia, wstał z krzesła. 

- Lepiej już pójdę. O dwunastej mam spotkać się z Beth 

w warsztacie. 

- Może chcesz, żeby pielęgniarka obejrzała ci tę wargę, 

zanim wyjdziesz? 

- Mniejsza o to. - Mike spiorunował ojca wzrokiem. - Mu­

szę się ostro wziąć za te krajaki, więc zajrzę tu dopiero jutro 

wieczorem. 

- Beth mówiła, że też wpadnie. Może przyjechalibyście ra­

zem? Zaoszczędzilibyście benzynę. 

- Nie obiecuję. Jest bardzo zajęta, więc pewnie nie uda jej 

się wyjechać o tej samej porze co mnie. 

- To, że jest zbyt zajęta, by przyjechać z tobą, ma coś wspól­

nego ze stanem twojej wargi, prawda? 

- Do zobaczenia, tato. - Wyszedł z pokoju ścigany chrypli-

wym chichotem ojca. 

Gdy tylko pielęgniarka skończyła, Ernie ułożył się do krót­

kiej drzemki. Ale przedtem musiał złożyć raport. 

- Cóż, Pete, mam dobre i złe nowiny. 

„To jakiś dowcip?" 
- To rzeczywiście coś w rodzaju dowcipu. Mike i Beth znów 

ze sobą rozmawiają. Właściwie jest nawet dowód, że było to coś 

więcej niż rozmowa. 

background image

38 • SKRADZIONY POCAŁUNEK 

,Jaki dowód?" 

- Zdaje się, że Mike ją pocałował. A ona go ugryzła. 

„Beth? Chyba mówisz o Alanie. Beth nie znosi przemocy". 

- Gotów jestem się założyć, że to Beth. 

„Alanie się to nie spodoba". 

- Wiem o tym, do diabła. Muszę wyjść ze szpitala i zająć się 

wszystkim. 

„Jeśli wyjdziesz ze szpitala, Mike dojdzie do wniosku, że nic 

tu po nim, i wróci do Brazylii!" 

- Masz rację. Ale jeśli ktoś nie będzie czuwał nad tymi dziecia­

kami, znów wszystko sfuszerują. Już mamy uszkodzenie ciała. 

„Jak cię znam, coś wymyślisz". 

- Coś ci powiem, Pete. O wiele lepiej by mi się myślało, 

gdybym miał prawdziwe cygaro zamiast gumowego. 

Dziesięć przed dwunastą Beth zamknęła studio. Niewiele 

dziś sprzedała, ale w lecie tak zazwyczaj było. Handel krajakami 
miał między innymi rozwiązać problem martwego sezonu. Gdy­

by interes się rozwinął, jej dochody nie zależałyby wyłącznie od 

sprzedaży witraży. Mogłaby zrezygnować z kłopotliwej produ­

kcji galanterii dla turystów i skupić się na dużych, ambitnych 
projektach stanowiących wyzwanie dla jej talentu. 

Przeszła wąską uliczką na publiczny parking, gdzie trzymała 

swoją półciężarówkę. Warsztat Erniego mieścił się w Warren, 
małej wiosce w pobliżu Bisbee, za daleko, by iść pieszo. 
W dzieciństwie ona, Mike i Alana wiele razy jeździli tam na 
rowerach, ale Beth od lat nie wsiadła na rower. 

Jazda rowerem byłaby przyjemniejsza, pomyślała po otwar­

ciu samochodu. Gorący poranek po nocnym deszczu sprawił, że 

Bisbee parowało, a kabina przypominała piecyk. Klimatyzacja 
w samochodzie wysiadła ubiegłego lata, ale nie naprawiła jej, 

ponieważ wszystkie pieniądze przeznaczyła na projekt krajaka. 

SKRADZIONY POCAŁUNEK • 39 

Gdy dojechała do warsztatu Tremayne'a, czuła się jak po 

saunie. W schowku na rękawiczki znalazła frotkę i dość szpilek, 
by zebrać wilgotne wzburzone włosy na czubku głowy. 

Zauważyła, że Mike przyjechał do warsztatu starą furgonetką 

ojca. Otworzyła frontowe drzwi i z westchnieniem ulgi weszła 

do klimatyzowanego wnętrza. Ponieważ nie znalazła Mike'a 
w części przeznaczonej dla klientów, skierowała się na tyły bu­
dynku. 

Siedział na miejscu ojca, plecami do niej, z opuszczonymi 

ramionami. 

- Mike, to ja. 

Nie odwrócił się. 
- Nigdy przedtem nie byłem tu bez niego. 
- Och, Mike. - Nie bacząc na nic, podeszła do niego i poło­

żyła mu dłonie na ramionach. Drgnął. - Wiem - szepnęła. - Ja 
też nigdy nie byłam sama w studiu przed śmiercią taty. 

- Byłem taki naiwny, Beth. Myślałem, że on jest wieczny. 

Delikatnie masowała mu ramiona. Dotykanie go było tak 

naturalne. 

- Przezwyciężył kryzys - zauważyła. - Ma przed sobą wiele 

lat, Mike. Jest twardy. 

- Wiem, że jest twardy, ale straciłem złudzenie, że będzie tu 

zawsze. To zmusiło mnie do zmierzenia się z tym, o czym nigdy 
nie chciałem myśleć. Pewnego dnia odejdzie... a mam tylko 

jego. 

- Tylko jego? Na pewno w Brazylii masz przyjaciół. 
- Kilku. - Opuścił głowę, poddając się dotykowi jej palców. 

- Jestem nawet honorowym członkiem plemienia. 

- Tego, które żyje jak dzieci, bez trosk? 

- Tak. To wspaniali ludzie i zależy mi na nich, ale tak napra­

wdę nie należę do nich. W Brazylii wciąż jestem przybyszem, 
włóczęgą. 

background image

40 • SKRADZIONY POCAŁUNEK 

- Czy nie tego właśnie chciałeś? 

Westchnął. 

- Myślałem, że tego chcę. Ale po rozmowie z lekarzem taty, 

kiedy naprawdę zrozumiałem, że był o krok od śmierci, wszy­

stko się zmieniło. Inaczej patrzę na świat. 

Wciąż masowała mu ramiona. 
- Nie przesadzaj. Zawsze chciałeś życia pełnego przygód. 

Chyba nie zaczniesz zastanawiać się nad podjęciem stałej pracy 
w charakterze mechanika w Bisbee. To nie byłbyś ty. 

- Nie jestem tego taki pewien. 

Przeżyła moment paniki. Tak długo, jak długo Mike poszuki­

wał przygód, ona mogła marzyć o tym, że pewnego dnia ruszy 

jego śladem. Ale jeśli on zrezygnuje? 

- To trudny okres w twoim życiu. Wierz mi, wiem, jak 

to jest. Chciałbyś się wczołgać do najbliższej dziury i otoczyć 

tym, co daje ci poczucie bezpieczeństwa. Ale w końcu czas 

leczy rany. i poczucie bezpieczeństwa nie jest już tak ważne. Nie 
przywiązuj się do czegoś, co później zaczęłoby cię krępować, 
Mike. 

- Przemawia przez ciebie rozsądek. Zawsze taka byłaś. 

Uznała, że trzeba zmienić temat. Ścisnęła mu ramiona po raz 

ostatni i oderwała dłonie. 

- Może teraz porozmawiamy o krajaku? 
- Jasne. - Wstał i podszedł do podświetlanego stołu. - Może 

mi go zademonstrujesz? 

- Mam lepszy pomysł, pozwolę ci go użyć. Jeśli będziesz 

wiedział, jak działa, ułatwi ci to produkcję. - Rozejrzała się po 
schludnym warsztacie. - Chyba znajdzie się tu kawałek szkła? 

- Tak. Gdzieś je widziałem. Chwileczkę. 

Mike podszedł do szafki i wrócił z kawałkiem kobaltowego 

szkła wielkości notesu. 

- Może być ten? 

SKRADZIONY POCAŁUNEK • 41 

- Doskonały. Potrzebujemy wzoru. - Wzięła kartkę papieru 

i ołówek i narysowała serce. Natychmiast pożałowała, że wy­
brała ten wzór, ale Mike stał obok niej, a rozwodzenie się nad 
projektem byłoby gorsze niż wykorzystanie go bez zbędnych 
komentarzy. Umieściła kartkę na podświetlanym stole, włączyła 
lampę pod blatem i nakryła rysunek błękitnym szkłem. Nastę­
pnie ustawiła metalowe ramię przymocowane do stołu. Tnące 
kółko znalazło się tuż nad szkłem. 

- Spróbuj. Zdziwisz się, jakie to proste. 
- Dobrze, co mam robić? 
- Chwyć rączkę w ten sposób. - Po miesiącach demonstro­

wania krajaka automatycznie stanęła za nim i nakryła jego dło­
nie swoimi. Poniewczasie uświadomiła sobie, jak wygodna jest 
to pozycja i jak niepokojąca. - Teraz ustaw kółko tam, gdzie 
chcesz zacząć - ciągnęła - i poprowadź je wzdłuż linii. 

- Jak mocno mam naciskać? 

Próbowała nie dotykać piersiami jego pleców, ale było to 

niemal niemożliwe. Udawała przed sobą, że demonstruje krajak 
komuś obcemu. 

- Jak usłyszysz skrobanie, to będzie oznaczało, że nacinasz 

szkło. - Wmawiała sobie, że dłonie pod jej dłońmi należą do 
starszej pani. A jednak czuła mocne ścięgna i drażniące łaskota­
nie włosów na wewnętrznej stronie dłoni. Świeży zapach jego 

płynu po goleniu sprawił, że wyobraziła sobie, jak przytula się 

do niego i unosi usta do pocałunku. To był bardzo zły pomysł. 

Zacisnęła zęby, patrząc, jak kółko zagłębia się w kobaltowe 

szkło. 

- Właśnie tak. Teraz krzywizna. Dobrze. Teraz puszczam. 

- Cofnęła się z ledwo słyszalnym westchnieniem ulgi i położyła 

dłoń na sercu. - Tak. Doskonale. 

Odłożył krajak i wziął do ręki szkło, które oderwało się 

wzdłuż linii cięcia, tworząc idealne serce. 

background image

42 • SKRADZIONY POCAŁUNEK 

- Zadziwiające. Rozumiem teraz, o co tacie chodziło. To nie 

wymaga żadnego szkolenia. Mogą to robić nawet dzieci. 

Jej puls odzyskiwał normalny rytm. 

- Mój ojciec wpadł na ten pomysł po tym, jak się męczył 

na kursie w domu spokojnej starości z krajakiem starego ty­

pu. Ale... umarł, zanim on i Ernie zdołali go wprowadzić na 
rynek. 

Mike odwrócił się do niej z wyrazem czułości na twarzy. 

- To drugi powód, dla którego tata chce, żeby krajak okazał 

się przebojem, prawda? Jako hołd dla Pete'a. 

- To... - Odchrząknęła. - To jeden z powodów, dla których 

ja również tego pragnę. 

- Wspaniały był z niego gość - powiedział cicho Mike. 
- A więc dlaczego nie przyjechałeś na pogrzeb, Mike? Był 

dla ciebie niczym ojciec! 

Drgnął, jakby go uderzyła. Potem wziął głęboki oddech. 

- Jak tylko dowiedziałem się o jego śmierci, kupiłem bilet na 

samolot. Ale czekając na lotnisku, przemyślałem to i doszedłem 
do wniosku, że obie i beze mnie macie dość na głowie. Zadzwo­

niłem do taty. Uspokoił mnie, że wszystkim się zajmie, więc dla 
dobra sprawy podarłem bilet. Jeśli to jest dla ciebie pociesze­

niem, żałuję, że tak się stało. Nie powinienem zostawiać ojca 
samego w takiej chwili. Bez względu na ciebie i Alanę. 

- Pominąłeś własny smutek, ponieważ myślałeś, że nie 

chcemy cię widzieć? 

- Moje uczucia się nie liczyły. Ale powinienem tu być ze 

względu na mego ojca. 

- Jak możesz mówić, że twoje uczucia się nie liczyły? 

Wzruszył ramionami. 

- Jestem mężczyzną. Powinienem być twardy w takich wy­

padkach, prawda? 

- I udało ci się? 

SKRADZIONY POCAŁUNEK • 43 

Odwrócił wzrok. Ząb jaguara na szyi drgnął. 
Wyobraziła go sobie opuszczającego port lotniczy i wracają­

cego do jakiegoś bezosobowego pokoju, gdzie z pewnością op­
łakiwał samotnie człowieka, który był mu bliski jak ojciec. 

- Och, Mike. - Objęła go i przytuliła się do jego piersi. - Tak 

mi przykro. 

Z długim westchnieniem wziął ją w ramiona i oparł policzek 

na jej głowie. 

- Tęskniłem za tobą, Beth. 
- Ja też. - Cudownie się czuła w jego objęciach, ale bez 

względu na to, jak bardzo pragnęła go pocieszyć, nie ośmielała 

się tego ciągnąć. Powoli wyzwoliła się z uścisku, cofnęła się 

o krok i poruszyła temat, który mógł uratować ją przed zrobie­

niem jakiegoś głupstwa. - Rano dzwoniła Alana. 

Patrzył na nią badawczo. 
- Powiedziałaś jej, że przyjechałem? 
- Nie. 
- Dlaczego? 
- Ona... jest teraz w trakcie ważnej wyprawy. Jej firma do­

piero się rozkręca, a gdyby zostawiła tę rodzinę w środku waka­
cji, słono by ją to kosztowało. 

- A ty myślisz, że zostawiłaby ich? 

- Nie wiem. Być może. 

Mike ujął jej podbródek i zmusił, by na niego spojrzała. 

- Czy to jedyny powód? 

- Mike, proszę. - Puls jej przyspieszył. Stanowczo był zbyt 

domyślny. 

Pogładził jej policzek. 

- Powiedziałaś, że tęskniłaś za mną. A za czym najbardziej? 

Powinna była się cofnąć. Jeśli pozwoli, by jej dotykał w ten 

sposób, to, biorąc pod uwagę jej nikły opór, może się źle skoń­

czyć. Jednak wydawało się, że zapuściła korzenie. 

background image

44 • SKRADZIONY POCAŁUNEK 

- Byłeś... dla mnie jak brat, którego nigdy nie miałam. 
Uniósł drugą rękę i zaczął wyciągać szpilki z jej włosów. 

- I tak właśnie o mnie myślisz? Jak o bracie? 
- Oczywiście. 
- Traktowałaś mnie jak brata, demonstrując ten krajak? Czy 

tylko mnie ogarniało szaleństwo, kiedy mnie dotykałaś? 

- Ja... - Przełknęła ślinę, gdy uwolnił jej włosy i rzucił frot­

kę i spinki na stół. - Mike, przestań. 

Przeczesał jej włosy palcami, patrząc głęboko w oczy. 

- Myślę, że nie drżałabyś tak, gdyby brat postanowił rozpu­

ścić ci włosy. 

- Muszę iść. - Ale ani drgnęła. 
- Za chwilę. - Przesunął rękę na tył jej głowy. - Jak tylko cię 

pocałuję. 

Szumiało jej w uszach. 

- Mikę... 
- Dwie rzeczy - powiedział, pochylając głowę. - Po pier­

wsze, nie gryź mnie. Po drugie, nie jestem twoim bratem. 

Rozdział 

Mike chciał mocno przygarnąć Beth i ukoić swój ból w wybu­

chu namiętności, ale obawiał się, że ją spłoszy. A jego pragnienia 
były głębsze, niż myślał. Jej dotyk, łagodny głos i zrozumienie 
wzbudziły w nim dziwną tęsknotę, której nie mógł się oprzeć. Nie 
mógł pozwolić jej odejść, nie objąwszy jej raz jeszcze. 

Z początku muskał jej wargi lekko, niemal platonicznie. 

Niemal. W głowie mu wirowało. Jej zapach był bardziej korzen­

ny i kobiecy niż przed ośmiu laty, ale usta smakowały tak samo, 
a pocałunek był początkiem podróży, w którą pewnego dnia 
musiał wyruszyć, by nie zwariować. 

Powoli, ostrożnie rozchyliła wargi. Powstrzymał jakoś drę­

czące go pragnienie i wziął tylko tyle, ile mu ofiarowała, po 
czym delikatnie skłonił ją do większej hojności. 

Z walącym sercem wciągnął koniuszek jej języka w usta. 

Zadrżała. Cichy jęk powiedział mu, że Beth być może pozwoli 
na więcej. Nie odważył się. 

Zamiast tego uniósł głowę i otworzył oczy. To była chwila, 

o której śnił, chwila, której odmówiono mu dwukrotnie - raz 
kiedy Ernie zawołał do nich, gwałtownie przerywając ich poca­

łunek, i ostatniej nocy, kiedy go ugryzła. Jej ciemne rzęsy kładły 

cień na spłonionych policzkach, różowe usta były pełne obiet­

nic. Tęsknił, by tam powrócić. Czekał jednak. 

background image

46 • SKRADZIONY POCAŁUNEK 

SKRADZIONY POCAŁUNEK • 47 

Mimo gniewu marzył o tym, by przycisnąć usta do kremowej 

skóry po wewnętrznej stronie przedramienia, przytrzymać jej 
dłonie nad głową i pocałować wgłębienie na szyi, łuk obojczy­

ka, dolinkę między piersiami. 

- Lubisz kobiety, Mike - ciągnęła. - A one lubią ciebie. 

Jesteś światowym mężczyzną, a w trakcie swoich wypraw po­

znałeś pewnie... niecodzienne seksualne zwyczaje. 

Nie zamierzał zaprzeczać. 

- Odnoszę wrażenie, że wyobrażasz mnie sobie, jak figluję 

z tubylczymi kobietami o nagich piersiach. 

- A nie było tak? 
- Jestem mężczyzną, Beth. Nie żyłem jak mnich. 
- A czy twoje doświadczenia były... odmienne? 
- Tak. - Zawiesił głos. - Czy to cię podnieca? - Pytanie było 

zbędne. Jej przyspieszony oddech i ogień w oczach starczyły za 
odpowiedź. - Kobiety, z którymi kochałem się w deszczowych 
lasach, nie prowadzą gierek. Zaspokajają najprostsze ludzkie 
potrzeby i tyle. 

- Życie nie zawsze jest tak proste. 
- Najwidoczniej. 

Wzięła głęboki oddech. 

- Wiedząc, że Alanie wciąż na tobie zależy, nie mogłabym 

żyć ze świadomością, że ty i ja... 

- A więc musisz czuć się winna, że nie powiedziałaś jej 

o moim przyjeździe. 

- To prawda, ale nie chcę, by narażała na szwank swoją 

firmę. 

- Czy to nie byłaby jej decyzja? - Spojrzał na nią surowo. 

Miała taką minę, jakby chciała się spierać, lecz skinęła 

głową. 

- Tak. Powinnam jej o tym powiedzieć. 
- Ale nie zrobiłaś tego. I w skrytości ducha myślałaś, że ty 

Gwałtownie otworzyła oczy i wszystkie jego pragnienia zna-

lazły odpowiedź w tych zamglonych, błękitnych głębiach. 

Po chwili zacisnęła powieki i oderwała się od niego. 

- Nigdy sobie tego nie wybaczę. 

- Beth, posłuchaj... 

- Chcę cię prosić, żebyś zapomniał o tym, co się wydarzyło. 

- Wyprostowała ramiona i spojrzała mu w twarz, jakby stała 

przed plutonem egzekucyjnym. - Proszę. 

- Nie mogę. - Jego głos był ochrypły od pożądania. 
- Jak chcesz. Ja o tym zapomnę. 

- Ty też nie jesteś w stanie tego zrobić. - Mógł to nawet 

udowodnić, znów biorąc ją w ramiona, ale nie chciał. Obawiał 
się, że zaczęłaby nienawidzić samej siebie. - Między nami coś 

jest, Beth. Zawsze było. 

Westchnęła głęboko i cofnęła się jeszcze o krok. 
- Dobrze, nie będę zaprzeczać, że... że mi się podobasz. Ale 

to nie znaczy, że coś z tym zrobię. 

- Dlaczego nie? 
- Musisz pytać? 
- Nie jestem już zaręczony z Alaną. I nie zamierzam się 

z nią zaręczać. Jesteśmy innymi ludźmi. 

- Naprawdę? - Odgarnęła włosy i wzięła frotkę ze stołu. 

Przy tym ruchu piersi naparły na cienki materiał bluzki bez 
rękawów. - A może po prostu masz zwyczaj sięgać po kobietę, 
która akurat jest pod ręką? 

Zabolało go to oskarżenie. Odparował cios. 

- Aha, to kolejny powód, by mnie odepchnąć. Myślisz, że 

pocałowałem cię tylko dlatego, że jesteś pod ręką. Gdyby stała 
tu Cindy Crawford, całowałbym ją, a jeśli zamiast niej pojawiła­
by się Demi Moore, próbowałbym uwieść Demi. O to chodzi? 

- Mniej więcej. - Umocowała włosy na czubku głowy, uno­

sząc przy tym wdzięcznie ramiona. 

background image

48 • SKRADZIONY POCAŁUNEK 

i ja moglibyśmy poczekać na rozwój wypadków, a ona nie mu 

siałaby o niczym wiedzieć. 

Zarumieniła się. 

- Do licha, zmuszasz mnie do szczerości wobec siebie sa- 

mej! Tak, zgoda, pewnie tak pomyślałam i wstyd mi z tego 
powodu. A teraz, kiedy tak śmiało ująłeś to w słowa, uświadomi­
łam sobie, że nigdy nie mogłabym zachować się tak podle, 
a więc zapomnij o tym, Mike. 

Popatrzył na nią z rozbawieniem. 

- Mało prawdopodobne, że potrafiłbym to zrobić. 
- Chociaż spróbuj! 
- Słuchaj, nie chciałbym jeszcze bardziej zranić ani ciebie, 

ani Alany, ale nie myśl, że możemy po prostu zignorować to, co 

jest między nami. Pocałunek Alany nie prześladował mnie przez 

osiem lat. Twój tak. 

W jej oczach zapłonęło światełko i zaraz zgasło. 
- To dość wygodne, biorąc pod uwagę, że ja jestem tu w Bis-

bee, a Alana w górach Ozark. 

- Cała ty, dawna udowodnij-mi-to. - Uśmiechnął się smut­

no. - Nie zmieniłaś się, prawda? 

- Zmieniłam się. 
- Ale wciąż potrzebujesz namacalnych dowodów. Jak wte­

dy, kiedy musiałem zjechać rowerem po schodach gorzelni. 
Pamiętam, jak oparłaś pięści na tych chudych biodrach i mówi­

łaś: Udowodnij to, Mike. A więc musiałem to zrobić. 

- Och, jestem pewna, że robiłeś to dla Alany. Ja po prostu 

byłam w pobliżu. 

- Pozwól, że odświeżę ci pamięć. Alany tam nie było. Wtedy 

jak zjechałem na deskorolce w dół Tombstone Canyon Road 

i omal się nie zabiłem, Alany też nie było. Ani kiedy wszedłem 
do kopalni i omal nie spadłem do szybu. Robiłem to wszystko, 
by wywrzeć wrażenie na tobie, nie na Alanie. 

SKRADZIONY POCAŁUNEK • 49 

- Ale to przecież Alana... 
- Oznajmiła mi, że jestem jej chłopakiem. W tym wieku 

człowiek się nie spiera. Idziesz z prądem. Szczeniackie zadurze­

nie przechodzi w ślubne plany. I. pewnego wieczora pełnego 
szampana popełniasz błąd, a może wreszcie idziesz za głosem 

serca i trzymasz w ramionach siostrę narzeczonej. I wtedy... 

- Nie chcę tego słuchać. - Zatkała dłońmi uszy zupełnie 

jak w dzieciństwie. Policzki jej poróżowiały. Oderwała dło­

nie i wyprostowała się, starając wydać się bardziej dorosła. -
Zmyślasz. 

- Może. A może osiem lat w dżungli daje pewną jasność. 

Przejechała nerwowo językiem po wargach. 
- Muszę wracać do studia. 
Patrzył na ruchy jej języka i słodki ból wypełnił mu lędźwia. 
- A ja muszę się tu ulokować i oswoić ze sprzętem. - Przy­

pominał sobie, że Beth ma wieczorem spotkanie z Huxfordem. 
- Może chcesz, żebym pokręcił się w pobliżu, kiedy będziesz 

przekazywać złe nowiny naszemu przyjacielowi z Chicago? 

- Nie. Dzięki za dobre chęci, ale poradzę sobie. 
- Zamierzał wybrać się z tobą na kolację, prawda? 
- Chyba w tych okolicznościach zmieni zdanie. 

- A więc pozwól mi... 
- Mike, to naprawdę nie jest dobry pomysł. Im mniej będzie­

my się widywać, tym lepiej. 

- A może, jeśli spędzimy razem trochę czasu, jakoś wszystko 

rozwiążemy. Czy Cafe Roca jest tak dobra jak dawniej? 

- Tak, ale... 

- Możemy się tam spotkać, jeśli nie chcesz, żebym po ciebie 

przyjeżdżał. A potem rozejdziemy się, każde do swego domu. 

- Nie jedziesz do Tucson? 
- Nie. Rano powiedziałem Erniemu, że będę do późna 

w warsztacie, by od jutra ruszyć pełną parą. - Widział, że się 

background image

50 • SKRADZIONY POCAŁUNEK 

waha. - Daj spokój, Beth. Nie mam w mieście żadnych kumpli, 
a nie uśmiecha mi się hot dog i fasolka w samotności. 

- Zgoda, możemy iść na tę kolację. Każdy płaci za siebie. 
- Posłuchaj, chciałbym... 
- Nie, to ty posłuchaj. Płacimy po połowie. Daj mi trzy 

kwadranse na Colby'ego. Będę w Cafe Roca za kwadrans ósma. 

- Zgoda. - Popatrzył na nią. - Gdybym po ciebie przyjechał, 

łatwiej by ci było się go pozbyć. 

- Jestem już dużą dziewczynką, Mike. Poradzę sobie. 

- No, dobrze. - Nie podobało mu się to. Cholernie chciał iść 

do studia i upewnić się, że Huxford został wykopany z miasta, 
ale skoro sobie tego nie życzyła, poczeka na nią w Cafe Roca. 
Zjedzą kolację i wypiją butelkę wina. A potem... zobaczymy. 

Colby pojawił się w studiu, gdy Beth podliczała rachunki 

z całego dnia. Ciemne włosy zaczesał jak zwykle do tyłu, a na 
sobie miał coś, co Beth uznała za niezobowiązujące ubranie dla 
mężczyzny jego pokroju - koszulę rozpiętą pod szyją, spodnie 
i blezer. Pewnie całe życie przebywał w klimatyzowanych po­

mieszczeniach. W przeciwnym razie zemdlałby w tych wszy­

stkich warstwach. Najwidoczniej lubił wywatowane ramiona. 

Niektórzy mężczyźni, weźmy chociażby Mike'a, nie potrzebo­
wali czegoś takiego. Zganiła się w myśli za takie porównania. 
Ciało Mike'a to nie najlepszy temat do rozmyślań. 

- Miałaś dobry dzień? - spytał, kładąc teczkę na kontuarze. 
Zdradziecka pamięć Beth podsunęła jej obraz pocałunku 

Mike'a. 

- Pełen wrażeń - odparła. 
- Gotowa do podpisania umowy i pójścia na kolację? 
Odsunęła rachunki i oparła się o kontuar. Patrzyła Colby'e-

mu prosto w twarz. Jego szare oczy, zwykle oficjalne jak garni­
tur z wełnianej flaneli, mierzyły ją z aprobatą. Po raz pierwszy 

SKRADZIONY POCAŁUNEK • 51 

zdała sobie sprawę, że jest zainteresowany czymś więcej niż 
umową na krajak. 

Nie ułatwiła sobie sprawy własnym strojem, ale zakładając 

wydekoltowaną suknię z białego batystu i błękitne kolczyki w od­
cieniu pasującym do oczu, myślała o Mike'u. Oczywiście nie cho­

dziło o to, żeby zrobić na nim wrażenie. Po prostu nie chciała 

pojawić się na kolacji, wyglądając jak baba-jaga. Nie zastanowiła 

się nad tym, że Colby weźmie to za dobrą monetę. 

- Pewnie już masz bilet na jutrzejszy powrót do Chicago. 
Oparł się o kontuar z wystudiowaną niedbałością. 

- Pomyślałem, że prześlę umowę do firmy i zrobię sobie 

małe wakacje. 

- Tak? Dokąd się wybierasz? - Wcale jej się to nie podobało. 

Znała to spojrzenie. Oznaczało, że mężczyzna ma pewne plany, 

a kolacja stanowi tylko pierwszy etap. 

- Wynająłem tu pokój. Twoja uwaga o miejscowych restau­

racjach uświadomiła mi, że właściwie niczego nie widziałem. -
W uśmiechu pokazał zęby. - Mam nadzieję, że mnie opro­

wadzisz. 

- Nie będę miała na to czasu, Colby. Ja... 
- Ale przecież skończą się twoje zmartwienia z krajakiem, 

a o tej porze roku nie miewasz zbyt wielu klientów, pomyślałem 
więc, że może... 

- Właśnie o to chodzi. Nie przestanę myśleć o krajaku. 

Chciałabym mieć dwa tygodnie przed podpisaniem umowy. 

Uśmiech znikł. 

- Dwa tygodnie? Dlaczego, u licha, chcesz czekać dwa 

tygodnie? Do tego czasu twoi klienci będą dobijać się do drzwi 

i żądać krajaków. 

- Ktoś będzie je produkował tu w Bisbee. 
- Kto? - Zmrużył oczy. 
- Syn Erniego Tremayne'a, Mike. 

background image

52 • SKRADZIONY POCAŁUNEK 

- Ten wielki biały myśliwy, którego wczoraj poznałem? 
- Tak. - Beth zacisnęła szczęki, ale zachowała uprzejmy ton. 

Nie chciała zrażać Colby'ego na zawsze. Może będzie potrzebo­
wała tej umowy. - Ma odpowiednie kwalifikacje i zaoferował 

się przejąć produkcję, dopóki Ernie nie wyzdrowieje. 

- Popełniasz wielki błąd, Beth. 
W duchu przyznawała mu rację. 

- Bez względu na to, jak korzystna jest oferta Handmade, 

Ernie i ja lepiej wyszlibyśmy na tym interesie, biorąc sto procent 

zysku. Mikę uważa, że może nam się udać. 

Twarz Colby'ego stężała. 
- Nie możesz prosić o zwłokę i spodziewać się zawarcia 

umowy na tych samych warunkach jak przy natychmiastowym 
odstąpieniu praw do patentu. Za dwa tygodnie twoja sytuacja 
będzie gorsza, a moja firma oczekuje, że to wykorzystam. Tak 
właśnie działa świat biznesu. 

- Doskonale wiem, jakie reguły obowiązują w świecie bi-

znesu. 

- Chyba jednak nie wiesz. Gdybyś była mądrzejsza, postawiła­

byś na coś pewnego, zamiast pozwalać, żeby ten Tremayne nama­

wiał cię na hazard. Kim on dla ciebie jest, dawnym chłopakiem? 

- Nie - zaprzeczyła, i od razu pożałowała, że w ogóle odpo­

wiedziała na to pytanie. 

Uniósł brwi. 

- Nawet gdyby nim był, nie wydaje się właściwe, żebyśmy 

o nim mówili. 

- To całkiem właściwe, jeśli twój związek z nim rujnuje 

umowę, nad którą pracowałem trzy dni. 

- Przykro mi, że zmarnowałeś tyle czasu, ale tak jak powie­

działeś, prawdopodobnie dostaniesz ten patent i tak, i to na ko­
rzystniejszych warunkach. Dwa tygodnie znaczą dużo dla mnie, 
ale dla firmy to nie może być aż tak ważne. 

SKRADZIONY POCAŁUNEK • 53 

- Masz rację, nie jest. Chodziło mi o twoje dobro. Nie my­

ślisz rozsądnie. 

Miała serdecznie dość tej rozmowy. Zerknęła na zegarek. 

Powinna się pospieszyć, w przeciwnym razie spóźni się na spot­

kanie z Mikiem. 

- Może masz rację. To się okaże, prawda? 
- Myślę, że tak. Nie mogę zmuszać cię do podpisania umowy. 

- W tej sytuacji pewnie jutro rano odlecisz do Chicago, 

zamiast snuć się po Bisbee. 

Spojrzał na nią przenikliwie. 

- Próbujesz się mnie pozbyć, Beth? 

- Skądże - skłamała. —Ale nie będę mogła oprowadzić cię po 

okolicy, a w sierpniu jest tu bardzo gorąco, jak pewnie zauważyłeś. 

- Można by pomyśleć, że zniechęcasz mnie do pozostania. 

- Colby, jeśli chcesz tu spędzić wakacje, nie mam nic prze­

ciwko temu. - Na szczęście nie znał jej wystarczająco dobrze, 
by zarzucić jej kłamstwo. 

- A więc tak zrobię. Może teraz pójdziemy już na tę kolację? 
- Ale... nie podpisaliśmy umowy. 
- Cóż byłaby ze mnie za gnida, gdybym odwołał zaprosze­

nie, ponieważ nie wpisałaś swego nazwiska na wykropkowanej 

linii. Naturalnie, że zabieram cię na kolację. 

- No cóż, Colby, to trochę niezręczne. - Spuściła wzrok. 

- Wiedziałam, że nie podpiszę tej umowy, i pomyślałam, że 

w tych okolicznościach nie będziesz chciał ze mną pójść, więc 
umówiłam się z kimś innym. 

- A więc Tremayne nie tylko sprzątnął mi sprzed nosa umo­

wę, ale również towarzystwo przy kolacji. 

- Dlaczego tak myślisz? 
- Widziałem, jak na ciebie wczoraj patrzył. Nie wiem, co cię 

z nim wiąże, ale wiem, co mu chodzi po głowie. Ten krajak to 
tylko protest, by być blisko ciebie. 

background image

54 • SKRADZIONY POCAŁUNEK 

Beth uniosła podbródek. 

- Choć to naprawdę nie twoja sprawa, jak już mówiłam, 

Mike robi to dla swego ojca, nie dla mnie. 

- A kto ci to powiedział? 

- Mike. 

- I uwierzyłaś mu? 
- Tak. - Ale właściwie nie rozmawiała o tym z Erniem. Mo­

żliwe, że Mike obmyślił wszystko sam. Nie powinna tak szybko 
zaufać jego słowom. 

- Poznaję po wyrazie tej ślicznej buzi, że wreszcie zaczęłaś 

myśleć. - Colby wziął teczkę z kontuaru. - Przełożymy tę kola­

cję. Jutro wieczorem? 

- Jutro wieczorem jadę do szpitala. 
- Rozumiem. - Wzrok Colby'ego prześliznął się po niej. 

- Cóż, zawsze lubiłem wyzwania. Zajrzę tu jutro w ciągu dnia. 

- Dobrze. 

Ruszył w kierunku drzwi. Z ręką na gałce odwrócił się do 

Beth. 

- Na twoim miejscu zadałbym Erniemu parę pytań. Ten 

krajak ma zbyt duże znaczenie dla stanu twoich finansów, by 
Mike Tremayne posługiwał się nim jako narzędziem w swych 
romantycznych podbojach. 

Beth postanowiła nie odpowiadać. 

Wyszedł, zasalutowawszy w jej kierunku. 

Kiedy odjechał, powzięła decyzję. Przed kolacją ona i Mike 

zadzwonią do szpitala z galerii przy restauracji. Może uda jej się 
coś wywąchać. Nie miała zamiaru czekać dwadzieścia cztery 
godziny, by dowiedzieć się, czy Mike wciąż jest tym dwulico-
wym draniem, jakim okazał się przed ośmiu laty. 

Rozdział 

Beth uruchomiła system alarmowy i wyszła ze studia fronto­

wymi drzwiami. Temperatura spadła do około dwudziestu sied­
miu stopni, a lekki wietrzyk niósł zapach jaśminu. Main Street 
oświetlały lampki powieszone w ubiegłym tygodniu z okazji 

święta wina. Pogodne letnie wieczory zawsze przypominały jej 

przyjęcie po próbie ślubu Alany... i Mike'a. 

Przez całe popołudnie próbowała nie myśleć o kolacji z nim. 

Nie udało się jej. Szła nierównym chodnikiem w kierunku re­

stauracji, pełna radosnego oczekiwania. Jeszcze jako zakochana 
w nim do szaleństwa nastolatka z zazdrością patrzyła z okna 
sypialni, jak Mike i Alana wychodzili przytuleni na kolację. 
Sama w swoim pokoju, odtwarzała w myślach przebieg wieczo­
ru -przyćmione światła, dłonie złączone nad stołem, czułe spoj­

rzenia, pocałunek na dobranoc. 

Oczywiście na miejscu Alany widziała siebie. Być może 

dlatego nie była w stanie oprzeć się dzisiejszemu zaproszeniu. 
Nie zamierzała dopuścić do ściskania dłoni czy wymiany czu­
łych spojrzeń, nie mówiąc już o pocałunku na dobranoc, ale 
uznała, że ten jeden szczególny wieczór pozwoli jej spełnić 

przynajmniej część młodzieńczej fantazji. Cafe Roca uchodziła 
za jedną z najbardziej romantycznych restauracji w mieście. 

Przede wszystkim jednak zamierzała w obecności Mike'a 

background image

56 • SKRADZIONY POCAŁUNEK 

zadzwonić do Erniego. Gdyby się okazało, że Ernie nie ma 

pojęcia o planie produkcji krajaków, wtedy wieczór mógłby 
okazać się nie tak idylliczny, jak sobie wyobrażała. 

Otworzyła drzwi restauracji i natychmiast zobaczyła Mike'a 

przy stoliku w rogu. Siedział twarzą do drzwi. Kiedy na widok 
Beth uśmiechnął się, jej puls przyspieszył. Najwyraźniej igrała 
z ogniem, godząc się na tę kolację. Podeszła do stolika. 

- Wspaniale wyglądasz - powiedział Mike na powitanie. 
- Dzięki. - Trzeba przyznać, że ten komplement ucieszył ją 

tak samo, jak podziw Colby'ego zezłościł. 

- Pozbyłaś się tego padalca z Chicago? 
- Opowiem ci o tym za chwilę. Może teraz zadzwonimy do 

twego ojca i dowiemy się, jak się czuje? Janice z galerii sztuki 
na pewno pozwoli nam skorzystać z telefonu. 

- Dzwoniłem do niego tuż przed wyjściem. Wszystko w po­

rządku. 

- Och. - Nie sądziła, że Mike jest tak sumienny. 
- Ale skoro masz ochotę, zadzwoń, zanim coś zamówimy. 
- Może... może tak zrobię. Masz przy sobie numer? 
- Jasne. Zawsze go ze sobą noszę. - Z tylnej kieszeni spodni 

wyjął portfel i wyciągnął skrawek papieru. 

- Dzięki. Zaraz wracam. 
- Może tymczasem zamówię butelkę wina? 
- Dobrze. - Przecież nie mogła mu tego zabronić. Miał pra­

wo wypić wino do posiłku. Ale ona powinna się pilnować, by 
wypić najwyżej jeden kieliszek, zwłaszcza że właśnie zobaczyła 
wymowne kółko odciśnięte na skórze jego portfela. Może za­
wsze nosił przy sobie prezerwatywy. Może ta nie miała nic 
wspólnego z ich kolacją. Nie zamierzała jednak ryzykować. 

- Na co masz ochotę? 
- Lubię dobrego merlota. 

Uśmiechnął się szeroko. 

SKRADZIONY POCAŁUNEK • 57 

- Chętnie zaszalałbym i wziął szampana. 

- Ani się waż! - Serce zaczęło jej bić szybciej na myśl 

o szampanie, którego oboje pili tamtego wieczora. - Dochodzi 
ósma, lepiej już pójdę zadzwonić. 

- Idź. Merlot i ja będziemy czekać. 

Diabła tam, jeśli on nie flirtuje, pomyślała, idąc do galerii. I, 

szczerze mówiąc, bardzo jej się to podobało. 

Zajęta klientami Janice pozdrowiła ją z daleka. Beth we­

szła na zaplecze i nakręciła numer zapisany kanciastym pismem 

Mike'a. 

Ernie podniósł słuchawkę po drugim dzwonku. 

- Halo? - powiedział z wysiłkiem. 

- Tu Beth. Mam nadzieję, że nie spałeś? 
- Jak można spać w takim miejscu? - Głos mu się ożywił. 

- Skąd dzwonisz, złotko? 

- Z galerii Janice. Mike jest tuż obok, w Cafe Roca. Jemy 

razem kolację. 

- Naprawdę? Ten hultaj nie pisnął ani słowa. To miło, Beth. 

To dlatego zadzwoniłaś? Żeby mi o tym powiedzieć? 

- Niezupełnie. Chciałam ci tylko życzyć dobrej nocy. I po­

wiedzieć, że Mike uważa, iż od jutra będzie w stanie rozpocząć 
produkcję krajaków. 

- Wspaniale. 
Nie dosłyszała wahania w głosie Erniego. Chyba rzeczywi­

ście to on wpadł na pomysł, by rzucić Mike'a na głęboką wodę. 

- Szczerze mówiąc, byłam zaskoczona, kiedy się tego pod­

jął. Czy to mu się szybko nie znudzi? 

- Mike ma silniejszy charakter, niż sądzisz. Nie prosiłbym 

go o to, gdybym myślał, że porzuci wszystko w połowie. Wy­
trzyma do końca, Beth. Oczywiście nic by się nie stało, gdybyś 

od czasu do czasu trochę go zachęciła. 

- W jaki sposób? 

background image

58 • SKRADZIONY POCAŁUNEK 

- No, wiesz. Po prostu daj mu do zrozumienia, że dobrze 

pracuje. On, zdaje się, podejrzewa, że nie masz najlepszego 

zdania o jego umiejętnościach. Wiele dla niego znaczysz. Za­
wsze tak było. 

- Powiedział ci to? - Serce zabiło jej szybciej. 
- W pewnym sensie. I, Beth, nie gryź go więcej, dobrze? 

Można pomyśleć, że wciąż jesteście dziećmi. 

- Ernie! - Dziękowała opatrzności, że nikt nie widzi wyrazu 

jej twarzy. 

- Musiałem powiedzieć, co o tym myślę, skoro nie ma tu 

twego ojca. Teraz wracaj na kolację i baw się dobrze. Mój środek 

nasenny zaczyna działać. 

- Miłych snów, Emie. Dobrej nocy. - Położyła słuchawkę na 

widełki i głęboko odetchnęła. A więc Emie domyślił się. Przyłożyła 

dłonie do rozpalonych policzków. Przy odrobinie szczęścia Ernie 

i Mike będą jedynymi osobami na świecie, które o tym wiedzą. 

Ernie oparł głowę o poduszkę i z bólu zamknął oczy. Starał 

się ograniczać zastrzyki, co nie było łatwe. Chciał wiedzieć, co 

się dzieje, a te przeklęte zastrzyki zmieniały jego umysł w pap­

kę. Mike i Beth nigdy się nie dowiedzą, ile kosztuje go udawanie 
wspaniałego samopoczucia, kiedy któreś z nich wpada w odwie­
dziny. Udało mu się nawet zwieść ulubioną pielęgniarkę, Judy. 

Nie znosił, kiedy traktowano go jak chorego staruszka. 

Wziął długi urywany oddech. Bolało jak diabli. 
- Jesteś tu, Pete? 

„Tak, jestem, ty kretynie. Wezwij pielęgniarkę i poproś o za­

strzyk. Nie udawaj bohatera". 

- Słuchaj, kto ma opanować tę sytuację, ty czy ja? 

„Opanować, dobre sobie. Jesteś biały jak prześcieradło. 

W niczym tym dzieciakom nie pomożesz, jeśli będziesz zwijał 

się z bólu". 

SKRADZIONY POCAŁUNEK • 59 

- Nieważne. Jak myślisz, dobrze zrobiłem, wspominając 

o tym ugryzieniu? 

Pokój wypełnił śmiech. 

„Jeśli musisz wiedzieć, przypomniały mi się dawne lata. 

Zdążyłem już zapomnieć, że to Beth atakowała w ten sposób. 

Alana i Mike po prostu się bili, ale Beth nie dawała rady. W koń­
cu miała dopiero cztery lata, a oni po sześć, a więc jeśli uznała 
to za niezbędne, wpijała się w nich zębami". 

- Cóż, najwidoczniej wciąż tak robi. 

„Może Mike na to zasłużył?" 

- Och, ty zawsze bierzesz stronę tych dziewcząt. Powiem ci, 

że były równie twarde jak mój chłopak. Każdy, kto mówi, że 
dziewczęta to słaba płeć, powinien zobaczyć je w akcji. . 

„Najwidoczniej walka wciąż trwa". 

- Zobaczymy. Wybrali się razem na kolację. 

„Jedna kolacja wszystkiego nie zmieni". 

- Tak, wiem. To dlatego ograniczam te zastrzyki. Muszę być 

przytomny na wypadek, gdyby nie wiedzieli, co począć. 

„Posłuchaj. Zobaczę, co da się zrobić. Może pociągnę za parę 

sznurków i tutejsze władze pozwolą mi porozmawiać z moimi 
dziewczynkami". 

- Nigdy przedtem nie dostałeś zgody, prawda? 

„Prawda". 

- A więc nie wysilaj się. Jesteś już na emeryturze. Mam 

wszystko pod kontrolą. 

„Chciałbym tam być, chłopie". 

- Ja też bym tego chciał, Pete. - Ernie westchnął. - Ja też. 

Beth wróciła do restauracji i wsunęła się na krzesło naprze­

ciwko Mike'a. Przy jej nakryciu stał kieliszek z winem. Łapczy­

wie upiła łyk. 

- Spragniona? - Obserwował ją z rozbawieniem. 

background image

60 • SKRADZIONY POCAŁUNEK 

Spojrzała na kieliszek i przypomniała sobie, że zamierzała 

nie pić. 

- Chyba tak. - Odstawiła kieliszek i wzięła szklankę. - Co  

oznacza, że powinnam raczej pić wodę. 

- Daj spokój. Mamy całą butelkę. 

- Woda jest bardzo dobra. - Przyłożyła szklankę do policzka 

i zerknęła na dolną wargę Mike'a, na której wciąż widniał cie­
mniejszy ślad. Emie nie mógł go nie zauważyć. 

- Masz rumieńce. Wszystko w porządku? 

- Jasne. - Odstawiła szklaneczkę. Co ona wyprawia. Mike 

na pewno się zorientował, że coś ją niepokoi. - Tu jest dość 

ciepło, po prostu. Ernie czuje się dobrze, tak jak mówiłeś. Ucie­

szył się, że jemy razem kolację. 

- A więc powiedziałaś mu? 
- Tak. Dlaczego miałabym tego nie robić? 
- Nie wydawałaś się nastawiona zbyt entuzjastycznie do 

tego pomysłu, więc pomyślałem, że nie chcesz rozgłaszać, że 

zgodziłaś się iść na kolację z takim obibokiem jak ja. - Jego 

uśmiech nie maskował niepewności w oczach. 

Jakże łatwo przyjęła za własną opinię Colby'ego o Mike'u, 

zupełnie przecież niesprawiedliwą. Poza tym przez dwa lata 

sądziła, że Mike'owi śmierć jej ojca była obojętna, gdy tymcza­
sem on trzymał się z dala, aby oszczędzić jej i Alanie bólu. Od 

pamiętnej nocy przed ośmiu laty była skłonna uwierzyć we 

wszystko co najgorsze, jeśli chodzi o Mike'a Tremayne'a, choć 

z wyjątkiem tamtego incydentu nie dał jej po temu żadnych 
powodów. 

- Nie uważam cię za obiboka - powiedziała cicho. 
- To... - Mike przerwał, bo właśnie do stolika podeszła 

kelnerka. Spojrzał na Beth. - Zdecydowałaś, na co masz ochotę? 

Dobre pytanie, pomyślała. Na ciebie. Ale cię nie chcę. Trud­

no się w tym połapać. 

SKRADZIONY POCAŁUNEK • 61 

- Uwielbiam krewetki. 
- Dwa razy krewetki. 

Po odejściu kelnerki Mike uniósł kieliszek. 

- Za krajak Nightingale. I za to, że uwolniłaś miasto od tego 

natrętnego łobuza z Chicago. 

- On nie wyjechał. 
- Jak to? Nie uzyskałaś dwóch tygodni zwłoki? 
- Owszem. - Beth upiła łyk wina. - Ale on postanowił zro­

bić sobie tydzień wakacji. Zatrzymał się w pensjonacie i mówi, 
że chce poznać okolice. 

Zmrużył oczy. 
- Huxford tak samo spędza wakacje w Bisbee, jak ja zaczy­

nam pracę na Wall Street. Albo sądzi, że może wywrzeć na 
ciebie nacisk i skłonić cię do zmiany zdania, albo... 

- Albo co? 
- Albo zainteresował się tobą. - Mike wychylił kieliszek 

i odstawił go na stół. - Najpewniej jedno i drugie. 

- Zabawne, on powiedział to samo o tobie. 
- Naprawdę? 
- Twierdzi, że twoje... zainteresowanie mną to jedyny po­

wód, dla którego zgodziłeś się produkować krajak. Wyjaśniłam 

mu, że robisz to dla ojca. 

- A więc teraz mogę równie dobrze przyznać, że nie tylko. 

Sięgnął przez stół i wziął ją za rękę. Ten dotyk przeszył jej 

ciało jak błyskawica. 

- Oczywiście, że nie tylko dla Erniego. Pomagasz mi w uru­

chomieniu nowego przedsięwzięcia i ja to doceniam. . 

- Zgoda, ale to jeszcze nie wszystko. - Jego głos brzmiał jak 

pieszczota. - Robię to również dlatego, że od ośmiu lat mam 

obsesję na twoim punkcie, a teraz, kiedy mam pretekst, by trzy­
mać się w pobliżu, bezwstydnie z niego korzystam. 

Zalała ją fala gorąca, choć wewnętrzny głos ostrzegał, że 

background image

62 • SKRADZIONY POCAŁUNEK 

powinna wyrwać rękę i wyjść z restauracji, kiedy jeszcze może 
oprzeć się pokusie. 

- Mówiłam ci, że między nami do niczego nie dojdzie. Po 

prostu marnujesz czas. 

- Może tak. - Przejechał palcem po żyłkach na wewnętrznej 

stronie jej nadgarstka. - Nie ma gwarancji, że kiedykolwiek 
stanę się mężczyzną, jakiego potrzebujesz. - W jego oczach 

iskrzyło się pożądanie. 

- Wiem, że nie jesteś takim mężczyzną, jakiego potrzebuję 

- powiedziała, choć ciało mówiło jej coś innego. 

- Nie chcesz wziąć pod uwagę, że mogę się zmienić? 
Z trudem zachowywała równowagę. 

- Mike, zachowujesz się w ten sposób, bo teraz potrzebu­

jesz kogoś, kogo znasz, kogoś, kto dałby ci poczucie bezpie­

czeństwa. 

- Naprawdę wierzysz, że to wszystko? 

Namiętność ogarniała ją jak płomień. Przełknęła ślinę. 

- To nie fair. 
- Wiem. To bezczelność z mojej strony, ale nie mogę obie­

cać ci, że wyjadę natychmiast, jak tylko z ojcem będzie wszy­
stko w porządku. Przez całe popołudnie wmawiałem sobie, że 
muszę trzymać się z dala od ciebie. - Spojrzał na jej rękę zaciś­
niętą kurczowo w jego dłoni, a potem ponownie w jej oczy. 

- Nie potrafię tego zrobić. 

- A więc Colby miał rację. Chcesz mnie zaciągnąć do łóżka. 

Pragnienie w jego oczach zmieniło się w gniew, a uchwyt 

stał się mocniejszy. 

- Nie, Colby nie ma racji. Zależy mi, byś jak najwięcej 

skorzystała na swoim wynalazku. Zależy mi też na tym, by 

ojciec mógł w spokoju wracać do zdrowia. A co do korzystania 
z okazji, by zaciągnąć cię do łóżka, to obraza dla tego, co do 

ciebie czuję. 

SKRADZIONY POCAŁUNEK • 63 

Pożądanie było coraz silniejsze. Jeszcze chwila, a jej rozsą­

dek legnie w gruzach. Wyrwała dłoń z uścisku Mike'a, złapała 

torebkę i zerwała się z krzesła, myśląc tylko o tym, żeby uciec 

jak najdalej od niego, zanim zrobi coś, czego będzie żałować 

przez resztę życia. Zawołał za nią, ale nie zatrzymała się nawet 
na sekundę. 

Na ulicy zaczęła biec. Dogonił ją po paru krokach. Poczuła 

uścisk jego palców na ramieniu i gwałtownie odwróciła się twa­
rzą do niego. Zanim zdołała zaprotestować, jego usta znalazły 

się na jej wargach. 

Opierała się przez chwilę, ale siła jego pocałunku wkrótce 

wyparła wszystko poza czystym pożądaniem. Badał jej usta, 
trzymając ją w żelaznym uścisku. Gdyby nie te silne ramiona, 
osunęłaby się na chodnik. Jej świat zawirował. Nigdy nie czuła 
tak wielkiego podniecenia. 

Chwytając ciężko powietrze, oderwał wargi od jej ust. Sze­

pnął ochryple wprost do jej ucha: 

- To właśnie z tego rezygnujesz, Beth. Nie rozmawiamy 

o czułej scenie, której wspomnienie wisi w oknie twego studia. 
Już przeszliśmy tę fazę. - Powoli wypuścił ją z objęć i cofnął się 

o krok. Na jego wardze czerwieniała kropla krwi. 

- Twoja warga... 

Dotknął jej tak jak ubiegłego wieczoru, oderwał dłoń i spoj­

rzał na plamkę. Potem przeniósł wzrok na Beth. 

- Chyba nie powinniśmy bać się odrobiny krwi. Po 

tych wszystkich latach, kiedy znów się zeszliśmy, będziemy 
pewnie musieli drapać i gryźć po to, by wszystko między sobą 

wyjaśnić. 

- Idę... do domu. 
- Pójdę z tobą. 
- Nie. - Cofnęła się, ogarnięta paniką. - Pozwól mi iść sa­

mej. Muszę pomyśleć. 

background image

64 • SKRADZIONY POCAŁUNEK 

- Nie ma nad czym myśleć. 
- Dla mnie jest. - Ruszyła w swoją stronę. 

- Poproszę, żeby przysłano ci kolację - zawołał za nią. 
- Nie jestem głodna. 
- Może zaczekać, aż zgłodniejesz. - Zawiesił głos. - Ja też 

mogę zaczekać. 

Rozdział 

Mike z trudem powstrzymał się od pójścia za Beth. Ale mu­

siał tak postąpić, tak samo jak musiał wyjść za nią z restauracji 

i ukazać jej siłę ich pożądania, zanim pozwoli jej odejść. Skry­

wała w sobie niebywałą namiętność. Wiedział o tym, w pew­
nym sensie, od czasów, kiedy byli dziećmi. W swojej kretyń­

skiej arogancji uważał, że tylko on potrafi wyzwolić tę namięt­
ność. Nie miał prawa kochać się z nią, ale z drugiej strony 
wydawało mu się, że tylko on mógłby je mieć. 

Śledził ją wzrokiem, póki nie skręciła za róg. Dali niezłe wi­

dowisko ludziom spacerującym tego wieczora po Main Street, 
pomyślał, wracając do restauracji. Nie dbał o to, ale nie wie­
dział, co o tym sądzi Beth. W końcu mieszka tu, prowadzi inte­
resy. Szczęściem w miasteczku tolerowano nietypowe zachowa­

nia, a czasami wręcz do nich zachęcano. 

W restauracji zignorował ciekawe spojrzenia gości i skiero­

wał się do stolika, na którym stały dwa kieliszki i butelka merlo-

ta. Szkoda, że zepsuł ich wspólny wieczór, ale nie żałował, że ją 

pocałował. Nadszedł czas, by poznała prawdę. 

Kelnerka pospieszyła ku niemu. 

- Czy mam teraz podać państwu kolację? 
- Tylko dla mnie. Beth musiała nagle wyjść. Byłoby dobrze, 

gdyby dało się zapakować jej porcję i dostarczyć do studia. 

background image

66 • SKRADZIONY POCAŁUNEK 

- Przykro mi, ale zazwyczaj... 
- Oczywiście za wszystko zapłacę. 
- W porządku. Postaram się kogoś znaleźć. A więc będzie-

pan jadł sam, tak? 

- Tak. 

- Już podaję. Pan Mike Tremayne, prawda? 

- Tak. 

- Czy to prawda, że omal nie został pan pożarty przez kro­

kodyla? 

Wspomnienie tego wydarzenia wciąż sprawiało, że podnosi­

ły mu się włosy na karku. Ale nie zamierzał przedstawiać kelner­

ce całej grozy sytuacji. 

- To był czarny kajman. Bardzo stary czarny kajman. Gdyby 

był młody - powiedział z porozumiewawczym mrugnięciem - a 
w pobliżu nie byłoby moich przyjaciół, nie prowadzilibyśmy tej 
rozmowy. Swoją drogą, skąd pani o tym wie? 

- Od pańskiego ojca. Wpada tu od czasu do czasu i zawsze 

opowiada o panu różne historie. Naprawdę mi przykro z powodu 

jego choroby. Jak on się czuje? 

- Lepiej. 
- Cieszę się. Proszę pozdrowić go od Cindy. 
- Na pewno to zrobię. Dzięki. - Wyjął portfel i na kartce 

z telefonem do szpitala napisał ołówkiem: Cindy. Nie chciał 
zapomnieć o tych pozdrowieniach. Zależało mu na wszystkim, 
co mogło wywołać uśmiech na twarzy Erniego. 

Wpatrywał się w numer telefonu i tęsknił za dniem, kiedy nie 

będzie musiał go ze sobą nosić. Gdyby tylko udało mu się zabrać 
ojca do domu, gdyby mógł go zobaczyć w ukochanym różanym 
ogrodzie albo oglądającego mecz w telewizji, może uczucie 
lęku by go opuściło. 

Zerknął na okrągły odcisk prezerwatywy na skórze portfela. 

Oczywiście nie tylko tej prezerwatywy - ten portfel widział ich 

SKRADZIONY POCAŁUNEK • 67 

wiele. Trasy jego wypraw nie zawsze przebiegały w pobliżu 
drogerii, a nie miał ochoty zostać ojcem w środku dżungli. 
Uśmiechnął się krzywo. Beth pewnie ją zauważyła, kiedy poda­
wał jej kartkę z telefonem, i doszła do wniosku, że zamierza ją 
tej nocy uwieść. 

Nie miał takiego zamiaru. Myślał, że przespacerują się kręty­

mi wąskimi uliczkami. Miło byłoby skraść kilka pocałunków, 
ale nie liczył na nic więcej. Nie był jednak w stanie zachować 
spokoju, kiedy zaczęła mówić o Colbym Huxfordzie. Wystar­
czyło podejrzenie, że ten łobuz interesuje się Beth, i w Mike'a 
coś wstąpiło. Może przyswoił sobie więcej prymitywnych praw 
dżungli, niż przypuszczał. 

- Znalazłam chłopca, który zaniesie Beth tę kolację- powie­

działa Cindy, podając mu posiłek. - Ale to będzie kosztowało 
pięć dolarów. 

- Proszę to dopisać do rachunku. 

- Ernie opowiadał mi też, jak pływał pan wśród piranii. 
- Wie pani, jak to jest. - Mike uśmiechnął się do niej. - Kie­

dy pisze się do domu, chce się, żeby list był ciekawy. 

- A więc nic takiego się nie zdarzyło? 
- Zdarzyło się, ale dla miejscowych to zwykła rzecz. Wszy­

stko polega na tym, że jeśli chce się płynąć w pobliżu piranii, nie 
można mieć żadnych ran. 

Cindy zrobiła wielkie oczy. 
- Chyba Bisbee musi wydawać się panu nudne, prawda? 

Mike pomyślał o ostatnich dwudziestu czterech godzinach, 

w ciągu których odwiedzał ojca w szpitalu i naprawiał stosunki 
z Beth. Zabawne, jak nagle jego brawurowe przygody straciły 
na ważności. 

- Ja też tak myślałem, jak byłem w pani wieku. Ale to miłe 

miasto. Ma pani szczęście, że tu pani dorastała. 

Zrobiła zbolałą minę. 

background image

68 • SKRADZIONY POCAŁUNEK 

- Tak właśnie mówią moi rodzice. - Spojrzała na stolik. 

- Potrzebuje pan czegoś jeszcze? Wody? Wina? 

Choć upicie się w tych okolicznościach miałoby pewie 

urok, Mike się nie skusił. 

- Wystarczy mi to, co jest. 
- Jeśli będzie pan czegoś potrzebował, proszę mnie zawołać. 

Mike nalał sobie kolejny kieliszek wina i zabrał się do jędze-

nia. Myślał o kelnerce. Wydawała mu się bardzo młoda. Uprzy­
tomnił sobie, że będąc niewiele starszy od niej, wyjechał z Bis-

bee i uważał się wówczas za prawdziwego mężczyznę. 

- Jestem zaskoczony, że je pan w samotności. 

Mike spojrzał z niechęcią na Colby'ego Huxforda stojącego 

przy stoliku w eleganckim blezerze. Musiał się nieźle pocić 

w tym stroju. 

- Można się przysiąść? - spytał intruz. 

Mike był daleki od zachwytu, ale postanowił tego nie demon­

strować. Spowodował już dość zamieszania w restauracji jak na 

jeden wieczór. 

- Jeśli pan chce. 
- Dzięki. - Huxford opadł na krzesło i zerknął na drugi kie­

liszek z winem. 

- Wygląda na to, że miał pan towarzystwo. 

Mike odłożył widelec. 
- Czego pan chce, Huxford? 

- Zjeść kolację. Słyszałem, że to dobry lokal. Chciałem 

nakłonić Beth, by wybrała to miejsce na dzisiejszą kolację, ale 
niestety coś jej wypadło. 

- To pech. 
Huxford wzruszył ramionami. Przy tym ruchu poduszki na 

ramionach jego blezera lekko się przesunęły. 

- Nie szkodzi. Zostanę tu przez cały tydzień. Będzie inna 

okazja. 

SKRADZIONY POCAŁUNEK • 69 

- Na pana miejscu nie liczyłbym na to. 

Huxford bawił się kieliszkiem. 

- Ostrzegasz mnie, Tremayne? Bo jeśli tak, daruj sobie. Przy 

okazji pytania o restauracje popytałem o ciebie. Zdaje się, że jesteś 
kimś w rodzaju poszukiwacza przygód, który wolałby raczej wio­

słować dłubanką po Amazonce niż obijać się tu, w Bisbee. 

Mike zacisnął szczęki. 

- Cóż, tak się składa, że teraz jestem tutaj. 

- I co z tego? 

- Trzymaj się z dala od Beth. 

- Myślę, że nie masz nic do gadania w tej sprawie. Jeśli nie 

zdołasz wyprodukować wystarczającej liczby krajaków, na pew­
no wrócisz do Brazylii, zostawiając marzenia Beth w gruzach. 
Zamierzam być w pobliżu, by je poskładać. 

- Gdybym choć przez chwilę wierzył, że jesteś w stanie tego 

dokonać, cieszyłbym się jej szczęściem. Nie wierzę jednak, że 
poskładałbyś jej marzenia, Huxford. Wykorzystałbyś jej wrażli­
wość, by przynieść zysk swojej firmie, cały czas przekonując 
Beth, jaki z ciebie świetny facet. Na szczęście bystra z niej ko­
bieta. Mogłaby być zmuszona do przyjęcia twojej oferty, ale 
nigdy by cię nie zaakceptowała, przyjacielu. 

- Myślę, że się mylisz. 
- A ja myślę, że nadużyłeś mojej gościnności. Poszukaj 

innego stolika. 

Huxford odstawił kieliszek i wstał. 

- Ciekawe, dlaczego nie została na kolacji? 

Ten facet aż się prosił, ale Mike nie zamierzał dać się sprowo­

kować. W każdym razie nie dziś. Nie spuszczał oka z Huxforda, 

aż ten wreszcie wzruszył ramionami i odszedł. 

- Kto to był? - spytała Cindy, podając kawę. 
- Nikt ważny - odparł Mike. 

background image

70 • SKRADZIONY POCAŁUNEK 

Następnego ranka o pół do dwunastej nad frontowymi 

drzwiami studia Nightingale zabrzęczał dzwonek. Beth zdjęła 

ochronne okulary i odłożyła kawałek szmaragdowego szkła, 

który właśnie szlifowała. Jeśli dzwonek oznaczał klienta, byłby 
to dopiero drugi tego dnia. Interesy szły naprawdę marnie. 

Wycierając ręce, weszła do sklepu, gdzie ujrzała Colby'ego 

z torbą pełną czegoś, co pachniało jak sandwicze. Przynajmniej 
nie umrę z głodu w tym tygodniu, skoro dwaj mężczyźni chcą 
mnie karmić, gdzie tylko się obrócę, pomyślała. 

- Czas na lunch. - Colby uśmiechnął się szeroko. Najwido­

czniej swobodna atmosfera Bisbee podziałała i na niego. Miał na 

sobie sportowe spodnie i koszulkę polo, którą wybrał być może 

dlatego, że poziome paski maskowały wąską klatkę piersiową 
i ramiona. 

- Naprawdę nie musiałeś tego robić. 
- Wiem, ale skoro jesteś zbyt zajęta, by pokazać mi miasto, 

możesz też być zbyt zajęta, by iść na lunch. Przyniosłem sand­
wicze. - Rozejrzał się wokół. - Jest tu jakieś miejsce, gdzie 
moglibyśmy je zjeść? 

A więc nie zamierzał zostawić jej w spokoju. Szczerze mó­

wiąc, nie była zaskoczona. 

- Na zapleczu jest stolik. 
- Wspaniale. 

Nie miała ochoty zapraszać go do pracowni, ale nie mogła 

dopuścić, by rozpakował sandwicze na kontuarze. Pracownia 
była szczególnym miejscem, w którym nie pozwalała sobie na 
negatywne emocje. Colby miał dar wywoływania w niej nega­
tywnych emocji. 

- A więc tu tworzysz te swoje cuda? - Rozglądał się wokół, 

położywszy torbę z sandwiczami na stoliku. 

- Można tak powiedzieć. - Podeszła do małej lodówki w ro­

gu. - Mam wodę mineralną, napoje bezalkoholowe i piwo. 

SKRADZIONY POCAŁUNEK • 71 

- Chętnie napiję się piwa. - Zbliżył się do podświetlanego 

stołu i zaczął przyglądać się projektowi, nad którym właśnie 
pracowała. Był to witraż zamówiony przez dentystę z Tucson. 

- Skomplikowany - zauważył, patrząc na pustynny pejzaż 

z kwitnącymi kaktusami. 

- Wyglądasz na zaskoczonego. - To było właśnie to, umie­

jętność wywoływania negatywnych emocji paroma słowami. 

Beth usiłowała stłumić irytację. Miała przed sobą całe popołud­
nie i nie chciała, by Colby je zepsuł. 

- Nie jestem zaskoczony. Masz talent. - Podszedł bliżej 

i wziął krzesło stojące przy dębowym stoliku. 

Od razu pojęła, dlaczego nie chciała, by tu wchodził. Na tym 

krześle siadywał jej ojciec. Ale nie mogła przecież go zrzucić. 
Pamiętała o tym, że będzie musiała się do niego zwrócić, jeśli 

Mike'owi się nie powiedzie. 

- Pastrami na pełnoziarnistym chlebie i konserwowa woło­

wina na żytnim - powiedział, wyjmując sandwicze. - Wybieraj. 

- Ja... - Beth przerwała, bo znów zadzwonił dzwonek 

u drzwi. - Muszę iść. Może to klient. 

- Jasne. Zaczekam tu na ciebie. 
- Zacznij jeść - rzuciła, wychodząc z pracowni. Chciała, 

żeby ten mały lunch był już za nią. 

- Zaczekam - odparł Colby. 

Beth odruchowo zamknęła za sobą podwójne drzwi. 

W sklepie stał Mike z pudłami z krajakami i torbą, która 

przypominała torbę Colby'ego. 

Serce zaczęło bić jej szybciej. Kiedy prześliznął się po niej 

wzrokiem, zadrżała. Zupełnie jakby wziął ją w ramiona. Przeje­
chała językiem po wargach. 

- Słyszałem jakieś głosy - powiedział ochryple. - Masz to­

warzystwo? 

- Colby przyniósł sandwicze. 

background image

72 • SKRADZIONY POCAŁUNEK 

W jego wzroku pojawiła się złość. 
- Zabawne. Ja też. - Podszedł do kontuaru i złożył na nim 

swój ciężar. 

Beth zauważyła, że przebrał się w strój typowy w Bisbee 

- szorty i podkoszulek. Pod podkoszulkiem odznaczał się ząb 

jaguara. Przez chwilę podziwiała tors Mike'a i patrzyła na jego 

mocne, opalone łydki. Wreszcie oprzytomniała i powróciła 
wzrokiem do pudeł złożonych na ladzie. 

- Miałeś pracowity ranek. 
- Wcześnie wstałem. Nie mogłem spać. 
- Jakieś problemy? - spytała, uciekając wzrokiem przed je­

go badawczym spojrzeniem. Ona też niewiele spała, a od szóstej 
rano pracowała nad witrażem dla dentysty. 

- Z krajakami? Nie. Z koncentracją? Kilka. Ale jakoś to 

zniosłem. 

- Zaraz załatwię wysyłkę. 
- Nie chcesz sprawdzić, jak mi wyszły? 

Spojrzała mu w oczy. 

- Są w porządku? 

- Tak. 

- A więc nie muszę niczego sprawdzać. Dzięki, Mike. 

- Po południu nie uda mi się zrobić aż tylu. Umówiłem się 

z pewnym facetem z Sierra Vista. Wydaje się niezłym kandyda­
tem na pomocnika. To oznacza teraz stracony czas, ale większą 
produkcję na przyszłość. 

- No, no, zachowujesz się jak biznesmen. 
- Straszne, prawda? - Uśmiechnął się szeroko. Napięcie 

między nimi zelżało. 

- Rzeczywiście straszne. - Przez chwilę poczuła się tak, jak­

by znów byli w szkole średniej. Ogarnęła ją nostalgia. Wtem 
przypomniała sobie o Colbym siedzącym na zapleczu. - Słu­
chaj, jeśli chodzi o te sandwicze... 

SKRADZIONY POCAŁUNEK • 73 

- Rozumiem, że spóźniłem się z dostawą. 

Wizyta Colby'ego zdenerwowała ją bardziej, niż mogła przy­

znać. Goszczenie Mike'a w pracowni to byłaby przyjemność. 
Pokusa, ale i przyjemność. 

- Cóż,ja... 
- Nie ma sprawy. I tak muszę już wracać. 
- Dziękuję za krajaki. 
- Proszę bardzo. - Zniżył głos. - Czy on ma dziś na sobie 

sportową marynarkę? 

Stłumiła śmiech. 

- Nie, upał tak go zmęczył, że założył polo. 
- Nie miałem pojęcia, że robią polo z poduszkami. 
- Jesteś nieznośny. - Napotkała spojrzenie Mike'a i o mało 

nie wybuchnęła śmiechem. - Lepiej już idź. 

- Tak. Słuchaj, chcesz pojechać dziś ze mną do taty? 

Natychmiast otrzeźwiała. Podróż do Tucson z Mikiem była­

by czymś bardzo intymnym. Nie powinna na to pozwolić. 

- Pojadę swoim samochodem. 
- Ten, który wynająłem, ma klimatyzację. 
- Wiesz, jak skusić dziewczynę. 
- Będę się zachowywał przyzwoicie. I przez pamięć daw­

nych czasów kupię ci po drodze lody. 

- Och, Mike. - Nigdy nie zapomniała tych wypraw do Tuc­

son: jej ojciec i Ernie z przodu, trójka dzieciaków na tylnym 
siedzeniu. Przystanek w lodziarni w Benson był obowiązko­
wym punktem programu. 

- Przyjadę po ciebie o piątej. - Złapał torbę z sandwicza-

mi i wyszedł, zanim zdołała odpowiedzieć, nie mówiąc o wy­
mówce. 

- Sprzedałaś coś? - spytał Colby, kiedy wróciła do pracowni. 

- Nie. To był Mike. Przyniósł pierwszą partię krajaków. 

- Usiadła i wzięła pierwszego z brzegu sandwicza. 

background image

74 • SKRADZIONY POCAŁUNEK 

- A więc lubisz wołowinę? 
- Tak. Dzięki, Colby - odparła z wymuszoną uprzejmością. 
- Skoro jesteśmy przy Tremaynie, wpadłem na niego wczo­

raj wieczorem. 

- Och, naprawdę? - Nie odrywała wzroku od sandwicza. 
- Wszedłem do Cafe Roca zaraz po twoim wyjściu. 

Czuła, że pieką ją policzki. 
- Nie mogłam zostać. Miałam coś do zrobienia. 
- Powiedział mi, żebym trzymał się od ciebie z daleka. 
Beth omal nie zakrztusiła się sandwiczem. Upiła łyk coli, by dać 

sobie trochę czasu na odpowiedź. Postanowiła, że uda idiotkę. 

- Mike zawsze miał kompleks starszego brata w stosunku 

do mnie. Pewnie wpadł na szalony pomysł, że się mną intere­
sujesz. 

Colby odchylił się na krześle. 

- A co w tym takiego szalonego? 
- Bo kiedy wszystko zostanie uzgodnione, w taki czy inny 

sposób, ty wrócisz do Chicago, a ja zostanę tutaj. Nasz ewentu­

alny związek nie miałby przyszłości, a mnie nie interesują prze­
lotne flirty. 

- Mnie też nie. 

Założyłaby się o całomiesięczny czynsz, że kłamie. Jest dokład­

nie typem człowieka, któremu odpowiadają przygody na jedną noc. 
Cichy głos w jej głowie szepnął, że Mike, niestety, też. 

- Żyjemy we wspaniałych czasach, Beth. - Colby przerwał, 

by upić łyk piwa. - Moja firma ma przedstawicieli w całym 
kraju. Ja zdecydowałem się zostać w centrali, bo Chicago to 

moje rodzinne miasto i nigdy nie miałem powodu, by stamtąd 

wyjeżdżać. Ale mogę mieszkać, gdzie mi się podoba. 

- Nie wydaje ci się, że trochę się zagalopowałeś? Nie byli­

śmy nawet na randce. 

- To dlatego, że nie próbowałem. - Zrobił gest w kierunku 

SKRADZIONY POCAŁUNEK • 75 

stolika. - Możemy dzisiejsze spotkanie potraktować jak randkę, 

jeśli o to chodzi. 

- Nie, nie możemy. - Zgniotła resztę sandwicza i wcisnęła 

do torby. - Ponieważ nie jestem zainteresowana związkiem z to­
bą. - Wytrzymała jego wzrok. - Jeśli to oznacza, że nie możemy 
razem pracować nad krajakiem, przykro mi. Ale jeśli zostałeś 
w Bisbee z nadzieją, że zmienię zdanie, tracisz tylko czas. 

Nie wyglądał na zaniepokojonego tym oświadczeniem. 
- Mam nadzieję, że nie oszczędzasz się dla Tremayne'a? 

- Nie. - Wstała. - Muszę przygotować te krajaki do wysyłki. 
- Wczoraj wieczorem powiedział, że gdybym się o ciebie 

zatroszczył, byłby szczęśliwy. 

Zahuczało jej w skroniach, co sygnalizowało nadchodzącą 

migrenę. 

- Mówiłeś, zdaje się, że dał ci do zrozumienia, byś trzymał 

się ode mnie z daleka. 

- Tak, ale to dlatego, że pewnie uważa mnie za amatora 

przygód na jedną noc, tak samo jak ty. Nie wyjaśniałem mu, że 
moja praca polega na podróżach, ponieważ, szczerze mówiąc, to 
nie jego sprawa. Podkreślam tylko, że gdyby uznał mnie za 
odpowiedniego kandydata, ustąpiłby mi pola, ponieważ sam nie 

jest w najmniejszym stopniu zainteresowany pozostaniem tutaj. 

- Wiem o tym. - Rzeczywiście tak było, ale w ustach Col­

by'ego prawda brzmiała o wiele gorzej. - I nie zamierzam się 

wiązać z żadnym z was. 

Wstał i wziął torbę po sandwiczach. 

- Chcę tylko powiedzieć, że lepiej postawić na mnie niż na 

niego. 

- Nie jestem w nastroju do hazardu. 
- W porządku. - Wcisnął do torby puste puszki po piwie. 

-Za to ja jestem. 

- Do widzenia, Colby. Dziękuję za sandwicze. 

background image

76 • SKRADZIONY POCAŁUNEK 

- Proszę bardzo. - Wyszedł z pracowni wprost do wyjścia. 

- Do zobaczenia jutro - zawołał jeszcze przez ramię. 

Zaklęła pod nosem. Nie chciała go widzieć ani jutro, ani 

pojutrze. Prawdę mówiąc, miała ochotę powiedzieć mu, że nie 

podpisze umowy z Handmade, a z pewnością nie zwiąże się 

z nim, więc równie dobrze może się zabierać. 

Podeszła do komputera w rogu pracowni i zaczęła drukować 

nalepki z adresami na pudełka, myśląc o swoim kłopotliwym 
położeniu. Niepodpisanie umowy przez antypatię do Colby'ego 
Huxforda byłoby robieniem sobie na złość, jak powiedziałby 
ojciec. A ona desperacko chciała, by wynalazek, którego produ­
kcji ojciec nie zdążył uruchomić, odniósł sukces, o czym marzył 
on i Ernie. 

Nie, musi ułagodzić Colby'ego bez nawiązywania z nim 

bliższych kontaktów. To samo musi zrobić z Mikiem, choć to 
będzie wymagało większej siły woli. O wiele większej. 

Wróciła do stołu. Na myśl o obecności Colby'ego w pracow­

ni natychmiast ogarnęła ją złość. Wzięła płytkę bursztynowego 
szkła, położyła na wzorze i ustawiła tnące kółko w odpowied­
niej pozycji. Było to drogie szkło, ale dawało dobry efekt. Za­
częła ciąć po Uniach wzoru. Szkło pękło. 

Odetchnęła głęboko. Wzięła nową płytkę i spróbowała po­

nownie. To samo. 

- Do diabła! - Odeszła od stołu. Jedno było pewne. Colby 

nigdy więcej nie przekroczy progu pracowni. 

Rozdział 

Po minie, z jaką Beth wsiadła do samochodu, nietrudno było 

się domyślić, że nie miała udanego popołudnia. Mikę pogratulo­
wał sobie, że w ogóle zauważył jej minę, skoro na podróż do 

Tucson założyła wydekoltowany czerwony podkoszulek wpusz­
czony w białe szorty. Manipulując przy radiu w poszukiwaniu 

stacji, która umilałaby im drogę, z trudem powstrzymywał się od 
zerkania na kremowe uda tuż obok jego dłoni. 

- Poczekaj, aż zbliżymy się do Tucson - odezwała się Beth, 

gdy ruszyli. 

Wyłączył radio. 
- Sądziłem, że trochę muzyki poprawi ci nastrój. 

Zerknęła na niego zza okularów przeciwsłonecznych w dru­

cianych oprawkach. 

- Skąd wiesz, że nie jestem w dobrym nastroju? 

- Kiedy coś cię martwi, zaciskasz wargi. 
- Nie. - Wysunęła dolną wargę i zrobiła minę. 

Roześmiał się. 

- Teraz nie. 
- Wszystko przez tego przeklętego Colby'ego. Po tym lun­

chu w pracowni szkło pękało mi w rękach. 

background image

78 • SKRADZIONY POCAŁUNEK 

- Próbował czegoś? - Żołądek mu się skurczył. 
- To znaczy? 
- Przecież wiesz. Przysięgam, że jeśli cię tknie, dam mu 

w pysk. 

- Dzięki, ale poradzę sobie sama. - Zawiesiła głos. - Wspo­

mniał, że spotkał cię wczoraj w Cafe Roca. 

Zerknął na nią. Siedziała wyprostowana, wbijając wzrok 

w drogę. 

- Owszem, przywlókł się do mego stolika w tym swoim 

blezerze: 

- Podobno powiedziałeś, że gdyby postępował wobec mnie 

właściwie, byłbyś szczęśliwy. 

Mike jęknął. Najwidoczniej jest skazany na to, by być źle 

rozumianym, zwłaszcza przez Beth. 

- To niezupełnie było tak. 
- A więc jak? 
- Twierdził, że nie uda mi się produkcja krajaków, a kiedy 

zostawię cię, zrujnowawszy twoje marzenia, on będzie pod ręką, 
by pomóc ci je poskładać. Powiedziałem wówczas, że gdybym 
naprawdę wierzył, że związek z nim byłby dla ciebie odpowied­
ni, cieszyłbym się z twego szczęścia. Ale tak się składa, że w to 

nie wierzę. 

- Pozwól więc, że ujmę to jaśniej. Jeśli właściwy facet poja­

wi się na horyzoncie, przekażesz mu mnie ze swoim błogosła­
wieństwem? Będziesz nam przysyłał widokówki z dżungli, 
a kiedy wpadniesz w odwiedziny, przywieziesz naszym dzie­
ciom egzotyczne prezenty z lasów deszczowych i poprosisz, by 
nazywały cię wujkiem Mikiem? To miałeś na myśli? 

Żołądek mu się wywracał na myśl o tym kimś, kto poślubi 

Beth i będzie miał z nią dzieci. Ale na co liczył, jeśli zamierzał 
pozostać wierny swoim wyprawom? 

- Chcę, żebyś była szczęśliwa. 

SKRADZIONY POCAŁUNEK • 79 

- To niezupełnie odpowiedź na moje pytanie. 
- Będę zachwycony, jeśli zobaczę, że związałaś się z odpo­

wiednim facetem - skłamał. 

- To nieprawda, Mike. Zaciskasz szczęki. 
- I co z tego? 
- Właśnie po tym zawsze poznawałam, kiedy nie mówiłeś 

prawdy. Wiesz, co myślę? 

- Mam wrażenie, że mi powiesz. 
- Myślę, że chciałbyś, bym została twoją sekretną kochanką 

bez żadnych zobowiązań z twojej strony, ale wyruszając na 

wyprawę, oczekiwałbyś ode mnie wierności. 

Właśnie tak. Było mu wstyd, że ten opis tak dokładnie odpo­

wiadał jego marzeniu. 

- Jaki mężczyzna mógłby oczekiwać takiego jednostronne­

go układu? 

- Nie mówię, że miałbyś czelność mnie o to prosić. Mówię 

tylko, że chciałbyś tego, gdyby istniała taka możliwość. 

Westchnął i wyciągnął ręce przed siebie. Ramiona miał na­

pięte od długich godzin przy warsztacie i tęsknił za czymś, co 

pozwoliłoby mu się rozruszać. Najlepiej byłoby pójść do łóżka 
z Beth, ale nie spodziewał się, że w najbliższej przyszłości do 
tego dojdzie. 

- Taki układ odpowiadałby chyba każdemu facetowi - przy­

znał wreszcie. 

- Cóż, pozwól, że powiem ci nowinę, Mike. Mamy lata 

dziewięćdziesiąte i coś takiego jest mało prawdopodobne. 

- Nie można winić faceta za to, że próbuje. - Posłał jej 

zmęczony uśmiech i kilkakrotnie poruszył ramionami. 

- Zatrzymaj się na chwilę. Rozmasuję ci mięśnie, bo wkrótce 

nie będziesz w stanie prowadzić. 

Nie musiała tego powtarzać. Zaparkował samochód na po­

boczu. 

background image

80 • SKRADZIONY POCAŁUNEK 

Beth rozpięła pas bezpieczeństwa. 

- Odwróć się do mnie plecami. 

Posłusznie zastosował się do polecenia i wkrótce jej mocne 

dłonie zaczęły badać źródło bólu. 

- Jesteś strasznie spięty. Nie powinieneś tak się przepraco­

wywać pierwszego dnia. 

- Zerknąłem na listę zaległych zamówień i uznałem, że trze­

ba się pospieszyć. - Aż jęknął, gdy dotknęła kciukiem szczegól­
nie wrażliwego miejsca. 

- Nie będziesz się nadawał do pracy, jeśli cię pokręci. 
- Jeszcze trochę masażu i wszystko będzie dobrze. A może 

jutro wieczorem zrobisz mi następny? Jesteś w tym świetna. 

- Ręce się wyrabiają, kiedy cały dzień tnie się szkło. 

- Cudownie - westchnął z ulgą. Zmęczone mięśnie zaczęły 

się odprężać. 

Nagle zamilkła. 
- Tak, właśnie tutaj - szepnął, myśląc, że Beth potrzebuje 

zachęty. Wciąż milczała, choć masaż stał się energiczniejszy. 
Naprawdę jest dobra, pomyślał. Mógłby do tego przywyknąć. 

- To fantastyczne, Beth. 

Masaż gwałtownie się urwał. 

Odwrócił się do niej zaskoczony. Miała spuszczoną głowę 

i niezgrabnie zapinała pas bezpieczeństwa. 

- Skończone? 
- Tak - odparła, nie patrząc na niego. 

Zauważył, że ma zaróżowione policzki, i uniósł jej podbródek. 

- Beth? 

Nie skrywane pożądanie w jej oczach powiedziało mu wszy­

stko, co chciał wiedzieć. Z jękiem przyciągnął ją do siebie i wpił 
się w jej usta. Jej odpowiedź była natychmiastowa Złapała ręko­
ma jego głowę, nakłaniając, by sięgnął jeszcze głębiej. Ale jemu 

wciąż było mało. 

SKRADZIONY POCAŁUNEK • 81 

Objął jej pierś przez miękką tkaninę. Jęknęła. Nie potrzebo­

wał dalszej zachęty. Wyciągnął jej podkoszulek z szortów, wsu­
nął rękę i szarpnął zapięcie stanika. Pieścił jedwabistą ciepłą 

skórę, sunął dłonią po żebrach, aż dotarł do piersi. Z łomotem 

w skroniach i bólem w lędźwiach gniótł miękkie ciało i upajał 

się drżącym oddechem Beth. 

Sedanem zakołysał pęd powietrza wywołany przez przejeż­

dżający samochód. 

Beth objęła mu dłońmi twarz i oderwała się od jego ust. 

- Musimy... przestać - szepnęła urywanie. 

Podrażnił sutek kciukiem, uniósł jej głowę i spojrzał w oczy. 

- Albo znaleźć mniej uczęszczaną drogę. 
Znieruchomiała. Płomień pożądania w jej oczach zaczaj 

gasnąć. 

- Domyślam się, że to w twoim stylu, prawda? - Wyrwała 

się z jego uścisku i obciągnęła podkoszulek. -Wydaje mi się, że 

nie jesteśmy zbyt daleko od bocznej drogi, na której próbowałeś 
uwieść Alanę w przeddzień waszego ślubu. 

- Uważaj. - Frustracja podsyciła jego gniew. Był bardzo 

bliski tego, by powiedzieć, że drogocenna starsza siostra okła­
mała ją. - Nie bądź taka kąśliwa. Ja tego nie zacząłem. 

- Wybacz mi, ale nie wierzę, że to ja się na ciebie rzuciłam. 

- Zaczęła zapinać stanik. 

Na widok naprężonych piersi omal nie oszalał. 

- O, nie, to ty byłaś tak poniecona, robiąc mi masaż, że 

z trudem nad sobą panowałaś! Pokaż mi faceta, który nie zrobił­
by żadnego ruchu, gdybyś patrzyła na niego tak, jak patrzyłaś na 

mnie. Jeśli naprawdę nie chcesz, żeby to zaszło dalej, przestań 

patrzeć na mnie w ten sposób. 

- Nie powinnam się zgadzać na wspólną jazdę. 
- Chętnie zawiózłbym cię z powrotem, ale wówczas będzie 

za późno na wizytę u taty. 

background image

82 • SKRADZIONY POCAŁUNEK 

Popatrzyła na swoje dłonie zaciśnięte na kolanach. 

- Nie chcę niczego gmatwać. Jedźmy więc. 

Po paru kilometrach przerwała milczenie. 

- Masz całkowitą rację. Wysyłam ci poplątane sygnały, bo 

właśnie taka jestem, poplątana. Chciałabym być bardziej podo­
bna do ciebie. 

- To znaczy? 

Uniosła głowę, a jej wzrok wyrażał udrękę. 

- Dlaczego pragnę czegoś więcej niż zaspokojenia zmy­

słów? U ciebie to proste, tak jak u mieszkańców lasów deszczo­

wych: kochać się, kiedy jest okazja, i rozstać bez żalu. Dlaczego 

nie mogę spojrzeć na to w ten sposób? I masz rację jeszcze 
w jednej sprawie. Alana nie musiałaby o niczym wiedzieć. 

- Nie,ale... 
- Ale co? 
No tak, teraz jego ruszyło sumienie, właśnie gdy próbowała 

go usprawiedliwić. 

- Nie chciałbym, żebyś robiła cokolwiek wbrew sobie. Jeśli 

kochanie się ze mną miałoby cię nękać przez resztę życia, jeśli 
nie byłabyś w stanie spojrzeć Alanie w oczy, nie powinnaś tego 
robić bez względu na to, jak dobrze by nam było. - A byłoby 

wspaniale, myślał. Muszę mieć źle w głowie, utwierdzając ją w 
oporze, zamiast skruszyć go obiema rękami. 

Na jej wargach pojawił się ślad uśmiechu. 
- Czy to jakaś sztuczka, Mike? 

- Naprawdę tak czuję. Wiesz, jak bardzo cię pragnę, i chyba 

się domyślasz, jak mogłoby być między nami. Gdybym uważał, 

że możesz kochać się ze mną bez wyrzutów sumienia, po odwie­

dzinach u taty nie zadawalibyśmy sobie trudu powrotem do 
Bisbee, tylko poszlibyśmy do hotelu. Ale ty jesteś inna. 

- Do hotelu? 
Ten zdławiony głos omal go nie wykończył. 

SKRADZIONY POCAŁUNEK • 83 

- Nie przypieraj mnie do muru, Beth. - Włączył radio i od­

nalazł stację nadającą muzykę rockową. 

- Alana ma jutro dzwonić. 
Te słowa zawisły między nimi na parę długich chwil. 

- Czy teraz zamierzasz powiedzieć jej, że przyjechałem? 

- spytał wreszcie. 

- Poprzednio mówiłeś, że powinnam. 
- Jeśli to zrobisz, to ona będzie odpowiedzialna za swoje 

postępowanie. 

- Jeśli wróci, a ty tu będziesz, czy powiesz jej o swoich 

uczuciach do mnie? - spytała po chwili milczenia. 

- To zależy od ciebie. - Spojrzał na nią. - Ale moim zda­

niem najwyższy czas wszystko wyjaśnić. 

- Jeśli dowie się, że zależy ci na mnie, nie na niej, może 

mnie znienawidzić. - Mówiła tak cicho, że ledwo ją słyszał. 

Serce mu się krajało. Wyłączył radio. 

- Nie wierzę - powiedział łagodnie. - Na początku mogłoby 

ją to wytrącić z równowagi, ale ona cię kocha, Beth. Przecież 

chciałaby, żebyś była szczęśliwa. 

- A byłabym szczęśliwa, Mike? 

Trafiła w sedno. Co on właściwie sobie wyobrażał, prosząc 

ją, by ryzykowała swoje stosunki z siostrą dla faceta, który 

niczego jej nie obiecywał. 

- Może nie. Może powinienem siedzieć cicho i kiedy tata 

wyzdrowieje, znów, wyjechać z miasta. 

Nie odpowiedziała. 

Kiedy dojeżdżali do Benson, odchrząknął. 

- Wciąż masz ochotę na lody? 
- Jasne. Czemu nie? 

- Rzeczywiście, czemu nie. 

- Mam nadzieję, że wciąż mają rożki z polewą toffi. 
- Kiedy ostatnio tu byłaś? 

background image

84 • SKRADZIONY POCAŁUNEK 

- Zbyt dawno. - Odciągnęła siedzenie do tyłu i wyprosto­

wała nogi. 

Z wielkim wysiłkiem skupiał uwagę na drodze, odwracając 

wzrok od jej smukłych nóg. 

Po chwili Beth odezwała się ponownie. 

- Wiesz, przez te lata, kiedy nasza piątka wszystko robiła 

razem, panowała jakaś szczególna atmosfera. Życie było jedną 
wielką zabawą. 

- Pete i Ernie tworzyli zgrany zespół. 
- Brakuje mi tamtych czasów, Mike. - Zerknęła na niego. 

- Przypuszczam, że tobie nie wydają się tak podniecające po 

tym, co przeżyłeś w Ameryce Południowej. 

- Moje przygody to inny rodzaj podniecenia. - Zaczy­

nał myśleć, że przemierzając dżunglę amazońską, przez osiem 
lat usiłował tym zastąpić uczucia, które wywoływali Pete, Ernie 
i dziewczęta. Na pewno nie. Życie w małym miasteczku było­
by dla niego teraz nudne. A więc dlaczego tak się cieszył na te 

lody? 

Z trudem znalazł miejsce na parkingu przy lodziarni, pełnej 

opalonych ludzi w szortach i japonkach. Pomyślał o tych wszy­

stkich tubylczych dzieciach, które nie znały smaku lodów. Przy 
odrobinie szczęścia nie poznają go nigdy, bo oznaczałoby to, że 
ich prosty styl życia dobiegł końca. 

Ale Mike naprawdę nie należał do ich świata i kiedy piegowaty 

dzieciak podał im lody, doświadczył wrażenia deja vu. Sprawiło mu 

to przyjemność. Po czym uderzyła go kolejna, całkowicie niespo­

dziewana myśl. Zastanowił się, jak by to było przyjść tu z własnym 
dzieckiem. Dziwne, ale ta myśl specjalnie go nie przeraziła. 

- Usiądźmy przy stoliku. - Przypomniał sobie, że Ernie 

i Pete zawsze to proponowali, pewnie w trosce o siedzenia sa­
mochodu. 

- Mamy czas? 

SKRADZIONY POCAŁUNEK • 85 

- W tym upale musimy zjeść rożki w dwadzieścia sekund, 

inaczej się roztopią. Myślę, że tyle czasu mamy. 

Kiedy wyszli na zewnątrz, rodzina z dwojgiem dzieci, chło­

pcem około czterech lat i trzyletnią dziewczynką, właśnie od­
chodziła od stolika w zacienionym kącie. Dzieci bawiły się 

w berka wokół trzymających się za ręce, roześmianych rodzi­

ców. To była pełna słodyczy scena i Mike patrzył na nią z nie­

zwykłą tęsknotą, zajmując miejsce przy starym drewnianym 
stoliku. 

- Mike, kapie ci. 

Spojrzał na swój rożek. Rzeczywiście, spod czekoladowej 

polewy ściekała biała strużka. Odwrócił rożek i oblizał roztapia­

jący się lód, po czym zlizał go z palców. 

- Znasz tych ludzi? - spytała Beth. 
Zerknął na nią przez stół. Pracowicie zajmowała się swoim 

rożkiem, a ruchy jej różowego języka i warg były tak bezwied­
nie prowokujące, że materiał szortów znów mu się napiął. 

- Nie, nie znam ich. Po prostu wyglądali sympatycznie. 
- Zastanawiam się, jak by to było wychować się z matką. 

- Na pewno miło. - Spojrzał na nią. Byłaby wspaniałą mat­

ką: pomysłową, czułą, stanowczą, ale nie apodyktyczną. 

Wyobraził sobie obok niej parę dzieci jedzących lody. Uśmiech­
nął się. 

- Co to znaczy? 
- Nic. 
- Lepiej uważaj. Kiedy ludzie zaczynają uśmiechać się bez 

powodu, przyjeżdżają po nich faceci w białych fartuchach. -

Wsunęła loda do ust. 

Mike znieruchomiał na ten widok. Musiał bezwiednie jęk­

nąć, bo spojrzała na niego z pytaniem w oczach. 

Po czym przeniosła wzrok na jego rożek. 

- Powódź, Mike. 

background image

86 • SKRADZIONY POCAŁUNEK 

- Do licha. - Kiedy zagubił się w tej orgii z wyobraźni, sto­

piony lód pokrył mu dłoń i pociekł na spodnie. 

- Wygląda na to, że nie mogę cię nigdzie zabierać - powie­

działa z szerokim uśmiechem. - Spróbuj zmyć to wodą. 

W drodze do kranu wyrzucił wafel do śmieci. Musiał zacze­

kać, aż dwaj chłopcy napiją się wody. Przy tym kranie mył się 

jako dziecko. Kiedy wreszcie przyszła jego kolej, umył lepkie 

dłonie pod strumieniem wody, po czym wyjął chustkę z kieszeni 
i zaczął czyścić szorty. 

Beth podeszła popatrzyć. 

- Okropnie wyglądasz. Nie przypominam sobie, żebyś się 

tak brudził w dzieciństwie. 

- To dlatego, że w wieku dziesięciu lat nie miałem wy­

obraźni - odparł Mike, walcząc z zaciekami. 

- Nie miałeś wyobraźni? Przecież to ty przekonałeś mnie, że 

w rowie irygacyjnym obok waszego domu są krokodyle. 

- Chodzi mi o wyobraźnię w innych sprawach. - Rozejrzał 

się i zniżył głos. - Takich jak to, że lody mogą kojarzyć się 
z czymś innym, zwłaszcza kiedy kobieta, która ci się podoba, tak 
umiejętnie je liże. 

Śmiech Beth odbił się od pobielonej ściany budynku lodziarni. 

- Naprawdę masz obsesję. Zawsze tak jadam lody i nie ma 

to żadnego ukrytego znaczenia - powiedziała, nie mogąc po­
wstrzymać rozbawienia. 

- Niezła praktyka - mruknął pod nosem. 
- A dlaczego myślisz, że chciałabym praktykować? 
Zacisnął wilgotną chustkę w dłoni, wyprostował się i spojrzał 

na Beth. 

- Bo jesteś jedną z najbardziej zmysłowych kobiet w moim 

życiu. 

- Trudno mi w to uwierzyć. 
- Mnie też. Zaskoczyło mnie odkrycie, że mała Beth, dziew-

SKRADZIONY POCAŁUNEK • 87 

czynka, z którą spędziłem te wszystkie niewinne lata na wygłu­

pach, stała się kobietą która może owinąć mnie wokół małego 

palca. 

- Może to syndrom zakazanego owocu. 
- Myślałem o tym. Ale tak jak się sprawy przedstawiają, 

prawdopodobnie nigdy się nie dowiem. 

- A jak się przedstawiają? 
- Ty jesteś gotowa się poddać i cieszyć się chwilą właśnie 

wtedy, kiedy mnie ogarniają skrupuły, że zrujnuję ci życie swoją 

prymitywną zachłanną naturą. 

- A więc tak to oceniasz. 

- A nie mam racji? 
Poprawiła okulary. 
- Myślę, że te skrupuły mają coś wspólnego ze strachem. 
- Boję się? Czego? 
- Możesz się dowiedzieć, że potrzebujesz kobiety nie tylko 

do łóżka. 

Patrzył na nią w milczeniu, próbując wymyślić przekonują­

ce zaprzeczenie. Niestety coś mu mówiło, że ona może mieć 
rację. 

- Chodźmy. - Ruszył w kierunku samochodu. - Lepiej się 

pośpieszmy, jeśli chcemy dopaść Erniego, zanim zacznie działać 

jego lekarstwo na sen. 

Radio wypełniało ciszę między mmi przez resztę jazdy. Mike 

pogrążył się w rozmyślaniach. Beth chyba też. Sprawiała wraże­

nie, że jest o setki kilometrów stąd. To, jak zinterpretowała jego 

postępowanie, oznaczało, że nie był w jej oczach miłym face­
tem, za jakiego się uważał. 

Do tej pory rozważał tylko, jak fizyczne stosunki między 

nimi wpłynęłyby na Beth, przy założeniu, że nie wpłynęłyby 
wcale na niego. Może zaczął uświadamiać sobie, że to niepra­
wda. Gdyby okazało się, że nie może żyć bez Beth, cierpiałby. 

background image

88 • SKRADZIONY POCAŁUNEK 

Teraz, póki nie miał żadnych zobowiązań, mógł kierować swoim 
życiem, jak chciał. 

To, co zaczęło się jak proste pragnienie pójścia z nią do łóżka, 

przerodziło się w coś znacznie poważniejszego. Możliwe, że 
była w stanie całkowicie zmienić jego życie. Przypomniał sobie 

słowa Pete'a: Uważaj, czego pragniesz. Mike dopiero teraz pojął 
ich mądrość. 

Znalazł miejsce na przyszpitalnym parkingu i weszli do bu­

dynku. 

W drodze do pokoju Erniego Beth odezwała się po raz pier-

wszy od wyjazdu z Benson. 

- Nic mu nie przywiozłam. Chciałam przynieść mu coś, co 

go rozśmieszy i... zapomniałam. 

- Ja też nic mu nie przywiozłem. Ale co do rozbawienia 

go, plamy z lodów na moich szortach powinny wystarczyć, 
prawda? 

Beth uśmiechnęła się. 
- Zamierzasz powiedzieć mu, jak do tego doszło? 

- Nie. Byłbym ci wdzięczny, gdybyś zachowała tę część 

historii dla siebie. Możemy po prostu powiedzieć, że było bar-
dzo gorąco i nie potrafiłem jeść wystarczająco szybko. 

- Co było bardzo gorące? - spytała z psotnym błyskiem 

w oku. 

- Zaczynasz sprawiać kłopoty, wiesz? 

- Och, wiem. - Napotkała jego wzrok. 
- Po wizycie u Erniego porozmawiamy. 
- Dobrze. 

W pokoju Erniego coś się działo. Nagle wyjechał stamtąd 

wózek. Pielęgniarki popchnęły go błyskawicznie korytarzem, 
a lekarz biegł za nimi, wykrzykując polecenia. 

Mike spojrzał z przerażeniem na Beth i oboje bez słowa za­

częli biec za wózkiem. 

SKRADZIONY POCAŁUNEK • 89 

- To mój ojciec! - zawołał Mike, łapiąc lekarza za rękę. 

- Co się stało? 

- Zabieramy go na oddział intensywnej terapii - odkrzyknął 

lekarz. - To może być zator płucny. 

- To znaczy skrzep? 
- Tak. 
- To coś poważnego? 
Lekarz spojrzał na niego. 
- Miejmy nadzieję, że nie. 

background image

Rozdział 

Podczas długich godzin spędzonych w poczekalni oddziału 

intensywnej terapii Mike uświadomił sobie, że tylko dzięki Beth 

nie dostał pomieszania zmysłów. Lekarze próbowali go pocie­
szyć, że pacjent czuje się już lepiej, ale Mike zdawał sobie 

sprawę, że gdyby skrzep był nieco większy, mógłby zabić ojca 

w mgnieniu oka. Na samą myśl o tym zaczynał się trząść. Nie 
mógł go teraz stracić. 

Zaspokoili głód przekąskami z automatu i wypili morze ka­

wy. W poczekalni panował spory ruch, ale bliscy innych pacjen­
tów, zajęci własnymi kłopotami, nie mieli ochoty na pogawędki. 

Dla zabicia czasu Beth skłoniła Mike'a do rozmów o przygo­

dach w deszczowych lasach, chcąc w ten sposób odwrócić jego 
uwagę. W pewnej chwili zorientował się, że opowiada o spotka­

niu z czarnym kajmanem, ale tym razem niczego nie upiększył 
ani nie żartował, tak jak w liście do ojca. 

- Jeden z członków ekipy, zoolog, chciał zobaczyć kajmany, 

a więc nocą wyruszyliśmy łodzią na rzekę - powiedział, zsuwa­

jąc się na brzeżek obitej skajem kanapy i zwieszając ręce między 

kolanami. - Jeśli poświeci się latarką w wodę, można dostrzec 
tęczówki oczu krokodyla. Mniejsze, cętkowane kajmany mają 
żółte oczy, a czarne - czerwone. 

- Na samą myśl o szukaniu nocą czerwonookich potworów 

SKRADZIONY POCAŁUNEK • 91 

w rzece w środku dżungli przechodzą mnie ciarki - zauważyła 
Beth. 

- Cóż, właśnie w taki sposób można je wytropić. A więc stanę­

liśmy na rzece i naliczyliśmy około sześciu całkiem niegroźnych 
cętkowanych kajmanów, kiedy ukazał się czarny. Po wielkości jego 
oczu oceniłem, że ma przynajmniej sześć metrów. 

- Dobry Boże! 
- Zazwyczaj duże kajmany kryją się przed ludźmi. Są bo-

jaźliwe. Ale ten nie uciekał. - Zacisnął palce, które zaczęły mu 

lekko drżeć. - Powiedziałem zoologowi, że powinniśmy wiać, 
ale polecił mi podpłynąć bliżej. Wtedy kajman zaatakował łódź. 

Beth chwyciła powietrze. 

- Jak blisko ciebie? 
- Stanowczo za blisko. Skoczyłem do wody. Zoolog za mną. 

Szczęśliwie dopłynęliśmy do brzegu. Kiedy było po wszystkim, 
zebrało mi się na wymioty. - Ponieważ milczała, spojrzał na nią. 
Jej twarz była kredowobiała. Pełen wyrzutów sumienia wziął jej 
lodowatą dłoń w swoją. - Przepraszam. Nie powinienem ci tego 

opowiadać. Wróćmy do moich żartobliwych historyjek. Pewne­
go dnia... 

- Nie, Mike. Nie traktuj mnie jak dziecko. Twoja opowieść 

mogła mnie przerazić, ale nie jestem tchórzem. 

- Wiem, że nie. - W jej oczach była siła, na którą liczył 

przez te lata bardziej, niż sądził. - Nie mówiłem tacie, co się 
naprawdę wydarzyło. Myślę, że nie musi znać szczegółów. 

- Cieszę się, że zdecydowałeś się powiedzieć mnie. 
- Ja też. - Roztarł jej zziębniętą dłoń. - Całą noc spędziłem 

na rozważaniach. Miewałem niebezpieczne przygody, ale nigdy 
dotąd nie myślałem, że mógłbym zginąć. Tym razem było ina­
czej. - Uścisnął jej palce. - To nie kłamstwo, Beth. Przysięgam, 
że nie. Tamtej nocy myślałem o tobie. 

Patrzyła mu w oczy. Coś dławiło ją w gardle. 

background image

92 • SKRADZIONY POCAŁUNEK 

- Myślałem też o tacie i o całym moim życiu. Uznałem, że 

nie jest wiele warte. A najgorsza była świadomość, że gdyby ten 
kajman mnie zabił, tylko tatę naprawdę by to obeszło. 

- Nie tylko. 
- Nie wiedziałem o tym. - Delektował się ciepłem jej spoj­

rzenia i zastanawiał się, jakim cudem wygląda tak dobrze po 
nieprzespanej nocy o czwartej nad ranem. - Nie wiem, co teraz 
zrobiłbym bez ciebie. 

Beth uśmiechnęła się ze znużeniem. 

- Ja też nie wiem, co bym zrobiła, gdyby nie twoja obecność 

tutaj. Kiedy Ernie dostał ataku serca, Alana przyjechała z Phoe-
nix, a więc przynajmniej mogłyśmy liczyć na siebie. - Spojrzała 
na zegarek. - Za trzy godziny ma dzwonić. Jeśli do tego czasu 
nie wrócę do domu, trafi na automatyczną sekretarkę. Nie mam 
pojęcia, jak ją złapać. 

- To dobrze. 
- Jak to? 
- Po prostu. Zanim tu przyjedzie, Ernie albo będzie się czuł 

lepiej, albo... nie. Jeśli wkrótce nastąpi poprawa, nie ma powo­
du, żeby przyjeżdżała. A jeśli nie... to... - przerwał. Coś mu 
utkwiło w gardle. 

- Uda mu się. - Beth zacisnęła dłoń w jego dłoni. 
Odwzajemnił uścisk. 
- Tak. Musi. Po prostu musi. 
- Jak myślisz, czy on zdaje sobie sprawę, że przyjechaliśmy 

tu razem? Powiedziałam mu to, ale ponieważ lekarze nie chcieli, 
żebyśmy oboje zaglądali do niego jednocześnie, nie jestem pew­
na, czy mnie zrozumiał. 

- On nie do końca zdaje sobie sprawę z tego, co się dzieje. 

- Mike uśmiechnął się słabo. - Chociaż lekarz powiedział mi, że 

mieli kłopoty z nałożeniem mu maski tlenowej, bo nie chciał 
wypuścić z ust gumowego cygara. 

SKRADZIONY POCAŁUNEK • 93 

- Czego? 
- Jedna z pielęgniarek przyniosła mu gumowe cygaro. 

Wczoraj rano, kiedy przyjechałem, miał je w kąciku ust. Wyglą­
dało jak prawdziwe. Wściekłem się. To go dopiero uradowało. 

- Co za facet. Kiedy zauważył to ugryzienie na twojej wardze? 
- Wspominał ci o tym? 
- O, tak. 
- Kiedy? 
- Jak zadzwoniłam do niego wczoraj przed kolacją. Żeby 

tylko wspomniał. Pouczył mnie, żebym nie robiła tego więcej. 
Cienie naszego dzieciństwa. 

Mike odchylił głowę i spojrzał Beth w oczy. 
- A więc dlatego byłaś taka zarumieniona, kiedy wróciłaś do 

stolika. 

- Niewiele uchodzi jego uwagi. 
- Co chcesz przez to powiedzieć? 
- Wkrótce się zorientuje, co jest między nami. Mówiąc, że 

nikt nie musi o tym wiedzieć, nie braliśmy pod uwagę Erniego. 

Mike przejechał palcem po jej nosie. 

- Podobno tak się boję z tobą związać, że nic się nie wyda­

rzy, a więc nie mamy się o co martwić. 

Spojrzała mu w oczy. 

- Mogłam się mylić. 
- Faktycznie. - Zaczął sobie wyobrażać, jak się z nią kocha. 

- Mike? Beth? 

Poderwali się z kanapy. Trzymając się za ręce, patrzyli ba­

dawczo w twarz lekarza. Doktor wyglądał na zadowolonego. 
Mike wstrzymał oddech i modlił się w duchu. 

- Jest o wiele lepiej - powiedział lekarz. - Postanowiliśmy 

odstawić kroplówkę i dawać mu lekarstwa doustnie. Wkrótce 
powróci do swego pokoju. Najgorsze za nami. 

Mike odwrócił się do Beth i zamknął ją w uścisku. Wtulił 

background image

94 • SKRADZIONY POCAŁUNEK 

twarz w jej włosy, by ukryć łzy radości. Kiedy wreszcie ją 

puścił, zauważył, że jej twarz jest również wilgotna. 

- Będziemy cały czas czuwać - zaznaczył lekarz - ale wa~ 

radziłbym wrócić do domu i trochę się przespać. Nic mu nie 

pomoże, jeśli się przemęczycie. 

Mike przejechał dłonią po twarzy. 

- Możemy go teraz zobaczyć? 
- Oczywiście. A potem idźcie odpocząć. 
- Najpierw go zobaczymy - powiedział Mike. Wciąż trzy­

mając Beth za rękę, skręcił na oddział intensywnej terapii. 

Beth podeszła do wąskiego łóżka, na którym leżał blady 

i wyczerpany Ernie. Skoncentrowała się na ruchach jego klatki 

piersiowej, by się upewnić, że wciąż żyje. Otworzył oczy. Powę­
drował wzrokiem od Mike'a do Beth. Mimo oszołomienia jego 

mina wyrażała aprobatę. 

Mike wziął ojca za rękę. 
- Narobiłeś niezłego zamieszania. Żebyś mi tego więcej nie 

robił - powiedział drżącym głosem. 

- Mnie też - dodała Beth. 
Wydawało się, że Ernie chce coś powiedzieć. 

- Nie próbuj mówić, tato - zaznaczył Mike. - Chciałem ci 

tylko powiedzieć, że Beth nie ugryzła mnie już od dwóch dni. 

- Mike! - zawołała Beth. 

- Doceniam, że zakazałeś jej to robić - ciągnął Mike. - Zda­

je się, że wciąż cię słucha, choć to ja muszę ją teraz przekupywać 

lodami. 

- On to wszystko zmyśla - wtrąciła Beth. Policzki jej płonęły. 

Ale mimo zakłopotania widziała, że te żarty wzbudziły w oczach 
Erniego iskierkę, której nie było, kiedy weszli do pokoju. 

- Wkrótce tu wrócimy - obiecał Mike. - Kocham cię, tato. 

Teraz wypoczywaj, zgoda? 

SKRADZIONY POCAŁUNEK • 95 

Ernie prawie niedostrzegalnie skinął głową. 
Beth wysunęła dłoń z ręki Mike'a i pocałowała chorego 

w pomarszczony policzek. 

- Ja też cię kocham - szepnęła. - Wracaj do zdrowia. 
Mike znów chwycił jej dłoń i uścisnął ją. 
- Lepiej już chodźmy. 
- Dobrze. - Posłała Erniemu ostatni pocałunek w powietrzu 

i wyszła z Mikiem na korytarz. 

Przez długą chwilę patrzyli na siebie. 
Wreszcie Mike ujął jej drugą dłoń i trzymał obie, patrząc jej 

w twarz. 

- Słuchaj, nie mogę teraz wracać do Bisbee. Jedź sama. Weź 

samochód. Wiem, że stracę dzień pracy, ale nie mogę... 

- Mówisz tak, jakbym miała coś przeciwko temu. Ja też nie 

chcę wracać. 

- Jesteś pewna? - Na jego twarzy malowała się wdzięcz­

ność. 

- On jest dla mnie prawie jak ojciec. Nie byłabym teraz 

w stanie prowadzić samochodu. Ale lekarz ma rację. Powinni­
śmy się przespać. - Zerknęła na kanapy w poczekalni. 

Spojrzał jej głęboko w oczy. 

- Parę kroków stąd jest hotel. Jeśli zostawimy lekarzowi 

numer, będzie mógł nas zawiadomić, gdyby coś się zmieniło. 
Moglibyśmy natychmiast wrócić. 

- Masz rację. - Serce zabiło jej szybciej. 

Zawahał się. 

- Ale nie tylko dlatego chcę iść do tego hotelu, Beth. 
- Wiem. - Ścisnęła mu dłonie. Kochała tego mężczyznę od 

zawsze. Jeśli potrzebował jej teraz, zrobi, co on zechce. 

- Może to źle, że teraz cię pragnę. 
- Nie ma w tym nic złego. To bardzo ludzkie chcieć trzymać 

kogoś w objęciach w takiej chwili. 

background image

96 • SKRADZIONY POCAŁUNEK 

Głos mu stwardniał. 

- Nie chcę „kogoś". Pragnę ciebie. To różnica. Chciałbym, 

żebyś o tym wiedziała. 

- Nieważne, dlaczego mnie pragniesz, Mike. Wiem, że tak 

jest, i to mi teraz wystarcza. Ja też cię pragnę. 

- Ale... 

- Nie oczekuję obietnic. A więc nie próbuj niczego wymy­

ślać. To ty powiedziałeś, że najważniejsze są uczucia. 

Poddał się z westchnieniem. 

- W porządku. - Uwolnił jej dłonie. - Znajdę telefon i zoba­

czę, co się da załatwić. 

Po jego odejściu serce Beth ścisnęło się. Wyglądał na bar­

dziej zranionego niż kiedykolwiek. Jedynak, stojący w obliczu 

utraty ojca. Ona przynajmniej miała Alanę. I być może z powo­

du Alany powinna teraz czuć się winna. Ale była pewna, że robi 
to, co powinna, dla siebie i dla Mike'a. Przeżyli tę mękę razem 

i nic nie wydawało się właściwsze od czerpania pociechy od 
siebie, kiedy było po wszystkim. 

Tuż przed zaśnięciem Ernie usłyszał wyraźnie głos Pete'a. 

„Ale widowisko. Nie musiałeś tak się popisywać, żeby tych 

dwoje się zeszło". 

Ernie próbował zmobilizować się do odpowiedzi, ale nie miał siły. 

„ No, dobrze. Mike i Beth trzymają się za ręce i tak dalej, ale 

ty skończ z tymi popisami, zgoda? Przeraziłeś wszystkich, nie 
wyłączając mnie!" 

Ernie nie był w stanie powiedzieć, że to nie popis, ale wiado­

mość, że Mike i Beth trzymają się za ręce, sprawiła mu przyje­

mność. Uśmiechnął się. 

Gdyby Beth miała wybór, wolałaby coś innego niż bezosobo­

wą atmosferę pokoju hotelowego. Ale nie miała wyboru. Mike 

SKRADZIONY POCAŁUNEK • 97 

pragnął jej teraz tak mocno, że nie mogła tego nie dostrzec. I ona . 
mu się odda. Choć niebezpiecznie byłoby mówić o miłości, 
mogła przynajmniej dać mu odczuć głębię swych uczuć. 

Kiedy przekręcił gałkę drzwi, zaciągnęła zasłony, by do wnę­

trza nie wpadało blade światło poranka. W ciszy słychać było 
tylko szum klimatyzatora i stłumione kroki zbliżającego się do 

niej Mike'a. 

- Wyobrażałem to sobie setki razy - powiedział łagodnie 

- ale zawsze widziałem ciebie w tej czerwonej sukni. 

- Nie mówmy o tamtej nocy - szepnęła czule. - Najlepiej 

w ogóle nic nie mówmy. 

Objął ją. Wtuliła się w ciepło jego ramion. 

- Musimy o tym mówić. 
- Nie. - Objęła go mocniej. - Nie teraz, Mike. 

- Teraz. Właśnie wtedy wszystko się zaczęło, wszystko się 

zmieniło. 

Znieruchomiała, przypominając sobie, co powiedział tamtej 

nocy w Bisbee. „Kiedy wreszcie będziemy razem, pewnie bę­

dziemy musieli drapać i ranić, i gryźć się nawzajem, by wypro­
stować wszystko między nami". 

- To dlatego zrobiłaś ten witraż, prawda? Bo ta chwila zmie­

niła również twoje życie. 

- Mike... 
- Czy nie tak? - Wsunął palce w jej włosy i odchylił jej głowę 

do tyłu. - Świat zawirował również dla ciebie. Przyznaj to, Beth. 

Ścisnęła jego ramiona tak mocno, że wbiła mu paznokcie 

w skórę. 

- Nie chcę rozmawiać o tamtej nocy. Chcę cię tylko kochać, 

Mike. 

- A dlaczego nie chcesz o tym rozmawiać? 
- Wiesz dlaczego. 
- Powiedz mi. 

background image

98 • SKRADZIONY POCAŁUNEK 

Zacisnęła powieki. Nie dawał za wygraną. 
- Dobrze! Bo po tym, jak mnie pocałowałeś, próbowałeś 

uwieść Alanę! 

- To nieprawda. 

Otworzyła gwałtownie oczy. 

- Jak śmiesz zaprzeczać. - Usiłowała go odepchnąć. Trzy­

mał ją mocno, a w jego ciemnych oczach płonął ogień. 

- Bo zostałem fałszywie oskarżony. Nie próbowałem ko­

chać się z Alaną. Błagała mnie, ale ja nie mogłem tego zrobić, 

nie po tym, jak właśnie odkryłem, że ty jesteś i zawsze byłaś tą... 

- Nie! - Pchnęła go w pierś, trafiając na rzemyk z zębem 

jaguara. - Powiedziała mi, że to zrobiłeś. Powiedziała mi! 

- Okłamała cię. 

Potrząsnęła głową. 

- Nie zrobiłaby tego. 
- Nie, chyba że byłaby w rozpaczy, a tak właśnie było. Czu 

ła, że coś się między nami zmieniło, a próbowała się kurczowo 
trzymać wcześniejszych ustaleń. Nie obwiniam jej. Zraniłem ją, 

więc musiała się odegrać. 

Beth wpatrywała się w jego twarz w poszukiwaniu fałszu 

i nie znajdowała go. Z pewnością jednak Alana by jej nie okła­
mała, nie zniszczyłaby z rozmysłem jej wyobrażeń o Mike'u. 

- Nie wierzę ci. 

- To nieprawda. W głębi duszy mi wierzysz. Nie mógłbym 

się z tobą kochać, gdybym nie wyznał ci prawdy. Nie chcę, żeby 

między nami tkwiła Alana, zatruwając to, co powinno być czyste 

i piękne. 

Głos mu drżał. Uwierzyć mu, znaczyło zwątpić w Alanę. Ale 

nie uwierzyć, znaczyło zniszczyć siebie. 

- Pozwól mi odejść. 
- Nie. - Pochylił głowę. - I ostrzegam cię, że jeśli mnie 

ugryziesz, zrobię to samo. 

SKRADZIONY POCAŁUNEK • 99 

- Nienawidzę cię. 
- To nieprawda. I zamierzam ci to udowodnić. - Zamknął jej 

usta namiętnym pocałunkiem. 

Wiła się w uścisku Mike'a, próbując się wyrwać, jednak go 

nie ugryzła. Obiema rękami odpychała jego pierś, ale on całował 

ją coraz mocniej. 

Po tych wszystkich latach zmagań ze swoją tęsknotą skapitu­

lowała błyskawicznie. Przyszła do tego pokoju kochać się z nim. 

Przecież właśnie tego chciała. I czuła, że mówi jej prawdę o tam­
tej nocy. Z jękiem wsunęła palce w jego włosy i przylgnęła do 
niego całym ciałem. 

Porzuciła wątpliwości. Nigdzie na świecie nie ma dla niej 

drugiego mężczyzny. Zarówno podczas tamtego pierwszego 
czułego uścisku, jak i w tej chwili miała wrażenie powrotu do 
domu za każdym razem, kiedy ją obejmował, zupełnie jakby od 
zawsze wiedziała, jak on smakuje, jaki jest w dotyku, jak się 
porusza. 

I tak było, kiedy padli na łóżko. Błyskawicznie pozbył się 

ubrania, po czym rozebrał ją drżącymi dłońmi. Kiedy zawahał 

się, pomagała mu, aż wreszcie nic już ich od siebie nie dzieliło. 

Dotknęła gładkiego zęba jaguara. 
- Mam go zdjąć? 
- Nie. - Ujęła rzemyk i przyciągnęła Mike'a bliżej. - Przy­

pomina mi o twojej dzikiej naturze. 

Zawisł wargami nad jej ustami. 

- Której nie znosisz od zawsze. 
- To nie tak - szepnęła, dotykając językiem jego warg. - Za­

zdroszczę ci jej. Pokaż mi swoją dzikość, Mike. 

- Czy mógłbym się powstrzymać teraz, kiedy wreszcie jeste­

śmy razem? - Przerwał głębokim pocałunkiem, który okazał się 
początkiem szalonych godzin. 

Dotyk jego rozpalonej skóry nie był niczym nowym. Kiedy 

background image

1 0 0 • SKRADZIONY POCAŁUNEK 

chwycił wargami sztywną brodawkę, zalało ją płynne ciepło, 
które już znała, a kiedy jego oddech przyspieszył, był to rytm, 
który rozpoznała jako swój własny. 

Nie czuła wahania ani skrępowania. Znał ją, wiedział, jak 

doprowadzić ją do szaleństwa. Fale namiętności unosiły rów­
nież jego. Kiedy ukląkł między jej udami, leżała przed nim bez 
wstydu, a jego dłonie znały drogę - palce wiedziały, jak pieścić 
i unosić piersi ku jego oczekującym wargom, jak gładzić krzy­

wiznę talii. 

Wytyczył wargami ścieżkę w dół między jej żebrami. Jej 

oddech stał się bardziej urywany. Wiedziała, co zamierza jej 
ofiarować, zanim się z nią połączy. 

Kiedy dotarł do jądra jej kobiecości, mgła spowiła jej umysł, 

przesłaniając wszystko prócz pożądania. 

Napięcie przeszyło dreszczem jej ciało, wywołując w odpo­

wiedzi dreszcz w Mike'u. Chwyciła go za ramiona, aż wreszcie 

wygięła się w gwałtownym spełnieniu, raz po raz wołając jego 
imię. 

W końcu zsunęła dłonie niżej i objęła go za biodra. 
- Chcę cię poczuć głęboko w sobie - szepnęła. 
- Zawsze tam byłem. 
Tak było rzeczywiście. I tak będzie zawsze. Bo Mike jest jej 

jedyną miłością. 

- A więc chodź do mnie jeszcze raz. 

Zabezpieczył się. Po czym nie odrywając oczu od jej oczu, 

wszedł w nią, poruszając się delikatnie naprzód, głębiej i głębiej 
w poszukiwaniu jej duszy... 

Musiała wiedzieć, czy dotknęła również jego duszy. 

- Powiedz mi... nigdy tak nie było. 
- Nigdy. - Odchylił się i znów ruszył do przodu. - I ty czu­

jesz to samo. 

- To nie było pytanie. 

SKRADZIONY POCAŁUNEK •  1 0 1 

- Nie. To nie było pytanie. 

- Zawsze się na wszystkim znałeś, Mike - wyszeptała 

ochryple. 

- Znam ciebie. - Słodkie napięcie prowadziło ją na skraj 

przepaści. 

- Tak... myślisz. - Jej oddech przyspieszył. - Masz... rację. 

- Zamknęła oczy. - Och... tak. 

- Patrz na mnie, Beth. Tym razem chcę zobaczyć twoje oczy, 

kiedy doprowadzę cię do szaleństwa. 

Otworzyła gwałtownie oczy i napotkała jego płomienne 

spojrzenie. Jej ciało poruszało się w zgodnym rytmie z jego 

ciałem. Oddychała płytko i wyrzucała z siebie ciche, niewy­
raźne słowa, które brzmiały niemal jak prośba. 

Zaczęła drżeć. 

- Tak, moje kochanie - wychrypiał. - Wybuchnij dla mnie. 

Rozpadnij się na milion części. Będę tu. 

- Och, Mike - szepnęła bez tchu. - Mike... Mike! 
Z okrzykiem wyzwolenia zanurzył się wraz z nią w nie­

byt. Jeszcze drżącego Beth objęła i przytuliła jego głowę do 

ramienia. 

- Tak bardzo cię potrzebuję - wyszeptał. 
Zamknęła go w uścisku. Miała wilgotne oczy. Czuła dotyk 

zęba jaguara na skórze. Wreszcie uchwyciła tę jego dzikość 

i uczyniła ją swoją własną. Może już nigdy nie będzie pragnął jej 

tak jak teraz, ale przynajmniej miała chwilę, kiedy należał do 

niej bez reszty. Nieważne, co się wydarzyło, nieważne, ile ta 

chwila będzie ją kosztować, to musi wystarczyć. 

background image

Rozdział 

Przebudzenie w nieznanym otoczeniu wprawiło Beth w za­

kłopotanie. Nie była przyzwyczajona do spania poza domem. 
Zerknęła na cyfrowy budzik przy łóżku. Czternasta dziesięć. 
Nigdy nie sypiała o tej porze. Otarła się o mężczyznę leżącego 
obok i wszystko jej się przypomniało. O Boże. Zamknęła oczy, 
uświadamiając sobie z przerażeniem, że zrobiła coś, czego przy­

sięgła nie robić. Kochała się z Mikiem Tremayne'em. 

- Żałujesz? - wyszeptał ochrypły głos tuż obok. 

- Jak spojrzę w twarz Alanie? 

- Nie wiem, skoro nie możesz spojrzeć nawet na mnie. 

Ostrożnie otworzyła oczy i odwróciła się do Mike'a, który 

patrzył na nią z nieprzeniknionym wyrazem twarzy. 

- Co my zrobiliśmy? - szepnęła. 
- Ty mi powiedz. 
- Zdradziłam siostrę. Kochałam się z mężczyzną, którego 

wybrała. Nie wiem, czy kiedykolwiek mi to wybaczy. 

- Po pierwsze, szczerość wobec siebie nie jest równoznacz­

na ze zdradą. A po drugie, miałem nadzieję, że to, co zdarzyło się 
między nami, jest coś warte, niezależnie od reakcji Alany. 

Jego słowa przywiodły na pamięć rozkosze niedawnych 

SKRADZIONY POCAŁUNEK •  1 0 3 

chwil. Przypomniała sobie szpital i swoje postanowienie, by 
kochać się z tym głęboko zranionym mężczyzną. Choć wzbudził 

jej gniew, zapomniała o tym w szale namiętności. Pożądanie 

znów zaczęło zagłuszać poczucie winy wobec Alany, podobnie 

jak przed paru godzinami. 

Wyraz twarzy Mike'a złagodniał. 
- To już lepiej. Po twoich oczach poznaję, że wszystko 

będzie dobrze. - Uniósł się i spojrzał na zegarek. - Zadzwonię 
do szpitala. - Zsunął nogi z łóżka. - Jak tylko znajdę portfel. 

- Jest tutaj. - Beth oparła się na łokciu i sięgnęła po portfel, 

który Mike rzucił na nocny stolik po wyjęciu prezerwatywy. 

- Podasz mi numer? - Podniósł słuchawkę. - Jest za ban­

knotami. 

Beth otworzyła portfel. Podając Mike'owi skrawek papieru, 

zauważyła zapisane na nim imię. Cindy. Cindy obsługiwała ich 
w Cafe Roca dwa dni temu. Odrzuciła myśl, która natychmiast 
pojawiła się w jej głowie: kelnerka była w odwodzie, gdyby 
z nią nie wyszło. Ale nie byłaby kobietą, gdyby nie chciała 
zaspokoić ciekawości. Zapyta go o to później. 

Teraz słuchała rozmowy Mike'a z dyżurną pielęgniarką. Naj­

widoczniej stan Erniego nie uległ pogorszeniu. Dzięki Bogu. 

- Och, naprawdę? - Nagle w jego głosie wyczuła niepokój. 

- Tak. Cieszę się, że jej powiedzieliście. 

Beth przeszył dreszcz. Zdała sobie sprawę, że Alana musiała 

zadzwonić do szpitala. To logiczne, skoro telefon w mieszkaniu 
Beth nie odpowiadał. 

- Rozumiem - ciągnął Mike. - Dziękuję za informacje. 

- Położył słuchawkę i odwrócił się do Beth. - Tacie się pole­

pszyło. 

- Cieszę się. 

- Teraz mają robić badania, więc nie musimy się spieszyć. 

I tak nie moglibyśmy go zobaczyć. 

background image

1 0 4 • SKRADZIONY POCAŁUNEK 

- Zgoda. 

- Alana zadzwoniła do szpitala. 
Odetchnęła głęboko. 
- Domyśliłam się z tego, co powiedziałeś przez telefon. 

- Kiedy zadzwoniła, akurat w pobliżu był jeden z lekarzy. 

- Poszukał jej oczu. - Poinformował ją o stanie zdrowia taty, ale 

powiedział, że nie musi się martwić, bo syn Erniego zajął się 

wszystkim. 

- Rozumiem. 
- Właśnie. 
- Zdaje się, że to nie wszystko? 

Rzucił jej krzywy uśmiech. 
- Czytasz we mnie jak w otwartej książce. 
- Przyzwyczajenie. 
- To nawet miłe, w pewnym sensie. 
- Zbaczasz z tematu. Co jeszcze się wydarzyło? 
- Alana zostawiła nam wiadomość. - Przejechał dłonią po 

zarośniętym podbródku. - Przerywa wyprawę i wraca do domu. 

Beth przyjęła nowiny bez zdziwienia. 

- Mówiłam ci, że tak zrobi. 
- Może sprowadza ją tu stan Erniego, nie ja. 
- Lekarz na pewno powiedział jej, że najgorsze minęło. 

To dlatego, że ty tu jesteś, Mike. Ona wraca, żeby się z tobą 

zobaczyć. 

- Możliwe - przyznał. 
- A więc zaczyna się. 
- Nie tak zaraz. - Znów wyciągnął się obok niej. - Nie może 

tak po prostu zostawić tej rodziny w górach Ozark. Moim zda­

niem zajmie jej to przynajmniej dwadzieścia cztery godziny. 

- Będziemy musieli jej o nas powiedzieć, prawda? 

Obwiódł palcem zarys jej podbródka. 
- Oczywiście. 

SKRADZIONY POCAŁUNEK •  1 0 5 

- Nie wiem, co jej powiem. 

- Nie myśl, że zostawię cię z tym samą. - Przysunął się 

bliżej i musnął wargami jej usta. - Pomogę ci. 

- Dwoje przeciwko jednej to nie fair. 
- Zupełnie jak dawniej - zaśmiał się cicho Mike. 
- Ostatnio sporo myślałam o naszym dzieciństwie, Mike. 

Alana zawsze troszczyła się o mnie i dbała, żeby nikt mnie nie 
skrzywdził. Teraz ja ją ranię. Ona na to nie zasługuje. 

Popatrzył na nią badawczo. 

- A na co my zasługujemy? 
- Nie jestem pewna. 
- Wyobraź sobie coś takiego. - Wsunął rękę pod jej pośladki 

i przyciągnął ją bliżej. - Agresywna mała dziewczynka spotyka 

małego chłopca i postanawia, że będzie należał do niej. 

Kiedy przytuliła się do mocnego ciała Mike'a, jej niepokój 

zelżał. 

- Znam tę historię. 
- Spraw mi przyjemność i posłuchaj. W miarę jak dorasta, 

wszyscy wokół, nie wyłączając chłopca, myślą, że są sobie 
przeznaczeni. Jej mała siostrzyczka uwielbia ją, więc z tym nie 
ma kłopotu. A chłopcu pochlebia, że wybrał go sobie ktoś tak 

lubiany i atrakcyjny. Czasem myśli, że wolałby młodszą siostrę, 
ale byłoby z tym wiele problemów, a poza tym dobrze jest, jak 

jest. 

- W twojej opowieści Alana wygląda na tyrana. 
- Nie chciałem tak jej przedstawić. Przez jakiś czas miałem 

do niej słabość. Nie zastanawiałem się, czy to coś trwalszego. 
Do diabła, nie mogłem sobie wyobrazić życia bez naszej gro­
madki - w każdym razie Erniego, Pete'a i mojej małej słodkiej 
Beth. - Pogłaskał jej gołą pupę. - A ty jesteś słodsza, niż my­

ślałem. 

- Uwierz mi, nie czuję się teraz zbyt słodka. 

background image

1 0 6 • SKRADZIONY POCAŁUNEK 

- Nieprawda. - Ujął jej pierś. - Nic ci nie brakuje. 
- Lepiej przestań. Chyba że jesteś lepiej przygotowany, niż 

mi się wydaje. 

Nie przerywał pieszczoty. 

- Smutne, ale prawdziwe. Miałem w portfelu jedną samotną 

prezerwatywę. 

Choć myślało jej się coraz trudniej, nie zapomniała, że 

w portfelu był również kawałek papieru. 

- A nawiasem mówiąc, skąd się tam wzięła kartka z imie­

niem Cindy? 

Błysnął zębami w uśmiechu. 

- Czyżby moja słodka Beth była zazdrosna? 
- Oczywiście, że nie. To dziecko. Ja tylko... 

- Nie takie znowu dziecko. - Kiedy się pochylił i przejechał 

językiem po brodawce, ząb jaguara połaskotał ją w pierś. - Jest 

w tym wieku co ty, kiedy pocałowaliśmy się po raz pierwszy. 

- Byłam wówczas dzieckiem. 
- Akurat. - Musnął językiem wrażliwą otoczkę. 

Zadrżała w odpowiedzi. 

- Nie miałam pojęcia, co się dzieje. 
- W takim razie miałaś niewiarygodny instynkt. Kiedy cię 

pocałowałem, tak długo ocierałaś się o mnie biodrami, aż stałem 

się twardy jak skała. 

Odepchnęła go. 
- To nieprawda! 

- Prawda, prawda. - Roześmiał się i znów przyciągnął ją do 

siebie. - Byłem gotów pociągnąć cię na trawę, ale wtedy tata nas 
zawołał. Ty weszłaś do środka, a ja przez pięć minut musiałem 
kryć się w krzakach, żeby dojść do siebie. Nie udawaj, że nie 
wiedziałaś. Musiałaś wyczuć to przez cienki jedwab. 

Policzki jej spurpurowiały. 

- Aha. Tak myślałem. Doskonale wiedziałaś, jak na mnie 

SKRADZIONY POCAŁUNEK •  1 0 7 

działasz. Ty i ta seksowna czerwona sukienka. Nie miała poję­
cia, dobre sobie. 

- Wciąż mam tę sukienkę. 
- Tak? - Przesunął dłonie na jej plecy. - Pewnie często ją 

zakładałaś. 

- Nie. Nie włożyłam jej nigdy więcej. 
- Załóż ją dla mnie dziś wieczorem. 
- Dziś wieczorem? - Jej myśli nie sięgały tak daleko. 

- Pozwól mi zsunąć ją z ciebie. Marzyłem o tym przez 

osiem lat. - Pokrywał jej policzki lekkimi pocałunkami. - Chcę 
zobaczyć, jak opada na podłogę. A potem będę się z tobą kochać. 
Przez całą noc. 

Zamknęła oczy, spalana pożądaniem. 

- Nie wiem, czy możemy. Alana... 
- Alana nie wróci tak szybko, ale spędzimy tę noc u mnie, na 

wszelki wypadek. Proszę cię, Beth. 

Otworzyła oczy i popatrzyła na niego. 

- Zgoda. Będziemy mieć przynajmniej to. 

- Dziękuję. - Pocałował ją. - Och, i jeszcze jedno - szepnął 

tuż przy jej ustach. - Chcę ten witraż. 

- Nie jest na sprzedaż. 
Obwiódł jej wargi językiem. 
- A więc będziesz musiała mi go dać. 
Przytuliła się mocniej i poczuła jego męskość na brzuchu. 
- Nie chcesz go. Nie możesz go ze sobą targać po dżungli. 

- To mój problem. - Wziął jej dłoń i poprowadził w dół. - Ja 

go naprawdę chcę. Zrobiłaś go dla mnie i ja go chcę. 

- Nie zrobiłam go dla ciebie. 
- Zrobiłaś. - Jęknął cicho pod pieszczotą jej palców. -

Chciałaś mi powiedzieć... 

- Co? - spytała niskim, uwodzicielskim głosem. 

- To. - Nakrył jej wargi swoimi i sięgnął między jej uda. 

background image

1 0 8 • SKRADZIONY POCAŁUNEK 

Źródło, które tylko on mógł ożywić, znów zaczęło pulso­

wać. Dopasowała ruch dłoni do jego rytmu, aż zaczął drżeć 
i jęczeć. 

Oderwał od niej usta. 

- Och, Beth. Tak cię pragnę. 
- Masz mnie. 
- Chcę więcej. Chcę ukryć się w tobie i powiedzieć, do diab­

ła z kondomami. 

- Nie, Mike. - Jęknęła. - Nie chcesz być... uwiązany. 
- Może właśnie tego zawsze chciałem. - Oddychał ury­

wanie. 

- Nie pozwolę ci... - Nie skończyła, wstrząsana dreszczami. 
- Straciliśmy... tak wiele! 

Powrócili do szpitala późnym popołudniem. Kiedy szli do 

pokoju Erniego, Beth popatrzyła krytycznie na zmięte ubranie, 
które musiała na siebie włożyć po prysznicu w hotelu. 

- Ohyda. 

Mike uśmiechnął się. Dla niego wyglądała wspaniale. Wy­

starczyło tylko, że na nią spojrzał, by znów ogarnęło go pożąda­
nie. Przytulił ją i szepnął jej do ucha. 

- Jesteś piękna. 
- Och, z pewnością. 
Zatrzymał się i odwrócił ją twarzą do siebie. 
- Jesteś najpiękniejszą kobietą, jaką znam. 

Patrzyła na niego uważnie, a jej pełna powątpiewania mina 

wskazywała, że trudno jej uwierzyć w te słowa. 

- Pewnie myślisz, że to tylko komplementy. 
- W pewnych okolicznościach mogłabym je przyjąć. 
Rozejrzał się po korytarzu. 

- Myślę, że to nie są te okoliczności. - Uwolnił ją i wes­

tchnął. - Twój brak zaufania jest nie do zniesienia, zwłaszcza że 

SKRADZIONY POCAŁUNEK •  1 0 9 

nie zrobiłem niczego, by na to zasłużyć. Może powiesz mi, kiedy 

cię okłamałem? 

- Poza tymi opowieściami, że w rowach irygacyjnych są 

krokodyle? 

- To było udawanie i wiedziałaś o tym. Mówię o poważnych 

sprawach. 

- Mam nadzieję, że mnie nie okłamałeś, Mike. 
- To znaczy? - Uniósł brwi. 
- Uwierzyłam tobie, nie Alanie. Jeśli kiedykolwiek dowiem 

się, że to nieprawda... 

- To prawda, ale rozumiem, dlaczego nie chcesz w nią u-

wierzyć. 

- Przeciwnie. Uwierzyć ci to jedyny sposób, żeby móc z tym 

żyć. A więc lepiej, żeby to była prawda. 

- I jest. Teraz zobaczymy, co porabia nasz uparty staruszek. 

- Wziął ją za rękę i tak poszli do pokoju Erniego. 

A więc teraz mu wierzy, myślał. Ciekawe, czy tak będzie, 

kiedy Alana wróci do domu i nazwie go kłamcą. Bo jeśli Alana 

się nie zmieniła, właśnie tak zrobi. 

Mike przygotował się na widok chorego ojca. Na szczęście 

Ernie nie spał. Wciąż był blady, ale nie tak jak poprzedniej nocy. 

Zdobył się nawet na uśmiech. 

- Patrzcie, kogo tu widzimy. Postanowiliście rzucić pracę 

i przyjechać tu razem? 

Mike uświadomił sobie, że ojciec może nie pamiętać, że byli 

tu poprzedniego wieczora. 

- Coś w tym rodzaju - powiedział. - Przeraziłeś nas, tato. 
- Tak mówią. - Emie zwrócił uwagę na Beth. - Promienie­

jesz. Dobrze ci z tym. 

Mike zerknął na Beth, chcąc zobaczyć, jak ona to przyjmie. 
Jasne, rumieniła się. 
- Cieszę się, że już po wszystkim - bąknęła. 

background image

1 1 0 • SKRADZIONY POCAŁUNEK 

- To pochlebne, ale nie myślę, że taki stary facet jak ja tak 

cię rozpromienił. 

- Ja... - Jej rumieniec pociemniał. 
- Nieważne. Pocałuj mnie i zostaw mnie samego z Mikiem. 

Beth posłuchała Erniego. 

- Zdrowiej - szepnęła. Przechodząc obok Mike'a, wzrokiem 

dała mu do zrozumienia, że nie życzy sobie, by wyjaśniał Ernie-
mu szczegóły ich ostatniego spotkania. - Zajrzę do pielęgniarek 

- rzuciła. 

- Chodź tu, Mike - powiedział Ernie, gdy zostali sami. 
Mike poczuł się jak chłopiec. Przysunął krzesło do łóżka 

i usiadł na nim. 

- Jestem, tato. 

- Coś się dzieje między wami, prawda? 
- Tak. 
- To poważne? 
- Tak. 
- Alana wraca do domu. 
Mike skinął głową. 
- Wiem. 

- Chcę wiedzieć, czy sobie z tym poradzisz. 

Mike spojrzał w oczy ojca, pociemniałe od skrywanego bólu. 

- Poradzę sobie, tato. Spaskudziłem to osiem lat temu, ale 

teraz będzie inaczej. 

- To dobrze. - Ojciec przymknął oczy. 

Mike dotknął jego ramienia. Skóra na nim przypominała 

pergamin. 

- Chcesz, żebym wezwał pielęgniarkę? 
- Nie, wszystko w porządku. - Ernie otworzył oczy. - Co 

za pech. Powinienem tam być na wypadek, gdyby coś nie wy­
szło. 

- Nie dopuszczę do tego. 

SKRADZIONY POCAŁUNEK •  1 1 1 

- Pete obiecał, że postara się pomóc, ale nie jestem pewien, 

czy mu się uda. 

Mike'a ogarnęła panika. Ojciec miał halucynacje. 

- Pozwól, że zawołam pielęgniarkę, tato. 
- Nie! - Chory uśmiechnął się słabo. - Och, widzę, co cię 

martwi. To, że wspomniałem Pete'a. 

- Pete odszedł na zawsze. 
- Niezupełnie. 

- Tato... 
- Posłuchaj, Mike. Opowiem ci o tym, ale musisz obiecać, 

że nie powiesz lekarzom. 

- Tato, nie mogę tego obiecać. To za wielkie ryzyko. 
- A więc nic ci nie powiem. 

Mike przez chwilę mierzył go wzrokiem, ale uznał, że lepiej 

będzie, jeśli ktoś usłyszy to wyznanie, cokolwiek to jest. 

- Zgoda, obiecuję. 
- Po pierwsze, nie zwariowałem. Po drugie, kiedy dostałem 

ataku serca, spotkałem po tamtej stronie Pete'a. Od tamtej pory 
rozmawiamy ze sobą. 

- Tato - powiedział ostrożnie Mike. - Pewne lekarstwa mo­

gą spowodować... 

- To nie lekarstwa. Zresztą nieważne. Chodzi o to, że Pete 

i ja zawsze wiedzieliśmy, że ty i Beth powinniście być razem. 

Widzisz, Alana potrzebuje towarzystwa, a ty i Beth jesteście 
raczej samotnikami. Pasujecie do siebie, wiesz? A więc Pete i ja 
trzymamy kciuki, żeby wam dwojgu się udało. 

- Do licha. - Mike osunął się na krześle i wzniósł oczy 

w górę. Ojciec przed chwilą przyznał, że rozmawia ze zmarłym, 

a teraz twierdzi, że od początku wiedział to, do czego on doszedł 

dopiero teraz. - Dlaczego nigdy mi nie powiedziałeś, że Beth 

pasuje do mnie bardziej niż Alana? 

- Ha. Mam nadzieję, że doczekasz się syna i on będzie taki 

background image

1 1 2 • SKRADZIONY POCAŁUNEK 

wszystkowiedzący jak ty. Nie mogłem ci powiedzieć, że niebo 

jest niebieskie, a co dopiero, że wybrałeś nie tę siostrę. Ale 

może dorosłeś na tyle, by to naprawić. To z Beth powinieneś się 
ożenić. 

- Chwileczkę, tato. - Mike wyprostował się. - Nie mówiłem 

nic o ślubie z Beth. Jasne, dobrze nam razem, ale nie jestem 

pewien, czy nadaję się do małżeństwa. Beth chce pozostać 

w Bisbee, nie zapominaj o tym. Ja z kolei nie zamierzam zre­
zygnować z podróży do Ameryki Południowej, więc... 

- Przestań jęczeć. Aż przykro cię słuchać. Kiedy kochasz 

kobietę, dostosowujesz się. Ona się dostosowuje. Życie jest zbyt 
krótkie, by z tego rezygnować. 

Kiedy kochasz kobietę. Ojciec zmuszał go do przyznania 

tego, do czego nie chciał przyznać się samemu sobie, nawet 
po tych wszystkich latach snucia fantazji, nawet po unie­
sieniach sprzed paru godzin. Nie chciał przyznać się do tak 
głębokich uczuć, bo wówczas jego życie naprawdę uległoby 

zmianie. 

- Krowa ci język zjadła? - spytał ojciec słabym głosem. 
Mike zauważył, że znów zamknął oczy i wygląda na bardzo 

zmęczonego. 

- Właśnie myślałem o tym, co powiedziałeś. Słuchaj, powi­

nienem już iść, a ty odpocznij. 

- Chyba przydałaby mi się drzemka. 

- Więc zrób to. - Mike wstał. Kiedy pochylił się, by przycis­

nąć wargi do czoła ojca, zza koszuli wysunął mu się ząb jaguara. 
Wyprostował się i zdjął rzemyk z szyi. - Chciałbym, żebyś to 
założył, tato - powiedział. Unosząc głowę ojca z poduszek 
i wsuwając na nią talizman, oczekiwał sprzeciwu. 

Ernie popatrzył na niego. 
- Widzę, że zależy ci, bym go nosił. 

- Zrób mi przyjemność. 

SKRADZIONY POCAŁUNEK •  1 1 3 

- Chyba nie mam wyjścia. To się Judy zdziwi. 

- Wszystko będzie dobrze, tato. 

- Z pewnością. 

Mike przełknął ślinę. 

- Do zobaczenia wkrótce, tato. 

background image

Rozdział 

10 

Mike i Beth skierowali się do Tunelu Czasu. Chmury na 

horyzoncie pęczniały jak gigantyczne bańki mydlane. Choć do­

chodziła szósta wieczorem, słońce wciąż prażyło, a klimatyza­

cja w wynajętym przez Mike'a samochodzie była nastawiona na 

maksimum. 

W tunelu Beth zdjęła okulary przeciwsłoneczne. W miarę 

zbliżania się do Bisbee jej złe przeczucia potęgowały się. 

- Ona tu wkrótce będzie, Mike. Czuję to. 

- No to będzie. - Wziął ją za rękę. - Chciałbym, żebyś wie­

działa, że nie zamierzam wyrzucać jej tego kłamstwa. Rozu­
miem, dlaczego to zrobiła, a póki ty mi wierzysz, dam wszy­
stkiemu spokój. Może ona chce tego samego. 

- Moim zdaniem Alana będzie chciała zacząć z tobą od 

nowa. 

- Nie, jeśli od razu damy jej do zrozumienia, że coś nas 

łączy. 

- Myślę, że powinnam jej o tym powiedzieć sama. 
- Żeby nie było dwoje na jednego? 

- Coś w tym rodzaju. - Kiedy samochód wynurzył się z tu­

nelu, właśnie usiłowała przekonać samą siebie, że Alana zniesie 
tę nowinę. 

- Kolejny dzień do tyłu w pracy - zauważył Mike. 

SKRADZIONY  P O C £

Ł U N E K

 *  * * ^ 

- Jakoś to przeżyję. W tej sytuacji produkcji krajaków nie 

wydaje się tak ważna. 

Mikę skręcił w kierunku studia. Góry otaczające miasteczko 

ocieniały Main Street, co dawało złudzenie wieczornego chłodu. 

- Plan produkcji może być ważniejszy, niż myślisz. 

- To znaczy? 
- Jeśli sprzedaż się rozkręci, będziesz mogła rozszerzyć 

działalność na inne kraje. 

- Inne kraje? - Roześmiała się z niedowierzaniem - W po-

rządku, Mike. Takie jak Brazylia? 

- Czemu nie? Zamiast krajobrazów pustynnych mogłabyś 

tworzyć szklane pejzaże deszczowych lasów. Pomyśl, jak wspa­

niale wyglądałby witraż ze szkarłatną papugą. 

Ten pomysł natychmiast ją przekonał. 

- A pomyśl o orchideach, tukanie albo o żółto-czarnym ja­

guarze z zielonymi oczami. - Jej wzrok powędrował bezwiednie 
do miejsca, gdzie powinien odznaczać się ząb jaguara. Nie było  

go tam. - Mikę, twój ząb. Nie mów mi, że zgubiłeś... 

- Nie, dałem go tacie. 
- Och. - Na pewno ten gest oznaczał, że Mike jest bardziej 

zaniepokojony stanem ojca, niż daje po sobie poznać. - Na 

szczęście? 

- W pewnym sensie. - Ich spojrzenia się skrzyzowary. -

Hej, nie rób takiej zmartwionej miny. Potrzebował tematu do 

rozmowy, to wszystko. Czegoś, by rozbawić pielęgniarki, póki 

nie oddadzą mu gumowego cygara. 

- Niech ci będzie. - Nie przekonał jej, ale nie miała ochoty 

się spierać. 

- A wracając do ekspansji firmy. - Zatrzymał samochód  

przed studiem. - Gdybyś pomyślała o Brazylii, moglibyśmy się 
tam wybrać i zastanowić nad uruchomieniem filii. 

- O czym ty mówisz? - Serce waliło jej jak młotem. 

background image

1 1 6 • SKRADZIONY POCAŁUNEK 

- Jeszcze nie wiem - powiedział cicho, patrząc na nią. - Po 

prostu głośno myślę. Co ty na to? 

- Nie byłbyś szczęśliwy, pomagając mi prowadzić studio 

witrażu w Brazylii. 

- Skąd wiesz, co uczyniłoby mnie szczęśliwym, a co nie? 
- Mikę, znam cię! Zawsze chciałeś przemierzać dżunglę. Po 

wyjeździe z Bisbee podążyłeś prosto do Amazonii i wkrótce 
poznałeś najbardziej odległe zakątki lasów deszczowych jak 
własną kieszeń. 

- Nigdy nie pytałaś, czy byłem tam szczęśliwy. 
- A byłeś? 
- Czasami. Czasami czuję się jak najbardziej samotny facet 

we wszechświecie. Odkąd stąd wyjechałem, brakuje mi czegoś, 
Beth. Nigdy nie chciałem przyznać, co to jest. - Przerwał i wpa­
trzył się w nią. - Albo kto. 

Ogarnęła ją fala szczęścia, ale usiłowała się opanować. Nie 

powinna zapominać o tym, co przeszedł przez ostatnie parę dni 

i jak to napięcie mogło wpłynąć na jego uczucia. Jak tylko Ernie 
wyzdrowieje, Mike powróci do dawnego trybu życia. 

- Obawiam się, że straciłbyś cierpliwość, zabrawszy kogoś tak 

niedoświadczonego jak ja do swego ukochanego deszczowego lasu. 

- Żartujesz? Marzę o tym, by ci go pokazać. Tobie i tacie. 

Wiem, że nie chciałabyś wejść w głąb dżungli, ale... 

- Nie bądź taki pewny. 

Przez chwilę patrzył na nią w milczeniu. 

- Zdaje się, że oboje snuliśmy błędne przypuszczenia. 

- Tak. 
- Co za dzień. 
- Rzeczywiście. 

- A jeszcze się nie skończył. - Dotknął czubkiem palca jej 

nosa. - Teraz idź na górę i znajdź tę czerwoną suknię. Przyjadę 
po ciebie za godzinę. Ja... do diabła. Oto nadchodzi Huxford. 

SKRADZIONY POCAŁUNEK •  1 1 7 

- Zajmę się nim. 

- Nie, ja się nim zajmę. - Mike zgasił silnik. - Ten facet 

wchodzi na mój teren, a to mi się nie podoba. 

- Myślę, że byłoby lepiej, gdybyś zostawił to mnie. 
- Boisz się, że mu nagadam? 
- Szczerze mówiąc tak. 
- A gdyby nawet? Jego firma nie dostanie patentu, a on nie 

dostanie ciebie, więc jeśli o mnie chodzi, może stąd zjeżdżać. 

Chyba mu to po prostu powiem. - Otworzył drzwiczki. 

- Mike! Proszę cię, nie! Potrafię sama załatwić swoje 

sprawy! 

- A może nie chcesz się go pozbyć? Może chcesz trzymać 

Huxforda w odwodzie, na wszelki wypadek? 

- To nie fair! A skoro jesteśmy przy odwodach, nie powie­

działeś mi, dlaczego zapisałeś sobie imię Cindy! 

- Miałem pozdrowić od niej tatę. Zapomniałem o tym 

w tym całym zamieszaniu. Ona naprawdę lubi staruszka. 

- Och! 
- Huxford czeka na ciebie na chodniku. Lepiej z nim poroz­

mawiaj. 

- Mike, nie trzymam go w odwodzie. 

Jego wzrok aż palił. 

- Wiem, że nie. - Gwałtownie przyciągnął ją do siebie i po­

całował tak mocno, że upuściła torebkę. - A teraz i on o tym wie 

- powiedział ochryple, wypuściwszy ją z objęć. 

Poprawiła bluzkę i odetchnęła parę razy. 

- Czy to było naprawdę konieczne? 
- Tak. Do zobaczenia za godzinę. Pójdziemy do Copper 

Queen. Włóż tę czerwoną sukienkę. 

- Może zdecyduję się na niebieską. - Wzięła torebkę i otwo­

rzyła drzwiczki. 

- Założę się, że nie. 

background image

1 1 8 • SKRADZIONY POCAŁUNEK 

Zamknęła drzwiczki bez komentarza i Mike odjechał, zo­

stawiając ją sam na sam z Colbym. Tego właśnie chciała. 

Nie prosiła jednak, by całował ją tak władczo na oczach Hux-
forda. 

- Martwiłem się o ciebie - odezwał się Colby, podszedłszy 

bliżej. - Twoi sąsiedzi powiedzieli mi, że nigdy nie zamykasz 

sklepu w ciągu tygodnia, chyba że wypadnie ci coś naprawdę 
ważnego. 

- Właśnie. Ojcu Mike'a gwałtownie się pogorszyło. 

- A ty go teraz pocieszałaś? 

Żałowała, że nie ma okularów przeciwsłonecznych. 
- Nie chciałabym rozmawiać o moich osobistych sprawach. 

Chyba nie masz nic przeciwko temu. 

- Robisz z siebie idiotkę, wiesz. 
- Colby, proszę. Wybacz mi, ale to był długi dzień. - Wyjęła 

klucze z torebki i skierowała się do sklepu. 

- Odrzucasz życiową okazję z powodu faceta, który zostawi 

cię na lodzie. 

Odwróciła się twarzą do niego. 
- Co odrzucam? Myślałam, że zgodziłeś się na dwa tygodnie 

zwłoki przed podpisaniem umowy. 

- Nie mówiłem o tej przeklętej umowie! 

Spojrzała na niego nie rozumiejącym wzrokiem. Kiedy do­

tarło do niej znaczenie jego słów, zareagowała wyjątkowo nie­

stosownie. Wybuchnęła śmiechem. 

- Och, a więc myślisz, że to zabawne? - Złość wykrzywiła 

mu twarz. - Myślisz, że związek ze mną jest tak śmieszny? 

Natychmiast spoważniała. 

- Przepraszam, Colby. Nie zamierzałam cię obrazić. Po pro­

stu jestem zmęczona. Martwię się o ojca Mike'a, a czasem ner­
wowe napięcie sprawia, że ludzie śmieją się w najmniej odpo­
wiednich momentach. Nawet na pogrzebach. 

SKRADZIONY POCAŁUNEK •  1 1 9 

- Stosowne porównanie. To będzie pogrzeb twego cennego 

krajaka, zapewniam cię. 

A więc wycofywał ofertę swej firmy. Poczuła ulgę. 

- Przykro mi, że tak to odbierasz, ale rozumiem cię. Jestem 

jednak pewna, że Handmade poradzi sobie równie dobrze bez 

krajaka. 

- Och, w końcu dostanę ten patent. Wkrótce będziesz mnie 

błagać, żebym ci cokolwiek za niego dał. Nie musiało do tego 
dojść. Miałem nadzieję, że uda się zadowolić obie strony. - Prze­

śliznął się po niej wzrokiem. - Na różnych poziomach. Ale 
z tego, co widziałem w samochodzie, i z zadrapań na twojej 
twarzy jasno wynika, że Tremayne mnie wyprzedził. 

Nie zdawała sobie sprawy, że zamierza go uderzyć, póki jej 

dłoń nie zetknęła się z jego twarzą. Zapomniała, że trzyma w rę­
ku klucze. Krawędź klucza wbiła mu się w policzek. Zaczaj 
krwawić. 

- O Boże. - Oderwała dłoń. - Nie chciałam... 

- Trzymaj się z dala ode mnie - warknął. - Dokonałaś wy­

boru. Teraz zobaczymy, czy był słuszny. 

- Colby, przepraszam. Żyję ostatnio w potwornym napięciu. 

Naprawdę nie miałam zamiaru cię zranić. 

- Jak mówią na Starym Zachodzie, to tylko zadrapanie. 

- Powoli szedł w dół ulicy. - To ty będziesz krwawić w ostate­

cznym rozrachunku, Beth. Mógłbym temu zapobiec, ale teraz 

już za późno. 

Patrzyła za nim. Nie miała pojęcia, dlaczego snuł tak okropne 

prognozy. Mike jutro znów zajmie się produkcją krajaków i bę­
dzie realizował zamówienia, póki nie wyszkoli robotników. 
Z czasem Ernie zacznie nadzorować ich pracę, a wówczas... 
wówczas będzie można rozważyć niektóre z tych planów eks­
pansji, o których mówił Mike. Wciąż nie była w stanie wy­
obrazić sobie Mike'a realizującego te plany, ale to nie oznaczało, 

background image

1 2 0 • SKRADZIONY POCAŁUNEK 

że pomysł jest zły. Z jej punktu widzenia przyszłość spółki 
Nightingale-Tremayne rysowała się wspaniale pod każdym 
względem. 

Wciąż zaintrygowana zachowaniem Colby'ego otworzyła 

sklep, weszła do środka i wcisnęła guzik automatycznej sekre­

tarki. 

Pierwsza wiadomość była od Alany, radosne „pozdrowienia 

z głębi gór Ozark". Tu Alana przerwała, najwidoczniej czekając, 
aż Beth podniesie słuchawkę. - „Pewnie bierzesz prysznic" 

- powiedziała po chwili z rozczarowaniem. - „Zadzwonię 

później". 

Przy Mike'u zapominała o poczuciu winy wobec Alany, ale 

dźwięczny głos siostry sprawił, że powróciło z całą mocą. Mike 
być może chciał wierzyć, że Alana już go nie kocha, ale ona 

znała prawdę. 

Następna wiadomość również była od Alany. 

„Beth! Jesteś tam?" - Przerwa. - „Zgaduję, że nie. Może 

zapomniałaś, że miałam dziś dzwonić. Naprawdę chciałabym 
wiedzieć, co słychać u Erniego. Ostatniej nocy śnił mi się Ernie 
i tata i zatęskniłam za domem. Chyba zadzwonię do szpitala 
i wszystkiego się dowiem". 

Beth spojrzała w stronę okna. Resztki światła dziennego 

przesączały się przez żywe barwy „Pocałunku". Zawsze myśla­
ła, że Alana nie ma pojęcia, kogo przedstawia ta scena. A jeśli się 

myliła? 

Następne trzy wiadomości dotyczyły interesów, a po nich 

nagrał się Colby. 

I znów Alana. 
„A więc Mike wrócił. Słuchaj, cała ta sprawa z Erniem mnie 

wykańcza. Udało mi się znaleźć firmę, która za rozsądną cenę 

zajmie się moimi klientami. Jeśli zdołam wszystko załatwić, 

wracam do domu. Mam nadzieję, że radzisz sobie z Mikiem. 

SKRADZIONY POCAŁUNEK •  1 2 1 

Może z niego łajdak, ale w końcu wiele razem przeżyliśmy, 
wszyscy troje. Czas już zakopać topór wojenny. Do zobaczenia". 

Beth z wysiłkiem zanotowała wiadomości od klientów. Sły­

szała tylko głos Alany i pobrzmiewającą w nim gotowość do 

zobaczenia się z Mikiem. Wystarczająco złe dla Alany byłoby 
odkrycie, że Mike nie jest nią zainteresowany. Gdyby się dowie­

działa, że jest związany z Beth, mogłaby tego nie znieść. Przez 

te wszystkie lata Beth nigdy nie sprzeciwiła się starszej siostrze 

w obawie, że przestanie ją kochać. Nic nie było warte takiego 

ryzyka - aż do teraz. 

Czerwona suknia była bardziej opięta na biuście i na bio­

drach niż przed ośmiu laty. Beth przebierała się dwukrotnie, ale 

kiedy włożyła ją po raz kolejny, Mike właśnie zadzwonił do 
tylnych drzwi. Zbiegła po schodach. 

Stał w progu, trzymając bukiet kwiatów, które niewątpliwie 

pochodziły z wypielęgnowanego ogrodu różanego Erniego. Na 

jej widok otworzył szerzej oczy i rozchylił wargi. 

- Wiem, że jest zbyt obcisła. - Wygładziła spódnicę. - Daj 

mi minutę, a przebiorę się w coś innego. 

- Ani się waż. 
- Mike, jestem przyzwyczajona do luźniejszych rzeczy. Ta 

suknia jest zbyt prowokująca. 

Wszedł do środka i położył kwiaty na stoliku obok drzwi. 

- Możesz sobie wyobrazić, jak bym się czuł, gdybyś posta­

nowiła być prowokująca tylko dla mnie? - Ujął ją za ramiona 
i spojrzał na nią. - Czułbym się jak król, Beth. 

- Ja... nigdy nie myślałam o tym w ten sposób. 
- Nie, założę się, że nie. Stałaś się mistrzynią wtapiania się 

w tło. Dlatego tyle czasu trwało, zanim zrozumiałem, jak bardzo 
cię pragnę. 

Miał rację. W przeciwieństwie do Alany, zawsze starała się 

background image

1 2 2 • SKRADZIONY POCAŁUNEK 

nie zwracać na siebie uwagi, wiedząc instynktownie, że siostrze 
by się to nie spodobało. Raz w życiu kupiła sukienkę, która 

przyciągała wzrok - właśnie tę - i rezultat okazał się katastro­
falny. 

Pieścił jej nagie ramiona. 
- Pamiętasz, jak żartowałem sobie ze sposobu, w jaki jesz 

lody, a ty powiedziałaś mi, że to nie zamierzone? 

- Naprawdę tak było! 
- Następnym razem, jak zrobisz coś takiego, spraw, by było 

zamierzone. 

- Mogę nie wiedzieć, jak to się robi. 

- Taka twórcza kobieta jak ty? Nie żartuj. 

Może miał rację. Zaczęła nabierać chęci na tę grę. 

- Poczekaj chwilę. Wstawię kwiaty do wody. 
- Pójdę z tobą. 
- Nie. - Uśmiechnęła się do niego. - Zaczekaj tu. - Wzięła 

bukiet i ukryła w nim twarz. - Są cudowne. Dziękuję ci. - We­
szła na schody. Normalnie pobiegłaby szybko na górę, ale Mike 
podsunął jej parę pomysłów. Wchodziła po schodach, porusza­

jąc prowokująco biodrami. 

W połowie drogi odwróciła się i spojrzała na niego. 

- Jak mi idzie? 

Jego odpowiedź była pełna pożądania. 
- Całą siłą woli zmuszam się, by nie pognać za tobą i nie 

zgwałcić cię na półpiętrze. 

- To znaczy, że zrozumiałam, w czym rzecz. 

- Byłem tego pewien. 

Uśmiechnęła się do siebie. Czerwona sukienka oblepiała cia­

ło, ale Beth już się tym nie martwiła. 

Mike usiadł naprzeciwko Beth przy nakrytym lnianym obru­

sem stoliku na balkonie hotelu Copper Queen. Czekali na zamó-

SKRAD30NY POCAŁUNEK •  1 2 3 

wioną kolację. Światło świecy padało na jej twarz i odbijało się 

w prostym złotym łańcuszku na szyi. Czerwony jedwab podkre­
ślał krągłe piersi, a dekolt był na tyle śmiały, że Mike'owi za­
świeciły się oczy. Ułożyła włosy w bardziej wyszukany sposób 
niż przed ośmiu laty, ale to mu odpowiadało. Dobrze, że byli 
o osiem lat starsi, o osiem lat mądrzejsi. Dzięki temu wszystko, 
co wydarzyło się między nimi, było bogatsze, pełniejsze. 

Kiedy szli ulicą, trzymając się za ręce, mężczyźni patrzyli na 

nią z podziwem. Mike obserwował, jak Beth zyskuje pewność 
siebie, i zdał sobie sprawę, że tej nocy weźmie do łóżka śmielszą 
kobietę. A może zrezygnować z kolacji? 

Chciał jednak, by zapamiętali ten wieczór na całe życie. 

Wspólna kolacja była częścią fantazji, która zakończy się nocą 
pełną uniesień. Za pierwszym razem przytłoczyło ich wiele 
spraw, które należało rozwiązać. Dziś pragnął magii. 

Ale najpierw powinni omówić i zakończyć kilka kwestii. 

- Zadzwoniłem do szpitala tuż przed przyjściem do ciebie. 

Stan zdrowia taty wciąż się poprawia. 

- Wiem. Ja też dzwoniłam - przyznała Beth. - Musiałam się 

upewnić, że po naszym wyjściu nic się nie wydarzyło. 

- Po ostatniej nocy niczego nie możemy być pewni. Może 

pojechalibyśmy tam jutro po pracy? 

- Świetnie. - Po twarzy przemknął jej cień. - Oczywiście 

pewnie do tej pory będzie nas więcej. 

To ten drugi temat, pomyślał. 
- Dobrze, powiedz, co za wiadomość zostawiła ci na sekre­

tarce. A potem proponuję przestać o tym rozmawiać. . 

- Powiedziała, że martwi ją stan zdrowia Erniego i że spró­

buje wynająć kogoś, kto zaopiekuje się jej klientami, a sama 

wróci do domu. Uważa, że czas już zakopać topór wojenny. 

- To brzmi dość niewinnie. 
- Pozornie. - Beth upiła łyk wody. - Ale po jej głosie pozna-

background image

1 2 4 • SKRADZIONY POCAŁUNEK 

łam, że nie może się doczekać spotkania z tobą i wiem, że zbu­
duje cały scenariusz, chcąc dowieść, że jesteście sobie prze­

znaczeni. 

Sięgnął przez stół i splótł palce z jej palcami. Marzył o tym, 

by jej dotknąć, odkąd usiedli. 

- Właściwy scenariusz, nie ta kobieta. 
- Jak tylko zaczynam myśleć o jej reakcji, dostaję dreszczy. 
- Właśnie dlatego nie będziemy teraz o tym myśleć. Nie ma 

sposobu, by wszystko ułożyło się tak, jak tego chce Alana. 

- Zawahał się, ale wiedział, że musi to powiedzieć. - Oczywi­

ście wciąż możesz powiedzieć, żebym poszedł do diabła. Ja 
niczego nie powiem Alanie. Ernie też, jeśli go o to poproszę. 

Beth spojrzała na niego ze słabym uśmiechem. 

- Znów gotów na szlachetny gest? 
- Do diabła, nie! Ale wciąż chcę, żeby była to decyzja, 

z którą będziesz w stanie żyć. I nie udaję, że najbliższe kilka dni 
będzie łatwe dla któregoś z nas. 

- Gdybym chciała zachować nasz związek w tajemnicy, nie 

powinnam się zgadzać na siedzenie z tobą na balkonie Copper 

Queen i trzymanie się za ręce przy stoliku. A poza tym jest 

jeszcze ten pocałunek dwa dni temu i ten w samochodzie, dziś 

po południu. Jestem pewna, że wszyscy o nas wiedzą. - Ode­
tchnęła głęboko. - Kości zostały rzucone, jak mówią w drama­
tach. A skoro mowa o dramacie, mogę ci równie dobrze powie­

dzieć, co stało się z Colbym Huxfordem. 

- A co się stało? - Stał się czujny. 
- Po twoim odjeździe powiedział mi, że odrzucam życiową 

szansę. Początkowo sądziłam, że chodzi mu o krajak, ale kiedy 
zrozumiałam, że miał na myśli siebie, przykro mi, ale... wybu-
chnęłam śmiechem. 

Mike uśmiechnął się. 
- Nie masz pojęcia, jak to działa na moje ego. 

SKRADZIONY POCAŁUNEK •  1 2 5 

- Na niego nie podziałało najlepiej. Rzucił jakąś brutalną 

uwagę o tym, że go wyprzedziłeś. Niewiele myśląc, uderzyłam 
go w twarz. Zapomniałam tylko, że w ręku trzymam klucze, 
więc przecięłam mu policzek. Szczerze mówiąc, zrobiłam mu 

większą krzywdę, niż zamierzałam. 

- Ani w połowie taką, jaką ja zamierzam zrobić, jeśli jeszcze 

raz cię zaczepi. 

- Nie przypuszczam, że mnie jeszcze gdzieś zaprosi, ale 

prorokował, że mój plan produkcji krajaków jest skazany na 

niepowodzenie, a on w końcu i tak dostanie patent. 

- Cóż, myli się. Dziś straciliśmy dzień, ale wyrównamy to. 

Dzwoniłem do tego faceta z Sierra Vista. Przeprosiłem go, że nie 

czekałem na niego rano w warsztacie zgodnie z umową, i obie­
całem, że i tak mu zapłacę. Jutro przychodzi z przyjacielem, 
więc produkcja ruszy pełną parą. 

Beth zmarszczyła czoło i odchrząknęła. 

- Słuchaj, ja zapłacę tym ludziom, Mike. Na razie interesy 

nie idą najlepiej, ale wkrótce... 

- Daj spokój. Ojciec powierzył mi warsztat, żebym prowa­

dził go tak, jak uznam za właściwe. Ale gdybyś kiedyś miała 
ochotę pogadać o interesach, wiedz, że chciałbym wejść w spół­
kę z firmą Nightingale-Tremayne. 

- Masz na myśli zainwestowanie w naszą firmę? 
- Właśnie. - Podniósł jej dłoń do ust. - Podoba mi się. Ta 

panna Nightingale zna się na rzeczy. - Powoli pocałował każdy 
długi smukły palec z osobna, myśląc, jaką przyjemność sprawią 
mu dzisiejszej nocy. 

- Czy jako syn Erniego nie jesteś automatycznie wspól­

nikiem? 

- Nie. Przed laty głupio powiedziałem mu, że nie chcę być 

wymieniany w żadnych dokumentach firmy, więc teraz muszę 
się wkupić. Dobrze mi tak. 

background image

1 2 6 • SKRADZIONY POCAŁUNEK 

- Nie wiedziałabym, co robić z inwestorem. 

Patrzył na nią przez stół, nie mogąc powstrzymać szerokiego 

uśmiechu. Boże, ależ jest piękna. 

- Chętnie podsunę ci parę pomysłów, co mogłabyś zrobić 

z tym, który siedzi przed tobą. 

Rozdział 

11 

Kiedy Mike zaprosił Beth do Copper Queen, pomyślała, że 

wolałaby coś na uboczu niż najpopularniejsze miejsce spotkań 
w mieście. Ale w trakcie posiłku straciła poczucie tego, co dzieje się 

wokół niej. Wyjąwszy krótką wymianę pozdrowień ze znajomymi 

i uzgadnianie menu z obsługującym ich kelnerem, skoncentrowała 
całą uwagę na Mike'u. On zachowywał się tak samo. 

Po raz pierwszy w życiu śmiało flirtowała. Ściągnęła panto­

fel, potarła stopą o jego łydkę i ucieszyła się, kiedy pociemniały 
mu oczy. Spytała, jak mu smakuje jego danie i trzymała go za 
rękę, wolno, zmysłowo kosztując kąsek z jego widelca. Zanu­
rzyła palec w malutką miseczkę sosu do sałatki i oblizała go. 

Upewniła się, że na nią patrzy, po czym zlizała czubkiem języka 

kroplę wilgoci spływającą po szklance. 

Mike jęknął. 

- Stworzyłem potwora. 
- Nie miałam pojęcia, że prowokowanie mężczyzny może 

być takie zabawne. 

- Nie miałem pojęcia, że to taka tortura. 
- Prosiłeś mnie o to. Powiedziałeś, że będziesz się czuł jak król. 
- To prawda. - Zniżył głos. - Ale klejnoty rodowe są w nie­

bezpieczeństwie. 

Uśmiechnęła się do niego figlarnie. 

background image

1 2 8 • SKRADZIONY POCAŁUNEK 

- To straszne. Zostajemy na deser?' 
- Nie ma mowy. - Skinął na kelnera. 

- To może wpadniemy na lody w drodze do domu? 

- O, nie - mruknął pod nosem. - Nie dam ci szansy na 

kolejne gierki, póki nie znajdziemy się gdzieś, gdzie ja też będę 

mógł pograć. 

- Zapraszasz mnie na zabawę do swego domu, Mike? -

Spojrzała na niego uwodzicielsko. 

- Właśnie. - Rzucił kilka banknotów na stolik i podszedł, 

by pomóc jej wstać z krzesła. - Zaczniemy od „na kogo wy­

padnie". 

- Myślę, że w dwie osoby to nie będzie podniecające. - Roz-

myślnie otarła się o niego, odchodząc od stolika. 

- Pomyśl chwilę. - Wziął ją stanowczo pod ramię i po­

prowadził przez salę. Kilkoro gości pomachało im i zagadało 
do Beth. - Przepraszam, teraz nie możemy rozmawiać - po-

wiedział Mike przez zęby i pociągnął Beth po schodach restau­
racji. 

- Naprawdę ci się spieszy - zauważyła, gdy znaleźli się 

na Main Street. - Nie sądzisz, że byłoby miło pooglądać wy-

stawy? 

- Nie ma mowy. 
- A może wpadniemy na szklaneczkę na Brewery Gulch? 
- Nie ma mowy. 

Skierowali się pospiesznie w górę ulicy do dzielnicy willo­

wej, gdzie drzewa tworzyły sklepienie nad wyboistym chodni­

kiem. Na widok jego zaciśniętych szczęk z trudem powstrzymy­
wała się od śmiechu. Jeszcze nigdy nie widziała go w takim 

stanie. Czy to możliwe, że wszystko to z powodu kilku przemy­

ślnych ruchów z jej strony? 

- Może chciałbyś pociągnąć mnie do domu za włosy? 
- Nie kuś mnie. 

SKRADZIONY POCAŁUNEK •  1 2 9 

- Ale przecież zrobiłam tylko to, o co mnie prosiłeś. 
- Skąd mogłem wiedzieć, że okażesz się w tym tak cholernie 

dobra? 

Kiedy skręcili w boczną uliczkę wiodącą do domu Tremay-

ne'ów, z trudem łapała powietrze. 

- Mike, zatrzymaj się. Te pantofelki nie nadają się na biegi 

przełajowe. Muszę złapać oddech. 

- Przepraszam, Beth. Ja... - Urwał, gdy wzrok zawędrował 

do unoszącej się piersi. - Musisz oddychać w ten sposób? 

- Obawiam się, że tak. - Prawdę mówiąc, oddychała nieco 

bardziej dramatycznie, specjalnie dla niego. - Serce mi wali. 
Zobacz. - Położyła jego dłoń na swojej piersi. 

Wziął głęboki oddech i przyciągnął ją do siebie. 

- Nie panujesz nad sobą - mruknął, po czym dotknął warga­

mi jej ust. 

Tak było rzeczywiście. Gdy przycisnął ją do siebie, szelest 

jedwabnej sukni przywrócił jej pamięć tamtej letniej nocy przed 

ośmiu laty, kiedy po raz pierwszy odkryła w sobie kobietę, 
kobietę, która chciała się oddać mężczyźnie, temu mężczyźnie. 
Sądziła, że tamta kobieta zniknęła, ale najwidoczniej przecho­

wała swoje dary, aż znów będzie mogła je ofiarować temu, kto 

je doceni. A teraz on powrócił. 

Przesunął wargi z jej ust na szyję i do zagłębienia między 

piersiami. 

- Mam ochotę rozebrać cię tu, na ulicy. Nigdy w życiu nie 

myślałem o czymś takim. 

- Nigdy? - szepnęła. 

- No, zgoda, kiedyś raz. - Uniósł głowę i patrzył na nią 

z zagadkową miną. -I wtedy również chodziło o ciebie. 

- A zamiast tego uciekłeś. 

- Wtedy to by nas zniszczyło. 
- A teraz? 

background image

1 3 0 • SKRADZIONY POCAŁUNEK 

- Nie dopuszczę do tego. - Niechętnie oderwał się od niej 

i znów ujął jej rękę. - Chodź, zanim skompromituję nas oboje na 
ulicach Bisbee. 

Po paru chwilach znaleźli się w dobrze znajomym otoczeniu 

domu Mike'a, gdzie Beth bawiła się jako dziecko, odrabiała 
prace domowe z Mikiem i Alaną; gdzie oglądali telewizję, pili 

oranżadę i wcinali niezliczone ilości chipsów. I gdzie wreszcie 
przeniosła się impreza po kolacji w Copper Queen w dniu próby 
ślubu Alany i Mike'a. Ernie obwiesił drzewa otaczające mały 

wiktoriański domek setkami lampek, ale na dziedzińcu pozostał 
ciemny kąt. Tam Mike i Beth pocałowali się po raz pierwszy. 

Mike zostawił światło w kuchni na tyłach domu, ale pozosta­

ła część, mały pokój dzienny, wnęka pełniąca funkcję jadalni, 
dwie sypialnie, wszystko, co z najdrobniejszych szczegółach 
pamiętała, pozostało w cieniu. Powietrze pachniało różami. 

Beth zastanawiała się, czy zapach napływał z otwartego okna 
wychodzącego na słynny różany ogród Erniego. 

- Och, Mike, to miejsce jest pełne wspomnień. 
- Wiem. - Wziął ją w ramiona. - Ale pozostaną z nami na 

zawsze. Równie dobrze możemy uczynić je tłem naszej miłości. 

- W twojej sypialni? 

-Tak. 
- Na łóżku, które było łodzią płynącą Amazonką? 
- Wciąż możemy udawać; że tak jest. - Przycisnął ją do 

siebie. - Nigdy się do tego nie przyznałem przed sobą, nie 

mówiąc o tobie, ale chciałem wówczas zabrać cię do dżungli. 
A pamiętasz, jak się mocowaliśmy? Nawet jako nastolatki? 

- Uwielbiałam się z tobą mocować - szepnęła, ocierając się 

o niego. 

- Wiem o tym. Uwielbiałaś, jak cię dotykałem, i ja to lubi­

łem, ale udawaliśmy przed sobą, że się bawimy. 

- Musieliśmy udawać. 

SKRADZIONY POCAŁUNEK •  1 3 1 

- Już nie musimy. - Otworzył pocałunkiem jej usta. Delikat­

nie uwolnił ją z objęć. - Zostań tu przez chwilę. Zaraz wracam. 

Stała w pokoju dziennym w otoczeniu starych, dobrze znajo­

mych mebli. W mrocznym świetle nie widziała zniszczonych 

poduszek ani plam od jedzenia na obiciach. Czekała na wyrzuty 
sumienia, że zdecydowała się spędzić noc z Mikiem w jego 
domu. Ale czuła tylko ciepłą pewność, że jej miejsce jest właś­
nie tu. 

Mike wrócił i poprowadził ją do sypialni, gdzie spędziła 

wiele godzin na zabawie. Weszła w inny świat. Tropikalny fresk 
wciąż zajmował jedną ze ścian, ale dziś migocące świece rozsta­
wione w całym pokoju spowijały obraz dżungli ciemnym, taje­
mniczym cieniem. Przytłumiony rytm bębna i fletu stworzył 
zmysłowy nastrój, białe prześcieradła na łóżku pokryte były... 
płatkami róż. A więc stąd ten słodki zapach. 

Stanąwszy tuż za nią, przyciągnął ją do siebie i pocałował 

w ucho. 

- Chciałem, żeby to były orchidee, ale róże muszą wy­

starczyć. 

- Są cudowne. - Jeszcze raz obejrzała jego dzieło. Magiczna 

sceneria przemawiała do jej zmysłowej, artystycznej natury. 

Z nowo odnalezioną odwagą postanowiła wzbogacić fantazję, 
którą rozpoczął. Kiedy sięgnął po suwak jej sukni, oderwała się 

od niego i uniosła dłoń. 

- Jeszcze nie. 
- Pragnę cię, Beth - wychrypiał. 
- Wkrótce będziesz pragnął mnie jeszcze bardziej. - Wyjęła 

szpilki z włosów i rzuciła je na podłogę. Włosy rozsypały się na 
ramionach. - Uwielbiam tę twoją awanturniczą żyłkę. Zawsze 

uwielbiałam. - Sięgnęła za plecy i powolutku rozsunęła suwak. 

- Jesteś impulsywny. To mnie podnieca. 

- W środku jesteś tak samo dzika jak ja. 

background image

1 3 2 • SKRADZIONY POCAŁUNEK 

- A ty jesteś jedynym, który to odkrył. - Czerwona suk­

nia zsunęła jej się z ramion. Lekka tkanina długo ześlizgiwa­

ła się z piersi na talię i przez biodra. Wreszcie Beth stała 

w szkarłatnym wianuszku jedwabiu, odsłaniając szkarłatną 

koronkę, skrawki jedwabiu i czerwony pas do pończoch. - Nie­
łatwo było ukrywać przed wszystkimi, jak tęsknię za podnie­
ceniem. 

Mike ani drgnął, ale oddychał z coraz większym wysiłkiem. 

- Ale mój temperament potrzebuje ujścia. 
- To miałaś na sobie tamtej nocy? 

- Tak. - Przejechała obiema dłońmi po piersiach. 
Jego głodny wzrok śledził każdy jej ruch. 
- I po raz pierwszy w życiu poczułam się śmiała - ciągnęła. 

- Dostałam też to, o czym zawsze w sekrecie marzyłam. Wi­

działam, jak patrzysz na mnie przez cały wieczór, a kiedy ukry­

liśmy się w cieniu, wiedziałam, co się wydarzy. 

- Gdyby Ernie nas wtedy nie zawołał - powiedział żarliwie 

- dowiedziałbym się, co kryjesz pod sukienką. Ogarnęło mnie 

szaleństwo. 

- Mnie też. - Rozpięła złoty łańcuszek i rzuciła go na su­

kienkę. - Nie mogłam znieść myśli, że żenisz się z Alaną. To 
instynkt sprawił, że chciałam być tamtej nocy uwodzicielska. 

Wmówiłam sobie, że nasz pocałunek to wina twoja i szampana, 

ale tak nie było. 

- Dziękuję, że mi to powiedziałeś. 
- Powiem ci więcej. - Odpięła zameczek stanika i strząsnęła 

go z ramion. - Po twoim wyjeździe z miasta czasem udawałam, 
że wróciłeś i wchodzisz przez okno do mojej sypialni. - Nakryła 
pierś dłonią i zataczała palcami kółka wokół brodawki. - Wyob­
rażałam sobie, że dotykasz mnie w ten sposób. 

Z gardła wydobył mu się niski, niewyraźny pomruk. 
- Wyobrażałeś to sobie kiedyś? 

SKRADZIONY POCAŁUNEK •  1 3 3 

- Tak. 

Uwolniła pierś w obawie, że rzuci mu się w ramiona i zakoń­

czy grę. Jej podniecenie rosło razem z jego podnieceniem. Dre­
szcze przenikały jej ciało. Zrzuciła pantofle i powoli zsunęła 
pończochy. Kiedy uniosła głowę i spojrzała na niego, zobaczyła, 
że ma zaciśnięte szczęki i przyciska ręce do boków. Namiętność 
płonąca w jego oczach była jej nagrodą. 

Zsunęła pas z bioder i opuściła go na podłogę. 
- A czasami wyobrażałam sobie, że dotykasz mnie w taki 

sposób. - Przytrzymując jego wzrok, wsunęła dłoń pod skrawek 

jedwabiu. 

- Beth... 

- Byłeś moim wymyślonym kochankiem. - Zadrżała. Piesz­

cząc się na jego oczach, słyszała bicie własnego serca i wiedzia­
ła, że omal nie traci kontroli nad sobą. Ta gra musi się skończyć. 

Powoli zdjęła majteczki. 

W końcu podeszła do łóżka i położyła się na płatkach róż. 

Aksamitny dotyk płatków pieścił jej nagą skórę. 

- Spraw, żeby moje fantazje stały się rzeczywistością, Mike 

- szepnęła. 

Wypuściwszy z płuc długo powstrzymywane powietrze, 

ściągał ubranie nerwowymi, gwałtownymi ruchami. 

- Powoli, mój kochanku. 

Zwolnił, ale nie za bardzo. Wziął pakiecik ze stolika przy 

łóżku i szybko się zabezpieczył. Ale kiedy opadł na łóżko, nie 
wziął jej w ramiona. 

Leżał na boku, nie dotykając jej. Wziąwszy garść, płatków 

róż, sypał je powoli nad jej piersiami i w dół ciała, aż dostały się 
między uda. 

Gdy chłodne płatki dotknęły jej rozpalonej skóry, zadrżała. 

Chwycił jeden płatek z jej piersi i muskał nim jej usta, szyję, 

brodawki, rowek między piersiami, aż zaczęła drżeć. Nie prze-

background image

1 3 4 • SKRADZIONY POCAŁUNEK 

rywał pieszczot, błądząc płatkiem po płaskim brzuchu i wewnę­

trznej stronie ud. 

- Proszę - błagała. - Proszę. 
W końcu ukląkł między jej udami. 
- W twojej fantazji wyobrażałaś sobie, że dotykam cię tutaj 

- szepnął, pochylając się, by wziąć sutek w usta. 

- Tak. - Ciężko chwytała powietrze i wyginała się w łuk. 

- O, tak. 

Teraz pieścił jej drugą pierść, a ona czekała w napięciu. 

W końcu uniósł głowę i popatrzył na Beth. 
- I tutaj. - Odsunął płatki róż i sięgnął dłonią między jej uda. 
- Tak! - zawołała. 

Pochylił się i ochryple szeptał jej do ucha. 

- Omal nie straciłem panowania nad sobą, kiedy dotykałaś 

się w ten sposób. 

Oddychała z trudem. 
- Czy było tak dobrze? 
- Nie... nigdy. - Ledwie mogła mówić. 
- I pragnęłaś więcej? 
- Tak... tak... tak. 
- Czy teraz pragniesz więcej, moja dzika Beth? 
- Proszę, Mike. Proszę! 

Uniósł głowę i spojrzał jej w oczy, powoli przesuwając dłoń 

w górę jej ciała. Potem potarł palcami jej usta, rozchylając 
wargi. 

- Chcesz spróbować, jak mnie pragniesz? 
Przejechała językiem po obrzmiałych od pocałunków 

wargach. 

- Tak. 
- Zanim noc dobiegnie końca, ty też poczujesz, jak cię 

pragnę. 

- Tak. - Serce waliło jej jak młotem. 

SKRADZIONY POCAŁUNEK •  1 3 5 

- Gdybym mógł się teraz powstrzymać, zrobiłbym to, bo 

chcę cię doprowadzić do szaleństwa, tak samo jak ty mnie. 

- Ale nie możesz się powstrzymać, prawda? - szepnęła. 
- Nie... nie mogę. 

Kiedy się połączyli, krzyczała z radości. 

- Należysz do dżungli - mruczał jej w ucho. - Jesteś pełna 

jej żaru. 

- Ty jesteś źródłem tego żaru - szepnęła. 

- My oboje. - Poruszał się w rytmie bicia bębnów, gniotąc 

płatki róż na jej piersiach. - Pewnego dnia wezmę cię na łożu 

z paproci w głębi lasu, a dzikie zwierzęta będą słyszały twoje 

krzyki. 

- I twoje. - Ciężko chwytała powietrze. 
- I moje. Och, Beth, to nie fantazja. - Oddychał coraz szyb­

ciej. -To... rzeczywistość. 

- Wiem - zawołała. Świat się zakołysał i powoli wrócił na 

swoje miejsce. - Wiem - szepnęła. Aromat różanych płatków 
otoczył ich słodką chmurą. 

Choć w ciągu ostatniej doby Mike spał mniej niż trzy godzi­

ny, postanowił nie spać również tej nocy. Miał ją teraz, ale wciąż 
nie był pewny, czy będzie tak po powrocie Alany. Gdyby Beth 
musiała wybierać pomiędzy siostrą, którą kochała przez całe 
życie, a mężczyzną, który niedawno powrócił do jej świata, być 
może wybrałaby Alanę. Każda pieszczota zwiększała jego szan­

se, a więc pozwolił sobie tej nocy tylko na krótkie drzemki. 

Brak snu go nie męczył. Pragnienie kochania się z Beth 

budziło go co jakiś czas. Najwidoczniej pożądanie nie opuszcza­
ło i jej, bo był w stanie podniecić ją jednym lekkim dotknięciem. 

To prawda, czasem ważne było, gdzie jej dotykał, ale już poznał 

mapę jej ciała. 

Zachwyciła go swoją wyobraźnią. Wkrótce poznała równie 

background image

1 3 6 • SKRADZIONY POCAŁUNEK 

dobrze jego ciało jak on jej, a sama myśl o tym, do czego potra­
fiła go doprowadzić ustami i językiem, wystarczała, by znów jej 
pragnął. Jej umiejętności nie brały się z doświadczenia. Z rzuca­
nych przez nią słów poskładał stopniowo informacje o jej życiu 
miłosnym po swoim wyjeździe. Miała tylko dwóch kochanków. 

Ku jego zadowoleniu żaden z tych związków nie trwał długo 
i nie dawał jej satysfakcji. 

O brzasku obrócił się na łóżku i zobaczył, że zniknęła. Prze­

żył moment paniki, zanim ujrzał, że jej rzeczy leżą nadal na 

podłodze. Za to z oparcia krzesła znikła jego koszula. 

Wstał z łóżka, wyjął z szuflady parę spodenek, włożył je 

i wyszedł na korytarz. W pokoju dziennym paliło się światło. 

Beth siedziała na starej zniszczonej sofie i trzymała w ręku opra­
wione zdjęcie. Poznał je po ramce i żołądek mu się zacisnął 
w twardą kulę. 

- Brakowało mi ciebie - powiedział, siadając obok niej. 

Wciąż trzymając zdjęcie w jednym ręku, drugą położyła na 

jego udzie i przytuliła się. 

- Nie mogłam spać. 

Popatrzył na zrobioną w sepii fotografię w ramce z drewna 

i skóry. 

- To było dawno temu. - Przypomniał sobie szaloną wypra­

wę do Tombstone. Chcieli popatrzeć na rewolwerowców w akcji 
na ulicach podczas Dni Helldorado. W ostatniej chwili Pete 
postanowił zrobić całej piątce zdjęcie w strojach z epoki. 

Ernie i Pete siedzieli sztywno na krzesłach z wysokimi drew­

nianymi oparciami w żakietach, kołnierzykach, krawatach i cy­
lindrach. Dzieci bardziej przypominały siebie. Mike był za­
chwycony strojem rewolwerowca. Alana, z sześciostrzałowcami 

na biodrach, przedstawiała Calamity Jane. Uparła się, że stanie 

przy Mike'u, i oparła mu dłoń na ramieniu. 

Beth, wówczas dziesięcioletnia, stała z drugiej strony. Miała 

SKRADZIONY POCAŁUNEK •  1 3 7 

na sobie sukienkę z wysokim kołnierzykiem i tiurniurą i kape­
lusz z piórkiem. Na ramieniu trzymała otwartą parasolkę. Zgod­
nie ze stylem fotografowania epoki nikt się nie uśmiechał. Już 
samo to było niezwykłe. Kiedy ich piątka wyruszała gdzieś 

razem, zawsze towarzyszył im śmiech. 

- Ona tu dziś będzie. - Beth nie odrywała wzroku od fotografii. 
- Pewnie tak. 

- Mike, ja nie chcę jej jeszcze nic mówić. 
Jego nadzieje zaczęły przygasać. 

- Tylko ją bardziej zranisz, jeśli nie powiesz jej od razu. 

- Najbardziej się bał, że Beth postanowi nie mówić jej o nich 

w ogóle, że zerwie ich związek. 

- To dla niej za wiele: choroba Erniego, odwołanie wyprawy 

i spotkanie z tobą po latach. Po prostu nie mogę od razu zadać jej 

takiego ciosu, Mike. 

- A jak długo zamierzasz czekać? - spytał spokojnie. 

- Nie wiem. 

Ujął jej podbródek i odwrócił ją twarzą do siebie. 

- W ciągu ostatnich paru dni wiele się wydarzyło. Doznali­

śmy niezwykłej rozkoszy, ale brakuje jeszcze czegoś. 

Patrzyła niespokojnie, jakby świetnie wiedziała, co zaraz 

nastąpi. 

- Mike, może lepiej odłóżmy dyskusję o nas, aż Alana wróci 

do domu. 

- Nie mam zamiaru o niczym dyskutować. Ale zanim wsta­

nie dzień, zanim wyjdziesz z tego domu, powinnaś wiedzieć 

o jednym. 

- Nie, Mike. - Próbowała się wyrwać. 
- Tak. - Przytrzymał ją, zmuszając, by spojrzała na niego. 

- Kocham cię, Beth. Nie jak brat, nie jak stary przyjaciel, ale jak 

mężczyzna, mężczyzna, który czuje się całością za każdym ra­
zem, kiedy trzyma cię w ramionach. 

background image

1 3 8 • SKRADZIONY POCAŁUNEK 

W jej wzroku pojawiła się panika. 

- Nie wiesz, co mówisz - szepnęła. - Choroba ojca sprawi­

ła, że straciłeś głowę. Ty... 

- Świetnie wiem, co mówię. Czy choroba mego ojca sprawi­

ła, że straciłaś głowę? 

- Muszę... muszę poczekać do powrotu Alany. 

Poczuł się obrażony i rozczarowany. 
- Alana nie ma nic wspólnego z tym, czy mnie kochasz, czy 

nie. 

- Wiem o tym, ale muszę się z nią zobaczyć, zanim ci odpo­

wiem. 

- To znaczy, że możesz kochać się ze mną całą noc, w każdej 

możliwej pozycji i to jest w porządku, ale nie możesz powie­
dzieć mi, że mnie kochasz, bo w ten sposób zdradzasz siostrę? 

- Nie rozumiesz, Mike. 
- Doskonale rozumiem. Rozumiem, że jeszcze nie dorosłaś. 

Odsunęła się od niego i wstała. 

- Ubiorę się i wracam do domu. 
- Odwiozę cię. - Zerwał się z miejsca. 
- Pójdę pieszo. 
- Odwiozę cię, do diabła. Chyba z powodu głupiej dumy nie 

chcesz iść sama przez miasto w tej sukience. Znam cię, Beth. 
Później byś tego żałowała. 

- Masz rację. Przyjmuję twoją propozycję. - Uniosła głowę 

i spojrzała na niego ze łzami w oczach. - Proszę, spróbuj mnie 

zrozumieć, Mike. Mam tylko ją! 

Równie dobrze mogłaby wbić mu nóż w serce. 
- A najgorsze jest to, że w to wierzysz. 

Rozdział 

12 

Tego ranka Beth nawet nie próbowała ciąć szkła. Okno den­

tysty będzie musiało poczekać. Postanowiła pokryć wycięte kra­
wędzie listkami miedzi. Niestety, to monotonne, nie wymagają­
ce skupienia zajęcie pozwalało jej wracać myślami do wydarzeń 
minionej nocy. 

Być może utraciła Mike'a na zawsze, bo nie chciała powie­

dzieć mu tego, o czym wiedziała od lat, tego, że żaden inny 
mężczyzna nie zawładnie jej sercem. Kłopot w tym, że to samo 
czuła Alana. Beth uważała, że wyznanie miłości Mike'owi ozna­
czałoby konieczność wyboru. Nie była na to gotowa. I może 
nigdy nie będzie. 

Mike miał pewnie rację, mówiąc, że nie dorosła. Ale 

on wciąż miał ojca, podczas gdy ona nie miała żadnej rodzi­
ny z wyjątkiem Alany - która uczyła ją sznurować buty 
i zaplatać włosy, pożyczała kosmetyki, pocieszała podczas 
choroby. Mike jako jedynak nie mógł pojąć więzi między 

nimi. 

Kiedy u drzwi sklepu zabrzęczał dzwonek, odłożyła kawałek 

szkła i poszła zobaczyć, kto przyszedł. Na pewno nie Alana. 
Siostra wpadłaby w drzwi jak bomba, wykrzykując od progu 
słowa powitania. Ale równie dobrze mógł to być Mike. Nie 

miała teraz ochoty na kolejną dyskusję. 

background image

1 4 0 • SKRADZIONY POCAŁUNEK 

Przy kontuarze stał Colby Huxford. Wrogi wyraz jego oczu 

pasował do nierównego strupka na policzku. 

- Witaj, Beth. 

- Colby. - Skinęła głową, ale nie wyciągnęła ręki. - Mam 

nadzieję, że policzek ci nie dokucza. - Poniewczasie uświado­
miła sobie, że mógłby ją zaskarżyć, zwłaszcza jeśli ranka wyma­
gała szwów. 

- Nie. Ale mam tu coś, czego powinnaś posłuchać. - Otwo­

rzył teczkę, postawił na kontuarze mały przenośny magnetofon 

i włączył go. 

Beth z początku pomyślała z przerażeniem, że Colby kręcił 

się w pobliżu domu Mike'a i nagrał ich, jak się kochają, żeby ją 

szantażować. Ale przecież nie wiedział o jej problemie z Alaną, 
zatem nie miało to sensu. 

Pierwszy odezwał się Colby. 
„A więc kupiła pani dla syna krajak firmy Nightingale, pani 

Eckstrom?" 

Kiedy pani Eckstrom przytaknęła, Beth przypomniała sobie, 

że dała Colby'emu jej adres, ponieważ klientka z Sierra Vista 
była uszczęśliwiona, że jej nastoletni syn zainteresował się 
czymś artystycznym. 

„Czy doznał jakichś ran, używając go?" 

Spojrzenie Beth szybko przesunęło się od magnetofonu na 

twarz Colby'ego, a w jej głowie rozległ się dzwonek alarmowy. 

„No cóż, któregoś dnia przeciął sobie palec, jeśli o to panu 

chodzi". 

„Krajakiem?" - podsunął.Colby. 

„Tak powiedział!" 

- To niemożliwe! - zawołała Beth. — Tym się nie można 

skaleczyć. Szkłem oczywiście, ale nigdy tym! 

„Czy skaleczenie spowodowało jakieś problemy?" - To 

znów Colby. 

SKRADZIONY POCAŁUNEK •  1 4 1 

„Cóż, nie mógł wziąć udziału w rozgrywkach baseballowych 

tego dnia, a słyszałam, że wśród widzów byli łowcy talentów". 

„A więc pani syn stracił możliwość otrzymania stypen­

dium sportowego z powodu skaleczenia krajakiem firmy Night­

ingale?" 

- To śmieszne! - wściekła się Beth. - Namawiasz ją do 

wniesienia skargi. Na pewno skaleczył się kawałkiem szkła. 

Colby wcisnął guzik. 

- Myślę, że dość już usłyszałaś. Przekonałem ją, Beth. Dziś 

ma spotkanie z prawnikiem. Jestem pewien, że skontaktują się 
z tobą. Obdzwoniłem wszystkich klientów, których telefony tak 
chętnie mi dałaś, zanim znalazłem kogoś, kto mógłby wnieść 
skargę, ale wreszcie mi się to udało. 

- Tracisz czas. Mogę udowodnić, że tym krajakiem nie prze­

ciął sobie palca. 

- Być może. Ale tymczasem będziesz musiała uiścić spore 

opłaty sądowe, a prawnikowi pani Eckstrom może uda się uzy­

skać zakaz produkcji do wyjaśnienia sprawy. Poza tym to dosko­

nała antyreklama. Większość ludzi nie wie, jak działa krajak. 
Założą, że coś jest nie tak. 

Beth przeszyła go wzrokiem. Spłukała się do granic mo­

żliwości. Nawet niewielkie opłaty sądowe mogły wpędzić 

ją w kłopoty, a zakaz produkcji i antyreklama dopełniłyby 

klęski. 

- Ty skorpionie! Dla zemsty jesteś gotów mnie zrujnować. 
- Ależ nie. Mam propozycję. Jeśli zrzekniesz się praw do 

patentu na warunkach, które ci podyktuję, Handmade zajmie się 
skargą tej kobiety. Nasi prawnicy specjalizują się w takich spra­
wach. Może będziemy musieli jej trochę zapłacić, ale biorąc pod 
uwagę to, co zarobimy na krajaku, to pestka. 

- Udowodnię, że to sprowokowałeś. Wszystko jest na ta­

śmie. 

background image

1 4 2 • SKRADZIONY POCAŁUNEK 

- Nie zauważyłaś, zdaje się, że przed chwilą skasowałem 

nagranie. Taśmy już nie ma. 

- Ale pani Eckstrom wie, że zadawałeś jej naprowadzające 

pytania! Ona... 

- Zależy jej na pieniądzach, bo chce posłać syna do colle­

ge'u. A ja tylko sprawdzałem, czy sprzęt jest bezpieczny, ponie­
waż moja firma stara się o patent. Nie ma w tym niczego nagan-
nego. - Schował magnetofon do teczki i zamknął ją. - Jak bę­
dziesz gotowa porozmawiać o interesach, znajdziesz mnie 

w White House w Warren. Na twoim miejscu nie czekałbym 
zbyt długo. - Skierował się do drzwi. 

- Wiesz, winna jestem przeprosiny. 
Odwrócił się, a jego spojrzenie było pełne oczekiwania. 
- To już lepiej. 
- Przed chwilą nazwałam cię skorpionem. 

Uśmiechnął się z przymusem. 

- I chciałaś przeprosić za tę uwagę? 
- Tak. Chciałabym przeprosić wszystkie skorpiony na świe­

cie, że tak je obraziłam! A teraz wynoś się z mojego sklepu. 

Jego twarz wykrzywił grymas gniewu. 
- Pożałujesz tego, Beth, kiedy przyjdzie do podpisania umo­

wy. Nie dostaniesz ode mnie ani centa. 

- Nigdy nie podpiszę twojej przeklętej umowy - zawołała 

za nim. Ale kiedy została sama, zastanowiła się, czy nie robi 

sobie na złość. Nakreślony przez niego scenariusz mógł o-

znaczać koniec nie tylko dla krajaka, ale również dla spółki 
Tremayne-Nightingale. Nie miała prawa podejmować takiego 
ryzyka. 

Tylne drzwi otworzyły się z hukiem. 
- Beth, to ja! - zawołał znajomy głos z holu. - Szykuj tłuste­

go cielca! Twoja duża siostra wróciła do domu! 

SKRADZIONY POCAŁUNEK •  1 4 3 

Mike w końcu pożałował swego wybuchu i już w połowie 

poranka zaczął się czuć jak ostatni łajdak. Oczekiwał zbyt wiele, 
zbyt szybko. Nie tak dawno temu zastanawiał się, czy w ogóle 
uda mu się pójść z Beth do łóżka, a czterdzieści osiem godzin 
później żądał, żeby wyjawiła swe uczucia i poinformowała o ich 
związku Alanę. 

Na swoje wytłumaczenie miał jedynie odkrycie, że jest do 

szaleństwa zakochany w Beth. To zabawne usprawiedliwiać 
w ten sposób zranienie osoby, którą, jak twierdził, tak bardzo 
kocha. Ernie powiedział mu, żeby nie nawalił, a on właśnie do 
tego zmierzał. Czekał osiem lat, by uporządkować ten bałagan. 
Mógł poczekać jeszcze trochę. 

Instynkt mówił mu, że lepiej byłoby powiedzieć Alanie naty­

chmiast, jednak instynkt mógł go zawodzić. Beth znała Alanę 

lepiej niż on. Chciała mieć możliwość wyboru właściwej chwili. 

Jeśli nie chciał całkiem jej zrazić, powinien się na to zgodzić. 

Ponieważ w pracy pomagało mu dwóch robotników, wkrótce 

miał mnóstwo krajaków - świetny pretekst do odwiedzin u Beth. 
Zamierzał najpierw zadzwonić, ale pomyślał, że po prostu się 
tam pojawi i nie da jej zbyt dużo czasu na rozważania. 

Beth nie była pewna, czy picie piwa o jedenastej rano po 

praktycznie bezsennej nocy to dobry pomysł, ale Alana była 

w zabawowym nastroju. Po uściskach i wniesieniu rzeczy Alany 
na górę usiadły przy małym stoliku w pracowni i Beth opowie­
działa siostrze o kłopotach z Colbym Huxfordem. 

- Jak się nazywa ta twoja klientka? - spytała Alana. Była 

w typowym dla siebie stroju: szortach khaki, białym głęboko 

wyciętym podkoszulku bez rękawów i sportowych butach. Wy­
płowiałe od słońca blond włosy związała skórzaną tasiemką, 

a po lecie spędzonym na powietrzu była smukła, opalona i kipia­

ła energią. 

background image

1 4 4 • SKRADZIONY POCAŁUNEK 

- Eckstrom, z Sierra Vista. 
- To musi być ta sama rodzina, którą w ubiegłym roku za­

brałam do Havasu Falls. 

- Jeśli nawet, co to ma za znaczenie? Właściwie to źle, jeśli 

są związani z nami obiema. Gdyby udało im się coś zyskać, 

mogliby uznać, że przez ciebie opalili się na tej wyprawie i teraz 

należy im się rekompensata za zwiększone ryzyko zachorowania 
na raka skóry. 

- Nie sądzę, i powiem ci dlaczego. Ten ich chłopak, który 

podobno stracił szansę gry w lidze, jak twierdzi jego matka, 
w zeszłym roku brał narkotyki. 

- Poważnie? 
- Poważnie. Nic wielkiego, trawka, ale wpadł w złe towa­

rzystwo. Ta wędrówka po kanionie z rodzicami i młodszym bra­
tem całkiem go odmieniła. - Alana wychyliła do dna butelkę. 
- Nie chcę się chwalić, ale to moja zasługa. Obiecałam mu, że 

jeśli będzie w porządku, wezmę go na swoją pierwszą wyprawę 

do Amazonii. 

Amazonia. Beth aż zemdliło z poczucia winy na myśl o Mi­

ke'u i ich sekrecie. 

- Hej, dobrze się czujesz? - Alana położyła rękę na jej dłoni. 

- Może nie powinnaś pić piwa. 

Beth wyprostowała się i uścisnęła dłoń siostry. 

- Wszystko w porządku. I gratulacje za tego chłopaka. Nie 

miałam pojęcia, że te wyprawy mogą spowodować coś takiego. 

- Piwo naprawdę działało. Nie jadła nic od wczorajszej kolacji i 
z minuty na minutę bardziej kręciło jej się w głowie. 

- Weź ludzi na świeże powietrze, zmień im otoczenie, zmuś 

do wspólnej pracy i wszystko się zmienia. Mogłabym zatrudnić 

się jako psycholog rodzinny. W każdym razie możemy wyko­
rzystać nadzieje tego dzieciaka na podróż do Brazylii, prawda? 

Beth ledwie nadążała za tokiem rozmowy. 

SKRADZIONY POCAŁUNEK •  1 4 5 

- Przydałyby się chipsy. - Wstała. To nie był dobry pomysł. 
- Ja przyniosę. - Alana zerwała się na równe nogi i otoczyła 

siostrę ramieniem. - Założę się, że całą noc cięłaś szkło. Zbyt 
ciężko pracujesz, Beth. 

- Niezupełnie. - Beth opadła na krzesło z lekkim westchnie­

niem ulgi. Zastanawiała się, ile jeszcze jest w stanie znieść. 

Każda uwaga Alany pogłębiała jej poczucie winy, ale nie miała 

pojęcia, jak poruszyć temat Mike'a, zwłaszcza że siostra próbo­
wała jej pomóc przeciwstawić się Colby'emu Huxfordowi. 

- Czy masz serowy pikantny sos? - zawołała Alana przez 

ramię. 

- Powinien być w lodówce. 
- Wspaniale. Zabawne, zupełnie jak w dawnych czasach, 

głowimy się nad problemem i wcinamy chipsy. - Wbiegła na 

górę. 

Beth oparła głowę na rękach. Próbowała myśleć, ale mózg 

odmawiał jej posłuszeństwa. Kiedy zabrzęczał dzwonek przy 
frontowych drzwiach, rozważała, czy nie zostać w pracowni. 
Ktokolwiek wszedł, w końcu wyjdzie. 

Wreszcie z wysiłkiem wstała i weszła do sklepu. Mike właś­

nie wykładał stos zapakowanych krajaków na kontuar. 

- Och, Mike. Ja... 
- Nic nie mów. - Szybko podszedł i wziął ją za ramiona. 

- Nie miałem racji. Nie powinienem tak naciskać. Wybaczysz 

mi, że zachowałem się jak idiota? 

Odsunęła się od niego. 
- Posłuchaj... 
- Proszę, nie odpychaj mnie. Potrzebuję cię, Beth. 
- Czy to głos Mike'a Tremayne'a? - Przez podwójne drzwi 

pracowni wbiegła Alana z torbą chipsów i słoikiem sosu. 

Mike odwrócił się gwałtownie. 

- Witaj, Alano. 

background image

1 4 6 • SKRADZIONY POCAŁUNEK 

Alana postawiła chipsy i słoik obok pudeł z krajakami. 
- Jak się masz, Mike. - Uśmiechnęła się do niego szeroko. -

O kurcze, fantastyczny z ciebie kąsek. 

- A ty jesteś jeszcze ładniejsza niż dawniej. - Mike odwza­

jemnił uśmiech. 

- Podoba mi się taki początek rozmowy - powiedziała Ala­

na. - Jestem gotowa zapomnieć o przeszłości, jeśli ty też, i my­

ślę, że po tych wszystkich latach zasługuję przynajmniej na 
porządny uścisk. - Podeszła do niego z wyciągniętymi ramio­
nami. 

- Należą ci się ode mnie zaległe przeprosiny. - Mike wziął 

ją w objęcia. - Zachowałem się jak łajdak, Alano. 

- Nie chcę do tego wracać. Było, minęło. Witaj, duży 

chłopcze. 

Beth zacisnęła dłonie i jakoś się opanowała, choć miała ocho­

tę siłą odciągnąć siostrę od ukochanego. Ale Alana kochała go 
również. Wystarczyło popatrzyć, jak się do niego przytuliła. 

Kłopot w tym, że Mike również nie spieszył się z wypuszcze­
niem jej z objęć. 

W końcu Alana cofnęła się i odwróciła do Beth. 
- A więc znów jesteśmy wszyscy razem. Starsi i, mam na­

dzieję, mądrzejsi. Chodź, Mike. Właśnie popijamy piwo i zasta­
nawiamy się, co zrobić z tym łajdakiem Huxfordem. 

- Co się stało? - Mike spojrzał szybko na Beth. 
- Och, namówił jedną z klientek Beth, by pozwała ją do sądu 

- wyjaśniła Alana, nie czekając na odpowiedź siostry. - Ale 

zdaje się, że możemy go przechytrzyć. Napij się z nami piwa 
i wszystko ci opowiemy. 

Mike znów spojrzał pytająco na Beth. 
Wzruszyła ramionami. 
- No chodź, Mike. Mam specjalnie dla ciebie zimne piwo. 

- Alana wzięła go pod ramię i pociągnęła do pracowni. - Świet-

SKRAD30NY POCAŁUNEK •  1 4 7 

nie wyglądasz. Założę się, że brazylijskie dziewczęta szaleją za 
tobą. 

- Kobiety z Brazylii nie umywają się do kobiet z Bisbee. 

- Cały Mike - roześmiała się Alana. 
Beth chciało się krzyczeć. Nie miała pojęcia, że zachowanie 

Alany tak ją rozdrażni, ani że Mike natychmiast podejmie flirt. 
Była tak zmartwiona tym, co powie siostra na jej związek z Mi-
kiem, że nie pomyślała, jaką cenę przyjdzie jej zapłacić za 
milczenie. Jeśli teraz cierpi, może winić o to wyłącznie siebie. 
To ona nalegała, żeby nie mówić Alanie od razu. Nieśmiała, 
ostrożna Beth. Prawdopodobnie nie zasługiwała na takiego face­
ta jak Mike. 

Ponieważ w pomieszczeniu były tylko dwa krzesła, Mike 

oparł się o stół. Wypił piwo, które Alana otworzyła dla niego, 

i wysłuchał opowieści o tym, jak Colby próbuje szantażować 

Beth, by zrzekła się praw do patentu. Beth, jak zwykle najcich­

sza z ich trójki, słuchała Alany i Mike'a, którzy z ożywieniem 

debatowali nad rozwiązaniem problemu. 

Wtem Mike nieoczekiwanie zwrócił się do niej, burząc utarty 

schemat. 

- Co zamierzasz zrobić? 

Alana pospieszyła z odpowiedzią. 

- Oczywiście,że chce... 
- Pytałem Beth - przerwał Mike. - W końcu to jej sprawa. 

Spojrzenie Alany przesunęło się od Mike'a do Beth. 

- Cóż, przepraszam. 
- Wolałabym raczej porwać na strzępy cały projekt niż 

oddać go Huxfordowi - odparła Beth gwałtowniej, niż za­

mierzała. 

- Spokojnie! - powiedziała Alana. - Zdaje się, że mała Beth 

oszalała! 

- Masz rację, Beth. - Mike skinął aprobująco głową. 

background image

1 4 8 • SKRADZIONY POCAŁUNEK 

- A jeśli Alana jest skłonna wykorzystać swoją znajomość 

z Eckstromami, to mi odpowiada - dodała Beth. 

- To właśnie chciałam usłyszeć. - Alana zerwała się z krzes-

ła. - Wsiadam do dżipa i ruszam do Sierra Vista. 

- Zamknę sklep i pojadę z tobą - powiedziała Beth. 
- A może pojechalibyśmy wszyscy troje? - spytała Alana, 

zerkając na Mike'a. - Potem moglibyśmy skoczyć do Erniego. 

- Myślę, że poradzicie sobie beze mnie - wykręcił się Mike 

- Poza tym mam parę spraw do załatwienia przed jazdą do 

Tucson. Spotkajmy się w szpitalu. 

Alana wzruszyła ramionami. 
- Jak chcesz. Nie rozumiem, jak mężczyzna może odrzucić 

propozycję przejażdżki z dwiema dzielnymi i atrakcyjnymi 

dziewczynami, ale pewnie tak musi być. 

Mike uśmiechnął się szeroko. 

- Poświęcenie kształtuje charakter. 

Beth spojrzała na niego. Z początku to były tylko żarty, tak 

jak zawsze, kiedy wszyscy troje byli razem. Ale jej zmysły lepiej 

odbierały teraz jego nastroje. Uważniejsze spojrzenie odkryło 
zmarszczkę między brwiami i stanowcze zaciśnięcie szczęki. 
Myślał o czymś, co na pewno miało coś wspólnego ze „sprawą 
do załatwienia", o której wspomniał. Założyłaby się, że chodzi 
o Colby'ego. 

- Nie zrób żadnego głupstwa. - Popatrzyła na niego zna­

cząco. 

Znów się uśmiechnął. 

- Siedzę tu z dwiema kobietami, które o jedenastej rano piją 

piwo, i jedna z nich ostrzega mnie, żebym nie robił głupstw. 

- Wiesz, co mam na myśli. 
- Ale ja nie wiem - wtrąciła się Alana - a nie znoszę, kiedy 

nie wiem, o co chodzi. 

Mike tylko spojrzał na Beth, ale to wystarczyło. Alana właś-

SKRADZIONY POCAŁUNEK •  1 4 9 

nie powiedziała, że nie znosi, jak nie wie, co się dzieje. Nadarza­
ła się świetna okazja, ale Beth postanowiła z niej nie korzystać. 
Mówiąc siostrze o związku z Mikiem, chciała być z nią sam na 

sam. Alanie należało się przynajmniej tyle. 

- No dobrze, dość tych znaczących spojrzeń. - Alana zaczy­

nała się już niecierpliwić. - Powiedz mi, co twoim zdaniem 

Mike zrobi, kiedy my będziemy w Sierra Vista. 

- Myślę, że pobije Colby'ego Huxforda - powiedziała Beth. 

- Potem Colby każe go aresztować za napaść, a ja... nie będę 
miała nikogo, kto poprowadzi warsztat i będzie robił krajaki 
- zakończyła, sprowadzając wszystko na płaszczyznę interesów. 

- Obiecuję, że go nie pobiję - przyrzekł Mike. - Choć to 

kuszący pomysł. 

*- Będziesz trzymał się od niego z daleka? 

- Nie ma mowy. 
- Mike, plan Alany może się powieść. Jeśli wyeliminujemy 

możliwość szantażu, Colby'emu pozostanie tylko spakować się 

i wracać do domu. 

- Nie sądzę, by tak postąpił, chyba że go się dodatkowo 

zachęci. 

- Na przykład? Obiecałeś, że go nie tkniesz. 

- I dotrzymam obietnicy. Po prostu porozmawiamy. 
- Nie podoba mi się to. 
- A mnie tak - wtrąciła się Alana. - Pozwól Mike'owi z nim 

porozmawiać. - Popatrzyła na niego z podziwem. - Jestem pewna, 
że kiedy zechce, potrafi być przekonujący. Prawda, Mike? 

Mike mrugnął do niej. 
- Jasne. Do zobaczenia w szpitalu koło pół do siódmej. 

Alana zasunęła okna dżipa i włączyła klimatyzację. 
- Zatrzymamy się po drodze, zjemy big maca i zadzwonimy, 

czy pani Eckstrom jest w domu - powiedziała, przejmując do-

background image

1 5 0 • SKRADZIONY POCAŁUNEK 

wodzenie. - Powinnyśmy ją zastać. Dorabia przepisywamem na 
komputerze. 

- Naprawdę zależy jej na posłaniu syna do college'u - ode­

zwała się Beth. - Pewnie dlatego przystała na pomysł Colby'e-
go. Wiesz, nigdy mi nie przyszło do głowy, że ktoś mógłby 

skaleczyć się szkłem i pozwać do sądu wytwórcę krąjaków. 
A myślę, że powinno. 

Alana poklepała ją po kolanie. 

- Nie przesadzaj. Po prostu trafiłaś na skunksa. Krajak jest 

całkowicie bezpieczny i ty o tym wiesz. Ja obawiam się proce-

sów, odkąd założyłam „Wakacje z Przygodą". Powinnaś zoba­

czyć, ile płacę ubezpieczenia. A i tak nie jestem pewna, czyby 

mi wystarczyło, gdyby ktoś zmarł w trakcie wyprawy. 

- Co za myśl! Bałaś się kiedyś, że to może nastąpić? 
- Jasne! Nie można przewidzieć wszystkiego, kiedy wspi­

nasz się po górach czy płyniesz tratwą przez katarakty. Ja próbu­

ję przedsięwziąć wszelkie środki ostrożności. A i tak nie można 

wykluczyć, że ktoś postanowi dostać ataku serca na odludziu. 

- Okropność. To wystarczająco trudne, kiedy natychmiast 

można sprowadzić pomoc, tak jak zrobiliśmy w przypadku Er-

niego. 

- Jak on się naprawdę czuje, Beth? Rozmawiałam z leka­

rzem, ale nigdy nie mam pewności, czy oni nie oszukują. Tak się 
martwię. O Mike'a też się martwię. 

- Tak, wiem. - Beth westchnęła. - Nastąpił kryzys, ale teraz 

chyba jest lepiej. Będziemy pewni za parę dni. 

- Kiedy przyjechał Mike? 

Pytanie spadło na nią jak grom z jasnego nieba. 

- Kilka dni temu. 
- Był tu, kiedy dzwoniłam? 

Beth nie potrafiła bezczelnie kłamać. 

- Tak. Właśnie przyjechał. 

SKRADZIONY POCAŁUNEK •  1 5 1 

- Jak to się stało, że mi o tym nie powiedziałaś? 
- Obawiałam się, że wrócisz pędem zobaczyć się z nim. 

Uznałam, że twoja praca jest ważniejsza. Ale teraz widzę, że 
powinnam ci powiedzieć i pozwolić samej podjąć decyzję. 

Alana spojrzała na nią, ale Beth miała oczy przesłonięte 

okularami przeciwsłonecznymi. 

- Masz rację. Prawdopodobnie bym wróciła. Jestem zmę­

czona samotnością, Beth. Mam trzydzieści dwa lata i chcę zało­
żyć dom. Ale nie z kimkolwiek. Ostatnio wiele myślałam o Mi­

ke'u Wciąż jest dla mnie numerem jeden. Kocham go, odkąd 
mieliśmy po sześć lat. Osiem lat temu coś nie zaskoczyło, ale 
widziałaś, jak dziś na mnie patrzył? Myślę, że możemy zacząć 
wszystko od nowa. 

Beth przeszył ból. 
- Alano, ja... 

- Wiem, co chcesz powiedzieć. Jemu wciąż zależy na po­

dróżach i nigdy nie marzył o domu z białym płotkiem. I do­

brze, bo ja też tego nie chcę. Zamierzam mu coś zapropo­

nować. Chcę wejść z nim w spółkę. W ten sposób on za­

spokoi swą żądzę przygód, a jednocześnie będzie miał udzia­

ły w dobrze prosperującym interesie. Jak myślisz, czy to roz­

waży? 

- Myślę, że będziesz musiała go o to spytać sama. - Szcze­

rze mówiąc, Beth nie była pewna, czy Mike odrzuci tę ofertę. 
Wydawała się wprost wymarzona dla niego, w przeciwieństwie 
do prowadzenia studia witrażu w Brazylii. Wciąż sprawiali wra­

żenie idealnej pary. Może tak było, a Mike przylgnął do niej, 
ponieważ przechodził kryzys uczuciowy. Wyobraziła sobie, jak 
by się czuła, gdyby oznajmiła Alanie, że Mike jest zajęty nią, 
a potem odkryła, że zmienił zdanie. 

Usiłowała przekonać samą siebie, że coś takiego nigdy się nie 

wydarzy. Mike ją kocha. Powiedział to zaledwie parę godzin 

background image

1 5 2 • SKRADZIONY POCAŁUNEK  

temu. Kochał się z nią przez całą noc. Przecież nie zwróciłby się 
teraz do Alany. 

Ale ona nie odpowiedziała na jego miłosne zaklęcia. Twier­

dziła, że musi poczekać, aż siostra wróci do domu. A on uznał, 

że zachowuje się jak małe dziecko. I będzie miała za swoje, jeśli 
Mike stwierdzi, że to Alana jest prawdziwą kobietą, którą ona 

być nie potrafi. 

Patrząc na gibką, wygimnastykowaną sylwetkę Alany, pew­

nie prowadzącej dżipa jedną ręką, zastanawiała się, czy ostatnie 
dni nie były wyłącznie tworem jej wyobraźni. 

Rozdział 

13 

Mike posłał pracowników na lunch, wpadł na chwilę do 

domu, a potem wyruszył na poszukiwanie Colby'ego Huxforda. 
Zapomniał spytać Beth, gdzie ten gad się zatrzymał, ale pier­
wsze przypuszczenie - elegancki pensjonat White House 

w Warren - okazało się trafne. Mike porozmawiał z personelem 
i z łatwością dowiedział się, że Huxford najprawdopodobniej je 
lunch w małym włoskim barku w centrum Bisbee. Mike znał ten 
lokal. 

Przeszedł obok przeszklonego barku, by się upewnić, czy 

Huxford jest w środku. Rzeczywiście, siedział tam, przeżuwając 
coś, co wyglądało jak sandwicz z salami. Mike miał ochotę 
wepchnąć mu go do gardła. Kiedy pomyślał o tym, jak Huxford 
potraktował Beth tego ranka, chciał zabić sukinsyna. Ale obiecał 

Beth, że nie użyje przemocy. 

Gdy tylko wszedł, Huxford uniósł głowę, zupełnie jak dzikie 

zwierzę wyczuwające niebezpieczeństwo. Mike podszedł do je­
go stolika, wziął krzesło i usiadł. 

- Zdaje się, że pana nie zapraszałem - mruknął Huxford. 

Jabłko Adama mu drgało. 

Oczywisty strach przeciwnika sprawił Mike'owi przyje­

mność. 

- Nie zostanę tu długo. Przyszedłem przekazać wiadomość. 

background image

1 5 4 • SKRADZIONY POCAŁUNEK 

Nawiasem mówiąc, co za interesująca ranka na policzku. Zaciął 

się pan przy goleniu? 

- Nie bądź taki dowcipny, Tremayne. Beth cię przysłała? 

- Nie. Beth i jej siostra, Alana, są teraz w drodze do Sierra 

Vista. Pojechały z wizytą do Eckstromów. 

- Powinny raczej posłać prawnika. 
- Myślę, że nie ma takiej potrzeby. - Mike oparł łokcie 

o stolik z marmurowym blatem. - Alana w ubiegłym roku za­

brała tę rodzinę na wakacje i zmieniła chłopaka z potencjalnego 
narkomana w sportowca. Ten dzieciak i jego rodzice zrobiliby 
dla niej wszystko. A ona zamierza poprosić ich, by zapomnieli 
o tym idiotycznym pozwie, do którego ich nakłaniałeś. 

- Zobaczymy. - Huxford odchylił się na krześle i buńczucz­

nie napiął ramiona. - Pani Eckstrom wydawała się bardzo zain­
teresowana przyszłością syna, kiedy z nią rozmawiałem. 

- Och, myślę, że to zadziała. Mieszkańcy tych stron już 

dawno temu przekonali się, że nie opłaca się zadzierać z siostra­

mi Nightingale. Właściwie nie prosiły mnie, żebym wbijał ci 

ostatni gwóźdź do trumny. Potrafią same zatroszczyć się o sie­
bie. Jestem tu wyłącznie dla własnej przyjemności. 

- Pewnie zagrozisz, że mnie pobijesz, jeśli nie opusz­

czę miasta do zachodu słońca. - Huxford uśmiechnął się szy­
derczo. 

- To mogłoby być zabawne, ale obiecałem Beth, że cię nie 

tknę. Spodziewam się jednak, że wyjedziesz przed wieczorem. 

- A jeśli nie? 
- Cóż, pozwól, że opowiem ci trochę o sobie, Huxford. -

Mike rozsiadł się na krześle, skrzyżowawszy wygodnie nogi. 

- Nie jestem ciekaw. 

- A powinieneś. W ubiegłym roku zaprzyjaźniłem się 

z pewnym czarownikiem z Ameryki Południowej. Mieszkańcy 

deszczowych lasów mają ziołowe mieszanki, o których ci się nie 

jjKRADZIONY POCAŁUNEK •  1 5 5 

śniło. Myśliwi smarują groty strzał pewną substancją, tak trują­

cą, że jedno draśnięcie w mgnieniu oka kładzie jaguara. 

- I co z tego? - Huxford oblizał nerwowo wargi. 

Mike sięgnął do kieszeni i wyjął stamtąd małe metalowe 

pudełko. 

- Wieczorami w lasach deszczowych nie ma wiele do robo­

ty. Opanowałem nieźle sztukę strzelania z dmuchawki. Nauczy­
łem się też, jak osadzać strzały na drzewcu. 

Huxford rozejrzał się po salce. Było całkiem pusto. Nawet 

właściciele zajęli się czymś na zapleczu. 

Zanim spojrzał ponownie na stół, Mike schował pudełko 

i strzałę. 

- Nie ma świadków, Huxford. Nie byłoby ich również, gdy­

bym posłał ci tę strzałę. 

- Albo blefujesz, albo jesteś chory. 

Mike uśmiechnął się do niego. 

- Na twoim miejscu nie przebywałbym w miasteczku, po 

którym kręci się szaleniec. To mogłoby okazać się niebezpieczne 

dla twego zdrowia. 

Huxford odepchnął krzesło, zostawiając na talerzyku nadgry­

zionego sandwicza. 

- Dość tych bzdur. - Rzucił pieniądze na stół. - Błagałem 

firmę, by nie wysyłała mnie do tego zapomnianego przez Boga 
miejsca. Możesz się poczęstować. - Z tymi słowami wyszedł 

w pośpiechu z barku. 

- Dzięki. Wierz mi, że tak zrobię - powiedział Mike do 

pustej sali. Wziął nienaruszoną połowę sandwicza Huxforda 

i zaczął jeść. 

Mike postanowił wziąć do Tucson starą furgonetkę ojca. 

Chmury burzowe pojawiały się już od paru dni, ale dziś niebo 
wyglądało naprawdę groźnie. Ciekawe, czy dżip Alany przecie-

background image

1 5 6 • SKRADZIONY POCAŁUNEK 

ka podczas deszczu. Jeśli tak, obydwie prawdopodobnie zmokną 
w drodze powrotnej do Bisbee. 

A może uda mu się zabrać Beth do domu, a Alana wróci do 

Phoenix. Niemożliwe, żeby chciała tu pozostać, kiedy Beth 
powie jej o nich. Miał nadzieję, że już to zrobiła, nawet jeśli to 
oznaczało, że spotkanie ich trójki nie będzie przyjemne. Naj­
wyższy czas wszystko wyjaśnić. 

Starą furgonetką nie mógł jechać tak szybko jak wynajętym 

samochodem i już był spóźniony. Gdy dojechał do szpitala, 
o asfalt na parkingu uderzały wielkie krople deszczu. Powietrze 
pachniało wilgotnymi krzewami kreozotu. Mike uwielbiał ten 
ostry aromat charakterystyczny dla pustyni. Nad górami przeto­
czył się grzmot. Zapowiadała się mokra noc. 

Na korytarzu przed pokojem Erniego zobaczył Alanę i Beth. 

Jedno spojrzenie na ich pogodne twarze powiedziało mu, że 

Alana wciąż o niczym nie wie. Rozczarowanie przyćmiło po­
czucie triumfu, po spotkaniu z Huxfordem. 

Jednak podszedł do kobiet z uśmiechem. Będzie musiał roze­

grać to na sposób Beth. 

- Co się dzieje? 
- Lekarz poprosił nas, żebyśmy na chwilę wyszły - wyjaśni­

ła Alana. - Masz wilgotną koszulę. Pada? 

- Tak. Jak przebiegła rozmowa z panią Eckstrom? 

Alana uśmiechnęła się szeroko. 

- Nie ma mowy o żadnym procesie. Okazało się, że chłopak 

zaciął się szkłem, ale nie chciał przyznać się do nieuwagi. 

- Nawet przejechałyśmy krajakiem po ręku każdego do­

mownika, by udowodnić, że jest bezpieczny - dodała Beth. 
- Pani Eckstrom przeprosiła nas, że sprawiła tyle kłopotu. 

- To wspaniale. - Mike spojrzał Beth w oczy. Nie zachęciło 

go to, co zobaczył. Blask miłości i namiętności, którego tyle 

w nich było ubiegłej nocy, znacznie przygasł. Widział to wy-

SKRADZIONY POCAŁUNEK •  1 5 7 

raźnie: Alana rzuciła się na pomoc, a więc Beth nie była w stanie 

jej powstrzymać. Ale w tym wszystkim jego sytuacja nie była do 

końca jasna. 

- W porządku, twoja kolej - odezwała się Alana. - Co się 

stało, kiedy spotkałeś się z Huxfordem? 

- Cóż, oznajmiłem mu, że wy obie robicie właśnie wielką 

dziurę w jego planie. 

- Nasz kontratak mógłby się nie powieść - przypomniała 

mu Beth. 

- Wiedziałem, że wszystko pójdzie po naszej myśli. Jak 

powiedziałem Huxfordowi, cała okolica wie, że kiedy siostry 
Nightingale połączą siły, trzeba mieć się na baczności. 

Alana roześmiała się. 

- A więc kiedy powiedziałeś mu, że zajęłyśmy się tą sprawą, 

uciekł z podwiniętym ogonem do Chicago? 

- Niezupełnie tak było. Ale wyjechał. 
Beth wyglądała na zaniepokojoną. 
- Mike, obiecałeś nie używać siły. 

- Nie uderzyłem go. Ani razu. - Mikeę podniósł ręce do góry. 

- Wymagało to samozaparcia, ale jedyny ślad na tym padalcu to 
ten, który ty zostawiłaś. 

Alana wpatrywała się w siostrę z niedowierzaniem. 
- Beth go uderzyła? Nie wierzę. 
Mike miał okazję wysłuchać relacji Beth. Tak jak się spodzie­

wał, pominęła uwagę Huxforda o tym, że Mikę go wyprzedził. 
Pominęła też to, że spotkała Huxforda, kiedy wracała do domu 
po spędzeniu kilku godzin w hotelowym łóżku z Mikiem. 

- Niesamowite, siostrzyczko - powiedziała Alana. - Nie 

mogę uwierzyć, że tak szybko go zaatakowałaś. I to tylko dlate­
go, że próbował cię poderwać. Chyba na stare lata robisz się 

przewrażliwiona. Szkoda, że to niezbyt miły facet. - Odwróciła 

się do Mike'a. - To mi o czymś przypomina. Musimy porozma-

background image

1 5 8 • SKRADZIONY POCAŁUNEK 

wiać z tą dziewczyną, Mike. Zaszyła się w tym swoim studiu 
i nie spotyka żadnych mężczyzn. Namawiałam ją, żeby spędziła 
trochę czasu ze mną w Phoenix, ale nie przyjechała. Martwię 
się, że za rok czy dwa stanie się pomarszczoną starą panną, 
która całymi dniami miota się po studiu witrażu i nie ma życia 
osobistego. 

Mike przygwoździł Beth bezlitosnym spojrzeniem. Nie 

wzruszył się tym, że jej policzki poróżowiały. 

- Czy tak będzie, Beth? - spytał cicho. 

Posłała mu wyzywające spojrzenie. 
- Myślę, że odeszliśmy od tematu. Co właściwie powiedzia­

łeś Colby'emu? 

- Tak, ja też jestem tego ciekawa - odezwała się Alana. 

A więc Mike opowiedział im o rozmowie w barku i patrzył, 

jak Beth otwiera szeroko oczy. 

Wreszcie napięcie przeważyło, bo złapała go za ramię. 
- Mam nadzieję, że nie nosisz ze sobą zatrutej strzały. Mógł­

byś kogoś zabić! - Szybko cofnęła rękę, jakby dotknęła gorące­

go piecyka. 

Krótki dotyk jej palców wystarczył, by Mike znów zapragnął 

wziąć ją w ramiona. Jeden pocałunek na oczach Alany byłby 
wart tysiąca słów. Ale nie ośmielił się poddać temu impulsowi. 

- Nie mam zatrutej strzały - zapewnił. - Nie ma powodu, 

bym nosił ze sobą coś takiego. - Mrugnął do niej. - Zwłaszcza 
że mam opinię niezgrabiasza. 

- To co pokazałeś Huxfordowi? - spytała Alana. 
- Po prostu grot strzały, który przywiozłem z Brazylii. Nie 

powiedziałem mu, że jest zatruty. Po prostu mu go pokazałem po 

opisaniu moich umiejętności w posługiwaniu się dmuchawką. 
Wkrótce potem opuścił White House. 

Alana zachichotała. 

- To wspaniałe, Mike. 

SKRADZIONY POCAŁUNEK •  1 5 9 

- Naprawdę potrafisz strzelać z dmuchawki? - spytała Beth, 

wciąż wstrząśnięta całą historią. 

- Tak, potrafię. Nie musiałem długo się uczyć. Przypomnij 

sobie te lata, kiedy strzelałem kulkami w szkole. Ta sama zasa­
da. - Spojrzał rozmyślnie na Beth. - Wszystko polega na tym, 

jak używać języka. 

Beth zaczerwieniła się i odwróciła głowę, ale Alana chyba 

niczego nie zauważyła. 

- Pamiętam, kiedy strzeliłeś kulką we mnie, gdy pisaliśmy 

końcowy egzamin z angielskiego u Geddesa - odezwała się. -
Omal cię nie oblał. 

- A ty mu to wyperswadowałaś - uzupełnił Mike. 

- Powinnam pozwolić, żeby cię powiesił. - Alana uśmiech­

nęła się. - W końcu był to ten sam dzień, kiedy ty... 

- Można już wejść - powiedziała pielęgniarka, stając na 

progu pokoju Erniego. 

- Dzięki, już idziemy. - Alana natychmiast ruszyła do drzwi. 

Mike skorzystał z okazji i złapał Beth za ramię. Przytrzymał 

ją, dopóki Alana nie weszła do środka. Potem pochylił się i przy­

łożył wargi do jej szyi. 

- Kocham cię, choć taki z ciebie tchórz - szepnął, po czym 

leciutko ją ugryzł. 

Wciągnęła gwałtownie powietrze, ale nie odwróciła gło­

wy. Kiedy ją puścił, wyprostowała się jak karny żołnierz i wkro­
czyła do pokoju. Bardziej zniechęcony niż zwykle Mike poszedł 

za nią. 

Beth jako dziecko nienawidziła huśtawek, ponieważ od pod­

skakiwania w górę i w dół bolał ją brzuch. Tak właśnie czuła 
się teraz. W jednej chwili nie mogła sobie wyobrazić zranie­
nia siostry, co by niewątpliwie nastąpiło, gdyby powiedziała 

jej o sobie i Mike'u, w następnej umierała z niepokoju, widząc, 

background image

1 6 0 • SKRADZIONY POCAŁUNEK 

jak Mike i Alana przyjaźnie ze sobą rozmawiają. Nie mogła 

nie zauważyć, jak podobni są do siebie. Przez większość ży­
cia wierzyła, że powinni być razem. To oni byli ci silni, od­
ważni. Ona była szarą myszką, która tęskniła za mocnymi wra­
żeniami, ale nie miała odwagi żądać dla siebie życia, jakiego 
pragnęła. 

Czując ślad delikatnego ukąszenia Mike'a, palący jak pięt­

no na skórze, weszła do pokoju Erniego.- Alana już zdążyła 
zająć krzesło przy łóżku chorego i teraz rozmawiała z oży­
wieniem. 

Ernie uniósł głowę, kiedy weszła Beth, a za nią Mike. W jego 

oczach pojawiło się wyraźne pytanie. 

- A więc znów jesteśmy wszyscy razem - powiedział. -

Najwyższy czas. 

- Życie jest zbyt krótkie, by chować urazy. - Alana odwró­

ciła się do Mike'a. - Prawda? 

- Jak się czujesz? - Beth podeszła do łóżka. 
-• Świetnie, teraz kiedy jesteście tu wszyscy troje. 
- Szykowny ten ząb jaguara - zauważyła Beth. Próbowała 

wmówić sobie, że Ernie wygląda lepiej, choć sprawiał wrażenie 
zmęczonego bardziej niż zwykle. 

- Pielęgniarki nazywają mnie Krokodylem Dundee - po­

wiedział chory z uśmiechem. 

- Poczekaj, aż zobaczysz jaguara na wolności, tato - ode­

zwał się Mike, stając tuż obok Beth. - To niesamowity widok. 

Beth wiedziała, że powinna się odsunąć, ale nuta niepokoju 

w głosie Mike'a sprawiła, że ani drgnęła. 

- Założę się, że tak. - Alana znów zwróciła się do Mike'a. 

- Nawiasem mówiąc, właśnie opowiadałam twemu tacie o mo­

im nowym pomyśle. Beth powiedziałam o nim wcześniej. Za­

bawne, że nie zdążyłam powiedzieć tobie, choć ty jesteś tu 

najważniejszą osobą. 

SKRADZIONY POCAŁUNEK •  1 6 1 

- Tak? 

Beth poczuła, że Mike sztywnieje. Zacisnęła dłonie na porę­

czy łóżka. 

- Myślę, że powinniśmy prowadzić wspólne interesy - wy­

jaśniła Alana. - Trafiłam na chłonny rynek, ale potrzebuję do­

brego współpracownika, który lubi przygody i podróże. Chcia­
łam rozwinąć wyprawy rodzinne w lasy deszczowe. Twój styl 
życia byłby taki jak przedtem, a przy tym zbudowałbyś sobie coś 

trwałego finansowo. Co ty na to? 

Przez parę dręczących sekund milczenia Beth marzyła o tym, 

żeby uderzyło tornado i wyssało ją z pokoju. To wydawało się 

niemal prawdopodobne. Za oknem deszcz walił o szyby i strze­
lały błyskawice. 

- No, Mike? - naciskała Alana. - Ten interes naprawdę się 

opłaca. Chciałabym, byś był jego częścią. 

- To ciekawy pomysł - odezwał się w końcu Mike. - Zasta­

nowię się nad tym. 

- Mogłaby cię zmusić do mieszkania w Phoenix - zauważył 

Ernie. 

- Och, wiem, że Mike nie chciałby mieszkać w dużym mie­

ście - powiedziała pospiesznie Alana. - To nie byłby warunek. 

- Spojrzała na Mike'a. - Obiecaj mi, że o tym pomyślisz, do­

brze?' 

- Dobrze - zgodził się neutralnym tonem. - I doceniam o-

fertę. 

- To propozycja stałej współpracy - podkreśliła. - Byłbyś 

w tym dobry, Mike. 

- Możliwe. - Odchrząknął. - Słuchaj, nie spędzałaś ostatnio 

tak dużo czasu z Erniem jak Beth i ja. Może zostaniesz tu i opo­

wiesz mu o swojej wyprawie, a my wyjdziemy na korytarz i po­
rozmawiamy? Coś wydarzyło się dziś w warsztacie. Chciałbym 

spytać Beth o kilka rzeczy, żeby jutro mieć jasność. 

background image

1 6 2 • SKRADZIONY POCAŁUNEK 

- Jasne - zgodziła się Alana. - Swoją drogą trudno mi sobie 

wyobrazić ciebie w warsztacie. 

- Szczerze mówiąc, nawet mi się to podoba. 

- A więc bardzo się zmieniłeś, Mike. 

- Pewnie tak. Chodź, Beth. Pozwólmy im pogadać, a my 

załatwimy interesy. - Wziął ją za ramię i wyprowadził z pokoju. 

- Kiedy dowiedziałaś się o tym pomyśle Alany? - spytał na 

korytarzu, upewniwszy się, że w pokoju ich nie słychać. 

- Wspomniała o tym dziś po południu. - Beth spojrzała na 

niego. Nerwy miała napięte jak postronki. - Prawdę mówiąc, to 
wydaje się idealnym rozwiązaniem dla ciebie. 

- A więc znowu chcesz wiedzieć lepiej, co uczyniłoby mnie 

szczęśliwym. Ale zapewniam cię, że się mylisz. 

- Dlaczego? 

Wziął ją za łokcie. 

- Ponieważ miałbym do czynienia nie z tą siostrą, po prostu. 

Ponieważ od zawsze cię kochałem, a ty kochałaś mnie i wreszcie 

dotarło do mnie, że mogę mieć ciebie i przygody w deszczo­

wych lasach. Ty możesz mieć mnie i swoje studio. Możemy 

sprawić, że to się uda - małżeństwo, podróże, dzieci, szczęście. 

To niezbyt pasuje do planu Alany. 

Zrobiło jej się lekko na sercu. 
- Chcesz się ze mną ożenić? 
- Ktoś powinien. - Uśmiechnął się do niej. - Albo staniesz 

się zasuszoną starą panną, która miota się po studiu i nie ma 
życia osobistego. 

- Ale ja jestem zbyt cicha i za bardzo się wszystkim przej­

muję. Alana jest podobna do ciebie, stanowcza i gotowa do 
działania. 

- Może dlatego nigdy mnie za bardzo nie pociągała. Alana 

jest ekstrawertyczką. Twoja namiętność jest głęboko ukryta, a ja 
jeden znam jej siłę. Zafascynował mnie las deszczowy, bo jest 

SKRADZIONY POCAŁUNEK •  1 6 3 

mroczny i tajemniczy. Jeszcze bardziej fascynują mnie tajemni­
ce Beth. 

Zaczęła drżeć. Łomotało jej w skroniach. 
- Czytam odpowiedź w twoich oczach - szepnął. - Musisz 

tylko to powiedzieć. 

- Och, Mike. To brzmi wspaniale, ale... 
- Czasem rzeczywiście za dużo myślisz - mruknął. Przygar­

nął ją mocno, aż stanęła na palcach i dotknął wargami jej ust. 

- Beth! - zawołała Alana. 

Beth odsunęła się od Mike'a, ale kiedy ujrzała twarz Alany, 

zdała sobie sprawę, że zrobiła to nie dość szybko. 

background image

Rozdział 

14 

Beth nie zapomniała, jak wyglądała Alana, kiedy umarł ich 

ojciec. Zupełnie jakby zapadła się od wewnątrz. Cała jej energia 
wyparowała, zostawiając skorupę bez życia. Tak samo wyglądała 

teraz. Beth podbiegła ku niej, ale siostra cofnęła się z ponurą miną. 

- Trzymaj się z daleka! - Cofnęła się jeszcze o krok. - Nie 

zbliżajcie się do mnie! Żadne z was! 

- Chciałam ci to powiedzieć! - zawołała Beth. - Nie miałam 

pojęcia jak! 

Alana potrząsnęła głową, zupełnie jakby zaprzeczała temu, 

co zobaczyła. Wciąż wycofywała się w głąb holu. Jakaś pielęg­
niarka odskoczyła na bok, by uniknąć kolizji. 

- Musimy porozmawiać! - błagała Beth. 
- Nie - wychrypiała Alana, a potem odwróciła się i pomknę­

ła jak strzała do wyjścia. 

Zaszokowana Beth patrzyła za nią bezradnie. 
- Chodź! - Mike złapał ją za ramię. - Musimy iść za nią. 

Beth ociągała się. 

- Ale ona nas nie chce. 
- To nie ma znaczenia. Na dworze leje. Jeśli zdecyduje się 

prowadzić... 

- Masz rację. - Strach zmroził jej krew w. żyłach. - Jesteś 

szybszy. Biegnij za nią. Dogonię cię. 

SKRADZIONY POCAŁUNEK •  1 6 5 

Kiedy Mike pognał do wyjścia, Beth wróciła do Emiego. Spo­

glądał w stronę drzwi ze zmartwioną miną. Ciekawe, ile usłyszał. 

- Coś się wydarzyło - powiedziała. - Zaraz wracamy. 
- Nie pozwólcie, żeby ktoś cierpiał. 

Za późno, pomyślała Beth, ale uspokoiła chorego: 
- Nie dopuścimy do tego. - I pobiegła za Mikiem. 

Ernie zamknął oczy. Czuł się taki bezradny. 
- Te dzieciaki potrzebują pomocy, Pete. Co masz mi do 

powiedzenia? 

„Będę nad nimi czuwał. Wciąż nie wiem, czy uda mi się 

zrobić coś więcej. Wypełniłem wszystkie formularze, ale nikt 
niczego nie zaakceptował". 

- Przeklęta biurokracja. Chciałbym wstać z tego łóżka. Ale 

zabrali moje rzeczy. 

„Jest tylko jeden sposób, byś opuścił dziś szpital i im pomógł. 

Ale ja nie znam planu, więc nie mam pojęcia, co się stanie". 

- Czy nikt tam na górze nie rozumie, że mamy problem? 
- „Nie wiem, przyjacielu. Spróbuję coś zrobić". 

Beth nie widziała Mike'a w holu. W końcu dostrzegła go pod 

daszkiem na zewnątrz. Ulewa odgrodziła go ścianą wody. 

Pospiesznie dołączyła do niego. 
- Gdzie ona jest? 

- Straciłem ją z oczu. Zablokowały mnie trzy osoby na wóz­

kach i zanim wyszedłem, znikła. Nie wiem, dokąd iść, bo nie 

mam pojęcia, gdzie zaparkowałyście. 

- Tam. - Beth wskazała ręką. - Widzę ją, Mike! Właśnie 

wyjeżdża! 

- Faktycznie. Zaparkowałem niedaleko stąd. Chodź! 

Ulewa w kilka sekund przemoczyła ich do suchej nitki. Beth 

biegła przez kałuże, obryzgując wodą gołe nogi. Tymczasem 

background image

1 6 6 • SKRADZIONY POCAŁUNEK 

dżip kierował się do wyjazdu z parkingu. Na szczęście przed 
Alaną zatrzymał się jakiś samochód, co ją trochę opóźniło. 

- Nie spuszczaj jej z oka - rzucił Mike. - Patrz, gdzie skręci, 

a ja tymczasem uruchomię furgonetkę. 

Nadzieje Beth osłabły. 

- Wziąłeś tego starego grata? W tym nigdy jej nie złapiemy! 
- W nim nasza nadzieja. 

Podczas gdy usiłował zmusić kaszlący silnik do pracy, Beth 

przeszła na stronę pasażera, cały czas obserwując dżipa. Kiedy 
silnik zaskoczył i Mike otworzył drzwiczki z jej strony, wsko­
czyła do środka. 

Dżip pojechał prosto, mijając skrzyżowanie. 

- Wciąż jedzie na wschód. 
- A więc nie kieruje się na autostradę. To znaczy, że nie 

jedzie ani do Phoenix, ani do Bisbee. Ciekaw jestem, dokąd, 

u licha, zmierza? 

- Może sama tego nie wie - powiedziała cicho Beth. - Po 

śmierci taty pojechała na pustynię. Próbowałam jechać za nią, 
ale nie miałam pojazdu z napędem na cztery koła, więc szybko 
straciłam ją z oczu. Po paru godzinach wróciła do domu i nie 

chciała ze mną o tym rozmawiać. Na drugi dzień nie pamiętała, 
gdzie była. Po prostu jechała przed siebie. 

- Świetnie. - Furgonetka Mike'a potoczyła się na wschód 

w kierunku gór Rincon. Błyskawica rozdarła chmury i nad ich 
głowami przetoczył się grzmot. - Miejmy nadzieję, że ruch na 
drodze trochę ją opóźni. 

Beth wbijała wzrok w gęsty deszcz. Mimo zapadających cie­

mności dżip był wciąż widoczny. 

- Uwaga, skręca! 
- Dobrze. - Mike zerknął w lusterko wsteczne. - Do diabła, 

w tej ulewie nie widzę, czy ktoś jedzie za mną. - Odkręcił okno 
i wychylił głowę, chcąc sprawdzić, czy może bezpiecznie zmie-

SKRADZIONY POCAŁUNEK •  1 6 7 

nić pasmo. Kiedy mu się to udało, od Alany dzieliły ich dwa 

samochody. 

- Nawet jeśli zdołamy jechać tuż za nią, jak skłonimy ją, by 

się zatrzymała? - spytała Beth. - To nie będzie łatwe. 

- Może uda mi się zmusić ją, by zjechała na pobocze. 

- Och, Mike. To zbyt niebezpieczne. 
- Tak samo jak jazda bez celu podczas burzy. Musimy wy­

ciągnąć ją z tego dżipa. 

- Nie powinieneś mnie całować! 

- Powinnaś jej o nas powiedzieć! 
- Nie mogłam! - zawołała, przekrzykując grzmoty. -

Widziałeś, jak rzuciła mi się na pomoc w tej sprawie z proce­

sem! Jak mogłabym powiedzieć jej, że coś nas łączy, po tym 
wszystkim? 

Podniósł głos. 
- A jak mogłaś pozwolić jej myśleć, że chciałbym dla niej 

pracować? 

- Skąd miałam wiedzieć, że ci to nie odpowiada? 

- Bo kocham ciebie, do diabła! I chciałbym, żebyś wreszcie 

wbiła to sobie do tej tępej głowy. 

- Ja mam tępą głowę? Co powiesz... Mik! Ona wymija 

tamtą ciężarówkę! 

- Widzę. Trzymaj się. - Mik skręcił gwałtownie w prawo 

i furgonetkę zniosło na bok. 

- Dogonisz ją? 

- Nie mam pojęcia. 

Niebo oświetliła kolejna błyskawica. Beth jęknęła. 
- Gdybyś tylko przyjechał samochodem, który wynająłeś. 
- Skąd miałem wiedzieć, że będę musiał kogoś gonić? - Za­

klął pod nosem. 

- Nie krępuj się, Mik. Znam te przekleństwa. Nauczyłeś 

mnie ich, jak byliśmy dziećmi, pamiętasz? 

background image

1 6 8 • SKRADZIONY POCAŁUNEK 

- Teraz też kłócimy się jak dzieci. 

Temperatura gwałtownie spadła i Beth drżała w mokrym 

ubraniu. 

- Chciałabym, żebyśmy wciąż byli dziećmi i ścigali Alanę 

na rowerach. 

Mike włączył ogrzewanie. 

- Wyszłoby na to samo, biorąc pod uwagę szybkość tej 

ciężarówki. Dzięki Bogu. Stoi na czerwonym świetle. To powin­

no nam pomóc. 

- Nie wiem, ile świateł jest jeszcze na tej drodze. Zaczyna się 

robić pusto. - Beth potarła gęsią skórkę na ramionach. - Co 

zrobimy, jeśli postanowi jechać na przełaj? 

Mike mocniej zacisnął zęby. 

- Będziemy jechać za nią tak długo, jak zdołamy, aż ugrzęź-

niemy w błocie, złamiemy oś czy przebijemy koło. - Na świat­
łach zahamował. Byli tuż za dżipem Alany. - Włączę klakson 
i dam jej do zrozumienia, że jesteśmy za nią. Może zrozumie, że 

ten wyścig nie ma sensu, i zatrzyma się. 

- Wątpię, ale spróbuj. 

Mikę dwukrotnie nacisnął klakson. 

- Nie widzę jej przez to plastykowe okno - powiedziała 

Beth. - I przez ten deszcz. 

- Założę się, że ona nas widzi. 

Dżip ruszył gwałtownie ze skrzyżowania. 

- Do diabła! Przejechała na czerwonym świetle! - Mike ro­

zejrzał się szybko i nacisnął na gaz. - Szkoda, że nie ma tu 
policjanta. 

- Teraz już wiesz, czy zatrzyma się, gdy nas zobaczy. 

- Szalona kobieta - mruknął, zmieniając biegi. 
- Wiedziałam, że tak zareaguje. Po prostu wiedziałam. 
- A ja miałem nadzieję, że przesadzasz. 
- Pomyśl o tym z jej punktu widzenia, Mike. Kochała się 

SKRADZIONY POCAŁUNEK •  1 6 9 

w tobie jeszcze jako sześciolatka. Nawet dzisiaj o tym mówiła. 
Nie powiedziałeś jej, że jej nie kochasz. Po prostu wyjechałeś. 
Mogła sobie wyobrażać Bóg wie co, na przykład, że zaspokoisz 
tęsknotę za włóczęgą i wrócisz do niej. 

- To prawda, ale powinniśmy wyjaśnić to nieporozumienie, 

jak tylko przyjechała. 

- Powinniśmy. Teraz to widzę i to moja wina. 

Wyciągnął rękę i uścisnął jej kolano. 
- To było dla ciebie trudne. 
- Powinnam być odważniej sza. 
- Mogłabyś, gdybyś naprawdę wierzyła, jak bardzo cię kocham. 

Milczała. Tylne światła dżipa znikały we mgle. Ciężarówka 

i dżip były jedynymi pojazdami na tym odludziu i Alana zdawa­
ła się zyskiwać przewagę. 

Mike zerknął na Beth. 
- Wciąż trudno ci w to uwierzyć, prawda? 
- Widziałam, jak złamałeś Alanie serce - powiedziała 

ostrożnie Beth. - Nie chcę, żebyś to samo zrobił z moim. - Za­
uważyła, że na pustyni grzmoty wydawały się głośniejsze, a pio­
runy groźniejsze. Zadrżała. 

- Złamałem jej serce, bo zawsze kochałem ciebie. Nic mię­

dzy nami nie jest takie samo jak między Alaną a mną. Nic. 

- Z wyjątkiem tego, że obie od lat kochałyśmy się w tobie. 

Mike spojrzał na nią uważnie. 

- Kochałaś mnie od lat? Nigdy się do tego nie przyznałaś. 

- Nie chciałam, żebyś o tym wiedział. To sprawiało, że by­

łam nieodporna na ciosy. 

- Otwórz się przede mną, Beth. Przysięgam, że cię nie 

skrzywdzę. Powiedziałaś, że kochałaś mnie od lat. Na litość 

boską, powiedz, że kochasz mnie teraz. 

- Ja... - przerwała. Tylne światła dżipa zaświeciły wyraźniej 

przez deszcz. - Mike! Zdaje się, że ona hamuje. 

background image

1 7 0 • SKRADZIONY POCAŁUNEK 

- Chyba tak. Może ma dość tej szalonej jazdy. 
- Nie. Myślę, że to przez to rozlewisko. Patrz na prąd wody 

płynącej przez drogę. Nie wygląda na przejezdną. Założę się, że 

Alana zastanawia się, czy przejechać, czy nie. 

- Nie powinna tego robić. Słuchaj, kiedy podjedziemy bli­

żej, postawię furgonetkę w poprzek drogi, żeby ją zablokować. 

- Nie mogę uwierzyć, że przejedzie przez tę wodę - powie­

działa Beth, usiłując przekonać samą siebie. 

Kiedy podjechali bliżej, Beth oceniła, że dżip stoi w odległo­

ści trzech metrów od strumienia, który przelewał się przez drogę. 
Światła samochodu oświetlały burą wodę, rwącą i pełną śmieci, 
ale nie sposób było ocenić jej głębokości. Do płynącej gałęzi 

przylgnął myszak. 

- Zawsze mówi o wariatach, którzy lekceważą ulewę na 

pustyni - zauważyła Beth. - Wie, że głupotą byłoby próbować. 
Nawet napęd na cztery koła niczego nie gwarantuje. 

- Mam nadzieję, że ona o tym pamięta. Cóż, do roboty. 

- Zwolnił i skręcił szerokim łukiem, by zablokować oba pasy. 

Zanim jeszcze ciężarówka stanęła na dobre, Beth otworzyła 

drzwiczki i wyskoczyła na deszcz. Podbiegła do dżipa, ale ru­
szył do przodu, wprost na strumień. 

- Nie! - krzyknęła Beth, przyspieszając biegu. - Alano, nie! 
Dżip zarył w wodę, wytryskując gejzery spod kół. Beth nie 

przestała biec i krzyczeć. Woda sięgała jej po kostki i z trudno­

ścią utrzymywała równowagę. 

Mike złapał ją i odciągnął do tyłu. 

- Co ty wyprawiasz? - wrzasnął jej do ucha. 

Beth otworzyła usta, ale wydobyło się z nich tylko urywane 

łkanie. Otarła z twarzy deszcz i łzy, by widzieć, co się dzieje 
z dżipem. Proszę, niech jej się uda, powtarzała w duchu. 

Pojazd posuwał się miarowo do przodu, a woda chlupała 

o kołpaki kół. Na razie wszystko było w porządku. Nagle prawe 

SKRADZIONY POCAŁUNEK •  1 7 1 

przednie koło ugrzęzło w dziurze. Dżip zachwiał się i zaczął 

przechylać. 

- O Boże - powiedział Mike. 

- Trzymaj się! - krzyczała ochryple Beth. 

- Może w bagażniku furgonetki jest linka. - Mike zwolnił 

uścisk i pognał do samochodu. 

Beth stała z obiema rękami przyciśniętymi do ust. Łzy 

i deszcz spływały jej po policzkach. Dżip poddawał się wodzie 

i przechylał na bok. 

- Nie mogę znaleźć tej przeklętej linki! - zawołał Mike 

z przerażeniem w głosie. - Będę szukać dalej! 

Okienko dżipa otworzyło się i wyjrzała Alana. W świetle bły­

skawicy oczy zalśniły w jej białej twarzy. 

- Nie martw się, wyciągniemy cię! - wołała Beth. 

- Masz linkę? - odkrzyknęła Alana. 

- Mike szuka! 

„Linka holownicza jest pod siedzeniem" powiedział jakiś 

głos tuż obok niej. Brzmiał zupełnie jak głos Erniego. 

Beth odwróciła się gwałtownie w kierunku głosu. 
Ernie stał dwa metry od niej, z cygarem w kąciku ust, w kra­

ciastej koszuli i całkiem suchych, wytartych dżinsach. Ząb jagu­
ara nie wisiał mu już na szyi. 

„Powiedz mu, gdzie jest linka. Nie znajdzie jej sam. Jest zbyt 

roztrzęsiony". 

- Linka... linka jest pod siedzeniem! -udało jej się zawołać. 

Wciąż wpatrywała się w Erniego. Deszcz spływał strumieniami, 

ale Ernie nie mókł. - Jak się tu dostałeś? - szepnęła, tknięta 
strasznym przeczuciem. 

„Nieważne. Po prostu wyjdź za mojego chłopaka". 

- Ja... 

„Obiecaj mi, Beth. Nie mogę tu sterczeć bez końca". 

- Obiecuję, ale... 

background image

1 7 2 • SKRADZIONY POCAŁUNEK 

- Znalazłem linkę! - Zdyszany Mike po kilku susach znalazł 

się obok niej. 

- Mike... 

- Zrobimy tak. - Podał jej koniec ciężkiej nylonowej linki. 

- Przy wiąż ten koniec do furgonetki. Wejdź pod spód i przymo­
cuj ją do osi. Tymczasem ja wysunę się tak daleko jak zdołam 
i rzucę ją Alanie. Może ją przywiązać do pałąka. 

- Dobrze. - Roztrzęsiona Beth pospieszyła do furgonetki. 

Spojrzała na miejsce, w którym przed chwilą stał Ernie. Mike 

przeszedł szybko obok, nie zatrzymując się. Serce ścisnęło się jej 

niepokojem. Tak jak się spodziewała, Ernie zniknął. 

Wcisnęła się pod pojazd. Żwir z drogi kaleczył jej nagie 

ramiona i nogi, kiedy przywiązywała mocno linkę do prze­
dniej osi. Zanim skończyła, Alana przywiązała drugi koniec 
do pałąka, balansując na boku dżipa. Mike stał po kolana w wo­
dzie. Zachwiał się, gdy kawałek płynącego drewna uderzył go 
w nogę. 

- Mike, cofnij się trochę! - Zaczęła posuwać się ku niemu. 

- Nic mi nie jest! Jak tylko Alana przymocuje linkę, złapię 

się jej. 

Linka napięła się. 

- Gotowe! - zawołała Alana. 
- Idę do ciebie! - odkrzyknął Mike. 
W tym momencie Beth usłyszała cichy, ale nie dający się 

z niczym pomylić dźwięk ruszającej się furgonetki. 

„Zaciągnij hamulec". 

Rozejrzała się, ale tym razem nie dostrzegła nikogo. Pod­

biegła do samochodu, wskoczyła do środka i zaciągnęła ha­

mulec. 

„Teraz weź parę kamieni i podłóż je pod koła". 
Pospiesznie zastosowała się do polecenia, ledwie mając czas 

zauważyć, że Mike, po pachy w wodzie, posuwa się w kierunku 

SKRADZIONY POCAŁUNEK •  1 7 3 

Alany. Dźwigała kamienie, których nigdy nie zdołałaby unieść. 
Z jakiegoś powodu nie były tak ciężkie, zupełnie jakby jej ktoś 
pomagał. 

„To powinno wystarczyć, przynajmniej na razie". 
Podbiegła do wody i stała tam, ciężko dysząc. Tymczasem 

Alana wdrapała się z dżipa na plecy Mike'a, który zaczął posu­

wać się wzdłuż liny. Nagle potknął się i Beth krzyknęła. 

„Nie martw się. Uda mu się". 
Beth przełknęła ślinę. 
- Musi. Tak bardzo go kocham. - Stała wyprostowana, cze­

kając, aż Mike dojdzie do punktu, gdy woda będzie sięgać mu 
do pasa, potem do bioder. Wreszcie, gdy sięgała do kolan, Alana 
chwyciła linkę i zsunęła się przed nim. Kiedy sięgała do kostek, 

Beth skoczyła i wzięła ją w ramiona. 

- Przepraszam - szlochała Alana. - Zawsze wiedziałam, że 

on cię kocha. Myślałam, że cię pokonam. Prawie mi się udało. 

Ale wtedy kupiłaś tę... przeklętą czerwoną suknię. 

Beth przytuliła siostrę i płakała wraz z nią nad tymi wszystki­

mi latami oszukiwania i współzawodnictwa, które skrycie nisz­

czyły ich miłość. W końcu westchnęła spazmatycznie. 

- Już po wszystkim. Wszystko będzie dobrze. 

- Tak - powiedziała Alana z drżącym śmiechem. - Nikt nie 

zadziera z siostrami Nightingale. 

- Nikt. - potwierdziła Beth, uścisnąwszy ją. - Nawet my same. 

background image

Rozdział 

15 

Wkrótce po tym, jak Mike wyciągnął Alanę z wody, na dro­

dze pojawił się farmer z ciężarówką o podwójnych kołach, wy­

posażoną w wyciągarkę. Farmer z pomocą Mike'a ustawił dżipa 

w pionie i obaj zaczęli holować go na twardy grunt. 

- Szkoda, że ten facet nie zjawił się wcześniej - zauważyła 

Alana. Siostry siedziały w kabinie furgonetki, czekając, aż 
mężczyźni skończą wyciąganie dżipa z wody, otulone kocem, 
który dał im farmer. 

- Chyba lepiej, że przyjechał dopiero teraz - odparła Beth. 
- Pewnie masz rację. - Alana poprawiła koc. - Kiedy Mike 

ryzykował życie, by mnie uratować, a ty byłaś gotowa rzucić się 
w wodę i płynąć mi na pomoc, zrozumiałam, co ze mnie za 
kretynka. W końcu naraziłam nas troje na niebezpieczeństwo. 

- Byłaś na nas wściekła i nie myślałaś logicznie. 

- To prawda, ale zachowałam się jak dziecko. Kiedy Mike 

szukał linki i moje szanse malały, uświadomiłam sobie, jak wiele 

dla siebie znaczymy, wszyscy troje. A ja w swojej głupocie ode­
pchnęłam dwoje ludzi, którzy kochają mnie najbardziej na świe­
cie. I wszystko z powodu zranionej dumy. 

- Tylko dumy? 

Alana westchnęła. 

- Wstyd mi się do tego przyznać, ale zawsze kochałam 

SKRADZIONY POCAŁUNEK •  1 7 5 

Mike'a jak brata. Zaręczyłam się z nim, bo był najlepszą partią 

w okolicy i pochlebiało mi, że mogłam powiedzieć, że to mój 

chłopak, mój narzeczony. Zwłaszcza że wiedziałam, iż tobie też 

na nim zależy. 

- Wiedziałaś o tym? 

Alana uszczypnęła ją delikatnie w ramię. 

- Za kogo mnie bierzesz? Za idiotkę? 
- Myślałam, że udało mi się zachować to w sekrecie. 
- Jasne. Ciągle chciałaś, żeby się z tobą mocował i zawsze 

byłaś w pobliżu, kiedy po mnie przychodził. I jeszcze ta czerwona 

sukienka. Równie dobrze mogłabyś wywiesić ogłoszenie na bill­

boardzie. Nic dziwnego, że tamtej nocy w końcu cię pocałował. 

- O tym też wiedziałaś? - Beth zarumieniła się. 
- Widziałam was. To był dopiero pocałunek. Mike'a i mnie 

nic takiego nie łączyło, dlatego przedmałżeńska wstrzemięź­

liwość nie była dla nas problemem. Tamtej nocy byłam gotowa 
cię zabić, ale wydawało mi się, że ujawnienie wszystkiego uczy­
ni więź między wami rzeczywistą, a tego nie chciałam. Postano­

wiłam zwalczyć ogień ogniem i próbowałam uwieść Mike'a. 

Jak wiesz, nie udało mi się. 

Beth wprawdzie przyjęła wersję Mike'a, ale nie zaszkodziło, 

że Alana ją potwierdziła. 

- Chciałaś, żebym go znienawidziła. 
- Jasne. Gdybyś znała prawdę, mogłabyś się z nim związać. 

Ponieważ byłaś też ulubienicą taty, uznałam, że to byłoby nie 
w porządku. 

- Ulubienicą taty? - Beth patrzyła na siostrę szeroko otwar­

tymi oczami. - Skąd ci to przyszło do głowy? 

- Pracowałaś z nim, a ja się do tego nie nadawałam. Ciągle 

chwalił twój talent. Czułam się jak... intruz. 

- Och, Alano. - Beth mocno ją uścisnęła. - Wiesz, o czym 

mówił, kiedy pracowaliśmy razem? O tobie! Jaka jesteś bystra 

background image

1 7 6 • SKRADZIONY POCAŁUNEK 

i odważna. „Ta dziewczyna pewnego dnia zwiedzi cały świat", 
mawiał, a oczy błyszczały mu dumą. 

- Zmyśliłaś to, żeby mi sprawić przyjemność. 
- Nie. Przysięgam. W takich chwilach zawsze zżerała mnie 

zazdrość. 

Alana zachichotała. 

- Niech to licho, Beth, co z nas za para. Nienawidziłyśmy się 

i kochałyśmy jednocześnie. Każda z nas chciała być ulubioną 
córeczką taty. Kiedy doszłam do wniosku, że przegrałam, zrobi­
łam wszystko, żeby dostać Mike'a, choć on naprawdę pasuje do 

ciebie. 

Beth oparła głowę o głowę Alany. 

- Naprawdę ci to nie przeszkadza? 
- Prawdę powiedziawszy, cieszę się, że wreszcie z tym ko­

niec. Długo ignorowałem przyciąganie między wami. To było 
bardzo wyczerpujące. 

- A więc wiedziałaś, co oznacza ten witraż w moim studiu? 

Alana skinęła głową. 

- Wiele razy kusiło mnie, by go jakoś stłuc. Ale ten witraż 

jest tak piękny, że nawet trawiona zazdrością nie byłam w stanie 

go zniszczyć. Poza tym nie myślałam, że któraś z nas zetknie się 

jeszcze z Mikiem, ale kiedy wrócił, po prostu musiałam tu przy­

jechać i spróbować go odzyskać, a przynajmniej nie dopuścić, 

byś ty go zdobyła. 

- To zadziwiające. 

- To głupie i tyle. A on nawet na mnie nie działa. W każdym 

razie nie tak, jak powinien działać facet, z którym zamierza się 

spędzić życie. 

- A więc dlaczego nie zakochałaś się w kimś innym? 

- Kolejna głupota. - Alana oparła głowę o zniszczony pod-

główek. - Naprawdę przydałby mi się psychiatra. Myślałam, że 

jeśli się z kimś zwiążę, a nawet wyjdę za mąż, nie będę osiągal-

SKRADZIONY POCAŁUNEK •  1 7 7 

na, gdy Mike wróci. A ty mogłabyś być. Twoje małżeństwo 

z Mikiem byłoby dla mnie ciosem. 

- A teraz twój najgorszy koszmar ziści się. 
- Teraz wszystko jest tak, jak być powinno. Dwoje ludzi, 

których kocham, wreszcie razem. W końcu jesteście moją jedy­

ną rodziną - ty, Mike i Ernie. 

Ernie. Beth pomyślała o tym, co widziała i słyszała dziś wie­

czorem. Zastanawiała się, czy powiedzieć o tym Alanie. Jeśli 
tak, musiałaby też dodać, co to jej zdaniem oznacza. Mogła się 
mylić. Napięcie mogło sprawić, że miała halucynacje. Czytała 
o takich rzeczach. 

Może sama wiedziała, gdzie jest linka, ale wmówiła sobie, że 

Ernie stoi obok. To, że pomyślała o hamulcu ręcznym, było logicz­
ne. To samo odnosiło się do kamieni. Jeśli wydawały jej się lżejsze, 

niż powinny, pewnie pomogła jej adrenalina, a nie duch. 

Głupio by zrobiła, opisując swoje przeżycia. Nie ma powodu, 

by Mike i Alana martwili się na zapas. 

- Wiesz, kiedy siedziałam w dżipie, wydawało mi się, że 

słyszę głos taty - odezwała się Alana. 

- Co? - Beth gwałtownie odwróciła głowę ku siostrze. 

- Woda i grzmoty zagłuszały wszystko wokół, ale zdawało 

mi się, że powiedział: „wszystko będzie w porządku". - Głos 
Alany drgał z emocji. - Ja... pewnie to sobie wyobraziłam. 

Beth coś ścisnęło w gardle. 
- Może nie. 
- Chciałabym uwierzyć, że mówił do mnie - szepnęła Alana. 

- A więc uwierz w to - odparła Beth, ocierając łzy z policz­

ków. Jeśli ich ojciec naprawdę mówił do Alany, może Ernie 

naprawdę mówił do niej. - Musimy... wrócić do szpitala, jak 

tylko chłopcy uporają się z dżipem. 

- Jasne. Biedny Emie pewnie zachodzi w głowę, co się wła­

ściwie stało. Wreszcie będziemy wszyscy razem po ośmiu dłu-

background image

1 7 8 • SKRADZIONY POCAŁUNEK 

gich latach i bez żadnych uraz. Ale nie powinniśmy mówić mu, 

jak było niebezpiecznie. 

- Chyba tak. - Beth przełknęła ślinę. - Ale może się sam 

domyślić. 

- To prawda, niewiele uchodzi jego uwagi. Uwielbiam sta­

ruszka. Kiedy się lepiej poczuje, zabiorę go na wyprawę kaja­
kiem. Góry Ozark są piękne. Może chciałby je zobaczyć. 

Łzy spływały cicho po policzkach Beth. Modliła się, by Er­

nie mógł zobaczyć góry Ozark z Alaną i las deszczowy ze swym 
synem. 

Mike otworzył drzwiczki od strony kierowcy. 
- No, skończyliśmy. Zostawimy dżipa tutaj, jeśli nie masz 

nic przeciwko temu, Alano. Jonas zaproponował, że przyholuje 

go do miasta, ale myślę, że dość już dla nas zrobił. Powiedziałem 
mu, że zorganizujemy hol rano, jak tylko przestanie padać. 

- To mi odpowiada. Najważniejsze, że wszyscy żyjemy. Nie 

obchodzi mnie, co się stanie z dżipem. 

- Trzeba go będzie oddać do warsztatu. W silniku jest piasek. 
- Co to ma za znaczenie? 
- Racja - przytaknął Mike. - Wezmę od Jonasa adres i nu­

mer telefonu, żebyśmy mogli go znaleźć, kiedy wymyślimy, jak 
mu podziękować. 

- Może spodobałby mu się witraż? - zasugerowała milcząca 

dotąd Beth. 

Mike uśmiechnął się do niej. 
- Może. Cóż, pożegnam się z nim i ruszamy. 
- Beth i ja chcemy wrócić do szpitala i powiedzieć Erniemu, 

że wszystko jest w porządku - odezwała się Alana. 

- Myślałem, że tak zrobimy. - Mike obrzucił je szybkim 

spojrzeniem. - Chociaż kiedy nas zobaczy, pewnie nie uwierzy 
w ani jedno nasze słowo. Wyglądacie jak para zdechłych szczu­
rów, a ja prawdopodobnie nie jestem o wiele atrakcyjniejszy.. 

SKRADZIONY POCAŁUNEK •  1 7 9 

- Co takiego? - Alana spojrzała na siostrę. - Słyszałaś, co 

powiedział ten pyszałek? 

- Tak. - Beth uśmiechnęła się przez łzy. 
- Słuchaj, Tremayne. - Alana pogroziła mu palcem. - Nie 

waż się myśleć, że możesz być atrakcyjniejszy od sióstr Nightin-
gale. Zrozumiałeś? 

- Zrozumiałem. - Mike, wciąż się śmiejąc, zamknął drzwi­

czki i podszedł do ciężarówki farmera. 

Beth uścisnęła siostrę. 

- Kocham cię, Alano. 
- Ja też cię kocham. - Odsunęła się i spojrzała na Beth. - Ale 

naprawdę wyglądasz jak zmokła kura. 

- Ty też. 
- Ale Mike wygląda jeszcze gorzej, prawda? 

Beth uśmiechnęła się szeroko. 

- Prawda. Zawsze gorzej niż my. Ponieważ jesteśmy wyjąt­

kowymi, niepowtarzalnymi... 

- Siostrami Nightingale! - zawołały razem. 

Alana i Mike w drodze do szpitala byli w wesołych nastro­

jach, ale Beth robiła się coraz cichsza. Na próżno próbowała 

wmówić sobie, że wszystko jest w porządku. 

- Hej, ponuraku. Wieść niesie, że dobrzy chłopcy wygrali 

- zażartował Mike, kiedy wysiedli z furgonetki i poszli w kie­

runku szpitala. 

Uśmiechnęła się blado. 

- Chyba jestem zmęczona. 
- Wszyscy troje ledwo żyjemy - zauważyła Alana. - Propo­

nuję, żebyśmy przed powrotem do domu napili się kawy. 

- I to w kawiarni - dorzucił Mike. - Mam dość tego świń­

stwa z automatu. Starczy mi na całe życie. - Przepuścił je 
w drzwiach. - Piękne panie pierwsze. 

background image

1 8 0 • SKRADZIONY POCAŁUNEK 

- No, wreszcie zrozumiałeś. Co znaczy odpowiednie szkole­

nie, prawda, Beth? 

- Prawda. 
Mike i Alana przerzucali się żartami, ale Beth była coraz 

bardziej spięta. Wreszcie zbliżyli się do dyżurki. Siedząca tam 
Judy, ulubiona pielęgniarka Erniego, na ich widok uniosła 

głowę. 

Z jej twarzy Beth domyśliła się wszystkiego. Przykryła dło­

nią usta, chcąc powstrzymać szloch. 

Judy podeszła do nich. Patrzyła prosto na Mike'a. W ręku 

trzymała naszyjnik z zęba jaguara. 

- Przykro mi, Mike. Twój ojciec... 
- Nie! - Mike przebiegł obok niej i popędził w głąb holu. 

Beth pobiegła za nim, a Alana na końcu. 
Wpadł do pustego pokoju, gdzie już zdjęto pościel z łóżka, 

po czym wypadł z niego i podbiegł do Judy. 

- Gdzie on jest? Dokąd go zabraliście? 

Pielęgniarka położyła mu dłoń na ramieniu. 
- Jest... gdzie indziej. Szukaliśmy cię, ale nie byliśmy pew­

ni, czy dziś wrócicie, więc... 

- Co to znaczy: gdzie indziej? - Mike patrzył na nią, najwy­

raźniej nie chcąc usłyszeć prawdy. 

Alana szlochała. 

Beth podeszła do Mike'a i objęła go w pasie. Cały drżał. 
- Chcielibyśmy go zobaczyć, Judy - powiedziała. 
- Oczywiście. Chodźcie ze mną. 
Beth próbowała skłonić Mike'a, by poszedł za Judy, ale on 

nie ruszył się. Zamiast tego zaczął drżeć jeszcze bardziej. Objęła 

go ramionami i trzymała, aż drżenie przeszło w szloch. W końcu 
przycisnął ją do siebie i ukrył twarz na jej szyi. 

- Nie zostawiaj mnie, Beth - zawołał urywanie. - Nigdy 

mnie nie zostawiaj. 

•• 

SKRADZIONY POCAŁUNEK •  1 8 1 

Ledwie była w stanie mówić, ale wiedziała, że on musi usły­

szeć jej głos. 

- Nigdy - szepnęła z żarem. - Kocham cię, Mike. Zawsze 

cię kochałam i zawsze tak będzie. 

Beth Nightingale uroczyście przyrzekła kochać i wspierać Mi­

ke'a Tremayne'a pewnego ciepłego październikowego popołudnia. 
Czuła przedślubny niepokój, zwłaszcza kiedy przypomniała sobie, 
że jej przyszły mąż przed paru laty uciekł przed podobnym wyda­
rzeniem. Ale Mikę tym razem nie zdradzał chęci do ucieczki. 

Na ceremonii pojawiła się większość mieszkańców Bisbee, 

z zaproszeniem czy bez. Beth zdecydowała, żeby wszystko od­
było się na powietrzu w przystrojonym wstążkami i kwiatami 

zakątku sympatycznego parku przy Main Street, tuż obok hotelu 
Copper Queen, gdzie przygotowano przyjęcie. 

Alana była druhną Beth, a drużbą Mike'a był Jack Nesbitt, 

podobnie jak w pierwszej nieudanej próbie małżeństwa. Mike 
poprosił go, by wyświadczył mu tę przysługę ponownie, i obie­
cał, że tym razem wytrwa do końca. Jack, który mieszkał teraz 

w Kalifornii i prowadził szkółkę lotniczą, przyleciał na uroczy­
stość własnym samolotem. 

Beth miała duży malowniczy kapelusz i zwiewną koronkową 

suknię. Alana włożyła suknię w odcieniu królewskiej purpury. 

Mike zaskoczył wszystkich, nalegając na smokingi dla siebie 

i Jacka. 

- Założę się, że to część twojego marzenia - powiedział do 

Beth. 

Ślub spełnił wszystkie jej fantazje z nawiązką, począwszy 

od kwietnych girland zwisających z drzew, aż do pełnej dumy 
miny Mike'a czekającego, aż ona podejdzie zaimprowizowa­
ną nawą między rzędami składanych krzeseł. Przysięga mał­

żeńska miała zostać złożona pod ozdobnym łukiem, który Beth 

background image

1 8 2 • SKRADZIONY POCAŁUNEK 

i Alana przyniosły do parku i udekorowały kwiatami. Z jed­
nej strony łuku stał stojak z kutego żelaza z prezentem ślub­
nym Beth dla Mike'a - okrągłym witrażem o nazwie „Po­
całunek". 

Beth postanowiła iść nawą sama. Wierzyła, że z każdym 

krokiem będzie jej towarzyszył Pete po jednej stronie, a Emie po 

drugiej. Wreszcie opowiedziała Mike'owi i Alanie o swojej wi­
zji tamtej nocy podczas burzy i wszyscy troje zgodzili się, że ich 
ojcowie połączyli siły jeszcze ten jeden raz, by pomóc dzieciom 
wyplątać się z kłopotów. 

Rozległa się muzyka z taśmy i Beth kroczyła powoli w kie­

runku Mike'a i swego nowego życia. I rzeczywiście, czuła obe­
cność Pete'a i Erniego. Gdy wzięła Mike'a za rękę i stanęła 
przed pastorem, łzy radości płynęły jej po twarzy. 

Mike ścisnął jej rękę. 

- Kocham cię - wyszeptał. 
- Ja też cię kocham - szepnęła z wysiłkiem. 

Ważne słowa zostały wypowiedziane, pierścionek matki 

wsunięty na jej palec i wreszcie znalazła się w mocnych ramio­
nach Mike'a. 

- Na zawsze - szepnął. 

Alana zaczęła wiwatować i zgromadzeni poszli za jej przy­

kładem. 

Mike uniósł głowę i uśmiechnął się do Beth. 

- Pasujemy do siebie, pani Tremayne. 
- Gotów na przyjęcie, panie Tremayne? 
- Jeśli nie ma innego wyjścia. - Przeszedł z nią nawą wśród 

życzeń i gratulacji. - Ale kiedy się rozkręci, wymkniemy się 

- powiedział cicho. 

- Po co? - spytała Beth, rozdając uśmiechy. 
- Nie mogę się doczekać, żeby sprawdzić, co za seksowną 

bieliznę ukrywasz pod tą nobliwą suknią. 

SKRADZIONY POCAŁUNEK •  1 8 3 

Beth pomyślała o białych jedwabnych fatałaszkach, które tak 

miło ocierały się o jej skórę. 

- Najzwyklejszą pod słońcem. 
- Nie wierzę. 
- Na Boga, myślisz, że jaką kobietą jestem? 

- Taką, jakiej pragnę. 

I Beth wreszcie wiedziała, że to prawda. 

„Cóż, Pete, udało nam się. Nie było łatwo, ale byłoby marnie, 

gdyby nie my". 

„Na to wygląda. Mike i Beth sprawiają wrażenie najszczęśli­

wszych pod słońcem. Nawet Alana promienieje". 

„Pewnie to ma coś wspólnego z tym Jackiem jak mu tam. 

Wpatruje się w nią jak w obrazek. Ona też na niego zerka". 

„Wiesz, Ernie, nie dziwi mnie to. Na tamtej kolacji po próbie 

ślubu osiem lat temu Jack się upił, poprosił mnie na stronę 

i zwierzył mi się. Zdaje się, że kochał Alanę od lat, ale nic nie 

mówił, bo była dziewczyną Mike'a, a Mike był jego najlepszym 

przyjacielem". 

„Więc czemu, u licha, siedział cicho, jak Mike zwiał?" 

„Próbował, ale nie chciała mieć z nim nic wspólnego". 
„Teraz to wygląda całkiem inaczej. Siedzi obok niego i flir­

tuje jak szalona. Zanim przyjęcie dobiegnie końca, będzie pił 

szampana z jej pantofelka." 

„Skoro przy tym jesteśmy, Ernie, przyjacielu, podaj butelkę". 
„ Z przyjemnością. Chcesz cygaro? Importowane". 
„Wiesz co, stary? Chętnie zapalę". 

Beth rozejrzała się, czy goście dobrze się bawią. Pociągnęła 

nosem. Po czym pochyliła się ku mężowi. 

- Czuję cygaro. 
- Nikt tu nie pali. Zapach musi dochodzić z zewnątrz. 

background image

1 8 4 • SKRADZIONY POCAŁUNEK 

- To mocny zapach. I pachnie jak... nieważne. Chyba osza­

lałam. 

- Nie, nie oszalałaś - powiedział cicho Mike. - Ja też je teraz 

czuję. 

Spojrzała mu w oczy i zobaczyła w nich podejrzany ślad wil­

goci. 

- Mike, chyba nie myślisz... 

- Tę markę kupował na specjalne okazje. A ta jest właśnie taka. 

- I może jest tu, dzieląc nasze szczęście. - Wziął ją za rękę 

i splótł jej palce ze swoimi. - W końcu właśnie zostałaś moją 
żoną. Cuda przydarzają mi się dziś cały dzień. 

- Miło, że tak powiedziałeś. 
Zacieśnił uścisk. 

- Mam jeszcze coś w zanadrzu. Chodź ze mną do domu, to 

się przekonasz. 

- Teraz? 
- Nie będą za nami tęsknić. A ja tak pragnę zostać z tobą sam 

na sam. 

Beth wsunęła rękę w jego dłoń. 

- Jestem do twojej dyspozycji. 

„Trudno zdobyć te cygara, Ernie?" 
„Dlaczego pytasz?" 
„Spójrz, dokąd zmierza szczęśliwa para. 

„Wymykają się!" 
, Jasne. I jeśli się nie mylę, zanim się obejrzymy, będziemy 

potrzebowali kolejnego pudełka cygar". 

„O raju! Wnuki".