background image
background image

E-book jest zabezpieczony znakiem wodnym

SARA SHEPARD

BEZLITOSNE

Pretty Little Liars

przełożył Mateusz Borowski

Wydawnictwo Otwarte

background image

Dla

 Farrin, Kari, Christiny, Marisy

i

 całego wspaniałego zespołu

wydawnictwa

 Harper

„Winnych

 nawiedza

 zawsze podejrzenie”.

W. Szekspir, Król

 Henryk

 VI. Część trzecia,

tłum. M. Słomczyński

background image

MASZ ZA SWOJE

Czy

 kiedykolwiek uszło ci płazem coś bardzo, ale to bardzo złego? Może kiedyś poszłaś na randkę

z  przystojniakiem,  z  którym  pracujesz  w  sklepie  z  bajglami...  i  nigdy  nie  przyznałaś  się  swojemu
chłopakowi. Albo ukradłaś wzorzysty szal ze swojego ulubionego butiku... a alarm przy drzwiach się nie
włączył. Albo  założyłaś  anonimowy  profil  na  Twitterze  i  za  jego  pośrednictwem  rozpuszczałaś  ohydne
plotki  o  swojej  najlepszej  przyjaciółce...  ale  nie  pisnęłaś  ani  słówka,  kiedy  ona  obwiniła  o  to  jakąś
kłótliwą dziewuchę, która siedziała przed nią na lekcjach matematyki.

Początkowo  każdy

  czuje

  się  bosko,  kiedy  uda  mu  się  taki  wyczyn. Ale  z  czasem,  bardzo  powoli,

pojawia  się  w  żołądku  to  dziwne  uczucie.  Naprawdę  odważyłam  się  na  coś  takiego? A  jeśli  ktoś  się
dowie?  Strach  przed  karą  może  być  gorszy  niż  sama  kara,  a  poczucie  winy  potrafi  zeżreć  człowieka
żywcem.

Na

  pewno  nieraz  słyszałaś  o  osobach,  które  uniknęły  kary  za  morderstwo,  ale  zupełnie  cię  to  nie

poruszyło.  Czterem  dziewczynom  z  Rosewood  morderstwo  naprawdę  uszło  na  sucho.  Zresztą  mają  o
wiele  więcej  głęboko  skrywanych  sekretów,  które  nie  dają  im  spać.  Na  domiar  złego  istnieje  ktoś,  kto
zna wszystkie ich ciemne sprawki.

Karma

 to nieubłagany przeciwnik. Szczególnie w Rosewood, gdzie nic się nie ukryje.

Dochodziło wpół

 do

 jedenastej wieczorem 31 lipca w Rosewood, w stanie Pensylwania, bogatym,

sielskim  miasteczku  oddalonym  o  czterdzieści  kilometrów  od  Filadelfii.  Powietrze  wciąż  było  ciężkie,
duszne, gorące i unosiły się w nim chmary komarów. Idealnie zadbane trawniki wyschły i zbrązowiały,
kwiaty  na  rabatkach  przywiędły,  a  z  drzew  spadały  spalone  słońcem  liście.  Mieszkańcy  niemrawo
pływali  w  swoich  basenach  o  brzegach  z  kamienia,  jedli  lody  brzoskwiniowe  domowej  roboty
sprzedawane  na  otwartym  do  północy  stoisku  przy  organicznej  farmie  albo  chowali  się  w  domach,
włączali klimatyzację na cały regulator i udawali, że nagle nastał luty. Co roku przez te kilka dni miasto
nie wyglądało jak z pocztówki.

Aria

 Montgomery siedziała na ganku na tyłach domu, powoli masując kark kostką lodu. Właściwie

miała  ochotę  już  iść  spać.  Towarzyszyła  jej  mama  Ella  trzymająca  między  kolanami  kieliszek  białego
wina.

– Pewnie

 bardzo

 się cieszysz, że za kilka dni wracasz na Islandię? – zapytała Ella.

Aria

 próbowała wykrzesać z siebie choć odrobinę entuzjazmu, ale w głębi duszy zżerał ją niepokój.

Uwielbiała  Islandię  –  chodziła  tam  do  gimnazjum  –  teraz  jednak  wracała  na  nią  ze  swoim  chłopakiem
Noelem Kahnem, bratem Mikiem i przyjaciółką Hanną Marin. Ostatnio w tym składzie – oraz z dwiema
innymi przyjaciółkami, Spencer Hastings i Emily Fields – pojechali wiosną na Jamajkę. Tam wydarzyło
się coś strasznego, o czym Aria nie mogła zapomnieć.

W

 tym samym czasie Hanna Marin pakowała się w swoim pokoju, wyobrażając sobie Islandię. Czy

kraj  zamieszkany  przez  dziwnych,  bladych,  blisko  z  sobą  spokrewnionych  wikingów  naprawdę
zasługiwał na oglądanie jej w botkach na wysokich obcasach marki Elizabeth and James? Zamiast nich
wybrała zwykłe klapki Toms. Kiedy klapki wylądowały na dnie walizki, w powietrze wzbił się zapach
kokosowego  balsamu  do  opalania,  przypominając  Hannie  plaże  skąpane  w  słońcu,  skaliste  wybrzeże
i  lazurowe  morze  na  Jamajce.  Tak  jak  Aria,  Hanna  wróciła  myślami  do  tamtej  tragicznej  w  skutkach
wycieczki  w  towarzystwie  najlepszych  przyjaciółek.  „Przestań  o  tym  myśleć  –  upominał  ją  głos

background image

w głowie. – Już nigdy o tym nie myśl”.

W

  centrum  Filadelfii  panował  nie  mniej  zabójczy  upał.  Klimatyzacja  w  akademikach  na  kampusie

Uniwersytetu  Temple  pochodziła  z  epoki  kamienia  łupanego,  a  uczestnicy  szkoły  letniej  włączyli
wentylatory w oknach albo moczyli się w fontannie na dziedzińcu, choć plotka głosiła, że pijani studenci
trzeciego i czwartego roku często do niej sikają.

Emily

  Fields  otworzyła  drzwi  do  pokoju  swojej  siostry,  w  którym  ukrywała  się  przez  całe  lato.

Wrzuciła  klucze  do  kubka  z  logo  drużyny  pływackiej  Uniwersytetu  Stanforda  i  zdjęła  przepocony,
przesiąknięty  zapachem  smażonego  jedzenia  podkoszulek,  zmięte  czarne  spodnie  i  piracki  kapelusz.
W  tym  stroju  pracowała  jako  kelnerka  w  Posejdonie,  popularnej  restauracji  specjalizującej  się
w owocach morza, położonej przy deptaku nad rzeką Delaware. Emily miała ochotę położyć się na łóżku
siostry  i  wziąć  kilka  głębokich  oddechów,  ale  kiedy  tylko  zamknęła  za  sobą  drzwi,  usłyszała  odgłos
klucza  przekręcanego  w  zamku.  Carolyn  weszła  do  pokoju  ze  stosem  książek  w  rękach.  Choć  Emily
powiedziała jej już o swojej ciąży, odruchowo zakryła brzuch podkoszulkiem. Carolyn automatycznie na
niego spojrzała. Na jej twarzy pojawił się wyraz obrzydzenia i Emily ze wstydem odwróciła wzrok.

Kilometr

  dalej,  w  okolicach  kampusu  Uniwersytetu  Pensylwanii,  Spencer  Hastings  weszła  do

małego  pokoju  w  lokalnym  komisariacie  policji.  Po  plecach  płynęła  jej  cienka  strużka  potu.  Kiedy
przeczesała  dłonią  swoje  blond  włosy  o  popielatym  odcieniu,  poczuła,  że  są  brudne  i  splątane.
W  oszklonych  drzwiach  zobaczyła  swoją  wychudłą  twarz  i  sylwetkę,  puste,  matowe  spojrzenie  i  usta
wygięte w podkowę. Wyglądała jak trup. Nie pamiętała nawet, kiedy ostatnio brała prysznic.

Wysoki, jasnowłosy

 policjant

 wszedł do pokoju za Spencer, zamknął drzwi i spojrzał na nią groźnie.

– Bierzesz udział w szkole

 letniej

 na Uniwersytecie Pensylwanii?

Spencer

 pokiwała głową. Bała się, że jeśli wypowie choćby jedno słowo, wybuchnie płaczem.

Policjant

 wyciągnął nieoznakowaną fiolkę z kieszeni i podsunął Spencer pod nos.

– Zapytam

 jeszcze

 raz. To twoje?

Spencer

 widziała fiolkę jak przez mgłę. Gdy policjant nachylił się, poczuła zapach wody kolońskiej

Polo.  Nagle,  nie  wiadomo  dlaczego,  przypomniały  się  jej  czasy,  kiedy  Jason,  brat  jej  najlepszej
przyjaciółki Alison DiLaurentis, też przechodził fazę Polo w liceum. Przed wyjściem na każdą imprezę
wylewał na siebie pół flakonu.

–  Fuj,

  ten

  zapach  się  do  mnie  przylepił  –  powtarzała  z  obrzydzeniem  Ali,  kiedy  obok  przeszedł

Jason, a Spencer i jej przyjaciółki, Aria, Hanna i Emily, zaczynały chichotać.

–  Tak  cię

  to

  bawi?  –  warknął  policjant.  –  Zapewniam,  że  nie  będzie  ci  do  śmiechu,  kiedy  z  tobą

skończymy.

Spencer

 zdała sobie sprawę, że bezwiednie się uśmiechnęła, i mocno zacisnęła usta.

– Przepraszam – wyszeptała.

Dlaczego

  w  takiej  chwili  pomyślała  o Ali,  martwej  przyjaciółce,  która  udawała  swoją  bliźniaczą,

skrywaną przed światem siostrę Courtney? Bała się, że za chwilę wrócą do niej wszystkie wspomnienia
o  prawdziwej  Alison  DiLaurentis,  przyjaciółce  Spencer,  która  wróciła  do  Rosewood  ze  szpitala
psychiatrycznego  i  zabiła  własną  siostrę  bliźniaczkę,  a  także  Iana  Thomasa,  Jennę  Cavanaugh
i próbowała zamordować również Spencer.

No

 tak, nie mogła zebrać myśli, bo godzinę wcześniej zażyła pigułkę. Lek właśnie zaczął działać i

umysł  Spencer  pędził  z  szybkością  światła.  Miała  rozbiegany  wzrok  i  drżące  ręce.  „Trzęsiesz  się  jak
galareta!”,  powiedziałaby  Kelsey,  jej  przyjaciółka,  gdyby  siedziały  teraz  w  ich  pokoju  w  akademiku,
a nie w pokoju przesłuchań w tym obskurnym komisariacie. Wtedy Spencer ze śmiechem zdzieliłaby ją
swoim zeszytem, potem wróciłaby do wkuwania materiału z całorocznego kursu chemii do swojej i tak
już przeładowanej informacjami głowy.

Kiedy

  policjant  zorientował  się,  że  Spencer  do  niczego  się  nie  przyzna,  westchnął  i  włożył  fiolkę

background image

z powrotem do kieszeni.

– Musisz wiedzieć, że

 twoja

 przyjaciółka gada jak najęta – oznajmił ostrym tonem. – Twierdzi, że to

ty wpadłaś na ten pomysł, a ona tylko zgodziła się go zrealizować.

Spencer

 westchnęła głośno.

– Co takiego?
Ktoś zapukał

 do

 drzwi.

– Nigdzie się stąd

 nie

 ruszaj – warknął. – Zaraz wrócę.

Wyszedł.

  Spencer

  rozejrzała  się  po  pokoiku.  Ceglane  ściany  miały  obrzydliwy  kolor  zielonych

wymiocin.  Na  wytartym  beżowym  dywanie  zauważyła  podejrzane  żółte  plamy,  a  świetlówka  nad  jej
głową  brzęczała  tak  głośno,  że  cierpły  od  tego  zęby.  Za  drzwiami  usłyszała  czyjeś  kroki.  Siedziała,
nasłuchując.  Czy  policjanci  spisywali  zeznania  Kelsey?  I  ona  zrzuciła  winę  na  Spencer?  Nigdy  nie
ustaliły,  co  powiedzą,  gdy  zostaną  złapane.  Bo  też  nigdy  nie  sądziły,  że  im  się  to  przytrafi.  Samochód
policyjny wyrósł jak spod ziemi...

Spencer

  zamknęła  oczy,  przypominając  sobie  to,  co  działo  się  przez  ostatnią  godzinę.  Odebrała

pigułki  na  południu  miasta.  Jak  najszybciej  opuściła  podejrzaną  dzielnicę.  Usłyszała  za  sobą  syrenę
policyjną. Ogarnął ją strach na myśl o tym, co ją czeka. Telefon do rodziców. Ich rozgoryczenie i ciche
łzy. Pewnie wyrzucą ją z Rosewood Day i będzie musiała skończyć państwowe liceum. Albo pójdzie do
poprawczaka. A stamtąd wiedzie prosta droga do najpodlejszej szkoły pomaturalnej albo – jeszcze gorzej
–  do  supermarketu,  gdzie  będzie  pracowała  jako  kasjerka,  albo  do  lokalnej  kasy  zapomogowej  przy
Lancaster  Avenue,  przed  którą  będzie  stała  jako  żywa  reklama  i  polecała  przechodniom  i  kierowcom
nisko oprocentowane kredyty.

Spencer

  dotknęła  w  kieszeni  zalaminowanej  legitymacji  członkini  szkoły  letniej  Uniwersytetu

Pensylwanii.  Przypomniały  się  jej  wszystkie  sprawdziany  i  testy,  które  zdała  w  zeszłym  tygodniu
z doskonałym wynikiem. Tak świetnie jej szło. Wystarczyło tylko skończyć szkołę letnią i zdobyć kilka
dobrych  stopni  na  kursach  rozszerzonych  w  liceum,  żeby  wrócić  na  szczyt  szkolnego  rankingu.
Zasługiwała na to po przejściach z Prawdziwą Ali. Jak wiele cierpienia i niepowodzeń mogło przypadać
na jedną osobę?

Z

  kieszeni  dżinsowych  szortów  wyciągnęła  iPhone’a  i  wybrała  numer  Arii.  Rozległ  się  sygnał  –

pierwszy, a potem drugi...

Telefon

  Arii  zmącił  wieczorną  ciszę  w  sielskim  Rosewood.  Kiedy  Aria  zobaczyła  na  ekranie

nazwisko Spencer, zamarła.

– Hej – przywitała się drżącym głosem.

Nie

 rozmawiała ze Spencer od bardzo dawna, co najmniej od ich kłótni w czasie imprezy u Noela

Kahna.

– Aria  –  głos

  Spencer

  wibrował  jak  za  mocno  naciągnięta  struna  skrzypiec.  –  Musisz  mi  pomóc.

Wpadłam w niezłe tarapaty. Serio.

Aria

 szybko weszła do domu przez rozsuwane oszklone drzwi i pobiegła do swojego pokoju.

– Co się stało?

 Nic

 ci nie jest?

Spencer

 z trudem przełknęła ślinę.

– Chodzi o mnie i Kelsey. Wpadłyśmy.

Aria

 zatrzymała się na schodach.

– Z powodu pigułek?

Spencer

 jęknęła.

Aria

 milczała. „A nie mówiłam – pomyślała. – Tylko że wtedy na mnie naskoczyłaś”.

Spencer

 westchnęła, bo doskonale wiedziała, czemu Aria się nie odzywa.

– Słuchaj,

 przepraszam

 za to, co powiedziałam w czasie imprezy u Noela. Wtedy... nie byłam sobą

background image

i wcale tak nie myślę. – Jeszcze raz spojrzała na oszklone drzwi. – Ale teraz mam poważne kłopoty. Cała
moja przyszłość jest zagrożona. Całe moje życie.

Aria

 ścisnęła w palcach skórę między brwiami.

– Mam związane ręce.

 Nie

 zamierzam wchodzić w drogę policji, szczególnie po tym, co się stało na

Jamajce. Przykro mi, nie mogę ci pomóc. – Z ciężkim sercem się rozłączyła.

–  Aria!  –  zawołała

  Spencer

  do  telefonu,  ale  na  ekranie  już  pojawił  się  napis:  „ROZMOWA

ZAKOŃCZONA”.

Niewiarygodne. Jak

 Aria mogła jej to zrobić, po tym wszystkim, co razem przeszły?

Ktoś  zakaszlał

  na

  korytarzu  pod  pokojem  przesłuchań.  Spencer  wybrała  numer  Emily.  Przycisnęła

telefon do ucha, słuchając miarowego sygnału.

„Odbierz, odbierz”, błagała

 w

 myślach.

Carolyn

  zgasiła  już  światło  w  pokoju,  kiedy  zadzwonił  telefon  Emily,  a  na  ekranie  pojawiło  się

nazwisko  Spencer.  Emily  obleciał  strach.  Spencer  pewnie  chciała  ją  zaprosić  na  spotkanie  na
uniwersytecie, żeby odnowić ich przyjaźń. Emily odmawiała spotkań z przyjaciółkami, twierdząc, że jest
zmęczona, ale tak naprawdę nie chciała się z nimi widywać, bo nie przyznała się im, że zaszła w ciążę.
Drżała ze strachu na samą myśl, że mogłaby im o tym powiedzieć.

Ale

  kiedy  zaświecił  się  ekran  jej  telefonu,  ogarnęły  ją  złe  przeczucia.  A  jeśli  Spencer  wpadła

w  jakieś  tarapaty?  Ostatni  raz,  kiedy  ją  widziała,  wydawała  się  jej  przerażona  i  zdesperowana.  Może
potrzebowała pomocy. Może mogły pomóc sobie nawzajem.

Sięgnęła

 po

 telefon, gdy nagle Carolyn przewróciła się na drugi bok i jęknęła.

– Chyba

 nie

 zamierzasz odebrać? Niektórzy mają rano zajęcia.

Emily

 nacisnęła klawisz „ODRZUĆ” i położyła się, powstrzymując łzy. Wiedziała, że jej pobyt tutaj

to  dla  Carolyn  ogromne  obciążenie.  Materac  zajmował  prawie  całą  podłogę,  Emily  cały  czas
przeszkadzała  siostrze  w  nauce  i  poprosiła  ją,  żeby  zataiła  przed  rodzicami  jej  wielki  sekret. Ale  czy
naprawdę Carolyn nie mogła odnosić się do niej trochę uprzejmiej?

Spencer

  rozłączyła  się,  nie  zostawiając  Emily  wiadomości.  Została  jej  ostatnia  deska  ratunku.

W książce adresowej wyszukała numer Hanny.

Hanna

 dopinała właśnie walizkę, kiedy zadzwonił telefon.

–  Mike?  –  zapytała,

  nie

  patrząc  na  ekran.  Przez  cały  dzień  jej  chłopak  dzwonił  do  niej  z  zupełnie

absurdalnymi wiadomościami na temat Islandii: „A wiedziałaś, że tam jest muzeum seksu? Na pewno cię
tam zabiorę”.

– Hanna – westchnęła Spencer. – Potrzebuję

 twojej

 pomocy.

Hanna

 usiadła.

– Wszystko w porządku?

Od

  kiedy  Spencer  wyjechała  do  szkoły  letniej  na  uniwersytet,  właściwie  nie  odzywała  się  do

Hanny.  Ostatni  raz  spotkały  się  na  imprezie  u  Noela  Kahna,  gdzie  Spencer  zjawiła  się  ze  swoją
przyjaciółką Kelsey. To była naprawdę dziwna noc.

Spencer

  wybuchła  płaczem.  Wypowiadała  pojedyncze  słowa,  które  nie  układały  się  w  sensowne

zdania.

– Policja... tabletki... próbowałam się

 ich

 pozbyć... Jak mi nie pomożesz, to...

Hanna

 wstała i zaczęła chodzić w tę i z powrotem.

– Spokojnie. Mów powoli... Wpakowałaś się w jakieś

 tarapaty?

 Z powodu narkotyków?

– Tak. I musisz

 dla

 mnie coś zrobić. – Spencer trzymała telefon w obu dłoniach.

– Ale

 jak

 ja mogę ci pomóc? – wyszeptała Hanna.

Przypomniała

  sobie,  jak

  ją  zaciągnięto  na  komisariat,  kiedy  ukradła  bransoletkę  od  Tiffany’ego,

a  później  kiedy  rozwaliła  samochód  swojego  chłopaka  Seana.  Spencer  chyba  nie  chciała,  żeby  Hanna

background image

uwiodła policjanta, jak kiedyś jej mama, by wyciągnąć Hannę z aresztu.

– Masz

 jeszcze

 te tabletki, które ci dałam na imprezie u Noela? – zapytała Spencer.

– Mhm, tak. –

 Hanna

 poczuła się nieswojo.

– Weź

 je

 i zawieź na kampus mojego uniwersytetu. Idź do akademika Friedmana. Dostaniesz się do

środka tylnym wejściem, nigdy go nie zamykają. Wejdź na czwarte piętro, do pokoju czterysta trzynaście.
Kod do drzwi to pięć-dziewięć-dwa-zero. Jak wejdziesz, włóż tabletki pod poduszkę. Albo do szuflady.
Niby je schowaj, ale tak, żeby łatwo je było znaleźć.

– Czekaj...

 Czyj

 to pokój?

Spencer

 podkurczyła palce w bucie. Już miała nadzieję, że Hanna o to nie zapyta.

–  Kelsey  –  przyznała.  –  Błagam,

  nie

  oceniaj  mnie.  Tego  już  nie  zniosę.  Ona  mnie  zniszczy.  Chcę,

żebyś podłożyła tabletki w jej pokoju, a potem zadzwoniła na policję i powiedziała, że Kelsey to dilerka,
znana na całej uczelni. I dodaj, że już wcześniej nieźle nabroiła. Wtedy policja przeszuka jej pokój.

– Kelsey

 to

 naprawdę

 dilerka?

 – zapytała Hanna.

– No,

 nie. Chyba

 nie.

– Więc

 prosisz

 mnie, żebym wrobiła Kelsey za coś, za co obie ponosicie winę.

Spencer

 zamknęła oczy.

– Zapewniam cię, że

 Kelsey

 siedzi teraz w pokoju obok i oskarża mnie. Muszę się ratować.

– Ale

 ja

 za dwa dni jadę na Islandię! – zaprotestowała Hanna. – Wolałabym nie przechodzić przez

kontrolę paszportową, gdy wyślą za mną list gończy.

–  Nikt  cię

  nie

  złapie  –  zapewniła  ją  Spencer.  –  Obiecuję.  Poza  tym...  przypomnij  sobie  Jamajkę.

Wszystkie miałybyśmy przechlapane, gdybyśmy nie trzymały się razem.

Żołądek

 Hanny

 się zacisnął. Z całych sił próbowała wymazać z pamięci wspomnienia o tym, co się

stało  na  Jamajce,  dlatego  przez  resztę  roku  szkolnego  szerokim  kołem  omijała  przyjaciółki,  żeby  nie
przypominać  sobie  tamtych  strasznych  dni.  To  samo  przydarzyło  się  im,  gdy  ich  najlepsza  przyjaciółka
Alison DiLaurentis – a tak naprawdę Courtney, skrywana przed światem przez rodzinę bliźniaczka Ali –
zniknęła  ostatniego  dnia  w  siódmej  klasie.  Niekiedy  tragedie  zbliżały  przyjaciółki.  Czasami  jednak
potrafiły je od siebie oddalić.

Teraz

 jednak Spencer potrzebowała pomocy Hanny, tak jak Hanna nie poradziłaby sobie na Jamajce

bez przyjaciółek. Uratowały jej życie. Wstała i włożyła japonki Havaiana.

– Dobra – wyszeptała

 do

 słuchawki. – Zrobię to.

–  Dziękuję  –  odparła

  Spencer.  Kiedy

  się  rozłączyła,  poczuła  ulgę,  jakby  spadł  na  nią  chłodny

deszcz.

Drzwi

 otworzyły się z hukiem i Spencer o mało nie upuściła telefonu. Do pokoju przesłuchań wszedł

ten sam muskularny policjant. Kiedy zobaczył telefon w ręku Spencer, spurpurowiał.

– Co

 ty

 wyprawiasz?

Spencer

 odłożyła telefon na stół.

– Nikt

 mi

 nie kazał go oddać.

Policjant

 wziął telefon i włożył do kieszeni. Potem chwycił Spencer za rękę i brutalnie pociągnął za

sobą.

– Idziemy.
– Dokąd

 mnie

 pan zabiera?

Policjant

 wypchnął Spencer na korytarz. Zapach taniego jedzenia na wynos drażnił jej nos.

– Teraz

 sobie

 porozmawiamy.

– Już mówiłam, że

 nic

 nie wiem – zaprotestowała Spencer. – Co powiedziała Kelsey?

Policjant

 uśmiechnął się złowieszczo.

– Zobaczymy,

 czy

 powtórzysz tę samą historyjkę.

background image

Spencer

 zamarła. Już sobie wyobrażała, jak jej przyjaciółka siedzi w pokoju przesłuchań i walczy

o  swoją  przyszłość,  pogrążając  Spencer.  Potem  oczyma  wyobraźni  zobaczyła,  jak  Hanna  wsiada  do
samochodu  i    za  pomocą  GPS-u  odnajduje  kampus  Uniwersytetu  Pensylwanii.  Na  samą  myśl  o  tym,  że
rujnuje życie Kelsey, przechodziły ją ciarki. Ale czy miała jakiś wybór?

Policjant

 otworzył drugie drzwi i  gestem wskazał krzesło. Spencer usiadła.

– Musi

 mi

 pani wyjaśnić to i owo, panno Spencer.

„Tak

  ci

  się  tylko  wydaje”,  pomyślała  Spencer  i  wyprostowała  plecy.  Podjęła  słuszną  decyzję.

Musiała walczyć o siebie. Z pomocą Hanny jakoś się z tego wywinie.

Nieco

  później  Hanna  podłożyła  narkotyki  w  pokoju  Kelsey  i  zadzwoniła  na  centralę  komisariatu.

Lecz  kiedy  Spencer  podsłuchała  dwóch  policjantów  rozmawiających  o  planowanej  rewizji  w  pokoju
czterysta trzynaście w akademiku Friedmana, wiedziała już, że Kelsey nie złożyła żadnych zeznań, które
rzucałyby choć cień podejrzeń na obie dziewczyny. Spencer chciała wszystko odkręcić, ale było za późno
– gdyby teraz się do wszystkiego przyznała, wpadłaby w jeszcze większe tarapaty. Musiała trzymać język
za zębami. Policjanci na pewno nie powiążą z nią znalezionych narkotyków.

Niedługo później

 Spencer

 została zwolniona z aresztu. Udzielono jej pouczenia. Kiedy wychodziła

z celi, w korytarzu minęła Kelsey prowadzoną przez dwóch policjantów. Ich wielkie dłonie zaciskały się
na jej ramionach, jakby popełniła nie wiadomo jakie zbrodnie. Kelsey z lękiem spojrzała na Spencer. Jej
oczy  zdawały  się  pytać:  „Co  się  dzieje?  Co  oni  na  mnie  mają?”.  Spencer  tylko  wzruszyła  ramionami,
jakby nie miała pojęcia, a potem wyszła z budynku. Ocaliła własną przyszłość.

Jej

  życie  toczyło  się  dalej.  Wszystkie  egzaminy  zdała  celująco.  Wróciła  do  Rosewood  Day  jako

prymuska. Bez najmniejszego problemu dostała się na Uniwersytet Princeton. Mijały tygodnie i miesiące,
koszmarne wspomnienia nawiedzały ją coraz rzadziej i już miała pewność, że jej sekret jest bezpieczny.
Tylko  Hanna  znała  prawdę.  Nikt  inny  –  ani  jej  rodzice,  ani  komisja  rekrutacyjna  na  uniwersytecie,  ani
Kelsey – nie mógł się dowiedzieć, co się stało.

Tak

 było aż do zeszłej zimy. Kiedy ktoś wpadł na trop jej tajemnicy.

background image

1

KAŻDY ZABÓJCA ZASŁUGUJE NA TROCHĘ

ZABAWY

W

  pewien  środowy  wieczór  na  początku  marca  Emily  Fields  leżała  na  dywanie  w  swoim  pokoju,

który niegdyś dzieliła z Carolyn. Na ścianach wisiały medale zdobyte w zawodach pływackich i plakaty
z Michaelem Phelpsem. Na łóżku jej siostry zalegała góra ubrań – bluz od dresu, za dużych podkoszulków
i obszernych dżinsów. W sierpniu Carolyn wyjechała na Uniwersytet Stanforda, a Emily z radością zajęła
cały pokój. Zwłaszcza że ostatnio większość czasu spędzała tu w samotności.

Podniosła  się  i  spojrzała

  na

  laptopa.  Na  ekranie  pojawiła  się  strona  na  Facebooku.  Była

zatytułowana: „Tabitha Clark. Spoczywaj w pokoju”.

Spojrzała

 na

 zdjęcie Tabithy. Przyglądała się różowym ustom, które tak uwodzicielsko uśmiechały

się  do  niej  na  Jamajce,  i  zielonym  oczom,  które  Tabitha  przymrużyła,  przyglądając  się  wszystkim
dziewczynom na tarasie hotelowym. Teraz zostały z niej tylko nagie kości, obgryzione przez morskie ryby
i oczyszczone przez fale przypływu.

To

 nasza wina.

Emily

 zamknęła laptopa i zrobiło się jej niedobrze. Rok temu, w czasie wiosennych ferii na Jamajce,

razem z przyjaciółkami nie miały żadnych wątpliwości, że po raz kolejny stanęły oko w oko z prawdziwą
Alison  DiLaurentis.  Wydawało  im  się,  że  zmartwychwstała,  aby  dokończyć  to,  co  planowała  zrobić
w domu w górach Pocono – zabić całą czwórkę. Gdy dziwna nieznajoma rozmawiała sam na sam z każdą
z  dziewczyn,  okazywało  się,  że  zna  sekrety,  o  których  wiedziała  tylko  Ali.  Potem  Aria  zepchnęła
nieznajomą z tarasu widokowego. Dziewczyna spadła z ogromnej wysokości na piaszczystą plażę, ale jej
ciało  zniknęło,  najprawdopodobniej  porwane  przez  gwałtowny  przypływ.  Kiedy  dwa  tygodnie  temu
wszystkie  razem  oglądały  wiadomości  telewizyjne,  dowiedziały  się,  że  szczątki  tej  dziewczyny
znaleziono w morzu w okolicy kurortu. W pierwszej chwili zdawało im się, że teraz cały świat się dowie
o  tym,  o  czym  one  wiedziały  od  dawna  –  że  Prawdziwa  Ali  przeżyła  pożar  w  Pocono.  Ale  potem
gruchnęła wieść jak grom z jasnego nieba: dziewczyna zepchnięta z tarasu przez Arię nie była Prawdziwą
Ali. Nazywała się Tabitha Clark, tak jak mówiła. Zabiły niewinną osobę.

Kiedy

  tylko  skończyły  się  wiadomości,  wszystkie  dziewczyny  dostały  tę  samą,  mrożącą  krew

w żyłach, anonimową informację od kogoś, kto podpisywał się tylko jedną literą – A. Wcześniej już dwie
osoby nękały je takimi SMS-ami. Tym razem ten ktoś wiedział, co zrobiły, i straszył je, że za wszystko
słono zapłacą. Od tamtej chwili Emily w ogromnym napięciu czekała na kolejne posunięcie A.

Każdego

  dnia

  Emily  obsesyjnie  wspominała  tamte  wydarzenia.  Miała  nerwy  napięte  jak  struny

i  czuła  dojmujący  wstyd.  To  przez  nią  zginęła  Tabitha,  której  rodzina  pogrążyła  się  teraz  w  żałobie.
Z trudem powstrzymywała się, żeby nie zadzwonić na policję i nie opowiedzieć, co zrobiła. Ale wtedy
zniszczyłaby życie także Arii, Hannie i Spencer.

Odezwał się

 jej

 telefon leżący na poduszce. Na ekranie pojawiło się nazwisko Arii Montgomery.

– Hej – przywitała się Emily.
– Cześć – odparła Aria. –

 Wszystko

 w porządku?

Emily

 wzruszyła ramionami.

– No, wiesz.
– Tak,

 wiem

 – przytaknęła cicho Aria.

background image

Zapadło  głuche  milczenie.  W  ciągu  dwóch

  tygodni,  od

  kiedy  dostały  pierwszą  wiadomość  od

nowego A. i znaleziono ciało Tabithy, Emily i Aria co wieczór do siebie dzwoniły. Na wszelki wypadek.
Ale  właściwie  nie  rozmawiały.  Czasami  oglądały  razem  telewizję,  jakieś  głupie  seriale  albo  reality
show.  W  zeszłym  tygodniu  natrafiły  na  powtórkę  filmu  telewizyjnego Śliczna  zabójczyni,
opowiadającego o powrocie

 Prawdziwej

 Ali do Rosewood i jej morderstwach. Żadna z dziewczyn nie

obejrzała  go  tego  wieczoru,  kiedy  nadawano  go  po  raz  pierwszy.  Zbyt  duże  wrażenie  zrobiła  na  nich
wiadomość o odnalezieniu ciała Tabithy. Później Emily i Aria obejrzały go w pełnym napięcia milczeniu.
Czasem  tylko  wzdychały  na  widok  grających  je  aktorek  albo  krzywiły  się  w  przesadnie  dramatycznych
momentach,  gdy  ich  sobowtóry  odnajdywały  ciało  Iana  Thomasa  albo  uciekały  przed  pożarem  wokół
domu  Spencer.  Kiedy  dotarły  do  finału,  w  którym  dom  w  górach  Pocono  wyleciał  w  powietrze  razem
z  Ali,  Emily  poczuła  dreszcze.  Producenci  filmu  nie  pozostawili  widzom  żadnych  wątpliwości.
Uśmiercili  czarny  charakter,  a  bohaterki  mogły  żyć  dalej  długo  i  szczęśliwie.  Nie  wiedzieli,  że  Emily
i jej przyjaciółki jeszcze raz znajdą się pod obstrzałem ze strony A.

Kiedy

  tylko  zaczęły  przychodzić  wiadomości  od  Nowego A.  –  w  rocznicę  tego  strasznego  pożaru

w Pocono, w którym o mało nie zginęły – Emily nabrała pewności, że Prawdziwa Ali przeżyła zarówno
pożar, jak i upadek z tarasu hotelu na Jamajce, a teraz wróciła dokonać ostatecznej zemsty. Co prawda,
w  wiadomościach  ujawniono,  kim  była  Tabitha.  Ale  to  przecież  nie  wykluczało  możliwości,  że
Prawdziwa Ali nadal żyła. To ona mogła być Nowym A. I znała całą prawdę.

Emily

  wiedziała,  co  powiedziałyby  jej  przyjaciółki,  gdyby  przedstawiła  im  swoją  hipotezę.  „Em,

daj  sobie  wreszcie  siana.  Ali  nie  żyje”.  I  pewnie  pocieszałyby  się  myślą,  że  Ali  zginęła  w  ruinach
spalonego  domu  w  Pocono.  Ale  one  nie  wiedziały  o  jednym:  przed  eksplozją  Emily  nie  zamknęła
frontowych drzwi, więc Ali z łatwością mogła uciec.

– Emily!? – zawołała

 pani

 Fields. – Możesz tu do mnie zejść?

Emily

 zerwała się na równe nogi.

– Muszę lecieć – powiedziała

 do

 Arii. – Pogadamy jutro, dobra?

Rozłączyła  się,  wyszła  z  pokoju  i  spojrzała  w  dół

  znad

  balustrady.  W  holu  stali  rodzice.  Właśnie

wrócili ze swojego wieczornego marszobiegu po okolicy i nadal mieli na sobie identyczne, szare dresy.
Obok  nich  stała  wysoka,  piegowata  dziewczyna  o  takich  samych  jak  Emily  blond  włosach  z  rudawym
odcieniem.  Przez  ramię  miała  przewieszoną  torbę  z  wielkim  czerwonym  napisem  „DRUŻYNA
PŁYWACKA UNIWERSYTETU ARIZONY”.

– Beth? –

 Emily

 zmrużyła oczy, przyglądając się jej badawczo.

Beth, starsza

 siostra Emily, spojrzała w górę i rozpostarła ramiona.

– To ja!

Emily

 zbiegła po schodach.

– Co

 ty

 tu robisz!? – zawołała.

Jej

  siostra  rzadko  odwiedzała  Rosewood.  Była  bardzo  zajęta.  Pracowała  jako  asystentka  na

Uniwersytecie  Arizony,  gdzie  wcześniej  studiowała.  Poza  tym  jako  jedna  z  trenerek  opiekowała  się
uczelnianą drużyną pływacką, której kapitanem była na ostatnim roku studiów.

Beth

 postawiła torbę na drewnianej podłodze.

– Dostałam

 kilka

 dni wolnego. I udało mi się kupić bilet lotniczy w promocji. Więc postanowiłam

zrobić wam niespodziankę. – Ze zdegustowaną miną zmierzyła wzrokiem Emily. – 

Ciekaw

y zestaw.

Emily

  spojrzała  na  siebie.  Była  ubrana  w  poplamiony  podkoszulek  z  karnawałowych  zawodów

pływackich  i  za  małe  dresowe  spodnie  Victoria’s  Secret,  ze  słowem  „PINK”  na  pośladkach.  Należały
kiedyś  do Ali  –  do  jej Ali,  która  jak  się  okazało,  naprawdę  nazywała  się  Courtney  DiLaurentis.  To  jej
Emily bezgranicznie ufała, spędzała z nią mnóstwo czasu i podkochiwała się w niej w szóstej i siódmej
klasie.  Choć  spodnie  miały  postrzępione  u  dołu  nogawki  i  dawno  temu  zginął  sznurek  służący  do

background image

zawiązywania  ich  w  pasie,  od  dwóch  tygodni  Emily  wkładała  je  natychmiast  po  powrocie  do  domu.
Z jakiegoś powodu powtarzała sobie, że póki będzie je nosiła, nic złego jej się nie stanie.

– Za chwilę będzie kolacja. –

 Pani

 Fields odwróciła się na pięcie i ruszyła do kuchni. – Chodźcie,

dziewczyny.

Wszyscy

  poszli  za  nią  korytarzem.  W  powietrzu  unosił  się  kojący  zapach  sosu  pomidorowego

i  czosnku.  Kuchenny  stół  nakryto  dla  czterech  osób,  a  mama  Emily  podbiegła  do  piekarnika,  kiedy
zapiszczał minutnik. Beth usiadła obok Emily i powoli napiła się wody z wysokiej szklanki z Kermitem,
która  należała  do  niej  od  czasów  dzieciństwa.  Podobnie  jak  Emily,  Beth  miała  na  policzkach  mnóstwo
piegów i posturę pływaczki, ale włosy obcięte krótko, na pazia. W górnej części ucha miała wpięte małe
srebrne kółko. Emily zastanawiała się, czy przekłuwanie małżowiny bardzo boli. Zastanawiała się też, co
powie na widok tego kolczyka pani Fields. Jej dzieci nie mogły wyglądać „dziwnie”, nosić kolczyków
w nosie albo pępku, farbować włosów na neonowe kolory ani robić tatuaży. Ale Beth miała dwadzieścia
cztery lata. Może mama ostatecznie utraciła nad nią kontrolę.

–  Co

  u

  ciebie?  –  Beth  położyła  dłonie  na  stole  i  spojrzała  na  Emily.  –  Nie  widziałyśmy  się  całe

wieki.

– Powinnaś częściej nas odwiedzać – zaszczebiotała pani Fields znad kuchenki.
Emily wpatrywała się w swoje paznokcie, obgryzione do żywego mięsa. Właściwie nie potrafiłaby

opowiedzieć  Beth  ani  jednej  niewinnej,  radosnej  historii.  Ostatnio  jej  życie  zamieniło  się  w  ciąg
nieszczęść.

–  Słyszałam,  że  spędziłaś  całe  lato  z  Carolyn  w  Filadelfii.  –  Beth  próbowała  inaczej  zacząć

rozmowę.

– A, tak – odparła Emily, zwijając w kulkę serwetkę z narysowanym kurczakiem. Zdecydowanie nie

uśmiechała się jej rozmowa na temat wakacji.

–  Tak,  dzikie  lato  Emily  w  mieście  –  wtrąciła  pani  Fields  głosem,  w  którym  uraza  mieszała  się

z rozbawieniem. Postawiła na stole półmisek z lasagne. – Nie przypominam sobie, żebyś kiedykolwiek
przerwała treningi w czasie wakacji, Beth.

–  Dzisiaj  to  już  nie  ma  znaczenia.  –  Pan  Fields  usiadł  na  swoim  miejscu  przy  stole  i  wziął

z koszyczka kromkę pieczywa czosnkowego. – Emily nie musi się już martwić o przyszły rok.

–  Ach  tak,  o  tym  też  słyszałam!  –  Beth  wymierzyła  Emily  przyjacielskiego  kuksańca  w  ramię.  –

Dostałaś stypendium sportowe na Uniwersytecie Północnej Karoliny! Pewnie się bardzo cieszysz!

Emily czuła, że wszyscy na nią patrzą, i z trudem przełknęła ślinę.
– O tak, bardzo.
Wiedziała, że powinna się cieszyć ze stypendium. Ale okupiła je utratą przyjaciółki Chloe Roland,

która myślała, że Emily uwodzi jej ojca, żeby wykorzystać jego znajomości na Uniwersytecie Północnej
Karoliny  i  dostać  się  do  uczelnianej  drużyny  pływackiej.  Tymczasem  tak  naprawdę  to  pan  Roland
próbował  ją  wykorzystać,  a  ona  zrobiła  wszystko,  by  uniknąć  katastrofy.  Zresztą  nie  miała  żadnej
pewności, że w przyszłym roku zacznie studia na tym uniwersytecie. A jeśli A. poinformuje policję, jak
zginęła Tabitha? Wtedy Emily znajdzie się za kratkami, zanim jeszcze zacznie pierwszy rok studiów.

Wszyscy zajadali lasagne, a widelce miarowo stukały o talerze. Beth zaczęła opowiadać o swojej

pracy  w  grupie  zajmującej  się  sadzeniem  drzewek  w  Arizonie.  Pan  Fields  pochwalił  pyszny  duszony
szpinak  przygotowany  przez  żonę.  Pani  Fields  zrelacjonowała  swoją  wizytę  z  oficjalnym  komitetem
powitalnym u rodziny, która dopiero co wprowadziła się do Rosewood. Emily uśmiechała się i kiwała
głową.  Zadawała  pytania,  ale  próbowała  nie  włączać  się  do  rozmowy.  Nie  potrafiła  wmusić  w  siebie
więcej niż kilka kęsów lasagne, choć należały do jej ulubionych dań.

Po deserze Beth wstała od stołu i zaproponowała, że pozmywa naczynia.
– Pomożesz mi, Em?

background image

Tak naprawdę Emily marzyła tylko o tym, by wrócić do pokoju i zniknąć pod kołdrą, ale nie chciała

być niegrzeczna dla siostry, której nie widziała od tak dawna.

– No jasne.
Razem  stały  przy  zlewozmywaku,  patrząc,  jak  zmrok  zapadał  nad  polem  kukurydzianym

rozciągającym  się  za  ich  domem.  Kiedy  zlew  wypełnił  się  pianą,  a  wokół  rozszedł  się  zapach
cytrynowego płynu do mycia naczyń, Emily chrząknęła.

– Jakie masz plany na najbliższe dni? – spytała.
Beth spojrzała przez ramię, upewniając się, że zostały same.
–  Już  zaplanowałam  kilka  atrakcji  –  wyszeptała.  –  Jutro  idę  na  bal  przebierańców.  Ponoć  będzie

super.

– To chyba... fajny pomysł.
Emily  nie  potrafiła  ukryć  swojego  zdumienia.  Beth,  którą  znała  w  dawnych  czasach,  w  ogóle  nie

imprezowała.  Właściwie  przypominała  Carolyn  –  nigdy  nie  przychodziła  późno  do  domu,  nigdy  nie
uciekła z treningu ani z lekcji. Na przykład zamiast pójść na prywatkę po studniówce, Beth przesiedziała
cały wieczór w domu ze swoim chłopakiem Chazem, szczupłym i wysportowanym pływakiem o białych
włosach.  Była  wtedy  w  czwartej  klasie  liceum,  a  Emily  w  szóstej  klasie  podstawówki.  Tamtej  nocy
w domu Fieldsów spała również Ali. Razem z Emily podglądały Beth i Chaza, bo chciały ich przyłapać
na  całowaniu  się.  Ale  oni  tylko  siedzieli  na  dwóch  końcach  kanapy,  oglądając  jakieś  stare  seriale
w telewizji.

– Wybacz, Emily, ale twoja siostra to totalna frajerka – wyszeptała wtedy Ali.
Beth ochlapała Emily pianą, przy okazji mocząc sobie bluzę z logo uniwersytetu.
– Cieszę się, że tak myślisz, bo idziesz ze mną – powiedziała.
Emily  energicznie  pokręciła  głową.  Pomysł  pójścia  na  imprezę  wydał  się  jej  tak  atrakcyjny,  jak

zabawa w chodzenie po rozżarzonych węglach.

Beth wyciągnęła korek ze zlewozmywaka i woda zabulgotała.
–  Co  się  z  tobą  dzieje?  Mama  wspominała,  że  ostatnio  masz  skwaszoną  minę,  ale  ja  widzę,  że  ty

chodzisz jak błędna. Kiedy zapytałam cię o stypendium, prawie się rozpłakałaś. Zerwałaś z dziewczyną?

Dziewczyna. Kuchenna ścierka z nadrukiem w kurczaki wysunęła się z dłoni Emily. Kiedy tylko ktoś

z  jej  niezwykle  porządnej  rodziny  wspominał  o  jej  orientacji  seksualnej,  Emily  nie  potrafiła  ukryć
skrępowania.  Wiedziała,  że  próbują  ją  zrozumieć,  ale  czasem  po  prostu  czuła  zażenowanie,  kiedy
poklepywali ją dobrotliwie po ramieniu i przekonywali, że nie mają nic przeciwko lesbijkom.

– Z nikim nie zerwałam – wymamrotała Emily.
– Mama ciągle się czepia? – Beth przewróciła oczami. – I co z tego, że zrobiłaś sobie w wakacje

przerwę  od  treningów?  To  było  dawno  temu!  Nie  wiem,  jak  sobie  dajesz  radę,  mieszkając  tu  sama
z rodzicami.

Emily podniosła wzrok.
– Wydawało mi się, że się lubicie z mamą?
–  Bo  to  prawda,  ale  w  czwartej  klasie  nie  mogłam  się  doczekać  wyprowadzki.  –  Beth  wytarła

dłonie w ręcznik. – No mów, co ci leży na wątrobie?

Emily  powoli  wytarła  talerz,  patrząc  w  łagodną,  spokojną  twarz  Beth.  Miała  ogromną  ochotę

powiedzieć  siostrze  całą  prawdę.  O  ciąży.  O  A.  Nawet  o  Tabicie.  Ale  wtedy  Beth  pewnie  by
spanikowała. Już jedna siostra zerwała kontakty z Emily.

–  Ostatnio  miałam  sporo  stresów  –  wyjąkała.  –  Czwarta  klasa  okazała  się  trudniejsza,  niż

przypuszczałam.

Beth wymierzyła widelec w jej stronę.
– I właśnie dlatego musisz iść ze mną na tę imprezę. Nie przyjmuję twojej odmowy.

background image

Emily  przesunęła  palcem  po  ozdobnie  tłoczonym  brzegu  talerza.  Bardzo  chciała  sprzeciwić  się

siostrze,  ale  jakiś  wewnętrzny  głos  kazał  jej  zamilknąć.  Tęskniła  za  siostrzanymi  rozmowami,  bo  kiedy
ostatnim razem widziała się z Carolyn w czasie przerwy świątecznej, ta robiła wszystko, żeby tylko nie
zostawać z Emily sam na sam. Sypiała nawet na kanapie w salonie w suterenie, twierdząc, że przywykła
do  zasypiania  przy  telewizji. Ale  Emily  wiedziała  doskonale,  że  siostra  nie  chce  spać  z  nią  w  jednym
pokoju. Czułość i troska Beth wydawały się jej darem, którego nie mogła odrzucić.

– No dobra, pójdę na chwilę – wyszeptała.
Beth rzuciła się jej na szyję.
– Wiedziałam, że się zgodzisz.
– Zgodzisz na co?
Obie  natychmiast  się  odwróciły.  W  drzwiach  stała  mama  z  dłońmi  na  biodrach.  Beth  się

wyprostowała.

– Na nic, mamo.
Pani Fields wyszła. Emily spojrzała na Beth i obie wybuchły śmiechem.
– Zabawimy się – wyszeptała Beth.
I przez krótką chwilę Emily jej wierzyła.

background image

2

SPENCER I JEJ SOBOWTÓR

–  Jeszcze  trochę  w  lewo.  –  Veronica  Hastings,  mama  Spencer,  stała  w  holu  ich  rodzinnego  domu

z  dłonią  na  biodrze.  Dwóch  zawodowych  konserwatorów  zabytków  wieszało  olbrzymi  obraz
przedstawiający  bitwę  pod  Gettysburgiem  pod  krętymi  schodami  biegnącymi  po  obu  stronach  holu.  –
Teraz trochę za wysoko po prawej. Jak sądzisz, Spence?

Spencer, która właśnie schodziła na dół, tylko wzruszyła ramionami.
– A możesz mi przypomnieć, dlaczego zdjęłyśmy portret prapradziadka Hastingsa? – spytała.
Pani  Hastings  wbiła  w  Spencer  lodowaty  wzrok,  a  potem  z  troską  spojrzała  na  Nicholasa

Pennythistle’a, swojego narzeczonego, który półtora tygodnia temu wprowadził się do domu Hastingsów.
Pan Pennythistle, nadal ubrany w biurowy garnitur i eleganckie buty, był pochłonięty pisaniem jakiegoś
SMS-a.

– Chcę, żeby każdy czuł się tutaj jak u siebie – odparła szeptem mama Spencer, zakładając za ucho

kosmyk  blond  włosów.  W  świetle  lampy  błysnął  czterokaratowy  brylant  w  pierścionku  zaręczynowym
podarowanym jej przez pana Pennythistle’a. – Poza tym zawsze powtarzałaś, że ten portret prapradziadka
cię przeraża.

– Przeraża Melissę, a nie mnie – wymamrotała pod nosem Spencer.
Tak naprawdę lubiła ten dziwny portret przodka. Na kolanach prapradziadka Hastingsa tłoczyło się

kilka spanieli o smutnych oczach. Poza tym prapradziadek wyglądał kubek w kubek jak ojciec Spencer,
który  wyprowadził  się  z  domu  po  rozwodzie  i  kupił  loft  w  centrum  Filadelfii.  To  pan  Pennythistle
zaproponował,  żeby  na  miejscu  portretu  powiesić  tę  ponurą  scenę  batalistyczną  z  okresu  wojny
secesyjnej. Zapewne nie chciał, by w jego nowym domu pozostały jakieś ślady po jego poprzedniku. Ale
kto  miałby  ochotę  na  powitanie  oglądać  hordę  dzikich  rumaków  i  zakrwawionych  konfederatów?  Na
widok tego obrazu Spencer przechodziły ciarki.

– Kolacja na stole! – zawołał radośnie jakiś głos z kuchni.
W  drzwiach  stanęła  Melissa,  starsza  siostra  Spencer.  Zaproponowała,  że  dziś  wieczorem  ona  coś

ugotuje.  Miała  na  sobie  czarny  fartuszek  z  napisem:  „ZIELONA  KUCHNIA”  i  srebrne  rękawice
kuchenne. Jej sięgające do uszu włosy podtrzymywała czarna aksamitna opaska, na szyi miała naszyjnik
z pereł, a na nogach śliczne baletki od Chanel. Wyglądała jak młodsze wcielenie Marthy Stewart.

Melissa popatrzyła na Spencer.
– Ugotowałam twoje ulubione danie. Kurczaka w sosie cytrynowym z oliwkami.
– Dzięki.
Spencer  uśmiechnęła  się  z  wdzięcznością,  bo  wiedziała,  że  Melissa  w  ten  sposób  okazuje  jej

wsparcie. Bardzo długo obie siostry z sobą rywalizowały, ale w zeszłym roku wreszcie odłożyły na bok
wszystkie animozje. Melissa dobrze wiedziała, że Spencer z trudem przyzwyczaja się do nowej sytuacji
w rodzinie. Zresztą nie tylko to sprawiało Spencer kłopot. Miała problemy, o których nie odważyłaby się
porozmawiać z nikim, nawet z własną siostrą.

Spencer poszła za mamą i panem Pennythistle’em – wciąż nie potrafiła się przemóc, żeby mówić na

niego Nicholas – do kuchni, gdzie Melissa właśnie stawiała na stole wyjęty prosto z pieca półmisek. Ich
przyszła  przyrodnia  siostra  Amelia,  dwa  lata  młodsza  od  Spencer,  grzecznie  zajęła  miejsce  w  rogu
i  rozłożyła  na  kolanach  serwetkę.  Miała  na  sobie  wysokie  buty  na  niskich  obcasach,  które  Spencer

background image

wybrała dla niej w czasie niedawnego wypadu na zakupy do Nowego Jorku. Niestety, jej fryzura nadal
pozostawiała wiele do życzenia, a świecące się policzki wprost błagały o trochę podkładu.

Amelia skrzywiła się na widok Spencer, która natychmiast odwróciła wzrok, czując lekką irytację.

To oczywiste, że Amelia nie mogła darować Spencer, że to przez nią jej brat Zach wylądował w szkole
dla kadetów. Spencer wcale nie chciała mówić panu Pennythistle, że jego syn jest gejem. Ale kiedy tata
Zacha zastał ich oboje w łóżku, posądził ich o najgorsze i wpadł w szał. Spencer powiedziała, że Zach
jest gejem, żeby ojciec przestał go bić.

– Hej, Spencer – przywitał się Darren Wilden, chłopak Melissy. Siedział obok Amelii i jadł świeżo

upieczony chleb czosnkowy. – Co słychać?

Spencer poczuła się tak, jakby ktoś wymierzył jej cios prosto w serce. Teraz Darren pracował jako

strażnik w muzeum w Filadelfii, ale do niedawna jako inspektor Wilden prowadził śledztwo w sprawie
morderstwa Alison  DiLaurentis.  Pracując  w  policji,  musiał  bez  przerwy  wydobywać  prawdę  od  osób,
które coś ukrywały lub kłamały. Czy wiedział, że Spencer znowu nęka ktoś, kto – oczywiście – podpisuje
się literą A.? Czy podejrzewał, co Spencer z przyjaciółkami zrobiły Tabicie na Jamajce?

– A, nic ciekawego – odparła wymijająco Spencer, nerwowo poprawiając kołnierzyk bluzki.
Zachowywała się jak wariatka. Wilden nie miał prawa wiedzieć ani o A., ani o Tabicie. Nie mógł

się domyślać, że każdej nocy Spencer w snach ogląda tę samą scenę zabicia Tabithy na Jamajce. Nigdy
nie przyłapał też Spencer na tym, jak w kółko czytała artykuły prasowe opowiadające o tym, jak przeżyli
śmierć Tabithy jej rodzice. I o tym, jak jej przyjaciele z New Jersey organizowali nocne czuwania, żeby
ją upamiętnić. I o akcjach społecznych propagujących abstynencję wśród nastolatków, wszyscy bowiem
uważali, że Tabitha zginęła, bo za dużo wypiła.

Ale Spencer doskonale znała prawdziwą przyczynę śmierci Tabithy. Tak jak A.
Kto mógł je widzieć tamtej nocy? Kto nienawidził ich tak bardzo, że postanowił znowu zadręczać je

tymi strasznymi SMS-ami, zamiast pójść prosto na policję? Spencer nie mogła uwierzyć, że znowu musi
razem z przyjaciółkami rozwiązać zagadkę tożsamości A. Co gorsza, nie przychodził jej do głowy żaden
podejrzany. Od kiedy tamtego wieczoru obejrzały w telewizji reportaż z wyłowienia zwłok nastolatki u
wybrzeży  Jamajki,  nie  dostały  żadnej  wiadomości  od A. Ale  Spencer  dobrze  wiedziała,  że  to  dopiero
początek nowego koszmaru.

Zastanawiała się, o czym jeszcze wie A. Ostatni SMS wyraźnie wskazywał, że „to tylko wierzchołek

góry  lodowej”,  więc  A.  zapewne  zna  także  pozostałe  sekrety  dziewczyn.  Niestety,  Spencer  ostatnimi
czasy miała sporo na sumieniu. Na przykład tę historię, która wydarzyła się w czasie szkoły letniej. Przez
Spencer  Kelsey  Pierce  wylądowała  w  poprawczaku.  Ale  niby  skąd  A.  miałby  o  tym  wiedzieć?  Choć
przecież w przeszłości A. zawsze udawało się odkryć wszystkie ich tajemnice...

– Naprawdę nic? – Wilden, nie spuszczając wzroku ze Spencer, ugryzł kawałek chrupiącego chleba.

– Jak na przyszłą studentkę Princeton masz zadziwiająco ubogie życie towarzyskie.

Spencer udawała, że wyciera odcisk palca na szklance, modląc się w duchu, żeby Wilden przestał ją

obserwować jak bakterię pod mikroskopem.

– Gram w szkolnym przedstawieniu – odburknęła.
–  I  to  główną  rolę.  Jak  zwykle.  –  Melissa  przewróciła  oczami,  choć  nie  było  w  tym  ani  cienia

złośliwości.  Uśmiechnęła  się  do  pana  Pennythistle’a  i  Amelii.  –  Spencer  od  pierwszej  klasy
podstawówki grała główne role we wszystkich szkolnych przedstawieniach.

–  A  w  tym  roku  gra  lady  Makbet.  –  Pan  Pennythistle  ceremonialnie  zajął  miejsce  na  ciężkim,

mahoniowym krześle na końcu stołu. – To bardzo trudna rola. Nie mogę się doczekać premiery.

– Nie musi pan przychodzić – wypaliła Spencer i od razu się zaczerwieniła.
–  Oczywiście,  że  Nicholas  przyjdzie!  –  piskliwym  głosem  zawołała  pani  Hastings.  –  Już

zaznaczyliśmy tę datę w naszych terminarzach.

background image

Spencer wpatrywała się w swoje odbicie w łyżce. W ogóle nie zależało jej na tym, żeby człowiek,

którego  ledwie  znała,  udawał  zainteresowanie  jej  życiem.  Przecież  pan  Pennythistle  chciał  przyjść  na
premierę tylko dlatego, że zmusiła go do tego pani Hastings.

Amelia wzięła z półmiska pierś z kurczaka.
–  Organizuję  koncert  na  cele  dobroczynne  z  udziałem  kilku  dziewczyn  ze  szkoły  St.  Agnes  –

oznajmiła.  –  Próby  potrwają  kilka  tygodni,  a  potem  wystąpimy  w  opactwie  Rosewood.  Zapraszam
wszystkich.

Spencer  chciało  się  śmiać.  Prywatne  liceum  St. Agnes,  do  którego  chodziła Amelia,  było  jeszcze

bardziej  snobistyczne  niż  Rosewood  Day.  Spencer  już  myślała  nad  wymówką,  dzięki  której  uda  jej  się
nie  pójść  na  ten  koncert.  Jej  dawna  przyjaciółka  Kelsey  chodziła  do  St.  Agnes  –  przynajmniej  zanim
wysłano ją do poprawczaka. Spencer nie miała ochoty tam na nią się natknąć.

Pani Hastings klasnęła.
– To cudownie, Amelio! Powiedz tylko kiedy, a na pewno przyjdziemy.
–  Pamiętajcie,  że  wszystkie  możecie  na  mnie  liczyć  w  każdej  sytuacji.  –  Pan  Pennythistle,  mrużąc

swoje  szare  oczy,  potoczył  wzrokiem  po Amelii,  Spencer  i  Melissie.  –  Teraz  jesteśmy  rodziną  i  chcę,
żebyśmy się wszystkim dzielili.

Spencer  poczuła,  jak  napinają  się  jej  wszystkie  mięśnie.  Takie  bzdury  wygadywali  tylko

bohaterowie telenowel.

– Bardzo mi miło, ale ja już mam jedną rodzinę – odparła.
Melissa otworzyła szeroko oczy. Na twarzy Amelii pojawił się złośliwy uśmieszek, jakby właśnie

przeczytała jakąś smakowitą plotkę w brukowcu. Pani Hastings zerwała się na równe nogi.

– Zachowujesz się niegrzecznie, Spencer. Proszę, odejdź od stołu.
Spencer zaśmiała się cicho, ale pani Hastings ruchem podbródka wskazała jej drogę na korytarz.
– Ja nie żartuję. Idź do swojego pokoju.
– Mamo – powiedziała łagodnie Melissa. – To ulubiona potrawa Spencer. No i...
– Zje, jak my skończymy. – Głos pani Hastings był napięty, jakby za chwilę miała się rozpłakać. –

Spencer, bardzo cię proszę. Wyjdź.

– Przepraszam – wymamrotała pod nosem Spencer, wstając od stołu.
Tak  naprawdę  wcale  nie  było  jej  przykro.  Nie  można  wymienić  ojca  na  kogoś  innego.  Nie  miała

ochoty  nawiązywać  bliskich  relacji  z  facetem,  którego  ledwie  znała.  Nagle  poczuła,  że  nie  może  się
doczekać  wyjazdu  na  uniwersytet  jesienią.  Tam  ucieknie  od  Rosewood,  swojej  nowej  rodziny,  A.,
wspomnień  o  Tabicie  i  wszystkich  innych  tajemnic,  które  może  znać  A.  Najchętniej  wyjechałaby
natychmiast.

Wyszła  na  korytarz  ze  spuszczoną  głową.  Na  stoliku  w  holu  leżały  poukładane  listy.  Na  długiej

i  wąskiej  kopercie  z  emblematem  Uniwersytetu  Princeton  dostrzegła  swoje  nazwisko.  Podniosła  ją
w nadziei, że napisano do niej, że może wcześniej się przeprowadzić do akademika. Najlepiej od razu.

Z jadalni dochodziły ciche odgłosy rozmowy. Dwa labradory, Rufus i Beatrice, podbiegły do okna,

najprawdopodobniej  wyczuwając  w  pobliżu  sarny.  Spencer  paznokciem  rozcięła  kopertę  i  wyciągnęła
z niej list. W nagłówku widniało logo komisji rekrutacyjnej Princeton.

Szanowna Panno Hastings,
niestety, muszę poinformować Panią o przykrym nieporozumieniu. Jak się okazuje, na studia na
naszej uczelni zgłosiły się dwie osoby o tym samym nazwisku – pani, czyli Spencer J. Hastings,
oraz  pan  Spencer  F.  Hastings  z  Darien  w  stanie  Connecticut.  Nasza  komisja  rekrutacyjna  nie
zauważyła,  że  ma  do  czynienia  z  dwiema  osobami  –  niektórzy  zapoznali  się  z  Pani
dokumentami,  a  inni  z  dokumentami  drugiego  kandydata.  Natomiast  głosowaliśmy  tak,  jakby

background image

byli  Państwo  jedną  i  tą  samą  osobą.  Teraz,  kiedy  zdaliśmy  sobie  sprawę  z  naszej  pomyłki,
komisja  musi  jeszcze  raz  dokładnie  zapoznać  się  z  Państwa  dokumentami  i  ponownie
przeprowadzić  procedurę  kwalifikacyjną.  Oboje  Państwo  mogą  się  poszczycić  doskonałymi
wynikami  w  nauce,  więc  decyzja  z  pewnością  przyjdzie  nam  z  trudem.  Jeśli  chciałaby  Pani
dostarczyć  komisji  jakieś  dodatkowe,  przemawiające  na  Pani  korzyść  informacje,  prosimy
o niezwłoczny kontakt.

Jeszcze raz przepraszam za kłopot i życzę powodzenia!
Z poważaniem

Bettina Bloom

Przewodnicząca Komisji Rekrutacyjnej

Uniwersytet Princeton

Spencer  przeczytała  list  trzykrotnie,  aż  emblemat  uniwersytetu  w  rogu  stracił  kontury  i  zaczął

przypominać  plamę  Rorschacha.  To  niemożliwe.  Przecież  dostała  się  do  Princeton.  Sprawa  była
załatwiona.

Jeszcze dwie minuty temu miała przed sobą świetlaną przyszłość. A teraz mogła stracić wszystko.
Usłyszała wysoki chichot. Instynktownie odwróciła się i wyjrzała przez okno wychodzące na dawny

dom  DiLaurentisów.  Coś  się  poruszyło  między  drzewami.  Wyczekująco  patrzyła  w  ciemność. Ale  cień
nie pojawił się ponownie. Ten, kto skrywał się między drzewami, zniknął.

background image

3

ŚLICZNA SAMOTNICA

„Sięgnij do boskiego źródła życia – mówił śpiewny głos prosto do ucha Arii Montgomery. – Poczuj,

jak z każdym wydechem napięcie opuszcza twoje ciało. Najpierw odpływa z twoich ramion i nóg, potem
z mięśni twarzy i...”

Łup. Aria otworzyła oczy. Była w szkole i był czwartek rano. Drzwi do mniejszej sali gimnastycznej

otworzyły się z hukiem i do środka wbiegł tłum dziewcząt w strojach baletowych i getrach. Zaraz miały
się zacząć poranne zajęcia z tańca nowoczesnego.

Aria szybko wstała i wyjęła z uszu słuchawki. Leżała na podłodze na macie do jogi, unosząc w górę

pośladki. Guru z nagrania twierdził, że ten ruch pomaga oczyścić czakry i zapomnieć o przeszłości. Ale
sądząc po uśmieszkach na twarzach niektórych pierwszoklasistek, wyglądała pewnie tak, jakby ćwiczyła
jakąś dziwną pozycję seksualną.

Ruszyła  w  stronę  holu,  chowając  iPoda  do  torby.  Wszystkie  myśli,  które  próbowała  od  siebie

odsunąć, powróciły i huczały w jej głowie jak rój kąśliwych os. Schowała się w wykuszu w ścianie, tuż
obok  fontanny,  i  wyjęła  telefon  z  kieszeni  kurtki.  Jednym  klawiszem  uruchomiła  stronę  internetową,  na
którą obsesyjnie powracała od dwóch tygodni.

„Wspominamy Tabithę Clark”.
Stronę założyli rodzice Tabithy, żeby uczcić pamięć córki. Zamieszczali na niej posty z Twittera od

jej  przyjaciół,  zdjęcia  Tabithy  z  treningu  cheerleaderek  i  pokazów  baletowych,  linki  do  wiadomości
prasowych na jej temat i informacje dla osób starających się o stypendium jej imienia. Aria wbrew sobie
uzależniła  się  od  tej  strony.  Dokładnie  czytała  wszystkie  publikowane  na  niej  informacje  w  obawie,  że
coś – lub ktoś – wskaże na jej powiązanie ze śmiercią Tabithy.

Ale na razie nikt nie wątpił, że Tabitha zginęła śmiercią tragiczną. Nikt nawet nie przypuszczał, że ją

zamordowano. Nikt też nie wpadł na to, że Aria i jej przyjaciółki przebywały na Jamajce w tym samym
czasie  co  Tabitha,  na  dodatek  w  tym  samym  kurorcie.  Nawet  brat Arii  Mike  i  jej  chłopak  Noel,  którzy
byli z nią wtedy, nie skomentowali tych wiadomości. Nie wiadomo, czy w ogóle do nich dotarły. Pewnie
potraktowali je jako informacje o kolejnej bezsensownej śmierci kogoś zupełnie im nieznanego.

Ktoś jednak znał całą prawdę. A.
Usłyszała  za  plecami  chichot.  Gapiło  się  na  nią  kilka  drugoklasistek  stojących  pod  szafkami  po

drugiej stronie korytarza.

– Śliczna zabójczyni – wyszeptała jedna z nich, a reszta wybuchła śmiechem.
Aria się skrzywiła. Od czasu emisji telewizyjnego filmu pod tytułem Śliczna zabójczyni  co  chwila

ktoś  podchodził  do  niej  na  korytarzu  i  dla  żartu  cytował  kwestie  bohaterek.  „Myślałam,  że  się
przyjaźnimy!”,  mówiła  ekranowa Aria  do  Prawdziwej Ali  na  samym  końcu,  kiedy Ali  wywołała  pożar
w domu w górach Pocono. „Zanim cię poznałyśmy, byłyśmy frajerkami!” Arii takie słowa nie przeszłyby
przez usta.

Nieopodal  zauważyła  znajomą  postać.  Noel  Kahn,  jej  chłopak,  prowadził  na  zajęcia  Klaudię

Huusko, śliczną blondynkę, która przyjechała na wymianę uczniowską i mieszkała z jego rodziną. Klaudia
przy każdym kroku krzywiła się z bólu, unosiła zabandażowaną nogę i mocno ściskała muskularne ramię
Noela. Wszyscy chłopcy się zatrzymywali i gapili na jej falujący biust.

Puls Arii przyspieszył. Dwa tygodnie wcześniej pojechała na narty do kurortu koło Nowego Jorku

background image

razem z Noelem, jego dwoma braćmi i Klaudią. Ta oświadczyła Arii, że zamierza poderwać Noela i nic
jej  nie  przeszkodzi  w  zrealizowaniu  tego  planu.  Aria  w  ataku  wściekłości  przypadkowo  zepchnęła
Klaudię z krzesełka wyciągu narciarskiego. Potem twierdziła, że Klaudia ześlizgnęła się z krzesełka, a ta
udawała głupią, jakby niczego nie pamiętała. Ale Noel i tak winił za wszystko Arię. Od dnia wypadku
chuchał i dmuchał na Klaudię. Choć miała tylko skręconą kostkę, odwoził ją do szkoły, nosił jej książki
i  kupował  kawę  oraz  sushi  w  czasie  przerwy  na  obiad.  Aż  dziw  bierze,  że  nie  karmił  jej  sashimi  za
pomocą pałeczek z wytłoczonym logo Rosewood Day.

Odgrywanie roli pielęgniarki sprawiało, że nie miał wiele czasu dla Arii. Nawet nie witał się z nią

na korytarzu ani nie dzwonił po lekcjach. Dwa razy z rzędu odwołał ich cotygodniowe spotkania w bistro
Rive  Gauche  w  centrum  handlowym.  Opuścił  też  ich  wspólne  warsztaty  gotowania  organizowane  przy
Uniwersytecie Hollis. Ominęły go lekcje grillowania i marynowania.

Po minucie Noel wyszedł z sali, gdzie odbywały się zajęcia z literatury. Kiedy zauważył Arię, nie

potraktował jej jak powietrze i nie odwrócił się w drugą stronę, choć tak właśnie się zachowywał przez
ostatnie  dwa  tygodnie.  Podszedł  do  niej,  a  w  sercu  Arii  obudziła  się  nadzieja.  Może  zamierzał  ją
przeprosić za to, że ostatnio ją ignorował. Może wszystko wróci do normy.

Spojrzała na swoje roztrzęsione dłonie. Miała nerwy napięte jak struny, zupełnie tak jak w siódmej

klasie,  kiedy  Noel  zagadał  do  niej  na  jednej  z  imprez  u Ali.  Świetnie  im  się  rozmawiało  i Aria  była
w  siódmym  niebie,  póki  Ali  nie  podeszła  do  niej,  mówiąc,  że  przez  całą  konwersację  Aria  miała  na
przednich zębach przyklejony listek pietruszki.

– Noel to nie to twoja liga – powiedziała Ali, czyli Courtney, uprzejmym głosem, w którym czuło

się jad. – Zresztą jemu podoba się ktoś inny.

„Ach  tak,  może  ty?”,  pomyślała  z  goryczą Aria.  Przecież Ali  podobała  się  wszystkim  facetom  bez

wyjątku.

Teraz  Noel  zatrzymał  się  przed  witryną,  w  której  wystawiono  na  pokaz  zszyty  z  odnalezionych

kawałków  sztandar  z  kapsuły  czasu.  Co  roku  cała  szkoła  angażowała  się  w  tę  grę.  Obok  wisiały  także
kopie sztandarów z ubiegłych lat. Prawdziwe zakopano w kapsułach za boiskiem do piłki nożnej. Między
innymi również ten, który zrekonstruowano, gdy Aria chodziła do szóstej klasy. Wtedy zabrakło jednego
fragmentu ze środka. Ten kawałek znalazła Prawdziwa Ali, a Ich Ali go wykradła. Jej zaś trofeum zabrał
Jason  DiLaurentis,  który  oddał  je  potem  Arii.  Podczas  tej  zabawy  Fałszywej  Ali  udało  się  zamienić
miejscami  z  jej  siostrą  bliźniaczką,  czyli  Prawdziwą Ali,  która  trafiła  do  szpitala  psychiatrycznego  na
cztery długie lata.

– Cześć – przywitał się Noel.
Pachniał mydłem pomarańczowym z pieprzową nutą. Aria wprost uwielbiała ten oryginalny zapach.

Spojrzała  na  jego  torbę  Manhattan  Portage  i  zauważyła  na  niej  przypinkę  z  nosorożcem  ubranym
w karnawałową czapeczkę. Plakietka, którą kupiła Noelowi w czasie jarmarku, widniała pośród innych,
z  logo  szkolnej  drużyny  lacrosse  i  emblematem  filadelfijskiej  drużyny  futbolowej.  Chyba  obecność  tej
przypinki powinna traktować jako dobry znak, prawda?

– Cześć – odparła łagodnie Aria. – Tęskniłam za tobą.
– Och. – Noel z udawaną fascynacją wpatrywał się w kwadratowy cyferblat swojej omegi. – Tak,

ostatnio miałem sporo na głowie.

– Zajmowałeś się Klaudią? – Aria nie mogła powstrzymać się od tego zjadliwego komentarza.
Twarz  Noela  stężała,  jakby  miał  zamiar  ponownie  wygłosić  przemówienie  o  tym,  że  Klaudia

przyjechała z zagranicy i trzeba poświęcić jej trochę czasu. Ale tylko wzruszył ramionami.

– Musimy pogadać.
Aria poczuła, jak zaciska się jej gardło.
– O-o czym? – wyjąkała, choć najgorsze przeczucia podpowiadały jej, co zaraz usłyszy od Noela.

background image

On  obracał  wokół  nadgarstka  żółtą  plastikową  bransoletkę  noszoną  przez  wszystkich  zawodników

drużyny lacrosse jako znak prawdziwej męskiej przyjaźni. Nawet nie spojrzał na Arię.

– Chyba nam się nie układa – powiedział. Głos mu się łamał.
Aria poczuła się tak, jakby dostała kopniaka w podbrzusze.
– Dlaczego?
Noel wzruszył ramionami. Jego zazwyczaj spokojna, przyjazna twarz teraz wydawała się ściągnięta,

a na idealnej cerze pojawiły się dziwne plamy.

– Nie wiem. Chyba nie mamy z sobą za wiele wspólnego. Nie sądzisz?
Nagle  świat  wokół  nabrał  barw  krwistej  czerwieni.  Kiedy  przez  krótką  chwilę Aria  udawała,  że

przyjaźni się z Klaudią, ta mimochodem wspomniała, że Aria i Noel nie są dobraną parą. No dobra, może
Aria  nie  przypominała  innych,  podobnych  do  siebie  jak  dwie  krople  wody  dziewczyn,  z  którymi
zazwyczaj  umawiał  się  Noel.  One  grały  w  lacrosse  i  ubierały  się  w  koszulki  polo  od  Ralpha  Laurena.
Ale  Noel  twierdził,  że  właśnie  za  to  ją  lubi.  Zarazem  Aria  dobrze  wiedziała,  że  nie  ma  szans
w porównaniu z fińską boginią seksu.

Arii  zakręciło  się  w  głowie  od  zapachu  płynu  do  mycia  podłóg  używanego  przez  szkolne

sprzątaczki.  Jakiś  potężnie  zbudowany  baseballista,  przechodząc,  popchnął  ją,  a  ona  wpadła  na  Noela
i natychmiast się od niego odsunęła, zażenowana nagle jego bliskością.

– I to... wszystko? Cały ten czas, który razem spędziliśmy... przestał się liczyć?
Noel włożył ręce do kieszeni.
– Przykro mi, Ario.
Spojrzał jej w oczy i przez sekundę na jego twarzy pojawił się wyraz szczerej skruchy. Ale widać

też było, że nie chce z nią dłużej rozmawiać i że decyzję o rozstaniu podjął już dawno.

W  oczach Arii  pojawiły  się  łzy.  Przypomniała  sobie  wszystkie  ich  wspólne  weekendy.  Wszystkie

mecze lacrosse, które obejrzała, nie rozumiejąc nawet do końca zasad tej gry. Wszystkie tajemnice, które
mu powierzyła, jak choćby opowieść o tym, jak w siódmej klasie razem z Ali przyłapała swojego tatę,
gdy całował się ze swoją studentką Meredith w pobliżu Uniwersytetu Hollis. I o tym, jak w zeszłym roku
wydawało się jej, że Prawdziwa Ali podrywa Noela, żeby go jej odbić. I o tym, że od pożaru w górach
Pocono  spała  przy  zapalonym  świetle  i  trzymała  pod  poduszką  samurajski  nóż,  który  tata  przywiózł  jej
z  podróży  do  Japonii.  A  także  o  tym,  że  choć  straciła  dziewictwo  na  początku  liceum  z  pewnym
Islandczykiem, chciała, żeby jej drugi raz był naprawdę szczególny. Może to i dobrze, że nigdy nie poszła
na całość z Noelem, skoro on teraz podejmował właśnie taką decyzję.

Lecz  Aria  nie  podzieliła  się  z  Noelem  wszystkimi  swoimi  tajemnicami.  Nie  powiedziała  mu,  co

zrobiła Tabicie i co się stało w czasie wycieczki na Islandię. Już samo to, co zrobiła na Islandii, zapewne
by wystarczyło, żeby Noel ją rzucił. Więc może zasłużyła na swój los i złą karmę.

Usłyszała czyjś złośliwy chichot i zajrzała do sali lekcyjnej. W pierwszym rzędzie siedziała Klaudia

ze stopą opartą na dodatkowym krześle. Kate Randall, Naomi Zeigler i Riley Wolfe siedziały tuż obok.
Oczywiście  wszystkie  natychmiast  zaprzyjaźniły  się  z  Klaudią,  która  tak  jak  one  uwielbiała  plotkować
i knuć intrygi. Wszystkie cztery gapiły się na nią i Noela, szczerząc zęby od ucha do ucha. Oglądały ich
rozstanie,  jakby  siedziały  w  głównej  loży  w  teatrze.  Wieści  na  pewno  rozejdą  się  po  szkole
w okamgnieniu. „Śliczna frajerka jest teraz samotną śliczną frajerką!”

Aria  odwróciła  się  na  pięcie  i    szybko  weszła  do  łazienki,  zanim  łzy  zdążyły  popłynąć  jej  po

policzkach.  Obejrzała  się  za  siebie,  licząc  na  to,  że  Noel  ją  zawoła,  ale  on  się  odwrócił  i  odszedł
w  przeciwnym  kierunku.  Kiedy  zobaczył  Masona  Byersa,  swojego  dobrego  przyjaciela,  zatrzymał  się
i przybił z nim piątkę. Jakby nigdy nic. Wydawał się szczęśliwy, że uwolnił się na dobre od tej wariatki,
Arii Montgomery.

background image

4

HANNA MARIN, STRATEG KAMPANII

WYBORCZYCH

W czwartkowy wieczór, kiedy słońce chowało się za drzewami, barwiąc niebo na pomarańczowo,

Hanna Marin przycisnęła do ucha swojego iPhone’a i czekała na sygnał poczty głosowej.

– Mike, to znowu ja. Odbierzesz? Ile razy mam powtórzyć, że bardzo mi przykro?
Rozłączyła  się.  W  ciągu  ostatnich  dwóch  tygodni  zostawiła  mu  szesnaście  wiadomości  w  poczcie

głosowej, wysłała jedenaście SMS-ów i kilka e-maili oraz zamieściła milion postów na jego Twitterze.
Ale jej były chłopak Mike Montgomery nie odpowiadał. Dobrze wiedziała, że postąpiła podle, zrywając
z  nim  tylko  dlatego,  że  ostrzegał  ją  przed  Patrickiem,  podejrzanym  fotografem,  który  obiecywał  jej
karierę  modelki  w  Nowym  Jorku. Ale  skąd  mogła  wiedzieć,  że  Patrick  Lake  zrobi  jej  kompromitujące
zdjęcia i zagrozi, że opublikuje je w internecie, jeśli nie otrzyma sowitej zapłaty.

Hanna  tęskniła  za  Mikiem.  Uwielbiała  oglądać  z  nim Idola  i  wyśmiewać  się  z  uczestników.

Słyszała,  że  Mike  grał  jakąś  małą  rolę  w  szkolnym  przedstawieniu Makbeta.  Kiedy  z  sobą  chodzili,
zawsze konsultowali takie decyzje. Hanna na pewno nie pozwoliłaby mu na występy w tym teatrzyku.

Poza tym wsparcie Mike’a przydałoby się jej szczególnie teraz, kiedy znalazła się pod obstrzałem

A.  i  znaleziono  ciało  Tabithy.  Hanna  nie  wyjawiłaby  Mike’owi  całej  prawdy,  ale  na  pewno  łatwiej
byłoby  jej  radzić  sobie  z  tym  wszystkim,  gdyby  ktoś  się  o  nią  zatroszczył.  Była  samotna  i  przerażona.
Chciała  wierzyć,  że  zabiły  Tabithę  w  obronie  własnej.  Wzięły  Tabithę  za  Prawdziwą  Ali,  która
postanowiła  je  zabić.  Ale  niezależnie  od  tego,  jak  Hanna  interpretowała  to,  co  się  stało,  dochodziła
wciąż do tego samego, strasznego wniosku: zabiły niewinną dziewczynę. I wszystkie ponosiły za to winę.
Wiedziały o tym. Zresztą A. też.

Hanna  wysiadła  ze  swojej  toyoty  prius  i  rozejrzała  się.  Stała  na  kolistym  podjeździe  pod  nowym

domem  swojego  ojca,  tandetną  willą  z  cegły  w  Chesterbridge,  oddalonym  kilkadziesiąt  kilometrów  od
Rosewood.  Wzdłuż  podjazdu  rosło  kilka  niewielkich  drzewek  ogrodzonych  cienkim  sznurkiem.
Zadaszenie  na  ganku  podtrzymywały  białe  greckie  kolumny,  a  za  domem  spokojnie  szemrała  fontanna.
Wokół wejścia rosły perfekcyjnie przycięte krzewy w kształcie rożków lodowych postawionych do góry
nogami. Tak wielki dom mógłby pomieścić znacznie więcej niż trzy osoby – tatę Hanny, jego nową żonę
Isabel i jej córkę Kate. Ale właśnie tak powinien mieszkać kandydat do Senatu Stanów Zjednoczonych.
Kampania  wyborcza  pana  Marina  rozpoczęła  się  kilka  tygodni  temu  i  wróżono  mu  spory  sukces.
Oczywiście pod warunkiem że wcześniej A. nie ogłosi wszem wobec prawdziwych informacji o śmierci
Tabithy.

Hanna  zadzwoniła  do  drzwi,  które  niemal  natychmiast  otworzyła  Isabel.  Miała  na  sobie  błękitny

kaszmirowy sweter od Tiffany’ego, wąską czarną spódnicę i buty na niewysokich obcasach. Wyglądała
jak idealna, nudna jak flaki z olejem żona przyszłego senatora.

–  Cześć,  Hanno.  –  Skwaszona  mina  Isabel  wyrażała  jej  dezaprobatę  dla  awangardowej  sukienki

Hanny i jej szarych, zamszowych butów. – Wszyscy czekają w gabinecie Toma.

Hanna  przeszła  przez  hol.  Jego  ściany  udekorowano  oprawionymi  w  srebrne  ramki  zdjęciami  ze

ślubu  jej  taty  i  Isabel,  który  odbył  się  zeszłego  lata.  Z  bólem  patrzyła  na  swoje  zdjęcie,
w najpaskudniejszej sukience druhny, jaką tylko mogła wybrać dla niej Isabel. Ten bladozielony łachman
poszerzał ją w biodrach i nadawał jej cerze chorobliwy odcień. Odwróciła zdjęcie do ściany, żeby już

background image

nigdy nie musieć na nie patrzeć.

Tata  wraz  z  całą  ekipą  siedział  w  swoim  gabinecie  przy  biurku  z  drewna  orzechowego.  Jej

przyrodnia  siostra  Kate  przycupnęła  na  wiktoriańskiej  kanapie,  obracając  w  dłoniach  iPhone’a.  Pan
Marin rozpromienił się na widok Hanny.

– Oto i ona!
Hanna  się  uśmiechnęła.  Kiedy  kilka  tygodni  temu  konsultantki  z  firm  prowadzących  badania

fokusowe powiedziały, że wyborcy uwielbiają Hannę, nagle znowu się stała jego ukochaną córeczką.

Isabel weszła do pokoju za Hanną i zamknęła podwójne drzwi.
–  Oto  dlaczego  się  tu  zebraliśmy  –  powiedział  pan  Marin  i  rozłożył  na  biurku  kilka  ulotek

wyborczych i zdjęć przedstawiających strony internetowe. Widniały na nich oszczercze nagłówki: „Cała
prawda  o  Tomie  Marinie”.  „Nie  wierzcie  kłamcy”.  „Nie  wolno  mu  ufać”.  –  To  efekty  pracy  komitetu
wyborczego Tuckera Wilkinsona.

Hanna  cmoknęła.  Tucker  Wilkinson  był  najpoważniejszym  rywalem  taty  w  szeregach  tej  samej

partii.  Od  lat  piastował  urząd  senatora,  dysponował  nieograniczonymi  funduszami  i  miał  wysoko
postawionych przyjaciół.

Hanna  nachyliła  się,  żeby  lepiej  się  przyjrzeć  fotografii.  Tucker  Wilkinson  był  wysokim

i  przystojnym  mężczyzną  o  ciemnej  karnacji  i  troszeczkę  przypominał  Hugh  Jackmana.  Jego  irytujący,
śnieżnobiały, wytrenowany uśmiech rasowego polityka zdawał się mówić: „Zaufaj mi”.

Sam, jeden ze starszych członków komitetu wyborczego, o wiecznie zmęczonych oczach i dziwnym

upodobaniu do muszek, pokręcił głową.

–  Słyszałem,  że  Wilkinson  dał  łapówkę  członkowi  komisji  rekrutacyjnej  na  Harvardzie,  żeby  jego

syn dostał się na studia, choć ledwie udało mu się zdać maturę.

Vincent,  administrator  strony  internetowej  pana  Marina,  włożył  do  ust  kawałek  gumy  do  żucia

i powiedział:

– Zrobi wszystko, co w jego mocy, żeby publicznie wyprać wszystkie brudy swoich przeciwników

politycznych.

–  Na  szczęście  na  nas  nie  ma  żadnego  haka.  –  Pan  Marin  rozejrzał  się  po  swoich

współpracownikach.  –  I  nie  znajdzie.  Chyba  że  macie  mi  coś  do  powiedzenia.  To,  co  zrobił  Jeremiah,
dało mi do myślenia. Nie chcę po raz drugi dostać ciosu w plecy.

Hannę  przeszył  dreszcz  na  dźwięk  imienia  Jeremiah.  Był  prawą  ręką  jej  taty,  ale  niedawno  został

zwolniony  za  kradzież  dziesięciu  tysięcy  dolarów  z  kasy  kampanii.  Tylko  że  tak  naprawdę  to  nie  on
ukradł pieniądze, lecz... Hanna. Nie miała innego wyjścia. Tylko w ten sposób mogła zdobyć pewność, że
Patrick nie opublikuje jej zdjęć.

Zadzwonił telefon Kate. Spojrzała na ekran i zachichotała.
– Kate? – W głosie pana Marina słychać było zniecierpliwienie. – Możesz to odłożyć?
–  Przepraszam.  –  Kate  położyła  telefon  ekranem  w  dół  i  spojrzała  wyniośle  na  Hannę.  –  Sean

właśnie mi przysłał coś strasznie śmiesznego.

Hanna  poczuła  ukłucie  w  samo  serce,  ale  nie  dała  po  sobie  tego  poznać.  Niedawno  Kate  zaczęła

chodzić  z  Seanem  Ackardem,  byłym  chłopakiem  Hanny.  Hanna  bynajmniej  za  nim  nie  tęskniła,  ale
wkurzało ją to, że spodobała mu się jej najbardziej zajadła rywalka.

Pan Marin ułożył wydruki w równy stos.
– Słucham. Czy ktoś z was ma mi coś do powiedzenia?
Hannę  aż  skręcało  w  środku.  Czy  sztab  Wilkinsona  pozna  prawdziwą  historię  Tabithy?  Wyjrzała

przez  okno.  Ulicą  powoli  przejeżdżał  jakiś  samochód.  Mrużąc  oczy,  spojrzała  na  równo  przycięte
drzewa, odgradzające dom taty od sąsiedniej posesji. Przez ułamek sekundy wydawało się jej, że między
drzewami przemknął jakiś cień.

background image

Zadzwonił jej telefon.
Hanna  wyciągnęła  go  z  torby  i  wyciszyła,  ale  kiedy  się  zorientowała,  że  tata  na  nią  nie  patrzy,

rzuciła  okiem  na  ekran.  Gdy  zamiast  numeru  nadawcy  zobaczyła  bezładny  ciąg  liter  i  cyfr,  przeszył  ją
dreszcz. Otworzyła wiado-mość.

Co by powiedział tatuś na wieść, że jego ukochana córunia to złodziejka?

A.

Hanna z całych sił starała się zachować kamienną twarz. Kto się tak na nią uwziął? Jak to możliwe,

że A.  wie,  gdzie  ona  teraz  jest?  Spojrzała  na  Kate,  która  jeszcze  kilka  sekund  temu  bawiła  się  swoim
telefonem. Ale siostra tylko rzuciła jej nienawistne spojrzenie.

Zamknęła  oczy,  gorączkowo  zastanawiając  się,  kto  jeszcze  mógł  być  Nowym  A.  Pierwszą

kandydatką  była  Prawdziwa  Ali.  Wcześniej  Hanna  myślała,  że  Ali  przeżyła  pożar  i  upadek  z  tarasu
widokowego, a teraz wróciła, żeby je wszystkie znowu nękać. Kiedy jednak się okazało, że na Jamajce
zabiły Tabithę, uznała za niedorzeczne swoje podejrzenia, że Ali przeżyła pożar w górach Pocono. Kogo
jeszcze  skrzywdziły?  Kto  mógł  wiedzieć  o  wydarzeniach  na  Jamajce,  o  szantażu  Patricka  i  innych
ciemnych sprawkach Hanny?

– Hanno?
Hanna  podniosła  wzrok.  Wszyscy  właśnie  wstawali  i  opuszczali  gabinet.  Tata  stał  nad  nią

z zatroskaną miną.

– Wszystko w porządku? Trochę... zbladłaś.
Hanna spojrzała w kierunku podwójnych drzwi. Kate i Isabel poszły do kuchni. Współpracownicy

taty też zniknęli.

– Możesz mi poświęcić chwilę? – zapytała.
– Jasne. Mów.
Hanna  chrząknęła.  Nie  mogła  powiedzieć  tacie  o  Tabicie,  ale  postanowiła  mu  wyznać  co  innego,

zanim ubiegnie ją A.

– Mówiłeś przed chwilą, że powinniśmy powiedzieć ci prawdę, jeśli mamy coś na sumieniu.
Pan Marin zmarszczył czoło.
– Tak...
– No więc muszę ci o czymś opowiedzieć.
Hanna  odwróciła  wzrok  od  taty  i  wyznała  mu  wszystko  jak  na  spowiedzi.  O  Patricku.  Że  mu

uwierzyła,  kiedy  mówił,  że  pomoże  jej  zrobić  karierę.  Że  wpatrywał  się  w  nią  złowieszczo,  kiedy
pokazywał jej te kompromitujące zdjęcia.

–  Tak  się  bałam,  że  zamieści  je  w  internecie  –  powiedziała  ze  wzrokiem  wbitym  w  plakaty

wyborcze zwinięte w rulony i poukładane w rogu gabinetu. – Bałam się, że cię zniszczy. Więc zabrałam
pieniądze z sejfu. Nie wiedziałam, co robić. Nie chciałam zrujnować twojej kampanii.

Kiedy  skończyła,  zapadło  głuche  milczenie,  które  wydawało  się  jej  najgorszą  z  możliwych  kar.

Telefon pana Marina zadźwięczał, ale on nawet na niego nie spojrzał. Hanna nie śmiała podnieść wzroku
na  ojca.  Czuła  tylko  wstyd  pomieszany  z  nienawiścią.  Czuła  się  gorzej  niż  wtedy,  gdy  Fałszywa  Ali
przyłapała ją na wymiotowaniu w domu taty w Annapolis.

Ból  był  nie  do  zniesienia.  Jęknęła  żałośnie  jak  bezbronny  szczeniak.  Cała  się  trzęsła,  choć  nie

potrafiła wydobyć z siebie ani słowa więcej. Wreszcie po chwili usłyszała westchnięcie taty.

– Hej. – Pan Marin położył jej dłoń na ramieniu. – Hanno. Nie płacz. Już w porządku.
– Nie, wcale nie – wymamrotała Hanna. – Wszystko zepsułam. A teraz znowu mnie znienawidzisz.
– Znowu? – Pan Marin zrobił krok w tył i uniósł brwi. – Nigdy nie żywiłem do ciebie nienawiści.

background image

Hanna głośno pociągnęła nosem i podniosła oczy. No jasne.
Tata położył palce na podbródku.
–  Cóż,  przyznaję,  to  dość  zaskakujące.  Właściwie  szokujące.  Zarazem  jednak  miałaś  odwagę

przyznać się do mało chwalebnego postępku. Ale dlaczego w ogóle poszłaś do mieszkania kogoś, kogo
ledwie  znałaś,  i  pozwoliłaś  mu  się  fotografować?  I  czemu  nie  przyszłaś  do  mnie,  kiedy  można  było
jeszcze zapobiec najgorszemu?

Hanna zwiesiła głowę.
– Nie chciałam cię zdenerwować.
Tata spojrzał na nią wymownie.
– Ale przecież mogłem ci pomóc. Nie dopuściłbym do tego, co się stało. Przecież wiesz, że zawsze

możesz do mnie przyjść z każdym problemem.

Hanna mimowolnie zaśmiała się gorzko.
–  Właśnie  chodzi  o  to,  że  nie  mogę  –  wypaliła.  –  Już  od  wielu  lat.  –  Tata  w  jednej  chwili

posmutniał,  a  Hanna  opadła  ciężko  na  oparcie  kanapy.  –  Przepraszam,  to  źle  zabrzmiało.  Chciałam
powiedzieć, że...

Przerwał jej, podnosząc w górę dłoń. Miał obrażoną minę.
– Wydaje mi się, że powiedziałaś dokładnie to, co miałaś na myśli. Ale przecież próbowałem się

z  tobą  dogadać,  Hanno.  Nie  zapominaj,  że  to  ty  nie  odzywałaś  się  do  mnie  przez  ładnych  parę  lat.  Jak
myślisz, jak się wtedy czułem?

Hanna otworzyła szeroko oczy. Bardzo długo, kiedy tata mieszkał w Annapolis, nie odbierała jego

telefonów,  udając,  że  jest  bardzo  zajęta.  Nie  miała  ochoty  wysłuchiwać  achów  i  ochów  na  temat  Kate,
która wydawała się taka wspaniała w porównaniu z grubą i brzydką Hanną. Nigdy o tym nie rozmawiali.
Hanna myślała, że tata w ogóle tego nie zauważył.

– Przykro mi – wyjąkała.
– Mnie też – odparł tata, wyraźnie obrażony.
Teraz  łzy  jeszcze  szybciej  płynęły  po  policzkach  Hanny.  Po  chwili  tata  przyciągnął  ją  do  siebie

i przytulił. Hanna wytarła oczy i spojrzała na niego.

– Jak chcesz, to zadzwonię do Jeremiaha i poproszę, żeby do nas wrócił. I przyznam się do tego, co

zrobiłam.

Już  sobie  wyobrażała  pełen  satysfakcji  uśmieszek  na  twarzy  Jeremiaha,  kiedy  wyjawi  mu  całą

prawdę.

Pan Marin pokręcił głową.
– On już pracuje dla Tuckera Wilkinsona.
Hanna oniemiała.
– Żartujesz.
–  Chciałbym,  żeby  to  był  żart.  Chyba  rzeczywiście  nie  powinienem  był  mu  ufać.  –  Pan  Marin

podniósł  z  biurka  notatnik  z  napisem:  „TOM  MARIN  NA  SENATORA”.  –  Podaj  mi  wszystkie
informacje  na  temat  tego  Patricka.  E-mail,  numer  telefonu,  wszystko,  co  zapamiętałaś.  To,  co  ci  zrobił,
jest niewybaczalne. Znajdziemy go i zmusimy, żeby za to zapłacił.

Hanna wyciągnęła telefon i podała tacie namiary na Patricka.
– A te pieniądze, które ukradłam? Chcesz, żebym je oddała?
Pan Marin obracał pióro w placach.
– Po prostu pracuj na rzecz mojej kampanii. I tak miałem ci to zaproponować po spotkaniu. Musimy

jakoś przeciągnąć na naszą stronę najmłodszych wyborców. Kate już wyraziła chęć pomocy. A ty?

– Jak to? A od czego masz swój sztab?
– No tak. Ale chciałbym, żebyście i wy się zaangażowały.

background image

Hanna wydęła policzki. Nie uśmiechała się jej wspólna praca z idealną Kate, ale przecież nie mogła

odmówić tacie. Nie w takiej sytuacji.

– Okej.
–  Zupełnie  nie  umiem  rozmawiać  z  młodymi  ludźmi  –  przyznał  się  pan  Marin.  –  Może  wy  dwie

jakoś mnie tego nauczycie.

Hanna zastanawiała się przez chwilę.
– A masz profil na Twitterze?
– Tak, ale nie do końca rozumiem, do czego on służy. – Pan Marin zrobił pokorną minę. – Trzeba

zapraszać ludzi, żeby zostali moimi znajomymi, jak na Facebooku?

–  Niektórzy  obserwują  twój  profil.  Zajmę  się  twoim  kontem.  Możemy  użyć  Twittera,  żeby

zorganizować flash mob.

Pan Marin uniósł brwi.
– A czy przypadkiem w Filadelfii zeszłego lata flash mob nie przerodził się w zamieszki?
–  My  zorganizujemy  kontrolowany  flash  mob  –  uspokoiła  go  Hanna  z  uśmiechem.  –  Możemy

skontaktować  się  ze  studentami  z  któregoś  kampusu,  na  przykład  w  Hollis  albo  w  Hyde,  i  urządzić
improwizowany wiec. Wynajmiemy jakiś zespół. Im fajniejsza będzie taka impreza, tym więcej przyjdzie
ludzi, nawet jeśli nie będą wiedzieli, z jakiej to okazji. Wtedy ty się pojawisz z przemówieniem, a wśród
zebranych zbierzemy głosy poparcia i podpisy.

Pan Marin przekrzywił głowę. W jego oczach pojawił się błysk, taki sam jak wtedy, gdy już miał się

zgodzić na wycieczkę do Hershey Park, o którą Hanna błagała w każdy weekend.

–  Spróbujmy  –  powiedział  wreszcie.  –  Uniwersytet  w  Hyde  to  lepsze  miejsce.  Jest  mniejszy

i położony bliżej Filadelfii. Zajmiesz się organizacją?

– No jasne – odparła Hanna.
Pan Marin nachylił się do niej i dotknął jej dłoni.
–  Widzisz?  Masz  do  tego  smykałkę. A  to,  co  powiedziałaś  wcześniej.  No...  wiesz,  o  tym,  że  nie

zawsze  nam  się  układało.  –  Pan  Marin  ważył  każde  słowo  i  chyba  był  bardzo  spięty.  –  Chcę,  żebyśmy
wreszcie zaczęli się dogadywać.

– Ja też. – Hanna łykała gorzkie łzy. – Ale nie wiem, jak to zrobić.
Pan Marin zastanawiał się przez chwilę.
– Może czasami zostaniesz tutaj na noc?
Hanna podniosła wzrok.
– Słucham?
– To olbrzymi dom. I zawsze czeka tu na ciebie pokój. – Obracał w dłoni srebrne pióro. – Tęsknię

za tobą, Han. Chciałbym cię częściej widywać.

Hanna uśmiechnęła się niewyraźnie i poczuła, że za chwilę znów się rozbeczy. Nie chciała znowu

mieszkać z Kate. Ale zarazem wydawało się jej, że tata zmienił swoje podejście. Może teraz zacznie im
się układać i zapomną o przeszłości.

– Okej – odparła nieśmiało. – Mogłabym zostać u was na kilka dni w przyszłym tygodniu.
– Świetnie! – ucieszył się pan Marin. – Kiedy tylko zechcesz. – Znowu zrobił poważną minę. – I to

już wszystko? Nie masz mi nic więcej do powiedzenia?

Nagle  wspomnienie  o  Tabicie  przemknęło  przez  głowę  Hanny  niczym  jastrząb  pędzący  za  swoją

ofiarą. Zamknęła oczy i odsunęła od siebie złe myśli.

– Oczywiście, że nie.
Tata uśmiechnął się do niej i delikatnie uścisnął jej dłonie.
– Grzeczna dziewczynka.
Hanna  wstała,  pocałowała  tatę  w  policzek  i  wyszła.  Wszystko  potoczyło  się  lepiej,  niż  myślała.

background image

I pewnie udało się jej pokrzyżować plany A.

Ale kiedy tylko wyszła z domu, zauważyła jakąś kartkę wetkniętą pod przednią oponę samochodu.

Była  to  zmięta  ulotka  reklamująca Śliczną  zabójczynię,  film  telewizyjny,  który  nadano  tego  wieczoru,
kiedy pojawiły się pierwsze doniesienia o odnalezieniu ciała Tabithy.

Ali  na  zdjęciu  miała  hipnotyczne  błękitne  oczy  i  złowrogi  uśmiech.  Wyglądała  jak  żywa,  jakby  za

moment  miała  wyskoczyć  z  fotografii.  Hanna  usłyszała  w  oddali  znajomy  chichot.  Odwróciła  się
i rozejrzała po okolicy. Ulica była pusta, ale ona czuła na sobie czyjś wzrok. Ten ktoś znał wszystkie jej
tajemnice. I chciał wyjawić je całemu światu.

background image

5

MAŁA SYRENKA

– Nie rozumiem, czemu idziemy na tę imprezę dopiero o północy. – Emily wierciła się niecierpliwie

na krześle z leżącą na nim poduszką ozdobioną rysunkiem kurczaczka, w kuchni w jej rodzinnym domu. –
Mówiłaś, że zaczyna się o dziewiątej.

Beth malowała cieniem powieki Emily.
– Nikt nie chodzi na imprezy o dziewiątej. Prawdziwi imprezowicze nie zjawiają się przed północą.
– A niby skąd ty to wiesz, panno porządnicka?
– Porządnicka? – Beth prychnęła z pogardą. – Nie żartuj!
– Nie tak głośno! – wyszeptała Emily.
Minęła  jedenasta  i  rodzice  Emily  poszli  już  spać.  Wcześniej  wszyscy  zjedli  na  kolację  pieczeń,

zagrali  w  kalambury  i  obejrzeli  potwornie  nudny  film  o  historii  kolei.  Mama  i  tata  nie  mieli  zielonego
pojęcia, że Emily i Beth wychodzą na imprezę, która odbywała się w lofcie w Filadelfii. Miały spotkać
mnóstwo studentów i wypić morze alkoholu.

Przez  ostatnią  godzinę  Beth  robiła  Emily  makijaż,  za  pomocą  lokówki  zamieniła  jej  proste  blond

włosy w sprężyste, seksowne pukle, a nawet kazała jej włożyć czarny satynowy stanik typu push-up, który
Emily kupiła w butiku Victoria’s Secret razem z Mayą St. Germain, swoją niegdysiejszą dziewczyną.

– Jak zmienisz wygląd, to od razu poprawi ci się nastrój – radziła Beth.
Emily  miała  ochotę  powiedzieć,  że  jej  nastrój  by  się  poprawił,  gdyby  się  okazało,  że  historia

o zabiciu Tabithy wydarzyła się tylko w jej snach. Ale doceniała wysiłek Beth.

– I proszę. Twoja transformacja się dokonała – oznajmiła Beth, szminkując usta Emily. – Spójrz.
Wręczyła  Emily  lusterko  w  żółtej  ramce.  Emily  spojrzała  na  swoje  odbicie  i  westchnęła.  Jej

pomalowane  ciemnymi  cieniami  oczy  wyglądały  niezwykle  uwodzicielsko,  róż  podkreślał  kości
policzkowe,  a  usta  wydawały  się  tak  pełne,  że  aż  prosiły  się  o  pocałunek.  Przypomniało  się  jej,  jak
w czasie ich wspólnych imprez Ali robiła sobie makijaż. Wszystkie przyjaciółki namawiały Emily, żeby
choć trochę się malowała do szkoły, ale ona za bardzo się bała, że coś sknoci.

Beth  położyła  jej  na  kolanach  czarną  sukienkę  na  ramiączkach  w  stylu  lat  dwudziestych  i  czarną

opaskę z piórem.

– A teraz to włóż. I wtedy będziesz gotowa na bal.
Emily spojrzała na swoje dresowe spodnie po Ali, które nadal miała na sobie. Chętnie zapytałaby

Beth, czy mogłaby w nich zostać, ale nie chciała przeciągać struny.

– A nie mogę pójść w dżinsach?
Beth rzuciła jej gniewne spojrzenie.
– To bal przebierańców! Poza tym dżinsy to mało elegancki strój. A ty masz dziś kogoś poderwać.
Poderwać? Emily uniosła świeżo wyregulowaną brew. Od kiedy tylko Beth stanęła w progu domu,

zachowywała  się  jak  nie  ona.  Emily  słyszała,  jak  jej  siostra  słucha  w  swoimi  pokoju  na  cały  regulator
L’il  Kim  i  śpiewa  razem  z  nią,  nie  omijając  nawet  najbardziej  wulgarnych  fragmentów  tekstu.  Beth
pokazała też Emily zdjęcie Briana, jej nowego chłopaka i głównego trenera drużyny pływackiej.

– Kim jesteś i co zrobiłaś z moją siostrą? – zażartowała Emily, biorąc od Beth sukienkę.
– Co? Nie pamiętasz już, że lubię ryzykowne akcje? – odparła Beth.
– Pamiętam, że zazwyczaj zachowywałaś się jak Carolyn – przekomarzała się Emily z kwaśną miną.

background image

Beth odchyliła się nieco w tył.
– Pokłóciłyście się?
Emily  odwróciła  wzrok  i  spojrzała  na  lodówkę.  Mama,  jak  zawsze  zapięta  na  ostatni  guzik,

przykleiła  na  drzwiach  menu  kolacji  na  cały  tydzień.  W  poniedziałek  miała  podać  taco.  We  wtorek
spaghetti z klopsikami. Jak zwykle.

Beth położyła dłoń na podbródku, jak gospodyni telewizyjnego talk-show.
– No dalej. Gadaj.
Emily  bardzo  chciała  się  zwierzyć.  Mogłaby  powiedzieć:  „Carolyn  zawsze  dawała  mi  do

zrozumienia,  że  jestem  okropną  córką.  A  ja  chciałam  tylko,  żeby  mnie  przytuliła  i  powiedziała,  że
wszystko będzie w porządku. Ale ona tego nigdy nie zrobiła. Nawet nie pojechała ze mną na porodówkę.
Dowiedziała się o wszystkim po fakcie i zachowywała się tak, jakby nic się nie stało”.

Ale  Emily  tylko  wzruszyła  ramionami  i  się  odwróciła.  Nie  mogła  znieść  bólu  i  ciężaru  swoich

sekretów.

– Nieważne. Takie tam bzdury.
Beth patrzyła na Emily tak, jakby dobrze wiedziała, że siostra coś ukrywa. Potem jednak odwróciła

się i spojrzała na zegar w kuchence mikrofalowej.

– No dobra, moja elegantko. Ruszamy za dziesięć minut.

Impreza  odbywała  się  w  Old  City,  dzielnicy,  w  której  –  jak  na  ironię  –  miał  też  swój  gabinet

ginekolog Emily. Znalazły miejsce do parkowania naprzeciwko industrialnego budynku. Beth w koronie
Statuy Wolności, długiej, zielonej sukience stylizowanej na grecką szatę i sandałach przeszła przez ulicę
wyłożoną  kocimi  łbami  i  weszła  do  windy.  Razem  z  nimi  do  windy  wpakował  się  tłum  ludzi
w pieczołowicie przygotowanych kostiumach. W małej przestrzeni nagle rozszedł się zapach dezodorantu
i  alkoholu.  Kilku  chłopaków  w  pasiastych  garniturach  i  gangsterskich  kapeluszach  spojrzało  z  aprobatą
na  Emily.  Beth  z  entuzjazmem  szturchnęła  ją  łokciem,  ale  Emily  tylko  poprawiła  opaskę  z  piórem
i spojrzała na wiszącą na ścianie tabliczkę z zasadami bezpiecznego korzystania z windy, zastanawiając
się, kiedy ostatnio robiono tu przegląd techniczny. „Jeśli nie urwie się pod ciężarem tego tłumu, zostanę
tu na godzinę”, powiedziała do siebie w myślach.

Kiedy  winda,  skrzypiąc,  wyjeżdżała  na  trzecie  piętro,  zza  ścian  dochodziła  coraz  głośniejsza

muzyka.  Emily  i  Beth  weszły  do  ciemnego  loftu  pełnego  małych  świeczek,  wielkich  gobelinów
i  obrazów.  W  środku  kłębił  się  tłum  ludzi.  Na  parkiecie  Cher  wiła  się  w  tańcu  z  Frankensteinem.  Zła
królowa  z Królewny Śnieżki, kołysząc biodrami, tańczyła z dinozaurem Barneyem. Na stole zaś wił się
zombie, a dwóch Obcych machało do samochodów, stojąc na schodach przeciwpożarowych.

– Kto tu jest gospodarzem!? – krzyknęła Emily.
Jej siostra podniosła w górę dłonie.
–  Nie  mam  pojęcia.  Dostałam  zaproszenie  na  Twitterze.  Ta  impreza  nazywa  się  „Marcowy  Szał

Potworów”.

Okna  sięgające  od  podłogi  do  sufitu  wychodziły  na  promenadę  nad  rzeką  Delaware.  Emily

wyciągnęła  szyję  i  zobaczyła  Posejdona,  restaurację,  w  której  pracowała  zeszłego  lata.  Tylko  tam
zaproponowano  jej  ubezpieczenie  zdrowotne  –  Emily  już  sobie  wyobrażała,  jak  na  rachunku
ubezpieczeniowym  rodziców  pojawi  się  informacja:  „badanie  prenatalne”  –  dlatego  każdego  dnia
pracowała w pocie czoła. Bolały ją kostki, traciła głos od ciągłego wołania: „Jo ho, ho!” zachrypniętym
głosem  pirata,  a  żołądek  podchodził  jej  do  gardła.  Kiedy  wracała  do  pokoju  w  akademiku  Temple,
śmierdziała smażonymi krabami.

Beth zamówiła w barze cztery szoty.

background image

– Do dna! – zawołała radośnie, wręczając Emily dwa kieliszki.
Emily  spojrzała  podejrzliwie  na  alkohol  o  ciemnobrązowej  barwie.  Pachniał  jak  mentolowe

pastylki,  które  tata  kazał  jej  ssać,  gdy  bolało  ją  gardło.  Wypiła  bez  gadania.  Nagle  coś  uderzyło  ją
w ramię. Dziewczyna w zielonej peruce i stroju z syrenim ogonem o mało jej nie przewróciła.

–  Przepraszam!  –  zawołała.  Zmierzyła  Emily  wzrokiem  od  stóp  do  głów  i  uśmiechnęła  się.  –

Zabójczo!

Emily cofnęła się o krok i poczuła, jak kamienieje.
– Słucham?
– Twój strój. – Dziewczyna delikatnie ścisnęła w dłoni materiał sukienki Emily. – Zabójczy!
–  Ach.  Dzię-dziękuję.  –  Emily  się  uspokoiła.  Oczywiście  ta  nieznajoma  wcale  nie  chciała  jej

nazwać „Zabójcą”.

–  To  moja  sukienka  –  wtrąciła  się  Beth  i  objęła  ramieniem  Emily.  –  Ale  ona  wygląda  w  niej

zachwycająco, prawda? Próbuję ją trochę rozruszać, żeby dziś nabroiła, zatańczyła na stole, całowała się
z jakimś nieznajomym, przeszła w samej bieliźnie po głównej ulicy miasta...

Syrenie zaświeciły się oczy. Wyglądała jak seksowna, zielonowłosa wersja Ariel z Małej Syrenki.
– Ooo, to mi się podoba. Trzeba sobie zapracować na miano niegrzecznej dziewczynki.
Beth przybiła piątkę z nieznajomą.
– Od czego chcesz zacząć, Em?
– Może od całowania się z jakimś nieznajomym? – zaproponowała syrena.
– Albo od kradzieży czyjejś bielizny – dodała Beth.
– Fuj! – Emily zmarszczyła nos.
Beth wzięła się pod boki.
– No dobra, to wymyśl coś lepszego.
Emily  odwróciła  się  od  siostry  i  rozejrzała  w  tłumie,  bo  niespecjalnie  przypadła  jej  do  gustu

propozycja,  by  zamieniała  się  w  niegrzeczną  dziewczynkę.  Z  głośników  dudniła  szybka,  energetyzująca
muzyka,  która  w  niczym  nie  przypominała  przebojów  puszczanych  przez  DJ-ów  w  czasie  szkolnych
dyskotek w Rosewood Day. Dwie dziewczyny w hippisowskich strojach stały w rogu, trzymając się za
ręce. Jakaś para przebrana za żołnierzy Imperium z Gwiezdnych wojen piła szoty na kanapie pod oknem.

Nagle syrena złapała ją za rękę, nachyliła się do niej i pocałowała ją w usta. Emily zamarła. Ostatni

raz  całowała  się  z  Prawdziwą Ali  w  zeszłym  roku. A  usta  tej  dziewczyny  wydały  jej  się  tak  miękkie
i ciepłe.

Syrena odsunęła się od niej z uśmiechem.
–  I  proszę.  Możesz  wykreślić  już  jedną  pozycję  z  listy  obowiązków.  Pocałowałaś  kogoś

nieznajomego.

– To się nie liczy! – zawołała Beth. – To ona cię pocałowała! Teraz ty masz kogoś pocałować!
– O tak, wybierz kogoś! – Syrena klasnęła. – A jeszcze lepiej, zamknij oczy, zrób obrót i wybierz

tego, na kogo trafisz!

Emily  z  trudem  łapała  oddech,  a  na  ustach  nadal  czuła  ukłucia  tysiąca  igiełek.  Pocałunek  był

cudowny i dodał jej odwagi. Nagle nabrała ochoty, by pokazać tej nieznajomej, że niczego się nie boi.
I że warto pocałować ją jeszcze raz. Z wyciągniętym przed siebie palcem zrobiła obrót. Kiedy otworzyła
oczy, okazało się, że pokazuje na wysoką, bardzo ładną dziewczynę w okularach w ciemnych oprawkach
i stroju Supermana z peleryną.

– Supergirl! – zawołała Beth i lekko popchnęła Emily. – No dalej!
Pod  wpływem  adrenaliny  Emily  wypiła  drugiego  szota  i  podeszła  do  dziewczyny,  w  nadziei  że

syrena  nadal  na  nią  patrzy.  Supergirl  rozmawiała  z  jakimiś  chłopakami.  Emily  chwyciła  ją  za  rękę
i powiedziała:

background image

– Przepraszam?
Kiedy Supergirl się odwróciła z pytającym wyrazem twarzy, Emily stanęła na palcach i pocałowała

ją  prosto  w  usta.  Najpierw  dziewczyna  w  szoku  zacisnęła  wargi,  ale  po  chwili  rozluźniła  je
i odwzajemniła pocałunek. Jej usta miały smak jagodowego błyszczyka.

Emily odsunęła się, puściła oko do Supergirl i wróciła do siostry.
– No i? – zapytała Beth. – Jak było?
–  Zabawnie!  –  przyznała  Emily,  która  czuła,  jak  różowieją  jej  policzki.  Nabierała  ochoty  do

zabawy. Rozejrzała się w poszukiwaniu syreny, ale ta zniknęła. Emily próbowała ukryć rozczarowanie.

– To dobrze – powiedziała Beth. Wzięła Emily za ręce i zakołysała nimi lekko. – Co chcesz teraz

robić?

Emily odwróciła się i pokazała na kanapę.
– Poskakać?
– Do dzieła!
Beth  popchnęła  Emily,  która  ostrożnie  weszła  na  kanapę  i  zaczęła  lekko  podskakiwać.  Już  miała

zejść,  kiedy  jakiś  facet  w  sombrero  i  ozdobnej  meksykańskiej  kamizelce  uśmiechnął  się  do  niej.  „No
dalej!”, powiedział bezgłośnie, pokazując jej wyciągnięty kciuk. Emily podskoczyła wyżej i uśmiechnęła
się od ucha do ucha. Nagle poczuła się jak u siebie w domu, gdzie uwielbiała skakać na kanapie, kiedy
tylko mama spuściła ją z oka. Z każdym skokiem czuła się bardziej wolna i lżejsza. Dzięki Beth znowu
potrafiła się śmiać.

Kolejne  wyzwania  były  coraz  śmielsze.  Wyłudziła  papierosa  od  wysokiego  Azjaty  w  pirackiej

bandanie na głowie. Przebiegła przez parkiet, szczypiąc tańczące dziewczyny w pośladki. Beth kazała jej
podejść do wielkiego okna wychodzącego na ruchliwą ulicę i pokazać majtki. Emily już miała wykonać
polecenie,  gdy  przypomniała  sobie,  że  jeśli  podciągnie  sukienkę,  Beth  może  zobaczyć  jej  bliznę  po
cesarskim  cięciu.  Zamiast  tego  wykonała  w  oknie  dziki  taniec  dla  kierowców  jadących  ulicą.  Gdy
spełniała kolejne szalone zachcianki siostry, robiło się jej coraz lżej na duszy, jakby pozbyła się tamtej
wiecznie przerażonej Emily niczym starego ubrania, które rzuca się w kąt.

Kiedy namówiła DJ-a, żeby pokazał jej, jak zmieniać płyty, podbiegła do Beth i  mocno ją uścisnęła.
– Tu jest super. Dzięki.
– Nie mówiłam, że przyda ci się trochę rozrywki – przekomarzała się Beth. – A co z naszą morską

boginią? – Pokazała palcem na syrenę, która wiła się na parkiecie. – Spodobałaś się jej. Poderwij ją.

– Wcale się jej nie podobam – obruszyła się Emily.
Ale i tak rzuciła okiem na syrenę. Lśniąca, zielona sukienka opinała wszystkie jej krągłości. Kiedy

zobaczyła, że Emily na nią patrzy, posłała jej całusa.

Gdy  Emily  i  Beth  stały  w  kolejce  do  baru  po  kolejne  drinki,  syrena  podeszła  do  nich  tanecznym

krokiem.

– Wiecie, kto tu jest gospodarzem? – spytała Emily.
Dziewczyna poprawiła zieloną perukę.
–  Chyba  nikt  z  obecnych  –  odrzekła.  –  Słyszałam,  że  to  mieszkanie  należy  do  jakiejś  grubej  ryby

z przemysłu fonograficznego. Dowiedziałam się o tym z internetu.

Obok przeszło kilka dziewczyn spowitych zapachem marihuany. Emily zeszła im z drogi.
– Mieszkasz tutaj?
– Na przedmieściach. – Dziewczyna się skrzywiła. – Wiem, nuda.
– Ja też. W Rosewood. – Na sam dźwięk tego słowa Emily przeszył dreszcz. Bała się, że jak tylko ta

dziewczyna bliżej jej się przyjrzy, rozpozna w niej jedną z bohaterek Ślicznej zabójczyni.

Ale ona tylko wzruszyła ramionami.
– Chodzę do prywatnej szkoły niedaleko stąd. Na szczęście już kończę.

background image

–  A  na  którą  idziesz  uczelnię?  –  Emily  dostrzegła  breloczek  z  emblematem  Uniwersytetu

Pensylwanii przypięty do suwaka drogiej złotej torebki. – Penn?

Przez twarz dziewczyny przemknął cień rozczarowania.
– Nie sądzę, żeby chcieli mnie na jakiejkolwiek uczelni. – Chwyciła Emily za rękę i jej twarz znowu

się  rozpromieniła.  –  Mam  dla  ciebie  kolejne  wyzwanie,  łobuzie.  –  Pokazała  na  stojącą  po  przeciwnej
stronie dziewczynę w kombinezonie z frędzlami w stylu Pocahontas i wielkim indiańskim pióropuszu. –
Ukradnij jej to. I włóż. Na pewno będziesz w tym seksownie wyglądała.

Emily przeszły ciarki. Może Beth się nie myliła i ta dziewczyna naprawdę polubiła Emily.
– Dobra.
Ze  śmiechem  przebiegła  przez  parkiet  i  stanęła  o  krok  od  Pocahontas.  Jednym  szybkim

i zdecydowanym ruchem zerwała pióropusz z jej głowy. Nagle poczuła, że trzyma w ramionach mnóstwo
piór. Pocahontas dotknęła swojej głowy. Odwróciła się dokładnie wtedy, gdy Emily włożyła pióropusz
i zaczęła dziko biegać po całym lofcie.

– Niezły z ciebie numer! –  zawołała  z  uznaniem  syrena,  kiedy  Emily  do  niej  wróciła.  –  Kiedy  się

spotkamy? Umrę, jeśli się nie zaprzyjaźnimy.

Emily miała na końcu języka, że liczy na coś więcej niż przyjaźń.
–  Daj  mi  swoje  namiary  –  powiedziała,  wyciągając  telefon.  –  O  Boże,  właśnie  sobie  zdałam

sprawę, że nawet nie wiem, jak ci na imię.

– Gdzie moje maniery? – Dziewczyna powoli przesunęła palcem po logo swojej torebki. – Jestem

Kay.

–  A  ja  Emily.  –  Posłała  syrenie  szeroki  uśmiech  i  podała  jej  swój  zastrzeżony  numer  telefonu.

Obiecywała sobie, że nie da go nikomu poza rodziną i najbliższymi przyjaciółkami, ale teraz pomyślała,
że na taki pomysł mogła wpaść tylko przerażona Stara Emily.

A tej nocy Starą Emily zostawiła daleko w tyle.

background image

6

UPADŁA GWIAZDA

Następnego  ranka  Spencer  przysiadła  na  krawędzi  wyściełanego  zielonym  pluszem  krzesła  w  auli

Rosewood  Day.  Trzymała  w  ręku  sfatygowany  egzemplarz  Makbeta.  Różowym  markerem  zaznaczyła
wszystkie  kwestie  lady  Makbet,  którą  grała  w  szkolnym  przedstawieniu.  Kiedy  nerwowo  czytała
pierwszą scenę, Pierre Castle, nowy nauczyciel aktorstwa i reżyserii, klasnął.

– Okej! Lady M., prosimy na scenę!
Pierre,  który  nalegał,  by  uczniowie  zwracali  się  do  niego  po  imieniu,  nie  wypowiadał  imienia

Makbet. Wedle starej przepowiedni ci, którzy mówili je na głos, zapadali na śmiertelną gorączkę, ulegali
poważnym poparzeniom, byli napadani i umierali zasztyletowani. Dziś Pierre po raz pierwszy prowadził
próbę  jako  reżyser,  ale  na  razie  zdążył  tylko  zdezorientować  pierwszoklasistów,  mówił  bowiem  o
przedstawieniu  „szkocka  sztuka”,  a  zwracając  się  do  Makbeta  i  lady  Makbet,  używał  tylko  pierwszej
litery.  Pierre  przejął  reżyserię,  gdy  Christophe,  stary  i  szanowany  przez  wszystkich  nauczyciel  reżyser,
wyjechał ze swoim partnerem do Włoch. Wszyscy uwielbiali Pierre’a. Pracował jako kierownik literacki
przy  przedstawieniu Cymbelina  w  Filadelfii  i  wystawił  kilka  sztuk  Szekspira  w  teatrze  na  wolnym
powietrzu w Nowym Jorku.

Spencer włożyła scenopis pod pachę i na chwiejnych nogach wyszła po schodkach na scenę. Przez

całą  noc  nie  zmrużyła  oka  i  do  białego  rana  przewracała  się  z  boku  na  bok,  próbując  zrozumieć,  jak
komisja rekrutacyjna mogła się tak pomylić. O drugiej nad ranem wstała z łóżka i jeszcze raz przeczytała
list.  Miała  nadzieję,  że  to  jakiś  głupi  żart.  Niestety,  sprawdziła  w  internecie,  że  Bettina  Bloom  to
rzeczywiście  przewodnicząca  komisji  rekrutacyjnej  w  Princeton.  Na  zdjęciu  wyglądała  niezwykle
szykownie.

Nie  mieściło  się  jej  w  głowie,  że  na  świecie  istnieje  ktoś  jeszcze,  kto  nosi  takie  samo  nazwisko

i  odnosi  sukcesy  w  nauce.  Wpisała  też  do  wyszukiwarki  nazwisko  Spencera  F.,  bo  tak  zaczęła  go
nazywać na własny użytek. Dowiedziała się, że Spencer Francis Hastings w wieku szesnastu lat ubiegał
się  o  urząd  burmistrza  w  Darien,  w  stanie  Connecticut,  i  o  mało  nie  wygrał.  Na  swoim  profilu  na
Facebooku  chwalił  się,  że  w  zeszłym  roku  razem  z  ojcem  opłynął  świat  dookoła,  a  w  drugiej  klasie
liceum dostał jedną z nagród w konkursie nauk ścisłych zorganizowanym przez wielkie przedsiębiorstwo
energetyczne.  Na  wszystkich  zdjęciach  wyglądał  jak  wymuskany  przystojniak,  który  w  towarzystwie
starszych dam zawsze zachowuje się nienagannie, ale też chodzi z sześcioma dziewczynami naraz. Kiedy
Spencer  F.  dostał  z  Princeton  list  zawiadamiający  o  pomyłce,  pewnie  tylko  wzruszył  ramionami
i  skontaktował  się  z  jakimś  zaprzyjaźnionym  zagranicznym  dygnitarzem  albo  sławnym  reżyserem
z Hollywood, prosząc, by szepnęli słówko na jego temat komisji rekrutacyjnej.

Spencer uważała, że to nie fair. Pracowała ciężko, o wiele za ciężko, żeby dostać się do Princeton.

Zapewniła  sobie  miejsce  na  uczelni  kosztem  innych.  Przede  wszystkim  zeszłego  lata  zrujnowała
przyszłość Kelsey. Więc to ona powinna zostać przyjęta, a nie Spencer F.

Choć Spencer nie kandydowała na burmistrza, to mogła się poszczycić sukcesami teatralnymi. Grała

główną  rolę  w  każdym  szkolnym  przedstawieniu,  począwszy  od  tytułowej  postaci  w Małej  czerwonej
kurce
,  wystawionej  w  pierwszej  klasie.  Od  tamtej  pory  udało  się  jej  nawet  wygrać  z  Ali  –  czyli  tak
naprawdę Courtney – gdy w siódmej klasie obie ubiegały się o rolę Laury  w Szklanej menażerii. Wtedy
nawet licealiści chwalili jej bardzo dojrzałą i wrażliwą grę. W ósmej klasie, po zniknięciu Ali – którą
zabiła  Prawdziwa  Ali  –  zagrała  Marię  w Zmierzchu  długiego  dnia  i  dostała  owację  na  stojąco.  Nie

background image

zagrała tylko w wystawianym w zeszłym roku Hamlecie, bo za plagiat pracy nagrodzonej Złotą Orchideą
ukarano  ją  zakazem  udziału  we  wszystkich  zajęciach  pozalekcyjnych.  Opatrzność  czuwała  nad  nią,  gdy
podjęto  decyzję  o  wystawieniu  w  tym  roku Makbeta.  Spencer  dostała  bardzo  trudną  rolę  lady  Makbet,
dzięki której mogła zrobić dobre wrażenie na członkach komisji w Princeton. To powinno wystarczyć, by
zatriumfowała nad Spencerem F.

Deski  sceniczne  skrzypiały,  gdy  Spencer  szła  po  nich  w  szarobłękitnych  baletkach  od  J.  Crew.

Pierre,  ubrany  od  stóp  do  głów  na  czarno,  z  czarnymi  kreskami  wokół  oczu,  przystawił  do  ust  srebrne
pióro Mont Blanc.

– Dziś próbujemy scenę lunatykowania, lady M. Pracowałaś już nad tym z Christophe’em?
– Oczywiście – skłamała Spencer.
Właściwie  Christophe,  zajęty  przeprowadzką,  założył,  że  Spencer  zna  swoją  rolę  i  nie  musi

próbować. Wzrok Pierre’a powędrował w stronę skryptu trzymanego przez Spencer.

– Jeszcze nie umiesz roli? Premiera za niecałe dwa tygodnie!
– Znam prawie wszystkie kwestie na pamięć – broniła się Spencer, choć prawda nie wyglądała tak

różowo.

Gdzieś z lewej strony dobiegł ją pogardliwy chichot.
– Na pewno by jej nie przyjęli do teatru studenckiego w Yale – powiedział ktoś cicho.
Spencer  się  odwróciła.  Głos  należał  do  Beau  Braswella,  nowego  ucznia  w  Rosewood  Day

i partnera scenicznego Spencer.

– Słucham? – zapytała zirytowana Spencer.
Beau zacisnął usta.
– Nic.
Och. Spencer odwróciła się i podwinęła rękawy szkolnego żakietu. Beau przeprowadził się tu z Los

Angeles.  Miał  wysokie  kości  policzkowe,  długie  ciemne  włosy,  pozornie  niedbały  zarost  i  jeździł  na
rozklekotanym  motorze,  nic  więc  dziwnego,  że  wkrótce  został  gwiazdą  szkolnego  kółka  teatralnego.
Podobał  się  wszystkim  dziewczynom,  oczywiście  z  wyjątkiem  Spencer.  W  zeszłym  miesiącu,  kiedy
ogłoszono listę osób przyjętych w pierwszej turze na uczelnie, niby mimochodem wspomniał, że dostał
się na studia aktorskie do Yale. „Mimochodem wspominał” o tym codziennie. I to tak, żeby dowiedziała
się o tym cała szkoła. Dlatego ta uwaga na temat Yale tak ubodła Spencer, szczególnie że jej przyszłość
niespodziewanie stanęła pod znakiem zapytania.

– No dobra. – Pierre postukał piórem w skrypt, a Spencer aż podskoczyła ze strachu. – Zacznijmy od

początku sceny. Lekarz? Dama? – Spojrzał na Mike’a Montgomery’ego i Colleen Lowry, którzy również
grali w tej scenie. – Wy obserwujecie z boku, jak lady M. odchodzi od zmysłów. I... akcja!

Mike, grający lekarza lady Makbet, zwrócił się do damy dworu z pytaniem, od jak dawna jej pani

lunatykuje.  Colleen  odparła,  że  królowa  wstała  z  łoża  w  środku  nocy,  napisała  coś  na  kartce,  a  potem
zapieczętowała swój sekret.

Potem  Pierre  pokazał  na  Spencer,  która  gorączkowo  zacierając  dłonie,  wypowiedziała  swoją

pierwszą kwestię.

– „A jednak wciąż jest plama...”

1

 – Wypowiedziała te słowa z ogromnym napięciem, jak wariatka,

która zabiła króla, a teraz wyrzuty sumienia nie dają jej spokoju.

– „Cicho, mówi coś”

2

 – wyrecytował Mike.

– „Przeklęta plamo, precz! Precz, powiadam!”

3

 – zawyła Spencer.

Spojrzała  na  skrypt  i  zdążyła  wyrecytować  jeszcze  kilka  kolejnych  kwestii.  Ale  kiedy  tylko

powiedziała, że nadal czuje na skórze zapach krwi króla, Pierre wydał przeciągły jęk.

– Cięcie! – zawołał. – Spencer, musisz wykrzesać z siebie więcej emocji. Więcej poczucia winy.

Dopadły  cię  wszystkie  twoje  demony.  Zsyłają  na  ciebie  koszmary,  a  ty  wciąż  widzisz  krew  na  swoich

background image

dłoniach. Spróbuj sobie wyobrazić, jak musi czuć się ktoś, kto zabił drugiego człowieka.

„Tego akurat nie muszę sobie wyobrażać”, pomyślała Spencer i na samą myśl o Tabicie przeszył ją

dreszcz.  A  jeśli  komisja  rekrutacyjna  w  Princeton  dowie  się  o  całej  sprawie?  Na  przykład  od  A.?
Przerażona zamknęła oczy, choć rozpoczęła się już scena.

– Spencer? – poganiał ją Pierre.
Spencer  zamrugała.  Nie  słuchała  swoich  partnerów  scenicznych,  a  teraz  reżyser  patrzył  na  nią

wymownie.

– Hm, przepraszam, w którym miejscu jesteśmy?
Pierre wyglądał na zirytowanego.
– Mike, możesz powtórzyć swoją ostatnią kwestię?
–  „Wobec  takiej  choroby  moja  sztuka  jest  bezradna.  Znam  jednak  przypadki  chodzenia  we  śnie,

w których chory umierał w końcu bogobojnie we własnym łóżku”

4

 – powiedział Mike.

Spencer spojrzała na skrypt.
– „Umyj ręce. Przebierz się w nocny strój...”

5

Kiedy tylko wypowiedziała te słowa, znów odpłynęła myślami. A jeśli ktoś w Princeton dowie się

o  historii  z  Kelsey?  Policjanci  twierdzili,  że  w  kartotece  Spencer  nie  zostanie  żaden  ślad,  ale  może
komisja rekrutacyjna miała własne sposoby weryfikacji kandydatów.

Wróciła  pamięcią  do  tamtej  czerwcowej  nocy,  kiedy  poznała  Kelsey  w  barze  McGillicuddy’s  na

kampusie Uniwersytetu Pensylwanii. Podłoga aż się lepiła od rozlanego piwa, w telewizorze z płaskim
ekranem leciał mecz futbolowy z udziałem lokalnej drużyny, a barmani ustawiali na ladzie rzędy szotów
w neonowych barwach. W lokalu roiło się od uczestników szkoły letniej, w większości niepełnoletnich.
Spencer stała koło chłopaka o nazwisku Phineas O’Connell, który siedział za nią na zajęciach z chemii.

–  Za  sześć  tygodni  zdajesz  egzaminy  z  rozszerzonych  przedmiotów?  –  zapytał  Phineas  nad  kuflem

guinnessa.  Wyglądał  uroczo  z  cieniowanymi  włosami  i  w  podkoszulku  vintage,  jak  Justin  Bieber
w wersji emo. – Upadłaś na głowę?

Spencer  nonszalancko  wzruszyła  ramionami,  udając,  że  to  karkołomne  zadanie  wcale  jej  nie

przerasta. Jej wyniki na koniec roku w poprzedniej klasie pozostawiały wiele do życzenia. Dostała trzy
czwórki i spadła na dwudzieste siódme miejsce w klasowym rankingu. Nie mogła sobie na to pozwolić.
Tylko doskonałe wyniki z czterech egzaminów z rozszerzonych przedmiotów mogły uratować jej średnią
i zapewnić miejsce na renomowanym uniwersytecie.

– Ja też zdaję cztery rozszerzone egzaminy – powiedział jakiś głos.
Za  nimi  stała  niewysoka  dziewczyna  o  cynamonoworudych  włosach  i  zielonych  oczach,  w  których

czaił  się  radosny  błysk.  Spencer  widziała  ją  już  w  akademiku.  Miała  na  sobie  wyblakły  podkoszulek
z emblematem ekskluzywnej, położonej niedaleko Rosewood szkoły St. Agnes oraz espadryle od Marca
Jacobsa w piaskowym kolorze, które dopiero co pojawiły się w sklepach. Spencer miała na nogach takie
same buty, tylko niebieskie.

Spencer uśmiechnęła się ze współczuciem.
– Dobrze wiedzieć, że nie jestem jedyną wariatką na świecie.
–  Chyba  muszę  się  sklonować,  żeby  zdążyć  z  robotą  –  zaśmiała  się  dziewczyna.  –  I  zamordować

moją współlokatorkę. Na okrągło słucha piosenek z Glee i niestety sama podśpiewuje. – Przystawiła dwa
palce do skroni, naśladując dźwięk wystrzału.

–  Nie  musisz  się  klonować  ani  przenosić  do  innego  pokoju.  –  Phineas  okręcił  wokół  palca  sygnet

z zielonym oczkiem, taki jakie wręczano po ukończeniu szkoły średniej. – Jeśli naprawdę chcecie zdać te
egzaminy, mam coś, co wam ułatwi to zadanie.

Spencer położyła dłonie na biodrach.
– Nie żartuję. Zrobię wszystko.

background image

Phineas spojrzał na drugą dziewczynę.
– Ja też nie żartuję – powiedziała nieznajoma po chwili.
– No to chodźcie ze mną.
Phineas  wziął  Spencer  i  dopiero  co  poznaną  dziewczynę  pod  rękę  i  zaprowadził  je  za  bar.  Kiedy

szli, dziewczyna spojrzała na Spencer.

– Czy ja cię skądś znam? Wyglądasz znajomo.
Spencer zacisnęła zęby. Wszyscy ją kojarzyli, bo do niedawna co chwila jej zdjęcie pojawiało się

w  wiadomościach  i  na  łamach  „People”  jako  jednej  z  ofiar  knowań  przyjaciółki,  która  teraz  już
najprawdopodobniej nie żyła.

– Spencer Hastings – przedstawiła się bezceremonialnie.
Dziewczyna zatrzymała się i skinęła głową.
–  Jestem  Kelsey. A  tak  w  ogóle,  masz  superbuty.  Ty  też  zapisałaś  się  na  Sekretną  Listę  Zakupów

w Saksie?

– No pewnie.
Kelsey uderzyła biodrem o jej biodro. I na tym zakończyła się ich rozmowa. Spencer miała ochotę ją

uściskać  za  to,  że  nawet  nie  wspomniała  o  Alison  DiLaurentis,  zamianie  miejsc  bliźniaczek
i wiadomościach od A.

– Lady M.? – odezwał się głos pełen gniewu.
Pierre wyglądał tak, jakby za chwilę miał wybuchnąć.
– Yyy... – Spencer się rozejrzała. Mike i Colleen schowali się w kulisach. Czy scena się skończyła?
Pierre gestem kazał Spencer zejść na widownię.
– Wiedźmy? Wasza kolej!
Wiedźmy,  grane  przez  przyrodnią  siostrę  Hanny  Kate  Randall,  Naomi  Zeigler  i  Riley  Wolfe,

zerwały się na równe nogi z tylnych rzędów widowni. Nie zdążyły dokończyć manicure’u.

– Hej, Beau – przywitała się wchodząca na scenę Riley i zatrzepotała bladymi, krótkimi rzęsami.
– Hej – odpowiedział Beau, posyłając każdej z dziewczyn triumfalny uśmiech. – Przećwiczyłyście

szyderczy śmiech i magiczne zaklęcia?

– Oczywiście – zachichotała Naomi, zakładając kosmyk blond włosów za ucho.
–  Chciałabym  naprawdę  umieć  czarować  –  powiedziała  Riley.  –  Wtedy  kazałabym  Pierre’owi

obsadzić się w roli twojej żony, a Spencer musiałaby mi ustąpić.

Cała trójka wbiła wzrok w Spencer. Ona rzadko rozmawiała z Naomi i Riley i zawsze trzymała je

na  dystans.  Dawno,  dawno  temu  przyjaźniły  się  blisko  z  Prawdziwą Ali. A  potem,  jak  za  naciśnięciem
pstryczka,  Fałszywa  Ali  –  czyli  Courtney  –  porzuciła  je.  Wtedy  straciły  popularność.  Od  tamtej  pory
nienawidziły Spencer i jej przyjaciółek.

Spencer  odwróciła  się  do  Pierre’a,  który  skrzętnie  zapisywał  coś  w  swoim  skrypcie,  zapewne

odnotowując, jak słabo wypadła dziś lady M.

– Przepraszam za moją scenę – powiedziała Spencer. – Nie mogłam się skupić. Jutro dam z siebie

wszystko.

Pierre wydął swoje wąskie usta.
–  Oczekuję,  że  moje  aktorki  każdego  dnia  zagrają  na  sto  dziesięć  procent.  Czy  to  było  twoje  sto

dziesięć procent?

– Oczywiście, że nie – zaprotestowała Spencer. – Poprawię się! Obiecuję!
Pierre nie wyglądał na przekonanego.
– Jeśli nie zaczniesz poważnie podchodzić do roli, będę zmuszony powierzyć ją Phi.
Pokazał  na  Phi  Templeton,  dublerkę  Spencer,  siedzącą  pośrodku  pierwszego  rzędu  z  nosem

w  scenopisie.  Wyciągnęła  przed  siebie  nogi  w  rajstopach  w  czarno-białe  pasy.  Wyglądała  jak  Biała

background image

Czarownica  z Czarnoksiężnika  z Krainy  Oz  przygnieciona  przez  dom  Dorotki.  Do  podeszwy  jej
martensów przykleił się strzępek papieru toaletowego.

– Proszę tego nie robić! – zawołała Spencer. – Muszę dostać dobrą ocenę z tych zajęć.
– No to weź się do roboty i skup się. – Pierre zamaszyście zamknął swój skrypt. Wypadła z niego

zakładka  z  rysunkiem  odciśniętych  czerwonych  ust,  ale  on  się  po  nią  nie  schylił.  –  Jak  dobrze  zagrasz,
dam ci piątkę na koniec roku. Ale jeśli nie... – urwał groźnie i uniósł brew.

Po  lewej  stronie  rozległ  się  czyjś  kaszel.  Naomi,  Riley  i  Kate  spoglądały  na  nią  drwiąco,  stojąc

obok kotła. Wszyscy siedzący na widowni patrzyli na Spencer.

– Mam wszystko pod kontrolą – powiedziała Spencer, schodząc ze sceny na widownię tak pewnym

krokiem, na jaki tylko potrafiła się zdobyć. Z premedytacją nadepnęła na pasek od plecaka Phi.

Otworzyła  podwójne  drzwi  do  auli  i  wyszła  na  korytarz  z  oknami.  Na  ścianach  wisiały  plakaty

zapowiadające Makbeta,  a  w  powietrzu  unosił  się  zapach  gumy  miętowej.  Nagle  usłyszała  niewyraźny
szept: „Morderczyni”.

Spencer  stanęła  i  się  rozejrzała.  Korytarz  był  pusty.  Szybko  podeszła  do  schodów,  ale  tam  też

nikogo nie zauważyła.

Usłyszała skrzypnięcie i odwróciła się gwałtownie. Zobaczyła Beau.
– Jak chcesz, to pomogę ci się przygotować – zaproponował.
Spencer czuła, jak napina się każdy mięsień jej ciała.
– Dziękuję, poradzę sobie bez twojej pomocy.
Beau odsunął z twarzy kosmyk jedwabistych, kręconych, brązowych włosów.
– A ja myślę, że sobie nie poradzisz. Jak ty wypadniesz słabo, to ja też, a w Yale zażyczyli sobie

nagrań z moimi występami. Od tego zależy lista moich zajęć na jesieni.

Spencer  wyrwał  się  cichy  okrzyk  oburzenia.  Już  miała  się  odwrócić,  ale  przypomniał  się  jej  list

z Princeton. Beau już się dostał na uczelnię. Owszem, był nadętym dupkiem, ale chyba miał jakieś pojęcie
o aktorstwie. A jej przydałaby się każda forma pomocy.

– Okej – odparła lodowatym tonem. – Jeśli naprawdę chcesz, to możemy razem popróbować.
– Świetnie. – Beau otworzył drzwi do auli. – W niedzielę. U mnie.
– Zaczekaj! – zawołała. – Skąd mam wiedzieć, gdzie mieszkasz?
Beau spojrzał na nią jak na wariatkę.
–  Mój  adres  jest  na  liście  członków  kółka  teatralnego,  tak  jak  wszystkich.  Tam  znajdziesz  moje

namiary.

Wszedł  do  auli  i  niespiesznie  przechodził  między  rzędami  na  widowni.  Naomi,  Riley  i  Kate  oraz

wszystkie  jego  fanki  z  kółka  teatralnego  szturchały  się  łokciami  i  posyłały  w  stronę  Beau  rozmarzone
spojrzenia. Spencer też mimowolnie patrzyła na jego kształtny tyłek, choć gdyby on ją na tym przyłapał,
ze wstydu zapadłaby się pod ziemię.

background image

7

DZIĘKI BOGU, ISTNIEJĄ KSIĄŻKI ADRESOWE

W KOMÓRKACH UPADŁA GWIAZDA

Przed  ostatnią  lekcją  w  piątkowe  popołudnie  Aria  siedziała  pod  salą  historyczną  z  telefonem,

czytając  najnowsze  posty  na  stronie  upamiętniającej  Tabithę  Clark.  Pojawiło  się  kilka  wpisów
z kondolencjami od przyjaciół i rodziny. Obok zamieszczono zapowiedź specjalnego programu telewizji
CNN poświęconego nadużywaniu alkoholu przez młodzież w czasie ferii wiosennych. Miała się w nim
pojawić wzmianka o Tabicie. Aria poczuła, jak zaciska się jej gardło. Czuła się okropnie, bo teraz cały
świat pomyśli, że Tabitha zginęła z powodu alkoholu.

Gdy  podniosła  głowę,  zobaczyła  Mike’a  przy  jego  szafce.  Rozmawiał  z  Colleen  Lowry,  śliczną

cheerleaderką  z  jego  klasy.  Podobno  razem  grali  w  jakimś  szkolnym  przedstawieniu.  Mike  zatrzasnął
drzwi  swojej  szafki,  odwrócił  się  i  położył  dłoń  na  pośladku  Colleen.  Przez  ostatnie  kilka  tygodni  nie
mógł się otrząsnąć po rozstaniu z Hanną, ale teraz chyba znalazł sposób, żeby wyjść na prostą.

Aria poczuła przypływ rozpaczy. Czy i ona pewnego dnia uwolni się od tęsknoty za Noelem? Czy

przestanie  wybuchać  płaczem  na  widok  wszystkich  pamiątek  po  nim,  które  trzymała  w  swoim  pokoju?
Zachowała plastikowy kubek z koncertu na wolnym powietrzu nad rzeką Delaware, na którym była razem
z Noelem zeszłego lata. Nadal miała wielki, zmywalny tatuaż z podobizną Roberta Pattinsona, w którym –
jak twierdził przekornie Noel – Aria rzekomo się podkochiwała. Nie wyrzuciła nawet planu warsztatów
gotowania, w których oboje brali udział w Hollis. Wciąż rozmyślała nad tym, dlaczego przestało im się
układać. Może zbyt często zaciągała go na wieczorki poetyckie. A może wykazywała za mało entuzjazmu
w  czasie  organizowanych  przez  niego  imprez  z  udziałem  licealnej  arystokracji.  Oczywiście  nie
zapomniała, co się wydarzyło na Islandii. Ale o tym wiedziała tylko Hanna, a ona przysięgała dochować
tajemnicy.

– Aria.
Aria  odwróciła  się  i  zobaczyła,  jak  w  jej  stronę  zdecydowanym  krokiem  zmierza  Hanna.  Włosy

gładko  zaczesała  i  spięła  w  kucyk,  a  jej  makijaż  wyglądał  bardzo  profesjonalnie.  Spod  granatowego
jedwabnego żakietu wystawała nienagannie uprasowana tunika w prążki. Ale i tak Hanna wydawała się
jakby zmięta.

– Hej – przywitała się zdyszana.
– Co słychać? – zapytała Aria.
Hanna poprawiła pasek zielonej torby na ramię. Miała rozbiegany wzrok.
– Dostałaś jakieś wiadomości od... no wiesz?
Aria obracała wokół nadgarstka bransoletkę z konopnego sznurka, kupioną w sklepie ezoterycznym

w Filadelfii.

–  Tylko  tę  sprzed  dwóch  tygodni.  Potem  już  nie.  –  Arii  przypomniała  się  telewizyjna  relacja

z wyłowienia ciała Tabithy z morza. – Dlaczego pytasz? Dostałaś jakieś nowe SMS-y?

Ucichła  muzyka  klasyczna,  odtwarzana  w  przerwach  przez  radiowęzeł,  ponieważ  administracja

szkoły  uważała,  że  to  stymuluje  pracę  intelektualną.  Rozpoczynały  się  lekcje.  Hanna  wykrzywiła  usta
i spojrzała na witrynę ze szkolnymi trofeami stojącą po drugiej stronie korytarza.

Aria chwyciła Hannę za nadgarstek.
– Co w niej było?

background image

Obok przebiegła grupka pierwszoklasistów.
– Muszę już lecieć – bąknęła Hanna.
Szybkim krokiem przeszła przez korytarz i zniknęła w pracowni językowej.
– Hanna! – zawołała za nią Aria.
Drzwi  sali  zatrzasnęły  się  za  Hanną.  Aria  zwiesiła  głowę,  westchnęła  ciężko  i  powlokła  się  na

zajęcia, żeby zdążyć przed dzwonkiem.

Dwadzieścia  minut  później  pani  Kittinger,  nauczycielka  historii  sztuki,  przyciemniła  światło

i  włączyła  stary  rzutnik  do  wyświetlania  slajdów,  który  zawsze  klekotał  i  wydzielał  swąd  spalonych
włosów.  Ciemność  przecinał  snop  żółtego  światła  z  wirującymi  drobinami  kurzu,  a  na  ekranie  przed
tablicą pojawił się obraz W salonie przy rue des Moulins Henriego de Toulouse-Lautreca. Przedstawiał
kilka znudzonych prostytutek czekających na klientów w paryskim burdelu.

– Każdy skrywa jakiś sekret, artyści też – powiedziała pani Kittinger głębokim, chropawym głosem,

doskonale pasującym do jej po chłopięcemu zaczesanych do tyłu włosów i świetnie skrojonego męskiego
garnituru.

W  Rosewood  krążyły  plotki,  że  jest  lesbijką,  ale  mama  Arii  pracowała  z  nią  kiedyś  w  galerii

i twierdziła, że pani Kittinger jest szczęśliwą żoną rzeźbiarza o imieniu Dave.

– Kiedy się patrzy na obrazy Toulouse-Lautreca – mówiła dalej pani Kittinger – można by pomyśleć,

że  jego  tajemnica  dotyczyła  kwestii  ciała,  tymczasem  miał  on  problemy  zupełnie  innej  natury.  Ktoś
zgadnie?

Wszyscy  milczeli  ze  znudzonymi  minami.  Historia  sztuki  była  ulubionym  przedmiotem  Arii,  ale

większość  uczniów  nie  traktowała  go  poważnie.  Zapewne  wybierali  go,  bo  uważali,  że  to,  co  ma
w  nazwie  słowo  „sztuka”,  nie  wymaga  myślenia.  Kiedy  pierwszego  dnia  pani  Kittinger  rozdała  grube
podręczniki, koledzy Arii patrzyli na nie, jakby napisano je alfabetem Morse’a.

Po chwili James Freed podniósł rękę.
– Urodził się jako kobieta?
Mason Byers parsknął śmiechem, a Aria przewróciła oczami.
–  Blisko  –  odparła  pani  Kittinger.  –  Toulouse-Lautrec  urodził  się  z  wadą  genetyczną,  gdyż  jego

rodzice byli kuzynostwem.

– Seksi – szepnął James Freed.
–  W  wyniku  choroby  miał  nogi  dziecka  i  tors  dorosłego  mężczyzny  –  dodała  pani  Kittinger.  –

Podobno miał też zdeformowane genitalia.

– Fuj – powiedziała jakaś dziewczyna.
Arii  wydawało  się,  że  to  Naomi  Zeigler.  Ktoś  obok  niej  zachichotał  i Aria  rozpoznała  również  tę

osobę. To była Klaudia. Niestety, w zeszłym tygodniu zapisała się na te zajęcia.

Pani  Kittinger  pokazała  kolejne  zdjęcie.  Przedstawiało  autoportret  rudowłosego  artysty,  wykonany

zamaszystymi pociągnięciami pędzla.

– Kto to jest?
– Vincent van Gogh – odpowiedziała Aria.
–  Zgadza  się  –  odparła  pani  Kittinger.  –  Na  tym  portrecie  sprawia  wrażenie  szczęśliwego

człowieka, prawda? Bo zawsze malował słoneczniki i piękne, rozgwieżdżone noce.

–  To  nieprawda  –  włączyła  się  Kirsten  Cullen.  –  Cierpiał  na  depresję  i  nie  umiał  sobie  z  nią

poradzić.  Brał  środki  przeciwbólowe,  które  prawdopodobnie  wpłynęły  na  jego  percepcję.  Być  może
z tego powodu jego obrazy są tak rozwibrowane i hipnotyczne.

– Doskonale – pochwaliła ją pani Kittinger.

background image

Aria uśmiechnęła się przyjaźnie do Kirsten, która jako jedyna w klasie starała się na tych zajęciach.
Pani  Kittinger  wyłączyła  projektor,  zapaliła  światło  i  podeszła  do  tablicy.  Płaskie  obcasy  jej

eleganckich sznurowanych butów stukały o podłogę.

–  Nasz  kolejny  projekt  będzie  dotyczył  psychologii.  Każdemu  z  was  przydzielę  jakiegoś  artystę,

a  wasze  zadanie  będzie  polegało  na  przeanalizowaniu,  jak  jego  stan  ducha  odzwierciedlił  się  w  pracy
artystycznej. Termin oddania pracy to poniedziałek. Nie ten nadchodzący, tylko następny.

Mason jęknął przeciągle.
– Ale ja przez cały przyszły tydzień gram w halowym turnieju piłki nożnej.
Pani Kittinger spojrzała na niego ze zniecierpliwieniem.
– Na szczęście dla ciebie to zadanie wykonacie w parach.
Aria  natychmiast  odwróciła  się  do  Kirsten,  bo  właśnie  z  nią  chciała  pracować.  Pozostali  również

po cichu dobierali się w pary.

–  Nie  tak  szybko.  –  Pani  Kittinger  podniosła  w  górę  kawałek  kredy.  –  To  ja  wybiorę  dla  was

partnerów.

Pokazała na Masona Byersa i do pracy z nim wyznaczyła Delię Hopkins, która przez cały semestr

nie  odezwała  się  ani  razu.  Naomi  Zeigler  miała  połączyć  siły  z  Imogen  Smith,  wysoką  dziewczyną
z wielkim biustem, która miała opinię klasowej dziwki, ale chyba niespecjalnie się tym przejmowała.

Potem pani Kittinger pokazała na Arię.
– Ty, Ario, napiszesz pracę na  temat  Caravaggia.  I  to  we  współpracy  z...  –  Wskazała  na  kogoś  za

plecami Arii. – Czy możesz powtórzyć swoje imię?

– Klaudia Huusko – zaszczebiotał dziewczęcy głos.
Aria poczuła ciarki na plecach. „Nie. Błagam, tylko nie to”, pomyślała.
– Doskonale. – Pani Kittinger napisała na tablicy nazwiska Arii i Klaudii. – Pracujecie jako zespół.
Mason  odwrócił  się  i  wlepił  wzrok  w Arię.  Naomi  zamruczała  jak  kot.  Nawet  Chassey  Bledsoe

chichotała. A więc wszyscy już wiedzieli, że Noel rzucił Arię dla Klaudii.

Aria odwróciła się i spojrzała na Klaudię. Szkolna spódnica ledwie zakrywała jej uda, podkreślając

niewiarygodnie  zgrabne  nogi.  Klaudia  opierała  kostkę  o  krzesło  Delii,  która  była  takim  mięczakiem,  że
nie  protestowała.  Zarzuciła  na  ramiona  znoszoną  skórzaną  kurtkę.  Kiedy Aria  bliżej  jej  się  przyjrzała,
rozpoznała naszywkę z orłem na rękawie. Ta kurtka należała do Noela i była jego ukochaną pamiątką po
pradziadku, który walczył w drugiej wojnie światowej. Kiedy Aria chciała ją przymierzyć, Noel jej nie
pozwolił. Nikt poza nim nie miał prawa jej nosić, bo miała dla niego szczególne znaczenie.

Ale jak się okazało, ta zasada nie dotyczyła jego nowej dziewczyny z Finlandii.
Klaudia spojrzała Arii prosto w oczy i uśmiechnęła się triumfująco. Potem odwróciła się do Naomi.
–  Zgadnij,  co  mam  w  planach  w  weekend.  Idę  z  Noelem  na  romantyczną  kolację!  My  pić  wino,

karmić się nawzajem, to będzie seksi!

– Szczęściara z ciebie! – Naomi posłała Arii jadowity uśmiech.
Aria  odwróciła  się  do  tablicy,  czując  płomienie  na  policzkach.  Nienawidziła  Klaudii.  Jak  Noel

mógł  dać  się  nabrać  na  jej  prymitywne  sztuczki?  Ta  dziewczyna  nie  miała  w  sobie  nic  naturalnego,
udawała nawet, że nie umie mówić po angielsku. Ale kiedy na wyciągu miotała groźby pod adresem Arii,
mówiła perfekcyjnie. Jak się okazało, każdy facet leciał na głupią blondynę. A takie dziewczyny jak Aria
zostawały z pustymi rękami.

Rozejrzała  się  po  sali.  Odbywały  się  tu  zajęcia  z  historii  sztuki  i  literatury.  Dlatego  na  ścianach

wisiały zarówno reprodukcje obrazów Cézanne’a i Picassa, jak i czarno-białe zdjęcia Walta Whitmana,
Francisa  Scotta  Fitzgeralda  i  Virginii  Woolf.  W  rogu  umieszczono  plakat  zatytułowany  „CYTATY
Z  SZEKSPIRA”.  Taki  sam  wisiał  w  sali,  w  której  w  zeszłym  roku  odbywały  się  jej  zajęcia  z  Ezrą
Fitzem. Aria miała z nim romans, póki Ezry nie zwolniono w wyniku intrygi uknutej przez A.

background image

Ezra. On akurat uwielbiał chodzić do galerii i wyśmiewać się z całej szkolnej arystokracji. Kiedy

Aria  po  raz  pierwszy  go  spotkała,  od  razu  między  nimi  zaiskrzyło.  Doskonale  ją  rozumiał,  bo  też
pochodził z rozbitej rodziny. I wiedział, co to znaczy być innym.

Aria ukradkiem wyciągnęła telefon i spojrzała na listę numerów. Imię Ezry nadal na niej figurowało.

Zastanawiam  się,  co  u  ciebie?  Trochę  mi  teraz  ciężko.  Czuję  się  samotna  i  chętnie
pogadałabym z kimś o pisaniu poezji i absurdzie życia na przedmieściach. Ciao.

Aria

Szybko, zanim zdążyła się rozmyślić, nacisnęła klawisz „WYŚLIJ”.

background image

8

KORZYSTNY UKŁAD GWIAZD

Nieco  później  w  piątek  Hanna  i  Kate  zatrzymały  się  obok  samochodu  pana  Marina  na  parkingu

kampusu Uniwersytetu Hyde, starej jezuickiej uczelni na zielonych przedmieściach Filadelfii, oddalonych
o kilka kilometrów od centrum miasta. Było bardzo ciepło jak na tę porę roku, a więc dzieci idące ulicą
nie miały na sobie kurtek. Chłopcy grali we frisbee na pożółkłym, wyschniętym trawniku w zielonożółtym
kolorze,  a  w  kawiarni  pod  ratuszem  licealistki  popijały  café  latte.  Zegar  na  wieży  ratuszowej  wybił
szóstą. To był idealny wieczór na flash mob.

– Zespół na pewno przyjedzie? – Hanna zapytała Kate, rozglądając się po parkingu.
Kiedy  pan  Marin  przedstawił  Kate  plan  zorganizowania  flash  mobu,  ona  zaproponowała,  że

wynajmie  zespół  o  nazwie  Bakłażanowa  Limuzyna  z  Uniwersytetu  Hollis.  Podobno  jeździli  furgonetką
pomalowaną w płomienie, ale Hanna nigdzie nie widziała takiego samochodu.

Kate przewróciła oczami.
– Tak. Pytasz już dwudziesty raz.
– Chyba ktoś się denerwuje – zachichotała Naomi z tylnego siedzenia.
–  Może  do  tego  kogoś  wreszcie  dotarło,  że  flash  mob  to  idiotyczny  pomysł  –  włączyła  się  do

rozmowy Riley.

– Przysięgam – odezwała się Kate – że jak o tym usłyszałam, myślałam, że Tom żartuje.
Riley i Naomi zarechotały złośliwie. Ściśnięta między nimi Klaudia zarżała jak przepita prostytutka.
Hanna  spojrzała  na  tatę  siedzącego  w  swoim  aucie.  Żałowała,  że  nie  może  usłyszeć  tej  uroczej

konwersacji,  bo  właśnie  rozmawiał  z  kimś  przez  telefon.  Powinna  była  się  sprzeciwić,  kiedy  Kate
oznajmiła jej rano, że do pomocy przy flash mobie zwerbowała swoje przyjaciółki. Teraz kiedy nie żyła
jej  najlepsza  przyjaciółka  Mona  Vanderwaal,  a  z  Emily,  Arią  i  Spencer  zerwała  kontakty,  o  wiele
mocniej dotykały ją obelgi ze strony Kate, Naomi i Riley. Czuła się tak, jakby wróciła do szóstej klasy
i znowu była klasową ofermą. Tylko że teraz była szczuplejsza. I znacznie ładniejsza.

– Oto i oni – powiedziała Kate, z triumfem pokazując palcem na furgonetkę wjeżdżającą na parking.

Wysiadło z niej kilku oberwańców niosących sprzęt muzyczny. Jeden miał potarganą brodę i tłustą cerę.
Drugi  zwracał  uwagę  swoją  końską  twarzą  z  wydatnym  podbródkiem.  Pozostali  wyglądali  tak,  że
mogliby z powodzeniem odgrywać zbirów w czasie scenek identyfikacji podejrzanego na komisariacie.
Hanna  z  niedowierzaniem  pokręciła  głową.  Czy  Kate  naprawdę  nie  mogła  się  postarać
o przystojniejszych muzyków?

Pan Marin wreszcie wysiadł z samochodu i podszedł do zespołu.
– Dziękuję za pomoc w czasie dzisiejszej akcji – powiedział, ściskając dłonie muzyków.
–  Moje  panie,  pomóżmy  im  zainstalować  sprzęt  –  zakomenderowała  Kate,  spoglądając  na  swoje

przyjaciółki  i  biorąc  z  tylnego  siedzenia  ulotki  w  kolorze  neonowej  zieleni  z  napisem:  „TOM  MARIN
DO SENATU”. – Ty się zajmij Twitterem, Hanno.

Naomi prychnęła pogardliwie.
– Jakby to miało nam w czymś pomóc – szepnęła.
Cztery dziewczyny odwróciły się i poprowadziły chłopaków z zespołu do małej muszli koncertowej

w pobliżu wieży z zegarem. Wszyscy przechodnie z szacunkiem ustępowali im z drogi.

Kiedy Hanna wysiadała z samochodu, pan Marin położył jej dłoń na ramieniu.

background image

– Gotowa?
– Oczywiście.
Hanna wyjęła telefon, weszła na swoje konto e-mailowe i wysłała wiadomość: „Wszystko gotowe”

Gregory’emu, studentowi informatyki na Uniwersytecie Hyde. Twierdził, że potrafi rozesłać na wszystkie
profile  Twittera  i  konta  e-mailowe  osób  mieszkających  na  kampusie  wiadomość,  którą  Hanna  napisała
zeszłego  wieczoru:  „W  muszli  koncertowej  odbędzie  się  dziś  coś  wielkiego.  Jesteś  z  nami  albo  jesteś
nikim”. Krótko i węzłowato. Tajemniczo i intrygująco.

– Wysłałam wiadomość – poinformowała tatę Hanna. – Powinieneś teraz wyjść na scenę i czekać.

Ja będę obserwowała wszystko z dołu.

Pan Marin pocałował Hannę w czoło.
– Bardzo ci dziękuję.
„Jeszcze nie dziękuj”, pomyślała Hanna z niepokojem. Wyszła na plac i się rozejrzała. Kilka osób

nadal  grało  we  frisbee.  Jakieś  dziewczyny  ze  śmiechem  czytały  czasopismo  i  nawet  nie  spojrzały  na
telefony. A  jeśli  Kate  miała  rację?  Jeśli  nic  się  nie  stanie?  Już  to  sobie  wyobrażała:  Kate,  jej  okrutne
koleżanki  i  cały  zespół  będą  stali  w  kulisach  i  gapili  się  na  pusty  plac.  Tata  spojrzy  na  nią
z  rozczarowaniem,  tracąc  do  niej  całe  zaufanie.  A  jutro  Hanna  zostanie  pośmiewiskiem  zarówno
w liceum, jak i w sztabie wyborczym.

Kiedy  dotarła  pod  muszlę  koncertową,  na  placu  pojawiły  się  trzy  dziewczyny  z  telefonami.

Rozglądały  się  niepewnie.  Kilku  chłopaków  zamknęło  podręczniki  i  również  podeszło  bliżej,
z  zaciekawieniem  na  twarzach.  Przyjechało  też  dwóch  nastolatków  na  deskorolkach.  Hanna  usłyszała
strzępy  ich  rozmowy:  „Coś  się  dzieje?  Widzieliście  ten  post  na  Twitterze?  Kto  to  zamieścił?  Trzeba
zadzwonić do Sebastiana, on będzie wiedział”.

Nagle  jak  na  komendę  z  wszystkich  stron  zaczął  nadciągać  tłum.  Młodzi  ludzie  wychodzili  ze

stołówki,  z  akademików  i  sal  wykładowych.  Kilka  dziewczyn  w  bluzach  z  emblematem  uczelni  stanęło
pod  wielkim  dębem  pokrytym  wyżłobionymi  napisami  i  rysunkami.  Kilku  chłopaków,  popijając  piwo
z  butelek  ukrytych  w  papierowych  torbach,  przepychało  się  pod  tablicą  z  ogłoszeniami  o  wolnych
miejscach  w  akademiku,  zajęciach  jogi  i  korepetycjach.  Wszyscy  patrzyli  na  telefony,  a  ich  palce
przesuwały  się  po  klawiaturze.  Zamieszczali  posty  na  Twitterze.  Próbowali  się  dowiedzieć,  co  to  za
impreza. I w ten sposób przyciągali jeszcze więcej ludzi.

I o  to chodziło.
Stojąca  na  scenie  Kate  odwróciła  się.  Na  widok  nadciągającego  tłumu  zrzedła  jej  mina.  Hanna

pomachała jej triumfalnie, po czym poinformowała asystentów taty, że mogą zacząć krążyć wśród ludzi,
zbierając  podpisy  i  rozdając  ulotki.  Kilka  minut  później  zespół  zaczął  swój  występ.  Na  szczęście  ci
brzydale potrafili całkiem nieźle grać. Wszyscy zebrani popatrzyli w stronę sceny i zaczęli podrygiwać
w  takt  muzyki.  Wysoko  w  górze  pojawił  się  transparent  z  hasłem  wyborczym  Toma  Marina.  Kiedy
Bakłażanowa  Limuzyna  –  oj,  przydałaby  im  się  nowa  nazwa!  –  skończyła  grać  pierwszą  piosenkę,
wokalista zaryczał do mikrofonu:

– Powitajmy Toma Marina!
Na  scenę  wyszedł  pan  Marin  i  pomachał,  a  tłum  rzeczywiście  odpowiedział  mu  gremialnym

okrzykiem. Hanna poczuła ten dźwięk w całym ciele. Może dzięki temu tata wygra wybory. Może czekała
ją  świetlana  przyszłość  w  zarządzaniu  komitetami  wyborczymi.  Wyobraziła  sobie  siebie  na  okładce
„Vanity  Fair”  w  eleganckim  kostiumie  od Armaniego.  Jak  składa  wizytę  w  Białym  Domu.  I  leci  w Air
Force One w wielkich okularach przeciwsłonecznych...

– Nie najgorszy ten zespół – powiedział do niej ktoś stojący obok.
Hanna  aż  podskoczyła.  Obok  niej  stał  wysoki,  szczupły  chłopak  o  falistych  brązowych  włosach,

ciemnych  brwiach,  połyskujących  brązowych  oczach  i  mocno  zarysowanej  szczęce.  Przypominał  jej

background image

superbohaterów  z  komiksów.  Miał  na  sobie  wyblakły  granatowy  podkoszulek  z  napisem  „HYDE”,
wąskie  dżinsy  i  znoszone  półbuty.  Stał  na  tyle  blisko,  że  wyczuwała  zapach  swojej  ulubionej  wody
toaletowej Azure  Lime  Toma  Forda.  Wyglądał  znajomo,  ale  Hanna  nie  wiedziała,  skąd  może  go  znać.
Może kiedyś śnił się jej podobny chłopak. W każdym razie był naprawdę przystojny.

– Wiesz, jak się nazywają? – zapytał chłopak, nie spuszczając wzroku z Hanny.
–  Yyy,  Bakłażanowa  Limuzyna  –  odparła  Hanna,  bezwiednie  okręcając  wokół  palca  kosmyk

kasztanowych włosów. W duchu dziękowała opatrzności, że niedawno zrobiła sobie pasemka w salonie
Henriego Flauberta w centrum handlowym.

– Fajnie grają. – Chłopak włożył ręce do kieszeni. – W Hyde nigdy nic się nie dzieje. Już kilka razy

pisano o nas jako o najnudniejszym kampusie Ameryki.

Hanna  wzięła  głęboki  oddech  i  już  miała  oznajmić,  że  to  jej  może  podziękować  za  organizację

całego wydarzenia, gdy nagle między nimi wyrosło trzech muskularnych facetów z puszkami piwa. Kiedy
poszli dalej, chłopak przepchnął się przez tłum i znowu stanął przy Hannie.

– Nie wydaje ci się, że ich wokalista przypomina Berta z Ulicy Sezamkowej? – zapytał, wskazując

muzyka o pociągłej twarzy, który dotykał mikrofonu tak czule, jakby się w nim zakochał.

– Kropka w kropkę – zaśmiała się Hanna. – To samo pomyślałam.
–  Chociaż  ja  akurat  nie  powinienem  tak  mówić  –  nieśmiało  dodał  chłopak.  –  Jak  byłem  młodszy,

mówili na mnie „Harry Potter”.

– Serio? – Hanna przekrzywiła głowę i przyjrzała mu się badawczo. Był wysoki, ale nie za wysoki.

Miał długie i szczupłe ręce, ale nie był za chudy. – Jakoś nie dostrzegam podobieństwa.

– Kiedyś nosiłem grube okulary w drucianych oprawkach. Na dodatek sam je wybrałem u okulisty.

Moja mama powinna była wykazać się lepszym gustem, lecz powiedziała tylko: „Bierzemy je!”.

Hanna się zaśmiała.
– Ja nosiłam kiedyś okulary w kolorze fuksji, do tego z różowymi szkłami. Jak wariatka. Na zdjęciu

w albumie rocznym w trzeciej klasie wyglądam koszmarnie.

–  Nawet  nie  zaczynaj  tematu  zdjęć  w  albumie  rocznym  –  skrzywił  się  chłopak.  –  Na  fotografii

z piątej klasy mam na aparacie ortodontycznym czarne gumki. Wyglądało to tak, jakby na zębach osadziła
mi się smoła.

– Ja miałam na aparacie różowe i zielone gumki. – Hanna powiedziała to, zanim zdążyła ugryźć się

w  język.  To  wyznanie  zdziwiło  nawet  ją.  Nigdy  z  własnej  woli  nie  ujawniała  informacji  o  swojej
przeszłości  grubej  frajerki,  szczególnie  takim  przystojnym  chłopakom. Ale  ten  miał  w  sobie  tyle  ciepła
i budził takie zaufanie, że z radością opowiadała o swojej kompromitującej przeszłości.

Podniósł głowę i spojrzał na nią tak, jakby rzucał jej wyzwanie.
–  Jako  dziecko  byłem  o  wiele  za  chudy.  Zapadnięta  klatka  piersiowa.  Koślawe  kolana.  Na  WF-ie

wybierali mnie do drużyny jako ostatniego. Nie wygrasz ze mną w konkursie na największą ofermę.

–  Ja  miałam  nadwagę  –  zaśmiała  się  Hanna  wstydliwie.  –  Właściwie  byłam  gruba  jak  beka.  Przy

moich przyjaciółkach wyglądałam jak potwór. Kiedyś nawet mój tata nazwał mnie świnką, jakby to było
śmieszne. – Zamknęła oczy.

– Na mnie wołali strach na wróble. Anorektyk. Świr.
– Tylko tyle? Ja byłam Miss Sumo i Dziewczyną dla Wieloryba. – Hanna poczuła w sercu bolesne

ukłucie. Tak naprawdę, to Ali wymyśliła dla niej te przezwiska, kiedy jeszcze się przyjaźniły.

Gdy chłopak dotknął nadgarstka Hanny, przeszły ją ciarki.
– Ale teraz już nikt cię chyba nie przezywa?
Hanna przełknęła ślinę i spojrzała mu prosto w oczy.
– Ciebie chyba też nie.
Tłum poruszył się, popychając ich ku sobie. Hanna potknęła się, a chłopak chwycił ją w talii. Kiedy

background image

złapała  równowagę,  on  jej  nie  puścił.  Czuła  korzenno-mydlany  zapach  jego  perfum,  a  jej  skronie
pulsowały.  On  dotykał  podbródkiem  jej  głowy,  a  jego  biodro  musnęło  jej  talię.  Czuła  jego  gładką,
muskularną  klatkę  piersiową  pod  podkoszulkiem.  Coś  w  niej  drgnęło.  Ogarnęła  ją  fala  ciepła.  Była
w szoku, kiedy chłopak nachylił się, żeby ją pocałować. Ale on całował ją tak delikatnie i czule, że nie
mogła się oprzeć i odwzajemniła pocałunek.

Oderwali  się  od  siebie  i  spojrzeli  sobie  prosto  w  oczy.  Chłopak  wyglądał  na  tak  samo

zszokowanego jak Hanna.

– Chcesz... – zaczął.
– Chyba powinniśmy... – powiedziała Hanna jednocześnie.
Zamilkli,  a  potem  się  roześmiali.  On  chwycił  ją  za  rękę  i  poprowadził  przez  tłum,  aż  weszli  do

ciemnej  alejki  biegnącej  między  budynkiem  z  salami  wykładowymi  i  kawiarnią  internetową  o  nazwie
Sieć.  Przebiegli  przez  nią  na  chwiejnych  nogach,  trzymając  się  za  ręce  i  potykając  o  puste  kartony
i  puszki  po  coli  i  piwie.  Chłopak  zatrzymał  się,  przycisnął  Hannę  do  muru  i  zaczął  ją  gorączkowo
całować. Hanna odwzajemniła jego pieszczoty. Czuła słony smak jego skóry, dotykała napiętych mięśni
jego  ramion  i  włożyła  ręce  pod  jego  podkoszulek.  Nigdy  wcześniej  żaden  chłopak  nie  zrobił  na  niej
takiego wrażenia.

Wreszcie oderwali się od siebie, dysząc ciężko.
– Ale czad – wyszeptał chłopak, z trudem łapiąc oddech. – To było... fantastyczne.
– Zgadzam się – odparła Hanna.
On chwycił ją za rękę.
– Jak masz na imię?
– Hanna.
– A ja Liam.
–  To  najpiękniejsze  imię,  jakie  kiedykolwiek  słyszałam  –  szepnęła  rozmarzona  Hanna,  ledwie

świadoma tego, co mówi.

Nie  wiedziała,  co  się  dzieje  z  jej  ciałem.  Tata  stał  teraz  na  scenie  i  wygłaszał  przemówienie

o  głosowaniu  i  zmianie  na  lepsze.  Roztaczał  przed  słuchaczami  wizję  świetlanej  przyszłości.  Hanna
wiedziała,  że  powinna  stać  pod  sceną  jak  rasowy  strateg  kampanii  wyborczych,  ale  nie  potrafiła  się
uwolnić z objęć Liama. Miała ochotę całować się z nim w tej obskurnej alejce do końca życia.

background image

9

KTOŚ W TYPIE EMILY

–  Uśmiechnij  się!  –  Kay  przyciągnęła  do  siebie  Emily  i  zrobiła  im  obu  zdjęcie  telefonem

komórkowym.

Stały  pod  markizą,  przed  wejściem  do  Fabryki  Prądu,  klubu  muzycznego  w  centrum  Filadelfii.  Za

godzinę  miał  się  rozpocząć  koncert  Pokojówek,  ulubionego  zespołu  Kay.  Emily  uśmiechnęła  się,  kiedy
błysnął flesz, a Kay spojrzała na ekran telefonu.

– Wyglądasz słodko! To się spodoba twojej siostrze.
Kay przycisnęła kilka klawiszy i wysłała zdjęcie Beth, która tego wieczoru umówiła się na mieście

z przyjaciółką. Kazała jednak Emily iść na spotkanie.

– Ona chce się zobaczyć tylko z tobą – tłumaczyła jej. – Zobaczysz, pod koniec wieczoru będziecie

już nierozłączną parą.

Tak naprawdę Emily bardzo się ucieszyła, kiedy Kay zadzwoniła do niej rano, pytając, czy chce się

umówić wieczorem. Przez jej głowę przemknęły wspomnienia krótkiego, ale elektryzującego pocałunku,
ich  dzikie  tańce  i  słowa  nowo  poznanej  przyjaciółki  na  koniec  wieczoru:  „Umrę,  jeśli  się  nie
zaprzyjaźnimy”.  Kay  miała  w  sobie  coś  niebezpiecznego  i  nieprzewidywalnego.  W  jej  towarzystwie
Emily  czuła  ten  sam  dreszczyk  emocji  co  w  czasie  oglądania  filmów  dozwolonych  od  osiemnastu  lat
w  domu  Ali,  kiedy  były  przyjaciółkami.  U  Fieldsów  panował  zakaz  oglądania  takich  filmów  i  Emily
oglądała je z tym większym zaciekawieniem.

Kiedy  spotkała  Kay  w  lobby,  była  mile  zaskoczona.  Bez  syreniego  kostiumu  i  peruki  dziewczyna

wyglądała jeszcze lepiej, niż Emily sobie wyobrażała. Miała rude włosy, długie prawie do pasa. Szary
podkoszulek  vintage  opinał  jej  kształtne  piersi  i  płaski  brzuch.  Kay  rozpromieniła  się  na  widok  Emily
wyłaniającej się z tłumu, jakby jej też spodobało się to, co zobaczyła.

Pokazały bilety ochroniarzowi i weszły do środka.
– Napijmy się – powiedziała Kay i zaczęła się przeciskać przez tłum kłębiący się pod sceną.
Stanęły  w  kolejce  za  dwiema  dziewczynami  w  podkoszulkach  ze  zdjęciem  Pokojówek.  Wbrew

nazwie  zespół  składał  się  z  samych  facetów,  i  to  bardzo  przystojnych.  Emily  wyobrażała  sobie  raczej
kilka dziewczyn, w fartuszkach i z miotełkami.

– Skąd znasz ten zespół? – zapytała Emily.
–  Usłyszałam  go  w  zeszłym  roku  w  radiu  internetowym.  –  Kay  okręciła  kosmyk  włosów  wokół

palca. – Dzięki nim przetrwałam trudny okres.

Emily dotknęła swojego kolczyka z piór.
– Dlaczego był trudny?
Kay odwróciła wzrok i spojrzała na głośniki wiszące na ścianie.
– Przez pewien czas mieszkałam poza domem. To nudna historia.
– Wiem wszystko na temat trudnych okresów w życiu – wyznała Emily, spoglądając w dół, na swoje

stopy. – Mnie też rodzice odesłali kiedyś do Iowa, żebym mieszkała z moimi kuzynami. Skończyło się to
katastrofą i uciekłam stamtąd.

Kay otworzyła szeroko oczy.
– Musiało być ci ciężko.
Emily wzruszyła ramionami.

background image

–  Trochę.  Ale  to  tylko  jedno  z  wielu  moich  zmartwień.  Gdyby  moi  rodzice  poznali  całą  prawdę

o mnie, na pewno zrobiliby coś więcej, niż tylko odesłali mnie do Iowa.

Zamknęła  na  chwilę  oczy,  próbując  sobie  wyobrazić,  jak  zareagowałaby  jej  mama,  gdyby  się

dowiedziała  o  ciąży  Emily. Ale  nie  potrafiła  wymyślić  dostatecznie  surowej  kary.  Oczyma  wyobraźni
zobaczyła,  jak  głowa  jej  mamy  eksploduje.  Nawet  nie  chciała  myśleć,  co  mama  by  zrobiła  na  wieść
o tym, co się stało z Tabithą.

–  Ja  też  musiałam  zataić  mnóstwo  rzeczy  przed  rodzicami.  –  W  głosie  Kay  słychać  było  ulgę.  –

Zresztą  kiedyś  sprawiałam  im  znacznie  więcej  problemów  niż  teraz. Ale  rodzice  stracili  do  mnie  całe
zaufanie.  Jak  mam  ochotę  wyjść  z  domu,  muszę  wymykać  się  ukradkiem.  –  Chytrze  się  uśmiechnęła
i uderzyła biodrem o biodro Emily. – Na pewno nie pozwoliliby mi wyjść z takim łobuzem jak ty.

Emily przybrała drapieżną pozę.
– Jeszcze nie skończyłam realizować moich marzeń z listy rzeczy, które chcę zrobić przed śmiercią.

Być może dziś wieczorem uda mi się wykreślić kilka punktów.

– Miałam nadzieję, że to właśnie powiesz – odparła Kay, spoglądając na Emily swoimi zielonymi

oczami.

Emily poczuła ciarki na plecach.
Tym razem to Kay miała kupić drinki. Poprosiła barmana o rum z colą. Kiedy przesunął szklanki po

blacie, Kay uniosła swoją.

– Za naszą fatalną przeszłość i lepszą przyszłość.
Emily prychnęła.
– To zabrzmiało jak przemówienie klasowej prymuski.
Na  twarzy  Kay  pojawił  się  wyraz  zażenowania.  Spojrzała  na  reflektory  wiszące  nad  sceną.  Kiedy

po chwili popatrzyła na Emily, wrócił jej dawny, radosny wyraz twarzy.

– Często całujesz na imprezach nieznajome dziewczyny? Wyglądało mi na to, że masz w tej materii

pewne doświadczenie.

Emily się zaczerwieniła.
–  Żadnego.  Po  raz  pierwszy  w  życiu  pocałowałam  nieznajomą.  Właściwie  dwie  nieznajome.  –

Zawahała się, ale postanowiła być szczera do końca. – W zeszłym roku miałam dziewczynę.

Kay wyglądała na zaintrygowaną.
– I jak było?
Emily czuła, że jej policzki robią się coraz bardziej czerwone. Wstydliwie spuściła głowę.
– Właściwie to super.
Kay zamieszała drinka czerwoną słomką.
– Faceci są do bani. Dziewczyny są o wiele fajniejsze.
– To prawda – cichym głosem przytaknęła Emily. Wpatrywała się w Kay, zafascynowana jej gładką,

pełną piegów skórą na ramionach i szyi.

Kay spojrzała jej prosto w oczy i znowu podniosła w górę szklankę.
– Jeszcze jeden toast. Tym razem za romanse między dziewczynami.
– Na zdrowie – odparła Emily, ponownie stukając swoją szklanką o szklankę Kay.
Kay napiła się z wyraźną ulgą.
– Mam nadzieję, że na twojej liście figuruje zakradanie się do garderoby gwiazd w czasie koncertu.
Emily uniosła brew.
– Dobra, ale jak to zrobimy?
Kay pokazała na ochroniarza, który pilnował wejścia za kulisy.
–  Przedstaw  się  temu  facetowi  jako  dziewczyna  Roba  Martina  i  powiedz,  że  musisz  się  z  nim

zobaczyć przed koncertem. I wręcz mu to. – Wcisnęła w dłoń Emily zwitek, który okazał się banknotem

background image

dwudziestodolarowym.

– Zorientuje się, że kłamię! – wyszeptała Emily.
Kay oparła dłoń na biodrze.
– Będę cię wspierać. No dalej. To żadne wyzwanie.
Tłum  się  przemieścił  i  Emily  mogła  bez  trudu  podejść  do  ochroniarza.  Poczuła,  że  wypity  przed

chwilą  rum  rozpala  jej  klatkę  piersiową.  W  jej  żyłach  krążyło  coraz  więcej  adrenaliny,  dodając  jej
z każdą chwilą witalności i energii.

Emily  wyprostowała  plecy,  zwinnie  przemknęła  przez  coraz  gęstszy  tłum  i  stanęła  pod  brudnymi

czarnymi  drzwiami  obok  ustawionych  jedna  na  drugiej  kolumn  Marshalla.  Ochroniarz,  który  mógłby
pracować  jako  dubler  Vina  Diesela,  ze  znudzoną  miną  przeglądał  czasopismo  motocyklowe.  Emily
spojrzała przez ramię, a Kay zachęcająco skinęła głową.

– Przepraszam – zaszczebiotała Emily, dotykając łokcia faceta. – Czy mogłybyśmy na chwilę wejść

za kulisy? Jestem dziewczyną Roba Martina i chciałabym z nim porozmawiać, zanim zacznie się koncert.

Ochroniarz  podniósł  głowę  znad  czasopisma  i  zmierzył  ją  wzrokiem.  Ogarnął  spojrzeniem  jej

rudawe włosy, kształtne ramiona pływaczki i wąską talię. Emily ucieszyła się, że wzięła z walizki Beth
parę  obcisłych  dżinsów  i  włożyła  jeden  z  niewielu  obcisłych  podkoszulków,  których  nie  zabronili  jej
nosić rodzice. Ściskała w dłoni banknot od Kay. Chwyciła ochroniarza za ramię i ścisnęła jego biceps.

–  Jaki  twardy  –  powiedziała  głosem,  którego  sama  nie  rozpoznawała.  –  Założę  się,  że  potrafi  pan

unieść z tonę.

I wtedy stał się cud. Ochroniarz uśmiechnął się z zadowoleniem, odsunął się i otworzył im drzwi.

Emily weszła do środka, a Kay ruszyła za nią. Drzwi zamknęły się za nimi i gwar przycichł. W ciemnym
korytarzu unosił się zapach zwietrzałego piwa i potu.

– O Boże. – Emily zasłoniła usta dłonią. – Nie wierzę, że to zrobiłam.
– Ostra z ciebie laska. – Kay chwyciła ją za ramiona i potrząsnęła nią energicznie. – Sama bym tego

lepiej  nie  rozegrała.  I  to  ściśnięcie  bicepsa!  Bezcenne!  –  Chwyciła  Emily  za  nadgarstek.  –  A  teraz
idziemy na imprezę.

Ich  kroki  rozbrzmiewały  na  betonowej  podłodze.  Dotarły  pod  ciężkie  drzwi  pokryte  nalepkami

i znaczkami. Nad nimi jarzył się czerwony znak z napisem „WYJŚCIE”.

– To chyba tutaj – wyszeptała Kay. Lekko popchnęła drzwi. – Jest tu kto?
– Tak? – odezwał się ze środka męski głos.
Kay  czubkiem  buta  otworzyła  drzwi.  W  pokoju  na  starych  składanych  krzesłach  i  rozpadającej  się

kanapie siedziało czterech wysokich młodych mężczyzn i patrzyło na nie z zaciekawieniem. Jeden miał na
sobie  dopasowany  garnitur,  a  pozostali  podkoszulki  vintage  i  dżinsy.  Wszyscy  trzymali  w  dłoniach
otwarte  puszki  z  piwem  i  oglądali  jakiś  komediowy  serial  na  małym  ekranie  komputera  opartego
o  przewrócony  karton  po  mleku.  Na  ścianach  wisiały  plakaty  przedstawiające  zespoły,  które  kiedyś  tu
grały,  między  innymi  John  Mayer  i  Iron  &  Wine.  Emily  zauważyła  też  przedziwną  kolekcję  gadżetów
związanych  z  Benjaminem  Franklinem  –  małe  popiersia  z  ruchomymi  główkami,  figurki  i  wyciętą
z kartonu postać Franklina w skali jeden do jednego.

– Kim jesteście? – zapytał facet w garniturze.
– Jestem Kay. – Kay weszła do pokoju. – A to Emily. Pomyślałyśmy, że chętnie się zabawicie przed

koncertem.

Ten  w  dopasowanym  garniturze  szturchnął  łokciem  siedzącego  obok  kolegę  i  z  uznaniem  przyjrzał

się Kay.

– Jestem Rob – przedstawił się, wyciągając rękę.
– Wiem – odparła Kay. – A to Yuri, Steve i Jamie – wyliczyła, pokazując na pozostałych.
– Lubicie nasz zespół? – zapytał Steve.

background image

–  No  jasne.  –  Kay  podeszła  do  małego  stolika  w  rogu,  na  którym  stało  kilka  butelek  z  alkoholem

i  sokami.  Bez  pytania  nalała  sobie  drinka.  –  Dlaczego  nie  pogłośnicie  muzyki?  Nie  lubicie  sobie
potańczyć, żeby się wyluzować przed koncertem?

Członkowie  zespołu  spojrzeli  po  sobie,  a  Rob  wstał  i  puścił  piosenkę Adele.  W  tej  samej  chwili

Kay zaczęła zmysłowo kołysać się do rytmu, gestem zapraszając chłopaków do tańca. Przez chwilę tylko
gapili się na nią uśmiechnięci, ale  potem  Rob  wstał  i  okręcił  ją  wokół  siebie.  Jamie  usiadł  na  kanapie
obok Emily.

– Często zakradacie się do garderoby w czasie koncertów?
Emily nagle poczuła się onieśmielona, jak wtedy gdy Ali zaciągała ją na imprezy szkolne i zmuszała

do rozmów z chłopakami.

– Raczej nie. Ale mam nadzieję, że nie macie nic przeciwko temu.
Jamie machnął ręką.
–  Nasz  menedżer  zawsze  zamyka  nas  w  garderobie.  To  takie  nudne.  Fajną  masz  koleżankę...

Chodzący entuzjazm.

Emily odwróciła się i zobaczyła, że Kay wiruje w tańcu. Miała nadzieję, że zarazi się entuzjazmem

od  Kay.  Jej  ciało  poruszało  się  rytmicznie  i  z  gracją,  a  Emily  nie  potrafiła  oderwać  od  niej  wzroku.
Zawsze  chciała  być  kimś  takim  jak  Kay,  dziewczyną,  która  umie  oczarować  wszystkich,  nawet
nieznajomych.  Próbowała  wyobrazić  sobie,  jak  wyglądałoby  życie  Kay  w  Rosewood  Day.  Pewnie
okręciłaby sobie wszystkich wokół małego palca, tak jak Ali.

– Em! – zawołała Kay z parkietu. – Chodź tańczyć! To moja ulubiona piosenka!
Emily  wstała  i  pociągnęła  za  sobą  Jamiego.  Kay  porwała  oboje  do  tańca.  Po  chwili  wszyscy

tańczyli i śpiewali razem z Adele. Kay podniosła telefon nad głowy bawiących się i robiła jedno zdjęcie
za drugim, przerywając tylko na chwilę, żeby je zapisać albo wysłać. Kay spojrzała na Emily i puściła do
niej oko. Emily też mrugnęła. Podczas trzeciego refrenu Kay ukradkiem posłała Emily uśmiech.

– Jesteś fantastyczna – wyszeptała Emily w tańcu do Kay.
– Ty też – odparła Kay.
Emily  usłyszała  stłumiony  chichot.  Odwróciła  się  w  popłochu.  Przez  chwilę  wydawało  się  jej,  że

widzi kogoś zaglądającego przez okienko w drzwiach prowadzących na scenę. To mogła być blondynka.

Ale po chwili z ulgą stwierdziła, że tylko jej się to przywidziało.

background image

10

OCH, AMOUR...

Kiedy  w  sobotnie  popołudnie  na  kulistym  budziku  w  stylu  lat  pięćdziesiątych  stojącym  w  sypialni

Arii  godzina  zmieniła  się  z  15.59  na  16.00,  Aria  przewróciła  się  w  łóżku  na  drugi  bok  i  zaczęła
przeglądać  kolejny  numer  francuskiego  „Vogue’a”.  Fantazjowała,  że  leży  w  apartamencie  w  hotelu  na
lewym brzegu Sekwany, a nie w swoim pokoju w domu taty. Między palce stóp miała wetknięte kawałki
waty, bo przed chwilą zrobiła sobie pedicure, a za chwilę zamierzała zrelaksować się w długiej, gorącej
kąpieli z pianą. Zaplanowała jeszcze sześć innych rzeczy, żeby jakoś wypełnić weekend bez Noela.

Usiadła  ze  wzrokiem  wbitym  w  ekran  laptopa  i  nasłuchiwała  dźwięków  w  pustym  domu.  Byron

i  Meredith  zabrali  małą  Lolę  na  kurs  pływania  dla  niemowląt,  a  Mike  pojechał  do  któregoś  ze  swoich
przyjaciół. Aria wiedziała, że w domu nie ma nikogo, kto mógłby nagle wejść do jej pokoju i zobaczyć,
co robi. Dlatego położyła laptopa na łóżku, kliknięciem myszki aktywowała ekran i wpisała adres strony
upamiętniającej Tabithę Clark.

Jak  zawsze  na  ekranie  pojawiła  się  śliczna,  uśmiechnięta  twarz  Tabithy.  Na  stronie  opublikowano

kilka  nowych  zdjęć.  Jedno  przedstawiało  Tabithę  w  siódmej  lub  ósmej  klasie.  Siedziała  na  plaży,
z  widocznymi  bliznami  na  ramionach  i  nogach.  Inne  zdjęcia  zrobiono  kilka  lat  później.  Tabitha  stała
w  lobby  eleganckiego  hotelu  obok  wielkiego  kaktusa  w  donicy,  do  którego  ktoś  doczepił  parę
plastikowych oczu, nos i usta. Na zdjęciu miała podkrążone oczy, ale jej uśmiech wydawał się radosny.

Aria poczuła mdłości i odwróciła wzrok od komputera. „Zabiłaś ją!”, krzyczał głos w jej głowie.
Zabrzęczał  telefon  leżący  na  łóżku  obok  buteleczki  z  ciemnogranatowym  lakierem  do  paznokcie

Essie.  „NOWA  WIADOMOŚĆ”.  Aria  poczuła  kamień  w  żołądku.  Kiedy  wstała  i  spojrzała  na  ekran,
zobaczyła  numer  rozpoczynający  się  od  kierunkowego  917.  SMS-y  od  A.  zazwyczaj  przychodziły  od
„nieznanego nadawcy” albo zamiast numeru miały tylko ciąg liter i cyfr. Aria otworzyła wiadomość.

Wyjrzyj przez okno.

Przeszły ją ciarki. Nagle dom wydał się jej zbyt cichy i przerażająco pusty. Ostrożnie podeszła do

wielkiego okna w swoim pokoju, rozsunęła zasłony i zebrała się na odwagę, żeby spojrzeć na podwórko
przed domem.

Na  trawniku  stała  wysoka  ciemnowłosa  postać  z  telefonem  komórkowym  w  ręku. Aria  zamrugała,

powoli rozpoznając znajomą, sfatygowaną kurtkę, ostry podbródek i różowe usta. Wydawało się jej, że to
tylko złudzenie optyczne. Ale nagle postać spojrzała w górę i na widok Arii w oknie uśmiechnęła się od
ucha  do  ucha.  Mężczyzna  trzymał  nad  głową  transparent,  na  którym  widniał  czerwony  napis  wykonany
nieporządnym pismem: „ARIO, TĘSKNIŁEM ZA TOBĄ!”.

– O cholera! – wyszeptała Aria.
Przed jej domem stał Ezra Fitz.

–  Dla  ciebie  z  brie,  rukolą  i  suszonymi  pomidorami  –  powiedział  Ezra,  wyciągając  z  koszyka

piknikowego  kanapkę  zawiniętą  w  papier  śniadaniowy.  –  A  dla  mnie...  –  Zamilkł  zawstydzony.  –
McNuggetsy z McDonalda. – Spojrzał na Arię. – Ciężko się pozbyć starych nawyków.

Policzki Arii  poczerwieniały.  Kiedyś  przyłapała  Ezrę,  jak  w  swoim  gabinecie  w  Rosewood  Day

background image

jadł kurczaka z McDonalda. Jednocześnie zastanawiała się, czy przypadkiem Ezra nie miał czegoś innego
na myśli.

Ezra  wyjął  resztę  rzeczy  z  koszyka:  pojemnik  z  soczystymi  i  dojrzałymi  zielonymi  winogronami,

torebkę  chipsów  doprawionych  solą  i  octem  –  Aria  je  uwielbiała  –  i  butelkę  szampana  z  dwoma
plastikowymi kubkami. Ułożył wszystko na wielkim kamieniu, na którym usiedli, zadarł głowę i spojrzał
na jasne, niebieskie niebo prześwitujące między gałęziami drzew.

– Miałem nadzieję, że zjemy o zachodzie słońca, ale chyba trochę za bardzo się pospieszyłem.
– Nie przejmuj się, jest bosko! – zawołała Aria, ukrywając roztrzęsione dłonie pod udami.
Nadal  nie  wierzyła,  że  to  wszystko  dzieje  się  naprawdę.  Dwadzieścia  minut  temu  pospiesznie

usuwała watę spomiędzy palców u nóg i zmieniała poplamioną bluzę z emblematem Uniwersytetu Hollis
na  kupioną  w Amsterdamie  jedwabną  bluzkę  vintage.  Zbiegła  na  dół  i  otworzyła  drzwi  na  oścież.  To
rzeczywiście był Ezra, mężczyzna, z którego utratą tak trudno było się jej pogodzić i którego uważała za
przeznaczonego  sobie,  nawet  kiedy  okazał  się  jej  nauczycielem.  Teraz  stał  przed  nią  z  rozpostartymi
ramionami.

– Tak bardzo za tobą tęskniłem – powiedział. – Kiedy dostałem od ciebie wiadomość, czułem, że

muszę tu przyjechać.

– Ale pisałam do ciebie przez kilka miesięcy – odparła Aria. Stała nieruchomo, jakby zamieniła się

w kamień.

Ezra wydawał się zaskoczony. Twierdził, że nigdy nie dostał od niej żadnej wiadomości. Dodał, że

jakiś haker włamał się rok wcześniej na jego konto e-mailowe i sporo czasu zajęło mu uporządkowanie
korespondencji.  Może  e-maile  od  Arii  zaginęły  gdzieś  w  cyberprzestrzeni.  W  innych  okolicznościach
Aria  uznałaby  to  za  mizerne  wymówki,  ale  Ezra  wyglądał  na  tak  skruszonego,  że  postanowiła  mu
uwierzyć.

Potem  Ezra  wziął  ją  na  ręce  i  zaniósł  do  swojego  rozklekotanego  volkswagena  garbusa,

zaparkowanego na ulicy. Oznajmił, że zabiera ją na randkę, i to natychmiast, żeby nadrobić stracony czas.
Oczywiście Aria się zgodziła.

Teraz siedzieli nad Strumieniem Świętej Marii, w pięknym starym parku. Na brzegu leżało mnóstwo

głazów, a woda szemrała, płynąc kaskadami. Nieopodal znajdował się mały, uroczy pensjonat, w którym
podawano najlepsze naleśniki w całym stanie. Choć było piętnaście stopni i pogoda dopisywała, nikt nie
wspinał się po skałach ani nie spacerował.

Ezra otworzył szampana i nalał go do kubków.
– Wyglądasz wspaniale. – Spojrzał na nią swoimi zimnymi, błękitnymi oczami. – Tak często o tobie

myślałem.  Nie  powinienem  był  tak  nagle  wyjeżdżać,  nie  planując  naszego  następnego  spotkania.
Szczególnie  po  tym,  co  przytrafiło  się  twojej  przyjaciółce.  Chciałem  się  z  tobą  skontaktować,  ale  nie
wiedziałem, czy masz na to ochotę.

–  Oczywiście,  bardzo  tego  chciałam  –  powiedziała Aria  szczerze.  –  Ty  też  świetnie  wyglądasz.  –

Przyjrzała  się  Ezrze.  Zauważyła  dziurę  na  łokciu  w  jego  szarej  marynarce.  Nie  wyprasował  koszuli,
a  jego  spodnie  miały  wystrzępione  nogawki.  Długie  i  nieuczesane  włosy  okalały  jego  wychudłą  twarz
o zapadniętych policzkach. Nadal wyglądał prześlicznie, ale widać było po nim, że spędził wiele godzin
w samochodzie. – Nie przyjechałeś tutaj z Rhode Island tylko po to, żeby się ze mną zobaczyć, prawda?

–  Och,  ostatecznie  nie  przeniosłem  się  na  Rhode  Island.  Ale  nawet  stamtąd  bym  do  ciebie

przyjechał.  –  Ezra  zanurzył  kawałek  kurczaka  w  sosie  barbecue  i  włożył  go  do  ust.  –  Mieszkałem  tam
przez jakiś czas, a potem przeniosłem się do Nowego Jorku.

– Och! – Aria nie potrafiła ukryć swojego podekscytowania. – Podoba ci się tam? Złożyłam podanie

do kilku szkół w Nowym Jorku.

–  To  wspaniałe  miejsce.  –  Na  twarzy  Ezry  pojawił  się  wyraz  rozmarzenia.  –  Mam  przytulne

background image

mieszkanko w West Village. Co wieczór patrzę na samochody jadące Szóstą Aleją. Uwielbiam energię
tego miasta. I jego kreatywność. Spotykam tam tylu fantastycznych ludzi.

–  Mnie  też  zawsze  się  tam  podobało  –  powiedziała  z  zachwytem  Aria.  Ucieszyła  się,  że  nadal

nadają z Ezrą na tej samej fali.

– Wydaje mi się, że bardzo szybko byś się tam odnalazła.
Ezra ujął dłonie Arii. Dotykając go, czuła się tak, jakby wchodziła do starego, ukochanego domu.
– Może kiedyś przyjedziesz do mnie, żeby odwiedzić te uczelnie, na które złożyłaś papiery.
Aria wpatrywała się w swoje i jego dłonie, nie potrafiąc wydobyć z siebie słowa. Już się bała, że

za  chwilę  z  oddali  dobiegnie  ten  straszny  chichot,  który  zawsze  kojarzył  się  jej  z  A.  Jednak  na  razie
wokół rozlegał się tylko świergot ptaków i szum strumienia.

Chyba milczała zbyt długo, bo Ezra nagle wypuścił jej dłonie.
– O Boże. Ale ze mnie idiota. Pewnie masz chłopaka.
–  Nie!  – Aria  energicznie  pokręciła  głową.  –  To  znaczy,  nie  mam  teraz.  Ale  kiedy  cię  nie  było,

chodziłam z kimś. Przecież myślałam, że nigdy nie wrócisz. – Zaśmiała się, maskując zażenowanie.

– Niech zgadnę. To był Noel Kahn?
Aria ze zdumienia otworzyła usta.
– Skąd wiesz?
– Kiedy was uczyłem, widziałem, jak na ciebie patrzy.
–  Zbyt  wiele  nas  od  siebie  różniło  –  cicho  powiedziała Aria,  patrząc  na  srebrną  rybę  pływającą

w strumieniu. – A ty... nie masz dziewczyny?

Na twarzy Ezry pojawił się szeroki uśmiech. Objął dłońmi jej twarz.
– Oczywiście, że nie. Gdybym miał, nie przyjechałbym do ciebie.
Aria uśmiechnęła się nieśmiało.
– Jak długo zostaniesz?
– A jak długo byś chciała?
Aria miała na końcu języka: „Na zawsze”.
– Zatrzymałem się u przyjaciela, który mieszka pod miastem. On twierdzi, że mogę zostać, jak długo

chcę. – Ezra założył kosmyk włosów za ucho Arii. – Opowiedz, co u ciebie. Jak rodzice? Rozeszli się?
Jak się z tym czujesz? Dlaczego pisałaś, że czujesz się samotna? Wszystko w porządku?

Aria przycisnęła dłoń do piersi, wzruszona jego zainteresowaniem i troską.
–  Radzę  sobie  –  odpowiedziała,  bo  rzeczywiście  tak  jej  się  wydawało.  –  Właściwie  wolałabym

najpierw usłyszeć, co u ciebie. Co robisz w Nowym Jorku? Zapisałeś się z powrotem na uczelnię? Masz
pracę? Pewnie w jakimś niezwykłym miejscu.

Ezra spojrzał na nią zakłopotany.
–  No  tak,  przez  chwilę  pracowałem  w  pewnej  organizacji  non  profit,  ale  mnie  zwolnili.  No

i potem... – Zaczerwienił się. – Zacząłem pisać. I napisałem powieść.

– Powieść? – Aria nie mogła wyjść z podziwu. – Grubą powieść, taką prawdziwą?
– Nie ma się co tak emocjonować. – Ezra spojrzał na swój plecak leżący za nim na kamieniu. – Ale

jak chcesz, to mogę ci zostawić jeden egzemplarz...

– No jasne, że chcę! – zawołała Aria. – Koniecznie muszę to przeczytać!
Ezra mocno zacisnął usta, jakby podejmował ważną decyzję.
–  Nie  reprezentuje  mnie  jeszcze  żaden  agent.  Może  nawet  nigdy  tego  nie  opublikuję.  Na  rynek

książki  jest  o  wiele  trudniej  wejść,  niż  mi  się  wydawało.  –  Zaśmiał  się  ironicznie,  tak  jak  nigdy
wcześniej się nie śmiał.

– Chcesz, żebym ci ją odebrała siłą? – zażartowała Aria.
– No dobra. – Ezra otworzył plecak i wyciągnął z niego gruby plik kartek o pozaginanych rogach,

background image

związany  niebieską  gumką.  Na  pierwszej  stronie  widniał  tytuł:  „Wpadnij  do  mnie  po  lekcjach”
i nazwisko Ezry, zapisane pogrubioną czcionką.

–  Nie  wierzę,  że  udało  ci  się  ją  napisać  –  wyszeptała  Aria  z  podziwem.  –  Główny  bohater  to

nauczyciel?

Ezra uśmiechnął się tajemniczo.
– Być może. – Przesunął maszynopis w jej kierunku. – Chcesz przeczytać?
–  Tak!  – Aria  przerzuciła  kilka  stron.  –  Na  pewno  mi  się  spodoba.  No  i...  dziękuję.  –  Podniosła

wzrok i spojrzała na niego. – Za wszystko. Że przyjechałeś. I za ten piknik...

Aria urwała. Patrzyli na siebie przez długą chwilę. Potem Ezra przysunął się w stronę Arii, aż ich

ciała  przywarły  do  siebie.  Kiedy  tylko  objął  Arię  w  talii  i  dotknął  ustami  jej  ust,  Aria  poczuła
bezgraniczną przyjemność. Całowali się coraz namiętniej, a Ezra zdjął kurtkę i rzucił ją obok na kamień.
Aria zsunęła z ramion płaszcz.

– Mhm – chrząknął ktoś zniecierpliwiony.
Ezra  i  Aria  oderwali  się  od  siebie,  dysząc  ciężko.  Kilka  starszych  pań  ubranych  jak  na

wysokogórską  wędrówkę,  ze  śmiesznymi  plecakami  i  kijkami,  wyszło  zza  zakrętu  i  patrzyło  na  Arię
i Ezrę z wyraźnym oburzeniem.

– Przepraszamy! – zawołał Ezra, szybko zapinając koszulę.
Kobiety  rzuciły  im  ostatnie,  potępiające  spojrzenie  i  ruszyły  w  stronę  pensjonatu,  z  wprawą

przechodząc po kamieniach. Ezra spojrzał na Arię z udawanym przerażeniem i zakrył usta dłonią.

– Poczułem się tak, jakby przyłapała mnie moja babcia – wyszeptał.
– Albo szkolna bibliotekarka – zachichotała Aria.
Ezra znowu wziął ją w ramiona i spojrzał jej prosto w oczy.
– Miejmy nadzieję, że jeszcze nieraz ktoś nas przyłapie na gorącym uczynku.
Aria była w siódmym niebie. Zbliżyła się do Ezry i pocałowała go w usta.
– Sama bym tego lepiej nie ujęła.

background image

11

DAWNA PRZYJACIÓŁKA

Tego  samego  dnia  po  południu  Spencer  zaparkowała  swojego  mercedesa  coupé  przed  domem  po

wielu godzinach nauki w miejskiej bibliotece publicznej.

– „Napnij tylko cięciwę odwagi, a nie chybimy” – wyrecytowała fragment monologu, w którym lady

Makbet przekonuje swojego męża, żeby zabił króla Duncana. – „Kiedy Duncan zaśnie (A zaśnie łatwo po
trudach podróży)...”

6

Nagle poczuła pustkę w głowie. Jak to szło dalej?
Wyłączyła silnik. Była wkurzona. W drugiej klasie liceum potrafiła nauczyć się wszystkich swoich

kwestii  z Poskromienia złośnicy, jednocześnie przygotowując się do testów kompetencji, pracując jako
wolontariuszka w jadłodajni dla bezdomnych, trenując hokeja na trawie i nie tracąc pozycji numer jeden
w  rankingu  klasowych  prymusów.  Nie  miała  najmniejszej  ochoty  dać  Beau  satysfakcji  udzielenia  jej
lekcji aktorstwa, ale być może powinna spotkać się z nim jutro, a nie dziś.

Zrobiła  kilka  relaksacyjnych,  oczyszczających  czakry  oddechów,  otuliła  się  swoim  płaszczem  od

Madewell  i  z  siedzenia  dla  pasażera  wzięła  złotą  torbę  od  Diora.  Otrzymała  ją  w  prezencie,  kiedy
dostała  się  na  Princeton.  Wysiadając  z  samochodu,  o  mało  nie  wpadła  na  czarnego  range  rovera
zaparkowanego  po  lewej  stronie.  Gniewnie  spojrzała  na  lśniące  chromem  koła,  nowoczesną  cyfrową
deskę  rozdzielczą  i  kolorową  naklejkę  na  tylnym  zderzaku  z  napisem  „DUMNY  RODZIC  PRYMUSA
Z ST. AGNES”. Pan Pennythistle miał garaż pełen samochodów, ale nie miał range rovera. A to znaczyło,
że przyjechali goście.

Kiedy  otworzyła  drzwi  frontowe,  z  salonu  w  suterenie  dochodził  ściszony  głos.  Jakaś  dziewczyna

się zaśmiała. Spencer z trudem powstrzymała jęk. Amelia wzięła sobie do serca prośbę pani Hastings, by
„czuła się jak u siebie w domu”. Codziennie odwiedzali ją jacyś przyjaciele, jeden bardziej kujonowaty
od drugiego.

Spencer przeszła przez korytarz, tupiąc tak głośno, jak tylko się dało, żeby Amelia się zorientowała,

że  nie  jest  już  sama.  Kiedy  mijała  drzwi  do  wielkiego  pokoju  z  gigantycznym  telewizorem  plazmowym
i wygodnymi kanapami, Amelia spojrzała na nią. Na kolanach trzymała lśniący, czarny flet, co najlepiej
świadczyło,  jakie  z  niej  dziwadło.  W  kole  siedziało  jeszcze  dziesięć  dziewczyn  z  instrumentami
muzycznymi w ręku. Frajerki.

– Co się tu dzieje? – zapytała Spencer, nie ukrywając irytacji.
–  To  Zespół  Muzyki  Kameralnej  z  St.  Agnes  –  odburknęła  Amelia  równie  zniecierpliwiona.  –

Pamiętasz,  mówiłam,  że  organizujemy  koncert  charytatywny.  Veronica  zgodziła  się,  żebyśmy  tutaj
odbywały próby.

Spencer  wkurzało  to,  że  Amelia  mówiła  na  jej  mamę  „Veronica”,  jakby  była  koleżanką  poznaną

podczas  koktajlu.  Już  miała  rzucić  jakąś  kąśliwą  uwagę,  gdy  nagle  zauważyła  na  jednej  z  kanap
rudowłosą dziewczynę. Przyjrzała się jej uważnie. Bardzo uważnie. Wydawało się jej, że widzi ducha.

– K-Kelsey? – wyjąkała.
–  Spencer.  –  Dziewczyna  odłożyła  skrzypce  do  lśniącego  futerału  i  zamrugała,  jakby  nie  wierzyła

własnym oczom. – Kopę lat.

Pokój  zaczął  wirować  wokół  Spencer.  To  była  Kelsey  Pierce,  dawna  przyjaciółka  Spencer  ze

szkoły letniej na Uniwersytecie Pensylwanii. Dziewczyna, której Spencer zrujnowała przyszłość.

background image

W myślach wróciła do tego baru, w którym się poznały. Phineas zaprowadził Spencer i Kelsey do

małej łazienki na zapleczu. Ściany były zupełnie pokryte graffiti, a w rogu stał brudny sedes i umywalka.
W pomieszczeniu śmierdziało wymiocinami i skwaśniałym piwem.

Phineas sięgnął do kieszeni i wręczył obu dziewczynom po jednej białej i gładkiej pigułce.
– Dzięki nim zdaje się egzaminy na same piątki.
– Co to jest? – Spencer odwróciła głowę. Nigdy nie zażywała tabletek. Nawet gdy bolała ją głowa,

nie brała aspiryny.

–  To  się  nazywa  Łatwa  Piątka  –  wyjaśnił  Phineas.  –  Działa  piorunująco.  Pozwala  przez  wiele

godzin utrzymywać koncentrację. Tylko dzięki niej przeszedłem na drugi rok.

– Skąd to masz? – Kelsey łamał się głos.
– Czy to ważne? – Phineas oparł się o umywalkę. – Jak chcecie, to dam wam spróbować. Trzeba się

dzielić tym, co dobre. Prawda?

Ponownie  podał  im  pigułki.  Spencer  zagryzła  wargi.  Oczywiście  słyszała  o  Łatwej  Piątce

w interwencyjnych programach telewizyjnych. Po wewnętrznej stronie drzwi szkolnych ubikacji wisiały
ulotki  przestrzegające  przed  katastrofalnymi  skutkami  zażywania  tych  tabletek.  Ale  teraz  w  uszach
dźwięczały jej tylko słowa Phineasa: „Pozwala przez wiele  godzin  utrzymywać  koncentrację”.  Spencer
nie  miała  pojęcia,  jak  w  ciągu  sześciu  tygodni  zdąży  przygotować  się  do  czterech  egzaminów  na
poszerzonym poziomie. Może w ciężkich czasach trzeba było stosować specjalne środki zaradcze.

Wzięła głęboki wdech, sięgnęła po pigułkę na dłoni Phineasa i położyła ją pod językiem.
– Nie pożałujesz. – Popatrzył na Kelsey. – A ty?
Kelsey przygryzała koniuszek kciuka.
– Nie wiem. Już raz mnie przyskrzynili za narkotyki. Teraz trzymam się od nich z daleka.
– Nic ci nie grozi – powiedział Phineas.
– Nikt się nie dowie – dodała Spencer.
Kelsey przez chwilę kołysała się w przód i w tył. Miała wyraz twarzy osaczonego kotka, taki sam

jak Emily, Aria, Hanna i Spencer, kiedy Ali namawiała je do kąpieli w stawie, z którego policja nieco
wcześniej wyłowiła zwłoki.

Wreszcie wyciągnęła rękę.
– Chyba od czasu do czasu mogę zaszaleć. – Phineas podał jej tabletkę, a ona ją połknęła. – Niech to

będzie toast na cześć egzaminów zdanych na piątkę!

Sześć tygodni później Spencer dostała same piątki, a Kelsey dostała się za kratki.
– Zróbmy przerwę – zaproponowała Amelia.
Spencer  wróciła  ze  świata  wspomnień  do  teraźniejszości.  Kiedy  podniosła  wzrok,  wszystkie

dziewczyny wstawały z miejsc. Niektóre się przeciągały. Inne wyjęły telefony komórkowe i zaczęły pisać
SMS-y.

Kelsey z drugiego końca pokoju podeszła do Spencer.
– Jesteśmy jak bliźniaczki – powiedziała, podnosząc z podłogi przy drzwiach złotą torbę od Diora,

dokładnie taką samą, jaka wisiała na ramieniu Spencer. – Cóż... dawno się nie widziałyśmy.

– Mhm – odburknęła Spencer, obracając nerwowo w palcach mosiężny guzik przy mankiecie.
Zabytkowy zegar w holu wybił pełną godzinę. Kelsey wpatrywała się w Spencer tak, jakby chciała

przejrzeć ją na wylot. Spencer robiło się niedobrze. Nie słyszała o Kelsey od dnia, kiedy przesłuchiwano
je obie na posterunku.

Ktoś chrząknął. Za nimi stała Amelia i badawczo im się przyglądała. Spencer przeszła przez hol do

kuchni  i  gestem  przywołała  do  siebie  Kelsey.  Nie  chciała  dać  Amelii  okazji  do  podsłuchiwania
prywatnej  rozmowy.  W  kuchni  pachniało  świeżo  siekanym  rozmarynem,  bo  od  kiedy  mama  Spencer
odkryła,  że  to  ulubiony  zapach  pana  Pennythistle’a,  zaczęła  rozstawiać  w  całym  domu  naczynia

background image

z moczącymi się w wodzie listkami.

– Nie wiedziałam, że grasz. – Spencer pokazała na smyczek, który Kelsey ściskała w dłoni niczym

broń.

Kelsey też na niego popatrzyła.
–  Od  dziecka.  Zespół  Amelii  daje  koncerty  charytatywne,  a  mój  kurator  zalicza  mi  to  na  konto

obowiązkowych prac społecznych.

– Kurator? – zapytała Spencer, zanim zdążyła ugryźć się w język.
Rysy twarzy Kelsey nagle stężały.
– Dziwi cię to? Przydzielono mi kuratora po tym, co się stało w czasie szkoły letniej.
Spencer odwróciła wzrok.
–  Chyba  słyszałaś,  prawda?  –  Kelsey  stała  sztywno,  a  jej  lewa  pięść  zaciskała  się  mocno  wokół

uchwytu smyczka. – Spędziłam dwa miesiące w poprawczaku. Miałaś dużo szczęścia, że dostałaś tylko
upomnienie. – Uniosła brew. – Jak to się stało, że taki numer uszedł ci na sucho?

Nagle  Spencer  poczuła  się  tak,  jakby  temperatura  w  kuchni  podskoczyła  o  jakieś  dwadzieścia

stopni.  Bała  się  spojrzeć  Kelsey  prosto  w  oczy.  Miała  mętlik  w  głowie.  Zawsze  jej  się  wydawało,  że
Kelsey  dobrze  wie,  że  to  ona  podłożyła  narkotyki  w  jej  pokoju  i  powiedziała  policji  o  jej  niezbyt
chwalebnej przeszłości. Ale może Kelsey nie zdawała sobie z tego sprawy?

Kiedy Spencer podniosła wzrok, Kelsey nadal świdrowała ją wzrokiem.
– Nieważne. Słyszałam, że przyjęli cię do Princeton.
Spencer cała zdrętwiała.
– Skąd wiesz?
– Od pewnego małego ptaszka.
„Od Amelii?”, chciała zapytać Spencer, ale słowa uwięzły jej w gardle. Kelsey też wybierała się na

tę  uczelnię,  trudno  jednak  się  spodziewać,  że  z  tak  prestiżowego  uniwersytetu  dostała  zawiadomienie
o pozytywnym rozpatrzeniu jej podania, kiedy siedziała w bloku D w domu poprawczym. Choć przecież
jak się okazało, Spencer przyjęto tylko przez przypadek.

–  Kelsey!?  –  zawołała  z  salonu  Amelia  swoim  nosowym  głosem.  –  Potrzebujemy  cię!  Musimy

jeszcze raz przećwiczyć ten kawałek Schuberta!

– Okej! – odkrzyknęła Kelsey. Odwróciła się i otworzyła usta, jakby chciała jeszcze coś dodać. Ale

potem  chyba  się  rozmyśliła.  –  Powodzenia  w  Princeton,  Spencer.  Mam  nadzieję,  że  odniesiesz  tam
sukces – rzuciła na odchodne i wyszła sztywno, ściskając w ręku smyczek.

Spencer ciężko osunęła się na kuchenne krzesło. W uszach dudnił jej puls, tak mocno, że nie słyszała

dochodzącej z salonu muzyki.

Piip.
Spencer  zerwała  się  na  równe  nogi.  Odezwał  się  jej  telefon  w  torbie  od  Diora  leżącej  na  jednym

z krzeseł przy stole. Wzięła się w garść, podeszła do torby i wyjęła komórkę. Dostała nową wiadomość
od  anonimowego  nadawcy.  Zanim  jednak  ją  przeczytała,  coś  kazało  jej  spojrzeć  w  kierunku  holu.
W  drzwiach  prowadzących  do  salonu  stała  Kelsey.  Odwróciła  wzrok,  kiedy  tylko  Spencer  na  nią
spojrzała,  ale  widać  było,  że  wcześniej  obserwowała  Spencer.  W  dłoni,  w  której  wcześniej  ściskała
smyczek, teraz trzymała płaski telefon komórkowy.

Z duszą na ramieniu Spencer spojrzała na ekran swojej komórki i otworzyła wiadomość.

Myślisz,  że  twoja  przyjaciółka  z  wakacji  zapomniała  gorzki  smak  pigułki,  którą  ją
poczęstowałaś? Nie wydaje mi się...
Cmok!

A.

background image

12

KTOŚ MA CIĘ NA OKU

Nieco później tego samego dnia Emily zaparkowała należące do rodziców volvo kombi na szkolnym

parkingu dla nauczycieli i wyłączyła silnik. Była sobota, ósma wieczorem. Na kampusie nie było żywej
duszy,  a  w  żadnym  z  okien  z  łukami  w  gotyckim  stylu  nie  paliło  się  światło.  Gdy  Emily  spojrzała  na
kamienną  fasadę  szkoły,  ogarnęła  ją  nostalgia.  Przypomniała  sobie,  jak  w  piątej  klasie  wchodziła  do
szkoły w szeregu, z zazdrością przyglądając się Prawdziwej Ali, Naomi Zeigler i Riley Wolfe, idącym na
czele. Kiedyś, biegnąc na lekcję, niechcący potrąciła Prawdziwą Ali, która wykrzyknęła:

– Uważaj, jak chodzisz, Oskarze Zrzędo!
Od  tego  czasu  wszyscy  zaczęli  tak  przezywać  Emily,  z  powodu  jej  zniszczonych  chlorem,

zielonkawych włosów, które upodabniały ją do postaci z Ulicy Sezamkowej.  Najbardziej  jednak  bolały
ją drwiny Ali.

Kiedy  indziej  Prawdziwa Ali  stała  na  chodniku  przed  szkołą,  chwaląc  się  wszystkim,  że  jej  brat

Jason powiedział jej, gdzie ukrył fragment sztandaru z kapsuły czasu. Tego dnia była tak irytująco pewna
siebie,  że  Emily  zapragnęła  utrzeć  jej  nosa.  „Mogłabym  jej  wykraść  trofeum”,  pomyślała,  układając  w
myślach  plan  działania.  Konsekwencją  tej  decyzji  były  kolejne  lata  jej  życia  –  pełne  wspaniałych,
zaskakujących i niebezpiecznych przygód.

Wspomnienia  o  Prawdziwej  Ali  wywoływały  w  Emily  sprzeczne  uczucia.  Jak  to  możliwe,  że

zarazem bała się jej i tak bardzo pragnęła spędzać z nią czas? Jak mogła pomóc psychopatce w ucieczce?
I dlaczego tak desperacko próbowała udowodnić, że Prawdziwa Ali nie zginęła, choć przecież oznaczało
to pewną śmierć dla niej i jej przyjaciółek?

Lecz dzisiejsze zdezorientowanie i zmęczenie nie pozwalały jej się zbyt długo zastanawiać nad tymi

problemami. Nie mogła przestać myśleć o Kay. Zeszłej nocy, po koncercie, kiedy jeszcze alkohol szumiał
im  w  głowach,  umówiły  się  na  przyszły  tydzień.  Kay  od  rana  zdążyła  jej  przysłać  kilka  bardzo
dwuznacznych SMS-ów. „Nie mogę się doczekać naszego spotkania, ślicznotko!” Albo: „Mam nadzieję,
że już zwlokłaś z łóżka swój słodki tyłeczek!”. Ostatni raz Emily dostawała tak prowokujące wiadomości
do Mai. Ale może Kay flirtowała w ten sposób z każdą nowo poznaną osobą.

Teraz  Emily  spojrzała  na  ekran  telefonu.  Godzinę  wcześniej  Spencer  wysłała  do  niej,  do  Arii

i Hanny wiadomość: „Musimy pogadać. Przy huśtawkach o ósmej”. Emily odpisała, pytając, co się stało,
ale Spencer nie odpowiedziała. Emily podejrzewała, że chodziło o A.

Roztrzęsiona wysiadła z samochodu i powlokła się w stronę huśtawek na placu zabaw przed szkołą

podstawową.  Od  zawsze  właśnie  w  tym  miejscu  Emily  spotykała  się  z  przyjaciółkami.  Dawno  temu
przychodziły  tutaj,  żeby  plotkować,  a  ostatnio  z  powodu  mrożących  krew  w  żyłach  wiadomości  od A.
W  oddali  widać  było  kopułę  klubu  wspinaczkowego,  przypominającą  gigantycznego  pająka  o  wielu
odnóżach.  W  ciemności  majaczyła  wielka,  awangardowa  rzeźba  przedstawiająca  rekina,  którą  wykonał
dla  szkoły  miejscowy  artysta.  Światło  księżyca  odbijało  się  od  jej  gładkiej  powierzchni.  Spencer
siedziała  na  środkowej  huśtawce,  otulona  szczelnie  niebieskim  płaszczem,  w  wysokich  butach  Ugg.
Hanna  opierała  się  o  zjeżdżalnię,  z  rękami  założonymi  na  piersi.  Aria  zaś  z  rozmarzonym  wzrokiem
przykucnęła na obrotowym dysku, który dzieci nazywały „diabelską karuzelą”.

Spencer chrząknęła na widok Emily.
– Dostałam kolejną wiadomość od A.
Emily  stanęła  jak  wryta. Aria  głośno  przełknęła  ślinę.  Hanna  kopnęła  w  zjeżdżalnię,  która  wydała

background image

głuchy odgłos.

– Tylko ja? – zapytała Spencer.
– Ja też – przyznała się Hanna drżącym głosem. – W środę. Ale już się wszystkim zajęłam.
Spencer wbiła w nią wzrok.
– Co to znaczy, że się „wszystkim zajęłaś”?
Hanna objęła się ramionami.
– To sprawa osobista.
– Dostałaś wiadomość na temat Kelsey? – pytała dalej Spencer.
– Kto to jest Kelsey? – Hanna zmrużyła oczy, jakby nie wiedziała, o czym mowa.
Spencer odchyliła się na oparcie huśtawki.
– Kelsey. Ta dziewczyna, która... no wiesz... zeszłego lata. Na uczelni. Ta, którą ty...
Hanna się skrzywiła.
– Moja wiadomość nie dotyczyła Kelsey. Tylko... innych spraw.
– A moja dotyczyła Kelsey – powiedziała Spencer.
Aria uniosła brwi.
– Kelsey, twojej koleżanki ze szkoły letniej?
– Mhm – przytaknęła Spencer. – A. wie, co jej zrobiłam.
Emily przestępowała z nogi na nogę. Imię Kelsey nic jej nie mówiło. Wprawdzie Spencer dzwoniła

do niej kilka razy w lecie, bo wiedziała, że Emily też jest w Filadelfii, ale nie spotkały się ani razu. To
było w czerwcu. A w lipcu... głos Spencer w słuchawce brzmiał jakoś dziwnie. Mówiła bardzo szybko,
jakby  chciała  pobić  rekord  świata  w  liczbie  słów  wypowiadanych  na  minutę.  Kiedyś  Emily  siedziała
przed  restauracją  Posejdon,  na  deptaku  nad  rzeką,  razem  z  Derrickiem,  kolegą  pracującym  w  kuchni.
Tylko  jemu  mogła  powierzyć  swoje  największe  tajemnice  –  nie  wszystkie,  ale  niektóre.  Właśnie
wypłakiwała się mu na ramieniu, opowiadając o dziecku, które urodzi bez wiedzy jej rodziców, kiedy na
ekranie  telefonu  wyświetliło  się  nazwisko  Spencer.  Emily  odebrała,  a  Spencer  natychmiast  zaczęła
opowiadać  o  tym,  jak  jej  nowa  przyjaciółka  Kelsey  sparodiowała  Snooki  z  programu Ekipa  z New
Jersey
. Trajkotała w takim tempie, że trudno było ją zrozumieć.

– Wszystko w porządku, Spence? – zapytała Emily.
– Oczywiście, że tak – odparła Spencer, z trudem łapiąc oddech. – Po prostu doskonale. Niby czemu

miałoby być nie w porządku?

– Masz jakiś dziwny głos. Brałaś coś?
Spencer zaśmiała się sztucznie.
– No dobra, może wzięłam to i owo. Ale to nic wielkiego.
–  Bierzesz  narkotyki?  –  wyszeptała  Emily,  niezdarnie  podrywając  się  na  równe  nogi.  Kilku

przechodniów spojrzało na nią z wyraźnym potępieniem. W końcu była nastolatką w widocznej ciąży.

– Wyluzuj się – uspokajała ją Spencer. – Łykam czasem tylko Łatwą Piątkę.
– Tylko? To takie bezpieczne?
– Boże, Emily, nie panikuj! To tabletka ułatwiająca naukę. Facet, od którego to kupuję, Phineas, brał

ją przez rok bez żadnych skutków ubocznych. A teraz studiuje i idzie mu lepiej niż mnie.

Emily  nic  nie  odpowiedziała.  Patrzyła,  jak  do  restauracji  na  żaglowcu  zacumowanym  w  zatoce

wchodzą szczęśliwi, beztroscy spacerowicze. Wreszcie Spencer westchnęła.

– Nic mi nie grozi, Em. Uwierz mi. Nie martw się o mnie, Zabójco. – Takie przezwisko wymyśliła

dla niej Ali, bo wydawało się jej, że Emily jest wobec niej nadopiekuńcza. Spencer rozłączyła się bez
pożegnania.

Emily spojrzała na Derricka, który w milczeniu siedział na ławce obok niej.
– Wszystko gra? – zapytał ze wzruszającą troską.

background image

Nagle Emily zebrało się na płacz. Co się działo z jej przyjaciółkami? Spencer nie należała do osób,

które można by nawet podejrzewać o branie narkotyków. Tak samo jak Emily nie należała do dziewczyn,
które mogłyby zajść w niechcianą ciążę.

– Słyszałeś o narkotyku o nazwie Łatwa Piątka? – zapytała Derricka.
– Nie odważyłbym się tego spróbować – odparł, unosząc brwi.
Teraz Aria chwyciła poręcz huśtawki i Emily wróciła do teraźniejszości.
– Co zrobiłaś Kelsey? – zapytała Aria.
Hanna uniosła głowę.
– Nie wiesz? – zdziwiła się.
– Ja też nie wiem – powiedziała Emily, spoglądając to na Spencer, to na Hannę.
Spencer odwróciła wzrok i popatrzyła na drzewa w oddali.
– To się wydarzyło tej nocy, kiedy zadzwoniłam do ciebie z posterunku policji. Znaleźli u mnie i u

Kelsey  narkotyki.  Przesłuchiwali  nas  w  oddzielnych  pokojach,  a  mnie  się  wydawało,  że  Kelsey  zwali
całą winę na mnie. Bo tak powiedział mi policjant. Więc zadzwoniłam do każdej z was po kolei. Emily
nie odebrała, a ty... – Urwała, wbijając wzrok w ziemię.

–  Uważałam,  że  nie  powinnam  ci  pomagać  w  takiej  sytuacji  –  broniła  się  Aria,  a  w  jej  głosie

słychać było napięcie.

–  No  tak  –  powiedziała  z  wyrzutem  Spencer.  –  Więc  zadzwoniłam  do  Hanny.  Poprosiłam,  żeby

podrzuciła pigułki do pokoju Kelsey, a potem zadzwoniła na policję z informacją, że Kelsey to znana na
całym kampusie dilerka.

Emily zrobiła krok w tył. Czuła, jak jej stopy zapadają się w błotnistej ziemi.
– Naprawdę?
– Nie wiedziałam, co robić. – Spencer uniosła dłoń w geście protestu. – Spanikowałam.
– Nie zapomnij dodać, że jak się okazało, Kelsey nie doniosła na ciebie. – Hanna z trudem nad sobą

panowała i cały czas nerwowo rozglądała się po placu zabaw.

– Dowiedziałam się o tym już po fakcie – usprawiedliwiała się Spencer.
– Więc zrobiłaś jej świństwo bez powodu? – pisnęła Aria, a w jej tonie słychać było potępienie.
–  Słuchajcie,  bynajmniej  nie  mam  się  czym  chwalić  –  powiedziała  Spencer  z  czerwonymi

policzkami.  –  Ale  dziś  Kelsey  zjawiła  się  u  mnie  w  domu,  bo  zna  moją  przyrodnią  siostrę,
i zachowywała się bardzo dziwnie, jakby miała coś do ukrycia. Początkowo nie byłam pewna, czy ona
wie, że to ja ją wysłałam do poprawczaka, ale ta wiadomość to chyba niezbity dowód.

Podniosła w górę telefon i pokazała SMS-a: „Myślisz, że twoja przyjaciółka z wakacji zapomniała

gorzki smak pigułki, którą ją poczęstowałaś?”.

Hanna nerwowo skubała dolną wargę.
– A skąd Kelsey miałaby się dowiedzieć, że to przez ciebie trafiła za kratki? Twierdziłaś, że gliny

na pewno nie wpadną na nasz trop.

– Nie mam zielonego pojęcia. – Spencer wydawała się coraz bardziej roztrzęsiona. – Może Kelsey

jakoś  się  domyśliła?  Może  A.  to  ona?  Kiedy  dostałam  tę  wiadomość,  ona  stała  tuż  obok  z  telefonem
w dłoni!

Aria koniuszkami palców popchnęła lekko diabelską karuzelę.
– Ale przecież Kelsey nie było na Jamajce, prawda?
– Poza tym niby czego mogłaby chcieć od nas wszystkich? – dodała Emily. – Aria i ja nie brałyśmy

udziału w tej akcji.

– Może się jej wydaje, że cała nasza czwórka maczała w tym palce – powiedziała Spencer.
– To bardzo prawdopodobne – zgodziła się Hanna, kołysząc lekko pustą huśtawką. – Przypomnijcie

sobie ten artykuł z „People”. Napisali w nim, że blisko się przyjaźnimy i nie mamy przed sobą tajemnic.

background image

Kelsey mogła pomyśleć, że wszystkie przyczyniłyśmy się do wrobienia jej, żeby chronić Spencer.

Pod Emily ugięły się nogi. Czy to możliwe?
– Jakoś trudno mi w to uwierzyć – powiedziała Aria. – Może A. to ktoś z przyjaciół Tabithy. Albo

ktoś, kto znał Monę Vanderwaal lub Jennę Cavanaugh.

– Przyjaciele Jenny próbowaliby dopaść Ali, a nie nas – zauważyła Spencer.
– Może A. to Ali – powiedziała z wahaniem Emily.
Wszystkie dziewczyny spojrzały na nią jak na wariatkę.
– Co takiego?
Emily uniosła ręce w geście kapitulacji.
– Jeszcze dwa tygodnie temu wydawało się nam, że Ali uratowała się z pożaru. Nie mamy żadnej

gwarancji, że nie było jej na Jamajce i że to nie ona nakładła Tabicie do głowy tych wszystkich bzdur na
nasz temat. Nadal nie wiemy, skąd Tabitha tyle o nas wiedziała i skąd miała bransoletkę Ali. Może Ali
po śmierci Tabithy przyjechała tutaj i obserwowała nas przez całe lato.

Spencer wzięła się pod boki.
– Em, Ali umarła w górach Pocono. Nie udałoby się jej ujść z życiem z takiego pożaru.
– To dlaczego policja nie znalazła jej ciała?
– Już tyle razy przerabiałyśmy ten temat! – wycedziła Spencer przez zaciśnięte zęby.
Hanna oparła się o zjeżdżalnię.
– Em, ja też uważam, że Ali nie żyje.
Aria pokiwała głową.
–  Kiedy  wybiegłyśmy  z  domu,  drzwi  się  za  nami  zatrzasnęły.  Nawet  gdyby Ali  udało  się  do  nich

doczołgać,  to  nie  starczyłoby  jej  siły,  żeby  je  otworzyć,  z  powodu  dymu,  którego  się  nawdychała.
Pamiętasz  przecież,  że  w  środku  nie  dało  się  już  oddychać.  A  kilka  sekund  później  dom  wyleciał
w powietrze. Spłonął nawet ogniotrwały sejf DiLaurentisów.

Emily  kołysała  się  na  piętach  w  przód  i  w  tył,  przypominając  sobie  znowu  ten  moment,  kiedy

zostawiła otwarte drzwi, umożliwiając Ali ucieczkę.

– A jeśli drzwi się otworzyły? Na przykład z powodu przeciągu?
Hanna położyła dłonie na biodrach.
– Ale dlaczego tak się upierasz, że Ali żyje? Wiesz coś, o czym my nie wiemy?
W oddali zaszumiały drzewa. Obok szkoły powoli przejechał samochód z włączonymi reflektorami.

Emily  z  trudem  powstrzymywała  się  przed  wyjawieniem  tajemnicy.  Gdyby  zdradziła  przyjaciółkom  ten
sekret, już nigdy by jej nie zaufały.

– Nie. Bez powodu.
Nagle w lesie rozległ się jakiś trzask. Dziewczyny odwróciły się i z przymrużonymi oczami patrzyły

w dal. Wokół panowały egipskie ciemności i ledwie widać było zarys drzew.

– Może powinnyśmy pójść na policję? – wyszeptała Emily.
Hanna westchnęła.
– I co im powiemy? Że zamordowałyśmy niewinną dziewczynę?
– Nie chcę przez to wszystko jeszcze raz przechodzić! – Z ust Emily unosiły się obłoczki białej pary.

– Może policjanci spojrzą na to z naszego punktu widzenia. I może...

Nagle poczuła, że jest śmiertelnie wyczerpana. Oczywiście, że policjanci nie spojrzeliby na śmierć

Tabithy z ich punktu widzenia. Zamknęliby Emily i jej przyjaciółki w więzieniu na resztę życia.

– Słuchajcie – odezwała się po chwili Spencer. – Nie możemy działać zbyt pochopnie, okej? Gra

toczy się o zbyt wysoką stawkę. Musimy się dowiedzieć, kim jest A. i co zamierza zrobić. Zanim znowu
wpadniemy w sidła. I musimy się obejść bez pomocy policji. Założę się, że to wszystko sprawka Kelsey.
– Nacisnęła przycisk w telefonie. – Ona jedna miała motyw. Kiedy tylko znowu zjawi się w moim domu,

background image

wybadam, jaki będzie jej następny krok. Kto wie, może i was obserwuje. Pamiętacie, jak wygląda?

Aria wzruszyła ramionami.
– Nie za bardzo.
– Była na przyjęciu u Kahnów – wyszeptała Hanna.
– Nigdy jej nie widziałam – powiedziała Emily.
Spencer przesunęła palcem po ekranie telefonu i pokazała go przyjaciółkom.
– To zdjęcie z zeszłego lata, ale teraz Kelsey wygląda dokładnie tak samo.
Wszystkie  nachyliły  się,  spoglądając  na  ekran.  Zdjęcie  przedstawiało  drobną,  uśmiechniętą

dziewczynę  w  obcisłym  podkoszulku  z  emblematem  liceum  St.  Agnes.  Emily  z  niedowierzaniem
przyglądała  się  zadartemu  nosowi,  ładnie  zarysowanym  brwiom  i  tajemniczemu  uśmiechowi,  który
zdawał  się  mówić:  „Mam  sekret  i  założę  się,  że  go  ze  mnie  nie  wydobędziesz”.  Nie  mogła  zebrać
rozpierzchłych myśli. Jak się okazało, dobrze znała Kelsey.

Zdjęcie przedstawiało Kay.

background image

13

NIELEGALNY POCAŁUNEK

Tego  samego  wieczoru  Hanna  weszła  do  Rue  Noir,  eleganckiego  lounge-baru  niedaleko  kampusu

Hyde. W głębi sali ciągnął się długi, zakrzywiony bar, po lewej stronie znajdował się parkiet do tańca,
a  wokół  niego  rozstawiono  mnóstwo  wygodnych  kanap.  Niektóre  stały  w  zacisznych  zakamarkach,
w których zakochani mogli całymi godzinami siedzieć wtuleni w siebie. Trudno wyobrazić sobie lepsze
miejsce na pierwszą oficjalną randkę z Liamem.

On  jeszcze  nie  przyszedł,  więc  Hanna  rozsiadła  się  na  pustej  kanapie,  jak  najdalej  od  grupy

studentów  z  podejrzanie  wyglądającymi  dziewczynami.  Ukradkiem  spojrzała  w  małe  lusterko,  które
zawsze  nosiła  w  torebce.  Wyglądała  jeszcze  lepiej  niż  na  flash  mobie.  Nikt  by  nie  pomyślał,  że  dwie
godziny temu odbyła bardzo stresujące spotkanie ze Spencer i dziewczynami, na którym próbował dociec,
kto tym razem udaje A.

Zamknęła oczy. Nie dawała jej spokoju teoria Spencer, która za wszystko winiła Kelsey. Przecież

nie  tylko  Spencer  zrujnowała  jej  życie.  Hanna  też  miała  nieczyste  sumienie.  Pomogła  wrobić  Kelsey,
żeby oczyścić Spencer z zarzutów.

Hanna  spotkała  Kelsey  zeszłego  lata,  w  czasie  jednego  z  legendarnych  letnich  przyjęć  u  Kahnów.

Zaproszono  na  nie  wszystkich  sąsiadów  i  wokół  domu  rozstawiono  beczki  z  piwem,  nadmuchiwany
zamek, w którym można było skakać jak na trampolinie, oraz starą kabinę fotograficzną. Spencer i Kelsey
weszły  na  patio,  rozmawiając  trochę  za  głośno  i  zbyt  ostentacyjnie.  Spencer,  zazwyczaj  powściągliwa
i  zachowująca  się  nienagannie  w  czasie  przyjęć,  tym  razem  wyglądała,  jakby  się  upiła.  Flirtowała
z  Erikiem  Kahnem  w  obecności  jego  dziewczyny,  z  którą  razem  studiował.  Cassie  Buckley,  dawnej
koleżance Ali  z  drużyny  hokejowej,  która  teraz  stylizowała  się  na  ostrą  fankę  gotyku,  powiedziała,  że
zawsze  uważała  ją  za  sukę.  Wydawała  się  zupełnie  pozbawiona  zahamowań  i  przerażająco
nieprzewidywalna.

Już po chwili wszyscy szeptem komentowali jej zachowanie.
– Akurat jej bym o to nie posądziła – powiedziała Naomi Zeigler.
–  Seksowne  to  to  nie  jest  –  skomentował  Mason  Byers,  który  sam  kiedyś  tak  się  upił  w  czasie

imprezy u Kahnów, że na golasa biegał po lesie za ich domem.

A Mike, który towarzyszył wtedy Hannie, ścisnął mocno jej dłoń.
– Te dwie są na niezłym haju – powiedział.
Wtedy wszelkie wątpliwości Hanny się rozwiały. Oczywiście, że Spencer i Kelsey nie były pijane,

tylko naćpane. Hanna natychmiast podeszła do Spencer, która właśnie opowiadała Kirsten Cullen jakąś
nieskładną historię. Spencer rozpromieniła się na widok Hanny.

– Hej! – przywitała się, uderzając Hannę mocno pięścią w ramię. – Gdzie się podziewałaś, suko?

Wszędzie cię szukałam!

Hanna chwyciła Spencer za rękę i odciągnęła od Kirsten.
– Spence, co ty zażywałaś?
Spencer  zesztywniała.  Miała  na  ustach  złowrogi  uśmiech  i  w  niczym  nie  przypominała  rozważnej

dziewczyny, która przewodniczyła wszystkim klubom i kółkom zainteresowań w Rosewood Day.

– A czemu pytasz? Chcesz trochę? – Wyciągnęła coś z torby i wcisnęła Hannie w dłoń. – Weź całą

fiolkę. Mogę tego mieć, ile zechcę. Znalazłam fantastycznego dilera.

background image

Hanna  spojrzała  na  to,  co  wręczyła  jej  Spencer.  Trzymała  w  dłoni  dużą,  apteczną  buteleczkę

z  jasnopomarańczową  nakrętką.  Włożyła  tabletki  do  kieszeni,  w  nadziei  że  może  Spencer  otrzeźwieje
i przestanie je zażywać.

– Często to bierzesz?
Spencer z zakłopotaniem kołysała się na boki.
– Tylko jak mam dużo nauki. I na imprezach, bo wtedy fajnie się nakręcam.
– I nie boisz się, że cię złapią?
– Mam to pod kontrolą, Hanno. Uwierz mi. – Spencer przewróciła oczami.
Hanna  chciała  coś  jeszcze  dodać,  kiedy  nagle  poczuła  na  sobie  czyjś  wzrok.  Kilka  kroków  dalej

stała Kelsey i badawczo się jej przyglądała.

– O, hej – przywitała się z zakłopotaniem Hanna, machając ręką.
Kelsey nie odpowiedziała. Patrzyła w stronę Hanny tak, jakby jej w ogóle nie widziała.
Wkrótce  Hanna  odeszła,  bo  źle  się  czuła  w  ich  towarzystwie.  Kiedy  tylko  się  oddaliła,  Kelsey

podbiegła do Spencer i zaczęła szeptać jej coś na ucho. Spencer rzuciła okiem na Hannę i zaśmiała się.
Jej śmiech brzmiał jakoś dziwnie, inaczej, dźwięczał w nim paskudny, złośliwy ton.

Może  właśnie  dlatego  miesiąc  później  Hanna  bez  większych  skrupułów  pomogła  Spencer  wrobić

Kelsey.  Oczywiście,  wierzyła,  że  to  Kelsey  wciągnęła  Spencer  w  narkotyki.  A  to  znaczyło,  że  Hanna
jedynie  ratowała  kolejną  ofiarę  przed  popadnięciem  w  nałóg.  Tak  samo  wytłumaczyła  sobie,  dlaczego
musiały zabić Ali na Jamajce. Gdyby tego nie zrobiły, Ali znowu próbowałaby je zamordować.

Ale  okazało  się,  że  Tabitha  to  nie  Ali.  A  teraz  ktoś  mógł  się  dowiedzieć,  jak  Hanna  urządziła

Kelsey.

Ktoś nad nią stanął i Hanna podniosła wzrok. Zobaczyła w górze twarz Liama, który teraz wyglądał

jeszcze piękniej niż w czasie flash mobu. Miał na sobie koszulę w prążki i idealnie dopasowane dżinsy.
Faliste  włosy  zaczesał  do  tyłu,  odsłaniając  pięknie  uformowane  kości  policzkowe.  Na  sam  jego  widok
Hanna czuła na skórze przyjemne mrowienie.

– Hej – przywitał się, posyłając Hannie szeroki śnieżnobiały uśmiech. – Wyglądasz prześlicznie.
– Dzięki – odparła skromnie Hanna. – Ty też.
Przesunęła się na kanapie, robiąc miejsce dla Liama. On objął ją ramieniem i przytulił. Po chwili

całowali  się  namiętnie.  W  tle  rozbrzmiewała  piosenka  z  elektronicznym  rytmem.  Kilku  studentów
siedzących w rogu roześmiało się głośno, a potem wypiło kolejkę szotów.

Wreszcie Liam odsunął się od Hanny i zaśmiał się, wyraźnie zażenowany. Przeczesał dłonią włosy.
–  Chcę,  żebyś  wiedziała,  że  nie  należę  do  tych  chłopaków,  którzy  zaciągają  dopiero  co  poznaną

dziewczynę w ciemny zaułek, żeby tam się z nią całować.

– Tak się cieszę, że to powiedziałeś – odparła Hanna. – Ja też nie należę do łatwych dziewczyn.
– Po prostu, kiedy tylko cię zobaczyłem, a potem zaczęliśmy rozmawiać... – Liam ujął dłonie Hanny.

– Sam nie wiem. Wydarzyło się coś magicznego.

Gdyby  powiedział  to  ktokolwiek  inny,  Hanna  zapewne  przewróciłaby  oczami,  uznając  to  za

najtańszy podryw pod słońcem. Ale Liam wydawał się tak szczery i bezbronny.

–  Nie  mam  pojęcia,  dlaczego  wczoraj  poszedłem  na  ten  wiec  wyborczy  –  mówił  dalej  Liam,

wpatrując się w Hannę, choć w tym samym czasie przez obrotowe drzwi weszły trzy śliczne i szczupłe
studentki w bardzo kusych sukienkach i skierowały się prosto do baru. – Musiałem wyjść z akademika.
Nie wystawiałem nosa za próg od wielu dni, zdołowany po rozstaniu z dziewczyną.

–  Ja  też  niedawno  z  kimś  zerwałam  –  szepnęła  Hanna.  Próbowała  przywołać  w  pamięci  obraz

Mike’a, ale w jej wyobraźni jego twarz rozmywała się, tracąc kontury i charakterystyczne rysy.

– No to może pomóżmy sobie nawzajem – zaproponował Liam.
– Miałeś dużo dziewczyn? – zapytała Hanna.

background image

Liam wzruszył ramionami.
– Kilka. A ty? Założę się, że nie możesz się opędzić od facetów.
Hanna  prychnęła.  Przecież  nie  mogła  opowiedzieć  mu  o  katastrofie,  jaka  zakończyła  jej  związek

z Seanem Ackardem, ani o smutnych okolicznościach rozstania z Mikiem.

– Cóż, kilku zawsze się wokół mnie kręci.
– Ale żaden mi nie dorównuje, prawda? – uśmiechnął się Liam.
Hanna żartobliwie dotknęła koniuszka jego nosa.
– Żeby odpowiedzieć na to pytanie, muszę cię lepiej poznać.
– A czego chcesz się dowiedzieć? Możesz we mnie czytać jak w otwartej księdze. – Liam zamyślił

się  na  chwilę.  –  Na  widok  lodów  waniliowych  z  brownie  zaczynam  zachowywać  się  jak  dziewczyna
z  napięciem  przedmiesiączkowym.  Płaczę  na  romantycznych  komediach  i  kiedy  drużyna  z  Filadelfii
zdobywa  mistrzostwo  amerykańskiej  ligi  baseballowej.  Najsmutniejsze  wydarzenie  w  moim  życiu  to
uśpienie mojego ukochanego dwunastoletniego mastifa. I panicznie boję się pająków.

– Pająków? – zaśmiała się Hanna. – Biedactwo.
Liam dotknął nadgarstka Hanny.
– A ty czego tak naprawdę się boisz?
W jednej chwili światła w barze przygasły. Hanna poczuła na sobie wzrok kogoś, kto stał po drugiej

stronie  sali.  Ale  kiedy  podniosła  głowę,  nikogo  nie  zauważyła.  „A.”,  miała  ochotę  odpowiedzieć
Liamowi.  „Najbardziej  bałam  się  w  chwili,  gdy  Tabitha  chciała  zepchnąć  mnie  z  tarasu.  I  boję  się,  że
kogoś zabiłam... i że ktoś się o tym dowiedział”. Ale tylko wzruszyła ramionami.

– Hm, nie lubię zamkniętych pomieszczeń.
– A jeśli w takim zamkniętym pomieszczeniu znajduje się jeszcze ktoś, kogo bardzo, ale to bardzo

lubisz? – Liam przytulił się do niej, patrząc jej prosto w oczy.

– Wtedy się nie boję – wyszeptała Hanna.
Zaczęli  się  znowu  całować.  Hanna  nie  wiedziała,  ile  upłynęło  czasu,  kiedy  do  jej  uszu  doszedł

ledwie  słyszalny  dzwonek  telefonu  Liama.  On  oderwał  się  od  niej,  wyciągnął  komórkę  z  kieszeni,
spojrzał na ekran i się skrzywił.

– To moja mama.
– Musisz odbierać?
Liam wyraźnie bił się z myślami, ale wreszcie przekierował rozmowę na pocztę głosową.
– Teraz przechodzi trudny okres. Jest jej bardzo ciężko.
Hanna przysunęła się jeszcze bliżej.
– Chcesz o tym pogadać?
Spodziewała się, że Liam zmieni temat. Po chwili wahania spojrzał na Hannę.
–  Obiecaj,  że  nikomu  o  tym  nie  powiesz.  –  Hanna  pokiwała  głową.  –  W  zeszłym  roku  mama

dowiedziała  się  o  romansie  taty.  Jego  kochanka  zaszła  w  ciążę,  a  on  zapłacił  jej,  żeby  zrobiła  aborcję
i zniknęła z jego życia. – Hanna poczuła w ustach kwaśny smak. Liam przymknął oczy. – Nie chcę cię tym
obarczać. Po prostu nie mam z kim o tym pogadać.

– Już w porządku. – Hanna dotknęła jego kolana. – Cieszę się, że mi powiedziałeś.
–  Dziś  rodzice  się  nienawidzą.  Nie  mogę  patrzeć  na  ich  kłótnie.  Kiedyś  byli  w  sobie  szaleńczo

zakochani. To od nich dowiedziałem się, jak wygląda prawdziwa miłość... A teraz czuję się oszukany.

– Przecież miłość może się skończyć – powiedziała Hanna smutnym głosem.
Liam spojrzał na telefon, wsunął go do kieszeni i znowu ujął dłonie Hanny.
– Mam pomysł. Wyrwijmy się stąd na chwilę. Jedźmy do South Beach, co? Założę się, że w stroju

kąpielowym wyglądasz jak bogini.

Hannę  zdziwiła  ta  nagła  zmiana  tematu,  ale  postanowiła,  że  nie  da  po  sobie  niczego  poznać.

background image

Położyła dłonie na ramionach Liama. Miał silne, muskularne ciało pływaka albo tenisisty.

– Doskonały pomysł. Kocham ocean.
–  Mógłbym  zarezerwować  domek  na  plaży,  wyłącznie  do  naszej  dyspozycji.  Zatrudnilibyśmy

prywatnego kamerdynera, który podawałby nam posiłki do łóżka.

Hanna  zaczerwieniła  się  i  zaśmiała  z  zażenowania  na  dźwięk  słowa  „łóżko”.  I  choć  pomysł

wydawał się jej szalony, miała ochotę skorzystać z propozycji Liama. Nie tylko dlatego, że on wydawał
się jej cudowny, ale również dlatego, że jadąc do Miami, oddaliłaby się od A. o tysiące kilometrów.

Nagle,  jak  na  zawołanie,  w  jej  torbie  zapiszczał  głośno  telefon.  Zirytowana  sięgnęła  do  bocznej

kieszeni,  żeby  go  wyciszyć,  ale  na  ekranie  zauważyła  informację,  że  dostała  nowego  SMS-a.  Serce
zaczęło  jej  mocniej  bić.  Rozejrzała  się,  sprawdzając,  czy  nie  obserwuje  jej  żaden  z  klientów  baru.
Niedaleko  nich  na  ławce  siedziało  kilka  dziewczyn  i  śmiało  się  w  najlepsze.  Barman  wręczył  komuś
drinka  i  resztę.  Nagle  zauważyła  niewysoką  postać  znikającą  za  kotarą  prowadzącą  do  jakiegoś
pomieszczenia na zapleczu. Hanna czuła jednak, że jeszcze przed chwilą ktoś ją obserwował.

– Chwileczkę – szepnęła Hanna, odsunęła się od Liama i otworzyła wiadomość. Żołądek podszedł

jej do gardła, kiedy zdała sobie sprawę, że nadawca to ktoś, kogo boi się najbardziej na świecie.

Droga  Hanno.  Zanim  oboje  zbyt  dobrze  się  poczujecie  w  swoim  towarzystwie,  poproś  go
o prawo jazdy.

Hanna  uniosła  brwi.  Prawo  jazdy?  A  niby  czego  miała  się  w  ten  sposób  dowiedzieć?  Że  kiedy

prowadził, musiał nosić szkła kontaktowe? Że był zameldowany w New Jersey, a nie w Pensylwanii?

Włożyła telefon z powrotem do torby i zwróciła się do Liama.
– No więc mówiłeś o South Beach.
Liam przytaknął i przytulił Hannę mocno.
– Chcę cię mieć tylko dla siebie.
Nachylił się, żeby ją pocałować. Hanna odwzajemniła pocałunek, ale wiadomość od A. nie dawała

jej spokoju. Bała się A. jak ognia, ale też doświadczenie nauczyło ją, że informacje od A. okazywały się
zazwyczaj  prawdziwe.  A  jeśli  Liam  na  zdjęciu  miał  wokół  ust  krosty  od  opryszczki?  Albo  inny  nos?
A jeśli – o zgrozo! – wyglądał bardzo młodo, ale tak naprawdę był po czterdziestce?

Odsunęła się od niego.
– Wiesz, mam jedną żelazną zasadę – powiedziała drżącym głosem. – Nim wyjadę z chłopakiem na

wakacje, muszę zobaczyć jego prawo jazdy.

Na twarzy Liama pojawił się wyraz rozbawienia.
– Świetnie się składa, bo na zdjęciu wyglądam doskonale. – Sięgnął do portfela. – Pokażę ci, jak ty

pokażesz mi swoje.

– Umowa stoi.
Hanna  wyjęła  z  torby  portfel  od  Louisa  Vuittona  i  wręczyła  Liamowi  nowe  prawo  jazdy,  które

dostała ledwie kilka miesięcy wcześniej. Liam podał jej swój dokument. Z ulgą oglądała jego zdjęcie, na
którym miał twarz amanta, bez najmniejszego śladu po opryszczce. I bez innego nosa. I był tylko dwa lata
starszy  od  niej,  więc  do  czterdziestki  było  mu  daleko.  Przeczytała  pozostałe  informacje.  W  pierwszej
chwili jego nazwisko nie zwróciło jej uwagi. Ale po chwili przeczytała je ponownie.

Liam Wilkinson.
Na chwilę jej serce przestało bić. Nie. To niemożliwe.
Kiedy jednak spojrzała na siedzącego przed nią Liama,  dostrzegła  uderzające  podobieństwo.  Miał

identyczne brązowe oczy jak Tucker Wilkinson. I ten sam nonszalancki uśmiech, którym zjednywał sobie
ludzi. Miał nawet takie same gęste brwi.

background image

Liam  spojrzał  na  nią  nagle,  trzymając  jej  prawo  jazdy  w  dłoni.  Zbladł  jak  ściana.  Widać  było  po

nim, że i on zdał sobie sprawę z tego, z kim ma do czynienia.

–  Jesteś  spokrewniona  z  Tomem  Marinem  –  wycedził.  –  To  dlatego  byłaś  wczoraj  wieczorem

w Hyde.

Hanna spuściła wzrok. Wydawało się jej, że za chwilę zwymiotuje na pluszową kanapę.
–  To...  mój  tata  –  przyznała.  Każde  wypowiadane  przez  nią  słowo  sprawiało  jej  ból.  – A  twoim

ojcem jest...

– Tucker Wilkinson – dokończył Liam grobowym głosem.
Patrzyli  na  siebie  przerażonymi  oczami.  I  wtedy,  pośród  okrzyków  studentów  skandujących:  „Do

dna, do dna, do dna!”, głośnej muzyki i brzęku lodu w shakerze do drinków, Hanna usłyszała dobiegający
z oddali chichot. Odwróciła się i spojrzała przez szerokie okno wychodzące na ulicę. Na szybie wisiał
neonowo zielony strzęp papieru. Hanna od razu poznała, że to kawałek ulotki wyborczej Toma Marina,
którą pomocnicy taty rozdawali zeszłego wieczoru w czasie wiecu. Krawędzie zostały tak oddarte, że na
kartce została tylko twarz pana Marina i jedna litera jego nazwiska.

Samotne, wielkie A.

background image

14

SPENCER UWALNIA SWÓJ UMYSŁ

Następnego zimnego i szarego popołudnia Spencer otuliła szyję kraciastym szalem. Stała w jednej

z  bocznych  uliczek  w  Old  Hollis  i  wpatrywała  się  w  olbrzymi  wiktoriański  dom.  Marszcząc  czoło,
sprawdziła  jeszcze  raz  adres  na  liście  uczestników  zajęć  teatralnych.  Stała  właśnie  przed  Fioletową
Willą.  Nazwa  była  trafna,  bo  całą  fasadę  pomalowano  na  intensywny  fiolet.  O  tym  domu  słyszał  każdy
mieszkaniec  Rosewood.  Kiedy  Spencer  chodziła  do  szóstej  klasy,  razem  z  Ali  i  pozostałymi
przyjaciółkami jeździły przed nim na rowerach tam i z powrotem. Szeptały sobie na ucho plotki na temat
jego właścicieli.

– Słyszałam, że nigdy się nie myją – powiedziała Ali. – A w całym domu roi się od karaluchów.
– A ja słyszałam, że organizują orgie – dodała Hanna.
Wszystkie jak na komendę jęknęły z obrzydzeniem, ale wtedy w oknie Fioletowej Willi pojawiła się

jakaś twarz, a one w te pędy odjechały.

„Morderczyni”.
Spencer zatrzymała się w połowie frontowych schodów, a żołądek podszedł jej do gardła. Spojrzała

na ciche domy przy ulicy, które wydawały się zupełnie opustoszałe. W jednej z bocznych uliczek między
metalowymi kubłami na śmieci przemknął jakiś cień.

Zadrżała  ze  strachu,  bo  przypomniała  sobie  ostatnią  wiadomość  od  A.  Przyjaciółki  nie  dały  się

przekonać,  że  to  Kelsey  przysyła  im  wiadomości  z  pogróżkami,  ale  takie  rozwiązanie  wydawało  się
najbardziej  logiczne.  Spencer  zrujnowała  Kelsey  życie.  Teraz  Spencer  musiała  ją  powstrzymać,  żeby
Kelsey nie zrujnowała jej przyszłości. I życia jej przyjaciółek.

Przez  całe  lato  Spencer  i  Kelsey  bardzo  blisko  się  przyjaźniły.  Kelsey  wyznała  Spencer,  że  po

rozwodzie rodziców zaczęła odreagowywać stres i wpadła w towarzystwo kilku narwanych dziewczyn.
Zaczęła palić marihuanę, a potem nią handlować. W czasie rewizji szkolnych szafek ochrona znalazła u
niej  towar.  Nie  wyrzucono  jej  z  St.  Agnes  tylko  dlatego,  że  jej  ojciec  ufundował  skrzydło  budynku
z  pracowniami  naukowymi.  Ale  rodzice  zagrozili,  że  jeśli  Kelsey  choć  raz  zrobi  jakieś  głupstwo,  to
wyślą ją do bardzo surowej katolickiej szkoły w Kanadzie.

– Postanowiłam zacząć wszystko od nowa – powiedziała Kelsey pewnego wieczoru, kiedy razem ze

Spencer  leżały  na  łóżku  po  całonocnym  zakuwaniu.  –  Rodzice  nie  chcieli  mi  pomóc  finansowo,
twierdząc,  że  po  tym,  co  zrobiłam,  nie  mają  zamiaru  ryzykować  kolejnej  straty.  Ale  jakimś  cudem
znalazła  się  organizacja  non  profit,  o  której  nigdy  nie  słyszałam,  i  w  ostatniej  chwili  przyznała  mi
stypendium  na  udział  w  szkole  letniej  na  Uniwersytecie  Pensylwanii.  Chcę  udowodnić  rodzicom,  że
warto we mnie zainwestować

Spencer też zwierzyła się Kelsey ze swoich kłopotów. Oczywiście, nie z wszystkich. Opowiedziała

o machinacjach A. O tym, że ukradła wypracowanie siostry i wbrew zasadom wygrała konkurs o Złotą
Orchideę. I że we wszystkim musiała być najlepsza.

Okazało  się,  że  obie  bardzo  szybko  uzależniły  się  od  Łatwej  Piątki.  Początkowo  nie  odczuwały

żadnych ubocznych efektów działania tabletek. Mogły za to bez trudu uczyć się całymi godzinami, nawet
przez całą noc. Ale w miarę upływu czasu obie zauważały, co się z nimi dzieje, kiedy nie biorą pigułek.

– Oczy mi się zatrzaskują – mówiła Spencer w czasie zajęć.
– Czuję się jak zombie – jęczała Kelsey.

background image

Obserwowały  siedzącego  po  drugiej  stronie  sali  Phineasa,  który  ukradkiem  wkładał  pod  język

kolejną tabletkę. Jeśli jemu nic się do tej pory nie stało, to może i one mogły bezkarnie zażywać Łatwą
Piątkę.

Przejeżdżający  obok  samochód  z  rozklekotanym  tłumikiem  wyrwał  Spencer  z  zamyślenia.

Wyprostowała plecy, wyszła po schodach pod frontowe drzwi domu, sprawdziła swoje odbicie w jednej
z  bocznych  szyb.  Miała  na  sobie  obcisłe  dżinsy,  miękki,  kaszmirowy  sweter  i  wysokie  buty,  więc
wyglądała dobrze, a jednocześnie nie była przesadnie elegancka. Zadzwoniła do drzwi.

Nikt nie odpowiedział. Zadzwoniła jeszcze raz. Znowu nic.
– Jest tu kto? – zawołała zniecierpliwiona Spencer, mocno stukając pięścią w drzwi.
Wreszcie włączyło się światło i w jednym z okien pojawiła się twarz Beau. Patrzył na nią zaspanym

wzrokiem. Miał włosy w nieładzie i nie zdążył włożyć podkoszulka. Spencer prawie połknęła gumę do
żucia. Dlaczego do tej pory ukrywał tak wyrzeźbione mięśnie brzucha?

– Przepraszam – powiedział Beau sennym głosem. – Medytowałem.
–  Oczywiście  –  wymamrotała  Spencer,  gapiąc  się  na  jego  tors,  świadczący  o  tym,  że  Beau  robił

jakieś tysiąc pompek dziennie. Czuła się jak w czasie zajęć rysunku w Hollis, na które zapisały się razem
z  Arią.  Pozowali  im  nadzy  modele.  Oni  zachowywali  się  jakby  nigdy  nic,  ale  Spencer  z  trudem
powstrzymywała się od śmiechu.

Weszła do holu i od razu zauważyła, że Fioletowa Willa w środku wygląda równie odjazdowo jak

na  zewnątrz.  Na  ścianach  korytarza  wisiała  eklektyczna  mieszanka  ręcznie  tkanych  gobelinów,  olejnych
obrazów  oraz  metalowych  plakietek  z  reklamami  papierosów  i  od  dawna  nieistniejących  przydrożnych
barów.  Po  lewej  stronie  mieścił  się  obszerny  salon,  urządzony  zniszczonymi  meblami  z  lat
pięćdziesiątych. Większą część jadalni zajmował rustykalny stół z drewna klonowego, zasłany książkami
w  twardych  oprawach  o  najrozmaitszych  kształtach  i  rozmiarach.  Na  końcu  holu  leżała  na  podłodze
rozwinięta niebieska mata do jogi. Ze stojącego obok odtwarzacza CD sączyła się kojąca melodia grana
na harfie. Na małym stoliku paliło się jedno kadzidełko, z którego dym unosił się powoli w powietrze.

– Twoja rodzina wynajmuje ten dom? – zapytała Spencer.
Beau  podszedł  do  maty,  podniósł  z  podłogi  biały  podkoszulek  i  włożył  go  przez  głowę.  Kiedy  to

zrobił, Spencer poczuła jednocześnie ulgę i rozczarowanie.

– Nie. Jest nasz od jakichś dwudziestu lat. Na początku wynajmowaliśmy go profesorom z uczelni,

ale potem tata dostał pracę w Filadelfii i postanowiliśmy się tu wprowadzić.

– To twoi rodzice pomalowali go na fioletowo?
Beau uśmiechnął się szeroko.
– Tak, w latach siedemdziesiątych. Żeby wszyscy wiedzieli, gdzie odbywają się orgie.
– A tak, słyszałam coś o tym. – Spencer starała się mówić tak, jakby w ogóle jej to nie dziwiło.
Beau parsknął śmiechem.
–  Dałaś  się  nabrać.  Moi  rodzice  uczyli  na  Uniwersytecie  Hollis.  Dla  nich  najdziksza  impreza

polegała  na  czytaniu Opowieści  kanterberyjskich  w  języku  staroangielskim.  Ale  słyszałem  wszystkie
plotki.  –  Rzucił  jej  porozumiewawcze  spojrzenie.  –  Mieszkańcy  Rosewood  uwielbiają  plotkować,
prawda? O tobie też słyszałem to i owo, Kłamczucho.

Spencer  odwróciła  się,  udając  zainteresowanie  ludową  rzeźbą  przedstawiającą  dużego  czarnego

koguta.  Doskonale  zdawała  sobie  sprawę  z  tego,  że  całe  miasto  –  ba,  cały  kraj  –  słyszało  już  o  jej
przejściach z Prawdziwą Ali. Ale zdziwiło ją to, że wie o tym nawet ktoś taki jak Beau.

– Większość tych historii to kłamstwa – powiedziała cicho.
–  Oczywiście.  –  Beau  podszedł  do  niej.  –  Poza  tym  to  strasznie  wkurzające,  że  wszyscy  o  tobie

gadają. I gapią się na ciebie.

– Tak, to wkurzające – przytaknęła, zdumiona tym, że Beau tak świetnie ujął w słowa to, co czuła.

background image

Kiedy podniosła wzrok, on patrzył na nią dziwnie, jakby próbował zapamiętać jak najdokładniej jej

rysy twarzy. Spencer popatrzyła mu prosto w oczy. Wcześniej nie zauważyła, że Beau ma piękne zielone
oczy. I mały pieprzyk na lewym policzku, który dodawał mu uroku.

– No to chyba powinniśmy wziąć się do roboty? – zapytała po chwili krępującego milczenia.
Beau odwrócił wzrok, przeszedł przez pokój i usiadł w skórzanym fotelu.
– Jasne. Jak sobie życzysz.
To podziałało na Spencer jak płachta na byka.
– Sam mi kazałeś tu przyjść, żeby dać mi lekcję. No to... daj mi lekcję.
Beau odchylił fotel do tyłu i przycisnął palce do ust.
–  Cóż,  moim  zdaniem  twój  problem  polega  na  tym,  że  nie  rozumiesz  lady  Makbet.  Jesteś  tylko

licealistką, która recytuje jej kwestie.

Spencer uniosła dumnie głowę.
–  Oczywiście,  że  ją  rozumiem.  Ona  z  determinacją  zmierza  do  wyznaczonego  celu.  I  ma

wygórowane ambicje. Dlatego nie umie mierzyć sił na zamiary. A potem nęka ją poczucie winy za to, co
zrobiła.

– Skąd wzięłaś te mądrości? Ze szkolnego bryka? – Beau drwił z niej w żywe oczy. – Znajomość

faktów nie daje automatycznie dostępu do postaci. Trzeba przeżyć to, co ona przeżyła, i naprawdę wejść
w jej skórę. Na tym polega metoda Strasberga.

Spencer z trudem powstrzymała wybuch śmiechu.
– Ale brednie.
W oczach Beau pojawił się błysk.
– Może po prostu boisz się pójść na całość. Ta metoda potrafi obudzić w człowieku demony.
– Niczego się nie boję. – Spencer założyła ręce na piersi.
Beau wstał z fotela i podszedł do niej.
–  No  dobra,  załóżmy,  że  się  nie  boisz. Ale  robisz  to,  żeby  dostać  dobrą  ocenę. A  nie  dlatego  że

chcesz stworzyć dobrą rolę. Ani dlatego że chciałabyś, żeby przedstawienie odniosło sukces.

Twarz Spencer spurpurowiała.
– Wiesz co, daruj sobie takie gadki.
Odwróciła się na pięcie i ruszyła do wyjścia. Co za arogancki dupek.
– Zaczekaj. – Beau chwycił ją za ręce i odwrócił w swoją stronę. – Rzucam ci wyzwanie. Uważam,

że jesteś lepsza, niż ci się wydaje. I myślę, że masz szansę wspiąć się na wyższy poziom.

Nagle Spencer uderzyła fala kadzidlanego zapachu drzewa sandałowego. Spojrzała na długie, ciepłe

palce Beau ściskające jej dłoń.

– Uważasz, że jestem dobra? – zapytała ledwie słyszalnym głosem.
–  Uważam,  że  jesteś  bardzo  dobra  –  powiedział  Beau  zaskakująco  łagodnie.  –  Ale  musisz  też

uwolnić się od wielu spraw.

– Na przykład od czego?
–  Musisz  stać  się  lady  Makbet.  Znaleźć  w  sobie  takie  miejsce,  które  pozwoli  ci  zrozumieć  jej

motywację. Poczujesz to, co ona czuje. I zastanowisz się, co byś zrobiła na jej miejscu.

–  A  jakie  to  ma  znaczenie,  co  ja  bym  zrobiła?  –  zaprotestowała  Spencer.  –  To  o  niej  napisał

Szekspir. To jej kwestie zostały zapisane w dramacie. Ona pomaga zabić króla, a potem siedzi cicho u
boku męża, który wycina w pień wszystkich stających mu na drodze. A potem wpada w obłęd.

– A ty byś nie wpadła w obłęd, gdybyś zabiła kogoś i zataiła jakąś straszną tajemnicę?
Spencer  odwróciła  wzrok.  Czuła,  jak  zaciska  się  jej  gardło.  To,  o  czym  mówił  Beau,  brzmiało  aż

nazbyt znajomo.

– Oczywiście, że tak. Ale nigdy bym tego nie zrobiła.

background image

Beau westchnął.
–  Bierzesz  to  wszystko  zbyt  dosłownie.  Nie  jesteś  Spencer  Hastings,  porządną  dziewczyną

z piątkami z góry na dół, ulubienicą nauczycieli. Jesteś lady Makbet. Złowieszczą intrygantką z chorymi
ambicjami.  Namówiłaś  męża,  żeby  zabił  niewinnego  człowieka.  Gdyby  nie  ty,  on  nigdy  by  nie
ześwirował. Jak musi czuć się ktoś, kto wyrządził tyle zła?

Spencer strzepnęła nitkę z kaszmirowego swetra. Przenikliwość Beau wytrąciła ją z równowagi.
– A jak ty identyfikujesz się z Makbetem? Do którego miejsca w sobie się udałeś?
Beau odwrócił wzrok.
– To nieistotne.
Spencer położyła dłonie na biodrach. Beau zacisnął usta.
– No dobra. Jeśli musisz wiedzieć, jak byłem młodszy, to w szkole się nade mną znęcali. – W głosie

Beau  słychać  było  skargę.  –  Często  myślałem  o  zemście.  I  właśnie  tam  się  teraz  udaję.  Często  myślę...
o nich.

Spencer opuściła ręce. Jego słowa zawisły między nimi.
– Chcesz o tym pogadać?
Beau wzruszył ramionami.
–  To  było  kilku  idiotów  z  ósmej  klasy.  Naprawdę  miałem  ochotę  zrobić  im  krzywdę.  Trudno  to

porównać do ambicji Makbeta. Ale dzięki tym wspomnieniom odnajduję właściwe nastawienie.

Przeszedł  do  salonu  i  zaczął  obracać  wielki,  zabytkowy  globus.  Zgarbiony,  ze  zwieszoną  głową

wydawał się bezbronny i wrażliwy. Spencer poruszyła się nieznacznie.

– Przykro mi, że cię to spotkało.
Na ustach Beau pojawił się gorzki uśmiech.
– Chyba to nas łączy, prawda? Wiesz, co to znaczy być prześladowana.
Spencer uniosła brwi. Nigdy nie porównałaby A. do szkolnych łobuzów, ale w tej chwili analogia

wydała się jej uderzająca. Gdy się nad tym głębiej zastanowić, to Ali też uwielbiała zadręczać Spencer
i pozostałe dziewczyny... choć uważały ją za swoją najlepszą przyjaciółkę.

Spojrzała  na  Beau  i  ze  zdziwieniem  zauważyła,  że  on  też  na  nią  patrzy.  Wpatrywali  się  w  siebie

przez  dłuższą  chwilę.  Potem  Beau  błyskawicznie  przemierzył  cały  pokój  i  stanął  przed  Spencer.
Przyciągnął ją do siebie. Poczuła na policzku jego miętowy oddech. Wydawało się jej, że zaraz zaczną
się całować. I co jeszcze dziwniejsze, miała na to ochotę.

Beau zbliżył swoją twarz do jej twarzy. Objął ją ramionami i wsunął dłonie w jej włosy. Poczuła

dreszcze na plecach. Zrobił krok w tył.

– To jeden ze sposobów, żeby wyzwolić w sobie emocje – szepnął. – Chodź. Przed nami mnóstwo

roboty.

Odwrócił  się  i  wyszedł  na  korytarz.  Spencer  patrzyła  za  nim.  Na  jej  skórze  pojawiły  się  kropelki

potu, a w głowie miała mętlik. Owszem, potrafiła na chwilę wykrzesać z siebie emocje, ale czy zdoła się
na tyle rozkręcić, żeby zbudować tak skomplikowaną postać jak lady Makbet? Musiałaby wtedy rozliczyć
się przed sobą z tego, co zrobiła Tabicie. I skonfrontować się ze swoim poczuciem winy.

Nagle przyszło jej do głowy, że znowu wpakowała się w niezłe tarapaty.

background image

15

OWCA W WILCZEJ SKÓRZE

W  niedzielę  rano  Emily  zrobiła  pranie,  wysprzątała  łazienkę,  przeczytała  zadany  rozdział

z podręcznika do historii, a potem z własnej woli poszła z mamą do kościoła, byle tylko uniknąć pewnej
rozmowy telefonicznej. Ale o drugiej po południu, kiedy już odwiozła na lotnisko Beth, która wracała do
Tucson, pożegnała się z nią przed kontrolą bezpieczeństwa i wróciła do domu, wiedziała, że za bardzo
odwleka rozmowę.

Ręce  jej  się  trzęsły,  gdy  wybierała  numer  Spencer.  Musiała  powiedzieć  jej  prawdę.  Milion  razy

przećwiczyła tę rozmowę w wyobraźni. Trudno uwierzyć, że ktoś tak fantastyczny jak Kay, z którą Emily
od razu znalazła wspólny język, ktoś tak prostolinijny, wrażliwy i bezbronny mógł być A.

– Emily? – odezwała się Spencer po trzecim dzwonku. Jak zawsze mówiła bardzo spiętym głosem.
–  Hej.  –  Emily  przygryzła  paznokieć  u  małego  palca.  Jej  serce  galopowało.  –  Muszę  ci  coś

powiedzieć. O Kelsey.

Spencer milczała dłuższą chwilę.
– Co takiego? – spytała w końcu.
–  Wiem,  że  to  dziwnie  zabrzmi,  ale  niedawno  ją  spotkałam.  Na  imprezie.  Zupełnie  przypadkiem.

Przedstawiła  się  jako  Kay,  ale  rozpoznałam  ją  na  zdjęciu,  które  nam  wczoraj  pokazałaś.  To  na  pewno
ona.

Spencer westchnęła ciężko.
– Tak, ona czasem używała tego imienia. To skrót od Kelsey. Dlaczego wczoraj się nie przyznałaś?

To niezbity dowód na to, że ona nas szpieguje!

Emily  zobaczyła  w  lustrze  swoją  twarz.  Miała  głębokie  bruzdy  na  czole  i  czerwone  policzki.

Zawsze tak wyglądała, kiedy była w rozterce. Spencer chyba właśnie oskarżyła ją o zatajenie ważnych
informacji. A może Emily w ten sposób interpretowała ton jej głosu, bo sama czuła się winna.

–  N-nie  wiem,  dlaczego  wczoraj  nic  nie  powiedziałam  –  odparła.  –  Może  dlatego,  że  Kay

wydawała  mi  się  taka  miła.  Nie  sądzę,  żeby  zaplanowała  nasze  spotkanie.  Myślę  też,  że  ona  nie  ma
pojęcia, kim jestem, i że się z tobą przyjaźnię. To niemożliwe, że ona jest A.

– Oczywiście, że to ona! – zawołała Spencer tak głośno, że Emily odruchowo odsunęła telefon od

ucha. – Emily, ona doskonale wie, kim jesteś. Chce dopaść całą naszą czwórkę. Nie widzisz tego?

– Chyba wpadasz w paranoję – broniła się Emily. Stanęła przy oknie, obserwując, jak pająk buduje

swoją  jedwabistą  sieć.  –  Szczerze  mówiąc,  nie  mieści  mi  się  w  głowie,  że  ją  wrobiłaś.  Nie
przyłożyłabym ręki do czegoś takiego.

Przypomniał się jej smutek na twarzy Kay-Kelsey, kiedy mówiła, że nie chcą jej przyjąć na żadną

uczelnię. Kiedy opowiadała o tym, że rodzice już jej nie ufają, w jej głosie słychać było ogromny wstyd.

Spencer westchnęła.
– Już mówiłam, że bynajmniej nie szczycę się tym, co zrobiłam. A może ty jesteś dumna z siebie z

powodu tego, co się stało zeszłego lata?

Emily się skrzywiła. To był cios poniżej pasa.
– Przestałaś logicznie myśleć – odezwała się po chwili, próbując odepchnąć od siebie wspomnienia

o zeszłym lecie. – A. to ktoś inny. Ktoś, kto był z nami na Jamajce.

– Kto? Ali? – Spencer zaśmiała się głucho. – Ona nie żyje, Em. Naprawdę. Słuchaj, rozumiem, że

background image

Kelsey wydała ci się fajna. Ja też ją od razu polubiłam. Ale ona jest niebezpieczna. Trzymaj się od niej
z daleka. Nie chcę, żeby stała ci się krzywda.

– Ale...
– Zrób to dla mnie, dobrze? Kelsey sprowadzi na ciebie kłopoty. Ona pragnie tylko zemsty. – W tle

ktoś odezwał się do Spencer. – Muszę lecieć – powiedziała i rozłączyła się.

Emily patrzyła na ekran telefonu, a w jej głowie kłębiły się myśli.
Niemal od razu telefon znowu się odezwał. Emily pomyślała, że to wiadomość od Spencer. Miała

nadzieję, że jej przyjaciółka odzyskała rozsądek. Okazało się jednak, że dostała e-maila od Kay-Kelsey.

Spotkamy się po południu?

Emily  usiadła  na  łóżku,  wspominając  wszystkie  chwile  spędzone  z  Kay.  Ani  przez  moment  nie

przestała  być  zabawną,  uroczą  i  wspaniałą  dziewczyną.  A.  to  na  pewno  nie  ona.  Nie  ma  mowy.
Prawdziwa Ali żyła. Emily czuła to w kościach.

Zaczęła pisać odpowiedź:

No jasne. Do zobaczenia.

Kilka  godzin  później  Emily  zmierzała  w  kierunku  Szybkiego  Billa,  kręgielni  z  dużym  barem.  Nad

wejściem świecił się duży neon przedstawiający kulę przewracającą dziesięć kręgli. Od razu odszukała
wzrokiem Kelsey. Było jej głupio, że pomyślała, że Kay to jej imię, podczas gdy był to tylko skrót. Od
teraz  chciała  zwracać  się  do  niej  tylko  pełnym  imieniem.  Kelsey  stała  przy  drzwiach  ubrana  w  dżinsy,
długą  wełnianą  tunikę  i  zieloną  kurtkę  z  kapturem  obszytym  futrem.  Piła  z  butelki  wodę  mineralną.  Na
widok Emily podskoczyła radośnie, włożyła coś do złotej torebki i posłała Emily szeroki, ale trochę zbyt
nerwowy uśmiech.

– Gotowa na pojedynek?
Emily zaśmiała się z niedowierzaniem.
– Chyba nie będziemy grały w kręgle.
– Jeśli chłopaki z Pokojówek będą chcieli, to ja się zgadzam.
Członkowie zespołu zaproponowali Kelsey i Emily przyjacielską partyjkę kręgli.
Weszły do pogrążonego w półmroku klubu. Pachniało w nim starymi butami i smażoną mozzarellą.

Wokół rozbrzmiewał dźwięk ciężkich kul uderzających w kręgle. Obie rozejrzały się w tłumie. Do klubu
przychodziła  przedziwna  mieszanka  ludzi.  Grywali  tu  starsi  panowie  w  satynowych  kurtkach
z  emblematami  lig  kręglarskich,  studenci  z  Hollis,  sączący  koktajle,  i  licealiści,  którzy  uwielbiali
ozdabiać  pornograficznymi  rysunkami  tablice  z  wynikami  ustawione  przy  każdym  torze.  Przyszły  za
wcześnie. Chłopaków z zespołu jeszcze nie było.

– Chodźmy coś przekąsić.
Kelsey  ruszyła  w  stronę  baru.  Usiadły  na  dwóch  wysokich  stołkach  wyściełanych  czerwonym

pluszem.  Barman,  potężnie  zbudowany  facet  z  krzaczastą  brodą  i  tatuażami  na  bicepsach,  podszedł  do
nich  i  spojrzał  na  nie  wilkiem.  Jego  spojrzenie  mówiło  im,  że  za  żadne  skarby  nie  poda  alkoholu
nieletnim. Emily zamówiła wodę, a Kelsey colę i frytki.

Kiedy barman się oddalił, obie zamilkły. Emily wciąż miała w uszach swoją rozmowę ze Spencer.

Z jednej strony czuła się jak zdrajczyni, bo nie posłuchała Spencer. Z drugiej – była pewna, że Spencer
myli się co do Kelsey.

– Chyba mamy wspólną znajomą – powiedziała prosto z mostu, bo już dłużej nie potrafiła udawać. –

background image

Spencer  Hastings.  Kiedyś  blisko  się  przyjaźniłyśmy.  Mówiła  mi,  że  poznałyście  się  w  czasie  szkoły
letniej w Filadelfii.

Kelsey się skrzywiła.
–  Och  –  powiedziała  cicho,  przyglądając  się  rozdwojonym  końcówkom  swoich  ogniście  rudych

włosów. – Tak, znam Spencer.

Emily obracała postrzępioną podstawkę pod szklankę z reklamą piwa.
– Właściwie, to trochę dziwne, że mnie nie poznałaś. Ja też przyjaźniłam się z Alison DiLaurentis.

W mediach nazywali nas Kłamczuchami.

Kelsey otworzyła usta, ale nie mogła wydobyć z siebie głosu. Po chwili uderzyła się otwartą dłonią

w czoło.

– O Boże, racja. Spencer mi o tym opowiadała. Pewnie wyszłam na idiotkę. Wiedziałam, że skądś

cię znam... Ale nie wiedziałam skąd.

– Przepraszam, że dopiero teraz ci o tym mówię – usprawiedliwiła się Emily, bo wydawało się jej,

że  Kelsey  nie  udawała  zaskoczenia.  –  Nie  lubię  o  tym  opowiadać.  Wkurzam  się,  gdy  ludzie  patrzą  na
mnie tylko przez pryzmat tamtych wydarzeń.

– Rozumiem.
Kelsey  pokiwała  głową,  jakby  była  głęboko  zaangażowana  w  rozmowę,  ale  jej  wzrok  uciekał  co

chwila w kierunku baru. Trochę trzęsły się jej dłonie, jakby wypiła tysiąc filiżanek espresso.

Barman postawił przed nimi zamówione napoje i duży talerz z frytkami. Kelsey polała je ketchupem

i posoliła. Kiedy napiła się dietetycznej coli i zjadła jedną frytkę, podniosła wzrok i spojrzała na Emily.

– Zeszłego lata straciłam kontakt ze Spencer, bo... – Na skroni pulsowała jej żyła. – Zamknęli mnie

w poprawczaku.

Emily zamrugała.
– O Boże, tak mi przykro. – Miała nadzieję, że dobrze udawała zaskoczenie.
Kelsey wzruszyła ramionami.
–  Nie  opowiadam  o  tym  często.  W  szkole  moi  koledzy  myślą,  że  wyjechałam  na  wymianę

międzyszkolną.  Ale  prawda  jest  taka,  że  policja  znalazła  narkotyki  w  moim  pokoju  w  akademiku.  Na
dodatek  zdarzyło  mi  się  to  nie  po  raz  pierwszy.  Nawet  nie  wiem,  czy  Spencer  się  o  tym  dowiedziała,
choć  tamtego  wieczoru  ją  też  przesłuchiwano  na  komisariacie.  Kiedy  ją  spotkałam  kilka  dni  temu,
powiedziałam jej o tym, a ona jakoś dziwnie zareagowała. Może to dlatego, że... – Kelsey mówiła bardzo
szybko, ale nagle urwała. – Przepraszam. To twoja przyjaciółka. Nie powinnam o niej źle mówić.

– Właściwie nie przyjaźnimy się już tak blisko jak kiedyś. – Emily zamieszała słomką w szklance

z wodą, a kostki lodu zagrzechotały.

Dłonie  Kelsey  trzęsły  się  coraz  bardziej.  Kiedy  sięgała  po  frytki,  z  trudem  udawało  jej  się  je

utrzymać.

– Nic ci nie jest? – zapytała z troską Emily.
– Wszystko w porządku. – Kelsey uśmiechnęła się nerwowo i włożyła dłonie pod uda. – Po prostu

trochę dałam się ponieść emocjom.

Emily dotknęła ramienia Kelsey.
–  Nie  osądzam  cię.  Wszyscy  popełniamy  błędy.  Cieszę  się,  że  mi  zaufałaś  i  opowiedziałaś

o poprawczaku. Pewnie było ci ciężko.

– Żebyś wiedziała.
Drżący  głos  Kelsey  poruszył  Emily  do  głębi.  Bardzo  współczuła  Kelsey,  że  wylądowała

w  poprawczaku  za  coś,  za  co  nie  do  końca  ponosiła  winę.  Jak  Spencer  mogła  jej  zrobić  coś  takiego?
Wyglądało na to, że Kelsey nigdy nie dowiedziała się prawdy. Czy powinna jej ją wyjawić?

Kelsey nachyliła się do niej.

background image

–  Pobyt  w  poprawczaku  to  koszmar,  ale  lepsze  to  niż  utrata  najlepszej  przyjaciółki.  Słyszałam,  że

ktoś was szpiegował. Jej bliźniaczka? – Spojrzała na Emily szeroko otwartymi oczami.

Co chwila rozlegał się hałas kul uderzających o kręgle, a grający głośno wiwatowali.
– Staram się o tym nie myśleć – wyszeptała Emily. – Szczególnie, że...
Teraz ona urwała. Już chciała powiedzieć: „Szczególnie, że wydaje mi się, że Prawdziwa Ali nadal

żyje”.

Nagle  przeszła  obok  nich  rachityczna  starsza  pani  w  obszernym  podkoszulku  na  ramiączkach,

spranych dżinsach w dziecięcym rozmiarze i za dużych, wypożyczonych butach do gry w kręgle.

– O Boże! – wykrzyknęła Kelsey. – Velma!
Emily odwróciła się i wybuchła śmiechem.
– Ty też ją znasz?
Velma była prawdziwą jednoosobową instytucją. Rezydowała w barze Szybki Bill. Emily spotykała

ją, od kiedy zaczęła tutaj przychodzić z drużyną skautów w drugiej klasie podstawówki. Velma zawsze
grała  sama,  zdobywała  niesamowitą  ilość  punktów,  a  potem  siedziała  przy  barze  i  paliła  jednego
papierosa za drugim. Wszyscy bali się z nią rozmawiać. Teraz Velma minęła faceta z tłustymi włosami
i piwnym brzuchem, a on skulił się ze strachu.

– Oczywiście, że ją znam – powiedziała Kelsey. – Ona tu jest zawsze. – Potem dotknęła ramienia

Emily.  –  Mam  dla  ciebie  kolejne  wyzwanie,  łobuzie.  Ukradnij  jej  jednego  papierosa.  –  Pokazała  na
paczkę marlboro lights w tylnej kieszeni spodni Velmy.

Emily wahała się przez chwilę, a potem zsunęła się z barowego stołka.
– To łatwizna.
Velma stała na drugim końcu baru i studiowała kartkę z punktacją. Emily, skradając się za nią, bez

przerwy  chichotała.  Kiedy  już  stała  za  Velmą  i  jej  papierosy  miała  w  zasięgu  ręki,  starsza  kobieta
odwróciła się i spojrzała na Emily zaropiałymi oczami podkreślonymi konturówką.

– Wszystko w porządku, kochanie?
Emily  ze  zdumienia  otworzyła  usta.  Nigdy  wcześniej  nie  słyszała  Velmy  i  zdziwił  ją  jej  czysty,

śpiewny głos i południowy akcent, który wprost ociekał słodyczą. Velma była tak rozbrajająca, że Emily
zrobiła kilka kroków w tył i machnęła ręką.

– Nieważne. Przepraszam, że przeszkadzam.
Kiedy wróciła na miejsce, Kelsey zwijała się ze śmiechu.
– Spartaczyłaś robotę!
– Wiem! – Emily z trudem opanowywała śmiech. – Nie przypuszczałam, że jest taka miła!
– Czasem pozory mylą. – Kelsey dławiła się ze śmiechu. – Spójrz na siebie. Wyglądasz na dobrze

ułożoną sportsmenkę, ale drzemie w tobie prawdziwy potwór. – Zanim Emily zdążyła się zorientować, co
tak  naprawdę  się  dzieje,  Kelsey  nachyliła  się  do  niej  i  cmoknęła  ją  w  policzek.  –  I  bardzo  mi  się  to
podoba – wyszeptała do ucha Emily.

– Dzięki.
Kelsey  miała  rację,  że  pozory  mogą  mylić.  Ona  sama  też  nie  była  wcale  szaloną  intrygantką,  jak

twierdziła Spencer. Była zwyczajną dziewczyną, taką samą jak Emily.

Poza tym Emily od dawna nie poznała nikogo tak fajnego. I nie miała zamiaru w najbliższym czasie

rozstawać się z Kelsey.

background image

16

ULUBIONA KSIĄŻKA ARII

W poniedziałek rano Aria siedziała przy długim stole w bibliotece publicznej w Rosewood. W sali

mnóstwo  osób  szukało  książek,  pracowało  przy  stanowiskach  komputerowych  w  rogu  albo  ukradkiem
grało  w  jakieś  gry  na  telefonach  komórkowych. Aria  sprawdziła,  czy  nikt  nie  patrzy,  wyciągnęła  gruby
maszynopis  od  Ezry  i  otworzyła  w  miejscu,  gdzie  ostatnio  przerwała  czytanie.  Natychmiast  się
zaczerwieniła.  Ezra  napisał  do  bólu  romantyczną,  niezwykle  barwną  powieść,  której  główną  bohaterką
była Aria.

Co  prawda,  Ezra  nadał  głównej  bohaterce  inne  imię  – Anita,  i  osadził  akcję  w  innym  mieście  –

gdzieś  w  północnej  Kalifornii.  Ale  protagonistka  jego  powieści  miała  długie  czarnogranatowe  włosy,
gibką figurę baletnicy i hipnotyzujące błękitne oczy. Właśnie taka dziewczyna spoglądała na Arię z lustra.
Powieść  rozpoczynała  się  od  spotkania  Anity  i  Jacka  –  wzorowanego  na  Ezrze  –  w  barze  Snookers,
ulubionej  knajpie  studentów.  Na  stronie  drugiej  odbyli  rozmowę  o  tym,  jak  beznadziejne  jest
amerykańskie  piwo.  Na  stronie  czwartej  wspólnie  z  nostalgią  wspominali  Islandię.  Na  stronie  siódmej
wymknęli  się  do  łazienki  i  się  całowali.  Czytając  powieść, Aria  zobaczyła  tamte  wydarzenia  z  punktu
widzenia  Ezry.  Opisując  Anitę,  używał  takich  określeń,  jak  „świeża”,  „dojrzała”  i  „utkana  ze  snów”.
Miała włosy „jak najkosztowniejszy jedwab”, a jej usta „smakowały jak płatki kwiatów”. Aria zawsze
uważała, że płatki kwiatów raczej nie miały smaku, ale opis Ezry bardzo przypadł jej do gustu.

Na tym nie kończyły się podobieństwa. Kiedy Jack i Anita odkryli, że on uczy w jej liceum, bardzo

się tym przejęli, dokładnie tak jak niegdyś Aria i Ezra. Tylko że w powieści udało im się znaleźć sposób
na  rozwiązanie  tego  problemu.  Potajemnie  spotykali  się  w  mieszkaniu  Jacka.  Razem  wymykali  się  do
miasta, żeby uczestniczyć w wernisażach. Nocą wyznawali sobie miłość, a za dnia zachowywali wobec
siebie  chłodny  dystans.  Nie  wszystkie  fakty  się  zgadzały.  W  rzeczywistości  Aria  wcale  nie  była  tak
uzależniona emocjonalnie od Ezry. Jack był zresztą znacznie nudniejszy i bardziej pedantyczny niż Ezra.
Bezustannie katował Anitę improwizowanymi wykładami na temat filozofii i literatury. Ale te szczegóły
można było poprawić w kolejnej wersji powieści.

Kiedy Aria czytała, rozwiały się jej obawy i podejrzenia, że Ezra nie pamiętał o niej przez cały rok

od ich rozstania. Napisanie tej powieści wymagało wielu miesięcy wytężonej pracy. I przez cały ten czas
myślał o niej.

– Cześć. Możemy pogadać?
Aria  podniosła  wzrok  i  zobaczyła  Hannę,  która  odsuwała  od  stołu  sąsiednie  krzesło. Aria  zakryła

maszynopis dłonią.

– Jasne. Co słychać?
Hanna zagryzła usta pomalowane błyszczykiem.
– Naprawdę sądzisz – rozejrzała się nerwowo – że Kelsey to... no, wiesz kto?
Aria wykrzywiła usta. Jej puls przyspieszył.
– Nie wiem. Może.
Hanna  wyglądała  na  zmartwioną.  Zapewne  nie  bez  powodu.  Aria  zdziwiła  się,  gdy  usłyszała,  że

Hanna pomogła Spencer wydostać się z aresztu. Przypomniała sobie desperacki telefon od Spencer, którą
przyłapano  na  posiadaniu  narkotyków.  Czuła  się  okropnie,  kiedy  odmówiła  przyjaciółce  pomocy,  ale
gdyby  spełniła  tę  prośbę,  wcale  by  jej  nie  ulżyło.  Zresztą  nadal  robiło  się  jej  zimno  na  samo
wspomnienie spotkania ze Spencer kilka tygodni przed jej aresztowaniem, na imprezie u Noela.

background image

Spencer  przyszła  na  przyjęcie  z  Kelsey.  Obie  wyglądały  jak  narkomanki  na  haju.  W  połowie

imprezy, kiedy chłopcy zaczęli jak zawsze grać w ping-ponga kuflami po piwie, Aria zaciągnęła Spencer
za dom, gdzie mogły spokojnie porozmawiać.

–  Każdy  musi  czasem  trochę  odreagować  –  cicho  powiedziała  wtedy  Aria.  –  Ale,  Spence,

koniecznie musisz brać narkotyki? Naprawdę?

Spencer przewróciła oczami.
–  Ty  i  Hanna  zachowujecie  się  gorzej  niż  moi  rodzice.  Nic  mi  nie  grozi,  przysięgam.  A  tak  na

marginesie, jak kiedyś zerwiesz z Noelem, powinnaś się zakręcić wokół mojego dilera. To niezłe ciacho,
w twoim typie.

– To przez twoją przyjaciółkę? – Aria dostrzegła Kelsey po drugiej stronie rozległej łąki za domem

Kahnów. Siedziała na kolanach u Jamesa Freeda, a bluzka zsunęła się jej z ramienia, ukazując koronkową
miseczkę stanika. – To ona cię w to wciągnęła?

– A co cię to obchodzi? – Twarz Spencer stężała w jednej chwili.
Aria  patrzyła  jej  prosto  w  oczy.  „Bo  się  przyjaźnimy?  Bo  dzielimy  się  wszystkimi,  nawet

najstraszniejszymi  tajemnicami?  Bo  widziałaś,  jak  zepchnęłam  z  dachu  Alison  DiLaurentis  i  chcę
wierzyć, że nikomu o tym nie powiesz?”

–  Nie  chcę,  żebyś  zrobiła  sobie  krzywdę  –  powiedziała  głośno Aria.  –  Możemy  razem  poszukać

jakiejś  kliniki  odwykowej.  Jak  będzie  trzeba,  nie  opuszczę  cię  przez  cały  ten  czas.  Spencer,  nie
potrzebujesz narkotyków. I bez nich jesteś fantastyczną dziewczyną.

– Co ty powiesz. – Spencer dała Arii na poły żartobliwego, na poły agresywnego kuksańca. – Chyba

nie chcesz mi wmówić, że na Islandii niczego nie zażywałaś? Po powrocie przez cały czas chodziłaś jak
naćpana.  Zresztą  nikt  na  trzeźwo  nie  zakochałby  się  w  tym  nauczycielu  od  literatury.  Nie  mówię,  fajny
koleś. Ale żeby tak z nauczycielem? Aria, bądź poważna.

Aria otworzyła usta ze zdumienia.
– Ja tylko próbuję ci pomóc – odparła urażona.
Spencer założyła ręce na piersi.
– Wiesz co, ty tylko udajesz taką wyzwoloną dziewczynę, ale w głębi duszy wszystkiego się boisz.
Odwróciła  się  na  pięcie  i  ruszyła  w  stronę  Kelsey.  Ta  uwolniła  się  z  objęć  Jamesa.  Razem  ze

Spencer patrzyły na Arię i szeptały sobie coś na ucho.

Obok  Arii  przeszło  kilka  dziewczyn  ze  starymi,  sfatygowanymi  egzemplarzami  „Teen  Vogue’a”.

Aria wróciła do teraźniejszości. Hanna dotykała palcem zatrzasku na torbie.

– Dostałam kolejną wiadomość – przyznała się, rozglądając się po czytelni. – Niezależnie od tego,

czy A. to Kelsey czy ktoś inny, ma nas bez przerwy na oku.

Nagle  Hanna  poderwała  się  z  krzesła,  zarzuciła  torbę  na  ramię  i  wyszła  na  korytarz.  Zmartwiała

Aria  patrzyła,  jak  za  Hanną  zamykają  się  podwójne  drzwi.  Może  faktycznie  to  Kelsey  była  A.
Z pewnością wyglądała na dziewczynę zdolną do wszystkiego. Ale skąd czerpała informacje o nich? Czy
to możliwe, że poznała prawdę o ich wyjeździe na Jamajkę? Czy dowiedziała się, że Aria zabiła kogoś
z zimną krwią?

Ktoś  za  nią  zakaszlał  cicho  i Aria  nagle  poczuła  na  sobie  czyjś  wzrok.  Kiedy  się  odwróciła,  jak

spod ziemi wyrosła przed nią Klaudia.

– Jezu!
–  Ciii!  –  Bibliotekarka,  pani  Norton,  siedząca  na  swoim  stanowisku  na  końcu  sali,  posłała  Arii

karcące spojrzenie.

Aria  ze  zdumieniem  popatrzyła  na  Klaudię,  ubraną  w  co  najmniej  o  dwa  numery  za  mały  żakiet,

który ciasno opinał jej jędrne piersi. Klaudia zerknęła na Arię, a potem na leżący przed nią plik kartek.
Uniosła brew. Aria spuściła wzrok i zobaczyła, że z tej odległości Klaudia mogła bez trudu przeczytać

background image

zarówno tytuł powieści, jak i dedykację napisaną na pierwszej stronie: „Dla Arii, bo to wszystko stało
się możliwe dzięki niej. Ezra”. Szybko zakryła maszynopis swoją torbą ze skóry jaka.

– Czego chcesz? – zapytała Klaudię.
– Musimy pogadać o projekcie na zajęcia z historii sztuki – wyszeptała Klaudia.
– Spotkajmy się w Kuźni Słów w środę o szóstej – odparła Aria, chcąc jak najszybciej pozbyć się

Klaudii. – Wtedy o tym pogadamy.

– Świetnie – odparła Klaudia, nawet nie starając się ściszyć głosu.
Odwróciła się i pokuśtykała do kąta czytelni, gdzie czekały na nią Naomi, Riley i Kate. Kiedy tylko

Klaudia do nich podeszła, wszystkie zachichotały. Naomi wyciągnęła telefon i pokazała pozostałym coś
na ekranie. Wszystkie spojrzały na Arię i ponownie zarechotały złośliwie.

Aria podniosła maszynopis Ezry i schowała go do torby. Czuła się obserwowana. Kiedy zadzwonił

jej  telefon,  a  świętą  ciszę  biblioteki  zmącił  potrójny  sygnał,  pani  Norton  spojrzała  na  Arię  tak,  jakby
zaraz miała eksplodować.

– Panno Montgomery, proszę natychmiast wyłączyć telefon!
– Przepraszam – wymamrotała Aria, gorączkowo szukając telefonu, który zawieruszył się gdzieś na

dnie  jej  torby.  Kiedy  popatrzyła  na  ekran,  zmroziło  ją.  Dostała  nową  wiadomość  od  anonimowego
nadawcy. Wzięła głęboki wdech i otworzyła SMS-a.

Ciekawe, jaką powieść napisałby Ezra, gdyby dowiedział się całej prawdy o tobie?

A.

Aria wrzuciła telefon z powrotem do torby i rozejrzała się po czytelni. Kirsten Cullen spojrzała na

nią  znad  katalogu  komputerowego.  Naomi,  Riley,  Klaudia  i  Kate  nadal  chichrały  się  w  kącie.  Ktoś
zniknął za regałami, zanim Aria zdążyła dobrze mu się przyjrzeć.

Hanna  miała  rację.  Ten,  kto  tym  razem  pisał  do  nich  jako  A.,  obserwował  je  cały  czas  i  śledził

każde ich posunięcie.

background image

17

RANDKA POD KLASZTOREM

Tego  wieczoru  Hanna  ostrożnie  schodziła  ze  wzgórza,  idąc  w  kierunku  starego  klasztoru  Huntley.

Był to majestatyczny budynek z kamienia, zbudowany na sześciohektarowej działce. W żadnym oknie nie
paliło  się  światło.  Kiedyś  mieszkał  tu  stary,  bogaty  magnat  kolejowy,  razem  z  drużyną  szermierzy
odnoszącą sukcesy olimpijskie. Któregoś dnia bogacz zwariował, zamordował kilku zawodników i uciekł
do  Ameryki  Południowej.  Niedługo  potem  jego  dom  zamieniono  w  klasztor,  a  okoliczni  mieszkańcy
twierdzili,  że  wciąż  tam  słychać  odgłosy  pojedynków  szermierzy  i  ich  przeraźliwe  jęki  dochodzące
z najwyższej wieży.

Obcasy wysokich butów Hanny tonęły w błotnistej ziemi. Jakaś gałązka podrapała jej twarz. Na jej

czole  rozprysło  się  kilka  dużych  kropli,  aż  zaczęła  ją  swędzieć  skóra.  Cały  czas  miała  wrażenie,  że
spomiędzy drzew obserwuje ją para wielkich oczu. Czemu zgodziła się na spotkanie z Liamem w takim
miejscu? Czemu w ogóle zgodziła się z nim spotkać?

Zachowała  się  jak  ostatnia  idiotka.  Dlaczego  tak  szaleńczo  zakochała  się  w  chłopaku,  o  którym

prawie  nic  nie  wiedziała?  Tylko  dlatego,  że  powiedział  jej  kilka  komplementów  i  świetnie  całował?
Równie  szybko  usidlił  ją  Patrick,  co  o  mało  nie  skończyło  się  dla  niej  tragicznie.  Kiedy  zeszłej  nocy
wyszła  z  Rue  Noir,  obiecała  sobie,  że  zerwie  z  Liamem.  Nie  miała  zamiaru  spotykać  się  z  synem
największego  wroga  jej  ojca.  Gdy  rano  rozmawiała  z  tatą  w  Starbucksie,  widziała,  z  jaką  miną  czytał
jakiś artykuł w gazecie. Kiedy spojrzała mu przez ramię, okazało się, że w gazecie zamieszczono reportaż
informujący o tym, ile pieniędzy Tucker Wilkinson przeznaczył na cele charytatywne.

–  Jakby  faktycznie  obchodzili  go  ludzie  ze  stwardnieniem  rozsianym  –  burknął  pan  Marin  pod

nosem. – W żyłach całej tej rodziny płynie trucizna zamiast krwi.

– Ale nie u jego dzieci – pisnęła Hanna, nim zdążyła ugryźć się w język.
Ojciec spojrzał na nią groźnie.
– Wszyscy w tej rodzinie są siebie warci.
Mimo  wszystko  od  rana  w  jej  sercu  zagościła  ogromna  tęsknota.  Wciąż  przypominała  sobie,  jak

patrzył  na  nią  Liam  –  tak  jakby  była  najpiękniejszą  dziewczyną  we  wszechświecie.  A  potem  kiedy
opowiadał, co zrobił jego ojciec, wydawał się załamany i smutny. I chciał ją zabrać do Miami, żeby mieć
ją  tylko  dla  siebie.  W  jego  towarzystwie  znikało  gdzieś  to  żałosne  poczucie  osamotnienia  po  rozstaniu
z Mikiem. Zapominała o A., Tabicie i Kelsey. Kiedy więc Liam przysłał jej po południu SMS-a z prośbą
o  spotkanie  właśnie  tutaj  –  w  odludnym  miejscu,  gdzie  z  pewnością  nikt  by  ich  nie  nakrył  –  Hanna  nie
mogła oprzeć się pokusie zobaczenia go ponownie.

Nagle  wyrosła  przed  nią  stara  posiadłość  zamieniona  w  klasztor.  Była  to  wielka  budowla

z  kamienia  z  wieżyczkami  i  zabytkowymi  witrażami.  Przedstawieni  na  nich  święci  zdawali  się
z potępieniem patrzeć na Hannę. Kiedy usłyszała jakiś hałas za rogiem, zamarła.

– Pssst.
Podskoczyła i odwróciła się. Liam stał w ciemności pod starą, zepsutą latarnią. Hanna dostrzegała

jednak nieśmiały uśmiech na jego twarzy. Coś jej mówiło, że powinna podbiec do niego, ale tylko stała
nieruchomo, patrząc wyczekująco.

– Jednak przyszłaś – zdziwił się Liam.
– Nie mogę zostać długo – odparła natychmiast Hanna.

background image

Z  każdym  krokiem  Liama  słychać  było  chlupot  błota  pod  jego  stopami.  Wziął  ją  za  ręce,  ale  ona

natychmiast mu się wyrwała.

– Robimy coś złego – powiedziała.
– To w takim razie czemu nie mam żadnych wyrzutów sumienia?
Założyła ręce na piersi.
– Tata by mnie zabił, gdyby się dowiedział, że się z tobą spotykam. Twój zareagowałby podobnie.

Nie próbujesz mnie wciągnąć w jakąś pułapkę?

–  Oczywiście,  że  nie.  –  Liam  dotknął  jej  podbródka.  –  Tata  nie  wie,  że  tu  przyjechałem.  Ja  też

mógłbym cię zapytać, czy mnie w coś nie wrabiasz. Powierzyłem ci wielki sekret, zanim dowiedziałem
się, kim jesteś.

– Nikomu o tym nie powiem – szepnęła Hanna. – To twoja sprawa, nie moja. Poza tym mój ojciec

nie  lubi  nieczystych  zagrań.  –  Cisnęło  jej  się  na  usta:  „W  przeciwieństwie  do  twojego”.  Ale  się
powstrzymała.

Liam odetchnął z ulgą.
– Dziękuję. Zresztą, Hanno, kogo obchodzi kampania wyborcza?
Hanna wykrzywiła usta. Nagle dotarło do niej, że sama już nie wie, co tak naprawdę ją obchodzi.
– Nie zniosę ani jednego dnia bez ciebie. – Liam wsunął dłoń w jej włosy. – Nigdy wcześniej nie

czułem z nikim takiej więzi. Mam w nosie to, czyją jesteś córką. Nic nie zmieni tego, co do ciebie czuję.

Lód  w  sercu  Hanny  stopniał,  a  kiedy  Liam  zaczął  ją  całować,  nie  czuła  nawet  kropel  deszczu  na

policzkach. Powoli przywarła do niego całym ciałem, czuła zapach skóry na jego szyi i zapach szamponu,
którym pachniały jego włosy.

–  Ucieknijmy  razem  –  szepnął  jej  Liam  do  ucha.  –  Nie  do  Miami.  Gdzieś  dalej.  Dokąd  zawsze

chciałaś pojechać?

– Hmm... do Paryża – wyszeptała Hanna.
–  Paryż  to  wspaniałe  miasto.  –  Liam  wsunął  ręce  pod  bluzkę  Hanny.  Odruchowo  odskoczyła,  gdy

położył zimne dłonie na jej plecach. – Moglibyśmy wynająć mieszkanie na lewym brzegu Sekwany. Nie
musielibyśmy martwić się tymi głupimi wyborami. Zniknęlibyśmy.

– Zróbmy to – zdecydowała Hanna, poddając się nagłemu impulsowi.
Liam zrobił krok w tył i wyciągnął z kurtki telefon komórkowy. Nacisnął jeden przycisk i przyłożył

telefon do ucha. Hanna zmarszczyła czoło.

– Do kogo dzwonisz?
– Do mojego agenta w biurze podróży. – Ekran jego telefonu jarzył się na zielono. – Założę się, że

znajdzie dla nas jakiś lot na jutro.

Hanna zachichotała, bo jego zdecydowana postawa bardzo jej schlebiała.
– Tylko żartowałam.
Liam się rozłączył.
– Powiedz jedno słowo, Hanno, a wyjedziemy.
– Najpierw muszę się dowiedzieć o tobie wszystkiego. Na przykład... co studiujesz?
– Literaturę angielską – odparł Liam.
– Naprawdę? A nie politologię?
Liam skrzywił się z obrzydzeniem.
– Nie interesuje mnie polityka.
– Jakim cudem masz na każde zawołanie agenta w biurze podróży?
– To stary przyjaciel rodziny – odpowiedział bez wahania Liam.
Hannie  przyszło  do  głowy,  że  pewnie  rodzina  Wilkinsonów  miała  wielu  „starych  przyjaciół”,

którym regularnie płaciła za wsparcie polityczne.

background image

– Więc byłeś już kiedyś w Paryżu?
– Raz, z rodzicami i bratem, jak miałem dziewięć lat. Biegaliśmy po mieście jak wszyscy turyści,

a ja miałem ochotę siedzieć w kawiarni i gapić się na ludzi.

Hanna  oparła  się  o  wilgotną  kamienną  ścianę,  nie  dbając  o  to,  czy  na  tyłku  zrobią  się  jej  mokre

plamy.

–  Raz  pojechaliśmy  z  rodzicami  do  Hiszpanii.  Oni  przez  cały  czas  się  kłócili,  a  ja  opychałam  się

jedzeniem i czułam jak ostatnia ofiara.

Liam  zaśmiał  się  cicho,  a  Hanna  z  zażenowania  spuściła  wzrok.  Dlaczego  opowiadała  mu  o  tak

intymnych sprawach?

– Nie powinnam ci tego mówić.
– Daj spokój, nie ma sprawy. – Liam pogłaskał ją po ramieniu. – Moi rodzice też darli z sobą koty.

A teraz... już z sobą nie rozmawiają.

Spojrzał w dal, a Hanna wyczuwała, że on myśli o kłopotach swoich rodziców. Delikatnie dotknęła

jego ręki, nie wiedząc, jak go pocieszyć.

Nagle brama klasztoru otworzyła się z hukiem. Liam chwycił Hannę za rękę i zaciągnął ją w jakiś

ciemny  zakamarek.  Ze  środka  wysypał  się  tłum  nastolatków,  a  za  nimi  wyszła  znajomo  wyglądająca
blondynka w kurtce Burberry, modnej kilka sezonów temu. Hanna nie mogła sobie przypomnieć, skąd ją
zna.

–  Tak  mi  przykro  –  szepnął  jej  Liam  do  ucha.  –  Chciałem  się  tu  z  tobą  spotkać,  bo  myślałem,  że

dzisiaj nikt tutaj się nie zjawi.

Z  klasztoru  wychodziło  coraz  więcej  ludzi.  Nagle  Hanna  zauważyła  znajomą  burzę  kasztanowych

włosów.  Od  razu  rozpoznała  Kate,  idącą  pod  ramię  z  Seanem  Ackardem.  On  szedł  sztywno,  jakby
krępował go dotyk Kate. W ręku trzymał ulotkę, na której widniał duży napis: „KLUB DZIEWIC”.

To  stąd  znała  tę  blondynkę  w  tandetnej  kurtce  Burberry.  To  była  Candace,  prowadząca  s potkania

Klubu  Dziewic.  Hanna  wzięła  udział  w  jednym  z  nich,  w  nadziei  że  dzięki  temu  Sean  do  niej  wróci.
Zapewne cała grupa wsparcia przeniosła się z domu kultury w Rosewood do tego klasztoru. A więc Sean
nadal był zaprzysiężonym prawiczkiem! Hanna już nie mogła się doczekać, gdy zapyta Kate o wrażenia
z pierwszego spotkania klubu. Czy przysięgali, że nigdy się nie dotkną? Czy Sean kupił jej już pierścionek
na znak, że nie pójdzie z nią do łóżka? Nagle z jej ust wyrwał się radosny śmiech.

Kate stanęła jak wryta, a Sean zatrzymał się obok niej. Rozejrzała się.
– Jest tu kto?
Hanna zakryła usta dłonią. Liam ani drgnął.
– To pewnie szop pracz – powiedział wreszcie Sean, prowadząc Kate na parking.
– Znasz ją? – zapytał Liam, kiedy Sean i Kate oddalili się na bezpieczną odległość.
– To moja przyrodnia siostra – wyjaśniła Hanna. – Gdyby mnie z tobą zobaczyła, dostałoby mi się.
– Mnie też. – Liam cały się spiął. – Ojciec przestałby płacić moje czesne na uniwersytecie. Zabrałby

mi samochód. I wyrzucił z domu.

– Rodzice by nas wydziedziczyli. – Hanna oparła głowę na ramieniu Liama. – Razem żylibyśmy na

ulicy.

– Znam gorsze kary – odparł Liam.
Hanna schyliła głowę.
– Pewnie każdej tak mówisz.
– Ale skąd.
Liam miał tak szczerą twarz, że Hanna zbliżyła się do niego i pocałowała go namiętnie w usta. On

zaczął całować jej policzki, oczy i czoło. Obejmował ją w talii. Co z tego, że poznała go ledwie kilka dni
temu? Co z tego, że mogła spotkać ich kara? Co z tego, że ich rodziny się nienawidziły? Liam miał rację –

background image

nie wolno niszczyć tak głębokiej więzi. Ich uczucie było jak kometa, która pojawia się na niebie tylko raz
na kilka tysięcy lat.

Dwie godziny i tysiąc pocałunków później Hanna wsiadła do auta i odchyliła głowę do tyłu. Czuła

przyjemne  zmęczenie.  Dopiero  teraz  zauważyła  zielone  migające  światełko  w  telefonie.  Wyciągnęła  go
z torby i dotknęła ekranu. Dostała nowego SMS-a.

Podniosła  wzrok,  rozglądając  się  po  parkingu.  Lampy  uliczne  rzucały  na  chodnik  kręgi  złotego

światła.  Znak  wskazujący  miejsce  do  parkowania  dla  niepełnosprawnych  klekotał  na  wietrze.  Puste
opakowanie po gumie do żucia wzleciało w powietrze. Nikogo nie zauważyła. Drżącymi dłońmi dotknęła
ekranu i otworzyła wiadomość.

Droga  Hanno,  wiem,  z  jakim  zacięciem  odgrywacie  teraz  Romea  i  Julię. Ale  pamiętaj  –  oni
oboje umarli w piątym akcie.

A.

background image

18

WSZYSTKIE WIELKIE AKTORKI MAJĄ

PRZYWIDZENIA!

– „Niech pod kotłem żar się żarzy” – chrypiały Naomi, Riley i Kate, krocząc wokół kotła na scenie

w auli w poniedziałek po południu. – „Niech z bulgotem war się warzy!”

7

Wszystkie  trzy  przywoływały  do  siebie  Beau  w  roli  Makbeta,  trzęsąc  biustami  i  posyłając  mu

całusy, czego scenariusz z pewnością nie przewidywał. Wszystkie zamieniły szkolne mundurki na obcisłe
dżinsy,  tuniki  z  głębokim  dekoltem  i  spiczaste  kapelusze,  w  których  mogłyby  wystąpić  na  balu
halloweenowym.

Jasmine  Bryer,  siedząca  w  rzędzie  przed  Spencer  brunetka  z  drugiej  klasy  grająca  lady  Macduff,

szturchnęła Scotta China, swojego scenicznego męża.

– Wyglądają jak dziwki, a nie wiedźmy.
–  Wkurzasz  się,  bo  cię  spławiły,  jak  wczoraj  chciałaś  siedzieć  koło  nich  w  kafeterii  –  odparł

z wyższością Scott, robiąc balon z gumy do żucia.

Spencer zagłębiła się w fotelu i bezwiednie dotknęła palcem małej dziury w podkolanówce. W auli

pachniało starymi butami, kanapkami z salami, które kierownik sceny zawsze jadał na drugie śniadanie,
i  olejkiem  paczuli.  Na  scenie  rozległ  się  jakiś  hałas  i  kiedy  Spencer  podniosła  wzrok,  zobaczyła  Kate,
Naomi i Riley schodzące po schodkach z kapeluszami w dłoniach.

– Czy możemy prosić o uwagę!? – zawołała Naomi. – Chcemy wam przypomnieć o popremierowym

przyjęciu  dla  całej  obsady  po  piątkowym  przedstawieniu.  Impreza  odbędzie  się  w  Otto.  Liczymy  na
wszystkich. – Wypowiadając ostatnie słowa, spojrzała Beau prosto w oczy.

Spencer ze zniecierpliwieniem wzniosła oczy do nieba. Tylko Naomi, Riley i Kate mogły wpaść na

pomysł zorganizowania przyjęcia po premierze w tym eleganckim bistro na sąsiedniej ulicy. Zazwyczaj
takie  imprezy  organizowano  w  auli  albo  w  sali  gimnastycznej.  Dwa  lata  temu  bankiet  odbył  się
w kafeterii.

–  Sugerujemy  także,  żeby  wszyscy  ładnie  się  ubrali,  ponieważ  zjawi  się  tam  specjalny  wysłannik

„Gońca  Filadelfijskiego”  –  dodała  Riley  nosowym  głosem,  wbijając  wzrok  w  tych  aktorów,  którzy
zazwyczaj  wyglądali  tak,  jakby  właśnie  wybierali  się  na  bal  przebierańców.  I  to  nawet  wtedy,  gdy  nie
grali w sztuce Szekspira. – Mam nadzieję, że zrobią wywiad z każdym z nas.

Pierre prychnął z pogardą.
–  No  to  ruszmy  tyłki  i  do  roboty  –  powiedział.  Dostrzegł  Spencer  w  jednym  z  tylnych  rzędów.  –

A skoro już o tym mówimy... Panie M.? Lady M.? Gotowi?

Spencer poderwała się z miejsca.
– Oczywiście.
Beau również wstał.
Naomi i Riley tęsknie spoglądały na Beau, kiedy szedł między rzędami.
– Powodzenia – rzuciła Naomi, trzepocąc rzęsami.
Beau posłał jej uśmiech na odczepnego.
Potem dziewczyny spojrzały na Spencer i zaśmiały się zjadliwie.
–  Coś  z  nią  nie  tak,  nie  sądzicie?  –  wyszeptała  Naomi  na  tyle  głośno,  żeby  Spencer  ją  usłyszała.

background image

Złote włosy zakryły jej twarz. – Może ktoś stracił aktorski talent.

–  Osobiście  uważam,  że  ta  dziewczyna,  która  ją  grała  w Ślicznej  zabójczyni,  to  o  wiele  lepsza

aktorka – dodała Kate, a jej przyjaciółki zachichotały.

Spencer weszła na scenę, ignorując te złośliwe przytyki.
Pierre spojrzał na Spencer przymrużonymi oczami.
–  Przećwiczymy  scenę,  w  której  namawiasz  pana  M.  do  zabicia  króla.  Mam  nadzieję,  że  dzisiaj

udało ci się pozbierać do kupy.

– No pewnie – zaszczebiotała Spencer, odrzucając blond włosy za ramię.
Poprzedniego  dnia  u  Beau  przećwiczyli  kilkanaście  scen,  więc  dziś  czuła  się  doskonale

przygotowana  i  w  pełni  identyfikowała  się  z  postacią.  W  myślach powtarzała  jak  mantrę:  „Zagrasz
koncertowo i w Princeton przyjmą cię z otwartymi ramionami”. Spojrzeli po sobie z Beau, który właśnie
wychodził na scenę. Posłał jej dodający otuchy uśmiech, a ona też się uśmiechnęła.

– Okej. – Pierre chodził po scenie jak lew w klatce. – Zacznijmy od samego początku.
Pokazał na Beau, który zaczął mówić monolog, w którym Makbet wahał się, czy powinien popełnić

morderstwo. Kiedy przyszła pora na Spencer, w myślach powtórzyła jeszcze raz swoją mantrę: „Zagrasz
koncertowo i w Princeton przyjmą cię z otwartymi ramionami”.

– „Cóż tam? Jak stoją sprawy?”

8

 – zaczęła.

Beau odwrócił się i spojrzał na nią.
– „A co, pytał o mnie?

9

Spencer  rzuciła  mu  zniecierpliwione  spojrzenie,  jakby  był  jej  mężem,  który  nie  słuchał  tego,  co

przed chwilą do niego powiedziała.

– „Jak mógł nie pytać?”

10

Beau spuścił wzrok i poprosił, by już nigdy nie wspominali o morderstwie, bo nie potrafi się na nie

zdobyć. Spencer patrzyła na niego, próbując wejść w skórę lady Makbet, tak jak uczył ją Beau. „Musisz
stać się lady Makbet. Zająć jej miejsce. Skonfrontować się z jej problemami”.

Dla  Spencer  oznaczało  to  tylko  jedno  –  konfrontację  z  Tabithą.  Przecież  przyłożyła  rękę  do  jej

zamordowania. Co prawda, kierowały nią inne motywy niż lady Makbet, ale cel jej działań był taki sam.

–  „Więc  niedawna  twoja  nadzieja  –  to  był  sen  pijany?”  –  syknęła.  –  „Z  którego  teraz  budzisz  się

z ziemistą twarzą i mdli cię, gdy sobie przypomnisz wczorajsze orgie?”

11

Kłócili się dalej. Lady Makbet powiedziała mężowi, że jeśli nie odważy się zabić króla, dowiedzie

swojej słabości jako mężczyzna. Potem wyjawiła mu swój plan: miał upić służących króla i zabić go we
śnie.  Spencer  próbowała  przekonywać  Makbeta  tak  logicznie,  jak  to  tylko  możliwe,  czując  coraz
silniejszą  więź  z  postacią.  Tamtej  nocy  na  Jamajce  to  ona  była  dla  przyjaciółek  głosem  rozsądku,  gdy
przekonywała  je,  że  Tabithę  trzeba  powstrzymać. A  kiedy Aria  zepchnęła  Tabithę  z  tarasu,  to  Spencer
stanęła na czele grupy i powiedziała, że zrobiły, co należało.

Nagle kątem oka dostrzegła jakiś ruch i odwróciła głowę. Za Beau stała blondynka w żółtej letniej

sukience, prawie niewidoczna na tle oślepiających reflektorów. Miała ziemistą twarz, z której odpłynęła
cała krew, i martwe oczy, a jej głowa nienaturalnie wisiała na złamanym karku.

Spencer westchnęła. To była Tabitha.
Sparaliżował  ją  strach.  Wlepiła  wzrok  w  podłogę,  byle  tylko  nie  patrzeć  w  róg  sceny.  Beau

przesunął się o kilka kroków, czekając na ostatnie kwestie Spencer. Ona wreszcie podniosła głowę, ale
Tabitha zniknęła.

Spencer dumnie wyprostowała plecy.
– „Któż się ośmieli o tym wątpić, jeśli nasz szloch i lament nad ciałem Duncana poniesie się przez

zamek”

12

  –  powiedziała  z  mocą,  biorąc  Beau  za  ręce.  On  zaś  pokiwał  głową,  zgadzając  się  wykonać

background image

podstępny plan.

Na szczęście na tym scena się kończyła. Spencer szybkim krokiem weszła za kulisy i bez sił opadła

na  kanapę,  która  niegdyś  stanowiła  część  jakiejś  scenografii.  Dyszała  ciężko,  jakby  wpław  przepłynęła
kanał  La  Manche.  „Porażka”,  pomyślała.  Była  pewna,  że  Pierre  uzna,  że  robiła  długie  pauzy,  bo  nie
nauczyła się roli, a nie dlatego  że  zobaczyła  zjawę  na  scenie.  Właściwie  mogła  już  się  pożegnać  z  tym
przedstawieniem.  Może  powinna  od  razu  napisać  do  Princeton  i  zrezygnować  z  miejsca  na  studiach  na
rzecz Spencera F. Jej przyszłość malowała się w ciemnych barwach.

Usłyszała zbliżające się kroki.
– No pięknie, panno Hastings – powiedział stojący nad nią Pierre.
Spencer odsłoniła twarz. Pierre, wyglądający jak figura woskowa z pełnym makijażem, wyglądał na

zachwyconego.

– Ktoś odrobił zadanie domowe po ostatniej lekcji. Doskonała robota.
Spencer zamrugała z niedowierzaniem.
– Naprawdę?
Pierre pokiwał głową.
–  Wydaje  mi  się,  że  wreszcie  zaczęłaś  rozumieć  lady  M.  Podobały  mi  się  te  okrzyki.  I  patrzyłaś

w dal, jakbyś zobaczyła ducha. Może jednak uda ci się dobrze to zagrać.

Potem  Pierre  odwrócił  się  na  pięcie  i  wrócił  na  scenę.  Beau  podbiegł  do  Spencer  z  szerokim

uśmiechem na twarzy.

– Dałaś czadu! – zawołał z podziwem, biorąc Spencer za ręce. – Idzie ci coraz lepiej!
Spencer uśmiechnęła się niewyraźnie.
– Wydawało mi się, że wszystko schrzaniłam. Grałam jak noga.
Beau pokręcił głową.
– Ależ  skąd,  wypadłaś  fantastycznie.  –  Tak  intensywnie  wpatrywał  się  w  jej  oczy,  że  Spencer  się

zaczerwieniła. – Chyba znalazłaś jakiś przerażający aspekt swojej osobowości. To widać.

– Hm, chyba nie. – Spencer wyjrzała za kurtynę. W miejscu gdzie przed chwilą stała Tabitha, nikogo

nie było. – Nie zauważyłeś przypadkiem, czy ktoś nas obserwował z kulisów? – zapytała.

Beau rozejrzał się i pokręcił głową.
–  Nie  sądzę.  –  Ścisnął  jej  dłonie.  –  Uważam,  że  jak  spotkamy  się  jeszcze  kilka  razy,  osiągniesz

mistrzowski poziom. Umówmy się następnym razem u ciebie. Może w czwartek po południu?

– W porządku – odparła Spencer drżącym głosem.
Wtedy  Beau  zbliżył  się  do  niej  z  nieśmiałym  wyrazem  twarzy.  Spencer  zamknęła  oczy,  pewna,  że

zaraz ją pocałuje, ale nagle do jej uszu dobiegł cichy szept: „Morderczyni”.

Otworzyła oczy i odsunęła się od Beau. Miała gęsią skórkę.
– Słyszałeś?
Beau rozejrzał się.
– Nie...
Spencer  nasłuchiwała  uważnie,  ale  niczego  więcej  nie  usłyszała.  Może  to  wyobraźnia  płatała  jej

figle. A może to coś lub ktoś znacznie bardziej niebezpieczny.

A.

background image

19

ZŁODZIEJKA KSIĄŻEK

We  wtorek  wieczorem  Aria  siedziała  w  zacisznym  kącie  w  księgarni  Kuźnia  Słów,  oddalonej

o kilka ulic od kampusu Rosewood Day. Z głośników sączyła się muzyka klasyczna, a w powietrzu unosił
się zapach świeżo upieczonych ciasteczek, dochodzący z pobliskiej piekarni. Żaden aromat nie mógł się
jednak  równać  z  zapachem  wody  kolońskiej  Ezry,  który  Aria  wdychała,  wtulona  w  niego  na  kanapie
w kawiarni na tyłach księgarni. Wiele ryzykowali, okazując sobie czułość w miejscu publicznym – Aria
nadal  traktowała  Ezrę  jak  swojego  bardzo  seksownego  nauczyciela,  z  którym  nie  wolno  jej  było
flirtować.  Ale  żaden  uczeń  Rosewood  Day  nie  przyszedłby  do  Kuźni  Słów  z  własnej  woli,  a  już
z pewnością nikt nie przestąpiłby progu kawiarni. Ten przesąd był pozostałością po czasach, kiedy żyła
jeszcze  Prawdziwa  Ali.  Kiedyś  rozpuściła  plotkę,  że  ktoś  znalazł  tu  ludzki  palec  w  ciastku
czekoladowym,  i  wszyscy,  nawet  uczniowie  wyższych  klas,  przestali  tu  przychodzić.  Po  czterech
miesiącach  związku  z  Noelem  Aria  przyłapała  go,  jak  między  lekcjami  przychodził  do  Kuźni  Słów.
Przyznał się, że uwielbia podawane tu muffiny z żurawinami i orzechami. Aria kochała Noela właśnie za
to, że potrafił czasem pójść pod prąd.

Chwileczkę.  Dlaczego  w  tej  chwili  przyszedł  jej  do  głowy  Noel?  Wyprostowała  się  i  spojrzała

w lodowato błękitne oczy Ezry. Przecież to z nim teraz była.

Wyciągnęła z torby gruby maszynopis powieści Ezry i położyła na kanapie.
– Przeczytałam od deski do deski – oznajmiła z uśmiechem. – I bardzo mi się podobała.
– Naprawdę? – ucieszył się Ezra z wyraźną ulgą.
–  Oczywiście!  –  Aria  popchnęła  maszynopis  w  jego  stronę.  –  Ale  trochę  zaskoczył  mnie...  sam

temat.

Ezra położył dłoń na podbródku.
– Właśnie o tym myślałem przez cały ostatni rok.
– Opisałeś wszystko tak... żywo – mówiła dalej Aria. – Masz świetny styl, czułam się tak, jakbym

brała udział w przygodach bohaterów. – No cóż, w pewnym sensie brała w nich udział. Ale tego już nie
dodała. – Zupełnie nie spodziewałam się tych zwrotów akcji. A to zakończenie! Majstersztyk!

Na końcu powieści Jack przenosił się do Nowego Jorku. Anita postanowiła zamieszkać razem z nim

i  mieli  żyć  razem  długo  i  szczęśliwie.  Finał  przyniósł  jednak  nieoczekiwany  zwrot  akcji.  Jack  dostał
pocztą  wąglik  od  jakiegoś  anonimowego  międzynarodowego  terrorysty  i  umarł. Ale  nawet  jego  śmierć
rozegrała  się  w  romantycznych  okolicznościach.  W  szpitalu  miała  miejsce  rozdzierająca  serce  scena,
w której Jack konał, a Anita towarzyszyła mu do samego końca.

Wzrok Arii powędrował w stronę książki.
– Które z tych wydarzeń chciałbyś urzeczywistnić?
– Wszystkie – odparł Ezra, głaszcząc ramię Arii. – No, może z wyjątkiem tej części z wąglikiem.
Serce Arii galopowało, dlatego postanowiła uważnie dobierać słowa.
– Więc... kiedy Jack prosi Anitę, żeby przeprowadziła się do Nowego Jorku... – Urwała, nie mając

odwagi spojrzeć mu prosto w oczy.

Ezra z trudem ukrywał kłębiące się w nim emocje.
– Nie chcę już żyć bez ciebie, Ario. Bardzo bym chciał, żebyś się tam przeprowadziła.
Aria otworzyła szeroko oczy.

background image

– Naprawdę?
Ezra zbliżył się do niej.
– Przez cały zeszły rok myślałem tylko o tobie. Zresztą napisałem o tobie książkę. Zawsze możesz

przyjechać na chwilę w lecie, żeby zobaczyć, czy ci się tam spodoba. Może uda ci się załapać na staż do
galerii,  a  może  nawet  dostaniesz  pracę.  Złożyłaś  papiery  na  wydział  projektowania  na  Uniwersytecie
Nowego Jorku i do szkoły designu Parsons, tak? – Nawet nie czekał na twierdzącą odpowiedź Arii. – Jak
się dostaniesz, a na pewno tak się stanie, wtedy i tak pojedziesz do Nowego Jorku.

Nagle  jarzące  się  nad  ich  głowami  światła  wydały  się  Arii  zbyt  ostre,  a  dębowy  aromat  wina

sprawił, że zakręciło się jej w głowie. Uśmiechnęła się z entuzjazmem.

– Jesteś pewien?
– Ależ  oczywiście.  –  Ezra  pocałował  ją  w  usta.  Potem  odchylił  się  na  oparcie  kanapy  i  poklepał

dłonią rękopis. – Chcę poznać twoją opinię. Bądź szczera do bólu.

Aria założyła włosy za uszy, próbując się skupić.
– Naprawdę mi się podobała. Każde zdanie. Każdy szczegół.
– Na pewno jest coś, co nie przypadło ci do gustu.
Za barem włączyła się maszyna do spieniania mleka, wypełniając hałasem całą kawiarnię.
–  No  może  dałoby  się  wprowadzić  kilka  poprawek  –  odparła  dyplomatycznie Aria.  –  Nie  jestem

pewna,  czy  Anita  powinna  napisać  Jackowi  aż  dziesięć  haiku.  To  chyba  ciut  za  dużo.  Może
wystarczyłoby jedno, góra dwa, nie sądzisz? Ja z pewnością nie napisałam ci aż tylu.

Ezra zmarszczył czoło.
– Na tym polega licentia poetica.
– To prawda – odparła szybko Aria. – No i... uwielbiam Jacka, naprawdę. Ale dlaczego miał taką

obsesję na punkcie budowania modeli pociągów w swojej sypialni? – Uśmiechnęła się i lekko musnęła
palcem usta Ezry. – Ty byś nigdy nie znalazł sobie tak dziwacznego hobby.

Usta Ezry zamieniły się w jedną wąską linię.
– Sceny z modelem kolejki mają znaczenie symboliczne. Pokazują, jakie życie chciałby prowadzić

Jack, choć nie potrafił zrealizować swoich marzeń.

Aria wlepiła wzrok w gruby plik kartek leżący na jej kolanach.
– Aha. No dobra. Tego chyba nie zrozumiałam.
– Wydaje mi się, że wielu rzeczy nie zrozumiałaś.
Cierpki ton jego głosu przyprawił Arię o dreszcze.
–  Chciałeś,  żebym  mówiła  szczerze  –  pisnęła.  –  Uwierz  mi,  moje  wątpliwości  dotyczą  nic

nieznaczących drobiazgów.

– Nieprawda. – Ezra odwrócił się od Arii i wlepił wzrok w wiszący na przeciwległej ścianie plakat

reklamujący  francuskie  papierosy  bez  filtra.  –  Może  rzeczywiście  książka  jest  do  bani,  jak  twierdzą
wszyscy agenci. Może to dlatego żaden nie chce mnie reprezentować. A ja się łudziłem, że zostanę nową
gwiazdą literacką.

– Ezra! – Aria położyła dłonie na udach. – Powtarzam, to znakomita książka! – Ale kiedy próbowała

wziąć go za ręce, on odsunął je, układając zaciśnięte pięści na kolanach.

– Cześć.
Nad  nimi  pojawił  się  jakiś  cień. Aria  podniosła  wzrok.  Za  kanapą  stała  Klaudia  w  dopasowanej

bluzce,  rozpiętej  na  tyle,  że  widać  jej  było  pół  biustu.  Szkolną  spódnicę  podwinęła  w  talii,  żeby
pochwalić się całemu światu swoimi długimi nogami. Okulary w grubych oprawkach odsunęła na czubek
głowy, co nadało jej wygląd niegrzecznej bibliotekarki.

Aria zerwała się na równe nogi tak gwałtownie, że maszynopis spadł na podłogę.
– C-co ty tu robisz? – Schyliła się, żeby pozbierać papiery i spiąć je gumką.

background image

Klaudia związała swoje długie blond włosy w kucyk.
– My się spotkać, żeby robić projekt z historii sztuki, pamięta?
Dopiero po chwili Aria przypomniała sobie ich rozmowę w czytelni.
– Umówiłyśmy się na jutro, a nie na dziś.
– Ups! – Klaudia zakryła usta dłonią. – Mój pomyłka! – Spoglądała to na Arię, to na Ezrę. Na jej

twarzy pojawiło się zaciekawienie. – Hej!

–  Cześć!  –  Ezra  podniósł  się  z  kanapy,  podał  rękę  Klaudii  i  uśmiechnął  się  do  niej  o  wiele

uprzejmiej, niż Aria by sobie życzyła. – Jestem Ezra Fitz.

–  A  ja  Klaudia  Huusko.  Przyjechałam  na  wymianę  z  Finlandii.  –  Zamiast  uścisnąć  dłoń  Ezry,

Klaudia  nachyliła  się  do  niego  i  europejskim  zwyczajem  pocałowała  go  w  oba  policzki.  Zmarszczyła
brwi. – Skąd cię znam? Twoje imię coś mnie mówi.

– W zeszłym roku uczyłem w Rosewood Day – wyjaśnił Ezra przyjaznym tonem.
– Nie, o tym nie słyszałam. – Klaudia pokręciła głową, a jej kucyk zakołysał się. Zmrużyła oczy. –

A może Ezra Fitz, co pisze poezję?

Ezra wyglądał na zbitego z tropu.
– Opublikowałem tylko jeden wiersz, i to w zagranicznym czasopiśmie.
– Tytuł B-26? – Klaudia się rozpromieniła.
– Tak. – Ezra uśmiechał się coraz szerzej. – Czytałaś go? – zapytał z niedowierzaniem.
– „Se tytto, se laulu!” – zacytowała Klaudia po fińsku. – Jest piękny! W moim pokoju w Helsinkach

mam go na ścianie!

Ezra  otworzył  usta  ze  zdumienia.  Spojrzał  na  Arię,  jakby  chciał  powiedzieć:  „Nie  wierzę!  Mam

fankę!”. Aria  miała  ochotę  zdzielić  go  w  łeb.  Nie  widział,  że  Klaudia  odgrywa  przed  nim  seksownego
kociaka?  Nigdy  nie  czytała  jego  wierszy  –  pewnie  zobaczyła  jego  nazwisko  na  pierwszej  stronie
maszynopisu i wyszukała o nim jakieś informacje w internecie!

–  Ja  też  czytałam  ten  wiersz  –  pochwaliła  się  Aria,  nagle  czując  przypływ  sił  do  walki.  –  Jest

naprawdę piękny.

– Och, ale w tłumaczeniu na fiński jeszcze piękniejszy – upierała się Klaudia.
Klaudia przysunęła się do Ezry, żeby przepuścić przechodzącego obok barmana.
–  Zawsze  chciałam  zostać  pisarką,  więc  bardzo  się  cieszę,  że  mogę  rozmawiać  z  takim  autorem,

który się opublikował! Napisałeś też jakieś inne poezje?

– Nie wiem, czy są aż tak piękne – odparł Ezra z udawaną skromnością. Najwyraźniej schlebiało mu

uwielbienie Klaudii. – Teraz pracuję nad powieścią. – Pokazał na maszynopis leżący na kanapie.

–  Ojej!  –  Klaudia  przycisnęła  dłoń  do  swoich  wielkich  piersi.  –  Całą  powieść?  To  wspaniałość!

Mam nadzieję, że kiedyś przeczytam!

–  Właściwie,  jeśli  cię  to  interesuje...  –  Wręczył  maszynopis  Klaudii.  –  Chętnie  poznam  twoją

opinię.

– Co takiego!? – wrzasnęła Aria. – Nie możesz jej tego dać!
Klaudia  otworzyła  szeroko  oczy,  udając  niewiniątko.  Ezra  przechylił  głowę,  zupełnie

zdezorientowany.

– Dlaczego nie? – zapytał urażony.
– Bo...
Aria  urwała,  próbując  samym  spojrzeniem  dać  Ezrze  do  zrozumienia,  że  Klaudia  to  psychopatka.

Chciała  powiedzieć:  „Bo  to  moja  powieść,  a  nie  jej”,  jednak  zdała  sobie  sprawę,  jak  dziecinnie
i niedojrzale by to zabrzmiało. Ale przecież ta powieść była tak osobista. Aria nie chciała, żeby Klaudia
poznała prawdę o najważniejszym związku jej życia.

Ezra machnął ręką.

background image

– To tylko brudnopis – usprawiedliwił się. – Chciałbym poznać opinię tak wielu czytelników, jak to

tylko możliwe. – Spojrzał na Klaudię z uśmiechem. – Może spodoba ci się tak jak B-26.

–  Na  pewno  mi  się  spodoba!  –  Klaudia  przycisnęła  maszynopis  do  piersi.  –  Okej,  ja  już  pójdę!

Przepraszam, że przeszkodziłam! Do jutra w szkole, Aria! – Pomachała Ezrze na pożegnanie i wyszła.

– Nic nie szkodzi! – zawołał za nią Ezra i również jej pomachał.
Z  jego  twarzy  nie  znikał  uśmieszek  samozadowolenia.  Śledził  wzrokiem  Klaudię,  póki  nie  wyszła

z kawiarni. Aria znowu chwyciła go za rękę, ale on uścisnął ją tylko lekko i mimochodem, jakby miał na
głowie ważniejsze sprawy. A może ważniejsze dziewczyny.
 

background image

20

KAŻDY KOCHAJĄCY OJCIEC CHCIAŁBY

ZAMKNĄĆ SWOJĄ CÓRECZKĘ

W WYSOKIEJ WIEŻY

Pan Marin otworzył na oścież drzwi frontowe i powitał Hannę szerokim, radosnym uśmiechem.
– Wejdź!
– Dzięki. – Hanna przeciągnęła przez próg wielką torbę od Jacka Spade’a, wypchaną po brzegi taką

ilością  ubrań,  która  powinna  wystarczyć  na  trzydniowy  pobyt.  Potem  wniosła  do  środka  mały  koszyk,
w którym siedział Dot, jej miniaturowy pinczer. – Mogę go wypuścić?

– Ależ oczywiście.
Pan Marin schylił się i otworzył małe metalowe zapięcie. Piesek, któremu Hanna włożyła ubranko

z logo Chanel, wyskoczył z koszyka i zaczął szaleńczo biegać po salonie, obwąchując każdy kąt.

–  Ojej  –  odezwał  się  jakiś  głos.  Isabel,  której  łososiowa  garsonka  doskonale  pasowała  do  jej

pomarańczowej, sztucznej opalenizny, spojrzała na Dota jak na kanałowego szczura. – Mam nadzieję, że
nie zostawia sierści.

–  Nie,  nie  zostawia  –  odparła  Hanna  tak  przyjaznym  tonem,  na  jaki  tylko  potrafiła  się  zdobyć.  –

Chyba pamiętasz Dota? Miałam go już wtedy, kiedy razem mieszkaliśmy.

– Być może – odparła Isabel nieobecnym tonem.
Kiedy  Isabel  mieszkała  w  domu  Hanny  podczas  pobytu  jej  mamy  w  Singapurze,  unikała  Dota  jak

ognia.  Marszczyła  nos,  gdy  obsikiwał  drzewa  w  ogrodzie,  robiła  pełną  obrzydzenia  minę,  gdy  Hanna
nakładała do jego miseczki organiczną karmę, i zawsze omijała go szerokim łukiem, jakby się bała, że ją
ugryzie.  Zresztą  Hanna  właśnie  na  to  skrycie  liczyła,  ale  niestety,  Dot  uwielbiał  wszystkich
domowników.

–  Bardzo  nam  miło,  że  do  nas  wpadłaś  –  dodała  Isabel,  choć  Hanna  wyczuwała  w  jej  głosie

nieszczerość.

– Ja też się cieszę z tej wizyty – odparła Hanna, spoglądając na tatę.
Wydawał  się  tak  szczęśliwy,  że  Hanna  łaskawie  zgodziła  się  spędzać  w  jego  domu  kilka  nocy

w tygodniu. A przecież nie było jej to na rękę, zważywszy na jej uwikłanie w romans z Liamem. Co by
się stało, gdyby Hanna wykrzyczała jego imię przez sen? Albo gdyby tata przejrzał jej SMS-y i przeczytał
ich  korespondencję,  łącznie  z  bardzo  pikantnymi  wiadomościami,  które  Liam  przysyłał  jej  przez  cały
dzisiejszy dzień?

– Chodź, pokażę ci twój pokój.
Pan  Marin  zarzucił  na  ramię  torbę  Hanny  i  wszedł  na  kręte  schody.  W  całym  domu  unosił  się

drażniący zapach, jak w sklepie z ozdobami choinkowymi. Hanna już zapomniała, że Isabel miała bzika
na  punkcie  woreczków  z  lawendą,  które  wkładała  do  każdej  szuflady,  miseczki  z  potpourri  i  wszędzie,
gdzie tylko się dało.

Tata wyszedł na pierwsze piętro, a potem ruszył dalej po schodach.
– Pokoje gościnne są tak wysoko? – zapytała nerwowo Hanna.
Jako dziecko obsesyjnie się bała, że ich dom może spłonąć w pożarze. Dlatego usilnie przekonywała

background image

rodziców,  że  wszystkie  sypialnie  powinny  mieścić  się  na  parterze,  żeby  w  razie  czego  łatwo  było  się
wydostać na zewnątrz oknem. Rodzice oczywiście bagatelizowali jej obawy. Być może już wtedy jakiś
szósty zmysł podpowiadał jej, że kiedyś znajdzie się w płonącym budynku.

– Nasza sypialnia mieści się na pierwszym piętrze, ale pokoje gościnne urządziliśmy na drugim. –

Pan Marin spojrzał przez ramię i uniósł brew. – Nazywamy to piętro loftem. – Otworzył drzwi na końcu
korytarza. – Zapraszam.

Weszli  do  gustownie  urządzonego  białego  pomieszczenia  ze  spadzistym  sufitem  i  małymi

kwadratowymi oknami. Hanna poczuła się nagle jak bohaterka bajki, w której ojciec zamyka swoją córkę
w wysokiej wieży. Musiała jednak przyznać, że pokój wyglądał jak apartament w luksusowym hotelu. Na
olbrzymim łóżku leżała gruba kołdra. Hanna zauważyła też wielkie biurko, bardzo przestronną garderobę
i  telewizor  plazmowy  przytwierdzony  do  ściany,  a  także  niewielki  balkon.  Mogłaby  na  nim  czekać  jak
Julia  na  swojego  Romea.  Hanna  szybkim  krokiem  przeszła  przez  pokój,  otworzyła  oszklone  drzwi
i  wyszła  na  malutki  balkon,  z  którego  rozciągał  się  widok  na  krajobraz  za  domem.  Zawsze  marzyła
o takim pokoju.

– Podoba ci się? – zapytał pan Marin.
– Tu jest przepięknie. – W każdym razie miała swoją prywatną przestrzeń.
– Cieszę się. – Pan Marin postawił bagaże Hanny pod garderobą, poklepał Dota po główce i ruszył

w  kierunku  drzwi.  –  A  teraz  chodź  ze  mną.  Musimy  rzucić  okiem  na  propozycje  nowych  spotów
wyborczych. Bardzo mnie ciekawi twoja opinia.

Hanna zeszła za tatą po schodach. Na trzecim półpiętrze zauważyła, jak za oknem zamajaczył jakiś

cień. Na zewnątrz panowała nieprzenikniona ciemność, która zdecydowanie nie zachęcała do spacerów
po  okolicy.  W  myślach  przywołała  ostatnią  wiadomość  od  A.:  „Oboje  umarli  w  piątym  akcie”.  Czy
powinna to traktować jako groźbę?

Tata  zaprowadził  ją  do  jednego  z  pokoi  dziennych,  w  którym  stała  narożna  skórzana  kanapa

w  kolorze  koniakowym  oraz  pasująca  do  niej  skórzana  otomana,  służąca  również  jako  stolik  do  kawy.
Duży telewizor wiszący na ścianie pokazywał właśnie wiadomości CNN. W rogu kanapy siedziała Kate
z  podkurczonymi  nogami,  chudymi  jak  u  źrebaka.  Trzymał  ją  za  rękę  nie  kto  inny,  tylko  siedzący  obok
Sean Ackard.

– Och – westchnęła Hanna, zatrzymując się w pół kroku.
Sean zbladł.
– Hanna. Nie wiedziałem, że przyjdziesz.
Hanna spojrzała na Kate, a Kate posłała jej wymuszony uśmiech. Doskonale wiedziała o przyjeździe

Hanny,  dlatego  zaprosiła  do  siebie  Seana,  żeby  jasno  i  wyraźnie  dać  Hannie  do  zrozumienia,  do  której
z nich on teraz należy.

– Hej, Sean – przywitała się Hanna chłodno, dumnie odrzucając głowę do tyłu i zajmując miejsce

z dala od zakochanej pary. W zasadzie co ją obchodziło to, że Kate chodzi z Seanem? Przecież ona też
miała wspaniałego chłopaka.

Problem w tym, że nie mogła o nim nikomu opowiedzieć.
Ponownie  rzuciła  okiem  na  Kate.  Jej  przyrodnia  siostra  uniosła  brew,  jakby  oczekiwała  bardziej

zdecydowanej reakcji. Przytuliła się do Seana i położyła mu głowę na ramieniu. Sean się skrzywił, jakby
jego  skrępowanie  narastało.  Hannę  kusiło,  żeby  dać  im  do  zrozumienia,  że  widziała  ich  oboje  na
spotkaniu Klubu Dziewic, ale nie starczyło jej odwagi.

Nagle  na  ekranie  pojawiła  się  znajoma  twarz,  na  której  widok  Hanna  o  mało  nie  wrzasnęła.

W wiadomościach pokazywano zdjęcie Tabithy.

–  Chyba  najwyższa  pora  zająć  się  problemem  nadużywania  alkoholu  przez  nastolatków  w  czasie

ferii  wiosennych  –  powiedział  reporter.  Hanna  poderwała  się  z  kanapy,  chwyciła  pilota  i  wyłączyła

background image

telewizor. Kate spojrzała na nią jak na wariatkę.

– Widzę, że masz już ochotę obejrzeć nowe spoty – zażartował pan Marin.
Włożył  płytę  DVD  do  odtwarzacza  i  na  ekranie  pojawił  się  filmik  zachęcający  do  głosowania.

Hanna odchyliła się na oparcie kanapy, próbując uspokoić skołatane nerwy. Kiedy tylko zamknęła oczy,
w jej głowie pojawiał się portret Tabithy.

Pierwszy  spot  zmontowano  z  krótkich  ujęć,  jak  film  akcji.  Drugi  nakręcono  w  konwencji

paradokumentalnej i kojarzył się trochę z serialem Biuro.

– Liczę na wasze szczere opinie – powiedział pan Marin. – Uważacie, że w ten sposób uda mi się

dotrzeć do młodych wyborców?

–  Te  spoty  są  naprawdę  zabawne  i  świetnie  zrobione  –  powiedziała  z  namysłem  Kate,  nachylając

się do przodu. – Ale nie sądzę, żeby młodzi ludzie oglądali takie filmiki. Zazwyczaj nie zwracają na nie
najmniejszej uwagi.

– Ale mógłbyś zamieścić je na YouTubie – wtrąciła wątłym głosem Hanna, która powoli dochodziła

do siebie.

Pan Marin wyraźnie się denerwował.
– Chyba powinniśmy też nadal używać Twittera, prawda? A może zorganizujemy kolejny flash mob?

Ten w zeszłym tygodniu znakomicie się udał.

–  To  prawda,  nie  sądzisz,  Hanno?  –  wdzięczyła  się  Kate,  patrząc  prosto  w  oczy  Hannie,  której

zbierało się na mdłości.

Co miało znaczyć to spojrzenie? Czy Kate zauważyła, że Hanna zniknęła na czas przemówienia pana

Marina? A może zobaczyła, z kim Hanna uciekła?

– Może tym razem zorganizujemy go w Hollis? – Pan Marin zatrzymał film. – Albo w Bryn Mawr?

A może w jakiejś większej miejscowości, takiej jak Temple albo Drexel?

Kate przeczesała dłonią swoje długie kasztanowe włosy.
– A co nasza konkurencja sądzi o flash mobach? – Kate znowu rzuciła Hannie wymowne spojrzenie.
Hanna poczuła na skórze tysiące igiełek.
– Skąd mam wiedzieć?
Kate wzruszyła ramionami.
– Nie ciebie pytałam.
Zagryzając dolną wargę, Hanna próbowała sobie przypomnieć wszystkie dotychczasowe spotkania

z Liamem. Czy Kate na pewno nie widziała ich pod kościołem? Czy mogła coś wiedzieć?

Hanna  gapiła  się  na  Kate,  a  ta  patrzyła  w  oczy  Hanny,  jakby  się  bawiły,  która  mrugnie  pierwsza.

Sean nerwowo poprawiał kołnierzyk, spoglądając to na jedną, to na drugą. Pan Marin przestąpił z nogi na
nogę i uniósł brew.

– Dziewczyny, co jest grane?
– Nic – odparła natychmiast Hanna.
– Mnie nie pytaj. – Kate uniosła ręce w górę. – To ona się jakoś dziwnie zachowuje.
Nagle Hanna poczuła ciężar wszystkich tajemnic, które musiała skrywać przed światem.
– Hm, muszę...
Zerwała  się  z  kanapy  i  pobiegła  do  drzwi.  Usłyszała  za  sobą  prześmiewcze,  pogardliwe

westchnienie Kate.

Przeszła przez korytarz i zatrzymała się przed drzwiami do łazienki. W jednym z pokoi zauważyła

w połowie rozpakowane pudło i jakiś przedmiot oparty o kanapę. Był to wyliniały, pluszowy rottweiler
z  naderwanym  uchem.  Na  grzbiecie  zostało  mu  niewiele  sierści.  Tata  kupił  go  Hannie,  kiedy  razem
wymyślili  Corneliusa  Maximiliana,  fikcyjnego  psa,  o  którym  opowiadali  sobie  nawzajem  bardzo
zabawne  historie.  Hanna  od  lat  go  nie  widziała  i  uznała,  że  zabawka  bezpowrotnie  zaginęła.  Czy  tata

background image

przechował go przez cały ten czas?

Hanna  dotknęła  pluszowej  głowy  Corneliusa.  Nagle  poczuła  się  winna  i  pożałowała  swoich

ostatnich decyzji. Tata tak bardzo się starał odbudować ich relację, a ona w rewanżu bratała się z jego
największym  wrogiem.  Postanowiła,  że  zerwie  z  Liamem,  zanim  ich  związek  zrobi  się  poważny.  W  tej
chwili i tak miała mnóstwo sekretów, które w każdej chwili mogły wyjść na jaw.

Sięgnęła  do  kieszeni  po  telefon.  Ale  zawahała  się  przed  napisaniem  wiadomości.  Uświadomiła

sobie, że już nigdy nie zobaczy Liama. Jej żołądek się skurczył, a oczy wypełniły łzami.

Ktoś nagle dotknął jej ramienia. Pisnęła i odwróciła się. Stała za nią Kate, z dłonią na biodrze.
–  Wszystko  w  porządku?  –  zapytała  z  udawaną  troską.  Jej  wzrok  przesunął  się  z  twarzy  Hanny  na

telefon w jej dłoni.

– Tak – odparła krótko Hanna, zakrywając ekran telefonu palcami. Na szczęście nie zdążyła jeszcze

nic napisać.

– Aha. – Kate zmrużyła oczy. – Nie wyglądasz najlepiej.
– A co cię to obchodzi?
Kate  zbliżyła  się  do  Hanny,  która  poczuła  zapach  figowo-porzeczkowego  balsamu  do  ciała  od  Jo

Malone’a.

– Coś ukrywasz, prawda?
Hanna odwróciła wzrok, próbując zachować spokój.
– Nie wiem, o czym mówisz.
Kate uśmiechnęła się złowrogo.
–  Słyszałaś,  co  powiedział  Tom  –  ostrzegła,  grożąc  Hannie  palcem.  –  Jeśli  ktokolwiek  z  nas  coś

ukrywa, to nasz wróg z pewnością się o tym dowie. A tego byśmy nie chcieli, prawda?

Zanim Hanna zdążyła wymyślić jakąś ciętą ripostę, Kate odrzuciła swoje długie kasztanowe włosy

za  ramię,  odwróciła  się  na  pięcie  i  wróciła  do  salonu.  Nagle  zachichotała  wysokim,  przeszywającym
głosem. Na ten dźwięk każda komórka w ciele Hanny zadrżała.

Tak śmiała się Ali. I A.

background image

21

W TEJ TORBIE STRASZY

–  Zacznijmy  od  ósmego  taktu  –  zakomenderowała  Amelia,  której  głos  dochodził  z  saloniku

w  suterenie,  gdy  następnego  popołudnia  Spencer  weszła  do  domu  i  postawiła  torbę  obok  stojaka  na
parasole.  Po  kilku  sekundach  zaryczały  klarnety  i  zapiszczały  skrzypce.  Utwór  klasyczny  wlókł  się  jak
marsz pogrzebowy. I nagle się urwał.

– Może zrobimy sobie przerwę? – zaproponował ktoś.
Coś mówiło Spencer, że powinna pobiec na górę do swojego pokoju i zamknąć drzwi na klucz. Ale

przypomniała  sobie  o  obietnicy  złożonej  przyjaciółkom  i  samej  sobie.  Jeśli  zachowa  czujność,  to  może
uda się jej ustalić, co Kelsey wie o wydarzeniach zeszłego lata. I czy rzeczywiście A. to ona.

Skradała  się  po  schodach  do  saloniku.  Drzwi  były  lekko  uchylone.  W  pokoju  zobaczyła  Amelię

z klarnetem w dłoni. Kelsey siedziała, trzymając skrzypce na kolanach. Podniosła głowę, jakby czuła na
sobie czyjś wzrok. Na widok Spencer zrobiła mimowolnie grymas, a jej usta ułożyły się w dzióbek.

Spencer  cofnęła  się  i  przywarła  do  ściany.  Czuła  się  jak  szpieg.  Wzięła  kilka  oddechów  i  jeszcze

raz ukradkiem zajrzała do saloniku. Kelsey siedziała teraz ze spuszczoną głową, studiując partyturę. Za
uchem miała niewielki tatuaż z kwiatowym motywem. Być może zmywalny, a może prawdziwy. Spencer
zastanawiała się, czy zrobiła go sobie w poprawczaku.

Pomyślała znowu o wieczorze, kiedy je aresztowano. Zapowiadał się zwyczajnie. Spencer zebrała

książki  z  biurka  i  poszła  piętro  wyżej,  do  pokoju  Kelsey.  W  akademiku  dopiero  co  wymieniono
tradycyjne  zamki  na  system  elektronicznych  kodów  i  Spencer  znała  szyfr  otwierający  drzwi  Kelsey.
Wpisała go i weszła do pustego pokoju. Kelsey jeszcze nie wróciła z siłowni. Spencer postanowiła od
razu  zażyć  Łatwą  Piątkę,  żeby  zaczęła  działać,  kiedy  zaczną  zakuwać. Ale  wyciągnięta  z  torebki  fiolka
okazała  się  pusta.  Spencer  zajrzała  do  wnętrza  posążka  Buddy,  który  służył  Kelsey  jako  schowek  na
narkotyki, lecz tam też nic nie znalazła.

Wpadła  w  panikę.  Pierwszy  egzamin  miała  za  trzy  dni,  a  nauczyła  się  dopiero  siedemnastu

z  trzydziestu  jeden  rozdziałów  podręcznika  do  historii  starożytnej  na  poziomie  rozszerzonym.  Phineas
ostrzegł  ją,  że  jeśli  nagle  odstawi  pigułki,  jej  organizm  dozna  szoku.  Najłatwiej  byłoby  po  prostu
zadzwonić do Phineasa, ale Spencer nie wiedziała, gdzie się podziewał. Od dwóch dni nie przychodził
na  zajęcia.  Poszły  nawet  z  Kelsey  do  jego  pokoju,  nikogo  jednak  tam  nie  zastały.  Na  łóżku  nie  było
pościeli,  z  szafy  zniknęły  też  ubrania.  Phineas  nie  odbierał  telefonu,  a  automatyczna  sekretarka
informowała, że jego poczta głosowa jest już pełna.

Elektroniczna  klawiatura  umieszczona  przy  drzwiach  wydała  piskliwy  odgłos  i  do  pokoju  weszła

wypoczęta i zrelaksowana Kelsey. Spencer zerwała się na równe nogi.

– Skończyły się nam tabletki – oznajmiła bez zbędnych wstępów. – Musimy je natychmiast kupić.
Kelsey zmarszczyła czoło.
– Ale gdzie?
Spencer  przytknęła  palec  do  ust  i  zamyśliła  się.  Phineas  wspominał  o  godnych  zaufania  dilerach

w  północnej  części  Filadelfii  i  na  wszelki  wypadek  dał  jej  wizytówkę  jednego  z  nich.  Wyciągnęła  ją
i zaczęła wybierać numer. Kelsey patrzyła na nią ze zdumieniem.

– Co ty wyprawiasz?
– Bez tabletek niczego się nie nauczymy – odparła Spencer.

background image

Kelsey odchyliła się lekko w tył.
– Może poradzimy sobie bez nich, Spence.
Wtedy  diler  odebrał.  Spencer  wyprostowała  plecy  i  wypowiedziała  hasło,  które  zdradził  jej

Phineas. Diler podał jej swój adres i umówili się na spotkanie.

– Do zobaczenia – rzuciła na pożegnanie i rozłączyła się. – Chodźmy.
Kelsey nie ruszała się z łóżka, na którym siedziała bez butów.
– Ja zostaję.
– Sama tam nie pojadę. – Spencer wyciągnęła z kieszeni kluczyki do samochodu. – Zajmie nam to

góra pół godziny.

Ale Kelsey pokręciła głową.
– Poradzę sobie bez tabletek.
Spencer jęknęła zniecierpliwiona, podeszła do Kelsey i ściągnęła ją z łóżka.
– Za kilka godzin inaczej zaśpiewasz. Wkładaj klapki. Idziemy.
Wreszcie  Kelsey  się  poddała.  Jechały  przez  ciemne  ulice  zakazanej  dzielnicy,  mijając  domy

z  zamkniętymi  okiennicami  i  ścianami  pokrytymi  graffiti.  Na  schodach  siedziały  nastolatki,  mierząc
wzrokiem  wszystkich  i  wszystko  wokół.  Na  rogu  ulicy  wywiązała  się  bójka.  Kelsey  miała  przerażoną
minę. Spencer po raz pierwszy przyszło do głowy, że może powinna była posłuchać przyjaciółki.

Niedługo potem siedziały w samochodzie, wioząc już fiolki pełne pigułek z powrotem na kampus.

Spencer podała Kelsey Łatwą Piątkę, którą popiły dietetycznym  sprite’em.  Gdy  opuściły  niebezpieczną
dzielnicę, Kelsey westchnęła z ulgą.

– Ostatni raz się tam wybrałyśmy.
– Zgadzam się – odparła Spencer.
Przejeżdżały przez bramę kampusu, kiedy w tylnym lusterku zobaczyły jarzące się światła i usłyszały

zawodzenie  syreny.  Gdy  się  odwróciły,  zobaczyły  jadący  w  ich  stronę  policyjny  wóz  patrolujący  teren
uniwersytetu.

– Cholera – syknęła Spencer, wyrzucając przez okno fiolkę z tabletkami.
Wóz policyjny zatrzymał się, dając Spencer znak, że i ona powinna zrobić to samo. Kelsey patrzyła

na Spencer szeroko otwartymi oczami.

– I co teraz zrobimy?
Spencer wpatrywała się w przerażoną twarz Kelsey. Nagle spłynął na nią błogi spokój. Bywała już

w większych tarapatach z powodu Ali, wszystkich SMS-ów od A. i przygód, które mogły się tragicznie
skończyć. Dzięki temu teraz potrafiła zachować zimną krew.

– Posłuchaj mnie – powiedziała z mocą do Kelsey. – Nie zrobiłyśmy nic złego.
– A jeśli śledzą nas od domu dilera? A jeśli ktoś nas wrobił? A jeśli znajdą pigułki?
– My...
W  okno  zastukał  policjant.  Spencer  opuściła  szybę  i  z  miną  niewiniątka  spojrzała  na  jego  surową

twarz. Policjant świdrował je oczami.

– Czy mogą panie wysiąść z samochodu?
Kelsey i Spencer popatrzyły po sobie. Żadna się nie odezwała. Policjant westchnął głośno.
– Proszę. Wysiąść. Z samochodu.
Nagle Spencer wróciła ze świata wspomnień do rzeczywistości, bo usłyszała głos Amelii:
– Kelsey ma rację, zróbmy sobie przerwę.
Wszystkie dziewczyny podniosły się ze swoich miejsc.
Spencer w panice wycofała się na korytarz i weszła do garderoby, gdzie przechowywano zimowe

płaszcze,  stary  kojec  dla  psów  i  trzy  odkurzacze,  każdy  do  innego  rodzaju  kurzu  lub  psiej  sierści.
Poczekała, aż wszystkie koleżanki Amelii przejdą do kuchni, modląc się, by żadna nie otworzyła drzwi

background image

i jej nie znalazła. Przez szparę w drzwiach widziała torby i płaszcze gości leżące na drewnianej ławce
w holu. Wśród trenczy Burberry, puchowych kurtek od J. Crew i plecaków od Kate Spade leżała lśniąca,
złota torba, identyczna jak ta, którą Spencer miała na ramieniu.

– Jesteśmy jak bliźniaczki! – zawołała kilka dni temu Kelsey na widok torby Spencer.
Może  właśnie  nadarzyła  się  okazja,  żeby  sprawdzić,  ile  wie  Kelsey.  Spencer  poczekała  do  końca

przerwy,  a  potem  szybko  podeszła  do  frontowych  drzwi  i  wzięła  swoją  torbę  od  Diora.  Wróciła  do
ławki,  na  której  leżały  płaszcze,  położyła  swoją  torbę  na  miejscu  torby  Kelsey,  którą  zabrała  z  sobą.
Pachniała inaczej, jak owocowa świeca. Żeby ją przetrząsnąć wystarczyło kilka minut. Kelsey nigdy się
nie zorientuje.

Wbiegła  po  schodach,  przeskakując  po  dwa  stopnie  na  raz.  Zatrzasnęła  za  sobą  drzwi  i  wysypała

zawartość torby Kelsey na łóżko. Znalazła w niej ten sam portfel z wężowej skóry, który Kelsey miała już
w  czasie  szkoły  letniej,  i  pęsetę  Tweezerman,  bez  której  nie  ruszała  się  z  domu.  Z  torby  wypadł  też
zestaw  zapasowych  strun  do  skrzypiec,  ulotka  reklamująca  koncert  grupy  o  nazwie  Pokojówki
z nabazgranym numerem telefonu jakiegoś Roba, tubka błyszczyku i różnokolorowe długopisy.

Spencer  oparła  się  o  poręcz  łóżka.  Nie  znalazła  nic  podejrzanego.  Może  faktycznie  wpadała

w paranoję.

Nagle zauważyła jeszcze iPhone’a Kelsey w jednej z bocznych kieszeni. Wyciągnęła go i otworzyła

plik  z  wysłanymi  wiadomościami,  szukając  tych  SMS-ów,  które  dostała  od  A.  Nie  znalazła  ich,  ale
przecież  to  o  niczym  nie  świadczyło.  Kelsey  równie  dobrze  mogła  mieć  inny  telefon,  tak  jak  niegdyś
Mona.  Na  głównej  stronie  Spencer  dostrzegła  folder  zatytułowany  „Zdjęcia”.  Znalazła  w  nim  mnóstwo
mniejszych folderów z fotografiami ze studniówki, z ceremonii rozdania świadectw, z imprez z udziałem
dziewczyn  ze  St.  Agnes,  których  Spencer  z  pewnością  nie  widziała  w  czasie  prób  orkiestry.  Nagle
zauważyła folder, którego nazwa przyprawiła ją o zawroty głowy.

„Jamajka. Ferie wiosenne”.
Na dole zespół znowu zaczął hałaśliwie fałszować. Spencer gapiła się na ikonkę folderu. To zbieg

okoliczności,  prawda?  Wiele  osób  jeździło  wiosną  na  Jamajkę.  Sama  czytała  artykuł  w  „Us  Weekly”,
którego autor twierdził, że to największa imprezownia dla licealistów i studentów.

Drżącym  palcem  nacisnęła  przycisk  otwierający  folder.  Na  pierwszym  zdjęciu  natychmiast

rozpoznała klif, z którego wskoczyła do morza razem z Arią, Emily i Hanną pierwszego dnia wycieczki.
Następne  pokazywało  restaurację  na  tarasie,  w  której  co  wieczór  jadały  kolację.  Na  kolejnym  Kelsey
pozowała z Jakiem, barmanem z dredami, który robił poncz z rumu o piorunującym działaniu.

Jej żołądek się zacisnął. Zdjęcia przedstawiały kurort Klify.
Bardzo  szybko  przejrzała  następne  zdjęcia,  rozpoznając  wielki  basen,  wyłożony  mozaiką  korytarz

prowadzący  do  spa,  malutkie  koziołki  o  nakrapianej  sierści,  które  biegały  wokół  budynku  o  wysokich,
pokrytych  ozdobnymi  ornamentami  ścianach.  Na  jednej  z  fotografii  przedstawiającej  wypełnioną  po
brzegi  restaurację  odszukała  znajomą  twarz.  Nie  mogło  być  żadnych  wątpliwości,  że  opalony  chłopak
w podkoszulku do gry w lacrosse to Noel Kahn. Dokładnie tak był ubrany w dzień ich przyjazdu. Obok
niego  stał  Mike  Montgomery  z  butelką  piwa  w  ręku.  Gdyby  kilka  z  osób  widocznych  na  zdjęciu
przesunęło się nieco, Kelsey uwieczniłaby również twarze Spencer, Arii, Emily i Hanny.

Otworzyła kolejne zdjęcie i z trudem powstrzymała się od krzyku. Z ekranu patrzyła na nią Tabitha,

cała i zdrowa, ubrana w tę samą żółtą sukienkę na ramiączkach, którą miała na sobie wtedy, gdy ją zabiły.

Telefon wysunął się jej z rąk. Poczuła na piersi ogromny ciężar, który uniemożliwiał jej oddychanie.

Teraz dopiero zobaczyła wszystko jak na dłoni. Kelsey była w Klifach dokładnie wtedy, kiedy Spencer
i  jej  przyjaciółki.  Może  nawet  poznała  Tabithę.  Prawdopodobnie  widziała,  co  Spencer  i  pozostałe
dziewczyny  zrobiły  swojej  ofierze.  A  kiedy  spotkała  Spencer  w  czasie  szkoły  letniej,  bez  trudu
powiązała wszystkie fakty. Gdy Spencer zrzuciła na nią winę za swoje postępki, Kelsey postanowiła się

background image

zemścić... i przywróciła do życia A.

Spencer trzymała w dłoniach niezbity dowód na to, że Kelsey to A. I że Kelsey nie spocznie, póki

raz na zawsze nie zniszczy życia Spencer.

background image

22

TRUDNE DECYZJE NAJŁATWIEJ PODJĄĆ Z

NOŻEM NA GARDLE

Tego samego wieczoru Aria siedziała na kanapie w salonie w domu Byrona i słuchała, jak deszcz

dudni  o  parapet.  Powinna  zająć  się  gromadzeniem  materiałów  do  projektu  na  zajęcia  z  historii  sztuki.
Klaudia  odwołała  ich  spotkanie  w  Kuźni  Słów.  Umówiły  się  w  kawiarni  w  piątek. Aria  nie  mogła  się
zmobilizować. Zamiast pracować, przeglądała ofertę internetowego biura nieruchomości o nazwie Lofty
Brooklynu,  które  dysponowało  wspaniałymi  mieszkaniami  w  takich  dzielnicach,  jak  Brooklyn  Heights,
Cobble  Hill,  Williamsburg  czy  Red  Hook.  Im  więcej  dowiadywała  się  o  Brooklynie,  tym  bardziej
utwierdzała się w przekonaniu, że to właśnie tam powinni przenieść się z Ezrą. Właściwie każdy liczący
się  pisarz  mieszkał  w  tej  części  miasta.  Ezra  znalazłby  wydawcę  swojej  książki  w  pierwszej  lepszej
kawiarni.

Do pokoju wszedł Mike w podejrzanie czystym podkoszulku i ciemnych dżinsach.
– Wybierasz się dokądś? – zapytała Aria, podnosząc głowę znad komputera.
– Wychodzę – rzucił wymijająco Mike, częstując się bezcukrową organiczną landrynką, których całą

misę ustawiła Meredith na stoliku. Wierzyła święcie, że spożywanie cukru skraca życie.

–  Na  randkę?  –  dopytywała  się  Aria.  Zauważyła,  że  Mike  włożył  swoje  najlepsze  vansy,  które

wyróżniały się tym, że nie pokrywała ich gruba warstwa brudu.

Mike pieczołowicie odwijał cukierek z folii.
– Wielkie rzeczy. Umówiłem się z Colleen.
– Połączyło was zamiłowanie do aktorstwa?
Mike się skrzywił.
–  To  nie  tak.  Poza  tym  ona  to  co  innego  niż...  –  Zamilkł  ze  wzrokiem  wbitym  w  mały  pryzmat

w kształcie kropli, zawieszony przez Meredith na szybie okiennej.

Aria wyprostowała plecy.
– Co innego niż... Hanna?
–  Nie  –  odparł  szybko  Mike.  –  Chciałem  powiedzieć,  że  ona  to  co  innego  niż  ta  laska  z  baru

Hooters, która co chwila zaczepia mnie na Skypie. – Potem usiadł ciężko na zabytkowym fotelu Stickleya,
który  Byron  znalazł  ponoć  na  ulicy,  kiedy  jeszcze  studiował.  –  No  dobra,  może  i  zgadłaś,  co  chciałem
powiedzieć.

– Jeśli tak bardzo tęsknisz za Hanną, to powinieneś jej o tym powiedzieć.
Mike zrobił przerażoną minę.
– Facet nie robi czegoś takiego. Wyszedłbym na babę.
Aria prychnęła. Tylko facet mógł wpaść na tak idiotyczny pomysł. Przysunęła się w jego stronę.
– Słuchaj, nie za bardzo mogę o tym mówić, ale wróciłam do kogoś, z kim spotykałam się w zeszłym

roku. Bardzo, ale to bardzo za nim tęskniłam, lecz wydawało mi się, że on o mnie zapomniał. Tymczasem
wrócił i powiedział, że też za mną tęsknił. To było romantyczne, a nie tandetne czy ckliwe.

Mike głośno chrupał landrynkę. Nie wyglądał na przekonanego.
– Na dobre zerwałaś z Noelem?
Aria spuściła wzrok. Wciąż jeszcze z trudem przychodziła jej rozmowa o ich rozstaniu.

background image

– Tak.
– Więc wróciłaś do Seana Ackarda?
Aria zmarszczyła nos, zdumiona, że Mike mógł wpaść na taki pomysł. Właściwie już zapomniała, że

w zeszłym roku chodziła z Seanem. A nawet mieszkała przez chwilę w jego domu.

– To z kim spędziłaś wieczór? – Mike zmarszczył brwi.
Aria  spojrzała  na  stronę  internetową  Lofty  Brooklynu  i  zamknęła  laptopa,  zanim  Mike  zdążył

popatrzeć na ekran. Powinna mu powiedzieć o Ezrze, ale czuła się... skrępowana. W zeszłym roku Mike
dowiedział  się  o  jej  romansie  z  Ezrą  i  nazwał  ją  świruską  zakochaną  w  Szekspirze.  Może  teraz  też
uznałby ją za wariatkę.

Ktoś zadzwonił do drzwi. Aria spojrzała na Mike’a.
– To Colleen?
Mike pokręcił głową.
–  Spotykamy  się  w  centrum  handlowym.  Spróbuję  ją  namówić,  żebyśmy  poszli  do  butiku  Agent

Provocateur. Podobno dziś odbywa się tam pokaz bielizny. Co dla mnie oznacza tylko jedno: dużo dużych
piersi.

Aria  odłożyła  książki,  przewracając  oczami,  i  podeszła  do  drzwi  frontowych,  odsuwając  na  bok

porozrzucane  w  holu  zabawki  Loli,  jej  huśtawkę  i  fotelik  bujany.  Kiedy  otworzyła  drzwi,  zobaczyła
Spencer, Hannę i Emily przemoknięte do suchej nitki i stłoczone pod niewielkim zadaszeniem ganku. Aria
zaniemówiła na ich widok.

– Możemy wejść? – zapytała Spencer.
– Oczywiście.
Podmuch  wiatru  otworzył  szerzej  drzwi.  Dziewczyny  weszły  do  środka  i  zdjęły  mokre  kurtki.

Stojący w korytarzu Mike na widok Hanny odwrócił się i poszedł do saloniku w suterenie.

– Musimy pogadać – oznajmiła Spencer, wieszając kurtkę. – Możemy pójść do twojego pokoju?
– No dobra.
Aria  odwróciła  się  i  zaprowadziła  przyjaciółki  na  górę,  a  potem  zamknęła  drzwi.  Wyraźnie  czuły

się nieswojo. Po tym, jak Prawdziwa Ali próbowała je zabić, ich przyjaźń odżyła, a one często spotykały
się w tym pokoju. Ale ostatnim razem były tu tuż po wycieczce na Jamajkę. Nawet Emily, do której Aria
dzwoniła prawie codziennie, nie potrafiła znaleźć sobie miejsca, jakby wolała być gdzie indziej.

Spencer usiadła na podłodze, odsunęła na bok Świnulę, pluszową świnkę Arii, i wyciągnęła z torby

iPada.

– Muszę wam coś pokazać.
Na  ekranie  pojawiła  się  seria  zdjęć.  Kiedy  Spencer  otworzyła  pierwsze,  Aria  natychmiast

rozpoznała  budynek  z  różowymi  ornamentami,  w  którym  mieszkały  na  Jamajce.  Potem  zobaczyła  stoły
z  blatami  wyłożonymi  mozaiką,  przy  których  co  rano  jadły  śniadanie.  Gdy  Spencer  ponownie  dotknęła
ekranu,  pojawiła  się  na  nim  twarz  Noela  w  otoczeniu  kilku  pijanych  nastolatków.  Następne  zdjęcie
pokazywało Tabithę w żółtej sukience na ramiączkach. Blondynka uśmiechała się prosto do kamery. Na
jej nadgarstku widać było wypłowiałą bransoletkę ze sznurka, bardzo podobną do tych, które Ali zrobiła
dla Arii i pozostałych przyjaciółek, kiedy oślepiły Jennę.

Żołądek podszedł Arii do gardła.
– Kto zrobił te zdjęcia?
–  Znalazłam  je  w  telefonie  Kelsey.  –  Spencer  miała  twarz  białą  jak  kreda.  –  Wzięłam  jej  torbę,

kiedy przyszła do mnie do domu. Przegrałam to wszystko z jej telefonu na mój komputer.

Emily zrobiła oburzoną minę.
– Ukradłaś jej te zdjęcia?
– Musiałam – usprawiedliwiała się Spencer. – Nie widzisz, o czym one świadczą? Była na Jamajce

background image

wtedy co my. A. to na pewno ona. Wie, co zrobiłyśmy na Jamajce, i teraz chce nas dopaść.

Emily chrząknęła.
– Nie wierzę, że Kelsey to A. Kilka dni temu przyznałam się jej, że cię znam, a ona się nie wkurzyła.

Tylko wzruszyła ramionami. Moim zdaniem ona nic nie wie.

Spencer przeszyła Emily wzrokiem.
– Spotkałaś się z nią?
Przerażona Emily zrobiła krok w tył.
– Ja...
Aria odwróciła się do Emily.
– Jak to? To ty znasz Kelsey?
–  To  długa  historia  –  szepnęła  Emily.  –  Poznałyśmy  się  na  imprezie,  zanim  jeszcze  się

dowiedziałam, co Spencer jej zrobiła. To naprawdę miła dziewczyna. Uważam, że Spencer się myli.

– Em, nie wolno ci się z nią już więcej kontaktować! – krzyknęła Spencer. – Ona wie, co się stało na

Jamajce! Ma w telefonie zdjęcie Tabithy!

–  W  takim  razie  dlaczego  nie  zaczęła  cię  szantażować  już  wtedy,  gdy  poznałyście  się  w  czasie

szkoły letniej? – Emily przygryzła paznokieć kciuka. – Gdyby wiedziała, że popełniłaś przestępstwo, to
pewnie by o tym wspomniała.

–  W  lecie  nie  miała  powodu,  żeby  mnie  szantażować  –  wyjaśniła  Spencer.  –  Wtedy  jeszcze  nie

zrobiłam nic, co by ją do tego skłoniło. Może nawet nie zdawała sobie sprawy z tego, co zobaczyła na
Jamajce. Ale później, kiedy wycięłam jej ten numer, poskładała do kupy wszystkie elementy układanki.
W poprawczaku miała mnóstwo czasu, żeby zebrać dostatecznie dużo informacji o nas... i o Tabicie!

– To trochę naciągana teoria. – Emily przyciągnęła kolana do brody. – To, że była na Jamajce, nie

oznacza  jeszcze,  że  jest  winna  albo  że  cokolwiek  widziała.  Noel  i  Mike  byli  z  nami,  a  jakoś  ich  nie
podejrzewamy o to, że coś wiedzą.

– Noel i Mike nie mają powodu, żeby nas nienawidzić – powiedziała Spencer. – W przeciwieństwie

do Kelsey.

Wszystkie  spojrzały  po  sobie  nerwowo.  Na  zewnątrz  zawył  wiatr,  a  w  całym  domu  rozległy  się

nieludzkie skrzypienia i jęki. Aria wpatrywała się w zdjęcie Tabithy, która mrugała jednym okiem, jakby
zaraz  miała  powiedzieć:  „Mam  was!”.  Aria  zamknęła  oczy,  przypominając  sobie  przerażoną  twarz
Tabithy, gdy zepchnęła ją z dachu. Poczuła na swoich barkach ogromny ciężar winy.

–  Jak  myślisz,  Spencer,  co  powinnyśmy  zrobić?  –  wyszeptała  Hanna.  –  Jeśli  Kelsey  to  A.

i domyśliła się, co zrobiłyśmy Tabicie, to czemu nie poszła z tym na policję? Co ją powstrzymuje?

Spencer wzruszyła ramionami.
– Może nie chce mieszać w to glin. Może chce to załatwić po swojemu.
Aria struchlała. Mona Vanderwaal też próbowała wziąć sprawy w swoje ręce. Prawdziwa Ali też.

Za każdym razem cała ich czwórka otarła się o śmierć.

– Aria!? – zawołała Meredith z dołu. – Kolacja gotowa!
Aria popatrzyła na swoje dawne przyjaciółki i poczuła się niezręcznie.
– Chcecie zostać?
Hanna wstała.
– Ja muszę lecieć.
– Ja mam zadanie do odrobienia – powiedziała Spencer.
Emily  wymamrotała  równie  mało  wiarygodną  wymówkę.  Cała  trójka  powlokła  się  na  dół  po

schodach,  włożyła  kurtki  i  zniknęła  w  deszczu  i  ciemności.  Aria  zamknęła  drzwi  i  oparła  się  o  nie,
czując, jak ogarnia ją pustka i przerażenie. Nic nie wskórały. Podejrzewały, kto mógł tym razem udawać
A., jednak co mogły zrobić? Czekać z założonymi rękami, aż Kelsey na nie doniesie? Pakować walizki na

background image

czas pobytu w więzieniu?

Nasłuchiwała  odgłosu  silników  uruchamianych  w  samochodach  przyjaciółek  i  nagle  poczuła

ogromną  nienawiść  do  Rosewood,  tak  wielką,  że  odruchowo  podkurczyła  palce  stóp.  Od  kiedy  tu
mieszkała, przydarzyła się jej tylko jedna dobra rzecz – Ezra. Musiała skrywać tak wiele sekretów, tak
wiele  chwil  chciałaby  na  zawsze  wymazać  z  pamięci,  tyle  złego  wydarzyło  się  w  Rosewood.  I  na
Jamajce. Na Islandii zresztą też, ale te myśli szybko od siebie odsunęła.

Poszła  do  saloniku  w  suterenie.  Mike  już  wyszedł,  pewnie  wtedy  gdy  ona  i  jej  przyjaciółki

rozmawiały na górze. Otworzyła laptopa i napisała e-maila do Ezry.

A co byś powiedział, gdybym TERAZ przeprowadziła się z tobą do NYC? Maturę mogę zdać
tam. Nie chcę czekać. Chcę zacząć nasze wspólne życie.

Kliknęła  ikonę  „WYŚLIJ”  i  zamknęła  laptop.  Okoliczności  jej  sprzyjały.  Nie  tylko  zakochała  się

znowu  w  Ezrze,  ale  mogła  też  dzięki  niemu  wydostać  się  z  Rosewood.  Musiała  stąd  uciec,  i  to  jak
najszybciej.

background image

23

EMILY, TY MIĘCZAKU

Następnego  popołudnia  Emily  zaparkowała  samochód  na  parkingu  przy  szlaku  Stockbridge

i natychmiast dostrzegła toyotę Kelsey stojącą na jednym z miejsc z przodu. Deszcz ustał i znowu wyszło
słońce, w którego promieniach liście drzew zieleniły się soczyście.

Nim  wysiadła  z  auta,  odwróciła  się  i  mrużąc  oczy,  spojrzała  na  samochody  śmigające  po  krętej

drodze.  Szczególnie  uważnie  przyjrzała  się  przejeżdżającemu  obok  mercedesowi  coupé.  Czy  to  auto
Spencer?  A  może  jej  samochód  ma  bardziej  srebrny  odcień?  Emily  przygryzła  paznokieć.  Co  by
powiedziała  Spencer,  gdyby  się  dowiedziała,  że  Emily  znowu  spotyka  się  z  Kelsey?  Kiedy  Kelsey
przysłała  jej  rano  e-maila,  proponując  spacer  po  lekcjach,  Emily  zawahała  się,  przypominając  sobie
spotkanie  z  przyjaciółkami  zeszłej  nocy.  Spencer  nie  miała  prawa  wybierać  jej  znajomych.  Owszem,
zaniepokoiło ją zdjęcie Tabithy w telefonie  Kelsey,  ale  to,  że  była  na  Jamajce  w  tym  samym  czasie  co
Emily  i  jej  przyjaciółki,  nie  oznaczało  jeszcze,  że  Kelsey  to A.  Poza  tym  spotkanie  z  Kelsey  stanowiło
doskonałą  okazję,  żeby  wydobyć  od  niej  informacje,  które  raz  na  zawsze  dowiodłyby,  że  Spencer  się
myli.

Zamknęła drzwi samochodu i przeszła przez parking w kierunku toyoty. Kelsey właśnie piła wodę.

Miała na sobie bojówki khaki, buty do górskich wędrówek i czarną kurtkę z kapturem North Face, prawie
taką samą jak ta, którą włożyła dziś Emily. W jej ruchach dało się wyczuć jakąś nerwowość, jak gdyby
z każdym krokiem robiła mały podskok, a jej ciało rozpierała energia. Jakby dopiero co wypiła za dużo
mocnej kawy.

– To jedno z moich ulubionych miejsc – powiedziała Kelsey, a w jej głosie słychać było nerwowe

rozwibrowanie. – Kiedyś bardzo często przyjeżdżałam tu na biwak.

–  To  fantastyczna  trasa.  –  Emily,  idąc  za  Kelsey,  minęła  tablicę  z  godzinami  otwarcia  szlaku

i szeregiem porad, jak unikać kleszczy roznoszących boreliozę.

– Mama nie pozwalała mi tu przyjeżdżać, gdy byłam młodsza. Twierdziła, że kręcą się tu porywacze

dzieci.

– A ty jej wierzyłaś? – droczyła się Kelsey.
– Może – przyznała Emily.
– A ja cię wzięłam za łobuza. – Kelsey lekko uszczypnęła Emily w ramię. – Nie martw się. Obronię

cię przed tymi wstrętnymi porywaczami.

Zaczęły się wspinać wąską ścieżką. Minęła ich idąca z przeciwka starsza para z golden retrieverem.

Za  zakrętem  zniknęło  trzech  biegaczy.  Emily  bardzo  ostrożnie  stawiała  kroki,  uważając,  by  się  nie
potknąć  o  którąś  z  połamanych  gałęzi  leżących  na  ścieżce.  Nagle  wiatr  wiejący  z  góry  przyniósł
kokosowy  zapach  balsamu  do  ciała.  Emily  natychmiast  stanęły  przed  oczami  zdjęcia  z  Jamajki,  które
Spencer ukradła Kelsey. Zebrała się na odwagę.

– Lubię biwakowanie, ale idealne wakacje oznaczają dla mnie wyjazd nad morze.
– Ja też uwielbiam plażę! – zawołała radośnie Kelsey.
–  Byłaś  kiedyś  na  Karaibach?  –  zapytała  Emily.  Serce  waliło  jej  jak  młotem,  kiedy  czekała  na

odpowiedź.

Kelsey ominęła duży kamień.
– Kilka razy. W zeszłym roku byłam na Jamajce.

background image

– Ja też. – Emily miała nadzieję, że przekonująco udaje zdziwienie. – W czasie ferii wiosennych?
– Mhm. – Kelsey uśmiechnęła się do Emily, wyraźnie zaintrygowana. – Ty też?
Emily pokiwała głową.
– Za chwilę się okaże, że mieszkałyśmy w tym samym kurorcie – zażartowała. A przynajmniej miała

nadzieję,  że  Kelsey  odebrała  to  jako  żart.  –  Mój  ośrodek  nazywał  się  Klify  i  leżał  nad  skalistym
wybrzeżem, z którego można było skakać wprost do oceanu. Była tam świetna restauracja.

Kelsey zatrzymała się i zamrugała z niedowierzaniem.
– Żartujesz, prawda?
Emily  pokręciła  głową.  Zaschło  jej  w  ustach.  Wpatrywała  się  w  twarz  przyjaciółki,  próbując

dostrzec  w  niej  wyraz  zakłopotania  albo  oznaki  fałszu.  Ale  Kelsey  wyglądała  na  autentycznie  zbitą
z  tropu.  „Jeśli  na  tym  drzewie  zobaczę  wiewiórkę,  Kelsey  jest  niewinna”,  pomyślała  Emily,  wpatrując
się w rosnący nieopodal majestatyczny dąb. Jak na zawołanie po jednej z gałęzi przebiegła wiewiórka.

– W jakich dniach w twojej szkole ogłaszają przerwę wiosenną?
Emily odpowiedziała na to pytanie, a Kelsey wykrzyknęła, że to również termin ferii w St. Agnes.
–  Jak  to  możliwe,  że  się  tam  nie  spotkałyśmy  –  powiedziała  Kelsey  po  chwili.  –  Tylko  pomyśl.

O wiele wcześniej zostałybyśmy przyjaciółkami. – Dotknęła ramienia Emily. – A może nawet więcej niż
przyjaciółkami.

Emily czuła każdy nerw w swoim ramieniu. Kiedy nabrała do płuc powietrza, poczuła w nim zapach

wilgotnej,  żyznej  ziemi,  jakby  wokół  rozkwitały  wszystkie  drzewa  i  rośliny.  Spojrzała  swojej
przyjaciółce  prosto  w  zielone  oczy. Albo  Kelsey  potrafiła  kłamać  jak  z  nut,  albo  rzeczywiście  nic  nie
wiedziała.  Może  nawet  spotkała  w  Klifach  Tabithę,  ale  z  pewnością  nie  wiedziała,  co  jej  się
przydarzyło. A już na pewno nie miała pojęcia, co zrobiła jej Emily i jej przyjaciółki.

Dotarły do rozstajnych dróg. Emily rozpoznała to miejsce.
– Możemy na chwilę zboczyć z trasy? Chciałabym coś sprawdzić.
Kelsey pokiwała głową, a Emily poszła drogą w dół. Po chwili stanęła pod małą kamienną studnią

na  stromym,  błotnistym  zboczu.  Na  cementowej  cembrowinie  widniały  dwa  odciski  dłoni  –  jeden
podpisany „Emily”, a drugi „Ali”.

Kelsey schyliła się i dotknęła odcisku dłoni.
– To twoja ręka?
– Mhm. – Na widok szczupłej dłoni Ali, uwiecznionej w cemencie, Emily się zamyśliła. – Kiedyś

przyszłyśmy tu razem. Dopiero co wylali cement, więc postanowiłyśmy zostawić tu nasz ślad.

Pamiętała ich wyprawę, jakby wydarzyła się wczoraj. Była wiosna. Dopiero kilka miesięcy później

Emily  na  swoje  nieszczęście  pocałowała  Ali  w  domku  na  drzewie.  W  czasie  ich  wędrówki  Ali
wymieniała po kolei nazwiska chłopaków z ich klasy, pytając Emily, który z nich jej się podoba.

– Em, trzeba ci znaleźć chłopaka – oznajmiła Ali. – A może czekasz na tego jedynego?
Teraz Kelsey ze smutkiem pokręciła głową.
– Nawet sobie nie wyobrażam, co to znaczy stracić bliską przyjaciółkę.
Głównym szlakiem przeszło kilkoro dzieci, śmiejąc się głośno.
– Tęsknię za nią, choć sama już nie wiem, za czym powinnam tęsknić – szepnęła Emily.
– Co masz na myśli?
–  Weźmy  na  przykład  ten  klub  kręglarski,  gdzie  byłyśmy  kilka  dni  temu.  Kiedy  poznałam  Ali,

zaprowadziła mnie tam z kilkoma naszymi przyjaciółkami. Cały czas powtarzała: „Chcę z wami spędzić
trochę  czasu,  żebyśmy  mogły  naprawdę  dobrze  się  poznać”.  Wtedy  wydawało  mi  się  to  takie  fajne,
a  teraz  myślę,  że  Courtney  musiała  się  tak  zachowywać,  bo  wchodziła  w  skórę  swojej  siostry  Ali
i  udawała  ją.  Może  wspólne  wypady  do  klubu  nie  miały  nic  wspólnego  z  potrzebą  zawierania  nowych
przyjaźni.  Może  Courtney  potrzebowała  czasu,  żeby  zorientować  się  w  sytuacji,  a  jednocześnie  unikała

background image

spotkań z powszechnie lubianymi uczniami naszej szkoły, których jej siostra tak dobrze kiedyś znała.

– Pewnie trudno ci się z tym pogodzić – powiedziała Kelsey, otwierając szeroko oczy.
– Tak. – Emily wpatrywała się w drzewa szumiące nad ich głowami. – Chciałabym odzyskać moje

stare wspomnienia o Ali, z czasów gdy uważałam ją za najlepszą przyjaciółkę na świecie. Teraz muszę
zweryfikować  wszystko,  co  o  niej  wiedziałam.  Wszystko,  co  uważałam  za  świętą  prawdę,  okazało  się
kłamstwem.

– Masz pewnie mętlik w głowie.
– Tak. Szczególnie, że...
Emily urwała, przypominając sobie, jak często przez cały zeszły rok śniła o Prawdziwej Ali. Tyle

razy wydawało się jej, że widzi w tłumie znajomo wyglądającą blondynkę. Tak często czuła w powietrzu
przyprawiający ją o ciarki zapach mydła waniliowego. Nadal święcie wierzyła, że Ali żyje i obserwuje
każdy jej ruch.

–  Próbuję  zachować  w  pamięci  tylko  dobre  wspomnienia  o Ali  i  wymazać  to,  co  złe.  Tak  jest  mi

łatwiej. Dlatego w mojej głowie Ali to nadal tryskająca energią, urzekająca dziewczyna, która potrafiła
każdego owinąć sobie wokół małego palca.

– To pewnie jeden z wielu sposobów radzenia sobie w takiej sytuacji.
Emily przekrzywiła głowę i uśmiechnęła się do Kelsey.
– Trochę mi ją przypominasz.
– Naprawdę? – Kelsey przycisnęła dłoń do piersi, jakby zrobiło się jej niedobrze.
Emily dotknęła jej ramienia.
– Tylko jej dobre strony. Była nieustraszona. I... po prostu wspaniała.
Kelsey zagryzła dolną wargę. Przysunęła się tak blisko, że Emily czuła zapach sprayu na komary na

jej skórze.

– No cóż, ja uważam, że ty jesteś wspaniała.
Emily wydawało się, że po jej ramionach przebiegają impulsy elektryczne. Nachyliła się, choć się

spodziewała, że Kelsey zaraz się od niej odsunie. Tymczasem ona ani drgnęła. Emily miała przed sobą
jej  twarz.  Emily  mogła  przyjrzeć  się  jej  długim,  jasnym  rzęsom.  Zauważyła  piegi  na  płatkach  jej  uszu
i małą złotą plamkę na jej zielonych źrenicach. Ich usta się zetknęły. Serce Emily waliło jak młotem.

Po chwili Kelsey odsunęła się z nieśmiałym uśmiechem.
– Och.
Zbliżyły  się  do  siebie,  jakby  znowu  miały  się  pocałować,  ale  z  oddali  nadchodziła  już  do  studni

grupa chłopców. Kelsey się odwróciła. Chłopcy przywitali Kelsey i Emily gromkim okrzykiem. Kelsey
spojrzała  na  nich.  Drżały  jej  ręce,  a  na  twarzy  pojawił  się  wyraz  zdenerwowania.  Zupełnie  nie
przypominała siebie sprzed kilku chwil.

– Możesz tu chwilę poczekać? – szepnęła po chwili Kelsey na ucho Emily. – Muszę się wysikać.
– Jasne – odparła Emily.
Kelsey zniknęła w gęstwinie, a Emily pozostała na miejscu. Udawała, że sprawdza coś w telefonie,

byle  tylko  nie  wdawać  się  w  rozmowy  z  chłopcami.  Kiedy  wszyscy  napili  się  wody,  przeszli  przez
zarośla i wrócili na szlak.

Przez  chwilę  słychać  było  ich  kroki  na  ścieżce  prowadzącej  w  dół  wzgórza.  Gdzieś  wysoko

odezwał  się  jastrząb.  Potem  zapadła  głucha  cisza.  Emily  wydawało  się,  że  krąg  drzew  wokół  niej  się
zmniejsza. Poczuła nadchodzący atak klaustrofobii. Kiedy słońce zaszło za chmurę, zrobiło się zupełnie
ciemno. Emily wpatrywała się w drzewa, zastanawiając się, dlaczego Kelsey tak długo nie wraca.

Nagle  Emily  usłyszała  szelest,  jakby  ktoś  biegł  przez  leśną  gęstwinę.  Ułamek  sekundy  później

poczuła między łopatkami czyjeś silne ręce. Ktoś ją popchnął.

– Hej! – krzyknęła, osuwając się w dół.

background image

Straciła  równowagę,  a  jej  stopy  zatonęły  w  miękkim  błocie.  Nim  się  zorientowała,  co  jest  grane,

spadała  po  stromym,  błotnistym  zboczu.  Bezradnie  szukała  rękami  czegoś,  czego  mogłaby  się  chwycić.
Na jej drodze pojawiały się co chwila małe krzewy i wystające korzenie, a ona wpadała na nie, boleśnie
raniąc skórę. Upadła na bok, uderzając łokciem w ziemię. Poczuła ostry ból i krzyknęła. Wreszcie wbiła
palce  w  miękką  ziemię  i  zaczęła  zwalniać.  U  stóp  wzgórza  zatrzymały  ją  kolczaste  krzewy  i  martwe
korzenie  drzew.  Błoto  oblepiało  jej  spodnie,  dłonie  i  ramiona.  W  ustach  poczuła  smak  krwi,  a  po
policzku płynęła jakaś lepka maź.

Z bijącym sercem odwróciła się i spojrzała w górę. Na wzgórzu obok studni ktoś stał w półcieniu.

Emily  wstrzymała  oddech.  Zobaczyła  szczupłą  osobę  o  blond  włosach.  Echo  niosło  wśród  drzew
przeraźliwy chichot, który przyprawiał Emily o dreszcze. Ali?

– Emily!
W mgnieniu oka blondynka zniknęła. Po chwili na jej miejscu stała Kelsey, zakrywając dłonią usta.
– O Boże! – zawołała.
Zaczęła  zbiegać  ze  wzgórza,  chwytając  się  gałęzi,  żeby  nie  stracić  równowagi.  Ślizgała  się

w błocie. Tymczasem Emily podniosła się i zdążyła sprawdzić, że niczego sobie nie złamała. Ale i tak
nie mogła się opanować po tym, co się stało... i po tym niespodziewanym spotkaniu.

Kelsey  przypatrywała  się  Emily,  stojąc  na  wyciągnięcie  ręki.  Opuszczone  kąciki  ust  nadawały  jej

twarzy wyraz przerażenia, a na jej czole pojawiły się krople potu. Wciąż wydawała się roztrzęsiona i nie
mogła opanować drżenia rąk.

– Wszystko w porządku? Co się stało?
Emily dyszała ciężko. Najmniejszy nawet ruch powodował, że każde zadrapanie paliło ją jak żywy

ogień.

– Ktoś... mnie zepchnął.
Kelsey otworzyła szeroko oczy.
– Któryś z tych chłopców?
Emily pokręciła głową. Ciągle nie mogła nabrać powietrza do płuc. W uszach nadal dźwięczał jej

upiorny chichot. Wyczuwała czyjąś obecność, jakby ktoś czaił się tuż obok, obserwując każdy jej ruch.
Instynktownie  sięgnęła  do  kieszeni  po  telefon.  Oczywiście  znalazła  w  nim  nową  wiadomość.  Drżącym
palcem otworzyła ją.

Każdego  trzeba  od  czasu  do  czasu  popchnąć  do  działania,  Emily.  Ty  i  twoje  przyjaciółki
wiecie o tym najlepiej, prawda?

A.

background image

24

ŻYCIE NAŚLADUJE SZTUKĘ

W czwartek po południu Spencer przeglądała gazetę. Jej uwagę zwrócił nagłówek głoszący: „DZIŚ

O  20.00  RAPORT  SPECJALNY  CNN.  CZY  TWOJE  DZIECKO  JEST  BEZPIECZNE  W  CZASIE
WIOSENNYCH FERII? DLA TRÓJKI NASTOLATKÓW WIOSENNA ZABAWA ZAKOŃCZYŁA SIĘ
TRAGICZNIE”.

W  rogu  widniało  zdjęcie  Tabithy.  Spencer  natychmiast  odłożyła  gazetę,  ale  i  tak  nie  poczuła  się

lepiej. Musiała podrzeć ją na drobne kawałki i wyrzucić do kosza. Wtedy też jednak nie zaznała spokoju.
Gapiła się na strzępy papieru, zastanawiając się, czy nie powinna ich spalić.

Kątem oka dostrzegła poruszający się cień. Uniosła głowę i wyjrzała przez okno. Zauważyła, że ktoś

przemyka między drzewami. Ten ktoś miał chyba blond włosy.

– Morderczyni.
Spencer odwróciła się, chwytając się obiema rękami za głowę. W kuchni była sama. Na podłodze

drzemały  Beatrice  i  Rufus,  od  czasu  do  czasu  poruszając  łapą.  Gdyby  wyczuły  czyjąś  obecność,
zaczęłyby warczeć i szczekać. Czy Spencer odchodziła od zmysłów?

Jej  telefon  wydał  odgłos  szczekania  na  znak,  że  przyszła  nowa  wiadomość.  Spencer  struchlała.

Podniosła telefon ze stolika i przeczytała SMS-a od Emily:

Naprawdę się boję. Ktoś zepchnął mnie ze wzgórza na szlaku Stockbridge i jestem pewna, że to
A.

Spencer spojrzała w stronę saloniku w suterenie, myśląc o przemykających cieniach i głosie, który

przed chwilą usłyszała. W domu nie było ani Amelii, ani tych kujonek z jej zespołu. Zapowiedziały się
dopiero na wieczór.

Kelsey tam nie było?

Po dłuższej chwili przyszła odpowiedź od Emily:

Nie.

I nie spotykasz się z nią już, prawda?

Ponownie Emily napisała tylko:

Nie.

To dobrze.

– To tutaj wrzuciła zwłoki Alison?
Czterdzieści  minut  później  Spencer  i  Beau  stali  na  podwórzu  Hastingsów,  przygotowując  się  do

kolejnej lekcji aktorstwa. Spencer nie miała wątpliwości, że po dzisiejszym spotkaniu będzie gotowa. Już

background image

dogadała  się  z  operatorem  kamery,  który  w  czasie  sobotniego  występu  miał  na  nią  zwrócić  szczególną
uwagę.  Napisała  też  nawet  pierwszą  wersję  listu  do  komisji  rekrutacyjnej,  w  którym  opowiadała
o  swoim  udziale  w  przedstawieniu.  Teraz  potrzebowała  tylko  nagrania  stanowiącego  dowód  jej
umiejętności aktorskich.

Beau  przyglądał  się  poczerniałym  drzewom  o  poskręcanych  konarach.  Nadal  przypominały  one

Spencer  o  pożarze  wywołanym  przez  Ali  rok  temu.  Kiedyś  po  lewej  stronie  stała  tutaj  stodoła,  którą
potem  zaadaptowano  i  ślicznie  urządzono,  by  służyła  jako  domek  gościnny.  Ale  i  ona  doszczętnie
spłonęła w pożarze.

–  Tak  –  odparła  cicho  Spencer.  –  Rzadko  tu  przychodzę.  To  miejsce  budzi  we  mnie  najgorsze

wspomnienia.

– Nic dziwnego. Mogłyby tu mieszkać duchy.
Beau  wszedł  na  wykładaną  kamieniami  ścieżkę,  która  niegdyś  prowadziła  do  domku.  To  właśnie

tutaj pięć lat wcześniej, ostatniego wieczoru siódmej klasy, Spencer pokłóciła się z Ali o Iana Thomasa,
w którym obie się podkochiwały. Spencer popchnęła Ali, ta upadła, lecz natychmiast wstała i pobiegła
ścieżką  do  lasu.  Przez  bardzo  długi  czas  Spencer  wydawało  się,  że  Ali  poszła  na  spotkanie  z  Ianem,
z którym miała sekretny romans i który ją zamordował. Okazało się jednak, że to jej siostra bliźniaczka
zwabiła ją w swoje sidła i zabiła.

– No dobra. – Beau odwrócił się i spojrzał na Spencer. – Gotowa do wejścia w rolę?
Spencer wzruszyła ramionami.
– Zrobiłam wszystko, co w mojej mocy.
Beau się uśmiechnął.
– Wczoraj poszło ci koncertowo, ale moglibyśmy wypróbować jeszcze jedno ćwiczenie. Pamiętasz,

jak mówiłem ci o tym, że przygotowując się do roli Makbeta, wspominałem czasy, gdy znęcano się nade
mną  w  szkole?  Ty  musisz  zastosować  podobną  metodę.  Musisz  stać  się  postacią.  Wyobraź  sobie,  że
chcesz  się  pozbyć  kogoś,  kto  stoi  ci  na  drodze  do  sukcesu.  Może  nawet  zrobiłaś  to,  choć  wcale  nie
planowałaś.

Spencer gapiła się na Beau. Dokładnie w ten sposób pozbyła się Tabithy... i Kelsey.
– Chyba mogę spróbować – szepnęła.
–  Idź  tam  –  poinstruował  ją  Beau.  –  Powiedz  tę  kwestię,  którą  wypowiada  lady  Makbet,  kiedy

nękają ją wyrzuty sumienia.

– „Przeklęta plamo, precz!”

13

 – wyrecytowała Spencer.

– Dobrze, a teraz powtórz to z zamkniętymi oczami.
– „Przeklęta plamo, precz!” – powiedziała jeszcze raz Spencer, zamykając oczy. – „Przeklęta plamo,

precz!” – Wyobraziła sobie lady Makbet, która w nocy wstaje z łoża i próbuje zmyć z rąk krew, ale nigdy
nie udaje się jej uwolnić od poczucia winy i wstydu. – „Przeklęta plamo, precz!” – Poczuła na barkach
ciężar  odpowiedzialności  za  śmierć  Tabithy.  Otworzyła  oczy  i  wpatrywała  się  we  własne  dłonie,
wyobrażając  sobie,  że  pokrywa  je  krew.  Krew  Tabithy,  która  przed  chwilą  spadła  z  tarasu  na  dachu
kurortu.

Zmusiła  się  do  tego,  by  jeszcze  raz  przypomnieć  sobie  wydarzenia  tamtej  koszmarnej  nocy  na

Jamajce. Tabitha zaatakowała Hannę, a potem do akcji wkroczyła Aria, która zepchnęła Tabithę z dachu.
Wszystkie pobiegły szukać ciała Tabithy na brzegu, ale go nie znalazły. Codziennie z duszą na ramieniu
szły na plażę, bojąc się, że w każdej chwili fale mogą wyrzucić na brzeg ciało ich ofiary. A kilka tygodni
temu obejrzały w wiadomościach relację z wyłowienia zwłok Tabithy z morza.

Kiedy jednak wypowiedziała tę kwestię jeszcze kilka razy, przywołała zupełnie inne wspomnienia.

Zobaczyła  samą  siebie  w  małym,  dusznym  komisariacie  na  kampusie  Uniwersytetu  Pensylwanii.  Pół
godziny wcześniej poleciła Hannie zrealizować swój plan. Nawet nie wiedziała, czy Hanna zrobiła to, co

background image

obiecała.  Słyszała  tylko  dochodzący  z  zewnątrz  hałas  i  dźwięk  telefonów.  Wreszcie  do  pokoju
przesłuchań wszedł policjant i spojrzał na nią.

– Jest pani wolna – poinformował ją bezceremonialnie i otworzył drzwi na oścież.
– N-naprawdę? – wyjąkała Spencer.
Policjant oddał jej iPhone’a.
–  Dam  pani  dobrą  radę,  panno  Hastings.  Proszę  skończyć  szkołę  letnią  i  wrócić  do  swojego

uroczego domu na przedmieściach. Niech pani unika kłopotów i trzyma się z dala od narkotyków.

– A co z Kelsey? – zapytała Spencer, wychodząc na korytarz.
Na twarzy policjanta pojawił się złowieszczy uśmiech. Dokładnie w tej samej chwili otworzyły się

drzwi  do  drugiego  pokoju  przesłuchań.  Dwóch  policjantów  wyprowadziło  Kelsey  na  korytarz.  Ona
próbowała im się wyrwać.

– O czym pan mówi!? – krzyczała. – Co ja takiego zrobiłam!?
– Dobrze pani wie, co pani zrobiła – warknął jeden z policjantów.
Kelsey z desperacją spojrzała na Spencer, jakby chciała zapytać: „O czym oni mówią?”. Ale na jej

twarzy malowało się coś jeszcze, o czym Spencer do tej pory nie ważyła się nawet pomyśleć.

Wściekłość. Jakby Kelsey doskonale wiedziała, co Spencer jej zrobiła.
– „Przeklęta plamo, precz!” – powtórzyła ponownie Spencer, wpatrując się w swoje dłonie, tak jak

lady Makbet w sztuce. Nagle zobaczyła w nich mnóstwo małych białych pigułek. Czy to... Łatwe Piątki?
Z krzykiem podrzuciła je do góry. Skąd one się tu wzięły?

Spojrzała na Beau, ale on gdzieś zniknął.
– Beau!? – zawołała, lecz nikt nie odpowiedział. Zapadł zmrok. Ile czasu upłynęło?
Drzewa szemrały na wietrze. W oddali zahuczała sowa, a Spencer poczuła swąd, który unosił się tu

rok temu. Spojrzała na swoje dłonie, w których znowu pojawiły się pigułki.

–  Znikajcie!  –  Próbowała  je  rzucić  na  ziemię,  ale  one  przykleiły  się  do  jej  skóry.  –  Znikajcie!  –

krzyczała, drapiąc dłonie paznokciami, aż na jej skórze pojawiły się czerwone pręgi. – Nie mogą tego u
mnie znaleźć! Nie dam się złapać!

Ale  pigułki  nie  znikały.  Dysząc  ciężko,  Spencer  na  chwiejnych  nogach  ruszyła  w  stronę  małego

stawu za domkiem.

–  Znikajcie,  znikajcie,  znikajcie!  –  darła  się  w  niebogłosy,  wkładając  dłonie  do  nieruchomej,  na

wpół  zamarzniętej  wody.  Nie  czuła  chłodu.  Poruszyła  energicznie  dłońmi,  a  potem  wyciągnęła  je  ze
stawu.  Wciąż  widziała  tabletki.  –  Nie!  –  krzyknęła,  przeczesując  włosy  mokrymi  dłońmi.  Lodowata,
śmierdząca woda płynęła jej po twarzy i wlewała się do uszu i ust.

Trzasnęła gałązka. Spencer zerwała się na równe nogi. Z jej dłoni i włosów kapała woda.
– Jest tu kto!? – zawołała z bijącym sercem. Czy to policja? Czy przyszli po ni? Czy zobaczą u niej

tabletki i zabiorą ją do więzienia?

Ktoś zaśmiał się w zaroślach.
– Cii – odezwał się inny głos.
Z  gęstwiny  leśnej  wyszły  dwie  osoby.  Kelsey  i  Tabitha.  Trzymały  się  za  ręce  i  wpatrywały

w Spencer.

– Hej, Spencer – przywitała się Kelsey, spoglądając drwiąco na mokre dłonie Spencer. – Czyżbyś

miała nieczyste sumienie? Zamordowałaś kogoś?

– Od nas nie uciekniesz – wyszeptała Tabitha. – Wiemy, co zrobiłaś.
Uśmiechnęła  się  tajemniczo  i  ruszyła  w  dół  wzgórza.  Spencer  zrobiła  krok  w  tył,  potykając  się

o  wystający  z  ziemi  gruby  i  skręcony  korzeń.  Przewróciła  się  do  tyłu,  a  jej  głowa  i  prawe  ramię
wylądowały  w  lodowatej  wodzie.  Twarz  jej  zdrętwiała.  Kiedy  otworzyła  oczy,  stały  nad  nią  Kelsey
i Tabitha z wyciągniętymi rękami. Chciały ją utopić. Dokonać zemsty.

background image

– Przepraszam – skamlała Spencer, wijąc się w stawie.
– To nie wystarczy – warknęła Kelsey, wpychając ją pod powierzchnię wody.
– Gdy wyrządzałaś nam krzywdę, nie mogłyśmy liczyć na twoje współczucie! – krzyczała Tabitha,

chwytając ją za kark.

– Ale teraz was przepraszam! – Spencer próbowała wyrwać się z uścisku, lecz napastniczki mocno

ją trzymały. – Błagam! Nie róbcie mi krzywdy!

– Spencer?
Ktoś wyciągnął ją ze stawu. Poczuła, jak drobiny lodu spływają jej po plecach. Zimny wiatr uderzał

w jej policzki. Kiedy otworzyła oczy, Tabitha i Kelsey już zniknęły. Stał nad nią Beau, otulając ją swoją
kurtką.

– Już w porządku – uspokajał ją. – Już dobrze.
Spencer  czuła,  że  Beau  wyprowadza  ją  z  lasu.  Po  chwili  otworzyła  oczy  i  rozejrzała  się.  Po  jej

policzkach  płynęły  łzy,  z  trudem  łapała  oddech.  Dotarli  na  podwórko  jej  domu.  Kiedy  spojrzała  na
dłonie, były puste. Zniknęły Kelsey i Tabitha z jej wizji, ale prawdziwa Kelsey stała teraz na trawniku
kilka  kroków  od  niej,  tuż  obok  Amelii  i  kilku  dziewczyn  z  ich  orkiestry,  które  przyszły  na  wieczorną
próbę. Kelsey patrzyła na Spencer szeroko otwartymi oczami z wyrazem satysfakcji na twarzy.

– Co z nią nie tak? – zapytała Amelia z obrzydzeniem.
–  Nic  jej  nie  jest  –  odparł  Beau,  prowadząc  Spencer  w  stronę  domu.  –  Ćwiczyliśmy  scenę

z przedstawienia.

– C-co się stało? – wyszeptała Spencer, z trudem składając słowa, kiedy wchodzili po schodach na

patio.

Beau się uśmiechnął.
–  Byłaś  wspaniała.  Poszłaś  na  całość.  Zanurzyłaś  się  w  roli.  Właśnie  o  to  chodzi  w  metodzie

Strasberga.  Większość  aktorów  musi  się  uczyć  całymi  latami,  żeby  tak  doskonale  zrozumieć  emocje
postaci. Jutro na scenie rzucisz wszystkich na kolana.

Kiedy  Beau  pomagał  jej  wejść  do  domu,  Spencer  próbowała  się  do  niego  uśmiechnąć,  udając,  że

doskonale  wiedziała,  co  robi.  Ale  w  środku  czuła  się  słaba  i  zdruzgotana,  jakby  przeszło  przez  nią
tornado.  Kiedy  się  odwróciła,  prawdziwa  Kelsey  nadal  ją  obserwowała.  Uśmiechała  się  tak,  jakby
doskonale wiedziała, dlaczego Spencer tak dziwnie się zachowuje.

Jakby wiedziała wszystko.

background image

25

„CICHO! CÓŻ TO ZA ŚWIATŁO

BŁYSŁO W OKNIE?”

14

Hanna otworzyła oczy. Po drugiej stronie pokoju jarzyły się cyfry na zegarze. Była 2.14 w nocy. Na

ścianie  wisiał  plakat  zespołu  o  nazwie  Beach  House,  a  okna  były  zasłonięte  czarnymi  roletami.  To  nie
była sypialnia Hanny. Co to, do cholery, za miejsce?

Sprężyny  w  materacu  zaskrzypiały,  kiedy  usiadła  na  łóżku.  W  lustrze  na  przeciwległej  ścianie

odbijało  się  słabe  światło  dochodzące  z  korytarza.  W  drzwiach  do  garderoby  wisiała  zasłona
z koralików. Na włączniku lampy kołysał się odświeżacz powietrza w kształcie czterolistnej koniczyny.
Hanna  zauważyła  na  biurku  zdjęcie  rudowłosej  dziewczyny  w  srebrnej  oprawce  od  Tiffany’ego.  Obok
leżały cztery podręczniki.

Hanna wzięła głęboki oddech. Znajdowała się w pokoju Kelsey w akademiku. Rozpoznawała kilka

szczegółów, które rzuciły się jej w oczy, kiedy zakradła się tutaj zeszłego lata. Ale jakim cudem się tutaj
znalazła... i dlaczego?

Poczuła czyjąś dłoń na ramieniu. Odwróciła się i z trudem powstrzymała się od krzyku. Stała przed

nią  blondynka  o  sercowatej  twarzy  z  urzekającym  uśmiechem.  Prawdziwa Ali.  Miała  na  sobie  błękitną
koszulę i białą marynarkę, którą włożyła również na konferencję prasową w zeszłym roku, gdy rodzina
ogłosiła jej powrót do Rosewood.

– Chciałabyś tu coś zostawić? – drwiła Ali, kołysząc biodrami.
–  Oczywiście,  że  nie!  –  Hanna  schowała  za  plecami  fiolkę  z  tabletkami.  –  A  ty  co  tu  robisz?

Podobno jesteś...

– Martwa? – Ali zakryła usta dłonią i zachichotała. – Powinnaś coś o tym wiedzieć, prawda, Han? –

I nagle z wyciągniętymi rękami rzuciła się na Hannę.

Hanna  zerwała  się  z  łóżka,  z  trudem  łapiąc  oddech.  Dotknęła  dłońmi  chłodnych  prześcieradeł,

próbując  się  uspokoić.  Jej  puls  wracał  powoli  do  normy.  Znowu  była  w  małym  pokoju  na  poddaszu
w  domu  taty.  Stojący  w  rogu  kaloryfer  posykiwał.  Drzwi  były  zamknięte,  a  telewizor  szemrał  cicho.
Hanna rozpoznała na ekranie fragment filmu Kac Vegas.

Wciąż czuła prawie namacalną obecność Ali i wydawało się jej, że w powietrzu unosi się zapach

jej waniliowego mydła.

Bzz. Hanna spojrzała na ekran iPhone’a. Dostała nową wiadomość od Liama:

Cześć. Wyjdź na balkon.

Ostrożnie wstała z łóżka i na palcach podeszła do podwójnych drzwi na swój szekspirowski balkon.

Dot również podniósł się ze swojego posłania i podreptał za nią. Zamek zaskrzypiał, kiedy go otwierała,
drzwi  jęknęły  głośno.  Do  pokoju  wdarł  się  podmuch  lodowatego  powietrza,  przynosząc  z  sobą  zimny,
zatęchły zapach zimy.

– Bum!
Hanna wrzasnęła. Przerażony Dot pisnął.
– Spokojnie! – powiedział Liam, chwytając Hannę za ramiona. – Już dobrze! To tylko ja!

background image

– Ale mnie przestraszyłeś! – krzyknęła Hanna, a Dot zaczął histerycznie szczekać.
–  Ciii.  –  Liam  schylił  się,  żeby  uciszyć  psa.  –  To  miała  być  sekretna  schadzka,  a  nie  impreza  dla

wszystkich sąsiadów.

Hanna przyjrzała się Liamowi. Miał na sobie kurtkę od J. Crew, gruby, czarny szal, ciemne dżinsy

i ciężkie, zimowe buty do wspinaczki. Potem spojrzała w dół, próbując oszacować, jak wysoko musiał
się wdrapać.

– Skąd wiedziałeś, gdzie mieszkam? I jak tu wlazłeś?
– Sprawdziłem twój adres w internecie – odparł Liam. – I wspiąłem się po ścianie. – Pokazał na

kratę ogrodową przylegającą do ściany domu.

– Nie wolno ci tu przychodzić – wyszeptała Hanna. – Tata śpi piętro niżej! A moja siostra chyba coś

zwęszyła!

Liam założył Hannie kosmyk włosów za ucho.
– Myślałem, że zrobimy sobie całonocną imprezę.
– Upadłeś na głowę?
Hanna spojrzała w stronę drzwi do sypialni, spodziewając się, że za chwilę zobaczy w nich głowę

Kate albo – co gorsza – tatę i Isabel. Co wtedy zrobiłaby z Liamem? Zepchnęła go z balkonu? Kazała mu
się schować pod łóżkiem?

Liam chwycił ją za ręce.
– Powiedz, że za mną nie tęskniłaś.
Hanna  spojrzała  na  swoje  blade  stopy  wystające  z  nogawek  spodni  od  piżamy,  a  potem  na

pluszowego rottweilera Corneliusa Maximiliana leżącego w łóżku. Gdyby pozwoliła Liamowi zostać na
noc, zaryzykowałaby bardzo wiele. Ale kiedy znowu spojrzała na jego łagodne, ciepłe oczy, łobuzerski
uśmiech i uroczy pieprzyk na prawym policzku, jej serce zmiękło.

Bez słowa wciągnęła go do pokoju. Przewrócili się na łóżko Hanny i zaczęli całować. Liam pieścił

i całował całe ciało Hanny. Czuła jego usta na swojej szyi. Nie dbała o to, że zostanie jej malinka. Nagle
Liam odsunął się trochę i spojrzał na Hannę.

– Dajesz mi takie poczucie bezpieczeństwa, że mógłbym powiedzieć ci wszystko bez obaw, że mnie

ocenisz. Żadna dziewczyna nie wywoływała we mnie takich emocji.

– Ja czuję do ciebie to samo – zapewniła go Hanna. – To niewiarygodne.
– To magia – szepnął Liam. – Nigdy nie wierzyłem w pokrewieństwo dusz, ale teraz chyba zmienię

zdanie.

Hanna podparła głowę ręką.
– Powiedz mi coś, czego nigdy nikomu nie mówiłeś.
–  A  nie  wystarczy  ci  opowieść  o  moim  strachu  przed  pająkami?  –  Liam  położył  się  na  plecach.

Milczał przez chwilę. – Jak byłem mały, miałem wyobrażonego przyjaciela. Wampira.

Hanna zmarszczyła nos.
– Serio?
– Mhm. Nazywał się Frank i wyglądał jak Dracula. Spał w mojej szafie, głową w dół, jak nietoperz.

W czasie kolacji mama musiała kłaść dla niego osobne nakrycie.

Hanna zachichotała.
– Ale dlaczego wampir?
Liam wzruszył ramionami.
–  Sam  nie  wiem.  Wtedy  uważałem,  że  to  świetny  pomysł.  Chciałem,  żeby  Frank  zastąpił  mojego

prawdziwego tatę. Nie dogadywaliśmy się. – Spojrzał na Hannę ze smutkiem. – Zresztą tak już zostało.

Hanna oparła się na poduszce. Nie chciała rozmawiać o ojcu Liama.
– Ja też miałam wyobrażonych przyjaciół. Jednego wymyśliłam razem z tatą. To była wielka sowa

background image

Hortensja, która pilnowała mnie podczas snu. Bałam się spać sama w ciemności. W czwartej klasie nie
miałam  żadnych  prawdziwych  przyjaciółek,  więc  tata  malował  Hortensję  na  mojej  torbie  z  drugim
śniadaniem. To było naprawdę słodkie.

Zamknęła  oczy  i  przypomniała  sobie  wykonane  niewprawną  ręką  nieporządne  rysunki  taty.  Wiele

z nich zachowała w szkolnym segregatorze i oglądała je w chwilach, gdy czuła się szczególnie samotna.
Ale potem, w piątej klasie, tata przestał rysować Hortensję. Wtedy rodzice zaczęli się kłócić.

– To wspaniale, że tata cię tak wspierał – powiedział cicho Liam.
Hanna lekko pociągnęła nosem.
– No cóż, kiedyś tak było.
– A co się stało?
Dot  pochrapywał  w  rogu.  Wąskie  pasmo  światła  pod  drzwiami  miało  żółtawy  kolor.  Hanna

wyobraziła  sobie  tatę  w  jego  sypialni  na  pierwszym  piętrze,  leżącego  u  boku  Isabel.  Wyobraziła  sobie
Kate, śpiącą w sąsiednim pokoju, z oczami zasłoniętymi maseczką. Pan Marin twierdził, że na pierwszym
piętrze nie było pokoi gościnnych, ale Hanna dostrzegła jeszcze jedne drzwi po drugiej stronie sypialni
taty.  Isabel  zamieniła  to  pomieszczenie  na  szwalnię.  Dlaczego  Hanna  nie  dostała  tego  pokoju?  Czy  tata
już zapomniał, że Hanna boi się ciemności i że często nękają ją koszmary? Oczywiście, gdyby powiedział
o  tym  głośno,  Hanna  czułaby  się  upokorzona,  ale  mógł  wziąć  to  pod  uwagę,  kiedy  wybierał  dla  niej
pokój.

To urocze, że znalazł Corneliusa, ale czy to wystarczyło? Nadal odnosiła wrażenie, że tata trzyma ją

na dystans i nie traktuje jak pełnoprawnego członka swojej prawdziwej rodziny.

Hanna spojrzała na Liama, czując dojmujący smutek.
– Kiedyś łączyła mnie z tatą głęboka więź – powiedziała. – Ale to się zmieniło.
Opowiedziała  Liamowi  o  tym,  jak  zaprzyjaźniła  się  z Ali,  gdy  rodzice  brali  rozwód.  Lecz  nawet

awans do rangi jednej z najpopularniejszych dziewczyn w całej szkole nie zrekompensował jej odejścia
ojca  z  domu.  Zrelacjonowała  również  tę  koszmarną  wizytę  w  Annapolis,  kiedy  razem  z  Ali  po  raz
pierwszy spotkała Kate.

– Od kiedy tylko poznałam Kate, czułam się gorsza od niej. – Hanna westchnęła. – Zawsze mi się

wydawało, że tata woli ją ode mnie.

Liam pokiwał głową i zadał jej jeszcze kilka pytań. Trzymał Hannę za rękę, kiedy zbierało się jej na

płacz.

– Teraz nasze relacje zmieniają się na lepsze i może nie powinnam narzekać – powiedziała. – Ale

chciałabym,  żebyśmy  znowu  stali  się  nierozłączni.  Problem  w  tym,  że  wtedy  wcale  nie  czułam  się
szczęśliwa. Owszem, byłam popularna w szkole. Ale zarazem byłam gruba i brzydka, a moja najlepsza
przyjaciółka drwiła ze mnie bezlitośnie. Więc sama już nie wiem, czy chciałabym się cofnąć w czasie.
Chyba tęsknię za czymś, co nigdy nie miało miejsca.

Liam westchnął.
– Ja tęsknię za czasami, kiedy moi rodzice żyli razem.
– Tak mi przykro, że im się nie ułożyło – wyszeptała Hanna. – To musi być dla ciebie bardzo trudne.
Liam spojrzał w dal nieobecnym wzrokiem. Potem westchnął i chwycił Hannę za ręce.
–  Teraz  ty  jesteś  wszystkim,  co  dobre  w  moim  życiu.  Obiecaj,  że  nic  nie  stanie  między  nami.  I  że

będziesz mi mówić o wszystkim. Nie chcę, żebyśmy mieli przed sobą tajemnice.

– Oczywiście.
W głowie Hanny zaświtała niepokojąca myśl. Przecież nie opowiedziała Liamowi o całym swoim

życiu. Na razie nie mogła wtajemniczyć go w historię Nowego A. Ani Kelsey. Ani Tabithy.

Nagle stanął jej przed oczami znajomy pokój w akademiku. Wyobraziła go sobie w szczegółach. Nie

pamiętała  jednak  dokładnie  drogi  z  Rosewood  do  Filadelfii,  którą  przejechała  samochodem  tamtego

background image

wieczoru, kiedy Spencer poprosiła ją o pomoc. Hanna zaparkowała dokładnie tam, gdzie kazała Spencer,
i  bez  trudu  znalazła  otwarte  tylne  wejście.  Nikt  jej  nie  zatrzymał,  kiedy  wprowadzała  kod  do  zamka
w drzwiach Kelsey. Nikt nie złapał jej za rękę, kiedy zamek się otworzył, a ona weszła do środka. Hanna
wyjęła pigułki z kieszeni i włożyła je pod poduszkę Kelsey. Potem jednak zmieniła zdanie i przełożyła je
do szuflady w szafce stojącej obok łóżka. Pół minuty później wyszła z pokoju. A za moment dzwoniła na
policję, mówiąc dokładnie to, co kazała jej Spencer.

Poczucie  winy  dopadło  ją  dopiero  w  drodze  do  domu,  kiedy  mijała  policjanta  robiącego  dwóm

nastolatkom  test  alkomatem.  Jedna  z  dziewczyn,  z  rudymi  włosami  i  szczupłymi,  zgrabnymi  nogami,
przypominała  Kelsey.  Nagle  Hanna  wyobraziła  sobie,  co  z  jej  powodu  musi  w  tej  chwili  przechodzić
Kelsey.  Przecież  Hanna  po  wycieczce  na  Jamajkę  i  tak  miała  sporo  na  sumieniu.  Czy  powinna  się
zatrzymać, zadzwonić na policję i przyznać się do tego, co zrobiła?

Hanna  wzięła  głęboki  wdech.  Czy  gdyby  wtedy  przyznała  się  do  tego,  że  popełniła  błąd,  teraz

musiałaby martwić się, co zrobi A., czyli Kelsey? Może w pełni zasłużyły sobie na zemstę Nowego A.
Może same się prosiły o kłopoty.

– O czym myślisz?
Hanna  zamrugała,  powracając  myślami  do  Liama.  On  przestał  głaskać  jej  ramię  i  badawczo

wpatrywał się w jej twarz. Tajemnica Hanny wydawała się wręcz namacalna, jakby leżała wraz z nimi
w łóżku. Może Hanna powinna na wszelki wypadek wyjawić Liamowi całą prawdę. Może on pomógłby
jej uporać się z problemami.

Ulicą  przejechał  samochód,  głośno  hałasując.  Hanna  poczuła  łaskotanie  w  nosie  i  kichnęła.  To

wystarczyło, żeby ją otrzeźwić. Nie mogła szczerze porozmawiać z Liamem. Musiała zachować te sekrety
dla siebie.

– O niczym – odparła. – Po prostu cieszę się, że jesteś obok mnie.
Liam przytulił mocno Hannę.
– A ja się cieszę, że mam ciebie.
Mówił tak spokojnym, pewnym głosem. Ale nawet wtedy, gdy już zasnął w ramionach Hanny, ona

nie  zmrużyła  oka,  wpatrując  się  w  sufit.  Czuła,  że  choćby  nie  wiadomo  jak  się  starała,  prędzej  czy
później jej sekrety wyjdą na jaw.

Wystarczy, że A. zabierze się do roboty.

background image

26

PROPOZYCJA NIE DO ODRZUCENIA

W piątek po południu Ezra wsunął głowę do pokoju Arii w domu Elli.
– Pięknie. Właśnie tak to sobie wyobrażałem.
– Naprawdę? – odparła Aria, zachwycona, że Ezra wyobrażał sobie jej pokój.
Zza rogu wyjechał szkolny autobus. Kiedy się zatrzymał, wysiadła z niego grupka dzieci. Ella była

w  galerii,  a  Mike  na  treningu  lacrosse,  co  oznaczało,  że Aria  i  Ezra  przez  godzinę  mieli  cały  dom  dla
siebie.  Potem  Aria  musiała  iść  na  spotkanie  z  Klaudią,  żeby  wreszcie  porozmawiać  o  projekcie  na
zajęcia z historii sztuki. Teraz rozglądała się po swoim pokoju, próbując spojrzeć na niego oczami Ezry.
Na starym regale, znalezionym przez Byrona na pchlim targu, stały rzędami książki i czasopisma. Kilka
splątanych naszyjników, przybory do makijażu, buteleczki z perfumami i kapelusze leżały w nieładzie na
zabytkowej toaletce, którą Ella zaczęła kiedyś odnawiać, ale rozmyśliła się w połowie roboty. Na biurku
walała się jej kolekcja pluszowych zwierzątek, którą pospiesznie zebrała rano z łóżka, przeczuwając, że
po południu może odwiedzić ją Ezra. Przecież nie musiał wiedzieć, że Aria nadal śpi ze Świnulą, Panem
Gałgankowym Kotkiem, Panią Gałgankową Kózką i Panną Kwadracikową o Włóczkowych Ramionach,
którą  Noel  wygrał  dla  Arii  w  czasie  zeszłorocznego  jarmarku  noworocznego.  Właściwie  Aria  nie
wiedziała, dlaczego jeszcze przechowywała maskotkę od Noela. Tamtego dnia Noel wyglądał tak uroczo,
kiedy  rzucał  lotkami  w  balony  dopóty,  dopóki  nie  zdobył  dla  Arii  nagrody.  Ale  Aria  była  pewna,  że
gdyby Ezra miał okazję wziąć udział w zabawie, wyglądałby jeszcze śliczniej.

Ezra musnął palcami kraciasty abażur, znaleziony przez Arię w sklepie ze starociami, uśmiechnął się

na  widok  autoportretu  namalowanego  przez  nią  w  drugiej  klasie  i  spojrzał  na  bernikle  kanadyjskie,
pływające po stawie przed domem.

– To naprawdę urocza kryjówka. Jesteś pewna, że chcesz stąd wyjechać?
–  Masz  na  myśli  wyjazd  do  Nowego  Jorku?  – Aria  usiadła  na  łóżku.  –  Któregoś  dnia  i  tak  będę

musiała to zrobić.

–  Ale...  chcesz  uciec  już  teraz?  I  zdawać  maturę  w  Nowym  Jorku?  Rozmawiałaś  już  o  tym

z rodzicami?

Aria  obruszyła  się.  Wkurzało  ją  to,  że  Ezra  przypomina  jej  o  rodzicach,  jakby  była  małym

dzieckiem.

–  Muszą  mnie  zrozumieć.  W  młodości  oni  też  mieszkali  w  Nowym  Jorku.  –  Przekrzywiła  głowę.

Nagle poczuła atak paniki. – Dlaczego pytasz? Nie chcesz, żebym do ciebie przyjechała? – Przed oczami
stanęło  jej  ich  spotkanie  z  Klaudią.  Aria  obiecała  sobie,  że  nie  wypomni  Erze,  że  dał  Klaudii  do
przeczytania maszynopis, ale i tak na samą myśl o tym targała nią niepohamowana zazdrość.

–  Oczywiście,  że  chcę.  –  Ezra  przytulił  ją  do  siebie.  –  Po  prostu...  Nie  chcę,  żebyś  wyjeżdżała

z jakiegoś innego powodu. Wczoraj widziałem w McDonaldzie Noela Kahna...

Aria zaśmiała się z ironią.
– To nie z jego powodu chcę wyjechać.
A  niby  co  miała  powiedzieć?  „Jest  ktoś,  kto  nazywa  się A.  i  zna  moje  najstraszniejsze  tajemnice.

Aha,  byłabym  zapomniała,  A.  chce  mnie  zabić”.  Emily  dzwoniła  zeszłej  nocy  i  powiedziała,  że  ktoś
zepchnął ją ze zbocza na szlaku Stockbridge i że to najprawdopodobniej A. Aria przestraszyła się nie na
żarty.  Musiała  wydostać  się  z  miasta,  uciec  od A.  i  tych  chorych  gierek,  do  wielkiego  Nowego  Jorku,

background image

który dałby jej anonimowość i schronienie.

Wzięła Ezrę za ręce.
–  Chcę  jechać  z  twojego  powodu  i  tylko  dlatego.  Szukałam  już  mieszkania  na  Brooklynie.  Można

tam znaleźć fantastyczne miejsca. Może kupimy sobie psa. Albo kota, jeśli wolisz. Wyprowadzalibyśmy
go na spacer na smyczy.

–  Plan  idealny  –  wyszeptał  Ezra,  odsuwając  kosmyk  włosów  znad  oka Arii.  –  Jeśli  podjęłaś  już

decyzję, zacznę się przygotowywać do wyjazdu. Możemy wyruszyć za kilka dni.

Aria  nachyliła  się  i  pocałowała  Ezrę,  a  on  odwzajemnił  jej  pocałunek. Ale  kiedy  otworzyła  oczy,

zobaczyła, że Ezra patrzy na coś za jej plecami.

– Czy to pierwsze wydanie? – Usiadł prosto i pokazał palcem na książkę na regale. Na jej grzbiecie

widniał tytuł Słońce też wschodzi, napisany złotymi literami. – Musi być bardzo stara.

–  Nie,  tata  ukradł  ją  z  biblioteki  w  Hollis.  – Aria  wstała,  wyciągnęła  książkę  z  szeregu  i  podała

Ezrze.  Kiedy  ją  otworzył,  ze  środka  wydobył  się  stęchły  zapach  starego  papieru.  –  To  jedna  z  moich
ulubionych powieści.

Ezra szturchnął ją lekko palcem w kolano.
– Myślałem, że najbardziej na świecie podoba ci się moja książka.
Powiedział to niby mimochodem i żartobliwie, ale z bardzo poważną miną. Czy naprawdę stawiał

się w jednym szeregu z Hemingwayem?

– Chodzi mi o to, że Słońce też wschodzi to arcydzieło – odparła bez namysłu. – Ale twoja powieść

też jest świetna. Naprawdę, znakomita.

Ezra wyrwał dłonie z jej uścisku i położył zaciśnięte na kolanach.
– A może nie do końca.
Aria  ledwie  powstrzymała  się  od  zniecierpliwionego  jęknięcia.  Czy  on  zawsze  był  tak  niepewny

siebie, czy dopiero jego powieść wydobyła z niego tę cechę?

– Napisałeś wspaniałą powieść. – Aria pocałowała Ezrę w czubek nosa. – A teraz połóż się obok

mnie.

Ezra z ociąganiem położył się na poduszce obok Arii. Ona zaczęła głaskać go po głowie. Po chwili

na dole rozległ się szczęk zamka.

– Aria? – zawołała z dołu Ella.
Aria zerwała się z łóżka z duszą na ramieniu.
– Cholera.
– Co? – Ezra usiadł.
–  To  moja  mama.  Miała  wrócić  dopiero  za  godzinę.  –  Aria  szybko  włożyła  swoje  baleriny

i wręczyła Ezrze jego buty. – Musimy stąd spadać.

Kącik ust Ezry wygiął się w dół.
– Nie chcesz nas sobie przedstawić?
Na dole Ella krzątała się, stukając obcasami. Aria nie mogła zebrać myśli.
–  Ja...  nie  miałam  czasu,  żeby  ją  na  to  przygotować.  –  Patrzyła  na  Ezrę,  który  wyglądał  tak,  jakby

niczego  nie  rozumiał.  –  W  zeszłym  roku  uczyłeś  w  moim  liceum.  Moja  mama  pojechała  z  tobą  na
konferencję dla rodziców i nauczycieli. Nie wydaje ci się, że to trochę niezręczna sytuacja?

Ezra uniósł w górę jedno ramię.
– Prawdę powiedziawszy, to nie.
Aria nie potrafiła ukryć zdumienia. Nie miała jednak czasu na kłótnię.
–  Chodź  –  powiedziała,  chwytając  go  za  rękę  i  ciągnąc  w  dół  po  schodach,  kiedy  tylko  za  Ellą

zamknęły się drzwi do łazienki. Zdjęła z wieszaka płaszcz Ezry, rzuciła mu go i wypchnęła Ezrę za drzwi.

Na zewnątrz w powietrzu unosił się zapach nagrzanego od słońca chodnika i dymu z komina. Aria

background image

podeszła po kamiennej ścieżce do volkswagena Ezry zaparkowanego przy chodniku.

–  Niedługo  pogadamy  o  Nowym  Jorku,  dobra?  –  powiedziała.  –  Chcę  ci  pokazać  kilka

fantastycznych mieszkań.

– Aria, zaczekaj.
Aria się odwróciła. Ezra zatrzymał się na ganku z rękami w kieszeniach.
– Wstydzisz się mojego towarzystwa?
– Oczywiście, że nie. – Aria zrobiła kilka kroków w jego kierunku. – Ale jeszcze nie jestem gotowa

opowiedzieć o wszystkim mamie. I wolę z nią pogadać w cztery oczy, jak już zbiorę myśli.

Ezra patrzył na nią przez chwilę swoimi ciemnymi oczami, a potem pokiwał głową.
– Dobrze. Zobaczymy się jutro?
–  Tak.  Chociaż...  zaraz.  –  Aria  zamknęła  oczy.  –  Jutro  mam  szkolną  imprezę.  –  W  sobotę  było

przedstawienie Makbeta, na które wybierały się razem z mamą. Chciały obejrzeć występ Mike’a, a potem
iść  na  bankiet  popremierowy. Aria  nie  miała  zamiaru  pojawiać  się  w  Rosewood  Day  w  towarzystwie
Ezry. – Może w niedzielę?

–  Okej,  spotkajmy  się  w  niedzielę.  –  Ezra  pocałował  ją  w  policzek,  wsiadł  do  samochodu

i odjechał.

Aria  patrzyła  za  nim,  przyciskając  ramiona  do  klatki  piersiowej.  Po  lewej  stronie  przemknął  jakiś

cień.  Odwróciła  się.  Coś  się  poruszyło  za  żywopłotem  oddzielającym  jej  dom  od  posesji  sąsiadów.
Wydało się jej, że widzi kosmyk blond włosów. Usłyszała kroki na ścieżce pokrytej mokrymi liśćmi.

– Kto to!? – zawołała.
W lesie panowała głucha cisza, a tajemnicza postać zniknęła. Aria zamknęła oczy. Pomyślała, że im

szybciej wyjedzie z Ezrą z Rosewood, tym lepiej.

Godzinę później Aria weszła do kawiarni Bixby na terenie kampusu w Hollis, gdzie Klaudia już na

nią czekała przy jednym ze stolików na tyłach. Miała na sobie obcisły czarny sweter i jeszcze bardziej
obcisłą  dżinsową  spódniczkę  oraz  czarne  botki  na  wysokich  obcasach.  Jej  platynowe  włosy  lśniły,  na
skórze  nie  było  widać  ani  jednego  wyprysku,  a  każdy  facet  siedzący  w  kawiarni  rzucał  w  jej  stronę
pożądliwe spojrzenia.

–  Masz  dużą  spóźnienie  –  przywitała  ją  Klaudia  z  oburzeniem  w  głosie,  a  jej  usta  wygięły  się

w pogardliwym uśmiechu. – Czekam już piętnasta minuta!

– Przepraszam.
Aria rzuciła na stolik swój podręcznik do historii sztuki i podeszła do baru po kawę, na co Klaudia

zareagowała  jeszcze  bardziej  oburzoną  miną.  Aria  długo  stała  w  kolejce,  bo  wszyscy  zamawiali  café
latte i kawy smakowe, których przygotowanie zabierało dużo czasu. Kiedy wróciła do stolika, zauważyła
na twarzy Klaudii czerwone plamy.

– Mam plany na wieczorem! – rzuciła kłótliwie Klaudia. – Idę na randka z Noelem!
„No dobra – pomyślała Aria. – Dotarło do mnie, że odbiłaś mi Noela. Brawo, wygrałaś”. Nachyliła

się do Klaudii.

– Słuchaj, możesz w mojej obecności mówić normalnie? Przecież wiem, że potrafisz.
Na twarzy Klaudii pojawił się oślizgły uśmiech.
– Skoro prosisz – powiedziała Klaudia bez cienia obcego akcentu. Postukała różowym długopisem

w okładkę swojego podręcznika. – A jeśli już mam być zupełnie szczera, to zastanawiałam się, czy nie
zrobiłabyś za mnie mojej połowy projektu. Kostka nadal okropnie mnie boli.

Aria spojrzała na nogę Klaudii podpartą na krześle. Gips już jej zdjęto.
–  Nie  możesz  w  nieskończoność  grać  tą  kartą  –  powiedziała.  –  Mam  zamiar  zrobić  swoją  część

background image

i kropka. Możemy pracować razem, ale nie zamierzam odwalać za ciebie całej roboty.

Klaudia poprawiła się na krześle i zmrużyła oczy.
– To może powiem Noelowi, co mi zrobiłaś.
Aria zamknęła oczy. Nienawidziła szantażystów.
– Wiesz co? Powiedz mu. I tak już z nim nie chodzę. – Kiedy tylko wypowiedziała te słowa, poczuła

ulgę  i  lekkość.  Przecież  wkrótce  i  tak  miała  zniknąć  z  Rosewood.  Pogróżki  Klaudii  nie  robiły  na  niej
wrażenia.

Klaudia odchyliła się do tyłu z wyrazem zdumienia na twarzy.
– No to powiem o tym również twojemu nowemu chłopakowi, Panu Powieściopisarzowi. Fajnie, że

dał mi do czytania swoją książkę, prawda? Jakie to smutne, że na końcu główny bohater umiera.

Aria skuliła się w sobie na samo wspomnienie powieści Ezry. Nie miała ochoty bawić się z Klaudią

w kotka i myszkę.

–  Jak  mu  powiesz,  to  ja  rozgadam  wszystkim  to,  czego  dowiedziałam  się  od  ciebie  na  wyciągu.

I  wtedy  zobaczą,  że  tylko  udajesz  głupią  blondynę.  Pamiętasz,  jak  twierdziłaś,  że  chcesz  się  przespać
z Noelem? Pamiętasz, jak mi groziłaś?

Klaudia uniosła brew. Wrzuciła swój podręcznik do torby i wstała.
–  Dobrze  się  zastanów  nad  moją  propozycją.  Z  ogromną  przykrością  zniszczę  twoją  relację  z  tym

wierszokletą.

– Już się zastanowiłam – odparła Aria zdecydowanym głosem. – I nie zamierzam niczego za ciebie

robić.

Klaudia  zarzuciła  torbę  na  ramię  i  szybkim  krokiem  wyszła  z  kawiarni,  prawie  wpadając  na

chłopaka niosącego kawę i ciastko.

– Na razie! – zawołała za nią Aria triumfalnie.
Kiedy za Klaudią zamknęły się drzwi, uliczny muzyk z gitarą zaczął śpiewać własną wersję jakiegoś

przeboju Raya LaMontagne. Aria z satysfakcją otworzyła podręcznik. O wiele bardziej wolała pracować
sama. W indeksie znalazła nazwisko Caravaggia i odszukała odpowiednią stronę z jego biografią.

Zaczęła czytać. „W 1606 roku Caravaggio w czasie bójki zabił pewnego młodzieńca. Udało mu się

jednak uniknąć kary, bo uciekł z Rzymu, gdzie za jego głowę wyznaczono nagrodę”.

Oj. Aria przewróciła stronę. Trzy kolejne akapity opisywały Caravaggia jako okrutnego mordercę.

Potem  Aria  zauważyła,  że  ktoś  przykleił  w  rogu  strony  małą,  żółtą  karteczkę.  Narysowana  odręcznie
strzałka wskazywała na słowo „zabójca” w tekście. Obok widniała krótka notka.

Ario,  chyba  masz  wiele  wspólnego  z  Caravaggiem!  Nie  łudź  się,  że  ujdziesz  przed  moim
gniewem, morderczyni. Ty z nich wszystkich ponosisz największą winę.

A.

background image

27

POŁAMANIA NÓG, DROGA LADY MAKBET

W sobotę wieczorem wszyscy uczniowie Rosewood Day, ich rodzice i mieszkańcy miasta zasiedli

w auli liceum, gdzie za chwilę miał się zacząć jedyny pokaz Makbeta. W powietrzu czuło się napięcie
i oczekiwanie. Po kilku minutach światła przygasły, tłum ucichł, a na scenę wyszły trzy wiedźmy, gotowe
do  odegrania  pierwszej  sceny.  Kurtyna  się  podniosła.  Na  deskach  scenicznych  parował  suchy  lód.
Wiedźmy  rechotały  i  wróżyły.  Widzom  mogło  się  wydawać,  że  przedstawienie  zostało  perfekcyjnie
przygotowane, ale w kulisach panował chaos.

–  Pierre,  muszę  dokończyć  charakteryzację!  –  syknęła  Kirsten  Cullen,  podbiegając  do  Pierre’a

w stroju pokojówki.

– Pierre, gdzie jest moja zbroja? – zapytał cicho Ryan Schiffer.
Kilka sekund później do Pierre’a podszedł Scott Chin.
–  Pierre,  ten  miecz  to  jakaś  żenada.  –  Z  kwaśną  miną  podniósł  rekwizyt,  wykonany  pewnie  przez

ucznia  szkoły  podstawowej  na  zajęciach  praktyczno-technicznych  z  deszczułki  owiniętej  folią
aluminiową.

Pierre  wbił  w  całą  trójkę  nienawistny  wzrok,  a  jego  policzki  nabrały  purpurowej  barwy.  Miał

rozwichrzone  włosy,  ze  spodni  wystawała  mu  koszula  i  z  nieznanych  Spencer  przyczyn  w  ręku  trzymał
damski but na wysokim obcasie. Może to jakiś kolejny przesąd związany z Makbetem?

– Dlaczego przychodzicie do mnie z tymi problemami pięć minut przed wejściem na scenę? – jęknął

Pierre.

Spencer  usiadła  na  pudełku  z  rekwizytami,  wygładzając  atłasową  suknię  lady  Makbet.  Zazwyczaj

uwielbiała podekscytowanie w czasie premiery, ale dziś, kiedy słuchała wiedźm szalejących na scenie,
czuła  okropną  tremę.  A  już  za  kilka  minut  miała  zacząć  grać.  „Stanęły  na  mej  drodze  w  dniu
zwycięstwa

15

, powtarzała w myślach pierwszą kwestię. A dalej?

Wstała  z  pudełka  i  zajrzała  za  kurtynę.  Młodsi  bracia  i  siostry  jej  kolegów  z  zespołu  siedzieli

w  pierwszych  rzędach  ze  znudzonymi  minami.  Dzieciaki  zajadały  popcorn  z  kafeterii,  którą  otworzono
wieczorem dla widzów. Spencer dostrzegła operatora stojącego nad ustawioną na trójnogu kamerą. Jeśli
tego wieczoru zagra jak z nut, płyta z nagraniem rzuci członków komisji w Princeton na kolana, a wtedy
wybiorą ją, a nie tego Spencera F.

A jeśli powinie się jej noga?
Spencer dostrzegła wśród widzów znajomą blondynkę. Pani Hastings siedziała w czwartym rzędzie,

a jej diamentowe kolczyki połyskiwały w mroku. Obok niej siedzieli Melissa i Darren Wilden, wpatrzeni
w  wiedźmy  na  scenie.  Ku  zdziwieniu  Spencer  miejsce  obok  Wildena  zajmowała  Amelia,  apatycznie
kartkująca  program.  Towarzyszył  jej  pan  Pennythistle  w  szarym  garniturze  i  krawacie.  Na  jego  widok
Spencer poczuła falę ciepła. To miłe, że na tę okazję tak elegancko się ubrał.

Dwa rzędy dalej Spencer wyśledziła jeszcze jedną znajomą twarz. Scenę obserwowała rudowłosa

dziewczyna, energicznie żując gumę. Spencer zakryła usta dłonią.

To była Kelsey.
Pod Spencer ugięły się nogi. A potem o mało się nie przewróciła, widząc, kto towarzyszy Kelsey.

Emily popatrzyła w jej stronę swoimi łagodnymi oczami. One przyszły na spektakl razem.

Powoli  Kelsey  odwróciła  głowę  w  stronę  Spencer.  Zmrużyła  oczy.  Podniosła  jedną  dłoń

background image

i pomachała do Spencer trzema palcami, uśmiechając się szeroko, jak wariatka. Spencer zasunęła kurtynę
i zrobiła kilka kroków w tył, potykając się o leżące na podłodze stare halki.

– Uwaga.
Spencer pisnęła i odwróciła się. Beau zrobił krok w tył i zakrył twarz dłońmi. Miał na sobie zbroję,

która idealnie przylegała do jego ciała.

– Wszystko w porządku? Nie masz tremy? – spytał.
– Oczywiście, że nie.
Serce Spencer uderzało gwałtownie, jak igła w pracującej maszynie do szycia. Miała nieprzepartą

chęć jeszcze raz spojrzeć za kurtynę. Po co Kelsey tu przyszła? Liczyła na to, że Spencer powtórzy swoje
wczorajsze przedstawienie, kiedy w lesie wyjawiła przed Beau wszystkie swoje sekrety?

– Spencer! – Pierre szybkim krokiem podszedł do niej i zmierzył ją wzrokiem od stóp do głów. – Na

miejsce. Za chwilę wychodzisz.

Przez  kilka  sekund  Spencer  stała  jak  zaklęta.  Miała  ochotę  wybiec  ze  szkoły  tylnymi  drzwiami

i  wrócić  do  domu.  Nie  mogła  teraz  wyjść  na  scenę,  gdy  na  widowni  zasiadła  Kelsey.  Ale  od  tego
momentu wydarzenia potoczyły się błyskawicznie. Pierre poprowadził ją w kulisy, a potem wskazał jej
drogę na scenę. Światło na jej skórze wydawało się ciężkie i oleiste. Czuła na sobie wzrok wszystkich
widzów,  a  ich  uśmiechy  wydawały  się  sarkastycznymi  grymasami.  Natychmiast  odnalazła  Kelsey  na
widowni. Na twarzy miała ten sam uśmiech psychopatki.

Jeszcze  raz  usłyszała  głos  Kelsey  ze  swojej  wizji:  „Czyżbyś  miała  nieczyste  sumienie?

Zamordowałaś kogoś?”.

„Wiemy, co zrobiłaś!”, rechotała Tabitha.
Tłum  czekał  w  milczeniu.  Ktoś  zakaszlał.  Spencer  wiedziała,  że  powinna  powiedzieć  pierwszą

kwestię,  ale  nie  mogła  sobie  jej  przypomnieć.  Pierre  w  kulisach  gestykulował  jak  opętany.  Potem  zza
kurtyny dobiegł ją czyjś szept: „Stanęły na mej drodze w dniu zwycięstwa”. To Edith, asystentka reżysera
i  suflerka,  podpowiadała  Spencer  tekst.  Nigdy  wcześniej  Spencer  nie  musiała  korzystać  z  pomocy
suflera.

Otworzyła  bezradnie  usta,  jak  ryba  wyciągnięta  z  wody.  Z  jej  gardła  wydobyło  się  żałosne

piśnięcie,  nagłośnione  przez  mikrofony  rozstawione  wokół  sceny.  Ktoś  na  widowni  zaśmiał  się
szyderczo.

Edith  jeszcze  raz  wyszeptała  podpowiedź.  Wreszcie  Spencer  otworzyła  usta  i  zaczęła  mówić.

Dokończyła  cały  pierwszy  monolog,  ale  każde  słowo  wypowiadała  z  ogromnym  wysiłkiem.  Wydawało
jej się, że grzęźnie w mule, na dnie głębokiej studni.

Felicity  McDowell,  grająca  jej  służącą,  weszła  na  scenę.  Spencer  wymamrotała  kolejną  kwestię,

a po niej następną. Z desperacją patrzyła na operatora kamery, który spoglądał na nią z niedowierzaniem,
nagrywając  każdy  jej  ruch.  Jej  zdenerwowanie  udzieliło  się  też  Felicity,  która  zapomniała  fragmentu
tekstu, a potem potknęła się o scenografię. Kiedy na scenę wkroczył Beau, ogłaszając, że dziś wieczorem
odwiedzi  ich  król,  Spencer  chciało  się  płakać.  Po  skończonej  kwestii  zeszła  ze  sceny,  czując  się  tak,
jakby przebiegła maraton.

Na jej drodze stanął Pierre z rękami na biodrach.
– Co ty, do diabła, wyprawiasz?
Spencer pokornie schyliła głowę.
– Pozbieram się do kupy. Obiecuję.
– Obiecujesz? Zachowujesz się karygodnie!
Pierre pstryknął palcami i jak wierny pies podbiegła do niego Phi Templeton. Miała na sobie taką

samą suknię jak Spencer. W dłoni trzymała scenariusz z podkreślonymi kwestiami lady Makbet.

– Dlaczego ona jest ubrana tak jak ja!? – wykrzyknęła Spencer.

background image

– Dzięki Bogu kazałem jej to włożyć – rzucił Pierre. – Obawiałem się, że wytniesz mi jakiś numer,

więc poprosiłem ją, żeby przygotowała się do roli.

Spencer otworzyła usta ze zdumienia.
– Nie można wymienić aktorki w środku przedstawienia.
Pierre wziął się pod boki.
– Chcesz się założyć? To twoja ostatnia szansa. Jak znowu dasz plamę, na scenę wkroczy Phi.
Kiedy  Pierre  wyszedł  z  obrażoną  miną,  Spencer  oparła  się  o  niski  stolik,  zastanawiając  się,  czy

powinna  od  razu  oddać  rolę  koleżance.  Sceny,  którą  właśnie  zagrała,  nie  mogła  wysłać  do  Princeton.
Członkowie komisji tak by się ubawili, że ich śmiech doszedłby do Rosewood z samego New Jersey.

– Hej.
Spencer  podniosła  wzrok  i  zobaczyła  stojącego  obok  niej  Beau  z  mocno  zaciśniętymi  zębami

i gniewnym spojrzeniem.

–  Nie  słuchaj  tego  dupka,  okej?  –  wyszeptał.  –  Zżarła  cię  trema.  To  się  czasem  zdarza  nawet

najlepszym. Wciąż możesz wszystko naprawić. Odszukaj to miejsce, do którego dotarłaś wczoraj. Rozpal
ogień.

– Nie potrafię już rozpalić ognia! – Do oczu Spencer napłynęły łzy. – Wczoraj mi odbiło!
–  Nieprawda.  –  Beau  chwycił  ją  za  ręce  i  ścisnął  je  mocno.  –  Stałaś  się  lepsza.  Użyj  całego

swojego bagażu. Zawładnij nim. Nie pozwól mu stanąć na twojej drodze.

Spencer patrzyła na Beau, który nachylał się do niej tak, jakby chciał ją pocałować.
Oderwali się od siebie, bo w kulisach znowu zaczął panoszyć się Pierre.
–  Lady  M.,  za  chwilę  znowu  wchodzisz  na  scenę.  Dasz  radę  czy  wolisz  oszczędzić  sobie

kompromitacji?

Spencer z desperacją spojrzała na Beau, jakby chciała, żeby to on podjął za nią decyzję.
– Jak się zdenerwujesz, popatrz na mnie. Będę w kulisach, okej? – wyszeptał.
Spencer skinęła głową.
– Poradzę sobie – powiedziała do Pierre’a.
Za chwilę nadszedł czas na jej kolejne wejście. Gorące światła paliły jej skórę. Aktorzy spojrzeli

na Spencer, a Seth Cardiff, grający króla Duncana, wypowiedział swoją pierwszą kwestię.

Kiedy przyszła kolej na Spencer, znowu sparaliżował ją ogromny strach. Przez ułamek sekundy bała

się,  że  znów  straci  głos.  Aktorzy  ukradkiem  spoglądali  po  sobie.  Widzowie  z  zażenowania  zakrywali
oczy. Pierre w furii wygrażał jej pięściami. I nagle Spencer zdała sobie sprawę, że właśnie tego chciała
Kelsey, czyli A. Żeby Spencer się skompromitowała. I żeby nie dostała się do Princeton.

Spojrzała w kulisy na twarz Beau i ten widok dodał jej otuchy. I nagle, jakby ktoś nacisnął w niej

odpowiedni przycisk, w jej żyłach popłynął ogień. Zbyt ciężko pracowała, żeby dać się pokonać Kelsey.
Ta suka nie mogła z nią wygrać.

–  „Choćbyśmy  nawet  zdwoili  starania  w  twej  służbie,  panie,  i  ponownie  każdy  trud  przemnożyli

przez dwa...”

16

 – powiedziała głośno i poczuła przypływ nowych sił.

Słowa  same  płynęły  z  jej  ust,  a  gesty  były  wyraziste  i  precyzyjne.  Pozostali  aktorzy  i  widzowie

odetchnęli z ulgą. Kiedy na scenę wszedł Beau i zaczął się kłócić ze Spencer, czy zabicie króla to dobry
pomysł, Spencer znowu poczuła się sobą. Gdy zeszła ze sceny, kilka osób zaklaskało z ulgą.

Pierre już na nią czekał, uderzając piórem w swoje wargi.
– No, trochę lepiej.
Spencer bez słowa wyminęła go, bo teraz miała jego opinię w głębokim poważaniu. Beau złapał ją

za ramię i odwrócił.

– Zagrałaś fantastycznie.
Najpierw myślała, że chce ją tylko przytulić, ale on pocałował ją długo i namiętnie. Spencer stanęła

background image

jak wryta i przez chwilę nie potrafiła wydobyć z siebie ani słowa. Potem oddała mu pocałunek. Pomimo
grubej atłasowej sukni poczuła zimne dreszcze.

Ktoś westchnął głośno. Spencer odwróciła się i zobaczyła gapiące się na nich Naomi, Riley i Kate.

Triumfalnie odwróciła się i jeszcze bardziej namiętnie pocałowała Beau. Liczyła na to, że jakimś cudem
kurtyna  odsłoni  się  zupełnie  i  całą  scenę  zobaczy  publiczność.  A  Kelsey  zda  sobie  sprawę,  że  jej
szatański plan spalił na panewce.

background image

28

PRAWDA ZAWSZE WYCHODZI NA JAW

Po  przedstawieniu  Emily  weszła  przez  podwójne  drzwi  do  eleganckiej  włoskiej  restauracji  Otto,

gdzie  odbywał  się  bankiet  popremierowy.  W  powietrzu  unosił  się  znajomy  zapach  rozmarynu,  oliwy
z oliwek i gorącej mozzarelli. Emily znała siwowłosą, bardzo rzeczową szefową sali, która teraz witała
gości.  Rodzina  Fieldsów  przychodziła  do  Otto  za  każdym  razem,  kiedy  któreś  z  dzieci  –  Carolyn,  Beth
lub Jake – ukończyło liceum. Zasiadali przy wielkim stole i zamawiali rodzinną porcję penne alla vodka
i sałatkę caprese. Gdy Beth zdała maturę, Emily chodziła do szóstej klasy i zabrała tu z sobą Ali. Przez
cały  wieczór  wysyłały  sobie  pod  stołem  zabawne  SMS-y,  a  potem  wymknęły  się  na  taras  i  flirtowały
z  kilkoma  licealistami  ze  szkolnej  drużyny  baseballowej.  To  znaczy, Ali  z  nimi  flirtowała.  Emily  stała
z boku i czuła się jak piąte koło u wozu.

Dziś  wieczorem  restauracja  wyglądała  zupełnie  inaczej  niż  w  czasie  tamtych  rodzinnych  kolacji.

Uczestnicy  przedstawienia  tragicznymi  i  komicznymi  maskami  ozdobili  wyłożone  kafelkami  ściany.
Rozwiesili także plakaty z obsadą. W pomieszczeniu kłębił się tłum gości, a długi bufet zastawiony był
półmiskami z makaronem w rozmaitych sosach, wielkimi misami z sałatką, ośmioma rodzajami pieczywa
i bardzo apetycznymi deserami.

–  W  mojej  szkole  jest  dokładnie  tak  samo  –  rzuciła  z  przekąsem  Kelsey,  wchodząc  do  środka  za

Emily i przyglądając się tłumowi. – To tylko szkolne przedstawienie, ale wszyscy zachowują się, jakby
wzięli udział w premierze na Broadwayu.

– To prawda – zaśmiała się Emily, odwracając się i posyłając Kelsey niewyraźny uśmiech.
Czuła  się  trochę  niezręcznie  w  towarzystwie  Kelsey  i  znajomych  ze  szkoły.  Ale  kiedy  Kelsey

zapytała ją o plany na wieczór i Emily odparła, że wybiera się na przedstawienie, Kelsey z entuzjazmem
zawołała:

– Uwielbiam Makbeta! Mogę iść z tobą?
– Mhm, no jasne – zgodziła się Emily. – Ale powinnaś wiedzieć, że Spencer gra główną rolę. Nadal

chcesz iść? – dodała szybko.

Kelsey nie widziała problemu, a Emily nie umiała jej powiedzieć, że to Spencer może poczuć się

niezręcznie.  Jak  miałaby  to  ubrać  w  słowa?  „Spencer  uważa,  że  jesteś  psychopatką,  która  udaje  A.
i przysyła nam SMS-y z pogróżkami”?

Przeszły  obok  stanowiska  kierowniczki  sali  i  Emily  natychmiast  dostrzegła  Spencer  po  drugiej

stronie pomieszczenia, jak ze skromnym uśmiechem rozmawia z panią Eckles, nauczycielką angielskiego
ze szkoły podstawowej. Najpierw poczuła zdenerwowanie, ale po chwili wyprostowała plecy i wzięła
głęboki wdech.

– Zaraz wracam – rzuciła przez ramię do Kelsey.
Musiała wyjaśnić Spencer, co tu robi Kelsey, zanim Spencer sama ją zauważy i wpadnie w panikę.

Może  jeśli  szczerze  porozmawiają,  Spencer  zrozumie  Emily.  A  jeśli  racjonalnie  pogadają  w  trójkę,
Spencer powinna uwierzyć, że Kelsey to nie A.

Emily przedarła się przez tłum otaczający Spencer i poklepała ją po ramieniu. Spencer spojrzała na

nią z niesmakiem.

– Och.
Emily zamarła.

background image

– Wszystko ci wyjaśnię – powiedziała natychmiast.
Spencer  zaciągnęła  ją  do  małego  pomieszczenia,  gdzie  przechowywano  sztućce,  talerze  i  inne

przybory kuchenne. Miała gniewną minę.

– Powiedziałaś, że już się nie widujesz z Kelsey.
– Wiem, ale...
– A potem przyprowadzasz ją na moje przedstawienie?
Emily zacisnęła zęby.
– Kelsey to fajna dziewczyna. Sama chciała obejrzeć twój występ.
– Chyba raczej go zepsuć.
– Ona to nie A. – broniła przyjaciółki Emily.
– Oczywiście, że to ona! – Spencer tak mocno uderzyła pięścią w wózek ze sztućcami, że kilka noży

podskoczyło w górę. – Ile razy mam ci to tłumaczyć? Czy to, co mówię, zupełnie się dla ciebie nie liczy?
Kiedy zamieniłaś się w dziewczynę, która potrafi kłamać przyjaciółce w żywe oczy?

–  Przepraszam,  że  skłamałam,  kiedy  zapytałaś,  czy  spotykam  się  z  Kelsey  –  szepnęła  pokornie

Emily.  Po  wypadku  na  szlaku  wpadła  w  panikę.  Kiedy  rozmawiała  ze  Spencer,  wolała  pominąć
milczeniem to, że wybrała się na spacer z Kelsey. – Nie patrzysz na sprawę trzeźwo. Kelsey nie chce nas
skrzywdzić. Tak naprawdę nie wie, co jej zrobiłaś. A wtedy gdy ktoś mnie zepchnął ze zbocza, Kelsey
była ze mną. Ale ona zbiegła na dół i mi pomogła.

Spencer ze zdumienia otworzyła usta.
– Naćpałaś się? Pewnie to ona cię popchnęła!
Emily  z  niepokojem  rozejrzała  się  po  sali.  Kilku  statystów  z  przedstawienia  obrzucało  się

opakowaniami po słomkach i skandowało kwestie wiedźm z samego początku sztuki.

–  Kelsey  to  nie A.  –  powtórzyła  z  naciskiem  Emily.  –  To Ali.  Chyba  widziałam  ją,  jak  stała  na

szczycie wzgórza. Śledzi mnie dziewczyna o blond włosach.

Spencer jęknęła przeciągle.
– Możesz już skończyć temat Ali? Ona nie żyje.
– Nieprawda!
– Niby skąd masz taką pewność?
Emily poczuła w ustach kwaśny smak. „Powiedz jej – pomyślała. – Powiedz jej, co zrobiłaś”. Ale

słowa nie chciały jej przejść przez gardło. Kiedy do wózka podeszła kelnerka, żeby wziąć z niego kilka
widelców i noży, Emily straciła odwagę.

–  Kelsey  to  A.  –  powtórzyła  Spencer.  –  Ma  motyw.  Wysłałam  ją  do  poprawczaka,  Emily.

Pozbawiłam szansy na miejsce na dobrej uczelni i zrujnowałam jej życie. A ona teraz się mści.

–  Ona  nie  wie,  że  to  zrobiłaś  –  powiedziała  Emily.  – Ale  skoro  już  przy  tym  jesteśmy,  nie  masz

wyrzutów sumienia? Nie uważasz, że powinnaś przyznać się do winy i okazać skruchę?

Spencer zrobiła krok w tył i wpadła na stojak ze srebrną zastawą.
– Jezu, po czyjej ty jesteś stronie?
Nieopodal  grupka  rodziców  rozmawiała  ze  śmiechem  nad  kieliszkiem  czerwonego  wina.  Trzej

drugoklasiści wzięli z baru kufle piwa i ukradkiem je popijali.

–  Nie  biorę  niczyjej  strony.  –  Emily  starała  się  być  rozsądna.  –  Uważam  tylko,  że  powinnaś

powiedzieć prawdę. Kelsey stoi tam.

Emily pokazała ręką w kierunku Kelsey, ale nie mogła jej odnaleźć w gęstym tłumie.
– Ona tu przyszła? – Spencer stanęła na palcach, wpatrując się w tłum. – Chcesz, żebyśmy wszystkie

zginęły?

– Spencer, jesteś...
Spencer uciszyła ją gestem. Nagle zrobiła taką minę, jakby połączyła wszystkie fakty.

background image

– O Boże. Ty się w niej zakochałaś.
Emily wlepiła wzrok w podłogę pokrytą płytkami z terakoty.
– Nie.
Spencer klasnęła.
– Ależ tak! Zakochałaś się w niej tak jak w Ali! Dlatego się tak zachowujesz! – Spojrzała na Emily

z desperacją. – Kelsey nie interesują dziewczyny. Zeszłego lata poderwała armię facetów.

Emily poczuła bolesne ukłucie.
– Ludzie się zmieniają.
Spencer oparła się o ścianę z drwiącym wyrazem twarzy.
–  Tak  jak  Ali  się  zmieniła?  Uważasz,  że  naprawdę  cię  kochała,  Emily?  Byłaś  dziewczyną  z  jej

snów?

Emily poczuła łzy w oczach.
– Odwołaj to!
–  Ali  miała  cię  głęboko  w  nosie  –  oznajmiła  nieporuszona  Spencer.  –  Manipulowała  tobą,  jak

chciała. A teraz robi to Kelsey.

Emily zamrugała. Wrzał w niej gniew, bardziej gwałtowny i silniejszy niż kiedykolwiek wcześniej.

Jak Spencer śmiała powiedzieć coś takiego?

Odwróciła się na pięcie i wróciła na salę.
– Emily! – zawołała za nią Spencer, ale ona nawet nie spojrzała za siebie.
Swędział ją nos, jak zawsze, kiedy zbierało się jej na płacz.
Wbiegła  do  damskiej  toalety  i  stanęła  przed  lustrem,  opierając  się  o  umywalkę.  Ciężko  dyszała.

W lustrze zauważyła, że stoi za nią Kelsey i że szybko chowa do torebki jakiś niewielki przedmiot.

– O, hej – rzuciła nerwowo Kelsey.
Emily w odpowiedzi tylko pociągnęła nosem. Kelsey przyjrzała się jej i zobaczyła na jej policzkach

ślady łez i mocno zaciśnięte usta. Podeszła do umywalki.

– Wszystko w porządku?
Emily wpatrywała się w ich odbicie w lustrze. Kotłowało się w niej tyle emocji. Nadal dźwięczały

jej  w  uszach  podłe  słowa  Spencer.  „Ali  miała  cię  głęboko  w  nosie.  Manipulowała  tobą,  jak  chciała.
A teraz robi to Kelsey”.

Emily podniosła głowę, bo nagle zrozumiała, co musi zrobić.
–  Musisz  o  czymś  wiedzieć  –  powiedziała  mocnym,  zdecydowanym  głosem.  –  O  tym,  co  się

wydarzyło zeszłego lata.

Na twarzy Kelsey pojawił się lęk.
– Co?
–  Spencer  Hastings  wrobiła  cię  w  noc  waszego  aresztowania.  To  na  jej  polecenie  ktoś  podrzucił

pigułki do twojego pokoju, a potem zadzwonił na policję i doniósł na ciebie.

Twarz Kelsey stężała.
– Co takiego?
Zrobiła  krok  w  tył,  zupełnie  zdezorientowana.  Emily  się  nie  myliła.  Kelsey  o  niczym  nie  miała

pojęcia.

–  Przykro  mi  –  powiedziała  Emily.  –  Sama  dowiedziałam  się  o  tym  niedawno  i  pomyślałam,  że

powinnam ci to powiedzieć. Zasługujesz na poznanie prawdę.

Podeszła do Kelsey, żeby ją objąć, ale ona tylko poprawiła torebkę na ramieniu.
– Muszę już iść – rzuciła i ze spuszczoną głową szybko wyszła z łazienki.

background image

29

ONA CIĘ OSTRZEGAŁA, ARIO

W  czasie  bankietu  po  premierze  Aria  stała  wciśnięta  między  jazz-band  grający  bardzo  głośno

własną  wersję The Girl from Ipanema  a  wielki  plakat  do Makbeta, na którym widniały kontury twarzy
Spencer  i  chłopaka  odtwarzającego  tytułową  rolę,  narysowane  czarną  kreską.  Obok  niej  stała  Ella,  jej
chłopak Thaddeus, Mike i Colleen.

– Jako lekarz wypadłeś bardzo przekonująco, Michelangelo. – Ella próbowała przekrzyczeć muzykę.

Jej  długie  kolczyki  z  paciorków  kołysały  się  dziko.  –  Gdybym  wiedziała,  że  masz  taki  talent  aktorski,
zapisałabym cię w dzieciństwie na obóz artystyczny razem z Arią!

Aria zaśmiała się głośno.
– Mike’owi by się tam nie spodobało.
W czasie obozu artystycznego, organizowanego przez Uniwersytet Hollis, wystawiano wiele sztuk,

ale  wśród  nich  także  przedstawienia  kukiełkowe. A  Mike  w  dzieciństwie  panicznie  bał  się  marionetek
i lalek.

– Uważam, że w przyszłym roku powinien ubiegać się o większą rolę – włączyła się do rozmowy

Colleen, chwytając Mike’a za ramię i cmokając go w policzek.

Wszyscy patrzyli na nich rozpromienieni. Mike przez moment stał jak sparaliżowany, ale po chwili

też się uśmiechnął.

Aria rozejrzała się w tłumie. Wcześniej dzwoniła do Hanny i Emily z pytaniem, czy wybierają się na

przedstawienie.  Obie  miały  zamiar  się  pojawić.  Hanna  musiała,  bo  tata  kazał  jej  to  zrobić  dla  Kate,
a Emily chciała okazać wsparcie Spencer. Teraz jednak Aria nigdzie ich nie widziała. Przystojniak, który
grał  główną  rolę,  rozmawiał  przy  barze  z  reżyserem.  Naomi,  Riley  i  Klaudia  tańczyły  na
zaimprowizowanym parkiecie w pobliżu wejścia do restauracji. Kate próbowała porwać do tańca Seana,
ale on uparcie kręcił głową.

Ktoś poklepał Arię po ramieniu i się odwróciła. Stał za nią Ezra w eleganckiej marynarce, czystej

niebieskiej koszuli i wyprasowanych spodniach khaki.

– Niespodzianka!
Aria o mało nie upuściła na ziemię swojego piwa imbirowego.
– Co ty tu robisz?
Ezra zbliżył się do niej.
– Chciałem cię dziś zobaczyć. Zadzwoniłem do domu twojego taty i jego dziewczyna powiedziała

mi, że znajdę cię na bankiecie. – Z aprobatą przyjrzał się fioletowej wełnianej sukience, którą włożyła na
tę okazję.

Aria  zrobiła  krok  w  tył.  Przecież  ktoś  mógł  ich  razem  zobaczyć.  Odwróciła  się,  czując  na  sobie

wzrok całej rodziny. Mike spojrzał na Ezrę z nieskrywaną niechęcią.

– Pan... Fitz? – zapytała Ella, mrugając z niedowierzaniem.
Aria  wzięła  Ezrę  za  rękę  i  zaciągnęła  go  na  drugi  koniec  sali.  Kiedy  mijali  panią  Jonson,

nauczycielkę literatury, przyjrzała się im badawczo. Pan McAdam, nauczyciel od ekonomii, podejrzliwie
uniósł brew. Arii wydawało się, że wszyscy wokół nagle zaczęli szeptać na jej temat.

–  To  nie  najlepszy  moment  –  syknęła,  kiedy  wreszcie  dotarli  do  niewielkiego  korytarza

prowadzącego do łazienki.

background image

– Dlaczego nie? – Ezra zszedł z drogi kilku uczniom.
Devon Arliss,  James  Freed  i  Mason  Byers  wybałuszyli  oczy  na  widok  Ezry  i Arii  idących  razem.

Wszyscy chodzili do tej samej klasy co Aria i na pewno dotarły do nich plotki o jej romansie.

–  To  idealny  moment,  żeby  powiedzieć  o  nas  twojej  mamie  –  oświadczył  Ezra.  –  I  pogadać  z  nią

o  Nowym  Jorku.  –  Wziął Arię  za  rękę  i  zaczął  ją  ciągnąć  w  kierunku  Elli.  –  No  chodź.  Czego  się  tak
boisz?

Jazz-band  zaczął  grać  jakąś  wolną  melodię. Aria  czuła  się  tak,  jakby  jej  stopy  wrosły  w  podłogę.

Nagle  dostrzegła,  że  w  drzwiach  do  restauracji  stanął  Noel  Kahn  i  jego  brat  Erik.  Noel
z niedowierzaniem spoglądał to na Arię, to na Ezrę.

Aria odwróciła się do Ezry.
– Słuchaj, to zły moment na tę rozmowę. Poza tym nie lubię, jak ktoś zastawia na mnie pułapki.
Ezra wbił dłonie w kieszenie.
– Czy to oznacza, że nie życzysz sobie mnie w tej chwili oglądać?
– Nie o to chodzi. Ale nie wmówisz mi, że ta sytuacja nie wydaje ci się dziwna. – Pokazała gestem

na salę pełną gości. – Przyszli tu twoi dawni koledzy z pracy. A ja nadal chodzę do szkoły z tymi samymi
osobami. Teraz oni wszyscy wezmą nas na języki.

Ezra zmrużył oczy.
– Ty się mnie wstydzisz.
–  Nieprawda!  –  zawołała  Aria.  –  Ale  chyba  zauważyłeś,  jak  na  nas  patrzą.  Nie  zrobiło  ci  się

głupio?

– Od kiedy to obchodzi cię opinia innych na twój temat? – Ezra zajrzał do sali restauracyjnej. Jak na

komendę wszyscy odwrócili głowy, udając, że przez cały czas nie gapili się na niego i Arię.

– Nie dbam o to, co oni sobie myślą – broniła się Aria. Choć akurat w tym wypadku trochę dbała.
–  Poza  tym  masz  osiemnaście  lat  –  mówił  dalej  Ezra.  –  Nie  łamiemy  prawa.  Nie  ma  się  czym

martwić. Wstydzisz się, bo niczego nie osiągnąłem? Bo moja powieść to chłam?

Arii miała ochotę krzyczeć.
– Twoja powieść nie ma tu nic do rzeczy.
– To o co chodzi?
Na stoliku obok kelner polał alkoholem deser w kształcie kopuły i podpalił. W powietrze wzbiły się

błękitne  płomienie.  Wszyscy  siedzący  przy  stoliku  zaczęli  bić  brawo.  Wzrok  Arii  bezwiednie
powędrował  w  stronę  drzwi.  Noel  ani  drgnął.  Twardo  wpatrywał  się  w  Arię  swoimi  niebieskimi
oczami. Ezra spojrzał w tym samym kierunku co Aria.

– Wiedziałem. Wasz związek jeszcze się nie skończył.
– Skończył. Przysięgam. – Aria zamknęła oczy. – Ja tylko... Po prostu nie mogę teraz przeprowadzić

tej rozmowy. Nie chcę się pokazywać z tobą publicznie. Nie przy tych wszystkich ludziach. Nowy Jork to
co innego.

Ale Ezra z irytacją odwrócił się od niej.
– Znajdź mnie, jak już dorośniesz i uporasz się ze swoimi problemami, Ario.
Odwrócił się i zniknął w tłumie.
Aria  nie  miała  siły,  żeby  za  nim  iść.  Ogarnęła  ją  desperacja.  Czy  miłość  zawsze  była  tak

skomplikowana?  Z  Noelem  wszystko  było  o  niebo  łatwiejsze.  Czy  gdyby  naprawdę  kochała  Ezrę,
zlekceważyłaby plotki i ciekawskie spojrzenia?

Podeszła  do  bufetu  i  zjadła  szaszłyk  z  tofu,  nie  zdając  sobie  nawet  sprawy  z  jego  smaku.  Znowu

poczuła na ramieniu czyjąś dłoń. Tym razem podeszła do niej pani Kittinger, nauczycielka historii sztuki,
w meloniku, męskiej kamizelce w kratkę i obszernych spodniach.

– Aria! Właśnie chciałam z tobą porozmawiać! – Pani Kittinger pokazała jej wydrukowane strony,

background image

które  wyciągnęła  ze  skórzanej  torby.  –  Chciałam  ci  podziękować  za  to,  że  przysłałaś  swój  esej
o Caravaggiu przed terminem. Dobra robota. Przeczytałam go przed dzisiejszym przedstawieniem.

– Och. – Aria uśmiechnęła się niewyraźnie.
Skończyła  swoją  część  zadania  i  wysłała  ją  pani  Kittinger,  dodając  w  e-mailu,  że  próbowała

namówić  Klaudię  do  współpracy,  ale  ona  nie  wykazywała  zainteresowania  projektem.  No  dobra,
zachowała się jak zwykła kablara, ale nie miała zamiaru puścić Klaudii płazem jej zachowania.

– Nie dostałam jeszcze pracy twojej partnerki – dodała pani Kittinger, jakby czytała w myślach Arii.

– Mam nadzieję, że przyśle coś do poniedziałku. W przeciwnym razie nie dostanie zaliczenia. – Chyba
chciała jeszcze coś dodać, ale tylko uśmiechnęła się smutno do Arii i schowała jej pracę z powrotem do
torby, a potem stanęła w kolejce do bufetu.

Zespół zaczął grać Round Midnight, jedną z ulubionych piosenek Arii. W powietrzu rozchodził się

smakowity,  kojący  zapach  oliwy  z  oliwek.  Kiedy Aria  podniosła  głowę,  wśród  rozmaitych  bibelotów
ustawionych na półce nad stolikiem dostrzegła znajome małe popiersie Szekspira z głową kołyszącą się
na sprężynie. Taką samą figurkę dostała od Ezry w zeszłym roku, tuż przed jego wyjazdem. Traktowała ją
jak największy skarb. Kiedy tylko dotykała lekko chyboczącej się główki, marzyła, że Ezra któregoś dnia
napisze  do  niej,  a  ich  związek  odżyje.  Po  jakimś  czasie  zdała  sobie  sprawę,  że  zapomniał  o  niej,
tymczasem on pisał wtedy swoją powieść. Powieść o nich.

Świat  nabrał  trochę  jaśniejszych  barw.  Może  Aria  rzeczywiście  zachowywała  się  wobec  Ezry

niedojrzale  i  paranoicznie?  Od  kiedy  to  troszczyła  się  o  opinię  innych?  Przecież  była Arią  Dziwaczką,
dziewczyną z różowymi pasemkami, która na WF-ie, zamiast ćwiczyć, wymyślała szalone choreografie.
Rosewood nie zmieniło jej aż tak bardzo.

Uniosła  dumnie  głowę  i  zaczęła  przedzierać  się  przez  tłum.  Miała  nadzieję,  że  Ezra  jeszcze  nie

odjechał.  Postanowiła  go  znaleźć,  przyprowadzić  do  Elli  i  wyjawić  jej  ich  plany.  A  potem  zatańczyć
z nim na małym parkiecie, na złość wszystkim wgapionym w nich uczniom i nauczycielom. Tak bardzo za
nim tęskniła. Teraz nie mogła dać mu się wymknąć.

–  Ezra?  –  zawołała,  zaglądając  do  męskiej  toalety.  Odpowiedziała  jej  cisza.  –  Ezra?  –  zawołała

znowu,  otwierając  tylne  wejście,  ale  zobaczyła  tylko  parę  zielonych  kubłów  na  śmieci  i  kilku  kucharzy
palących  papierosy.  Sprawdziła  salę  restauracyjną,  stanowisko  kelnerów  i  parking.  Na  szczęście
niebieski garbus Ezry stał jeszcze, zaparkowany obok jeepa cherokee. Ezra musiał gdzieś tu być.

Kiedy Aria wróciła do restauracji, powitał ją znajomy, mrożący krew w żyłach śmiech. Stanęła jak

wryta, sparaliżowana strachem.

Śmiech  dobiegał  z  szatni.  Podeszła  do  lady,  za  którą  nikt  nie  stał.  W  głębi  pomieszczenia,

w granatowoczarnym mroku, poruszała się jakaś postać, ukryta między płaszczami, kurtkami skórzanymi
i futrami.

– Jest tu kto? – szepnęła Aria z  mocno bijącym sercem.
Usłyszała  westchnięcie  i  odgłos  pocałunku.  Ojej.  Aria  próbowała  się  wycofać,  ale  się  potknęła

i zachwiała, wpadając na puste wieszaki wiszące na poręczy, które zadźwięczały głośno.

– Co to było? – odezwał się ktoś z głębi szatni.
Aria z przerażeniem zdała sobie sprawę, że zna ten głos.
Po chwili w świetle ukazała się znajoma postać.
– O Boże.
Aria  otworzyła  szeroko  oczy.  Ezra  patrzył  prosto  w  nie.  Rozwarł  usta,  ale  nie  wypowiedział  ani

jednego słowa.

– Panie poeto? – zaszczebiotał drugi głos.
Z  mroku  wyłoniła  się  blondynka,  obejmując  Ezrę  w  pasie.  Miała  zmierzwione  włosy,  rozmazaną

jasnoczerwoną  szminkę,  a  ramiączka  głęboko  wyciętej  sukienki  zwisały  z  jej  ramion.  Na  widok  Arii

background image

uśmiechnęła się triumfalnie.

– Och, cześć! – rzuciła drwiąco, ściskając Ezrę mocniej.
Klaudia.
Aria wycofała się, znów wpadając na wieszaki. Potem się odwróciła i wybiegła z restauracji.

background image

30

ZABIJ JĄ, NIM ONA ZABIJE CIEBIE

–  Muszę  przyznać,  że  zrobiłaś  na  mnie  ogromne  wrażenie.  –  Pan  Pennythistle  zamieszał  swoje

martini  oliwką  nabitą  na  wykałaczkę  i  z  podziwem  spojrzał  na  Spencer.  –  Takiej  lady  Makbet  mógłby
wam pozazdrościć zespół The Royal Shakespeare Company.

Melissa podeszła do Spencer i uścisnęła ją.
–  Fantastyczna  rola.  –  Szturchnęła  Wildena,  który  skinął  głową.  –  Zmieniłaś  się  w  zupełnie  inną

osobę! Zwłaszcza w scenie, w której lady Makbet nie może zmyć krwi z rąk!

Spencer  uśmiechnęła  się  niewyraźnie,  odrzucając  za  ramię  mocno  polakierowane  włosy.  Po

przedstawieniu podeszło do niej mnóstwo osób z gratulacjami. Twierdzili, że spisała się na medal, a jej
porażka  w  pierwszej  scenie  poszła  w  zapomnienie.  Kiedy  dotarła  do  sceny  mycia  skrwawionych  rąk,
w pełni zidentyfikowała się z postacią. Przekazała jej całą energię, która płynęła z głębi jej duszy nękanej
wyrzutami  sumienia.  Na  koniec  dostała  największe  brawa  i  przyćmiła  nawet  Beau.  Już  rozmawiała
z  operatorem  kamery,  prosząc  go,  żeby  wyciął  pierwszą  scenę. A  reszta  przedstawienia  nadawała  się
w sam raz dla komisji w Princeton.

Teraz jednak rozmowa z Emily zupełnie zbiła ją z tropu. Nie chciała na nią naskakiwać, ale Emily

sama  się  o  to  prosiła.  Chciała  ją  przeprosić,  nigdzie  jednak  nie  mogła  jej  znaleźć.  Kelsey  też  gdzieś
zniknęła.

Do Spencer podeszła nieznajoma brunetka o pociągłej twarzy.
–  Lady  Makbet?  –  wyciągnęła  dłoń.  –  Jestem  Jennifer  Williams  z  „Gońca  Filadelfijskiego”.  Czy

mogę przeprowadzić z panią wywiad i zrobić kilka zdjęć?

– To wspaniale, Spence! – ucieszyła się pani Hastings.
Nawet Amelia spojrzała na Spencer z podziwem.
Spencer  pożegnała  się  z  rodziną,  a  także  niezdarnie  uścisnęła  pana  Pennythistle’a.  Kiedy

przedzierała się przez tłum, koledzy z zespołu, dziewczyny z drużyny hokejowej, a nawet Naomi, Riley
i Kate poklepywali ją po plecach i gratulowali świetnego występu. Rozglądała się za Emily, ale nigdzie
jej nie widziała.

Reporterka zaprowadziła ją do stolika w zacisznym kącie sali. Beau już tam czekał, pijąc espresso.

Zdjął zbroję i włożył czarny kaszmirowy sweter oraz doskonale skrojone sztruksowe spodnie. Wyglądał
bardzo seksownie. Usiadła obok niego, a on uścisnął jej dłoń.

– Może wymkniemy się z przyjęcia po tym wywiadzie?
Sam uścisk dłoni Beau podziałał jak balsam na jej skołatane nerwy. Uniosła brew, udając oburzenie.
– Czy to wypada, żeby student aktorstwa z Yale uciekał z bankietu po premierze spektaklu, w którym

grał główną rolę? Myślałam, że wolisz pokręcić się wśród gości i posłuchać pochwał.

– Potrafię zaskakiwać. – Beau puścił do niej oko.
Jennifer Williams usiadła naprzeciwko i otworzyła notes na pustej stronie. Kiedy spojrzała na Beau

i  zadała  mu  pierwsze  pytanie,  zadźwięczał  telefon  Spencer.  Dostała  co  najmniej  dwadzieścia  SMS-ów
z gratulacjami. Jednak ostatnia wiadomość była oznaczona tylko szeregiem liter i cyfr.

Spencer  z  trudem  przełknęła  ślinę,  odchyliła  się  na  oparcie  krzesła,  zasłoniła  dłonią  ekran

i otworzyła SMS-a.

background image

Skrzywdziłaś mnie i siebie. Teraz ja skrzywdzę ciebie.

A.

Do wiadomości dołączono zdjęcie blondynki w żółtej sukience na ramiączkach leżącej na brzuchu

nocą na plaży. Miała nienaturalnie skręconą głowę, a ze skroni po policzku płynęła krew, która wsiąkała
w piasek. Fala zbliżała się do jej głowy, jakby zaraz miała ją z sobą porwać.

Spencer upuściła telefon na kolana. Zdjęcie przedstawiało Tabithę zaraz po tym, jak Aria zepchnęła

ją z tarasu. Ani Spencer, ani jej przyjaciółki nie znalazły ciała na plaży. Zapadł zmrok, a zwłoki zniknęły,
zanim dziewczyny zeszły na plażę.

Ciało znalazł ktoś inny. I zrobił to zdjęcie. Kelsey.
Spencer jęknęła jak na torturach. Jennifer Williams podniosła głowę znad notatnika.
– Wszystko w porządku?
– Ja...
Spencer wstała od stolika. Zakręciło się jej w głowie. Musiała się stąd jakoś wydostać. Musiała się

ukryć. Dziennikarka wołała za nią, ale ona nie potrafiła się odwrócić. Pobiegła prosto do wyjścia. Każda
mijana  osoba  wydawała  się  jej  karykaturalnie  zniekształcona  i  niebezpieczna.  Tylnym  wyjściem
wybiegła na pustą ulicę. Wzdłuż ściany stały rzędem kubły na śmieci. Spencer poczuła, że od dusznego
zapachu  gnijących  warzyw  i  mięsa  robi  się  jej  niedobrze.  Na  zewnątrz  panowała  głucha  cisza
kontrastująca z wrzawą w środku restauracji.

– Hej.
Spencer  się  odwróciła  i    w  tylnych  drzwiach  zobaczyła  Kelsey,  która  patrzyła  na  nią  zmrużonymi

oczami,  mając  mocno  zaciśnięte  usta.  Spencer  westchnęła.  Chciała  uciekać,  ale  nogi  odmówiły  jej
posłuszeństwa.

Kelsey położyła dłonie na biodrach.
– Dostałaś moją wiadomość?
Spencer jęknęła cicho. Przed oczami stanął jej obraz martwej Tabithy leżącej na plaży.
– Tak – wyszeptała.
–  Jesteś  odrażająca  –  syknęła  Kelsey,  otwierając  szeroko  oczy.  –  Naprawdę  wydawało  ci  się,  że

ujdzie ci to na sucho?

Spencer serce podeszło do gardła.
– Ja...
– Co? – Kelsey przekrzywiła głowę. – Przepraszam? To niestety nie załatwia sprawy.
Chwyciła Spencer za łokieć. Spencer wyrwała się, próbując uciec, ale Kelsey z dzikim okrzykiem

przycisnęła  ją  do  ceglanej  ściany.  Spencer  wrzasnęła,  a  jej  głos  odbił  się  echem  w  wąskiej  uliczce.
Nagle  przed  oczami  stanęła  jej  przerażająca  wizja  złożona  z  elementów  wszystkich  koszmarów,  które
zrodziły się w jej głowie przez kilka ostatnich dni. Zobaczyła gapiącą się na nią Tabithę, która stała na
scenie w auli. I Kelsey wchodzącą do stawu, żeby ją utopić.

– Nie uwolnisz się ode mnie – powiedziała Kelsey z jej wizji, a może prawdziwa Kelsey, stojąca

przed nią we własnej osobie. – Zasługujesz na karę za to, co zrobiłaś.

– Nie! – krzyczała Spencer, uderzając Kelsey z całej siły.
Kelsey  odchyliła  się  w  tył,  ale  natychmiast  ponownie  rzuciła  się  na  Spencer,  która  w  panice

wyciągnęła ręce i zacisnęła je na szyi przeciwniczki. Zaciskała palce, czując, jak wbijają się w mięśnie,
blokują gardło i miażdżą drobne kości. Nie miała wyboru. Musiała powstrzymać Kelsey, zanim ta zrobi
jej krzywdę.

– Jezu! – zawołał jakiś głos.
Spencer  poczuła  uderzenie  pięścią  w  plecy.  Straciła  równowagę  i  odrzuciła  ręce  na  boki.  Nagle

background image

leżała  na  ziemi  na  plecach.  Zobaczyła  nad  sobą  zszokowanych  kolegów  z  zespołu.  Obok  grupa  gapiów
zebrała się wokół łkającej dziewczyny. Kelsey stała pochylona, z trudem łapiąc oddech.

Spencer się podniosła.
– Nie dajcie jej uciec! – zawołała. – Ona próbuje mnie zabić!
Wszyscy na nią spojrzeli.
– Co ona wygaduje? – odezwał się ktoś.
– Widziałem, jak bez powodu rzuciła się na tę drugą dziewczynę! – dodał ktoś inny.
– To ta nieszczęsna sztuka! – zawołał stojący gdzieś z tyłu Pierre. – Pomieszała jej w głowie.
– To wariatka! – odezwał się znajomy głos. To była Kelsey.
Tłum  się  rozstąpił  i  Spencer  zobaczyła  twarz  Kelsey.  Po  policzkach  płynęły  jej  łzy.  Jej  klatka

piersiowa  unosiła  się  miarowo  z  każdym  oddechem.  Jeden  z  kelnerów  pomagał  Kelsey  podnieść  się
z ziemi. Kilka osób odprowadziło ją uliczką na parking.

– Zaczekajcie! – zawołała zduszonym głosem Spencer. – Nie dajcie jej uciec! To A.!
Beau kucnął obok niej.
– To był męczący wieczór – powiedział szorstkim tonem. – Może powinnaś jechać do domu, zanim

zrobisz kolejną scenę.

Spencer  energicznie  pokręciła  głową.  Dlaczego  on  nie  chciał  jej  zrozumieć? Ale  kiedy  spojrzała

w  przerażoną  twarz  Beau,  zdała  sobie  sprawę,  że  całe  zajście  wyglądało  tak,  jakby  to  ona  je
sprowokowała. Wszyscy uważali, że Spencer zaatakowała niewinną dziewczynę.

– Świruska – szepnął ktoś z boku.
– Trzeba ją odwieźć do wariatkowa – dodał ktoś inny.
Jakaś kobieta pobiegła za Kelsey i położyła jej dłoń na ramieniu.
– Powinnaś iść z tym do sądu i domagać się zadośćuczynienia. Ona cię napadła.
Tłumek  powoli  zaczął  się  rozchodzić.  Po  chwili  nad  Spencer  stał  tylko  Beau,  patrząc  na  nią  tak,

jakby nigdy wcześniej jej nie widział.

– To niebezpieczna przestępczyni – wyszeptała Spencer. – Wierzysz mi?
Beau  wpatrywał  się  w  nią  przez  chwilę.  Spencer  miała  nadzieję,  że  pomoże  jej  się  podnieść,

przytuli ją i powie, że ją obroni. Ale on wycofał się razem z innymi.

– Jestem za tym, żeby identyfikować się z rolą, ale ty posunęłaś się za daleko.
Odwrócił  się  i  zniknął  w  restauracji.  Spencer  chciała  go  zawołać,  ale  czuła  się  zbyt

zdezorientowana.  Potem  spojrzała  na  Kelsey,  która  na  chwiejnych  nogach  znikała  na  końcu  uliczki.
Podniosła w górę wyciągnięty palec, a potem przesunęła nim po swojej szyi. Następnie pokazała nim na
Spencer. I powiedziała coś jeszcze – bezgłośnie, ale tak wyraźnie układała usta, żeby do Spencer dotarło
każde słowo: „Już nie żyjesz”.

background image

31

EMILY IDZIE ZA GŁOSEM SERCA

– Kelsey? – Emily przeciskała się przez tłum, który zrobił się jeszcze gęstszy, od kiedy godzinę temu

zaczął się bankiet.

W jednej z mniejszych sal jadalnych zauważyła ciasno zbitą grupkę osób, które po cichu rozprawiały

o czymś, co przed chwilą się wydarzyło. Naomi, Riley, Kate i Klaudia szeptały gorączkowo. Obok nich
stał  przystojny  brunet,  któremu  Emily  przyjrzała  się  dokładniej.  Czy  to  pan  Fitz,  ich  dawny  nauczyciel
literatury?

Emily  po  raz  ostatni  widziała  Kelsey  w  łazience  i  nie  mogła  jej  nigdzie  znaleźć.  Czy  Kelsey

pogniewała się o to, że Emily tak długo ukrywała prawdę? Może powinna była od razu się przyznać, że
wie, co zrobiła Spencer?

Emily przeszła obok wielkiego plakatu przedstawiającego Beau i Spencer w rolach Makbeta i lady

Makbet. Dopadły ją wyrzuty sumienia. Spencer. Dawno temu Emily była zawsze lojalna wobec swoich
przyjaciółek.  To  dlatego Ali  nazywała  ją  Zabójcą.  Dziś  wieczorem  Spencer  zachowała  się  wobec  niej
karygodnie, ale czy to upoważniało Emily do zdradzenia jej tajemnicy? I to osobie wrogo nastawionej do
Spencer?  Nagle  przypomniało  się  jej,  jak  zeszłego  lata,  wracając  z  pracy  w  restauracji  Posejdon,
wysiadła z metra i zauważyła Spencer rozmawiającą z jakimś facetem w czarnej wełnianej czapce.

– Phineas, potrzebuję tego więcej – mówiła błagalnym tonem.
Phineas wzruszył tylko ramionami. Emily próbowała mu się dobrze przyjrzeć – Spencer wspominała

jej o nim wiele razy – ale stał w cieniu, przygarbiony. Emily nie dosłyszała jego odpowiedzi.

– Żałuję, że mnie w to wciągnąłeś – powiedziała Spencer. – To mnie doprowadziło do ruiny.
Phineas  bezradnie  uniósł  w  górę  ręce.  Kiedy  Spencer  zatrzęsła  się  z  płaczu,  nie  objął  jej  i  nie

pocieszył.

Emily  zaczaiła  się  za  rogiem.  Spencer  wydała  się  jej  taka...  słaba.  Miała  problemy  i  nie  radziła

sobie  z  nimi.  Emily  wiedziała,  że  powinna  coś  zrobić,  ujawnić  się,  podać  Spencer  pomocną  dłoń,  ale
wtedy  myślała  tylko  o  swoim  skandalicznym,  wielkim  brzuchu.  Nie  chciała,  żeby  Spencer  zobaczyła  ją
w tym stanie. Sparaliżował ją strach.

Teraz  tamta  reakcja  wydała  się  jej  niedorzeczna.  Spencer  i  tak  się  dowiedziała  o  ciąży  Emily.

Razem z pozostałymi dziewczynami pomogły jej, kiedy najbardziej tego potrzebowała. Czy gdyby Emily
podeszła  wtedy  do  Spencer,  zostałaby  aresztowana?  Czy  Kelsey  poszłaby  do  poprawczaka?  Czy  Emily
mogła  zmienić  tragiczny  bieg  wydarzeń?  Nagle  w  tłumie  dostrzegła  twarz  Arii  i  to  wyrwało  ją
z zamyślenia.

– Szukałam cię. Gdzie się podziewałaś? – spytała Aria.
Emily zrobiła nieokreślony gest.
–  No,  tutaj.  Słuchaj,  widziałaś  gdzieś...  –  Już  miała  powiedzieć  „Kelsey”,  ale  w  porę  ugryzła  się

w język. –... Spencer?

Aria spojrzała na nią zdumiona.
– Nie widziałaś, co się stało?
Emily jeszcze raz spojrzała na wstrząśniętych gości.
– Nie...
–  Ja  tylko  końcówkę.  –  Aria  otworzyła  szeroko  oczy.  –  Spencer  wpadła  w  szał.  Rzuciła  się  na

background image

kogoś. Chyba na tę Kelsey, którą Spencer uważa za A. Ona tu przyszła.

–  O  Boże.  –  Emily  zdała  sobie  sprawę,  że  to  wszystko  przez  to,  że  wyjawiła  Kelsey  prawdę.  –

Nikomu nie stała się krzywda?

Aria pokręciła głową.
– Ale musimy odszukać Spencer. Może nie bez przyczyny spanikowała.
Emily rozejrzała się po restauracji. Nagle dostrzegła rudowłosą dziewczynę, która odbierała swoją

kurtkę od szatniarki. Kelsey.

Dotknęła ramienia Arii.
– Zaraz wracam.
Aria zmarszczyła czoło.
– Dokąd idziesz?
– Zajmie mi to tylko minutę.
Emily z trudem przedarła się przez tłum gości. Kiedy dotarła do Kelsey, ta już chwyciła za klamkę.
– Wychodzisz? – zapytała zdyszana.
Kelsey  odwróciła  się  i  spojrzała  na  Emily.  Wydawała  się  zmęczona  i  zdezorientowana,  jakby  nie

rozpoznawała swojej przyjaciółki. Miała popękane wargi i nienaturalnie wytrzeszczone oczy.

– Tak. Niespecjalnie podobają mi się bankiety popremierowe.
– Coś się stało? – Głos Emily brzmiał coraz bardziej histerycznie. – Rozmawiałaś ze Spencer? Nie

jesteś na mnie wściekła? Że wiedziałam? I nie powiedziałam ci? Nie wiedziałam jak, ale powinnam była
to zrobić.

Kelsey rozchyliła usta. Zadrżał jej mięsień na policzku. Choć w szatni panował chłód, na jej czole

pojawiły się kropelki potu. Bez słowa odwróciła się i wyszła na parking.

– Dokąd idziesz? – Emily ruszyła za nią.
–  Byle  dalej  stąd.  –  Kelsey  zatrzymała  się  przy  swoim  samochodzie  i  otworzyła  automatyczny

zamek, który zapikał dwukrotnie. – Jak chcesz, to wsiadaj.

Emily  odetchnęła  z  ulgą.  Spojrzała  na  restaurację,  zastanawiając  się,  czy  nie  powinna  powiedzieć

Arii, że wychodzi. Lecz Aria szukała Spencer, która z pewnością nie chciała w tej chwili oglądać Emily.
Zresztą Emily również nie czuła się jeszcze gotowa na spotkanie ze Spencer.

– Jadę z tobą – odparła. Otworzyła drzwi i usiadła na miejscu dla pasażera.
Kelsey posłała jej nerwowy, napięty uśmiech.
– To dobrze – szepnęła i ruszyła.
Samochód wjechał w mrok.

background image

32

LIŚCIK NA SAMOCHODOWEJ ANTENIE

Zegar na desce rozdzielczej w priusie Hanny pokazywał 21.08, kiedy razem z Liamem podjeżdżali

pod restaurację, w której odbywał się bankiet po premierze Makbeta. Hanna zaparkowała.

– Na pewno musisz tam iść? – zapytał Liam, odgarniając włosy znad oczu.
– Na pewno. – Hanna pomasowała kark. – Wystarczy, że nie poszłam na przedstawienie. Powiem

tacie, że siedziałam gdzieś z tyłu. Co robią wiedźmy w tej sztuce? Na wypadek, gdyby tata chciał mnie
przepytać.

– Wróżą Makbetowi. – Liam przesunął palcem po nagim ramieniu Hanny. Na dzisiejszą potajemną

randkę  włożyła  nowiutką,  kupioną  w  Szyku,  jedwabną  sukienkę  mini,  która  odsłaniała  dużo  ciała.
Wieczór spędzili w teatrze na terenie kampusu w Hollis, całując się w ostatnim rzędzie. – Mówią mu, że
zostanie królem i zapowiadają jego tragiczny koniec – mówił dalej Liam. – I co chwila rechotają.

Hanna dotknęła palcem koniuszka jego nosa.
– Jesteś taki seksowny, kiedy opowiadasz mi o Szekspirze. Uwielbiam cię.
– Ja też cię uwielbiam. I jesteś seksowna w każdej sytuacji – odparł Liam, całując ją w usta.
Hanna była w siódmym niebie. Liam właśnie powiedział, że ją uwielbia.
Po sześciu kolejnych pocałunkach na do widzenia Hanna kazała Liamowi wysiąść z samochodu. On

zaparkował  swoje  auto  kilka  godzin  wcześniej  na  parkingu  przed  kościołem  po  drugiej  stronie  ulicy.
Z  rozkoszą  obserwowała  go,  jak  przebiegał  przez  Lancaster  Avenue.  Potem  wysiadła  ze  swojego
samochodu i przeszła przez parking do restauracji. Nagle obok przejechała toyota, o mało nie uderzając
w Hannę.

–  Gdzie  masz  oczy!  –  zawołała  do  kierowcy,  odskakując  w  bok.  Po  stronie  pasażera  dostrzegła

znajomą twarz. – Emily? – Obok niej siedziała dziewczyna o rudych włosach, którą Hanna skądś znała.
Ale skąd?

Zanim Hanna zdążyła sobie przypomnieć, samochód odjechał. Odwróciła się i weszła do restauracji

pełnej  ludzi,  gdzie  pachniało  pieczonym  czosnkiem  i  świeżym  chlebem.  Przy  wejściu  tłoczyło  się  tyle
osób, że idąc do szatni, Hanna prawie wpadła na jakiegoś chłopaka.

– Uważaj! – warknął, kiedy Hanna przez przypadek wbiła mu łokieć w plecy.
– Sam uważaj – odburknęła.
Kiedy chłopak się odwrócił, okazało się, że to Mike.
Hanna zrobiła krok w tył.
– O, cześć – powiedziała.
– Cześć. – Mike chyba nie spodziewał się jej tu zobaczyć. Od kilku tygodni z sobą nie rozmawiali.

Nadal  pachniał  kremem  do  rąk  z  wyciągiem  z  ogórka,  który  Hanna  podarowała  mu  pod  choinkę.  –  Co
słychać?

Hanna uniosła brew.
– O, już się do mnie odzywasz.
Mike wydawał się zakłopotany.
–  Zachowałem  się...  jak  głupek.  –  Spojrzał  na  nią  błagalnie  i  dotknął  jej  nadgarstka.  –  Tęsknię  za

tobą.

Hanna  spojrzała  na  jego  długie,  szczupłe  palce  i  nagle  ogarnął  ją  gniew.  Dlaczego  Mike  nie  mógł

background image

dojść do tego wniosku tydzień wcześniej, kiedy Hanna co chwila zostawiała mu wiadomość w poczcie
głosowej? Czy zainteresował się nią dlatego, że przestała do niego dzwonić? To takie typowe... Odsunęła
rękę.

– Spotykam się z kimś, Mike.
Oczy Mike’a przygasły.
– Och. To dobrze. Cieszę się. Ja też mam dziewczynę.
Hanna poczuła bolesne ukłucie. Jak to?
– To fajnie – powiedziała sucho.
Przyglądali się sobie nieufnie. Ktoś pociągnął Hannę za ramię. Zobaczyła, że obok niej stoją Aria

i Spencer, obie przerażone i blade.

– Musimy pogadać – powiedziała Aria.
Wyciągnęły ją z powrotem na parking. Hanna spojrzała przez ramię na Mike’a, ale on już odwrócił

się do Masona Byersa i Jamesa Freeda.

– Musisz to zobaczyć – powiedziała Spencer, kiedy stanęły w odległym rogu parkingu, gdzie nikt ich

nie widział. Wyciągnęła telefon i pokazała Hannie.

Jej wzrok przez chwilę przyzwyczajał się do ciemności. Na ekranie zobaczyła zdjęcie dziewczyny

leżącej na piasku z głową w kałuży krwi.

– Czy to...? – westchnęła Hanna. Imię Tabithy nie chciało jej przejść przez gardło.
Spencer  opowiedziała  jej,  jak  Kelsey  podeszła  do  niej  i  zapytała  o  wiadomość,  którą  wysłała

wcześniej. Tę wiadomość.

–  Wie,  co  zrobiłyśmy.  Wie  o  wszystkim.  Rzuciła  się  na  mnie,  a  kiedy  próbowałam  się  bronić,

wszyscy uznali, że to ja ją zaatakowałam. A po tym zajściu ona spojrzała na mnie z oddali i bezgłośnie
powiedziała: „Już nie żyjesz”.

Hanna nie wierzyła własnym uszom.
– Jesteś pewna?
Spencer pokiwała głową.
– Musimy ją znaleźć i powstrzymać, nim zrobi coś okropnego. Tylko że nie mam pojęcia, gdzie jej

szukać. Zniknęła.

Na drodze zawarczał silnik jakiegoś auta, co przypomniało Hannie o toyocie, która przed chwilą o

mało jej nie rozjechała. Nagle połączyła wszystkie fakty.

– Chyba ją przed chwilą widziałam. Tylko jej nie rozpoznałam w pierwszej chwili.
– Gdzie!? – wykrzyknęła Aria.
Hanna z przerażoną miną pokazała na wejście do restauracji.
– W samochodzie. Odjeżdżała. Dziewczyny, ona nie była sama.
Spencer szeroko otworzyła oczy.
– Emily siedziała obok niej, prawda?
Aria sięgnęła do torebki po kluczyki.
– Musimy je znaleźć. I to natychmiast.
Ruszyła  w  stronę  swojego  samochodu,  a  Hanna  podążyła  za  nią.  Po  kilku  krokach  odwróciła  się

i zauważyła, że Spencer stoi na chodniku, przestępując z nogi na nogę.

– Co się stało? – zapytała Hanna.
Spencer zagryzła dolną wargę.
– Pokłóciłam się z Emily w restauracji. Strasznie jej nagadałam. Ona pewnie nie chce mnie widzieć.
–  Owszem,  chce.  –  Hanna  pociągnęła  Spencer  za  rękę.  –  To  Emily.  Grozi  jej  niebezpieczeństwo.

Tak jak nam wszystkim.

background image

Spencer  pokiwała  głową,  zapięła  kurtkę  i  poszła  z  dziewczynami  do  samochodu  Arii,  która  już

otwierała  pilotem  drzwi  auta.  Wsiadły,  a  kiedy  Aria  uruchamiała  silnik,  Hanna  pokazała  palcem  na
karteczkę nabitą na antenę.

– Co to?
Spencer wyskoczyła z samochodu i zerwała liścik z anteny. Wsiadła z powrotem i położyła go sobie

na kolanach. Wszystkie na niego spojrzały. W jednej chwili wydały długie, przerażone westchnienie.

Pospieszcie się! Za chwilę może być za późno.

A.

background image

33

UPADŁY IDOL

Emily i Kelsey mijały eleganckie sklepy przy głównej alei Rosewood, wieżę ratuszową w Hollis,

zadaszony  most  i  elegancki  salon  kosmetyczny,  gdzie  Ali  zabrała  kiedyś  Emily  i  ich  przyjaciółki  na
regulację brwi przed zakończeniem roku szkolnego w siódmej klasie.

Kelsey jechała bez słowa, wpatrzona w dal. Raz po raz jej ciałem wstrząsały dreszcze i drgawki,

jakby budziła się ze złego snu.

– Wszystko w porządku? – zapytała ostrożnie Emily.
– W najlepszym – odparła Kelsey. – Nigdy nie czułam się lepiej! Wspaniale! Czemu pytasz?
Wypowiedziała  te  słowa  w  ciągu  dwóch  sekund.  Emily  odchyliła  się  na  oparcie  fotela,  czując

nacisk pasa bezpieczeństwa.

– Rozmawiałaś ze Spencer o tym, co się stało, prawda? I co? Jesteś wkurzona?
Kelsey puściła kierownicę, odwróciła się do Emily i zaczęła ją głaskać po ramieniu.
– Jesteś słodka. Zawsze się tak martwisz o innych czy tylko dla mnie zrobiłaś wyjątek?
– Uważaj na drogę – ostrzegła ją Emily, kiedy samochód wjechał na linię dzielącą jezdnię na pół.

Nadjeżdżający z przeciwka samochód zatrąbił i objechał je łukiem.

–  Mam  nadzieję,  że  mnie  traktujesz  wyjątkowo.  –  Kelsey  usiadła  prosto.  –  Bo  ty  dla  mnie  jesteś

wyjątkowa.

–  Cieszę  się  –  odparła  Emily,  ale  nadal  czuła  się  trochę  podminowana.  Spojrzała  przez  okno  na

mijane ciemne słupy telefoniczne. Dokąd zajechały? Rzadko bywała w tej części Rosewood.

Kiedy  na  horyzoncie  zamajaczył  stary,  zrujnowany  kościół  kwakrów,  Kelsey  gwałtownie  skręciła

w  ledwie  widoczną  dróżkę.  Minęły  tablicę  z  odręcznym  napisem  „KAMIENIOŁOM  TOPIELCA”,
wykonanym krzywymi literami.

– D-dlaczego tam jedziemy? – wyjąkała Emily.
– Nigdy tam nie byłaś? – Kelsey wjechała na strome wzgórze. – To genialne miejsce. Nie byłam tu

od wieków. Ostatni raz przed pójściem do poprawczaka.

Emily  spojrzała  przez  okno.  Ona  też  była  tu  dawno  temu,  gdy  z  przyjaciółkami  odkryły,  że  Mona

Vanderwaal  to  A.  Mona  chciała  zepchnąć  Spencer  z  urwiska  na  skały  w  dole,  ale  poślizgnęła  się
i skręciła sobie kark na dnie kamieniołomu.

– Znam fajniejsze miejsca – odparła Emily drżącym głosem. – Na przykład to wzgórze przy trasie

kolejowej, z którego widać całą Filadelfię.

–  Nie,  mnie  się  najbardziej  podoba  tutaj.  –  Kelsey  zatrzymała  się  na  pustym  parkingu  obok

wielkiego kubła na śmieci w kształcie beczki. – Musisz zobaczyć ten widok!

– Niekoniecznie. – Emily wyrwała ramię z uścisku Kelsey. Jej stopy tonęły w mokrej trawie. – Mam

lęk wysokości.

–  Ale  tu  jest  tak  pięknie,  Emily!  –  Kelsey  pokazała  na  zbocze  wąwozu.  Miała  wytrzeszczone,

rozbiegane oczy, cały czas się trzęsła i nie mogła zapanować nad tikami. – Musimy wpisać to na naszą
listę! Ten, kto nigdy nie stał na krawędzi klifu, nie żył naprawdę! – zakrzyknęła i zaśmiała się cicho.

Emily  struchlała.  Przypomniała  sobie  ostrzeżenia  Spencer.  Przypadkowy  jednoczesny  pobyt  na

Jamajce. Ręce, które zepchnęły ją ze zbocza, i Kelsey, która stała na górze kilka sekund później. I to jej
przedziwne zachowanie.

background image

– Kelsey, co się dzieje? – wyszeptała Emily.
Kelsey uśmiechnęła się głupkowato.
– Nic! O co ci chodzi?
– Po prostu jesteś jakaś... inna. Jakbyś... sama nie wiem... wypiła za dużo.
– Jestem pijana życiem! – Kelsey rozpostarła ramiona. – Gotowa na wielki czyn! Wydawało mi się,

że nie brakuje ci odwagi, Emily. Nie chcesz stanąć obok mnie nad przepaścią?

Kelsey  podbiegła  do  samej  krawędzi  urwiska,  zostawiając  otwartą  torebkę  na  siedzeniu  dla

kierowcy. Światła na desce rozdzielczej wciąż się paliły i widać było zawartość torby. Na samej górze
leżała fiolka z pigułkami bez nalepki z apteki i bez nazwy.

Emily  zdała  sobie  sprawę,  że  coś  tu  nie  gra.  Powoli,  bezszelestnie  odnalazła  dłonią  telefon

w kieszeni. Napisała szybko SMS-a do Arii:

SOS. Przy Topielcu. Błagam, przyjedź.

Wysłała wiadomość i czekała na potwierdzenie od Arii, kiedy nagle Kelsey odwróciła się.
– Do kogo dzwonisz?
– Do nikogo. – Emily wrzuciła telefon z powrotem do kieszeni.
Kelsey w jednej chwili straciła całą energię.
– Nie chcesz tu ze mną być, prawda? Nie chcesz się ze mną spotykać.
–  Oczywiście,  że  chcę.  Ale  niepokoję  się  o  ciebie.  Wyglądasz  na...  zmartwioną.  Dziwnie  się

zachowujesz. To przez to, co ci powiedziałam? Powinnam była przyznać się od razu. Przepraszam.

Kelsey pociągnęła nosem.
– No cóż, ja też powinnam była powiedzieć prawdę.
Emily przekrzywiła głowę.
– Co masz na myśli?
–  Ja  też  skłamałam,  tak  jak  ty  –  zachichotała  Kelsey,  podchodząc  do  Emily.  –  Na  przykład

powiedziałam,  że  nie  wiedziałam,  że  przyjaźnisz  się  ze  Spencer. Ani  że  przeszłaś  piekło  przez Alison.
Wiedziałam o wszystkim, Emily. Tylko udawałam głupią.

Emily przycisnęła dłonie do skroni, próbując zrozumieć to, co usłyszała.
– Ale dlaczego?
– Bo próbowałam być miła. – Wiatr rozwiał włosy Kelsey. – Nie chciałam się na ciebie gapić jak

na wariatkę. A jaką ty masz wymówkę, Emily? Chciałaś się ze mnie pośmiać za moimi plecami? Ubawiło
was to, co ona mi zrobiła?

– Oczywiście, że nie! – zawołała Emily. – Dowiedziałam się dopiero, kiedy cię poznałam.
Kelsey spojrzała na nią nienawistnie.
–  Każda  z  was  chowa  w  zanadrzu  jakieś  tajemnice.  –  Z  obrzydzeniem  pokręciła  głową.  –  Nie

mogłam uwierzyć, że zrobiłaś coś takiego. Jesteś okropna, Emily.

Emily  położyła  dłoń  na  piersi.  Czuła  bicie  swojego  galopującego  serca.  Rysy  twarzy  Kelsey

zmieniły  się  nie  do  poznania.  Teraz  patrzyła  na  Emily  z  taką  samą  czystą  nienawiścią,  z  jaką  Emily
myślała  o  sobie  samej,  od  kiedy  wyłowiono  z  morza  szczątki  Tabithy.  Nagle  wszystkie  przypuszczenia
Spencer  nabrały  podstaw.  A  właściwie  się  potwierdziły.  Przypomniało  się  jej  zdjęcie  Tabithy
w telefonie Kelsey. I twarz Tabithy, kiedy Aria zepchnęła ją z tarasu. Głuchy odgłos ciała uderzającego
o piasek. Cały kurort wydawał się opustoszały, jakby tego wieczoru wszyscy goście wyjechali. Ale ktoś
je obserwował. Kelsey.

Jak to możliwe, że wcześniej Emily nie chciała dostrzec tych powiązań? Czy Spencer nie myliła się

co do niej? Czy Emily zaślepiło uczucie?

background image

W każdym razie Kelsey miała rację: Emily była okropna. Najokropniejsza na świecie.
– Nie chciałam, żeby to się stało – wyszeptała Emily. – Nic nie rozumiesz.
Kelsey jeszcze raz z dezaprobatą pokręciła głową.
– Dopuściłaś do tego. I nie powiedziałaś ani słowa.
Emily  zakryła  twarz  dłońmi,  przypominając  sobie  stronę  internetową  upamiętniającą  Tabithę,

rodzinę i wszystkich jej przyjaciół pogrążonych w żałobie.

– Wiem. Powinnam była temu zapobiec. To okropne.
Z daleka dobiegł jej uszu odgłos samochodu jadącego po żwirze. Emily się odwróciła. Za zakrętem

zamajaczyły światła reflektorów i po chwili na wzgórze wjechało subaru Arii, siedzącej za kierownicą.
Obok niej siedziała Hanna, pokazując miejsce, w którym dostrzegła Emily.

Emily podniosła ręce, żeby je przywołać, ale Kelsey złapała ją za nadgarstek.
– Idziesz ze mną. – Pociągnęła Emily w kierunku urwiska.
– Nie! – Emily próbowała się wyrwać, lecz Kelsey trzymała ją mocno i ciągnęła tak gwałtownie, że

Emily straciła równowagę.

– Chcę ci coś pokazać – powiedziała Kelsey, idąc w kierunku wąwozu.
Emily co krok potykała się w bardzo niewygodnych butach, a kiedy jeden z nich spadł jej ze stopy,

nie podniosła go, tylko poszła dalej boso. Po twarzy płynęły jej łzy i ze strachu z trudem łapała oddech.

–  Przepraszam  –  skamlała.  Jej  głos  tak  się  trząsł,  że  ledwie  wypowiadała  kolejne  słowa.  –

Myślałam, że jesteśmy przyjaciółkami. Nawet więcej niż przyjaciółkami.

– Byłyśmy. – Kelsey pchnęła Emily na skały. – Ale mnie zaboli to bardziej niż ciebie.
Stanęły  na  samej  krawędzi  zbocza.  Na  skalistą  ścianę  posypał  się  żwir.  Kiedy  Emily  spojrzała

w  dół,  zobaczyła  tylko  głęboką  ciemność.  Kiedy  popatrzyła  przez  ramię,  dostrzegła Arię  wysiadającą
z samochodu.

– Emily! – zawołała Aria. – O Boże!
Kelsey popchnęła Emily w stronę krawędzi, a Emily krzyknęła. Kelsey chciała zrobić jej to samo,

co Mona próbowała zrobić Spencer, a Tabitha Hannie. To, co Ali próbowała zrobić im wszystkim. Tylko
że tym razem Kelsey – A. – nie umrze.... Za to ofiara A. zginie.

–  Proszę  cię.  –  Emily  spojrzała  błagalnie  na  Kelsey.  –  Przecież  nie  chcesz  tego  robić.  Pogadajmy

o tym. Dojdźmy do porozumienia.

– Nie dojdziemy do porozumienia – powiedziała Kelsey bez cienia emocji. – Tak musi być.
– Emily! – zawołała Aria, podbiegając bliżej.
Ale wciąż była za daleko. Kelsey zacisnęła palce na ramieniu Emily, która czuła na uchu jej gorący

oddech.  Kelsey  wyprężyła  się,  jakby  miała  zamiar  z  całych  sił  popchnąć  swoją  przyjaciółkę.  Emily
zamknęła oczy, gdy zrozumiała, że to ostatnie chwile jej życia.

– Błagam – wyszeptała po raz ostatni.
I  nagle  Kelsey  zwolniła  uścisk.  Emily  odwróciła  się  i  zobaczyła,  jak  Kelsey  staje  na  krawędzi

ciemnej  otchłani.  Spojrzała  Emily  prosto  w  oczy,  ale  już  nie  wyglądała  jak  wariatka.  Wydawała  się
raczej na zmęczoną i bardzo smutną.

– Żegnaj – powiedziała Kelsey, a w jej głosie słychać było ogromny żal. W oczach pojawiły się łzy.

Ręce  trzęsły  się  jej  tak  bardzo,  że  uderzały  o  talię.  Z  nosa  płynęła  jej  cienka  strużka  krwi.  Spojrzała
w dół i zaczerpnęła powietrza.

– Kelsey! – W mgnieniu oka Emily zdała sobie sprawę z tego, co się dzieje. – Nie skacz!
Kelsey  zignorowała  ją.  Stała  na  samej  krawędzi,  a  palce  jej  stóp  wisiały  w  powietrzu.  W  głąb

kamieniołomu posypało się więcej kamieni.

–  Za  późno.  Nie  mogę  już  znieść  mojego  ohydnego  życia.  –  Jej  słowa  zlewały  się  z  sobą  i  Emily

ledwie je rozumiała. – Mam tego dość. – Zamknęła oczy i zrobiła krok w ciemność.

background image

– Nie! – Emily chwyciła Kelsey w pasie.
Kelsey  próbowała  ją  odepchnąć,  ale  Emily  trzymała  ją  z  całej  siły,  odciągnęła  od  krawędzi

i  zaciągnęła  na  trawę.  Kelsey  jęknęła,  próbując  się  uwolnić  z  uścisku,  lecz  Emily  chwyciła  ją  jeszcze
mocniej.  Znowu  się  potknęła  i  w  jednej  chwili  leżała  na  mokrej  ziemi,  przygnieciona  przez  Kelsey.
Poczuła ból w potylicy i kości ogonowej. Zimno skały przenikało przez jej płaszcz i przeszywało ją na
wskroś.

Na  moment  pociemniało  jej  przed  oczami.  Słyszała  tylko  cichy  szloch  i  kroki  w  oddali.  Kiedy

odzyskała przytomność, stała nad nią Hanna.

– Emily? Emily? O Boże!
Emily  zamrugała.  Kelsey  już  na  niej  nie  leżała.  Rozejrzała  się  w  panice,  przerażona,  że  jednak

rzuciła się w przepaść. Ale dostrzegła ją kilka kroków dalej, zwiniętą w kłębek.

– Nic ci się nie stało? – Nad Emily stanęła też Aria.
– N-nie wiem – odparła zamroczona Emily.
Nagle  wszystko  do  niej  dotarło.  Cały  jej  strach.  Pewność,  że  za  chwilę  umrze.  Świadomość,  że

Kelsey  o  wszystkim  wiedziała.  Po  policzkach  popłynęły  jej  łzy.  Cała  się  trzęsła  i  zanosiła
niepohamowanym płaczem.

Hanna i Aria uklękły i objęły ją mocno.
– Już dobrze – szeptały. – Jesteś bezpieczna. Uwierz nam.
– Hej – odezwał się jakiś głos kilka metrów dalej. Emily otworzyła oczy i zobaczyła trzecią postać

klęczącą obok Kelsey. – Obudź się.

Emily  ze  zdumienia  otworzyła  usta.  To  była  Spencer.  Wydawało  się  jej,  że  Spencer  ją  skreśliła,

tymczasem ona też przyjechała.

– Dziewczyny? – Spencer podniosła głowę i odrzuciła swoje blond włosy za ramię. – Spójrzcie.
Odsunęła się i oczom dziewczyn ukazała się Kelsey. Jej plecy wygięły się w łuk, głowa odwróciła

w  bok,  a  ramionami  i  nogami  wstrząsały  drgawki  tak  silne,  jakby  przez  jej  ciało  płynął  prąd  o  mocy
miliona woltów. Z jej ust wypływała spieniona żółć, a na szyi pokazały się żyły.

– Co jej się dzieje!? – zawołała Hanna.
– Zadzwonię po pogotowie. – Aria wyciągnęła telefon.
– Chyba przedawkowała. – Spencer uklękła i spojrzała na twarz Kelsey. – Chyba coś brała.
Emily podniosła się i na chwiejnych nogach poszła po torbę Kelsey, nadal leżącą na fotelu kierowcy

w samochodzie. Znalazła w niej w połowie pustą fiolkę z pigułkami.

– To. – Pokazała tabletki dziewczynom.
Spencer tylko spojrzała na fiolkę i od razu ją rozpoznała.
– Łatwa Piątka.

Kilka minut po telefonie Arii usłyszały wycie karetki na sygnale jadącej na wzgórze. Kelsey otoczyli

pielęgniarze  i  natychmiast  rozpoczęli  akcję  ratunkową,  prosząc  dziewczyny,  żeby  odsunęły  się  na  bok.
Emily  objęła  się  ramionami.  Była  zdrętwiała  z  zimna  i  przerażenia.  Aria  patrzyła  na  pracujących
pielęgniarzy, zakrywając dłonią usta. Hanna kręciła głową i powtarzała: „O Boże”. A Spencer wyglądała
tak, jakby zrobiło się jej niedobrze.

Po  chwili  podeszła  do  nich  kierująca  karetką,  wysportowana  kobieta  z  brązowymi  włosami  do

ramion.

– Co tu się stało?
–  Ona  próbowała  się  zabić  –  odparła  Emily  cicho.  –  Chyba  zażyła  za  dużo  tabletek...  i  chciała

skoczyć z urwiska.

background image

Pielęgniarze  zbadali  Emily,  ale  nic  jej  nie  dolegało,  poza  kilkoma  otarciami  i  siniakami.  Potem

wnieśli Kelsey do karetki i odjechali. Emily w milczeniu patrzyła na oddalające się czerwone światła.
Słuchała wycia syren, póki zupełnie nie ucichły.

Zapadła głucha cisza. Emily podeszła do Spencer, która wpatrywała się w ciemny wąwóz. Ten sam

widok rozciągał się przed nią dokładnie rok temu, kiedy Mona chciała ją zabić. To nie przez przypadek
zjawiły się tutaj znowu, walcząc z kolejnym A.

– Przepraszam – szepnęła Emily. – Nie powinnam była w ciebie zwątpić.
– Już w porządku – odparła Spencer.
– Ale  ja  jej  o  wszystkim  opowiedziałam.  –  Emily  zamknęła  oczy.  –  Kelsey  już  wie,  co  zrobiłaś

w czasie szkoły letniej. Że to przez ciebie trafiła do poprawczaka.

Spencer odwróciła głowę. Na jej twarzy malowały się gwałtowne emocje.
– Powiedziałaś jej?
Emily zmarszczyła czoło.
– Nie wspomniała o tym, jak rozmawiałyście dziś wieczorem?
Spencer pokręciła głową.
– Wszystko działo się tak szybko. Krzyczałyśmy, co nam ślina na język przyniosła.
Emily ukryła twarz w dłoniach.
–  Przepraszam,  nie  powinnam....  –  Urwała,  dławiąc  się  łzami.  Wszystko  poszło  nie  tak.  –

Beznadziejna ze mnie przyjaciółka. Nie wsparłam cię. – I miała na myśli nie tylko ten wieczór.

– Hej, w porządku. – Spencer dotknęła ramienia Emily. – Rozumiem. Zrobiłam coś strasznego. Po

tym, co ci powiedziałam, miałaś prawo zrobić to, co zrobiłaś.

Zawył wiatr. Emily wydawało się przez moment, że w oddali słyszy syrenę. Hanna i Aria usiadły

obok z poważnymi minami. Milczały przez chwilę.

– Kelsey wyjawi wszystkim, co zrobiłyśmy Tabicie – odezwała się Hanna.
– Nikt jej nie uwierzy – odparła Spencer. – To narkomanka. Uznają, że jej się to przywidziało.
– Ale ona ma dowód – upierała się Hanna. – To zdjęcie martwej Tabithy na plaży.
– Jakie zdjęcie? – pisnęła przerażona Emily.
Spencer sięgnęła po telefon, ale potem wzruszyła ramionami i zmieniła zdanie.
– To długa historia. Szczerze mówiąc, powinnam je skasować. I udawać, że nigdy go nie widziałam.

Nawet to zdjęcie Tabithy niczego nie dowodzi. A wręcz rzuca cień podejrzeń na Kelsey. Kto robi zdjęcie
zwłok i nie idzie z nim na policję? Wszyscy pomyślą, że Kelsey... zwariowała.

Nad  ich  głowami  przeleciał  bezgłośnie  samolot,  mrugając  czerwonymi  światłami.  Gdzieś  w  głębi

wąwozu  zajęczał  przeciągle  ptak.  Wsiadły  do  samochodu  Arii.  Były  wstrząśnięte,  choć  zarazem
odczuwały  ulgę.  Nagle  w  uszach  Emily  jeszcze  raz  zadźwięczały  słowa  Kelsey:  „Dopuściłaś  do  tego.
Jesteś okropna, Emily”.

Zrobiły to, co zrobiły, choćby nikt nie uwierzył Kelsey. Emily była okropna. I wiedziała, że wyrzuty

sumienia nigdy nie dadzą jej spokoju.

background image

34

RODZINA MUSI TRZYMAĆ SIĘ RAZEM

Następnego ranka Hannę obudziło skrobanie pazurków Dota w drzwi jej pokoju.
– Już do ciebie idę, skarbie – powiedziała, ziewając, i usiadła na łóżku.
Promienie  słońca  wpadały  do  pokoju  przez  okno  prowadzące  na  balkon  Julii.  Ptaki  na  drzewie

śpiewały  radośnie.  Poranek  wydawał  się  Hannie  idealny...  póki  nie  przypomniała  sobie,  co  się
wydarzyło zeszłej nocy. Kelsey. Kamieniołom Topielca. Ambulans, który ją zabrał. Wydawała się taka
słaba. I bezradna. Po raz kolejny o włos uniknęły katastrofy wywołanej przez A.

Teraz wszystko się skończyło. Sięgnęła po iPhone’a i przejrzała wszystkie SMS-y. Zdziwiła się, że

Liam po raz pierwszy nie przysłał jej rano żadnej wiadomości. Czy wrócił bezpiecznie do domu? Była
9.23, trochę wcześnie, ale chyba mogła do niego zadzwonić? Wybrała jego numer, od razu włączyła się
poczta głosowa.

–  Wstawaj,  śpiochu  –  zaszczebiotała  Hanna,  gdy  rozległ  się  sygnał.  –  Mam  nadzieję,  że  dziś  się

zobaczymy. Już za tobą tęsknię. Oddzwoń, jak odsłuchasz tę wiadomość.

Włożyła obcisłe dżinsy i podkoszulek od Petit Bateau i z Dotem w ramionach zeszła na parter. Tata

przy  kuchennym  stole  przeglądał  gazety,  których  stos  piętrzył  się  przed  nim.  Kate  siedziała  zgarbiona,
jedząc grejpfruta i wpatrując się w jeden z dzienników. Spojrzała ponuro na stojącą w drzwiach Hannę,
która udawała, że poprawia zapięcie obroży Dota. Kate pewnie się dowiedziała, że Hanna nie przyszła
na jej przedstawienie, i była wściekła, ale Hanna nie miała ochoty w tej chwili się z nią kłócić.

Kate  nie  spuszczała  z  niej  wzroku,  nawet  wtedy,  gdy  Hanna  wypuściła  Dota,  nalała  sobie  kawy

i dodała do niej trochę mleka sojowego.

– Co? – warknęła wreszcie Hanna. Boże, przecież to jej sztuczydło to nie debiut na Broadwayu.
– Hm...
Kate spojrzała na gazetę otwartą na stronie z plotkami towarzyskimi i przesunęła ją w stronę Hanny

jednym palcem. Hanna spojrzała na artykuł. Na widok zdjęcia na rozkładówce wypluła kawę na podłogę.

– Wszystko w porządku? – Pan Marin odwrócił się i podniósł się z krzesła.
– Tak, tak. – Hanna wytarła rozlaną kawę serwetką. – Wszystko okej.
Ale nic nie było w porządku. Jeszcze raz spojrzała na zdjęcie w gazecie, w nadziei że przed chwilą

coś jej się przywidziało. Z trzech fotografii patrzył na nią Liam, przystojny jak w prawdziwym życiu. Na
pierwszym obejmował chudą blondynkę o spiczastym nosie. Na drugim całował brunetkę w falbaniastej
sukience  z  dżerseju.  A  na  trzecim  szedł  ulicą  w  Filadelfii  za  rękę  z  krótko  ostrzyżoną  dziewczyną
w ogromnych okularach przeciwsłonecznych i trenczu Burberry. „To Romeo z krwi i kości, prawdziwy
specjalista  od  podbojów  miłosnych”,  tak  rozpoczynał  się  tekst  pod  fotografiami.  „Liam  Wilkinson  to
jedna z najlepszych partii w Filadelfii... może dlatego romanse to jego specjalność”.

Hanna  czuła,  jak  powoli  zaciska  się  jej  gardło.  Pod  każdym  zdjęciem  widniało  nazwisko

dziewczyny  i  data  jej  spotkania  z  Liamem.  Jedno  z  nich  zrobiono  w  tym  tygodniu,  w  dniu,  w  którym
Hanna nie widziała się z Liamem. Krótkowłosą dziewczynę o imieniu Hazel określono jako „długoletnią
dziewczynę Liama, z którą chce kiedyś wziąć ślub”.

Hanna przebiegła wzrokiem artykuł, zatrzymując się na dłuższym cytacie. „Trzeba przyznać, że ma

nieodparty urok – mówi Lucy Richards, jedna z dziewczyn, z którymi Liam widywał się w zeszłym roku.
– Przy nim czułam się jak najważniejsza osoba we wszechświecie. Powtarzał, że z nikim nie czuł się tak

background image

blisko związany. Cały czas mówił o tym, że uciekniemy do jednego z należących do jego rodziny zamków
we  Francji  albo  Włoszech.  Faktycznie,  czułam  się  wyjątkowa...  Póki  nie  dotarło  do  mnie,  że  on
opowiada te bajki każdej dziewczynie, z którą się spotyka”.

Hanna  wzięła  tosta  ze  stojaka  na  środku  stołu  i  łapczywie  go  zjadła.  Sięgnęła  po  kolejnego

i  położyła  na  nim  plasterek  bekonu,  którego  nie  jadła  od  lat.  Jej  również  Liam  robił  takie  wyznania.  I
składał  takie  same  obietnice.  Więc  to  wszystko  było  tylko  grą?  Pułapką?  A  ona  w  nią  wlazła  jak
pierwsza  naiwna?  Pozwoliła  mu  zostać  na  noc  w  domu,  narażając  tym  samym  ponownie  na  szwank
karierę polityczną taty?

Kiedy  wstała  od  stołu,  ugięły  się  pod  nią  nogi.  Wydawało  się  jej,  że  ściany  przemieszczają  się

i  falują,  jakby  dom  płynął  po  wzburzonych  falach.  Przed  oczami  miała  rozanieloną  twarz  Liama.
Przypomniały się jej wszystkie te romantyczne bzdury, którymi ją karmił. I to pożądanie, które sprawiało,
że między nimi iskrzyło. Jezu.

Wyszła  z  kuchni  do  salonu.  Kiedy  wybrała  numer  Liama,  sygnał  rozbrzmiewał  w  nieskończoność,

a potem włączyła się poczta głosowa.

– Czytałam na twój temat bardzo ciekawy artykuł w „Gońcu” – rzuciła Hanna po usłyszeniu sygnału.

– Nie oddzwaniaj. Już nigdy.

Kiedy  się  rozłączyła,  telefon  wysunął  się  z  jej  palców  na  poduszkę  na  kanapie.  Usiadła  ciężko

i  przycisnęła  do  piersi  poduszkę,  zagryzając  język  i  próbując  powstrzymać  łzy.  Dzięki  Bogu,  nie
zdradziła Liamowi żadnych tajemnic taty. Dzięki Bogu, nie powiedziała mu o Tabicie.

– Mhm.
Hanna  się  odwróciła.  W  drzwiach  stała  Kate  z  zakłopotanym  wyrazem  twarzy.  Weszła  do  salonu

i  usiadła  naprzeciwko  Hanny  na  krawędzi  fotela  z  wzorzystą  tapicerką.  Czekała  bez  słowa.  Kate
wiedziała. Specjalnie podsunęła Hannie tę gazetę, żeby poznała prawdę.

– Jak się dowiedziałaś? – zapytała Hanna szeptem ociekającym nienawiścią.
Kate obracała w palcach perły w swoim naszyjniku.
–  Widziałam  was  razem  na  flash  mobie.  A  potem  słyszałam  was  w  nocy  w  twoim  pokoju.

Wiedziałam, że on tu był.

Hanna zrobiła grymas.
– Powiesz tacie, prawda?
Zajrzała do kuchni. Tata chodził tam i z powrotem z telefonem przy uchu.
Kate odwróciła się.
– On nie musi o niczym wiedzieć.
Hanna nie wierzyła własnym uszom. Przecież Kate trafiła się kolejna okazja, żeby odzyskać utraconą

pozycję ulubienicy tatusia. Pan Marin nigdy nie wybaczyłby Hannie tego romansu.

– Mnie też kiedyś zdradził chłopak – szepnęła Kate.
Hanna spojrzała na nią ze zdumieniem.
– Sean?
Kate pokręciła głową.
– Nie. Ktoś, z kim chodziłam w Annapolis. Miał na imię Jeffrey. Strasznie się w nim zakochałam.

A potem na Facebooku odkryłam, że ma dziewczynę.

Hanna była zbita z tropu.
– Przykro mi.
Nie  mogła  uwierzyć,  że  ktoś  mógłby  porzucić  idealną  Kate,  ale  ona  wyglądała  w  tej  chwili  tak

smutno. Prawie ludzko.

Kate wzruszyła ramionami. Spojrzała na Hannę swoimi zielonymi oczami.
– Musimy ich zmieść z powierzchni ziemi. Ta rodzina nie tylko pogrywa z Tomem, ale wciągnęła

background image

ciebie w swoje sidła.

Potem  wstała  i  z  dumnie  uniesioną  głową  wymaszerowała  z  salonu.  Hanna  powoli  policzyła  do

dziesięciu, spodziewając się, że za moment Kate się odwróci i powie: „Żartowałam! Oczywiście, że na
ciebie doniosę, ty suko!”. Ale po chwili usłyszała, jak za Kate zamykają się drzwi jej pokoju. Uff.

–  Za  chwilę  oddzwonię  –  powiedział  głośno  pan  Marin  w  kuchni  i  Hanna  usłyszała  piknięcie

oznaczające koniec rozmowy.

Wstała.  W  koniuszkach  palców  czuła  ukłucia  tysiąca  igiełek.  Kate  miała  rację.  Hanna  powinna

zmieść rodzinę Liama z powierzchni ziemi. Ona nie zdradziła Liamowi żadnej tajemnicy dotyczącej ojca.
Nie  było  przecież  nic  sensacyjnego  w  opowieści  o  rozwodzie  taty.  Takie  nieszczęścia  dotykały  wiele
rodzin.  Opowiedziała  mu  tylko  o  swoich  dawnych  problemach  z  nadwagą.  Natomiast  Liam  zdradził  jej
bardzo brzydki sekret swojej rodziny, który mógłby pozbawić Tuckera Wilkinsona szans na zwycięstwo
w wyborach.

–  Tato.  –  Hanna  weszła  do  kuchni.  Pan  Marin  stał  przy  zlewie  i  mył  naczynia.  –  Muszę  ci  coś

powiedzieć. O Tuckerze Wilkinsonie.

Ojciec odwrócił się i uniósł brew. Hanna jednym tchem opowiedziała wszystko, czego dowiedziała

się od Liama: o romansie jego taty, o niechcianej ciąży i aborcji jego kochanki. Tata z każdym jej słowem
coraz szerzej otwierał oczy i usta. Hanna miała wrażenie, że pluje jadem, że nigdy nie rozpowszechniała
równie oszczerczych plotek, ale jeszcze raz stanął jej przed oczami artykuł z gazety. Przypomniał się jej
cytat  z  jakiejś  sztuki  z  epoki  Szekspira,  którą  omawiali  na  zajęciach  z  panem  Fitzem:  „Nie  zna  piekło
straszliwszej furii nad wściekłość zawiedzionej kobiety”.

Liam sobie na to zasłużył.

background image

35

IDEALNY MOMENT

– Mike, płatki kukurydziane je się łyżką – upomniała syna Ella, kiedy zasiadła razem z nim i Arią do

śniadania  w  kuchni  zalanej  słonecznym  światłem.  W  powietrzu  aromat  organicznej  kawy  i  świeżo
wyciskanego soku pomarańczowego mieszał się z zapachem nieco przywiędłych polnych kwiatów, które
kilka dni temu Thaddeus podarował Elli.

Mike  z  ociąganiem  wyjął  starą  srebrną  łyżkę  z  szuflady  i  wrócił  na  miejsce.  Ella  zwróciła  się  do

Arii.

– Co się stało wczoraj na przyjęciu? Odwróciłam się na chwilę, a ty zniknęłaś.
Aria poprawiła okulary przeciwsłoneczne, które założyła, żeby ukryć zaczerwienione i zapuchnięte

od płaczu oczy. Przez całą noc szlochała z powodu Ezry, Kelsey, A. i wszystkich wydarzeń ostatnich dni.

– Musiałam załatwić pewną sprawę – rzuciła na odczepnego.
– Trzeba było zostać. – Mike głośno chrupał płatki. – Reżyser strasznie się upił. Podobno musiał się

przenieść do prywatnej szkoły na przedmieściach, bo jest alkoholikiem. A Spencer Hastings rzuciła się
z  pięściami  na  jakąś  dziewczynę.  Wariatka!  –  Ostatnie  słowo  wypowiedział  wysokim  głosem,
wybałuszając oczy.

– Ona nie jest wariatką. – Aria wzięła gofra z półmiska.
Przed oczami stanęły jej wydarzenia poprzedniej nocy. Spencer rzeczywiście rzuciła się na Kelsey,

ale miała ku temu powody.

A  więc  nowym  A.  była  Kelsey.  Z  jednej  strony  to  dobrze.  Przynajmniej  dowiedziały  się,  kto

przysyłał  im  wiadomości.  Z  drugiej  –  co  się  stanie,  jeśli  ktoś  uwierzy  w  to,  co  Kelsey  ma  do
powiedzenia  na  temat  Tabithy?  Tego  ranka  w  internecie  pojawiły  się  trzy  kolejne  artykuły  na  temat
śmierci  Tabithy.  Jeden  opowiadał  o  nowych  procedurach  kryminologicznych,  dzięki  którym  udaje  się
ostatecznie potwierdzić tożsamość ofiary. Drugi anonsował piknik upamiętniający Tabithę. A trzeci ostro
krytykował picie alkoholu przez nieletnich, powołując się między innymi na tragiczny przykład śmierci na
Jamajce.

Tabitha stawała się w swoim mieście tak znaną postacią jak niegdyś Ali w Rosewood. Czy gdyby

jej rodzina i znajomi dowiedzieli się, że została zamordowana, to podważyliby zeznania świadka, tylko
dlatego że była nim narkomanka? A jeśli Kelsey zrobiła martwej Tabicie więcej zdjęć? Przypomniała się
jej jedna z ostatnich wiadomości od A.: „Nie łudź się, że ujdziesz przed moim gniewem, morderczyni. Ty
z  nich  wszystkich  ponosisz  największą  winę”.  A  więc  Kelsey  wiedziała  nawet,  że  to  ona  popchnęła
Tabithę.

Zadzwonił  telefon  Mike’a,  który  zerwał  się  z  miejsca  i  wyszedł  z  kuchni.  Ella  zwinęła  serwetkę

i podparła się na łokciach.

– Kochanie, czy chciałabyś o czymś porozmawiać?
Aria napiła się kawy.
– Właściwie to nie.
Ella chrząknęła.
– Na pewno? Wczoraj widziałam, że rozmawiałaś z jednym z twoich byłych nauczycieli.
Aria się skrzywiła.
– Nie ma o czym opowiadać.

background image

No bo niby o czym. Ezra nie zadzwonił do Arii po tym, jak nakryła go z Klaudią. Nie nagrał żadnej

wiadomości  z  przeprosinami  ani  nie  zostawił  na  jej  progu  pudełka  czekoladek  z  prośbą,  by  mu
przebaczyła.  Tym  samym  ich  wspólne  plany  wyjazdu  do  Nowego  Jorku  zostały  przekreślone.  Romans
diabli wzięli. Czuła się tak, jakby cała ta historia tylko jej się przyśniła.

Aria westchnęła i podniosła głowę.
–  Pamiętasz,  jak  zeszłego  lata  przed  wyjazdem  na  Islandię  wszyscy  powtarzali  mi,  że  powrót  tam

sprawi mi wiele radości?

– No jasne. – Ella dodała trochę brązowego cukru do kawy.
– Ale  jak  wróciłam,  to  powiedziałam  ci,  że...  było  jakoś  inaczej.  – Aria  bawiła  się  pieprzniczką

i solniczką w kształcie krasnoludków. – Czasem marzy się o czymś bardzo długo, a potem rzeczywistość
nie dorasta do naszych wyobrażeń.

Ella cmoknęła.
–  Kiedyś  kogoś  uszczęśliwisz,  pamiętaj  o  tym  –  powiedziała  po  chwili.  –  I  ten  ktoś  uszczęśliwi

ciebie. Będziesz wiedziała, kiedy przyjdzie ten moment.

– Ale jak się zorientuję? – zapytała szeptem Aria.
– Po prostu będziesz wiedziała. Uwierz mi.
Ella poklepała Arię po dłoni, jakby czekała, że Aria doda coś jeszcze.
Po  chwili  milczenia  Ella  wstała  i  zaczęła  sprzątać  ze  stołu.  Aria  siedziała  nadal,  pogrążona

w myślach. Zauważyła, że Ezra po powrocie zachowuje się jakoś inaczej, ale nie chciała tego przyznać.
Tak  samo  czuła  się  w  Rejkiawiku,  kiedy  autobus  zawiózł  ich  z  lotniska  do  centrum  miasta.  Bardzo
chciała znowu pokochać to miasto, lecz ono zmieniło się nie do poznania. Zamknięto bar na rogu ulicy,
w którym podawano zupę w wydrążonych bochenkach chleba. Dom, w którym mieszkała niegdyś rodzina
Arii, pomalowano na neonowy róż i umieszczono na nim okropną antenę satelitarną zajmującą pół dachu.

Poza  tym  w  czasie  tej  wycieczki  wydarzyło  się  coś,  co  właściwie  przyćmiło  jej  wszystkie  dobre

wspomnienia  z  tego  kraju.  Ten  sekret  znały  tylko  jej  najlepsze  przyjaciółki  i  miała  zamiar  zabrać  go  z
sobą do grobu.

Kiedy ktoś zadzwonił do drzwi, Aria zamarła. Czy to Ezra? Czy w ogóle chciała, żeby się tu zjawił?

I on, i Islandia stracili dla niej dawny czar.

Wstała od stołu, zawiązała pasek szlafroka i otworzyła drzwi. Na ganku stał Noel, zacierając ręce.
– Cześć.
– O, cześć – przywitała się Aria niepewnym tonem. – Przyszedłeś do Mike’a?
– Nie.
Zapadło niezręczne milczenie. Ktoś odkręcił, a potem zakręcił wodę w kuchni. Aria przestępowała

z nogi na nogę.

– Tęsknię za tobą – powiedział nagle Noel. – Nie mogę przestać o tobie myśleć. I jestem strasznym

dupkiem. Wiem, że powiedziałem ci wtedy w szkole coś strasznego, ale nie miałem tego na myśli.

Aria spojrzała na gruby rowek w parkiecie, który wycięła w dzieciństwie nożem, bo wydawało się

jej, że jest rzeźbiarką.

–  Ale  miałeś  rację.  Bardzo  się  od  siebie  różnimy.  Zasługujesz  na  kogoś...  kto  pasuje  do  elity

Rosewood. Na kogoś takiego jak Klaudia.

Noel nie potrafił ukryć zażenowania.
–  O  Boże.  Tylko  nie  Klaudia.  To  wariatka.  –  W  sercu Arii  zapłonął  słaby  ognik.  –  Po  wypadku

musiałem dla niej harować jak wół. Poza tym okazało się, że to kleptomanka. Regularnie okradała mój
pokój!  Brała  bieliznę,  płyty,  kartki  z  mojego  notatnika...  Przyłapałem  ją  nawet  na  tym,  że  wzięła  moją
skórzaną kurtkę, tę po dziadku.

Aria zmarszczyła czoło.

background image

– Widziałam ją w niej w szkole. Myślałam, że to ty jej ją dałeś.
Noel spojrzał na nią ze zgrozą.
– Wcale nie! A kiedy poprosiłem, żeby ją oddała, ona wpadła w szał. Zaczęła oskarżać ciebie o to,

że  rozpuszczasz  o  niej  nieprawdziwe  informacje.  Że  rozgadałaś  wszystkim,  że  ona  chce  się  ze  mną
przespać  i  że  nie  powinienem  w  to  wierzyć.  Ale  mnie  się  wydaje,  że  ona  naprawdę  miała  ochotę
zaciągnąć  mnie  do  łóżka.  Kilka  dni  temu  obudziłem  się  w  środku  nocy  i  zobaczyłem  ją  w  drzwiach
mojego  pokoju,  ubraną  w...  –  Urwał  z  zakłopotaną  miną.  –  Powiedziałem  mamie,  że  ma  się  pozbyć
Klaudii z naszego domu.

–  Naprawdę?  – Aria  miała  na  końcu  języka  sakramentalne:  „A  nie  mówiłam”,  ale  czuła  się  zbyt

zmęczona na kłótnię z Noelem. – Więc... nie przespałeś się z nią? – Musiała o to zapytać. Nie mieściło
się jej w głowie, że Noel oparł się takiej seksbombie jak Klaudia.

Noel pokręcił głową.
– Ona wcale aż tak mi się nie podoba. Wolę kogoś innego.
Przeszył ją dreszcz. Nie ośmieliła się spojrzeć na Noela, bojąc się, że za bardzo się odsłoni. Noel

oparł się o futrynę drzwi.

– Trzeba było cię posłuchać. We wszystkich sprawach. Zrozumiem, jeśli nie będziesz chciała już się

ze  mną  widywać,  ale...  tęsknię  za  tobą.  Możemy  chociaż  się  przyjaźnić?  Pamiętaj,  że  muszę  z  kimś
chodzić na kurs gotowania.

Aria podniosła głowę.
– Naprawdę lubiłeś lekcje gotowania?
–  Wiem,  to  zajęcia  dla  dziewczyn,  ale  mnie  się  to  podobało.  –  Noel  uśmiechnął  się  nieśmiało.  –

Zresztą na koniec semestru mamy zorganizować pojedynek kucharzy.

Aria  poczuła  nagle  piękny,  cytrusowy  zapach  mydła,  którego  zawsze  używał  Noel.  Nie  do  końca

zrozumiała,  o  co  ją  prosił.  Potrzebował  partnerki  na  warsztaty  kulinarne...  czy  chciał  wrócić  do Arii?
Może na to było już za późno? Może faktycznie niewiele ich łączyło? Przecież Aria dobrze wiedziała, że
nigdy nie stanie się typową dziewczyną z Rosewood. Nawet nie zamierzała próbować.

Chyba milczała zbyt długo, bo Noel westchnął i odezwał się pierwszy.
– Wróciłaś do tego nauczyciela? Kiedy zobaczyłem was wczoraj wieczorem...
– Nie – przerwała mu Aria. – On... – Zamknęła oczy. – Właściwie on woli Klaudię.
Nagle  dotarł  do  niej  cały  absurd  tej  sytuacji.  Wybuchła  niepohamowanym  śmiechem,  tak

gwałtownym, że po policzkach zaczęły jej płynąć łzy.

Noel też się zaśmiał, trochę sztucznie, jakby nie zrozumiał żartu. Po chwili Aria spojrzała na niego.

Wyglądał  tak  uroczo,  stojąc  na  ganku  w  workowatych  dżinsach,  obszernym  podkoszulku,  białych
skarpetkach  i  klapkach.  Taki  ubiór Aria  zawsze  uważała  za  zupełnie  pozbawiony  klasy.  Co  z  tego,  że
Noel  nigdy  nie  napisze  powieści.  Co  z  tego,  że  nie  przewraca  oczami,  mówiąc  o  nędzy  życia  na
przedmieściach,  i  nie  jęczy,  że  wszystko  tutaj  jest  sztuczne  i  pretensjonalne.  Ale  Noel  potrafił  stanąć
w jej drzwiach w pierwszy dzień świąt przebrany za Świętego Mikołaja z workiem prezentów dla niej,
tylko  dlatego  że  kiedyś  mu  się  zwierzyła,  że  w  dzieciństwie  rodzice  nie  kultywowali  tego  zwyczaju.
Kiedy  zaciągnęła  go  do  skrzydła  ze  sztuką  współczesną  w  muzeum  w  Filadelfii,  cierpliwie  przeszedł
z nią przez wszystkie sale, a na koniec kupił jej w księgarni album o dziełach Picassa z okresu błękitnego,
bo  kojarzyły  mu  się  z  narkotycznymi  wizjami.  Potrafił  ją  rozbawić.  W  czasie  warsztatów  gotowania
w  Hollis  powiedział,  że  zielona  papryka,  którą  właśnie  kroili,  przypomina  mu  wielkie  pośladki.
Pozostali  uczestnicy,  głównie  starsze  panie  i  starzy  kawalerowie,  z  oburzeniem  wydęli  usta,  co  tylko
jeszcze bardziej rozśmieszyło Arię i Noela.

Podeszła do niego. Jej serce galopowało, kiedy nachylił się i poczuła na swojej twarzy jego ciepły

oddech. Zerwali z sobą ledwie dwa tygodnie wcześniej, ale kiedy ich usta się zetknęły, Arii wydawało

background image

się,  że  to  ich  pierwszy  pocałunek.  W  jej  głowie  wybuchały  fajerwerki,  a  na  ustach  czuła  delikatne
mrowienie. Noel przytulił ją tak mocno, że wydawało się jej, że zaraz się rozpadnie na kawałki. To nic,
że zaczęło mżyć, że oddech Arii pachniał kawą, a klapki Noela pokrywała gruba warstwa błota. To nie
był idealny moment, ale nie miało to dla niej znaczenia.

To był właśnie... ten moment. Właśnie ten, o którym Ella mówiła przy śniadaniu. I Aria niczego by

w nim nie zmieniła.

background image

36

PRAWDZIWY SPENCER F.

–  Przepraszam,  że  trochę  śmierdzi  chlorem.  –  Spencer  podniosła  pokrywę  jacuzzi  przy  domu,

zasłoniętą od zeszłej jesieni. Poprawiła tasiemkę przy swoim bikini Burberry.

–  Zdążyłam  się  przyzwyczaić  –  odparła  Emily.  Miała  na  sobie  sportowy  kostium  z  rozciągniętymi

ramiączkami i niemal całkowicie spranym emblematem Speedo.

–  Najważniejsze,  żeby  woda  była  ciepła.  Reszta  się  nie  liczy  –  zawtórowała  jej  Hanna,  ściągając

podkoszulek, pod którym miała nowiutkie bikini Missoni.

Aria  tylko  wzruszyła  ramionami,  ściągając  bluzę  z  kapturem.  Włożyła  jednoczęściowy  kostium

w groszki, który wyglądał jak wyciągnięty z kapsuły czasu z lat pięćdziesiątych.

Nad  jacuzzi  unosił  się  obłok  pary.  Woda  bulgotała  radośnie.  Percival,  stara  żółta  gumowa  kaczka

Spencer,  kołysała  się  na  powierzchni.  Została  tutaj  na  zimę.  Spencer  jako  mała  dziewczynka  każdej
wiosny odprawiała ten sam rytuał, kiedy przynosiła po raz pierwszy w roku Percivala do jacuzzi. Wtedy
rodzice  pozwalali  jej  wejść  do  wody  tylko  na  kilka  minut.  Ali  zawsze  ją  wyśmiewała,  twierdząc,  że
kąpiel z gumową maskotką to taka sama żenada jak spanie z misiem. Ale Spencer zawsze cieszył widok
rozradowanej, uśmiechniętej kaczki kołyszącej się na wodzie z bąbelkami.

Po kolei weszły do gorącej kąpieli. Spencer zaprosiła je wszystkie, żeby jeszcze raz pogadać o tym,

co  stało  się  z  Kelsey.  Kiedy  jednak  przed  ich  przyjściem  zobaczyła,  że  pan  Pennythistle  –  którego
postanowiła jednak nazywać Nicholasem – podnosi pokrywę jacuzzi, pomyślała, że równie dobrze mogą
się zrelaksować pod gołym niebem.

– Cudownie – zamruczała Aria.
–  Doskonały  pomysł  –  pochwaliła  Spencer  Emily.  Jej  jasna  cera  już  się  zaróżowiła  na  czole

i policzkach.

–  Pamiętacie  ostatni  raz,  kiedy  chciałyśmy  razem  wziąć  kąpiel  w  jacuzzi?  –  zapytała  Hanna.  –

W domku w Pocono?

Wszystkie  pokiwały  głowami,  patrząc  na  unoszącą  się  parę.  Ali  poszła  przygotować  kąpiel  na

tarasie,  a  dziewczyny  zostały  na  ganku.  Objęły  się  i  powiedziały  sobie,  jak  bardzo  się  cieszą
z odnowienia dawnych więzów.

– Wtedy czułam się naprawdę szczęśliwa – powiedziała Emily.
– Ale wszystko tak szybko się zmieniło – dodała Hanna głosem, w którym słychać było napięcie.
Spencer zadarła głowę i spojrzała na chmury układające się w fantazyjne kształty. Wydawało się jej,

że  ta  noc  w  górach  Pocono  wydarzyła  się  wczoraj,  a  jednocześnie  milion  lat  temu.  Czy  kiedykolwiek
o niej zapomną? Czy może wspomnienie tamtych wydarzeń będzie je nawiedzać do końca życia?

– Dowiedziałam się, w której klinice odwykowej umieszczono Kelsey – powiedziała po chwili. –

W  Zaciszu.  –  Wszystkie  spojrzały  po  sobie  spłoszone.  Właśnie  tam  trafiła  w  zeszłym  roku  Hanna
z  powodu  intryg  A.  I  to  tam  wiele  lat  spędziła  Prawdziwa  Ali.  –  Pielęgniarka  powiedziała  mi  przez
telefon, że od jutra można ją odwiedzić. Chyba powinnyśmy do niej pojechać.

–  Mówisz  poważnie?  –  Hanna  spojrzała  na  Spencer  szeroko  otwartymi  oczami.  –  Nie  sądzisz,  że

powinnyśmy się trzymać od niej z daleka?

– Musimy się zorientować, ile ona wie – powiedziała Spencer. – I w jaki sposób została A. Czego

od nas chciała.

background image

– Chciała tego, czego zawsze chce A. – Hanna zaczęła obgryzać skórkę na palcu. – Zemsty.
–  Ale  dlaczego  próbowała  popełnić  samobójstwo?  –  Spencer  przez  całą  noc  analizowała  ten

problem z każdej strony. – Mona i Ali nie postępowały w ten sposób. Wydawało mi się, że ona chce nas
zabić.

–  Może  chciała  nas  obarczyć  winą  za  swoją  śmierć  –  zasugerowała Aria.  –  Z  taką  świadomością

niełatwo się żyje. Miałybyśmy ją na sumieniu do końca życia.

Ostry  zapach  chloru  uderzył  w  nos  Spencer.  Nigdy  nie  przypuszczała,  że  Kelsey  miała  tendencje

samobójcze.  W  czasie  szkoły  letniej  była  wulkanem  pozytywnej  energii.  Wydawała  się  taka  beztroska,
nawet wtedy gdy garściami zażywały Łatwą Piątkę. Czy to pobyt w poprawczaku tak ją zmienił? A może
uzależnienie? Spencer nie spodziewała się takiego obrotu spraw. W jej wspomnieniach Kelsey niechętnie
sięgnęła  po  pigułki,  wspominając  złe  doświadczenia  z  narkotykami  w  przeszłości.  Spencer  nie
przypuszczała,  że  po  wyjściu  z  poprawczaka  Kelsey  wróci  do  tabletek.  Po  tym  jak  prawie  ją
aresztowano, Spencer natychmiast odstawiła Łatwą Piątkę, choć głód narkotykowy dał się jej we znaki.
Potrafiła  jednak  zmobilizować  wszystkie  siły  i  egzaminy  zdała  na  same  piątki.  Teraz  nie  odczuwała
najmniejszej ochoty, żeby zażyć narkotyki.

Ale  przecież  losy  Kelsey  potoczyły  się  zupełnie  inaczej  niż  Spencer.  Już  sama  świadomość,  że

Kelsey mogła rzucić się ze skały w Kamieniołomie Topielca, była dla Spencer nie do zniesienia. To ona
byłaby winna jej śmierci, bo wciągnęła ją w narkotyki, a potem wysłała do poprawczaka. Wbrew temu,
w  co  chciała  wierzyć,  jej  wizji,  w  których  Kelsey  pojawiała  się  razem  z  Tabithą,  wcale  nie  wywołał
stres  z  powodu  nadmiaru  obowiązków  w  szkole.  Poczucie  winy  zżerało  ją  od  środka.  Na  szczęście  jej
bijatyki  z  Kelsey  nie  widział  nikt  ważny,  taki  jak  Wilden  albo  jej  mama,  albo  jakiś  nauczyciel.  Pierre,
uchodzący  za  alkoholika,  nie  był  wiarygodnym  świadkiem.  Spencer  dobrze  wiedziała,  że  jeśli  wkrótce
nie  znajdzie  ujścia  dla  swoich  wyrzutów  sumienia,  to  może  stracić  panowanie  nad  sobą  i  zrobić  coś
głupiego.

–  Może  Spencer  ma  rację  –  przerwała  milczenie  Emily.  –  Może  powinnyśmy  odwiedzić  Kelsey

w Zaciszu. Wybadać sprawę.

Hanna przygryzła mały palec.
– Prawdę mówiąc, boję się tam wracać. To koszmarne miejsce.
– Pojedziemy razem – powiedziała Aria. – A jeśli okaże się to dla ciebie za trudne, zabierzemy cię

do domu. – Spojrzała na Spencer. – Ja też uważam, że powinnyśmy jechać. Razem.

– W takim razie jutro umówię nas na wizytę – zaproponowała Spencer.
Do wody zaczęły wpadać pojedyncze krople deszczu. Po chwili rozpadało się na dobre. W oddali

rozległ się grzmot. Spencer spojrzała na niebo w stalowych barwach.

– To koniec naszej uroczej kąpieli.
Wyszła  z  jacuzzi,  otuliła  się  pomarańczowym  ręcznikiem  i  podała  trzy  ręczniki  przyjaciółkom.

W milczeniu ruszyły w stronę domu. Hanna i Aria weszły do kuchni, ale Spencer złapała Emily za ramię.

– Wszystko w porządku?
Emily pokiwała głową ze wzrokiem wbitym w drewniany dach domu.
– Przepraszam cię jeszcze raz – westchnęła. – Nie powinnam była mówić Kelsey o tym, co zrobiłaś.

Nie powinnam była wierzyć jej bardziej niż tobie.

– A ja nie powinnam była mówić ci tego, co powiedziałam. Nie wiem, co we mnie wstąpiło.
– Może sobie na to zasłużyłam – powiedziała smutno Emily.
–  Nieprawda.  –  Biedna  Emily,  zawsze  jej  się  wydawało,  że  zasłużyła  na  najgorszą  karę.  Spencer

podeszła  bliżej.  –  Od  powrotu  z  Jamajki  wszystkie  byłyśmy  dla  siebie  okropne.  A  przecież
doświadczenie nas nauczyło, że lepiej trzymać się razem, niż kłócić.

– Wiem.

background image

Emily uśmiechnęła się niewyraźnie. Potem niezdarnie podeszła do Spencer i przytuliła ją do siebie.

Spencer  objęła  ją  ze  łzami  w  oczach.  Aria  i  Hanna  wyszły  z  kuchni  i  przyglądały  się  tej  scenie.  Nie
wiadomo,  czy  usłyszały  ich  rozmowę,  ale  obie  podeszły  i  też  objęły  Spencer  i  Emily.  Przywarły  do
siebie,  tak  jak  robiły  to  od  zawsze,  od  szóstej  klasy.  Brakowało  jednej  dziewczyny,  lecz  Spencer
bynajmniej za nią nie tęskniła.

Godzinę  później  przyjaciółki  Spencer  pojechały  do  domu,  a  ona  wzięła  telefon  i  umówiła  się  na

wizytę  w  Zaciszu  następnego  dnia.  Potem  usiadła  w  salonie  i  w  zamyśleniu  głaskała  gęstą  sierść
Beatrice.  W  jej  domu  rzadko  panowała  tak  głucha  cisza.  Dziś  orkiestra  Amelii  nie  ćwiczyła  tutaj.
Spencer zastanawiała się, jak zabrzmi muzyka, gdy zabraknie jednej skrzypaczki.

Kiedy zadzwonił telefon, Spencer zerwała się na równe nogi tak gwałtownie, że o mało nie straciła

równowagi.  Ekran  informował  ją,  że  dzwoni  członek  komisji  rekrutacyjnej  w  Princeton.  Przez  chwilę
gapiła się na telefon, zbierając się na odwagę, żeby odebrać. Nadszedł decydujący moment. Jej losy się
rozstrzygnęły.

– Panna Hastings? – odezwał się radosny głos. – Jeszcze nie miałyśmy okazji poznać się osobiście.

Nazywam się Georgia Price i biorę udział w pracach komisji rekrutacyjnej na Uniwersytecie Princeton.

–  Mhm.  –  Spencer  trzęsły  się  ręce  tak  bardzo,  że  z  trudem  trzymała  telefon.  Już  słyszała  kolejne

zdanie: „Przykro mi poinformować, że Spencer F. to lepszy kandydat...”.

– Zastanawialiśmy się, czy nadal planuje pani wziąć udział w bankiecie dla kandydatów przyjętych

już na studia? – zapytała uprzejmie pani Price.

Spencer uniosła brwi.
– Nie rozumiem.
Kobieta powtórzyła informację, a Spencer zaśmiała się zakłopotana.
– A-ale wydawało mi się, że nadal rozpatrują państwo moje podanie.
W słuchawce rozległ się szelest papierów.
–  Mmm...  nie.  Nie  sądzę.  Wedle  mojej  wiedzy  przyjęto  panią  sześć  tygodni  temu.  Jeszcze  raz

gratuluję. W tym roku konkurencja była ogromna.

– A ten drugi Spencer Hastings? – zapytała Spencer. – Ten chłopak o takim samym nazwisku jak ja,

który również złożył podanie? Dostałam list od przewodniczącej komisji rekrutacyjnej wyjaśniający, że
omyłkowo rozpatrywano oba wnioski, tak jakby dotyczyły tej samej osoby, i...

–  Dostała  pani  od  nas  list?  –  oburzyła  się  pani  Price.  –  Panno  Hastings,  nie  zrobilibyśmy  czegoś

takiego.  Każde  podanie  rozpatruje  osobno  pięciu  członków  komisji.  Potem  toczy  się  nad  nim  wspólna
dyskusja, a ostateczną decyzję musi zatwierdzić dziekan. Zapewniam panią, że nikt nie trafia do nas przez
pomyłkę. Jesteśmy bardzo, ale to bardzo drobiazgowi.

Spencer  spojrzała  na  swoje  odbicie  w  wielkim  lustrze  w  holu.  Miała  zmierzwione,  potargane

włosy. Na jej czole pojawiła się bruzda, jak zawsze w chwilach wielkiego zdezorientowania.

Pani  Price  przekazała  Spencer  szczegóły  dotyczące  przyjęcia  i  rozłączyła  się.  Spencer  usiadła  na

kanapie. To, co przed chwilą usłyszała, jeszcze do niej nie dotarło. Co to miało znaczyć?

Nagle  wszystko  zrozumiała.  Wstała  i  poszła  do  gabinetu  taty,  w  którym  nadal  stał  jego  komputer

i materiały biurowe. W pięć sekund weszła do internetu i zalogowała się na Facebooku. Drżącymi dłońmi
wpisała w wyszukiwarkę nazwisko Spencera F. Hastingsa. Wyświetliło się wiele profilów, ale żaden nie
należał do genialnego chłopca z Darien w stanie Connecticut, którego Spencer znalazła w sieci kilka dni
wcześniej.

Przypomniała sobie ten fałszywy list z Princeton. Faktycznie, pieczęć wyglądała trochę podejrzanie.

Poza tym, jak się okazało, Kelsey wiedziała, że Spencer dostała się do Princeton...

background image

Oczywiście.  To  Kelsey  napisała  ten  list.  I  stworzyła  fikcyjny  profil  Spencera  F.,  żeby  namieszać

Spencer w głowie. Ten drugi kandydat nie istniał. To była tylko podła zabawa.

Spencer zamknęła oczy, zażenowana własną naiwnością.
– Udało ci się, Kelsey – powiedziała do siebie, stojąc w pustym pokoju.
Musiała przyznać, że dawna przyjaciółka wycięła jej numer w stylu A.

background image

37

OKO W OKO Z WROGIEM

Strach obleciał Hannę, kiedy w poniedziałek po lekcjach wchodziła do eleganckiego lobby Zacisza

Addison-Stevens, kliniki psychiatrycznej i odwykowej. Poczuła się tak, jakby cofnęła się w czasie o rok.
Przypomniała sobie tamte wydarzenia. Tata wepchnął ją do środka przez obrotowe drzwi, przekonany, że
jego córkę należy wyleczyć z ataków paniki. Towarzyszył jej Mike, który powiedział: „To nie wygląda
najgorzej!”.  No  tak,  lobby  wyglądało  obiecująco. Ale  potem  okazało  się,  że  ten  ośrodek  to  koszmarne
miejsce.

Obok niej szła Aria, która kątem oka spojrzała na wielkiego kaktusa w donicy ustawionego w rogu

sali. Ktoś przyczepił mu oczy, nos i usta.

– Gdzieś już to widziałam.
Spencer przyjrzała się kaktusowi i pokręciła głową. Hanna wzruszyła ramionami. Emily na tę okazję

włożyła  pomiętą  szarą  spódnicę  i  trochę  za  ciasny  biały  sweterek.  Ona  też  wzruszyła  ramionami,
odwróciła się i w napięciu przyglądała zmartwionym rodzicom chudego chłopca o pustych oczach, którzy
stali przed recepcją, opierając łokcie o blat.

– Trudno uwierzyć, że tutaj leczyła się Ali.
– To prawda – przytaknęła Hanna.
Rodzina  zamknęła  tu  Ali  na  całe  lata  i  rzadko  ją  odwiedzała.  Uznała  ją  za  chorą  psychicznie

bliźniaczkę  i  nie  wierzyła,  kiedy Ali  przekonywała,  że  to  Courtney  została  w  domu.  W  takiej  sytuacji
każdy postradałby zmysły.

Spencer podeszła do jednej z recepcjonistek i powiedziała, że przyszły odwiedzić Kelsey Pierce.
–  Tędy  proszę.  –  Recepcjonistka  uprzejmie  pokazała  im  kierunek,  przyglądając  się  bacznie  całej

czwórce. – Czy ja panie skądś znam?

Dziewczyny  spojrzały  po  sobie.  Hanna  chciała  powiedzieć:  „Jedna  z  tutejszych  pacjentek

próbowała  nas  zabić”.  Trudno  uwierzyć,  że  rada  medyczna  ośrodka  nie  doprowadziła  do  jego
zamknięcia. Przecież wypuszczono stąd Prawdziwą Ali, twierdząc, że wróciła do zdrowia. Tymczasem
ona zaraz potem zamordowała kilka osób.

Weszły  do  przestronnego  pomieszczenia  z  okrągłymi  stolikami.  W  rogu  stała  butla  z  wodą

mineralną,  a  na  półce  ekspres  do  kawy.  Na  żółtej  korkowej  tablicy  wisiały  radosne,  afirmujące  życie
hasła: „JESTEŚ WYJĄTKOWA!”, „SIĘGNIJ GWIAZD!”. Co za bzdury.

Hanna  rozpoznała  czaro-białe  zdjęcie  krętej  klatki  schodowej.  Podobno  zrobił  je  były  pacjent

Zacisza,  który  wrócił  do  zdrowia.  Przez  szklaną  ścianę  widać  było  korytarz  prowadzący  do  ośrodka.
Hanna  mimowolnie  przyglądała  się  przechodzącym  pacjentom,  jakby  czekała  na  jakąś  znajomą  twarz.
Pamiętała Alexis, która nie tykała jedzenia. I Tarę z wielkimi piersiami. I Iris, którą Hanna podejrzewała
o bycie A. i która mieszkała kiedyś w jednym pokoju z Prawdziwą Ali. Ale teraz nie rozpoznawała nawet
pielęgniarek.  Gdzieś  zniknęła  Betsy,  która  zawsze  podawała  jej  leki.  Nie  zauważyła  też  doktor  Felicii,
prowadzącej niegdyś śmiertelnie nudne sesje terapii grupowej.

Po  chwili  drzwi  na  korytarz  otworzyły  się  ze  skrzypieniem  i  wysoka  pielęgniarka  z  włochatym

pieprzykiem  na  policzku  wprowadziła  do  sali  wątłą  dziewczynę  w  różowej  szpitalnej  piżamie.
Dziewczyna miała jasnorude włosy i delikatne rysy twarzy. Hanna dopiero po chwili zdała sobie sprawę,
że  to  ta  sama  osoba,  którą  spotkała  na  przyjęciu  u  Noela  w  zeszłym  roku...  i  która  dwa  dni  temu

background image

próbowała  w  narkotycznym  szale  skoczyć  ze  skały  do  kamieniołomu.  Kelsey  miała  podkrążone  oczy
i matowe włosy. Stała zgarbiona, z opuszczonymi rękami.

Dziewczyny  zamarły,  kiedy  Kelsey  odsunęła  krzesło  i  w  milczeniu  usiadła.  Spojrzała  na  nie

obojętnie. Na jej twarzy nie było widać żadnych uczuć.

– Fajnie was widzieć.
–  Cześć  –  przywitała  się  Spencer.  Pokazała  na  Hannę  i  pozostałe  dziewczyny.  –  Pamiętasz  nas,

prawda? To jest Hanna, a to Aria... Emily już znasz.

– Mhm. – Kelsey ponuro pokiwała głową.
Zapadło głuche, trudne do zniesienia milczenie. Hanna wpatrywała się w swoje dłonie na kolanach.

Żałowała, że nie może ich czymś zająć, choćby pilnikiem do paznokci albo papierosem. Właściwie nie
ustaliły  wcześniej,  co  powiedzą  Kelsey,  kiedy  się  z  nią  zobaczą.  Nigdy  wcześniej  nie  stanęły  twarzą
w twarz z A., żeby zapytać ją, dlaczego je prześladował.

Wreszcie Kelsey przerwała milczenie.
– Mój terapeuta twierdzi, że powinnam was przeprosić.
Hanna rzuciła okiem na Arię. Przeprosić?
–  Nie  powinnam  była  cię  zawozić  do  tego  kamieniołomu.  –  Kelsey  spojrzała  na  Emily.  –  Mój

terapeuta twierdzi, że naraziłam cię na niebezpieczeństwo.

Emily cała się trzęsła.
„Chyba o to ci chodziło”, chciała powiedzieć Hanna.
– I powinnam ci podziękować. – Kelsey wpatrywała się w swoje paznokcie zupełnie zdruzgotana. –

Za uratowanie mi życia w sobotę. No więc... gracias.

Emily zamrugała.
– Nie ma sprawy.
Kelsey włożyła w dłoń Emily list.
–  To  do  ciebie.  Napisałam  to  rano,  żeby  wytłumaczyć...  wszystko.  Nie  wolno  nam  tutaj  używać

telefonów i komputerów, więc lekarze radzą nam, byśmy pisały listy, żeby oczyścić się ze złych emocji. –
Przewróciła oczami.

– Dzięki – odparła Emily ze wzrokiem wbitym w kartkę papieru.
Kelsey wzruszyła ramionami.
– Dobrze, że nie pozwoliłaś mi skoczyć, ale niepotrzebnie wezwałaś karetkę.
Emily ze zdumienia otworzyła usta.
– Miałaś konwulsje! Co miałam zrobić?
– Zostawić mnie. Wyszłabym z tego. Już mi się to zdarzało. – Kelsey zaczęła drzeć na kawałeczki

serwetkę leżącą na stole. – Policja nie miała dla mnie litości. Już trzeci raz przyłapali mnie na zażywaniu
narkotyków, więc automatycznie wylądowałam na odwyku. A potem muszę wrócić do poprawczaka.

Emily pokręciła głową.
– Nie miałam pojęcia.
– Żadna z nas o tym nie wiedziała – dodała Spencer.
Kelsey nic nie powiedziała, ale wyglądała tak, jakby im nie wierzyła.
Dziewczyny spojrzały po sobie zakłopotane. Spencer nachyliła się do przodu.
– Słuchaj, przepraszam. Wiesz za co. Za to, co stało się w lecie. Za to, co zrobiłam na komisariacie.
Kelsey siedziała w milczeniu ze wzrokiem wbitym w blat stołu.
–  Ja  też  przepraszam  –  włączyła  się  Hanna.  Już  nie  mogła  dłużej  dusić  tego  w  sobie.  –  Za  to,  że

podrzuciłam ci do pokoju pigułki. I doniosłam na ciebie policji.

Kelsey zaśmiała się pusto.

background image

–  W  pokoju  trzymałam  tonę  pigułek. Ale  faktycznie  zrobiłaś  mi  świństwo.  Przecież  nawet  się  nie

znamy.

Hanna  zamrugała. A  więc  Kelsey  zasługiwała  na  to,  żeby  trafić  za  kratki?  Spencer  wyglądała  na

równie zdumioną.

– Dlaczego wtedy nie przyznałaś się, że masz jeszcze tabletki? Nie pojechałybyśmy do dilera i nie

wpakowałybyśmy się w tarapaty!

Kelsey uśmiechnęła się chytrze.
–  To  była  moja  sekretna  dawka.  Moja  przepustka  na  dobrą  uczelnię.  Moja,  a  nie  twoja.  Nie

sądziłam, że starczy ci odwagi, żeby pojechać do tej strasznej dzielnicy i kupić od kogoś narkotyki. Tylko
spójrz na siebie.

Zmrużyła  oczy  i  zmierzyła  wzrokiem  Spencer  ubraną  w  luźną  tunikę  marki  Elizabeth  and  James

i dżinsowe legginsy od J Brand, które Hanna widziała w Szyku za trzysta dolarów.

Aria popatrzyła Kelsey prosto w oczy.
– Dlaczego nam to zrobiłaś?
–  Co  zrobiłam?  –  zapytała  Kelsey,  jakby  niczego  nie  rozumiała,  patrząc  na  dziewczyny  spod

ciężkich powiek.

„Prześladowałaś nas jako A.!”, chciała zakrzyknąć Hanna.
– To z powodu Tabithy, tak? – dopytywała się Aria.
– Jakiej Tabithy? – Kelsey powiedziała wyraźnie znudzonym tonem.
– Dobrze wiesz – Spencer nie dawała za wygraną. – Wiesz wszystko!
Kelsey patrzyła na nie przez chwilę, ale potem zamknęła oczy.
– Głowa mi pęka. Naszpikowali mnie tu lekami. – Odsunęła krzesło i wstała. – Szczerze mówiąc,

wasza wizyta mnie zdziwiła. To znaczy, dzięki za przeprosiny i tak dalej. No i... proszę. – Sięgnęła do
kieszeni spodni i wyciągnęła z niej kartkę papieru w linie. – Napisałam to dla ciebie, Spencer.

Kelsey wręczyła Spencer list.
– Powodzenia, dziewczyny.
Wyszła na korytarz, powłócząc nogawkami po podłodze. Kiedy wyszła z sali odwiedzin, zatrzymała

ją pielęgniarka, która zaprowadziła ją do małego gabinetu z oszklonym oknem. Dziewczyny patrzyły, jak
Kelsey bezwolnie siada na niebieskim plastikowym krześle. Pielęgniarka coś do niej powiedziała, a ona
w odpowiedzi pokiwała obojętnie głową, z twarzą pozbawioną wyrazu.

Hanna oparła się o blat stołu.
– Co to, do cholery, miało znaczyć?
– Wydawała się... zupełnie inna. – Emily spojrzała na Kelsey siedzącą w gabinecie. – Bezradna.
Spencer obracała srebrny pierścionek na palcu.
–  Dlaczego  nie  przyznała  się,  że  znała  Tabithę?  Przecież  musiała  ją  spotkać.  Miała  jej  zdjęcie

w telefonie. I przysłała mi tego SMS-a!

– Kłamie! – oznajmiła bezceremonialnie Aria. – Musi.
Spencer otworzyła list od Kelsey i położyła go na stole. Wszystkie nachyliły się nad nim, żeby go

przeczytać. List składał się z jednego akapitu napisanego lejącym piórem.

Droga Spencer,
podobno na odwyku pierwszy krok w stronę lepszego życia polega na tym, że trzeba oczyścić
relacje z ludźmi. Zacznę więc od Ciebie. Już się na Ciebie nie wściekam. Owszem, jak trafiłam
na kilka miesięcy do poprawczaka, byłam na ciebie wkurzona, bo podejrzewałam, że to przez
Ciebie mnie to spotkało. Ale upewniłam się co do tego dopiero w piątek, kiedy Emily mi o tym
powiedziała.  Uratowałaś  swój  tyłek,  gratuluję.  I  chyba  nawet  nie  winię  Cię  za  to.  Kiedy

background image

w piątek napisałam Ci w SMS-ie, że musimy pogadać, wydawało mi się, że nie stracę nad sobą
panowania. Ale na twój widok szlag mnie trafił. Poza tym Ty też wpadłaś w szał. Wybaczam
Ci,  że  mnie  skrzywdziłaś.  Nie  wiem,  na  czym  polega  Twój  problem,  ale  uważam,  że
potrzebujesz pomocy.
Powodzenia. I pomyśl o mnie czasem, jak już będziesz studiowała w Princeton – o tak.

Kelsey

– Ostro – powiedziała Hanna, kiedy skończyła czytać.
– Nie rozumiem. – Spencer spojrzała na Emily. – Twierdzi, że dopiero od ciebie dowiedziała się

o tym, co zrobiłam? Jeśli to ona była A., to chyba niemożliwe?

–  Wyglądała  na  naprawdę  zdziwioną,  kiedy  powiedziałam  jej  o  tym  na  bankiecie  –  wyszeptała

Emily. – Ale później, w kamieniołomie, wydawało mi się, że kłamała i że o wszystkim dobrze wiedziała.

Hanna pokazała na list Emily.
– A co napisała do ciebie?
Emily spojrzała nerwowo na przyjaciółki, jakby wolała przeczytać ten list w samotności, ale potem

wzruszyła ramionami i otworzyła go.

Droga Emily,
chyba  jestem  Ci  winna  wyjaśnienia.  Nawaliłam,  wciągając  Cię  w  tę  historię,  i  bardzo  tego
żałuję. Ale mam Ci też za złe, że zataiłaś przede mną taki sekret.
Kiedy  się  spotkałyśmy,  byłam  trzeźwa  i  nie  brałam  żadnych  narkotyków.  Byłam  szczęśliwa.
I  cieszyła  mnie  nowa  przyjaźń.  Ale  potem  zdałam  sobie  sprawę,  kim  jesteś  i  z  kim  się
przyjaźnisz.  Pomyślałam  o  Spencer  i  wszystkie  złe  wspomnienia  wróciły  lawiną.  Zaczęłam
brać  pigułki.  Przed  naszym  spotkaniem  na  kręgielni  i  spacerem  na  szlaku.  Zażyłam  je  nawet
w  czasie  przedstawienia.  Pytałaś  mnie,  co  się  ze  mną  dzieje,  a  ja  Ci  nie  powiedziałam.
Wiedziałam,  że  zrobisz  wszystko,  co  w  Twojej  mocy,  żeby  mnie  powstrzymać,  a  ja  nie
chciałam przestać.
Kiedy  tylko  dowiedziałam  się,  co  zrobiła  Spencer,  uśmierzyłam  moje  smutki,  biorąc  więcej
tabletek  niż  kiedykolwiek.  W  kamieniołomie  już  nie  byłam  sobą  i  przepraszam,  że  naraziłam
cię na niebezpieczeństwo. Jestem Ci wdzięczna, że mnie uratowałaś, choć życie na odwyku to
koszmar.  Ale  mój  terapeuta  twierdzi,  że  jak  dam  sobie  trochę  czasu,  to  może  mój  stan  się
poprawi. Nigdy nie wiadomo.
Poza  tym  ja  też  kłamałam.  Z  wielu  swoich  postępków  bynajmniej  nie  jestem  dumna  i  nie
umieściłabym  ich  na  liście  rzeczy,  które  musi  zrobić  niegrzeczna  dziewczyna  przed  śmiercią.
Oszukiwałam  na  egzaminach.  W  drugiej  klasie  liceum  całowałam  się  z  nauczycielem
w  szkolnym  magazynie,  żeby  dostać  piątkę  na  koniec  roku.  W  czasie  ferii  na  Jamajce
pierwszego  popołudnia  poznałam  faceta  i  po  kilku  godzinach  uciekłam  z  nim  na  drugi  koniec
wyspy, zostawiając moich przyjaciół bez samochodu i pieniędzy.
Jak  widzisz,  nie  tylko  Ty  jesteś  beznadziejna.  Wybaczam  Ci  i  mam  nadzieję,  że  i  Ty  mi
wybaczysz. Może któregoś dnia znowu się zaprzyjaźnimy.
A może po prostu życie jest ciężkie, a potem się umiera.

Kelsey

Kiedy skończyły czytać, Emily złożyła list ze łzami w oczach.
– Biedna Kelsey.
– Biedna Kelsey!? – wykrzyknęła Spencer. – To tobie trzeba współczuć!
–  Dziewczyny.  –  Aria  pokazała  palcem  na  list.  –  Myślicie,  że  to  prawda,  co  napisała  o  swojej

background image

ucieczce z tym facetem?

Hanna  ponownie  spojrzała  na  korytarz.  Kelsey  nadal  siedziała  w  gabinecie,  bawiąc  się

sznureczkiem od spodni.

– Jeśli tak, to nie widziała, jak rozmawiałyśmy z Tabithą. I na pewno nie wie... co się stało.
– Może faktycznie nie znała Tabithy – wyszeptała Emily.
Spencer pokręciła gwałtownie głową, a jej kolczyki się zakołysały.
– To niemożliwe. Skąd miałaby w telefonie zdjęcie... martwej Tabithy?
W głowie Hanny zapaliło się czerwone światełko.
– Pokaż mi swój telefon.
Spencer  spojrzała  na  nią  podejrzliwie,  ale  wręczyła  jej  swoją  komórkę.  Hanna  otworzyła  plik

z  zapisanymi  SMS-ami.  Znalazła  tam  wiadomość  z  groźbą:  „Skrzywdziłaś  mnie  i  siebie.  Teraz  ja
skrzywdzę  ciebie”. Ale  Spencer  nie  zdążyła  jeszcze  otworzyć  ponad  dwudziestu  wiadomości  z  piątku,
które dostała po przedstawieniu. Pisali do niej przyjaciele, rodzina i ten chłopak, który grał główną rolę.
Jedna wiadomość przyszła z nieznanego numeru, który zaczynał się od cyfr 484.

Hanna ją otworzyła.

Emily powiedziała mi, co zrobiłaś, suko. Musimy pogadać.

Kelsey

– Jezu – wyszeptała Hanna, pokazując go Spencer. – A jeśli to o tym SMS-ie pisała w swoim liście?

I o nim wspominała w piątek?

Cała krew odpłynęła z twarzy Spencer.
–  Ale...  w  piątek  tego  nie  przeczytałam.  Przeczytałam  tylko  SMS-a  od  A.,  a  potem  zjawiła  się

Kelsey.  Powiązałam  fakty,  no  i...  –  Telefon  wyślizgnął  się  jej  z  dłoni  na  stół.  Rozglądała  się  po  sali,
jakby szukała jakiegoś stałego punktu, który dałby jej oparcie. – W takim razie to Kelsey przysłała obie
wiadomości.

– A jeśli to nie ona? – wyszeptała Hanna. – Jeśli tę drugą napisał ktoś inny?
Dziewczyny  patrzyły  na  siebie  z  przerażeniem  wypisanym  na  twarzach.  Hanna  odwróciła  się

i  spojrzała  w  stronę  gabinetu  pielęgniarki  po  drugiej  stronie  korytarza.  Musiały  rozwiązać  tę  zagadkę.
Musiały zapytać Kelsey, co tu się, do cholery, dzieje.

Ale w biurze już nikogo nie było. Zniknęła pielęgniarka... i Kelsey.

background image

38

TEN POTWÓR ŻYJE

– Godziny odwiedzin się skończyły – oznajmiła pielęgniarka w czystym szpitalnym kitlu, wsuwając

głowę do pokoju dla gości. – Jeśli chcą panie umówić się na kolejną wizytę, mogą się panie zapisać na
jutro, między dwunastą a drugą.

Emily przygryzła policzek. Jutro musiały iść do szkoły.
– Czy mogłybyśmy zadzwonić do Kelsey? – zapytała. – Musimy zadać jej ważne pytanie. To sprawa

życia i śmierci.

Pielęgniarka dotknęła plakietki przypiętej do kitla.
– Przykro mi, ale naszym pacjentom nie wolno używać telefonu. Muszą skoncentrować się na pracy,

którą  wykonują  tutaj,  i  nie  chcemy,  żeby  wiadomości  z  zewnątrz  ich  dekoncentrowały.  Ale  jak  już
mówiłam, można odwiedzić ją jutro...

Otworzyła drzwi prowadzące na korytarz, który wiódł do opustoszałego lobby.
Dalsze negocjacje nie miały sensu. Emily wyszła za Spencer, Hanną i Arią. W jej głowie kotłowały

się  różne  myśli.  List  Kelsey  do  Spencer  był  zagadkowy,  a  ten  do  Emily  rozdzierał  serce.  Czy  Kelsey
naprawdę  nie  widziała,  co  zrobiły  Tabicie...  czy  tak  jak  zawsze  dały  się  nabrać  A.?  Jeśli  nic  nie
wiedziała, to co miała na myśli, kiedy w kamieniołomie powiedziała, że Emily jest okropna? Może to, że
Emily zataiła przed nią to, czego dowiedziała się od Spencer. Przecież Kelsey ufała Emily.

– No i co robimy? – szepnęła Emily. – Odwiedzimy ją kiedy indziej?
– Chyba tak – powiedziała Spencer. – Jeśli zechce nas widzieć.
Dziewczyny szły korytarzem, w którym paliło się ostre, jarzeniowe światło. Mijały kolejne drzwi.
– Spójrzcie – syknęła Aria, zatrzymując się przy małym wykuszu z kranem z wodą pitną. Na jednej

z  wewnętrznych  ścian  widniało  mnóstwo  imion  napisanych  różnokolorowymi  flamastrami.  „PETRA”.
„ULYSSES”. „JENNIFER”. „JUSTIN”.

– To była moja współlokatorka – wyszeptała Hanna, pokazując na imię „IRIS” napisane na różowo.

– Ta, którą podejrzewałam o bycie A.

Nagle  Emily  dostrzegła  w  rogu  podpis  tak  przerażająco  znajomy,  że  ugięły  się  pod  nią  kolana.

„COURTNEY”.  Napis  składał  się  ze  srebrnych  pękatych  liter.  Tym  samym  charakterem  pisma  pewna
szóstoklasistka  uwieczniła  na  ścianie  swoje  imię,  kiedy  wszyscy  w  klasie  mieli  się  podpisać
i  scharakteryzować  siebie  za  pomocą  kilku  przymiotników.  Bardzo  podobnym  pismem  prawdziwa
Courtney,  czyli  Ich  Ali,  podpisała  się  na  dyktandzie,  w  czasie  którego  siedziała  obok  Emily.  „E”
w nazwisku „DiLaurentis” miało taki sam zawijas jak „e” w „Courtney” na ścianie korytarza. Litery były
trochę pochyłe. Courtney chciała być jak Ali w każdym calu. I udało się jej.

Dziewczyny powędrowały za wzrokiem Emily.
– Więc ona naprawdę tu była – powiedziała cicho Spencer.
Hanna pokiwała głową.
– Właściwie dotarło to do mnie dopiero teraz, na widok tego podpisu – powiedziała.
Emily jeszcze raz spojrzała na imię na ścianie, a potem na ponury, aseptyczny korytarz kliniki. Jak

musiała czuć się tutaj Prawdziwa Ali, kiedy przez prawie cztery straszne lata nikt nie wierzył, że jest tą,
za  którą  się  podaje?  Pewnie  zżerała  ją  nienawiść  do  siostry,  która  zajęła  jej  miejsce.  I  narastał  w  niej
gniew na Emily, Arię, Spencer i Hannę za to, że znalazły się w niewłaściwym miejscu i niewłaściwym

background image

czasie. W murach ośrodka wpadła na pomysł wydostania się stąd, zaplanowała morderstwo siostry, knuła
wszystkie intrygi A., a nawet opracowała plan zabicia dziewczyn w domku w górach.

I jeśli przeczucia nie myliły Emily, Ali wciąż żyła.
Emily odwróciła się do swoich przyjaciółek, zastanawiając się, czy powinna im wreszcie zdradzić

tajony  od  roku  sekret.  Jeśli  miały  odnowić  swoją  przyjaźń  i  zacząć  jeszcze  raz,  to  chyba  powinny
szczerze pogadać.

Nagle Hanna westchnęła i pchnęła drzwi na końcu korytarza. Spencer i Aria wyszły za nią. Emily

ostatni raz spojrzała na wnętrze kliniki. W jej uszach zadźwięczał cichy, wysoki chichot. Odwróciła się
spłoszona, ale nikogo nie zobaczyła.

Dziewczyny przeszły przez trawnik w kierunku parkingu. Ogrodnik klęczał przy grządce, usuwając

z  niej  wyschłą  trawę.  Na  szczycie  masztu  łopotała  flaga  stanu  Pensylwania.  Po  raz  pierwszy  od  dawna
Emily nie czuła się skrępowana, idąc obok swoich przyjaciółek. Właściwie czuła ulgę. Chrząknęła cicho.

– Może umówimy się razem w tygodniu – zaproponowała nieśmiało. – Pójdziemy na kawę.
Aria spojrzała na nią.
– Jestem za.
– Ja też – dodała Hanna.
Spencer uśmiechnęła się i żartobliwie uderzyła biodrem w jej biodro. Emily poczuła, że poczucie

satysfakcji  otula  ją  jak  gruby,  miękki  koc.  Zdała  sobie  sprawę,  jak  bardzo  tęskniła  za  dawnymi
przyjaciółkami. Więc jednak ta okropna historia nie skończyła się dla niej tak źle.

Przeszły  obok  ławki  z  kutego  żelaza,  za  którą  stał  maszt  z  flagą.  Chyba  niedawno  ją  tutaj

postawiono.  Cementowa  podstawa  wyglądała  tak,  jakby  jeszcze  nie  wyschła.  Przed  ławką  widniała
lśniąca  miedziana  tablica,  a  obok  niej  leżał  bukiet  lilii.  Emily  bezwiednie  przesunęła  wzrokiem  po
tabliczce,  w  pierwszej  chwili  nie  zdając  sobie  sprawy  z  tego,  co  na  niej  napisano.  Dopiero  po  chwili
przeczytała ją ponownie.

– Dziewczyny.
Jej przyjaciółki, idące kilka kroków przed nią, zawróciły. Emily pokazała na napis na tabliczce.
Wszystkie  wpatrywały  się  w  świeżo  wyryte  litery.  „TĘ  ŁAWKĘ  POŚWIĘCAMY  PAMIĘCI

TABITHY 

CLARK, 

BYŁEJ 

PACJENTKI 

ZACISZA  ADDISON-STEVENS. 

SPOCZYWAJ

W POKOJU”. Pod inskrypcją widniała data urodzenia i śmierci. Tabitha żyła dokładnie tyle samo lat co
Prawdziwa Ali.

– O Boże – wyszeptała Spencer.
Aria zasłoniła usta dłonią. Hanna na chwiejnych nogach zrobiła krok w przód.
– Tabitha tu była? – zapytała Spencer.
– Dlaczego nigdy nie wspomniano o tym w telewizji? – Aria pokręciła głową.
Emily spojrzała na przyjaciółki, bo nagle zaświtała jej przerażająca myśl.
– Myślicie, że znała... Ali?
Dziewczyny popatrzyły po sobie z przerażeniem. Zerwał się wiatr. Przywiał suche, martwe liście,

które  zakryły  imię  Tabithy.  Odezwał  się  telefon  Arii.  Kilka  sekund  później  w  torbie  Spencer
zadźwięczała  komórka.  Telefon  Hanny  zasyczał  jak  wąż,  a  Emily  poczuła  w  kieszeni  wibracje  swojej
komórki i podskoczyła ze strachu.

Emily  nie  musiała  nawet  otwierać  wiadomości,  żeby  wiedzieć,  kto  ją  przysłał.  Zdezorientowana

spojrzała na przyjaciółki.

–  Dziewczyny,  przecież  Kelsey  nie  może  pisać  SMS-ów  z  ośrodka.  Tam  nie  wolno  używać

telefonów.

– Więc... – Hanna spojrzała na telefon. – Kto to napisał?
Drżącą  ręką  Emily  otworzyła  wiadomość.  Zamknęła  oczy,  gdy  dotarło  do  niej,  że  ich  koszmar  się

background image

nie skończył. A być może dopiero się zaczął.

Możecie szukać, gdzie chcecie. I tak NIGDY mnie nie znajdziecie.

A.

background image

CO BĘDZIE DALEJ...

Nasze  śliczne  kłamczuchy  wciąż  broją,  a  ja  muszę  je  torturować.  To  się  chyba  nazywa  symbioza,

prawda? Spencer powinna to wiedzieć. No, chyba że akurat na tej lekcji się naćpała. O, przepraszam za
wyrażenie...

Kiedy nasza kochana płaksa Emily już myślała, że znalazła nową przyjaciółkę, Kelsey o mało jej nie

zabiła.  Nadal  kręcą  cię  niegrzeczne  dziewczynki,  Em?  Hanna  ubzdurała  sobie,  że  jest  Julią
w  melodramacie  z  happy  endem.  Jakie  to  romantyczne.  Chyba  muszę  powtórzyć:  prawdziwa  Julia
skończyła  tragicznie.  A  Aria  –  och,  nasza  Aria.  Wróciła  do  starych,  złych  nawyków.  Ci,  którzy  nie
wyciągają  wniosków  z  historii,  muszą  ją  w  kółko  powtarzać.  Miejmy  nadzieję,  że  Aria  nigdy  nie
wyciągnie wniosków z mojej lekcji.

Nasze dziewczyny pewnie marzą o wakacjach, ale biorąc pod uwagę, jak zakończyła się ich ostatnia

wycieczka,  to  chyba  nie  jest  najlepszy  pomysł.  Poza  tym  ja,  oglądając  ich  dramatyczne  przygody,  czuję
się jak na najlepszych wakacjach!

Do następnego razu, suki.
Cmok!
A.

background image

PODZIĘKOWANIA

Wprost nie mogę uwierzyć, że piszę właśnie podziękowania do dziesiątego tomu serii Pretty Little

Liars.  Ogromnie  się  cieszę,  że  ma  ona  tak  długi  żywot.  Dzięki  temu  mogę  współpracować  ze
wspaniałymi wydawcami, którzy podrzucają mi nowe pomysły, a także z całą armią błyskotliwych osób,
dzięki  którym  seria  staje  się  tak  atrakcyjna  i  interesująca  dla  czytelników.  Zawsze  dziękuję  tym  samym
osobom,  ale  naprawdę  jestem  im  dozgonnie  wdzięczna.  Ten  wspaniały  zespół  to  Lanie  Davis,  Sara
Shandler, Josh Bank, Les Morgenstein i Kristin Marang z Alloy Entertainment. W czasie powstawania tej
książki  wspieraliście  mnie  i  służyliście  mi  radą.  Wiele  zawdzięczam  Waszej  wiedzy  i  przenikliwości.
Dzięki  Wam  moja  praca  to  prawdziwa  przyjemność.  Bardzo  się  cieszę,  że  od  tylu  lat  mogę  z  Wami
współpracować.

Dziękuję również tym osobom, którym dedykowałam niniejszy tom: Farrin Jacobs, Kari Sutherland,

Christinie Colangelo i Marisie Russell z wydawnictwa HarperTeen. Farrin i Kari to genialne redaktorki,
o  niesłychanej  intuicji.  Dzięki  nim  moje  książki  z  przeciętnych  stają  się  znakomite.  Christina  to  mój
cyfrowy guru – to ona wymyśla wszystkie konkursy na Twitterze! A Marisa zorganizowała dla mnie latem
wspaniałą podróż, w czasie której poznałam mnóstwo cudownych czytelniczek moich powieści. Jeszcze
raz dziękuję Wam wszystkim za to, że dajecie mi wsparcie i poczucie bezpieczeństwa. Już nie mogę się
doczekać naszych kolejnych wspólnych projektów!

Podziękowania  niech  zechcą  przyjąć  także  Andy  McNicol  i  Jennifer  Walsh  z  William  Morris,

a także niezwykła ekipa filmowa, która nadal kręci mrożący krew w żyłach serial Słodkie kłamstewka na
podstawie  mojej  serii.  W  skład  tego  zespołu  wchodzą  Marlene  King,  Oliver  Goldstick,  Lisa  Cochran-
Neilan,  grupa  znakomitych  scenarzystów,  reżyserów,  producentów,  pracowników  planu  i  oczywiście
Lucy,  Shay,  Ashley,  Troian...  i  Sasha!  Nie  zapominajmy  o  genialnej  odtwórczyni  roli  Ali!  Dziękuję
Andrew  Zaehowi,  który  zarejestrował  kamerą  wszystkie  prezenty  w  czasie  przyjęcia  z  okazji  narodzin
mojego dziecka, oraz Colleen McGarry za to, że jest cudowną osobą i kupiła mojemu mężowi najlepsze
ciastka  pod  słońcem. A  jeśli  już  przy  tym  jesteśmy,  jak  zwykle  z  wielką  miłością  pozdrawiam  mojego
męża Joela i moich rodziców Shepa i Mindy, a także Ali, która – przypomnę to jeszcze raz – w niczym
nie przypomina żadnej z dwóch swoich imienniczek występujących w moich powieściach.

Poprzednio zapomniałam podziękować Mii Rusili za jej pomoc w czasie pracy nad Uwikłanymi. To

ona przełożyła fragmenty tekstu na fiński. Na szczęście Klaudia pojawia się również w tym tomie, więc
mogę tym razem gorąco pozdrowić Mię. Dziękuję fankom spotkanym w czasie mojego letniego tournée
i wszystkim, którzy dostarczyli inspiracji dla moich powieści i serialu telewizyjnego. Dzięki Wam moje
pisanie ma sens. Wszystkiego dobrego – i nigdy nie zdradzajcie A. swoich sekretów!

background image

Sara  Shepard

  jako  nastolatka  chciała  być  gwiazdą  oper  mydlanych,  projektantką  klocków  Lego  lub

genetykiem.  Inspiracją  bestsellerowych  powieści  z  serii Pretty Little Liars  oraz The  Lying  Game  stały
się jej wspomnienia z czasów szkolnych.

background image

1

 W. Szekspir, Makbet, [w:] tenże, Romeo i Julia, Hamlet, Makbet, tłum. S. Barańczak, Kraków 2006, akt V, scena I, s. 525.

2

 Tamże, s. 527.

3

 Tamże.

4

 Tamże, s. 528.

5

 Tamże.

6

 Tamże, s. 439.

7

 Tamże, s. 496.

8

 Tamże, s. 437.

9

 Tamże.

10

 Tamże.

11

 Tamże, s. 438.

12

 Tamże, s. 440.

13

 Tamże, s. 527.

14

 W. Szekspir, Romeo i Julia, [w:] tenże, Romeo i Julia, Hamlet, Makbet, dz. cyt., s. 56.

15

 W. Szekspir, Makbet, [w:] tenże, Romeo i Julia, Hamlet, Makbet, dz. cyt., s. 429.

16

 Tamże, s. 434.

background image

Tytuł oryginału: Ruthless. A Pretty Little Liars Novel

Copyright © 2011 by Alloy Entertainment and Sara Shepard.

Published by arrangement with Rights People, London

Copyright © for the translation by Mateusz Borowski

Projekt okładki: Katarzyna Bućko

Fotografie na okładce: karty – © iStockphoto.com / pavlen;

kieliszek – © iStockphoto.com / Eduard Biryuzov;

fotografia z filmu – Key Artwork © 2013 Warner Bros. Entertainment Inc. All Rights Reserved

Napis Pretty Little Liars na okładce: Hand Lettering by Peter Horridge

Fotografia autorki: © Daniel Snyder

Opieka redakcyjna: Eliza Kasprzak-Kozikowska

Ozdobnik we wnętrzu książki: © iStockphoto.com / Olha Shvachych

Korekta: Maria Armata / Wydawnictwo JAK,

Bogumiła Gnypowa / Wydawnictwo JAK

ISBN 978-83-7515-878-6

www.otwarte.eu

Plik opracował i przygotował Woblink

www.woblink.com

background image

Spis treści

Karta tytułowa
Dedykacja
Masz za swoje
1. Każdy zabójca zasługuje na trochę zabawy
2. Spencer i jej sobowtór
3. Śliczna samotnica
4. Hanna Marin, strateg kampanii wyborczych
5. Mała Syrenka
6. Upadła gwiazda
7. Dzięki Bogu, istnieją książki adresowe w komórkach
8. Korzystny układ gwiazd
9. Ktoś w typie Emily
10. Och, amour...
11. Dawna przyjaciółka
12. Ktoś ma cię na oku
13. Nielegalny pocałunek
14. Spencer uwalnia swój umysł
15. Owca w wilczej skórze
16. Ulubiona książka Arii
17. Randka pod klasztorem
18. Wszystkie wielkie aktorki mają przywidzenia!
19. Złodziejka książek
20. Każdy kochający ojciec chciałby zamknąć swoją córeczkę w wysokiej wieży
21. W tej torbie straszy
22. Trudne decyzje najłatwiej podjąć z nożem na gardle
23. Emily, ty mięczaku
24. Życie naśladuje sztukę
25. „Cicho! Cóż to za światło błysło w oknie?”
26. Propozycja nie do odrzucenia
27. Połamania nóg, droga lady Makbet
28. Prawda zawsze wychodzi na jaw
29. Ona cię ostrzegała, Ario
30. Zabij ją, nim ona zabije ciebie
31. Emily idzie za głosem serca
32. Liścik na samochodowej antenie
33. Upadły idol
34. Rodzina musi trzymać się razem
35. Idealny moment
36. Prawdziwy Spencer F.
37. Oko w oko z wrogiem
38. Ten potwór żyje
Co będzie dalej...
Podziękowania
Sara Shepard

background image

Przypisy
Karta redakcyjna


Document Outline