background image
background image

 

 

 

 

 

ELIZABETH BEVARLY 

Radosna chwila 

Tytuł oryginału: Roxy and the Rich Man 

background image

 

 

 

 

PROLOG 

Znów miał ten sam sen. 
Spencer  Melbourne  usiadł  na  łóżku  i  bezskutecznie  usiłował 

przebić  wzrokiem  otaczające  go  ciemności.  Mimo  chłodnej,  listo-
padowej nocy obudził się pokryty zimnym potem, który ściekał mu 
teraz między łopatkami i zwilżał pierś. 

Drżącą ręką odgarnął z czoła kosmyk wilgotnych, czarnych wło-

sów  i  głęboko  wciągnął  powietrze.  Za  wszelką  cenę  pragnął  się 
uspokoić. 

Ten sam sen gnębił go od lat. Zwykle raz lub dwa razy w roku, 

czasami częściej. Ostatnio jednak zaczął pojawiać się z niepokojącą 
regularnością. Raz bądź nawet dwukrotnie w tygodniu. I, co gorsza, 
stawał się coraz bardziej realistyczny. Za każdym razem przybywa-
ły w nim nowe szczegóły. Akcja snu szybko się rozwijała. 

Spencer  Melbourne  oparł  głowę  na  rękach.  Usiłował  u-

zmysłowić sobie, co nowego bądź odmiennego śniło mu się tej no-
cy. Nagle przed oczyma ujrzał twarz. Wynurzyła się jak z mgły. Po 
raz  pierwszy  była  aż  tak  wyrazista.  Owalna  i  kre-dowobiała.  Oto-
czona  krótkimi  włosami.  Tak  czarnymi,  jak jego  własne.  I  było  to 
wszystko.  Nie  widział  we  śnie  żywych,  niebieskich  oczu  ani  wy-
datnych kości policzkowych, ani też wąskiego nosa i pełnej dolnej 
wargi. Tego, co oglądał za każdym razem, gdy zdarzyło mu się zo-
baczyć  w  lustrze  własne  odbicie.  Reszta  szczegółów  twarzy,  która 
mu się przyśniła, pozostawała nadal za mgłą. 

R

 S

background image

 

Mimo to jednak Spencer Melbourne zdawał sobie sprawę z tego, 

do  kogo  ona  należy.  Był  przekonany,  że  do  osoby,  która  żyje 
gdzieś  w  świecie.  Tę  świadomość  miał  od  wczesnych  lat  dzieciń-
stwa. 

Za  wszelką  cenę  pragnął  odnaleźć  właściciela  twarzy.  Nie  miał 

pojęcia, jak to zrobi i kiedy. Wiedział jednak, że dopnie swego. 

Postanowił odszukać brata. 

R

 S

background image

 

 

 

 

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

Kiedy w dopiero co odziedziczonym przez nią biurze pojawił się 

pierwszy  klient,  Roxy  Matheny  była  właśnie  w  samym  środku  gi-
gantycznych  porządków.  Usłyszawszy  pukanie  do  frontowych 
drzwi,  zamiast  ucieszyć  się,  wydała  pomruk  niezadowolenia.  Na 
przyjęcie pierwszego klienta była jeszcze całkowicie  nie  przygoto-
wana. 

Wyglądała okropnie. Miała na sobie obcisłe, krótkie szorty i wy-

brudzoną,  rozciągniętą  bawełnianą  koszulkę  z  reklamowym  napi-
sem ostrygowego baru: „Zjedz mnie  na surowo". Jej  włosy o bar-
wie  mocnej  kawy  wysunęły  się  w  nieładzie  z  końskiego  ogona. 
Była spocona. 

Nie  w  takiej  chwili  powinna  pokazać  się  ewentualnemu  pierw-

szemu klientowi własnej agencji, uznała, patrząc na zarys wysokiej 
sylwetki widocznej przez matową szybę frontowych drzwi.  Ale co 
miała robić? Była bez grosza. A klient płacił i to się liczyło. 

Rozejrzała  się  wokoło.  Ciasne  pomieszczenie  wyglądało  w  tej 

chwili  jeszcze  bardziej  nieprofesjonalnie  niż  jego  właścicielka. 
Akurat porządkowała kartoteki dziadka. Większość starych akt zdą-
żyła wrzucić do kartonowego pudła. Nadawały się do usunięcia. 

Nikłe promienie słońca z trudem przedostawały się przez zmato-

wiałe,  brudne  szyby,  a  staroświeckie,  żaluzjowe  biurko  stojące  w 
kącie pokoju, podobnie jak ustawione na nim kartoteki, było pokry-
te grubą warstwą kurzu. Nie działał jeszcze telefon. Nie istniała 

R

 S

background image

 

też sekretarka, gdyż Roxy nie było stać na jej zatrudnienie. Nawet 
nie  zdążyła  jeszcze  umieścić  nowej  tabliczki  na drzwiach.  Zamiast 
dotychczasowego  „Bingo  Matheny,  detektyw"  powinno  być 
„Agencja detektywistyczna Roxanne Matheny". 

Przez  chwilę  miała  ochotę  nie  reagować  na  pukanie  do  fronto-

wych  drzwi.  Przecież  jeszcze  nie  otworzyła  agencji i przed tą do-
niosłą chwilą musiała załatwić tysiące przeróżnych spraw. W porę 
jednak przypomniała sobie o własnym ubóstwie. Stan jej bankowe-
go konta wynosił siedemdziesiąt osiem dolarów i trzydzieści sześć 
centów. 

Zaliczka  od pierwszego  klienta byłaby  bardzo przydatna.  Każdy 

człowiek musi czasami coś zjeść, pomyślała smętnie. 

Brzegiem bawełnianej koszulki otarła pot z czoła, przeszła do po-

czekalni i mocując się z zardzewiałym bolcem, z trudem otworzyła 
frontowe drzwi. 

Stanął w nich dość młody mężczyzna. Przedstawiciele płci brzyd-

kiej nie robili na Roxy większego wrażenia, ale ten człowiek zdołał 
zaskoczyć  ją  swym  wyglądem.  Miał  na  sobie  świetnie  skrojony, 
wytworny ciemnoszary garnitur, śnieżnobiałą koszulę i bezbłędnie 
zawiązany, nobliwy krawat. Widząc, jak doskonale jest ostrzyżony, 
Roxy uznała, że zjawił się u niej przez pomyłkę, zamiast pójść do 
eleganckiego  fryzjerskiego  salonu,  znajdującego  się  na  parterze. 
Nie mogła sobie wyobrazić ani jednego powodu, dla którego ktoś 
tak  wyglądający  miałby  zjawić  się  w  jej  biurze.  Już  na  pierwszy 
rzut oka było widać, jak bardzo ten facet jest nadziany. 

- Czy pani jest Bingo? - zapytał. Głos miał głęboki i przyjemny. 
- A czy wyglądam na Bingo? - chciała się dowiedzieć. Niezna-

jomy wyraźnie był zaskoczony. 

- Nie mam pojęcia - odparł. - A jak wygląda Bingo? 

R

 S

background image

 

Roxy  podniosła  rękę.  Palcem  wskazała  wiszącą  na  ścianie  foto-

grafię  dziadka.  Zrobiono  ją  w  roku  I942.  Przedstawiała czterdzie-
stoletniego mężczyznę w kapeluszu naciśniętym na czoło, z rewol-
werem w garści. Jak zawsze, minę miał srogą. 

- To jest Bingo - oświadczyła Roxy. - Mój dziadek. 

Nieznajomy przyjrzał się fotografii i przeniósł wzrok na stojącą 
przed nim młodą kobietę, jakby chciał doszukać się rodzinnego 
podobieństwa. 

- On też nie wygląda na Bingo - oznajmił po chwili. 
- Ale  to  Bingo  Matheny  we  własnej  osobie.  Ostatni  z  wielkich 

detektywów. 

- Czy mogę z nim mówić? Roxy zaprzeczyła ruchem głowy. 
- Nie. Wącha stokrotki. Na cmentarzu w Baltimore. 
- Ach, tak. - W głosie nieznajomego przebijało rozczarowanie. 
- Mogę panu w czymś pomóc? - spytała. 
- Jest pani prywatnym detektywem? 
- Tak. - Roxy wytarła dłoń o szorty i wysunęła przed siebie. - Je-

stem Roxanne Matheny. 

Nieznajomy  przez  chwilę  popatrzył  na  wyciągniętą  rękę,  a  do-

piero  potem podał  swoją.  Uścisk miał  mocny, dłoń suchą i ciepłą. 
Spodobało się to Roxy. Uśmiechnęła się lekko. Nie znosiła ludzi o 
dłoniach  miękkich  i  lepkich.  Wilgotny,  gąbczasty  uścisk  wystar-
czyłby,  żeby  popsuć  cały,  skądinąd  dobrze  zapowiadający  się 
dzień. 

- Niech pan wejdzie do środka - odezwała się do nieznajomego. - 

Proszę  nie  zwracać uwagi na ten  okropny  bałagan.  Właśnie  wpro-
wadzam się do biura po dziadku. Zapisał mi je w testamencie. 

- Co się z nim stało? - zainteresował się gość. Wszedł 

R

 S

background image

 

głębiej i stanął pośrodku poczekalni. - Zginął podczas wykonywa-
nia służbowych obowiązków? Roxy parsknęła śmiechem. 

- Można by tak to nazwać. Jakiś facet nakrył dziadka w łóżku ze 

swoją żoną. To znaczy z żoną tego faceta - uściśliła szybko. - Bingo 
nigdy się nie ożenił. Nawet z moją babką. 

W oczach nieznajomego Roxy dojrzała cień przestrachu. 
- Ktoś zamordował dziadka pani w napadzie szału zazdrości? 
- Nie.  Bingo  zmarł  na  atak  serca.  Bądź  co  bądź,  miał  już  dzie-

więćdziesiąt  pięć  lat.  Nawet  taki  twardziel  jak  on  nie  wytrzymał 
napięcia. Kochać się z kobietą i być przyłapanym in  flagranti?  To 
nie byle jakie przeżycie. 

Nieznajomy zmarszczył czoło. 
- Dość  beztrosko  mówi  pani  o  śmierci  własnego  dziadka  -  po-

wiedział z przyganą w głosie. 

Roxy  potarła  czoło,  odgarnęła  włosy  opadające  na  oczy  i 

uśmiechnęła się smutno. 

- Źle odczytał pan moją reakcję. Bardzo przeżyłam odejście Bin-

ga.  Brakuje  mi  go.  Był...  był  zdumiewającym  człowiekiem.  Żył 
długo.  Czerpał  z  życia  wszystko,  co  najlepsze.  I  odszedł  tak,  jak 
tego  pragnął.  Szybko.  Pora  była  odpowiednia,  żeby  przenieść  się 
gdzie indziej. 

- Gdzie indziej - machinalnie powtórzył nieznajomy. 
- Tak. A więc czym mogę panu służyć? 
Spencer  Melbourne  uważnie  przyjrzał  się  stojącej  przed  nim 

młodej kobiecie. Zastanawiał się, czy nie byłoby rozsądniej poszu-
kać innej agencji. Jedynym powodem, dla którego tutaj się zjawił, 
było to, że przed laty Bingo Matheny prowadził jakąś sprawę jego 
ojcu.  Była  to  sprawa  delikatnej  natury  i  staremu  panu  Melbo-
urne'owi zależało na tym, aby utrzymać ją w tajemnicy, a Bingo 

R

 S

background image

 

Matheny  uchodził  za  człowieka  niezwykle  dyskretnego,  o  niepo-
szlakowanej uczciwości, który nie zawiódł pokładanego w nim za-
ufania. Dlatego Spencer odszukał teraz jego adres na żółtych stro-
nicach  „Panoramy  firm".  W  zamieszczonym  tam  ogłoszeniu  re-
klamowym  zaznaczono,  że  agencja  specjalizuje  się  w  poszukiwa-
niu zaginionych osób. Spencer pragnął odnaleźć brata. Po namyśle 
uznał, że znacznie lepiej niż on sam zrobi to rutynowany detektyw. 

Jeszcze  raz  omiótł  wzrokiem  nędzne  wnętrze  agencji  i  jego  wła-

ścicielkę. Powinien wynająć dobrego detektywa. Takiego, który zna 
się na rzeczy i ma doświadczenie. 

- A  więc...  -  zaczął  niepewnie.  Nie  chciał  obrazić  Roxanne  Ma-

theny.  Dopiero teraz  uzmysłowił  sobie,  że  jest to  osoba niezwykle 
młoda. - Od jak dawna pracuje pani w tym zawodzie? - zapytał. 

Zobaczył,  że  oczy  jego  rozmówczyni  lekko  się  rozszerzyły.  Były 

bardzo ciemne. Prawie tak ciemne jak jej włosy. 

- W tym zawodzie? - powtórzyła. - Chodzi panu o mnie? 
- Tak. Od kiedy zajmuje się pani pracą detektywistyczną? 
- Hmm. - Do tej pory Roxy patrzyła Spencerowi prosto w oczy. 

Teraz jej spojrzenie umknęło gdzieś w dół. 

- Słucham. 
Podniosła wzrok i zaraz znów go opuściła. 
- No,  prawdę  mówiąc,  od  niedawna.  Ale  Bingo  nauczył  mnie 

mnóstwa  rzeczy.  Zanim  zostałam  licencjonowanym  detektywem, 
pomagałam  mu  przy  prowadzeniu  wielu  różnych  spraw.  -  Roxy 
spojrzała  gościowi  prosto  w  twarz.  –  Mam  pełne  kwalifikacje  w 
tym  zawodzie,  a  licencja uprawnia mnie  do pracy  w  stanie  Wirgi-
nia. Wychowałam się w Dystrykcie Kolumbii. Znam więc świetnie 
Waszyngton  oraz  jego  okolice  i  mam  instynkt  lepszy  niż  gończy 
pies. Potrafię zrobić wszystko, co pan mi zleci. Poprowadzę każdą 

R

 S

background image

 

sprawę rozwodową, dotyczącą korupcji lub szantażu. A także mogę 
się zająć poszukiwaniem zaginionej osoby. 

- Chodzi o to ostatnie - oznajmił Spencer. 
- Och,  takie  sprawy  to  łatwizna  -  z  uśmiechem  zapewniła  go 

Roxy. Zanim zdążył cokolwiek dodać, powiedziała: - Będę potrze-
bowała paru informacji. Przejdźmy do gabinetu. 

Spencer  zrobił,  o  co  go  poprosiła,  przekonany,  że  wdając  się  w 

dalszą  rozmowę,  być  może  popełnia  wielki  błąd.  Drugi  pokój,  w 
którym po chwili się znalazł, przedstawiał się jeszcze gorzej niż po-
przedni. Zaniedbany, wyglądał tak, jakby nie sprzątano go od dwu-
dziestu lat. 

Spod  stosów  dokumentów  porozkładanych na  ogromnym  biurku 

Roxanne  Matheny  wygrzebała  ołówek  i  blok  papieru.  Ze  staro-
świeckiego  krzesła  na  kółkach  zepchnęła  na  podłogę  stertę  zaku-
rzonych  akt.  Podniosła  stopę  obutą  w  tenisówkę  i  z  całej  siły 
pchnęła ruchomy mebel  w drugi koniec pokoju. Trzeszcząc, sunął 
na kółkach w stronę Spencera i zatrzymał się tuż przed nim. 

Ze strony Roxanne Matheny był to idealnie wykonany ruch. Być 

może ta młoda kobieta wie, co robi i zna się na rzeczy, pomyślał. 
Zajął miejsce na krześle. Pani detektyw przysiadła na krawędzi sta-
roświeckiego biurka z żaluzjowym zamknięciem. 

- A więc szuka pan kogoś? - spytała. 
- Tak. Brata. 
Roxy umieściła ołówek nad blokiem papieru. Była przygotowana 

do robienia notatek. 

- Kiedy widział go pan po raz ostatni? 
Spencer  zagryzł  wargi.  Nadeszła  chwila  na  wyjaśnienia,  które 

wcale nie będą łatwe. 

- Hmm, w ogóle go nie widziałem. 

R

 S

background image

10 

 

Pani detektyw podniosła głowę i zwężonymi oczyma popatrzyła 

na swego pierwszego klienta. 

- To znaczy, nie pamiętam, abym kiedykolwiek go spotkał - uści-

ślił Spencer. 

- Zechce pan mi to wyjaśnić? 
- Jestem  adoptowanym dzieckiem.  W chwili adopcji  miałem  po-

dobno osiemnaście miesięcy. 

Roxanne Matheny coś zanotowała. 
- Jasne.  I  chce  się  pan  dowiedzieć,  czy  nie  ma  pan  naturalnego 

rodzeństwa. 

- Nie. Ja wiem, że mam brata. To mój bliźniak. Pani detektyw 

badawczo przyjrzała się Spencerowi. 

- Skąd pan o tym wie? Od rodziców? 
- Nie.  Ludzie,  którzy  mnie  adoptowali,  nigdy  nawet  nie  wspo-

mnieli, że mam brata - powiedział. - Ale ja wiem, że on istnieje. 

- Proszę posłuchać, panie... - Roxanne Matheny zawiesiła głos i 

zmarszczyła brwi. - Jak pan się właściwie nazywa? 

- Melbourne - odparł. - Jestem Spencer Melbourne. 
- A więc, panie Melbourne, oświadczam panu jedno. Przyda mi się 

trochę  forsy,  podobnie  jak  każdemu  następnemu  detektywowi,  do 
którego  pan  się  uda,  ale  pozwoli  pan,  że  oszczędzę  mu  zbędnych 
wydatków. Bo jeśli to tylko domysły. .. 

- To nie są domysły - z przekonaniem zaprzeczył Spencer. 
- Ale... 
Wiedział, że pewnie pożałuje swego wyznania, ale stało się. 
- Miałem sen - oznajmił. 
Roxanne Matheny uśmiechnęła się lekko i dopiero teraz Spencer 

uzmysłowił sobie, że mimo niechlujnego wyglądu wcale nie jest 

R

 S

background image

11 

 

brzydka. Z rozpogodzoną twarzą wydawała się nawet atrakcyjna. 

- Proszę  posłuchać  -  odezwała  się.  -  Wszyscy  mamy  sny.  Mnie 

śni się, że wygrałam... 

- Pozwoli mi pani mówić dalej? - przerwał jej Spencer. 

Przestała się uśmiechać. 

- Przepraszam. - Znów skierowała czubek ołówka w stronę kart-

ki papieru. - A więc miał pan sen. 

- Tak. Powtarzający się od dzieciństwa. Nie jest to wiele. Śni mi 

się tylko, że jestem z kimś w jakimś miejscu, którego nie rozpozna-
ję, a ta druga osoba... - Jak ma to opisać, żeby nie wyjść na waria-
ta? zastanawiał się. - Ta druga osoba wygląda identycznie jak ja. 

- A więc widział pan jej twarz? 
- Nie. 
- To skąd pan wie, że wygląda tak samo? 
- Wiem. Po prostu wiem. 
Obserwował  Roxanne  Matheny.  Znów  coś  zanotowała.  Za-

stanawiał  się,  czy  rejestruje  podawane  przez  niego  fakty,  czy  też 
pisze błagalny apel, coś, co wyrzuca się przez okno na kartce. Na 
przykład  „Jestem  na  trzecim  piętrze,  uwięziona  przez  psychopatę. 
Wezwijcie policję!" 

- Proszę pani... 
Podniosła do góry prawą rękę. Lewą notowała dalej. 
- Chwileczkę - mruknęła od nosem. 
Pewnie usiłuje sobie przypomnieć, jak pisze się słowo „psycho-

pata",  pomyślał  Spencer.  Otworzył  usta,  że  powiedzieć,  że  przez 
„ch", ale spojrzała na niego ponownie. 

- W porządku. A więc wydaje się panu, że ma pan brata bliźnia-

ka. 

- Nie wydaje mi się. Ja wiem, że tak jest. Czy kiedykolwiek czy-

tała pani coś na temat bliźniaków? - zapytał. 

R

 S

background image

12 

 

Zaprzeczyła ruchem głowy. 
- Chyba nie. 
- Wyniki badań nad zachowaniem się bliźniaków są fascynujące. 

Zwłaszcza  dotyczące  dzieci  rozłączonych  tuż  po  urodzeniu,  które 
po  latach  zetknęły  się  ponownie.  Wykazują  wiele  podobieństw, 
często w odniesieniu do spraw uważanych za zależne od warunków 
otoczenia,  a  mogących  być  pochodzenia  genetycznego.  Na  przy-
kład,  po  latach,  okazywało  się,  że  bliźniaki  rozłączone  w  dzieciń-
stwie  ożeniły  się  z  kobietami  bardzo  do  siebie  podobnymi  lub  no-
szącymi  identyczną  liczbę  pierścionków  na  tych  samych  palcach 
bądź  też  takimi,  które  nadały  dzieciom  identyczne  imiona.  Dość 
często zdarza się, że na pierwsze spotkanie po długiej rozłące bliź-
niaki  przychodzą  ubrane  prawie  identycznie.  A  także  często  mają 
takie same emocjonalne reakcje... - Widząc, że pani detektyw chce 
mu przerwać, Spencer Melbourne dodał szybko: - Oraz odczuwają 
wzajemne  psychiczne  więzy.  Bez  względu  na  to,  czy  wiedzą  o 
swoim istnieniu, czy nie. 

- I  pan  właśnie  doświadczył  istnienia  takiego  psychicznego 

związku? 

Spencer zamknął oczy. Ogarnęło go przygnębienie. Wiedział, że 

to,  co  mówi,  brzmi  idiotycznie.  Zachowywał  się  jak  maniak  od 
zjawisk  paranormalnych.  Z  pewnością  pani  Matheny  zdążyła  go 
już zaliczyć do tej kategorii. 

Otworzył oczy, odważnie wytrzymał jej badawczy wzrok i przy-

taknął. 

- Doświadczyłem. 
- W jaki sposób? 
Tego  pytania  się  obawiał.  Wstał  i  zaczął  nerwowo  przemierzać 

niewielkie, duszne pomieszczenie. 

- Od  czasu  do  czasu  mam  takie  odczucie.  Bez  konkretnej  przy-

czyny. 

R

 S

background image

13 

 

- Co to za odczucie? 
Stanął.  O  krok  od  pani  detektyw.  Zamiast  usiąść  na  krześle,  usa-

dowił obok niej na blacie biurka i zaczął ją obserwować. 

Czarne  włosy  pani Matheny  były  miejscami  poprzetykane srebr-

nymi  nitkami.  Wokół  ciemnobrązowych  oczu  widniały  drobne 
zmarszczki.  Wargi  miała  pełne  i  mocno  zarysowane,  z  wyraźnie 
zaznaczonymi  kącikami.  Nie  była  tak  młoda,  jak  początkowo  są-
dził.  Uznał,  że  ma  przed  sobą  prawie  rówieśniczkę.  Myśl  ta  pod-
trzymała go na duchu. 

- Przeświadczenie,  że  nie  jestem  sam  -  odpowiedział  wreszcie 

spokojnym głosem. - Że istnieje ktoś bliski, kto o mnie myśli. Że... 
mam brata. Jestem przekonany, że to bliźniak. Pani Matheny, pra-
gnę go odnaleźć. Mogę liczyć na pani pomoc? 

Roxy  spojrzała  Spencerowi  w  twarz.  Czarne  włosy  i  niebieskie 

oczy. Fantastyczne połączenie, uznała z zazdrością. Na widok obu 
tych  rzeczy  i  męskich  rysów  twarzy  już  raz  wpakowała  się  w 
koszmarne  tarapaty.  Na  szczęście,  romans  z panem Melbourne'em 
nie  wchodził  w  grę.  Mogła  więc  czuć  się  bezpiecznie.  Ten  przy-
stojny facet był pewnie niewiele wart. To tylko bogaty ekscentryk. 
Nieco stuknięty. Nie mogli więc mieć z sobą nic wspólnego. 

No i nie ma żadnego sposobu na spełnienie jego dziwacznego ży-

czenia,  chwilę  później  pomyślała  Roxy.  Bo  ktoś,  kogo  szukał,  w 
ogóle nie istniał. Ale Spencer Melbourne był tak przejęty i tak bar-
dzo pragnął poznać prawdę, że nie miała serca powiedzieć mu, aby 
nie podejmował żadnych działań, bo skończą się fiaskiem. 

- Czy pańscy przybrani rodzice jeszcze żyją? - zapytała. 
- Nie.  Gdy  mnie  adoptowali,  byli  już  dobrze  po  czterdziestce. 

Oboje umarli przed rokiem. W niewielkim odstępie czasu. Do cze-
go potrzebna pani ta informacja? 

R

 S

background image

14 

 

Zamiast odpowiedzieć, Roxy pytała dalej: 
- Ma pan braci lub siostry? Mam na myśli przybraną rodzinę. 
- Nie. Dlaczego pani chce to wiedzieć? 
- A kuzynów, ciotki, stryjów, kogokolwiek? 
- Nie. Czemu pani pyta? 

Roxy zamyśliła się na chwilę. 

- Proszę mnie źle nie zrozumieć, ale... ale może pańskie odczucia 

wywodzą się stąd, że stracił pan swoich bliskich? 

Spencer Melbourne popatrzył na Roxy lodowatym wzrokiem. 
- Sugeruje pani, że ulegam złudzeniom? 
- Nie.  Może  jest  pan  po  prostu  samotny  i  odczuwa  brak  kogoś 

bliskiego. 

Wcale  nie  zamierzała  go  urazić.  Przecież  większość  ludzi  jest 

samotnych i odczuwa brak drugiej osoby. Ona też do nich należała. 
Taka była rzeczywistość i nie trzeba było się jej wstydzić. Spencer 
Melbourne potraktował jednak komentarz Roxy  jako  osobistą  ura-
zę. 

- Pani  Matheny,  należę  do  waszyngtońskiej  elity.  Do  naj-

wybitniejszych ludzi w mieście - oświadczył cierpkim tonem. 

W  porządku.  I  to  jest  prawdziwy  powód,  dla  którego  puka  pan 

do moich drzwi, pomyślała Roxy. Facet miał forsę, o czym świad-
czyły kosztowne ciuchy, w które był ubrany. Musiała przyznać, że 
są gustowne. Ale czy rzeczywiście był kimś wybitnym? Co do tego 
miała wiele wątpliwości. Należał po prostu do bogatych, samotnych 
mężczyzn, którzy w piątkowy wieczór nie mają nic lepszego do ro-
boty,  jak  tylko  zajmować  się  wydumanymi  historiami.  No,  niech 
sobie wierzy, że jest ważniakiem, jeśli to go bawi, uznała wspania-
łomyślnie. 

- Och! - odezwała się po chwili, udając, że oświadczenie gościa 

R

 S

background image

15 

 

gościa zrobiło na niej wrażenie. - Należy pan do najwybitniejszych 
obywateli naszego miasta? Naprawdę? 

- Naprawdę - zapewnił ją lodowatym tonem. - Stoję na czele jed-

nej  z  największych  amerykańskich  korporacji.  Mam  więcej  inwe-
stycji i akcji, niż jest pani w stanie sobie wyobrazić. Jestem człon-
kiem  Instytutu  Smithsona,  słynnej na  cały  świat  organizacji  finan-
sującej badania naukowe. Należę do sponsorów Centrum Kennedy-
'ego.  Działam  na  rzecz  wszystkich  najpoważniejszych  instytucji 
dobroczynnych.  A  moja  rodzina  należy  do  najstarszych  i  najbar-
dziej poważanych. 

- Też  jestem  członkiem  Instytutu  Smithsona  -  z  uśmiechem  na 

twarzy  oznajmiła Roxy, gdy Spencer skończył  wyliczać  swoje  za-
sługi  dla  ludzkości.  -  Prawda,  że  świetna jest  ta  dziesięcioprocen-
towa zniżka w sklepie z upominkami? 

- Pani Matheny, ja nie żartuję - sucho oznajmił Spencer Melbo-

urne.  -  Stać  mnie na  wynajęcie  każdego  prywatnego  detektywa  w 
tym kraju. 

- A  mimo  to  wybrał  pan  mnie  -  powiedziała Roxy.  -  To  mi  po-

chlebia. Czuję się zaszczycona. Naprawdę. 

- Ja  pani nie  wybrałem  -  przypomniał  gość.  -  Chciałem  skorzy-

stać z pomocy pani dziadka. Przyszedłem tutaj, bo przed laty Bin-
go Matheny  wykonał dla mojego ojca pewne bardzo delikatne za-
danie, zachowując przy tym niezbędną dyskrecję. 

- Co to było za zadanie? 
Spencer Melbourne zawahał się na chwilę. 
- Wolałbym o nim nie mówić. 
- Rozumiem. Obawia się pan mojej niedyskrecji. Zupełnie niepo-

trzebnie. Zapewniam, że jestem ostrożna. Aż do przesady. 

Ten  komentarz  Roxy  Spencer  pominął  milczeniem.  Zapytał  tyl-

ko: 

R

 S

background image

16 

 

- Chce pani dla mnie pracować czy nie? Bierze pani moją sprawę? 
Spencer Melbourne  zaintrygował  Roxy.  Nie  potrafiła  zdobyć  się 

na to, by mu odmówić. Był wprawdzie stuknięty, lecz zdetermino-
wany. Bardzo zależało mu na odnalezieniu brata, który nie istniał. 
Był w stanie wydać mnóstwo pieniędzy na zatrudnienie dowolnego 
prywatnego  detektywa,  no  i  z  pewnością  to  zrobi,  zdaniem  Roxy, 
wyrzucając je w błoto. Dlaczego więc nie miałaby sama inkasować 
tej  forsy,  zamiast  oddawać  sprawę  któremuś  z  kolegów  po  fachu, 
mniej  niż  ona  potrzebujących  gotówki?  Póki  Spencer  Melbourne 
będzie  miał  przy  sobie  książeczkę  czekową,  poty  ona,  Roxanne 
Ma-theny, będzie się zajmowała jego sprawą. 

- Zgoda. Wezmę tę robotę - oznajmiła, wyciągając rękę do swe-

go pierwszego klienta. - Zacznijmy od mojego honorarium. Od ra-
zu potrzebna mi będzie zaliczka... 

R

 S

background image

17 

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ  DRUGI 

Pod koniec października, w jesiennych barwach, Potomac wyglą-

dał przepięknie. Siedząc na brzegu rzeki Roxy podziwiała jego nie-
zaprzeczalną  urodę.  Patrzyła  na  powierzchnię  wody  marszczoną 
wiatrem i na tańczące  promienie  słońca,  rozbijające  się  na  tysiące 
małych, lśniących diamentów. W górę rzeki, w stronę Roxy, płynę-
ły dwie łodzie. Dzięki pracującym równo wioślarskim osadom su-
nęły  gładko,  niemal  bezszelestnie  przecinając  wodę.  Ciszę  poranka 
przerywały tylko odgłosy komend dochodzące z obu łodzi. 

Powiew zimnego wiatru niosącego jesienne liście uderzył Roxy w 

twarz i zmierzwił jej włosy. Odgarnęła je z czoła. Ziemia, na której 
przysiadła,  była  chłodna  i  jeszcze  wilgotna  od  rosy.  Poranek  był 
idealnie spokojny. Roxy nie zamierzała zakłócać jego uroku. Cisza 
i  spokój  nieczęsto  towarzyszyły  w  jej pracy.  Nie była na tyle  głu-
pia, by rezygnować z nielicznych dobrych chwil, jakie podarowuje 
życie. 

Łodzie  przedefilowały  środkiem  rzeki.  Ich  eleganckie,  smukłe 

sylwetki  wyraźnie  rysowały  się  na  de  różowego  nieba.  Były  zbyt 
daleko, by z brzegu dało się rozróżnić członków ich osad, ale Roxy 
wiedziała,  że  w jednej  z  łodzi płynie Spencer Melbourne. Wkrótce 
dotrze  on  do  klubowej  przystani  odległej  o  kilkaset  metrów  od 
miejsca, w którym teraz się znajdowała. 

Roxy wiedziała o tym dlatego, że Spencer Melbourne umówił się 

R

 S

background image

18 

 

tam z nią skoro świt, o siódmej. Do spotkania zostało jeszcze dwa-
dzieścia minut. 

Wstała,  otrzepała  czarne  legginsy,  obciągnęła  spłowiała,  czer-

woną bluzę od dresu i wsunęła ręce do kieszeni. A więc w taki to 
sposób  bogaci  ludzie  rozładowują  swoje  napięcia,  pomyślała,  ru-
szając brzegiem rzeki w stronę klubowej przystani. Uznała, że spo-
sób  nie  jest  zły.  Ale  codzienne  wstawanie  o  tak  nieprzyzwoicie 
wczesnej  porze  nie  mogło  być  frajdą.  Największą  zaletę  wykony-
wanego przez nią zawodu stanowiło to, że była panią swego czasu i 
sama decydowała o godzinach pracy. 

No, zazwyczaj, lecz nie zawsze, poprawiła się w myśli. Od czasu 

do  czasu  zdarzy  się  jej  pewnie  jakiś  ranny  ptaszek.  Klient  rozpo-
czynający  dzień  wczesnym  rankiem. Człowiek,  który  zechce  zała-
twiać interesy w porze, gdy inni, normalni ludzie dopiero otwierają 
zaspane oczy i po omacku szukają przy łóżku rannych pantofli. 

Podeszła do drzwi dużego, piętrowego pawilonu, w którym, jak 

się  dowiedziała,  mieścił  się  klub  korporacji  kierowanej  przez 
Spencera  Melbourne'a.  Ziewając  przeraźliwie,  Roxy  nacisnęła 
klamkę i weszła do wnętrza pawilonu. Była niewyspana. Pracując 
dla Spencera Melbourne'a, będzie musiała zrezygnować z siedzenia 
do późna przed telewizorem. I dobrze, uznała. Jej czarno-biały apa-
rat odbierał fatalnie. A kiedy Arnold Schwarzenegger lub Sylvester 
Stallone  wysadzali  kogoś  w  powietrze,  zazwyczaj  zasypiała.  Nie 
były  to  bowiem  filmy,  które  kobiety  lubią  najbardziej  oglądać  w 
nocy. 

Gdy  tylko  otworzyła  drzwi,  znalazła  się  w  przestronnym,  ele-

gancko urządzonym pomieszczeniu klubowym, z podłogą wyłożoną 
grubymi dywanami. Jakaś kobieta, dwukrotnie od niej starsza, lecz 
ubrana niemal identycznie, weszła do środka przez przeciwległe 

R

 S

background image

19 

 

drzwi. Idąc w stronę Roxy, ręcznikiem wycierała twarz. 

- Czym mogę pani służyć? - zapytała. 
- Mam tu się spotkać o siódmej ze Spencerem Melbourne'em. 
Kobieta skinęła głową. 
- Zaraz go poproszę. 
Zniknęła  w  wewnętrznych  drzwiach  i  po  chwili  Roxy  usłyszała 

głośne wołanie: 

- Spencer! Jesteś potrzebny w klubie! 

Kobieta wróciła. Wyciągnęła rękę. 

- Nazywam  się  Diana  Brent.  Jestem  wiceprezesem  do  spraw  re-

klamy w Melbourne Communications Systems - oznajmiła. 

Roxy uścisnęła jej rękę. 
- Jestem Roxanne Matheny - przedstawiła się krótko. 

Diana Brent przyglądała się jej z zainteresowaniem, ale nie pytała o 
nic. Zarzuciła ręcznik na szyję. 

- Spencer zaraz się zjawi - powiedziała. 
- Dziękuję. 
Diana Brent obdarzyła ją zdawkowym uśmiechem i po schodach 

znajdujących  się  za  plecami  Roxy  wbiegła  na  piętro.  Gdy  tylko 
zniknęła, ukazał się Spencer. 

Roxy  zaskoczył  jego  wygląd.  Niczym  nie  przypominał  człowie-

ka, który zjawił się w jej biurze cztery dni temu. Zamiast ciemnego, 
szykownego  garnituru  miał  na  sobie  znoszone,  granatowe  spodnie 
od  dresu  i  szarą  przepoconą  bluzę,  na  której  widniały  trzy  wielkie 
litery.  Skrót  nazwy  renomowanego  uniwersytetu,  który  zapewne 
ukończył.  Podobnie  jak  Diana  Brent,  Spencer  Melbourne  miał 
ręcznik  na  szyi  i  włosy  mokre  od  potu.  Jego  oczy  wydawały  się 
jeszcze bardziej niebieskie niż w ostatni piątek. Pod wpływem wil-
goci włosy skręciły mu się w kosmyki i Roxy ledwie się po-

R

 S

background image

20 

 

wstrzymała przed odruchowym wyciągnięciem ręki i wygładzeniem 
niesfornej fryzury. 

Spokój,  dziewczyno,  opanuj  się,  powiedziała  do  siebie.  Facet 

świetnie wygląda, kiedy jest spocony, ale to wcale nie musi ozna-
czać, że masz się pocić razem z nim. 

- Dzień dobry - przywitał Roxy. Tego ranka nawet jego głos był 

bardziej  zrelaksowany  niż  przy  pierwszym  spotkaniu.  -  Przepra-
szam, że ściągnąłem tu panią o tak wczesnej godzinie, ale to jedyna 
pora, o jakiej mógłbym się dziś z panią zobaczyć. 

- Nic  się  nie  stało  -  zapewniła  go  Roxy.  -  O  czym  chce  pan  ze 

mną rozmawiać? 

Spencer  Melbourne  obejrzał  się  i  ruchem  głowy  wskazał  drzwi, 

przez które przed chwilą wszedł. 

- Proszę za mną - powiedział ostrym tonem. 
- Rozkaz! - mruknęła Roxy. 
Po  chwili  znaleźli  się  w  obszernej  sali,  w  której stało kilka  grup 

foteli. Ściany  wyłożono elegancką, ciemną boazerią. Podłogę zdo-
bił duży, wschodni dywan. Za panoramicznymi oknami było widać 
Potomac w całej jego krasie. Ogromny kryształowy żyrandol zwisa-
jący z sufitu rzucał łagodne, żółte światło. Idąc dalej za Spencerem, 
Roxy  weszła  do  następnego  pomieszczenia.  Było  ono  podobne do 
poprzedniego, lecz mniejsze, z wejściem do kuchni. 

- Napije się pani kawy? - zapytał Spencer Melbourne. Zatrzymał 

się przy supernowoczesnym ekspresie. 

- Chętnie - odparła. - Bez cukru i mleka. 
Napełnił kawą dwie filiżanki, jedną z nich podał Roxy i bez sło-

wa ruszył dalej. Zatrzymał się przy drzwiach wychodzących na tyły 
pawilonu  i  przepuścił  gościa  przed  sobą.  Po  chwili  znaleźli  się  w 
małym pokoju, urządzonym w identycznym stylu jak poprzedni. 

R

 S

background image

21 

 

To pomieszczenie było jednak bardziej sympatyczne i przytulne. 

Przy ścianach pomalowanych na zielono stały półki z książkami 

na  temat  wędkarstwa,  wioślarstwa  i  prowadzenia  biznesu.  Meble 
były  staroświeckie  i  eleganckie.  Roxy  domyśliła  się,  że  ten  mały 
pokój  służy  wyłącznie  Melbourne'owi.  Jest  jego  prywatnym  azy-
lem  w  klubie,  przez  który  przewija  się  ciągle  mnóstwo  ludzi.  Pa-
nowała  tu  cisza.  Szef  Melbourne  Communications  Systems  mógł 
więc odpocząć tu i w spokoju pozbierać myśli. 

Roxy nie miała pojęcia, skąd wzięła się jej pewność, że to pokój 

Spencera Melbourne'a. Przecież wcale nie znała tego człowieka. 

Zamknął drzwi i podszedł do okna. Patrzył na rzekę, a Roxy roz-

glądała się wokół siebie. Zauważyła  parę osobistych przedmiotów 
należących  do  Spencera.  Na  ścianach  wisiały  fotografie  przedsta-
wiające go w grupach różnych sportowców. 

Odwrócił  się  od  okna  i  niezbyt  przytomnym  wzrokiem  spojrzał 

na Roxy. Przez chwilę wyglądał tak, jakby w ogóle zapomniał o jej 
istnieniu. 

- Hmm - chrząknęła. - Dlaczego chciał pan ze mną rozmawiać? - 

spytała lekko schrypniętym głosem. 

Zamrugał powiekami. 
- Przepraszam panią - powiedział. - Zamyśliłem się. 

Roxy skinęła głową, akceptując wyjaśnienie, lecz milczała wycze-
kująco. 

- W piątkową noc, po naszej rozmowie, znów miałem ten dziwny 

sen - oznajmił. - Powtórzył się wczoraj. 

-Tak? 
- Za każdym razem różnił się nieco od poprzednich. 
- Pod jakim względem? 

R

 S

background image

22 

 

- Och, gdzie się podziały moje dobre maniery! – Spencer Melbo-

urne zmienił nagle ton. - Niech pani siada, bardzo proszę. - Wska-
zał małą kanapkę, stojącą pod oknem. 

Roxy usiadła. Filiżankę z kawą postawiła obok na stoliku. Spen-

cer Melbourne przysiadł na blacie biurka. Zachowywał się bardziej 
naturalnie  niż  poprzednio,  gdy  go  widziała,  lecz  nadal  nie  brakło 
mu ogromnej pewności siebie. W tym otoczeniu wydawał się jed-
nak bardziej przystępny.  Nie  wyglądał  jak szef  wielkiej korporacji 
ani  jak  absolwent  renomowanego  uniwersytetu.  I  nie  przypominał 
osobnika, którego bawią tak elitarne sporty, jak wioślarstwo. 

Miał wygląd przeciętnego człowieka, który miewa normalne sny i 

zwyczajne  pragnienia.  I,  jak  oceniła  Roxy,  w  gruncie  rzeczy  był 
właśnie taki. A teraz zależało mu tylko na jednym. Na nawiązaniu 
kontaktów  z  kimś  z  rodziny,  której  nigdy  nie  znał,  a  więc  na 
czymś, czego ani wykształcenie, ani bogactwo, ani władza nie były 
w stanie mu dać. Pragnąc odzyskać rodzinę, a więc zaspokoić zwy-
kłe ludzkie pragnienie, zwrócił się do kogoś zupełnie przeciętnego. 
Do Roxy Matheny. I fakt ten sprawił, że młoda pani detektyw sama 
natychmiast przestała czuć się jak człowiek przeciętny. 

- Co  z  tym  snem?  -  spytała,  zachęcając  rozmówcę  do  dalszych 

zwierzeń. 

- Po raz pierwszy wiedziałem, gdzie się znajduję - o-świadczył z 

przejęciem. 

- O czym pan mówi? - Roxy domagała się wyjaśnień. 
Spencer  Melbourne  przeciągnął  palcami  po  włosach,  westchnął 

głęboko  i  nieświadomie  zaczął  rozcierać kolano, tak  jakby  odczu-
wał w nim ból. 

- Przedtem  podczas  tych  snów  nigdy  nie  miałem  pojęcia,  gdzie 

jestem  -  wyznał.  -  Były  to  miejsca  nieokreślone.  Zamazane  i  nie-
wyraźne. Sny upewniały mnie tylko w jednym. 

R

 S

background image

23 

 

Że jest ze mną brat bliźniak! Fragment snu, który go dotyczył, był 

zawsze bardzo wyraźny. 

Roxy zaproponowała powrót do głównego wątku rozmowy. 
- Ale  ostatnim  razem  zorientował  się  pan,  gdzie  się  znajduje  - 

przypomniała. 

- Tak. W pewnym sensie. - Zamilkł. 
Roxy czekała na dalszy ciąg wyznań. Z narastającą ciekawością. 
- Znajdowałem się na tyłach jakiegoś starego domostwa. 

Samego  budynku  nie  rozpoznałem,  ale  podwórze  tak.  Widziałem 
rozwieszony  sznur  do  suszenia  bielizny,  huśtawkę  i  przewrócony 
czerwony  wózek.  To  zdumiewające, że  nagle  zacząłem dostrzegać 
takie  szczegóły.  Zauważyłem  nawet  farbę,  odchodzącą  płatami  od 
tylnej ściany domu, i wyrośniętą trawę, domagającą się strzyżenia. 

Do tej opowieści Roxy miała stosunek sceptyczny. We śnie, któ-

ry podobno zawsze był niewyraźny i mglisty, ni stąd, ni zowąd po-
jawiło się wiele szczegółów. Być może fakt, że Spencer Melbourne 
powiedział o śnie drugiej osobie, sprawił, iż w jego mózgu otworzy-
ły się jakieś klapki. 

- Sądzi pan, że był to dom pana rzeczywistych rodziców? - zapy-

tała. 

Tym razem Spencer odrzekł bez wahania: 
- Tak. Jestem tego pewny. Roxy nadal miała wątpliwości. 
- Skąd to przypuszczenie? 
Wpatrując się w twarz Roxy, odparł zdecydowanie: 
- To nie przypuszczenie, lecz pewność. 
- Podobnie jak to, że gdzieś żyje pański brat bliźniak? Roxy zo-

baczyła, że Spencer Melbourne zaciska zęby. Jego oczy zrobiły się 
obce i zimne. 

R

 S

background image

24 

 

- Tak. 
Zanim zdążyła odpowiedzieć, wstał i zaczął nerwowo chodzić po 

pokoju. 

- Proszę posłuchać, pani Matheny - zaczął, nie patrząc na Roxy - 

odnoszę  wrażenie,  że  trudno pani uwierzyć  w  prawdziwość  moich 
słów. Taka postawa może uniemożliwić pani wykonanie zadania. 

Zdziwił ją postawiony zarzut. 
- Nie uniemożliwi - oświadczyła. 
Spencer  Melbourne  zatrzymał  się  i  zimnym  wzrokiem  zmierzył 

swoją rozmówczynię. 

- A więc przyznaje pani, że mi nie dowierza? Wzruszyła ramio-

nami. 

- Tego bym nie powiedziała. 
Stanął tuż przed nią. Wziął się pod boki i zakołysał. Przenosił cię-

żar ciała z jednej nogi na drugą. Taka postawa świadczyła o dużej 
pewności siebie. Nie spodobała się Roxy. 

- A co by pani powiedziała? - zapytał ostrym tonem. 

Zagryzła  wargi.  Nie  miała  zamiaru  pozwolić  temu mężczyźnie, 
by traktował ją w ten sposób. Podniosła się z miejsca, oparła dłonie 
na biodrach. A potem groźnym wzrokiem popatrzyła na krnąbrnego 
klienta. 

Jej reakcja musiała zaskoczyć Spencera, gdyż na chwilę nieco się 

odprężył.  Ale  ze  swej  władczej  postawy  zrezygnować  nie  zamie-
rzał. 

- Powiedziałabym,  że  jest  pan  przyzwyczajony  do  wydawania 

rozkazów  i  otrzymywania  tego,  czego  tylko  pan  zechce  -  odparła 
szczerze.  -  Facetem,  który  dysponuje  wystarczającą  ilością  forsy  i 
władzy,  żeby  bez  przerwy  otaczać  się  służalczymi  potakiwaczami. 
Człowiekiem,  który  do  tej  pory  był  w  stanie  kupić  i  osiągnąć 
wszystko, czego sobie zażyczył. 
Teraz jednak chce pan odzyskać utraconego członka rodziny i  

R

 S

background image

25 

 

wreszcie  pan  zrozumiał,  że  żadne pieniądze  tego nie  załatwią.  Są-
dzę, że przesłania to panu obraz całej sprawy. 

Spencer Melbourne zmrużył oczy. Poczerwieniał na twarzy. Gdy 

zaczął oddychać szybko i nierówno, Roxy była już pewna, że trafi-
ła celnie i zraniła go do żywego. Była zła na siebie. Nigdy nie po-
trafiła trzymać języka za zębami. Tym razem postąpiła identycznie 
jak zawsze. Może to i dobrze, pomyślała, bo niby dlaczego miałaby 
nagle  zmieniać  swoje  zwyczaje.  No  i  Spencer  Melbourne  nie  wy-
glądał  na  faceta,  z  którym  należało  obchodzić  się  jak  z  jajkiem. 
Winna  była  mu  szczerość.  I  prawdę.  Nie  wierzyła,  że  uda  mu  się 
odnaleźć  wyimaginowanego  brata,  jako  że  jego  rodzina  po  prostu 
nie istniała. 

- Rozumiem - odparł. - Sądzi pani, że  wszystko to wymyśliłem. 

A  moje  sny  zostały  wywołane  niedawną  śmiercią  przybranych  ro-
dziców. Sądzi pani, że jestem żałosnym, samotnym facetem. 

Roxy westchnęła. Po raz pierwszy w życiu żałowała, że ma nie-

wyparzony język i gada prosto z mostu. Czyżby Spencer Melbourne 
spowodował u niej wyrzuty sumienia? Ujawnił poczucie przyzwo-
itości, zaletę, o której posiadanie nigdy się nie posądzała? Dlaczego 
nagle  zapragnęła  wziąć  go  za  rękę  i  zapewnić,  że  nikt  inny,  tylko 
ona,  prywatny  detektyw  Roxanne  Matheny,  odnajdzie,  jeśli  to  w 
ogóle możliwe, jego brata? Skąd wzięła się u niej nieprzeparta chęć 
złożenia  głowy  na  piersi  tego  mężczyzny?  Pragnęła  pogładzić  go 
po czole, przycisnąć wargi do skroni i... 

Co za idiotyzm, uznała. Wszystko przez ten jego niezwykły  wy-

gląd. Zawsze czuła słabość do niebieskich oczu, a Spencer Melbo-
urne  miał najpiękniejsze, jakie  zdarzyło  się  jej kiedykolwiek  oglą-
dać. Teraz wyzierał z tych oczu beznadziejny smutek. 

R

 S

background image

26 

 

Odarła tego człowieka ze złudzeń. Poczuła się winna. 
Na litość boską, jak mogła potraktować go tak okropnie? Na do-

miar złego jeszcze brała za to pieniądze. Dopiero co stracił przybra-
nych rodziców, a ona bezlitośnie i bez ogródek oświadczyła mu, że 
pozostał sam i nie ma już nikogo bliskiego. 

Rób,  co  do  ciebie  należy,  pouczyła  samą  siebie.  Za  to  ci  płacą. 

Nie daj zbić się z tropu facetowi tylko dlatego, że jest przystojny, 
seksowny i ma wspaniałe, niebieskie oczy. Wiesz z doświadczenia, 
że takie sytuacje dla ciebie kończą się źle. 

- Panie  Melbourne  -  odezwała  się  po  chwili.  Miała  nadzieję,  że 

uda  się  jej  przynajmniej  częściowo  naprawić  popełniony  błąd.  - 
Przepraszam za moje słowa. Nie chodzi o to, żenie wierzę w istnie-
nie pańskiego brata. Nie chcę budzić w panu płonnych nadziei. 

- Dlaczego pani tego nie chce? Zaskoczyło ją to pytanie. 
- A dlaczego pan chce się tego dowiedzieć? 
- Co w tym złego, że będę miał nadzieję? 
- Czeka pana rozczarowanie. 
- Pani  Matheny,  zapewniam  panią,  że  nie  jestem  smętnym,  sa-

motnym  facetem,  za  jakiego  pani  mnie  bierze,  który  potrzebuje  z 
pani  strony  współczucia  i  sympatii.  Nie  zrozumiała  pani,  o  co  mi 
chodzi. Nie doznam rozczarowania, bo mój brat istnieje i gdzieś ży-
je. Jeśli zaś jest pani pozbawiona identycznego przekonania, stanie 
się lepiej, gdy wynajmę innego detektywa i on zajmie się poszuki-
waniami. 

Prawdopodobnie  byłoby  to  najlepsze  wyjście,  pomyślała  Roxy. 

Było  bezspornym  faktem,  że  dla  niej  liczyła  się  zaliczka.  Nadal 
jednak sama nie była pewna, dlaczego w ogóle zainteresowała się tą 
sprawą. Może sprawiło to przeświadczenie Spencera Melbourne'a, 

R

 S

background image

27 

 

że ma brata? A może zrozumiała, co to znaczy chcieć za wszelką 
cenę odzyskać rodzinę? 

Beż to razy, gdy była małym dzieckiem, wymyślała przeróżne hi-

storie  o  cudownych  rodzicach, braciszku i  siostrzyczce,  którzy  ko-
chali ją bezgranicznie i zawsze chcieli być obok niej? Wielokrotnie 
nie  mogąc  zasnąć  leżała  po  ciemku  w  łóżku,  czekając,  aż  ktoś  do 
niej  zajrzy.  Wtedy  przekonywała  samą  siebie,  że  jako  niemowlę 
została odłączona od rdzennie amerykańskiej rodziny, która szalała 
z rozpaczy po stracie uwielbianego dziecka i za wszelką cenę stara-
ła się je odzyskać. 

De  razy  zawiodły  ją  nadzieje?  Jakże  często  była  rozczarowana, 

gdyż nikt nigdy jej nie szukał. 

Roxy  była  samotnym  dzieckiem.  Niemal  zaraz  po  jej  urodzeniu 

ojciec porzucił rodzinę, a kilka lat później ulotniła się matka. Roxy 
przekazywali  sobie  różni krewni. Mając  szesnaście  lat  przyjechała 
na  wakacje  do dziadka.  Od  razu  oboje  przypadli sobie do gustu. I 
dopiero Bingo Matheny stworzył jej dom. 

Dziadek był dziwakiem, chodzącym własnymi drogami i o róż-

nych porach. Niewiele zajmował się Roxy. Nadal była samotna, ale 
zyskała życiową stabilizację. Miała na kim się oprzeć. Bingo był 
mądrym człowiekiem. Miał gotowe odpowiedzi na każdy temat i 
zupełnie sensowną filozofię życia. 
To, co mówił, może nie zawsze było na sto procent prawdziwe, ale 
potrafił podtrzymać Roxy na duchu. Bingo Matheny był dobrym 
człowiekiem. Roxy kochała go tak, jak w gruncie rzeczy nie kocha-
ła przedtem nikogo innego. 

Uznała,  że  jest  jeszcze  jeden  powód,  dla  którego  powinna  zająć 

się  sprawą  Spencera  Melbourne'a.  Była  w  stanie  zrozumieć  tego 
człowieka lepiej niż jakikolwiek inny detektyw. 

I być może przy okazji poszukiwania jego brata zyska coś 

R

 S

background image

28 

 

jeszcze. Pozbędzie się wreszcie głęboko tkwiącego w niej pragnie-
nia, aby odnaleźć swoją rodzinę, o której wiedziała, że już nie ist-
nieje. 

- Nie musi pan szukać innego detektywa - oznajmiła po chwili. - 

Jeśli  w  ogóle  komuś  uda  się  odnaleźć  pańskiego  brata,  to  tylko 
mnie. Daję panu słowo. 

Widocznie jej  zapewnienie  wypadło  wiarygodnie i przekonująco, 

gdyż zobaczyła, że Spencer Melbourne się odprężył. Reagowała na 
każdy  ruch  jego  ciała.  Uznała,  że  ten  facet  ma  niezaprzeczalny 
urok.  Ale  dlaczego  w  ogóle  zaprzątała  sobie  tym  myśli?  Była  to 
zwykła głupota. Przecież raz już się sparzyła, mając do czynienia z 
podobnie  przystojnym  młodym  człowiekiem.  Byłaby  skończoną 
idiotką, gdyby znów popełniła ten sam błąd. 

- Mam jedną prośbę - oświadczył Spencer Melbourne. 
- Słucham pana - zachęciła Roxy. - O co chodzi? 
- Właściwie to warunek. 
- Nie lubię warunków. 
- To źle. Bo ten jest bardzo istotny. 
- O co chodzi? 
- Chcę uczestniczyć w poszukiwaniach. 

Słowa te nie zachwyciły pani detektyw. 

- Co pan przez to rozumie? - chciała się dowiedzieć. 
Spencer  Melbourne  przeszedł  powoli  na  drugą  stronę  pokoju. 

Spojrzał na wiszącą na ścianie swoją fotografię w towarzystwie se-
natora  z  Wirginii.  Stali  obaj  pośrodku  rzeki  i  obaj  trzymali  w  rę-
kach  po  jednej  złowionej  rybie.  Spencer  odwrócił  się  w  stronę 
Roxy. 

- Chcę być informowany o każdym pani kroku - oznajmił. Tylko o 

to mu chodziło? To niewiele, uznała. 

- Żaden problem. 
- Chcę znać każde posunięcie, zanim je pani wykona. 

R

 S

background image

29 

 

- Żaden problem. 
- O wszystkim, czego pani się dowie, natychmiast chcę mieć in-

formację. 

- Żaden problem, 
- I  chcę  jeździć  z  panią  wszędzie  tam,  gdzie  okaże  się  to  ko-

nieczne. 

- A to jest problem. 
- Co takiego? 
Roxy zmierzyła wzrokiem swego klienta. 
- Powiedziałam, że to jest problem. I to duży. Nie zgadzam się. 
- Dlaczego? 
- Bo pracuję samotnie. 
Spencer Melbourne stanął przed nią i ponownie przyjął postawę 

władcy. 

- Tym razem będzie inaczej - oznajmił nie znoszącym sprzeciwu 

głosem. 

- Nie będzie. 
- Będzie. 
- Proszę posłuchać, panie Melbourne... 
- Niech  pani  słucha.  Jest  to  najważniejsze  przedsięwzięcie  mego 

życia. Nie zaufam osobie, której wcale nie znam. 

- Mówił pan, że Bingo dobrze i dyskretnie wykonał jakieś zadanie 

dla pańskiego ojca - przypomniała mu Roxy. - Już mówiłam, dzia-
dek nauczył mnie wszystkiego. Jestem szczytem dyskrecji. 

- Przedtem mówiła pani, że ostrożności. 
- I tego, i tego. Zalet mam wiele. 
- Pani Matheny... 
- Nie pozwolę panu włóczyć się za mną, dokądkolwiek się ruszę. 

Nie pozwolę! 

- Wobec tego nie zostanę pani klientem. 

R

 S

background image

30 

 

Roxy westchnęła zdesperowana. 
- Każdy  inny  detektyw  powie  panu dokładnie  to  samo.  Nikt  nie 

zgodzi  się,  aby  klient  deptał  mu  po  piętach,  zadręczał  pytaniami  i 
utrudniał pracę. 

- Obiecuję, że nie będę niczego utrudniał. 
- I ja mam w to wierzyć? 
Roxy  wydawało  się,  że  na  wargach  Spencera  Melbourne'a  do-

strzegła lekki uśmiech, który zniknął tak szybko, jak się pojawił. 

- Daję słowo. 
Z góry wiedziała, że gorzko tego pożałuje, ale się zgodziła. Przy-

stała na warunki Spencera Melbourne'a. 

- W  porządku.  Może  pan  szwendać  się  za  mną.  Ale  jeśli  choć  raz 

przeszkodzi mi pan w pracy, odeślę pana do służbowego gabinetu w 
Melbourne Communications Systems. Jasne? 

- Jasne. 
- To dobrze. 
Wyciągnął rękę. Roxy niechętnie podała mu swoją. Dłoń Spence-

ra Melbourne'a była ciepła, a uścisk zdecydowany i silny. Ten fa-
cet nigdy się nie poddaje, uznała z westchnieniem. 

To stwierdzenie wcale nie podtrzymało jej na duchu. 

R

 S

background image

31 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ TRZECI 

- Przyszła pani Matheny. 
Spencer Melbourne  oderwał  wzrok  od  leżącego przed  nim  sche-

matu i pomyślał o ciemnowłosej i ciemnookiej kobiecie, która miała 
odszukać jego brata. Wcisnął guzik wewnętrznego telefonu i polecił 
sekretarce, aby wpuściła gościa. 

Prywatny  detektyw  Roxanne  Matheny  niczym  nie  przypominała 

żadnej ze znanych mu osób. Od skrajnej nieśmiałości przechodziła 
błyskawicznie do ostrej ofensywy. No i była całkowicie odporna na 
jakiekolwiek emocje. Nic nie robiło na niej wrażenia. Nic ani nikt. 
Nikt  to  znaczy  on  sam.  Mimo  wszystko  jednak  przy  każdym  na-
stępnym spotkaniu z tą kobietą czuł się coraz lepiej. Może właśnie 
dlatego, że ani na jotę nie udawało się jej onieśmielić. 

Od  śmierci  rodziców  nie  miał  nikogo  bliskiego,  komu  mógłby 

się  zwierzyć.  Większość  znajomych  stanowili  ludzie,  których  po-
znał na polu zawodowym. Wszyscy w gruncie rzeczy pracowali albo 
dla niego, albo dla konkurencji, a on przestrzegał zasady niewykra-
czania  poza  czysto  profesjonalne  stosunki.  Również  ci,  którzy  nie 
byli współpracownikami, trzymali się od niego z daleka. Pochodził 
z bogatego domu i sam pomnożył rodzinną fortunę. Bez względu na 
to,  czy  mu  się  to  podobało,  czy  nie,  utrzymywali  odpowiedni  dy-
stans. 

Nawet kobiety, z którymi Spencer umawiał się od czasu do czasu, 

zachowywały się powściągliwie. Ze względów zawodowych bądź 

R

 S

background image

32 

 

towarzyskich podtrzymywał różne znajomości dlatego, że po prostu 
nie znał innego sposobu na życie. 

W swojej korporacji miał kilku ludzi, których lubił i przy których 

potrafiłby się odprężyć, ale nigdy nie pozwalał sobie na naruszenie 
służbowej hierarchii. Był szefem. Panem i władcą. I każdy, kto dla 
niego pracował, znał swoje miejsce i nie odważyłby się spoufalać z 
szefem. Dlatego Spencer właściwie przy nikim nie czuł się napraw-
dę dobrze. 

W obecności Roxanne Matheny rzecz miała się inaczej. Nie mu-

siał  okazywać  swej  wyższości.  Wprawdzie  pani  detektyw  też  pra-
cowała  dla  niego  i  płacił  za  to,  ale  nie  decydował  o  jej  poczyna-
niach.  Nie  miał  zresztą  na  to  ochoty.  Pani  Matheny  otrzymała  do 
wykonania ściśle określone zadanie i to ona kierowała własną pra-
cą. Była sobie sterem i okrętem. Z tej to przyczyny Spencer uznał, 
że nie musi stwarzać między nimi żadnego dystansu. 

Ta jego postawa nie wpłynęła jednak na rozluźnienie wzajemnych 

stosunków. Pani Matheny nie korzystała z otrzymanych prerogatyw 
i  przez  cały  czas  zachowywała  się  bardzo  profesjonalnie,  nie  wy-
kraczając poza ramy ściśle zawodowego układu. 

Co do tej postawy pani detektyw Spencer miał mieszane uczucia. 

Z jednej strony odpowiadał mu zachowywany przez nią dystans, z 
drugiej jednak pragnął bardziej zażyłych stosunków. 

Nie  bardzo  wiedział,  co  się  dzieje.  W  zachowaniu  Roxanne  Ma-

theny było coś odpychającego. Coś, co niweczyło jego wysiłki, by 
ta znajomość nie była tylko i wyłącznie profesjonalna. 

Weszła do jego gabinetu, ubrana niemal po męsku. W obszerne, 

brązowe  tweedowe  spodnie  i  podobnie  workowatą,  białą  koszulę 
pod czarno-brązową, kraciastą kamizelką. Przez chwilę Spencer 

R

 S

background image

33 

 

zastanawiał się, czy w sekretariacie nie zostawiła męskiego kapelu-
sza i płaszcza, a także dlaczego nie nosi złotego zegarka z dewizką. 
Takiego,  jakie  niezmiennie  wyciągali  z  kieszeni  rasowi  detektywi 
we wszystkich znanych mu filmach. Może zastawiła go w lombar-
dzie po to, żeby kupić sobie naboje? zdążył jeszcze pomyśleć, za-
nim wziął się w garść. W wyglądzie Roxanne Matheny było coś, co 
przypominało mu słynnego Marlowa. 

- Przepraszam za najście bez uprzedzenia - oznajmiła na wstępie. 

- Byłam w pobliżu. 

- Nic się nie stało - uspokoił ją Spencer. Wstał i obszedł biurko. 

Uścisnął kordialnie dłoń Roxy i wskazał gestem stojące obok krze-
sło.  Ruch  okazał  się  zbędny,  jako  że  gość  zdążył  zająć  je  chwilę 
wcześniej. - Czego pani się dowiedziała? - zapytał. 

Poczekała, aż Spencer wróci na miejsce za biurkiem i u-siądzie. 
- Dowiedziałam się, że nie będzie to tak łatwe, jak 

sądziłam. 

Usłyszana wiadomość przykro zaskoczyła Spencera. 
- Jak to? Przecież mówiła pani, że odnajdywanie ludzi to fraszka. 
- To była prawda. Kiedy żył Bingo. Miał znajomych i przyjaciół 

w przeróżnych środowiskach. Także wśród znanych osób. Oni jed-
nak nie wykazują ochoty, żeby pomagać mi tak jak dziadkowi. 

- Dlaczego? 
- Widocznie  Bingo  dysponował  jakimiś  specjalnymi  in-

formacjami, których nie miał okazji mi przekazać. 

- Jakimi? 
- Och, rozmaitymi. Na przykład, kto sypia z żoną członka kongre-

su lub z członkiem kongresu. Kto podwędził forsę swemu szefo- 

R

 S

background image

34 

 

wi. Czyje dziecko pochodzi z nieprawego łoża poważanego zagra-
nicznego dyplomaty z kraju, w którym surowo przestrzega się mo-
ralności. O, takie tam rzeczy. 

- Rozumiem. 
- Mały szantaż potrafi zdziałać więcej niż długoletnia przyjaźń. 
Spencer nie skomentował uwagi Roxy. Wrócił do głównego wąt-

ku rozmowy. 

- A my jak postąpimy? - zapytał. 
Roxanne Matheny założyła nogę na nogę, odchyliła się na krześle 

i objęła rękoma jedno kolano. 

- Panu się to nie spodoba - oznajmiła spokojnie. 
- Tak? 
- Tak. Zdobycie odpisu dokumentu o pańskiej adopcji i oryginal-

nego świadectwa urodzenia leży na pograniczu niemożności. 

Spencer usiłował zachować spokój. Wiedział z doświadczenia, że 

nie  ma  rzeczy  nie  do  zdobycia.  Ze  słów  pani  Matheny  wynikało 
jednak,  że  jest  cień  szansy.  Istniał  więc  jakiś  sposób  dotarcia  do 
starych akt. 

- Dlaczego? - spytał krótko. 
- Zazwyczaj w naszym stanie, gdy ktoś chce dotrzeć do adopcyj-

nego rejestru i odszukać swych naturalnych rodziców, musi uzyskać 
na to zezwolenie sądu. I to nie lokalnego, lecz okręgowego. W tym 
celu trzeba złożyć podanie do państwowej rady adopcyjnej z proś-
bą o przesłuchanie. 

- Tylko tyle? 
- Jeśli nawet rada zgodzi się przesłuchać pana, to i tak może od-

mówić udostępnienia rejestru. 

- Dlaczego? 
- Bo kiedy uda się panu wyłożyć swoje powody, aż trzej sędzio-

wie będą musieli uznać, czy są na tyle ważne, by usprawiedliwiały 

R

 S

background image

35 

 

dostęp  do  adopcyjnych  akt.  Szczerze  powiedziawszy,  zwykłe  zain-
teresowanie  się  losami  dawno  utraconego  brata,  który  być  może 
nawet  nie  istnieje,  z  pewnością  nie  okaże  się  wystarczającym  ar-
gumentem. 

Rozumowanie  Spencera  szło  innym  torem.  Nikt  nie  potrafi  prze-

widzieć, co postanowi jakiś sędzia. 

- A jeśli przystaną na moją prośbę i zgodzą się na ujawnienie mi 

tych dokumentów? 

- To może nie wystarczyć. Począwszy od roku I972 do rejestrów 

adopcyjnych  bywa  załączana  specjalna  klauzula  tajności.  Na  żąda-
nie jednej lub obu zainteresowanych stron. 

- Co to oznacza? 
- Gdy sąd otworzy pański rejestr i znajdzie w nim pisemne żąda-

nie utajnienia akt podpisane przez pańską naturalną matkę lub natu-
ralnego  ojca,  wówczas  cały  rejestr  zostanie  ponownie  zapieczęto-
wany i ani pan, ani nikt inny nie uzyska do niego dostępu. No, chy-
ba że - dodała Roxy po chwili wahania - chodzi o jakąś superważną 
sprawę.  Śmiertelną  chorobę,  gdy  do  uratowania  życia  człowieka 
jest niezbędny przeszczep szpiku kostnego od członka rodziny, czy 
coś w tym rodzaju. W innych, mniej ważnych przypadkach legalny 
dostęp do akt nie istnieje. 

- Mówiła pani, że nie  zawsze do akt są załączane klauzule tajno-

ści. 

- Fakt. 
- Może  ani  mój  ojciec,  ani  moja  matka  nie  złożyli  tego  typu 

oświadczenia? 

- W takiej sytuacji byłaby pewna szansa. Niewielka. Ale, jak już 

mówiłam,  musi  pan  mieć  ważny,  przekonujący  powód,  by  sąd  ze-
zwolił na dostęp do akt. 

- A więc jest szansa. Niewielka - powtórzył Spencer. 

Roxy potakująco skinęła głową. 

R

 S

background image

36 

 

- Podobnie  mała  jak  to,  że  Ziemia  wyskoczy  ze  swej  orbity  i 

wpadnie na Słońce. 

Zignorował tę uwagę. Spojrzał na swą rozmówczynię. 
- A więc proszę zacząć działać. Trzeba wprowadzić w ruch kółka 

całej machiny. 

Roxy westchnęła. 
- Już to zrobiłam. 
Zdziwiło to Spencera, ale się nie odezwał. 
- Uznałam, że takie drobiazgi jak sąd okręgowy i trzech sędziów 

nie powstrzymają pana przed działaniem. Nie wygląda pan na face-
ta, który szybko się łamie. 

Nie wiedział, czy uznać to za komplement, więc na wszelki wypa-

dek wolał milczeć. 

- Mogą też wystąpić sprzyjające okoliczności - dodała Roxy, na 

widok posmutniałej twarzy swego klienta. 

- Jakie? 
- Jeśli  pańska  matka  nie  żyje,  a  w  akcie  urodzenia  nie  figuruje 

żaden ojciec, bez większych ceregieli sędziowie mogą przystać na 
pańską prośbę. 

- Nie  żyje?  -  powtórzył  zaskoczony  Spencer.  Dopiero  teraz  zdał 

sobie  sprawę  z  tego,  że  nie  przemyślał  różnych  możliwości.  -  Jej 
śmierć nazywa pani sprzyjającą okolicznością? 

- No, w innym sensie... 
- Ja  nawet  nie  próbuję  odszukać  matki.  Chcę  znaleźć  brata.  Co 

będzie, jeśli... 

Roxy podniosła rękę do góry. 
- Jak już mówiłam, w takich sprawach zwykły tryb postępowania 

polega na wystąpieniu do sądu o odszukanie matki. Wcale  nie jest 
powiedziane, że tak właśnie zrobimy. To znaczy nie tylko tak. 

Mimo woli odetchnął z ulgą. 
- Zechce pani to wyjaśnić? - poprosił. 

R

 S

background image

37 

 

- Jak  powiedziałam,  w  pańskim  imieniu  już  złożyłam  w  sądzie 

odpowiednią petycję.  Uważam  to jednak  za posunięcie czysto for-
malne. Równocześnie spróbuję pociągnąć za inne sznurki. Nie tylko 
Bingo  miał  przyjaciół.  Ja  też  ich  mam.  No,  może  tylko  są  nieco 
mniej... wpływowi. 

Spencer nie był pewien, czy chciałby usłyszeć coś więcej na ten 

temat. Zobaczywszy, że klient mruży oczy, pani Matheny uznała, iż 
jej nie dowierza. Postanowiła nieco rozwinąć temat. 

- Starzy kumple, nic więcej. Wie pan, co mam na myśli. 

Będę musiała raz lub dwa spotkać się z nimi. No i dla dwóch 
z nich zrobić to, co lubią najbardziej. To znaczy te ciastka, 
które nie wymagają pieczenia, zrobione z czekolady, płatków 
owsianych  i  masła  orzechowego.  -  Roxy  spuściła  wzrok  i  słabym 
głosem dodała: -I przy Dougu będę musiała gadać jak idiotka. Ga-
worzyć jak dziecko. A dla Phila włożyć ten okropny czerwony biu-
stonosz... 

Spencer nie potrafił powstrzymać uśmiechu. Żeby Roxy przestała 

być tak bardzo spięta, oświadczył: 

- Przepadam za tymi nie pieczonymi ciastkami z czekolady, płat-

ków  owsianych  i  masła  orzechowego.  Jedna  z  naszych  kucharek 
przyrządzała  je  co  roku  na  Boże  Narodzenie.  -  Do  gaworzenia  i 
czerwonego  biustonosza  nie  odważył  się  nawiązać.  Coś  mówiło 
mu,  że  kiepskim  pomysłem  byłoby  wyobrażanie  sobie  Roxanne 
Matheny  w  samej  tylko  bieliźnie.  Wydawało  mu  się,  że  przez  jej 
twarz  przewinął  się  lekki  uśmiech.  Gdy  podniosła  wzrok,  minę 
miała całkowicie obojętną. 

- Ted  pracuje  w  budynku,  w  którym  Sąd  Rodzinny  archiwizuje 

akta.  W  zamian  za  jakąś niewielką przysługę  mogłabym  namówić 
go na to, żeby podczas przerwy na lunch przypadkowo zaintereso-
wał się pewnymi papierami. 

R

 S

background image

38 

 

Spencer miał ochotę zapytać Roxy, czemu w ogóle umawia się  z 

jakimś  typem  o  podejrzanej  etyce  zawodowej,  ale  się  rozmyślił. 
Uznał, że lepiej nic na ten temat nie wiedzieć. To nie był jego inte-
res.  Ale,  prawdę  powiedziawszy,  ciekawiło  go  jednak  prywatne 
życie Roxanne Matheny. 

- Jak pani zamierza to załatwić? - zapytał. 
- Zaraz  pojadę  do  Teda.  Wszystko  będzie  grało,  jeśli  on  jest 

nadal... hmm... - odchrząknęła - to znaczy jeśli jeszcze ma ochotę. 
Rozumie  się,  na  czekoladę.  -  Zanim  Spencer  zdołał  się  odezwać, 
dodała:  -  Nie  musi  pan  jechać  ze  mną.  Miałabym.  ..  skrępowane 
ruchy. 

Przed oczyma Spencera pojawił się ni stąd, ni zowąd przedziwny 

obraz. Roxanne Matheny, ubrana w kusą, obcisłą czerwoną kieckę, 
w pantoflach na gigantycznych obcasach, ze sznurem pereł na szyi 
i  z  długą  cygarniczką  w  dłoni,  uwodziła  jakiegoś  urzędnika.  Wi-
dział, jak przy dźwiękach dochodzącej z oddali melancholijnej mu-
zyki facet bierze ją za rękę, wsuwa palce w jej włosy i na wargach 
żarliwie wyciska namiętny pocałunek. 

Po chwili obraz nieco się zmienił. Z niewiadomego powodu miej-

sce urzędnika zajął nie kto inny, lecz Spencer Melbourne. 

Klient Roxanne Matheny zatrzymał przewijający się przed oczy-

ma film z panią detektyw w roli femme fatale i sobą jako amantem. 
Uczynił  to nie dlatego,  że  nie  ciekawił  go  ewentualny  dalszy  ciąg 
filmu, lecz ze względu na to, iż istnieją sprawy, o których mężczy-
zna woli nie myśleć. 

Przynajmniej na razie. 

Rzucił okiem na ostatnią stronicę „The Wall Street Journal", po-

rządnie złożył gazetę na pół i spojrzał na siedzącą przed nim kobie-
tę. Nadal nie był pewny, dlaczego postanowił towarzyszyć 

R

 S

background image

39 

 

Roxanne Matheny w prowadzonych przez nią poszukiwaniach bra-
ta.  Miał  przecież  na  głowie  wiele  innych,  pilnych  obowiązków.  I 
zamiast  zajmować się korporacją, spotykał się ze szczupłą, czarno-
włosą kobietą, która mówiła i zachowywała się dokładnie tak, jak-
by oboje byli postaciami żywcem wyjętymi z powieści kryminalnej 
Raymonda Chandlera. 

Uczestniczył  we  wszystkich  poczynaniach  Roxanne  Matheny  z 

kilku  ważnych  powodów.  Postanowił  pilnować,  żeby  nie  zrobiła 
czegoś  niestosownego,  co  mogłoby  zniweczyć  poszukiwania. 
Upewnić się, czy rzeczywiście jest taka dobra w swoim fachu, jak 
się  reklamowała.  Nie  był  pewny,  czy  może  jej  zaufać.  W  miarę 
jednak  upływu  czasu  zaczynał  wątpić  w  prawdziwość  tych  powo-
dów. 

Zastanawiał  się,  czy  Roxanne  Matheny  nie  miała  racji,  uznając 

go już przy pierwszym spotkaniu za faceta nie spełnionego. Czy to 
możliwe,  żeby  człowiek,  który  ma  w  życiu  wszystko,  nie  był 
szczęśliwy? 

No,  nie  miał  wszystkiego.  Nie  odnalazł  jeszcze  brata.  I  z  tego 

właśnie  powodu  prywatny  detektyw  Roxanne  Matheny  wkroczyła 
w jego życie. 

Jak na razie, to znaczy od tygodnia, zachowywała się przyzwoicie. 

Dotrzymywała danego słowa. Informowała o swoich poczynaniach i 
odkryciach  dotyczących  faktów  sprzed  trzydziestu  dwóch  lat.  Po-
zwalała  towarzyszyć  sobie  w  wyprawach  do  różnych  instytucji, 
które wydawały mu się ogromnie tajemnicze, a nawet niebezpiecz-
ne.  Do  takich  jak  Biuro  Ewidencji  Ludności,  miejskie  archiwa, 
Wydział Pojazdów Samochodowych, a nawet Biblioteka Kongresu. 

W tych to miejscach prywatni detektywi czuli się jak ryby w wo-

dzie. Mieli prawdziwe pole do popisu i świetnie sobie radzili. Zy-
skiwali tu dostęp do prawdziwej kopalni faktów. 

R

 S

background image

40 

 

Do  ich  dyspozycji  stały  różne  bazy  danych.  Spencera  nieco 

zdziwił  fakt,  że  Roxanne  Matheny  nie  kazała  mu  występować  w 
przebraniu, by ukryć jego tożsamość. Sama też nie włożyła długie-
go, obszernego płaszcza ani przynajmniej ciemnych okularów. 

Obserwując  teraz  Roxanne  Matheny  usadowioną  przed  czytni-

kiem  mikrofiszek  i  skrupulatnie  je przeglądającą,  zaczął  się  zasta-
nawiać, czy jego zainteresowanie całą sprawą ograniczało się tylko 
do poszukiwania brata. Kiedy rano sekretarka powiadomiła go, że 
dzwoni  pani  Matheny,  poczuł  nagły  przypływ  radości.  A  jeszcze 
bardziej ucieszył się, gdy pani detektyw zaproponowała rychłe spo-
tkanie w Bibliotece Kongresu. 

Nie miał pojęcia, skąd wzięła się u niego taka reakcja. Ich wspól-

ne wyprawy były w gruncie rzeczy nużące, a Roxanne Matheny ani 
razu nie okazała zadowolenia z jego towarzystwa. Nie zależało mu 
na tym, bo niby dlaczego miałoby zależeć? I dlaczego ona miałaby 
się cieszyć jego  obecnością?  Łączyły  ich  interesy,  tylko  i  wyłącz-
nie.  Płacił  za  usługę,  a  ona  wykonywała  zlecone  zadanie.  To,  czy 
czuli się dobrze we własnym towarzystwie i byli z niego zadowole-
ni, nie miało żadnego znaczenia. 

Podczas  wspólnych  wypraw  stałym  zajęciem  Spencera  stało  się 

przyglądanie Roxy. 

Zauważał  wiele  szczegółów.  Jak  siedząc  przy  czytniku  z  gracją 

obraca  pokrętłem,  z  uwagą  przeglądając  treść  przesuwającego  się 
tekstu mikrofiszek. Światło z ekranu co chwila oświetlało jej twarz, 
uwidaczniając rysy. Nie były piękne w tradycyjnym znaczeniu te-
go słowa, ale z dnia na dzień coraz bardziej podobały się Spence-
rowi. 

Roxy  miała  wydatne  kości  policzkowe.  Nadawały  twarzy  szla-

chetny wygląd. Jej oczy, barwy kawy z ekspresu, były duże i wy-

R

 S

background image

41 

 

raziste.  Głębię  i  dramatyzm  spojrzenia  podkreślał  gęsty  woal  dłu-
gich rzęs. Ale uwagę Spencera przyciągały przede wszystkim usta. 
Początkowo wydawały mu się zbyt szerokie. Potem zmienił zdanie. 
Były  wydatne  i  pełne  wyrazu,  a  wykrój  dolnej  wargi  świadczył  o 
zmysłowości jej właścicielki. 

Usta  Roxanne  Matheny  były  podniecające.  Aż  prosiły  się,  by  je 

całować. 

Z odurzenia wyrwał Spencera dźwięk głosu pani detektyw. 
-  Klapa.  Niczego  nie  znalazłam  -  oznajmiła,  odchylając  się  na 

krześle i spoglądając na Spencera. Widział, że jest rozczarowana. 

Westchnął.  Znajomy  Roxy  dostarczył  im  odbitkę  akt  adopcyj-

nych, ale Spencer  znalazł  w nich niewiele nowych dla siebie infor-
macji.  Poznał  tylko  nazwisko  prowadzących  sprawę  prawników  i 
nazwę  państwowej  agencji,  która  zajmowała  się  zorganizowaniem 
adopcji.  Jeden  z  prawników  zmarł  przed  sześciu  laty.  Drugi  prze-
szedł na emeryturę i wyniósł się na koniec świata, bo zamieszkał na 
Kajmanach. Całą uwagę skupiła więc Roxanne Matheny na agencji 
do spraw adopcji. 

Stąd  Spencer  uzyskał  tylko  bardzo  ogólnikowe  informacje,  nie 

pozwalające na zidentyfikowanie rodziców. Dowiedział się, że na-
turalna  matka  była  średniego  wzrostu  niebieskooką  blondynką. 
Urodziła  go  mając  dwadzieścia  cztery  lata.  Pracowała  w  sklepie 
spożywczym jako kasjerka. W jej karcie zdrowia nie było żadnych 
adnotacji  o  przebytych  chorobach,  a sam poród  odbył  się  normal-
nie. Ojciec Spencera był wysokim, wówczas dwudziestosześciolet-
nim  mężczyzną  o  czarnych  włosach  i  brązowych  oczach.  Też  nie 
chorował. Pracował w szkole jako woźny. 

A  więc  byli  to  uczciwi,  solidni  ludzie.  Sól  tej  ziemi.  Dlaczego 

więc oddali obcym obu swych synów? Czy wtedy, kiedy dzieci 

R

 S

background image

42 

 

przyszły  na  świat,  nie  byli  małżeństwem  i  obawiali  się  opinii  pu-
blicznej? A może mieli własne rodziny? Dręczyły ich jakieś kłopo-
ty  finansowe?  A  może  po  prostu  nie  chcieli  się  obarczać  potom-
stwem? 

Spencer był przekonany o prawdziwości odpowiedzi zupełnie in-

nej.  Oboje  musieli  umrzeć.  Nie  widział  bowiem  żadnego  innego 
wytłumaczenia  powstałej  sytuacji.  I  nagle  zaczął  czule  myśleć  o 
swych rodzicach, podobnie jak o bracie. 

Dopóki o ojcu i matce nie wiedział nic, wcale nie zaprzątał sobie 

nimi głowy. Za prawdziwych rodziców uważał ludzi, którzy go ad-
optowali. Ich wzajemne stosunki były tak bliskie i serdeczne, że nie 
miał powodu wracać myślami do ludzi, którym zawdzięczał tylko 
poczęcie. 

Teraz, uzyskawszy z agencji garść wiadomości o naturalnych ro-

dzicach,  zaczął  się  zastanawiać  nad  ich  losem.  A  przeświadczenie, 
że nie żyją, sprawiło mu wiele bólu. 

- W  żadnej  z  gazet  wychodzących  w  stanie  Wirginia  nie  mogę 

znaleźć anonsu o urodzeniu bliźniaków. Ani tu, ani w stanie Mary-
land,  ani  w  Dystrykcie  Kolumbii  ówczesna  prasa  nie  odnotowała 
takiego wydarzenia - oznajmiła Roxy. 

- Czy powinniśmy więc zacząć szukać w innych stanach? - zapy-

tał Spencer. 

- Nie.  Wygląda na to,  że nie było takiego anonsu. Musimy znów 

zacząć działać skrycie i podstępnie. 

- Gdzie? 
- Wrócimy do agencji, w której dokonano adopcji. 
- Przecież tam odmówili nam podania nazwisk rodziców i innych 

ważnych  szczegółów.  A  także  udostępnienia  mojego  oryginalnego 
świadectwa urodzenia bez zezwolenia sądu. -Spencer podejrzliwym 
wzrokiem spojrzał na Roxy. - Czyżby znała pani kogoś, kto pracuje 
dla tej agencji i ukradnie moje papiery w zamian za przebalowaną 
z nim noc? 

R

 S

background image

43 

 

- Nie. Ale umiem otwierać zamki. Najlepiej w całym Dystrykcie 

Kolumbii. 

Tym razem Spencer nie wytrzymał. 
- O, nie. Jeśli chce pani zrobić coś nielegalnego, na przykład do-

konać włamania, nie chcę nic o tym słyszeć. 

- Hej, a kto sobie zażyczył, żebym informowała go o wszystkim, 

co  i  gdzie  zamierzam  robić?  -  przypomniała  Roxy.  -  Przecież  to 
pan łazi wszędzie ze mną. Mówiłam, że nie zgadzam się na depta-
nie po piętach, ale zdało się to psu na budę... A teraz, gdy sprawy 
stały się nieco... śliskie, tchórzy pan jak żółtodziób. 

Po tej tyradzie Roxanne Matheny natychmiast zatopiła wzrok w 

notesie  leżącym  obok  czytnika,  tak  że  Spencer  nie  wiedział,  czy 
mówiła serio, czy też był to żart. W każdym razie nazwanie go żół-
todziobem wymagało reakcji. 

Zmrużył oczy. 
- Nazwała mnie pani żółtodziobem? - powtórzył w formie zapy-

tania. 

Odparła obojętnie: 
- Nie  nazwałam,  lecz  powiedziałam,  że  tchórzy  pan  jak  żółto-

dziób. A to jest różnica. 

- Nie jestem żółtodziobem. 
- W  porządku.  Nie  jest  pan.  -  Kiedy  wreszcie  podniosła  oczy 

znad  notesu,  Spencer  dostrzegł  w  nich  wesołe  iskierki.  -  Ma  pan 
czarną narciarską kominiarkę i jakieś ciemne ciuchy? 

Był pewny, że Roxy stroi sobie z niego żarty. Na wszelki wypa-

dek jej słowa potraktował poważnie. 

- Spodziewa  się  pani,  że  wezmę  udział  w  czymś  podobnym?  - 

zapytał z oburzeniem w głosie. 

- Przecież to pan oświadczył, że chce... 
- Dobrze, już dobrze. W całą tę aferę sam się wplątałem. Mam 

R

 S

background image

44 

 

teraz za swoje. Moja wina. Gdzie się spotkamy i o której? 

Pani detektyw uśmiechnęła się lekko. 
- W  moim  biurze.  W  piątek  wieczorem.  O  jedenastej.  Przedtem 

muszę  obejrzeć  dokładnie  całe  miejsce  i  sprawdzić,  kto  kiedy 
wchodzi i wychodzi. Niech pan się nie spóźni. Czekać nie będę. 

Westchnął głęboko. 
- Pani Matheny, proszę obiecać mi jedno. 
- Może  pan  mówić  mi  po  imieniu.  Jestem  Roxy.  Bądź  co  bądź 

staliśmy się partnerami. Wspólnie wkraczamy na drogę przestępczą. 

- W porządku. Proszę też zwracać się do mnie po imieniu. 
- Zgoda. A co mam obiecać? 
- Że kiedy znajdę się w więzieniu, przyśle mi pani ciasto własnej 

roboty i włoży do środka moją metrykę. 

Roxanne Matheny uśmiechnęła się Szeroko. 
- Jakie ciasto lubisz najbardziej? I nie narzekaj, jeśli będzie z za-

kalcem. 

R

 S

background image

45 

 

 

 

ROZDZIAŁ  CZWARTY 

- Nie mogę uwierzyć, że dałem się wplątać w tę aferę. 
- A  ja  nie  mogę  uwierzyć,  że  zapomniałeś  wziąć  czarną  komi-

niarkę. 

Roxy poczuła na sobie palący wzrok Spencera. 
- O przebraniu mówiłaś serio? - zapytał. 

Wzruszyła ramionami. 

- Jeśli sprawy przybiorą zły obrót, trzeba będzie sadzą wysmaro-

wać twoją bladą buźkę. - Spojrzała na trzymane w ręku narzędzia i 
dodała półgłosem, ale wyraźnie: - Trochę brudu może ci nawet do-
brze zrobi. 

- Co masz na myśli? 
- Nic. Absolutnie nic - mruknęła. 
Drażnił ją ten wypielęgnowany, wyrafinowany mężczyzna z wyż-

szych sfer. Nie potrafiła się powstrzymać, aby mu nie dociąć. Przez 
cały  ostatni  tydzień,  gdy  bezustannie  znajdował  się  tuż  obok  niej, 
miała zmącony umysł. Na myślenie o prowadzonej sprawie poświę-
cała  niewiele  czasu.  Znacznie  więcej  pochłaniało  go  wyobrażanie 
sobie  Spencera  Melbourne'a  w  różnych,  bardziej  intymnych  sytu-
acjach. 

Jak  na  jej  gust  facet  ten  był  stanowczo  zbyt  przystojny.  Teraz 

jednak, ubrany w czarne dżinsy, czarny golf i czarne, wysokie bu-
ty,  z  jednodniowym  zarostem na twarzy  i  czupryną  czarnych  wło-
sów, niczym nie różnił się od mężczyzn, z jakimi zwykle się uma-
wiała. Twardy i nieprzejednany. Gotowy na wszystko. Niestety, by-
ły to tylko pozory, gdyż na co dzień Spencer nie miewał nic wspól- 

R

 S

background image

46 

 

nego z kobietami pokroju Roxy. Był przy niej teraz wyłącznie dla-
tego, że płacił jej sporo i bał się, że pani detektyw schrzani zleconą 
jej robotę. 

Do  diabła  z  tym  wszystkim,  pomyślała  rozgoryczona.  Spojrzała 

na  zegarek.  Do  północy  brakowało  trzydziestu  minut.  O  tej  porze 
pomieszczenie  agencji  do  spraw  adopcji  było  opustoszałe.  Portier 
wyszedł godzinę temu. I chociaż dużego administracyjnego budyn-
ku pilnował strażnik, Roxy uznała, że jest mała szansa, aby nakrył 
ją  i  Spencera.  Dla  kogoś,  kto  zna  alfabet,  znalezienie  właściwych 
akt nie powinno potrwać dłużej niż piętnaście lub dwadzieścia mi-
nut, jeśli na to, czego szuka, natrafi  od razu po dostaniu się do po-
mieszczenia agencji. 

- Chyba mamy wszystko, czego nam trzeba - oznajmiła. - Idzie-

my. - Wetknęła narzędzia za pasek czarnych legginsów i naciągnę-
ła na biodra czarną bluzę od dresu. Jak rasowy detektyw miała na 
sobie czarne buty na gumowych podeszwach. Bezszelestnie ruszyła 
w stronę drzwi. Przed wyjściem zatrzymała się, odwróciła i zapyta-
ła Spencera: 

- Wziąłeś rękawiczki? 
Skinął  głową,  wyciągnął  z  kieszeni  parę  czarnych,  samo-

chodowych rękawiczek i pokazał je Roxy. 

- Dobrze. 
- Nadal  nie  wierzę,  że  zamierzasz  zrobić  to  wszystko  -odezwał 

się Spencer. - To znaczy, że zamierzamy oboje - poprawił się szyb-
ko. 

Roxy zmierzyła go wzrokiem. 
- Nie  musisz  chodzić  ze  mną.  Sądziłam,  że  chcesz  się  upewnić, 

czy działam jak trzeba. Jeśli jednak wolisz tutaj poczekać, to ja sa-
ma... 

- Nie - przerwał jej Spencer. - Idę z tobą. Jeśli wpadniesz w tara-

R

 S

background image

47 

 

paty, to z mojej winy, więc powinienem być przy tym obecny. 

- Jeśli wpadnę w tarapaty, sama będę za to odpowiedzialna. 
- Ja cię wynająłem - przypomniał. 
- A  ja  powinnam  bezproblemowo  wykonać  zleconą  mi  robotę  - 

oświadczyła Roxy. 

- Jeśli przydarzy ci się coś złego, to będę... 
- Panie Melbourne... 
- Spencer. 
Roxy  wcale nie była pewna, czy przejście na ty było fortunnym 

pomysłem. 

- A więc, Spencer, czy zechcesz wreszcie powiedzieć, 

o co, do diabła, właściwie ci chodzi? - wybuchnęła. 

Aż go na chwilę zatkało z wrażenia. 
- Nie wiem, co masz na myśli. 
- Odkąd  mnie  wynająłeś,  zachowujesz  się  jak  stara,  zrzędliwa 

ciotka. Na każdym kroku mnie pilnujesz. Chcesz wiedzieć, co ro-
bię,  dokąd  chodzę  i  kiedy.  Twierdzisz,  że  sam  odpowiadasz  za 
mnie i za wynik poszukiwania, podczas gdy w rzeczywistości rzecz 
się  ma  zupełnie  przeciwnie.  Nie  rozumiem  twego  zachowania.  - 
Roxy  odgarnęła  włosy  z  czoła  i  popatrzyła  na  Spencera.  -  Od 
dziecka  zajmuję  się  taką  robotą.  Zawsze  pomagałam  dziadkowi. 
Nie musisz martwić się o mnie. Nigdy jeszcze nie zostałam przyła-
pana na gorącym uczynku. Jestem dobra. Daję słowo, że nie zrobię 
nic,  co  by  mogło  cię  skompromitować  lub  przeszkodzić  w  odszu-
kaniu brata. Czy będziesz skłonny mi zaufać? 

- Ufam ci - odparł Spencer. - Tylko że... 
- Że co? Spuścił wzrok. 
- Tylko że nie chcę, Roxy, aby stało ci się coś złego. 
Po raz pierwszy zwrócił się do niej po imieniu. Znów zaczęła 

R

 S

background image

48 

 

żałować, że pozwoliła mu na tę poufałość. Nie miała pojęcia, dla-
czego w ogóle mu to zaproponowała. Zrobiło się jej ciepło w okoli-
cy serca. Zapragnęła, by jeszcze raz powtórzył jej imię. 

- Nic  mi  się  nie  stanie  -  zapewniła.  Przynajmniej  jako  włamy-

waczce,  dodała  w  myśli.  Groźny  dla  niej  może  okazać  się  sam 
klient. A wszystko przez te jego szałowe, niebieskie ślepia... 

- Idę z tobą - oświadczył. 
- Wobec tego ruszajmy. 
Otworzył drzwi i przepuścił ją przed sobą. 
Do  takich  eleganckich  gestów  Roxy  nie  była  przyzwyczajona. 

Mężczyźni, z którymi się umawiała, zachowywali się zupełnie ina-
czej  niż  Spencer.  Pierwsi  przechodzili  przez  drzwi,  nie  oglądając 
się na nią, w restauracji pierwsi zamawiali potrawy, sami wybierali 
film lub sportową imprezę, nie pytając jej nawet o zdanie, i każdym 
gestem dając do zrozumienia, że oni są najważniejsi. 

Wyjaśniało to, dlaczego w życiu Roxy nie istniały żadne roman-

se.  Nie  znała  facetów,  którzy  umieli  zachowywać  się  grzecznie. 
Kulturalni mężczyźni  albo  obracali  się  w  innych  społecznych  krę-
gach, albo byli już zajęci. 

Nie wszyscy, bo właśnie takiego osobnika miała teraz obok siebie. 

Jednego jedynego, bo inni nie zechcieliby mieć z nią nic wspólne-
go. Nie dlatego, że było z nią coś nie w porządku. Należała do innej 
sfery. 

Spencer Melbourne chciałby, żeby jego kobieta już w wieku szes-

nastu  lat  paradowała  w  białych  rękawiczkach,  a  nie  w  czarnych 
otwierała wytrychem cudze zamki. Żeby wydawała huczne przyję-
cia,  które  ludzie  wspominaliby  całymi  miesiącami,  zamiast  krót-
kiego  okrzyku  bojowego  przed  powaleniem  jednym  ciosem  prze-
ciwnika na ziemię. Żeby jego ukochana nosiła jedwabie i koronki, 

R

 S

background image

49 

 

a nie bawełniane szorty i podkoszulek z napisem „Moja mama sie-
dzi w mamrze, a to nędzne odzienie jest wszystkim, co mi pozosta-
ło".  No  i  bez  wątpienia  Spencer  Melbourne  pragnąłby,  żeby  wy-
branka jego serca była kobieca i powściągliwa, a nie twarda i napa-
lona, gdy tylko znajdował się w pobliżu. 

Idąc obok Spencera, Roxy przypadkowo musnęła ramieniem jego 

pierś, jak się okazało, solidną jak skała. Był pewnie jedynym dyrek-
torem  w  całym mieście, który  nie miał  zwiotczałego  ciała, nie  był 
łysy ani nudny. Dlaczego zjawił się u niej? Mając do wyboru całą 
masę innych prywatnych detektywów,  dlaczego  zapukał  akurat do 
jej drzwi? 

Spencerowi  wydało  się,  że  Roxy  nagle  się  zachwiała  i  zaczęła 

tracić równowagę. Więc ją podtrzymał. Poczuła na ramieniu ciężką 
rękę.  Gdy  podniosła  wzrok,  przez  jedną  krótką  chwilę  w  oczach 
Spencera  widziała  coś, co  obawiała  się  nazwać  wprost.  Przez  uła-
mek sekundy nawet sądziła, że zaraz ją pocałuje. 

Puścił Roxy, cofnął ręce i szepnął do siebie pod nosem: 
- Tylko ostrożnie. 
Ma rację, uznała. 
Tę  radę  Spencera  powinna  wziąć  sobie  do  serca.  Ale  Roxy  Ma-

theny nie miała zwyczaju słuchać niczyich rad ani ostrzeżeń. Nawet 
własnych. 

Bez  słowa  weszła  do  gmachu,  w  którym  mieściła  się  agencja  do 

spraw adpocji Kiedy Spencer poszedł w jej ślady, ruszyła w stronę 
wind znajdujących siępo drugiej stronie holu. Na górze wysiedli.  Po 
chwili weszli do jakiegoś pomieszczenia. 

Po  raz  trzeci  Spencer  uderzył  się  boleśnie  w  kolano.  W  cie-

mnościach nie widział nic. Miał dość tej eskapady. Gdzie, do licha, 
podziewała  się  Roxy?  I  dlaczego  z  taką  łatwością  przestał  o  niej 
myśleć jak o obcej pani Matheny? 

R

 S

background image

50 

 

Nagle po drugiej stronie pokoju usłyszał jakiś ruch. Zobaczył pa-

nią detektyw przy pracy. Maleńką latarką oświetlała napisy na me-
talowych szufladach kartoteki. Poświata wokół jej głowy sprawiła, 
że  Spencerowi  przypomniał  się  obraz  Madonny,  który  widział  w 
Galerii Narodowej. 

Roxy wyglądała jak zjawisko. Wpatrywał się w nią zachwycony. 

A  powinien  przestać  myśleć  o  tej  kobiecie.  Był  ostatnim  mężczy-
zną,  jakim  mogłaby  się  zainteresować.  Zaakceptowałaby  tylko 
partnera zakochanego po uszy i po wsze czasy. 

Pewnie zasługiwała na kogoś takiego, uznał Spencer po namyśle. 

On sam nie nadawał się do tej roli. Miał na swym koncie wiele ro-
mansów i wiedział, jak szybko nudzą go kobiety. Gdy tylko obiekt 
jego zainteresowań tracił urok nowości, Spencer był gotów zakoń-
czyć  znajomość.  Uwielbiał  jedno.  Swoją  pracę.  A  gdy  odnajdzie 
brata, nic więcej do szczęścia nie będzie mu potrzebne. 

Ciągle jednak myślał o Roxy. Ta kobieta była zagadką. Bez prze-

rwy  go  intrygowała.  Nie  przypominała  znanych  mu  kobiet.  Wie-
dział  jednak,  że  gdyby  zdecydował  się  na  intymny  związek,  prze-
stałaby się różnić od całej reszty innych dam. A on sam znudziłby 
się  szybko  i  ją  zostawił.  Nie,  ich  romans  nie  wchodził  w  grę.  A 
zresztą Roxy Matheny zasługiwała na lepszy los, wspaniałomyślnie 
uznał Spencer. 

Przynajmniej  z  tego  powodu  powinien  trzymać  się  z  dala  od  tej 

kobiety.  Niestety,  jego  ręce  były  przeciwnego  zdania.  Od  chwili 
gdy ją podtrzymały, kiedy się zachwiała, bez przerwy miały ochotę 
ją obejmować. Co więcej, on sam zapragnął pocałować Roxy. Led-
wie się powstrzymał przed wykonaniem tego nierozważnego kroku, 
ale  nie  miał  żadnej  pewności,  czy  przy  następnej  okazji  uda  mu 
się"wykrzesać z siebie aż tyle samozaparcia. 

R

 S

background image

51 

 

- Są  - szepnęła Roxy.  Trzymając  w  zębach  latarkę,  z  wysuniętej 

szuflady wyciągnęła jakieś akta. 

Serce Spencera zabiło żywszym rytmem. 

- Moje? - zapytał szeptem. 
Wyjęła latarkę z ust i uśmiechnęła się szeroko. 
- Spencerze  Melbourne  -  powiedziała  zabawnie  dostojnym  gło-

sem,  wyciągając  w  jego  stronę  rękę z  aktami –  oto twoje  przeszłe 
życie. 

Sięgnął po papiery, lecz właśnie w tej chwili z sąsiedniego pokoju 

dobiegły  odgłosy  ciężkich  kroków,  kierujących  się  w  ich  stronę. 
Roxy  błyskawicznie  zgasiła  latarkę.  Znów  ogarnęły  ich  zupełne 
ciemności.  Po  chwili  Spencer  poczuł  jej  dłoń  zaciskającą  się  na 
nadgarstku. 

Kiedy  usłyszeli  obracającą  się  gałkę  u  drzwi,  Roxy  pociągnęła 

Spencera za sobą na ziemię, tuż za jakimś obszernym meblem. Na-
krył ją całym ciałem, lecz po chwili zsunął się na bok. Gdy zapaliło 
się górne światło, zastygli w bezruchu i wstrzymali oddech. Spen-
cer zobaczył, że wylądowali za ogromną, staroświecką kanapą i że 
od strony drzwi nikt ich nie dojrzy.  Pod warunkiem, że nie przej-
dzie przez pokój. 

Tuż obok siebie Spencer dostrzegł także coś innego. Rozszerzone 

oczy  Roxy.  Źrenice  miała  ogromne.  Była  pobudzona  fizycznie. Co 
do  tego  nie  miał  żadnych  wątpliwości.  Odwzajemnił  się  spojrze-
niem równie wymownym. 

Natychmiast je odczytała, gdyż jej oczy zrobiły się jeszcze więk-

sze,  a  oddech  stał  się  krótki  i nierówny.  Gdy  bezskutecznie usiło-
wała  nad  nim  zapanować,  poczerwieniały  jej  policzki.  Wreszcie 
przeciągnęła  językiem  po  zaschniętych  wargach  i  zamknęła  oczy. 
Spencer przywarł do niej całym ciałem. 

Po  drugiej  stronie  kanapy  znajdował  się  jakiś  mężczyzna.  Po-

gwizdywał znaną melodię. Po paru sekundach usłyszeli, jak zawra-

R

 S

background image

52 

 

ca do drzwi, otwiera je i gasi światło, wychodząc z pokoju. 

Cały  epizod  trwał  krócej  niż  minutę.  Ale  Spencerowi  wydał  się 

wiecznością. Serce biło mu jak szalone. Czuł się tak jak po dwóch 
godzinach  spędzonych na  boisku.  Leżał  przy  atrakcyjnej kobiecie, 
która była odpowiedzialna za to, że nagle odżył i poczuł w uszach 
szum krwi. Roxy Matheny była miękka, ciepła i tak samo podnie-
cona jak on. 

Znów  ogarnęły  ich  ciemności.  Spencer  zrobił  to,  co  w  tych  oko-

licznościach  wydawało  się  jak  najbardziej  na  miejscu.  Pocałował 
swą towarzyszkę. Mocno i namiętnie. Tak jak od dawna tego pra-
gnął. 

Niemal  odruchowo  odwzajemniła  pocałunek.  Po  chwili  jednak 

odsunęła  się  od  Spencera.  Słyszał  nierówny  oddech.  Wyczuł,  że 
Roxy nie wie, co robić, jest niezdecydowana. Postanowił nie dać jej 
wyboru  i  wziąć  sprawę  w  swoje  ręce.  Podniósł  się  na  łokciach  i 
pchnął Roxy na podłogę. A potem przycisnął wargi do jej ust. Ca-
łował jeszcze mocniej niż poprzednio. Tym razem dawał Roxy do 
zrozumienia, że z objęć jej nie wypuści. 

Nie  protestowała.  Wręcz  przeciwnie.  Zanurzyła  palce  we  wło-

sach Spencera i mocno przywarła do jego ust. Uniosła się i nakryła 
go  ciałem.  Poczuł  gwałtowny  przypływ  pożądania.  Wysunął  się 
spod Roxy i po chwili niemal całkowicie nią zawładnął. Przygniótł 
do  ziemi.  Przeciągnął  wargami  wzdłuż  jej  szyi.  Bezceremonialnie 
wsunął rękę pod bluzę od dresu. 

Dopiero  wtedy  uzmysłowił  sobie,  że  nie  zdjął  rękawiczek.  Pod-

niecenie  i  niecierpliwość  sprawiły,  że  zupełnie  o  nich  zapomniał. 
Teraz  przesuwał  okrytymi  dłońmi  po  gładkiej  skórze  Roxy,  a  ona 
coraz namiętniej całowała go w usta. 

Rozpiął  jej  biustonosz  i  mocno  objął  pierś.  Przez  cienką  ręka-

wiczkę poczuł, jak napręża się sutek. Opuścił głowę i językiem za- 

R

 S

background image

53 

 

czął kreślić zawiłe wzory. Potem wziął czubek piersi do ust. 

Roxy  jęczała  cicho,  lecz  przyzwalała  na  pieszczoty.  Co  więcej, 

przycisnęła Spencera do swego ciała. Ogarnęło go prawdziwe sza-
leństwo.  Już  miał  ją  wziąć,  gdy  nagle  oprzytomniał.  Uzmysłowił 
sobie, co robią i gdzie się znajdują. Przestraszył się nie na żarty. 

- Musimy stąd wyjść - powiedział szeptem. -I to natychmiast. 
Podnieśli  się  z  podłogi.  Roxy  bez  słowa  podeszła  do  drzwi  i 

otworzyła  zamknięty  zamek.  Gdy  wyszli,  ponownie  użyła  wytry-
cha, by po ich bytności w agencji nie pozostał żaden ślad. W mil-
czeniu bez przeszkód zeszli po schodach i po chwili znaleźli się na 
parkingu  na  tyłach  budynku.  Idąc,  Roxy  poprawiała  i  zapinała  biu-
stonosz. Nie odzywając się do siebie, przemaszerowali piechotą spo-
ry kawałek drogi, zanim dotarli do miejsca, w którym zostawili sa-
mochód. 

Dopiero  gdy  ruszyli,  Spencer  odważył  się  spojrzeć  na  Roxy.  I 

znów jego serce zaczęło bić szybszym rytmem. W bladym świetle 
mijanych  ulicznych  latarni  zobaczył  czerwone  plamy  na  twarzy 
swej towarzyszki. Nie z emocji. Jej delikatną skórę podrapał swym 
ostrym  zarostem.  Potargane  włosy  wysunęły  się  jej  częściowo  z 
końskiego ogona. Miała rozerwany dekolt bluzy od dresu. Na boku 
szyi widniał ślad ugryzienia. 

Spencer widział, że nie doszła jeszcze do siebie. Nadal oddycha-

ła szybko i nierówno. Jego zachowanie się ogromnie go zaskoczyło. 
Nie  miał  pojęcia,  dlaczego  tak  brutalnie  rzucił  się  na  tę  kobietę. 
Zamiast  wyrzutów  sumienia  odczuł  jednak  ponowny  przypływ 
podniecenia.  Pragnął  wziąć  Roxy  w  ramiona.  Całować  powoli  i 
bardzo łagodnie. Położyć się obok i delikatnie pieścić każdy zaka-
marek jej ciała. Zrobi to następnym razem, postanowił. Tak właśnie 
zrobi. 

R

 S

background image

54 

 

Następnym razem. 
- Przepraszam - odezwał się łagodnym tonem. 
Słowo to samo wyrwało mu się z ust. Było mu przykro tylko dla-

tego,  że  tak  obcesowo  obszedł  się  z  Roxy  Matheny.  Ta  kobieta 
obudziła  w  nim  bestię.  Dla  Spencera  było  to,  szczerze  mówiąc, 
wspaniałe odczucie. Ale uważał, że w stosunku do Roxy w żadnym 
razie  nie  powinien  zachowywać  się  jak  zwierzę.  Zasługiwała  na 
lepsze traktowanie. 

- Nic się nie stało - powiedziała cicho. 
Po  tonie  jej  głosu  wyczuł,  że  jest  przeciwnie.  Była  zdener-

wowana. 

- Nie chciałem zrobić ci krzywdy - zaczął się tłumaczyć. 
- Nie zrobiłeś. Chodzi nie o to. 
- A o co? 
- Och, daj spokój. - Nie widzącym wzrokiem patrzyła przed sie-

bie. - Zapomnijmy o wszystkim. Dobrze? 

- Roxy... 
- Daj spokój. 
Spencer nie miał ochoty dawać jej spokoju. Zamierzał kontynu-

ować rozmowę. Ryzykując, że jeszcze bardziej zdenerwuje swą to-
warzyszkę, powiedział: 

- Nie  miałem  pojęcia,  że  stan  zagrożenia  tak  bardzo  podnieca  i 

zaostrza zmysły. Nigdy przedtem nie zdarzyło mi się nic podobne-
go. Nie chciałem cię wykorzystać. Ja tylko... 

- Uważasz, że mnie wykorzystałeś? - spytała zaskoczona. 

Kiedy odwróciła głowę, aby spojrzeć na Spencera, na jej twarzy 
dojrzał ślady przeżytych emocji. W niej też musiało się ocknąć ja-
kieś dzikie zwierzątko. 

- Roxy, ja... 
- Zamilcz, proszę. 
Podniosła  rękę,  żeby  go  powstrzymać.  Dopiero  wtedy  zobaczył, 

że drży. Cała się trzęsła. 

R

 S

background image

55 

 

Serdecznym gestem przyciągnął ją do siebie, lecz natychmiast się 

wyrwała. 

- Stało się i tyle - mruknęła niechętnie. - Nie ma o czym gadać. 

Zapomnijmy o całej sprawie. Zgoda? 

Spencer nie chciał zapomnieć. Zdarzenie w agencji zamierzał lo-

gicznie wyjaśnić. Jeśli, oczywiście, było to możliwe. 

- Zgoda? - powtórzyła Roxy. 
- Tak - przystał z niechęcią. - Chwilowo. Otworzyła usta, żeby 

zaprotestować, lecz Spencer położył jej palce na wargach. Delikat-
nie przytulił ją do siebie i wargami musnął rozchylone usta. 

Zamknęła oczy. Otworzyła je dopiero wówczas, gdy z powrotem 

się odsunął. 

- Chwilowo - powtórzył łagodnie. - To jeszcze nie koniec, Roxy. 

R

 S

background image

56 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ PIĄTY 

-  Do  licha  -  mruknęła  Roxy.  Przetarła  zmęczone  oczy  i  jeszcze 

raz spojrzała na akta rozłożone na biurku. Czarno na białym stwier-
dzono w nich fakt, który już wcześniej Spencer uważał  za pewnik. 
Mimo to jednak odkryta informacja zaskoczyła panią detektyw. 

W  małym  pomieszczeniu  prowadzonej  przez  nią  agencji,  na 

zniszczonej, skórzanej kanapie siedział Spencer. Nadal miał na so-
bie czarny strój. Wyglądał w nim groźnie i, jak na gust Roxy, sta-
nowczo za seksownie. Po raz kolejny musiała zapanować nad my-
ślami, które przypominały o niedawnych przeżyciach. Za wszelką 
cenę starała się psychicznie odciąć od tego, co zaledwie przed go-
dziną wydarzyło się między nią i Spencerem. 

Nadal jednak na samą myśl o męskiej dłoni obciągniętej cienką, 

skórzaną  rękawiczką,  błądzącej  po  jej  ciele,  Roxy  przeszywał 
dreszcz rozkoszy. Dotknęła odruchowo rozdartego dekoltu bluzy, a 
potem delikatnie  przeciągnęła palcem  po piekącym,  zaczerwienio-
nym  policzku.  Dość  obcesowy  sposób,  w  jaki  pieścił  ją  Spencer 
Melbourne, uznała za zachwycający. 

Zawsze słyszała, że powinna rozglądać się za jakimś spokojnym, 

ugrzecznionym chłopakiem. Pozory jednak często były mylące. Bo 
gdy  tylko  znajdował  się  za  zamkniętymi  drzwiami,  w  obecności 
kobiety wstępował w niego bojowy duch. 

R

 S

background image

57 

 

Epizod ze Spencerem trwał zaledwie minuty. Zaczął się tak nagle, 

jak skończył. W milczeniu wrócili do biura Roxy, gdzie Spencer bez 
słowa  usiadł  na  kanapie.  Roxy  zabrała  mu  teczkę  z  aktami,  którą 
beztrosko  rzucił  obok  siebie  na  poduszki,  i  zaniosła na biurko.  Za-
pytała  Spencera,  czy  życzy  sobie  jako  pierwszy  obejrzeć  zdobyte 
dokumenty.  Była  zaskoczona  jego  reakcją.  W  odpowiedzi  potrzą-
snął przecząco głową. A potem rozciągnął się na kanapie i ręką za-
krył  oczy.  Tak  jakby  nie  chciał  niczego  się  dowiedzieć  o  własnej 
przeszłości. I tak jakby obawiał się tej konfrontacji. 

- Nie myliłeś się - oznajmiła. 
Usłyszawszy spokojny głos Roxy, podniósł się i usiadł sztywno. 

Zacisnął ręce tak, że zbielały mu kostki palców. Patrzył tępo przed 
siebie, a jego niebieskie oczy zrobiły się nagle lodowate i nabrały 
stalowego połysku. 

- Co takiego? Co powiedziałaś? - zapytał nieswoim głosem. 
- Nie  myliłeś  się  -  powtórzyła.  -  Rzeczywiście  masz  brata  bliź-

niaka. 

Jakby  nie  rozumiejąc,  co  się  do  niego  mówi,  Spencer  patrzył 

przez chwilę na Roxy, a potem puścił zaciśnięte dłonie i całkowi-
cie  się  rozluźnił.  Dopiero  w  tej  chwili  Roxy  zdała  sobie  sprawę  z 
tego, że do tej pory żył w bezustannym napięciu, gdyż nie był cał-
kowicie przekonany o istnieniu brata. 

- Sądziłam,  że  tylko  ja  mam  wątpliwości  –  powiedziała  spokoj-

nie. 

Spencer potrząsnął głową, lecz nadal nie patrzył na Roxy. 
- Nawet sobie nie wyobrażasz, co to dla mnie znaczy -  odezwał 

się po chwili. Wyglądał na wykończonego. -I co przeszedłem przez 
te  ostatnie  miesiące.  Jakże  często  zastanawiałem  się,  czy...  -  Jego 
głos załamał się w połowie zdania. 

- Czy co? 

R

 S

background image

58 

 

Objął  rękoma  głowę.  Nie  odpowiadał,  a  Roxy  nie  nalegała.  Nie 

mylił się co do jednej rzeczy. Nie miała pojęcia, jak czuje się czło-
wiek,  gdy  odkryje  nieznane  fakty  z  własnej  przeszłości  bądź  gdy 
spełni się jego przemożne pragnienie posiadania kogoś z rodziny. A 
także  nie  wiedziała,  jak  może  czuć  się  człowiek,  który  właśnie 
usłyszał, że nie jest sam na świecie. 

- Czy nadal jestem przy  zdrowych  zmysłach  - po dłuższej chwili 

dokończył  Spencer  rozpoczęte  zdanie.  Gdy  podniósł  wzrok,  Roxy 
zobaczyła, że ma wilgotne oczy. Otarł je szybko ręką, podniósł się z 
kanapy  i  zaczął  chodzić  po  pokoju.  -Skłamałem  ci,  Roxy  -  oznaj-
mił. - Wcale nie byłem przekonany, że mam brata. Teraz, gdy stało 
się to pewne, czuję się wspaniale. Jak... jak człowiek więziony mie-
siącami  w  ponurej  celi  na  widok  szeroko  przed  nim  rozwartego 
okna.  -  Spencer  zbliżył  się  do  biurka,  za  którym  siedziała  Roxy. 
Nadal jednak nie kwapił się, by zajrzeć do leżących przed nią papie-
rów.  -  Obawiałem  się,  że  wariuję.  Że  mam  halucynacje.  Że  sam 
stworzyłem  sobie  fikcyjny  obraz  brata,  aby  wypełnić  emocjonalną 
lukę,  która  powstała  po  śmierci  rodziców.  Roxy,  miałaś  rację.  By-
łem facetem samotnym. Ale teraz... 

- Teraz  już  nie  będziesz  samotny,  gdy  tylko  odnajdziemy  twego 

brata - dokończyła za Spencera. 

Rzucił jej dziwne spojrzenie, którego nie rozumiała. 
- Mogę  obejrzeć?  -  zapytał  wreszcie.  Wyciągnął  rękę  w  stronę 

akt. 

- Jasne.  -  Roxy  przerzuciła  kilka  stronic.  Podsunęła  Spencerowi 

najbardziej  interesujący  tekst.  -  Na  twoim  oryginalnym  świadec-
twie urodzenia, w rubryce dotyczącej liczby równocześnie urodzo-
nych dzieci, wpisano: bliźnięta. 

Spencer wziął dokument do ręki. Trzymał go tak ostrożnie, jakby 

się bał, że pożółkła kartka papieru od razu się rozleci. 

- Sherry McCormick - przeczytał na głos. 

R

 S

background image

59 

 

Roxy podniosła głowę. 
- Co takiego? 
- Tak  nazywała  się  moja  naturalna  matka  -  wyjaśnił.  -A  ojcem 

był James McCormick. Stanowili małżeństwo. 

Roxy wstała, obeszła biurko i zatrzymała się za plecami Spence-

ra. Przez ramię zajrzała mu do akt. 

- Aha. 
- A mnie nazwali Stephenem Jamesem. 
Roxy zamilkła. Zagryzła wargi. Dopiero teraz pojęła, że za sprawą 

Spencera  kryło  się  dużo  więcej  niż  tylko  odnalezienie  brata.  Nie 
przyszło  jej  na  myśl,  że  interesują  go  też  rodzice.  Chciał  dowie-
dzieć  się  czegoś  o  nich  i  o  sobie.  Nic  w  tym  dziwnego,  uznała. 
Każdy by chciał, znalazłszy się w podobnej sytuacji. 

Własnych  rodziców  pamiętała  niewiele,  lecz  ciągle,  przez 

wszystkie  lata  zastanawiała  się, jacy  byli.  Wszelkie informacje, ja-
kie  na  ich  temat  uzyskiwała  od  krewnych,  sprowadzały  się  do 
stwierdzeń,  że  byli narwani, niedojrzali i nadzwyczaj  nieodpowie-
dzialni.  O  swoich  rodzicach  wolała  myśleć  jako  o  przedstawicie-
lach cyganerii. Nie miało to jednak wpływu na fakt, kim sama się 
stała. 

- Stephen  James  McCormick  -  powtórzył  Spencer.  -  Czyli  po 

prostu Steve McCormick. - Spojrzał na Roxy. - Jakiego człowieka 
byś sobie wyobraziła, usłyszawszy imię i nazwisko „Steve McCor-
mick"? 

Zastanawiała się przez dłuższą chwilę. 
- Sądzę,  że...  że  Steve  McCormick  to  facet  na  średnimkierowni-

czym stanowisku. Pracujący, powiedzmy, w fabryce samochodów. 
Ma  żonę  o  imieniu  Susan,  a  może  Carol.  W  tym  roku  obchodzili 
dziesiątą  rocznicę  ślubu.  - Roxy  zrobiła dłuższą przerwę.  -  Steve  i 
jego żona mają troje dzieci. Dwóch synów i córkę. Steve jest trene-
rem w małej lidze. 

R

 S

background image

60 

 

Zajmuje się małymi chłopcami. Rodzice posyłają córkę na lekcje 

tańca,  a  wszystkie  dzieci  na  letnie  kolonie.  Od  czasu  do  czasu 
Steve łyka pigułki przeciw nadkwasocie. Lubi oglądać mecze w te-
lewizji,  ciągle  postanawia,  że  wreszcie  zacznie  na  serio  uprawiać 
jogging. Najbardziej smakują mu kanapki z gorącym rostbefem, a 
także makaron i sery. Spencer rzucił okiem na akt urodzenia. 

- Jak sądzisz, czy Steve byłby człowiekiem szczęśliwym? - zapy-

tał. 

Roxy skinęła głową. 
- Tak - uznała. - Z pewnością. 
Uśmiech, jaki pojawił się na twarzy jej rozmówcy, był nieco 

smutny. 

- Też tak sądzę - potwierdził. 
Roxy nie była pewna, do czego zmierza Spencer, lecz nie miała 

ochoty przerywać rozmowy. 

- Myślisz, że podobałoby ći się życie w skórze Steve'a McCor-

micka? 

Spencer otworzył usta, lecz szybko je zamknął. Zamilkł. Wyda-

wał się zagubiony i zmieszany. 

- Gdybym był Steve'em, to Spencer by nie istniał - odparł po 

dłuższej chwili. 

- Fakt - przyznała Roxy. 
- Nie poznałbym swych przybranych rodziców. Jak wiesz, kocha-

łem ich bardzo. 

- Fakt. 
- Nie poznałbym wielu innych ludzi. 
- Fakt. 
- Byłbym zupełnie innym człowiekiem. 
- To całkiem możliwe. 
Spencer westchnął. Znów spojrzał na trzymaną w ręku kartkę 

papieru. 

R

 S

background image

61 

 

- Nic  tu  nie  napisano  o  moim  bliźniaku  -  stwierdził  z  żalem  w 

głosie. 

- To  twój  akt  urodzenia,  a  nie  twego  brata  -  wyjaśniła  Roxy.  - 

Jego  adopcję  pewnie  załatwiano  odrębnie,  lecz  prawdopodobnie 
przez tę samą agencję. Najpierw musimy się dowiedzieć, jak teraz 
się nazywa. 

- W jaki sposób go odnajdziemy? 
- Pójdziemy śladem naturalnych rodziców. 
- W jaki sposób? 
- Teraz, gdy już wiemy, jak się nazywają i że urodziłeś się w sta-

nie Wirginia, wystarczy znów pojechać do Biura Ewidencji Ludno-
ści  i  tam  poszukać.  Małe  piwo  -  uznała  Roxy,  machając  ręką.  - 
Mówiłam przecież, że pójdzie jak po maśle. 

Spencer skinął głową. 
- A czy uda ci się też dowiedzieć, co stało się z moimi rodzica-

mi? - zapytał. - Czy jeszcze... 

- Dowiem się - obiecała. - Jeśli sobie tego życzysz. 
- Życzę. 
- To żaden problem. 
Jeszcze  długo  wpatrywał  się  Spencer  w  trzymaną  kartkę  pożół-

kłego papieru. Roxy nie miała pojęcia, o czym on myśli. Nadal wy-
glądał na zmieszanego. Przez chwilę  przyszło jej nawet do głowy, 
że  głupio  się  czuje  ze  względu  na  to,  co  stało  się  między  nimi. 
Przynajmniej częściowo. 

Właśnie odwracała się, aby przejść na drugą stronę biurka, kiedy 

nieoczekiwanie przytrzymał jej rękę. 

- Roxy? 
Spojrzała przez ramię. Jego oczy były teraz jeszcze bardziej nie-

bieskie  i  przepastne.  Uznała,  że  może  w  nich  utonąć,  jeśli  nie  bę-
dzie ostrożna. 

- Słucham? 

R

 S

background image

62 

 

- Dziękuję - powiedział Spencer. 
Roxy uśmiechnęła się i lekko uścisnęła jego dłoń. 
- Nie ma za co - odparła spokojnie. - To był mój obowiązek. Wy-

konywałam zleconą robotę. 

O  tym,  co  stało  się  z  naturalnymi  rodzicami  Spencera,  dowie-

działa  się  natychmiast  po  jego  wyjściu.  Z  akt  leżących  na  biurku. 
Był  tak  przejęty  odnalezieniem  swego  świadectwa  urodzenia,  że 
nawet nie rzucił okiem na inne papiery w brązowej kopercie. Może 
sądził, że nie znajdzie tam nic ciekawego, a może na razie w zupeł-
ności wystarczało mu to, czego właśnie się dowiedział. 

W każdym razie o okropnym losie rodziców Roxy zdecydowała 

się powiedzieć  Spencerowi  dopiero prawie  po tygodniu.  Przez  ten 
czas z wielu powodów trzymała się od niego z daleka. 

Po  pierwsze,  była  już  trochę  znużona  tą  sprawą,  a  jeszcze  nie 

wiedziała, co powinna zrobić, żeby jak najłatwiej odnaleźć jego bliź-
niaczego brata. Nie była pewna, jaka strategia będzie najlepsza. 

Po drugie, uznała, że Spencer potrzebuje teraz czasu na oswoje-

nie się z tym, czego się dowiedział. Zanim pozna resztę faktów do-
tyczących własnej rodziny. 

Był jednak jeszcze trzeci powód, w gruncie rzeczy najważniejszy, 

dla  którego  Roxy  nie  kontaktowała  się  ze  swym  pierwszym  klien-
tem od prawie tygodnia. Ona też musiała mieć czas na przemyśle-
nie.  Ale  nie  sprawy,  którą  prowadziła  dla  Spencera,  lecz  tego,  co 
stało  się  między  nimi.  Nie  miała  zielonego  pojęcia,  co  naszło  ją 
tamtej nocy. Głowiła się nad tym bez przerwy. 

No, może powód by się znalazł. Jej samotność. Roxy potrafiła się 

do niej przyznać. Od dawna z nikim się nie spotykała. Była jednak 

R

 S

background image

63 

 

kobietą o normalnych reakcjach i normalnych potrzebach. No, i nie 
aż tak głupia, aby nie skorzystać z okazji. Gdy mężczyzna tak nie-
zwykle  atrakcyjny  fizycznie  jak  Spencer  Melbourne  całym  ciałem 
przygniata ją do ziemi i, podniecony, całuje ją namiętnie, jakby była 
siódmym cudem świata. 

Równocześnie  jednak  nie  była  na  tyle  głupia,  żeby  dać  się  zała-

twić. A tylko to mogło spotkać ją ze strony takiego faceta, jakim był 
Spencer  Melbourne.  Gdyby  mieli  z  sobą  choć  trochę  wspólnego, 
mogłaby  zaryzykować  i pozostawić dalsze  wzajemne  stosunki na-
turalnej kolei rzeczy. 

Spencer Melbourne był jednak facetem niezwykłym. Roxy nigdy 

nie miała do czynienia z kimś takim jak on. Może właśnie dlatego 
nigdy  nie  uda  się  jej  o  nim  zapomnieć.  Od  pierwszego  spotkania 
bez przerwy o nim myślała. Dlatego powinna położyć kres tej zna-
jomości. Nie chciała zostać skrzywdzona przez mężczyznę, dla któ-
rego  bardziej niż  miłość  i duchowa  wartość kobiety  liczyły  się  jej 
zewnętrzny wygląd i pozory. 

Zdążyła już tego doznać. Było to obrzydliwe uczucie. I dlatego w 

żadnym razie nie mogła dopuścić, aby znów przydarzyło się jej coś 
podobnego. 

Chcąc  nie  chcąc,  ze  Spencerem  Melbourne'em  musiała  się  spo-

tkać, aby przekazać mu informacje, które odkryła w jego adopcyj-
nych  aktach.  Nie  miała  pojęcia,  jak  przyjmie  to,  co  miała  do  po-
wiedzenia. 

W każdym razie postanowiła postępować bardzo ostrożnie. Uzna-

ła, że najlepiej będzie zobaczyć się ze Spencerem w jego własnym 
domu. We wczesnych godzinach rannych, zanim pojedzie do pracy. 
Gdy  będzie  sam,  jeszcze  nie  zaabsorbowany  bieżącymi  sprawami 
kierowanej przez niego korporacji. 

Kiedy wysłucha tego, co ona ma do powiedzenia, będzie mógł 

R

 S

background image

64 

 

samotnie,  w  czterech  ścianach  domu,  rozpamiętywać  swoje  nie-
szczęście i otrząsnąć się z wrażenia. 

Po  południu  zadzwoniła  do  Spencera,  aby  umówić  się  z nim na 

następny ranek. On jednak nalegał na natychmiastowe spotkanie. 

Stała  teraz  po  drugiej  stronie  ulicy,  na  wprost  jego  domu.  Była 

głodna,  burczało  jej  w  brzuchu.  Spencer  mieszkał  w  domu  z  czer-
wonej cegły w pobliżu uniwersytetu, z dala od sklepowego zgiełku i 
ruchu, w dość spokojnej, szacownej, eleganckiej dzielnicy George-
town. 

Po przeciwnej stronie domu, za plecami Roxy, znajdował się ma-

ry  park.  Rozłożyste  dęby  i  klony  jaśniały  teraz  blaskiem  złotych  i 
rudych jesiennych liści. Pod czujnym okiem piastunek biegały małe 
dzieci,  pokrzykując  wesoło.  Roxy  zatrzymała  się  przed  wysokim 
ogrodzeniem  z  żelaznych  prętów,  otaczającym  park.  Widok  igra-
szek rozbrykanych maluchów wywołał mimowolny uśmiech na jej 
twarzy. 

- Roxy! 
Usłyszawszy  głośne  wołanie,  szybko  odwróciła  głowę.  Po  prze-

ciwnej  stronie  ulicy,  w  drzwiach  domu  z  czerwonej  cegły  ujrzała 
Spencera.  Miał  jeszcze  na  sobie  przepisowy  służbowy  strój.  Tym 
razem nieskazitelny szary garnitur z niebieskim krawatem i niebie-
ską chusteczką. Na widok tego przystojnego mężczyzny serce Roxy 
zaczęło bić jak szalone. 

Niemal  zahipnotyzowana  zaczęła  iść  w  stronę  Spencera.  Na 

szczęście,  wchodząc na jezdnię, uzmysłowiła  sobie istnienie  ulicz-
nego  ruchu.  Mimo  społecznej  przepaści,  która  dzieliła  ją  od  tego 
człowieka, było  w nim coś, co ją pociągało.  Nie potrafiła  się  temu 
oprzeć. 

Stanęła przed Spencerem. 
Spotkały  się  ich  oczy.  Roxy  zobaczyła  smutek  na  jego  twarzy. 

Zamiast jednak spytać ją z miejsca, dlaczego zaproponowała 

R

 S

background image

65 

 

spotkanie, nad jej ramieniem skierował wzrok w stronę parku, 
gdzie nadal uganiały się rozbawione dzieci. 

- Prawda, że miło je obserwować? - odezwał się miękkim głosem. 

Musiał zauważyć, że Roxy przyglądała się im chwilę 
przedtem. 

Spojrzała przez ramię w stronę dzieci, uśmiechnęła się i odwró-

ciła głowę ku Spencerowi. 

- Tak. Na odległość - odparła. 
- Nie lubisz dzieci? - zapytał zdziwiony, nadal obserwując to, co 

działo się w parku. 

Roxy wzruszyła ramionami. 
- Są w porządku. Tak długo, jak należą do kogoś innego. Chyba 

nie mam macierzyńskich instynktów. O dzieciach wiem niewiele. 

- A ja bardzo je lubię - przyznał Spencer. - Czasami, po ciężkim 

dniu pracy,  z  okna  sypialni  przyglądam  się  ich  harcom.  Dzieciaki 
są pełne energii, szczęśliwe... Nieświadome tego, co w życiu może 
je spotkać. Tak bardzo cieszą się chwilą, że nawet nie przyjdzie im 
do  głowy...  -  zawiesił  głos.  Po  chwili,  zamiast  dokończyć  rozpo-
częte  zdanie,  zamilkł  nagle  i  uśmiechnął  się  smutno.  Zatrzymał 
wzrok na twarzy Roxy. - Po co przyszłaś? - zapytał. - Czego jesz-
cze się dowiedziałaś? 

Była  trochę  rozczarowana,  że  skierował  rozmowę  na  poważne 

tory. Nie miała ochoty o nic wypytywać Spencera. Interesował ją, 
to  oczywiste.  Była  to  jednak  niezdrowa  ciekawość.  Roxy  musiała 
położyć  jej  kres.  Należało  jak  najszybciej  wrócić  do  poprzednich, 
bardziej formalnych stosunków. 

- Możemy wejść do środka? - spytała po chwili. 
Spencer skinął głową. Chyba dopiero teraz zdał sobie sprawę z te-

go, że ciągle stoją w drzwiach domu i że nie jest to najlepsze miej-
sce do prowadzenia poważnej rozmowy. Cofnął się i przed się-

R

 S

background image

66 

 

bie przepuścił Roxy. Tak jak to zrobił pamiętnego wieczoru sprzed 
tygodnia. 

Czy  naprawdę  było  to  tylko  siedem  dni  temu?  zastanawiała  się 

wchodząc do wnętrza domu. Jej samej wydawało się, że od tamte-
go zdarzenia upłynęło znacznie więcej czasu. 

Mieszkanie  Spencera  było  identyczne  jak  jego  właściciel.  Ele-

ganckie  w  każdym  calu.  Pełne  antyków  i  cennych  dzieł  sztuki. 
Roxy  przyszło  natychmiast  do  głowy,  że  wnętrze  to  powinno  się 
pokazać  w  jakimś  czasopiśmie,  a  fotografie  zatytułować  na  przy-
kład: „Oto jak żyją najbogatsi" lub „Ale ten facet ma gust!" 

O  dziwo  jednak,  mimo  wytwornego  wyglądu,  wnętrze  domu 

Spencera  robiło  przyjemne  wrażenie.  Nie  było  to  mieszkanie  na 
pokaz. Stare meble nosiły ślady zużycia. Na stoliku do kawy leżały 
porozrzucane  tygodniki.  Fotografie  na  gzymsie  kominka  tworzyły 
bezładną  grupę.  Na  jednym  końcu  stołu  znajdowała  się  filiżanka  z 
jeszcze parującą kawą. Od razu było widać, że to przyjazny, sympa-
tyczny dom. Roxy poczuła się w nim swojsko. 

Rozglądała  się  wokoło  stojąc  pośrodku  salonu,  gdy  zauważyła 

utkwiony w niej ponury wzrok Spencera. Nic dziwnego, że nie był 
w  sosie.  Nie  mogła  mieć  o  to  do niego  pretensji.  Przez ostatni ty-
dzień  prowadził  podwójne  życie.  Własne  i  takie,  jakie  mogło  być. 
Tylko  ślepy  los  sprawił,  że  zamiast  Steve'em  McCormickiem  stał 
się Spencerem Melbourne'em. Roxy powoli zaczynała rozumieć, na 
czym polegał problem jej klienta. 

Westchnął  ciężko.  Nie  wiedział,  dlaczego  -  będąc  od  prawie  ty-

godnia  w  złej  formie  psychicznej  -  teraz  czuł  się  jeszcze  gorzej. 
Mógł to być nadal rezultat szoku, który przeżył  w  ostatni piątek, i 
odrętwienia, w jakim znajdował się od tamtej pory. Bądź też obawy 
przed tym, co jeszcze może nastąpić. 

R

 S

background image

67 

 

A może dlatego, że nie potrafił przestać myśleć o Roxy? Najbar-

dziej  ze  wszystkiego  zależało  mu  teraz  na  tej  kobiecie  i  może 
uświadomienie sobie tego faktu sprawiło, że poczuł się źle. 

Od  chwili  poznania  Roxy  wiele  rzeczy  zaczynał  widzieć  w  zu-

pełnie innym świetle. 

Na przykład: dopóki nie stanęła pośrodku salonu, nie zwracał żad-

nej uwagi na umeblowanie domu. Ojciec kupił go, jako dodatkową 
siedzibę, jeszcze przed pojawieniem się Spencera. Korzystał z niego 
zawsze  wtedy,  kiedy  pracował  do  późna  lub  wcześnie  rano  musiał 
być  w  firmie.  Ciągłe  dojeżdżanie  z  podmiejskiego  Falls  Church, 
gdzie  mieściła  się  główna  rezydencja  rodziny,  byłoby  zbyt  czaso-
chłonne. W owych czasach nie istniało jeszcze metro, umożliwiają-
ce szybką komunikację do centrum. 

Później, mimo tego ułatwienia, Spencer nie chciał mieszkać poza 

miastem,  wśród  wspomnień  dzieciństwa,  i  po  śmierci  rodziców 
sprzedał dom w Falls Church. Sam zamieszkał na stałe w George-
town już wcześniej, gdy po ojcu, który przeszedł na emeryturę, ob-
jął stanowisko szefa całej korporacji. Od tamtej pory zdążył już tak 
przywyknąć do tego domu, że  w  ogóle  nie  zwracał  uwagi  jia jego 
wystrój. 

Aż do tej chwili. 
Do  chwili  gdy  zobaczył  Roxy  Matheny  stojącą  pośród  staro-

świeckich mebli. 

Miała  na  sobie  jaskrawoczerwone  legginsy  i  długi  po  kolana 

sweter w identycznym kolorze, a na szyi luźno okręcony, żółty sza-
lik.  Do  jej  bucików  przywarły  mokre,  połyskliwe  jesienne  liście. 
Skręcone  kosmyki  niesfornych,  ciemnych  włosów  opadały  jej  na 
twarz i ramiona. Od zimna panującego na dworze miała zaczerwie-
nione policzki. 

Wyglądała jak jakiś barwny, egzotyczny kwiat, który zamiast 

R

 S

background image

68 

 

pozostawać  w  naturalnym  otoczeniu,  umieszczono  w  cieplarni. 
Starocie,  wśród  których  znajdowała  się  teraz  Roxy,  wcale  do  niej 
nie pasowały. Spencer nie umiał jednak wyjaśnić, dlaczego. 

Może dlatego, że znajdowała się w obcym dla siebie środowisku? 

A może również dlatego, że zaczynał mieć wątpliwości, czy on sam 
do niego przynależy? 

- Napijesz się czegoś? - zapytał, podchodząc do stojącego w rogu 

pokoju antycznego sekretarzyka, na którym stała cała bateria krysz-
tałowych karafek. 

- Nie, dziękuję - odmówiła Roxy. Podeszła do Spencera. 
- Jeśli nie masz nic przeciwko temu, to ja się napiję -oświadczył. 

- Nalał whisky do kryształowej szklanki. - Mam dziwne przeczucie, 
że przyda mi się coś mocniejszego. 

- Pij, co chcesz. Mnie to nie przeszkadza. Przecież to twój dom. 
Jego dom, powtórzył w myśli. Czy chciała przez to dać mu coś do 

zrozumienia?  Może  to,  że  każde  z  nich  powinno  przebywać  we 
własnym  domu?  A  może,  jak  zwykle,  obecność  Roxy  Matheny 
mąciła mu umysł i nie był pewny, co właściwie się dzieje? 

- To ładne mieszkanie - dodała po chwili. Delikatnie przeciągnę-

ła  palcem  po  gładkiej,  połyskującej  powierzchni  szlachetnego 
drewna, z którego zrobiono sekretarzyk. – Masz tu kilka świetnych 
rzeczy. 

Spencer nieraz słyszał tę uwagę. Zwykle jednak w głosie chwalą-

cego przebijała przy tym albo odrobina pogardy, albo nuta zazdro-
ści. W ustach Roxy wypowiedziane przez nią słowa zabrzmiały zu-
pełnie inaczej. Jak zwykłe stwierdzenie faktu. W jej głosie nie wy-
czuł  żadnych podtekstów.  Ani pogardy  dla  bogactwa,  ani  zawiści. 
Potrafił to docenić. 

- Dziękuję. - Podniósł szklankę do ust i wypił łyk whisky. 

R

 S

background image

69 

 

Od  razu  poczuł  się  lepiej.  Nadal  jednak  bliska  obecność  Roxy 

wprawiała  go  w  podniecenie.  -  To  mieszkanie  wiele  lat  temu  dla 
mojego ojca urządzała moja matka - wyjaśnił. - Jest ono raczej od-
biciem ich upodobań, a nie moich. 

- W każdym  razie podoba  mi się  -  oznajmiła Roxy.  -  A co to  ta-

kiego? 

Wskazała  palcem  przedmiot  znajdujący  się  za  oszklonymi 

drzwiami  sekretarzyka.  Nawet  nie  patrząc  w  tę  stronę,  Spencer  od 
razu wiedział, co zwróciło uwagę gościa. Przez szybę były widocz-
ne tylko dwie rzeczy. Książki i pluszowy miś. 

Były to książki niezwykle cenne. Oprawne w skórę pierwsze wy-

dania  najznakomitszych  dzieł.  A  obok  nich  znajdował  się  czarno-
brązowy,  ślepy  na  jedno  oko,  wyleniały  i  tysiąckrotnie  cerowany 
wypchany miś. 

Białe  kruki,  kolekcjonowane  przez  lata,  należały  do  ojca.  Plu-

szowa  zabawka  od  niepamiętnych  czasów  stanowiła  własność 
Spencera. Była  w jego życiu czymś  bardzo  ważnym. Całym dzie-
dzictwem. 

- On  należy  do  świata  Steve'a  McCormicka  -  wyjaśnił.  -  Ma  na 

imię  Charley.  Jest  wszystkim,  co  pozostało  mi  po  pierwszej  fazie 
życia.  Nowa  mama  mówiła  mi,  że  jeszcze  w  kołysce,  w  żłobku 
przy domu dziecka ściskałem tego misia i ani na chwilę nie chcia-
łem z nim się rozstać. Jest to jedyna rzecz, która przez  wszystkie 
lata była moją własnością. 

Zadumana Roxy patrzyła na misia. Spencer nie miał pojęcia, jakie 

myśli błądzą jej po głowie. Może uznała za co najmniej śmieszne 
przechowywanie zniszczonej zabawki z pietyzmem przez całe lata. 
Chyba  potrafiłby  wyjaśnić,  jak  bezcenną  wartość  ma  dla  niego  ta 
pamiątka.  Nie  był  jednak  pewny,  czy  Roxy  potrafi  to  zrozumieć. 
Nie dlatego, że była nieczuła, lecz ze względu na to, iż on sam nie 
do końca pojmował, co łączy go z tą dziecięcą zabawką. 

R

 S

background image

70 

 

Pieczołowite  przechowywanie  jedynej  rzeczy,  jaka  pochodziła  z 

pierwszej, nie znanej mu fazy jego życia, było zrozumiałe. Z drugiej 
jednak strony, stał się już przecież dojrzałym człowiekiem. Z okre-
su przed adopcją nie pamiętał prawie niczego. Pozostały mu tylko 
jakieś mgliste sny. I mały pluszowy  miś, rozpadający się ze staro-
ści. 

Spencer  był  bardzo  przywiązany  do  Charleya.  Uważał  misia  za 

jedyną  więź  z  utraconym  bratem.  I  za  najcenniejszą  rzecz,  jaka 
znalazła się kiedykolwiek w jego posiadaniu. 

- Czego jeszcze się dowiedziałaś? - zapytał, odpędzając natrętne 

myśli. 

Tak jakby dopiero teraz sobie przypomniała o celu swej wizyty, 

Roxy wyjęła spod pachy dużą kopertę i wyciągnęła w stronę Spen-
cera. 

Rozpoznał swe adopcyjne akta. Nie wziął ich jednak do ręki. Po-

czuł nagle, że nie chce niczego więcej dowiedzieć się o sobie. 

- Są tu papiery, których tydzień temu nie zdążyłeś obejrzeć - ła-

godnym tonem oznajmiła Roxy. 

Spojrzał jej w oczy. 
- Wiem. 
- Papiery, które powinieneś zobaczyć. 
- Dobrze. - Nadal jednak nie zamierzał wziąć koperty do ręki. 
Roxy była zaskoczona reakcją Spencera. Powoli opuściła wycią-

gniętą rękę. 

- Nie chcesz ich przeczytać? - spytała ze zdziwieniem. 
- Sam nie wiem - odparł szczerze. 
- Wynająłeś mnie po to, żebym dowiedziała się czegoś  o twojej 

przeszłości. 

- Nie - zaprotestował. - Miałaś tylko odnaleźć mojego brata. 

R

 S

background image

71 

 

Zawahała się na krótką chwilę, a potem zapytała spokojnie: 
- Czy nigdy nie przyszło ci do głowy, że uzyskując informacje o 

bracie, dowiesz  się  czegoś  więcej  o sobie? Bądź co bądź  jesteście 
bliźniakami. 

Spencer westchnął głęboko, przełknął łyk whisky i przeszedł na 

środek pokoju. Czuł się okropnie zagubiony, nawet we własnym 
domu. Nie wiedział, co począć. 

- Kiedy cię wynająłem - zaczął powoli - nie byłem w pełni świa-

domy,  co  mnie  czeka. Co  jeszcze  pociągnie  za  sobą  twoje  docho-
dzenie.  Nie  miałem  pojęcia,  że  szukając  brata,  dowiem  się  wielu 
rzeczy o samym sobie. I wcale nie jestem pewien, czy mi na tym w 
ogóle zależy. 

Roxy podeszła do Spencera. Przełożyła kopertę do drugiej ręki. 
- To całkiem zrozumiałe - oznajmiła. 
Zastanawiał  się,  czy  rzeczywiście  była  w  stanie  go  zrozumieć. 

Bardzo  w  to  wątpił.  Bo  niby  dlaczego  bądź  co  bądź  obca kobieta 
miałaby  pojmować  wszystko  to,  czego  on  sam  nie  potrafił  sobie 
wyjaśnić? 

Nerwowym krokiem podszedł do kanapy. Usiadł i gestem wska-

zał gościowi miejsce obok siebie. 

- Siadaj  -  powiedział  nieprzyjemnym,  nie  znoszącym  sprzeciwu 

tonem. 

Roxy  nie  spodobało się polecenie  Spencera.  Widziała jednak,  że 

jest  zmęczony  i  przejęty,  więc  dała  spokój  i  nie  zaprotestowała. 
Usiadła. Ale nie obok niego, lecz po drugiej stronie pokoju, w fotelu 
na  biegunach,  stojącym  przy  kominku.  Jej  reakcji  Spencer  chyba 
nawet nie  zauważył. Roxy  chciała jednak dać  mu do  zrozumienia, 
że żadnych poleceń nikt wydawać jej nie będzie. 

- Mów, czego się dowiedziałaś - odezwał się po chwili. 

Zmrużyła oczy. Powoli rozluźniła szalik na szyi. A potem wycią-

R

 S

background image

72 

 

gnęła zawartość koperty, rozłożyła na kolanach i zaczęła ostrożnie, 
z namysłem, przeglądać dokumenty. Robiła to wszystko niezwykle 
powoli. 

- Naprawdę chcesz się dowiedzieć? - spytała Spencera. 
- Tak - odparł znużonym głosem. 
- A więc dobrze. Pierwszą rzeczą, o której powinieneś wiedzieć, 

jest to, że twoi naturalni rodzice nie żyją. 

Spencer  zaczerpnął nerwowo  powietrza. Oddech  miał urywany  i 

krótki. Był spięty. 

- Zginęli w wypadku samochodowym niedaleko waszego domu w 

Richmond. W tym czasie bliźniaki musiały pozostawać pod opieką 
jakiejś niańki. 

Odstawił  whisky  na  stolik,  na  kolanach  oparł  łokcie,  a  na  nich 

głowę. Zamilkł. To, że rodzice nie żyją, nie powinno go zaskoczyć. 
Sam podejrzewał, że było  właśnie tak. Czemu więc wiadomość ta 
uderzyła  go  teraz  jak  obuchem  w  głowę?  Czując  na  sobie  wzrok 
Roxy, wyprostował plecy i popatrzył jej w twarz. 

Zanim się odezwał, powiedziała więcej: 
- Powinieneś jeszcze wiedzieć, że zdobyłam informacje o drugim 

dziecku. I znalazłam akt jego urodzenia. Mam więc wszystko, cze-
go trzeba, żeby rozpocząć poszukiwania. 

Serce Spencera biło jak szalone. Na tę wiadomość czekał od cza-

sów  dzieciństwa.  Odkąd  pamiętał,  nie  sypiał  nocami  i  często  nie 
potrafił skupić się przy pracy. Teraz wreszcie dowie się wszystkie-
go o utraconym bracie. Zapewne identycznym z wyglądu, lecz zu-
pełnie mu nie znanym. 

Pozna  mężczyznę,  który  tak  długo  jak  on  sam  stąpa  po  ziemi, 

który  ma  identyczne  geny,  lecz  całkowicie  odmienne  życiowe  do-
świadczenia. 

Odnajdzie  wreszcie  swoje  lustrzane  odbicie.  Będzie  nim  czło-

wiek zupełnie mu obcy. 

R

 S

background image

73 

 

- Masz? - z trudem wykrztusił jedno słowo. W odpowiedzi Roxy 

skinęła głową. 

- A jak... jak on ma na imię? 
Zagryzła wargi. Uważnym wzrokiem popatrzyła na Spencera. 

Milczała. 

- Mów, Roxy - ponaglił. - Jak on ma na imię? 
Na chwilę spuściła wzrok. Kiedy podniosła oczy, Spencer zoba-

czył, że się śmieje. 

- Charlotte. 

R

 S

background image

74 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

Spencer zamknął oczy i mocno potarł powieki. Natychmiast jed-

nak uprzytomnił sobie, że gest ten nie sprawi, by słyszał lepiej. Był 
przekonany, że źle zrozumiał słowa Roxy. 

- Charlotte?  -  powtórzył  niezbyt  przytomnie.  -  Mój  bliźniaczy 

brat ma na imię Charlotte? 

Uśmiech na twarzy Roxy zrobił się jeszcze szerszy. 
- Nie. Twoja bliźniacza siostra ma tak na imię. Spencer nadal nie 

był pewny, czy nie myli go słuch. 

- Moja... moja siostra? 
- Tak. Twoja siostra. 
- Ale...  ale  to  niemożliwe.  Mam  przecież  bliźniaczego  brata  - 

powtórzył z maniackim uporem. 

Śmiejąc się Roxy potrząsnęła głową. 
- Nie  masz  żadnego brata.  Twoja mama urodziła bliźniaki jedno-

jajowe. Chłopca i dziewczynkę. Przyszli na świat Stephen James i 
Charlotte  Ellen  McCormick.  Ona  jest  starsza  od  ciebie.  O  siedem-
naście minut. 

Teraz roześmiał się Spencer. Nerwowo, ale szczerze. 
- Mam  więc  starszą  siostrę?  -  zapytał  z  ciepłym  błyskiem  w 

oczach. 

- Tak. Serdecznie gratuluję. - Roxy skłoniła głowę. Wstała z fote-

la,  przeszła  przez  pokój  i  usiadła  obok  Spencera.  Otworzyła  akta, 
przerzuciła  pożółkłe  kartki  i  znalazła  to,  czego  szukała.  -  Gdy  po-
znałam  nazwisko  twojej  matki  -  zaczęła  wyjaśniać  -  wróciłam  do 
Biura Ewidencji Ludności. Bez trudu odszukałam tam informację o 

R

 S

background image

75 

 

drugim dziecku. Proszę, zobacz, jak wygląda oryginał aktu urodze-
nia twojej siostry. 

Roxy wręczyła Spencerowi odbitkę dokumentu. Wszystkie rubryki 

były wypełnione identycznie jak na jego świadectwie. Z wyjątkiem 
płci noworodka. 

- W jaki sposób udało ci się to zdobyć? - zapytał zdumiony. 
- Na lewy dokument tożsamości - wyjaśniła spokojnie. 
- Spreparowałam prawo jazdy stanu Wirginia z moją fotografią i z 

nazwiskiem Charlotte. A potem na specjalnym formularzu  zażąda-
łam wydania odpisu aktu urodzenia. 

Spencer spojrzał na Roxy szeroko rozwartymi oczyma. 
- Ile  razy  zamierzasz  jeszcze  łamać  prawo,  prowadząc  moją 

sprawę? - zapytał. Nadal wyglądał tak, jakby chwilę przedtem do-
stał obuchem w głowę. 

Obojętnie wzruszyła ramionami. 
- Tyle, ile będzie trzeba. 
Spencer potrząsnął głową. Znów spojrzał na dokument trzymany 

w ręku. 

- A więc mam siostrę - oznajmił miękkim głosem. – Nie miałem 

o tym pojęcia. 

Roxy uznała za swój obowiązek od razu sprowadzić go na ziemię. 
- Oczywiście, Charlotte Ellen McCormick już nie istnieje - przy-

pomniała. - Z pewnością nosi nazwisko ludzi, którzy ją adoptowali. 
Będzie więc mały kłopot z dowiedzeniem się, jak teraz się nazywa. 
A większy, jeśli wyszła za mąż i ponownie zmieniła nazwisko. 

- Ale będzie to możliwe? - z niepokojem zapytał Spencer. 

Roxy kiwnęła głową. 

- Tak.  Lecz  zabierze  sporo  czasu.  Moje  śledztwo  mogę  prowa-

dzić różnymi sposobami, ale jeszcze nie wiem, który z nich naj-

R

 S

background image

76 

 

szybciej doprowadzi nas do celu. Spencer, uprzedzam cię szczerze, 
to może potrwać. 

Ta  wiadomość  chyba  go  nie  zmartwiła.  Na  razie  wystarczała 

świadomość,  że  na  świecie  jest  ktoś  bliski,  z  kim  łączą  go  silne 
więzy rodzinne. Fizyczne, emocjonalne i psychiczne. 

- Rozumiem - odparł. - Miło wiedzieć, że nie jest się samemu na 

świecie. 

Roxy uśmiechnęła się ponownie. Lekko dotknęła ręki Spencera. W 

odpowiedzi na ten gest zacisnął palce na jej dłoni. 

- Dziękuję - szepnął. 
- Nie  ma  za  co.  Już  ci  mówiłam,  ja  tylko  wykonuję  to,  co  do 

mnie należy. 

- Ale... 
Roxy  poruszyła  się.  Spencer  wyczuł,  że  szykuje  się  do  wyjścia. 

Usiłowała  wyrwać rękę, ale trzymał ją mocno, bo nie chciał zostać 
sam.  Świadomość  tego  faktu  dotarła  do  Roxy.  Dała  spokój.  Zaci-
snęła palce na dłoni Spencera. Gest ten sprawił mu dużą, nie znaną 
dotychczas przyjemność. 

- Zostawię ci całe akta - odezwała się po chwili. - Znajdziesz tu 

też inne informacje, które udało mi się zebrać. O twoich rodzicach 
i ich śmierci oraz o siostrze. O ile mogłam się zorientować, nie by-
ło  żadnych  żyjących  krewnych,  którzy  mogliby  wziąć  dzieci  do 
siebie. Dlatego zajęła się wami państwowa opieka społeczna i zor-
ganizowała  adopcję.  Możesz  zresztą  sam  sobie  poczytać.  Nie  jest 
tego wiele, ale to dopiero początek. 

Roxy  zaczęła  podnosić  się  z  kanapy,  lecz  Spencer  znienacka 

pchnął ją z powrotem na poduszki. Zdezorientowana, straciła rów-
nowagę,  więc  ją  przytrzymał.  Wziął  w  ramiona.  Milczał.  Przede 
wszystkim dlatego, że nie wiedział, co powiedzieć. Na twarzy Roxy 
zobaczył zmieszanie. 

- Spencer... - szepnęła, napotykając jego wzrok. 

R

 S

background image

77 

 

- Zostań jeszcze - poprosił. 
Chciała usiąść na kanapie, lecz trzymał ją mocno. Nie protestowała. 

Wyczuł jednak, że jest bardzo spięta i życzy sobie, aby ją puścił. Nie 
zrobił  tego  z  czysto  egoistycznego  powodu.  Mając  Roxy  tak  blisko 
siebie, było mu po prostu dobrze.   

- W porządku - odparła. - Chciałam iść, bo uznałam, że już naj-

wyższy czas. Sądziłam, że wolisz w samotności pooglądać te akta. 
A  w  razie  jakichś  wątpliwości,  w  każdej  chwili będziesz  mógł  do 
mnie zadzwonić. 

- Wolę, żebyś była przy mnie, gdy będę przeglądał papiery. I ma-

jąc jakieś wątpliwości, od razu będę mógł prosić cię o wyjaśnienie. 

- Ale... 
- Jeśli jesteś głodna, zamówimy kolację do domu. 
W tej chwili, jakby na zawołanie, Roxy głośno zaburczało w 

brzuchu. Zrobiła się czerwona. Spencer roześmiał się. 

- Na ulicy M jest świetna restauracja, w której ciągle zamawiam 

jedzenie. Mają bogate menu. Właściwie wszystko, czego człowiek 
zapragnie. Zadzwonić? 

- Nie musisz - odparła Roxy. - Nie jestem aż tak bardzo głodna. 
Jej  pusty  brzuch  znów  dał  o  sobie  znać.  Tym  razem  ona  też  się 

roześmiała. 

- Coś  mi  się  wydaje,  że  zaraz  padniesz  z  głodu.  Kiedy  jadłaś 

ostatni raz? 

Wzruszyła lekko ramionami. 
- Rano. Trochę śniadaniowych płatków. 
- A później nie miałaś nic w ustach? 
Roxy  nie  zamierzała  poddawać  się  dalszemu  przesłuchaniu. 

Ostatnie dwa dolary wydała na kubek kawy i los na loterię. 

R

 S

background image

78 

 

- Nie odczuwałam głodu. Aż do tej pory - skłamała. 
- A więc zostaniesz na kolacji? 
Znów mimo woli zwróciła uwagę na błękit jego oczu. Były takie 

śliczne  i  takie...  zagubione.  Spencer  nie  należał  do  ludzi,  którzy 
mieli zwyczaj o cokolwiek prosić innych. W tej chwili jednak wy-
glądał jak obraz nieszczęścia. Taki był smutny. 

- Zjedz ze mną - ponowił prośbę. 

Roxy milczała. 

Opuszkami palców delikatnie przesunął po jej wargach, a potem 

wzdłuż  szyi.  Odkrył  puls.  Wyczuł,  jak  szybko  bije  jej  serce. 
Uśmiechnął się. 

- Nie wychodź. Zostań ze mną. Na trochę. Tak, żebym mógł psy-

chicznie uporać się z tym wszystkim. 

Skórę miała gorącą. Coraz cieplejszą. Swoim wzrokiem zupełnie 

ją zauroczył. Pomyślała, że żaden mężczyzna nie powinien mieć aż 
tak pięknych oczu. 

- No, niech będzie - przystała wreszcie. 
Powinna  się  wstydzić.  Przynajmniej  zmusi  Spencera,  żeby  za-

mówił też deser. 

Nadal jednak siedziała w milczeniu. Pragnąc, by trzymał ją jesz-

cze mocniej w objęciach, a zarazem obawiając się tego, co napraw-
dę mogłoby się wówczas wydarzyć. Na szczęście, oderwał ręce od 
jej skóry. Wstał i odszedł od kanapy. Usłyszała, że bierze słuchaw-
kę do ręki, wystukuje jakiś numer i przez chwilę z kimś rozmawia. 

Wrócił i stanął przed Roxy. 
- Muszę jeszcze sprawdzić, czy mam w domu jakieś odpowiednie 

wino - oznajmił i po chwili już go nie było w pokoju. 

Roxy odetchnęła z ulgą. 

R

 S

background image

79 

 

Nie miała pojęcia, co Spencer rozumie przez zamówienie do do-

mu jedzenia. Gdy ona sama robiła coś takiego, z knajpki znajdującej 
się w pobliżu jej agencji przybiegał długowłosy wyrostek i przyno-
sił pizzę. Roxy zjadała ją w pośpiechu, siedząc na biurowej kanapie 
i równocześnie słuchając radia. 

U  Spencera  natomiast  wszystko  wyglądało  zupełnie  inaczej.  Do 

jego  drzwi  zapukali  dwaj  elegancko  ubrani  kelnerzy.  Wnieśli  do 
mieszkania  cały  stos  półmisków  przykrytych  kopulastymi  pokry-
wami  ze  lśniącej,  nierdzewnej  stali.  Szybko  przeszli  do  jadalni, 
sprawnie  narzucili  na  stół  śnieżnobiały,  wykrochmalony  obrus  i 
nakryli  dla  dwóch  osób,  korzystając  z  pięknej,  porcelanowej  za-
stawy. 

Z  rosnącym  zdumieniem  Roxy  patrzyła,  jak  dwaj  młodzi  ludzie 

w  nieskazitelnie  białych  marynarkach,  z  czarnymi  muszkami  pod 
szyją,  zapalali  świece  i  ozdabiali  środek  stołu  kwiatami.  Potem 
szybko  zniknęli  w  kuchni.  Było  widać,  że  świetnie  znają  ten  dom. 
Chwilę później pojawił się znów jeden z kelnerów. Na srebrnej tacy 
wniósł dwa kieliszki białego wina. 

Jeden kieliszek Spencer podał Roxy. Drugi podniósł do ust. Skinął 

na kelnera, który bez słowa zniknął w drzwiach kuchni. 

- Mam  nadzieję,  że  nie  masz  mi  za  złe,  że  sam  zadysponowałem 

dzisiejsze menu dla nas obojga - powiedział po chwili pan domu. 

Roxy  nadal  siedziała  jak  ogłuszona.  Bez  słowa  skinęła  głową. 

Powoli sączyła wino. 

- Nie masz mi tego za złe? - chciał się upewnić Spencer. 
Rozkoszowała  się  wybornym  smakiem  szlachetnego  trunku.  Był 

o  niebo  lepszy  od  znanych  jej  win,  kupowanych  w  supermarkecie. 
Znów skinęła głową. 

- Czemu nie odpowiadasz? Mam nadzieję, że cię nie uraziłem. 

R

 S

background image

80 

 

W jego głosie wyczuła niepokój. Przełknęła łyk wina, które długo 

trzymała w ustach. 

- Nie uraziłeś - odparła wreszcie. -I nie mam ci niczego za złe. 
I, o dziwo, naprawdę nie miała, mimo że  w normalnych warun-

kach,  gdyby  jakiś  znajomy  mężczyzna  bez  uzgodnienia  z  nią  za-
mówił w restauracji potrawy, uważałaby go za nieokrzesanego gbu-
ra.  U  Spencera  uznała  to  za  miły  gest.  W  dobrym,  staroświeckim 
stylu. 

- Nie zamówiłem niczego wyszukanego - wyjaśnił. 
To  znaczy,  że  całe  te  ceregiele  są  „niczym  wyszukanym"?  Jak 

więc  wygląda  dla  niego  coś  „wyszukanego"?  zapytywała  w  myśli 
Roxy. 

Jeszcze  raz  uderzyła  ją  rozbieżność  stylów,  a  właściwie  pozio-

mów życia, jej i Spencera. Zastanawiała się, jak to jest, gdy dziecko 
chowa się w ogromnym dobrobycie. Nie potrafiła sobie nawet tego 
wyobrazić. Nie była też pewna, czy w ogóle chciałaby żyć w takich 
warunkach,  gdyby  nawet  okazało  się  to  możliwe.  Uważała  luksus 
za jeden wielki balast, pociągający za sobą mnóstwo kłopotów. 

Czy  Spencer  zdawał  sobie  sprawę  z  tego,  że  gdyby  dorastał  jako 

Steve  McCormick,  miałby  pewnie  ciężkie  życie?  Jego  rodzice  le-
dwie  wiązaliby  koniec  z  końcem.  Byłby  typowym  przedstawicie-
lem  niezamożnej  amerykańskiej  warstwy  średniej,  a  nie  wyższych 
sfer.  W  jego  egzystencji  obowiązywałby  odmienny  system  warto-
ści. Żyłby, kierując się koniecznością zaspokojenia podstawowych 
potrzeb, a nie pomnażania posiadanych pieniędzy. On i Roxy mie-
liby  wówczas  wiele  wspólnego.  I  uczucie,  które  między  nimi  za-
czynało  się  tlić,  miałoby  szanse  rozgorzeć  na  dobre.  Teraz  ich 
ewentualny  emocjonalny  związek  nie  miał,  jej  zdaniem,  żadnej 
przyszłości. 

R

 S

background image

81 

 

W każdym razie gdyby naturalnych rodziców nie spotkał tragicz-

ny  los,  Spencer  byłby  bez  wątpienia  dzieckiem  bardzo  przez  nich 
kochanym.  Nie  żyłby  w  luksusie i nie otrzymałby tak doskonałego 
wykształcenia, jakie zapewnili mu ludzie, którzy go adoptowali, ale 
pewnie cieszyłby się życiem i byłoby mu dobrze na świecie. Przed-
tem i teraz. 

Roxy zastanawiała się, czy  Spencer jest nieszczęśliwy. Nie miała 

na to dowodów, ale nie wydawał się w pełni cieszyć życiem. Bra-
kowało mu czegoś, uznała. Ale czego? Miała nadzieję, że pomaga-
jąc odszukać siostrę, pomoże mu odnaleźć samego siebie. 

Oj, nie za to ten facet ci płaci, upomniała samą siebie. Miała od-

naleźć mu siostrę, a nie pomóc się pozbierać. 

Doskonale wiedziała, że obu tych spraw nie potrafi od siebie od-

dzielić. Może u podstaw chęci niesienia Spencerowi pomocy leżało 
to,  że  sama  miała  kłopoty  z  własną  osobą?  Może  zależało  jej  na 
tym, żeby się pozbierał, dlatego że ona sama nie potrafiła tego zro-
bić i, co gorsza, wiedziała, że nigdy to się jej nie uda? 

Uznała wreszcie, że myślenie o tych sprawach nie doprowadzi do 

niczego. Powinna wykonać tę piekielną robotę, której się podjęła, i 
dać sobie spokój ze Spencerem. 

A także powrócić do normalnego życia. 
W samotności. 

Mimo wyszukanej oprawy, kolacja minęła spokojnie. Kiedy skoń-

czyli jeść, kelnerzy sprawnie sprzątnęli ze stołu, zrobili porządek w 
kuchni i błyskawicznie opuścili mieszkanie. Roxy i Spencer wrócili 
do salonu. Z resztkami wina w kieliszkach. 

Spencer podszedł od razu do kanapy i wziął do ręki teczkę z ak-

tami. Nadal nie był pewny, czy chce głębiej się w nie wczytywać. 
Skoro jednak zaczął całą sprawę, uznał, że powinien doprowadzić ją 

R

 S

background image

82 

 

ją  do  końca.  Zamiast  jak  struś  chować  głowę  w  piasek,  należało 
sprostać  nowej  sytuacji  i  poznać  wszystkie  dostępne,  związane  z 
nią fakty. 

Zaniósł  akta na  biurko, usiadł przy  nim  i  zapalił  lampę.  Włożył 

okulary, rozluźnił krawat i otworzył teczkę. Kiedy ostatni raz rzucił 
okiem na Roxy, przerzucała kartki najnowszego numeru miesięcz-
nika o architekturze. 

Gdy po dwóch godzinach ponownie podniósł wzrok znad akt, był 

oszołomiony. Roxy, zwinięta w kłębek, spała smacznie na kanapie. 
Zdjęte buciki leżały na ziemi. 

Przez  chwilę  nie  wiedział,  gdzie  jest  i  co  się  z  nim  dzieje.  Na 

dwie  długie  godziny  zatopił  się  w  życiu  Stephena  Jamesa  McCor-
micka  i  przeżywał  tragiczne  losy  jego  rodziców.  Przebył  cały 
żmudny  proces  adopcji.  Od  podjęcia  opieki  nad  dzieckiem  przez 
władze  stanu  Wirginia,  przez  miesięczny  pobyt  w  sierocińcu,  ra-
porty na temat przeszłości ludzi, których przez całe życie znał jako 
jedynych rodziców, i wreszcie do ich domu, w którym się  wycho-
wał. 

Przez  kilka  pierwszych  miesięcy  odwiedzał  go  regularnie  pra-

cownik opieki społecznej, żeby się przekonać, czy przybrani rodzi-
ce dobrze obchodzą się z dzieckiem. Oczywiście, Spencer nic sobie 
z tego nie potrafił przypomnieć. Pamiętał natomiast uroczyste uro-
dziny, które co roku z wielką pompą wyprawiali mu rodzice, a także 
wszystkie święta Bożego Narodzenia. Pary ludzi, którym zawdzię-
czał przyjście na świat, w ogóle nie pamiętał. 

Stephen  McCormick  przeistoczył  się  w  Spencera  Melbourne^. 

Przestał istnieć Steve. Został tylko Spencer. 

Zdjął okulary i położył na biurku. Przetarł zmęczone oczy i wes-

tchnął  głęboko.  Zastanawiał  się,  dlaczego  tak  bardzo  pragnął  wy-
obrazić sobie życie człowieka, który nigdy nie istniał. Stephen Ja-
mes McCormick był tylko mitem. 

R

 S

background image

83 

 

Spencer  nie  potrafił  jednak  powściągnąć  ciekawości  dotyczącej 

tego człowieka. Zamknął oczy i po raz chyba setny od tygodnia za-
dał sobie nurtujące go pytania. Kim byłby teraz, gdyby nie adopto-
wali  go  Melbourne'owie?  Czy  gdyby  naturalni  rodzice  wyszli  z 
domu o dwie minuty później, też doszłoby do czołowego zderzenia 
z ciężarówką transportującą meble? 

Czy  rzeczywiście,  jak  sugerowała  Roxy,  pracowałby  jako  kie-

rownik średniego szczebla w jakiejś fabryce samochodów? Czy w 
jego szafie wisiałyby gotowe ubrania z domów towarowych, a nie 
szyte  na  miarę  i  pochodzące  od  najlepszych  krawców?  Czy  jeź-
dziłby  samochodem  jakiejś  popularnej  marki,  na  przykład  dod-
ge'em,  zamiast  kabrioletem  porsche  9II?  Czy  godzinami  łamałby 
sobie  głowę,  jak  związać  koniec  z  końcem?  Z  czego  zapłacić  ratę 
hipotecznego  kredytu,  skoro  w  tym  samym  czasie  należało  kupić 
córce  zalecone  przez  ortodontę  klamerki  na  zęby,  a  syn  pragnął 
brać lekcje gry na klarnecie? I czy gdzieś w pobliżu znajdowałaby 
się kobieta, do której mógłby przytulać się co wieczór, gdy było mu 
ciężko? 

Steve mógł napotykać w życiu poważne przeszkody, o jakich ist-

nieniu Spencer nawet nie słyszał. Z drugiej jednak strony ten czło-
wiek mógł posiadać takie rzeczy, jakich Spencer nie miałby nigdy. 
A więc tak naprawdę który z nich wiódłby szczęśliwsze życie? 

Spencer oparł dłonie na biurku. Zacisnął pięści. Czuł się zupełnie 

bezsilny.  Na  żadne  z  tych  pytań  nie  potrafił  sobie  odpowiedzieć. 
Powinien wreszcie dać spokój i przestać myśleć w kategoriach co-
by-było-gdyby-było.  Wiedział jednak,  że  mimo usilnych prób być 
może nigdy nie pozbędzie się dziwnego zażenowania, związanego 
z podwójną tożsamością. 

R

 S

background image

84 

 

Wzrok Spencera powędrował w stronę kanapy i zatrzymał się na 

skulonej,  nieruchomej  postaci.  Roxy  nadal  spała  głębokim  snem, 
nieświadoma zamętu, jaki powstał w umyśle pana domu. Od chwili 
poznania  tej  kobiety  Spencer  bez  przerwy  był  pod  wrażeniem  jej 
pewności  siebie.  Mimo  że  miała  niewątpliwie  ciężkie  życie,  nie 
traciła  animuszu,  nie  szukała  żadnych  wymówek  i  nie  tłumaczyła 
niczego  własną  przeszłością.  Czy  się  to  komuś  podobało,  czy  nie, 
była po prostu sobą. Roxanne Matheny. Podziwiał ją za to. 

Pragnął tej kobiety. Ale co potem miałby z nią zrobić? 
Głośno  odsunął  krzesło  od  biurka.  Roxy  westchnęła,  lecz  nadal 

leżała  bez  ruchu.  Musi  być  z  pewnością  na  ostatnich  nogach,  po-
myślał, bo tak wcześnie i szybko zasnęła w obcym domu. Miał na-
dzieję,  że  zlecone  przez  niego  śledztwo  jej  nie  wykończyło.  Na-
tychmiast jednak egoistycznie uznał, że detektyw  Roxanne Mathe-
ny powinna działać dalej, i to ze zdwojoną energią. Nie dlatego, że 
bardzo zależało mu na odszukaniu siostry, lecz ze względu na to, iż 
zapragnął nagle, aby jej życie splątało się z jego własnym. 

Wstał zza biurka i na palcach podszedł do kanapy. Usiadł na pod-

łodze  obok  nieruchomej  Roxy.  Delikatnie  przesunął  dłonią  po  jej 
policzku. Skórę miała ciepłą i niezwykle delikatną. Odetchnęła głę-
biej, lecz się nie przebudziła. 

Spencer  z uśmiechem przyglądał  się śpiącej. Pewnie powinien ją 

obudzić i odwieźć do domu. Nie miał jednak na to ochoty. Nie dla-
tego, że żal mu było ją budzić, gdy spała tak smacznie. Prawda by-
ła inna. Po prostu czuł się osamotniony i chciał, żeby ktoś pozostał 
z nim w domu. 

Podniósł się z podłogi. Rozłożył pled leżący w rogu kanapy i na-

krył nim Roxy. A potem wrócił do biurka i zgasił lampę. 

Pokój zatonął w ciemnościach. 

R

 S

background image

85 

 

Może  Steve  McCormick  miałby  kobietę,  każdego  popołudnia  z 

niecierpliwością czekającą na jego przyjście z pracy? Kobietą tą nie 
byłaby jednak Roxanne Matheny. 

Podszedł do wewnętrznych schodów i ruszył powoli w górę. Tyl-

ko raz spojrzał za siebie. W bladym, nikłym świetle padającym od 
strony ulicy zobaczył Roxy. Spała nadal. 

Uśmiechnął  się  do  siebie.  Zupełnie  bez  powodu  poczuł  się  raź-

niej. Nagle przyszło mu do głowy, że Steve McCormick wcale nie 
musiałby być szczęśliwszym od niego człowiekiem. 

R

 S

background image

86 

 

 

 

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

Obudziła się w znajomym otoczeniu. Leżała na kanapie, w poko-

ju było ciemno, tylko od ulicznej lampy przedostawało się do wnę-
trza trochę bladożółtego światła. Wszystko było jak zwykle, z  wy-
jątkiem jednej rzeczy. Na ogół o tak wczesnej porze w sąsiedztwie 
panował zgiełk i ruch. Dziś przywitała ją kompletna cisza. 

Dopiero po chwili zauważyła, że światło ulicznej lampy przedo-

staje  się  do  pokoju  przez  idealnie  czystą,  dużą  szybę,  a  nie  przez 
małe,  brudne  okienko.  Kanapa  nie  była  wgnieciona,  spało  się  na 
niej idealnie. 

Roxy  uprzytomniła  sobie,  że  znajduje  się  w  domu  Spencera. 

Ostatnią rzeczą, jaką  zapamiętała  wieczorem, był taki  oto  obrazek. 
Pan  domu  siedział  przy  biurku,  zatopiony  w  lekturze  adopcyjnych 
akt. W okularach na nosie wyglądał nawet lepiej niż bez nich. 

Przypomniała  sobie,  że  po  winie  zrobiła  się  śpiąca.  Na  minutkę 

wyciągnęła  się  na  kanapie.  Tylko  po  to,  żeby  przez  krótką  chwilę 
dać  odpocząć  oczom.  Widocznie  okazały  się  bardziej  zmęczone, 
niż przypuszczała. 

Obróciła  nadgarstek  w  stronę  okna.  W  słabym  świetle  z  trudem 

odczytała  godzinę  na  cyferblacie.  Druga  piętnaście.  A  więc  sam 
środek nocy. Wracanie o tej porze do domu byłoby równoznaczne z 
samobójstwem.  O  północy  starannie  zamykała  się  od  wewnątrz, 
gdyż wówczas pod oknami biura zaczynała ożywać ulica. Z ciem- 

R

 S

background image

87 

 

nych  zakamarków  wynurzały  się  ciemne  typy,  gotowe  obrabować 
każdego  napotkanego  przechodnia,  a  także  narkomani  i  sutenerzy. 
Gdy kwitło nocne życie, zwykli ludzie pokroju Roxy siedzieli cicho 
w domach i nie mieli odwagi wysunąć nawet nosa. 

Druga piętnaście. O tej porze miałaby ogromne szczęście, gdyby 

dotarła do biura z nie tkniętym portfelem i nie zgwałcona. To, że jej 
portfel świecił pustką, nie miało większego  znaczenia. Kobieta ży-
jąca w obskurnej dzielnicy ani na chwilę nie mogła tracić czujności. 

Roxy  przetarła  oczy  i  przeciągnęła  się  na  kanapie.  Dopiero  teraz 

zauważyła pled owinięty wokół nóg. Uśmiechnęła się, zadowolona. 
Widocznie Spencer nie miał nic przeciw temu, aby została na noc, 
mimo  że  mógł  ją  obudzić  i  o  ludzkiej  porze  odesłać  do  domu. 
Uznała,  że  nie  pozwoliła  mu  na  to  wrodzona  przyzwoitość.  Ona 
jednak, Roxanne Matheny, nie należała do kobiet, które nadużywają 
gościnności innej osoby. Zwłaszcza gdy wyżej wzmiankowana oso-
ba śpi sobie na piętrze. Tak łatwo byłoby pójść po schodach na gó-
rę i... 

Z  trudem  powstrzymała  rozpędzone  myśli.  Nie  było  sensu  nie-

zdrowo się podniecać. 

Roxy zaburczało w brzuchu. Była pewna, że Spencer nie weźmie 

jej za złe, jeśli zabierze sobie te dwie brązowe bułeczki, które zosta-
ły  z  kolacji.  Znalazła  drogę  do  kuchni,  podeszła  do  gigantycznej 
lodówki i otworzyła ją. Jasne światło z wnętrza na chwilę poraziło 
oczy. 

Waśnie zamierzała zawinąć bułki w papierowy ręcznik, gdy na-

gle  nad  jej  głową  rozjarzyło  się  inne,  ostre  światło.  Roxy  błyska-
wicznie odwróciła się w stronę drzwi. 

Stał  w  nich  Spencer.  Bosy,  w  granatowej,  jedwabnej,  roz-

chełstanej pidżamie i szlafroku rozpiętym na obnażonej piersi. Roxy 
zagryzła wargi. Tors Spencera wyobrażała sobie od tygodnia. 

R

 S

background image

88 

 

Od  chwili  gdy  na  podłodze  przykrył  ją  swoim  ciałem.  Rzeczywi-
stość pobiła na głowę wszelkie fantazje. 

Górną część torsu pokrywało ciemne owłosienie. Zwężało się ku 

dołowi  ciała  i  jego  cienki  pasek  ginął  pod  spodniami  piżamy  na 
płaskim brzuchu. 

Spencer miał przepiękne mięśnie. Idealnie zarysowane i widocz-

ne pod skórą. Gdyby Roxy miała ochotę, podeszłaby teraz do niego 
i przeciągnęła palcami wzdłuż każdego z nich. Gdyby miała ocho-
tę? Już świerzbiły ją ręce. 

Nie zdecydowała się jednak działać pod wpływem impulsu. Zaci-

snęła palce na bułkach, które nadal trzymała. 

- Hmm, przyłapałeś mnie na gorącym uczynku - mruknęła zmie-

szana. Miała nadzieję, że jej głos brzmi spokojnie. - Kradnę ci pie-
czywo. Swego czasu za takie przewinienie groziły najcięższe kary. 
Dożywotnie  zesłanie  na  ciężkie  robo  ty  do  Australii.  A  jak  jest 
obecnie? 

Nadal  nie  zdobyła  się  na  odwagę,  by  spojrzeć  Spencerowi  w 

twarz. Mimo to wyczuła, że kara, jaka przeszła mu przez myśl, by-
ła  dla  niej  znacznie  bardziej  realna  niż  wsadzenie  do  pudła.  Nie 
wiadomo czemu wyobraziła sobie kajdanki... 

Uśmiechnięty zapytał tylko: 
- Wybierasz się dokądś? O tej porze? 
- Hmm. - Roxy znów popatrzyła na obnażony tors. Z trudem ode-

rwała wzrok. - Muszę wracać do domu - oznajmiła niepewnie. 

Z twarzy Spencera zniknął uśmiech. 
- Czy ktoś na ciebie czeka i martwi się twoją nie obecnością? 
- Nie - odparła bez zastanowienia. - To znaczy... 

Gdyby przytaknęła, udałoby sięjej zachować dystans, który z minu-
ty na minutę stawał się coraz mniejszy. 

R

 S

background image

89 

 

Oblicze pana domu z miejsca się rozpogodziło. 
- Skąd więc ten pośpiech? - zapytał. - Przecież to środek nocy, na 

litość boską. Zostań do rana. Tu zjesz śniadanie. 

Pokazała bułki trzymane w ręku. 
- A jak myślisz, po co je wzięłam? 
Spencer  podszedł  do  Roxy  i  stanął  tuż  przed  nią.  Bez  butów  na 

obcasach była od niego jeszcze niższa niż zwykle. Jej twarz znala-
zła  się  na  wprost  torsu  Spencera.  Jak  urzeczona  wpatrywała  się  w 
obnażone ciało. Poczuła wspaniały, podniecający zapach. Korzenny 
i bardzo męski. Uniosła głowę i zobaczyła, że Spencer ma zarost na 
twarzy. Od razu przypomniała sobie, jak tydzień temu podrapał jej 
policzek. Usiłowała przestać myśleć o namiętnym pocałunku, jakim 
została wówczas obdarzona. 

Na próżno. 
Nie zdawał sobie sprawy z toku myśli Roxy, gdyż zapytał: 
- Czy właśnie kradniesz coś na śniadanie? 
- Hmm, niezupełnie... To znaczy... Raczej... 
- Raczej co? 

Westchnęła głośno. 

- No, dobrze. Niech ci będzie. Kradnę. Ale kiedy zabiera się coś 

przyjacielowi, nie jest to przestępstwem. 

Popatrzył na nią z uwagą. 
- Uważasz mnie za przyjaciela? 
- Jasne. 
- Więc zostań do rana. 
- Och, chyba nie jest to dobry... 
- Roxy,  o  co  chodzi?  Martwisz  się  o  to,  co  może  się  wydarzyć 

między nami? 

- Oczywiście,  że  nie  -  skłamała  szybko.  -  Skąd  coś  takiego  w 

ogóle przyszło ci do głowy? 

Lekko wzruszył ramionami. 

R

 S

background image

90 

 

- Może dlatego, że ja sam się o to martwię. 
Roxy  zatkało.  Zaniemówiła.  Spojrzała  Spencerowi  prosto  w 

oczy. Zafascynował ją ogień, który w nich rozgorzał. 

- Zszedłem na dół dlatego, że od dwóch godzin nie mo 

głem zmrużyć oka. Przez cały czas zastanawiałem się, pod 
jakim pretekstem mógłbym cię obudzić. 

Nadal  milczała  jak  zamurowana.  Powinna  powiedzieć  coś,  co 

powstrzyma  Spencera,  ale  nie  potrafiła  nic  wykombinować.  W 
głębi serca pragnęła, aby mówił dalej. Czy, podobnie jak ona sama, 
myślał o tym, żeby się kochać? 

Dotknął włosów Roxy. Odgarnął jej z czoła parę niesfornych ko-

smyków. 

- Chciałem być blisko ciebie - wyznał. 
Z wysiłkiem przełknęła ślinę. Nadal jednak milczała. 
- Bo gdybym był blisko... - zawiesił głos. 
- To co? - Roxy udało się wreszcie wydobyć z gardła schrypnię-

ty z wrażenia głos. 

- To bym cię rozebrał. 
- Och, nie. 
- I zaniósł do łóżka. 
- Och, Spencer. 
- I kochał się z tobą. 
- Och. 
Z oczu Spencera wyczytała, że jest zdecydowany urzeczywistnić 

ten  plan.  W  gruncie  rzeczy  ciekawiło  ją,  jak  by  to  było.  W  porę 
jednak przypomniała sobie, że powinna zmykać gdzie pieprz rośnie. 

- Muszę iść - powtórzyła. 
- Roxy... 
- Spencer, muszę. 
Odłożyła  bułki  na  kuchenny  blat  Jedną  ręką  przytrzymała  szalik 

zsuwający się z szyi. Spencer chwycił za drugi koniec tkaniny i 

R

 S

background image

91 

 

mocno pociągnął, tak że Roxy znalazła się tuż przed nim. 

- Nie odchodź - ponowił prośbę. 
- Muszę. 
- Dlaczego? 
- Nie powinniśmy za bardzo zbliżać się do siebie. 
- Dlaczego? 
- Nasza znajomość nie ma żadnych perspektyw. 
- Dlaczego? 
- Bo... 
- Roxy, dlaczego? 
Świetnie znała odpowiedź na to pytanie. Z własnego, jakże przy-

krego doświadczenia. Wiele, wiele lat temu pewien bogaty chłopak o 
czarnych  włosach  i  niebieskich  oczach  obiecał  jej  wszystko,  a  zo-
stawił z niczym. Spencer należał do tej samej kategorii ludzi, tyle że 
był  już  mężczyzną.  Jego  i  Roxy  dzieliło  zbyt  wiele  rzeczy.  Byli  do 
siebie  zupełnie  niepodobni.  Pochodzili  z  krańcowo  różnych  środo-
wisk.  Po  pierwszym  pojawieniu  się  Roxy  w  kręgu  jego  znajomych 
pokazano by jej drzwi. 

Wiedziała,  jak  to  jest.  Zdążyła  już  przeżyć  coś  w  tym  rodzaju. 

Wiedziała świetnie, jak potraktuje ją Spencer, gdy znudzi mu się jej 
sposób życia, który teraz jest dla niego przyjemną odmianą. 

Nie powiedziała mu tego wszystkiego. Szepnęła tylko: 
- Bo... bo to czyste szaleństwo. 
- Nie  -  odparł.  -  To  nie  szaleństwo.  Ale  chcesz  wiedzieć,  co 

sprawi, że oszalejemy? 

Nie  odezwała  się  ani  słowem.  Jak  zahipnotyzowana  wpatrywała 

się w niebieskie oczy. 

Chwycił  za  oba  końce  szalika  i  przyciągnął  ją  jeszcze  bliżej  ku 

sobie.  Zanim  zdołała  zareagować, przycisnął  wargi  do  jej  ust.  Za-
czaj drażnić je czubkiem języka. 

R

 S

background image

92 

 

Roxy  zrobiło  się  gorąco.  Gdzieś  ulotnił  się  jej  opór  i  zniknęły 

psychiczne zahamowania. Stała się całkowicie bezwolna. Jej dłonie 
niemal  odruchowo  zaczęły  błądzić  po  gładkiej  tkaninie  szlafroka. 
Nigdy  przedtem  nie  miała  w  ręku  tak  delikatnego  jedwabiu.  Pod 
wpływem  dotyku  stawał  się  cieplejszy.  Tak  jak  skóra  na  torsie 
Spencera, którą odnalazła błądząca dłoń. Wsunęła palce w owłosie-
nie. Poczuła pod nimi bicie męskiego serca. Było mocne, lecz przy-
spieszone i nierówne. 

Tak to ją zaabsorbowało, że nawet nie zauważyła, kiedy Spencer 

przyciągnął  do  siebie  jej  biodra.  Ocierał  się,  wykonując  okrężne, 
podniecające ruchy. 

Roxy  zaczęła  jęczeć.  Uciszył  ją  ponownymi  pocałunkami.  Wsu-

nął teraz język głęboko do jej ust. Męska dłoń znalazła sobie drogę 
pod swetrem Roxy. Objęła pierś okrytą koronkową koszulką. Roxy 
przywarła  mocniej do  Spencera,  gestem  tym  zachęcając  go do sil-
niejszej pieszczoty. Przesunął dłonie w dół jej ciała. Pod wpływem 
zupełnie nowych i mocnych doznań pod Roxy ugięły się nogi. 

Wziął ją na ręce. Tulił do siebie przez całą drogę do salonu. A po-

tem wniósł po schodach do sypialni i położył na łóżku. 

W ciągu paru sekund zrzucił z siebie szlafrok i pidżamę. Stanął 

przed leżącą, a księżycowa poświata osrebrzała jego nagie ciało. 

- Masz rację - szepnęła Roxy. - To czyste szaleństwo. Nie 

powinniśmy tego robić. 

Mówiąc  te  słowa,  wpatrywała  się  w  obnażone  ciało  Spencera.  I 

mimo że dopiero co stwierdziła, że kochać się nie powinni, zaczęła 
powoli ściągać sweter przez głowę. 

- Poczekaj - powiedział Spencer, gdy sięgnęła do zapięcia biusto-

nosza. - Pozwól, że sam to zrobię. 

R

 S

background image

93 

 

Ukląkł  przed  nią  na  łóżku,  ale  zamiast  uczynić  to,  o  co  prosił, 

ujął w dłonie jej twarz. 

- Jesteś  ładna  -  wyszeptał.  -  Cała.  Nie  tylko  zewnętrznie.  Jesteś 

taka... - miał kłopot z dobraniem właściwych słów. - Nigdy przed-
tem nie spotkałem podobnej kobiety. 

Gdy  usłyszała  te  słowa,  coś  ścisnęło  ją  w  gardle.  Usiłowała  lo-

gicznie rozumować. Przekonać samą siebie, że podoba się Spence-
rowi tylko dlatego, że jest dla niego nowością i poza tym niczym. 
Ponadto była dla niego kimś bezpośrednim, łatwym w obcowaniu, 
a  zarazem nieokiełznanym  i nie podlegającym  żadnym konwenan-
som.  I  to  różniło  ją  od  jego  zwykłych,  konwencjonalnych  kocha-
nek. 

Z  tego  wszystkiego  świetnie  zdawała  sobie  sprawę.  A  mimo  to 

nie potrafiła mu się oprzeć. Był jej potrzebny. 

..-' W przyszłości, jeśli dopisze ci szczęście, też nie spotkasz kobiet 

podobnych do mnie - powiedziała pół żartem, pół serio. 

Spencer uśmiechnął się i otarł dłoń o policzek Roxy. 
- Szczęście  teraz  mi dopisuje  -  oznajmił.  -  Nie  muszę  już dłużej 

spotykać żadnych innych kobiet, podobnych do ciebie lub nie. 

Otworzyła  usta,  żeby  odpowiedzieć  i  zbagatelizować  jego  

stwierdzenie, ale  właśnie  w  tej  chwili  poczuła  na  wargach  -męską 
dłoń. 

- Nic  nie  mów  —  poprosił.  Opuścił  dłonie  na  ramiona  Roxy.  - 

Odwróć się. 

Spełniła obie prośby. 
Ściągnął z niej koronkową koszulkę i rzucił na ziemię. A potem 

przywarł  do  rozgrzanego  ciała  Roxy.  Pieścił  najpierw  pierś,  a po-
tem jego niespokojna ręka powędrowała w dół, Bardzo nisko, aż za 
brzuch. 

- Pozbądź się tego - odezwał się szeptem. 

R

 S

background image

94 

 

Wspólnie zsunęli obcisłe legginsy  wraz z ukrytymi pod spodem 

majteczkami. 

- Teraz jest znacznie lepiej - stwierdził zadowolony 

Spencer. 

Podrażnił wargami brzeżek ucha Roxy. Potem całował jej kark i 

szyję. Odwzajemniła się głaskaniem. 

Nagle,  nieoczekiwanie  odsunął  się.  Zobaczył  zaskoczoną  minę 

swej towarzyszki. 

- Chcę,  żeby  trwało  to jak najdłużej  - powiedział  spokojnie.  -  A 

to, co robimy, prowadzi do... 

- Spencer, ja... 
- Ciii - szepnął. - Koniec rozmów. Poddaj się. Rozluźnij. 
- Ale... 
- Ciii. 
Ustąpiła, bo nie miała siły protestować. Objęła Spencera za szy-

ję, przyciągnęła go do siebie i pocałowała w usta. Mocno i namięt-
nie.  Nachylił  się  nad nią.  Dłonie  oparł  o  materac po  obu  stronach 
jej ciała. 

Przesunął  wargi  w  dół.  Ssał naprężone  koniuszki piersi.  Wsunął 

dłonie między uda Roxy i rozchylił je. Po chwili jego głowa znala-
zła się jeszcze niżej. 

Nigdy przedtem Roxy nie doznawała aż tak intymnej, obezwład-

niającej pieszczoty. Leżała jak kłoda, zaskoczona rozkosznymi od-
czuciami.  Zacisnęła  dłonie  na  poduszce  po  obu  stronach  głowy  i 
przez krótką chwilę zastanawiała się, jak istota ludzka jest w ogóle 
w stanie znieść podobne wrażenia i zaraz nie umrzeć. 

Zamknęła oczy. Nagle pod opuszczonymi powiekami dojrzała ka-

lejdoskop  najpiękniejszych  barw.  Zamieniły  się  w  płomienie,  a 
słodka  rozkosz,  którą  odczuwała  w  podbrzuszu,  zaczęła  powoli 
rozprzestrzeniać się na całe ciało. 

Było jej dobrze, a zarazem przerażająco, niemal nie do zniesie- 

R

 S

background image

95 

 

nia. Była przekonana, że zaraz umrze. Zaczęła drżeć na całym ciele 
i po chwili coś w niej eksplodowało. 

Błyskawicznie tuż nad nią pojawiła się twarz Spencera. Całował 

ją w usta, powoli uspokajając rozedrgane ciało. 

Po jakimś czasie - Roxy nie wiedziała, czy po sekundzie, czy po 

godzinie - otworzyła oczy. Zobaczyła Spencera opartego na łokciu. 
Drugą ręką obejmował i pieścił jej pierś. 

- Dobrze się czujesz? - zapytał z uśmiechem. Ledwie miała siły, 

żeby szepnąć: 

- Chyba tak. 
- To świetnie. - Uśmiech na twarzy Spencera stał się jeszcze szer-

szy. - Bo to dopiero był początek. 

Popatrzyła na niego półprzytomnie. 
- Tak? 
- Tak. 
Westchnęła ciężko. Znalazła w sobie jeszcze trochę sił i zarzuciła 

mu ręce na szyję. 

-Noto... 
Nachylił się nad nią i sięgnął do szufladki w szafce nocnej. Roxy 

wiedziała, po co. Środek ochronny był potrzebny. Spencer dbał za-
równo o nią, jak i o siebie. 

Przestała myśleć, gdy znów zaczął ją pieścić. Jego palce przesu-

wały się po jej ciele. 

- Ale ty sam nie... - zaczęła. 
- Ciii. 
- Ale ja... 
- Ciii. Chodzi nie o mnie, lecz o ciebie. 
- Tak? 
- Tak. To znaczy o mnie też. Ale trochę później. Teraz chcę zna-

leźć się w tobie. 

Zapragnęła mu powiedzieć, że już od dawna tkwił głęboko w niej. 

Od chwili gdy tylko po raz pierwszy zjawił się w biurze, tak zmar- 

R

 S

background image

96 

 

twiony i zagubiony. Zanim jednak zdołała się odezwać, stało się i 
słowa zamarły jej na wargach. 

Było  to  niesamowite  uczucie  zespolenia.  Całkowitej  jedności. 

Spencer znajdował się w niej, tak jak tego chciał. I Roxy wiedziała, 
że pozostanie w niej na zawsze. 

R

 S

background image

97 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ ÓSMY 

Obudził  się  przed  świtem.  Zlany  potem,  z  sercem  walącym  jak 

młotem i płytkim, nierównym oddechem. Miał sen. Ale tym razem 
nie mglisty, lecz niezwykle realny. Charlotte była w niebezpieczeń-
stwie.  Nie  miał  już  żadnych  wątpliwości,  że  chodzi  nie  o  bliźnia-
czego  brata,  lecz  o  siostrę.  Groziło  jej  coś  strasznego.  Musiał  jej 
pomóc. A przede wszystkim ją odszukać. 

Tym  razem  śniło  mu  się,  że  jest  sam.  Śmiertelnie  przerażony. 

Wśród ogarniających go płomieni. Nie mógł oddychać i nie widział 
nic. Otaczały go ciemności i nieznośny żar. Czuł wypełniający płu-
ca dym. 

W tym koszmarnym otoczeniu szukał czegoś. Nie, kogoś. Osoby 

kochanej, która znaczyła dla niego bardzo wiele. Obawiał się nie o 
własne życie, lecz o los tej najbliższej mu osoby. 

Nagle usłyszał głośny huk, który go obudził. Najpierw sądził, że 

coś  stało  się  w  domu,  ale  chwilę  potem  uprzytomnił  sobie,  że  ten 
przeraźliwy odgłos był częścią snu. 

Obok  Spencera  spała  smacznie  Roxy.  W  nikłym  świetle  wcze-

snego poranka dostrzegł zarys jej piersi. Obejmowała go jedną ręką, 
drugą wsunęła pod poduszkę. Spała z nogą przerzuconą przez udo 
Spencera. 

Ciepło  promieniujące  od  jej  ciała  podrażniło  jego  zmysły.  Ode-

tchnął  głęboko  i  przeciągnął  palcami  po  zwilgotniałych  włosach. 
Pożądał  Roxy  tak,  jak  nigdy  nie  pragnął  żadnej  innej  kobiety.  Tej 
nocy kochali się dwukrotnie i to mu nie wystarczyło. Roxanne 

R

 S

background image

98 

 

Matheny  obudziła  w  nim  jakieś  niemal  zwierzęce  instynkty.  Pra-
gnął jej, pożądał i potrzebował. 

Także teraz. W tej chwili. 
Podniecony, całym ciałem przywarł do pleców śpiącej. Było mu 

przy niej bardzo dobrze. Uznał, że pasuje do jego łóżka. Do licha, 
nawet pasowała do jego życia. Przez chwilę fantazjował, jak by to 
było, gdyby byli razem. 

I nagle przypomniał sobie koszmarny sen. 
Spojrzał na fosforyzującą tarczę budzika stojącego na szafce noc-

nej.  Dochodziła  piąta.  Niedługo  wzejdzie  słońce.  Czy  jego  siostra 
zdoła jeszcze ujrzeć bladoróżowe, pierwsze promienie? 

Gdziekolwiek  się  znajdowała,  była  w  niebezpieczeństwie.  A 

Spencer jeszcze nigdy w życiu nie czuł się tak bardzo bezradny. 

Korciło  go,  żeby  obudzić  Roxy,  ale  zrobiło  mu  się  jej  żal.  Nadal 

spała głębokim snem. Rano zdąży opowiedzieć jej o śnie. Zresztą bę-
dą musieli porozmawiać o różnych sprawach. 

Kiedy zamknął oczy, jego myśli znów zaczęły krążyć wokół snu. 

Miał nadzieję, że uda mu się w porę odszukać siostrę. 

Gdy ponownie uniósł powieki, zobaczył, że Roxy wstała z łóżka 

i właśnie się ubiera. Oparł się na łokciu, przetarł zaspane oczy i w 
milczeniu zaczął się jej przyglądać. Widział, jak w różowym świe-
tle wczesnego poranka wkłada przez głowę czerwony sweter i przy-
gładza zmierzwione włosy. 

Nie  miała  pojęcia,  że  jest  obserwowana.  W  pewnej  chwili  pod-

niosła dłonie do oczu. Stała nieruchomo przez dłuższy czas, a po-
tem  Spencer  usłyszał,  jak  żałośnie  pociągnęła  nosem,  opuściła  ra-
miona i zaczęła wycierać oczy. 

- Dzień dobry - odezwał się cicho. 
Błyskawicznie odwróciła się w jego stronę. W sypialni było jesz-

R

 S

background image

99 

 

cze dość ciemno, mimo to zobaczył, że Roxy jest przerażona. Dla-
czego?  Nie  miał  pojęcia.  Po  takiej  wspaniałej  nocy,  jaką  spędzili 
razem, powinna być zadowolona i zrelaksowana. 

- Znów  mnie przyłapałeś  -  powiedziała  lekko schrypniętym  gło-

sem. 

- Co tym razem zamierzasz mi zabrać? - zapytał uśmiechnięty. - 

Oczywiście, oprócz serca. 

Nerwowo odwzajemniła uśmiech. 
- Nic. Daję słowo. Wracając do biura kupię sobie bułki w pobli-

skim sklepiku. 

- Odwiozę  cię  do  domu  -  zaofiarował  się  Spencer.  -  Nie  zrobił 

jednak żadnego ruchu, aby wstać z łóżka. - Ale później. - Poklepał 
znacząco puste miejsce obok siebie, nad którym unosił się jeszcze 
ulotny zapach Roxy. - Chodź tu na chwilę. Jest wcześnie. Nikomu 
z nas się nie spieszy. 

Pokręciła głową. 
- Jest bardzo późno. 
Zanim Spencer zdążył zapytać, dlaczego tak sądzi, wymknęła się 

z sypialni. Zerwał się z łóżka i nago pognał za nią. 

- Dokąd idziesz? - zawołał. 
- Po buty. Zostawiłam je na dole! - odkrzyknęła, nie zwalniając 

kroku. 

Dogonił ją na górnym podeście schodów. Złapał za ramię i zmu-

sił, żeby odwróciła się w jego stronę. 

- Roxy, skąd ten nagły pośpiech? - zapytał. 
Był przekonany, że chciałaby zostać. I to bardzo. Czytał to w jej 

oczach. Stała, milcząc, bez ruchu. 

- Roxy? 
Nadal nie odpowiadała. Przyciągnął ją do siebie. W jego ramio-

nach od razu zrobiła się bezwładna. 

- Wróć do łóżka - powiedział miękkim głosem. 

R

 S

background image

100 

 

Wyszeptała z wysiłkiem: 
- Nie. 
- Dlaczego? 
Usiłowała wyzwolić się z jego uścisku, ale Spencer jej nie pusz-

czał. 

- Proszę, pozwól mi iść. 
- Pozwolę, ale dopiero wtedy, kiedy wyjaśnimy sobie parę spraw. 
- Nie ma co wyjaśniać. 
- Jest. I to sporo. 

Ustąpiła z niechęcią. 

- No, niech będzie, ale, na litość boską, włóż coś na siebie. Pocze-

kam na dole. 

- Mam  się  ubrać?  Dlaczego?  -  zapytał  ze  śmiechem.  -Czyżby 

rozpraszał cię widok mojej nagości? 

- Mniej więcej - mruknęła pod nosem. 
- Czy to coś złego? 
- Bardzo złego. 
Miał ponownie ochotę spytać, dlaczego. Uznał jednak, że w roz-

mowie  powinien  zachować  jakąś  sensowną  kolejność  i  powyja-
śniać najpierw wcześniejsze sprawy, których nie rozumiał. Ponadto 
obawiał  się,  że  kiedy  pójdzie  się  ubrać,  Roxy  cichaczem  wymknie 
się z domu. 

Domyśliła się, co chodzi mu po głowie. 
- Nie wyjdę. Słowo. 
- W porządku - odparł z ociąganiem. - Daj mi pięć minut. 
- Zaparzę  kawę.  Jeśli  uda  mi  się  uruchomić  to  twoje  szczytowe 

osiągnięcie techniki. 

Roxy  odwróciła  się  i  idąc  po  schodach,  narzekała  półgłosem  na 

nowoczesne  piekielne  ekspresy,  wzdychając  do  dawnych,  dobrych 
maszynek do kawy. 

R

 S

background image

101 

 

Spencer nie potrafił powstrzymać uśmiechu. Patrzył na schodzą-

cą  na  dół  Roxy.  Po  nocnych  wyczynach  miała  skołtunione  włosy. 
Wyglądała  jak  strach  na  wróble.  Zapragnął  wsunąć  palce  w  jej 
włosy i jeszcze bardziej je potargać. 

Do  tej  chwili  zupełnie  nie  pojmował,  co  naszło  go  wczorajszej 

nocy.  Nadal  pożądał  tej  kobiety  jak  żadnej  innej.  Ona  też  chyba 
pragnęła jego. Próba jej ucieczki była dla niego zaskoczeniem. 

Wciągnął szybko  spodnie  od dresu i białą, bawełnianą koszulkę. 

Boso  zszedł  na  dół.  Od  strony  kuchni  dochodził  delikatny  aromat 
zaparzonej kawy. 

Zastał  Roxy  w  salonie.  Napięta  jak  struna  siedziała  wciśnięta  w 

kąt  kanapy.  Jej  buty  leżały  nadal  na  podłodze.  Spencer  nie  mógł 
zrozumieć, dlaczego tak się zachowuje, skoro w nocy chętnie pod-
dawała  się  jego  pieszczotom.  Widząc,  że  Roxy  nie  ma  ochoty  na 
żadne rozmowy, nie podszedł bliżej. 

- Powiesz mi, co się dzieje? - zapytał od drzwi. - Dlaczego chcia-

łaś uciec, i to bez pożegnania? 

Objęła rękoma kolana. Nie patrząc w stronę Spencera, odparła: 
- Sądziłam, że tak będzie lepiej. Uniknie się takiej sceny. 
- Jakiej sceny? 
- Właśnie takiej jak ta. Pod nazwą „nazajutrz". Nie wiadomo, co 

powiedzieć i jak się zachować. Jest wtedy zawsze okropnie głupio. 

- Jak bogate pod tym względem są twoje doświadczenia? Czy du-

żo takich „nazajutrz" masz na koncie? 

- Jasne,  że  nie.  Ale  znam  życie.  Nie  jestem  skończoną  idiotką. 

Wiem dobrze, co sobie teraz myślisz. 

- W tej chwili nawet ja sam tego nie wiem. 
- Ale ja tak. 
Spencer westchnął. Zaczynał się niecierpliwić. 

R

 S

background image

102 

 

- Zechcesz łaskawie to wyjaśnić? 

Roxy odetchnęła nerwowo. 

- Myślisz,  że  przydarzyła  ci  się  miła,  nietuzinkowa  przygoda. 

Drobne urozmaicenie życia. Dla takiego faceta jak ty musiało być 
odlotowo  mieć  mnie  w  łóżku.  Gdyby  miało  to  potrwać  dłużej, 
szybko jednak zacząłbyś kombinować, jak się mnie pozbyć. 

Potrząsnął głową. 
- Mylisz się. I to bardzo - oświadczył. 
Roxy podniosła wzrok i popatrzyła mu prosto w twarz. 
- Och,  Spencer,  nie  zaprzeczaj.  Ja  naprawdę  świetnie  wiem,  co 

mówię.  Już  raz  zdarzyło  mi  się  przebyć  identyczną  drogę.  Uwierz 
mi. Jeśli jeszcze tak nie myślisz, to wkrótce zaczniesz. 

- Roxy... 

Powstrzymała go ruchem ręki. 

- Wiem, co zaraz powiesz. Że wcale nie zamierzasz mnie się po-

zbyć,  bo  ci  na  mnie  zależy.  Że  jestem  wyjątkowa  i  przedtem  nie 
znałeś nikogo do mnie podobnego. Że takiej nocy, jak wczorajsza, 
nie przeżyłeś nigdy. 

Spencer  zmarszczył  czoło.  Musiał  uczciwie  przyznać,  że  Roxy 

trafiła niemal w dziesiątkę. Zamierzał powiedzieć właśnie coś takie-
go. 

- Zaraz jeszcze oświadczysz - ciągnęła niewzruszenie - że chcesz 

się ze mną częściej widywać. Że to, co stało się między nami, jest 
dla  ciebie  zaskakujące,  a  zarazem  wspaniałe.  I  że  powinniśmy  to 
kontynuować. 

Znów odgadła, co pewnie by oznajmił. Milczał, ciekawy, co dalej 

usłyszy. 

- Mogę jeszcze ci powiedzieć jedną rzecz. Czym to się skończy. 

Parę  razy  będzie  odlotowo,  a  potem  powoli  zaczniesz  się  nudzić. 
Staniesz się nieuchwytny telefonicznie, z twojej strony zaczną się 

R

 S

background image

103 

 

wymówki,  że  masz  dużo  pracy  i  mało  dla  mnie  czasu.  A  potem 
znajdziesz  sobie  miłą,  normalną  kobietę  z  własnej  sfery,  która  bę-
dzie potrafiła odpowiednio zachować się w towarzystwie. Taką, któ-
ra o niebo lepiej niż ja pasuje do twego stylu życia. - Roxy zamilkła 
na  chwilę.  Nabrała  powietrza.  -  Oczywiście,  tego  wszystkiego  mi 
nie  powiesz.  Będziesz  mnie  zwodził,  jak  długo  się  da.  O  tym,  że 
masz  na  warsztacie,  a  raczej  na  łóżku,  kogoś  innego,  dowiem  się 
sama,  kiedy  pewnego  pięknego  ranka  przyjdę  do  ciebie  do  domu, 
żeby się dowiedzieć, dlaczego mnie unikasz. 

Spencer zacisnął zęby. Wspaniale to sobie wymyśliła! Musiał jed-

nak przyznać,  że rozumowanie Roxy, mimo  że błędne, nie jest po-
zbawione logiki. 

- Jesteś przekonana, że stanie się właśnie tak? - zapytał. 
- Jasne  -  odparła  bez  chwili  wahania.  -  Już  ci  mówiłam,  że  do-

brze  znam takie numery. Na  własnej  skórze doświadczyłam,  jak  to 
jest. 

- Taka sytuacja wcale nie musi się powtórzyć. 
- Zapewniam cię, że się powtórzy. 
- Skąd ta pewność? 
- Wy,  wszyscy  nadziani  faceci,  jesteście  do  siebie  podobni.  Nie 

zrozum  mnie  źle.  Majątku  ci  nie  zazdroszczę,  ale  wiem,  że  forsa 
wyczynia z ludźmi dziwne rzeczy. Spaczą charakter. Spencer, wca-
le nie twierdzę, że jesteś złym człowiekiem. Tyle, że innym niż ja. 

- Uważasz, że bogaci lekceważą tych, którym na nich zależy? 
Roxy zacisnęła wargi. 
- Nie, ale pieniądze sprawiają, że inaczej patrzą na różne rzeczy. 

Na przykład są przekonani, że im na kimś zależy, a w gruncie rze-
czy zależy im tylko na tym, co ten ktoś może dla nich zrobić. 

R

 S

background image

104 

 

- A co ty, Roxy, możesz zrobić dla mnie? - zapytał Spencer. 
- Jestem  smacznym  kąskiem  życia,  jakiego  nie  posmakowałeś 

jeszcze  nigdy.  Jestem  słabo  oświecona,  w  przeciwieństwie  do  cie-
bie. Jadam plebejskie potrawy, lubię masło orzechowe i galaretkę, 
podczas gdy tobie kawior wychodzi już nosem. 

- Nieprawda - zaprotestował. - Nigdy za nim nie przepadałem. 
Roxy zignorowała niepoważną uwagę Spencera. Ciągnęła dalej: 
- Chcę  tylko  powiedzieć,  że  gdy  spowszednieje  ci  moja  osoba, 

znudzony, szybko mnie się pozbędziesz. Ale być może akurat wtedy 
ja nie będę miała na to ochoty. 

Spencer  zmarszczył  brwi.  Chciał  zaprzeczyć.  Ale  przecież  sam 

myślał identycznie! Miał ochotę na romans z Roxy, ale krótkotrwa-
ły. Zresztą bez względu na to, czy kobieta odpowiadała mu intelek-
tualnie i towarzysko, czy nie, rzadko kiedy interesował się nią przez 
dłuższy  czas.  A  wobec  przepaści  społecznej,  jaka  dzieliła  go  od 
Roxy,  czy  nie  porzuciłby  jej  znacznie  wcześniej  niż  innych  prze-
lotnych partnerek? 

Pomyślał chwilę i uznał, że jest tylko jeden sposób, aby uzyskać 

odpowiedź na swoje pytanie. Przekonać się na własnej skórze. 

- A więc powinniśmy zmniejszyć istniejące między nami różnice 

- oznajmił spokojnie. 

Ta  odpowiedź  chyba  zaskoczyła  Roxy.  Nadal  patrzyła  Spence-

rowi prosto w twarz, ale zaczęła mrugać powiekami. 

- Co takiego? 
- Powiedziałem,  że  powinniśmy  zacząć  działać  w  kierunku  zli-

kwidowania  istniejącej  przepaści,  na  którą  zwróciłaś  uwagę.  Na-
wiasem mówiąc, w przeciwieństwie do ciebie wcale nie uważam jej 
za głęboką. 

R

 S

background image

105 

 

- Co to za gadka? 
Po  raz  pierwszy  od  początku  rozmowy  Spencer  oderwał  się  od 

framugi  drzwi.  Przeszedł  przez  cały  salon,  stanął  przy  biurku  i 
wziął do  ręki teczkę  ze swoimi aktami. Bez pośpiechu zaczął  prze-
glądać zawartość. 

- Być może nie dzieli nas tak wiele, jak sądzisz. 
- Spencer... 
- Roxy,  ja naprawdę  nie  różnię  się niczym  ani  od ciebie,  ani  od 

innych  ludzi.  Twoje  przekonanie,  że  pieniądze  demoralizują  czło-
wieka i wypaczają jego charakter, jest mylne. Gdybym przeżył do-
tychczasowe  życie  jako  Steve  McCormick,  byłbym  niemal  iden-
tyczny  jak  jestem.  Oczywiście,  mógłbym  inaczej  się  ubierać  i  wy-
sławiać  oraz  mieć  inną  pracę,  ale  pozostałbym  tym  samym  czło-
wiekiem. 

- Nie. 
- Tak. 
- Nigdy mnie nie przekonasz. 
- Przynajmniej daj mi szansę. 
- Po kiego licha? Spencer, o co ci chodzi? - Roxy wstała z kana-

py  i  nerwowym  krokiem  zaczęła  przemierzać  pokój,  z  dala  od 
Spencera. - Nasz związek nie ma żadnych szans. Jak już mówiłam, 
zbyt wiele nas dzieli. 

- A ja ci mówię, że tak nie jest. - Roxy milczała, więc ciągnął da-

lej: - Daj mi szansę. Pozwól na jakiś czas wkroczyć w twoje życie. 
Ty zrób to samo. Na własne oczy się przekonasz, że nie będzie tak 
źle, jak ci się wydaje. 

Popatrzyła  na  niego  uważnie.  Przez  dłuższą  chwilę  trawiła  w 

milczeniu usłyszane  słowa.  Zaczęła  iść  w  stronę  Spencera.  Robiła 
to powoli, po trochu zmniejszając dzielący ich dystans. 

Oby  nie  tylko  dosłowny,  lecz  także  w  przenośni,  z  nadzieją!  po-

myślał Spencer. 

R

 S

background image

106 

 

- Zgoda - odparła wreszcie. - Damy sobie szansę. Ale z góry za-

powiadam, że to nigdy... 

- Roxy. 
- O co chodzi? 
Zlikwidował  dystans  w  dosłownym  znaczeniu  tego  słowa.  Poło-

żył dłonie na ramionach Roxy. Nie przyciągnął jej jednak do siebie, 
mimo że miał na to ogromną ochotę, lecz tylko lekko uścisnął. Po-
tem wziął ją za rękę. 

- Jeśli z góry zakładasz, że nam się nie uda... 
- W porządku - mruknęła niechętnie. - A więc damy sobie szan-

sę. Koniec. Kropka. 

Uśmiechnął się ciepło i uścisnął jej rękę. 
- Nie pożałujesz. 
- To się jeszcze okaże. 
Nie reagując na pesymistyczną uwagę, zapytał: 
- Kiedy zaczynamy? Uśmiechnęła się krzywo. 
- Możesz zacząć od razu i odwieźć mnie do domu. Odwzajemnił 

uśmiech. 

- Świetnie. A gdzie mieszkasz? 

- Przecież  to  biuro  twojej  agencji  -  stwierdził,  zatrzymując  por-

sche przed rozpadającym się domem z czerwonej cegły. 

- Tak.  -  Czekała  na  potok  wymówek,  którymi  zaraz  zasypie  ją 

Spencer. 

Popatrzył na nią ze zdziwioną miną. 
- Prosiłem, żebyś wskazała drogę do domu, a nie do biura - przy-

pomniał. 

- To jest mój dom. Zmrużył oczy. 
- Mieszkasz tutaj? 

R

 S

background image

107 

 

Skinęła głową. 
- Dlaczego? 
Wzruszyła ramionami i odparła szczerze: 
- Na razie nie stać mnie na nic więcej. 
- Ale... 
- Biuro  jest  moją  własnością.  Zapisał  mi  je  Bingo.  To  jedyna 

rzecz,  jaką  posiadam.  Oprócz  umeblowania  i  ciuchów,  które  mam 
na grzbiecie. Miałeś okazję na własne oczy oglądać moje luksusy. 

- Ale... 
- Wysiadajmy. Zrobię nam śniadanie. 
Zanim  Spencer  zdołał  zaprotestować,  Roxy  otworzyła  drzwi  i 

wysiadła z samochodu. Była już w połowie schodów, kiedy  ją do-
gonił. Pewnie włączanie alarmu zajęło mu dwie minuty. 

Dobrze, że to zrobił, uznała. Na tej ulicy każdy samochód potra-

fiono  obrabować  ze  wszystkiego  tak  szybko,  że  żadne  urządzenie 
sygnalizacyjne nie  zdążyłoby  w  ogóle  zadziałać.  Zresztą  też  by  je 
ukradli.  Bądź  co  bądź  była  to  dzielnica  zamieszkana  przez  profe-
sjonalnych złodziei, a nie jakichś tam amatorów. 

- Lubisz  wafle?  -  spytała  Roxy  przez  ramię,  znalazłszy  się  na 

podeście drugiego piętra. 

- Lubię. 
- To dobrze. 
Z przewieszonej przez ramię torebki wyciągnęła klucz i otworzy-

ła drzwi biura. Od razu podeszła do małej lodówki stojącej w kącie. 
Wyjęła z niej plastykową torbę z zamrożonymi waflami, a właści-
wie ledwie zamrożonymi, jako że lodówka ciągłe płatała figle. Kil-
ka wafli wetknęła do starożytnego opiekacza, a potem czterokrotnie 
wciskała guzik, zanim udało się jej uruchomić krnąbrne urządzenie. 

R

 S

background image

108 

 

- Zwykle  maszeruję  teraz  do  łazienki.  Podgrzanie  wafli  zajmuje 

dobry kwadrans,  lecz  w tym czasie trzeba ze trzy  razy  wciskać gu-
zik,  bo  sam  wyskakuje  -  wyjaśniła.  -  Ale  że  byłeś  tak dobry  i po-
zwoliłeś mi skorzystać ze swego prysznica, nie muszę teraz nigdzie 
chodzić. Tylko się przebiorę. 

Otworzyła drzwi szafy ściennej na wprost lodówki i zaczęła prze-

glądać  jej  skromną  zawartość.  Była  na  dziś  umówiona  z  nowym 
klientem, chciała  więc  wyglądać  w miarę przyzwoicie.  Wyciągnęła 
z  szafy  czarne  spodnie,  białą  koszulową  bluzkę  i  ciemnoniebieski 
żakiet. 

- Zaraz wracam - oznajmiła, wchodząc do szafy. 
Po paru chwilach, już przebrana, zastała Spencera nadal stojące-

go  pośrodku  pokoju  i  spoglądającego  w  jej  stronę.  Wziął  sobie 
wolny dzień, ubrał się jak do pracy. W ciemny garnitur, który mu-
siał kosztować fortunę. Mimo tak formalnego stroju, wyglądał ina-
czej niż zwykle. Podniecająco. Błyszczały mu oczy. Wydawały się 
ciemniejsze  i  bardziej  tajemnicze  niż  wówczas,  gdy  po  raz  pierw-
szy  wszedł  do  biura  Roxy.  Wyglądał  teraz  na  człowieka  mniej 
skoncentrowanego na pracy, a bardziej na radościach życia. 

Zaczynał pod tym względem przypominać Roxy. 
- Sądzę,  że  wafle  są  gotowe  -  oznajmił,  kiedy  wynurzyła  się  z 

szafy. - Jeśli gotowe oznacza: spalone na węgiel. 

Roxy poczuła ostry swąd. Podbiegła do opiekacza. 
- Co się stało? - wykrzyknęła. - Nigdy przedtem nie zrobił mi nic 

takiego.  -  Podniosła  piecyk  do  góry  i  potrząsnęła  nim  mocno.  - 
Cholerne  brakoróbstwo  lat  siedemdziesiątych.  Przecież  ten  opie-
kacz nie może mieć więcej niż dwadzieścia pięć lat. Gdzie się po-
działo przyzwoite rzemiosło? 

- Może pójdziemy na śniadanie - zaproponował Spencer. 
- Nie - sprzeciwiła się Roxy. - Przecież chcesz zobaczyć, jak żyję. 

A ja nigdy nie jadam śniadań poza domem. 

R

 S

background image

109 

 

W  tym  momencie  Spencer  spostrzegł  dwa  małe  plastykowe  po-

jemniczki z syropem, jakie zwykle stoją na stołach w barach szyb-
kiej obsługi. Ktoś musiał przynieść je do tego domu. 

- Nigdy? - zapytał z powątpiewaniem w głosie. 
- No, prawie. Czasami jadam rano na mieście - przyznała Roxy. - 

Kiedy bardzo się spieszę, bo jestem  spóźniona, lub gdy prowadzę 
dochodzenie. 

- Teraz też prowadzisz - przypomniał. 
- Tak, ale zaliczka od klienta zdążyła już wyparować. 
- A  więc  powiedz  klientowi,  żeby  zapłacił  ci  za  już  wykonane 

zadania. 

- Dobrze. Zaraz wystawię rachunek. 
Roxy zajrzała do notesu, w którym prowadziła szczegółowe  roz-

liczenia,  i  na  świstku  papieru  wypisała  jakieś  liczby.  Zanim  wrę-
czyła go Spencerowi, dwukrotnie sprawdziła sumę. 

Obejrzał  rachunek, przekonał  się,  że  pani detektyw  nie  zdarła  z 

niego skóry, a potem wyjął z kieszeni oprawną w skórę książeczkę, 
wypisał czek i wręczył go Roxy. 

Podziękowała, rzuciła okiem na wypisaną sumę, żeby sprawdzić, 

czy jest właściwa, a potem staranie złożyła czek na pół i schowała 
do kieszeni bluzki. 

- W  porządku.  Śniadanie  na  mój  rachunek  –  oświadczyła  z 

uśmiechem. - Najpierw jedziemy do banku, a potem do Denny'ego. 

Spencer skinął głową. 
- Rób to, co zwykle. 
- U Denny'ego jest piekielnie drogo, ale co mi tam. Przecież wła-

śnie dostałam zapłatę. 

Uśmiechnął się. 
- A więc chodźmy. 

R

 S

background image

110 

 

Kiedy  znaleźli  się  przed  domem,  zwolnił,  dochodząc  do  swego 

samochodu, ale Roxy szybko szła dalej. 

- Dokąd idziesz? - zawołał zdziwiony Spencer. 
- Na przystanek autobusowy. 
- Dlaczego? 
Pokręciła głową. Zawróciła i podeszła bliżej. 
- Zawsze  jeżdżę  autobusem  -  wyjaśniła.  -  A  gdy  muszę  jechać 

tam, gdzie nie dociera, korzystam z metra. 

- Ale ja mam tu własny wóz. Roxy uniosła brwi. 
- Twój samochód nie jest częścią mego życia. 
- Ale... 
- Ruszaj wreszcie. Autobusy linii F chodzą jak w zegarku. Zostały 

nam tylko dwie minuty. - Roxy odwróciła się i zaczęła iść szybko 
w pierwotnym kierunku. 

Spencer popatrzył żałośnie na samochód, tak jakby widział go po 

raz  ostatni.  Roxy  rozumiała  jego  duchową  rozterkę.  Powoli  i  bar-
dzo  niechętnie  wsadził  ponownie  kluczyki  do  kieszeni  i  równie 
wolno i z oporami ruszył jej śladem. 

Musieli  biec,  żeby  zdążyć.  Na  szczęście  Manny,  kierowca  auto-

busu, znał dobrze Roxy i, co więcej, bardzo ją lubił. Nie zatrzasnął 
im  więc  drzwi  przed  nosem,  jak  to  z  największym  upodobaniem 
robią nagminnie inni kierowcy. Wsiedli w ostatniej chwili. 

Znaleźli  wolne  miejsca,  ale  nie  obok  siebie.  Roxy  usiadła  obok 

elegancko  ubranej  starej  damy  w  białych  rękawiczkach  i  z  miłym 
uśmiechem na twarzy. Spencer znalazł się obok mężczyzny, który 
wygłaszał mowę o hierarchii aniołów. W pewnej chwili zaczął pe-
rorować  jeszcze  głośniej  i  wymachiwać  rękoma.  Uderzył  mocno 
sąsiada. 

Spencer podniósł się z miejsca i stanął obok Roxy. 
- Często zdarzają się takie rzeczy? - zapytał cicho. 

R

 S

background image

111 

 

Uśmiechnęła się lekko. 
- Raymond jest nieszkodliwy. Czasami tylko za bardzo się podnie-

ca. - Odwróciła się w stronę dziwaka i zagadała do niego. 

Wydawało się jej, że w oczach Spencera widzi dezaprobatę. 
- To moje życie - przypomniała łagodnym tonem. - Dostosuj się 

albo spływaj. 

Skinął głową. 
- Dostosuję się. Na razie. Ale ja też będę miał swoją szansę. 

Miała ochotę zapytać, co oznaczają te słowa, lecz w tej właśnie 
chwili autobus ostro zahamował. Jakiś posłaniec na rowerze znie-
nacka zajechał mu drogę. 

Spencer nie zdołał utrzymać równowagi. Upadł na kolana i oparł 

się rękoma o podłogę. 

- Ja też będę miał swoją szansę - powtórzył, kiedy wstał i otrze-

pał ubranie. - Doczekasz się, Roxy. Oj, doczekasz. 

R

 S

background image

112 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

Koniec dnia zastał ich siedzących w wynajętym fordzie w odlud-

nej  części  miasta,  przed  jakimś  obdrapanym,  opustoszałym  maga-
zynem. Spencer był zupełnie skołowany. Od nadmiaru niecodzien-
nych  wydarzeń  bolała  go  głowa.  Roxy  zapewniała  go  jednak,  że 
każdy jej dzień wygląda podobnie. 

Z knajpki Denny'ego pojechali do miejskiego zoo na spotkanie z 

klientem. Mężczyzną, który podejrzewał żonę o to, że go zdradza, 
a także kieruje przemytem narkotyków z amazońskiej dżungli. Mi-
mo że nie zachowywał się jak człowiek normalny, Roxy traktowała 
go  poważnie.  Spisała  wszystkie  podejrzenia,  począwszy  od  roz-
mów  telefonicznych  żony  z  ewentualnym  kochankiem,  aż  do  po-
dróży, którą odbyła w lecie do matki. Dama ta prowadziła z kolei 
handel  wymienny.  Sprzedawała  amerykańskie  grzejniki  w  zamian 
za kokainę. 

Dalszy ciąg dnia był jeszcze bardziej dziwaczny. Roxy sprawdza-

ła  słuszność  podejrzeń  klienta,  wykonując  niezliczone  telefony  do 
facetów jeszcze mniej normalnych niż on, a także odbyła serię spo-
tkań. Ostatnie przywiodło ich do tego właśnie opustoszałego maga-
zynu w odludnej części miasta. 

Minęła  jedenasta  wieczór.  Spencer  uznał,  że  powinni  wreszcie 

wrócić do domu. Roxy miała jednak inne plany. 

-  Sądzisz,  że  w  podejrzeniach  tego  człowieka  jest  choć  źdźbło 

prawdy? - zapytał z sarkazmem chyba po raz dziesiąty. 

R

 S

background image

113 

 

- Jasne, że nie - odparła też po raz dziesiąty. - Ale płaci mi, więc 

muszę całą sprawę potraktować poważnie. 

- Facet jest zdrowo stuknięty. 
- Podobnie  jak  większość  moich  klientów  -  odrzekła,  obojętnie 

wzruszając ramionami. 

Spencer rzucił jej podejrzliwe spojrzenie. 
- Tak, z tobą włącznie - dodała ze śmiechem. 
- Piękne dzięki - mruknął. 
- Nie ma za co. 
Przeciągnął dłonią po tablicy rozdzielczej forda. 
- Pewnie  z  mojego  porsche'a  zostały  tylko  smętne  resztki  -  po-

wiedział zbolałym głosem. 

Roxy stłumiła ziewnięcie. 
- To bardzo prawdopodobne - przyznała pogodnie. 
- Ogromnie lubiłem ten wóz. 
- Kupisz sobie nowy. 
- To już nie będzie to samo. 
- Może nowy polubisz bardziej. 
- Może... 
- W termosie zostało jeszcze trochę kawy - stwierdziła. Sięgnęła 

pod siedzenie. 

- Nie, dziękuję. Już i tak za wiele wypiłem. Czuję, jak kawa wy-

chodzi mi nosem. 

Roxy roześmiała się lekko. Milczała. 
- Nosisz przy sobie broń? - zapytał nagle Spencer. 
- Nie. Dlaczego pytasz? 
- To  miejsce  wygląda  na  niebezpieczne.  Byłem  przekonany,  że 

prywatni detektywi zawsze są uzbrojeni. 

- Większość  z  nich  nie  jest.  Broń  noszą  detektywi  w  tele-

wizyjnych  serialach.  Nie  lubię  spluw.  Bingo  miał  ich  zawsze  pod 
dostatkiem,  poukrywanych  w  różnych  miejscach.  Nie  dlatego,  że 
był detektywem. On po prostu bardzo lubił broń. 

R

 S

background image

114 

 

Na  jej  widok  zawsze  przechodziły  mnie  ciarki.  Poza  tym  statystyki 

dowodzą, że jestem bezpieczniejsza bez spluwy niż z nią. 

Spencer długo i badawczo przyglądał się Roxy. 
- O co ci chodzi? - zapytała wreszcie. - Czemu tak się gapisz? 
- Jesteś dla mnie zagadką. 
- Czym? 
- Małą  kobietką,  która  gada  jak  stary  wyjadacz.  Uprawiasz  zawód 

twardego mężczyzny, a jesteś zupełnie inna. 

- Jestem twarda - zaprotestowała gwałtownie. 
- Nie. Łagodna i miękka. 
- Nieprawda. - Ton głosu Roxy wskazywał dobitnie, że jego właści-

cielka  łagodność  i  miękkość  uważa  za  najgorsze  ludzkie  przywary,  a 
słowa  Spencera  niemal  za  obelżywe.  -  Po  krótkiej  chwili  zapytała  za-
czepnie: - Posiłujemy się na rękę? Jestem pewna, że cię rozłożę. 

Roześmiał się głośno. 
- Nie dasz rady. 
- Chcesz się założyć? 
- Chcę. 
- Stawiam dwadzieścia dolców. 
- Niech będzie. 
Roxy podwinęła rękaw żakietu i koszulowej bluzki. Oparła mocno 

łokieć między siedzeniami. Wiedząc dobrze, czym skończy się ta za-
bawa,  Spencer  nie  miał  jednak  wyboru.  Został  sprowokowany.  Wes-
tchnął głęboko. Oparł łokieć obok. 

- Gotowa? - zapytał. 
- Jak zawsze. 
- A więc zaczynamy. Na trzy... 
Liczyli głośno. Pięć sekund wystarczyło, żeby Spencer docisnął  

R

 S

background image

115 

 

rękę Roxy do twardego oparcia. Co więcej, poderwał ją z siedzenia 
kierowcy, tak że znalazła się na jego kolanach. 

- Jesteś mi winna dwadzieścia dolarów - oznajmił. 
- Potrącę z moich wydatków. 
- Tylko nie zapomnij. 
W  ciemności  ledwie  widział  rysy  jej  twarzy.  Oczy  były  wyraź-

niejsze, bo odbijało się w nich światło księżyca. Oddychała szybko i 
nierówno.  Odruchowo  odgarnął  kosmyk  włosów  opadających  jej 
na  twarz,  a  potem  zaczął  delikatnie  obwodzić  palcem  rozchylone 
wargi. Miał ogromną ochotę na pocałunek. 

Roxy  siedziała  bez  ruchu.  Skórę  miała  ciepłą  i  gładką.  Demon-

stracja krzepy poprzez siłowanie się na ręce odniosła skutek wręcz 
przeciwny.  W  oczach  Spencera  uwidoczniła  jej  łagodność  i  zmy-
słowość.  Roxy  prowokowała  go,  a  on  byłby  ostatnim  głupcem, 
gdyby nie skorzystał z okazji. 

Pochylił głowę w jej stronę i zacieśnił uścisk. Gdy zetknęły się ich 

usta, Roxy wsunęła palce w jego włosy, gestem tym prosząc o wię-
cej.  Przesunął  językiem  po  obrzeżu  jej  miękkich  ust,  przygryzł  zę-
bami dolną wargę i znów pocałował. Tym razem mocno i namięt-
nie. 

To,  co  teraz nastąpiło, przypominało  nie  pieszczoty,  lecz  walkę. 

Pocałunkom  nie  poddawał  się  nikt.  Oboje  walczyli  o  więcej,  tak 
jakby każde z nich chciało dowieść, że to jemu bardziej zależy na 
pieszczocie. 

Wreszcie  Spencer  uzyskał  przewagę.  Mocniej  przygarnął  Roxy 

do  siebie.  Wyciągnął  z  jej  spodni  poły  bluzki,  porozpinał  guziki  i 
kiedy obnażał ramię, tuż nad ich głowami rozległ się głośny łomot. 

Z wrażenia aż odskoczyli od siebie. 
Przez  zaparowane  szyby  widać było  niewiele. Spencerowi  udało 

się dostrzec ciemną sylwetkę człowieka stojącego tuż przy oknie 

R

 S

background image

116 

 

od  strony  kierowcy.  Nie  miał  pojęcia,  czy  obok  w  ciemnościach 
nie kryją się inni. 

Dopiero  teraz  uprzytomnił  sobie,  że  wraz  z  Roxy  znaleźli  się  w 

odludnym  miejscu.  O  dziwo  jednak  wcale  się  nie  bał.  Pragnął  je-
dynie, aby człowiek, który przed chwilą uderzył pięścią w dach sa-
mochodu, wyniósł się jak najszybciej i umożliwił im dalsze robienie 
tego, co zaczęli. 

- Pozwól, że ja to załatwię - odezwała się Roxy, w pośpiechu za-

pinając bluzkę. 

- Ale... 
- Ja  to  załatwię  -  powtórzyła  ostrym  tonem,  który  nie-

dwuznacznie  wskazywał  na  to,  że  gdyby  Spencer  odważył  się  nie 
posłuchać, udusiłaby go gołymi rękoma. 

Rozległo  się  następne  uderzenie  w  dach.  Tak  silne,  że  mały  po-

jazd się zachybotał. Roxy wygładziła włosy. Odkręciła szybę. 

- Uważasz,  że  rozsądnie  jest...  ?  -  zaczął  Spencer,  ale  Roxy  z 

miejsca zmroziła go wzrokiem. 

Mimo ciemności, w stojącym przy wozie mężczyźnie rozpoznali 

strażnika. Miał pistolet w kaburze. 

- Jakiś problem, panie oficerze? - zapytała Roxy niewinnym gło-

sikiem  słabej i bezradnej  kobietki.  Zanim  strażnik  zdążył  się  ode-
zwać, zasypała go potokiem dalszych słów: 
-  Tu  wolno  parkować,  prawda?  Nie  znoszę  stawać  w  miejscach 
niedozwolonych.  Raz  to  zrobiłam  i  policja  zablokowała  koła.  To 
było okropnie żenujące. Dziś też wypatrywałam znaków zakazu, ale 
żadnego nie zauważyłam. Mój mąż wścieka się, gdy przydarzy mi 
się coś takiego. Wtedy trzeba było zapłacić osiemdziesiąt dolarów, 
żeby zdjęli blokady z kół! 
Może pan wyobrazić sobie coś takiego? Wzięli aż osiemdziesiąt do-
larów. 

Strażnik zniżył strumień światła latarki i nachylił się, żeby zajrzeć 

R

 S

background image

117 

 

w  głąb  samochodu.  Miał  najwyżej  dwadzieścia  jeden  lat,  oceniła 
Roxy. Pewnie dopiero się ożenił i żeby związać koniec z końcem, 
wziął dodatkową nocną robotę. 

-  Co pani tutaj robi? - zapytał. 

Roxy udawała zmieszanie. 

-  Siedzę z... hmm... to znaczy z moim... przyjacielem. 

- Nabrała głęboko powietrza. - Z przyjacielem - powtórzyła 
pewnym głosem. - Czy to jest zbrodnia, panie oficerze? 

Strażnik zajrzał głębiej do wozu i dopiero teraz zobaczył Spence-

ra. 

-  To przyjaciel pani? - strażnik powtórzył pytanie. - A czy on nie 

przysporzy pani więcej kłopotów niż złe parkowanie? 

Roxy obdarzyła pytającego szerokim uśmiechem. 
- Nigdy pan chyba nie spotkał mego męża. 
- Nie, proszę pani, chyba nigdy nie spotkałem. 
- A więc to wszystko? - Dając do zrozumienia, że uważa rozmo-

wę za zakończoną, Roxy zabrała się do podkręcania szyby. 

- Nie, proszę pani. To nie wszystko. 
Opuściła szybę i pytającym wzrokiem popatrzyła na strażnika. 
-  To  jest,  proszę  pani,  teren  prywatny  -  oznajmił.  -  O  tej  porze 

nikt nie ma prawa tu przebywać. W jaki sposób przedostała się pani 
przez elektronicznie zabezpieczoną bramę? 

-  Jaką  bramę?  -  Roxy  zwróciła  się  do  Spencera:  -  Bob, czy  wi-

działeś po drodze jakąś bramę? 

 

Bez słowa  zaprzeczył  ruchem  głowy,  ale  wyczuła,  że jest  wście-

kły. 

 

-  Bob też nie widział bramy. Macie tu w ogóle coś takiego? -  z 

niewinną miną spytała nocnego strażnika. 

Strażnik westchnął ciężko. 

R

 S

background image

118 

 

- Proszę o dokument stwierdzający pani tożsamość - powiedział, 

nie reagując na pytanie. 

Roxy  zaczęła  grzebać  w  swoich  rzeczach.  Trwało  to  całe  wieki. 

Wreszcie wyjęła prawo jazdy i wręczyła strażnikowi. 

- Panna McCormick - odczytał nazwisko. 
- Pani  McCormick  -  poprawiła  go  Roxy.  Poczuła,  jak  Spencer 

nagle  zesztywniał,  usłyszawszy,  że  legitymuje  się  fałszywym  do-
kumentem z nazwiskiem jego siostry. 

- Proszę tu zaczekać - polecił strażnik. Zatrzymał prawo jazdy. - 

Muszę zatelefonować. 

- Oczywiście, że poczekam - słodkim tonem przyrzekła Roxy. 
Gdy  tylko  zniknął  jej  prześladowca,  zapaliła  silnik  i  bły-

skawicznie  zawróciła.  Gdy  dojechała  do  elektronicznie  sterowanej 
bramy, w specjalną szparę wsunęła nieważną kartę kredytową, owi-
niętą aluminiową folią. Po chwili brama stanęła otworem. 

Długo  jechali  w  całkowitym  milczeniu.  Dopiero  gdy  Roxy  wy-

raźnie zwolniła przed Brickskellar, Spencer otworzył usta. 

- Do diabła, co to wszystko miało znaczyć? -  wybuchnął wresz-

cie. - Czy zdajesz sobie sprawę z tego, ile razy złamaliśmy prawo? 
Masz  pojęcie,  czym  mogło  to  się  dla  mnie  skończyć?  Mogliśmy 
oboje wylądować w areszcie! Ten strażnik oskarży moją siostrę! 

- Zachowujesz się jak histeryk - upomniała Roxy Spencera. Wje-

chała  na  jakiś  parking  i  zatrzymała  samochód.  -Przecież  to  ty  do-
praszałeś  się,  żebym  wzięła  cię  z  sobą  -  przypomniała.  -  Wyluzuj 
się i pozwól mi dalej pracować. 

- Mam się odprężyć? - wykrzyknął. - Jak można zachować choć 

odrobinę spokoju w twojej obecności? Człowiek nigdy nie wie, co 
za chwilę go spotka. 

- Jestem szybka. Lepiej przyzwyczaj się do tego. 

R

 S

background image

119 

 

- Roxy... 
- Spencer, nic nam  się  nie  stanie.  Ten strażnik  był  zbyt  zielony, 

żeby  zrobić  coś  sensownego.  Dla  niego  jestem  znudzoną,  głupią 
damulką z Silver Spring, która zdradza męża, gdzie tylko się da. A 
jeśli nawet złoży raport, co jest niezwykle mało prawdopodobne, to 
i  tak  nie  znajdą  winowajczyni.  Charlotte  McCormick  przecież  nie 
istnieje. Jest kimś zupełnie innym. Areszt jej nie grozi. 

- Ale... 
- A poza tym ten chłopak nawet się nie pofatygował, żeby zapisać 

numer  rejestracyjny  samochodu.  Gdyby  to  zrobił,  i tak bylibyśmy 
kryci. Nie jestem taka głupia, żeby wynajmować wóz na własne na-
zwisko.  Za  kogo  ty  mnie  właściwie  masz?  -  spytała  oskarżyciel-
skim tonem. 

- Może gliniarze już na nas czekają za rogiem ulicy? Co będzie, 

gdy stąd wyjedziemy? 

- Kto ci powiedział, że tak zrobimy? 
- Roxy... 
- Samochód tu zostanie. Ten parking jest strzeżony całą dobę. 
Spencer spojrzał podejrzliwie na Roxy. 
- Zaufaj  mi  -  poradziła.  Przejęła  inicjatywę.  -  No,  wysiadaj 

wreszcie. Idziemy na piwo. 

Wsunęła  kluczyki  pod  matę  na  dnie  wozu  i  zatrzasnęła  drzwi, 

uprzednio sprawdziwszy, czy wszystkie są zamknięte od środka. 

Weszli  do  Brickskellar.  Było  to  jedno  z  niewielu  miejsc,  gdzie 

Roxy  czuła się  swobodnie.  W  ciemnym  wnętrzu piwnicy  o  nagich 
ścianach  z  surowej  cegły  było  jej  jak  w  domu.  Podawali  tu mnó-
stwo  gatunków  piwa.  Nawet  facet  o  wyrafinowanym  guście,  taki 
jak Spencer, z pewnością znajdzie tu coś godnego siebie. 

R

 S

background image

120 

 

Gdy tylko usiedli, zwrócił się do kelnera: 
- Proszę o listę win. 
Roxy i młody człowiek popatrzyli na niego ze zdumieniem. 
- O co chodzi? 
- Piwnica ta słynie ze swego piwa - wyjaśniła Roxy. -Masz tu do 

wyboru sto pięćdziesiąt gatunków. 

- Nie piję piwa - oświadczył. 
- Spencer, chciałeś posmakować mego życia - przypomniała. 
- W porządku. - Zacisnął szczęki. - Co polecasz? 
- Pozwól, że zamówię sama - zaproponowała z uśmiechem. 

W odpowiedzi zazgrzytał zębami. 

Na życzenie Roxy kelner przyniósł jej to, co piła zwykle. Anchor 

Steam. 

- Ma  wspaniały  bukiet  -  oznajmiła po odejściu kelnera.  - Na ję-

zyku  zostawia  ciekawy  posmak.  Drożdży.  W  rankingu  piw  maga-
zyn ,Beer Observer" przyznał mu wysoką lokatę. 

- Bardzo śmieszne - warknął Spencer. 
- O co chodzi? Czyżby przestał odpowiadać ci sposób, w jaki ży-

ję? 

- Nie.  Ale  chyba  zadajesz  sobie  mnóstwo  trudu,  żebym  przy  to-

bie czuł się źle. 

Zarzut był zbyt absurdalny, aby na niego odpowiadać. 
- Co powiesz klientowi? - przerwał milczenie Spencer. 
- Prawdę. Że w magazynie nie ma żadnej kokainy. Nie znalazłam 

dowodów  na  to,  że  żona  go  zdradza.  A  jej  wyjazd  do  matki  był 
zwykłą podróżą. 

- Zadowoli go to wyjaśnienie? 
- Nie. Zaraz po rozmowie ze mną wynajmie następnego detekty-

wa.  Ludzie  tego  pokroju  są  szczęśliwi  dopiero  wtedy,  kiedy  po-
twierdzą się ich najgorsze przypuszczenia. Skoro jesteśmy przy 

R

 S

background image

121 

 

zawodowych tematach, powiedz, co mam robić w twojej sprawie. 

Spencer upił łyk piwa. Było dobre. Spojrzał na nalepkę. 
- Chcę, żebyś odszukała moją siostrę. Przecież o tym wiesz. 
- Tak. Ale czy rozważyłeś wszelkie ewentualne następstwa? A mo-

że twoja siostra wcale nie chce zostać odnaleziona? 

- To niemożliwe. 
- Może  nie  wie,  że  była  adoptowanym  dzieckiem?  -  Roxy  wes-

tchnęła. - Jak teraz przyjmie taką wiadomość? Zrobisz jej krzywdę. 
I może w ogóle nie zechcieć cię oglądać. Bierzesz pod uwagę taką 
ewentualność? 

Spencer długo milczał. Z coraz bardziej ponurą miną. 
- Nazwij mnie wstrętnym egoistą, ale ogromnie zależy mi 

na tym, żebyś odnalazła moją siostrę. Jeśli nie zechce mnie 
znać, to jej sprawa. Ja jednak muszę ją zobaczyć. Chociaż raz. 
Odszukaj ją, proszę. 

Roxy westchnęła ciężko. 
- Twoja  wola.  Ale  za  to,  co  potem  się  stanie,  nie  biorę  żadnej 

odpowiedzialności. 

- W porządku, Roxy. W porządku. 

R

 S

background image

122 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

Inwazja Spencera w życie Roxy skończyła się podobnie, jak za-

częła. Kiedy o trzeciej w nocy podjechali pod jej biuro, okazało się, 
że  po  pięknym porsche nie  pozostało  ani  śladu.  Skradziono  go  w 
całości. 

Na schodach wiodących do budynku, do którego Roxy i Spencer 

musieli się dostać, dwóch podejrzanie  wyglądających  młodych  lu-
dzi rozpoczęło przyjazną konwersację. Gorąco zapewnili Spencera, 
że dostarczą mu rozkoszy podobnych do tych, które daje mu Roxy, 
tyle  że  w  lepszym  gatunku  i  za  mniejszą  cenę.  Trzeci  podejrzany 
osobnik  spał  rozciągnięty  tuż  pod  jej  drzwiami.  Roxy  zapropono-
wała  Spencerowi,  żeby  uczynili  to,  co  ona  robiła normalnie,  zmu-
szona  wracać  do  domu  nad  ranem.  Weszli  na  górę  po  prze-
ciwpożarowych schodach i do biura dostali się przez okno. 

Wspięła się pierwsza i przecisnęła przez wąską framugę. Odwró-

ciła  się,  żeby  podziękować  Spencerowi  za  bezpieczne  odstawienie 
jej  do  domu,  gdy  zobaczyła,  że  on  też  gramoli  się  przez  okno  do 
środka. 

- Chcesz zostać? - spytała zdziwiona. 
- A czy mógłbym zostawić cię samą? 
- Pewnie. 
- Tutaj? Samą? 
- Każdej nocy jestem tu sama. 
- Dziś nie będziesz - oznajmił stanowczo. 

R

 S

background image

123 

 

- Nie mam gdzie cię położyć. Na kanapie sama ledwie się miesz-

czę. 

- Prześpię się na podłodze. 
- Ale... 
- Zdarzyło mi się spać w takich warunkach. 
- Jasne.  Podczas  zabawy  w  harcerzyków  -  pozwoliła  sobie  na 

drwinę. 

- Nie. W celi federalnego więzienia. 
- Co takiego? 
- Spędziłem  tam  tylko  jedną  noc.  Była  to  pomyłka.  Od-

powiadałem rysopisowi człowieka poszukiwanego za morderstwo. 
Sprawdzili, kim jestem, i mnie zwolnili. 

Zaskoczył Roxy. Jej oczy rozszerzyły się ze zdziwienia. 
- Wsadzili cię do mamra, bo  federalni byli przekonani,  że  kogoś 

zaciukałeś? 

- Tak. Jak widzisz, mamy z sobą więcej wspólnego, niż sądziłaś. 
- A  guzik  -  zaprzeczyła  Roxy.  W  jej  głosie  zabrzmiało  święte 

oburzeme. - Ja nigdy nie spędziłam nocy za kratkami - oznajmiła z 
godnością. 

Tym razem Spencer nie wytrzymał. 
- Tylko dlatego, że dotychczas nikt nie przyłapał cię na gorącym 

uczynku - odciął się ostro. - Łamiesz prawo na każdym kroku. 

- No, dobrze, już dobrze. - Roxy postanowiła załagodzić sprawę. 

- Dostaniesz koc i poduszkę. Jest ciepło. Nie będą mi potrzebne. 

Spencer podwinął rękawy koszuli, ściągnął wytworne buty i prze-

czesał palcami zwichrzone włosy. Roxy uznała, że powoli przestaje 
wyglądać  na  nadzianego  biznesmena  i  zaczyna  przypominać  nor-
malnego faceta. Seksownego, którego chętnie poznałaby bliżej. 

R

 S

background image

124 

 

No, trochę już go poznała. Poprzedniej nocy, uzmysłowiła sobie. 

Z górnej półki w szafie zdjęła koc i poduszkę. Bez słowa podała je 
gościowi. Życząc mu miłych snów, przeszła szybko do sąsiedniego 
pomieszczenia. 

Pierwsze  promienie  słońca  obudziły  Spencera.  Wstał  i  zajrzał 

przez  szybkę  do  drugiego  pokoju.  Roxy  spała  głębokim  snem.  Po 
raz pierwszy widział ją całkowicie rozluźnioną. Widocznie we wła-
snych czterech ścianach czuła się najlepiej. 

Podszedł do kanapy i pogładził policzek śpiącej. Rozchyliła usta i 

wyszeptała: 

- Spencer. 
Delikatnie przesunął palcami po jej wargach. Były ciepłe i nad-

zwyczaj nęcące. Ukląkł obok i wziął Roxy w objęcia. Potrzebował 
jej  i  wiedział,  że  odczucie  to  jest  wzajemne.  Pragnął  zapewnić ją, 
że już żadne z nich nie będzie musiało dłużej borykać się z samot-
nością. 

Mocno pocałował Roxy. Żarliwie odwzajemniła pieszczotę. 
Dopiero  w  tej  chwili  przebudziła  się  naprawdę.  Widząc,  co  się 

dzieje, szybko cofnęła głowę. 

- Co... co robisz? - spytała niemal szeptem. 
- Próbuję cię obudzić - odparł zgodnie z prawdą. Usiadła gwał-

townie. 

- Też sobie znalazłeś sposób - mruknęła pod nosem. Wzruszył 

ramionami. Objął Roxy za nogi. 

- Dobrze mieć cię przy sobie - powiedział. - Zawsze. Z dezapro-

batą pokręciła głową. 

- Zwariowany z ciebie facet. 
- Być  może.  Ale  tylko  tacy  mają  u  ciebie  szanse.  Mam  rację?  - 

Milczała,  więc  ciągnął  dalej:  -  Dlatego  świetnie  pasujemy  do  sie-
bie. 

- Spencer... 

R

 S

background image

125 

 

- A  teraz  musimy  się  przekonać,  jak  ty  poczujesz  się  w  moim 

świecie. - Uśmiechnął się i wyprostował plecy. Bez przerwy patrzył 
na  Roxy.  Wyglądała  niechlujnie,  lecz  piekielnie  seksownie.  Nadal 
jej pożądał. Zanim jednak w stosunku do tej kobiety wprowadzi w 
życie swoje zamiary, trzeba będzie wyjaśnić jeszcze parę rzeczy. - 
Ubieraj się - powiedział. - Jedziemy na śniadanie. Dziś jednak bę-
dziemy żyć po mojemu. 

Poczuł się lepiej godzinę później, wyjmując z pieca gorący omlet. 

Roxy siedziała przy kuchennym stole. Była milcząca. Od wstania z 
łóżka wypowiedziała zaledwie kilka słów. 

Do  domu  Spencera  pojechali  taksówką.  Zaraz  agent  ubez-

pieczeniowy miał im dostarczyć wypożyczony wóz i zająć się zała-
twieniem  odszkodowania  za  skradzionego  porsche'a.  Spencer 
wziął prysznic, ogolił się i ubrał jak do pracy. Od dawna nie czekał 
z takim utęsknieniem na dalszy ciąg dnia. Dziś bowiem będzie ro-
bił  coś  zupełnie  innego  niż  zwykle.  Coś,  czego  nie  doświadczył 
nigdy przedtem. Będzie dzielił życie z Roxy Matheny. 

- Zawsze  jadasz  takie  śniadania?  -  zdziwiła  się,  kiedy  postawił 

przed nią smakowicie wyglądający omlet. 

Przedtem  nakrył  starannie  stół,  identycznie  jak  przez  całe  lata 

robiła to dla ojca jego matka. Na gładkich, niebieskich serwetkach 
ustawił  zwykłe  białe,  porcelanowe  talerze  i  równie  zwyczajne 
szklanki do soku. Pośrodku stołu stały już naczynia z przyprawami 
i cukierniczka. Nakrywając do śniadania, Spencer zrobił dziś tylko 
jeden wyjątek. W srebrnym, smukłym wazoniku postawił obok za-
stawy długą, żółtą różę. 

- Nie  zawsze  -  odrzekł.  -  Dziś  jest  wystawne  śniadanie.  Odpo-

wiednik twojego u Denny'ego. Zwykle wypijam ze dwie filiżanki 

R

 S

background image

126 

 

kawy i chwytam bułkę, którą zjadam w drodze do pracy. Ciągle coś 
mnie goni. 

- Teraz nie - zauważyła Roxy. 
- Masz rację. Dziś się nie spieszę. 
- Skąd ta róża? 
- Na specjalną okazję. 
- Jaką? 
Spencer uśmiechnął się i usiadł obok przy stole. 
- Dzisiaj są moje urodziny. 
Roxy zamknęła oczy. Usiłowała sobie coś przypomnieć. 
- Fakt - przyznała. - Wiedziałam o nich, ale nie zdawałam sobie 

sprawy, że to właśnie dziś. 

- Dziś są urodziny moje i Charlotte. Ciekawe, co ona porabia w 

takiej  chwili.  Czy  rodzina  wyprawi  jej  przyjęcie?  Może  ma  rand-
kę? A może spędzi ten dzień zupełnie sama? 

- W to ostatnie bardzo wątpię - oznajmiła Roxy. 
- Dlaczego? 
- Bo kto spędza samotnie taki dzień?  

- Ja. 

- Ty? 
- Tak. Ale, oczywiście, nie dzisiaj. 
- Dlaczego chciałeś być sam? 
- Nie  sam,  lecz  z  bratem  bliźniakiem.  Bez  przerwy  o  nim  myśla-

łem. A teraz wszystkie moje myśli krążą wokół Charlotte. 

- A więc... wszystkiego najlepszego. 
- Dziękuję. 
- Miło,  że  zechciałeś  spędzić  ze  mną  swoje  święto.  Nie  zamar-

twiaj  się  niepotrzebnie.  Odnajdziemy  twoją  siostrę.  To  tylko  kwe-
stia czasu, niczego więcej. 

- Dziękuję - powiedział spokojnie. 
Jedli śniadanie w milczeniu, zatopieni we własnych myślach. 

R

 S

background image

127 

 

Wreszcie Spencer podniósł się zza stołu. Pozbierał talerze i wstawił 
je do zlewu. Odwrócił się w stronę Roxy. 

- Decydujesz się być dzisiaj częścią mego życia? - zapytał  z  po-

wagą. 

- A mam inne wyjście? 
- Nie. 
- No to wszystko jasne. Podszedł i pocałował ją lekko w usta. 
- Cały dzień przed nami - szepnął. -I noc. 
- Ale... 
- Dwadzieścia cztery godziny. Dokładnie tyle, ile ja spędziłem  z 

tobą. 

- Ale... 
Przed domem rozległ się donośny odgłos klaksonu. Spencer spoj-

rzał na zegarek. 

- Przywieźli samochód - wyjaśnił. - Zrobiło się późno. 

Musimy się pospieszyć. 

- Czy nie zauważyłeś, że ten facet był całkiem stuknięty? 

Roxy popatrzyła ze zdziwieniem na Spencera. Była zdumiona, że 
aż tyle czasu poświęcił na ostatnią rozmowę. 

- To,  co  on  nazywa  najnowocześniejszym  w  świecie  systemem 

transatlantyckiej  łączności,  jest  dla  mnie  czymś  w  rodzaju  dwóch 
puszek po coli, związanych drutem przebiegającym na dnie oceanu. 

Spencer uśmiechnął się do Roxy. 
- Też to wychwyciłaś? 
- Było  jasne  jak  słońce,  mimo  że  nie  mam  zielonego  pojęcia  o 

żadnych technikach łączności. Dlaczego pozwoliłeś tak długo ga-
dać temu idiocie? 

- Na tym między innymi polega moja praca. Byłbym niegrzeczny, 

przerywając mu wywód w połowie. A ponadto nigdy nie wiadomo, 

R

 S

background image

128 

 

czy mimo wszystko nie trafi się jakaś cenna informacja. 

- Dlaczego więc nie zatrudnisz człowieka do wysłuchiwania takiej 

gadaniny? Kogoś, kto przynajmniej odsieje zupełnych czubków? 

Spencer podniósł się z miejsca za biurkiem i przeszedł przez ga-

binet.  Jak  na  gust  Roxy,  stanowczo  zbyt  nowoczesny.  W  każdym 
razie  niezwykle  imponujący.  Przestronne  pomieszczenie,  białe 
ściany, oszczędne umeblowanie z hebanowego drewna oraz ociepla-
jące wnętrze nowoczesne, barwne dywany i dzieła sztuki. 

Gabinet  świadczył  niezbicie  o  ogromnej  zasobności  i  wysokiej 

pozycji firmy, a także o potędze człowieka stojącego na jej czele. 

- Nikogo  nie  zatrudnię  dlatego,  że  sam  kieruję  działem  prac ba-

dawczych i rozwojowych - wyjaśnił. Z barku pod ścianą wyjął bu-
telkę  wody  mineralnej  w  srebrnym  kubełku  i,  po  tym,  jak  Roxy 
odmówiła  gestem,  otworzył  ją  i  napełnił  sobie  szklankę.  -  Część 
mojej pracy polega na  wysłuchiwaniu rozmaitych propozycji inno-
wacyjnych. Dotyczących stosowania nowych technik komunikacji, 
czym,  jak  już  ci  mówiłem,  zajmuje  się  ta  firma  -  ciągnął.  -  Pod-
szedł  do  czarnej,  skórzanej  kanapy,  w  której  róg  była  wciśnięta 
Roxy, i usiadł obok niej. 

Uniosła sceptycznie brwi. 
- Nie  było  tu  mowy  o  żadnej  nowej  technice  -  stwierdziła,  spo-

glądając w stronę drzwi, za którymi przed chwilą zniknął rozmówca 
Spencera. - Facet bredził. Serwował ci same głupoty. 

- Tak dzieje się często - przyznał Spencer. - Ludzie przychodzą z 

pomysłami  mającymi,  ich  zdaniem,  zrewolucjonizować  istniejące 
środki komunikacji. I dopiero od nas dowiadują się, że są one od lat 

R

 S

background image

129 

 

ogólnie  znane  lub  niewykonalne  technicznie,  albo  że...  -  zawiesił 
głos. 

- Albo? - spytała Roxy. Spencer wypił łyk wody. 
- Albo że ich autorzy są po prostu maniakami - przyznał. 
- Tak jak ten ostatni. 
- Jak większość twoich klientów. 
Roxy podniosła wzrok i popatrzyła uważnie na Spencera. - Do 

czego pijesz? - spytała podejrzliwie. Odstawił szklankę na stojący 
obok stolik. 

- Chciałem  powiedzieć,  że  zarówno  ty,  jak  i  ja,  mamy  w  pracy 

często do czynienia z maniakami. 

- Znów ta sama gadka - mruknęła Roxy. 
Spencer położył rękę na jej ramieniu. Od rana dotknął jej po raz 

pierwszy. Odetchnęła nerwowo. Po chwili przestał wodzić palcami 
po skórze Roxy i wziął ją za rękę. 

- Nie wiem, o co ci chodzi. 
- Próbujesz udowodnić, jak wiele mamy z sobą wspólnego. 
- A czy nie jest właśnie tak? Roxy zamaszyście pokręciła głową. 
- Już mówiłam, nic z tego nie wyjdzie. Prawda, że parę razy cią-

gnęło  nas  ku  sobie.  Ale  to  niczego  nie  oznacza.  Atrakcyjność  fi-
zyczna  nie działa długo.  Stoimy  na przeciwnych  społecznych bie-
gunach i to się nie zmieni. Wszystko, co nas łączy, a jest tego nie-
wiele, może mieć tylko charakter przejściowy. 

- Roxy... 
Podniosła się z kanapy. Raźnym krokiem podeszła do biurka i na-

gle odwróciła się w stronę Spencera. 

- Zapomnij o całej historii - powiedziała znużonym 

głosem. - Zapomnij o nas jako o parze. Nic z tego nie wyjdzie. 

R

 S

background image

130 

 

Zamyślony Spencer popatrzył na Roxy, a potem rzucił okiem na 

zegarek. 

- Już pora kończyć pracę. Dzisiaj mam jeszcze, to znaczy mamy - 

poprawił się szybko - jedno spotkanie. Wyłącznie w interesach. A 
resztę  wieczoru  możemy  spędzić  w  którymś  z  moich  ulubionych 
miejsc. 

Roxy uniosła do góry głowę.  Z głośnym  westchnieniem utkwiła 

wzrok w suficie. 

- No,  już  sobie  wyobrażam,  jaka  będzie  to  frajda  -  oznajmiła 

drwiącym tonem. 

- Spodoba ci się. Sama się przekonasz. 
- Jasne.  W  porządku.  Rozkaz,  szefie.  Zrobi  się.  Co  tylko  ze-

chcesz. 

- Co tylko zechcę - powtórzył Spencer z uśmiechem na twarzy. 
Jego pewna siebie mina wydała się Roxy wielce podejrzana. Fa-

cet coś kombinuje, uznała. Ale co? Nie powiedział jednak nic wię-
cej.  Podniósł  się  z  miejsca  i  energicznym  krokiem  skierował  w 
stronę wyjściowych drzwi. 

Roxy jeszcze raz westchnęła ciężko. Nie pozostało jej nic innego, 

jak ruszyć za Spencerem. 

R

 S

background image

131 

 

 

 

ROZDZIAŁ JEDENASTY 

Spotkanie  w  celach  służbowych,  które  zapowiedział  Spencer, 

okazało  się  eleganckim  przyjęciem  koktajlowym  biznesowych 
wyższych  sfer.  W  niebieskich  dżinsach  i  powyciąganym  swetrze 
Roxy czuła się zupełnie nie na miejscu. Była zła na Spencera, że jej 
nie uprzedził. Włożyłaby na siebie coś stosowniejszego. 

Prawdę powiedziawszy, nie miała w szafie żadnych ciuchów na-

dających  się  na  takie  przyjęcie.  Zauważyła  jednak,  że  sporo  osób 
przybyło wprost z pracy i nie zdążyło się pozbyć przepisowych, co-
dziennych  strojów.  Włożywszy  swój,  Roxy  potrafiłaby  dotrzymać 
kroku większości z nich. Z zasady była osobą praktyczną. Ubierała 
się  w  służbowy  uniform  tylko  wtedy,  kiedy  szła  do  pracy.  W  tej 
jednak chwili pragnęła... 

Och, do licha, skarciła się ostro za głupie rozmyślania. To, czego 

pragnęła, nie miało najmniejszego znaczenia. Ostatnio jej życzenia 
stawały się coraz śmielsze. I zupełnie nieosiągalne. Powinna wresz-
cie zejść z chmur i wrócić do rzeczywistego świata, a nie podniecać 
się  marzeniami  o  księciu  z  bajki.  Jeśli  będzie  się  trzymała  wyty-
czonego,  przyziemnego  kursu,  może  uda  się  jej  coś  sensownego 
osiągnąć. 

Na przykład odnajdzie bliźniaczą siostrę Spencera. Roxy uznała, 

że dobrze jej zrobi, gdy wreszcie przestanie marzyć i zabierze się 
do tej konkretnej roboty. Zadanie to do złudzenia przypominało szu-
kanie  igły  w  stogu  siana.  Jak  odnaleźć  osobę,  znając  tylko  jej  na-
zwisko sprzed wielu lat, i to z pewnością nieaktualne? Zamiast

R

 S

background image

132 

 

Charlotte McCormick chodziła po świecie jakaś inna kobieta. 

Ale  gdzie?  Z  równym  powodzeniem  mogła  się  teraz  znajdować 

na drugim krańcu świata. Nawet mając dodatkowe informacje, takie 
jak datę i miejsce urodzema, niewiele można było zdziałać. 

Istniało jednak spore prawdopodobieństwo, że Charlotte nie opu-

ściła okolic, w których się wychowała. Ludzie urodzeni w Waszyng-
tonie i w jego pobliżu nie lubili na ogół nigdzie dalej się przenosić. 
Niestety,  w  grę  wchodził  obszar  duży  i  administracyjnie  bardzo 
zróżnicowany. Aż dwa stany, sześć okręgów oraz mnóstwo dzielnic 
i gmin jednego z najgęściej zaludnionych miast świata. I tak odna-
lezienie jej mogłoby potrwać wiele miesięcy, a nawet całe lata. 

Roxy westchnęła głęboko. Nie po raz pierwszy od chwili podję-

cia się sprawy Spencera żałowała, że nie ma przy sobie Binga. On 
wiedziałby,  co  robić  dalej.  Odszukałby  Charlotte.  Jeśli  chodzi  o 
odnajdywanie  ludzi,  dziadek  wykazywał  niemal  nadprzyrodzone 
zdolności.  Był  jak  pies  gończy,  komputerowy  bank  danych  i  czło-
wiek obdarzony siódmym, telepatycznym zmysłem. 

Roxy pragnęła mieć Binga blisko siebie także z innych powodów. 

Od chwili poznania Spencera odczuwała nieodpartą potrzebę szcze-
rej  rozmowy.  Zarówno  o  samej  sobie,  jak  i  o  życiu.  A  Bingo  był 
jedynym  człowiekiem,  który  ją  rozumiał.  Ludzie  uważali  go  na 
ogół za nieokrzesanego gbura. Poza tym był człowiekiem serdecz-
nym,  kochającym  i  przyzwoitym.  Przynajmniej  wtedy,  kiedy  cho-
dziło o wnuczkę. 

Bingo  był  dobrym  facetem.  Jedynym  człowiekiem,  który  kiedy-

kolwiek powiedział, że ją kocha. Mimo że słowom tym towarzyszy-
ło  często  solidne  szturchnięcie,  Roxy  wiedziała,  że  dziadek  mówi 
prawdę. 

R

 S

background image

133 

 

Ona też go kochała, i to bardzo. Teraz ogromnie go jej brakowa-

ło. Poradziłby, jak ruszyć z miejsca sprawę Spencera. A ponadto nie 
czułaby się tak bardzo osamotniona. 

- Roxy, czy wszystko w porządku? 
Przez chwilę wydawało się jej, że słyszy głos dziadka. Obok niej 

stanął  Spencer.  Uprzytomniła  sobie,  że  z  tym  człowiekiem  nigdy 
nie będzie mogła mieć tak serdecznych i szczerych stosunków jak z 
Bingiem. Nie potrafił jej ani tak kochać jak dziadek, ani zrozumieć, 
ani  tym  bardziej  pocieszyć.  Spencer  Melbourne  był  człowiekiem 
całkiem innego pokroju. 

- Tak, w porządku - odparła po chwili. - Czemu pytasz? 
- Wyglądałaś na zagubioną i trochę samotną. 

Zaprzeczyła ruchem głowy. Miał rację, lecz wcale nie musiał o tym 
wiedzieć. 

- Myślałam o kimś - odrzekła zgodnie z prawdą. 
- Ja robiłem dokładnie to samo. 
Spencer  dawał  do  zrozumienia,  że  mówi  o  niej.  Żeby  nie  było 

nieporozumień, wyjaśniła szybko: 

- Wspominałam dziadka. Bardzo mi go brak. 
- Ach tak. 
Bingo  świetnie  znał  się  na  ludziach.  Rozszyfrowywał  ich  bły-

skawicznie.  Nigdy  nie  zawodził  go  instynkt.  Roxy  odziedziczyła 
wprawdzie  trochę  cech  po  dziadku,  ale  pod  tym  względem  nie 
umiała mu dorównać. Nie nauczyła się także innej, bardzo ważnej 
rzeczy. Trzymać na wodzy własne uczucia. 

Wiedziała, kim jest Spencer i co sobą reprezentuje, nie potrafiła 

jednak potraktować go obojętnie. Zakochała się w nim jak głupiut-
ka nastolatka. Mimo przykrych doświadczeń, ponownie rzucała się 
głową w przepaść. 

- Pomyślałam, że dziadek wiedziałby, od czego rozpocząć poszu- 

R

 S

background image

134 

 

kiwania Charlotte - wyjaśniła Spencerowi. - Bo ja nie mam poję-
cia. Brak mi jakiegokolwiek punktu zaczepienia. Spencer spojrzał 
serdecznie na Roxy. 

- Wierzę w ciebie - szepnął. 
- Zupełnie niepotrzebnie - mruknęła pod nosem. Położył dłonie 

na jej ramionach. Poczuła zawrót głowy. 

Była  bliska  poddania  się.  Zgodzenia  na  wszystko,  co  sten  czło-

wiek  miał  jej  do  zaofiarowania.  No,  na  prawie  wszystko.  Spuściła 
wzrok. Spojrzała na szklaneczkę trzymaną w ręku. Lód dawno się 
stopił. Upiła łyk ciepłego, niesmacznego napoju. 

- Znajdziemy Charlotte - zapewnił ją Spencer. 
- My? - zdziwiła się. - Sądziłam, że to moje zajęcie. 
- Było to twoje zajęcie. Teraz to nasze wspólne zadanie. Roxy z 

trudem pozbierała myśli krążące nieprzerwanie wokół Spencera. 

- Mów za siebie. Prowadzę tę sprawę tylko dla forsy. 
- Nieprawda.  Zależy  ci  na  odnalezieniu  mojej  siostry.  Tak  samo 

jak  mnie.  I  wcale  nie  dla  pieniędzy  -  z  przekonaniem  oświadczył 
Spencer. Zajrzał Roxy w oczy. 

Odwróciła głowę. Wzruszyła ramionami. 
- Dla mnie zwykła sprawa. I tyle. 
Opuścił jedną rękę. Drugą ścisnął Roxy za ramię. 
- Nigdy mnie o tym nie przekonasz. 
- Myśl sobie i rób, co tylko chcesz. 
Zobaczyła  nagle,  że  Spencer  zaczyna  żegnać  się  ze  stojącymi 

obok ludźmi. Pociągnął ją za sobą do wyjścia. 

Po chwili znaleźli się w garażu, gdzie wsiedli do zaparkowanego 

samochodu. Spencer zajął miejsce przy kierownicy. Zamiast jednak 
zapalić silnik, nachylił się w stronę Roxy i wziął ją w objęcia. 

- Co to ma znaczyć? - spytała zaskoczona. 

R

 S

background image

135 

 

- Sama  przed  chwilą  powiedziałaś,  że  mogę  robić,  co  tylko  ze-

chcę  -  przypomniał.  -  A  więc  chcę  pieścić  się  z  tobą  w  samocho-
dzie. Od poprzedniego wieczoru czułem się idiotycznie. Już wiem, 
dlaczego doprowadzasz mnie do szaleństwa. 

- Dlaczego? - mimo woli zapytała Roxy. 
- Przy  tobie  czuję  się  jak  wyrostek.  Zapragnąłem  znów  rzeczy, 

jakich nie robiłem od lat. I takich, jakich nie robiłem nigdy  przed-
tem. - Z żalem spojrzał w głąb wozu. - Żałuję, że nie mam już mo-
jego starego mustanga. Miał większe siedzenia. Wystarczające. 

- Wystarczające? Na co? 
- Och, przecież wiesz - z uśmiechem mruknął Spencer. 
- Nie mam pojęcia, o czym mówisz - skłamała Roxy. 
- Mam ochotę pokonać jeszcze trudniejsze przeszkody - oświad-

czył. Uśmiechnął się szerzej. 

Zanim  Roxy  zdołała  zaprotestować,  pocałował  ją.  Mocno  i  na-

miętnie. W mig ulotnił się cały jej opór. Dłonie Spencera podróżo-
wały teraz niemal wszędzie. Roxy zapragnęła, aby chwila ta prze-
mieniła się w wieczność. 

Całowali się jak szaleńcy. Fakt, że byli tak bardzo do siebie niepo-

dobni i że dzieliło ich morze różnic, jeszcze silniej podniecał Roxy. 

- Czemu  mi  to  robisz?  -  po  chwili  spytała  szeptem.  -  To  czyste 

szaleństwo. Świetnie o tym wiesz. 

- Żadne szaleństwo. Po prostu silnie na siebie działamy. Idealnie 

odpowiadamy na wzajemne pieszczoty. To naturalne. 

- Nie, to jest takie... 
- Jakie? 
Tak namiętnie całował teraz jej szyję, że zaczęła jęczeć. 
- Prymitywne. 
- Naturalne. 

R

 S

background image

136 

 

- Wcale  nie  -  zaprotestowała.  -  Spencer,  to nie  jest  w  porządku. 

Nie powinniśmy tak... 

- Zaufaj mi, Roxy. Zadbam o ciebie. Wiesz przecież, że możesz 

na mnie liczyć, prawda? 

„No, Roxy, zaufaj mi. Wiesz przecież, że zadbam o ciebie, tak jak 

zawsze to robiłem, prawda?" 

Już  kiedyś,  przed  laty,  słyszała  te  słowa.  W  ustach  Spencera 

brzmiały niemal identycznie. 

Na wspomnienie tamtych okropnych chwil Roxy przeobraziła się 

nagle  w  przerażoną, szesnastoletnią dziewczynkę.  Oszukaną przez 
bogatego chłopaka z dobrej rodziny. 

Spencer przypominał jej Reggie'ego! Dopiero teraz uprzytomniła 

to  sobie.  Też  ciężko  oddychał,  miał spoconą  twarz  i  serwował  jej 
słodkie  słówka.  Nawet  samochód,  w  którym  się  znajdowali,  był 
podobny.  Identycznego  koloru,  tej  samej  wielkości  i  takiej  samej 
klasy.  Zapach  skórzanej  tapicerki też wydawał  się  znajomy.  W  ta-
kim to wozie Roxy została obrabowana z najcenniejszych rzeczy. Z 
dziewictwa, niewinności i złudzeń. 

- Roxy? 
W pierwszej chwili nie wiedziała, czyj to głos. Reggie'ego? Nie, 

nie oglądała go przecież od prawie piętnastu lat. Obok siedział te-
raz  Spencer.  A  ona  okazała  się  skończoną  idiotką,  pakując  się  w 
historię identyczną jak przed laty. 

- Roxy, co się stało? 
Próbowała odepchnąć Spencera. Przytrzymał ją mocno. 
- Zostaw mnie! -  wykrzyknęła z niesamowitą wręcz gwałtowno-

ścią. 

Puścił ją natychmiast. Odsunął się i przez parę minut uważnie się 

jej przyglądał. Wreszcie zapytał: 

- Zechcesz, do diabła, wyjaśnić, o co chodzi? 
- Odwieź mnie do domu - zażądała Roxy. 

R

 S

background image

137 

 

Tymi  samymi  słowami  odezwała  się  wówczas  do  Reggie'ego. 

Wydawały się być na miejscu. 

I, identycznie jak Reggie, Spencer pokręcił głową. 
- Nigdzie nie pojedziemy, dopóki nie powiesz, co się stało. 
- Odwieź mnie do domu - powtórzyła. 
- Najpierw wyjaśnisz, o co chodzi. 
- Proszę cię, Spencer... 
Głos  Roxy  nagle  się  załamał.  Drżącą  ręką  zakryła  twarz,  z  naj-

większym wysiłkiem powstrzymując łzy cisnące się do oczu. Tam-
tej nocy, ani późniejszych, które potem nastąpiły, nie płakała. Uda-
ło się jej wreszcie przekonać samą siebie, że postąpiła dobrze. Ko-
chała  i  szanowała  Reggie'ego.  Obdarzyła  go  pełnym  zaufaniem. 
Przyrzekł  się  o  nią  troszczyć.  Obiecał,  że  ją  uszczęśliwi.  Równie 
dobrze mógł obiecać jej gwiazdkę z nieba. 

- Kim był ten facet? 
Ostry głos Spencera jak nóż rozdarł panującą ciszę. 
- Kto? - spytała Roxy. 
- Łajdak, który sprawił, że wystrzegasz się teraz wszelkiego uczu-

cia. Kim on był? 

Westchnęła. Nie było sensu zaprzeczać. Reggie okazał się łajda-

kiem,  który  rzeczywiście  sprawił,  że  potem  jak  ognia  bała  się  ja-
kiegokolwiek bliższego związku z mężczyzną. 

Nabrała głęboko powietrza. 
- Nazywał się Reginald Bleeker Dodds III - oznajmiła matowym 

głosem. - Starczy? - zapytała drwiącym tonem. 

- Nie - odparł Spencer. - Powiedz coś więcej o tym facecie. 
- Dlaczego? 
- Mam prawo wiedzieć. 
- Dlaczego? 
- Zależy  mi  na  tobie.  Jeśli  ktoś  zrobił  ci  krzywdę,  muszę  o  tym 

wiedzieć. 

R

 S

background image

138 

 

- Niby  dlaczego?  -  Roxy  roześmiała  się  nienaturalnie.  -Po  co 

wracać do czegoś, co stało się przed piętnastu laty? 

- Bo to sprawiło, że nie potrafisz być szczęśliwa. 
- Reggie to historia - wyjaśniła martwym głosem. 
- Wobec tego możemy o nim pogadać spokojnie. 
- Nie widzę powodu. To niczego nie zmieni. 
- Skąd wiesz? 
- Wiem. 
- Roxy, mów, co się stało. 

Teraz ona straciła cierpliwość. 

- Przeleciał  mnie  pewien  nadziany  chłopak  z  bardzo  dobrej  ro-

dziny. Jesteś zadowolony? 

- Oszukał  cię  bydlak  i  tylko  dlatego,  że  był  bogaty,  do  końca 

zamierzasz utożsamiać z nim wszystkich innych zamożnych ludzi? 
To nie ma sensu. Daj sobie spokój. 

- To nie wszystko - mruknęła cicho. 
- Wobec tego masz okazję opowiedzieć mi resztę. 
- Klawo.  -  Roxy  rozsiadła  się  wygodnie.  Zapięła  pas  bez-

pieczeństwa.  -  Chcesz  usłyszeć  całe  to  plugastwo?  Pojedziemy  do 
mnie, zrobię nam drinki i opowiem  wszystko. Spodoba ci się moja 
historia, Spencer. Jestem o tym przekonana. 

- Miałeś jechać do mnie, a nie do siebie. 
Bez  słowa  wyłączył  silnik,  zgasił  reflektory  i  rozpiął  pas.  Wy-

siadł, obszedł wóz i otworzył drzwi od strony pasażera. Czekał na 
Roxy. 

- Nigdzie nie pójdę - oświadczyła. - Miałeś odwieźć mnie do do-

mu. 

- Jesteś mi winna noc. 
Ze zdumieniem pokiwała głową. 
- O rany, bezczelności ci nie brakuje. Już jedną ze mną spędziłeś. 

Czyżbyś o tym zapomniał? 

R

 S

background image

139 

 

- Och, nie! Zapamiętam ją do końca życia. Ale była to noc od cie-

bie w prezencie. Dzisiejsza mi się należy. - W oczach Roxy zoba-
czył stalowe błyski. - O ile pamięć mnie nie myli, bardzo ci się po-
dobała - ciągnął niewzruszenie. – Zwłaszcza gdy rozłożyłaś się na 
mnie. 

Roxy  wyskoczyła  jak  strzała  z  samochodu.  Z  pięściami  rzuciła 

się na Spencera. 

- A dziś ja cię rozłożę - dokończył z całym spokojem. 
- Tylko spróbuj, frajerze - warknęła ze złością. 

 

- Drinka? - zapytał Spencer, gdy znaleźli się w domu. 
- Szkocką. Bez lodu i wody. 
- Lubisz to co ja. Jak widzisz, mamy wiele wspólnego. 
- Nic nas nie łączy. 
- Na kogo głosowałaś w ostatnich wyborach? 
- Na demokratów - odparła odruchowo. 
- Ja też. Jakie filmy lubisz najbardziej? 
- Przygodowe. 
- Tak jak ja. 
- Jakiej muzyki słuchasz przed pójściem do łóżka? 
- Jazzu. 
- Ja też. Wiele rzeczy robimy podobnie. 
- Nieprawda. Przecież dwa ostatnie dni były zupełnie różne. 
- I  tu  się  mylisz.  Zaraz  to  udowodnię.  Po  pierwsze,  oboje  rano 

mamy zwyczaj za długo spać i potem spieszymy się okropnie, je-
dząc  byłe  co.  Ale  czasami  traktujemy  śniadania  jak  coś  wyjątko-
wego. Po drugie, spędzamy dużo czasu na rozmowach z maniakami 
i udajemy, że traktujemy ich poważnie. Po trzecie... 

- Spencer, daj spokój. 
- Po  trzecie,  wieczorami  obściskujemy  się  w  wynajętych  samo-

chodach i ktoś nam w tym przeszkadza. Raz nocny strażnik, a raz 

R

 S

background image

140 

 

Reginald Bleeker Dodds III. Po czwarte, pod koniec dnia jak szaleni 
pożądamy  siebie  nawzajem,  ale  nie  robimy  nic,  żeby  zaspokoić 
pragnienie. - Zamilkł wreszcie. 

Roxy  spurpurowiała.  Co  się  z  nią  dzieje?  zastanawiał  się  Spen-

cer. Zobaczył nagle, że zaczęła okropnie drżeć. 

- Zimno  ci?  -  zapytał.  Milczała.  -  Powiedz,  co  się  stało.  -  Miał 

przed sobą nie pewną siebie, energiczną młodą kobietę, lecz przera-
żone, bezbronne, małe stworzenie. 

- Dobrze  -  przystała  wreszcie.  -  Ale  zaraz  potem  pojadę  do  do-

mu. Znajdę ci siostrę. Ale zapamiętaj, jestem dla ciebie tylko pry-
watnym detektywem i od jutra będziesz oglądał mnie wyłącznie w 
tej roli. 

Spencerowi nie spodobał się ton głosu Roxy. Ale, kto wie, może 

on sam też tego zechce? Skinął głową. Postanowił odbyć rozmowę i 
potem zdecydować, co robić dalej. 

R

 S

background image

141 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ DWUNASTY 

- Reggie  pochodził  ze  starej,  zamożnej  rodziny  -  matowym  gło-

sem zaczęła Roxy. - Był przystojny, pełen uroku i seksowny. Jak ty 
- dodała, spoglądając na Spencera. - Był nawet do ciebie podobny. 
Też ciemnowłosy i wysoki. Oczywiście, młodszy, ale gdyby piętna-
ście lat temu postawić was obok siebie, z powodzeniem mogliby-
ście uchodzić za braci. 

- I  to  właśnie  cię  denerwuje?  -  zapytał  Spencer.  -  Nasze  podo-

bieństwo? 

- Jasne, że nie. 
- Więc co? 
Roxy westchnęła ciężko. Unikała wzroku Spencera. 
- Przypominał ciebie także pod innym względem. Lubił rzucające 

się  w  oczy,  kosztowne  samochody.  Podobał  się  ludziom.  Miał  po 
ojcu przejąć stanowisko prezesa w jakiejś radzie nadzorczej. 

- No i? 
- I... i zrobił coś, czego nie powinien. 
- Co? 
- Był  moim  pieiwszym...  no,  wiesz,  kim.  -  Mówiąc  to  czuła  się 

dziwnie zmieszana. 

- Powiedz coś więcej - bez entuzjazmu zaproponował Spencer. 
- Zaczęło się... tamtej nocy. To znaczy wtedy, kiedy... 
- Mów, proszę. 
- Zrobiliśmy to w zaparkowanym samochodzie. - Głos Roxy za- 

R

 S

background image

142 

 

łamał się niebezpiecznie. - Zaczęło się identycznie jak dziś. Jak z 
tobą... Ale ja nie byłam jeszcze gotowa. Krótko znałam Reggie'ego 
i nie chciałam odważyć się na... na pierwszy krok. Ale oboje cało-
waliśmy się. Byliśmy pobudzeni. No, sam wiesz, jak to jest, kiedy 
ma się kilkanaście lat. 

- Zdołałem zapomnieć - warknął Spencer. 
- „Zaufaj mi, Roxy - powiedział wtedy Reggie. - Będę się o cie-

bie troszczył". Oznajmiłam, że mu ufam, ale nie byłam jeszcze psy-
chicznie  przygotowana  na  zbliżenie.  Mimo  to  wziął  mnie.  Bolało 
ogromnie. Była to chyba najgorsza chwila w moim życiu. 

W oczach Roxy dojrzał Spencer rozpacz i rozgoryczenie. Z bez-

silnej  złości  zacisnął  zęby.  Jak  strasznie  ów  łajdak  załatwił  tę  nie-
szczęsną dziewczynę! 

- Dziś nazywa się to gwałtem - stwierdził, siląc się na spokój. 
- Wtedy  specjabie  nie  przejmowałam  się  całą  sprawą  -wyznała 

dalej Roxy. - Chłopak był przystojny, kulturalny i bogaty. Obiecał 
o  mnie  zadbać.  Każda  dziewczyna  dałaby  wiele,  żeby  znaleźć  się 
na moim miejscu. 

- Oprócz ciebie. 
- Wtedy nie byłam jeszcze przygotowana. Na... intymne zbliżenie 

było  dla  mnie  za  wcześnie.  Byłam  przerażona.  Reggie  jednak  to 
zrobił, nie bacząc na nic. 

Przez chwilę w pokoju panowało milczenie. 
- Nie  zostawiłam  go  po  tamtej  nocy  -  ciągnęła  Roxy.  -  Było 

okropnie, lecz uznałam, że tak widocznie musiało być. Dopiero po-
tem  lepiej  poznałam  Reggie'ego.  I  ogromnie  się  rozczarowałam. 
Okazał  się  egoistą  w  każdym  calu.  Dla  mnie  sprawy  przybrały 
kiepski obrót. 

- Co się stało? 

R

 S

background image

143 

 

- Było mi bardzo źle. Coraz gorzej. Czy... czy możemy przestać 

o tym mówić? - ze łzami w oczach spytała zrozpaczona Roxy. 

- Nie, nie możemy. 
- Reggie  był  nieufny.  Kontrolował  mnie  na  każdym  kroku.  Mu-

siał wiedzieć, co robię i z kim się widuję. W moim życiu wszystko 
musiało od niego zależeć. Spotykaliśmy się prawie codziennie. I za 
każdym razem mnie brał. Na swój... własny sposób. - Roxy zamil-
kła. 

- A ty? Co robiłaś? - Spencer był wściekły. 

Westchnęła głęboko. Kilka razy. 

- Sądziłam...  że  go  kocham.  Robiłam  wszystko,  czego  tylko  za-

pragnął. 

- Jak długo to trwało? 
- Trochę dłużej niż rok. 
- A co stało się potem? 

Roxy roześmiała się sztucznie. 

- Och, zakończenie było najlepsze ze wszystkiego. Bo nie ja rzuci-

łam Reggie'ego, lecz on mnie. Pewnego dnia oświadczył, że jest za-
ręczony  z  córką  przyjaciół  rodziny  i  że  wkrótce  się  żeni.  Zarządził 
na ten czas małe rozstanie. Potem, po jego powrocie z podróży po-
ślubnej, mieliśmy spotykać się nadal. Tak jakby nic się nie wyda-
rzyło. 

Roxy  podniosła  wzrok  i  po  raz  pierwszy  spojrzała  na  Spencera, 

który milczał. 

- No, przyznaj, że miałam niewiarygodny fart. Gdyby nie zdecy-

dował  się  na  inną,  stałabym  się  jedną  z  nieszczęsnych  żon,  przez 
całe życie psychicznie i fizycznie maltretowanych przez mężów. 

- Co na to Bingo? - po chwili zapytał Spencer. 
- Widział,  co  się  dzieje.  Nienawidził  Reggie'ego.  Groził,  że  po-

łamie mu kości. Ale uważał, że jestem już dorosła i że sama po- 

R

 S

background image

144 

 

winnam o siebie zadbać. Też tak sądziłam. Jak widać, pomyliliśmy 
się oboje. 

- Czy  po  powrocie  z  podróży  poślubnej  Reggie  nawiązał  z  tobą 

kontakt? 

- Nie. Gdyby nawet chciał, nie miał możliwości. Wyprowadziłam 

się  z  mieszkania,  które  zajmowałam  wspólnie  z  inną  dziewczyną, 
nie zostawiając nowego adresu. 

- A więc to ty rzuciłaś tego wrednego typa, a nie on ciebie. 
- Och,  nie.  Zrobił  to  Reggie.  Ja  byłam  zupełnie  bezwolna.  Mnie 

nie starczyłoby siły. 

- Sama zerwałaś. Okazałaś się mocna. 
- Nie.  Ja...  Spencer,  ty  nic  nie  rozumiesz...  Byłam  niepodzielną 

własnością Reggie'ego. Posiadł mnie pod każdym względem. Przy 
nim byłam nikim. Kompletnym zerem. Wszystkiego się bałam. Tak 
jak dziś przy tobie. 

- Roxy, mnie nie musisz się obawiać. Przecież to, co było wtedy, 

już się nie powtórzy! 

- Spencer, boję się. 
- Nie chcę mieć cię na własność. 
- Naprawdę? 
- Oboje czujemy do siebie dokładnie to samo. Zaczyna się miłość. 

Roxy, myliłaś się co do jednej rzeczy. To, co wyczyniał z tobą Re-
ggie, z uczuciem nie miało nic wspólnego. 

Spencer odruchowo zrobił krok w stronę Roxy, lecz zaraz się za-

trzymał. Nie chciał jej przestraszyć. W tej chwili poprzysiągł sobie, 
że  jeśli  kiedykolwiek  spotka  na  swej  drodze  Reginalda  Bleekera 
Doddsa III, to uczyni wszystko, aby nie przyszedł na świat Dodds 
IV. 

- Roxy, daj mi szansę - poprosił. - Pokażę ci, co znaczy miłość. - 

Podszedł  blisko  i  przytulił  do  siebie  rozdygotaną  dziewczynę.  Po-
żądał jej jak nigdy w życiu. Wiedział jednak, że musi postępować z 
największą rozwagą. I działać powoli. 

R

 S

background image

145 

 

-  Kocham  cię  -  powiedział  miękkim  głosem,  delikatnie  całując 

Roxy w usta. Musiała uwierzyć, że z jego strony nic jej nie zagra-
ża. 

Językiem  zaczął  łagodnie  pieścić  obrzeże  warg.  Mała,  kobieca 

dłoń, zaciśnięta w piąstkę na jego koszuli, rozwarła się powoli. Po 
chwili wsunęła się we włosy Spencera, a potem oparła na jego kar-
ku. 

Kiedy poczuł, że Roxy wyłączyła mechanizmy obronne i zaczęła 

poddawać  się  pieszczocie,  przeciągnął  dłońmi  wzdłuż  jej  bioder. 
Zamrugała  gwałtownie  oczyma.  Przywarł  do  niej  całym  ciałem. 
Oboje jęknęli równocześnie. Pożądali się nawzajem. 

Spencer  wsunął  rękę  pod sweter  Roxy  i  ściągnął  go  z  niej  przez 

głowę. Szybko znów przytulił ją do siebie. Pieścił piersi, kreśląc na 
nich koliste wzory. Potem, nie odrywając warg od ust Roxy, bardzo 
powoli zdjął z niej biustonosz i koszulkę. 

Odsunął głowę. Oddychał ciężko i nierówno. Musiał się uspoko-

ić i opanować rozszalałe zmysły. Pokaże Roxy, jak można się ko-
chać spokojnie i powoli. 

- Nie zrobię ci krzywdy - szepnął jej do ucha. Ukląkł przed stoją-

cą  Roxy.  -  Pragnę  znaleźć  się  w  tobie.  Dlatego,  że  bardzo  cię  ko-
cham. 

Zacisnęła  palce  kurczowo  na  jego  włosach.  W  pierwszej  chwili 

nie  wiedział,  co  to  oznacza.  Spojrzał  w  górę  i  odetchnął  z  ulgą. 
Roxy usiłowała rozpiąć swoje dżinsy. 

- Sam to zrobię - zaofiarował się, kładąc ręce na jej dłoniach. 
Zsunął niebieskie spodnie, a wraz z nimi cienkie majteczki. Roxy 

stała teraz przed nim zupełnie naga. 

Objął  ją  za  kolana  i  przycisnął  twarz  do  podbrzusza.  Zachwiała 

się lekko. Pieścił ją językiem tak długo, aż odkrył najczulsze miej-
sce. 

R

 S

background image

146 

 

Zajęczała głośno. 
- Och, Spencer! 
- Należę do ciebie - wyszeptał. - Rób ze mną, co zechcesz. 
Ręce Roxy znów zacisnęły się mocno na materiale koszuli Spen-

cera. Po chwili uniosła głowę. 

- Weź mnie na górę - poprosiła. 
Porwał ją w objęcia i wniósł na schody. Po drodze rozpinała gu-

ziki u jego koszuli. Zsunęła ją z ramion Spencera i pozostawiła na 
schodach. Spod paska u spodni wyciągnęła podkoszulek. 

Znaleźli  się  w  sypialni.  Spencer  postawił  Roxy  na  ziemi.  Ścią-

gnęła z niego podkoszulek przez głowę. Potem jej palce przeniosły 
się niżej. Pomogła mu pozbyć się reszty ubrania. Dotknęła obnażo-
nego podbrzusza. Nie cofnęła rozwartej dłoni. 

Z wrażenia aż wstrzymał oddech. Całą siłą woli próbował opano-

wać  pobudzone  zmysły.  Roxy  wtuliła  twarz  w  owłosienie  na  jego 
torsie. Czubkiem języka podrażniła sutki. Powoli uklękła na podło-
dze. Obsypywała teraz pieszczotami dolne partie męskiego ciała. 

- Poprzednim razem ty zadbałeś o mnie - powiedziała 

szeptem. - Nadszedł czas rewanżu. 

Pod  wpływem  doznań,  jakie  towarzyszyły  tym  słowom,  umysł 

Spencera  przestał  funkcjonować.  Liczyły  się  tylko  zmysły.  Re-
agowały jak szalone. 

Kiedy po paru chwilach serce o mało nie wyskoczyło mu z pier-

si,  Roxy  podniosła  się  z  kolan.  Spencer  przyciągnął  ją  do siebie  i 
powoli  doprowadził  do  łóżka.  Posadził  na  materacu.  Jedną  ręką 
podparł jej plecy, drugą  rozsunął uda.  Przez  chwilę  delikatnie  pie-
ścił ją palcami. Głośno jęcząc, Roxy półprzytomnie odrzucała gło-
wę na boki.   . 

R

 S

background image

147 

 

Nachylił  się nad nią.  Położył  dłoń  w  miejscu,  gdzie  jak  oszalałe 

biło jej serce. Krzyknęła. Opuścił ją na łóżko i wszedł w nią jednym 
zdecydowanym ruchem. 

Gdy  poczuła  go  w  sobie,  nagle  zamarła.  Po  pierwszej  chwili 

przestrachu okazało się, że jest wspaniałe. Nieporównanie lepiej niż 
przed  laty.  Spencer  ofiarował  jej  część  siebie.  Dał  to,  czego  od 
Reggie'ego nie otrzymała nigdy. Tamten człowiek tylko brał. 

Od  Spencera  już  dostała  tak  wiele.  Teraz  chłonęła  go  każdym 

nerwem swego ciała i wszystkimi porami skóry. Była pewna, że tak 
właśnie  reaguje  osoba  zakochana.  Dzieli  się  sobą.  Życiem i  miło-
ścią.  Roxy  poczuła  się  szczęśliwa.  Pozyskała  siłę  dwóch  ludzi. 
Własną  i  Spencera.  I  od  dziś  żadne  z  nich  nie  musiało  już  dłużej 
walczyć  w  pojedynkę  z  przeciwnościami  życia.  Będą  razem. 
Wspólnie potrafią przenosić góry. 

Spencer wysunął się na chwilę, by zaraz potem znaleźć się jeszcze 

głębiej. Pieścił Roxy między udami. Coraz mocniej. 

Niecierpliwie przyciągnęła go do siebie. Krzyknęła, gdy nastąpi-

ła chwila najwyższego uniesienia. Nigdy w życiu nie przeżyła cze-
goś podobnego. Już teraz wiedziała, jak to jest być w niebie. 

Spencer  padł  na  poduszkę  obok  Roxy.  Wtulił  twarz  w  za-

głębienie jej ramienia. 

- Kocham cię - wyszeptał. - Kocham. 
- Ja też - odparła szczęśliwa. - Ja też. 
Przez  długi  czas  leżeli  w  milczeniu.  Oparty  na  łokciu,  Spencer 

badawczo przyglądał się Roxy. 

- Jesteś o tym przekonana? - zapytał nagle. 
- Aha. 
- Naprawdę mnie kochasz? 
- Aha. 

R

 S

background image

148 

 

- A więc zmieniłaś zdanie? 
- Chyba  nie.  Od  pierwszej  chwili  wiedziałam,  że  już  po  mnie. 

Wpadłam. Ale musiałam sobie wszystko przetrawić. No, i był jesz-
cze Reggie... Zawsze powtarzałam sobie, że nie znoszę przebywać 
w  towarzystwie  ludzi  zamożnych,  bo  mi  go  przypominają.  Przy 
tobie  jednak  od  razu  poczułam  się  dobrze.  Tak...  naturalnie.  W 
domu, w służbowym gabinecie i na przyjęciu. Wszędzie. 

- A  nie  mówiłem,  że  tak  będzie?  -  Spencer  uśmiechnął  się  do 

niej czule. 

- Dałeś mi tak wiele - ciągnęła Roxy. - Nigdy nie dowiesz się, co 

to dla mnie znaczyło. Od śmierci dziadka czułam się okropnie. By-
łam przekonana, że do końca życia pozostanę sama. I... 

Spencer położył palec na ustach Roxy. 
- Ciii. Wiem dobrze, o czym myślisz. Już nigdy żadne z nas nie 

będzie samotne. I bez siostry mam rodzinę. Ciebie. 

- Odnajdziemy Charlotte - z przekonaniem w głosie oświadczyła 

Roxy. - Przyrzekam. 

- Z pewnością ci się to uda. Gdyby jednak... 
- Nie zamartwiaj się na zapas. Zobaczysz, że ją odszukamy. 
- Roxy,  czynisz  mnie  szczęściarzem.  -  Przygarnął  ją  mocno  do 

siebie. - Z tobą przy boku mam wszystko, czego mi potrzeba. Po-
zwól należeć do siebie. 

Uśmiechnęła się lekko. 
- Czyżbyś proponował mi to, o czym myślę? 
- Tak. 
- Wobec tego przyjmuję oświadczyny. 

Spencer roześmiał się głośno. 

- Co powiesz na to, abyśmy przyspieszyli noc poślubną? - zapy-

tał z figlarnym błyskiem w oku. 

- Mniam, mniam. - Zachwycona Roxy mlasnęła językiem. Zaraz 

R

 S

background image

149 

 

potem  jednak  dodała  poważnym  tonem:  -  Ale  jutro  trzeba  będzie 
wstać skoro świt. Pracuję od samego rana. Muszę odnaleźć bliźnia-
czą siostrę pewnego faceta. 

Pocałował ją w szyję. 
- Tak długo czekałem na tę chwilę, że nic się nie stanie, jeśli po-

czekam  jeszcze  trochę  -  oznajmił  wspaniałomyślnie.  -  Nie  przy-
spieszajmy biegu spraw. Niech wszystko odbędzie się  tak, jak być 
powinno. 

Senna Roxy zamruczała z zadowoleniem i wsunęła się głębiej pod 

kołdrę. 

R

 S

background image

150 

 

 

 

 

EPILOG 

- Pospiesz się, Spencer, bo się spóźnimy. 
Po raz ostatni poprawił krawat przed lustrem w łazience. 
- Czyżby to miało dla ciebie jakieś znaczenie? - odkrzyknął  roz-

bawiony. 

- Jasne, że ma. - Z sypialni dobiegł głos Roxy. - Nie zamierzam 

już więcej wysłuchiwać skarg i wyrzekań Edny Bison Morrow Van 
Meter na nasz temat. 

- Bighton, a nie Bison - skorygował Spencer, wysuwając głowę z ła-

zienki i spoglądając na żonę. - Jeśli jeszcze raz tak nazwiesz tę szacow-
ną damę, nigdy więcej nie zaprosi nas do siebie. 

Roxy uśmiechnęła się słodko. Podejrzanie, uznał Spencer. Dopie-

ro teraz przejrzał gierkę ukochanej żony. 

- W  porządku.  Nie  będziemy  przyjmować  dalszych  zaproszeń  na 

bale  maskowe  u  Van Meterów,  organizowane  corocznie  na  cele  do-
broczynne.  Jeśli  chcesz,  zaraz  napiszemy  list  przepraszający,  że  nie 
możemy przyjść, i załączymy solidny czek. 

- Mielibyśmy  zrezygnować  z  pokazania  się  w  naszych  wspania-

łych kostiumach? - zaprotestowała Roxy. 

Spencer uśmiechnął się lekko. Jak zawsze, on i Roxy podchodzili 

do każdej sprawy inaczej. Doroczny bal maskowy u Van Meterów był 
jedną z najokazalszych imprez w całym Dystrykcie Kolumbii. Uczest-
niczyły w niej same osobistości. Sławni przedstawiciele świata poli-
tyki, kultury, biznesu i wojska. 

W tym roku Spencer postanowił wystąpić jako kapitan Kidd i za 

R

 S

background image

151 

 

wypożyczenie  kostiumu  zaprojektowanego  przez  wybitnego  arty-
stę zapłacił masę pieniędzy. 

Roxy  podeszła  do  sprawy  zupełnie  inaczej.  Za  trzy  dolary  kupiła 

używany kask hokeisty. Potem długo buszowała po kuchni i przynio-
sła z niej butelkę keczupu i rzeźnicki nóż. Zamierzała wystąpić jako 
Jason z filmu „W piątek trzynastego". Resztę jej stroju miała stanowić 
podarta i pokrwawiona bawełniana koszulka. Kostium ten miał spo-
wodować  u  innych  gości  reakcję  w  rodzaju:  „Och,  jaka  szkoda,  że 
sami o tym nie pomyśleliśmy". 

- Masz rację, nie możemy stracić takiej okazji. Trzeba pochwalić 

się  naszymi  kostiumami  -  zgodził  się  Spencer,  równocześnie  za-
zdroszcząc Roxy, że pierwsza wpadła na pomysł  przebrania  się  za 
Jasona. 

W  wysokich  butach  i  koszuli  rozchełstanej  na  piersi  niemal  do 

pępka  czuł  się  nieswojo.  Mimo  spojrzenia  Roxy,  które  niedwu-
znacznie wskazywało na to, że chodzą jej po głowie jakieś bezecne 
myśli. 

- Kostiumów nie zmarnujemy. Znajdzie się dla nich jakieś inne za-

stosowanie - oświadczyła z filuterną miną. 

- Na przykład jakie? - podejrzliwie zapytał Spencer. 
- Och,  jeszcze  nie  wiem.  -  Wzruszyła  ramionami.  -  Jako  Sino-

brody wyglądasz całkiem sensownie. 

- Jako kapitan Kidd - sprostował Spencer. - Nie zamierzam mor-

dować żony. 

Uśmiechnęła się lekko. 
- Jeszcze nie? 
- Nigdy. - Spencer podszedł blisko i wziął Roxy w ramiona. - Je-

steś wyjątkowa - oświadczył. - Czy wiesz, że jeszcze nigdy nie ko-
chałem się z kobietą w hokejowym kasku? 

- Mogę zejść do kuchni, odnieść keczup i wziąć na górę kubełek 

bitej śmietany - zaofiarowała się Roxy. 

- Świetny pomysł. Lubię tok twego rozumowania, droga 

R

 S

background image

152 

 

Roxanne Matheny-Melbourne. A czy wiesz, że nigdy jeszcze nie 

kochałem się z kobietą pokrytą bitą śmietaną? Ale to będzie  noc... 
Złożona z samych nowości. 

- A  czy  kiedykolwiek  kochałeś  się  z  kobietą  w  ciąży?  -  z  miną 

niewiniątka spytała Roxy. 

Spencer  otworzył  usta,  żeby  machinalnie  zaprzeczyć,  gdy  nagle 

dotarł do niego pełny sens usłyszanych słów. 

- Co powiedziałaś? 
- Że zamierzasz uwieść przyszłą matkę. 
- Jesteś pewna? 
- Dwa domowe testy wypadły pozytywnie. Trzeci też, u lekarza. 
Spencer  rozpromienił  się. Był  wniebowzięty.  Wkrótce  przekona 

się, jak to jest, gdy zostaje się ojcem rodziny. 

- To załatwia sprawę. Nigdzie nie pójdziemy - skwitował sprawę 

balu. - Tę radosną chwilę uczcimy w domu. W rodzinie. 

- W domu - powtórzyła Roxy, tuląc się do piersi męża. - Przed-

tem  rzadko  używałam  tego  słowa  i  nie  sądziłam,  że  kiedykolwiek 
to się zmieni. 

- W  rodzinie  -  powtórzył  Spencer,  obejmując  żonę.  -  Nigdy  nie 

sądziłem, że kiedykolwiek będę ją miał, 

- Nie  udało  się  nam  jeszcze  odszukać  Charlotte  -  przypomniała 

Roxy. 

- Z  pewnością  ją  znajdziemy  -  zapewnił  Spencer.  -  Będzie  za-

chwycona, że zostanie ciocią. 

- Może urodzą się nam bliźniaki? 
- Może.  Ale  bez  względu  na  to,  co  się  stanie,  już  nigdy  więcej 

żadne z nas nie zazna samotności. 

R

 S


Document Outline