background image

 
 

Vicki Lewis Thompson 

 
 

Seks w Nowym Jorku 

background image

Prolog 

Trudno, musi pożegnać się ze swoimi planami. 

Trudy  Baxter  wzięła  kolejny  plastikowy  kieliszek  weselnego 

szampana  i  obiecała  sobie,  że  nie  podda  się  ogarniającemu  ją 

przygnębieniu.  Cóż,  nie  będzie  już  mogła  wynająć  mieszkania  w 

Nowym  Jorku  wspólnie  ze  swoją  najlepszą  przyjaciółką,  Meg.  Sama 

będzie musiała stawić czoło styczniowej przeprowadzce. 

Przez  sześć  miesięcy  miała  nadzieję,  że  Meg  w  końcu  odwoła 

ślub  z  „chłopakiem  z  miasta",  Tomem  Hennessym.  Jednak  odbył  się 

on  właśnie  dziś  rano,  w  kościele  baptystów,  na  oczach  prawie 

wszystkich  mieszkańców  Virtue  (Nazwa  miejscowości,  z  której 

pochodzi  bohaterka  jest  znacząca.  „Virtue"  to  cnota,  prawość,  a 

określenie „woman of Virtue" może oznaczać „kobietę z Virtue", jak i 

„kobietę  cnotliwą"  (przyp.  tłum.))  w  stanie  Kansas.  A  potem  ci  sami 

ludzie wzięli udział we wspaniałym weselu w Grange Hall. 

Meg  zapewniała  ją,  oczywiście,  że  zawsze  będzie  jej  służyć 

pomocą w Nowym Jorku, ale Trudy wiedziała, że już nigdy nie będzie 

tak, jak to sobie zaplanowały w szkole średniej, gdy obie zdecydowały 

się  na  robienie  kariery  w  wielkim  mieście.  Nie  było  to  winą  Meg. 

Przyjaciółka  wyjechała  z  Virtue  już  trzy  i  pół  roku  temu,  tak  jak 

planowały,  i  rozpoczęła  prawdziwie  wielkomiejskie  życie.  To  Trudy 

się  spóźniła,  nie  mając  serca,  ot  tak,  od  razu  skończyć  z  rodzinnymi 

zobowiązaniami. 

Trudy kończyła więc kurs korespondencyjny i pomagała w domu, 

a  Meg  w  tym  czasie  poznała  Toma  w  trakcie  bożonarodzeniowej 

background image

wyprawy  do  Saks. Mimo  szytego  na  miarę  garnituru  i  mieszkania na 

Manhattanie  stanowił  on  całkowite  zaprzeczenie  wielkomiejskiego 

modnisia.  Trudy  sama  widziała,  jak  dwa  dni  temu  żłopał  piwsko  w 

Pizza Palace, a potem ustawił się wraz ze wszystkimi, żeby odtańczyć 

macarenę.  Uznała,  że  Meg  najbardziej  pociągało  w  nim  pogodne 

usposobienie.  To,  że  przy  okazji  był  uzdolnionym  maklerem 

giełdowym, stanowiło dodatkowy plus. 

Jednak, przy swojej pozycji, Tom musiał stykać się z prawdziwą 

elegancją  i  Trudy  zastanawiała  się,  co  sobie  myślał  o  przyjęciu  w 

Grange  Hall  z  jednorazowymi  obrusami  i  ozdobami  z  bibuły.  Meg 

twierdziła,  że  chciał,  by  wszyscy  czuli  się  swobodnie.  Na  weselu 

podano więc sałatkę owocową zamiast kawioru i różowego szampana 

zamiast Dom Perignon. Wszyscy tańczyli przy muzyce z taśmy, a nie 

zespołu  z  Kansas  City,  a  dzieci  częstowano  M&M  -  sami,  a  nie 

czekoladkami  z  bombonierek  Lady  Godiva.  Tom  wydawał  się 

zadowolony z takiego stanu rzeczy. 

Ale Trudy zżymała się, myśląc o tym, jak Tom naprawdę odbiera 

to  wszystko.  Jego  rodzice  pochodzili  z  małego  miasteczka  w  stanie 

Indiana,  więc  pewnie  im  to  nie  przeszkadzało,  ale  Trudy  z  wyraźną 

ulgą przyjęła wiadomość, że drużba Toma, również makler, nie może 

przyjechać.  Właściwie  nie  powinna  się  cieszyć.  Wietrzna  ospa  w 

wieku  trzydziestu  jeden  lat  musiała  być  czymś  naprawdę  okropnym. 

Poza  tym  Tomowi  brakowało  najlepszego  kumpla.  Jednak  ktoś  taki 

jak 

ów 

Linc 

Faulkner 

zupełnie 

nie 

pasowałby 

do 

tej 

background image

małomiasteczkowej  tandety.  Zwłaszcza  że  jak  dowiedziała  się  od 

Toma, pochodzi z bogatej i ustosunkowanej rodziny. 

 - Hej, Trudy! Czas na jiga! - zawołał Tom z drugiego końca sali. 

- Zatańczysz? 

Jej brat, Kenny, parsknął śmiechem. 

 - Od kiedy to Trudy umie tańczyć jiga? Ponieważ miała na sobie 

długą suknię i chciała uniknąć większej awantury, pogroziła mu tylko 

pięścią. 

 - Cicho! - warknęła. - Widziałam, jak to się robi. 

Niestety,  sama  się  tym  przechwalała  po  paru  piwach  w  Pizza 

Palace.  Pomyślała  jednak,  że  powinna  sobie  poradzić.  Przecież 

oglądała kasetę z lekcją tańca chyba ze sto razy. A potem, w stodole, 

wypróbowała  część  kroków.  Na  drewnianej  podłodze  brzmiały  one 

dokładnie  jak  kroki  Michaela  Flatleya.  Tak  jej  się  przynajmniej 

wydawało. 

 - Stara, wideo to nie to samo, co... 

 -  Potrzymaj.  -  Podała  Kenny'emu  swój  kieliszek.  -  Zaraz 

zobaczysz. 

Na  szczęście  wypiła  akurat  tyle,  żeby  nabrać  pewności  siebie,  a 

nie  stracić  jeszcze  poczucia  równowagi.  Poprawiła  więc  stroik, który 

uporczywie zsuwał jej się na jedno oko, i ruszyła na parkiet. 

Kenny'emu  wydawało  się,  że  jest  taki  ważny,  ponieważ  w 

ostatniej chwili musiał zastąpić chorego Faulknera. Dzięki niewielkim 

przeróbkom  krawieckim  zdołał  nawet  włożyć  jego  smoking.  A 

background image

wiadomo, siedemnastolatek w swoim pierwszym smokingu może być 

prawdziwym utrapieniem. 

Jej  prawie  trzyletnia  siostra,  Sue  Ellen,  zaczęła  klaskać  i  wołać: 

„Za - cy - na - my! Za - cy - na - my!" 

 - Już zaczynam - rzuciła w jej stronę. 

Trudy  sama  ją  tego  nauczyła.  Uwielbiała  malucha,  chociaż  to 

właśnie  z  powodu  siostry  musiała  dłużej  zostać  w  Virtue.  Bez  jej 

pomocy matka zupełnie by sobie nie poradziła z piątką dzieci poniżej 

czternastego  roku  życia.  Zwłaszcza  że  ojciec  dużo  pracował, 

zmuszony zarobić na nich wszystkich. 

 -  Założę  się  o  dziesięć  dolarów,  że  jej  się  nie  uda!  -  wrzasnął 

Clem Hogarth. - Czy ktoś przyjmuje zakład?! 

 -  Nie  szkoda  ci  tych  pieniędzy,  Clem?  -  spytała.  Pewnie  chciał 

się na niej odegrać za to, że zerwała z nim pół roku temu. Powiedział 

jej wtedy, że ma dla niej niespodziankę. Myślała, że zdecydował się w 

końcu  na  wyprawę  do  jakiegoś  odległego  motelu,  on  tymczasem 

zmienił tapicerkę na tylnym siedzeniu swojego samochodu. 

Trudy  powiedziała  mu  wówczas,  że  nie  będzie  się  z  nim kochać 

ani tego wieczoru, ani nigdy. Stwierdziła, że w ogóle nie interesuje jej 

seks w takich warunkach, co dla dziewcząt z Virtue oznaczało celibat. 

Nowy  Jork  to  co  innego.  Coś  zupełnie  innego.  Już  nie  mogła  się 

doczekać. 

 -  Przyjmuję  zakład  - powiedział  Tom.  -  Jeśli  Trudy  twierdzi,  że 

umie tańczyć jiga, to widocznie umie. 

 - Ja też - dorzuciła Meg. 

background image

Uśmiechnęła się do niej i pokazała zaciśnięte kciuki. 

Trudy  rozpromieniła  się,  słysząc  pierwsze  takty  skrzypiec.  Od 

czasów  szkoły  średniej  kierowały  się  z  Meg  jedną  zasadą:  „Jeśli 

czegoś nie umiesz, udawaj, że idzie ci to świetnie do momentu, kiedy 

się  tego  nie  nauczysz".  Jak  do  tej  pory  ta  zasada  świetnie  się 

sprawdzała. 

background image

Rozdział pierwszy 

Sześć miesięcy później 

 - Och, Tommy, masz sos na brodzie. - Meg pochyliła się czule do 

męża i wytarła mu twarz serwetką. 

Tommy!  Linc  skrzywił  się  z  niesmakiem,  pochyliwszy  się 

mocniej nad kawałkiem pieczeni. Mógł tylko dziękować Bogu, że do 

tej  pory  się  nie  ożenił.  Obrzydliwe  zdrobnienia  to  tylko  wierzchołek 

góry  lodowej,  jaką  jest  małżeństwo.  Tom  kompletnie  zwariował, 

kiedy rok temu poznał Meg i zupełnie zapomniał o swoim najlepszym 

przyjacielu.  

Wyrzekł się wszystkiego, co dawniej sprawiało mu przyjemność. 

Przestał grywać z nim w tenisa, poniechał weekendowych wypraw na 

koszykowe  zmagania  Knicksów,  a  nawet  wspólnych  wypraw  na 

mecze  futbolowe.  Po  sześciu  miesiącach  małżeńskiej  idylli  Tom 

zaczął  powoli  normalnieć,  ale  Meg  w  dalszym  ciągu  była  dla  niego 

najważniejsza, co, zdaniem Linca, robiło z przyjaciela mięczaka. 

Tom  spojrzał  z  oddaniem  na  żonę,  która  znajdowała  się  w 

widocznej już ciąży. 

 -  Może  pobrudziłem  się  specjalnie...  Żeby  zobaczyć,  czy  go  nie 

zliżesz. 

Linc odłożył sztućce. 

 -  Jesteście  pewni,  że  nie  wolelibyście  zostać  sarni?  Przecież  to, 

hm, półrocze waszego ślubu. 

Do głowy by mu nie przyszło, że ktoś chciałby świętować coś, co 

wydarzyło  się  zaledwie  sześć  miesięcy  temu.  Jego  rodzice  nie 

background image

obchodzili  żadnych  rocznic.  Matka  mieszkała  na  stałe  w  Paryżu,  a 

ojciec zaszył się  w swojej  wiejskiej posiadłości. Linc usłyszał kiedyś 

określenie „małżeństwo z wyrachowania" i uznał, że doskonale pasuje 

ono  do  jego  rodziców.  Zauważył,  że  to  samo  dotyczy  wielu 

zamożnych małżeństw. 

 - Jeszcze będziemy mieli czas. - Meg mrugnęła do Toma. - Poza 

tym zaprosiliśmy cię, bo mamy dla ciebie niespodziankę. 

 -  Naprawdę?  -  spytał,  zastanawiając  się,  co  im  tam  jeszcze 

zostało. Powiedzieli mu już o dziecku. Chyba że... - Wiem! Będziecie 

mieli bliźnięta! 

Tom zaśmiał się i pokręcił głową. 

 - Ten drugi musiałby się dobrze schować. 

 - Nie, nie spodziewamy się bliźniaków - powiedziała Meg. - Ale 

dostaliśmy album ze zdjęciami ze ślubu. 

 -  Naprawdę?  -  Linc  próbował  się  ucieszyć.  Zdjęcia  ślubne 

działały  na  niego  przygnębiająco.  Ci  wszyscy  zadowoleni  ludzie, 

którzy  tak  naprawdę  nie  wiedzą,  na  co  się  decydują,  działali  mu  na 

nerwy, - Pomyśleliśmy, że zechcesz je obejrzeć, skoro nie udało ci się 

dotrzeć na ślub - zaszczebiotała Meg. 

 - Są naprawdę fajne. - Tom poklepał go krzepiąco po plecach. - 

Brat Trudy wyglądał zupełnie nieźle w twoim smokingu. 

 -  Bardzo  mi  przykro  z  powodu  tej  ospy  -  rzucił  skruszony, 

gotowy przeglądać nawet setki zdjęć. - Kto by pomyślał, że zachoruję.  

Wszystko  dlatego,  że  jego  rodzice  byli  nadopiekuńczy  w 

dzieciństwie. Inaczej przeszedłby ospę w wieku paru czy parunastu lat 

background image

i miałby spokój. Chociaż czasami wydawało mu się, że choroba była 

zrządzeniem  losu,  które  miało  go  uchronić  przed  koszmarem 

ceremonii ślubnej. 

Już  samo  przyglądanie  się  zalotom  kumpla  nie  było  dla  niego 

zbyt  przyjemne.  Kto  wie,  czyby  się  nie  załamał,  widząc  jak  traci  go 

bezpowrotnie.  Bo  przecież  sam  nigdy  nie  zamierzał  się  ożenić. 

Przykład rodziców był dostatecznie odstręczający. 

 -  Trudy  jest  na  wielu  zdjęciach  -  dodała  szybko  Meg.  - 

Myślałam, że zechcesz ją zobaczyć przed jej przyjazdem w przyszłym 

tygodniu. 

 - Ach, tak. - W głowie Linca odezwał się dzwonek alarmowy. 

Meg  odsunęła  swój  talerz  i  pochyliła  się  z  uśmiechem  w  jego 

stronę. 

 - Muszę ci coś wyznać. 

 - Naprawdę? - bąknął Linc. 

Dzwonek  przeszedł  nagle  w  ostre  dzwonienie.  Nienawidził 

wszelkiego  rodzaju  wyznań.  Nie  spodziewał  się  po  nich  niczego 

dobrego. 

 -  Miałam  nadzieję,  że  zaopiekujesz  się  Trudy,  kiedy  przyjedzie 

do miasta. 

Linc  patrzył  na  nią,  zastanawiając  się  jak  uprzejmie  i  taktownie 

powiedzieć jej, żeby się wypchała. Tom skorzystał z chwili przerwy z 

rozmowie. 

 - Nigdy mi o tym nie mówiłaś, kochanie - zwrócił się do żony. - 

O co ci chodzi? 

background image

 - Nie mówiłam, bo bałam się, że zaczniesz się w tym dopatrywać 

różnych ukrytych intencji - wyjaśniła. 

 - Co i tak robię właśnie w tej chwili - mruknął. Linc chrząknął. 

 - No tak, powinniśmy coś jasno ustalić. Umówiliśmy się kiedyś z 

Tomem, że nie będziemy zastawiać na siebie tego rodzaju pułapek. 

 -  Nie  przejmuj  się,  stary  -  wtrącił  Tom.  -  Nikt  nie  będzie  cię 

próbował  usidlić.  Rozmawiałem  o  tym  z  Meg.  Prawda,  kochanie?  - 

spytał zaniepokojony. 

 - Rozmawiałeś - przyznała. 

 -  O,  świetnie.  -  Tom  powoli  odzyskiwał  pewność  siebie.  -  Sam 

widzisz. 

 - Ale to nie jest żadna pułapka - dodała zaraz Meg. - Potrzebuję 

po prostu kogoś, komu można zaufać, żeby się nią zajął. Trudy nawet 

nie  chce  myśleć  o  jakimś  stałym  związku,  po  tym  jak  się 

namordowała ze swoim rodzeństwem - stwierdziła. 

Tom odetchnął z ulgą. 

 - To prawda, że nie miała lekko. Ile ona ma tego rodzeństwa? Nie 

mogłem się ich doliczyć, bo ciągle się gdzieś kręcili. 

 -  Sześcioro  -  odparła  Meg.  -  Razem  z  Trudy  siedmioro  dzieci. 

Ponieważ  jest  najstarsza,  musiała  we  wszystkim  pomagać.  I  ma  już 

tego dosyć. 

 - Siedmioro dzieci! - powtórzył z podziwem Linc. 

Nigdy  nie  znał  rodziny  z  taką  liczbą  dzieci.  Pomijając, 

oczywiście, telewizję, gdzie dawniej oglądał „Więzy rodzinne" i „Bill 

background image

Cosby  Show".  Pewnie  dlatego,  że  w  dzieciństwie  czuł  się  bardzo 

samotny jako jedynak. 

 - Czy... czy to z powodów religijnych? - spytał po chwili. 

Tom mrugnął do niego znacząco. 

 - To dlatego, że w Virtue trudno o inne rozrywki. 

 - Ale przecież można się jakoś zabezpieczyć... 

 - Nie w Virtue. - Tom wskazał żonę. - Oto najlepszy przykład. 

 - Na miłość boską! Przecież znamy metody zapobiegania ciąży i 

w  naszym  miasteczku.  Rodzice  Trudy  mają  po  prostu  bardzo  udane 

dzieci  i  dlatego  nie  mogą  przestać.  A  poza  tym  podejrzewam,  że  po 

cichu  liczyli  na  to,  że  w  ten  sposób  zatrzymają  w  Virtue  najstarszą 

córkę. 

 - Jak rozumiem, to się nie udało - powiedział Linc. 

 - Skoro przyjeżdża... - Meg rozłożyła ręce. - Ale byli tego bliscy. 

Dobrze, że mieliśmy wejścia w Babcock and Trimball, inaczej mogła 

się nie zdecydować. 

Tom znowu chrząknął. Głośniej i aż dwa razy. 

 -  Moim  zdaniem  wystarczy,  że  załatwiłaś  jej  pracę  jako  public 

relations. Nie musisz w to jeszcze ładować Linca. 

 -  Nic  nie  rozumiesz!  Trudy  jest  moją  najlepszą  przyjaciółką. 

Znamy  się  od  trzeciej  klasy.  Obie  marzyłyśmy  o  pracy  w  Nowym 

Jorku,  od kiedy  obejrzałyśmy  „Pracującą dziewczynę".  To  ja  miałam 

jej pomóc, ale w moim stanie to, niestety, niemożliwe. 

 - Rozumiem - mruknął jej mąż. - Ale możesz przecież poprosić o 

to jakąś koleżankę z biura. 

background image

 -  To  delikatna  sprawa.  Nie  wiem,  kogo  miałabym  prosić.  Trudy 

nigdy  nie  była  na  wschód  od  Misisipi.  Zna  tylko  chłopców  ze  wsi. 

Boję się, że narobi tu sobie jakichś kłopotów. 

Linc zaczął się powoli odprężać. 

 -  Chcesz  powiedzieć,  że  nigdy  nie  wyjeżdżała  poza  granice 

stanu? 

Meg potrząsnęła głową. 

 -  Nie.  Kansas  City  to  największe  miasto,  jakie  do  tej  pory 

widziała. Rozumiesz więc chyba, o co mi chodzi? 

 - Tak. Myślę, że tak. 

Ach,  więc  ta  Trudy  to  jakaś  wieśniaczka.  Nie  powinna  stanowić 

większego zagrożenia. 

 -  Poczęstuj  się  jeszcze  -  zachęciła  Meg.  -  Weź  też  trochę 

ziemniaków i surówki. 

 -  Dzięki.  -  Linc  przeniósł  na  swój  talerz  ostatni  kawałek  mięsa, 

wiedząc, że w końcu zgodzi się również zająć Trudy. Nie chciał tylko 

tak  od  razu  składać  broni.  -  Muszę  powiedzieć,  że  cała  sprawa  jest 

jednak dosyć podejrzana - stwierdził po kolejnym kęsie. 

Meg potrząsnęła głową. 

 -  Trudy  naprawdę  nie  interesuje  stały  związek.  Zapewniam  cię, 

że  po  przyjeździe  będzie  miała  wiele  innych  spraw  na  głowie.  Być 

może  jako  jej  przyjaciółka  nie  jestem  obiektywna,  ale  nawet  Tom 

przyzna, że jest fajna i miła, prawda, kochanie? 

 - Tak, ale... 

background image

 -  Zaraz  przyniosę  ten  album  ze  zdjęciami.  Kiedy  wyszła,  Linc 

pochylił się w kierunku przyjaciela. 

 - Posłuchaj, stary, czy to jakaś małpa? - Nie, żeby to miało jakieś 

znaczenie,  ale  wiesz...  Pewnie  w  końcu  się  zgodzę,  ale  chciałabym 

znać prawdę. 

 -  Nie,  nie  jest  ani  brzydka,  ani  niesympatyczna.  Wręcz 

przeciwnie  -  odparł  Tom.  -  Ale  nie  powiedziałbym  też,  żeby  była  w 

twoim typie. Ty lubisz wysokie, reprezentacyjne kobiety, a ona to... - 

szukał przez chwilę określenia - żywe srebro. 

 - Myślisz, że to pułapka? 

 - Meg mówi, że nie. 

Linc wiedział, że  Tom musi być lojalny  wobec żony. Postanowił 

więc zostawić ten temat. W końcu jest w stanie sam poradzić sobie z 

dziewczyną z Kansas. 

 -  Dobrze  -  mruknął.  -  Skoro  jest  energiczna,  powinna  sprostać 

obowiązkom public relations. 

 - Tak. - Tom z ulgą stwierdził, że udało im się wreszcie zmienić 

temat.  -  Na  pewno  da  sobie  radę.  Meg  zmusza  ludzi,  by  jej  słuchali, 

siłą  swego  autorytetu,  ale  Trudy  potrafi  za  to  oczarować  i 

rozśmieszyć. 

Tak  jak  ty,  pomyślał  Linc  i  poczuł,  że  jest  już  zupełnie 

zrelaksowany.  Perspektywa  spędzenia  paru  dni  z  żeńskim 

odpowiednikiem Toma wydała mu się nawet interesująca. 

 -  Ma  ładne,  kręcone  włosy,  dołeczki  w  policzkach  i  uwielbia 

gadać. Bez przerwy o czymś nawija. 

background image

Linc poczuł, że znowu ma wątpliwości. 

 - Powiedz szczerze, potrafi wywiercić dziurę w brzuchu, co? 

 -  Nie,  raczej nie.  -  Tom  potrząsnął głową.  -  Chyba  że  na czymś 

rzeczywiście jej zależy. Wtedy potrafi być bardzo uparta. 

 - Energiczna i uparta - westchnął Linc. 

 -  Są  zdjęcia!  -  zawołała  triumfalnie  Meg  od  drzwi.  Po  chwili 

położyła  przed  nimi  oprawny  w  skórę  album  wielkości  sporej 

encyklopedii.  Linc  zaczął  przeglądać  fotografie.  Natychmiast  poczuł, 

że bolą go zęby, takie były słodkie. Gdyby jeszcze potrafiły zapewnić 

szczęście  nowożeńcom!  A  tak,  były  jedynie  świadectwem 

rozrzutności i obłudy. 

 - To ona, idzie za mną do ołtarza. 

Linc  posłusznie  spojrzał  na  zdjęcie.  Dziewczyna,  którą  zobaczył 

zupełnie  nie  pasowała  do  takiego  starego  cynika  jak  on.  Była  zbyt 

czysta  i  niewinna.  Miała  na  sobie  lawendową  suknię  z  bufiastymi 

rękawkami,  a  jej  uduchowione  oczy  kierowały  się  gdzieś  w  górę. 

Przypominała  raczej  księżniczkę  z  bajki  niż  dziewczynę  z  krwi  i 

kości.  Chociaż  z  drugiej  strony,  w  jej  twarzy  było  coś  wesołego  i 

rzeczywiście  miała  dołeczki  na  buzi  i  loczki.  Wyglądała  bardziej  na 

osobę,  która  marzy  o  białym  domku  z  dużym  ogrodem,  niż  kogoś 

zainteresowanego seksem w wielkim mieście. 

 - Widzisz, jest naprawdę ładna. - Meg wskazała kolejne zdjęcie. - 

Nie będziesz chyba cierpiał, jeśli zabierzesz ją gdzieś parę razy. 

 - Chyba nie - rzekł Linc z ociąganiem, przyglądając się następnej 

fotografii. 

background image

Na innych zdjęciach nie wyglądała już tak słodko jak w kościele, 

a poza tym zauważył, że ma ładny biust i wąskie biodra. Nie wiedział 

natomiast nic o jej nogach, ponieważ suknia druhny sięgała niemal do 

kostek. Oczywiście nie miało to większego znaczenia, chociaż łatwiej 

by mu było ją gdzieś zabrać, gdyby wyglądała przyzwoicie. 

 - Więc zgadzasz się? - - spytała jeszcze Meg. 

 -  A  czy  orientujesz  się,  na  jak  długo  będzie  potrzebowała 

wsparcia? 

 -  Sama  nie  wiem,  ale  pewnie  nie  dłużej  niż  tydzień  lub  dwa. 

Trudy szybko się uczy. 

Linc  skinął  głową.  To  przecież  nie  tak  długo.  Zwłaszcza  że 

dziewczyna  nie  stanowi  zagrożenia  dla  jego  kawalerskiego  stanu. 

Skoro nie uległ kobietom, które znały po trzy języki i nosiły kostiumy 

znanych  projektantów,  z  pewnością  zdoła  się  oprzeć  komuś,  komu 

słoma wystaje z butów. 

 - Mówiłaś, że przyjeżdża w najbliższy czwartek? 

 - Tak - potwierdziła Meg, kartkując album. - W czasie weekendu 

będziemy  pomagali  jej  z  Tomem  w  przeprowadzce.  -  Zerknęła  na 

Linca.  -  Gdybyś  się  do  nas  przyłączył,  szybciej  by  poszło.  I 

moglibyście wieczorem wyskoczyć na pizzę. 

 -  Niech  będzie  -  mruknął  Linc,  nie  bardzo  uważając  na  to,  co 

mówi, ponieważ jedno ze zdjęć w albumie przykuło jego uwagę. - To 

ona? - spytał, wskazując palcem. 

Meg roześmiała się. 

background image

 -  Tak,  we  własnej  osobie.  To  było  pod  koniec  przyjęcia  i  sporo 

już  wypiliśmy.  I  Trudy  chciała udowodnić,  że  potrafi  zatańczyć  jiga. 

Robiliśmy nawet zakłady. 

 -  Tańczyła  okropnie.  -  Tom  ze  śmiechem  pokręcił  głową.  -  Ale 

facet,  który  się  z  nami  założył,  patrzył  tylko  na  jej  nogi,  więc  udało 

nam się wygrać dwadzieścia dolców. 

Ze  zdjęcia  nie  wynikało,  czy  Trudy  tańczyła  dobrze,  czy  źle. 

Natomiast jasne było, że ma wspaniałe nogi. Nic dziwnego, że zdołała 

oczarować nimi jakiegoś chłopaka. Linc poczuł mrowienie na plecach, 

co  mu  się  wcale  nie  podobało.  Stroik  Trudy  opadł  jej  na jedno  oko  i 

wyglądała teraz bardziej jak zalotny elf niż uduchowiona niewinność. 

Aż  chciał  spojrzeć  na  pierwsze  zdjęcie,  żeby  upewnić  się,  że  to  ta 

sama osoba. 

Z  trudem  przełknął  ślinę.  Zaczynał  powoli  rozumieć,  dlaczego 

Meg niepokoiła się o losy przyjaciółki w Nowym Jorku. 

Nowy  Jork!  Nareszcie!  Trudy  uśmiechnęła  się  do  Meg  i  Toma, 

kiedy znaleźli się w podniszczonej windzie. Wjechali na trzecie piętro. 

Tam,  gdzie  znajdowało  się  jej  pierwsze  własne  mieszkanie.  Cały 

dobytek  dziewczyny  znajdował  się  w  torbach,  które  Tom  poustawiał 

na wypożyczonym wózku. 

Co za wspaniała chwila! 

 - Masz klucz? - zwróciła się Meg do przyjaciółki. 

 - Jasne! - Trudy sięgnęła po swój plecaczek, który kupiła wczoraj 

po tym, jak w końcu dotarło do niej, że torebki już zupełnie wyszły z 

background image

mody. - Jest tu, mój skarb. - Ucałowała go siarczyście po wydobyciu z 

kieszonki. 

 - Czy to jakiś rytuał? - spytał Tom. 

 - Niezupełnie -  odparła. - Ale to mój pierwszy klucz do mojego 

pierwszego  mieszkania.  -  Otworzyła  drzwi  na  oścież.  -  Ojej,  jak  tu 

zimno. Trzeba trochę dogrzać. 

Podeszła do termostatu i przekręciła go o parę kresek. 

Mieszkanie  było  zimne,  puste  i  dosyć  szare,  podobnie  jak  cały 

styczniowy  dzień.  Ale  Trudy  była  cała  w  skowronkach.  Na  pewno 

sobie  poradzi.  Zresztą  i  tak  już  dokonała  najważniejszego  zakupu: 

wspaniałe, wielkie łoże z baldachimem. Pracownik sklepu obiecał, że 

dostarczą je jeszcze tego samego dnia. 

Przymknęła  na  chwilę  oczy,  zastanawiając  się,  ile  pieniędzy 

zostało jej jeszcze na koncie. Postanowiła jednak nie przejmować się 

drobiazgami. Gdyby mogła, pokazałaby to łoże Clemowi Hogarthowi, 

żeby  wiedział,  że  nie  interesuje  jej  już  szybki  seks  na  tylnym 

siedzeniu samochodu. 

 - Będzie tu zupełnie ładnie, jak już się zagospodarujesz - rzuciła 

Meg, rozglądając się po pustych kątach. 

 - Oczywiście. - Nagle zauważyła, że Tom przeniósł już wszystkie 

bagaże z wózka. - Dzięki, Tom. 

Posłała  mu  uśmiech.  To  naprawdę  miły  facet.  Meg  dobrze 

zrobiła,  że  za  niego  wyszła.  Zrobiło  jej  się  trochę  głupio,  że  na 

początku  obgadywała  go  przed  przyjaciółką.  Po  prostu  była  trochę 

zazdrosna. 

background image

Spojrzała na przyjaciółkę. Ciężarną przyjaciółkę. 

 -  Powinnaś  usiąść  -  zauważyła.  -  Nie  mam  tu  żadnych  krzeseł, 

ale  możesz  usiąść  na  pudle  albo  walizce.  Powinny  wytrzymać  twój 

ciężar. 

 -  Dziękuję  ci  bardzo  -  rzekła  Meg,  siadając.  -  Też  będę  ci 

dogryzać, jak w końcu wpadniesz. 

 -  Przepraszam,  nie  chciałam,  żeby  tak  wyszło.  Wyglądasz 

naprawdę  ładnie  z  tym  wielkim  brzuchem.  -  Trudy  zakryła  twarz 

dłonią. - O Boże! Znowu palnęłam! Prawda, Tom, że bardzo jej z tym 

do twarzy? 

 - Tak, chociaż nie chce w to wierzyć. 

 - No dobra, zejdźcie już z mojego brzucha - westchnęła Meg. - A 

w  każdym  razie,  zróbcie  coś,  żeby  go  jeszcze  bardziej  napełnić. 

Jestem głodna. Tom, mógłbyś zejść do baru na dół po kanapki? Zaraz 

poszukamy jakichś talerzy. 

 -  Tak, na  pudle  z  naczyniami powinien  być  jakiś napis  -  rzuciła 

Trudy.  -  Pomyślcie  tylko,  mój  pierwszy  posiłek  w  moim  pierwszym 

mieszkaniu. 

 - Mam kupić szampana? - spytał Tom. 

 -  Nie,  bo  byłoby  mi  przykro,  że  Meg  nie  może  pić  z  nami.  Ale 

kup może trochę piwa. Będzie ci szkoda piwa, Meg? - zwróciła się do 

przyjaciółki. 

 - Tak, ale nie tak bardzo jak szampana. Zresztą chętnie napiję się 

bezkofeinowej kawy. 

 - Dobrze, kupię kawę i więcej piwa. Linc też się pewnie napije. 

background image

 - Linc? - Trudy odniosła wrażenie, że już gdzieś słyszała to imię. 

- Kto to taki? 

Tom popatrzył ze zdziwieniem na żonę. 

 - Nic jej nie powiedziałaś? 

 -  Miałam  taki  zamiar.  -  Spojrzała  na  niego  niechętnie.  -  Jak 

wyjdziesz. To rozmowa nie dla chłopaków. 

 - Ale rozmawiałaś przecież z Lincem i wcale nie miałaś... 

 - Tom, kanapki! Wzruszył ramionami. 

 - Dobrze. Chcę tylko powiedzieć... 

 -  Poproszę  o  pastrami  na  krążkach  ryżowych.  Co  dla  ciebie, 

Trudy? 

Wzruszyła ramionami. 

 - Może być to samo. 

 -  Już  idę.  -  Tom  wreszcie  zniknął  za  drzwiami.  Trudy 

natychmiast  zdjęła  kurtkę  i  usiadła  po  turecku  na  podłodze  przed 

przyjaciółką. 

 - Dobra, gadaj. 

 - Wpadłam na wspaniały pomysł! 

 - Mhm. - Trudy odniosła się do tego dosyć sceptycznie. - Chodzi 

o tego Linca, tak? 

 -  Właśnie.  To  ten  facet,  który  miał  być  drużbą  Toma,  ale 

zachorował, pamiętasz? 

Trudy skinęła ostrożnie głową. 

background image

 -  Tak,  przypominam  sobie.  Lincoln  Faulkner.  Pamiętam,  że 

musiałam wykreślić go i wpisać Kenny'ego. Miał ospę. Podobno jego 

starzy są bardzo bogaci. 

 -  Tak.  -  Meg  oparła  się  na  kolanach  i  pochyliła  w  jej  stronę.  - 

Linc  jest  naprawdę  wspaniały.  Ma  uśmiech  chłopca,  ale  jest 

prawdziwym  mężczyzną.  Pracuje  razem  z  Tomem.  Jest  jego 

najlepszym przyjacielem. 

 -  Zaczekaj.  -  Trudy  położyła  dłoń  na  jej  ramieniu.  -  Czy  to  nie 

jest  zbyt  niebezpieczne?  Wiesz,  że  nie  chcę  się  z  nikim  wiązać.  A 

temu Lincowi może zależeć na stałej dziewczynie albo, nie daj Boże, 

żonie. 

 - Nie, nie! Nic podobnego... 

 - Dobrze, ale to przyjaciel Toma. Chcę poznać zupełnie nowych 

ludzi.  -  Potrząsnęła  głową,  żeby  podkreślić  wagę  swych  słów.  -  Czy 

wiesz,  od  ilu  lat  nie  poznałam  nikogo  nowego?!  W  moim  życiu 

brakuje  tajemnicy  i  przygody.  Zamierzam  tego  wszystkiego 

spróbować.  Zrobiłam  sobie  nawet  listę.  Na  początek  chciałabym 

poznać jakiegoś maklera z Wall Street. 

 - To właśnie Linc. Trudy ciągnęła dalej: 

 - A potem artystę, i inżyniera, i strażaka, i jeszcze... 

 - Tak, ale przecież miałyśmy to zrobić razem. 

 -  Rozumiem,  teraz  jesteś  zazdrosna,  bo  nie  masz  już  takich 

możliwości jak ja! 

 - Niczego ci nie zazdroszczę. Boję się tylko, że wpakujesz się w 

jakieś tarapaty. 

background image

Trudy potrząsnęła energicznie głową. 

 - Poradzę sobie. Jestem teraz starsza i mądrzejsza. 

 - A w każdym razie na pewno starsza. 

 - Chcesz powiedzieć, że sobie nie poradzę? Meg spojrzała na nią 

czule. 

 -  Bardzo  długo  czekałaś  na  tę  przeprowadzkę  i  wiem,  że 

chciałabyś teraz sobie użyć.  Ale na początek powinnaś zadowolić się 

kimś takim, jak Linc. Nowy Jork jest zupełnie inny niż Virtue. On ci 

to wszystko pokaże i nauczy, jak się poruszać w tym mieście. 

Trudy zerknęła na nią podejrzliwie. 

 -  Powoli  robisz  się  taka,  jak  moja  matka.  Meg  roześmiała  się 

serdecznie. 

 - Wątpię, czy jakaś matka namawiałaby swoją córkę na spotkanie 

z  Lincem.  Jest  bardzo  przystojny  i  seksowny,  a  przy

  okazji 

potwornie cyniczny i zblazowany. W całym Nowym Jorku nie 

znajdziesz większego uwodziciela. 

 

- Naprawdę? - spytała wyraźnie zainteresowana Trudy. 

 - W dodatku nie chce się angażować w stały związek. 

To  wszystko  brzmiało  coraz  ciekawiej.  Być  może  wcale  jej  nie 

zaszkodzi,  jeśli  przez  tydzień  będzie  się  spotykać  z  maklerem.  W 

końcu  i  tak  zamierzała  od  tego  zacząć.  Musiała  się  jednak  upewnić, 

czy Linc spełnia wszystkie jej wymagania. 

 -  Jesteś  pewna,  że  nie  szuka  żony?  Przecież  jest  przyjacielem 

Toma. 

background image

 -  Tak,  zgadzają  się  w  większości  spraw,  ale  małżeństwo  to 

osobna  kwestia.  Linc  jest  jego  zaciekłym  przeciwnikiem.  Czasami 

mam wrażenie, że tylko czeka, aż coś nam nie wyjdzie z Tomem. 

Trudy wytrzeszczyła ze zdziwienia oczy. 

 - Ale po co? Przecież widać, że doskonale do siebie pasujecie! 

 - Mam wrażenie, że jest to po prostu silniejsze od niego. Pewnie 

ze względu na rodzinę, w jakiej się wychował. Jego rodzice nawet ze 

sobą nie mieszkają. 

 -  Hm.  -  Trudy  podciągnęła  kolana  i  oparła  na  nich  brodę.  - 

Przecież nie można tak uogólniać. 

 - Racja, tyle że Linc tego nie wie. 

 - To smutne - bąknęła Trudy. 

 -  Nie  wszyscy  muszą  się  żenić.  Przecież  sama  postanowiłaś  nie 

wychodzić za mąż. 

 - No, przez jakichś parę lat. Ale potem pewnie jednak zdecyduję 

się na małżeństwo. - Uśmiechnęła się do Meg. - Jak się już wyszaleję. 

 -  Wiedziałam,  że  masz  na  to  ochotę,  i  właśnie  dlatego 

pomyślałam o Lincu, Powinien ci pomóc w czasie pierwszych dni... 

 -  Sama  nie  wiem.  To  trochę  tak,  jakbym  potrzebowała  niańki. 

Chciałabym...  -  Trudy  urwała,  ponieważ  mieszkanie  wypełnił  odgłos 

dzwonka. Skoczyła na równe nogi. - Mój dzwonek! - wrzasnęła. 

Sięgnęła do klamki. 

 - Popatrz najpierw przez wizjer! - zawołała Meg. 

background image

 -  Nawet  jeśli  wiem,  że  to  Tom?  -  spytała  ze  zdziwieniem,  a 

potem  sama  sobie  odpowiedziała:  -  Ale  równie  dobrze  może  to  być 

jakiś psychopatyczny zabójca albo gwałciciel. 

Podekscytowana  aż  klasnęła  w  ręce,  a  potem  pochyliła  się  w 

stronę rybiego oczka. Po chwili odskoczyła od drzwi. 

 - Co się stało? - Meg spojrzała na nią z niepokojem. 

 - To chyba jednak gwałciciel - szepnęła. - Bardzo przystojny. 

 - Ciemnowłosy, wysoki? 

 - Tak. 

 - To Linc. 

 -  Moja  niańka?  -  Jeszcze  raz  wyjrzała  na  zewnątrz.  -  Dżinsy, 

szara bluza, granatowa kurtka. 

 - Wpuścisz go czy nie? 

 - Już wpuszczam. - Przekręciła zasuwę i nacisnęła klamkę. 

Jej  pierwszy  nowojorski  gość  w  jej  pierwszym  nowojorskim 

mieszkaniu. 

background image

Rozdział drugi 

Drzwi się otworzyły i Linc stanął twarzą w twarz z Trudy Baxter 

z  Virtue  w  stanie  Kansas.  Z  tą  jej  otwartą,  pełną  słonecznego  ciepła 

twarzą  na  pewno  nie  wziąłby  dziewczyny  za  mieszkankę  Nowego 

Jorku.  Raczej  za  dziecko,  któremu  ktoś  obiecał  wycieczkę  do 

Disneylandu.  

Wyglądała  na  niewinną  i  kruchą,  czego  można  się  było 

spodziewać  po  kimś,  kto  wychował  się  daleko  od  cywilizacji.  Miała 

upstrzony  piegami  nosek  i  wielkie  zielone  oczy.  Prawie  się  nie 

malowała.  Na  jej  pięknie  wykrojonych  ustach  zostały  jakieś  resztki 

szminki. Nie miała warkoczy ani końskiego ogona, jak się spodziewał, 

ale mimo to wyglądała niezwykle świeżo w dżinsach i dopasowanym 

do figury swetrze. 

Dżinsy wyglądały na stare, ale sweter był nowy. To znaczyło, że 

już  zajęła  się  zakupami.  Linc  nawet  jej  trochę  zazdrościł.  Nie 

pamiętał,  żeby  coś  ostatnio  sprawiło  mu  aż  tak  wielka  frajdę  jak  tej 

dziewczynie przeprowadzka do Nowego Jorku. 

 -  Pewnie  jesteś  Linc  -  rzekła.  -  Meg  mówiła  mi,  że  masz  być 

moją niańką, dopóki nie zadomowię się tu na dobre. 

Uśmiechnął  się  do  siebie,  słysząc  jej  akcent.  Właśnie  czegoś 

takiego się spodziewał. 

 - Czujesz się dotknięta? - spytał.  

Trudy ukazała zęby w uśmiechu. 

 - Trochę. 

background image

Tom  uprzedzał  ją,  że  Linc  to  podrywacz,  który  potrafi  owinąć 

sobie  kobietę  wokół  palca.  Nie  odniosła  jednak  takiego  wrażenia. 

Wyglądał nawet na nieco zbitego z tropu, może dlatego, że tak bardzo 

różniła  się  od  kobiet,  które  znał.  Nawet  Meg,  która  mówiła  z 

podobnym  akcentem,  zachowywała  się  inaczej.  Trudy  w  pełni  zdała 

sobie z tego sprawę w czasie przygotowań do jej ślubu. 

 -  Trudy  nie  ma  się  o  co  obrażać  -  dobiegł  do  nich  głos  z 

mieszkania. - W głębi duszy wie... 

 -  Jedzenie!  -  huknął  tubalnie  Tom.  -  Możecie  się  trochę 

przesunąć?  Trudy,  musisz  się  nauczyć  zamykać  drzwi,  inaczej 

będziesz  ogrzewać  cały  ten  cholerny  korytarz.  Cześć,  Linc.  Wziąłem 

dla  ciebie  pastrami  z  pieczywem  ryżowym  na  wszelki  wypadek.  I 

kupiłem trzy rodzaje importowanego piwa, żeby Trudy miała zapas. 

 -  Trzy  rodzaje?  -  powtórzyła  Meg.  -  A  widziałeś  jej  lodówkę? 

Nie będzie miała gdzie go trzymać. 

Meg podeszła do drzwi i wzięła kanapki z rąk męża. Położyła je 

na kontuarze, który oddzielał miniaturową kuchnię od pokoju. 

 - Mogę je trzymać w szafkach - wtrąciła Trudy. 

 -  Importowane  piwo  nie  jest  złe.  Ale  zaraz,  muszę  jeszcze 

poszukać talerzy. 

Odwróciła się i zaczęła grzebać między pudłami. 

 - Napij się, stary. - Tom podał butelkę kumplowi. 

 - Musimy wypić jak najwięcej, żeby Trudy miała gdzie trzymać 

jedzenie. 

 - Co? A, dzięki. - Linc przyjął piwo. 

background image

W  tym  momencie  za  bardzo  interesowała  go  zawartość  dżinsów 

Trudy,  pochylającej  się nad kolejnymi pudłami,  żeby  zwracać uwagę 

na coś innego. W głębi duszy musiał przyznać, że jest pociągająca. 

 -  Wątpię,  żebym  gotowała.  -  Zaczerwieniona  Trudy  zerknęła  na 

nich przez ramię. - Wolę raczej kupować jedzenie na wynos. 

 - Po jakimś czasie ci się znudzi - stwierdziła Meg. 

 -  Tak,  może  po  paru  latach.  -  Skierowała  wzrok  na  Linca.  -  W 

Virtue nawet do McDonald'sa trzeba jechać trzydzieści kilometrów. 

Powróciła do grzebania wśród pudeł. 

 - No nie, musiałam zalepić ten napis - westchnęła z żalem. - Nie 

mogę znaleźć talerzy. 

 - Daj sobie spokój - powiedział Tom. - Skorzystamy z serwetek. 

Przyniosłem je z baru. 

 - Świetny pomysł - zgodził się Linc. 

Nigdy  jeszcze  nie  uczestniczył  w  czymś  takim.  Tom  był 

najbiedniejszym  człowiekiem,  jakiego  znał,  ale  nawet  on  wynajął 

firmę, która pomogła mu w przeprowadzce. 

 -  Hm,  nie  pomyślałam  o  tym,  żeby  kupić  stół  i  krzesła  - 

westchnęła Trudy. 

 -  Mogę  ci  pożyczyć  stolik  do  gry  i  rozkładane  krzesła  - 

powiedział Linc zupełnie wbrew swojej woli. 

Co  też  najlepszego  zrobił?  To  nie  był  dobry  sposób  na  to,  żeby 

szybko wyplątać się z tej znajomości. 

 -  Wspaniale,  dzięki.  -  Uśmiechnęła  się  do  niego  ponownie.  - 

Trochę za dużo wydałam na łóżko, więc muszę teraz oszczędzać. 

background image

Więc  na  tym  jej  przede  wszystkim  zależy,  pomyślał  Linc.  Na 

łóżku.  Na  miłość  boską,  co  się  z  nim  dzieje?!  Czyżby  zaczęły  go 

podniecać kobiety, które wydają wszystkie pieniądze na zakup łóżka?! 

 -  A  właśnie,  kiedy  mamy  się  spodziewać  tego  maleństwa?  - 

spytał Tom. 

Trudy spojrzała na zegarek. 

 - Lada moment. 

Tom westchnął i spojrzał na Linca. 

 - Będziesz mógł mi pomóc je złożyć? W sklepie chcieli, żeby za 

to  dopłacać,  więc  powiedziałem  Trudy,  że  jakoś  sobie  poradzimy, 

skoro ma narzędzia. 

 -  O,  z  przyjemnością  -  odparł  Linc,  chociaż  nie  miał 

najmniejszego pojęcia, jak to się robi. 

Sam nigdy nie miał problemów finansowych. Najpierw korzystał 

z funduszu powierniczego, który  założyli mu rodzice, a potem, kiedy 

zaczął pracować, mógł już się sam utrzymać. 

Jednak  wcześniej  widział,  jak  Tom  i  Meg  cieszyli  się  ze  swego 

sukcesu.  Pracowali  ciężko,  nie  mając  żadnych  zabezpieczeń 

finansowych, i w końcu dopięli swego. Miał nadzieję, że Trudy też to 

czeka. 

W czasie paru lat znajomości z Tomem wypili morze piwa i parę 

jezior innych alkoholi, a także grywali w tenisa i chodzili do różnych 

klubów, ale nigdy niczego nie składali. Nawet domku dla lalek. Linc 

chciał  się  nawet  do  tego  przyznać,  milczał  więc,  czekając  na  dalszy 

rozwój wypadków. 

background image

 -  Tak  sobie  pomyślałam,  że  wy  zajmiecie  się  łóżkiem,  a  ja  z 

Trudy  zacznę  rozpakowywać  te  wszystkie  rzeczy.  -  Meg  wskazała 

pudła. - Zanim się obejrzymy, wszystko będzie gotowe. 

 - Tak, gotowe - powtórzyła Trudy, wyraźnie z tego zadowolona. 

- Nie wiem, czy zauważyłeś, Linc, ale przez to okno widać drzewa w 

Central  Parku.  Na  razie  są  gołe,  ale  wiosną  będzie  tu  naprawdę 

przyjemnie. 

 - Tak, na pewno - potwierdził. 

Nie chciał mówić, że to aż cała przecznica od parku. Dziewczyna 

przechyliła trochę głowę. 

 - Hej, słyszycie? 

 -  Co  takiego?  -  Meg  wypiła  trochę  przyniesionej  przez  Toma 

kawy. 

 -  Samochody!  Posłuchajcie,  jaki  tu  ruch  uliczny.  Autobusy, 

taksówki,  limuzyny,  samochody  dostawcze...  Dzisiaj  sobota,  a  mimo 

to jeżdżą. Słyszałam je nawet w nocy. 

Tom westchnął. 

 - Niestety, nic na to nie można poradzić. 

 - Przygotuję ci jakieś zasłony. To powinno nieco wytłumić hałas 

- dodała Meg. 

 - Poza tym już niedługo się do tego przyzwyczaisz - zapewnił ją 

Linc. 

Trudy wytrzeszczyła na nich swoje zielone oczy. 

 - Wcale nie chcę się do niego przyzwyczaić! Uwielbiam hałas! 

Linc spojrzał na nią z niedowierzaniem. 

background image

 - Ludzie czasami mówią, że hałas im nie przeszkadza albo że się 

przyzwyczaili, ale nie spotkałem jeszcze nikogo, kto by go lubił. 

 - Nie powiedziałam, że go lubię, ale uwielbiam. 

 - Zmrużyła oczy, wpatrując się w Linca. - Czy mieszkałeś kiedyś 

na wsi albo w małym miasteczku? 

 - Oczywiście. 

Zarówno we Francji, jak i wzdłuż wybrzeża Hiszpanii. A także w 

tych  najbardziej  malowniczych  w  północnej  Kalifornii,  położonych 

wśród tamtejszych winnic. Nie mówiąc już o wioskach w Szwajcarii, 

które  wspominał  ze  szczególnym  sentymentem.  Dorastał  w 

posiadłości  położonej  w  małym  miasteczku  koło  Nowego  Jorku,  ale 

miał  w  zasięgu  dwudziestu  kilometrów  wszystkie  wielkomiejskie 

atrakcje. 

 -  Więc  powiedz  szczerze,  czy  wolałbyś  mieszkać  w  małym 

miasteczku,  gdzie  znasz  wszystkich  i  gdzie  nic  się  nie  dzieje,  czy  w 

mieście? 

 - W mieście - odparł, chociaż podejrzewał, że z zupełnie innych 

powodów. 

 - A widzisz! - triumfowała dziewczyna. 

 - A ja chciałbym mieszkać i tu, i tu - wtrącił Tom. 

 - To moje największe marzenie. Chciałbym mieć tyle pieniędzy, 

żeby kupić sobie letni domek z dobrym dojazdem do Nowego Jorku. 

 - Ale nie będzie to wówczas takie miasteczko jak Virtue - dodała 

Meg,  która  do  tej  pory  była  zajęta  swoją  kanapką.  -  U  nas  nikt  nie 

dojeżdżał do pracy w mieście. To coś zupełnie innego. 

background image

 -  Zupełnie.  -  Trudy  odstawiła  butelkę  z  resztką  piwa.  -  Nikt  w 

Virtue nigdzie nie dojeżdża. Wszyscy mieszkają, pracują i kochają się 

na miejscu. Dlatego cieszę się, że stamtąd wyjechałam. 

To musi być jakieś straszne zadupie, pomyślał Linc. 

 - Virtue wcale nie jest takie złe - łagodził Tom. - Świetnie się tam 

bawiłem. 

 - Tu mam najlepszy dowód. - Meg pogładziła swój brzuch. 

 -  I  te  wszystkie  boczne  drogi  są  świetne,  jeśli  ma  się  ochotę  na 

seks. 

Meg wywróciła oczami. 

 -  Aż  mi  się  nie  chce  wierzyć,  że  miałeś  na  to  ochotę.  Taka 

niewygoda! 

 -  Wiesz,  seks  na  tylnym  siedzeniu  samochodu  jest  tak 

amerykański, jak Disney i McDonald's - dowodził Tom. - Jest w tym 

cała  gama  uczuć:  podniecenie,  świadomość,  że  się  próbuje 

zakazanego owocu, strach, że cię złapią. Prawda, Linc? 

 - Ee, tak. 

Linc  nigdy  nie  kochał  się  z  dziewczyną  w  samochodzie  i  teraz 

zaczynał  tego  żałować.  Domyślił  się,  że  Trudy  próbowała  już  tego 

zakazanego  owocu.  Pewnie  złamała  serca  paru  chłopakom  z  Virtue. 

Być  może  właśnie  w  tej  chwili  ktoś  orał  pole  i  tęsknił  za  jej 

kształtnym ciałem. Zaraz, czy pola orze się w styczniu? Linc nie miał 

o  tym  pojęcia,  ale  facet  na  traktorze  wydał  mu  się  niezwykle 

malowniczy. 

background image

Niestety,  cała  ta  rozmowa  o  kochaniu  się  w  samochodzie 

podsunęła  mu  obraz  półnagiej  Trudy  na  skórzanym  siedzeniu  jego 

luksusowego merca. Fala podniecenia przebiegła przez całe jego ciało. 

A Linc wcale nie chciał być podniecony. 

W tym momencie zadzwonił dzwonek i Trudy skoczyła na równe 

nogi. 

 - Łóżko! - krzyknęła, podbiegając do drzwi. 

 - Najpierw wizjer - przypomniała jej Meg. 

 -  Dobrze...  E,  otwieram.  Już  nie  mogę  się  doczekać.  Linc 

pochylił się do Meg i zniżył głos: 

 - Czy ona zawsze jest taka? 

 - To znaczy, jaka? Przysunął się jeszcze bliżej. 

 - No wiesz, taka... nabuzowana. 

 -  Dzisiaj  jest  bardzo  podniecona  z  powodu  tych  bagaży  i  łóżka, 

ale rzeczywiście jest bardzo energiczna. - Spojrzała mu prosto w oczy. 

- Mówiliśmy ci, żywe srebro. 

Trudy  nie  mogła  uwierzyć  swojemu  szczęściu.  Dopiero  się 

przeprowadziła do Nowego Jorku, a już miała w łóżku faceta takiego, 

jak  Linc.  Co  prawda,  wlazł  on  do  tego  łóżka,  a  raczej  do  ramy,  na 

której  miało  być  osadzone,  po  to,  żeby  pomóc  Tomowi  przy  jego 

montażu, ale był to już pierwszy sukces. Poza tym zakładała, że skoro 

Linc pojawił się niemal natychmiast, to w mieście pełno jest facetów 

jej marzeń. 

 -  Widzę,  że  ci  się  spodobał  -  rzuciła  Meg  od  zlewu.  Płukała 

właśnie kolejne, podawane jej przez Trudy naczynia i ustawiała je na 

background image

suszarce.  Zdecydowały,  że  zrobią  to  ręcznie,  bo  zmywarka  i  tak  nie 

pomieściłaby tego wszystkiego. 

 -  I  pewnie  domyślałaś  się,  że  tak  będzie.  -  Trudy  wyjęła  już 

ostatnie naczynia i teraz zabrała się do przecierania wiszących szafek. 

- Wygląda jak Harrison Ford w „Pracującej dziewczynie". 

 - Powinnaś go zobaczyć w trzyczęściowym garniturze. 

Trudy spojrzała w dół i uśmiechnęła się do Meg. 

 - Nie wiem, czy takie uwagi przystoją mężatce przy nadziei. 

 - Przecież wciąż mam oczy. Tyle mojego, co sobie popatrzę. 

 - Daj spokój, przyznaj, że jesteś trochę zazdrosna, bo ja dopiero 

zaczynam, a ty masz to już za sobą. 

 - Nic podobnego. 

 -  No,  chociaż  odrobinę.  -  Trudy  przetarła  półkę  papierowym 

ręcznikiem. - Dlatego tak się pasjonujesz tą całą sytuacją. 

 -  Wiem,  że  mi  nie  uwierzysz,  ale  jest  mi  w  tej  chwili  lepiej  w 

łóżku  niż  wtedy,  kiedy  mogłam  się  kochać  z  kim  chciałam  - 

odparowała Meg. 

 -  Nie  wierzę!  -  Trudy  skończyła  przecieranie  szafek  i  zaczęła 

schodzić z blatu. - Sprawdźmy lepiej, co robią panowie - powiedziała, 

odkładając ściereczkę. 

Jednak, zanim zdołały przejść do pokoju, w drzwiach pojawił się 

Tom. 

 - Nic z tego. Nie pasuje. 

 - Chcesz powiedzieć, że przysłano mi złe części? 

Tuż za Tomem pojawił się Linc z śrubokrętem w dłoni. 

background image

 - Nie, części pasują. - Tom wytarł zroszone potem czoło. - Są jak 

najbardziej w porządku, nie, Linc? 

 - No jasne. 

 - Ale łóżko nie pasuje do tego pokoju. Jest za duże. 

 - Pokażcie. - Trudy odepchnęła ich i przeszła do swojej Sypialni. 

Już  od  progu  zauważyła,  że  Tom  ma  rację.  Szerokie  wezgłowie 

po prostu nie mieściło się w miniaturowym pokoju. 

 - Nie rozumiem - powiedziała. - Przecież to jest sypialnia. Czemu 

nie chce się tutaj zmieścić zwykłe łóżko? 

 -  Zwykłe  pewnie  by  się  zmieściło  -  mruknął  Tom.  -  Ale  to 

wygląda  tak, jakbyś  chciała  na nim przenocować  całą  swoją  rodzinę. 

Po co ci takie łoże, Trudy? 

 - Po prostu ładnie wyglądało w sklepie meblowym. 

Nie miała zamiaru zdradzać prawdy. Zresztą wątpiła, czy Tom by 

ją  zrozumiał,  skoro  tak  lubił  kochać  się  w  samochodzie.  Ona  jednak 

chciała mieć do tego jak najwięcej przestrzeni. 

Meg spojrzała jej przez ramię. 

 -  Może  zadzwonisz  do  sklepu  i  spytasz,  czy  nie  mają  czegoś 

mniejszego w tym samym stylu. 

 -  Nie  chcę  niczego  mniejszego.  -  Trudy  podjęła  już  decyzję.  - 

Ustawimy je w salonie. 

Wszyscy  wyglądali  na  trochę  zdziwionych,  ale  na  szczęście 

mężczyźni  od  razu  zabrali  się  do  roboty  i  nikt  nie  kwestionował  jej 

decyzji. 

background image

 -  Możecie  je  przystawić  do  tamtej  ściany,  żeby  widać  było 

drzewa w Central Parku? 

 -  Jasne  -  odparł  Tom.  -  Chodź,  Linc,  pójdziemy  po  następne 

części. 

Trudy  lubiła  patrzeć  na  pracujących  mężczyzn.  Prawdopodobnie 

sama  poradziłaby  sobie  ze  złożeniem  łóżka,  ale  bała  się,  że  niektóre 

części  mogą  być  dla  niej  za  ciężkie.  Poza  tym  cieszyło  ją  to,  że  jej 

łóżko  składały  dwa  rekiny  nowojorskiej  finansjery.  Przynajmniej 

będzie miała o czym opowiadać w przyszłości. 

Cieszył ją też widok bicepsów i pośladków Linca.  

Meg stanęła tuż za nią. 

 - Widziałam, jak na niego patrzysz - szepnęła. 

 - Chętnie bym go schrupała. 

 - Nikt ci nie będzie przeszkadzać. 

 - Podaj mi kombinerki - poprosił Tom przyjaciela. 

 -  Nie  sądzę,  żeby  Linc  miał  ochotę  na  dziewczynę  ze  wsi. 

Przywykł pewnie do... 

Zaniemówiła,  widząc  narzędzie,  jakie  Linc  podał  Tomowi.  Nie 

były to wcale kombinerki, tylko wielki klucz francuski. Tom spojrzał 

na  narzędzie  i  pokręcił  głową.  Następnie  narysował  coś  obłego  w 

powietrzu.  Linc  natychmiast  odłożył  klucz  francuski  i  wyjął 

kombinerki. Tom skinął z uznaniem głową. 

Trudy  wymieniła  spojrzenie  z  Meg.  To,  co  przed  chwilą 

zobaczyła,  wymagało  wyjaśnienia.  Meg  wskazała  głową  sypialnię, 

background image

chcąc  jej  pokazać,  że  tam  będą  mogły  spokojnie  porozmawiać. 

Starannie zamknęły za sobą drzwi. 

 -  To  niesamowite!  Linc  nie  odróżnia  klucza  francuskiego  od 

kombinerek?  -  zaśmiała  się  Trudy.  -  Nie  znałam  jeszcze  nikogo 

takiego. 

 -  Co  ważniejsze,  nie  chce  się  przed  tobą  z  tym  zdradzić.  To 

znaczy, że zależy mu na twojej opinii. 

 -  I  co  mam  z  tym  zrobić?  -  Trudy  czuła,  jak  serce  bije  jej  z 

podniecenia. 

 - Czy muszę ci mówić? - Meg przycisnęła dłonie do wydatnego 

brzucha. 

 - Nie jestem jeszcze gotowa. 

 - Dlaczego nie? Myślałam, że właśnie na tym ci zależy. 

 -  To  prawda,  ale  nie  chciałabym  wszystkiego  zepsuć  od  razu na 

początku. Zwłaszcza z kimś takim, jak Linc. Z czasem nabiorę ogłady, 

ale na razie jestem tym, kim jestem. 

 -  Pamiętasz  naszą  zasadę?  Udawaj,  zanim  nie  zaczniesz  tego 

robić dobrze. Przecież nie masz nic do stracenia. 

 -  A  moja  duma,  to  co?  Nie  mogłabym  ci  spojrzeć  w  oczy, 

gdybym  skrewiła.  -  Wyciągnęła  ręce  na  boki.  -  Jestem  przecież 

zwykłą dziewczyną z Kansas. 

 - Nie taką znowu zwykłą. Wykazałaś wielki hart ducha, że się tu 

w końcu znalazłaś. 

 -  Być  może  mam  nawet  parę  zalet,  tylko  że  ich  nie  widać. 

Natomiast doskonale widać to, że nie jestem z miasta. 

background image

Meg nie mogła temu, niestety, zaprzeczyć. 

 - Posłuchaj, przecież to tylko facet.. Wystarczy,  że postarasz się 

być dla niego miła. 

 -  Wolałabym  wypróbować  to  po  raz  pierwszy  z  kimś,  kto  nie 

będzie  wiedział,  że  pochodzę  z  Virtue  w  stanie  Kansas  i  że  miałam 

trzydzieści kilometrów do najbliższego McDonald'sa. Meg westchnęła 

ciężko. 

 - Zaręczam, że Linc w ogóle nie będzie o tym myślał - rzuciła. 

 - Dobrze, spróbuję - mruknęła Trudy. 

background image

Rozdział trzeci 

 

- Widziała mnie z tym cholernym kluczem francuskim - mruknął 

Linc, patrząc na Toma. 

 -  Nic  wielkiego.  -  Tom  kończył  dokręcanie  drugiego  boku  do 

wezgłowia. 

 -  Założę  się,  że  śmieje  się  ze  mnie  w  kułak  -  rzekł  płaczliwie 

Linc.  -  Jest  jedyną  kobietą,  jaką  znam,  która  ma  skrzynkę  z 

narzędziami. 

 - A ona nie zna pewnie nikogo, kto ma własny pakiet akcji, więc 

się trochę wyluzuj. A poza tym, co się tak nią przejmujesz? 

Tom, jak zawsze, trafił w sedno. Musiał więc kłamać. 

 - Masz rację, wcale się nie będę nią przejmował. 

 - To dobrze. Potrzymaj tutaj, muszę to dokręcić. 

 - Jasne. - Linc kopnął płat styropianu i klęknął przy  wskazanym 

miejscu. - Chodzi po prostu o to, że  mam się nią opiekować. Trudno 

opiekować  się  kimś,  kto  ma  o  tobie  nie  najlepsze  mniemanie. 

Rozumiesz, o co mi chodzi? - Złapał wskazany fragment okucia. 

 -  Przecież  masz  jej  pokazać  Nowy  Jork  -  odparł  Tom.  -  To  nie 

kurs majsterkowania. 

 - Tak, racja. 

Rozmowa  robiła  się  coraz  bardziej  krępująca  i  dlatego  Linc 

zmienił  temat  i  zaczął  mówić  o  łóżku  wyposażonym  w  wysokie 

kolumny, na których miał zawisnąć baldachim. 

Linc poklepał jedną z nich. 

 - Robi wrażenie - mruknął. 

background image

 -  Nie  mam  pojęcia,  dlaczego  Trudy  zdecydowała  się  na  tego 

mamuta. 

 -  Może  chce  tu  urządzać  orgie  -  rzucił  Linc  i  ta  myśl  wcale  mu 

się  nie  spodobała.  W  ogóle  nie  odpowiadało  mu  to,  że  od  jakiegoś 

czasu bez przerwy myśli o seksie. 

 -  Mam  nadzieję,  że  nie  -  powiedział  Tom.  -  Meg  wcale  nie 

byłaby z tego zadowolona. 

 - Ja chyba też - dodał Linc, zanim zdołał się zorientować, że nie 

powinien tego mówić. 

Sam  był  szalenie  konserwatywny  w  tym  względzie  i  nie 

dopuszczał  do  siebie  myśli,  że  mógłby  to  robić  więcej  niż  z  jedną 

partnerką  naraz.  Nie  miał  jednak  pojęcia,  jakie  myśli  lęgły  się  w 

szalonej  głowie  Trudy.  Wydawało  mu  się,  że  zna  kobiety,  ale  przy 

niej czuł się zupełnie zagubiony i niepewny. 

 -  Powinieneś  wczuć  się  chyba  w  jej  sytuację  -  ciągnął  Tom, 

zabierając  się  za  dokręcanie  kolejnych  okuć.  -  Miała  przecież 

sześcioro  rodzeństwa  i  podejrzewam,  że  musiała  dzielić  łóżko  z 

siostrami. Co to za życie dla dwudziestoparoletniej dziewczyny! 

 - Na pewno frustrujące - przyznał Linc. 

Pomyślał,  że  Trudy  zechce  sobie  teraz  odbić  lata  seksualnej 

abstynencji, i wcale mu się to nie spodobało. 

 -  W  miasteczkach  takich  jak  Virtue  nie  ma  zbyt  wielu  okazji, 

żeby się zabawić we dwoje. Są tylko samochody, o których mówiłem, 

ale  żadnych  hoteli.  A  nawet,  jak  coś  jest,  to  i  tak  wszyscy  cię  tam 

znają. 

background image

 - To okropne. 

 - Moi starzy mówili, że Virtue przypomina im lata pięćdziesiąte. 

- Tom przesunął się dalej. 

Linc  wiedział  już,  co  ma  robić,  dlatego  bez  dalszej  zachęty 

podtrzymywał kolejne części łóżka, pomagając kumplowi. 

 - Chyba nie byłem nigdy w takim miasteczku - westchnął Linc. 

 -  Ja  myślę.  Wyobraź  sobie,  że  mogłem  spędzić  z  Meg  dopiero 

noc  poślubną.  Wcześniej  spałem  na  rozkładanej  kanapie  na  dole  i  w 

ogóle nie mogłem się do niej zakraść. Podłoga skrzypiała jak cholera, 

a podejrzewam, że jej matka rozmieściła też miny. 

 - Zadziwiające! 

W świecie bogatych nie było takich problemów. Kiedy Linc zdał 

egzamin  na  prawo  jazdy,  dostał  też  od  rodziców  złotą  kartę 

uprawniającą  do  wynajmowania  domków  i  apartamentów  w 

spokojnych  pensjonatach.  Rodzice  w  ogóle  się  nim  nie  interesowali. 

Bardziej  zajmowały  ich  sprawy  rozpadającego  się  małżeństwa. 

Czasami  na  jakiejś  potańcówie  ktoś  mówił,  że  starzy  kazali  mu 

wcześniej  wrócić,  a  Linc  żałował,  że  nigdy  nie  dostał  podobnego 

polecenia. 

 - 

To 

zabawne, 

że 

nasze 

pierwsze 

dziecko 

zostało 

prawdopodobnie poczęte na tylnym siedzeniu dodge'a rodziców Meg - 

ciągnął Tom. - To mi przypomina piątkowe wieczory po dyskotekach. 

Ale u ciebie pewnie było podobnie. 

Linc spojrzał w stronę zamkniętych drzwi do sypialni i przysunął 

się do przyjaciela. 

background image

 -  Nigdy  nie  uprawiałem  seksu  w  samochodzie  -  szepnął 

konfidencjonalnie. 

Tom aż otworzył usta ze zdziwienia. 

 - Żartujesz chyba! Nawet w tej twojej limuzynie? 

 - Daj spokój! Przecież Cecil siedział za kierownicą. 

 - Pal licho Cecila. - Tom wrócił do pracy. - Planowaliśmy nawet 

z Meg wynajęcie limuzyny. To byłoby lepsze niż dodge. 

 -  Myślę,  że  żadna  z  dziewczyn,  z  którymi  chodziłem,  nie 

zgodziłaby  się  na  coś  podobnego.  -  Linc  wolał  to  powiedzieć  niż 

przyznać, że nigdy nawet nie zastanawiał się nad taką ewentualnością. 

 - Szkoda. To zupełnie niezwykłe doświadczenie. Przypomniałem 

to sobie dokładnie z Meg. 

 - Cóż, tak się złożyło. 

Linc pomyślał o Trudy. Na pewno by na to poszła. Tyle że on nie 

planował aż tak bliskiej znajomości. 

 - Spróbujesz? - Tom wyciągnął w jego stronę kombinerki i dużą 

śrubę. 

Linc wahał się, ale krótko. 

 -  Może  być.  -  Próbował  naśladować  Toma  i  wkrótce  śruba 

znalazła  się  na  swoim  miejscu.  Nie  sądził,  że  sprawi  mu  to  aż  taką 

radość. - Kto by przypuszczał, że pieprzenie się z takim łóżkiem może 

dać tyle satysfakcji - westchnął na koniec. 

Tom machnął ręką. 

background image

 -  Wolę  to  robić  „w",  a  nie  „z"  -  mruknął.  -  Ale  skoro  tak  ci  się 

podoba, to może podokręcasz szyny  łączące te słupy, żebyśmy mogli 

na nich zawiesić baldachim. 

Linc spojrzał w górę. 

 - Ba, ale jak to zrobić?! 

Tom wskazał na kilka nierozpakowanych pudeł. 

 - Sądząc po ciężarze, są pełne książek. Musimy je ustawić jedno 

na drugim. 

 - Świetny pomysł. - Lincowi nigdy nie przyszłoby to do głowy. 

Zaraz  też  zabrał  się  do  dzieła.  Poprzesuwał  pudła  i  z  pomocą 

Toma  ustawił  jedno na  drugim.  W  końcu  sam  wdrapał  się na czubek 

tej piramidy. 

 - Wystarczy - powiedział, mając nadzieję, że Trudy zajrzy zaraz 

do  pokoju.  Wówczas  zobaczyłaby,  jaki  jest  dzielny.  -  Podaj  mi 

pierwszą szynę. 

 -  A  potem  jeszcze  zawiesimy  baldachim.  Myślę,  że  Trudy 

chciałaby zobaczyć całość. 

 -  Żaden  problem  -  rzucił  Linc,  kończąc  dokręcanie.  -  Nareszcie 

wiem,  jak  to  się  robi  i  nie  jest  to  wcale  takie  trudne.  Chociaż  trochę 

głupio, że facet po trzydziestce musi się uczyć takich rzeczy. 

Zlazł na dół i zabrał się do przesuwania pudeł do drugiego końca 

łóżka. 

 -  Niby  dlaczego?  -  spytał  Tom,  pchając  książki  wraz  z  nim.  - 

Ludzie  uczą  się  takich  rzeczy  z  konieczności.  Widocznie  do  niczego 

nie  było  ci  to  potrzebne.  Trudy  ma  pewnie  własne  narzędzia  tylko 

background image

dlatego,  że  jest  najstarszym  dzieckiem.  Musiała  pomagać  ojcu  we 

wszystkim i w końcu nauczyła się różnych czynności. 

Linc szybko skończył dokręcanie i spojrzał w dół. 

 -  Mówisz  tak,  jakby  to  nie  było  nic  wielkiego.  Mój  ojciec 

nauczył  mnie  tylko  czytania  wyników  giełdowych  Dow  Jonesa  - 

poskarżył się. 

 -  Dzięki  czemu  mogłeś  zarobić  znacznie  więcej  pieniędzy  niż 

gdybyś pracował przy składaniu łóżek - odparował Tom. 

Znowu  zabrali  się  do  przesuwania  piramidy.  Praca  szła  im 

sprawnie  aż  do  chwili,  gdy  najwyższe  pudło  spadło  na  podłogę. 

Taśma zerwała się i zawartość wysypała się na podłogę. 

 -  Miałeś  rację,  to  jednak  książki  -  rzekł  z  podziwem  Linc.  - 

Myślałem, że blefujesz. 

 - Znam się na tym. Przeprowadzałem się ładnych parę razy. 

Linc  przykucnął  i  zaczął  podnosić  z  podłogi  kolejne  tomy. 

Odruchowo  zerknął  na  pierwszy  tytuł:  „Erotyczne  fantazje 

współczesnych kobiet". Zaraz też sięgnął po następne: „Orgazm i jego 

znaczenie" oraz „Seksualne przygody dla bezpruderyjnych". 

Linc włożył książki do pudła i dokleił odstającą taśmę. 

 - To nie są takie zwykłe książki - rzekł z tajemniczą miną. 

 - Co chcesz przez to powiedzieć? Wyglądały zupełnie normalnie. 

 - Wszystkie są na temat seksu - szepnął. 

 -  To  może  powinniśmy  je  jednak  zostawić  przy  łóżku  -  zaśmiał 

się Tom. 

background image

 -  Ha,  ha!  Świetny  dowcip.  -  Linc  uśmiechnął  się  sztucznie.  - 

Czytałeś kiedyś takie książki? 

Tom westchnął i położył ręce na biodrach. 

 - Meg ma parę. Kilka przekartkowałem. 

 - Znalazłeś w nich coś nowego? 

 - Parę rzeczy. - Tom wzruszył ramionami. 

 - Ciekawe - mruknął Linc. 

Nie  dał  się  nabrać  na  nonszalancki  ton  przyjaciela.  Mógł  się 

założyć, że przeczytał je od deski do deski, ale nie chciał się do tego 

przyznać. 

 - No, bierzmy się do roboty - rzucił Tom. 

 - Tak, jasne. 

Oto  spragniona  wrażeń  młoda  osoba  przyjechała  do  miasta. 

Przywiozła  ze  sobą  książki  na  temat  seksu  i  od  razu  kupiła  sobie  to 

olbrzymie łoże. Zapewne nie miała pojęcia, w jakie kłopoty może się 

wpakować, ganiając za mężczyznami. Zwłaszcza jeśli rzuci się w oczy 

jakiemuś psycholowi. 

Linc  myślał  o  tym  wszystkim,  zmagając  się  z  wielkim, 

gwarantującym  szczęśliwe  pożycie,  materacem.  Umieszczenie  go  w 

ramie  wcale  nie  było  takie  łatwe.  W  końcu  jednak  zdołali  tego 

dokonać. 

 -  Sam  mam  duże  łóżko,  ale  to  jest  jeszcze  większe  -  mruknął 

Linc. 

Tom pokręcił głową. 

background image

 - To pewnie z powodu tych słupów - rzucił. - Poza tym ten pokój 

jest dosyć mały i dlatego wygląda tu jak Guliwer w kraju Liliputów. I 

tak ma szczęście, że dostała mieszkanie w starym budownictwie i ma 

wysoko sufit. 

 - Udało się! Hura! 

Trudy  podbiegła  do  łóżka,  zrzuciła  kapcie  i  wskoczyła  na 

materac. 

 - Wspaniałe! - Zaczęła na nim podskakiwać. - Jest jeszcze lepsze 

niż myślałam! 

Linc  miał  olbrzymią  ochotę  skoczyć  za  nią,  ale  tylko  odwrócił 

głowę. Jeśli on, przy całym, swoim opanowaniu, tak reaguje na Trudy, 

to  co  zrobi  ktoś,  kto  ma  mniej  skrupułów?  Nie  chciał  nawet  o  tym 

myśleć. Łóżko stanowiło jasny i oczywisty sygnał. Jeśli w przyszłości 

zdecyduje  się  zaprosić  faceta  na  kawę,  to  nie  powinna  oczekiwać, 

żeby na tym poprzestał. Linc zaryzykował kolejne spojrzenie w stronę 

łóżka.  Trudy  siedziała  po  turecku  na  jego  środku.  Wciąż  wyglądała 

bardzo pociągająco, ale przynajmniej jej biust nie falował już w rytm 

podskoków. 

 - Dziękuję za pomoc - zwróciła się do obu mężczyzn. - To łóżko 

jest cudowne! 

 - Nie ma za co - rzekł szarmancko Linc. Trudy odwróciła się  w 

stronę okna. 

 - Tak jak myślałam! Widać stąd drzewa w Central Parku. A poza 

tym  będę  widziała  światła  i  zawsze  będę  pamiętać,  że  jestem  w 

Nowym Jorku. 

background image

 -  Tak  jak  chciałaś  -  podchwyciła  Meg,  a  potem  spojrzała  na 

zegarek i zawołała. - Ojej! Tom, musimy już iść. 

Linc  wpadł  w  panikę.  Nie  chciał  pozwolić  im  odejść.  Wolał  nie 

zostawać sam na sam z Trudy. Tom wytrzeszczył oczy na żonę. 

 - Gdzie jedziemy? 

 -  Nie  pamiętasz?  Koleżanka  z  pracy  obiecała  pożyczyć  mi 

prawdziwą drewnianą kołyskę. Musimy ją odebrać przed trzecią. 

 - Ja też już pójdę - dodał szybko Linc. - Mam ważne...ee... 

 -  To  miało  być  dzisiaj?  -  zdziwił  się  jeszcze  bardziej  Tom.  - 

Myślałem, że dopiero jutro. 

Meg pogładziła go delikatnie po barku. 

 -  I  co  ty  byś  beze  mnie  zrobi?  Wszystko  by  ci  się  pomieszało! 

Weź  nasze  kurtki,  dobrze,  kochanie?  Linc,  nie  musisz  się  wcale 

spieszyć. 

Trudy zaczęła znowu skakać po materacu. 

 -  A  może  pomóc  wam  z  tą  kołyską?  Po  tym  wszystkim,  co  dla 

mnie zrobiliście... 

 -  Poradzimy  sobie.  -  Meg  nie  pozwoliła  jej  skończyć.  -  Przykro 

mi  tylko,  że  nie  możemy  zawiesić  baldachimu.  Wiem,  że  na  to 

liczyłaś. 

Tom zaczął rozpinać kurtkę, którą zdążył już włożyć. 

 - Zajmiemy się tym  z  Lincem. To zajmie najwyżej parę minut - 

stwierdził. 

 -  Niestety,  musimy  się  spieszyć  -  powiedziała  kategorycznie 

Meg.  -  Wiesz,  jaką  Connie  jest  dziwaczką.  Jeszcze  nie  da  nam  tej 

background image

malowanej  ręcznie  kołyski.  -  Spojrzała  znacząco  na  Linca.  -  Założę 

się, że poradzą sobie we dwójkę. 

 - Jesteś pewna, że to miało być dzisiaj? - wtrącił Tom, pocierając 

czoło. - Założyłbym się, że... 

 - Dzisiaj! - przerwała mu kategorycznie żona, a potem spojrzała 

raz jeszcze na Linca. - No i jak, poradzisz sobie? 

 - Nie ma takiej potrzeby - powiedziała Trudy. - Linc i tak bardzo 

mi pomógł. Baldachim może poczekać. Albo sama się nim zajmę. 

Linc wyobraził sobie, jak balansuje na pudłach pełnych książek o 

seksie, a potem spada. W takiej sytuacji nie miałaby nikogo, kto by jej 

pomógł. 

 -  Możecie  iść  -  zwrócił  się  do  Meg  i  Toma.  -  Zostanę,  żeby 

założyć ten baldachim. 

 -  To  wcale  nie  jest  konieczne.  Spojrzał  na  Trudy  i  pokręcił 

głową. 

 - Żaden problem. 

 - Dobrze, to my idziemy - rzekł Tom i zapiął guziki przy kurtce. 

Popchnął wózek w stronę drzwi. 

 -  Jak  byś  czegoś  potrzebowała,  to  dzwoń  -  rzuciła  Meg  do 

przyjaciółki. 

 - To na razie, do poniedziałku - Linc pożegnał przyjaciela. 

 -  My  też  jesteśmy  umówione  na  poniedziałek,  prawda?  -  Trudy 

spytała wychodzącą Meg. 

 - Jasne. Na lunch. 

Po chwili państwo Hennessy zniknęli za drzwiami. 

background image

Trudy  wiedziała,  że  mogła  się  tego  spodziewać.  Przyjaciółka 

realizowała  swój  plan.  Zostawiła  ją  razem  z  Lincem,  w  nadziei  że 

zacznie między nimi iskrzyć. 

I  iskrzyło.  Połączenie  Linca  ze  wspaniałym  łożem,  które  powoli 

ukazywało  jej  się  w  całym  przepychu,  bardzo  działało  jej  na 

wyobraźnię.  Jednak  wciąż  trwała  w  swoim  postanowieniu,  z  którym 

zdradziła się przed Meg. Jeśli zdecyduje się na seks, to z kimś, kto nie 

wie, że pochodzi ze wsi. 

 - Myślę, że Meg zrobiła to specjalnie - odezwał się Linc. 

 - Ja też tak sądzę. Ale nie przejmuj się, nie mam względem ciebie 

żadnych planów. 

Gdy  tylko  to  powiedziała,  zniknęło  gdzieś  całe  zdenerwowanie. 

Od razu jej ulżyło. 

 - Tak? - Wyglądał na trochę rozczarowanego. - To dobrze, bo nie 

chcę... 

 -  Wiem.  Meg  mówiła  mi,  że  jesteś  wolnym  ptakiem.  Ja  też  - 

dodała z uśmiechem. 

Pomyślała,  że  wygląda  bardzo  pociągająco  z  tą  swoją 

zawiedzioną  miną.  Omal  się  na  to  nie  nabrała.  Wszyscy  w  rodzinie 

wiedzieli, że mogą liczyć na jej czułe serce. 

Linc chrząknął. 

 - Nie powiedziałbym, że jestem, hm, wolnym ptakiem - mruknął. 

 - Więc kim? 

 - Człowiekiem ostrożnym. Przynajmniej staram się nim być. 

background image

Jaka  szkoda,  że  to  powiedział.  Mieszkańcy  Virtue  bardzo  cenili 

sobie ostrożność. Sami byli aż do przesady ostrożni. Przyjeżdżając do 

Nowego  Jorku,  Trudy  liczyła  na  coś  innego.  Odrobinę  szaleństwa  i 

brawury, których tak bardzo brakowało jej w rodzinnym miasteczku. 

 - Pewnie dlatego zostałeś moim opiekunem - westchnęła. 

 - Możliwe. 

Trudy  raz  jeszcze  pochyliła  się  nad  materacem.  Pomyślała,  że 

uwielbia  to  łóżko.  Było  ono  symbolem  jej  wolności  i  niezależności. 

Do diabła z ostrożnością i ostrożnymi ludźmi! 

 - A może jednak po to, żeby mnie uwieść? 

background image

Rozdział czwarty 

Trudy z przyjemnością patrzyła, jak otwiera coraz szerzej usta. A 

potem  jego  wzrok  spoczął  na  pudłach  z  książkami.  Czyżby  znał  ich 

zawartość? 

 - Ale nie przejmuj się - rzuciła. - Wcale nie o to mi chodzi. 

 -  Czemu  nie?  To  znaczy,  jasne,  że  nie.  Przecież  dopiero 

przyjechałaś.  W  ogóle  się  nie  znamy.  -  Patrzył  uporczywie  w  stronę 

książek. 

W końcu zdecydowała się o to spytać. 

 - Zaglądałeś do środka? 

 -  Nie.  To  znaczy  tak.  Używaliśmy  tych  pudeł  przy  zakładaniu 

szyn.  Jedno  spadło  i  musiałem  potem  pozbierać  książki,  które  się 

wysypały - tłumaczył się jak uczniak. 

 -  Dobrze,  skoro  masz  się  mną  opiekować,  to  chciałabym 

postawić  sprawę  jasno.  Przyjechałam  do  Nowego  Jorku,  żeby 

nasiąknąć  atmosferą  wielkiego  miasta.  To  znaczy,  że  będę  się 

spotykała z mężczyznami... 

 -  Ale  jeśli  zaprosisz  tutaj  mężczyznę,  takie  łóżko  będzie  dla 

niego wyraźnym sygnałem - wtrącił Linc. 

 - Że chodzi mi o seks? To bardzo dobrze. Właśnie tego oczekuję 

od mężczyzn. Oczywiście, pomijając ciebie. 

 -  To  dobrze  -  rzekł  podekscytowany.  -  Bo  wątpię,  żeby  po  tym, 

co  tutaj  zobaczą,  mieli  ochotę  ograniczyć  się  do  kawy.  Nawet  jeśli 

zmienisz zdanie. 

background image

 -  Nie  zmienię.  Bardzo  rzadko  zmieniam  zdanie.  Po  to  go  tutaj 

zaproszę, żeby poszerzyć zakres moich seksualnych doświadczeń. 

 - Świetnie! Zresztą nie ma tu nawet mebli, więc nie moglibyście 

robić  nic  innego  -  ciągnął,  jeszcze  bardziej  czerwony.  -  To  przecież 

jasne! 

 -  Linc,  czy  kochałeś  się  kiedyś  na  tylnym  siedzeniu  małego 

samochodu? 

 - Nie, ja... 

 - No jasne! Meg mówiła, że twoi rodzice są obrzydliwie bogaci. 

Ojej! Przepraszam, mam nadzieję, że cię nie obraziłam. 

 -  Nie,  wcale.  Rzeczywiście  są  obrzydliwie  bogaci.  Prawdę 

mówiąc,  nigdy  nawet  nie  jeździłem  małym  autem,  nie  mówiąc  już  o 

uprawianiu w nim seksu. 

 - Nie masz czego żałować - zapewniła go z przekonaniem. - Seks 

powinien  być  przyjemny,  ale  w  takich  warunkach  wcale  nie  jest. 

Można się uderzyć w głowę albo coś innego. W zimie jest zimno, a w 

lecie nie można otworzyć okna, bo zjedzą cię żywcem... 

 - Kto? Niedźwiedzie? - wpadł jej w słowo. - Nie wiedziałem, że 

w Kansas są niedźwiedzie. 

 - Nie, komary - wyjaśniła. - A poza tym, jest zawsze możliwość, 

że  w  kluczowym  momencie  pojawi  się  przedstawiciel  prawa  i 

zaświeci latarką przez szybę. Nie masz pojęcia, jakie to nieprzyjemne. 

 - Wyobrażam sobie. 

 -  Właśnie  dlatego  kupiłam  największe  łóżko,  jakie  udało  mi  się 

znaleźć. 

background image

Przyglądał jej się przez dłuższy czas. 

 - Chciałem tylko, żebyś zdawała sobie sprawę z tego, jaki sygnał 

wysyłasz. 

Miał  urzekająco  niebieskie  oczy.  Trudy  raz  jeszcze  pożałowała, 

że  poznała  go  tak  wcześnie.  Kto  wie,  co  by  było,  gdyby  spotkali  się 

parę tygodni później... Uśmiechnęła się do niego. Meg miała rację, to 

miły i sumienny facet. 

 - Nie przejmuj się, Linc. Będę uważać, kogo wpuszczam do tego 

mieszkania.  I  wcale  nie  musisz  mi  pomagać  z  baldachimem.  Pewnie 

masz jakieś plany na popołudnie. 

 - Nie ma sprawy. Chętnie ci pomogę. Gdzie jest ten baldachim? 

 -  W  tym  płaskim  pudle.  Ale  naprawdę  mogę  to  zrobić  sama. 

Wolałabym zachować cię na noc. 

Rozkaszlał się gwałtownie. 

 - Słu... słucham? 

Poczuła się nagle jak idiotka. 

 -  Chciałam  powiedzieć,  że  chętnie  bym  się  z  tobą  wybrała  do 

jakiegoś  klubu.  Ale  pewnie  jesteś  już  umówiony,  prawda?  -  spytała 

smutno. 

 - Nie, nie jestem. Możemy gdzieś wyskoczyć. 

 - Mówisz poważnie?! Hura! 

Z  jakichś  powodów  Meg  i  Tom  nie  zwrócili  uwagi  na  to,  że 

będzie to jej pierwszy weekend w Nowym Jorku, a ona nie chciała im 

o  tym  przypominać.  A  może  Meg  liczyła  na  to,  że  Linc  ją  gdzieś 

zaprosi, co właśnie się stało. 

background image

Prawdę mówiąc, było jej wszystko jedno, kto ją dzisiaj zaprasza. 

Nie  chciała  po  prostu  siedzieć  w  domu.  Wolała  przejść  się  po 

Broadwayu  czy  wejść  na  drinka  do  jakiegoś  klubu  jazzowego.  Albo 

przejechać  się  windą  na  szczyt  Empire  State  Building.  Oczywiście 

pod  warunkiem,  że  Linc  nie  uzna  tego  za  zbyt  prowincjonalną 

rozrywkę. 

 - Na co masz ochotę? 

 -  Na  wszystko!  -  Już  nie  mogła  się  doczekać.  -  Na  kluby 

muzyczne,  kabarety...  I  założę  się,  że  koło  centrum  Rockefellera  jest 

czynna ślizgawka. 

 -  Czy  chciałabyś  zobaczyć  coś  na  Broadwayu?  Zastanawiała  się 

nad tym przez chwilę. 

 -  Tak,  ale  nie  dzisiaj.  Zajęłoby  to  za  dużo  czasu.  Poza  tym  na 

pewno nie dostalibyśmy biletów na nic naprawdę ciekawego. 

 - Nie przejmuj się, mogę załatwić bilety. 

 -  I  zapłacisz  za  nie  jak  za  zboże.  Nie,  dziękuję.  Zabrakłoby  mi 

pieniędzy na inne rozrywki. 

 - Wcale nie chciałem, żebyś za nie płaciła. Nagle zrozumiała, że 

mają jeszcze jedną sprawę do omówienia. 

 -  Posłuchaj,  to  bardzo  miło  z  twojej  strony,  ale  wolę  płacić  za 

wszystko  sama.  Latami  oszczędzałam,  żeby  mieć  pieniądze  na  różne 

przyjemności.  Jeszcze  w  Kansas  wymieniłam  w  banku  dziesięć 

słoików  bilonu  na  szeleszczące  banknoty.  Jeśli  nie  będę  szalała, 

powinno mi na długo wystarczyć. 

background image

 -  Przecież  to  nie  ma  sensu  -  zaprotestował.  -  Ja  będę  płacił  za 

rozrywki, a ty kup sobie jakieś meble albo coś, czego potrzebujesz. 

Skrzyżowała  ręce  na  piersi.  Nie  chciała,  żeby  ktoś,  kogo  znała 

zaledwie od półtorej godziny, mówił jej, co ma, a co nie ma sensu. 

 -  Chodzi  mi  o  to,  żeby  mieć  jakąś  przyjemność  z  mieszkania  w 

Nowym Jorku. Mam już mebel, który jest mi do tego potrzebny. Być 

może oszczędzanie jest dla kogoś takiego jak ty pozbawione sensu, ale 

ja  miałam  przy  tym  wielką  frajdę.  A  będę  miała  jeszcze  większą, 

kiedy wydam pieniądze właśnie tak, jak to sobie zaplanowałam. 

 - Ale... 

 -  I  tak  wiele  dla  mnie  zrobiłeś,  poświęcając  mi  czas,  który 

mógłbyś  przeznaczyć  na  randki.  To  ja  powinnam  za  ciebie  płacić.  I 

naprawdę zamierzam... 

 - Nawet o tym nie myśl. Robię to dla moich przyjaciół, a nie po 

to, żeby się przy okazji nachapać. 

 -  No  dobrze  -  zgodziła  się,  przyznając  w  duchu,  że  trochę 

przesadziła. 

Podobał  jej  się  jego  zdecydowany  ton.  Linc  nagle  wyprostował 

się, a jego oczy błysnęły gniewnie. Nareszcie zobaczyła, że ma przed 

sobą nie tylko kogoś miłego, ale faceta z klasą. 

Niestety,  on  pewnie  uważał  ją  za  prowincjonalną  gęś.  I  było  już 

za późno, żeby to zmienić. Cóż, stało się. Ale nie może mu pozwolić, 

by  zawiesił  baldachim.  Może  kiedy  zobaczy  skończone  łoże,  uzna  je 

za zupełnie nową jakość, mimo że sam pomagał je składać? 

background image

 -  Jeśli  mamy  dziś  wyjść,  to  muszę  wziąć  długą  kąpiel  - 

powiedziała. - Zostawmy więc ten baldachim. 

 - Lepiej od razu załatwić wszystko - stwierdził. 

 - Potem będziesz miała spokój. 

 -  To  nieważne.  -  Machnęła  ręką.  -  I  tak chyba  nikogo  dzisiaj tu 

nie zaproszę. 

Linc zgrzytnął zębami. 

 - Oczywiście! Musimy ustalić jeszcze jedną zasadę. Jeśli ze mną 

wychodzisz, to również ze mną wracasz, jasne? 

 - Tak, oczywiście. To, że jestem z małego miasteczka, wcale nie 

znaczy, że nie wiem, jak się zachować. Jeśli spotkam jakiegoś fajnego 

chłopaka,  to  po  prostu  wymienimy  się  telefonami.  A  jak  spyta  o 

ciebie, to powiem, że jesteś gejem. 

 - Co takiego?! 

 -  Nie  chciałabym,  żeby  sobie  pomyślał,  że  chodzę  z  tobą  i 

jednocześnie  kombinuję  z  kim  innym  na  boku.  Jestem  porządną 

dziewczyną! 

Linc miał co do tego pewne wątpliwości. 

 -  Wobec  tego  powiedz,  że  jestem  twoim  bratem  lub kuzynem.  - 

Przeszył ją swymi błękitnymi oczami. 

 - Nowy Jork jest mniejszy niż przypuszczasz. 

 - Nie wyglądamy na kuzynów - protestowała słabo. 

 - Wszystko jedno. Nikt nie zwróci na to uwagi. 

 -  Dobrze,  jeśli  uważasz,  że  tak  będzie  lepiej  -  zgodziła  się  w 

końcu. 

background image

Linc westchnął i zaczął rozcierać sobie szyję. 

 - Wiesz co, wcale mi się nie podoba, że masz zamiar wymieniać 

się numerami telefonów. Czuję się trochę tak, jakbym był alfonsem. 

Patrzyła na niego przez chwilę. 

 -  Więc  może  powinniśmy  dać  sobie  spokój?  Meg  na  pewno 

zrozumie,  jak  jej  powiem,  że  do  siebie  nie  pasujemy.  A  ty  będziesz 

miał spokój. Meg zna moje zwariowane pomysły, więc wszystko i tak 

będzie na mnie. 

Potrząsnął głową. 

 - Nie, w tej chwili już nie chodzi o to, żeby nie zawieść Meg. Nie 

mogę  pozwolić;  żebyś  sama  zaczęła  buszować  po  Nowym  Jorku.  I 

tylko nie mów mi, że zostaniesz w domu, bo i tak ci nie uwierzę. 

 -  Rzeczywiście  chcę  się  zabawić  -  przyznała.  -  Przyjechałam  tu 

późno w czwartek, a cały piątek spędziłam w mojej przyszłej pracy. A 

potem  Meg  i  Tom  zabrali  mnie  do  siebie,  więc  nie  mogłam  nigdzie 

pójść. Nawet tutaj, bo jeszcze nie było moich bagaży. 

 - Proponuję kompromis. - Włożył ręce do kieszeni dżinsów. 

 - To znaczy? - spytała, podziwiając jego wysportowaną sylwetkę. 

Musiała  przyznać,  że  Linc  Faulkner  mógł  być  przedmiotem  marzeń 

niejednej kobiety. 

 -  Musisz  obiecać,  że  tego  wieczoru  nie  będziesz  flirtować  i 

rozdawać  na  prawo  i  lewo  swoich  wizytówek.  A  ja  pokażę  ci  parę 

miłych  miejsc  i  przy  następnej  okazji  będziemy  mogli  renegocjować 

warunki. 

 - Załatwione - odparła. - Nie mam żadnych wizytówek. 

background image

To nie był wcale taki zły pomysł. Nie powinna żądać od razu zbyt 

wiele. 

 - Dobra, więc przyjadę po ciebie o ósmej. 

 - Będę czekać. 

Umówił  się  z  nią  na  ósmą!  Jeszcze  jeden  dowód  na  to,  że 

znajdowała  się  w  dużym  mieście.  W  Virtue  randki  zaczynały  się 

zwykle  dużo  wcześniej.  Kończyły  się  też  wcześniej,  ponieważ 

wszystkie  lokale,  nie  wyłączając  kina,  zamykano  równo  o  dziesiątej. 

Jeśli chciało się wrócić do domu później, było jasne, że chodzi o seks. 

O dziewczynie, której zdarzało się to częściej, natychmiast zaczynano 

mówić jak o nimfomance. 

 - Masz ciepłą kurtkę? 

 -  Jasne.  -  Skrzywiła  się  na  myśl  o  jedynej  kurtce,  którą 

przywiozła z Virtue. 

 - Świetnie. To na razie, do ósmej. - Wziął swoją kurtkę do ręki i 

uśmiechnął się do Trudy. 

Po chwili miała już przed sobą tylko zamknięte drzwi. 

Pięć  godzin  później  Linc  zatrzymał  taksówkę  i  podał  kierowcy 

adres 

Trudy. 

Całe 

popołudnie 

spędził 

na 

szczegółowym 

przygotowywaniu  planów  dzisiejszej  wyprawy.  Nieczęsto  zdarzało 

mu  się  pokazywać  swoje  ulubione  miasto  komuś  takiemu  jak  Trudy, 

kto  całe  życie  spędził  gdzieś  na  odludziu,  ze  stadami  komarów 

atakującymi wszystko, co się rusza. 

Teraz, kiedy wreszcie udało im się ustalić zasady, miał olbrzymią 

ochotę na wspólny wieczór. Nie miał pojęcia, że jest aż tak znudzony 

background image

swoimi przyjaciółkami, po których zwykle mógł się spodziewać tego 

samego.  W  czasie  paru  godzin  spędzonych  u  siebie  mógł  spokojnie 

przeanalizować  swoją  sytuację.  Trudy,  w  zestawieniu  ze  swoim 

olbrzymim  łożem,  zrobiła  na  nim  naprawdę  wielkie  wrażenie.  Nigdy 

jeszcze nie widział nikogo tak seksownego. 

Jaka  szkoda,  że  Trudy  jest  najlepszą  przyjaciółką  Meg!  Inaczej 

wiedziałby, jak wykorzystać tę znajomość. Krótko, ale intensywnie. A 

tak ma związane ręce, nie mówiąc o innych częściach ciała. 

Taksówka  zatrzymała  się  przed  blokiem  Trudy.  Sprawdził,  czy 

wciąż ma w kieszeni kartkę z planem dzisiejszego wieczoru, i poprosił 

taksówkarza, żeby na niego zaczekał. Wiedział, że jeśli licznik będzie 

cały czas bił, to spędzi mniej czasu z Trudy w jej mieszkaniu z łożem 

wielkości połowy stanu Kansas. 

Pojechał  rozklekotaną  windą,  chociaż  wydawało  mu  się,  że 

schodami  byłoby  szybciej.  Jednak  do  ósmej  zostały  jeszcze  trzy 

minuty.  Spodziewał  się,  że  Trudy  jest  już  gotowa  i  od  ładnego 

kwadransa czeka na niego przy drzwiach w zapiętej pod szyję kurtce. 

W  końcu  winda  dociągnęła  się  na  żądane  piętro.  Linc  wysiadł  i 

jak na skrzydłach podbiegł do drzwi Trudy. Zadzwonił do nich już po 

raz drugi tego dnia. Za pierwszym razem był znudzony i trochę zły na 

Meg,  że  go  w  to  wpakowała.  Ale  teraz  po  prostu  nie  mógł  się 

doczekać, kiedy znowu zobaczy Trudy. 

To  dlatego,  że  mam  jej  tyle  do  zaoferowania,  pomyślał.  Nie 

tłumaczyło to jednak tego, że serce biło mu przyspieszonym rytmem. 

background image

Tak  jak  się  spodziewał,  otworzyła  mu  od  razu  po  pierwszym 

dzwonku.  Nie  włożyła  jednak  kurtki.  W  ogóle  niewiele  na  sobie 

miała.  Jej  minispódniczka  bardziej  odsłaniała  niż  zasłaniała  nogi, 

które  wyglądały  lepiej  niż  na  zdjęciach  z  wesela,  a  obcisły  sweterek 

podkreślał  obfitość  biustu  i  kruchość  dziewczęcej  talii.  Zapewne 

mógłby ją objąć dwiema rękami. 

Cóż, Trudy wyglądała na... gotową do akcji. Linc z trudem złapał 

powietrze. 

 - Wejdź, proszę. - Złapała go za rękę. - Pokażę ci łóżko. 

Wcale  nie  chciał  go  zobaczyć.  Trudy  powinna  czekać  na  niego 

ubrana, tak żeby mogli od razu wyjść. Tymczasem ona ciągnęła go w 

głąb pogrążonego w półmroku mieszkania i to w stronę łóżka. 

Na  parapecie  oraz  pudłach,  z  których  zrobiła  sobie  tymczasowe 

stoliki  nocne,  paliły  się  świece.  Było  to  jedyne  oświetlenie,  które 

sprawiało,  że  pokój  wyglądał  ciepło  i  tajemniczo.  Na  tym  tle  stało 

monumentalne  łoże  Trudy.  Aż  otworzył  usta,  widząc  je  w  całej 

okazałości. 

Więc  jednak  udało  jej  się  założyć  baldachim!  Materiał  zasłonił 

metalowe  elementy.  Łóżko  wyglądało  teraz  jak  baśniowe  posłanie  z 

„Baśni  z  tysiąca  i  jednej  nocy".  Wewnątrz  piętrzyły  się  poduszki. 

Satynowa kołdra była lekko odchylona, jakby zapraszała do środka. 

 - Co o tym myślisz? 

Myśleć? Jaki mężczyzna zdobyłby się na myślenie w obliczu tego 

perwersyjnego  cudu?  Mógł  na  to  jedynie  zareagować,  ale  miał 

background image

nadzieję, że ta reakcja pozostanie niezauważona między fałdami jego 

rozpiętego skórzanego płaszcza. 

 -  No  cóż...  -  zaczął,  a  potem  znowu  chrząknął,  żeby  oczyścić 

gardło. 

Jednocześnie  popełnił  błąd  i  spojrzał  w  jej  stronę.  Trudy 

pochylała się właśnie nad świecami, które zaczęły kapać na pudła, co 

podkreślało jeszcze jej niezwykle seksowne kształty. 

 - Coś ci się nie podoba? - spytała zaniepokojona. - Co takiego? 

 -  Nie,  nic  takiego.  -  Wszystko  mu  się  tu  podobało.  I  to  aż  za 

bardzo. - To piękne łoże. 

Trudy od razu się rozpromieniła. 

 -  Chciałbyś  się  na  nim  położyć?  Możesz  nawet  wygnieść 

prześcieradło. 

Czy  rzeczywiście  jest  tak  naiwna,  żeby  prosić  go  o  to  z  czystej 

radości?  Może  tak.  Może  nie.  Linc  przez  chwilę  szukał  jakiejś 

wymówki.  Wydawało  mu  się,  że  nawet  coś  ma,  ale  nie  mógł  sobie 

przypomnieć, co to takiego. Dopiero po większym wysiłku znalazł  w 

końcu  odpowiedź.  Taksówka!  Trudy  tak  go  oczarowała,  że  zupełnie 

zapomniał o czekającej na nich taksówce. 

Z ulgą poinformował ją o tym fakcie. 

 - Ojej, powinieneś od razu powiedzieć. - Zabrała się pospiesznie 

do gaszenia świec. - Wezmę tylko plecaczek i możemy lecieć. 

Trudy  pośpieszyła  do  pomieszczenia,  które  miało  być  jej 

sypialnią, a stało się teraz czymś w rodzaju garderoby. Wynurzyła się 

background image

stamtąd  z  małym  plecaczkiem,  który  zaczęła  zakładać,  prezentując 

wspaniały biust. Linc poczuł, że jest chory z pożądania. 

Wiedział,  że  powinien  jak  najszybciej  wydostać  się  z  tego 

mieszkania.  Tylko  to  mogło  zagwarantować  mu  spokój. Chciał  uciec 

od  łóżek,  które  wyglądały  jak  wyrafinowane  narzędzia  pokusy,  i 

świateł,  które  potrafiły  przeistoczyć  zwykłą  dziewczynę  w 

księżniczkę. Wreszcie znaleźli się za drzwiami.  

Trudy zamknęła je i zdjęła plecaczek, żeby schować klucz. Kiedy 

znowu zaczęła go zakładać, Linc spojrzał w stronę windy. 

background image

Rozdział piąty 

Stojąc  w  windzie,  Trudy  popatrywała  z  zazdrością  na  skórzany 

płaszcz  Linca.  Wyglądał  w  nim  niezwykle  tajemniczo.  Niczym 

prawdziwy szpieg. Niestety, płaszcz musiał kosztować majątek. Mimo 

to  zdecydowała,  że  kupi  sobie  taki  za  pierwszą  pensję.  Będzie  się  w 

nim prezentować naprawdę elegancko i, co ważniejsze, nikt nawet nie 

pomyśli, że jest ze wsi. Aż zadrżała na myśl o tym. 

 - Nic dziwnego, że jest ci zimno - stwierdził. 

 - Przecież nie włożyłaś kurtki. Jak mogłem tego nie zauważyć?! 

Winda  stanęła.  Jej  drzwi  otworzyły  się  powoli.  Linc  jeszcze  raz 

wcisnął trójkę. 

 -  Musimy  wrócić  po  coś  ciepłego  -  powiedział.  -  Bardzo  dzisiaj 

zimno na dworze. 

 - Nie potrzebuję kurtki. 

Wcisnęła  parter,  ale  już  było  za  późno.  Winda  zaczęła  posuwać 

się wolno w górę. 

 - Nie wygłupiaj się! Nie możesz tak wyjść!  

Na te słowa wywróciła oczami. 

 -  Nie  po  to  wyjechałam  z  domu,  żeby  wdawać  się  w  podobne 

dyskusje. Po prostu nie potrzebuję i już. Mam dwadzieścia sześć lat i 

wiem, co robię! 

Winda  zatrzymała  się  na  jej  piętrze.  Linc  spojrzał  na  nią 

znacząco. 

 -  Popatrz  na  siebie.  Zachorujesz,  jak  wyjdziesz  w  samych 

rajstopach  na  taki  ziąb.  Popatrz  na  mnie.  Mam  na  sobie  spodnie, 

background image

koszulę  z  długim  rękawem,  marynarkę  i  płaszcz.  Spódniczka  mini  i 

ten skąpy sweterek nie ochronią cię przed zimnem! 

Zrobiło jej się przyjemnie, że zauważył jej strój. Tylko czy zrobił 

on na nim odpowiednie wrażenie? 

 -  Potrzebna  jest  ci  długa,  ciepła  jesionka  -  dodał  Linc  jakby  na 

potwierdzenie jej domysłów. 

 - Ale ja nie mam jesionki. 

 -  Mówiłaś  coś  o  kurtce.  To  naprawdę  konieczne.  Nikt  nie 

przyjeżdża  do  Nowego  Jorku  w  styczniu  bez  czegoś  ciepłego  - 

stwierdził na koniec. 

 -  Owszem,  mam  kurtkę.  Okropną, pomarańczowo  -  niebieską,  z 

obrzydliwym zamkiem błyskawicznym. Już wolałabym wyjść nago! 

Zagryzł  wargi,  ale  Trudy  zauważyła  drżenie  kącików  jego  ust.  Z 

przerażeniem  zrozumiała,  że  powstrzymuje  się  od  śmiechu.  Zaczęły 

się sprawdzać jej najgorsze przewidywania. Facet z miasta uważał za 

zabawne  to,  iż  woli  sobie  odmrozić  tyłek  niż  pokazać  się  w  Nowym 

Jorku w swojej pomarańczowo - niebieskiej kurtce. 

Drzwi wciąż były otwarte, a ona myślała tylko o ucieczce. 

 -  Wiesz  co,  tak  naprawdę  wcale  nie  chcę  dzisiaj  wychodzić  - 

rzuciła, wyskoczywszy na korytarz. 

 - Dzięki, że to zaproponowałeś, ale jestem wyczerpana. Idę spać. 

To na razie. 

Dogonił ją jeszcze przed drzwiami i złapał za ramię. 

 - Zaczekaj! 

background image

Znowu ciarki przebiegły po plecach Trudy, ale tym razem słabiej. 

Nie  może  jej  przecież  podniecać ktoś,  kto  się  z  niej  śmieje  w  duchu. 

Linc pewnie uważa, że jej  wspaniałe łoże też jest żałosne. Wiadomo, 

dziewczyny  ze  wsi  mają  taki  okropny  gust.  Pewnie  dlatego  bez 

przerwy chrząkał. Żeby nie wybuchnąć śmiechem! 

 - Jeśli chodzi ci o tę kurtkę, to... 

 - Wcale nie chodzi mi o kurtkę. - Omdlewającym gestem złapała 

się za czoło. - Mam straszną migrenę. 

To  była  niemal  prawda.  Na  myśl  o  kurtce  zaczynała  ją  boleć 

głowa. 

 -  Pewnie  masz  u  siebie  jakąś  aspirynę.  -  Wciąż  trzymał  ją  za 

ramię. - Chodź, poszukamy. 

Kiedy tak szli korytarzem, poczuła nagłe wyrzuty sumienia. 

 - Wcale nie boli mnie głowa - przyznała się. 

 -  Chodzi  o  tę  kurtkę.  Wiem,  że  to  głupie,  ale  jest  naprawdę 

okropna. Powinnam była pomyśleć wcześniej o czymś porządnym na 

mróz, ale... tego nie zrobiłam. A teraz nie mogę sobie na to pozwolić. 

Wiesz, to łóżko... Pewnie sobie myślisz, że jest pretensjonalne. 

 - Nie, nie myślę. 

 -  Podoba  ci  się?  -  spytała  z  nadzieją,  zastanawiając  się,  czy 

zauważył,  że  zaczął  gładzić  kciukiem  jej  ramię.  Pewnie  robił  to 

mechanicznie. - Wcale się nie obrażę, jak mi będziesz mówił, co robię 

źle.  Dopiero  przyjechałam  i  minie  trochę  czasu,  zanim  nabiorę 

wielkomiejskiego  sznytu.  Poza  tym,  muszę  mieć  pieniądze,  żeby 

background image

kupić  sobie  coś  tak  fajnego  jak  ten  twój  skórzany  płaszcz.  Jak  będę 

szła szybko, to na pewno nie zmarznę. 

Zamrugał oczami i spojrzał na swój płaszcz. 

 - Podoba ci się? 

 - Bardzo. Od razu widać, że należy do kogoś z dużego miasta. 

 - To upraszcza sprawę. - Zatrzymał się i zaczął ściągać płaszcz. 

 - Daj spokój! - Złapała poły płaszcza. - Nie zdejmuj go! 

Pokiwał głową. 

 - Rozumiem. Boisz się, że będziesz głupio wyglądać. - Przyjrzał 

się uważnie płaszczowi. - Powinien pasować na długość, bo sięga mi 

tylko do kolan, ale musiałabyś podwinąć rękawy. 

 - Wcale się tego nie boję - powiedziała, zachwycona miękkością 

skóry i miłym satynowym podbiciem. 

Płaszcz  wyglądał  na  cienki,  ale  był  chyba  jednocześnie  bardzo 

ciepły. A poza tym, było widać, że musiał kosztować majątek. 

 - Więc weź go. - Wyswobodził się z niego ostatecznie i podał jej 

uprzejmie. 

Zacisnęła dłonie, żeby się oprzeć pokusie. 

 -  To  niczego  nie  rozwiązuje.  Teraz  tobie  będzie  zimno.  Moja 

kurtka  na  pewno  by  ci  się  nie  spodobała.  -  Obrzuciła  wzrokiem  jego 

markowe ubranie. - Zresztą i tak jest na ciebie za mała. 

 - Żaden problem. Zatrzymamy się na chwilę w moim mieszkaniu 

i  wezmę  sobie  coś  innego.  Przy  okazji  pokażę  ci  ten  stolik  do  gry  i 

krzesła. No, zdejmij plecak i przymierz ten płaszcz. 

background image

Poddała się bez dalszych protestów. Wcześniej zdjęła plecaczek i 

położyła  go  na  podłodze.  Linc  włożył  na  nią  ciepły,  pachnący  drogą 

wodą kolońską płaszcz. 

 -  Zupełnie  nieźle.  Pozwól  jeszcze,  że  podwinę  ci  rękawy  - 

stwierdził. 

Wysunęła  do  przodu  ręce  i  zamknęła  oczy,  by  lepiej  poczuć 

fizyczny kontakt z Lincem. Na pewno byłby wspaniałym kochankiem. 

Uważnym i czułym. Domyślała się tego, widząc jak ostrożnie zajmuje 

się płaszczem.  

Wolałaby, żeby to nią zajął się w ten sposób. 

 - Dobrze, zawiąż pasek, weź plecak i idziemy.  

Otworzyła oczy i zauważyła, że patrzy na nią z dziwną czułością. 

Znowu poczuła ciarki na plecach. Teraz wiedziała, że byłby nie tylko 

zręcznym, ale i czułym kochankiem. 

Linc wziął ją pod rękę i ponownie ruszyli do windy. 

Kiedy  wyszli  na  zewnątrz,  poczuła  zimny  wiatr  na  twarzy.  Linc 

miał rację. Bez wierzchniego okrycia zmarzłaby na kość. Jej poczucie 

winy  pogłębiło  się  jeszcze,  kiedy  zobaczyła  żółtą  taksówkę 

zaparkowaną przed domem. 

 -  Zapłacę  połowę  za  taksówkę  -  rzuciła  jeszcze,  chcąc 

przekrzyczeć zgiełk uliczny. 

Otworzył drzwiczki samochodu i pomógł jej wsiąść do środka. 

 -  Zastanowię  się  jeszcze  -  odezwał  się  tuż  przy  jej  uchu,  tak  że 

poczuła jego ciepły oddech na skórze. 

background image

Owładnęła  nią  nagła  fala  ciepła,  ale  pomyślała,  że  specjalnie 

powiedział  jej  to  do  ucha,  żeby  uniknąć  krzyków,  które  w  Nowym 

Jorku są pewnie nie na miejscu. Znowu zrobiło jej się przykro. 

Linc  wsiadł  z  drugiej  strony  i  podał  taksówkarzowi  swój  adres. 

Ruszyli  z  piskiem  opon.  Trudy  aż  zacisnęła  pięści  z  emocji.  Właśnie 

czegoś  takiego  się  spodziewała,  obejrzawszy  setki  filmów  z  Nowym 

Jorkiem w tle. Wokół nich wirował Manhattan. Linc wyjął z kieszeni 

telefon komórkowy i wystukał jakiś numer. Trudy czuła się tak, jakby 

nagle  znalazła  się  w  jakimś  nierzeczywistym  śnie.  Z  rozmowy 

wywnioskowała, że Linc zamawia właśnie stolik. Zamawia stolik! Do 

głowy  jej  nie  przyszło,  że  można  jeść  kolację  o  godzinie  ósmej. 

Podciągnęła rękaw płaszcza i spojrzała na swój zegarek. A w zasadzie 

ósmej trzydzieści. 

 -  Mam  nadzieję,  że  nie  jesteś  głodna  -  powiedział,  chowając 

telefon. - Przesunąłem naszą rezerwację na dziewiątą. 

 -  Nie,  nie  -  rzuciła,  szczęśliwa,  że  nie  powiedziała  mu  o 

kanapkach, które zamówiła i zjadła ponad godzinę temu. 

 - Gdzie pojedziemy? - Miałaby ochotę na coś znanego, jak „21" 

czy  „Elaine's",  chociaż  wiedziała,  że  nie  bardzo  może  sobie  na  to 

pozwolić. 

 -  Do  małej  tajskiej  restauracji.  Cieszy  się  niezłą  opinią. 

Zwłaszcza zupa z palczatki cytrynowej jest naprawdę boska. 

 - Cudownie! 

 -  Na  pewno  ci  się  spodoba.  Właścicielem  jest  jeden  z  moich 

klientów. Niedawno udało mi się dobrze zainwestować jego pieniądze 

background image

i  od  tego  czasu  nalega,  żebym  przyjechał  do  niego  z  sympatią. 

Wszystko jest za darmo. 

Spojrzała  na  niego  uważnie,  zastanawiając  się,  czy  nie  wymyślił 

tej historyjki specjalnie na jej użytek. 

 - Czyżbyś nie chciał, żebym płaciła? 

 -  Mówię  prawdę.  -  Jego  zęby  zalśniły  w  półmroku.  -  Jednak 

przyznaję, że specjalnie ją wybrałem, żeby zaoszczędzić ci wydatków. 

Wiem, że zależy ci na tym, żeby płacić za siebie, ale nie masz pojęcia, 

ile mogą kosztować miejskie rozrywki. 

Już to, że mogła siedzieć koło niego, wdychać zapach jego wody 

kolońskiej  i  patrzeć  na  tajemniczy  uśmiech,  było  większą  rozrywką 

niż wszystkie wieczorne wypady z chłopakami z Virtue. Trudy miała 

zamiar  spędzić  ten  wieczór  najprzyjemniej  jak  to  możliwe,  nie 

przejmując się rachunkiem za taksówkę. 

 -  Wobec  tego  powinieneś  tam  zabrać  kogoś  innego  -  dodała  po 

chwili. - Na prawdziwą randkę. 

 - To jest prawdziwa randka. 

 - Och! - Jak to miło, że to powiedział. 

 -  Poza  tym  chciałem  się  tam  wybrać  z  kimś,  kto  by  to  docenił. 

Większość  kobiet  uznałaby  to  za  jeszcze  jeden  posiłek  w  jeszcze 

jednej tajskiej restauracji. 

 - Ja go na pewno tak nie potraktuję - obiecała solennie. 

Miała nadzieję, że nie podadzą im ośmiornicy albo czegoś równie 

dziwacznego.  Nie  wiedziała  też,  czy  przypadkiem nie dostanie  sushi, 

background image

co  mogło  oznaczać  kłopoty.  Zdecydowała  jednak,  że  zje  wszystko, 

nawet gdyby postawiono przed nią talerz robaków. 

 - To tutaj. 

Wyjrzała  przez  okno  i  wstrzymała  oddech.  Przed  budynkiem,  w 

którym mieszkał Linc, stał portier. 

 - Coś się stało? 

 - Nie, nic. - Uśmiechnęła się do niego. - Wszystko w porządku. 

Linc stwierdził, że sytuacja staje się coraz bardziej niebezpieczna. 

Trudy  zaczynała  mu  się  naprawdę  podobać.  Pomagając  jej  wysiąść, 

raz jeszcze miał okazję stwierdzić, że prezentuje się bardzo korzystnie 

w  jego  płaszczu.  Wysiadając,  odsłoniła  aż  oba  kolana,  a  on  poczuł 

nagłą erekcję. Co się, u licha, z nim dzieje?! Czy to dlatego, że widział 

u  niej  te  wszystkie  książki  o  seksie?  A  może  dlatego,  że  jego  ostatni 

romans  skończył  się  dwa  miesiące  temu,  kiedy  to  nagi  zasnął  przy 

partnerce, znudzony jej monologiem na temat ciuchów? 

Trudy też lubiła mówić o ubraniach, ale wcale nie wydawała mu 

się nudna. Słuchał jej z niemal taką samą przyjemnością, z jaką na nią 

patrzył.  I  teraz,  kiedy  wysiedli,  podał  jej  rękę,  czując,  że  jest  to 

najlepsza  rzecz,  jaką  może  zrobić.  Nigdy  wcześniej  się  nad  tym  nie 

zastanawiał,  ale  teraz  uświadomił  sobie,  że  niektóre  kobiety  potrafią 

trzymać  mężczyzn  za  rękę.  Na  przykład  Trudy  -  ściskała  go  mocno, 

ale nie za mocno, tak że wyczuwał całą powierzchnię jej dłoni. Był to 

uścisk osoby poddanej, ale też partnerki... 

background image

Czy  tak  również  uprawiałaby  seks?  Czy  potrafiłaby  przejąć 

inicjatywę, gdyby to było potrzebne? Instynktownie czuł, że umiałaby 

wszystko, a nawet jeszcze więcej. 

Linc  przywitał  się  ze  stojącym  przy  drzwiach  Ernestem,  a 

następnie wskazał Trudy przejście do obszernego wnętrza. 

 -  Prawdziwy  portier  -  szepnęła  z  namaszczeniem.  -  Nigdy  nie 

byłam w domu z portierem. 

 -  To  bardzo  miły  facet  -  poinformował  Linc.  -  Jego  córka  stara 

się zrobić karierę jako tancerka na Broadwayu. 

 -  Popatrz  na  tę  windę.  Mogę  się  cała  przeglądać  w  tych 

mosiężnych drzwiach. Czy ktoś je codziennie poleruje? 

 - Być może nawet dwa razy dziennie. 

Linc wiedział to, ponieważ pomoc w domu rodziców bez przerwy 

polerowała klamki i metalowe okucia od drzwi. Chciało mu się śmiać, 

kiedy  przypomniał  sobie  obawy  sprzed  paru  dni.  Nowe  partnerki 

przestały go obchodzić. Miał wrażenie, że lata seksualnej potencji ma 

już za sobą. Teraz wystarczyło, że spojrzał na Trudy i już czuł ciężar 

w spodniach. 

 -  Chciałabym  kiedyś  kochać  się  w  takiej  windzie  -  wypaliła 

Trudy. 

 - Naprawdę? 

 - A sam próbowałeś? 

 - Nie. - Musiał przyznać, że nie próbował wielu rzeczy. 

 - To pewnie dlatego, że jesteś przyzwyczajony do windy - rzekła, 

kiwając  głową.  -  Tak  jak  inni  mężczyźni  w  mieście.  Muszę  się  od 

background image

ciebie  uczyć,  żeby,  kiedy  naprawdę  zacznę  chodzić  na  randki  z 

facetami, nie wyjść na ostatnią wiochę. 

 - Więc to nie jest dla ciebie randka - mruknął, trochę urażony tą 

uwagą. 

 -  Coś  ty,  to  się  nie  liczy.  Przecież  dopiero  tu  przyjechałam. 

Musisz niestety liczyć się z tym, że jestem trochę nieokrzesana. Ale za 

jakiś tydzień lub dwa będę już taka jak inne dziewczyny z miasta! 

Tylko nie to, jęknął w duchu. Nic jednak nie odpowiedział. 

Na szczęście drzwi windy otworzyły się i wyszli na zewnątrz. Nie 

musiał nic mówić. Nie musiał też zastanawiać się, dlaczego Trudy nie 

chciała zacząć swych miłosnych przygód właśnie od niego. 

background image

Rozdział szósty 

 -  Naprawdę  się  cieszę,  że  zdecydowałeś  się  mną  opiekować  - 

powiedziała  Trudy,  kiedy  zbliżyli  się  do  drzwi  mieszkania  Linca.  - 

Meg wiedziała, co robi. 

 - Miło mi, że mogę ci pomóc. - Otworzył drzwi i wskazał gestem 

wnętrze mieszkania. - Proszę. 

Weszła  do  przedpokoju,  w  którym  zobaczyła  niewielką 

marmurową  figurkę,  stojącą  na  zabytkowym  stoliku.  Była  to  naga 

kobieta  z  odrzuconą  do  tyłu  głową.  Jej  włosy  trzepotały  na 

niewidzialnym wietrze. Mimo że nic na sobie nie miała, wyglądała na 

odważną  i  pewną  siebie.  Nikt  w  Virtue  nie  zdecydowałby  się  na 

pokazywanie  czegoś  takiego  w  swoim  domu.  Co  do  tego  Trudy  nie 

miała żadnych wątpliwości. 

Wskazała figurkę. 

 - Bardzo ładna. 

 - Mnie też się podoba. Kupiłem ją w czasie pobytu w Paryżu. Ta 

rzeźbiarka  nie  jest  jeszcze  zbyt  dobrze  znana,  ale  myślę,  że  będzie 

sławna. 

Przeszedł obok, zmierzając do najbliższych drzwi. Trudy położyła 

rękę na piersi. 

 -  W  czasie  pobytu  w  Paryżu?  To  takie  eleganckie!  Też  będę 

musiała tam pojechać. 

 -  Przed  czy  po  odbyciu  stosunku  w  windzie?  -  Otworzył  drzwi, 

za którymi znajdowała się niewielka garderoba. 

Stał odwrócony plecami, więc nie mogła dostrzec jego miny. 

background image

 - Chyba się ze mnie nie nabijasz, co? 

 - Nie. - Zdjął szarą, wełnianą jesionkę z drewnianego wieszaka. - 

Po  prostu  nie  spotkałem  dotąd  osoby,  która  miałaby  aż  tyle  różnych 

planów. 

 - To dlatego, że nie znasz nikogo, kto mieszkałby na wsi albo w 

małym miasteczku. 

 -  Tak,  trudno  mi  to  sobie  wyobrazić  -  przyznał,  przymierzając 

jesionkę. 

Trudy  aż  otworzyła  usta,  widząc  jak  zapina  posrebrzane  guziki. 

Uwielbiała patrzeć na dobrze ubranych mężczyzn. Może dlatego, że w 

Virtue nikt praktycznie nie nosił skórzanych płaszczy czy wełnianych 

jesionek. Wszyscy woleli ciepłe, pikowane kurtki. 

Gdyby  planowała  z  nim  flirt,  mogłaby  zacząć  właśnie  teraz.  W 

chwili gdy oboje byli tak wielkomiejsko, wspaniale ubrani. Nie miała 

jednak takich planów. 

Linc podszedł do niej. 

 - Możemy już iść? 

 - Przecież miałeś pokazać mi stolik do gry i krzesła. 

 -  A,  prawda.  -  Wskazał  jej  wykończone  łukiem  przejście,  a  sam 

zaczął  rozpinać  jesionkę.  -  Przejdź  tędy.  Trzymam  te  rzeczy  w 

sypialni. 

Boże,  w  sypialni,  pomyślała.  Przeszli  szybko  przez  salon,  w 

którym  dostrzegła  jeszcze  więcej  antyków.  Domyśliła  się,  że  są 

bardzo cenne. Wyglądały też na zadbane. Brąz mieszał się tu z ciemną 

czerwienią. Niektóre okna sięgały aż do podłogi. Rozpościerał się stąd 

background image

wspaniały  widok  na  dużą  część  Manhattanu.  Jednak  pomieszczenie 

wyglądało  tak,  jakby  nikt  z  niego  nie  korzystał.  Nawet  kominek 

sprawiał takie wrażenie, jakby w nim nie palono. 

Przeszli  do  sypialni,  która  wyglądała  równie  nieskazitelnie.  Na 

szczęście dostrzegła leżącą grzbietem do góry książkę, która nadawała 

pomieszczeniu  jakiś  bardziej  ludzki  charakter.  Zaciekawiona 

przeczytała tytuł: „Strategie rynkowe nowego tysiąclecia". Szkoda, że 

nie romans albo coś jeszcze bardziej erotycznego. 

No, ale przynajmniej dobrze mu się przy tym zasypia, pomyślała. 

 - Spotkałeś ją? - - spytała. - To znaczy, tamtą rzeźbiarkę. 

 - Taa... owszem - odparł, rzuciwszy jesionkę na łóżko. 

Z  nonszalanckiego  sposobu,  w  jaki  to  powiedział,  domyśliła  się, 

że z nią spał. Położyła na pościeli plecaczek i zdjęła płaszcz. Jeśli on 

się  rozebrał,  nie  miała  zamiaru  pozostawać  w  tyle.  Zresztą  musiała 

przyznać, że w mieszkaniu było bardzo ciepło. 

Przynajmniej  tak  jej  się  wydawało.  Zwłaszcza  gdy  patrzyła 

ukradkiem na jego szerokie bary i szczupłą sylwetkę. 

 -  Czy...  czy  była  miła?  Ta  rzeźbiarka  -  dodała  po  chwili, 

ponieważ patrzył na nią, nie bardzo wiedząc, o co jej chodzi. 

 - A, rzeźbiarka - powtórzył. - Tak, bardzo miła. 

Linc otworzył drzwi do kolejnej małej garderoby i zapalił w niej 

światło. Znajdowała się tu głównie bielizna, koszule i spodnie. 

Linc dał nurka gdzieś głębiej, próbując odszukać stolik i krzesła, 

ona tymczasem zaczęła się rozglądać po sypialni. Dałaby wiele, żeby 

background image

móc  widzieć  to,  co  widziały  te  ściany.  Wiele  mogłaby  się  wówczas 

dowiedzieć o seksie w wielkim mieście. 

W  powietrzu  wciąż  czuła  zapach  wody  kolońskiej  Linca.  To 

wystarczało,  żeby  pobudzić  jej  wyobraźnię.  Gdy  zamykała  oczy, 

widziała  nagą  siebie  i  Linca  na  jego  wielkim  łóżku.  Ale  kiedy  je 

otworzyła, obraz zniknął. 

Przede  wszystkim,  przy  łóżku  Linca  nie  było  baldachimu,  a 

pościel  wydawała  się  pozbawiona  jakichkolwiek  aluzji  do  seksu, 

jakby  ten  mebel  miał  służyć  wyłącznie  do  spania.  Co  gorsza,  na 

stoliku  obok  stał  laptop,  który  już  zupełnie  nie  kojarzył  się  jej  z 

erotyzmem. 

Na krześle obok wisiało kilka krawatów, jakby ich właściciel nie 

mógł się zdecydować przed wyjściem, który wybrać. Podeszła do nich 

i  dotknęła  dłonią  gładkich  jedwabnych  powierzchni.  Teraz  myślała  z 

większym  dystansem  o  swoich  problemach,  w  co  się  ubrać  na 

dzisiejszy wieczór. 

Tak,  to  była  druga  ludzka  cecha  tego  pomieszczenia.  Poza  tym 

wydawało  jej  się  ono  zupełnie  bezosobowe.  Tak  jakby  właściciel 

traktował je jak hotelowy pokój, a nie miejsce, w którym mieszka. 

Oczywiście  to  by  się  zmieniło,  gdyby  przyleciała  artystka  z 

Paryża  i  szepcząc  mu  do  ucha  po  francusku  miłosne  zaklęcia, 

zaciągnęła Linca na to łóżko. Wszystko dookoła nabrałoby życia... 

 -  Ty  też  chyba  czekasz  na  wiele  rzeczy  -  podniosła  głos,  żeby 

mógł ją usłyszeć w garderobie. 

 - Na przykład? - dobiegło do niej zduszone pytanie. 

background image

 -  Choćby  na  wyjazdy  do  Paryża  -  rzuciła  jak  najbardziej 

obojętnie. 

 - A tak, może powinienem pojechać. Dawno tam nie byłem. 

Dawno?  Jak  dawno?  Rozejrzała  się  dookoła.  Chyba  jednak  nie 

ciągnął  romansu  z  Francuzką,  bo  gdyby  była  tutaj  w  ciągu  ostatnich 

paru  miesięcy,  na  pewno  wyczułaby  jej  obecność.  Odważną.  Bez 

zahamowań. 

Trudy  pomyślała  z  radością,  że  jej  własna  sypialnia,  czy  raczej 

pokój  dzienny,  który  zamieniła  na  sypialnię,  ma  w  sobie 

zdecydowanie  więcej  seksu.  A  przecież  wcale  jeszcze  nie  jest 

urządzony. 

Jak  go  urządzę,  to  Lincowi  opadnie  szczęka,  pomyślała  i 

zachichotała nagle, rozbawiona dwuznacznością tego stwierdzenia. 

 -  Już  chyba  mam  ten  stolik  -  dobiegł  do  niej  głos  gospodarza.  - 

Jeszcze minutka. 

 - Nie musisz się spieszyć - odkrzyknęła.  

Korzystając z nieobecności Linca, zaczęła rozglądać się uważniej 

dookoła.  Sypialnia  była  większa  od  jej  dużego  pokoju.  Jej  łóżko 

doskonale  by  tu  pasowało.  Pomyślała,  że  w  końcu  się  gdzieś 

przeprowadzi, ale musi przecież od czegoś zacząć. 

Nagle  zauważyła  przeszklone  drzwi  prowadzące  wprost  do 

łazienki  i  omal  nie  podskoczyła  z  radości.  Łazienka  en  suite  była 

jednym  z  jej  marzeń.  Specjalnie  nawet  nauczyła  się  obcego  zwrotu, 

żeby o niej mówić. 

background image

Z  ciekawością  zajrzała  do  środka.  Było  to  cudowne  miejsce.  Co 

prawda  nie  mogła  narzekać  na  własną  wannę,  w  której  mieściła  się 

cała  po  szyję,  ale  cała  reszta  pozostawiała  wiele  do  życzenia. 

Natomiast  łazienka  Linca  była  wspaniała.  Już  chciała  do  niej  wejść, 

ale zauważyła zdjęcie stojące na rzeźbionej komodzie. 

Jedyne zdjęcie w całej sypialni. 

Podeszła  szybko  do  komody  i  pochyliła  się,  żeby  przyjrzeć  się 

oprawionej  w  ciężką  ramkę  fotografii.  Zobaczyła  na  niej  trzy  osoby 

stojące na pokładzie jachtu. Sama wprawdzie nigdy nie żeglowała, ale 

widziała  wiele  odcinków  „Statku  miłości".  Niektóre  nawet  po  dwa 

razy. 

Kobieta i mężczyzna wyglądali mniej więcej tak, jak bogate pary 

z tego filmu. Oboje byli elegancko ubrani i równie elegancko opaleni. 

Chłopiec,  który  stał  między  nimi,  musiał  być  Lincem.  Trzymał 

rodziców za rękę i uśmiechał się, ukazując dziurę po zębie. Znaczyło 

to, że miał pewnie wówczas pięć, sześć lat. 

Więc  to  byli  ci  bogaci  ludzie,  którzy  teraz,  zgodnie  z  tym,  co 

mówiła Meg, mieszkali osobno. 

 - O, tu jest stolik i krzesła. 

 -  Chciałam  tylko...  -  zaczęła,  przestraszona  tym,  że  przyłapał  ją 

na gorącym uczynku. 

 - Daj spokój. Nie tłumacz się. Przecież to zupełnie naturalne, że 

chcesz  obejrzeć  fotografie  w  nowym  mieszkaniu  -  zapewnił  ją, 

opierając duże tekturowe pudło o łóżko. 

background image

Fotografię,  poprawiła  go  w  duchu.  Jedyną  fotografię  w  całym 

mieszkaniu.  Ciekawe,  czy  lubi  ją  dlatego,  że  przedstawia  całą  jego 

rodzinę? 

 - Byłeś ładnym chłopcem. 

 -  Mama  mówi,  że  były  ze  mną  same  kłopoty  -  mruknął 

niechętnie. 

 - Kłopoty? - powtórzyła. - Z jednym dzieckiem? A co powiesz na 

siódemkę? 

Linc wzruszył ramionami. 

 - Przynajmniej miałaś się z kimś bawić. Matce pewnie chodziło o 

to,  że  trzeba  się  mną  było  bez  przerwy  zajmować.  Zawsze  miałem 

nianię,  a  potem  opiekuna  i  nauczyciela,  ale  żadnych  przyjaciół. 

Dzieci, które się nudzą, to kłopot. 

 - Co, na przykład, robiłeś? - spytała zafascynowana tym zupełnie 

nieznanym światem. 

 -  Zauważyłem  na  przykład,  że  pokojówka  i  służący  często  ze 

sobą  rozmawiają,  więc  zacząłem  udawać,  że  są  szpiegami  obcego 

mocarstwa.  Wyobrażałem  sobie,  że  jeśli  mówią  o  czyszczeniu 

żyrandoli, to tak naprawdę chodzi im o tajną broń. 

Trudy z uśmiechem pokiwała głową. 

 -  A  ja  udawałam,  że  nasze  pole  jest  lądowiskiem  UFO.  Obcy 

zamieniali  się  potem  w  mieszkańców  Virtue.  Nie  miałeś  chyba 

kłopotów  z  tego  powodu?  -  spytała,  kładąc  akcent  na  dwa  ostatnie 

słowa. 

background image

 -  Niestety,  posunąłem  się  o  krok  dalej  i  zainstalowałem 

magnetofony, żeby zebrać o nich informacje. 

 -  Och!  -  Trudy  instynktownie  wyczuła  ciekawą  historię  i 

przysunęła się bliżej. - Pewnie nie spodobało się to służbie, co? 

Oparł się o pudło i pochylił w jej stronę. 

 - Nigdy się o tym nie dowiedzieli. Za to ja dowiedziałem się, że 

mieli  romans.  Nie  mogłem  zrozumieć,  czemu  tak  dyszą  i  jęczą,  i 

mówią słowa, których nie znałem. 

Poczuła mrowienie na plecach i brzuchu. 

 - Ojej! Domyśliłeś się, co się dzieje? 

 - Nie od razu, chociaż miałem wtedy jedenaście lat i zaczynałem 

się już interesować seksem. - Przeszył ją wzrokiem. 

 -  No  tak,  to  zupełnie  naturalne  -  bąknęła,  czując,  że  jest  coraz 

bardziej podniecona. 

Mogła mieć tylko nadzieję, że Linc tego nie zauważył. 

 - Kiedy w końcu zrozumiałem, o co chodzi, słuchałem tej taśmy 

tak często, że  w końcu przyłapała mnie na tym moja matka - ciągnął 

opowieść.  -  Oczywiście  nie  była  zbyt  zadowolona.  Możesz  sobie 

wyobrazić, co się działo. Prawdziwe piekło. Nie chciałem, żeby wylali 

służących, więc powiedziałem, że kupiłem tę taśmę w sklepie. 

Trudy ucieszyła się, że bronił służącego i pokojówki. 

 - I nie zwolniła ich? - upewniła się. 

 - Nie. Na szczęście nie poznała ich po głosie. - Chrząknął. - Nic 

dziwnego. 

background image

 - To musiało być pasjonujące, słuchać tej taśmy, a potem widzieć 

ich przy pracy. 

 -  Niesamowite.  Zwłaszcza  że  ta  pokojówka  była  bardzo  ładna. 

Grała  potem  główną  rolę  we  wszystkich  moich  erotycznych 

fantazjach. Niestety odeszła, zanim zdołałem tak naprawdę dojrzeć... 

Trudy  rozejrzała  się  dookoła  z  nowym  zainteresowaniem.  To 

może dlatego jest tu tak czysto i schludnie, pomyślała. 

 -  Założę  się,  że  to  zdarzenie  tkwi  gdzieś  głęboko  w  twojej 

podświadomości. - Czytała wystarczająco dużo o seksie, żeby się tego 

domyślić.  Ta  historia  mogła  mieć  na  niego  różny  wpływ.  Nie  mógł 

jednak  całkowicie  wyprzeć  jej  ze  swego  życia.  -  Jak  ona  miała  na 

imię? 

 - Belinda. 

Wspaniałe imię dla seksownej pokojówki. 

 - Jak wyglądała? 

Rysy mu złagodniały, a wargi lekko się rozchyliły. Dopiero teraz 

dotarło  do  niej,  że  jest  podniecony.  Jaka  szkoda,  że  myślał  teraz  o 

Belindzie,  a  nie  o  niej.  Trudy  chciała  koniecznie  wiedzieć,  jak 

wyglądała kobieta, która wciąż miała tak wielką władzę nad Lincem. 

 - Opowiedz mi o niej - poprosiła raz jeszcze.  

Patrzył  w  przestrzeń.  Mina  mężczyzny  zdradzała,  że  jego  duch 

krąży gdzieś daleko. 

 -  Miała  bardzo  wąską  talię,  a  jej  czarno  -  biały  strój  jeszcze 

pogłębiał  to  wrażenie.  Nosiła  krótkie  spódniczki,  żeby  wszyscy 

background image

widzieli,  jakie  ma  ładne  nogi.  Zawsze  była  zapięta  pod  szyję,  ale 

guziki na środku wyglądały tak, jakby miały się za chwilę urwać. 

 - Pewnie marzyłeś, żeby tak się stało? 

 - Jasne. 

Trudy poczuła, że sama drży z podniecenia. 

 - Miała krótkie czy długie włosy? - szepnęła. 

 - Średniej długości, kręcone. I zielone oczy. Wciąż pamiętam, jak 

na mnie patrzyła. 

Trudy z trudem przełknęła ślinę. Dopiero wtedy zdołała  wydusić 

z siebie kolejne pytanie: 

 - A kolor? Jakiego koloru były włosy? 

 - Takie... bardziej... brązowe... - Przy tych słowach popatrzył na 

nią i otworzył ze zdziwienia usta. 

Jej pierś wezbrała pożądaniem. 

 - Czy... czy jestem do niej podobna? 

 - Nie, wcale - odparł szybko. - Masz, co prawda, podobne włosy i 

takie  same  oczy,  no  i  taką  samą  figurę  i,  ehm, biust,  ale...  ogólnie  to 

raczej nie. 

 -  Nie  jestem  tak  ładna  -  domyśliła  się,  próbując  ukryć  gorycz 

rozczarowania. 

No  tak,  nie  pytała  przecież  o  urodę  pokojówki.  A  zapewne 

musiała być śliczna. 

 - Och, jesteś piękna. 

Za  późno.  Wiedziała,  że  powiedział  to  z  litości.  Po  prostu 

zauważył jej minę i tyle. 

background image

 -  Nie  musisz  mi  prawić  komplementów.  Sama  wiem,  jak 

wyglądam. 

 - To prawda - rzekł z pełnym przekonaniem.  

Jego  ton  sprawił,  że  spojrzała  mu  w  oczy.  To,  co  w  nich 

zobaczyła,  przyprawiło  ją  o  zawrót  głowy.  Linc  rzeczywiście  tak 

myślał! Rzeczywiście uważał, że jest piękna. 

Nogi  się  pod  nią  ugięły  i  usiadła  na  jego  łóżku.  On  natomiast 

oparł  się  o  kartonowe  pudło  ze  stolikiem  i  krzesłami.  Przez  chwilę 

trwali tak w milczeniu. Trudy nie mogła uwierzyć, że ktoś taki uważa 

ją, prostą dziewczynę z Virtue, za kogoś godnego uwagi. 

Linc chrząknął. 

 -  Prawdę  mówiąc,  rzeczywiście  jesteś  bardzo  podobna  do 

Belindy  -  dodał.  -  Pewnie  dlatego  tak  zareagowałem...  -  Urwał  i 

znowu spojrzał gdzieś w przestrzeń. - Nieważne. 

 - Co chciałeś powiedzieć? - dopytywała się. - Jak zareagowałeś? 

 -  Nic  takiego.  Miałem  taką  reakcję,  kiedy  cię  zobaczyłem  - 

mruknął. 

 - Seksualną? - Chciała się upewnić. 

 - Tak - odparł, patrząc na nią swymi błękitnymi oczami. 

 - Och! - Jej serce biło coraz mocniej. 

 - Ale popełnilibyśmy błąd, wikłając się w romans - dodał zaraz. 

 -  Niewątpliwie  -  zgodziła  się,  chociaż  nie  była  już  o  tym  tak 

mocno przekonana jak godzinę temu. 

 -  To  by  strasznie  skomplikowało  sprawy  -  ciągnął  Linc.  - 

Przecież  Tom  jest  moim  najlepszym  przyjacielem,  a  Meg  twoją 

background image

przyjaciółką  i  skoro  się  pobrali,  to  byłoby  głupio,  gdybyśmy  im 

wykręcili taki numer... 

 -  Tak,  jasne.  -  Nie  miała  zamiaru  uprzedzać  swoich  posunięć, 

oczywiście jeśli na cokolwiek się zdecyduje. 

 - Nawet jeśli wyglądam jak tamta pokojówka, nie zrobimy nic ze 

względu na Meg i Toma. 

 - To świetnie - w jego głosie nie słychać było entuzjazmu. 

Patrzył  na  nią  wyczekująco,  gotowy  zmienić  zdanie  na  jej 

pierwsze skinienie. 

Trudy wstała, przypomniawszy sobie o zarezerwowanym stoliku. 

Gdzieś  na  dole  czekała  na  nich  taksówka.  Ciekawe,  ile  teraz  wynosi 

ich rachunek? 

 - Linc, musimy się spieszyć. - Spojrzała na zegar nad drzwiami. 

Dochodziła  dziewiąta.  -  I  tak  spóźnimy  się  na  kolację,  a  poza  tym 

wydamy majątek za taksówkę. 

Nigdy  jej  nie  przyszło  do  głowy,  że  to  właśnie  taksówki  mogą 

stanowić  problem  w  wielkim  mieście.  Linc  spojrzał  na  nią  ze 

zdziwieniem, jakby zapomniał nie tylko o taksówce, ale i o kolacji. 

 - No tak, przecież mamy jechać do restauracji! Pewnie jesteś już 

strasznie głodna? 

 - Bardzo. 

Wzięli  wierzchnie  okrycia  z  łóżka  i  zaczęli  się  ubierać. 

Jednocześnie  rzuciło  im  się  w  oczy  wielkie  kartonowe  pudło.  Trudy 

była  tak  pochłonięta  historią  Belindy,  że  zupełnie  zapomniała  o 

stoliku i krzesłach. Teraz dotarło do niej, po co tu w ogóle przyjechali. 

background image

 - Ten stolik jest chyba bardzo fajny - powiedziała, wpatrując się 

w maleńki rysunek, który stanowił instrukcję, jak go rozkładać. 

 - A tak, cieszę się, że ci się podoba. Mogę ci go przywieźć jutro 

po południu. 

Za  szybko.  Potrzebuje  czasu,  żeby  przemyśleć  całą  sytuację. 

Uwieść  go  czy  nie  -  to  był  jej  największy  problem.  I  potrzebowała 

czasu, żeby podjąć decyzję. 

 - To bardzo miło z twojej strony - rzekła w końcu. - Ale obawiam 

się, że możesz mnie nie zastać. Muszę jutro zrobić duże zakupy. 

 -  Aa.  -  Przez  chwilę,  ale  tylko  przez  chwilę,  wyglądał  na 

rozczarowanego.  Potem  na  jego  twarz  powrócił  wyraz  obojętności.  - 

Nieważne. 

Trudy  poczuła,  że  musi  podjąć  decyzję.  Bała  się,  że  będzie  jej 

później żałować. Może jednak po prostu ograniczyć się do  odebrania 

stolika. Nie musi robić nic więcej. 

 - Hm, powinnam być w domu po siódmej. Czy to dla ciebie nie 

za późno? 

 -  Nie,  wcale  -  zapewnił  ją.  -  Ale  mogę  też  zaczekać  do 

przyszłego tygodnia. 

Trudy  zdecydowała,  że  nie  należy  zbyt  długo  czekać.  Być  może 

do  przyszłego  tygodnia  Linc  w  ogóle  zapomni,  że  jest  podobna  do 

Belindy.  Byłaby  głupia,  gdyby  pozwoliła  mu  się  wymknąć.  Już  go 

przecież  prawie  ma.  Przy  tak  niewielkim  wysiłku  będzie  mogła 

odhaczyć  maklera  giełdowego  na  liście  swoich  seksualnych 

podbojów! 

background image

Być  może  wówczas  zmieni  kurs  o  sto  osiemdziesiąt  stopni  i 

poszuka  sobie  długowłosego  artysty  z  Greenwich  Village?  A  może 

zdecyduje się na policjanta albo strażaka? Możliwości, które oferował 

Nowy  Jork,  wydawały  jej  się  nieograniczone.  Już  niedługo  stanie  się 

naprawdę światową osobą... 

Linc  wydawał  się  doskonały  na  początek.  To,  że  wiedział,  skąd 

pochodzi,  przestało  jej  jakoś  przeszkadzać.  Zwłaszcza  że  miała  się  z 

nim związać tylko na krótki okres. 

 - Gdybyś przyjechał na siódmą, moglibyśmy zamówić pizzę czy 

coś takiego - rzuciła niezobowiązująco. 

Linc rozjaśnił się. 

 - A może byś coś ugotowała? 

 - Nie, to takie małomiasteczkowe. W Nowym Jorku najlepiej po 

prostu zamówić jedzenie do domu. 

Poza  tym,  będzie  musiała  przygotować  się  do  roli  pokojówki. 

Trudy aż zadrżała z podniecenia. To może zająć jej trochę czasu. 

background image

Rozdział siódmy 

W  czasie  kolacji  poruszali  jedynie  bezpieczne  tematy.  Mówili  o 

pracy  i  o  zakupach.  Jednak  Linc  przyglądał  się  Trudy  uważnie  i 

musiał przyznać, że jest ładniejsza od Belindy. Miała pełniejsze usta, a 

jej oczy były bardziej zielone. Nawet jej głos brzmiał przyjemniej. 

Za  to  jadła  w  bardzo  podobny  sposób.  Kiedy  tak  teraz  na  nią 

patrzył, miał wrażenie, że już to gdzieś widział. W dzieciństwie często 

przychodził  do  kuchni,  gdzie  zdarzało  mu  się  widywać  jedzącą 

Belindę.  Wpatrywał  się  w  nią  wtedy  jeszcze  bardziej  intensywnie  z 

nadzieją, że nie zwróci na niego uwagi. 

Gdy  się  nad  tym  głębiej  zastanowił,  dochodził  do  wniosku,  że 

Belinda  musiała  znać  jego  uczucia.  Pewnie  większość  domowników 

wiedziała, że podkochuje się w pokojówce. Jedynie rodzice mogli się 

nie  domyślać,  ale  to  dlatego,  że  nigdy  się  nim  specjalnie  nie 

interesowali. 

Na  szczęście  nauczył  się  ukrywać  swoje  prawdziwe  uczucia. 

Trudy  domyśliła  się  pewnie,  że  mu  się  podoba,  ale  na  pewno  nie 

wiedziała, jak bardzo. 

Trudy nie chciała deseru, a on musiał na to przystać, ponieważ to 

był  jej  wieczór.  Z  niechęcią  jednak  opuścił  restaurację,  oznaczało  to 

bowiem, że muszą wybrać się na zwiedzanie Manhattanu. Mieli przy 

okazji zajrzeć do paru nocnych klubów, w których, Linc doskonale to 

wiedział, było sporo facetów czekających na łatwy podryw. 

background image

Ponieważ w sąsiedztwie znajdowało się sporo lokali, ruch pieszy 

był dosyć spory. Na ulicach pełno też było samochodów. Pomyślał, że 

mogą być problemy z taksówką, co go tylko ucieszyło. 

Już  jakiś  czas  temu  zauważył,  że  kobiety  uwielbiają  facetów, 

którzy potrafią zatrzymać taksówkę, kiedy wydaje się, że nie ma na to 

najmniejszych szans. Dlatego do perfekcji wyćwiczył tę umiejętność. 

 -  To  wspaniałe.  -  Trudy  rozejrzała  się  dookoła.  -  Uwielbiam 

uliczne korki. 

Uśmiechnął się, ponieważ on też je lubił. 

 -  W  Nowym  Jorku  ci  ich  nie  zabraknie  -  zapewnił.  -  Stań  na 

chwilę tutaj, gdzie mniej wieje, a ja złapię taksówkę. 

Mógłby  po  prostu  po  nią  zadzwonić,  ale  to  byłoby  oszustwo. 

Chciał  powiedzieć  swojej  wybrance:  „Ja  Tarzan,  ty  Jane...  jechać 

taksówka". 

 - Ja to zrobię. - Trudy podskoczyła w kierunku ulicy. 

 - Posłuchaj, nie wiesz, co mówisz. O tej porze... 

 - Umiem to zrobić. Ćwiczyłam - pochwaliła się. 

 - Posłuchaj, nawet jeśli w Virtue są jakieś taksówki, to... 

 - Ćwiczyłam gwizdanie - przerwała mu po raz drugi. 

Zanim zdążył ją powstrzymać, wsadziła palce do ust i gwizdnęła 

przeraźliwie.  Taksówka  zatrzymała  się  z  piskiem  opon  przy 

krawężniku. 

 - Widzisz. - Popatrzyła na niego z triumfem. - Udało mi się! 

background image

 -  Nieźle  ci  poszło  -  mruknął,  próbując  ukryć  rozczarowanie. 

Mógł  się  domyślić,  że  Trudy  umie  gwizdać.  Ktoś,  kto  ma  własne 

narzędzia, potrafi robić takie rzeczy. - Dobrze, wsiadamy. 

 - Gdzie jedziemy? - spytał taksówkarz. 

 -  Na  Times  Square  -  rzuciła  Trudy,  nim  Linc  zdążył  otworzyć 

usta. 

Taksówkarz wysadził ich przecznicę przed samym placem. Trudy 

aż podskoczyła na widok reklam świetlnych na Allied Towers. 

 - Widziałeś kiedyś coś tak wspaniałego?! - wykrzyknęła, patrząc 

w górę. 

Musiał  przyznać,  że  nie.  Ani  na  chwilę  nie  spuszczał  z  niej 

wzroku. Widział jej pełne wargi. Kształtne czoło, pokryte brązowymi 

loczkami, i obłoczek pary, który wydobywał się z jej ust. 

Trudy  cała  była  zaczerwieniona,  a  wiatr  targał  jej  włosy.  Linc 

miał  ochotę  pocałować  ją  teraz.  Podejrzewał,  że  nie  była  cnotką  i 

całowała się z tuzinami chłopaków z Virtue. Ale nigdy nie robiła tego 

na Times Square! 

Ona jednak nawet na niego nie spojrzała. 

 - Muszę się szczypać, żeby się upewnić, że to nie sen - rzekła po 

chwili. 

Linc  chciał  powiedzieć,  że  chętnie  zrobi  to  za  nią,  ale  w  końcu 

bąknął: 

 - Tak, ładny widok. 

 -  Wiele  bym  dała,  żeby  być  tutaj  na  sylwestra.  Pewnie 

przychodzisz tu regularnie? 

background image

 - Ee, nie. 

Ostatnio  na  Nowy  Rok  był  na  eleganckim  przyjęciu  z  równie 

elegancką kobietą. Clarisa chciała go później nawet zaprosić do swego 

mieszkania i  łóżka,  ale  zachował  się  zupełnie  nielogicznie.  Uznał,  że 

zaczynanie roku z kobietą, na której mu zupełnie nie zależało, będzie 

stanowić złą wróżbę, i wymówił się bólem głowy. Ale Clarisa i tak się 

obraziła. Nie spotkali się później ani razu.  

 -  Ja  będę  tu  na  pewno  na  najbliższego  sylwestra  -  stwierdziła 

Trudy. - Szkoda, że muszę czekać cały rok. 

 - Czas szybko mija - zapewnił ją. 

Zaczął się zastanawiać, z kim się tutaj wybierze, i poczuł ukłucie 

zazdrości.  Nagle  odezwała  się  zaborcza  część  jego  osobowości.  Znał 

też  swoje  obowiązki  przewodnika,  chociaż  nie  chciał  rozwiewać  tak 

od razu złudzeń Trudy. Cieszył go entuzjazm, z jakim oglądała Times 

Square. 

 - Popatrz, przestało wiać - powiedziała nagle Trudy, podchodząc 

do  niego  tak,  że  jej płaszcz  zaczął  się  ocierać  o  jego  jesionkę.  -  A  ja 

wciąż mam dreszcze. 

Linc spojrzał jej w oczy i zadrżał. 

 - Czy ty też masz dreszcze? - spytała łagodnie. 

Nie  pamiętał,  kiedy  wyjął  ręce  z  kieszeni.  Wiedział  tylko,  że 

Trudy znalazła się nagle bardzo blisko, i tulił ją mocno do siebie. 

 - Tak - szepnął, pochylając się w jej stronę. 

Trudy  zarzuciła  mu  ręce  na  ramiona  i  wspięła  się  na  palce. 

Wydawało  jej  się,  że  pocałunek  kogoś  takiego  jak  Linc  będzie 

background image

prawdziwym  ukoronowaniem  jej  przeprowadzki  do  Nowego  Jorku. 

Zwłaszcza  jeśli  miało  się  to  zdarzyć  na  Times  Square.  Mogła  nawet 

udawać,  że  jest  północ  i  że  właśnie  nadchodzi  Nowy  Rok.  Ten 

wspaniały rok, który przyniósł jej tyle zmian. 

Chciała,  żeby  pocałunek  wypadł  jak najlepiej,  włożyła  więc  weń 

cały swój entuzjazm. Nie wiedziała jednak, jaki będzie rezultat. Linc z 

westchnieniem  przyciągnął  ją  do  siebie  i  poczuła,  jak  fala  gorąca 

zalała  całe  jej  ciało.  Nagle  zapomniała  o  tym,  gdzie  się  znajduje. 

Przycichł  hałas  uliczny.  Była  sam  na  sam  z  Lincem.  To  było 

niesamowite doznanie. I tylko serce biło jej coraz mocniej. 

Linc wziął twarz dziewczyny w dłonie, a potem zagłębił palce w 

jej  miękkich  włosach.  Na  chwilę  oderwał  się  od  Trudy,  żeby 

zaczerpnąć powietrza. Jęknęła, a potem przywarła do niego, jakby nie 

mogła  żyć  bez  tej  bliskości.  Przyciskała  się  do  niego,  chcąc  wyczuć 

jego erekcję. Niestety, dzieliło ich zbyt wiele warstw ubrania. W tym 

momencie zaczęła żałować, że pożyczyła jego płaszcz. Na pewno nie 

byłoby jej teraz zimno w spódniczce i sweterku. 

Na szczęście Lincowi udało się poluzować pasek. 

Jęknęła  raz  jeszcze,  kiedy  poczuła  jego  dłonie  na  swoim  ciele.  I 

wtedy zorientowała się, że Linc się od niej oddala. 

Zdziwiona otworzyła oczy. 

 -  Co  ja  najlepszego  robię?  -  szepnął,  patrząc  na  nią  całkowicie 

oszołomiony. 

Dopiero po chwili odzyskała głos: 

background image

 - Po prostu staramy się upamiętnić tę chwilę. Nowy Jork. Times 

Square... 

Lincowi  było  wszystko  jedno,  gdzie  się  w  tej  chwili  znajduje. 

Puścił  jej  twarz  i  spojrzał  ze  zdziwieniem  na  swoje  ręce,  a  potem 

znowu na nią. 

 - Zapomniałem, gdzie jesteśmy. 

 - Ale ja nie - powiedziała, co nie było do końca prawdą. 

Pokręcił głową. 

 - Więc powinnaś mnie była powstrzymać. Nie chciałbym, żebyś 

poczuła się zażenowana... 

 -  Kto  tutaj  jest  zażenowany?  Wcale  się  nie  wstydzę!  To  był 

wspaniały pocałunek! 

Linc poczuł, że cały się czerwieni. 

 -  Pocałunek  był  rzeczywiście  bardzo  miły,  ale  normalnie  nie 

zachowuję się tak w miejscach publicznych... - Rozejrzał się dookoła i 

zacisnął mocniej pasek jej płaszcza. 

 -  Ja  też  nie.  -  Zaśmiała  się  do  swoich  myśli.  -  Co  prawda  w 

Virtue już za to nie palą na stosie, ale lepiej się nie narażać. 

 -  Przede  wszystkim,  w  ogóle  nie  powinienem  cię  całować  - 

stwierdził,  marszcząc  brwi.  -  Nie  mówiąc  już  o  wkładaniu  ręki  pod 

twój płaszcz. 

 - I sweter - dodała, dumna z tego, że aż tak go rozpaliła. 

Linc poczerwieniał jeszcze bardziej i pokręcił głową. 

 - Sam nie wiem, co mnie opętało. 

 - Pożądanie. 

background image

 - To już się nie powtórzy. 

Chcesz  się  założyć?  Po  tym  pocałunku  Trudy  wiedziała  już  na 

pewno,  że  pragnie  jak  najmocniej  zadziałać  na  wyobraźnię  Linca. 

Nowy  Jork  wpływał  na  nią  inspirująco.  Być  może  nie  robiła 

wszystkiego  perfekcyjnie,  z  prawdziwym  wielkomiejskim  szarmem, 

ale Linc nie miał chyba nic przeciwko temu. 

Po tym, jak to nazywał w myślach „wypadku", Linc starał się być 

bardzo  ostrożny.  Pocałunek  stanowił  dla  niego  groźne  memento. 

Wiedział, że nie może więcej doprowadzić do podobnej sytuacji. 

Trudy  zaproponowała,  żeby  przeszli  się  Piątą  Aleją.  Zgodził  się, 

ale starał się w ogóle jej nie dotykać. O trzymaniu za rękę w ogóle nie 

mogło  być  mowy.  Raz  tylko  złapał  ją  za  ramię,  kiedy  wydawało  mu 

się,  że  wpadnie  pod  samochód,  i  natychmiast  ją  puścił,  żeby  nie 

wpadła w jego ramiona. 

Doszli  do  Piątej  Alei.  Miał  nadzieję,  że  teraz  trochę  odetchnie. 

Nigdy nie widział nic seksownego w oglądaniu wystaw. Ale też nigdy 

nie oglądał ich z Trudy! Teraz, kiedy szli wolniej, ona sama wzięła go 

pod  rękę.  Miał  wrażenie,  że  czuje  ciepło  jej  ciała  nawet  przez  grube 

warstwy  ubrań.  Znowu  płonął.  Gdy  tylko  dotarł  do  niego  zapach  jej 

perfum, przypomniał sobie „wypadek" i znowu się zaczerwienił. 

Trudy chyba udzielił się jego nastrój, ponieważ tuliła się do niego 

coraz mocniej. 

 -  Och,  popatrz  na  to!  -  Zatrzymała  się  nagle  przed  jedną  z 

wystaw. 

Mógł się domyślić, że wybierze sklep z bielizną. 

background image

 -  Em,  ee  -  mamrotał,  starając  się  nie  myśleć  o  tym,  jak  Trudy 

wyglądałaby w skąpym szlafroczku. Ale kiedy mu się to udało, zaczął 

ją sobie wyobrażać bez szlafroczka. 

 - Właśnie tego potrzebuję. 

Nie  sądził,  żeby  chodziło  jej  o  szlafrok  frotte,  który  spowijał 

szczelnie  manekin  na  wystawie.  Więc  zapewne  o  czarną  piżamkę  z 

satynową lamówką. Rzeczywiście, wyglądałaby w niej wspaniale. Tak 

wspaniale, że wolał o tym nie myśleć. 

 -  Założę  się,  że  nie  wiesz,  o  czym  mówię.  Spojrzał  na  nią,  ale 

szybko odwrócił wzrok, bojąc się 

jej rozmarzonych, zielonych oczu. 

 - Pewnie potrzebujesz piżamy? 

 -  Nie.  To  znaczy  tak,  potrzebuję  paru  rzeczy.  Ale  przede 

wszystkim chodzi mi o parawan. Właśnie taki, jak ten na wystawie. - 

Pokazała palcem. 

Wciąż  trzymała  go  pod  rękę.  I  teraz  poczuł  ruch  jej  piersi.  Tych 

piersi, których prawie dotknął. 

 - Nie zapytasz mnie, po co jest mi potrzebny taki parawan? - nie 

wytrzymała. 

Bał się, że odpowiedź będzie się nieodmiennie wiązać z seksem. 

Nie chciał jednak, żeby się tego domyśliła. 

 - Właśnie, po co? 

 - Układ mieszkania - odparła, co nie zabrzmiało zbyt erotycznie. 

-  Teraz,  kiedy  urządziłam  sypialnię  w  dziennym  pokoju,  potrzebuję 

jakiegoś miejsca, w którym mogłabym się przebrać. 

background image

 - A nie możesz tego robić w dawnej sypialni? 

 - Tak, ale brakowałoby temu dramatyzmu i pieprzyka. Wyobraź 

sobie, że przyprowadziłam kogoś do domu... 

Prawdę mówiąc, wolał tego nie robić. 

 - Więc teraz mówię mu, żeby  zrobił sobie drinka w kuchni, a ja 

zmienię  ubranie  na  wygodniejsze.  Ale  gdybym  chciała  to  zrobić  w 

dawnej  sypialni,  musiałabym  dwa  razy  przejść  obok  kuchni.  To  bez 

sensu. Powinnam od razu pokazać mu się w nowym stroju! 

 - Czy ja wiem... 

Sam  nie  miał  nic  przeciwko  temu,  żeby  widywać  ją  jak 

najczęściej. W różnych ubraniach, a nawet nago. Najchętniej nago. 

 -  Właśnie  dlatego  potrzebuję  parawanu.  Będę  go  mogła  ustawić 

w kąciku i korzystać z jednego z twoich krzeseł do wieszania bielizny, 

która będzie czekała na okazję... 

 - Ach, tak. 

 -  Nie  wygląda  na  to,  żeby  spodobał  ci  się  ten  pomysł  - 

zauważyła. - Nie uważasz, że jest dobry? Parawany są takie zmysłowe 

i  dodają  blasku  całej  sprawie.  Mogłabym  wieszać  nawet  na  nim 

pończoszki. To wzmogłoby napięcie. Hej, dlaczego się krzywisz? 

Linc robił wszystko, żeby zapanować nad twarzą. 

 - Niezły pomysł - rzucił, chcąc odwrócić uwagę Trudy od swojej 

miny. 

 - Tylko niezły? - spytała rozczarowana. 

background image

Pomyślał,  że  jeśli  dalej  tak  będą  stali,  to  znowu  ją  pocałuje.  Po 

prostu nie mógł jej się oprzeć. Co w  niej takiego było, że działała na 

niego bardziej niż inne kobiety? 

background image

Rozdział ósmy 

Trudy  była  dumna  z  tego,  że  jej  opowieść  o  parawanie  i 

przebieraniu się za nim tak poruszyła Linca. Jednak jej pewność siebie 

minęła, kiedy weszli do pierwszego w jej życiu nowojorskiego klubu. 

Elegancko  ubrane  kobiety  tańczyły  tu  przy  muzyce,  której  nigdy  nie 

słyszała,  albo  piły  drinki,  które  widziała  pierwszy  raz  w  życiu.  Linc 

natomiast  czuł  się  tu  jak  ryba  w  wodzie.  Od  razu  zamówił  butelkę 

szampana, chociaż ona popełniłaby błąd, prosząc o rum z colą. 

Wszystko  tu  było  nowe  i  inne.  Od  razu  zorientowała  się,  że  ma 

nieodpowiednią  fryzurę  i  że  nikt już nie  maluje paznokci  na  różowo. 

Trudy  zbyt  późno  przypomniała  sobie,  że  zapomniała  poprawić 

makijaż po pocałunku przy Times Square. A poza tym szła na wietrze, 

więc pewnie jej fryzura przypominała teraz stóg siana. 

Linc pochylił się w jej stronę. 

 -  Co  się  stało?  Myślałem,  że  będziesz  się  bardziej  cieszyć  z 

pierwszego wieczoru w nocnym klubie. 

 - Nie, nic. Po prostu nie czuję się tu zbyt bezpiecznie - wyznała. 

Spojrzał na nią ze zdziwieniem. 

 - Tak? Dlaczego? 

 - Chodzi o to... Nie, nic takiego - poniechała wyjaśnień. 

Linc  jako  mężczyzna  i  tak by  pewnie  nic nie  zrozumiał.  Czyżby 

nie  widział,  że  nie  pasuje  do  tego  miejsca?  Nie  miała  się  co 

oszukiwać. 

 - Może chcesz się wybrać gdzie indziej? 

 - Nie, tu jest bardzo fajnie. 

background image

Przenosiny nie rozwiązałyby problemu. Chyba że trafiliby na klub 

dla  osób,  które  przeprowadziły  się  tu  niedawno  z  Kansas.  Poza  tym 

Linc zamówił butelkę szampana, który zapewne nie był tani, a ona do 

tej  pory  wypiła  tylko  jeden  kieliszek.  W  domu  zawsze  uczono  ją 

oszczędności. Nie może pozwolić, żeby zmarnowało się tyle alkoholu. 

Z tą myślą podsunęła mu swój kieliszek. 

 - Mogę prosić o jeszcze? 

Nalał jej, a potem rozejrzał się dookoła. 

 - Naprawdę dziwię się, że siedzisz tu tak cicho - nagle dotarł do 

niej głos Linca. - Myślałem, że od razu wyciągniesz mnie do tańca. 

 - Po prostu chce mi się pić. 

Wypiła  już  pół  trzeciego  kieliszka  i  stwierdziła,  że  musi  nieco 

zwolnić tempo. Kobiety w klubie sączyły bardzo wolno swoje drinki. 

To pewnie z oszczędności, pomyślała. Żeby nie kupować następnych. 

 - Nie chcesz tańczyć? - upewnił się jeszcze Linc.  

Nie  miała  zamiaru  wychodzić  na  parkiet,  dopóki  nie  nauczy  się 

nowych kroków i nie skompletuje nowej garderoby, która nadawałaby 

się na takie okazje. 

 -  A  ty  nie  jesteś  spragniony  po  takim  długim  spacerze?  - 

odpowiedziała mu pytaniem. 

Zauważyła, że Linc prawie nie tknął swojego kieliszka. Mimo że 

szampan  bardzo  jej  smakował,  była  pewna,  iż  nie  zdoła  wypić  sama 

całej butelki. Już w tej chwili trochę kręciło jej się w głowie. 

 - Wygląda na to, że mniej niż ty. - Wypił jeszcze łyk. 

background image

Dopiero teraz zrozumiała, że zachowała się niewłaściwie. Kobiety 

piły wolno nie z oszczędności, ale dlatego, że tak wypadało. Była zła 

na Linca o to, że jej tego nie powiedział. 

 -  Hej,  co  ci  się  stało?  -  Spojrzał  na  nią  z  autentyczną  troską.  - 

Czy... czy czymś cię obraziłem? 

Potrząsnęła  głową  i  poczuła,  jak  cały  klub  zakołysał  się  w  rytm 

jej ruchów. Jednocześnie zarumieniła się, myśląc o swojej sytuacji. 

 -  Może  masz  alergię  na  szampana?  -  zaniepokoił  się  jeszcze 

bardziej. - Jesteś cała czerwona. 

 - Nie, nic mi nie jest - niemal jęknęła.  

Znalazła  się  w  sytuacji  nie  do  pozazdroszczenia.  Klub  był 

naprawdę  szykowny,  a  ona  wyglądała  jak  delegatka  koła  gospodyń 

wiejskich  ze  swoją  potarganą  fryzurą,  rozmazanym  makijażem  i 

wypiekami na policzkach. Sięgnęła po swój plecaczek. 

 - Chciałabym wyjść na chwilę do toalety.  

Wymamrotała  „przepraszam"  pod  nosem  i  pognała  przed  siebie, 

sama  nie  wiedząc  gdzie.  W  końcu  dotarła  do  miniaturowej  kuchni  i 

spytała zdziwionego kelnera o drogę do toalety. 

 -  Na  lewo  i  w  dół  po  schodach  -  poinformował  ją,  marszcząc 

brwi. 

Pewnie ma mnie za idiotkę, pomyślała Trudy. W końcu odnalazła 

wyłożone  chodnikiem  schody  i  zeszła,  potykając  się,  na  dół.  Chyba 

jednak przesadziła trochę z szampanem. 

Oczywiście  w  toalecie  znajdowało  się  parę  ślicznotek,  co  wcale 

nie  poprawiło  jej  nastroju.  Trudy  przysięgła  sobie,  że  nigdy  już  nie 

background image

zdecyduje  się  na  wyprawę  do  klubu  nocnego,  zanim  sama  nie  stanie 

się  jedną  z  nich.  Odczekała  chwilę,  żeby  móc  skorzystać  z  lustra. 

Opłaciło się, jakimś cudem została sama w toalecie. 

Kiedy  w  końcu  spojrzała  do  lustra,  aż  jęknęła  z  przerażenia. 

Jedyne,  co  mogła  teraz  zrobić,  to  trochę  się  ogarnąć.  Wiedziała 

jednak,  że  nie  będzie  wyglądać  jak  inne  kobiety  w  klubie.  Może 

powinna  wyprostować  włosy  u  fryzjera.  Albo  zupełnie  je  ściąć. 

Widziała  dziewczynę,  która  miała  włosy  wygolone  tuż  przy  skórze  i 

wyglądała fascynująco. 

Sięgnęła  do  plecaczka  i  w  tym  samym  momencie  przypomniała 

sobie,  że  nie  ma  grzebienia.  Z  westchnieniem  rezygnacji  zaczęła 

rozczesywać  włosy  palcami,  przyklepując  je  tu  i  ówdzie.  Chciała  też 

odgarnąć  niesforne  loki  z  twarzy.  Na  szczęście  miała  parę  spinek  w 

kształcie motyli, ale ze względu na narastający szum w głowie szukała 

ich przez dłuższą chwilę. 

Skropiła  włosy  wodą,  żeby  móc  lepiej  nad  nimi  zapanować,  i 

przypięła  je  spinkami.  Następnie  spojrzała  na  swoje  odbicie.  Nie  był 

to szczyt jej marzeń, ale na pewno wyglądała lepiej niż ze splątanymi 

loczkami. 

Ktoś zapukał do drzwi toalety, co wydało jej się dosyć dziwne. 

 - Trudy?! Jesteś tam?! 

Linc! przemknęło jej przez głowę. 

 - Zaraz wychodzę! - odkrzyknęła. 

 -  Muszę  sprawdzić,  co  się  z  tobą  dzieje  -  stwierdził  i  nacisnął 

klamkę. 

background image

Obejrzała  się  i  aż  krzyknęła,  widząc  go  w  drzwiach.  Linc 

otworzył usta w wyrazie klasycznego osłupienia. 

 - O Boże, co ci się stało?! 

Mężczyzna  wszedł  do  środka,  szybko  zamknął  za  sobą  drzwi  i 

oparł się o nie plecami. 

 - Nic takiego... 

 - Przecież widzę, że jednak coś - rzekł z naciskiem. - Musisz mi 

powiedzieć,  co.  Inaczej  nie  wypuszczę  cię  z  łazienki.  Meg  prosiła, 

żebym się tobą opiekował, i staram się to robić najlepiej jak potrafię. 

Czy  wymiotowałaś  i  dlatego  musiałaś  umyć  głowę?  Dlatego  masz 

takie mokre włosy? 

Zastanawiała  się,  czy  nie  udać  chorej.  Tylko  po  to,  żeby  jakoś 

wywinąć się z tej upokarzającej sytuacji. Linc pokręcił głową. 

 -  Do  licha,  nie  powinienem  był  pozwolić,  żebyś  chodziła  po 

takim zimnie. Pewnie jesteś zmęczona tym wszystkim, a poza tym nie 

przywykłaś  do  takiego  jedzenia.  Założę  się,  że  w  Virtue  nie  ma 

tajskiej restauracji... I wreszcie na koniec zaserwowałem ci szampana, 

na którego jesteś uczulona. Mogłaś mi o tym powiedzieć - zakończył 

swoją przemowę. 

Serce  jej  się  ścisnęło.  Od  dawna  nikt  tak  o  nią  nie  dbał.  Kiedy 

upiła  się  tanim  winem  na  zabawie  w  domu  kultury,  jej  chłopak 

zostawił  ją  samą  w  łazience.  Co  prawda  damskiej,  ale  przecież  Linc 

zdecydował się wejść tutaj. 

Podeszła do niego, żeby mógł zobaczyć, że nic jej nie jest. 

background image

 -  Nie,  nie  wymiotowałam  i  czuję  się  zupełnie  dobrze.  Pamiętaj, 

że pochodzę ze wsi i byle co mnie nie rusza. - Chyba że dwie butelki 

owocowego  wina.  -  Być  może  jesteś  przyzwyczajony  do 

delikatniejszych  kobiet,  ale  mną  możesz  się  nie  przejmować.  W 

dodatku  nie  zrobiłeś  nic  złego,  a  u  nas  też  potrafi  wiać  jak  jasna 

cholera. 

Nie wyglądał na przekonanego. 

 - Więc co się stało z twoimi włosami? 

W  jednej  z  jej  książek  był  opis  stosunku  w  toalecie.  Bardzo 

podniecający  opis.  Oczywiście  nigdy  nie  odważyłaby  się  na  to  w 

Virtue,  ale  w  Nowym  Jorku  panowały  zupełnie  inne  zasady.  Tyle  że 

Linc wcale nie wyglądał w tej chwili na pobudzonego. 

Spojrzała  w  jego  pełne  troski  oczy  i  zdecydowała,  że  najlepsze, 

co może zrobić, to wyjaśnić mu całą sytuację. 

 -  Kiedy  tu  przyszliśmy,  zorientowałam  się,  że  jestem 

nieodpowiednio ubrana - zaczęła. -  I  że  okropnie wyglądam. Dlatego 

czułam się nieswojo i zeszłam tu, żeby przynajmniej poprawić włosy i 

makijaż. 

Przez moment patrzył na nią z niedowierzaniem, a potem w jego 

niebieskich  oczach  błysnęły  iskierki,  a  kąciki  ust  zaczęły  mu  lekko 

drgać. 

 - Tylko się ze mnie nie śmiej - rzuciła ostrzegawczo. 

 -  Nie,  skądże  znowu  -  powiedział  podejrzanie  zmienionym 

głosem. 

 - Przecież widzę, że już się śmiejesz. 

background image

 -  Nie,  wcale  nie.  -  Chrząknął  dwa  razy.  -  Poza  tym  wolę,  jak 

masz kręcone włosy. 

 - Naprawdę? 

 - Jak najbardziej. Więc na co teraz masz ochotę?  

Nie  mogła  znieść  wyrazu  rozradowania,  który  malował  się  na 

jego  twarzy.  Zrobiłaby  wszystko,  żeby  potraktował  ją  trochę 

poważniej.  Być  może  seks  w  toalecie  nie  był  wcale  takim  złym 

pomysłem. Zwłaszcza że po szampanie czuła się lekko i przestała już 

myśleć o kobietach na górze. 

Przysunęła się więc bliżej do Linca i zarzuciła mu ręce na szyję. 

 - Robiłeś to kiedyś w publicznej toalecie? - szepnęła. 

 - Nie, nigdy. - Wesołe iskierki zniknęły z jego oczu i zaćmiło je 

nagłe  pożądanie.  Jednak  Linc  zacisnął  dłonie,  jakby  chciał  ją 

odepchnąć. - I wydaje mi się, że to nie jest najlepszy pomysł. 

 - Nieprawda. - Otarła się o niego całym ciałem,  wiedząc, że nie 

będzie mu się w stanie oprzeć. - Przecież uważasz, że jest wspaniały! 

Linc spojrzał niepewnie na drzwi. 

 - Ktoś mógłby tu wejść - powiedział, z trudem panując nad sobą. 

Zwłaszcza  po  tym,  jak  Trudy  zaczęła  delikatnie  pieścić  jego 

szyję.  Jednocześnie  znowu  poczuł  ten  straszliwy  wzwód,  którego 

pozbył się zaledwie na parę chwil. 

 -  Myślisz,  że  moglibyśmy  tego  nie  zauważyć?  -  spytała, 

wspinając się na palce. 

Wystarczyło, że zobaczyła jego minę, a definitywnie przestała się 

przejmować  swoim  prowincjonalnym  wyglądem.  Miała  jedną 

background image

przewagę  nad  tymi  wszystkimi  ciziami  z  miasta.  Wyglądała  jak 

Belinda! 

 -  Najlepiej  sprawdźmy.  -  Nadstawiła  mu  swoje  usta.  Linc  był 

najwyraźniej gotowy. Cały drżał, chociaż jednocześnie bał się, że ktoś 

może go tu zastać. 

 - Może jednak wyjdziemy - zaproponował.  

Pocałunek przed toaletą wyglądał znacznie bardziej niewinnie. 

 -  Dobrze.  Za  chwilę.  -  Przesunęła  wargami  po  jego  ustach,  a 

potem oblizała się znacząco. - Smakujesz szampanem. 

Z  trudem  przełknął  ślinę,  chcąc  jak najszybciej  przywrzeć  do  jej 

warg.  Jednak  resztki  zdrowego  rozsądku  podpowiadały  mu,  że  nie 

powinien tego robić. 

 - Trudy, jesteś... 

Opór  zwiększył  jeszcze  jej  podniecenie.  Czuła,  jak  serce  bije  jej 

coraz szybciej, a uda drżą w słodkim podnieceniu. 

 - Seksowna? Niepoprawna? - Dotknęła jego ust językiem. 

 - Raczej szalona. - Oddychał coraz szybciej i płycej. 

 - Wspaniale, a co powiesz na szalony pocałunek? - Przywarła do 

niego jeszcze bardziej. 

Tego już było za wiele. Linc westchnął głęboko i zaczął całować 

ją  coraz  mocniej.  Jego  język  penetrował  wnętrze  ust  dziewczyny,  a 

dłonie przesuwały się miarowo po jej ciele. 

Trudy  poczuła  jego  wyprężony  członek  i  zaczęła  się  o  niego 

ocierać. 

 - Przestań! - jęknął rozpaczliwie. 

background image

 - To spróbuj mnie powstrzymać. - Otarła się o niego raz jeszcze. 

Z wysiłkiem wciągnął powietrze. 

 - Trudy, proszę... 

 - Myślę, że ci to odpowiada. 

Doskonale wiedziała, że tak jest. Nagle odkryła tę prostą prawdę, 

że  niezależnie  od  miejsca  zamieszkania  mężczyźni  pragną  mniej 

więcej  tego  samego.  Szampan  sprawił,  że  wydało  jej  się  to  bardzo 

podniecające.  Szkoda,  że  Linc  nie  wypił  tyle  co  ona.  Być  może  nie 

miałby wówczas nic przeciwko pieszczotom w toalecie. 

Otarła się o niego raz jeszcze. 

 - Trudy, przestań... - błagał ją. 

 - Wobec tego mnie puść. 

Dopiero teraz uświadomił sobie, że trzyma ją mocno w objęciach. 

Zawstydzony rozluźnił uścisk, a Trudy wyśliznęła się z jego ramion i 

uśmiechnęła  się  do  niego  uwodzicielsko.  Och,  nie  zapomni  tego  do 

końca życia. 

Chrząknął parę razy i poluzował krawat, wciąż jednak wpatrywał 

się w nią głodnym wzrokiem. 

 - Powinniśmy już iść - mruknął, nie ruszając się z miejsca. 

 -  Nie  chcesz  nigdzie  iść.  Wolisz  tu  zostać...  ze  mną  -  szepnęła 

zmysłowo. 

Nic  nie  odpowiedział.  Wciąż  jednak  patrzył  na  nią  głodnym 

wzrokiem. Dlatego zdecydowała się sięgnąć do zamka jego spodni. 

 - Trudy! 

 - Przecież chcesz tego. 

background image

 - Ja... - nie mógł wydusić z siebie słowa. 

 - Będzie ci dobrze. 

Potrząsnął głową w niemym proteście. 

 - Ależ tak, pozwól. 

W  jego  oczach  nie  było  już  protestu,  a  tylko  prawdziwa  żądza. 

Trudy  rozpięła  mu  rozporek  i  opadła  na kolana,  a  Linc nie próbował 

jej już powstrzymać. Zaczęła miarowo przesuwać dłonią, a Linc jęczał 

przy  tym  z  podniecenia.  Cieszyła  się,  że  może  go  tak  pieścić.  Od 

kiedy  zrezygnowała  z  tylnego  siedzenia  samochodu,  bardzo 

brakowało jej mężczyzny. 

Wysunęła  cały  członek  Linca  z  rozporka.  Przez  chwilę  patrzyła 

na niego z fascynacją, a potem dotknęła go lekko końcem języka. Linc 

westchnął  głucho,  a  ona  poczuła,  jak  dreszcz  rozkoszy  przeszedł  po 

całym jej ciele. Wkrótce miała już cały członek w ustach. Mężczyzna 

nad  nią  oddychał  szybko  i  płytko,  a  ona  poczuła  wilgoć  między 

nogami. 

Wyrwał jej się nagle, czując orgazm, który wstrząsnął całym jego 

ciałem. Ktoś nacisnął klamkę do toalety. Linc poczuł lekkie pchnięcie 

w plecy. 

 - Zamknięte - usłyszeli cienki, kobiecy głos. 

 -  Jak  może  być  zamknięte?  -  odezwała  się  inna  kobieta.  - 

Przecież są tam aż trzy kabiny. 

Trudy przełknęła ciepły płyn i wytarła usta wierzchem dłoni. 

 -  Powinnyśmy  pójść  po  kierownika  -  zaproponowała  pierwsza 

kobieta. - Toaleta nie może być zamknięta. 

background image

Spojrzała w górę. Linc miał zamknięte oczy i starał się oddychać 

jak najciszej. Włożyła jego zwiotczały członek do spodni i zapięła je, 

starając  się  nie  robić  przy  tym  hałasu.  Kiedy  go  pogłaskała  przez 

materiał, penis Linca znowu się wyprężył. 

 - Lepiej mocno zastukać. - Usłyszeli walenie do drzwi. - Jest tam 

kto?! 

Trudy  nie  czuła  się  zbyt  pewnie,  kiedy  wstała.  Sama  niemal 

przeżyła  orgazm,  po  prostu  pieszcząc  Linca.  Ktoś  znowu  szarpnął  za 

klamkę. 

 -  Wystarczy  -  odezwała  się  znowu  pierwsza  kobieta.  -  Lepiej 

jednak kogoś poszukać. 

Usłyszeli  zanikające,  ciche  kroki,  które  wkrótce  stłumił  chodnik 

na  schodach.  Linc  otworzył  wreszcie  oczy  i  spojrzał  na  Trudy. 

Wyglądał jak facet, który przed chwilą uniknął prawdziwej katastrofy. 

 - Musimy uciec, zanim przyjdą tu z kierownikiem - szepnęła. 

Linc  otworzył  usta,  poruszył  nimi  parę  razy  niczym  ryba  i  w 

końcu skinął głowę. 

 - Musisz odsunąć się od drzwi - dodała, widząc, że się nie rusza. 

 - A! - wydobył z siebie tylko tę jedną samogłoskę i przesunął się 

na bok. 

Trudy wysunęła się na zewnątrz, a następnie skinęła na Linca. 

 - Droga wolna. 

Bez  większych  przeszkód  udało  im  się  dotrzeć  do  stolika.  Linc 

jednak  nie  usiadł,  więc  i  ona  stała.  Oczy  miał  puste  i  zupełnie 

nieobecne. 

background image

 - Może pojedziemy już do domu? 

 - Tak. 

Wciąż  znajdował  się  w  jakimś  dziwnym  transie,  ponieważ  w 

ogóle się nie ruszał. Musiała go wziąć pod rękę i wtedy zdołali wyjść. 

Trudy  bez  problemu  złapała  taksówkę.  Linc  cały  czas  milczał.  W 

ciszy  zastanawiała  się,  co  teraz  sobie  myśli.  Być  może  nie  powinna 

decydować  się  na  pieszczoty  w  łazience?  Być  może  posunęła  się  za 

daleko? 

W  końcu  taksówka  zatrzymała  się  przed  jej  blokiem.  Trudy 

zerknęła w bok. 

 - Pewnie teraz źle o mnie myślisz. 

 - Raczej ty o mnie. Nie mogę uwierzyć, że dopuściłem do czegoś 

takiego. 

Nie, nie chciała, żeby wziął na siebie całą winę. 

 - Przecież to ja zaczęłam. - Wciąż była z tego dumna, niezależnie 

od jego reakcji. - Doskonale potrafię... 

 -  A  ja  doskonale  potrafię  oprzeć  się  wszelkim  pokusom  - 

przerwał  jej.  -  Panowanie  nad  sobą  nie  sprawia  mi  żadnych 

problemów. To znaczy, nie sprawiało - dodał po namyśle. - Niech pan 

chwilę poczeka - zwrócił się do taksówkarza. - Zaraz wracam. 

Kiedy  wysiedli,  poczuli  zimny,  przenikający  do  szpiku  kości 

wiatr. Jeszcze gorszy niż poprzednio. 

 -  Nie  musisz  mnie  odprowadzać  -  rzuciła  w  jego  stronę.  - 

Poradzę sobie. 

background image

 - Właśnie, że muszę. - Puścił ją przodem. - Każdy mężczyzna, z 

którym się umawiasz, powinien pojechać z tobą na górę i sprawdzić, 

czy jesteś bezpieczna. 

Dotknęło  ją  trochę  to,  że  traktował  ją  jak  słabą  i 

nieodpowiedzialną  osobę.  Może  to  z  powodu  tej  łazienki,  pomyślała 

rozżalona. 

 -  Czy  ktoś  ci  już  mówił,  że  jesteś  apodyktyczny?  Jesteś  jeszcze 

gorszy niż Meg! 

 -  A  skoro  już  o  niej  mowa...  -  Stanęli  przed  windą  i  Linc potarł 

czoło.  -  Do  diabła,  Trudy!  Wykorzystałem  cię  i  czuję  się  jak  ostatni 

śmieć. Nie będę mógł spojrzeć jej w oczy. 

 - Wykorzystałeś mnie?! - aż podniosła głos z irytacji. - Niby jak 

mnie wykorzystałeś?! 

 -  Cii...  -  Rozejrzał  się  dookoła  i  jednocześnie  wepchnął  ją  do 

windy. - To dlatego, że wypiłaś za dużo szampana. Sam ci dolewałem. 

 - Raz - przypomniała mu. - Za drugim razem zrobił to kelner. 

 -  To  mnie  nie  usprawiedliwia.  -  Pokręcił  głową.  -  Powinienem 

był  bardziej  uważać,  a  doprowadziłem  do  czegoś,  za  co  mogli  nas 

wsadzić do więzienia. 

 - Ale nie wsadzili. 

Cieszyło  ją  to,  że  nie  uważa  jej  za  puszczalską,  ale  z  drugiej 

strony  miała  już  dosyć  roli  ofiary.  Tak jakby  nie  wiedziała,  co  robi i 

na co się decyduje. 

Drzwi  windy  się  otworzyły,  ale  oni  wciąż  stali  w  środku.  Linc 

przytrzymał je tylko, żeby się nie zamknęły. 

background image

 -  Posłuchaj  -  podjęła  po  chwili  -  nie  wiem,  co  Meg  ci  o  mnie 

naopowiadała,  kiedy  prosiła,  żebyś  się  mną  zajął.  Ustalmy  jedno, 

jestem już duża i wiem co robię. 

 - Meg przestrzegała mnie, że jesteś bardzo impulsywna. Dlatego 

powinienem się spodziewać czegoś takiego. Ale... - rozłożył dłonie w 

bezradnym geście - nawaliłem. 

Impulsywna? Zdecydowała, że porozmawia o tym z Meg. I to już 

jutro.  Osoby  impulsywne  są  zwykle  mało  odpowiedzialne,  a  ona 

przecież w pełni kontrolowała całą sytuację. 

 -  Tak  naprawdę  nikt  by  nas  nie  aresztował  -  stwierdziła  po 

chwili. 

 -  Tak  sądzisz?  Jestem  pewny,  że  jest  jakiś  kruczek  na  osoby, 

które uprawiają seks w miejscach publicznych. 

 -  Nikt  by  nas  nie  przyłapał  na  uprawianiu  seksu.  Byliśmy 

zamknięci. Co innego w windzie... 

Linc rozejrzał się dookoła, a potem wypchnął ją na korytarz. 

 -  I ciekaw jestem, jak byś wyjaśniła moją obecność w toalecie - 

mruknął. 

Tylko wzruszyła ramionami. 

 - Powiedziałabym, że zemdlałam i zacząłeś się o mnie niepokoić. 

Albo że zobaczyłam jakiegoś karalucha i zaczęłam krzyczeć. Albo... 

 - Dobrze już, dobrze - przerwał jej. - Wygląda na to, że jesteś w 

tym  znacznie  lepsza  ode  mnie.  Po  prostu  nie  denerwujesz  się  tak 

bardzo w podobnych sytuacjach... 

background image

Co znaczyło, że on się denerwuje. Linc nawet nie podejrzewał, że 

Trudy  uznała  to  za  poważne  wyzwanie.  Oto  miała  przed  sobą 

wspaniałego  faceta,  który  nie  potrafił  kochać  się  w  niezwykłych 

warunkach. 

 -  Mam  nadzieję,  że  wreszcie  doszedłeś  do  siebie  -  rzuciła, 

wyjmując klucz z plecaczka. 

 - Oczywiście. 

Usłyszeli szczęk zamka i Trudy pchnęła drzwi. 

 - Wejdziesz? 

Nie sądziła, żeby to zrobił, ale chciała sprawdzić, na ile odzyskał 

panowanie nad sobą. Cofnął się odruchowo. 

 -  Ee,  wolę  już  iść.  Byłbym  naprawdę  wdzięczny,  gdybyś  mogła 

zapomnieć o... - bąknął. - Tak, jakby to się nigdy nie zdarzyło. 

 - Spróbuję - obiecała. - To jak, spotkamy się jutro? 

 - Dobrze. Przywiozę stolik i pizzę. 

 - Wspaniale. 

Linc odwrócił się, ale jeszcze spojrzał na nią przez ramię. 

 - Jaką chcesz pizzę? 

 -  Wybierz  coś  dla  mnie  -  powiedziała.  -  Najbardziej  lubię 

niespodzianki. 

background image

Rozdział dziewiąty 

Linc spał jak zabity przez... cztery godziny, a potem obudził się, 

jakby czegoś oczekiwał. W zasadzie doskonale wiedział, na co czeka. 

Wskazywał  na  to  namiot  wznoszący  się  w  jednoznacznym  miejscu 

cienkiej kołdry. 

W  końcu  wstał  i  włożył  dres  oraz  adidasy,  zadowolony,  że  jego 

sala do ćwiczeń jest otwarta dwadzieścia cztery godziny na dobę. 

Przechodząc, potknął się o pudło ze stolikiem i krzesłami. Jak to 

dobrze, że się go pozbędzie. Generalnie miał za dużo rzeczy, którymi 

się  w  ogóle  nie  interesował.  Do  urządzenia  swojego  mieszkania 

wynajął  architekta  wnętrz,  który  zrobił  wszystko  za  niego.  Z  jakichś 

powodów uznał on, że najlepiej pasują do niego właśnie antyki. Linc 

nie  miał  w  zasadzie  nic  przeciwko  antykom,  ale  dziś  rano  jego 

mieszkanie wydało mu się pozbawione polotu. 

Takie  było  całe  jego  życie  w  porównaniu  z  paroma  godzinami, 

które spędził z Trudy. Dopiero przy niej czuł, że brakuje mu energii i 

entuzjazmu.  Cieszył  się  jej  obecnością,  chociaż  jednocześnie  obiecał 

sobie solennie, że będzie bardziej kontrolował swoje zachowanie. 

Jak  do  tej  pory,  nie  udało  mu  się  zapanować  nad  sobą.  Dał  się 

ponieść  emocjom  jak  uczniak.  Co  więcej,  miał  ochotę  na  jeszcze. 

Niemal  jęknął,  przypomniawszy  sobie  sceny  z  toalety,  i  szybko 

narzucił na siebie ciepłą kurtkę. Musi jak najszybciej wypocić z siebie 

całe pożądanie. 

Nie  poszedł  do  windy,  ale  zbiegł  schodami  pożarowymi  aż  na 

sam dół, do podziemnego parkingu. Cały czas jednak myślał o Trudy. 

background image

Prosił ją, żeby zapomniała o tym, co się zdarzyło, chociaż wiedział, że 

jemu  nigdy  się  to  nie  uda.  Wciąż  czuł  jej  palce  na  swoim  penisie  i 

delikatną pieszczotę jej języka... 

Minął swój samochód i po chwili musiał do niego wrócić. Żadna 

kobieta nie podniecała go tak bardzo jak Trudy Baxter. Żadna też nie 

była  tak  śmiała  w  sprawach  seksu jak  ona.  Już  opowieści  o  stosunku 

na  tylnym  siedzeniu  samochodu  wydały  mu  się  szczególnie 

ekscytujące,  ale  seks  oralny  w  damskiej  toalecie  był  dużo,  dużo 

lepszy! 

Mimo to nie powinien był do tego dopuścić. Nawet jego pierwszy 

raz nie wstrząsnął nim do tego stopnia. 

Otworzył  samochód  pilotem  i  usiadł  w  skórzanym  fotelu,  wciąż 

zastanawiając się nad tym, kiedy popełnił błąd. Wydawało mu się, że 

jeśli wejdzie do łazienki, to łatwiej mu będzie dowiedzieć się, co się z 

nią dzieje. Myślał, że ją w ten sposób zawstydzi. 

Linc zaczął wyjeżdżać z parkingu. 

Musiał  przyznać,  że  zszedł  wtedy  na  dół  z  mocnym 

postanowieniem,  żeby  zabrać  Trudy  z  klubu.  Nie  bawiła  się  tam 

dobrze,  chociaż  nie  znał  wówczas  jeszcze  przyczyny.  Po  głowie 

chodziło mu, że mógłby ją zabrać do siebie i dokończyć to, co zaczęli 

na Times Square. 

Co  za  dziewczyna!  pomyślał.  Nie  mógł  wprost  uwierzyć,  że 

jeszcze  w  piątek  w  rozmowie  z  młodszym  kolegą  dowodził,  że  seks 

nie jest dla niego czymś istotnym. 

I nagle stał się. 

background image

Do licha, co ona wyprawiała z moim członkiem, pomyślał, czując 

jeszcze silniejszy wzwód. Od wczoraj chodził tak, jakby spodnie były 

dla  niego  za  małe.  I  to  z  powodu  dziewczyny  z  Virtue  w  stanie 

Kansas. 

 

Trudy  obudziła  się  wyjątkowo  wcześnie.  Wciąż  było  ciemno. 

Jedyne  światło  pochodziło  z  palących  się  latarni  ulicznych  oraz 

rzadkich  w  tym  rejonie  reklam.  Wygrzebała  się  z  łóżka,  poprawiając 

skąpą  piżamkę,  i  przeszła  do  kuchni,  żeby  zrobić  sobie  kawy.  Kiedy 

się w końcu napiła i trochę oprzytomniała, postanowiła uporządkować 

swoje  książki.  Będzie  potrzebowała  fachowej  literatury,  jeśli 

zdecyduje się na uwiedzenie Linca dziś wieczorem. 

Chciała  też  skonsultować  się  z  Meg,  ale  zdecydowała,  że  może 

zadzwonić dopiero po dziewiątej. W Virtue budziły się  wcześnie, ale 

to  były  inne  czasy... Musiała koniecznie porozmawiać  z  nią  o  swojej 

rzekomej  impulsywności.  Za  każdym  razem,  kiedy  o  tym  myślała, 

zaciskała szczęki. 

O  ósmej  skorzystała  ze  swojej  nowej  książki  telefonicznej,  żeby 

odnaleźć  adres  piekarni,  która  dostarczała  do  domu  bułki  w  sześciu 

różnych smakach, tak że w okolicach ósmej czterdzieści, kiedy zjadła 

już  dobre  śniadanie,  humor  znacznie  jej  się  poprawił  i  była  nawet 

gotowa darować Meg jej gruboskórność. 

Zwłaszcza że słowo „impulsywna" można było zastąpić znacznie 

sympatyczniejszym  przymiotnikiem  „spontaniczna".  Doskonałą 

ilustracją tej, jakże miłej cechy charakteru było to, co wydarzyło się w 

background image

toalecie. Przecież tego nie planowała. Tak się po prostu złożyło, więc 

uległa nastrojowi chwili. 

Piętnaście minut po dziewiątej zadzwonił jej pierwszy nowojorski 

telefon.  Trudy  uniosła  delikatnie  bezprzewodowy  aparat,  jakby 

zrobiono go z kryształu. 

Zdecydowała, że jeśli to Linc, to nie ujawni tego, że jest rześka i 

ma za sobą poranną gimnastykę. Mieszkańcy Nowego Jorku na pewno 

nie są rześcy o tej porze. Prowadzą zwykle nocne życie i w niedziele 

chcą sobie dłużej pospać. 

 -  Halooo  -  rzuciła  do  słuchawki,  przeciągając  ostatnią 

samogłoskę. 

 - Co z tobą? - spytała Meg. - Spałaś? 

 - A, to ty - powiedziała Trudy już normalnym tonem. 

 -  Jasne,  że  ja.  Tom  i  Linc  poszli  zagrać  w  tenisa,  więc  jestem 

jedyną osobą w mieście, która może dzwonić. 

 - W tenisa? - powtórzyła nieco rozczarowana Trudy. 

Wolała  wyobrażać  sobie,  że  Linc  siedzi  w  jakiejś  kafejce  nad 

filiżanką smolistej kawy i tęskni za nią całym sercem. 

 - Tak, czasami grają razem w niedzielę rano. 

 -  A  jak  tam  Linc?  -  Trudy  zabrała  się  do  wybierania  palcem 

resztek truskawkowego twarożku ze śniadania. 

 -  Właśnie  z  jego  powodu  dzwonię  -  podjęła  natychmiast Meg.  - 

Wydawał mi się dziwny. Jakiś nieswój. 

Trudy oblizała palec i uśmiechnęła się do siebie. 

 - To dobrze. 

background image

 - Dlaczego? Nie idzie wam? 

 -  Idzie  nam  zadziwiająco  dobrze,  wziąwszy  pod  uwagę  to,  że 

mnie  przed  nim  oczerniłaś.  -  Zrobiła  efektowną  przerwę.  -  Dlaczego 

powiedziałaś, że jestem impulsywna?! 

 - O co chodzi? Przecież jesteś. 

Trudy  uderzyła  plastikowy  pojemnik  po  twarożku  i  patrzyła,  jak 

leci przez całą kuchnię. 

 -  Nie,  Meg.  Jestem  spontaniczna.  Rozumiesz,  spontaniczna.  To 

zasadnicza różnica. 

 -  Skoro  tak  twierdzisz...  -  Przyjaciółka  nie  miała  zamiaru  się 

kłócić. - Ale opowiedz o Lincu. 

Trudy  zaśmiała  się,  szczęśliwa,  że  nareszcie  ma  się  z  kim 

podzielić szczegółami wczorajszego wypadu. Pobieżnie opowiedziała 

o  pocałunku  na  Times  Square,  a  potem  rzuciła  się  z  telefonem  na 

nieposłane łóżko. 

 -  Pamiętasz  tę  książkę  o  seksie  w  niezwykłych  miejscach?  - 

zapytała. 

Meg aż pisnęła z podniecenia. 

 -  Chcesz  przez  to  powiedzieć,  że  się  z  nim  kochałaś?!  Gdzie? 

Chyba nie w windzie?! 

Trudy  uśmiechnęła  się  jeszcze  szerzej  na  myśl  o  tym,  jaką  Meg 

musi mieć teraz minę. 

 - A pamiętasz rozdział poświęcony toalecie?  

Przyjaciółka pisnęła jeszcze głośniej. 

 - Co?! Zrobiłaś z nim to?! W damskiej czy męskiej? 

background image

 - W damskiej - odparła triumfalnie Trudy.  

Czuła  się  naprawdę  wspaniale,  leżąc  w  satynowej  pościeli  i 

plotkując z Meg o swoich seksualnych podbojach. 

 -  Widzisz,  poszłam  tam  tylko  po  to,  żeby  poprawić  włosy  i 

makijaż.  Zajęło  mi  to  trochę  czasu,  ponieważ  wcześniej  wypiłam 

sporo szampana, i Linc zaczął mnie szukać. 

 -  Nie  mogę  w  to  uwierzyć.  -  Głos  przyjaciółki  drżał  z 

podniecenia. - Po prostu go tam zwabiłaś! 

 - Nie musiałam. Uznał, że źle się poczułam i nie chcę mu o tym 

powiedzieć.  Był  przekonany,  że  w  ten  sposób  łatwiej  wydobędzie  ze 

mnie prawdę. - Przerwała, żeby  zwiększyć efekt. - No i zrobiłam mu 

to! Fantastyczne! Powinnaś kiedyś spróbować z Tomem... 

 -  Niesamowite!  -  wykrzyknęła  Meg.  -  Prymus  z  Wall  Street  w 

publicznej toalecie. Założę się, że nigdy czegoś takiego nie przeżył. 

 - Sądząc z reakcji, raczej nie. A potem jeszcze mnie przepraszał - 

dodała ze śmiechem. - Mam wrażenie, że czuł się winny. 

 - Nic dziwnego. Jego przodkowie to podobno pierwsi purytanie, 

którzy  przybyli  do  Ameryki  na  „Mayflower".  Ale  powiedz,  czy  to 

znaczy, że zaczynasz swoje nowojorskie przygody właśnie od Linca? 

 -  Tylko  nieoficjalnie  -  zastrzegła  Trudy.  -  Chodzi  mi  o  to,  żeby 

nie wyjść z wprawy. 

 -  Tak,  tak,  najważniejsze  to  nie  wyjść  z  wprawy  -  poparła  ją 

gorąco Meg. - Wiem coś o tym. 

 -  I  mam  na  niego  haka.  Okazało  się,  że  jestem  podobna  do 

pokojówki, w której podkochiwał się w dzieciństwie. 

background image

 -  I  teraz  potrzebny  ci  jest  strój  pokojówki  -  domyśliła  się 

bezbłędnie Meg. 

 -  Koniecznie!  Czy  mogłabym  go  gdzieś  wypożyczyć?  Dzisiaj 

niedziela - dodała na koniec. 

Odpowiedź była natychmiastowa i bardzo zachęcająca: 

 - Bez problemu. 

Zaczęło do niej docierać, że jest w Nowym Jorku - mieście, które 

nigdy  nie  zasypia.  Wszystko  tutaj  było  możliwe.  Już  nie  mogła  się 

doczekać, żeby wypróbować wszystkie możliwości metropolii. Wstała 

i zaczęła przechadzać się po pokoju, przyciskając telefon do policzka. 

 - Doskonale. Poza tym chciałabym kupić parawan, najlepiej jakiś 

używany. 

 -  Znam  świetny  sklep  z  takimi  rzeczami.  Poza  tym  mogłabyś 

kupić  pawie  pióra.  Są  bardzo  seksowne.  I  może  jeszcze  jakieś 

zabawki... 

 - Ojej! Nie dostałam jeszcze pierwszej pensji. 

 -  Powiedzmy,  że  to  będzie  wcześniejszy  prezent  urodzinowy  - 

rzuciła Meg. 

 - O trzy miesiące? 

 -  Pogadamy  o  tym,  jak  do  mnie  przyjedziesz.  Kiedy  się 

zbierzesz? Mamy na dzisiaj bardzo bogate plany... 

Trudy spojrzała na zegarek. 

 - Zaczekaj, niech pomyślę. - Z telefonem w dłoni pośpieszyła do 

łazienki. Włosy wciąż miała w nieładzie, ale przecież mogła je spiąć. 

background image

Wystarczy,  że  weźmie  prysznic.  -  Mówiłaś,  że  stąd  do  ciebie  jest 

dziesięć minut autobusem? - spytała, podniósłszy aparat do ucha. 

 - Nawet mniej, jeśli go od razu złapiesz.  

Trudy zaczęła zdejmować swoją piżamkę. 

 - Wobec tego będę najpóźniej za dwadzieścia. 

Trzy  godziny  później  wyczerpana,  ale  szczęśliwa  Meg  wsadziła 

obładowaną  prezentami na  najbliższe  urodziny  i  Gwiazdkę  Trudy  do 

autobusu.  Parawan  miał  dotrzeć  do  jej  mieszkania  nieco  później. 

Udało im się znaleźć śliczny, ręcznie malowany, za bezcen, ponieważ 

sklep właśnie się likwidował. 

Najbardziej  cieszyło  Meg  to,  że  Trudy  coraz  cieplej  myślała  o 

Lincu.  Jej  oczy  zachodziły  mgłą,  kiedy  o  nim  mówiła.  Poza  tym 

wymawiała  jego  imię  w  charakterystyczny  sposób  i  uśmiechała  się 

przy  tym  do  siebie.  A  przecież  była  tak  pewna,  że  w  nikim  się  nie 

zadurzy! 

Meg  bardzo  chciała  podzielić  się  tymi  wieściami  z  Tomem,  ale 

uznała,  że  przyjdzie  na  to  czas.  Na  razie  musi  być  bardzo  dyskretna, 

jeśli nie chce, żeby jej plany spaliły na panewce. 

W końcu przyjechał jej autobus. Wzięła reklamówkę z zakupami i 

wsiadła,  wciąż  myśląc  o  Trudy  i  Lincu.  Przy  odrobinie  szczęścia 

zastanie  tego  ostatniego  w  swoim  mieszkaniu.  Obaj  mężczyźni  mieli 

zwyczaj oglądać sport po wspólnej grze. 

Gdy  tylko  weszła  do  mieszkania,  usłyszała  odgłosy  meczu 

futbolowego.  Tak  jak  sądziła,  panowie  siedzieli  przed  telewizorem, 

zajadając chipsy i popijając piwo. 

background image

 - Cześć chłopaki! 

 - Cześć, złotko. - Tom wstał, żeby ją pocałować. 

 -  Cześć,  Meg.  -  Linc,  jako  człowiek  dobrze  wychowany,  też 

wstał. - Podać ci coś? 

 -  Właśnie  zastanawialiśmy  się  nad  lunchem.  -  Tom  sięgnął  po 

reklamówkę, ale żona schowała ją za plecami. - Daj, pomogę ci. 

 -  Nie  trzeba.  Pozwólcie,  że  zdejmę  buty,  a  potem  będziemy 

mogli wspólnie pomyśleć, co z lunchem. 

 - Ja stawiam - stwierdził Linc. 

 -  Daj  mi  tę  torbę  -  domagał  się  Tom.  -  Nie  powinnaś  nosić 

ciężkich rzeczy. Co tam masz? Coś dla mnie? 

Meg cofnęła się o krok. 

 - Tak, coś dla ciebie - powiedziała z dwuznacznym uśmieszkiem. 

- Ale obejrzymy to sobie później, dobrze? 

Tom w mig pojął, o co jej chodzi. 

 -  Byłaś  z  Trudy  w  tym  sklepie  koło  salonu  tatuażu?  -  szepnął, 

oglądając się na Linca. 

 - Może - przymknęła na moment oczy. 

 -  Musimy  pogadać.  Mam  wrażenie,  że  coś  się  z  nim  dzieje.  - 

Wskazał oczami przyjaciela. 

 -  Niewykluczone,  że  masz  rację  -  przyznała,  a  po  chwili  dodała 

już głośniej: - Przebiorę się i zaraz wracam. 

Tom chciał powiedzieć coś jeszcze, ale właśnie w tym momencie 

któraś  z  drużyn  zdobyła  kolejne  punkty  i  Linc  zaczął  wrzeszczeć  jak 

opętany. Mąż Meg natychmiast podążył do telewizora. 

background image

Kiedy  Meg  znalazła  się  w  sypialni,  wsadziła  torbę  do  swojej 

szafki  i  zdjęła  buty.  Już  dawniej  chcieli  poeksperymentować,  ale 

dopiero  teraz  znalazła  odpowiednie,  jedwabiście  gładkie  wiązadła. 

Trudy  zdecydowała,  że  na  razie  niczego  nie  potrzebuje,  ale 

przynajmniej wiedziała już, gdzie może się zaopatrzyć w odpowiednie 

erotyczne akcesoria. 

Meg wróciła do salonu i całkowicie pochłoniętych grą mężczyzn. 

 - Tom? 

 - Tak, złotko? - Natychmiast skoczył na równe nogi. 

To  było  takie  miłe.  Zawsze  uważała,  że  Tom  to  porządny  facet. 

Wiedziała,  że  kochałby  ją  i  szanował  nawet  wtedy,  gdyby  ich  życie 

seksualne  zupełnie  zamarło  w  okresie  ciąży.  Jednak  Meg  była 

przekonana,  że  mężczyzna  powinien  też  być  szczęśliwy.  Dlatego 

przekonała Toma, że stosunki wcale nie szkodzą dziecku. Wraz z tym, 

jak  brzuch  jej  się  powiększał,  musieli  zmieniać  i  dostosowywać 

pozycje, ale było to ekscytujące doświadczenie. 

 -  Wiesz,  nie  chce  mi  się  wychodzić.  Może  zrobiłbyś  nam  mini 

pizze? Jesteś w tym niezrównany. 

 - Oczywiście, kochanie. 

Linc poruszył się na swoim miejscu. 

 - Może pomogę ci z tą pizzą, skoro nigdzie nie idziemy - zwrócił 

się do przyjaciela. 

 - Niestety, nie mam kombinerek, stary.  

Linc zrobił obrażoną minę. 

background image

 -  Przecież  wiem,  jak  się  robi  pizzę.  Widziałem  to  parę  razy. 

Kuchnia to było kiedyś moje ulubione miejsce. 

 -  Wcale  nie  chciałem  cię  dotknąć.  Naprawdę  świetnie  radziłeś 

sobie  wczoraj  z  tym  łóżkiem.  -  Tom  starał  się  go  udobruchać.  -  Ale 

pizzą zajmę się sam. 

 -  Tak,  byłeś  wspaniały  -  zachwyciła  się  Meg.  -  Ale  teraz  zostań 

ze mną, żeby mnie bawić rozmową. 

Wiedziała  doskonale,  że  Tom  nie  chce,  żeby  powtórzyła  się 

historia  sprzed  dwóch  tygodni.  Linc  uparł  się  wtedy,  że  pokroi 

warzywa. Zaciął się przy tym tak paskudnie, że musieli z nim jechać 

na ostry dyżur. 

Tom  zniknął  w  kuchni,  a  Meg  zerknęła  szybko  na  Linca.  Miała 

mało czasu, więc nie zamierzała bawić się w subtelności. 

 - Powinniśmy porozmawiać o Trudy.  

Linc omal nie zakrztusił się piwem. 

 - Chciałabym, żebyś coś wiedział, zanim pojedziesz do niej dziś 

wieczorem. Otóż Trudy... 

 - Ehm, Meg... - Zaczął kaszleć i cały poczerwieniał. - Bardzo mi 

przykro. - Jeszcze raz zakaszlał i chrząknął. - Czuję się winny tego, co 

wczoraj zaszło. Obiecuję, że to się już nie powtórzy. 

 -  Mam  nadzieję,  że  jednak  się  powtórzy  -  powiedziała  Meg, 

patrząc  mu  prosto  w  oczy.  -  To  albo  coś  podobnego,  co  sprawiłoby 

wam dwojgu dużo radości. 

Wybałuszył na nią oczy. 

background image

 - Myślałem, że chodziło ci o to, żeby nie angażowała się w jakieś 

ryzykowne związki. 

 - Chcesz przez to powiedzieć, że związek z tobą jest ryzykowny? 

- Meg potrząsnęła głową. - Nie, nie jesteś mężczyzną, który mógłby ją 

skrzywdzić. Moim zdaniem, świetnie do siebie pasujecie. - Podniosła 

rękę,  chcąc  uprzedzić  protest,  który  jednak  się  nie  pojawił.  -  Oboje 

odrzucacie małżeństwo. 

 -  O  tak,  oczywiście  -  potwierdził  Linc  bez  zbytniego 

przekonania. - To jednak jest dziwaczne - dodał po chwili. - Nigdy z 

nikim nie rozmawiałem w ten sposób. 

 -  Pewnie  dlatego,  że  w  ogóle  rzadko  rozmawiasz  o  seksie.  A 

Trudy  właśnie  o  to  chodzi.  O seks  w  wielkim  mieście.  I  chce  zacząć 

właśnie od ciebie. 

 - Co takiego?! 

 - Prosiłabym, żebyś ułatwił jej pierwsze kroki. Trudy tylko udaje 

twardą, ale wiem, że tak naprawdę jest bardzo delikatna.  Jeśli będzie 

chciała  cię  uwieść,  a  ty  jej  się  oprzesz,  to  się  załamie.  Ale  jeśli  jej 

pomożesz,  to  nabierze  pewności  siebie  i  będzie  mogła  zacząć 

samodzielne podboje. Co ty na to? 

 -  Och,  Meg.  -  Linc  miętosił  nerwowo  swoje  ręce.  -  Sam  nie 

wiem. 

 - Uznam to za gest prawdziwej przyjaźni. 

 - Wobec ciebie czy Trudy? - spytał zmieszany. 

 - Nas obu. 

 - Minipizze gotowe. - Tom wkroczył triumfalnie do salonu. 

background image

Meg zerknęła jeszcze na Linca z nadzieją, że skinie głową albo da 

jej znak oczami, że przyjmuje propozycję. On jednak tylko patrzył  w 

przestrzeń. 

background image

Rozdział dziesiąty 

Na  dworze  padał  lekki  śnieg.  Delikatne  płatki  odbijały  światło 

okien i ulicznych latarni. Jednak pozbawione zasłon okno Trudy było 

prawie  ciemne.  Pogasiła  prawie  wszystkie  światła,  żeby  ukryć  jakoś 

przed Lincem swoje zdenerwowanie. 

Nie  przypuszczała,  że  strój  pokojówki  będzie  tak  skąpy.  Nie 

podejrzewała  też,  że  będzie  aż  tak  podniecona,  kiedy  go  włoży.  Być 

może  wystarczyła  jej  sama  świadomość,  do  czego  ma  służyć,  żeby 

wprawić  się  w  taki  stan.  Jej  czarne,  koronkowe  majteczki  były  już 

wilgotne. 

Strój  składał  się  ze  skromnej  góry,  przypominającej  kostium 

kąpielowy,  i  minispódniczki.  Sprzedawca  mówił  też,  że  fiszbiny  u 

góry  powiększają  biust  i  Trudy  miała  w  tej  chwili  wrażenie,  że  w 

zagłębienie między piersiami mogłaby włożyć portfel i jeszcze byłoby 

miejsce na klucze. 

Włożyła jeszcze zabawny fartuszek, biały, koronkowy czepeczek 

i  takież  mankiety.  Meg  kupiła  jej  też  miotełkę  do  kurzu  z  piór,  a 

sprzedawca  polecał  siatkowe  pończochy.  Ale  Trudy  kupiła  je  już 

wcześniej wraz z podwiązkami. Całe życie czekała, żeby móc włożyć 

siatkowe pończochy. 

Strój  uzupełniały  czarne  pantofelki.  Takie,  jakie  nosiły 

wyzywające  kobiety,  o  których  w  jej  domu  mówiło  się  rzadko  i  z 

pogardą. Trudy kupiła je dwa lata temu i ukrywała przez cały ten czas 

w  swoim  pokoju.  Teraz  trochę  żałowała,  że  nie  wypróbowała  ich 

background image

wcześniej.  Na  wysokich  obcasach  chodziło  się  zupełnie  inaczej  niż 

normalnie. 

Meg  doradziła jej też,  żeby  kupiła jakiś kompakt  ze  zmysłowym 

jazzem.  Taka  muzyka  powinna  odpowiadać  Lincowi.  Wybrała  więc 

coś  z  saksofonami  i  klarnetem,  co,  jak  jej  się  zdawało,  najlepiej 

nadawało się na tę okazję. 

Pozostawał jeszcze jeden problem. Nie chciała otwierać  Lincowi 

drzwi.  Wiedziała,  że  będzie  miał  ze  sobą  pudło  ze  stolikiem  i 

krzesłami oraz pizze, i obawiała się, że to wszystko może wypaść mu 

z rąk. 

Opracowała  więc  plan.  Otworzyła  zasuwę  i  zostawiła  tylko 

łańcuch. Mogła  go  zdjąć bez  robienia  większego  hałasu.  Toteż  kiedy 

Linc  zadzwoni  do  drzwi,  najpierw  sprawdzi,  czy  to  rzeczywiście  on, 

usunie  łańcuch  i  wycofa  się  na  z  góry  upatrzone  pozycje.  Dopiero 

wówczas  poprosi,  żeby  wszedł,  i  da  mu  trochę  czasu,  żeby  odstawił 

pudło i położył gdzieś pizze. 

I  wtedy  wyjdzie  zza  parawanu.  I  zobaczy  jego  minę  na  widok 

tego stroju. 

Nie wiedziała jednak, co potem. Meg uważała, że nie ma sensu o 

tym  myśleć.  Linc  z  pewnością  przeżyje  szok,  ale  potem  powinien 

zachować  się  jak  normalny  mężczyzna, a  to nie  będzie  wymagać  już 

dalszej inicjatywy Trudy. 

Ślepy  los  zrobił  już,  co  miał  zrobić.  Tak  się  złożyło,  że  łóżko 

Trudy znajdowało się pod ręką. Nie musi się więc martwić, czy  Linc 

wpadnie  na  to,  żeby  przejść  do  jej  sypialni.  Odsunęła  jeszcze  tylko 

background image

trochę  satynową  kołdrę,  żeby  posłanie  wyglądało  bardziej 

zapraszająco, i wsunęła pakiecik kondomów pod poduszkę. Dyktafon, 

który  włączał  się  na  dźwięk  głosu,  leżał  pod  łóżkiem.  Podniecenie 

Trudy  wzrosło na myśl, że nagrają się  wszystkie odgłosy, które będą 

wydawać. Już ona zadba o to, żeby były jak najdziksze. 

Jeśli nie liczyć drobnego preludium w toalecie, miała przed sobą 

pierwsze  poważne  doświadczenie  seksualne  w  Nowym  Jorku.  Ale 

nawet to traktowała tylko jako dobry początek, ponieważ nie sądziła, 

żeby ten związek przetrwał zbyt długo. 

Krótkie spojrzenie na zegar przy kuchence uświadomiło jej, że do 

siódmej  została  zaledwie  minuta.  Linc,  jak  przystało  na  maklera,  był 

człowiekiem  punktualnym.  Dlatego  mogła  się  go  za  chwilę 

spodziewać.  Z  trudem  przełknęła  ślinę,  wyobrażając  sobie,  jak 

wjeżdża windą i zbliża się do drzwi. 

Były  dwie  minuty  po  siódmej,  kiedy  usłyszała  dzwonek.  Ten 

zegarek  się  spieszy,  pomyślała,  przechodząc  do  dużego  pokoju. 

Wyjrzała przez wizjer i musiała zatkać sobie usta, żeby nie krzyknąć. 

To był on! Miał na sobie dżinsy, koszulę ze stójką i czarną, skórzaną 

kurtkę. Wyglądał jak James Dean w „Buntowniku bez powodu". 

Śnieg  stopił  się  na  jego  włosach,  dodając  im  połysku.  Niesforne 

kosmyki  opadły  mu  na  czoło,  a  on  nie  mógł  ich  odgarnąć,  ponieważ 

pod prawą pachą trzymał pudło ze stolikiem, a w lewej ręce pudełka z 

pizzą. 

background image

Trudy  zawahała  się,  myśląc  o  tym,  co  będzie,  jeśli  ją  odrzuci. 

Jednak było już za późno. Linc zadzwonił raz jeszcze, a ona delikatnie 

zwolniła łańcuch. 

 

Linc  wciąż  miał  problemy  z  podjęciem  decyzji.  Stał  właśnie 

przed  drzwiami  Trudy,  która,  jeśli  wierzyć  Meg,  miała  ochotę  na 

wieczór we dwoje. 

W jej wspaniałym łóżku! 

Oczywiście powinien się na to zgodzić. Tylko idiota nie przyjąłby 

podobnej propozycji. Niestety, mógł być właśnie takim idiotą. Siedząc 

u  Hennessych,  myślał  wyłącznie  o  swoim  życiu  erotycznym  i 

znajomości z Trudy. 

Dopiero  wtedy  uświadomił  sobie  pewną  zasadę,  według  której 

zawsze  postępował.  Ponieważ  bał  się  małżeństwa,  wybierał  kobiety 

chłodne  i  mało  uczuciowe.  To  pozwalało  mu  zachować  bezpieczny 

dystans. 

Jednak  Trudy  była  inna.  Miała  olbrzymi  temperament  i  wielką 

ochotę  na  seks.  Nie  kryła  swoich  zamiarów.  I  chociaż  wyrzekała  się 

małżeństwa, Linc bał się, że nie zdoła zachować do niej dystansu. 

Tak, obawiał się jej wybuchowego charakteru i tego, co może się 

jeszcze  wydarzyć.  Dla  Meg  wszystko  było  proste:  powinien  ulec 

Trudy,  sprawić,  że  poczuje  się  pewniej,  i  usunąć  się,  gdy  będzie 

gotowa do dalszych podbojów.  

Tylko  czy  on  zdoła  się  wówczas  usunąć?  Czy  zdecyduje  się  na 

rozstanie? Linc nie miał pojęcia. Między innymi dlatego, że nigdy nie 

background image

angażował  się  w  związki  z  osobami  pokroju  Trudy.  Być  może  była 

ona  jedyną  osobą,  dla  której  gotów  byłby  przemyśleć  swoje 

uprzedzenia dotyczące małżeństwa. 

Ale Linc nie miał na to ochoty. Prowadził wygodne życie i chciał, 

żeby  tak  było  dalej.  Nie  potrzebował  nimfy  z  Kansas  wraz  z  jej 

książkami  i  impulsywnym  zachowaniem.  Bał  się,  że  za  bardzo  ją 

polubi,  a  ona  rzuci  się  w  ramiona  innego  nowojorczyka,  nawet  nie 

oglądając się za siebie. 

Byłoby mu bardzo żal. Sam się zdziwił, kiedy nagle to zrozumiał. 

Z  drugiej  strony,  nie  chciał  puścić  dziewczyny  samopas  w 

wielkim  mieście.  Obiecał  Meg,  że  się  nią  zaopiekuje,  i  zamierzał 

dotrzymać  słowa.  Dlaczego  żona  Toma  sądziła,  że  jeśli  oprze  się 

Trudy, źle to na nią to podziała? Może wystarczy, że da dziewczynie 

znać, jak bardzo jej pożąda? To będzie szczera prawda, a jednocześnie 

uniknąłby  niebezpiecznego  związku.  Mógłby  jej  to  powiedzieć  przez 

telefon, wyjaśniając, że nie może przyjść, bo... 

No  właśnie,  co  takiego?  Co  mógłby  jej  powiedzieć?  Że  nagle 

dostał grypy?  Albo że  wezwano go do pracy? A może, że ma alergię 

na ciemną, satynową pościel? 

Myśl o tej pościeli sprawiła, że dreszcz przeszedł mu po plecach. 

Znowu  poczuł,  że  ma  erekcję.  Ostatnio  cały  czas  chodził  z 

obrzmiałym członkiem, zwłaszcza kiedy Trudy była w pobliżu. 

Żadna  z  tych  wymówek  mu  się  nie  spodobała.  Dziewczyna  z 

pewnością domyśliłaby się, że nie chce jej powiedzieć prawdy. 

background image

Trudy nie otworzyła po pierwszym dzwonku. Od razu zrozumiał, 

że  coś  się  święci,  i  poczuł  dreszcz  na  całym  ciele.  Kiedy  zadzwonił 

drugi  raz, używając  do tego  celu  łokcia  lewej  ręki,  odniósł  wrażenie, 

że ktoś się poruszył za drzwiami. 

Jakie  piekielne,  erotyczne  gry  szykuje  dla  niego?  Czekając, 

przestąpił z nogi na nogę. 

 - Wejdź, Linc! Nie skończyłam się jeszcze ubierać. 

Już  to  wystarczyło,  żeby  wprawić  go  w  stan  najwyższej 

ekscytacji.  Czy  kupiła  już  sobie  parawanik,  czy  może  musi  przebrać 

się  w  swojej  dawnej  sypialni?  I  do  jakiego  stopnia  jest  ubrana  czy 

raczej... rozebrana? 

Wyciągnął łokieć, żeby nacisnąć klamkę. Już, już miał to zrobić, 

kiedy  z  mieszkania  dobiegł  go  pełen  bólu  okrzyk.  Natychmiast 

wypuścił  pudło  ze  stolikiem  i dzierżąc pizze  niczym  tarcze,  wtargnął 

do pokoju. 

Trudy leżała na łóżku i jęczała, ukazując minispódniczkę i czarne, 

koronkowe  majtki,  doskonale  pasujące  do  siatkowych  pończoch. 

Mimo że nie był to jęk rozkoszy, Linc poczuł, że jego członek stał się 

jeszcze  większy.  Osiągnął  wręcz  astronomiczne  rozmiary.  Niedługo 

nie będzie mężczyzną z prąciem, ale prąciem z doczepionym do niego 

mężczyzną. 

 -  Cholerne  buty!  -  mruknęła  Trudy  i  zaczęła  masować  sobie 

kostkę. 

background image

Z  kolei  Linc  westchnął  i  omal  nie  upuścił  pudełek  z  pizzami. 

Dziewczyna  uniosła  stopę  do  góry  i  poruszyła  nią,  a  on  odwrócił 

wzrok od jej podwiązek. 

 -  Co,  do  licha,  włożyłaś  na  siebie?  -  spytał,  zerkając  na  nią 

jednak co jakiś czas. 

Trudy  uniosła  nieco  brodę  i  wyprostowała  czepek,  który 

przekrzywił jej się  w czasie upadku. Miała zaróżowione policzki, ale 

mimo to spojrzała mu odważnie w oczy. 

 - A jak sądzisz? 

Jak  wcielenie  najdzikszych  erotycznych  fantazji,  pomyślał. 

Belinda do kwadratu! Linc oddychał coraz szybciej, patrząc na rowek 

między jej piersiami, a potem niżej, na frywolny biały fartuszek i uda 

w siatkowych pończochach. W tym stroju Trudy stanowiła prawdziwe 

wcielenie seksu. 

Ale  były  w  tym  też  akcenty  humorystyczne.  Linc  widział  teraz, 

jak  upadła  na  łóżko.  Na  jednej  nodze  miała  jeszcze  pantofelek,  ale 

drugi  leżał  na  wykładzinie.  Musiała  potknąć  się  o  coś, 

nieprzyzwyczajona do chodzenia w butach na wysokim obcasie. 

Linc  poczuł,  że  ślinka  sama  napłynęła  mu  do  ust.  Przełknął  ją, 

myśląc  o  tym,  że  żadnej  kobiety  nie  pragnął  tak  bardzo  jak  Trudy. 

Starał  się  teraz  przypomnieć  sobie  wszystkie  argumenty  przeciwko 

związkowi z nią, ale jakoś mu się to nie udawało. 

Dziewczyna pokiwała smutno głową. 

background image

 -  No  dobra,  możesz  się  ze  mnie  śmiać  -  westchnęła 

zrezygnowana.  -  To  miała  być  niespodzianka.  Myślałam,  że  będę 

przypominała Belindę i że będziemy się mogli razem zabawić. 

 - Rozumiem. 

Poczuł  gwałtowne  pulsowanie  w  skroniach.  Zaczął  drżeć  z 

pożądania.  Oszukiwał  się  tylko,  myśląc,  że  zdoła  jej  się  oprzeć.  Był 

teraz marionetką w jej rękach. 

Jednak Trudy, o dziwo, nie zdawała sobie z tego sprawy. 

 -  Ale  skoro  mi  się  nie  udało,  to  możemy  się  trochę  odprężyć  i 

zjeść te pizze. Założę się, że wyglądam żałośnie. 

 - Wcale nie! - zaprotestował szczerze. 

Aż  ćmiło  mu  się  przed  oczami  z  pożądania.  Trudy  leżała  przed 

nim  w  pościeli  i  wyglądała  tak  pociągająco,  że  musiał  zmobilizować 

wszystkie  siły,  żeby  się  na  nią  nie  rzucić.  Czuł  się  tak,  jakby  był 

bohaterem jakiegoś filmu erotycznego i doskonale znał swą rolę. 

 -  Jesteś  bardzo  miły,  ale  wiem,  że  się  zbłaźniłam.  Powinnam 

wcześniej trochę poćwiczyć w tych piekielnych butach. - Położyła się 

na  łóżku,  prezentując  wypiętą  pupę,  i  sięgnęła  po  pantofelek.  -  I 

pomyśleć, że na Broadwayu tańczą w czymś takim. 

Wstała i pochyliła się, żeby włożyć but. 

Linc  zdusił  jęk.  To,  co  zobaczył,  było  najbardziej  prowokacyjną 

pozą,  jaką  mógł  sobie  wyobrazić.  Jednocześnie  Trudy  zupełnie  nie 

zdawała sobie z tego sprawy. Wydawało jej się, że cały plan spalił na 

panewce  i  że  nie  ma  już  najmniejszych  szans,  żeby  go  uwieść.  On 

tymczasem z każdą chwilą był coraz bardziej podniecony. 

background image

 -  Możesz  położyć  pizze  na  zmywarce  w  kuchni  -  rzuciła, 

prostując się. - Jak rozumiem, stolik i krzesła są  w dalszym ciągu na 

zewnątrz. 

 - Tak. - Linc zupełnie o nich zapomniał. - Zaraz się nimi zajmę. 

Przeszedł na drewnianych nogach do kuchni i zostawił tam pizzę. 

Poruszał  się  z  trudem,  bo  obrzmiały  członek  bynajmniej nie  ułatwiał 

mu ruchów. 

Kiedy  znowu  znalazł  się  w  pokoju,  zauważył,  że  Trudy  go  nie 

posłuchała  i  sama  zaczęła  wciągać  pudło  ze  stolikiem  do  środka. 

Dżentelmen  pomógłby  jej  w  takiej  sytuacji,  ale  Linc  był  za  bardzo 

zafascynowany  jej  biodrami  i  pupą,  doskonale  widocznymi  pod 

cienkim materiałem. 

Erotoman  zapewne  wykorzystałby  tę  sytuację  i  Linc  nie  był 

pewny,  czy  za  chwilę  nie  przekroczy  cienkiej  granicy  między 

dżentelmenem a erotomanem. 

Trudy  zamknęła  drzwi  na  zasuwę,  a  potem  obróciła  się  w  jego 

stronę. 

 -  Powinniśmy  chyba  rozstawić  ten  stolik,  zanim  pizza  zupełnie 

nam wystygnie - rzuciła. 

Linc zakaszlał parę razy. 

 - Dobrze. 

 - Widzę, że z trudem powstrzymujesz śmiech - rzekła ze łzami w 

oczach. 

 - Nie, ja tylko... 

background image

 - Zapewniam cię, że gdybym zrobiła to, co zamierzałam, i wyszła 

zza parawanu z miotełką z piór, to byłbyś napalony jak nie wiem. 

 - Masz miotełkę z piór? - zainteresował się.  

Zwykle podglądał Belindę, kiedy odkurzała jakieś rzeczy z małej 

drabinki.  A  z  tego,  co  mówiła  w  czasie  pieszczot  ze  służącym, 

wynikało, że korzystali z niej też w zupełnie inny sposób. 

 - Tak. Myślisz, że to zbyt ograny numer? Mam ją za parawanem. 

 - Ee... 

 - Masz rację, to mało oryginalne. Tak jak ten kostium. Powinnam 

raczej  poszukać  czegoś,  co  noszą  prawdziwe  pokojówki.  To  byłoby 

znacznie bardziej podniecające. 

Trudy  naprawdę  nie  zdawała  sobie  sprawy  z  tego,  jak  na  niego 

działa. Belinda rzeczywiście nosiła nieco dłuższą spódniczkę, ale było 

to  zdecydowanie  mniej  podniecające.  Może  dlatego  udało  mu  się 

jakoś przetrwać okres dojrzewania bez poważnych konsekwencji. 

 - Ten kostium... - zaczął. 

 -  Tak,  wiem  -  przerwała  mu.  -  Wyglądam  w  nim  tak,  jakbym 

była  prostytutką.  Tak  to  sobie  przynajmniej  wyobrażam,  bo  nigdy  w 

życiu nie widziałam prostytutki. A ty? 

 - Ja widziałem. 

 -  Bomba!  A  przy  okazji...  Wiesz,  nie  chciałabym  zadawać  ci 

niedyskretnych pytań, ale nigdy nie znałam mężczyzny, który płaciłby 

za te rzeczy. Czy może ty...? 

Linc pokręcił głową. 

background image

 - Nie, nigdy się do tego nie posunąłem. - Bo się bałem, dodał w 

duchu. Sam nie wiem, czego. - I żeby sprawa była jasna, ty wcale nie 

wyglądasz jak prostytutka. 

Zamiast się ucieszyć, Trudy wyraźnie posmutniała. 

 -  Wiem,  brakuje  mi  seksapilu.  Szkoda  było  pieniędzy  na  ten 

kostium, skoro zupełnie cię nie podnieca. 

 - Nie powiedziałem niczego takiego - zaprotestował Linc. 

 - Bo jesteś dżentelmenem - westchnęła. 

Nie był już tego wcale taki pewny. Zwłaszcza gdy mógł zapuścić 

wzrok w zagłębienie między jej piersiami. 

 -  Hm  -  chrząknął  raz  jeszcze.  -  Bardzo  mi  się  podoba  ten 

kostium. I rzeczywiście przypominasz w nim Belindę. 

Spojrzała na niego z nadzieją. 

 - Więc myślisz, że coś by z tego mogło wyjść? 

 - Hm, ta...ak. 

 -  Dobry  z  ciebie  facet.  Jakoś  mi  teraz  lżej.  Wiesz  co,  spróbuję 

potem  pochodzić  trochę  w  tych  butach  i  kostiumie.  Co  prawda,  nie 

sądzę, żeby zrobiło to na tobie wrażenie po tym nieszczęsnym upadku, 

ale ten strój kosztował masę pieniędzy. Może uda mi się skorzystać z 

niego w przyszłości z lepszym efektem. 

Nie  mógł  sobie  wyobrazić,  jaki  lepszy  efekt  miała  na  myśli. 

Chyba  że  faceta  od  razu  zabiorą  do  szpitala  z  zawałem,  co  by  go, 

Linca, nie faceta, wcale nie zmartwiło. 

Raz  jeszcze  chrząknął  i  wydusił  z  siebie  zduszone  „tak, 

oczywiście". 

background image

 -  Dobrze,  rozstaw  stolik  i  krzesła  -  poleciła  Trudy.  -  A  ja 

zobaczę, co z tą pizzą. Chcesz takie samo piwo jak wczoraj? 

 - Może być - mruknął; 

Znajdował  się  w  wyjątkowo  dziwnej  sytuacji.  Trudy  chciała  go 

uwieść,  ale  po  tym  upadku,  który,  jak  jej  się  zdawało,  ją  ośmieszył, 

porzuciła  ten  plan.  Oczywiście  Linc  pragnął  jej  teraz  bardziej  niż 

kiedykolwiek. 

Ale Trudy miała zamiar po prostu zjeść pizzę, więc zdjął kurtkę i 

powiesił ją na klamce. Następnie rozpakował stolik i krzesła. 

 - Gdzie mam to rozstawić? - rzucił w stronę kuchni. 

 -  Myślę,  że  w  kącie  niedaleko  okna  -  powiedziała,  wychylając 

się. - Chcesz piwo w szklance czy w butelce? 

 - Może być butelka. 

Przeciągnął stolik na drugą stronę łóżka. Nigdy wcześniej nie jadł 

kolacji  w  damskiej  sypialni.  Odetchnął  z  ulgą,  myśląc  o  tym,  że  tym 

razem  uda  mu  się  po  prostu  spożyć  posiłek  i  wypić  piwo. 

Niepotrzebnie  przejmował  się  tym  spotkaniem,  na  długo  zanim  tu 

dotarł. 

 - Przyniosłam piwo, proszę pana. 

Na dźwięk słów „proszę pana" poczuł, jak ciarki przeszły mu po 

plecach. Pomyślał, że  Trudy po prostu się wygłupia. Zerknął na nią i 

omal nie padł trupem. 

W rękach trzymała dwa talerze z pizzą, nie mogłaby więc jeszcze 

przynieść piwa. Jednak dziewczyna włożyła butelkę w stanik, między 

background image

piersi. Materiał,  który  był  napięty  już  wcześniej,  wyglądał  tak,  jakby 

lada chwila miał puścić, odsłaniając jej nagi biust. 

Trudy  zatrzepotała  rzęsami  niczym  wcielenie  niewinności,  a  w 

zielonych  oczach  pojawiły  się  iskierki,  jakby  zapraszała  go  do 

wspólnej zabawy. 

 -  Zapraszam pana na  kolację  -  rzekła  zmysłowo.  -  Obawiam  się 

tylko,  że  piwo  może  być  trochę  ciepłe.  W  tej  chwili  jednak  jest 

cudownie chłodne. 

Linc poczuł, że zaschło mu w gardle. 

 -  To  prawda,  że  zawaliłam  na  początku,  ale  może  uda  się 

uratować resztę wieczoru. 

Linc zaczął drżeć z podniecenia. A więc jednak będzie próbowała 

go uwieść. Doskonale wiedział, że nie będzie z tym miała problemów. 

 - Co mam robić? - spytał jeszcze nieco ochryple. 

 -  Może  zechce  pan,  żebym  pana  nakarmiła  -  zaproponowała, 

uśmiechając się do niego figlarnie. 

 - Do...obrze. 

Złapała  go  za  koszulę  ze  stójką  i  posadziła  na  krześle.  Sama 

natomiast  usiadła  na  stoliku  i  rozsunęła  nogi,  między  którymi 

postawiła  talerz  z  pizzą.  Linc  nie  mógł  oderwać  oczu  od  pizzy  i... 

tego,  co  znajdowało  się  nieco  dalej.  Czuł  kobiecy  zapach  Trudy. 

Pomyślał,  że  nigdy  w  życiu  nie  zapomni  pizzy  garnirowanej 

koronkowymi majteczkami i udami w siatkowych pończochach. 

 - Zaczynamy, proszę pana. 

background image

Zamknął  oczy,  żałując  że  włożył  ciasne  dżinsy.  Trudy  pochyliła 

się w jego stronę. 

 - Może najpierw piwa? 

 - Tak, poproszę. 

Niewiele  myśląc,  sięgnął  po  piwo.  Jego  dłoń  niemal  otarła  się  o 

krągłą  pierś.  Wyjmując  butelkę,  zsunął  materiał  z  lewego  sutka 

dziewczyny.  Niemal  jęknął,  widząc,  że  jest  sterczący  i  zapewne 

twardy jak kamyk. 

 - Ojej, co pan zrobił. - Trudy udawała zmieszanie tak udatnie, że 

niemal w nie uwierzył. 

 - Och, przepraszam - szepnął i wyciągnął dłoń, żeby poprawić jej 

sukienkę. Jednak Trudy umknęła mu, ocierając się koniuszkiem piersi 

o jego dłoń. 

Aż syknął z podniecenia. 

Przez  moment  chciał  się  na  nią  rzucić,  ale  zdołał  się  opanować. 

Postanowił  grać  najdłużej,  jak  tylko  mu  się  uda,  zimnego  i 

opanowanego  właściciela  domu,  dla  którego  seks  ze  służącą  jest 

czymś zupełnie naturalnym. 

Wypił pierwsze łyki piwa. 

 - Smakuje panu? - spytała niepewnie. 

 -  Może  być  -  powiedział  po  raz  nie  wiadomo  który  tego 

wieczoru. - Trochę za zimne. 

Dziewczyna  pochyliła  się  w  jego  stronę,  prezentując  wspaniały 

biust. 

 - Proszę bardzo. 

background image

Wstawił  butelkę,  dbając  o  to,  żeby  odsłonić  teraz  prawy 

koniuszek. Piwo wyglądało tam jak wielki fallus i przywodziło mu na 

myśl rzeczy, których nigdy nie próbował. 

 - Może teraz pizzy? - usłyszał znowu zmysłowy głos Trudy. 

Wzięła kawałek pizzy, obficie polany ketchupem i wyciągnęła w 

jego  stronę.  Jego  umysł  pełen  był  erotycznych  obrazów.  Jedzenie 

zupełnie  go  nie  interesowało.  W  tej  chwili  chciał  czegoś  zupełnie 

innego. 

Pochylił  się  i  dotknął  językiem  kawałka  pizzy,  a  potem  spojrzał 

jej w oczy. 

 - Wołałbym, żeby był gorący. 

Zwilżyła wargi i zaczęła szybciej oddychać. 

 - A nie jest? 

 - Nie. Możesz go odłożyć. 

Kiedy  to  zrobiła,  wziął  jej  dłoń  i  zlizał  ketchup  z  jej  palców,  a 

następnie  sięgnął  po  butelkę.  Czuł,  że  Trudy  jest  coraz  bardziej 

podniecona. 

 - Możesz zabrać talerz. 

 - Jak pan uważa. 

Odstawiła go na parapet, ale nie ruszyła się z miejsca. 

Linc  wypił  trochę  piwa,  udając  obojętność.  Nawet  nie 

przypuszczał, jak podniecająca może być taka gra. 

 -  Czy  mógłbym  spróbować  czegoś  innego,  Trudy?  -  Po  raz 

pierwszy użył jej imienia.  

background image

Dziewczyna  natychmiast  zrozumiała,  co  to  znaczy,  i  aż  oczy  jej 

się zamgliły z podniecenia. 

 - A na co miałby pan... ochotę? 

Potarł butelką jej sutki i zauważył, że jeszcze bardziej stwardniały 

i stały się ciemniejsze. 

 -  Chcę  czegoś...  gorącego,  moja  droga.  Wiesz,  że  jako  służąca 

powinnaś spełniać moje polecenia. 

 - Tak, oczywiście. 

 - Proszę pana. 

 - Proszę pana - dodała zaraz. - Na co ma pan ochotę? 

 - Podnieś fartuszek. 

Początkowo  widział,  że  chce  zaprotestować,  ale  potem  skinęła 

pokornie  głową  i  podniosła  ubranie,  ukazując  czarny  trójkąt 

majteczek. 

Linc wskazał je butelką. 

 - Zdejmij. 

 - Ależ, proszę pana, będę wtedy naga. 

Skinął  głową,  patrząc  głodnym  wzrokiem  na  ten  trójkąt.  Kiedy 

pochyliła  się,  zdejmując  majtki,  jeszcze  nad  sobą  panował.  W  końcu 

jednak  odsunął  krzesło  i  pomógł  jej  się  rozbierać.  Oboje  drżeli  z 

pożądania. A to, co na niego czekało, było  wilgotne i bardzo, bardzo 

gorące. 

background image

Rozdział jedenasty 

Oboje  byli  rozpaleni.  Trudy  miała  coraz  większe  problemy  z 

oddychaniem.  Linc  oparł  ją  o  stolik  i  pochylił  się  jeszcze  bardziej. 

Dziewczyna  gryzła  wargi,  czując,  że  ani  seks  na  tylnym  siedzeniu 

samochodu, ani nawet seks w altance nie przygotował jej na to, co za 

chwilę miało nastąpić. 

Odruchowo  rozsunęła  uda,  czując  między  nimi  jego  policzki.  A 

potem  Linc  wysunął  język,  a  ona  omal  się  nie  przewróciła.  Złapała 

tylko  stolik,  myśląc,  że  oto  znalazła  mężczyznę,  który  zna  się  na 

rzeczy. 

I  rzeczywiście,  wystarczyło  parę  ruchów  jego  języka,  a  ona 

niemal  doświadczyła  orgazmu.  Otworzyła  usta,  dysząc  ciężko.  Linc 

pieścił  ją  coraz  mocniej,  z  wyraźną  wprawą,  ale  też  przyjemnością. 

Jęki  i  zmysłowe  westchnienia  dziewczyny  mieszały  się  z 

zawodzeniem saksofonu i kwileniem klarnetów. 

Trudy  jeszcze  mocniej  rozszerzyła  uda.  Chciała  poczuć  go  jak 

najlepiej  i  najmocniej.  Linc  się  jednak  nie  spieszył.  Dawkował  jej 

rozkosz, starając się coraz bardziej nasilać bodźce. 

Kolejny  dreszcz  rozkoszy  przeszył  jej  ciało,  a  potem...  ucichł. 

Nigdy wcześniej nie była tak długo na krawędzi. Rozkosz rozchodziła 

się wolno po jej ciele i narastała. 

 - Chcę orgazmu - szepnęła błagalnie. - Już! Teraz! 

 - Proszę pana - dorzucił z błyskiem w oku. Widać jednak było, że 

sam jest bardzo podniecony. 

background image

 -  Tak,  proszę  pana  -  powtórzyła  posłusznie,  czując,  że  same  te 

słowa  niemal  doprowadziły  ją  do  szczytowania.  -  Niech  pan  mnie 

weźmie najlepiej, jak pan potrafi. 

To  wystarczyło.  Linc  poczuł  falę  gorąca,  która  przetoczyła  się 

przez  jego  ciało.  Już  chciał  dać  nurka  między  uda  dziewczyny,  ale 

jeszcze się powstrzymał. 

 - Co mam zrobić? 

 - Chciałabym... 

 -  Powinnaś  powiedzieć,  że  mogę  robić,  co  chcę  -  pouczył 

surowo. 

 -  Tak,  niech  pan  robi,  co  chce  -  wyrzuciła  z  siebie,  a  następnie 

złapała haust powietrza. 

Jej piersi uniosły się prowokacyjnie. 

 - Tak jest lepiej. 

Pochylił się, gotowy  zaspokoić wszystkie jej pragnienia. Kolejne 

pieszczoty  języka  były  coraz  silniejsze.  Jej  drżenie  zaczęło  narastać. 

Trudy  jęczała  coraz  mocniej  wraz  z  nasilaniem  się  miarowej 

pieszczoty  i  wkrótce  przeżyła  najbardziej  spektakularny  orgazm  w 

swoim życiu. 

Cała  drżąca  opadła  na  stolik.  Poczuła,  jak  Linc  pochyla  się  nad 

nią.  Pieścił  przez  moment  jej  odsłonięte  piersi  i  szyję,  a  potem 

poczuła, jak łapie ją wpół. 

 -  Przenosimy  się  na  łóżko  -  zadysponował,  -  Nie  wiem,  czy  ten 

stolik wytrzyma kolejne ekscesy. 

background image

Chwyciła  go  za  szyję  i  po  chwili  poczuła  miękką  pościel  pod 

sobą, a  silne  ciało  Linca tuż  nad  sobą. Chciała  przycisnąć  go  jeszcze 

mocniej, ale on odsunął się od niej niepewnie. 

 - Masz jakieś zabezpieczenie? A może bierzesz pigułki? - spytał. 

 - Mam prezerwatywy... proszę pana - szepnęła.  

To właśnie był seks w wielkim mieście. Na to czekała. 

 - Gdzie? 

 - Pod poduszką... proszę pana. 

 -  Wiesz,  że  jesteś  bardzo  zuchwała.  -  Odsunął  się  od  niej  i 

spojrzał  gniewnie.  -  Powinienem  ci  dać  lanie  na  goły  tyłek.  Ale 

najpierw sam się rozbiorę. 

Trudy nie chciała na to pozwolić. Od wczoraj myślała o tym, jak 

przyjemnie byłoby go rozbierać. 

 -  Bardzo  proszę,  chciałabym  pana  sama  rozebrać  -  rzuciła 

błagalnie. 

Spojrzał  na  nią  groźnie,  a  jednocześnie  wybrzuszenie  na  jego 

dżinsach powiększyło się trochę. 

 -  Jeśli  coś  zrobisz  źle,  zbiję  cię  jeszcze  mocniej  -  zapowiedział 

surowo. 

Aż  zadrżała  z  podniecenia.  Linc  wspaniale  wszedł  w  rolę,  którą 

dla niego przygotowała. Atmosfera gęstniała z sekundy na sekundę. 

 - Oczywiście, proszę pana. 

 - Dobrze. 

Linc  zszedł  z  łóżka  i  stanął  tuż  obok.  Trudy  usiadła  na  pościeli, 

spuszczając  nogi  w  dół.  Cieszyło  ją  to,  że  nie  dosięga  stopami 

background image

podłogi.  Miała  wrażenie,  jakby  łóżko  zamieniło  się  w  wielki  statek, 

który miał ją zabrać w długą erotyczną podróż. 

 - Możesz zacząć od koszuli - dodał, stojąc sztywno. 

Tak, jak prawdziwy pan, który czeka, aż go rozbiorą, pomyślała. 

 - Tak, proszę pana. - Wyciągnęła ręce i rozpięła pierwszy  guzik 

od  dołu.  Kiedy  posuwała  się  wyżej,  Linc  musiał  się  do  niej  zbliżać. 

Czuła go coraz mocniej między swymi nogami. 

 - Za wolno - rzucił Linc. 

Poczuła, że drży, ale ona też miała problemy z rozpinaniem. Ręce 

zaczęły jej się trząść i z trudem łapała oddech. 

 - Staram się, proszę pana. 

W  końcu dotarła do  końca  i  wyciągnęła  koszulę  z  jego  dżinsów. 

Przez  chwilę  podziwiała  jego  umięśnioną  pierś  i  płaski  brzuch,  a 

potem  pochyliła  się,  biorąc  w  zęby  jego  obwiedziony  ciemnymi 

włosami sutek. 

 -  Przecież  nie  pozwoliłem  ci  tego  zrobić  -  rzekł  gardłowym 

głosem. 

 - Nie, proszę pana. - Zaczęła przesuwać językiem po jego piersi, 

czując jak Linc się pręży i zaczyna ciężej oddychać. 

 - Pamiętaj, że czeka cię kara. 

 - Tak, proszę pana. 

 - Surowa kara. Chyba że poradzisz sobie lepiej z dżinsami. 

Kiedy na nie spojrzała, przyszło jej do głowy, że trudno będzie je 

zdjąć.  W  ciągu  ostatnich  paru  minut  zrobiły  się  zdecydowanie  za 

ciasne. 

background image

Jednak Trudy zabrała się do dzieła z takim zapałem i ciągnęła tak 

mocno, że w końcu udało się je ściągnąć do kolan. Linc zdjął nogami 

swoje buty i czekał na to, co miało nastąpić. 

Zawahała  się.  Pamiętała  kształt  i  rozmiar  jego  członka,  ale  teraz 

miała  ochotę  jeszcze  to  sprawdzić.  Przełknęła  ślinę,  patrząc  na  jego 

bokserki. 

 - Za wolno - rzucił raz jeszcze Linc i sam zdjął dżinsy. - Musisz 

się bardziej starać, moja droga. 

Moja  droga!  Nie  każdy  mężczyzna  wiedziałby,  jak  rozegrać  tę 

grę.  Ale  nie  Linc!  On  był  w  tym  coraz  lepszy.  Stał  przed  nią  prawie 

nagi, ale udawał, że wcale nie robi to na nim wrażenia. 

Sięgnęła do jego bokserek, ale on surowo pokręcił głową. 

 - Sam skończę. 

Po  chwili  nie  miał  już  na  sobie  ani  skarpetek,  ani bokserek.  Stał 

przed nią nagi ze  wspaniałym ptakiem, który mimo  wielkości niemal 

wzlatywał  do  nieba.  Patrzyła  na  niego,  nie  kryjąc  podziwu.  Wczoraj 

nie widziała jego członka w całej pełni. Teraz mogła mu się przyjrzeć 

do woli. 

Linc zrobił krok w jej stronę. 

 - A teraz co do twojej kary - zaczął. - Doszedłem do wniosku, że 

nie muszę cię bić. Mógłbym się przy tym zmęczyć, wiesz... 

 -  Więc  jak...  mnie  pan  ukarze?  -  Przełknęła  ślinę  i  spojrzała  na 

niego głodnymi oczami. 

Mimo nagości Linc nadal zachowywał się niczym arystokrata. 

 - Masz robić, co ci każę, i o nic nie pytać. 

background image

 - Tak, proszę pana. - Spuściła oczy.  

W  ten  sposób  mogła  lepiej  widzieć  jego  członek,  którego 

rozmiary zwiastowały prawdziwą rozkosz. 

 - Zdejmij buty. 

Zrobiła  to  z  prawdziwą  przyjemnością,  myśląc,  że  minie  sporo 

czasu, zanim przyzwyczai się do obcasów. 

 -  A  teraz  klęknij  na  łóżku,  twarzą  do  mnie  -  wydał  kolejne 

polecenie. 

Kiedy  to  zrobiła,  uświadomiła  sobie,  że  jej  piersi  znajdują  się 

dokładnie  na  wysokości  jego  twarzy.  Pewnie  o  to  mu  chodziło, 

ponieważ  Linc  wziął  ze stolika butelkę i wylał trochę piwa na prawą 

dłoń,  a  następnie  zaczął  wcierać  pachnący  trunek  w  jej  piersi. 

Najpierw  jedną,  a  potem  drugą.  Trudy  do  tej  pory  nie  zdawała  sobie 

sprawy z erotycznych możliwości piwa. 

 - A teraz je wyliżę - powiedział. 

Przełknęła ślinę. Czy uda jej się wytrzymać i nie przyciągnąć go 

do siebie? 

Zaczął  lizać  jej  piersi,  starannie  unikając  koniuszków.  Najpierw 

prawą, a potem lewą. Trudy wypięła pierś i jęknęła, ale bez rezultatu. 

Zaśmiał się gardłowo. 

 - Jeszcze nie, moja droga. 

Musiała  zrobić  bardzo  nieszczęśliwą  minę,  gdyż  właśnie  w  tym 

momencie poczuła język Linca na całej piersi. 

 - Teraz - szepnął. 

background image

O dziwo, coś w rodzaju orgazmu szarpnęło jej ciałem. Pieszczota 

była niespodziewana i... bardzo podniecająca. Co też jeszcze zamierza 

z nią zrobić? 

Linc zacisnął wargi wokół jej sutka i zaczął ssać. Coraz mocniej. 

Trudy  czuła,  jak  kolejne  fale  rozkoszy  przelewają  się  przez  jej  ciało. 

Kępka  włosów  między  jej  nogami  była  już  niemal  zupełnie  mokra. 

Zaczęła  dyszeć  i  sięgnęła  tam  dłonią,  doprowadzając  się  niemal  od 

razu do szczytu. 

 - Sama nie możesz - upomniał ją surowo. 

Nie  wiedziała,  jak  długo  jeszcze  wytrzyma  słodką  udrękę 

pieszczot. Pragnęła go coraz bardziej. Dłonie dziewczyny bezwiednie 

przesuwały się w stronę jej kobiecości lub jego męskości. 

Linc pokręcił głową. 

 -  Wobec  tego  masz  się  trzymać  słupa.  -  Wskazał  jeden  z 

czterech. 

Posłusznie  chwyciła  słup,  wyobrażając  sobie,  że  jest  to  wielki 

penis Linca. Wypięła jednocześnie prowokacyjnie pupę, ale on zaczął 

pieścić od tyłu jej piersi. 

 -  Jesteś  niewiarygodna  -  wyrwało  mu  się  w  pewnej  chwili,  ale 

zaraz  powrócił  do  roli:  -  Masz  tak  stać,  dopóki  z  tobą  nie  skończę, 

zrozumiano? 

 -  Taaak  -  jęknęła,  przedłużając  samogłoskę,  bo  właśnie  zaczął 

drażnić kciukiem koniuszek jej piersi. 

 - Tak, proszę pana. 

 - Tak, proszę pana - powtórzyła słabym głosem. 

background image

 - I zrobię z tobą, co będę chciał. 

 - Tak, proszę pana. 

Niemal  jęknęła,  czując  jego  dłonie  na  wnętrzach  ud.  Zaczął 

zsuwać z nich siatkowe pończochy, które i tak pozjeżdżały już niżej.  

Zadarł  do  góry  jej  krótką  spódniczkę,  podziwiając  tył.  Trudy 

wiedziała, że nie może puścić słupa, ale zaczęła coraz mocniej kręcić 

pupą. Aż krzyknęła, kiedy poczuła na niej nagle jego członek. To było 

niesamowite  doświadczenie.  Już  myślała,  że  Linc  zagłębi  się  w  niej, 

ale on wycofał się, chociaż zapewne wiele go to kosztowało. 

Poklepał ją po pupie. 

 - A teraz na czworaka. Tyłem do mnie. 

Z  drżeniem  puściła  słup  i  oparła  się  dłońmi  o  miękką  pościel. 

Ustawiła się od razu z rozwartymi udami, ale Linc kazał je zacisnąć. 

Był tak apodyktyczny! Tak męski! 

 - Teraz wypnij pupę - rozkazał jej. 

Nie zniosłaby, gdyby któryś z chłopaków z Virtue mówił do niej 

takim  tonem.  Jednak  z  Lincem  było  zupełnie  inaczej.  Stanowił  on 

ucieleśnienie  wszystkich  snów  o  wielkim  mieście  i  tym,  co  ją  tam 

czeka. 

Linc sięgnął pod poduszkę. 

 - Aż dziesięć - rzekł z uznaniem. - No, muszę cię pochwalić. 

Usłyszała dźwięk rozdzieranego papieru, a potem szelest lateksu. 

Chciała  znowu  rozsunąć  nogi,  ale  Linc  ponownie  tego  zabronił.  Po 

chwili poczuła jego członek. Linc przesunął nim w górę i w dół, a ona 

odruchowo rozsunęła nogi najszerzej, jak tylko mogła. 

background image

Tym razem nie miał o to pretensji. Poruszał się w niej wolno, ale 

kiedy znowu zaczęła poruszać pupą, przyspieszył. Słyszała tylko jego 

oddech,  a  potem  oboje  zaczęli  jęczeć  i  krzyczeć  z  rozkoszy.  Ona 

miauczała  jak  kotka.  Przyszedł  pierwszy  orgazm,  a  potem  nagle,  nie 

wychodząc z niej, był gotowy do następnego. 

Trudy  nigdy  nie  kochała  się  tak  wspaniale.  Dzięki  Lincowi 

pofrunęła  do  gwiazd  i  z  powrotem.  Przeżyła  coś,  czego  nigdy  nie 

udało  jej  się  przeżyć  z  chłopakami  z  Virtue.  Nie  orgazm,  ale  kilka 

orgazmów rozłożonych w czasie najlepiej jak to było można. 

Linc  stał  oparty  o  łóżko  i  dyszał,  starając  się  dojść  do  siebie. 

Nigdy  jeszcze  się  tak  nie  kochał,  chociaż  zawsze  miał  na  to  ochotę. 

Dopiero teraz uświadomił sobie, jak ubogie było jego życie seksualne. 

Jak wiele w nim brakowało. 

Odsunął  się  od  Trudy,  chcąc  jej  dać  chwilę  odpoczynku.  Za  nic 

jednak  nie  pozwoliłby  zakończyć  gry.  Teraz,  kiedy  zaczął,  nie  miał 

siły przerwać. 

 - Zaraz... zaraz wracam. 

Nogi  miał  jak  z  waty,  ale  mimo  to  udało  mu  się  przejść  obok 

kuchni  i  dotrzeć  do  łazienki.  Jego  kondom  był  pełny.  To  cud,  że  nie 

pękł.  Trudy  musiała  wybrać  dobry  gatunek.  Wyrzucił  go,  spuścił 

wodę i umył ręce. A potem chwycił brzeg umywalki, myśląc o tym, co 

też najlepszego zrobił. 

Wystarczyły dwa dni, żeby Trudy owinęła go sobie wokół palca. 

Miał  niby  wyświadczyć  jej  przysługę,  a  czuł  się  jak  małe  dziecko, 

które czeka na bożonarodzeniowy prezent. Odgrywał rolę pana, a tak 

background image

naprawdę  stał  się  jej  pokornym  służącym,  który  czeka  na  każde 

skinienie swej pani. 

Gdyby jeszcze w piątek ktoś mu powiedział, że uprawianie seksu 

będzie  go  tak  podniecać,  roześmiałby  mu  się  w  twarz.  Miał 

poukładane życie i seks pełnił w nim istotną, ale drugorzędną rolę. 

Teraz  to  wszystko  wywróciło  się  na  opak.  Sam  nie  wiedział,  co 

jest  dla  niego  najważniejsze.  Jakaś  siła  pchała  go  do  pokoju  obok, 

gdzie  czekała  Trudy.  To  niebezpieczne,  pomyślał.  Ktoś,  kto  chce 

spędzać tyle czasu w łóżku z jakąś kobietą, może zaangażować się  w 

poważny związek. 

Najlepiej  zrobi,  jeśli  się  teraz  ubierze  i  pojedzie  do  domu.  To 

pozwoli  mu  nabrać  trochę  dystansu  do  tego,  co  się  stało.  Może 

zrozumie  wtedy,  że  Trudy  nie  jest  taka  znowu  wyjątkowa  i  że  to 

głupie  wciąż  jej  pożądać.  A  o  tym,  że  pożądał,  świadczył  jego 

nabrzmiały  członek,  który  stał  niczym  żołnierz  gotowy  do  dalszych 

akcji dywersyjnych. 

 - Nic z tego, stary - powiedział, grożąc mu palcem.  

Jego  penis  na  pewno  uśmiechnąłby  się  na  te  słowa,  gdyby  tylko 

umiał się uśmiechać. A może nawet wybuchnąłby głośnym śmiechem. 

Jednak teraz podniósł się tylko wyżej niczym ptak, który zrywa się do 

lotu. 

Linc  westchnął,  widząc  niesubordynację  narządu,  który  przecież 

był  jego  częścią.  Niestety,  prawda  przedstawiała  się  tak,  że  wciąż 

pragnął Trudy. Chciał poczuć jej ciało i jeszcze raz móc w nią wejść, a 

potem jeszcze raz i jeszcze... 

background image

Westchnął głośno i skierował się w stronę dużego pokoju. Trudy 

nie  było  na  łóżku.  Przez  chwilę  przyglądał  się  mu,  myśląc,  że  może 

zapodziała  się  gdzieś  w  pościeli,  a  potem  rozejrzał  się  po  całym 

pomieszczeniu. 

 - Trudy! 

Zajrzał do kuchni i pokoju obok, ale tam też jej nie było. 

 - Trudy, gdzie jesteś?! - zawołał głośniej. 

 - Przebieram się. 

Jej głos dobiegał zza parawanu. W chwilę później na jego brzegu 

pojawiła  się  rzucona  wprawną  ręką  siatkowa  pończocha.  Po  chwili 

dołączyła do niej druga. 

Linc  chrząknął  zakłopotany,  przypominając  sobie  zdarzenia 

sprzed paru minut. Pomyślał, że jest teraz naga za parawanem, i ślinka 

napłynęła mu do ust. O, jakże chętnie by na nią teraz zerknął, choćby 

przez  szpary  w  parawanie.  Niczym  mały  chłopiec,  który  podgląda 

siostrzyczkę w toalecie. 

 - W co się przebierasz? - wydobył z siebie w końcu głos. 

 - Nieważne - odparła. 

O  nie,  to  było  bardzo  ważne.  Wiedział  o  tym  nie  tylko  on,  ale  i 

jego członek. 

Obok pończoch pojawiły się podwiązki. 

 - Linc... 

 - Tak, słucham? - Cały drżał z emocji. 

 - Chyba powinieneś już iść. 

Iść? Do swego samotnego mieszkania? Za nic w świecie! 

background image

 - Czy uważasz, że przesadziłem...? 

 - O, nie! Byłeś cudowny! Przeżyliśmy wspaniałe chwile. 

 -  Więc  dlaczego...?  -  Chciał  powiedzieć  „mnie  wyrzucasz",  ale 

nie dokończył zdania. 

 -  Wiesz,  nie  chciałabym  od  razu  wyczerpać  wszystkich 

możliwości. 

Cała  Trudy!  On  trzęsie  się  z  podniecenia,  a  ona  opowiada  mu  o 

jakiejś  tajemnicy!  Jednak  tak naprawdę  nie  mógł  się  na  nią  gniewać. 

Przecież  jeszcze  przed  chwilą  myślał  o  tym  samym.  Może  jak  się 

przebierze i przestanie przypominać Belindę, będzie mu trochę łatwiej 

się z nią rozstać? 

Mógłby  się  z  nią  kochać  do  białego  rana,  a  jeszcze  nie  miałby 

dość.  Było  to  raczej  dziwne,  zważywszy,  że  gdy  poszedł  do  łóżka  z 

poprzednią  partnerką,  to  zasnął  nie  po,  ale  przed  stosunkiem.  Przy 

Trudy chyba nigdy nie udałoby mu się zasnąć. Pomyślał z niechęcią o 

swoim  nudnym,  luksusowym  mieszkaniu  i  podszedł  do  łóżka,  żeby 

zebrać swoje ubrania. 

 -  Dobrze  -  mruknął.  -  Powinniśmy  się  trochę  przespać.  Jutro 

przecież jest dzień pracy. 

Wcale się tym nie przejmował. Pomyślał jednak o tym, że Trudy 

powinna być wyspana i przytomna swojego pierwszego dnia w pracy. 

 - Będziesz o mnie jutro myślał? - spytała.  

Przez cały dzień, zapewnił w duchu. 

background image

 -  Pewnie  tak  -  rzekł  zdawkowym  tonem.  -  Przecież  nie  zawsze 

zdarza  mi  się  kochać  ze  służącą.  Prawdę  mówiąc,  nigdy  tego  nie 

robiłem. 

 - Na pewno? 

Linc  uśmiechnął  się  i  zaczął  wkładać  bokserki.  Trudy  miała 

przesadne  wyobrażenia  o  jego  życiu  erotycznym.  A  może  wydawało 

jej się, że wszyscy w Nowym Jorku pieprzą się jak króliki? Że na tym 

właśnie polega wielkomiejski styl? 

 -  Naprawdę,  z  nikim  nie  było  mi  tak  dobrze  jak  z  tobą  - 

powiedział wiedziony impulsem. 

Na drugi raz musi bardziej uważać, żeby tak się nie odsłaniać. 

 -  Jak  zwykle  starasz  się  być  szarmancki  -  próbowała  żartować, 

ale wyczuł ciepło w jej głosie. - Dziękuję. 

 - To raczej ja powinienem podziękować.  

Słowo  „podziękować"  nie  wyrażało  do  końca  jego  uczuć.  Linc 

był  jej  dozgonnie  wdzięczny,  że  wprowadziła  go  w  swój  świat 

erotycznych  fantazji.  Było  to  najwspanialsze  doświadczenie  jego 

dorosłego życia. Dałby wiele, żeby móc to raz jeszcze przeżyć. 

 - Więc chciałbyś jeszcze raz... kiedyś..?  

Dobry Boże, i to jak najszybciej! 

 - Może... 

 - Kiedy? 

Choćby teraz, odparł w duchu. Mogę się do ciebie wybrać za ten 

parawan. 

 - Kiedy tylko będziesz miała ochotę - odpowiedział uprzejmie. 

background image

 - Jutro wieczorem? - spytała z nadzieją.  

Tak!!! krzyczał w duchu. 

 -  Wydaje  mi  się,  że  jestem  wolny  -  rzekł  z  namysłem.  - 

Powiedzmy,  że  jesteśmy  umówieni.  Gdyby  coś  się  działo,  to  dam  ci 

znać. 

 -  Świetnie.  Przyjdziesz  o  siódmej?  Oczywiście,  jeśli  będziesz 

mógł - zastrzegła zaraz. 

Nie  chciało  mu  się  wierzyć,  że  umawiają  się  z  takim  brakiem 

zaangażowania. Jakby oboje się czegoś bali. On doskonale wiedział, o 

co mu chodzi. Ale Trudy... No cóż, to jej pierwsze podboje w Nowym 

Jorku. Pewnie uznała, że musi być ostrożna. Albo że taki właśnie ton 

obowiązuje przy tego rodzaju rozmowach... 

 - Tak, siódma będzie dobra. 

 - Cieszę się. I Linc... chciałam ci podziękować za to, że się mną 

zająłeś. 

 - Nie ma za co. 

 - Wiesz, nie byłam pewna, czy będziesz miał ochotę na seks przy 

odsłoniętych  oknach.  Nie  zdążyłam  jeszcze  kupić  zasłonek...  Ale  to 

oczywiście nie mogło odstraszyć tak obytego faceta jak ty. 

Linc  wybałuszył  oczy,  patrząc  w  stronę  ciemnych  prostokątów 

okien. Zupełnie o tym zapomniał! 

 - Tak, nie mogło - bąknął. - Zresztą przy tych świecach niewiele 

pewnie było widać. 

 - Pewnie niewiele - potwierdziła. 

background image

Jednak  po  pierwszym  szoku  myśl  o  tym,  że  ktoś  mógłby  ich 

widzieć,  nie  wydała  mu  się  już  tak  przykra.  Czyżby,  dzięki  Trudy, 

odkrył  w  sobie  coś  z  ekshibicjonisty?  Gdyby  był  mądrzejszy, 

zakończyłby ten związek, zanim odkryje kolejne dziwne rzeczy. 

 - Nie musisz kupować zasłonek - dorzucił. - Będę o siódmej. 

 - Na pewno? Nic ci nie wypadnie? 

 - Nie, nic - odparł z niezmąconą pewnością. 

background image

Rozdział dwunasty 

W  poniedziałek  Meg  przez  cały  ranek  zastanawiała  się,  jak  też 

poszło  przyjaciółce.  Zastanawiała  się  nawet,  czy  nie  zadzwonić,  ale 

Trudy  musiała  być  bardzo  zajęta  pierwszego  dnia  pracy  w  Babcock 

and  Trimball  i  Meg  nie  chciała  jej  przeszkadzać.  Cała  się  jednak 

gotowała, żeby dowiedzieć się czegoś o przystojnym Faulknerze. 

Postanowiła doczekać do lunchu i zabrać Trudy do małego baru, 

unikanego  przez  innych  pracowników  firmy,  gdyż  ich  zdaniem 

serwował  on  posiłki  dla  „chłopa  od  kosy".  Być  może,  ale  tłuczone 

ziemniaki  i  tłusty  sos  do  mięsa  przypominały  jej  rodzinne  Virtue.  A 

poza tym będą tam mogły spokojnie porozmawiać. 

W  końcu  udało  się.  Meg  odebrała  przyjaciółkę  wprost  z  biura  i 

wyciągnęła  na  zaśnieżoną  ulicę.  Już  na  wstępie  ucieszyło  ją  to,  że 

Trudy  miała  na  sobie  skórzany  płaszcz  Linca,  a  nie  starą  kurtkę,  jak 

przy  zakupach.  Gdyby  to  od  niej  zależało,  byłaby  to  pierwsza  z  ich 

wspólnych rzeczy. 

Do  baru  przeszły  pieszo,  a  następnie  Meg  wpuściła  Trudy  do 

środka. 

 -  Wiem,  że  to  niezbyt  modne  miejsce  -  powiedziała,  kiedy 

zasiadły  przy  pokrytym  ceratą  stoliku  w  jednej  z  lóż.  -  Ale  za  to 

można  tu  spokojnie  porozmawiać.  A  ja  chcę  się  dowiedzieć 

wszystkiego o wczorajszym wieczorze! 

 - Myślisz, że nie przyjdzie tu nikt z mojej pracy? Czyżby ktoś się 

tutaj zatruł? 

Meg pokręciła głową. 

background image

 -  Nie,  ale  wszyscy  uważają  to  jedzenie  za  zbyt  wiejskie.  - 

Podsunęła  jej  wydrukowane  na  jednej  kartce  i  zafoliowane  menu.  - 

Zajrzyj do karty, to tak jakbyś się znowu znalazła w domu. 

Trudy  zaczęła  przeglądać  listę  potraw,  a  potem  parsknęła 

śmiechem. 

 - Masz rację, dania te same co u Hansona. Nawet pachnie tu tak 

samo,  mocną  kawą  i  smażoną  cebulą.  -  Wskazała  jedną  z  potraw.  - 

Klopsiki  w  sosie  chrzanowym.  Myślałam,  że  jak  tu  przyjadę,  to  już 

nie będę miała ochoty na klopsiki. 

 - Wcale nie musisz. Pieczony indyk też jest dobry. Posłuchaj, jak 

ci poszło z Lincem? 

 -  Dzień  dobry,  czym  mogę  służyć?  -  spytała  kelnerka,  na  którą 

Meg nawet nie zwróciła uwagi. 

 -  Poproszę  klopsiki  w  sosie  chrzanowym  i  kawę  -  powiedziała 

Trudy. 

Meg  z  przyjemnością  stwierdziła,  że  przyjaciółka  wygląda  na 

zadowoloną z życia. Wszystko więc musiało być w porządku. Jednak 

teraz potrzebowała szczegółów. 

 - A dla pani? - kelnerka spojrzała na Meg. 

 - To samo, tylko proszę o ziołową herbatę zamiast kawy - rzuciła 

szybko.  -  No,  gadaj  -  zwróciła  się  do  Trudy,  kiedy  tylko  kelnerka 

zniknęła na zapleczu. - Spodobał mu się strój służącej? 

Trudy położyła dłonie na ceracie i skinęła głową. 

 - Mhm. 

background image

 -  Świetnie,  opowiedz  mi  wszystko  -  ściszyła  głos,  ponieważ  nie 

chciała zgorszyć siedzącego obok, starszego małżeństwa. 

Trudy  zaczęła  mówić,  zaczynając  od  gafy,  a  kończąc  na 

wspaniałym stosunku, jaki w końcu odbyli. Opowiadała ze smakiem i 

wieloma  szczegółami,  tak  że  sama  Meg  poczuła  się  w  końcu 

podniecona. 

 - I coś? Został na noc?  

Trudy potrząsnęła głową. 

 -  Wcale  tego  nie  chciałam  -  westchnęła.  -  Byłam  naprawdę 

zadowolona,  kiedy  wyszedł  do  łazienki  i  mogłam...  -  Wciągnęła 

powietrze nosem. - Mm, co za zapach! 

Kelnerka postawiła przed nimi niemal pływające w sosie klopsiki. 

 - Proszę uważać, są bardzo gorące - ostrzegła. 

 - Dobrze - odparła Trudy i nie wiedzieć czemu się zaczerwieniła. 

Meg  miała  na  tyle  zdrowego  rozsądku,  żeby  nie  pytać  o  powód. 

Wiedziała,  że  nie  musi  znać  wszystkich  szczegółów.  To  właśnie  one 

tworzyły  niepowtarzalną  atmosferę  każdego  zbliżenia,  którą  chciało 

się zachować tylko dla siebie. Była jednak trochę rozczarowana tym, 

że  Linc  nie  został  na  noc.  Miała  nadzieję,  że  zwiążą  się  ze  sobą 

bardziej  już  na  początku.  Wtedy  wiedziałaby,  że  wszystko  idzie 

według jej planu. 

Zjadły  ze  smakiem,  a  po  posiłku  usiadły  wygodnie,  każda  ze 

swoim napojem w ręku. 

 - Dobrze, teraz możesz dokończyć. Trudy zaczerpnęła powietrza. 

background image

 -  Więc  po  tym,  jak  Linc  wyszedł  do  łazienki,  schowałam  się  za 

parawanem. 

Meg zrobiła wielkie oczy. 

 - Ale... po co? 

 - Nie chciałam, żeby znalazł mnie w łóżku - padła odpowiedź. 

 -  Dlaczego  nie,  na  miłość  boską?!  Wyobraziła  sobie,  jak  musiał 

się poczuć Linc, kiedy Trudy zaczęła się  z nim bawić w chowanego. 

Na  pewno  nie  był  zadowolony.  Być  może  uznał  ją  wręcz  za 

dziwaczkę. 

Trudy spojrzała na nią zupełnie szczerze i otwarcie. 

 - Chciałam zostawić mu wrażenie niedosytu i... tajemnicy. 

Wypiła łyk kawy. 

 -  Daj  spokój,  pewnie  przestraszył  się,  że  wyskoczyłaś  przez 

okno. 

 -  Zastanów  się,  Meg.  -  Odstawiła  kawę.  -  Odgrywaliśmy  jakieś 

role  i  było  nam  wspaniale,  ale  to  się  nagle  skończyło.  Pokojówka 

musiała zniknąć, a ja nie mogłam mu stawić czoła jako ja. 

 -  Więc  mogłaś  się  rozebrać  i  wskoczyć  do  łóżka.  W  czym 

problem? 

 -  Ale  z  kim  wówczas  kochałby  się  Linc?  Ze  mną  czy  z 

pokojówką? 

 - A co to za różnica? 

 -  Zasadnicza.  Dlatego,  że  ja  nie  chcę  po  prostu  się  kochać.  Na 

tylnym siedzeniu samochodu nie mogłam być ani królewną, ani nawet 

background image

pokojówką.  Teraz  chcę  spróbować  różnych  ról,  a  do  tego  potrzebuję 

tajemnicy. Tak jak aktorka. 

 -  Och  -  westchnęła  tylko  Meg  i  napiła  się  trochę  ziołowej 

herbaty. - Rozumiem. 

Sama  wierzyła  w  urozmaicenia,  ale  nigdy  nie  posunęła  się  do 

odgrywania  różnych  ról.  Bardzo  ciekawe,  pomyślała.  A  skoro  Trudy 

uważa, że jest to jej potrzebne, to pozostaje zgodzić się z tą opinią. 

Przyjaciółka uśmiechnęła się do niej. 

 -  Widzisz,  to  było  jedyne  wyjście.  Dobrze,  że  udało  nam  się 

kupić ten parawan! 

Meg pokiwała głową i oparła się łokciami o stół. 

 - No dobrze, a co było później? Linc cię zawołał i co? 

 - Nie odpowiedziałam. 

 - Dobrze, że nie zadzwonił na policję. 

 - Po co? Okno było zamknięte. Drzwi też. A ja odpowiedziałam, 

kiedy zawołał po raz drugi. Zawsze trzeba trochę zaniepokoić faceta. 

To  lepiej  działa.  A  potem  zaczęłam  się  rozbierać  za  parawanem,  tak 

żeby mógł widzieć moje pończochy i podwiązki. 

 -  I  nie  wtargnął  za  parawan,  żeby  cię  stamtąd  zabrać?  - 

zaciekawiła się jeszcze Meg. 

 - Nie, bo powiedziałam, że powinien już iść. 

Jej przyjaciółka omal nie zakrztusiła się swoją ziołową herbatą. 

 - Co takiego?! Sama odesłałaś go do domu?! Pewnie się obraził? 

- dopytywała się zmartwiona. 

background image

 - Nie, bo zapewniłam go, że było mi wspaniale. I umówił się ze 

mną dzisiaj na siódmą. 

Meg  odetchnęła  z  ulgą.  Jednocześnie  sięgnęła  po  serwetkę,  żeby 

ukryć  triumfalny  uśmieszek.  Niepotrzebnie  się  martwiła,  gdyż 

wszystko szło doskonale. 

 - Świetnie! Chcesz uraczyć go nową fantazją? 

 -  Mhm.  -  Trudy  skromnie  spuściła  oczy.  -  Ale  opowiedz  mi  o 

tych  wiązadłach,  które  kupiłaś  w  sex  -  shopie.  Wypróbowaliście  je  z 

Tomem? 

 -  Em,  tak.  -  Meg  nagle  zdała  sobie  sprawę  z  tego,  że  starsze 

małżeństwo  w  loży  obok  przestało  jeść  i  mężczyzna  wyciera  coś  ze 

stolika.  -  Mów  ciszej,  zdaje  się,  że  ci  starsi  ludzie  za  nami 

podsłuchują. 

Trudy uśmiechnęła się figlarnie. 

 - Opowiedz mi o tym koniecznie - rzuciła jeszcze głośniej. 

 - Masz na mnie zły wpływ. 

 - Tak jak ty na mnie. 

Meg wybuchnęła śmiechem, czując się znowu jak szesnastolatka, 

a  następnie  zerknęła  do  sąsiedniej  loży.  Mężczyzna  i  kobieta 

wyglądali  tak,  jakby  przykuto  ich  do  siedzeń.  Może  chcą  jeszcze 

wzbogacić  swoje  życie  erotyczne?  A  może  doświadczyli  więcej  niż 

przypuszczają? 

 -  Tomowi  wydawało  się,  że  to  on  mnie  przywiąże  do  łóżka  - 

zaczęła Meg. - W końcu jednak namówiłam go na to, żeby spróbował 

pierwszy. 

background image

 - Było ciężko? 

 -  Jasne.  Musiałam  mu  obiecać,  że  odwiążę  go  na  pierwsze 

żądanie. Zabawne, że potem wcale o to nie prosił - dodała po chwili. 

Oczy Trudy zalśniły z ciekawości. 

 - Czy to znaczy, że dobrze się bawił? 

 -  Twierdził,  że  przeżył  najwspanialszy  orgazm  w  swoim  życiu. 

Mam  wrażenie,  że  faceci  boją  się  takich  sytuacji,  bo  są 

przyzwyczajeni  do  dominacji.  Ale  kiedy  raz  się  zdecydują,  to  mają 

olbrzymią  frajdę.  -  Zamilkła  na  moment,  jakby  się  nad  czymś 

zastanawiała.  -  Jeśli  taki  spokojny  facet  jak  Tom  miał  fantastyczny 

orgazm, to wyobraź sobie, co stanie się z Lincem... 

Trudy cała się rozpromieniła. 

 - Też o tym myślałam i stwierdziłam, że warto spróbować. Ale z 

tego  wniosek,  że  muszę  pójść  jeszcze  raz  do  tego  sklepu.  Możesz 

podać mi adres? 

Meg  skinęła  głową,  widząc  jak  Trudy  wyjmuje  swój  notes. 

Zapisała  go  i  schowała  notes  do  plecaczka.  Już  chciały  wychodzić, 

kiedy usłyszały lekkie chrząknięcie. 

 - Przepraszam, czy może pani powtórzyć numer domu? - spytała 

starsza kobieta. 

Meg  spełniła  prośbę,  myśląc  o  tym,  że  małżeństwo  obok  wcale 

nie  było  zaszokowane  ich  rozmową.  W  każdym  razie  nie  żona, 

ponieważ mąż siedział trochę sztywno i był czerwony na twarzy. 

background image

 -  Ale  nie  powiedziałaś  mi  jeszcze,  co  planujesz  na  dzisiaj  dla 

Linca? Czy chcesz go związać, czy też pozwolisz, żeby on to zrobił? - 

zagadnęła Meg, kiedy wychodziły. 

 -  Chyba  pójdę  za  twoim  przykładem,  ale  zamierzam  też 

skorzystać z kasety. 

 - Jakiej kasety? - Meg na chwilę przystanęła w drzwiach. 

 -  Och,  zapomniałam  ci  powiedzieć.  -  Trudy  uśmiechnęła  się 

przebiegle. - Miałam wczoraj pod łóżkiem dyktafon, który uruchamia 

się na dźwięk głosu. 

 - Cudownie! 

Mogła  się  założyć,  że  Linc  nigdy  nie  słyszał  swego  głosu  w 

takich chwilach. Najwyższy czas, żeby to się stało. 

 

Wystarczyło, że Linc podszedł do drzwi Trudy, a poczuł, jak jego 

członek  unosi  się  coraz  wyżej.  Tym  razem  włożył  luźne  spodnie, ale 

wcale nie mógł powiedzieć, że był to dobry pomysł. Nie umawiali się 

na kolację, więc wziął tylko butelkę czerwonego wina, ser i krakersy. 

Nie,  żeby  miał  ochotę  na  jedzenie,  ale  nie  chciał  też  sprawiać 

wrażenia, że chodzi mu tylko o seks. 

Ale czy nie było to całkowicie jasne? 

Jednak  wino  i  ser  stanowiły  tu  jakąś  wymówkę.  Czuł  się  dzięki 

temu  bardziej  cywilizowany.  Jednocześnie  wyobrażał  sobie,  jak 

mógłby skorzystać z sera i wina w kolejnych miłosnych grach. 

Niestety,  od  wczoraj  myślał  wyłącznie  o  seksie.  Nawet 

najbardziej  niewinne  przedmioty  kojarzyły  mu  się  z  Trudy.  Tom 

background image

wyczuł, że coś z nim jest nie tak, i chciał porozmawiać, ale Linc zbył 

go  jakąś  wymówką.  Czuł  się  jak  człowiek,  który  się  topi  i 

zdecydował, że nikt mu w tym nie może przeszkadzać. Chciał już na 

zawsze utonąć w ramionach Trudy. 

Zadzwonił  do  drzwi.  Uchyliła  je,  ale  wciąż  były  zamknięte  na 

łańcuch. Ze - środka dobiegał zapach orientalnych kadzidełek i seksu. 

Zobaczył  też  mocno  umalowane  oczy  Trudy.  Jej  twarz  zasłaniał 

lawendowy  welon,  który  sięgał  aż  do  zdobionego  cekinami 

biustonosza. 

Jego członek niemal wzniósł się w powietrze. 

 -  Kto  przychodzi?  -  spytała  dramatycznym  tonem,  a  jej  welon 

uniósł się wraz z oddechem. 

 -  Twój  pan  i  władca.  -  Zakładał,  że  Trudy  będzie  dziś  jego 

niewolnicą. 

Jej kapiące od tuszu rzęsy zatrzepotały ze zdziwienia. 

 - Nie mam pana, a tylko wielu niewolników - rzekła. - Czy gotów 

jesteś mi służyć? 

Linc zadrżał od stóp do głów, zauroczony jej wizją. Jednocześnie 

zastanawiał się, czy może dać jej władzę nad sobą. 

 - Tak, pani - szepnął w końcu. 

 -  Dobrze,  mój  niewolniku.  -  Spojrzała  mu  prosto  w  oczy.  -  Za 

chwilę zamknę drzwi. Będziesz mógł wejść po minucie. Rozkazy dla 

ciebie leżą na stoliku. 

 - Jak sobie życzysz, pani. 

 - Spuść oczy, kiedy do mnie mówisz - poleciła ostro. 

background image

Linc spojrzał na swój członek, który wprost chciał się wyrwać ze 

spodni. Gdyby nie on, pewnie odwróciłby się na pięcie i odszedł. Był 

jednak ciekawy, co też Trudy przygotowała dla niego na dzisiaj. 

Po  chwili  zauważył  jej  bose  stopy,  co  podnieciło  go  jeszcze 

bardziej.  A  potem  drzwi  się  zamknęły.  Z  niecierpliwością  patrzył  na 

zegarek i po pięćdziesięciu ośmiu sekundach wszedł do pokoju. 

Zamknął  drzwi  i  podszedł  do  stolika.  Położył  na  nim  torbę  z 

zakupami  i  spojrzał  w  stronę  parawanu.  Trudy  na  pewno  się  za  nim 

skryła.  Chociaż  może  była  w  łóżku,  które  było  całe  okryte 

baldachimem? Trzeba to sprawdzić... Jednak wcześniej chciał spełnić 

jej polecenie, sięgnął więc po instrukcje. 

Leżały  obok  małego  dyktafonu.  Zdjął  skórzaną  kurtkę  i 

jednocześnie zaczął czytać: 

Mój niewolniku! 

Pozbądź  się  swego odzienia  i  włącz tę  magiczną  skrzynkę.  Kiedy 

już będziesz gotowy, możesz ubiegać się o przyjęcie do mego łoża. 

Każde słowo było przesycone seksem. Zrozumiał, że ten wieczór 

należy  do  Trudy  i  to  ona  będzie  rządzić,  ale...  zupełnie  mu  to  nie 

przeszkadzało. Był gotów spełnić każde jej żądanie. 

Tylko  po  co  ma  jeszcze  słuchać  dyktafonu?  Orientalna  muzyka, 

która rozbrzmiewała w pokoju, dostarczała im już odpowiedniego tła. 

Cóż,  nie  zamierzał  protestować.  Zaczął  się  rozbierać,  a  żeby 

zaoszczędzić  czasu,  włączył  dyktafon.  Usłyszał  najpierw  jakieś 

dziwne  rzężenie  czy  coś  w  tym  rodzaju.  Jego  ciało  rozpoznało  te 

dźwięki szybciej niż mózg i poczuł gwałtowny dreszcz rozkoszy. 

background image

Kiedy  usłyszał  błagalny  szept  „chcę  orgazmu",  a  potem  swoje 

„proszę pana", nie miał już wątpliwości. Trudy nagrała to, co wczoraj 

między nimi zaszło. Nie potrzebował żadnych przygotowań. Już w tej 

chwili  gotów  był  z  nią  odbyć  parogodzinny  stosunek  z  całą  serią 

gwałtownych  orgazmów.  Cały  drżał  w  oczekiwaniu  tego,  co  miało 

nastąpić. 

Teraz  jednak  było  mu  trudniej  się  rozbierać.  Ręce  drżały  od 

nietajonej  żądzy,  zwłaszcza  że  szeptała  do  niego  teraz  z  dyktafonu: 

„Mam  prezerwatywy,  proszę  pana".  Do  licha,  dawno  nie  był  tak 

nabuzowany. Ta dziewczyna wiedziała, jak podniecić faceta. 

W końcu udało mu się rozebrać. Musiał przyznać, że to nagranie 

było  bardzo  śmiałe.  Znacznie  śmielsze  niż  to,  co  robili  Belinda  ze 

służącym.  Już  prawie  zaczął  zazdrościć  temu  facetowi,  kiedy 

przypomniał  sobie,  że  to  przecież  on  sam.  Aż  trudno  mu  było 

uwierzyć, że przeżył coś takiego. 

Chciał  posłuchać  tego  jeszcze  raz  i  przewinął  nagranie.  Kiedy 

wcisnął  klawisz  ponownie, dźwięki, które  wydobyły  się  z  dyktafonu, 

były jeszcze dziksze. Jakby spółkowały ze sobą dwie papugi. 

 - Cholera, znowu klapa - usłyszał głos Trudy od strony łóżka. 

Dopiero  teraz  zauważył,  że  wraz  z  odtwarzaniem  wcisnął  guzik 

przewijania. To dlatego, że tak bardzo mu się spieszyło. 

Trudy wytknęła głowę zza baldachimu. 

Linc przez chwilę walczył z atakiem śmiechu. W końcu udało mu 

się go powstrzymać i spojrzał na dziewczynę. 

 - Witaj, o pani. 

background image

 - Nie wstawiaj głodnych kawałków. Nastrój prysł, nie ma o czym 

gadać. 

 -  Nie  wydaje  mi  się.  -  Spojrzał  na  swój  członek.  -  Pozwolisz, 

pani, że raz jeszcze włączę dyktafon. 

background image

Rozdział trzynasty 

Trudy  próbowała  się  skupić  na  wspaniałej  męskości  Linca  i 

zapomnieć o swojej porażce. Potwornie było jej żal, że nie wyszło to 

tak,  jak  wyjść  powinno.  Nawet  jej  do  głowy  nie  przyszło,  że  Linc 

wciśnie zły guzik. 

 -  Zaczęliśmy  od  wczorajszej  nocy  -  przypomniał  jej,  widząc  że 

jeszcze nie doszła do siebie. 

 -  Dobrze  już,  włącz  ten  dyktafon  -  zgodziła  się.  -  Skoro  się 

rozebrałeś, nie ma powodów, żebyś znowu się ubierał. 

Odwrócił  się,  żeby  to  zrobić.  Cóż  za  widok!  Dotąd  nie  miała 

okazji, żeby przyjrzeć mu się od tyłu. 

 - Wobec tego przewinę do początku. 

Przy  moim  szczęściu  zaraz  wyczerpią  się  baterie,  pomyślała, 

chociaż  zmieniała  je tuż przed  wyjazdem.  To  miał być  profesjonalny 

sprzęt, z którego zamierzała korzystać w pracy. 

 - Gdzie go miałaś wczoraj? - zapytał jeszcze Linc, pochylając się, 

przez co zobaczyła w pełnej krasie jego mocne pośladki. 

 - Pod łóżkiem. Włącza się na dźwięk głosu. 

 - Raczej jęku - zaśmiał się. 

Spojrzał  jej  w  oczy  i  dopiero  teraz  zobaczyła,  jak  bardzo  jej 

pożąda. Ona też była coraz bardziej podniecona. Muzyka i wschodnie 

zapachy  sprawiały,  że  zaczęła  zapominać  o  tym,  co  się  stało.  Nie 

wiedziała tylko, czy jej początkowy plan się udał. 

 -  Zanim  znowu  wciśniesz  zły  guzik,  powiedz  przynajmniej,  czy 

to nagranie zrobiło na tobie wrażenie? - spytała nieśmiało. 

background image

 - Olbrzymie. Właśnie na tym polegał problem. Po prostu ręce mi 

się trzęsły - wyznał. - A powiedz, ile razy słuchałaś tego nagrania? 

 - Parę - bąknęła. 

Straciła już zupełnie rachubę. 

 - Więc pewnie masz go już dość. 

 - Nie - wyrwało jej się. 

Prawdę  mówiąc,  błaganie  o  orgazm  niemal  za  każdym  razem 

doprowadzało ją do szczytu. A potem jeszcze te jęki i westchnienia... 

 - Możemy więc posłuchać tego razem? 

Z  trudem  przełknęła  ślinę.  Wyobraziła  sobie,  jak  to  by  było, 

gdyby  nagrane  dźwięki  zmieszały  się  z  odgłosami  prawdziwego 

stosunku. A gdyby tak jeszcze raz to nagrać i wszystko zwielokrotnić? 

Poczuła, że robi jej się gorąco. 

 - Tak - szepnęła omdlewającym głosem. 

Linc przyklęknął przy łóżku i podał jej dyktafon. 

 - Oto podarunek od twego niewolnika, pani. Nie mogła uwierzyć 

własnym uszom. Linc powrócił do gry. Wzięła dyktafon i spojrzała na 

pochyloną głowę tego, który pomagał jej w nagraniu. To było wprost 

niesamowite,  że  mogli  znowu  pogrążyć  się  w  świecie  erotycznych 

fantazji. Tak, jeszcze raz! 

 - Będziesz mógł przyjść do mnie, kiedy cię zawołam, niewolniku 

- rzekła władczo. 

Schowała  się  znowu  za  baldachimem  i  położyła  dyktafon  obok 

poduszki.  Następnie  sama  ułożyła  się  w  zachęcającej  pozie,  tak  by 

zdobiony cekinami stanik jak najlepiej podkreślał jej biust. Szarawary, 

background image

które  włożyła  na  tę  okazję,  miały  dziurę  w  kroku,  ale  ze  względu  na 

bufiasty  krój  nie  było  tego  widać.  Kupiła  to  wszystko  za  prawdziwy 

bezcen  na  wyprzedaży  i  był  to  jeszcze  jeden  szczęśliwy  zbieg 

okoliczności. 

Nabyte  w  sex  -  shopie  wiązadła  były  już  przygotowane. 

Dokładnie  przemyślała  sobie  wszystko.  Cztery  słupy  łoża  doskonale 

nadawały  się  do  przywiązywania  niewolników.  Linc  będzie 

pierwszym z nich, ale zapewne nie ostatnim. 

Włączyła  dyktafon.  Nastąpiły  ciche  szepty,  potem  gwałtowne 

oddechy i jęki. 

 - Możesz wejść - krzyknęła, już nie mogąc się doczekać. 

Dokładnie to sobie przemyślała. Linc patrzył podniecony tylko na 

nią i nie widział przymocowanych do słupów wiązadeł. To będzie dla 

niego niespodzianka. 

Na  taśmie  dał  się  słyszeć  ich  pierwszy  orgazm.  Linc  trwał  z 

pochyloną głową. Czuła, że chce się na nią rzucić, ale brakuje mu na 

to odwagi. Jest przecież tylko niewolnikiem, pomyślała. 

Nagle podniósł na nią wzrok. 

 -  Jesteś  zbyt  zuchwały,  niewolniku  -  powiedziała.  -  Muszę  cię 

ukarać. Chodź. 

Sięgnęła po jedno z wiązadeł. Przez chwilę patrzył na nią, nic nie 

rozumiejąc, a potem zrobił zbuntowaną minę. 

 -  Nie  ma  sensu  się  opierać  -  stwierdziła  chłodno.  -  Inaczej  każę 

cię wtrącić do lochu. 

background image

Przysunął się do niej niechętnie, a kiedy kazała mu się położyć na 

plecach,  sprawiał  wrażenie,  jakby  chciał  przerwać  grę.  Jednak  jego 

członek  wyprężył  się  jeszcze  bardziej  i  widziała,  że  Linc  jest  coraz 

bardziej podniecony. 

Legł  w  końcu.  Posłała  mu  pełen  okrucieństwa  uśmiech  zza 

półprzezroczystego welonu, ale potem stwierdziła, że nie może go tak 

dręczyć. 

 - Nie zrobię ci krzywdy, niewolniku - rzekła już nieco cieplej. - 

Uwolnię cię, kiedy tylko sobie tego zażyczysz... 

Linc  odetchnął  z  ulgą  i  chętniej  wyciągnął  rękę  w  stronę 

pierwszego słupa. Przywiązała ją, starając się go nie dotykać. Bała się, 

że  podnieci  się  jeszcze  bardziej  i  straci  panowanie  nad  sobą.  Serce 

biło jej coraz mocniej. 

Wiązadła  były  gładkie  i  miłe  w  dotyku,  ale  tak  naprawdę  nie 

można ich było zerwać. Oboje to czuli. Trudy przywiązała drugą rękę 

Linca  i  zyskała  nad  nim  znaczną  przewagę.  Efekt  był  piorunujący. 

Nagle stał się jej prawdziwym niewolnikiem. 

Związała  mu  jeszcze  nogi  i  teraz  był  zupełnie  od  niej  zależny. 

Leżał płasko, a jego członek sterczał w górę niczym piąty słup, tyle że 

nieco przekrzywiony. 

Linc przełknął ślinę. Patrzył na nią głodnymi oczami, wiedząc, że 

zacznie się z nim teraz drażnić. Był  zdany na jej łaskę i niełaskę i to 

podniecało ich jeszcze bardziej. 

background image

Na  początek  włożyła  mu  poduszkę  pod  głowę,  żeby  miał  lepszy 

widok. Jego penis był olbrzymi i piękny. Widziała żyłki, które w nim 

pulsowały. 

 - A teraz musisz zapłacić za wszystkie swe zuchwalstwa - rzekła, 

sięgając do zapięcia stanika. 

Oblizał  się  na  widok  jej  nagich  piersi.  Ona  jednak  zakryła  je 

welonem. Dopiero kiedy usłyszała jego narastający oddech, zaczęła je 

odsłaniać, ruszając całym ciałem. Po chwili nie miała już welonu. 

Linc jęknął. 

 - Czy chcesz pieścić moje piersi? - spytała. 

 - Tak - z trudem wydobył z siebie głos. 

 - Tak, pani. 

 - Tak... pani - poprawił się. 

 -  Ale  dzisiaj  możesz  tylko  patrzeć  -  powiedziała  ze  złośliwym 

uśmiechem. 

Pośliniła  palec  i  dotknęła  nim  ciemnej  obwódki  wokół  sutka. 

Koniuszek  jej  piersi  stwardniał.  Jednocześnie  Linc  wydobył  z  siebie 

coś w rodzaju natchnionego bełkotu. 

Kiedy na niego zerknęła, zauważyła, że ma zamknięte oczy. 

 - Masz patrzeć, niewolniku - rozkazała. 

Na  taśmie  przeżywali  właśnie  kolejny  orgazm.  To  jeszcze 

bardziej ich podniecało. 

Trudy  zaczęła  pieścić  drugą  pierś,  czując  jednocześnie,  że 

wilgotnieją  jej  uda.  Zastanawiała  się,  jak  długo  jeszcze  będą  ciągnąć 

tę grę. 

background image

 - Tak mi dobrze - jęknęła. - Naprawdę cudownie.  

Linc szarpnął się na uwięzi. 

 - Ale wiem, że może mi być nawet lepiej. Wiesz, o co mi chodzi, 

niewolniku? 

Przymknęła  oczy,  gdyż  jęki  na  kasecie  stały  się  jeszcze  bardziej 

intensywne.  Jednocześnie  przesunęła  dłoń  w  stronę  krocza, 

odsłaniając dziurę w szarawarach. 

 -  Ale  obawiam  się,  że  nie  będziesz  mógł  mi  w  tym  pomóc  - 

szepnęła jeszcze. 

Pragnęła,  żeby  mógł  to  zrobić.  Żeby  poczuć  jego  obrzmiały 

członek w sobie. 

Linc  znowu  się  szarpnął.  Tym  razem  mocniej.  Zaczęła  się  bać, 

czy czegoś sobie w ten sposób nie zrobi. 

 - Nie jesteś w stanie przyjąć kary, niewolniku? - spytała surowo. 

- Odwiązać cię? 

Wzrok Linca był wprost do niej przykuty. 

 - Nie, wytrzymam - jęknął i poruszył biodrami.  

Tak, tylko czy jej się to uda. 

 - To dobrze. - Zaczęła pieścić swój srom. - Bardzo dobrze. 

Być  może  trwałoby  to  dłużej,  gdyby  nie  kolejne  ruchy  bioder 

Linca.  Były  tak  znaczące  i...  pociągające,  że  wystarczyło  popatrzeć  i 

natychmiast przeżyła orgazm. 

Głuchy jęk wydobył się z jej gardła. Nie bardzo wiedząc, co się z 

nią  dzieje,  rzuciła  się  na  łóżko.  Chciała  pieścić  Linca,  dotykać  go, 

mieć. Chciała go poczuć w sobie. 

background image

Linc czuł orgazm, który go porywał. Trzymał się resztkami woli, 

ale wiedział, że nie da rady. Jednak jakimś cudem udało mu się. 

Uśmiechał się triumfalnie. Tym razem zdołał  wytrzymać, ale nie 

wiedział,  jak  przetrzyma  kolejne  „kary".  Samo  patrzenie  na  Trudy 

było  wystarczająco  podniecające.  Zwłaszcza  kiedy  to  ona 

szczytowała, wijąc się na pościeli i krzycząc na całe gardło. 

Żadna  kobieta  nie  podniecała  go  dotąd  tak  bardzo.  Trudy 

pokazała  mu  rzeczy,  o  których  nie  miał  pojęcia,  których  istnienia 

nawet nie podejrzewał. 

Być  może  to  wszystko  wynikało  z  wyobraźni.  Trudy  po  prostu 

miała ją bardzo rozwiniętą. Na tyle, że potrafiła nią obdzielić również 

swoich partnerów. W tej chwili gotów był przysiąc, że znajduje się na 

dworze  jakiejś  orientalnej  władczyni.  Wystarczyła  odpowiednia 

muzyka, parę kadzidełek, żeby całkowicie zmienić codzienność. 

Kto by pomyślał? 

Dyktafon  się  wyłączył.  Nie  wiedział,  czy  specjalnie  zgrała  to  z 

końcem  swego  przedstawienia,  czy  też  był  to  przypadek.  Z  taką 

dziewczyną jak Trudy nic nie było do końca jasne. 

Odetchnęła głęboko i spojrzała na jego wciąż uniesiony członek. 

 -  Masz  niezwykłą  siłę,  niewolniku.  -  Linc  wyczuł  w  jej  głosie 

niekłamany podziw. 

Najpierw parę razy chrząknął, zanim wydobył z siebie głos: 

 - Dziękuję... pani. 

 - Nie ciesz się przedwcześnie. Mam sposoby, żeby złamać takich 

jak ty. 

background image

Linc zamarł, czując jak dreszcz rozkoszy przenika całe jego ciało. 

Zabrzmiało  to  niezwykle  groźnie  i...  obiecująco.  Jeśli  Trudy 

szykowała następny test, nie wiedział, czy przejdzie go zwycięsko. 

 - Wiesz, niewolniku, że w każdej chwili mogłabym skończyć twą 

mękę 

powiedziała, 

przesuwając 

dłoń 

powietrzu 

wyimaginowanej pieszczocie członka. 

 - Tak, pani - rzucił przez zaciśnięte zęby.  

Trudy  sięgnęła  po  swój  welon  i  przesunęła  nim  nad  jego 

członkiem.  Poczuł  dotyk  delikatnego  materiału.  Welon  pieścił  mu 

żołądź, a potem przesunął się niżej w stronę jąder. Tego już było mu 

za wiele. 

 -  To  nieuczciwe...  pani  -  sapnął,  z  trudem  powstrzymując 

wytrysk. 

 -  Myślisz,  że  to  mogłoby  doprowadzić  cię  do...  orgazmu?  - 

spytała szeptem, unosząc nieco welon. 

 - O tak, pani. 

 -  Wobec  tego  przestanę  -  zgodziła  się  łaskawie.  -  Wcale  mi  nie 

zależy na twoim orgazmie. 

To  stwierdzenie  tylko  jeszcze  bardziej  go  podnieciło.  Ale 

dlaczego? Co się z nim tak naprawdę działo? 

 - Dziękuję, pani. 

Pokiwała  głową,  przyglądając  mu  się  uważnie.  Znowu  się 

szarpnął, chcąc być jak najbliżej niej, a potem skarcił siebie w duchu 

za ten mimowolny gest. 

background image

 - Podobasz mi się nagi - powiedziała. - Ale może jesteś zbyt nagi, 

niewolniku. 

Sięgnęła  pod  poduszkę.  Linc  mógłby  przysiąc,  że  specjalnie 

otarła się o niego przy tym piersią. Ponieważ się tego nie spodziewał, 

pieszczota była jeszcze bardziej dojmująca. 

Trudy wyjęła paczuszkę prezerwatyw. 

 - Poznajesz to, niewolniku? Chcę cię teraz osiodłać, żeby  odbyć 

na  tobie  małą  przejażdżkę.  -  Linc  znowu  się  szarpnął,  wyrzucając  w 

górę biodra. - Narowisty z ciebie rumak - dodała z uśmiechem. 

 - To może być krótka przejażdżka, pani.  

Wyjęła kondom z zadziwiającą wprawą. 

 - Zobaczymy. Chciałabym cię trochę pogonić, ale nie zajeździć. 

Słowa o zajeżdżeniu sprawiły, że cały zaczął drżeć. Jednocześnie 

patrzył, jak Trudy radzi sobie z prezerwatywą. 

 - Dobrze ci idzie, pani - zauważył. 

 -  Ćwiczyłam.  -  Zerknęła  na  niego  figlarnie.  -  W  zamorskiej 

prowincji,  z  której  pochodzę,  pełno  jest  ogórków.  Porządne 

dziewczyny nie mają tam wibratorów, ale mogą ćwiczyć na ogórkach. 

I... z ogórkami. Niektóre są naprawdę długie. 

Linc oddychał jeszcze szybciej. Trudy wiedziała, jak wprowadzić 

mężczyznę w stan pełnego podniecenia oczekiwania, ale tego już było 

za wiele jak na jego słabe barki czy też inną część ciała... 

Kiedy  poczuł  jej  palce  na  swoim  penisie,  omal  nie  krzyknął. 

Trudy wyczuła, co się z nim dzieje, i wycofała się na chwilę. 

background image

 -  Wyglądasz  tak,  jakbyś  na  coś  czekał.  -  Jej  głos  dobiegał  do 

niego jakby z oddali. 

Dopiero kiedy otworzył oczy, zobaczył ją tuż nad sobą. 

 - Wiesz, na co czekam, pani. 

 -  Wiem.  -  Uśmiechnęła  się  złośliwie.  -  Ale  musisz  mnie  o  to 

błagać. 

 - Błagam, pani... - z trudem wydobył z siebie głos. 

 - Błagasz o coś? 

 -  Żebyś  raczyła  mnie  dosiąść.  Przyrzekam,  że  cię  nie  zawiodę  i 

dowiozę do nieba najszybciej, jak tylko umiem. 

Trudy przymknęła oczy. Na moment zakręciło jej się w głowie. 

 - To za wysoko - wyrzuciła z siebie. 

 - Dowiozę cię, gdzie tylko będziesz chciała.  

Dotknęła czubka jego przystrojonego prezerwatywą penisa. 

 - Na tym? 

Linc wyrzucił w górę biodra. 

 - Na tym! 

Nie mogła już czekać. Nie mogła już dłużej się mu opierać. 

 - Dobrze, dosyć. 

 - Trudy! 

 -  Cierpiałeś  dużo,  niewolniku.  To  wystarczy.  Ostrzegano  mnie, 

żeby się za bardzo nad tobą nie znęcać. - Oswobodziła jego pierwszą 

rękę. 

background image

Linc przestraszył się, że gra już skończona. On jednak wcale tego 

nie  chciał.  Pragnął  być  przy  niej,  choćby  tylko  miała  go  tak 

niemiłosiernie pieścić. 

Trudy rozwiązała drugą rękę i nogę. Chciał sam zająć się ostatnim 

wiązadłem, ale go powstrzymała. 

 - Jesteś wolny - powiedziała, klękając nad nim okrakiem. 

 - Trudy, jeśli nie przestaniesz, to zaraz... 

 - Tak, wiem, Linc - jęknęła. - I bardzo tego pragnę.  

Chwycił  jej  pupę  i  posadził  na  sobie.  Czuł,  że  jest  wilgotna  i 

szeroko otwarta. Ją też to drażnienie musiało wiele kosztować. Jednak 

efekt był taki, że gdy się zwarli, nie chcieli już się rozdzielić. W ciągu 

minuty  lub  dwóch  dotarli  do  nieba,  tak  jak  jej  obiecywał,  ale  potem 

wcale go nie opuszczali. Orgazm narastał w nich po orgazmie. 

Sam nie wiedział, ile to mogło trwać. W końcu jednak opadł bez 

tchu na poduszki. Myślał,  że  Trudy  do  niego  dołączy,  i  wyciągnął  w 

jej stronę ręce, ale ona tylko potrząsnęła głową. 

 - Leż spokojnie - zakomenderowała. 

Po chwili zobaczył, że wylewa na jego ciało wonny olejek, który 

działał na niego uspokajająco. Z przyjemnością prężył się i przeciągał, 

czując  jej  dłonie  na  swoim  ciele.  Na  końcu  zaczęła  go  wycierać 

papierowym  ręcznikiem.  Był  zupełnie  zrelaksowany  i  zaspokojony 

seksualnie.  Nawet  manipulacje  wokół  jego  penisa  nie  zdołały  go  już 

podniecić. 

Nagłe  spostrzegł,  że  Trudy  gdzieś  odeszła.  Kiedy  wróciła, 

położyła na jego brzuchu coś, co wydawało mu się znajome. 

background image

 - Twoje ubranie - powiedziała łagodnie. - Możesz już iść. 

Otworzył  oczy  ze  zdziwienia.  Iść?!  Dlaczego  miałby  to  zrobić?! 

Chciał zaprotestować, ale Trudy znowu się gdzieś wymknęła. 

 - Hej, gdzie jesteś? - Usiadł i rozejrzał się dookoła. Jego ubrania 

zsunęły  się  niżej.  -  Tylko  nie  próbuj  znowu  tych  sztuczek  z 

parawanem! Czy nie mogłabyś przyjść i mnie popieścić? 

Odpowiedziała mu głucha cisza. Wziął ubrania w garść i odsunął 

baldachim, żeby wyjść na zewnątrz. 

 - Trudy, to nie ma sensu. 

Przyciskając ubrania do  piersi,  podreptał  w  stronę  parawanu.  Do 

tej  pory  nie  zdawał  sobie  sprawy  z  tego,  jak  ważne  są  dla  niego 

pieszczoty.  W  magazynach  dla  mężczyzn  pisano  jedynie  o  tym,  że 

trzeba pieścić kobiety. A kto będzie pieścił jego? 

Zajrzał  za  parawan,  pewny,  że  znajdzie  tam  półnagą  Trudy.  Nic 

podobnego!  Rozczarowany  rozejrzał  się  po  mieszkaniu.  Gdzie  też 

mogła się schować? 

To  było  dziwne,  że  fizycznie  czuje  się  całkowicie  zaspokojony, 

ale brakuje mu samej obecności Trudy. Nigdy wcześniej tego nie czuł. 

W  końcu  usłyszał  pluskanie  dobiegające  od  strony  łazienki.  Szybko 

więc pospieszył w tamtą stronę. 

 - Trudy! 

 - Przepraszam, jestem w wannie. 

W  wannie?  To  zabrzmiało  bardzo  zachęcająco.  Jego  ciało 

natychmiast  zareagowało  na  tę  erotyczną  podnietę.  Linc  nacisnął 

background image

klamkę,  ale  drzwi  pozostały  zamknięte.  Może  była  na  niego  zła,  bo 

nawet nie zaproponował, że natrze ją olejkiem. 

 - Gniewasz się na mnie? - spytał w chwili, kiedy pluski stały się 

nieco cichsze. 

 - Jasne, że nie! - odparła natychmiast. - Byłeś fantastyczny! 

 - Więc dlaczego zamknęłaś drzwi? 

 -  Mówiłam  ci,  chodzi  mi  o  to,  żeby  zachować  tajemnicę. 

Zobaczysz, jeszcze mi za to podziękujesz. 

Teraz  jednak  był  od  tego  bardzo  daleki.  Zmełł  przekleństwo  w 

ustach i pomyślał, że czas się ubierać. 

Stwierdził tylko, że nie zostawi jej w otwartym mieszkaniu. 

 -  Dobrze,  wyjdę  -  zgodził  się  w  końcu.  -  Ale  dopiero,  kiedy 

skończysz. 

Zastanawiała się moment nad odpowiedzią. 

 - Zgoda. Daj mi jeszcze pięć minut. 

Ubrał  się  w  tym  czasie,  zastanawiając  się,  czy  powinien 

zaproponować  kolejne  spotkanie.  Nie  chciał,  żeby  wyglądało  to  tak, 

że się narzuca, ale cholernie mu na nim zależało. Choćby dlatego, że 

jego członek znowu się podniósł niczym posłuszny żołnierz. 

Trudy oznajmiła wreszcie, że może wyjść. 

 -  Dobrze,  już  się  zbieram  -  mruknął,  podchodząc  do  drzwi. 

Czekał parę sekund, ale bez rezultatu. - Hm, czy spotykamy się jutro o 

siódmej? - zapytał najobojętniejszym tonem, na jaki mógł się zdobyć. 

 - Niestety, nie. 

Więc pewnie umówiła się z innym facetem, pomyślał przybity. 

background image

 -  Jedna  z  pracownic  Babcock  and  Trimball  odchodzi  na 

emeryturę  -  dodała  zaraz.  -  Urządzamy  dla  niej  przyjęcie  i  Meg 

mówiła, że może się przeciągnąć. Ale jestem wolna we środę. 

 - Więc umówmy się na siódmą - powiedział bez wahania. 

 - Fajnie, zgoda. 

Te słowa zabrzmiały w jego uszach jak najcudowniejsza muzyka. 

W  podskokach  dotarł  do  windy  i  nacisnął  przycisk.  Nie  zastanawiał 

się przy tym, dlaczego tak bardzo zależy mu na kolejnym spotkaniu. 

background image

Rozdział czternasty 

Trudy usłyszała trzask zamykanych drzwi i dopiero wtedy wyszła 

z łazienki. Już w tym momencie zaczęła tęsknić za Lincem i musiała 

bardzo wysilić wolę, żeby go nie zawołać. Zamknęła drzwi na zasuwę 

i  oparła  się  o  nie  plecami.  Trzeba  uważać,  żeby  się  do  niego  nie 

przywiązać.  Linc  jest  co  prawda  fantastycznym  kochankiem,  ale 

powinna pamiętać, że po nim przyjdą następni, jeszcze lepsi. 

Tak to już jest w Nowym Jorku. 

Na  razie  wszystko  szło  zgodnie  z  planem.  Miała  wrażenie,  że 

całkowicie  panuje  nad  sytuacją.  I,  co  najważniejsze,  potrafiła  się 

wycofać w odpowiednim momencie. 

Mężczyzna  nie  powinien  czuć  się  zbyt  pewnie.  Stąd  zostaje  już 

tylko  krok  do  nudy.  Tak  jest  naprawdę  znakomicie...  Dlaczego  więc 

jest jej tak żal, że Linc sobie poszedł? 

Otrząsnęła się z tego uczucia i podeszła do łóżka. 

Rozejrzała  się  dookoła.  To  mieszkanie  należało  tylko  do  niej. 

Musi pozbyć się żalu i uważać, żeby żaden facet nie zostawił tu swojej 

bielizny czy szczoteczki do zębów. 

Wstała i zabrała się do gaszenia mocno nadpalonych świec. Kiedy 

skończyła,  jedyne  światło  w  pokoju  pochodziło  z  zewnątrz.  Podeszła 

do okna i oparła się łokciami o parapet. Przylgnęła czołem do zimnej 

szyby.  Widziała  stąd  kawałek  Central  Parku,  a  także  tę  część 

Manhattanu,  w  której  mieszkał  Linc.  Ciekawe,  czy  dotarł  już  do 

siebie? Czy znalazł się w swojej chłodnej sypialni? 

background image

Oboje  za  chwilę  pójdą  spać.  Zupełnie  sami.  Wydało  jej  się  to 

trochę  głupie.  Przecież  było  im  ze  sobą tak  dobrze!  Mogliby  spędzić 

razem  jeszcze  część  nocy...  Jednak  prowadziło  to  do  sytuacji,  której 

się  bała.  Nie,  to  wcale  nie  było  lepsze  rozwiązanie.  A  ona  wcale  nie 

czuła się samotna. Jeszcze raz spojrzała na swoje mieszkanie. Przecież 

właśnie o tym marzyła. 

 

Linc postanowił dostosować się do wymagań Trudy. Jeśli chciała, 

żeby  od  razu  wychodził  po  tych  nieziemskich  wyczynach 

erotycznych, to  miała do  tego  prawo.  Oferowała  mu  tak  dużo,  że  nie 

śmiał protestować. Zresztą, gdyby zdecydował się zostawać u niej na 

noc,  mogłoby  to  znaczyć,  że  za  bardzo  zaangażował  się  w  ten 

związek. 

Wolał więc ograniczyć się do spotkań o siódmej, w czasie których 

zapuszczał  się  w  fascynujący  świat  erotycznych  fantazji.  Trudy  była 

niezrównaną  przewodniczką.  Jednocześnie  wypadki,  które  jej  się 

przytrafiały, czyniły ją bardziej ludzką. Dzięki nim mógł myśleć o niej 

jak o normalnej kobiecie, a nie demonie seksu. 

Raz,  na  przykład,  w  czasie  striptizu  zaczęła  się  wachlować 

strusimi  piórami  i  rozkaszlała  się  tak  mocno,  że  musiała  przerwać. 

Innym  razem  planowała  wspaniałe  wyjście  zza  parawanu,  ale 

wcześniej  go  przewróciła.  Olejek  do  ciała,  który  kupiła  gdzieś 

okazyjnie, okazał się nieświeży i tak dalej. Wszystko to sprawiało, że 

podobała mu się jeszcze bardziej. 

background image

Jednocześnie  wciąż  bardzo  jej  pragnął.  Niemal  śnił  o  niej  na 

jawie.  Początkowo  myślał,  że  mu  szybko  zobojętnieje,  ale  jego 

fascynacja  erotyczna  wcale  nie  mijała.  Wręcz  przeciwnie,  nasilała 

się... 

Nie  pragnął  też  innych  kobiet,  chociaż  Trudy  kupiła 

nadmuchiwaną  lalkę  w  sex  -  shopie,  żeby  symulować  seks  we  troje. 

Jednak  w  jakiś  sposób  zrobili  w  niej  dziurę  i  lalka  przeleciała  siłą 

wyrzutu przez cały pokój, zanim opadła przy jednej ze ścian. 

To  zdarzenie powiedziało mu o niej więcej niż sądziła. Mimo że 

chciała  dać  mu  posmak  perwersji,  nie  była  gotowa  dzielić  się  nim  z 

inną kobietą. Lubiła się bawić, ale nigdy nie przekraczało to pewnych 

granic.  Linc  zaczął  jej  ufać bardziej niż jakiejkolwiek  innej kobiecie. 

Tak,  mogło  to  prowadzić  do  niebezpiecznego  zauroczenia.  Na 

szczęście  Trudy  doskonale  znała  reguły  gry  i  sama  wyrzucała  go  ze 

swego mieszkania. 

Pojawiły  się  jednak  inne  niepokojące  sygnały.  Na  przykład  Linc 

niechętnie  rozmawiał  o  niej  z  Tomem,  który  bardzo  interesował  się 

Trudy.  A  ponieważ  Linc  opowiadał  mu  o  innych  swoich 

dziewczynach, oczekiwał teraz tego samego. 

Tom  przyszedł  do  niego  do  biura  w  poniedziałek,  półtora 

tygodnia  po  przeprowadzce  Trudy  do  Nowego  Jorku.  Linc  od  razu 

zauważył, że ma ochotę na poważną rozmowę. Toma martwiło to, że 

odwołał ich niedzielny mecz tenisowy, Zaczął od jakichś głupstw, ale 

bardzo szybko przeszedł do sedna: 

 - Martwię się o ciebie, stary. 

background image

 -  Masz  rację,  niepotrzebnie  kupowałem  akcje  tej  firmy 

komputerowej, ale... - Linc udawał, że nie rozumie, o co mu chodzi. 

 -  Nie,  nie  -  przerwał  mu  Tom.  -  W  interesach  sobie  poradzisz. 

Rozmawiałem ostatnio z Meg i przyznała, że planowała jednak coś w 

rodzaju  pułapki  na  ciebie.  Czułbym  się  odpowiedzialny,  gdybyś  dał 

się w nią złapać. 

Linc  od  samego  początku  podejrzewał  Meg  o  niecne  zamiary. 

Kiedyś  nawet  go  to  irytowało,  ale  teraz  zupełnie  nie  zwracał  na  to 

uwagi. 

 -  Nie  przejmuj  się  -  zaczął  pocieszać  kumpla.  -  Nie  możesz 

przecież  odpowiadać  za  swoją  żonę.  A  mnie  wystarczy  to,  że  Trudy 

niczego nie planuje. 

Linc  był  tego  pewny.  To  raczej  on  sam  zaczął  poddawać  rewizji 

swoje poglądy dotyczące małżeństwa. 

Tom patrzył na niego tak, jakby chciał coś powiedzieć, ale potem 

tylko spojrzał przez okno. 

 - Znowu chmury - mruknął. 

To  zabawne,  ale  Linc  od  dłuższego  czasu  nie  zwracał  uwagi  na 

pogodę. Teraz też niespecjalnie go ona obchodziła, ale ucieszył się, że 

przyjaciel chce zmienić temat. 

 - Tak, pewnie będzie padać - stwierdził. 

 -  Masz  stąd  piękny  widok  na  Statuę  Wolności  -  zauważył 

błyskotliwie Tom. 

 - Tylko musiałbym przestawić biurko, żeby częściej ją widzieć. - 

Wręcz  czuł  walkę  wewnętrzną,  jaką  Tom  toczył  ze  sobą,  myśląc,  co 

background image

jeszcze  mu  powiedzieć.  Linc  wolał  osobiście,  żeby  trzymał  buzię  na 

kłódkę. 

 - Powinniśmy chyba wracać do pracy. Inwestorzy czekają... 

 - Chciałbym cię tylko uprzedzić… 

Linc chrząknął. 

 - A może ja nie chcę tego usłyszeć... 

 - Mam wrażenie, że traktujesz Trudy zupełnie inaczej. - Tom nie 

zwrócił uwagi na jego słowa. 

 - Wydaje ci się. 

 - Nie sądzę. Przykro mi to powiedzieć, stary, ale... 

 -  Więc  tego  nie  mów!  -  wtrącił  szybko  i  poklepał  Toma  po 

plecach. - Nic się nie stanie. Po prostu świetnie się z Trudy bawimy. 

W końcu przecież jednak się rozstaniemy... 

Linc  sam  się  zdziwił,  że  tak  bezbarwnie  mówi  o  swoich 

erotycznych  doświadczeniach.  Miał  wrażenie,  że  jest  to  niemal 

świętokradztwo. 

Tom  zmarszczył  brwi  jeszcze  mocniej,  żeby  było

  widać,  że 

naprawdę się martwi. 

 

-  Mówisz  dokładnie  tak  samo,  jak  ja  po  dwóch  tygodniach 

spotkań z Meg. Jak długo znacie się z Trudy? 

Linc poczuł lekkie ukłucie niepokoju. 

 - Tydzień i dwa dni - odparł. 

 - Widzisz, jesteś szybszy...  

Linc próbował się roześmiać. 

background image

 -  Nie  przejmuj  się,  stary.  Jestem  odporny  na  małżeństwo  - 

zapewnił kumpla. 

 - Też tak twierdziłem - westchnął smutno Tom. 

 - Widzisz, jest coś w twoich oczach... 

Tym  razem  Linc  poklepał  go  po  plecach  tak  mocno,  że  Tom 

niemal się zakrztusił. 

 - Nie przejmuj się. - Uderzył  go ponownie. - Nic mi nie będzie. 

To  tylko  trochę  seksu  i  tyle...  A  skoro  już  o  tym  mówimy,  czy 

planowałeś przejażdżkę limuzyną z Meg? 

 -  Zabawne,  że  pytasz.  Zamówiłem  gablotę  właśnie  na jutrzejszy 

wieczór. Udało mi się dostać sporą zniżkę, bo to środek tygodnia. 

Linc  chciał  poklepać  go  jeszcze  raz,  ale  spojrzał  na swoją  dłoń i 

zrezygnował. 

 - Bawcie się dobrze. 

 - Dzięki. - Tom zaczął się zbierać do wyjścia. 

 - Jesteś pewny, że nie przeszkadza ci ta sytuacja z Trudy? 

 - Zupełnie. 

 - To świetnie. - Tom machnął mu ręką na pożegnanie i zniknął za 

drzwiami. 

Linc  stwierdził,  że  przyjaciel  przesadza.  Pamiętał  doskonale,  że 

kiedy  poznał  Meg,  wciąż  się  za  nią  ciągał.  W  oczach  miał  dziwną 

mgłę i zrezygnował ze wspólnych wypadów w różne miejsca. 

Na przykład na tenisa! 

background image

Nie, to się nie liczy. Przecież zrezygnował wczoraj z gry tylko po 

to, żeby uniknąć rozmowy o Trudy. Wcale nie planował wizyty u niej, 

na którą i tak pewnie nie dostałby zgody. 

Spotykali się zwykle raz dziennie, przeważnie wieczorami. 

Nie,  Linc  wcale  nie  przypomina  Toma  z  okresu  narzeczeństwa. 

To zupełnie wykluczone. Przede wszystkim nie jest tak pogrążony we 

własnych myślach i zwraca uwagę na świat zewnętrzny. 

Głośne pukanie do drzwi wdarło się w jego rozmyślania. 

 - Proszę - zawołał. 

W drzwiach stanęła kształtna recepcjonistka firmy, Michelle. 

 - Dzwoni twoja matka - poinformowała. - Usiłowałam się z tobą 

połączyć  przez  interkom,  ale  nie  odpowiadałeś.  Chce  mówić  z  tobą 

osobiście. 

Poprawił  kamizelkę,  jakby  to  dawało  mu  pełną  kontrolę  nad 

sytuacją.  To  dziwne,  zamyślił  się  tak  głęboko,  że  nie  słyszał  sygnału 

interkomu. 

 -  Tak,  oczywiście,  Michelle.  Możesz  mnie  połączyć. 

Przepraszam, że musiałaś się tu fatygować. 

Blondynka uśmiechnęła się do niego i potrząsnęła głową. 

 - Nie ma sprawy. 

Michelle  pracowała  tu  zaledwie  od  paru  miesięcy,  ale  odniósł 

wrażenie,  że  go  lubi.  Chętnie  by  się  z  nim  pewnie  umówiła.  Przed 

przyjazdem  Trudy  zastanawiał  się  nawet,  czy  gdzieś  jej  nie  zaprosić, 

ale teraz zupełnie o tym zapomniał. To też było trochę niepokojące. 

background image

No,  przynajmniej  rozmowa  z  matką  pozwoli  mu  wrócić  na 

ziemię.  Dzięki  niej  przypomni  sobie,  czym  tak  naprawdę  jest 

małżeństwo. 

Podszedł  więc  do  biurka,  podniósł  bezprzewodowy  telefon  i 

wcisnął odpowiedni guzik. 

 - Cześć, mamo - rzucił. 

 -  Już  się  zaczęłam  się  zastanawiać,  czy  nie  zrobiłeś  się  zbyt 

ważny na rozmowy ze mną. 

 - Przepraszam, ale wiesz, jak to jest w pracy... 

Jakość  połączenia  między  Paryżem  a  Nowym  Jorkiem  była 

wprost  fantastyczna.  Miał  wrażenie,  że  matka  mówi  mu  wprost  do 

ucha. Oto współczesna technika! 

 -  Tak,  kiedy  twój  ojciec  pracował,  też  nigdy  nie  mogłam  się  z 

nim porozumieć - rzekła cierpko. - Będę się streszczać. Przyjechałam 

na parę dni do kraju i chciałam cię dziś zaprosić na rodzinne przyjęcie. 

Linc  aż  się  skrzywił.  Matka  zawsze  zapraszała  go  w  ostatniej 

chwili  na  spotkania,  których  „rodzinność"  polegała  na  tym,  że 

siedzieli we trójkę przy wielkim stole w jakiejś eleganckiej restauracji. 

Zwykle  się  na  to  godził,  zakładając,  że  raz  w  roku  może 

poświęcić rodzicom trochę czasu. Być może liczył też po cichu na to, 

że staną się rodziną. Oczywiście były to mrzonki. Matka mieszkała w 

Paryżu  już  od  dwunastu  lat  i  nic  nie  wskazywało  na  to,  że  zamierza 

wrócić do kraju. 

 -  O  ósmej  -  dodała,  zakładając,  że  już  się  zgodził.  -  Zupełnie 

zapomniałam,  że  dziś  poniedziałek,  i  miałam  straszne  problemy  ze 

background image

znalezieniem  odpowiedniej  restauracji.  W  końcu  okazało  się,  że  ta 

nowa, libańska w Village jest otwarta. Co ty na to? 

Znał  to  miejsce.  Od  kiedy  ją  otwarto,  zaczęła  tam  przychodzić 

połowa nowojorskich znakomitości, co z pewnością odpowiadało jego 

matce. Problem polegał na tym, że był już umówiony z Trudy. 

 -  Mógłbym  zabrać  znajomą?  -  spytał,  nie  wierząc  własnym 

uszom. 

Chyba  po  raz  pierwszy  spytał  matkę,  czy  może  przyjść  nie  sam. 

Ona  też  musiała  być  zaszokowana,  ponieważ  milczała  przez  dłuższą 

chwilę. 

 -  Ee,  tak.  Będzie  mi  bardzo  miło.  Możesz  powiedzieć,  jak 

nazywa się ta osoba? 

 - Trudy Baxter. 

 - Baxter? Baxter... Z tych Baxterów z Long Island? Pamiętam, że 

twój ojciec chodził do szkoły... 

 - Nie, mamo. Z Baxterów z Kansas. 

 -  Z  Kansas?  -  matka  powiedziała  to  tak,  jakby  pierwszy  raz 

słyszała tę nazwę. - Co oni tam robią? 

Linc zaśmiał się cicho. 

 -  Uprawiają  ogórki,  mamo.  W  Kansas  uprawia  się  dużo 

ogórków... 

 -  I  tym  właśnie  zajmuje  się  jej  rodzina?  -  spytała  takim  tonem, 

jakby było to coś równie ohydnego jak stręczycielstwo. 

background image

 -  Nie  mam  pojęcia,  ale  będziesz  ją  mogła  sama  zapytać  -  rzucił 

lekkim  tonem.  -  Chyba  nikt  z  naszych  znajomych  nie  zajmuje  się 

uprawą ogórków. To byłaby miła odmiana, prawda? 

Linc nie wiedział, czy Trudy zgodzi się przyjść. Miał nadzieję, że 

tak. Dzięki niej ten wieczór nie byłby całkiem stracony. 

 -  Dobrze,  zapytam  -  powiedziała  grobowym  głosem  matka.  - 

Czasami  dobrze  jest  wiedzieć  coś  więcej  o  osobie,  z  którą  się 

spotykasz.  Muszę  już  kończyć,  bo  jestem  umówiona  u  Elisabeth 

Arden. Do zobaczenia wieczorem. 

 - Pa, mamo. 

Linc  rozłączył  się  i  od  razu  wystukał  numer  do  firmy  Babcock i 

Trimball.  Nigdy  wcześniej  tam  nie  dzwonił,  ale  znał  ten  numer  na 

pamięć. Parę razy miał ochotę zaprosić Trudy na lunch, ale zawsze w 

końcu  rezygnował.  Nie  znali  się  przecież  tak  dobrze.  To  dziwne,  że 

zapamiętał jej numer. 

 -  Babcock  i  Trimball  -  usłyszał  wysoki  głos  recepcjonistki.  -  Z 

kim mam połączyć? 

Chrząknął,  zanim  odpowiedział.  Nie  przypuszczał,  że  będzie  aż 

tak  zdenerwowany.  A  przecież  nie  chciał  proponować  Trudy  jakichś 

perwersji, ale zwykłą kolację ze swoimi rodzicami. 

 - Tak, słucham? - Recepcjonistka zaczęła się niecierpliwić. 

 - Poproszę Trudy Baxter. 

Trudy ucieszyła się, że ktoś do niej dzwoni. Jak do tej pory to ona 

wydzwaniała  do  kolejnych  osób,  promując  przyjazny  wizerunek 

firmy.  Najwyższy  czas,  żeby  zaczęli  też  do  niej  dzwonić  spragnieni 

background image

informacji  żurnaliści  i  oficjele.  Mogłaby  wtedy  dostać  podwyżkę, 

awansować, może przenieść się do innego biura... 

Nie,  tak  naprawdę  wcale  nie  miała  ochoty  się  przenosić.  Bardzo 

polubiła to miejsce. 

 -  Tu  Trudy  Baxter  -  powiedziała  wyraźnie  najbardziej 

profesjonalnym  tonem,  na  jaki  mogła  się  zdobyć.  -  Czym  mogę 

służyć? 

 -  Chciałbym,  żebyś  wybrała  się  ze  mną  na  kolację  z  moimi 

rodzicami. 

 - Linc? - Natychmiast poznała jego głos. 

 - Pewnie dziwisz się, że dzwonię w środku dnia. 

 - Trochę - przyznała. 

Rzeczywisty  świat  oddalił  się  od  niej.  Niemal  nie  słyszała 

biurowych odgłosów. Nagle znalazła się w wyimaginowanym świecie, 

który sobie stworzyli. Świecie seksu i erotycznych doznań. 

 - Przed chwilą dzwoniła moja mama, żeby zaprosić mnie dzisiaj 

na kolację - wyjaśnił. - Byłoby mi bardzo miło, gdybyś zgodziła się ze 

mną pójść. 

Musiała się skupić, żeby zrozumieć sens jego słów. 

 -  Nie  musisz  się  przejmować  naszym  dzisiejszym  spotkaniem  - 

powiedziała  po  chwili,  myśląc,  że  tylko  dlatego  chce  ją  zaprosić.  - 

Oczywiście powinieneś przede wszystkim myśleć o rodzicach. 

 - Nie, źle mnie zrozumiałaś. Ja naprawdę chcę tam pójść z tobą. 

Będzie  mi  łatwiej  znieść  to  całe  udawanie,  że  jesteśmy  normalną 

rodziną. 

background image

Trudy była bardzo ciekawa jego rodziców. Wiedziała, że Linc za 

nimi nie przepada, i chciała się dowiedzieć, dlaczego. 

 - Dobrze, ale powiedz, jak mam się ubrać...  

Ubieranie  i  rozbieranie  było  dla  nich  szczególnym  tematem. 

Różne  stroje  stanowiły  nieodłączny  element  ich  erotycznych  gier.  I 

teraz, myśląc o tym, zacisnęła mocniej uda. Linc chrząknął. 

 - Może to, co w sobotę? - zaproponował.  

Postanowiła  trochę  się  z  nim  podrażnić,  żeby  sprawdzić,  czy  on 

też jest podniecony. 

 - Więc myślisz, że strój pokojówki nie byłby odpowiedni? 

Linc przez chwilę milczał, jakby musiał dojść do siebie. 

 - Nigdy nie rozmawialiśmy o tym przez telefon, prawda? - spytał 

nabrzmiałym z emocji głosem. 

 - Nie wiem, o co ci chodzi - szepnęła omdlewająco.  

Linc westchnął głęboko. 

 -  Wiesz,  wiesz...  -  Nie  przypuszczał,  że  sama  rozmowa  z  Trudy 

może  okazać  się  podniecająca.  Ta  dziewczyna  nie  przestawała  go 

zadziwiać. - Co teraz robisz? 

Tak jak przypuszczał, natychmiast podjęła grę. 

 -  Właśnie  włożyłam  rękę  do  majteczek  -  zaczęła  szeptem.  -  Jest 

wilgotna, Linc. A ty? Co robisz? 

 - Rozpiąłem rozporek. 

 - I masz wzwód? 

 -  Jak  stąd  na  Alaskę  -  odparł.  -  I  to  od  momentu,  kiedy  cię 

usłyszałem. 

background image

 - Też cię to podnieciło? - zdziwiła się. 

 -  Tak.  Zawsze  będziesz  mi  się  kojarzyć  z  seksem.  Z 

niebezpiecznym seksem - dodał, patrząc na swoje drzwi. 

 - Nie jesteś sam? - spytała zaniepokojona. 

 - Nie, zupełnie sam. Ale chciałbym być z tobą... 

 -  Mogłabym  cię  wtedy  pieścić  - podjęła.  -  A  potem  wziąć  go  w 

usta i poczuć całego, jak... jak... 

 - Och, Trudy! - jęknął tylko. 

Zacisnęła  zęby  na  rękawie  swojego  kostiumu,  żeby  nie  zacząć 

krzyczeć. Szczytowali w tym samym momencie. 

 - Och, Trudy - szepnął. - Nikt na mnie tak nie działa. 

 - Wiem, na mnie też... 

Linc powoli dochodził do siebie. 

 - Przyjadę po ciebie za kwadrans ósma - powiedział. 

 - Nie wcześniej? 

 - Gdybym przyjechał wcześniej, to nigdy byśmy na tę kolację nie 

dotarli! 

background image

Rozdział piętnasty 

Trudy  nie  wiedziała, czy  po  kolacji  znajdą jeszcze  czas,  żeby  do 

niej  zajrzeć,  ale  na  wszelki  wypadek  przygotowała  swoją 

niespodziankę.  Od  Meg  dowiedziała  się  o  wyprzedaży  lekkich  luster 

w plastikowych ramach. Dawały one trochę zniekształcony widok, ale 

i tak nadawały się do jej celów. 

Kupiła  aż  trzy,  a  potem  przytwierdziła  do  spodu  baldachimu,  co 

nie  było  wcale  łatwym  zadaniem.  Linc  nie  powinien  ich  zauważyć, 

dopóki nie znajdzie się  w  łóżku. Ale żeby nie ryzykować, ubrała się, 

jeszcze zanim zadzwonił do drzwi. 

 - Chodźmy - rzuciła od razu. 

Wydawał się trochę zdziwiony tym, że nawet nie wpuściła go do 

mieszkania. 

 - Nie pozwolisz mi odpocząć?  

Pokręciła głową. 

 -  Raczej  nie  pozwolę  ci  się  zmęczyć  -  stwierdziła.  -  Sam 

mówiłeś, że nie chcesz być wcześniej. 

Zamknęła  drzwi  na  klucz  i  ruszyła  w  stronę  windy.  Zdążyła 

jednak  zauważyć,  że  Linc  wygląda  naprawdę  świetnie  w  cudownym 

garniturze  i  wełnianej  jesionce.  Z  daleka  pachniał  Wall  Street.  Może 

lepiej, że od razu wyszła, bo z całą pewnością nie byłaby w stanie mu 

się oprzeć. 

Linc pospieszył za nią. 

 - Tak, ale... - chciał zaprotestować. 

background image

 - O, mamy już windę. - Weszła do środka. - Jedziesz ze mną, czy 

czekasz  na  następny  kurs?  To  bardzo  złośliwa  bestia.  -  Klepnęła 

urządzenie po obudowie. 

Linc natychmiast wskoczył do wnętrza. 

 -  Wiem,  walczę  z  nią  prawie  codziennie.  -  Odchrząknął.  -  A 

prawdę mówiąc, co noc. 

Patrzył  na  nią  tak,  że  nawet  góra  lodowa  stopniałaby  pod  tym 

gorącym spojrzeniem. Trudy odruchowo wcisnęła guzik parteru. 

 - Z wyjątkiem wtorku i piątku - przypomniała mu.  

Przysunął się bliżej. 

 -  Powinienem  był  odwołać  to  piątkowe  spotkanie  -  rzekł 

zduszonym głosem. 

Tylko pokręciła głową. 

 -  Skoro  sam  szef  zaprosił  cię  na  mecz  hokejowy,  to  w  zasadzie 

nie miałeś wyboru. 

Musiała  przyznać,  że  Linc  wygląda  fantastycznie  w  szarym, 

trzyczęściowym  garniturze.  Rozbieranie  go  powinno  jej  zająć  trochę 

czasu. To byłoby nowe doświadczenie. 

Linc pochylił się w jej stronę. 

 - Chciałbym cię pocałować - szepnął. 

Ona też tego pragnęła. 

 - Nic z tego - westchnęła. - Zniszczyłbyś mi makijaż i fryzurę. 

Nie  chciała,  żeby  rodzice  Linca  pomyśleli,  że  jest  jakimś 

czupiradłem.  I  tak  była  trochę  zdenerwowana  perspektywą  tego 

spotkania. Miała za mało czasu, żeby się do niego przygotować. 

background image

 -  Spotykacie  się  tylko  raz  w  roku?  -  spytała  zaraz, 

przypomniawszy sobie to, co jej wcześniej mówił. 

 -  Tak,  zwykłe  w  ciągu  pierwszego  półrocza.  -  Założył  jeden  z 

loków za jej ucho. - Cudownie nam się dzisiaj... rozmawiało, prawda? 

Przymknęła  oczy,  a  dreszcz  podniecenia  przeszedł  przez  całe  jej 

ciało. 

 - Tak. 

 -  Czuję  się tak  dziwnie, będąc  z  tobą  i nie  mogąc nic...  zrobić  - 

szepnął jeszcze. 

 - Rozumiem... 

 - Wcale nie musimy iść. - Włożył rękę pod jej płaszcz i otarł się 

o  pierś  dziewczyny.  -  Mogę  zadzwonić  do  restauracji  i  zostawić 

wiadomość, że zachorowałem... z pożądania. 

Odsunęła się troszkę od niego. 

 -  Nie  chcesz  się  spotkać  z  rodzicami?  -  spytała  zdziwiona.  - 

Przecież  widujesz  ich  tak  rzadko!  Czy  zwykle  chodzisz  na  te 

spotkania z jakąś dziewczyną? 

Wyglądał na nieco zdziwionego tym pytaniem i cofnął rękę. 

 - Nie - odrzekł po chwili wahania. 

Nagle  poczuła,  że  z  jakichś  powodów  jest  to  dla  niej  ważna 

informacja. 

 - To znaczy, że jestem pierwsza?  

Cała jego twarz stężała. 

 - Tak, ale... 

 - Nic takiego! - Machnęła ręką. - Po prostu chciałam wiedzieć... 

background image

Wystarczyło  jej  to,  czego  się  dowiedziała.  Nie  zamierzała 

przecież wystraszyć Linca. 

 - Po prostu nigdy się tak nie złożyło - mruknął niechętnie. 

 -  Jasne.  A  teraz  pewnie  chcesz  ich  zaszokować,  sprowadzając 

dziewczynę ze wsi. 

Całe  napięcie  zaczęło  z  niego  powoli  odpływać.  Linc  rozluźnił 

się, a nawet uśmiechnął. 

 -  Nie  myślałem  o  tym,  ale  rzeczywiście  może  to  być  zabawne  - 

rzekł  zamyślony.  -  Muszę  cię  uprzedzić,  że  powiedziałem  matce  o 

tych ogórkach. 

 - Co?! Zamiast wibratorów?! - przestraszyła się.  

Linc otworzył szeroko oczy. Wyobraził sobie, jak matka by na to 

zareagowała, i parsknął śmiechem. 

 - Nie, że uprawiacie je w Kansas. - Znowu sięgnął pod skórzany 

płaszcz,  a  jego  oczy  zalśniły  pożądaniem.  -  Zapewniam,  że  nie 

potrzebowałabyś w tej chwili żadnego ogórka. 

 - Masz coś lepszego? 

 - O wiele! - Poprowadził jej dłoń w dół, aż w końcu poczuła jego 

nabrzmiałą  męskość.  -  Wydawało  mi  się,  że  mówiłaś  coś  kiedyś  o 

seksie w windzie. 

Trudy  westchnęła  głęboko.  Sytuacja  zaczęła  jej  się  wymykać  z 

rąk w chwili, kiedy znalazł się w nich penis Linca. Być może spóźnią 

się jednak na kolację... 

 - Sama nie wiem - jęknęła, zaciskając mocniej dłoń. 

background image

 -  Najpierw  powinniśmy  nacisnąć  przycisk  „stop"  -  powiedział 

Linc. 

 -  Wolałabym  raczej  nacisnąć  przycisk  z  napisem  „jeszcze"  - 

westchnęła. 

Linc  wyciągnął  dłoń,  żeby  zatrzymać  windę.  Za  późno.  Drzwi 

zaczęły  się  powoli  otwierać,  ukazując  starszą  kobietę  z  torbą  z 

zakupami. 

Trudy  cofnęła  rękę.  Była  szybka  niczym  rewolwerowiec,  ale 

kobieta spojrzała na nią ze zdziwieniem. 

 -  Dzień  dobry,  jestem  Trudy  Baxter  z  czterysta  sześć,  a  to  jest 

Linc Faulkner. 

Wyciągnęła w jej stronę dłoń. 

Kobieta  uścisnęła  ją  z  wyraźnym  zdumieniem.  Linc  wypchnął 

Trudy na zewnątrz i zaraz sam wysiadł. Kobieta zajęła ich miejsce. 

 - A pani? - spytała jeszcze Trudy. 

 -  Millicent  Hightower  z  trzysta  sześć  -  odparła  kobieta,  a  Trudy 

zdała  sobie  sprawę  z  tego,  że  może  niepotrzebnie  informowała  ją  o 

numerze  swego  mieszkania.  -  Skoro  mieszka  pani  nade  mną,  może 

wyjaśni  mi pani  te  dziwne  hałasy,  które  dobiegają  z  góry.  Zaczynają 

się zwykle... 

Drzwi windy zaczęły się zamykać, co przerwało rozmowę. Trudy 

spojrzała na Linca i zachichotała. 

 -  Nie  jestem przyzwyczajona do  bloków  -  rzekła,  ciągnąc  go do 

wyjścia. 

 - Właśnie widzę. 

background image

 - Zupełnie zapomniałam o tym, że ktoś pode mną mieszka i może 

nas słyszeć - ciągnęła. - A powinno mi to przyjść do głowy, bo sąsiad 

czasami  nastawia  głośną  muzykę  i  wtedy  sama  czuję  się  jak  na 

koncercie. 

Zatrzymała się i spojrzała mu w oczy. 

 -  A  czy  ty  myślałeś  o  tym,  że  ktoś  może  nas  słyszeć?  -  spytała 

niewinnie. 

Linc spuścił wzrok. 

 -  Prawdę  mówiąc,  kiedy  już  się  kochamy,  zupełnie  zapominam, 

gdzie jesteśmy. 

 -  Ja  też.  Właśnie  na  tym  polegają  erotyczne  fantazje.  -  Znowu 

poczuła  mrowienie  na  udach.  -  Szkoda,  że  nam  się  nie  udało  w  tej 

windzie. 

Jego oczy zabłysły niczym dwie gwiazdy. 

 - Jak sądzisz, jak byśmy to zrobili? 

 - Na stojąco - odparła. - Mógłbyś wziąć mnie od tyłu. Zadarłbyś 

płaszcz  i  już  byś  mnie  miał.  Nie  nałożyłam  majtek  -  szepnęła  mu do 

ucha Trudy. 

To  była  prawda.  Mróz  trochę  zelżał,  a  jej  wydawało  się,  że  tak 

będzie znacznie bardziej podniecająco. Nie myliła się, sądząc z reakcji 

Linca. 

Wyszli na ulicę. 

 - Chcesz sama zatrzymać taksówkę, czy pozwolisz mi to zrobić? 

- spytał nieco ochrypłym głosem. 

background image

Zrobiło  jej  się  miło,  że  pamięta,  jak  bardzo  to  lubi.  Poza  tym 

uderzyło ją to, że Linc prosi ją o pozwolenie. Tak, jak Tom żonę. Meg 

mówiła  jej  kiedyś,  że  Linc  jest  bardzo  delikatny,  ale  nie  chciała  jej 

wówczas wierzyć. 

Do  niedawna  interesował  ją  głównie  jako  źródło  seksualnych 

rozkoszy.  Musiała  przyznać,  że  był  w  tym  niezrównany.  Ich  ciała 

pasowały  do  siebie  tak,  jakby  stanowiły  jedno.  Ale  coraz  częściej 

myślała o Lincu również jako o człowieku. Zaczęło ją interesować, co 

myśli o różnych sprawach i jakie są jego upodobania. Odkryła też, że 

coraz bardziej angażuje się w ten związek. 

Meg byłaby zadowolona. 

 -  Teraz  twoja  kolej  -  powiedziała,  widząc  jak  Linc  nagle  się 

rozjaśnił. 

Sprawiło  jej  to  sporą  przyjemność.  Jednocześnie  pomyślała,  że 

będzie  najlepiej,  jeśli  pomoże  mu  w  czasie  tego  wyraźnie  dziwnego 

spotkania.  Sama  zawsze  uwielbiała  rodzinne  posiłki.  Inna  sprawa,  że 

nie  odbywały  się  one  raz  do  roku,  więc  cała  rodzina  była  do  siebie 

przyzwyczajona i mieli o czym gadać. 

Jednak o czym można rozmawiać z matką, którą widuje się raz do 

roku?  O  pogodzie?  A  może  o  innych  członkach  rodziny,  których 

widuje się jeszcze rzadziej? 

Gdy  tylko  wsiedli  do  taksówki,  zapytała  Linca  o  imiona  jego 

rodziców. 

 -  Mama  ma  na  imię  Glenda,  a  tata  Lincoln  Trzeci,  ale  wszyscy 

mówią do niego L.C. 

background image

 - Czy to znaczy, że ty jesteś Lincoln Czwarty? 

 - Obawiam się, że tak. 

 -  Nigdy  nie  znałam  nikogo  z  liczebnikiem  przy  imieniu  - 

powiedziała,  zastanawiając  się,  czy  rodzice  nie  pytają  go  już  o 

Lincolna Piątego. - L to Lincoln, a C? 

 - Carlyle. 

Aż otworzyła usta, słysząc to dziwne imię. 

 - Więc ty jesteś Lincoln Carlyle Czwarty, prawda? 

 -  Tak,  chociaż  to  potwornie  pretensjonalne  -  mruknął,  krzywiąc 

się, jakby jadł cytrynę. 

 - Nie rób min. To brzmi bardzo seksownie. 

 - Naprawdę? Mnie się zawsze wydawało sztywne i bez wdzięku. 

 - Nie, nieprawda. - Wzięła go za rękę. - To bardzo romantyczne 

imiona. Moglibyśmy wykorzystać je w naszych grach. 

Chyba  po  raz  pierwszy  w  życiu  był  zadowolony  z  tego,  że 

nazywa  się  tak,  jak  się  nazywa.  Dzięki  Trudy.  Zrobiłby  w  tej  chwili 

wszystko, żeby być bliżej niej. 

 - Naprawdę nie masz majtek? - spytał szeptem. 

 -  Przestań.  Chciałam  porozmawiać  o  twoich  rodzicach,  ale... 

naprawdę - dodała na koniec. 

Dreszcz rozkoszy przeszył jego ciało. 

 -  Nie  chcę  rozmawiać  o  rodzicach.  Chcę  rozmawiać  o  twoich 

majtkach. 

 - Przecież ich nie mam - zauważyła logicznie. - Jacy są? 

background image

 - Raczej: jakie - poprawił ją. - Półprzezroczyste i miłe w dotyku. 

Widać przez nie włosy łonowe, a kiedy się je zsunie... 

 -  Linc  -  upomniała  go,  czując  falę  gorąca,  która  zaczęła 

obejmować jej ciało. 

 -  Jak  uważasz.  Ojciec  podzielił  fortunę  rodzinną  na  trzy  części. 

Matka usiłuje ją przepuścić, ale i tak wiadomo, że nawet ona nie zdoła 

tego  zrobić.  Rodzice  spotykają  się  tylko  raz  w  roku.  Prawie  ze  sobą 

nie  rozmawiają.  Ich  życie  seksualne  ogranicza  się  do  pocałunku  w 

policzek  na  powitanie  i  przy  rozstaniu.  Nie  rozwiedli  się  pewnie 

dlatego, że nie chcą oddać prawnikom sporej części majątku. 

Mimo że mówił to wszystko obojętnym tonem, wyczuła gorycz w 

tych słowach. 

 - Muszą cię bardzo kochać, skoro decydują się na takie spotkania 

- zauważyła. 

Linc pokręcił głową. 

 - Sądzę, że chodzi im o coś innego. 

 - Niemożliwe! Więc dlaczego to robią? 

 -  Z  poczucia  obowiązku  -  odparł,  patrząc  przed  siebie,  na  ulice 

Nowego  Jorku.  -  Pewnie  uznali,  że  dzięki  tym  spotkaniom  wciąż 

stanowimy rodzinę. 

 - I stanowicie - stwierdziła z mocą. - Gdyby chcieli się rozwieść, 

na  pewno  by  to  zrobili,  bez  względu  na  koszty.  A  poza  tym,  twoi 

rodzice mają ciebie... Dlatego właśnie jesteście rodziną. 

Linc  spojrzał  przez  okno.  Minę  miał  znudzoną,  ale  Trudy 

wiedziała, że to tylko maska. 

background image

 - Jesteś niepoprawną optymistką. Ale mogę cię zapewnić, że moi 

rodzice już nigdy nie będą razem - powiedział smutno. 

 - Jeśli tak myślisz, to dlaczego trzymasz w sypialni zdjęcie całej 

waszej trójki? 

Milczał. Milczał pięć sekund, a potem dziesięć i piętnaście. 

 - Przepraszam - bąknęła. - Nie chciałam się wtrącać w nie swoje 

sprawy. 

Uścisnął lekko jej dłoń. 

 - W porządku - szepnął. 

 -  Jeśli  nie  chcesz,  żebym  z  tobą  poszła,  mogę  wrócić  tą  samą 

taksówką - powiedziała. 

Potrząsnął  głową,  a  na  jego  zaciśniętych  ustach  na  moment 

pojawił się nikły uśmiech. 

 -  Za  późno  -  orzekł,  gdy  samochód  zatrzymał  się  przed 

restauracją. - Chodź, przedstawię cię moim rodzicom. 

Przez  dwie  następne  godziny  obserwował  zafascynowany,  jak 

Trudy  bez  najmniejszych  problemów  oczarowuje  jego  rodziców.  Nie 

pamiętał,  kiedy  ostatnio  ojciec  śmiał  się  tak  serdecznie,  jak  przy  jej 

opowieści o konkursie jedzenia ciastek na Dzień Niepodległości. 

Co prawda matka nie wyglądała wtedy na zachwyconą, ale Trudy 

szybko znalazła jej czuły punkt. Dowiedziała się, że Glenda maluje, i 

zaczęła rozmowę na ten temat. Linc po raz pierwszy usłyszał, że miała 

parę  wystaw  w  Europie  i  jedną  w  kraju  oraz  że  jej  obrazy  można 

znaleźć  w  paru  książkach.  Jego  matka  stała  się  artystką.  Co  więcej, 

zarabiała pieniądze, chociaż jemu wydawało się, że tylko je wydaje. 

background image

Okazało się, że  ojciec też nic nie wiedział o obrazach. Chyba po 

raz pierwszy od lat zwrócił uwagę na żonę. I na to, co mówiła. Do tej 

pory,  kiedy  się  spotykali,  rozmawiali  głównie  o  nim.  Tak,  jakby  bali 

się poruszyć jakiś delikatniejszy temat. 

Trudy  niczego  się  nie  bała  i  jej  obecność  wyraźnie  poprawiała 

atmosferę.  O  dziwo,  Linc  poczuł,  że  nawet  nieźle  się  bawi.  Gdyby 

mógł  zapraszać  Trudy  na  te  spotkania,  byłyby  one  nawet  do 

zniesienia. 

Niestety, było to niemożliwe.  I tak naruszył już pewne zasady,  z 

czego  doskonale  zdawał  sobie  sprawę.  Piękność  z  Virtue  w  stanie 

Kansas  zaczynała  odgrywać  coraz  większą  rolę  w  jego  kawalerskim 

życiu. 

Pod  koniec  posiłku  Trudy  przeprosiła  wszystkich  i  udała  się  do 

toalety. Linc aż za dobrze pamiętał, co się stało, kiedy znalazł się z nią 

w  tym  ustronnym  miejscu.  Zastanawiał  się  nawet,  czy  nie  ruszyć  za 

dziewczyną, ale matka położyła dłoń na jego przedramieniu. 

 - Czy to poważne? 

Udał, że nie rozumie pytania. 

 - Co takiego? 

 -  Twój  związek  z  Trudy  -  odparła  matka.  -  Innymi  słowy,  czy 

planujesz z nią małżeństwo? 

Pytanie  nie  należało  do  łatwych.  Nawet  gdyby  sam  chciał  się 

żenić, Trudy miała pod tym względem zupełnie inne plany. 

 - Mamo, mówiłem ci już przecież, że małżeństwo zupełnie mnie 

nie interesuje. 

background image

 -  Pamiętam,  ale  przecież  nigdy  na  żadne  z  naszych  spotkań  nie 

przyprowadzałeś  dziewczyn.  -  Matka  wzięła  głębszy  oddech.  -  Poza 

tym, obserwowałam cię przy stole. Bardzo ci na niej zależy. 

 - To prawda, ale to nic nie znaczy... 

 -  Posłuchaj,  synu  -  ojciec  włączył  się  do  rozmowy  -  takiej 

dziewczynie  ze  wsi  może  chodzić  tylko  o  trzy  rzeczy:  forsę,  forsę  i 

jeszcze raz forsę. 

 - Co takiego?! - Linc aż nadął się z oburzenia. 

 - Twój ojciec przynajmniej raz się nie myli - stwierdziła Glenda. 

-  Ta  Trudy  jest  naprawdę  czarująca  i  nic  dziwnego,  że  dałeś  się 

nabrać, ale... 

 - Na nic nie dałem się nabrać! - Linc zdał sobie sprawę z tego, że 

powiedział to za głośno, i zaraz zniżył głos: - Jak śmiecie oskarżać o 

coś Trudy?! Przyszła tu tylko dlatego, żeby  zrobić mi przyjemność, i 

wypruwała  sobie  flaki,  żeby  was  rozerwać.  A  wystarczyło,  żeby 

wstała od stołu, a wy chcecie ją rozerwać na strzępy! 

 - Hej, wcale nie powiedziałem, że jest zła - starał się go uspokoić 

ojciec.  -  To  zupełnie  naturalne,  że  chce  upolować  bogatego  męża. 

Większość kobiet... - Spojrzał na swoją żonę i urwał. 

Linc wstał od stołu. 

 - Przepraszam, ale musimy już iść. 

Chciał wydostać się stąd, zanim powie coś, czego będzie żałował. 

Nie miał złudzeń co do swoich rodziców, ale nie zamierzał pozwalać, 

by obrażali Trudy. 

background image

 -  Och,  Linc,  zostań  -  westchnęła  matka.  -  Chodzi  nam  przecież 

tylko o twoje dobro. 

 -  Trudy  jest  najfajniejszą  osobą,  jaką  kiedykolwiek  spotkałem  - 

stwierdził  Linc.  -  I  gdybym  chciał  się  ożenić, nie  znalazłbym  lepszej 

żony.  Ale  nie  musicie  się  przejmować.  Sama  Trudy  nie  planuje 

małżeństwa. 

Ojciec potrząsnął głową. 

 - Być może tak mówi, ale widziałem też, jak na ciebie patrzy... 

Linc  wiedział,  o  co  mu  chodzi.  Znał  to  spojrzenie.  Nie  musiał 

jednak informować rodziców, że to tylko seks i nic więcej. 

 -  Nie  będę  z  wami  roztrząsał  tego  tematu.  -  Spostrzegł  Trudy 

wracającą  z  łazienki.  -  O,  jesteś.  Chodź,  zaczerpniemy  świeższego  - 

spojrzał na rodziców - powietrza. 

Dziewczyna zmarszczyła brwi. 

 - Wygląda na to, że się pokłóciliście - zauważyła. - Czy poszło o 

mnie? 

Linc wziął ją za ramię. 

 - Chodźmy już. Nie ma sensu o tym gadać. 

 -  Nie,  jeszcze  nie.  -  Wyrwała  mu  się.  -  Chciałabym  wiedzieć,  o 

co chodzi. 

 - Nie sądzę... - Linc próbował wziąć ją za rękę. 

 - Glendo, czy możesz mi powiedzieć, skąd to całe zamieszanie? I 

dlaczego Linc stara się mnie wypchnąć z restauracji? 

Jego matka chrząknęła i spojrzała gdzieś w bok. 

background image

 - Oboje z... mężem uważamy, że dzieli was różnica pochodzenia, 

co  może  być  problemem  przy  poważnym  związku  -  wydusiła 

wreszcie. 

 - A kto tu mówi o poważnym związku? - Dziewczyna popatrzyła 

na nich pytająco. 

Linc machnął ręką. 

 -  Nie  o  to  chodzi.  Moi  rodzice  nie  są  w  stanie  powiedzieć 

niczego jasno. Po prostu uważają, że polujesz na mój majątek. 

Ku jego zaskoczeniu Trudy wybuchnęła śmiechem. 

 - Ja?! Na majątek?! 

 -  Linc,  przecież  wiesz,  że  nie  to  mieliśmy  na  myśli  - 

zaprotestowała matka. 

 - A właśnie, że to! Chodź, Trudy! 

 -  Nawet  nie  wiem,  jak  mam  zareagować  -  powiedziała,  wciąż 

dusząc się śmiechem. - Wcale nie poluję na jego majątek. 

 -  Nie,  Trudy,  wcale  nie  powiedzieliśmy...  -  L.  C.  próbował  się 

tłumaczyć, ale ona go nie słuchała. 

 -  Jedyne,  o  co  mi  chodzi,  to  jego  wspaniały,  olbrzymi, 

nabrzmiały  jak  dorodny  ogórek  penis!  -  ciągnęła  coraz  głośniej.  -  I 

właśnie dlatego musimy już iść. Czas do łóżka. Cześć! 

Wyszła,  kołysząc  biodrami.  Jego  rodzice  wyglądali  na 

zaszokowanych.  Z  otwartymi  ustami  patrzyli  za  Trudy,  podobnie  jak 

większość osób w restauracji. 

background image

Rozdział szesnasty 

Pomysł  z  lustrami był  naprawdę  świetny.  Trudy  nie  mogła  sobie 

wyobrazić  większej  przyjemności  niż  oglądanie  pośladków  Linca  w 

czasie  stosunku.  Specjalnie  ustawiła  kilka  lamp  wokół  łóżka,  żeby 

mogli  widzieć  siebie  w  gładkich  szklanych  powierzchniach 

umocowanych pod baldachimem. Nalegała, żeby Linc wypróbował je 

pierwszy.  Położył  się  na  plecach,  a  ona  przykucnęła  nad  nim, 

odginając  co jakiś  czas ciało  do tyłu.  Efekt był  piorunujący.  Dopiero 

kiedy sama zajęła jego miejsce, zrozumiała, dlaczego miał orgazm za 

orgazmem.  Ona  też  nie  potrzebowała  wiele,  żeby  dojść  do  kresu 

podniecenia. 

 - Fajnie? - szepnął jej do ucha. 

Z  trudem  złapała  oddech,  obejmując  go  od  tyłu  i  widząc  to 

jednocześnie w lustrze. 

 - Nie masz pojęcia... jak... 

 -  Mam.  -  Zaczął  szybciej  oddychać.  -  Te  lustra  są  wspaniałe. 

Działa na mnie nawet sama świadomość, że teraz mnie widzisz. 

Chciała coś powiedzieć, ale z jej ust wydobył się tylko jęk. 

 - Linc, ja... 

A potem ogarnął ją ocean rozkoszy. Ruchy Linca nasiliły się i po 

chwili  po  raz  kolejny  oboje  szczytowali.  Piąty  czy  szósty.  Już  nawet 

nie chciało im się liczyć. 

Łóżko zadrżało i zapewne sufit na dole zatrząsł się trochę. Oboje 

legli w pościeli wyczerpani, lecz szczęśliwi. 

background image

 -  Och,  Linc...  -  Trudy  sama  nie  wiedziała,  czy  to  dlatego,  że 

przedtem  była  tak  spięta,  czy  też  z  powodu  luster,  ale  seks  miał  dziś 

na nią dobroczynny wpływ. - Tak mi dobrze. 

Zaczął  ją  pieścić  i  znowu  poczuła,  że  ma  na  niego  ochotę. 

Sięgnęła  w  dół,  tam  gdzie  był  jego  członek.  Czy  to  możliwe,  że  już 

zdołał  się  podnieść  po  kolejnej  bitwie?  Linc  był  naprawdę 

niesamowity. 

Po  raz  kolejny  poczuła  go  na  sobie. Spojrzała  w  lustra,  szukając 

dodatkowej podniety, która tak naprawdę wcale nie była jej potrzebna. 

W  samą  porę.  Jedno  z  luster  obluzowało  się  i  zaczęło  opadać 

wprost  na  głowę  Linca.  Na  szczęście  zdołała  je  przytrzymać 

wyciągniętą do góry nogą. 

 - Trudy, czy coś się stało? - spytał zaniepokojony. 

 - Nie, nic takiego - odparła, nie chcąc go za bardzo niepokoić. - 

Tylko jedno z luster za chwilę może ci się rozbić na głowie. 

Zamiast jej pomóc zaczął się śmiać. Aż cały trząsł się na jej ciele. 

 -  Wiesz,  że  to  bardzo  dziwne,  kiedy  mężczyzna  się  śmieje, 

chociaż wciąż masz go w sobie - zauważyła cierpko. 

Uniósł nieco głowę. 

 -  Powinnaś  się  przyzwyczaić.  Coś  mi  mówi,  że  to  nie  po  raz 

ostatni. 

 -  Przyczepiłam  je  naprawdę  mocno  -  broniła  się.  -  Musiałeś  za 

bardzo rozhuśtać łóżko. 

Linc zaśmiał się raz jeszcze. 

 - Czy masz coś przeciwko temu? - spytał, kryjąc rozbawienie. 

background image

 -  W  sumie  chyba  nie.  -  Odwzajemniła  jego  uśmiech.  -  Biedna 

Millicent. 

Linc westchnął głęboko. 

 - Zupełnie o niej zapomniałem. W ogóle zapomniałem o istnieniu 

innych  ludzi.  Przydałby  nam  się  jakiś  dźwiękoszczelny  pokój.  Albo 

domek gdzieś na odludziu. 

Gdyby wiedział, jak to zabrzmi, na pewno by tego nie powiedział. 

 - Musisz ze mnie zejść, bo puszczę to lustro - ostrzegła. 

Natychmiast  się  usunął,  a  ona  złapała  gładką  powierzchnię 

dwiema stopami. Lustro zwisało teraz tylko na jednym drucie. 

 -  Interesująca  pozycja  -  rzekł,  patrząc  na  nią  w  zamyśleniu.  - 

Może spróbowalibyśmy się tak kochać? 

 -  Wolałabym  nie.  Jest  mi  bardzo  niewygodnie.  Szybko  chwycił 

lustro. Trzymał je, a jednocześnie spoglądał w stronę łazienki. 

 - Możesz na mnie chwilę zaczekać? - spytał. 

 - Zaraz wrócę. 

Trudy  wzięła  lustro.  Jeden  z  drutów  po  prostu  się  obluzował. 

Poradzi sobie sama. Nie potrzebuje do tego pomocy Linca. 

 - Jasne, idź. 

 - Tylko mi nie zniknij - uprzedził, zeskakując z łóżka. 

Trudy  wiedziała,  że  będzie  chciał  porozmawiać  o  dzisiejszej 

kolacji. Większość osób oczekiwałaby na pewno wyjaśnienia sytuacji. 

Być może Lincowi zależało na tym, żeby przeprosiła jego rodziców za 

swoje zachowanie. Chociaż nie miała na to ochoty, gotowa była na to 

przystać. To prawda, że trochę ją poniosło. 

background image

Właśnie  dlatego  zdecydowała  się  nie  uciekać  dziś przed  nim  jak 

Kopciuszek. 

 - W porządku, zaczekam. 

 - Świetnie. - Linc złapał swoje ubrania i ruszył do łazienki. 

Wstała  i  naga  zabrała  się  do  przyczepiania  lustra.  Nie  było  to 

takie  łatwe,  jak  się  wydawało.  Kiedy  wrócił,  wciąż  stała  z 

wyciągniętymi ramionami i usiłowała mocniej zacisnąć drut. 

 - Proszę, scena jak z „Playboya" - stwierdził. 

 - A ty wyglądasz jak facet z magazynu dla kobiet - stwierdziła. - 

Możesz potrzymać lustro? 

Linc  zdjął  buty  i  wszedł  na  łóżko  w  samych  skarpetkach.  Kiedy 

już zaczepili lustro, doszło do tego, co w zasadzie było nieuniknione, i 

znowu znaleźli się w pościeli. Linc zaproponował, żeby zrobili to tym 

razem na boku, tak by oboje mogli patrzeć. 

Nastąpił kolejny cudowny orgazm i Linc raz jeszcze musiał udać 

się  do  łazienki.  A  w  końcu  nasyceni  położyli  się  na  łóżku  i  Trudy 

oparła  się  o  niego  wygodnie.  Nie  mogła  się  powstrzymać,  żeby  nie 

zacząć rozczesywać palcami jego włosów. Było to miłe. Zbyt miłe. 

A  jak  dopiero  będzie  z  innymi,  pomyślała.  Przecież  Linc  jest 

dopiero pierwszy. 

To  jej  przypomniało  kolację  i  rodziców  Linca.  No  tak,  przecież 

muszą  porozmawiać,  chociaż  wcale  jej  się  nie  chce.  A  potem, 

oczywiście, będą musieli się rozstać. 

 -  Nigdy  nie  powtarzaliśmy  tego  w  ciągu  jednego  spotkania  - 

zauważył. 

background image

 - Nie, chyba nie. 

 -  Ten  drugi  raz  był  inny.  Kochaliśmy  się  wolniej.  To  było 

naprawdę wspaniałe. 

 -  Tak,  bałam  ci  się  wygnieść  garnitur  -  stwierdziła,  chcąc 

przeciąć rozmowę na temat seksu. 

Oczywiście miała na nią ochotę, ale bała się tego, do czego mogła 

doprowadzić. Zaczęła więc z innej beczki: 

 -  Zdaje  się,  że  obraziłam  dzisiaj twoich  rodziców,  ale  naprawdę 

nie  mogłam  się  powstrzymać.  Mam  nadzieję,  że  się  na  mnie  nie 

gniewasz. Kiedy ich spotkasz, możesz powiedzieć, że mi przykro i że 

jestem... bardzo impulsywna. 

Linc przyciągnął ją bliżej. 

 - To raczej ja powinienem cię przeprosić. Wiedziałem, jacy są, a 

mimo  to  zabrałem  cię  na  to  spotkanie.  To  był  błąd.  Mogłem  się 

spodziewać właśnie takiego wyskoku. 

 -  Żaden  problem  -  powiedziała.  -  Tak  mnie  to  rozśmieszyło,  że 

nawet  nie  poczułam  się  dotknięta.  Poza  tym,  mieli  wyjątkowo 

zabawne miny. 

 - To prawda. - Linc skinął głową. - Wyglądali wyjątkowo głupio. 

Przez moment milczał, a potem odezwał się ponownie: 

 -  Gdybym  ich  słuchał,  ożeniłbym  się  pewnie  z  jakąś  bogatą 

dziewczyną z dobrej rodziny. Tak jak w średniowieczu! 

 - Ale nie musisz tego robić - zauważyła. - Na szczęście żyjemy w 

innych czasach. 

background image

 -  Masz  rację  -  westchnął.  -  Ale,  tak  naprawdę,  do  niedawna  nie 

miałem  nawet  większego  wyboru.  Obracałem  się  wciąż  w  tych 

samych  kręgach.  Pieniądze  jednak  potwornie  izolują.  Nie  chciałbym, 

żeby moje dziecko czuło się tak samotne jak ja. Gdybyś doświadczyła 

tego wszystkiego, zrozumiałabyś, dlaczego wolę się nie żenić. 

Trudy  odsunęła  się  trochę  od  niego  i  oparła  na  łokciu,  żeby  go 

lepiej widzieć. 

 - Tak sądzisz? A co byś powiedział, gdybyś żył w małym domku, 

którego  właściciele  chcą  spłodzić  po  jednym  dziecku  na  metr 

kwadratowy powierzchni? 

 -  Wolałbym  to  niż  dwadzieścia  pięć  pustych  pokoi  -  rzekł 

twardo. 

 -  To  dlatego,  że  nie  wiesz,  o  czym  mówisz!  Moi  rodzice  nigdy 

nie byli tak naprawdę swobodni. Urodziłam się niedługo po ich ślubie. 

Potem  było  trochę  spokoju,  bo  ojciec  pracował  jako  akwizytor,  ale 

kiedy  kupili  farmę,  dzieci  zaczęły  się  pojawiać  jedno  po  drugim. 

Drugie,  trzecie,  czwarte...  -  Uderzała  go  w  pierś  przy  każdym 

kolejnym noworodku. 

Linc pokręcił głową. 

 - Przynajmniej nie czułaś się osamotniona. 

 -  O,  nie!  -  Rozejrzała  się  po  swoim  mieszkaniu.  -  Dopiero  tutaj 

czuję  się  swobodnie,  chociaż  czasami  mam  wrażenie,  że  któreś  z 

rodzeństwa  wyskoczy  za  chwilę  zza  baldachimu  i  krzyknie:  „a  ku  - 

ku!". Będę się długo zastanawiać, zanim zdecyduję się na małżeństwo. 

To niewolnictwo na całe życie! 

background image

 -  Widzisz,  a  moi  rodzice  wyglądają  na  zupełnie  swobodnych.  - 

Mina mu zrzedła. - Nigdy nie musieli mi poświęcać zbyt dużo czasu, 

bo  mieli  pieniądze  na  niańki  i  opiekunki.  Robili,  co  chcieli.  Moim 

zdaniem, pieniądze mogą zniszczyć wszelkie więzy. 

 -  Ale  ich  brak  również!  -  Trudy  ponownie  pokręciła  głową.  - 

Przepraszam, ale nie wiesz, o czym mówisz. Powinieneś pojechać do 

Virtue i zatrzymać się u moich rodziców. -  Aż  zadrżała na tę myśl.  - 

Pewnie byś tam zwariował. 

Kiedy  już  to  powiedziała,  poczuła  się  pewniej.  W  ten  sposób 

utwierdziła się jeszcze bardziej w swoim przekonaniu, że tylko Nowy 

Jork  może  jej  dać  to,  czego  potrzebuje.  Pieszczoty  z  Lincem  jakoś 

wytrąciły ją z równowagi. 

 -  Na  pewno  czułbym  się  świetnie  -  rzucił  Linc,  patrząc  jej 

wyzywająco w oczy. 

 -  Jak  cholera!  Możesz  sobie  tak  gadać,  bo  masz  własne 

mieszkanie i zero pojęcia o tym, jak żyje moja rodzina... 

 -  Zaraz!  Co  ty  sobie  wyobrażasz?!  Nie  jestem  jakimś  zepsutym 

bogaczem,  który  dostaje  wysypki,  kiedy  mu  zaczyna  brakować 

kawioru. 

 -  Brakować?!  -  Zaśmiała  mu  się  w  nos.  -  W  Virtue  nikt  nigdy 

nawet nie widział kawioru! 

 -  Myślisz,  że  jestem  snobem  i  rozpieszczonym  bachorem?  - 

spytał, unosząc się nieco na poduszkach. 

Trudy  widziała, że jest wściekły, i pomyślała, że powinna trochę 

bardziej na niego uważać. 

background image

 -  Nie,  uważam,  że  jesteś  najseksowniejszym  facetem,  jakiego 

znam.  Najodważniejszym  i  najwspanialszym.  -  Pewny  siebie 

uśmieszek, który pojawił się na jego ustach, zaczynał ją już drażnić. - 

Ale  zwiałbyś  z  krzykiem,  gdybyś  musiał  spędzić choć  jeden dzień  w 

Virtue w stanie Kansas. 

 - Nie uciekłbym - upierał się. 

 - Tylko tak mówisz.  

Spojrzał jej głęboko w oczy. 

 - Co robisz w najbliższy weekend?  

Zamrugała, nie bardzo wiedząc, dlaczego zmienia temat. 

 -  Chciałam  kupić  jakieś  półki  i  porozstawiać  wreszcie  moje 

książki - wyznała. 

 -  W  każdym  razie  nie  masz  niczego  poważnego,  typu  pogrzeb 

szefa? 

 -  O  ile  wiem,  to  nie  -  odparła.  -  Widziałam  go  dziś  przed 

wyjściem z pracy i wyglądał kwitnąco. 

 - Wobec tego jedźmy do Virtue. 

Trudy uśmiechnęła się, myśląc, że się z nią drażni. 

 - Nabierasz mnie, co? 

Linc  patrzył  na  nią  poważnie.  Ani  jeden  muskuł  nie  drgnął  na 

jego twarzy. 

 - Nie, wcale. 

 - Przecież nie możemy jechać, ot tak, do Virtue! 

background image

 -  Czemu  nie?  Zapłacę  za  samolot.  Zatrzymamy  się  u  twoich 

rodziców,  żeby  ci  udowodnić,  że  tam  wytrzymam.  I  tak  pewnie 

wydam mniej niż gdybym został w Nowym Jorku. I co, zgoda? 

Trudy nie miała pojęcia, co o tym wszystkim myśleć. 

 - Dlaczego wiercisz mi dziurę w brzuchu?  

Pogładził ją po gładkiej skórze tuż nad linią włosów łonowych. 

 -  Nieprawda.  Raczej  staram  się  zatkać  tę,  którą  już  masz  - 

zażartował. 

Trudy od razu zareagowała na jego dotyk. 

 - Mm, przestań.  

Przesunął dłoń niżej. 

 - Tylko jeśli zgodzisz się na wyjazd do Virtue. 

 -  Chyba  masz  jakąś  obsesję  na  tym  punkcie.  Aa...  -  Jego  palec 

dotarł do łechtaczki. - Nie przestawaj! 

 - Virtue - powtórzył nagląco. 

Trudy po raz kolejny tego wieczoru rozłożyła uda. 

 - Dobrze, niech będzie. Tylko chodź bliżej. 

 

 - To było nieziemskie - szepnął Tom do ucha żony, kiedy już się 

ubrali i rozsiedli wygodnie w limuzynie. 

 - Jesteś pewna, że nic ci nie będzie? 

 - Z całą pewnością. Ciąża wcale nie uniemożliwia stosunków. W 

każdym razie do pewnego momentu. 

Potem  pozostaje  jeszcze  cała  masa  pieszczot  i  innych  rzeczy, 

które  można  robić  we  dwoje,  dodała  w  duchu.  Uśmiechnęła  się  do 

background image

niego w półmroku wozu. Za przyciemnionymi szybami pojawiały się 

rzędy  sklepów  i  restauracji  Nowego  Jorku.  Od  kierowcy  odgradzała 

ich szczelna, nieprzezroczysta przegroda. 

Tom ścisnął jej kolano. 

 - Powinniśmy to jeszcze kiedyś powtórzyć. 

 - To będzie jeszcze droższe, bo będziemy potrzebowali niańki do 

dziecka - zauważyła. 

Nie mogła się już doczekać porodu, ale z drugiej strony starała się 

patrzeć realistycznie na swoją sytuację. 

 - Trudy doskonale się do tego nadaje. 

 -  Wiem.  Nawet  deklarowała,  że  będzie  to  robić  za  darmo,  ale 

chciałabym jej zapłacić. Na pewno potrzebuje pieniędzy. 

Tom  milczał  przez  chwilę,  ale  widziała,  że  coś  go  męczy. 

Najlepsze, co mogła zrobić, to czekać. Nie trwało to jednak długo. 

 -  A  skoro  już  mówimy  o  Trudy,  to  nie  wydaje  ci  się,  że  ten  jej 

wyjazd z Lincem jest... trochę dziwny? 

Meg  uśmiechnęła  się  do  siebie.  Czuła  się  szczęśliwa  i 

usatysfakcjonowana.  Nie  tylko  wspaniałym  orgazmem,  który  przed 

chwilą  przeżyła,  ale  też  tym,  co  działo  się  z  Trudy  i  Lincem. 

Wystarczyło  tylko  wspomnieć,  że  Linc  jest  bardzo  delikatny,  albo 

podsunąć Trudy pomysł z lustrami, a wszystko szło jak po maśle. 

Nie  sądziła  tylko,  że  wyjazd  nastąpi  tak  szybko  i  że  będzie  tak 

niespodziewany. 

 - Dlaczego? Po prostu chcą gdzieś razem wyskoczyć. 

background image

 -  I  poznać  jej  rodzinę?  Jak  na  krótki  romans,  to  jednak  trochę 

niezwykłe, sama przyznasz. 

 -  Pewnie  Linca  zaciekawiło  to,  co  mówiliśmy  o  Virtue. 

Pamiętasz, przecież nie mógł przyjechać na nasz ślub. 

 -  Nie,  nie  wierzę.  To  mało  prawdopodobne.  -  Spojrzał  uważnie 

na żonę. - Poza tym wyglądasz tak, jakbyś coś przede mną ukrywała. 

 -  Wydaje  ci  się.  Po  prostu  przypominam  sobie  to,  co  robiliśmy 

razem. 

Tom poczuł dreszcz podniecenia, ale nie dał się tak łatwo zwieść. 

 -  Powiedz  prawdę.  Uważasz  pewnie,  że  Linc  już  poważnie 

związał się z Trudy, co? 

Meg westchnęła. 

 - A gdybym ci powiedziała, czy potrafiłbyś dochować tajemnicy? 

- spytała, patrząc mu przenikliwie w oczy. 

 - Oczywiście. 

 - I nikomu nic byś nie chlapnął? Nawet Lincowi? 

 -  Pod  warunkiem,  że  nie  ukartowałyście  tego  wszystkiego  i  że 

Trudy  nie  szuka  bogatego  męża  -  zastrzegł  się.  -  Muszę  być  lojalny 

wobec kumpla. 

 - Nie, Trudy w dalszym ciągu nie wie, że chce wyjść za mąż. 

Tom odetchnął z ulgą. 

 - Uff, na szczęście. 

 -  Natomiast  Linc  powoli  zaczyna  mięknąć  -  ciągnęła.  -  Wydaje 

mi się, że ostatnio myśli dość intensywnie o małżeństwie jako takim. 

background image

 - Pewnie nasz przykład tak na niego działa. - Tom wypiął pierś. - 

Ale, jak sądzisz, dlaczego jadą do Virtue? Czyżby Linc chciał ją lepiej 

poznać? 

Meg potrząsnęła głową. 

 - Linc nie wie, po co tam tak naprawdę jedzie. Oboje utrzymują, 

że chodzi o jakiś głupi zakład. - Zaśmiała się wyraźnie rozbawiona. - 

W życiu nie słyszałam podobnej bzdury! Moim zdaniem, Linc jedzie 

tam, bo chce poznać rodziców swojej przyszłej żony. 

 -  No  tak,  ja  też  to  zrobiłem  -  rzekł  Tom  w  zamyśleniu.  -  Ale 

skoro Trudy nie myśli o małżeństwie, może to być dla niego przykre 

doświadczenie. 

 -  Nie  przejmuj  się.  Już  ja  z  nią  sobie  poradzę,  kiedy  przyjdzie 

właściwy moment. Do tej pory idzie im lepiej niż sądziłam. 

 -  Więc  jesteś  zadowolona  ze  swojej  pułapki!  -  zaczął  się  z  nią 

drażnić. 

 - To wcale nie była pułapka. 

 - A co takiego? 

Jego  żona  wyciągnęła  w  górę  dłoń  i  rozejrzała  się  dookoła 

natchnionym wzrokiem. W tej chwili wyglądała niemal jak anioł. 

 -  Chcę  im  pomóc.  Chcę  naprawić  ich  życie.  Sprawić,  żeby 

popatrzyli na świat innymi oczami. - Opuściła dłoń i pogłaskała jego 

wciąż wyprężony pod materiałem członek. - Dać im radosny seks. 

 -  Mówisz  prawie  jak  Pan  Bóg  -  westchnął.  -  A  co  będzie,  jeśli 

Trudy złamie mu serce? Albo, co gorsza, jeśli się pobiorą i okaże się, 

że zupełnie do siebie nie pasują? 

background image

 -  Pasują,  pasują  -  zapewniła,  rozpinając  jego  rozporek.  - 

Zobaczysz, że wszystko będzie dobrze. 

 - Oj, Meg, jeszcze się doigrasz. 

 -  Bardzo  dobrze,  bo  właśnie  chodzi  mi  o  igraszki.  Czy  jesteś 

gotowy na ich drugą część? 

Jego członek był twardy jak skała. 

 - Tak jak widzisz. Ale naprawdę uważaj, żeby nie posunąć się za 

daleko. 

 - A mogę na twoje kolana?  

Tom wykonał zapraszający gest. 

 - Zawsze i wszędzie. 

background image

Rozdział siedemnasty 

Mimo  natłoku  wrażeń  związanych  z  przyjazdem  do  Virtue  w 

piątek po południu Linc wiedział, że nigdy nie zapomni dwóch rzeczy: 

ciągnących się aż po horyzont, płaskich pól uprawnych i łez w oczach 

Sary  Baxter,  która  wybiegła  w  samej  sukience  przed  dom,  żeby 

powitać  córkę.  Tuż  za  nią  pojawił  się,  machając  ogonem,  stary 

labrador. 

Matka nie widziała Trudy zaledwie dwa tygodnie, a tuliła ją tak, 

jakby od rozstania minęły całe lata. Jego uwagi nie umknęło też to, że 

Trudy  witała  Sarę  równie  radośnie.  A  potem  przykucnęła  i  objęła 

ciemną głowę psa, który od razu zaczął ją lizać po rękach. 

Linc poczuł dławienie w gardle. Trudy może mówić co chce, ale 

to jasne, że tęskniła za domem. 

Sara  wytarła  fartuchem  oczy,  patrząc  jak  córka  głaska  psa,  a 

następnie skierowała wzrok na Linca. 

 -  Przepraszam,  ale  Trudy  nigdy  tak  naprawdę  nie  wyjeżdżała  z 

domu - powiedziała po prostu. - Nie wiedziałam, że tak bardzo będzie 

jej nam brakować. Prince też się stęsknił. 

 -  Rozumiem  -  rzekł  Linc,  chociaż  wszystko  to  było  dla  niego 

nowe. Jego rodzice nigdy nie zachowywali się w ten sposób. 

Kiedy  Trudy  się  podniosła,  zauważył,  że  też  ma  nieco  wilgotne 

oczy. 

 -  Linc,  to moja mama. Ma  na  imię Sara.  A  to  nasz  pies,  Prince. 

Mamo, to jest Linc Faulkner. 

background image

 -  Bardzo  mi  miło.  -  Linc  przełożył  obie  torby  do  lewej  ręki  i 

wyciągnął prawą. 

 -  To  pan  jest  przyjacielem  Toma?  -  spytała,  patrząc  na  niego 

śmiejącymi się oczami. - Jaka szkoda, że nie mógł pan przyjechać na 

ślub. 

 - Ja też żałuję. 

Kiedy  Sara  puściła  jego  dłoń,  Prince  zaczął  obwąchiwać  jego 

wełnianą jesionkę. 

 - Cześć, Prince - rzucił. 

Na dźwięk swego imienia pies zamachał parę razy ogonem. W ten 

sposób  zawarli  znajomość.  Linc  poczuł  się  więc  upoważniony,  by 

podrapać  go  za  uchem.  W  dzieciństwie  zawsze  chciał  mieć  psa,  ale 

rodzice bali się o czystość domu. 

 - Bardzo się cieszę, że przywiózł nam pan Trudy - Sara odezwała 

się znów swoim ciepłym głosem. - To prawdziwy cud, że udało jej się 

wyrwać w piątek po niepełnych dwóch tygodniach pracy. 

 - To zasługa Meg - wtrąciła Trudy. - Podobno obiecała naszemu 

szefowi,  że  odda  mu  swoje  dziecko  do  terminu.  Ale  nie  sądzę,  żeby 

była aż tak okrutna... 

Sara spojrzała uważnie na córkę, ale od razu zauważyła, że tylko 

żartuje. 

 - Zobaczycie, że nikomu nie pozwoli go dotknąć. - Zamyśliła się 

na  chwilę.  -  W  każdym  razie  jestem  jej  bardzo  zobowiązana.  No, 

chodźcie do środka. 

background image

Linc  klepnął  jeszcze  Prince'a  po  głowie  i  wstał.  Od  razu  poczuł 

sympatię  do  Sary  Baxter.  Z  siedmiorgiem  dzieci  w  domu  nie  miała 

czasu  zadbać  o  siebie,  ale  była  schludna  i  aż  pachniała  czystością. 

Twarz  miała  świeżą,  a  zmarszczki  porobiły  jej  się  tylko  koło  oczu  i 

ust. Od śmiechu. Przyjemnie było pomyśleć, że za jakieś dwadzieścia 

pięć  lat  Trudy  będzie  wyglądać  jak  jej  matka.  I  że  będzie  miała  to 

samo pogodne usposobienie. 

Jeśli,  jak  twierdziła  Trudy,  małżeństwo  złamało  jej  życie,  to 

wcale  tego  nie  okazywała.  Sara  miała  zielone  oczy  i  wciąż 

pokazywały  się  w  nich  figlarne  iskierki,  które  Linc  znał  tak  dobrze. 

Teraz już wiedział, skąd pochodzi optymizm Trudy. 

 -  Jestem  teraz  sama  w  domu  -  powiedziała,  prowadząc  ich  do 

środka. - Wszyscy mają jakieś zajęcia. A ojciec pojechał z Sue Ellen 

po  ciepłe,  zimowe  buty.  Pamiętasz,  te  twoje  brązowe  w  końcu  się 

rozsypały, a Sue Ellen była pewna, że zabierzesz ją na sanki. 

 - No jasne. 

 - Oboje ją zabierzemy - wtrącił Linc. 

To  był  doskonały  przykład  tego,  czego  mu  brakowało  w 

dzieciństwie.  Nigdy  nie  mógł  się  doprosić,  żeby  ktoś  mu  pomógł 

ulepić  bałwana.  Belinda  zrobiła  to  tylko  raz,  zaraz  po  przyjeździe,  a 

potem  miała  już  za  dużo  pracy.  Właśnie  wtedy  zaczął  się  w  niej 

podkochiwać. 

Sara  wprowadziła  ich  do  małego,  ale  przytulnego  saloniku.  W 

kominku  palił  się  ogień.  A  jakby  tego  było  mało,  powietrze 

background image

przesycone  było  wonią  jakichś  smakołyków.  Jeśli  się  nie  mylił, 

zapach pieczeni mieszał się ze słodkim zapachem szarlotki. 

Linc poczuł, że ślinka mu cieknie na samą myśl o jedzeniu. 

 - Linc będzie musiał spać z Kennym i Joshem - powiedziała Sara. 

-  A  ty,  Trudy,  zajmiesz  swój  stary  pokój.  Należy  teraz  do  Lindy, 

Marcie  i  Deeny.  Wnieście  teraz  swoje  rzeczy,  a  potem  napijemy  się 

kawy. 

Widać  było,  że  ma  ochotę  pogadać,  ale  najpierw  chciała,  żeby 

goście poczuli się wygodniej. 

 -  Myślałam,  że  przenieśliście  Sue  Ellen  do  pokoju  dziewcząt  - 

zauważyła Trudy. 

 - Tak, ale przeprowadziła się do nas na weekend, żeby nie było ci 

ciasno. - Matka uśmiechnęła się do niej. 

 -  Wszyscy  tak  się  ucieszyli  z  twojego  przyjazdu,  że  gotowi  byli 

spać w szopie na sianie. 

Tak, tego też mu brakowało: wzajemnego poświęcenia dla innych 

członków  rodziny.  Zapewne  Trudy  robiła  to  samo.  Starała  się 

pomagać  rodzicom,  a  także  braciom  i  siostrom.  Najważniejsze  zaś 

było to, że atmosfera w tym domu była przyjazna i miła. Nikt nie robił 

kwaśnych min i nie wzdychał z powodu niewygód. 

Jednak  Linc  rozumiał,  dlaczego  Trudy  chciała  wyjechać. 

Dzielenie  pokoju  z  czterema  młodszymi  siostrami  z  pewnością  było 

krępujące.  Dom  Trudy,  nawet  pod  nieobecność  większej  części 

rodziny, wyglądał na dosyć ciasny. Okazało się, że sam będzie spał na 

dole piętrowego łóżka w pokoiku wielkości swojej kuchni. 

background image

To posłanie należało do Kenny'ego. Dwunastoletni Josh miał spać 

na  górze,  a  Ken  w  czasie  weekendu  urządził  sobie  posłanie  na 

podłodze.  Linc  rozejrzał  się  po  oblepionych  plakatami  ścianach  i 

półkach 

zastawionych 

książkami 

plastikowymi 

modelami 

samolotów. To było kolejne marzenie jego dzieciństwa, ale jego pokój 

został  zaprojektowany  przez  architekta  wnętrz,  więc  rodzice  nie 

pozwalali w nim na żadne zmiany. 

 -  Hm,  to  łóżko  może  być  trochę  za  małe  -  powiedziała  Sara.  - 

Nawet Kenny się ostatnio skarżył, a jest przecież dosyć niski. 

 - Będzie świetne, pani Baxter. 

 - Mów mi po imieniu. Tak będzie chyba wygodniej, prawda? 

 - Oczywiście. - Raz jeszcze  wymienili uściski dłoni. - Dziękuję, 

że pozwoliłaś mi przyjechać, Saro. 

 -  Och,  wszyscy  chcieli  cię  poznać.  -  Matka  Trudy  podeszła  do 

otwartych  drzwi.  -  Najbliższa  łazienka  jest  po  lewej  stronie.  Jedna  z 

dwóch - dodała zaraz - więc rano może być trochę tłoczno. Stan, czyli 

mój mąż, chciał nawet  wprowadzić specjalne karty do kontrolowania 

czasu  zajmowania  łazienki.  Maruderzy  pod  koniec  miesiąca  w  ogóle 

nie mogliby z niej korzystać. 

Trudy spojrzała na niego, żeby sprawdzić, jak to przyjął. 

 -  Najlepiej  wstać  wcześnie  rano,  przed  wszystkimi  -  dodała 

zaraz.  -  Ale  musisz  pamiętać,  że  chłopcy  wstają  o  piątej  trzydzieści, 

żeby  zabrać  się  do  pracy  w  gospodarstwie,  a  i  Sue  Ellen  lubi  się 

wcześnie budzić.  

Linc uśmiechnął się przebiegle. 

background image

 -  Więc  może  zagramy  z  chłopcami  w  karty  o  to,  kto  pierwszy 

będzie korzystał z łazienki. 

 - Na pewno chętnie to zrobią. - Sara aż klasnęła w dłonie. - Nie 

mogli  się  doczekać,  żeby  poznać  kogoś,  kto  był  w  Madison  Square 

Garden. Mam nadzieję, że kibicujesz Knicksom. 

 -  Tak,  właśnie  im.  -  Wyciągnął  kciuk  w  górę,  chcąc  pokazać 

Trudy,  że  świetnie  się  czuje  w  jej  środowisku,  ale  ona  zrobiła  minę, 

która mówiła: „czekaj no!". 

Była w tej chwili tak pociągająca, że chciał ją pocałować. Prawdę 

mówiąc, nigdy wcześniej nie zdarzyło mu się być z nią tak długo bez 

uprawiania  seksu.  A  przecież  wciąż  czuł  pożądanie,  mając  ją  ciągle 

obok,  dotykając  jej,  czy  też  ocierając  się  o  jej  ubranie.  Jednak  przy 

takim układzie sypialni mieli niewiele szans na wspólną noc. Ale Linc 

nie był rozczarowany. Tom uprzedził go, że tak będzie. 

 -  Dobrze,  rozpakujcie  się  - powiedziała  Sara  już  z  korytarza.  -  I 

zejdźcie na dół, jak będziecie gotowi. 

Odprowadziła jeszcze Trudy do jej dawnego pokoju. Pies posunął 

za nimi. Obie kobiety były pogrążone w rozmowie o ludziach, których 

zupełnie nie znał. 

Linc  pomyślał  o  spotkaniach  ze  swoimi  rodzicami.  Mimo  że 

często  nie  widzieli  się  cały  rok,  nie  mieli  sobie  zbyt  wiele  do 

powiedzenia.  Zwykle  omawiali  jakieś  wydarzenia  polityczne  albo 

interesy. Kiedy przyszedł  z Trudy, rozmowa potoczyła się żywiej niż 

zwykle. Wszystko szło świetnie do momentu, kiedy rodzice wysunęli 

swoje bzdurne oskarżenia. Linc wciąż się zżymał na myśl o tym. 

background image

Ciągle  jednak  nie  miał  pojęcia,  jak  to  się  stało,  że  znalazł  się  w 

Virtue.  Miał  wrażenie,  że  to  zupełny  przypadek  i  że  oboje  dali  się 

ponieść emocjom. 

Wsunął  walizkę  pod  łóżko  i  zdjął  jesionkę.  Musiał  przyznać,  że 

chciał  też  lepiej  poznać  Trudy.  Była  to  instynktowna  i  do  niedawna 

nieuświadomiona potrzeba. Tylko skąd mu się mogła wziąć? 

Trudy  podejrzewała,  że  Linc  będzie  pasował  do  jej  rodziny  jak 

wół do karety. Rzeczywiście, bardzo się od nich różnił, ale obie strony 

czerpały z tego niekłamaną przyjemność. Jednocześnie Linc wydawał 

się nie dostrzegać tego, że dom i meble są w nie najlepszym stanie i że 

panuje tu nieustający rozgardiasz. 

Oczywiście  stanowił  największą  atrakcję  obiadu.  Wszyscy,  z 

wyjątkiem  Sue  Ellen,  wypytywali  go  o  Nowy  Jork.  Nikomu  nie 

przyszło  do  głowy,  że  Trudy  też  może  coś  wiedzieć!  Przecież 

mieszkała tam zaledwie dwa tygodnie. 

Być może dlatego nie zwracał uwagi na poobtłukiwane talerze. A 

może  też  dlatego,  że  obiad  był  naprawdę  świetny.  Oczywiście  w 

Nowym  Jorku  można  było  wszystko  kupić  na  wynos,  ale  Trudy 

musiała  przyznać,  że  nie  znalazła  tam  nic  lepszego  od  domowego 

obiadu. Zwłaszcza że na koniec wszyscy dostali po wielkim kawałku 

posypanej cukrem pudrem szarlotki. 

Ponieważ  Linc  brylował  przy  stole,  ona  mogła  rozejrzeć  się  po 

twarzach  domowników.  Dopiero  teraz  dotarło  do  niej,  że  ma  bardzo 

ładne  siostry  i  przystojnych  braci.  Czternastoletnia  Deena  już  w  tej 

chwili  była  prawdziwą  pięknością,  dwie  kolejne  dziewczynki  były 

background image

może  trochę  za  chude,  ale  już  pełne  wdzięku.  Od  matki  dowiedziała 

się,  że  Kenny  ma  nową  dziewczynę,  a  do  Josha  już  teraz  dzwonią 

dziewczynki z jego klasy. 

Tak, Trudy zawsze uważała, że matka jest ładna, a Stan, chociaż 

trochę  przytył,  wciąż  wyglądał  bardzo  dobrze.  Zwłaszcza  teraz,  z 

włosami przyprószonymi siwizną. 

Linc  też  będzie  dobrze  wyglądał  z  siwizną,  zdecydowała. 

Bardziej  nobliwie,  co  jest  zupełnie  zrozumiałe...  Coś  nagle  chwyciło 

ją  za  gardło.  Dlaczego  myśli  o  czasach, kiedy  Linc  będzie  już  stary? 

Przecież nie będą się wówczas znali. 

Po  obiedzie  Linda,  która  miała  dziesięć  lat,  pobiegła  na  górę  i 

przyniosła powycierane, stare warcaby. 

 - Zagramy? - spytała podekscytowana. 

 - Najpierw zmywanie - zarządził Linc. 

Sara  spojrzała  na  niego  z  wdzięcznością,  a  Trudy  zrobiło  się 

głupio, że w domu nie ma zmywarki. 

 - Możecie zagrać - powiedziała matka. - Zajmę się naczyniami. 

 -  Nic  podobnego  -  zaprotestował  Linc,  który  był  już  na  „ty"  ze 

wszystkimi członkami rodziny. - My to zrobimy. Kto chce mi pomóc? 

Oczywiście,  wszyscy.  Trudy  z  otwartymi  ustami  patrzyła  na 

prawdziwą  procesję  pomywaczy.  Zgłosił  się  nawet  Kenny,  który 

nienawidził kuchni i wszystkiego, co się z nią wiązało. 

 - Bardzo mi się podoba. - Sara trąciła skamieniałą córkę łokciem. 

 -  Miły  chłopak  -  zgodził  się  ojciec,  zerkając  łakomie  na  resztki 

szarlotki.  -  Nie  sądziłem,  że  tak  szybko  znajdziesz  sobie  kogoś 

background image

odpowiedniego,  ale  to  w  końcu  przyjaciel  Toma.  Wezmę  kawałek  - 

dodał szybko i wyciągnął rękę w stronę dużego talerza. - Szkoda, żeby 

się zmarnowało. 

Matka dobrotliwie pokiwała głową. Trudy chrząknęła. 

 - Linc jest po prostu moim znajomym - rzekła niepewnie. - Tyle 

się  nasłuchał  o  Virtue  od  Meg  i  Toma,  że  koniecznie  chciał  je 

zobaczyć. 

Sara uśmiechnęła się pobłażliwie. 

 - Nie, Linc nie jest po prostu twoim znajomym. I Virtue wcale go 

nie  interesuje.  Przyjechał  tu,  żeby  się  spotkać  z  nami.  -  Odsunęła 

talerz,  widząc,  że  mąż  wciąż  patrzy  pożądliwie  w  jego  kierunku.  - 

Twoimi rodzicami. 

Trudy zastanawiała się, jak mogłaby uprzejmie temu zaprzeczyć. 

 -  Nie,  mamo.  Jesteśmy  tylko  przyjaciółmi.  Trochę  tęskniłam  za 

domem,  a  on  to  zauważył  i  zaproponował  mi  tę  wycieczkę.  Jest 

bardzo bogaty. 

Matka tylko pokręciła głową. 

 -  Jak  uważasz.  Nie  oczekujemy  przecież  żadnych  deklaracji, 

dopóki nie jesteście gotowi. 

 -  Właśnie,  to  nie  nasza  sprawa  -  zawtórował  ojciec,  który 

porzucił już chyba myśl o szarlotce. - Ale nawet, jeśli jest bogaty, to i 

tak  nie  szarpnąłby  się  na  bilety  samolotowe,  gdyby  nie  miał  w  tym 

jakiegoś celu. 

 - Mamo! - wrzasnęła ośmioletnia Marcie, wbiegając do salonu. - 

Potrzebujemy więcej ściereczek! 

background image

Trudy zerwała się ze swego miejsca. 

 - Ja to załatwię. 

Niemal  uciekła  do  przedpokoju  i  stając  na  stołku,  otworzyła 

drzwiczki pawlacza. Po chwili  weszła do kuchni z dwiema świeżymi 

ściereczkami. 

Linc,  cudowne  dziecko  nowojorskiej  finansjery,  stał  z  rękami po 

łokcie  w  pianie  nad  zlewem.  Obok  podskakująca  na  krześle  malutka 

Sue Ellen podawała mu brudne naczynia. Po drugiej stronie odbywał 

się  odbiór  i  płukanie  czystych.  A  Kenny  dowodził  brygadą 

wycieraczy. 

 - Im szybciej skończymy, tym szybciej będziemy mogli pograć - 

usłyszała głos Linca. 

Trudy otworzyła usta ze zdziwienia. Nawet nie zwróciła uwagi na 

to,  że  Marcie  niemal  wydarła  jej  ściereczki  z  rąk  i  podała  jedną 

Lindzie. 

 - Hej, maluchy, tylko niczego nie stłuczcie! - wrzasnął Kenny. 

 - Znalazł się wielkolud - prychnęła Marcie. 

 -  Uważajcie,  uważajcie!  -  wystarczyło,  że  Linc  podniósł  nieco 

głos,  a  wszyscy  zamilkli.  -  Jeśli  coś  stłuczemy,  będziemy  musieli  to 

odkupić waszej mamie. 

 - Ja mam świnkę - skarbonkę - pochwaliła się Sue Ellen. 

 - To dobrze. - Linc poważnie skinął głową. - Jak uzbierasz trochę 

więcej pieniędzy, pomogę ci je zainwestować. 

To  wywołało  prawdziwą  burzę.  Wszyscy  chwalili  się  swoimi 

oszczędnościami, chcąc zrobić na nim jak największe wrażenie. 

background image

Trudy pokręciła głową i  wycofała się do salonu. Myślała, że zna 

Linca. Powinien przecież zachowywać się jak makler giełdowy, a nie 

ojciec wielodzietnej rodziny! 

Po przenosinach do salonu Linc rozegrał parę partii warcabów, a 

potem  zaczął  podziwiać  karty  z  Pokemonami  i  inne  przynoszone  mu 

skarby. Zrobiło się późno. Sara próbowała zagonić młodsze dzieci do 

łóżka, ale bez powodzenia. 

 -  Wiecie  co  -  Linc  zwrócił  się  do  zebranych  -  chciałbym,  żeby 

Trudy przewiozła mnie po miasteczku. Ciekaw jestem okolic Virtue. 

Kenny wzruszył ramionami. 

 - Wszystko już pozamykane. - Spojrzał na zegarek. - Ostatni film 

w  kinie  kończy  się  za  pół  godziny.  Byłem  na  nim  dwa  razy  - 

pochwalił się. 

 -  Nieważne  -  ciągnął  Linc.  -  Po  prostu  chcę  rozejrzeć  się  po 

okolicy. 

 - Widziałam ten samochód, który wynajęliście. - Deena spojrzała 

na niego pełnymi oddania oczami. - Fajowy! . 

 -  Chętnie  wezmę  was  na  przejażdżkę.  Ale  jutro  -  dodał,  widząc 

ich rozpromienione twarze. - Kto będzie chciał pojechać? 

 - Ja! Ja! I ja! 

Linc spojrzał na las rąk. 

 - Wszyscy się nie zmieścicie - stwierdził ze smutkiem. 

 - Będziemy jeździć na zmiany - podsunęła mu Marcie. - Zawsze 

wszystko robimy na zmiany. 

 - Nie, głupia, do kościoła chodzimy razem - mruknął Josh. 

background image

 - No, chyba już pojedziemy. - Linc spojrzał na Trudy. - Gotowa? 

 -  Tak,  tylko  musimy  wziąć  kurtki.  W  jesionce  będzie  ci 

niewygodnie - dodała znacząco. 

Wcale  nie  była  pewna,  czy  zdecydują  się  na  seks.  Cała  sytuacja 

zaczęła  ją  przerastać.  To,  że  Linc  tak  doskonale  pasował  do  jej 

rodziny,  powodowało,  że  zaczynała  myśleć  o  rzeczach,  o  których 

chciała  zapomnieć  na  ładnych  parę  lat.  To  nie  było  uczciwe  z  jego 

strony. 

Musimy o tym koniecznie porozmawiać, pomyślała. 

Mieli  problemy  z  wydostaniem  się  na  zewnątrz,  ponieważ 

wszystkie  dzieciaki  chciały  zadać  Lincowi  jakieś  ostatnie pytanie.  W 

końcu jednak zostali sami. Powietrze było chłodne i czyste. 

 -  Zachowujesz  się  tak,  jakbyś  wychował  się  gdzieś  tu  w 

sąsiedztwie. Jakim cudem? - zapytała od razu. 

 - Myślisz, że dobrze mi idzie? 

 -  Zadziwiająco.  Moi  rodzice  są  tak  samo  oczarowani,  jak 

dzieciaki, chociaż tego nie okazują. Gdzie się podział Lincoln Carlyle 

Czwarty? I skąd wiesz, jak radzić sobie z dziećmi? 

Zaśmiał się i machnął ręką. 

 -  To  ostatnie pytanie  jest akurat bardzo  łatwe.  Ponieważ  zawsze 

czułem się samotny, oglądałem filmy i programy o dużych rodzinach. 

Zrobiło jej się przykro, gdy zobaczyła, że nagle posmutniał. 

 - I dlatego chciałeś tu przyjechać? Żeby poznać dużą rodzinę? 

 - Możliwe - przyznał. - Sam myślę o tym, dlaczego znalazłem się 

w Virtue, i chyba już znam przyczynę... 

background image

Trudy nie chciała o tym nawet słyszeć. 

 - A naczynia? Gdzie nauczyłeś się myć naczynia?  

Wzruszył ramionami. 

 - Nigdzie. Dzieciaki mi pokazały... Robiłem to po raz pierwszy w 

życiu i muszę przyznać, że nigdy tak dobrze się nie bawiłem. Sam nie 

wiem, czy nie zrezygnować ze zmywarki. 

Popatrzyła na niego, a potem pokręciła głową. 

 - Myślałam, że wpadniesz w przerażenie na widok naszego domu 

- westchnęła. 

 - Co znaczy, że nie znasz mnie zbyt dobrze... 

 -  Masz  rację.  -  Skinęła  głową.  Może  widok  miasta  sprawi,  że 

przynajmniej  trochę  zrzednie  mu  mina.  -  Chodź,  pojedziemy  przez 

centrum - powiedziała, siadając na miejscu dla pasażera. 

 - Poprowadzisz mnie? - spytał, znalazłszy się za kierownicą. 

 - Ostrzegam, że nie jest tam zbyt ciekawie. 

 - Ale chyba nas nie pobiją? 

 - Coś ty! W Virtue bójki zdarzają się raz na parę łat. Miejscowy 

szeryf jest tak gruby, że nie może się ruszać. 

 - Miła odmiana po Nowym Jorku. 

 -  Chodziło  mi  o  to,  że  centrum  jest  szare  i  nieciekawe  - 

wyjaśniła. - Teraz skręć w lewo. 

Wjechali na główną ulicę. 

 - Powiesz mi, co mijamy? 

 -  Mm,  po  lewej  masz  malutki  bank,  a  po  prawej  mały  sklep 

samoobsługowy. To wielkie, to punkt obsługi miejscowych farm. A to 

background image

małe,  to  kino.  Jest  tu  jeszcze  stacja  benzynowa  i  apteka.  Jak 

zauważyłeś, centrum Virtue jest o tej porze puste. Nasz samochód jest 

jedyny na głównej arterii miejskiej. Masz jeszcze jakieś pytania? 

 - Tak. Jak dojechać na jakąś boczną drogę? 

background image

Rozdział osiemnasty 

Linc nie był przyzwyczajony do spędzania czasu z ubraną Trudy. 

Tom  powiedział  mu,  że  ma  w  zasadzie  tylko  jedną  szansę  na  seks. 

Właśnie dlatego wypożyczył elegancką limuzynę, a nie jakiś sportowy 

wóz. Nie wiedział jednak, czy Trudy się na to zgodzi. Miała przecież 

nadzieję,  że  już  nigdy  nie  będzie  się  kochać  na  tylnym  siedzeniu 

samochodu. 

 - Nie mogę uwierzyć, że masz ochotę na coś takiego. - Spojrzała 

na niego krytycznie. 

 - Zgódź się. Nigdy wcześniej tego nie robiłem. 

 -  No  tak,  dla  ciebie  to  nowość.  Ale  powinieneś  pamiętać,  że 

silnik  musi  cały  czas  pracować.  Inaczej  zmarzniemy  na  kość.  - 

Zerknęła na wskaźnik. 

 - Nie przejmuj się. Zatankowałem do pełna. 

 - A więc to było zaplanowane! 

 -  Niezupełnie.  Bałem  się  raczej,  że  gdzieś  staniemy  -  odparł 

szczerze. - Rzadko jeżdżę poza miasto. Nie miałem pojęcia, że jest tu 

tyle śniegu. 

Te słowa i wyraz bezradności na jego twarzy sprawiły, że poczuła 

się udobruchana. 

 - No dobra, przynajmniej mamy fajny samochód. Poza tym, przy 

takich zaspach, policja nie będzie szukać par po drogach. 

 - Widzisz, żywioły się sprzysięgły, żebyśmy mogli kochać się w 

samochodzie. 

Uśmiechnęła się do niego. 

background image

 - Dobrze, skręć w pierwszą w prawo. 

 -  Więc  zgadzasz  się?  -  Od  razu  poczuł  się  podniecony. 

Zwieńczone  drutem  kolczastym  ogrodzenie  zdawało  się  ciągnąć  w 

nieskończoność. - Długo jeszcze? 

Trudy posłała mu dwuznaczny uśmiech. 

 - Bardzo długo. Aż będziesz dyszał z podniecenia i myślał, że za 

chwilę wyskoczysz ze spodni. 

 -  To  nie  fair.  Przecież  widzisz,  że  muszę  prowadzić.  Nie  mogę 

cię nawet dotknąć - skarżył się. 

 - Ale ja mam wolne ręce. - Poruszyła się na swoim miejscu. 

 - Co... co robisz? 

 -  Zdejmuję  kurtkę  i  buty  -  poinformowała,  unosząc  biodra  nad 

siedzenie.  -  A  teraz  jeszcze  spodnie  i  majtki.  Czy  możesz  zwiększyć 

ogrzewanie? Mm, te skórzane siedzenia są bardzo miłe... 

Linc  spojrzał  na  nią  i  omal  nie  wjechał  w  sam  środek  zaspy. 

Trudy krzyknęła ze strachu. 

 - Patrz na drogę, bo zaraz się ubiorę - zagroziła. - Od razu widać, 

że nie masz wprawy. 

Linc siedział teraz sztywno na swoim miejscu i prowadził. Jednak 

niemal  naga  Trudy  wyciągnęła  dłoń  i  rozpięła  jego  kurtkę,  a  potem 

zaczęła się dobierać do jego rozporka. 

 - Trudy, bo zaraz spowoduję wypadek! 

 -  Założę  się,  że  nikt  cię  nie  pieścił,  kiedy  prowadziłeś  - 

powiedziała, przesuwając dłoń dalej. 

 - Nie. I boję się, że mogę tego nie wytrzymać. 

background image

 -  Prawdziwy  mężczyzna  wytrzyma  wszystko.  Zresztą  możesz 

zwolnić. 

 -  Ale  wtedy  nigdy  nie  dojedziemy  w  to  cholerne  miejsce!  - 

jęknął. 

 -  Zaraz  tam będziemy  -  uspokoiła  go.  -  A  ja chcę,  żebyś  poznał 

prawdziwy  seks  na  tylnym  siedzeniu  samochodu.  Ale  tak  się  składa, 

że wszystko zaczyna się na przednim. 

Ściągnęła mu slipy i poczuła wyprężony członek. 

 - Ojej, widzę, że jesteś już gotowy. 

 - Od ładnych paru minut - powiedział ze ściśniętym gardłem. 

To  co  się  z  nim  działo,  było  jednocześnie  cudowne  i 

zatrważające.  Chciał  poddać  się  pieszczocie,  ale  bał  się  odwrócić 

uwagę od drogi. Pragnął zamknąć oczy, ale wiedział, że w ten sposób 

najszybciej wylądują w zaspie. 

 - Czy... czy inni też tak robią? - spytał zaintrygowany. 

 - Jasne. 

 - W czasie jazdy? - dziwił się jeszcze bardziej. 

 -  Tak,  ale  tylko  po  bocznych  drogach.  -  Spojrzała  na 

szybkościomierz. - Jedziesz zaledwie dziesięć kilometrów na godzinę. 

 - Ale moje ciało zasuwa sto dziesięć. 

 - Nikt nie twierdzi, że to bezpieczny seks. - Zaczęła go gładzić. 

 - Trudy, przestań! Gdzie jest to cholerne miejsce?! 

 -  Tu,  niedaleko.  -  Wskazała  wolną  dłonią.  -  Po  prawej  stronie 

znajdziesz mały parking, jeżeli ktoś go odśnieżył. 

 - A jeśli nie? 

background image

 -  To  mamy  następny  jakieś  trzydzieści  kilometrów  stąd  - 

pocieszyła go. 

 - O, nie! 

Na  szczęście  miejsce  parkingowe  było  odśnieżone.  Linc 

zatrzymał  się  tam,  ale  nie  wyłączył  silnika.  Otaczała  ich 

nieprzenikniona ciemność. Nigdy nie sądził, że na zewnątrz może być 

tak  ciemno.  Nawet  gwiazdy  i  księżyc  były  zakryte  chmurami. 

Świeciła jedynie stacyjka samochodu. Serce biło mu coraz mocniej z 

podniecenia. 

Trudy odpięła swój pas bezpieczeństwa. 

 -  Cóż,  ja  jestem  na  tyle  mała,  że  mogę  przepełznąć  między 

siedzeniami, ale ty musisz wysiąść, żeby dostać się do tyłu. I uważaj, 

bo pewnie jest ślisko. 

 -  Dobrze.  -  Ręce  tak  mu  się  trzęsły,  że  miał  problemy  z 

rozpięciem pasa. 

Kiedy  w  końcu  mu  się  udało,  spojrzał  w  bok  i...  oniemiał.  Tuż 

obok  miał  cudowną,  wypiętą  pupę  Trudy.  To  było  niesamowite 

doświadczenie. 

 - Możesz tak zostać? - spytał. 

 - Nic podobnego -  odparła zdyszana. - Żeby móc uprawiać seks 

na  tylnym  siedzeniu  samochodu,  musisz  się  najpierw  dostać  na  to 

tylne siedzenie. 

Jej  głos  brzmiał  bardzo  pewnie,  ale  Linc  znał  sposób,  żeby  ją 

zmiękczyć.  Wystarczyło  przesunąć  dłonią  między  jej  rozwartymi 

lekko udami, a cała zadrżała. 

background image

 - Zostań tak, proszę. 

 - No... dobrze - powiedziała już mniej pewnie. 

Nie wiedział, czy mu się to uda, ale chciał spróbować. Uniósł się i 

rozsunął  jeszcze  mocniej  jej  uda.  Najpierw  przesunął  między  nimi 

dłonią. 

 - Och! - jęknęła. - Tak się nie robi... 

Po  chwili  dotarł  językiem  do  miejsca,  gdzie  mógł  osiągnąć 

największy efekt, i z ust Trudy popłynęło dzikie miauczenie kotki. 

 - Ale bardzo mi to odpowiada - wyznała, kiedy w końcu złapała 

oddech. 

Przepełzła  na  tylne  siedzenie  samochodu  i  czekała  na  niego  z 

rozwartymi  udami.  Linc  sięgnął  jeszcze  po  pakiecik  prezerwatyw, 

które  włożył  do  skrytki  zaledwie  parę  godzin  temu,  i  przeskoczył 

szybko do Trudy. Nawet nie poczuł panującego na dworze zimna. 

 - Zdejmij kurtkę - poprosiła, drżąc. - I spodnie.  

Z tym drugim było więcej problemów, gdyż spodnie zaplątały mu 

się  wokół  butów.  Musiał  więc  zdjąć  jedno  i  drugie.  Po  chwili  oboje 

mieli  na  sobie  tylko  górne  części  garderoby.  Oboje  dyszeli 

pożądaniem, ale Trudy odzyskała już panowanie nad sobą. 

 - Połóż się z podkurczonymi nogami - zakomenderowała. - Chcę 

być na wierzchu. 

Za  bardzo  jej  pragnął,  żeby  się  spierać.  Włożyła  mu 

prezerwatywę i usiadła wprost na jego wyprężonym członku. To było 

cudowne.  Jak  zwykle.  Chciał  trwać  z  nią  tak  cały  czas  i  czuć  jak 

background image

najmocniej  jej  gorące,  zaciskające  się  przy  każdym  ruchu  w  dół 

wnętrze. 

Po chwili uniósł dłonie i włożył je pod jej bluzkę. Wyprężyła się, 

czując pieszczotę. 

 - Chcesz, żeby było szybko, czy  wolno? - spytała przyciszonym 

głosem. 

 - A mam wybór? 

W  mroku  panującym  z  tyłu  samochodu  prawie  nie  widział  jej 

twarzy. Wyobrażał sobie jednak, że uśmiecha się do niego z góry. Tak 

jak zawsze. 

 -  Zrobię  wszystko  za  tę  poprzednią  pieszczotę.  Jeśli  chcesz, 

możemy się kochać na śniegu. 

 - Podobało ci się? - drażnił się z nią. 

 - Jasne. Już nigdy nie będę mogła normalnie myśleć o przestrzeni 

między przednimi fotelami... Więc na co masz ochotę? 

Na  ciebie!  Na  zawsze!  Niewypowiedziane  słowa  rozbrzmiewały 

wyraźnie  w  jego  głowie.  Dopiero  teraz  zdał  sobie  sprawę  z  tego, 

czego pragnie i o co mu chodziło, kiedy zdecydował się tu przyjechać. 

Miał  jednak  na  tyle  zdrowego  rozsądku,  żeby  jej  o  tym  nie 

mówić. Nigdy nie spotkał dziewczyny takiej jak Trudy i wiedział też, 

że nie zdarzy się to w przyszłości. Cofnął dłonie, które trzymał na jej 

piersi. 

 - Wolno, proszę - szepnął tylko. - Chcę cię czuć jak najlepiej. 

Zaczęła wolno i delikatnie. Linc wyczuwał ją coraz lepiej. 

 - Zdejmij bluzę - poprosił. 

background image

Kiedy  to  zrobiła,  zaczął  znowu  przesuwać  dłonie  w  górę  po  jej 

ciele. 

 -  Nie  mogę  uwierzyć,  ale  znowu  jestem  podniecona  - 

powiedziała, przyśpieszając nieco. - Myślałam, że zupełnie wyczerpał 

mnie ten wstęp. 

 - Nic nie jest w stanie nas wyczerpać. 

To była prawda. Trudy nie mogła już się dłużej powstrzymywać. 

Jej  ruchy  stały  się  gwałtowniejsze,  a  z  ust popłynęły  najpierw  jęki,  a 

potem  okrzyki.  Linc  dyszał  ciężko,  starając  się  za  nią  nadążyć. 

Szczytowali  dokładnie  w  tym  samym  momencie,  a  potem  Trudy 

opadła na jego pierś. 

W uszach miał jakiś dziwny dźwięk. 

 - Co to? - spytał. 

 - Wiatr. - Od razu domyśliła się, o co mu chodzi. - Pamiętaj, że 

jesteśmy  w  środku  pustkowia,  a  nie  w  wygodnym  łóżku  w  Nowym 

Jorku. 

Tak,  zupełnie  o  tym  zapomniał.  Jednak  w  tej  chwili  kochał  ją 

bardziej niż kiedykolwiek. Teraz, z daleka od ludzi, należała tylko do 

niego.  Mógł  się  założyć,  że  w  promieniu  dwudziestu  kilometrów  nie 

ma żadnego spragnionego seksu faceta. 

Miał ją tylko dla siebie. 

Okazało  się,  że  było  to  ich  jedyne  erotyczne  doświadczenie  w 

czasie  wyjazdu.  Linc  był  całą  sobotę  zajęty  rodzeństwem  Trudy,  a 

wieczorem rodzice wydali przyjęcie na jej cześć. 

background image

Trudy  nie  żałowała  tego.  Miała  wrażenie,  że  ten  wyjazd  zmienił 

bardzo  wiele  w  jej  stosunkach  z  Lincem.  Nagle  okazało  się,  że 

stanowi  on  poważne  zagrożenie  dla  jej  planów.  Sama  nie  wiedziała, 

jak to się stało. Przecież na początku oboje zgadzali się, że ma to być 

seks  bez  żadnych  zobowiązań.  Jeśli  tylko  zaczynali  się  za  bardzo 

angażować w ten związek, ona mogła schować się za swój parawan. 

Ale  potem  on  zaprosił  ją  na  kolację  z  rodzicami,  a  ona,  nie 

wiedzieć  czemu,  skłoniła  go  do  wizyty  w  Virtue.  Wszystko  się 

zmieniło.  Zaczęli  się  w  sobie  zakochiwać,  a  przecież  właśnie  tego 

chciała  uniknąć.  Tak  długo  czekała  na  wymarzone  mieszkanie  w 

Nowym  Jorku  i  całkowitą  swobodę  działania!  Była  pewna,  że 

wszędzie  dookoła  czekają  na  nią  wspaniali  mężczyźni.  Tak  jak  w 

sadzie rodziców: wystarczyło tylko wyciągnąć rękę i... rwać. 

Nie  obchodziło  jej  to,  że  rodzeństwo  przepadało  za  Lincem,  a 

matka  i  ojciec  naprawdę  go  polubili.  Nie  obchodziły  jej  własne 

uczucia. Wiedziała, że musi z nim jak najszybciej zerwać! 

Nie  mogła  jednak  tego  zrobić  przed  wyjazdem  do  Kansas  City. 

Zarówno  Linc, jak  i  cała jej  rodzina wyglądali  na  zbyt  szczęśliwych. 

A potem, na lotnisku i w samolocie, Linc mówił jej, jak wspaniale się 

bawił  i  że  wszyscy  byli  dla  niego  bardzo  mili,  więc  nie  miała  serca 

zacząć rozmowy o rozstaniu. 

Dopiero  kiedy  wysiedli  na  lotnisku  Kennedy'ego,  poczuła,  że 

musi to zrobić. Zwłaszcza kiedy zadowolony Linc wsiadł do taksówki 

i powiedział: 

 - Chyba zamówimy sobie coś na kolację. 

background image

Skąd pomysł, że zjedzą ją razem? Skąd pomysł, że w ogóle będą 

jeszcze  razem?!  Chciała  zaprotestować,  ale  coś  zatarasowało  jej 

gardło.  Chrząknęła  raz,  a  potem  drugi.  Wiedziała,  że  nie  mogą  zjeść 

razem kolacji, bo potem przyjdzie czas na ich ulubione zajęcie. 

 - Trudy, czy coś się stało? - spojrzał na nią z niepokojem. 

 - Nie. Tak. - Spojrzała mu w oczy. Jeśli się nie myliła, Linc czuł 

do niej to samo, co ona do niego. To będzie najgorsze rozstanie w jej 

życiu. - Zdecydowałam, że nie możemy się już spotykać. 

Wyglądał tak, jakby uderzyła go w twarz. 

 - Przepraszam - szepnęła. - Nie przypuszczałam, że oboje aż tak 

zaangażujemy się w ten związek. 

Ból  w  jego  oczach  się  nasilił.  Patrzył  na  nią  jak  skrzywdzone 

dziecko. 

 -  Naprawdę  bardzo  mi  przykro  -  tłumaczyła  się.  -  Kiedy 

zaczynaliśmy, nie sądziłam, że to się zrobi takie poważne... 

Zacisnął pięści. 

 - Skąd pomysł, że traktuję ten związek poważnie?  

Zmarszczyła  brwi,  poważnie  zastanawiając  się,  czy  się  nie 

pomyliła.  Być  może  tylko  jej  się  wydawało,  że  Linc  się  w  niej 

zakochał. Może jednak chodzi mu wyłącznie o seks? 

 -  Nieźle  się  z  tobą  bawiłem,  Trudy  -  rzekł  zimnym  głosem.  - 

Poza  tym  cieszę  się,  że  mogłem  pojechać  do  Virtue.  To  było  bardzo 

pouczające. 

Pouczające?  Mogłaby  przysiąc,  że  jej  rodzina  zupełnie  go 

oczarowała! Że stracił dla niej głowę! Sama musiała przyznać, że ma 

background image

wspaniałą  rodzinę.  Stało  się  to  dla  niej  jasne  zwłaszcza  teraz,  po 

wyjeździe. 

 - Przepraszam, widocznie źle cię zrozumiałam. 

 -  Mówiłem  ci,  że  nie  interesuje  mnie  poważny  związek.  Jeśli 

chcesz  się  przestać  ze  mną  spotykać,  to  w  porządku.  Ale  prawdę 

mówiąc,  szkoda  tego  wszystkiego,  czego  moglibyśmy  jeszcze 

spróbować... - Wbił w nią wzrok. - Chyba że ty sobie nie radzisz? 

 - Przykro mi, ale rzeczywiście sobie nie poradzę -  westchnęła. - 

Musimy się przestać spotykać. 

Cos  błysnęło  w  jego  oczach.  Gniew  albo  cierpienie,  pomyślała. 

Za bardzo pochłaniały ją własne emocje, żeby jeszcze wnikać w to, co 

on  czuł.  Siedzieli  obok  siebie  w  milczeniu.  Kiedy  taksówka 

zatrzymała się przed jej blokiem, pożegnała go sucho. I dopiero kiedy 

próbowała  zapłacić  za  taksówkę,  złapał  jej  rękę,  aż  zabolało,  i 

warknął: „Nie!". 

Nie  chciała  się  z  nim  spierać.  Wysiadła  i  pobiegła  w  stronę 

budynku. 

Koniec.  Linc  wypuścił  ze  świstem  powietrze  z  płuc  i  oparł  się  o 

siedzenie. Wciąż nie mógł uwierzyć w to, że Trudy tak nagle zniknęła 

z  jego  życia.  Nie,  pewnie  zaraz  obudzi  się  na  tym  ciasnym  łóżku  w 

Kansas i okaże się, że to był tylko senny koszmar. 

W ciągu następnych dwóch tygodni Linc dzielił swój czas między 

pracę,  kort  tenisowy  i  siłownię.  Grał  zwykle  z  Tomem,  któremu  nie 

pozwalał  mówić  o  Trudy.  Niestety,  przyjaciel  nie  miał  zbyt  wiele 

czasu,  więc  Linc  szukał  nowych  przeciwników.  Bezwstydnie 

background image

zagadywał  nieznanych  graczy.  Pod  koniec  drugiego  tygodnia  był  już 

tak dobry, że wszyscy bali się z nim grać. 

Dlatego na sobotę i niedzielę przerzucił się na siłownię. Ćwiczył 

tak zaciekle, że nawet trener radził mu, żeby dał spokój. Ciekawe, czy 

chodziło mu o jego dobro, czy o całość klubowego sprzętu? W końcu 

na niedzielę wieczorem wyciągnął Toma na kolejny mecz. 

W  poniedziałek  rano  wpadła  do  niego  do  pracy  rozzłoszczona 

Meg. 

 -  Dość  tego!  -  Zamknęła  drzwi  i  położyła  ręce  na  biodrach.  - 

Zabijesz mi męża. Przecież jest twoim najlepszym przyjacielem! 

Linc wstał i uśmiechnął się do niej. 

 - Też się cieszę, że cię widzę - powiedział.  

Tylko pokręciła głową. 

 -  Co  się  z  tobą  dzieje?  Myślisz,  że  wszystkie  te  sportowe 

wyczyny coś ci dadzą?! 

 - Tak, zdrowie i tężyznę fizyczną - odparł. 

 - Raczej połamane kości - parsknęła. - Wiem, co cię gryzie, tylko 

nie rozumiem, dlaczego nie próbujesz pogadać z Trudy. 

 - A niby po co? - Skrzywił się. - Wiem, że nie chce mnie więcej 

widzieć. Sama mi to powiedziała. 

 - A ty jej uwierzyłeś? - spytała z niedowierzaniem. 

 - Jasne, Dlaczego nie. 

Meg  rozejrzała  się  dookoła  i  opadła  na  skórzane  krzesło  z 

poręczami. 

 - Pozwolisz, że usiądę. Musimy porozmawiać. 

background image

Rozdział dziewiętnasty 

Po  ośmiu  beznadziejnych  randkach  z  ośmioma  beznadziejnymi 

facetami  Trudy  była  zupełnie  zniechęcona.  Gdzie  się  podziali 

wspaniali  nowojorscy  mężczyźni?  Każdy  z  jej  wybranych  wydawał 

się  atrakcyjny,  ale  już  po  pierwszej  spędzonej  razem  godzinie 

wiedziała,  że  to  nie  to.  Ich  oczy  nie  były  tak  niebieskie  jak  Linca,  a 

ramiona nie tak szerokie. Nie mieli poczucia humoru albo śmiali się z 

każdej bzdury. Gadali bez przerwy o sobie albo milczeli jak zaklęci. 

Trudy  nie  mogła  się  nawet  zdobyć  na  to,  żeby  któregoś 

pocałować,  nie  mówiąc  już  o  zapraszaniu  do  swego  mieszkania. 

Dlatego  jej  łóżko  wciąż  stygło.  Meg  starała  się  ją  namówić,  żeby 

zadzwoniła do Linca i zaprosiła go do siebie, ale Trudy była na to zbyt 

dumna. Poza tym w grę wchodziło coś jeszcze. Doskonale wiedziała, 

że sam seks jej nie wystarczy, a ona naprawdę nie zamierzała jeszcze 

wychodzić za mąż. 

Sny  o  małżeństwie  prześladowały  ją  jednak  coraz  częściej. 

Chętnie nazwałaby je koszmarami, gdyby nie to, że czuła się w nich... 

zupełnie dobrze. Wiedziała jednak, że to nic nie znaczy. I cóż z tego, 

że czuła się coraz bardziej samotna w swoim mieszkaniu? Co z tego, 

że patrzyła z rosnącą zazdrością na Meg i Toma? 

Kiedy  w  poniedziałek  wieczorem  zadzwonił  telefon,  miała 

nadzieję,  że  to  nie  żaden  z  tych  matołów,  z  którymi  się  ostatnio 

umawiała. W Nowym Jorku był tylko jeden mężczyzna, z którym by 

chętnie pogadała... 

 - Cześć, Trudy. Jak się miewasz? 

background image

 - Cześć, Linc - szepnęła tylko. 

Zamilkli na chwilę. Trudy zastanawiała się, dlaczego dzwoni, i do 

głowy przychodził jej tylko jeden powód. W tej chwili gotowa jednak 

była zgodzić się na wszystko. 

 - Chciałem... - chrząknął - chciałem zapytać, czy możesz zwrócić 

mój skórzany płaszcz? 

Poczuła  się  dogłębnie  rozczarowana.  Więc  chodziło  mu  tylko  o 

płaszcz. Już wcześniej zastanawiała się, czy go nie zwrócić, ale jakoś 

nie  mogła.  Ten  płaszcz  znaczył  dla  niej  zbyt  wiele.  Był  praktycznie 

jedyną pamiątką, jaka jej została po Lincu. No, niezupełnie... 

 -  A  co  ze  stolikiem  i  krzesłami?  -  spytała,  nie  mogąc  ukryć 

sarkazmu. - Też mam je oddać? 

 - Nie, możesz to wszystko zatrzymać. Na zawsze. - Jeszcze jedno 

chrząknięcie. - Ale potrzebuję płaszcza. 

 - Dobrze.  - Odda go tak, żeby się  z  nim nie spotkać. - Przekażę 

go Meg i Tom przyniesie ci go do pracy. 

 -  Nie  chcę  tak  długo  czekać.  Czy  mogłabyś  przywieźć  mi  go 

dzisiaj? 

 - Dzisiaj? - Cóż to za żądania? 

 - Tak, najszybciej, jak to tylko możliwe - rzekł ostrym tonem. 

Skrzywiła  się  z  niesmakiem.  Wstrętny  despota!  Teraz 

przynajmniej  widzi,  że  dobrze  zrobiła,  rozstając  się  z  nim  przy 

pierwszej okazji. 

background image

 -  Dobrze,  zaraz  ci  go  przywiozę.  -  Na  szczęście  nie  dodała 

„wasza  wysokość".  Nie  chciała,  żeby  wiedział,  jak  bardzo  zdołał  ją 

zdenerwować. - Cześć. 

Odłożyła z trzaskiem telefon i przeszła zamaszystym krokiem do 

garderoby.  Wydobyła  płaszcz  z  szafy.  Dopiero  wtedy  trochę  się 

uspokoiła i zaczęła rozmyślać nad całą sytuacją. To niemożliwe, żeby 

Linc  nagle  tak  bardzo  potrzebował  tego  płaszcza.  Miał  przecież  parę 

innych. 

Pozostawała więc druga ewentualność: chciał się z nią zobaczyć. 

Nie powinno to być dla niej niespodzianką. Przecież już w czasie 

jazdy z lotniska mówił, że chciałby spotykać się z nią tak jak dawniej. 

Ale czy to możliwe, że teraz chodzi mu o seks? 

Trudy  poczuła  dreszcz,  który  przeniknął  całe  jej  ciało.  Kiedy 

pomyślała  o  swoich  ostatnich  marzeniach  o  ślubie,  sytuacja  stawała 

się  niebezpieczna.  Cóż,  zaryzykuje.  Przecież  już  wcześniej 

stwierdziła, że zrobi wszystko, żeby być bliżej Linca. 

Sięgnęła  po  płaszcz,  drżąc  z  podniecenia.  To  łóżko  Linca  wcale 

nie było gorsze od jej własnego. Musi tylko pamiętać, żeby wyjść od 

razu, kiedy skończą. Inaczej może ją czekać gorzkie rozczarowanie. 

I, przede wszystkim, nie powinna się spieszyć. Jak na skrzydłach 

wybiegła  do  przedpokoju.  Narzuciła  na  siebie  kurtkę  i  ściskając  pod 

pachą płaszcz Linca, zaczęła ją zapinać w drodze do windy. 

Szybko  złapała  taksówkę.  Siedząc  z  tyłu,  starała  się  uspokoić  i 

pozbierać  myśli.  Nie  może  dać  się  ponieść  emocjom.  Musi  być 

chłodna i opanowana. 

background image

W  końcu  westchnęła  parę  razy  głęboko  i  zadzwoniła  do  drzwi 

Linca. Sama nie wiedziała, dlaczego serce wali jej jak oszalałe. 

Drzwi się otworzyły, ale w środku dostrzegła jedynie rozedrgane 

cienie. 

 - Linc? 

 - Wejdź do środka. 

Wciąż go nie  widziała, ale to był  z pewnością jego głos.  Weszła 

więc,  zamykając  za  sobą  drzwi.  Figurka,  która  tak  jej  się  bardzo 

spodobała,  stała  na  podłodze,  otoczona  płonącymi  świeczkami.  To 

miejsce wyglądało jak ołtarz do składania seksualnych ofiar. 

Trudy zadrżała. 

 - Dziękuję, że przyszłaś. - Wyszedł z cienia. 

Aż westchnęła. Linc miał na sobie czarne, sznurowane spodnie ze 

skóry,  a  także  skórzaną  kamizelkę  i  maskę.  Spodnie  opinały  go 

dokładnie i widziała jego coraz większą erekcję. Miała rację. Chodziło 

mu  o  seks.  Jej  reakcja  wskazywała,  że  go  dostanie  i  to  w  dużych 

ilościach.  Ponieważ  to  on  kreował  sytuację,  nie  znała  jeszcze  swojej 

roli. 

 - Przyniosłam ci płaszcz - powiedziała. 

 - To dobrze. - Spojrzał na nią swoimi niebieskimi oczami. - Masz 

teraz się rozebrać i go włożyć. Będę czekał obok. - Wskazał sąsiedni 

pokój. 

 - A... a jeśli go nie włożę? 

 - Przecież  widzę, że mnie pragniesz - rzucił tylko. - Nie zdołasz 

mi się oprzeć. 

background image

Nie  myślała  już  o  przyszłości  i  ślubie.  Wiedziała  tylko,  że 

odziany  w  skóry  kochanek  czeka  na  nią  tuż  obok.  Jak  w  transie 

zaczęła  zdejmować  kolejne  części  garderoby.  Weszła  do  salonu. 

Rozglądając się dookoła, usiłowała zdecydować, który z długich cieni 

jest jej wybranym mężczyzną. Atmosfera  wydawała się przesiąknięta 

erotyzmem. 

Linc wynurzył się z mroku. Tajemniczy i potężny. 

 - Usiądź tam. - Wskazał sofę. 

Trudy przeszła boso po perskim dywanie i zrobiła, co jej kazał. 

 - A teraz rozpinaj płaszcz. Ale bardzo powoli.  

Drżącymi  palcami  rozwiązała  pasek,  a  potem  zaczęła  rozpinać 

kolejne guziki. 

 - Za szybko - powiedział nieco ochrypłym głosem.  

Rozchyliła  na  moment  poły  płaszcza  i  zobaczyła,  że  zadrżał. 

Wcale  nie  był  tak  zimny,  jak  jej  się  na  początku  wydawało.  Powoli 

odsłaniała  swoje  piersi  i  biodra,  a  potem  rozłożyła  nogi,  gładząc 

wewnętrzne części ud. 

Jego oddech stal się coraz głębszy, coraz bardziej świszczący. 

 - Tak, tak... 

Kiedy  Trudy  niemal  osiągnęła  orgazm,  nie  mógł  już  dłużej 

wytrzymać. Zbliżył się do niej, rozpinając spodnie. Po chwili zarzucił 

sobie  jej  nogi  na  ramiona  i  pochylił  się  nad  nią.  Nie  wszedł  w  nią, 

chociaż czuła go bardzo blisko. 

 - Spójrz na mnie, kochana. 

background image

Kochana?  Czyżby  się  przesłyszała?  Nie,  to  niemożliwe. 

Próbowała  coś  wyczytać  z  jego  twarzy,  ale  była  ona nieprzenikniona 

za czarną maską. 

 - Wiem, że chcesz wielu mężczyzn - ciągnął Linc. - Postaram się 

być  nimi  wszystkimi.  Powiedz,  kogo  pragniesz,  a  będziesz  go  miała. 

Kocham cię, Trudy. Daj mi szansę, żebym mógł to udowodnić. 

Nie mogła z siebie wydusić słowa. 

 -  Być  może  ty  mnie  jeszcze  nie  kochasz,  ale  na  pewno  się  tego 

nauczysz. Ale Meg mówi, że tak... 

 - Meg ci to powiedziała? - spytała, zastanawiając się czy udusić, 

czy raczej utopić przyjaciółkę. - Ona lubi dużo gadać. 

 - Więc myliła się? 

 -  Nie,  miała  rację.  -  Wyciągnęła  dłoń,  żeby  go  pogładzić  po 

twarzy. Nigdy nie znała nikogo tak miłego i delikatnego. 

 -  Więc  może  nie  kłamała  też  w  innych  sprawach?  -  Puścił  ją, 

żeby mogła się wygodnie położyć, a on przyklęknął przy niej. 

 - Na przykład? 

 - Mówiła również, że chcesz wyjść za mnie. 

 -  Skąd  mogła  to  wiedzieć?!  Sama  uświadomiłam  to  sobie 

zupełnie niedawno! 

 - A więc jednak chcesz? 

 -  Tak.  -  Trudy  postanowiła  poddać  się  temu,  co  nieuniknione. 

Niech Meg triumfuje. Nic poza Lincem nie miało dla niej w tej chwili 

znaczenia. - Chciałabym tylko, żebyś zawsze mnie kochał.  

Poczuła jego usta koło ucha. 

background image

 - Zawsze - szepnął. 

Było  to  cudowne  i  podniecające.  Trudy  przyciągnęła  go  mocniej 

do siebie. 

 -  O,  jesteś  gotowy  -  zauważyła.  -  Ale  wciąż  masz  na  sobie  te 

spodnie. 

 -  Są  tak  obcisłe,  że  same  trzymają  się  na  nogach.  Nie 

przeszkadza ci to? 

 - Skądże. 

Był już bardzo blisko, ale się powstrzymał. 

 - Pamiętaj, że mogę spełnić każde twoje marzenie - przypomniał 

jej swoją wcześniejszą deklarację. - Powiedz tylko, czego byś chciała. 

 -  Więc  bądź  moim...  wymarzonym  mężem  -  powiedziała,  tuląc 

go do siebie. 

Trudno, musi pożegnać się ze swoimi planami. 

 

Trudy  Faulkner  chwyciła  plastikowy  kieliszek  z  weselnym 

szampanem  i  spojrzała  na  męża,  tańczącego  z  Deeną.  Kiedy 

wyjeżdżała do Nowego Jorku, nawet przez myśl jej nie przeszło, że za 

sześć  miesięcy  będzie  piła  szampana  na  własnym  weselu  w  Grange 

Hall. 

I nie sądziła, że będzie aż tak szczęśliwa. 

O dziwo, jej arystokratyczni teściowie zgodzili się przyjechać na 

ślub. Prawdę mówiąc, trochę się rozluźnili po scenie, jaką im zrobiła 

podczas  pamiętnej  kolacji.  Ojciec  Linca  wziął  udział  w  konkursie 

picia piwa, a Glenda zagrzewała męża okrzykami do dalszej walki. 

background image

Teraz  tańczyli  oboje  przytuleni  na  parkiecie  i  o  czymś  ze  sobą 

rozmawiali.  Wiele  wskazywało  na  to,  że  nie  omawiają  pogody  ani 

wyników giełdowych. 

Stojąca obok Meg skinęła głową. 

 - Trochę się rozruszali, coś im powiedziałaś? 

Skąd, na miłość boską, mogła znać jej myśli? 

 - Tak, bardzo się cieszę. 

 - To ty tak na nich działasz - stwierdziła Meg. 

 -  Nie,  pewnie  raczej  cała  atmosfera  wesela.  Zresztą  Linc  mówi, 

żebym nie liczyła na zbyt wiele. 

 - Może ma rację, a może... nie. 

 -  Takie  jak  ty  palili  kiedyś  na  stosie!  -  Trudy  zerknęła  z 

podziwem na przyjaciółkę. 

 - Wzięłam tylko odwet za to, że naśmiewałaś się ze mnie i Toma 

-  wyjaśniła  Meg,  dotykając  swego  płaskiego  brzucha.  Powoli 

zaczynała się do niego przyzwyczajać. - Poza tym, to było oczywiste, 

że doskonale pasujecie do siebie z Lincem. 

 -  Może  i  oczywiste,  ale  nie  dla  mnie  i  Linca.  -  Zaśmiała  się,  a 

potem spojrzała na Toma, tulącego w potężnych ramionach maleńkie 

dziecko. - A to, że nie pozwalacie nam się zajmować Meredith, to też 

jakaś zemsta? 

 -  Nie,  raczej  rodzicielska  zaborczość  -  odparła  Meg.  -  Zresztą 

możecie sobie zrobić własne. Twój mąż bardzo lubi dzieci... 

Linc właśnie do nich podszedł, więc nie zdążyła zapytać, skąd to 

wie. 

background image

 - Czas na taniec nowożeńców - oznajmił radośnie.  

Trudy przytuliła się do niego mocno. 

 -  Czy  nie  rozmawiałeś  ostatnio  z  Meg  o...  -  zawiesiła  głos  - 

dzieciach? 

 -  Jasne.  Okazało  się,  że  też  oglądała  „Więzy  rodzinne"  i  „Bill 

Cosby Show". Powiedziała, że powinniśmy mieć jak najwięcej dzieci. 

Trudy  otworzyła  usta,  ale  zaraz  je  zamknęła.  Nie  było  sensu 

zaczynać tej, skazanej z góry na przegraną, batalii. Poza tym wcale nie 

była pewna, czy Meg nie ma jednak racji. 

 - A jak ty uważasz? - spytała tylko. 

 - Przecież wiesz... 

 -  Moim  zdaniem powinniśmy  poczekać...  -  westchnęła,  a  potem 

pomyślała,  jak  wspaniale  byłoby  kochać  się  bez  żadnych 

zabezpieczeń. 

 - Tak, oczywiście... - zaczął. 

 - Przynajmniej do podróży poślubnej - dokończyła.  

Uszczęśliwiony  Linc  pocałował  ją  mocno  na  oczach  wszystkich 

gości. 

 - To będzie moje marzenie. Mój sen o szczęściu w Nowym Jorku 

- powiedział.