background image

31 marca 2004

Źródło wciąż bije

W informacyjnym szumie produkowanym od paru tygodni przez środowiska eseldowskie (chyba 

należy już mówić posteseldowskie) rozbawiła mnie informacja, że Andrzej Celiński pisze już program 
dla nowej lewicowej partii. Od razu się - oczywiście - narzuca pytanie, po co właściwie lewicy nowy 
program, skoro stary jest zupełnie nieużywany - a że jego autorem też był Celiński, bo w prącym do 
władzy SLD nikomu innemu  się w podobne duperele jak pisanie jakichś  tam programów  bawić nie 
chciało,   autor   może   go   sobie   po   prostu   zabrać.   Zgubił   mi   się   egzemplarz   gazety,   więc   nie   mogę 
zacytować dosłownie, ale w każdym razie mówił tam Celiński coś o tworzeniu lewicy, która nie będzie o 
problemach ludzi biednych mówić z pozycji biznesmenów ubranych w garnitury od Armaniego. Czy to 
znaczy, że skoro Lepper ostatnio się przebrał w taki właśnie garnitur, to dla odmiany Borowski i jego 
ludzie poprzebierają się w waciaki? I niby co ma z tego wyniknąć, poza wzrostem na scenie politycznej 
liczby przebierańców?

Lewicowy program - sam już nie wiem, czy to ten, od którego SLD odszedł, czy jakiś zupełnie 

inny, stworzony w opozycji do poprzedniego - nagle stał się mantrą. Szukam kogoś, kto by mi był w 
stanie   objaśnić,   co   właściwie   mają   na   myśli   wszyscy   ci   eseldowscy   rozbitkowie,   którzy   frazę   o 
powracaniu do lewicowej tożsamości powtarzają niczym modlitwę. Lewicowa tożsamość to coś takiego 
jak kamień filozoficzny. Coś, co swemu posiadaczowi automatycznie zapewni powrót do łask wyborców 
i polityczny sukces - tylko nikt nie wie, gdzie to jest i jak wygląda. Kiedy eseldowcy od ględzenia o 
swojej lewicowej tożsamości próbują przejść do konkretów, to cała ta tożsamość okazuje się sprowadzać 
do aborcji i agresji wobec kleru. Ale poparcie od tego nie wzrasta.

A może pytać należy nie tyle o program, ale o to, do czego ma służyć? Bo jeśli do wymachiwania 

przed   oczyma   wyborcom,   aby   wygrać   wybory,   to   napisanie   takiego   programu   nie   wymaga   aż   tak 
intelektualnego   tuza   jak   Celiński.   Każde   dziecko   napisze   tu   odpowiedni   program   w   minutę   osiem, 
zatytułuje   go,   powiedzmy,   „bezpieczeństwo   -   praca   –   rozwój”,   położy   w   nim   nacisk   na   społeczne 
zabezpieczenie dla tych, którzy sobie nie radzą, i usunięcie barier dławiących przedsiębiorczość tych, 
którzy sobie radzą, na likwidację bezrobocia, czystość życia publicznego, wykorzystanie szans integracji i 
takie tam dalej. Jedyny problem w tym, że to samo obiecują u nas wszyscy, bo - poza jedną małą UPR - 
w wyborach u nas wszyscy mają programy lewicowe, tylko niektórzy dodają do nich jeszcze Invocatio 
Dei. Ale naiwność wyborców ma swoje granice: można ich wprawdzie nabierać na lewicowe programy w 
nieskończoność, ale za każdym razem musi to robić ktoś nowy.

Jeżeli natomiast chciałby ktoś - powiedzmy, pan Celiński, skoro o nim tutaj - napisać program do 

zrealizowania, taki, który by rzeczywiście przyniósł wzrost gospodarczy, zmniejszenie bezrobocia i tym 
samym - wzrost poczucia bezpieczeństwa, to taki program albo nie będzie lewicowy, albo nie będzie go 
w ogóle.

Sprawa jest prosta jak w pysk dał: lewica to trup. Żywy zombie, ale trup. Lewicowość pojmowana 

nowocześnie, czyli prawa gejów i lesbijek, może i trzyma się kupy, ale poza zblazowanymi mędrkami 
nudzącymi się na uniwersytetach psa z kulawą nogą nie obchodzi. Natomiast lewicowość tradycyjna jest 
zbiorem chwytliwych obietnic, których wcielanie w życie, jak pokazała to ponad wszelką wątpliwość 
rzeczywistość   kilku   ostatnich   dziesięcioleci,   skutkuje   tylko   spotęgowaniem   wszystkich   problemów 
nowoczesnych państw. Nikt, kto dysponuje elementarnym wykształceniem, nie jest w stanie obronić dziś 
postulatu   mnożenia   biurokracji   czy   zwiększania   wydatków   publicznych.   Przeciwnie:   w   krajach 
rządzonych  od lat przez lewicę jedno i drugie osiągnęło taki poziom, że w oczy zagląda katastrofa. 
Najbardziej ideowy lewicowiec, jeśli nie jest durniem albo cynicznym oszustem, musi więc robić to, co 
Schröder czy Hausner: ciąć wydatki, także na rozdęty ponad granice absurdu socjal, a to - oczywiście - 
zdrada lewicowej tożsamości, skutkująca odwróceniem się wyborców.

Oczywiście, to nie znaczy, że łatwo się z lewicą pożegnamy - jest ona wieczna jak sam Diabeł, bo 

tak jak on odwołuje się do potężnych złych instynktów, do lenistwa i zawiści, których pokłady w ludziach 
są niezmierzone. Całe eseldowskie gadanie można spokojnie pominąć, bo tak naprawdę powrót lewicy do 
źródeł   już   się   u   nas   dokonał.   Tym   źródłem   jest   fala   prymitywnej,   bolszewickiej   nienawiści   i   chęci 
zniszczenia ujęta w karby cynicznej demagogii - czyli po prostu Samoobrona.


Document Outline