background image

Złote Koło 

 

waldi0055 

Strona 1 

 

 

 

background image

Złote Koło 

 

waldi0055 

Strona 2 

 

 
 
 
 

              Ewa wzywa 07... Ewa wzywa 07... 

 
 
 
 
 
 

         Aleksander Scibor-Rylski 

ZŁOTE KOŁO 

 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

 

background image

Złote Koło 

 

waldi0055 

Strona 3 

 

 
                        ISKRY. WARSZAWA *1971 
 
 
Myślałem,  że  wrócę  wcześniej,  ale  tak  się  jakoś 

złożyło,  że  wpadłem  do  domu dopiero  koło  pierwszej. 
Czasu  było  mało, a  roboty  mnóstwo.  Jeszcze  w 
płaszczu rozwiązałem  nylonowy  woreczek  z  obranymi 
kartoflami,  które  kupiłem  w  Delikatesach,  wrzuciłem 
kartofle  do  garnka, zalałem  wodą,  posoliłem  i  podpali 
łem pod  nimi  gaz.  Potem  szybko  ściągnąłem płaszcz, 
otworzyłem puszkę z konserwowym krupnikiem, wlałem 
zawartość  do drugiego  garnka,  w  myśl  przepisu 
odmierzyłem puszką drugie tyle wody, dolałem i również 
podpaliłem.  Na  koniec  rozerwałem  foliowe  opakowanie, 
wyjąłem z niego trzy surowe kawałki schabu, opłukałem, 
położyłem  na  talerzu  i  zacząłem szukać  patelni.  Okazało 
się,  że  była  w zlewie.  Nasypałem  do  niej  javoxu, 
wyszorowałem, postawiłem na kuchni, wrzuciłem smalec 
i zacząłem z pośpiechem smażyć kotlety. 

Kiedy  kuchnia  pełna  już  była  gorących  zapachów, 

pobiegłem  do  pokoju,  pozbierałem  ze  stołu  gazety  i 
książki, przykryłem  stół  serwetą  i  zacząłem  na nim 
ustawiać  nakrycia.  Dwa  płaskie  talerze,  dwa  głębokie, 
widelce,  noże,  łyżki, sól.  Kiedy  dobiegłem  do  końca, 
zadzwonił telefon. 

Ze złością podniosłem słuchawkę. 
—    Pan kapitan? — usłyszałem. 
To był telefon z wydziału. 
—    Czego? — powiedziałem niezachęcająco. 
—     Szpital  wojewódzki  melduje,  że  ma człowieka  z 

wypadku. 

—    No to co, nie wiecie co robić? 

background image

Złote Koło 

 

waldi0055 

Strona 4 

 

—     Tak  jest,  obywatelu  kapitanie  — odpowiedział 

powściągliwie głos po drugiej stronie kabla. 

Przez chwilę było cicho. Potem tamten chrząknął, a ja 

zapytałem: 

—    Co to za wypadek? 
—     Coś  z  głową.  Facet  jest  nieprzytomny.  Dyżurny 

lekarz nie przypuszcza, żeby przeżył. 

—    A nie ma tam porucznika Traszki? 
—    Jest. 
—    No, to niech jedzie i zobaczy. Cześć. 
—    Tak jest, obywatelu kapitanie. 
Poszedłem  do  kuchni.  Moje  kotlety  zaczynały  się 

palić.  Obróciłem  je  na  drugą  stronę.  Kartofle  kipiały. 
Zmniejszyłem pod 

nimi 

gaz 

przykryłem 

je 

talerzykiem. Zupa gotowała się. Zgasiłem ją i podszedłem 
do telefonu. 

Znowu usłyszałem głos tamtego. Zapytałem: 
—    Co to za wypadek? Drogowy? 
—    Nie wiadomo. 
—    Co znaczy nie wiadomo? 
—    Jakiś facet znalazł go na ulicy i przywiózł. 
—    Na jakiej ulicy? 
—    Na Złotym Kole. 
—    Tam prawie nic nie jeździ. 
—    No  właśnie,  obywatelu  kapitanie  — zamruczał 

tamten. 

—    Ja jestem po nocy — powiedziałem ze złością. — I 

w  ogóle  dzisiaj  mnie  nie ma.  I  tak  przesiedziałem  w 
wydziale do południa. 

—    Pan sam zadzwonił — usprawiedliwiał się głos w 

słuchawce. 

—    I co z tego? — parsknąłem. — Traszka pojechał? 
—    Pojechał. 
—    No i dobrze. 

background image

Złote Koło 

 

waldi0055 

Strona 5 

 

Rzuciłem słuchawkę i skoczyłem zgasić kotlety. 
Ledwie to zrobiłem, drzwi wejściowe otworzyły się z 

rozmachem.To wracał ze szkoły mój syn:    szesnastoletnia 
tyka, stworzona do gry w koszykówkę. 

—  Cześć, stary — zawołał rzucając teczkę na podłogę. 

— Ale mgła! Myślałem, że nie trafię do domu! 

—     Gdybyś  nie  trafił  —  powiedziałem unosząc  palec 

—  ominęłaby  cię  wielka uroczystość:  wspólny  obiad  z 
ojcem, przygotowany przez tegoż ojca i wykwintnie przez 
niego podany! 

—     Masz  rację,  stary  —  powiedział  mój syn 

zdejmując  kurtkę  i  rzucając  ją  na fotel.  —  To  jest 
rzeczywiście  uroczystość. Zdaje  się,  że  ostatni  obiad 
jedliśmy razem w zeszłym miesiącu. 

Mówiąc to, rzucił jeden but pod tapczan, a drugi pod 

stolik  z  telewizorem  i  włożył  ranne  kapcie  —  oczywiście 
moje. 

—    Błagam cię, zostaw moje kapcie — powiedziałem 

nalewając  zupę.  —  Zadeptujesz  mi  pięty,  a  ja  tego 
żywiołowo nie znoszę. 

—    Nie mam wyjścia — powiedział i z goryczą kopnął 

swój  worek.  —  Zasupłał mi  się  na  śmierć.  A  chyba  nie 
będziesz wymagał,  żebym  teraz  —  zamiast  cieszyć się 
twoją obecnością — zaczął walkę z tasiemkami. 

—  Więc  przynajmniej  wyprostuj  pięty  —  powie- 

działem żałośnie. 

Obejrzał  sobie  stopy  w  moich  kapciach  i  machnął 

ręką. 

—    Już im nic nie pomoże. 
—     Podane  do  stołu  —  powiedziałem, przechodząc 

do porządku nad ruiną moich pantofli.  — Za krupnik nie 
biorę odpowiedzialności, produkt państwowy. Ale kotlety 
— sam zobaczysz! 

background image

Złote Koło 

 

waldi0055 

Strona 6 

 

Zrobił  minę,  pełną  sceptycyzmu,  ale  oczy  błyszczały 

mu  zadowoleniem;  wspólny  obiad  to  dla  nas  było 
naprawdę coś w rodzaju święta. 

I w tej chwili znowu odezwał się telefon. Przez chwilę 

obaj nie ruszaliśmy się z miejsca; potem on spuścił oczy i 
mruknął: 

—    Musisz brać? 
Poruszyłem niepewnie ramionami. 
Odczekał jeszcze chwilę, potem wstał i sam podszedł 

do aparatu. 

—    Zaraz poproszę — powiedział i popatrzył na mnie 

oczyma pełnymi wyrzutu. — Oczywiście do ciebie. 

—     No?  --  zapytałem  niezbyt  zachęcająco,  biorąc 

słuchawkę do ręki. 

To był Traszka. 
—     Przepraszam,  że  ci  przeszkadzam  — powiedział. 

— Ale on nie żyje. 

—    Podaj szczegóły. 
—    Kiedy  szczegółów  jest  bardzo  niewiele.  Facet, 

który  go  przywiózł,  zmył  się nie  podając  personaliów. 
Przy  zabitym też  nie  ma  żadnych  dokumentów, 
nawet najmniejszego  świstka,  który  pozwoliłby ustalić 
tożsamość.  I  na  razie  nic  nie  wiemy  o  okolicznościach,  w 
jakich do tego doszło. 

—    Co stwierdził lekarz? 
—    Lekarka. Doktor Turska, znasz ją. 
—    Znam. 
—  Wylew krwawy, podoponowy. Na potylicy niezna- 

czne wgniecenie kości. Stary, to nie wygląda na wypadek. 

—    Posłałeś już kogoś na Złote Koło? 
—    Oczywiście. 
—    Kogo? 
—    Prałata. 
—    Bardzo dobrze. Czy już się odezwał? 

background image

Złote Koło 

 

waldi0055 

Strona 7 

 

—    Przepytuje mieszkańców. Ale na razie nie znalazł 

nikogo, kto by to widział. Ta piekielna mgła, rozumiesz... 

—     Rozumiem  —  powiedziałem.  —  Ciągnijcie  to 

dalej. Jakby coś nie grało, męczcie starego. Ja mam dzień 
wolny. 

—     Oczywiście  —  powiedział  znowu.  — Tylko 

myślałem... Zawsze sam brałeś takie sprawy. 

—    Jakie sprawy? 
—    On ma najwyżej szesnaście, siedemnaście lat... 
Spojrzałem na mojego syna. Siedział w milczeniu nad 

talerzem  krupniku  i  przelewał  go  łyżką.  Był  nadąsany. 
Wspólny obiad psuł się nam już od zupy. 

—     No,  tak  —  powiedziałem  do  słuchawki.  —  Tak... 

Głupia historia... Jakbyś znalazł coś istotnego... 

—    Oczywiście. 
—    No, to na razie. 
Wróciłem do stołu i zacząłem jeść krupnik. 
Przy czwartej łyżce zorientowałem 
się, że jem go bardzo szybko; grubo za szybko, jak na 

uroczystość rodzinną. 

Podniosłem oczy. Mój syn patrzył na mnie z goryczą. 
—    Nie jesz, Piotruś? — zapytałem. 
—    Jem, jem — powiedział. — Tylko że ja się nigdzie 

nie śpieszę. 

—     Ja  także  nie  —  powiedziałem,  siląc się  na  ton 

niemal obojętny. 

Uśmiechnął się. Ale był to bardzo markotny uśmiech. 
—     Widzę  —  powiedział.  —  Jedną  nogą już  jesteś 

tam. — I westchnął; a było to bardzo smętne westchnięcie. 
—  Tak  to już  z  tobą  jest  —  powiedział.  —  Obiecujesz, 
człowiek czeka, cieszy się, a potem... — wargi zadrżały mu 
jak dziecku. — Mama bardzo tego nie lubiła. 

teraz ja też widzę, że... 
I urwał. 

background image

Złote Koło 

 

waldi0055 

Strona 8 

 

—     Stary  —  powiedziałem;  ale  coś  mi to  „stary”  nie 

wyszło. 

Pokiwał głową. 
—     Nie  udawaj  —  szepnął.  —  I  tak  wiadomo,  że  już 

nic nie będzie z naszego obiadu. I że nigdzie nie pójdziemy 
po południu.  Prawda?  No,  to  postaraj  się chociaż  wrócić 
na kolacją 

—    Bo widzisz — zacząłem. Chciałem powiedzieć: on 

był w twoim wieku. Ale nie powiedziałem. 

—   No, już dobrze, dobrze — zamruczał pojednawczo; 

było  to  tak,  jakby  on  sam ułatwiał  mi  sytuację.  —  Ja  tu 
sobie porobię lekcje, a ty pośpiesz się. 

I ofiarował mi na drogę blady uśmiech przebaczenia. 
Na  ulicy  mgła  była  chyba  jeszcze  gęstsza  niż  przed 

godziną.  Pod  bramą  stał  na  światłach  radiowóz  z  naszej 
komendy. Za kierownicą zobaczyłem Feliksa i ściągnąłem 
brwi. 

—    A ty co tu robisz? 
—    Czekam na pana. 
—    Na mnie? 
—    Porucznik Traszka mnie przysłał. 
—    Traszka? Przecież nie wiedział! 
—    Widocznie wiedział. 
Zajechaliśmy pod szpital wojewódzki. 
Na  podjeździe  stał  Traszka  w  towarzystwie  jakiegoś 

młodego  człowieka  w  białym  fartuchu  i  jesionce, 
narzuconej na ramiona. 

—    Ten pan — powiedział Traszka — jest tu na stażu. 

Pomagał wynosić tego chłopca z samochodu. 

—    Co to był za samochód? 
—     Czarny  spartak  —  odpowiedział  pośpiesznie 

student. Był podniecony, raz po raz oblizywał sobie wargi. 
— Spartak z wrocławską rejestracją, bardzo zniszczony. Z 
tyłu,  na  podłodze,  leżało  trochę słomy  czy  siana,  jakby 

background image

Złote Koło 

 

waldi0055 

Strona 9 

 

wozili  nim  jakieś...  bo  ja  wiem,  produkty  rolne... 
Albo ogrodnicze. 

—    Numeru pan nie pamięta? 
—    Nie zwróciłem uwagi. 
—    A właściciel? Jak wyglądał? 
—  Mężczyzna  w  średnim  wieku,  bardzo zdener- 

wowany. 

—    Co mówił? 
—    Że jechał przez Złote Koło i zobaczył tego chłopca 

pod ścianą. 

—    Dlaczego nie wezwał pogotowia? 
—     Powiedział,  że  nie  przyszło  mu  do głowy.  A 

potem,  tak  jakoś  nie  wiadomo kiedy,  zniknął.  Nie 
zdążyliśmy go nawet poprosić o dowód. 

—    Kazałeś szukać spartaka? — zapytałem Traszkę. 
—    Oczywiście — odpowiedział nieco urażony, jakby 

uznał to pytanie za nietakt. 

Po  dziesięciu  stromych  schodkach  zeszliśmy  do  Izby 

Przyjęć.  Naprzeciw  wyszła  nam  doktor  Turska;  młoda 
lekarka o uważnym skupionym wzroku. 

—    Pani go przyjmowała? — zapytałem. 
Kiwnęła głową. 
—    Jaki był jego stan? 
—     Niedobry  —  odpowiedziała.  —  Źrenice  szerokie, 

nie  reagujące  na  światło. Tętno  poniżej  sześćdziesięciu, 
nitkowate. U nas to się nazywa bradykardia. 

—    Próbowaliście go operować? 
—    Zrobiłam trepanację zwiadowczą. 
—    I co? 
—     Stwierdziłam,  że  nic  więcej  nie  można  dla  niego 

zrobić. — I nagle powieki jej zadrgały. — Taki młodziutki 
szczeniak... 

Poszliśmy  na  parter,  gdzie  mieściła  się  sala 

reanimacyjna,  służąca  na  co  dzień jako  gipsiarka.  Zabity 

background image

Złote Koło 

 

waldi0055 

Strona 10 

 

leżał  na  wózku, przykryty  prześcieradłem,  tak  jak 
go przywieziono  z  sali  operacyjnej.  Czuwał przy  nim 
milicjant  z  naszego  wydziału oraz  dyżurny  anastezjolog, 
doktor Miśkiewicz, którego również znałem. 

Odchyliłem  prześcieradło  i  zobaczyłem  wąską  twarz 

o  wystających  kościach  policzkowych  i  delikatnych 
ustach,  zaciśniętych  w  bolesnym  grymasie.  Był 
rzeczywiście  w  wieku  mojego  syna,  tylko  że mniejszy, 
drobniejszy.  Jego  biedna,  łysa główka,  którą  ogolono  do 
operacji, była okryta płatami gazy. 

Nakryłem  go  z  powrotem  i  przez  chwilę  stałem  w 

milczeniu.  Potem  szepnąłem  do  doktor  Turskiej,  tak 
jakbym wracał do jej poprzednich słów: 

—    Rzeczywiście bardzo młody szczeniak. 
—    Tu są jego rzeczy — powiedział milicjant. 
Wszystko, co miał przy sobie, leżało obok, na stole do 

gipsowania.  Znoszone zamszaki  o  małej  numeracji,  38 
albo  39, para  przepoconych  skarpet  z  polskiego helanka, 
wygniecione  spodnie  z  elanobawełny  ze  skórzanym 
paskiem,  do  którego przypięty  był  wisiorek  w  kształcie 
listka; spodenki gimnastyczne na gumce, koszula wólczan 
ka, ale z tych najtańszych wólczanek, które trzeba praso- 
wać;  marynarka  w  innym  kolorze  niż  spodnie  i 
bardzo zniszczony płaszcz w jodełkę. 

Obok, na ręczniku szpitalnym, leżały drobiazgi, które 

znaleziono w kieszeniach: długopis marki Inco, 37 złotych 
w bilonie, pognieciony bilet do kina „Polonia”, dwa klucze, 
spięte  spinaczem,  chustka  do  nosa, plastikowy  grzebyk  i 
średniej  wielkości kłódka  z  przyczepionym  do  niej 
krótkim łańcuchem. 

Wziąłem  tę  kłódkę  przez  kawałek  ligniny  i  pokaza- 

łem doktor Turskiej. 

—    Wie pani, do czego to jest? 
Pokręciła głową. 

background image

Złote Koło 

 

waldi0055 

Strona 11 

 

—  Do  bicia  —  powiedziałem  cicho.  — Teraz  chodze- 

nie  z  nożem  traktowane  jest jako  bardzo  poważna 
okoliczność  obciążająca.  Dlatego  oni  wymyślają  sobie 
takie różne — jakby to powiedzieć? — środki zastępcze. 

—    Jacy oni? — zapytała. 
—    Wiadomo  —  wtrącił  się  nasz  milicjant.  I  powie- 

dział bez śladu współczucia: — Doigrał się, chuligańczyk. 

—    Krew pobrana? — zapytałem. 
—     Tak  jest  —  odpowiedział.  —  W  mojej  obecności. 

Ale  to  nic  nie  da;  wszyscy mówią,  że  był  trzeźwy  jak 
ptaszek. 

—     Ja  to  wiem  najlepiej,  bo  go  intubowałem  — 

powiedział  doktor  Miśkiewicz.  —  Wydaje  mi  się,  że  nie 
miał w ustach nawet piwa. 

Podszedłem do telefonu i nakręciłem numer. Kobiecy 

głos powiedział w słuchawce: 

—    Zakład Medycyny Sądowej. 
—    Proszę z profesorem Krauswaldem. 
Kiedy odezwał się profesor powiedziałem: 
—     Mówi  Budny.  Za  chwilę  przywiozą do  was 

chłopaka  na  sekcję.  Mam  prośbę:  czy  pan  profesor  nie 
zechciałby dokonać jej sam? 

—     Właściwie  już  wychodziłem  —  zawahał  się 

tamten. 

—     Zależałoby  mi  —  powiedziałem  uparcie.  — 

Zachodzi podejrzenie morderstwa. 

Medytował  przez  chwilę;  może  sprawdzał  coś  w 

kalendarzyku,  bo  usłyszałem  szelest  przewracanych 
kartek. 

—     No  cóż  —  powiedział  wreszcie.  — Niech  pan  go 

przyśle. 

—    Załatw to — powiedziałem do Traszki. — I jeszcze 

coś: niech nasz technik zrobi mu bardzo staranne zdjęcie. 
Oczywiście przed sekcją. 

background image

Złote Koło 

 

waldi0055 

Strona 12 

 

—    Technik już czeka — powiedział Traszka. 
—    No, to pośpieszcie się. Ja jadę na Złote Koło. 
Były już tam dwa radiowozy z naszej komendy. Akcją 

kierował  podporucznik Prałat:  ciężki,  uparty  mężczyzna, 
w którym na kilometr można było poznać chłopa. 

—    Masz coś? — zapytałem. 
—    Bardzo mało — odpowiedział przy glądając mi się 

z  namysłem.  —  Nikt  nie  widział  samego  wypadku. 
Znalazłem  tylko  dwie  kobiety,  które  pamiętają,  że 
ten chłopak leżał tutaj pod ścianą. 

--- Nie podchodziły bliżej? 
— Nie. Myślały, że jest pijany. 
Pokiwałem głową. Może gdyby podeszły... 
—    Nie znalazłeś żadnego narzędzia, którym... 
—    Szukamy — powiedział. 
Rozejrzałem się. Złote Koło jest małą 
uliczką  na  tyłach  placu  Solnego;  łączy  dwie  ruchliwe 

ulice  —  Nowotki  i  Ruską. Sama  jest  pusta  i  mało 
uczęszczana.  Jej wschodnia  strona  zabudowana  jest 
małymi kamieniczkami, odrestaurowanymi w stylu mniej 
więcej  zabytkowym;  przeciwna  strona  jest  rozgrzebana. 
Jeżeli  chłopak szedł  pod  ścianami  domów,  to  mieszkańcy 
nie mogli go widzieć. A przechodnie? 

Mógł akurat nikt nie przechodzić, zresztą widzialność 

była fatalna. 

—     Szukaj  dalej  —  powiedziałem.  —  Ja jadę  na 

Bujwida. 

Na  Bujwida  mieści  się  wrocławski  Zakład  Medycyny 

Sądowej. 

Po drodze Feliks mruczał: 
—    Gdyby nie ta mgła, może by nic nie było. Wie pan, 

zabić kogoś w biały dzień, w samym środku miasta... 

—    Jeszcze nie wiemy, czy go ktoś zabił. 
—  Wierzy pan w cegłę z dachu? — skrzywił się Feliks. 

background image

Złote Koło 

 

waldi0055 

Strona 13 

 

Prosektorium  Zakładu  Medycyny  Sądowej  mieści  się 

na  wysokim  parterze,  w  dużej  sali  o  dwóch  oszklonych 
ścianach; szyby  w  oknach  są  do  połowy  zamalowane  na 
biało, a podłoga jest wiecznie mokra od spłukiwania. 

Profesor Krauswald właśnie kończył sekcję. 
—    Nic specjalnie nowego  — powiedział.  — Zgon na 

skutek  wylewu  śród-czaszkowego,  tak  jak  to  określili  w 
szpitalu.  Praktycznie  nie  było  żadnych  możliwości 
ratunku. 

— Wypadek czy zabójstwo? 
Pokręcił głową. 
—   Pan  żąda  ode  mnie  za  wiele.  Może mam  jeszcze 

wskazać sprawcę? 

—    Dobrze, zapytam inaczej. Jak powstał uraz? 
—    Uderzenie tępym narzędziem. 
—    Może pan określić, jakim? 
—    Oficjalnie nie. 
—    A prywatnie? 
—    Wygląda  na  butelkę  z  grubego  szkła. Ale  chyba 

owiniętą w coś jeszcze, choć mogę się mylić. 

—    Nie znaleźliśmy szkła. 
—    Bo butelka nie pękła. Inaczej byłyby rany cięte. 
Połączyłem się przez centralę radiową z Prałatem. 
—    Szukaj butelki; od lemoniady albo od piwa. 
—     Znaczy  się,  utłukli  chłopaka  —  westchnął  przez 

mikrofon. 

—    Szukaj butelki — powtórzyłem i połączyłem się z 

wydziałem.  —  Poślijcie  na miasto  wszystkich  wolnych 
ludzi.  Niech zbierają  informacje,  czy  w  pobliżu  Złotego 
Koła nie widziano kogoś podejrzanego. 

—    Kto może być podejrzany? 
—  Nie  wiem.  Niech  pytają  przede wszystkim  o 

notowanych. 

background image

Złote Koło 

 

waldi0055 

Strona 14 

 

Profesor  zdjął  już  rękawice  i  mył  ręce  w  umywalni 

pod  oknem.  Zabitego  zabrano  do  lodówki;  barczysty 
pielęgniarz w gumowym fartuchu i gumowych butach spłu 
kiwał wężem stół sekcyjny. 

—    Czy pan profesor zauważył coś jeszcze? 
—    Są ślady pobicia — odpowiedział ostrożnie. — Ale 

dużo wcześniejsze. Sprzed tygodnia lub dziesięciu dni. 

—    Również tępym narzędziem? 
—     Trudno  powiedzieć.  Wygląda  na  zwykłą  bójkę. 

Stare sińce, które już prawie zeszły. 

—    To może nie mieć związku. 
—    Może nie mieć — odpowiedział. — Ale może mieć. 

Prawda? 

—    A stan ogólny? 
—     Początki  awitaminozy  i  ogólne  niedożywienie. 

Zęby  nie  leczone  od  paru  lat; pewnie  jeszcze  od  czasów 
podstawówki. Tam,  jak  pan  wie,  prowadzą  do  denty- 
sty bez pytania. Jutro dostanie pan protokół na piśmie. 

Zadzwonił telefon: 
—     Mamy  już  numery  wszystkich  czarnych  sparta- 

ków — meldował wydział. — Jest ich tylko trzy; szukamy 
właścicieli. 

Dobra  —  powiedziałem.  —  Jeżeli  któryś  wchodzi  w 

rachubę, niech będzie wieczorem w komendzie. 

—    O której? 
Popatrzyłem na zegarek. 
—    O dwudziestej. 
Zaraz też odezwał się Traszka: 
—    Zdjęcia już wywołane i powiększone. 
—    Niech technik bierze cały zestaw 
i walcie obaj do szpitala. Zaraz tam będę. 
Pożegnałem  się  z  profesorem  i  pojechałem  na 

Podwale.  Technik  i  Traszka  już  tam  byli.  Na  stole  leżało 
zdjęcie  zabitego, w  rozmiarach  24  X  36.  Biedna,  łysa 

background image

Złote Koło 

 

waldi0055 

Strona 15 

 

buzia z  grymasem  bólu  w  kątach  ust.  Wyglądał  jak  po 
tyfusie; ale to nie był tyfus, to była śmierć. 

Technik  wyjmował  ze  swego  zestawu  rozmaite 

modele fryzur i przykładał je zabitemu do czoła. 

Doktor  Turska,  pielęgniarka  i  student--stażysta 

korygowali  jego  wysiłki.  Było  to  jak  zawsze  żałosne:  te 
grzywki i kosmyczki, które za każdym razem robiły z tego 
chłopca kogoś zupełnie innego. 

Wreszcie  ustalono  wygląd  rzeczywisty.  Technik 

zafiksował to i spakował manat-ki. 

—    Natychmiast odbić w pięciuset egzemplarzach  — 

powiedziałem.  —  Trzysta rozprowadzić  u  nas,  reszta 
pójdzie na dzielnice. Kiedy będziecie gotowi? 

—    Za trzy godziny. 
—    Długo! 
—    Pięćset sztuk? 
—    Dobra — powiedziałem. — Śpieszcie się; chłopak 

jest ciągle niezidentyfikowany. 

Zadzwonił telefon, pielęgniarka odebrała i podała mi 

słuchawkę. 

—    Do pana. 
—     Jest  spartak  —  meldował  wydział.  — Właściciel 

Jan Butyrak, badylarz. Mamy go na linii. Chce pan mówić? 

—     Nie.  Niech  przyjeżdża  do  nas  na.  Łąkowa.  Zaraz 

tam będę. 

Wracaliśmy  przez  Ruską.  Złote  Koło  było  oświetlone 

jak do filmu. W  białym blasku reflektorów brodził Prałat 
ze swoimi ludźmi i przetrząsał każdy centymetr gruntu. 

Podjechaliśmy. Wysiadłem i zapytałem: 
—    Nic? 
—     Są  pojedyncze  okruchy,  ale  z  cienkich  butelek, 

chyba od partyjnej. I stare. 

—    To nie to. 

background image

Złote Koło 

 

waldi0055 

Strona 16 

 

—    Ja też myślę, że nie to  — odpowiedział.  Ale na 

wszelki  wypadek  posłałem  do  daktyloskopii.  Pan  wie, 
strzeżonego... 

Poklepałem  go  po  ramieniu.  Pracował  jak  chłop  na 

polu — uparcie i niezmordowanie. 

W  komendzie  czekał  na  mnie  nowy  meldunek. 

Wywiadowcy  z  „czwórki”  widzieli  koło  południa 
człowieka,  który  figurował  kilkakrotnie  w  naszych 
kartotekach.  Aleksander  Semko,  karany  za  strę-
czycielstwo i próby wymuszenia. Szedł przez plac Solny w 
stronę rynku. 

—    Sprowadzić — powiedziałem. 
Traszka skrzywił się. 
—     Szedł  przez  plac  Solny...  Czy  wymachiwał  po 

drodze butelką? 

—     Nie  tylko  wymachiwał  —  odpowiedziałem  z 

przekąsem. — Jeszcze pociągał z niej piwko. 

Ja także zdawałem sobie sprawcę, że ten meldunek to 

jest tyle co nic. Ale chciałem sprawdzić. 

Właściciel  spartaka  siedział  w  sekretariacie.  Jego 

opis,  podany  przez  studenta--stażystę,  był  trafny: 
mężczyzna w średnim wieku, bardzo zdenerwowany. 

Wzięliśmy go do gabinetu i zamknęliśmy drzwi. 
—    Dlaczego pan uciekł spod szpitala? 
—    Uciekłem? — zdziwił się. Ale jego zdziwienie było 

nieszczere. — Po prostu odjechałem. Myślałem, że już nie 
będę potrzebny. 

—    Należało podać personalia. 
—    Nie wiedziałem. 
Był  zaniedbany,  chociaż  z  pewnością  nie  brakowało 

mu pieniędzy; na ręce miał tissota za 120 dolarów z PKO. 
Gdyby mógł  ujawnić  wszystkie  źródła  dochodów, na 
pewno nie jeździłby spartakiem sprzed dwunastu lat. 

—    Opowiedzcie, jak to było. 

background image

Złote Koło 

 

waldi0055 

Strona 17 

 

—  Już  mówiłem.  Jechałem  przez  Złote Koło  i 

zobaczyłem go pod ścianą. 

—     I  od  razu  pomyśleliście,  że  coś  jest nie  w 

porządku? 

Zastanowił się i spuścił oczy. 
—     Nie  od  razu  —  powiedział.  —  Prawdę  mówiąc 

minąłem  go  i  dopiero  potem zatrzymałem  wóz.  Wydawał 
mi się niewyraźny. 

—    Dlaczego? 
Pokręcił głową. 
—     Nie  wiem.  Cofnąłem  wóz  i  wysiadłem.  Dopiero  z 

bliska  zobaczyłem,  że  ma krew  na  głowie.  On  nie  żyje, 
prawda? 

Przez chwilę obaj milczeliśmy. 
Potem zapytałem bardzo cicho: 
—    Panie Butyrak, niech pan powie: a może to pan go 

potrącił? 

Zatrzepotał oczami. 
—    Ja? Możecie obejrzeć samochód. 
—    Miał pan dość czasu, żeby usunąć ślady. 
—     Niech  pan  nie  żartuje  —  powiedział drżącym 

głosem. — Jak można takim małym wozem stuknąć kogoś 
w głowę? Musiałby najpierw przykucnąć. 

—  Żartowałem — powiedziałem i obaj pomyśleliśmy, 

że  to  nie  był  dobry  żart.— Niech  pan  powie:  czy  on  coś 
mówił? 

—    Jęczał. 
—    Ale czy nie powiedział czegoś wyraźniej? Jakiegoś 

nazwiska, imienia? 

Butyrak  zastanowił  się.  Jego  zaniedbana  twarz  nie 

była  wcale  taka  nieprzyjemna,  jak  mi  się  zdawało  na 
początku. W każdym razie było w niej trochę autentycznie 
ludzkiego przejęcia. 

background image

Złote Koło 

 

waldi0055 

Strona 18 

 

—     Tak  —  powiedział  wreszcie.  —  Coś rzeczywiście 

wymamrotał. Ale nie dam głowy, czy dobrze zrozumiałem. 

— A co to było? 
—    Coś w  tym guście: że niby dla niej... Że  coś miało 

być dla niej. 

—    Nie wymienił imienia? 
—    Nie, imienia na pewno nie. Tylko tyle, że dla niej. 

Ale mówię, mogłem się przesłyszeć. 

—     Zrób  oficjalny  protokół  —  powiedziałem  do 

Traszki. A potem zwróciłem się do Butyraka: — Podpisze 
pan  i  będzie  pan  mógł  wracać  do  domu.  Ale  gdyby  pan 
zamierzał  opuścić  Wrocław,  proszę  się  najpierw 
porozumieć z nami. 

—    Co to znaczy?  — zapytał. — Czy jestem podejrza- 

ny? 

—    Gdyby pan był podejrzany, zaproponowalibyśmy 

panu  gościnę.  Po  prostu: pan  pierwszy  widział  denata. 
Może będziemy potrzebowali jeszcze jakichś wiadomości. 
A  na  drugi  raz  proszę  nie  odjeżdżać  bez  podania 
personaliów. 

—    Pan rozumie — westchnął. — Tyle z tego latania... 

Każdy woli uniknąć... 

—     Ja  rozumiem  —  powiedziałem.  — Ale  inni  mogą 

nie zrozumieć. 

Wyszedłem do sekretariatu. Czekał tam już technik z 

paczkami fotografii w formacie legitymacyjnym. 

—     No  ładnie  —  pochwaliłem  go;  ostatecznie  zrobił 

to  szybciej,  niż  przedtem obiecywał.  Obróciłem  się  do 
sekretarki: — Zawołaj porucznika Walendziaka. 

Kiedy wszedł, powiedziałem: 
—    Rozprowadźcie to jak najprędzej. 
—    Według normalnego rozdzielnika? 
Zastanowiłem się i powiedziałem: 

background image

Złote Koło 

 

waldi0055 

Strona 19 

 

—    Chyba z pominięciem taksówkarzy. Ten mały nie 

wyglądał  na  takiego,  który by  jeździł  taksówkami.  Za  to 
koniecznie włączcie szkoły. Zwłaszcza zawodowe. 

Miał spieczone wargi i podpuchnięte oczy; przez całą 

noc  rozpracowywał  melinę  pijacką  na  Łokietka,  a  potem 
wszedł od  razu  w  sprawę  tego  chłopca.  Czterdzieści 
godzin na nogach; ale nie skrzywił się. Powiedział: 

—     Już  się  biorę  —  i  od  razu  skinął  ku drzwiom:  — 

Dać panu tego Semkę? - 

—    A jest? 
—    Siedzi na korytarzu. 
Odwróciłem się do sekretarki: 
—    Czy pokój starego jest wolny? 
—    Wolny. Stary siedzi na akademii w Towarzystwie 

Przyjaźni. 

Semko  miał  na  sobie  ortalionową  kurtkę  na  misiu, 

szal-moher  w  czerwono--czarną  kratę  i  zamszaki  od 
prywaciarza  z  ostro  szytymi  brzegami.  W  ręku  trzymał 
kapelusik  z  małym  rondem  —  taki, jaki  pod  budkami  z 
piwem  opuszcza  się na  same  oczy.  Zauważyłem,  że  nie 
ma zegarka,  a  strzępiące  się  mankiety  u  spodni  są 
poprzystrzygane nożyczkami 

—    My się znamy — powiedziałem. — Co, Semko? 
—    Tak jest, obywatelu kapitanie. 
—    No, to opowiedz mi swój dzień. 
—    Który, obywatelu kapitanie? 
Przekrzywiłem głowę i powiedziałem: 
—    Semko... 
Uśmiechnął się i niewinnie spuścił oczy. Miał szeroką 

twarz i brutalną dolną szczękę. Jego ręce też były szerokie 
i brutalne; mógłby nimi spokojnie dusić krowy. 

—    No, więc? 

background image

Złote Koło 

 

waldi0055 

Strona 20 

 

—     Rano  byłem  na  piwku  —  rzekł z  łagodnym 

zawstydzeniem.  —  Pan  rozumie,  suszyło  mnie;  pewnie 
idzie na mróz... 

—    Gdzie byłeś na piwku? 
—    Na dworcu Świebodzkim. 
—    Potem? 
—    Potem byłem u Jośka; pan go zna, prawda? 
Kiwnąłem  głową.  Josiek  prowadził  coś  w  rodzaju 

nieoficjalnego  komisu  w  parterowym  mieszkaniu  na 
tyłach placu PKWN. 

—    Chciałem zahandlować jakąś jesionkę. 
—    Zahandlowałeś? 
—    Nie. 
—    Dlaczego? 
—    Nie było nic podchadjaszczego. 
—    Ile miałeś pieniędzy? 
Spojrzał na mnie z uznaniem; wiedział, że jeśli powie 

„patola”, będzie mi go musiał pokazać, a z pewnością  był 
goły: a  jeśli  powie,  że  wydał,  będzie  musiał powiedzieć, 
gdzie, jak i z kim. A to już są rzeczy do sprawdzenia. 

—    Na razie chciałem tylko zaklepać  — powiedział i 

uśmiechnął się z leciutkim triumfem. 

—     No,  widzisz  —  powiedziałem.  —Jak my  się 

rozumiemy,  prawda?  Teraz  powiedz  mi,  o  której 
wyszedłeś. 

—    Nie  wiem — rzekł ze smutkiem.  — Gdzieś mi się 

zapodział chronometr. Pewnie mi zdjęli po pijaku. 

—     Jesteś  przewidujący  —  powiedziałem.  — 

Człowiek,  który  wychodzi  z  domu  bez  zegarka,  nie  może 
się potem zbyt dokładnie rozliczyć ze swego rozkładu 

dnia. 
—    Ech — westchnął. —  Nie mam go już ze dwa dni. 

Może pan sprawdzić. 

background image

Złote Koło 

 

waldi0055 

Strona 21 

 

Podciągnął mankiet i pokazał mi przegub lewej ręki. 

Przegub był jednakowo brudny na całej długości. 

—     Jesteś  bardziej  przewidujący,  niż myślałem  — 

powiedziałem  z  uśmiechem.  —  Powiedz  mi,  jak  długo 
musiałeś się  smarować,  aby  uzyskać  taką  cerę? 
Bo przecież  mi  nie  powiesz,  że  nie  myłeś  się od 
przedwczoraj. 

—     Rzeczywiście  —  powiedział  z  odrobiną 

zdumienia. — Ale widzi pan, ja mam duszę artysty; jak się 
zamyślę,  to potrafię  przez  dwa  dni  nie  zdejmo- 
wać kapelusza. A co dopiero mówić o myciu. 

—    Dobra — powiedziałem. — Co robiłeś dalej? 
—    Byłem u matki na Włodkowica. 
—    Jak długo? 
—     Nie  wiem.  Gdzieś  tak  do  obiadu. Prosto  stamtąd 

poszedłem do domu. 

—    A gdzie teraz mieszkasz? 
—    Na Odrzańskiej. 
Trasa zgadzała się; idąc z Włodkowica na Odrzańską 

powinien był przejść przez plac Solny. 

—     W  porządku  —  powiedziałem.  — Powiedz  mi 

jeszcze, z kim teraz mieszkasz. 

—    Z Kasią Raz-Dwa-Trzy. Pan kapitan ją zna? 
—    Ze słyszenia. 
—    Bardzo dobrze wychowana kobieta. 
Czekała  na  mnie  z  zupką  i  schaboszczakiem;  może 

pan sprawdzić. 

Otworzyły  się  drzwi,  wszedł  stary,  czyli  major 

Skoczylas, naczelnik naszego wydziału. 

—     Kłaniam  się  panu  majorowi  —  zawołał  Semko, 

wstając grzecznie z krzesła. — Nie przeszkadzam? 

Stary obejrzał go bez słowa i popatrzył na mnie. 
—     Semko  —  powiedziałem.  —  Zaczekaj na  koryta- 

rzu. 

background image

Złote Koło 

 

waldi0055 

Strona 22 

 

—     Z  chęcią  —  odpowiedział.  —  A  może  pan 

tymczasem podpisze przepusteczkę? 

—    Powiedziałem, żebyś zaczekał na korytarzu. 
Kiedy zostaliśmy sami, stary mruknął: 
—     Myślisz,  że  ma  z  tym  coś  wspólnego?  To  kawał 

gnoja, ale nigdy nie brał się do mokrej roboty. 

—    Nie wiem — powiedziałem. — Był w tym czasie na 

placu Solnym... 

—    W tym czasie na placu Solnym było z tysiąc osób. 

A krok dalej, na Rynku, przynajmniej z pięć tysięcy. 

—    Nie wiem — powtórzyłem jeszcze raz i poczułem, 

że mówię to z rozdrażnieniem. — Kiedy patrzę na niego... 

Stary wzruszył ramionami. 
—    A motywy? 
Zacząłem  chodzić  po  pokoju,  on  zaś  ciągnął  z 

powątpiewaniem: 

—     Rabunek?  Widziałem  spis  rzeczy tego  chłopaka. 

Trzydzieści  siedem  złotych  i  długopis  z  kiosku  „Ruchu”... 
Daj spokój. Gdyby chodziło o drugiego alfonsa, to jeszcze; 
mogliby  mieć  ze  sobą  na pieńku  w  sprawach,  że  tak 
powiem,  zawodowych...  Ale  to  był  w  gruncie 
rzeczy dzieciak;  nie  wyobrażam  sobie  żadnego punktu,  w 
którym mógłby się skrzyżować z twoim Semką. 

—    Mimo to — powiedziałem — chciałbym, żebyś mi 

podpisał  nakaz  rewizji. I  żebyś  mi  pozwolił  go  trochę 
potrzymać. 

—     Czy  to  znaczy  —  zapytał  —  że  chcesz  osobiście 

poprowadzić tę sprawę? 

Spojrzałem na niego spode łba. Skrzywił się. 
—    Masz już dosyć roboty na głowie. 
—     Ale  mam  także  syna  w  tym  samym wieku  co  ten 

chłopak... 

Dumał chwilę bez słowa, a potem mruknął: 

background image

Złote Koło 

 

waldi0055 

Strona 23 

 

—     Nakaz  ci  zaraz  podpiszę.  Ale  nie potrzymasz  go 

dłużej niż czterdzieści osiem godzin... — I podniósł głowę: 
— Pod jakim kryptonimem założymy sprawę? 

—    „Złote Koło”? 
—  Taki ładny kryptonim — powiedział ze smutkiem. 

— I taka brzydka sprawa... 

Zapukał  Traszka;  był,  jak  na  siebie,  dosyć 

podniecony. 

—  Dzwonili  z  Kraszewskiego  —  powiedział.  — 

Przywieźli  im  jakiegoś  pomylonego,  który  krzyczy,  że 
zabił dziecko. 

—     Czy  dalej  chcesz,  żebym  ci  podpisał nakaz?  — 

zapytał stary. 

—    Oczywiście — powiedziałem. — Nie wiadomo, czy 

ten  wariat  w  ogóle  kogoś zabił.  A  Semko  to  jest  Semko; 
wolałbym, że tak powiem, mieć go na podorędziu. 

I wyszedłem do sekretariatu. 
Sekretarka  parzyła  nam  kawę  w  szklankach, 

zalewając ją wrzątkiem z elektrycznego czajnika. 

—  Bądź  tak  dobra  i  połącz  mnie  z  domem  — 

poprosiłem. 

Odstawiła  czajnik  i  zaraz  nakręciła  numer. 

Usłyszałem  młodziutki  głos,  który  bardzo  statecznie 
mówił „halo”, i powiedziałem: 

—    Słuchaj, stary, nie czekaj na mnie z kolacją; będę 

jeszcze musiał powłóczyć się po mieście. 

—     Dobra  —  odpowiedział  głos  w  słuchawce.  —  Z 

tym,  że  muszę  ci  wyznać pewien  sekret:  dostałem  w 
Delikatesach na  Jedności  piękny  trójkącik  sera  brie. A  ty 
wiesz, co to jest ser brie, prawda? Boję się, że jak wrócisz 
za późno, zastaniesz już tylko firmową nalepkę. 

—     Zaklinam  cię,  nie  rób  mi  tego!  — zawołałem  z 

emfazą. — Bo jak zrobisz, to nie wezmę cię w niedzielę na 

background image

Złote Koło 

 

waldi0055 

Strona 24 

 

mecz i nie zobaczysz, jak Unia-Racibórz dostanie od nas w 
tyłek! 

—     Nie  mogę  poważnie  traktować  twoich  pogróżek 

—  odpowiedział  mi  głos  w słuchawce.  —  Bo  w  niedzielę 
na  pewno ktoś  się  włamie  do  automatu  z  wodą  sodową  i 
ukradnie  szklankę.  I  ty  podążysz jego  świeżym  śladem,  a 
ja będę za ciebie trzymał kciuki! 

—    Przyrzekam ci  — powiedziałem  uroczyście  — że 

przed 

niedzielą 

obstawię wszystkie 

automaty 

wywiadowcami.  A  teraz  zjedz  uczciwie  połowę  sera  i 
kładź się spać. 

—     Dobra,  stary  —  odpowiedział  mi mój  syn  i  po 

chwili zamruczał: — No, to cześć. 

— Cześć. 
Odłożyłem  słuchawkę  i  jeszcze  przez  chwilę 

trzymałem  na  niej  dłoń;  tak,  jakbym  to  jego  trzymał  na 
dobranoc za rękę. 

—     Podziwiam  twojego  syna  —  powiedziała  cicho 

sekretarka.  —  Na  jego  miejscu  dawno  wyrzekłabym  się 
takiego ojca. Czy on jeszcze nie ma dosyć tego samotnego 
czekania w pustym mieszkaniu? 

—    Nie musiało być puste — powiedziałem i zdjąłem 

dłoń ze słuchawki; ale wciąż jeszcze nie podnosiłem oczu. 
— Jak  wiesz,  moja  żona  nie  zaprzątała  sobie  tym  głowy, 
uchodząc  w  siną  dal z  ognistym  brunetem  metr 
osiemdziesiąt wzrostu. 

I trochę za szybko sięgnąłem po płaszcz. 
—    Jedziemy. 
—    A kawa? 
—    Przepraszam  —  powiedziałem.  — Kawę,  oczywi- 

ście, wypijemy. 

W  klinice  na  Kraszewskiego  czekał  na  nas  siwy 

ordynator o wyglądzie krasnoludka. 

background image

Złote Koło 

 

waldi0055 

Strona 25 

 

—     Mogę  go  panom  pokazać,  ale  to właściwie 

wszystko. Na razie nie ma z nim kontaktu. 

Poszliśmy 

kamiennym 

korytarzem, 

on 

zaś, 

prowadząc nas, opowiadał: 

—    Złapali go w parku na Krzykach. Biegał po trawie 

i  krzyczał,  że  jest  mordercą.  I  ubranie  rzeczywiście  miał 
zachlapane krwią. 

—    Czy zrobiliście już analizę tej krwi? 
—    Jeszcze nie. 
—     Zajmij  się  tym  —  powiedziałem  do Traszki.  — 

Niech  sprawdzą,  czy  to  jest w  ogóle  krew  ludzka.  A  jeżeli 
ludzka, to 

jakiej grupy. 
—    Jaką grupę miał nasz mały? — za-pytał Traszka. 
—    AB — odpowiedziałem. 
—  Większość ludzi ma AB — westchnął siwy ordyna- 

tor o dłoniach kowala. 

—     To  i  tak  nie  ma  większego  znaczenia  — 

powiedziałem. 

—     Dlaczego?  —  zdziwił  się  Traszka.  — Mnie  by  to 

pasowało, jak ulał. 

—    Do czego? — wzruszyłem ramionami. — Przecież 

nasz prawie nie krwawił. 

Traszka  zamruczał  coś  niezadowolony  i  poszedł  do 

depozytu,  gdzie  leżało  odłożone  ubranie  chorego. 
Tymczasem my weszliśmy do małej izolatki, w której leżał 
nieruchomy człowiek  w  kaftanie bezpieczeństwa. Czuwał 
przy  nim  młody psychiatra  uczesany  na  Piotra  Janczer-
skiego  oraz  dwaj  pielęgniarze  o  statecznym  wyglądzie 
rzeźników. 

Chory  był  w  podeszłym  wieku,  ale  miał  barczyste 

ramiona  i  silne  ręce,  którymi  bez  trudu  mógłby 
zamordować  pięciu  takich,  jak  nasz  chłopak.  Z 
kącików ust kapała mu spieniona ślina. Kiedy za-ślinił się 

background image

Złote Koło 

 

waldi0055 

Strona 26 

 

już  ponad  miarę,  jeden  z  pielęgniarzy  otarł  mu  usta 
kawałkiem ligniny. 

—     Dostał  zastrzyk  uspokajający  —  objaśnił  mnie 

szeptem ordynator. — I teraz będzie spał przez najbliższe 
kilka godzin. 

—     Pan  był  przy  nim  od  początku?  — zapytałem 

barda-psychiatrę. 

—    Od chwili, kiedy go przywieziono. 
—    Co mówił? 
—  Kajał  się  —  odpowiedział  tamten krótko; 

widocznie był małomówny. 

—    Ale jak się kajał; konkretnie. 
—     Wołał  coś  w  tym  rodzaju,  że  nie 
rozumie,  jak 

mógł  to  zrobić;  zabiłem, powtarzał,  zabiłem  go,  ale 
dlaczego, dlaczego? I tak w kółko. 

—    Czy myśli pan, że on naprawdę kogoś zabił? 
Młody psychiatra podniósł oczy. Mimo głupiej fryzury 

miał mądry, uważny wzrok. 

—     Trudno  powiedzieć  —  odrzekł  z  namysłem.  — 

Mogło  mu  się  to  wszystko wydawać.  A  może  naprawdę 
zrobił  coś okropnego.  A  czy  panowie  mieliście 
jakiś meldunek o morderstwie? 

Zawahałem się. 
—    Tak — odpowiedziałem wreszcie. — Ale... 
—    Ale co? 
—    Nie wiem; zobaczymy. 
Otworzyły  się  drzwi,  zajrzała  pielęgniarka  z 

odznakami siostry przełożonej na czepku. 

—    Kapitan Budny to pan? Jest telefon do pana. 
Dzwonił kolega z komendy dzielnicowej na Krzykach. 
—    Interesujesz się tym wariatem? — zapytał. 
—    Jeszcze nie wiem — odpowiedziałem z rozdrażnię 

niem,  bo  naprawdę  jeszcze  nie  wiedziałem.  —  A  czy 
masz już coś w tej sprawie? 

background image

Złote Koło 

 

waldi0055 

Strona 27 

 

—     Ustaliliśmy  tożsamość.  Konrad  Zagórski,  lat 

sześćdziesiąt  siedem,  emeryt, samotny.  Mieszka  na 
Jaworowej pod siódmym. 

—    No, to prawie pod waszym bokiem. 
—    Dwa kroki. 
—    Czy myślisz, że on... 
—     Nie  wiadomo.  Ale  uważaj:  on  już raz  próbował 

udusić swoją siostrę. 

Ostry  atak  schizofrenii.  Spędził  potem  kilka 

lat w Kobierzynie. Rok temu wy- 

pisano go jako zdrowego. Rozumiesz. 
—    Rozumiem. 
Powiedziałem do siostry przełożonej: 
—     Wpiszcie  mu  do  karty  „Konrad  Zagórski,  lat 

sześćdziesiąt siedem” — i wróciłem do ordynatora, który 
czekał  na  korytarzu.  —  To  na  razie  wszystko  — 
powiedziałem.  —  Jak  wróci  do  siebie,  czy byłby  pan  tak 
dobry zadzwonić? 

—     Oczywiście.  Zadzwonię  albo  ja,  albo któryś  z 

lekarzy dyżurnych. 

Zeszliśmy  na  dół.  W  kamiennym  hallu  stał  już 

Traszka  i  spoglądał  ku  mnie wyzywająco.  Pod  pachą 
trzymał spore zawiniątko. 

—    Mam już wynik — powiedział, gdy podszedłem. 
—    No? 
—    Ta krew jest ludzka. 
—    Jakiej grupy? 
Spojrzał mi prosto w oczy i powoli powiedział: 
—    AB. 
—    Mówiłem już panom... — zaczął ordynator. 
Ale Traszka przerwał mu w pół słowa: 
—    Nasz zabity miał także grupę AB. 
Dotknąłem zawiniątka. 
—    Zabrałeś wszystko? 

background image

Złote Koło 

 

waldi0055 

Strona 28 

 

—    Wszystko. Płaszcza nie miał. 
—     Dobrze.  Po  drodze  podrzucimy  do zakładu.  I 

obróciłem się w stronę ordynatora. 

—     Na  razie  proszę  go  nie  wypuszczać z  kliniki. 

Nawet gdyby jutro zbudził się rześki jak stokrotka. 

—     Tak  czy  owak  musielibyśmy  zatrzymać  go  na 

obserwacji. 

—     Wobec  tego  proszę  go  obserwować wyjątkowo 

pilnie. 

Feliks  spał  w  radiowozie.  On  już  także  siedział  za 

kierownicą grubo ponad dopuszczalną ilość godzin. 

Zbudziłem go i powiedziałem: 
—     Felek,  jeszcze  jeden  mały  kurs i  wszyscy  trzej 

uderzymy w kimono. Ale ten kurs trzeba jeszcze zrobić. 

—    Trzeba to trzeba  — odpowiedział i zaczął budzić 

swoje pięćdziesiąt pięć koni. — Gdzie jedziemy? 

—     Najpierw  z  tą  paczuszką  pod  zakład, a  potem  na 

Odrzańską. 

Po  drodze  odezwała  się  centrala.  Dyżurny  oficer 

poinformował  nas,  że  Prałat  zwija  akcję  na  Złotym  Kole. 
Przeszukali nawet  wszystkie  piwnice,  do  których morder 
ca mógłby wrzucić narzędzie zbrodni; ale nie znaleźli nic, 
co by mogło wchodzić w rachubę. 

—    Czy jak skończy, to ma czekać, aż wrócicie? 
—     Nie  —  odpowiedziałem.  —  Niech idzie  spać, 

zasłużył. Ale dajcie mi znać, jak odezwie się Walendziak. 

Semko  mieszkał  na  ostatnim  piętrze  dużego, 

ponurego  domu,  zaraz  za  sklepem z  farbami.  Weszliśmy 
na  górę  razem  z  dozorcą,  ale  jeszcze  nie  zdążyliśmy 
zadzwonić,  gdy  drzwi  otworzyły  się  same. Stanęła  w  nich 
rozłożysta  blondyna  po trzydziestce,  o  ładnej  szyi  i 
ładnym  biuście,  co  łatwo  było  stwierdzić,  gdyż  była w 
samej  tylko  nocnej  koszuli  i  to  jeszcze nie  związanej  na 
piersiach. 

background image

Złote Koło 

 

waldi0055 

Strona 29 

 

Przyjrzała  się  Traszce,  który  był  w  mundurze,  a 

potem od razu zwróciła się do mnie, mimo że ja byłem po 
cywilnemu: 

—    Ładna historia. Widzę, że Semko znowu siedzi. 
—     Zgadła  pani  —  powiedziałem.  — Jeżeli  pani 

jeszcze  zgadnie  za  co,  postawię  pani  wódkę  w  barze 
rybnym naprzeciw. 

—     Nie  lubię  takich  zgadywanek  —  powiedziała.  — 

Człowiek  chlapnie  coś  żartem,  a  potem  ani  się  obejrzy,  a 
już znajdzie to w protokole. 

Cofnęła  się,  wpuszczając  nas  do  ogromnego  pokoju, 

który był właściwie jednym obrzydliwym barłogiem. 

—    Macie nakaz? — zapytała, poprawiając włosy. 
—    Oczywiście. 
Wzięła  blankiet  i  zaczęła  go  studiować  uważnie  jak 

weksel. 

—     Mogłaby  się  pani  ubrać  —  mruknął dozorca.  — 

Ostatecznie to milicja, a nie klienci. 

—  Zawsze chłopy — westchnęła filozoficznie i oddała 

mi  papier.  —  Od  czego  zaczniemy:  od  grzebania  w 
szafach czy od spowiedzi? 

—  Wolałbym spowiedź — odpowiedziałem grzecznie. 

—  Czy  może  nam  pani  po-wiedzieć,  o  której  Semko 
wyszedł dzisiaj rano? 

—     Nie  wiem  odpowiedziała  melancholijnie.  — 

Zbudziłam się dopiero, jak wrócił. 

—    A o której wrócił? 
—     Też  nie  wiem  —  odpowiedziała,  potrząsając 

głową.  —  Semko  sprzedał  swój zegarek  już  chyba  z 
tydzień temu. 

—    A pani nie ma własnego? Westchnęła. 
—    Mój poszedł jeszcze w
 zeszłym miesiącu. Zaraz po 

radiu. 

—    To radio także poszło? 

background image

Złote Koło 

 

waldi0055 

Strona 30 

 

Machnęła ręką. 
— Poszło. Widzi pan, Semko na starość 
oszalał.  Zrobił  się  zazdrosny  jak  Cygan  i  w  ogóle  nie 

daje mi pracować. I to są skutki. 

Rozejrzała się po mieszkaniu z goryczą. Rzeczywiście, 

nie wyglądało jak buduar madame Pompadour. 

Wziąłem do ręki kawałek zeschniętego Chleba, leżący 

na stole i stuknąłem weń palcem. 

—    Widzę, że naprawdę znaleźliście się w kropce. 
—    Pan nawet nie wie, w jakiej! 
—   Myślę —  powiedziałem  ostrożnie  — że  w tej 

sytuacji Semko byłby gotów przyjąć każdą robotę. 

—   To znaczy? 
—   Każdą robotę, za którą mógłby dostać parę groszy. 
Przyjrzała mi się pilniej, niż dotychczas. 
—     Co  on  zrobił?  —  zapytała  bez  uśmiechu.  Widać 

było, że zależy jej na odpowiedzi. 

—    Nie pochwalił się? 
—    Nie. 
Wyglądało, że mówi prawdę. 
—     Niestety  —  powiedziałem.  —  Jeszcze  dzisiaj  nie 

mogę pani tego powiedzieć. 

I odwróciłem się do Traszki. 
—    Myślę, że czas przejść do punktu drugiego. 
W  tej  chwili  na  schodach  rozległy  się  kroki  i  w 

drzwiach stanął Feliks. 

—    Panie kapitanie — mruknął. Wyszedłem do niego 

na klatkę. 

—    Mam na linii Walendziaka — powiedział cicho. — 

Prosi,  żeby  pan zszedł. Zdaje  się,  że  ustalił  nazwisko  tego 
chłopaka. 

Wywołałem  Traszkę  i  powiedziałem,  ściszając  głos, 

tak, żeby Kaśka Raz-Dwa--Trzy nie mogła tego usłyszeć: 

—    Przeszukaj tu ładnie każdy kącik. 

background image

Złote Koło 

 

waldi0055 

Strona 31 

 

Ja jadę do Walendziaka. Jak zajadę, odeślę ci wóz. 
—    A czego  właściwie  mam  szukać?  — zapytał 

Traszka, patrząc na mnie bardzo niechętnymi oczyma. 

—     Pieniążków  —  odpowiedziałem.  — Pięknego 

zwitka banknotów, ukrytego gdzieś w jakiejś szparze. 

—     Ponosi  cię  fantazja  —  powiedział  ze złością.  — 

Kto  by  płacił  żywą  gotówką za  sprzątnięcie  takiego 
szczeniaka? 

—    Nie  wiem  — odpowiedziałem.  — Ludzie płacą za 

różne dziwne rzeczy. 

I  zszedłem  do  wozu.  Walendziak  był  połączo- 

ny z centralą  i  nasza  rozmowa  odbywała  się  przez 
dyżurnego. 

—     Ma  nazwisko  —  poinformował  mnie dyżurny.  — 

Janusz Kruk. Do niedawna uczeń technikum mechaniczno-
elektrycznego. 

—    Adres? 
—     Jeszcze  go  nie  ma,  ale  myśli,  że  za chwilę  będzie 

miał. Jest w technikum i czeka na dyrektora. 

—    O tej porze? 
—    Dyrektor klął, ale zgodził się przyjść. 
—    Gdzie to jest? 
—    Ulica Młodych Techników. Boczna Legnickiej. 
—    Powiedz, mu, że zaraz tam będę. 
Odwiesiłem 

radiotelefon. 

Felek, 

westchnął 

powiedział: 

—    Czuję, że to jeszcze nie  był ostatni kurs. A ja, jak 

na  złość,  kupiłem  sobie wczoraj  piękną  wersalkę  z 
Wyszkowa. Pan wie, jak się śpi na czymś takim? 

Technikum  mechaniczno-elektryczne  mieściło  się  w 

dużym,  poniemieckim gmachu;  od  ulicy  oddzielało  je 
ogrodzenie z
 żelaznych  sztachet.  Wszystkie  okna  były 
ciemne; tylko na parterze paliło się mocne światło. 

background image

Złote Koło 

 

waldi0055 

Strona 32 

 

Był  tam  sekretariat  szkoły.  Za  biurkiem  sekretarki, 

półleżąc,  półsiedząc  drzemał  Walendziak,  ciasno 
zakutany  w  swój  milicyjny  płaszcz.  Obok,  na  samym 
brzeżku  krzesła,  siedział  wyprostowany  staruszek  w 
kożuchu, wciągniętym na wyblakłą piżamę. 

Kiedy  wszedłem,  staruszek  szybko  wstał,  a 

Walendziak z trudem otworzył oczy. 

—     Obywatel  jest  tutaj  woźnym  —  powiedział, 

próbując  również  podnieść  się z  miejsca,  ale  na  mój 
pierwszy  znak opadł  z  ulgą  na  fotel.  —  I  dość 
dobrze pamięta tego chłopaka. Chodził tu w zeszłym roku, 
ale gdzieś tak na wiosnę przestał się pokazywać. 

—     Niech  mi  pan  powie  o  nim  coś  więcej — 

zwróciłem się do staruszka. 

Zamrugał małymi oczkami i powiedział szybko: 
—    Dużo więcej to ja nie wiem. Ot, tyle, co z widzenia. 

Ale  pamiętam,  że  był,  jak to  mówią,  bardzo  zamknięty  w 
sobie. I 

trzymał 

się 

zawsze 

boczku. 

Inni 

latali, wrzeszczeli,  rzucali  śniegiem,  a  on  tylko patrzył  — 
tak jak taki cudzy pies. Myślę, że nie czuł się tutaj dobrze, 
chociaż, prawdę mówiąc, to nie wiem, dlaczego; 

bo to jest bardzo porządna szkoła. Czasami było mi go 

żal i raz nawet chciałem z nim trochę pogadać; ale on, wie 
pan,  posłuchał,  posłuchał,  a  potem  nic nie  powiedział  i 
poszedł. A chodził zawsze tak. 

Mówiąc  to  staruszek  pochylił  głowę,  wciągnął  ją  w 

ramiona  i  przeszedł  przez pokój  jakimś  takim 
rzeczywiście psim ruchem. 

—    Zaraz przyjdzie dyrektor — mruknął Walendziak 

— i otworzy biurko. Myślę, że znajdziemy w nim adres. 

Dyrektor  przyszedł  rzeczywiście  za  chwilę.  Był  to 

mrukliwy  starszy  pan o  porywczych  ruchach  i  dość 
bezceremonialnym  sposobie  bycia;  jeden  z  tych, którzy 

background image

Złote Koło 

 

waldi0055 

Strona 33 

 

nie budzą sympatii zwierzchników, ale za to są uwielbiani 
przez młodzież. 

Przedstawiliśmy mu się obaj, a on w milczeniu podał 

nam  rękę;  widocznie uważał,  że  nie  ma  potrzeby 
wymieniać swojego 

nazwiska, 

skoro 

już 

został 

tutaj wywołany telefonicznie. 

Walendziak  pokazał  mu  fotografię;  dyrektor  ledwie 

rzucił na nią okiem i zaraz ją odłożył. 

—     Tak,  to  jest  Kruk.  Janusz  Kruk  — powiedział, 

otwierając biurko. — Bardzo słaby uczeń; większość ocen 
niedostatecznych.  W  gruncie  rzeczy  dobrze,  że 
sam zrezygnował;  tylko  niepotrzebnie  zajmował  miejsce 
innym. 

Bez szukania wydobył jakąś dużą księgę, obłożoną w 

szary  papier  i  prawie  nie  kartkując  otworzył  na 
właściwym miejscu. 

—    Zamiejscowy — powiedział. — Miejsce zamieszka 

nia Ścinawa. Proszę sobie przepisać adres. 

Walendziak pochylił się nad książką, a ja zapytałem: 
—    Dojeżdżał? 
—    Za daleko. 
—    Załatwiliście mu internat? 
—    Z  początku  się  nie  zwracał.  Potem, gdzieś  tak 

wiosną  zeszłego  roku,  złożył  podanie,  ale  przy  jego 
postępach nie mogło być o tym mowy. 

—    Podanie zostało odrzucone? 
—    Jednogłośnie. 
—    Więc gdzie mieszkał? 
Dyrektor  jeszcze  raz  zerknął  do  książki,  odsuwając 

Walendziaka bez pardonu. 

—     Brak  danych.  Jedyny  adres,  jaki nam  podał,  to 

właśnie ten: w Ścinawie. 

—    Czy może pan opowiedzieć coś więcej? 

background image

Złote Koło 

 

waldi0055 

Strona 34 

 

—    Nie — odpowiedział bez namysłu. — Pan wie, ilu 

ja  mam  uczniów?  Proszę przyjść  jutro  rano,  w  godzinach 
lekcyjnych. Poznam panów z wychowawcą klasy, do której 
uczęszczał Kruk. A on pomoże panom odszukać chłopców, 
którzy trzymali się z tym Krukiem bliżej. Chociaż, prawdę 
mówiąc, zdaje się, że nikt nie trzymał się z nim za blisko. 

—    Podporucznik Walendziak będzie tutaj o ósmej. 
—     Nie  —  odpowiedział.  —  O  ósmej  za wcześnie. 

Muszę  najpierw  załatwić  parę spraw  bieżących.  Proszę 
być o wpół do dziewiątej. 

—     Tak  jest,  panie  dyrektorze  —  powiedział 

służbiście Walendziak. Był prawie w wieku jego uczniów i 
szkoła wciąż 

budziła w nim większy respekt niż milicja. 
—     To  wszystko?  —  zapytał  dyrektor zamykając 

książkę. 

—    Na dzisiaj tak. Dziękujemy i przepraszamy. 
Ukłoniliśmy się i obaj z Walendziakiem ruszyliśmy ku 

drzwiom.  Dopiero  wtedy zapytał  nas  innym,  bardzo 
cichym głosem: 

—    Co właściwie się stało? Coś niedobrego? 
—    Bardzo niedobrego, panie dyrektorze — odpowie 

działem,  obracając  się  ku niemu  powoli.  —  Najgorszego, 
co  może się  zdarzyć.  Ale  proszę,  żeby  ani  pan,  ani pański 
podwładny nie dzielili się z nikim tą informacją. 

Wracaliśmy  wozem  Walendziaka,  bo  mój  poszedł  po 

Traszkę.  Walendziak wysiadł  przy  dworcu  Świebodzkim; 
miał stąd  jeszcze  trzy  kwadranse  pociągiem do  domu.  Ja 
podjechałem pod komendę. Przy bramie, prowadzącej na 
dziedziniec, stał  Traszka  i  podpisywał  Feliksowi  ostatni 
kurs. 

Zdziwiłem  się,  że  już  jest,  ale  on  spojrzał  na  mnie 

spod oka i mruknął: 

background image

Złote Koło 

 

waldi0055 

Strona 35 

 

—     Starenia,  robiłem  dla  ciebie  przynajmniej  tysiąc 

rewizji  i  zdaje  się,  że  zawsze  byłeś  zadowolony,  prawda? 
Ja  nie muszę  zrywać  podłogi,  by  mieć  pewność, że 
mieszkanie  jest  czyste.  Tamto  jest czyste,  możesz  mi 
wierzyć. 

—    A piwnica? 
—     Daj  spokój  —  powiedział  ze  zgorszeniem.  —  Czy 

masz  mnie  za  debiutanta? Piwnica  jest  równie  czysta  jak 
mieszkanie. 

Zachmurzyłem się, a on trącił mnie pogodnie: 
—     Głowa  do  góry.  Twój  morderca  śpi  teraz  po 

zastrzyku  jak  dziecię.  Kiedy  się  obudzi,  przyzna  ci  się  z 
płaczem do wszystkiego. 

Wydąłem wargi, a on dodał: 
—     Zobaczysz  —  i  już  bez  dalszych  rozmów  poszliś- 

my do wydziału. 

W gabinecie starego siedział Prałat i obaj rozmawiali 

półgłosem.  Kiedy  weszliśmy,  umilkli,  a  Prałat  przyjrzał 
mi się  niepewnie,  jakby  się  bał,  że  będę  z niego 
niezadowolony. 

—     Co  się  stało?  —  zapytałem.  —  Miałeś  pójść  się 

położyć. 

Spuścił oczy i wypaloną zapałką zaczął rozgrzebywać 

niedopałki w popielniczce. 

—     On  ma  dla  ciebie  nowinę  —  powiedział  stary  i 

dziobnął  Prałata  wskazującym  palcem.  —  No,  jazda, 
opowiadaj. 

Prałat  uniósł  brwi,  ale  nie  uniósł  oczu.  Wobec  tego 

stary powiedział sam: 

—     Twój  badylarz  nie  powiedział  ci  całej  prawdy. 

Miał w samochodzie jeszcze kogoś. Wysokiego mężczyznę 
o  wyglądzie boksera.  Kiedy  zatrzymali  się  przy  chłopcu i 
twój  badylarz  zdecydował  się  go  zabrać,  tamten  szybko 
odszedł w kierunku Szajnochy. 

background image

Złote Koło 

 

waldi0055 

Strona 36 

 

—    Skąd to masz? — zapytałem Prałata. 
Zgarbił się i zamruczał: 
—     Już  się  pakowaliśmy,  kiedy  przyszła jedna 

kobieta.  Widziała  ten  moment  wychodząc  do  pracy. 
Pracuje w drukarni RSW Prasa na drugiej zmianie. 

—     Nie  zatrzymała  się,  żeby  popatrzeć, co  tam  się 

dzieje? 

—     Nie  —  pokręcił  głową  Prałat.  — Spieszyła  się. 

Musiała jeszcze przed pracą wstąpić do przychodni. 

—    Może tamten także musiał wstąpić do przychodni 

—  powiedziałem  ze  złością.  —  I  tak  samo  jak  ona  nie 
chciał tracić czasu. 

—     Może  —  szepnął  Prałat.  Miał  w  sobie  dużo 

prostej,  chłopskiej  pokory.  Ale równie  dużo  chłopskiej 
nieustępliwości.  —  Może  po  prostu  się  śpieszył.  A 
może nie. Ja bym go w każdym razie poszukał. 

—    Poszukać go trzeba, to jasne — wtrącił niecierpli 

wie  Traszka.  —  Ale  ja w niego  nie  wierzę.  Tak,  jak  nie 
wierzę w twojego Semkę. W klinice na Kraszewskiego leży 
facet,  który  przez  całe popołudnie  krzyczał,  że  jest 
mordercą. A  jego  ubranie  jest  zachlapane  krwią; krwią, 
która ma tę samą grupę co krew zabitego. A my nie mamy 
innego  meldunku  o  morderstwie.  Czy  to  wam  się nie 
układa w logiczną całość? 

—     Układa  się,  układa  —  powiedział major.  —  Nie 

musisz  od  razu  krzyczeć; i  tak  jesteś  dostatecznie 
przekonywający. 

I podniósł oczy na mnie. 
—    A ty? Co o tym myślisz? 
—     Nie  wiem  —  powiedziałem;  który to  już  raz  tego 

dnia?  —  Nie  wiem  — powtórzyłem.  —  Myślę,  że  jak 
zawsze trzeba  chwytać  wszystkie  nitki.  Ale  jeśli chodzi  o 
mnie  osobiście,  to  chciałbym z
 rana  skoczyć  do  Ścinawy; 
to jest jego ostatni adres, jaki znamy. 

background image

Złote Koło 

 

waldi0055 

Strona 37 

 

—    A nie wolisz wysłać tam Walendziaka? — zapytał 

stary. 

—     Nie  —  odpowiedziałem.  —  Walendziak  jutro  od 

rana  będzie  siedział  w technikum.  Jest  najmłodszy  z  nas; 
najłatwiej  będzie  mu  nawiązać  kontakt  z chłopcami, 
którzy  kiedyś  znali  tego  naszego  Kruka.  Jak  tylko  złapie 
ślad,  przejmę  go  od  razu  od  niego.  Ale  zacząć  powinien 
właśnie on. 

— Dobrze — powiedział stary. — Wbrew temu, co wy 

wszyscy  mówicie, a  jeszcze  bardziej  wbrew  temu,  co 
naprawdę myślicie, ja uważam, że mordercy Kruka trzeba 
szukać  wśród  jego  rówieśników.  Bo  tak,  na  zdrowy 
rozum, kto  z  dorosłych  —  i  za  co?  —  mógłby zabić 
szesnastoletniego  chłopaka,  nie  posiadającego  ani 
pieniędzy,  ani  ustosunkowanych  rodziców.  Na  dodatek 
chłopaka z  prowincji,  który  nie  mógł  tu  jeszcze zapuścić 
korzeni! 

—     To  prawda  —  powiedziałem.  —  Ale myśmy  już 

widywali  dziwniejsze  rzeczy. Na  razie  trzeba  uruchomić 
dzielnicowych ze 

wszystkich 

komend; 

niech 

od 

rana szukają miejsca, w którym mieszkał. A przynajmniej 
nocował. 

—     Przecież jedziesz jutro  do  Ścinawy  —  wtrącił  się 

Traszka. 

—    I co z tego? 
—    Rodzina na pewno będzie wiedzieć. 
—    W szkole nie wiedzieli. 
—   On  ma  rację  —  powiedział  stary  do Traszki, 

mierząc  we  mnie  wyciągniętym palcem.  —  Jeżeli  chłopak 
się  stoczył  — a  sądząc  z  tego,  co  mówili  w  szkole,  to tak 
mogło  być  —  to  rodzina  nie  będzie znała  jego  ostatniego 
adresu. 

—     Albo  ostatniej  meliny  —  powiedział chmurnie 

Prałat. 

background image

Złote Koło 

 

waldi0055 

Strona 38 

 

—     Albo  meliny  —  potwierdził  zgodliwie  stary.  — 

Niech  pocisną  wszystkich dozorców;  pora  roku  nie  jest 
taka,  żeby sprzyjała  sypianiu  na  ławce.  Musiał  mieć we 
Wrocławiu jakieś zahaczenie. 

—    W porządku  —  powiedział  Traszka  ale  zrobił  to 

bez przekonania. — Zajmę się tym zaraz od rana. 

—  Wobec  tego  idziemy  lulu  —  zakomenderował 

stary. 

Mój  syn  spał  jak  małe  dziecko  —  z  jedną  nogą 

wystawioną  spod  kołdry  i  dłońmi  przyciśniętymi  do 
twarzy;  z  tym,  że  było  to  dziecko  wzrostu  metr 
siedemdziesiąt,  o  stopie  podolskiego  złodzieja;  już od 
roku nosił buty większe ode mnie. 

Na  stole  w  kuchni  leżało  pół  serka  brie  i  karteczka, 

oparta o maselniczkę: Jesteś niemożliwy, mimo to zjadłem 
tylko połową.
 

Popatrzyłem  na  niego.  Fukał  przez  zapchany  nos  i 

krzywił się przez sen; widocznie coś mu się w tym śnie nie 
podobało. Pomyślałem, że on także mógłby iść przez Złote 
Koło  —  dziś,  w  południe podczas  tej  cholernej  mgły.  A 
potem  pomyślałem,  że  nie;  bo  najpierw  musiałby przejść 
przez  to  wszystko,  przez  co  przeszedł  tamten;  a  na  to  ja 
bym  mu  nie  pozwolił.  A  potem  pomyślałem,  że  to  też 
nie jest  pewne,  bo  przecież  nikt  z  nas  nie  wie, przez  co 
tamten  przeszedł,  zanim  trafił do  gipsiarki,  w  której 
wypisano  mu  lakoniczny  akt  zgonu.  I  w  nie 
najlepszym nastroju położyłem się spać. 

Do  Ścinawy  przyjechaliśmy  o  dziewiątej  rano. 

Zameldowałem  się  w  miejscowej  komendzie  i  wziąłem 
stamtąd plutonowego, który zawiózł mnie. na miejsce. 

Był to mały, zapuszczony domek, w którym mieszkało 

aż  siedem  skłóconych rodzin.  W  najmniejszym,  ale  też 
najczystszym  pokoiku,  przyjęła  nas  mizerna kobieta  o 
bardzo smutnych oczach. 

background image

Złote Koło 

 

waldi0055 

Strona 39 

 

—    Co on zrobił? — zapytała, gdy powiedzieliśmy, że 

chodzi  nam  o  Janusza Kruka,  a  wargi  jej  się  zatrzęsły.  — 
Czy panowie  go...  —  chwilę  szukała  słowa, a  potem 
dokończyła prawie bezgłośnie. — Panowie go poszukują? 

—     Pani  jest  jego  matką?  —  zapytałem prawie 

równie cicho jak ona. 

—    Ciotką — odpowiedziała bez tchu. — 
Jego matka nie żyje. Czy on... 
—    A gdzie moglibyśmy znaleźć jego ojca? 
—    Ojca — powtórzyła i spuściła oczy. — 
On  także...  Widzi  pan,  oboje  zginęli  w  tym  samym 

wypadku, dziewięć lat temu, na drodze do Środy. Szwagier 
był kierowcą na cysternie, rozwoził benzynę. 

Może  nie  powinien  był  tego  robić,  ale  zabrał  ją  ze 

sobą; wpadła na nich ciężarówka... no i pan rozumie... 

Przez  chwilę  oboje  milczeliśmy;  milczał  także  młody 

plutonowy z miejscowej komendy. Po tym, co powiedziała 
ta kobieta, trudno było przejść do normalnych pytań. 

Ona sama nam pomogła. 
—     Zawsze  się  bałam  —  powiedziała cicho  —  że  on 

może  zrobić  coś  niedobrego.  Widzi  pan,  on  tak  jakby 
nigdy  nie potrafił  się  pogodzić  z  tym  wszystkim: że  inni 
mają  rodziców,  a  on  nie;  i  że  zginęli  tak  potwornie  bez 
sensu  —  podobno tamten  kierowca  był  pijany;  i  że 
musi mieszkać ze mną, tu, w tej ruderze, w której wszyscy 
się nie lubią. Od tamtego wypadku zrobił się taki jakiś zły, 
zawistny;  zazdrościł  innym  dzieciom  dokuczał im,  a 
potem płakał. Bardzo często płakał. 

A  jak  podrósł,  to  zaczął  chodzić  taki  ponury,  zły  na 

cały  świat,  nawet  na  mnie,  chociaż  ja  sobie  ręce 
urabiałam,  żeby  go ubrać  i  wyżywić.  A  pan  wie,  co  to 
jest samotna kobieta bez kwalifikacji... Brałam do prania, 
sprzątałam,  myłam  podłogi  u  innych,  bogatszych.  On  ich 
za  to  nie lubił;  ale  mnie  także  nie  lubił,  proszę pana  — 

background image

Złote Koło 

 

waldi0055 

Strona 40 

 

jakby mi nie mógł darować, że jestem taka biedna. I że tak 
sobie nie umiem poradzić. I ciągle mu się zdawało, 

że gdzie indziej to musi być lepiej. Pewnie dlatego, jak 

tylko  skończył  podstawówkę,  to  zaraz  uciekł  do 
Wrocławia. 

—    U kogo tam mieszkał? — zapytałem. 
—    U stryjka — odpowiedziała, nie patrząc na mnie, 

jakby rozmawiała sama z sobą. — To znaczy u brata jego 
ojca,  też  Kruka  —  Stanisława  Kruka,  bardzo  porządnego 
człowieka. 

—    Ma pani jego adres? 
—     Pewnie,  że  mam.  Grabiszyńska  360. Takie  nowe 

osiedle, może pan zna. 

—    Gdzie pracuje? 
—    W Pafawagu. Jest jakimś tam majstrem, musi się 

pan zapytać. 

Pomilczeliśmy jeszcze chwilę, a potem ta zapytałem: 
—    Czy pani ma jakieś fotografie Januszka? 
Rozpromieniła się: 
—     Mam.  —  I  zaraz  zgasła.  —  Ale  bardzo  mało  — 

dodała. 

Wyjęła kasetkę, a z niej trochę amatorskich fotografii 

w  formacie  6  X  9.  Po  raz  pierwszy  zobaczyłem  Janusza 
Kruka żywego: drobny, nieufny chłopiec, prawie zawsze z 
rękami  w  kieszeniach,  patrzący trochę  spode  łba,  często 
uśmiechnięty ironicznie.  Tylko  na  jednym  zdjęciu 
śmiał się  —  bardzo  szeroko  i  swobodnie  —  i  na tym 
zdjęciu  był  bardzo  sympatyczny;  pomyślałem,  że  gdyby 
śmiał się częściej, być może wszyscy by go lubili. 

—     On  nie  widział,  jak  robiłam  to  zdjęcie  —  powie 

działa  kobieta,  a  w  jej  głosie  pojawiła  się  jakaś  ciepła, 
niemal wzruszająca  nutka.  —  Tak  pstryknęłam, że  nawet 
nie zauważył. 

—    A z czego się tak cieszył? 

background image

Złote Koło 

 

waldi0055 

Strona 41 

 

—     To  bardzo  dziwna  historia  —  powiedziała  i 

znowu  się  zamyśliła.  —  Widzi pan,  on  kiedyś  sam 
przetrącił kamieniem takiego ptaszka, u nas się to nazywa 
modraczek.  A  potem  przyniósł  go  do  domu i  tak  długo 
pielęgnował,  aż  ten  modra-czek  znowu  zaczął  latać  i 
pofrunął do lasu. Właśnie wtedy zrobiłam mu to zdjęcie. 

—     Mam  prośbę  —  powiedziałem.  — Chciałbym  na 

krótko zabrać te wszystkie fotografie. 

Przestraszyła się. 
—    Zabrać? 
—     Zrobimy  tylko  reprodukcje  i  natychmiast  pani 

zwrócimy. 

—    Czy to konieczne? 
—    Mogłoby się przydać. 
—    Do czego? 
Przez długą chwilę patrzyłem na nią, nie wiedząc, jak 

to  powiedzieć.  Potem spuściłem  oczy  i  powiedziałem  po 
prostu: 

—    On nie żyje. 
Nie zajęczała, ani nawet nie drgnęła. Tylko nagle stała 

się blada jak papier. 

—    Jak to... było? — wyszeptała. 
Ciągle jeszcze nie mogłem podnieść na 
nią  oczu.  Patrzyłem  na  roześmianego  chłopca,  który 

najpierw  sam  przetrącił ptaszka,  a  później  również  sam 
go wyleczył i  wypuścił  — i milczałem. Wreszcie skurcz  w 
gardle minął; powiedziałem bardzo cicho: 

—     Widzi  pani,  właśnie  tego  nie  wiemy. Wszystko 

wskazuje na to, że ktoś go za~ bił. Uderzył go w głowę — w 
biały dzień, na ulicy — i zniknął. I my teraz szukamy tego 
człowieka. 

—    Za co go?... 
I urwała. 
Dopiero teraz podniosłem na nią oczy. 

background image

Złote Koło 

 

waldi0055 

Strona 42 

 

—     Tego  także  nie  wiemy  —  powiedziałem  i 

pomyślałem, że ciągle jeszcze nie wiemy prawie nic; albo 
przynajmniej nieskończenie mało. — Tu jest bardzo wiele 
niewyjaśnionych  spraw;  ale  jestem pewien,  że  w  końcu 
wszystkie wyjaśnimy. 

Było jej to zupełnie obojętne, skore Januszek nie żył... 
—    Czy mogłabym go zobaczyć? — zapytała. 
—    Oczywiście — powiedziałem. — Ale byłoby lepiej, 

gdyby  pani  z  tego  zrezygnowała.  Jest  w  Zakładzie 
Medycyny Sądowej. 

—    Rozumiem — szepnęła. — Mimo to chciałabym... 
—    To będzie dla pani bardzo przykre. 
—    Trudno, proszę pana. 
—    Dobrze, wypiszę pani kartkę. 
—     Januszek  —  szepnęła.  —  Mój  biedny, mały 

Januszek... 

—     Czy  w  tej  sytuacji  —  zapytałem cicho,  dotykając 

ostrożnie leżących na stole zdjęć — pozwoli nam pani... 

| — Tak — odpowiedziała. — Ale naprawdę proszę mi 

to oddać. 

Kiedy  wracaliśmy  —  w  milczeniu,  nie  patrząc  po 

sobie,  tylko  paląc  jednego  papierosa  za  drugim  — 
odezwał  się  radiotelefon.  Centrala  informowała,  że 
Walendziak  prosi  o  przybycie  do  technikum; znalazł 
chłopca, który może dużo powiedzieć o Kruku. 

—    A co z naszym badylarzem? — za-pytałem. — Czy 

wiadomo już, kogo miał i wtedy w swoim wozie? 

—  Badylarz  zniknął  z  miasta.  Daliśmy  znać  do 

komendy wojewódzkiej; będą go szukać po całym Dolnym 
Śląsku. 

—    A czy macie coś nowego w sprawie tego wariata z 

Kraszewskiego? 

—    Tylko jeden meldunek: jakaś kobieta widziała go 

wczoraj  w  południe;  szedł Świdnicką  i  gadał  sam  do 

background image

Złote Koło 

 

waldi0055 

Strona 43 

 

siebie. Jeszcze wtedy był w płaszczu, ale płaszcza na razie 
nie znaleziono. 

—     To  nie  jest  tak  mało  —  powiedziałem.  —  Ze 

Świdnickiej  w  parę  minut można  zajść  na  Złote  Koło.  Czy 
dzwoniliście do kliniki? 

—    Porucznik Traszka był tam osobiście. 
—    No i co? Czy tamten odzyskał przytomność? 
—    Tak, ale milczy, nie chce odpowiadać. 
—     Jakby  było  coś  nowego,  sto  szukajcie mnie  w 

technikum; jadę do Walendziaka. 

Zastałem  go  w  sali  gimnastycznej;  prawdopodobnie 

było to jedyne spokojne miejsce w całej szkole. Siedział na 
niskiej, długiej  ławeczce  i  notował  to,  co  bez  pośpiechu 
dyktował mu najbliższy kolega zabitego. Był to chłopak z 
ery  tranzystorów  i  stereofonii;  skupiony,  uważny, 
nieskłonny  do  uniesień,  chwilami  nawet  trochę  chłodny, 
ale  za  to  bardzo  dokładny i  przez  tę  swoją  dokładność 
budzący zaufanie. 

—    Rokita — przedstawił się, badając mnie równocze 

śnie  spokojnym  wzrokiem. —  Adam  Rokita.  Jeżeli  pan 
pozwoli,  nie będę  zaczynał  od  początku;  doszliśmy 
do momentu, kiedy Janusz, to znaczy Kruk, zaczął bywać u 
mnie w domu. 

—    Proszę — powiedziałem, przysiadając obok nich. 
—    Moi rodzice nie byli z tego zadowoleni. Mój ojciec 

jest  inżynierem  w  Elwro i  ma  do  ludzi  stosunek,  że  tak 
powiem, materiałoznawczy.  Jego  zdaniem  Kruk to  był 
materiał w trzecim gatunku. 

—    Czy zdaniem pańskiego ojca trzeci gatunek to jest 

taki, z którego już nic nie można zrobić? 

—    Tylko przy dużym wysiłku. 
—     Pański  ojciec  był  przeciwny  podejmowaniu  tak 

dużego wysiłku? 

—    Tak jest. Uważał, że ja więcej stracę, niż on zyska. 

background image

Złote Koło 

 

waldi0055 

Strona 44 

 

—    Czy pan mimo to próbował? 
—    Prószę mi mówić Adam — powiedział, ale w jego 

prośbie  nie  było  skromności,  tylko  coś  innego,  czego  na 
razie nie umiałem nazwać. 

—    Jak wolisz. 
—     Wolę.  Nie  mam  ochoty  zbyt  wcześnie  przenosić 

się do świata dorosłych. 

—    Czy on cię lubił? 
—    Nie. 
—    Więc dlaczego przychodził? 
—    Lubił słuchać płyt, a ja mam dosyć dużo. 
—    A ty jego lubiłeś? 
—    Także nie. 
—    To po co go zapraszałeś? 
Przyjrzał mi się nieufnie, jakby nie 
wiedział, czy powinien odpowiedzieć. 
— Było mi go trochę żal — odpowiedział wreszcie. 
—    Dlaczego? 
—    Wydawał mi się bardzo biedny. 
—    Pod względem materialnym? 
—    Także. Ale to nie było najważniejsze. 
—    A co byś postawił na pierwszym miejscu? 
Zastanowił się. 
—    Nie umiem powiedzieć. Po prostu czułem, że jest 

biedny. Na przykład wcale nie umiał się śmiać. 

—     Umiał  —  powiedziałem  i  pokazałem mu  zdjęcie 

przywiezione ze Ścinawy. 

Obejrzał je z zainteresowaniem i pokręcił głową. 
—    Dziwne — powiedział. — U nas w szkole nigdy tak 

nie wyglądał. 

—     Czy  ta  wasza,  że  tak  powiem,  bliższa  znajomość 

trwała długo? 

—    Parę miesięcy. 
—    A kiedy się skończyła? 

background image

Złote Koło 

 

waldi0055 

Strona 45 

 

—    Wtedy, kiedy do mnie zaczęła przychodzić jedna 

dziewczyna. 

—    Koleżanka? 
—    Ale nie z naszej budy, z ogólniaka. 
—    Nie lubił jej? 
—     W  pewnym  sensie.  On  w  ogóle  był zły  na 

dziewczyny. 

—    Dlaczego? Nie podobał się? 
—    Nie próbował. On, widzi pan, traktował je trochę 

tak jak płyty; ten je ma, kto ma zamożnego ojca. 

—    Ale ty wiesz, że to nieprawda. 
—    Ja wiem. _Ale ja mam ojca, który dobrze zarabia. 

A on nie miał żadnego. 

—    Kompleks sieroty? 
—    Nie wiem, ja się na tym nie znam. W każdym razie 

był dla niej bardzo nieprzyjemny, parę razy pokłócili się, 
a potem przestał przychodzić. 

—     Czy  to  było  mniej  więcej  wtedy, kiedy  przestał 

przychodzić do szkoły? 

—    Mniej więcej. 
—    A co się z nim stało potem? 
—   Zaczął się włóczyć z bardzo niefajnymi chłopcami. 
—    Co to byli za chłopcy? 
—    Pan by ich nazwał chuliganami. 
—    A ty? 
—    Dla mnie to była zwykła szaja. 
—    Czy znasz nazwisko albo adres któregoś z nich? 
—    Nie. Ale mogę się dowiedzieć. 
—    Jak szybko? 
—    Może jeszcze dziś. 
—    Postaraj się — powiedziałem i wstałem. — Ustal z 

nim  kontakt  —  poleciłem Walendziakowi.  —  Ja  jadę  do 
Pafawagu. 

I poklepałem chłopaka po ramieniu. 

background image

Złote Koło 

 

waldi0055 

Strona 46 

 

—     Szkoda,  że  przestał  do  mnie  przychodzić  — 

powiedział  zamyślony,  a  może po  prostu  smutny?  — 
Gdyby nie przestał... 

I potrząsnął głową. 
Dojeżdżaliśmy  już  do  bramy  zakładów,  kiedy 

odezwała się centrala. 

—    Zatrzymali tego pańskiego badylarza. 
—    Butyraka? 
—    Tak. 
—    Gdzie był? 
—    W Kudowie. 
— Niech go zaraz przesłuchają na miejscu. Jeżeli poda 

nazwisko  człowieka, który  wtedy  był  z  nim  w  samocho 
dzie, dajcie mi znać. Chciałbym sam pojechać po niego. 

—    Już się robi, obywatelu kapitanie. 
Zanurzyłem się w hałas tej największej 
z  fabryk  Dolnego  Śląska  i  przez  chwilę  wydawało  mi 

się,  że  muszę  ogłuchnąć. Potem  mi  to  przeszło,  ale  łomot 
w skroniach pozostał. 

W  ogromnej  hali,  w  której  wytaczano  koła  do 

wagonów,  czekał  na  mnie  wysoki człowiek  o  suchej 
twarzy  pastora.  Był  to Stanisław  Kruk,  stryj  zabitego 
Janusza. 

—    Pan mnie szuka? — zapytał. 
—   Tak  —  odpowiedziałem.  —  Pan  już wie,  o  co 

chodzi? 

—     Wiem  —  odparł.  —  Miałem  telefon ze  Ścinawy. 

Bardzo mnie to podcięło. 

I  w  zamyśleniu  zaczął  wycierać  dłonie  tłustą,  czarną 

szmatą. 

—    Gdzie możemy porozmawiać? 
—    W kiosku dyspozytora. 

background image

Złote Koło 

 

waldi0055 

Strona 47 

 

Było to coś w rodzaju oszklonej budki, z której widać 

było cały oddział. Kruk stanął przy oknie i oparł się ręką o 
szybę; a ta ręka lekko mu drżała. 

—    Mówiłem mu, że źle skończy — powiedział. — Ale 

nie myślałem, że aż tak źle. 

I odwrócił ode mnie twarz. 
—    Dlaczego pan tak myśli? — zapytałem. 
— Widzi pan — odpowiedział z powagą — jak się ma 

szesnaście  lat,  a  on  wtedy  miał  akurat  szesnaście,  to  nie 
można  mieć  tego  wszystkiego,  do  czego  inni •dochodzą 
przez  całe  życie.  A  on  chciał 'mieć  to  wszystko  od  razu. 
Zresztą oni wszyscy są teraz tacy. Chcieliby brać i brać, ale 
wie pan, tak bez żadnego wysiłku, za darmochę. A on był 
jeszcze  gorszy,  bo  od  małego  wychowany  w  biedzie 
i    kłopotach. Pan nie uwierzy, ale on mnie nienawidził za 
to,  że  ja  mam  dwa pokoje  z  kuchnią,  telewizor  i 
lodówkę. Po dwudziestu pięciu latach pracy! 

Chwycił mnie za ramię i pociągnął do okna. 
—     Pan  wie,  jak  to  wyglądało  dwadzieścia  pięć  lat 

temu? Kupa gruzów! Spaliśmy wtedy po trzech na jednym 
łóżku, a
 żarliśmy  raz  na  dzień!  A  on,  proszę pana,  miał 
szkołę  za  darmo,  spał  u  mnie w  ciepłej  kuchni  na 
składanym  łóżku  i   jadł,  ile  chciał,  a  jak  mu  było 
potrzeba nowych  butów,  to  moja  żona  szła  z  nim do 
Chełmka  na  Świdnicką  i  kupowała mu  takie,  jakie  sam 
sobie wybrał! I jeszcze mu było źle! 

—     Czy  on  mieszkał  u  pana  aż  do...  aż do  samego 

końca? 

Przyjrzał mi się pochmurnym wzrokiem. 
—    Nie. Wyprowadził się wiosną. 
—    Wyprowadził się sam? 
—   Widzi pan, jednego razu przychodzę i
 widzę, że on 

sobie  wiąże,  na  szyi  taką kolorowy,  babską  chustkę;  nie 
pamiętam, jak to się nazywa. 

background image

Złote Koło 

 

waldi0055 

Strona 48 

 

—    Apaszka — podsunąłem mu, a on 
Właśnie. Więc ja się go pytam, czy 
on  zwariował,  a  on  mówi,  że  teraz  wszyscy  noszą 

takie i on sobie także kupił. „Kupiłeś?” pytam. A on mówi: 
„Kupiłem”.  „A  za  co?”  „Sprzedałem  pióro”. „Jakie  pióro?” 
„A  to  wieczne”.  „Sprzedałeś  pióro,  które  ci  sprawiłem  do 
szkoły?”  A  on  tylko  kiwa  głowią  i  mówi,  że może  pisać 
długopisem.  Wtedy  ja  mu  wyrwałem  tę,  jak  pan  mówi, 
apaszkę,  podarłem  ją  na  kawałki  i  dałem  mu  w twarz.  I 
powiedziałem,  że  jak  jeszcze  raz zrobi  coś  takiego,  to 
może się więcej nie pokazywać. 

—    I nie pokazał się? 
Kruk  odwrócił  się  tyłem,  odszedł  w  drugi  koniec 

kiosku  i  przez  chwilę  stał tam  w  milczeniu.  Potem 
mruknął przez ramię: 

—    Nie. 
—    A pan go nie szukał? 
Odwrócił się z gniewem. 
—     A  niby  jak?  Miałem  łazić  od  domu do  domu  i 

zaglądać w każdą dziurę? 

—    I nie wie pan, gdzie potem mieszkał? 
—    Nie mam pojęcia. 
—    I nigdy go pan potem nie widział? 
—    Raz — powiedział niechętnie. — W towarzystwie 

takich małych, parszywych bandziorków. 

—    Czy mógłby pan opisać ich wygląd? 
Pokręcił głową. 
—    Nie bardzo. Ja, wie pan, widziałem ich z autobusu. 

Pamiętam,  że  jeden  był trochę  starszy,  mógł  mieć  ze 
dwadzieścia lat.  A  reszta  była  mniej  więcej  w 
wieku Janusza. 

—    Ilu ich było? 
—     Trzech  albo  czterech.  Nie  pamiętam. Czy  będę 

jeszcze potrzebny? Widzi pan, robota czeka. 

background image

Złote Koło 

 

waldi0055 

Strona 49 

 

—     Dziękuję  —  powiedziałem.  —  Pozwoli  pan,  że 

skorzystam z telefonu? 

—    Niech pan dzwoni przez zero. 
Zadzwoniłem, odezwał się wydział. 
—     Co  z  tym  badylarzem?  —  zapytałem.  — 

Przesłuchiwali go? 

—     Tak,  ale  bez  Wyniku.  Jest  bardzo przygnębiony  i 

na wszystko odpowiada „nie wiem”. 

—    Niech Prałat zaraz bierze wóz i leci po niego. 
—    Tak jest, obywatelu kapitanie. 
—    A jak nasz wariat? 
—    Milczy. 
—     No,  dobrze  —  powiedziałem.  —  Zaraz  będę  w 

komendzie.  Tymczasem  ściągnijcie  mi  kogoś,  kto  ma 
dobre rozeznanie w gangach młodocianych. 

—    Może porucznik Zaleską? 
—    Dobrze. Niech będzie Zaleska. No, to na razie. 
—    Chwileczkę — powiedział szybko głos w centrali. 

— Jest telefon do pana. 

—    Kto dzwoni? 
—    Porucznik Traszka. 
—    Przyjmij i powtórz. 
Czekałem  parę  sekund.  Potem  dyżurny  odezwał  się 

znowu: 

—    Mają jego ostatnie miejsce zamieszkania. 
—    No? 
— Jedności dwadzieścia sześć, u dozorcy. 
—    Czy Traszka już tam jest? 
—    Jest. Dzwoni z automatu. 
—    Wobec tego jadę na Jedności. 
Podjechałem  pod  starą,  odrapaną  czynszówkę.  Pod 

bramą stał nasz radiowóz. Kierowca ziewał i oglądał się za 
dziewczynami.  Kiedy  mnie  zobaczył,  zrobił  od razu 
bardzo ascetyczną minę. 

background image

Złote Koło 

 

waldi0055 

Strona 50 

 

Traszka  stał  na  podwórzu  razem  ze  starym, 

przygarbionym  dozorcą,  który  obracał  w  palcach 
fotografię zabitego. 

—    Pan go poznał? — zapytałem. 
—     Poznał  go  —  odpowiedział  Traszka, wyręczając 

starego,  który  widocznie  nie kwapił  się  do  mówienia.  — 
Ale ma niewiele do powiedzenia. Przyjął go miesiąc temu. 
Kruk  nocował  u  niego,  a  w  zamian za  to  sprzątał  śnieg  i 
zamiatał schody. 

—     My  jesteśmy  bardzo  starzy  —  wymamrotał 

dozorca. — I bardzo chorzy oboje, ja i żona. I dlatego... 

— Rozumiem — przerwałem mu. — Niech pan pokaże 

gdzie sypiał. 

—     Proszę  —  powiedział.  —  Tylko  niech pan  sobie 

nie wyobraża za wiele. My sami mamy ciężkie życie. 

—     Nic  sobie  nie  wyobrażam  —  powiedziałem.  — 

Niech pan prowadzi. 

Zeszliśmy  do  sutereny,  która  przypominała  loszek. 

Było  tu  ciasno,  wilgotno  i  zimno.  W  kącie,  za  małym 
parawanem, leżało  na  koszu  zawiniątko  z  brudną poście- 
lą. 

—     Rozkładał  to  sobie,  no  i  spał  —  zamruczał 

niechętnie dozorca. 

—    Gdzie sobie rozkładał? 
—    Ano tu, na tym koszu. I jeszcze sobie przystawiał 

krzesło. Pod nogi, pan rozumie. 

—    No, w luksusie to on tu nie żył — mruknąłem. 
Dozorca spojrzał na mnie z niepokojem, 
—    Przecież panu mówiłem — zaczął. 
—    W porządku — przerwałem mu znowu. — Nie o to 

chodzi. 

— 

Dotknąłem ręką 

zawilgłej 

pościeli 

powiedziałem: 

— Więc tu sypiał w nocy. A co robił w dzień? 

background image

Złote Koło 

 

waldi0055 

Strona 51 

 

—    Nie wiem — odpowiedział stary. — Wstawał rano, 

zamiatał śnieg, a potem wy 

chodził. I nie wracał, aż na noc. 
—    Jadał na mieście? 
—    Nie wiem. Tu nie jadł, proszę pana. 
—    Opowiadał wam coś o sobie? 
—    Nie. Był, wie pan, stale bez humoru. Jakby go coś 

gryzło.  Żona  nieraz  go pytała:  „czym  ty  się  tak  martwisz, 
kochasiu?” A on nic, tylko spuszczał głowę. 

I nigdy nie odpowiadał. 
—    Czy miał jakieś rzeczy? 
—    Coś tam miał, ale nie dużo. Wszystko tam leży, na 

tym koszu. 

Odsunęliśmy pościel. Na koszu stało tekturowe pudło 

po  butach,  a  w  nim  trochę  drobiazgów:  podniszczona 
koszula,  parę  brudnych  chustek,  tubka  kleju,  krawat  w 
groszki i kilka wygniecionych fotografii. Obejrzałem je; na 
wszystkich,  była  kobieta  w  wieku  około  trzydziestu  lat, 
pewnie  jego  matka;  a  na  jednej  ta sama  kobieta, 
obejmująca  ramieniem  mężczyznę;  to  był  zapewne  jego 
ojciec. 

---  Czy  pan  może  wziął  od  niego  dowód?  Albo  jakąś 

legitymację? 

—     Nie  —  pokręcił  głową  dozorca.  — Niczego  nie 

brałem. Ja mam zaufanie do ludzi. 

—    Tutaj też nie ma jego papierów. 
Wzruszył ramionami. 
   —  To  dziwne  —  powiedział  Traszka.  —  Bo  ja  też 

byłem pewien, że znajdziemy to u pana. 

   —  A  przy  sobie  nie  miał?  —  zapytał  nieufnie 

dozorca. 

—    Nie. 
—  Powinien  mieć  —  powiedział  dozorca.  —  Bo 

widziałem, że zawsze to nosił w kieszeni. 

background image

Złote Koło 

 

waldi0055 

Strona 52 

 

Coś mnie tknęło i szybko odsunąłem  kosz. Leżał tam 

zwinięty w kulkę „Wieczór” z przedwczorajszą datą. 

Rozprostowałem  go  i  wtedy  obaj  z  Traszką  drgnęli 

śmy:  gazeta  była  powystrzygana  nożyczkami,  tak  jakby 
ktoś powycinał  z  niej,  pojedyncze.  litery.  Trochę  tych 
powycinanych liter zostało jeszcze w gazecie. 

—     To  się  robi  coraz  ciekawsze  —  po-  wiedział 

przeciągle Traszka. 

Zajrzał  jeszcze  raz  w  szparę  za  koszem,  jakby 

sprawdzał,  czy  nie  ma  tam  jakichś  rozsypanych 
strzępków, ale już nic więcej nie było. 

—    Czy pan widział, jak on to wycinał? — zapytałem. 
—     Nie  —  odparł  dozorca,  trochę  zdziwiony.  —  I 

nawet nie wiem, po co mu to było. 

—    Nie wie pan? — zapytał Traszka. 
—    Nie. 
—     Widocznie  rzadko  pan  chodzi  do  kina.  Tak  się 

robi,  jak  się  chce  do  kogoś wysłać  list,  na  przykład  z 
pogróżkami. 

—    A komu on mógł grozić? — zapytał 
niedowierzająco  dozorca.  To  był  bardzo  spokojny 

chłopak. 

—     Weź  to  —  poleciłem  Traszce.  — I  daj  naszej 

szyfrantce. Może ona potrafi ułożyć z tego jakiś tekst. 

—    Jeżeli pozwolisz, to ja sam spróbuję — powiedział 

Traszka, a oczy mu przy tym błysnęły. — Zaczyna mi się to 
układać w jakąś logiczną całość. 

—     Spróbuj  —  powiedziałem  i  obróciłem  się  do 

dozorcy. — Na razie dziękujemy. 

W  samochodzie  Traszka  milczał  i  tylko  bez  przerwy 

wpatrywał się w gazetę. 

—     Widzę  —  powiedziałem  —  że  zaczynasz 

rezygnować z koncepcji wariata. 

background image

Złote Koło 

 

waldi0055 

Strona 53 

 

—     Dlaczego?  —  zapytał  i  podniósł  na mnie  oczy.  — 

Mnie  by  to  właśnie  pasowało.  Załóżmy  taką  możliwość: 
nasz  pan Zagórski  jest  człowiekiem  o  niewłaściwych 
skłonnościach.  Kruk  dowiaduje  się  o     tym  i  zaczyna  go 
szantażować.  Tamten przez  jakiś  czas  płaci,  a  potem 
zaczyna mieć  dosyć.  W  czasie  ostatniego  spotkania  traci 
panowanie nad sobą i zabija chłopaka. A potem, na widok 
tego, co zrobił, dostaje ataku szału. 

—  Jest  w  tym  luka  —  powiedziałem  ostrożnie;  tak 

ostrożnie, jak tylko umiałem. Ale on i tak się obraził. 

—     Co  za  luka?  Jaka  luka?  —parsknął  i     aż 

poczerwieniał na twarzy. 

—    Gdyby było tak, jak mówisz, ten nasz Kruk miałby 

w swoim pudełku coś więcej, oprócz brudnych chustek do 
nosa. Ostatecznie  musiał  na  coś  wydawać  pieniądze  z 
szantażu. 

—    Mógł przepijać. 
—   Nie.  Ani  jeden  z  tych,  którzy  zeznawali,  nie 

wspominał o wódce. Zresztą w chwili zabójstwa także był 
trzeźwy. 

—   Zobaczymy  —  powiedział  gniewnie Traszka  i 

potrząsnął  gazetą.  —  Myślę,  że tu  jest  klucz  do  całej 
sprawy. 

W komendzie czekał już Walendziak. 
—    Dobrze, że pan jest — powiedział. — Dzwonił ten 

mały i prosił, żebyśmy wpadli do niego. 

—    Ma coś? 
—    Nie chciał mówić przez telefon. Powiedział tylko, 

żebyśmy  przyjechali, bo on  nie  może wyjść  z  domu.  Może 
czeka na kogoś, kto ma mu przynieść jakąś wiadomość? 

—    Gdzie mieszka? 
Podał mi kartkę z adresem. 
— Dobra — powiedziałem.  — Wezmę tam Zaleską. A 

ty  się  przebierz  i  przygotuj  sobie  paru  nieumundurowa 

background image

Złote Koło 

 

waldi0055 

Strona 54 

 

nych. Przypuszczam,  że  będziemy  tych  chłopaczków 
wybierać z jakiejś kawiarni. Może z „Sezamu”? 

Porucznik  Zaleska  miała  ukończone  prawo  i 

dodatkowo  dyplom  z  psychologii. Była  u  nas  dopiero  od 
roku, ale już nieźle wciągnęła się w sprawy młodocianych. 
Zabrałem ją z komendy i oboje pojechaliśmy do Rokity. 

Mieszkał ha Nowym Targu, w jednym z tych mikrosko 

pijnych  lokali,  które  udają  normalne  mieszkania:  dwa 
pokoiki z kuchnią i łazienką, a to wszystko na trzydziestu 
sześciu  metrach  kwadratowych.  Ale  te  trzydzieści  sześć 
metrów Urządzono ze smakiem i gustem. 

Rodziców  Rokity  nie  było;  za  to  była  tam  ładna 

panienka  w  greckich  kozakach z łańcuszkiem.  Wyglądała 
prawie 

dorośle, ale 

kiedy 

przedstawiając 

się 

powiedziała „Basia”,  usłyszałem,  że  głos  ma  cieniutki jak 
dziecko. 

—    Znalazłeś ich? — zapytałem Rokitę. 
—     Nie  sam  —  odpowiedział.  —  Przy pomocy  kole- 

gów. Będzie pan nam musiał wypisać jakieś usprawiedli- 
wienie dla dyra; urwaliśmy się z dwóch ostatnich lekcji. 

—    Zadzwonię do niego — powiedziałem.  — A ty mi 

tymczasem powiedz coś więcej. 

—    Wiem, że jednego nazywają Długi Janek. 
—    Ma pani takiego w swoich rejestrach? 
Porucznik Zaleska potrząsnęła głową. 
—    Nie. Przynajmniej nie pod takim pseudonimem. 
—    A inni? 
—  Nie  wiem  —  powiedział.  —  Ale  wiem,  że  zbierają 

się  co  dzień  koło  drugiej  w  pedecie.  Czeka  tam  jeden  z 
naszych; jak się zjawią, to zadzwoni. 

—    Będziesz mógł ich pokazać? 
—     Dobrze,  ale  tak  jakoś,  wie  pan,  delikatnie.  Nie 

chciałbym później oberwać. 

—    Oni cię znają? 

background image

Złote Koło 

 

waldi0055 

Strona 55 

 

—    Chyba nie. Ale mogliby się pokapować. 
—     W  porządku.  Przejdziesz  po  prostu koło  nich  i 

sięgniesz po coś do kieszeni; na przykład po chustkę. Nam 
to wystarczy. 

—    Dobrze — powiedział. Nie był wcale podniecony. 

Po prostu zgodził się nam pomóc, to wszystko. 

Zadzwoniłem do wydziału i poprosiłem Walendziaka. 
—    Przebrałeś się? — zapytałem. 
—    Tak jest, obywatelu kapitanie. 
—    A twoje asy też gotowe? 
—    Gotowe, obywatelu kapitanie. 
—  To  ładnie.  Weź  ich  i  pójdziecie  sobie  obejrzeć 

wystawę plakatów w BWA, 

naprzeciw  pedetu.  Jak  będzie  trzeba,  to  przyjdę  tam 

po was. A pod pedetem niech czeka nasza „suka”. 

—    Już idziemy, obywatelu kapitanie. 
Odłożyłem słuchawkę i przyjrzałem się 
dziewczynie  Rokity.  Siedziała  równiutko  na  fotelu  i 

patrzyła  na  nas  spokojnym wzrokiem.  Też  nie  wydawała 
się specjale nie podniecona tym, co się działo. 

—    Pani pamięta tego Kruka? 
—    Niech pan do niej mówi po imieniu — powiedział 

Rokita,  puszczając  stereofoniczną  płytę  z  nagraniem 
„Tremeloes”. 

—    Więc pamiętasz go? 
—    Pamiętam — powiedziała dziewczyna. 
—    Czy wydawał ci się bardzo nieprzyjemny? 
—    Raczej tak. 
—    Dokuczał ci? 
—    To nawet nie. On w ogóle mało mówił. Ale patrzył 

na mnie bardzo nieładnie. 

—    To znaczy jak? 
Obejrzała  się  na  Rokitę,  jakby  szukała  u  niego 

pomocy. Ale on wcale się nie kwapił, żeby jej pomóc. 

background image

Złote Koło 

 

waldi0055 

Strona 56 

 

—     No  więc  jak  on  na  ciebie  patrzył?   Zaczerwieniła 

się. 

—     Bardzo  nieprzyzwoicie.  A  równocześnie  ze 

złością. 

—     A  jak  myślisz  —  wtrąciła  się  porucznik  Zaleska. 

— Czy ty mu się podobałaś, czy nie? 

Znowu obejrzała się na Rokitę, ale on i tym razem jej 

nie pomógł. 

—     Może  mu  się  i  podobałam  —  powiedziała 

niepewnie. — Ale właśnie za to mnie nienawidził. 

—     A  nie  uważasz,  że  „nienawidził”  to jest  trochę  za 

mocne słowo? 

—    Nie — odparła stanowczo.  —  On mnie naprawdę 

nienawidził. 

Zadzwonił  telefon  Rokita  wziął  słuchawkę,  kiwnął 

głową i mruknął: 

—    Dobra. 
A potem obrócił się do nas i powiedział: 
—    Już są. 
Zeszliśmy  wszyscy  czworo  na  ulicę.  Zapytałem 

dziewczynę,  czy  chce  podjechać  z  nami,  ale  odparła,  że 
mieszka obok. Wobec tego pojechaliśmy we troje. 

Feliks  zaparkował  wóz  na  skwerze  Kościuszki,  pod 

„Stylową”. 

—     Idź  do  pedetu  —  powiedziałem  Rokicie  —  i 

rozejrzyj się. Pani porucznik wejdzie osobno, a ja z resztą 
przyjdę za chwilę. 

Rozstaliśmy  się.  Walendziak  czekał  z  czterema 

wywiadowcami 

Biurze Wystaw 

Artystycznych. 

Wiedziałem,  że żaden  z  nich  nie  ma  pojęcia  o 
współczesnej  grafice  użytkowej;  mimo  to  wydawali  się 
pogrążeni w plakatach bez reszty. 

Trąciłem Walendziaka i szepnąłem: 

background image

Złote Koło 

 

waldi0055 

Strona 57 

 

—     Niech  wchodzą  po  kolei  od  frontu. My  dwaj 

wejdziemy przez „Delikatesy”. Spotkamy się w środku na 
parterze. 

Zaleska stała przy jednym ze stoisk perfumeryjnych i 

oglądała kosmetyczki Kiedy podszedłem, szepnęła: 

—    Zdaje się, że stoją koło schodów. 
Przy  wewnętrznych  schodach,  prowadzących  na 

piętro,  stało  rzeczywiście  czterech  młodych  ludzi  w 
wygniecionych ubraniach.  Mogli  mieć  po  siedemnaś 
cie, osiemnaście  lat.  Tylko  jeden  był  trochę starszy. 
Odnalazłem  wzrokiem  Rokitę; miał  minę  absolutnie 
obojętną  i  spokojną,  a  wzrok  zamyślony.  Przeszedłem 
koło niego i mrugnąłem. 

Wydawało  się,  że  nie  odebrał  sygnału;  ale  po  paru 

sekundach  ruszył  z  miejsca, przeszedł  obojętnie  koło 
grupki  przy  schodach,  bezmyślnie  wyjął  z  kieszeni 
chustkę i poszedł na pierwsze piętro. 

Podszedłem  do  Walendziaka  i  szepnąłem,  patrząc  w 

inną stronę: 

—     Pokaż  ich  naszym  ludziom.  Zdejmiemy  ich 

cichutko przy wyjściu. 

Wróciłem do Zaleskiej i zapytałem cicho: 
—    Czy pani któregoś zna? 
—    Nienotowani — odpowiedziała, wybrzydzając się 

równocześnie na trzymaną w ręku kosmetyczkę. 

Kątem  oka  zobaczyłem,  że  grupka  spod  schodów 

rusza  i  kieruje  się  ku  przejściu do  „Delikatesów”. 
Zerknąłem  na  Walendziaka;  już  płynął  ze  swoimi  na 
miejsce, 

Stanąłem  w  drzwiach,  przez  które  musieli  przejść  i 

czekałem, nie patrząc w ich stronę. Dwóch wywiadowców 
minęło mnie  i  zatrzymało  się  za  progiem  „Delikatesów”. 
Reszta  rozrzuciła  się  przy  wewnętrznym  kiosku  z 
gazetami. 

background image

Złote Koło 

 

waldi0055 

Strona 58 

 

Usłyszałem  kroki,  powoli  obróciłem  się  i  pomyśla- 

łem,  że  to  nie  są  fachowcy,  tylko  zwykła  gówniarzeria: 
wchodzili  w  środek  naszej  obstawy  nie  podejrzewa 
jąc absolutnie  niczego,  nawet  się  żaden  nie obejrzał  na 
stojących dokoła tajniaków. 

Zastąpiłem drogę najwyższemu i powiedziałem cicho: 
—    Milicja. Koledzy pozwolą. 
Przypatrzył mi się z nagłą uwagą. Miał brutalną twarz 

i złe, okrutne oczy. 

—    Że co? — zapytał i nagle rzucił się do przodu. 
Podstawiłem  mu  nogę  i  jeszcze  zanim  upadł, 

wykręciłem  mu  rękę.  Podniósł  się sapiąc  i  przeklinając. 
Jego  koledzy  szamotali  się  już  bezsilnie  w  rękach 
ludzi Walendziaka. 

—    Za co? — ryknął teraz ten, którego trzymałem. — 

Za co? 

—    Spokojnie — powiedziałem i mocniej wykręciłem 

mu rękę. 

Umilkł  i  tylko  wystawił  na  wierzch  żółte,  zepsute 

zęby. 

Oddałem go wolnemu wywiadowcy i powiedziałem: 
—    Do budy i na Łąkową. 
—     Ale  za  co?  —  powtórzył  znowu  ten, którego 

chwyciłem przed chwilą. 

—    Spokojnie — powtórzyłem. 
Wyszliśmy z nimi przez „Delikatesy”  i skręciliśmy na 

podjazd za pocztą. Stała tam już nasza „suka” z gościnnie 
otwartymi tylnymi drzwiami. Załadowaliśmy chłopców do 
środka, Walendziak wsiadł za nimi i wóz od razu ruszył. 

Wróciłem 

po 

Zaleską, 

która 

stała 

przed 

„Delikatesami” i poszliśmy w stronę naszego radiowozu. 

Na  rogu  Świdnickiej  stał  Rokita  i  ostrożnie 

obserwował  przebieg  wypadków.  Mrugnąłem  do  niego, 
dziękując  mu  bez słowa  za  pomoc,  on  także  mrugnął 

background image

Złote Koło 

 

waldi0055 

Strona 59 

 

ku mnie  bez  słowa  i  odszedł;  a  ja  wiedziałem,  że  już  się 
więcej nie zobaczymy. 

Kiedy przyjechaliśmy na Łąkową, zatrzymani już tam 

byli;  siedzieli  na  korytarzu,  przed  drzwiami  naszego 
sekretariatu  i  patrzyli  spode  łba.  Pilnowało  ich  dwu 
milicjantów, a Walendziak zbierał od nich dokumenty. 

Kiedy  podszedłem,  podał  mi  jedną  legitymację  z 

zawodówki i jeden dowód osobisty, bardzo zniszczony. 

—    Dwaj nie mają żadnych papierów — powiedział. 
Dowód  należał  do  tego  najwyższego  o     zepsutych 

zębach. 

—     Jan  Sadowski  —  przeczytałem.  — Urodzony  we 

Wrocławiu 13 lutego 1949. — 

I podniosłem oczy. — Ciebie nazywają Długi Janek? 
—    Możliwe. 
—    Wstań, jak się do ciebie mówi — powiedział ostro 

Walendziak. 

Zawahał się, ale wstał. 
Przyjrzałem mu się jeszcze raz i powiedziałem: 
—    Czuję, że ty stąd prędko nie wyjdziesz. 
—    Niby dlaczego? 
—    Nie domyślasz się? 
Popatrzył mi w oczy z niezwykłym skupieniem, jakby 

chciał  z  nich  wyczytać  coś,  czego  ja  sam  jeszcze  nie 
wiedziałem. 

—    Nie — powiedział wreszcie. 
—    A ja bym dał głowę, że się domyślasz. 
—    Tylko bez takich numerów! —warknął; ale w jego 

głosie nie było pewności, tylko strach. 

Obejrzałem  trzech  pozostałych.  Byli  mniej  więcej  w 

wieku  zabitego:  szesnaście,  siedemnaście  lat.  Jeden 
mrugał 

niespokojnie 

bez 

przerwy 

oblizywał 

spierzchnięte wargi. 

—    Jak się nazywasz? — zapytałem. 

background image

Złote Koło 

 

waldi0055 

Strona 60 

 

—  Piechalak Tadeusz — odpowiedział z pośpiechem. 
W tym jego pośpiechu była pewna usłużność, a może 

nawet  cień  przymilności;  na  kilometr  czuło  się,  że  ten 
chłopak chce zdystansować się od reszty. 

—    No i co, Tadziu? — zapytałem. — Wsiąkłeś. 
—    Ja nic nie zrobiłem! — zawołał gorączkowo. 
—    Naprawdę? 
—    Jak matkę kocham! 
—   Zobaczymy,  czy  ją  kochasz.  —  powiedziałem  i 

wszedłem  do  sekretariatu. Czekał  tam  już  na  mnie 
porucznik  Prałat.  Musiał  zdrowo  gonić,  jeżeli  w 
tak krótkim  czasie  zdążył  obrócić  do  Kudowy i  z 
powrotem. 

—    Przywiozłem panu tego badylarza  — powiedział. 

— Ale nie udało mi się z niego nic wycisnąć. Czy mam dalej 
pracować nad nim, czy też pan sam zabierze się do tego? 

—  Sam  się  zabiorę  —  odpowiedziałem.  —  A  ty 

będziesz  musiał  pomóc  Walendziakowi  i  porucznik 
Zaleskiej. Dobierzcie sobie jeszcze kogoś i przesłuchajcie 
zaraz  tych  chłopców,  ale  każdego  osobno.  Najpilniejsza 
rzecz, to ustalić, co robili wczoraj do pierwszej. 

Obróciłem się do Zaleskiej i powiedziałem: 
—     Z  tym,  że  tego  ostatniego  —  tego Piechalaka  — 

chciałbym,  żeby  przesłuchała  pani  osobiście.  Wygląda  na 
takiego,  który  albo  jest  najmiększy,  albo  ma  najmniej  na 
sumieniu. W każdym razie pierwszy się rozsypie. 

—    Zauważyłam to — powiedziała.  — i myślę, że ma 

najmniej na sumieniu. 

—    No, to nie traćcie czasu. 
W sąsiednim pokoju siedział Traszka, pochylony nad 

stołem.  Miał  przed  sobą dwa  identyczne  egzemplarze 
„Wieczoru”  —  jeden  z  wyciętymi  literami,  drugi  czysty. 
Obok  leżał  stos  małych  kartek;  na  każdej  była  wypisana 
tylko jedna litera. 

background image

Złote Koło 

 

waldi0055 

Strona 61 

 

—    No i co? — zapytałem — Ułożyłeś już z tego jakiś 

liścik? 

—    To nie był list — powiedział, ocierając wierzchem 

dłoni spocone czoło. — 

Najwyżej adres na kopercie. Za mało liter rozumiesz. 
I wyjaśnił mi technikę postępowania zabitego. 
—  On  używał  tylko  liter  ze  śródtytułów;  widocznie 

petit  w  tekście  wydawał  mu  się  za  mały.  Wycinał  całą 
linijkę, a potem brał z niej poszczególne znaki. Te, których 
nie  użył,  zostały  w  gazecie. Dzięki  temu  można  z  grubsza 
ustalić, jakie znaki były mu potrzebne. 

I westchnął. 
—    Niestety, jeżeli to naprawdę był adres, to nie był 

to  adres  mojego  wariata.  Ten  Zagórski  mieszkał  na 
Jaworow

e

j pod  siódmym.  A  ten  chłopak  nie  użył 

ani dużego „Z”, ani dużego „J”, ani siódemki. Jedyne cyfry, 
jakimi  się  posłużył  to były  dwójki.  Dwie  dwójki, 
rozumiesz. 

—    Gdyby tam była jeszcze jedynka — powiedziałem 

— to mogłoby pasować do naszego badylarza. On mieszka 
na Krakowskiej pod dwieście dwunastym. 

—    Nazywa się Butyrak? 
—    Butyrak. 
—    Duże  „B”  było  rzeczywiście  w  robocie  —  powie 

dział zamyślony Traszka.  — A zamiast jedynki mógł użyć 
małego „1”. 

—    To już trochę naciągane  — powiedziałem.  — Ale 

ostatecznie?...  Zaraz  porozmawiam  z  tym  Butyrakiem.  A 
ty przejrzyj  wszystkie  sprawy,  jakie  mamy w  aktach  i 
poszukaj adresu z dwiema dwójkami. 

Butyrak  był  rzeczywiście  bardzo  przygnębiony. 

Kazałem przynieść dwie kawy — dla niego i dla mnie — i 
powiedziałem opryskliwie: 

background image

Złote Koło 

 

waldi0055 

Strona 62 

 

—    Panie Butyrak, pańska sprawa zaczyna wyglądać 

głupio. Miał pan w samochodzie jakiegoś człowieka, który 
wyglądał  jak  bokser  i  który  wyparował gdzieś  bez  śladu. 
Dlaczego  pan  go  kryje? Woli  pan  wszystko  wziąć  na 
siebie? 

—    Ale co, panie kapitanie? Co? — zajęczał Butyrak. 
Rozłożyłem ręce. 
—     Widzi  pan,  w  naszym  wydziale  powstała 

następująca hipoteza:    pan  był szantażowany przez gang 
złożony  z  pięciu  młodych  ludzi,  z  których  znał  pan 
osobiście  tylko  jednego;  tego,  który  nie żyje.  Możliwe,  że 
pan nie domyślał się istnienia pozostałych. W krytycznym 
dniu zabrał  pan  ze  sobą  człowieka  o  silnej  ręce i  jeszcze 
silniejszych  nerwach  i  polecił mu  pan  sprzątnąć  naszego 
Kruka.  Poczerń,  chcąc  odwrócić  od  siebie  podejrzenia, 
sam pan przywiózł rannego do szpitala. 

—    I pan w to wierzy? — krzyknął rozpaczliwie. 
Przyjrzałem mu się i powiedziałem cicho. 
—    Nie. Ale jeżeli pan nie zechce podać nazwiska tego 

drugiego, będę musiał zacząć wierzyć. 

Opuścił głowę na piersi. 
—    No więc? — zapytałem. — Kto był wtedy z panem 

na Złotym Kole. 

—     Niejaki  Michalski  —  szepnął.  —Magazynier  z 

Centrali Zbytu Materiałów Budowlanych. 

—    Pan się buduje? 
—     A  tam,  buduję...  Stawiam  taki  kurnik,  cztery 

pokoiki z kuchnią. I właśnie ten Michalski... 

I powoli podniósł zmęczone oczy: 
—    Pan rozumie, teraz są takie trudności z cegłą... 
—    No i zmądrzał pan — powiedziałem przyjaźnie. — 

Koniec  końców  lepiej  siedzieć  za  łapownictwo  niż  za 
udział w morderstwie. Prawda? Zawsze krócej. 

background image

Złote Koło 

 

waldi0055 

Strona 63 

 

—    Ja mu nie dawałem żadnych łapówek! — zawołał. 

— Po prostu chciałem, żeby mi przez grzeczność... 

—    Dobrze, dobrze  — powiedziałem.  — Ja i tak  tego 

nie  będę  prowadził.  Od  afer gospodarczych  mamy  u  nas 
kogoś  zupełnie  innego.  Ale  cieszę  się,  że  pan  nie  ma na 
sumieniu tego chłopca. 

Przeszedłem  do  pokoju,  w  którym  Prałat  biedził  się 

nad Długim Jankiem i wywołałem go na korytarz. 

—    Przykro mi — powiedziałem. — Ale twój pomysł z 

badylarzem nie wyszedł. Chodziło o cegłę na domek. 

—    No cóż — szepnął. — Trzeba szukać dalej. 
—    Jak ten twój? 
—     Kręci.  Mówi,  że  znał  Kruka,  ale  nie widział  się  z 

nim od wielu miesięcy. Potem odwołuje to i twierdzi, że w 
ogóle go  nie  znał,  tylko  gdzieś  tam  zetknął  się z  nim 
przypadkowo. I tak w kółko. 

—    Co robił wczoraj do południa? 
—     Powiada,  że  był  na  bani  i  nie  może sobie 

przypomnieć. 

—    No, to postaraj się odświeżyć mu pamięć. 
Przeszedłem  do  następnego  pokoju,  w  którym 

porucznik  Zaleska  przesłuchiwała  tego  najmiększego  — 
Piechalaka.  Byli już  z  sobą  w  dobrej  komitywie;  gwarzyli 
zupełnie jak starzy znajomi. 

—     No  i  cóż,  Tadziu  —  zapytałem.  — Zrzuciłeś  już  z 

ramion brzemię grzechów? 

—     Namyśla  się  —  odpowiedziała  za niego  Zaleska. 

— Ale jestem pewna, że zrzuci. 

—     Zrzuć  jak  najprędzej  —  poradziłem mu 

przyjaźnie. — Zobaczysz, że zaraz zrobi ci się lżej. 

Oblizał  wargi,  z  tym  swoim  niepewnym  gestem,  i 

spojrzał na mnie nieufnie. 

Wziąłem Zaleską na bok i zapytałem: 

background image

Złote Koło 

 

waldi0055 

Strona 64 

 

—     Czy  pani  nie  pamięta  jakiejś  sprawy,  w  której 

występowałby adres z dwiema dwójkami? 

Oczy zrobiły się jej uważne. 
—    Z dwiema dwójkami? 
—  Tak  jest.  Traszka  próbuje  odtworzyć  taką  wycina 

nkę z gazety. I wychodzi mu dwadzieścia dwa w adresie. 

Zadzwoniła bez słowa. Wszedł dyżurny milicjant. 
—    Zajmijcie się nim — powiedziała. 
Przeszliśmy  szybko  do  pokoju,  w  którym Traszka 

wciąż jeszcze tasował swoje łamigłówki. 

Zaleska  odsunęła  go  i  prawie  bez  namysłu  zaczęła 

układać karteczki z literami. 

—    Proszę — powiedziała wreszcie. Nachyliliśmy się; 

na  stole  widniał  adres,  ułożony  w  trzech  nierównych 
rządkach: 

Halina Bartoszewska Wrocław Rozbrat 22     — Kto to 

jest? — zapytałem. 

—     Ciebie  wtedy  nie  było  —  szepnął Traszka.  — 

Leżałeś  w  szpitalu.  Zresztą tego  nie  prowadził  nasz 
wydział. 

—    Ale... — zacząłem. 
—     Jedziemy  —  przerwała  mi  porucznik  Zaleska.  — 

Po drodze panu opowiem. 

Wychodząc powiedziała do sekretarki: 
—     Proszę  zaraz  zawołać  kogoś  z  techniki;  niech 

zrobi  zdjęcia  tym  czterem chłopcom  i  natychmiast 
przywiezie na Rozbrat 22. Tam będzie stał nasz radiowóz. 
Ale sprawa jest pilna. 

Pojechaliśmy. 

Mimo 

poprzedniej 

zapowiedzi 

porucznik  Zaleska  nie  odzywała  się  ani  słowem i tylko 
gryzła wargi. Gdzieś tak w połowie drogi kazała kierowcy 
tak  skręcić  i  powiozła  nas  bocznymi   drogami. 
Zmierzchało  się,  domy  zaczynały rozmazywać  się  w 
półmroku.  Po  chwili straciłem 

orientację  i  nie 

background image

Złote Koło 

 

waldi0055 

Strona 65 

 

wiedziałem, gdzie  jesteśmy.  Wreszcie  samochód  stanął  i 
Zaleska  kazała  nam  wysiać.  Staliśmy  na  dużej,  pustawej 
ulicy, gdzie tylko z rzadka widać było pojedyńcze domy. 

—    Co to jest? — zapytałem. 
—    Chodźcie — powiedziała głucho. 
Poprowadziła  nas  przez  pole,  na  którym  topniały 

resztki  śniegu.  Obok  była  nieduża  górka;  kilkoro  dzieci 
wmawiało sobie, że zjeżdżają z niej na sankach. 

Doszliśmy  do  niewielkiej  ruiny,  w  której  było  więcej 

błota  niż śniegu.  Tu Zaleska zatrzymała się i powiedziała 
półgłosem. 

—    To było tu. 
—    Ale co było? — zapytałem z rozdrażnieniem. 
Przyjrzała mi się niewidzącym wzrokiem i szepnęła: 
—    Niech pan sobie wyobrazi tę Bartoszewską, może 

ją  pan  zresztą  zobaczy  za chwilę,  ale  to  nie  jest  pewne. 
Dziewczynka lat piętnaście, z warkoczykiem, w czerwonej 
czapeczce.  Zaszło  jej  drogę pięciu  młodych  ludzi, 
niezidentyfikowanych  do  dziś.  Największy  ściągnął 
jej czapkę i zaczął odchodzić. Biegła za nim i prosiła, żeby 
jej oddał. W ten sposób doszli aż tu. 

Pokazała ręką ruinę przed nimi. 
—     Wciągnęli  ją  do  środka  i  zgwałcili wszyscy  po 

kolei.  Potem  udało  się  jej wyrwać.  Dobiegła aż  tam, gdzie 
stoi nasz  samochód.  To  nie  jest  zbyt  ruchliwa  ulicą,  ale 
było  na  niej  kilku  przechodniów.  Czepiała  się  ich  i 
błagała o  pomoc;  ale  nikt  nawet  ręką  nie  ruszył, nikt  nie 
chciał się wdawać w awanturę. To rozzuchwaliło naszych 
chłopaczków do  tego  stopnia,  że  złapali  ją  znowu  — już 
tam,  na  ulicy,  między  ludźmi!  —  zaciągnęli  tutaj  z 
powrotem  i  zgwałcili jeszcze  raz;  teraz  tylko  we  trzech, 
ale jeszcze  brutalniej  niż  przedtem.  Sprawę prowadziła 
komenda  miejska,  ale  sprawców  nie  wykryto  do  dziś.  To 
wszystko. 

background image

Złote Koło 

 

waldi0055 

Strona 66 

 

Staliśmy  w  milczeniu,  a  dokoła  nas  robiło  się  coraz 

ciemniej. 

Wreszcie  Zaleska  powiedziała  nieswoim,  głuchym 

głosem: 

—    Jedziemy. 
Tymczasem  zaczął  padać  deszcz  i  jezdnia  zrobiła  się 

mokra.  Kiedy  zajechaliśmy  na  Rozbrat,  lało  już  całkiem 
zdrowo.  Stanęliśmy  przed  smutnym,  szarym  domem  i 
wysiedliśmy.  Zapchana  rynna pryskała  wodą  na  boki  jak 
fontanna. 

—    Jak przyjedzie technik  — powiedziała do Feliksa 

Zaleska  —  niech  zaraz przyniesie  zdjęcia  do  dozorcy.  Ale 
bez rozkazu kapitana niech nie wchodzi na górę. 

Przeszliśmy  zimną  sień  i  zapukaliśmy  do  drzwi  od 

podwórza.  Otworzyła  nam sympatyczna  kobieta  po 
pięćdziesiątce, wyglądająca  jeszcze  wciąż  bardzo  kreso 
wo. 

—     Pani  mnie  pamięta,  prawda?  —  zapytała  cicho 

Zaleska. — Przyjeżdżałam tutaj w sprawie tej małej. 

—     Pamiętam,  a  pewnie,  że  pamiętam  — zawołała 

śpiewnie kobieta. — Proszę bardzo wejść do środka. 

—    Pani jest żoną dozorcy — objaśniła mnie Zaleska. 

— Oboje z mężem robili dla tej małej, co mogli. 

—     No,  bo  takie  dziecko!  —  rozżaliła się  dozorczyni. 

—  Proszę.  Ale  jeżeli  państwo  chcą  porozmawiać  z  jej 
matką, to teraz można tam zajść. Halinka jest w mieście i 
wróci  dopiero  z  moim  mężem.  — Zniżyła  głos  i 
powiedziała  bardzo  cicho:  —  Ona,  widzi  pani,  jeszcze 
ciągle boi się chodzić sama... 

—     No,  to  chodźmy  —  powiedziała  Za-leska.  — 

Niedługo  zjawi  się  tu  nasz człowiek  ze  zdjęciami;  niech 
zaczeka u pani, aż go zawołamy. Dobrze? 

Matka  zgwałconej  dziewczynki  mieszkała  na 

pierwszym  piętrze  w  niedużym  i  niezwykle  ubogim 

background image

Złote Koło 

 

waldi0055 

Strona 67 

 

mieszkanku;  bieda dosłownie  piszczała  tu  z  każdego 
kąta; ale  było  czysto  i  mimo  wszystko  jakoś tak  bardzo 
swojsko i miło. 

—     Proszę  posłuchać  —  powiedziała  cicho  Zaleska. 

—  Zdaje  się,  że  mamy  tych, którzy  to  zrobili.  Ale  niech 
nam  pani powie:  czy  Halinka  jest  w  takim  stanie, że 
można  pokazać  jej  zdjęcia?  Boję  się nowego  szoku;  z 
drugiej 

strony 

tych 

ludzi 

trzeba 

koniecznie 

zidentyfikować. 

Tamta  przez  chwilę  stała  zamyślona  i  nie 

odpowiadała. Była to drobna, schludna kobieta o jasnych 
oczach i bardzo dobrej twarzy; ręce miała spracowane, ale 
czyste, zadbane; suknię też miała znoszoną, ale schludną, 
czyściutką. W ogóle 

wszystko tu jakby pachniało świeżym krochmalem. 
Wreszcie odezwała się. 
—    Proszę pani — powiedziała. — Ona to przeżyje, ja 

wiem.  Ale  przecież  oni  nie mogą  chodzić  bezkarnie, 
prawda?  Tyle jest  małych,  bezbronnych  dziewczy 
nek; jutro  mogą  skrzywdzić  następną.  Więc myślę,  że 
trzeba jej pokazać te zdjęcia. 

—     Jedno  mam  ze  sobą  —  powiedziałem.  —  Chce 

pani obejrzeć? 

Kiwnęła głową. 
Wyjąłem  zdjęcie  Kruka  —  to  przywiezione  ze 

Ścinawy,  roześmiane  —  i  położyłem  na  stole. 
Bartoszewska spojrzała na nie i szybko podniosła głowę. 

—    Ale... — zaczęła i urwała. 
Jeszcze  raz  obejrzała  zdjęcie  i  powiedziała  z 

zakłopotaniem: 

—    Proszę państwa, ja się boję, że to jakaś pomyłka; 

ja tego chłopca znam. 

—    Zna go pani? 
—    Znam. 

background image

Złote Koło 

 

waldi0055 

Strona 68 

 

Popatrzyliśmy po sobie i poczuliśmy niepokój. 
—    Skąd pani go zna? — zapytała Zaleska. 
Tamta  uśmiechnęła  się  z  jeszcze  większym 

zakłopotaniem.     

—    Przychodził tutaj — powiedz powiedział. 
—    Tutaj, do domu? 
—     Nie,  do  domu  nie.  Wiedział  że  Halinka  na  widok 

chłopców...  wszystko  jedno  jakich,  pani  rozumie...  Ale 
często czekał na dole i wypytywał mnie o jej zdrowie. Czy 
nie  ma  jakichś  komplikacji i  w  ogóle...  I,  przynosił  mi  dla 
niej 

jakieś drobiazgi: 

to 

czekoladkę, 

to 

znowu 

jakąś książkę. I tylko prosił, żeby jej nie mówić, od kogo. 

Zaleska  odwróciła  głowę;  widziałem,  że  jest 

niespokojna; jej poprzednia pewność rozwiała się niemal 
do szczętu. Wziąłem zdjęcie Kruka i zapytałem: 

—    A pani znała go już przedtem? 
—     Chyba  nie  —  odpowiedziała.  —  W każdym  razie 

nie mogłam go sobie przypomnieć. Podszedł raz, na ulicy, 
i  powiedział,  że  jest  dawnym  kolegą  Halinki.  I  że 
dowiedział się o tym wszystkim i bardzo mu jej żal. Prosił, 
żebym mówiła mu po imieniu i żebym się nie krępowała, 
gdyby  coś  trzeba  było  załatwić albo  przynieść.  Był 
naprawdę  bardzo  dobry.  I  bardzo  zmartwiony  tym 
wszystkim. Bardzo go polubiłam, proszę pana. 

Zaleska  odeszła  w  głąb  pokoju;  była  po  prostu 

zdruzgotana. Ale ja nie rezygnowałem tak szybko. 

--- Mówiła mu pani po imieniu — powiedziałem. — A 

przepraszam, jakie imię pani podał? 

—    Marian. 
Teraz Zaleska drgnęła i odwróciła się. 
—    Zdaje się, że zaczynam rozumieć — powiedziałem 

cicho. — Kompleks rannego ptaszka. 

—    Jakiego ptaszka? 

background image

Złote Koło 

 

waldi0055 

Strona 69 

 

—     Później  pani  wyjaśnię  —  powiedziałem  i  znowu 

zwróciłem się do Bartoszewskiej. — Niech mi pani powie: 
czy Halinka nigdy go nie widziała? 

—    No, dawniej na pewno. 
—    Ale nie, nie dawniej; ostatnio. Przez okno albo na 

ulicy? 

—     Nie;  chyba  się  nawet  nie  domyślała,  że 

przychodzi. Ja jej też nie mówiłam; tak jak prosił. Zresztą 
uważałam,  że  tak będzie  lepiej.  Myślałam,  że  jak 
kiedyś wróci  całkiem  do  siebie,  to  wtedy  jej wszystko 
powiem; skąd te czekoladki i książki. Ale na razie jeszcze 
nie; na razie, jak ona słyszy słowo „chłopak”, to cała drży... 

I obróciła się do Zaleskiej. 
—    Jak pani myśli: czy to jej przejdzie? Bo gdyby tak 

miało zostać na całe życie?... 

I potrząsnęła głową rozpaczliwie. 
—     Jeżeli  wszyscy  będą  dla  niej  dobrzy  —  szepnęła 

Zaleska. —  I jeżeli spotka takiego  chłopca,  który pomoże 
jej zapomnieć... 

—Ten by mi się podobał — powiedziała w zamyśleniu 

Bartoszewska. — Taki delikatny. Pan wie, co on mi kiedyś 
powiedział? Że zrobi wśród kolegów zbiórkę i że chce mi 
przynieść  trochę pieniędzy.  Nie,  nawet  jeszcze  inaczej: 
że oni będą zbierać się co miesiąc i zawsze na pierwszego 
podrzucą  mi  jakąś  sumkę: żeby  Halinka  mogła  się  lepiej 
ubrać. I  żeby  nie  musiała  chodzić  więcej  w  tym płaszczu, 
który jej tamci poniszczyli. Ale ja, oczywiście, odmówiłam. 
Kategorycznie odmówiłam, proszę pana. 

—     Kiedy  to  było?  —  zapytałem,  starając  się  ukryć 

przed nią narastające we mnie napięcie. 

—    A jakieś dwa, trzy dni temu. 
Schowałem  zdjęcie  Janusza  i  powiedziałem  bardzo 

cicho: 

—    Proszę pani, ten chłopiec, niestety nie żyje. 

background image

Złote Koło 

 

waldi0055 

Strona 70 

 

—    Nie żyje? — krzyknęła. 
—     Został  zabity  wczoraj  w  południe na  ulicy  Złote 

Koło. 

—    Ale dlaczego? Za co? 
—    Myślę — powiedziałem powoli — że może jeszcze 

dzisiaj będę mógł to pani powiedzieć. 

Schowałem  zdjęcie  Janusza  i  powiedziałem  do 

Zaleskiej: 

—    Zejdę zobaczyć, czy technik już jest. 
I wyszedłem, starając się nie patrzeć 
na  Bartoszewską;  ale  nawet  nie  widząc  jej, 

wiedziałem, że drży. 

Na  schodach  minąłem  szczupłą,  wy-mizerowaną 

dziewczynkę,  którą  prowadził  na  górę  barczysty 
mężczyzna w wyszmelcowanej fufajce. Domyśliłem się, że 
to  ona;  i  że  to  mąż  dozorczyni  przywiózł ją  z  miasta.  I 
pomyślałem,  że  dobrze  się stało,  iż  najpierw  zetknie  się 
tylko z Zaleską. 

Dozorczyni czekała na mnie przed drzwiami. 
—    Spotkał ich pan? — zapytała cicho. 
Kiwnąłem głową. Podała mi duży pakiet z nadrukiem 

ORWO. 

—    Był ten pan i zostawił to u mnie. 
Odczekałem jeszcze chwilę, a potem powoli ruszyłem 

na  górę.  Po  drodze  spotkałem  schodzącego  dozorcę. 
Zatrzymał się i powiedział biorąc mnie za rękę: 

—    Niech pan będzie bardzo ostrożny. Ona jest jeden 

kłębek nerwów. 

—     Będę  ostrożny  —  powiedziałem i  wszedłem  do 

mieszkania Bartoszewkich. 

Dziewczynka  stała  w  płaszczu,  tak  jak  przyszła  i  z 

przerażeniem  wpatrywała się  w  Zaleską.  Widocznie 
poznała  ją i  domyśliła  się,  o  co  chodzi.  Kiedy  usłyszała 
skrzypnięcie  drzwi,  obróciła  się z  takim  pośpiechem, 

background image

Złote Koło 

 

waldi0055 

Strona 71 

 

jakby  się  bała,  że ktoś  może  ją  uderzyć  od  tyłu.  Była 
śliczna, ale taka drobniutka, że naprawdę nie mieściło się 
w  głowie,  jak  ktoś  mógł dokonać  na  niej  gwałtu;  była  w 
gruncie rzeczy dużym, wyrośniętym dzieckiem. 

—     Dzień  dobry,  Halinko  —  powiedziałem.  — 

Wpadliśmy  tu  tylko  na  chwilę i  zaraz  sobie  pójdziemy. 
Widzisz, jest taka sprawa... 

—   Ona  już  wie  —  szepnęła  Zaleska.  — Powiedzia 

łyśmy jej. 

Spojrzałem na małą. Patrzyła na mnie rozszerzonymi 

oczyma i wydawało się, że chyba ma gorączkę; w każdym 
razie łapała  oddech  głośno  i  szybko,  a  usta  jej przy  tym 
drgały. 

—  Ma  pan  te  fotografie?  —  zapytała  cicho  jej  matka. 

— Niech pan pozwoli. 

Wzięła  ode  mnie  pakiet  i  zaczęła  wyjmować  z  niego 

zdjęcia. Halinka szarpnęła się i odbiegła w kąt za piecem. 
Tam skuliła się i zaczęła drżeć na całym ciele. 

—Dziecko  —  szepnęła  matka,  podchodząc  i 

obejmując  ją  ramieniem.  — Trzeba,  żebyś  tylko  rzuciła 
okiem. I pan to zaraz schowa. 

— Nie! — pisnęła cichutko. — Nie! 
Staliśmy  w  milczeniu,  a  te  zdjęcia  leżały  na  stole. 

Nagle  dziewczynka  oderwała  się  od  ściany  i  szybko 
podeszła do stołu. Była blada jak śmierć. 

—    To oni — wyszeptała i myślałem, że upadnie; ale 

matka  przytrzymała  ją ramieniem.  —  Oni!  Ten  rzucił  się 
na mnie pierwszy! — pokazała palcem na Długiego Janka. 
—  A  ci  dwaj  mnie  trzymali!  I  bili!  A  potem  wszyscy...  — 
urwała.  Wzrok  jej  zrobił  się  czujny.  —  Ale  to nie  są 
wszyscy! — szepnęła. — Tam był jeszcze jeden! Ten, który 
mnie... zaraz po tym dużym, taki bardzo zły, niedobry... 

Spojrzałem  na  Zaleską,  a  potem  sięgnąłem  do 

kieszeni i położyłem na stole roześmiane zdjęcie Kruka. 

background image

Złote Koło 

 

waldi0055 

Strona 72 

 

—    Czy to był on? 
—    Ale... — zaczęła jej matka, 
—     On  —  powiedziała  Halinka  i  uderzyła  w  zdjęcie 

ręką.  —  Mówiłam  ci  — powiedziała  do  matki.  —  To  ten, 
który mnie  tak  szarpał,  zaraz  na  początku... Zniszczył  mi 
cały  płaszczyk.  Widzi  pan, jak  ja  teraz  chodzę?  —  I 
pokazała  mi liczne  cery  na  płaszczyku.  —  On  był  taki, 
jakby  mnie  zawsze  nienawidził;  całe życie!  A  przecież  ja 
mu nic nie zrobiłam! Nawet go nigdy nie widziałam! 

Gwałtownym machnięciem zrzuciła wszystkie zdjęcia 

na podłogę i krzyknęła: 

Zabierzcie to! Ja już nie chcę! Nie mogę! 
I wybiegła z pokoju. 
Popatrzyłem na jej matkę. Była zupełnie wytrącona z 

równowagi. 

—    Proszę pani — powiedziałem cicho. — Niech pani 

poprosi dozorczynię, żeby została przy małej. Boję się, że 
pani będzie nam dzisiaj potrzebna. 

—     Ale  przecież  —  wtrąciła  się  Zaleska i  urwała.  A 

potem dokończyła niepewnie: — Przecież pani ich nie zna. 

—    A jednak — powiedziałem. — A jednak. 
I obróciłem się ku niej; 
—     Dobrze?  —  A  gdy  skinęła  głową, dodałem:  — 

Będziemy czekać w samochodzie. 

Zeszliśmy  na  dół  i  ja  od  razu  połączyłem  się  z 

centralą. 

—     Jest  tam  Traszka?  —  zapytałem.  —  Niech 

przerzuci  jak  najwięcej  światła  na  Złote  Koło.  I  niech 
przygotuje wszystko do wizji lokalnej. 

—    Teraz? Po nocy? — zapytał głos w słuchawce. 
—     Po  nocy!  —  odpowiedziałem  ze  złością.  —  Nie 

mam ochoty czekać z tym do rana. 

background image

Złote Koło 

 

waldi0055 

Strona 73 

 

—     Co  pan  wymyślił?  —  zapytała  mnie niepewnie 

Zaleska,  gdyśmy  już  jechali przez  kolejne  wrocławskie 
mosty. 

—     Myślę,  że  coś  wymyśliłem  —  odpartym,  ale  nie 

chciałem  powiedzieć  więcej; sam  nie  miałem  jeszcze 
pewności. 

—  Taki  sympatyczny  chłopak  —  szepnęła  Bartosze- 

wska.  —  Nie  mogę  uwierzyć.  To  po  co  później  przycho- 
dził? 

—    Taki już był  — odpowiedziałem,  nie  odwracając 

głowy  od  świateł,  przelatujących  za  szybą.  —  Mówiłem 
przedtem o ptaszku, pani pamięta? On sam go pokaleczył, 
a później sam wykurował i wypuścił na wolność. Był zły i 
dobry  równocześnie.  Albo  raczej  tak:  zły  po  wierzchu,  a 
dobry w środku. Ale sam o tym wszystkim nie wiedział. I 
dlatego tak dużo zapłacił. 

W  sekretariacie  czekali  już  Prałat  z  Walendziakiem. 

Nie  znali  jeszcze  szczegółów,  ale  już  się  domyślali,  że 
wychodzimy na finisz. 

—     Czuję,  że  pan  przygotował  bombę  — mruknął 

Prałat, gdyśmy weszli. — Dlatego tylko dla porządku chcę 
panu  powiedzieć,  że  sprawa  naszego  wariata  już  się 
wyjaśniła: był u swojego bratanka na Powstańców i pobił 
go młotkiem; ale wszystko dosyć niegroźne. Jutro jedzie z 
powrotem do Kobierzyna. 

—    Wariata skreślamy — powiedziałem. — Co mówią 

chłopcy? 

—     Dalej  kręcą.  Nie  można  ustalić,  gdzie  byli  do 

południa.  Plączą  się,  ale  nie  chcą  powiedzieć  prawdy. 
Zebraliśmy o nich trochę materiału; ten najstarszy to syn 
wozaka, znanego alkoholika; reszta także typowa: rozbite 
rodziny,  jeden  tatuś  odsiaduje  manko,  drugi  w  ogóle 
prysnął  za  granicę.  Tylko  ten  mały, Piechalak,  ma 
normalny dom i rodziców na kupie; zresztą całkiem nieźle 

background image

Złote Koło 

 

waldi0055 

Strona 74 

 

sytuowanych,  ojciec  na  stanowisku,  matką ginekolog; 
cholera wie, czemu się z nimi włóczył. 

—    Dajcie ich tutaj — powiedziałem. — A pani będzie 

łaskawa zaczekać obok. 

Nasza czwórka stała już w pokoju starego. Sam stary 

był  także,  był  również  Walendziak,  Prałat  i  była  Zaleska. 
Tylka Traszki  brakowało;  przygotowywał  Złote Koło  do 
wizji. 

—  Chłopcy  —  powiedziałem.  —  Zabawa  skończona, 

wiemy już wszystko. Ta mała 

rozpoznała  was  na  zdjęciach,  rozpoznała  także 

Kruka.  Nie  macie  alibi  na

 

wczorajszy  ranek,  aż  do  chwili, 

kiedy go 

zabito.  Chcemy  teraz  wiedzieć  jedno:  który  z  was  go 

uderzył? 

—     Ale  proszę  pana!  —  krzyknął  ten  najmniejszy, 

który  przedtem  ciągle  oblizywał  sobie  wargi;  Tadeusz 
Piechalak syn  człowieka  na  stanowisku  i  pani  ginekolog. 
—  To  jakieś  potworne  nieporozumienie!  Dlaczego 
mielibyśmy go zabijać!? 

—     Wy  wiecie,  dlaczego  —  powiedziałem  spokojnie. 

— I my także wiemy, dla-czego. Zażądał od was pieniędzy, 
które,  chciał  przekazać  tej  małej.  Myślę,  że  chodziło  o 
spore  pieniądze;  a  co  gorsza,  chodziło  o  pieniądze,  które 
on  zamierzał  przesyłać  jej  co  miesiąc,  Bóg  jeden wie,  jak 
długo!  Przypuszczam,  że  najpierw  zaczęliście  go 
wyśmiewać;  bo  musiał  się  wam  wydawać  śmieszny,  z 
tymi. swoimi  spóźnionymi  wyrzutami  sumienia. Ale 
potem przestaliście się śmiać, bo on zagroził, że jeżeli nie 
dostanie  tych  pieniędzy,  to  zasypie  Was  wszystkich  co 
do, jednego — nie oglądając się na to, że 
sam także pójdzie 
siedzieć.  Wtedy  go  pobiliście;  ekspertyza  z  Zakładu 
Medycyny  Sądowej  wykazała  ślady  niezbyt  daw- 
nych uderzeń.  Niestety,  nie  pomogło,  a  on  sprawił  sobie 

background image

Złote Koło 

 

waldi0055 

Strona 75 

 

kłódkę na łańcuchu i przypuszczam, że gotów był jej użyć. 
Wtedy  doszliście  do  wniosku,  że  jedyna  rzecz, jaka  wam 
pozostała, to stuknąć go przy pierwszej okazji. A ta okazja 
nadarzyła się  właśnie  wczoraj.  Myślę,  że  to  był ostatni 
termin, jaki on wam wyznaczył. I chyba nawet wierzył, że 
przyniesiecie ze  sobą  te  pieniądze.  Dlatego  już 
poprzedniego  wieczora  przygotował  sobie  kopertę  z 
adresem; prawdopodobnie chciał przesłać te pieniądze w 
liście,  bez  nadawcy,  żeby  nie  naprowadzić  milicji  na 
swój ślad.  Umówiliście  się  z  nim  na  mieście, a  potem, 
korzystając  z  mgły,  zamordowaliście  go  na  ulicy  Złote 
Koło.  Pytam więc  jeszcze  raz:  kto  uderzył?  Być  może nie 
wszyscy jesteście jednakowo winni; ale jeśli nie wskażecie 
sprawcy, wszyscy czterej staniecie przed sądem oskarżeni 
o  zabójstwo. 

Zapadło milczenie, a potem Piechalak porozumiał się 

wzrokiem z Długim Jankiem i powiedział cicho: 

—     Broszę  pana,  to  ja  już  powiem. Było  całkiem 

inaczej i pan to może sprawdzić. Umówiliśmy się z nim w 
„Staro-polance”,  na  rogu  Włodkowica  i  Nowotki. 
Myśleliśmy jeszcze, że może go spijemy i jakoś dojdziemy 
do zgody. Ale on nie chciał pić. Zobaczyliśmy, że nie damy 
rady  i  daliśmy  mu  te  pieniądze. On  je  wziął  i  wyszedł.  A 
my siedzieliśmy w „Staropolance” aż do jakiejś czwartej, a 
może  nawet  piątej  i  za  resztę  tego,  co nam  zostało, 
popijaliśmy na pocieszenie. Nas tam znają i cały personel 
może  to zaświadczyć.  Kiedy  wyszliśmy,  to  on  już musiał 
dawno leżeć w kostnicy. 

Teraz  ja  nagle  straciłem  pewność,  bo  poczułem,  że 

mówią  prawdę.  Spojrzałem na  starego,  a  on  pochwycił 
mój wzrok i  zapytał: 

—    Ile było tych pieniędzy? 
—    Trzy tysiące, proszę pana. 
—    Dlaczego nie powiedzieliście tego od razu? 

background image

Złote Koło 

 

waldi0055 

Strona 76 

 

Teraz nawet Piechalak zawahał się i przez chwilę nie 

odpowiadał. Wyręczył go wreszcie sam Długi Janek. 

—  Bo  nie  chcieliśmy  maszerować  rządkiem  do 

pierdla — powiedział opryskliwie. — Co pan myśli, że my 
taką forsę możemy wytrzepać pan wie z czego? Chcieliśmy 
, żeby on — tu pokazał na Piechalaka — wyniósł co nieco z 
chałupy,  ale  pękł  i  nie  przyniósł.  No  i  dalej pan  się 
domyśla, nie? Zrobiliśmy skok, no i forsa była. 

—    Jaki skok zrobiliście? — zapytał obojętnie stary. 
—   A  na  kiosk  „Ruchu”  przy  Hali  Ludowej.  Wynieśli- 

śmy  wczoraj  wieczór,  co się  dało  i  rano  opyliliśmy  to 
innym kioskarzom. 

—     Macie  meldunek  o  tym  skoku?  — zapytał  stary 

Prałata. 

Ten tylko skinął poważnie głową. 
—    Ja nie brałem w tym udziału! — zawołał piskliwie 

Piechalak. — Przez cały wieczór byłem w domu! 

—     Też  sobie  znalazł  świadków!  —  parsknął  Długi 

Janek. — Mamusię i tatusia! Dużo to w sądzie znaczy! 

—     Był  także  doktor  Karwański!  — krzyknął 

Piechalak. — On nie jest z rodziny! Ja mam alibi na medal! 

Tamci  trzej  zesztywnieli,  a  Długi  Ja-nek  powiedział 

bardzo cicho: 

—    Czekaj ty, jak wyjdziemy... 
—     Prędko  to  nie  będzie  —  powiedział  — spokojnie 

stary.  —  Zbiorowy  gwałt  na nieletniej?  Ej,  chłopcy,  lepiej 
już zrobić tuzin kiosków „Ruchu” ja wam to mówię. 

I spojrzał na mnie. 
—     No  to  co?  Odeślemy  ich  i  odwołamy  wizję  na 

Złotym Kole? Prawda, kochany? 

—    Nie — powiedziałem czując, że się pocę. — Tylko, 

że  zaczniemy  od  wizji  w „Staropolance”.  —  I  odwróciłem 
się  do  Walendziaka:  —  Jedź  przodem  i  opróżnij lokal.  Za 
chwilę tam będziemy. 

background image

Złote Koło 

 

waldi0055 

Strona 77 

 

Stary  spojrzał  na  mnie  z  uwagą  a  równocześnie  z 

niedowierzaniem.  Podniosłem  dyskretnie  rękę,  jakbym 
chciał  powiedzieć „niech  pan  będzie  spokojny,  ja  wiem, 
co robię” i wyszedłem do sekretariatu. 

—    Połącz mnie z domem — powiedziałem. 
Mój  syn  widocznie  odrabiał  lekcje,  bo  jak  zawsze  w 

takich wypadkach miał trochę nieprzytomny głos. 

—    Czy znowu chcesz mi zameldować, nie wrócisz na 

kolację?  —  zapytał,  gdy  wreszcie  dotarło  do  niego,  kto 
dzwoni.  —  Czy  też  chciałbyś  odwołać  jutrzejsze  śniada- 
nie? 

—     Poczekaj  —  powiedziałem.  —  Mam do  ciebie 

pytanie. Gdybyś miał większą 

sumę pieniędzy, to gdzie byś je nosił? 
—     Większa  suma,  to  u  ciebie  jest ile?  —  zapytał.  — 

Górnik czy kopernik? 

—    Powiedzmy: trzy koperniki. 
—    Włożyłbym je, jak zawsze za oprawkę legitymacji. 
—    Dziękuję. To właśnie chciałem  wiedzieć. I myślę, 

że  dzisiaj  zjemy  razem kolację.  —  I  powiedziałem 
Prałatowi na ucho coś, czego nie usłyszał nikt poza nim. 

„Staropolanka”  jest  knajpą,  która  ma  jedną  zaletę: 

można  w  niej  dostać  względnie  prawidłowe  żydowskie 
dania. Walendziak już ją oczyścił z klientów; zostali tylko 
kelnerzy,  kierownik  i  bufetowa, wszyscy  bardziej 
niezadowoleni niż zaciekawieni. 

—  No,  chłopcy  —  powiedziałem.  — Pokażcie,  gdzie- 

ście siedzieli. 

Bez wahania obsiedli jeden z brudnych stolików. 
—     A  Kruk  siedział  tutaj  —  powiedział Długi  Janek, 

przystawiając do stołu piąte krzesło. 

—    Czy to się zgadza? — zapytałem. 
Bufetowa i jeden z kelnerów potwierdzili. 
—    A gdzie siedział Semko? — zapytałem. 

background image

Złote Koło 

 

waldi0055 

Strona 78 

 

Zapadła  cisza,  a  ja  w  tej  ciszy  kiwnąłem  na  Prałata  i 

ten bez najmniejszej zwłoki wprowadził Semkę z dworu. 

—   Siadaj  tam,  gdzie  siedziałeś  wczoraj  —  powie- 

działem. 

Uśmiechnął się, ale to był krzywy uśmiech. 
—    Mnie tu wczoraj w ogóle nie było. 
—     Jak  to:  nie  było?  —  zgorszył  się kierownik.  — 

Semko, czy ty czasem nie chcesz wykiwać władzy ludowej 
na jej dwudziestopięciolecie? 

—     No,  może  zajrzałem  na  moment,  ale natychmiast 

wyszedłem!  —  zawołał  gorliwie.  —  I  na  oczy  nie 
widziałem tej grandy. 

I skinął w stronę bandy Długiego Janka. 
—     A  skąd  wiesz,  że  właśnie  o  nich chodzi?  — 

zapytałem. 

—    No, skoro już tu siedzą...  —  odparł rezolutnie. — 

Przecież  nie  przyszli  tu z  panami  na  wątróbkę  po 
żydowsku. 

—   Więc  gdzie  siedziałeś,  kiedy  wpadłeś  tu  na 

chwileczkę? 

—    Myślę, że kiblowałem przy bufecie. 
—    Pokaż. 
Stanął przy kontuarze tyłem do chłopców. 
—  To  prawda  —  powiedziała  bufetowa.  — 

Przekiblował tak rzeczywiście dobre trzy kwadranse. 

—    I przez cały czas tyłem do nich? 
—    Jak Boga kocham! — zapiał Semko radośnie. 
Odsunąłem  go,  stanąłem  na  jego  miejscu  i  uśmie- 

chnąłem się. 

—     Masz  rację,  Semko  —  powiedziałem.  —  Nie 

musiałeś się odwracać. Piłeś tu sobie swoje piwko, a kiedy 
podniosłeś oczka, zobaczyłeś ich w lustrze. Widziałeś, jak 
wyjmują pieniądze, jak dają je Krukowi, jak Kruk chowa je 
do  legitymacji,  w  której  miał  już  gotową  kopertę z 

background image

Złote Koło 

 

waldi0055 

Strona 79 

 

adresem  —  i  wreszcie  jak  wychodzi. Wtedy  wziąłeś  z 
kontuaru butelkę piwa — jakie piwo mieliście wczoraj? 

—    „Wrocławskie” — objaśniła mnie bufetowa. 
—   A więc wziąłeś butelkę „Wrocławskiego”, włożyłeś 

do kieszeni i niedbałym krokiem wyszedłeś za Krukiem. 

—     Niech  mi  pan  to  udowodni  —  powiedział 

promiennie Semko i wygodniej oparł się o bufet. 

—     Spróbuję  —  powiedziałem.  —  Jedziemy  na  Złote 

Koło. 

Prałat  zamrugał  do  mnie  ostrzegawczo,  ale  ja 

pominąłem ten jego znak i pierwszy wyszedłem z lokalu. 

Na  Złotym  Kole  płonęły  mocne  lampy.  Milicjanci 

odpychali  zaciekawionych  przechodniów.  W  środku 
świetlistego  kręgu stał  Traszka  i  czekał  na  nas  w 
dużym podnieceniu. 

Wysiedliśmy  z  samochodów  i  podeszliśmy  do  niego 

całą  grupą:  stary,  Prałat,  Walendziak,  Semko,  czwórka 
naszych chuliganów i wreszcie matka małej Halinki, która 
zupełnie  nie  wiedziała,  do czego  tu  może  być  potrzebna. 
Już  nie padało,  tylko  woda  przelewała  się  w  rynnach  i 
wszędzie błyszczały kałuże. 

—     Uważaj,  Semko  —  powiedziałem.  — On  wziął 

pieniądze  na  rogu  Włodkowica i  prawdopodobnie  prosto 
stamtąd poszedł na Rzeźniczą, gdzie, jak wiesz,, mieści się 
urząd pocztowy. Ty szedłeś za nim aż tutaj i tu uderzyłeś 
go  butelką.  Jestem  pewien,  że  nie  chciałeś  go 
zabić. Uderzyłeś  go  tak,  jakbyś  uderzył  dorosłego;  ale  on 
miał dopiero szesnaście lat i jego czaszka nie wytrzymała 
tego ciosu... 

—     Po  pierwsze  —  powiedział  Semko, jeszcze  ciągle 

spokojny  i  promienny.  — Gdyby  szedł  na  Rzeźniczą,  nie 
przechodziłby  przez  Złote  Koło.  Z  Nowotki  doszedłby  do 
Szajnochy  i  tam  albo  przeszedłby  przez  bramę  na  plac 
Solny,  albo poszedłby  taką  małą  uliczką,  nie  pamiętam, 

background image

Złote Koło 

 

waldi0055 

Strona 80 

 

jak  się  nazywa;  pan  wie,  tam,  gdzie jest  Związek 
Kynologiczny.  Idąc  Złotym Kołem,  musiałby  nadłożyć 
drogi. 

—    Owszem — powiedziałem. — Ale myślę, że kiedy 

dochodził do Szajnochy, coś go wypłoszyło. — I zwróciłem 
się do pani Bartoszewskiej: — Czy wczoraj, koło południa, 
nie  przechodziła  tu  pani  w towarzystwie  swojej  córki 
Halinki? 

—     Nie  —  powiedziała  z  zakłopotaniem.  —  Ja  o  tej 

porze jestem zawsze w pracy. 

—     No,  widzi  pan  —  rzekł  dobrodusznie  Semko.  — 

Warto  to  było  ściągać  tutaj  tyle  kilowatów?  Mógł  się  pan 
mnie zapytać  w  gabinecie  i  obeszłoby  się  bez tych  całych 
korowodów.. 

—     Chwileczkę  —  powiedziała  Bartoszewska.  —  Ja 

tylko mówiłam, że mnie tu  nie było.  Bo Halinka była tu z 
żoną naszego  dozorcy.  Na  Szajnochy  jest  taki sklep  z 
przyborami  skórzanymi  czy  szewskimi;  o  dwunastej 
miały  tam  odebrać jakiś  towar  dla  naszego  dozorcy, 
który sobie dorabia reperacją butów. 

Teraz  Semko  uśmiechnął  się  krzywo,  a  ja 

powiedziałem: 

—    Nie śpiesz się, może te kilowaty nie idą tu całkiem 

na  darmo.  Moim  zdaniem sprawa  wyglądała  tak:  Kruk 
wyszedł z  Nowotki,  zobaczył  Halinkę  w  głębi Szajnochy  i 
właśnie dlatego skręcił w Złote Koło. Ty skręciłeś za nim, 
tu  go zabiłeś,  zabrałeś  mu  legitymację,  w  której  była 
koperta  i  pieniądze,  pieniądze zamelinowałeś  gdzieś  po 
drodze, może dałeś matce na przechowanie, a legitymację 
i kopertę spaliłeś. 

—    A co  zrobiłem  z  butelką?  —  zapytał.  —  Dopóki 

pan  jej  nie  znajdzie, wszystkie  pańskie  hipotezy 
pozostaną tylko hipotezami. 

background image

Złote Koło 

 

waldi0055 

Strona 81 

 

—     Masz  pecha  —  powiedziałem.  —  Bo będąc  pod 

domem  tej  dziewczynki;  na Rozbrat,  zobaczyłem  coś, 
czego mogłem wcale nie zobaczyć. I przypomniałem sobie, 
że coś podobnego widziałem tutaj. 

Wziąłem go za ramię i pociągnąłem bliżej muru. 
—     Chodź,  Semko  —  powiedziałem  i  poczułem,  że 

drży. — Widzisz tę urwaną rynnę? Bądź tak dobry schylić 
się  i  wyjąć  z  niej  to,  co  wepchnąłeś  do  niej  wczoraj  w 
południe. 

Pobladł i szarpnął się do tyłu. 
—  Dobrze  —  powiedziałem.  —  Wobec  tego  ja  sam 

będę cię musiał wyręczyć. 

Włożyłem  rękawiczkę  i  pochyliwszy  się,  wyjąłem  z 

rynny  wilgotną  czapkę,  która zatykała  ujście  —  była  to 
zapewne 

czapka 

zabitego; 

kiedy 

to 

zrobiłem, 

butelka wysunęła  się  sama  i  w  strumieniach spienionej 
wody zleciała na chodnik. 

—  „Wrocławskie”,  prawda?  —  zapytałem  i  zobaczy 

łem,  że  Semko  jest  biały  jak  wapno.  —  Poślijcie  ją  do 
daktyloskopii — powiedziałem — i poróbcie jak najwięcej 
ścisłych,  wyczerpujących  protokołów.  A  ja  was  na  ten 
wieczór  opuszczę;  umówiłem  się  na  kolację  z 
moim synem.