background image

JUDITH MCNAUGHT 

CUD 

DARY LOSU 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Ś

więtemu Judzie, 

patronowi spraw beznadziejnych 

nad tą bardzo się napracowałeś 

Dziękuję 

background image

Muzyka  i  gwar  rozmów  pozostawały  w  tyle  i  cichły,  gdy  Julianna  Skeffington 

zbiegała schodami z tarasu ogromnego pałacu, do którego niemal sześćset osób z towarzystwa 

przybyło  na  bal  kostiumowy  TuŜ  przed  nią  rozpościerały  się  ogrody  oświetlone  tysiącami 

pochodni,  pełne  gości  i  uwijających  się  wokół  słuŜących  ubranych  w  odświętne  liberie.  Za 

ogrodami  majaczył  labirynt  z  wysokich  krzewów,  idealne  miejsce,  by  skryć  się  przed 

ludzkimi oczami. I tam teŜ skierowała swe kroki Julianna. 

Zgarnęła  szerokie  spódnice  kostiumu  Marii  Antoniny  i  przeciskała  się  wśród  tłumu, 

spiesznie przemykając obok rycerzy w zbrojach, trefnisiów, rozbójników, rozmaitych postaci 

ze sztuk Szekspira, niezliczonych królowych i księŜniczek, a takŜe wszelkiej maści zwierząt 

zarówno dzikich, jak i domowych. 

Po  chwili  zauwaŜyła  szeroką  ścieŜkę  i  wbiegła  w  nią  szybko,  zaraz  jednak  musiała 

odskoczyć na bok, aby się nie zderzyć z rozłoŜystym „drzewem”, obwieszonym czerwonymi 

jabłkami.  Drzewo  skłoniło  się  szarmancko  Juliannie,  jedną  ze  swoich  „gałęzi”  obejmując  w 

pasie damę przebraną za dojarkę i trzymającą nawet wiadro w dłoni. 

Potem  nie  musiała  juŜ  zwalniać  kroku  aŜ  do  chwili,  gdy  znalazła  się  w  centrum 

ogrodów,  gdzie  obok  dwóch  rzymskich  fontann  ustawiono  podium  dla  przygrywającej  do 

tańca orkiestry. Mamrocząc słowa przeprosin, przepchnęła się obok męŜczyzny przebranego 

za  czarnego  kota,  który  właśnie  szeptał  coś  do  róŜowego  ucha  drobnej,  szarej  myszce. 

„Kocur”  długim,  pełnym  zachwytu  spojrzeniem  powiódł  po  dekolcie  Julianny,  a  potem 

ś

miało  spojrzał  jej  w  oczy  i  mrugnął,  by  po  chwili  znów  poświęcić  całą  uwagę  uroczej 

myszce o absurdalnie długich wąsach. 

Oszołomiona  wyuzdanym  zachowaniem  przybyłych,  jakiego  była  świadkiem  tego 

wieczoru  -  szczególnie  tu,  w  ogrodach  -  Julianna  nerwowo  odwróciła  się  przez  ramię  i 

wówczas  ujrzała  matkę  wychodzącą  z  sali  balowej.  Matka  stanęła  na  stopniach  tarasu, 

trzymając  pod  ramię  nieznanego  Juliannie  męŜczyznę  i  z  wolna  wodziła  spojrzeniem  po 

ogrodach.  Szukała  oczami  córki.  Wiedziona  instynktem  psa  myśliwskiego  nieomylnie 

spojrzała w jej stronę. 

To wystarczyło, by Julianna niemal zerwała się do biegu. Przed wejściem do labiryntu 

czekała ją jeszcze tylko jedna przeszkoda: duŜa grupa wyjątkowo rozochoconych męŜczyzn, 

stojących pod drzewami  i zaśmiewających się na  całe  gardło na widok  fałszywego trefnisia, 

który bezskutecznie starał się Ŝonglować jabłkami. Julianna nie chciała przechodzić tuŜ przed 

nimi,  bo  wówczas  znalazłaby  się  w  polu  widzenia  matki,  próbowała  więc  się  przemknąć  za 

background image

ich plecami. 

- Przepraszam, panowie - powiedziała, wciskając się między drzewa a męskie plecy. - 

Ale muszę przejść. 

Zamiast  szybko  usunąć  się  z  drogi  -  jak  nakazywała  zwykła  uprzejmość  -  dwaj 

męŜczyźni zerknęli przez ramię, po czym odwrócili się do niej przodem, n i e ustępując j e d n 

a k miejsca, by mogła ich wyminąć. 

-  No,  no,  co  my  tu  mamy?  -  rzucił  jeden  z  nich  bardzo  chłopięcym  i  bełkotliwym 

głosem,  opierając  się  ręką  o  pień  drzewa  tuŜ  na  wysokości  ramienia  dziewczyny.  Chwycił 

pełny  kielich,  przyniesiony  mu  właśnie  przez  lokaja  i  wsunął  w  dłoń  Julianny.  -  Coś  na 

pokrzepienie, madame? 

W tym momencie Juliannę o wiele bardziej przeraŜała perspektywa spotkania z matką 

niŜ  drobna  utarczka  z  pijanym  młodym  lordem,  ledwo  trzymającym  się  na  nogach,  którego 

kompani na pewno powstrzymaliby od zuchwalszego zachowania niŜ to, jakie prezentował w 

tej  chwili.  śeby  więc  nie  wywoływać  zamieszania,  chwyciła  kieliszek,  zanurkowała  pod 

ramieniem natręta i szybko minęła pozostałych, kierując się spiesznie ku miejscu, do którego 

zmierzała. 

- Daj sobie spokój, Dickie - zdołała jeszcze usłyszeć. - Połowa tancerek z opery i cały 

półświatek zebrał się tu dzisiejszego wieczoru. MoŜesz więc mieć niemal kaŜdą kobietę, która 

wpadnie ci w oko. Ta najwyraźniej nie ma ochoty się zabawić. 

Julianna  przypomniała  sobie,  Ŝe  elita  towarzystwa  nie  pochwalała  maskarad  - 

szczególnie  jako  rozrywki  dla  młodych,  szlachetnie  urodzonych  panien.  Po  tym,  co  dzisiaj 

zobaczyła,  nie  dziwiła  się  juŜ,  dlaczego.  Bezpiecznie  ukryci  pod  kostiumami  i  maseczkami, 

członkowie najlepszych rodzin zachowywali się jak... jak najzwyklejsze pospólstwo! 

Julianna  wpadła  do  labiryntu,  skręciła  w  ścieŜkę  po  prawej  stronie,  pobiegła  do 

pierwszego  zakrętu,  który  teŜ  prowadził  w  prawo,  po  czym  oparła  się  plecami  o  szorstkie 

gałęzie  krzewów.  Wolną  ręką  starała  się  przygładzić  warstwy  koronek,  którymi  obszyto 

spódnice i dekolt  - na próŜno jednak. WciąŜ sterczały sztywno i swą bielą ostro odbijały od 

mroku nocy. 

Serce  jej  waliło  -  nie  ze  zmęczenia,  lecz  z  emocji.  Starała  się  wytrwać  w  idealnym 

bezruchu  i  pilnie  nasłuchiwała.  Od  ścieŜek  ogrodu  odgradzał  ją  jedynie  pojedynczy  szpaler 

wysokich  krzewów,  ale  była  ukryta  za  zakrętem,  więc  nikt,  kto  stanąłby  u  wejścia  do 

background image

labiryntu,  nie  mógł  jej  zobaczyć.  Niewidzącymi  oczami  wpatrywała  się  w  kieliszek,  czując 

jak ogarniają gniew z powodu własnej bezsilności, nie mogła bowiem nic zrobić, by zapobiec 

kompromitującemu zachowaniu matki, która przemieniała Ŝycie Julianny w piekło. 

Próbując uciec od ponurych myśli, uniosła kieliszek i powąchała jego zawartość. Silny 

aromat  trunku  przyprawił  ją  o  dreszcz.  Przypomniał  jej  się  zapach  tego,  co  pijał  papa.  Nie 

madery,  którą  się  raczył  od  śniadania  do  kolacji,  ale  złocistego  napoju,  który  pochłaniał 

wieczorem -jak twierdził, w celach czysto leczniczych, by uspokoić nerwy. 

A  przecieŜ  teraz  nerwy  Julianny  takŜe  były  w  opłakanym  stanie.  Ledwo  o  tym 

pomyślała,  usłyszała  głos  matki  dobiegający  zza  liściastej  ściany  i  serce  zabiło  jej  jeszcze 

mocniej. 

-Julianno, kochanie, jesteś tam...? Przyszedł tu ze mną lord Makepeace, który wprost 

marzy, by cię poznać... 

Juliannie  natychmiast  stanął  przed  oczami  upokarzający  widok  nieszczęsnego  lorda 

Makepeace'a  -  kimkolwiek  był  -  ciągniętego  na  siłę  ogrodowymi  ścieŜkami  przez  jej  upartą 

matkę.  W  Ŝadnym  razie  nie  miała  ochoty  na  kolejne  zawstydzające  spotkanie  z  jakimś 

niechętnym  potencjalnym  adoratorem,  który  miał  nieszczęście  wpaść  w  szpony  lady 

Skeffington. Wcisnęła się więc jeszcze głębiej w krzewy, aŜ gałęzie rozburzyły jej jasne loki, 

godzinami misternie upinane przez pokojówkę. 

KsięŜyc  jak  na  zawołanie  skrył  się  za  chmurami  i  labirynt  pogrąŜył  się  w  gęstym 

mroku. 

Tymczasem zaledwie kilka kroków od Julianny, po drugiej stronie ściany z krzewów, 

matka ciągnęła swój bezwstydnie kłamliwy monolog. 

- Julianna to niezwykle ciekawa świata dziewczyna! - wykrzyknęła lady Skeffington, 

lecz zamiast dumy i entuzjazmu w jej tonie pobrzmiewała frustracja. - Zapewne zapuściła się 

w te ogrody, bo pociągały ją swą tajemniczością. 

Dziewczyna  odruchowo  przetransponowała  wygłaszane  właśnie  przez  matkę 

kłamstwa  na  jej  rzeczywiste  myśli:  „Julianna  jest  samotnicą,  którą  siłą  trzeba  odciągać  od 

ksiąŜek  i  pisaniny.  Zamiast  wykorzystać  tak  wspaniały  bal  i  poszukać  odpowiedniego 

kandydata na męŜa, chowa się po krzakach. JakŜe to w jej stylu!”. 

-  W  tym  sezonie  była  wprost  rozchwytywana,  zupełnie  nie  mogę  zrozumieć,  jakim 

cudem  jeszcze  się  nie  spotkaliście.  W  rzeczy  samej,  musiałam  nawet  ograniczyć  jej 

towarzyskie zobowiązania do dziesięciu tygodniowo, by miała równieŜ czas na wypoczynek! 

„Co  tu  mówić  o  tygodniu  -  Julianna  w  ciągu  całego  roku  nie  otrzymała  dziesięciu 

zaproszeń,  ale  muszę  jakoś  wytłumaczyć  fakt,  Ŝe  wcześniej  się  nie  spotkaliście.  Przy 

background image

odrobinie szczęścia, uwierzysz w te bzdury!”. 

Lord Makepeace nie był jednak aŜ tak naiwny. 

-  Doprawdy?  -  wymamrotał  pełnym  rezerwy  głosem,  w  uprzejmy  sposób 

wyraŜającym  irytację  i  zdumienie.  -  Jest  raczej  dziwną...  ehm...  niezwykłą  młodą  kobietą, 

jeśli nie lubi spotkań towarzyskich. 

-  AleŜ  nic  podobnego!  -  zapewniła  go  spiesznie  lady  Skeffington.  -  Julianna  wprost 

uwielbia bale i wieczorki tańcujące. 

„Julianna wolałaby raczej, Ŝeby jej wyrwać ząb”. 

- Jestem pewna, Ŝe oboje natychmiast przypadlibyście sobie do gustu. 

„Mam  zamiar  jak  najszybciej  wydać  ją  za  mąŜ,  dobry  człowieku,  a  ty  spełniasz 

wszystkie  wstępne  warunki:  jesteś  kawalerem,  pochodzisz  z  dobrej  rodziny  i  masz 

odpowiednią fortunę”. 

- W Ŝadnym razie nie naleŜy do tych narzucających się kobiet, które tak często moŜna 

spotkać w dzisiejszych czasach. 

„Nawet palcem nie kiwnie, Ŝeby pokazać się od jak najlepszej strony”. 

- Ma jednak przymioty, które nie mogą ujść uwagi Ŝadnego męŜczyzny 

„I  aby  na  pewno  nie  uszły,  zmusiłam  ją,  by  dzisiejszego  wieczoru  włoŜyła  kostium 

nadający  się  raczej  dla  szukającej  przygód  męŜatki  niŜ  dla  osiemnastoletniej  niewinnej 

panny”. 

- Nie szybko jednak przechodzi do konfidencji. 

„Ma  co  prawda  na  sobie  suknię  z  nieprzyzwoitym  dekoltem,  ale  nawet  nie  próbuj 

dotknąć czubka palców Julianny, zanim poprosisz ojej rękę”. 

Lord  Makepeace  nagle  tak  bardzo  zamarzył  o  wolności,  Ŝe  zdecydował  się  uchybić 

dobrym manierom. 

- Doprawdy, muszę juŜ wracać na salę, lady Skeffington. Jeśli się nie mylę, następny 

taniec zarezerwowała dla mnie panna Topham. 

Ś

wiadomość,  Ŝe  zwierzyna  wymyka  się  jej  z  rąk  -  i  to  w  objęcia  najpopularniejszej 

debiutantki  sezonu  -  skłoniło  matkę  Julianny  do  wygłoszenia  największego  kłamstwa  od 

chwili, gdy została swatką córki. 

-  Rzeczywiście,  czas  wracać  na  bal!  Nicholas  du  Ville  we  własnej  osobie  poprosił 

Juliannę o następnego walca! 

Lady  Skeffington  musiała  podąŜać  za  oddalającym  się  lordem,  bo  ich  głosy  stawały 

się coraz cichsze. 

-  Pan  du  Ville  wielokrotnie  wykazywał  niezwykłe  zainteresowanie  naszą  drogą 

background image

Julianną.  Prawdę  mówiąc,  dał  mi  do  zrozumienia,  Ŝe  pojawił  się  tu  dzisiejszego  wieczoru 

tylko  po  to,  by  spędzić  z  nią  kilka  chwil!  AleŜ  skąd,  mój  panie,  to  najszczersza  prawda, 

prosiłabym jednak, Ŝeby zachował pan dyskrecję w tej sprawie... 

W głębi labiryntu piękna, młoda wdowa po baronie Penwarrenie zarzuciła Nicolasowi 

ręce na szyję, po czym wyszeptała z uśmiechem: 

-  Tylko  nie  mów  mi,  Ŝe  lady  Skeffington  zmusiła  akurat  ciebie,  abyś  zatańczył  z  jej 

córką,  Nicki.  JeŜeli  tak  się  stało,  i  zatańczysz  z  tą  dziewczyną,  to  całe  towarzystwo  będzie 

pękać  ze  śmiechu.  Gdybyś  tego  lata  nie  spędził  we  Włoszech,  wiedziałbyś,  Ŝe  ulubioną 

rozrywką  wszystkich  kawalerów  jest  krzyŜowanie  planów  matrymonialnych  tej  odraŜającej 

babie. Ja nie Ŝartuję - ostrzegła Nicholasa Valerie, widząc na jego twarzy szczere rozbawienie 

- ta kobieta nie cofnie się przed niczym, Ŝeby złapać bogatego męŜa dla swojej córki i przez 

to zapewnić sobie odpowiednią pozycję w towarzystwie! Absolutnie przed niczym! 

-  Dziękuję  za  ostrzeŜenie,  cherie  -  rzucił  Nicki  sucho.  -  Tak  się  składa,  Ŝe  przed 

wyjazdem  do  Włoch  zostałem  przedstawiony  męŜowi  lady  Skeffington.  Nigdy  jednak  nie 

spotkałem matki ani córki, nie mówiąc juŜ o obiecywaniu tańca którejkolwiek z nich. 

Valerie odetchnęła z ulgą. 

- Prawdę mówiąc nie wierzyłam, Ŝe mógłbyś być aŜ tak głupi. 

Julianna to w istocie ładne stworzenie, chociaŜ zupełnie nie w twoim stylu. Jest bardzo 

młoda,  bardzo  dziewicza  i  zdaje  się,  Ŝe  ma  dziwny  zwyczaj  chowania  się  po  kątach  i 

schodzenia wszystkim z oczu. 

- Musi więc być zachwycająca - skłamał Nicki i zaśmiał się lubieŜnie. 

-  W  kaŜdym  razie  w  niczym  nie  przypomina  matki.  -  Valerie  wzdrygnęła  się 

elegancko,  by  zilustrować,  co  ma  na  myśli.  -  Lady  Skeffington  tak  bardzo  pragnie  zostać 

uznana w towarzystwie, Ŝe niemal się płaszczy przed wszystkimi. Gdyby nie była tak ambitna 

i zaborcza, uznałabym Ŝe jest tragicznie Ŝałosna. 

- MoŜe wydam ci się beznadziejnie tępy - Nicholasa zaczynał juŜ nuŜyć ten temat - ale 

czemu w takim razie zaprosiłaś te panie na swój bal? 

Valerie,  wodząc  palcem  po  jego  policzku  gestem  zdradzającym  intymną  zaŜyłość, 

westchnęła głęboko. 

-  Dlatego,  kochanie,  Ŝe  mała  Julianna,  nie  wiadomo  jak,  zaznajomiła  się  z  nową 

księŜną  Langford  i  jej  szwagierką,  księŜną  Claymore.  Na  początku  sezonu  obie  damy  dały 

wszystkim do zrozumienia, Ŝe Ŝyczyłyby sobie, aby ta mała została przychylnie potraktowana 

w  towarzystwie,  po  czym  wyjechały  do  Devon  ze  swoimi  męŜami.  A  poniewaŜ  nikt  nie  ma 

zamiaru obrazić Westmorelandów, lady Skeffington zaś jest obrazą dla nas wszystkich, kaŜdy 

background image

czekał  do  ostatniego  tygodnia  sezonu,  by  je  w  końcu  zaprosić.  Niestety,  z  kilku  tuzinów 

zaproszeń,  jakie  lady  Skeffington  otrzymała  na  dzisiejszy  wieczór,  wybrała  akurat  moje  - 

zapewne dlatego, Ŝe dowiedziała się, iŜ ty teŜ tu będziesz... - Urwała gwałtownie, jakby nagle 

przyszła  jej  do  głowy  błyskotliwa  myśl.  -  Wszyscy  zachodzimy  w  głowę,  jakim  cudem 

Julianna  i  jej  odpychająca  matka  znają  się  tak  dobrze  z  księŜnymi.  ZałoŜę  się,  Ŝe  ty  znasz 

odpowiedź, Nicki! KrąŜą pogłoski, Ŝe łączyła cię z tymi paniami wyjątkowa zaŜyłość, zanim 

jeszcze zostały męŜatkami. 

Ku  zdziwieniu  Valerie  Nicholas  przybrał  zimny,  zdystansowany  wyraz  twarzy,  a 

kiedy się odezwał, w jego lodowatym głosie pobrzmiewała groźna nuta. 

- Wyjaśnij dokładnie, co rozumiesz przez „wyjątkową zaŜyłość”, Valerie. 

Pani  Penwarren  natychmiast  zrozumiała,  Ŝe  niechcący  wkroczyła  na  śliski  grunt, 

dokonała więc pośpiesznie strategicznego odwrotu. 

- Tylko tyle, Ŝe podobno jesteś ich bliskim przyjacielem. 

Nicki  pozwolił  jej  wycofać  się  z  godnością,  akceptując  wyjaśnienie  krótkim 

skinieniem głowy, nie zamierzał jednak pozostawiać w tej sprawie Ŝadnych niedomówień. 

- Jestem takŜe bliskim przyjacielem ich męŜów - oznajmił dobitnym tonem, choć było 

to stwierdzenie nieco na wyrost. 

Rzeczywiście  łączyły  go  dość  dobre  stosunki  ze  Stephenem  i  Claytonem,  lecz  jego 

przyjaźń  z  ich  Ŝonami  nie  napawała  braci  Westmorelandów  entuzjazmem.  Obie  panie  ze 

ś

miechem  twierdziły,  Ŝe  ta  sytuacja  będzie  trwać  tak  długo  „aŜ  się  w  końcu  nie  oŜenisz, 

Nicki, i to z kobietą, którą będziesz darzył takim uwielbieniem, jakim Clayton i Stephen darzą 

nas”. 

-  Skoro  jeszcze  nie  jesteś  związany  z  panną  Skeffington  -  Valerie  wodziła  teraz 

palcami  po  jego  karku  -  nic  nie  stoi  na  przeszkodzie,  abyśmy  dyskretnie  wymknęli  się  z 

labiryntu i poszli do twojej sypialni. 

JuŜ od chwili, gdy Valerie powitała go dzisiejszego wieczoru, Nicki wiedział, Ŝe złoŜy 

mu  tę  propozycję.  I  w  zasadzie  nic  nie  stało  na  przeszkodzie,  by  ją  przyjął.  Nic,  poza 

kompletnym  brakiem  zainteresowania  tym,  co  -  jak  nauczyły  go  poprzednie  schadzki  z 

Valerie  -  sprowadzi  się  do  półtorej  godziny  wyuzdanego  seksu  z  utalentowaną  i  namiętną 

partnerką.  To  fizyczne  ćwiczenie  zostanie  poprzedzone  kieliszkiem  świetnego  szampana,  a 

zakończone  kieliszkiem  jeszcze  lepszej  brandy.  Potem  Nicki  będzie  udawać  rozczarowanie, 

gdy Valerie uzna za stosowne powrócić do własnej sypialni „by nie dawać słuŜbie podstaw do 

plotek”. Wszystko rozegra się bardzo elegancko i zgodnie z bardzo określonym rytuałem. 

Ostatnio  ta  przewidywalność  Ŝycia  stała  się  dla  niego  męką.  Czy  był  w  łóŜku  z 

background image

kobietą, czy uprawiał hazard z przyjaciółmi, automatycznie robił i mówił, co naleŜy w z góry 

określonych  momentach.  Niezmiennie  obracał  się  wśród  ludzi  z  własnej  sfery,  którzy 

wydawali się równie nudni i idealnie wytresowani, jak on sam. 

Zaczynał  się  czuć  jak  jedna  z  owych  przeklętych,  licznych  marionetek,  tańczących 

wciąŜ do tej samej melodii, odgrywanej przez tę samą orkiestrę. 

Nawet  w  wypadku  pokątnych  romansów,  jak  ten  z  Valerie,  naleŜało  przestrzegać 

odpowiedniego  schematu  postępowania  róŜniącego  się  tylko  drobnymi  szczegółami  w 

zaleŜności  od  tego,  czy  kobieta  była  męŜatką  czy  nie,  i  czy  on  miał  odgrywać  rolę 

uwodziciela  czy  uwodzonego.  Valerie  była  wdową  i  dzisiejszego  wieczoru  przyjęła  rolę 

kusicielki,  Nicholas  wiedział  więc  dokładnie,  jak  zareaguje,  gdy  on  nie  przyjmie  jej 

propozycji.  Najpierw  uroczo  odmie  usta,  potem zacznie  się  przymilać,  a  na  końcu  zaoferuje 

dodatkowe pokusy. On, jako „uwodzony”, najpierw będzie się wahać, potem zastosuje uniki i 

wykręty  a  wreszcie  zastosuje  taktykę  przeciągania  sprawy,  póki  Valerie  nie  da  za  wygraną, 

oczywiście  w  Ŝadnym  razie  nie  mógłby  odmówić  wprost,  bo  byłoby  to  zachowanie 

wyjątkowo  niegrzeczne  -  niewybaczalne  potknięcie  w  towarzyskim  tańcu,  który  wszyscy 

opanowali do perfekcji. 

Nicki  wiedział  to  wszystko,  zwlekał  jednak  z  odpowiedzią  oczekując,  Ŝe  moŜe  jego 

ciało zareaguje ochoczo na propozycję, zdecydowanie odrzucaną przez umysł. Kiedy tak się 

nie  stało,  pokręcił  w  końcu  głową  i  przeszedł  do  pierwszej  figury  skomplikowanego  tańca: 

wahania. 

- Wydaje mi się, Ŝe powinienem się najpierw przespać, cherie. To był dla mnie cięŜki 

tydzień, jestem na nogach od dwóch dni bez przerwy. 

-  Chyba  nie  masz  zamiaru  mi  odmówić,  kochanie?  -  zapytała,  z  wdziękiem 

wydymając usta. 

Nicki gładko przeszedł do uników i wykrętów. 

- A co z balem i gośćmi? 

-  Większą  przyjemność  sprawi  mi  spotkanie  sam  na  sam  z  tobą.  Nie  widzieliśmy  się 

od  miesięcy,  a  poza  tym  bal  nie  ucierpi  z  powodu  mojej  nieobecności.  SłuŜba  jest  idealnie 

wyćwiczona. 

-  Ale  nie  twoi  goście  -  zauwaŜył  Nicholas,  wciąŜ  stosując  uniki,  poniewaŜ  Valerie 

nadal się przymilała. 

- Nawet się nie zorientują, Ŝe zniknęliśmy. 

- Przydzieliłaś mi sypialnię sąsiadującą z sypialnią twojej matki. 

- Nie usłyszy nas, choćbyś połamał łóŜko, jak ostatnim razem. Jest kompletnie głucha. 

background image

Nicki  zamierzał  przejść  do  fazy  przeciągania  sprawy,  ale  Valerie  go  zaskoczyła, 

przyśpieszając  procedurę  i  przeszła  do  pokus,  zanim  zdąŜył  wypowiedzieć  swoją  kwestię  w 

tej  banalnej  farsie,  która  stała  się  jego  Ŝyciem.  Wspięła  się  na  palce  i  zaczęła  go  namiętnie 

całować, wodząc dłońmi po jego torsie i wciskając mu język głęboko w usta. 

Nicki  automatycznie  objął  ją  w  talii  i  przyciągnął  do  siebie,  był  to  jednak  pusty,  nic 

nieznaczący  gest  zrodzony  z  kurtuazji,  a  nie  wzajemności.  Kiedy  przesunęła  dłonie  niŜej  i 

sięgnęła  do  paska  spodni,  wypuścił  ją  z  ramion  i  cofnął  się  o  krok,  nagle  zdegustowany  i 

znudzony całą tą przeklętą szaradą. 

- Nie dziś - oświadczył stanowczo. 

W  spojrzeniu  Valerie  dojrzał  oskarŜenie  wywołane  niewybaczalnym  pogwałceniem 

reguł. Nicholas chwycił ją za ramiona, odwrócił tyłem do siebie i czule klepnął w pośladek. 

- Wracaj do gości, cherie - rzucił miękko. Sięgnął do kieszeni po cienką cygaretkę, po 

czym dodał tonem nieznoszącym sprzeciwu: - Odczekam chwilę i dyskretnie ruszę za tobą. 

Julianna stała w idealnym bezruchu. Chciała zdobyć pewność, Ŝe matka juŜ nie wróci. 

Po dłuŜszej chwili odetchnęła głęboko i wyszła ze swego ukrycia. 

PoniewaŜ  labirynt  wydawał  się  dobrą  kryjówką  na  najbliŜsze  kilka  godzin, 

dziewczyna  skręciła  w  lewo  i  ruszyła  przed  siebie,  aŜ  doszła  do  niewielkiej,  kwadratowej 

polanki, ze stojącą pośrodku ławką, misternie wykutą z kamienia. 

Posępnie  zaczęła  rozwaŜać  swoją  sytuację,  szukając  wyjścia  z  upokarzającej  i 

nieznośnej  pułapki,  w  jakiej  się  znalazła.  Obawiała  się  jednak,  Ŝe  nie  zdoła  się  z  niej 

wymknąć,  bo  matka  popadła  w  prawdziwą  obsesję  na  punkcie  wydania  jej  za  kogoś 

„znaczącego  i  szanowanego”  -  gdy  tylko  dojrzała  taką  moŜliwość.  Do  tej  pory  lady 

Skeffington  nie  mogła  przeprowadzić  swojego  planu,  poniewaŜ  Ŝaden  „znaczący  i 

szanowany”  adorator  nie  zadeklarował  się  przez  kilka  pierwszych  tygodni  pobytu  w 

Londynie. 

Na  nieszczęście,  tuŜ  przed  przyjazdem  tutaj  matce  udało  się  wydusić  propozycję 

małŜeńską  od  sir  Francisa  Bellhavena:  odraŜającego,  podstarzałego,  pompatycznego 

szlachcica  o  trupiej  cerze  i  wyłupiastych  oczach  -  które  bez  przerwy  wbijał  Ŝarłocznie  w 

dekolt Julianny - i grubych, bladych wargach, nieodmiennie kojarzących jej się ze śniętą rybą. 

Myśl  o  spędzeniu  całego  popołudnia,  nie  mówiąc  juŜ  o  całym  Ŝyciu,  z  kimś  takim  jak  sir 

Francis, wydawała się straszna. Obrzydliwa. Nieprzyzwoita. 

background image

Tyle Ŝe Julianna nie miała nic do powiedzenia w tej sprawie. JeŜeli chciała jeszcze coś 

odmienić  w  swoim  Ŝyciu,  to  ukrywanie  się  tu  przed  potencjalnymi  adoratorami 

sprowadzanymi przez matkę było ostatnią rzeczą, którą powinna robić. Wiedziała o tym, nie 

mogła się jednak zmusić, by wrócić na bal. Bo tak naprawdę wcale nie chciała Ŝadnego męŜa. 

Skończyła juŜ osiemnaście lat, była pełnoletnia i miała całkiem inne plany  i marzenia, które 

jednak  nie  pokrywały  się  z  planami  i  marzeniami  matki,  więc  zupełnie  się  nie  liczyły.  A 

najbardziej frustrujące okazało się to, Ŝe matka święcie wierzyła, iŜ działa w najlepiej pojętym 

interesie Julianny. Była przekonana, Ŝe wie, co dla niej najlepsze. 

KsięŜyc  wyszedł  zza  chmur,  odbijając  się  jasnobursztynową  poświatą  od  płynu  w 

kieliszku  Julianny.  Jej  ojciec  mawiał  zawsze,  Ŝe  odrobina  brandy  jeszcze  nikomu  nie 

zaszkodziła  -  łagodziła  za  to  wszelkie  niedomagania,  poprawiała  trawienie  i  leczyła  złe 

humory. Julianna zawahała się, a potem w odruchu buntu i desperacji postanowiła osobiście 

sprawdzić  prawdziwość  tej  opinii.  Uniosła  kieliszek,  zatkała  palcami  nos  i  pociągnęła  trzy 

duŜe  łyki.  Wzdrygając  się  i  gwałtownie  łapiąc  oddech,  oderwała  kieliszek  od  ust,  po  czym 

zamarła w oczekiwaniu na eksplozję błogostanu. Mijały sekundy i nic. Czuła jedynie słabość 

w kolanach i napływające do oczu łzy bezsilności. 

Nie  mogąc  ustać  na  nogach,  opadła  na  kamienną  ławkę.  Wcześniej  tego  wieczoru 

zapewne  korzystało  z  niej  wiele  osób,  bo  na  jednym  końcu  stał  kieliszek  do  połowy 

wypełniony  trunkiem,  a  kilka  pustych  leŜało  obok  na  trawie.  Julianna  wypiła  kolejny  łyk 

brandy, po czym wbiła wzrok w wyzłocony blaskiem księŜyca płyn i znów zaczęła roztrząsać 

swoje połoŜenie. 

Gdyby  tylko  babcia  jeszcze  Ŝyła!  Natychmiast  poskromiłaby  matkę  i  ukróciła  tę  jej 

obsesję  na  punkcie  „wspaniałego  mariaŜu”.  Zrozumiałaby  awersję  Julianny  do  małŜeństwa 

pod przymusem. W  całym świecie jedynie pełna  dostojeństwa matka ojca zawsze rozumiała 

Juliannę. Babka była jej przyjaciółką, nauczycielką, przewodniczką w Ŝyciu. 

U  jej  kolan  wnuczka  uczyła  się  świata  i  ludzi;  tam  i  tylko  tam  była  zachęcana  do 

samodzielnego  myślenia  i  wygłaszania  własnych  sądów,  bez  względu  na  to,  jak  absurdalne 

czy  obrazoburcze  mogły  się  wydawać.  Babka  zawsze  traktowała  Juliannę  jak  równą  sobie  i 

chętnie  dzieliła  się  z  nią  swoją  niezwykłą  filozofią  -  zaczynając  od  celu,  jaki  przyświecał 

Bogu przy stworzeniu świata, a na mitach o kobietach i męŜczyznach kończąc. 

Babka  Skeffington  nie  uwaŜała,  Ŝe  małŜeństwo  jest  głównym  celem,  do  którego 

powinna  dąŜyć  kaŜda  kobieta,  a  nawet  głosiła,  Ŝe  męŜczyźni  nie  są  inteligentniejsi  ani  lepsi 

od kobiet! 

-  Weźmy  na  przykład  mojego  męŜa  -  powiedziała  pewnego  wietrznego  popołudnia, 

background image

tuŜ przed BoŜym Narodzeniem, gdy Julianna miała piętnaście lat. - Nie znałaś swego dziadka, 

Panie świeć nad jego duszą, ale wiedz jedno: jeŜeli w ogóle został obdarzony rozumem, nigdy 

w Ŝyciu nie dał temu świadectwa. Podobnie jak jego przodkowie, nie był w stanie zsumować 

w pamięci dwóch liczb, czy napisać jednego sensownego zdania, a zdrowego rozsądku miał 

tyle, co niemowlę przy piersi. 

- Doprawdy? - Julianna była zaszokowana tą pozbawioną wszelkiego szacunku oceną 

nieŜyjącego człowieka, na dodatek męŜa babci a jej dziadka. 

Babka potaknęła energicznym skinieniem głowy. 

-  MęŜczyźni  z  rodziny  Skeffingtonów  od  zawsze  odznaczali  się  brakiem  wyobraźni. 

Wszyscy bez wyjątku to gnuśne tępaki. 

- Ale chyba nie chcesz powiedzieć, Ŝe i papa jest taki? - Lojalność kazała Juliannie się 

oburzyć. - To przecieŜ twoje jedyne Ŝyjące dziecko. 

-  Nigdy  nie  nazwałabym  twego  papy  tępakiem  -  odparła  babka  bez  zastanowienia.  - 

Do niego o wiele lepiej pasuje określenie „zakuty łeb”. 

Julianna  z  trudem  stłumiła  chichot,  słysząc  takie  herezje,  zanim  jednak  zdołała 

powiedzieć coś w obronnie rodziciela, babka znowu podjęła temat. 

-  Natomiast  kobiety  w  rodzie  Skeffingtonów  zawsze  odznaczały  się  niezwykłą 

inteligencją  i  pomysłowością.  Jeśli  dokładniej  się  przyjrzysz,  zauwaŜysz,  Ŝe  na  ogół  to 

kobiety  wykazują  się  rozumem  i  determinacją,  a  nie  męŜczyźni.  MęŜczyźni  przewyŜszają 

kobiety tylko jednym; brutalną siłą. 

Julianna musiała mieć bardzo nieprzekonaną minę, bo babka dorzuciła pośpiesznie: 

-  Kiedy  przeczytasz  ksiąŜkę,  którą  dałam  ci  w  zeszłym  tygodniu,  dowiesz  się,  Ŝe 

kobiety  nie  zawsze  były  podległe  męŜczyznom.  W  pradawnych  czasach  miałyśmy  władzę, 

cieszyłyśmy się uznaniem i szacunkiem. Byłyśmy boginiami, uzdrawiaczkami, wróŜbiarkami; 

znałyśmy  tajemnice  wszechświata  i  dawania  Ŝycia.  To  my  wybierałyśmy  męŜów,  a  nie 

odwrotnie. MęŜczyźni słuchali naszych rad, wielbili nas i zazdrościli nam mocy. Byłyśmy od 

niech potęŜniejsze pod kaŜdym względem. I oni, i my o tym wiemy. 

- JeŜeli rzeczywiście byłyśmy mądrzejsze i bardziej uzdolnione, to czemu utraciłyśmy 

całą władzę i szacunek, i pozwoliłyśmy, by męŜczyźni nas sobie podporządkowali? 

- Bo przekonali nas, Ŝe nie zdołamy przetrwać bez ich brutalnej siły - wyjaśniła babka 

z  mieszaniną  gniewu  i  pogardy  w  głosie.  -A  potem,  pod  pretekstem  ochrony,  podstępnie 

pozbawili nas praw i przywilejów. Oszukali nas! 

Julianna natychmiast dostrzegła brak logiki w tym rozumowaniu. 

-  JeŜeli  tak  -  odezwała  się  po  chwili  -  to  znaczy,  Ŝe  nie  są  aŜ  tak  tępi,  jak  sądzisz. 

background image

Musieli być przemyślni i sprytni, czyŜ nie? 

Przez  moment  babka  piorunowała  ją  spojrzeniem,  a  potem  wybuchnęła  pełnym 

aprobaty śmiechem. 

-  Trafny  argument,  moja  droga,  wart  rozwaŜenia.  Powinnaś  zanotować  tę  myśl,  by 

później  ją  rozwinąć.  MoŜe  nawet  napiszesz  ksiąŜkę  wyjaśniającą,  jak  męŜczyźni  wcielili  w 

Ŝ

ycie  swój  szatański  podstęp,  i  jakim  cudem  zdołali  nas  zniewolić.  Mam  nadzieję,  Ŝe  nie 

zmarnujesz swej inteligencji i talentu dla jakiegoś ignoranta, który będzie cię poŜądał jedynie 

dla  twojej  ładnej  twarzyczki,  i  utwierdzał  w  przekonaniu,  iŜ  najwyŜszym  celem  w  Ŝyciu 

kobiety jest rodzenie dzieci i wypełnianie zachcianek męŜa. Ty, Julianno, jesteś stworzona do 

czegoś innego, nie mam co do tego Ŝadnych wątpliwości. - Zawahała się, jakby rozwaŜając w 

myśli  jakąś  waŜną  kwestię,  po  czym  oświadczyła:  -  Jest  jeszcze  jedna  sprawa,  którą 

chciałabym z tobą omówić. A obecna chwila jest na to równie dobra, jak kaŜda inna. 

Stara  dama  podniosła  się  i  podeszła  do  kominka  stojącego  po  drugiej  stronie 

niewielkiego,  przytulnego  saloniku.  Zaawansowany  wiek  spowolniał  jej  ruchy.  Jedną  ręką 

chwyciła mocno za półkę nad paleniskiem, na której porozkładała gałęzie jodły, pochyliła się 

i pogrzebaczem poprawiła ogień. 

- Jak wiesz, przeŜyłam swego męŜa i jednego z synów. Dość długo juŜ stąpam po tej 

ziemi, odejdę więc bez Ŝalu, gdy przyjdzie na mnie pora. Nie będą mogła zawsze czuwać nad 

tobą, moja droga, lecz mam nadzieję, Ŝe ci to wynagrodzę, zostawię ci w spadku wszystko, co 

posiadam...  nie  jest  tego  wiele,  ale  będziesz  mogła  wydać  pieniądze,  jak  sama  uznasz  za 

stosowne. 

Staruszka  nigdy  wcześniej  nie  mówiła  o  śmierci.  Na  samą  myśl,  Ŝe  mogłaby  utracić 

babkę, Julianna poczuła, Ŝe serce jej się ściska. 

- Niestety, jak juŜ wspomniałam, nie jest to duŜa suma, jeŜeli jednak zdobędziesz się 

na daleko posuniętą oszczędność, zdołasz za te pieniądze wyjechać na kilka lat do Londynu, 

by lepiej poznać Ŝycie i doskonalić swoje zdolności pisarskie. 

W  głowie  Julianny  kłębiły  się  tymczasem  myśli  pełne  buntu  i  sprzeciwu:  Ŝycie  bez 

babki  było  niewyobraŜalne!  Nie  chciała  wcale  mieszkać  w  Londynie!  A  ich  wspólne 

marzenia,  Ŝe  zostanie  uznaną  pisarką  nie  są  niczym  więcej,  jak  tylko  nieprawdopodobnymi 

rojeniami!  Bała  się  jednak,  Ŝe  gdyby  głośno  wyraziła  swoje  zastrzeŜenia,  obraziłaby  starszą 

damę.  Siedziała  więc  spokojnie  na  taborecie  naprzeciw  ulubionego,  wielkiego  fotela  babki, 

tłumiąc  w  sobie  bolesne  emocje  i  z  chłodnym,  zdystansowanym  wyrazem  twarzy,  wbijała 

wzrok w trzymaną w dłoniach ksiąŜkę. 

- Czy nie masz nic do powiedzenia w sprawie moich planów, dziecko? Spodziewałam 

background image

się  raczej,  Ŝe  zaczniesz  skakać  z  radości.  Drobna  oznaka  entuzjazmu  byłaby  bardzo  na 

miejscu,  biorąc  pod  uwagę,  do  jakich  posuwałam  się  oszczędności,  by  móc  zostawić  ci  tę 

drobną sumkę. 

Dziewczyna wiedziała, Ŝe babka próbuje ją sprowokować do dowcipnego komentarza 

lub chłodnej dyskusji. Po latach praktyki Julianna doskonale radziła sobie z jednym i drugim, 

nie mogła jednak omawiać z humorem ani teŜ z bezdusznym spokojem kwestii śmierci osoby, 

która była dla niej najwaŜniejsza. Poza tym, czuła się rozŜalona, Ŝe babka moŜe wspominać o 

opuszczeniu jej na zawsze bez choćby cienia smutku. 

-  Muszę  powiedzieć,  Ŝe  nie  okazujesz  wdzięczności.  Julianna  gwałtownie  podniosła 

głowę. W fiołkowych oczach pobłyskiwały łzy gniewu. 

- Nie jestem wdzięczna, babciu i w ogóle nie mam ochoty teraz o tym rozmawiać. JuŜ 

prawie święta, czas na radosne... 

-  Śmierć  jest  czymś  najbardziej  naturalnym  na  świecie  -  przerwała  jej  starsza  dama 

beznamiętnym głosem. - Nie ma więc sensu udawać, Ŝe nie istnieje. 

- Ale ty jesteś dla mnie wszystkim - wybuchnęła dziewczyna, nie mogąc juŜ dłuŜej się 

opanować. - I bardzo mi się nie podoba, Ŝe mówisz... mówisz o pieniądzach tak, jakby mogły 

mi wynagrodzić twoje odejście. 

- Myślisz, Ŝe jestem zimna i bezduszna? 

- Tak! Tak właśnie sądzę! To była ich pierwsza  ostra utarczka w Ŝyciu.  Babka przez 

chwilę spoglądała na nią w milczeniu ciepłym wzrokiem. 

-  Czy  wiesz,  czego  będzie  brakowało  mi  najbardziej,  gdy  odejdę  z  tego  świata?  - 

spytała w końcu. 

- Najwyraźniej niczego. 

- Będzie mi brakowało tylko jednego. - Julianna nie poprosiła o wyjaśnienie, ale babka 

ciągnęła dalej: - Ciebie. Ciebie jedynej. 

Jej  słowa  tak  się  kłóciły  z  pozbawionym  emocji  tonem  i  beznamiętnym  wyrazem 

twarzy, Ŝe dziewczyna spojrzała na nią z niedowierzaniem. 

-  Będzie  mi  brakowało  twojego  poczucia  humoru,  twych  zwierzeń,  twojego 

nieprawdopodobnego  daru  dostrzegania  obu  stron  medalu.  A  w  szczególności  Ŝałuję,  Ŝe  juŜ 

nie  będę  mogła  czytać  tego,  co  codziennie  piszesz.  Ty  jesteś  jedynym  jasnym  punktem 

mojego Ŝycia. - Podeszła i chłodną dłonią otarła Juliannie łzy z policzków. - Ty i ja jesteśmy 

pokrewnymi 

duszami. 

Gdybyś 

się 

urodziła 

duŜo 

wcześniej, 

zostałybyśmy 

najserdeczniejszymi przyjaciółkami. 

-  PrzecieŜ  jesteśmy  przyjaciółkami!  -  wyszeptała  Julianna  Ŝarliwie,  kładąc  twarz  na 

background image

dłoni babki i ocierając się o nią policzkiem. -Na zawsze nimi pozostaniemy. Kiedy ty... kiedy 

cię  zabraknie,  nadal  będę  ci  się  zwierzać  i  pisać  do  ciebie  listy  -  jakbyś  tylko  wyjechała  do 

innego miasta! 

- CóŜ za śmieszny pomysł. Czy będziesz je równieŜ do mnie wysyłać? 

- Oczywiście, Ŝe nie, ale ty juŜ znajdziesz sposób, by je przeczytać. 

- A skąd podobne przekonanie przyszło ci do głowy? - spytała szczerze zaciekawiona 

staruszka. 

-  Bo  na  własne  uszy  słyszałam,  jak  bez  ogródek  oświadczyłaś  pastorowi,  iŜ 

nielogiczne  jest  załoŜenie,  Ŝe  Wszechmogący  Ŝyczyłby  sobie,  Ŝebyśmy  leŜeli  w  uśpieniu  aŜ 

do  dnia  Sądu  Ostatecznego,  bo  skoro  Bóg  nam  przykazał,  byśmy  zbierali  to,  co  posiejemy, 

zapewne Ŝyczyłby sobie, aby czynić to takŜe z szerszej perspektywy. 

-  Nie  powinnaś,  moja  droga,  przedkładać  moich  religijnych  poglądów  nad  poglądy 

naszego  dobrego  pastora.  Nie  chciałabym  teŜ,  Ŝebyś  marnowała  swój  talent  na  pisanie  do 

mnie, gdy juŜ umrę -zamiast tworzyć coś dla Ŝyjących. 

-  To  nie  będzie  strata  czasu!  -  odparła  Julianna  z  pogodnym  uśmiechem,  bo  tak 

typowa  dla  ich  kontaktów  krótka  dyskusja  od  razu  poprawiła  jej  humor.  -  Będę  do  ciebie 

pisać i nie mam najmniejszych wątpliwości, Ŝe juŜ wynajdziesz jakiś sposób, Ŝeby przeczytać 

moje listy. 

- UwaŜasz, Ŝe mam w sobie szczególną moc duchową? 

- Nie - odpowiedziała Julianna ze śmiechem. - Po prostu nic cię nie powstrzyma przed 

korygowaniem mojej ortografii! 

- Impertynenckie stworzenie! - sapnęła gniewnie babka, ale juŜ po chwili uśmiechnęła 

się radośnie, splatając palce z palcami wnuczki w pełnym miłości uścisku. 

Następnego  roku,  w  Wigilię  BoŜego  Narodzenia,  babka  zmarła,  trzymając  za  rękę 

Juliannę. 

-  Będę  pisała  do  ciebie,  babciu  -  szeptała  przez  łzy  dziewczyna.  -  Nie  zapomnij  o 

moich listach. Nigdy o nich nie zapomnij! 

W  następnych  tygodniach  Julianna  napisała  do  babki  tuziny  listów,  ale  gdy  jeden  po 

drugim  mijały  samotne  miesiące,  monotonia  Ŝycia  nie  dostarczała  zbyt  wielu  tematów, 

wartych  korespondencji.  Senna,  niewielka  wioska  Blintonfield  zdawała  się  leŜeć  na  końcu 

ś

wiata.  Większość  czasu  Julianna  spędzała  na  czytaniu  i  snuciu  sekretnych  marzeń  o 

background image

wyjeździe  do  Londynu,  gdy  w  dniu  osiemnastych  urodzin  otrzyma  swój  spadek.  Tam,  w 

stolicy, pozna wielu interesujących ludzi, będzie chodziła do muzeów i pilnie zajmowała się 

pisarstwem.  A  jeśli  uda  jej  się  sprzedać  jedno  ze  swoich  dzieł,  będzie  często  zapraszać  do 

siebie  dwóch  młodszych  braci,  by  mogli  poszerzyć  horyzonty  i  zobaczyć,  co  ma  im  do 

zaoferowania świat poza granicami niewielkiej wioski. 

Po  kilku  próbach  podzielenia  się  swymi  planami  z  matką,  dziewczyna  doszła  do 

wniosku,  Ŝe  roztropniej  będzie  w  ogóle  nie  rozmawiać  na  ten  temat,  bo  jej  marzenia 

wywoływały w lady Skeffington oburzenie i strach. 

- AleŜ to absolutnie wykluczone, moja droga. Szanujące się młode damy nie mieszkają 

samotnie, a juŜ w szczególności w Londynie. Twoja reputacja ległaby w gruzach. Mogłabyś 

zostać uznana za kobietę upadłą! 

Równy  brak  entuzjazmu  wykazywała,  słysząc  o  planach  pisarskich  Julianny. 

Zainteresowania  literackie  lady  Skeffington  ograniczały  się  do  rubryk  towarzyskich 

codziennych  gazet,  gdzie  pilnie  śledziła  poczynania  wielkiego  świata.  Fascynację,  z  jaką  jej 

córka  podchodziła  do  filozofii  i  historii,  a  takŜe  ambicje  pisarskie  dziewczyny,  uwaŜała  za 

niemal równie skandaliczne, jak pomysł, by samodzielnie zamieszkać w Londynie. 

-  DŜentelmeni  nie  są  zainteresowani  zbyt  inteligentnymi  pannami,  moja  droga  - 

ostrzegała  wielokrotnie  Juliannę.  -  Ty  juŜ  i  tak  jesteś  zbyt  rozmiłowana  w  ksiąŜkach.  JeŜeli 

się nie nauczysz trzymać języka za zębami i wciąŜ będziesz snuła te napuszone rozwaŜania na 

tematy  filozoficzne,  stracisz  wszelkie  szanse  na  propozycję  matrymonialną  ze  strony 

szacownego i bogatego dŜentelmena! 

AŜ  do  końca  zimy  wyjazd  Julianny  na  sezon  do  Londynu  zupełnie  nie  wchodził  w 

rachubę. 

ChociaŜ  jej  ojciec  był  baronetem,  jego  przodkowie  juŜ  dawno  temu  przehulali  całą 

fortunę  i  dobra  ziemskie  przynaleŜne  z  racji  tytułu.  Jego  jedyną  spuścizną  po  ojcach  było 

przyjazne,  łagodne  usposobienie  i  wielkie  zamiłowanie  do  wina  oraz  wszelkich  innych 

trunków. Niechętnie ruszał się z ulubionego fotela, nie wspominając juŜ o opuszczaniu małej, 

leŜącej na uboczu wioski, będącej miejscem jego urodzenia. Nigdy teŜ nie potrafił oprzeć się 

determinacji i ambicjom Ŝony. 

Szybko okazało się, Ŝe Julianna równieŜ nie umiała tego zrobić. 

Trzy  tygodnie  po  odziedziczeniu  spadku,  gdy  pisała  do  londyńskich  gazet  w 

poszukiwaniu  odpowiedniego  lokum,  podekscytowana  matka  zebrała  rodzinę  w  salonie  na 

niespodziewaną naradę. 

-  Julianno!  -  wykrzyknęła  na  jej  widok.  -  Mamy'  dla  ciebie  wspaniałą  nowinę!  - 

background image

Urwała  i  uśmiechnęła  się  promiennie  do  męŜa,  wciąŜ  zatopionego  w  gazecie.  -  Prawda, 

Johnie? 

- Tak, moja gołąbko - mruknął pod nosem, nawet nie podnosząc oczu. 

Lady  Skeffington  posłała  karcące  spojrzenie  w  stronę  dwóch  braci  Julianny, 

walczących o ostatniego herbatnika, po czym w zachwycie złoŜyła dłonie i przeniosła wzrok 

na córkę. 

-  Wszystko  juŜ  załatwione!  -  zawołała  w  podnieceniu.  -  Właśnie  otrzymałam  Ust  od 

właściciela niewielkiego domu w Londynie. Dom stoi w bardzo szacownej okolicy i moŜemy 

go wynająć do końca sezonu za tę skromną sumkę, jaką byłam w stanie wyłoŜyć! Wszystkie 

formalności  juŜ  załatwione,  łącznie  z  wpłaceniem  zaliczki.  Zatrudniłam  niejaką  pannę 

Sheridan  Bromleigh,  by  była  twoją  przyzwoitką  i  pomogła  zająć  się  chłopcami.  Jest  co 

prawda  Amerykanką,  lecz  jak  się  nie  ma  dość  pieniędzy,  by  zapłacić  przyzwoitą  pensję, 

trzeba się zadowolić tym, co dostępne. 

Wielkie nieba! Twoje suknie będą kosztowały majątek, ale Ŝona pastora zapewniła, Ŝe 

wynajęta  przeze  mnie  modystka  jest  bardzo  doświadczona,  choć  zapewne  nie  potrafiłaby 

skopiować  tych  wszystkich  wymyślnych  fasonów,  które  noszą  teraz  niektóre  damy  z 

towarzystwa. Z drugiej strony śmiem twierdzić, Ŝe niewiele z nich moŜe się poszczycić twoją 

urodą,  więc  szanse  będą  wyrównane.  A  zapewne  całkiem  niedługo  zaczniesz  nosić  stroje 

godne  twej  piękności  i  wówczas  wszyscy  zaczną  ci  zazdrościć!  Zostaniesz  obsypana 

klejnotami, futrami, będziesz mieć do dyspozycji wspaniałe powozy i mnóstwo słuŜby... 

Julianna poczuła uniesienie na myśl o niedrogim domu w Londynie, szybko jednak do 

niej  dotarło,  Ŝe  domowy  budŜet  nie  zdołałby  wytrzymać  nowych  sukni  czy  pensji  damy  do 

towarzystwa. 

- Nie bardzo pojmuję, mamo. Jakim cudem to załatwiłaś? -spytała, zastanawiając się, 

czy przypadkiem nie zmarł jakiś daleki krewny i nie pozostawił im fortuny. 

-  Po  prostu  znalazłam  doskonałe  zastosowanie  dla  twojego  spadku!  Inwestycja  ta 

zapewne wielokrotnie nam się zwróci. 

Julianna  otworzyła  usta  w  niemym  okrzyku  furii,  bo  przez  chwilę  nie  była  zdolna 

wydobyć z siebie głosu. Lady Skeffington tymczasem uznała, Ŝe to objaw zachwytu. 

-  Tak!  To  najszczersza  prawda!  NajbliŜszy  sezon  spędzisz  w  Londynie  i  juŜ  ja  się 

postaram, abyś się obracała w najwytworniejszym towarzystwie! Jestem pewna, Ŝe zachwyci 

się  tobą  wielu  znamienitych  dŜentelmenów,  którzy  zarzucą  cię  propozycjami  małŜeństwa. 

MoŜe nawet znajdzie się wśród nich sam ksiąŜę Langford, posiadacz ogromnych włości. Czy 

teŜ Nicholas du Ville, jeden z najbogatszych ludzi w Anglii a takŜe we Francji, który wkrótce 

background image

odziedziczy  ksiąŜęcy  tytuł  po  szkockim  krewnym  matki.  Według  najbardziej  wiarygodnych 

ź

ródeł ksiąŜę Langford i ksiąŜę Glenmore (bo tak będzie wkrótce brzmiał tytuł du Ville'a) są 

uwaŜani  za  najlepsze  partie  w  całej  Europie!  Tylko  pomyśl,  jak  wszyscy  w  towarzystwie 

zzielenieją z zazdrości, gdy mała Julianna Skeffington złapie któregoś z nich na męŜa. 

Dziewczyna niemal słyszała, jak jej nadzieje i marzenia rozpadają się w proch. 

-  Ale  ja  nie  chcę  wyjść  za  mąŜ!  -  wykrzyknęła.  -  Chcę  podróŜować,  uczyć  się  i 

zajmować  literaturą,  mamo.  Tego  właśnie  pragnę  najbardziej.  Sądzę,  Ŝe  pewnego  dnia 

mogłabym  napisać  prawdziwą  powieść  -  babcia  uwaŜała,  Ŝe  mam  talent  do  pióra.  Nie! 

Przestań się śmiać! Musisz odzyskać te pieniądze! Musisz! 

- Mój drogi głuptasku, nie zrobiłabym tego, nawet gdybym mogła. Tylko małŜeństwo 

jest  w  stanie  zapewnić  kobiecie  przyszłość.  Gdy  zobaczysz,  jak  wygląda  Ŝycie  w  wielkim 

ś

wiecie, zapomnisz o tych wszystkich głupotach, które kładła ci do głowy babka Skeffington. 

Kiedy  znajdziemy  się  w  stolicy...  -  ciągnęła  z  błogą  miną  -..  juŜ  ja  wymyślę  sposób,  abyś 

wpadła  w  oko  niejednemu  bogatemu  kawalerowi,  moŜesz  na  mnie  polegać.  Nie  jesteśmy 

pospolitymi  kupcami  -  ostatecznie  twój  papa  jest  baronetem.  Gdy  tylko  towa-rzystwo 

zorientuje się, Ŝe zjechałyśmy do Londynu, natychmiast zostaniemy zasypane zaproszeniami 

na najwspanialsze przyjęcia. 

MęŜczyźni  szybko  poznają  się  na  twej  urodzie  i  ani  się  obejrzysz,  a  przed  drzwiami 

stanie kolejka starających się o twą rękę. Wspomnisz moje słowa! 

Nie było sensu wykręcać się od wyjazdu, bo matka i tak postawiłaby na swoim. 

W Londynie lady Skeffington upierała się, by codziennie chodziły do ekskluzywnych 

sklepów,  gdzie  robiły  zakupy  damy  z  towarzystwa,  a  popołudniami  spacerowały  wciąŜ  po 

tych samych parkach, bo to naleŜało do dobrego tonu. 

Nic jednak nie rozwijało się po myśli lady Skeffington. Wbrew jej wielkim nadziejom, 

arystokracja  nie  przyjęła  ich  obu  w  Londynie  z  otwartymi  ramionami,  mimo  Ŝe  jej  mąŜ  był 

baronetem;  nie  witali  teŜ  entuzjastycznie  jej  gorliwych  prób  podjęcia  rozmowy  na  Bond 

Street  czy  w  Hyde  Parku.  Zamiast  wręczać  jej  zaproszenia  na  wieczorki  taneczne  czy 

popołudniowe  herbatki,  matrony,  z  którymi  starała  się  nawiązać  konwersację,  traktowały  ją 

jak powietrze. 

Matka  zdawała  się  nie  zauwaŜać,  Ŝe  jest  traktowana  z  lodowatym  lekcewaŜeniem, 

Julianna  jednak  bezbłędnie  wychwytywała  wszystkie  afronty,  a  kaŜdy  z  nich  godził  w  jej 

dumę  i  ranił  ją  boleśnie.  ChociaŜ  spostrzegła,  Ŝe  pogarda  owych  dam  koncentruje  się  na 

matce,  cała  sytuacja  wprawiała  ją  w  przygnębiający  nastrój  i  tak  wielkie  zakłopotanie,  Ŝe 

przez cały czas gdy przebywały poza domem, nie miała odwagi spojrzeć nikomu w oczy. 

background image

Mimo  to  Julianna  nie  uwaŜała  czasu  spędzonego  w  Londynie  za  całkiem  stracony. 

Sheridan  Bromleigh,  przyzwoitka  zatrudniona  przez  matkę,  okazała  się  śliczną,  pełną  Ŝycia 

Amerykanką, z którą Julianna spędzała wiele czasu na rozmowach. Po raz pierwszy w Ŝyciu 

miała  przyjaciółkę  mniej  więcej  w  tym  samym  wieku,  o  podobnym  poczuciu  humoru  i 

zainteresowaniach. 

Ostateczny  cios  planom  lady  Skeffington  zadał  ksiąŜę  Langford,  którego  upatrzyła 

sobie  na  męŜa  dla  córki.  Pod  koniec  sezonu  odbyła  się  skromna  uroczystość,  która  jednak 

wstrząsnęła całym Londynem: ów przystojny arystokrata poślubił pannę Bromleigh. 

Kiedy  matka  Julianny  o  tym  usłyszała,  natychmiast  połoŜyła  się  do  łóŜka,  kurczowo 

ś

ciskając  w  dłoni  sole  trzeźwiące,  i  pozostała  w  nim  cały  dzień.  Wieczorem  wszakŜe 

zrozumiała,  jak  wielkie  towarzyskie  korzyści  mogłaby  im  przynieść  znajomość  z  nową 

księŜną - na dodatek naleŜącą do jednego z najbardziej wpływowych rodów w Anglii. 

Po  czym  z  nowymi  nadziejami  i  zdwojoną  energią  lady  Skeffington  skierowała  całą 

swą uwagę na Nicholasa du Ville'a. 

Jeszcze  do  niedawna  Julianna  nie  mogła  myśleć  o  pierwszym  spotkaniu  z  tym 

dŜentelmenem  bez  zaŜenowania,  ale  teraz,  gdy  siedziała  w  labiryncie,  wpatrując  się  w 

kieliszek, doszła nagle do wniosku, Ŝe cała historia była raczej zabawna niŜ upokarzająca. 

Zapewne  to  ów  ohydny  w  smaku  trunek  sprawił,  Ŝe  ujrzała  świat  w  jaśniejszych 

barwach. JeŜeli taki miły  stan osiągnęła zaledwie po trzech łykach, zdawało się logiczne, Ŝe 

im  więcej  wypije  magicznego  eliksiru,  tym  lepsze  będzie  miała  samopoczucie.  Tak  więc  w 

celach czysto naukowych pociągnęła trzy następne łyki. I zaledwie po paru chwilach poczuła 

się jeszcze lepiej! 

- DuŜo lepiej - poinformowała na głos okrągłą tarczę księŜyca, a zaraz potem stłumiła 

chichot, kiedy przypomniała sobie o krótkim acz zabawnym spotkaniu z legendarnym panem 

du Ville'em. 

Matka  zauwaŜyła  go  powoŜącego  kariolką  w  Hyde  Parku  -właśnie  zbliŜał  się  do 

ś

cieŜki,  na  której  się  znajdowały.  Pragnąc  za  wszelką  cenę,  by  młody  lord  wreszcie  zwrócił 

uwagę  na  Juliannę,  lady  Skeffington  pchnęła  córkę  wprost  pod  kopyta  jego  konia. 

Pozbawiona  równowagi  dziewczyna  chwyciła  za  końską  uzdę,  by  się  nie  przewrócić, 

gwałtownym  szarpnięciem  zatrzymując  spłoszone  zwierzę  i  zirytowanego  właściciela 

pojazdu. 

Przestraszona  nerwowymi  podskokami  konia,  Julianna  kurczowo  ściskała  uzdę, 

próbując go uspokoić. Nie wiedząc, czy powinna przepraszać właściciela, czy teŜ zbesztać go, 

Ŝ

e  nie  próbuje  poskromić  własnego  zwierzęcia,  podniosła  głowę  i  spojrzała  w  twarz 

background image

Nicholasa du Ville'a. Pomimo lodowatego spojrzenia zwęŜonych oczu, Julianna poczuła, jak 

zalewają fala gorąca i uginają się pod nią kolana. 

Ciemnowłosy,  barczysty,  o  chłodnych,  przeszywających  oczach  i  pięknie 

wykrojonych  ustach,  Nicholas  miał  sardoniczną  minę  człowieka,  który  zakosztował  juŜ 

wszelkich  rozkoszy,  jakie  moŜe  zaoferować  Ŝycie.  Z  tą  twarzą  upadłego  anioła  i 

wszechwiedzącymi,  błękitnymi  oczami,  był  nieprzytomnie  atrakcyjny  i  cudowny  jak  grzech 

ś

miertelny. Julianna poczuła nagłą, niedorzeczną potrzebę, by wywrzeć na nim jak najlepsze 

wraŜenie. 

- JeŜeli ma pani ochotę na przejaŜdŜkę, mademoiselle - odezwał się głosem, w którym 

pobrzmiewało  ostre  zniecierpliwienie  -powinna  pani  odwołać  się  do  bardziej 

konwencjonalnych metod. 

Julianna  nie  zdąŜyła  odpowiedzieć  na  jego  słowa,  bo  w  tym  samym  momencie 

wtrąciła się lady Skeffington, gwałcąc wszelkie zasady zdrowego rozsądku i dobrych manier. 

-  JakŜe  to  nieoczekiwana  przyjemność  i  zaszczyt,  milordzie!  -  wykrzyknęła  w 

desperackim  wysiłku  dokonania  prezentacji,  zupełnie  nieświadoma  złowieszczego  błysku 

zwęŜonych  oczu  i  zdumionych  spojrzeń,  rzucanych  w  ich  stronę  przez  pasaŜerów  innych 

powozów,  które  musiały  się  zatrzymać  z  racji  zablokowanego  przejazdu.  -  Od  tak  dawna 

marzę, by przedstawić panu mą córkę... 

- Czy mam rozumieć - wszedł jej w słowo - Ŝe właśnie w tym celu pani córka stanęła 

mi na drodze i zatrzymała mego konia? 

Julianna doszła do wniosku, Ŝe ten człowiek jest niegrzeczny i arogancki. 

-  Jedno  z  drugim  nie  miało  nic  wspólnego  -  oświadczyła  zdecydowanym  tonem,  w 

duchu  upokorzona  jego  trafną  oceną  sytuacji  i  spóźnioną  świadomością,  Ŝe  wciąŜ  ściska  w 

ręku końską uzdę. Wypuściła z dłoni gruby rzemień, jakby to była jadowita Ŝmija, cofnęła się 

i przybrała nonszalancki wyraz twarzy, bo tylko w ten sposób mogła ratować swą dumę. - Po 

prostu się wprawiałam - wyjaśniła powaŜnym tonem. 

Jej odpowiedź zdumiała go na tyle, Ŝe ściągnął lejce, którymi właśnie miał szarpnąć. 

- Wprawiała się pani? - zapytał z rozbawieniem. - A w czym mianowicie? 

Julianna  uniosła  wysoko  głowę  i  rzuciła  beznamiętnym  tonem  w  nadziei,  Ŝe  będzie 

ś

wiadczył on raczej o jej inteligencji niŜ płochości: 

- W zbójeckim rzemiośle, oczywiście. W ramach pierwszych praktyk wyskakuję przed 

powozy Bogu ducha winnych ludzi i zatrzymuję ich konie. 

Odwróciła  się  do  niego  plecami,  stanowczo  chwyciła  matkę  pod  ramię  i  ruszyła  w 

przeciwną  stronę.  Rzuciła  jeszcze  przez  ramię  z  wyŜszością,  specjalnie  przekręcając 

background image

nazwisko: 

- Do widzenia, panie... ehm... panie Deveraux. 

Okrzyk  lady  Skeffington,  przeraŜonej  tak  niestosownym  zachowaniem  córki,  stłumił 

odgłos dochodzący od kariolki, który brzmiał jak śmiech. 

Jeszcze wieczorem matka nie posiadała się z oburzenia. 

-  Jak  mogłaś  być  tak  impertynencka!  -  wykrzykiwała,  załamując  ręce.  -  Nicholas  du 

Ville  ma  wielkie  wpływy  w  towarzystwie  -wystarczy  Ŝe  wygłosi  niepochlebną  uwagę  pod 

twoim  adresem,  a  nikt  znaczący  i  szanowany  nie  będzie  chciał  mieć  z  tobą  nic  wspólnego. 

Twoja reputacja będzie zrujnowana! Zrujnowana, słyszysz?! 

Julianna  wygłosiła  nieszczere  przeprosiny,  matka  jednak  wciąŜ  była  niepocieszona. 

Chodziła  nerwowo  po  pokoju  w  jednej  dłoni  ściskając  butelkę  z  solami  trzeźwiącymi,  w 

drugiej - chusteczkę. 

-  Gdyby  dzisiejszego  dnia  Nicholas  du  Ville  poświęcił  ci  chociaŜ  kilka  chwil  na 

oczach  wszystkich  zgromadzonych  w  parku,  natychmiast  odniosłabyś  sukces  towarzyski! 

Jeszcze  tego  wieczoru  zaczęłyby  spływać  do  nas  zaproszenia  na  wszystkie  najwaŜniejsze 

spotkania  i  bale  sezonu,  a  juŜ  od  jutra  do  drzwi  dobijaliby  się  odpowiedni  dŜentelmeni.  Ty 

jednak  musiałaś  zachować  się  niestosownie  wobec  jedynego  człowieka  w  Londynie,  który 

drobnym słowem moŜe  zniweczyć  wszystkie moje plany i nadzieje. - PrzyłoŜyła chusteczkę 

do  oczu,  by  osuszyć  łzy.  -  A  wszystko  przez  twoją  bab-kę!  To  ona  cię  tego  nauczyła.  Och, 

zasłuŜyłam na chłostę za to, Ŝe pozwoliłam, byś  spędzała tak wiele czasu z tą okropną starą 

harpią! Nikt nie umiał się jej przeciwstawić, a juŜ w szczególności twój ojciec! - Zatrzymała 

się w miejscu i zwróciła w stronę córki. -A tymczasem ja wiem o prawdziwym świecie duŜo 

więcej  od  twojej  babki  i  zamierzam  ci  wbić  w  głowę  coś,  o  czym  ona  nigdy  nie  mówiła: 

prostą prawdę, wartą wiele więcej niŜ te wymyślne nonsensy którymi cię karmiła, a prawda ta 

brzmi...  -  Zacisnęła  ręce  w  pięści  i  wysyczała  dobitnie:  -  MęŜczyźni  nie  chcą  mieć  nic 

wspólnego z kobietami, które wiedzą więcej od nich! JeŜeli rozejdzie się w towarzystwie, Ŝe 

jesteś  molem  ksiąŜkowym,  twoja  reputacja  legnie  w  gruzach.  śaden  liczący  się  dŜentelmen 

nigdy nie poprosi o twą rękę! Będziesz... Będziesz... całkowicie skompromitowana! 

Wysoki kobiecy chichot wyrwał dziewczynę z rozmyślań i przypomniał jej o trwającej 

maskaradzie.  Julianna  wsłuchiwała  się  w  śmiechy  i  krzyki  dorosłych  zabawiających  się  jak 

dzieci, dochodząc szybko do wniosku, Ŝe dzisiejszego wieczoru reputacja bardzo wielu kobiet 

background image

ulegnie  całkowitej  ruinie.  Z  licznych  pouczeń  matki  wywnioskowała,  Ŝe  moŜna  się 

skompromitować na wiele sposobów, i Ŝe istnieje pewna gradacja owej kompromitacji. Błędy 

wynikające z winy samej kobiety - jak na przykład zbytnia inteligencja, za duŜe oczytanie czy 

błyskotliwa  elokwencja  mogły  zrujnować  jej  szanse  na  dobre  zamąŜpójście.  Ale  kaŜdy 

fałszywy  krok  w  relacjach  z  męŜczyznami  groził  tym,  Ŝe  kobieca  reputacja  całkowicie  i 

definitywnie „legnie w gruzach”, a wtedy nie moŜna juŜ w ogóle liczyć na zdobycie Ŝadnego 

męŜa. 

To bardzo głupie, doszła do wniosku Julianna, rozmyślając nad miliardami sposobów, 

które mogą doprowadzić kobietę do tak opłakanego stanu. 

Reputacja mogła „lec w gruzach”, gdy zostało się sam na sam z męŜczyzną w pokoju, 

pozwoliło mu na okazywanie szczególnych względów czy choćby zatańczyło z nim trzy razy 

w ciągu jednego wieczoru. 

Zastanawiając się nad tym wszystkim, Julianna doszła do wniosku, Ŝe byłoby jej duŜo, 

duŜo  łatwiej  w  Ŝyciu,  gdyby  posunęła  się  do  jednego  z  licznych  występków,  które  mogły 

całkowicie zrujnować szanse kobiety na zamąŜpójście. Gdyby jej reputacja „legła w gruzach”, 

nie musiałaby wychodzić za mąŜ za odraŜającego sir Francisa Bellhavena! 

Na  samą  myśl  o  tym  człowieku  radosny  nastrój  Julianny  prysnął,  a  obraz  księŜyca 

zaczął  się  zamazywać,  gdy  do  jej  oczu  napłynęły  łzy.  Chciała  sięgnąć  po  chusteczkę, 

przypomniała  sobie  jednak,  Ŝe  jej  nie  ma.  Wypiła  więc  następny  łyk  brandy,  bezskutecznie 

próbując poprawić sobie humor. 

Tkwiąc  wciąŜ  w  tym  samym  miejscu,  w  którym  stał,  gdy  odeszła  Valerie,  Nicholas 

palił cygaretkę i deliberował, czy ma skręcić w prawo i powrócić do ogrodu, czy teŜ w lewo, 

w  głąb  labiryntu,  gdzie  znajdowała  się  sekretna  ścieŜka  prowadząca  do  tylnego  wejścia  do 

domu. 

Był zmęczony, a w jego sypialni stało olbrzymie i bardzo wygodne łoŜe. Gdyby matka 

nie poprosiła go, Ŝeby  w drodze do domu przyjechał tu i złoŜył uszanowanie matce Valerie, 

nigdy nie zjawiłby się na tym balu. Ale ojciec napisał mu w ostatnim liście, Ŝe zdrowie matki 

bardzo  się  pogorszyło  i  Nicki  nie  chciał  zrobić  niczego,  co  mogłoby  ją  zasmucić  lub 

zmartwić. Odwrócił się w końcu i ruszył wijącą się ścieŜką w stronę ogrodu, by dzisiejszego 

wieczoru dopełnić obowiązków towarzyskich, a jutro z rana - obowiązków synowskich. 

Julianna  była  całkowicie  przekonana,  Ŝe  gdyby  jej  reputacja  legła  w  gruzach,  sir 

background image

Francis  natychmiast  wycofałby  swą  propozycję,  choć  nie  miała  pojęcia,  jak  udałoby  jej  się 

przeŜyć,  jeśliby  rodzice  wydziedziczyli  ją  za  to,  Ŝe  doprowadziła  do  własnej,  ruiny. 

Pociągając nosem, pochyliła głowę, zacisnęła powieki i zaczęła się modlić. Prosiła babcię, by 

pomogła  jej  znaleźć  właściwy  sposób  skutecznego  zrujnowania  własnej  reputacji.  Po  chwili 

jednak doszła do wniosku, Ŝe w tak waŜnej sprawie powinna zwrócić się do wyŜszej instancji, 

zaczęła więc o to samo prosić Pana Boga. Ale przecieŜ Bogu nie spodoba się taka prośba i na 

pewno nie będzie chciał jej spełnić, o ile nie zrozumie w pełni strasznego połoŜenia Julianny. 

Pociągnęła  nosem,  jeszcze  silniej  zacisnęła  powieki  i  zaczęła  wyniszczać  NajwyŜszemu 

powody, dla których chciała doprowadzić do własnej klęski. Łkając gorzko, doszła właśnie do 

nieuchronnego małŜeństwa z sir Francisem Bellhavenem, gdy z ciemności przemówił do niej 

Głos - głęboki, ciepły męski głos, władczy, acz zabarwiony współczuciem. 

- Czy mógłbym w czymś pomóc? 

Zaskoczona  Julianna  zerwała  się  na  równe  nogi.  Serce  jej  waliło,  szeroko  otwartymi 

oczami wpatrywała się w owiniętą peleryną postać, wyłaniającą się ze smolistych ciemności. 

Zjawa zatrzymała się tuŜ przed miejscem oświetlonym blaskiem księŜyca, tak Ŝe rysy 

jej  twarzy  wciąŜ  spowijał  mrok.  Powoli  uniosła  ramię,  a  pomiędzy  jej  palcami  zatrzepotało 

gwałtownie coś miękkiego i białego, mimo Ŝe wcale nie było wiatru. 

Otrząsając  się  z  szoku,  Julianna  pojęła,  Ŝe  ta  biała,  falująca  rzecz  jest  dla  niej.  Z 

wahaniem  postąpiła  naprzód  i  wyciągnęła  rękę  w  kierunku  ciemnego  ramienia.  Na  jej  dłoń 

opadła najzwyczajniejsza, ziemska chusteczka - choć wyjątkowo cienka i delikatna. 

- Dziękuję - wyszeptała dziewczyna z szacunkiem, posyłając w stronę zjawy uśmiech i 

ocierając miękkim skrawkiem tkaniny oczy. 

Niepewna, co powinna zrobić z chusteczką, wyciągnęła ją w stronę zjawy. 

- Proszę ją zatrzymać. Julianna przycisnęła białą szmatkę do piersi. 

- Dziękuję. 

- Czy mógłbym jeszcze w czymś pomóc, zanim odejdę? 

-  Och,  proszę  nie  odchodzić!  Tak,  jest  coś,  o  co  chciałabym  prosić,  ale  wymaga  to 

dłuŜszego wyjaśnienia. 

JuŜ  miała  otworzyć  usta,  by  skończyć  wyjaśniać  Panu  Bogu,  dlaczego  chciałaby 

doprowadzić do ruiny swoją reputację, gdy nagle dwa drobiazgi wydały jej się nieco dziwne. 

Po pierwsze, ta niebiańska istota zesłana najpewniej w odpowiedzi na jej modlitwy mówiła z 

lekkim  francuskim  akcentem.  Po  drugie,  skoro  Julianna  prosiła  o  zniszczenie  swojej  dobrej 

opinii, było nie tylko roztropne, ale i konieczne upewnić się, czy w odpowiedzi na modlitwy 

nie zdecydowała się jej nawiedzić nieziemska istota słuŜąca siłom zła. 

background image

Próbując  przezwycięŜyć  otępiający  wpływ  brandy,  Julianna  wbiła  uwaŜne  spojrzenie 

w zjawę, 

-  Proszę  nie  sądzić, Ŝe  poddaję  w  wątpliwość  pańską...  pańską  autentyczność,  czy  Ŝe 

zamierzam  krytykować  pański  gust  -  zaczęła,  starając  się  nadać  głosowi  ton  największego 

szacunku - ale czy nie powinien pan być ubrany na biało, a nie na czarno? 

Jego  oczy  widoczne  spod  maseczki  zwęziły  się  na  tak  impertynencką  sugestię  i 

Julianna aŜ skurczyła się w sobie, oczekując, Ŝe zaraz padnie raŜona piorunem. Kiedy jednak 

się odezwał, w jego głosie nie było gniewu. 

- Czarny jest kolorem najbardziej odpowiednim dla męŜczyzny. Gdybym ubrał się na 

biało,  zwracałbym  na  siebie  zbytnią  uwagę.  Ludzie  zaczęliby  mi  się  bacznie  przyglądać, 

próbując odkryć moją toŜsamość. Jeśli by im się to udało, zatraciłbym anonimowość, a co za 

tym idzie swobodę oddawania się rozmaitym rozrywkom, typowym dla takich maskarad. 

-  Ach,  tak.  Rozumiem  -  odparła  grzecznie  Julianna,  wciąŜ  jednak  nieprzekonana.  - 

Zapewne nie jest więc to tak bardzo niezwykłe, j a k początkowo sądziłam. 

Nicki  tymczasem  pomyślał,  Ŝe  całe  owo  spotkanie  jak  do  tej  pory  było  nieco 

„niezwykłe”. Kiedy po raz pierwszy ją zobaczył - płakała. W jednej chwili ekspresywna twarz 

nieznajomej  ujawniła  gamę  róŜnych  emocji:  szok,  zawstydzenie,  trwoŜne  zdumienie,  strach, 

podejrzliwość,  a  teraz  -  niepewność,  czy  moŜe  nawet  czujność.  Czekając,  aŜ  dziewczyna 

zbierze się na odwagę i  powie, czego od niego  chce, Nicki dostrzegł, Ŝe  nie było w niej nic 

pospolitego. Jej bardzo jasne włosy w blasku księŜyca wydawały się niemal srebrne, a wielkie 

fiołkowe  oczy  dominowały  w  delikatnie  rzeźbionej  twarzyczce  o  mlecznej  cerze,  pięknie 

wygiętych  brwiach  i  cudnie  wykrojonych  ustach.  Jej  uroda  była  bardzo  subtelna, 

niezauwaŜalna  na  pierwszy  rzut  oka.  Brała  się  z  czystości  rysów  i  szczerości  spojrzenia 

wielkich oczu, a nie z Ŝywego kolorytu czy egzotycznego wyglądu. Nicki nie umiał określić 

wieku swej rozmówczyni, ale wyglądała na bardzo młodą. 

Julianna zaczerpnęła głęboki oddech. 

-  Czy  nie  miałby  pan  nic  przeciwko  temu,  Ŝeby  zdjąć  maseczkę?  -  odezwała  się 

bardzo, bardzo uprzejmym tonem. 

-  Czy  to  jest  właśnie  ta  prośba,  którą  zamierzała  mi  pani  przedstawić?  -  zapytał, 

zastanawiając się jednocześnie, czy przypadkiem nie brakuje jej piątej klepki. 

- Nie, ale nie mogę jej zdradzić, póki nie zobaczę pańskiej twarzy. - Kiedy nie okazał 

najmniejszej  ochoty  wypełnienia  tego  warunku,  dorzuciła  drŜącym,  błagającym  głosem:  - 

Bardzo pana proszę. To niezwykle istotne! 

Nicki zawahał się, ale w końcu czysta ciekawość skłoniła go do zadośćuczynienia jej 

background image

prośbie.  Ściągnął  maseczkę  i  nawet  wyszedł  z  cienia,  by  mogła  dokładnie  obejrzeć  jego 

twarz. 

Spodziewał się jakiejś reakcji, ale zupełnie nie takiej, z jaką się spotkał. 

Dziewczyna  gwałtownie  zakryła  dłonią  usta  i  otworzyła  szeroko  oczy  ze  zdumienia. 

Nicki  ruszył  do  przodu,  przypuszczając,  Ŝe  nieznajoma  zaraz  zemdleje,  ale  gdy  usłyszał 

głośny  śmiech,  zamarł  w  pół  kroku.  Julianna  śmiała  się  tak  gwałtownie,  Ŝe  aŜ  opadła  na 

kamienną  ławkę.  Zakryła  dłońmi  twarz,  wciąŜ  wstrząsana  falami  wesołości.  Dwukrotnie 

zerknęła na niego spomiędzy palców, jakby chciała się upewnić, czy aby wzrok jej nie myli, i 

za kaŜdym razem wybuchała gromkim śmiechem. 

Po dłuŜszej chwili zdołała się opanować. Uniosła głowę i spojrzała z niedowierzaniem 

w jedyną męską twarz w całej Anglii, na widok której serce zaczynało jej bić Ŝywiej. Teraz, 

gdy powoli opuszczało ją zaskoczenie, ta twarz zaczynała działać na nią w taki sam sposób, 

jak  wtedy,  gdy  ujrzała  ją  po  raz  pierwszy.  Tyle  Ŝe  teraz  na  pięknie  wykrojonych  ustach 

majaczył uśmiech, a spojrzenie Nicholasa nie było twarde ani zimne, ale jedynie... zamyślone. 

Ogólnie  rzecz  biorąc  na  twarzy  pana  du  Ville'a  rysował  się  wyraz  Ŝyczliwego 

zainteresowania. 

To  od  razu  poprawiło  humor  Julianny,  dodało  jej  odwagi  i  upewniło  ją,  Ŝe  podjęła 

słuszną  decyzję.  Modliła  się,  by  jej  reputacja  legła  w  gruzach  i  teraz  miało  się  to  stać  za 

sprawą  najbardziej  poŜądanego  kawalera  w  całej  Europie,  Nicholasa  du  Ville'a  we  własnej 

osobie!  Wspaniale  -  to  przyda  całej  sprawie  elegancji  i  szyku.  Za  swoje  poświęcenie  -  za 

utratę reputacji - nie tylko uniknie małŜeństwa z sir Francisem, lecz będzie teŜ miała piękne 

wspomnienia. 

-  Nie  jestem  obłąkana,  choć  tak  to  moŜe  wyglądać  -  zapewniła  go  solennie.  -1 

rzeczywiście chciałabym prosić pana o przysługę. 

Nicki wiedział, Ŝe powinien odejść jak najszybciej, ale zaraźliwy śmiech, piękna twarz 

i  niezwykłe  zachowanie  nieznajomej  pociągały  go  w  równym  stopniu,  jak  nudziła  myśl  o 

powrocie na maskaradę. 

- A o jakąŜ to dokładnie przysługę chciałaby mnie pani prosić? 

- To dość trudno wyjaśnić. - Sięgnęła po kieliszek i wypiła trochę trunku - cokolwiek 

to  było  -jakby  chciała  dodać  sobie  odwagi,  a  potem  spojrzała  mu  prosto  w  twarz  wielkimi, 

szczerymi oczami. - Prawdę mówiąc, nawet bardzo trudno - dorzuciła, marszcząc lekko mały, 

zadarty nosek. 

- Jak pani widzi - odrzekł Nicki, powstrzymując uśmiech i kłaniając się z galanterią -

jestem całkowicie do pani usług. 

background image

- Mam nadzieję, Ŝe to się nie zmieni, gdy pan juŜ usłyszy moją prośbę. 

- Co mógłbym dla pani zrobić? 

- Chciałabym, Ŝeby pan doszczętnie zrujnował moją reputację. 

AŜ do tej chwili Nicki byłby gotów się załoŜyć o sporą fortunę, Ŝe Ŝadna kobieta nie 

zdoła niczym go zaskoczyć, nie mówiąc juŜ o wprawieniu w stan prawdziwego osłupienia, w 

jakim właśnie się znalazł. 

- Słucham? - wykrztusił w końcu. 

Julianna widziała, Ŝe pan du Ville usilnie próbuje ukryć swoje zaskoczenie i z trudem 

stłumiła  nieelegancki  chichot.  Nie  miała  pojęcia,  czy  ta  ochota  do  śmiechu  była  wynikiem 

napięcia i zdenerwowania, czy teŜ magicznego, choć obrzydliwego w smaku napoju, którego 

nie Ŝałowali sobie męŜczyźni, by z większym optymizmem patrzeć na Ŝycie. 

- Spytałam, czy byłby pan tak miły i zechciał doszczętnie zrujnować moją reputację. 

Grając  na  zwłokę,  Nicki  sięgnął  do  kieszeni  kamizelki  po  kolejną  cygaretkę, 

obserwując przy tym dziewczynę spod oka. 

- Co... dokładnie... ma pani na myśli? - zapytał, zapalając zapałkę. 

- Chciałabym, Ŝeby moja reputacja legła w gruzach - powtórzyła dziewczyna, wbijając 

w  niego  uwaŜne  spojrzenie,  gdy  dłońmi  osłaniał  płomień  zapałki,  i  starając  się  lepiej 

przyjrzeć rysom męŜczyzny. - To znaczy pragnę się znaleźć w takiej sytuacji, Ŝeby juŜ Ŝaden 

męŜczyzna nigdy nie zechciał się ze mną oŜenić - wyjaśniła. 

Zamiast  coś na to odpowiedzieć, postawił nogę  na kamiennej ławce, tuŜ obok biodra 

Julianny i przyglądał jej się w milczeniu, trzymając między zębami cygaretkę. 

- JuŜ chyba jaśniej nie mogę tego ująć - powiedziała niespokojnie. 

-  Nie,  to  rzeczywiście  niemoŜliwe.  Julianna  przysunęła  się  bliŜej  do  jego  nogi  i 

spojrzała mu w twarz. 

- Zrozumiał pan, o co proszę? 

-  Raczej  nie  sposób  tego  nie  zrozumieć.  W  tonie  Nicholasa  nie  było  ani  cienia 

entuzjazmu, więc by go 

zachęcić, dorzuciła: 

-  Chętnie  panu  zapłacę!  Tym  razem  Nicki  zdołał  ukryć  szok,  ale  uśmiechnął  się 

szeroko z zadowolenia, Ŝe ktoś jest jeszcze zdolny doprowadzić go do takiego stanu. 

- JuŜ po raz drugi - mruknął pod nosem. -1 to jednego wieczoru. Zorientowawszy się, 

background image

Ŝ

e  dziewczyna  czeka  na  jego  odpowiedź,  spojrzał  jej  prosto  w  oczy  i,  tłumiąc  szelmowski 

uśmiech, oświadczył bardzo powaŜnym tonem: 

- To wyjątkowo kusząca propozycja. 

-  Będę  się  starać  najlepiej,  jak  umiem  -  obiecała,  wpatrując  się  w  niego  swymi 

wielkimi, szczerymi oczami. 

- Z kaŜdą chwilą ta propozycja staje się coraz bardziej nie do odrzucenia. 

Nicki  wbił  wzrok  w  przestrzeń,  zastanawiając  się  nad  sytuacją  i  oceniając  tę 

intrygującą  młodą  kobietę.  WciąŜ  nie  umiałby  dokładnie  określić  jej  wieku,  ale  wiedział,  Ŝe 

nie jest niewinną debiutantką na długo przedtem, zanim poprosiła go o „przysługę”.  Było to 

oczywiste od samego początku: siedziała w ciemnościach, w odosobnionym miejscu, sam na 

sam  z  męŜczyzną,  który  nie  został  jej  formalnie  przedstawiony  i  nie  podjęła  Ŝadnej  próby 

zmiany tej sytuacji. 

Poza tym ta jej suknia!  Niebywale kusicielska, z olbrzymim dekoltem odsłaniającym 

większą  część  piersi  i  bardzo  obcisła,  by  podkreślić  wyjątkowo  wąską  talię  dziewczyny. 

KaŜda szanująca się matka prędzej by się zabiła, niŜ pozwoliła swej niewinnej córce włoŜyć 

podobny  strój.  To  była  suknia  dla  wyjątkowo  śmiałej  męŜatki  -  lub  dla  kurtyzany.  Na  jej 

palcu  nie  widniała  obrączka,  zapewne  więc  miał  do  czynienia  z  tym  drugim  wypadkiem.  W 

owym  przekonaniu  dodatkowo  utwierdziła  go  myśl,  Ŝe  wielu  bogatych  młodzieńców 

zabierało  na  podobne  imprezy  swoje  utrzymanki,  dla  Ŝartu  lub  zabawy.  Na  dzisiejszej 

maskaradzie  zjawiło  się  niemało  najpiękniejszych  i  najbardziej  poŜądanych  kurtyzan  z 

Londynu. 

Nicki  doszedł  do  wniosku,  Ŝe  to  anielsko  wyglądające  stworzenie  pokłóciło  się  z 

męŜczyzną,  który  ją  tu  przyprowadził,  a  gdy  juŜ  się  wypłakała,  postanowiła  znaleźć  kogoś, 

kto zastąpi niewdzięcznika. Nie ulegało teŜ najmniejszej wątpliwości, Ŝe jej reputacja została 

„zrujnowana”  dawno  temu  i  z  pewnością  powtórzyło  się  to  juŜ  wiele  razy  od  tamtej  pory. 

Wiedział  teŜ,  Ŝe  w  Ŝadnym  razie  nie  zamierzała  mu  płacić,  owa  propozycja  była  jednak  tak 

cudownie  błyskotliwa,  Ŝe  nawet  na  nim  wywarła  wraŜenie.  Ta  dziewczyna  jest  nie  tylko 

piękna,  ale  i  zupełnie  wyjątkowa.  Bardzo  dowcipna.  Ze  swoim  wyglądem,  wyobraźnią  i 

miękkim, kulturalnym głosem, szybko znajdzie nowego protektora. Prawdę mówiąc, jeśli dziś 

w łóŜku okaŜe się równie zabawna, sam z ochotą podejmie się tej roli. 

ZŜerana  niepewnością,  Julianna  wpatrywała  się  w  jego  czarującą  twarz,  podczas  gdy 

Nicki z nieodgadniona miną wpatrywał się w przestrzeń. Ręce wcisnął głęboko w kieszenie, 

zsunął z ramion pelerynę. W kącikach jego oczu widniały drobne zmarszczki, jakby się lekko 

uśmiechał, ale moŜe tylko tak wyglądał, dlatego Ŝe w zębach trzymał cygaretkę. 

background image

Czekanie stało się juŜ nieznośne, w końcu więc Julianna zapytała drŜącym głosem: 

- Czy pan juŜ podjął decyzję, milordzie? 

W  tym  momencie  Nicki  spojrzał  jej  w  oczy  i  obdarzył  ją  leniwym,  zniewalającym 

uśmiechem. 

- Nie jestem tani - zaŜartował. 

- A ja nie mam zbyt wiele - ostrzegła, a Nicki wybuchnął śmiechem, gdy sięgnęła do 

maleńkiej balowej torebki w poszukiwaniu pieniędzy. 

Po chwili wyciągnął ku niej ramię. 

- MoŜe poszukamy miejsca bardziej odpowiedniego do... hm... 

-  Zrujnowania  mojej  reputacji?  -  podsunęła  usłuŜnie,  a  Nicki  wyczuł  w  jej  głosie 

drobne wahanie, które jednak zniknęło niemal w tej samej chwili, gdy się pojawiło. Podniosła 

się z ławki, wyprostowała ramiona, uniosła głowę i, przybierając królewską postawę, rzuciła z 

determinacją: - A więc niech się stanie, co ma się stać. 

Poprowadził  ją  w  głąb  labiryntu,  przypominając  sobie  jednocześnie,  jak  kiedyś  z 

Valerie  błądzili  godzinami,  bo  przeoczyli  ukrytą  dróŜkę.  Kiedy  z  wolna  szli  wzdłuŜ 

Ŝ

ywopłotu, przyszło mu do głowy, Ŝe nadszedł czas na oficjalną prezentację, wówczas jednak 

powiedziała, Ŝe zna jego nazwisko. 

-  A  pani  jest...?  -  zapytał,  gdy  dziewczyna  nie  wykazała  najmniejszej  ochoty,  by 

udzielić mu tej informacji. 

W  tym  momencie  w  zakamarkach  umysłu  Julianny,  oszołomionej  nierealnością  tej 

sytuacji,  blaskiem  księŜyca  i  przystojnym,  godnym  poŜądania  męŜczyzną  u  boku, 

zadźwięczał ostrzegawczy dzwonek. Próbując zmyślić jakieś imię, zerknęła na swoją suknię. 

- Marie - odrzekła. - MoŜe pan nazywać mnie Marie, milordzie. 

-  Jak  „Marie  Antoinette”?  -  rzucił  kpiąco,  zastanawiając  się  przy  tym,  czemu 

dziewczyna kłamie. 

W odpowiedzi wyrzuciła w górę ramiona i wykrzyknęła radośnie: 

-  „Jeśli  nie  mają  chleba,  niech  jedzą  ciastka!”  A  chwilę  później  zatrzymała  się 

gwałtownie. 

- Dokąd idziemy? 

-  Do  mojej  sypialni.  Julianna  szybko  przerzuciła  w  myślach  sytuacje  prowadzące  do 

całkowitego zrujnowania reputacji. Trzy tańce z tym samym męŜczyzną. Przebywanie sam na 

sam w pokoju z męŜczyzną. Pokój. Sypialnia. Skinęła z aprobatą głową. 

- Doskonale. Zapewne pan wie wiele więcej na ten temat ode mnie, milordzie. 

Serdecznie w to wątpię, pomyślał cynicznie. 

background image

Szli  przed  siebie  w  milczeniu.  I  to  Nickowi  teŜ  się  w  niej  spodobało.  Nie  czuła 

potrzeby  paplania  bez  powodu.  Kiedy  w  końcu  przerwała  ciszę,  zrobiła  to  w  doskonałym 

momencie,  a  temat,  jaki  wybrała,  kompletnie  go  oszołomił,  choć  wydawało  mu  się  do  tej 

pory,  Ŝe  bogate  doświadczenia  z  kobietami  przygotowały  go  juŜ  na  wszystko.  Dziewczyna 

pilnie wbijała oczy w trawę, po czym spojrzała mu w oczy i odezwała się powaŜnym tonem: 

- Często rozmyślam o robakach. A pan? 

- Nie tak często, jak kiedyś - skłamał bez mrugnięcia okiem, tłumiąc wesołość. Przez 

cały ostatni tydzień nie śmiał się tyle, co w jej towarzystwie. 

-  Proszę  się  więc  zastanowić  nad  pewną  kwestią  -  rzuciła  tonem  uczonego.  -  JeŜeli 

Bóg chciał, by całe Ŝycie pełzały po ziemi, to czemu nie dał im kolan? 

Nicki stanął jak wryty, trzęsąc się ze śmiechu. 

-  Co  pani  powiedziała?  Piękna  twarz  zwróciła  się  w  jego  stronę,  a  cudne  usta 

oznajmiły: 

- Zapytałam, czemu robaki nie mają kolan. 

- Tak właśnie mi się zdawało. 

Złapał  ją  gwałtownie  za  ramiona  i  przyciągnął  do  siebie,  nie  mogąc  oprzeć  się 

pokusie,  by  zdusić  śmiech  na  jej  miękkich,  pełnych  wargach.  Wypuścił  ją  wszakŜe  z  objęć 

niemal  równie  gwałtownie,  jak  ją  pochwycił,  niepewny  czy  za  miną  dziewczyny  kryło  się 

oszołomienie  czy  wyrzut.  Zdecydował  jednak,  Ŝe  to  niepotrzebne,  a  wręcz  niepoŜądane,  by 

dyskutować na ten temat z kimś, kto będzie dzielić z nim łoŜe za pieniądze, odsunął się więc 

jedynie i odwrócił. 

Ale nie mógł się powstrzymać, by od czasu do czasu na nią nie spoglądać i odetchnął 

z ulgą, gdy w końcu na jej wargach ujrzał uśmieszek rozbawienia. 

Nie był całkiem pewien, czy idą w dobrą stronę, póki nie pokonali ostatniego zakrętu i 

nie  dojrzał  tajemnej  ścieŜki  z  labiryntu,  prowadzącej  do  tylnych  drzwi  domu.  Wiedząc,  Ŝe 

przez  chwilę  znajdą  się  na  widoku  -  choć  w  dość  duŜej  odległości  od  innych  gości  -  Nicki 

ustawił się tak, by zasłonić swą towarzyszkę. 

- Czemu przyśpieszyliśmy kroku? 

-  Bo  tutaj  jesteśmy  doskonale  widoczni  z  ogrodów  -  ostrzegł.  Wyjrzała  zza  jego 

ramienia, by zobaczyć to na własne oczy. 

- Oni teŜ mogą jeść ciastka! - wykrzyknęła radośnie, znowu wymachując ramionami. 

A potem na cały glos wykrzyknęła: -Wszystkim wam osobiście pozwalam jeść ciastka! 

Nicki z przeraŜeniem zorientował się, Ŝe znowu wstrząsają nim fale śmiechu, lecz nie 

odezwał się ani słowem, by nie zachęcać dziewczyny do dalszych popisów. 

background image

Kiedy znaleźli się w jego sypialni, Julianna przysiadła na brzegu niewielkiej s o f y , 

obitej cięŜkim brokatem. Miała wraŜenie, Ŝe śni, gdy przyglądała się, jak Nicholas zdejmuje 

surdut i rozluźnia śnieŜnobiały fontaź. Tysiące dzwonków ostrzegawczych rozdzwoniło się w 

jej  umyśle,  przyprawiając  ją  o  zawrót  głowy.  A  moŜe  to  wspomnienie  jego  pocałunku 

podziałało na nią tak oszałamiająco? 

Pozbywszy  się  surduta  i  fontazia,  Nicki  rozpiął  pod  szyją  koszulę  i  podszedł  do 

błyszczącego  stolika,  na  którym  znajdowała  się  taca  z  kieliszkami  i  karafkami.  Wyciągnął 

korek  z  karafki  pełnej  brandy  i  obejrzał  się  przez  ramię,  by  spytać  czy  nie  nalać  czegoś 

dziewczynie.  To,  co  zobaczył,  zaniepokoiło  go  w  najwyŜszym  stopniu,  odwrócił  się  więc 

gwałtownie. 

Dziewczyna siedziała zgięta wpół, wpatrując się w podłogę. 

- Co robisz? 

- Nie czuję palców u stóp - odrzekła, nie podnosząc głowy. 

- A co to ma znaczyć? - spytał głosem pełnym irytacji, bo zaczęło do niego docierać, 

Ŝ

e niemal wszystko, co zrobiła i powiedziała w labiryncie, łącznie z prośbą by zrujnować jej 

reputację - a co w owej chwili wydawało się szokujące lub śmieszne - mogło być wynikiem 

upojenia alkoholem lub zaburzonego umysłu. 

- MoŜesz wstać? - rzucił, celowo przybierając wyjątkowo ostry ton. 

Julianna,  zmroŜona  jego  lodowatym  głosem,  wyprostowała  się  powoli  i  podniosła  z 

sofy.  Wprost  nie  mogła  uwierzyć,  Ŝe  stojący  teraz  przed  nią  groźny  męŜczyzna  jest  tym 

samym  człowiekiem,  który  przed  chwilą  beztrosko  z  nią  Ŝartował  i  który  ją...  który  ją 

pocałował! 

Nicki tymczasem zdał sobie sprawę, Ŝe dziewczyna wygląda na zupełnie oszołomioną. 

Oszołomioną i zdezorientowaną. 

- Czy moŜesz powiedzieć coś, co by mnie przekonało, Ŝe w tej chwili jesteś zdolna do 

choćby jednej logicznej myśli? - zapytał z gniewem, wzmoŜonym jeszcze rozczarowaniem i 

złością na własną naiwność. 

Julianna  skrzywiła  się,  słysząc  jego  słowa.  Zostały  wypowiedziane  tym  samym 

autorytatywnym, pełnym pogardliwej wyŜszości tonem, którym tak ją upokorzył w czasie ich 

niefortunnego  spotkania  w  parku.  Dzisiaj  jej  umysł  był  oszołomiony  przez  brandy  i 

zaskoczenie  całą  sytuacją,  lecz  kiedy  juŜ  zebrała  się  na  odpowiedź,  zareagowała  równie 

błyskotliwie,  choć  bardziej  powściągliwie  niŜ  poprzednio.  Ostatecznie  chciała,  Ŝeby  ta  noc 

background image

była szczegól-na i pamiętna. 

-  Myślę,  Ŝe  tak  -  odrzekła,  unosząc  wysoko  podbródek.  -  Czy  mamy  zacząć  od 

staroŜytnych filozofów? - ZałoŜyła ręce za plecami i odwróciła się w drugą stronę, udając Ŝe 

pilnie  przygląda  się  obrazowi  wiszącemu  nad  kominkiem.  -  Sokrates  przekazał  nam  wiele 

ciekawych  spostrzeŜeń  na  temat  nauki  i  etyki.  Platon  pogłębił  wiele  z  nich  i...  -  urwała, 

starając się usilnie zebrać myśli i przypomnieć sobie, co jeszcze wiedziała na temat filozofów 

- staroŜytnych czy teŜ jakichkolwiek innych. - Gdy chodzi o współczesne czasy... - podjęła no 

nowo wątek - ...szczególnie cenię sobie Woltera. Podoba mi się jego poczucie humoru. Ale ze 

wszystkich  znanych  mi...  -Ucichła,  słysząc,  Ŝe  Nicki  podchodzi  do  niej  od  tyłu,  w  końcu 

jednak zebrała się w sobie. - Ale ze wszystkich znanych mi filozofów, najwyŜej cenię sobie 

kobietę. Miała na imię Sara. 

Stanął tak blisko, Ŝe czuła bijące od niego ciepło. 

- Czy chciałby pan poznać jej ulubioną teorię? - spytała lekko drŜącym głosem. 

- Oczywiście - wyszeptał miękko, muskając oddechem jej skroń. 

-  Sara  twierdziła,  Ŝe  kobiety  kiedyś  posiadały  władzę  nad  męŜczyznami,  ale  oni  w 

swej podstępnej  arogancji znaleźli sposób... -zesztywniała,  gdy zaczął  gładzić jej ramiona, a 

po  chwili  przyciągnął  ją  do  siebie.  -  Znaleźli  sposób,  by  przekonać  nas  i  samych  siebie,  Ŝe 

kobiety mają ptasie móŜdŜki... 

Ciepłe wargi Nicholasa przywarły do wgłębienia za jej uchem, przyprawiając Juliannę 

o dziwne dreszcze. 

- Słucham cię, mów dalej - poprosił niskim głosem, wodząc ustami po jej szyi. 

Starała  się  odezwać,  ale  wydała  z  siebie  jedynie  cichy  jęk.  Czuła,  Ŝe  traci  kontrolę, 

próbowała  jednak  przekonać  samą  siebie,  Ŝe  postępuje  j  a  k  najsłuszniej.  Albo  to,  co  robiła 

teraz,  albo  Ŝycie  z  sir  Francisem  Bellhavenem;  albo  słodkie  wspomnienia  zakazanego 

owocu..., albo męŜczyzna, którego widok przyprawiał ją o mdłości. 

Nicki  objął  ją  tuŜ  powyŜej  pasa  i  poczuł,  jak  mocno  bije  jej  serce.  Poczekał  więc 

chwilę, zanim sięgnął do jej pełnych, pięknych piersi. Pocałował ją w skroń, a potem zaczął 

wodzić  ustami  po  całej  twarzy  dziewczyny.  Pachniała  kwiatami  i  świeŜą  bryzą,  lecz  w  jego 

ramionach wydawała się... 

Jak z drewna. 

Oddychała cięŜko, jakby biegła spłoszona, a serce waliło jej... 

Z przeraŜenia. 

Nicki  oderwał  usta  od  jej  warg  i  szybko  odwrócił  ją  twarzą  do  siebie.  Z 

niedowierzaniem  patrzył  na  jej  gorące  rumieńce  i  oczy  -teraz  koloru  ciemnego  fioletu  - 

background image

spoglądające  na  niego  z  niepewnością.  Rumieńce  stały  się  jeszcze  mocniejsze,  gdy  zaczął 

wodzić wzrokiem po pięknie rzeźbionych, delikatnych rysach dziewczyny, szukając jakiegoś 

znaku  -  czegokolwiek  -  co  utwierdziłoby  go  w  przekonaniu,  Ŝe  nie  było  to  dla  niej  nowe  i 

przeraŜające doświadczenie. 

Ale zobaczył jedynie czystą niewinność. 

To był jej pierwszy raz. 

Nic podobnego wcześniej nie robiła! 

A  mimo  to  wciąŜ  jej  poŜądał.  Nie!  Ku  własnemu  zdumieniu  zdał  sobie  sprawę,  Ŝe  z 

tego  powodu  pragnął  jej  jeszcze  trzy  razy  mocniej.  Mógł  ją  mieć,  sama  go  o  to  poprosiła, 

nawet zaproponowała mu zapłatę. WciąŜ jednak się wahał. Chwycił ją za podbródek i zmusił, 

by spojrzała mu w oczy. 

-  Czy  jesteś  absolutnie  pewna,  Ŝe  chcesz  być  tutaj...  Ŝe  chcesz  to  zrobić?  -  zapyta! 

spokojnym głosem. 

Julianna przełknęła gwałtownie ślinę i pokiwała głową. 

- To coś, co muszę zrobić - by mieć juŜ wszystko poza sobą. 

- Nie masz co do tego najmniejszych wątpliwości? 

Pokręciła  głową w odpowiedzi. Nicki znów zaczął ją całować, tyle Ŝe w  tym samym 

momencie  opadła  go  nieprzyjemna  myśl:  to  nie  będzie  jedynie  rozdziewiczenie  niewinnej 

panny ale zamordowanie anioła. By zagłuszyć opory z całej siły przywarł ustami do jej warg, 

przyciskając ją mocno do siebie, sięgając dłońmi do jej pięknych piersi. 

-  Nie!  -  Wyrwała  się  z  jego  ramion  tak  gwałtownie,  Ŝe  niemal  stracił  równowagę.  - 

Nie! Nie mogę tego zrobić! 

Cofnęła  się,  a  Nicki  tymczasem  patrzył  na  nią  z  niedowierzaniem.  W  jednej  chwili 

oddawała mu pocałunki, słodko obejmując go za szyję i instynktownie przywierając do niego 

całym ciałem, a w następnej biegła przez sypialnię, zostawiając go z rozdziawionymi ustami, 

chwytała za klamkę i wypadała na korytarz... 

Prosto  w  objęcia  Valerie  i  jakiejś  kobiety,  która  wykrzykiwała,  Ŝe  jej  córka  została 

porwana  i  domagała  się  przeszukania  wszystkich  pokojów.  Nicki  miał  wraŜenie,  Ŝe  oto 

przeŜywa  na  jawie  najgorszy  senny  koszmar  -  zobaczył,  Ŝe  kobieta,  która  onegdaj 

impertynencko zaczepiła go w parku, obejmuje teraz opiekuńczym gestem dziewczynę, którą 

zaledwie chwilę wcześniej przytulał do piersi. 

Tyle Ŝe teraz owa matrona miała zupełnie inny wyraz twarzy. Nie unosiła się nad tym, 

jak  wielką  przyjemność  sprawia  jej  widok  Nickiego,  ale  patrzyła  na  niego  z  triumfującą 

wrogością. 

background image

- Gdy tylko połoŜę córkę do łóŜka, poślę po mojego męŜa i wówczas omówimy całą 

sprawę na osobności! 

-  Julianno?  -  Głos  matki  brzmiał  jak  ostry-skrzek.  A  tymczasem  Juliannie  głowa 

pękała  z  bólu.  Na  całym  świcie  tylko  jedna  jedyna  rzecz  nie  była  straszna  tego  ranka  - 

spotkanie  z  własną  matką.  Matka,  która  powinna  szaleć  z  wściekłości,  która  -  według 

dziewczyny  -  powinna  wyrzec  się  jej  za  duŜo  mniejsze  przewinienia  niŜ  te,  jakich  Julianna 

dopuściła  się  poprzedniego  wieczoru,  niespodziewanie  objawiała  teraz  najczystsze 

zrozumienie i współczucie. 

ś

adnych pytań. śadnych wymówek. 

Wciśnięta w kąt powozu przy drzwiach, Julianna patrzyła z Ŝalem, jak dom, w którym 

doszło do jej kompromitacji, oddala się i w końcu znika jej z oczu. 

- Zaraz się pochoruję - wyszeptała. 

- Nie, moja droga. To nie byłoby właściwe. 

- Czy juŜ dojeŜdŜamy do domu? 

- Nie udajemy się do domu. 

- A dokąd? 

-  O  właśnie...  właśnie  tutaj  -  odrzekła  matka,  wypatrując  czegoś  ze  zmruŜonymi 

oczami, a po chwili rozpromieniając się z zachwytu. 

Julianna  teŜ  spróbowała  dojrzeć,  czym  jest  owo  „tutaj”.  Spostrzegła  jedynie  ładny 

wiejski  domek,  przed  którym  znajdował  się  powóz  papy  i  jeszcze  jakiś  inny  z  herbem 

wymalowanym  z  boku.  A  chwilę  później  zobaczyła  kaplicę.  Na  jej  dziedzińcu,  ignorując 

całkowicie papę, stał Nicholas du Ville. 

Wyraz jego ponurej, ściągniętej twarzy był tysiąc razy bardziej lodowaty i pogardliwy, 

niŜ wtedy, gdy widziała go w parku. 

- Dlaczego tu przyjechaliśmy? - wykrzyknęła Julianna. Nudności i ból głowy jeszcze 

się nasiliły. 

- Abyś poślubiła Nicholasa du Ville'a. 

- Co takiego?! Ale czemu? - Czemu się z tobą Ŝeni? ~ spytała sucho matka, otwierając 

drzwi  powozu.  -  Bo  nie  ma  wyboru.  Ostatecznie  jest  dŜentelmenem.  Zna  zasady,  chociaŜ 

zdecydował  się  je  złamać.  Pani  domu  i  dwoje  słuŜących  widzieli,  jak  wybiegłaś  z  jego 

sypialni. Zrujnował reputację niewinnej, dobrze urodzonej panny. Gdyby się z tobą nie oŜenił, 

background image

twoja przyszłość ległaby w gruzach, ale on juŜ nigdy nie mógłby się nazwać dŜentelmenem. 

Tego wymaga od niego kodeks honorowy. Inaczej pan du Ville straciłby twarz. 

- Ale ja nie chcę! - załkała Julianna. - I zaraz sama mu to wytłumaczę! 

- Ja tego nie chciałam! Nie chciałam! - powtarzała piętnaście minut później, wpychana 

bez pardonu do powozu swego męŜa. Przez cały czas Nicholas nie odezwał się słowem - poza 

wypowiedzeniem słów przysięgi. W końcu jednak nie wytrzymał: 

- Milcz i wsiadaj! 

- Dokąd jedziemy? 

-  Do  twojego  nowego  domu  -  wyjaśnił  sarkastycznym  tonem.  -Zapamiętaj,  do 

twojego. 

10 

Nucąc  pod  nosem  kolędę,  Julianna  usiadła  przed  lustrem  w  sypialni  i  za 

ciemnozieloną  wstąŜkę  zbierającą  jej  blond  loki  wetknęła  kilka  gałązek  ostrokrzewu  z 

czerwonymi jagodami. 

Zadowolona  z  efektu,  podniosła  się,  wygładziła  suknię  z  miękkiej,  zielonej  wełny, 

poprawiła szerokie mankiety i ruszyła w stronę salonu, gdzie zamierzała pracować nad swoją 

powieścią, siedząc na wprost kominka, w którym radośnie płonął ogień. 

Od  trzech  miesięcy  -  od  czasu  gdy  mąŜ  pozostawił  ją  bezceremonialnie  przed  tym 

domem zaledwie parę godzin po ich ślubie -nie widziała Nicholasa, ani nie dostała od niego 

Ŝ

adnej  wiadomości.  Mimo  to  kaŜdy  szczegół  tego  wstrętnego  dnia  był  ostro  wyryty  w  jej 

pamięci i ilekroć o nim pomyślała, czuła ostry ucisk w dołku. 

Ich  ślub  był  gorzką  parodią  prawdziwej  ceremonii  -  stanowił  jednak  doskonałe 

ukoronowanie czegoś, co zaczęło się na maskaradzie. Matka Julianny, zamiast zdecydowanie 

potępić zachowanie córki, praktycznie gratulowała jej, Ŝe tak przemyślnie złowiła najbardziej 

poŜądanego kawalera w towarzystwie. A gdy juŜ stały w kościele, nie udzieliła jej ani jednej 

macierzyńskiej rady na temat małŜeństwa czy dzieci, za to rozwodziła się nad futrami, jakich 

Julianna powinna natychmiast zaŜądać! 

Z  kolei  papa,  który  zapewne  lepiej  pojmował  rzeczywistą  sytuację  -  jego  córka 

przyniosła  wstyd  rodzinie,  w  czym  wydatnie  pomógł  jej  pan  młody  -  poradził  sobie  z 

przykrymi  myślami  na  swój  własny  sposób.  Zanim  chwiejnym,  lecz  zawadiackim  krokiem 

poprowadził Juliannę do ołtarza, pocieszył się co najmniej butelką mocnej madery. Ponurego 

obrazka dopełniała panna młoda, cierpiąca na efekty wczorajszego przedawkowania brandy i 

background image

do tego pan młody... 

Juliannę  dotąd  przeszywał  dreszcz  na  wspomnienie  nienawiści  i  pogardy  w  jego 

oczach, gdy wypowiadał słowa przysięgi. Nawet twarz pastora udzielającego im ślubu wryła 

jej  się  w  pamięć.  WciąŜ  widziała,  jak  na  łagodnym  obliczu  duchownego  pojawił  się  wyraz 

przeraŜenia, gdy na propozycję, by oblubieniec pocałował pannę młodą, Nicholas obrzucił ją 

pełnym odrazy spojrzeniem, obrócił się na pięcie i wyszedł z kościoła. 

W  powozie  Julianna  próbowała  z  nim  rozmawiać  -  wyjaśnić  wszystko  i  przeprosić. 

Przez chwilę słuchał jej słów z kamienną twarzą, w końcu zaś oświadczył: 

-  JeŜeli  wypowiesz  jeszcze  jedno  słowo,  wylądujesz  na  skraju  drogi,  nim  zdołasz 

skończyć zdanie! 

Przez  te  miesiące,  gdy  tkwiła  tu  niczym  zbędny  mebel,  Julianna  poznała  co  to 

samotność  -  nie  spowodowana  śmiercią  najbliŜszej  osoby,  ale  wynikająca  z  odrzucenia  i 

pogardy.  Szczególnie  boleśnie  to  odczuła,  gdy  doszły  do  niej  plotki  o  gorącym  romansie 

Nickiego z tancerką z opery. Cały Londyn nie mówił o niczym innym, zanim jeszcze pogłoski 

o jego pośpiesznym ślubie zdąŜyły się na dobre rozejść w towarzystwie. 

Julianna wiedziała, Ŝe chciał ją ukarać. Publicznie upokarzał ją za to, Ŝe - jak wierzył - 

wraz  z  matką  zastawiły  na  niego  pułapkę.  A  najgorsze  z  tego  wszystkiego  było  to,  Ŝe  gdy 

dziewczyna  stawiała  się  na  jego  miejscu  i  patrzyła  na  całą  sytuację  z  jego  punktu  widzenia, 

dokładnie rozumiała, co czuł i dlaczego. 

I  aŜ  do  zeszłego  tygodnia  zemsta  Nicholasa  osiągała  poŜądany  skutek.  Julianna 

wylewała morze łez w poduszki, dręcząc się wspomnieniem nienawistnego spojrzenia, jakim 

obrzucił ją w dniu ślubu. Napisała do niego tuzin listów, próbując wszystko wytłumaczyć. W 

odpowiedzi  dostała  jedynie  krótką,  suchą  wiadomość  od  jego  sekretarza,  Ŝe  jeśli  spróbuje 

jeszcze  raz  skontaktować  się  z  męŜem,  zostanie  usunięta  z  domu,  który  zamieszkiwała,  i 

będzie pozostawiona bez środków do Ŝycia. 

Julianna  du  Ville  miała  do  końca  swoich  dni  Ŝyć  w  samotności,  by  odpokutować  za 

czyn,  który  był  w  tym  samym  stopniu  jej,  co  i  jego  grzechem.  Nicholas  miał  pięć  innych 

posiadłości  -  o  wiele  wspanialszych  i  leŜących  w  dogodniejszej  odległości  od  Londynu. 

Według  plotek,  które  wyczytała  w  gazecie,  i  informacji,  które  wyciągnęła  od  Sheridan 

Westmoreland,  wyprawiał  w  nich  przyjęcia  dla  licznego  grona  przyjaciół,  a  zapewne  takŜe 

intymniejsze imprezy dla dwojga w zaciszu swej sypialni. 

AŜ do ubiegłego tygodnia jej dni upływały w samotnej pustce i udręczeniu. Odrobinę 

ulgi przynosiły jej jedynie zwierzania w listach do babci. 

Teraz jednak wszystko się zmieniło. 

background image

Tydzień  temu  dostała  list  od  wydawcy  z  Londynu,  który  był  bardzo  zainteresowany 

kupnem jej pierwszej powieści. W swoim liście pan Framingham porównywał talent Julianny 

do  talentu  Jane  Austen,  zachwycał  się  jej  poczuciem  humoru  i  wyostrzonym  zmysłem 

obserwacji, z jakim w subtelny sposób sportretowała arogancję świata arystokracji. 

Przysłał  teŜ  pierwszy  czek  bankowy,  z  obietnicą,  Ŝe  pojawią  się  i  dalsze,  gdy  tylko 

ksiąŜka  wyjdzie  drukiem.  Własne  pieniądze  oznaczały  niezaleŜność  i  moŜliwość  wyrwania 

się  z  więzów,  które  nałoŜył  na  nią  Nicholas  du  Ville.  Julianna  marzyła  o  zamieszkaniu  w 

Londynie,  w  jakimś  małym,  pogodnym  domku  w  dobrej  dzielnicy...  właśnie  tak,  jak 

planowała z babcią, która przecieŜ w tym celu pozostawiła jej spadek. Pod koniec przyszłego 

roku będzie miała dość pieniędzy, by wyrwać się ze swej złotej klatki. 

Noce nie były jednak juŜ tak kojące. W snach pojawiał się Nicki, dokładnie taki, jakim 

widziała go w labiryncie. Opierał nogę na kamiennej ławce, patrzył w przestrzeń, i zaciskając 

cygaretkę w zębach uśmiechał się lekko, słysząc skandaliczną prośbę, by zrujnował reputację 

Julianny.  śartował  sobie  z  niej  w  tych  snach  i  bawiło  go,  Ŝe  chciała  mu  zapłacić.  A  potem 

zaczynał ją całować, a wtedy Julianna budziła się z walącym sercem, czując jeszcze dotyk ust 

Nicholasa na wargach. 

Za  to  rankiem,  gdy  przez  okna  do  pokoju  wlewało  się  słoneczne  światło,  znowu 

myślała tylko o przyszłości, a przeszłość... zostawiała w sypialni. Teraz, jak nigdy wcześniej, 

pisarstwo było jej ucieczką i nadzieją. 

Na  dole  w  salonie  kamerdyner  ustawił  na  stoliku  przylegającym  do  jej  biurka  tacę  z 

filiŜanką czekolady i grzanką posmarowana masłem. 

- Dziękuję ci, Larkin - powiedziała z uśmiechem i zasiadła do pisania. 

Kamerdyner  pojawił  się  ponownie  późnym  popołudniem,  gdy  była  całkowicie 

pochłonięta pracą. 

-  Milady?  -  przerwał  jej  pełnym  napięcia  głosem.  Julianna  uniosła  pióro  w  geście 

wskazującym, Ŝe ma zaczekać, póki ona nie skończy zdania. 

- Ale... 

Stanowczo  potrząsnęła  głową.  W  tym  domu  nie  mogło  się  wydarzyć  nic 

wymagającego  jej  niezwłocznej  interwencji.  Zadni  nieoczekiwani  goście  nie  zajeŜdŜali  do 

tego  odludzia  na  pogawędki,  Ŝadna  sprawa  nie  była  tak  pilna,  by  nie  moda  zaczekać.  Ta 

niewielka posiadłość funkcjonowała jak dobrze naoliwiona maszyneria, zgodnie z wymogami 

właściciela i słuŜba konsultowała się z jego małŜonką tylko przez grzeczność. Była tu jedynie 

gościem,  chociaŜ  niekiedy  odnosiła  wraŜenie,  Ŝe  słuŜący  jej  współczuli  -  w  szczególności 

kamerdyner. Julianna w końcu odłoŜyła pióro. 

background image

-  Przepraszam,  Larkin  -  rzuciła,  widząc  Ŝe  słuŜący  juŜ  nie  moŜe  się  doczekać,  by 

poświęciła mu  chwilę uwagi. -  Ale jeŜeli nie zapiszę myśli w chwili, gdy  się pojawi,  często 

mi umyka. Co chciałeś powiedzieć? 

-  Jego  lordowska  mość  właśnie  przyjechał,  milady!  Chce  się  z  panią  jak  najszybciej 

zobaczyć w swoim gabinecie. - Zdumienie i niewypowiedziana nadzieja sprawiły, Ŝe Julianna 

znalazła  się  na  nogach,  zanim  jeszcze  kamerdyner  dorzucił:  -  Przyjechał  z  garderobianym.  - 

Zupełnie nie znając zwyczajów arystokracji, spojrzała na Larkina pytającym wzrokiem. - To 

znaczy, Ŝe zostanie na noc. 

Stojąc przy oknie, zniecierpliwiony Nicki wpatrywał się w zaśnieŜony krajobraz, który 

swego  czasu  tak  lubił  stąd  oglądać.  Czekał,  by  ta  podstępna  mała  suka,  którą  wbrew  sobie 

musiał poślubić, stawiła się wreszcie na jego wezwanie. Maskarada i wydarzenia w labiryncie 

zatarły  się  juŜ  w  jego  pamięci,  ale  dzień  ślubu  wciąŜ  tkwił  mu  przed  oczami.  Zaczął  się  od 

ś

niadania,  które  własnoręcznie  podała  mu  Valerie,  racząc  go  przy  okazji  kilkoma 

sarkastycznymi  uwagami.  Jakim  cudem  to  akurat  on  wpadł  w  pułapkę  zastawioną  przez 

Juliannę  i  jej  matkę.  Był  jedyną  „rybą”,  która  dała  się  złapać  na  ich  przynętę!  Zanim 

wypchnął Valerie ze swej sypialni, nieźle się postarała, by nie miał złudzeń co do niewinności 

dziewczyny  w  całej  tej  sprawie,  a  mimo  to  wciąŜ  nie  chciał  uwierzyć,  Ŝe  Julianna  z  całą 

premedytacją zamierzała go usidlić. 

Trzymał się kojącej ułudy, Ŝe wszystko to było niefortunnym zbiegiem okoliczności. 

Z  naiwnością,  o  którą  nigdy  wcześniej  się  nie  podejrzewał,  myślał  tylko  o  tym,  jaka 

była  piękna,  i  z  jaką  przyjemnością  tulił  ją  w  ramionach.  Posunął  się  nawet  do  tego,  by 

utwierdzić  się  w  przekonaniu,  Ŝe  będzie  dla  niego  doskonałą  Ŝoną  i  karmił  się  ową  myślą 

czekając  na  nią  przed  kaplicą.  Gdyby  jego  nieznośna,  przyszła  teściowa  nie  wywoływała  w 

nim  takiej  furii,  prawdopodobnie  zacząłby  się  śmiać  na  widok  Julianny  wysiadającej  z 

powozu. 

Jego  mała  oblubienica  była  szarozielona  na  twarzy,  lecz  nie  na  tyle  chora,  by  w 

kościele  nie  móc  dyskutować  z  matką  na  temat  futer  i  nie  chełpić  się  tym,  jak  bogatego 

zdołała złowić męŜa. Wszystko to słyszał, stojąc na zewnątrz. 

Nicki wiedział, Ŝe gdy Julianna znajdzie się u jego boku, spróbuje jakichś sztuczek. To 

sprytna i inteligentna młoda kobieta -dość inteligentna, by wiedzieć, Ŝe nigdy nie przekona go 

o swej niewinności. Oczekiwał więc raczej łzawych wyznań i zapewnień, Ŝe to matka zmusiła 

ją  do  podstępnych  działań.  Usłyszał  zaś  kłamliwe  zaprzeczenia,  co  ostatecznie  go  do  niej 

zraziło. 

Na dźwięk otwieranych drzwi odwrócił się od okna. Spodziewał się, Ŝe jego Ŝona nie 

background image

będzie wyglądać lepiej niŜ w dniu ślubu, choć moŜe okaŜe nieco skruchy. Od razu przekonał 

się, jak bardzo się mylił. 

-  Podobno  chciałeś  się  ze  mną  zobaczyć?  -  odezwała  się  niezwykle  opanowanym 

głosem. 

Kiwnął  głową  w  stronę  krzesła  stojącego  przed  biurkiem  w  niemym  nakazie,  by 

usiadła. 

Nadzieja,  jaka  obudziła  się  w  Juliannie  na  wieść  o  przyjeździe  męŜa,  zniknęła 

natychmiast, gdy się odwrócił i obrzucił ją wyniosłym spojrzeniem. A więc nie zamierzał się 

z nią pojednać, pomyślała ze ściśniętym sercem. 

- Przejdę od razu do rzeczy - oświadczył, siadając za biurkiem. - Lekarze twierdzą, Ŝe 

serce mojej matki jest w bardzo złym stanie. Mówiąc wprost -jest umierająca. 

Powiedział  to  wszystko  zimnym,  beznamiętnym  głosem,  z  kamiennym  wyrazem 

twarzy. Tak bardzo starał się ukrywać wszelkie emocje, iŜ Julianna nie miała najmniejszych 

wątpliwości, Ŝe bardzo cierpiał. 

- Nie doŜyje następnych świąt BoŜego Narodzenia. 

- Bardzo mi przykro - odezwała się miękko. Zamiast coś odpowiedzieć, popatrzył na 

nią takim wzrokiem, jakby była najbardziej odraŜającą istotą chodzącą po ziemi. Nie mogąc 

oprzeć się pokusie, by przekonać go, Ŝe jest przynajmniej zdolna do empatii, Julianna zaczęła 

wyrzucać z siebie pośpiesznie: 

- Nikt na świecie nie był mi tak bliski, jak moja babcia, więc kiedy umarła, poczułam 

wielką  pustkę.  Ale  mimo  Ŝe  jej  nie  ma...  wciąŜ  jeszcze  zwierzam  się  jej  ze  wszystkiego. 

Nawet... nawet piszę do niej listy, choć wiem, Ŝe to dość dziwne... 

Wszedł jej w słowo, jakby w ogóle się nie odezwała. 

-  Ojciec  poinformował  mnie,  Ŝe  matka  jest  bardzo  przejęta  stanem  naszego,  tak 

zwanego,  małŜeństwa.  Z  tego  powodu  Ŝyczeniem  moim  i  mego  ojca  jest,  by  jej  ostatnie 

ś

więta upłynęły w radości i szczęściu. I ty takŜe musisz się do tego przyczynić, Julianno. 

Z zapałem skinęła  głową. Gnana podobną Ŝarliwą potrzebą, jak wtedy  w  labiryncie - 

by powiedzieć czy zrobić coś, co sprawi mu przyjemność - dorzuciła cicho: 

- Zrobię wszystko, co w mojej mocy. 

Lecz zamiast okazać zadowolenie z jej postawy, Nicki wyglądał na zdegustowanego. 

-  Nie  będziesz  musiała  za  bardzo  się  wysilać.  Wystarczy  twoja  wyobraźnia.  Pomyśl, 

Ŝ

e jesteś na kolejnej maskaradzie. Kiedy jutro przyjadą moi rodzice, odegrasz rolę kochającej 

Ŝ

ony.  Mnie  czeka  o  wiele  trudniejsze  zadanie.  Będę  musiał  udawać,  Ŝe  mogę  wytrzymać  z 

tobą pod jednym dachem! - Podniósł się krzesła. - Zostanę tu przez tydzień, do czasu wyjazdu 

background image

rodziców. Kiedy nie będziemy przebywać w ich  towarzystwie,  wolałbym cię nie oglądać na 

oczy. 

Powiedziawszy  to,  szybko  wyszedł  z  pokoju,  jakby  nie  był  w  stanie  znieść  jej 

obecności choćby sekundę dłuŜej. 

11 

Stojąc  przed  lustrem,  Nicki  z  wielką  wprawą  wiązał  w  wymyślny  węzeł  fontaź, 

zbierając się w sobie, by zejść do salonu. Spodziewał się, Ŝe czas spędzony  w towarzystwie 

Julianny  nie  będzie  naleŜał  do  lekkich  chwil  jego  Ŝycia,  nie  sądził  jednak,  Ŝe  ów  tydzień 

okaŜe się istnym piekłem na ziemi. 

Bogu  dzięki,  ta  męka  zbliŜała  się  juŜ  do  końca;  teraz  musiał  jeszcze  tylko  przeŜyć 

otwieranie  boŜonarodzeniowych  prezentów  dziś  wieczorem.  Jutro  rodzice  wyjeŜdŜali  - 

Nicholas zamierzał wyruszyć najdalej kwadrans po nich. 

Przynajmniej  została  mu  satysfakcja,  Ŝe  uszczęśliwił  matkę.  Nie  da  się  ukryć,  Ŝe 

ilekroć  widziała  jakieś  oznaki  uczucia  pomiędzy  nim  a  Julianną,  natychmiast  się 

rozpromieniała, co nie pozostawiało mu Ŝadnego wyboru - musiał jak najczęściej dostarczać 

jej dowodów miłości do „Ŝony”. 

Musiał  teŜ  przyznać  Juliannie,  iŜ  bez  zarzutu  wywiązywała  się  ze  swej  roli.  Wodziła 

za nim rozkochanym wzrokiem, śmiała się z jego dowcipów i otwarcie flirtowała z nim przy 

kaŜdej moŜliwej okazji. Chwytała go pod rękę, gdy udawali się na posiłki; siadała u szczytu 

stołu  i  zachwycała  wszystkich  swoją  inteligencją  i  dowcipem.  Ubierała  się  tak,  jakby 

najwaŜniejszą rzeczą w jej Ŝyciu było sprawienie przyjemności męŜowi, a trzeba przyznać, Ŝe 

wiele kobiet mogłoby pozazdrościć jej figury 

Zabawiała  wszystkich  przy  stole  niczym  najwytworniejsza  dama  z  towarzystwa,  tyle 

Ŝ

e  bardziej  naturalnie  i  z  większą  inteligencją.  Chryste,  musiał  przyznać,  Ŝe  jest  wyjątkowo 

błyskotliwa! Wszystkich umiała pobudzić do śmiechu. Doskonale teŜ prowadziła konwersację 

-  słuchała  uwaŜnie  i  zawsze  odzywała  się  z  sensem.  Kiedy  ktoś  ją  zapytał,  z  ochotą 

opowiadała  o  swoim  pisarstwie;  często  teŜ  wspominała  babkę,  która  najwyraźniej  była  jej 

duŜo bliŜsza niŜ matka. 

Gdyby nie wiedział, jaką jest oszustką, gdyby tak głęboko nią nie pogardzał, byłby z 

niej niesłychanie dumny. Zdarzało się nawet - i to o wiele za często - Ŝe zapominał, jaka jest 

w rzeczywistości. Wówczas pamiętał jedynie urok jej uśmiechu, serdeczność, jaką okazywała 

jego rodzicom i to, jak szybko potrafiła go rozbawić. W takiej sytuacji dwa razy nachylił się i 

background image

pocałował ją w policzek, bo nagle wydało mu się to najbardziej naturalne na świecie. 

Oczywiście,  wszystko  to  wynikało  z  dziwacznej  sytuacji,  w  jakiej  się  znalazł:  matka 

wciąŜ  wymyślała  imiona  dla  wnucząt,  które  nigdy  nie  miały  się  urodzić.  Dzięki  doskonale 

działającemu  w  londyńskim  towarzystwie  Ŝywemu  telegrafowi  plotek  wiedziała,  jakie 

okoliczności  zmusiły  Nicholasa  do  ślubu  z  Julianną,  ale  najwyraźniej  się  tym  nie 

przejmowała.  Od  razu  bardzo  polubiła  „synową”  i  na  kaŜdym  kroku  dawała  temu  wyraz. 

Przywiozła  nawet  miniatury  przedstawiające  Nickiego  jako  małego  chłopca,  specjalnie  by 

pokazać je Juliannie. Wiedziała, Ŝe nie spędzi juŜ ze swoją synową duŜo czasu, postanowiła 

więc w pełni wykorzystać kaŜdą chwilę: gdy tylko schodziła na dół, chciała mieć przy sobie 

Juliannę i, oczywiście, Nickiego - co w praktyce wypełniało im niemal cały czas. 

Ostatniego  wieczoru  Julianna  przysiadła  na  poręczy  fotela,  opierając  się  biodrem  o 

ramię Nicholasa. Matka opisywała właśnie jego jakieś dziecinne psikusy i wszyscy się z tego 

zaśmiewali.  Julianna  śmiała  się  tak  niepohamowanie,  Ŝe  aŜ  zsunęła  mu  się  na  kolana, 

rumieniąc  się  przy  tym  uroczo.  Poderwała  się  prawie  natychmiast,  ale  zdradzieckie  ciało 

Nickiego  nie  oparło  się  jej  kusicielskim  kształtom  i  istniała  niewielka  szansa,  Ŝe  nie 

dostrzegła jego podniecenia. 

Nienawidził  się  za  tę  niekontrolowaną  reakcję.  Gdyby  przy  pierwszym  spotkaniu 

zdołał utrzymać ręce przy sobie, nie znalazłby się teraz w tej opłakanej sytuacji. Skończywszy 

z  fontaziem,  Nicki  odwrócił  się  czekając,  aŜ  garderobiany  poda  mu  wieczorowy,  aksamitny 

surdut  w  kolorze  starego  burgunda.  Szybko  wsunął  ręce  w  rękawy,  gotów  stawić  czoło 

ostatniemu męczącemu wieczorowi spędzonemu w roli „małŜonka”. 

W tym momencie dotarło do niego, Ŝe nie będzie juŜ więcej rodzinnych świąt i na ową 

myśl cały zesztywniał. 

Przynajmniej  dzięki  tej  szopce  upewnił  matkę,  Ŝe  jest  szczęśliwy.  Nie  pozostawił  jej 

najmniejszych  wątpliwości,  Ŝe  kocha  swoją  Ŝonę  i  sypia  z  nią  regularnie,  starając  się  o 

spłodzenie potomka. 

No  cóŜ.  Gra  dobiegała  końca.  Jutro  o  tej  porze  będzie  juŜ  w  drodze  do  swojej 

posiadłości w Devon. 

-  Gdy  tylko  nasz  powóz  zniknie  za  zakrętem,  Nicki  natychmiast  stąd  wyjedzie  - 

oświadczyła pani du Ville męŜowi, gdy ubierali się do kolacji. 

W  odpowiedzi  ucałował  czubek  głowy  Ŝony,  po  czym  zapiął  jej  na  szyi  brylantową 

kolię. 

-  Nie  moŜesz  zrobić  nic  ponad  to,  co  zrobiłaś,  moja  droga.  I  przestań  się  wreszcie 

zamartwiać, bo to źle wpływa na twoje serce. 

background image

-  Na  moje  serce  źle  wpływa  świadomość,  Ŝe  gdy  wreszcie  po  latach  wikłania  się  w 

liczne związki z nieodpowiednimi kobietami Nicki zdołał się oŜenić z dziewczyną wprost dla 

niego wymarzoną, to teraz nie chce z nią sypiać! 

- AleŜ moja droga! - Ojciec Nicholasa udał zgorszony ton. - Nie mów mi, Ŝe poniŜyłaś 

się do wypytywania słuŜby. 

-  Nie  musiałam  -  odparła  smutnym  głosem  jego  małŜonka.  -Widzę,  co  się  dzieje. 

Gdyby  Nicki  sypiał  z  Julianną,  nie  wodziłaby  za  nim  tak  tęsknym  spojrzeniem.  Ta 

dziewczyna jest w nim po uszy zakochana. 

- Nie moŜesz zmusić Nicholasa, by odwzajemnił jej uczucia. 

- Och, ona w Ŝadnym razie nie jest mu obojętna. Kiedy tylko zapomina, jak bardzo jej 

nienawidzi, jest nią zachwycony. To piękna i czarująca istota. - Podniosła się cięŜko z krzesła. 

-I  jestem  gotowa  się  załoŜyć  o  duŜe  pieniądze,  Ŝe  zauwaŜył  to  juŜ  w  czasie  tej  okropnej 

maskarady. 

- Być moŜe. 

- Nie być moŜe, tylko na pewno! Nicholas od wielu lat nie prowadził się zbyt dobrze, 

ale  jak  do  tej  pory  nigdy  nie  było  mowy  o  Ŝadnym  skandalu.  W  Ŝadnym  razie  nie  zabrałby 

Julianny  do  swojego  pokoju,  będąc  gościem  w  cudzym  domu,  gdyby  kompletnie  nie  stracił 

dla niej głowy! 

Nie mogąc oprzeć się logice tego wywodu, pan du Ville mruknął pod nosem: 

- W takim razie moŜe jeszcze wszystko się ułoŜy. Jego Ŝona smętnie zwiesiła ramiona. 

- Zastanawiałam się, czy nie powiedzieć czegoś Juliannie, nie zachęcić jej do dalszych 

wysiłków, doszłam jednak do wniosku, Ŝe gdyby wiedziała, iŜ zorientowałam się w sytuacji, 

czułaby się bardzo upokorzona. Teraz juŜ tylko cud mógłby ich połączyć. 

12 

Julianna  stała  przy  toaletce,  trzymając  w  dłoni  pudełko  z  listami  pisanymi  do  babci. 

Prezenty boŜonarodzeniowe, które dostała tego wieczoru, leŜały porozrzucane na łóŜku. Nicki 

zamierzał jutro wyjechać - tak, jak jej zapowiedział w dniu przyjazdu, a wczoraj potwierdził 

to kamerdyner. 

„MąŜ”  i  jego  rodzice  byli  dla  niej  wyjątkowo  hojni,  chociaŜ  podarki  od  Nicholasa 

wydawały  się  bardzo  bezosobowe,  kupione  jedynie  z  myślą  o  zachowaniu  pozorów. 

Ofiarował  równieŜ  prezenty  rodzicom,  jakby  były  od  niego  i  od  Julianny.  A  kiedy  zaczął 

otwierać  podarunki  przeznaczone  dla  niego,  wszyscy  od  razu  zauwaŜyli,  Ŝe  nie  było  nic  od 

background image

Ŝ

ony.  On  jednak  wyjaśnił,  Ŝe  Julianna  chce  mu  dać  prezent  później.  Dał  nawet  do 

zrozumienia znaczącym uśmiechem, Ŝe wolałaby mu go dać na osobności. 

Prawda  jednak  wyglądała  inaczej.  Julianna  nie  zrobiła  nikomu  prezentów,  bo  nie 

miała  co  ofiarować...  z  wyjątkiem  zawartości  pudełka,  które  trzymała  teraz  w  ręku.  Chciała 

dać je Nicholasowi. „Nicki”. W ostatnim tygodniu słyszała to zdrobnienie tyle razy, Ŝe sama 

zaczęła  o  nim  tak  myśleć.  Przez  cały  czas  robiła  teŜ  wszystko,  by  zwrócić  na  siebie  uwagę 

męŜa, by ujrzał ją w innym niŜ dotąd świetle. Flirtowała z nim bez końca, godzinami układała 

włosy i spędzała wiele czasu rozmyślając, co powinna na siebie włoŜyć. Kilka razy wydawało 

jej się nawet, Ŝe Nicki patrzy na nią dość szczególnie... tak samo, jak na nią patrzył w swojej 

sypialni tamtej dawno minionej nocy... jakby miał ochotę ją pocałować. 

Julianna  była  w  nim  bardzo  zakochana.  Zdała  sobie  z  tego  w  pełni  sprawę  w  ciągu 

ubiegłego  cudownego,  przeraŜającego  tygodnia.  Dowiedziała  się  teŜ  czegoś,  co  kazało  jej 

podjąć jeszcze jedną próbę pojednania. Matka Nickiego powiedziała, Ŝe bardzo kochał dzieci, 

przepadał  za  swoimi  siostrzenicami  i  marzył  o  własnych  potomkach.  WyraŜała  teŜ  nadzieję, 

Ŝ

e spłodzi syna, by ich nazwisko nie zaginęło. W obecnej sytuacji stało się to niemoŜliwe. Z 

winy Julianny. To ona ściągnęła na niego ten koszmar i jeśli istniał jakiś sposób, by jeszcze 

naprawić  zło,  powinna  koniecznie  spróbować.  Skandal  związany  z  rozwodem  okryłby 

niesławą całą rodzinę, nie tylko Juliannę. Poza tym w ciągu ostatnich pięćdziesięciu lat tylko 

kilka par zdołało oficjalnie zerwać związek małŜeński, naleŜało więc uznać, Ŝe juŜ do końca 

są na siebie skazani. 

Do końca pustego, bezdzietnego Ŝycia, o ile Julianna czegoś nie zrobi. A teraz mogła 

zrobić  juŜ  tylko  jedno  -  pokazać  mu  listy.  Stanowiły  jedyny  „dowód”,  iŜ  nie  planowała  ich 

spotkania na balu ani nie próbowała złapać Nicholasa w pułapkę. 

Tylko  Ŝe  jeśli  pokaŜe  mu  listy,  odkryje  się  przed  nim  całkowicie...  Nicki  będzie 

wiedział o niej wszystko: kim jest, kim nie była, kim chciałaby zostać. To właśnie znajdowało 

się na tych kartkach. 

Noc była jeszcze dość wczesna i Julianna słyszała, Ŝe Nicki wciąŜ kręci się po pokoju. 

Modląc  się  gorąco,  by  jej  plan  się  powiódł,  podeszła  do  drzwi  łączących  ich  sypialnie  i 

zapukała. 

Otworzył, spojrzał na Juliannę i o mało nie zatrzasnął jej drzwi przed nosem. Miała na 

sobie wiśniowy, aksamitny szlafrok z głębokim, owalnym dekoltem, gęste włosy opadały jej 

na ramiona niczym płynne złoto. Wyglądała wprost zniewalająco. 

- O co chodzi? - zapytał ostro, cofając się o krok. 

- Chciałam... chciałam ci coś podarować - powiedziała, zbliŜając się do niego. - Weź 

background image

to, proszę. 

- Co to jest? 

- Weź to. Po prostu weź. 

- A czemu, do diabła, miałbym to zrobić? 

- Bo to jest prezent... świąteczny prezent ode mnie. 

- Ja nie chcę od ciebie niczego, Julianno. 

- Chcesz mieć dzieci! - wykrzyknęła, niemal tak samo zdumiona swymi słowami, jak 

Nicki. 

- Akurat ty nie jesteś mi do tego potrzebna - odparł pogardliwym tonem. 

Zbladła gwałtownie, ale nie dała za wygraną. 

- Wszystkie inne będą bękartami. 

- Mogę później zalegalizować ich urodzenie., A teraz wynoś się stąd! 

-  A  niech  cię  diabli!  -  wybuchnęła  Julianna,  rzucając  pudełko,  które  kryło  jej  serce  i 

duszę, na stolik przy sofie. - Nie chciałam cię zwabić w pułapkę tamtej nocy na maskaradzie. 

Kiedy poprosiłam cię o przysługę, sądziłam Ŝe jesteś kimś zupełnie innym! 

Na jego ponurej twarzy z wolna pojawił się sarkastyczny uśmiech. 

- Doprawdy? A kim mianowicie? 

- Bogiem! - wykrzyknęła Julianna poprzez łzy. - Myślałam, Ŝe jesteś Panem Bogiem. 

Dowód znajdziesz w tym pudelku, w listach, które pisałam do mojej babci. Matka przysłała 

mi je niedawno. 

Odwróciła  się  na  pięcie  i  umknęła  do  sypialni.  Nie  patrząc  na  pudełko,  Nicki  nalał 

sobie  brandy  i  wziął  do  ręki  ksiąŜkę,  którą  odłoŜył,  gdy  usłyszał  pukanie.  Otworzył  ją  na 

pierwszej stronie, po czym zerknął na pudełko z listami. Z czystej ciekawości - by sprawdzić, 

jaką  sztuczkę  tym  razem  wymyśliła  jego  sprytna,  inteligentna  Ŝonka,  postanowił  przeczytać 

jeden z nich. 

Pierwszy  z  góry  nosił  datę  z  wiosny.  Nicki  zrozumiał,  Ŝe  powinien  zacząć  od  tej 

epistoły, mimo Ŝe wówczas nie miał jeszcze pojęcia o istnieniu Julianny Skeffington. 

Kochana Babciu, 

Dzisiaj w parku spotkałam kogoś niezwykłego i zrobiłam z siebie takiego głuptasa, Ŝe 

aŜ nie mogę o tym spokojnie myśleć. Zawsze tyle się słyszy na temat dŜentelmenów z Londynu 

- Ŝe są tacy wyjątkowo przystojni i czarujący - a kiedy juŜ się ich poznaje, zazwyczaj przeŜywa 

się wielkie rozczarowanie. Ale dzisiaj ujrzałam na własne oczy Nicholasa du Ville'a. Babciu, 

jaki to piękny męŜczyzna! Twardy i zimny, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Myślę jednak, 

Ŝ

e się roześmiał, słysząc moje słowa, co świadczy o tym, Ŝe jest nie tyle twardy, ile przezorny. 

background image

Dwie  godziny  później,  gdy  wielka  kłoda  w  kominku  z  trzaskiem  rozpadła  się  na 

kawałki,  sypiąc  iskrami,  Nicki  odłoŜył  ostatni  list.  A  potem  podniósł  ten,  który  juŜ  czytał 

kilka razy i który napełniał go odrazą do własnej osoby. 

Wiem, Ŝe wstydzisz się za mnie, Babciu. Ale naprawdę chciałam tylko, Ŝeby zatańczył 

ze  mną  te  trzy  tańce,  bo  wówczas  sir  Francis  wycofałby  swoją  propozycję...  Wiedziałam,  Ŝe 

nie powinnam pozwolić, by mnie pocałował, wiedziałam! Ale gdybyś kiedykolwiek poczuła na 

wargach  usta  Nicholasa  du  Ville'a,  wówczas  byś  mnie  zrozumiała.  Gdybyś  tylko  zobaczyła 

jego  oczy,  usłyszała,  jak  się  śmieje!  Tak  strasznie  tęsknię  do  jego  uśmiechu.  Tak  bardzo 

chciałabym  wszystko  naprawić.  Ale  tymczasem  została  mi  jedynie  tęsknota.  Tęsknię  więc  i 

płaczę... 

Przysiadłszy  na  niskim  parapecie  w  sypialni,  Julianna  spoglądała  w  mroźną  noc, 

obejmując się rękami, jakby  chciała ochronić się przed zimnem, które przejmowało ją coraz 

gwałtowniej,  gdy  czas  mijał,  a  Nicholas  nie  pojawiał  się  w  drzwiach.  Uniosła  palec  do 

chłodnej  szyby  i  zaczęła  rysować  koncentryczne  kółka.  Kiedy  doszła  do  trzeciego,  w  jego 

ś

rodku zamajaczył jakiś cień - męŜczyzna w białej koszuli, z rękami wciśniętymi w kieszenie 

spodni, znajdował się coraz bliŜej. Julianna poczuła, jak serce podchodzi jej do gardła. 

Zatrzymał  się  tuŜ  za  jej  plecami  i  Julianna  nieśmiało  zerknęła  na  jego  odbicie,  bojąc 

się, co moŜe zobaczyć - lub czego nie zobaczy - na twarzy Nicholasa, jeśli się odwróci i ujrzy 

wyraźnie jego rysy. 

- Julianno - odezwał się drŜącym, pełnym wzruszenia głosem. Wzięła głęboki oddech i 

powoli odwróciła głowę. Na ustach Nickiego pojawił się smutny uśmiech. 

- Czy  chcesz wiedzieć, co ja o tobie pomyślałem wtedy,  gdy ty najpierw  sądziłaś, Ŝe 

jestem Bogiem, a potem przestraszyłaś się, Ŝe mogę być diabłem? 

Pokiwała głową, próbując przełknąć wielką kulę, jaka utkwiła jej w gardle. 

- Pomyślałem, Ŝe wyglądasz jak anioł. 

Niezdolna  się  poruszyć  czy  wykrztusić  z  siebie  choć  słowo,  czekała  w  milczeniu,  aŜ 

Nicholas wyjawi, co myśli o niej w tym momencie. 

- Ja teŜ bardzo cię pragnę, Julianno. Tęskniłem za tobą - powiedział w końcu pełnym 

powagi głosem. 

Podniosła  się  z  parapetu,  odwróciła  i  natychmiast  znalazła  w  jego  ramionach.  Usta 

Nickiego  gorączkowo  szukały  jej  warg,  jego  dłonie  pieszczotliwie  wędrowały  po  jej  ciele. 

Przyciskał ją coraz mocniej i mocniej do piersi.  Julianna z trudem łapała powietrze i z całej 

siły obejmowała go za szyję. W końcu oderwał wargi od jej warg, pocałował ją w policzek, a 

potem oparł brodę na jej głowie i wyszeptał: 

background image

- Jak ja cię pragnę! Nawet sobie nie wyobraŜasz, jak bardzo. 

Przekrzywiła głowę i spojrzała w jego urzekające oczy o cięŜkich powiekach, a potem 

powiodła dłońmi po jego piersi w zapraszającym geście. 

Nicki  odpowiedział  natychmiast.  Wsunął  palce  w  jej  włosy,  pochylił  się  nad  nią  i 

wyszeptał drŜącym głosem: - BoŜe, jak ja cię poŜądam... 

Epilog 

Na  obitych  jedwabiem  ścianach  wielkiego  salonu  w  podlondyńskiej  posiadłości 

Nicholasa  wisiały  obrazy  starych  mistrzów,  a  wokół  stały  niezwykle  cenne  meble,  godne 

najwspanialszych  pałaców.  W  owej  szczególnej  chwili  znajdowało  się  tu  kilka  osób  - 

właściciel i czwórka jego najbliŜszych przyjaciół: Whitney i Clayton oraz Stephen i Sheridan 

Westmorelandowie, a takŜe rodzice właściciela, Eugenia i Henri du Ville. Siódmym gościem 

była  księŜna-wdowa  Claymore,  będąca  bliską  przyjaciółką  starszych  du  Ville'ów,  a  takŜe 

matką Stephena i Claytona. 

Towarzystwo  podzieliło  się  na  dwie  grupy  W  jednej  części  olbrzymiego  salonu 

usadowili się rodzice, w drugiej - czwórka przyjaciół Nickiego, którzy juŜ teŜ byli rodzicami, 

tyle Ŝe młodszymi. 

Sam Nicholas du Ville nie siedział w Ŝadnej z grup, bo jeszcze nie był ojcem. 

Miał nim zostać lada chwila. 

Dwaj  przyjaciele,  którzy  juŜ  wcześniej  przeŜywali  takie  pełne  napięcia  godziny,  ze 

ś

miechem  przyglądali  się  jego  udręce.  Nicholas  du  Ville  słynął  wśród  arystokracji  z 

nadludzkiego  wręcz  opanowania.  Często  wykazywał  się  nie  tylko  zimną  krwią,  ale  nawet 

wydawał  się  rozbawiony  w  sytuacjach,  które  innych  męŜczyzn  przyprawiały  o  dreszcz 

zgrozy. 

Dzisiaj  jednak  nie  było  śladu  po  owym  legendarnym  opanowaniu.  Nicki  stał  przy 

oknie,  bezwiednie  masując  dłonią  sztywny  kark.  Przez  długi  czas  nerwowo  chodził  po 

salonie,  aŜ  w  końcu  matka  powiedziała  mu  ze  śmiechem,  Ŝe  męczy  ją  samo  patrzenie  na 

niego. 

Rok  temu  serce  pani  du  Ville  było  tak  słabe,  Ŝe  ledwie  mogła  wejść  po  schodach  i 

teraz  nikt  nie  mógł  zrozumieć,  jak  to  się  stało,  Ŝe  obecnie  jej  zdrowie  uległo  tak  znacznej 

poprawie. Niemniej Nicki, słysząc słowa matki, na wszelki wypadek natychmiast przystanął. 

Nie przestał jednak się zamartwiać. 

Obaj przyjaciele spoglądali na niego z rozbawieniem i współczuciem zarazem, starając 

background image

się ukryć satysfakcję. Ich własne Ŝony bowiem powiedziały kiedyś, Ŝe podziwiają Nicholasa 

du Ville'a za jego wyjątkową beztroskę w krytycznych sytuacjach. 

- O ile sobie przypominam - rzucił Stephen Westmoreland, mrugając w stronę brata - 

kiedy Whitney zaczęła rodzić, Clay udał się na waŜne spotkanie w interesach. A zaraz potem 

poszliśmy do klubu na wysoko obstawianą partię wista. 

Clayton Westmoreland zerknął przez ramię na przyszłego ojca. 

-  Nick,  moŜe  rzeczywiście  skoczylibyśmy  do  klubu?  Wrócimy  w  nocy  albo  najdalej 

nad ranem. 

- Nie pleć bzdur - padła krótka odpowiedź. 

- Myślę, Ŝe powinieneś iść - wtrącił Stephen z szerokim uśmiechem na twarzy. - Kiedy 

rozpowiem wokół, Ŝe miotałeś się po salonie jak rozjuszony lew w klatce i zachowywałeś się 

niemal  jak  szaleniec,  nie  będziesz  juŜ  mógł  się  pokazać  w  klubie.  Zarząd  pozbawi  cię 

członkostwa.  A  Ŝałowałbym,  gdyby  się  tak  stało  ,  bo  muszę  przyznać,  Ŝe  przydajesz  temu 

miejscu pewnej klasy. MoŜe jednak uŜyję swych wpływów i postaram się, Ŝeby od czasu do 

czasu pozwolili ci usiąść przy oknie - ze względu na dawne czasy... 

- Stephen? 

- Tak, Nicki? 

- Idź do diabła! W tym momencie postanowił włączyć się Clayton. 

-  A  co  powiesz  na  partyjkę  szachów?  Dzięki  temu  szybciej  minie  nam  czas  -  spytał 

podstępnie powaŜnym tonem. 

Nie doczekał się odpowiedzi. 

-  Moglibyśmy  zagrać  o  stawkę,  która  zmusiłaby  cię  do  skoncentrowania  się  na  grze. 

Na  przykład  ty  postawisz  tego  Rembrandta  wiszącego  nad  kominkiem,  a  ja  ostatni  rysunek 

mojego syna, przedstawiający Whitney z wiadrem na głowie. 

Whitney i Sheridan, nie mogąc powstrzymać męŜów od okrutnych Ŝartów, podniosły 

się jednocześnie i podeszły do Nicholasa. 

- Nicki, to musi potrwać - tłumaczyła mu Whitney. 

- Ale nie tak długo! Whitcomb powiedział, Ŝe skończy się w dwie godziny. 

-  Wiem  -  wtrąciła  Sheridan.  -  JeŜeli  moŜe  cię  to  pocieszyć,  to  wiedz,  Ŝe  kiedy  trzy 

miesiące  temu  rodził  się  nasz  syn,  to  zdenerwowany  Stephen  zwymyślał  nieszczęsnego 

doktora  Whitcomba  od  niekompetentnych  antyków,  tylko  dlatego  Ŝe  ten  nie  umiał 

przyśpieszyć mojego porodu. 

Słysząc to, Clayton posłał bratu Ŝartobliwie karcące spojrzenie. 

-  Biedny  Whitcomb  -  westchnął.  -  Dziwię  ci  się,  Steve.  To  doskonały  lekarz,  a 

background image

narodzin  dziecka  nie  da  się  przewidzieć  co  do  minuty.  Przy  Whitney  nasz  dobry  doktor 

siedział prawie dwanaście godzin. 

-  Doprawdy?  -  rzucił  Stephen  kpiąco.  -  I  zapewne  gorąco  mu  dziękowałeś,  Ŝe  przez 

tyle  godzin  czekałeś  w  niepewności,  modląc  się  w  duchu,  Ŝebyś  jeszcze  po  tym  wszystkim 

miał Ŝonę? 

-  Tak,  oczywiście,  Ŝe  mu  podziękowałem  -  odrzekł  Clayton,  wbijając  wzrok  w 

kieliszek, by ukryć uśmiech. 

- Rzeczywiście - potwierdził doktor Whitcomb, niepostrzeŜenie wchodząc do pokoju. 

Uśmiechał  się  szeroko  i  wycierał  dłonie  w  biały  ręcznik.  -  Tyle  Ŝe  kilka  godzin  wcześniej 

zagroziłeś, iŜ zrzucisz mnie ze schodów i sam zajmiesz się przyjmowaniem porodu. - Posłał 

uspokajające  spojrzenie  Nickiemu,  który  niespokojnie  wpatrywał  się  w  niego  zmruŜonymi 

oczami.  -  Na  górze  czeka  ktoś,  kto  przeŜył  kilka  trudnych  chwil  i  teraz  bardzo  chciałby  cię 

zobaczyć, chłopcze... - Urwał, gdy świeŜo upieczony ojciec minął go stanowczym krokiem i 

zaczął wbiegać po schodach. 

Doktor Whitcomb zwrócił się tymczasem do starszej generacji, by poinformować, czy 

doczekali się wnuczki czy wymarzonego wnuka. 

Gdzieś  z  dala  od  świata,  w  którym  rozgrywały  się  te  wydarzenia,  Sara  Skeffington 

uśmiechała  się  z  satysfakcją,  zadowolona  ze  sposobu,  w  jaki  wykorzystała  trzy  moŜliwości 

uczynienia cudów, darowane kaŜdemu przybyszowi do krainy, w której teraz się znajdowała. 

Istniały  pewne  ograniczenia,  dotyczące  ich  wykorzystania,  ale  sam  NajwyŜszy  Cudotwórca 

zaaprobował pomysły Sary, łącznie z poprawą zdrowia madame du Ville, by mogła zobaczyć 

swojego wnuka. 

Tymczasem  niczego  nieświadoma  Julianna,  siedziała  oparta  o  poduszki  i  pisała 

kolejny list do babci. 

Moja najdroŜsza Babciu, 

Oto  przyszedł  na  świat  nasz  syn,  któremu  daliśmy  na  imię  John.  Nicki  jest  z  niego 

strasznie dumny, ale całkiem stracił głowę dla jego siostrzyczki-bliźniaczki. 

Nazywa się Sara - na Twoją pamiątkę. 

Jesteś i zawsze będziesz w moich myślach i sercu...