background image

Harry Harrison

Stalowy Szczur i piąta kolumna

     (Przekład: Jarosław Kotarski)

     

1

Blodgett jest pokojowo nastawioną planetą; słońce świeci tu pomarańczowo, wiatr jest łagodny, lato miło chłodne, 

ciszę przerywa jedynie niekiedy daleki odgłos silników, dochodzący z portu kosmicznego. Bardzo odprężające  miejsce. Za 

bardzo, jak dla kogoś takiego jak ja, kto przez cały czas powinien być czujny, sprawny i przygotowany na wszystko.

Przyznaję, że  gdy zadzwoniono do drzwi, nie  byłem w żadnym z wymienionych stanów ducha. Ciepła  woda  lała 

mi się na głowę i wyglądałem jak lekko przytopiony kociak.

- Zajmę się tym - burknęła Angelina na tyle głośno, abym ją usłyszał poprzez szum wody.

Wymamrotałem  coś  pod  nosem  i  z  niechęcią  wyłączyłem  prysznic.  Suszarka  dmuchnęła  na  mnie  subtelnie 

perfumowanym  gorącym  powietrzem,  powodując  kolejną  poprawę  samopoczucia;  byłem  całkowicie  pogodzony  ze 

światem i nagi jak noworodek - no, z  wyjątkiem paru drobiazgów, z którymi się  nie rozstaję  nigdy  (dobrowolnie, znaczy 

się).  Życie  ma  swoje  uroki, stwierdziłem  przeglądając  się  w  lustrze. Leciutka  siwizna  na  skroniach  dodawała  mi nieco 

powagi i ogólnie  nie miałem żadnych powodów do zmartwień. Poza  jednym, który właśnie  sobie uświadomiłem, a  który 

zmroził mnie  dokładnie, błyskawicznie usuwając  wszystkie inne  bzdury: Angelina  zbyt długo bawiła przy drzwiach -  coś 

było nie tak.

Wypadłem  do hallu  i przez  drzwi do  ogrodu  - dom  z  przyległościami był pusty. Po chwili  byłem przy bramie  - 

podskakując  na  jednej  nodze  na  podobieństwo  różowej  gazeli  i  wyciągając  pistolet  z  kabury  nad  kostką  drugiej  nogi, 

wpatrywałem się  w Angelinę  wpychaną  przez  dwóch niesympatycznych  typów  do czarnego  wozu. Zaryzykowałem tylko 

jeden strzał w  opony; maszyna  wyrwała do przodu niknąc  w dość  gęstym o tej porze ruchu. Zaciskając zęby strzeliłem w 

powietrze,  aby  podziwiający  mój brak ubrania  mimowolni świadkowie  czym prędzej skryli  się  po  kątach. Udało  mi  się 

zachować tyle rozsądku, aby zapamiętać numery odjeżdżającego wozu.

Ledwie znalazłem się z powrotem w domu, wpadło mi do głowy zadzwonić na policję (jak na dobrego obywatela 

przystało), ale  z  uwagi  na  to, że  zawsze  byłem bardzo złym obywatelem, uznałem  ten pomysł  za  bezsensowny. Sprawa 

należała  do mnie i do nikogo innego, zająłem się więc komputerem. Wduszając kciukiem przycisk identyfikacji, nadałem 

mój kod  pierwszeństwa, a  następnie  spytałem o  właściciela  czarnej maszyny. Nie  było to  specjalnie  trudne  zadanie  dla 

komputera  planetarnego,  toteż  odpowiedź  pojawiła  się  prawie  natychmiast.  Spowodowała,  że  osłupiałem  i  opadłem 

bezwładnie na krzesło - oni ją mieli.

Było  o wiele  gorzej, niż mogłem  się  spodziewać. Nie  jestem  tchórzem, a  nawet można rzec, wręcz  przeciwnie. 

Jako  długoletni  kryminalista  i  równie  długoletni agent  Korpusu  -  organizacji o  zasięgu  galaktycznym, używającej eks-

bandytów do łapania bandytów czynnych, miałem pewne  powody do takiego mniemania o sobie. Fakt dożycia  dojrzałego 

jednak wieku najlepiej świadczył o moim refleksie, nie  wspominając  już o takim drobiazgu jak inteligencja. Te  wszystkie 

lata  doświadczeń miały teraz  zaowocować  przy wyciąganiu mojej ukochanej żony z  bagna. Teraz bowiem wskazana  była 

nie  tyle  natychmiastowa  akcja, ile,  na  początek  przynajmniej,  odrobina  refleksji,  toteż,  choć  nadal  był  wczesny  ranek, 

napocząłem  flaszkę  stuczterdziestoprocentowego  katalizatora  pomysłów, aplikując  sobie  wspaniałomyślnie  odpowiednią 

dawkę.

Ledwie skończyłem, stwierdziłem, że tym razem chłopcy będą uczestniczyć  w eskapadzie. Jako troskliwi rodzice, 

Angelina  i ja chroniliśmy ich dotąd od okrucieństw życia, ale  to już się  skończyło. Co prawda  ukończenie szkoły nastąpić 

powinno dopiero za kilka dni, nie  wątpiłem jednak, że  przy odpowiednio zastosowanej i właściwej argumentacji jestem w 

stanie  je  przyśpieszyć. Dziwnym uczuciem było uświadomienie  sobie, że  nie są  już dziećmi -  tyle lat minęło, a Angelina 

nadal była piękna  jak w  dniu naszego poznania. Co do własnej osoby: byłem starszy, ale nie  głupszy - siwizna na  głowie 

wcale nie zmieniła moich zwyczajów ani trybu życia.

Nie traciłem czasu na roztkliwianie się nad sobą. Zaopatrzyłem się w normalny zestaw zabójczych nader urządzeń 

i wpadłem  do garażu. Mój czerwony  firebom 8000  wystrzelił na  ulicę, ledwie  otworzyły się  drzwi. Spokojni obywatele 

spokojnej planety rozpierzchli się  na  boki. Jedynym powodem mojego  chwilowego pobytu  w  tym  nudnym świecie  była 

chęć znajdowania się jak najbliżej chłopców w czasie pobierania przez nich nauki. Wiedziałem, że opuszczę to miejsce, nie 

oglądając  się  za  siebie.  Nie  dość, że  była  toto  nudna  planeta  rolnicza, to  w  dodatku  z  nader  rozbudowaną  biurokracją. 

Wszelkiej maści urzędasy i oficjele zwalili się tu tak z  uwagi na łagodny klimat, jak i na  centralne położenie wśród sporej 

liczby systemów gwiezdnych. Co do mnie, wolałem rolników.

W  miarę  jak  gnałem  przed  siebie,  pola  uprawne  zastąpione  zostały  przez  lasy,  a  następnie  otoczyły  mnie 

poszarpane  góry. W końcu  wziąłem  ostatni  zakręt  i  droga  skończyła  się  przed  solidną  bramą  umieszczoną  na  jednej  z 

najwyższych i najmniej gościnnie wyglądających grani w okolicy.

Brama  znajdowała  się  w  wysokim  kamiennym  murze  zakończonym  pordzewiałym  drutem  kolczastym  (pod 

napięciem). Nad nią znajdował się wykuty w stalowej płycie napis:

SZKOŁA WOJSKOWA I INTERNAT PENITENCJARNY DORSKIEGO

Jako  ojciec  czułem uzasadnioną  dumę, że  moi synowie  przebywają  w  czymś takim. Jako obywatel  powinienem 

był odczuwać  ulgę. To, co ja  skłonny  byłem uznawać  za  ich przymioty, reszcie  świata  jakoś  niespecjalnie  się  podobało. 

Przed  przybyciem  tu  obaj  zostali  wyrzuceni  w  sumie  z  dwustu  czternastu  szkół.  Pięć  z  nich  spłonęło  w  tajemniczych 

okolicznościach,  a  jedna  wyleciała  w  powietrze. Nigdy  nie  wierzyłem, żeby  fala  samobójstw  wśród  personelu  jednej  z 

pozostałych miała  cokolwiek wspólnego z moimi chłopcami, ale  zawistne  języki sądziły inaczej. Koniec końców trafili na 

równego sobie w osobie starego pułkownika Dorskiego. Po przymusowym przejściu na emeryturę, otworzył on ów zakład 

wnosząc  weń  doświadczenie  lat  służby, w  trakcie  której rozwinął wyrafinowane  i  nader  silne  skłonności  do  zachowań 

sadystycznych.  Moi  chłopcy  trafili  tu  w  końcu  i  mimo  ich  usilnych  starań  ledwie  parę  dni  dzieliło  ich  od  ceremonii 

zakończenia nauki i opuszczenia zakładu. Tyle tylko, że aktualnie trzeba by to wyjście trochę przyśpieszyć.

Jak  zawsze  z  niechęcią  oddałem  swoje  uzbrojenie,  zostałem  prześwietlony  przez  wszelkie  aparaty 

zabezpieczające,  zamknięty  w  szeregu  śluz  odkażających  i  w  końcu  wprowadzony  na  podwórze, po  którym  snuły  się 

zdesperowane postacie, pokonane przez zabezpieczenia zakładu. Pomiędzy nimi dostrzegłem dwie radosne i wyprostowane 

Harry Harrison -   Stalowy Szczur i piąta kolumna

1 / 43

background image

sylwetki nie poddające  się rozpaczy. Zagwizdałem nasz stary sygnał i obaj, rzucając książki, podbiegli, aby powitać mnie 

gorąco. Po chwili podniosłem się  powoli, otrzepałem ubranie  i udowodniłem empirycznie, że  ja, stary, w dalszym ciągu 

mogę  ich  jeszcze  pewnych  rzeczy  nauczyć. Trzeba  przyznać, że  wyglądali  świetnie.  Byli  ciut  niżsi  ode  mnie  -  wzrost 

odziedziczyli po matce  -  ale  postawą  i muskulaturą  nie ustępowali mi ani na  jotę. Ojcowie  wielu  dziewcząt znajdą się  w 

rozterce, gdy chłopcy opuszczą szkołę.

- Jak się nazywa ten cios ramieniem, tato? - zapytał James.

- Wyjaśnienia  mogą  poczekać. Jestem tu, aby przyśpieszyć  wasze  wyjście, bo  coś niezbyt miłego przytrafiło się 

waszej matce.

Uśmiechy zniknęły natychmiast  i obaj pochylili się, spijając  dosłownie  wyjaśnienia  z  moich ust  i potakując  ze 

zrozumieniem.

- Tak więc - stwierdził Bolivar, gdy skończyłem - trzeba będzie tę Starą Świnię przekonać, żeby nas wypuścił...

- ...i zrobić coś z tym - James dokończył zdanie za brata. Nie było w tym nic dziwnego, często bowiem ich myśli 

biegły jednym torem.

Ruszyliśmy  więc  równym  krokiem  (120  stąpnięć  na  minutę)  poprzez  wielki  hall  z  przykutymi  do  ścian 

szkieletami, a następnie, rozpryskując wiecznie spływającą wodą klatką schodową, dotarliśmy do biura dyrektora.

-  Nie możecie  tu włazić! -  wrzasnął sekretarz-goryl, podrywając na  nogi swoje  dwieście kilo wytrenowanych  w 

walce mięśni.

Lekko złamaliśmy krok przechodząc przed jego nieprzytomnym ciałem. Dorski powitał nas przekleństwem, stojąc 

przy biurku z bronią w ręku.

-  Odłóż  to  -  poradziłem  mu. -  To  jest  sytuacja  wyjątkowa. Muszę  mieć  swoich  chłopców  parę  dni  wcześniej. 

Mógłbyś być tak miły i wydać mi ich świadectwa, łącznie z zezwoleniami na opuszczenie szkoły.

- Idź do diabła! Nie ma wyjątków, wynocha stąd! - zaproponował w odpowiedzi.

Uśmiechnąłem się w  stronę rozpylacza, który trzymał w  dłoni i zdecydowałem, że wyjaśnienia  mogą być  w tym 

przypadku owocniejsze od przemocy.

- Moja żona, a ich matka, została dziś rano aresztowana i zabrana z domu - powiedziałem.

- Zdarza się. Należało się tego spodziewać przy tak niezdyscyplinowanym trybie życia. A teraz spierdalać - odparł.

- Słuchaj no, zakamieniały wypierdku zdrowego rozsądku i tępa pało trepackiego zidiocenia. Nie  przyszedłem tu 

wysłuchiwać słów  współczucia  czy  obrazy z  twojej obsmarkanej strony. Gdyby  chodziło  o normalne  aresztowanie, to ci, 

którzy  przyszli  to  zrobić,  byliby  nieprzytomni  zaraz  po  otwarciu  drzwi.  Detektywi,  gliniarze,  żandarmeria,  celnicy, 

obojętnie - nikt nie zdążyłby palcem kiwnąć przy mojej słodkiej Angelinie.

- I co dalej? - spytał wojak, nie opuszczając jednak broni.

-  Poszła  z  nimi  spokojnie, aby dać  mi  czas, którego  będę  potrzebował. Sprawdziłem tablicę  rejestracyjną  tych 

typów. To byli agenci Międzygwiezdnego Urzędu Skarbowego - odpowiedziałem na głębokim wdechu.

-  Poborcy podatkowi! -  Dorski szepnął z  płonącym wzrokiem (broń zniknęła). - James di Griz, Bolivar di Griz, 

wystąp!  Przyjmijcie  te  świadectwa  jako  dowód  rzetelnego  spędzenia  czasu  i  przyswojenia  wiedzy  w  tym  zakładzie! 

Jesteście teraz  absolwentami Szkoły Dorskiego i mam nadzieję, że  przed udaniem się  na  spoczynek wieczny wspomnicie 

mnie  jeszcze,  jak  wielu  innych,  choć  z  przekleństwem.  Uścisnąłbym  was, ale  moje  kości  są  zbyt  stare, by  je  łamać  i 

wyszedłem już trochę  z wprawy w walce  wręcz. Idźcie  ze  swoim ojcem i przyłączcie  się do walki ze  złem. Dajcie im po 

łbie i ode mnie - dodał cicho. Minutę później byliśmy na zewnątrz i wsiadaliśmy do wozu.

- Oni nie odważą się skrzywdzić mamy? – spytał James.

- Nie pożyją długo, jeśli to zrobią - zgrzytnął zębami Bolivar.

- Oczywiście, że nic jej nie zrobią. Z uwolnieniem nie będzie żadnego problemu - poinformowałem ich. - Jeśli uda 

się nam zniszczyć ich zapisy.

- Jakie zapisy? - to był Bolivar. - I dlaczego ten wieprz Dorski tak łatwo ustąpił? To do niego niepodobne.

- Podobne, dlatego że pod patyną głupoty, przemocy i wojskowego ogłupienia to nadal człowiek taki jak my. I tak 

samo jak my automatycznie uważa on każdego faceta od podatków za naturalnego wroga gatunku ludzkiego.

- Nie rozumiem - przyznał James, łapiąc za klamkę, gdy braliśmy kolejny zakręt nad przepaścią.

-  Głupia  sprawa,  ale  jeszcze  zrozumiesz.  Dotąd  żyliście  jakby  pod  ochroną,  gdyż  traciliście  pieniądze,  nie 

zarabiając  ich. Wkrótce  będziecie  zarabiać,  podobnie  jak  reszta  ludzkości, a  wraz  z  otrzymaniem  pierwszego  kredytu  - 

efektu  waszego  potu  i  wysiłku  -  pojawi  się  facet  z  urzędu  podatkowego.  Będzie  kręcił  się  coraz  bliżej,  aż  w  końcu 

prześlizgnie  się  pod waszym  ramieniem i  zwinie  swoimi lepkimi paluchami  większość  waszych pieniędzy. Nowoczesne 

rządy oznaczają  wielką biurokrację, a  ta pociąga za sobą  wielkie podatki - i nie ma  na to rady. Kiedy zetkniecie  się z tym 

systemem, już jesteście złapani i kończycie płacąc wciąż więcej i więcej podatków. Razem z matką mamy coś odłożone  na 

waszą przyszłość, ale to nie wystarczy. Są to pieniądze zarobione jeszcze przed waszym urodzeniem.

- Ukradzione - poprawił mnie Bolivar. - Dochody z nielegalnych machinacji.

- Majaczysz, nigdy nie zrobiliśmy...

- Zrobiliście, tato - poparł go James. - Włamaliśmy się do wystarczającej liczby archiwów, aby wiedzieć, skąd są 

te wszystkie pieniądze.

- Te czasy się skończyły!

-  Mamy  nadzieję,  że  nie!  -  wrzasnęli  chórem.  -  Co  galaktyka  zrobiłaby  bez  paru  Stalowych  Szczurów 

ożywiających  jej  gospodarkę. Słuchaliśmy twoich  wykładów  o  tym, jak  napady  na  banki zapewniają  zajęcie  znudzonej 

policji,  zbyt  gazetom,  dostarczają  opinii  publicznej  tematów  do  dyskusji  i  narażają  na  wydatki  towarzystwa 

ubezpieczeniowe. To działalność utrzymująca pieniądz w obrocie.

- Nie. Nie pozwolę, aby moje dzieci stały się przestępcami!

- Naprawdę?

- No, powiedzmy niech będą porządnymi przestępcami: niech biorą tylko od tych, których stać na straty, niech nie 

krzywdzą  nikogo, niech  będą  bystre,  przyjacielskie  i  zaradne. Niech  będą  przestępcami  akurat  tak  długo, aby  trafić  do 

Korpusu Specjalnego, gdzie mogą służyć ludzkości łapiąc prawdziwych bandytów.

- Takich, jakich będziemy teraz ścigać?

Harry Harrison -   Stalowy Szczur i piąta kolumna

2 / 43

background image

-  Tak  długo,  jak  wraz  z  waszą  matką  uczciwie  kradliśmy  i  traciliśmy  pieniądze,  nie  było  problemu.  Ledwie 

wzięliśmy ciężko zarobione  wynagrodzenie  z Korpusu i zainwestowaliśmy je  legalnie, nie możemy się  opędzić  od urzędu 

podatkowego. Zrobiliśmy parę błędów...

- Jak niezgłoszenie dochodów? - spytał niewinnie James.

-  Między  innymi. Przyznaję, że  było to nieostrożnością. Powinniśmy  byli wrócić  do obrabiania  banków, a  teraz 

mają nas w kartotekach, zaplątani jesteśmy w sprawy sądowe i inne takie. Dlatego wasza matka poszła z nimi spokojnie  - 

abym  jako człowiek  wolny mógł przygotować  się  do przecięcia  węzła  gordyjskiego. I  abym wyciągnął nas  wszystkich  z 

tego bagna.

- Co mamy zrobić? - spytali.

- Zniszczyć nasze dane w ich zapisach. Wtedy będziemy zupełnie wolni i szczęśliwi.

     

     2

Siedzieliśmy w ciemnym samochodzie i zapamiętale skubaliśmy paznokcie.

-  Nie jest dobrze  -  oświadczyłem w  końcu. - Nie mogę  być spiritus movens  przemiany pary niewinnych dusz  w 

kryminalistów.

Z tylnego siedzenia dobiegły mnie stłumione warknięcia, bez wątpienia objawy silnych stanów emocjonalnych, po 

czym obie pary drzwi zostały błyskawicznie otwarte i zatrzaśnięte tak szybko, że  dojrzałem tylko dwie postacie oddalające 

się niezbyt dobrze  oświetloną ulicą. Czyżbym ich aż tak uraził, że  postanowili zrobić to sami, kładąc wszystko przez brak 

doświadczenia? Walczyłem z klamką od drzwi, gdy kroki rozległy się ponownie. Ledwie wysiadłem, obaj byli z powrotem. 

Twarze poważne, bez śladu dobrego humoru.

-  Mam  na  imię  James  -  odezwał  się  jeden  -  a  to  jest  mój  brat  Bolivar.  W  myśl  prawa  jesteśmy  pełnoletni, 

ukończyliśmy osiemnaście lat. Możemy oficjalnie pić, palić, przeklinać i kochać  się. Możemy też, jeśli zechcemy, złamać 

każde  prawo  lub  prawa  każdej  planety,  wiedząc,  że  jeżeli  zostaniemy  złapani,  narażamy  się  na  pełny  wymiar  kary. 

Słyszeliśmy z pewnego źródła, że  ty, Jimie  di Griz, zamierzasz  złamać prawo w  szczególnie słusznej, ba, bardzo słusznej 

sprawie i chcemy się do ciebie przyłączyć. Co ty na to, tato?

Co mogłem powiedzieć? Tym bardziej, że coś mi akurat siadło na struny głosowe. Cała nadzieja, że była to grypa, 

a nie wzruszenie. Uczucia i przestępstwa stanowią złą parę.

- Dobrze - warknąłem udając złość. - Jesteście przyjęci. Stosować się do instrukcji, zadawać pytania tylko w razie 

niejasności, a poza tym robić tylko to, co każę. ZGODA?

- ZGODA! - zabrzmiało chórem.

-  To  powkładajcie te  drobiazgi  do kieszeni, nigdy nie  wiadomo, kiedy coś się  może  przydać. Macie  rękawiczki 

daktyloskopijne? -  Unieśli dłonie, które lekko rozbłysły w świetle lamp. - Ślicznie. Ucieszy was wiadomość, że będziecie 

zostawiali  ślady  palców  tutejszego  burmistrza  i  komisarza  policji.  Niemniej  będzie  to  trudna  akcja. Wiecie,  dokąd  się 

udajemy? Jasne, że nie. Budowla za rogiem, stąd nie widać, to kwatera urzędu kontrolującego banki pamięci z zapisem ich 

wszystkich  niegodziwych  i oszukańczych machinacji. Dziś w nocy  wyrównamy rachunki z  tymi panami. Nie  będziemy 

próbowali  tam  wejść  bezpośrednio,  gdyż  systemy  obronne  mają  znakomite;  wiedzą  doskonale,  że  nie  są  kochani. 

Wejdziemy  do budynku  obok, który wybrałem nieprzypadkowo -  jego  tył  dochodzi prawie do naszego  celu. -  W trakcie 

rozmowy szliśmy już w  wyznaczonym  kierunku.     Ledwie   skręciliśmy   za   róg,  gdy chłopcy zostali lekko zaskoczeni 

serią świateł i tłumem kłębiącym się przed nami. Syreny wyły, kamery telewizyjne warczały, reflektory biły w niebo.

-  Czyż  to nie  cudowne? -  uśmiechnąłem się  radośnie  i  szturchnąłem obu.  -  Kto  brałby  pod  uwagę  możliwość 

wyjścia z budowli, do której wszyscy chcą wejść? Otwarcie sezonu - premiera nowej opery „Cohoneighs w ogniu".

- Będziemy potrzebowali biletów...

- Kupiłem po południu od konika za bluźnierczą cenę. Idziemy!

Przepchnęliśmy się przez  tłum, oddaliśmy bilety i dostaliśmy się na poddasze. Opera  byłaby tu ledwie  słyszalna, 

ale  nie  miałem najmniejszej ochoty  słuchać  wycia  i  rzępolenia. Poddasze  miało  też  inne  zalety,  jak  np. bar,  do którego 

natychmiast  weszliśmy.  Odświeżyłem  się  piwem,  z  zadowoleniem  konstatując,  że  pociechy  zamówiły  niealkoholowe 

napoje. Z  innej  ich  aktywności byłem mniej  zadowolony. Przysunąłem  się  do  Bolivara, łapiąc  go  za  ramię  -  mój  palec 

wskazujący nacisnął przy tym nerw paraliżujący rękę.

-  Bardzo  brzydko  -  powiedziałem  łagodnie, gdy  diamentowa  bransoletka  wyślizgnęła  mu  się  ze  zdrętwiałych 

palców na dywan, i stuknąłem stojącą obok matronę w ramię, wskazując w dół, gdy się obróciła.

- Przepraszam, madam, czy nie zsunęła się pani bransoletka?

- Tak?

- Nie, proszę mi pozwolić! Ależ skąd, cała przyjemność po mojej stronie.

Spojrzałem wymownie na Jamesa - uniósł dłonie w geście pokoju.

-  Zrozumiałem  już,  tatusiu. Przepraszam,  po  prostu  dla  wprawy  i  już  wsunąłem  gościowi  portfel z  powrotem, 

ledwie zauważyłem, że Bolivar rozciera sobie ramię.

-  Pięknie,  tylko  żeby  mi  to  było  ostatni  raz.  Mamy  poważne  i  odpowiedzialne  zadanie  dziś  w  nocy  i  żadne 

duperele nie powinny wam się pałętać po głowie. Dalej, ostatni dzwonek, kończyć drinki i w drogę.

- Na nasze miejsca?

- Oczywiście, że nie. Do ubikacji.

Osiągnęliśmy każdy osobną kabinę i stojąc na sedesach, aby nie było widać nóg, poczekaliśmy, aż ucichną ludzie i 

okoliczny  teren  opustoszeje  i  aż  rozlegną  się  pierwsze  przeraźliwe  dźwięki  oznajmiające  początek  spektaklu.  Odgłos 

spuszczanej wody był zdecydowanie bardziej melodyjny.

- No to zaczynamy - oznajmiłem.

I zaczęliśmy.

Wilgotne  oko w  wylocie  ścieku obserwowało, jak wychodzę. Moment później wychyliła  się  para czułków, które 

były  częścią  składową  ciała  należącego  z  wyglądu  do  ścieku.  Właściwie  to  nawet  do  czegoś  gorszego  -  owo  coś  było 

obrzydliwe, oślizłe i ogólnie rzecz biorąc nieprzyjemne.

- Wygląda na  to, że  znasz  drogę -  stwierdził Bolivar, gdy po przejściu przez zamknięte drzwi z napisem OBCYM 

WSTĘP WZBRONIONY ruszyliśmy ciemnym korytarzem.

- Kupiwszy bilety pozwoliłem sobie na małą wycieczkę. Jesteśmy.

Harry Harrison -   Stalowy Szczur i piąta kolumna

3 / 43

background image

Pozwoliłem  chłopcom  rozbroić  dla  wprawy  alarm  przeciwwłamaniowy  i  podbudował  mnie  fakt,  że  nie 

potrzebowali  wskazówek. Wlali  nawet na  nasze ślady parę kropli skutecznie maskującego trop  śmierdzidła. Wyjrzeliśmy 

na zewnątrz. Ciemna bryła budynku majaczyła o dobre pięć jardów.

- Co dalej? - spytał Bolivar.

- To znaczy, jak się tam dostaniemy? - uściślił James.

-  Za  pomocą  tego. -  Wyciągnąłem  podobny  do  pistoletu  przedmiot  z  wewnętrznej  kieszeni. -  Nie  ma  nazwy, 

ponieważ  sam  go  skonstruowałem.  Gdy  naciśnie  się  spust,  wystrzeliwuje  mały  generator  pola,  ciągnący  za  sobą  nić 

molekularną,  która  jest  nie  do  zerwania.  Pole  jest  wytwarzane  przez  blisko  piętnaście  sekund  i  w  tym  czasie  może 

wytrzymać obciążenie tony. Proste?

- Skąd możesz wiedzieć, że trafisz w kawałek stali po ciemku? - zdumionym głosem odezwał się Bolivar.

- Z kilku powodów, niedowiarku. Odkryłem wcześniej, że okna mają metalowe framugi to raz, a dwa, to pole jest 

tak silne, że  trudno jest utrzymać je z daleka od rzeczy metalowych. Masz linkę, James? Pięknie. Przytwierdź jeden koniec 

do  rury. Tylko starannie, bo  pod  nami  jest  kilka  pięter.  Drugi  daj  mi. Macie  pancerne  rękawice?  Ideał, trochę  ćwiczeń 

przyda się waszym muskułom. Gdy linka będzie przymocowana, pociągnę za nią trzy razy. No to zaczynamy!

Podtrzymywany na duchu przez własną filozofię, wkroczyłem do akcji.

- Powodzenia - doszło mnie z tyłu.

- Dzięki, uczucia doceniam, ale pomysłu nie - Stalowe Szczury muszą mieć własne szczęście.

Pociągnąłem za spust. Pocisk pofrunął zygzakiem i przywarł do celu. Wcisnąłem przycisk wciągarki i wyleciałem 

przez  otwarte  okno. Piętnaście sekund  to niewiele. Zgiąłem się, wysuwając  nogi i lewą rękę  do przodu, klnąc zarazem na 

czym świat stoi. Wyszło na  to, że  amortyzacją  spotkania ze ścianą  zajęła się  tylko prawa  noga. Jeśli nie  była złamana, to 

graniczyło to z cudem. Nic takiego nigdy się nie zdarzyło, odkąd ćwiczyłem w domu. Sekundy uciekały, a  ja wisiałem jak 

worek. W dodatku ciężki worek. Niefunkcjonująca noga  musiała  zostać  zignorowana, niezależnie  od faktu, czy mi się  to 

podobało,  czy  nie.  Czubkiem  buta  namacałem  krawędź  okna  po  lewej  i  używając  zdrowej  nogi  kopnąłem  w  szybę, 

wkładając w to wszystkie moje siły. Efekt był zerowy, co było zrozumiałe, biorąc poprawkę  na jakość szkła pancernego w 

dzisiejszych czasach. Pożytkiem było to, że się nieco obsunąłem, stając czubkiem buta na dolnej listwie, a palce lewej dłoni 

zacisnąłem na krawędzi górnej.

Dokładnie  w  tym momencie  pole  zniknęło i pozostałem  sam ze  sobą. Trzymałem się  ściany opuszkami palców 

lewej dłoni, wsparty na czubku buta, upodabniając się do muchy niedojdy.

- Dobrze ci idzie, tato? - dobiegł mnie z tyłu szept.

Muszę  przyznać, że sporo wewnętrznej dyscypliny kosztowała  mnie  kontrola  cisnących  się  na  usta  odpowiedzi. 

Dzieci  nie  powinny wysłuchiwać  czegoś  takiego  od  własnych rodziców. Efektem tego było  coś  na  kształt  „fiszlesloop". 

Palce  zaczynały  się  męczyć, a  sytuacja  przestawała  być  zabawna. Ostrożnie  wsunąłem  zbędny  drobiazg za  pazuchę, po 

czym sięgnąłem do kieszeni po diament. Zdecydowanie  nie  był to czas ani miejsce na  subtelności. Normalnie  wyciąłbym 

mały otwór wokół przyklejonej przyssawki, wyjął ostrożnie  szklany krążek, odciągnął zasuwkę  i  uniósł delikatnie okno. 

Nie  teraz.  Jednym  szarpnięciem  wyciągnąłem  go  i  wyciąłem  kaleki  owal,  następnie  kontynuując  ów  ruch  wbiłem  go 

pięścią do środka. Diament powędrował jego śladem, ja zaś sięgnąłem do wnętrza i złapałem za ramę.

Szkło uderzyło w podłogę  z głośnym dźwiękiem, akurat gdy mój but ześlizgnął się z oparcia. Zawisłem na  jednej 

ręce, starając  się  zignorować  ostrą  krawędź  wrzynającą  się  w  ramię. Podciągnąłem się tak wysoko  -  oto  co  znaczy stały 

trening - że mogłem użyć drugiej ręki do wsparcia. Dalej wszystko było już proste jak drut, choć cieknąca z ramienia krew 

przeszkadzała mi jak mogła. Ponowne oparcie  buta na  rynnie i otwarcie  okna było dziełem chwili - po unieszkodliwieniu 

alarmu, rzecz jasna. Gdy wślizgnąłem się przez otwarte okno, usiadłem bezwładnie na podłodze.

- Myślę, że jestem już trochę za stary na takie rzeczy - powiedziałem sobie, gdy wrócił mi oddech.

Wokół pozorna  cisza  -  brzęk szkła, przeraźliwy  dla  mnie, nie  zwrócił  najwyraźniej  niczyjej  uwagi. Do  roboty. 

Znalazłem coś solidnego do przymocowania liny, zrobiłem to najlepiej, jak mogłem i pociągnąłem trzy razy.

- Napędziłeś nam stracha - oświadczył James.

-  Napędziłem  sobie  strachu  -  poprawiłem go.  -  To  jest  latarka,  tu  zaś  medpakiet.  Sprawdźcie,  czy  można  coś 

zrobić z moim ramieniem. Krew, jak wiecie, jest idealnym dowodem.

Zrobili nawet sporo. Rozcięcie  zostało opatrzone fachowo, a pulsujący ból prawej nogi świadczył, że wraca  ona 

do życia. Zmusiłem się do zrobienia paru okrążeń po pokoju, aby przywrócić w niej krążenie.

- Dobra - oznajmiłem - teraz do zabawy.

Wyprowadziłem  ich  z  pokoju  i  dalej  ciemnym  korytarzem,  tak  szybko, jak  pozwoliła  mi  niezdyscyplinowana 

kończyna.  Chłopcy  zostali  parę  kroków  z  tyłu,  tak  że  za  róg  wyszedłem  z  trzyjardową  przewagą...  Byli  więc  nadal 

niewidoczni, gdy wzmocniony elektronicznie głos wykrzyknął mi w twarz:

- Nie ruszaj się, di Griz. Jesteś aresztowany!

     3

Życie  jest pełne tego typu niespodzianek -  przynajmniej moje. Za  innych trudno mi się wypowiadać. Mogą  być 

wzruszające, zaskakujące, a nawet śmiertelne, gdy ktoś nie jest na  nie przygotowany. Szczęściem, dzięki przewidywaniu i 

wiedzy fachowej, ja byłem przygotowany. Granat dymny poleciał, zanim jeszcze przebrzmiał ów głos. Ładunek wybuchł z 

zadowalającym hukiem, wypełniając cały korytarz kłębami czarnego dymu i powodując  złośliwe komentarze  z kilkunastu 

gardeł. Aby  dodać  im  powodów  do  narzekań, posłałem w  ślad  za  pierwszym  granatem  następny  -  trochę  inny. Jest  to 

poręczny drobiazg sam w sobie całkowicie  niewinny, wytwarzający jednakże  takie  ilości efektów akustycznych w guście 

strzałów  i  wybuchów, że  wystarczy  ich  na  małą  wojnę, i  wyrzucający  na  wszystkie  strony  kapsuły  gazu  usypiającego. 

Muszę  przyznać,  że  wywarł  znakomity  efekt  psychologiczny.  Ja  zaś  cichutko  wróciłem  do  zmartwiałych  pociech  i 

poprowadziłem je w głąb korytarza.

-  Teraz  się  rozdzielimy  -  oznajmiłem,  gdy  pozwoliły  mi  na  to  cichnące  odgłosy  kanonady.  -  Tu  macie  kod 

komputera blokującego.

Bolivar złapał go odruchowo, po czym potrząsnął głową próbując coś zrozumieć.

- Tato, mógłbyś nam powiedzieć...

-  Oczywiście.  Kiedy  wykopałem  szybę,  wiedziałem,  że  odgłos  tego,  choć  minimalny,  musiał  włączyć  alarm 

dźwiękowy. Dlatego zacząłem realizować plan B, a nie mówiłem wam o tym, aby uniknąć protestów. Polega on na tym, że 

ja robię dywersję, a  wy obaj udajecie  się do pomieszczenia pamięci i kończycie  robotę. Używając priorytetowych kodów 

Harry Harrison -   Stalowy Szczur i piąta kolumna

4 / 43

background image

Korpusu, zdołałem zebrać wszystko, co jest do tego potrzebne. Macie instrukcję kasowania pamięci, którą coś tak głupiego 

jak komputer wykona  bez wahania. Zniszczy ona  akta  wszystkich obywateli na  paręnaście  lat świetlnych  wokoło, którzy 

mają  to  szczęście,  że  ich  nazwiska  zaczynają  się  na  literę  D.  Po  dokonaniu  tego  zbożnego  dzieła  wykasujecie  także 

nazwiska na U i P w przypadku, gdyby ktoś bezpodstawnie próbował łączyć moją obecność ze zniszczeniami. Wybór tych 

dwóch liter, dodam, nie jest przypadkowy.

- Zwłaszcza, że „dup" jest jednym z większych przekleństw w tutejszym slangu.

-  Racja,  James,  twoje  szare  komórki  przechodzą  same  siebie.  Zrobiwszy  to,  otworzycie  grzecznie  któreś  z 

parterowych okien i zmieszacie się z tłumem. Proste?

- Poza tym, że dasz się aresztować - mruknął Bolivar. - Na to nie pozwolimy.

- Nie zatrzymacie mnie, choć doceniam uczucia. Bądźcie rozsądni. Krew jest niepodważalnym dowodem, a mojej 

mają tam w pokoju aż nadto. Jeśli teraz ucieknę, będę ścigany, ledwie zrobią analizy, nie wspominając o drobiazgu, że i tak 

mnie już widzieli i z pewnością mają  serię doskonałych zdjęć. Poza  tym wasza  matka jest w więzieniu i muszę  dotrzymać 

jej towarzystwa. Przy zniszczonych zapisach wszystko, co mogą  mi zrobić, to oskarżyć o włamanie i przysłać  rachunek za 

szklenie. I tak wkrótce opuszczamy tę planetę.

- Mogą potrzymać cię do rozprawy - zmartwił się James.

- No cóż, w takim przypadku wasi rodzice będą zmuszeni wyłamać się z tutejszego kibla. Nie ma co się martwić - 

niespecjalnie trudne zadanie. Po wykonaniu zadania zameldować się w domu i spać. Pogadamy później, a teraz znikać.

Będąc  rozsądnymi  dziećmi, zrobili  to  natychmiast.  Ja  zaś  powróciłem  na  plac  boju  i  nałożyłem  gogle  i  filtry 

nosowe. Miałem jeszcze masę granatów  i to  w szerokim wyborze  -  dymne, duszące, łzawiące, ogłuszające  -  a  ponieważ 

urząd zdenerwował mnie parokrotnie, toteż jak mogłem, tak starałem się oddać dług.

Ktoś zaczął strzelać, co było głupim posunięciem, gdyż miał znacznie większe szansę  trafić któregoś z kumpli niż 

mnie.  Odszukałem  go  w  dymie,  zabrałem  broń  i  dałem  klapsa,  który  powinien  być  przyczyną  sporego  bólu  głowy  po 

odzyskaniu świadomości. Prawie pełny magazynek wypróżniłem, z dużą przyjemnością, prosto w sufit.

-  Nigdy  nie  złapiecie  Chytrego  Jima!  -  wrzasnąłem  w  głąb  bardzo  hałaśliwej  ciemności,  wiodąc  tę  zgraję 

fiskalnych piratów na trasę krajoznawczą po budynku.

Obliczyłem,  ile  czasu  powinno  wystarczyć  bliźniakom  na  skończenie  roboty,  dodałem  jeszcze  kwadrans  na 

wszelki wypadek, po czym z ulgą opadłem na fotel dyrektora w jego gabinecie, zapaliłem jedno z jego cygar i odprężyłem 

się zadowolony.

-  Poddaję  się, poddaję! -  wrzasnąłem ku tłumowi potykających się, kaszlących i rzewnie płaczących osobników, 

podążających  moim  tropem.  -  Jesteście  zbyt  męczący  dla  mnie.  Tylko  musicie  mi  obiecać,  że  nie  będziecie  mnie 

torturować.

Zbliżyli  się  ostrożnie  -  z  dumą  stwierdziłem,  że  ich  przerzedzone  szeregi  składały  się  z  funkcjonariuszy 

miejscowej policji, która przybyła najwyraźniej po to, aby sprawdzić, w co się tu bawimy, jak i plutonu - teraz już znacznie 

uszczuplonego - wojsk lądowych z pełnym wyposażeniem.

- Tyle  zachodu o moją  skromną osobę - stwierdziłem z  podziwem, wypuszczając ku nim kółka dymu. -  Czuję się 

zaszczycony. Chcę także  złożyć  oświadczenie  prasie  o tym, jak zostałem porwany, przewieziony tu bez  przytomności, po 

czym byłem straszony i goniony po całym budynku. I CHCĘ MOJEGO ADWOKATA!!!

Faktycznie  brakowało  im  elementarnego  poczucia  humoru  -  ja  byłem  jedynym,  który  się  uśmiechał,  gdy 

opuszczaliśmy  budynek.  Nie  próbowali  być  twardzi  -  zbyt  wielu  żądnych  sensacji  ludzi  kręciło  się  po  okolicy.  Syreny 

wyły, światła błyskały różnokolorowo i cały konwój (plus ja w kajdanach) ruszył z piskiem.

Najzabawniejsze  było,  że  nie  do  więzienia.  Dojechaliśmy  do  bramy  więzienia,  gdzie  było  trochę  krzyków  i 

groźnego  wymachiwania  bronią,  po  czym  z  powrotem  do  miasta,  gdzie  ku  mojemu  zaskoczeniu  zdjęto  mi  kajdanki  i 

wprowadzono  do  jakiegoś  budynku.  O  tym,  że  dzieje  się  coś  dziwnego,  wiedziałem  już  przy  bramie,  ale  co  to  jest, 

zrozumiałem, gdy  z  pomocą  jednego tylko kopniaka  wepchnięto mnie  za  nieodznaczające  się  niczym drzwi, które  zaraz 

zamknięto, ja zaś otrzepałem ubranie i przyjrzałem się znajomej postaci za biurkiem.

- Co za przyjemna niespodzianka - oznajmiłem. - Dobrze się czujesz?

-  Powinienem  cię  zastrzelić, di Griz  -  warknął Inskipp, mój osobisty szef, główny mózg Korpusu  Specjalnego, 

prawdopodobnie najpotężniejszy człowiek w galaktyce  we  własnej osobie. Korpus powołała Liga  do utrzymania pokoju i 

spokoju  wśród  gwiazd,  co  ten  robił  w  swoisty  sposób,  i  choć  nie  zawsze  najuczciwszą  drogą,  zawsze  jednak  z 

zadowalającym wynikiem.

Dawno  już  stwierdzono, że  złodzieja  najlepiej  złapać  posługując  się  drugim  złodziejem  -  Korpus  stosował  tę 

właśnie  maksymę. Swego  czasu  -  przed  moim  przyłączeniem  się  do  Korpusu  -  Inskipp  był  największym  i najlepszym 

przestępcą  w  galaktyce,  inspiracją  dla  wszystkich  STALOWYCH  SZCZURÓW.  Zmuszony  jestem  przyznać,  że  nie 

prowadziłem zbyt pomnikowego żywota przed przymusowym nawróceniem ku  dobrym mocom. Nawróceniem, jak łatwo 

można  stwierdzić, niezbyt całkowitym, choć  przekonany  jestem, że  nie  zrobiłem w życiu nic, czego musiałbym żałować. 

Słysząc go, wyciągnąłem zza pazuchy straszak noszony na takie okazje i przystawiłem sobie do skroni.

-  Jeśli uważasz, o  Wielki, że  powinienem być  zastrzelony, jestem gotów  ci  pomóc. Żegnaj, okrutny świecie... - 

pociągnąłem za spust, robiąc w ten sposób sporo huku.

- Przestań się wygłupiać, to poważna sprawa.

- Jestem zawsze  z  tobą, niezależnie  od tego, czy wierzę  w uzasadnienia, jakie  mi wciskasz. Pozwól mi zdjąć  ten 

pyłek, który jest na twojej klapie.

Zrobiłem to, wyciągając mu przy okazji etui na cygara - był tak zamyślony, że nie zauważył, dopóki nie zapaliłem 

jednego i nie poczęstowałem go resztą. Złapał etui z warknięciem i sapnął:

- Potrzebuję twojej pomocy!

- Oczywiście - przytaknąłem. -  Dla jakiego innego powodu sprawdzałbyś to oskarżenie i robił całą resztę? Gdzie 

jest Angelina?

-  W  drodze  do  domu,  aby  okiełznać  twoich  występnych  następców.  Tłumoki  z  tej  planety  mogą  się  nie 

zorientować, co się  dzieje  w ich aktach, ale ja  wiem. Zapomnijmy o tym, zwłaszcza  że statek czeka  na kosmodromie, aby 

zawieźć cię na Kakalak 2.

- Ponura skała okrążająca ciemną gwiazdę. Co znajdę na tym zadupiu?

Harry Harrison -   Stalowy Szczur i piąta kolumna

5 / 43

background image

- Liczy się  to, czego tam nie  znajdziesz. Satelitarnej bazy, która była  miejscem spotkania  Szefów Sztabów  Floty 

Ligi...

- Powiedziałeś „była" z dość dużym uczuciem. Czy mam wierzyć...

- Powinieneś. Zniknęła bez śladu. Nie mamy pojęcia, co się mogło wydarzyć.

- Zawsze myślałem, że może to spowodować jedynie szczery entuzjazm wśród niższych szarż...

-  Oszczędzaj poczucie humoru, di Griz. Jeśli prasa złapie ślad tego wydarzenia, wolę  nie myśleć  o politycznych 

reperkusjach. Nie mówiąc już o dezorganizacji naszej obrony.

- To ostatnie nie powinno cię zbytnio martwić, nie widzę zwiastunów żadnej wojny na horyzoncie. A tak w ogóle, 

muszę zadzwonić do domu i podać ocenzurowaną wersję wypadków. Potem możemy pogadać.

Za  kratką wentylacyjną  wisiała  jakaś wyposażona  w  okryte  przylgami macki istota. Mrugała  zielonymi  oczami, 

żując coś ostrymi jak igły zębami.

Ona również śmierdziała zgnilizną.

- Coś mi tu śmierdzi i w ogóle nie podoba mi się to - oznajmiła błyskając oczami Angelina.

-  Nic  nie  śmierdzi, skarbie!  -  zełgałem. -  Nagłe  zadanie,  to  wszystko. Wyjazd na  parę  dni. Wrócę, ledwie  się 

skończy. Teraz, po ukończeniu szkoły, najlepiej będzie, jeśli odkurzysz foldery reklamowe  i uzgodnisz z  chłopcami jakieś 

miejsce, gdzie moglibyśmy udać się na urlop.

- Dobrze, że sobie przypomniałeś. Obaj wrócili parę minut temu, umorusani do obrzydzenia i zmęczeni jak reksy i 

nie chcą powiedzieć słowa o tym, co się z nimi działo.

-  Powiedzą  ci,  przekaż  im  tylko,  że  tata  skończył  operację  i  że  powinni  ci  opowiedzieć  o  nowym  sposobie 

spędzania  wieczorów.  Do  zobaczenia, skarbie!  -  przesłałem  całusa  i przerwałem połączenie, nim zdążyła  zaprotestować 

powtórnie.

Zanim  usłyszy  o  niedawnych  nonsensach,  powinienem  być  daleko  w  kosmosie,  kończąc  tę  głupawą  historię. 

Zresztą, to co przydarzyło się paru setkom wojskowych osłów, nie obchodziło mnie w żadnym stopniu - interesowało mnie 

tylko, jak to się stało.

Ledwie znaleźliśmy się w drodze, otworzyłem akta, zaaplikowałem sobie  uczciwą  dawkę  Syrian Panther  Sweat i 

zabrałem się  za  lekturę. Pierwszy  raz  zrobiłem to wolno  i uczciwie, drugi raz  trochę  szybciej, trzeci zatrzymując  się  na 

najważniejszych  fragmentach. Gdy  odłożyłem  teczkę,  dostrzegłem  siedzącego naprzeciwko Inskippa, który gapił się  na 

mnie, żując zawzięcie wargę i bębniąc palcami po stole.

- Nerwy? - spytałem uprzejmie. - Mam tu wspaniały uspokajacz...

- Zamknij się! Powiedz lepiej, co tam znalazłeś ciekawego i co o tym myślisz.

- Myślę, że lecimy w złą stronę. Zmień kurs na naszą Kwaterę Główną. Muszę z kimś pogadać.

- Ale śledztwo...

-  Nie  da  więcej,  niż  tu  jest  -  postukałem  w  akta.-  Już  wszystko  zostało  zrobione,  charakterystyki  porwanych 

typów,  sprawdzenie  zabezpieczeń, nagranie  radiowe  wszystkich  częstotliwości,  próby  zrozumienia  okrzyku  „Zęby!"  itd. 

Twoi wywiadowcy, w  dobrze  dobranym i niegłupim składzie, przybyli na  miejsce, znajdując  pustą  przestrzeń i ani śladu 

satelity czy poprzednich wydarzeń. Sądzisz, że ja mam większe szansę niż ci eksperci? Bzdura! Dalej, lecimy do Coypu.

- Po co?

-  Bo  on  jest  mistrzem  time-helixu.  Aby  stwierdzić,  co  się  wydarzyło,  zamierzam  wybrać  się  w  przeszłość  i 

obejrzeć na własne oczy przebieg wypadków.

- Nigdy o tym nie pomyślałem - mruknął.

-  Oczywiście,  że  nie.  Płaszczysz  dupę  za  biurkiem,  a  ja  jestem  najlepszym  agentem  polowym  Korpusu. 

Pozbawiam cię cygara, które wypłacam sobie jako wynagrodzenie za stałą naukę niedocenianego geniusza.

Coypu  był  przeciwny.  Przygryzł  wargę  imponującymi,  żółtymi  zębami  i  potrząsnął  kategorycznie  głową, 

rozsypując na boki kosmyki siwych włosów i machając równocześnie zaciekle rękami.

- Czy próbujesz dać nam do zrozumienia, że pomysł nie spotyka się z twoją aprobatą? - spytałem uprzejmie.

- Szaleństwo! Nie, nigdy! Od ostatniego użycia time-helixu przez cały czas są czasowe spięcia wzdłuż statycznych 

linii energii.

-  Maniak!  -  jęknąłem.  -  Proszę  uprzejmie  potraktować  mnie  i  mojego  obecnego  tu  szefa,  jakbyśmy  byli 

naukowymi imbecylami.

- Jesteście - sapnął. - Musiałem z  niego skorzystać, aby uratować nas wszystkich, po czym zostałem zmuszony do 

powtórnego użycia, aby wyciągnąć  ciebie z  przeszłości. Masz jednak moje  słowo, że  nie będzie  on używany, dopóki nie 

zostanie dokładnie wyskalowany.

Inskipp dowiódł, że jest z twardszego surowca niż naukowiec  - zrobił dwa  szybkie kroki, aż on i Coypu znaleźli 

się oko w oko, raczej nos w nos - obaj mieli imponujące organy powonienia. Po czym będąc na  pozycji, odpalił taką salwę 

przekleństw, jakiej nie powstydziłby się zawodowy sierżant i zakończył wiązanką wcale osobistych gróźb.

- I jako twój pracodawca, jeśli powiem ci, że masz iść, to pójdziesz! Bez wahania! Nie  powiem, że cię zabiję, nie 

jesteśmy okrutni, ale jeśli nie, to skończysz ucząc na  podstawowym kursie fizyki bandę  cymbałów na  jakimś zadupiu, dla 

których maszyna czasu oznacza to samo, co zegarek. Będziesz współpracował?

- Nie możesz mi grozić! - obruszył się Coypu.

- Już to zrobiłem. Masz minutę do namysłu. Straż!

Para  antropoidalnych  osobników  w  kombinezonach bojowych pojawiła  się  po obu  stronach profesora, łapiąc  go 

bezceremonialnie pod pachy tak, że jego stopy zaczęły dyndać w powietrzu.

- Trzydzieści sekund - glos Inskippa wypełniony był całym ciepłem atakującej kobry.

- Zawsze chciałem wyskalować doświadczalnie time-helix - namyślił się Coypu.

- No. Postawcie go! To będzie proste - wyślesz go tydzień w tył, ustawiając maszynę na sygnał powrotu. Damy ci 

dokładne koordynaty czasoprzestrzenne. Nic więcej nie musisz wiedzieć. Jesteś gotów, DiGriz?

-  Jak  zawsze  mruknąłem  bez  entuzjazmu,  zezując  na  kombinezon  i  stertę  ekwipunku.  -  Tylko  się  ubiorę  i 

poumieszczam to wszystko. Tak samo jak ty gotów jestem zobaczyć, co się stało, a wrócić pragnę jeszcze bardziej niż ty!

Harry Harrison -   Stalowy Szczur i piąta kolumna

6 / 43

background image

Gotowa  sprężyna  time-helixu  błyskała  zielonkawo.  Westchnąłem,  przygotowując  się  duchowo  do  podróży. 

Zatęskniłem niemal za spokojnym, trupiopodobnym uściskiem poborców podatkowych.

Niemal.

     4

Fakt, że  nie  była  to  moja pierwsza podróż  w czasie, bynajmniej nie  zmieniał związanych  z  nią  nieprzyjemnych 

wrażeń. Przeciwnie, poczułem, jakby coś mnie  rozciągało, znowu  były widoczne  gwiazdy i znów  pojawiło  się  poczucie 

przeraźliwego zimna. Było to paskudne  i trwało stanowczo za długo. W końcu sensacje skończyły się i szarość przestrzeni 

zmieniła  się  w  zdrową, pocętkowaną  gwiazdami czerń kosmosu. Byłem w  stanie nieważkości; obracałem się wolniutko i 

podziwiałem wygląd satelity, który właśnie pojawił się w polu widzenia. Radar oznajmił, że  jestem o piętnaście  mil od tej 

skały - czyli tam, gdzie powinienem być.

Satelita był uczciwych rozmiarów  - opleciony antenami z mnóstwem jasno oświetlonych okien. Jak pamiętałem, 

wypełniony  był  pałętającą  się  zgrają  cymbałów,  zajmujących  się  czymś  użytecznym  przez  minimalną  cząstkę  swojego 

żywota. Przełączyłem  radio na  ich  częstotliwość  i stwierdziłem,  że  jestem o  godzinę  spóźniony  w  stosunku  do planu  - 

Coypu będzie mocno zaintrygowany, jak mu to oświadczę. Mimo to miałem jeszcze pięć godzin do spędzenia, zanim się 

coś zacznie.

Z  oczywistych  powodów  nie  mogłem  zapalić  cygara, ale  mogłem  się  napić. Już  dość  dawno  przedsięwziąłem 

odpowiednie kroki po temu, wypuszczając wodę  ze zbiornika, nalewając zaś burbona z wodą. Zalety tej mieszanki odkryto 

jakieś trzydzieści dwa tysiące lat wcześniej na Planecie Ziemia. Planeta, co prawda, została zniszczona bardzo dawno temu, 

ale przepis uratowałem osobiście po sporej ilości prób - niebezpiecznych, bo na  sobie  - nauczyłem się produkować znośną 

imitację. Nic więc nie stało na przeszkodzie, by złapać rurkę w zęby i zdrowo pociągnąć. Mieszanka faktycznie była dobra. 

Podziwiałem  okoliczne  gwiazdy,  jak  i  pobliskiego  satelitę, uzupełniając  regularnie  równowagę  płynów  w  organizmie, i 

czas jakoś leciał.

Jakieś pięć  minut przed punktem krytycznym, dostrzegłem kątem oka nagły ruch. Odwróciłem się  i zobaczyłem 

identyczny  kombinezon  próżniowy,  unoszący  się  opodal  i  siedzący  na  dwujardowej  rakiecie.  Wyciągnąłem  miotacz  i 

wycelowałem w nowo przybyłego.

Trzymaj łapy na widoku i obróć się powoli, abym mógł cię obejrzeć.

- Odłóż, durniu, tę pukawkę - oświadczył tamten, nadal odwrócony tyłem, grzebiąc coś przy kontrolkach rakiety. - 

Skoro ty nie wiesz, kim jestem, to nikt tego nie wie.

- Mną! - stwierdziłem starając się zamknąć usta.

-  Nie,  sobą!  Ja  jestem  tobą  albo  coś  w  tym  guście.  Gramatyka  nie  jest  stworzona  do  takich  rzeczy.  Schowaj 

spluwę, cymbale.

-- Czy mógłbyś mi wyjaśnić...

-  Pewnie  będę  musiał, skoro ty czy  ja  nie  mieliśmy dość  inteligencji, by pomyśleć  o tym wcześniej i  potrzebna 

była druga podróż. To jest kosmiczna pluskwa - spojrzał na zegarek albo ja spojrzałem na zegarek, czy coś w tym stylu.

Potem on /ja?/ wskazał: - Uważaj, to naprawdę jest niezłe widowisko.

Było. Przestrzeń za satelitą była pusta - po czym nagle już nie była. Coś wielkiego, bardzo wielkiego pojawiło się 

i mknęło ku satelicie. Widziałem jedynie  czarny jajowaty kształt, który niespodziewanie otwarł się z  przodu. Wnętrze było 

niesamowicie obszerne, rozświetlone ogniem piekielnym, zupełnie jak gigantyczna paszczęka obramowana zębami.

- ZĘBY! - trzasnęło moje radio wiadomością z zaginionego satelity.

Biały strumień ognia  przeciął pole widzenia i pluskwa runęła ku satelicie. Zgranie było idealne, gdyż  paszcza  już 

zamknęła się po połknięciu satelity; wokół kolosa zamigotało pole ochronne i statek, a wraz z nim pluskwa zniknęły.

- Co to było? - westchnąłem.

-  Skąd niby  mam wiedzieć? -  odparłem. - Zabieraj się  z  powrotem, żebym  ja się  mógł zabrać  albo  ty. Mam  na 

myśli... do cholery z tym, ZNIKAJ!

- Nie pyskuj - mruknąłem - nie sądzę, żebym powinien w ten sposób zwracać się do siebie.

Uruchomiłem mechanizm powrotny i po wszystkich wyżej opisanych przejściach wróciłem do punktu wyjścia.

- Co znalazłeś? - Inskipp był przy mnie ledwie otworzyłem hełm.

-  Wystarczająco  dużo,  aby  wybrać  się  ponownie.  Potrzebuję  kosmiczną  pluskwę,  potem  ci  opowiem.  - 

Zdejmowanie  i  nakładanie  kombinezonu  jest  gorsze  od  siedzenia  w  nim,  toteż  zrezygnowany  oparłem  się  o  ścianę, 

pociągając solidny łyk mieszanki.

Inskipp głośno pociągnął nosem.

- Piłeś w pracy?

- Oczywiście. Jest to jedyny sposób, żeby ta robota nadawała się do strawienia. Teraz zamknij się i słuchaj.

Coś naprawdę dużego pojawiło się z nadprzestrzeni, o milę od satelity. Niezły kawałek nawigacji; nie sądziłem, że 

tak można, ale  najwyraźniej się  myliłem. Cokolwiek to było, otwarło lśniącą, obramowaną zębiskami paszczę, i połknęło 

admirałów wraz ze stacją satelitarną.

- Upiłeś się! Wiedziałem!

- Nie, i mogę  tego dowieść, chyba  że  sądzisz, iż  moja kamera  też  się  schlała. Ledwie  to  się  stało, gość  wrócił w 

nadprzestrzeń i zniknął.

- Musimy mu przyczepić pluskwę!

-  To  właśnie  powiedziałem  sobie... Dalej, Coypu, daj mi to  i przenieś o  pięć  minut przed  godziną  zero. Tak  na 

marginesie - spóźniłeś się o godzinę za pierwszym razem, oczekuję poprawy.

Coypu  coś  mruknął,  nastawiając  zegary,  ja  zaś  złapałem  pluskwę  i  zniknąłem.  Scenariusz  był  ten  sam  co 

poprzednio, tylko  z  innego  punktu  widzenia. Gdy  powtórnie  wróciłem,  miałem serdecznie  dość  podróży  w  czasie  -  nie 

pragnąłem już niczego poza sporym posiłkiem z małą butelką wina i miękkim łóżkiem. Dostałem wszystko i miałem nawet 

kiedy  się  tym  nacieszyć.  Prawie  tydzień  minął,  zanim  dostaliśmy  meldunek  od  kosmicznej  pluskwy.  Byłem  akurat  z 

Inskippem,  gdy  go  doręczono  i  mogę  stwierdzić, że  wytrzeszcz  jego  oczu  i  ilość  czasu,  jaki  strawił  na  lekturze, były 

imponujące.

- To niemożliwe - oznajmił w końcu.

-  To  właśnie  w  tobie  lubię  - nieustający optymizm. -  Wyłuskałem kartkę  z  bezwładnych  palców, przeczytałem, 

sprawdziłem koordynaty na mapie i przyznałem mu rację. Prawie.

Harry Harrison -   Stalowy Szczur i piąta kolumna

7 / 43

background image

Pluskwa  spisała się znakomicie. Odpaliłem ją na czas, toteż bez trudu przywarła do tego statku czy cokolwiek to 

było.  Razem  powędrowali  w  nadprzestrzeń,  możliwe  zresztą,  że  zrobili  całą  serię  skoków  -  nie  było  to  zbyt  istotne, 

zwłaszcza że pluskwa była  zaprogramowana na odłączenie  się  jedynie w normalnej przestrzeni i w pobliżu bądź planety z 

atmosferą  tlenową,  bądź  stacji  kosmicznej.  Była  całkowicie  niemetalowa  i  dopóki  nie  zaczęła  nadawać,  praktycznie 

niewykrywalna.

Gdy zbliżyła się do czegoś, na co była zaprogramowana, kierowała się na najbliższą boję świetlną Ligi i ogłaszała 

swoje przybycie. Nie trzeba  dodawać, że robiła  zdjęcia na  wszystkie  możliwe i niemożliwe strony. Analizował je  później 

komputer,  określając  miejsce,  z  którego  przybywała.  Pięknie.  Tyle  że  odpowiedź,  jakiej  tym  razem  udzielił,  była 

nieprawdopodobna.

- Jeśli lokalizacja jest właściwa - postukałem w mapę - mam paskudne przeczucie, że jesteśmy w kłopotach.

- Nie myślisz, że ci admirałowie zostali porwani przypadkiem?

- A jak ci się wydaje?

- Sądziłem, że to właśnie powiesz.

Żeby  zrozumieć  problem,  trzeba  było  zastanowić  się  nad  kształtem  naszej  galaktyki. Wiem, że  to  trudne  dla 

wszystkich,  wyłączając  astrofizyków  i  inne  takie  przypadki,  ale  jest  to  niezbędne.  Ma  ona  kształt  rozgwiazdy,  której 

ramiona  i  korpus  stanowią  duże  skupiska  gwiezdne,  pomiędzy  kończynami  zaś  znajdują  się  pojedyncze  gwiazdy,  gaz 

kosmiczny  i  inne  śmieci. Wszystkie  planety  Ligi  usytuowane  są  w  prawym  górnym  ramieniu. Parę  poznanych,  a  nie 

skolonizowanych jeszcze światów leży w górnym lewym i prawym dolnym. A ze zdjęć wyglądało na to, że  nasz porywacz 

przybył z dolnej lewej kończyny.

Cóż, jest to część  tej samej galaktyki - problem w tym, że  jest to część galaktyki, w  której nigdy  nie  byliśmy, z 

którą nigdy się nie kontaktowaliśmy i, z tego co wiemy, nie ma tam zamieszkanych planet.

Zamieszkanych przez  ludzi, znaczy się. Przez całe  tysiąclecia ludzkość ciskała się  na lewo i prawo, aby znaleźć 

braci w rozumie, i  nigdy, jak  dotąd, jej  się  to  nie udało. Znaleźliśmy  ślady  dawno  zaginionych cywilizacji, ale  zniknęły 

przed milionami lat. Podczas Ery Imperium Słonecznego, Gwiezdnego Lenna, czy temu podobnych bzdur, statki latały w 

najrozmaitszych kierunkach. Potem  nastąpiło Załamanie  i  zanik  komunikacji  na  całe  tysiąclecia. Wychodzimy właśnie  z 

niego, napotykając  planety we wszystkich możliwych stadiach rozwoju - lub też jego braku. Zbieramy do kupy coś, co już 

kiedyś znaleźliśmy, może kiedyś nastąpi dalsza ekspansja, ale  nie dojdzie do tego szybko. Tyle że teraz sytuacja cokolwiek 

się zmieniła.

- Co zamierzasz zrobić? - spytał Inskipp.

- Ja? Dokładnie nie wiem, ale chyba nic poza obserwowaniem, jak wydajesz rozkazy zbadania tej ciekawostki.

- Właśnie. Rozkazy! Rozkaz numer jeden. Polecisz tam, di Griz, i sprawdzisz co i jak.

- Jestem przepracowany. Masz do dyspozycji zasoby tysiąca planet, całą flotę i stada agentów. Użyj czegoś innego 

dla odmiany.

- Nie. Mocno mi się wydaje, że  posłanie normalnego patrolowca będzie czymś w  stylu wepchnięcia nosa  w stos 

atomowy.

- Porównanie do kitu, ale wiem, co masz na myśli.

-  Mam  nadzieję. Jesteś  najbardziej  przywiązanym  do  życia  facetem,  jakiego  znam. Opieram  się  na  tym  i  na 

możliwościach twojego skonanego mózgu i zakładam, że ci się uda, tak jak dotąd. Poleć tam, popatrz, co się tam tworzy, i 

najważniejsze - wróć z raportem.

- Czy może mam dostarczyć jeszcze admirałów?

- Tylko jeśli chcesz. Mamy ich całą masę na miejscu.

- Jesteś pozbawionym serca brutalem o równie zboczonym umyśle, jak mój.

-  Oczywiście, a  jak  ci  się  wydaje, czy  inaczej mógłbym kierować  tym  cyrkiem? Kiedy  nas  opuszczasz  i  czego 

potrzebujesz?

Musiałem  się  zastanowić.  Nie  mogłem  lecieć  nie  zawiadamiając  Angeliny, a  kiedy  ona  dowie  się,  jak  dalece 

wyprawa  jest niebezpieczna, nie  ma  siły, aby  odwieść  ją  od udania  się  razem  ze  mną. Zgoda, jestem  antyfeministą, ale 

potrafię  dostrzec  prawdziwy  talent, co  musiało  doprowadzić  do  wniosku,  że  wolałbym mieć  ją  ze  sobą  zamiast  całego 

sztabu Korpusu Specjalnego. Tylko co z  chłopcami? Odpowiedź była  równie  oczywista. Z ich  naturalnymi zdolnościami, 

pozostawały  tylko  dwa  wyjścia  -  przestępstwo  lub  Korpus. Muszą  kiedyś  odbyć  chrzest i  wyglądało na  to, że  ten  czas 

właśnie  nadszedł.  Otworzyłem  oczy  i  zdałem  sobie  sprawę,  że  od  dłuższej  chwili  mamroczę  pod  nosem,  a  Inskipp 

przygląda  mi się  podejrzliwie  sięgając  powoli do  przycisku alarmowego. Wygrzebałem z  dna  pamięci  pytanie, które  mi 

zadał.

- Ach, tak, hm, oczywiście. Wylatuję wkrótce z własną załogą, potrzebny mi w pełni wyposażony krążownik klasy 

Gnasher z pełnymi zapasami i uzbrojeniem, i innymi takimi.

- Zrobione, ściągnięcie najbliższego zajmie nam dwadzieścia godzin. Masz ten czas na spakowanie się i napisanie 

testamentu.

- Miło z twojej strony. Muszę też wykonać jedno połączenie psi.

Podszedłem do centrum komunikacyjnego, dostałem połączenie z operatorem na Blodgett i w parę sekund później 

miałem na linii Angelinę.

- Witaj, słonko. Zgadnij, dokąd jedziemy na wakacje? - spytałem.

     5

- Fajny okręt, tato - oznajmił Bolivar, oglądając pulpity centralne krążownika.

- No myślę. Krążowniki tej klasy są uważane za najlepsze w całym wszechświecie.

- Stanowisko kierowania ogniem jest wspaniałe. - James wdusił guzik, zanim go zdołałem powstrzymać.

-  Nie  musiałeś  rozwalać  tego  kawałka  skały, nie  zrobił  ci  nic  złego  -  oświadczyłem  z  naganą.  Przełączyłem 

sterowanie ogniem na własny pulpit pilota, zanim zdążył wymyślić coś nowego.

- Chłopcy muszą się wyszaleć - Angelina spojrzała na niego z matczyną czułością.

- Mogą to robić za własne kieszonkowe. Wiesz, ile tysięcy kredytów kosztuje salwa burtowa tego okrętu?

-  Nie  i nic mnie  to nie  obchodzi -  uniosła  brew. -  A tak w  ogóle, to od  kiedy ty  się  o  to troszczysz, czyścicielu 

publicznych kieszeni?

Harry Harrison -   Stalowy Szczur i piąta kolumna

8 / 43

background image

Mruknąłem coś i odwróciłem się w stronę zegarów. Czy mnie  to obchodziło? Czy był to ojcowski klaps? Nie - to 

był autorytet! Jakkolwiek by było, byłem tu DOWÓDCĄ!

- Jestem kapitanem i załoga musi mnie słuchać! - oświadczyłem.

- Możemy podyskutować na ten temat, kochanie - Angelina była słodka jak miód.

- Jeśli będziecie  tu grzecznie siedzieć -  szybko zmieniłem temat -  zarządzę  butelkę szampana  i tort czekoladowy, 

żebyśmy nieco odpoczęli, zanim misja naprawdę się zacznie i będę używał bata.

- Już nam wszystko powiedziałeś - stwierdził James. - Czy to nie może być tort wiśniowy?

- Wiem, że  wy wiecie wszystko o tym, co się stało i dokąd lecimy, ale trzeba  ustalić, co będziemy robić, gdy już 

się tam znajdziemy.

-  Wiem, że  nam  o  tym powiesz, gdy  nadejdzie  odpowiedni czas, kochanie. A poza  tym, czy nie  jest trochę  za 

wcześnie na szampana?

Znowu  zająłem  się  zegarami;  musiałem  uporządkować  myśli. Sami  wodzowie  i  ani  jednego  Indianina  w  tym 

zespole! Muszę być twardy.

- Porządek dnia. Startujemy dokładnie za kwadrans i udajemy się  dokładnie na  pozycję  określoną przez pluskwę. 

Wynurzamy  się  z  nadprzestrzeni  na  półtorej  sekundy,  co  pozwoli  instrumentom  sprawdzić  otoczenie  i  automatycznie 

wracamy na poprzednią pozycję, aby skontrolować odczyty. Co będzie dalej, zobaczymy. Jasne?

- Jesteśmy na  twoje rozkazy - mruknęła Angelina pociągając szampana. Z tonu jej głosu nie  można było wyczuć, 

co chciała naprawdę powiedzieć.

Postanowiłem zignorować jej uwagę.

- No to do roboty, Bolivar - z twoich stopni wynika, że byłeś dobry w nawigacji.

- Musiałem być. Byliśmy przykuci do pulpitów bez jedzenia, dopóki nie zrobiliśmy zadania.

- To wszystko jest już za tobą. Wyznacz kurs do punktu docelowego i pozwól, że sprawdzę to, zanim wsadzisz go 

do komputera. James, zaprogramuj komputer  na zebranie potrzebnych danych w normalnej przestrzeni i odlot po półtorej 

sekundy.

- A co ja mam robić?

- Otworzyć następną butelkę i rozkoszować się osiągnięciami własnych pociech.

Osiągnięcia były  i to bez  zastrzeżeń -  obaj zrobili porządną  robotę. Zabawy się skończyły -  to było życie  i obaj 

zrobili  wszystko,  jak  mogli  najlepiej.  Sprawdziłem  wyniki  na  wszystkie  możliwe  sposoby  i  nie  znalazłem  ani  jednej 

pomyłki.

- Medal dla każdego z was - oznajmiłem - możecie wziąć sobie podwójną porcję tortu.

- Wolelibyśmy szampana.

- Dobrze, czas na toast. Za sukces!

Trąciliśmy  się  kieliszkami,  wypiliśmy  zawartość  i  ja  wcisnąłem  guzik  startu.  Podobnie  jak  we  wszystkich 

podróżach, w tej nie było nic do roboty, odkąd zaprogramowaliśmy komputer.

Bliźniaki  zwiedzały  statek,  dopóki  nie  nauczyły  się  na  pamięć  działania  każdego  detalu,  a  my  z  Angeliną 

znaleźliśmy ciekawsze  sposoby  spędzenia  wolnego czasu. I tak mijały dni. Wreszcie  zabrzmiał alarm: byliśmy w  trakcie 

ostatniego skoku. Ponownie zgromadziliśmy się w sterowni.

- Tato, wiesz, że mamy na pokładzie dwie łodzie patrolowe?

- Wiem. Są gotowe do natychmiastowego startu. Gdy odskoczymy, ubieracie się w kombinezony pancerne.

- Po co? - to był James.

- Bo macie takie polecenie - oznajmiła z mocą Angelina. - Chwila logicznego myślenia da wam odpowiedź.

Tak wzmocniony poczułem, że mój autorytet jest trwały i niezniszczalny. Jeśliby oczekiwały nas niespodzianki, to 

te kombinezony utrzymają nas przy życiu nawet po całkowitym zniszczeniu statku.

Nic  nas  nie  oczekiwało.  Przybyliśmy, instrumenty  zapiszczały  i  zawirowały  i zaraz  wycofaliśmy  się  o  sto  lat 

świetlnych.  Pozostaliśmy  w  kombinezonach, sprawdziliśmy,  czy  coś  za  nami  nie  poleciało, po  czym  zabraliśmy  się  za 

odczyty.

- W pobliżu nic - oznajmiła Angelina przeglądając zapisy. - O dwa lata świetlne jest natomiast system planetarny.

- A więc to  jest nasz  następny cel. Plan jest taki. Zostajemy  tu, w miłym  oddaleniu od tego, co tam może być  i 

kierujemy ku owemu systemowi szperacza, który będzie wysyłał nam stałe i dokładne  raporty poprzez  umieszczonego  na 

orbicie satelitę. Satelitę zaprogramujemy na natychmiastowy powrót, jeśli szperaczowi coś się stanie. Zgoda?

- Mogę zaprogramować szperacza? - zapytał o moment szybciej od brata Bolivar.

Ochotnicy! Serce mi rosło, gdy dawałem swoją zgodę.

W  ciągu  paru  minut  oba  urządzenia  były  gotowe  i  w  drodze,  a  my  zasiedliśmy  do  obiadu.  Zdążyliśmy  go 

skończyć, gdy satelita oznajmił swój powrót.

- Szybko poszło - mruknęła Angelina.

- Za  szybko. Jeśli coś tak szybko wyszperało szperacza, to muszą mieć nielichy sprzęt wykrywający. Zobaczymy, 

co my tam mamy.

Przyśpieszałem  przegrywanie,  dopóki nie  doszliśmy  do  tego, co  istotne. Gwiazda  w  centrum  systemu  stała  się 

słońcem,  a  dane  na  drugim  ekranie  wskazywały,  że  system  składa  się  z  czterech  planet,  połączonych  ze  sobą  stałą 

komunikacją  i innym hałasem, wskazującym na uprzemysłowiony charakter całości. Szperacz skierował się ku najbliższej 

planecie, obniżając pułap.

- O cholera! -jęknęła Angelina. Osobiście mogłem się z nią zgodzić.

Cała planeta  zdawała  się  jedną  wielką  fortecą  - lufy  potężnych dział plazmowych, gigantyczne  lasery, wyrzutnie 

rakiet balistycznych  zdawały się  spoglądać  we  wszystkie  kierunki wszechświata.  Z grubsza  biorąc, chyba  miliardy  tego 

pokrywały  planetę.  W  niekończących  się  szeregach  stały  okręty  wojenne,  wypełniające  aż  po  horyzont  luki  w 

działobitniach. Ani jeden skrawek naturalnej powierzchni planety  nie  był widoczny spod  potężnych i nowiutkich maszyn 

bojowych.

- Spójrzcie  - wskazałem. - Wygląda zupełnie  jak to, co połknęło satelitę admiralskiego. Tu jest następny, i jeszcze 

jeden.

-  Zastanawiam się, czy są  przyjaźnie  nastawieni -mruknęła Angelina  ze  szczątkami poczucia dobrego humoru w 

głosie.

Harry Harrison -   Stalowy Szczur i piąta kolumna

9 / 43

background image

Nagle na radarze pojawiły się cztery błyski, zbliżające się z zawrotną szybkością. Potem obraz nagle znikł.

-  Niezbyt  przyjaźnie  nastawieni  -  odparłem nalewając  sobie  niepewną  ręką  drinka. -  Zróbcie  z  tego  nagranie  i 

zacznijcie je  transmitować  do bazy. Znajdźcie najbliższą  stację  z  psimenami, żeby  streszczenie było szybciej  na miejscu. 

Jeśli ktoś nam nie zaproponuje czegoś mądrzejszego, to po nadaniu raportu mamy wolne pole do działania.

- I możemy zaryzykować? - spytał Bolivar.

- Szybko się uczysz.

- Wspaniale - oznajmił entuzjastycznie James. - Wszystko własne i żadnych rozkazów.

Niedokładnie wiedziałem, co miał na myśli, ale byłem z niego dumny. Z obu znaczy się.

- Są jakieś propozycje? - spytałem. - Jeśli nie, to mam pomysł na plan.

- Jesteś tu kapitanem - wtrąciła Angelina; miałem nadzieję, że faktycznie tak myśli.

-  Racja.  Nie  wiem,  czy  zwróciliście  uwagę,  ale  ten  system  przypomina  przepełniony  kibel  z  kosmicznym 

śmieciem różnego kalibru. Proponuję poszukać kawałka skały odpowiedniej wielkości, wydrążyć go i umieścić we wnętrzu 

jeden z  naszych patrolowców. Jeśli odpowiednio go  zamaskujemy, nic  nie  będzie  wskazywało  na  różnice  między nim  a 

innym kosmicznym gruzem.Umieścimy go na wyliczonej orbicie i obejrzymy spokojnie cały ten system. Zbierzemy trochę 

informacji i opracujemy plan ataku. Musi być przecież miejsce, które nie jest po zęby uzbrojone. Mam rację?

Straciliśmy  trochę  czasu  na  dyskusję,  ale  nikt  nie  wpadł  na  lepszy  pomysł, toteż  zabraliśmy  się  za  realizację 

mojego...

Ruszyliśmy z normalną szybkością światła i, pracując na pełnej mocy, po godzinie  znaleźliśmy całą chmurę skał, 

kamieni i innych fragmentów niegdyś większej planety poruszającej się po eliptycznej orbicie wokół najbliższej gwiazdy. 

Zająłem się pilotażem, szukając czegoś, co najbardziej by się nadawało do naszych planów.

-  Jest  -  oznajmiłem w  końcu.  Właściwy  kształt,  odpowiednia  wielkość  i  prawie  samo  żelazo,  które  dokładnie 

zamaskuje wszystkie  echa. - Angelino, weź stery i podleć do niego. Bolivar, ty i ja polecimy w patrolowcu, użyjemy jego 

laserów, aby wytopić otwór  w  środku. James zajmie się  łącznością. Będziecie  w pogotowiu i wyślijcie  nam wyposażenie 

specjalne, jeśli będziemy go potrzebować. To powinna być prosta robota.

Była. Przy minimalnym ogniu dziobowego lasera wcisnęliśmy się w żelazo, wysyłając w przestrzeń chmury gazu. 

Gdy dziura wyglądała na wystarczająco głęboką, wdziałem kombinezon i ruszyłem, by zbadać ją osobiście.

- Wygląda dobrze - oznajmiłem wracając. - Bolivar, myślisz, że możesz wprowadzić tu patrolowiec, nie rozbijając 

go i nie tracąc zbyt wielu anten?

- To proste, tato!

Faktycznie, był niezły. Patrzyłem, jak srebrzysty kształt przepływa koło mnie i znika  we wnętrzu, nie tracąc przy 

tym anten ani innego wyposażenia. Teraz  mogliśmy zająć się rozmieszczeniem instrumentów na powierzchni skały. Potem 

trzeba podłączyć je do komputera patrolowca i poszukać odpowiedniego kawałka do zatkania otworu...

Patrzyłem na Gnasher, układając  sobie  kolejność prac  i podziwiając  jego smukły, oświetlony kształt, oddalony o 

półtorej mili, gdy pojawił się czarny cień przysłaniający gwiazdy.

Był  równie  wielki  jak  szybki  i  rozświetlony  poświatą  bijącą  z  otwierającego  się  dziobu.  Ruszył  naprzód  i  w 

mgnieniu oka pochłonął krążownik. Dziób zamknął się i przybysz zniknął.

Wszystko to działo się błyskawicznie, podczas gdy ja stałem i gapiłem się bezczynnie.

Wszystko - okręt, Angelina i James - zniknęło!

Miałem  wiele  krytycznych  chwil  w  życiu,  ale  ta  była  najgorsza.  Unosiłem  się  w  przestrzeni  z  zaciśniętymi 

pięściami, wbijając  przerażony wzrok w miejsce, w  którym przed chwilą  znajdował się krążownik. Do tej pory spotykały 

mnie różne przykre  niespodzianki, ale dotyczyły one zawsze tylko mnie. Takie  zagrożenia cudownie oczyszczają  umysł, a 

adrenalina  wspaniale działa na  ustrój, gdy jest potrzebna akcja. Tym razem nic mi nie groziło, natomiast Angelina  i James 

byli w śmiertelnym niebezpieczeństwie. W dodatku ja czułem się zupełnie bezradny.

Musiałem wydać  jakiś  dźwięk, gdy sobie  to uświadomiłem  i bez wątpienia  musiał być  on  raczej nieprzyjemny, 

gdyż w moich słuchawkach zadźwięczał zaniepokojony głos Bolivara:

- Tato? Co się dzieje? Coś nie tak? Paraliż minął, ruszyłem ku niemu, wyjaśniając, co się stało. Był trupio blady, 

ale panował nad sobą.

- Co robimy? - spytał stłumionym głosem.

- Jeszcze nie wiem. Lecimy za nimi oczywiście. Tylko dokąd? Potrzebujemy planu...

Wysoki,  przeraźliwy  dźwięk  rozległ  się  od  strony  modułu  łączności,  przerywając  mi  skutecznie  kwestię. 

Wytrzeszczyłem oczy w kierunku jego źródła.

- Co to jest? - zdumiał się Bolivar.

- Ogólny alarm. Czytałem o czymś takim w trakcie szkolenia, ale nie  słyszałem, aby kiedykolwiek ogłoszono go 

inaczej niż  w celach treningowych i na  małym obszarze. Wiesz  przecież, że  fale  radiowe  podróżują  z prędkością  światła i 

przesyłanie  nimi  wiadomości  w  kosmosie  jest  nonsensem.  Dlatego  większość  z  nich  przewożona  jest  przez  statki 

kurierskie, sprawy  najważniejsze  zaś  są  przesyłane  przez  psimenów, bo  myśli zdają  się  sięgać  celu  natychmiast. Jeden 

psiman może porozumiewać się z drugim bez względu na dzielącą ich odległość, nie tracąc chwili czasu. Wszyscy dobrzy 

operatorzy pracują dla Ligi, a większość dla Korpusu. Są urządzenia elektroniczne, które mogą wykryć tę komunikację, ale 

tylko przy jej pełnym natężeniu, a  i to nie dekonspiruje szczegółów. Każdy statek Ligi ma  taki wykrywacz, choć  jak dotąd 

nigdy  ich  nie  używano.  Aby  je  uruchomić, każdy  żywy  psiman  transmituje  w  tym  samym  czasie  co  inni  tylko  jedną 

wiadomość. Jedno  słowo: KŁOPOTY. Kiedy  taki  alarm zostaje  odebrany,  każdy statek udaje  się  natychmiast  w  pobliże 

którejś z naszych planet lub stacji, aby dowiedzieć się, co się dzieje. Ruszamy.

- Mama i James...

- Odnalezienie ich będzie wymagało namysłu i pomocy. Możesz to nazwać, jak chcesz, ale  wydaje  mi się, że  ten 

alarm ma związek z naszą obecną sytuacją.

Pech  sprawił, że  miałem rację. Wyłoniliśmy się  z nadprzestrzeni w pobliżu automatycznej radiolatarni i nagrany 

sygnał natychmiast zabrzmiał w naszych odbiornikach:

- ...powrót do baz. Wszystkie jednostki zameldują się po rozkazy. W ciągu ostatniej godziny siedemnaście  planet 

Ligi zostało zaatakowanych przez obce siły. Wszystkie jednostki - powrót do baz. Wszystkie...

Ustaliłem  kurs,  zanim  jeszcze  wiadomość  zaczęła  się  powtarzać.  Do  Kwatery  Głównej  Korpusu.  Obrona  z 

pewnością  była  koordynowana  przez  Inskippa  i  tam  też  musiały  być  kierowane  wszystkie  informacje.  Podróż  była 

Harry Harrison -   Stalowy Szczur i piąta kolumna

10 / 43

background image

markotna. Jedyną pociechę znajdowaliśmy z Bolivarem w powtarzaniu sobie, że siła ognia, jaką widzieliśmy na ekranach, 

wskazywała  bez  dwóch zdań na  to, że mogli rozbić krążownik na atomy w mgnieniu oka. A nie zrobili tego. Chcieli więc 

mieć  załogę żywą. Nie odważyliśmy się  snuć  rozważań dlaczego, ale  sam fakt, że Angelina  i  James byli  więźniami, był 

pocieszający: więźniów można odbić.

Gdy  wyszliśmy z  nadprzestrzeni, leciałem jak  wariat. Hamowanie w ostatnim momencie, wyłączenie  kontaków 

ledwie ujęły nas macki pola, wyjście w chwili, gdy właz zaczął się otwierać. Mając obok Boliyara, gnałem przez korytarze 

wprost do biura Inskippa. Tylko po to, aby znaleźć go chrapiącego na biurku.

- Gadaj - zażądałem, ledwie otworzył najbardziej zaczerwienione oczy, jakie w życiu widziałem.

- Powinienem był wiedzieć - jęknął. - Musiałeś wleźć akurat, gdy usiłowałem zasnąć pierwszy raz od czterech dni. 

Czy ty wiesz...

- Wiem, że jeden z ich statków połknął mój krążownik razem z Angelina i Jamesem i że przez ostatnie cztery dni 

gnietliśmy się w patrolowcu.

-  Przepraszam,  nie  wiedziałem  -  wymamrotał  chwiejąc  się  na  nogach.  Zbliżył  się  do  szafy  i  wyciągnął  zeń 

kryształową flaszkę, z której łyknął solidnie.

Powąchałem zawartość i zrobiłem to samo.

- Wyjaśnij - zakomenderowałem. - Co się dzieje?

-  Inwazja  obcych. Pozwól sobie  powiedzieć, że  oni  są  dobrzy. To,  co  połknęło  twój  krążownik,  to najcięższy, 

opancerzony  polami pancernik, jaki  kiedykolwiek  widziałem, a  my  nie  mamy  nic, co byłoby  w  stanie  go  ugryźć. Więc 

wszystko,  co  możemy  zrobić,  to  stale  się  wycofywać.  Jak  dotąd  nigdzie  jeszcze  nie  wylądowali,  ograniczając  się  do 

ostrzału naszych pozycji. Nie wiemy, jak długo to może potrwać, ale na pewno zaczną się desanty.

- Mówiąc krótko - przegrywamy?

- W stu procentach.

- Jakie to optymistyczne. Mógłbyś mi jeszcze powiedzieć, z kim walczymy?

- Mógłbym. Mogę ci nawet pokazać. Masz!

Wdusił  przycisk  i  na  środku  pomieszczenia  pojawił  się  holowizyjny  obraz.  Macki,  czułki,  pazury,  kleszcze, 

śluzowaty,  zielonkawy  kadłub  ze  zbyt  wieloma  oczami  wystającymi  w  najrozmaitszych  kierunkach  oraz  masą  innych 

detali, których lepiej nie opisywać.

- Uggh - oznajmił Bolivar mówiąc za nas obu.

- Jeśli ten się nie podoba - warknął Inskipp - to co powiecie o tym... albo o tym?

Istoty zmieniały się przy kolejnych wduszeniach klawisza i każda była bardziej obrzydliwa od poprzedniej.

-  Wystarczy!  -wrzasnąłem  w  końcu.  -  Dobry  sposób  na  odchudzenie, obrzydlistwo!  Nie  ruszę  jedzenia  przez 

najbliższy tydzień. Który z nich jest naszym wrogiem?

- Wszystkie. Niech ci to Coypu wyjaśni.

Wywołany  profesor  pojawił  się  na  ekranie. Po  tych  stworach,  jego  wystające  zęby  i  belferskie  maniery  były 

przyjemną odmianą.

- Zbadaliśmy złapane  okazy, zrobiliśmy sekcję  zabitych i odczyty mózgów żyjących. To, co odkryliśmy, nie  jest 

zbyt pocieszające. Walczy przeciwko nam duża  liczba stworzeń z  różnych systemów planetarnych. Z tego co mówią, a nie 

mamy podstaw, aby im nie wierzyć, jest to coś w rodzaju świętej krucjaty. Ich jedynym celem jest zniszczenie ludzkości i 

zmiecenie przedstawicieli naszej rasy z powierzchni wszechświata.

- Dlaczego? - wyrwało mi się.

-  Pytacie  dlaczego? -  kontynuował Coypu. -  Zupełnie  naturalne pytanie. Odpowiedź brzmi: bo nie  mogą  na  nas 

patrzeć. Uważają, że jesteśmy zbyt odrażający, aby istnieć. Była mowa o zbyt małej liczbie kończyn, o tym, że jesteśmy za 

mało mokrzy, nasze  oczy nie są na słupkach, nie wydzielamy miłego śluzu, brak nam wielu istotnych organów. Doszli do 

wniosku, że nie możemy istnieć obok siebie.

- I kto to mówi!? - zdenerwował się Bolivar. - Te wstrętne obrzydlistwa...

-  Piękno  jest względne  -  uświadomiłem  go. -  Co  nie  zmienia  faktu,  że  całkowicie  się  z  tobą  zgadzam.  Teraz 

zamknij się i słuchaj profesora.

-  Inwazja  została  dokładnie  przygotowana  -  poinformował  nas  Coypu,  przeglądając  jakieś  papiery.  -  Od  jej 

rozpoczęcia  znaleźliśmy  wielu  ich agentów  ukrytych w  zsypach, przewodach wentylacyjnych, toaletach  i innych  takich. 

Najwyraźniej obserwowali nas od dłuższego czasu. Porwanie  admirałów było preludium do inwazji, próbą  wprowadzenia 

zamieszania  w  naszych  siłach  poprzez  usunięcie  dowódców.  Faktycznie,  odczuwamy  pewien  niedobór  admirałów,  ale 

młodsi oficerowie objęli dowództwo oddziałów i ich efektywność w szybkim czasie się zdublowała. Brak nam wiadomości 

o nieprzyjacielu, o jego  organizacji, bazach  i uzbrojeniu, gdyż  zdołaliśmy pochwycić  jedynie  małe jednostki, dowodzone 

przez osobników niskiej rangi. Najważniejsze jest teraz zebranie informacji o...

- Uch, serdeczne dzięki - warknął Inskipp wygaszając Coypu w połowie zdania. - Sam bym na to nigdy nie wpadł.

- Mogę to załatwić - powiedziałem, z przyjemnością obserwując wygląd białek jego oczu, czerwonych raczej, niż 

białych, zwracających się ku mnie i próbujących jednoczenie wyjść z orbit.

- Ty!?

-  Oczywiście, że  ja!  A kto niby? Przezwyciężę  wrodzoną  skromność  i powiem ci, że  jestem  tajną  bronią, którą 

wygramy wojnę.

- Jak?

- Najpierw muszę pogadać z Coypu, potem ci wszystko wyjaśnię.

- Jedziemy za mamą i Jamesem? - spytał Bolivar.

- Możesz być pewny. A przy okazji ocalimy cywilizowany Świat przed zniszczeniem.

- Dlaczego mi zawracacie głowę, kiedy mam kupę  roboty? - Coypu odsunął się od ekranu komputera, przełykając 

ślinę i spoglądając wymownie na Inskippa.

- Spokój - włączyłem się - rozwiążę wszystkie  twoje  problemy, tak jak to wielokrotnie robiłem w przeszłości, ale 

potrzebna mi twoja pomoc. Ile ras obcych odkryliście do tej pory?

- Trzysta dwanaście, ale co...

- Chwileczkę. Są one najrozmaitszych kształtów, wielkości i innych detali.

Harry Harrison -   Stalowy Szczur i piąta kolumna

11 / 43

background image

- Lepiej w to uwierz na słowo! Powinieneś zobaczyć, co mi się śni!

- Serdeczne dzięki. Musiałeś znaleźć język, jakim się one porozumiewają?

- Używasz go w tej chwili. To esperanto.

- Przestań się wygłupiać!

-  Nie  wrzeszcz  na  mnie!  -  pisnął  histerycznie,  po  czym  wziął  jakąś  pigułkę  i  otrząsnął  się.-Dlaczego  nie? 

Obserwowali nas dość długo i uczyli się wszystkiego, czego mogli, zanim nas zaatakowali. Słyszeli z pewnością całą masę 

naszych  języków  i  wybrali  esperanto  dla  tych  samych  powodów,  dla  których  my  to  zrobiliśmy.  Bo  jest  najprostsze, 

najłatwiejsze i najbardziej funkcjonalne ze wszystkich języków.

- Przekonałeś mnie. Dzięki, profesorze, a teraz trochę odpocznij, bo będziesz mi pomagał przy przedostawaniu się 

do ich kwatery głównej, odkrywaniu ich tajemnic i ratowaniu mojej rodziny, a może i admirałów - to ostatnie się zobaczy.

- O czym ty, do diabła, bredzisz! - wrzasnął Inskipp, mając w tle profesora Coypu, mówiącego dokładnie to samo, 

tylko cieńszym głosem.

- To proste, przynajmniej dla  mnie. Profesor zrobi mi kombinezon wraz z  urządzeniem do wydalania śluzu i całą 

resztą  detali  wzorowanych na  wyglądzie  obcych. Powitają  mnie  w  nim  jak swojego. Będę  przedstawicielem nowej rasy, 

która dopiero dowiedziała się o świętej wojnie i zamierza się przyłączyć do nich. Pokochają mnie - zapewniam was.

Technicy  wykonali  szybką  i  dokładną  robotę.  Naładowali  komputer  projektujący  wszystkim,  co  wiedzieli  o 

wyglądzie obcych i zaprogramowali go na wariacje, jakich dotąd nie odkryto wśród napastników.

Wysililiśmy naszą wyobraźnię i znaleźliśmy coś odpowiedniego.

Wywarło to wrażenie nawet na Bolivarze.

- Oto mój ojciec! - oświadczył obłażąc mnie w kółko i podziwiając ze wszystkich stron.

Było co podziwiać - wyglądałem jak miniaturowy tyranozaurus dotknięty zaawansowanym trądem, skrzyżowany 

z mrówką. Z oczywistych powodów miałem dwie  nogi. Potężny ogon w końcowym fragmencie  przeradzał się  w czułki z 

przylgami. W jego wnętrzu było  dość  miejsca  na  urządzenie  wydalające, ministos  i magazyn  wyposażenia.  Przerośnięta 

szczęka  aż  wiła  się  od  żółtozielonych  wypustków,  przyozdabiając  front  uroczego  pyska,  który  mógł  się  przyśnić  w 

koszmarnym  śnie. Uszy  jak  u  nietoperza, wąsy  jak  u  szczura,  oczy  jak  u  zmutowanego  kota  -  naprawdę  wyglądało  to 

obrzydliwie. Z przodu było wejście, którym, jak mogłem najostrożniej, wlazłem.

-  Ręce  są  jedynie  lekko  wspomagane  i  pasują  do  twoich  własnych  -  informował mnie  Coypu -  nogi natomiast 

chodzą  na  serwomechanizmach, które  naśladują  ruchy  twoich  nóg. Uważaj, jak  łazisz: te  pazury  mogą  zrobić  dziury  w 

stalowych płytach.

- Zamierzam spróbować. Co z ogonem?

-  Automatyczna  przeciwwaga,  kiwa  się  podczas  chodzenia,  tu  masz  kontrolki.  Możesz  go  opierać,  gdy  nie 

chodzisz  lub  siedzisz  przez  dłuższy  czas,  albo  włączyć  toto,  będzie  drgał  co  jakiś  czas,  żeby  wyglądało  realistycznie. 

Uważaj na  to  tutaj: to bezpiecznik  automatycznej, bezodrzutowej  siedemdziesiątki piątki zamontowanej między  oczami, 

celownik zaś masz na nosie.

- Cudownie. Co z granatami?

- Miotacz masz pod ogonem. Same granaty są zamaskowane jako wiesz co.

-  Świństwo. Widzę, że  masz  zboczoną  wyobraźnię. Daj mi  się  teraz  pozapinać  i  odsuńcie  się.  Mam  ochotę  to 

wszystko wypróbować.

Trochę czasu zajęło mi dojście  do  wprawy w  naturalnym poruszaniu się, ale  w końcu się  nauczyłem. Oblazłem 

pomieszczenie, zostawiając śluzowaty ślad i dziury od pazurów w podłodze oraz straty w majątku ruchomym od machania 

ogonem. Wybiłem nawet parę dziur moją armatą.

Automatyczna czy nie, ale  zdecydowałem się zostawić ją na faktycznie  ostatnią  czarną chwilę  i póki co wziąłem 

solidną  porcję  pastylek  od bólu  głowy. Gdy  wróciłem do  laboratorium, coś jakby mały  robot wyłoniło  się  z  sąsiedniego 

pomieszczenia i przejechało mi po ogonie.

- Uspokójcie to bydlę! - wrzasnąłem, widząc jak przed nosem zapala mi się napis „Ból ogona".

Wymierzyłem robotowi kopniaka, którego z  łatwością  uniknął, po  czym stanął mi przed nosem. Górna  część  z 

czujnikami opadła i znalazłem się oko w oko z uśmiechniętym Bolivarem.

- Czy mogę się dowiedzieć, co robisz w tej blaszance?

- Jasne, tato. Jadę z tobą. Służący do noszenia bagażu, czy to nie jest logiczne?

- Nie jest - oznajmiłem i wytoczyłem ciężkie argumenty, wiedząc z góry, że tę dyskusję i tak przegram.

Przegrałem  i  uśmiechnąłem  się  w  duchu.  Mimo  obawy  o  jego  i  moje  bezpieczeństwo,  jakaś  pomoc  była  z 

pewnością potrzebna, a zwłaszcza pomoc kogoś, kogo możliwości dobrze znałem.

- Dokąd teraz? - zapytał Inskipp spoglądając z dużym niesmakiem na mój kombinezon.

- Na tę uzbrojoną planetę, na którą zabrali admirałów i chyba moją żonę, i syna. Jeśli to nie ich główna kwatera, to 

z całą pewnością jedna z głównych baz.

- Nie piśniesz ani słowa o tym, co knujesz?

- Będę zaszczycony. Wyruszamy w tym samym patrolowcu, ale najpierw chcę, by rozwalono mu kadłub i byle jak 

załatano. We  wnętrzu też powinno być  trochę  uszkodzeń. Najlepiej rozwalcie  jakieś mało istotne instrumenty dla dodania 

autentyzmu. Potrzebuję  dużo  krwi, aby  wszystko  malowniczo  pokropić.  I  jeszcze  jedno.  Co  prawda  niezbyt  mi  się  to 

podoba, ale cel uświęca środki: macie parę zbędnych ciał?

- Aż za wiele - odparł ponuro szef. - Chcesz mieć w mundurach?

-  Mogą  mi  uratować  życie.  Mam  zamiar  pojawić  się,  rycząc  na  wszystkich  częstotliwościach  i  mrugając 

wszystkimi światłami, zgłaszając ochotnicze przystąpienie mojej osoby plus całej planety do szlachetnej sprawy.

- O której właśnie dowiedzieliście się zdobywając ten statek?

-  Szybko  kojarzysz,  jak  na  swój  wiek.  Każ  zrobić  to  wszystko,  co  powiedziałem  natychmiast,  albo  jeszcze 

szybciej, bo mam zamiar odlecieć za jakieś pięć minut.

Ponieważ  misja  zdawała  się  naszą  jedyną  nadzieją,  mieliśmy  wszelką  możliwą  pomoc.  Połatany  patrolowiec 

został załadowany na pokład krążownika, odlot zaś był dosłownie natychmiastowy. Dostarczono nas w najbliższy, w miarę 

bezpieczny rejon wrogiego systemu i serdecznie pożegnano. Pokręciłem się wokół paru chmur śmieci, przeleciałem przez 

obłok pyłowy i dwie czarne dziury, aby skuteczniej zatrzeć ślady, po czym ruszyłem ku bazie wroga.

- Gotów? - spytałem włażąc do wnętrza kombinezonu.

Harry Harrison -   Stalowy Szczur i piąta kolumna

12 / 43

background image

- Równo z tobą, tato - usłyszałem robota zatrzaskującego i blokującego górną sekcję.

Zamknąłem  kombinezon  i  opatrzoną  w  pazury  łapą  ująłem  jego  górny  chwytak.  Dodatkowe  światła  zostały 

zainstalowane  według  mojego  pomysłu  na  kadłubie,  teraz  włączyłem  je  i  ruszyliśmy  pełnym  ciągiem, niby  kosmiczna 

choinka  transmitując  na  wszystkich  stu  trzydziestu  siedmiu  częstotliwościach  pieśń  mojej  świeżo  wymyślonej  planety. 

Uzbrojona po zęby baza była coraz bliżej.

-  Kiu  vi  estas?  -  spytał  ponury  głos,  jednocześnie  ekran  rozjaśnił  się,  ukazując  szczególnie  ohydnego 

przedstawiciela napastników.

-  Kiu vi estas? Ciuj konas min, se  mi ne  kones  un, belulo -  stwierdziłem, że odpowiedź  będzie  najlepsza, jeżeli 

doda się do niej trochę uczucia, ale nazwanie tego straszydła przystojniaczkiem, wymagało sporego samozaparcia.

Okazało się to skuteczne - rozmówca kontynuował rozmowę w dużo przyjemniejszym tonie.

- No, no  - nie ma  się co obrażać. Mogą cię  dobrze znać  w domu, ale  teraz jesteś daleko  od niego. Poza tym jest 

wojna i musimy przestrzegać przepisów bezpieczeństwa.

- Naturalnie. Wy naprawdę walczycie? Z tymi bladosuchymi?

- Robimy, co możemy, ślicznotko.

-  Dopisujcie  nas  do  tego!  Złapaliśmy  ich  statek  szpiegujący  na  naszej  planecie.  Nie  mamy  własnych,  ale 

zestrzeliliśmy ten i zrobiliśmy pranie mózgów tym, co ocaleli. Nauczyliśmy się ich języka i odkryliśmy, że wszystkie ludy 

galaktyki  zjednoczyły  się  przeciwko  nim.  Chcemy  się  do  was  przyłączyć  -  jestem  ambasadorem  i  czekam  na  wasze 

rozkazy!

- Wspaniale  - pojaśniał cały z  wrażenia. - Wysyłamy statek, aby cię  przyprowadzić. Ale najpierw jedno pytanie, 

słodka.

- Pytaj, przystojniaczku.

- Z takimi oczami jak twoje... Jesteś płci żeńskiej?

- W przyszłym roku o tej porze będę. Teraz jestem w neutralnej fazie, pomiędzy nim a nią.

- A więc za rok spotkamy się na randce!

- Zapisuję cię w notesie - obiecałem. Bolivar nalał mi szklaneczkę, którą opróżniłem przez słomkę.

- Czy się mylę, tato - spytał - czy ten uciekinier z szamba ma na ciebie chrapkę?

-  Niestety,  mój  chłopcze,  masz  rację.  W  naszej  ignorancji,  zrobiliśmy  damski  kostium  i  to  sądząc  z  jego 

zachowania, bardzo seksowny. Musimy go trochę zeszpecić.

- Co prawdopodobnie zrobi go jeszcze bardziej seksy.

- Cholera, masz oczywiście  rację!  Muszę  się  wobec tego przyzwyczaić do ich amorów i wyciągnąć  z nich jakieś 

korzyści.

Statek-pilot  pojawił  się  na  ekranach  i  nastawiłem  auto-pilota  na  jego  ślad.  Lecieliśmy  zygzakiem  przez 

niewidzialne  pola  siłowe  i  zapory  minowe,  aby  w  końcu  wyładować  na  metalowej  płycie  wewnątrz  fortecy.  Miałem 

nadzieję, że jest to lądowisko dla gości, a nie wjazd do więzienia.

-  Chciałbyś pewnie  swój hełm, tato? -  przypomniał mi Bolivar, używając  syntetyzatora  dźwięków, aby  uzyskać 

głos maszynowy.

- Masz rację, szanowny robocie - nałożyłem pozłacany kask (z diamentami) i przejrzałem się w lustrze. Odmieniło 

mnie. - I lepiej nie nazywaj mnie ojcem. Spowodowałoby to masę niewygodnych pytań natury biologicznej.

Imponująca  kolekcja  pełzających,  skaczących  i  chodzących  figur  oczekiwała  naszego  wyjścia.  Gdy 

wymaszerowałem z kabiny - Bolivar podążał za mną, niosąc stertę starannie skonstruowanego, obcego z wyglądu bagażu - 

jeden z nich, ze złotą obręczą na łbie, wystąpił do przodu, machając ku mnie mackami.

- Witamy, ambasadorze - stwierdziło toto. - Jestem Gar-Baj, Pierwszy Oficer Rady Wojennej.

- Cała przyjemność po mojej stronie. Jestem Sleepery Jeem Geshtunken.

- Sleepery to twoje imię czy tytuł?

- W moim ojczystym języku oznacza to „Ten Który Stąpa po Plecach Niewolników Ostrymi Pazurami" i oznacza, 

że jestem członkiem arystokracji.

- Nadzwyczajnie obrazowy język. Sleepery, musisz mi więcej o sobie opowiedzieć prywatnie.

Sześć z jego osiemnastu czułków mrugnęło znacząco i już wiedziałem, że stary seksapil nadal działa.

- Zawiadomię cię o moim następnym okresie, Gar. Ale do rzeczy: jest wojna, czy jej nie ma? Powiedz mi, jak stoją 

sprawy i co my możemy zrobić, aby pomóc w tym świętym boju?

- Zrobię to, ale pozwól mi najpierw zaprowadzić cię do twojej kwatery, wyjaśnię ci wszystko po drodze. - On, ja i 

mój wierny robot ruszyliśmy. - Wojna przebiega zgodnie z planem... oczywiście nie wiesz o tym, ale planowaliśmy ją przez 

wiele  lat. Ja i moi szpiedzy spenetrowaliśmy wszystkie ich  planety i znamy ich siłę  aż do ostatniego pistoletu. Nie  mogą 

nas zatrzymać. Mamy absolutną kontrolę przestrzeni i teraz przygotowujemy się do drugiej fazy.

- Którą jest...?

- Inwazja planetarna. Po zniszczeniu ich floty, powybieramy ich planety jedną po drugiej jak zgniłe jajka.

-  To  coś dla  nas! -  wrzasnąłem wybijając  sporą  dziurę  lewą  nogą. - Jesteśmy  gotowi prowadzić natarcie, nawet 

jeśli jest to związane ze śmiercią dla sprawy.

- Właśnie czegoś takiego oczekiwałem od kogoś tak dobrze  zbudowanego  jak ty. Statków  transportowych mamy 

dość, ale zawsze się przydadzą doświadczeni żołnierze. Zapraszam cię na następne posiedzenie Rady, gdzie uzgodnimy, jak 

będą wyglądały zasady naszej współpracy. Teraz pewnie jesteś zmęczony i chcesz odpocząć.

- Nigdy! - zgrzytnąłem zębami. - Nie chcę odpoczynku, dopóki nie zniszczymy ostatniego z tych obrzydliwców.

- Szlachetne uczucie, ale musimy kiedyś odpoczywać.

- Nie macie jakiegoś jeńca albo nawet kilku, których mógłbym osobiście rozerwać dla propagandy?

- Mamy cały ładunek admirałów, ale potrzebujemy ich jako źródła informacji.

- Uwielbiam wyrywać kończyny admirałom. A nie macie jakichś kobiet albo dzieci? Bardzo melodyjnie  krzyczą- 

było  to  pytanie  za  64000  kredytów  ukryte  wśród  pozostałych  bzdur.  Zakręciłem  ogonem,  oczekując  w  napięciu  na 

odpowiedź, a Bolivar przestał brzęczeć.

-  Zabawne, że pytasz. Złapaliśmy nieprzyjacielski okręt szpiegowski, którego załogę stanowiła  właśnie  samica  i 

młody samiec.

- O właśnie! - wrzasnąłem z autentycznym podnieceniem. - Gdzie oni są? Zaprowadź mnie do nich!

Harry Harrison -   Stalowy Szczur i piąta kolumna

13 / 43

background image

- Normalnie byłbym szczęśliwy, mogąc to zrobić, ale teraz jest to niemożliwe.

- Nie żyją? - spytałem starając się, aby zabrzmiało to jak zawód, nie radość.

-  Nie, choć  życzylibyśmy  sobie,  żeby  tak  było. Do  tej  pory  nie  wiemy, co  się  stało. Pięciu  naszych  żołnierzy, 

wszyscy bardzo doświadczeni, było z nimi w zamkniętym pomieszczeniu. Wszyscy nie żyją, nie  wiadomo dlaczego, a oni 

zwiali i ślad po nich zaginął.

- Tragiczne - westchnąłem machając ogonem. - Czy złapaliście ich powtórnie?

-  Nie, i to jest najdziwniejsze, bo minęło już parę  dni. Ale  nie ma  się  czym przejmować. Posłaniec przyjdzie  po 

ciebie, kiedy Rada się zacznie. Śmierć paskudom.

-  Śmierć  paskudom.  Jeśli  sam  chcesz, spotkamy  się  na  zebraniu. Cześć.  Drzwi  zamknęły  się,  a  Bolivar-robot 

odezwał się:

- Gdzie złożyć bagaże, szlachetny Sleepery?

-  Gdziekolwiek,  metalowy  cymbale  -  dodałem  do  oświadczenia  kopniaka,  którego  zręcznie  uniknął.  -  Nie 

zawracaj mi głowy.

Przespacerowałem się  po pokoju, nucąc  hymn i sprawdzając ściany czujnikiem. W końcu otwarłem kombinezon i 

wyszedłem z niego dla rozprostowania kości.

- Możesz wyjść i pogimnastykować się - oznajmiłem. - Nasze stworki są dość łatwowierne. W tym pomieszczeniu 

nie ma ani jednej pluskwy.

Bolivar opuścił powłokę robota i wykonał parę przysiadów i skłonów, którym towarzyszyło skrzypienie kości.

- Po dłuższym czasie robi się tam ciasno - stwierdza. - Co dalej?

- Dobre pytanie, ale nie  przywodzi mi na myśl nic sensownego. Wiemy, że  są żywi, zdrowi i sprawiają wrogowi 

kłopoty.

- Może zostawili dla nas jakąś wiadomość lub ślad.

-  Można  sprawdzić,  ale  nie  sądzę. Wszystko  to  mogłoby  być  niebezpieczne  dla  nich.  Otwórz  flaszkę  Środka 

Dopingującego i nalej mi szklaneczkę, o ile ją znajdziesz w tym śmietniku. Ja muszę trochę pomyśleć.

Rozmyślałem intensywnie, ale z  nikłym rezultatem. Możliwe, że powodem była  nieco  przygnębiająca  atmosfera 

pomieszczenia.  Ściany  były  zgniłozielone.  Obrusy  na  nich  wiszące  fioletowobordowe,  a  połowę  pokoju  wypełniał 

obrzydliwy śmierdzący basen jakiegoś szarego błota. Bolivar udał się na obchód reszty apartamentów, ale gdy toaleta omal 

go nie wciągnęła, a zawartość kuchni przyprawiła go o równie twarzową zieleń co ta na ścianie, siadł bez  słowa i włączył 

telewizor. Większość programów okazała się niemożliwa do zrozumienia i obrzydliwa nad podziw.

Żaden  z  nas  nie  pomyślał,  że  telewizor  może  być  tu  komunikatorem,  dopóki  nie  zadzwoniono  i  scena 

bombardowania  bezbronnej planety znikła, ustępując  miejsca  fizjonomii GarBaja. Na  szczęście refleks di Grizów  działał. 

Bolivar przystanął za ekranem, a ja odwróciłem się dopiero po zapięciu kombinezonu.

-  Przykro  mi, że  muszę  ci przeszkodzić, Jeem, ale Rada zbiera  się  i chciałbym, abyś  wzięła  udział w  obradach. 

Posłaniec wskaże ci drogę.

-  Dobra,  dobra  -  mruknąłem  ku  blednącemu  odbiornikowi,  starając  się  wsadzić  ręce  we  właściwe  miejsca. 

Komunikator przy drzwiach wskazał gościa.

- Robot, zajmij się tym! Powiedz, że za chwilę będę gotowy i przynieś mój tren.

Gdy  wyszliśmy, potwór  przysłany  po  mnie  wytrzeszczał  z  tuzin  oczu  na  czułkach  na  nasz  widok.  Naprawdę 

wywarł na mnie wrażenie, jako że czułki miały z dobre trzy stopy.

- Pokazuj drogę - poleciłem słodko.

Ruszyłem jego śladem, moim zaś ruszył robot, trzymając końce mego przypiętego do ramion trenu. Ten wspaniały 

przyodziewek miał dobre  trzy jardy długości. Został wymyślony w  całości przeze  mnie, głównie jako pretekst, aby  stale 

mieć przy sobie Bolivara. Choć przyznaję, że względy psychologiczne też się liczyły. Była to wściekle błyszcząca purpura, 

ozdobiona  tu i tam złotymi gwiazdami i srebrnymi kometami oraz  różowym szlaczkiem. Na szczęście nie  musiałem na to 

patrzeć, ale współczułem Bolivarowi - on nie miał innego wyjścia.

Rada  z  miejsca  znalazła  się  pod  wrażeniem  mego  wyglądu, jeśli  uznać  ilość  cmoknięć  i  pomruków  za  wyraz 

aprobaty. Przeszedłem pomieszczenie dwa razy wokoło, zanim usiadłem na wyznaczonym miejscu.

-  Witamy  cudowną  Sleepery  Jeem  na  naszej  Radzie  Wojennej -  zamlaskał  Gar-Baj. -  Rzadko ta  sala  była  tak 

zaszczycona  cudowną  obecnością. Jeśli  wszyscy Gesh-tunken  są  podobni  do tej przedstawicielki, to wygramy  wojnę  za 

pomocą samego morale!

- Film! Film dla wojska! - zagulgotało coś czarnego i galaretowego i pojawili się filmowcy.

-  Pozwólmy  żołnierzom  cieszyć  się  wraz  z  nami  wspaniałym  widokiem  naszego  gościa.  Nie  mówiąc  już  o 

dodatkowych oddziałach, które niedługo zasilą nasze szeregi.

- Dobrze gada! Wspaniały pomysł!

Ze  wszystkich stron  rozległy się  okrzyki aplauzu, przy  akompaniamencie  wymachiwania  mackami, kleszczami, 

przyssawkami  i  innymi  kończynami.  Prawie  straciłem  ostatni  posiłek,  ale  rozdziawiłem  pysk  na  całą  szerokość,  aby 

pokazać,  jak  mi  przyjemnie.  Pojęcia  nie  mam,  jak  długo  by  to  trwało,  gdyby  nie  sekretarz,  walący  głośno  stalowym 

młotkiem w mosiężny dzwon.

- Szanowni zebrani, mamy parę nie cierpiących zwłoki spraw. Czy możemy przejść do obrad?

Odpowiedzią  były  wściekłe  krzyki  dość  obraźliwej  treści...  Sekretarzem  wstrząsnęło,  co  było  ciekawym 

widokiem, jako że z wyglądu przypominał żabę obrośniętą futrem, z mięsistym ogonem i czymś w rodzaju trąby na głowie. 

Należy jednak przyznać, że sprawnie przystąpił do rzeczy.

- Otwieram 4013 zebranie Rady Wojennej. Dziś na  porządku dziennym są następujące  sprawy: nowa organizacja 

wojsk desantowych, logistyczne plany inwazji, usprawnienie  zaopatrzenia  w  środki bojowe  oddziałów bombardujących i 

możliwości żywieniowe wysuniętych jednostek. Przed tym jednakże prosiłbym naszego nowego członka o parę słów, które 

będą transmitowane w naszych wieczornych wiadomościach. Prosimy, Sleepery Jeem.

Rozległa  się  salwa  wrzasków  -  tym  razem  aplauzu  i  widowiskowego  klepania  górnymi  kończynami,  które 

wziąłem za oklaski. Skłoniłem się do kamery i zacząłem:

- Drodzy moi - mokrzy, śluzowaci, wyłupiastoocy -  nie mogę wprost wyrazić, jaką przyjemność odczuwają moje 

dwa serca z powodu możliwości przebywania wśród was. Odkąd dowiedzieliśmy się, że są inni podobni do nas na świecie, 

nie mogliśmy się wprost doczekać spotkania z wami. Szczęśliwy traf  sprawił, że jestem tu dziś i mogę wam powiedzieć, że 

Harry Harrison -   Stalowy Szczur i piąta kolumna

14 / 43

background image

jesteśmy  z  wami,  zjednoczeni  w  wielkiej  sprawie  zniszczenia  suchych  w  naszej  galaktyce.  Jesteśmy  dumni  z  naszych 

bojowych  umiejętności  -  wykopałem  dziurę  w  mównicy,  przy  ogłuszającym  aplauzie.  -  Chcemy  je  oddać  do  waszej 

dyspozycji. Tak jak nakazała nasza królowa Engela Rdenrundt.

Usiadłem wśród nie milknącej owacji, mając  nadzieję, że  się  udało. Wydawało się, że nikt nie  zwrócił specjalnej 

uwagi na ostatnie zdanie - co prawda był to daleki strzał, ale jeśli Angelina miała szansę obejrzenia  mojego wystąpienia, to 

z  pewnością  rozpozna  imię  i  nazwisko, pod  którym spotkałem ją  po raz  pierwszy  parę  ładnych  lat  temu. To  był  daleki 

strzał, ale lepsze to niż nic.

Moje współpotwory nie były zbyt zadowolone z perspektywy zabrania  się  do roboty, ale sekretarz jakoś w  końcu 

ich do tego zmusił. Zapamiętałem co ważniejsze kwestie ich  planów, a  będąc  nowo przybyłym, nie  wtrącałem się do ich 

ustalania. Odezwałem się  tylko raz, spytany, ile  wojsk możemy dostarczyć  i podałem dane, które  ponownie  wprowadziły 

ich w euforię. Ciągnęło  się  to wszystko  zdecydowanie  zbyt długo i nie byłem osamotniony  w głośnym okazywaniu  swej 

radości, gdy sekretarz ogłosił koniec spotkania. Gar-Baj położył mi na  ramionach coś, co mogę  określić jako przyjacielską 

wypustkę.

- Dlaczego nie poszlibyśmy do mnie, słodka? Możemy się napić łyczek czy dwa wyciągu ze zgniłych jaj. Co ty na 

to?

-  Cudownie, ale  Sleepery  jest śpiąca  i musi odpocząć. Spotkamy się  jutro i to koniecznie. Nie  dzwoń  do mnie, 

sama zrobię to z przyjemnością.

Ruszyłem z kopyta  do kwatery, zanim zdążył odpowiedzieć, i z robotem następującym mi na  pięty, zatrzasnąłem 

drzwi szczęśliwy, że uciąłem prostackie zapędy tego trędowatego durnia.

Zanim  zdążyłem się  odwrócić, ładunek  miotacza  wypalił dziurę  obok  mojej nogi, a  ponury  głos warknął mi do 

ucha:

- Rusz się, a następny ładunek wyląduje wprost na twoim przegniłym łbie.

8

- Jestem bezbronna! - wrzasnąłem, zastanawiając się, skąd ja znam ten głos.

Bolivar był szybszy. Gdy robot stanął, góra odskoczyła i ukazała się jego głowa.

-  Cześć, James  -  zawołał radośnie. -  Co się  stało z twoim  gardłem? Poza  tym  bądź  łaskaw nie  strzelać  do  tego 

obrzydlistwa. Wewnątrz jest twój własny stary.

Zaryzykowałem  przesuniecie  głowy  i  zobaczyłem  Jamesa:  z  opuszczonym  miotaczem  i  szczęką.  Angelina, 

gustownie ubrana w futrzane bikini, wyszła z drugiego pokoju, wkładając do kabury swój miotacz.

- Wyłaź z tego natychmiast - poleciła. Bez  wahania  wyswobodziłem się z  objęć  plastiku, zanurzyć się  w  jej, co 

było zdecydowanie przyjemniejsze.

-  Yum -  westchnęła  po  długim  a  namiętnym  pocałunku, przerwanym wyłącznie  z  braku  tlenu. -  Dawno cię  nie 

widziałam.

- Ja ciebie też. Widzę, że dostałaś moją wiadomość.

-  Kiedy  ten  stwór  wymienił to  imię, wiedziałam, że  maczałeś w  tym palce.  Skąd miałam wiedzieć, że  siedzisz 

wewnątrz? Dlatego zjawiliśmy się z bronią.

- Dobra, jesteście teraz  tutaj i to się liczy - spojrzałem uważniej na  futrzane szaty Jamesa. - Widzę, że macie  tego 

samego krawca.

- Zabrali nasze rzeczy - chrapliwie oznajmił James.

- Czy ta szrama na twoim gardle ma cokolwiek wspólnego ze sposobem, w jaki mówisz?

- Dostałem przy ucieczce od tego, który nam sprezentował obecne stroje.

-  Bolivar, otwórz  szampana  z  naszej apteczki, jeśliś łaskaw. Powinniśmy  uczcić to  zjednoczenie, a twoja  matka, 

jak sądzę, będzie tak uprzejma i opowie nam, co się działo, odkąd ostatni raz ją widzieliśmy.

-  Niewiele  -  oświadczyła  machając  zawartością  kieliszka.  -  Połknął nas  jeden  z  ich  pancerników. Sądzę, że  to 

widziałeś?

- Jeden z najgorszych momentów w moim życiu.

-  Biedactwo.  Jak  możesz  sobie  wyobrazić,  czuliśmy  to  samo.  Strzelaliśmy  ze  wszystkich  dział,  ale  hangar 

wyłożony był collaporium i niewiele  to dało. Wstrzymaliśmy więc  ogień czekając na obcych, ale to też nic  nie  dało. Strop 

się opuścił i zgruchotał statek. Musieliśmy wyjść i wtedy nas rozbroili. Przynajmniej tak im się wydawało. Przypomniałam 

sobie twój pobyt na  Buradzie i numer z  zatrutymi paznokciami - zrobiliśmy to samo. Walczyliśmy, dopóki nie skończyły 

się  ładunki,  potem  zaciągnęli  nas  do  więzienia  czy  izby  tortur  -  nie  byliśmy  tam  wystarczająco  długo,  aby  się  tego 

dowiedzieć. Załatwiliśmy strażników i poszliśmy sobie - tam było niezbyt przyjemnie.

- Cudownie, ale to było parę dni temu. Jak się wam powodziło od tego czasu?

- Bardzo dobrze, dziękuję - przy pomocy tych tu Cill Airne.

Machnęła  ręką  i  pięciu  mężczyzn  wyskoczyło  z  sąsiedniego  pomieszczenia  wymachując  bronią.  Było  to  dość 

denerwujące, ale  stałem spokojnie widząc, że  na Angelinie nie  wywarło to większego wrażenia. Mieli bladą cerę  i długie 

czarne  włosy, ich  ubiór  składał  się  zaś  z  fragmentów  skór  obcych,  połączonych  ze  sobą  drutem.  Ich  topory  i  miecze 

wyglądały dość prymitywnie, ale ostro i użytecznie.

- Estas gvanda  plezvro renkonti vin - oświadczyłem, ale nie wykazali żadnych oznak zrozumienia. Spytałem więc 

Angelinę: - Jeśli nie znają esperanto, to jak się z nimi dogadałaś?

- Ich własnym językiem, nie jest trudny. Dpo gheobhai gaii dearmand taisco gach seoid - dodała.

Skinęli potakująco, schowali broń i wydali przenikliwy i przejmujący okrzyk wojenny.

- Chyba się lubicie - mruknąłem.

-  Powiedziałam  im,  że  jesteś  moim  mężem  i  że  przybyłeś  tu,  aby  zniszczyć  naszych  wspólnych  wrogów  i 

poprowadzić nas do zwycięstwa.

- Prawda - przytaknąłem potrząsając złączonymi dłońmi, na co odpowiedzieli nowym okrzykiem. - Bolivar, podaj 

no, chłopcze, coś konkretnego dla naszych sprzymierzeńców, a twoja mamusia będzie uprzejma powiedzieć mi, co tu się, u 

diabła, wyprawia.

- Nie jestem pewna  szczegółów - oznajmiła  upijając  szampana. - Nie  znam zbyt dobrze ich języka i całej reszty. 

Wydają  się  oryginalnymi  mieszkańcami  tej planety  lub  jej  pierwszymi  kolonistami,  najwyraźniej następna  zapomniana 

kolonia, bo bez wątpienia  są ludźmi. Nieźle im się działo, dopóki nie przybyli obcy - obustronna nienawiść  od pierwszego 

Harry Harrison -   Stalowy Szczur i piąta kolumna

15 / 43

background image

wejrzenia. Walczyli z nimi od początku i robią to nadal. Obcy zrobili, co mogli, aby ich wykluczyć, niszcząc powierzchnię 

planety  i pokrywając ją  stalą. Nie  poskutkowało. Ludzie spenetrowali ich budowle  i dotąd żyją  w fundamentach, pustych 

pomieszczeniach i podwójnych ścianach.

- Stalowe Szczury! - ucieszyłem się. - Moja sympatia do nich wzrasta coraz bardziej.

- Wiedziałam, ze tak będzie. Po ucieczce z tego pomieszczenia, o którym ci mówiłam, biegliśmy korytarzem, nie 

bardzo wiedząc dokąd, gdy otworzyły się drzwi w podłodze i oni wyskoczyli machając rękami, abyśmy szli za nimi. Wtedy 

właśnie napatoczył się strażnik, którego James załatwił. Cill Airne docenili to w pełni wyprawiając go na nasze ubrania. To 

wszystko, co się wydarzyło. Odtąd ukrywaliśmy się razem z  nimi, a  w wolnych chwilach planowaliśmy porwanie jednego 

ze statków i uwolnienie admirałów.

- Wiesz, gdzie są?

- Oczywiście. Niedaleko stąd.

-  Potrzebujemy  planu,  a  ja  potrzebuję  porządnego  odpoczynku.  Proponuję  się  przespać,  a  do  bitwy  przystąpić 

rano.

- Nie ma na to czasu, a poza tym wiem, co ci się widzi w tym twoim robaczywym umyśle. Idziemy się bić!

- Zgoda - westchnąłem. - Co dalej?

Zdecydowano za  nas, gdyż drzwi otwarły się  gwałtownie  i do środka wpadł mój rozamorowany Gar-Baj. Musiał 

być nastawiony kochliwie, jeśli u nich różowa koszulka oznaczała to samo co u nas, i dlatego miał zdrowo stępiony refleks.

- Jeem, kochanie... dlaczego stoisz bez ruchu? Aw-wrrruk! - to ostatnie dodał, gdy trafił go pierwszy topór.

Nastąpiła krótka walka, którą rzecz jasna przegrał, ale za późno; gdy się zaczęła, nie był w całości w pokoju. Jego 

ogon  skorzystał z  tego, bez  wątpienia  obdarzony  swoim własnym rozumem, gdy  jeden  z  ciosów  go  odrąbał. Bezczelne 

stworzenie ruszyło z kopyta wzdłuż korytarza.

- Lepiej wykonajmy odwrót - oświadczyłem.

- Do tunelu - zarządziła Angelina.

- Zmieszczę się w tym kombinezonie?

- Nie.

- To powstrzymajcie się z odwrotem - stwierdziłem, myśląc głęboko. - Mam nadzieję, Angelino, że znasz drogę w 

tym labiryncie?

- Znam.

-  Ślicznie.  Bolivar,  masz  okazję  rozprostować  nogi.  Wyłaź  z  robota  i  objaśnij  matce  zasady  poruszania  tą 

konserwą. Obaj pójdziecie razem z nimi, spotkamy się gdziekolwiek. James, uzgodnij to z matką.

-  Co  za  przewidywanie  -  mruknęła  Angelina.  -  Nogi  mnie  bolą  już  od  paru  dni.  James,  spotkamy  się  w 

przejściowej rotundzie. Aha, i najlepiej wytnijcie z tego tu trochę mięsa, tym bardziej że na obiad przyjdzie paru gości.

Że co? - zdziwiłem się.

Admirałowie. Z całym arsenałem, jaki sprowadziłeś  tutaj, spokojnie  możemy  ich uwolnić, a  nie  widzę  powodu, 

dla którego mielibyśmy być potem głodni.

Zrozumienie było całkowite i błyskawiczne, co w  rodzinie  Di Griz  jest regułą, a  tubylcy musieli się  tego dawno 

uczyć,  prowadząc  nieustającą  wojnę. Maty  podłogowe  zsunięto  odkrywając  następne  klapy  w  podłodze. Moja  opinia  o 

przeciwnikach spadła  o kilka stopni - nie byli zbyt dobrzy, skoro pozwalali, aby takie  rzeczy działy się pod ich nosem czy 

wypustką  węchową,  czort  wie,  jak  to  się  nazywa.  Bolivar  i  James  poszli  razem  z  naszymi  sprzymierzeńcami  wśród 

głośnych okrzyków wojennych.

- Scadan! Scadan! - (cokolwiek to znaczy).

-  Faktycznie  trochę  tu ciasno - Angelina wsunęła  się  wnętrza  robota. - Mamy  możliwość porozumiewania przez 

kierunkowy obwód?

- Mamy - kanał trzynasty, przełącznik obok prawej dłoni.

- Mam - oznajmiła, po czym jej głos zabrzmiał w  moim uchu: - Prowadź. Jak będzie potrzeba, powiem ci, gdzie 

masz iść.

Wymaszerowałem  na  korytarz  z  robotem  najeżdżającym  mi  na  ogon,  zamykając  drzwi  potężnym  kopniakiem, 

póki nie wklinowały się w metalowe framugi. Zawsze to trochę opóźni pościg.

Ruszyliśmy przed siebie.

Była  to  długa  i  prawdę  powiedziawszy,  nużąca  podróż.  Obcy  nie  byli  zbyt  dobrymi  architektami.  Budowle 

przeplatały  się  ze  sobą,  zupełnie  jakby  dobudowywano  nowe,  nie  patrząc  na  poprzednie.  Przed  chwilą  byliśmy  w 

opuszczonym i przerdzewiałym korytarzu, a zaraz potem przecięliśmy wznoszące się metalowe pole, lśniące od świeżości. 

Niektóre korytarze były najwyraźniej używane jako odpływniki - pokonywaliśmy je biegnąc. Mijaliśmy magazyny, fabryki 

i  lokale,  których  zastosowania  nie  podejmowałem  się  zgadnąć.  W  jednej  z  fabryk  pracowały  stwory  przypominające 

rozkładające  się  aligatory  -  coś  z  tysiąc  tych  przyjemniaczków  zajmowało się  nitowaniem  blach. Wszędzie, ilekroć  się 

pojawiliśmy, potwory pozdrawiały nas w  esperanto i za  każdym razem witały wielką owacją. Pięknie -  kląłem pod nosem 

odmachując pozdrowienia.

- Zaczyna mnie to męczyć - zwierzyłem się Angelinie.

- Odwagi, już prawie jesteśmy. Jeszcze z trzy mile.

W końcu przed nami pojawiła się zamknięta i odrutowana na szczycie brama, pilnowana przez stwory, mające coś, 

co wyglądało na samopały laserowe sprzed paru stuleci. Oczywiście na mój widok podniosły ogłuszającą wrzawę.

- Jeem, Jeem! Niech żyje Geshtunken! Witamy! - krzyczały. Uniosłem łapy i poczekałem, aż się uspokoją.

-  Dziękuję!  -  wrzasnąłem. -  To  wielka  przyjemność  służyć  z  kimś  takim jak  wy, dzieci zakazanego  świata  pod 

rozkładającym  się  słońcem. -  Wrzawa  dowodziła,  że  dzieci  są  zachwycone  i  domagają  się  więcej.  –  Podczas  mego  tu 

pobytu widziałem stworzenia, które pełzają, skaczą i chodzą, ale muszę  przyznać, że  jesteście  najlepsi z  nich wszystkich. 

My  na  Geshtunken widzieliśmy  tylko kilku  blado-suchych, których  zabiliśmy od ręki. Rozumiem, że  macie  tu ich cały 

ładunek. Czy to prawda?

- W samej rzeczy, Jeem - odparł jeden. Teraz dopiero zauważyłem, że  ma złotą  kometę po bokach kasku, co bez 

wątpienia oznaczać miało jakąś tam rangę.

- Wspaniała nowina - oznajmiłem. - Są tutaj?

-Są.

Harry Harrison -   Stalowy Szczur i piąta kolumna

16 / 43

background image

- Nie macie jakiegoś, który nie jest niezbędny, aby można go było rozerwać lub zjeść?

- Gdyby to ode  mnie  zależało, dałbym któregoś  komuś tak znanemu jak ty, ale  niestety, wszyscy są  potrzebni w 

celach wywiadowczych. Poza tym lista ochotników do uśmiercania jest już pełna - same szarże.

- Bardzo źle. Jest jakaś szansa, abym mógł ich obejrzeć?

-  Nikt  nie  może  tam  wejść  bez  upoważnienia,  ale  przesuń  oko  albo  dwa  między  kratami,  to  obejrzysz  ich 

wszystkich.

Jedno  oko  miałem  na  szypułce  -  była  w  nim kamera  tv. Zrobiłem,  jak  mi  powiedział, dostrajając  jednocześnie 

ostrość. Oni, czyli obiekty mego zainteresowania, leżeli na dziedzińcu lub gadali w małych grupach - brudni, obrośnięci, w 

strzępach mundurów. Mogli być admirałami, ale i tak zrobiło mi się ich żal - nawet admirałowie byli kiedyś ludźmi.

-  Serdeczne  dzięki  -  odparłem  chowając  szypułkę.  -  Będę  o  tobie  pamiętał  w  moim  wystąpieniu  na  Radzie 

Wojennej.

Pomachałem  odchodząc,  oni  pomachali  do  mnie  i  zrobiło  się  nagle  sielsko  -  jakby  eksplodowała  kolonia 

ośmiornic.

- Jestem załamany - zwierzyłem się żonie. - Jeśli jest tu niższy poziom, to dostaniemy się do nich od dołu.

- Geniuszu, nie przejmuj się, tak się do nich nie dostaniemy.

-  Geniuszu -  powiedziałem, kładąc z uczuciem łapę  na  obudowie. - Tak  właśnie  zrobimy, i  coś mi się  zdaje, że 

przed nami są schody, ale skąd będziemy wiedzieć, kiedy staniemy we właściwym miejscu?

-  Stąd,  że  zostawiłam  tam  nadajnik  ultradźwiękowy,  gdy  wygłaszałeś  swoje  polityczne  przemówienie  do  tych 

robali.

- Oczywiście, gdyby był to ktoś inny, zapadłbym się pod ziemię ze wstydu, a tak mogę pogratulować sobie, mając 

taką żonę.

- Następnym razem postaraj się, aby to nie brzmiało tak dumnie. Zupełnie jakby... było twoją zasługą.

- Spokojnie, zaczynasz być przewrażliwiona.

Zjechaliśmy  pokrytą  śluzem i śmieciami klatką schodową  w całkowitą  ciemność. Angelina  włączyła reflektory i 

ujrzeliśmy przed sobą metalowe drzwi.

- Spalić je? - spytała, wysuwając się z obudowy.

- Nie  - zrobiłem się podejrzliwy. - Spróbuj swoich detektorów i zobaczymy, czy za  tym metalem toczy się  jakieś 

elektroniczne życie.

- Aktywnie - oświadczyła po chwili - co najmniej tuzin alarmów. Zneutralizować?

-  Szkoda  wysiłku  -  sprawdź  tę  ścianę.  Powinna  być  czysta.  Była.  Toteż  przeszliśmy  przez  nią.  Ci  obcy  byli 

faktycznie naiwni. Znaleźliśmy się w magazynie, z którego przeszliśmy do pomieszczenia, które miały chronić owe drzwi. 

Operacja prosta nawet dla początkującego włamywacza - znowu straciłem trochę wiarę w inteligencję przeciwnika.

- Więc dlatego nie chcieli, aby ktoś się tu dostał - westchnęła Angelina, omiatając salę reflektorem.

- Miejski skarbiec - mruknąłem - musimy tu wpaść przy okazji.

Góry  monet  piętrzyły  się  ze  wszystkich  stron,  złoto,  platynowe  sztaby  jako  przerywnik,  do  tego  szlifowane 

diamenty  i  inne  kamienie.  Wystarczająca  ilość,  aby  zbudować  z  nich  bank,  a  co  dopiero  otworzyć  jakiś.  Zaczynałem 

odczuwać kompleks mniejszości - w  życiu nie  widziałem tyle  gotówki, nie  mówiąc  o jej kradzieży i w  dodatku nikt tego 

nie pilnował. Kopnąłem w najbliższą stertę - posypał się deszcz monet.

- Wiem, że to ci pomogło - łagodnie powiedziała Angelina. - Ale powinniśmy chyba zająć się pracą.

-  Oczywiście  -  zgodziłem  się  z  nią. Przeszliśmy  przez  skarbiec,  przebiliśmy  się  przez  parę  następnych  ścian  i 

drzwi, osiągając w końcu miejsce, nad którym był nadajnik.

- Brama powinna być tutaj - mruknąłem mierząc krokami odległość. - Tu były jakieś śmieci, więc zaczynając stąd, 

będziemy osłonięci w razie czego. Świder udarowy gotów?

- Warczy i brzęczy.

- No to zaczynamy.

Ramię  ze  świdrem wysunęło  się  w  górę  i zagłębiło  w  zardzewiały  metal. Angelina  wyłączyła  reflektor,  a  gdy 

wyjęła świder, z góry spłynął promień światła słonecznego. Czekaliśmy w napięciu, ale nie było żadnego alarmu.

- Czekaj, wysunę kamerę.

Wspiąłem się na palce i czubek ogona, aż udało mi się wysunąć oko z kamerą przez  otwór. Okręciłem je  o trzysta 

sześćdziesiąt stopni i schowałem.

- Wspaniale. Śmiecie naokoło, nikogo w pobliżu, żadnej straży w zasięgu wzroku. Podaj mi dezintegrator.

Wylazłem z kombinezonu, wspiąłem się  na jego barki, skąd z  łatwością mogłem sięgnąć sufitu i zabrałem się do 

roboty. To bardzo przyjemne narzędzie ten dezintegrator, cechuje go możliwość  niwelacji wiązań międzycząsteczkowych, 

co  prowadzi do zamiany praktycznie każdego materiału w szary pyłek. Wyciąłem spory otwór, starając  się  nie kichnąć  w 

tumanie pyłu, po czym podałem wycięty dysk Angelinie i wystawiłem głowę przez otwór na zewnątrz. Wszystko zgodnie z 

planem - nikt na mnie nie patrzył, niedaleko zaś siedział admirał ze  szklanym okiem. Obraz  nędzy i rozpaczy. Wysunąłem 

się jeszcze kawałek.

- Psst, admirale - syknąłem.

Odwrócił się, a jego zdrowe oko rozszerzyło się ze zdumienia.

- Proszę głośno nie mówić, jestem tu, aby was uratować. Jasne? Proszę tylko skinąć głową.

Tyle o dzielnym admirale - nie dość, że  nie  skinął głową, to w dodatku skoczył na równe nogi i wrzasnął ile sił w 

płucach:

- Straż! Pomocy! Jesteśmy uwalniani!!!

Nie  oczekiwałem zbytniej  wdzięczności, szczególnie  od  wyższego  oficera, ale  to  było  doprawdy  zaskakujące. 

Przelecieć  tysiące  lat  świetlnych,  pokonując  niebezpieczeństwa  i  wrogów  zbyt  licznych,  aby  ich  wymieniać, ścierpieć 

lubieżne  zapędy  Gar-Baja,  i teraz  ratować  bandę  starych  ramoli  tylko  po  to, aby oni,  ledwie  się  o  tym dowiedziawszy, 

starali się oddać człowieka w łapy wroga. Za dużo tego dobrego jak na mnie!

Nie żebym wiele  więcej oczekiwał, ale  zawsze  to przykre, gdy się  człowiek utwierdza w pesymizmie. Miałem w 

dłoni  pistolet  igłowy,  oczekując  problemów  ze  strony  strażników,  spodziewając  się  lekkich  także  ze  strony  więźniów. 

Przestawiłem broń  z trucizny na  sen, co  było  sporym wysiłkiem z mojej strony  i wsadziłem trepowi stalową  igłę w  kark. 

Harry Harrison -   Stalowy Szczur i piąta kolumna

17 / 43

background image

Osunął się, malowniczo wyciągając ku mnie ramiona, jakby w ostatnim wysiłku chciał złapać swego oswobodziciela. Brr! 

Zamarłem, widząc, co znajduje się na jego nadgarstkach.

- Co się dzieje? - zaszeptała z dołu Angelina.

- Nic dobrego - odszepnąłem. - Całkowita cisza.

Wolno  wycofałem  się  tak,  że  tylko  oczy  pozostały  w  otworze  otoczonym  połamanymi  meblami,  różnymi 

opakowaniami i innym śmieciem, zastanawiając  się, czy straż  coś usłyszała i obserwując zbliżających  się  paru dziadków 

przyglądających się leżącemu kumplowi.

- Co mu się stało? - spytał jeden głos. - Słyszałeś, co on krzyczał?

-  Nie  bardzo,  wyłączyłem  wzmacniacz,  aby  oszczędzać  akumulator.  Coś  jakby  Sfton  Gnory,  Łesemy 

Oknaronliami.

- To bez sensu. Może krzyczał coś w ojczystym języku?

- Chyba nie. Stary Schimrasch pochodzi z Deshnik, a to nic po ichniemu nie znaczy.

- Przewrócę go na plecy i zobaczę, czy jeszcze oddycha.

Zrobili  to  i  skinąłem  zadowolony  głową  widząc,  jak  igła  wypada  z  karku. Dowody  zostały  usunięte, a  zatem 

miałem parę  godzin  spokoju, zanim stary dojdzie  do siebie  i rozpowie, co mu  się  przytrafiło. A to było wszystko, czego 

potrzebowałem - plan rodził się już w mojej głowie.

Pochyliłem  się,  biorąc  podany  Angelinie  przed  chwilą  stalowy  dysk,  przesmarowałem  brzegi  lepikiem 

trzymającym mocniej niż cement i wtłoczyłem go z powrotem na  miejsce. Trzasnęło, gdy klej łączył się z otoczeniem i po 

chwili  podłoga  na  górze  i  sufit  na  dole  były  równie  nierozerwalną  całością,  jak  przed  rozpoczęciem  moich  ćwiczeń. 

Zlazłem na dół i westchnąłem ciężko.

- Angelino, bądź tak dobra, zapal jakieś światło i otwórz butelkę, najlepiej whisky, jeśli jest w apteczce.

Światło rozbłysło i rozległ się dźwięk przestawianych butelek, po czym cierpliwa Angelina poczekała, aż  odejmę 

pustą szklaneczkę od ust.

- Nie sądzisz, że już najwyższa pora, abyś wtajemniczył swą kochającą żonę w to, co się tam wyprawia?

-  Wybacz  mi,  światło  mego  życia,  ale  właśnie  przeżyłem  szok.  Gdy  chciałem  porozumieć  się  z  najbliższym 

admirałem - uśmiechnąłem się słabo - zerknął na mnie i poleciał po straż. Zastrzeliłem go.

- Jeden mniej do uratowania - stwierdziła z satysfakcją.

- Nie całkiem, uśpiłem go. Nikt dokładnie nie usłyszał, co wołał, toteż wymknąłem się chyłkiem i zatkałem otwór, 

ale nie to mnie zmartwiło.

- Wiem, że nie jesteś pijany, ale nie mówisz zbyt rozsądnie.

-  Przepraszam,  ale  to  ten  admirał.  Gdy  upadł,  zobaczyłem  jego  ręce,  wokół  nadgarstków  miał  ślady  jakby 

sznurów.

- I co? - Była zaskoczona, po czym nagle zbladła. - Nie, to nie może być to!

Przytaknąłem powoli stwierdzając, że nie mogę się uśmiechnąć.

- Szarzy, ich rękodzieło rozpoznam zawsze i wszędzie.

Szarzy ludzie - samo myślenie o nich powodowało, że coś zimnego lało mi się po plecach. Jestem dość odważny i 

wytrzymały  na  zagrożenia  stwarzane  przez  życie  co  do  kwestii  fizycznych,  lecz  podobnie  jak  większość  ludzi, 

bezpośrednie  ataki na szare komórki przyjmuję  dość niechętnie. Umysł nie ma żadnej obrony, gdy impulsy płynące z ciała 

zostaną  odłączone. Wystarczy  królikowi doświadczalnemu  wszczepić  elektrodę  w  ośrodek  rozkoszy i  trzymać  włączony 

prąd, a zwierzę - czy z głodu, czy z pragnienia - umrze szczęśliwe.

Parę  ładnych  lat  temu,  gdy  zajmowałem  się  kwestią  międzyplanetarnych  inwazji,  miałem  wątpliwy  zaszczyt 

wystąpić  w  roli  królika doświadczalnego.  Zostałem schwytany, potem zresztą  uwolniony, ale  tymczasem widziałem, jak 

odrąbano mi dłonie w przegubach. Straciłem przytomność, a gdy ją  odzyskałem, zobaczyłem, że przyszyto mi obie dłonie. 

Szramy były akurat dokładnie takie same, jakie dostrzegłem na rękach owego admirała.

Tyle  że  nikt nigdy nie  odciął mi dłoni -  scena ta  została  umieszczona  bezpośrednio  w moim umyśle. Jednak  dla 

mnie to się zdarzyło i było jedną z najgorszych rzeczy, jakie przytrafiły mi się w życiu.

- Oni muszą tu być  - stwierdziłem. - Współpracują  z obcymi. Nic  dziwnego, że admirałowie nie  dość, że  mówią 

wszystko, o co ich się pyta, to jeszcze wykazują inicjatywę we  współpracy. Przez  prawie całe życie przebywali w świecie 

głupoty i rozkazów doprowadzonych do absurdu. Są idealnym celem dla kuracji, jaką im zaaplikowano.

-  Musisz  mieć  rację  -  tylko  jak  to  możliwe?  Obcy  nienawidzą  wszystkich  ludzi  bez  wyjątków,  nie 

współpracowaliby z żadnym z nich. Szarzy są obrzydliwi, ale są ludźmi.

Ledwie to powiedziała, a rozwiązanie  pojawiło się przed moimi oczami jasne  i czyste. Uśmiechnąłem się, łapiąc 

ją w ramiona i całując, co podobało się nam obojgu. Odsunąłem ją później na długość  ramienia, gdyż  zbytnia jej bliskość 

zawsze powodowała dziwny zwrot w moim umyśle.

-  Posłuchaj, kotku. Sądzę, że  widzę  rozwiązanie  tego  bałaganu. Detale  nie  są  zbyt ważne, ale  wiem, co  trzeba 

zrobić. Możesz  tu sprowadzić  chłopców  i parunastu  Cill Airne, po  czym przebić  się  przez  podłogę, zlikwidować  straże, 

uśpić admirałów i wynieść ich w pobliże kosmodromu?

- Mogę się postarać, ale to nie będzie łatwe. Jak się stąd wydostaniemy?

-  Tym ja  się  zajmę. Jeśli dokładnie  wszędzie  będzie  zamieszanie  i nikt  nie  będzie  wiedział, co się  dzieje, kogo 

gonić, a kogo słuchać - czy to nie pomoże?

- Z pewnością uprości sprawę. Co zamierzasz?

- Gdybym ci powiedział, mogłabyś uznać to za zbyt niebezpieczne i przekonać mnie, że tak jest. Powiedzmy, że to 

musi zostać  zrobione,  a  ja  jestem  jedynym, który  może  się  tym zająć. Idź  po  aliantów,  a  ja  włażę  w  kombinezon.  Jak 

zacznie  się  ogólny  bajzel  -  ruszaj.  Wrócę  do  mojej  kwatery  tak  szybko,  jak  będę  mógł.  Niech  czeka  tam  na  mnie 

przewodnik. Tylko upewnij się, czy będzie wiedział, na co czeka i żeby sterczał tam nie  dłużej niż godzinę od rozpoczęcia 

zamieszania. Powinienem być tam grubo wcześniej, ale jeśliby coś się skomplikowało, to niech się zgłosi do ciebie. Wiesz, 

że umiem się o siebie troszczyć, a nie możemy wszystkiego zarywać dla jednej osoby. Gdy on wróci, ze mną czy beze mnie 

- ruszajcie  na kosmodrom, złapcie statek, co nie  powinno być zbyt trudne, jeśli uda  się  to, co planuję, wyrywajcie stąd na 

pełnym ciągu.

- Czekam na ciebie - ucałowała mnie, ale nie wyglądała na zbyt szczęśliwą. - Nie powiesz mi, co chcesz zrobić?

Harry Harrison -   Stalowy Szczur i piąta kolumna

18 / 43

background image

- Masz na  mnie  destrukcyjny wpływ, mógłbym się rozmyślić, tym bardziej że samemu mi się  to niezbyt podoba. 

Muszę zrobić trzy rzeczy: znaleźć szarych, oddać ich naszym przyjaciołom i wydostać się z tego.

- Dokonasz tego, tylko uważaj, żebyś gdzieś nie przedobrzył, szczególnie na końcu.

Przebraliśmy  się  w  kombinezony  i  wsparci  na  duchu  wymianą  poglądów,  podążyliśmy  każde  w  swoją  stronę. 

Sądziłem, że znam drogę, ale okazało się to całkowitym złudzeniem. Idąc gdzieś na skróty, wlazłem na jakąś przerdzewiałą 

płytę i  znalazłem się  w  podskórnym  bagnie, z  którego wylazłem  z  wielkim trudem, znajdując  przejście  za jakąś stalową 

przegrodą.  Utorowałem  sobie  drogę,  wypuszczając  spod  ogona  granat,  który  przymocowałem  do  przeszkody  celnym 

ruchem  ogona, po  czym  przedostałem się  przez  dymiący  otwór  na  światło  dzienne.  Zaraz  ujrzałem  oficera  z  patrolem 

potworków zbliżającego się, aby sprawdzić co to za hałasy.

-  Pomocy!  -  jęknąłem,  chwiejąc  się  na  nogach.  Na  szczęście  oficer  był  także  wielbicielem  popołudniowych 

audycji tv.

- Słodka Sleepery, co się stało? - wrzasnął uczuciowo, pokazując jakieś pięć tysięcy zepsutych zębów i jard albo 

dwa różowego gardła.

-  Zdrada!  -  wrzasnąłem  jeszcze  głośniej.  -  Wyślij  wiadomość  do  swego  dowódcy,  aby  zwołał  nadzwyczajne 

posiedzenie Rady Wojennej. I zabierz mnie stąd natychmiast.

Zajął się wszystkim równocześnie. Złapali mnie w pięćdziesiąt macek, czułków, łap i innych podobnych odnóży i 

pognali niosąc w objęciach. Ułatwiało to podróż, a poza tym był to mile widziany odpoczynek, toteż nie protestowałem. W 

końcu postawili mnie na podłodze przed salą Rady.

- Jesteście wspaniali - oznajmiłem im. - Nigdy was nie zapomnę.

Odpowiedzią  był zgodny wrzask  radości i mniej  zgodne  tupanie. Pogalopowałem do  środka  wrzeszcząc  na  całe 

gardło.

- Zdrada! Oszustwo! Fałsz!

-  Zajmij  swoje  miejsce  i  wyjaśnij  sprawę  we  właściwy  sposób,  gdy  posiedzenie  zostanie  należycie  otwarte  - 

przerwał mi sekretarz.

Na  szczęście  stwór  przypominający  różowego  wieloryba  w  ostatnim  stadium  owrzodzenia  był  bardziej 

współczujący.

- Wyglądasz na wzburzoną, droga Jeem. Słyszeliśmy, że  coś dziwnego stało się  w twojej kwaterze, ale wszystko, 

co znaleźliśmy z szacownego Gar-Baja, to jego ogon, który nie był w stanie wiele nam powiedzieć. Mogłabyś to wyjaśnić?

- Mogę i wyjaśnię, jeżeli tylko sekretarz da mi dojść do głosu.

- Och, załatwmy to wreszcie  - sapnął ten ostatni ze  zniechęceniem, z każdą  chwilą  wyglądając na  coraz  bardziej 

zdenerwowaną żabę. - Spotkanie zwołane przez Sleepery Jeem, która ma głos w jakiejś nader istotnej sprawie.

-  Najpierw  muszę  wyjaśnić, że  my,  Geshtunken,  mamy  parę  możliwości,  nie  wspominając  o  nadzwyczajnym 

seksapilu - zwróciłem się  do słuchającej Rady, która oświadczenie to przyjęła owacją gwizdów i mlaśnięć. - Dziękuję. Do 

rzeczy: mój zmysł węchu naprowadził mnie na to, że coś tu jest nie tak. Wąchałam na prawo i lewo i w końcu wywąchałem 

ludzi!

Poprzez okrzyki zgrozy i oburzenia usłyszałem:

- Cill Airne!

Skwitowałem to lekceważącym machnięciem:

- Nie Cill Airne, tych wyczułem od razu, to są myszy, którymi zajmują się oddziały pomocnicze. Mam na myśli to, 

że ludzie są tutaj, wśród nas! Zostaliśmy spenetrowani!

Wstrząsnęło  nimi  lepiej, niż  się  spodziewałem. Poczekałem  spokojnie, aż  uniesienie  minie,  po  czym uniosłem 

łapy prosząc o ciszę. Miałem ją  prawie natychmiast. Każde oko - czerwone, zielone, białe, normalne  czy na  wypustkach, 

duże, małe czy wyłupiaste, wpatrywało się we mnie.

-  Tak, ludzie są  wśród nas i robią  wszystko, aby  przeszkodzić nam w  świętej misji. Mam zamiar  pokazać  wam 

jednego i to natychmiast!

Serwomechanizmy  cichutko  zabrzęczały,  gdy  skoczyłem  z  przysiadu,  lecąc  około  dwudziestu  jardów  niezłym 

stylem  i  lądując,  z  dużym  trzaskiem  rozbijanych  mebli  i  szarpnięciem  amortyzatorów  na  stole  prezydialnym.  Ledwie 

wylądowałem, a już trzymałem w łapie wyrywającego się i wrzeszczącego sekretarza, wymachując nim nad głową.

- Zgłupiałeś!? Puszczaj mnie natychmiast! Nie jestem bardziej człowiekiem niż ty!

To  mnie  do reszty przekonało -  jak dotąd  były  to  jedynie przypuszczenia. Oni tu byli - tego już byłem pewny, a 

jedynym stworzeniem o  czterech  kończynach  poza mną  był  on. Był  ponadto  w stanie  wpływać  na  różnorodne  decyzje  i 

miał dojście  do wszystkich informacji. Poza tym był jedynym pedantem postępującym według zwyczajów urzędniczych w 

tym całym towarzystwie. Rycząc z radości wbiłem mu pazury drugiej łapy w gardło.

Trysnęło jakąś ciemną cieczą, sekretarz zaś zaczął ryczeć jak zarzynane prosię.

Omal  nie  przerwałem  jatki, takie  to  było realistyczne. Nie  miałem jednak  wyboru,  i tak  omal  nie  urwałem  łba 

sekretarzowi na  oczach całej Rady. Jeśli była to pomyłka, to nie  mogłem liczyć na  wdzięczność, pozostawało więc tylko 

jedno. Urwać mu ten łeb do końca.

Nastąpiła  ogólna  cisza,  gdy  głowa  sekretarza  poturlała  się  po  podłodze,  po  czym  zewsząd  rozległy  się 

westchnienia.

Wewnątrz odgłowionego korpusu znajdowała się druga głowa.

Blada i wykrzywiona wściekle twarz człowieka!

Rada  wychodziła  z  szoku, ale  on  w  nim już  nie  był  -  wyciągnął  zza  pazuchy  broń, czekałem właśnie  na  coś 

takiego. Wydaje mi się, że trochę mu nadwerężyłem ścięgna. Nie byłem tak szybki, gdy złapał mikrofon wykrzykując  coś 

w obcym języku. Nie byłem, bo właśnie chciałem, aby to zrobił. Dałem mu wystarczająco dużo czasu, aby zdołał podnieść 

alarm, po czym  odebrałem  mu mikrofon. Kopnął  mnie  złośliwie  w  brzuch, co spowodowało, że  go puściłem i  zwinięty 

wpół na podłodze patrzyłem, jak znika w zamaskowanych w podłodze drzwiach.

- Nie przejmujcie się mną! - jęknąłem opędzając się od prób pomocy. - I tak zaraz umrę. Pomścijcie mnie!

Ogłoście alarm i złapcie go i resztę! Nie pozwólcie nikomu uciec.

Zrobili grzecznie, co kazałem, i to tak energicznie, że musiałem odturlać się pod ścianę, aby mnie  nie stratowali. 

Pozwijałem  się  w  agonii  na  użytek  spóźnialskich,  po  czym  znieruchomiałem  i  zerknąłem  na  świat  przez  na  wpół 

przymknięte oko. Pusto - wszyscy pognali łapać, co się dało.

Harry Harrison -   Stalowy Szczur i piąta kolumna

19 / 43

background image

Zerwałem się na równe nogi i ruszyłem śladem sekretarza.

Profilaktycznie  w  czasie  szamotaniny  przypiąłem  mu  do  futra  generator  neutrino.  Neutrino  jako  takie  ma 

minimalne problemy przy przenikaniu przez całą planetę. Metal tego miasta był dla niego przeszkodą, o której nie warto w 

ogóle  wspominać. Nie  warto  też  wspominać, że  miałem  wykrywacz  w  kombinezonie. Zawsze  mówiłem:  nie  ma  to  jak 

szeroko rozwinięta profilaktyka.

Fosforyzująca  igła  wskazywała  drogę.  Byłem mocno  ciekaw, co  oni tu  robią  i  miałem nadzieję, że  zdołam  coś 

wymyślić, aby dowiedzieć się, gdzie jest ich planeta. Imć sekretarz był moim przewodnikiem.

Gdy  zobaczyłem  z  przodu  światło,  zwolniłem,  po  czym  dyskretnie  wyjrzałem  zza  muru.  Olbrzymia  jaskinia 

wypełniona  była  w  całości  korpusem  ich  statku,  do  którego  ze  wszystkich  stron  zbiegali  się  współplemieńcy  mojego 

przewodnika. Niektórzy w  kombinezonach, inni w ich fragmentach  lub normalnych strojach. Szczury  opuszczają  tonący 

okręt. Zamieszanie na planecie musiało sięgnąć szczytu, czyli wszystko przebiegało zgodnie z planem.

Przyznaję,  że  mnie  zaskoczyli.  Liczyłem  na  odkrycie  ich  kryjówki,  a  nie  statku,  i  to  w  sytuacji,  w  której 

wykonywali odwrót strategiczny na  pełną  skalę. Istniały rzecz jasna  sposoby i sposobiki, aby ich wyśledzić -  wystarczyło 

przyczepić  im do  burty urządzenie  w stylu kosmicznej  pluskwy, tyle  że  akurat nie  miałem żadnego –  najlżejsze  ważyło 

dziewięćdziesiąt  kilogramów  i miało  objętość  dziesięciolitrowego  wiadra. Okazja  była  zbyt dobra, aby ją  przegapić, ale 

zanim zdołałem pomyśleć, co by tu zrobić, na łeb spadła mi metalowa sieć, a od tych przyjemniaczków aż się zaroiło.

Dawałem sobie  wcale dobrze  radę  mimo sieci, zdaje  się, że dwóch czy trzech z  nich nigdy już nikomu nie zrobi 

przykrości, gdy któryś przyłożył mi całkiem porządnie metalową sztabą  w ucho. Nie zdołałem się uchylić  i poczułem, jak 

głowa kombinezonu idzie w drzazgi.

Moja zresztą też - tylko chwilę później.

10

Obudziłem  się  z  uczuciem  duszności,  spowity  w  coś  nieustępliwego  i  w  dodatku  ślepy.  Na  dokładkę  z 

największym bólem głowy, który potęgował sam siebie w postępie geometrycznym, aż mi się od tych doznań nieco we łbie 

rozjaśniło. Kawałek po kawałku opanowałem panikę  i zacząłem analizować sytuację. Okazało się, że nikt mnie  w nic  nie 

owinął, tylko jakiś fragment wyściółki kombinezonu zwisał zaklejając mi twarz.

Gdy  spokojnie  przesunąłem głowę  w  bok, mogłem oddychać  zupełnie  swobodnie. W końcu  poprzez  falę  bólu 

zaczęła  wracać mi pamięć. Szarzy!  Złapali mnie  w sieć, przyłożyli po  łbie, po czym zapadła  ciemność. Co dalej? Dokąd 

mnie zabrali? Gdy doszedłem do tego miejsca, zaczęła wracać zdolność logicznego i praktycznego myślenia. Ciągle byłem 

w kombinezonie. Moje  ręce  były  uwięzione  w  kończynach przebrania, ale  zdołałem, delikatnie i  powolutku, oswobodzić 

prawą,  mając  przy  tym  wrażenie,  że  pęknie  mi  czaszka. Odsunąłem  zawadzający  fragment  plastiku  i  stwierdziłem,  że 

głowę  mam  w  szyi  kombinezonu.  Dalsze  spazmatyczne  ruchy  przybliżyły  mnie  do  zestawu  optycznego:  dojrzałem 

metalową  podłogę. Próby poruszenia drugim ramieniem i nogami zakończyły się fiaskiem. Wszystko to było deprymujące, 

a w dodatku chciało mi się pić i wciąż bolała mnie głowa. Jakiś szósty zmysł kazał mi kiedyś zamontować w kombinezonie 

dodatkowy zbiorniczek obok pojemnika na wodę.

Znalazłem  rurkę  doprowadzającą, napiłem się  wody, po czym przełączyłem mały  za  worek, zmieniając  płyn  na 

życiodajną  stuprocentową  whisky. Obudziła  mnie  wystarczająco  szybko  i choć  nie  zlikwidowała  bólu  głowy,  to  jednak 

pozwoliła mi jakoś do niego przywyknąć. Zająłem się kamerą i po długich staraniach wysunąłem wypustkę, obracając ją o 

trzysta sześćdziesiąt stopni.

Interesujące. Nie  mogłem się  ruszyć, gdyż  ciężkie  łańcuchy przymocowywały mnie  do podłogi, przytwierdzone 

do  niej  tak  solidnie,  że  nie  było  co  marzyć  o  ich  wyrwaniu.  Pomieszczenie  było  niewielkie  i  idealnie  pozbawione 

czegokolwiek, z tym że sufit był lekko półkolisty. To mi coś przypominało.

Okręt! Byłem w kosmolocie, który widziałem, zanim zgasili mi światło. Ich okręt i do tego będący w  ruchu. Cel 

tej  podróży  był oczywisty,  ale  nie  miałem  najmniejszej ochoty  poddać  się  pesymizmowi  akurat  teraz.  Były  ważniejsze 

sprawy: na przykład, dlaczego zamknęli mnie w kombinezonie?

-  Dlatego,  durniu,  że  nie  wiedzieli  o  tym  -  oznajmiłem  na  głos, żałując  tego  prawie  natychmiast,  bo  we  łbie 

zahuczało mi jak w studni.

Tak właśnie  musiało  być. Przebranie  było  dobre i pomyślane  tak, aby wytrzymać bliższe oględziny. Zaatakowali 

mnie i pokonali błyskawicznie, a nie mieli podstaw, by przypuszczać, że jestem kimkolwiek innym, niż wyglądam. Musieli 

się  zresztą  trochę  śpieszyć,  o czym  dobitnie  świadczył sposób  zamocowania  łańcuchów. Nie  wydaje  mi się,  żeby mieli 

ochotę  wpaść  w łapy obcych, mających sadystyczno-spożywcze  inklinacje co do nich. Zapakowali mnie na pokład w celu 

przyszłego śledztwa i ruszyli w drogę.

To  już  było  znacznie  lepsze. Nie  tracąc  czasu zabrałem  się  do  wyczołgiwania  na  świeże powietrze. Nie  było to 

proste, ale w końcu udało mi się wydostać przez częściowo otwarte wyjście. Poczułem się znacznie lepiej, a samopoczucie 

wróciło prawie  do normy, gdy wydobyłem pistolet igłowy. Poprzez płytę pokładu czułem leciutkie  drżenie: bez wątpienia 

byliśmy w podróży. A gdzież mogli się  kierować moi mili gospodarze po nieudanej misji i pośpiesznej ewakuacji, jeśli nie 

do domu?

Nie  było  to  zbyt  pocieszające,  ale  istniała  duża  szansa,  że  będę  miał  coś  do  powiedzenia  w  tej  kwestii. 

Najprawdopodobniej upłynęło niezbyt dużo czasu od startu, toteż zmęczona i zestresowana paniką załoga powinna  zaznać 

zasłużonego  odpoczynku. A więc,  do roboty. Przesunąłem kontrolkę  pistoletu  z  „wybuchowe" na  „trujące", po  namyśle 

ustawiłem  ją  jednak  na  „sen". Choć  zasłużyli wielokrotnie  na  śmierć, nie  byłem  katem, który byłby  w stanie  uśmiercać 

śpiących. Jeśli  opanuję  statek, to zajmą  się  nimi  inni,  a  jeśli mi  się  nie  uda, to  liczba  pozostałych  przy życiu  nie  miała 

znaczenia.

-  Naprzód, di  Griz, zbawicielu  ludzkości!  -  mruknąłem dodając  sobie  otuchy, która  prawie  natychmiast mi  się 

przydała, gdyż drzwi okazały się  solidnie zamknięte. Czego zresztą należało się spodziewać. Wróciłem do kombinezonu i 

zabrałem się za wyrzutnik. Granat wypadł na pokład z głośnym plaśnięciem. Dalej sprawa  była już prosta. Przylepiłem go 

do drzwi i zdetonowałem. Łupnęło niegłośno i rozszedł się wokół gryzący dym.

Starając się  ze  wszech miar nie  ulec  atakowi ostrego, wściekłego kaszlu, wykopałem zamek i wyturlałem się  na 

korytarz, rozglądając się na wszystkie strony, tak oczyma jak i lufą pistoletu. Nic. Pustka i cisza. Lufą pistoletu zamknąłem 

ciepłe  jeszcze  drzwi. Poza osobliwą  dziurą  w zamku były  całe, a  fakt, że  są  zamknięte, mógł dać  mi parę  decydujących 

sekund.

Harry Harrison -   Stalowy Szczur i piąta kolumna

20 / 43

background image

Na  drzwiach był numer. Jeśli  ten statek zbudowano  zgodnie  z  regułami  konstrukcji takich jednostek, to numery 

powinny  maleć  w  kierunku dziobu i  sterowni. Ruszyłem w  tamtą  stronę, kierując  się  powyższą  zasadą, gdy  otwarły  się 

jedne  z  bocznych  drzwi. Wyszedł  stamtąd  facet i  oczywiście  od  razu  mnie  dostrzegł.  Oczy  mu się  zaokrągliły, szczęka 

opadła... i to by było na  tyle, ponieważ  igła  trafiła  go prosto w gardło. Osunął się miękko na ziemię. Poza  nim w zasięgu 

wzroku nie było nikogo. Póki co nie miałem powodów do narzekań.

Wciągnąłem go do środka i zamknąłem za nim drzwi. Cofnąłem się i otworzyłem najbliższe z kolejnym numerem. 

Cudownie. Na  łóżkach  chrapał dobry  tuzin szarych. Sądzę, że  spało  im  się  znacznie  lepiej, gdy poczęstowałem  każdego 

igłą.

Zadowolony z dobrze spełnionego obowiązku, zamknąłem drzwi i ruszyłem w dalszą drogę.

Zdecydowałem, że  próba  uśpienia  wszystkich członków  załogi byłaby  zbyt niebezpieczna, ponieważ  nawet  nie 

wiedziałem, ilu  ich  jest.  O  wiele  lepiej  było  opanować  sterownię,  skierować  statek  ku najbliższej  stacji Ligi  i  wezwać 

pomoc.

Ruszyłem  więc  w  stronę  dziobu  z  bronią  w  pogotowiu.  Po  drodze  napotkałem  jeszcze  drzwi  oznaczone 

„Łączność"  i  położyłem  spać  operatora.  Następne  drzwi,  jakie  ujrzałem,  były  tymi  właściwymi.  Tył  i  flanki  miałem 

zabezpieczone, toteż wziąłem głęboki oddech i ostrożnie je uchyliłem.

Ostatnią  rzeczą,  której  chciałem,  to  strzelanina,  zwłaszcza  że  przewaga  liczebna  nie  była  po  mojej  stronie. 

Wsunąłem  się  cicho  do  środka  i  zamknąłem  za  sobą  drzwi.  Było  ich  czterech,  wszyscy  w  fotelach  przed  konsolami 

sterowniczymi. Dwa  karki  były odsłonięte, toteż  posłałem  każdemu  igłę  i zająłem się  pozostałymi. Facet  przy  kontroli 

silników  musiał coś usłyszeć. Odwrócił się  i dostał igłę  w grdykę. Pozostał  jeden: komendant. Chcąc uzyskać  określone 

informacje, nie miałem ochoty go usypiać. Schowałem broń i na paluszkach podszedłem do fotela, sięgając dłońmi ku szyi 

siedzącego.

Odwrócił  się  w  ostatniej  chwili,  ostrzeżony  diabli  wiedzą  przez  co,  ale  trochę  się  spóźnił. Złapałem  go  i  nie 

zamierzałem  puścić.  Oczy  wyszły  mu  z  orbit,  pięty  zaś  całkiem  przyjemnie  zabębniły  o  pokład.  Poczekałem  chwilę, 

słuchając tych miłych dla ucha dźwięków, zanim go puściłem.

- Mecz zakończony wynikiem szesnaście do zera! - powiedziałem głośno i z zadowoleniem. - Ale najpierw należy 

dokończyć zbożne dzieło!

Miałem  rację  i jak  zwykle  dałem  sobie  dobrą  radę.  Szuflada  przy  konsoli napędu  zawierała  szpulkę  mocnego 

drutu, którego użyłem do  związania  dowódcy jako takiego, jak i do przytwierdzenia  go  do fotela, aby uniemożliwić  mu 

grzebanie w przyrządach. Pozostałą trójkę ułożyłem za jego fotelem i zabrałem się za komputer.

Było to miłe urządzenie i bardzo się starało, aby dobrze ze mną współpracować. Najpierw podał mi aktualny kurs 

i cel podróży, które zapamiętałem i zapisałem po wewnętrznej stronie nadgarstka. Na  wszelki wypadek. Jeśli cel był tym, 

czym sądziłem, że był, to Korpus nader  chętnie złoży tam wizytę. Z pewnością przydadzą się takie  porządki w rodzinnym 

świecie moich  przymusowych współpasażerów. Nie  miałem nic  przeciw  temu, aby  im w nich pomóc. Potem spytałem o 

najbliższe bazy Ligi, wyznaczyłem kurs do jednej z nich i odprężyłem się.

-  Dwie  godziny, Jim  -  powiedziałem  sobie  –  potem  będziemy  w  kontakcie  z  bazą,  jedna  krótka  wiadomość  i 

kawaleria pojawi się na horyzoncie.

Coś zamrowiło mnie w karku, zupełnie tak, jakby ktoś mi się nachalnie przyglądał. Odwróciłem się i dostrzegłem, 

że dowódca tej zgrai odzyskał przytomność i gapi się na mnie.

- Słyszałeś, co mówiłem, czy mam powtórzyć? - spytałem uprzejmie.

- Słyszałem - głos był szorstki i wyprany z jakichkolwiek emocji.

- To dobrze. Nazywam się Jim di Griz - cisza. - No, dalej, przedstaw się, albo będę musiał to z ciebie wyciągnąć.

- Jestem Kome. Twoje nazwisko jest nam znane. Przeszkodziłeś już nam. Zginiesz.

- Jak to miło być sławnym. Ale, ale, nie sądzisz, że to pusta groźba?

- W jaki sposób nas odkryłeś? - spytał ignorując moje pytanie.

- Skoro tak bardzo chcesz wiedzieć, to sami się skończyliście. Jesteście pojętni, ale macie mało wyobraźni. Rytuał 

obcinania rąk znam z autopsji, a nadal go używacie. Zobaczyłem ślady u jednego z admirałów.

- Zrobiłeś to sam?

Kto, u diabła, kogo pyta? Rozumiejąc jednak całokształt sytuacji, mogłem być bardziej uprzejmy.

- Teraz  jestem sam, ale za parę godzin będzie tu dość tłoczno od wojsk Ligi. Tam było nas czworo, pozostali wraz 

z  admirałami  są  aktualnie  bezpieczni  i  sądzę, że  przygotują  wam  serdeczne  powitanie.  Nie  wiem, czy  wiesz,  ale  nie 

jesteście za bardzo lubiani w galaktyce.

- Mówisz prawdę?

Straciłem cierpliwość  i palnąłem mu kilka  słów prawdy, jakich dotąd  chyba  nie miał okazji usłyszeć  pod swoim 

adresem.

-  Nie  mam  powodu  kłamać,  durniu,  skoro  trzymam  wszystkie  karty  -  zakończyłem.  -  Teraz  zamknij  się  i 

odpowiadaj tylko na moje pytania. Jasne?

- Nie sądzę!

Lekko zwątpiłem, gdyż po  raz pierwszy  uniósł głos. Nie  był to krzyk  i nie było  w nim złości, po prostu głośno 

wyrażony rozkaz.

- Zabawa skończona. Wiemy, co chcieliśmy wiedzieć. Możecie wstać! - rzucił za siebie.

Czułem się, jakbym brał udział w horrorze. Drzwi otworzyły się  i powoli zaczęli przez nie  wchodzić jego ludzie. 

Strzelałem do nich, a oni nadal szli. Dwóch spośród postrzelonych oficerów także wstało i ruszyło w moją stronę. Cisnąłem 

w nich pistoletem i wpadłem w depresję.

Tym razem mnie mieli.

Jestem  niezły  w  walce  wręcz  i  temu  podobnych  przydających  się  w  życiu  sztukach,  istnieją  jednak  granice 

możliwości. Tym razem granicą  był praktycznie niewyczerpany kontyngent napastników, a żeby  było jeszcze  gorzej, oni 

tak  naprawdę  nie  umieli walczyć. Było ich jednak wielu i ciągle  dochodzili nowi. Przetrąciłem parę  karków, połamałem 

trochę  żeber  i  zmiażdżyłem  nieco  krtani,  ale  w  końcu  zalali  mnie  masą. Obalili  na  pokład, związali  mi  ręce  i  nogi  i 

zostawili na podłodze. Po czym zabrali się za zmianę mojego kursu, co mnie jeszcze bardziej wpędziło w depresję. Gdy się 

z tym uporali i posprzątali ofiary, Kome odwrócił się do mnie.

- Oszukałeś mnie - oświadczyłem. Nie było to zbyt mądre, ale podtrzymywało rozmowę.

Harry Harrison -   Stalowy Szczur i piąta kolumna

21 / 43

background image

- Oczywiście.

Lakoniczność. To było jedyne właściwe określenie. Nigdy nie używaj dwóch słów, gdy wystarczy jedno.

- Nie miałbyś ochoty powiedzieć mi dlaczego?

-  Sądziłem, że  to oczywiste. Moglibyśmy oczywiście  użyć normalnych  technik kontroli umysłu, co i tak zresztą 

planowaliśmy. Ale to zajmuje trochę czasu, a odpowiedzi potrzebowaliśmy natychmiast. Byliśmy wśród obcych przez lata i 

nie  podejrzewali  niczego,  więc  musieliśmy  wiedzieć,  jak  nas  odkryłeś.  Przygotowaliśmy  się  właśnie  do  sprawdzenia 

zawartości twego  umysłu,  gdy odkryliśmy  twoje  przebranie. Metalowe  czaszki nie  istnieją  w  przyrodzie, a  twoja  twarz 

bardzo  przypominała  mi  kogoś,  kogo  szukałem  od  lat.  Kiedy  sobie  o  tym  przypomniałem,  zorganizowałem  to  małe 

przedstawienie. Wiedzieliśmy, że twoje ego nie pozwoli ci pomyśleć, że dałeś się oszukać.

- Skurwysyn - warknąłem, co było dość prymitywną odpowiedzią, ale jedyną, jaką chwilowo dysponowałem. Miał 

gnojek rację i to od początku do końca.

-  Wiedziałem,  że  gdy  będziesz  sądził,  że  jesteś  górą,  odpowiesz  dobrowolnie  na  pytania,  które  chcieliśmy  ci 

zadać. Więc załadowaliśmy ci pistolet sterylnymi igłami. Wszyscy zagrali swoje role znakomicie, a ty byłeś najlepszy.

- Popatrzcie na cwaniaka - warknąłem.

-  Jestem  nim.  Organizowałem  operacje  polowe  przez  wiele  lat  i  nie  udało  mi  się  tylko  wtedy,  gdy  ty  mi 

przeszkodziłeś. Teraz cię złapaliśmy i przeszkody się skończyły.

Na dany znak dwaj z załogi pozbierali mnie.

- Zamknijcie go aż do lądowania. Nie mam ochoty go więcej widzieć.

Nigdy  jeszcze  nie  byłem  tak  przybity.  Przypuszczam,  że  byłem  wówczas  tylko  o  włos  od  samobójstwa. 

Wiedziałem, co mnie czeka i nie miałem żadnej możliwości, aby temu zaradzić. Już samo to było przygnębiające, a myśl o 

przyszłości wpędzała mnie w czarną depresję.

Na dokładkę oni byli za dobrzy: zawiesili moje  skute  ręce na  umieszczonym w ścianie haku, pocięli całą odzież i 

wyczyścili dokładnie  moją  skromną  osobę  ze  wszystkiego. Po czym  zabrali  się  za  mnie  z  fluoskopem i  wykrywaczami 

metali równie  metodycznie, tylko wolniej. Efektem tych starań było to, że byłem o parę kilogramów lżejszy i pozbawiony 

całej  pomocnej  techniki,  jaką  ze  sobą  zawsze  nosiłem.  To  było  upokarzające,  zwłaszcza  że  zostawili  mnie  gołego  na 

zimnych  płytach  pokładu. Które, jak po  chwili odkryłem, stawały  się  coraz  zimniejsze, do  tego  stopnia, że  szczękałem 

zębami  sinozielony  od  mrozu. Z  braku  innych  możliwości  zacząłem  wyć  i  walić  w  drzwi, co  mnie  lekko  rozgrzało  i 

sprowadziło strażnika.

- Zamarzam na śmierć! - wykrztusiłem przez dzwoniące zęby. - Specjalnie to robicie, żeby mnie torturować!

- Nie - odparł obojętnie. - Okręt był nagrzany, gdy luki były otwarte, teraz wraca do normalnej temperatury.

- Zamarzam! Może takie  bałwany jak wy mogą żyć w tej temperaturze, ale ja nie! Albo mi dajcie ubranie, albo ze 

mną skończcie!

Pomyślał  chwilę  nad  zagadnieniem  i  poszedł.  Wrócił  z  czterema  pomagierami  i  futrzanym  przyodziewkiem. 

Ubrali mnie,  bez  gestu  czy słowa  z  mojej  strony. Wylot  miotacza, ustawionego  przez  cały  czas  ubierania  dokładnie  na 

wprost moich oczu, był wystarczającym argumentem, aby nic nie robić.

Osiągniecie  celu  zajęło wiele  dni, a  moi  strażnicy byli najgorszymi rozmówcami w  galaktyce. Nie  odpowiadali 

nawet  na  najwulgarniejsze  z  bogatego  repertuaru  moich  obelg.  Jedzenie  było  pożywne,  ale  całkowicie  wyprane  z 

jakiegokolwiek smaku, a jedynym napojem była woda. W końcu wylądowaliśmy.

-  Gdzie  jesteśmy?  -  zapytałem strażnika, gdy  przyszli  po  mnie.  -  No,  nie  wygłupiaj się. Zastrzelą  cię, jak  mi 

powiesz?

Pomyślał chwilę nad tą możliwością, po czym oznajmił:

- Kekkonshiki.

- Grzeczny chłopiec. Tylko nie wpadnij w dumę z tego powodu.

Szczytem ironii było, że wiedziałem to, co (po informacji, jak wygrać wojnę) było najbardziej poszukiwaną przez 

Ligę wiadomością i nie  mogłem zrobić  z  tego użytku. Gdybym posiadał jakieś zdolności psi, to za  parę godzin byłaby tu 

połowa wojsk Ligi, ale za pomocą rozmaitych testów dawno już stwierdziłem, że nie mam żadnych.

Było  jednak  coś,  co  wyrwało  mnie  z  odrętwienia.  Nadeszła  pora, by zaplanować  ucieczkę. Wkrótce  opuścimy 

statek, a  na planecie  znajdą mi z  pewnością  jakieś przytulne  i dobrze  pilnowane  miejsce, z  którego  na pewno nie  będę  w 

stanie uciec. Nie wspominając już o tym, co w tymże miejscu by ze mną wyprawiali. Co prawda dokładnie nie wiedziałem, 

co zamierzają ze mną zrobić, ale byłem pewien, że  lepiej się tego nie dowiadywać. Jedyną moją szansą pozostało dać  nogę 

ze statku.

Moi strażnicy, co było do przewidzenia, zrobili wszystko, aby mi utrudnić  ewentualną ucieczkę. Starałem się  nie 

drżeć, kiedy uwalniali mnie z łańcucha i nakładali mi na szyję znaną już skądinąd metalową obróżkę, ale  nie  bardzo mi się 

udało. Obroża połączona była cienkim kablem z trzymanym przez jednego ze strażników w ręku pudełkiem.

- Nie musisz mi pokazywać - oznajmiłem pośpiesznie. - Nosiłem już coś takiego i twój kumpel Kraj, pamiętasz go 

pewnie, pokazał mi, jak to działa; nieźle się zresztą przy tym nade mną napracował.

- Mogę zrobić coś takiego - odpowiedział osobnik zbliżając palec do jednego z przycisków.

- Już to znam! - wrzasnąłem. - Przyciśniesz go i...

Płonąłem, ślepy, głuchy  i otępiały. Każdy nerw skręcał się  pod wpływem prądów generowanych przez  pudełko. 

Wiedziałem o tym, ale i tak nic to nie zmieniało.

Kiedy  się  skończyło, stwierdziłem, że  leżę  zwinięty w  kłębek,  całkiem wyprany  z  energii  i  prawie  bezbronny. 

Dwóch strażników złapało mnie pod pachy i praktycznie  wyniosło na korytarz, a ten z pudełkiem, idąc z tyłu, od czasu do 

czasu pociągał za kabel, aby przypomnieć mi, kto tu jest górą. Nie sprzeczałem się z nim. Zacząłem nieporadnie przebierać 

nogami, ale i tak większość ciała spoczywała na strażnikach.

Bardzo mi się to podobało i musiałem ciężko się wysilać, by nie zacząć się uśmiechać. Byli pewni, że nie ucieknę!

- Oziębiło  się?  - spytałem,  widząc,  że nakładają w śluzie rękawice i futrzane czapy. - A moje rękawiczki?

Zostałem zignorowany. Kiedy otwarto drzwi, do wnętrza wpadł tuman śniegu i prawdziwie  arktyczne powietrze, 

co momentalnie odebrało mi oddech. Na  zewnątrz  z pewnością nie było lato, ale moim opiekunom nie  sprawiało to widać 

różnicy.  Pociągnęli  mnie  za  sobą  bez  chwili  zwłoki.  Fala  śniegu  pokryła  nas  i  przeszła  w  ciągu  sekundy.  Słabiutkie 

słoneczko oświetlało oślepiająco biały krajobraz rozciągający się  monotonnie we wszystkich kierunkach. Moment później 

przed nami zamajaczyło coś ciemnego: kamienny mur albo jakiś niewysoki budynek. Kierowaliśmy się  ku niemu na  tyle 

Harry Harrison -   Stalowy Szczur i piąta kolumna

22 / 43

background image

szybko, na  ile pozwalał sypki śnieg. Mieliśmy jeszcze  około  dwustu jardów przed  sobą, a  moja  twarz i dłonie  zaczynały 

tracić czucie  w zastraszającym tempie. Byliśmy gdzieś w połowie drogi, gdy dopadła nas kolejna zadymka. Tuż  przed nią 

potknąłem  się  malowniczo,  padając  wraz  z  jednym ze  strażników. Nie  miałem żadnych zastrzeżeń, chociaż  idący z  tyłu 

sadysta  poczęstował mnie  sekundową  dawką  bólu. Nie  protestowałem, gdyż  zdołałem okręcić  kabel dookoła  ramienia, a 

zaraz potem złapać go w zęby i przegryźć.

Nie  było  to  wcale  takie  trudne,  zwłaszcza  że  pod  emalią  na  przednich  zębach  miałem  wstawione  koronki  z 

węglika  krzemu,  który  przy  prześwietleniu  daje  obraz  identyczny  jak  naturalne  zęby,  a  twardością  dorównuje  stali. 

Wirujący wokół śnieg  dokładnie  zasłonił moje  poczynania  w  ciągu  tych  paru najistotniejszych sekund. Ludzkie  szczęki 

mogą  wywierać  nacisk około trzydziestu pięciu kilogramów  każda. Wydaje  mi się, że byłem bliski tej granicy, ale kabel 

puścił. Ledwie to się stało, wykonałem ćwierć obrotu i wsadziłem kolano w krocze  tego po prawej. Stęknąt i zwalił się  na 

Ziemię  puszczając  moją  rękę.  Zrobiłem  półobrót  w  drugą  stronę  i trzasnąłem  jego  koleżkę  w  krtań.  Nawet  nie  jęknął. 

Mając wolne boki odwróciłem się do przeciwnika trzymającego w ręku pudełko.

Ten zaś  stracił najcenniejsze  sekundy  wierząc  w  technikę, a  nie w refleks. Załatwiłem jego kumpli mając  plecy 

zwrócone  kuniemu, a  on  przez  cały  czas  nic  nie  robił.  To  znaczy  nic  poza  wściekłym naciskaniem guzików  w  swoim 

pudełku.  Nadal  zresztą  to  robił,  gdy  moja  noga  spotkała  się  z  jego  splotem  słonecznym. Ktoś  zaczął krzyczeć,  ja  zaś 

złapałem  padającego i  ruszyłem z  kopyta  w  prawo - był to jedyny kierunek, jaki mogłem wybrać. W chwili przerwy  w 

pamięci wydało mi się, że nie ma tam żadnych budynków, a zataczając się w tym kierunku z ładunkiem na plecach i tak nic 

nie widziałem. Możliwe, że  to  było szaleństwo, ale według mnie  większym błędem byłoby pozostanie w ich  łapach. Nie 

zapominałem oczywiście  i o  tym istotnym drobiazgu, że  będąc wolnym miałem przynajmniej szansę  zaszkodzenia  im w 

jakiś sposób. Zresztą nie byłem wcale taki słaby, jak mogłoby się wydawać komuś obserwującemu moje  wyjście ze  statku. 

To była  gra właśnie dla obserwujących, choć  słabłem z  każdym krokiem, zamarzając powoli, a w dodatku gość, którego i 

niosłem, ważył tyle  co  ja. W pewnym  momencie  potknąłem się  i runąłem głową  naprzód w  jakąś zaspę. Twarz  i dłonie 

miałem tak zamarznięte, że  nic  nie czułem. Wokoło słychać  było krzyki, ale  jak  na  razie nic  nie  pojawiło  się  w  zasięgu 

mego wzroku. Zgrabiałymi palcami udało mi się zdjąć czapkę z głowy nieprzytomnego i umieścić ją na własnej. Rozpięcie 

ubrania i  zdjęcie rękawic było  zadaniem o  wiele  trudniejszym, ale  w  końcu  mi się  udało. Poczułem piekący  ból, gdy do 

zdrętwiałych kończyn zaczęło wracać krążenie. Nowy przyodziewek skutecznie zatrzymywał ciepło.

Albo rąbnąłem go za  słabo, albo było tu zimniej, niż sądziłem, w każdym razie mój podopieczny zaczął zdradzać 

objawy  świadczące  o powrocie do świadomości. Poczekałem, aż otworzy oczy, po czym rąbnąłem go  pięścią  w szczękę. 

Poprawa była  widoczna natychmiast: znów spał. Przeczekałem, aż  okrzyki trochę  się  oddalą, po czym ruszyłem biegiem, 

zapadając  się  w  śnieg  i  wywracając  co  paręnaście  kroków.  Jedyną  pociechą  było  to,  że  przestało  mi  być  zimno.  Gdy 

zaczęło mi brakować  tchu, padłem w najbliższą zaspę, czując, jak uspokaja i normuje się oddech, a pot zamarza na twarzy. 

Krzyki były znacznie przygłuszone i o wiele rzadsze.

Następny  bieg  doprowadził  do  zderzenia  z  wysoką  metalową  siatką,  ciągnącą  się  jak  okiem  sięgnąć  w  obu 

kierunkach. Jeśli był do niej podłączony alarm, to zdążyłem go i tak uruchomić, toteż nie zwlekając zacząłem się wspinać.

Po chwili namysłu zeskoczyłem jednak w dół. Jeśli był alarm, to  kierują się  ku miejscu, w którym byłem. Po  co 

im ułatwiać życie? Biegłem wzdłuż  ogrodzenia może z dziesięć  minut, nie dostrzegając nikogo, po czym wspiąłem się  na 

nie, zeskoczyłem po drugiej stronie i skierowałem się w śnieżnobiały i niezmierzony bezkres rozciągającej się przede mną 

gładzi.  Biegłem  tak  długo,  aż  straciłem oddech,  a  nogi  odmówiły  mi  posłuszeństwa,  po  czym  znowu  wylądowałem  w 

zaspie.

Odpocząłem nieco  i ostrożnie  rozejrzałem  się  wokoło. Jak okiem sięgnąć  -  pustka.  Żadnych  budowli,  żadnych 

śladów, nikogo. Podniesiony na duchu zebrałem się w sobie i ruszyłem w szalejącą śnieżycę.

12

- Jesteś wolny, Jim! Wolny jak ptak! - mówiłem sobie, podtrzymując się na duchu. Tyle że tu nie  było ptaków. Tu 

nie było nic poza zamarzniętą pustką i mną.

Z tego co widziałem, w okolicy nie było nic  żywego. Życie, jak to pamiętałem z wypowiedzi Krają, to tylko ryby 

w oceanie. Poza  mną nie miało tu prawa kręcić się nic żywego. Ja zaś miałem szansę  pozostać  żywy tak długo, jak długo 

byłem w stanie maszerować.

Ubranie  było  dobre, ale  musiało  mieć  jakieś  ciepło  do  utrzymania,  a  ciepło mogło  pochodzić  jedynie  z  ruchu 

mojego ciała. Widziałem jeden budynek - powinny być inne. Powinno tu w ogóle być coś jeszcze oprócz śniegu.

Było.  Prawie  w  to  coś  wpadłem. Przy  kolejnym kroku  poczułem, jak  podłoże  ustępuje  mi  spod  nóg  i  jedynie 

refleks spowodował, że nie wpadłem w dziurę; rzuciłem się w tył, lądując na śniegu. Około jarda przede  mną, kawał lodu 

osunął  się  gdzieś  w  dół  i spojrzałem  na  ciemną  powierzchnię  wody. Od otworu  rozchodziły  się  promieniste  pęknięcia. 

Byłem na zamarzniętym morzu, a nie na stałym lądzie.

Przy  tej temperaturze  wystarczyłoby  zamoczyć  stopę,  a  zagłada  przyszłaby  szybko  i  nieubłaganie.  Pomysł  nie 

wydał mi się  zbyt pociągający, toteż rozpłaszczyłem się jak żaba i ruszyłem w tył, byle  dalej od przerębli. Jakieś pięćset 

jardów od niej wstałem i czym prędzej podążyłem z  powrotem po znikających już  w sypiących płatkach śniegu własnych 

śladach.  Śnieg  przestawał  padać,  ale  wiatr  nie  słabł  ani  na  chwilę,  podrywając  leżący  na  ziemi  puch  w  miniaturowe 

zawieje. Uważnie  rozejrzałem się  wokoło: pustka  i biel. Teraz, gdy  wiedziałem czego  szukać, ciemny wał lodu wyraźnie 

wskazywał  linię  brzegową.  Rozciągał  się  w  lewo  i  prawo  jak  okiem  sięgnąć,  dokładnie  na  przecięciu  linii,  którą 

maszerowałem tutaj.

Tamtędy nie  idę  -  zdecydowałem. Sądząc  po paralitycznym śladzie, stamtąd właśnie  przybyłem i wracać nie  ma 

sensu,  tym bardziej że  na  kosmodromie  już  ostrzą  noże  na  moje  powitanie. Wobec  tego  trzeba  iść  brzegiem, w  stronę 

przeciwną niż kosmodrom.

Tak też  zrobiłem,  starając  się  ignorować  fakt  coraz  niższego  położenia  słońca. Gdy zapadnie  noc, zapadnie  też 

kurtyna za niejakim Jimem di Griz. Chyba że znajdę jakieś schronienie, na co na razie się nie zanosiło.

W miarę  zachodzenia  słońca, gasła  nadzieja  na  znalezienie  czegokolwiek. Byłem  zmęczony, a  do powłóczenia 

nogami mobilizowała mnie  tylko perspektywa  zbliżającej się  śmierci. Prosta  czynność  marszu była  wszystkim i musiało 

minąć  całkiem sporo czasu, zanim rozpoznałem, co  oznaczają  poruszające  się  na  tle  horyzontu ciemne  kształty. To byli 

ludzie, którzy na  dodatek szli w moim kierunku. Wraz  ze  zrozumieniem tego faktu, wylądowałem na śniegu; zastygłem w 

bezruchu  patrząc,  jak  trzy  postacie  przemykają  cicho  jakieś  dwieście  jardów  ode  mnie.  Przemieszczali  się  z  wprawą 

zawodowych narciarzy.

Harry Harrison -   Stalowy Szczur i piąta kolumna

23 / 43

background image

Zmusiłem się do bezruchu, zanim nie zniknęli z pola  widzenia, po czym wstałem z nową nadzieją w sercu. Wiatr 

ucichł,  śnieg  ustał  i  ślady  były  doskonale  widoczne.  Ci  narciarze  zmierzali  gdzieś, gdzie  zdążą  przed  nocą,  nie  mieli 

bowiem ze sobą żadnego sprzętu czy prowiantu. Skoro oni zdążą, to ja też!

Nie było to jednak takie łatwe. Choć drogę miałem w miarę przetartą, nogi to nie to, co narty, przynajmniej w tych 

warunkach.

Teoria  była  słuszna, ale w praktyce  omal nie  zawiodła. Miałem  już naprawdę  dość, gdy  goniąc  resztkami  sił  w 

przedwieczornym zmroku, zobaczyłem przed sobą  czarny kształt budynku. Mój umysł nadal był w stanie hibernacji, toteż 

dopiero po paru sekundach dotarło do mnie, co właściwie widzę.

- Czarne jest piękne! - wykrzyknąłem zataczając się we właściwym kierunku.

Ciemny kształt rozpadł się  na  parę  mniejszych. A więc  nie  jeden, lecz  grupa  budynków. Małe  drzwi, kamienne 

ściany, dwuspadowe dachy. Ogólne brzydactwo, dla mnie jednakże piękne. Tylko, do cholery, co tak skrzypi?

Ja  nie, bo  szedłem  po  świeżym  śniegu. Ledwie  to  zrozumiałem, a  już  znalazłem  się  na  brzuchu. Skrzypienie 

ubitego  śniegu zbliżało  się. Niejedna  osoba, lecz  całe  stado  defilowało o  rzut kamieniem ode  mnie.  Do dziś zresztą  nie 

wiem,  jakim  cudem  mnie  nie  dostrzegli. Fakt,  że  tego  nie  zrobili. Kroki  maszerowały  obok, skręciły  za  róg  i  ścichły. 

Desperackim  wysiłkiem  zerwałem  się  na  nogi  i  podążyłem  za  nimi.  Wyjrzałem  zza  rogu,  gdy  ostatni  z  nich  znikał  w 

pierwszym  z  budynków.  Potężne  drzwi  zamknęły  się  z  hukiem,  a  ja  szyłem  ku  nim,  pchany  jakimiś  rozkazami  mego 

organizmu, których to rozkazów istnieniu dotąd nie miałem pojęcia.

Dopadłem drzwi wykonanych z szarego metalu i naparłem na klamkę. I ani drgnęły.

Życie  ma  takie  chwile,  które  potem  wydają  się  i  częstokroć  rzeczywiście  są  zabawne,  ale  gdy  się  dzieją,  są 

tragiczne.  Szarpanie,  ciągnięcie,  próba  obrócenia  klamki  nie  dały  absolutnie  żadnych  rezultatów.  Nowe  zapasy  siły 

odpłynęły równie błyskawicznie, jak się pojawiły. Oparłem się o drzwi, aby nie upaść. Ustąpiły z lekkim zgrzytem.

Pierwszy i  ostatni raz  w  życiu  nie  sprawdziłem, co jest  za  nimi. Na  pół wszedłem, na  pół wpadłem do  środka, 

pozwalając im zamknąć się za sobą. Ciepło, rozkoszne ciepło ze  wszystkich stron. Oparłem się o ścianę i rozkoszowałem 

się tym pięknym doznaniem. Byłem w długim i słabo oświetlonym korytarzu. Sam, ale znajdowało się tu wiele drzwi, a  z 

każdych mógł ktoś wyjść. I nie było dokładnie nic, co mógłbym wtedy zrobić. Gdyby jakaś złośliwość losu zabrała ścianę, 

o którą  się  opierałem, po prostu padłbym na pysk i nie  pozbierał się już o własnych siłach. Stałem więc na  podobieństwo 

żywej zmarzliny, tworząc wokół siebie rosnącą kałużę z topniejącego śniegu.

Najbliższe drzwi, jakieś dwa jardy ode mnie, otwarły się i na korytarz wyszedł mężczyzna. Wszystko co musiałby 

zrobić, by mnie dostrzec, to obrócić głowę. Widziałem go doskonale, mimo parszywego oświetlenia, więc i on nie miałby 

żadnych problemów. Facet zamknął drzwi, wsadził klucz w zamek, przekręcił go i poszedł, jakby mnie celowo ignorował.

Najwyższy  czas  przestać  się  wygłupiać.  Raz  miałem  więcej  szczęścia  niż  rozumu,  ale  liczyć  na  coś  takiego 

ponownie  byłoby  głupotą. Trzeba  zniknąć  z  korytarza, biorąc  poprawkę  na  fakt, że  drzwi  dopiero  co zamknięte  dawały 

dużą  szansę,  iż  nikt  się  nimi  w  najbliższym czasie  nie  zainteresuje.  Zdjąłem  rękawice,  wsuwając  je  wraz  z  czapką  za 

pazuchę, czując,  jak  do  moich  fioletowych  palców  wraca  życie  (wraz  z  mniej  przyjemnymi  odczuciami),  po  czym  za 

pomocą przeżutych na miazgę drutów z przegryzionego kabla zabrałem się za zamek.

Był to prosty zamek, z wielką dziurką, a  ja mam wspaniałe uzdolnienia. Mówiąc krótko, uśmiechnęło się do runie 

szczęście.  Wewnątrz  była  ciemność,  w  którą  błyskawicznie  wsiąkłem,  zamykając  za  sobą  te  cholerne  drzwi.  I  Po  raz 

pierwszy od chwili podjęcia ucieczki, miałem szansę na sukces. Z westchnieniem ulgi osunąłem się na podłogę i zapadłem 

w drzemkę.

Znaczy, prawie zapadłem, gdyż mimo senności, wyczerpania i otumanienia, dotarło jednak do mnie, że nie jest to 

najwłaściwsze  miejsce  na  sen.  Dokonać  tyle,  co  ja  ostatnio  i  dać  się  złapać  z  powodu  zaśnięcia,  to  byłoby  naprawdę 

niesmaczne, toteż  czym prędzej ugryzłem się  w język. Przeszyła  mnie  fala bólu - zapomniałem, że  te cholerne koronki są 

na  wierzchu  i  omal  nie  odgryzłem  sobie  języka.  Za  to  senność  przeszła  jak  ręką  odjął.  Zacząłem  macać  drogę  w 

ciemnościach i ruszyłem przed siebie. Był to ciasny pokoik albo średnio szeroki korytarz. Stanie  tutaj niczego nie  dawało, 

toteż  ruszyłem  przed siebie. Tuż  za  najbliższym  załomem muru  zobaczyłem poświatę. Ostrożnie  wystawiłem głowę. W 

ścianie było okno. Po drugiej stronie stał dziesięcioletni może brzdąc i gapił się na mnie.

Zmartwiałem.  Starałem  się  uśmiechnąć,  ale  nie  sądzę,  żeby  mi  się  udało.  Chłopczyna  przeciągnął  dłońmi  po 

włosach, potrząsnął głową i poszedł sobie.

- Idioto! - jęknąłem pod własnym adresem. - Weneckie lustro!

Skąd  się  ta  nazwa  wzięła, diabli  wiedzą, w  każdym  razie  było  to  z  pewnością  weneckie  lustro: z  mojej  strony 

szyba, z jego lustro. Nikt go tu  nie  umieścił przypadkowo. Ciekawe  więc po co? Wiadomo, dla  obserwacji, tylko  kogo i 

czego? Podszedłem bliżej i zajrzałem do czegoś, co bez wątpienia było klasą.

Chłopak, wraz z parunastoma rówieśnikami, siedział w ławce i słuchał nauczyciela. Indywiduum wygłaszało coś z 

kamienną  twarzą.  Wtedy  dopiero  dotarło  do  mnie,  że  oblicza  dzieciaków  cechuje  ten  sam  pusty  wyraz.  Żadnych 

uśmiechów, szturchańców czy gumy do żucia. Nic poza skupioną uwagą. Jak na moje doświadczenia szkolne, było to dość 

nienormalne. Za plecami nauczyciela wisiała oprawiona w ramki kartka, na której czarnymi wołami napisano:

NIE ŚMIAĆ SIĘ

Z drugiej strony była następna z ciągiem dalszym:

NIE KRZYWIĆ SIĘ

Co  to  za  zboczona  szkoła?  W  miarę  jak  wzrok  przyzwyczajał  się  do  ciemności,  rozróżniałem  coraz  więcej 

szczegółów. Przy oknie był głośnik i przełącznik, których zastosowanie było zrozumiałe. Wcisnąłem przełącznik i rozległ 

się obojętny głos wykładowcy:

- Filozofia Moralna. Ten kurs jest obowiązkowy, każdy z was musi go zdać. Jeśli nie uda wam się to w normalnym 

terminie, będziecie uczyli się tak długo, aż osiągniecie perfekcyjną znajomość tematu. Filozofia Moralna jest tym, co czyni 

nas  wielkimi  i  dlatego  nie  może  być  innych  ocen  niż  perfekt.  Filozofia  Moralna  czyni  z  nas  wielkich.  Czytaliście 

podręczniki  do historii, wiecie, jak zostaliśmy opuszczeni, jak marliśmy z  głodu i zimna, jak  tylko  tysiąc pozostało przy 

życiu. Ginęliśmy, gdy byliśmy  słabi, ginęliśmy, gdy pozwalaliśmy kierować się  uczuciom. Jesteśmy dziś tutaj dlatego, że 

oni przeżyli. Filozofia Moralna pozwoliła  im przeżyć  i pozwolić  żyć  wam. Żyć i dorastać, a gdy dorośniecie, opuścić  ten 

świat, wprowadzić nasze  rządy  pośród słabych i miękkich ras. My jesteśmy najwyżsi, gdyż mamy do tego prawo. Teraz 

powiedzcie mi: - Jeśli jesteście słabi...?

- Umrzemy - odparł chór pozbawionych wyrazu głosów.

Harry Harrison -   Stalowy Szczur i piąta kolumna

24 / 43

background image

- Jeśli poddacie się uczuciom...?

- Zginiemy.

- Jeśli...

Wyłączyłem  głośnik  z  uczuciem,  że  usłyszałem  więcej niż  dość  jak  na  początek.  Przez  wszystkie  te  lata,  gdy 

miałem  do  czynienia  z  szarymi,  nigdy  nie  zadałem  sobie  trudu,  by  zastanowić  się,  dlaczego  są  tym,  czym  są. 

Przyjmowałem  ich  obcość  i  obrzydliwość,  ale  dopiero  te  podsłuchane  kwestie  uzmysłowiły  mi,  że  ich  bezduszność  i 

brutalność  nie  są przypadkowe. Ta osada, założona z  pewnością  z uwagi na surowce naturalne, gdyż  nikt nie mógł być  na 

tyle szalony, aby próbować skolonizować coś takiego, nie była przystosowana do samodzielnego przetrwania.

Gdy w wyniku lokalnej wojny, czy może załamania, została odcięta od reszty świata i zapomniana, spowodowało 

to wymarcie  większości  mieszkańców. Przeżyła  garść, o ile  można  mówić  o  przeżyciu, i to kosztem porzucenia  tego  co 

ludzkie  w  człowieku,  koncentrując  się  na  przetrwaniu.  Wygrali,  ale  tracąc  człowieczeństwo.  Stali  się  umysłowymi 

kalekami, czymś co pisarze SF określali mianem androidów białkowych -  organizmami obdarzonymi inteligencją, ale  nie 

znającymi uczuć. Filozofia  Moralna ma sens jedynie na tej planecie. Wszędzie indziej musi zostać uznana za jedną wielką 

bzdurę. Choć z ich punktu widzenia w stu procentach słuszna, bo dla nich cała reszta świata to słabeusze i głupcy kierujący 

się uczuciami, a  nie  rozsądkiem. Oni byli faktycznie  najlepszą  rasą  zdobywców, jaką  wymyślił wszechświat, a  ponieważ 

nie było ich wielu, posługiwali się innymi. Zorganizowali inwazyjne imperium. Korpus rozbił je  w puch, w czym miałem 

swój  udział.  Teraz  powtórnie  wlazłem  im  w  łapy.  Ta  szkoła  zaś  była  ich  obozem  treningowym,  w  którym  dzieciaki 

przekształcano  w miniaturowe  kopie dorosłych. To miejsce, w którym z  perwersyjną  zaciekłością uprawiano  sadystyczne 

praktyki na  całej rasie, fascynowało mnie. Równocześnie zrobiło mi się  przyzwoicie  ciepło, toteż  zacząłem przemyśliwać, 

czym by tu się zająć, poza chowaniem się po ciemnych korytarzach.

Następna  szyba  ukazała  wnętrze  pracowni, w której przebywała  starsza  grupa  uczniów  zajmujących  się jakimiś 

sprzętami.

Jakimiś? Znów coś zimnego lazło mi po plecach. Połówkę takiego urządzenia miałem jeszcze na sobie. Metalowe 

pudełko z guziczkami plus kabel zakończony obrożą. Powolutku włączyłem głośnik.

-  ...różnica  jest  w  zastosowaniu,  nie  w  teorii.  Składacie  i  testujecie  te  axion  feeds,  aby  zaznajomić  się  z  ich 

zastosowaniem.  Gdy  przejdziecie  do  pracy  z  nimi,  mieli  wiedzę  praktyczną,  która  jest  bardzo  pomocna,  otwórzcie 

diagramy na stronie trzydziestej.

Axion feeds. O tym powinienem wiedzieć więcej. Było to jedynie  przypuszczenie, ale  wydawało mi się, że  tego 

drobiazgu  nie  zapamiętałem, choć  widywałem go  dość  często. Krasnoludek  w  żelaznych  kapciach, który spacerował po 

moim umyśle  według  własnego  widzimisię,  zmieniając  moje  wspomnienia  i pamięć.  Miałem  wielką  ochotę  dostać  coś 

takiego w swoje ręce.

Wszystko  to  świadczyło  o  wyższym  niż  zwykle  zidioceniu.  Stać  tu,  jak  sadysta  przeżywający  najpiękniejsze 

chwile  swego życia  i nie  myśleć  o flankach. Ponieważ włączyłem głośnik, nie  byłem w  stanie  usłyszeć  zbliżających  się 

kroków. Nadchodzącego dostrzegłem dopiero, gdy wyłonił się zza rogu i prawie wpadł na mnie.

13

W  takich  sytuacjach  akcję  ceniłem  zawsze  wyżej  niż  myślenie:  najpierw  uspokoić  gościa, potem  dopiero  się 

zastanawiać. Złapałem go za gardło, on natomiast zamiast się uciszyć, przemówił:

- Witamy w Szkole Yuu Bavete, Jamesie di Griz. Miałem nadzieję, że trafisz tutaj.

Miał  pomarszczoną  skórę  i  dopiero  po  tym zorientowałem się,  że  jest  stary, bardzo  stary. Przez  cały czas, gdy 

moje palce ściskały jego krtań, nie poruszył się, spokojnie patrząc mi w oczy.

Jestem dobrze wyszkolony, przyzwyczajony do walki wręcz i do zabijania, ale duszenie spokojnie obserwujących 

ten zabieg pradziadków nie jest moją mocną stroną. Palce rozluźniły się same, spojrzałem mu w oczy i warknąłem ostro:

- Piśnij o pomoc i jesteś trupem.

- To ostatnie na co mam ochotę. Nazywam się Hanasu i chciałem cię spotkać od chwili twej ucieczki. Zrobiłem co 

mogłem, aby cię tu sprowadzić.

- Czy nie miałbyś nic przeciw temu, aby to trochę uściślić?

- Oczywiście. Ledwo usłyszałem przez radio o ucieczce, starałem się wejść w twoje położenie. Jeśli poszedłbyś w 

stronę  wschodu lub południa, skończyłbyś w zabudowaniach  miasta, w  których  szybko by cię złapali. Na północy miałeś 

morze, a więc  jedynie idąc na zachód miałeś szansę, a  zachód to tu. Opierając  się  na  tym, zmieniłem dzisiejsze  zajęcia  i 

zdecydowałem,  że  chłopcy  potrzebują  więcej  ćwiczeń.  Teraz  wszyscy,  co  do  jednego,  zamiast  spać,  muszą  odrabiać 

stracone  godziny,  a  mają  w  nogach  niezłą  liczbę  mil, za  co  zresztą  serdecznie  mnie  nienawidzą. Ich  narciarskie  trasy 

nieprzypadkowo zresztą  biegły na  południe, potem na wschód i z  powrotem tu, dość  sporym łukiem. Wszystko to w tym 

celu, abyś podążył ich śladem, jeśli ich spotkasz. Zrobiłeś tak?

- Owszem - nie widziałem powodu, aby kłamać. - Co teraz zamierzasz zrobić?

- Co? Porozmawiać oczywiście. Nie widziano ci jak dotąd?

- Nie.

-  Jest lepiej, niż  sądziłem. Spodziewałem się, że  będę  musiał użyć  axion  feeds. Powinienem pamiętać, że  jesteś 

specem w tych sprawach. Drugie wyjście z tego korytarza obserwacyjnego jest w moim gabinecie. Pozwolisz?

- Po co? Czekają tam na mnie?

- Nie, chcę z tobą spokojnie porozmawiać.

- Nie wierzę ci.

-  Rozumiem, ale  wybór  masz  niewielki. Jeśli  nie  zabiłeś  mnie  od  razu, to jest  wątpliwe, abyś chciał  to  uczynić 

teraz. Idź za mną - po czym najspokojniej odwrócił się i odszedł.

Jedyne  co  mogłem  zrobić, to  udać  się  za  nim  i  trzymać  się  jak  najbliżej. Możliwe, że  nie  byłem w  stanie  go 

udusić, ale z pewnością byłem w stanie zrobić mu coś innego, jeśli tylko ogłosiłby jakiś alarm.

W korytarzu było sporo okien, ale  przy żadnym nie miałem ani okazji, ani chęci przystanąć. Zresztą dość  szybko 

wspięliśmy się na krótkie schodki i dotarliśmy do drzwi. Powstrzymałem go, gdy dotykał klamki.

- Co tam jest?

- Jak już mówiłem, mój gabinet.

- Jest tam ktoś?

- Wątpię. Nikomu nie wolno tam przebywać pod moją nieobecność.

Harry Harrison -   Stalowy Szczur i piąta kolumna

25 / 43

background image

- Jeśli pozwolisz, to sprawdzę osobiście.

Zrobiłem  to i okazało się, że  miał rację. Przeszukując  pokój czułem, jak  dostaję  zeza  patrząc jednym okiem  na 

kąty, a  drugim  cały  czas  na  niego. Wąskie  okno  otwierało  się  na  głęboką  czerń,  ściany  pokryte  były regałami pełnymi 

książek, w kącie  zaś stało biurko  i parę  krzeseł. Kazałem mu usiąść  możliwie daleko od  biurka, gdzie  były umieszczone 

wszystkie przyciski. Zrobił to bez protestu i trzymał ręce na widoku. Widząc karafkę z wodą, stwierdziłem, że bardzo chce 

mi się pić. Wysuszyłem ją do dna, opadłem z westchnieniem na fotel i umieściłem nogi na biurku.

- I naprawdę chcesz mi pomóc? - spytałem sceptycznie.

- Chcę.

- To na początek pokaż mi, jak zdjąć tę obrożę.

- Proszę. W prawej górnej szufladzie znajdziesz klucz. Dziurka jest pod złączem kabla z metalem.

Zajęło mi to trochę czasu, ale w końcu otworzyłem ją i z zadowoleniem cisnąłem w kąt.

- Ty kierujesz tym interesem?

- Jestem kierownikiem szkoły. Zostałem tu zesłany za karę. Mieliby ochotę mnie zabić, ale jak dotąd nie  stało im 

odwagi.

- Nie mam bladego pojęcia, o czym mówisz. Mógłbyś wyrażać się trochę jaśniej?

- Mógłbym. Planetą  kieruje Komitet Dziesięciu, byłem w nim przez wiele lat, a do fiaska operacji na  Cliaandzie, 

którą  organizowałem, byłem Pierwszym w  Komitecie. Wtedy spróbowałem zmienić nasz program i za  karę znalazłem się 

w... szkole. Nie  mogę  jej  opuścić, nie  mogę  nawet zmienić  ani jednego  słowa  w  programie  nauczania. To  doskonale  i 

bezpieczne więzienie.

- Jakie zmiany chciałeś wprowadzić?

- Radykalne. Zacząłem wątpić  we wszystkie  nasze cele, bo widziałem inne kultury. Oceniono, że  zostałem przez 

nie skorumpowany, a  kiedy spróbowałem wprowadzić moje  pomysły w  życie, znalazłem się  tutaj. Nie  może  być nowych 

idei.

Drzwi otwarły się nagle i wjechał wózek na kółkach popychany przez dziesięcioletniego brzdąca.

-  Przyniosłem  obiad,  kierowniku  -  powiedział  i  zobaczył  za  biurkiem  mnie.  Nie  zmieniając  wyrazu  twarzy 

stwierdził: - To jest więzień, który uciekł.

Zmęczenie zatrzymało mnie na fotelu, a poza tym, co mogłem zrobić? Zabić dziecko?

- Masz rację, Yan - odparł Hanasu. - Popilnuj go, a ja pójdę po pomoc.

To  mnie  postawiło na  nogi, ale  Hanasu nigdzie  nie  poszedł. Stanął za  chłopcem, zamknął drzwi  i zdjął z  półki 

czarny przyrząd, który przytknął malcowi do karku. Ten otworzył szeroko oczy i zamarł w bezruchu.

- Nie ma już niebezpieczeństwa - oznajmił gospodarz. - Muszę tylko usunąć parę minut z jego pamięci.

Poczułem, jak wzbiera we mnie obrzydzenie zmieszane ze strachem.

- Co to jest, to co trzymasz w ręku?

- Axion feeds. Widziałeś je wielokrotnie, tylko rzecz  jasna  nie pamiętasz o tym. Stań teraz  za  drzwiami, aby cię 

nie zobaczył, gdy wejdzie z kolacją.

Może  to  widok  tej  maszynki  do  kasowania  pamięci  spowodował,  że  przyjąłem  bierną  postawę,  a  może 

rzeczywiście  nie  miałem wyboru.  Zrobiłem,  co  mi  kazał,  zostawiając  uchylone  drzwi, aby  obserwować,  co  się  dzieje. 

Hanasu  pomajstrował  przy skali urządzenia  i  ponownie  przytknął je  brzdącowi  do  karku,  po czym  spokojnie  zasiadł za 

biurkiem. Po dwóch czy trzech sekundach, chłopak drgnął i popchnął wózek w głąb pokoju.

- Przyniosłem obiad, kierowniku.

- Zostaw go i nie wracaj dziś w nocy. Nie chcę, by mi przeszkadzano.

- Tak, kierowniku - obrócił się i wyszedł, ja zaś wyszedłem zza drzwi.

- Ta maszynka jest najwstrętniejszą rzeczą, jaką w życiu widziałem.

- To tylko maszyna - odparł obojętnie. - Nie jestem głodny, a sądzę, że tobie przyda się posiłek. Częstuj się.

Zbyt wiele  się działo i zbyt szybko, abym mógł myśleć  o apetycie, ale  gdy o tym wspomniano, stwierdziłem, że 

byłbym w stanie  zjeść konia. Na surowo. Zabrałem się  więc  za posiłek  - równie bezsmakową papkę  jak na  statku, ale  w 

tym momencie smakowała mi ona jak najprzedniejsze same delicje. Jadłem starając się słuchać, co mówi Hanasu.

- Próbuję  zrozumieć  to, co powiedziałeś o tym urządzeniu. Chodzi ci o to, że  jego zastosowanie  jest wstrętne? - 

Skinąłem głową. - Mogę cię  zrozumieć i to jest właśnie mój problem. Jestem inteligentny bardziej i inaczej niż większość 

moich współplemieńców. Są  głupi i pozbawieni wyobraźni. Wyobraźnia  i ciekawość są  tym, co świadomie  wytrzebiliśmy 

wiele  lat temu. A to  oznacza, że  jestem nienormalny. Jestem mutantem.  Z początku się  to  nie  ujawniało; wierzyłem we 

wszystko, co mi mówiono. Teraz dręczą mnie pytania. Wiem, że nie jesteśmy lepsi niż reszta ludzi. Jesteśmy po prostu inni. 

Nasze próby władania resztą są złe, a nasza pomoc w inwazji obcych jest największą zbrodnią ze wszystkich.

- To prawda - oświadczyłem przełykając ostatni kęs.

Miałem ochotę powtórzyć spektakl z nową zawartością talerza.

- Gdy odkryłem te fakty, starałem się zmienić nasze cele, ale to jest niemożliwe. Nie mogę nawet zmienić jednego 

słowa w treningu tych dzieci. A ponoć kieruję tą szkołą.

- Ja mogę zmienić wszystko - poinformowałem go uprzejmie.

- Oczywiście -  jego nieruchoma  twarz  drgnęła, kąciki ust powędrowały w górę. Leciutko, ale  jednak uśmiechnął 

się. - A jak sądzisz, dlaczego chciałem, abyś tu przybył? Ty możesz  zrobić  to, co ja starałem się osiągnąć przez całe życie. 

Możesz uratować mieszkańców tej planety.

- Wystarczy jedna wiadomość: koordynaty tego globu i mój podpis.

- I twoja Liga przybędzie, by nas zniszczyć. Tragiczne, ale prawdziwe.

- Włos wam z głowy nie spadnie.

- Tak, bo spadnie głowa! To jest kłamstwo i nie podoba mi się, że kłamiesz!

-  To  jest  prawda!  Po  prostu  nie  wiecie,  jak  reagują  cywilizowane  społeczeństwa.  Przyznaję,  że  wielu  ludzi, 

wiedząc, gdzie  was szukać, rozerwałoby was  na  kawałki i  to powoli. Liga  po  prostu  będzie  na  was  uważać  i  pilnować, 

żebyście  nie  wpadli na  kolejny głupi  pomysł. Natomiast we  wprowadzeniu zmian, o  których mówisz,  może  wam tylko 

pomóc.

- Nie rozumiem tego - był wyraźnie zaskoczony. - Oni muszą nas zabić.

Harry Harrison -   Stalowy Szczur i piąta kolumna

26 / 43

background image

- Przestań z tym zabijaniem, bo już mi się rzygać chce. To jest wasz główny problem: życie albo śmierć, zabić lub 

być zabitym. Ta  filozofia  należy do historii. Do mrocznej historii, która  na szczęście  jest już  dawno za nami. Możliwe, że 

nie  mamy  najlepszego  systemu  etycznego, ale  przynajmniej zakazuje  on  przemocy  zinstytucjonalizowanej. Jak  sądzisz, 

dlaczego waszym  oślizłym  koleżkom tak  dobrze  idzie? Bo  nie  ma  czegoś  takiego jak  Flota  czy  Armia  Ligi. Nie  mamy 

wojen, nie mówiąc o jakichś lokalnych konfliktach. To co walczy z obcymi, to zbieranina Flot i Policji różnych planet. Nie 

ma  potrzeby,  aby  rząd  używał  zabijania  jako  narzędzia,  chyba  że  znajdą  aż  coś  takiego,  jak  na  Cliaandzie,  gdzie 

próbowaliście cofnąć zegar o jakieś dwadzieścia tysięcy lat.

- Musi istnieć prawo. Kto zabija, sam musi być zabity.

- Bez sensu. To nie wskrzesi zabitego, a  społeczeństwo dokonujące zabójstwa  samo staje się mordercą. Już widzę 

co chcesz powiedzieć. Przemoc rodzi przemoc. Kara śmierci jest urzędową wendetą, a nie żadnym rozwiązaniem.

Maszerował  w  tę  i  z  powrotem  po  pokoju, starając  się  zrozumieć  tę  obcą  filozofię.  Tymczasem wylizałem  do 

czysta naczynie i łyżeczkę. W końcu opadł na swoje krzesło.

- To co mi powiedziałeś, wykracza poza nasze rozumienie. Muszę to przeanalizować, ale nie w tym rzecz. Pewien 

jestem,  że  plany  Kekkonshiki  muszą  zostać  pokrzyżowane, było  już  zbyt  wiele  niepotrzebnych  zabójstw. To  może  się 

skończyć jedynie śmiercią nas wszystkich. Trzeba wysłać tę wiadomość do Ligi.

- Jak?

- To ty musisz mi powiedzieć. Nie uważasz, że zrobiłbym to, gdybym wiedział?

- Pewnie - teraz ja wydeptywałem podłogę. - Nie ma poczty, nie ma psimenów, zresztą to i tak nieistotne. Jeśli są, 

to tej wiadomości na pewno nie wyślą. Radio?

- Najbliższa baza Ligi jest o czterysta trzydzieści lat świetlnych.

- Nie będę tyle czekał. Muszę znaleźć sposób, by dostać się na statek.

- To zbliżone do niemożliwości.

- Jestem tego pewien, ale  musi istnieć jakiś sposób. Najlepiej będzie przespać całą sprawę. Jest tu jakieś miejsce, 

gdzie mógłbym się zdrzemnąć?

Przerwał mi wysoki pisk.

-  Komunikator  -  poinformował  mnie  Hanasu.  -  Połączenie  zewnętrzne.  Stań  w  tym  miejscu.  Będziesz  poza 

zasięgiem kamery.

Usiadł za biurkiem i włączył urządzenie.

- Hanasu - oznajmił obojętnym tonem z kamiennym wyrazem twarzy.

- Za parę minut będzie  u ciebie  grupa  poszukiwawcza, która zamknie wszystkie  wyjścia ze szkoły. Ślady obcego 

zostały  wykryte  w  tych  okolicach.  Musi  ukrywać  się  w  budynkach.  W  drodze  jest  transport  z  dalszymi  sześcioma 

jednostkami. Szkoła zostanie przeszukana, a on znaleziony.

- Jakie macie dowody na to, że on jest tutaj?

- Ślady na śniegu zmierzają w waszą stronę. Albo ukrył się w szkole, albo jest martwy.

- Uczniowie pomogą w poszukiwaniach, znają dobrze zabudowania.

- Wydaj rozkazy.

Wyłączył komunikator i spojrzał na mnie zimno.

- Mimo wszystko nie zrealizujemy naszych planów. Gdy cię złapią, użyją axion feeds i odkryją, co się stało w tym 

pokoju. Wolisz  popełnić  samobójstwo, czy chcesz, żebym ja cię  zabił? -  Wszystko to zostało powiedziane  tak obojętnym 

tonem, że mimo chłodu panującego w pokoju oblałem się potem.

-  Zaraz!  Chwila!  Jeszcze  nie  wszystko  stracone.  Zostawmy  samobójstwo  na  koniec. Musi  tu  być,  do  cholery, 

jakieś miejsce, gdzie mnie nie znajdą.

- Nie. Będą szukać wszędzie.

- A tutaj? W twoim pokoju? Powiesz im, że sprawdziłeś, że mnie tu nie ma.

-  Nie  rozumiesz. Mogę  powiedzieć, co  chcę, a  rewizja  zostanie  przeprowadzona  zgodnie  z  planem.    Jesteśmy 

bardzo dokładną rasą.

- Ale bez wyobraźni; czekaj, coś mi świta - poza adrenaliną wydzielaną na samą myśl o samobójstwie nic mi nie 

świtało. - Okno...

- Nie otwiera się.

- Nawet w lecie?

- To jest lato.

- Tego się  właśnie spodziewałem. Mam. Jeśli nie  wewnątrz, to ukryję się na zewnątrz. Dach. Musi tu być wyjście 

awaryjne dla dokonywania napraw.

- Nie ma napraw.

-  Słuchaj  no, nie  bądź  taki  drobiazgowy, musi  istnieć  jakaś  droga  na  dach.  Nigdy  nie  wiadomo, co  może  się 

wydarzyć, a wy nie jesteście pozbawieni daru przewidywania.

- Może masz rację.

- Gdzie są plany szkoły?

- W tej teczce.

-  No  to  dawaj  je  tu!  -  praktycznie  wydarłem  mu  teczkę  z  ręki.  Przerzucałem  ją  gorączkowo,  starając  się  nie 

słuchać jego mamrotania.

- To strata czasu, nie ma ucieczki, a ja nie chcę być przesłuchiwany za pomocą axion feeds. Dlatego jeśli ty nie...

- Przestań pieprzyć! - warknąłem. - Co to jest? Co oznacza ten symbol?

- To są drzwi.

- No! - klepnąłem go w plecy. - A teraz zrób, co ci powiem, zgoda? Zbierz ich do kupy, resztę wyjaśnię ci później. 

Oficjalnie mają pomóc w poszukiwaniach.

Dobra stara dyscyplina... Posłuchał natychmiast. Zanim skończył mówić, miałem już w głowie dalszy ciąg.

-  Nie  mogę  ryzykować,  że  ktoś  mnie  zobaczy,  więc  musisz  mi  przynieść  z  warsztatu  następujące  rzeczy:  z 

pięćdziesiąt jardów liny o wytrzymałości pięciuset kilogramów, dziesięć długich mocnych gwoździ i młotek molekularny 

oraz latarkę i śrubokręt. Gdzie mogę bezpiecznie poczekać na ciebie?

- Tu. Nie wiem, co planujesz, ale pomogę ci. Na samobójstwo zawsze będzie czas.

Harry Harrison -   Stalowy Szczur i piąta kolumna

27 / 43

background image

- Wciąż ten budujący optymizm!

Poszedł, a ja zacząłem obgryzać  paznokcie. Podskoczyłem, gdy komunikator znowu zadzwonił, ale trzymałem się 

od niego z daleka. Hanasu wrócił po czterech minutach.

- Ktoś do ciebie - poinformowałem go, odbierając wyposażenie i rozkładając je po kieszeniach.

- Wszyscy są w hallu, a pierwszy oddział już przyjechał - oznajmił.

-  Ślicznie. Idź na dół i pomóż  im, żeby zaczęli od  piwnicy. Potrzebuję  całego czasu, jaki mogę  mieć, bo diabli 

wiedzą, co spotkam na drodze.

- Wychodzisz na dach?

- Tego czego nie wiesz, nigdy nie powiesz. Pa.

-  Masz  oczywiście  rację  -  podszedł  do  drzwi  i  obrócił  się.  -  Powodzenia.  Tak  się  chyba  mówi  w  podobnych 

sytuacjach.

- Się mówi. Dzięki. Już ja dopilnuję, żeby ci wyszły z głowy głupoty o samobójstwie.

Byłem tuż  za  nim, tyle  że  on  schodził w dół, a  ja  gnałem schodami w  górę  z  planem budynku w dłoni. Zanim 

dotarłem na strych, zdążyłem się zdrowo zasapać - to był dość długi dzień. Drzwi, do których tak biegłem, były zamknięte. 

Użyłem jednego  z  gwoździ  i  zaatakowałem  olbrzymi  zamek. Puścił  ze  straszliwym zgrzytem. Zanim  ucichł, byłem  już 

wewnątrz i na najlepszej z możliwych dróg do zablokowania zamku. Powietrze nie było zbyt przyjemne: wokół unosiła się 

woń  kurzu i stęchlizny, a  w  dodatku  nie było  nigdzie  światła. Użyłem więc  latarki  i rozejrzałem się  wśród otaczających 

mnie pudeł i starych akt. Drzwi, których szukałem, były o cztery jardy w górze, a w pobliżu nie było drabiny.

- Ślicznie.

Zebrałem co  solidniej wyglądające  pudła, tworząc  z  nich  piramidę. Zajęło mi to  trochę  czasu, gdyż  z  uwagi  na 

kurz  nie  mogłem  ich  ciągnąć  po  podłodze.  Gdy  zakończyłem  prace  budowlane,  nie  odczuwałem  już  żadnego  zimna. 

Prawdę mówiąc było mi gorąco. Myśl o zbliżającym się pościgu dodawała mi skrzydeł.

Drzwi o trzystopowej średnicy, a  raczej  klapa  w  dachu, umieszczone  tuż przy  górnym wierzchołku dachu, były 

zamknięte  na  głucho,  ale  na  szczęście  nie  miały  zamka.  Gdy  je  otworzyłem,  posypała  się  całkiem  niezła  ilość  rdzy. 

Ostrożnie zdrapałem ją śrubokrętem, po czym starłem z krawędzi. W przeciwnym razie ślepy by zobaczył, że były ostatnio 

otwierane. Miałem nadzieję, że  tutejszy woźny nie  będzie  się  fatygował na  strych. Uchyliłem klapę  szerzej i  wytknąłem 

głowę  na  zewnątrz.  Oczywiście  na  całym  dachu  nie  było  ani  jednego  miejsca, za  którym  lub  w  którym  mógłbym  się 

schować.

Nie  przejąłem  się  zbytnio  tym  wszystkim.  Wbiłem  przy  drzwiach  duży  gwóźdź  i  obwiązałem  go  liną.  Tę  o 

wytrzymałości pięciuset kilogramów, mającą odpowiednią średnicę. Dlatego też taką wybrałem.

Po tym zabiegu  spokojnie  pozanosiłem pudła  na  miejsca, po czym uważnie  zbadałem podłogę, zacierając  ślady 

mojej działalności. Przy jednym z pudeł był śliczny odcisk mojej stopy, przewróciłem je więc na  bok. Zamaskowałem parę 

mniej wyraźnych śladów w  podobny sposób, po  czym złapałem linę  zwisającą  z dachu. Wyłączyłem światło upewniwszy 

się uprzednio, czy młotek i gwoździe są na miejscu i usłyszałem jak ktoś z tyłu w ciemnościach dobiera się do zamka.

Nie  wiem, czy  gdziekolwiek  uwzględniają  rekordy we  wspinaczce  na  czterojardową  linę, ale  jestem pewien, że 

osiągnąłem jeden z  lepszych czasów. W jednej chwili byłem na  górze, a w następnej leżałem płasko na dachu wyciągając 

linę. Zamykałem klapę, gdy na dole zabłysło światło.

- Przeszukaj prawą stronę, Bukai - usłyszałem bezbarwny głos. - Zaglądaj za  pudła, otwieraj te, w  których może 

się ukryć człowiek.

Ostrożnie spuściłem klapę, omal nie tracąc przy tym palców. To, że wlezą na dach, nie ulegało wątpliwości. Wejdą 

wszędzie tam, gdzie może wejść człowiek. Toteż ja musiałem być tam, gdzie nie może.

Odkryta  powierzchnia  dachu nie  była zbyt sprzyjającym miejscem do ukrycia  się, a  w  odległości pięciu jardów 

znajdowała się jego krawędź. Postanowiłem zbadać, co jest po drugiej stronie i odkryłem, że metal powleczony jest cienką 

warstwą  lodu. Poślizg był gwałtowny i  po  chwili  zatrzymałem się  z  nogami dyndającymi  poza  dachem. Pamiętając, że 

moment otwarcia klapy jest coraz bliższy, powoli podciągnąłem się do szczytu i wyjrzałem.

Oczywiście  druga strona dachu była równie beznadziejnie gładka jak tamta. Odwiązałem linę  i ruszyłem pełznąc 

po szczycie i robiąc co się da, aby nie zjechać na krawędź, bo oznaczało to pewny, acz niezbyt przyjemny sposób skręcenia 

karku.

Ślizgawica  na  dachu  dawała mi do wiwatu, aż  dach się skończył, a ja, spoglądając przez ramię, widziałem klapę 

doskonale, co znaczyło, że  sam  byłem równie  dobrze  widoczny. Lina  pomogła  mi poprzednio i będzie  to musiała  zrobić 

ponownie. Powoli wyciągnąłem młotek  i wsunąłem gwóźdź  w zaczep. Jeśli dach był cienki, to mógł zadziałać  jak pudło 

rezonansowe, ale musiałem ryzykować. Jednym muśnięciem wbiłem gwóźdź w szczyt dachu i okręciłem linę grabiejącymi 

palcami. Zawiązałem na niej pętlę, w której umieściłem nogę i zsunąłem się z dachu.

Klapa odskoczyła z głośnym hukiem. Wisiałem cicho, słysząc wyraźnie rozmowę.

- Widzisz kogoś, Bukai?

- Nie. Mogę wracać?

Świetnie, di Griz! Znowu ich przechytrzyłeś!

- Nie. Przejdź się po dachu i sprawdź.

To  były  automaty  nie  ludzie!  Żaden  inteligentny  człowiek  nie  wylazłby  na  ten  dach. Wiedziałby,  co  go  może 

spotkać. Te cymbały wypełniają instrukcje na ślepo.

Odgłosy sapania i skrzypienia przybliżały się, a moja lina drgnęła, gdy ktoś za nią pociągnął. Spojrzałem w górę i 

zobaczyłem pozbawione wyrazu oblicze, wychylające się nad krawędź dachu jakieś pół jarda nad moją głową.

15

Jego oczy malowniczo się rozszerzyły, gdy mnie zobaczył. Obrócił głowę i krzyknął:

- Ahiru!

Wyciągnąłem rękę, aby się go pozbyć, ale  w tym momencie się poślizgnął. Pierwszy raz zobaczyłem jakikolwiek 

wyraz  na twarzy tubylca  - autentyczne przerażenie. Drapiąc  dach zjechał za  krawędź  i zniknął. Poza  odgłosem uderzenia 

ciała o ziemię nie było żadnego innego dźwięku.

Wisiałem na linie czekając, co będzie dalej. Poprzez uchylone drzwi doszło mnie przyciszone pytanie.

- Czy Bukai powiedział coś?

- Moje imię.

Harry Harrison -   Stalowy Szczur i piąta kolumna

28 / 43

background image

- Gdy się ześlizgiwał?

- Tak.

- To niedobrze.

- Nie, lepiej, że jest martwy. Człowiek, który okazuje emocje... - Drzwi zamknęły się.

Przyjemniaczki. Bukai miał  miłych  kumpli. Zanim do reszty  przymarzłem  do  liny, zdecydowałem, że  pora  się 

ruszyć - przy pustym dachu i zamkniętych drzwiach z pewnością na górze było bezpieczniej i przyjemniej niż tu. Zrobiłem 

to jeszcze ostrożniej niż schodząc, przed oczyma miałem twarz Bukai i to było wystarczającym powodem.

Na dachu spędziłem długie jak wieczność dziesięć minut. Po czym, szczękając zębami, zabrałem się do zejścia  na 

strych. Miałem nadzieję, że jest pusty, ale tak właściwie to zaczynało mi być wszystko jedno.

Na szczęście był pusty.

Są granice  wysiłku i napięcia, jakie może znieść  człowiek. Ja  swoją osiągnąłem na  strychu. Ledwie  zamknąłem 

klapę, zwaliłem się na podłogę i zasnąłem. Nie wiem, jak długo spałem. Kiedy się obudziłem, nie  wiedziałem, jak się  mają 

sprawy  za  drzwiami  i  jaką  właściwie  mamy  porę  doby.  Pozostawało  jedynie  sprawdzić.  Ostrożnie  uchyliłem  drzwi. 

Korytarz był pusty, a za oknem nadal panowała noc.

Miałem  więc  ponownie  szczęście, a  ponieważ  sen  mnie  odświeżył, ruszyłem  do gabinetu Hanasu, uważając  na 

wszystko dookoła jak za najlepszych czasów. Wszędzie panowała cisza i ciemność, jednak spod drzwi gabinetu widać było 

smugę światła.

Sam Hanasu siedział za biurkiem, najwyraźniej czekając na mnie. Wślizgnąłem się do wnętrza.

- To ty - odezwał się odstawiając szklankę z wodą.

- Pić mi się chce - oznajmiłem sięgając po nią.

- To trucizna - stwierdził beznamiętnie. - Nie miałem pojęcia, kto pierwszy wejdzie przez te drzwi. Chwilę trwało, 

zanim się oswoiłem z tą nowiną.

- Wszyscy poszli?

- Wszyscy, niczego nie znaleźli, a jeden spadł z dachu i zabił się. Jesteś za to odpowiedzialny?

- Pośrednio. Przestraszyłem go i widziałem, jak leciał.

- Przyjęli, że  zamarzłeś w śniegu, rano zaczną poszukiwania. Nie będą  zbyt dokładni, gdyż  są przypuszczenia, że 

utopiłeś się w przerębli na morzu.

- Omal mi się to udało. Ale do rzeczy: zabawa się skończyła i czas wrócić do naszych problemów.

- Przesłania wiadomości do Ligi.

- Właśnie. W spokojniejszych chwilach trochę nad tym myślałem tej nocy. Jesteś zmęczony?

- Nie bardzo.

- Dobra. Musimy trochę popracować w warsztacie elektronicznym. Czy to możliwe bez natrętów?

- Da się zrobić, a co chcesz tam zdziałać?

-  Zadzwoń  do  biblioteki  i  postaraj  się  o  schemat  detektora  napędu  nadprzestrzennego. Zakładam,  że  masz  tu 

części, z których można go sklecić.

- Mam nawet cały detektor. Jest częścią szkolenia.

- Jeszcze lepiej. Idziemy. Na miejscu pokażę ci, o co mi chodzi.

Muszę przyznać, że poszło nam nadspodziewanie dobrze. Metalowa tuba, długa na  trzy stopy i zamknięta z  góry, 

mająca po bokach dwie metalowe prowadnice, nie wyglądała okazale, ale była dokładnie tym, czym miała być.

- Co to robi? - zainteresował się Hanasu.

- To musi być przymocowane do jednego z waszych statków. I to właśnie jest nasz następny problem. Jeśli założę 

go  gdzie  trzeba,  nikt  tego  nie  znajdzie,  wygląda  bowiem  jak  standardowy  miotacz  flar  -  pokazałem  mu  plastikowy 

pojemnik. - Ten natomiast wystrzeliwuje to: jest to solidna bateria  i nadajnik. Zrobiłem ich dziesięć, powinno wystarczyć. 

Za każdym razem, gdy statek wyjdzie z nadprzestrzeni i napęd zostanie wyłączony, detektor w czubku wyrzutni wykryje to 

i wystrzeli jeden z pojemników  z radiem. Mają  wbudowany opóźniacz  trzydziestominutowy, tak  że  zaczną nadawać, gdy 

statek  będzie  znów  w  nadświetlnej.  Transmitowany  sygnał  zawiera  mój  kod  identyfikacyjny,  lokalizację  tej  planety  i 

wezwanie o pomoc. Gdy to wystartuje, pozostanie nam jedynie czekać na kawalerię.

- A co będzie, gdy statek nie wynurzy się z nadświetlnej w pobliżu odbiornika?

- Zwykły rachunek prawdopodobieństwa. Większość pilotów używa określonego punktu  nawigacyjnego, a  więc, 

większość z  nich leży w pobliżu stacji Ligi. Prawie  każda podróż wymaga trzech do czterech sprawdzianów w normalnej 

przestrzeni. Któryś z nadajników powinien zostać przechwycony.

- Lepsze to niż nic, ale samobójstwo jest nadal możliwe - mruknął Hanasu.

- Mówiłem ci już, że jesteś niepoprawnym optymistą? Hanasu wrócił do zasadniczego tematu:

- Jak przymocujesz go do statku?

- Młotkiem! Dobra, nie pora na  żarty. Muszę  znaleźć  sposób, aby zbliżyć  się  do któregoś. Samo przymocowanie 

zabiera zaledwie parę minut. Czy kosmodrom jest pilnowany?

- Jest wokół niego siatka, o czym doskonale wiesz Strażnicy, z tego co wiem, stoją tylko przy bramie.

- Więc nie powinno to być zbyt trudne. Potrzebuję twojej pomocy w dwóch kwestiach: w zorientowaniu się, kiedy 

odlatuje jakiś statek i w kwestii transportu na kosmodrom.

- Informacja nie jest problemem. Biuletyn podał, że „Takai Cha" startuje dziś o szóstej czterdzieści pięć.

- Która jest teraz?

- Trzecia jedenaście - odparł studiując cyferblat.

- Możesz mnie tam jakoś podrzucić na czas? Chwilę zastanowił się, po czym skinął głową.

-  Normalnie  nie  mógłbym,  bo  nie  mam  powodu,  by  wyjeżdżać  ze  szkoły, ale  dziś mogę. Zamelduję,  że  chcę 

pomóc w poszukiwaniach. Powinni się zgodzić.

Zgodzili się  i w ciągu dziesięciu minut podskakiwaliśmy po zlodowaciałym polu w elektrycznym i zaopatrzonym 

w płozy urządzeniu, służącym do wytrząsania z człowieka flaków. W tym czymś nie było foteli, ogrzewania i hermetyzacji 

kabiny. Ci ludzie  naprawdę  przesadzali  w  samoumartwianiu  się. Pod  pachą  dzierżyłem  metalową  rurę, między  nogami 

miałem  skrzynkę  z  narzędziami, a  obydwoma  rękami  trzymałem się  metalowej  rury obciągniętej brezentem, a  udającej 

siedzenie, aby nie rozbić sobie głowy o boki i dach skaczącego pojazdu.

- Jak blisko ogrodzenia możesz podjechać?

Harry Harrison -   Stalowy Szczur i piąta kolumna

29 / 43

background image

- Jak blisko zechcesz. Nie  mamy dróg czy oznaczonych tras. Poruszamy się  na  radiolatarnie kierunkowe, a trasa 

zależy od wyboru kierunku.

-  Pierwsza  dobra  wiadomość. Słuchaj,  wysadź  mnie  przy  ogrodzeniu  i pojedź  dalej, tylko  zapamiętaj  miejsce. 

Wróć po godzinie. Jeśli usłyszysz coś, ale dostrzeżesz zamieszanie, jedź do szkoły.

- Dobrze, będę miał czas zażyć truciznę.

-  Smacznego,  tylko  nie  śpiesz  się  za  bardzo.  Zrób  to  jedynie  wtedy,  gdy  faktycznie  mnie  złapią.  Może  być 

zamieszanie, ale to wcale nie będzie jeszcze równoważne z tym, że mnie mają.

Po obu stronach drogi pojawiły się niewyraźne kształty, po czym z boku wyskoczyło ogrodzenie, wzdłuż którego 

Hanasu jechał z zacięciem kierowcy rajdowego.

- Wysiadam! - wrzasnąłem, gdy w oddali zamajaczyła brama. - Zapamiętaj czas i do zobaczenia.

Wyturlałem  się  z  całym ekwipunkiem, zanim dobrze zwolnił i znalazłem się  w  centrum miniaturowej śnieżycy. 

Wyjąłem ze skrzynki detektor i zbliżyłem się do ogrodzenia.

Nic. Żadnego alarmu. Przecięcie płotu było zadaniem dla  średnio ruchliwego paralityka. Zrobiłem to jedną ręką i 

z zamkniętymi oczami, i to dosłownie! Przepchnąłem przez  otwór siebie i rurę i załatałem dziurę. Zadowolony założyłem 

narty i ruszyłem w ciemność. Sypiący śnieg zacierał moje ślady, tak że miałem wszelkie powody do zadowolenia.

Odnalezienie  okrętu  nie  było  żadnym  problemem:  wszystko  wokoło  spowijał  mrok,  kadłub  zaś  był  zalany 

światłem reflektorów.

Wokół kręciły się maszyny obsługiwane przez ubranych w kombinezony techników.

Trzymając  się  cienia,  zastanawiałem  się,  jak,  do  cholery,  mam  tam podejść  i  przymocować  mój drobiazg  nie 

wywołując alarmu.

16

Problem ten miał tylko jedno rozwiązanie: musiałem wyglądać  tak jak ci, którzy się  kręcili przy  statku. Mówiąc 

krótko, potrzebowałem kombinezonu technika. Tak więc musiałem któregoś z nich rozebrać.

Znalezienie  ciemnego  kąta  za  jakimiś  beczkami, żeby  złożyć  bagaże  nie  było  problemem, ale  postaranie  się  o 

kombinezon to zupełnie inna sprawa. Krążyłem w ciemności w tę i z powrotem, bez żadnych rezultatów. Łazili parami lub 

w większych grupach. Czas uciekał i godzina, jaką dałem Hanasu, dawno minęła.

Moja cierpliwość topniała, rozważałem jeden samobójczy plan po drugim, gdy w końcu któregoś ruszyło. Zlazł z 

dźwigu  i ruszył ku budynkom. Oczywiście  dokładnie po przeciwnej stronie, niż  byłem, ale to  już  drobiazg. Zobaczyłem, 

jak wchodzi w drzwi oznaczone „Benjo" i ruszyłem tam, wykorzystując każdą możliwą osłonę.

Będąc  zwolennikiem  określonych  praw  osobistych,  poczekałem  przy  wyjściu,  aż  załatwi  interes  z  muszlą 

klozetową,  po  czym  go  rąbnąłem.  Było  to  o  tyle  łatwiejsze,  że  ręce  nadal  miał  zajęte  przy  rozporku  i  guzikach; 

najprawdopodobniej  nawet nie  wiedział, co  się  zdarzyło. Ja  wiedziałem. Kant prawej dłoni  bolał mnie  jeszcze  przez  pół 

godziny. Rozebrałem go starannie, związałem jakimś drutem i zakneblowałem, zamykając w jednej z  kabin. Nie  powinien 

zostać znaleziony przed odlotem.

Jego  kombinezon  był  lekko  przyciasny,  ale  i  tak  nikt  tu  nie  zwracał  uwagi  na  elegancję,  a  ochronny  kask 

twarzowo zakrywał mi fizjonomię.

Zabrałem, co moje, i ruszyłem  wolno ku  statkowi. Właśnie  ten wolny  marsz  był najtrudniejszy  ze  wszystkiego. 

Nikt się za  mną nie  oglądał, nikt za mną  nie krzyczał, wyglądało na  to, że  tutaj nic nikogo  poza  własnymi zajęciami nie 

interesuje. Mimo to odetchnąłem z ulgą, gdy doszedłem do dźwigu i wrzuciłem do środka manatki.

Obsługa  urządzenia  była  jednym  z  prostszych  zadań,  więc  bez  problemów  ruszyłem  statecznie  ku  jednemu  z 

ciemnych miejsc przy płetwie ogonowej. Ku silnikom.

Cała  zabawa  z  przymocowaniem  rury  przy  komorze  silnika  poszła  łatwiej,  niż  należało  się  spodziewać. 

Dodatkową ciekawostką była nieobecność normalnej wyrzutni i to, że nic nie było widać z ziemi.

Wracając  nie  ryzykowałem marszu  przez  oświetlony  plac. Zamiast  tego  odstawiłem dźwig  w  cień  najbliższego 

budynku. Do odlotu zostało dziesięć minut. Była już nawet załoga, która przytupywała zawzięcie.

- Dlaczego ten dźwig tu stoi? - spytał głos z tyłu.

- Ramstmo? - wymamrotałem nie odwracając się.

- Nie słyszę cię. Powtórz! - głos się przybliżył.

- Teraz lepiej? - spytałem odwracając się na pięcie i łapiąc go za gardło.

Wybałuszył oczy, potem zresztą zamknął, gdy jego głowa zetknęła się parę razy z kabiną dźwigu.

W tej właśnie chwili usłyszałem odlot statku. Jeden z najprzyjemniejszych dźwięków w moim życiu.

- Udało się  - pogratulowałem sobie  półgłosem. -  Niezliczone  generacje będą  błogosławić twoje  imię, Jamesie di 

Griz.

Wciągnąłem mojego podopiecznego głębiej do jednego z  budynków, przy  okazji stwierdziłem, że jedne z  drzwi 

mają nader porządny i skomplikowany zamek. Napis nad nimi wyjaśnił wszystko, a w dodatku podsunął mi pomysł. Napis 

bowiem głosił:

ZBROJOWNIA

Idealny schowek, ale po małej rozrywce. Zdjąłem kombinezon, założyłem narty i pojechałem na oświetlony teren, 

starając się, żeby ktoś mnie zobaczył.

Byli największymi łamagami, jakich w życiu widziałem.

Pętałem  się  przeszło  pięć  minut,  bez  żadnego  rezultatu.  W  końcu  przejechałem  parę  jardów  przed  najbliższą 

dwójką  i  zdążyłem  wlecieć  w  jakieś beczki, zanim zwrócili  na  mnie  uwagę. Gdy  wreszcie  to  się  stało, zakryłem  twarz 

rękami i ruszyłem z kopyta w ciemność. Miałem nadzieję, że zapamiętali kierunek mojej ucieczki - prosto do płotu.

Tym  razem  zrobiłem  dziurę  wystarczającą  dla  czołgu  i  nie  trudziłem  się  z  jej  maskowaniem.  Ruszyłem  w 

ciemność, szukając okazji do zamaskowania wyraźnego śladu. Nie było to takie trudne: prawie po stycznej zbliżał się jeden 

z tutejszych pojazdów. Dogonienie go nie wchodziło w rachubę, ponieważ był znacznie szybszy, ale zostawiał piękny ślad. 

Zmieszałem  z  nim swoje, posuwając  się  lekkim  zygzakiem, po  czym wbiłem kije  w  ubity  śnieg  i zrobiłem obrót o sto 

osiemdziesiąt stopni, z którego byłby dumny nawet mój instruktor. Trafiłem prosto we własne ślady i ruszyłem z powrotem 

nie używając kijków. Prosto do bezpiecznego i zacisznego miasta.

Muszę przyznać, że nie przesadzali tu z godziną pobudki: na ulicach dostrzegłem ledwie parę osób. Nie sądzę, aby 

ktoś zwrócił na  mnie  uwagę, w każdym razie na  pewno nikt nie  podniósł alarmu. Zbliżyłem się do portu kosmicznego. Tu 

Harry Harrison -   Stalowy Szczur i piąta kolumna

30 / 43

background image

także  panowała  cisza  i spokój,  żadnych  śladów  nagłej  aktywności. Z  pobliskiego  okna  dochodził  miły  blask, toteż  nie 

omieszkałem tam zajrzeć. Sprawa stała się bardziej atrakcyjna, gdy odpowiednio zaokrąglona autochtonka odwróciła się do 

okna. Angelina zawsze urządza mi awantury o flirty, toteż musiałem w końcu dać jej jakieś po temu podstawy. Nawet to, że 

marnowałem  cały  wysiłek włożony w  zacieranie  fałszywych  śladów, nie  zmieniło  mojego postanowienia. Zdjąłem  narty, 

postawiłem je w śniegu i otworzyłem drzwi.

- Dzień dobry. Wygląda na to, że nadal mamy mróz - oznajmiłem.

Spojrzała  na  mnie  w  milczeniu. Była  młoda  i  atrakcyjna,  choć  zupełnie  pozbawiona  makijażu  i ubrana  tak, że 

każdą normalną kobietą by zatrzęsło.

- Jesteś tym, którego szukają - stwierdziła bez śladu emocji w głosie. - Muszę iść ich zaalarmować.

- Nie pójdziesz i nie zrobisz tego - skurczyłem się, gotów ją zatrzymać.

- Tak, panie - odparła i wróciła do garów.

Panie!  Te  przyjemniaczki  musiały  być  antyfeministami  wszech  czasów. Uznając  brak  uczuć  za  cnotę,  kobiety 

musieli traktować  jak bydło  i niewolników. Na  to  zresztą  wskazywał  stojący  przede  mną  dowód. Po  setkach lat tresury 

wyhodowali z całą pewnością perfekcyjne służące.

- Co gotujesz, kwiatuszku?

- Tu jest wrzątek, tu zupa rybna, a tutaj okraszona ryba, a tu...

- Ślicznie. Poproszę porcję każdej z tych rzeczy, z wyjątkiem wrzątku, rzecz jasna.

Podała  mi parę  metalowych  misek  i kościaną  łyżkę. Jedzenie  było  równie  bezbarwne  jak do  tej  pory, ale  i  tak 

dwukrotnie opróżniłem talerz, zanim stwierdziłem, że wystarczy.

- Nazywam się Jim - stwierdziłem skończywszy. - A ty?

- Kaem.

- Dobre jedzenie, Kaem. Trochę niedoprawione, ale to nie twoja wina. Zadowolona jesteś z tego zajęcia?

- Nie wiem, co to znaczy: zadowolona.

- Tak myślałem. W jakich godzinach tu pracujesz?

- Nie wiem, o co chodzi. Wstaję, pracuję, idę spać. Zawsze tak jest.

-  Bez weekendów, wakacji i świąt. Tu faktycznie potrzeba  dużych zmian. Mam nadzieję, że to już  niedługo. Tej 

kultury nie trzeba niszczyć. Sama się rozpadnie, ledwie dotrze tu trochę cywilizacji. Historycy będą za parę lat nieźle łapali 

się za głowy nad waszymi zwyczajami. O której podajecie tu śniadanie?

- Za parę minut, gdy zadzwoni dzwon - odparła spoglądając na zegar.

- Kto tu jada?

- Mężczyźni, żołnierze.

Byłem na nogach, zanim wymówiła ostatnią sylabę i nakładałem rękawice.

- Jedzenie  było wspaniałe, ale mam niewiele czasu. Muszę zdążyć, zanim wzejdzie słońce. Mam trochę spraw do 

załatwienia. Przepraszam, nie będziesz bardzo zachwycona, gdy cię zwiążę?

- Zrób ze mną, co zechcesz, panie - odparła opuszczając oczy.

Po raz pierwszy w życiu wstydziłem się, że jestem płci męskiej.

-  Wkrótce  będzie  lepiej, Kaem.  Przyrzekam  ci.  Jeśli  się  stąd  wydostanę,  to  obiecuję  ci  przysłać  jakieś  stroje, 

szminki i parę publikacji ruchu emancypacyjnego. Gdzie tu jest magazyn?

Grzecznie  pokazała  mi  kierunek,  więc  pocałowałem  ją  na  pożegnanie  i  z  ledwością  zdołałem przeszkodzić  w 

rozebraniu się. Już widzę, jakimi czułymi kochankami są ci tutaj!  Romantycy, psiakrew! Następny kwiatek do listy. Kaem 

zupełnie  nie protestowała, gdy ją wiązałem i zamykałem. I tak znajdą ją, ledwie  śniadanie się  spóźni, ale wszystko, czego 

potrzebowałem, to parominutowe wyprzedzenie.

Narty przypiąłem dopiero na  lodzie, żeby nie  zostawiać śladów; po czym ruszyłem przed siebie starając się, o ile 

to było możliwe, krzyżować swoją drogę ze śladami innych nart.

Przedostałem się  przez płot, co robiło się już nudną rutyną i uśmiechnąłem się, słysząc po drugiej stronie syreny i 

inne oznaki aktywności. Chyba  w końcu dostrzegli moją  poprzednią wizytę. Najwyższy czas. Nie  dość, że  chciało mi się 

spać, to jeszcze zaczynało świtać. Zamaskowałem dziurę i ruszyłem ku zbrojowni.

Oczywiście, nikt mnie  nie  widział, a  facet, którego tu przywlokłem, zdążył  zniknąć, jak zresztą wszyscy  inni w 

zasięgu wzroku.

Sforsowałem zamek, uziemiłem alarm bez większych trudności, po czym podłączyłem wszystko na  miejsce i na 

ołowianych nogach obszedłem pomieszczenie. Ułożyłem się na skrzynkach granatów odłamkowych mając nadzieję, że nie 

mają nic przeciw temu i zasnąłem prawie natychmiast.

Cudowne uczucie  - byłem pewien, że mogę robić  to całą  wieczność, tyle  że coś mi, cholera, nie dało. Obudziłem 

się momentalnie, gdy zrozumiałem, co. Było zupełnie jasno, a ktoś majstrował przy zamku.

Pretensje mogłem mieć tylko do siebie. Zapomniałem, z kim mam do czynienia. Ledwie ci tutaj dowiedzieli się o 

moim zmartwychwstaniu, po prostu zarządzili przeszukanie całego miasta. Zabawa się skończyła.

17

Drzemka  mnie odświeżyła, a  wściekłość dodała sił. Wściekły  byłem głównie  na  siebie, za  głupie postępowanie, 

rzecz oczywista. Jak każdy normalny człowiek miałem wielką  ochotę wyładować  się  na kimś innym, a zatem oberwał ten, 

który wszedł pierwszy. Przeszkodziły mi w tym trochę narty, o które  się  potknąłem, zapominając o ich istnieniu, ale  i tak 

nie miało to większego znaczenia. Klient, podobnie jak wszyscy przedstawiciele jego rasy, nie miał pojęcia o walce wręcz.

Zebrałem narty  i kijki i wyjrzałem na  korytarz. Wszędzie  pełno było zapalonych poszukiwaczy mojej skromnej 

osoby, ale  dopiero  przy drzwiach  wyjściowych  jeden  z nich mnie  dojrzał. Zdążyłem zrobić  całe trzy kroki, zanim zdobył 

się na reakcję.

- On jest tutaj, próbuje uciekać - oznajmił monotonnym tonem.

- Nawet to robi!  - wrzasnąłem wypadając na dwór, prosto na najbliższego z nich. Po dwóch sekundach pozostało 

mi jedynie zapiąć narty i ruszać w drogę.

To wszystko było i tak odwlekaniem nieuniknionego.

Bramę strzegła wzmocniona warta, a ze wszystkich stron widać było zbliżające się sylwetki tutejszych pojazdów. 

Mógłbym może  dostać  się  do  miasta  i  szukać  tam  kryjówki,  ale  jeden  człowiek  przeciw  całej planecie  ma  minimalne 

Harry Harrison -   Stalowy Szczur i piąta kolumna

31 / 43

background image

szansę.  Może  Hanasu  miał  filozoficzną  odpowiedź  na  ten  problem,  ale  osobiście  zdecydowanie  nie  nadaję  się  na 

samobójcę.

Rzecz  jasna, moje rozmyślanie nie  przeszkadzało mi w poruszaniu  się. Za mną  zresztą  podążała  pogoń i obie  te 

kwestie tak zaabsorbowały moją wyobraźnię, że silniki rakiety usłyszałem dopiero, gdy była nad moją głową. Podobnie jak 

reszta przytomnych stanąłem, popatrzyłem i osłupiałem.

Spoza nisko wiszących chmur opuszczał się na strumieniach odrzutu niewielki statek zwiadowczy.

Z połączonymi pierścieniami Ligi na kadłubie!

- Udało się! - wrzasnąłem ruszając z kopyta ku podskakującej na amortyzatorach jednostce.

Nie  ma  potrzeby dodawać, że  biegłem samotnie. Tubylcy nie  byli równie entuzjastycznie nastawieni do  tego, co 

przybyło. W każdym razie byłem na miejscu, gdy otworzył się właz.

- Witamy na Kekkonshiki - oznajmiłem facetowi stojącemu w otworze. - Przyłącz tę planetę do Ligi, o zdobywco!

-  Nic  nie  wiem  o żadnym  zdobywaniu  -  odparł obdarzony nader  bujną  fryzurą  młodzian w  nieporządnym  nad 

wyraz kombinezonie. - Dostałem polecenie zabrania stąd niejakiego Jamesa Bolivara di Griz.

- Masz go przed sobą.

- Podobnie jak tubylcy, tylko że oni mają jeszcze całą masę broni. Właź na pokład.

- Najpierw uświadomię tym typom, jakiej wiekopomnej chwili są świadkami.

Z radością zobaczyłem znajomą gębę na czele całej zgrai. To był Kome, kapitan mojej ostatniej podróży.

- Rzuć broń - poleciłem. Zamiast tego ją uniósł.

- Pójdziecie ze mną. Obaj - rozkazał.

Czerwone  płatki  zawirowały  mi  przed  oczami. Ci  ludzie  byli tak  tępi,  że  aż  mnie  zemdliło.  To,  że  przez  ich 

durnotę zginęło już tak wiele istnień, tylko pogłębiało to uczucie.

- Błagam, nie strzelaj! - wrzasnąłem wyrzucając w górę ręce i skacząc ku niemu.

Wykręciłem mu rękę, przechwyciłem pistolet i z całej siły wepchnąłem mu lufę w kark.

- Posłuchajcie, bałwany! - wykrzyknąłem. - Wszystko się skończyło. Przegraliście! Nie  zdziałacie już nic złego w 

galaktyce.  Jedyną  podstawą  waszej  siły  i  władzy  była  nieznana  lokalizaga  tej  planety, tak  że  mogliście  się  tu  kryć  jak 

karaluchy, ale to już przeszłość. Widzicie ten emblemat na burcie. To statek Ligi. Wiedzą, gdzie jesteście, kim jesteście i co 

z wami zrobić! Sprawiedliwość przybyła w postaci tego oto młodzieńca, który właśnie ogłosił przyłączenie waszej planety 

do Ligi.

- Zrobiłem to? - sapnął z niedowierzaniem.

- Zamknij się, palancie, i bierz się do roboty.

- Moją robotą jest zabranie ciebie.

-  Dostałeś  awans. Zabierz  im  broń  -  byłem lekko zdesperowany, bo  reszta  zaczęła  podnosić  spluwy  do  oka,  a 

znając ich zwyczaje, wiedziałem, że spokojnie zastrzelą Kome, byle mnie dostać. - No, Kome, powiedz kumplom, żeby się 

poddali. Jeśli ktoś tu wystrzeli, to wam wszystkim nogi z dupy powyrywam.

Rozmyślał chwilę na swój pokręcony sposób, po czym podjął decyzję:

- Obecność tego statku może być przypadkowa.

-  Nie  jest  -  wtrącił  się  pilot.  -  Pokażę  ci  wiadomość, jaką  otrzymałem  wraz  z  ogólnym  alarmem,  kierującym 

wszystkie jednostki ku tej planecie. Szukaliśmy was od jakiegoś czasu. Idę po wiadomość.

-  Zabijcie  ich  obu  -  rozkazał  Kome.  -  Jeśli  zełgali, to  będzie  po problemie, a  jeśli nie, to  i tak  nie  ma  żadnej 

różnicy. Wszyscy jesteśmy martwi.

- Odsuń się - polecił mu najbliższy. - Albo będę musiał cię zastrzelić.

- Strzelaj - padła spokojna odpowiedź.

- Stać! - wrzasnąłem, pakując gościowi kulę w ramię i wytrącając broń - To nie ma sensu!

Myśleli inaczej. Paru  wzięło  mnie  na  cel, gdy  pilot doręczył wiadomość, o której wspominał. Nie  taką  zresztą, 

jakiej oczekiwali. Nie był na tyle głupi, zwiadowcy rzadko kiedy są imbecylami.

Dziobowa  wieżyczka  artyleryjska  obróciła  się  łagodnie, siejąc  pociskami na  wszystkie  strony. Nie  tracąc  czasu 

dałem mojemu więźniowi po łbie, żeby  grzecznie szedł za mną  i ruszyłem do  śluzy. Wdusiłem przycisk  uszczelniania, a 

Kome  okazał  oznaki  żywotności,  o  które  go  nie  podejrzewałem.  Zdrowy  kopniak  w  bok  głowy  załatwił  tę  sprawę, 

rozciągając go na śniegu. Normalnie nie lubię takich rzeczy, ale tym razem sprawiło mi to czystą, nieskalaną przyjemność.

- Lepiej się połóż. To będzie pięciogeowy start - poinformował mnie pilot.

Był.  Dzięki niemu  szybko pokonałem  ostatnie  cale  dzielące  mnie  od  podłogi. Gdy przestałem  widzieć  jedynie 

rozmazane plamy, unosiłem się już w stanie nieważkości.

- Serdeczne dzięki - mruknąłem.

- Cała przyjemność po mojej stronie. Masz dość natrętnych kumpli.

- Kumpli! Te cymbały wymyśliły całą tę wojnę! A tak na marginesie, jak wam idzie?

- Nadal przegrywamy - warknął - i nic nie możemy na to poradzić.

- Nie  opowiadaj bzdur - to tylko pech. Leć  do najbliższej stacji z  psimenami, mam masę zaległej korespondencji. 

Nie wiesz przypadkiem, czy obcym odbito jeńców?

-  Masz  na  myśli admirałów? Wrócili biedacy. Wiesz, normalnie  nikogo nie  obchodzi, co  się  przytrafia starszym 

rangom oficerom, ale tym razem to naprawdę nie było przyjemne.

-  Wyleczą  ich. Wybacz, że  się  cieszę,  ale  moja  żona  i  synowie  byli  odpowiedzialni  za  tę  ucieczkę,  a  to,  co 

powiedziałeś oznacza, że im się udało.

- Masz niezłą rodzinkę.

- Możesz to powtórzyć?

- Masz niezłą rodzinkę.

- Miło to słyszeć. Wyduś trochę życia z tego mebla. Musimy się pośpieszyć.

Zanim  dolecieliśmy  do  najbliższej  stacji,  miałem  już  wszystko  rozpisane.  Z  pewnością  stać  było  flotę  na 

wyłączenie  ze  swojego  składu  paru  jednostek  z  oddziałami  desantowymi,  a  więcej  nie  było  tu  potrzeba,  a  zatem 

Kekkonshiki  powinna  być  niedługo  normalnym,  cywilizowanym  światem.  Do  ogólnego  planu  dołączyłem  jeszcze 

dokładne  instrukcje,  gdzie  znaleźć  Hanasu  i  co  z  nim  zrobić.  Najważniejszą  sprawą  było  spacyfikowanie  planety  i 

osłonięcie  w  ten  sposób  tyłów. Wojna  była  nadal  do  wygrania.  W  trakcie  drogi  przestudiowałem  wszystkie  możliwe 

Harry Harrison -   Stalowy Szczur i piąta kolumna

32 / 43

background image

raporty,  toteż  gdy  dotarłem  wreszcie  do  Kwatery  Głównej  Korpusu, miałem gotowych  parę  planów. Wszystkie  zresztą 

zostały wymiecione z mojej głowy na widok ukochanej osoby.

- Powietrza... - jęknąłem po nieskończenie długim uścisku. - Miło być w domu.

- Mam coś więcej w zapasie, ale sądzę, że najpierw chciałbyś trochę przyjrzeć się wojnie.

- Jeśli nie masz nic przeciwko, najdroższa. Miałaś jakieś problemy z admirałami?

- Żadnych, tak pięknie wszystko zamieszałeś, że  mogło to służyć za lekcję  poglądową dla chłopców. Aktualnie  są 

wraz z flotą i usiłują wygrać wojnę. Bałam się o ciebie.

- Miałaś rację, ale to już skończone. Czy nie zabrałaś przypadkiem paru upominków w drodze przez ich skarbiec?

- Zostawiłam to bliźniakom. Sporo odziedziczyli po tatusiu. Jestem pewna, że  zabrali sobie sporo, ale i tak to, co 

zostało, wystarczy nam na niezależne życie. Jeśli przeżyjemy wojnę, oczywiście.

- Co się tam właściwie dzieje?

-  Nic  dobrego.  Co  prawda,  gdy  obcy  pozostali  sami,  okazało  się,  że  są  dość  głupimi  i  prymitywnymi 

przeciwnikami. Jednak muszą  mieć paru dowódców  trochę  mniej durnych od reszty. Opuścili bazę  i rozpoczęli frontalny, 

zmasowany atak. Poddaliśmy więc  tyły i robimy to nadal, sprawiając jedynie  czasami wrażenie, że  stajemy do bitwy. Nie 

ma co się dziwić. Ich przewaga w uzbrojeniu i liczebności wynosi coś koło dziewięciuset do jednego.

- Jak długo to może potrwać?

-  Niedługo.  Już  prawie  skończyły  nam  się  przestrzenie  międzyplanetarne.  Wkrótce  wejdziemy  w  pustkę 

międzygwiezdną, a  tam nie  ma już  gdzie  uciekać. Nawet te  cymbały będą  w  stanie  to przewidzieć. Wszystko, co muszą 

zrobić, to zostawić  połowę swoich sił na  jej skraju, aby nas nie wpuścić z  powrotem i powybierać nasze planety na drodze 

desantów.

- To nie brzmi zbyt optymistycznie.

- Bo nie jest optymistyczne.

- Nie martw się, słonko. Twój kochany Jim uratuje galaktykę.

- Znowu! To miłe - pocałowała mnie.

-  Kazano  mi tu przyjść  - oznajmił z  tyłu  znajomy  głos -  tylko  po to, żebym zobaczył, jak  się  całujecie? Jestem 

zajętym człowiekiem i nie mam...

- Nie tak zajętym, jak wkrótce będziesz, profesorze.

- Co ty znowu wymyśliłeś?

-  Wymyśliłem,  że  zrobisz  broń,  dzięki  której  uratujesz  nas  wszystkich. Twoje  imię  będzie  pisane  złotem  we 

wszystkich podręcznikach historii. „Coypu, Zbawiciel Galaktyki".

- Zidiociałeś do końca!

- Nie myśl, że jesteś oryginalny. Wszyscy geniusze nazywani byli idiotami. Albo jeszcze gorzej. No, ale do pracy: 

czytałem ściśle tajne raporty, w których było napisane, że wierzysz w światy równoległe...

- Cicho, durniu! Nikt nie miał o tym wiedzieć! A zwłaszcza ty!!!

- Przypadek... hm... prawda... -westchnąłem. - Szafa się otworzyła, gdy przechodziłem i wypadła twoja  teczka. Z 

tymi światami to prawda?

- Prawda, prawda - westchnął ciężko. - Na ślad naprowadziły mnie twoje eskapady z time-helixem, gdy trafiłeś do 

historii, której nie było.

- Dla mnie była!

-  Oczywiście,  właśnie  ci  to  powiedziałem.  Jeśli  istnieje  jedna  odmienna  przeszłość,  to  może  ich  istnieć 

nieskończona liczba, to chyba logiczne?

- Oczywiście - zgodziłem się natychmiast. - Poeksperymentowałeś więc?

-  Owszem.  Uzyskałem  dostęp  do  światów  równoległych  i  przeprowadziłem  obserwacje.  Tylko  co  to  ma 

wspólnego z ocaleniem galaktyki?!

- Jeszcze tylko jedno pytanie i zaraz ci powiem. Jest możliwe przejście do takiego świata?

- Pewnie, że jest. Jak inaczej mógłbym poczynić obserwacje? Wysłałem tam robota.

- Jak dużego?

- Miało być  jedno pytanie. Z tobą tak zawsze. No dobra; wielkości małego słonia. A w ogóle, to wszystko zależy 

od rozmiarów pola.

- Otóż i mamy odpowiedź.

- Masz dla siebie - oznajmiła Angelina - ale dla mnie ma to niewiele sensu.

- Pomyśl trochę, skarbie. Montujesz to urządzenie na krążowniku, wraz z odpowiednio dużymi generatorami, po 

czym wysyłasz  go, aby  dołączył do  naszej floty  i wydajesz  obcym bitwę. Nasza  flota  ucieka, krążownik zostaje  w tyle, 

wróg nas goni i włączamy pole.

- I wyślemy te obrzydlistwa wraz z ich armatami do sąsiedniego wszechświata i mamy spokój!

- Właśnie coś takiego chciałem powiedzieć - zauważyłem. - Możemy tego dokonać, Coypu?

- To możliwe, całkiem możliwe...

- No, prowadź nas do laboratorium i pokaż to urządzenie!

Najnowszy wynalazek Coypu nie  wyglądał zbyt okazale; masa skrzynek, kabli i innych takich, porozstawianych 

po całym pomieszczeniu. Tym niemniej wynalazek istniał był realnie.

- Nazwałem to parallelilizer - oświadczył.

- Nie chciałbym powtarzać tego trzy razy szybciej - mruknąłem.

- Nie błaznuj, di Griz! To urządzenie zmieni losy naszego wszechświata i przynajmniej jednego nie znanego tobie.

- Nie udawaj zgryźliwego - powiedziałem ugodowo. - Bądź tak miły i pokaż nam, jak to działa.

Pomrukując coś pod nosem, wziął się do roboty przerzucając przełączniki, stukając w zegary i wiążąc jakieś druty. 

Nie mając żadnego konkretnego zajęcia, zabrałem się za całowanie Angeliny, czemu ta ostatnia nie była przeciwna. Coypu, 

nieświadom niczego, udzielał nam kursu teoretycznego.

- Precyzja jest najważniejsza. Różne światy równoległe są oddzielone od siebie nader cienkim tohtonem, jak sobie 

sami zresztą  możecie  wyobrazić. Najtrudniejsze  jest wybranie jednego z  nieskończoności, a szczególnie tego nabliższego 

nam.  Oczywiście  jest  to  także  najprostsze  z  uwagi  na  energię,  jaka  jest  potrzebna  do  tego  celu.  Dlatego  też  teraz 

znajdziemy się w najbliższym... O!

Harry Harrison -   Stalowy Szczur i piąta kolumna

33 / 43

background image

Światła przygasły, gdy wdusił ostatni guzik, urządzenie  zaczęło melodyjnie  buczeć, w powietrzu zaś można było 

wyczuć zapach ozonu. Puściłem Angelinę i rozejrzałem się wokoło.

- Wiesz, profesorze, z tego co widzę, to nic się nie stało.

- Kretyn! Spójrz przez ten generator pola.

Spojrzałem przez  żarzącą  się  ramę  z  miedzianego  drutu i  nadal nic  nie  widziałem, o  czym nie  omieszkałem go 

poinformować. Spróbował wyrwać  sobie  dla  dramatycznego efektu  parę  włosów, ale  było to  zadanie  z  góry skazane  na 

niepowodzenie, jako że był prawie łysy.

- Spójrz przez pole, a zobaczysz sąsiedni świat.

- Wszystko, co widzę, to to samo laboratorium.

- Debil! To nie jest to laboratorium, tylko tamto, z tamtego świata. Istnieje tam, tak jak nasze istnieje tutaj.

- Cudownie -  uśmiechnąłem się, nie chcąc go obrazić. - Rozumiem, że wystarczy przejść przez  ten drut i już tam 

będę.

-  Przypuszczalnie,  ale  równie  dobrze  możesz  być  trupem.  Jak  dotąd  nie  robiłem  doświadczeń  z  żywymi 

stworzeniami.

- Czy nie czas na nie? - spytała uprzejmie Angelina. - Tylko nie z moim mężem.

Ciągle  mrucząc  Coypu wyszedł, by  wrócić  po chwili  z  białą  myszką. Obwiązał ją  drutem, przywiązał do  kija  i 

powoli przesunął przez ekran. Nie stało się dokładnie nic, poza tym że mysz wyślizgnęła się z pętli i spadła na  podłogę, po 

czym pozbierała się i zniknęła z naszego pola widzenia.

- Gdzie to polazło? - zdumiałem się.

- W świat równoległy.

-  Biedactwo,  wyglądała  na  przestraszoną  -  zauważyła  Angelina.  -  Ale  nie  wydaje  się,  żeby  doznała  jakichś 

obrażeń.

- Trzeba zrobić test, puścić więcej myszy i sprawdzić dokładnie ich...

-  Normalnie, owszem  - przerwałem mu wyliczankę  -  ale  mamy wojnę  i brak  nam czasu. Jest jeden  sposób, aby 

mieć całkowitą pewność od razu...

- Nie! - Angelina była szybsza w kojarzeniu od profesora, ale i tak się spóźniła. Albowiem mówiąc to przeszedłem 

przez ekran.

18

Jedyne, co  poczułem, to  lekkie  mrowienie, choć  i ono  mogło być  wytworem mojej  wyobraźni. Rozejrzałem się 

wokoło. Wszystko wyglądało niby tak samo, choć rzecz jasna paralleliłizera nie było w pokoju.

- Jamesie di Griz! Wracaj natychmiast, albo pójdę po ciebie! - usłyszałem głos Angeliny.

- To przełomowy moment w dziejach nauki i nie zamierzam zmarnować okazji.

Spojrzenie  na  drugą  stronę  ekranu  spowodowało, że  poczułem  się  osobliwie:  ten  sam pokój  i  to  w  dodatku  z 

Angelina  i profesorem, tyle  że  znikający. Od tej strony  pole  było  niewidoczne, ale gdy  obszedłem je  z  tyłu, zobaczyłem 

czarną płaszczyznę unoszącą się w powietrzu

Zanim  wróciłem,  wyjąłem  pisak  i  aby  uwiecznić  wydarzenie  napisałem  na  ścianie:  TU  BYŁ  STALOWY 

SZCZUR.  Niech  ci tutaj  też  mają  trochę  zajęcia  umysłowego. W tym momencie  drzwi do  pokoju zaczęły  się  otwierać, 

toteż dałem nura w ekran.

- Bardzo interesujące - oznajmiłem wysuwając się z objęć Angeliny.

Coypu wyłączył maszynę i przyglądał się nam pobłażliwie,

- Jak duży ekran możesz zrobić?

- Teoretycznie nie ma ograniczeń. Może być tak duży, że od razu wyślesz ich całą flotę do diabła.

- Właśnie o to mi chodziło. Zabierz się za robotę, ja zaś rozpowszechnię dobre wieści w naszych szeregach.

Zebranie wszystkich wodzów Indian do kupy nie było proste, gdyż byli zajęci przegrywaniem wojny (i to na dużą 

skalę). W końcu  zaprzęgnąłem do  tego Inskippa, a  ponieważ używali naszej bazy jako Kwatery Głównej, trudno im było 

nie przybyć. Oczekiwałem ich w odświętnym mundurze z  baretkami na piersiach. Pomamrotali do siebie, zapalili potężne 

cygara i gapili się na mnie. Gdy wszyscy usiedli, zastukałem w stół, by zyskać ich uwagę.

- Panowie, aktualnie przegrywamy wojnę - oznajmiłem -

- Nie przyszliśmy tu po to, żebyś był łaskaw nam o tym powiedzieć - warknął Inskipp. - O co chodzi, di Griz?

-  Zebrałem  was tu, aby  oznajmić, że  koniec  wojny jest  bliski. Wygramy  ją!  -  to w  końcu zwróciło  ich  uwagę;. 

Wszyscy jak jeden mąż wybałuszyli na mnie oczy. - Zostanie to dokonane za pomocą urządzenia zwanego parallelilizerem, 

które pośle flotę obcych do równoległego wszechświata.

- O czym mówi ten szaleniec? - zdumiał się jeden z admirałów.

- Mówię  o pomyśle tak nowym, że  mój umysł z  trudem go  rozumie  i nie  oczekuję, że wasze  zwapniałe  szczątki 

szarych komórek byłyby w  stanie to  zrobić, ale  zawsze  możecie  próbować - odpowiedzią  był wściekły pomruk. -  Teoria 

jest taka: możemy podróżować w przeszłość, ale nile możemy jej zmieniać. Jednakże  takie zmiany zostały poczynione, a 

nie  odczuliśmy  ich  w  naszej  teraźniejszości.  Wniosek  jest  prosty:  zmieniliśmy  nie  naszą  przeszłość,  tylko  przeszłość 

jakiegoś  innego  świata,  zbliżonego  do  naszego.  Wynalazek  profesora  Coypu  pozwala  nam  przechodzić  do  tych 

równoległych wszechświatów. Mając wystarczająco duży ekran możemy wysłać całą nieprzyjacielską flotę w inny wymiar. 

Są pytania?

Było dużo. Po półgodzinie wyjaśniania zdołałem ich przekonać, że po pierwsze nie jestem idiotą, po drugie to, co 

mówię,  jest  wykonalne. Morale  zebranych  wyraźnie  uległo  poprawie.  Gdy  Inskipp  przemówił,  jasne  było,  że  mówi  w 

imieniu ich wszystkich:

- Możemy to zrobić! Skończyć tę wojnę i posłać ich do innego świata!

- Całkiem słusznie - zgodziłem się.

- TO JEST ZABRONIONE - rozległ się głęboki głos promieniujący najwyraźniej z pustego powietrza nad stołem.

Przynajmniej jeden z  obecnych złapał się  za  pierś. Czy  to ze  względów  religijnych, czy  też  z  uwagi na  awarię 

stymulatora.

Z Inskippem nie poszło tak łatwo:

- Kto to powiedział? Który dowcipniś ma projektor głosu?

Harry Harrison -   Stalowy Szczur i piąta kolumna

34 / 43

background image

Rozległy się  głośne  zapewnienia  o niewinności i okrzyki oburzenia. Zapanowało  zamieszanie  i ogólne  szukanie 

projektora. Uspokoiło się, gdy głos przemówił ponownie.

- Jest to zabronione, gdyż jest to niemoralne. Powiedzieliśmy.

- Kto powiedział? - syknął Inskipp.

- My. Korpus Moralności - tym razem głos doszedł od drzwi, co było kolejnym zaskoczeniem.

Po kolei głowy  zgromadzonych  odwracały  się  w  tym kierunku, tak że  wchodzący  skupił na  sobie  całą  uwagę. 

Trzeba  przyznać, że  robił wrażenie: wysoki, z długimi białymi włosami i takąż brodą, ubrany w powłóczystą  białą szatę. 

Inskipp jednak nie zwrócił na to większej uwagi.

- Jesteś aresztowany. Nigdy nie słyszałem o jakimś tam Korpusie Moralności.

-  Oczywiście,  że  nie  -  odparł  spokojnie  nowo  przybyły. -  Jesteśmy  zbyt  utajnieni,  byś  mógł  cokolwiek  o  nas 

wiedzieć.

- Utajnienie - warknął Inskipp. - Mój Korpus Specjalny jest tak tajny, że większość ludzi sądzi, że to tylko plotki.

- Wiem. To żadna tajność. Mój Korpus Moralności jest tak tajny, że nie ma o nim nawet plotek.

Inskipp  zaczynał  czerwienieć  i  najwyraźniej  brakowało  mu  powietrza.  Szybko  stanąłem  między  nimi,  zanim 

zdołał wybuchnąć.

- Interesujące, ale chcielibyśmy jakiegoś dowodu, no nie?

- Proszę - nawet nie drgnęła mu powieka. - Jaki jest wasz najtajniejszy kod?

- Może mam ci powiedzieć?

- Oczywiście, że nie. Ja ci powiem. Szyfr Yasarnap, zgadza się?

- Niewykluczone - przyznałem.

- Jim, idź do komputera i podaj w tym kodzie następujące polecenie: wszystkie dane o Korpusie Moralności.

- Ja to zrobię - sapnął Inskipp. - Agent di Griz nie jest wtajemniczony.

Wszyscy  mu  się  przyglądali,  gdy  uruchamiał  komputer,  (a  ja  przez  grzeczność  nie  protestowałem).  Wyjął  z 

kieszeni taśmę z szyfrem, podłączył ją i wypisał polecenie.

- Kto pyta? - zachrypiał głośnik.

- Ja, Inskipp, szef Korpusu Specjalnego.

- Korpus Moralności jest tajną  siłą  Ligi o bezwzględnym pierwszeństwie. Jego rozkazy muszą  być  wykonywane 

natychmiast. Aktualnie jego szefem jest Jay Hovah.

-  Jestem Jay Hovah  -  oznajmił nowo  przybyły. -  I  powtarzam:  zakazane  jest wysyłanie  najeźdźców  do  innego 

wszechświata.

-  Dlaczego? -  spytałem. -  Nie  masz  nic  przeciwko  temu, żeby  ich  powystrzelać,  powywieszać, zgwałcić, jeśli 

komuś z nas przyjdzie ochota, nie?

- Walka w obronie własnej nie jest niemoralna. To jest obrona czyjegoś domu, bliskich i samych obrońców.

- Skoro nie  masz  nic  przeciwko temu, aby do nich strzelać, to co ci przeszkadza  wysłanie ich gdzie  indziej? Nie 

będzie ich to bolało nawet w połowie tak jak przy strzelaniu.

- Ich w ogóle nie będzie bolało, ale wysyłając tę gigantyczną flotę wojenną do świata, w którym dotąd nie istniała, 

stajesz się odpowiedzialny za wszystkich ludzi, którzy mieszkają tam i... zginą. Trzeba znaleźć  sposób, aby wyeliminować 

obcych, nie skazując nikogo niepotrzebnie na uśmiercenie.

- Nie zatrzymasz nas - zapomniał się któryś z admirałów.

- Mogę to zrobić. Powiedziane jest w Konstytucji Ligi Zjednoczonych Planet, że żadne  niemoralne akcje nie będą 

podejmowane  przez  planety  członkowskie. W aneksie  podpisanym przez  członków  założycieli  Ligi znajdziecie  decyzję 

powołania  Korpusu  Moralności, do  którego zadań należy  ustalenie, co jest, a co nie  jest moralne. Jesteśmy w  tej kwestii 

zgodni i jeśli mówimy „nie", to musicie znaleźć sobie inny plan.

Podczas tej przerwy w mojej głowie kręciły się wszystkie możliwe kółka i gdy skończył, miałem już wygrywający 

numer.

-  Skończ  z  pierdołami -  oznajmiłem, po  czym wrzasnąłem to samo jeszcze  raz  i w  końcu  zostałem usłyszany. - 

Mamy nowy plan. Powiadasz, że niemoralne  jest posłanie  ich do równoległego  wszechświata, w  którym mogliby  zabijać 

ludzi, tak?

- Zbrutalizowane, ale masz rację.

- A wiec, nie powinno cię obchodzić wysłanie ich do równoległego świata, w którym nie ma ludzi, prawda?

Szczęka  mu  opadła,  zamknął  ją  z  trzaskiem,  po  czym  powtórzył  parę  razy  ten  zabieg  i  zmarszczył  się. 

Uśmiechnąłem się szeroko i zapaliłem cygaro. Admirałowie -  niezbyt lotni umysłowo - inaczej nie wstąpiliby do wojska, 

zaczęli mamrotać między sobą.

- Muszę przeprowadzić konsultację - oznajmił w końcu.

- Proszę uprzejmie, tylko się pośpiesz.

Posłał mi krzywe spojrzenie, ale  wyciągnął z kieszeni jakieś złote  pudełko i poszeptał z nim trochę, by po chwili 

skinąć głową.

- Nie jest niemoralne przesłanie obcych do świata, w którym nie ma ludzi. Powiedziałem.

- Co tu się dzieje? - spytał jeden z ogłupiałych oficerów.

- Proste: są miliardy, a prawdopodobnie nieskończoność światów równoległych - oświeciłem go. - Pomiędzy nimi 

muszą  istnieć  takie, w których homo  sapiens nigdy nie  istniał. Może  nawet istnieć  taki, w  którym żyją  wyłącznie  obcy, 

gdzie powitają naszych wrogów z otwartymi ramionami, czy jak to się tam u nich anatomicznie nazywa.

-  Właśnie  zgłosiłeś się  na  ochotnika, żeby  któryś znaleźć  - zarządził Inskipp. -  Ruszaj  się, di Griz, i znajdź  coś 

porządnego.

-  Nie  pojedzie  sam  -  wtrącił  się  Jay  Hovah.  -  Obserwujemy  tego  agenta  od  dawna,  gdyż  jest  on 

najniemoralniejszym osobnikiem w całym Korpusie Specjalnym.

- Nader miło mi to słyszeć - stwierdziłem z dumą.

-  Dlatego  też  jego  słowo nie  jest dla  nas dowodem. W poszukiwaniach  będzie mu  towarzyszył  jeden  z  naszych 

agentów.

-  Dobra, tylko nie  zapominaj, że  jest wojna  i nie  chcę, żeby  któryś  z  twoich  płaczliwych  i mruczących hymny 

maminsynków wisiał mi na plecach.

Harry Harrison -   Stalowy Szczur i piąta kolumna

35 / 43

background image

Jay znowu poszeptał z pudełkiem.

Nie odezwałem się, gdy agent wszedł. Jeśli brać długość koszuli za oznakę stażu, to miał niewielki, a raczej miała. 

Jej  okrycie  ukazywało  nader  interesujące  krągłości,  które  w  połączeniu  ze  złocistymi  lokami  i  błyszczącymi  oczami 

stanowiło bardzo atrakcyjną całość.

- To agent Incuba, która będzie ci towarzyszyć - oznajmił Jay.

- Cóż, wycofuję zastrzeżenia. Wygląda na zdolnego oficera.

- Naprawdę? - rozległo się nad stołem, tyle  że tym razem głos był żeński i doskonale mi znany. - Jeśli sadzisz, że 

będziesz się szlajał po świecie z tą małpą, Jamesie di Griz, to się grubo mylisz. Lepiej zamów trzy bilety!

19

- I to ma być tajna narada? - zawył Inskipp. - Twoja żona jest na podsłuchu, Jamesie di Griz!!!

-  Wygląda, jakby była  -  zgodziłem  się. -  Proponowałbym, żebyś  sprawdził zabezpieczenia, ale  będziesz  musiał 

zrobić to osobiście, bo jak wiesz, ja mam trochę roboty gdzie indziej. Wkrótce otrzymacie mój raport, panowie.

Wyszedłem, mając  o  parę  kroków  z  tyłu  Incubę. Angelina  czekała  na  nas  w  korytarzu  z  płonącymi  oczami  i 

postawą wyrażającą gotowość na wszystko. Ledwie na mnie spojrzała, koncentrując się na Incubie.

- Zamierzasz latać w tej nocnej koszuli cały czas? - spytała z ciepłem w głosie zbliżonym do zera absolutnego.

Zapytana  przyjrzała  się  jej  z  kamiennym  wyrazem  twarzy,  po  czym  nozdrza  jej  się  lekko  rozszerzyły,  jakby 

doleciał ją nader niemiły odór.

-  Prawdopodobnie  nie, ale  cokolwiek bym  włożyła, będzie  to z pewnością  ponętniejsze  od  tego, co  ty masz  na 

sobie.

Zanim nastąpiła eskalacja  wrogości, wypuściłem granat dymny. Był to  skuteczny sposób, aby  zwrócić  na  siebie 

ich uwagę.

- Mamy pół godziny na przygotowanie - powiedziałem szybko. - Jestem w laboratorium z profesorem Coypu. Jeśli 

któraś nie przyjdzie na czas, lecimy bez niej.

Angelina była gotowa od razu; wczepiła się w moje ramię i posykiwała mi do ucha:

- Jedna próba, jedno spojrzenie czy dotknięcie i jesteś trupem, stary świntuchu - po czym, dla dodania wagi swojej 

wypowiedzi, ugryzła mnie w ucho.

- A co z zasadą „niewinny do czasu udowodnienia winy"? - jęknąłem masując małżowinę. - Kocham tylko ciebie i 

wiesz o tym. A teraz skończmy te nonsensy i złapmy Coypu.

Nie było to takie trudne.

- Masz tylko jedną możliwość - poinformował mnie, gdy wprowadziłem go w zagadnienie.

- Że co? Mówiłeś o nieskończonej liczbie światów!

-  Owszem, tyle  ich jest, ale  dla  czegoś tak dużego  jak pancernik, istnieje  możliwość  przejścia  tylko do  sześciu. 

Energia wymagana do przejścia do innych umożliwia otwarcie ekranu o średnicy dwóch jardów. Przez taką dziurę niewielu 

obcych tam wypchniesz.

- No to już zawsze jest coś. Dlaczego powiedziałeś, że tylko jeden?

- Bo w pozostałych pięciu to laboratorium istnieje i miałem okazję obserwować w nim siebie i innych. W szóstym 

ekran wychodzi w kosmos.

- Ten więc musimy sprawdzić - rozległ się z tyłu złocisty głos; Incubę weszła do laboratorium.

Ubrana była w obcisły kombinezon, którego wolałem dokładnie nie oglądać, jako że Angelina była tuż za mną.

Odwróciłem się do Coypu i zawiesiłem wzrok na profesorze. Było to mniej przyjemne, ale bezpieczniejsze.

- Musimy więc spróbować szóstego - oświadczyłem.

-  Tak też  sądziłem.  Na  zewnątrz  mam  gotowy ekran o  średnicy  stu  jardów. Sądzę,  że  zwiadowca  powinien  się 

zmieścić.

- Wspaniale. Klasa Lancer ma nawet mniejszą średnicę.

Wszystkie  sprawdziany  gotowości robiłem mając Angelinę  u swego  boku. Incuba  jak  dotąd  nie  pojawiła  się  w 

sterowni, co znacznie ułatwiało życie.

- Lećcie kursem cztery sześć - oznajmił głos Coypu w słuchawkach. - Zobaczycie pierścień latarń: to jest brama. 

Proponuję też, żebyście dokładnie oznaczyli pozycję po przejściu, najlepiej zostawcie tam nadajnik.

- Serdeczne dzięki za radę. Może kiedyś będziemy chcieli wrócić.

Przejście odbyło się bez problemów. Z tej strony pole wyglądało jak czarne koło na tle mroków kosmosu.

- Pozycja zanotowana, nadajnik na miejscu - zameldowała Angelina.

-  Jesteś wspaniała. Jakieś pięćdziesiąt lat świetlnych stąd, jeśli wierzyć  tej skrzynce - wskazałem na  komputer  - 

jest miłe małe słoneczko klasy G-2, a radio twierdzi, że pół wieku temu jego okolice były bardzo rozmowne.

- No to na co czekamy? I jeszcze raz cię ostrzegam: trzymaj się z daleka od tego umoralnionego kurczaka!

- Nie ma obaw! Jestem zbyt zajęty ponownym ocaleniem galaktyki!!!

20

Incuba dołączyła do nas, gdy wyszliśmy z nadprzestrzeni.

- Zdaje mi się, że są tu dwie zamieszkane planety? - spytała.

- Tak twierdzi ten elektroniczny oszust. Sprawdzimy najbliższą.

Zbliżyliśmy się do niej bez straty czasu i weszliśmy w atmosferę. Błękitne niebo, białe obłoczki, jednym słowem 

całkiem  przyjemne  miejsce.  Radio  wyło  jakimiś  kretyńskimi  melodyjkami  i  przypadkowym  zlepkiem  dźwięków  nie 

znanego mi i całkiem niezrozumiałego języka. Powierzchnia planety zaś zbliżała się coraz bardziej.

- Domy - oznajmiła nieszczęśliwa Angelina. - I pola. Zupełnie jak w domu.

- Niezupełnie - skorygowałem jej stwierdzenie, zmieniając powiększenie.

- Ślicznie! - westchnęła. I miała rację.

Coś o  paru  tuzinach odnóży ciągnęło  pług, którym  kierował  mniej okazały, lecz  równie  odrażający stwór. Oba 

mogłyby uścisnąć macki z naszymi wrogami.

- Obcy wszechświat! -  ucieszyłem się. - Mogą tu przylecieć. Będą ich oczekiwać kumple i szczęśliwa przyszłość. 

Wracamy z dobrymi nowinami.

- Sprawdźmy tę drugą planetę - wtrąciła się Incuba. - Z tego co wiemy, mogą tu żyć także ludzie.

Angelina spojrzała na nią jak na karalucha, a ja westchnąłem:

Harry Harrison -   Stalowy Szczur i piąta kolumna

36 / 43

background image

- Pewnie, tylko żebyś tego nie powiedziała w złą godzinę.

Wykrakała. Następna planeta zamieszkana była przez najbardziej człekopodobnych ludzi, jakich widziałem.

- Może są obcy wewnętrznie? - zaryzykowałem nieśmiało.

- Możemy paru rozpruć i sprawdzić - oświadczyła poważnie Angelina.

-  Rozpruwanie  obcych  stworzeń,  tak  ludzkich  jak  i  jakichkolwiek  innych,  jest  zakazane  przez  Korpus 

Moralności... -  resztę jej wypowiedzi przerwała nagła  aktywność  radia, warczącego coś niezbyt zrozumiale. Jednocześnie 

cała masa czujników rozbłysła radośnie. Podszedłem do ekranu i natychmiast się cofnąłem.

- Mamy towarzystwo! - oznajmiłem. - Zrywamy się?

- Nie robiłabym niczego w pośpiechu - oświadczyła z namysłem Angelina.

Miała  sporo racji, gdyż w  naszym pobliżu znajdował się  niezbyt przyjemnie  wyglądający  okręt wojenny czarnej 

barwy z działami raczej nieprzypadkowo skierowanymi w nasza stronę.

- Myślę, że trzeba z nimi pogadać - oznajmiłem wstając. - Pilnujcie gospodarstwa, dopóki nie wrócę.

- Idę z tobą - oświadczyła Angelina stanowczo.

-  Nie  tym  razem,  światło  mego  żywota.  I  jest  to  rozkaz.  Jeśli  nie  wrócę,  to  postaraj  się  przekazać  nasze 

spostrzeżenia.

Tym  treściwym zdaniem  zakończyłem dyskusję, wymykajać  się  do  śluzy i wylatując  w przestrzeń. W kadłubie 

okrętu  otworzył  się  właz,  toteż  skierowałem  się  ku  niemu.  Nastrój  poprawił  mi  się  na  widok  komitetu  powitalnego 

złożonego w całości z ludzi: dość twardych, sądząc po gębach, typów wystrojonych w czarne uniformy.

- Kny piclin stimfbc! - wrzasnął do mnie ten z największą liczbą złotych odznak.

- Pewien jestem, że to wspaniały język, ale ni cholery go nie rozumiem - odparłem uprzejmie.

Posłuchał, po czym warknął coś i jeden z obstawy kopnął się do wnętrza, wracając po chwili z metalową skrzynką 

połączoną  drutami  z  nieprzyjemnie  wyglądającym  hełmem.  Odsunąłem  się  od  tego,  ale  jeszcze  mniej  przyjemnie 

wyglądająca broń zatrzymała mnie na miejscu lekkim puknięciem w żebra. Wsadzili mi ten garnek na głowę, pokręcili coś 

przy pudełku i ozdobiony złotem osobnik zagadał powtórnie:

- Rozumiesz mnie w końcu, natręcie?!

-  I owszem, a  poza tym nie  ma  najmniejszej  potrzeby mnie obrażać. Przebyłem daleką  drogę i nie mam ochoty 

wysłuchiwać obelg od byle pajaca.

Wyszczerzyłem zęby, tak że zacząłem się obawiać o swoje gardło. Reszta obecnych zaś zawrzała z oburzenia.

- Wiesz, kim jestem!? - ryknął.

-  Nie,  i  nic  mnie  to  nie  obchodzi,  bo  ty  też  nie  wiesz,  kim  ja  jestem.  Masz  zaszczyt  spotkać  pierwszego 

ambasadora z sąsiedniego wszechświata. Możesz mi uścisnąć dłoń.

- On mówi prawdę - oświadczył jeden z pozostałych, obserwując jakiś instrument.

-  Cóż, to  zmienia  postać rzeczy -  oficer uspokoił się dość  wyraźnie. - Nie  możesz znać  przepisów kwarantanny. 

Nazywam się Kongg. Chodź na drinka i powiedz mi, co tu robisz.

Alkohol był niezły, a całe audytorium zafascynowane moją opowieścią. Zanim skończyłem, posłali kuter po damy, 

tak że reszta opowieści popłynęła już w pełnym gronie.

-  Powodzenia  -  oświadczył  Kongg  unosząc  kielich. -  Nie  zazdroszczę  ci zajęcia.  Jak  widzisz, nasz  problem  z 

obcymi rozwiązaliśmy i ostatnią rzeczą, jakiej nam potrzeba, to nowa inwazja. Nasza wojna skończyła się jakieś tysiąc lat 

temu. Roznieśliśmy ich pancerniki, a  teraz pilnujemy, żeby trzymali się swoich planet. Są gotowi rzucić się nam do gardeł 

przy lada okazji, dlatego też wykonujemy od czasu do czasu takie patrole jak ten.

- Musimy wrócić i zameldować, że niemoralnie byłoby wysyłać tu obcych - oznajmiła Incuba.

- Możemy wam pożyczyć parę pancerników, ale niewiele ich zostało.

- Zamelduję o twojej propozycji i dzięki, ale  obawiam się, że potrzebujemy czegoś bardziej drastycznego. Dzięki 

za gościnę, musimy już lecieć. Mamy niewiele czasu.

- Mam nadzieję, że im dołożycie. Potrafią być bardzo kłopotliwi.

Na  statek  wróciliśmy w  nie  najlepszych  nastrojach i wzięliśmy  kurs na  pole. Tutejszy alkohol musiał mieć  dość 

dziwne właściwości albo też moje szare komórki robiły nadgodziny. W każdym razie wpadłem na dość ciekawą myśl.

- Mam! -wrzasnąłem z radością. -Mam odpowiedź na nasze problemy!

Wpadliśmy  do  naszego  świata  i  zacumowaliśmy  przy  najbliższej  śluzie.  Ruszyłem  biegiem  z  dziewczętami 

depczącymi  mi  po  piętach  i  akurat  w  chwili,  gdy  całe  towarzystwo  zebrało  się  już  w  komplecie  wezwane  sygnałem 

alarmowym, znalazłem się w sali obrad.

- Możemy ich tam wysłać? - spytał Inskipp.

- Nie da rady. Mają tam własne kłopoty.

- To co zrobimy? - jęknął jeden z admirałów.

- Wyślemy ich gdzie indziej - odparłem. - Coypu twierdzi, że to możliwe i pracuje właśnie nad projektem.

- Gdzie? - Inskipp domagał się wyjaśnień.

- Używaliśmy już podróży w czasie. Wyślemy ich tam.

- W przeszłość?

- Nie, czekaliby na nas i ledwie byśmy powstali, zniszczyliby nas. Wyślemy ich w przyszłość.

- Zdurniałeś, di Griz? Co to da?

-  Słuchaj, wyślemy  ich  sto lat w  przyszłość, a  gdy będą  w  drodze, zapędzimy  najlepsze  umysły  galaktyki,  aby 

znalazły  na nich sposób. Sto lat powinno wystarczyć, żeby coś wymyślić, a  za  sto lat będziemy  na  nich czekać. Gdy się 

pojawią, dostaną to, na co zasługują, i po sprawie.

- Cudownie - ucieszyła się Angelina. - Mój mąż to geniusz. Zabieramy się do roboty.

- TO ZABRONIONE - oznajmił głęboki głos znad stołu.

21

Absolutna  cisza,  która  nastąpiła  po  tym  zaskakującym  oświadczeniu  trwała  parę  sekund,  po  czym  została 

drastycznie przerwana przez Inskippa: mój szef wyciągnął spluwę i zaczął dziurawić sufit.

-  Tajne  zebranie!  Najwyższe  bezpieczeństwo!  Dlaczego  nie  transmitujemy  tego  w  telewizji?  -  Miał  pianę  na 

ustach.

Harry Harrison -   Stalowy Szczur i piąta kolumna

37 / 43

background image

Wszelkie  wysiłki pragnących  go uspokoić  podstarzałych  admirałów,  spełzły  na  niczym. Przewróciłem  więc  na 

niego  stół, a  to celem rozbrojenia.  Przy  okazji lekko  oberwał, toteż  w  końcu  opadł  na  krzesło  z  dość  tępym wyrazem 

twarzy.

- Kto to powiedział?! - wrzasnąłem.

-  Ja - przy  akompaniamencie  głośnego puknięcia  ponad  stołem pojawiła  się  jakaś męska  postać. Facet opadł  na 

blat, po czym zeskoczył zręcznie na podłogę.

- Zaiste, jako rzekłem, czcigodni waszmościowie. Ja, Ga Binetto.

Był dość oryginalny, trzeba  przyznać: w obszernym jedwabnym stroju, wysokich butach i olbrzymim kapeluszu z 

jeszcze większym piórem. Prawą dłoń oparł na gardzie szpady, lewą dłonią podkręcał wąsy.

Ponieważ Inskipp był na etapie pomrukiwania do siebie, honory gospodarza spadły na mnie.

- Nie interesuje nas, jak... Jak się nazywasz?

- Moje imię brzmi Ga Binetto.

- Co cię upoważnia do włażenia z butami na tajną naradę?

- Nie ma sekretów przed Policją Czasu.

- Policja Czasu? - to było coś nowego. - Z przeszłości? Ten wniosek zaskoczył mnie samego.

- Ależ skąd! Dlaczegóż to wpadliście na ów pomysł?

- Dlategóż to, że ten język wyszedł z mody trzydzieści dwa tysiące lat temu.

Posłał mi niezbyt życzliwe spojrzenie i pomajstrował coś przy rękojeści szpady.

-  Nie  bądź  taki  ważny  -  warknął.  -  Spróbuj  skakać  w  tę  i  nazad  po  różnych  epokach,  ucząc  się  kretyńskich 

dialektów, to nie będzie ci się wydawało...

- Możemy wrócić  do tego tematu innym razem przerwałem mu. -  Jesteś Gliniarzem Czasu. Nie z  przeszłości, to 

znaczy, że  z  przyszłości. Zgadza się? Skiń  głową, jeśli nie wolno  ci mówić. -  Usłuchał. - Wspaniale. Powiedz  nam więc, 

dlaczego nie możemy wysłać obcych te marne sto lat naprzód?

- Dlatego, że jest to zakazane.

- Już to mówiłeś, podaj jakieś sensowne powody.

- Nie muszę - odparł nieuprzejmie. - Mogliśmy tu wysłać małą bombkę zamiast mnie, więc proszę się nie stawiać.

-  On  ma  rację  -  wtrącił  jeden  z  admirałów. -  Witamy  w  naszych  czasach, zacny  podróżniku.  Jeśli  byłbyś  tak 

uprzejmy, to powiedz, co mamy robić?

- Tak już lepiej. Szacunek tam gdzie się należy. Wszystko, co powinniście  wiedzieć to to, że robotą Policji Czasu 

jest pilnowanie  porządku  w tymże czasie. Pilnujemy, aby nie  zdarzały się  paradoksy i inne  nadużycia  podróży w  czasie, 

takie jak wasz plan. Coś takiego najprawdopodobniej naruszyłoby strukturę czasu. Dlatego jest zakazane.

Odpowiedzią była pełna przygnębienia cisza. Ja tymczasem myślałem gorączkowo.

- Powiedz mi, Ga Binetto - spytałem w końcu - jesteś człowiekiem czy obcym w przebraniu?

- Jestem takim samym człowiekiem jak ty - odparł zdenerwowany. - Może nawet lepszym.

- Ślicznie. Skoro jesteś człowiekiem z przyszłości, to znaczy, że obcym nie udało się zniszczyć ludzkości. Zgadza 

się?

- Zgadza się.

- To jak wygraliśmy tę wojnę?

-  Wygraliśmy  dzięki...  -  przerwał  i  spąsowiał.  -  Ta  informacja  jest  zastrzeżona.  Sam  sobie  odpowiedz  na  to 

pytanie.

- Nie opowiadaj pierdoł - warknął Inskipp, odzyskawszy najwyraźniej dar mowy. - Uniemożliwiłeś nam realizację 

jedynego planu, mogącego uratować ludzkość. Zgoda, zaniechamy go, jeżeli nam powiesz, co innego możemy zrobić.

- Nie wolno mi tego powiedzieć.

- Nie możesz chociaż naprowadzić nas na trop? - zaproponowałem.

Pomyślał przez chwilę i uśmiechnął się. Ten uśmieszek wcale, ale to wcale mi się nie podobał.

-  Rozwiązanie  powinno być  oczywiste dla  kogoś o  twojej inteligencji, di Griz. Mieści się  w  całości w umyśle  - 

podskoczył, strzelił obcasami i zniknął.

- Co on chciał przez to powiedzieć? - Inskipp aż się zmarszczył z wysiłku.

Właśnie, co? Powiedział to do mnie i ja powinienem to wiedzieć. Początek był po to, aby mnie ogłupić, ale to „w 

całości w umyśle"... Moim? Czyim? Jaki to pomysł, na który dotąd nie wpadliśmy? Nie miałem bladego pojęcia.

Incuba wpatrywała się tępo w przestrzeń, bez wątpienia rozważała jakieś głęboko moralne zagadnienie. Natomiast 

Angelina uśmiechnęła się nagle. Gdy zobaczyła, że na nią patrzę, uśmiech stał się momentalnie szerszy, po czym mrugnęła. 

Uniosłem brwi, a ona skinęła leciutko głową. Jeśli właściwie zrozumiałem tę niemą  konwersację, to najwyraźniej znalazła 

rozwiązanie. Skoro tak, to nie musiałem się wysilać. I tak wszystko zostawało w rodzinie.

- Skoro wiesz, to powiedz - nachyliłem się ku niej. - Nie czas teraz na zabawy.

- Dorastasz jak widzę - mruknęła, po czym podniosła głos: - Panowie, odpowiedź jest oczywista.

- Nie dla mnie - warknął Inskipp.

- „W całości w umyśle", powiedział, a to po prostu oznacza kontrolę umysłu.

- Szarzy! - wrzasnąłem.

- Nadal nie... - zaczął Inskipp.

-  Bo  masz przed oczami fizyczną bitwę  - poinformowałem go. - To, co powiedział ten  przebieraniec, faktycznie 

oznacza całkowite zakończenie wojny.

- Jak?

- Poprzez zmuszenie ich do zmiany zapatrywań. Przez nauczenie ich, że ludzi należy kochać i że trzeba zakończyć 

tę  bezsensowną  rąbaninę.  Zapewniam  cię,  że  specjaliści  z  Kekkonshiki  są  w  stanie  przekonać  cię,  że  mnie  kochasz, 

uwierzysz w  to i gotów będziesz założyć  się  o głowę, że sam na  to wpadłeś, i jest to sama święta prawda. Powiedzieli mi, 

że w ten właśnie sposób wywołali tę wojnę. Niech ją teraz zakończą. Piąta kolumna zadziała wreszcie we właściwy sposób.

- Jak niby mają to zrobić? - zaciekawił się któryś z obecnych.

-  Detale  potem  -  i  tak  nie  miałem  o  tym  zielonego  pojęcia.  -  Potrzebny  mi  krążownik  z  pełną  obsadą  i 

wzmocnionym oddziałem abordażowym. Lecę przygotować zwycięstwo.

Harry Harrison -   Stalowy Szczur i piąta kolumna

38 / 43

background image

-  Nie  jestem  tego  taka  pewna  -  odezwała  się  Incuba.  -  Manipulacja  ludzkim  umysłem  jest  poważnym 

zagadnieniem i ma rozliczne aspekty moralne...

Ciągu dalszego nie było, gdyż osunęła się miękko na podłogę.

- Zemdlała, biedactwo - oznajmiła Angelina. - Te wszystkie stresy... Zabiorę ją do pokoju.

Zemdlała! Widziałem już przedtem moją ślubną w akcji, i znałem jej możliwości. Zemdlała zresztą czy nie, głupio 

byłoby tracić uzyskany w ten sposób czas.

- Krążownik do śluzy i to natychmiast! - zarządziłem.

-  Zgadza  się  -  potwierdził  Inskipp,  równie  jak  ja  świadomy,  co  się  wydarzyło  i  równie  mocno  pragnący 

wykorzystać niedyspozycję obserwatora Korpusu Moralności.

Podróż była  tyle  błyskawiczna, co cicha. Na  wszelki wypadek zarządziłem ciszę radiową  i wysłałem psimana  na 

urlop. Dzięki temu osiągnęliśmy lodowy świat bez przeszkód.

Teraz nadszedł czas aktywności.

- Przerwać ciszę radiową i złapać oddział desantowy - zarządziłem.

- Są na linii, tyle że nie wylądowali.

- Co tu się porobiło?

- Dowódca na łączu, sir.

Na  ekranie  pojawił  się  oficer  z  obandażowaną  głową; na  widok wszystkich  tych  świecidełek, które  miałem  na 

sobie, stanął momentalnie na baczność.

-  Oni  uparli  się, żeby walczyć  -  zameldował. -  Dostałem rozkaz: „uporządkować  tę  planetę", a  nie  „wystrzelać 

tubylców", toteż wycofałem się po zniszczeniu ich floty.

- Wiedzą, że nie mogą wygrać!

- Pan to wie i ja to wiem. Proszę tylko jeszcze powiedzieć to tym durniom.

Powinienem był się tego spodziewać!  Ta  banda  cymbałów  wybrała  śmierć  zamiast poddania się. Niewykluczone 

zresztą, że nawet nie  znali tego pojęcia. Była tylko jedna osoba tam w dole, o ile jeszcze żyła rzecz jasna, która mogła  coś 

w tej kwestii zaradzić.

- Proszę pozostać na orbicie i czekać na rozkazy. Usłyszycie je, gdy przyjdzie pora na desant.

Wydałem odpowiednie  polecenia i zabrałem potencjalnie przydatne wyposażenie. Wbity w kombinezon ruszyłem 

w dół. Grawitator opuścił mnie łagodnie  na znajomy dach. Było tu jak zwykle  zimno i nieprzyjemnie, ale pocieszała mnie 

myśl, że po raz ostatni mam wątpliwą przyjemność oglądania tego świata.

W  zasadzie  powinienem  wylądować  na  podwórzu  z  plutonem  wsparcia  i  baterią  ciężkiej  artylerii,  ale 

stwierdziłem, że cichy kontakt za Hanasu będzie  korzystniejszy. Ponieważ było już  porządnie ciemno, nie  powinno być  z 

tym większych problemów. Otworzyłem drzwi i po wielu trudach udało mi się przez nie przecisnąć wraz z kombinezonem. 

Ruszyłem potem znajomą trasą z mocnym przekonaniem, że to faktycznie ostatni raz.

- Jesteś nieprzyjacielem i musisz zginąć - oznajmił mi bezbarwnym głosem jakiś malec rzucając się energicznie w 

moją stronę.

Odskoczyłem, a on  wykopyrtnał się, zmieniając  się w  doskonały cel. Igła wbiła  się  w  pewną  wypukłość  poniżej 

pleców i już było po sprawie. Wziąłem go pod pachę i ruszyłem dalej tak cicho, jak tylko umiałem.

Gdy dotarłem do drzwi gabinetu Hanasu, miałem czterech pasażerów na gapę i zaczynałem się  obawiać, czy nie 

skończy się to przepukliną.

Gospodarz podniósł głowę znad biurka i tym razem prawie udało mu się uśmiechnąć.

- Wszystko odbyło się tak, jak planowałeś"- powiedział. - Wiadomość dotarła do celu i udało ci się uciec.

- Owszem, a teraz wróciłem, razem z paroma malcami, którzy niezbyt się ucieszyli na mój widok.

- Słuchali komunikatów Kome i nie bardzo wiedzą, komu wierzyć. Są wytrąceni z równowagi.

- Chwilowo są uspokojeni, czekaj, niech ich wreszcie gdzieś poukładam.

- Użyję axion feeds. Nie będą nic pamiętać.

-  Nie  tym  razem. Będą  spali wystarczająco  długo, żeby nam nie  przeszkadzać. Powiedz  mi najpierw, co tu  się 

działo, jak mnie nie było?

- Zamieszanie. W Filozofii Moralnej nie ma słowa o tym, jak postępować  w takich przypadkach, dlatego też, gdy 

Kome  zarządził walkę  do śmierci, posłuchali go  automatycznie. Takie  stanowisko jest tutaj w stanie  zrozumieć  dokładnie 

każdy,  a  ja  nie  miałem  żadnej  możliwości,  aby  mu  się  sprzeciwić,  toteż  niczego  nie  robiłem.  Czekałem  na  rozwój 

wypadków.

-  Przezorne  postępowanie. Ale  teraz  ja  tu  jestem  i  istnieje  parę  istotnych  drobiazgów,  które  możesz  dla  mnie 

załatwić.

- Co na przykład?

- Przekonać swoich, aby ponownie udali się do obcych i zajęli się kontrolowaniem ich posunięć.

- Nie rozumiem. Chcesz, aby ponownie zagrzewali ich do walki?

- Dokładnie odwrotnie. Chcę, by ich do niej zniechęcali.

- Możesz mi to wyjaśnić? Nic nie rozumiem.

-  Odpowiedz  mi najpierw na  jedno pytanie. Czy generator  synoptyczny może  być użyty w stosunku do  obcych? 

Czy  może  ich przekonać, że  w  gruncie  rzeczy  nie jesteśmy tacy obrzydliwi? Mamy wilgotne oczy  i pocimy  się  całkiem 

obficie. Czy to da się zrobić?

-  Z  łatwością.  Musisz  zrozumieć,  że  oni  powstali  z  prymitywnych  kultur  i  łatwo  jest  nimi  sterować.  Gdy 

zaczęliśmy działać wśród nich, byli nastawieni do ludzi neutralnie. Wobec tego przywódcy zostali wyszkoleni tak, aby nas 

nienawidzić, potem dzięki propagandzie przekonali resztę. Zajęło to sporo czasu, ale wyniki były całkiem zadowalające.

- Czy ten proces można odwrócić?

- Tak myślę, ale jak zamierzasz skłonić moich rodaków, aby się na to zdecydowali?

- Po to właśnie przybyłem. Muszę się z tobą naradzić. Możemy to osiągnąć jedynie za pomocą tej waszej Filozofii 

Moralnej. Myliłem  się,  gdy  powiedziałem  ci,  że  wasza  kultura  ulegnie  zniszczeniu.  Tak  naprawdę,  jest  ona  potrzebna 

wszystkim ludziom, gdyż  zawiera  elementy istotne dla  całej ludzkości. Czy jest w niej cokolwiek, co nakazywałoby wam 

zostać gwiezdnymi zdobywcami?

Harry Harrison -   Stalowy Szczur i piąta kolumna

39 / 43

background image

- Nie. Nauczyliśmy się nienawidzić tych, którzy nas opuścili, gdyż nie mogliśmy pozwolić sobie na wiarę w to, że 

wrócą,  by  nas  uratować.  Musieliśmy  ratować  się  sami.  Początkiem  i  końcem  jest  przetrwanie,  wszystko  co  działa 

przeciwko niemu, jest sprzeczne z Filozofią Moralną.

-  W  takim  razie  Kome  i  jego  nawoływania  do  samobójczej  walki  są  błędem!  Jak  na  szarego  był  mocno 

wstrząśnięty.

-  Oczywiście  -  stwierdził  po  dłuższej  chwili.  -  Jego  postępowanie  jest  sprzeczne  z  Mądrością. Trzeba  o  tym 

powiedzieć innym.

- Dobra, ale to jeszcze nie koniec. Posłuchaj i pomyśl o zasadach Filozofii. Przetrwaliście, jesteście lepsi niż reszta 

ludzkości.  Nienawidzicie  tych,  którzy  was  opuścili,  ale  to  było  dawno.  Ludzie  żyjący  dziś  nie  wiedzą  nawet  o  tym 

zdarzeniu, a  w  żadnym  wypadku  nie  są  za  nie  odpowiedzialni.  Dlatego  też  nienawiść  wymierzona  przeciwko  nim  jest 

bezsensowna. Idąc dalej: skoro wy jesteście lepsi i dojrzalsi niż reszta  ludzi, to jesteście moralnie  zobowiązani, by pomóc 

im przetrwać w razie zagrożenia. Jak to pasuje do zasad Filozofii Moralnej?

Hanasu wyglądał, jakby go piorun strzelił. Po chwili wolno skinął głową.

-  Jest dokładnie  tak, jak powiedziałeś. Nigdy dotąd nie  odwoływano się  do zasad Filozofii Moralnej w  nowej i 

nieznanej  sytuacji,  bo  nie  było  takich  sytuacji.  Teraz  jest.  Myliliśmy  się  i  dopiero  teraz  widzę,  jak  dalece.  Po  prostu 

reagowaliśmy  jak  inni  ludzie:  pozwoliliśmy,  aby  kierowały  nami  emocje. Gdy  wyjaśnię, że  naruszyliśmy  podstawowe 

zasady  Filozofii  Moralnej,  wszyscy  to  zrozumieją.  Ocalimy  ludzi.  Dzięki  ci.  Uratowałeś  nas  przed  nami  samymi. 

Wyrządziliśmy wiele zła, ale spróbujemy je naprawić. Idę do nich przemówić.

-  Zaraz, zaraz!  Najpierw trzeba się  zabezpieczyć, żeby przypadkiem Kome nie  zaczął najpierw strzelać. Jeśli go 

uspokoimy, sądzisz, że jesteś w stanie poprowadzić ludzi?

- Bez wątpienia. Gdy wyjawię im właściwą treść zasad, których uczyli się od najmłodszych lat, nikt nie będzie się 

sprzeciwiał.

Jakby na  zamówienie, drzwi otworzyły się  gwałtownie i wpadła  przez nie cała banda tych właśnie najmłodszych, 

pod przewodnictwem jednego z nauczycieli, który wycelował wprost we mnie jakiś rozpylacz.

- Odłóż broń! - rozkazał. - Jeśli tego nie zrobisz, zabiję cię!

22

Wypowiedź była spowodowana faktem, że mój pistolet mierzył prosto w nowo przybyłych. Refleks nadal miałem 

wyśmienity. Powoli podniosłem się z  przysiadu i opuściłem broń. Nauczyciel mnie nie  martwił, martwiła mnie cała masa 

różnorakich samopałów w nerwowych dłoniach towarzyszących mu dzieciaków.

- Co to ma znaczyć? - spytał Hanasu podchodząc do drzwi. - Opuścić broń! To rozkaz!

Chłopcy posłuchali go natychmiast: wiedzieli, kto tu żądzi. Z nauczycielem nie poszło tak łatwo.

- Kome powiedział...

- Kome tu nie ma, Kome się myli. Rozkazuję ci po raz ostatni: opuść broń! -- nauczyciel zawahał się i Hałasu rócił 

się do mnie: - Zastrzel go!

Oczywiście  nie  miałem  nic  przeciwko  i  gość  rozciągnął  się  na  podłodze  z  igłą  w  barku.  Igła  była  nasączona 

środkiem nasennym, ale chłopcy o tym nie wiedzieli, i nie sądzę, żeby dla Hanasu stanowiło to jakąś różnicę.

- Daj mi broń - polecił najbliższemu. - I zwołaj natychmiast zbiórkę całej szkoły.

Po kolei i bez wahania oddawali mu broń i znikali jeden po drugim.

Położyłem nauczyciela obok jego podopiecznych, Hanasu zaś, pogrążony w rozmyślaniach, zamknął drzwi.

- Zrobimy tak - oznajmił po chwili. - Wyjaśnię im wszystkim różnicę w kwestiach interpretacji Filozofii Moralnej. 

Dotąd  mieli  kłopoty  ze  zrozumieniem,  o  co  w  ogóle  chodzi.  Teraz  problem  mamy  rozwiązany.  Gdy  zrozumieją, 

pojedziemy na kosmodrom. Tam jest Kome i jego poplecznicy. Wyjaśnię im to samo i przyłączą się do nas. Wtedy będziesz 

mógł kazać lądować swoim jednostkom i zabierzemy się za ciąg dalszy programu.

- Brzmi to nieźle. A co będzie, jeśli się nie zgodzą?

-  Będą  musieli,  gdyż  nie  zgadzając  się  ze  mną,  nie  popadliby  w  konflikt  z  Filozofią  Moralną.  Gdy  tylko 

zrozumieją  tę  kwestię,  z  pewnością  będą  posłuszni;  rzecz  nie  polega  na  wyborze, tylko  na  posłuszeństwie  -  sprawiał 

wrażenie pewnego siebie i mogłem jedynie mieć nadzieję, że wie, co robi.

- Może powinienem iść z tobą? W razie gdyby były jakieś problemy...

- Poczekaj tutaj. Jakby co, to przyślę po ciebie.

Uparł się przy swoim, więc pozwoliłem mu iść. Przebywanie w towarzystwie nieprzytomnych tubylców wpływało 

dość  deprymująco  na  moje  samopoczucie, toteż  włączyłem  radio  i poinformowałem oczekującą  na  orbicie  kawalerię  o 

dotychczasowym przebiegu wypadków. Słysząc pukanie do drzwi przerwałem połączenie.

- Chodź! - polecił mi obojętnie wyglądający nastolatek.

Hanasu czekał wraz  z  uczniami i kadrą  przed  budynkiem. -  Udajemy  się  na  kosmodrom -  oznajmil  - Będziemy 

tam przed świtem.

- Żadnych problemów?

-  Skądże, mógłbym nawet powiedzieć, że odczuwają  ulgę, gdyż przestał ich dręczyć  problem interpretacji zasad 

Filozofii Moralnej. Moi ludzie są silni, ale siłę czerpią z posłuszeństwa. Teraz są silniejsi niż dotąd.

Hanasu  kierował  jedynym  pojazdem w  okolicy, toteż  bytem zadowolony, mogąc  trząść  się  obok  niego. Reszta 

kadry i uczniowe podążali na nartach. Fakt, że  godzinę  temu wszyscy smacznie  spali, nie  miał żadnego znaczenia; to tyle 

na temat dyscypliny.

Choć  podróż  była  wolniejsza  z  uwagi  na  narciarzy  (dzięki  czemu  trzęsło  o  wiele  mniej),  mimo  to  byłem 

szczęśliwy, gdy o świcie przybyliśmy pod bramę portu kosmicznego.

Z  pobliskiego  budynku  wyszło  dwóch  strażników,  spoglądając  na  całą  procesję  tak  spokojnie,  jakby  całe  to 

zgromadzenie było czymś całkiem normalnym i zdarzało się codziennie.

- Powiedz Kome, że chcę się z nim widzieć - polecił Hanasu jednemu ze strażników.

-  Nikt nie  ma  pozwolenia  na  wejście, tak rozkazał Kome. Wszyscy wrogowie  mają  być  zabici. W twoim wozie 

jest wróg. Zabij go.

-  Czternasta  zasada  posłuszeństwa  głosi, że  każdy musi  słuchać  poleceń  kogoś z  Dziesięciu  -  głos Hanasu  był 

lodowato autorytatywny. - Wydałem ci polecenie. Nie ma żadnej zasady, która głosi, że należy zabijać wrogów. Odsuń się!

Harry Harrison -   Stalowy Szczur i piąta kolumna

40 / 43

background image

Twarz  strażnika  przez  mgnienie  oka  prawie  wyrażała  ślad  emocji, po  czym zamarła, a jej właściciel zrobił dwa 

kroki w tył.

- Wchodźcie. Poinformuję Kome.

Uszeregowane  w  dwie  równe  kolumny  siły  inwazyjne  przemierzyły  teren  kosmodromu.  Obsługa  dział 

przeciwlotniczych i wyrzutni rakiet obserwowała nas spokojnie, nie próbując nawet interweniować.

Hanasu zatrzymał wóz  przed wejściem do budynku administracyjnego i zdążył wysiąść, gdy drzwi otworzyły się, 

ukazując Kome  i tuzin innych, wszystkich z bronią  w ręku. Na wszelki wypadek pozostałem w pojeździe udając, że  wcale 

mnie tu nie ma.

Mróz  musiał  przytępić  moje  procesy  myślowe, gdyż  dopiero  teraz  dotarło  do  mnie, że  jestem  jedynym  z  całej 

wycieczki, który ma broń.

- Wracaj do szkoły, Hanasu, nie jesteś tu potrzebny! - oznajmił Kome.

Hanasu zignorował go całkowicie, podchodząc tak blisko, aż stanął z nim twarzą w twarz.

- Nakazuję wam odłożyć  broń, gdyż  to, co robicie, jest sprzeczne z zasadami Filozofii Moralnej -  odezwał się tak 

głośno, że  wszyscy  wokół  doskonale  go  słyszeli.  -  Zgodnie  z  nimi  musimy  pomagać  słabszym rasom. Nie  wolno  nam 

popełniać  samobójstwa, walcząc z tymi, którzy nas przewyższają milion do jednego. Jeśli będziecie  walczyć -  zginiemy, a 

to jest sprzeczne ze wszystkim, czego naucza nas Filozofia Moralna. Musicie...

- Musisz się stąd wynieść! - zawołał Kome. - To ty złamałeś zasady. Odejdź lub zginiesz.

Uniósł broń mierząc do Hanasu. Na ten widok wysunąłem się z wozu.

- Na twoim miejscu nie robiłbym tego - powiedziałem unosząc moją kieszonkową armatę.

- Sprowadziłeś tu obcego! - Kome nie panował nad głosem. - On zginie i ty też!

Przerwał, gdyż Hanasu zrobił krok do przodu i trzasnął go w zęby.

- Jesteś wyjęty spod prawa! - oświadczył przy wtórze zdumionego jęku wszystkich obecnych. - Złamałeś zasady! 

Jesteś skończony!

- Skończony? To ty jesteś skończony! - wrzasnął Kome z wściekłością.

Skoczyłem w bok, starając się dostać go na muszkę, ale  Hanasu ciągle był między nami. Napiętą ciszę przerwały 

serie z broni maszynowej.

Hanasu stał spokojnie, a  sflaczały  nagle  Kome osunął się  na  ziemię. Wszyscy stojący za nim nacisnęli spusty w 

tym  samym  momencie.  I  to  właściwie  był  koniec  sprawy.  Spokojny  Hanasu  wyjaśnił  wszystkim  obecnym  nową 

interpretację  prawa.  Starali  się  zachować  kamienne  twarze,  ale  widać  było  na  nich  ulgę:  życie  znów  oparte  było  na 

solidnych podstawach. Zwinięty trup Komę był jedynym powodem tego, że istniała kiedyś schizma, a sądząc z zachowania 

obecnych, nikt nie miał ochoty o tym pamiętać.

- Możecie lądować - rzuciłem do mikrofonu.

- Nie możemy. Nadeszły nowe rozkazy.

- Co?!!! - ryknąłem. - Ściągaj te pudła z orbity i to Inatychmiast, albo każę cię postawić pod mur.

-  Nie  mogę. Za  trzy  minuty  wyląduje  statek  zwiadowy. -  Połączenie  przerwano  i mogłem tylko  czekać. Coraz 

więcej  mężczyzn  przyłączało  się  do  słuchających.  W  zasadzie  wszystko  było  w  porządku,  tyle  że  sytuacja  znowu 

wymykała  mi się  z  rąk. W końcu kuter  zwiadowczy  przebił chmury i osiadł na  płycie  lądowiska. Na  trapie  pojawiła  się 

dziwnie znajoma postać; zupełnie wiedzieć czemu, dłoń sama powędrowała mi do kabury; Ledwie ją powstrzymałem. Ty! - 

warknąłem.

Tak, ja, i to na czas, aby przeszkodzić w naruszaniu moralności.

Rzecz  jasna,  był  to  Jay  Hovah,  szef  Korpusu  Moralności,  a  ja,  niestety,  wiedziałem,  czemu  zawdzięczam 

przyjemność ponownego spotkania.

-  Nikt  cię  tu  nie  potrzebuje, a  poza  tym nie  jesteś  ubrany odpowiednio  do pogody. Proponuję,  abyś  wrócił  na 

statek.

-  Moralność  jest  ważniejsza  -  odparł  drżącym  głosem.  Nikt  nie  poinformował  go  o  tutejszym  klimacie,  toteż 

ubrany był w swoją służbową nocną koszulę.

- Próbowałam mu przemówić  do rozsądku, ale  nie chciał słuchać  - rozległ się  jeszcze  bardziej znajomy głos i w 

luku ukazała się Angelina.

- Kochanie! - pocałunek przerwał nam oczywiście nasz zakładowy świętoszek.

-  Rozumiem,  że  celem  twojej  wyprawy  jest  przekonanie  tych  ludzi,  aby  użyli  techniki  kontrolującej  umysły 

obcych tak, abyśmy mogli wygrać wojnę? Te techniki są niemoralne i nie mogą zostać użyte.

- Kto to jest? - spytał Hanasu lodowato.

- Ma na imię Jay - odparłem. - Jest szefem Korpusu Moralności. Pilnuje, żebyśmy nie robili rzeczy sprzecznych z 

naszą moralnością.

Hanasu zmierzył go spojrzeniem, które ja rezerwuję  dla szczególnie  obrzydliwego robactwa, po czym obrócił się 

do niego plecami i poinformował mnie:

- Obejrzałem go. Możesz go zabrać. Sprowadź statki, zaczynamy operację przeciw obcym.

-  Nie  sądzę,  abyś  mnie  usłyszał  -  wykrztusił  Jay  dzwoniąc  zębami.  -  Ta  operacja  jest  zabroniona,  ona  jest 

niemoralna.

Hanasu obrócił się powoli wpatrując się weń arktycznym zgoła spojrzeniem.

-  Nie  opowiadaj mi o moralności. Jestem  stróżem Filozofii  Moralnej i interpretatorem prawa. To co zrobiliśmy, 

nakłaniając obcych do wojny, było złe, teraz użyjemy tych samych technik, aby zatrzymać to zło.

- Dwa przestępstwa nie dają dobrego uczynku. To zabronione.

-  Nie  masz  tu  żadnej  władzy  i  nie  próbuj  nas  zatrzymać.  Możesz  jedynie  kazać  nas  zabić,  jeśli  chcesz  nas 

powstrzymać. Jeśli nie zostaniemy zabici, zrobimy to, co uważamy za moralne.

- Zostaniecie zatrzymani...

- Tylko poprzez śmierć. Jeśli nie możesz kazać nas zabić, to wynoś się i nie przeszkadzaj - odwrócił się i odszedł.

Jay  chyba  próbował  coś  powiedzieć, ale  najwyraźniej  miał z  tym kłopoty. Poza  tym zaczął sinieć. Skinąłem  na 

dwóch najbliższych chłopców:

-  Pomóżcie  staruszkowi  dostać  się  do  statku.  Jak  się  rozgrzeje,  niech  pomyśli  nad  starym  problemem 

filozoficznym, który można określić: „trafiła kosa na kamień".

Harry Harrison -   Stalowy Szczur i piąta kolumna

41 / 43

background image

Nadal  próbował coś rzec, ale  młodzieńcy  dali mu  kuksańca,  kierując  na  właściwą  drogę  i odtransportowali  do 

wnętrza statku.

- I co teraz? - spytała Angelina.

-  Szarzy mają zakończyć  wojnę. Korpus  Moralności  w żaden sposób  nie  będzie  w  stanie uzasadnić zabicia  ich, 

aby  uniemożliwić  to  działanie,  którego  celem  jest  uwolnienie  nas.  Przypuszczam,  że  nie  będzie  nawet  w  stanie 

umotywować nakazu nieudzielania im pomocy.

- Pewna jestem, że masz rację, a co dalej?

- Dalej? Jak to co? Ocalenie galaktyki. Ponowne.

- Oto mój skromny jak zawsze małżonek! - odparła i całując mnie głośno.

- Wygląda imponująco, nie sądzisz? - spytałem.

- Sądzę, że wygląda obrzydliwie - Angelina skrzywiła nos. - W dodatku śmierdzi.

-  Innowacja  pierwotnego  modelu. Pamiętaj, że  tam gdzie  jedziemy, to  co obrzydliwe, uznawane  jest za  piękne. 

Ogólnie rzecz biorąc miała rację: wyglądało obrzydliwie, co było bardzo, ale  to bardzo korzystne. Staliśmy w sali odpraw 

krążownika oddelegowanego do misji. Przed nami rozciągało się pięćset solidnych (i opancerzonych) siedzeń ustawionych 

w rzędy, a na każdym rozwalało się, przykucnęło lub rozsiadło dość obrzydliwe stworzenie.

Większość  z  nich była  przedstawicielami Geshtunken, ale  były rozmaite  też  innowacje  wzorowane  na  projekcie 

mojego dawnego kombinezonu.

Co  nie  ucieszyłoby  naszych  gospodarzy,  to  fakt,  że  wewnątrz  każdego  stworzenia  siedział  trójwymiarowy  i 

całkiem realny szary, a w każdy ogon czy odwłok wbudowany był generator synoptyczny.

Nasza  pokojowa  krucjata  wchodziła  w ostatnią  fazę. Nie  mogę  powiedzieć, żeby łatwo poszło z  jej  organizacją. 

Korpus  Moralności  robił,  co  mógł,  aby  zapobiec  praniu  mózgów. Pierwszy  raz  byłem  wdzięczny  biurokracji. Musieli 

przepychać się przez nią, zanim mogli podjąć jakiekolwiek działanie, a w dodatku my ze swej strony też robiliśmy, co tylko 

się  dało,  żeby  pogłębić  panujący  bałagan  i  zamieszanie:  technicy  zaginęli,  ich  ślady  zaś  rozpłynęły  się  w  papierach; 

protestujący  Coypu  został  wyrwany  z  łóżka  w  środku  nocy  i zanim  zdołał  naciągnąć  spodnie,  znalazł  się  w  głębokiej 

przestrzeni; pewna wysoce zautomatyzowana planetoida przemysłowa wypadła z orbity opanowana przez naszych ludzi...

Równocześnie  produkowano  przebrania,  a  Hanasu  przeprowadzał  programowanie  technik  psychokontrolnych. 

Zdążyliśmy w ostatniej chwili, odlatując  parę  godzin przed flotyllą, którą wysłał po nas Korpus Moralności. I tak polecieli 

za nami, ale na widok parunastu pancerników obcych sił okazali dobrze rozwinięty instynkt samozachowawczy.

- Jesteśmy w zasięgu łączności - oznajmiłem. - Wszyscy gotowi?

- Gotowi - odparło pięćset obojętnych głosów.

- A więc  powodzenia!  - Obróciłem się  włączając ekran  komunikatora. Angelina i para  zrobotyzowanych pociech 

stali obok mnie.

Moja droga Sleepery Jeem wróciła! - wrzasnęło jakieś paskudztwo widoczne na ekranie.

-  Nie  znam pana  -  odburknąłem. - Ale  musi  chodzić  panu  o moją  bliźniaczą  siostrę. Jestem Sleepery  Bolivar  - 

uruchomiłem przycisk, dzięki któremu  po  policzku  spłynęła  mi wielka, oleista  łza  rozbijając  się  z  pluskiem o  pokład. – 

Słyszeliśmy o jej bohaterskiej śmierci i przybywamy, by ją pomścić. Witamy serdecznie - za gulgotało w głośniku. - Jestem 

SessPula,  nowy  dowódca  zjednoczonych  sił.  Zaraz  dajemy  bal  na  waszą  cześć.  Przyłączcie  się.  Połączyliśmy  okręty 

rękawem i  udałem się  do  nich wraz  z Angeliną. Musiałem  się  nieco  odsunąć, aby uniknąć  sparszywiałego  uścisku  tego 

gada i zamiast mnie uściskał  podłogę.

- To Ann-geel, mój szef sztabu, a te roboty przyniosły napoje na dzisiejszy bankiet.

Przyjęcie  rozkręciło  się  błyskawicznie.  Coraz  to  nowi  oficerowie  przyłączali  się  do  zabawy, aż  zaczęło  mnie 

zastanawiać, kto kieruje flotą. Prawdopodobnie nikt.

- Jak tam wojna? - spytałem.

- Strasznie! - jęknął Sess, wychylając flaszkę jakiegoś zielonkawego obrzydlistwa. - Uciekają przed nami, to fakt, 

ale nie chcą się bić. Morale upada, wojsko mruczy po kątach o powrocie do domu. Ale myślę, że musimy walczyć dalej.

- Pomoc jest w drodze! - krzyknąłem, klepiąc go w plecy, po czym wytarłem mackę starannie  w obrus. -  Mam na 

pokładzie  kilku  spragnionych krwi i  zemsty  ochotników.  Oprócz  tego, że  są  świetnymi żołnierzami, są  też  wspaniałymi 

nawigatorami i kucharzami.

- A dużo ich jest? - spytał z nadzieją.

-  Cóż,  wystarczy  po  jednym  na  pancernik.  Każdy  z  nich  może  przewodzić  flotylli,  a  oficerowie  floty  mogą 

zgłaszać się do nich po radę czy wsparcie moralne.

- Jesteśmy uratowani! - wrzasnął w zachwycie.

W  pewnym  sensie,  oczywiście...  dodałem  w  myślach,  uśmiechając  się  szeroko  na  prawo  i  lewo,  błyskając 

zębiskami przebrania i zastanawiając się, ile czasu zajmie moim umysłowym sabotażystom załatwienie problemu.

Byli szybsi, niż się spodziewałem. Zaraza rozprzestrzeniała  się  błyskawicznie. Cztery dni później Sess odwiedził 

mnie  w  sterowni,  gdzie  używając  wszystkich  możliwych  chwytów,  robiłem,  co  się  tylko  dało,  aby  uniemożliwić 

doścignięcie floty Ligi. Popatrzył smętnie pół tuzinem przekrwionych oczu na ekrany i westchnął.

- Nie sypiasz zbyt dobrze? - spytałem uprzejmie.

- Wszystko jest takie przygnębiające... Chciałbym być w domu i zająć  się wylęgiem dzieci. Zapytuję  sam siebie, 

co ja tu właściwie robię.

- A co tu robisz?

- Nie wiem. Straciłem serce do tej wojny.

-  Zabawne. Ja  stwierdziłam to samo ostatniej nocy. Zauważyłeś, że  oni nie  są tacy wstrętni? Mają  mokre  oczy i 

pocą się całkiem, całkiem.

- Masz rację - westchnął. - Między nami mówiąc, nigdy o tym nie pomyślałem. Co możemy zrobić?

- Cóż...

Dziesięć  godzin  później,  po  lawinie  radiogramów,  największa  armada  wojenna,  jaką  kiedykolwiek  widziała 

galaktyka, wykonała twarzowy zakręt o 180 stopni wracając do rodzinnych bagien i śmietników.

Podczas  pijackiej orgii,  która  miała  miejsce  tego  wieczoru  z  okazji  zwycięskiego  zakończenia  wojny  -musieli 

biedacy to jakoś nazwać - stałem z boku, trzymając w objęciach Angelinę.

- Wiesz, oni są całkiem mili, gdy się do nich człowiek przyzwyczai - powiedziała.

Harry Harrison -   Stalowy Szczur i piąta kolumna

42 / 43

background image

- Nie poszedłbym tak daleko, ale są całkiem nieszkodliwi, gdy zaprzestali wojny.

- Bogaci też są - oznajmił James, nalewając czegoś obrzydliwego do kieliszka.

-  Trochę  się  tu  pokręciliśmy  -  dodał  Bolivar,  podtaczając  się  z  drugiej  strony.  -  Podczas  swoich  operacji 

wojennych złupili sporo rożnych banków, które wymietli do czysta, wiedząc, jak ceniona jest ich zawartość, choć zupełnie 

nie rozumiejąc, dlaczego. Oni nie używają pieniędzy.

- Lepiej nie wnikaj w ich zasady płatności! -mruknąłem.

- Wszystko to złożyli w ładowniach flagowego pancernika - wtrącił James. - Zamierzali zastanowić się nad tym w 

przyszłości.

- Pozwólcie mi zgadnąć - to była Angelina - ładownie są puste?

- Zawsze masz rację, mamusiu. Za to transportowiec jest nieco przeładowany.

-  Musimy  zwrócić  to  właścicielom  -  postanowiłem,  z  przyjemnością  widząc  zaszokowane  spojrzenia  dwóch 

robotów i jednej poczwary.

- Jim! - jęknęła Angelina.

- Spokojnie, jestem przy zdrowych zmysłach. Musimy oddać to, co znaleźliśmy...

- ...a że nie udało się znaleźć zbyt dużo... - dokończyła za mnie.

Coś ciężkiego, sraczkowatej barwy, opatrzone mackami i przyssawkami zwaliło się obok na podłogę.

- Za zwycięssstwo!!! Hick!!! Ciiiisza! Ciszszszsza!!! Cudowna Sleepery wzniesie toaaaast!

Wszystkie  oczy,  aparaty  wzrokowe,  błony  optyczne  i  różne  takie,  nie  licząc  trzech  par  normalnych  oczu, 

skierowały się na mnie, gdy wstałem.

-  TOAST!!!  -  wrzasnąłem  entuzjastycznie,  unosząc  zamaszyście  kielich  i  rozlewając  przy  okazji  połowę 

zawartości. Wylało się na dywan, wypalając sporą dziurę. - Piję zdrowie wszystkich stworzeń żyjących w naszej galaktyce: 

dużych  i  małych,  kształtnych  i  rozlazłych,  wszystkich!  Niech  pokój  i  miłość  trwają  wiecznie.  Za  życie,  wolność  i 

przeciwną płeć!!!

I tak lecieliśmy, przemierzając lata świetlne, ku nowej o wiele lepszej przyszłości.

Przynajmniej taką miałem nadzieję.

Harry Harrison -   Stalowy Szczur i piąta kolumna

43 / 43