background image

MAUREEN CHILD

Panna młoda pod choinkę

The Surprise Christmas Bride

Tłumaczyła: Maja Gottesman

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY

– Może, zanim utonę, powinnam zasunąć dach.
Casey  Oakes  odgarnęła  z  twarzy  mokre  włosy  i  zmrużywszy  oczy, 

wpatrywała się przed siebie. Nagle jej ciało przeszył lodowaty dreszcz.

–  Zresztą teraz  już za późno,  żeby się  tym przejmować  –  mruknęła pod 

nosem.

Może to nie byłby taki zły pomysł. Przynajmniej zrobiłaby coś, czego nie 

udało się żadnemu z Oakesów. Zatonięcie w aucie na jakiejś bocznej drodze pod 
Simpson w stanie Kalifornia byłoby rzeczywiście czymś wyjątkowym.

Osiągnięcie  tego  w  ślubnej  sukni  dodałoby  całej  sprawie  dodatkowego 

smaczku.  Za  kilka  lat  jej  przygoda  stanie  się  miejscową  legendą.  Ludzie  na 
biwakach  przyciszonymi  głosami  będą  sobie  opowiadać  historię  Cassandry 
Oakes,  a  rodzice  będą  straszyć  niegrzeczne  dzieci  nocną  wizytą  Utopionej 
Panny Młodej.

Casey  jeszcze  się  uśmiechała,  kiedy  smagnięty  wiatrem  mokry  welon 

zasłonił jej twarz. Nacisnęła mocno hamulec, pod autem rozległ się jakiś trzask i 
samochód gwałtownie stanął.

Casey  zgasiła  silnik.  Teraz  słychać  było  już  tylko  bębnienie  deszczu. 

Wycieraczki toczyły beznadziejną walkę z ulewą. Na podłodze było co najmniej 
pół  centymetra  wody,  wsiąkającej  w  ciemnoczerwone  aksamitne  dywaniki. 
Skórzane siedzenia też na pewno nie były w lepszym stanie.

– Kurczę blade – zaklęła cicho. – Jeszcze tylko deszczu mi było trzeba.
Ale właściwie czemu nie, pomyślała. Zamieć śnieżna też by jej chyba nie 

zdziwiła. Taki to już był dzień.

Zdecydowanym  ruchem  odrzuciła  welon  na  plecy  i  rozejrzała  się  po 

zamokniętej  okolicy.  Droga,  którą  jechała,  była  wąską  polną  ścieżką, 
wysypywaną co  roku cienką  warstwą żwiru. Teraz deszcz zmył  kamyki i  koła 
samochodu po osie tonęły w błocie. Wzdłuż drogi całymi kilometrami ciągnęły 
się siatkowe ogrodzenia, a za nimi łąki, łąki, łąki. Tylko gdzieniegdzie widniała 
jakaś kępa ogromnych sosen czy smaganych wiatrem bezlistnych drzew.

Żadnych domów.
Żadnych świateł.
Żadnych ludzi.
I w dodatku, ponieważ od jej ostatniej wizyty w Simpson minęły wieki, 

nie wiedziała, jak daleko jest jeszcze do rancza Parrishów.

Casey  odetchnęła  głęboko.  Do  oczu  napłynęły  jej  łzy.  Szybko  otarła  je 

wierzchem dłoni.

Wody było tu wszędzie aż nadto.
I wtedy usłyszała ten dźwięk.

background image

Najpierw cichy, niepewny, potem niski, rozpaczliwy jęk.
Właściwie  bez  chwili  wahania  otworzyła  drzwiczki  i  wysiadła  Białe, 

atłasowe pantofelki natychmiast utonęły w błocie. Ona sama, by nie paść w nie 
twarzą, przytrzymała się maski.

Jej gołe stopy zatopione były po  kostki w błocie. Rozejrzała się dokoła, 

szukając źródła pojękiwań.

Nagle rozpromieniła się. Nie była sama w tym nieszczęściu.
– Oj, biedne maleństwo – wyszeptała i ruszyła przez błoto.

– Nie, nie powiem ci, co to jest.
Jake  Parrish  roześmiał  się,  pokręcił  głową  i  sięgnął  po  kubek  z  kawą. 

Annie,  jego  siostra,  przez  te  lata  ani  trochę  się  nie  zmieniła.  Tak  jak  w 
dzieciństwie, wciąż nie miała za grosz cierpliwości.

–  No,  Jake,  powiedz  –  błagała  go  przez  telefon.  –  Uchyl  choć  rąbka 

tajemnicy. Proszę.

–  Nie  –  odparł  z  rozbawieniem  i  pociągnął  łyk  kawy.  –  Jeśli  chcesz 

zaspokoić  swoją  ciekawość,  będziesz  musiała  osobiście  się  tu  zjawić.  I  radzę 
zrobić to z samego rana.

– Jesteś po prostu świnią.
–  Tak,  wiem.  Aaa,  może  przywieziesz  też  tatę,  wuja  Harry’ego  i  ciotkę 

Emmę, co?

Annie wciągnęła głęboko powietrze do płuc i Jake był gotów się założyć, 

że wysoko uniosła brwi. Jego siostrzyczka zawsze musiała wszystko wiedzieć.

– To musi być poważna sprawa – wyjąkała w końcu.
– Masz rację.
– A niech cię diabli, Jake! – Głos Annie był teraz surowy i rozkazujący. 

Tak  rozmawiała  ze  swą  trzyletnią  córeczką,  Lisą.  –  Wiesz,  że  nie  znoszę 
niespodzianek. Jeśli nie uchylisz choć rąbka tej twojej tajemnicy, to w nocy nie 
będę w stanie zmrużyć oka.

Jake  wiedział,  że  to  prawda.  W  dzieciństwie  w  noc  przed  swymi 

urodzinami  Annie  nie  spała  ani  chwili,  zastanawiając  się,  co  dostanie.  Przed 
Bożym  Narodzeniem  było  jeszcze  gorzej.  Nie  tylko,  że  sama  nie  spała,  to 
jeszcze i jemu nie pozwalała zmrużyć oka.

– Dobrze – rzekł z uśmiechem. – To będzie coś w rodzaju podpowiedzi.
– Słucham!
Jake  przez  chwilę  zastanawiał  się,  jak  sformułować  podpowiedz,  by 

jednocześnie  nie  zdradzić  za  wiele.  Dla  niego  ta  niespodzianka  była  bardzo 
ważna. Oparł się o ścianę w kuchni i wpatrywał w wiszący na suficie żyrandol. 
Miał  kształt  koła  od  wozu  i  sześć  osłoniętych  szklanymi  kloszami  żarówek. 
Tylko  dzięki  nim  w  to  ponure  grudniowe  popołudnie  w  tej  ogromnej  kuchni 
było stosunkowo jasno.

background image

Potem  spojrzał  w  okno.  Na  dworze  szalała  burza.  Transakcja,  którą  w 

końcu udało mu się zawrzeć, wprawiła go w tak dobry humor, że ani ulewa, ani 
nawet zapowiadana śnieżyca nie były w stanie go zepsuć.

– Jake...
– O, przepraszam, Annie. Zamyśliłem się.
– Nie wysilaj się za bardzo.
– Bardzo zabawne. Chyba jednak nic ci nie powiem.
– Jake, ty wstręciuchu! Mów natychmiast. Jake roześmiał się.
–  Dobrze,  wygrałaś.  No  to  słuchaj.  To  jest  coś,  co  od  dawna  chciałem 

mieć.

Annie na długą chwilę zaniemówiła.
–  A  więc  to  jest  jakaś  rzecz,  tak?  –  W  głosie  Annie  słychać  było 

oburzenie.

– Tak i na dziś to wszystko.
– Powiem ci to jeszcze raz, Jake. Jesteś świnią. I będziesz się smażył w 

piekle.

–  Być  może.  Ale  wcale się  tym nie  martwię.  Przynajmniej będą  tam  ze 

mną wszyscy moi przyjaciele.

– Tego możesz być pewien.
Odpowiedziało  jej  głośne  parsknięcie.  Brat  nie  był  wcale  zdziwiony, 

kiedy z oburzeniem odłożyła słuchawkę.

Wiedział  aż  za  dobrze,  że  siostrzyczka  każe  mu  za  tę  zabawę  drogo 

zapłacić. Nie przejmował się, bo wiedział, że jego niespodzianka jest tego warta. 
Długo na to czekał. I chciał teraz cieszyć się każdą chwilą.

Odłożył słuchawkę, podszedł do blatu z szarego granitu i odstawił kubek. 

Potem  stanął  przy  oknie  i  przez  zachlapaną  szybę  spoglądał  na  zapadające 
ciemności. To przecież dopiero początek.

Podpisawszy  tę  umowę  mógł  nareszcie  zabrać  się  do  realizacji  swoich 

planów związanych z rodzinnym ranczem. Mógł skoncentrować się na hodowli 
koni, o czym od tylu miesięcy marzył.

Teraz było to możliwe.
Uśmiechnął  się  do  siebie  i  rozejrzał  po  kuchni.  Ze  wszystkimi 

nowoczesnymi  urządzeniami,  wyłożoną  hiszpańskimi  kafelkami  podłogą  i 
kominkiem  wyglądała  jak  z  fotografii  zamieszczonej  w  piśmie  o  urządzaniu 
wnętrz. On, co prawda, umiał zaledwie zaparzyć kawę, zrobić grzanki z serem i 
podgrzać jakieś danie w kuchence mikrofalowej, ale to nie miało znaczenia.

Teraz  to  w  ogóle  było  nieistotne.  Dotrzymał  wreszcie  słowa.  Ranczo 

zaczęło  prosperować  i  mógł  spłacić  długi  zaciągnięte  na  kosmetyczne 
ulepszenia, których tak domagała się jego była żona. Choć bardzo się starała, nie 
udało jej się puścić go z torbami.

Jake skrzywił się na wspomnienie kobiety, której pozwolił zrobić z siebie 

background image

idiotę.  Szybko  jednak  wrócił  myślami  do  rancza.  To  było  jego  wielkie 
osiągnięcie. Jego triumf. Teraz zupełnie już nie przypominało miejsca, w którym 
wraz z Annie dorastali.

Przed oczami stanął mu stary, zabytkowy piec, który matka przez tyle lat 

jakimś  cudem  zmuszała  do  działania.  Obok  niego  zniszczony,  sosnowy  stół, 
przy którym on i Annie odrabiali lekcje. Ten sam, przy którym w porze kolacji 
zbierała się cała rodzina i prowadziła długie, wieczorne rozmowy o wszystkim –
od rozgrywek koszykówki po teorią Darwina.

Jake  zamrugał  oczami  i  zamiast  poczciwego,  starego  mebla  ujrzał,  aż 

nadto  wyraźnie,  elegancki,  dębowy  komplet  stołowy  na  wysoki  połysk,  który 
przed trzema laty nabyła Linda. Owszem, może i w czasach jego dzieciństwa nie 
było w tym domu ani bogato, ani wygodnie, ale przynajmniej panowała w nim 
miłość.

Coś, czego w jego nowym, udoskonalonym domu nigdy nie było.
Jake  potrząsnął  głową  i  wypił  ostatni  łyk  kawy.  Potem  odstawił  pusty 

kubek  na  blat.  Skup  się  na  robocie,  rozkazał  sobie  w  duchu.  Rozważania  o 
miłości i o tym, co mogło być, wcale ci w tym nie pomogą.

A wspomnienia o Lindzie przyprawiały go tylko o wrzody żołądka.
–  Poza  tym  –  rzekł  głośno,  zwracając  się  do  siebie  –  zanim  zrobi  się 

zupełnie ciemno, musisz jeszcze sprawdzić ogrodzenie.

Przy takim deszczu i wichrze nie mógł pozwolić, by nowo założona siatka 

się porozrywała. Całe jego ukochane stado natychmiast by się rozpierzchło.

W  dodatku  prognozy  pogody  wspominały  o  śnieżycy.  Lepiej  się 

pospieszyć.

Zdjął  z  wieszaka  w  sieni  płaszcz  przeciwdeszczowy  i  kapelusz,  celowo 

odwracając  się  plecami  do  błyszczącego,  sterylnego  wnętrza.  Im  szybciej 
wyjdzie,  tym  szybciej  wróci.  Do  podgrzanej  w  kuchence  mikrofalowej  pizzy, 
puszki piwa i oglądania meczu piłki nożnej w telewizji.

Jeśli nastawi telewizor wystarczająco głośno, może uda mu się przekonać 

samego siebie, że wcale nie jest samotny.

–  Dobrze  wiem,  co  czujesz  –  szeptała  Casey  do  trzymanego  na  ręku 

zwierzątka.  Nachyliła  się  nad  nim,  chroniąc  malca  od  zacinającego  deszczu. 
Okryła go trenem swojej ślubnej sukni. Pogłaskała maleństwo po szyi i spojrzała 
głęboko  w  jego  smutne,  brązowe  oczy.  –  Przemarznięte,  mokre  i  bez  mamy, 
prawda?

Cielątko prychnęło.
–  Na  zdrowie  –  powiedziała  odruchowo  Casey.  Mokry  pukiel  włosów 

zasłaniał  jej  prawe  oko.  Na  próżno  dmuchała  i  próbowała  go  odsunąć.  Nie 
chciała  nawet  na  moment  wypuszczać  cielątka  z  objęć.  Maleństwo  było  tak 
wystraszone, że na pewno by uciekło, a w tym deszczu i błocie trudno by je było 

background image

odnaleźć.

Drżące  zwierzę  zmieniło  pozycję  i  mocniej  wtuliło  się  w  jej  ramiona. 

Było zadziwiająco ciężkie.

– Wiesz co, mały? Masz zupełnie takie same oczy, jak mój narzeczony. A 

raczej były narzeczony. – Przerwała na moment i zmarszczyła brwi. – Ale nie 
martw się. To przecież nie twoja wina.

Cielę znów parsknęło i zamuczało.
–  Mnie  też  jeszcze  przed  chwilą  chciało  się  płakać  –  szepnęła  ze 

współczuciem Casey. – Pewnie tego nie wiesz, ale miałam dziś wyjść za mąż.

Jej mały przyjaciel zadrżał, gdy Casey postawiła go na ziemi.
–  Wiem,  wiem.  Mnie  też  na  samo  wspomnienie  przechodzą  zimne 

dreszcze.

Casey  nachyliła  się  i  przytuliła  policzek  do  pyska  zwierzęcia.  Jej  stopy 

były jak dwa kawałki błotnistego lodu, a w palcach u rąk prawie straciła czucie. 
Okropna pogoda! Starając się o tym wszystkim nie myśleć, nadal przemawiała 
do cielaczka.

–  Najtrudniej  było  powiedzieć  wszystkim,  że  nie  będzie  żadnego  ślubu. 

Szkoda, że nie widziałeś ich min, mały.

Cielątko znów cicho zamuczało.
– Czyich? – spytała z tłumionym parsknięciem Casey. – No, tych ludzi w 

kościele.  –  Ona  też  kichnęła.  –  I  moich  rodziców.  Steven  miał  szczęście,  że 
napisał,  a  nie  powiedział  osobiście,  że  wyjeżdża  do  Meksyku.  Gdyby  ojciec 
dostał  tego  kretyna  w  swoje  ręce...  –  Casey  westchnęła  i  znów  spojrzała  na 
swego  nowego  przyjaciela.  –  Niecodziennie  dziewczyna  dostaje  kosza.  Czy 
uważasz, że powinnam się tym bardziej przejmować?

Cielę pokręciło głową.
– Ja też tak sądzę. – Casey pogładziła gładką skórę zwierzęcia. – Nie czuj 

się obrażony, iż powiedziałam, że masz oczy podobne do Stevena. To naprawdę 
nie twoja wina. Zresztą – dodała z wymuszonym uśmiechem – ty jesteś dużo od 
niego milszy.

Cielę poruszyło się i nastąpiło jej na stopę.
Casey krzyknęła i wysunęła stopę spod kopyta cielaczka.
– I w dodatku tańczysz podobnie jak on.
Ostry podmuch wiatru owinął jej mokry welon dookoła głowy.
–  Wiem,  że  trudno  w  to  uwierzyć,  ale  jeszcze  kilka  godzin  temu 

wyglądałam całkiem nieźle – oznajmiła cielaczkowi.

Przed  oczami  stanął  jej  kościół.  Oto  ona,  a  właściwie  jej  replika,  przy 

drzwiach, czeka na znak, by prowadzona przez ojca, ruszyć w długą drogę do 
ołtarza. Przed nią w dwóch rzędach dziesięć druhen. Nagle uświadomiła sobie, 
że tak naprawdę żadnej z nich nie zna.

Owszem,  chodziły  na  te  same  imprezy.  Opowiadały  te  same  historie. 

background image

Śmiały się z tych samych dowcipów. Ale żadnej z tych dziewcząt nie nazwałaby 
przyjaciółką. Jej jedyna prawdziwa przyjaciółka nie pojawiła się na ceremonii. 
Annie  nie  chciała  patrzeć,  jak  Casey  popełnia  coś,  co  określiła  „wielką 
pomyłką”.

Znów  ogarnęły  ją  wątpliwości,  z  którymi  walczyła  przez  ostatnie  kilka 

miesięcy. Nagle jednak zagrały organy i pierwsza z druhen zrobiła krok w stronę 
ołtarza.  W  tej  chwili  podszedł  do  Casey  jakiś  człowiek  i  podał  jej  list  od 
Stevena.

Przez  następne  kilka  nieskończenie  długich  minut  narażona  była  na 

ciekawskie spojrzenia i słyszała stłumione, podekscytowane szepty. Ktoś nawet 
parsknął  śmiechem.  Wśród  tłumu  zaskoczonych,  rozczarowanych  gości  nie 
dostrzegła ani jednej przyjaznej twarzy.

Nawet  rodzice  okazali  się  tak  oszołomieni,  że  nie  byli  w  stanie  jej 

pocieszać. Ojciec, z ponurą miną i zaciśniętymi ustami, nieporadnie poklepywał 
po  ramieniu  łkającą  w  chusteczkę  matkę.  Bliźniacy,  starsi  bracia  Casey, 
wyglądali, jakby mieli ochotę komuś przyłożyć.

Oczywiste  więc  było,  że  kiedy  po  kilku  chwilach  wybiegła  z  kościoła  i 

wsiadła  do  sportowego  auta  –  które  jeden  z  braci  na  szczęście  podprowadził 
przed  kościół  –  instynktownie  skierowała  się  do  swej  jedynej  prawdziwej 
przyjaciółki.

Jedynej  osoby,  na  którą  mogła  liczyć,  że  ją  wysłucha.  Że  powie  jej,  iż 

wcale nie zwariowała. Że ma prawo czuć, jakby wyrwała się z więzienia.

Do Annie Parrish.
Casey pochyliła się, ponownie wzięła cielę na  ręce i dokładniej owinęła 

swoją suknią. Teraz pozostało jej tylko znaleźć ranczo Parrishów. I to szybko, 
zanim  zamarznie  na  śmierć.  Przecież  minęło  zaledwie  pięć  lat,  od  kiedy  jej 
rodzina wyprowadziła się z Simpson. Dlaczego wszystko wygląda tak inaczej?

To przez ten deszcz, pomyślała. To deszcz ją tak zdezorientował. Kiedy 

ustanie,  na  pewno  uda  jej  się  znaleźć  ranczo.  Jeśli  rzeczywiście  ten  deszcz 
minie, dodała. Spojrzała na nisko wiszące czarne chmury, na smagane wichrem 
nagie  drzewa  i  po  raz  pierwszy  się  zaniepokoiła.  Była  pewna,  że  za  chwilę 
lodowaty deszcz zamieni  się  w śnieg. Do rana pechowa podróżniczka zamieni 
się w lodowy pomnik ubłoconej panny młodej.

Suknia z irlandzkiej koronki i jedwabiu w kolorze kości słoniowej, którą 

miała na  sobie,  ważyła  teraz  chyba  tonę.  Materiał  chłonął  deszcz jak  gąbka, a 
ciężkie,  gęste  błoto  oblepiało  jej  rąbek.  Ciekawe,  co  powiedziałby  projektant 
sukni, widząc swoje dzieło w takim stanie?

Był to chyba najdroższy na świecie parasol dla zabłąkanego cielątka.
I co powiedziałby na to wszystko jej ojciec?
Casey jęknęła w duchu i na sekundę czy dwie zamknęła oczy. Henderson 

Oakes nieprędko dojdzie do siebie. Fakt, że jego córka dostała kosza, potraktuje 

background image

jako  osobistą  zniewagę.  Rodzice  zawsze  bardzo  martwili  się  tym,  co  ludzie 
powiedzą.

Lepiej na razie w ogóle o nich nie myśleć.
Deszcz zamienił się w ulewę. Casey miała wrażenie, że wbijają się w nią 

tysiące  lodowatych  ostrzy.  Od  dźwigania  cielaka  rozbolały  ją  plecy. 
Przedzierając  się  po  malca  przez  druty  kolczaste,  podrapała  sobie  ramiona. 
Zgubiła buty i czuła, że łapie przeziębienie.

Które może przerodzić się w zapalenie płuc.
Gdyby nie była tak wykończona i nie bała się, że zapadnie się w to błoto 

po szyję, rzuciłaby się na ziemię i rozpaczliwie zapłakała.

– Hej, proszę pani, co się dzieje?
Niski,  groźny  głos  dochodził  nie  wiadomo  skąd.  Zaskoczona  Casey 

potknęła się i  upadła w błoto. Na drobne, drżące  ciałko cielaczka. W ostatniej 
chwili,  ignorując  rwący  ból  w  nadgarstku,  udało  jej  się  podeprzeć  jedną  ręką. 
Uniosła  głowę  i  poprzez  mokry,  zabłocony  welon  spojrzała  na  siedzącego  na 
koniu mężczyznę.

Nareszcie. Pomoc nadeszła.
Przynajmniej miała nadzieję, że to będzie pomoc.
Naprawdę powinna być czujniejsza. Pogrążona w rozpaczliwych myślach, 

nawet nie słyszała zbliżającego się jeźdźca.

Obejmując  jedną  ręką  cielaczka,  Casey udało  się  jakoś  wstać.  Odsunęła 

welon  i  mrużąc  oczy  przed  deszczem,  przyglądała  się  siedzącemu  na  koniu 
mężczyźnie.  Miał  zsunięty  na  oczy  kapelusz  i  gruby,  oliwkowy  płaszcz 
przeciwdeszczowy, przykrywający go prawie całego.

–  Cassandra  Oakes  –  mruknął  z  niedowierzaniem.  Wyraźna  niechęć  w 

jego głosie coś jej przypomniała. Ileż to razy słyszała ten sam chrapliwy głos, 
każący jej się odczepić? Ileż to razy później słyszała go w swych snach?

Gęsia skórka, którą pokryło się całe jej ciało, nie miała nic wspólnego z 

lodowatym deszczem i wiatrem.

Tylko jeden mężczyzna na całym świecie tak na nią działał.
Nawet teraz, choć od ich ostatniego spotkania minęło pięć lat.
Upłynęło pięć lat od dnia, kiedy złamał jej serce.
– Cześć, Jake.

background image

ROZDZIAŁ DRUGI

Cześć, Jake?
Tylko  tyle  była  w  stanie  powiedzieć?  Stojąc  pośrodku  pola  w 

przemoczonej do suchej nitki ślubnej sukni, tuląc w ramionach zabłąkane cielę, 
powiedziała tylko „Cześć, Jake”?

Aż jęknął w duchu. Kiedy zobaczył to zaparkowane przy drodze auto, od 

razu  domyślił  się,  że  ktoś  ma  kłopot.  Tędy  dojechać  można  tylko  do  rancza 
Dona Wilsona i jego, więc mało kto się tu zapuszcza. Podejrzewał, że to pewnie 
jakiś gość do Dona albo zabłąkany w ulewie turysta.

Panna młoda była ostatnią osobą, której mógł się spodziewać.
A co dopiero ta konkretna panna młoda.
O  rany,  jak  szybko  wszystko  może  się  pokomplikować.  Jeszcze  przed 

dwudziestoma minutami czuł się cudownie. Powinien wiedzieć, że taki stan nie 
może długo potrwać. Ale nigdy by się nie domyślił, że oto nagle pojawi się na 
tym pustkowiu Casey i że to ona popsuje mu nastrój.

–  Co  ty  tu  robisz,  Casey?  –  zdobył  się  w  końcu  na  odwagę.  –  Szukasz 

kościoła, czy co? – dodał, przyglądając się podejrzliwie jej zniszczonej sukni.

– Wprost przeciwnie – odparła. – Właśnie z niego uciekam.
– No, no – mruknął pod nosem. – A gdzie podziałaś pana młodego?
– To długa historia.
– Nie wątpię.
Casey  odrzuciła  do  tyłu  welon  i  spojrzała  na  niego  swymi  ogromnymi, 

zielonymi oczami. A jemu aż ścisnął się żołądek.

– Później ci opowiem – powiedziała. – A najpierw może byś mi pomógł?
To  niesamowite,  że  ktoś  cały  mokry  i  ubłocony  może  tak  wspaniale 

wyglądać,  pomyślał.  Kiedy  jednak  zaczęło  w  nim  wzbierać  nieproszone 
pożądanie, szybko wrócił do rzeczywistości.

– A w czym konkretnie?
– Trzeba się nim zająć.
Casey kiwnięciem głowy wskazała tulące się do niej cielątko.
Zwierzę wcale nie wyglądało na to, że potrzebuje jakiejkolwiek pomocy. 

Jake nawet gotów był się z nim zamienić. Przypomniał sobie, że Casey zawsze 
kochała  zwierzęta.  Pamiętał,  jak  się  przeraziła,  kiedy  ktoś  jej  uświadomił,  że 
hamburgery robi  się z mięsa krów. Pewnie dlatego, że całe życie mieszkała w 
mieście,  a  żywe  zwierzęta  oglądała  tylko  wtedy,  kiedy  razem  z  braćmi 
przyjeżdżali na ranczo. Ich rodzice nie pozwalali im trzymać w domu żadnych 
żywych ulubieńców.

Jej bracia. Kurczę, nie widział ich chyba od stu lat. Ale biorąc pod uwagę 

codzienną  dwudziestopięciogodzinną  pracę  na  ranczu  i  krótkie,  lecz 

background image

niezapomniane  małżeństwo  z  Lindą,  nie  było  to  dziwne.  Właściwie  w  ogóle 
nikogo nie widywał.

– Jake? Jesteś tu?
– Co? – wymamrotał nieprzytomnie. – A, tak. Ten cielak. Co z nim?
Był zmęczony, mokry i przemarznięty. Już dawno się przekonał, że przy 

Casey musi zawsze być czujny. A czasem i to nie wystarczało.

– Jest przerażony.
–  Przerażony?  –  Jake  zacisnął  palce  na  cuglach.  –  A  czym?  –  spytał, 

wiedząc, że wkrótce tego pożałuje.

– Burzą.
Wycie  wiatru podkreśliło  jej słowa.  Cielątko zadrżało. Mina Casey była 

aż nadto wymowna.

Jake  zacisnął zęby. Była uparta  jak  zawsze. I  tak  samo piękna, dodał  w 

myślach.  Nawet  z  mokrymi  strąkami  okalającymi  jej  twarz  i  w  tej  zabłoconej 
sukni. Nawet ze zmrużonymi szmaragdowymi oczami.

Poczuł  znów  ten  dawny,  znajomy  ucisk  w  okolicy  serca.  Choć  minęło 

pięć lat, wciąż tak samo na niego działała.

Po raz pierwszy od wyjścia z domu pożałował, że jego dżip jest zepsuty. 

Zamiast wiercić się niepewnie w siodle, przynajmniej siedziałby w wygodnym 
fotelu. Kurczą, przecież zawsze lubił konną jazdę.

Do teraz.
Natychmiast nakazał sobie spokój. Musiał się wziąć w garść. Casey miała 

na  sobie  tę  cholerną  ślubną  suknię.  Powiedziała,  że  uciekła  z  kościoła.  Tyle 
tylko, że nie wiadomo czy przed, czy też po ceremonii.

Myśl  o  Casey  jako  czyjejś  żonie  sprawiła,  że  zimna  obręcz  jeszcze 

mocniej zacisnęła się wokół jego serca.

Deszcz  dudnił  o  jego  kapelusz  i  ceratowy  płaszcz.  Jake  czuł  uderzenie 

każdej  kropli,  ale  wcale  się  tym  nie  przejmował.  Wiedział,  jak  radzić  sobie  z 
deszczem. Z Casey zaś zupełnie nie potrafił.

– Zejdziesz z tego konia i pomożesz mi, czy nie?
Jake  pokręcił  głową,  jedną  dłoń  zacisnął  na  cuglach,  drugą  mocno  tarł 

podbródek. Nie był w stanie zejść z konia i iść. Choć peleryna skrywała reakcję 
jego  ciała  na  jej  widok,  jego  trudności  w  chodzeniu  i  tak  powiedziałyby  jej 
wszystko.

Coś jednak musiał zrobić.
Ta idiotyczna rozmowa do niczego nie doprowadzi.
– Przecież krowy przez cały czas żyją na dworze – rzekł. Cielątko smutno 

zamuczało.

Casey  współczująco  pogładziła  je  po  łebku,  a  potem  ostro  spojrzała  na 

Jake’a.

– To jeszcze dziecko.

background image

– Ale waży więcej niż ty.
Gdzieś niedaleko rozległo się niskie, smutne, pełne niepokoju muczenie. 

Casey, nie wypuszczając maleństwa z objęć, rozejrzała się dokoła.

– Co to było?
– Założę się, że to jego mama.
Cielątko  wydało  z  siebie  cichutką  odpowiedź;  jego  matka  znów 

zamuczała.

–  O,  widzę  ją  –  rzekł  Jake  i  wskazał  brodą  w  stronę  niedalekiej  kępy 

drzew.

Casey spojrzała we wskazanym kierunku i aż zamarła. Mamusia, no, no. 

Całkiem spore zwierzą maszerowało zdecydowanie i szybko w ich stronę. Teraz 
już  nie  cielę,  ale  ona  potrzebowała  pomocy.  Wypuściła  maleństwo  z  objęć  i 
ruszyła w stronę mężczyzny, pragnąc poczucia względnego bezpieczeństwa.

Uniosła  suknię  i  przedzierając  się  przez  błoto,  starała  się  nie  słyszeć 

łomotu krowich kopyt. Jake, oczywiście, ani myślał jej pomóc.

Akurat wtedy, gdy ta myśl przeszła jej przez głowę, Jake skierował konia 

bliżej niej, wysunął nogę ze strzemienia i podał jej rękę.

Spojrzała  mu  w  oczy,  lecz  nie  zobaczyła  w  nich  ani  cienia  zachęty. 

Zawahała się, rzuciła okiem przez ramię na pędzące dwie tony krowiego mięsa i 
wybrała mniejsze zło. A przynajmniej tak jej się wydawało.

Wsunęła  rękę  w  pokrytą  odciskami,  silną  dłoń  Jake’a.  Zignorowała 

dziwny, gorący tym razem dreszcz,  jaki przeszył jej ciało,  wsunęła zabłoconą, 
bosą stopę w strzemię i pozwoliła mu się wciągnąć na siodło.

Jake natychmiast zawrócił konia i kolanem zmusił go do szybkiego biegu. 

Po paru metrach ściągnął cugle i kazał mu stanąć. Oboje spojrzeli za siebie.

Casey z uśmiechem patrzyła, jak cielak wsuwa głowę pod brzuch mamy i 

szuka  wymienia.  Krowa  nadal  nie  była  zachwycona  ich  obecnością,  ale 
cielaczek czuł się już bezpieczny.

I Casey też.
Jake wsadził jej na głowę swój kapelusz.
Casey odchyliła rondo i spojrzała na niego.
Odgarnął  z  czoła  mokre,  gęste  włosy  i  przez  chwilę  też  na  nią  patrzył. 

Surowo, zdecydowanie, ale i z odrobiną czegoś jeszcze.

– Podwiozę cię do auta.
– Nie warto – odparła, przypominając sobie głuchy stuk, kiedy nacisnęła 

hamulec. – Podejrzewam, że coś się stało z hamulcami.

–  Wspaniale –  mruknął  Jake  i  zawrócił konia.  –  Chwyć  mnie  mocno  w 

pasie – rzekł. – Jazda do rancza potrwa jakieś dziesięć minut.

– A co z autem?
Jake  zmarszczył  brwi  i  obrzucił  czerwoną  limuzynę  niechętnym 

spojrzeniem.

background image

– Z domu zadzwonimy po pomoc. Kiedy koń rzucił się do galopu, Casey 

omal  z  niego  nie  spadła.  Szybko  objęła  Jake’a  i  przywarła  do  jego  pleców. 
Czuła, jak pod dotykiem jej rąk  napinają się mięśnie jego płaskiego, twardego 
brzucha. Po całym ciele  rozlało się jej to dawno już zapomniane ciepło. Przez 
pięć  minionych  lat  nawet  nie  pozwoliła  sobie  o  nim  myśleć.  Teraz  mocno 
zacisnęła  powieki.  Myślała,  że  te  uczucia  minęły  już  na  dobre.  Przecież  tak 
bardzo się starała.

Najwyraźniej jednak za mało. Przecież spędziła zaledwie dziesięć minut 

w towarzystwie tego mężczyzny, a już nogi ma jak z waty. Może lepiej powinna 
wrócić pamięcią do ich ostatniego spotkania. Przypomnieć sobie tamten wstyd.  
I upokorzenie. To na pewno zdusi resztki uczuć, jakie żywiła do tego człowieka.

Nie. Jej rozum natychmiast odrzucił ten plan. Nie ma mowy, by jeszcze 

raz  miała  przeżyć  tę  noc.  Nie  ma  zresztą  powodu.  Ta  reakcja  jest  raczej 
wynikiem jej ogólnego stanu emocjonalnego, a nie tego, co czuje do Jake’a.

Było  jej  tak  zimno.  Czuła  się  potwornie  zmęczona.  Marzyła,  by  oprzeć 

głowę  o  plecy  Jake’a,  lecz  natychmiast  i  ten  pomysł  odrzuciła.  Jeszcze  nie 
zgłupiała, żeby znów pchać się w kłopoty.

Wyprostowała  się  i  zwolniła  trochę  uścisk.  By  nie  pozwolić  myślom 

błąkać  się  po  niebezpiecznych  ścieżkach,  poddała  się  miarowemu  rytmowi 
końskich kroków. Przydały się lekcje w ekskluzywnych stadninach.

Jake  głośno  wciągnął  powietrze.  Wydawało  jej  się,  że  coś  powiedział. 

Nachyliła się ku niemu.

– Co mówiłeś?
– Nic – mruknął. – Siedź spokojnie, dobrze?

Zostawił ją przy tylnych drzwiach do domu, a sam odprowadził konia do 

stajni. Nie spiesząc się do czekającej na niego w kuchni kobiety, spokojnie go 
rozsiodłał  i  dokładnie  wytarł.  Dopiero  gdy  zwierzę  było  suche,  nakarmione  i 
napojone, wyszedł na próg stajni i spojrzał przez podwórze na dom.

Padające  z  okien  jasne  światło  odbijało  się  w  stojących  wszędzie 

kałużach.  Ciemno  zaś  było  w  odległym  o  jakieś  dwieście  metrów  domku 
gościnnym. Nie było też przed nim niebieskiej furgonetki.

Oznaczało to, że jego pracownik, mimo ulewy, zabrał żonę do miasta.
Oznaczało to także, że na ranczu jest tylko on i Casey.
I  w  dodatku  nie  uda  mu  się  szybko  jej  pozbyć.  Dżip  był  zepsuty, 

furgonetkę pożyczył pracownik, utknęli tu więc oboje na dłużej.

Kurczę,  czemu  musiała  się  tu  zjawić?  I  dlaczego  jedno  jej  spojrzenie 

zapiera mu dech?

Przeklinając  własną  głupotę,  wyszedł  ze  stajni,  dokładnie  zamknął  za 

sobą podwójne wrota i ruszył w stronę domu. Szedł wolno, jakby z nadzieją, że 
deszcz  ochłodzi  gorąco,  jakie  Casey  w  nim  rozpaliła,  kiedy  otoczyła  go 

background image

ramionami. Nic  z  tego.  W dodatku  przypomniał sobie  jeszcze ucisk  jej ud.  W 
połowie drogi przystanął i spojrzał w niebo.

Ciężki,  gęsty  deszcz  bębnił  w  jego  twarz  i  pierś.  Omiatał  go  lodowaty 

wiatr,  szarpał  pelerynę. Dopiero kiedy Jake  zmrużył  oczy, zauważył  pierwsze, 
jeszcze nieliczne, puchate płatki.

Wspaniale.
Śnieg.
– Co ja ci złego zrobiłem? – zawołał w stronę milczących niebios.
Płatki śniegu były coraz gęstsze.
Jake  wyprostował  się,  potrząsnął  głową  i  szybko  wszedł  na  werandę. 

Zdjął  pelerynę,  strząsnął  ją  i  rzucił  na  najbliższe  krzesło.  Potem  dokładnie 
oskrobał  błoto  z  butów.  Wreszcie,  kiedy  nie  miał  już  nic  do  roboty,  otworzył 
drzwi, by stanąć twarzą w twarz z niebezpieczeństwem.

Casey  stała  przy  kominku  i  wpatrywała  się  w  płomienie,  leniwie  liżące 

kloce drewna, które Jake wrzucił tam przed wyjściem.

– Trzęsiesz się – rzekł cicho, a ona odwróciła się w jego stronę.
– Już mi dużo cieplej.
Możliwe. Ale wciąż szczękała zębami. Znów spojrzał na kiedyś na pewno 

piękną, a teraz oblepioną błotem suknię i pomyślał o tajemniczym narzeczonym. 
Tylko idiota mógł pozwolić, by taka kobieta uciekła od niego w dniu ślubu.

Mokry materiał podkreślał jej wysokie piersi i krągłą linię bioder. To, co 

kiedyś było szeroką spódnicą, oblepiało teraz dokładnie jej szczupłe nogi.

Znów zabolała go myśl, że Casey jest żoną innego. Odsunął ją jednak od 

siebie  natychmiast.  Co  się  stało,  to  się  nie  odstanie.  On  swoją  decyzję  podjął 
przed pięcioma laty i nadal był przekonany, że dobrze zrobił.

Choć wiele go to kosztowało.
Spojrzał jej w oczy i przeczesał palcami mokre włosy.
–  Co  ty  tu  robisz,  Casey?  –  spytał  niezbyt  grzecznie.  Casey  pociągnęła 

nosem,  zdjęła  z  głowy  welon  i  ściskała  go  w  rękach.  Z  przemoczonego 
materiału spływały strużki brudnej wody.

– Przyjechałam, żeby zobaczyć się z Annie.
– Naprawdę?
A  więc  chodzi  o  jego  siostrę.  Przecież  to  jasne,  durniu.  Przecież  nie 

przyjechała tu, żeby zobaczyć się z tobą.

– Annie już tu nie mieszka – wyjaśnił obojętnym tonem.
–  Jakieś  pół  roku  temu  przeniosła  się  z  powrotem  do  miasta  –  dodał, 

widząc jej zdziwioną minę.

–  Ależ  ze  mnie  idiotka  –  mruknęła  Casey  i  mocniej  ścisnęła  zabłocony 

welon. Przeniosła wzrok na ogień i powiedziała bardziej do siebie niż do Jake’a: 
– Mogłam się domyślić, że zechce jak najszybciej się usamodzielnić.

Kiedy  na  moment  spojrzała  na  niego,  zauważył  w  jej  oczach 

background image

rozczarowanie.

– Jak jej idzie?
– Całkiem nieźle – odparł, wzruszając ramionami, Jake.
– Znasz Annie. Rozwód to nieprzyjemna rzecz, ale na pewno dojdzie do 

siebie.

– Jestem o tym przekonana.
– Mnie jakoś się udało, więc i ona da sobie radę.
– Zgadza się. – Casey wyprostowała ramiona i  znów spojrzała na  niego 

tymi  swoimi  zielonymi  oczami.  –  Annie  opowiadała  mi  o  twoim  rozwodzie. 
Bardzo mi przykro, Jake.

W  jej  oczach  zobaczył  teraz  współczucie  i  zrozumienie.  Niepewnie 

przestąpił z nogi na nogę. Wolałby, żeby zmieniła temat. Nie chciał rozmawiać 
o Lindzie – ani z nią, ani w ogóle z kimkolwiek. Choć dała mu niezłą nauczkę, 
wolałby na zawsze o niej zapomnieć.

– To było już dawno temu – rzekł.
– Nie tak dawno. Minęły zaledwie trzy lata.
Jake zmrużył oczy. Nie widział Casey od pięciu lat, ale jego siostrzyczka 

najwyraźniej na bieżąco ją o wszystkim informowała.

– Czy jest coś, czego Annie ci nie powiedziała?
– Wątpię – przyznała Casey.
– Będę musiał z nią porozmawiać.
– A jak się ma Lisa?
Na twarzy Jake’a pojawił się uśmiech. Zawsze tak było, kiedy wspominał 

swoją  trzyletnią siostrzenicę. Po  prostu  myśląc  o  tej  małej nie  można się  było 
nie uśmiechnąć.

– Wspaniale. Rządzi Annie jak chce.
Na ułamek sekundy na twarzy Casey też pojawił się uśmiech.
– Tak dawno jej nie widziałam, że pewnie bym jej nie poznała. A jak się 

miewa jej ojciec? – Teraz już się nie uśmiechała.

Jake  zesztywniał  i  odruchowo  zacisnął  pięści.  Tak  jak  na  myśl  o  Lisie 

musiał się uśmiechnąć, to na wspomnienie jej ojca reagował złością.

– Podobnie jak ty tak dawno jej nie widział, że nawet by jej nie poznał. 

Tyle, że on wcale tego nie żałuje.

– Szkoda.
– Być może.
W kuchni zapanowała cisza. Słychać było tylko deszcz bębniący w dach i 

syk płomieni.

– Pewnie nie chciałoby ci się odwieźć mnie do miasta, co? – odezwała się 

w końcu Casey.

– Nie mogę.
– Bo?

background image

Jake skrzywił się i pokręcił głową.
–  Dżip  się  zepsuł,  a  furgonetką  mój  pracownik  zabrał  żonę  na  tańce. 

Obawiam się, że przez tę pogodę nie wrócą do rana.

Casey wpatrywała się w niego, jakby nie mogła uwierzyć w te słowa. Jake 

też nie był zachwycony tą sytuacją. Tyle że wiedział, iż nic nie da się zrobić.

– Przecież mieszkając na takim dużym ranczu, musisz mieć jeszcze jakiś 

pojazd, a nie tylko dżipa i furgonetkę.

–  Oczywiście, szanowna pani.  Tyle tylko, że  moje miejskie  auto  w  tym 

błocie skończy tak jak twoje.

– Czy spotka mnie dziś coś jeszcze?
– Zaczyna padać śnieg. Casey parsknęła krótkim, gardłowym śmiechem. 

– Mogłam się tego spodziewać.

Patrzył, jak drży i dłońmi rozciera ramiona. Co z niego za kretyn! On tu ją 

wypytuje, a ona zaraz złapie zapalenie płuc.

–  W  tym,  co  masz  na  sobie,  nigdy  się  nie  rozgrzejesz.  Jej  idealnie 

zarysowane brwi uniosły się wysoko.

– No, wiesz, Jake? Czyżbyś chciał mnie rozebrać?
– Daruj sobie żarty, Casey.
Jake zdjął z kuchenki czajnik i podszedł do zlewu, by napełnić go wodą.
– Zbyt długo się znamy. Po prostu zdejmij tę idiotyczną sukienkę. Wiesz, 

gdzie jest łazienka. Znajdę ci jakiś szlafrok albo coś w tym rodzaju.

Kiedy czajnik był już pełny, Jake postawił go na kuchni i włączył palnik. 

Potem, nie patrząc, czy Casey spełnia jego polecenie, wyszedł z kuchni. Tylko 
w duchu przyznał, że zrobił to dlatego, że wolał nie być zbyt blisko niej, kiedy 
będzie zdejmowała tę suknię. Owszem, była przyjaciółką jego młodszej siostry, 
ale dla niego była bardzo niebezpieczna.

Przeszedł  długim  korytarzem  do  swojej  położonej  na  tyle  drewniano-

ceglanego domu sypialni. Otworzył z takim impetem dębowe drzwi, że aż obiły 
się o ścianę. Nie zwrócił jednak na to uwagi. Miał do załatwienia ważną sprawę. 
Musiał znaleźć dla Casey jakieś okrycie. Tak. I to szczelne.

Jutowy worek z kapturem byłby najlepszy.
Niestety.  Kiedy  wszedł  do  łazienki,  znalazł  tam  tylko  wiszący  na

drzwiach frotowy szlafrok.

I to w dodatku krótki.
Trudno, pomyślał z niechęcią. Najważniejsze, żeby Casey miała na sobie 

coś suchego. Potem poszuka jakiegoś dresu czy czegoś w tym rodzaju. Przede 
wszystkim trzeba przetrwać jakoś tę noc, a potem usunąć raz na zawsze Casey 
ze swego życia.

Chwycił  szybko  szlafrok  i  wrócił  do  sypialni.  Kiedy  spojrzał  na  łóżko, 

zrobiło się jeszcze gorzej.

Przez  ostatnie  pięć  lat  wiele  się  zmieniło.  Po  pierwsze,  sypiał  teraz  w 

background image

głównej sypialni, a nie w pokoju, w którym dorastał, ani w domku gościnnym, 
w  którym  mieszkał  przez  kilka  lat.  Wymienił  większość  mebli,  pomalował 
ściany,  zawiesił  nowe  zasłony.  Ale  ogromne  łoże  z  baldachimem  pozostało  to 
samo. To samo, w którym sypiał przez całe swe dorosłe życie.

I  to  samo,  w  którym  pewnej  nocy  przed  pięcioma  długimi  laty  znalazł 

Casey.

Było to tak silne wspomnienie, że aż zadrżał.
W  mieście  była  zabawa.  Bracia  Casey  wydawali  pożegnalne  przyjęcie. 

Wyjeżdżali  z  Simpson  do  Morgan  Hill  i  po  raz  ostatni  zaprosili  wszystkich 
znajomych.

Jake wyszedł z imprezy wcześniej, by odetchnąć chwilę przed powrotem 

rodziców i siostry. Mieszkał wtedy w domku dla gości. Choć zawsze marzył, by 
pracować  na  rodzinnym  ranczu,  miał  już  trzydzieści  lat  i  mieszkając  z 
rodzicami, czułby się chyba skrępowany.

Wszedł  do  domku,  nawet  nie  zapalając  światła  Jeszcze  teraz, 

wspominając ten dzień, słyszał głuchy odgłos swych kroków. Pamiętał, że było 
mu smutno, iż Oakesowie wyjeżdżają.

W  sypialni  przysiadł  na  łóżku,  żeby  zdjąć  buty.  Pozbył  się  już 

pierwszego, kiedy usłyszał czyjś głos.

Ten  tak  dobrze  mu  znany  głos  brzmiał  tej  nocy  zupełnie  inaczej.  Był 

gardłowy, niski, pełen nie wypowiedzianych obietnic, ale i lekko drżący.

– Chyba powinieneś wiedzieć, że nie jesteś sam.

background image

ROZDZIAŁ TRZECI

Jake  zerwał  się  na  równe  nogi,  rzucił  się  do  stolika  i  zapalił  lampę. 

Delikatne, przytłumione  światło rozbiło ciemność. I ujawniło siedzącą na  jego 
łóżku  dziewczynę.  Wsparta  o  poduszki,  przykryta  na  tyle,  by  domyślił  się,  że 
jest naga, Casey czekała na niego.

Jake głośno wciągnął powietrze do płuc i celowo odsunął się o dwa kroki 

od łóżka.

– Co ty wyprawiasz?
Patrzyła na niego tylko przez moment, potem szybko odwróciła wzrok.
– Jake, ja...
– Jak się tu dostałaś?
– Annie dała mi klucz.
– Annie?
A  niech  ją!  Kochana  siostrzyczka!  Czy  to  miał  być  jakiś  dowcip?  Nie, 

instynkt podpowiedział mu, że nie. Cassandra Oakes nie żartuje.

Ledwo  stłumił  jęk,  kiedy  pozwolił  sobie  na  jedno  krótkie  spojrzenie. 

Długie  blond  włosy  spływały  na  jej  nagie  ramiona,  w  zielonych  oczach 
błyszczała  namiętność,  której  się  nie  spodziewał  i  z  którą  nie  umiał  sobie 
poradzić.

Owszem, wiedział, jak chciałby sobie poradzić. Już kilka miesięcy temu 

zaczął  zwracać  uwagę  na  przyjaciółkę  swojej  młodszej  siostry i  wcale  nie  był 
tym zachwycony. Boże, znał przecież Casey od czasu, kiedy miała dziesięć lat! 
Była prawie dzieckiem. W każdym razie on zawsze tak o niej myślał. A jednak 
ostatnio  za  każdym  razem,  kiedy  przyjeżdżała  do  Parrishów,  coś  go  do  niej 
ciągnęło. Szukał jej, ciągle na nią czekał.

I to go bardzo niepokoiło.
Miał  trzydzieści  lat.  Dość,  by  się  ustatkować.  Skończył  college.  Poznał 

trochę świata i uznał, że tu jest jego miejsce. Na tym ranczu.

A  Casey  Oakes  miała zaledwie  lat  dziewiętnaście i  niedawno skończyła 

szkołę.

Co ona wie o świecie? Albo o sobie samej? Nie mógł wprowadzić zamętu 

w jej dopiero zaczynające się życie.

Postanowił więc stłumić swoje pragnienia. Obserwować Casey z daleka i 

dać jej szansę, by i ona trochę poznała świat.

Nigdy jednak nie podejrzewał, że zaczai się na niego w jego sypialni.
– Lepiej stąd wyjdź – wyjąkał z trudem przez ściśnięte gardło.
– Ale przecież czekałam na ciebie – odparła.
Jake  patrzył,  jak  Casey  klęka,  owijając  się  kocem.  Odrzuciła  włosy  z 

twarzy i patrzyła na niego.

background image

Jake  z  trudem  wciągnął  powietrze  do  swoich  ściśniętych  płuc.  Wbrew 

sobie  opuścił  wzrok  na  wybrzuszenie koca.  Wiedział,  że  pod  nim  są  jej  nagie 
piersi.  Aż  piekły  go  palce,  by  ich  dotknąć.  Wydawało  mu  się,  że  już  czuje  w 
ustach ich ciepły, słodki smak.

Z całej siły zacisnął pięści.
– A więc skoro już się doczekałaś, to możesz sobie iść – rzekł, starając się 

nadać swemu głosowi jak najostrzejsze brzmienie.

– Nie.
– Nie?
– Jake...
Casey nachyliła się ku niemu, bezwiednie odsłaniając kolejne centymetry 

swego mlecznobiałego ciała. Wyciągnęła ku niemu rękę.

– Czy ty nic nie rozumiesz? Już od dawna tego pragnęłam, a teraz muszę 

wyjechać. I nie wiem, kiedy wrócę.

Oczywiście i jemu wpadło to do głowy. Tak naprawdę to właśnie z tego 

powodu  wcześniej  wyszedł  z  przyjęcia.  Nie  był  w  stanie  świętować  wyjazdu 
jedynej dziewczyny, która go interesowała. Nie wierzył tym, którzy twierdzili, 
że rozłąka pogłębia uczucia. Był pewien, że za rok, dwa Casey całkiem o nim 
zapomni. Tak jak i on zapomni o niej.

Tym bardziej więc musiał jak najszybciej pozbyć się jej ze swego łóżka.
– Casey, nie powinnaś tu być.
–  A  właśnie,  że  powinnam.  Dokładnie  tu  –  dodała.  Owinięta 

prześcieradłem,  ciągnąc  za  sobą  koc,  wstała  z  łóżka,  podeszła  do  niego  i 
położyła  mu  rękę  na  ramieniu.  Poprzez koszulę  czuł  ciepło  jej  dłoni.  Zacisnął 
mocno szczęki. Nie mógł sobie pozwolić na takie uczucia.

–  Nie  mogłam  czekać,  żebyś  to  ty  zrobił  pierwszy  krok  –  powiedziała 

cicho. – Nie mam już czasu. Musiałam ci powiedzieć.

– Co takiego?
Powiedz to, błagał w duchu. Powiedz i idź.
– Kocham cię.
Jake miał wrażenie, że ktoś walnął go pięścią prosto w żołądek. Patrzył w 

oczy Casey i  widział w nich  wszystko, co chciał zobaczyć. Boże,  jakże chciał 
powiedzieć jej to samo. Chciał chwycić ją w ramiona i zatopić się w niej. Chciał 
wsunąć się w jej wilgotne ciepło i słyszeć ciche jęki rozkoszy. Nie mógł. Nawet 
po tym, jak powiedziała, ż e go kocha.

Od  tamtej  pory  nic  się  nie  zmieniło.  Nadal  była  za  młoda.  Zbyt 

niedoświadczona,  by  wiedzieć,  czego  tak  naprawdę  chce.  Wciąż  była  tym 
samym  dzieckiem,  które  snuło  się  wszędzie  za  nim,  zarzucając  go  mnóstwem 
pytań. Chwilami aż chciał ją gdzieś zamknąć na klucz.

Mimo  że  w  tej  chwili  bynajmniej  nie  wyglądała  jak  dziecko,  nie 

potrafiłby  zranić  jej  uczuć  tylko  po  to,  by  złagodzić  pulsujący  w  nim  ból. 

background image

Zresztą miłość żadnej nastolatki nie trwałaby aż tak długo.

Choć wiele go to kosztowało, wiedział, co musi powiedzieć.
– Dziękuję, Casey. Miło mi to słyszeć.
W oczach Casey wyczytał wszystkie kłębiące się w jej głowie pytania.
– Miło ci było?
– Casey, wiem, że to co powiem, nie będzie dla ciebie przyjemne, ale...
–  To nie  mów tego. Jake, proszę cię. – Jej palce zacisnęły się na  gorsie 

jego koszuli. – Nie mów tego.

– Muszę – rzekł, przykrywając jej dłoń swoją ręką. – Mam trzydzieści lat, 

słonko. A ty zaledwie dziewiętnaście.

– W przyszłym miesiącu skończę dwadzieścia.
–  No  to  niech  będzie  dwadzieścia  –  zgodził  się.  Pogładził  kciukiem  jej 

palce i od razu poczuł przeszywające go gorąco. – Jeszcze nawet nie skończyłaś 
college’u.

– A co to ma wspólnego z nami?
– Nie ma żadnego „my” – zaprzeczył, choć wiele go to kosztowało.
– Ale mogłoby być. Jake pokręcił głową.
– Chcesz powiedzieć, że nic do mnie nie czujesz? – nie rezygnowała.
– Casey...
–  Przecież  wiem,  że  coś  do  mnie  czujesz.  Widziałam,  jak  na  mnie 

patrzysz. Tak samo, jak ja na ciebie.

Jake zaklął.
–  Proszę,  nie  odtrącaj  mnie.  Nie  chcę  cię  opuszczać.  Podeszła  bliżej  i 

zarzuciła mu ręce na szyję. Zmusiła go, by nachylił głowę i przywarła wargami 
do jego ust.

Jake  jęknął  i  starał  się  nie  reagować.  Jej  wargi  podziałały  na  niego 

elektryzująco.  Coś  między  nimi  zaiskrzyło.  Coś  rzadkiego  i  cudownego.  A 
jednak nadal stał nieruchomo i całą siłą woli starał się nie ulec pokusie.

Wtedy  odrzuciła  koc  oraz  prześcieradło  i  przywarła  do  niego  całym 

swoim  nagim  ciałem.  Poczuł  poprzez  koszulą  jej  twarde  sutki.  Pożądanie 
zwyciężyło.  Bóg  mu  świadkiem,  że  chciał  się  zachować  jak  należało,  ale  był 
przecież tylko człowiekiem.

Kiedy  otoczył  ją  ramionami,  zamruczała  z  zadowoleniem.  Jego  ręce 

błądziły  po  jej  plecach,  poznając,  badając.  Rozchyliła  usta,  a  on  wsunął  tam 
język  i  po  raz  pierwszy  ją  całował.  Była  oszałamiająco  słodka.  Natychmiast 
zrozumiał, że jeśli w tej chwili nie przestanie, nigdy nie pozwoli jej odejść.

Wypuścił ją z objęć i cofnął się o krok.
– Co się stało? – szepnęła.
Jej  oczy  zaćmione  były  nowo  odkrytą  namiętnością.  Sprawiły,  że  omal 

zapomniał o swym szlachetnym postanowieniu. Omal.

– Co się stało? – powtórzył. – To. – Nachylił się, podniósł z podłogi koc i 

background image

szybko  owinął  go  wokół  niej.  –  To  wszystko  nie  ma  sensu  –  mruknął  i 
natychmiast się cofnął.

– Jak coś tak przyjemnego może nie mieć sensu?
–  Kurczę,  Casey!  Nie  jestem  z  kamienia,  rozumiesz?  –  Obrzucił  ją 

krótkim  spojrzeniem,  a  potem  odwrócił  się  do  okna.  –  Bądź  taka  miła  i  idź 
sobie, dobrze? I to natychmiast. Zanim zrobimy coś, czego nie da się odwrócić.

Usłyszał,  że  Casey  pociąga  nosem,  i  domyślił  się,  że  płacze.  On  też 

cierpiał,  ale  nie  odwrócił  się  ku  niej.  Wiedział,  że  gdyby  zobaczył  jej  łzy, 
przegrałby. Cisza, jaka nagle zapanowała, wydawała się trwać wieczność.

– A więc dobrze, idę. Bogu dzięki.
– Mylisz się, Jake – powiedziała, a on wyczuł w jej głosie ból. – Co do 

nas. Wiek nie ma nic wspólnego z miłością. Któregoś dnia pożałujesz, że dziś 
kazałeś mi odejść.

Te wyszeptane słowa zakończyły bolesne wspomnienia.
Casey miała rację.
Żałował.
Każdej nocy od tamtej pory.
A szczególnie dziś.
– No, więc jak, żałowałeś? – spytała.
Jake odwrócił się powoli i  stanął twarzą w twarz ze stojącą w drzwiach 

sypialni kobietą. Zdjęła w końcu tę przemoczoną ślubną suknię i owinięta była 
teraz ogromnym turkusowym ręcznikiem.

– Bardziej niż przypuszczasz – przyznał w końcu.
– To dobrze.
Nie  odrywając  od  niego  wzroku,  Casey  weszła  do  pokoju.  Przy  ich 

ostatnim  spotkaniu  była  zupełnie  naga.  Teraz  miała  na  sobie  tylko  ręcznik.  A 
Jake, sądząc po jego spojrzeniu, niewątpliwie to zauważył.

Wystarczyło  jej  tylko  raz  popatrzeć  na  niego,  by  wiedzieć,  że  na  nowo 

przeżywa tamtą noc. Ze świadomością, że i on żałuje, od razu poczuła się lepiej. 
Ciekawe, co by pomyślał, gdyby wiedział, że ona najbardziej żałuje tego, że go 
wtedy posłuchała i odeszła.

– Proszę. – Podał jej swój szlafrok. – Włóż na razie to. Potem poszukam 

ci jakiegoś dresu.

– Dzięki.
Włożyła  szlafrok  na  siebie  i  na  owijający  ją  ręcznik.  Odwróciła  się  ku 

Jakowi dopiero wtedy, kiedy mocno zawiązała pasek.

– Suknię przerzuciłam przez wieszak od prysznica. Wciąż cieknie z niej 

błoto. Mam nadzieję, że ci to nie przeszkadza.

– Oczywiście, że nie.
Jake był równie zakłopotany jak ona. Czyżby historia się powtarzała?
–  Nie  tak  wyobrażałam  sobie  moją  noc  poślubną  –  zauważyła  z 

background image

nerwowym parsknięciem Casey.

– Co się właściwie stało? – spytał. – Dlaczego jesteś tutaj, a nie w jakimś 

malowniczym zakątku, gdzie powinnaś spędzać miesiąc miodowy?

Z jej gardła wyrwało się kolejne parsknięcie.
– O ile wiem, żeby mieć miesiąc miodowy, trzeba najpierw wziąć ślub.
Jake  zmrużył  oczy  i  Casey  nawet  w  półmroku  dojrzała  tak  dobrze 

znajomą, groźną minę.

Odgarnęła z twarzy wytarte tylko ręcznikiem, więc wciąż wilgotne włosy. 

Przysiadła na łóżku, opierając stopy o jego ramę.

– Co się stało, Casey? – powtórzył.
Casey oparła łokcie o kolana, spojrzała na niego i wzruszyła ramionami.
– E, nic takiego. Mój narzeczony w ostatniej chwili uznał, że małżeństwo 

ze mną to jednak nie najlepszy pomysł.

Starała  się  mówić  lekko  i  obojętnie,  ale  jej  palce  cały  czas  nerwowo 

skubały materiał szlafroka.

– Nie zjawił się w kościele?
Ile  upokorzeń  można  znieść  jednego  dnia?  Najpierw  publicznie  dostała 

kosza,  a  teraz  jeszcze  musi  to  wszystko  wyjaśniać  Jake’owi.  Pewnie  jednak 
powinna  przywyknąć  do  tego  pytania.  Gotowa  się  była  założyć,  że  przez 
najbliższe kilka miesięcy wszyscy będą jej je zadawali.

–  Owszem,  zjawił  się  –  odparła  w  końcu.  –  Tylko  po  to,  żeby  dać 

jednemu z drużbów list.

– List?
Głos Jake’a był pełen niedowierzania.
Wstrzymała  oddech, kiedy przeszedł przez pokój i usiadł obok niej.  Nie 

dotknął  jej  jednak  i  Casey  nie  wiedziała,  czy  przyjęła  to  z  ulgą,  czy  z 
rozczarowaniem.

Spojrzała na niego i uśmiechnęła się nieszczerze.
– Okazało się, że Steven nagle zapragnął odwiedzić Meksyk.
– Drań.
–  Dokładnie  to  samo  sobie  pomyślałam  –  odparła  i  nieświadomie 

poklepała go po ręce. – W każdym razie wtedy.

Teraz  zaś,  kiedy  się  nad  tym  zastanawiała,  w  ogóle  nie  czuła  żadnej 

złości. Dziwne. Jedynie ulgę, która tłumiła gorycz przeżywanego upokorzenia.

Nigdy nie była w Stevenie zakochana do szaleństwa. Teraz nie była nawet 

pewna, czy w ogóle była w nim zakochana. Owszem, lubiła go. No, w każdym 
razie  do  dziś.  Był  miłym  człowiekiem  z,  jak  to  podkreślała  jej  matka,  dobrej 
rodziny. Co należało rozumieć – bogatej.

Ich rodzice chcieli tego związku, więc ona i Steven po prostu dali się w to 

wmanewrować. Nawet nie potrafiła sobie przypomnieć, czy on się jej w ogóle 
oświadczył. Chyba ich związek został przez wszystkich uznany za oczywisty.

background image

Casey skrzywiła się i potarła ręką czoło. Czuła, że zbliża się monstrualny 

ból głowy.

– Tak mi przykro, Casey.
– Dlaczego? – spytała. – Tym razem to przecież nie ty mnie odrzuciłeś.
– Nie wracajmy do tego, dobrze?
– Dlaczego nie? – Casey odwróciła się ku niemu i spojrzała mu prosto w 

oczy. W oczy, o których tak często marzyła. – To przecież moja noc poślubna. 
Cóż może być lepszego niż rozmowa o seksie? Albo jego braku.

– Zostawiłem czajnik na gazie – rzekł i chciał się podnieść. – Chodźmy 

do kuchni. Gorąca herbata dobrze ci zrobi.

–  Wyłączyłam  gaz,  kiedy  woda  się  zagotowała  –  wyjaśniła  Casey  i 

gestem ręki kazała mu z powrotem usiąść.

– Casey, masz za sobą ciężki dzień. – Jake odsunął się od niej odrobinę. –

Nie uważasz, że powinnaś się przespać?

– Nie chcę spać, Jake.
Wiedziała, że nie będzie mogła zasnąć. W normalnej sytuacji nigdy by jej 

nie wpadło do głowy, by się spotkać z tym człowiekiem i rozmawiać o tamtej 
pamiętnej nocy, ale teraz, kiedy los dał jej tę możliwość, naprawdę chciała się 
dowiedzieć,  dlaczego  Jake  kazał  jej  wtedy  odejść.  Wstał  nagle  i  zaczął 
spacerować po pokoju.

– Uspokój się – powiedziała. – Nie będę już próbowała cię uwieść. Dałeś 

mi aż nadto wyraźnie do zrozumienia,  że mnie nie chcesz. Dwa razy nie będę 
prosiła.

– To dobre! – prychnął Jake i przyspieszył kroku. – Nie chcę ciebie! O ile 

dobrze pamiętam, niczego takiego nie powiedziałem.

Casey  śledziła  jego  wędrówkę,  starając  się  równocześnie  uspokoić  swój 

żołądek. Znów, jak zawsze w obecności Jake’a, zaczynało się w nim dziać coś 
dziwnego.

Po raz nie wiadomo który przypomniała sobie tamtą noc. Dłonie Jake’a na 

jej  nagiej  skórze.  Jego  usta  na  jej  wargach.  Ciężki,  stłumiony  oddech.  Przede 
wszystkim jednak to, jak ją odprawił – delikatnie, ale zdecydowanie.

– Chcesz powiedzieć, że mnie chciałeś? – spytała niepewnie.
–  Czy  cię  chciałem?  –  Jake  tylko  się  roześmiał.  –  Chyba  można  to  tak 

ująć. Przez tydzień ledwo mogłem chodzić.

Casey dziwnie szybko zamrugała oczami. Wyprostowała się i przyglądała 

mu się uważnie. Stał przy oknie i jedną ręką przytrzymując zasłony, patrzył na 
zewnątrz. Nawet ona zauważyła tańczące białe płatki.

– Wciąż pada – powiedziała cicho, nie odrywając od niego wzroku.
– Tak. Ale nie bardzo.
– Skoro mnie chciałeś, to dlaczego kazałeś mi odejść? Chyba zwariowała. 

Czyżby była masochistką? Nie wystarczyło jej to, co przeżyła w kościele? Czy 

background image

naprawdę  musi jeszcze wiedzieć i to?  Skoro doskonale zdaje sobie sprawą, że 
wiąże się to z dodatkowym upokorzeniem?

Tak. Musi.
Poza  tym  od  tamtej  pory  minęło  pięć  długich  lat.  Teraz  chciała  tylko 

wiedzieć, dlaczego została odtrącona.

Nie odpowiadał, musiała więc powtórzyć pytanie.
– Dlaczego, Jake?
Spojrzał na nią z kamienną twarzą.
–  Musiałem.  Byłaś  przecież  dzieckiem.  –  Jake  odwrócił  wzrok.  Znów 

wyglądał przez okno. – Mężczyzna nie powinien wykorzystywać dziecięcego... 
kaprysu.

– Kaprysu? – Casey mocno potrząsnęła głową, ale on tego nie widział. –

Ja cię kochałam.

– Byłaś za młoda, żeby cokolwiek wiedzieć o miłości.
– Kto tak twierdzi?
– Ja.
– Więc postanowiłeś być szlachetny.
–  Postanowiłem  zrobić  to,  co należało  – poprawił ją.  Jego palce jeszcze 

mocniej zacisnęły się na zasłonie. – Ale owszem, pragnąłem cię.

Niesamowity żal ścisnął gardło Casey. Spojrzała ze smutkiem na Jake’a i 

przyznała,  że  przez  minione  pięć  lat  niewiele  się  zmienił.  Wiedziała,  że  był 
żonaty,  i  wiedziała  też,  że  nie  było  to  małżeństwo  udane.  Annie  cały  czas  na 
bieżąco o wszystkim ją informowała.

Nie powiedziała jej jednak, że Jake jej pragnął.
Casey  gotowa  była  się  założyć,  że  jej  przyjaciółka  nie  miała  o  tym 

zielonego pojęcia.

Boże, jaka szkoda, że ona też o tym nie wiedziała.
Wiedziała jednak, jakie pytanie musi mu teraz zadać.
– Kiedy przestałeś mnie pragnąć?
Jake odwrócił głowę i spojrzał na nią z niepewnym śmiechem.
– Dam ci znać, jak to się stanie.
– Chcesz powie...?
Jake westchnął ciężko i zdecydowanym krokiem ruszył w stronę drzwi.
– Nie powinniśmy o tym rozmawiać – mruknął ochryple.
Casey zerwała się z łóżka i powstrzymała go w progu. Położyła mu rękę 

na ramieniu i patrzyła na niego, chcąc, by i on na nią spojrzał. W końcu zrobił 
to, choć wyraźnie niechętnie.

W  jego  oczach  zobaczyła  to,  na  co  czekała.  Pożądanie.  Uczucia,  które 

kiedyś ich łączyły, wcale nie osłabły. Tłumione i ukrywane, teraz odżyły i nie da 
się ich już powstrzymać. Nawet wówczas, gdyby ona tego chciała.

Casey z trudem przełknęła ślinę. Jeśli to w ogóle było możliwe, uczucia te 

background image

były teraz jeszcze żywsze, jeszcze silniejsze. Może tamtą nie spełnioną noc i ten 
jej niedoszły ślub wymyślił los tylko po to, żeby dopiero w odpowiedniej chwili 
połączyć ich na zawsze.

Stała teraz przed jedyną, największą szansą w swoim życiu.
– Jake – szepnęła. – Jestem już dorosła.
– Zauważyłem to. Casey uśmiechnęła się.
– Powiedziałam ci kiedyś, że już nigdy więcej cię nie poproszę...
– Mądra decyzja.
– ...ale nie powiedziałam ci, co odpowiem, jeśli ty poprosisz mnie.
– Casey...
– Odpowiem... tak. Poczuła zawrót głowy.
Musiało  tak  być, bo  jej serce  przestało  bić, a  ona  wciąż żyła. Po  prostu 

wszystko w niej i wokół niej czekało na reakcję Jake’a.

W końcu, po bardzo, bardzo długiej chwili, uniósł dłoń i pogładził ją po 

policzku.

– Zwariowałaś – szepnął.
– Być może.
Jake pokręcił głową.
– Tu nie chodzi o mnie, Casey. To tylko reakcja na to, co dziś przeżyłaś. 

Nie powinnaś tego robić.

–  Mylisz się, Jake. –  Casey odwróciła głowę i  leciutko pocałowała jego 

pokrytą odciskami dłoń.  –  To nie  ma nic wspólnego z kimkolwiek spoza tego 
pokoju.

Jake słuchał w milczeniu.
–  Tamtą  noc  zapamiętałam  na  zawsze  –  mówiła  dalej  Casey.  –  Los  dał 

nam drugą szansę. Dzisiaj. Może twoja decyzja sprzed pięciu lat była słuszna –
przyznała. – Ale to było dawno. Teraz jest teraz. Dla dobra nas obojga dziś też 
podejmij właściwą decyzję.

Najpierw zapadło milczenie.
–  Może  robię  głupstwo  –  rzekł  w  końcu  Jake.  –  Ale  teraz  cię  proszę, 

Casey. Zostań dziś ze mną.

– Dobrze – odparła i wspięła się na palce, oczekując jego pocałunku.

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY

Na  jego  twarzy  malowały  się  wszystkie  szalejące  w  nim  uczucia.  Przez 

chwilę Casey myślała, że Jake zmieni zdanie.

A potem jego wargi dotknęły jej ust. I nie było w tym ani śladu wahania 

czy niechęci. Zrozumiała, że pragnie jej tak samo, jak ona jego. Zaskoczyło ją 
pulsujące w niej pożądanie. Pięć lat zniknęło, jakby nigdy ich nie było i Casey 
stała się znowu tą samą nastolatką, ofiarującą swemu mężczyźnie wszystko, co 
ma do dania.

Tylko że tym razem on oddawał jej więcej, niż mogła marzyć.
Rozchylił jej wargi  językiem i  zanurzył się  w gorącą wilgotność jej ust. 

Przywarła do niego całą sobą. Chciała więcej.

Jake  jęknął,  jednym  szybkim  ruchem  rozwiązał  węzeł  i  za  chwilę 

brązowy frotowy szlafrok leżał już na ziemi.

Casey zadrżała, kiedy palce Jake’a wsunęły się pod ręcznik, którym wciąż 

była owinięta. W ułamku sekundy i on znalazł się na podłodze u jej stóp.

Długie, wciąż wilgotne włosy zimną falą opadły jej na ramiona. Ale kiedy 

przyciągnął ją do siebie i jego ręce zaczęły delikatnie pieścić jej plecy, okazało 
się,  że  jej  drżenie  nie  ma  nic  wspólnego  z  mokrymi  włosami  ani  z  chłodem 
panującym w pokoju.

Wszystko  w  jej  środku  cudownie  reagowało  na  jego  dotyk.  Pojękiwała 

cichutko, wtulała się w niego, błagała o więcej pieszczot.

Jake  na  moment  przerwał  pocałunek.  Jak  wyrzucona  na  brzeg  ryba 

rozpaczliwie łapał powietrze. Przez bardzo długą chwilę wpatrywał się w Casey 
w  milczeniu.  Dla  niej  nawet  jego  spojrzenie  było  pieszczotą.  W  ogóle  nie 
wstydziła się swojej nagości.

– Casey, czy na pewno tego chcesz? – spytał przez zaciśnięte zęby.
Nawet  jeśli  wcześniej  nie  była  tego  pewna,  wystarczyło  jedno  jego 

dotknięcie,  by  ją  przekonać.  Było  tak  naturalne,  tak  czułe,  tak  długo 
wyczekiwane.

Minęło pięć lat od tamtej nocy w jego sypialni. Teraz Casey już na pewno 

jest dorosła i jeśli znów będzie chciał się jej pozbyć, nie będzie to łatwe.

– Stoję naga na środku twojej sypialni, a ty mnie o to pytasz?
Jake w milczeniu masował sobie kark, ale nie odrywał od Casey wzroku.
–  Musiałem  o  to  zapytać.  Chcę  to  wiedzieć  na  pewno.  Pragnę  być 

przekonany, że wiesz, co robisz. To twoja ostatnia szansa, Casey. – Przerwał na 
moment i głęboko westchnął. – Jeszcze możesz się wycofać.

A  jednak!  Znów próbuje się  jej pozbyć. Bez  zbytniego przekonania, ale 

mimo  wszystko.  Słyszała  w  sobie  jakiś  głos  nakazujący  ucieczkę.  Może  to 
rozum  się  odezwał.  Ale  to,  co  czuła,  nie  miało  nic  wspólnego  z  rozumem. 

background image

Zdecydowanie spojrzała Jake’owi prosto w oczy.

– Chcę, żebyś się ze mną kochał, Jake.
Odpowiedziało jej ciche jęknięcie.
–  Musisz  się  ze  mną  kochać.  –  Zadrżał,  kiedy  koniuszkami  palców 

dotknęła jego piersi. – Teraz.

Jake błyskawicznie wyszarpnął koszulę z dżinsów, potem jednym ruchem 

zerwał ją z siebie. Guziki rozprysnęły się po całym pokoju.

Casey jak zaczarowana patrzyła, jak zdejmuje resztę ubrania. Kiedy stanął 

przed nią całkiem już nagi, głośno i z trudem wciągnęła powietrze.

Lata ciężkiej fizycznej pracy na ranczu cudownie wyrzeźbiły jego ciało. 

Miał silne, opalone ramiona, płaski brzuch, mocne nogi.

Potem  Casey  przeniosła  wzrok  na  jego  męskość.  Twarda  i  gotowa, 

wydała  jej  się  ogromna.  Na  moment  ogarnęły  ją  wątpliwości.  Kiedy  jednak 
przygarnął ją do siebie, rozwiały się bez śladu.

Przytulona do Jake’a rozkoszowała się kontrastem ich ciał.
Jego  wyprężona  męskość ocierała  się  o  jej brzuch.  Między  udami  czuła 

gorącą  wilgotność.  Otarła  się  o  niego,  a  z  jego  ust  wyrwał  się  ochrypły  jęk. 
Pochylił głowę, poszukał jej ust i znów badał ich ciepłe, wilgotne wnętrze.

Casey,  dla  równowagi,  mocniej  objęła  go  za  szyję.  Jake  wsunął  dłoń 

między  ich  ciała.  Wstrzymała  oddech,  kiedy  jego  palce  zanurzyły  się  w  jej 
gorącej kobiecości. Nie odrywając warg od jej ust, uśmiechnął się lekko, kiedy 
na  powitanie  jego  palców  rozchyliła  uda.  Drugą  ręką  ujął  jej  pośladki  i 
przyciskał mocno do siebie.

Przeszył  ją  rozkoszny  dreszcz,  kiedy  Jake  znalazł  to  najważniejsze, 

najwrażliwsze miejsce. Jego język poruszał się w jednym rytmie z palcami.

Casey gwałtownie zadrżała, kiedy przeszył ją dreszcz rozkoszy. Przerwała 

pocałunek, odchyliła głowę do tyłu i skupiła się wyłącznie na tym, co przynosiły 
jej  pieszczoty  Jake’a.  Zamknęła  oczy,  a  pod  jej  powiekami  zaczęły  wirować 
tysiące zupełnie niebywałych kolorów. Z trudem powstrzymywała drżenie nóg. 
Bała się poruszyć, bo wtedy Jake mógłby przerwać swoje pieszczoty, a tego by 
w tej chwili nie zniosła.

Jakby wyczuwając jej kłopoty z utrzymaniem równowagi, Jake uniósł ją 

do góry i zaniósł do łóżka. Nie wypuszczając z objęć, jedną ręką odchylił kapę i 
ostrożnie położył Casey na materacu.

Chłodne,  świeże  prześcieradła  pieściły  jej  skórę,  ale  zanim  zdążyła  się 

tym nacieszyć, pieszczotę pościeli zastąpiły pieszczoty Jake’a.

Jakby  w  końcu  przestał  opanowywać  swą  namiętność  i  pożądanie, 

pochłaniał  Casey ustami  i  dłońmi. Zanim  zdążyła  przywyknąć do  dotyku  jego 
warg  na  swej  sutce,  znalazły się  tam  jego  zęby. Delikatnie  przesuwał nimi  po 
tym tak wrażliwym miejscu.

– Jake! – szepnęła, prężąc się z rozkoszy. – Nie przestawaj. Błagam, nie 

background image

przestawaj.

– Dopiero zaczynamy, słoneczko – rzekł, a jego wargi i zęby wznosiły ją 

na coraz wyższy szczebel rozkoszy.

Nie  miała  pojęcia,  że  może  być  tak  cudownie.  Aż  tak.  Pod  dotykiem 

Jake’a jej ciało zmieniało się w ogień.

Odciski  na  dłoniach  Jake’a  przypominały  jej  o  jego  sile.  Lekki  zarost 

podniecająco drapał jej piersi.

Metodycznie,  dokładnie  poznawał  całe  jej  ciało.  Chciał  czuć  ją  całą. 

Jakby od tego zależało jego życie. W tej chwili zresztą pewnie tak było.

Miał rację, że wtedy, przed pięciu laty, kazał jej odejść.
Warto było czekać.
Czuł, wiedział, że tu, z nią, przy niej, w niej jest jego miejsce.
Zsunął się w dół i ukląkł między jej nogami. Rozsunął jej kolana i wsunął 

między  nie  głowę.  Kciukiem  delikatnie,  rytmicznie  pieścił  to  jedno,  jedyne, 
najważniejsze miejsce.

Na spotkanie tej nowej, wyjątkowej pieszczoty Casey uniosła biodra. Ich 

miarowe kołysanie powiedziało Jake’owi wszystko.

– Pomóż mi, Jake – szepnęła. Palce mocno zacisnęła na prześcieradle. –

Jest tak cudownie... Chcę...

– Wiem, maleńka. Ja też chcę.
Nie mógł, nie chciał już dłużej czekać. Musiał ją wziąć, wsunąć się w jej 

gorącą wilgotność i stać się jej częścią.

Nigdy dotąd nie pragnął tak bardzo, tak desperacko żadnej kobiety.
Uniósł odrobinę jej biodra i wszedł w to, o czym marzył.
Casey jęknęła z bólu.
Jake zamarł.
Odsunął się, ale tylko trochę.
Zaklął pod nosem.
Casey otworzyła oczy.
– Dlaczego mi nie powiedziałaś, że jesteś dziewicą? – wychrypiał.
Casey  poruszyła  biodrami,  głośno  wciągnęła  powietrze  i  westchnęła. 

Mocno objęła go za szyję.

– A czy to coś zmienia?
Zanurzony w niej głęboko, cały gotowy do spełnienia, wiedział, że nie ma 

już powrotu. Nawet gdyby chciał się wycofać. A tego nie pragnął.

– Teraz już nie – przyznał i zanurzył się w nią do końca.
– Jake!
Casey zacisnęła palce na jego ramionach, wygięła się w łuk i oplotła go 

nogami. Jake wsunął dłoń między ich splecione ciała i pieścił to ważne miejsce. 
Poruszając  się  rytmicznie,  nie  odrywał  od  niej  wzroku.  Przyjmowała  go  z 
zamkniętymi  oczami,  przygryzioną  dolną  wargą,  rytmicznym  falowaniem 

background image

bioder.

Kiedy zacisnęła się wokół niego i poczuł jej konwulsyjne drżenie, jednym 

głębokim, ostatnim pchnięciem dał jej to, co tak długo w sobie powstrzymywał. 
Potem opadł na nią bez tchu, bez czucia.

Owszem, od dawna nie był z kobietą. Czyżby zapomniał, jak to jest?
Nie. Jake skrzywił się i w końcu zsunął się na łóżko. To nie dlatego, że się 

kochał z kobietą. To dlatego, że kochał się z nią... Szybko uznał tę myśl za zbyt 
niebezpieczną. By ją od siebie odsunąć, zaatakował.

– Dlaczego mi nie powiedziałaś?
– Hm?
Casey przeciągnęła się i uśmiechnęła.
– Pytałem, dlaczego wciąż jesteś dziewicą?
–  Już  nie  jestem  –  odparła,  wyraźnie  z  siebie  zadowolona.  –  Bardzo  ci 

dziękuję.

– Dziękuję?
– A czemu nie? – Spojrzała na niego niepewnie. – O, przepraszam, to był 

mój pierwszy raz. Co się zazwyczaj mówi, kiedy ktoś cię...

–  Zgwałcił?  –  dokończył  za  nią  ostro.  –  Zdeflorował?  Casey  parsknęła 

śmiechem.

– Zdeflorował. Jezu! Jake, ależ z ciebie purytanin! Purytanin? On?
– Nie bój się. Mój ojciec chyba nawet nie ma strzelby.
– Casey, trzeba mi było powiedzieć.
– Nie pytałeś.
–  Wydawało  mi  się,  że  nie  muszę.  Miałaś  narzeczonego.  Dziś  miał  być 

twój ślub.

– Nie zauważyłeś, że moja suknia była biała?
– Nie przypuszczałem, że dziś może to jeszcze coś znaczyć.
– To teraz wiesz.
Jake nerwowo przeczesał palcami włosy i wpatrywał się w sufit.
– Powinnaś mi powiedzieć.
– Gdybym to zrobiła, to pewnie byś nie...
– I masz rację!
– Widzisz?
Casey  znów  się  przeciągnęła,  ale  tym  razem  przez  jej  twarz  przemknął 

leciutki grymas bólu.

Jake  na  moment  zamknął  oczy.  Cholera.  To  był  jej  pierwszy  raz,  a  on 

potraktował ją jak doświadczoną kobietę.

– Sprawiłem ci ból? – spytał, drżąc ze strachu przed odpowiedzią.
–  Ból?  –  Casey  wsparła  się  na  łokciu  i  spojrzała  mu  prosto  w  oczy.  –

Było... cudownie. Nie miałam pojęcia, że może być aż tak.

– A czego się spodziewałaś?

background image

– Sama nie wiem. – Westchnęła i pogładziła palcem jego szyję. – Chyba 

domyślałam  się,  że  to  może  być  przyjemne,  ale  że  aż  tak...  niesamowite  –  na 
pewno nie.

Chwycił ją za rękę i mocno ścisnął jej dłoń. Nie mógł w to uwierzyć, ale 

nawet tak niewinne muśnięcie obudziło znów do życia jego ciało.

Patrzył na nią, na masę blond włosów okalających jej twarz jak aureola, 

na ciepły błysk w jej oczach. Kim był ten jej narzeczony? Dlaczego się z nią nie 
ożenił? I dlaczego nawet się z nią nie przespał?

Zanim zdążył się powstrzymać, to ostatnie pytanie powtórzył na głos.
Casey  natychmiast  spoważniała.  Wyswobodziła  dłoń,  ułożyła  się  na 

plecach i rękami zasłoniła piersi.

– Jakoś tak wyszło.
–  Nie  rozumiem.  –  Teraz  Jake,  wsparty  na  łokciu,  przyglądał  jej  się 

uważnie. – Myślałem, że nikt już nie czeka z tym do ślubu.

– To znaczy, że jestem zacofana. – Nie to chciałem powiedzieć.
– Jeśli myślisz, że chciałam dla ciebie zachować moją niewinność, to się 

nie łudź.

– Tego nie powiedziałem.
Czy każda rozmowa z Casey musi być taka trudna?
– Już raz przyszłam do ciebie i dałeś mi jasno do zrozumienia, że seks ze 

mną cię nie interesuje.

– Myślałem, że tę sprawę już sobie wyjaśniliśmy – zauważył chłodno.
– Masz rację.
– Jak ma na imię? Mówiłaś, lecz zapomniałem?
Casey przez chwilę jakby sobie przypominała, o czym rozmawiali.
– Steven – odparła w końcu obojętnie.
– Steven – powtórzył cicho Jake. – Ależ z niego musi być kretyn.
Casey uśmiechnęła się szeroko.
– Jake, najdroższy! To chyba najmilsza rzecz, jaką mi powiedziałeś.
Jake  wzniósł  oczy  do  góry,  a  potem  położył  się  na  plecach  i  znów 

spoglądał w sufit.

– Wróćmy do tego, co się stało przed chwilą.
–  Dobrze  –  zgodziła  się  ochoczo  Casey  i  położyła  głowę  na  jego 

ramieniu. – Bardzo chętnie.

– Przestań, Casey – ostrzegł i próbował się odsunąć.
– Nie możesz udawać, że mnie nie pragniesz, Jake – powiedziała i zsunęła 

dłoń na jego już gotową męskość.

–  Casey,  do  cholery!  –  Chwycił  jej  dłoń  w  żelazny  uścisk.  –  Jesteś 

dziewicą. Przyjaciółką mojej siostry. Dzieckiem jeszcze!

– Spokojnie, spokojnie, po kolei – zaprotestowała i musnęła wargami jego 

pierś. – Jak miałeś okazję zauważyć, dziewicą już nie jestem.

background image

– Boże święty!
–  A  że  jestem  przyjaciółką  Annie?  Co  z  tego?  Każdy  jest  czyimś 

przyjacielem.

– Casey, przestań – mruknął, kiedy leciutko ugryzła jego sutkę.
Casey uśmiechnęła się z wyraźnym zadowoleniem.
–  Jeśli  chodzi  o  to  ostatnie  zastrzeżenie,  to  chyba  nawet  ty  w  końcu 

zauważyłeś, że dzieckiem też już bynajmniej nie jestem.

Jake wciągnął powietrze głęboko do płuc.
Casey uśmiechnęła się do siebie. Zrozumiała, że Jake nie ma siły dłużej 

się  opierać.  Poczuła,  że  ma  w  sobie  ogromną  moc.  Jake  Parrish  jej  pragnie. 
Nawet gdyby chciał, nie mógłby zaprzeczyć.

Teraz już wiedziała, czemu doznała takiej ulgi, kiedy Steven wystawił ją 

do wiatru. To jasne, że nie chciała wychodzić za mężczyznę, którego wybrali dla 
niej rodzice.

Wciąż zbyt wiele czuła do Jake’a.
– Dziewica – mruknął z niesmakiem Jake.
Casey  nachyliła  się  nad  nim, omiotła  go  włosami  i  lekko  pocałowała  w 

usta.

– Jake, jedna dziewica mniej czy więcej nie spowoduje upadku moralnego 

naszego narodu. Nie jesteś przestępcą. Nie związałeś mnie i nie wziąłeś siłą.

Na tę myśl Jake aż jęknął.
– Jeśli już, to raczej ja wykorzystałam ciebie.
– Co takiego?
– Wykorzystałam ciebie – powtórzyła, bardzo podniecona tym tematem. –

Ja,  zdeprawowana  dziewczyna  z  miasta,  uwiodłam  biednego,  niewinnego 
ranczera. Tak go skołowałam, że nie miał wyboru i musiał mi się poddać.

Na jego twarzy pojawił się niepewny uśmiech.
– Lepiej się czujesz?
– Być może – odparł.
–  Wiesz  co?  –  szepnęła,  muskając  wargami  jego  płaską  sutkę.  –  Mam 

pomysł, co zrobić, żebyś na pewno poczuł się lepiej.

–  Casey  –  rzekł  i  pogładził  ją  po  policzku  swoją  pokrytą  odciskami 

dłonią.  –  Nie  możemy znowu  tego  robić. To  był  błąd.  Powtórzenie go  byłoby 
głupotą.

Casey  skrzywiła  się  w  duchu,  ale  na  zewnątrz  prezentowała  pogodną 

minę.

– Więc bądź głupcem, Jake – prosiła, całując jego oczy, brwi, policzki. –

Choć przez tę jedną noc bądź głupcem.

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY

Czekała, wstrzymując oddech.
W  żołądku  czuła  jakiś  dziwny  węzeł,  w  ustach  jej  zaschło,  z  trudem 

powstrzymywała drżenie rąk.

To śmieszne. Przed chwilą przecież się z tym mężczyzną kochała. Czym 

się  tu  niepokoić?  Znała  jednak  odpowiedź  na  to  pytanie.  To  ich  krótkie, 
namiętne spotkanie było dokładnie tym, przed czym zawsze ostrzegała ją matka. 
Kiedy  hormony  i  pożądanie  wymykają  się  spod  kontroli,  czasami  robi  się 
rzeczy, których w normalnej sytuacji by się nie zrobiło.

Jeśli  jednak  znów  będą  się  kochać,  to  dlatego,  że  oboje  zechcą 

doświadczyć  tego  znów,  tym  razem  bez  dzikiego,  wykluczającego  normalne 
rozumowanie, pożądania.

Zauważyła,  że  Jake  zmarszczył  brwi,  a  w  jego  oczach  pojawił  się 

niepokój.

– Co się stało? – spytała.
– Coś mi przyszło do głowy. – Jake wsparł się na łokciach i wpatrywał się 

w Casey uważnie. – Byłaś dziewicą i nie powiedziałaś mi o tym.

– Myślałam, że tę sprawę już omówiliśmy.
– Czego jeszcze mi nie powiedziałaś?
– Nie rozumiem?
Co jeszcze mogłaby mu powiedzieć?
– Casey, czy... czy ty...? Kurczę! Czy stosujesz jakąś antykoncepcję?
Casey szeroko otworzyła usta.
– Cholera. – Jak rażony piorunem Jake opadł na łóżko.
–  Nigdy o  tym nie  myślałam –  powiedziała  szybko.  –  Zawsze chciałam 

mieć dzieci, a Steven mówił, że to moja sprawa.

Stevenowi było do tego stopnia wszystko jedno, że nawet nie mówił, czy 

w  ogóle  chciałby  mieć  dzieci.  Casey  nigdy  nie  rozważała  jakiegoś  sposobu 
zapobiegania  ciąży.  Właściwie  od  zawsze  chciała  mieć  prawdziwą,  własną 
rodzinę.

Pogładziła  swój  twardy,  płaski  brzuch.  Ciekawe,  czy  Jake  już  dał  jej  to 

maleństwo, o którym marzyła.

Jake zauważył jej gest i źle go zrozumiał.
– Pewnie nie ma się czym martwić – rzekł. – Szanse, że zaszłaś w ciążę 

już przy pierwszym razie, są niewielkie. Ale jeśli tak, to coś wymyślimy – dodał 
szybko.

Casey leżała obok niego, głowę złożyła na jego piersi. Czuła, jak bije jego 

serce. Dopiero po chwili otoczył ją ramieniem.

– Przepraszam cię, Casey – rzekł cicho. – To nie powinno się stać. Chyba 

background image

nigdy w życiu tak zupełnie nie rozstałem się z rozumem.

– Nie przepraszaj. – Uniosła głowę i spojrzała na niego. – Od dawna tego 

chciałam.

Jake parsknął śmiechem.
– Nie pozwalasz mężczyźnie na wyrzuty sumienia.
– Bo nie ma do nich powodu.
– Mogłaś zajść w ciążę – przypomniał, a obejmujące ją ramię na moment 

zesztywniało.

– Ale może nie zaszłam. Sam powiedziałeś, że szanse są niewielkie.
Choć jeśli miałoby się to komuś zdarzyć, ona na pewno byłaby pierwsza 

w kolejce. Zawsze już taka była z niej szczęściara.

–  Tak. – Poklepał ją po ramieniu, wypuścił z objęć i wstał. Stanął obok 

łóżka.  –  Wstań.  Znajdziemy  ci  jakieś  suche  ubranie.  Możesz  przespać  się  w 
dawnym pokoju Annie. Rano wezwę mechanika do twego auta.

– Jake...
– Casey, to koniec.
– Wcale tak być nie musi – powiedziała szybko.
Nie chciała, by ta  jedna noc z mężczyzną, o  którym marzyła, skończyła 

się  tak szybko.  Ten jeden raz chciała robić to,  czego pragnęła. Coś dla  siebie. 
Coś, o czym mogłaby rozmyślać w następne noce. Coś, co zapamięta na zawsze.

Najbardziej  na  świecie  pragnęła  znów  kochać  się  z  Jakiem.  Tym  razem 

gotowa była o to walczyć.

– Nie możemy ryzykować drugi raz, Casey.
– A nie ma innego sposobu? Nie można czegoś zrobić?
Jake  spojrzał  na  nią  i  w  półmroku  dostrzegła  na  jego  twarzy 

niezdecydowanie. Głębokim westchnieniem dodała sobie odwagi, usiadła prosto 
i  pozwoliła opaść  prześcieradłu.  Jego  wzrok przeniósł się teraz  na  jej piersi, a 
mina Jake’a stała się jeszcze bardziej niepewna.

Casey nachyliła się ku niemu i wyciągnęła rękę.
– To jest nasza noc, Jake. Noc, która była nam przeznaczona.
– Nawet ty w to nie wierzysz, prawda?
– Wierzę.
Palce  jej  drżały,  ramię  zaczynało  boleć,  ale  wciąż  trzymała  wyciągniętą 

ku niemu rękę.

–  Z  jakiegoś  nie  znanego  nam  powodu  znaleźliśmy  się  dziś  razem. 

Głupotą byłoby rezygnować z takiej szansy.

– Cholera, Casey...
Gwałtowny  podmuch  wiatru  poruszył  blaszanym  parapetem.  Casey 

uśmiechnęła się.

– To znak.
– To wiatr – stwierdził zupełnie nieromantycznie Jake.

background image

– Tylko dzisiaj, Jake.
– Chyba zupełnie zwariowałem – mruknął, klękając na łóżku i biorąc ją w 

ramiona.

Casey  z  westchnieniem  wypuściła  tak  długo  wstrzymywany  oddech  i 

przytuliła się do Jake’a. Cieszyła się  ciepłem jego  ciała;  wiedziała, że musi to 
wszystko zapamiętać. Swoje piersi przyciśnięte do jego szerokiego torsu. Jego 
ramiona ciasno ją okalające, oddech muskający jej włosy, jej imię szeptane jego 
wargami. I pocałunek, taki jak ten. Delikatny, badający, obiecujący więcej.

Casey  leżała  na  piersi  Jake’a  jak  posłuszna  niewolnica.  Kiedy  zanurzył 

palce  w  jej włosy,  zdziwiła  się, że skóra  głowy to  też  strefa tak niesamowicie 
erogenna.

Jednym zwinnym ruchem Jake przetoczył się na brzuch i Casey znalazła 

się pod nim. Ani na moment nie przerwał pocałunku. Pogłębił go jeszcze, a jego 
język dokładnie badał wnętrze jej ust.

Casey poczuła, że opuszczają ją resztki niepewności.
Pieściła jego plecy, masowała mięśnie, wyginała się w łuk, w milczeniu 

prosząc o więcej. Chciała znów poczuć jego ręce i usta na swych piersiach.

Jake powolnymi, wilgotnymi pocałunkami znaczył linię  wzdłuż jej szyi. 

Wiedział,  że  jej  pierwszy  raz  powinien  być  szczególny  i  delikatny.  Nie  mógł 
jednak zmienić tego, co już się stało. Mógł jednak dać jej to teraz.

Kiedy otoczył wargami jej sutkę, jęknęła z rozkoszy i on, sam nie wiedząc 

czemu, też odczuł falę rozkoszy.

Potem  przesunął  rękę  w  dół  jej  brzucha  i  napotkał  gorącą,  wilgotną 

kobiecość. Casey czekała na niego, pragnęła go.

Pieścił  ją  jeszcze  długo  i  powoli.  Poznawał  całe  ciało,  wszystkie  jego 

reakcje. A i ona poznawała jego.

Kiedy już żadne z nich nie mogło czekać dłużej, Jake sięgnął do nocnego 

stolika i z szufladki wyciągnął maleńką foliową paczuszkę. W pośpiechu wsunął 
na  siebie  zabezpieczenie,  o  którym  za  pierwszym  razem  żadne  z  nich  nie 
pomyślało.

Potem ułożył  się  między jej nogami  i  delikatnie  wniknął w  jej wilgotne 

ciepło.

Patrzył,  jak  Casey  zamyka  oczy,  jak  wygina  szyją,  jak  poddaje  się 

namiętności.

– Jake... – szepnęła i wyciągnęła ku niemu ramiona.
Powstrzymał  się  i  nie  zareagował.  Opanowując  bezruchem  swoje 

pożądanie,  powtarzał,  że  ten  raz  jest  przede  wszystkim  dla  niej.  Poruszały  się 
tylko  jego palce, delikatnymi  muśnięciami  pieszczące ten  najważniejszy  punkt 
jej kobiecości.

Kiedy  uniosła  biodra  i  poruszyła  nimi  rytmicznie,  na  czole  Jake’a 

pojawiły  się  kropelki  potu.  Przygryzł  wewnętrzną  stronę  policzka  i 

background image

skoncentrował się wyłącznie na jej przyjemności.

Oddychając ciężko, szybko, urywanie, Casey w końcu otworzyła oczy.
– Jake – szepnęła i wyciągnęła ku niemu rękę.
Chwycił ją, jakby była to lina ratownicza na wezbranym morzu. I wtedy 

ogarnęły ją pierwsze fale rozkoszy.

Z  początku  powolne,  potem  coraz  szybsze,  gwałtowniejsze, 

wszechogarniające. Usłyszała czyjś krzyk i nie od razu zdała sobie sprawę, że to 
jej własny.

Wciąż trzymając jej dłoń, Jake przykrył ją swoim ciałem. Jego rytmiczne, 

głębokie ruchy prowadziły ją na sam szczyt. Otoczyła go nogami i przyjmowała 
w siebie najgłębiej, jak mogła.

I wtedy jej szczyt stał się jego szczytem. Osiągnęli go razem, w tej samej 

chwili.

Casey  poruszyła  się  we  śnie,  przerzuciła  nogę  przez  biodra  Jake’a  i 

ułożyła głowę w zagłębieniu jego ramienia. Jake podciągnął prześcieradło aż po 
jej szyję i z chmurną miną wpatrywał się w ciemności.

Co, u diabła, przyszło mu do głowy?
Z niechęcią przyznał, że rozum nie miał z tym nic wspólnego. Po prostu 

pozwolił  się  ponieść  emocjom.  Jak  jakiś  smarkaty  uczniak,  który  nie  potrafi 
panować nad swoimi hormonami, wziął, co mu oferowano, w ogóle nie myśląc 
o konsekwencjach.

Casey  zamruczała  przez  sen,  chyba  nawet  zachichotała  cichutko  i 

przytuliła się do niego jeszcze mocniej.

Przez  jego  ciało  natychmiast  przemknęła  seria  jakby  elektrycznych 

wyładowań. No, dobrze, to było coś więcej niż tylko hormony. Jeszcze nigdy w 
życiu nie doświadczył czegoś takiego. I bynajmniej nie było to tylko i wyłącznie 
czyste, zwierzęce pożądanie.

Nie miał jednak najmniejszego zamiaru pakować się w to wszystko.
Już raz dał się wrobić w miłość i małżeństwo i nic z tego nie wyszło. Nie 

ma mowy, by znów próbował.

A jednak, przyznał w duchu, sprawa wcale nie jest taka prosta. Przecież, 

na miłość boską, odebrał Casey dziewictwo. Zrobił coś, czego do tej pory jakoś 
udawało  mu  się  unikać.  A  tak  go  wychowano,  że  nie  mógłby  przespać  się  z 
dziewicą i po tym wszystkim po prostu odejść.

Szczególnie jeśli tą dziewicą była Casey Oakes.
I w dodatku, choć mało to prawdopodobne, mogła zajść z nim w ciążę.
Co ma teraz zrobić?
Potrząsnął  głową,  przeniósł  wzrok  na  okno  i  próbował  uporządkować 

myśli.

Z  bezchmurnego  nieba  mrugały  do  niego  gwiazdy.  Burza  już  przeszła. 

background image

Może to dobry znak.

Jake był pewien, że po kilku godzinach snu na pewno będzie mu się lepiej 

myślało.

– Jezus Maria.
Annie  ściągnęła  z  wieszaka  nad  prysznicem  mokrą  i  zabłoconą  ślubną 

suknię i pobiegła z nią do kuchni.

– Mamo! – zawołała za nią mała dziewczynka. – Ja chcę siusiu.
Ale  Annie  była  zbyt  podekscytowana,  by  usłyszeć  prośbę  córeczki. 

Musiała  natychmiast  podzielić  się  swoim  odkryciem  z  ojcem,  ciotką  i  wujem, 
którzy przy kuchennym stole czekali, aż Jake się obudzi.

– Patrzcie! Patrzcie, co znalazłam!
– O Boże – jęknęła ciotka Emma. – Co się stało z tą piękną suknią?
– Gdzie ją znalazłaś? – spytał poważnie i spokojnie Frank Parrish.
– W łazience – odparła Annie. – Wisiała na wieszaku prysznica.
–  Trzeba  ją  było  tam  zostawić  –  powiedziała  Emma,  patrząc  z 

niesmakiem na smugę błota na eleganckich hiszpańskich kafelkach.

–  Ciekawe,  po  co  Jake’owi  ślubna  suknia?  –  Wuj  Harry  w  zamyśleniu 

drapał się po brodzie.

–  Czy  wy  nic  nie  rozumiecie?  –  Annie  rzuciła  suknią  ojcu  na  kolana  i 

patrzyła  na  swych  tępych  krewnych.  –  To  o  tym  mówił  wczoraj  Jake  przez 
telefon.

– O czym?
Annie  z  niesmakiem  spojrzała  na  niedomyślnego  wuja  i  skupiła  się  na 

ojcu.

–  Jake  powiedział,  że  w  końcu  zdobył  coś,  czego  pragnął  od  bardzo 

dawna.

– Tak?
–  To  musi  być  to!  –  Annie  odsunęła  z  czoła  jakiś  niesforny  pukiel  i 

uśmiechnęła się do ojca. – Jake się ożenił!

Ciemnobrązowe oczy ciotki Emmy wyglądały jak ogromne spodki.
– Ożenił? – powtórzył głośno wuj Harry. – Kto znów się ożenił?
– Jake.
–  Annie  –  rzekł  surowo  Frank  Parrish.  –  Przecież  właściwie  niczego 

jeszcze nie wiemy.

– To skąd ma tę suknię?
Annie  była  tak  podniecona,  że  nie  zauważyła,  że  jej  elegancki  koczek 

całkiem się rozleciał.

– Co za świnia z niego! Dlaczego nic nam nie powiedział? Dlaczego mnie 

nie zaprosił?

Frank Parrish w zamyśleniu przesunął dłonią po zabłoconej materii.

background image

–  Jeśli  rzeczywiście  się  ożenił,  to  ciekaw  jestem,  jak  to  się  stało. 

Przywiązał narzeczoną do siodła i ciągnął przez błoto, aż powiedziała „tak”?

– Nie mam zielonego pojęcia. – Annie z lekkim uśmiechem przechadzała 

się  po  kuchni.  –  Nieważne,  jak  do  tego  doszło.  Chciałabym  tylko  wiedzieć,  z 
kim się ożenił.

– Mamo!
Głos dziecka dobiegał gdzieś z holu.
– Lisa! – krzyknęła zawstydzona Annie i ruszyła ku drzwiom. – Zupełnie 

o niej zapomniałam. Chciała siusiu.

Ciotka Emma prychnęła z niesmakiem.
– Siusiu. No wiesz, Annie. Założę się, że już i tak za późno.
– Siusiu to zupełnie kulturalne określenie.
Annie  ostro  spojrzała  na  ciotkę.  Nie  po  raz  pierwszy  współczuła 

ukochanemu,  delikatnemu  wujowi  Harry’emu,  że  wziął  sobie  za  żonę  taką 
sekutnicę.

–  Nie  należy  pozwalać  dziecku  na  publiczne  mówienie  o  czynnościach 

fizjologicznych.

– Jakie publiczne? Przecież...
Annie  zamilkła.  Nie  musiała  się  przed  nikim  tłumaczyć  ze  sposobu,  w 

jaki wychowuje swe dziecko. A już na pewno nie przed ciotką Emmą.

–  Mamusiu!  –  Lisa  była  wyraźnie czymś  zaciekawiona.  –  Kto  to  jest  ta 

pani w tym łóżku?

Emmie aż dech zaparło.
– Co? – spytał Harry. – Jaka pani? Gdzie?
–  No,  no  –  mruknął  Frank.  Podniósł  się  z  krzesła  i  ruszył  za  córką  w 

stronę sypialni syna.

Tuż za nim podążali Emma i Harry.
Drzwi do pokoju Jake’a były szeroko otwarte. Poranne słońce padało na 

wielkie łoże i leżące w nim dwie postacie.

Annie  jak  wmurowana  stanęła  w  progu.  Zaaferowany ojciec  oczywiście 

na nią  wpadł i popchnął ją na środek pokoju. Zaraz za nimi wparowała ciotka 
Emma, wachlująca się parafialną gazetką.

Harry poprawił swe druciane okulary i zza pleców żony oceniał sytuację.
Lisa,  czarnowłosa,  błękitnooka,  dwunastokilowa  kupka  energii,  stała  u 

stóp łóżka i Przestępując z nogi na nogę, trzymała się za krocze.

– Dzień dobry, synu – odezwał się w końcu Frank.
– Witam, tato. – Jake usiadł na łóżku i patrzył na stojący pośrodku jego 

sypialni tłumek. – Cześć, Annie.

– Wujku, kto to jest ta pani? – spytała znów Lisa.
W  tej  właśnie  chwili  rzeczona  naga  pani  też  usiadła  i  podciągnęła  pod 

brodę prześcieradło. Uśmiechała się niepewnie.

background image

– Ta pani to twoja ciocia Casey – wyjaśniła dziecku Annie.
– Czy ona może mnie zaprowadzić na siusiu?

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Jake  spojrzał  przez  ramię  na  przysypany  śniegiem  dom.  Jego  siostra 

zamknęła  się  w  nim  razem  z  Casey  i  Bóg  jeden  wie,  o  czym  rozmawiają. 
Skrzywił się z wyraźną niechęcią. Miał tylko nadzieję, że przynajmniej wujowi 
Harry’emu udało się utrzymać ciotkę Emmę z dala od telefonu.

Od  momentu  kiedy  on  i  Casey  zostali  nakryci,  widział,  jak  bardzo 

świerzbi  ciotkę  wskazujący  palec.  Nie  mogła  się  doczekać,  żeby  rozpuścić  na 
cztery strony świata tę najnowszą plotkę. Wiadomość, że Jake został nakryty w 
łóżku z panną młodą, wzbudzi na pewno ogólne zainteresowanie. A fakt, że nie 
była to jego żona, doda całej sprawie szczególnego smaczku!

Pamiętał,  że  kiedy  postanowił  rozwieść  się  z  Lindą,  nie  musiał  o  tym 

mówić nikomu ze znajomych. Emma zadbała, by dowiedziało się całe miasto. I 
w dodatku udało jej się tego dokonać w niecałe dwie godziny.

. – No więc, synu... – rzekł cicho Frank Parrish. – Co masz zamiar w tej 

sprawie zrobić?

– A co tu jest do zrobienia?
Po co ta defensywna postawa? Jest przecież dorosły. Casey zresztą też. To 

niczyja  sprawa,  że  dwie  dorosłe  osoby  postanowiły  spędzić  razem  noc.  Jake 
skrzywił  się  i  skulił  ramiona.  Skoro  to  prawda,  to  dlaczego  czuje  się  jak 
nastolatek, przyłapany na kanapie w salonie z ręką pod spódniczką koleżanki?

–  Jake  –  spokojnie  zaczął  jeszcze  raz  ojciec.  –  Widziałem  tę  ślubną 

suknię. Była biała. Za moich czasów biała suknia coś mówiła.

– Wszyscy teraz noszą biel, tato.
Nie miał zamiaru przyznać, że w przypadku Casey biel sukni była w pełni 

usprawiedliwiona.

–  Racja  –  westchnął  starszy  pan.  –  Przypuszczam,  że  w  dzisiejszych 

czasach  niełatwo  znaleźć kobietę,  która  zachowała  czystość  aż  do  dnia  ślubu. 
Podejrzewam  zresztą,  że  równie  trudno  byłoby  znaleźć  mężczyznę,  który  by 
taką decyzję zaakceptował.

Jake  niepewnie  przestąpił  z  nogi  na  nogę.  Casey  czekała.  A  potem 

narzeczony  wystawił  ją  do  wiatru  przed  samym  ołtarzem.  Nie  mógł  tego 
wszystkiego  powiedzieć  teraz  ojcu.  Ani  o  tamtym  mężczyźnie,  ani  o 
dziewictwie Casey. Zresztą, sądząc po minie starszego pana, i bez tego rozmowa 
zapowiadała się na trudną.

Zaledwie  przed  kilkoma  dniami  rodzina  Parrishów  obchodziła  Święto 

Dziękczynienia.  Gdyby  Jake  wiedział,  co  się  wkrótce  wydarzy,  wcale  by  tak 
ochoczo nie dziękował.

Teraz  mógł  tylko  liczyć  na  własny  zdrowy  rozsądek.  Był  przecież 

człowiekiem końca dwudziestego wieku.

background image

– Casey jest dorosła, tato. Potrafi sama podejmować decyzje.
– Ty też – odparł Frank Parrish. – I mam nadzieję, że właściwe.
Co ojciec ma na myśli? Niestety, wiedział aż za dobrze. Przecież dopiero 

kiedy  było  po  wszystkim,  przypomniał  sobie  o  zabezpieczeniu.  I  całkiem
możliwe, że Casey jest już w ciąży. Z tym też trzeba się liczyć.

Mrucząc pod nosem, spojrzał na sięgające aż po horyzont ośnieżone łąki. 

To śmieszne. Miałby zostać ojcem z powodu ulewy i zagubionego cielaczka.

Wsparł się łokciami o płot i w duchu przekonywał samego siebie, że nie 

ma się czym martwić.

Frank Parrish znów westchnął i oparł się łokciem o ten sam płot.
– Wiesz, że jak tylko Emma dorwie się do telefonu, wszystko wszystkim 

rozpapla.

– Tak.
Czy  to  ma  jednak  jakiekolwiek  znaczenie?  I  on,  i  Casey  są  przecież 

dorosłymi, wolnymi ludźmi.

–  Mnóstwo  ludzi  chętnie  posłucha  o  tym,  jak  to  Casey  uciekła  sprzed 

ołtarza i chwilę potem wylądowała w twoim łóżku.

Jake  domyślał  się,  do  czego doprowadzi ta  rozmowa.  Tyle  tylko,  że nie 

wiedział, jak ją przerwać.

– Twoja matka... – zaczął Frank.
No, no, tata wytacza największe armaty.
– ...zawsze bardzo lubiła Casey. Traktowała ją jak własną córkę.
Kurczę, mowy nie ma! Nie da się nikomu wrobić w kazirodztwo!
– Ale nią nie była!
– Rzeczywiście nie była naszym dzieckiem, ale traktowano ją tu tak samo 

jak Annie.

To  prawda.  Jako  dziecko  Casey  mnóstwo  czasu  spędzała  na  ranczu 

Parrishów.  Jego  rodzice  świata  poza  nią  nie  widzieli.  Teraz  jest  już  jednak 
całkiem dorosła. Nie potrzebuje obrońców.

–  Ta  dziewczyna  jest  jakby  częścią  rodziny  –  ciągnął  Frank.  –  Nie 

pozwolę,  by  ktoś  ją  wykorzystał  czy  zrobił  jej  krzywdę.  Tak  samo  jak  nie 
dopuszczę, żeby ktoś skrzywdził twoją siostrę.

Frank mocno zacisnął usta. Na moment w jego oczach pojawił się smutek. 

Jake domyślił się, że myśli o nic niewartym byłym mężu Annie. Wtedy żaden z 
krewnych nie mógł w żaden sposób ochronić jej przed cierpieniem i wstydem. 
Najwyraźniej Frank postanowił nie dopuścić do tego w przypadku Casey.

Jake wyciągnął szyję, jakby czuł zaciskającą się wokół niej muszkę. Miał 

wrażenie, że ramiona już opina mu wypożyczony smoking.

– Jest tylko jeden sposób, by ukrócić rozsiewane przez Emmę plotki.
Kiedy  po  tych  słowach  Frank  na  chwilę,  zamilkł,  Jake  aż  za  dobrze 

wiedział, co  go za moment  czeka.  W zadumie wpatrywał się  w obłoczek pary 

background image

wydobywającej się z ust ojca. Milczał, bo nie chciał go prowokować.

Mógł się domyślić, że to Franka nie powstrzyma. I tak powie, co ma do 

powiedzenia. Bez ogródek.

– Powinniście się pobrać. No właśnie. Prosto z mostu.
A  urojona  muszka stawała  się  coraz  ciaśniejsza. Właściwie w tej  chwili 

wręcz go dusiła.

– Pobrać się?
Jake  oderwał  się  od  płotu  i  wsunął  ręce  głęboko  w  kieszenie.  Stał 

naprzeciwko ojca i patrzył w jego poważne, surowe oczy.

– Nie, tato, dzięki. Raz już próbowałem.
Frank Parrish nie rzekł ani słowa. Po prostu w milczeniu patrzył na syna.
Jake  niespokojnie  przestąpił  z  nogi  na  nogę.  Takiego  rozczarowania  w 

oczach ojca nie widział od dnia swych siedemnastych urodzin. Jak inne głuptaki 
w jego wieku, był przekonany, że impreza bez piwa nie jest w ogóle imprezą. 
Niestety,  po  urodzinowym  przyjęciu,  które  zorganizowali  dla  niego  koledzy, 
wracał  autem  do  domu.  Nie  zauważył  drzewa,  które  wyskoczyło  na  drogę  i 
uderzyło w prawy błotnik jego auta. Z tamtego dnia do dziś pamiętał tylko minę 
ojca, który przyszedł po niego na posterunek.

Od tamtej pory Jake robił wszystko, by nigdy więcej tej miny nie widzieć.
I udawało mu się to.
Do dzisiaj.
Jake znów niepewnie spojrzał na dom. Cholera, a może ojciec ma rację. 

Może  rzeczywiście  powinien  poprosić  Casey  o  rękę.  Może  i  jest  koniec 
dwudziestego wieku, ale jeśli chodzi o moralność, małomiasteczkowa Ameryka 
tkwi jeszcze w wieku dziewiętnastym. I w gruncie rzeczy nie jest to wcale takie 
złe. Dopóki nie dotyczy go osobiście.

Mimo wszystko był jeszcze jeden problem. Casey na pewno odrzuci jego 

oświadczyny.  Tym  samym  on  zrobi  to,  co  do  niego  należy,  postąpi  zgodnie  z 
życzeniem ojca, a i tak nie wplącze się w kolejne nieudane małżeństwo.

– No więc jak? – spytał Frank.
– Porozmawiam z nią.
Casey  stała  przed  toaletką  i  rozczesywała  poplątane  włosy.  Potem  z 

niechęcią  spojrzała  w  lustrze  na  ubranie,  które  jej  dano.  Stary,  za  duży  dres 
Jake’a  wisiał  na  niej  jak  na  kiju  od  szczotki.  Za  długie  rękawy  zakrywały  jej 
dłonie  i  bez  przerwy  musiała  je  podciągać.  Nogawki  były  równocześnie 
skarpetami.

Prawdziwe uosobienie kobiecości.
– Czy ty mi w końcu powiesz, co się wczoraj wydarzyło? – Annie usiadła 

po turecku na łóżku Jake’a.

Casey spojrzała w lustro na odbicie przyjaciółki i uniosła brwi.
Annie roześmiała się i uniosła w górę ręce.

background image

– Dobrze, dobrze. Wiem co się stało. Nie mam tylko pojęcia, dlaczego.
– Pewnie nie najlepiej sobie o mnie pomyślisz, jeśli ci powiem, że ja też 

nie wiem.

– Posłuchaj, Case. – Annie wsparła się łokciami o kolana i nachyliła ku 

przyjaciółce.  –  Kiedy  ostatni  raz  ze  sobą  rozmawiałyśmy,  szykowałaś  się  do 
ślubu z tym, jak mu tam... o, właśnie, ze Stevenem.

–  Zgadza  się  –  odparła  Casey.  –  Ja  szykowałam  się  do  ślubu,  a  on 

obmyślał ucieczkę. W przeciwnym kierunku. I beze mnie.

– Jezus Maria. Dostałaś kosza? Ten cham wystawił cię do wiatru?
– Czy zauważyłaś, jakie to ładne określenie? Wystawić kogoś do wiatru.
– Ładne?
Annie  w  zamyśleniu  przechyliła  głowę,  zasłaniając  twarz  gęstymi, 

czarnymi włosami.

Casey  odwróciła  się  i  przysiadła  na  toaletce.  Zakłopotanie  przyjaciółki 

wcale  jej  nie  zdziwiło.  Ona  sama  zresztą,  też  powinna  być  co  najmniej 
zakłopotana. A, o dziwo, wcale nie była.

Czuła  się  tak,  jakby  uciekła  z  więzienia  w  szeroki,  wspaniały  świat. 

Zgoda. Steven był w gruncie rzeczy całkiem w porządku, a więzienie to może 
zbyt  drastyczne  określenie.  Kiedy  jednak  przypomniała  sobie  szybkie, 
pozbawione  namiętności  pocałunki,  jakie  wymieniała  ze  swym  byłym 
narzeczonym,  i  porównała  je  z  pocałunkami  Jake’a...  Nie,  tego  nie  dało  się 
porównać.

Wczoraj omal nie poślubiła niewłaściwego mężczyzny. Tylko po to, żeby 

sprawić  przyjemność  rodzinie.  Żeby  nie  zranić  uczuć  Stevena.  I  ponieważ  nie 
wyobrażała  sobie,  by  po  tych  wszystkich  wysiłkach  i  wydatkach  można  było 
ślub odwołać.

Dziś jednak wszystko wydawało jej się możliwe. Mimo że przyłapano ją 

nagą w łóżku Jake’a. I to kto? Jego własny ojciec!

– Nigdy nie będę mogła spojrzeć w twarz twojemu tacie.
– Podejrzewam, że nikt nie patrzył wtedy na twoją twarz, Casey.
– O Boże.
Annie parsknęła śmiechem, wstała z łóżka i podeszła do przyjaciółki.
– Nie martw się tym wszystkim.
– Ale twój wuj Harry jest pastorem.
– O ile wiem, pastorzy też uprawiają seks. Annie zamilkła na moment i aż 

się wzdrygnęła.

–  Choć  na  samą  myśl  o  nim  i  ciotce  Emmie  w  łóżku  poważnie 

zastanawiam się nad wstąpieniem do klasztoru.

Casey roześmiała się i od razu poczuła się lepiej.
– Widzisz? Śmiech to najlepsze lekarstwo.
– Ciekawe, czy powiesz to samo, kiedy zobaczysz, co Lisa zrobiła ze swą 

background image

piękną, nową sukienką.

W drzwiach stał Jake.
– Co stało się tym razem? – spytała z wyraźną rezygnacją Annie.
–  Nie wiem na  pewno. – Jake wzruszył ramionami.  – Wysmarowała  się 

czymś czarnym i, moim zdaniem, trudno zmywalnym.

– O Boże – westchnęła Annie i wstała. – Zaraz wrócę, Case. Nie odchodź.
– Nie odejdzie na pewno – zapewnił siostrą Jake. Casey spojrzała na jego 

poważną minę.

– Bo?
– Bo najpierw musimy porozmawiać.
– O czym?
– O naszym ślubie.
Świat nagle zawirował i Casey musiała przytrzymać się toaletki.
Jake wziął ją za rękę i podprowadził do łóżka.
– O ślubie? – Casey z niedowierzaniem pokręciła głową.
– Casey – zaczął Jake. – Emma marzy tylko, żeby jak najszybciej dorwać 

się do telefonu. Za chwilę Harry i tata nie będą już w stanie jej powstrzymać.

– Więc?
–  Telefon  w  jej  ręku  to  siła  potężniejsza  od  najgorszych  plotkarskich 

pism.

– Masz coś przeciw plotkom?
Casey natychmiast pożałowała swoich słów. Z tego, co mówiła jej Annie, 

rozwód  Jake’a  nie  był  sprawą  przyjemną.  I  na  pewno  niejednej  plotce  musiał 
wtedy stawić czoło.

– Tym razem to nie o mnie będą mówić – rzekł Jake, nerwowo spacerując 

po pokoju. – Nie budzę już żadnych sensacji. Za to ty...

– Ja...
Casey  nie  odrywała  od  niego  swoich  zielonych  oczu.  Nawet  w  tym 

starym,  granatowym,  za  dużym  dresie  wyglądała  cholernie  pociągająco.  Jake 
zacisnął zęby, ignorując falę gorąca, ogarniającą jego krocze. Wiedział, że musi 
chronić tę dziewczynę przed plotkami i pomówieniami.

– Jake, przecież ja już tu nawet nie mieszkam. Niewiele mnie obchodzi, 

co mówią o mnie ludzie z Simpson!

–  Morgan  Hill  wcale  nie  jest  tak  daleko  –  przypomniał.  –  A  nazwisko 

Oakes jest dobrze znane w tych stronach.

Na wspomnienie rodziny Casey zbladła.
Nic dziwnego. Jej rodzice na pewno nie będą zachwyceni, kiedy ich córka 

stanie się tematem plotek. Jake zaklął pod nosem i odwrócił się. Czemu się tak 
tym  przejmuje?  Miał  ją  przecież  tylko  poprosić  o  rękę.  Zrobić  to,  co  należy. 
Dlaczego  stara  się  ją  namówić,  żeby  powiedziała  „tak”,  skoro  przyszedł  tu  z 
nadzieją, że odmówi?

background image

Wystarczy. Koniec. To nie jego sprawa. Skoro Casey uważa, że da sobie 

radę z Emmą i jej przyjaciółeczkami – nie mówiąc już o jej ojcu, Hendersonie 
Oakesie  –  to  niech  się  z  nimi  zmierzy.  On  zrobił  już  wszystko,  co  mógł  i 
powinien. Zaproponował jej małżeństwo.

O  Boże,  czy  ten  dzień  kiedyś  się  skończy?  Potarł  mocno  kark,  jakby 

chciał  rozluźnić  nie  istniejącą  muszkę.  Do  licha,  nie  miał  nawet  okazji,  by 
powiedzieć  rodzinie  o  ziemi,  którą  wreszcie  udało  mu  się  kupić.  To  miał  być 
wielki dzień. Powinien czuć się zwycięzcą.

– No cóż.
– Dobrze, Jake – powiedziała cicho Casey.
– Co dobrze? – Jake był wyraźnie zaskoczony.
– Dobrze, wyjdę za ciebie.
Muszka wróciła na miejsce. Jej ucisk był jeszcze silniejszy.

Piękna i Bestia.
To  określenie  wpadło  mu  do  głowy,  kiedy  patrzył  na  idącą  ku  niemu 

swoją  narzeczoną  wspartą  na  ramieniu  ojca.  Casey  wyglądała  przepięknie.  Jej 
włosy, podtrzymywane koroną z czerwonych róż i goździków, spływały lśniącą 
kaskadą na ramiona. Delikatna bawełna sukni, dużo ładniejszej niż poprzednia, 
oplatała jej nogi. Piękna.

Potem  Jake  przeniósł  wzrok  na  Bestię.  Henderson  Oakes.  Człowiek 

niecierpliwy  i  pozbawiony  poczucia  humoru.  Z  ponurą  miną,  jakby  pod 
przymusem, prowadził swą uśmiechniętą córkę ku narzeczonemu.

W  pierwszym  rzędzie  krzeseł  siedział  Frank  Parrish  w  towarzystwie 

Emmy,  która  co  chwila  ocierała  koronkową  chusteczką  swe  zupełnie  suche 
oczy.  Po  drugiej  stronie  prowizorycznej  nawy  siedziała  matka  Casey,  Hilary, 
wystrojona w  jedwab i  diamenty.  Przez  cały czas  kręciła  się na  krześle,  jakby 
bała się, że się rozpadnie pod jej idealnie wyrzeźbionym ciałem.

Nic  dziwnego,  że  Casey  postanowiła  zawiadomić  rodziców  o  swojej 

decyzji  dopiero  w  przeddzień  ślubu.  Właściwie  Jake  nie  miałby  nic  przeciw 
temu,  gdyby  nie  zawiadomiła  ich  w  ogóle.  Dopiero  teraz  zrozumiał,  dlaczego 
zgodziła się na to małżeństwo. Nawet ono było lepsze niż ciągłe wysłuchiwanie 
ich uwag o tym, jaka to jest do niczego.

Bestia nareszcie stanęła przed nim. Włożyła rękę Pięknej w dłoń Jake’a i 

odeszła, z ulgą dystansując się do tego związku.

Casey ujęła Jake’a pod ramię i zwróciła się ku wujowi Harry’emu, który 

miał odprawić nabożeństwo. Od razu się uspokoiła. Czuła, co prawda, wbijające 
się  w  jej  plecy  niechętne  spojrzenia  rodziców,  ale  wiedziała,  że  oprócz  nich 
wszyscy dobrze  jej życzą. Obok niej stali jej bracia. J. T. nawet puścił do niej 
oko.

Wyprostowała  się,  uśmiechnęła  do  Annie  i  w  końcu  skupiła  się  na 

background image

pastorze.

W  lekko  rozświetlonym  słońcem  salonie  pachniało  świeżymi  gałęziami 

sosny.  Ten  cichy,  zwyczajny  s  lub  był,  według  niej,  dużo  piękniejszy  niż 
„wydarzenie”, które przez cztery miesiące przygotowywała osobista sekretarka 
matki.

Z kominka rozległ się trzask i Casey przysunęła się bliżej do Jake’a.
Ależ  to  się  wszystko  skomplikowało.  Teoretycznie  powinna  być  w  tej 

chwili na Hawajach. Z innym mężczyzną. A jednak bierze ślub z człowiekiem, 
którego kocha od dziecka. I wcale jej nie zniechęca jego brak entuzjazmu.

–  Tak  –  rzekł  Jake  i  Casey  wróciła  do  rzeczywistości.  Akurat  w  samą 

porę, by i ona wypowiedziała słowa przysięgi.

–  Ogłaszam  was  mężem  i  żoną.  –  Wuj  Harry  uśmiechnął  się  do 

nowożeńców. – Możesz teraz pocałować pannę młodą, Jake.

Jake posłusznie zwrócił się w stronę Casey i spojrzał w jej zielone, pełne 

nadziei  oczy.  Gdzieś  w  głębi  duszy  na  ułamek  sekundy  poczuł  lekki  żal,  ale 
szybko  go  odsunął  od  siebie.  Wiedział  już,  czym  naprawdę  jest  małżeństwo. 
Szkoda,  że  akurat  on  będzie  naocznym  świadkiem  edukacji  Casey  w  tych 
sprawach. Żałował, że życie nauczyło go nie wierzyć w „miłość aż do grobowej 
deski”.

Nieliczni  zgromadzeni  goście  klaskaniem  w  dłonie  domagali  się 

pocałunku.  W  oczach  Casey  pojawiła  się  niepewność.  Jake  wiedział,  że  to  on 
jest  tego  przyczyną.  Schylił  się,  by  złożyć  na  jej  wargach  ten  obowiązkowy 
pocałunek. Ledwo jednak ich dotknął, nie mogło być już mowy o jakimkolwiek 
obowiązku. Casey objęła go za szyję, a jej język połączył się z jego językiem w 
milczącym tańcu.

Gdzieś,  jakby  z  oddali,  słychać  było  gorący  aplauz  gości,  ktoś  nawet 

gwizdnął przeciągle.

– Prawdziwe małżeństwo z miłości – podsumował imprezę wuj Harry.
Tego Jake nie był wcale pewien. Tylko pożądanie na pewno było szczere.

– Powiedz otwarcie, Cassandro – rzekł Henderson Oakes. – Zgodziłaś się 

na  ten...  ślub,  żeby  zachować  twarz.  Steven  nas  upokorzył  i  chciałaś  to  jakoś 
naprawić.

Casey z trudem przełknęła ślinę i spojrzała przez otwarte drzwi na salon i 

wesoło  bawiących  się  gości.  O  ileż  wolałaby  być  tam  z  nimi,  niż  w  kuchni 
wysłuchiwać tego wykładu.

–  Nie  rozumiem  tylko,  jak  mogłaś  przypuszczać,  że  ślub  z  mężczyzną, 

którego  prawie  nie  znasz,  i  to  zaledwie tydzień  po  tym,  jak  dostałaś  kosza  od 
innego, wymaże to publiczne upokorzenie.

Matka też, oczywiście, musiała powiedzieć swoje.
– Znam Jake’a od lat, mamo.

background image

Hilary ściągnęła brwi, lecz zaraz przypomniała sobie, że od tego robią się 

zmarszczki. Jej twarz znów przypominała maskę.

–  Owszem,  wiem,  że  znasz  tę  rodzinę.  Ale  naprawdę,  Cassandra,  nie 

przebiera się w narzeczonych jak w ulęgałkach.

Casey głęboko westchnęła.
–  Jestem  pewien,  że  Steven  wkrótce  by  się  opamiętał.  –  Głos  ojca  był 

ostry jak sztylet. – Niepotrzebnie wpadłaś w panikę.

– Wcale nie wpadłam w panikę – odparła zdecydowanie Casey. – I gdyby 

nawet Steven wrócił, na pewno bym za niego nie wyszła.

–  Ależ  wyszłabyś,  moja  droga.  Drobne  nieporozumienie  to  jeszcze  nie 

powód, by odrzucać taką dobrą partię. Takie rzeczy się zdarzają.

Matka  podkreśliła  swoje  słowa  machnięciem  chusteczki,  obficie 

skropionej najmodniejszymi perfumami.

Drobne  nieporozumienie?  Wystawienie  narzeczonej  do  wiatru  przed 

ołtarzem  w  obecności  kilku  setek  ludzi  naprawdę  trudno  nazwać  drobnym 
nieporozumieniem.

– Rozmawiałem już z ojcem Stevena. Załatwi to z synem i wszystko jakoś 

się ułoży. Jak tylko zajmiemy się tym twoim małżeństwem, Cassandra – dodał z 
ożywieniem  ojciec  –  do  którego  w  ogóle  by  nie  doszło,  gdybyś  wcześniej 
powiadomiła nas o swych planach.

Właśnie  dlatego  dopiero  wczoraj  wieczorem  powiedziała  rodzicom  o 

ślubie.  A  najchętniej,  gdyby  Jake  tak  nie  nalegał,  wcale  by  ich  o  tym  nie 
uprzedziła.

Jakie  to  typowe  dla  Hendersona  Oakesa...  Przyjeżdża  na  ślub,  wydaje 

swoją  córkę  za  mąż  i  przez  cały  czas  kombinuje,  jak  tu  unieważnić  to 
małżeństwo.  Casey  ani  przez  chwilę  nie  wątpiła,  że  rodzice  przyjadą. 
Hendersonowi  i  Hilary  zawsze  zależało  na  pozorach.  Uważają,  że  dopóki 
wyglądają jak rodzina, to nią naprawdę są.

– Tato. – Casey zdecydowanym tonem zmusiła ojca do słuchania. – Teraz 

jestem już żoną Jake’a. I tak zostanie.

– Bzdura.
Nic  się  nie  zmieniło.  Ale  czy  mogła  się  spodziewać,  że  będzie  inaczej? 

Rodzice  nigdy  jej  nie  słuchali.  Nigdy  nie  interesowali  się  tym,  co  ma  do 
powiedzenia. Casey zapragnęła uciec do salonu. Śmiać się, tańczyć i bawić jak 
reszta gości. Uciec od tych ludzi, którzy przecież powinni ją kochać najbardziej.

–  Casey,  kochanie,  rozwód  też  jest  dla  ludzi.  –  Hilary  Oakes  znów 

pomachała  chusteczką.  –  Nawet  w  najlepszych  rodzinach  stał  się  czymś... 
zwyczajnym.

– Każę mojemu księgowemu skontaktować się z panem Parrishem – rzekł 

Henderson.  –  Jestem  pewien,  że  znajdziemy  jakieś  rozsądne  rozwiązanie  i 
zrekompensujemy mu wszelkie poniesione wydatki i kłopoty.

background image

Casey mocno zacisnęła pięści. Skoncentrowała się na bólu fizycznym, bo 

wtedy łatwiej jej było znieść słowa rodziców. Kłopoty? Ciekawe, czy Jake też 
uważa ją za kłopot...

– Casey?
Casey ze szczerą radością powitała Jake’a. Jeszcze nigdy jego widok nie 

sprawił jej takiej radości. W smokingu wyglądał wspaniale, choć wiedziała, że 
wcale nie jest zachwycony tym „idiotycznym przebraniem”, jak to określił.

Jake  skinął  głową  jej  matce,  a  do  ojca  wyciągnął  rękę.  Henderson, 

wyraźnie niechętnie, przywitał się ze swym nowym zięciem. Już otwierał usta, 
żeby coś powiedzieć, lecz Jake go uprzedził. Wziął Casey za ręce i delikatnie je
ścisnął.

– Zapraszam do naszego pierwszego tańca, pani Parrish.
– Z przyjemnością, drogi mężu.

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY

– Przeniosłem moje rzeczy do pokoju gościnnego – rzekł Jake, unikając 

jej wzroku.

– Nie rozumiem.
On  też  tego  nie  rozumiał.  Wiedział  tylko,  i  to  na  pewno,  że  sama 

przysięga  nie  oznacza  jeszcze  małżeństwa.  Do  tego  potrzebna  jest  miłość. 
Przekonał się o tym aż nadto boleśnie.

Goście  już  odjechali.  Resztki  po  przyjęciu  włożono  do  lodówki. 

Większość bałaganu posprzątano. Jake i Casey zostali sami.

A w domu było tak cicho.
Intymnie.
– Posłuchaj, Casey... – zaczął mówić Jake i spojrzał jej prosto w oczy. Nie 

był przecież tchórzem. – Oboje wiemy, że nie jest to normalne małżeństwo.

– Ale mogłoby być normalne.
Jedna  z  róż  wysunęła się  z  jej  wianka  i  opadła  na  policzek.  Casey  była 

lekko  zarumieniona,  a  na  prawej  piersi  miała  kilka  maleńkich  malinowych 
plamek. Najwyraźniej mała Lisa wymogła na swej nowej ciotce taniec czy dwa i 
nie umyła przedtem rąk.

Maliny i piersi Casey. Intrygująca kombinacja.
Jake zesztywniał, ale zignorował sygnały swego ciała. Mowy nie ma. Nie 

będą rządziły nim hormony.

–  Casey,  po  prostu  zobaczmy,  jak  się  nam  ułoży,  dobrze?  Powoli,  bez 

pośpiechu. Przyzwyczajmy się najpierw do siebie.

Casey  przechyliła  głowę  i  przez  chwilę  wpatrywała  się  w  Jake’a  w 

milczeniu.

– Dlaczego poprosiłeś mnie o rękę?
– Z wielu powodów.
– Podaj mi choć jeden – poprosiła i złożyła ręce na piersiach.
Jake  spojrzał  na  biust  Casey  i  przez  ułamek  sekundy,  zanim  się 

zorientował i spuścił oczy, wydawało mu się, że przez materiał jej sukni dojrzał 
ciemnoróżowe  sutki.  Jak  to  możliwe,  by  taka  skromna  sukienka  była  tak 
kusząca?

– Dobrze – mruknął. – Może jesteś w ciąży.
–  Kiepski  wykręt.  Za  tydzień  czy  dwa  będziemy  znali  prawdę.  Mogłeś 

zaczekać.

– No, dobrze, a co z moją rodziną, która przyłapała nas w łóżku?
Na  wspomnienie  jej  chłodnej,  jedwabistej  skóry  pod  swoimi  dłońmi  z 

trudem stłumił jęk. Przez cały miniony tydzień torturowały i prześladowały go 
te obrazy. Tak dobrze pamiętał jej głośne westchnienia. Ciche okrzyki radości i 

background image

wilgotną, gorącą kobiecość, zaciskającą się wokół niego.

Poczuł, że jego męskość też reaguje na te wspomnienia. Zmienił pozycję, 

oparł się o framugę, ale niewiele to pomogło.

– Owszem, było to dość krępujące, ale świat się od tego nie zawalił.
– Do jasnej cholery, Casey! Jakie to ma znaczenie, dlaczego poprosiłem 

cię o rękę? Poprosiłem, zgodziłaś się i teraz jesteśmy małżeństwem.

–  To  ma  znaczenie,  Jake.  –  Casey  rozplotła  ręce  i  zrobiła  krok  w  jego 

stronę. – Tak samo jak powód, dla którego ocaliłeś mnie przed przesłuchaniem 
rodziców.

Sam  nie  wiedział,  dlaczego  to  zrobił.  Po  prostu  zauważył,  że  Casey 

samotnie zmaga się z dwojgiem najbardziej onieśmielających ludzi na świecie, i 
pospieszył jej na ratunek. Instynkt opiekuńczy. Po prostu instynkt.

–  Miałem  wrażenie,  że  potrzebujesz  wsparcia  życzliwej  osoby  –

powiedział tylko.

– I zgłosiłeś się na ochotnika.
– Jestem twoim mężem.
– Właśnie.
Casey machinalnie kiwnęła głową. Potem objęła go za szyję.
– Casey.
Jake  nagle  zesztywniał.  Potrzebował  całej  swojej  siły  woli,  by  nie 

chwycić jej w ramiona i nie przytulić do siebie.

–  Jake  –  szepnęła i  wspięła  się  na  palce.  –  Nie  chcesz  wiedzieć, czemu 

zgodziłam się za ciebie wyjść? – spytała, niemal dotykając ustami jego warg.

– Nie – odparł, choć bardzo chciał wiedzieć, czemu to zrobiła. – Może z 

tych samych powodów, dla których ja ci się oświadczyłem.

– Nie. – Leciutko musnęła wargami jego usta.
Jake głośno wciągnął powietrze i mocno zacisnął pięści.
– To bardzo proste – zaczęła, lecz przerwała, by go pocałować. – Ja sama 

doszłam do tego dopiero dziś po południu.

Jake wiedział, co nastąpi. Przygotował się na jej deklarację.
–  Kocham  cię,  Jake.  Zawsze  cię  kochałam.  –  Znów  go  pocałowała.  –  I 

zawsze będę cię kochała.

Jego hormony uspokoiły się. Pożądanie zgasło jak żagiew oblana kubłem 

zimnej wody. Patrzył tylko na Casey w milczeniu, a ona od razu wyczuła, że coś 
jest nie tak. Zobaczył to w jej oczach. Rozplotła ręce i cofnęła się o krok.

– Jake?
– Kochasz mnie?
– Tak.
–  A  zaledwie  tydzień  temu  miałaś  zamiar  wyjść  za  kogoś  innego  –

przypomniał. – Jego też kochałaś?

– Nie.

background image

– Ale mimo to wyszłabyś za niego?
–  Może  w  ostatniej  chwili  powiedziałabym:  nie,  ale  tego  się  nigdy  nie 

dowiemy, prawda?

– Rzeczywiście.
Jake  oderwał  się  od  framugi  i  głęboko  wciągnął  powietrze,  ignorując 

zapach  perfum  Casey.  Cholera,  nie  może  sobie  pozwolić  na  uczucia  wobec 
jakiejkolwiek kobiety. Na zależność od niej. Dla nich przecież słowo „kocham” 
nic nie znaczy. I jeśli mężczyzna im uwierzy, przepada.

No, ale nie Jake Parrish.
Drugi raz nie da się żadnej nabrać.
Miał nadzieję, że uda im się osiągnąć jakiś kompromis. Wierzył, że będą 

przyjaciółmi  –  i  kochankami.  Przecież  już  się  przekonali,  że  w  łóżku  są 
idealnymi partnerami.

Ale  skoro  Casey  mówi  o  miłości,  on  nie  może  ryzykować.  Choćby  nie 

wiadomo jak tego pragnął, nie będzie się kochał z Casey, dopóki ta kobieta nie 
zrozumie,  że  on  nie  może  jej  kochać.  Nie  chciał  już  nigdy  więcej  mieć  do 
czynienia z miłością.

Casey  wstrzymała  oddech.  Jake  patrzył  na  nią  w  milczeniu  i  pomimo 

usilnych  starań  czuł,  jak  budzi  się  jego  ciało.  Ono  najwyraźniej  miało  inne 
plany.

– Dobranoc, Casey – mruknął i wyszedł, póki jeszcze było go na to stać.

Minął już ponad tydzień, ale nic się nie zmieniło.
Casey siedziała przy kuchennym stole i nie widzącym wzrokiem patrzyła 

w  okno.  Jake  był  gdzieś  na  terenie  rancza  ze  swoim  pracownikiem.  Tak  jak 
każdego  dnia  od  ich  ślubu.  Robił  wszystko,  co  mógł,  by  jej  unikać.  Nawet 
wieczorem, kiedy cała robota była już zrobiona i mogliby trochę porozmawiać, 
on chował się w swoim gabinecie. Drzwi do tego pokoju, tak jak i do jego serca, 
były przed nią. zamknięte.

Patrząc w przeszłość, Casey doszła do wniosku, że prawdziwe problemy 

zaczęły się, kiedy powiedziała swojemu świeżo poślubionemu  małżonkowi, że 
go kocha. Na jej twarzy pojawił się krzywy uśmiech. To nie były słowa, które w 
normalnej sytuacji mogłyby stać się zarzewiem wojny.

No, tak, ale nie była to przecież sytuacja normalna.
Casey  westchnęła  i  wypiła  łyk  kawy.  Już  zapomniała,  ile  filiżanek  tego 

dnia opróżniła. Uznała jednak, że powinna się nią cieszyć, dopóki może.

Jeśli  to,  co  podejrzewa,  okaże  się  prawdą,  przez  najbliższe  dziewięć 

miesięcy będzie się musiała obejść bez kofeiny.

Z przyjemnością sączyła gorący, czarny napar. Prawdziwa, mroźna zima 

zaczęła się w Simpson przed kilkoma dniami, ale  to  było nic w porównaniu z 
lodowatą atmosferą, jaka panowała w domu państwa Parrishów.

background image

Chyba  zaskoczyła  Jake’a  swą  miłosną  deklaracją.  Ona  też  była 

zaskoczona, kiedy sama sobie uświadomiła, że kocha Jake’a. Nie podejrzewała 
jednak, że po usłyszeniu jej wyznania mąż zmieni się w nieczuły na nic głaz.

Dzwonek telefonu przerwał te smutne rozmyślania i rozdrapywanie ran.
Zanim rozległ się po raz drugi, Casey chwyciła słuchawką.
– Halo? – warknęła.
–  Dzień  dobry,  słoneczko,  cieszę  się,  że  jesteś  w  dobrym  humorze  –

odrzekła Annie.

– Przepraszam. Nie jestem dziś w sosie.
– Rozumiem, pamiętam doskonale, jak ja się czułam w tych pierwszych 

dniach.

– Annie...
W ogóle nie powinna o tym mówić. Nawet swojej najlepszej przyjaciółce. 

Najpierw musi być pewna. No i porozmawiać z Jakiem.

– Więc jeszcze nie zrobiłaś testu?
– Nie.
– Dlaczego? Na co czekasz? Casey zmarszczyła brwi.
– Jeśli wynik będzie pozytywny, to dopiero się tu wszystko pokomplikuje.
– Case, kochanie, nierobienie tego testu również niczego nie zmieni.
– Wiem, wiem.
Casey  sięgnęła  do  szuflady  i  wyjęła  różowo-białe  pudełko,  które 

poprzedniego dnia kupiła w aptece.

– Zresztą to mało prawdopodobne – powiedziała z wymuszoną swobodą. 

– No, wiesz, szanse są niewielkie. Może jedna na milion.

– To prawda.
– Już wcześniej mój okres czasem się opóźniał.
– Tak bywa.
– Więc nie ma się czym martwic, prawda?
– Prawda.
– Kłamczucha.
– Tchórz.
– No, dobrze – westchnęła Casey. – Zrobię ten test.
– Teraz?
– Jak tylko odłożę słuchawkę.
– Pa.
Casey odłożyła słuchawkę i przez chwilę wpatrywała się w biało-różowe 

pudełko.

– Nadchodzi moment prawdy – mruknęła i powędrowała do łazienki.

Jake wszedł do kuchni i stanął jak wryty.
Nie poczuł żadnego smakowitego aromatu.

background image

Rozejrzał  się  dokoła.  Na  kuchni  nie  perkotał  żaden  garnek.  Na 

marmurowym  blacie  nie  było  patery  z  deserem.  Nawet  dzbanek  od  kawy  był 
pusty, choć palnik włączono.

Wszedł  do  środka,  wyłączył  palnik  i  rozejrzał  się  po  pustym  wnętrzu, 

szukając  Casey.  Gdzie  ona  się  podziewa?  Po  raz  pierwszy  w  czasie  ich 
krótkiego małżeństwa niczego nie ugotowała.

To dziwne, jak szybko człowiek się przyzwyczaja. Bo on przywykł już do 

brzęku  naczyń,  podśpiewywania  Casey  i  przede  wszystkim  do 
przygotowywanych przez nią potraw.

Ta  kobieta  była  Michałem  Aniołem  kuchni.  Po  ich  weselu  ludzie  w 

Simpson mówili prawie wyłącznie o przyjęciu, które praktycznie przygotowała 
samodzielnie.  Nic  dziwnego,  że  zadzwoniło  do  niej  już  kilkanaście  osób  z 
prośbą – nie, z błaganiem – by zorganizowała im przyjęcia.

Jake  zdjął  kapelusz, podrapał  się  w  głowę i  wszedł do  mrocznego holu. 

Nie paliło się tam żadne światło. W salonie też nie. Coś było nie w porządku.

A  czy  w  ogóle  coś  było  w  porządku?  Byli  chyba  jedyną  świeżo 

poślubioną parą, która nie tylko ze sobą nie sypiała, ale właściwie nawet się do 
siebie nie odzywała. Jake wiedział, że to jego wina. Casey próbowała nawiązać 
z nim kontakt. Ale za każdym razem, kiedy czuł, że za chwilę ulegnie, weźmie 
ją w ramiona i zacznie całować, w głębi duszy słyszał jej głos mówiący te dwa 
słowa „kocham cię” i całe pożądanie nagle znikało.

Jake skrzywił się i przyspieszył kroku. Na końcu korytarza drzwi do jego 

sypialni – a teraz sypialni Casey – były szeroko otwarte. Zajrzał do mrocznego 
pokoju i wyszeptał jej imię. Cisza. Co się dzieje? W tej chwili dostrzegł smugę 
światła pod drzwiami do łazienki. Podszedł tam ostrożnie.

Zza  zamkniętych  drzwi  słyszał  jej  głos,  mruczący  coś  pod  nosem,  i  od 

razu poczuł ulgę. Zapukał delikatnie.

– Jake?
– Tak. To ja. Wszystko w porządku?
– Jasne – odparła i pociągnęła nosem. – Na różowo. Coś w jej głosie go 

zaniepokoiło. Musiał się dowiedzieć, o co chodzi.

– Casey? Otwórz.
– Idź sobie, Jake.
Akurat. Tym bardziej musiał się dowiedzieć. Rzucił kapelusz na łóżko i z 

groźną miną stanął przed zamkniętymi drzwiami.

– Casey, nie odejdę, dopóki nie powiesz mi, o co chodzi. Casey zaśmiała 

się. Ale był to śmiech zduszony i pełen bólu.

– Casey, do jasnej cholery...
– Odejdź...
–  Otworzysz  te  drzwi,  czy  mam  je  wyjąć  z  zawiasów?  Znów  ten  sam 

bolesny śmiech.

background image

– Prościej będzie nacisnąć klamkę – powiedziała w końcu. – Wcale nie są 

zamknięte.

Jake natychmiast otworzył drzwi. Światło oślepiło go i dopiero po chwili 

ujrzał  siedzącą  na  brzegu  wanny  Casey.  W  ręku  trzymała  biały  plastikowy 
pręcik.

– Casey?
– Biały, nie. Różowy, tak.
– Co mówisz?
– Biały, nie. Różowy, tak.
Nie  patrzyła  na  niego.  Jak  zaczarowana  wpatrywała  się  w  ten  cholerny 

pręcik.

– Jak myślisz, dlaczego jest różowy?
– Co jest różowe?
Jake  rozejrzał  się  po  łazience.  Szukał  jakiejś  podpowiedzi,  bo  Casey 

najwyraźniej nie kwapiła się do wyjaśnień. Musiał poradzić sobie sam. Od dnia 
ślubu nie był w tej łazience. Kiedy ona zdążyła zasadzić kwiatki w stojącej na 
oknie terakotowej skrzynce?

Jake  pokręcił  głową  i  kontynuował  inspekcję.  Zaskoczył  go  widok 

kobiecych kosmetyków na półeczkach, na których do tej pory stała tylko tubka z 
pastą do zębów i płyn po goleniu. Wtedy na brzegu umywalki  zauważył jakąś 
instrukcję. Sięgnął po nią i w tej samej chwili odezwała się Casey.

–  Różowy  to  chyba  znaczy,  że  urodzi  się  dziewczynka.  Jake 

znieruchomiał, a potem spojrzał na jej pochyloną głowę.

–  Nie  –  mówiła dalej  do  siebie.  –  Różowy  po  prostu  oznacza  ciążę.  To 

może być równie dobrze chłopiec.

Dziewczynka?  Chłopiec?  Jake’owi  zaschło  w  ustach,  a  jego  mózg  na 

moment przestał pracować. Czy ona  rzeczywiście  powiedziała to,  co usłyszał? 
Nie, oczywiście, że nie. Przecież to było tylko raz. Szanse są znikome.

Casey  uniosła  głowę  i  spojrzała  na  niego  oczami  pełnymi  łez. 

Natychmiast zapomniał o statystyce. Już wiedział. Na pewno.

– Gratulacje, Jake. Jesteśmy w ciąży.
Casey  wciągnęła  powietrze,  palce  mocno  zacisnęła  na  plastikowym 

pręciku i skuliła ramiona. Była gotowa na wszystko.

W ciąży.
Minęło  kilka  chwil.  Zaledwie  dwa  lub  trzy  uderzenia  serca.  A  jednak 

przez ten moment zobaczył w jej oczach wszystko. Zdziwienie. Radość. Strach. 
Niepewność. Zdecydowanie.

Przyklęknął przed nią i aż się wzdrygnął, czując poprzez materiał dżinsów 

zimne kafelki. Przez głowę przemknęła mu myśl, że koniecznie musi położyć tu 
wykładzinę.  Nie  chce  przecież,  żeby  Casey  się  przeziębiła  albo,  co  gorsza, 
pośliznęła.

background image

Wyjął  jej  z  ręki  plastikowy  pręcik  zabarwiony  na  intensywnie  różowy 

kolor. Natychmiast ujął jej lodowate dłonie.

–  Niczego nie  żałuję, Jake  –  szepnęła przez  łzy. –  Wiem, że  nie  chcesz 

tego dziecka, ale ja tak. I będę je kochała za nas oboje.

– Mylisz się, Casey. To nasze dziecko. To my będziemy mieli dziecko. –

Jake  przysiadł  na  brzegu  wanny  i  objął  ją  ramieniem.  –  To  najwspanialszy 
prezent gwiazdkowy,  jaki  kiedykolwiek dostałem. I choć  wszystko zaczęło się 
nie tak, teraz staliśmy się rodziną.

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY

Dziecko.
Zaledwie przed trzema tygodniami był zadowolonym z życia kawalerem. 

Teraz  jest  mężem  kobiety, której nie  widział od  lat, i  wkrótce zostanie ojcem. 
Jake wzniósł oczy do nieba. Ten tam w górze ma osobliwe poczucie humoru.

Casey wyprostowała ramiona i potrząsnęła głową. Wciąż wpatrywała się 

w plastikowy pręcik, jakby nie mogła uwierzyć w to, co widzi.

– Patrzeniem nie zmienisz jego koloru.
– To takie dziwne – mruknęła.
– Ciąża?
– Nie tylko. Choć to jest najdziwniejsze. Ale mam na myśli w ogóle całą 

naszą sytuację.

Jake opuścił ramię i przysunął się bliżej niej.
– Trzy tygodnie temu wszystko wyglądało zupełnie inaczej – powiedziała.
Jake spochmurniał, mimo że przed chwilą i on pomyślał to samo.
– Miałam przecież wyjść za Stevena.
Casey spuściła wzrok na trzymany w ręku pręcik.
Na  szczęście  nie  zauważyła  reakcji  Jake’a,  który  wciąż  nie  mógł 

zrozumieć, że narzeczonych można zmieniać jak rękawiczki.

– I gdybym za niego wyszła – mówiła bardziej do siebie niż do niego –

sytuacja wyglądałaby zupełnie inaczej.

Owszem, ale co to ma do rzeczy? Nie wyszła za Stevena. Poślubiła Jake’a 

i pora się z tym pogodzić.

– Steven chyba nawet nie chciał mieć dzieci. Zaciekawiła go ta uwaga.
– Nie wiesz tego na pewno? Casey pokręciła głową.
–  Właściwie niewiele  ze  sobą  rozmawialiśmy. Chyba  nie  świadczy  to  o 

mnie  dobrze,  co?  Byłam  gotowa  wyjść  za  człowieka,  z  którym  nawet  nie 
rozmawiałam.

– Casey, nie wiem.
Rzeczywiście nie  wiedział,  jak  to  ocenić. Nie  sprawiała  wrażenia  osoby 

lekkomyślnej, ale cóż on wiedział o kobietach? Najlepszym dowodem było to, 
że ożenił się z Lindą.

– Nawet nie wiem, jak doszło do naszych zaręczyn.
– Co takiego?
– Naprawdę. Czasami próbuję sobie dokładnie przypomnieć, kiedy Steven 

mi się oświadczył...

Jake  nie  był  wcale  zachwycony,  że  Casey  wciąż  myśli  o  swym  byłym 

narzeczonym, choć jest już jego żoną.

–  Chyba  w  ogóle  mi  się  nie  oświadczył.  Po  prostu  tak  samo  wyszło. 

background image

Oczywiście nasi rodzice byli tym zachwyceni.

Jake od początku nie lubił Stevena, ale świadomość, że rodzice Casey go 

aprobowali, sprawiła, że teraz lubił go jeszcze mniej.

Uznał nagle, że ma już dość słuchania o tym wiarołomnym narzeczonym, 

wstał więc i wyciągnął rękę do żony.

– Wystarczy tego gadania o Stevenie, Casey. Spojrzała na niego, ale nie 

podała mu ręki.

– To my jesteśmy teraz małżeństwem. My będziemy mieli dziecko.
– Jeśli chodzi o dziecko, Jake, to masz rację. Rzeczywiście będziemy je 

mieli. Ale co do małżeństwa, to łączy nas wyłącznie tamta krótka ceremonia.

– Co? – Jake’owi zrobiło się głupio i opuścił rękę. – O czym ty mówisz?
– Mówię o nas. O tobie i o mnie.
– To, co mówisz, nie ma sensu.
– Nie, to nasze małżeństwo nie ma sensu.
Jake  westchnął  głęboko.  Przez  ostatnie  dwa  tygodnie  przykładnie 

pracował. Trzymał się od Casey z daleka. W nocy nie mógł usnąć, myśląc, że w 
drugiej  sypialni  leży  w  łóżku  ona  I  to  wszystko  dla  jej  dobra.  Czy  Casey  nie 
potrafi zrozumieć,  że trzymanie się od niej z daleka tyle go kosztuje? Czy nie 
widzi  jego  podpuchniętych  od  bezsenności  oczu?  Czy  ma  jej  powiedzieć,  że 
marzy o niej po nocach? Że wspomina jej pieszczoty, jej zapach, jej smak?

– Skoro jesteśmy małżeństwem – mówiła dalej, nie zrażona jego surową 

miną i milczeniem – to czy nie powinniśmy przynajmniej udawać, że jesteśmy 
prawdziwą parą?

– Nie musimy niczego udawać. Jesteśmy prawdziwą parą. Harry udzielił 

nam ślubu.

–  Nie  jesteśmy  parą,  Jake,  tylko  dwojgiem  ludzi  żyjących  pod  jednym 

dachem. Jesteśmy zaledwie współlokatorami.

– Casey, mówiłem ci  już, że moim zdaniem potrzeba nam trochę  czasu, 

by do tego przywyknąć.

–  Jeśli  żałujesz,  że  się  ze  mną  ożeniłeś,  Jake,  to  po  prostu  to  powiedz. 

Poproszę ojca, żeby załatwił nam rozwód. Możesz być pewien, że on o niczym 
innym nie marzy.

Jake’a  ogarnęła  niesamowita  złość.  Czy  miało  to  sens,  czy  nie,  był 

wściekły, że Casey tak beztrosko mówi o rozwodzie.

– Nie będzie żadnego rozwodu, Casey – warknął przez zaciśnięte zęby. –

Im szybciej się z tym pogodzisz, tym lepiej. Nie mam zamiaru przez cos takiego 
po raz drugi przechodzić. Poza tym mam na względzie dobro mojego dziecka.

Casey  zesztywniała.  Przecież  tak  naprawdę  wcale  nie  chciała  rozwodu. 

Pragnęła mieć męża. Męża, którego mogłaby kochać.

– Masz rację. Nie będzie żadnego rozwodu. Ja też go nie chcę.
Jake trochę się odprężył, postanowiła więc atakować dalej.

background image

– Ale chcę mieć przy sobie kogoś bliskiego, a nie tylko współlokatora. –

Czekała,  żeby  Jake  podjął  dyskusję,  lecz  kiedy  milczał,  mówiła  dalej.  –  Chcę 
kogoś, z kim mogłabym rozmawiać. Śmiać się. Snuć wspólne plany.

Jake spuścił głowę.
– Kogo mogłabym kochać – dodała i natychmiast przeraziła się chłodem, 

który znów pojawił się w jego spojrzeniu.

– Nie mieszaj do tego miłości, dobrze?
–  Jak  można  nie  mieszać  miłości  do  małżeństwa?  Jake  uśmiechnął  się 

kwaśno.

–  Uwierz  mi.  Dużo  łatwiej  jest  jej  nie  mieszać,  niż  próbować  ją 

zatrzymać.

Casey poczuła rozczarowanie. Jake zawsze był uparty. Każdy mężczyzna 

poddałby się tamtej niezręcznej próbie uwiedzenia sprzed pięciu lat i oszczędził 
im obojgu utraconej szansy na szczęście.

Z  powodu  jego  poczucia  honoru  stracili  pięć  lat.  Casey  nie  miała 

wątpliwości,  że  gdyby  wtedy  Jake  jej  uległ,  obudziłaby  się  w  nich  uśpiona 
miłość.  Byliby od  tamtej  pory  razem. I  może dziecko,  którego teraz  oczekują, 
byłoby ich drugim. A może nawet trzecim.

– No, chodźmy już – rzekł w końcu Jake i wziął ją za rękę. – Powinnaś 

coś zjeść.

Przechodząc  przez  dom,  Jake  zapalał  światła  we  wszystkich  mijanych 

pomieszczeniach.  Wkrótce  w  ogromnym  domisku  zapanował  miły,  rodzinny 
nastrój.

Casey  nagle  zrozumiała,  w  jaki  sposób  powinna  zdobyć  swego  męża. 

Zapalać stopniowo kolejne światełka, aż całkowicie rozświetli jego duszę.

– Widzisz?
Jake  rozprostował  leżącą  na  biurku  mapę  okolicy  i  wskazał  kawałek 

gruntu, zakreślony czerwonym atramentem.

Casey nachyliła się nad nim, a on od razu zaczął szybciej oddychać. Już 

sam  jej  zapach  doprowadzał  go  do  szaleństwa.  Pukiel  delikatnych,  lśniących 
włosów, muskający mu policzek, był szczególnie niebezpieczny. Wiedział, jak 
pachną jej włosy. Różami i obietnicą.

– Kto narysował tę linię? – spytała.
– Ja.
Jake  celowo  unikał  patrzenia  w  jej  oczy.  Tylko  dzięki  temu  jakoś  się 

trzymał.

–  Od  lat  miałem  ochotę  na  tę  ziemię.  Zakreśliłem  ją  sobie  jako  obiekt 

marzeń.

– Aha.
Mimo iż  wiedział, że nie powinien, zrozumienie  w  jej głosie kazało  mu 

background image

jednak  na  nią  spojrzeć. Od  kilku  dni,  od  wieczora,  kiedy dowiedzieli się  o  jej 
ciąży, starał się być lepszym mężem.

Po  kolacji  siadywali  teraz  w  salonie.  Oglądali  filmy  i  jakieś  idiotyczne 

programy  rozrywkowe,  lecz  mając  ją  tuż  obok  na  kanapie,  Jake  zupełnie  nie 
potrafił się skoncentrować. Rozmawiali o jego planach związanych z ranczem i 
o  przyjęciach,  których  zorganizowanie  zamówiono  u  Casey.  Słuchał,  jak  z 
przejęciem  opowiada  o  ich  pierwszym  wspólnym  Bożym  Narodzeniu,  ale  nie 
podzielał jej zapału.

Robili wszystko razem, nie dzielili tylko sypialni. A on cały czas myślał o 

byciu z nią. O trzymaniu jej w objęciach i wtulaniu się w ciepło jej ciała. I były 
to myśli bardzo niebezpieczne. Nie mógł podjąć takiego ryzyka. Jeszcze nie.

Jednak  nad  pewnymi  rzeczami  trzeba  się  było  zastanowić.  Nie  mógł 

przecież do końca życia żyć w celibacie. Musiał więc najpierw nabrać do Casey 
emocjonalnego  dystansu,  a  dopiero  potem  skoncentrować  się  na  fizycznej 
stronie ich małżeństwa. Wtedy już wszystko pójdzie gładko.

Casey uważnie go obserwowała.
Odsunął na bok te niewygodne myśli i wrócił do przerwanej rozmowy.
– Co to znaczy „aha”?
– Nic. – Casey elegancko wzruszyła ramieniem. – Po prostu nie miałam 

pojęcia, że uprawiasz pozytywną wizualizację.

– Co takiego?
– Pozytywną wizualizację.
Casey  odsunęła  się  trochę,  a  on  nareszcie  był  w  stanie  normalnie 

oddychać.

–  Nie  mam  pojęcia,  o  czym  mówisz  –  rzekł.  –  Ja  tylko  zakreśliłem 

miejsce, na którym mi zależy.

– Właśnie. Pozytywna wizualizacja oznacza, że skupiasz swoją energię na 

przedmiocie pożądania i ściągasz na pomoc wszystkie energie wszechświata.

Jake nie mógł się nie roześmiać. Miała tak bardzo poważną minę. Jakby 

była  przekonana,  że  energia  wszechświata  pomoże  w  rozwiązaniu  wszystkich 
problemów. Śmiech uwiązł mu w gardle, kiedy zauważył, że śmieje się tylko on.

– Jeśli chcesz wiedzieć, to napisano na ten temat kilka książek.
– O UFO też pisano.
– To nie to samo.
– Zgadza się. Chodzi o inne wszechświaty.
–  Choć  są  to  bardzo  ciekawe  książki  –  dodała  w  zamyśleniu  –  moją 

ulubioną jest ta o bogach jeżdżących na rydwanach.

Jake znów parsknął śmiechem.
– Niech ci będzie – mruknęła, ruszając ku drzwiom. – Miałam na  myśli 

tylko to, że dzięki skupieniu energii swojej i wszechświata udało ci się osiągnąć 
cel.

background image

– Jasne – odparował Jake, podążając za nią. – Jak tylko zebrałem forsę, 

którą Don chciał za tę ziemię.

– Właśnie.
Jake  znów  się  roześmiał.  Już  od  dawna  tak  często  się  nie  śmiał  jak 

ostatnio.

– Co właśnie?
Casey usiadła na kanapie i zaczekała, aż Jake do niej dołączy.
– Zdobyłeś te pieniądze, bo pomogły ci energie wszechświata.
– Jesteś niesamowita.
– Dzięki.
Jake  był  zupełnie  nie  przygotowany.  Niczego  nie  słyszał.  Kiedy  co 

najmniej trzynaście kilo sapiącej, zaślinionej futrzanej masy wylądowało mu na 
brzuchu, jęknął przerażony.

– Cześć, maleńki – zapiszczała uradowana Casey.
– Spadaj, ty zapchlony kundlu!
Wielki szczeniak spojrzał na niego z wyraźnym wyrzutem.
– Ranisz jego uczucia, Jake.
Gdyby  pies  wylądował  parę  centymetrów  niżej,  zraniłby  coś  dużo  dla 

Jake’a cenniejszego niż uczucia. Patrząc jednak w brązowe, smutne oczy omal 
nie poczuł się winny.

– Nie przejmuj się, Stumbles – uspokoiła psa Casey. – Chodź tutaj i nie 

przejmuj się tatusiem.

– Nie jestem żadnym tatusiem dla tego kundla – oburzył się Jake.
Casey nie zwracała na niego najmniejszej uwagi. Pies zresztą też nie.
W  zdumieniu  patrzył,  jak  jego  żona  pieści  to  najbrzydsze  zwierzę  na 

świecie.  Jego  szaroczarna  sierść  sterczała  kępkami  we  wszystkie  strony.  Miał 
krzywe,  długie  uszy,  które  sprawiały,  że  wyglądał  na  wiecznie  zdziwionego. 
Miał też ogromne łapy. Aż strach było pomyśleć, jak wielkie wyrośnie z niego 
zwierzę.

Jake  nie  miał  pojęcia,  jak  do  tego  doszło,  że  stał  się  właścicielem  tego 

psa.  Podejrzewał,  że  Casey  też  nie  ma  pojęcia,  jak  to  się  stało.  Szczeniak  po 
prostu zjawił się tam któregoś wieczora i został.

Casey od razu nazwała psa ich „bożonarodzeniowym gościem” i chłodno 

poinformowała  Jake’a,  że  ściągnie  na  nich  straszne  nieszczęście,  jeśli  go 
wyrzuci.

– Wcale nie jest brzydki – powiedziała cicho.
– Skąd wiedziałaś, o czym myślę?
– To wcale nie było trudne. Ciągle to powtarzasz. Stumbles przez chwilę 

kręcił  się  po  kanapie,  aż  umościł  się  wygodnie  pomiędzy  Casey  i  Jakiem. 
Położył  głowę na  kolanach  swej  pani,  zamknął  oczy i  od  razu zaczął  chrapać. 
Jake zmarszczył brwi, widząc pozycję psiaka. Musiał przyznać w duchu, że mu 

background image

zazdrości.

– Zawsze chciałam mieć psa – szepnęła Casey.
Jake  patrzył,  jak  szczupłe  palce  gładzą  gęste  futro  kundla.  W  jej  głosie 

było tyle smutku, że nie mógł jej nie współczuć. Już sobie wyobrażał reakcję jej 
rodziców  na  takiego  psa.  Natychmiast  wezwaliby  kogoś  ze  schroniska  dla 
bezdomnych  zwierząt  i  biedactwo  spędziłoby  tam  resztę  życia,  bo  takiego 
brzydactwa nikt by nigdy nie chciał wziąć.

Jake  zmarszczył  brwi  i  spojrzał  na  szczęśliwe,  pochrapujące  zwierzę. 

Gdyby nie czułe serce Casey, marny by był jego los.

Natychmiast  przypomniał  sobie  Casey  jako  nastolatką.  Pamiętał,  jak 

bardzo  lubiła  wszystkie  zwierzęta.  Od kotów-dachowców po  konie.  Nigdy  nie 
miała ich dość. A jedynym zwierzęciem, jakie tolerowali jej rodzice, był bawół 
na pięciocentówce.

Komuś  tak  czułemu  i  wrażliwemu  jak  Casey  na  pewno  trudno  się  żyło 

wśród takich ludzi.

–  Jeśli  to  zwierzę  ma  u  nas  zostać,  trzeba  go  będzie  zawieźć  do 

weterynarza i zaszczepić.

Casey uśmiechnęła się, a dla Jake’a było to cudowną nagrodą.
–  Powinniśmy  mu  także  sprawić  obrożę  –  powiedziała.  –  I  znaczek  z 

adresem właściciela. Nie chcielibyśmy przecież, żeby ktoś go ukradł.

Jake  wybuchnął  śmiechem,  a  psina  poruszyła  się,  wyraźnie 

niezadowolona.  Na  całym  świecie  nie  znalazłby  się  wariat,  który  chciałby 
ukraść  tego  potwora.  Ale  skoro  Casey  chce,  żeby  miał  obrożę  i  wizytówkę, 
będzie ją miał.

Jake  starał  się  być  dla  niej  miły.  Przecież,  poza  wszystkim,  była  matką 

jego dziecka.

Kilka  dni  później  Casey  stała  w  nowocześnie  urządzonej  kuchni  i 

oglądała  dzieło  swych  rąk.  Bolały  ją  wszystkie  mięśnie.  Przez  pół  nocy 
pracowała  nad  zrealizowaniem  tego  zamówienia,  ale  rezultat  wart  był  takiego 
wysiłku.

Tyle nowych rzeczy ostatnio się w jej życiu wydarzyło. Wyszła za mąż, 

zaszła w ciążę i rozpoczęła nową, obiecującą karierę.

–  Kto  by  to  pomyślał,  co,  psinko?  –  mruknęła  do  leżącego  pod 

kuchennym stołem zwierzęcia.

Odpowiedziało jej bicie ogona o posadzkę i ciche skomlenie.
– Nie ma mowy – zaśmiała się. – Te smakołyki nie są dla ciebie.
Pies z rezygnacją złożył łeb  na łapach i  przyglądał się swojej pani  spod 

oka.

Casey  uważnie  oglądała  ustawione  na  blatach  półmiski.  Po  raz  trzeci 

sprawdzała listę.

background image

– Napoleonki są. Ptysie są. Ekierki są... Kruche ciasteczka są.
I to ogromna rozmaitość – gwiazdki, aniołki, święte mikołaje – wszystkie 

posypane grubym cukrem.

Mogła odetchnąć z ulgą. Koniec. Odwaliła kawał dobrej roboty.
Było to najważniejsze zamówienie, jakie dostała od dnia swojego ślubu. 

Gwiazdkowa loteria zorganizowana przez Koło Pań z Simpson może oznaczać 
dla niej wspaniały start. Albo kompletną katastrofę.

– Gotowa?
W  drzwiach  stanął  Jake.  Ubrany  w  dżinsy,  spraną  flanelową  koszulę  z 

rękawami zawiniętymi po łokcie, wyglądał oszałamiająco. Patrzył na nią tak, że 
w gardle jej zaschło, a serce zaczęło szybciej bić.

Szybko  jednak  to,  co  dostrzegła  w  jego  spojrzeniu,  przeistoczyło  się  w 

coś  dobrze  Casey  znanego  i  wyłącznie  przyjacielskiego.  Znów  zrobiło  się  jej 
przykro. Owszem, ich życie coraz lepiej się układało. Ale nadal nie dzielili łoża. 
Jake wciąż odmawiał jej swego ciała. Nie tylko zresztą ciała.

Serca też.
– Casey?
–  Hm?  Przepraszam.  Zamyśliłam  się.  Jake  kiwnął  głową  i  wszedł  do 

kuchni.

– Możemy jechać?
– Jake, nie musisz mnie zawozić. Mogę sama poprowadzić furgonetkę.
– Nie ma sprawy. Poza tym nie chcę, żebyś nosiła te tace i półmiski.
Casey westchnęła i skinęła głową.
– Wyglądasz na zmęczoną.
– Bo jestem. Pracowałam do późnej nocy.
– Nie powinnaś tego robić. Nie wolno ci ciężko pracować. Jesteś w ciąży. 

Casey. Musisz dużo odpoczywać.

– Czuję się znakomicie.
Jake nie był bynajmniej o tym przekonany.
– Kiedy masz kontrolę u lekarza?
– Dziś po południu. O trzeciej.
– Myślisz, że lekarce będzie przeszkadzała moja obecność?
–  Mówiła,  że  ojcowie  są  zawsze  mile  widziani.  O  ile  będą  grzeczni  –

uśmiechnęła się Casey.

–  Dobrze. – Jake wziął do  ręki jeden ze złożonych kartonów na  ciasta i 

zaczął  go  rozkładać.  –  Muszę  zapytać,  co  sądzi  o  tej  twojej  pracy.  Nie  chcę, 
żeby zaszkodziła tobie albo dziecku.

– Jake...
– Chcę tylko zapytać.
Casey westchnęła i zmieniła temat.
– Myślałam, że przed wizytą u lekarza odwiedzę jeszcze Annie.

background image

–  Dobrze  –  zgodził  się  Jake  i  wstawił  tacę  z  ekierkami  do 

przygotowanego  pudełka.  –  Muszę  coś  załatwić  w  mieście,  więc  najpierw 
dostarczymy  te  pyszności,  a  potem  podrzucę  cię  do  Annie.  Przed  trzecią  po 
ciebie wrócę.

Casey  wiedziała  już,  że  dyskusja  z  nim  nie  ma  sensu.  Najwyraźniej 

postanowił być doskonałym ojcem. Na początek dobre i to. Prawda?

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

– Mam wrażenie, że zaczynam wariować.
Poważny ton wypowiedzi syna rozbawił Franka Parrisha.
– Nic podobnego, synu. Po prostu zbyt dużo czasu poświęcasz na kłótnie 

ze swoim zdrowym rozsądkiem, zamiast w końcu go posłuchać.

Jake  przez  chwilę  patrzył  przez  okno  na  miejski  park.  Jacyś  mężczyźni 

ubierali choinkę. On sam, niestety, nie był w świątecznym nastroju.

–  Nie  rozumiem,  o  co  ci  chodzi  –  zwrócił  się  do  ojca,  siedzącego  w 

starym, ale wygodnym fotelu.

– Myślę, że rozumiesz i właśnie tego się boisz.
– Boję się? – parsknął ponurym śmiechem Jake.  – Niczego się nie boję, 

tato.

–  Ciekawe,  jak  inaczej  można  by  to  nazwać?  Masz  miłą  i  ładną  żonę, 

która  urodzi  twoje  dziecko,  masz  ranczo,  duży  dom  i  tę  ziemię,  o  której  tak 
długo marzyłeś. Skoro niczego się nie boisz, to dlaczego nie jesteś szczęśliwy?

Brzmiało to rzeczywiście absurdalnie, ale przecież większość tych rzeczy 

miał  wcześniej.  Pomimo  to  jednak  Linda go  zostawiła. A  on  długo  potem  nie 
mógł dojść do siebie.

Nie będzie ryzykował po raz drugi. Nawet z Casey.
– Casey jest zupełnie inna niż Linda – rzekł cicho ojciec.
– Nigdy nie twierdziłem, że ją przypomina.
– Nie musiałeś. Codziennie widać to w twoich oczach.
– Co takiego?
–  Jakbyś  każdego  dnia  czekał,  że  wiszący  nad  tobą  topór  w  końcu 

opadnie. Uważasz na burzę, ale nie zauważasz słońca.

– Jeśli nie będę uważał, wpadnę w sam środek burzy. I co wtedy?
– Zmokniesz.
Jake roześmiał się, choć wcale nie było mu wesoło.
– Potem się wysuszysz i zaczniesz od nowa.
– Nie, dzięki.
Jake wiedział, że to, co przeżył z Lindą, byłoby niczym w porównaniu z 

tym,  co  groziło  mu  tym  razem.  Był  tego  pewien,  bo  jego  uczuć  do  Casey nie 
dało się z niczym porównać.

Każdy  spędzony  z  nią  dzień  był  wspaniały.  Jej  głos,  jej  kroki 

rozbrzmiewające po kiedyś tak cichym domu, były dla niego jak najpiękniejsza 
muzyka.  Dopiero  kiedy  pojawiła  się,  Casey,  Jake  zrozumiał,  jak  bardzo  był 
samotny.

Gdyby  jednak  pozwolił  sobie  na  miłość,  gdyby  powiedział  Casey, że  ją 

kocha, a potem by ją stracił, nie przeżyłby tego.

background image

– To, oczywiście, twoja decyzja.
– Co takiego?
Jake spojrzał ojcu prosto w oczy.
– Możesz wykorzystać tę drugą szansę, jaka ci się w życiu trafiła.
Jake pokręcił głową.
–  Albo  –  mówił  dalej  Frank  –  odwrócić  się  do  niej  plecami  i  dalej  żyć 

samotnie tak jak przez ostatnie kilka lat.

Też mi wybór.
Samotność.
Albo wewnętrzna śmierć, jeśli znów miałby zostać sam.

– Więc jak się czuje moja ciężarna? Casey uśmiechnęła się do Annie.
– Wspaniale. – Szybko jednak spoważniała. – A może powinnam czuć się 

okropnie? Myślisz, że może coś jest ze mną nie w porządku?

– Myślę, że wszystko jest w porządku, tylko za bardzo się przejmujesz. –

Annie  przeciągnęła  rzadkim  grzebieniem  po  wilgotnych,  siwych  włosach 
klientki.  –  Popatrz  na  panią  Dieter.  Ona  niczym  się  nie  martwi.  –  Annie 
podniosła głos prawie do krzyku. – Prawda, proszę pani?

– Jakiej marchwi? – zadudnił głos staruszki.
Casey zaśmiała się cicho i wymieniła z Annie rozbawione spojrzenie. W 

powietrzu unosił się ostry, drażniący nozdrza zapach płynu do trwałej ondulacji.

Annie  była  właścicielką  i  jedyną  pracownicą  tego  salonu  fryzjerskiego, 

więc  jej  klientki  zawsze  musiały  trochę  poczekać,  ale,  jak  przekonywała  je 
Annie, jej usługi były tego warte.

Casey  przechadzała  się  po  niewielkim  pomieszczeniu,  podziwiając 

gąszcze roślin, które nadawały wnętrzu wygląd tropikalnego lasu. Wśród zieleni 
połyskiwały srebrne i złote gwiazdki, a na ścianach wisiały ogromne plakaty ze 
Świętym  Mikołajem  i  bałwankami.  Wokół  okien  rozwieszono  różnokolorowe 
lampki, a z magnetofonu płynęły cicho dźwięki kolędy.

Ogromna, sięgająca sufitu półka pełna była romansów i kolorowych pism 

oraz katalogów. W rogu stał niski stolik i cztery miękkie fotele.

Ponieważ  za  chwilę  wybierały  się  razem  na  obiad,  Casey  usiadła  w 

jednym z foteli i wzięła do ręki jakiś katalog.

–  To  nie  potrwa  długo  –  zapewniła  ją  Annie.  –  Musiałam  dziś  przyjąć 

panią  Dieter, bo przyjeżdża jej wnuk i  zabiera ją do siebie na święta. –  Annie 
znów podniosła głos. – Joe jest znakomitym tancerzem.

– Jak mogę odpowiedzieć na twoje pytanie, kochaniutka, skoro go wcale 

nie słyszę.

Starsza pani zamknęła oczy, najwyraźniej gotując się do krótkiej drzemki.
–  A  więc  jak  mój  braciszek  przyjął  wiadomość  o  swoim  ojcostwie?  –

Annie z uśmiechem zwróciła się do bratowej.

background image

– Wydaje się zadowolony.
Casey nie była wcale tego taka pewna, ale nieraz słyszała, jak mruczy pod 

nosem „dziecko”, więc wygląda na to, że często o nim myśli.

– Wcale mnie to nie dziwi.
Casey  chciałaby  tylko,  by  Jake  choć  w  połowie  był  tak  zadowolony  z 

tego,  że  jest  jej  mężem.  Owszem,  od  czasu,  kiedy  zrobiła  ten  test  ciążowy, 
sprawy  między  nimi  bardzo  się  poprawiły.  Wieczorami  naprawdę  ze  sobą 
rozmawiali. Jake był bardzo troskliwy, często proponował jej herbatę, przynosił 
poduszkę i tak dalej. Zachowywał się zupełnie jak przyszły ojciec z filmów z lat 
pięćdziesiątych.

Wciąż jednak sypiali w oddzielnych pokojach i za każdym razem, kiedy 

rozmowa  zbaczała  na  tematy  bardziej  osobiste,  pod  jakimś  pretekstem 
wychodził z pokoju.

– A jak... inne sprawy?
– Bez zmian.
W głosie Casey brzmiała wyraźna była nuta zawodu. Ale cóż mogła na to 

poradzić? Już przed pięciu laty próbowała uwieść Jake’a. Najwyraźniej nie jest 
w tym dobra.

A poza tym jak uwodzi się własnego męża?
– Jake był zawsze niesamowicie uparty. Dziwią się, że w ogóle zaszłaś w 

ciążę.  –  Annie  machinalnie  zbyt  mocno  pociągnęła  lokówkę  i  starsza  pani 
otworzyła oczy.

Casey zagięła w katalogu róg strony, na której znalazła kilka rzeczy, które 

chciała zamówić.

– Myślisz, że w którymś z pism znajdę radę, jak uwieść własnego męża?
Annie  otworzyła  usta,  żeby  jej  odpowiedzieć,  ale  pani  Dieter  była 

szybsza.

– Niech go pani powita w drzwiach naga – powiedziała zdecydowanie. –

Mój mąż zawsze się na to łapał.

Casey i Annie wymieniły spojrzenia.
Potem obie spojrzały na zasuszoną staruszkę.
–  Na  Boże  Narodzenie  –  mówiła  dalej  pani  Dieter  –  obwiązywałam  się 

szeroką, czerwoną wstążką, z ogromną kokardą między piersiami. – Starsza pani 
ze  smutkiem  spojrzała  na  swój  obwisły  biust.  –  Kiedyś  miałam  niezłe  balony. 
Mąż  zawsze  się  rozpromieniał  na  ich  widok.  –  Myślicie,  że  ja  zawsze  byłam 
stara? – spytała, kiedy odpowiedziało jej tylko pełne zdziwienia milczenie obu 
kobiet.

Annie  roześmiała  się  i  pocałowała  suchy  jak  pergamin  policzek  swoje 

klientki.

– Pani Dieter, dzisiejsze strzyżenie było na koszt firmy.
– Możesz nazywać mnie Agnes.

background image

Nie słuchając paplaniny Annie i Agnes, Casey pogrążyła się w zadumie. 

Może to, co działało na pana Dietera, podziała i na pana Parrisha...

Po drodze przez zaśnieżony parking do przychodni, Casey i Jake spotkali 

cztery osoby, które pogratulowały im dziecka.

–  Ciekawe,  skąd  wszyscy  już  wiedzą  o  tym,  że  jestem  w  ciąży?  –

powiedziała Casey, kiedy przyjęli ostatnie życzenia.

Jake  wziął  ją  za  rękę  i  ostrożnie  prowadził  w  stronę  błyszczącego, 

nowoczesnego budynku.

– Nie domyślasz się? – spytał z krzywym uśmiechem. – Mówiłem ci, że 

Emma ze słuchawką w ręce jest lepsza niż wysokonakładowe pismo z plotkami 
z wielkiego świata.

– Niezła jest – mruknęła Casey.
–  Całe  szczęście,  że  powiedzieliśmy  im  o  tym  dopiero  wczoraj. 

Wyobrażasz sobie, co będzie za tydzień?

– Aż mi się robi zimno.
Casey potrząsnęła głową i przyspieszyła kroku. Trudno jej było nadążyć 

za Jakiem.

Emma i Harry nie byli jedynymi osobami, z których powiadomieniem o 

dziecku  zwlekali.  Swoim  rodzicom  Casey  też  jeszcze  nie  powiedziała,  że 
wkrótce będą mieli wnuka.

Kilka minut później wprowadzono ich do gabinetu. Casey od razu weszła 

za  parawan,  rozebrała  się  i  włożyła  dziwny,  różowy,  rozcięty  z  tyłu  fartuch. 
Kiedy wspięła się na fotel, spojrzała na Jake’a.

– Wiesz, przy tej części wizyty wcale nie musisz być obecny. Wrócisz po 

badaniu i zapytasz o wszystko, co cię interesuje.

Jake  niepewnie  spojrzał  na  metalowe  strzemiona  fotela.  Postanowił 

jednak być prawdziwym, dzielnym ojcem.

– Jeśli tobie to nie przeszkadza, wolałbym zostać.
–  Dobrze  –  odparła  Casey,  z  trudem  kryjąc  wzruszenie.  W  tej  chwili 

weszła  do  gabinetu  uśmiechnięta  doktor  Dianna  Hauck.  Towarzyszyła  jej 
pielęgniarka.

– Witam państwa. Domyślam się, że chodzi o ciążę, tak?
– Taki był wynik testu.
Lekarka z niechęcią potrząsnęła głową.
– Te testy wkrótce pozbawią mnie chleba. Pan zostaje?
– dodała, spoglądając na Jake’a.
– Jeśli można?
– Mnie to nie przeszkadza, proszę tylko stanąć gdzieś z boku. –  Doktor 

Hauck roześmiała się i przysiadła na stołku.

–  To  samo  powiem  panu  na  porodówce,  więc  może  i  lepiej,  że  się  pan 

background image

przyzwyczai.

Jake tylko głęboko wciągnął powietrze.
–  Proszę,  niech  się  pani  położy.  –  Lekarka  włożyła  parę  lateksowych 

rękawiczek.

Jake posłusznie stanął u wezgłowia i ujął Casey za rękę. Była lodowata. 

Czyżby jego żona tak samo się denerwowała jak on?

A jeśli wynik testu ciążowego był zły? Jeśli nie będzie żadnego dziecka? 

Czy  byłby  zadowolony?  A  może  rozczarowany?  Jake  spojrzał  w  zielone  oczy 
Casey i dostrzegł w nich ten sam niepokój.

Po kilku minutach było po wszystkim.
–  Może  już  pani  usiąść  –  powiedziała  lekarka.  Podeszła  do  umywalki, 

zdjęła  rękawiczki  i  zaczęła  myć  ręce.  –  Wszystko  się  zgadza  –  rzuciła  przez 
ramię.  –  Wynik  badania  wskazuje  na  to,  że  za  około  osiem  miesięcy  będą 
państwo rodzicami.

Jake  odetchnął  z  ulgą.  Nawet  nie  zauważył,  że  przez  cały  czas  badania 

praktycznie nie oddychał. Nie podejrzewał, ze aż tak bardzo się ucieszy.

Instynktownie  zacisnął  mocniej  dłoń  na  ręce  Casey  i  zadał  całą  serię 

pytań typowych dla przyszłego ojca.

Już  następnego  wieczora  Casey  przyćmiła  wszystkie  światła  w  kuchni. 

Zajrzała do garnka i wymieszała jego zawartość.

Rozejrzała  się  po  wnętrzu.  Psa  nie  było,  leżał  na  swym  posłaniu  w 

gabinecie  Jake’a.  Stół  był  elegancko  nakryty.  Blaty  posprzątane  i  dokładnie 
wytarte. W kominku płonął ogień. Duszona wołowina pachniała rozkosznie. W 
lodówce czekały świeżo upieczone eklery.

Wszystko było gotowe.
Nawet ona.
Słysząc warkot podjeżdżającego pod dom dżipa, jeszcze raz przygładziła 

włosy.  Odsunęła  odrobinę  zasłonę  i  zobaczyła  wysiadającego  z  samochodu 
Jake’a.

W  żołądku  poczuła  dziwny  skurcz.  Głęboko  wciągnęła  powietrze.  Dla 

uspokojenia. Przyszła pora, by sprawdzić, czy pani Dieter miała rację.

Spojrzała  na  siebie,  westchnęła  i  poprawiła  szeroką,  czerwoną  wstążkę,

którą była obwiązana. Kokarda, mieszcząca się dokładnie między jej piersiami, 
była trochę przekrzywiona, ale Casey miała nadzieję, że Jake’owi nie będzie to 
przeszkadzało. Miała  nadzieję,  że będzie  zbyt  zajęty  czym innym,  by  zwracać 
uwagę na estetykę.

Było jej zimno i właściwie powinna stanąć bliżej kominka. Miała przecież 

na sobie wyłącznie tę czerwoną wstążkę.

Nie  mogła  nie  myśleć  o  tym,  w  co  się  pakuje.  Co  będzie,  jeśli  Jake  po 

prostu  na  jej  widok  wybuchnie  śmiechem?  Albo,  co  byłoby  jeszcze  gorsze, 

background image

minie ją i nawet nie zauważy, że jest naga?

Nie, to niemożliwe. Była pewna, że on pragnie jej tak samo jak ona jego.
Usłyszała, jak otwierają się i zamykają drzwi wejściowe, i zesztywniała. 

Jeśli ta sztuczka na niego nie podziała, to koniec. Przybrała pozę, która wydała 
jej się nonszalancka, i czekała.

Jake  był  w  sieni.  Postawił  na  podłodze  torbą  z  nowo  zakupionymi 

narzędziami,  potem  zdjął  kurtkę  i  buty.  Przykładnie  postawił  je  na  gazecie.  Z 
przyjemnością  wciągnął  dochodzący  z  kuchni  aromatyczny  zapach.  Do  takich 
rzeczy człowiek łatwo się przyzwyczaja. Przecież jeszcze tak niedawno wracał 
po ciężkim dniu do pustego domu i kolacji z kuchenki mikrofalowej.

Ale to było przed pojawieniem się Casey.
Oparty o ścianę, pytał sam siebie, jak długo ma jeszcze zamiar mieszkać 

ze  swoją  żoną  i  nie  kochać  się  z  nią.  Z  każdym  dniem  trudniej  mu  było  nie 
zwracać  na  nią  uwagi.  Nie  zauważać  drobnych,  ale  miłych  zmian,  jakie 
wprowadziła do jego domu. I do jego życia.

Jak może z nią mieszkać i nie zakochać się w niej?
Przypomnij  sobie  Lindę. Pamiętaj, co  czułeś,  kiedy dowiedziałeś  się,  że 

cię oszukuje. Przypomnij sobie tamten ból.

Gwałtownie  potrząsnął  głową,  wyprostował  się  i  wszedł  do  ciepłej, 

pachnącej kuchni. W jednej chwili stracił resztki rozsądku.

– Wesołych świąt, Jake.
Jake zamrugał powiekami, potrząsnął głową i zamarł w bezruchu. Chyba 

liczył, że stojąca przed nim zjawa zniknie.

– Casey?
W słabym świetle lampy jej skóra była kremowa jak delikatna porcelana. 

Oplatająca  ją  czerwona  wstążka  łączyła  się  między  piersiami  w  ogromną
kokardę.  Końce  wstążki  spływały  w  dół,  ku  jasnobrązowemu  trójkątowi 
jedwabistych włosów między udami. Kiedy ją podziwiał, poruszyła się lekko i 
końce wstążki zawirowały.

W ustach mu zaschło, serce w piersi waliło jak oszalałe. Wiedział, że to 

koniec  jego  mężnej  walki.  Nie  będzie  już  stawiał  oporu  swych  zmysłom  i 
instynktom.  Nie  potrafi  już  przed  nią  uciekać.  Znajdzie  jakiś  sposób,  by 
mieszkać z tą niesamowitą, zaskakującą kobietą i nie zakochać się w niej.

Ale nie dzisiaj.
– Boże Narodzenie jest dopiero za trzy tygodnie – udało mu się w końcu 

wyjąkać.

– Zgadza się.
Casey  wzruszyła  ramionami  i  kokarda  wsunęła  się  głębiej  między  jej 

nagie piersi.

Jego  wzrok  przesuwał  się  po  jej  ciele,  uważny,  spragniony.  Prezent 

gwiazdkowy. Święty Mikołaj chyba nigdy jeszcze nie był dla niego taki hojny.

background image

Mijały minuty. Czuł, że musi coś powiedzieć. Ale co?
– Kolacja cudownie pachnie. Tylko tyle wymyślił.
– To gulasz wołowy.
Jake  skinął  głową.  Zauważył  palce  Casey  mocno  zaciśnięte  na  brzegu 

blatu. Aż całe zbielały. Czyżby się denerwowała?

– A co na deser? – spytał.
Casey odchrząknęła, przestąpiła z nogi na nogę i spojrzała na lodówkę.
– Czekoladowe eklery.
– Wolałbym ciebie.
Casey wstrzymała oddech, z ulgą opuściła ramiona i puściła brzeg blatu. 

Kiedy zrobiła jeden niepewny krok w stronę Jake’a, zrozumiał, co przeżywa. To 
wszystko  przez  niego.  Przez  niego  jest  taka  zdenerwowana,  taka  niepewna 
siebie. Dzieje się tak z jego powodu.

A  on  myślał  głównie  o  sobie.  Też  mi  powód  do  dumy.  Nieważne,  czy 

planowali to małżeństwo, czy nie, Casey była teraz jego żoną i zasługiwała na 
wiele więcej. Dlaczego tak długo jej tego odmawiał? I sobie.

Od tej chwili da jej wszystko, co będzie w stanie ofiarować tej niezwykłej 

istocie. I może wtedy przestanie tęsknić za tym, czego dać jej nie będzie mógł?

– Jake?
Jake uśmiechnął się i  z ulgą zauważył, że wygładza się jej zmarszczone 

czoło.

– Jeszcze nigdy nikt mnie tak gorąco nie witał.
– Owszem, witam cię. Ale nie jest mi gorąco. – Casey lekko zadrżała.
Na jej ciele pojawiła się gęsia skórka. Jake podszedł do niej i wziął ją w 

ramiona.

– Może powinnaś zaczekać z takim prezentem do lata?
– szepnął.
– Nie chciałam czekać – odparła i spojrzała mu w oczy.
– Już dłużej nie mogłam zwlekać.
Jake pogładził ją po policzku i jęknął, kiedy pocałowała jego dłoń.
– Cieszę się, że nie czekałaś.
– Ja też.
Jake z uśmiechem spojrzał na jej obwiązane wstążką nagie ciało.
– Czy mogę już dziś rozpakować mój gwiazdkowy prezent?
– Dziś wieczór możesz zrobić wszystko – szepnęła i znów lekko zadrżała.
– Zimno ci?
– Już nie.
– To dobrze.
Jake schylił głowę po pocałunek, o którym od tylu dni marzył i śnił.
I  ledwo  dotknął  jej  warg,  ledwo  powitał  go  jej  niecierpliwy  język, 

wiedział, że niezależnie od tego, co jeszcze się między nimi wydarzy, nigdy już 

background image

nie  będzie  trzymał  się  od  niej  z  daleka.  Dopóki  będzie  go  chciała,  on  zawsze 
będzie przy niej.

Ręce Casey błądziły po jego ciele. On odkrywał ją na nowo z taką samą 

niecierpliwością i podnieceniem jak za pierwszym razem.

Potem ujął w dłoń jej pierś i kciukiem muskał twardą, różową sutkę. Z ust 

Casey wyrwał się stłumiony krzyk.  Wygięła się  w łuk,  a Jake objął  ją jeszcze 
mocniej.

Casey  wsunęła  dłonie  pod  jego  flanelową  koszulę  i  pieściła  owłosioną 

pierś. Jake zadrżał, odsunął się odrobinę, jednym błyskawicznym ruchem zerwał 
z siebie koszulę i rzucił ją na ziemię.

Chciała  go  znów  pieścić,  ale  przytrzymał  jej  ręce.  Pieścił  ją  teraz  tylko 

wzrokiem, wolno, z zachwytem.

– Kiedy ktoś daje mi prezent, w dodatku tak ładnie opakowany, to jest już 

mój prezent. Zgadza się?

– Tak...
–  Powiedziałaś,  że  dziś  wieczorem  mogę  zrobić  wszystko,  prawda?  –

rzekł i sięgnął po jeden koniec wstążki.

– Tak, tak powiedziałam.
W mgnieniu oka prezent został rozwinięty. Wstążka opadła na podłogę.
Jake uśmiechnął się, ujął Casey w pasie i posadził na brzegu kuchennego 

blatu.

– Co chcesz zrobić? – spytała.
– Ależ, Casey – skarcił ją Jake. – Czyżbyś mi nie ufała?
– Oczywiście, że ci ufam, ale co...
Przerwała, widząc, że wyjmuje z lodówki czekoladowe eklery.
Wziął do ręki jedno ciastko i wrócił do niej. Zanurzył palec wskazujący w 

gęstym kremie i wyciągnął go w jej stronę.

– Najpierw mam ochotę na deser – szepnął.

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

Blat,  na  którym  siedziała  Casey,  był  zimny,  ale  grzało  ją  spojrzenie 

Jake’a.

Z trudem przełknęła ślinę. Zatrzymał się dopiero, kiedy swą nagą piersią 

dotknął  jej  kolan.  Nie  odrywając  od  niej  wzroku  zbliżył  do  jej  warg  palec 
pokryty gęstym, słodkim kremem. Zlizała ów krem łakomie, ale kiedy sięgnęła 
po ciastko, by i jemu dać kawałek, zaprotestował.

– Sam się poczęstuję moim deserem – rzekł cicho. Schylił się i wziął do 

ust najpierw jedną jej sutkę, potem drugą. Czule, delikatnie pieścił je językiem, 
jakby rzeczywiście był to  jakiś bardzo wymyślny deser. Casey znów  zacisnęła 
mocno palce na brzegu blatu. Ogarnęła ją fala gorącej rozkoszy.

Poczuła,  jak  bardzo  go  pragnie.  Już,  teraz,  natychmiast.  Pragnienie  to 

pulsowało jednym rytmem z jej sercem.

Jake westchnął i na moment uniósł głowę.
–  To  mój  prezent  –  przypomniał  jej,  obdarowując  jednym  krótkim 

pocałunkiem.

Dziwne,  bo  nagle  poczuła  się...  niepewnie.  To  powitanie  go  nago  w 

kuchni wcześniej wydawało jej się takim znakomitym pomysłem. Wystarczyło 
jednak jedno spojrzenie w jego oczy, by ta niepewność minęła.

– Jake – powiedziała z powagą – porządni mężczyźni nie torturują swoich 

żon.

–  No, tak.  –  Jake puścił  do  niej  oko.  –  Ale która  żona  chciałaby,  by  jej 

mąż był przyzwoity?

– Może ja?
– Na pewno nie – zapewnił ją i delikatnie opuścił na plecy, tak że leżała 

teraz  płasko  na  blacie,  a  nogi  jej  zwisały.  –  Założę  się,  że  bardziej  ci  się 
spodobam jako śmiały facet niż przyzwoity.

– To zależy, do jakiego stopnia śmiały. – Casey znów poczuła się trochę 

niepewnie. – Może powinnam cię ostrzec, że zazwyczaj nie jestem miłośniczką 
przygód.

– Ta wstążka świadczyła zupełnie o czymś innym.
Zgadza  się.  Trudno  temu  zaprzeczyć.  Zresztą  w  ogóle  Casey  nie  miała 

ochoty o  cokolwiek się  z  nim spierać.  Tak długo  czekała na  tę  chwilę i  miała 
zamiar się nią cieszyć za wszelką cenę.

Uniosła  odrobinę  głowę  i  zobaczyła,  że  Jake  stoi  między  jej  nogami. 

Jęknęła,  kiedy  znów  zanurzył  palec  w  nadzieniu  eklera  i  wyciągnął  go  w  jej 
stronę.

– Jake...
– To mój prezent – przypomniał. – Mój deser.

background image

Kiedy zimny krem dotknął jej najgorętszego miejsca, drgnęła gwałtownie.
– Zimne!
– Tylko przez chwilkę.
Casey  wzdrygnęła  się.  Przez  półprzymknięte  oczy  patrzyła,  jak  Jake 

zbliża usta do tego, pokrytego teraz kremem, miejsca. Kiedy go dotknął, jęknęła 
cicho i opuściła głowę z powrotem na blat.

Z każdą, tak przecież intymną, pieszczotą Jake stawał się trochę bardziej 

częścią jej samej. Dotykał nie tylko jej ciała, ale także serca i duszy.

Od zawsze wiedziała, że są sobie przeznaczeni.
Że będą razem.
Na zawsze.
– Jake...
Czuła,  że  to  nadchodzi...  Wygięła  się  w  łuk...  Nagle  znieruchomiała  i 

przez zaciśnięte gardło wykrzyczała imię męża.

Kilka  chwil  później  leżała  bezwładnie  na  blacie  i  czuła,  jak  Jake 

delikatnie zmywa z niej resztki kremu. Drgnęła, kiedy przy okazji musnął lekko 
jej nabrzmiałą kobiecość.

Otworzyła  oczy  i  spojrzała  na  niego.  Choć  zaledwie  przed  chwilą 

przeżyła  orgazm,  znów  go  zapragnęła.  Chciała  poczuć  na  sobie  ciało  Jake’a. 
Poczuć go w sobie. Połączyć się z nim w jedno, tak jak w tamtą cudowną noc 
przedślubną.

Jake pochylił się i wziął ją na ręce. Casey wtuliła się w niego i pozwoliła 

zanieść do sypialni.

Tam Jake ułożył ją delikatnie na materacu, zdjął z siebie resztę ubrania i 

położył się obok niej. Jego ręce niecierpliwie błądziły po jej ciele.

Jeszcze nigdy żadnej kobiety tak nie pożądał. Pragnął jej aż do bólu.
A  kiedy  już  nie  mógł  wytrzymać,  kiedy  poczuł,  że  musi  się  z  nią 

natychmiast połączyć, otworzyła przed nim swe spragnione ciało.

Później leżeli spleceni na łóżku. Głowa Casey spoczywała na piersi męża 

jak  na  poduszce.  Jake  muskał  w  zamyśleniu  jej  plecy.  Zachwycała  go  ich 
jedwabista miękkość. Radowało go pojawienie się tej kobiety w jego życiu. Miał 
wrażenie, że to dar, na który nie zasłużył.

A  jednak  równolegle  z  tymi  myślami  pojawiły  się  inne.  Wiedział,  że 

zaczyna mu na Casey coraz bardziej zależeć i że nie powinien na to pozwolić. 
Już raz w życiu się zakochał i do dziś pamiętał, jak się to dla niego skończyło.

Casey poruszyła się w półśnie, leciutko pocałowała go w pierś i objęła go 

ramieniem.

Było to coś cudownego. Wspaniałego. Oczywistego i normalnego.
A także przerażającego.
– Myślisz, że z kolacji coś jeszcze zostało?

background image

Zadał to pytanie w odruchu samoobrony. Bał się zapuścić zbyt daleko w 

te rozmyślania. Było to bardzo niebezpieczne.

– Możesz w takiej chwili myśleć o jedzeniu? – udała oburzenie Casey.
– Nie mam siły, by myśleć o czymkolwiek innym. – Jake spojrzał na nią z 

figlarnym uśmiechem. – Najpierw naprawdę muszę coś zjeść.

– W takim razie chodźmy natychmiast do kuchni. Casey wyciągnęła rękę 

i z leżącej na krześle kupki czystej bielizny wzięła jakąś jego koszulkę.

– Ubieramy się do obiadu? – spytała, przykładając ją do siebie.
Koszulka nie osłaniała jej kształtnych nóg. Bioder zresztą też.
– Porządne żony nie torturują swoich mężów.
– Wspominałeś nie tak dawno, że od porządnych lepsze są śmiałe.
– Nie igraj z głodnym mężczyzną, kobieto. Podaj mi ten dres.
– Widzę, że już po miodowym miesiącu – westchnęła teatralnie Casey i 

obciągnęła na sobie koszulkę.

Osobiście wręczyła mężowi granatowy dres i jeszcze na chwilę przysiadła 

obok niego na łóżku.

– Kocham cię, Jake.
Cisza, jaka zapadła po tych słowach, zdawała się trwać wieki.
Co  mógł  jej  na  to  odpowiedzieć,  żeby  nie  wyjść  na  łajdaka,  którym 

zresztą  się  czuł?  Nie  rzekł  więc  nic,  lecz  usiadł,  włożył  spodnie  od  dresu,  a 
potem wstał i podszedł do komody po koszulkę. Przynajmniej nie musiał patrzeć 
Casey w oczy i reagować na to, co by w nich zobaczył.

–  Miałam  rację  –  zauważyła  Casey  i  uklękła  na  brzegu  łóżka.  –  Już  po 

miodowym miesiącu.

Jake głęboko wciągnął powietrze i włożył zwyczajny, biały podkoszulek. 

Kiedy już nie mógł nic wymyślić, odwrócił się i spojrzał na żonę.

– Casey...
– Nie. – Powstrzymała go gestem dłoni i zdecydowanie pokręciła głową.
– Co: nie?
– Nie mów mi, że to szczególne małżeństwo i że nie obiecywaliśmy sobie 

miłości.

– A nie było tak?
– Dla mnie miłość i małżeństwo to jedno. – Casey wstała z łóżka i zrobiła 

krok  w  stronę  drzwi.  Potem  zatrzymała  się  i  spojrzała  na  Jake’a.  Jej  wzrok 
przeszywał  go  jak  sztylet.  Nie  protestował,  bo  wiedział,  że  na  to  zasłużył.  –
Dobrze. Nie kochasz mnie i nie pokochasz.

– Tu nie chodzi o ciebie – odrzekł.
Nie chciał sprawić jej przykrości, więc wyjawił jej tylko część prawdy.
–  Ale  tylko  i  wyłącznie  o  mnie.  Ja  po  prostu  nie  jestem  już  zdolny  do 

miłości.

– Bzdura, Jake.

background image

–  Co  takiego?  –  Spojrzał  na  nią  zdziwiony  i  nawet  z  takiej  odległości 

zauważył w jej oczach gniew.

– Przecież słyszałeś.
– Casey...
– Nie. To, co było między nami, jest...
– Pożądaniem – dokończył za nią. – Tylko i wyłącznie.
– Tylko tyle czułeś? Naprawdę?
Jake spuścił wzrok, lecz Casey dostrzegła wyraz jego twarzy. Wiedziała, 

że  to,  co  do  niej  czuje,  to  dużo  więcej  niż  pożądanie.  Odkrywała  to  w  jego 
pieszczotach. W jego pocałunkach. Widziała w jego oczach. Kochał ją, lecz był 
zbyt uparty, by się do tego przyznać.

–  Nie  ma  powodu,  byśmy  w  tym  małżeństwie  nie  zaznali  szczęścia, 

Casey. Możemy być mężem i żoną. Cieszyć się sobą. Wychowywać dzieci i żyć 
w takim samym związku, jeśli nie w lepszym, jak większość ludzi.

Casey skinęła głową i czekała w milczeniu.
– Nie proś o to, czego nie mogę ci dać, Casey. Oboje będziemy przez to 

cierpieli.

Niesamowite. Czyżby on rzeczywiście wierzył w to co wygaduje?
Casey skrzyżowała ręce na piersiach i przechyliwszy głowę, przyglądała 

mu się uważnie.

– Mylisz się, Jake.
Jake  zamrugał  gwałtownie  powiekami  i  obronnym  gestem  też  tak  samo 

skrzyżował ręce.

– Nie chcesz, żebym czekała, aż mnie pokochasz? Dobrze, nie będę. Ale 

to twoja strata, Jake, nie moja.

Jake uniósł głowę, jakby spodziewał się ciosu. Owszem, wymierzyła go, 

ale słowami.

– Kocham cię ty idioto. Ale od tej pory nigdy ci o tym nie będę mówiła.
– Co chcesz przez to powiedzieć?
– To mianowicie, że możesz sobie udawać, co chcesz. Ale ja i tak wiem, 

że mnie kochasz.

Casey  kilkoma  szybkimi  krokami  przeszła  przez  pokój  i  zatrzymała  się 

dopiero tuż przed Jakiem.

Palcem  wskazującym  stukała  go  w  pierś,  podkreślając  tym  każde 

wypowiedziane słowo.

– Staliśmy się mężem i żoną. Będzie nam ze sobą  dobrze. Wychowamy 

wspólnie  nasze  dzieci.  Ale  dopóki  nie  przyznasz,  że  mnie  kochasz,  będzie  to 
tylko namiastka małżeństwa.

– Casey...
– I ty będziesz musiał wyznać mi miłość. Ode mnie nie usłyszysz już ani 

słowa na ten temat. Poczekam, aż się w końcu zdecydujesz.

background image

Jake  lekko  pokręcił  głową.  Casey  ledwo  się  powstrzymała,  by  go  nie 

kopnąć.

– Powiesz to, Jake. Powiesz albo dalej sam się będziesz oszukiwał. I tym 

samym pozbawisz nas oboje czegoś bardzo cennego i wyjątkowego.

Jake wyciągnął do niej rękę, ale błyskawicznie odskoczyła.
– Casey, czy nie rozumiesz, że ja tylko staram się nas oboje ochronić?
–  Nie.  Widzę  tylko  zawziętego  faceta,  który  będzie  bardzo  żałował 

swojego uporu.

Jake mocno zacisnął szczęki i przyglądał się jej spod oka. Casey znudziło 

się czekanie. Odwróciła się na pięcie i ruszyła ku drzwiom.

– Chodź na kolację, Jake – mruknęła, spoglądając na męża przez ramię. –

Mimo wszystko siła będzie ci potrzebna.

– Tak?
– Pewnie – uśmiechnęła się trochę do siebie, trochę do niego. – Nie mam 

zamiaru z powodu twego uporu rezygnować z kochania się z tobą.

– Casey... – zaczął, ale jej już nie było.
A więc postanowiła zachowywać się tak, jakby nic szczególnego się nie 

działo. Wyszła za mąż i będzie z tego korzystać. On zaś czuł się jak idiota.

Ciekawe, co się stało z jego tak rozsądnym planem?

Tydzień później nadal się nad tym zastanawiał.
Zsunął  szczeniaka  ze  swoich  kolan  na  fotel  dla  pasażera  i  bezmyślnie 

patrzył przez przednią szybę samochodu. Śnieg nie padał od tygodnia i wszystko 
pokryło się błotnistą mazią. Równie obrzydliwą jak jego nastrój.

Tyle  razy  przemierzał  już  tę  drogę,  że  mógłby  to  robić  z  zamkniętymi 

oczami.  Ponieważ  nie  musiał  się  koncentrować,  jego  myśli  zaczęły  wędrować 
swobodnie. Nie, wcale tak się nie działo. Powędrowały prosto do Casey.

Przez cały miniony tydzień dotrzymywała słowa. Nie pisnęła ani słowa o 

miłości i życiu razem, póki śmierć ich nie rozłączy. Kochali się, spędzali razem 
dni  i  wieczory.  Pomagał  jej  w  realizacji  zamówień  związanych  z  organizacją 
przyjęć,  a  miała  ich  coraz  więcej.  Z  wdzięcznością  przyjął  jej  pomoc  w 
prowadzeniu księgowości rancza. Rozmawiali o dziecku i o Bożym Narodzeniu, 
bawili się z psem i planowali urządzenie pokoju dziecinnego. Wczoraj poszedł 
do  lasu,  ściął  ogromną  choinkę  i  przytargał  ją  do  domu.  Jadali  razem,  sypiali 
razem i robili wszystko, co robiły inne małżeństwa.

Jake  zaklął  pod  nosem,  zmienił  pozycję  i  mocno  walnął  ręką  w 

kierownicę.

Szczeniak zaskomlał.
– Przepraszam – rzekł i roześmiał się, że przeprasza psa.
Kurczę, przecież jest dokładnie tak, jak tego chciał. Dlaczego wobec tego 

nie czuje się szczęśliwy? Bo brakuje mu tych dwóch jej słów.

background image

– A tobie nadal mówi, że cię kocha – mruknął, z niechęcią patrząc na psa.
Szczeniak  zapiszczał,  przeciągnął  się  i  położył  głowę  na  udzie  swego 

pana.

– Tak, tak, wiem. Ja też cię kocham.
Jake wyciągnął rękę i podrapał psa za uchem.
–  Dziwne,  nie  uważasz?  Tobie  mogę  to  wyznać.  A  jej  nie.  Widok 

odjeżdżającego sprzed domu samochodu dostawcy podziałał na niego jak kubeł 
zimnej wody.

Musiał zjechać na pobocze i przez chwilę głęboko oddychał.
A więc znowu to samo.
– Tak, wiem, mamo – mówiła do słuchawki Casey, kiedy Jake wszedł do 

kuchni.  –  Myślałam  tylko,  że  chciałabyś  może  wiedzieć.  Nie  proszę,  żebyś 
cokolwiek zrobiła.

Uśmiechnęła  się  do  Jake’a,  ale  nie  był  w  stanie  odpowiedzieć  jej  tym 

samym.  Nie  w  tej  chwili.  Nie  teraz,  kiedy  właśnie  zaczęło  się  to,  czego  tak 
bardzo się bał.

–  Jestem  pewna,  że  tata  nie  może  już  doczekać  się  wyjazdu  –  mówiła 

dalej Casey, robiąc do niego miny. – O tej porze roku Paryż musi być cudowny.

Paryż.
Casey ruchem ręki dała mu znać, że za chwilę skończy.
– Mamo, wiem, że nie masz w sobie nic z babci. Nikt się nie spodziewa, 

że będziesz piekła biszkopty czy zmieniała pieluszki.

Boże broń!
– Wiem, mamo. Tak, jestem pewna, że Jake zrozumie, iż kobieta ciężarna 

musi przybrać na wadze i wyglądać niezbyt estetycznie.

Najwyraźniej  rozmowa  telefoniczna  z  matką  była  tak  samo  trudna  jak 

dyskusja  w  cztery  oczy.  Jake  nie  był  jednak  w  stanie  współczuć  Casey.  Nie 
teraz, bo jedyne, co w tej chwili czuł, to gniew i rozczarowanie. Okazało się, że 
miał rację. Wiedział przecież od początku, że nic z tego małżeństwa nie będzie.

Przebiegł przez kuchnię, potem na moment zajrzał do salonu. Nie zwrócił 

nawet  uwagi  na  stojącą  w  rogu  nie  ubraną  jeszcze  choinkę,  lecz  pobiegł dalej 
korytarzem. Wiedział, gdzie znajdzie to, czego szuka. Paczki. Tak, muszą być w 
sypialni.

Zawsze, kiedy poczta dostarczała którąś z nie kończącej się serii paczek, 

zamawianych przez Lindą, leżała ona potem na łóżku, by jego oddana małżonka 
mogła do woli cieszyć się jej zawartością.

Mowy  nie  ma,  by  miał  znów  na  coś  takiego  pozwolić.  Linda  swymi 

zachciankami  i  zamiłowaniem  do  luksusu  omal nie  doprowadziła go do  ruiny. 
Była jedyną znaną  mu  kobietą, która  co sześć tygodni potrzebowała dwunastu 
par nowych butów.

Od  razu  je  zauważył.  Na  krześle  przy  drzwiach  leżała  raczej  nieduża 

background image

sterta  pakunków.  Chwycił  pierwszy  z  brzegu,  rozerwał  brązowy  papier  i  oto 
miał w rękach namacalny dowód zakupowego szaleństwa Casey.

Flanelową koszulę.
Dla niego.
Jake  zmarszczył  brwi,  ale  zabrał  się  do  następnej  paczki.  Nerwowo 

rozrywał papier i rzucał go na podłogą.

Flanelowe koszule.
Skarpety.
Dwie pary dżinsów.
Kurtka przeciwdeszczowa.
Wszystko dla niego!
I w dodatku były to tylko i wyłącznie rzeczy, których naprawdę od dawna 

potrzebował.  Sam  by  sobie  je  kupił,  gdyby  tylko  miał  czas  i  lubił  chodzić  po 
sklepach.

Nerwowym gestem przeczesał palcami włosy. Już nie wiedział, co ma o 

tym myśleć. Wszystkie jego teorie wzięły w łeb.

– No, no – odezwał się za jego plecami chłodny głos Casey. – Już sobie 

ciebie wyobrażam w dniu Bożego Narodzenia.

Jake odwrócił się i spojrzał na nią bardzo poważnie. Casey uśmiechnęła 

się i skrzywiła na widok bałaganu.

– Jak to dobrze, że twój prezent gwiazdkowy jeszcze nie przyszedł. Jesteś 

gorszy niż dziecko.

– To wszystko dla mnie – rzekł w końcu.
–  A  masz  coś  przeciwko  temu?  –  spytała  i  zaczęła  zbierać  z  podłogi 

porozrywane opakowania.

–  Nie  –  odparł.  Żaden  problem.  Raczej  coś  bardzo  dziwnego.  –  Ale 

dlaczego? Gdzie to wszystko kupiłaś?

– W salonie u Annie znalazłam katalog. Nie przypuszczałam, że będziesz 

zły.  Twoje  dżinsy  się  rozlatują.  W  tym  starym  płaszczu  przeciwdeszczowym 
przemakasz  do  suchej  nitki.  A  naszemu  szczeniaczkowi  bardzo  zasmakowały 
twoje skarpetki.

A  więc  zauważyła  to  wszystko.  Zamówiła  dla  niego  ubrania.  Jake, 

wyraźnie zakłopotany,  przykucnął i  zebrał resztę podartego papieru.  Kiedy się 
podniósł, spojrzała na niego uważnie.

– To, że kupiłam ci ubranie, wyraźnie cię zaskoczyło, prawda?
– Tak – przyznał niechętnie. – Można tak powiedzieć.
– O, rany, Jake, przecież jestem twoją żoną. – Casey wspięła się na palce i 

pocałowała go lekko w policzek. – Ja...

W samą porę się powstrzymała.
Mocno zacisnęła usta i tylko pokręciła głową.
Dziwne, jak bardzo mogą boleć słowa nie wypowiedziane.

background image

–  Cieszę  się,  że  już  wróciłeś  –  powiedziała,  zmieniając  temat.  –

Chciałabym, żebyśmy dzisiaj ubrali choinkę.

– Dobrze – mruknął w zamyśleniu Jake.
Wciąż  nie  mógł  ochłonąć  ze  zdziwienia,  że  istnieje  na  świecie  kobieta, 

która kupuje ubrania dla niego, a nie dla siebie.

–  Właśnie  się  zastanawiałam  –  zaczęła  głośno  Casey,  by  zwrócić  jego 

uwagę.  –  Chyba  najpierw  trzeba  powiesić  lampki,  prawda?  Zrobisz  to,  czy 
wolisz, żebym ja je zawiesiła?

–  Lampki?  –  powtórzył  Jake,  wracając  do  rzeczywistości.  Przypomniał 

sobie, jak wysoką choinkę przyciągnął z lasu. – Ja to zrobię. Ty musiałabyś użyć 
drabiny, a to jest niebezpieczne.

–  Dzięki.  A,  wiesz,  znalazłam  w  garażu  pudło  ze  starymi  ozdobami  i 

przyniosłam je do domu. Nie masz nic przeciw temu, prawda?

Jake już w ogóle nie wiedział, co o tym wszystkim myśleć.
– Ale przecież wczoraj pokazałem ci, gdzie są nowe zabawki.
Importowane bombki i pasujące do nich łańcuchy kosztowały go majątek. 

Linda uznawała tylko rzeczy w najlepszym gatunku.

–  Wiem,  ale  stare  zabawki  były  takie...  Po  prostu  przypomniałam  sobie 

rzeczy, które wasza mama zawsze wieszała na choince i zaczęłam ich szukać.

– Dlaczego?
– Oj, Jake – westchnęła smutno Casey. – Te zabawki, które pokazałeś mi 

wczoraj,  są  piękne,  ale...  przypominają  mi  rzeczy,  które  widywałam  w  domu 
rodziców,  gdzie  choinkę  ubiera  zawodowy  dekorator.  Chciałabym,  żeby  nasze 
pierwsze wspólne Boże Narodzenie było...

– Idealne?
–  Domowe  –  poprawiła  go.  –  Nie  będziesz  miał  nic  przeciw  temu,  że 

powieszę ozdoby twojej mamy, co?

– Nie, oczywiście że nie.
I  rzeczywiście  nie  miał  nic  przeciwko.  Tyle  tylko,  że  przestawał 

cokolwiek rozumieć.

– Cieszę się.
Casey uśmiechnęła się i podeszła do drzwi.
–  Umyj  się  przed  kolacją,  a  potem  zaczniemy  nasze  gwiazdkowe 

przygotowania!

Boże  Narodzenie,  pomyślał,  przysiadając  na  łóżku.  Boże  Narodzenie  z 

choinkowymi ozdobami jego matki, prawdziwą choinką i Casey.

Powinien być szczęśliwy.
Do jasnej cholery, dlaczego nie może sobie na to pozwolić?

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY

Nazajutrz wczesnym rankiem w salonie Casey żegnała męża.
– Będziesz się trzymała z dala od drabiny? – spytał Jake. Casey zaśmiała 

się i uniosła do góry rękę.

–  Obiecuję.  Poza  tym  już  wcale  nie  jest  potrzebna.  Casey  spojrzała  na 

sznury lampek okalających ogromne okna.

– Są piękne, prawda?
– Cudowne – rzekł cicho Jake.
Casey odwróciła się ku niemu i zauważyła, że wcale nie patrzy na lampki, 

które własnoręcznie powiesił, lecz na nią. I to o niej mówi z takim zachwytem. 
A  więc  ją  kocha.  Wyczytała  to  w  jego  oczach.  Nie  po  raz  pierwszy  zresztą. 
Dlaczego  on sam nie  jest  w stanie tego  dostrzec?  Czemu  nie  chce  się do  tego 
przyznać?

– Jesteś pewna, że chcesz jechać do miasta swoim autem? – spytał nagle 

Jake. – Mógłbym zostawić ci dżipa, a sam pojechać z którymś z twoich braci.

Casey pokręciła głową. Ciekawe, jak będzie się zachowywał ten jej mężuś 

pod koniec ciąży? Martwi się wszystkim, niepokoi, pilnuje jej diety i wciąż nie 
może zrozumieć tego, że ją kocha.

–  Jedź  ty  –  powiedziała.  –  Założyłeś  mi  przecież  zimowe  opony. 

Wszystko będzie w porządku.

Jake skinął głową i wziął wędkę.
– Wrócę przed zmrokiem.
– Będę na ciebie czekała.
Przyglądał  jej  się  przez  dłuższą  chwilę,  potem  nachylił  się,  by  ją 

pocałować. Chciał, by było to tylko lekkie muśnięcie, ale Casey wyszła mu na 
powitanie, objęła go mocno za szyję i przyciągnęła do siebie.

Jake  jęknął  cicho  i  upuścił  wędkę  na  podłogę.  Tak  było  zawsze. 

Wystarczyło, by jej dotknął, żeby zapomniał o całym świecie.

Kiedy  Casey  upewniła  się,  że  cała  jego  uwaga  skupiła  się  na  niej, 

przerwała  pocałunek  i  cofnęła  się  o  krok.  Zaskoczenie  i  cierpienie,  jakie 
zobaczyła  w  jego  oczach,  ucieszyło  ją.  Owszem,  zgodziła  się  udawać,  że  ich 
małżeństwo będzie takie, jak on sobie tego życzy. Ale nigdy mu nie obiecywała, 
że będzie to łatwe.

– Baw się dobrze – powiedziała. – Pozdrów ode mnie Nathana i J. T.
Jake wciągnął głęboko powietrze, zmrużył oczy i skinął jej lekko głową.
– Wiesz, ja właściwie wcale nie muszę iść na te ryby.
Miło  było  wiedzieć,  że  gotów  jest  zrezygnować  z  wędkowania  z  jej 

braćmi  tylko  po  to,  żeby  dotrzymać  jej  towarzystwa,  lecz  mimo  to  Casey 
zdecydowanie wypchnęła go z kuchni.

background image

–  Musisz,  musisz.  Od  wesela  przez  cały  czas  gadacie  wyłącznie  o 

łowieniu ryb.

Jake z rezygnacją sięgnął po wędkę, wziął pudło ze sprzętem wędkarskim 

i ruszył ku drzwiom.

–  Wtedy  wydawało  mi  się  to  dobrym  pomysłem  –  rzucił.  Casey 

uśmiechnęła się i postawiła mu kołnierz kurtki, – Nie rozumiem, jak wycinanie 
dziury  w  lodzie  i  wyczekiwanie  przy  niej  godzinami  na  jakąś  przepływającą 
rybę może kiedykolwiek wydawać się dobrym pomysłem.

– Bo jesteś dziewczyną – odparł. – Dziewczyny nie znają się na męskich 

sprawach.

Może  i  nie,  pomyślała.  Ale  dziewczyny  wiedzą,  jak  wykorzystać  czas, 

kiedy  ich  mężczyźni  zajmują  się  męskimi  sprawami.  Podczas  nieobecności 
Jake’a  Casey  miała  zamiar  spotkać  się  z  Annie.  Doszła  bowiem  w  końcu  do 
wniosku, że by zwalczyć wspomnienia Jake’a o jego byłej żonie, musi dokładnie 
wiedzieć, co się między nimi wydarzyło.

Dzień dopiero wstawał, na niebie pojawiły się delikatne różowe obłoczki. 

Niestety, z telefonem do Annie trzeba będzie poczekać jeszcze parę godzin.

Casey  podeszła  do  okna  i  pomachała  ręką  na  pożegnanie  Jake’owi,  aż 

zniknął  jej  z  oczu.  Potem  z  kubkiem  gorącego  kakao  usiadła  przy  kominku. 
Patrząc w ogień, układała plany.

–  Wydała  praktycznie  wszystkie  jego  pieniądze  –  powiedziała  Annie  i 

sięgnęła  po  następną  świeżo  upieczoną  bułeczkę  z  cynamonem.  –  Pyszne, 
Casey. Ale naprawdę nie musiałaś mnie nimi przekupywać.

–  Wcale  nie  miałam  zamiaru  cię  przekupywać.  Może  tylko  trochę 

zachęcić.

–  No,  to  wyjaśnienie  mogę  przyjąć  –  odparła  Annie.  Bułeczki  te  Casey 

piekła przede wszystkim dlatego, żeby móc czymś zająć umysł i ręce. Te dwie 
godziny  między  świtem  i  ósmą,  którą  uznała  za  wystarczająco  przyzwoitą 
godzinę, by zadzwonić do szwagierki, zdawały się ciągnąć w nieskończoność.

– A więc Jake rozwiódł się z Lindą dlatego, że wydawała wszystkie jego 

pieniądze? – zapytała Casey, sięgając po dzbanek z kawą.

To wyjaśniało jego zachowanie tego dnia, kiedy facet z poczty dostarczył 

paczki z zakupami.

–  Częściowo.  Ale  stało  się  coś,  co  o  tym  przesądziło.  Casey  spojrzała 

przez  ramię  na  salon.  Nie  chciała,  by  mała  Lisa  podsłuchiwała,  jak  matka  z 
ciotką  rozmawiają  o  jej  wujku.  Z  pokoju  dobiegały  odgłosy  porannego 
programu  telewizyjnego  dla  dzieci  i  śmiech  Lisy.  Mała  natychmiast 
zaprzyjaźniła  się  z  psem.  Prawdopodobnie  dlatego,  że  dzieliła  się  z  nim 
cynamonowymi bułeczkami.

– Co takiego?

background image

–  Po  pierwsze  musisz  wiedzieć,  że  Jake  był  przekonany,  iż  naprawdę 

kocha swoją żonę.

Dziwne, jak bardzo zabolały ją te słowa. No, ale cóż, musiał przecież ją 

kochać, skoro się z nią ożenił. Nie, Casey uśmiechnęła się gorzko. To jeszcze 
żaden dowód. Z nią też się ożenił. I przez cały czas jej udowadnia, że wcale jej 
nie kocha.

–  Szczerze  mówiąc  –  ciągnęła  dalej  Annie,  oblizując  palce  –  nigdy  nie 

mogłam zrozumieć, co on w niej widział. Miała takie chytre spojrzenie.

–  Dobrze, dobrze.  To nie  ma znaczenia. –  Casey poklepała przyjaciółkę 

po ramieniu. – Mów, co się stało.

–  Nic  nadzwyczajnego  –  mruknęła  Annie.  –  Po  prostu  któregoś  dnia 

wrócił wcześniej do domu i zastał Lindę w łóżku z dealerem BMW z Reno.

– Co takiego?
– Właśnie. – Annie na samo wspomnienie skrzywiła się z niesmakiem. –

Stał pod drzwiami sypialni i słuchał, jak jego żona mówi swemu kochankowi, że 
nie  musi  się  bać,  iż  jej  mąż  się  dowie  o  ich  romansie.  Mówiła,  że  z  Jake’a 
straszny kretyn, który jest w niej ślepo zakochany. I wszystko jej wybaczy.

Wielki Boże, co za okropna kobieta, pomyślała w duchu Casey. Najpierw 

poczuła  złość.  Na  Lindę,  że  skrzywdziła  Jake’a.  A  potem  współczucie. 
Współczucie wobec Jake’a, którego ta wiedźma tak głęboko zraniła.

Nic  dziwnego, że nie chce  rozmawiać  o  miłości  i  nie  chce przyznać, że 

coś do kogoś czuje. Raz już spróbował i do dziś pamięta tamtą bolesną nauczkę.

– Tak, z początku to wszystko było straszne – powiedziała w zamyśleniu 

Annie. – Ale wiesz, potem zrozumiałam, że on tak naprawdę wcale tej suki nie 
kochał.

– Nie rozumiem?
– Był bardziej wściekły niż dotknięty. I to przede wszystkim na siebie.
– Na siebie?
– Tak, bo źle ulokował swoje uczucia.
– I wtedy postanowił, że już nigdy nikogo nie pokocha, tak?
– Coś w tym rodzaju. Ale to mu przejdzie. Wcześniej czy później.
–  Nie  jestem  taka  pewna.  –  Casey  sięgnęła  po  następną  bułeczkę, 

przełamała ją na pół i odłożyła na talerzyk. – Zresztą po co mu to?

– Nie rozumiem.
– Popatrz na to wszystko z jego punktu widzenia. Ma żonę. Dziecko jest 

w  drodze.  Wie,  że  go  kocham,  ale  nie  chce  o  tym  rozmawiać.  Postanowił,  że 
będziemy  dla  siebie  mili  i  życzliwi,  ale  nie  będziemy  sobie  zawracać  głowy 
miłością.

– Ciekawa koncepcja. I wygodna.
– Tak, i ja się na to zgodziłam.
– Zwariowałaś?

background image

– Mamo! – zawołała z salonu Lisa. – Siusiu!
– Idź do łazienki, córeczko. Zaraz przyjdę.
–  Nie,  nie  zwariowałam  –  odparła  Casey  i  ugryzła  kawałek  bułeczki.  –

Tak było na początku, ale teraz mam dość, Annie. Miałam okazję obserwować 
kulturalne małżeństwo. Przez wiele lat i to z bliska.

Casey  wiedziała,  że  Annie  rozumie,  co  ma  na  myśli.  W  dzieciństwie 

często  bywała  u  Oakesów  i  widziała  ten  związek  oparty  na  bogactwie, 
umiłowaniu podróży i przymykaniu oka na niedyskrecje.

Ale ona, Casey, zawsze chciała czegoś więcej. Marzenia były jej jedyną 

pociechą w tamtych  chłodnych, pozbawionych prawdziwych  uczuć czasach. A 
od  kiedy  skończyła  piętnaście  lat,  marzenia  te  nierozerwalnie  wiązały  się  z 
Jakiem.

Teraz te marzenia mogły się spełnić. Musi tylko w jakiś sposób przekonać 

Jake’a, że go kocha. I że on może pokochać ją.

– Mamo! Ju-uż! – dobiegł z daleka dźwięczny głosik Lisy.
Annie uśmiechnęła się i wstała.
– Przyzwyczajaj się do tego, bratowo! Wkrótce i na ciebie przyjdzie kolej.
Casey została sama. Wzięła do ręki leżącą na stole lokalną gazetę. „Harry 

Biggs wygrywa główną nagrodę na kościelnej loterii” głosił tytuł na pierwszej 
stronie.

Casey  parsknęła  śmiechem.  W  takiej  mieścinie  najdrobniejsza  i 

najgłupsza rzecz może się znaleźć na pierwszej stronie gazety.

Ale, ale, może to wcale nie jest takie śmieszne.

Trzy  dni  później  to,  co  miało  być  rozwiązaniem  jej  małżeńskich 

problemów,  leżało  nie  otwarte  na  kuchennym  stole.  Casey  spojrzała  na 
porządnie  złożoną  gazetę  i  uśmiechnęła  się.  Była  pewna,  że  jej  pomysł  jest 
doskonały.

Uśmiechnęła się i powróciła do rzeczywistości. I do pracy. W stojącym na 

kuchni wielkim garze ubijała sok z cytryny z cukrem. Skrzywiła się, kiedy ktoś 
zapukał do drzwi.

Śpiący pod  stołem pies,  który miał być jej dzielnym obrońcą, nawet nie 

drgnął.

A  Casey nie  mogła przerwać  ubijania.  Zestawione z ognia  nadzienie  do 

ciasta  natychmiast  się  zwarzy.  A  jeśli  zostawi  je  na  ogniu  i  pójdzie  otworzyć 
drzwi, wykipi.

– Otwarte! – krzyknęła z nadzieją, że przecież morderca nie pukałby do 

drzwi.

Nie przerywając ubijania, spojrzała w stronę holu.
– Casey?
Usłyszała niski, męski głos. Głos, który dobrze znała. I za którym wcale 

background image

nie tęskniła. Głos, który kiedyś miał powiedzieć „tak” przed ołtarzem.

Ale nie powiedział.
Steven!
– Casey? Gdzie jesteś?
Casey odchrząknęła i przełknęła ślinę. – Tutaj – zawołała. Steven pojawił 

się w drzwiach. Oparł się o framugę i przez dłuższą chwilę nic nie mówił.

– Mogę wejść? – spytał w końcu.
– Przecież już wszedłeś – zauważyła Casey.
Uznała, że nie ma powodu być nieuprzejmą. Poza tym, szczerze mówiąc, 

powinna  być  mu  wdzięczna.  Gdyby  nie  wybrał  się  wtedy  do  Meksyku,  ona 
może nigdy nie wróciłaby do Jake’a.

– Wejdź, Steven, wejdź – uśmiechnęła się.
Wyraźnie  odprężony,  Steven  wszedł  do  środka,  zdjął  szalik  i  rozpiął 

płaszcz.  Znakomicie  wyglądał.  Pobyt  w  Meksyku  wyraźnie  dobrze  mu  zrobił. 
Był opalony i, jak zawsze, uroczy. Choć nie tak wysoki ani przystojny jak Jake, 
mógł się podobać kobietom.

Miękkie,  brązowe  włosy  wiły  się  delikatnie  nad  czołem,  brązowe  oczy 

patrzyły na nią poważnie. W czarnym płaszczu, stalowoszarym garniturze, białej 
koszuli i czerwonym krawacie wyglądał w tej przytulnej kuchni zupełnie nie na 
miejscu. I tak się też chyba czuł.

– Uspokój się – powiedziała ze śmiechem Casey. – Nic ci nie zrobię.
– Nawet nie miałbym do ciebie o to pretensji – odparł. – Ale dziękuję.
– Po co tu przyjechałeś?
I to akurat dzisiaj? W dniu jej ostatecznej konfrontacji z Jakiem.
–  Kiedy  wróciłem  z  Meksyku,  twoja  matka  powiedziała  mi,  gdzie  cię 

mogę znaleźć.

– To nie wyjaśnia powodu tej wizyty.
– Zgadza się.
Steven  zajrzał  do  garnka,  w  którym  Casey  cały  czas  mieszała,  a  potem 

zaczął  spacerować  po  kuchni.  Zatrzymał  się  przed  zaparowanym  oknem. 
Odezwał się dopiero wtedy, kiedy dzieliło ich od siebie kilka metrów.

– Po prostu chciałem zobaczyć, jak się miewasz.
– Teraz dobrze. Ale nie wtedy, kiedy dostałam twój list. Steven schylił się 

i pogłaskał oblizującego jego eleganckie pantofle psa.

– Bardzo cię za tamto przepraszam, Casey.
– To już coś.
Casey  ze  zdziwieniem  zauważyła,  że  coraz  mocniej  wali  ubijaczką.  A 

więc wciąż jeszcze nie do końca mu wybaczyła.

– Wiesz, w przeddzień ślubu wieczorem chciałem z tobą porozmawiać.
– Co takiego?
– Zadzwoniłem do domu twoich rodziców. Rozmawiałem z twoim ojcem. 

background image

– Steven wyprostował się i z niesmakiem spojrzał na liżącego mu buty psiaka. –
Powiedziałem, że chcę z tobą pogadać, ale ojciec twierdził, że jesteś zajęta i nie 
można ci przeszkadzać.

Ojciec z nim rozmawiał? Ale jej nie wspomniał o tym ani słowem.
– Nie powiedział ci, prawda?
– Że dzwoniłeś? Nie.
Casey  pokręciła  głową.  Poczuła,  że  jakaś  niewidzialna obręcz  ściska  jej 

serce. Nie znała jeszcze dalszego ciągu tej opowieści, ale podejrzewała, że nie 
będzie się jej ona podobała.

– Nie tylko – rzekł cicho Steven. – Także tego, że nie będę w kościele.
Cały świat zawirował jej przed oczami. Mocno zacisnęła palce na rączce 

rondla.  Niewidzialna  obręcz  zacisnęła  się  jeszcze  mocniej.  Prawie  nie  była  w 
stanie  oddychać.  Jej  własny  ojciec  wiedział,  że  jej  narzeczonego  nie  będzie 
przed ołtarzem. Dlaczego nic jej nie powiedział? Dlaczego pozwolił, by przez to 
wszystko przeszła? Dlaczego naraził ją, na upokorzenie na oczach setek ludzi? 
Chciała zadać na głos te wszystkie pytania. Zażądać na nie odpowiedzi.

– Ojciec o tym wiedział? – szepnęła tylko.
–  Tak,  wiedział.  Powiedziałem  mu,  że  nie  jestem  w  stanie  podjąć  tej 

decyzji.  –  Steven  przeczesał  palcami  swoje  znakomicie  ostrzyżone  włosy.  –
Powiedziałem mu zresztą, iż myślę, że ty też nie chcesz wychodzić za mąż. – Tu 
Steven  rozejrzał  się  po  kuchni  i  głupio  uśmiechnął.  –  W  każdym  razie  nie  za 
mnie.

– Nie chciałam – przyznała, zdziwiona, że udało jej się wydobyć z siebie 

głos.

Steven nawet nie zwrócił uwagi na jej słowa. Pospiesznie mówił dalej.
–  Znasz  swojego  ojca.  Po  prostu  to  zlekceważył.  Powiedział,  że  to 

zwyczajna trema, kazał mi się nie spóźnić i stwierdził, że wszystko się dobrze 
ułoży.

Steven  przerwał  i  przez  chwilę  patrzył  na  nią  bardzo  poważnie. 

Zauważyła w jego oczach szczery żal i smutek.

– Naprawdę myślałem, że ci powie, Casey. Byłem pewny, że i ciebie nie 

będzie w kościele. Że nie będziesz na mnie czekała.

Cały ojciec!  Oczywiście, że  nie  uwierzył Stevenowi.  Nie  dopuszczał do 

siebie  myśli,  by  ktoś  z  ich  kręgów  towarzyskich  mógł  zepsuć  tak  starannie 
zaplanowane i przygotowane wesele. Wobec tego nie uznał nawet za stosowne 
poinformować  swojej  własnej  córki  o  tym,  co  może  ją  spotkać.  Casey  aż 
poczerwieniała na twarzy.

– Ale jednak byłeś tam. Przekazałeś mi list.
–  Tak.  Przejeżdżałem  obok  kościoła  i  zobaczyłem  te  wszystkie 

samochody. Wtedy zrozumiałem, że ojciec o niczym ci nie powiedział. – Były 
narzeczony Casey zrobił kilka kroków w jej stronę i przystanął. – Zatrzymałem 

background image

się więc na chwilę, napisałem te kilka słów i podałem kartkę jednemu z moich 
drużbów.

– Nie mogłeś wejść do środka i powiedzieć mi tego osobiście?
– Tak powinienem zrobić.
– To prawda – zgodziła się Casey i wyłączyła palnik. Przeniosła rondel na 

blat  i  zaczęła  ostrożnie  wylewać  polewę  na  czekające  tam  świeżo  upieczone 
ciasto. – Ale chyba cię rozumiem.

Aż jej się zimno zrobiło na myśl, jak jej i jego rodzice zareagowaliby na 

taką wiadomość. Przekazaną im przez niego osobiście.

Pamiętała  aż  za  dobrze,  jakimi  spojrzeniami  obrzucali  się  w  kościele 

Oakesowie i Millerowie, winiąc jedni drugich za to, co się stało. Gdyby Steven 
pojawił  się  tam  osobiście,  wrzaski  i  upokorzenie  byłyby  dużo  trudniejsze  do 
zniesienia.

–  A  jak  żyjesz  teraz?  –  spytał  Steven,  rozglądając  się  dokoła.  –  Jesteś 

szczęśliwa? Mama mówiła mi, że wyszłaś za mąż.

– I jestem w ciąży.
Brwi Stevena uniosły się do góry.
–  Jestem  bardzo  szczęśliwa.  Steven  –  powiedziała.  –  Właściwie  chyba 

powinnam ci podziękować. Nie zrobię tego, ale wiem, że powinnam.

– Cieszę się, Casey. – Steven zaśmiał się, by przerwać niezręczną ciszę. –

Kamień spadł mi z serca.

Casey podeszła do niego i położyła mu rękę na ramieniu.
– Wybaczam ci. Nie musisz się już bać.
Steven skinął głową, wziął ją w ramiona i uniósł do góry.
– Szczęściarz z twojego męża – rzeki wesoło.
Śmiech zamarł mu w gardle, kiedy ktoś z impetem otworzył drzwi.
– A żebyś wiedział – warknął z furią Jake.

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY

Steven  tak  gwałtownie  wypuścił  Casey  z  objęć,  że  aż  się  zatoczyła. 

Spojrzała  na  Jake’a  i  stwierdziła,  że  jeszcze  nigdy  nie  widziała  go  tak 
rozzłoszczonego. Na policzki wystąpiły mu czerwone plamy – i to wcale nie od 
mrozu – a jego oczy płonęły gniewem.

–  Do  jasnej  cholery,  ręce  precz  od  mojej  żony!  –  wrzasnął  z  dziką, 

zwierzęcą furią.

– To wcale nie tak, jak pan myśli – próbował tłumaczyć Steven.
– Uspokój się, Jake. – Casey stanęła przed nim i odważnie popatrzyła mu 

prosto w oczy. – Zachowujesz się, jak wariat.

Podbiegła  do  drzwi  i  szybko  je  zamknęła.  Ona  śmie  krytykować  jego 

zachowanie?

–  Niech  pan  posłucha  –  odezwał  się  znów  przybysz.  –  Może  najpierw 

powinienem  się  przedstawić.  Nazywam  się  Steven  Miller  –  rzekł  i  wyciągnął 
rękę.

Steven?
Jake rzucił krótkie, znaczące spojrzenie na Casey, a potem znów spojrzał 

na tego elegancko ubranego mężczyznę. Kiedyś słyszał, jak ludzie mówili, że z 
wściekłości krew ich zalewa. Bardzo go to dziwiło. Dopiero teraz zrozumiał, na 
czym to polega. Nie tylko po raz drugi wszedł do swego własnego domu i zastał 
swą żonę w ramionach jakiegoś mężczyzny. Tym razem było jeszcze gorzej, bo 
nie  był  to  jakiś  tam  mężczyzna,  lecz  ten  drugi.  Ten,  którego  miała  zamiar 
poślubić.

Zanim  zdał  sobie  sprawę,  co  robi,  ruszył  do  przodu,  odepchnął 

wyciągniętą ku niemu rękę i walnął pięścią w szczękę Stevena.

Nawet  nie  poczuł  bólu,  bo  widok  padającego  na  ziemię  mężczyzny 

sprawił mu ogromną przyjemność. Nie przejął się tym, że Steven potrącił stół i 
wraz z nim na podłogę upadła nie dokończona cytrynowa tarta.

Dopiero  wtedy  Jake  spojrzał  znów  na  swoją  żonę.  Serce  waliło  mu  w 

piersi  jak  oszalałe.  W  głowie  szumiało.  Krew  nadal  wrzała.  Choć  cały  czas 
podświadomie  się  tego  obawiał,  nie  spodziewał  się,  że  Casey  mogłaby  go 
zdradzić. I nawet nie podejrzewał, jaki ból mogłoby mu to sprawić.

W ogóle nie dało się tego porównać z tym, co przeszedł z Lindą. Ból, jaki 

czuł  w  tej  chwili,  miał  charakter  wręcz  fizyczny.  I  z  każdą  chwilą  stawał  się 
silniejszy.

– Czyś ty zwariował? – krzyknęła Casey.
– Co takiego?
Oddychając ciężko, Jake patrzył na Casey z niedowierzaniem. Ona jest na 

niego zła? Ona?

background image

Casey pochyliła się i pomogła wstać Stevenowi.
Widząc, że facet trzyma się od niej z daleka, Jake wcale się nie uspokoił.
– Dlaczego go uderzyłeś? – spytała oburzona Casey.
– A dlaczego on obściskiwał moją żonę?
– To był zwykły przyjacielski uścisk. – Casey wymownie wskazała ręką 

na podłogę, zasłaną kawałkami ciasta i lukru.

– Piekłam ciasto, Jake. Na miłość boską, to jest kuchnia. Nie sypialnia.
Jake uniósł brwi. Chciał, by przypomniała sobie, co nie tak dawno robili 

razem w tej samej kuchni. Casey zarumieniła się. A więc pamięta.

– Wiem, co widziałem, Casey.
Czyżby nie rozumiała, co czuł, widząc ją w ramionach kogoś innego?
– Widziałeś to, czego się spodziewałeś. – Casey uniosła głowę i spojrzała 

mu prosto w oczy. – Od dnia naszego ślubu czekałeś na coś takiego.

– Co?
Czyżby wiedziała?
– Myślałeś, że nie wiem, prawda?
– Annie – westchnął Jake.
– Tak, Annie. Twoja siostra powiedziała mi to, co powinieneś powiedzieć 

ty.

Jake zamarł. Nie chciał, żeby wiedziała o Lindzie. Nie mógł dopuścić, by 

Casey  dowiedziała  się,  że  jego  była  żona  do  tego  stopnia  miała  go  za  nic,  że 
zabawiała się z kochankami w jego własnym domu. Czy nie rozumie, jak on się 
z tym wszystkim czuł? Czy naprawdę myślała, że mógłby jej o tym powiedzieć?

–  Nie  było  powodu,  bym  opowiadał  ci  o  Lindzie.  To  nie  miało  nic 

wspólnego z nami.

Jakby chciał uspokoić swoje serce, Jake złożył ręce na piersi.
– To nie miało nic wspólnego z nami? – powtórzyła Casey i zrobiła krok 

w jego stronę.

– Przepraszam – odezwał się stojący gdzieś za nią Steven.
– Chyba powinienem już sobie pójść.
– Zamknij się – warknął Jake.
– Zamknij się – zawtórowała mu Casey.
Steven  wzruszył  ramionami  i  zaczął  przyglądać  się  psu,  metodycznie 

wylizującemu podłogę.

– Jak możesz mówić, że to, co zdarzyło się z Lindą, nie ma nic wspólnego 

z nami?

– To było dawno temu – stwierdził Jake.
– Ale wpływa na to wszystko, co dzieje się teraz.
– Casey...
–  Nie,  najwyższy  czas,  żebyśmy  to  sobie  powiedzieli.  To  i  w  ogóle 

wszystko.

background image

Jake wzdrygnął się, widząc mgiełkę łez, zasnuwającą oczy żony. Chciał 

wybiec z tego pokoju, uciec. Zapomnieć o bólu i o widoku Casey w ramionach 
Stevena. Wrócić do tego, co było między nimi wcześniej.

Wiedział, że musi podjąć ostatnią próbę, by choćby trochę odwlec to, co 

wydawało mu się nieuniknione.

–  Przestań,  Casey!  Przestań  w  tej  chwili!  Możemy  zapomnieć  o 

wszystkim, co się dziś wydarzyło.

Steven zakasłał.
Ani Casey, ani Jake nie zwrócili na niego uwagi.
– Możemy wrócić do tego, co było do tej pory – mówił dalej Jake. – Było 

w porządku, prawda?

–  „W  porządku”  nie  wystarczy,  Jake  –  odparła  cicho  Casey.  –  Już  nie. 

Pragnę  być  kochana.  Chcę  prawdziwego  małżeństwa.  A  w  prawdziwych 
małżeństwach ludzie ze sobą rozmawiają. Ufają sobie. – Dolna warga zaczęła jej 
lekko  drżeć,  ale  atakowała  dalej.  –  Od  tygodni  mnie  obserwujesz,  czekasz, 
żebym  zrobiła  coś,  czym  udowodnię  ci,  że  jestem  taka  sama  jak  Linda. 
Wstrzymujesz  oddech  i  prawie  masz  nadzieję,  że  w  końcu  będziesz  mógł 
powiedzieć:  „Widzisz?  Wiedziałem,  że  nie  powinienem  cię  kochać”.  Zamiast 
uświadomić  sobie,  że  nie  jestem  ani  trochę  podobna  do  Lindy,  zamiast 
wykorzystać  szansę  na  nasze  wspólne  szczęście,  wolałeś  siedzieć  i  rzucać 
kamieniami we wszystko, co mieliśmy.

– Nigdy nie mówiłem, że jesteś taka jak Linda.
Casey  westchnęła i  wolno  przesunęła  wzrokiem  po  całej postaci  Jake’a. 

Dopiero potem spojrzała mu znów w oczy. Ujrzał w nich rozczarowanie.

–  Nie  musiałeś  tego  mówić.  To  się  po  prostu  czuło,  bo  cały  czas  było 

między nami. Każdego dnia.

Casey wzięła z blatu swoją torebkę i chwyciła Stevena za ramię. Ciągnąc 

byłego narzeczonego ku drzwiom, jeszcze raz zwróciła się do męża.

– Odchodzę, Jake. Skoro sądzisz, że to, co widziałeś, jest wystarczającym 

powodem, by odrzucić moją miłość... Wygrałeś. Nie będziesz już musiał mnie 
znosić.

– Dokąd się wybierasz? – Jake stał już tuż obok niej.
– A co cię to obchodzi! – Casey wypchnęła Stevena za drzwi, chwyciła 

płaszcz i z wściekłością spojrzała na mężczyznę, którego tak bardzo kochała. –
Sama  nie  rozumiem,  jak  mogłam  się  zakochać  w  takim  ślepym,  głupim  i 
upartym  człowieku  jak  ty!  Ale  myślę,  że  jak  się  bardzo  postaram,  to  mi  to 
przejdzie.

I  po  chwili  już  jej  nie  było,  a  jemu,  jako  jedyne  towarzystwo,  został 

wylizujący podłogę pies i echo zatrzaskiwanych drzwi.

– Gdzie jesteśmy?

background image

Casey oprzytomniała i spojrzała na Stevena.
– Co mówiłeś?
– Pytałem, gdzie jesteśmy – powtórzył Steven, masując obolałą szczękę.
Casey  spojrzała  na  budynek,  przed  którym  stali.  Świąteczne  plakaty 

dekorowały  okna  w  salonie  fryzjerskim  Annie.  Święty  Mikołaj  i  jego  dobre 
duszki  wydały  jej  się  zupełnie  nie  na  miejscu.  Dziwne,  bo  w  ogóle  nie 
pamiętała, jak się tam znalazła. W ogóle ledwo pamiętała jazdę do miasta. Była 
tak  zła  na  Jake’a,  że  nie  mogła  mówić.  Po  prostu  zażądała  od  Stevena 
kluczyków, wsiadła za kierownicą jego porsche’a i ruszyła. Na szczęście on w 
ostatniej chwili zdążył wskoczyć na fotel obok kierowcy.

Nerwowymi  ruchami  zmieniała  biegi  i  ostro  deptała  po  hamulcach, 

ignorując  jęki  byłego  narzeczonego,  trzęsącego  się  nad  swym  cennym  autem. 
Była w stanie myśleć tylko i wyłącznie o mężu.

O tym upartym, ślepym, głupim neandertalczyku, Jake’u Parrishu.
Pomyśleć  tylko,  że  ten  kretyn  podejrzewał  ją  o  zdradę!  Owszem, 

wierzyła, że Linda go głęboko zraniła. Ale dlaczego ją mierzył tą samą miarą?

– Casey – rzekł w pewnej chwili Steven – czy znasz tu jakiegoś dobrego 

lekarza? Chyba ktoś powinien obejrzeć moją szczękę.

Casey spojrzała na niego kątem oka.
– Skoro jesteś w stanie mówić, to na pewno nie jest złamana.
– Nie wiem. – Steven znów pomacał szczękę. – Jak jej dotykam, to słyszę 

jakiś dziwny trzask.

– To jej nie dotykaj.
Mrucząc  coś  pod  nosem,  Casey  wysiadła  z  auta  i  zatrzasnęła  za  sobą 

drzwi.

Nie czekała na Stevena. Nie oglądając się za siebie, wpadła jak burza do 

salonu Annie.

Cisza była ogłuszająca.
Jake spojrzał na psa i skrzywił się.
–  Z  czego  ty  się  tak  śmiejesz?  Szczeniak  spuścił  głowę  i  wyszedł  z 

kuchni.

Jake,  wściekły  na  siebie  i  na  całą  sytuację,  nerwowo  spacerował  po 

wyłożonej hiszpańskimi kafelkami, pustej teraz kuchni.

– A co innego mogłem sobie pomyśleć? – rzucił w próżnię. – Wchodzę do 

własnego domu, zastaję żonę z innym mężczyzną i mam się nie wściec?!

Jego słowa rozeszły się głuchym echem po całym wnętrzu.
Jake przystanął i spojrzał na dokładnie wylizany przez psa talerz.
Tarta cytrynowa.
Jego ulubiona.
Piekła jego ulubione ciasto. Własnoręcznie. Dla niego.

background image

Na stole zauważył gazetę oraz świąteczny katalog z listą prezentów, które 

Casey wybrała dla Lisy, Annie, jego ciotki, wuja i ojca.

Myślała o nim. Przez cały czas myślała o nim.
–  A  ja  wparowałem  do  domu  i  zachowałem  się  jak  bohater  jakiegoś 

szmatławego romansu.

Jake oparł się o blat i wrócił pamięcią do minionych paru tygodni.
Dom pełen był śmiechu. Panowało w nim ciepło, jakiego nie pamiętał od 

dzieciństwa.  Zapach  choinki  i  świąt.  Za  każdym  razem,  wchodząc  do  środka, 
wiedział, że jest mile widziany. Czuł miłość Casey.

Od  tygodni  żył otoczony miłością.  Los  dał  mu jeszcze  jedną szansę.  Ta 

zbyt  młoda  dziewczyna,  której  tak  bardzo  pragnął  przed  pięciu  laty,  znów 
zjawiła się w jego życiu i dała mu wszystko, o czym marzył.

A on z obawy, że mógłby to szczęście utracić, zrobił wszystko, by tak się 

właśnie stało.

Oczywiście,  że  Casey w  niczym  nie  przypomina  Lindy.  Gdzieś  w  głębi 

duszy  zawsze  o  tym  wiedział.  Tylko  duma  nie  pozwalała  mu  się  do  tego 
przyznać. A teraz jest już za późno. Czy odeszła na zawsze? Czy tak ją obraził, 
że nie zechce go widzieć?

Czy mógłby żyć bez niej?
Nie.
Nie mógłby. Nie może.
– Więc co masz zamiar zrobić? – mruknął sam do siebie.
Zacisnął  mocno  ręce  na  kancie  blatu  i  przypominał  sobie  Casey, 

czekoladowe eklery i ich długie, namiętne pocałunki.

Casey.  Jej  ciepły,  dobry  uśmiech  i  miłość  w  jej  oczach,  kiedy  na  niego 

patrzyła.

Casey,  która  za  kilka  tygodni  będzie  nosiła  przed  sobą  duży,  ciężki 

brzuch. Nie, nie brzuch. Ich dziecko.

Wiedział już, co musi zrobić.
Musi ją odzyskać. Za wszelką cenę.
Tu przecież jest jej miejsce. Z nim. Przy nim.
Z tym postanowieniem wybiegł z domu.
–  Casey!  –  powitała  ją  serdecznie  Annie. –  Właśnie  miałam  zamiar  do 

ciebie dzwonić. Przeglądałam gazetę.

Casey  skuliła  się  i  rozejrzała  po  niewielkim  salonie.  Na  fotelu  siedziała 

klientka, dalsze dwie na kanapie czekały na swoją kolej.

Nie chciała rozmawiać o ogłoszeniu, które zamieściła w lokalnej gazecie. 

Nie  teraz.  Nie  dziś,  kiedy  wszystko  uległo  takiej  dramatycznej  zmianie.  A 
przecież  była  pewna,  że  ogłoszenie  w  gazecie  pomoże  Jake’owi  w  podjęciu 
decyzji.

– Co się stało? – spytała Annie. Zapomniawszy o klientkach, podeszła do 

background image

bratowej i przyjaciółki w jednej osobie.

– Lepiej zapytaj, co się nie stało – mruknęła Casey. – To zabierze dużo 

mniej czasu.

–  No,  nie.  Co  tym  razem  nawyprawiał  ten  idiota?  Nagle  otworzyły  się 

drzwi i wzrok Annie spoczął na nowo przybyłym.

– Annie, to Steven – przedstawiła go z nie ukrywaną niechęcią Casey.
– Steven? Ten Steven?
– Niech się pani nie boi, nie jestem mordercą – zażartował głupio Steven.
– Przepraszam pana, nie  miałam nic takiego na  myśli.  Ojej, co  się panu 

stało?  –  Annie  była  kobietą  inteligentną,  więc  od  razu  spojrzała  na  Casey.  –
Jake?

– Jake.
– Nie chciałbym przeszkadzać – przerwał im Steven. – Ale może ma pani 

trochę lodu?

– Jasne. Niech pan sobie weźmie. – Annie wskazała głową zaplecze.
Steven lekko się zdziwił, ale posłusznie podążył we wskazanym kierunku.
– Co się dzieje? – zwróciła się Annie do Casey.
– Sama nie wiem, Annie. Jake przyszedł do domu, zastał mnie ściskającą 

Stevena i dał mu w szczękę.

– O rany!
Od stojącej w kącie kanapy dobiegł je szmer podnieconych głosów. Kiedy 

Casey  spojrzała  w  tamtą  stronę,  oczekujące  na  swoją  kolej  klientki  opuściły 
głowy z  udawaną  obojętnością.  Kobieta  siedząca przed  lustrem niczego  nawet 
nie  próbowała  udawać.  Tak  nadstawiała  ucha,  że  aż  dziw,  że  jej  się  szyja  nie 
urwała.

Jake  sam  jest  temu  winien.  Skoro  tak  bardzo  nie  znosi  plotek,  nie 

powinien tak sobie, bez powodu, bić obcych ludzi.

Po chwili wrócił Steven z plastikową torebką pełną lodu przy twarzy. Ze 

szczerym  zainteresowaniem  przyjrzał  się  Annie,  ale  kiedy  napotkał  spojrzenie 
jej stalowo-błękitnych oczu,  wzruszył tylko  bezradnie  ramionami i  zwrócił się 
do Casey.

– Czy nie będziesz miała nic przeciw temu, że już sobie pójdę?
– Znowu pan od niej ucieka, co? – spytała Annie. Steven zesztywniał.
– Wcale od niej nie uciekłem.
– Dał jej pan kosza. Tak wolałby pan to określić?
W kącie salonu znowu rozległy się szepty. Casey wiedziała już, że przed 

dobrych  kilka  miesięcy  będzie  na  językach  całego  Simpson.  A  może  nawet 
dłużej.  Jeszcze  po  kilkudziesięciu  latach  jej  wnuki  słuchać  będą  opowieści  o 
tym, jak to pewnego dnia były narzeczony babci dostał w papą od dziadka.

– Oczywiście, że nie będzie miała nic przeciw temu – warknęła Annie. –

Czemu miałoby być inaczej?

background image

– Tak tylko zapytałem.
Casey nie  miała siły włączyć się  w  tę  słowną  potyczkę.  Spojrzała przez 

okno  na  ulicę,  na  udekorowane  wystawy  i  uliczne  latarnie.  Kiedy  zauważyła 
podjeżdżające auto Jake’a, poczuła, jak opuszcza ją resztka sił.

– Cześć, Jake – powitał go pan Holbrook, stojący przed swoim sklepem z 

towarami żelaznymi. – Moje gratulacje.

Jake uśmiechnął się i  skinął głową, ale nie miał pojęcia, o co starszemu 

panu chodzi.

–  To takie urocze! – zapiszczała przechodząca obok Dolly Fenwick. –  I 

takie romantyczne – dodała z westchnieniem. – Złóż ode mnie Casey najlepsze 
życzenia świąteczne.

Jake znów skinął głową. O co tu chodzi? Spojrzał na auto, którym uciekła 

Casey. Zablokowane przez  jego dżipa,  eleganckie porsche Stevena nigdzie nie 
odjedzie. W każdym razie nie z Casey w środku.

Jake stanął przed salonem fryzjerskim siostry, otworzył drzwi i ruszył do 

najważniejszej walki w swym życiu.

Steven  wypuścił  torebkę  z  lodem,  ugiął  kolana  i  uniósł  do  góry  pięści. 

Podskakiwał i wymachiwał rękami jak prawdziwy bokser.

– Nie przyszedłem do ciebie – mruknął do niego Jake. Steven zmarszczył 

brwi, ale opuścił ręce i przestał podskakiwać.

– A do kogo? I po co? – spytała zmęczonym głosem Casey.
– Po ciebie.
– Dlaczego? Podejrzewasz, że ukradłam wasze rodzinne srebra?
W rogu na kanapie znowu zawrzało.
– Przestań, Casey. – Jake zdał sobie sprawę, że krzyczy, i zniżył głos. –

Przyjechałem, żeby zabrać cię do domu.

– Nie jadę do domu.
– Dzielna dziewczynka – mruknął ktoś.
– Nie możesz mnie zostawić.
Aż  dziwne,  że  udało  mu  się  wypowiedzieć  te  słowa.  Rozejrzał  się  po 

niewielkim salonie siostry, zauważył zdegustowaną minę Annie, zaskoczonego 
Stevena  i  podniecone  starsze  panie.  Było  mu  wszystko  jedno,  kto  na  niego 
patrzy i kto go słucha. Nawet gdyby miało o nim potem plotkować całe miasto. 
Wiedział tylko, że musi przekonać swoją żonę, by dała mu jeszcze jedną szansę. 
Miał nadzieję, że będzie mógł znaleźć właściwe słowa.

– Nie pozwolę, żebyś ode mnie odeszła.
– Co takiego?
–  Wszystko,  co  mówiłaś,  to  prawda  –  ciągnął  Jake  i  zrobił  krok  w  jej 

stronę. – Byłem idiotą. Wycofałem się i nie pozwoliłem sobie na uczucia. Nie na 
wiele się to jednak zdało.

background image

– Nie rozumiem – powiedziała ostrożnie Casey.
Jake podszedł już bardzo blisko żony. Nie dotykał jej jednak. Jeszcze nie 

mógł podjąć takiego ryzyka. Gdyby się odsunęła, odczułby to jak policzek.

– Kochałem cię od samego początku, Casey.
– Powiedz to jeszcze raz. Jake uśmiechnął się.
–  Kocham  cię.  Zawsze  będę  cię  kochał.  Proszę,  Casey,  nie  zostawiaj 

mnie. Ani ja, ani psiak nie chcemy bez ciebie żyć.

–  To  chwyt  poniżej  pasa.  Nasz  ukochany  kundel  nie  ma  z  tym  nic 

wspólnego.

– To chwyt rozpaczy.
– Rozpaczy?
– Tak, Casey. Zrobię wszystko i powiem wszystko, bylebyś tylko do mnie 

wróciła.  Kocham  cię!  Wróć  ze  mną  do  domu.  Pokażę  ci,  że  i  ja  potrafię  być 
zakochany po uszy. – Teraz dopiero odważył się jej dotknąć. Położył ręce na jej 
ramionach. – Nie odchodź ode mnie, Casey. – Jake mówił teraz prawie szeptem. 
Te słowa były przeznaczone tylko dla niej. – Jeśli odejdziesz, umrę.

– Ty głuptasie.
Jake zmarszczył brwi.
– Co takiego?
–  Straszny  z  ciebie  głuptas,  Jake.  –  Casey  uśmiechnęła  się  do  niego  i 

pokiwała głową. – Wcale nie miałam zamiaru cię opuszczać.

– Nie? – Dopiero teraz powietrze bez przeszkód dotarło do jego płuc.
–  Oczywiście,  że  nie.  –  Casey  wyciągnęła  rękę  i  pogładziła  go  po 

policzku. – Ja się tak łatwo nie poddaję – oświadczyła z powagą. – Czasem mnie 
denerwujesz, ale cię kocham.

Jake odetchnął jeszcze swobodniej.
–  Nie  potrafiłabym  przestać  cię  kochać  tylko  dlatego,  że  mnie 

rozzłościłeś. Opuściłam dom, bo nie byłam pewna, czy za chwilę nie dam ci w 
łeb. A Bóg mi świadkiem, że na to zasłużyłeś.

– Od dziś masz na to moje pozwolenie.
– Zapamiętam to sobie.
Casey spojrzała na uśmiechniętą i wyraźnie wzruszoną Annie.
– Bądź taka dobra i podaj mi gazetę.
Jake  patrzył  zdziwiony,  jak  siostra  wsuwa  dziennik na  wyciągnięte  ręce 

Casey.

–  Gdybyś  tak,  jak  wszyscy  w  mieście,  przeczytał  rano  gazetę  –  zaczęła 

Casey – wiedziałbyś o tym dużo wcześniej.

Rozłożyła pierwszą stronę i  trzymając  ją  przed  sobą  jak tarczę, czekała, 

żeby Jake przeczytał nagłówek artykułu.

Wzrok Jake’a przemknął przez nagłówek raz, po chwili drugi. Musiał się 

upewnić,  że  nie  śni.  Nie.  Na  jego  twarzy  pojawił  się  uśmiech.  Zrozumiał 

background image

wreszcie,  o  czym  mówili  tamci  ludzie na  ulicy. Zresztą  całe miasto  na  pewno 
jeszcze długo będzie miało o czym rozmawiać.

Ale nie miał nic przeciwko takiemu rodzajowi plotek.
Jeszcze raz spojrzał na nagłówek i opuściły go już resztki wątpliwości.
Na samej górze strony ogromnymi literami napisane było: „Casey kocha 

Jake’a”.

Jake spojrzał na uśmiechniętą twarz żony. Wyjął jej z rąk gazetę, rzucił ją 

na podłogę i wziął Casey w ramiona.

I dopiero wtedy poczuł, że znów żyje.
Miał teraz wszystko, o czym marzył.
Kiedy ją pocałował, nawet nie słyszał aplauzu zachwyconych świadków 

rozgrywającej się sceny.

background image

EPILOG

Wśród nocnej ciszy...

– Chyba powinniśmy wziąć się do roboty – szepnęła Casey, tuląc się do 

Jake’a. Leżeli oboje w salonie na kanapie. – Zaraz wszyscy się tu zjawią.

– Nie ma się co tak spieszyć – mruknął jej mąż, przyciągając ją do siebie.
Casey roześmiała się i uniosła głowę, by na niego spojrzeć.
– Przez cały dzień tak mówisz, Jake.
Oczywiście  tak  naprawdę  wcale  się  nie  skarżyła.  Dzień  Bożego 

Narodzenia  spędzony  na  kochaniu  się  z  uwielbiającym  ją  mężem  był 
spełnieniem jej marzeń.

Jake też się uśmiechnął i pogładził ją po policzku.
– Mężczyzna przecież ma prawo spędzić swoje pierwsze święta ze świeżo 

poślubioną żoną w taki sposób, na jaki ma ochotę.

– Naprawdę?
– Taka jest zasada.
Casey  złożyła  mu  głowę  na  piersi  i  zapatrzyła  się  na  stojącą  w  rogu 

pokoju choinkę.

– Cudowne Boże Narodzenie, prawda? – szepnęła.
– Cudowne – powtórzył Jake i objął ją ramionami.
Za  oknem  szalał  zimny  wiatr,  ale  pokój  ogrzewał  płonący  na  kominku 

ogień i miłość łącząca tych dwoje.

Pod choinką leżały pięknie opakowane prezenty. Tuż obok spał ukochany 

szczeniak.

–  Nie  chcesz  otworzyć  prezentu  przed  przyjazdem  rodziny?  –  spytała 

Casey, wsłuchując się w spokojne bicie serca Jake’a.

–  Nie.  –  Mąż  delikatnie  pogładził  ją  po  plecach.  –  Ja  już  dostałem 

wszystkie moje prezenty.

– Naprawdę?
– Tak. Ty zawsze będziesz moim najcenniejszym prezentem. Ty i nasze 

dziecko.

– To już mówiłeś.
– Wiem i będę wciąż to powtarzał. Tyle razy, ile będziesz w stanie znieść. 

Kocham cię, Casey. Nawet nie przypuszczałem, że można kochać aż tak bardzo. 
Każdy dzień z tobą to cud. Każdy dzień to Boże Narodzenie.

Do  oczu  Casey  napłynęły  łzy,  ale  powstrzymała  je  gwałtownym 

mruganiem powiek. Uniosła głowę i delikatnie go pocałowała.

– Ja też cię kocham, Jake. Wesołych świąt.
– Wesołych świąt.