background image

 

 

 

VICKI LEWIS THOMPSON 

W HAWAJSKIM 

RYTMIE 

Tytuł oryginału The Flip Side 

 
 

PDF processed with CutePDF evaluation edition

www.CutePDF.com

background image

 

 

 

 

ROZDZIAŁ 1 

 
-  Halo, halo! Tym rozkołysanym rytmem hawajs- 

kiego tańca wita was Jack Bond, disc jockey Radia 
KPLY, z prześlicznego miasta Bellingham w stanie 
Waszyngton. Przypominam wszystkim, że jutro jest 
wielki dzień: zakończenie konkursu na najlepszego 
wykonawcę tańca hula. Finał odbędzie się na estradzie 
koncertowej w parku Kaskada, gdzie dziesięciu finalis- 
tów będzie się gięło i kołysało! 

Rozsmarowując topiony serek na krakersach, Amy 

uśmiechnęła się do czterech radioodbiorników roz- 
stawionych w różnych miejscach pokoju, z których 
dochodził głos disc jockeya. 

-  Jack, drogi przyjacielu, ćwiczę nieustannie od 

tygodnia - powiedziała wesoło. 

-  Zwycięzca - kontynuował Jack Bond -poleci od- 

rzutowcem na Hawaje w towarzystwie osoby, którą sam 
lub sama, wybierze. Mój kuzyn Ernie zgłasza się na ocho- 
tnika jako eskorta, jeśli wygra kobieta. Ale, dziewczęta, nie 
radzę go brać. Żaden z niego turysta czy globtroter. Ernie 
należy do tych typków, co to siedzą cały dzień w hotelowym 
pokoju i zamawiają jedzenie przez telefon. 

Amy roześmiała się. Jack wymyślił kuzyna Ernie'ego 

parę lat temu, żeby ożywić konferansjerkę. Zastana- 
wiała się, czy „kuzyn Ernie" miał mu zastąpić brata, 

R

 S

background image

którego nigdy nie miał, choć tak pragnął. Ona,  
Brad i Jack byli sobie niegdyś bliscy jak prawdziwe 
rodzeństwo. 

- Twoje zdrowie, Jack - powiedziała na głos, uno- 

sząc krakersa jak kielich do toastu. - Za nasze dawne, 
dobre czasy. Może jutro okaże się dla mnie życzliwe? 
Może uda mi się pojechać na Hawaje? 

 
Około trzeciej następnego dnia Amy na własnej 

skórze przekonała się, dlaczego ludzie w tych okoli- 
cach nie ubierali się w listopadzie w spódniczki z trawy 
i kostiumy bikini. Co za głupek wymyślił ten konkurs 
jako imprezę na świeżym powietrzu? 

Zimny wiatr pędził ciężkie chmury od zatoki w stro- 

nę miasta. Do wieczora pobliski szczyt, Mount Baker, 
z pewnością pokryje się śniegiem. Amy zadrżała 
z zimna i zaczęła przyglądać się reszcie finalistów. 

Nikt nie był ubrany w kostium tak skąpy jak ona. 

Dwaj młodzi ludzie biorący udział w konkursie mieli 
na sobie dżinsy, choć jeden wciągnął na to jeszcze 
szorty w hawajskie wzory i poprzyczepiał w talii puszki 
po piwie, tworzące brzęczący łańcuch. Aby się jeszcze 
bardziej podobać tłumowi, założył na szyję wianek 
z dużych, jak od kościelnych drzwi, kluczy. 

Ten zdobędzie największe oklaski, pomyślała Amy. 
Kobiety też się nie wyletniły. Jedna była w kom- 

binezonie do joggingu, ozdobionym krótką spódnicz- 
ką z trawy, a druga pobiegła do samochodu i wróciła 
z narciarską kurteczką. 

- Amy też miała żakiet w samochodzie, ale po- 

stanowiła go nie zakładać, aby nie popsuć efektu i nie 
zmarnować trudu, jaki sobie zadała, żeby wyglądać jak 
prawdziwa Hawajka. 

Jack Bond pojawił się jak przystało na gwiazdę 

wieczoru. Podjechał z fantazją czarnym luksusowym 
samochodem pod samą estradę. 

R

 S

background image

Entuzjastyczne powitanie, jakie mu zgotowała 

grupa nastolatków, zrobiło na Amy duże wrażenie. 
Jack Bond rzeczywiście miał mnóstwo wielbicieli. 
No, ale ona miała coś do powiedzenia mistrzowi. 

Jack wysiadł z samochodu i zręcznie wskoczył na 

estradę, tuż obok niej. 

-  Proszę, proszę - powiedział z uśmiechem na jej 

widok. - Czy to nie Amy Hobson zmieniona w Ha- 
wajkę? Zauważyłem twoje nazwisko na liście uczest- 
ników. 

Amy zmierzyła go wzrokiem od białych reeboków 

i levisow do grubej czerwonej bluzy z napisem Radio 
KPLY. Ubrał się ciepło, ważniak. 

-  Jacku Blickensderferze, czy to tobie zawdzię- 

czamy pomysł, aby finał konkursu odbył się na 
szarpanej wichrami estradzie zamiast w ciepłym 
wnętrzu? 

-  Ćśś... - Położył palec na ustach. - Co będzie, 

gdy któryś z moich miejscowych wielbicieli usłyszy, jak 
się do mnie zwracasz? Do wielkiego Jacka Bonda, 
strażnika fal? 

-  To twoja sprawka czy nie? 
-  Tak, proszę pani. Tu jest o wiele więcej miejsca 

niż w sali, a ja chciałem, żeby przyszły tłumy. 

-  Jeśli dostanę zapalenia płuc, wniosę pozew do 

sądu. 

-  Powinnaś ubrać się w trykoty lub spodnie na taką 

pogodę. 

-  Ale wtedy nie wyglądałabym jak Hawajka. 

Jack skinął głową. 

-  A tak wyglądasz jak sine morze. Czy to Elvis 

Presley śpiewał o sinym morzu? No, ale muszę już iść. 
Nie chcę, żeby mnie ktoś oskarżył o faworyzowanie 
jednej z uczestniczek. 

-  Uczciwy, stary Jack. 
-  Zgadza się. 

R

 S

background image

Odwrócił się od niej i podszedł do mikrofonu. 

Zwrócił się do uczestników i publiczności ze swobodą 
starego praktyka. Pomimo lekkiej irytacji Amy musia- 
ła przyznać, że trochę jej imponuje znajomość z tym 
popularnym, przystojnym mężczyzną. Jego ciemne 
falujące włosy i błękitne oczy ocienione gęstymi rzęsa- 
mi mogły przyprawić niejedną dziewczynę o bicie 
serca. 

Ale dla niej był po prostu przyjacielem z dzieciń- 

stwa, który spędzał w ich domu prawie tyle czasu, 
co jej własny brat. Chłopcem, który w poplamionej 
smarem trykotowej koszulce reperował z Bradem 
samochody lub grał w koszykówkę przed domem 
tak długo, aż obaj spływali potem. Czasami Amy 
też z nimi grała. 

- Mam nadzieję, że nie zapomnieliście przynieść ze 

sobą trochę drobnych - zwrócił się Jack do zgroma- 
dzonej publiczności. - W czasie konkursu moi pomoc- 
nicy przejdą między wami z puszkami takimi jak ta. 

- Podniósł do góry pojemnik z otworem na monety. 
- Bądźcie hojni. Jesteśmy już blisko celu. Z waszą 

pomocą w przyszłym roku zbudujemy dla młodzieży 
czytelnię. 

Amy zapomniała już, że Jack ma zwyczaj włączać 

się do każdej społecznej akcji. Tym razem chodziło 
o zbudowanie ośrodka zwalczania analfabetyzmu 
wśród dzieci i młodzieży. 

Jack odwrócił się od publiczności do uczestników 

konkursu. 

-  Hej, wy tam, maniacy hawajskich rytmów. Kiedy 

zabrzmi muzyka, proszę zacząć tańczyć. Nasi kochani 
widzowie zebrani wokół estrady wybiorą pięciu najlep- 
szych spośród was, a ja dokonam ostatecznej selekcji. 
Osobiście. - Uniósł brwi, a z tłumu rozległy się gwiz- 
dy. - Jeśli jeden z tych dwóch dżentelmenów okaże się 
najlepszym tancerzem, wygra wycieczkę na Hawaje. 

R

 S

background image

Gwizdy rozległy się ponownie. 
-  Chyba nie sądzicie, że Jack Bond mógłby po- 

stąpić nie fair? 

-  Skąd mamy wiedzieć? - krzyknął ktoś z tłumu. 
-  Przecież to od was też zależy. Jeśli nie wybierzecie 

żadnego z panów do finałowej piątki, nie będę mógł 
udowodnić, jakim jestem bezstronnym sędzią. A więc, 
zaczynamy.          

Wyłączył mikrofon i nacisnął przycisk magneto- 

fonu. Rozległy się łagodne tony melodii „Perłowe 
muszle". 

Facet z wiankiem puszek po piwie szalał na swoim 

kawałku sceny w rytmie, który nie miał nic wspólnego 
z nadawaną muzyką. Ale reszta uczestników próbowa- 
ła dać jak najlepszy pokaz hawajskiego hula. 

Amy kołysała się miękko, zgodnie z rytmem pio- 

senki. Szybko zorientowała się, że innym tancerzom 
szło gorzej niż jej. Byli wyraźnie stremowani i nie mieli 
wyczucia rytmu. Ale jedna z dziewcząt wyróżniała się 
na plus. Amy stwierdziła w duchu, że to będzie jej 
główna rywalka. 

Jack. przechadzał się wzdłuż i wszerz sceny, obser- 

wując tańczących, a kiedy mijał Amy, puszczał do niej 
oko. Robił to specjalnie, aby ukryć, że znalazł się 
w kłopotliwej sytuacji. 

Tydzień wcześniej, gdy zobaczył nazwisko Amy 

na liście finalistów, uśmiechnął się rozbawiony. Nie 
przyszło mu do głowy, że mogłaby wygrać. Znał ją 
przecież kiedyś i traktował jak młodszą siostrę. A mło- 
dsze siostry na ogół nie umieją tańczyć hawajskich 
tańców. 

Ukradkiem obserwował ponętne, zmysłowe ru- 

chy jej ciała. Boże wszechmogący! Ciemnowłosa, 
o piwnych oczach Amy Hobson miała ładny biust, 
krągłe biodra i kształtne nogi. Uznał, że myśli, które 
go nachodzą, są prawie kazirodcze. Biały kwiat przy- 

R

 S

background image

pięty za uchem i skąpy strój nadawały jej wygląd 
Hawajki, co w oczach Jacka czyniło ją egzotyczną 
i seksowną. 

Stracił z nią kontakt po ślubie Brada. Wiedział 

tylko, że nie mieszka już z rodzicami. Przypomniał 
sobie też, jak jej matka mówiła, że Amy pracuje 
jako sekretarka w składzie drewna. Jack uznał to 
za marnowanie jej niewątpliwych zdolności, ale Amy 
zawsze taka była. W szkole zadowalała się średnimi 
ocenami, choć mogła być prymuską. 

A teraz tańczy na estradzie półnaga. Pierwszym 

jego odruchem, gdy ją zobaczył z daleka, było pod- 
biec i okryć ją kocem. Na szczęście szybko zdał 
sobie sprawę, że nie ma żadnego prawa tak po- 
stąpić. Zamiast tego zaczął z nią żartować jak za 
dawnych lat, a Amy przyjęła to z całkowitą swobo- 
dą. Ale teraz jej sugestywny taniec spowodował, że 
przed oczami pojawiały mu się coraz mniej przy- 
zwoite obrazy. 

Liczył, że publiczność nie wybierze jej do następ- 

nego etapu. Jednak wybrała. Zwariowany facet z pusz- 
kami i cztery panie tworzyły finałową piątkę. Amy 
była wśród nich. 

Jack pragnął wydać sprawiedliwy werdykt. Koń- 

cowa melodia, którą mieli zatańczyć finaliści, od- 
znaczała się żywszym rytmem. Mężczyzna nie wy- 
trzymał tempa i zszedł ze sceny, ciężko dysząc. Z czte- 
rech pań dwie były zdecydowanie lepsze. I znów jedną 
z nich okazała się Amy. 

Teraz Jack już nie mrugał do niej, lecz starał się być 

bezstronnym obserwatorem, gdy patrzył, jak kołysze 
biodrami w idealnej harmonii z muzyką. Gdzie ona się 
tego nauczyła?                     

Przeniósł wzrok na najgroźniejszą rywalkę Amy. 

Była to kobieta po trzydziestce, ubrana w sarong 
i trykoty w kolorze ciała. Tańczyła doskonale technicz- 

R

 S

background image

nie, może nawet lepiej od Amy, ale nie robiła na nim 
najmniejszego wrażenia. 

Muzyka grała nieprzerwanie. Specjalnie wybrał 

długi utwór, bo wiedział, że publiczność chciała się 
napatrzyć na ten zmysłowy taniec. 

Całym sercem pragnął dać nagrodę Amy. Tańczyła 

naprawdę dobrze, a jej młodość sprawiała, że ruchy 
wydawały się tym bardziej prowokujące. Ale, do 
diabła, nie był bezstronny. Musiał się do tego przy- 
znać. Jak oceniłby ten konkurs ktoś, kto jej nie znał? 

Starsza od niej blondynka była doskonała i miała 

w sobie pewne wyrafinowanie, którego brakowało 
Amy, ale to mu się właśnie podobało. Jack sklął się 
w myśli za to, że w ogóle zorganizował ten konkurs. 
Najchętniej uciekłby z estrady. 

Muzyka zakończyła się głośnym akordem. 
Nie patrząc na żadnego z uczestników, Jack pod- 

szedł do mikrofonu. 

-  Panie i... 
Zatrzymał się, aby odchrząknąć, co mu się nigdy nie 

zdarzało. Dziś miał ściśnięte gardło. 

-  Panie i panowie. Za chwilę ogłoszę wyniki kon- 

kursu. 

Zapadła cisza. 
-  Mój kuzyn Ernie bardzo chciał być obecny, aby 

wręczyć nagrody, ale ostatniej nocy jego kot roz- 
grzebał mrowisko i te małe diabełki przeniosły się do 
komody z bielizną w sypialni Ernie'ego. Kiedy go 
rano widziałem, pędził na Mount Baker, żeby usiąść 
na śniegu. 

Rozległy się głośne śmiechy. 
-  A więc muszę to zrobić sam -kontynuował Jack. 

- Zacznę od piątego miejsca. Chyba wszyscy wiemy, 
kto je zdobył. 

Mężczyzna z puszkami po piwie wstał i podniósł 

ręce do góry, dziękując za oklaski. 

R

 S

background image

-  Randy Slocum otrzymuje dyplom od firmy 

„Dźwięk i Furia", upoważniający do gratisowego zaku- 
pu płyt w jej sklepie. „Dźwięk i Furia". Ta nazwa dosko- 
nale oddaje twoją technikę taneczną, prawda, Randy? 

Randy przyjął dyplom z ukłonem tak głębokim, że 

omal nie spadł ze sceny, co wywołało nową falę 
wesołości i oklasków. 

-  A oto dyplom dla Joyce Danner, która zajęła 

czwarte miejsce i tym samym zdobyła prawo do eleganc- 
kiej kolacji w restauracji „U Alfreda" dla dwóch osób. 
Nagrodą za trzecie miejsce jest płaszcz jesienny ufun- 
dowany przez firmę Benson. Zdobyła go Geri Gay. 

Jack odczekał, aż ucichną oklaski, zanim zaczął 

mówić. 

-  Oczywiście, gdy wymienię zdobywcę drugiego 

miejsca, będzie dla was jasne, kto zdobył nagrodę 
pierwszą, czyli czterodniową wycieczkę na Hawaje dla 
dwóch osób. Nagrodą dla zdobywczyni drugiego 
miejsca jest piękny robot kuchenny. 

Amy wstrzymała oddech. Powinna wygrać. Tań- 

czyła dobrze, a Jack jest jej przyjacielem. 

-  Nie było mi łatwo dokonać wyboru. Chciałbym, 

byście wiedzieli, że sędziowanie w tym konkursie 
okazało się dla mnie ciężkim zadaniem. 

Z tłumu rozległy się głosy wyrażające wątpliwość. 
-  Naprawdę, musicie przyznać, że obie te panie 

wiedzą, jak należy tańczyć hula. 

Z tłumu rozległy się oklaski i brawa dla wy- 

konawczyń. 

-  Powodzenia, kochanie - powiedziała blondynka 

do Amy, korzystając z zamieszania. - Byłaś już kiedyś 
na Hawajach? 

-Nie. A ty? 
-  Pięć razy. Tam się nauczyłam tańczyć. 
Amy miała ochotę ją udusić. Poczuła, że to wielka 

niesprawiedliwość porównywać ją z tamtą, po pięci

R

 S

background image

pobytach na wyspach hawajskich, podczas gdy ona nie 
była tam ani razu. 

-  Ale muszę dokonać wyboru - mówił dalej Jack 

- więc nie zwlekając już więcej, ogłaszam, że drugą 
nagrodę otrzymuje... 

Amy zamknęła oczy i zacisnęła zęby. 
-  ...Amy Hobson! Evelyn Saint wygrała wycie- 

czkę! 

Amy nie mogła się zdobyć na otwarcie oczu. 

Przegrała. Była tak blisko i przegrała. Niech diabli 
porwą Jacka Blickensderfera! Jak mógł jej to zrobić?! 
Wiwaty na cześć Evelyn Saint zagłuszyły jej wściekłe 
pomruki. Gdy spojrzała na niego, Jack odbierał właś- 
nie uściski od zwyciężczyni. 

-  Uff... - rzekł po chwili do mikrofonu - wdzię- 

czność jest bardzo miła. A teraz chciałbym poprosić 
wszystkich finalistów, aby poczekali na pamiątkowe 
zdjęcie. Randy, przyjacielu, dasz radę postać jeszcze 
troch§? 

Amy zniosła ze stoicyzmem pozowanie do foto- 

grafii i zdobyła się nawet na parę słów gratulacji dla 
Evelyn Saint. Potem skierowała się do schodków, by 
zejść z estrady. 

-  Amy! - Poczuła, że ktoś ją łapie za rękę. - 

Przykro mi, dziecino. 

Spojrzała mu w oczy. 
-  Nie tak jak mnie. 
-  Czy ten wyjazd był dla ciebie taki ważny? - Jack 

zmarszczył brwi, zafrasowany. 

-  Ważniejszy, niż mógłbyś sądzić - odparła z gnie- 

wem, zbiegła z estrady i popędziła do samochodu. 
Kipiała ze złości. Miała taką okazję pojechać na 
Hawaje, a on ją zaprzepaścił. Po tych wszystkich 
latach, kiedy była dla niego jak rodzona siostra, 
wybrał ten moment, żeby okazać się zdrajcą. Powinna 
była donieść matce, jakie to pisemka on i Brad chowali 

R

 S

background image

przed nią. Szkoda, że w czasie gry w koszykówkę nie 
kopała go tam, gdzie najbardziej boli. Zamiast poda- 
wać mu narzędzia, gdy reperował samochód, trzeba 
było upuścić mu coś ciężkiego na nogę. Nędznik. 
Świnia. Obrzydliwiec. 

W furii jechała do domu i w furii wpadła do 

mieszkania. Dzwonił telefon. Niech dzwoni. Kto- 
kolwiek to był, lepiej, żeby z nią teraz nie roz- 
mawiał. 

Zerwała z siebie spódniczkę ze sztucznej trawy. 

Wianek ze sztucznych kwiatów, kupionych w tanim 
domu towarowym, wylądował w koszu na śmie- 
cie - razem z białą gardenią, którą miała wpiętą we 
włosy. 

Gdy została w samym kostiumie bikini, owinęła 

się kapą i usiadła w rogu kanapy, aby się solidnie 
wypłakać. Płacz był dość nudnym zajęciem, więc po 
jakimś czasie dała sobie z tym spokój. Teraz ucieszy- 
łaby ją tylko tarcza strzelnicza z fotografią Jacka 
w środku. Westchnęła. Jack musiał uznać, że Evelyn 
lepiej tańczy, ponieważ był bardzo uczciwy. Zbyt 
uczciwy jak na jej gust! W głębi serca wiedziała, że 
nie może winić go za wydanie decyzji zgodnie z su- 
mieniem. 

Zadzwonił telefon i tym razem podniosła słucha- 

wkę. 

-  Amy? - usłyszała. 
-  Powiedz, że to nie ty. 
-  Amy, zapomniałaś zabrać robota. 
-  Wiesz, co możesz z nim zrobić. 
-  Czy sądzisz, że było mi przyjemnie wybierać 

między dwiema bardzo dobrymi tancerkami, gdy 
jedną z nich znałem od wieków? Chciałem zdys- 
kwalifikować samego siebie, ale było za późno. 

-  Ona była na Hawajach pięć razy. - Amy zaczęła 

znów chlipać i pociągać nosem. 

R

 S

background image

-  Wiem. Powiedziała mi. Zdaję sobie sprawę, że 

jesteś zdenerwowana i uważasz, że ty powinnać zwy- 
ciężyć. Może rzeczywiście powinnaś. 

-  Co? Chcesz powiedzieć, że miałeś wątpliwości, 

a jednak wybrałeś ją? 

-  Ona była bardzo dobra. A ja się obawiałem, 

że znając ciebie, może nie jestem całkiem obiekty- 
wny... 

-  Więc wolałeś być niesprawiedliwy, aby nie oka- 

zać się stronniczy? Dzięki stokrotne, Jack. Czy zdajesz 
sobie sprawę, ile ten wyjazd dla mnie znaczy? 

-  Sądząc z twego tonu, dość dużo. Słuchaj, bierzesz 

ten robot czy nie? 

-  Nie. Gotowanie nie jest moim hobby. 
-  Ciągle jeszcze żyjesz jak dziki ptak? 
-  Nie życzę sobie żadnych uwag pod moim ad- 

resem. 

-  Doskonale. A więc, Amy, jeśli ten robot jest ci 

niepotrzebny, to może dałbym go mojej matce? 

-  Całuj psa w nos! Ja dam go swojej matce. 
-  Wyrażasz się naprawdę fatalnie. Czy to ma zna- 

czyć, że przyjmujesz nagrodę? 

-  Oczywiście! Zdobyłam ją przecież, prawda? 

- Westchnęła. - Odbiorę go ze studia. 

-  Jeśli obiecasz, że nie obrzucisz mnie kamieniami, 

to ci go przywiozę, wracając z dyżuru, wieczorem, 
o dziesiątej. Będziesz w domu? 

-  A gdzie miałabym być? Na uroczystości z okazji 

wygrania maszynki do mięsa? 

-  Amy, nagroda naprawdę jest cenna. To nie moja 

wina, że nie używasz nowoczesnych urządzeń. Mam ci 
go przywieźć, czy nie? 

-  Przywieź. W końcu lepiej, żebyś ty się fatygował. 
-  Jesteś naprawdę niezwykle uprzejma. Mieszkasz 

w Bayview Apartments, jak podałaś? Pewnie masz 
piękny widok na zatokę. 

R

 S

background image

-  Niestety, mieszkania z widokiem są za drogie. 

Mieszkam na parterze. 

- Aha. Będę o dziesiątej piętnaście. 
Amy z westchnieniem odłożyła słuchawkę. Robot 

kuchenny. Mama będzie zachwycona. Konkurs nie 
okazał się w rezultacie zupełnym fiaskiem, zdecy- 
dowała. 

Gdy minęła dziewiąta, Amy już żałowała, że zgodzi- 

ła się na przyjazd Jacka. W mieszkaniu było chłodno, 
miała ochotę włożyć ciepłą flanelową koszulę i wejść 
do łóżka. Zamiast tego włączyła radio. Nie dlatego, 
żeby tak bardzo chciała słuchać głosu Jacka, po prostu 
lubiła muzykę, którą nadawał. Gdy muzyka ucichła, 
przyjemny baryton Jacka wypełnił małe mieszkanko. 

-  Tak sobie marzę, że wszyscy słuchacze Radia 

KPLY mają przy sobie kogoś wyjątkowego, osobę, do 
której miło się przytulić w tę wietrzną noc. 

Amy słuchając go, zaczęła się zastanawiać, czy był 

związany na stałe z jakąś dziewczyną. Wiedziała, że 
dawniej miał kilka poważnych romansów, ale, jeśli się 
dobrze orientowała, nigdy się nie ożenił. 

-  A co powiecie o naszym konkursie tanecznym? 

Nieźle się dziś rozgrzaliśmy, tańcząc hula w parku 
Kaskada. Tych, którzy nie przyszli, ominęła duża 
zabawa. Może nie aż taka, jaką miał kuzyn Ernie 
z mrówkami, ale zawsze... 

Amy skrzywiła się na przypomnienie dzisiejszego 

wydarzenia i jego żałosnego rezultatu. 

-  Mamy zwyciężczynię tego konkursu - ciągnął 

Jack. - Evelyn Saint, najlepsza w tańcu hula, wkrótce 
pojedzie na Hawaje. Sponsorami tej wycieczki są prze- 
mili właściciele biura podróży First Class Travel. Nie 
zapomnijcie ich odwiedzić, gdy będziecie planować 
zimowe wakacje. 

R

 S

background image

-  Oczywiście, Jack. Na pewno - mruknęła Amy, 

ale już z mniejszą zajadłością. Nie umiała długo 
chować urazy. 

Gdy Jack zakończył program, Amy zaczęła się 

wręcz cieszyć na tę wizytę. Od wieków nie rozmawiali 
ze sobą. Co prawda Jack mógł wpaść tylko na 
chwilę... 

Ta myśl trochę przygasiła jej radość. Kiedy jednak 

otworzyła drzwi i zobaczyła na jego twarzy szeroki 
uśmiech, a także poczuła aromat gorącej pizzy, do- 
myśliła się, że nie wyjdzie od razu. 

-  Mam nadzieję, że w lodówce jest piwo - powie- 

dział do niej ponad dwoma pudełkami. 

Za nim przy krawężniku stało lśniące auto. 
-  Widzę, że to prześliczne camaro to twój własny 

samochód. 

-  Mój i banku, na spółkę. Jedyny luksusowy przed- 

miot, jaki posiadam. 

-  Zawsze byłeś trochę zwariowany na punkcie 

samochodów. 

Wzięła pudełko z pizzą i pociągnęła nosem. 
-  Z boczkiem i zieloną papryką? 
-  Mam nadzieję, że to ciągle jeszcze twoja ulu- 

biona. 

-  Miło, że pamiętałeś. 
-  Gdzie mam postawić robota? 
-  Gdziekolwiek, Na kanapie. 
Jack postawił pudło, zdjął płaszcz i rozejrzał się 

dookoła. 

-  Amy, dlaczego masz cztery radia i dwa malutkie 

telewizory? Chyba nie jesteś paserem? 

Amy postawiła pizzę na stole i otworzyła lodówkę. 
-  Dzięki stokrotne, Jack. Zawsze podejrzewałeś 

mnie o najgorsze. 

R

 S

background image

-  Parę lat temu była to najwłaściwsza taktyka. 

Brad i ja chwilami traciliśmy nadzieję, że wyrośnie 
z ciebie coś dobrego, Amy Lorraine. 

-  Pij piwo i nie gadaj. 
Wręczyła mu butelkę z wesołym grymasem. Jak to 

miło być znowu z Jackiem! 

-  Lowenbrau? Czyżbyś pobiegła specjalnie do skle- 

pu po moje ulubione piwo? 

- Ale zarozumialec! Przypadkiem ja też je lubię. 
-  Cóż za dobry gust! - Mrugnął do niej. - Siadaj- 

my, bo pizza nam ostygnie. 

-  Przypominają mi się dawne, dobre czasy. Szkoda, 

że nie ma z nami Brada. 

- Ja też żałuję - powiedział Jack i wbił zęby w chru- 

piącą skórkę pokrytą roztopionym serem. - Mniam- 
-mniam - mruczał, przymykając oczy. 

Zanim Amy zaczęła jeść, przyjrzała się jego długim, 

czarnym rzęsom. Zapomniała, jakie są piękne. Zawsze 
mu ich zazdrościła. 

Pizza okazała się idealnym posiłkiem na ten chłod- 

ny wieczór. Amy jadła, wzdychając z zadowoleniem. 
Jack nie był najgorszy, w gruncie rzeczy. Skończył 
właśnie pierwszy kawałek i sięgnął po drugi. 

-  A więc - zapytał - skąd te wszystkie radia i tele- 

wizory? 

-  Z konkursów. 
-  Wygrałaś je? 
-  Tak, choć za każdym razem próbowałam wygrać 

wycieczkę na Hawaje. Zamiast tego wygrałam to 
wszystko i sporo innego śmiecia, które niewarte jest 
wyliczania. 

-  O co chodzi z tymi Hawajami? Jakaś nowa 

obsesja? 

Patrzyła na niego dłuższą chwilę niepewna, ile może 

mu powiedzieć. 

- To ma związek z mamą i tatą. 

R

 S

background image

Jack spojrzał na nią wstrząśnięty. 
-  O Boże! Amy, to dla nich chciałaś tego wyjazdu! 

Powinienem był się domyślić! Naprawdę, czuję się jak 
ostatni łajdak. 

Był tak zgnębiony, że zrobiło jej się go żal. 
-  Nie rób sobie wyrzutów. A poza tym sprawa jest 

bardziej skomplikowana, niż sądzisz. Nie oddałabym 
im tego wyjazdu. Pojechałabym sama. 

-  Ty? Nic nie rozumiem. 
-  Tak. Muszę pojechać i obejrzeć tam pewien teren, 

który kupuję. 

-  Kupujesz...? 
Rozejrzał się oszołomiony po jej skromnym miesz- 

kaniu i meblach. 

-  Wiem, co myślisz, Jack. Nie wyglądam na bogacz- 

kę, która kupuje posiadłość na Hawajach. I nie jestem. 
Ale widzisz, rodzice... - Przerwała. Nikt nie wie o jej 
planach. Dlaczego miałaby zwierzyć się Jackowi? 

-  Wiem. Oni zawsze chcieli przenieść się na Hawa- 

je, kiedy będą już na emeryturze. Ale powiedziałaś, że 
to ty chcesz kupić tam działkę. 

-  Tak. 
-  Dlaczego? Czy nie zebrali dosyć pieniędzy? Brad 

mówił, że mają sporą sumkę odłożoną na ten cel. 

-  Już nie. - Amy pokręciła przecząco głową. 
-  Co to znaczy? 
-  Stracili te pieniądze - odparła z goryczą. -I to 

wyłącznie z mojej winy. 

R

 S

background image

 

 

 

 

ROZDZIAŁ 2 

 
-  Co takiego? - Jack zmarszczył brwi skonster- 

nowany. - Amy, czy nie chodzi tu o tysiące dolarów? 

Skinęła głową. 
- Jak mogłaś stracić taką sumę? 
-  Przez fatalne inwestycje. - Amy spuściła oczy. 

- W tym czasie byłam zaręczona z człowiekiem, który 
obiecywał podwoić te pieniądze i sprawić, że marzenia 
rodziców spełnią się wcześniej. 

-  O Amy, biedactwo! 
Spojrzała na niego oczami pełnymi łez. 
- Kiedyś powtarzałeś mi, że drogo zapłacę za swoją 

naiwność. 

-  Czy dałaś mu też swoje pieniądze? 
-  Trochę - roześmiała się. - Na szczęście mało 

miałam, więc mało straciłam. Nigdy nie potrafiłam 
oszczędzać. Ale mama i tata to zupełnie inna sprawa. 
Podejrzewam, że zaręczył się ze mną, aby zagarnąć ich 
pieniądze. 

Jack zaklął półgłosem. 
-  Czy nie mogłaś iść z tym do sądu? Zmusić go, aby 

je zwrócił? 

Amy potrząsnęła głową. 
-  Zanim się zorientowaliśmy, nie było już żadnych 

pieniędzy, które można by zablokować. Wydał je 

R

 S

background image

wszystkie na wystawne życie, a potem ogłosił bank- 
ructwo. Siedzi teraz w więzieniu, ale nam to niewiele 
pomoże. Słyszałam zresztą, że niektórzy ludzie w Seattle 
stracili o wiele więcej niż my. 

-  Co za historia! - Jack pociągnął łyk piwa. - Na- 

wet nie wiem, co gorsze: to, że zawiódł twoje zaufanie, 
wykorzystał uczucia, czy materialna strata twoich 
rodziców. Nie dziwiłbym się wcale, gdybyś skreśliła 
wszystkich mężczyzn. 

-  Prawie to zrobiłam. Oczywiście, próbuję so- 

bie tłumaczyć, że nie wszyscy mężczyźni są tacy jak 
Philip. 

-  Na przyszłość przysyłaj wszystkich swoich chło- 

paków do mnie, a ja ich sprawdzę. 

-  Amy uśmiechnęła się. 
-  Ty i Bard robiliście już coś takiego w liceum. 

Wcale mi się to nie podobało. 

-  No i jaki był rezultat? Za każdym razem, kiedy 

postępowałaś wbrew naszym radom, trafiałaś na jakie- 
goś nicponia. 

-  Martwi mnie, że minęło tyle lat, a ja wciąż nie 

znam się na ludziach. 

-  Miłość wyprawia z nami dziwne rzeczy, Amy 

- powiedział Jack czule. - Nie oceniaj się zbyt surowo. 
Przeszłaś ciężkie chwile. 

Amy zacisnęła dłonie w pięści. 
-  Moi rodzice przeszli o wiele więcej, a wcale na to 

nie zasłużyli. Ale postanowiłam, że im to wynagrodzę. 
Kupiłam im działkę pod budowę domu, a tatuś ma 
jeszcze rentę z wojska. Mam nadzieję, że kiedyś osiądą 
na Hawajach. 

-  Nie widzę powodu, abyś ty musiała brać to 

wszystko na swoje barki. 

-  A ja widzę. Moi rodzice nie zainwestowaliby 

swych pieniędzy, gdybym ich nie zapewniała, że warto. 
Odkąd Brad wyjechał, polegali często na moim zdaniu. 

R

 S

background image

 
Tym razem powinni byli zasięgnąć opinii u kogoś 

innego, zanim się zdecydowali. 

-  Czy Brad o tym wie? 
-  Nie. I broń Boże, żebyś mu powiedział! 
- Ale jemu powodzi się dość dobrze, zdaje się. 

W ostatnim liście wspominał coś ó awansie. Mógłby ci 
pomóc... 

-  Nie! 
-  Amy, ty sama... 
- Nie chcę, aby Brad się o tym dowiedział, przy- 

najmniej do czasu, kiedy uda mi się to naprawić. 
Czy nie możesz tego zrozumieć, Jack? Brad zawsze 
mnie traktował jak osobę niespełna rozumu. Gdyby 
znowu musiał mnie wyciągać z kłopotów, nigdy 
bym nie odzyskała jego szacunku ani zaufania ro- 
dziców. 

- Amy, Brad bardzo wysoko cię ceni, rodzice 

również. 

- Jednak nie uważali, że jestem równie inteligentna, 

jak Brad. On był świetnym uczniem, poszedł na wyższe 
studia i dostał dobrą posadę w Spokane. Jest dla nich 
wszystkim. Nie mogę pozwolić, żeby pomagał im 
w sytuacji, do której ja doprowadziłam. 

- W porządku, Amy, rozumiem. I nic mu nie 

powiem, jeśli sobie tego nie życzysz. 

-  Właściwie nie powinnam ci o tym nawet wspo- 

minać, ale ta sprawa gnębi mnie od dawna, a ty 
jesteś prawie jak członek naszej rodziny. 

Jack spojrzał na jej zatroskaną twarz i usiłował 

przypomnieć sobie, kiedy myślał o niej jak o sio- 
strze. 

Tamte dni odeszły w przeszłość, a teraz dotyk jej 

ręki był tak miły, uchylone usta niezwykle kuszące. 
Przed laty wyciągał ją z dziecinnych tarapatów, ale 
Amy nie była już dzieckiem. 

R

 S

background image

-  Często mi się zdawało - powiedziała z uśmie- 

chem - że mam dwóch braci. 

Jack nagle puścił jej rękę i sięgnął po piwo. 
-  Tak -mruknął - zgadza się. Dwóch braci. 
-  Nie wydaje mi się, abyś był tym zachwycony. 
-  Wierz mi, to, było dla mnie wielkie szczęście. 

U was czułem się jak w domu. Twój ojciec i matka byli 
dla mnie niezwykle dobrzy w okresie, gdy ciężko 
przeżywałem rozwód swoich rodziców. Miałem w wa- 
szym domu prawdziwy azyl 

Wypił resztę piwa jednym haustem. 
Amy nie mogła zrozumieć jego zmiennych nastrojów. 
-  Słyszałam, że twoja matka i ojczym wyjechali 

- powiedziała niepewnym głosem. 

-  Tuż po mojej maturze. Powinienem być wdzięcz- 

ny, że doczekali do tej chwili. Mieszkają w Los Angeles 
i wydają się szczęśliwi. Rzadko ich widuję. 

-  A twój ojciec? 
-  Dostaję od niego widokówki z różnych krajów, 

gdzie akurat robi film. - Sięgnął po następny kawałek 
pizzy. - Masz jeszcze piwo? 

-  Oczywiście. 
Idąc do lodówki, Amy myślała, jak rozwiać jego 

ponury nastrój. 

-  Pamiętasz, Jack - zapytała -jak wzięliście mnie 

kiedyś na wojenny film, a w czasie projekcji po- 
stanowiliście czołgać się na brzuchu między rzędami, 
żeby sprawdzić, czy ktoś to zauważy? 

Jack uśmiechnął się. 
-  A ty zrobiłaś to samo i zniszczyłaś sobie nową, 

białą sukienkę. Nie przyszło nam do głowy, że się do 
nas dołączysz. I nie wydałaś nas potem. 

-  Nigdy was nie wydawałam. 
-  Może nie, ale zawsze straszyłaś, że to zrobisz. Na 

przykład wtedy, gdy odkryłaś naszą kolekcję „Playboyów". 

R

 S

background image

-  Rzeczywiście, ale dziś po południu byłam tak 

wściekła na ciebie, że pożałowałam tego. 

-  Chciałbym móc cofnąć zegar i zmienić decyzję. 

Amy westchnęła. 

-  Tak bym chciała zobaczyć ten teren. Firma, 

która mi go sprzedała, opowiada o nim cuda, ale 
wolałabym przekonać się na własne oczy. 

- Jak go kupiłaś? 
- W czasie jednej z tych reklamowych sprzedaży, 

kiedy to zapraszają cię na darmowy obiad, a potem 
wmawiają, że stoisz wobec wyjątkowej i jedynej 
w świecie okazji. 

-  To mi wygląda dość ryzykownie, dziecino.   
-  Wiem, ale sprawdziłam tę firmę w Better Business 

Bureau. 

- To żadna gwarancja. Better Business Bureau 

może o nich coś wiedzieć, o ile były wcześniejsze 
zażalenia. Jeśli przedsiębiorstwo jest nowe, skargi 
mogły do nich jeszcze nie dotrzeć. 

- Wiem, dlatego dzwoniłam do kilku firm za- 

jmujących się sprzedażą nieruchomości - oświadczy- 
ła Amy z dumą. - Jedna z nich ma biuro na Hawa- 
jach i zapewnili mnie, że sprzedaż tych gruntów jest 
legalna. Moja działka graniczy z oceanem i znam 
jej wielkość, ale poza tym informacje w broszurze 
były dość niejasne, jeśli chodzi o widok, plażę i roś- 
linność. 

-  Graniczy z oceanem, tak? To brzmi bardzo 

dobrze. Jestem pewien, że będzie piękna. - Patrzył na 
nią przez dłuższą chwilę w milczeniu. - Czy nie mo- 
głabyś odłożyć trochę pieniędzy, żeby tam pojechać na 
własny koszt? W niektórych porach roku przeloty są 
dość tanie. 

-  Ale nie dostatecznie tanie. Raty za grunt pożerają 

całą moją gotówkę. 

-  O! 

R

 S

background image

Pod jego uważnym spojrzeniem Amy kręciła się 

niespokojnie. 

-  Wiem, co o mnie myślisz. Że nigdy nie byłam 

rozsądna i to jest następny tego dowód. 

-  Nie, myślałem zupełnie o czymś innym. 
-  To znaczy? 
-  Myślałem właśnie, że nie masz w sobie egoizmu 

i wykazujesz zdumiewającą dojrzałość. Nie zniechęcaj 
się, Amy. Na pewno wygrasz ten wyjazd. Ja też będę 
zwracał uwagę na konkursy. Postaram ci się pomóc. 

-  Będę bardzo wdzięczna - uśmiechnęła się do 

niego ciepło. - Czy wiesz, że jesteś jedyną osobą, jaką 
znam, która była na Hawajach? Jeszcze ciągle mam tę 
widokówkę z portu, którą mi przysłałeś. 

-  Zachowałaś taką zwykłą pocztówkę? - Jack wy- 

dawał się zadowolony. 

-  Oczywiście! Moje przyjaciółki bardzo mi zazdro- 

ściły. Widokówka od żeglarza! Hawaje zawsze mi się 
wydawały rajem, może dlatego, że ojciec tyle o tym 
opowiadał. A ty nie miałeś chęci tam zostać? 

-  Nie. Na Hawajach jest bardzo ładnie, ale to nie 

jest miejsce dla wszystkich. 

-  Możliwe, że nie dla wszystkich, ale zdecydowanie 

dla mamy i ojca. A jeśli oni się tam przeniosą, ja pojadę 
z nimi. Będą potrzebowali kogoś do opieki. 

-  Czy twój ojciec całkiem wyzdrowiał? 
-  Nie. Urazy głowy zostawiają zawsze ślady. Chwi- 

lami robi wrażenie bystrego, jest przytomny, ale często 
coś zapomina, nie umie się skoncentrować. Dlatego 
tak okropnie przeżywam tę sprawę z inwestycjami. 

-  A mama? 
-  Ona ciągle się uważa za Filipinkę, cudzoziemkę, 

a ojca za swego opiekuna, bohatera, jakim zawsze dla 
niej był. Pozwala mu zajmować się finansami, a gdy on 
coś popłacze, wzywa mnie. Sama nie chce brać na 
siebie odpowiedzialności. 

R

 S

background image

- To spore obciążenie dla ciebie. 
-  Nie jest tak źle. A poza tym odpowiada mi 

pomysł przeniesienia się na Hawaje. Ma w sobie coś 
z przygody. 

-  Byłaś dzisiaj tak blisko wygranej... Cholera! 

Powinienem był wyznaczyć innego disc jockeya na sę- 
dziego, gdy zobaczyłem twoje nazwisko wśród fi- 
nalistów. 

-  Evelyn Saint mogła wygrać mimo to, bo jest 

dobrą tancerką. Już nie jestem na ciebie zła. Postąpiłeś 
zgodnie ze swoim sumieniem, a mnie może się udać 
następnym razem. 

-  Umiesz przegrywać jak prawdziwy sportowiec, 

ale i tak czuję się podle. 

- Daj spokój. Powiedz mi lepiej coś o tym projekcie 

czytelni. Kto cię w to wciągnął? 

-  Brzęczyk McGee. 

Amy zaśmiała się. 

-Kto? 
-  Brzęczyk to bardzo oryginalny chłopak. W dnie, 

kiedy nadaję koncert życzeń dla nastolatków, ciągle 
otrzymuję prośby, żeby nadać jakąś melodię od 
Brzęczyka dla Julii albo od Brzęczyka dla Stefanii. 
Dziesiątki dziewczyn przewijają się w tych prośbach, 
a dzwonią różne osoby. Zacząłem dopytywać się 
o niego i okazało się, że Brzęczyk ma siedemnaście 
lat i prowadzi coś w rodzaju młodzieżowego syn- 
dykatu. Nazywają go Brzęczyk, bo ma stale przy 
sobie pagera. 

-  Czy to coś takiego, co noszą przy paskach lekarze 

w szpitalach? 

- Waśnie. Rodzice Brzęczyka są nieprzyzwoicie 

bogaci i dają synowi wszystko, czego zapragnie. 
On to oczywiście wykorzystuje i wynajmuje sobie 
kolegów, którzy robią za niego dosłownie wszystko, 
łącznie z pisaniem wypracowań. 

R

 S

background image

-  Niesłychane! 
-  Spotkałem go po pewnym czasie, gdy zapropono- 

wałem mu występ w roli disc jockeya w moim pro- 
gramie. Wtedy odkryłem, że on nie umie czytać. 

-  Ponieważ nigdy nie musiał. 
- Aż do chwili, gdy zapragnął zostać disc jockeyem. 

Nie zdawał sobie sprawy, że umiejętność czytania jest 
w tej sytuacji niezbędna. Bardzo się jednak do tego 
zapalił i uznał, że praca w radiu jest jego przeznaczeniem. 
Teraz uczę go czytać w tajemnicy przed wszystkimi. 
Tylko ty o tym wiesz. - Popatrzył na nią wymownie. 

Amy uniosła rękę jak do przysięgi. 
- Możesz być pewien, że nie zdradzę twego sekretu, 

jeśli ty nie zdradzisz mojego. 

-  Umowa stoi. W każdym razie Brzęczyk twierdzi, 

że bardzo często dzieci mają kłopoty z czytaniem, ale 
dopiero gdy znajdą się w szkole średniej, zaczynają się 
tego wstydzić i robią wszystko, aby to ukryć. 

-  Jak zamierzasz ich ściągnąć do tej czytelni? 
-  Zorganizujemy coś w rodzaju klubu, zainstaluje- 

my dobry system nagłaśniający, żeby nie było nudno 
i ponuro. Urządzimy też barek z kanapkami, co 
powinno przynieść pewien dochód. Zgromadzimy 
materiały do czytania i sprowadzimy młodych ludzi 
do pomocy. Powinni być raczej w twoim wieku niż 
w moim. 

-  Aż tacy młodzi? — zaśmiała się ironicznie. 
-  Co prawda w hawajskim stroju wyglądałaś bar- 

dzo dojrzale. Czy twoi rodzice wiedzą, że pokazujesz 
się w ten sposób? 

-  Jack, mam dwadzieścia cztery lata i nie po- 

trzebuję ich pozwolenia. 

-  Rzadko prosiłaś o pozwolenie, nawet gdy go 

potrzebowałaś. Zawsze byłaś samodzielna i uparta. 

-  I dlatego spodziewasz się, że dopnę swego z tym 

wyjazdem na Hawaje. 

R

 S

background image

-  Jestem pewien, że tak. - Obracał w ręku pustą 

butelkę po piwie, ale nie spuszczał wzroku z Amy. 
W pewnej chwili otrząsnął się z zamyślenia i wstał. 
- Lepiej już pójdę - rzekł. 

Amy też się podniosła, choć żałowała, że Jack już 

odchodzi. 

-  Dziękuję za przywiezienie mi robota i za pizzę. 

Była wspaniała. Nie rozmawialiśmy ze sobą od wieków. 

- Tak. Jakoś straciliśmy ze sobą kontakt po wy- 

jeździe Brada. 

Jack przyniósł swój płaszcz z pokoju i ubierając się, 

powiedział: 

-  Gdybyś chciała mnie odwiedzić w radiu, będziesz 

mile widziana. 

-  Bardzo dziękuję. Może to kiedyś zrobię - obiecała, 

ale zastanawiała się jednocześnie, pod jakim pretekstem 
mogłaby tam pójść. Nie łączyło ich nic poza jego niejasną 
obietnicą pomocy przy następnych konkursach, ale za 
nic nie chciała dopuścić, aby Jack zniknął z jej życia. 

- Jack! 
-  Słucham? 
-  Mówiłeś, że jest więcej dzieciaków, które mają te 

same problemy z czytaniem, co Brzęczyk. 

-  On tak twierdzi. 
- Wasz klub nieprędko będzie czynny. Jak sobie 

poradzą do tego czasu? 

-  Nie wiem. Ja nie mogę się podjąć uczenia więcej 

niż jednej osoby. Będą musiały jakoś sobie radzić. 

- A gdybym ja ci w/ tym pomogła? Mogłabym 

zaopiekować się którymś dzieckiem. Pamiętam jesz- 
cze, co to znaczy mieć kłopoty w szkole. 

- To bardzo szlachetnie z twojej strony, ale... 

Amy najeżyła się. 

- Ja umiem czytać, Jack! 
-  Wiem. Nie w tym problem. O Brzęczyku dowie- 

działem się przypadkowo i tylko przez niego mogę 

R

 S

background image

dotrzeć do następnego kandydata. Chodzi o to, by nie 
pomyślał, że zawiodłem jego zaufanie. 

Amy spuściła głowę i uporczywie wpatrywała się 

w swoje paznokcie. 

-  Jeśli uważasz, że się nie nadaję, to powiedz 

wprost. 

-  Wcale tak nie myślę. Tylko... Wolałabyś uczyć 

chłopca czy dziewczynę? 

Amy podniosła głowę. 
-  A czy to ma jakieś znaczenie? Po moich wielolet- 

nich doświadczeniach z Bradem i tobą mogę dać sobie 
radę tak samo z chłopcem, jak z dziewczyną. 

-  Amy, niektórzy z tych chłopców są... 
-  Jack, ja chodziłam z takimi chłopakami na 

randki! 

Jack wzdrygnął się. 
- Dobrze to pamiętam. 
-  Nie chcę się napraszać. Może lepiej zapomnijmy 

o całej sprawie. 

-  Nie. Podoba mi się ten pomysł. Im więcej się nad 

tym zastanawiam, tym bardziej jestem pewny, że 
poradzisz sobie wspaniale. Wyszukam ci ucznia. 

-  Świetnie - uśmiechnęła się z zadowoleniem. 
-  Rozumiesz, oczywiście.- dorzucił Jack - że jest 

to praca społeczna. Choć rodzice Brzęczyka są bogaci, 
on nie płaci mi ani centa. 

-Rozumiem doskonale - powiedziała wyniośle. 

- Nie jesteś jedynym człowiekiem na ziemi, który chce 
coś zrobić dla innych. 

-  Wiem. Widzę przecież, ile robisz dla swoich 

rodziców. 

Jack spoglądał z uśmiechem w jej piwne oczy 

rozbłysłe gniewem. Jak dobrze znał to nieugięte spoj- 
rzenie. Doszedł do wniosku, że brakowało mu tej 
czupurnej dziewczyny. A teraz znowu włącza się w jego 
życie - chwilowo. Bo niedługo pewnie wyląduje na 

R

 S

background image

 
stałe na Hawajach, jeśli jej zwariowany plan się 
powiedzie. Gdy tak patrzył na jej zaróżowione od 
chłodu policzki i czubek nosa, naszła go ryzykowna 
myśl. Co by było, gdyby ją pocałował? 

 
Kiedy w niedzielę po południu Amy weszła do 

mieszkania rodziców, powitał ją grad pytań i wymó- 
wek ze strony ojca. 

-  Dlaczego nie powiedziałaś nam, że masz za- 

miar uczestniczyć w tym wariackim popisie? - Virgil 
Hobson potrząsnął gazetą, wskazując dużą fotogra- 
fię, na której widniała Amy w czasie tańca. - Wiem, 
że ciągle bierzesz udział w tych głupich konkursach, 
ale paradować półnago na tym zimnie to już na- 
prawdę przesada. 

Matka Amy podała ojcu filiżankę kawy i usiadła na 

kanapie obok córki. 

- Może miała powód, żeby nam o tym nie mówić 

- zauważyła. 

-  Oczywiście, że miała. Wiedziała, że zrobiłbym 

piekło. 

Amy milczała, próbując nie zwracać uwagi na 

napastliwy ton ojca. Od czasu wypadku pan Hobson 
pokrywał brak refleksu i umiejętności koncentracji 
krytykowaniem wszystkich wokół. Taka taktyka nie 
zdawała egzaminu wobec Amy, która usposobieniem 
przypominała ojca. 

Zupełnie inaczej było z jej matką. Consuela Hobson 

nie sprzeciwiła się mężowi ani razu, od czasu gdy jako 
siedemnastoletnia dziewczyna została jego żoną w Ma- 
nili. Prawie dwa razy od niej starszy i dużo wyższy, 
przystojny marynarz olśnił ją zarówno swym oficers- 
kim mundurem, jak i opowiadaniami o wspaniałym 
życiu, które ich czeka w Stanach Zjednoczonych. 
I rzeczywiście, wiedli przyjemny żywot do chwili, gdy 
Virgil nie był już w stanie podejmować wszystkich 

R

 S

background image

decyzji. Jednak Amy wiedziała, że mimo to matka 
pozwala mu kierować wszystkim jak dawniej. 

- Tatusiu, a gdybym wygrała piękny kuchenny 

robot dla mamy, czy zmieniłbyś zdanie? - spytała. 

- Jaki robot? 
-  Pokażę ci, mam go w samochodzie. 
-  Naprawdę? 
-  Tak. To bardzo sprytne urządzenie. Kroi, sieka, 

obiera i rozdrabnia jarzyny, wyrabia ciasto, a nawet 
pewnie podrapałby cię po plecach, gdybyś tylko wie- 
dział, który guzik nacisnąć.  

- Amy, powinnaś go zachować dla siebie - za- 

protestowała matka.                                      

-  Dla siebie? Mamo! - zaśmiała się Amy. 
-  Ona ma rację, Connie - poparł ją ojciec, śmiejąc 

się również. - Strach pomyśleć, co ona by zrobiła 
z taką maszyną. 

-  Nie o to chodzi, tato. Mogłabym nauczyć się ją 

obsługiwać, ale wcale nie mam na to ochoty. 

-  To niedobrze. Nie wyjdziesz za mąż za porząd- 

nego człowieka, jeśli nie będziesz umiała gotować. 

-  Mogę wyjść za kucharza. 
-  Większość mężczyzn oczekuje od żon, że potrafią 

gotować. Jednym z powodów, dla których zaintereso- 
wałem się twoją matką, była jej kuchnia. A ty pewnie 
ciągle posługujesz się kuchenką mikrofalową. 

- Tak, tato, jestem beznadziejna - odparła Amy. 

- Mamo, czy zechcesz przyjąć ode mnie ten robot?     

-  Jeśli jesteś pewna, że nie będziesz go używać... 
-  Z pewnością nie będę. Przyniosę go. 
-  Pójdę z tobą i pomogę ci - powiedziała matka. 
-  Dobrze, mamo. 
Amy objęła matkę ramieniem i uścisnęła, wycho- 

dząc razem z nią z pokoju. W ostatnich latach Amy 
czuła się bardziej siostrą niż córką tej drobnej, cichej 
kobiety, która sięgała jej do brody. Zastanawiała się, 

R

 S

background image

czy ktoś obcy odgadłby ich pokrewieństwo. Jedyne, co 
miały wspólnego, to ciemne włosy i oczy. 

-  Nie przejmuj się tym, co ojciec mówi, Amy 

- uspokajała ją pani Hobson, gdy wkładały płaszcze 
w przedpokoju. - Ojciec bardzo cię kocha. 

- Wiem. Kocha nas wszystkich, ale też sądzi, że 

tylko on wie, co dla każdego najlepsze. 

Pani Hobson milczała. 
- Mamo - upierała się dalej Amy, choć wiedziała, 

że jej argumenty nic nie zmienią - nie możesz pozwolić 
mu decydować o wszystkim, tak jak dawniej. Wiesz, że 
nie jest w stanie... 

-  Doskonale daje sobie radę - przerwała jej ma- 

tka. 

Amy popatrzyła w zadumie na egzotyczne rysy 

matki. Często ją dziwiło, że ktoś tak delikatny jak ona 
może być jednocześnie niezmiernie stanowczy i uparty. 
W pewnych chwilach skośne oczy matki stawały się 
nieodgadnione, a twarz przybierała wygląd gładkiej 
maski. Dalsza dyskusja traciła sens i Amy dobrze 
o tym wiedziała.                           

- W porządku - rzekła. - Niech tak będzie. 

Otworzyła samochód i wyciągnęła pudło z ro- 
botem. 

- Jestem przekonana, że bardzo ci się przyda. 
-  Zawsze miałam ochotę na coś takiego. Jeśli jesteś 

pewna... 

- Jak najpewniejsza. Czy mogłabyś zamknąć drzwi 

samochodu? 

- Amy, poczekaj chwilę. Zanim wrócimy do domu, 

chciałabym ci coś powiedzieć. 

-  Co takiego? 
- Ja wiem, dlaczego robisz wszystko, aby wygrać 

wycieczkę na Hawaje. 

R

 S

background image

 

 

 

 

ROZDZIAŁ 3 

 
Niewiele brakowało, a Amy upuściłaby pudło na 

ziemię. 

-  Ty wiesz...!? 
-  Oczywiście. Obydwie zdajemy sobie sprawę, jak 

bardzo twojemu ojcu zależy na przeniesieniu się na 
Hawaje. Nie udało ci się mnie zwieść. Ten wyjazd miał 
być dla nas, tak? 

-  Ja... ja...                                      
-  Nie martw się, nie powiem mu i nie popsuję ci 

niespodzianki. Uważam, że świetnie sobie radzisz 
w tych konkursach. Zawsze coś wygrywasz. 

-  Mamo, to nie jest zupełnie tak. 
-  Nie przejmuj się. Wejdźmy do domu, bo zimno. 

Chciałabym tylko cię zapewnić, że rozumiem, co 
chcesz osiągnąć. 

Amy nie wiedziała, jak wspomnieć o swych planach, 

nie zdradzając wszystkiego. Matka doszła do wniosku, 
że ona odda rodzicom wycieczkę, jeśli ją wygra. 
Wszystko się pogmatwało. 

-  A przy okazji - kontynuowała Consuela, gdy 

wchodziły do mieszkania - co słychać u Jacka Bli- 
ckensderfera? Czy to jego fotografia była w gazecie? 

-  Tak. U niego wszystko dobrze. Właśnie umówili- 

śmy się, że będę mu pomagała uczyć młodzież czytać. 

R

 S

background image

-  Naprawdę? To wspaniale, Amy. Myślę, że po- 

winnaś opowiedzieć o tym ojcu. 

Amy postawiła pudełko na podłodze i zdjęła 

płaszcz. 

-  Wolę mu nic nie mówić. 
-  Dlaczego? 
-  Bo na pewno uzna, że ja sama powinnam wrócić 

do szkoły, zamiast uczyć innych. 

- To prawda, był rozczarowany, że nie otrzymałaś 

stypendium jak Brad. Mogłabyś zresztą kontynuować 
naukę na wieczorowych kursach. 

-  Ale czego miałabym się uczyć, mamo? Nic mnie 

specjalnie nie interesuje, więc po co marnować pienią- 
dze. Brad zawsze chciał być inżynierem, a ja nigdy nie 
miałam takich pragnień. 

- Mimo to chyba warto powiedzieć ojcu, że poma- 

gasz Jackowi - rzekła matka. - Ojciec zawsze go 
lubił. 

-  Ja też - odparła Amy z uśmiechem. 
 
Amy nie powiedziała ojcu o lekcjach, natomiast 

sama często o nich myślała. Coś, co miało być tylko 
pretekstem do spotykania się z Jackiem, powoli przy- 
brało formę osobistego wyzwania, nowej pasji mogą- 
cej ubarwić dość nudne życie, jakie ostatnio wiodła. 

Amy pamiętała swoje własne kłopoty w szkole na 

lekcjach języka ojczystego. Umiała oczywiście czytać, 
ale nie lubiła drobiazgowych omówień i analiz lite- 
rackich. Czytała książki według własnego gustu i prze- 
mycała je w okładkach szkolnych podręczników, za- 
miast zajmować się obowiązkową lekturą. Były to 
współczesne powieści o żywej akcji, ale mogły być zbyt 
trudne dla tych, których miała uczyć. Rozglądała się 
po księgarniach za czymś odpowiednim, jednak wróci- 
ła do domu tylko z kilkoma czasopismami poświęco- 
nymi muzyce rockowej. Będzie musiała poczekać 

R

 S

background image

z zakupem do chwili, kiedy się dowie, kogo jej Jack 
wybierze na ucznia. 

Pewnej środy Jack zadzwonił ze studia. 
-  Amy, mam tylko dwie minuty, pomiędzy jednym 

nagraniem a drugim. Znalazłem kogoś dla ciebie. Ma 
szesnaście lat, a na imię Steve. Jutro mam wolny dzień. 
Czy możesz przyjść do mnie, żeby go poznać? 

-  Oczywiście. 
-  Mieszkam dość blisko ciebie. Osiedle nazywa się 

Mountainview.*                            

Amy zaśmiała się. 
-  I rzeczywiście? 
-  Co rzeczywiście? 
-  Masz z okien górski widok? 
-  Jak wszyscy w Bellingham. Każdy dom można by 

tak nazwać. Nieważne. Mieszkam pod numerem 24B. 

-  Zapisałam. 
-  W porządku. Spotkamy się jutro o siódmej, 

zgoda? 

-  Doskonale - odparła Amy i usłyszała, że Jack 

już odłożył słuchawkę. - Miło było porozmawiać z to- 
bą. Ładnie, że zadzwoniłeś - dodała mimo to. 

Jego głos płynął już z radia. 
-  A teraz posłuchajmy jednego ze starych, lecz 

zawsze młodych szlagierów. Nadaję go dla pewnej 
dawnej znajomej, mieszkanki naszego miasta, Bellin- 
gham. Myślę, że i inni, którzy kiedyś lubili tę melodię, 
chętnie odświeżą wspomnienia. 

Gdy łagodne dźwięki klasycznego już utworu Simo- 

na i Garfunkela „Bridge Over Troubled Water" rozle- 
gły się z głośników, Amy wiedziała, że Jack wybrał tę 
melodię specjalnie dla niej. Była to rzeczywiście stara 
piosenka, którą Amy usłyszała po raz pierwszy, gdy 
miała osiem lat. Jack i Brad byli już nastolatkami. Jack 

 
mountain - (ang.) góra, view - (ang.) widok 

R

 S

background image

przyniósł tę płytę do nich, aby puścić ją Bradowi. 
Amy, zafascynowana, zdecydowała natychmiast, że 
będzie to melodia jej życia. Kiedykolwiek potem 
chłopcy słuchali płyt, zawsze prosiła, aby ją dla niej 
nastawiali. 

W późniejszych latach nieraz słuchała tej melodii, 

gdy miała jakieś kłopoty lub zmartwienia. Zawsze 
potrafiła ją pocieszyć. Dawno jej nie słyszała. Jaka 
szkoda. 

Poczciwy Jack, pomyślała w przypływie ciepłych 

uczuć. Musi mu się za to zrewanżować. Zajmie się 
solidnie nauką Steve'a. Sprawi, że Steve będzie wkrót- 
ce gotów do studiów nad klasyczną literaturą angiels- 
ką, a Jack będzie z niej dumny. 

Tego wieczoru Amy szła spać, marząc, jak świetnie 

pokieruje swoim uczniem, który pewnego dnia stanie 
się znakomitym biznesmenem lub politykiem. A może 
lekarzem, naukowcem, który odkryje lek na jakąś 
straszną chorobę. Wtedy napisze książkę o swojej 
pracy i zadedykuje ją Amy Hobson, osobie, która 
odmieniła jego życie. 

Następnego dnia, patrząc na chłopaka, który sie- 

dział naprzeciwko, uznała, że trochę się zagalopowała 
w swoich marzeniach. 

Steve Garrigan nie wyglądał jak ktoś, kogo czekaś- 

wiatowa sława. Ubrany był w obszarpaną koszulkę 
i powypychane, bawełniane spodnie w kolorze starego 
zmywaka. Przed zimnem listopadowego wiatru chroni- 
ła go tylko flanelowa koszula, która kiedyś mogła być 
niebieska. Jeden z loków na jego niewątpliwie zaon- 
dulowanej głowie był cyklamenowy. Reszta włosów, 
obcięta na różnych długościach i spadająca zmierz- 
wioną grzywą na oczy, przypominała kolorem błoto. 

Amy nie miała wątpliwości, że nie potrafi czytać. 

Nie była nawet pewna, czy w ogóle mógł coś widzieć 
poprzez splątaną grzywę. Tłumaczyłoby to, dlaczego 

R

 S

background image

każde sznurowadło przy jego butach miało inny kolor. 
Nie powiedział wiele od chwili, gdy niedbale rozwalił 
się na środku kanapy. 

Amy i Jack zajęli miejsca naprzeciwko. Jack próbo- 

wał nawiązać rozmowę. 

-  Lubisz te koszulki? - zapytał. 
-  Taa - mruknął bez entuzjazmu Steve. 
-  Inni też? 
-  Prawie wszyscy. 
Jack spojrzał na Amy, szukając u niej ratunku. Zde- 

cydowała się spróbować mu pomóc. 

-  Czy uprawiasz jakiś sport, Steve? 
-  Nie. 
-  Ale myślę, że lubisz majsterkować przy samo- 

chodach? - zapytała Amy, gratulując sobie w duchu, 
że wpadła na tę myśl. Bo jakby się mógł ubrudzić do 
tego stopnia w inny sposób? 

-  Skasowałem swój samochód w zeszłym tygodniu. 
-  O Boże! 
Steve wzruszył ramionami. 
-  I tak była to kupa rdzy. Ale nie mam czym jeździć 

do roboty, więc mnie wylali. 

Amy popatrzyła z rozpaczą na Jacka. Biedny 

dzieciak, pomyślała. 

-  Może dostaniesz jakąś lepszą pracę następnym 

razem - powiedziała, usiłując zachować pogodny na- 
strój. 

Steve znowu wzruszył ramionami. 
-  Ty jesteś nauczycielką? - spytał. 
-  Nie, niezupełnie - odparła. 
-  Brzęczyk powiedział, że jesteś - rzekł oskarży- 

cielskim tonem. 

-  No wiesz, ofiarowałam się pomóc ci w angiels- 

kim, więc właściwie jestem - zgodziła się Amy. 

-  W czytaniu - poprawił ją Steve. - Nie idzie mi 

dobrze z czytaniem. 

R

 S

background image

Szczerość, z jaką to powiedział, chwyciła ją za serce. 

Czy ten chłopak miał jakąś radość w życiu? Nic na to 
nie wskazywało. Czy on się czasem śmieje lub choćby 
uśmiecha? 

-  A wiec chciałbyś mieć lekcje? - zapytała, po- 

chylając się w jego stronę. 

-  Nie mam nic do roboty. Niech będzie. 

Amy wyjęła z torebki złożoną kartkę papieru. 

-  Przypomniałam sobie coś z moich szkolnych lat, 

co mi bardzo pomogło. - Podeszła do Steve'a, który 
wcisnął się głębiej w oparcie kanapy. 

-  Chcesz, żebym coś przeczytał na głos? - zapytał. 
-  Nie. - Podała mu kartkę. - To jest umowa. Na- 

pisałam ją w pracy, na maszynie. 

Steve delikatnie wziął papier do ręki i wpatrywał się 

w kilka wypisanych na nim wierszy. 

-  Nie znam tych wszystkich słów - rzekł. 
-  Nic nie szkodzi. Tym razem musisz mi uwie- 

rzyć. Powiem ci, co jest napisane na tej kartce. Ale 
nie zawsze będziesz mógł ufać komuś, kto ci każe 
coś podpisać. Dlatego jest takie ważne, abyś umiał 
dobrze czytać. 

-  Brzęczyk zawiera umowy, ale ktoś inny mu je 

przygotowuję. 

Amy spojrzała na Jacka. Ten Brzęczyk był niewąt- 

pliwie nieprzeciętną postacią. 

-  Jestem pewna, że Brzęczyk ufa tej osobie, któ- 

ra je dla niego sporządza, ale co się stanie, jeśli 
kiedyś będzie musiał polegać na kimś, kogo dobrze 
nie zna? 

-  On też tak mówi. - Steve znów popatrzył na 

kartkę. - Tak, myślę, że umowy są ważne. A o co 
chodzi w tej umowie? 

-  Ta umowa mówi, że w następnym miesiącu ty 

i ja będziemy się spotykać każdego tygodnia na je- 
dną godzinę oraz że ty co najmniej dwie godziny w ty- 

R

 S

background image

godniu będziesz odrabiał pracę domową, którą ci 
zadam. 

-  To wszystko? 
-  Tak. 
-  Rozumiem, że będziesz wiedziała, jeśli nie przyjdę 

na lekcję, ale skąd możesz być pewna, że naprawdę 
spędzę dwie godziny w domu na czytaniu, które mi 
zadasz? 

-  Nie będę wiedziała na pewno. Ale jeśli podpiszesz 

tę umowę, to jakbyś dał słowo honoru i ja wierzę, że go 
dotrzymasz. Proszę, oto pióro. 

-  Mam podpisać w tej linijce na dole? 
-  Tak, pod moim podpisem. Ja już podpisałam. 

Steve popatrzył na nią. 

-  To ta umowa jest także dla ciebie? 
-  Tak. Obydwoje zgadzamy się na taki układ. 

Jedna z moich nauczycielek dała mi do podpisania 
taką umowę w szkole i od tego czasu zaczęłam 
traktować naukę o wiele poważniej. Właśnie dlatego, 
że złożyłam tam podpis. 

Steve rozpostarł papier na kolanach i wpatrywał się 

w niego. 

-  Coś w tym jest - rzekł i podpisał się we wskaza- 

nym miejscu. - Proszę. 

Oddał jej kartkę i pióro. 
-  Jaki wieczór ci odpowiada? - zapytała Amy. 
-  Wszystko mi jedno. Choć może nie w piątek ani 

w sobotę. 

Amy uśmiechnęła się, podejrzewając, że w te dni 

umawia się z dziewczyną. Byłby to jedyny jasny 
moment w jego ponurym życiu. 

-  Umawiasz się z dziewczynami w weekend? 
-  Chciałbym. Może mi się kiedyś coś trafi - odparł. 
-  A więc naszym dniem będzie środa. U mnie, 

w Bayview Apartments. Czy to nie za daleko dla ciebie? 

-  Przyjdę. 

R

 S

background image

-  Numer 106. - Amy wstała i wyciągnęła rękę 
- Było mi miło cię poznać, Steve. 
Steve wstał i delikatnie uścisnął jej rękę. 
-  Mnie też. 
Ręce miał szorstkie od pracy. Amy zastanawiała się, 

czy jego poprzednia praca to było zmywanie w re- 
stauracji. Mimo że ledwie dotknął jej ręki, Amy 
wyczuła, że cały drży. Biedny dzieciak. Za tymi 
szpanerskimi łachmanami i farbowanymi włosami 
krył się przestraszony mały chłopiec. Podziwiała go, że 
odważył się tu przyjść. 

Steve cofnął się niezgrabnie w stronę drzwi. 
- To ja już pójdę - rzekł. 
Jack odprowadził go do wyjścia i poklepał po 

ramieniu. 

-  Gratuluję, Steve, że się na to zdobyłeś. Ja wiem, 

że to wymagało odwagi. 

- Tak - mruknął Steve po lekkim wahaniu i wy- 

padł przez drzwi. 

Amy osunęła się na kanapę. 
-  Och, Jack, co za biedny chłopak! I mówisz, że 

takich jest więcej? 

-  Jasne. Byli też wtedy, kiedy ty chodziłaś do 

szkoły. Mówiłaś, że się z takimi umawiałaś. 

-  Nie. Myliłam się. Umawiałam się z niektórymi 

narwanymi chłopakami, ale oni uprawiali sport, mieli 
dobre samochody, jakieś rozrywki. A co ma ten biedny 
dzieciak? 

-  Niewiele. - Jack krążył nerwowo po pokoju. 
- Ale teraz ma ciebie. Jestem ci bardzo wdzięczny, że 

zaproponowałaś swoją pomoc, Amy. Poddałaś mi 
zupełnie nowy pomysł. Mógłbym zorganizować grupę 
wolontariuszy, takich jak ty, którzy uczyliby ich, 
zanim ruszymy z czytelnią. 

R

 S

background image

-  Oczywiście, że mógłbyś. To świetna myśl, Jack. 
- To przecież ty wymyśliłaś. - Oczy błyszczały mu 

podnieceniem. - Ale muszę postępować bardzo rozważ- 
nie. Nieodpowiedni ludzie mogliby bardzo zaszkodzić 
sprawie. Ty jesteś wrażliwa i delikatna, ale nie każdy 
potrafiłby postępować z takim chłopakiem jak Steve. 

-  W pierwszej chwili sama się przestraszyłam. Ale 

doszłam do wniosku, że on się ukrywa za tym strojem 
i fryzurą. Kiedy się tego domyśliłam, przestały mi 
przeszkadzać. 

Jack usiadł koło Amy i położył dłonie na jej 

ramionach. 

-  Miałaś genialny pomysł z tą umową. Amy, jesteś 

naprawdę wspaniała. 

-  Dziękuję. 
Uśmiechnęła się trochę niepewnie. Dotyk jego rąk 

wywołał dreszcz, jakiego nigdy przedtem nie doznała. 
Kiedyś obejmowanie się i uściski były zwykłą rzeczą 
w rodzinie Hobsonów, a Jacka zawsze traktowano jak 
jedno z dzieci. Jednak rodzina już dawno się roz- 
proszyła i Amy odwykła od tych rodzinnych gestów 
i odruchów. 

-  A teraz wzorem Steve'a chyba sobie już pójdę 

- powiedziała z lekkim uśmiechem. - Masz pewnie 
jakieś zajęcia na dziś. 

-  Brzęczyk przychodzi o ósmej. 
-  Spędzasz wolny wieczór, udzielając lekcji? - Amy 

pokręciła głową zdumiona. - Co by sobie pomyśleli 
twoi wielbiciele, Jack? 

-  Nie dowiedzą się. Niech myślą, że spędzam 

wieczory w towarzystwie pięknych dziewcząt. 

-  Z pewnością czasem to robisz? 
-  Tak. Mam jeszcze jeden wolny wieczór w tym 

tygodniu - w niedzielę. 

R

 S

background image

Amy miała wielką ochotę spytać, czy ma jakąś stałą 

dziewczynę, ale nie wiedziała, jak to zrobić i do czego 
właściwie potrzebna jej ta wiadomość. 

- Właśnie myślałam, że Jack, którego kiedyś zna- 

łam, nie mógł się tak bardzo zmienić - powiedziała 
tylko. 

-  Ani ta Amy, którą ja znałem - odparł Jack. 

- Jestem pewien, że zawsze kilku chłopaków kręci się 
koło ciebie. 

-  Kilku - powiedziała Amy niedbale. 
- Ale nie jesteś poważnie zaangażowana? 
Amy zaprzeczyła, myśląc, że Jack nie wahał się 

spytać, ale Jack zawsze otaczał ją opieką. 

-  Od czasu Philipa stałam się ostrożna. Poza tym, 

nie ma sensu się wiązać, jeśli mam się przenieść na 
Hawaje, prawda? 

-  Raczej nie. Brałaś udział w jakichś konkursach   

ostatnio? 

-  W trzech, w zeszłym tygodniu. Nie sądziłeś chy- 

ba, że będę bez końca roniła łzy nad tamtym niepowo- 
dzeniem? 

-  W ogóle nie spostrzegłem, abyś roniła jakieś łzy. 

Wierzę, że wreszcie wygrasz tę hawajską wycieczkę. 

- Jeśli wygram, pierwszy się o tym dowiesz. 

Amy włożyła swą ciepłą pikowaną kurtkę i dorzuci- 
ła z uśmiechem: 

-  A wtedy powiem: do widzenia, ciepła kurtko 

i szaliku, żegnajcie, czapki, rękawiczki i zimowe buty. 

-  Chcesz powiedzieć, że tęsknisz do tropiku? 
-  Tak. Nigdy nie lubiłam zimna i wilgoci. Po- 

zbawiają mnie spontaniczności. 

- A co byś chciała robić? Biegać nago po plaży? 
Żałował, że zadał to pytanie, bo nagle ujrzał ją taką 

oczyma wyobraźni. 

Amy, nieświadoma jego myśli, uśmiechnęła się 

z łobuzerskim wdziękiem. 

R

 S

background image

-  Może - powiedziała. 
Jack poczuł, że musi szybko zmienić temat. 
-  Dziękuję jeszcze raz, że podjęłaś się uczyć Steve'a. 

Gdybyś chciała porozmawiać o metodach uczenia, 
zadzwoń do mnie. 

-  Mam już parę pomysłów, ale prawdopodobnie 

zadzwonię przed środą, gdy zastanowię się, od czego 
zacząć. 

-  Zadzwoń albo przyjdź do studia. Może ci się to 

spodoba. 

-  Dopaść lwa w jaskini? Dlaczego nie, może 

wpadnę. 

-  Do widzenia, Amy. 
Jack zamknął za nią drzwi i stał z rękami w kiesze- 

niach, rozmyślając. Powinien dobrze zastanowić się 
nad swoimi posunięciami, inaczej kiedyś w obecności 
Amy może nad sobą nie zapanować. Piwne oczy, kie- 
dyś tak niewinne i psotne, teraz były zdolne zmienić go 
w zwierzę. 

Dziś jej dotknął, bo nie mógł się opanować. Amy 

wyglądała na trochę tym przestraszoną i to wystar- 
czyło, żeby go powstrzymać od dalszych kroków. 

A co by zrobiła, gdyby ją objął? Traktuje go 

ciągle jak brata. Mogłaby się cofnąć ze zgrozą. A to 
by go zabolało. Poza tym zniszczyłby ich przyjaźń, 
którą oboje cenią. Mimo wszystko chętnie by zary- 
zykował, gdyby nie jedna rzecz. Amy chce się wy- 
nieść na Hawaje. Nie mogłaby związać się z męż- 
czyzną, którego widywałaby tylko od czasu do cza- 
su. Zresztą może go w ogóle nie brać pod uwagę ja- 
ko kandydata. Dobrze się z nim czuje, jak ze starym 
przyjacielem, i mądrzej będzie zostawić wszystko po 
staremu. 

Dźwięk dzwonka przerwał rozmyślania. Stał ciągle 

tak blisko drzwi, że automatycznie wyciągnął rękę 
i otworzył je. 

R

 S

background image

-  O rany, ale się przestraszyłem. Wcale nie słysza- 

łem, kiedy pan podszedł do drzwi. 

-  Cześć, Brzęczyk. 
Chłopiec przyjrzał mu się uważnie. 
-  Dobrze się pan czuje? Wygląda pan nietęgo. Ej, 

ale fantastyczny kociak minął mnie na schodach. Zna 
ją pan? Pomyślałem, że może to nauczycielka Steve'a. 

- To właśnie ona. 
-  Ha! Ma szczęście. 
-  Chcesz się z nim zamienić? 
Brzęczyk pomyślał chwilę, zanim pokręcił prze- 

cząco głową. 

-  Nie. Mnie pan jest potrzebny. Ma pan słowa tej 

piosenki Madonny? 

- Mam. 
Jack podszedł do biurka i wyciągnął nuty. 
-  Zobaczymy, czy potrafisz przeczytać całość, 

a potem posłuchamy płyty. 

- Może być. 
Brzęczyk rozłożył się na kanapie z nutami w ręku. 

Gdy studiował pierwszą stronę, rozległ się przerywany 
sygnał z jego pagera, przytroczonego do paska. 

-  Przepraszam na moment. Czy mogę skorzystać 

z telefonu? 

Jack skinął głową, kryjąc uśmiech. To zdarzało się 

co najmniej dwukrotnie w czasie każdej wizyty Brzę- 
czyka. 

Chłopiec podniósł słuchawkę i wykręcił jakiś nu- 

mer. 

- Tu Brzęczyk. Co jest? 
Jack słuchał, jak udziela szczegółowych informacji 

dotyczących zadania z geometrii. 

W przeciwieństwie do Steve'a Brzęczyk był niena- 

gannie ubrany w szerokie spodnie i koszulę dobrej 
firmy. Jego strój był czysty i tylko z lekka pognieciony, 
zgodnie z wymaganiami mody. 

R

 S

background image

Za każdym razem, gdy Jack spotykał się z tym 

pewnym siebie elegantem, musiał sobie przypominać, 
że siedemnastoletni chłopiec czyta na poziomie ucznia 
czwartej klasy. A gdy zaczynał go uczyć, było jeszcze 
gorzej. 

Brzęczyk odłożył słuchawkę z westchnieniem. 
-  Zawsze trzeba im tyle wyjaśniać - rzekł. 
-  Może byłoby łatwiej, gdybyś sam odrabiał lekcje. 
-  Skąd by wtedy wzięli pieniądze? Przecież ja 

utrzymuję połowę szkoły - tłumaczył Brzęczyk. 

-  A co będzie, gdy skończysz szkołę? 
-  Nie ma strachu. Trenuję Steve'a, aby zajął moje 

miejsce. 

 
W ciągu następnych kilku tygodni Jack próbował 

myśleć o Amy jak o dobrze mu znanej, przyszywanej 
siostrze i przyjaciółce. Ale nie zupełnie mu się to 
udawało. 

Przychodziła dość często do studia radiowego i jej 

widok coraz bardziej go cieszył. 

Boże Narodzenie nadeszło i minęło. 
Amy i Jack porównywali swoje doświadczenia 

i z dumą obserwowali postępy uczniów. Brzęczyk 
zaczaj już odrabiać samodzielnie niektóre zadania 
domowe, ale jeszcze zatrudniał kolegów, aby móc im 
wypłacać kieszonkowe. 

Przez cały ten czas Jack ćwiczył się we wstrzemięź- 

liwości i trzymaniu rąk przy sobie. Kolegom przed- 
stawił Amy jako „adoptowaną siostrzyczkę". Mimo to 
pragnął jej coraz bardziej. 

Kiedy pewnego wieczora przyszła do radia na 

piętnaście minut przed końcem dyżuru, Jack zaklął, 
obserwując ją przez szybę studia. A niech to! Była 
prześliczna z policzkami zaróżowionymi od mrozu 
i podniecenia. Jak można się powstrzymać od cało- 
wania tych roześmianych ust? Niech diabli porwą 

R

 S

background image

rozsądek i jej zwariowane plany! Czas, żeby się dowie- 
działa, co on do niej czuje. 

Włączył taśmę z reklamami, nastawił następną płytę 

i zaprosił ją do środka. 

-  Czy mogę mówić? - zapytała podekscytowana. 
- Tak. 
-  Zdarzyło się coś cudownego! - Oczy jej błysz- 

czały radością. - Zgadnij! 

-  Steve przeczytał tygodnik samochodowy od de- 

ski do deski. 

-  Lepiej! 
-  Dostał nowy samochód i posadę. 
-  Nie. 
-  Brad i Melissa przenoszą się do Bellingham. 
-  Jeszcze lepiej. 
Jack przymknął oczy. Wiedział, co się stało, jak 

tylko weszła do studia, ale nie chciał się z tym zdra- 
dzić. 

-  Pomyśl, Jack. Przecież wiesz, o co walczyłam 

cały czas. 

Jak prawdziwy aktor udawał, że się domyślił i cieszy 

z tej niespodzianki. 

-  Czyżbyś wygrała wyjazd na Hawaje? 
-Tak! 
- Amy, to wspaniale! Wyobrażam sobie, jak się 

czujesz. 

Widział wyraźnie, że się cieszy. Nie obchodziło jej, 

że się rozstaną. Myślała tylko o radości rodziców 
i swojej własnej. 

-  Tym razem konkurs był tak łatwy! Po tych 

głupotach, które musiałam wypisywać i tym zwario- 
wanym konkursie hula, wystarczyło, że podałam od- 
powiednie liczby w Loterii Narodowej. Wyjazd na 
Hawaje nie był nawet główną nagrodą. Pierwsza 
nagroda to cały dom, wyobrażasz sobie? Ale ja 
wygrałam wycieczkę. Cztery dni i trzy noce. 

R

 S

background image

 
-  Fantastycznie! Będziesz miała dość czasu, żeby 

obejrzeć swoją działkę. Kiedy wyjeżdżasz? 

-  Jak najprędzej. Dlatego tu przyszłam. 
-  Mogę dołączyć Steve'a do Brzęczyka, jeśli to cię 

martwi. 

-  Nie. Sama to z nim załatwię. I tak mamy 

podpisać inną umowę. Przyszłam tu, bo mam dla 
ciebie propozycję. 

-  O?! 
-  Wyjazd jest dla dwóch osób. Jack, chciałabym, 

żebyś ze mną pojechał. 

R

 S

background image

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ 4 

 
-  Możesz to powtórzyć? 
Jack myślał, że się przesłyszał. Amy nie mogła 

prosić, aby z nią pojechał na Hawaje! Chyba że... Czy 
to możliwe, żeby była nim zainteresowana i przezywa- 
ła w ukryciu to samo co on? 

- Tylko w ten sposób rodzice nie będą nic podej- 

rzewać. 

-  Aha. - Stracił złudzenia. - A dlaczego nie po- 

prosisz którejś z koleżanek? 

-  Bo żadna z nich nie ma pojęcia o Hawajach, a ty 

już tam byłeś. Wyjazd jest na wyspę Oahu, a moja 
działka jest na Maui. Jestem pewna, że wiesz, jak się 
poruszać między wyspami i tak dalej. Proszę cię, Jack. 
Bardzo byś mi pomógł. 

Uznał, że musi się zastanowić. Wyjazd z nią na 

Hawaje mógł być pomysłem albo dobrym, albo fatal- 
nym. Nie wiadomo jeszcze, którym się okaże. 

-  Nadaję wiadomości za dwie minuty, a potem 

jestem wolny. Może pójdziemy gdzieś, aby o tym 
pomówić? 

-  Wspaniale. 
Amy, zaskoczona brakiem entuzjazmu Jacka, wy- 

szła ze studia do holu. Sądziła, że taki wyjazd byłby dla 
niego rozrywką, okazją do odwiedzenia znanych 

R

 S

background image

miejsc. A on specjalnie się nie ucieszył. Opadła na 
kanapę i sięgnęła po stary numer „Time'a". 

-  Wszystko załatwione, możemy iść - oświadczył 

Jack, pojawiając się w holu i zakładając po drodze 
płaszcz. - Co powiesz na ciastko i kawę? 

-  Bardzo chętnie. Możemy wziąć mój samochód, 

a potem cię odwiozę. Pada deszcz, jeśli chcesz wie- 
dzieć. 

- Tak twierdził nasz radiowy meteorolog. 
-  Ciągle zapominam, że jesteś disc jockeyem i wiesz 

o wszystkim, co się dzieje wokół nas. 

Amy ruszyła biegiem do swego volkswagena, aby 

go otworzyć, nim Jack zdąży zmoknąć. Mimo to, gdy 
wsiadł, krople wody błyszczały mu na włosach. 

Był taki atrakcyjny! Pewnie miał ciekawsze rzeczy 

do roboty, niż wybrać się w podróż z młodszą siostrą 
swego kolegi, nawet na Hawaje. Amy zacisnęła zęby. 
Nie lubiła spotykać się z odmową. 

-  A tak przy okazji, nawet ja nie wiem wszystkiego, 

choć jestem disc jockeyem - rzekł Jack, rozcierając 
zmarznięte dłonie. Panował przenikliwy chłód. 

-  Kiedyś ty i Brad udawaliście wszechwiedzących. 
- Jak większość osiemnastolatków. Ale pomówmy 

poważnie. Proszę cię, nie spodziewaj się, że mogę ci tam 
wiele pomóc tylko dlatego, że już byłem na Hawajach. 

-  Ty nie chcesz jechać, prawda? 
-  Tego nie powiedziałem. 
-  Słuchaj, Jack, nie staraj się oszczędzać moich 

uczuć. Jeśli wyjazd z młodszą siostrą Brada jest dla 
ciebie równie atrakcyjny, jak kanałowe leczenie trzo- 
nowego zęba, to zapomnijmy o mojej propozycji. 

-  Amy, nie w tym rzecz. 
-  A może masz dziewczynę, o której nie wiem i któ- 

ra gotowa ci zrobić scenę zazdrości? 

-  Nie, nie mam. 
Amy roześmiała się z ulgą. 

R

 S

background image

 
- Więc po co te uniki? Wyobrażałam sobie, że 

gratisowa podróż sprawi ci przyjemność. 

- Wróćmy do mojego poprzedniego pytania. Nie 

rozumiem, dlaczego z tobą w ogóle ma ktoś jechać, 
a po drugie - dlaczego nie zaprosisz jakiejś kole- 
żanki? 

Amy milczała. Ciszę zakłócały tylko wycieraczki 

zgarniające deszcz z szyby. 

-  Coś ukrywasz, Amy. Przyznaj się. 
- Moja matka wbiła sobie do głowy, że ja chciałam 

wygrać ten wyjazd, aby dać go im w prezencie. Nie 
miałam serca wyprowadzać jej z błędu. Kiedy okaże 
się, że sama wykorzystuję ten, wyjazd, będzie dla niej 
bardziej zrozumiałe, gdybym jechała tam z kimś - z 
mężczyzną. Byłaby pewnie zachwycona, gdybyś to ty 
mi towarzyszył. 

Tym razem Jack pogrążył się w milczeniu. 
-  Amy Lorraine Hobson - odezwał się po chwili 

- czy twoim celem jest wprowadzić matkę w błąd, 
sugerując, że coś nas łączy? 

-  Właśnie tak - wyznała Amy niepewnym głosem 

- ale w dobrej wierze. Nie mogę im powiedzieć, że 
kupiłam tam kawałek ziemi dla nich i muszę go 
obejrzeć. Proszę cię, Jack, jeśli nie pojedziesz ze mną, 
cały plan się zawali. 

-  Obarczasz mnie sporą odpowiedzialnością. 
- Wiem, ale jesteś jedynym mężczyzną, któremu 

mogę zaufać. 

- Może powinienem wydelegować kuzyna Ernie'ego? 

- mruknął Jack, opierając głowę o fotel. Rzeczy przybie- 
rały zły obrót. Tylko jemu może ufać? Co to oznacza? 
Chyba kłopoty. - Obawiam się, że nie przemyślałaś 
sprawy do końca. 

-  Oczywiście, że przemyślałam. Nikt nie wierzy, że 

mam trochę oleju w głowie. Czy zawsze będzie się za 
mną wlokła opinia lekkomyślnej siostry Brada? 

R

 S

background image

-  Hej, hej, nie tak szybko. Nie to chciałem powie- 

dzieć. 

- A co w takim razie? 
-  Że twój wyjazd dla dwóch osób może oznaczać 

jeden pokój, a może nawet jedno łóżko. 

-  Jack, w luksusowych hotelach zawsze są dwa 

łóżka. Słuchaj, jeśli nie chcesz jechać, powiedz to 
wyraźnie. Nie muszę nawet wiedzieć dlaczego. 

- To nie o to chodzi, że ja nie chcę. Pomyślałem 

tylko, że możesz być skrępowana w jednym pokoju 
ze mną. 

-  To śmieszne, Jack. Przecież jesteśmy prawie jak 

brat i siostra. Po tych wszystkich nocach, które 
spędziłeś w naszym domu, to naprawdę drobiazg. 
A może ty będziesz się źle czuł, dzieląc ze mną pokój? 
Obiecuję, że nie będę siedzieć za długo w łazience ani 
wieszać rajstop na pręcie do ręczników. 

Jack przymknął na chwilę oczy. Czy ona nie widzi, 

jakie robi na nim wrażenie? 

-  To mnie nie przeraża. 
-  Więc dlaczego nie powiesz „tak"? 

Amy wjechała na parking. 

Pora było podjąć decyzję, ale Jack obawiał się, że 

będzie niekorzystna co najmniej dla jednego z nich. 
Amy nie zdawała sobie sprawy, co może się zdarzyć 
w czasie tej wycieczki, ale on był prawie pewien, że 
jeśli Amy nie odrzuci go zdecydowanie, spędzą 
wszystkie noce w jednym łóżku. A potem co? 

-  Jack, zaraz oszaleję. Tak czy nie? 
-  Musiałbym zapytać w radiu, czy dostanę wolne 

dni. 

No i stało się. Nie oparł się pokusie spędzenia kilku 

nocy sam na sam z Amy Hobson. 

-  To chyba nie powinno być trudne? - Amy wyłą- 

czyła silnik. 

-  Kiedy chciałabyś wyruszyć? 

R

 S

background image

-  Jak najprędzej, ale też muszę uzgodnić termin 

w pracy. Może za trzy tygodnie? 

Jack w przyćmionym świetle padającym z okien 

kawiarni wpatrywał się w twarz Amy, szukając w niej 
oznak podniecenia, które sam odczuwał. Jednak jej 
twarz wyrażała tylko rzeczowość, jakby był dla niej 
wyłącznie starszym bratem czy zwykłym kolegą. Jeśli 
ona nie zmieni nastawienia, nie będzie miał odwagi 
nadać ich znajomości bardziej intymnego charakteru. 
Ale przecież jechali na Hawaje, znane ż atmosfery 
romantyzmu i zmysłowości. 

-  Czy uda ci się wyjechać za trzy tygodnie? - 

dopytywała się. 

-  Oczywiście - odparł z uśmiechem. - Dlaczego nie? 
 
Po jakimś czasie Amy udało się namówić Jacka, aby 

pojechał z nią do rodziców i oznajmił im nowinę 
o wspólnym wyjeździe. 

Dojechawszy na miejsce, zaparkowali piękne cama- 

ro na podjeździe za starym autem Virgila Hobsona. 
Maska samochodu była podniesiona, a ojciec Amy, ze 
szmatą w jednej ręce, nachylał się nad silnikiem. Gdy 
podniósł głowę, oczy rozszerzyły mu się ze zdumienia 
na widok Amy i Jacka wysiadających z eleganckiego, 
czarnego auta. 

-  Jack! - wykrzyknął, wycierając ręce i idąc w ich 

kierunku. - Czy ta maszyna należy do ciebie?    

- Tak, proszę pana. A właściwie będzie moja za 

parę lat. 

-  Zawsze lubiłeś dobre wozy. Brad jest taki sam. 

Kupił sobie corvette. 

- Już ją sprzedał, tato. 
-  Naprawdę? Nie nadążam za tymi wszystkimi 

zmianami. Ja się trzymam mojej starej Bessie. - Klep- 
nął samochód z czułością. -Wszystko jest tu takie 

R

 S

background image

proste. A w twoim na pewno tylko dyplomowany 
inżynier potrafi coś naprawić. 

-  Tak, istotnie, to jest pewien minus. Ale pro- 

wadzi się go przyjemnie. Może chciałby pan spró- 
bować? 

-  Nie, dziękuję. Czy dlatego tu przyjechaliście? 

Żeby przewieźć staruszka sportowym wozem? 

-  Nie, tato. - Amy uśmiechnęła się. - Mam dobre 

wiadomości. Wygrałam w końcu wycieczkę na Hawaje 
i zaprosiłam Jacka, aby ze mną pojechał. 

-  Naprawdę? Nie żartujesz? W końcu coś wyszło 

z tych konkursów? Zawsze sądziłem, że tylko mar- 
nujesz czas, zamiast robić coś pożytecznego. 

-  Ale wygrałam tę wycieczkę - odparła Amy, wsu- 

wając ręce do kieszeni. - To chyba coś warte? 

- Tak, to miłe, na pewno. Oczywiście, nie da ci to 

lepszej posady, czy coś takiego, ale to duża przyjemność. 

Przerwał, patrząc na Jacka. 
-  I zabierzesz go ze sobą? Nawet nie wiedziałem, że 

się spotykacie. 

Amy wyprostowała się i spojrzała mu prosto w oczy. 
-  Ostatnio spotykaliśmy się dość regularnie, a Jack 

najlepiej się nadaje na towarzysza podróży, bo zna 
Hawaje. Będzie moim przewodnikiem. 

-  Myślę, że tak. - Ojciec wycierał starannie ręce, 

choć nie było potrzeby. - Jesteś dorosłą kobietą, Amy. 
Możesz robić, co zechcesz i z kim zechcesz. 

-  Panie Hobson, Amy i ja nie jesteśmy... - zaczął 

Jack i zaraz przerwał. Nie są czym? A zresztą i tak 
pragnął to zmienić w czasie wycieczki na Hawaje. 
Chwilami żałował, że się zgodził wyjechać, ale były też 
momenty, gdy pragnął siedzieć już z Amy w samolocie. 

Amy zadygotała przesadnie. 
-  Chłodno mi, tato. Wejdę do domu oznajmić 

mamie nowinę. Idziesz ze mną, Jack? 

R

 S

background image

-  Naturalnie. 
Nie ucieszyło go powtarzanie tej sceny przed matką, 

ale też nie miał ochoty odpowiadać na dalsze pytania 
jej ojca. 

-  Do zobaczenia, panie Hobson. 
- Do zobaczenia. 
Gdy szli w kierunku wejścia, Amy szepnęła: 
-  Jack, pozwól, niech sobie myślą o nas, co chcą. 

Dobrze? 

-  Czuję się bardzo niezręcznie - zauważył. - Ni- 

gdy nie sądziłem, że będę zapowiadał twojemu ojcu, że 
mam zamiar spać z jego córką. Jemu się to nie podoba. 

- Możemy to wszystko wyjaśnić później, gdy się 

upewnię, że ten teren to jest coś, o czym marzyli. A poza 
tym on ma rację. Jestem dorosła i jego opinia się nie liczy. 

-  Czyżby? 
-  Co to ma znaczyć? 
-  Przecież widzę, że zadajesz sobie wiele trudu, aby 

mu sprawić przyjemność. 

Amy zmarszczyła czoło. 
-  Ja tylko chcę mu zwrócić to, co mu się należy. 

Jemu i mamie. Już ci to tłumaczyłam, Jack. 

-  A ja ciągle uważam, że nie powinnaś brać tego 

zadania na swoje barki, jakby to był twój obowiązek. 
To dorośli ludzie. 

-  W pewnych sprawach tak, w innych nie. Muszę to 

zrobić, Jack. Pomożesz mi czy nie? 

-  Pomogę - odparł z westchnieniem. 
-  A więc wejdźmy do środka. Mama się ucieszy na 

twój widok. 

Amy otworzyła drzwi i zawołała matkę. Pani Hob- 

son wybiegła uradowana, a kiedy zobaczyła Jacka, 
wspięła się na palce, żeby go uściskać. 

-  Jack! Co za wspaniała niespodzianka! 
Jack odpowiedział na uścisk chłopięcym uśmie- 

chem, który ujął Amy. Zdejmując płaszcz, przypo- 

R

 S

background image

mniała sobie, co mówił o swoich rodzicach i braku 
uczucia w jego domu. 

-  Jak to miło znowu panią zobaczyć - powiedział, 

odsuwając ją na długość ramienia. - Wygląda pani 
znakomicie. 

-  Starzeję się - protestowała pani Hobson, mach- 

nąwszy ręką. 

-  Nic podobnego. - Jack uśmiechnął się do niej 

wesoło. - Jak zawsze jest pani najprzystojniejszą oso- 
bą w rodzinie. 

-  Jak możesz tak mówić, Jack - matka podeszła 

do córki i objęła ją w talii - gdy nasza mała Amy 
wyrosła na taką piękność? 

-  Mamo, naprawdę! - oburzyła się Amy, oblewa- 

jąc się rumieńcem. 

-  Niech pani nie myśli, że nie zauważyłem. Ale 

założę się, że nie potrafi gotować tak wspaniale jak 
pani - odparł Jack, zdejmując płaszcz. 

Amy zirytowała się, słysząc, jak Jack w beznamięt- 

ny sposób mówi o jej urodzie. Czy to była gra, czy też 
rzeczywiście uważa ją za atrakcyjną? 

-  Gotowanie to nie wszystko - powiedziała jej 

matka. - Ta dziewczyna jest bardzo zdolna. Jestem 
pewna, że jeszcze nas zaskoczy tym, co potrafi. 

-  Właśnie już czegoś dokonałam, mamo. - Amy 

położyła dłonie na szczupłych ramionach matki; wzięła 
głęboki oddech i zaczęła szybko mówić: - Wygrałam 
wycieczkę na Hawaje dla dwóch osób i ja z Jackiem 
pojedziemy tam razem. Czy to nie wspaniałe? 

-  Wycieczkę... wycieczkę na Hawaje? 

Amy skinęła głową. 

-  Ale ja myślałam... Oczywiście, że to wspaniałe. 

- Pani Hobson uśmiechnęła się promiennie. - Nie 
miałam pojęcia, że wy oboje... że ty i Jack... 

-  Dopiero ostatnio, mamusiu. Ten wyjazd pozwoli 

nam lepiej się poznać. 

R

 S

background image

Mówiąc te słowa, Amy poczuła przejmujący 

dreszcz. Spojrzała na Jacka, wyobrażając sobie, jakie 
wrażenie robi na kimś, kto go widzi po raz pierwszy. 
Na pewno jest bardzo atrakcyjny, pomyślała. 

-  Bardzo się cieszę. Czy... czy ojciec już wie? 
- Tak, powiedzieli mi - odezwał się pan Hobson, 

stając niepostrzeżenie w drzwiach. - Jak ci się to 
podoba, Connie? 

- Myślę, że ładna z nich para, Virgil. 
- Ta...ak. Tylko że podróż poślubna jest trochę 

przedwczesna. To jakby wóz jechał przed koniem. 

- Taki teraz zwyczaj wśród młodych. 
Amy zauważyła, że Jack przestępuje nerwowo z nogi 

na nogę. Wyraźnie nie podobało mu się oszukiwanie 
ludzi, którym wiele zawdzięczał. Amy też było przykro, 
ale jak inaczej miała przeprowadzić swój plan? 

-  Może i tak - potwierdził Virgil Hobson z nieza- 

dowoleniem - Przyszedłem, żeby zobaczyć, czy będzie 
jakiś lunch. 

- Już się do tego biorę - szybko odparła pani Hob- 

son. - Zjecie z nami? 

-  Oczywiście - powiedział jej mąż, klepiąc Jacka 

po ramieniu. - Za chwilę będzie dobry mecz w telewi- 
zji. Celtics kontra Lakers. 

Jack spojrzał zdumiony. 
-  Czy oni nie grali w zeszłą niedzielę? 
-  Tak? Myślałem, że grają dzisiaj. Wszystko jedno. 

Ktoś będzie grał. Chodź i zobacz nowy telewizor, 
który dostaliśmy od Brada na gwiazdkę. Największy 
ekran, jaki kiedykolwiek widziałem. 

Amy poczekała, aż wyjdą, a potem zwróciła się do 

matki: 

-  Brad dał wam telewizor dwa lata temu, jeśli do- 

brze pamiętam. 

-  Czy to ma jakieś znaczenie? Chodź, pomożesz mi 

w kuchni. 

R

 S

background image

-  Rzeczywiście nie ma znaczenia, kiedy go wam dał 

- zgodziła się Amy, idąc za matką - ale ojcu wszystko 
się myli. Przed wyjazdem powinnam sprawdzić ra- 
chunki i książeczkę czekową, by upewnić się, że nie 
zalega z opłatami. 

Pani Hobson trzasnęła drzwiczkami lodówki zbyt 

głośno. 

-  Amy, wiesz, że ojciec nie lubi, gdy grzebiesz 

w jego papierach. 

-  Mamo, to są także twoje papiery, choć się nimi 

nie interesujesz. A ojciec już nie jest ten sam, co kiedyś. 
Zapomina o wielu rzeczach. 

-  Niezbyt często. 
-  Wystarczająco często. Pamiętasz, że raz wyłączyli 

wam gaz, bo przez dwa miesiące nie płacił rachunków. 

-  Żałuję, że cię wtedy wezwałam. 
- Mamo, sama powinnaś płacić rachunki. Wtedy 

nic się takiego nie zdarzy. 

Matka popatrzyła na nią z nieszczęśliwą miną. 
-  Ojciec dostałby ataku, gdybym tylko o tym 

wspomniała. Zawsze zarządzał naszymi finansami. 

-  Tak, i to jest wielki błąd. Musisz zacząć załatwiać 

sama pewne sprawy. 

-  To zupełnie zbyteczne, Amy. - Matka odwróciła 

się od niej. - Twój ojciec jest zdrów. Bardzo dobrze się 
mną zajmował przez trzydzieści lat i nie zamierzam 
tego zmieniać. 

-  Mamo, czy możesz mnie raz wysłuchać? 
-  Nie, Amy - odparła stanowczo matka. - To ty 

mnie wysłuchaj. Virgil Hobson jest wspaniałym czło- 
wiekiem i Marynarka Wojenna źle zrobiła, że go posłała 
na rentę po tym wypadku. Powinien w dalszym ciągu 
pracować w stoczni, a nie reperować cudze samochody. 
Nie mam zamiaru unieszczęśliwiać go jeszcze bardziej, 
odbierając mu jego domowe obowiązki. Poza tym wiesz, 
że nie wyznaję się na rachunkach, opłatach i.t.d. 

R

 S

background image

Amy zacisnęła pięści w przypływie rozdrażnienia. 

Matka nigdy nie przyzna, jak bardzo ojciec się zmie- 
nił od wypadku. Consuela Hobson żyła w dalszym 
ciągu w świecie marzeń, w którym jej mąż był obroń- 
cą przed wszelkim złem aż do śmierci. 

-  Mamo, spędzę na Hawajach pięć dni. Nie bę- 

dziesz miała do kogo zadzwonić, więc lepiej sprawdź, 
czy wszystkie rachunki zostały zapłacone, bo... 

-  Nie musisz się o nas martwić - przerwała jej 

matka, unosząc dumnie głowę. - Widzę, że powinnaś 
teraz zająć się własnym życiem. 

-  Przepraszam, mamo, że nie mogłam wam oddać 

tej wycieczki. 

Śmiech matki był trochę wymuszony. 
-  Zapomnij, że kiedykolwiek o tym wspomniałam. 

Wyjazd na wyspy przywołałby tylko dawne sny. Lepiej, 
żebyśmy tu zostali i zapomnieli o Hawajach. 

-  Możliwe. 
Amy odwróciła się, bo czuła, że za chwilę byłaby 

gotowa wyjawić cały plan, aby tylko ujrzeć promyk 
nadziei w ciemnych oczach matki. Ale wiedziała, że nie 
wolno jej tego zrobić. Plan musi być zapięty na ostatni 
guzik, a umowa okazać się bezwzględnie korzystna, 
zanim powie o wszystkim rodzicom. W przeciwnym 
razie zostałby odrzucony jako jeszcze jeden dziecinny 
i niedorzeczny pomysł małej Amy. 

Mogła sobie doskonale wyobrazić Brada, jak się 

z niej wyśmiewa. Ale ona im jeszcze pokaże. Pokaże im 
wszystkim. 

R

 S

background image

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ 5 

 
Trzy tygodnie później, gdy samolot lądował w Ho- 

nolulu, na wyspie Oahu, Amy chwyciła Jacka za rękę. 
Pewnie był to gest nieświadomy, uznał Jack. Niemniej 
sprawił mu przyjemność. 

-  Udało ci się, dziecino -powiedział- czułością. 
-  Tak. - Obrzuciła go szybkim, szczęśliwym spoj- 

rzeniem i znowu zaczęła wyglądać przez okienko koło 
swego fotela. - Słońce świeci - powiedziała głosem 
pełnym zdziwienia. 

-  Oczywiście. W tych stronach to niemal reguła. 
-  Może to głupia uwaga, ale tak przywykłam 

do mgły i deszczu w Bellingham. Tutaj jest inny 
świat. Słońce i palmy. Czy w dalszym ciągu witają 
przyjezdnych, wkładając im wieńce z kwiatów na 
szyje? 

-  Lei? Nie sądzę. Z samolotów wysypuje się tylu 

podróżnych, że ten zwyczaj musiał zaniknąć. 

-  O, to nieważne. 
Amy siedziała z nosem przylepionym do szyby, 

podczas gdy samolot kołował po pasach lotniska, 
a pasażerowie zaczęli zbierać podręczne bagaże. 

Jack dotknął jej ramienia. 
-  Amy, chodźmy już. Zobaczysz o wiele więcej po 

wyjściu na zewnątrz. 

R

 S

background image

-  Co mówisz? - Odwróciła się zaskoczona, a po 

chwili uśmiechnęła się. - Nie mogę się napatrzyć, 
Jack. Hawaje wyglądają tak wspaniale. 

- Myślę, że tak. 
Przez chwilę z przyjemnością obserwował jej oczy 

błyszczące radosnym oczekiwaniem i zastanawiał się, 
czy jest szansa, aby kiedykolwiek miłość do niego 
tak ją rozpromieniła. W tej chwili nie istniało dla 
niej nic poza Hawajami i kawałkiem ziemi kupionej 
dla rodziców. 

-  Chodźmy - rzekł i odpiął pas bezpieczeństwa. 
Gdy znaleźli się w budynku lotniska, przeszli do 

biura, gdzie rezerwowano przeloty na inne wyspy. Jack 
zamówił dla nich dwa miejsca w samolocie do Maui na 
następny dzień. 

- Wolałabym polecieć od razu, dzisiaj - powie- 

działa tęsknie Amy, przyglądając się plakatowi z wido- 
kiem wyspy, na której leżała zakupiona przez nią 
działka. 

-  Nie ma na to czasu, Amy - tłumaczył jej Jack. 
- Moglibyśmy nie zdążyć na ostatni samolot powrotny. 
- Masz rację, ale... 
-  Nie zapominaj, że jesteś na wakacjach, a w bro- 

szurce napisano, że wieczorem organizują dla nas luau 
na plaży. Chyba nie chciałabyś tego opuścić? 

Amy spojrzała na niego. Co się z nią dzieje? Jest na 

Hawajach z bardzo przystojnym mężczyzną. Wieczo- 
rem będzie świecił księżyc, a oni dostali bilety na luau. 
Działka rodziców nie ucieknie. Będzie tam jutro 
i pojutrze. Nie ma pośpiechu. 

-  Nie - odparła, wsuwając mu rękę pod ramię. 
- Nie chcę pominąć niczego. 
-  Doskonale. - Jack skierował ją do mikrobusów 

hotelowych, ustawionych wzdłuż krawężnika. - Po- 
czekaj tu, a ja przyniosę bagaże. 

-  Dobrze. 

R

 S

background image

Gdy odszedł, spojrzała na zegarek. Piętnasta. Zo- 

stanie im trochę czasu, aby pójść na plażę Waikiki 
przed rozpoczęciem luau. Poopala się, a może zbuduje 
zamek z piasku? Roześmiała się. Plaża w lutym. 

Czekając na Jacka, przyglądała się innym wycie- 

czkowiczom, wsiadającym z wesołym rozgwarem do 
mikrobusów. Mało rodzin, doszła do wniosku, ra- 
czej pary w różnym wieku i grono starszych pań. 
Obserwowała zaradność tych kobiet i próbowała 
wyobrazić sobie wśród nich swoją matkę. Nie mog- 
ła. Jakie życie prowadziłaby pani Hobson, gdyby 
kiedyś została wdową? Nie podobała jej się ta per- 
spektywa. 

-  Jaka smutna minka u ładnej wahine - zabrzmiał 

głos Jacka koło niej. Gdy spojrzała na niego, uniósł do 
góry wianek z fioletowych kwiatów - Aloha! - rzekł 
i założył jej go na szyję. - Witaj na Hawajach! 

A potem ucałował ją w oba policzki. 
-  Jack! - zaśmiała się Amy zaskoczona, ale i za- 

chwycona. Dotyk jego warg wywołał przyspieszone 
bicie serca. - Bardzo to miłe z twojej strony - rzek- 
ła, wtulając nos w maleńkie storczyki. - Skąd je 
wziąłeś? 

Jack był bardzo z siebie zadowolony. 
-  Tubylców nie stać już na rozdawanie ich za 

darmo, ale różne sentymentalne typki mogą je jeszcze 
kupić. 

-  A ty jesteś sentymentalny. 
-  Właśnie. 
-  Dziękuję, Jack. 
-  Cała przyjemność po mojej stronie. Uważam, że 

żadna dama nie powinna iść na luau bez kwiatów. 
Chodź, poszukamy naszego samochodu. 

Co to znaczy dzielić pokój z Jackiem dotarło do Amy 

dopiero wówczas, gdy stanęli przed drzwiami, a on 
przekręcił klucz w zamku. Tu mieli spędzić razem noc! 

R

 S

background image

Amy próbowała się jeszcze przekonywać, że Jack to 

prawie to samo co Brad, ale od brata nigdy nie 
dostałaby wieńca ze storczyków. 

Jack otworzył drzwi i szerokim gestem zaprosił ją 

do wejścia. 

-  Oto nasza rodzinna chata na następne cztery dni 

- rzekł. 

Amy przeszła obok niego z całą swobodą, na 

jaką mogła się zdobyć. Były tam dwa łóżka, jak 
przewidziała, lecz stały prawie obok siebie. Pośpie- 
szyła do okna i pociągnęła za sznur od zasłon, aby 
wyjrzeć. 

-  Ciekawe, czy widać ocean z balkonu. 
-  Z lanai - poprawił ją Jack, stawiając walizki na 

podłodze. 

-  Słucham? 
-  Tu balkon nazywa się lanai. Zobaczmy, co z nie- 

go widać. 

Wyszli na balkon razem, ale stanęli daleko od 

siebie. 

- Tylko następne domy - westchnęła Amy. 
-  Całkiem zrozumiałe - uśmiechnął się Jack. - W 

końcu to nie jest najlepszy hotel. 

Amy zrzedła mina. 
-  A ja wyobrażałam sobie, że siedzę na balkonie, 

chciałam powiedzieć lanai, i oglądam księżyc wscho- 
dzący nad wodą. 

-  Będziemy musieli przespacerować się na plażę, 

jeśli chcesz to zobaczyć. 

Jack zacisnął dłonie na poręczy balkonu i spojrzał 

w dół na ożywiony ruch na ulicy Honolulu. 

- To niezła myśl - powiedziała Amy. 

Popatrzyła na niego kątem oka. Iść na plażę przy 

księżycu, z Jackiem? Dlaczego ta możliwość tak ją 

ekscytuje? Nie mówił o tym przecież jak o romantycz- 
nej przechadzce z ukochanym, a jednak nie mogła nie 

R

 S

background image

zauważyć, że jego trykotowa koszula opina się na 
umięśnionych barkach. Nigdy nie myślała, że on ma 
takie mocne ramiona, ale teraz zrobiło to na niej silne 
wrażenie. 

Jack oderwał dłonie od poręczy balkonu i odwró- 

cił się. 

-  Można by się rozpakować. Które łóżko wy- 

bierasz? 

Amy popatrzyła przez szybę na dwa łóżka stojące 

zaledwie pół metra od siebie. 

-  Wszystko mi jedno. 
Utkwiła wzrok w budynek naprzeciwko hotelu, 

aby nie patrzeć na Jacka. Spanie z nim w jednym 
pokoju nabierało erotycznego posmaku, a tego nie 
przewidziała. 

-  Ty wybierz. Idę się odświeżyć. - Przerwała zaru- 

mieniona. - To znaczy, jeśli ty nie chcesz skorzystać... 

-  Nie. W porządku. Idź pierwsza. - Głos Jacka 

również zdradzał zażenowanie. 

-  Dobrze. - Amy wybiegła z balkonu, złapała kos- 

metyczkę i zamknęła się w łazience. 

Dlaczego uważała, że podróż z Jackiem będzie taką 

beztroską przyjemnością? Coś się psuło w ich sios- 
trzano-braterskich stosunkach. Gdy byli młodsi, częs- 
to praktycznie mieszkali razem. Pamiętała, jak on lub 
Brad bębnili w drzwi łazienki, gdy uważali, że za długo 
się czesze lub robi makijaż. 

Ale ten rodzaj dobrodusznej tyranii to już prze- 

szłość. Onieśmieliło ją nagle, że będzie mieszkać z nim 
razem. 

A ten moment, gdy patrzyła na niego na balkonie... 

Nigdy przedtem tak nie patrzyła na jego ciało! 

Oczywiście wiedziała, że jest przystojny, ale patrzeć 

z pożądaniem na jego muskularną sylwetkę to całkiem 
inna sprawa. Amy zaczęła zastanawiać się, jaką nie- 
bezpieczną sytuację stworzyła. 

R

 S

background image

Gdy wyszła z łazienki, zastała Jacka wieszającego 

spodnie i koszule w szafie. Uświadomiła sobie, że zaraz 
powiesi obok swoje rzeczy, jakby byli mężem i żoną 
w podróży poślubnej. A byli tylko przyjaciółmi. To 
znaczy, jak dotąd. 

- Twoja kolej - rzekł lekkim tonem. - A co po- 

wiesz na to, żebyśmy się przeszli po plaży? 

Ten pomysł bardziej jej się teraz podobał. Lepiej 

opuścić pokój, który był zbyt mały i zbyt przytulny, aby 
mogła się czuć swobodnie, więc szybko się zgodziła. 

-  Świetnie. - Jack pochylił się nad walizką i wyjął 

następne koszule. - Jak widzisz, wybrałem łóżko od 
strony drzwi. 

-  To mi odpowiada. 
Zdawała sobie sprawę, że Jack zrobił to, gdyż chciał 

być między nią a ewentualnym intruzem. Wyraźnie 
zamierzał się nią opiekować, ale czy kierowała nim 
zwykła rycerskość, czy coś więcej? 

Jack podszedł do szafy z naręczem bielizny. Amy 

odwróciła się. Nie chciała nic wiedzieć o jego bieliźnie. 
Myślenie o tym prowadziło do... o, nie. Nie wiedziała, 
w czym on zamierza spać. Może w niczym? Ona sama 
przywiozła ze sobą piżamę, ale teraz pomyślała, że 
może jest odrobinę za cienka. Będzie chyba musiała 
nosić pod spodem staniczek i figi. 

A co z Jackiem? Powinna była omówić to ż nim 

przed wyjazdem. Może przywiózł szlafrok kąpielowy 
i będzie go zakładał, jak tylko wstanie z łóżka? 

Amy z rozmachem rzuciła walizkę na łóżko. Dość 

tych głupstw, pomyślała. Co ją obchodzi, w czym śpi 
Jack. Będzie zawsze patrzyła w inną stronę, jeśli jego 
widok ma ją tak poruszać. 

Jack zamknął swoją walizkę i umieścił ją na dole 

w szafie. 

-  Przebiorę się w kostium i pójdziemy na plażę. 

Jestem pewny, że to musi być blisko. 

R

 S

background image

-  Świetnie, ja się przebiorę tutaj. -Amy błysnęła 

uśmiechem. Gdy zamknął za sobą drzwi łazienki, 
w rekordowym czasie wyszukała w walizce swój jedno- 
częściowy kostium z lycry i włożyła go. 

Przez chwilę miała chęć wystąpić w bikini, ale 

porzuciła tę myśl. W końcu była tu ze starym, po- 
czciwym Jackiem, a nie z kimś, na kim chciałaby zrobić 
wrażenie. Narzuciła na kostium czarną, ażurową chus- 
tę i włożyła sandałki. 

Gdy Jack wyszedł z łazienki, była zajęta wieszaniem 

reszty ubrania w szafie. Z rozmysłem zostawiła sporo 
miejsca między ich ubraniami. 

-  Możemy już iść, jeśli jesteś gotowa. 
-  Prawie. 
Amy zerknęła ponad ramieniem i zdumiała się. Jesz- 

cze raz przyjrzała mu się ukradkiem, gdy wieszał ubranie 
na krześle i odkładał portfel na biurko. Jak można nie 
zwracać uwagi na takie ciało? Biały, hotelowy ręcznik 
udrapowany na ramionach nie mógł ukryć, że Jack od 
czasów szkolnych rozrósł się i zmężniał. Ciemne kręcone 
włosy pokrywały szeroką pierś i zapraszały wprost, aby 
ich dotknąć. Skąpe, granatowe spodenki podkreślały 
szczupłość bioder. 

Nigdy nie wyobrażała sobie Jacka w takiej sytuacji, 

nie myślała, jak by to było... Nie, zabroniła sobie 
podobnych rozważań. 

-  To chyba wszystko - powiedziała, zamykając 

drzwi szafy. - Czy możemy wyjść w takich strojach? 

-  Oczywiście. Jesteśmy w Honolulu. I jeśli się nie 

mylę, o dwie przecznice od plaży. - Mówiąc to, wsu- 
nął stopy w gumowe sandały. - Zostawimy klucz 
w recepcji. Wezmę tylko trochę gotówki na rowery 
wodne. 

-  Co takiego? 
-  Zobaczysz. - Wyjął banknoty z portfela. - Na 

pewno będziesz chciała spróbować. 

R

 S

background image

- Ale to kosztuje. Jeśli będziemy robić coś, za co się 

płaci, ja powinnam pokryć koszty. Ty już kupiłeś mi lei... 

- Amy, nie bądź dzieckiem. Podarowałaś mi całą 

wycieczkę, więc chyba wolno mi zrewanżować się jakąś 
hawajską rozrywką: A mówiąc o lei, co z nim zrobiłaś? 

-  Wisi nad moim łóżkiem. 
-  Lepiej włóżmy go do wody - powiedział Jack 

i podszedł do jej łóżka. Gdy zdejmował wianek, jeden 
kwiat oderwał się i upadł na narzutę. 

-  Och! - wykrzyknęła Amy - chyba się nie rozsypie. 
-  Nie. Opadł tylko jeden. - Podszedł do niej. - To 

dobrze, brakowało ci kwiatu we włosach. 

-  Naprawdę? 
-  Zdecydowanie. Potrzymaj. - Wręczył jej wie- 

niec, odgarnął włosy do tyłu i zatknął jej storczyk za 
uchem. - Teraz wyglądasz jak prawdziwa hawajska 
dziewczyna. 

Amy stała bez ruchu, wdychając delikatną woń 

kwiatu i piżmowy zapach wody po goleniu Jacka. 
Dotyk jego palców był jak pieszczota, więc popa- 
trzyła mu w oczy, nie chcąc przerywać tej czarownej 
chwili. 

Jack zauważył to spojrzenie i puls zaczął uderzać 

mu szybciej. Jest! Właśnie na taki wyraz oczu czekał. 
Omdlewający i pełen ciepła. Utkwiony w niego. Mógł- 
by ją teraz pocałować, ale obawiał się, żeby czegoś nie 
popsuć pośpiechem. Ona może jeszcze nie zdawać 
sobie sprawy ze swoich uczuć. Pocałunek może zetrzeć 
z jej twarzy wyraz rozmarzenia i zmienić wszystko 
między nimi. 

Ale jej usta były tak blisko. Kusiło go, aby obwieść 

wdzięczny kontur jej różowych warg czubkiem palca. 
A potem może czubkiem języka. Potem już trudno 
byłoby mu się powstrzymać. A nie sądził, żeby Amy 
była gotowa na taki dalszy ciąg, który jemu się marzył. 
Jeszcze nie. 

R

 S

background image

-  Powinniśmy chyba - odchrząknął - powinniś- 

my chyba już iść, jeśli chcemy mieć słońce na plaży. Nie 
opalimy się, stojąc tutaj, dziecinko. 

Amy odwróciła się rozczarowana. Dziecinko! Trak- 

tował ją jak dziecko, choć przez chwilę wydawało jej 
się, że widziała w jego oczach inny wyraz. Tak, na 
pewno ją lubił, czuł do niej sympatię, ale nie inte- 
resowała go jako kobieta. 

Szli po zalanej słońcem ulicy w stronę plaży. Amy 

przekonywała się w duchu, że powinna być wdzięczna 
Jackowi, iż zgodził się towarzyszyć jej w tej wycieczce. 
Będzie na pewno wielką pomocą przy szukaniu działki na 
Mam. Nawet teraz sprawiało jej przyjemność mieć go 
przy sobie. 

Rozglądała się wokół i cieszyła atmosferą radości, 

jaką były przepojone ulice Honolulu. Mieniły się 
kolorami, poczynając od naturalnych barw żywych 
kwiatów, przeważnie w odcieniach różu i fioletu, 
kończąc na wesołych, kwiecistych strojach przechod- 
niów. Stopień opalenizny wskazywał, jak długo prze- 
bywali na wyspach. 

Ona i Jack byli bardzo bladzi w porównaniu 

z większością jaskrawo ubranych turystów, którzy ich 
mijali. 

-  Tu zdejmujemy pantofle - rzekł Jack, gdy znale- 

źli się na ścieżce wiodącej ku plaży. 

-  Och, Jack, jak miło! - wykrzyknęła Amy i zsuną- 

wszy sandały, pobiegła po ciepłym piasku. Krążyła 
między plażowiczami, opalającymi się na ręcznikach, 
aż doszła do pasa wilgotnej, chłodnej ziemi tuż nad 
linią wody. Weszła jeszcze dalej, aby poczuć, jak fale 
obmywają jej stopy. 

-  Jack, woda jest ciepła! 

Jack podszedł blisko niej. 

-  To co innego niż jezioro Whatcom, prawda? 

- rzekł. 

R

 S

background image

-  Nigdy nie byłam nad taką ciepłą wodą. Och, to 

mi się bardzo podoba! 

-  Obawiam się tylko, że plaża nie należy do od- 

osobnionych.                                         

- Ale tyle tu życia. Spójrz na te żaglówki i jachty. 

Jej uwagę zwróciły rowery wodne. 

-  Czy o tym mówiłeś? Chodźmy, Jack, wynaj- 

miemy sobie taki rower! 

Pobiegła szybko po piasku, a Jack ruszył za nią 

trochę wolniej, obserwując z przyjemnością jej entuz- 
jazm. Możliwe, że ta zatłoczona i pełna życia plaża 
Waikiki była dla nich odpowiedniejsza niż jakieś 
odludne miejsce, gdzie ich uczucia mogłyby się zbyt 
szybko ujawnić. 

Dostał im się wodny rower o jaskrawo błękitnych 

kołach. Zaczęli z zapałem pedałować, śmiejąc się jak 
szaleni, gdy oblała ich wysoka fala lub gdy zderzyli się 
z innym pojazdem. 

- Dlaczego one się nie przewracają? - zapytała 

Amy po jakimś szczególnie niebezpiecznym przechyle. 

-  Chyba mają dobrą stabilność - odparł Jack, pa- 

trząc w jej przepastne oczy. Miał wielką chęć ją po- 
całować. Szaloną. Odwrócił głowę z wysiłkiem. 

-  Sympatyczny wehikuł, prawda? I raźno się posu- 

wa - dodał, zmieniając ton. 

Amy wyczuła zmianę jego nastroju. Dałaby wiele, 

żeby wiedzieć, o czym myślał. 

-  Jechałby jeszcze raźniej, gdybyś też pedałował. 

Pracuję za dwoje. 

- A nie zrobiłabyś przerwy, żeby popatrzeć w głębi- 

nę? Można zobaczyć dno, a założę się, że jest tu co 
najmniej pięć metrów głębokości. 

-  Och, spójrz na te śliczne rybki. - Amy zafas- 

cynowana wychyliła się i straciwszy równowagę, omal 
nie wpadła do wody. Jack w ostatniej chwili złapał ją, 
objąwszy w talii i wciągnął z powrotem na siodełko. 

R

 S

background image

-  Nie wypadaj za burtę, Hobson - powiedział. 
- Trudno byłoby cię wciągnąć na to urządzenie. 
Amy złożyła dłonie jak do modlitwy i zatrzepotała 

rzęsami. 

-  Mój bohaterze! Uratowałeś mi życie. 

Jack zaśmiał się. 

-  Zupełnie słusznie. Te ryby, tam na dole, to mogą 

być barakudy lub inne ludojady. 

Amy kurczowo złapała go za ramię. 
-  Naprawdę tak myślisz? Jack, wracamy do brze- 

gu. Natychmiast. 

-  Nie, nie myślę tak, ale miło było podrażnić się 

z tobą. 

-  O tym wiesz nie od dzisiaj. Zawsze to robiłeś. 
-  Zgubiłaś kwiatek. 
-  Zgubiłam? - Dotknęła ręką włosów za uchem. 
- O, widzę go tam, na wodzie. Musiał mi wypaść, 

kiedy patrzyłam na ryby. 

-  Zaraz go odzyskamy. - Jack skierował rower 

w tę stronę i zaczął gwałtownie pedałować. 

-  Jack, zwariowałeś - śmiała się Amy, ale przyłą- 

czyła się do pedałowania. 

-  Ty ruszaj pedałami, a ja schylę się i spróbuję go 

podnieść tak, jak kowboje podnoszą kapelusz z ziemi. 

-  A co będzie, jak wpadniesz do wody? Co będzie, 

jeśli tu są rzeczywiście barakudy? 

-  Nie ma, a ja nie wpadnę. Jestem twoim bohaterem, 

pamiętasz? Bohaterowie nie robią z siebie idiotów. 

-  To prawda. A jeśli stracisz trochę ze swego 

bohaterstwa, a ja nie będę miała siły cię wyciągnąć? 

-  Nie będziesz musiała. Pedałuj. 
Jack wychylił się, gdy zbliżyli się do podskakującej 

plamki fioletu. 

-  Dobrze, trochę na prawo. Pedałuj! Jest! 
Podciągnął się na siodełko i podał jej ociekający 

wodą kwiat. 

R

 S

background image

- Pani bukiet, madame. 
Wzięła kwiatek i wetknęła we włosy. 
-  No i jak? - spytała. 
-  Niezwykle uroczo - odparł. 
-  Znowu spełniłeś bohaterski czyn. Jak ci się 

odwdzięczę? 

- W sposób znany od wieków, oczywiście. 
Amy przechyliła głowę, otoczyła mu szyję ramie- 

niem i pocałowała go szybko w usta. 

-  Czy tak? 
- Mniej więcej - rzekł, patrząc na nią z powagą. 
-  Co to znaczy: mniej więcej? 
Jack zostawił pojazd na łasce losu i oceanu. Położył 

jedno ramię za jej plecami i spojrzał głęboko w oczy. 

-  Uważam, że prawdziwa wdzięczność przypomina 

coś takiego. - Przyciągnął Amy do siebie, aż oparła się 
o jego pierś, i pocałował. 

R

 S

background image

 
 
 
 
 
 

 

ROZDZIAŁ 6 

 
W tym pocałunku zdecydowanie nie było nic pla- 

tonicznego. Jack całował namiętnie, gwałtownie. Amy 
zesztywniała i odsunęła się. Jack obrzucił ją bacznym 
spojrzeniem i westchnął. 

- Masz oczy wielkie jak spodki. Zdaje się, że cię 

przestraszyłem. 

Amy zakryła dłonią drżące wargi. 
-  Nie myślałam, że ty... 
-  Mogę zachowywać się jak normalny mężczyna 

w stosunku do ciebie? - dokończył za nią. 

-  Ale my zawsze byliśmy jak brat i siostra. 
-  Czy chcesz, żeby tak pozostało? 
-  Nie wiem. 
Popatrzyła na niego nieśmiało, a potem przeniosła 

wzrok na daleki horyzont. 

-  Gdy byliśmy młodsi, często się na ciebie złoś- 

ciłam, ale twoja obecność była dla mnie... podporą. 
Byłeś moim przyjacielem. Może najlepszym przyjacie- 
lem, jakiego miałam w okresie dorastania. Nie chciała- 
bym, aby to się zmieniło. 

-  Amy, nie możesz posłuchać drugiej strony płyty, 

jeśli jej nie odwrócisz. 

Siedziała zamyślona, a rower kołysał się leniwie na 

falach. 

R

 S

background image

-  Może ja nie chcę usłyszeć muzyki z drugiej strony 

płyty? 

- A może chcesz. Pierwsza mnie pocałowałaś. 
- Wiem. Dlatego jestem taka zdezorientowana. 

Może to na tobie wymusiłam, chcąc się przekonać, co 
się stanie? 

- I teraz, kiedy już się przekonałaś, stwierdziłaś, że 

to ci nie odpowiada? 

- Tego nie powiedziałam. Ale nagle uświadomiłam 

sobie, że jeśli między nami coś się zmieni, już nigdy nie 
będziemy mogli wrócić do tego, co było. 

- To prawda. To się nazywa dorastaniem. Wydaje mi 

się, że nie bardzo wiedziałaś, co robisz, zapraszając mnie 
na ten wyjazd. - Pogłaskał ją po ramieniu. - Ale musia- 
łaś zdawać sobie sprawę, że nie jesteśmy już dwojgiem 
dzieciaków. Wyrosłaś na piękną kobietę, Amy. 

Odwróciła się i wpatrywała się w milczeniu w jego 

twarz. 

-  Bardzo piękną - powtórzył Jack czule. 
-  Kiedy powiedziałeś coś takiego mojej matce, 

pomyślałam, że starasz się być uprzejmy. 

Potrząsnął głową. 
-  Mogło tak być, ale nie było. 
Amy nie mogła powstrzymać uśmiechu kobiecej 

satysfakcji. 

- Ale nigdy mnie nigdzie nie zaprosiłeś ani nie 

próbowałeś się ze mną umówić. 

-  Nie, bo ja też trochę bałem się wyjść poza 

ramy naszej dawnej przyjaźni, szczególnie gdy stwie- 
rdziłem, że ty tak łatwo do niej wróciłaś. Ale głów- 
nym powodem był twój zamiar przeniesienia się na 
Hawaje razem z rodzicami. To daleko od Bellin- 
gham. Jaka byłaby przyszłość naszego ewentualnego 
związku? 

Na myśl o „związku" z Jackiem Amy dostała gęsiej 

skórki. Ale on miał rację. Nawet gdyby chcieli zastąpić 

background image

starą przyjaźń czymś bardziej intymnym, ten romans 
nie miał sensu ani przyszłości. Niemniej zdała sobie 
teraz sprawę, że sterowali w tym kierunku od owego 
pamiętnego spotkania w parku Kaskada. 

-  Jack, wpadłam w pułapkę i pociągnęłam cię za 

sobą. Bardzo cię przepraszam. 

-  Nie bierz całej winy na siebie. Jestem dorosły. 

Mogłem tu z tobą nie przyjeżdżać. 

Amy utkwiła wzrok w jego oczach. Wyraźnie coś jej 

mówiły. Wszystko się między nimi zmieniło. 

-  Prawdopodobnie powinieneś odmówić. 
-  Prawdopodobnie. 
-  Jack, co my teraz zrobimy? 
-  Zrobimy - odparł i dotknął jej policzka - co- 

kolwiek zechcesz. 

-  Dlaczego ja mam decydować? 
-  To proste. Jeśli w dalszym ciągu będziesz trak- 

tować mnie jak brata, znajdę w sobie siłę, aby takim 
pozostać. Ale jeśli zaczniesz traktować mnie jak męż- 
czyznę, nie zdołam ci się oprzeć. Jestem tylko człowie- 
kiem, Amy. 

-  Przecież mówiłeś, że nie ma dla nas przyszłości. 
-  To prawda, ale przed chwilą coś odkryłem. Kiedy 

cię trzymam w ramionach, przyszłość przestaje mieć 
dla mnie znaczenie. 

Przez resztę popołudnia Amy myślała o tym, co 

powiedział Jack, i zanim wrócili do hotelu, podję- 
ła decyzję, jak będzie postępować, gdy znajdą się 
sami. 

-  Pierwsza zajmuję łazienkę, braciszku - oznajmi- 

ła wesoło, wchodząc do pokoju. - Obiecuję zostawić ci 
trochę gorącej wody. 

Jack stał nieruchomo i patrzył, jak zbiera swoją 

bieliznę i suknię plażową po drodze. 

-  Rozumiem. 

R

 S

background image

-  To jedyne wyjście, Jack. Ranilibyśmy się na- 

wzajem, gdybyśmy nie byli ostrożni. Nie chcę tego. 

-  Ja też nie. 
-  A więc uzgodniliśmy tę sprawę. 
Jack zdjął ręcznik z szyi i cisnął go na łóżko. 
- Tak sądzę, dziecino. 
-  Jack, nie jesteś zdenerwowany? 
-  Kto, ja? - Posłał jej szeroki uśmiech. - Miałbym 

się denerwować z powodu takiej chudej smarkuli, 
która jeszcze się nawet nie wie, jak pójść z chłopakiem 
do łóżka? Nie! 

Amy skoczyła do niego z zaciśniętymi pięściami. 
-  Chuda smarkula?! Ja ci pokażę! 
-  Amy, uważaj! 
Zatrzymała się nagle, słysząc zdecydowaną prze- 

strogę w jego głosie. 

-  Nie dotykaj mnie teraz, dobrze? 
Na widok jego oczu zimny dreszcz przebiegł jej 

wzdłuż krzyża. 

-Dobrze. 
Poszła do łazienki i zamknęła za sobą drzwi. Zo- 

baczyła, że Jack nalał wody do umywalki i umieścił 
w niej wieniec z kwiatów. Był naprawdę troskliwy 
i sympatyczny. A ona go odtrąciła. Już brała za klam- 
kę, żeby wrócić do pokoju i przyznać się do błędu, gdy 
usłyszała, że Jack pogwizduje jakąś melodię. Chyba nie 
mógł być załamany, jeżeli gwiżdże? Wyglądało na to, 
że jest zadowolony z obrotu sprawy. 

Amy zaczęła się szybko rozbierać. Postanowiła, że 

ona też będzie gwizdać. W końcu wygrała wycieczkę 
na Hawaje, a jutro jedzie zobaczyć, jaką wspaniałą 
posiadłość kupiła dla rodziców. Ma prawo czuć się 
szczęśliwa. Bo czyż nie jest wspaniale? 

Kolacja na plaży, zwana luau, która miała być je- 

dną z atrakcji tej wycieczki, nie spełniła jej nadziei 

R

 S

background image

na coś oryginalnego. Zorganizowano ją, co prawda, 
nad samą wodą, na ogrodzonym terenie oświetlonym 
płonącymi pochodniami, ale gości posadzono przy 
zwykłych stołach. 

-  To zbyt cywilizowane - szepnęła do Jacka. 

- Myślałam, że będzie się siedziało na piasku i jadło 
palcami ze wspólnej miski. 

Jack zachichotał. 
-  Czytałaś ostatnio Jamesa Michenera? 
-  Oczywiście. Chciałam się czegoś dowiedzieć 

o tym kraju. 

-  Przykro mi, że się rozczarowałaś, ale te wyspy 

trochę się zmieniły od czasu, gdy po raz pierwszy 
dotarli tu misjonarze. Teraz krzesła i stoły są w po- 
wszechnym użyciu. 

-  Znowu się ze mną drażnisz. 
-  To mój zawód, dziecinko. 
Zerknęła na niego i w jego oczach zobaczyła tęskny 

błysk, zanim szybko odwrócił wzrok. Wziął ze stołu 
kubeczek napełniony czymś białym i podał jej. 

-  Proszę, nie jest to wprawdzie wspólna miska, ale 

to się je palcami. 

-  Co to jest? 
-  Poi. 
-  O, czytałam o tym. Miałam nadzieję, że nam 

podadzą. 

-  To obowiązkowa potrawa podczas luau - rzekł 

Jack. - Należy zanurzyć w tym palec i oblizać. Tak się 
je poi. 

Amy zagłębiła palec w masę podobną do budyniu. 
-  Wygląda jak klej. 
-Tak. 
Amy oblizała palec. 
-  I smakuje jak klej - uznała. - Dlaczego tubylcy 

tak to lubią? 

background image

-  Przyzwyczaili się, tak jak ty przyzwyczaiłaś 

się do pizzy. Gdybyś poczęstowała nią wieśniaka, 
który żył sto lat temu, prawdopodobnie oddałby 
ją świniom. 

- Jack, czy ty lubisz poi
-  Nie cierpię. 
-  To dlaczego mnie nie ostrzegłeś? 

Jack pociągnął łyk rumu. 

-  Mógłbym cię ostrzec przed zbyt wieloma rzecza- 

mi. Musisz sama przekonać się, co lubisz, a czego nie. 

Amy ściszyła głos. 
-  Masz na myśli dzisiejszy dzień. Cieszę się, że mnie 

ostrzegłeś, co się może zdarzyć między nami. I ty też 
powinieneś być zadowolony. 

-  Jestem. Jestem wręcz uszczęśliwiony. - Jack do- 

pił swego drinka. - A teraz popatrzmy trochę na 
tańce. To ci się przyda, jeśli weźmiesz udział w następ- 
nym konkursie. 

Amy potrząsnęła głową. Najwyraźniej Jack był zły, 

ale była zdecydowana trzymać w ryzach swoje, a tym 
samym i jego uczucia. Poddać się im - znaczyłoby 
skomplikować sytuację. 

Tancerki były bardzo dobre i wydawało się, że jedna 

z nich szczególnie przypadła Jackowi do gustu. Po- 
chylił się do przodu, oparł brodę na rękach i obser- 
wował z wyraźnym zainteresowaniem jej zmysłowe 
ruchy. Amy zacisnęła zęby i próbowała nie zwracać na 
to uwagi. Nie miała do niego prawa, mówiła sobie. 

Od warkotu bębnów zaczęła boleć ją głowa. Czy jej 

się zdawało, czy też tancerka zauważyła zainteresowa- 
nie Jacka? Patrzyła na niego, gnąc się wdzięcznie 
w tańcu, a Jack, tak, uśmiechał się do niej! Amy 
kopnęła go pod stołem. 

-  Co robisz? - syknęła. 

R

 S

background image

-  Próbuję wzbudzić w tobie zazdrość - odparł, nie 

odrywając wzroku od Hawajki. 

-  Nie uda ci się! - Amy złapała kieliszek i wychyliła 

duszkiem rum. 

Gdy taniec się skończył, tancerka podeszła do 

Jacka. 

-  W następnym numerze będzie nam potrzebny 

ktoś z widowni na ochotnika - powiedziała melodyj- 
nym głosem. - Myślę, że byłbyś doskonały. 

-  Oczywiście, dlaczego nie? - Jack wstał natych- 

miast i poszedł za nią. 

Oczy Amy zwęziły się w szparki. I co teraz? Jack tak 

pożerał ją wzrokiem, że go zaprosiła do tańca. Czym się 
ten flircik skończy? Może już nie będzie potrzeby 
martwić się o spanie w jednym pokoju? Może otrzyma 
zaproszenie, aby spędził tę noc gdzie indziej? Niech sobie 
idzie! Jej jest to całkowicie obojętne. 

Jowialny konferansjer, prowadzący całą imprezę, 

zbliżył się do mikrofonu. 

- Do następnego numeru jedna z naszych utalen- 

towanych tancerek zaprosiła osobę z widowni, aby 
zademonstrować, jak potrafi rozmawiać za pomocą 
tanecznych ruchów ciała. W dawnych czasach dziew- 
czyny bardzo często porozumiewały się gestami i tańcem. 

Widownia przyjęła jego słowa ze śmiechem, a kon- 

feransjer mówił dalej: 

-  Zobaczymy zaraz, jak Lelani uda się rozmowa 

z tym młodym człowiekiem, który powinien odpowie- 
dzieć, naśladując jej ruchy. Ciekawy sposób mówienia 
„tak", przyznajcie sami. 

-  Nie, nie przyznaję - mruknęła Amy do siebie. 
-  Ale najpierw chcielibyśmy się dowiedzieć czegoś 

o tym dżentelmenie! Piękny chłopak, prawda, Lelani? 

Lelani entuzjastycznie pokiwała głową. 

R

 S

background image

- Można prosić o pańskie nazwisko, sir? - zapytał 

konferansjer, podsuwając mu mikrofon. 

- Jack Bond. 
Podał swój radiowy pseudonim, pomyślała Amy. 

Może sądził, że brzmi bardziej seksownie? 

-  Skąd pan pochodzi, Jack? 
-  Z Bellingham, w stanie Waszyngton. 
- A co pan robi w Bellingham oprócz tego, że 

czaruje pan płeć piękną? 

Jack uśmiechnął się porozumiewawczo. 
- To mi zajmuje rzeczywiście sporo czasu, ale 

w wolnych chwilach nadaję muzykę w miejscowej 
radiostacji. 

-  Disc jockey?! Powinienem był się tego domyślić 

po tym, jak podszedłeś do mikrofonu. A więc, Jack, 
ponieważ pracujesz w środkach masowego przekazu, 
spodziewam się, że dobrze odczytasz, co ta dama ma ci 
do przekazania. 

-  Chętnie wypróbuję swoje umiejętności. 
-  Brawo. Prosimy o muzykę. 
Amy miała ochotę zostawić Jacka i wyjść, ale nie 

chciała okazywać zdenerwowania. Oczywiście, że 
była zła, ale on nigdy o tym się nie dowie. Zmusiła 
się do uśmiechu i patrzyła, jak Jack zaczyna się ko- 
łysać w rytm hawajskiego hula, powtarzając ruchy 
tancerki. 

Gdy w pewnym momencie Jack wypadł z rytmu, 

dziewczyna położyła mu ręce na biodrach i pokie- 
rowała nim, aby tańczył zgodnie z jej krokami. 
Amy zmarszczyła brwi. Jeśli dotąd Jack nie kojarzył 
jej się z seksem, teraz się to zmieniło. 

Jego sugestywne ruchy wywołały aplauz widowni. 

Choć Amy próbowała wmówić sobie, że to przed- 
stawienie jest okropne, to jednak nie odraza sprowa- 
dziła rumieńce na jej twarz. Zrozumiała, że dla niej 

R

 S

background image

przyjaźń łącząca ją do tej pory z Jackiem była bezpo- 
wrotnie stracona. 

Na zakończenie wspólnego tańca Hawajka ob- 

darowała Jacka kwiatem i całusem. Gdy oddał jej po- 
całunek, opanowanie Amy prysło. Zerwała się i pobie- 
gła do wyjścia. Była już za ogrodzeniem, gdy Jack 
ją dogonił. 

-  Wracamy do domu? - zapytał, idąc obok niej. 
- Nie wiem jak ty, ale ja tak. Po tym jak „dogadałeś 
się" z tancerką, sądziłam, że miałbyś ochotę zostać tu 

dłużej. 

-  Raczej nie. Jeśli chcesz już wracać, idę z tobą. 
Amy, idąc obok Jacka, wyczuwała bijące od niego  

ciepło wywołane zmysłowym tańcem. Pró- 
bowała odsunąć te myśli od siebie, zanim znów 
znajdą się w hotelowym pokoju, gdzie mają spędzić 
noc. 

Jack odchylił głowę do tyłu i patrzył na wieczorne 

niebo. 

-  Księżyc w pełni. Co byś powiedziała na spacer po 

plaży? 

-  Może... to dobry pomysł - odrzekła, starając się 

powiedzieć to naturalnym tonem. 

-  Chodźmy tędy. -Jack wziął ją za ramię, kierując 

się znowu w stronę brzegu. Amy zadrżała pod do- 
tknięciem jego ręki. 

-  Zimno ci? - zapytał Jack. 
-  Właściwie nie. Trochę się tylko przypiekłam na 

słońcu i to wszystko. 

-  Tak, właśnie zauważyłem, że masz zaróżowione 

policzki. Bardzo ci z tym ładnie. Wiesz co, dalej 
możemy iść boso. 

Puścił jej ramię i schylił się, aby zdjąć buty, a gdy 

się wyprostował i dalej szli plażą, już nie wziął jej za 
rękę. Amy miała na to wielką ochotę, ale Jack za- 

R

 S

background image

chowywał się tak obojętnie, jakby to nie on pocałował 
ją parę godzin wcześniej. 

Po chwili odetchnął głęboko. 
-  Pięknie tu, prawda? 
-  Tak. Czy to deszcz czuję na twarzy? 
-  Jasne. Taki przelotny deszczyk. Widzisz, już nie 

pada. Byliśmy pewnie na jego skraju. 

Amy objęła spojrzeniem niebo, gdzie nieliczne 

chmury przepędzane przez wiatr rzucały cień na 
żaglówki, zakotwiczone z dala od brzegu. Chmury 
przesuwały się szybko i już po chwili łódki kąpały się 
znów w białej poświacie księżyca. 

-  Jack, pomyślisz, że zwariowałam, ale widzę tęczę 

tam w górze - Amy wskazała linię horyzontu - tyle że 
jest bardziej szara niż kolorowa. Czy to może tylko 
moje przywidzenie? 

-  Nie, oczywiście, że nie, to jest tęcza księżycowa. 
-  Tęcza księżycowa! Tutaj jest rzeczywiście niesa- 

mowicie. Kiedy zobaczyłeś Hawaje po raz pierwszy, 
miałeś chęć przenieść się tu na stałe jak mój ojciec? 

-  Nie. 
-  Dlaczego nie? Sam przyznajesz, że są piękne. 
Przyszło jej na myśl, że gdyby Jack osiedlił się na 

Hawajach, ich drogi nie musiałyby się rozdzielić na 
zawsze. Nie potrzebowałaby wtedy walczyć z pragnie- 
niem objęcia go i przytulenia się do niego całym ciałem. 

-  Hawaje są wspaniałe, nie ma co do tego żadnych 

wątpliwości, ale jeśli chodzi o mnie, trochę zbyt 
monotonne. Jeden piękny dzień za drugim. Ja lubię 
różne pory roku. Raz jesienne liście, a raz śnieg. 

-  Co do mnie, mam dosyć zimna. 

Zirytowało ją, że tak broni stanu Waszyngton. Czy 

nie zdawał sobie sprawy, że w ten sposób przekreśla 

wszelkie szanse na inny rodzaj ich znajomości? 

-  Ten ciepły wiatr od morza sprawia mi prawdziwą 

rozkosz - dodała. — I co za cudowne uczucie nosić na 

R

 S

background image

szyi wianek ze świeżych storczyków. Nie mogę sobie 
wyobrazić, że ktoś mógłby nie cenić takiego raju. 

-  Dla każdego coś innego, Amy. 
-  Mamy chyba absolutnie różne cele w życiu, 

prawda, Jack? 

-  Tak by się wydawało. 
-  Podjęłam słuszną decyzję dzisiejszego popołudnia. 

Jack zatrzymał się gwałtownie. 

-  Czy próbujesz przekonać siebie czy mnie? 
-  Nas oboje, 
-  To oznacza, że nie jesteś zupełnie przekonana. 
-  Owszem, jestem. 
-  Nie słychać tego w twoim głosie. 
-  Próbuję, aby było słychać. - Spuściła głowę 

i wpatrywała się w ślady wielu stóp na piasku. - Nie 
jest mi łatwo... domyślasz się, z tym księżycem i ciepłą 
bryzą... i tańcem w twoim wykonaniu. 

-  Może ja wcale nie chciałem ci pomóc? 

Uniosła głowę i spojrzała mu w oczy. 

-  Na pewno nie pomogłeś, Jacku Blickensderferze! 

W życiu nie widziałam takiego popisu! 

Uśmiechnął się z zadowoleniem. 
-  Teraz wiesz, jak ja się czułem, kiedy ty tańczyłaś. 

Amy zamrugała gwałtownie. 

-  Ale ja nie tańczyłam w sposób rozmyślnie kuszący! 
-  Rozmyślnie dręczący. 
-  Co? 
-  Ja nie chciałem nikogo kusić, ja chciałem ci 

dokuczyć. 

-  Jakkolwiek to nazwiesz, leciałeś na tę dziew- 

czynę. 

-  Amy, ten taniec nie był dla niej, lecz dla ciebie. 
-  Bzdury. - Wiedziała jednak, że mówi prawdę. 
-  Nie możesz mieć mi za złe, że się trochę popi- 

sywałem, żeby zobaczyć twoją reakcję. Ale nie uwo- 
dziłem cię, Amy. Na to trzeba być bliżej. 

R

 S

background image

Serce zaczęło jej bić w szalonym rytmie, gdy przysu- 

nął się do niej. 

-  Jack, nie rób tego. 
Zaczął bawić się kwiatkiem jej wieńca. 
-  To też nie zabrzmiało przekonująco. 
- Ale mówię serio. - Amy starała się, aby jej głos 

nie zadrżał. - Nie chcę tego. 

- Jesteś zupełnie pewna? Twoje oczy mówią coś 

innego. 

-  Nie. 
- Tak. - Prawie dotykał jej ustami. - Tak bardzo 

chciałbym się z tobą kochać. 

Zadrżała, słysząc pieszczotliwy ton w głosie, który 

potrafił hipnotyzować. 

- Jack, jeśli jesteś moim przyjacielem, nie zrobisz 

tego. 

- Amy, czy tego nie rozumiesz? - pytał, przesuwa- 

jąc palcem wzdłuż jej dolnej wargi. - Czas naszej 
przyjaźni minął. - Objął ją mocno ramionami i do- 
tknął wargami jej ust. W powietrzu rozszedł się zapach 
storczyków, gniecionych ich uściskiem. 

Gdy ją pocałował, Amy zaprzestała dalszego opo- 

ru. Już nie przerażało jej zbliżenie. Była na nie gotowa. 
Jack był dla niej kombinacją czegoś znanego i nie 
znanego, obcego i bliskiego jednocześnie. Może dlate- 
go każdym dotknięciem budził w niej namiętność, 
jakiej nigdy dotąd nie doznała. Gdy całował ją coraz 
mocniej i głębiej, objęła go za szyję i wplotła palce 
w jego włosy. 

Jack przytulał ją coraz bardziej, aż znikła najmniej- 

sza szczelina między ich ciałami, a każda wypukłość 
odnalazła odpowiadającą jej wklęsłość. 

Delikatnymi ruchami muskał jej pierś, aż westchnęła 

pod wyrafinowanym dotykiem jego palców. Przesunę- 
ła się lekko, aby otrzeć się nabrzmiałymi sutkami 
o jego dłoń. Miała chęć zedrzeć z siebie suknię i poczuć 

R

 S

background image

dotyk jego skóry na całym ciele. Jack wpatrywał się 
w jej twarz, obejmując całą dłonią jej bolącą od 
pożądania pierś. Oddychał z trudnością. 

-  Wydaje mi się... że powinniśmy przenieść się 

gdzie indziej. 

Amy uśmiechnęła się leniwie. 
-  Do ciebie czy do mnie? 
-  Do nas. 
-  Okay. 
-  Och, Amy - powiedział z westchnieniem, obsy- 

pując jej nos, usta i policzki drobnymi pocałunkami. 
- Nigdy bym nie pomyślał, że mała siostrzyczka Brada 
może być taka! 

„Mała siostrzyczka Brada"! Amy poczuła, jakby 

wrzucił ją do lodowatej wody. 
Czar prysł. 

R

 S

background image

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ 7 

 
Jack poczuł, że zesztywniała. Cholera! Co on powie- 

dział? Przypomniał sobie i jęknął. 

- Amy, przepraszam cię! 
-  Nie przepraszaj. - Wyswobodziła się z jego ob- 

jęć. - Tak myślałeś. 

- Wcale nie myślałem, w tym rzecz. Zawsze byłaś 

siostrzyczką Brada i widocznie nagle zdałem sobie 
sprawę, ku swemu wielkiemu zaskoczeniu, że mając cię 
ciągle na oczach, nie dostrzegłem... oboje nie dostrzeg- 
liśmy... 

- A ja zdałam sobie sprawę, że nic nie powinno się 

zdarzyć. Zmierzamy w różnych kierunkach i możemy 
tylko sprawić sobie ból. Taki ból, który zaciąży na 
stosunkach z innymi ludźmi, na przykład na twojej 
przyjaźni z Bradem. 

- Amy, dlaczego mówisz, że zmierzamy w różnych 

kierunkach? Czy musisz przenosić się tu z rodzicami? 

-  Oni mnie potrzebują. Tłumaczyłam ci już. 
-  Więc nie sprowadzaj ich na Hawaje. 
- Jack, jak możesz wymagać, abym była taką 

egoistką? Zanim Philip stracił ich oszczędności, ciągle 
mówili o zamieszkaniu tutaj. Zniszczył ich marzenia, 
a ja się do tego przyczyniłam. Muszę im je przywrócić. 

-  I poświęcisz swoją własną przyszłość? 

R

 S

background image

- Jaką przyszłość? Moją posadę w składzie drewna? 
-  Amy, nie mówiłem o posadzie, dobrze o tym 

wiesz. 

-  A więc o czym mówiłeś? Czy mam zmienić 

wszystkie swoje plany z powodu jednego pocałunku? 

-  Oczywiście, że nie. Lecz... o, do diabła, może 

rzeczywiśde twoim rodzicom należą się te Hawaje, a ty 
będziesz musiała żyć blisko nich przez resztę swojego 
żyda. Ale to cię odgradza ode mnie, Amy, a ja nie 
mogę się z tym pogodzić. Myślałem, że gdybyśmy mieli 
szansę... 

-  Nie - powiedziała łagodnie. - To by tylko skom- 

plikowało sytuację. Daj spokój, Jack. Wracajmy do po- 
koju i prześpijmy się trochę. Jutro czeka nas dużo zajęć. 

-  Słusznie. Prześpijmy się. - Spojrzał na nią zwężo- 

nymi oczami. - Czy będziesz mogła spać po tym 
wszystkim? 

-  Nie wiem. Spróbuję. 
-  W jaki sposób? 

Amy uśmiechnęła się. 

-  Położę się i będę sobie przypominać czasy, gdy 

wkładałeś mi sztucznego węża do torebki ze śniada- 
niem i mówiłeś swoim kolegom, że mam piersi jak 
fistaszki. 

Jack przymknął oczy ze skruszoną miną. 
-  Fistaszki! Już nie zasługujesz na takie określenie. 

Amy, jesteś teraz piękna. 

-  Nie jestem nikim nadzwyczajnym, Jack. Daliśmy 

się tylko ponieść atmosferze Hawajów, pełni księżyca, 
tęczy... i innym rzeczom. 

-  Właśnie te inne rzeczy głównie mi się podobały. 
-  Nie. Panujący tu nastrój tak na ciebie działa. 

Gdybyśmy byli w domu, ciągle myślałbyś o mnie jako 
o siostrzyczce Brada. 

Stał naprzeciwko niej z opuszczonymi rękami i wpa- 

trywał się w jej twarz. 

R

 S

background image

Wątpię - powiedział. - Ciągle byłabyś seksow- 

ną dziewczyną z ciałem, które mogłoby skusić święte- 
go, a ja nim nie jestem. Ale dziś postaram się zapom- 
nieć, ze śpisz w tym samym pokoju. 

-  Raczej pomyśl o dniu, kiedy nagrałam na taś- 

mę twoją rozmowę z Jill Avery, a potem odtworzy- 
łam ją w sąsiednim pokoju, gdy jadłeś u nas obiad. 

Jack zaśmiał się. 
-  Rzeczywiście tak zrobiłaś. 
- Albo o tym popołudniu, kiedy upuściłam w błoto 

twój rocznik statystyczny, bo nie chciałeś mnie zabrać 
na łyżwy. 

-  Czasami byłaś prawdziwym szatanem. 
-  Miej to w pamięci, a dobrze na tym wyjdziesz. 
- Ale całujesz jak anioł, Amy Hobson. 

Amy zawróciła w stronę hotelu. 

-  I ty też, Jacku Blickensderferze. 
-  Poczekaj! Dlaczego więc... 
-  Ponieważ oboje jesteśmy zbyt inteligentni, żeby 

popełnić taki błąd - powiedziała, nie oglądając się. 

Gdy wrócili do pokoju i Amy układała się już do 

snu, Jack stojąc pod zimnym prysznicem, próbował 
zgodnie z jej radą myśleć o niej jako o małej, znajomej 
dziewczynce. Jednak ten przywoływany przez pamięć 
obraz bladł, bo tuż obok, na wyciągnięcie ręki, znaj- 
dowała się piękna zmysłowa kobieta, jaką stała się 
Amy. Gdyby nie jego głupia uwaga tam, na plaży, 
byliby teraz jeszcze bliżej siebie. 

Ale może dobrze się stało. Mogli sobie sprawić 

wiele cierpień. Nazajutrz Amy ma obejrzeć działkę 
i przenosiny na Hawaje staną się realne. Jutrzejszy 
dzień wiele wyjaśni i w konsekwencji następna noc 
powinna być łatwiejsza do zniesienia. 

Gdy zimna woda wywołała w nim dreszcze, za- 

mknął kurki i zaczął się wycierać. Stojąc na macie, 
uświadomił sobie, że nie wziął ze sobą czystych 

R

 S

background image

szortów. Po chwili wahania uznał, że ręcznik dobrze je 
zastąpi. Owinął się więc barwnym, frotowym ręcz- 
nikiem i wyszedł z łazienki. 

Amy zakopała się w pościeli tak, że tylko czarne loki 

wystawały na zewnątrz. Przez krótką chwilę Jack 
zastanawiał się, co by się stało, gdyby zrzucił ręcznik 
i wsunął się do jej łóżka. Ale nie! Zawarli przecież 
umowę. 

Wyciągnął czystą parę spodenek z szuflady komo- 

dy, przeszedł na drugą stronę łóżka, usiadł, odwinął 
ręcznik i nałożył szorty. 

Amy obserwowała go jednym okiem. Pod grubą 

narzutą i prześcieradłami zaczęła się już pocić, a na 
widok Jacka tylko w ręczniku na biodrach zrobiło się jej 
jeszcze goręcej. 

Ciekawe, jak by zareagował, gdyby odrzuciła przy- 

krycie i wyciągnęła do niego ręce? Nie! Przecież zawarli 
umowę. 

Czując się trochę jak szpieg, nie odwracała od niego 

wzroku, nawet gdy wstał, aby podciągnąć szorty. Miał 
mocne, umięśnione pośladki, jaśniejsze poniżej linii, 
gdzie kończyły się kąpielówki. Poczuła suchość 
w ustach. Widziała go prawie całego, z wyjątkiem... 
Lepiej o tym nie myśleć. 

Jack odrzucił koce i wsunął się do łóżka. Gdy 

tylko położył się twarzą w jej stronę, Amy zamknęła 
oczy i udawała, że śpi. Usłyszała, że zgasił nocną 
lampkę. 

-  Dobranoc, Amy - powiedział swym radiowym 

głosem. 

Nie odpowiedziała. 
-  Cokolwiek się stanie, nie żałuję tej nocy. 

Amy przypomniała sobie ich namiętny pocałunek 

na plaży. Ona też go nie żałowała. Jednak gdyby mu 

to powiedziała albo zdradziła się, że nie śpi, mogłoby 
to się źle skończyć. Milczała więc i wkrótce usłyszała 

R

 S

background image

jego równy oddech. Wbrew wcześniejszym zapew- 
nieniom, że nie zaśnie, będąc tak blisko niej, zdawał 
się mocno spać. 

 
O jedenastej następnego ranka polecieli samolotem 

na sąsiednią wyspę Maui, a z tamtejszego lotniska 
udali się wynajętym samochodem do Hany, miastecz- 
ka na przeciwległym brzegu wyspy. 

-  Jack, tu jest fantastycznie - wykrzyknęła Amy, 

gdy Jack wjechał na wąską, krętą drogą wzdłuż 
wybrzeża. Po jednej stronie mieli widok na skalistą 
skarpę obmywaną falami oceanu, a po drugiej gęstą 
tropikalną roślinność. 

-  Zupełnie jak w książkach Michenera. Można by 

przysiąc, że gdybyś się przedarł przez ten las, znalazł- 
byś się w zapomnianej wiosce z kamiennymi totemami, 
porzuconymi na ziemi. 

- Możliwe. 
-  Spójrz, wodospad! Nie, nie oglądaj się! - popra- 

wiła się, gdy zobaczyła jadącą z przeciwka ciężarówkę. 

Jack musiał gwałtownie przyhamować i zjechać na 

pobocze, aby jej zrobić miejsce. 

- To niesprawiedliwe, Jack - powiedziała Amy. 

- W drodze powrotnej ja będę prowadzić, a ty zaba- 
wisz się w turystę. 

-  Możesz się delektować widokami, ile chcesz. Nie 

zapominaj, że ja już znam Hawaje. 

-! Ale pewnie nigdy nie jechałeś tą drogą. 
Jack skrzywił się, gdy wóz podskoczył na wyrwie. 
-  Nie miałem tej przyjemności. Amy, czy twoi 

rodzice będą musieli często tędy jeździć? 

-  Chyba nie. W każdym razie taką mam nadzieję. 

Nie można powiedzieć, że tu się łatwo prowadzi, 
prawda? 

-  Nie. - Jack zwolnił, aby przepuścić autokar pe- 

łen turystów wracających z Hany. 

R

 S

background image

-  Ta zapadła dziura jest uważana za coś wyjąt- 

kowego, bo wiele znakomitości ma tu swoje domy. 

-  Znakomitości posługują się najczęściej helikop- 

terami. 

-  Zgadzam się, że ta droga nie jest najlepsza, ale 

myślę, że rodzice będą tak zadowoleni z mieszkania 
nad samym morzem, że nie zechcą bez potrzeby ruszać 
się z domu. Poza tym na emeryturze nie muszą się 
nigdzie spieszyć, mogą jeździć wolno. To tylko nam 
ciągle brak czasu. 

-  Masz rację. Gdybyśmy mogli jechać do Hany 

cały dzień, zaproponowałbym piknik przy tym wo- 
dospadzie. 

Amy popatrzyła na niego i wyobraziła sobie, co 

mogliby robić zasłonięci od ludzkich spojrzeń gęstą 
roślinnością. Siedzieliby na miękkim kocu, obok nich 
kosz słynnych hawajskich owoców - złocistych anana- 
sów, mango, kiwi i papai. Może jedliby kraby w ostrym 
sosie, popijając winem chablis, schłodzonym w zimnej 
wodzie wodospadu. A potem wyciągnięci na kocu... 

-  Hej, Amy! Wracaj na ziemię! 

Amy ocknęła się nagle. 

-  Co mówiłeś, Jack? 
-  Tylko to, że zbliżamy się do Hany i potrzebny mi 

pilot, aby pokazał mi drogę do tego biura. 

-  Och! - Amy wyciągnęła mapę z torebki. - Prze- 

praszam, rozmarzyłam się. 

-  O czym? 
-  Nieważne. Na drugim skrzyżowaniu skręć w lewo. 

Jack domyślił się, że marzyła o nim. To nawet 

sprawiedliwie, pomyślał, po tym, jak męczyła go 

w snach ostatniej nocy. 

Gdy zmusił się, aby o niej nie myśleć, i zapadł w sen, 

podświadomość wzięła nad nim górę. Zaprezentowała 
mu Amy jako śniadą tubylczą dziewczynę ubraną 
tylko w skąpą spódniczkę z trawy i ciemnoróżowy 

R

 S

background image

wianek z kwiatów, który ocierał się o jej nagie ster- 
czące piersi, gdy tańczyła dla niego, kołysząc bio- 
drami. Po tańcu zabrała go do swej chaty. On drżą- 
cymi palcami zdjął z niej spódniczkę i delikatnie 
osunął na plecioną matę. Wciągnął w nozdrza za- 
pach lei leżącego w zagłębieniu między jej piersiami, 
a ustami... 

-  Na lewo, Jack, na lewo. - Amy potrząsnęła go za 

ramię. - Och, pojechałeś za daleko. Będziemy musieli 
wracać. 

Jack nacisnął hamulec, rozejrzał się i szybko za- 

wrócił. Czy teraz ona zapyta go, o czym rozmyślał tak 
intensywnie? Gdyby spytała, chętnie by jej opowie- 
dział, żeby zobaczyć jej reakcję. Ale Amy nie zapytała 
i poczuł się zawiedziony. 

Zarząd handlu terenami mieścił się w barakowozie 

na oczyszczonym kawałku pola. Wyłożone zieloną 
wykładziną schodki wiodły do otwartych drzwi. 
Uśmiechnięty, o okrągłej twarzy mężczyzna wstał zza 
biurka, gdy Amy i Jack weszli do wnętrza. 

-  Dzień dobry. Czy mogę państwu pokazać jakąś 

działkę? Sprzedają się jak ciepłe bułeczki, ale zostało 
jeszcze kilka parceli, dwie tuż przy plaży lub jeśli wolą 
państwo dalej od brzegu... 

-  Dziękujemy, ale ja już jestem posiadaczką jednej 

działki. Przyjechałam, żeby ją obejrzeć. 

-  Ach, tak? - Uśmiech mężczyzny trochę przygasł. 

- Na jakie nazwisko? 

- Amy Hobson. Dokonałam transakcji listownie. 

Jestem ze stanu Waszyngton. 

- Doskonale, doskonale. 
Podszedł do szafki z dokumentami i wyciągnął 

jedną z szuflad. 

-  Proszę, mamy tu wszystko, działka numer dwa, 

zgadza się? - rzekł. 

R

 S

background image

Amy odetchnęła z ulgą. Gdzieś w głębi mózgu ciągle 

czaiło się podejrzenie, że padła ofiarą oszustwa i że 
została okradziona po raz drugi. 
    - Zgadza się. Nad plażą. Chcielibyśmy tam pójść. 

-  Proszę bardzo. Narysuję państwu drogę. 

Wyjął ołówek i naszkicował mapkę na kartce, 

podając kierunki i punkty orientacyjne. Później ode- 

rwał kartkę od bloczku i wręczył ją Amy. 
Jack rozejrzał się po biurze; 

-  A więc interes się rozwija? - zauważył. 
-  Dziś jest trochę pusto. Dzień powszedni, rozumie 

pan. W weekendy mamy więcej pracy. 

Jack miał minę pełną powątpiewania. 
-  Dużo ludzi jeździ tą drogą? 

Mężczyzna roześmiał się. 

-  Ostra, co? Ale taka powinna być, jeśli chce się 

uciec od miasta i ludzi. Nie wybrałby pan miejsca, do 
którego każdy by z łatwością trafił. Skończyłoby się 
całe odosobnienie. 

-  Hm... 
-  Jack, chodźmy już. Nie mogę się doczekać, kiedy 

zobaczę miejsce, gdzie moi rodzice spędzą najlepsze 
lata. - Amy ruszyła do drzwi. 

Jack zwrócił się znowu do urzędnika. 
-  Ona kupiła tę działkę dla swoich rodziców, na 

emeryturę. 

-  Tak? Wie pan, wielu ludziom ze świata biznesu 

zmęczonym stresami bardzo się tu podoba. 

-  A ilu z nich ma helikoptery? 
-  Niektórzy. Inni mają awionetki, które trzymają 

na naszym lokalnym lotnisku. A ci, co nie lubią ani 
latać, ani jeździć samochodem, wynajmują kogoś, aby 
im dowoził żywność z Wailuku. Jest tam mały targ, 
a większe zakupy trzeba robić po drugiej stronie 
wyspy. 

R

 S

background image

-Aha. 
- Jack - wołała Amy ze schodków - idziesz czy 

nie?                         

-  Za chwilę. - Znów zwrócił się do urzędnika: 

- Czy w umowie kupna jest klauzula umożliwiająca 
zwrot działki? 

-  Chodzi panu o to, czy jest gwarancja, że od- 

kupimy ją lub coś takiego? 

-Tak. 
-  Nie, obawiam się, że nie. Ale to się jeszcze nie 

zdarzyło. Tu jest raj, proszę pana, i wszyscy chcą mieć 
choć jego cząstkę. 

-  Rozumiem. A więc pójdziemy zobaczyć ten ka- 

wałek raju, który sobie kupiła moja znajoma. Aloha! 

Skinąwszy głową, Jack opuścił biuro. Znalazł Amy 

stojącą na końcu polany, wpatrującą się w drzewo nad 
głową. 

-  Spójrz, Jack, banany! Rosną na tym drzewie! 

Mama i tata będą mogli uprawiać tropikalne owoce na 
swoim własnym podwórku. 

-  Może będą musieli, jeśli będą chcieli jeść - mruk- 

nął Jack, idąc do samochodu. 

-  Co mówiłeś? 
Jack milczał, nie chcąc jej psuć przyjemności, 

Dopiero w samochodzie powiedział: 

- Amy, jeśli twoich rodziców nie będzie stać na 

wynajęcie kogoś, kto by im dostarczał żywność, bę- 
dą musieli jeździć tą drogą do Wailuku po każdy 
produkt. 

-  Czy o tym mówił ten człowiek? 
- Taki był sens jego słów. 
- Więc ja będę jeździć dla nich. 
- Inna rzecz mnie jeszcze zastanawia, Amy. Hana 

to małe miasteczko. Czy znajdziesz tu jakąś pracę? 

-  Ja... ja nie sądziłam, że będę musiała ograniczyć 

się do Hany. 

R

 S

background image

-  Ta droga cię ograniczy. Nie mogę sobie wyob- 

razić, żebyś pracowała gdzie indziej i pokonywała tę 
piekielną drogę dzień w dzień. 

- A więc znajdę pracę tutaj. To musi się udać. Jack, 

zrobię wszystko, żeby tak się stało. 

-  Mam wielką nadzieję, że ci się uda. 
-  Na pewno. A teraz poszukajmy działki. 

Jechali zgodnie ze wskazówkami urzędnika, a Amy 

rozglądała się wokół. 
-  Rozumiem, co chciałeś mi powiedzieć, Jack. 

Hana rzeczywiście nie jest żadną metropolią. 

-  Ja oceniam ją jako miejsce dobre dla pionierów 

i bogaczy. 

-  A moich rodziców nie zaliczasz do żadnej z tych 

kategorii. 

-  Tak mi się wydaje. 
-  Poczekaj, aż dojedziemy do plaży. Pomyśl tylko, 

Jack, dom przy samej plaży. Dla tego samego warto 
pogodzić się z paroma trudnościami. 

Pięć minut później Amy wysiadła z samochodu 

i patrzyła z przerażeniem na widok, jaki się przed nią 
roztaczał. 

-  Co jest z tym piaskiem, Jack? Dlaczego on jest 

czarny? 

Jack podrapał się po karku. 
- Teraz sobie przypominam, że na Hawajach nie- 

które plaże są czarne. To pewnie jedna z nich. 

-  Czarny piasek? Nigdy o czymś takim nie słysza- 

łam. - W jej głosie brzmiała rozpacz. 

Jack położył jej rękę na plecach, starając się ją 

pocieszyć. 

-  Nie uważasz, że to wygląda egzotycznie? Może 

rodzicom się to spodoba. A woda jest piękna. Będą 
mieli wspaniały widok. Spójrz, jak fale rozbijają się o te. 
skały. - Ścisnął ją za ramię. - Kupiłaś miejsce z dra- 
matyczną atmosferą. 

R

 S

background image

- Czarny piasek - mówiła żałośnie Amy. - Nie 

przyszło mi do głowy zapytać o kolor piasku. Widzia- 
łam fotografie z Maui. Wyglądały zupełnie inaczej. 

-  Prawdopodobnie widziałaś fotosy z Kaanapali, 

gdzie znajduje się większość kurortów. To inna część 
wyspy. Amy, czy sądzisz, że reklama wprowadziła cię 
w błąd? Jeśli tak, możemy podjąć jakieś kroki. Jeśli 
pokazali ci fotografie z Kaanapali, a sprzedali te tereny 
tutaj, to... 

-  Nie, ja sama doszłam do tych wniosków. Oni 

opisali tylko te działki jako nadmorskie tereny na 
wyspie Maui, blisko Hany. Była to krótka informacja, 
bez zdjęć. Ludzie, którzy się interesują tutejszymi 
terenami, wiedzieliby, że plaże są czarne. 

- Amy, jestem pewien, że wielu uważa to za plus. 

Mało kto mieszka w pobliżu takiego zjawiska. 

-  Słyszałam wielokrotnie, jak ojciec mówił o poła- 

ciach białego, czystego piasku. Takie Hawaje pamięta 
i tu mu się nie spodoba. Na pewno. 

Jack potrząsnął nią z lekka. 
- Myślę, że powinnaś dać im szansę zobaczenia 

tego na własne oczy, zanim coś postanowisz. 

-  Nie. Mogę sobie wyobrazić rozczarowanie na ich 

twarzach. Poza tym sam miałeś zastrzeżenia co do 
drogi. Masz rację, Jack. Bogaci, którzy szukają czegoś 
oryginalnego i odosobnionego, mogą się tu czuć 
dobrze. I ludzie szukający przygody, jak pionierzy. Ale 
dla mamy i taty chcę Hawajów takich jak z obrazka, 
z reklam turystycznych. Zmarnowałam okazję, Jack. 

-  Ta działka jest mimo to dobrą lokatą kapitału. 
-  Możliwe, ale wracam do tego urzędnika i po- 

proszę, aby ją dla mnie sprzedał. Nie stać mnie na 
inwestowanie kapitału. Muszę się tego pozbyć i zacząć 
od nowa. 

Jack wzdrygnął się. Po tym, co usłyszał od urzęd- 

nika, nie sądził, aby miała jakieś szanse. Ale Amy nie 

R

 S

background image

była osobą czekającą spokojnie, aż ją wyliczą. Może 
potrafi dobić z nim targu. 

 
Okazało się jednak, że nie potrafiła. Jack dał upust 

złości w tyradzie, która trwała przez większą część 
męczącej jazdy samochodem do lotniska i nawet 
podczas krótkiego lotu do Oahu. 

-  Został nam jeden dzień - powiedziała ponuro 

Amy, gdy wrócili do hotelowego pokoju. - Poświęci- 
my go na znalezienie firmy handlującej nieruchomoś- 
ciami w Honolulu, która zgodzi się przyjąć działkę do 
sprzedaży. Nie chcę jej i koniec. - Upadła z roz- 
machem na łóżko. 

-  A co będzie z twoim planem? 
-  Spuściłam po nim wodę. Chcę tylko odzyskać 

pieniądze, aby kiedyś spróbować jeszcze raz. 

-  Może trafisz na coś innego, gdy będziemy od- 

wiedzać te biura. 

Zastanowił się, dlaczego właściwie podsuwa jej inne 

możliwości. Gdyby pozostawił wszystko tak jak jest, 
Amy może przestałaby śnić o Hawajach i mieliby 
szanse poznać lepiej swoje uczucia. 

-  Myślałam już o tym, ale jeden dzień to za mało, 

a poza tym nie stać mnie na kupno dwóch działek. 
Muszę najpierw sprzedać tę. 

-  Może jakaś firma zgodzi się na zamianę? 
-  Może, ale to bardzo mało prawdopodobne, sam 

dobrze wiesz. Teraz nie kupię już niczego w takim 
pośpiechu. Nie chcę się sparzyć po raz drugi. - Za- 
śmiała się. - A właściwie po raz trzeci. Jaka ze mnie 
wariatka. 

-  Nie, Amy. To cenny kawałek ziemi. Tylko nie 

nadaje się dla twoich rodziców, to wszystko. 

Jack stał z rękami w kieszeniach i patrzał na śliczny 

obrazek, jaki tworzyła, leżąc wyciągnięta na łóżku 
- smutna piękność w białych luźnych spodniach i jas- 

background image

nozielonej bluzce, która unosząc się do góry, ukazywa- 
ła pasek gładkiej skóry. 

Pewnie nie zdawała sobie sprawy, że jej poza wprost 

go zapraszała, aby wyciągnął się obok i pocałował ten 
malutki, widoczny skrawek jej ciała. 

Ogarnęło go podniecenie nagłe i gorące. Co mo- 

gło ich teraz powstrzymać? Jej plany wyjazdu z ro- 
dzicami pewnie nigdy nie dojdą do skutku. Czy 
ona uświadomiła sobie, co to zmienia w ich sto- 
sunkach? Pewnie nie, bo zbyt ją pochłaniał żal, że 
nic nie udało jej się zrobić dla rodziców. Jack po- 
stanowił trochę poczekać, aż ona sama zda sobie 
sprawę z ich nowej sytuacji. Musi działać powoli, 
aby jej nie przestraszyć, ale nie ma zamiaru czekać 
całą noc. 

-  Może chciałabyś pójść coś zjeść? 

Amy westchnęła. 

-  Nie jestem głodna, ale ty pewnie umierasz z gło- 

du. 

- Aha - przytaknął. Był głodny i spragniony, ale 

jej miłości. 

-  Chodźmy więc. - Wstała i sięgnęła po szczotkę 

do włosów. - Agencje handlu nieruchomościami są 
nieczynne wieczorem, nie mamy nic do roboty. 

-  Otóż to. - Jack unikał jej wzroku, aby z niego nie 

wyczytała, czym ma zamiar zajmować się aż do rana. 

Targ był kolorowy i pełen życia, jak wszystko 

w Honolulu. Na jego środku stał wielki stary, suchy 
figowiec, obwieszony lampami, a dookoła niego róż- 
nego typu kioski i sklepy, sprzedające artykuły z całego 
świata. 

W licznych restauracjach chińskich i polinezyjskich 

podawano narodowe dania. Jack i Amy spróbowali 
jednych i drugich, a potem spacerowali, napawając się 
karnawałowym nastrojem tego miejsca. 

R

 S

background image

-  Powinnaś mieć coś takiego - rzekł Jack, biorąc 

do ręki jedwabny sarong w biało-różowe kwiaty. 
- Pozwól, że zrobię ci prezent. 

-  To bez sensu, Jack. Nie przyjechaliśmy tu, aby 

kupować prezenty. 

Zdjął materiał z wieszaka i przyłożył go do Amy. 
-  Genialne - orzekł. 
-  Nie, Jack. 
-  Słuchaj, to nie jest jakiś nieprzydatny bibelot, na 

którym tylko osiada kurz. To możesz nosić. 

-  W Bellingham, gdzie temperatura rzadko prze- 

kracza dwadzieścia dwa stopnie? 

-  Wydawało mi się, że chcesz zamieszkać na Hawa- 

jach w niedalekiej przyszłości. 

Popatrzyła na niego. 
- Miło mi, że tak mówisz. Chociaż jedna osoba we 

mnie wierzy. Ale nie wiem, kiedy się tu znajdę. To może 
potrwać lata, a do tego czasu sarong by się marnował. 

-  Podejdź tylko do lustra i popatrz, jak ci w nim 

ładnie. Masz. - Wcisnął jej strój w rękę. 

-  No dobrze, jeśli nalegasz. Ale niczego nie ku- 

pujemy. 

Wzięła kolorową tkaninę i owinęła się w nią, stojąc 

przed lustrem. Jack stanął tuż za nią i pochwycił jej 
spojrzenie w lustrze. 

-  Widzisz, jak ci od niej zalśniły oczy? 
-  To raczej od świateł na figowcu - odparła. Wie- 

działa, że błysk w jej oczach spowodowała jego 
bliskość. Gdyby zrobiła jeden mały krok do tyłu, 
znalazłaby się w ramionach Jacka. 

-  Kupię go. Możesz go nosić jako domową sukien- 

kę, a ja... 

-  Co ty? 
-  A ja... zawsze, kiedy cię w niej zobaczę, przypo- 

mnę sobie naszą wycieczkę. 

R

 S

background image

Aluzja, ze zamierza u niej bywać, zaskoczyła ją. 

Po rozczarowaniu, jakie przeżyła poprzedniego dnia, 
wykreśliła z myśli wszystkie plany o ich wspólnej 
przyszłości, ale Jack widocznie nie. Serce zaczęło 
Amy bić mocniej, a na ustach pojawił się drżący, 
niepewny uśmiech. 

-  Po wszystkich kłopotach, jakie masz ze mną w tej 

podróży, będziesz chciał ją jeszcze pamiętać? 

-  Nie rozumiesz? - zapytał ciepło. 

Świadomość, co on sugeruje, przejęła ją dreszczem. 

Rzuciła mu pytające spojrzenie. 
-  Jack? 
Wziął ją za ramiona, odwrócił twarzą do siebie 

i powiedział tak cicho, że tylko ona mogła go słyszeć: 

-  Sama powiedziałaś, że może nigdy się tu nie 

przeniesiesz. 

- To prawda. 
-  A więc - błękitnymi oczami badał jej twarz i zaci- 

skał dłonie na jej ramionach gestem posiadacza - a 
więc nie ma powodu, żebyśmy tę noc spędzili osobno. 

R

 S

background image

 

 

 

 

ROZDZIAŁ 8 

 
Amy utkwiła w niego wzrok. 
-  Myślę, że masz rację - rzekła. 
-  Weź sarong. -Pożądanie wyzierało z jego błękit- 

nych oczu. - Założysz go dziś dla mnie. 

Wzruszenie ścisnęło ją za gardło i nie mogła odrzec 

ani słowa. Zrozumiała, że chciał, aby miała na sobie 
ten sarong... i nic więcej. 

-  Zostań tu - powiedział, biorąc od niej barwną 

tkaninę. - Pójdę zapłacić. 

Amy objęła się ramionami, aby powstrzymać drże- 

nie, gdy Jack szukał sprzedawcy i płacił. 

Jeśli zaraz nie zaprotestuje, spędzi tę noc w jego 

objęciach. Dygotała ze strachu i pożądania. 

Jeśli choć raz będą się kochać, straci w nim opieku- 

na i przyjaciela. Jednak magia jego pocałunków obie- 
cywała wrażenia przerastające wszystko, co dotąd 
przeżyła. Stawka była bardzo wysoka. Czy była goto- 
wa zaryzykować utratę przyjaciela, aby zyskać ko- 
chanka? 

Jack już wracał, niosąc zapakowany sarong i przy- 

glądając się Amy badawczo. 

- Masz wątpliwości? - zapytał po cichu, gdy szli 

do wyjścia. 

-  Jack, boję się. 

R

 S

background image

 
- To normalne. Każda nowość budzi niepokój. Ale 

postaram się nie dać ci się zanadto we znaki przy tej 
okazji. 

Nie mogła powstrzymać chichotu. 
- Tego byś nie potrafił. 
-  Udawało mi się w przeszłości. 
- To było co innego. 
- Tak. - Objął ją w talii. - My też jesteśmy teraz 

inni. Musimy to sobie uświadomić. 

Śmiech Amy brzmiał trochę niepewnie. 
-  I wykorzystać to jak najlepiej. 
- Myślę, że właśnie dzisiaj tego dokonamy. Na- 

reszcie! 

Przyspieszył kroku. 
-  Jack, ty prawie biegniesz. 
-  Masz rację. I biegłbym jeszcze szybciej, gdybym 

się nie bał, że jakiś policjant weźmie mnie za złodzieja. 
Już dość czasu zmarnowaliśmy. 

- Jesteśmy tu dopiero dwa dni. 
-  Dwa długie dni. A może tylko ja przeżywałem 

piekielne męki przez ten czas? 

Amy popatrzyła na jego mocny profil, wysokie 

czoło, długie rzęsy i prosty nos. Na jego usta, takie miłe 
w uśmiechu, które potrafiły pocałunkiem wyzwolić 
w niej pierwotne instynkty. 

Piekielne męki? To niezłe określenie tego, przez co 

sama przeszła. 

-  Zlituj się, Amy, podnieś mnie trochę na duchu 

- szeptał jej do ucha, gdy zatrzymali się na skrzyżowa- 
niu pod czerwonym światłem. - Przyznaj się, że też ci 
się podobam. 

- Trochę. 
-  Masz zamiar udawać oziębłą? 
-  Możliwe. 
-  Nie licz na to. 
-  Co chciałeś przez to powiedzieć? 

R

 S

background image

-  Że nie zamierzam się dziś powstrzymywać i jeśli 

mam tu coś do powiedzenia, ty też nie będziesz. 

-  Aż tak? - drażniła się z nim, widząc, jak oczy 

ciemnieją mu z pożądania. 

-  Aż tak - potwierdził. 
Serce Amy biło mocno, gdy w milczeniu szli koryta- 

rzem, a gruby dywan wyciszał ich kroki. Jack obej- 
mował ją wpół, jakby się obawiał, że ucieknie. Były 
takie chwile, że chciała rzeczywiście to zrobić, ale 
wtedy nie dowiedziałaby się, co to znaczy być kochaną 
przez Jacka. A bardzo chciała tego doznać. 

Jack otworzył drzwi ich pokoju, weszli do środka. 

Podniósł jej twarz ku sobie. 

-  Bardzo bym chciał, abyś poszła do łazienki 

i założyła sarong. 

Amy skinęła tylko głową, bojąc się odezwać. Wzięła 

od niego torbę i skierowała się do drzwi. Jack przy- 
trzymał ją za ramię. 

-  Nie obawiaj się, Amy. Pomyślałem o zabez- 

pieczeniu przed ciążą. 

Amy popatrzyła na niego bacznie. 
-  A więc to wszystko było zaplanowane? 
-  Niezupełnie. Ale miałem pewne nadzieje. 
-  Od kiedy, Jack? W którym momencie przestałeś 

o mnie myśleć jak o młodszej siostrze Brada? 

-  Już dawno. Spojrzałem na ciebie inaczej, gdy 

zobaczyłem, jak tańczysz hula. 

Pogładził ją pieszczotliwie po ręku. 
-  Próbowałem utrzymać między nami braterskie 

stosunki, ale poniosłem całkowitą porażkę. Ekscytu- 
jesz mnie. 

-  Chcesz powiedzieć, że przez cały czas, gdy spotyka- 

liśmy się, aby omówić sprawy Brzęczyka i Steve'a, ty... 

-  Pragnąłem cię objąć, tulić do siebie i kochać 

się z tobą. Chciałem cię dotykać, rozbierać i ca- 
łować. 

R

 S

background image

-  Nie zdawałam sobie sprawy - wyszeptała. 
-  Nie chciałem, abyś wiedziała. Miałaś się wy- 

nieść na Hawaje tak szybko, jak ci się uda. Lecz 
gdy twoje plany uległy zmianie, inne sprawy też 
się zmieniają. A teraz, jeśli nie pójdziesz do łazienki 
i nie wrócisz szybko w tym sarongu, oszaleję. 

Amy odwróciła się bez słowa i weszła do łazien- 

ki. Oszołomiła ją świadomość, że Jack trzymał swe 
uczucia na wodzy przez tyle tygodni. Pragnął jej od 
dawna. Czy nie dozna rozczarowania? Bardzo by 
tego nie chciała, ale Philip był jej jedynym kochan- 
kiem i nie piał z zachwytu nad jej miłosnymi talen- 
tami. Zaczęła się machinalnie rozbierać, jednocześ- 
nie zastanawiając się, czy nie powinni dać sobie 
z tym spokoju, zapomnieć o całej sprawie. Przynaj- 
mniej jego marzenia by się ostały. 

Już w samej bieliźnie przysiadła na brzegu wanny 

i rozmyślała ze wzrokiem utkwionym w kafelki pod- 
łogi. Domyślała się, że Jack był doświadczonym 
mężczyzną i choć w pierwszej chwili pochlebiło jej, 
gdy przyznał się, jak ona na niego działa, teraz odczuła 
to jako dodatkowe obciążenie. Nie mogła przecież 
okazać się tak wspaniała, jak oczekiwał, więc pewnie 
się rozczaruje. Będzie dla niej miły, choćby ze względu 
na dawną przyjaźń, i będzie się od niej odsuwał 
stopniowo, żeby jej nie urazić. Poczuła, że jego litości 
nie zniesie. 

- Amy? - Jack zastukał w drzwi łazienki. - Czy 

wszystko w porządku? Dobrze się czujesz? W ogóle cię 
nie słychać. 

- Ja... myślę. 
Wykrzyknął coś niezrozumiałego, a potem ze stra- 

chem zauważyła, że klamka się poruszyła. 

- Wchodzę! 

R

 S

background image

Amy porwała sarong i trzymając go przed sobą 

weszła do pokoju. Jack stał bez koszuli, mogła więc 
podziwiać jego piękną sylwetkę. 

-  O co chodzi, Amy? 
Z trudem oderwała wzrok od doskonałego w swych 

proporcjach ciała, przypominającego greckie rzeźby. 

-  Doszłam do wniosku, że to pomyłka. 
-  Dlaczego tak uważasz? - zapytał głosem mięk- 

kim jak aksamit. 

-  Wydaje mi się, że wmówiłeś sobie, że jestem kimś 

w rodzaju bogini. A ja jestem zwyczajną Amy Hobson, 
siostrą twego przyjaciela, Brada. Daleko mi do dosko- 
nałości czy nadzwyczajności. 

Jack pochłaniał wzrokiem jej smukłą, zgrabną postać 

z jedną nogą wysuwającą się zza sarongu, długą, od- 
słoniętą aż do koronkowych majteczek. 

-  Jesteś ode mnie starszy i... bardzo - zmieszała 

się, widząc wyraźne oznaki jego podniecenia - ... 
i bardzo przystojny - dokończyła pospiesznie. - Są- 
dzę, że miałeś do czynienia z wieloma kobietami i ze 
mną nie przeżyjesz czegoś nowego, wspanialszego. 
Powinniśmy zapomnieć o tym i pozostać przy starej 
przyjaźni. 

Mówiąc to, sama miała wątpliwości, czy uda im się 

uratować tę dawną, łatwą przyjaźń, bo czuła, że mimo 
wszystko pragnie go coraz bardziej. 

Jack szukał w myśli odpowiednich słów, aby roz- 

poroszyć jej obawy. 

-  Amy, ja wcale nie oczekuję bogini. Pragnę kobiety 

z krwi i kości, kogoś, kto się nie boi okazać namiętności, 
kobiety, która pożądałaby mnie tak samo jak ja jej. Nie 
rozumiesz, że doświadczenie i technika są nieważne? 
Istotna jest tylko chęć, pragnienie, a nawet żądza. 
Wszystko to wyczytałem w twoich oczach. 

R

 S

background image

Patrzyła na niego z rozchylonymi ustami, oddy- 

chając szybko, urywanie. Postanowił pójść o krok 
dalej. 

-  Dotknij mnie, Amy. 
-  Jack... 
-  Dotknij mnie. 
-  Nie - powiedziała, ale zrobiła krok ku niemu. 
-  Bliżej, Amy. 
Znów zbliżyła się jak lunatyczka. 
Jack wziął ją za rękę. Amy upuściła sarong. Delikat- 

nie położył jej dłoń na swym ciele, a gdy poczuł lekki 
dotyk jej palców, miał wrażenie, że dłużej się nie 
powstrzyma. 

Amy cofnęła rękę, lecz w oczach miała to samo 

pożądanie, które przepalało mu wnętrze. Wpatrując 
się w nią, pociągnął ją w stronę łóżka. 

Sięgnął do zapięcia staniczka, powoli zsunął go 

z jej ramion. Gdy opadł na podłogę, Jack skierował 
wzrok na jej piersi i otoczył je dłońmi od dołu. Jego 
dłonie były jak stworzone po to, aby je objąć. Wziął 
w usta jeden sterczący koniuszek i delikatnie ssał. 
Przyjemność, jaką wreszcie odczuwał, przyprawiła 
go o zawrót głowy. Jak długo potrafi jeszcze nad 
sobą panować? 

Amy wczepiła się palcami w jego włosy i przyciąg- 

nęła go do siebie. Westchnienie, jakie wydała, napeł- 
niło go radosną nadzieją. Doganiała go, wkrótce 
razem przeżyją najgwałtowniejsze emocje. 

Drżał coraz bardziej, więc odsunął ją na chwilę, 

aby zrzucić spodnie i slipy. Ułożył ją na łóżku i zdjął 
jej figi. 

-  Teraz rozumiesz, co przeżywałem. 
-  Jack, och, Jack! 
-  Popatrz na mnie, Amy. 
Trzepocząc rzęsami, uchyliła powieki i patrzyła na 

niego nie widzącymi oczami. 

R

 S

background image

-  I ty się bałaś, że nie będziesz niczym nadzwyczaj- 

nym - mruknął, kładąc rękę na jej płaskim brzuchu. 
- Dla mnie jesteś nadzwyczajna. 

Przesunął rękę niżej, między jej uda, i musnął miejsce 

stworzone, aby go przyjąć. Gdy go dotknął, krzyknęła, 
a on zamykając jej usta pocałunkiem, pieścił ją dalej, aż 
zaczęła wić się z rozkoszy. 

Amy poczuła, że napięcie rośnie w niej do niewyob- 

rażalnych granic. Chciała błagać go, aby jak najszyb- 
ciej nią zawładnął, lecz słowa zamieniały się w jęki, 
jakich sama nigdy nie słyszała. Nigdy dotąd nie czuła 
takiego pożądania. Nigdy! 

-  Proszę - szepnęła wreszcie i za chwilę poczuła, że 

zjednoczyli się całkowicie. Wpadli w gorączkowy 
rytm, który znów wyrywał z niej okrzyki rozkoszy. 
Ostatni gwałtowny ruch doprowadził ich oboje do 
upragnionego wyzwolenia. 

Długo leżeli pogrążeni w ciszy. W końcu chłód nocy 

dochodzący z otwartych balkonowych drzwi skłonił 
Jacka, aby sięgnął po przykrycie. Gdy okrywał jej 
zaróżowione od zmysłowych zmagań ciało, poruszyła 
się i otworzyła oczy. Uśmiechnął się do niej. 

-  Myślałem, że śpisz. 
-  Nie ma mowy. 
-  Cóż to ma znaczyć? 
-  Myślę, że szkoda czasu - odparła z leniwym 

uśmiechem. - A co ty sądzisz? 

-  Całkowicie się zgadzam. 
- A więc nie jesteś rozczarowany młodszą siostrą 

Brada? 

Z zadowoleniem stwierdziła, że może już lekko 

traktować ten temat. Chyba dlatego, że po raz pierw- 
szy poczuła się prawdziwą kobietą. 

-  Sama dobrze wiesz, że nie jestem rozczarowany. 

Tylko ktoś głupi mógłby nazwać to, co nas łączy, 
rozczarowaniem. A ty nie jesteś głupia. 

R

 S

background image

-  Dziękuję. 
-  Nie jesteś też nie rozbudzona seksualnie. 
-  Czy za tę uwagę też powinnam podziękować? 
-  Nie. To ja ci dziękuję, że jesteś taką gorącą, 

namiętną dziewczyną. I wcale mnie to nie zaskoczyło. 
Zawsze wiedziałem, że umiesz cieszyć się życiem. 

-  Wydaje ci się, że mnie dobrze znasz, prawda, Jack? 
- Ale chciałbym poznać cię jeszcze lepiej - szepnął 

ze zmysłowym uśmiechem, ściągając z niej koc. 

Następnego ranka mogli powiedzieć, że znają się 

dobrze. 

- Wolałabym, żebyśmy nie musieli spędzać całego 

dnia w agencjach handlu nieruchomościami - narze- 
kała Amy, wbijając zęby w papaję, którą Jack zamówił 
na śniadanie. 

-  Jesteś nienasycona i to mi się w tobie podoba. 
-  Skąd wiesz, o czym myślałam? Może chciałam 

zwiedzić Pearl Harbor i Diamond Head? 

-  O, tak! Z pewnością. 
-  Wysoko cenisz swoje wdzięki, jeśli sądzisz, że 

chciałabym spędzić ostatni dzień na Hawajach z tobą 
w hotelowym pokoju. - Na widok jego zasępionej 
miny zlitowała się nad nim i dodała: - Ale gdybym 
nie musiała załatwić tej sprawy, właśnie to chciałabym 
robić. 

Jack rozjaśnił się znowu. 
-  Wiedziałem! 
-  Nie, nie wiedziałeś, a powinieneś wiedzieć. Jesteś 

cudownym kochankiem, Jack. I to naprawdę jest 
zbrodnia, że musimy marnować czas w agencjach 
nieruchomości. 

-  Podnosisz mnie na duchu, Amy. Może natych- 

miast znajdziemy kogoś, kto zechce podjąć się sprzeda- 
ży twojej ziemi. To nie "powinno być trudne. 

-  I ja tak myślę, wbrew temu, co mówił tamten 

agent. Mógł się mylić. Pewnie chciał, żebym zrezyg- 

R

 S

background image

nowała ze sprzedaży. Płaciłam regularnie raty i nie 
chciał mnie stracić. 

- Ja też cię nie chcę stracić - powiedział Jack z po- 

wagą. - Obiecaj mi, że to nie będzie wakacyjny romans. 
Nie rzucisz mnie, gdy tylko wrócimy do Bellingham? 

-  Mogłabym zapytać o to samo, Jack. 
-  Słusznie. Mam zamiar rozbić namiot pod twoimi 

drzwiami. Będę tam spędzał każdą wolną chwilę. Czy 
to ci odpowiada? 

-  Jeśli będziesz wolał tam spać, to nie przyjmiesz 

zaprosin do środka, abyś dzielił ze mną moje ciepłe 
łóżko i moje ciepłe... 

-  Stop, stop! Bez tych opisów - Jack zerwał się na 

równe nogi - bo nigdy nie załatwimy twojej sprawy. 

-  Jakiś ty słaby, Jack! 
-  Tak, proszę pani, bardzo słaby. 
Amy zlizywała sok papai z palców i patrzyła na 

niego filuternie. 

-  Amy Hobson, ostrzegam cię! 
-  Wspaniałe śniadanie, Jack. Myślałam, że dostanę 

tylko kanapkę z masłem orzechowym. 

-  Proszę cię, skończ już i ubierz się. 
-  Jeśli nalegasz... 
Amy wyskoczyła z łóżka i pomaszerowała do 

łazienki umyć się i zrobić makijaż. Gdy usłyszała 
ciężkie westchnienie Jacka, roześmiała się radośnie. 

Parę minut później wszedł za nią do łazienki i przy- 

glądał się, jak nakłada pomadkę na usta. 

-  Lepiej się czujesz? - spytała. 
-  Uczę się trudnej sztuki wstrzemięźliwości. 
-  Nie powinnam się z tobą drażnić. 
-  Nigdy z tego nie rezygnuj, Amy. To najsłodsza 

tortura, jaką znam. 

-  Miło to słyszeć - odrzekła - choć powinnam pa- 

miętać, że Jack Bond zarabia na życie błyskotliwymi 
powiedzonkami. 

R

 S

background image

- To nie Jack Bond był z tobą tej nocy. 
-  Nie? 
-  Nie. To byłem ja. 
Patrząc mu w oczy, powiedziała: 
-  Bardzo się cieszę. 
- Ja też. - Przerwał. - Nie mogę się jeszcze przy- 

zwyczaić do tego, że tak miło jest dzielić z tobą 
mieszkanie. 

- To zrozumiałe. Wyrośliśmy zbyt blisko siebie. 
-  Tak - uśmiechnął się. - To zabawne pomyśleć 

o tych minionych latach i porównać je z ostatnimi 
kilkoma godzinami. Ale może tamten czas, nasza 
wspólna przeszłość sprawiła, że dzisiejsza noc była 
czymś tak nadzwyczajnym? 

- Myślę, że tak. 
Przez dłuższą chwilę nie mogli oderwać od siebie oczu. 
-  Nie żartowałem, Amy. Nie chcę cię stracić. 
-  Po ostatniej nocy musiałbyś mnie odganiać od 

siebie batem. 

- Miło mi to słyszeć. Pośpiesz się, pójdziemy zrobić 

coś z twoją działką. Nigdy nie wiadomo, może pierw- 
sza agencja, którą odwiedzimy, zgodzi się nią zająć, 
a my będziemy wolni do końca pobytu. 

Późnym popołudniem optymistyczna uwaga Jacka 

mogła brzmieć najwyżej humorystycznie. Ale Amy nie 
była w nastroju do śmiechu. Odwiedzili wszystkie 
agencje nieruchomości na wyspie Oahu i w każdej 
odpowiedź była ta sama. 

- W handlu nieruchomościami jest kompletny za- 

stój i potrwa do chwili, gdy wszystkie tereny zostaną 
sprzedane, a ludzie zaczną budować - wytłumaczył im 
jeden z agentów. - Wróćcie za dwa, trzy lata, a wtedy 
sprzedamy działkę z łatwością. Teraz możecie tylko 
stracić, i to dużo. 

- Nie mogę sobie pozwolić na dużą stratę - odpar- 

ła Amy przygnębionym głosem. 

R

 S

background image

-  W takim razie proszę posłuchać mojej rady 

i zatrzymać swoją własność. Zabudowa tamtych tere- 
nów jeszcze ma mało zwolenników. Na to trzeba czasu, 
ale to z całą pewnością nastąpi. Proszę się wstrzymać, 
bo zrobiła pani dobry interes. Kupiła pani ziemię 
tanio, a za jakiś czas okaże się, że to kopalnia złota. 

-  Ale ja nie chcę tej działki i nie mogę czekać kilka 

lat, aby ją sprzedać - protestowała Amy. 

-  Obciąłbym pani pomóc, ale nie mam możliwości. 

- Agent wstał i wyciągnął do nich rękę. - Życzę 
powodzenia. Czy przypadkiem nie przyjechali państ- 
wo na Hawaje w podróż poślubną? 

Amy spojrzała na Jacka, który obserwował ją 

z rozbawioną miną. 

-  Nie - powiedziała, szybko cofając dłoń - jesteś- 

my po prostu przyjaciółmi. 

- Aha. Przepraszam, pomyliłem się. Mamy tu 

wielu nowożeńców. - Podał rękę Jackowi i roześmiał 
się. - Choć nie wiem, po co oni tracą tyle pieniędzy na 
podróż. Mój przyjaciel, który pracuje w hotelu, mówi, 
że większość z nich tylko rzuci okiem na plażę, a potem 
nie opuszczają wcale pokojów. Mogliby równie dobrze 
pozostać tam, gdzie mieszkają. 

Amy zaczerwieniła się i spuściła wzrok, patrząc na 

dywan pod stopami. Jeśli nowożeńcom było tak 
dobrze ze sobą, jak jej z Jackiem ostatniej nocy, to nic 
dziwnego, że woleli swoje pokoje. 

Jack chrząknął. 
-  Jeśli pomyślimy kiedyś o Hawajach jako o celu 

podróży poślubnej, weźmiemy pana słowa pod uwa- 
gę. 

Agent mrugnął do niego. 
-  Radzę, byście poczekali, aż będziecie dwadzieścia 

lat po ślubie. Wtedy tu przyjedźcie. Będziecie mieli 
już za sobą romantyczne przeżycia i docenicie piękno 
tych wysp. 

R

 S

background image

-  Dobrze pan mówi. - Jack odpowiedział mrug- 

nięciem. - Do widzenia. 

Gdy wyszli, Jack powiedział: 
- Amy, wydaje ml się, że nie pozbędziesz się tej 

działki. W każdym razie nie teraz. 

-  Chyba masz rację. 
Plan urządzenia rodziców na Hawajach walił się 

w gruzy. Ale była jeszcze druga strona medalu. Jeśli nie 
opuści Bellingham, wspólna przyszłość z Jackiem 
stanie się realna. 

-  Hej, mam pomysł - krzyknął nagle Jack. 

Zatrzymał się przy ulicznym stoisku z upominkami 

i wziął do ręki różowy plastykowy krążek, ozdobiony 

sylwetkami hawajskich tancerzy. 

- Musimy się rozluźnić - przekonywał, płacąc za 

krążek, przypominający płaski talerzyk. 

- Jack - protestowała Amy - nie bawiłam się tym 

od czasu... 

-  Gdy graliśmy razem na ulicy przed waszym 

domem, tak? 

- Tak. 
-  Zaraz sobie przypomnisz - zawołał, odbiegając 

od niej parę kroków. - Łap! 

Zręcznie wprawił w ruch krążek i posłał go w jej 

stronę. 

-  Jesteś szalony! - krzyknęła Amy, ale złapała fru- 

wający talerzyk, jakby ćwiczyła tygodniami. 

-  Świetnie, Amy! - Jack zaczął oddalać się od niej 

biegiem. - Zobaczymy, czy potrafisz rzucić tak dale- 
ko, ekspercie! 

Amy rzuciła krążek wysokim łukiem w kierunku 

Jacka. Ten ruch sprawił jej przyjemność. Poczuła, 
jakby razem z nim odrzucała daleko od siebie wszyst- 
kie swoje kłopoty i zmartwienia. Jack podskoczył 
łapiąc krążek, a ona obserwowała z przyjemnością 
jego zwinne ruchy. Uświadomiła sobie, że zawsze 

R

 S

background image

lubiła na niego patrzeć, nawet w dzieciństwie, gdy nie 
zdawała sobie sprawy, dlaczego ją fascynował. 

-  Do ciebie! - krzyknął Jack i rzucił krążek zza 

pleców. 

-  Popisujesz się! - zakpiła Amy, skacząc w bok, 

aby złapać talerzyk, lecz straciła równowagę i upadła 
na trawę. 

-  O, Amy zrobiła „buś" - zawołał Jack. Podbiegł 

jednak do niej i ukląkł. - Nic ci się nie stało?. 

Amy roześmiała się. 
-  Mnie nic, ale mojej dumie. Myślałam, że jestem 

lepsza. 

-  Jesteś świetna jak dawniej. 
-  Przypomniały mi się dobre czasy. 

Jack podał jej rękę i pomógł wstać. 

-  Nie tamte czasy były dobre, lecz obecne. 
-  Może masz rację. Dobrze nam razem, prawda, 

Jack? 

-  Tak, z całą pewnością, madame. Wracamy do 

hotelu? 

-  Mam jeszcze jeden adres, trochę dalej na tej ulicy. 
-  Po tym, co usłyszeliśmy od agenta w ostatnim 

biurze, niczego już się nie spodziewam. 

-  Ja właściwie też, ale byłabym niespokojna, gdy- 

bym nie spróbowała. 

-  A więc chodźmy - westchnął Jack. 
Biuro okazało się mniejsze od większości, które tego 

dnia odwiedzili, lecz schludne. 

Tylko jedno z czterech biurek było zajęte. Siedziała 

przy nim młoda kobieta o krótkich blond włosach. 
Gdy podeszli do niej, podniosła głowę z uśmiechem. 

-  Czym mogę służyć? - zapytała. 
Mimo znużenia Amy również uśmiechnęła się do 

niej, zachęcona przyjaznym wyrazem twarzy. 

-  Chcielibyśmy porozmawiać z jednym z agentów, 

ale zdaje się, że wszyscy są poza biurem. 

R

 S

background image

-  Tak, rzeczywiście, ale może ja w czymś mogę 

pomóc? Proszę usiąść. - Gestem wskazała dwa wy- 
ściełane krzesła stojące przed biurkiem. 

-  Dziękujemy, ale jeśli nie ma agentów, to nie 

warto siadać. Widzi pani, chcemy rozmawiać z kimś, 
kto może podjąć decyzję o przyjęciu mojego terenu do 
sprzedaży. Zależy nam, aby to załatwić jeszcze dzisiaj. 

Uśmiech błysnął w szarych oczach kobiety. 
-  Myślę, że to należy do mnie. Jestem tu szefem. 
-  Och, co za gafa - speszyła się Amy. - Tylko dlate- 

go, że jest pani kobietą i siedzi przy wejściu, sądziłam... 

-  Nic nie szkodzi - powiedziała wesoło kobieta. 
- Przyznaję, że robię to czasem specjalnie, żeby zmylić 

ludzi. To nawet nie jest moje biurko, ale kiedy inni 
wychodzą, przenoszę się tutaj, aby wyjrzeć na ulicę. 
Lubię widzieć ruch, ludzi idących na plażę Waikiki. 

- Wstała, wyciągnęła rękę. - Nazywam się Rhonda 

Dandridge. 

-  Bardzo mi miło. Jestem Amy Hobson, a to jest 

Jack Blickensderfer. 

-  Proszę usiąść i opowiedzieć mi, z czym państwo 

przychodzą. Nie jesteście z Hawajów? 

-  Nie, i wracamy na kontynent jutro rano. Rok 

temu kupiłam działkę budowlaną, nie widząc terenu, od 
firmy, która projektuje nadmorskie osiedle koło Hany. 

-  Znam ten projekt. Postępuje dość powoli, ale 

kiedyś dojdzie do skutku. 

-  Nie mogę czekać na „kiedyś", Rhondo. Muszę 

sprzedać tę działkę natychmiast. 

-  Masz kłopoty finansowe? 
-  Nie, ale gdy zobaczyłam ten teren, doszłam do 

wniosku, że nie odpowiada moim potrzebom, a raczej 
potrzebom moich rodziców. Chcę sprzedać tę działkę 
i kupić inną, może tu, w Honolulu. 

Rhonda wzięła do ręki ołówek i zaczęła coś kreślić 

na papierze. 

R

 S

background image

 
-  W tym osiedlu jest jeszcze kilka nie sprzedanych 

działek. Będzie chyba bardzo trudno odsprzedać 
twoją. 

-  Ale chyba nie jest to niemożliwe? 
-  Nie, ale trudne, prawie beznadziejne. Jakie są 

plusy twojej działki? 

Pytanie zaskoczyło Amy. Nikt dotąd nie zapytał 

o to, nie chciał wiedzieć, jakie są zalety terenu. Jak ją 
zachęcić? Amy myślała gorączkowo. 

-  Widok jest wspaniały - zaczęła. - Działka znaj- 

duje się na końcu ulicy, przy samej plaży. 

-  Tam jest czarny piasek. Mało komu się to 

spodoba - skomentowała Rhonda. 

-  Ale mogłoby, gdyby to odpowiednio zareklamo- 

wać. Czarny piasek to egzotyka. Mieszkanie blisko 
czarnej plaży można by określić jako symbol pewnego 
statusu. 

Rhonda przestała pisać i spojrzała uważnie na 

Amy. 

-  Jest tam jeszcze ta okropna droga. Może ją kiedyś 

przebudują, ale teraz... 

- Teraz jest to odosobnione miejsce, w sąsiedztwie 

bogatych i sławnych. Czy to prawda, że kilka gwiazd 
hollywoodzkich ma domy na tamtym terenie? 

-  Tak, ale... 
-  A więc należałoby o tym wspomnieć jako o za- 

lecie. 

Amy mówiła z coraz większym zapałem. Uznała, że 

Rhonda jest bliższa zajęcia się sprzedażą działki niż 
ktokolwiek inny. 

-  Poza tym nie należy zapominać o owocach, jakie 

tam rosną. Widziałam banany i założę się, że można by 
posadzić mango, papaje i wiele innych. 

Rhonda uśmiechnęła się. 
-  Zarząd tej firmy powinien cię zatrudnić, abyś ich 

reklamowała. 

R

 S

background image

-  Nie, dziękuję - roześmiała się Amy. - Zależy mi 

tylko na tym, aby ktoś pośredniczył w sprzedaży 
mojej działki. Jeśli ty się podejmiesz, to upoważnię 
cię też do szukania czegoś odpowiedniejszego dla 
moich rodziców. 

-  Zaufałabyś mi po ostatnim doświadczeniu? 
- Nie mam wyboru. Nie mogę sobie pozwolić na 

następny przylot tutaj w najbliższym czasie. Zresztą 
mam teraz lepsze rozeznanie, jak tu jest i co byłoby 
dobre dla mojej rodziny. Czy podejmiesz się załatwić 
to dla mnie? 

-  Chcesz jeszcze odwiedzić jakieś inne agencje 

nieruchomości?               

-  Nie, ty byłaś ostatnia. 
- Mogłabym podjąć decyzję dopiero jutro rano. 

O której odlatuje twój samolot? 

-  O jedenastej. 
-  A więc mamy czas. 
Amy doznała jednocześnie uczucia nadziei i żalu. 

Bała się spojrzeć na Jacka. Intuicja podpowiadała jej, 
że Rhonda podejmie się pośrednictwa i prawdopodob- 
nie sprzeda działkę. Droga- do spełnienia marzeń 
rodziców znów się otwierała, ale droga do zdobycia 
Jacka pogrążała się w mroku. Nie widziała sposobu, 
aby osiągnąć jedno i drugie. Żadnego. 

R

 S

background image

 

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ 9 

 
Wyszli z biura i doszli do swego wynajętego samo- 

chodu, nie mówiąc do siebie ani słowa. Dopiero po 
przyjeździe do hotelu, gdy oddali wóz pod opiekę 
parkingowego, Jack zwrócił się do Amy: 

-  Myślę, że znalazłaś wreszcie właściwą osobę. 
-  Ja też tak sądzę. 

Jack westchnął. 

-  I było to nasze ostatnie biuro na liście, prawda? 
- Tak, rzeczywiście. - Amy widziała wyraźnie, 

że jest rozczarowany rozwojem sytuacji, ale po- 
stanowiła być silna. - Wiesz dobrze, że nie mogłam 
inaczej postąpić. Musiałam wykorzystać każdą 
szansę. 

-  Staram się to zrozumieć. 
-  Moi rodzice zasłużyli sobie na to. 
-  I pewnie dostaną w końcu to, o czym marzą. A ty 

wspaniale zarekomendowałaś swoją działkę, Amy. 

-  Rhonda sprowokowała mnie do tego. 
-  Poddałaś jej tyle pomysłów, że chyba sprzeda 

działkę w ciągu tygodnia. 

-  Co mnie bardzo ucieszy - zauważyła Amy z uda- 

wanym entuzjazmem. 

Jack przystanął koło windy. 

R

 S

background image

- Jesteś głodna? Może zanim pójdziemy na górę, 

powinniśmy wyskoczyć gdzieś na kolację? Jest tu 
w pobliżu dobra japońska restauracja. 

Zamilkł widząc, że Amy kręci głową. 
-  Niezależnie od tego, co się zdarzy jutro - powie- 

działa miękko - mamy jeszcze dzisiejszy wieczór dla 
siebie. Czy chcesz go spędzić w japońskiej restauracji? 

- To podchwytliwe pytanie - zauważył Jack. 
- Trochę tak. Na swój niezręczny sposób próbuję wy- 

badać, na czym stoimy. Czy wolałbyś udawać, że poprze- 
dniej nocy nic się nie zdarzyło, czy raczej wykorzystać jak 
najlepiej te ostatnie wspólne godziny na Hawajach? 

-  Nie jestem pewien. -Założył ręce na piersi i oparł 

się o ścianę, wpatrując się w Amy. Stopniowo wyraz 
jego twarzy ulegał zmianie, łagodniał, a na ustach 
pojawił się lekki uśmiech. - Jeśli chodzi o udawanie, że 
nic się nie wydarzyło ostatniej nocy, to dla mnie 
niewykonalne. Natomiast co do kolacji, to możemy 
zamówić coś dobrego do pokoju. Jakoś straciłem 
apetyt na japońskie jedzenie. - Zdecydowanym ru- 
chem nacisnął przycisk windy. -I ciągle jeszcze mam 
nadzieję, że ta agentka się rozmyśli. 

-  A ja mam nadzieję, że nie - powiedziała Amy. 

Gdy znaleźli się w pokoju, Amy zaproponowała 

Jackowi, aby wyciągnął się na łóżku i odpoczął, a ona 

pójdzie do łazienki się odświeżyć. 

- Wyglądasz bardzo świeżo, młoda damo - od- 

parł, szczypiąc ją w pośladek. 

- Nie spoufalaj się - fuknęła na niego. - Bądź 

grzecznym chłopcem i zamów coś z restauracji, może 
mai-tais? 

- Tak jest - mruknął, sięgając po spis telefonów. 

Tymczasem Amy wzięła ukradkiem do łazienki 

sarong, którego w końcu nie nosiła poprzedniej nocy. 

Rano, gdy Jack brał prysznic, Amy przysięgła sobie, że 
olśni go wieczorem. Teraz miała okazję. 

R

 S

background image

Zamknęła drzwi na klucz, żeby Jack nie wszedł 

znienacka i nie popsuł całej niespodzianki, a potem 
szybko się rozebrała. Wzięła prysznic i spryskała się 
wodą kolońską. Zdjęła sarong z wieszaka i próbowała 
upiąć na sobie tak, jak nosiły go Hawajki na ulicach 
Honolulu. Z pewnym trudem udało jej się owinąć dużym 
prostokątem jedwabiu, a końce związać powyżej biustu. 

Podeszła do lustra, aby obejrzeć efekt. 
Zupełnie, jakby miała na sobie kwiecistą wieczoro- 

wą suknię bez ramiączek, spływającą wdzięcznie od 
szczytów piersi aż do różowych, wymanikiurowanych 
paznokci u nóg. 

Wyglądała dostatecznie szykownie nawet na wie- 

czorne przyjęcie, jednak pod sarongiem była komplet- 
nie naga. Jedno pociągnięcie za węzeł zdradziłoby to, 
ale ten przywilej rezerwowała dla jednego tylko męż- 
czyzny. 

Wyszczotkowała długie ciemne włosy, aż spłynęły 

lśniącą falą na ramiona. Z więdnącego już wieńca 
wyjęła jeden kwiat i wpięła go we włosy za uchem. 

Była gotowa. 
Amy nie miała złudzeń co do swojej przyszłości. 

Związana koniecznością opieki nad rodzicami i dłu- 
giem, który na niej ciążył, nie mogła nawet marzyć 
o połączeniu się z mężczyzną takim jak Jack, chociaż 
wiedziała, że będzie za nim tęsknić do końca życia. 
Dlatego uznała, że ta jedna noc, którą spędzi w jego 
ramionach, powinna dostarczyć jej wspomnień na 
resztę samotnych lat. 

Wzięła głęboki oddech i otworzyła drzwi. 
Jack poszedł za jej radą, zdjął buty i siedział na 

łóżku, nalewając dla nich mai-tais do szklanek, usta- 
wionych na tacy. 

- Proszę, oto drink dla ciebie - rzekł i podniósł 

głowę. Gdy zobaczył Amy, znieruchomiał, a struga 
koktajlu popłynęła na tacę. 

R

 S

background image

- Jack, nie trafiasz do szklanki - zauważyła Amy, 

starając się opanować śmiech. 

-  Rzeczywiście - rzekł. - Ale kto by dbał o trochę 

zmarnowanego rumu w takiej chwili. . 

-  Pomyślałam, że ucieszysz się z niespodzianki. Nie 

sądziłam tylko, że zatopisz okoliczne tereny w mai-tais

-  Niespodzianka jest fantastyczna. Czy wiesz, 

że zupełnie zapomniałem o sarongu? Czy masz coś... 
pod spodem? 

Amy wolno pokręciła głową. 
- To musi być ta spontaniczność, o której mówiłaś. 
-  Co takiego? 
-  Powiedziałaś kiedyś, że zimno pozbawia cię spon- 

taniczności. Teraz widzę, co to miało znaczyć. 

-  Mam nadzieję. 
Amy przeszła przez pokój, kołysząc uwodzicielsko 

biodrami i usiadła obok niego na łóżku. Rozpięła 
guziki jego koszuli i wsunęła rękę pod materiał. 

-  Boże, jak ciężko oddychasz - szepnęła, przesu- 

wając językiem wzdłuż jego szyi. 

-  Rozlewanie drinków to ciężka praca - odparł. 
-  Biedne maleństwo, musisz się zrelaksować. 

Stopniowo zsuwała koszulę z jego ramion. 

-  Słuchaj - powiedział Jack schrypniętym głosem 

- co by się stało, gdybym to rozwiązał? - Sięgnął do 
węzełka nad jej piersiami. 

-  Nie dotykaj! - rozkazała Amy, odsuwając się. 
- Jesteś zbyt niecierpliwy. Tu, na wyspach, wolimy 

wolniejsze tempo - mówiła, drobnymi ruchami mus- 
kając jego pierś. 

Jack westchnął w udręce. 
-  Amy, to był taki długi dzień. Czy nie masz litości 

dla spragnionego człowieka? 

-  Żadnej. 

R

 S

background image

Powoli rozpięła klamerkę od spodni i rozsunęła 

zamek. 

-  Amy, torturujesz mnie. 
-  A tobie się to podoba. Czyż nie? 
-  Tak - przyznał chrapliwie - ale mogę od tego 

zwariować. 

-  Nie dopuścimy do tego. Kaftan bezpieczeństwa 

zasłoniłby zbyt dużo tego wspaniałego ciała. - Ciągle 
go głaskała. - Jak to się mówi: im wolniej, tym 
pewniej? 

-  Coś w tym rodzaju. 
-  Sprawdzimy, czy to prawda. 
Wsunęła obie dłonie pod gumkę kąpielówek i zsu- 

nęła je razem ze spodniami. Spojrzała na jego oswobo- 
dzoną męskość. 

-  Twierdzenie uważam za udowodnione. 
-  Chodź do mnie. - Chwycił ją za dłoń, lecz Amy 

się odsunęła. 

-  Jeszcze nie, Jack. 
Przylgnęła ustami do wewnętrznej strony uda, tuż 

nad kolanem, a potem trochę wyżej. Jack wstrzą- 
snął się cały. 

-  Mam nadzieję, że wiesz, co robisz - wyszeptał. 

- Tego nie oczekiwałem... Litości, Amy. Nie wiem, czy 
zdołam. Gdzie się tego nauczyłaś? - Jęknął z rozkoszy. 

Amy ocierała się o niego, całowała jego płaski 

brzuch i czuła, jak w niej samej wzbiera pożądanie. 

-  Teraz mnie rozbierz - szepnęła wreszcie. 

Drżącymi rękami Jack rozplatał węzeł i sarong 

spadł do stóp Amy. Jack ukrył twarz na jej piersiach. 
-  Nigdy nie będę miał cię dosyć - mruczał. 
Poprzez burzę uczuć i doznań, które Amy przeży- 

wała, przedarła się myśl, że może to jest ich ostatnie 
spotkanie. Tyle pragnień, tyle miłości, a jednak... 

R

 S

background image

Jack podniósł sarong i ułożył Amy na jedwabnej 

tkaninie. Kwiatem, który wypadł z jej włosów, głaskał 
jej ciało, a potem całował najwrażliwsze miejsca. 
Wreszcie dopełnił aktu zespolenia, na które nie mogli 
już dłużej czekać. W szczęśliwym uniesieniu szeptali 
słowa miłości i zachwytu. 

Z oddali dochodził rytmiczny odgłos perkusji, 

towarzyszącej luau na plaży, a ich ciała rozgrzane 
namiętnością tuliły się do siebie na jaskrawym, hawajs- 
kim sarongu. Siła pożądania wzrastała bez końca, aż 
wreszcie wpadli w otchłań ekstazy, wstrząsani spaz- 
mami rozkoszy. 

-  Amy! - szeptał Jack, opadając na nią. 
- Jestem tu, jestem tu, kochanie. 
Dużo później, leżąc w ciemnościach i słuchając jego 

spokojnego oddechu, Amy zastanawiała się, czy i jak 
długo jeszcze będzie przy nim. 

 
Następnego ranka obudził ich dźwięk telefonu. 

Jack sięgnął do aparatu, mruknął coś niezrozumiałego 
i podał jej słuchawkę, przeciągając sznur nad sobą. 
Amy usiadła i zakryła dłonią mikrofon. 

-  Kto to? - spytała szeptem. 
-  Dama z agencji nieruchomości. 
Amy spojrzała na zegar stojący na nocnej szafce. 

Widocznie dzień pracy Rhondy zaczynał się o siódmej. 
Jeżeli tak energicznie zajmowała się sprzedażą te- 
renów, pozbędzie się działki błyskawicznie, zdecy- 
dowała Amy. 

Odchrząknęła i zdjęła dłoń z mikrofonu. 
-  Halo! - powiedziała. 
-  Przepraszam, jeśli cię obudziłam, ale nie chciałam 

się z tobą rozminąć. 

-  W porządku, Rhondo. 

R

 S

background image

Amy wyciągnęła rękę, aby odepchnąć męską dłoń, 

która wędrowała w górę jej uda. 

-  Chciałam ci powiedzieć, że poważnie zastanawia- 

łam się nad twoją posiadłością i tobą samą. 

-  Nade mną? 
- Tak. Jaką masz posadę tam u siebie, w Bellingham? 
-  Jestem sekretarką w firmie handlującej drewnem. 
Amy spojrzała gniewnie na Jacka i starała odsunąć 

się poza zasięg jego rąk. W odpowiedzi uśmiechnął się 
do niej i zaczął udawać, że przegryza sznur telefonu. 

-  Sekretarką? To śmieszne! 
-  Słucham? - Amy przestała zwracać uwagę na Ja- 

cka, bo rozmowa z Rhondą pochłonęła całą jej uwagę. 

-  Powinnaś być agentem - ciągnęła Rhonda. 

- Masz do tego talent. To jasne jak słońce. Znam się na 
ludziach i uważam, że jesteś urodzonym handlowcem. 

-  Miło, że tak mówisz, ale co to ma wspólnego 

z moją działką? 

Amy odwróciła się tyłem do Jacka, który skorzystał 

z okazji, aby obsypać pocałunkami jej plecy. 

-  Jestem gotowa przyjąć ją do sprzedaży, ale pod 

jednym warunkiem. 

-  Jakim mianowicie? 
Amy sięgnęła ręką za siebie, złapała Jacka za ucho 

i ścisnęła z całej siły. Odsunął się od niej, jęcząc 
i udając, że strasznie cierpi. 

Na drugim końcu linii Rhonda wzięła głęboki 

oddech i oznajmiła: 

-  Pod warunkiem, że będziesz u mnie pracowała. 
-  Pracować u ciebie? - Amy zwróciła zdziwioną 

twarz w stronę Jacka. - Nie rozumiem. 

-  Potrzebny mi jeszcze jeden agent. Jestem gotowa 

zapłacić za twoje szkolenie i ponieść koszty uzyskania 
licencji w zamian za obietnicę, że popracujesz u mnie co 

R

 S

background image

najmniej dwa lata. Będziesz mogła doglądać sprzedaży 
swojej działki i poszukać sobie czegoś, co ci bardziej od- 
powiada. A jeśli moja intuicja mnie nie zawodzi, to przy 
twoich zdolnościach będziesz zarabiała lepiej niż dotąd. 

- Jestem absolutnie zaskoczona, Rhondo. Nigdy 

bym się czegoś takiego nie spodziewała. 

Amy zauważyła, że Jack porzucił żartobliwe za- 

czepki i wpatrywał się w nią z napięciem. 

-  A więc zrobisz tak? Nie sądzę, żebyś żałowała. 
-  Rhondo, musiałabym wziąć pod uwagę wiele 

spraw, między innymi moich rodziców, którzy liczą na 
moją pomoc. Byłabym od nich bardzo daleko. 

Amy zauważyła, że oczy Jacka zwęziły się i wy- 

glądają jak dwie szparki. Najwyraźniej domyślił się 
treści rozmowy. 

-  Tak, wiem. Mówiłaś przecież, że ta działka ma 

być dla rodziców, a nie dla ciebie. 

-  No właśnie. 
-  Czy zamierzałaś przenieść się tu razem z nimi? 
- Tak. Miałam taki zamiar. 
-  A więc doskonale! Jeśli dadzą sobie radę bez 

ciebie przez kilka miesięcy, będziesz mogła sprzedać 
ziemię, której nie chcesz, kupić im coś lepszego i prze- 
prowadzić ich tutaj. A sama będziesz już miała ustalo- 
ną pozycję zawodową. Zakładam, że zamierzałaś 
pracować, kiedy się tu przeniesiesz. 

- Tak, ale... 
-  A twoi rodzice nie wymagają nieustannej opieki, 

inaczej nie mogłabyś tu przyjechać na wycieczkę. 

-  Tak, to prawda, ale nie jestem jeszcze pewna, czy 

się zgodzę. 

-  Oczywiście, że nie jesteś pewna. 
- Tysiące myśli przelatują mi przez głowę... 
-  Czy niektóre z nich są związane z tym mężczyzną, 

który odebrał telefon? 

-Aha. 

R

 S

background image

-  W porządku. Prawdopodobnie słyszy wszystko, 

o czym mówimy, i będzie miał wpływ na twoją decyzję. 
Popieram miłość, Amy, ale nie kosztem przyszłości. 
A ciebie czeka dobra przyszłość. Czuję to. 

-  Nie jesteśmy... to znaczy, ja nie jestem - plątała 

się Amy, nie mając odwagi użyć słowa miłość. 

-  Och, kochacie się, na pewno. Ale czy są szanse, 

żeby on tu z tobą przyjechał? 

-  Raczej nie. 
Amy bała się przenikliwego spojrzenia Jacka. Mi- 

łość? Oczywiście, ale czy to jest ta miłość przez duże M, 
która wiedzie do białej sukni i przysiąg małżeńskich? 

-  Sądzę, że mogłabyś go na to namówić - ciągnęła 

Rhonda. - Widziałam wczoraj, jak on na ciebie pat- 
rzył. Może spróbujesz? A nawet jeśli on nie zaakcep- 
tuje tego pomysłu, proszę cię, rozważ to sama poważ- 
nie i daj mi znać jeszcze przed odjazdem. 

-  A jeśli odmówię, to nie podejmiesz się sprzedaży 

mojej działki? 

-  Może bym się zgodziła, ale naprawdę brak mi 

ludzi do pracy. Sama widziałaś u mnie trzy puste biur- 
ka, a mam tylko dwie osoby. Mówię serio, mogę się tego 
podjąć, jeżeli ty przyjmiesz moją ofertę. 

-  Ale dlaczego właśnie ja? Wyobrażam sobie, że 

w Honolulu jest wiele osób szukających pracy. 

-  To prawda, ale niezwykle rzadko można spotkać 

kogoś, kto się do tego zawodu nadaje. Poza tym jest 
jeszcze problem z gorączką wyspiarską. 

-  Z czym? - Amy ścisnęła mocniej słuchawkę. 

- To jakaś choroba? 

Rhonda zaśmiała się. 
-  Coś w tym rodzaju. Słyszałaś kiedyś o gorączce 

kabinowej? To prawie to samo. Niektórzy ludzie 
dostają klaustrofobii, gdy sobie uświadomią, że są na 
wyspie pośrodku oceanu. 

-  A! 

R

 S

background image

-  Nie jest to częste, ale dlatego kontrakt jest 

na dwa lata. Nie mam ochoty stracić tego, co w ciebie 
zainwestuję. 

-  Rhondo, czy mogę zadzwonić do ciebie za godzi- 

nę i powiedzieć, co myślę o tej sprawie? 

-  Oczywiście. Porozmawiaj ze swoim przyjacielem. 

I zostaw sobie możliwość wyboru, Amy. 

-  Spróbuję. Do usłyszenia. - Amy oddała słucha- 

wkę Jackowi, a ten odłożył ją na widełki i spojrzał na 
Amy wyczekująco. 

- Więc? 
-  Proponuje mi posadę agenta do sprzedaży nieru- 

chomości. 

- Tego się domyśliłem. 
Amy zaczęła skręcać róg prześcieradła. Powinna 

być zadowolona, a czuła się jak człowiek skazany na 
szubienicę. 

-  Z jakiegoś powodu uważa, że byłabym w tym 

dobra. 

-  Prawdopodobnie tak jest - powiedział z obojęt- 

nym wyrazem twarzy. 

-  Nie wiem, czy moi rodzice daliby sobie radę beze 

mnie, nawet przez kilka miesięcy. 

Jack wpatrywał się w przeciwległą ścianę. 
-  Myślę, że sobie poradzą - rzekł. - Zwłaszcza 

gdybyś poprosiła Brada, aby się częściej do nich 
odzywał. Mógłby też do nich przylecieć kilka razy. Ja 
również od czasu do czasu... 

Amy zacisnęła pięści. 
-  Przestań, Jack. 
-  Przestać? Co przestać? 
- Mówisz z taką nonszalancją, jakby... - Głos jej 

się załamał i musiała umilknąć, aby odzyskać kontrolę 
nad sobą. - Jakby ci było wszystko jedno, czy ja tę 
ofertę przyjmę, czy nie. 

Gdy się odezwał, mówił powoli, z zastanowieniem. 

R

 S

background image

-  Oczywiście, że nie jest mi wszystko jedno. Ale 

ta kobieta stwarza ci wspaniałą okazję, abyś zdobyła 
to, czego chciałaś dla rodziców. Czy nie dlatego 
tu przyjechałaś? 

- Tak, ale... 
-  Nie rozumiem, jak możesz odrzucić taką szansę, 

Amy. 

Łzy zapiekły ją w oczy. 
-  Nie próbujesz nawet mi tego wyperswadować? 

Ona żąda podpisania kontraktu na dwa lata. 

- Jeśli wszystko potoczy się według twojej myśli, 

zostaniesz tu o wiele dłużej. 

-  A co będzie z nami? 
Jack spojrzał na nią i wzruszył ramionami. 
-  I to wszystko? - spytała. - Rezygnujesz tak łat- 

wo i po prostu? 

- Nie mam wielkiego wyboru. 
-  Z całą pewnością masz. - Przejmował ją strach, 

co może usłyszeć w odpowiedzi, ale musiała wiedzieć. 
- Na przykład mógłbyś także rozważyć przeniesienie 
się na Hawaje. 

Wyczytała odpowiedź w jego oczach, zanim jeszcze 

pokręcił przecząco głową. 

-  Nie, Amy, obawiam się, że nie mógłbym. 

R

 S

background image

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ 10 

 
Duma kazała jej na tym zakończyć rozmowę, ale 

uważała, że to, co ich połączyło, jest ważniejsze. 

-  Dlaczego? - spytała łamiącym się głosem. 
Nie wydawał się poruszony obrotem sprawy, a ona 

czuła dojmujący ból. Czy był z kamienia? 
Jack zaczął wstawać z łóżka. 

-  Ponieważ przeniesienie się na Hawaje to twoje 

marzenie, a nie moje - odparł. - Idę wziąć prysznic. 

-  Poczekaj chwilę. - Amy zerwała się i pobiegła za 

nim do łazienki. - Przecież to marzenie moich rodzi- 
ców. Co mogę poradzić na to, że potrzebują mojej 
pomocy, aby się spełniło? Nie możesz mnie za to winić. 

Jack odkręcił wodę i regulował jej temperaturę, nie 

patrząc na Amy. 

-  To nie jest kwestia winy. Przedstawiłaś fakty, tak 

jak je widzisz. W tym scenariuszu nie ma dla mnie 
miejsca. 

-  Byłoby, gdyby ci bardziej na mnie zależało. 

Jack odwrócił się do niej. 

-  I żeby to udowodnić, powinienem rzucić pracę 

którą lubię i cenię, oraz wyjechać ze stron, w których 
się dobrze czuję? Porzucić swoją działalność wśród 
młodzieży, której zorganizowanie zajęło mi całe mie- 
siące i która zaczyna przynosić owoce? 

R

 S

background image

Amy nie wiedziała, co odpowiedzieć. Rzeczywiście, 

wymagała od niego wiele, ale w takim razie co będzie 
z uczuciami, które ich połączyły? 

Patrzyli na siebie bez słowa, a w łazience słychać 

było tylko szum lejącej się wody. 

-  Nie przeczę, Amy - powiedział wreszcie Jack 

- że dwa ostatnie dni były dla mnie czymś wyjąt- 
kowym. Ale to nie dosyć, aby zrujnować całe moje 
życie. Szczególnie gdy sobie wyobrażę, że się tu 
przenoszę, rezygnując z tylu spraw, a potem okaże się, 
że twoje niewydarzone pomysły były pomyłką. 

-  Niewydarzone pomysły? Tak myślisz o moich 

planach? 

-  Nie mogę przecież powiedzieć, że stoisz na moc- 

nym gruncie. Masz kawałek ziemi, którą może uda ci 
się sprzedać, a może nie, oraz ofertę pracy, która może, 
ale nie musi, zmaterializować się w coś, co chciałabyś 
uczynić swoją karierą. Może znajdziesz inne, lepsze 
miejsce dla rodziców na ich ostatnie lata, a może nie. 
Co będzie, jeśli przyjedziesz do domu dopiero za pół 
roku? Co ja mam z sobą zrobić? 

Amy zacisnęła szczęki. 
-  Rozumiem. Młodsza siostra Brada znów wpadła 

na wariacki pomysł, tak? 

-  Amy, masz niewyczerpaną energię i wiele odwagi. 

Jeśli uda ci się wziąć w karby, możesz daleko zajść. Mo- 
że praca w agencji nieruchomości okaże się właśnie tym, 
czego ci potrzeba. Ale nie potrafię rzucić wszystkiego, do 
czego doszedłem w życiu, zwłaszcza że Hawaje nie są 
miejscem, w którym chciałbym zamieszkać na stałe. 

-  Niech Bóg broni, żebyś z mojego powodu znalazł 

się w tak nieprzyjemnej sytuacji. - Oczy Amy zwęziły 
się ze złości. - Powiem ci coś. Mam zamiar sprawdzić 
się w tej nowej pracy. Mam zamiar sprzedać tę działkę 
i kupić coś lepszego dla rodziców. Siostrzyczce Brada 
tym razem się powiedzie. 

R

 S

background image

Jack patrzył na nią przez dłuższą chwilę. 
- Wydaje mi się, że czas, abyś zadzwoniła. 
- Tak, lepiej zaraz to zrobię. - Odwróciła się i wy- 

szła z łazienki. 

 
Rhonda dała Amy trzy tygodnie na załatwienie 

spraw w Bellingham. Wręczenie prośby o zwolnienie 
z pracy było łatwe, rozmowa z rodzicami - nie. 

Zadzwoniła do nich zaraz po powrocie, ale nie 

uważała za właściwe mówić im o swych projektach 
przez telefon. Ograniczyła się więc do wrażeń z po- 
dróży i opisu pogody. Obiecała wpaść do nich w czasie 
weekendu. Zdecydowała, że porozmawia z każdym 
z rodziców osobno, zaczynając od matki. 

W sobotę po południu pojechała do białego, schlud- 

nego domu rodziców. Weszła tylnym wejściem. Miała 
szczęście, bo zastała matkę samą, składającą świeżo 
upraną bieliznę. 

- Amy! - Pani Hobson rzuciła ręcznik i podbieg- 

ła z radością do córki. - Jak się ma nasza podróż- 
niczka? 

- Jeszcze nie najlepiej po locie odrzutowcem - od- 

parła Amy, ściskając matkę z oczami zamglonymi od 
łez. Po raz pierwszy od długiego czasu poczuła tęsk- 
notę za domem. 

-  Czy Jack przyjechał z tobą? 
-  Nie. - Amy odwróciła się do stosu bielizny i za- 

częła ją składać. - Mieliśmy małe nieporozumienie. 

Bardzo się starała, aby o nim nie myśleć od chwili, 

kiedy się pożegnali przed jej domem we wtorek rano. 
Gdy jego program szedł w radiu, zmieniała stację. 

- Amy, jak mi przykro - powiedziała matka, kła- 

dąc jej rękę na ramieniu. - Wydawało mi się, że łączy 
was coś wyjątkowego. Bardzo się cieszyłam, bo Jack 
jest dla mnie prawie członkiem rodziny. Tak bardzo 
przypomina Brada. 

R

 S

background image

To prawda, pomyślała Amy z goryczą, obaj uważa- 

ją mnie za niepoczytalną. 

-  Nie udało się nam, mamo. 
-  Nie odrzucaj go jeszcze, Amy. Jesteście oboje 

młodzi, macie czas. Kto wie, co będzie. 

-  Może jesteśmy młodzi, ale nie mamy czasu. 
-  Co to znaczy? 
Amy spojrzała na matkę i odwróciła wzrok. 
-  Dostałam propozycję pracy na Hawajach. Mam 

zamiar ją przyjąć. 

-  Pracę na Hawajach? Jaką pracę? 
-  W agencji nieruchomości. 
-  Ależ, Amy, ty nigdy... 
-  Wiem, mamo. Właścicielka zgodziła się posłać 

mnie na kurs szkoleniowy. To niezwykła okazja. 

-  Tak mi się wydaje. - Matka wpatrywała się 

zaskoczona w stertę bielizny. Potem zaczęła ją prze- 
kładać z miejsca na miejsce, jakby czegoś szukała. 

- Opuściłabyś Bellingham i pojechała tam... na stałe? 
-  Będziemy w kontakcie telefonicznym, mamo. 

- Amy otoczyła jej szczupłe plecy ramieniem. - A 
Brad będzie się wami opiekował. 

-  On tu przyjeżdża raz do roku, Amy. 
- A więc będzie musiał przyjeżdżać częściej. Spokane 

nie jest tak daleko. Poza tym przyjadę z wizytą przed 
upływem sześciu miesięcy, obiecuję. 

- Słyszałam, że życie jest tam bardzo drogie. Jak 

będziesz mogła zacząć nową pracę i przylecieć do 
domu po pół roku? Zastanawiam się, czy ta właściciel- 
ka nie wprowadza cię w błąd. 

Amy chciało się płakać. Nawet matka uważają za 

niezdolną do zajmowania się własnymi sprawami. 

-  To nielogiczne, mamo. Rhonda płaci za moją 

powrotną podróż i szkolenie. Po co by wykładała 
pieniądze, gdyby uważała, że nie będę dobrym pracow- 
nikiem? 

R

 S

background image

-  Pewnie masz rację, ale będziesz tak daleko... 
- Wszystko się ułoży, mamo. 
Na widok niepokoju malującego się na twarzy 

matki Amy była prawie gotowa wyjawić jej całą 
prawdę, ale się powstrzymała. Choć wierzyła, że uda jej 
się sprowadzić rodziców do Honolulu w czasie krót- 
szym niż sześć miesięcy, nie chciała rozczarować tej 
wrażliwej istoty. 

- Mam nadzieję - powiedziała pani Hobson, wy- 

gładzając powłoczkę. - Czy ojciec już o tym wie? 

-  Nie. 
-  Siedzi w pokoju i ogląda rozgrywki golfowe. 

Lepiej idź mu powiedzieć. 

Amy skinęła głową. Nie cieszyła ją perspektywa tej 

rozmowy. Gdy weszła do pokoju, ojciec oderwał się od 
telewizji. 

-  Witaj. Czy przywiozłaś jakieś zdjęcia z podróży? 

-spytał. 

Zaskoczył ją kompletnie tym pytaniem. Nie pomyś- 

lała nawet o robieniu zdjęć, choć każdy na jej miejscu 
zrobiłby ich mnóstwo. 

-  Nie, tatusiu, zapomniałam aparatu. 

Ojciec potrząsnął głową. 

-  Zgadza się. Przysięgam, Amy, że jesteś najbar- 

dziej roztrzepaną osobą, jaką znam. 

- Tato, muszę z tobą o czymś pomówić. Czy 

mógłbyś wyłączyć na chwilę telewizor? 

Ojciec wziął do ręki pilota i wyciszył dźwięk. 
-  Nie ma sensu całkowicie go wyłączać. To ten 

telewizor, który Brad dał nam na ostatnią gwiazdkę. 

- Tato, on dał wam go dwa lata temu. 
-  Naprawdę? Nie, to niemożliwe, Amy. Zresztą to 

detal. - Wskazał ręką jednego z graczy. - Ten facet 
potrafi grać. 

Amy skorzystała z okazji, aby przeforsować swoją 

opinię. 

R

 S

background image

 
-  Wiesz, tato, myślę, że zajmujesz się zbyt wieloma 

drobiazgami. To cię męczy. Część tych rzeczy mogłaby 
załatwiać mama, jak na przykład płacenie rachunków 
i tym podobne. 

Odwrócił się do niej ze zmarszczonym czołem. 
-  Zawsze ja płaciłem rachunki i będę to robił dalej. 

To ja zarabiam pieniądze, prawda? 

-  Właśnie o to chodzi. Nie musisz robić wszyst- 

kiego. 

-  Tak nie jest. Twoja matka zajmuje się domem 

i posiłkami, a ja zarabiam na dom i płacę rachunki. 
Taki system nam odpowiada. 

Amy westchnęła. Mogłaby mu wytknąć, ile razy 

zapomniał opłacić elektryczność i jeździł przez pół 
roku nie ubezpieczonym samochodem, ale co by to 
dało? Spojrzała na wchodzącą do pokoju matkę. 

-  Co powiesz, Virgil, na nowe plany Amy? 
-  Mamo, ja jeszcze... 
-  Jakie nowe plany? - zapytał ostro ojciec. - Nic 

mi nie powiedziała. 

-  Och, myślałam, że... 
- Właśnie miałam zamiar - zaczęła Amy. 
- Przenosi się na Hawaje, do pracy - wyjaśniła 

szybko matka. - Czy to nie wspaniałe, Virgil? 

-  Co znowu, u diabła? - Ojciec walnął dłonią w po- 

ręcz fotela. - Amy, sama na Hawajach? Tylko się 
uśmiać! 

Amy zacisnęła pięści. Ojciec wiedział, jak jej do- 

kuczyć. 

-  A więc będziesz się mógł śmiać do woli, tato, boja 

tam pojadę. 

- I co tam będziesz robić? 
Miała ochotę wyjść natychmiast, bo była pewna, że 

ojciec tylko wyśmieje jej plany, ale błagalne spojrzenie 
matki zatrzymało ją na miejscu. Już dawno obie doszły 
do wniosku, że od czasu wypadku ojciec stał się 

R

 S

background image

bardziej zgryźliwy, i matka często prosiła Amy o wyro- 
zumiałość i cierpliwość. 

Amy odetchnęła głęboko, aby się opanować, i za- 

częła: 

-  Gdy byliśmy z Jackiem w Honolulu... 
-  Jedziesz tam z Jackiem? To zmienia postać rzeczy. 
-  Nie, nie jadę z Jackiem. Pewna właścicielka 

agencji nieruchomości zaoferowała mi posadę. Za trzy 
tygodnie wyjeżdżam na Hawaje. 

- I ta pani pośle również Amy do szkoły, Virgil 

-wtrąciła matka. Ojciec patrzył na nie z wyraźną 
niechęcią. 

-  Świetnie. Amy jedzie sobie na Hawaje, a my nie 

możemy, bo jej parszywy amant okradł nas z na- 
szych... 

- Virgil! Obiecywałeś, że nigdy tego nie będziesz 

wypominać! To nie jej wina. 

Amy popatrzyła ojcu prosto w oczy. 
- Tak, to moja wina. To ja sprowadziłam Philipa 

do domu. Zainwestowaliście pieniądze w jego projekt, 
bo ja za niego ręczyłam. 

-  Powinienem mieć więcej rozumu. 

Amy przygryzła wargę. 

-  Tato, kiedyś ci to wszystko oddam. Obiecuję. 
- W jaki sposób? - W głosie ojca brzmiał wyrzut. 

- Wyjeżdżając na Hawaje i zostawiając nas samym 
sobie? 

Amy dostrzegła, że za jego rozdrażnieniem kryje się 

strach, i natychmiast złagodniała. 

-  Wkrótce przyjadę was odwiedzić i jest pewna 

szansa, że niedługo wszyscy razem tam zamieszkamy. 

Początkowo nie miała zamiaru wspominać o tym, 

ale nie potrafiła nie dać im choć odrobiny nadziei. 
Ojciec wrócił do oglądania telewizji. 

-  Nie liczyłbym na to - rzekł. 

Matka dotknęła ręki Amy. 

R

 S

background image

-  Chodź, pomożesz mi przy kolacji - powiedziała 

łagodnie. 

Rzuciwszy spojrzenie na ojca, Amy skierowała się 

do drzwi. 

-  Amy! 
Odwróciła się na dźwięk jego głosu. 
-  Mówiłeś coś, tatusiu? 
-  Tak. Chcę, byś pamiętała, że jeśli tam ci się nie 

powiedzie i nie będziesz miała za co wrócić do domu, 
wyślę ci tyle pieniędzy, ile będzie trzeba. 

Nie wiedziała, czy ma się złościć, czy dziękować. 

Kochał ją, ale było jasne, że w nią nie wierzył. Jak 
wszyscy mężczyźni w jej życiu. 

-  Dziękuję, tato - rzekła w końcu. 
 
Następnego dnia zadzwoniła do Brada. Powiedzia- 

ła mu, że przyjęła posadę w Honolulu, ale nie wspo- 
mniała nic o dalszych planach. Jego reakcja była tylko 
trochę mniej zgryźliwa niż ojca. 

-  Nikt z was nie ma do mnie zaufania, ani rodzice, 

ani Jack, ani ty - oburzyła się. 

-  Amy, spójrz prawdzie w oczy. Wszyscy cię kocha- 

my, ale wyciągaliśmy cię z tysięcznych kłopotów. To 
wygląda na następny taki przypadek. Powinnaś zostać 
w domu, dbać o to, co się nawiązuje między tobą 
a Jackiem, i zapomnieć o Hawajach. Zbyt dużo 
nasłuchałaś się opowieści ojca o tych wyspach. Jeśli 
zainteresowałaś się handlem nieruchomościami, zba- 
daj sytuację wokół Bellingham. 

-  Mnie się podobają Hawaje, Brad. 
-  Jak każdemu z nas, ale tam życie jest drogie 

i pozostaje się daleko od wszystkich i wszystkiego. 

-  Brad, czy protestujesz dlatego, że nie będzie mnie 

tutaj, aby doglądać rodziców? 

-  Nie. Ja nigdy nie pochwalałem tego, że tak 

bardzo się z nimi związałaś. Mówiłem ci nieraz. 

R

 S

background image

- Ktoś musi to robić i liczę, że teraz ty przejmiesz 

opiekę nad nimi. 

-  Zrobię to, w granicach rozsądku. Ale jeśli oj- 

ciec coś pokręci, a mama nie będzie miała ciebie 
pod ręką, może w końcu uzna, że musi sobie sama 
radzić. 

-  Nie wiem, czy zdoła. 
-  Dowiemy się, siostrzyczko. 
-  Brad, obiecaj mi, że zatelefonujesz do nich raz na 

tydzień i sprawdzisz, co się dzieje. Nic by się nie stało, 
gdybyś przyjechał po dwóch, trzech miesiącach. 

-  Zrobię, co będę mógł, ale martwię się bardziej 

o ciebie niż o nich. Jeśli będziesz miała kłopoty, 
zadzwoń na mój rachunek, dobrze? 

Amy westchnęła. Brad prawie dokładnie powtarzał 

przestrogi ojca. 

-  W porządku. Do widzenia, Brad. 
-  Trzymaj się, mała. Życzę ci powodzenia. 
Amy odłożyła słuchawkę. Zawiadomiła już wszyst- 

kich. Pozostał jeszcze Steve, którego już nie będzie 
dłużej uczyć. Jack zaproponował, że przejmie nad nim 
pieczę, i Amy się zgodziła. Steve może się nawet 
ucieszy, bo zawsze podziwiał słynnego disc jockeya. 

Jack. Odczuwała ból za każdym razem, gdy w myś- 

lach szeptała jego imię. 

Tęskniła za jego czarującym głosem. Broniła się 

przed tym, lecz pewnej niedzieli, gdy nie mogła opano- 
wać tęsknoty, poddała się i włączyła radio, aby 
odszukać jego stację. Dopiero gdy usłyszała głos 
innego spikera, przypomniała sobie, że Jack nie pra- 
cował w niedzielne wieczory. 

 
Steve zaskoczył Amy kompletnie, przychodząc 

w środę z gotową umową. Był tak dumny z własnego 
dzieła, że Amy z największą przykrością wyjawiła mu, 
iż nie może jej podpisać. 

R

 S

background image

-  Steve, w moim życiu następuje duża zmiana 

- zaczęła w wahaniem. 

Steve uśmiechnął się ze zrozumieniem. 
-  Pani i Jack, jak się domyślam? Jeśli planujecie 

miesiąc miodowy, mogę zmienić umowę. 

-  Nie, nie o to chodzi. Przenoszę się na Hawaje. 

Zaproponowano mi tam pracę. 

-  Przenosi się pani? - Grzywka zakrywała mu 

oczy, więc trudno było dostrzec ich wyraz, ale kąciki 
ust opadły, zdradzając rozczarowanie. - A więc ta 
umowa już jest niepotrzebna. 

Złożył kartkę w mały kwadracik i wcisnął ją do 

kieszeni. 

-  Będzie potrzebna Jackowi - powiedziała pośpie- 

sznie Amy. - Lekcje się nie skończą tylko dlatego, że ja 
wyjeżdżam. Tak dobrze ci idzie, Steve. Będziesz się 
dalej uczył z Jackiem. W ogóle nie zauważysz, że mnie 
niema. 

-  Bzdury! - Podniósł głowę zagniewany. - Prze- 

praszam - mruknął i znowu odwrócił wzrok. 

-  Steve, jestem naprawdę wzruszona. Nie wiedzia- 

łam, że tak ci zależy na tych lekcjach. 

Pokręcił się niespokojnie. 
-  No, chyba tak. Przyzwyczaiłem się, że to pani 

mnie uczy. To znaczy, Jack jest w porządku, ale... 

-  Dziękuję ci, Steve. Pragnęłabym z całego serca 

nie przerywać naszych lekcji, ale to moja życiowa 
szansa i nie mogę z niej zrezygnować. 

Steve odchylił głowę do tyłu, aby popatrzeć jej 

w oczy. 

-  Jeśli Jack ma mnie uczyć, to znaczy, że nie jedzie 

z panią na Hawaje. 

-  Nie. 
Jego wzrok wyrażał współczucie, jakby sam coś 

podobnego przeżył. 

-  Rozstaliście się? 

R

 S

background image

- Tak. 

-To marnie. 

- Tak. - Amy czuła, że coś ściska ją za gardło, ale 

nie chciała rozpłakać się w obecności chłopca. - Ale 
może wszystko będzie dobrze. 

-  Mam nadzieję - skinął głową. 
I ja też, myślała Amy, zmuszając się do pogodnego 

uśmiechu przy pożegnaniu. 

Gdy Steve odszedł, poszła do kuchni i zajęła się 

gorączkowo myciem, szorowaniem i pakowaniem, aż 
poczuła się kompletnie wyczerpana. 

Rodzice zgodzili się, aby zostawiła u nich część 

rzeczy, których nie brała do Honolulu, więc musiała 
zrobić kilka kursów samochodem. Zjadła też u nich 
ostatnią przed wyjazdem kolację. Rozmowa przy stole 
była dość chaotyczna, trochę z powodu złej pamięci 
ojca, a trochę zaabsorbowania Amy jej przeprowadzką. 
Miała jeszcze przespać ostatnią noc w swoim miesz- 
kaniu, a rano oddać klucze właścicielowi. 

Po dłuższym zastanowieniu postanowiła zabrać ze 

sobą samochód. O dziewiątej wieczorem uściskała 
rodziców i uciekła, aby nie odpowiedzieć fontanną łez 
na widoczne wzruszenie matki. 
   Marcowa noc była zimna i wilgotna, co powinno 
utwierdzić ją w podjętej decyzji o opuszczeniu Bellin- 
gham, może na zawsze. 

Ale dlaczego miasto wydało się jej nagle takie 

piękne? Przejechała ulicami koło swych ulubionych 
sklepów, koło budynku własnej szkoły i składów 
drewna, gdzie pracowała. Zatrzymała się nad zatoką, 
aby popatrzeć, jak migocą światełka na kołyszących 
się łodziach. 

Zaparkowała samochód i patrzyła na zachód, 

w stronę, gdzie setki mil dalej leżały Hawaje. Już 
następnego dnia będzie tam i może skieruje wzrok na 
wschód, aby wspominać miejsca, które opuściła. Jakie 

R

 S

background image

to wszystko nierealne, pomyślała. Nie mogąc się 
oprzeć, włączyła radio, aby jeszcze raz usłyszeć głos 
Jacka. 

Gdy po piosence Phila Collinsa nastąpiła reklama, 

Amy niecierpliwie stukała palcami w deskę rozdziel- 
czą. A co będzie, jeśli dziś Jack nie pracuje? Jeśli jest 
chory? Nie, Jack nigdy nie choruje. 

-  Jest dziewiąta czterdzieści sześć, tu, w studiu 

Radia KPLY... 

Aksamitny głos Jacka wstrząsnął nią do głębi. 

Kurczowo chwyciła się kierownicy. 

-  ... wcale bym się nie zdziwił, gdyby u was była ta 

sama godzina, chyba że należycie do tych przebiegłych 
typków, co to nastawiają zegarek o trzy minuty wcześ- 
niej, żeby się nigdy nie spóźniać.
 

-  Och, Jack! - Łzy nabiegły jej do oczu, głowę 

wsparła na rękach. 

-  Kuzyn Ernie od kilku dni regularnie spóźnia się do 

pracy. Czy mówiłem wam, czym się zajmuje? Mrozi 
groszek. Wiecie, taki zielony groszek w plastykowych 
torebkach, na których jest napisane: mrożony oddziel- 
nie. Ernie właśnie to robi. No, w końcu ktoś to musi 
robić. 

Amy nie była pewna, czy się śmieje, czy płacze. 
-  Hej, mam nadzieję, że nikt z was nie był na tyle 

szalony, aby wyjść z domu w taką szarugę jak dziś. Wasz 
stary Jack wraca z pracy prosto do domu, do ciepłego 
fotela i chłodnego drinka. A więc, mamusiu, wstaw 
trochę kukurydzy do piecyka, aby się ładnie przypiekła. 
Zostało mi jeszcze tyle rozsądku, żeby uciec od sią- 
piącego deszczu, chyba że byłby to „Purple Rain". 
A jeśli „Purple Rain", to oczywiście - Prince. Otóż 
i on. 

Amy nie pozwoliła sobie na płacz od czasu powrotu 

do Bellingham, ale głos ukochanego przerwał wszelkie 
tamy. Rozpłakała się, a szloch zdawał się wypełniać 

R

 S

background image

mały samochód i osiadać mgłą na szybach. Była sama, 
rozpaczliwie sama. 

- „To już prawie wszystko na dziś, panie i panowie. 

Spotkamy się znowu jutro, o szóstej wieczorem. Za 
chwilę podamy wiadomości, więc nie wyłączajcie się. 
Informacje to ważna rzecz, jak również dobry humor. 
Więc aby być mądrym i wesołym, słuchajcie waszej 
ulubionej stacji KPLY na falach ultrakrótkich. Dob- 
ranoc!" 

Amy otarła oczy i mokre policzki. Nie ma Jacka. 

Wyłączył się, a jutro o tej porze ona będzie już poza 
zasięgiem nadajników stacji KPLY. I w ogóle poza 
zasięgiem Jacka. 

Siedziała tak kilka minut, wpatrując się w zaparo- 

waną szybę. A potem poruszając się jak marionetka, 
włączyła silnik. Uruchomiła wycieraczki i zapaliła 
światła, oblewając jasnością zalaną deszczem drogę. 
Wiedziała, że powinna wrócić do domu. Automatycz- 
nie skierowała wóz w stronę własnego mieszkania, ale 
w ostatniej chwili skręciła w prawo zamiast w lewo. 

Musiała go zobaczyć jeszcze dziś, bez względu na to, 

ile będzie to znaczyć w przyszłości. 

R

 S

background image

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ 11 

 
Amy poszukała wzrokiem czarnego camaro na 

parkingu przed domem Jacka, zanim zadzwoniła do 
drzwi. Choć oświadczył słuchaczom, że wraca prosto 
do domu, mógł zrobić coś zupełnie innego. 

Serce jej waliło jak szalone. Może powinna przed- 

tem zatelefonować. To byłoby logiczne posuniecie, ale 
tej nocy Amy nie myślała logicznie. 

Dźwięk dzwonka wyrwał Jacka z melancholijnej za- 

dumy. Przez moment miał nadzieję, że to ona, ale nie! Co 
za głupi pomysł. Jeśli nie odezwała się przez trzy tygod- 
nie, dlaczego miałaby zjawić się dzisiaj, tuż przed wyjaz- 
dem? To pewnie Steve lub Brzęczyk, pomyślał. To do 
nich podobne - zjawiać się u niego o tej porze. Ale nie 
miał dziś ochoty na udzielanie życiowych rad nastolat- 
kom. Czuł się stary i zgorzkniały. Otworzył zamek i uchy- 
lił drzwi. Zobaczywszy Amy, zamrugał i przycisnął 
palcami powieki. Kiedy spojrzał ponownie, była tam 
jeszcze, pokryta kroplami deszczu, które światło na 
ganku zmieniało w połyskliwą aureolę. Stała z rękami 
w kieszeniach rozpiętej wiatrówki, a włosy miała po- 
skręcane w pierścionki od wilgoci. 

Machinalnie wyciągnął rękę, aby zetrzeć kroplę z jej 

policzka, ale się powstrzymał w pół gestu. Jeśli była 
snem, to zniknie. 

R

 S

background image

- Jack? 
-  Przyszłaś - rzekł powoli. - Dlaczego? 
-  Jutro wyjeżdżam. 
-  Wiem. Nie sądziłem, że cię jeszcze zobaczę. 

Patrzył pytająco w jej pociemniałe od smutku oczy. 

Uśmiechnęła się niepewnie. 
-  Słyszałam twój głos w radiu. Nie mogłam od- 

jechać bez... 

-  Bez czego, Amy? 
-  Nieważne. To był błąd. - Odwróciła się i pobieg- 

ła chodnikiem. 

-  Nie! Poczekaj. - Wybiegł za nią na deszcz, roz- 

pryskując kałuże. Złapał ją za ramię i odwrócił do 
siebie. - Poczekaj choć chwilę. 

-  Nie powinnam tu przychodzie. Trzeba było zo- 

stawić wszystko, jak jest - mówiła, odwracając od 
niego wzrok. 

-  Ale nie mogłaś. - Ścisnął ją mocniej za ramię. 
-  Jestem słaba. - Głos jej drżał. - Pozwól mi zni- 

knąć z twego życia, Jack. Będzie jeszcze trudniej, 
jeśli... 

-  Jeśli co? - Ujął dłonią jej brodę i zmusił, aby na 

niego spojrzała. Deszcz osiadł na jej rzęsach, usta 
drżały. Jack nie mógł oderwać od nich wzroku. Tak 
dobrze je znał. 

-  Dlaczego przyszłaś tu dzisiaj? 
-  Nie wiem. 
-  Ale ja wiem. Przyszłaś po to. - Mocnym poca- 

łunkiem rozchylił jej wargi i smakował ich słodycz. 
Boże, jak uwielbiał ją całować! 

Amy odpowiedziała westchnieniem i miękko oparła 

się o niego. Jack wsunął rękę pod kołnierz wiatrówki 
i gładził ją po szyi. Gdy poczuł, że drży, zapytał: 

-  Przyszłaś tu, aby się ze mną kochać, tak, Amy? 
-  Nie - zaprzeczyła bez przekonania. - Przy- 

szłam, żeby cię jeszcze raz zobaczyć. 

R

 S

background image

-  Powiedz prawdę. Chciałaś zabrać ze sobą jeszcze 

jedno wspomnienie. 

-  Nie, ja... - Oddychała z trudnością. 
-  Amy, nie oszukuj mnie. - Sięgnął ręką do jej 

piersi. - Wiem zbyt dużo o tobie. 

-  Ależ, Jack, jaka kobieta chciałaby się narzucać 

mężczyźnie w noc poprzedzającą ostateczne rozstanie? 

-  Może taka, która nie ma dość rozsądku, aby się 

schronić przed deszczem. 

-  Pewnie masz mnie za kompletną idiotkę? 
-  Jak mógłbym? Przecież sam też stoję na deszczu. 

Wejdźmy do środka. 

-  Jack, lepiej nie róbmy tego. 
-  Kiedy ja nie lubię kochać się na trotuarze. 
-  Mówiłam, żebyśmy dali sobie spokój całkowicie. 
-  Wiesz dobrze, że nie chcesz tego naprawdę. 
- A co będzie jutro? 
-  Nie myśl o jutrze. Kochajmy się, Amy. Po- 

trzebuję cię nie mniej niż ty mnie. 

-  Nawet, jeśliby to miało przypieczętować koniec 

naszego związku? 

-  Zwłaszcza jeśli tak ma być. - Pocałował ją za- 

chłannie i wprowadził do mieszkania. 

Tyle ich łączyło, myślała Amy, a ona jeszcze nigdy 

nie była w jego sypialni. Ani on u niej. Ich miłość 
zrodziła się gdzieś daleko, w jakiejś przestrzeni nie 
związanej z codziennym życiem. 

Podejrzewała, że Jack wynajmował mieszkanie 

umeblowane, tak jak ona, więc nie mogła wnioskować 
o jego guście na podstawie urządzenia pokoju. Na 
wprost dużego podwójnego łóżka stała komoda z lust- 
rem, na którym wisiał malowany, plastykowy talerzyk, 
ten sam, którym bawili się w Honolulu na plaży, oraz 
wianek ze zwiędłych storczyków. 

Amy wysunęła się z objęć Jacka i podeszła do lustra. 
-  Wziąłeś to ze sobą? 

R

 S

background image

-  Tak, bo przypominało mi pewną osobę, w której 

towarzystwie dobrze się czułem. 

-  Nawet kwiaty? Sądziłam, że je wyrzuciłeś. 
-  Nie, włożyłem do bocznej kieszeni walizki. Teraz 

wyglądają bardzo nędznie. 

-  Nie. - Dotknęła uschniętych małych storczyków 

i smutek ścisnął ją za gardło. - Tęskniłam za tobą, Jack. 

Podszedł do niej z tyłu i objął ramionami. 
-  Ja też tęskniłem, Amy - szepnął. Spotkali się 

wzrokiem w lustrze. - Ciągle miałem nadzieję, że 
zadzwonisz. 

-  Wydawało mi się, że lepiej się nie widywać. 

Próbowałam, ale dziś, gdy usłyszałam cię przez radio... 

Wtulił twarz w jej włosy. 
-  Pachniesz deszczem. 
-  To chyba źle. 
-  Nie. - Odwrócił ją do siebie. - Pachniesz jak 

petunie zmoczone rosą, jak chłodne źródło w gorący 
dzień, jak topniejący śnieg. 

-  Kocham cię, Jack. 

Znieruchomiał i spojrzał jej w oczy. 

- To prawda - szepnęła. - Nie powinnam teraz 

tego mówić, ale to prawda. Kocham cię: 

Objął jej twarz dłońmi. 
- Nie, teraz nie powinnaś tego mówić, ale powie- 

działaś. Och, Amy. - Ujrzała ból w jego błękitnych 
oczach. 

-  Co my zrobimy, Jack? 
-  Nie mogę mówić za ciebie, tylko za siebie. 
-  I co? 
Oczy Jacka rozgorzały namiętnością. 
-  Będę cię kochał jak wszyscy diabli - powie- 

dział. - Chcę, abyś pamiętała tę noc ze wszystkimi 
szczegółami. 

Dygotała, gdy zrywał z niej kolejno wiatrówkę, 

bluzkę, staniczek i rzucał na podłogę. Potem przyciąg- 

R

 S

background image

nął ją do siebie, a wilgotna koszula Jacka przyjemnie 
chłodziła jej skórę. 

-  Jesteś taka piękna - szeptał. - Marzyłem, żebyś 

tu była ze mną, żebym cię-mógł tulić i dotykać. 
- Chwycił koniuszek jej ucha wargami, potem języ- 
kiem przesuwał po szyi, a ona poddawała się jego 
delikatnym pieszczotom. Tak, miał rację. Pragnęła 
tego, chciała być z nim, zanim się rozstaną. 

-  Gdzie jest mój sarong? - zapytał z uśmiechem. 
-  Żałuję, że go nie mam - szepnęła. 
Jego wzrok powędrował ku białym koronkowym 

figom. 

-  Zdejmij je dla mnie. 

Zrobiła, o co prosił. 

-  Postój tak przez chwilę - rzekł miękko. - Niech 

się przyjrzę kobiecie, którą kocham. 

Amy poczuła żar w całym ciele. 
-  Ty też nie powinieneś tego mówić - rzekła. 
-  Nie. Musiałem to powiedzieć. - Spojrzał jej pros- 

to w oczy. - Kocham cię, Amy. Nie zamierzałem tego 
mówić. - Podszedł do niej i objął ją. - Ale jeśli muszę 
pozwolić ci odejść, wiedząc, że mnie kochasz, to chcę 
również, abyś rozumiała, co ja czuję i ile bólu mi 
sprawiasz swoim odjazdem. 

Wtuliła się w niego, opierając policzek o jego pierś. 
-  Tak mi przykro. 
-  Mnie też. 
Łzy pociekły z jej oczu. Ona zawsze sprawia ból 

tym, których kocha. Gdy chciała naprawić krzyw- 
dę wyrządzoną rodzicom, unieszczęśliwiła Jacka. I sie- 
bie. 

-  Nie płacz. – Obejmował ją mocno i całował w czu- 

bek głowy. 

-  Narobiłam wszystkim kłopotów. Jak zwykle. 
-  Tych kłopotów narobiliśmy razem, Amy - od- 

parł, głaszcząc ją po włosach. - Połowa winy spada 

R

 S

background image

na mnie. Gdybym się trzymał z dala od ciebie, 
nie byłoby tych problemów. - Uniósł jej zalaną łza- 
mi twarz ku górze. - Ale cieszę się, że tego nie 
zrobiłem. 

-  Nawet po tym wszystkim, co się zdarzyło? 
-  Z pewnością. Nie oddałbym naszej miłości za 

żadne skarby. 

-  Och, Jack. 
Pocałowała go czule, ale łagodny dotyk ich ust 

szybko stał się zaborczy i natarczywy. Amy rozpięła 
Jackowi koszulę i gładziła go po nagim torsie. 

-  Pragnę cię, Jack - szeptała z ustami przy jego 

ustach. 

-  Nigdy nikogo tak nie pragnąłem jak ciebie - od- 

parł. - Czy czujesz, że cały drżę? 

- Myślałam, że to ja. Rozbierz się, Jack, a ja 

przygotuję łóżko. 

Niechętnie wysunęła się z jego ciepłych objęć, zdjęła 

narzutę i wyciągnęła się na łóżku. 

-  Czasami, gdy cię widzę, zapominam, co mam robić. 
-  Czy mam ci przypomnieć? 
- Już nie. 
Teraz ona podziwiała jego wspaniałe męskie cia- 

ło, ukazujące się w całej swej krasie w miarę, jak 
zrzucał z siebie ubranie. Chciała zapamiętać na zawsze 
piękną rzeźbę jego bioder i ud, drobne ciemne loczki na 
piersi, lekki zarys żeber pod skórą i płaszczyznę 
brzucha. Czy będzie miała dość siły, aby od niego 
odejść? Jednak musi to zrobić. 

Wyciągnęła do niego rękę, myśląc, że może to 

będzie ostatnie spotkanie w ich życiu. 

 
Amy odjechała rano, gdy Jack jeszcze spał. Chciała 

uniknąć bolesnego pożegnania. Jeżeli nie zobaczy 
cierpienia w jego błękitnych oczach, zapamięta tylko 
spojrzenie pełne miłości. 

R

 S

background image

 
Kończąc pakowanie, starała się trzymać swe uczu- 

cia w karbach. Wyszła z mieszkania jeszcze przed 
świtem, a miasto opuściła, zanim na ulicach ożył po- 
ranny ruch. Starała się nie myśleć o niczym. Podjęła 
decyzję i teraz należało się jej trzymać. 

Gdy samolot wylądował w Honolulu, Amy czuła się 

wyczerpana i bardzo samotna. Z niechęcią myślała 
o spotkaniu z Rhondą, która obiecała czekać na nią na 
lotnisku. Nie miała ochoty na banalne towarzyskie 
rozmowy. 

Lecz kiedy Rhonda powitała ją serdecznym uśmie- 

chem i włożyła jej lei z białych kwiatów na szyję, Amy 
uścisnęła swą nową przyjaciółkę z wdzięcznością. Łzy 
powstrzymywane przez całą drogę zakręciły się jej 
w oczach, a zapach kwiatów przypomniał Jacka, lecz 
opanowała się jakoś i nie rozpłakała. Całe Honolulu 
będzie jej go przypominać, więc nie może sobie pozwo- 
lić, aby wspomnienia zatruwały jej pobyt na Hawajach. 

-  Znalazłam ci urocze mieszkanie - oznajmiła 

Rhonda, biorąc ją pod rękę, gdy szły odebrać bagaż. 
- Właściwie to domek dla gości. Znam właścicieli tej 
posiadłości. Chętnie zgodzili się wynająć go na parę 
miesięcy, bo trochę ich zmęczyły ciągłe wizyty. 

-  To brzmi cudownie. - Amy starała się mówić 

z entuzjazmem. 

-  Dostawiłaś bezpiecznie samochód do portu? 
-  Tak, ale zanim tu dotrze, będę musiała coś sobie 

wypożyczyć. 

-  Nonsens. Będę po ciebie wstępować co rano, 

a gdybyś musiała zawieźć gdzieś klientów, weźmiesz 
mój samochód. 

-  Rhondo, nie wiem, jak ci mam dziękować za 

wszystko, co dla mnie robisz. 

Rhonda przyjrzała się jej uważnie. 
-  Wyglądasz na kompletnie wyczerpaną, Amy. 
-  To przez tę długą podróż. 

R

 S

background image

- Wydaje mi się, że nie tylko. Ale nie martw się. 

Podjęłaś właściwą decyzję. 

- Mam nadzieję. 
- Jak się wyśpisz, ujrzysz wszystko w innym świet- 

le. Masz pełną lodówkę i nie musisz jutro przychodzić 
do biura. 

-  Rhondo, jesteś aniołem. 
-  Nie, jestem sprytną kobietą interesu. Jeśli są 

w tobie te możliwości, o które cię podejrzewam, twoja 
praca napełni kieszenie i moje, i twoje. 

-  Kiedy zaczynam kurs szkoleniowy? 
-  Pojutrze. 
-  Rozumiem. Więc muszę jak najlepiej wykorzys- 

tać jutrzejszy wolny dzień? 

-  Oczywiście. Nieprędko będziesz miała drugi. Tak 

się pracuje w tej branży. 

- To mi odpowiada. Chcę się zająć pracą - odparła 

Amy i dodała w myśli: w ten sposób nie będę miała 
czasu myśleć o Jacku. 

-  Świetnie. Na pewno będzie się nam dobrze pra- 

cowało - rzekła Rhonda. 

I tak też się stało. Rhonda wymagała zaangażowa- 

nia od swych podwładnych, a Amy uznała handel 
nieruchomościami za fascynujące zajęcie. Chętnie pra- 
cowała poza godzinami, a uczyła się w nocy. 

Jej maleńki domek stał na skale nad morzem, ale Amy 

miała mało czasu, aby się cieszyć pięknym widokiem. 
Taka sytuacja bardzo jej odpowiadała, gdyż momenty 
bezczynności nieodmiennie przywodziły jej na myśl 
Jacka. Jego życzenie, aby zapamiętała dokładnie ich 
ostatnią noc, sprawdziło się całkowicie, a jeśli chciał, aby 
cierpiała, to dopiął swego. Tylko praca tłumiła ból 
i tęsknotę, więc Amy z desperacją rzuciła się w jej wir. 

Raz w tygodniu dzwoniła do rodziców, a potem 

komunikowała się z Bradem. Choć rozmawiając z ma- 
tką, często miała wrażenie, że grozi im katastrofa, 

R

 S

background image

Brad zapewniał ją, że rodzice dają sobie doskonale 

radę. Amy uznała, że prawda leży gdzieś pośrodku, 
więc starała się, aby rozłąka z rodzicami zakończyła się 
jak najszybciej. 

Pierwszą przeszkodą, z którą musiała się uporać, 

było zdobycie licencji. Amy wbijała sobie do głowy 
fakty i liczby, spacerując w nocy po pokoju i roz- 
wiązując zadania. Nigdy nie lubiła egzaminów testo- 
wych, a ten niósł ze sobą więcej stresów niż wszystkie 
poprzednie. Wynik miał zdecydować o całej jej przy- 
szłej karierze. A co gorsza, Rhonda oczekiwała, że zda 
go za pierwszym razem. 

Poszła na egzamin z bólem głowy i spoconymi 

dłońmi. Pytania wydawały się jej bardzo trudne, a czas 
na odpowiedź zbyt krótki, toteż opuściła salę przeko- 
nana, że nie zdała. 

Gdy Rhonda otrzymała wyniki, były same w biurze. 

Spokojnie podeszła do biurka Amy i usiadła na krześle 
dla klientów. Amy spojrzała w jej chłodne szare oczy 
i skrzywiła się. 

-  Oblałam, co? 
-  Oczywiście, że nie oblałaś. Dostałaś wysokie 

oceny, jak się tego spodziewałam. 

-  Zdałam! Jak to dobrze! - Amy zamachała ręko- 

ma w powietrzu. - A mówili mi, że to się nie uda. 

- Kto tak mówił? 
-  Niektórzy. - Wzruszyła ramionami. - W szkole 

nie byłam najlepszą uczennicą. 

-  To niema nic do rzeczy. Widocznie ci nie zależało. 
-  Oczywiście, że nie tak jak tym razem. A teraz 

muszę tylko dostać coś za moją działkę i ruszam całą 
parą do przodu. 

-  Dostaniesz. Cierpliwości. A zanim to nastąpi, 

będziesz sprzedawać własność innych ludzi. Moje 
gratulacje, Amy - powiedziała serdecznie. - Witaj 
w tym zwariowanym zawodzie. 

R

 S

background image

-  Dziękuję. Zdobyłam go dzięki tobie. Jak to 

dobrze, że mam już samochód. 

-  Będziesz go potrzebować, aby wozić klientów. 

Słuchaj, Amy, chyba powinnyśmy to uczcić. Gdy Bob 
i Carter wrócą, zapytamy, czy pójdą z nami i swymi 
żonami na kolację. Ja zapraszam. 

-  Z przyjemnością, Rhondo, ale ja płacę połowę. 
-  Nie ma mowy. Odtrącę to sobie z podatków. 
-  Zgoda - zaśmiała się Amy. - Jak zwykle wszyst- 

ko, co mówisz, wygląda na dobry interes. 

Wieczór był pełen beztroskiej wesołości, toteż Amy 

zdziwiła się, gdy w pewnej chwili spojrzała na zegarek. 
Było wpół do jedenastej. 

-  Muszę wracać do domu, Rhondo. Jutro dzień 

pracy. 

-  Masz rację, Amy. Wychodzimy. 
Wracając do domu, Amy myślała o jutrzejszej 

rozmowie z rodzicami. Ale był ktoś inny, z kim chciała 
podzielić się nowiną już dziś, ktoś, kto lepiej zrozumie, 
co osiągnęła. 

Wyobrażała sobie Jacka wyciągniętego na łóżku, 

w którym leżeli razem podczas ostatniej nocy w Bellin- 
gham. Na myśl o nim poczuła gwałtowny przypływ 
bólu i tęsknoty. Zaczęła dygotać od nagłej potrzeby 
usłyszenia jego głosu. Nie dbała o to, która godzina 
była tam, w Bellingham. Nie kontaktowała się z nim 
od chwili wyjazdu, ale teraz miała wrażenie, że zwariu- 
je, jeśli nie zadzwoni. 

R

 S

background image

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ 12 

 
Znalazłszy się w swym małym domku, Amy wol- 

nym krokiem udała się do pokoju i stanęła koło 
kanapy, wpatrując się w aparat telefoniczny. Do tej 
pory nigdy nie dzwoniła do Jacka. Nie wiedziałaby, co 
mu powiedzieć.           

Ale wynik egzaminu był namacalnym dowodem, że 

potrafi doprowadzić swój szalony plan do końca. 
Paradoksalne było to, że jej sukces oddalał ją coraz 
bardziej od Jacka, a jednak właśnie jemu pragnęła 
o tym donieść. Może mimo wszystko nie porzuciła 
całkiem nadziei, że jeśli ona ściągnie tu rodziców, 
on rozważy jeszcze raz możliwość zamieszkania w Ho- 
nolulu. 

Usiadła na kanapie i postawiła aparat na kolanach. 

Podniosła słuchawkę i znowu odłożyła ją na widełki. 

W Bellingham była teraz pierwsza w nocy. Roz- 

sądek podpowiadał jej, że powinna poczekać do rana, 
ale nie miała na to ochoty. Wiedziała, że Jack ma 
telefon przy łóżku. Chciała z nim rozmawiać teraz, gdy 
był rozespany i półprzytomny ze snu. Widziała go 
oczami wyobraźni wyciągniętego na łóżku. 

Wybierała numer powoli i dokładnie. To nie była 

pora na pomyłki. Po wielu różnych sygnałach usłysza- 
ła w końcu dzwonienie. Amy odchrząknęła kilka razy, 

R

 S

background image

czekając, aż Jack się odezwie. Musi być w domu. Musi. 

Po czwartym dzwonku usłyszała ochrypłe od snu 
„halo". 

- Jack, to ja, Amy. 
-Amy? 
- Tak. 
Napawała się dźwiękiem swojego imienia, wypowie- 

dzianego tym pięknym, mimo lekkiej chrypki, głosem. 

- Amy, czy wszystko w porządku? Jest późno, 

pierwsza w nocy. Czy masz kłopoty? 

-  Nie, Jack. Nie mam. Musiałam po prostu usły- 

szeć twój głos, dlatego dzwonię. Wiem, która godzi- 
na, ale... 

-  Rozumiem - głos nabrał intymności. - Chciałaś 

rozmawiać ze mną w łóżku. 

-  Tak... 
-  To mi się podoba, Amy. Śniłem o tobie. 
-  Powiedziałbyś tak nawet, gdyby to nie była 

prawda. 

- Może. Ale tak było. Ten sen często się powtarza. 

Byliśmy razem w trzcinowej chatce i... Chciałbym, 
żebyś teraz była tu ze mną. 

- Ja też, ale... myślę, że powinniśmy pomówić 

o czymś innym. 

- To ty wyrwałaś mnie ze snu. 
-  Wiem. Moja wina. 
-  To żadna wina. Twoje odruchy są prawidłowe. 

Ale jeśli nie mogę cię mieć w łóżku, pozwól mi chociaż 
mówić z niego do ciebie. Tęskniłaś za mną? 

-  Nie uwierzyłbyś jak bardzo. 
- Nie pożegnałaś się ze mną. 
-  Bo po prostu nie mogłam. Wymknęłam się dla 

naszego dobra. 

- Może dla twojego. Mnie zwaliło z nóg, gdy się  

zbudziłem i stwierdziłem, że odjechałaś. Chciałem cię 
jeszcze raz pocałować, może jeszcze raz... 

R

 S

background image

-  Jack, przestań. 
-  Dobrze. 
-  Powiedz mi, jak ci idzie z czytelnią. 
-  Znakomicie. Rozpoczynamy budowę. Już uzgad- 

niam plany z wykonawcą. 

-  To cudownie. A jak się mają Brzęczyk i Steve? 
-  Dobrze. Steve chciał do ciebie napisać, ale mu 

powiedziałem, że nie mam twego adresu. I to prawda, 
wiesz? 

-  Wiem. Niech Steve weźmie go od mojej matki. 
-  A Jack? Też ma prosić twoją matkę o adres? 

Drgnęła, słysząc nutę sarkazmu w jego głosie. 

-  Nie zniosłabym wymiany uprzejmych liścików. 
-  Skąd wiesz, że moje listy byłyby uprzejme? 
-  Wiesz, co mam na myśli, Jack. 
-  Więc daj mi numer telefonu. 
-  Nie. 
-  To nie fair. Ty znasz mój numer. 
-  Czy mam odłożyć słuchawkę? 
-  Nie. - Milczał przez chwilę. - Jak ci idzie? 
-  Właśnie dlatego dzwonię. Zdałam egzamin licen- 

cyjny. Jestem już dyplomowaną agentką w handlu 
nieruchomościami. 

Minęło parę sekund, zanim odpowiedział. 
-  To wspaniała wiadomość, Amy. 
-  Nie chciałbyś chyba, żebym oblała? 
-  Nie - westchnął - ale jeśli zdałaś egzamin, to nie 

wrócisz tutaj na stałe, a tego bardzo bym sobie życzył. 

-  Jack, teraz, gdy otrzymałam licencję, pozostaje 

mi jedynie sprzedać działkę i kupić coś lepszego dla 
rodziców. Rhonda jest pewna, że mi się to uda w ciągu 
paru miesięcy. 

-  Możliwe. 
-  A jeśli tego dokonam, powiedz, czy nie zmienisz 

decyzji? Wiem, że najpierw chcesz zorganizować tę 
czytelnię dla młodzieży, ale potem... 

R

 S

background image

-  Przeniesienie się na Hawaje nie ma dla mnie 

większego sensu, Amy. Po twoim wyjeździe myślałem, 
że zwariuję i zacząłem zbierać informacje o możliwości 
pracy na Oahu i dowiedziałem się, że nie można tam 
dostać przyzwoitej pensji. 

-  Dlaczego? 
-  Bo dyrektorzy uważają, że piękna sceneria re- 

kompensuje niskie zarobki. Bardzo ładnie, jeśli komuś 
na tym specjalnie zależy, ale mnie to nie pociąga. Poza 
tym słyszałem, że chcą mnie zaangażować do radia 
w Seattle. To byłby dla mnie prawdziwy awans, 
w przeciwieństwie do wyjazdu na Hawaje i obniżki 
pensji. 

Nawet ze mną, pomyślała Amy, ale nic nie powie- 

działa. Jeśli Jack bardziej ceni pieniądze i dobrą posadę 
niż ją, to nie ma na to rady. 

-  Amy, wiem, że to zabrzmiało fatalnie. 
-  Ale logicznie. 
-  Tak, i materialistycznie jak wszyscy diabli. Cała 

ta sytuacja jest nienormalna i staram się jej przyjrzeć ze 
wszystkich stron. Po pierwsze, myśl, że mam być 
związany z jakimś miejscem nie ze swego wyboru, lecz 
tylko dlatego, że ty nie możesz opuścić swoich rodzi- 
ców, wydaje mi się trochę bez sensu. W ten sposób, 
Amy, twoi rodzice nie tylko kierują twoim życiem, ale 
w konsekwencji również moim. 

-  Kierują moim, bo ja tak zdecydowałam, ale czy 

będą mieli wpływ na twoje, to tylko od ciebie zależy. 

-  To nieprawda! Kocham cię i oni już teraz mają 

wpływ na moje życie. A mnie się to nie podoba. 

- To fatalnie, Jack. Ja nie prosiłam, abyś się we 

mnie zakochał. Jeśli ci to tak bardzo nie na rękę, to 
dlaczego się nie odkochasz? 

-  Czasami chciałbym to zrobić, ale nie mogę, Amy. 

To, że mi się dziś śniłaś, nie było przypadkiem. Śnisz mi 
się co noc. Opętałaś mnie. 

R

 S

background image

-  Mimo to nie pojedziesz za mną na Hawaje? 
-  Nie sądzę, aby to był dobry pomysł. 
-  W takim razie nie mamy o czym mówić. Życzę 

miłego dnia, Jack. 

Odłożyła słuchawkę, zanim zdążył odpowiedzieć. 

Odstawiła telefon na stolik, zakryła twarz rękami 
i zaczęła szlochać. 

 
Żadnych więcej telefonów do Jacka, zadecydowała 

następnego dnia. Po nie przespanej nocy z trudem 
potrafiła skupić się na pracy, a musiała się z niej dobrze 
wywiązywać, bo już jej nic innego nie pozostało. Tylko 
praca i realizacja planów wobec rodziców. 

Upłynęły dwa miesiące i tylko kilka osób zaintere- 

sowało się jej działką na Maui. Jeden z klientów zdobył 
się nawet na to, aby tam z nią pojechać, ale uciążliwa 
droga zniechęciła go do kupna. 

Aż pewnego dnia Rhonda położyła jej na biurku 

informację - opis mieszkania wystawionego na sprze- 
daż w osiedlu w Honolulu. Amy przeczytała notatkę 
i uznała, że to byłoby coś odpowiedniego dla jej 
rodziców. 

-  Brzmi to wspaniale: widok na ocean, trzy prze- 

cznice od samej plaży, unowocześniona kuchnia. 
Ale cena o wiele dla mnie za wysoka, nawet gdy- 
bym sprzedała działkę na Maui, czego nie udało 
mi się dokonać - powiedziała Amy. 

-  Nie wiesz jeszcze wszystkiego. Ja sama zaintereso- 

wałam się tą sprawą i wiem, że cenę wyznaczyła małżon- 
ka właściciela. On zgadza się sprzedać za niższą sumę. 

-  O ile niższą? 
-  O jedną trzecią. Po moim wyjściu zadzwonił do 

mnie i wyjaśnił, że żona zawsze żąda nierealnych sum, 
ale jeśli jej się zaproponuje mniej, to weźmie. On 
naprawdę chce sprzedać. Obydwoje chcą. 

-  Dlaczego? 

R

 S

background image

-  Z powodu gorączki wyspowej. Są tu od pięciu lat. 

Amy studiowała opis mieszkania. 

-  Sprzedadzą je na pewno wcześniej, niż ja się 

pozbędę mojej ziemi na Maui. 

-  Bez wątpienia. Amy, pozwól, że ja wyłożę na to 

pieniądze. Gdy sprzedasz działkę, zwrócisz mi je. 

-  Nie mogłabym tak zrobić, Rhondo. 
-  Oczywiście, że możesz. Nie stać cię, żeby stracić 

taką okazję. Potraktuj moją ofertę jako interes, a nie 
przysługę. Najwyżej nie będziesz mogła zapłacić za to 
mieszkanie. Wtedy ja je sprzedam z zyskiem, więc nie 
martw się o mnie. 

Amy roześmiała się. 
-  Nie mam powodu martwić się o ciebie. Potrafisz 

przedstawić wszystko, co robisz, jako trzeźwą hand- 
lową transakcję. Lecz twierdzę, że bez względu na to, 
co mówisz, przede wszystkim chcesz pomagać lu- 
dziom. 

-  Dawno doszłam do wniosku, że pomaganie lu- 

dziom często okazuje się dobrym interesem. - Wzru- 
szyła ramionami. - A więc nie wiadomo, czy jestem 
świętą, czy egoistką. Zostawiam tobie rozwiązanie tej 
zagadki, mój młody filozofie. A więc, składamy ofertę 
kupna? 

- Tak, jak tylko je obejrzę. 
-  Bardzo dobrze - rzekła Rhonda z zadowole- 

niem. - Jestem pewna, że ci się spodoba. 

Od tej chwili sprawy potoczyły się szybko. 
Właściciele mieszkania zgodzili się na niższą cenę 

i rozpoczęto przygotowywanie odpowiednich doku- 
mentów. Podniecenie wywołane kupnem mieszkania 
wyzwoliło w Amy dodatkową energię i w ciągu 
dwóch następnych tygodni znalazła nabywcę na 
działkę na wyspie Maui. Sprzedaż sfinalizowano 
zaledwie w kilka dni po kupnie mieszkania w Ho- 
nolulu. 

R

 S

background image

-  Udało się! - wykrzyknęła radośnie, kręcąc się na 

obrotowym krześle, gdy dowiedziała się, że pieniądze 
za działkę wpłynęły do banku. 

W biurze zapanowała radosna atmosfera. Koledzy 

złożyli jej gratulacje, ciesząc się, że odniosła sukces. 

Amy pławiła się w szczęściu. O piątej po południu, 

gdy zostały same w biurze, Rhonda zwróciła się 
do niej: 

-  Co zamierzasz teraz zrobić? Zadzwonisz do ro- 

dziców? 

-  Właśnie się zastanawiałam, jak to załatwić. Uwa- 

żam, że tak ważną sprawę powinnam omówić z nimi 
osobiście. Będą musieli przecież sprzedać swój dom, 
żeby mieć pieniądze na utrzymanie po przyjeździe 
tutaj. 

-  Kiedy chcesz wyjechać? 
- Jak tylko zdobędę pieniądze na bilet w obie 

strony. Oczywiście, jeżeli udzielisz mi urlopu. 

-  Dobrze wiesz, że tak. Ale jak zaoszczędzisz tyle 

pieniędzy przy swoich skromnych dochodach? 

-  Będę musiała sprzedawać więcej nieruchomości 

- uśmiechnęła się Amy. - Albo znów zacznę brać 
udział w konkursach. Widziałam zapowiedź jednego, 
gdzie nagrodą jest wycieczka do Disneylandu. Stam- 
tąd byłoby bliżej. 

-  Ale nie dość blisko. - Rhonda oparła się o biur- 

ko Amy i zastanawiała się chwilę. - Mam inny kon- 
kurs na myśli. 

-  Tak? Nie sądziłam, że interesujesz się konkur- 

sami. 

-  Rzeczywiście, nie interesują mnie konkursy, 

w których o wygranej decyduje szczęśliwy traf. Po- 
stanowiłam sponsorować konkurs dobrej pracy u nas 
w biurze. Agent, który zdobędzie dla nas najkorzyst- 
niejszą transakcję w ciągu tygodnia, licząc od jutra, 
wygra bilet do miasta, które sam wybierze. 

R

 S

background image

-  Rhondo, naprawdę nie musisz... 
-  Oszczędź sobie protestów. Jeszcze nie wiadomo, 

kto wygra. Nie masz tylu kontaktów i powiązań co 
Bob i Carter. Będziesz się musiała dobrze napracować, 
ale jak wygrasz, otrzymasz prowizję przekraczającą 
twoją początkową pensję i darmowy przelot do domu. 

- Wygram na pewno, Rhondo. 
-  Liczę się z tym. Masz pewną przewagę - silną 

motywację i o jeden wieczór więcej. Nie ogłoszę 
konkursu przed jutrzejszym rankiem. Gdybym była na 
twoim miejscu, natychmiast wzięłabym się do pracy. 

-  Zrobię to. Jesteś wspaniała, Rhondo. 
- Jestem kobietą interesu. Czy możesz sobie wyob- 

razić, jak pójdzie sprzedaż, gdy tamci dwaj ruszą do 
walki, żeby cię pokonać? 

Amy wyciągnęła notes z telefonami i otworzyła go 

przed sobą. 

-  Nie mają żadnych szans - rzekła. 
-  O, mają. To ludzie czynu. 
-  I ja też - powiedziała Amy i zaczęła wykręcać 

numer. Gdy rzuciła okiem na swoją szefową, zobaczy- 
ła na jej twarzy uśmiech pełen zadowolenia. 

R

 S

background image

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ 13 

 
Mimo siedmiu nie dospanych nocy Amy powitała 

dzień zakończenia konkursu w euforii, jakiej dotąd nie 
znała. Cóż z tego, jeżeli nawet nie wygra? W tym czasie 
odkryła coś tak istotnego, że sam konkurs wydawał się 
mało ważny. Przekonała się niezbicie, że jej żywiołem 
jest handel nieruchomościami, tak jak to przewidziała 
Rhonda. Po tygodniu pełnym napięcia znała już 
podniecające uczucie walki konkurencyjnej i smak 
sukcesu finansowego. 

Jeśli nie wygra bezpłatnej podróży do domu, to po 

prostu na nią zapracuje. Osiągnęła pewność siebie 
i zaufanie do siebie samej. Toteż gdy Rhonda ogłosiła, 
że zdobyła pierwsze miejsce, nie była nawet szczególnie 
zdziwiona. 

Koledzy i Rhonda nagrodzili jej sukces oklaskami. 

Patrząc na uśmiechnięte twarze Boba i Cartera, uświa- 
domiła sobie, że obydwaj agenci odczuwali taką samą 
pewność siebie, jaką ona zdobyła w trakcie tego 
tygodnia intensywnej pracy. Nie zazdrościli jej zwycię- 
stwa, ponieważ sami czuli się zwycięzcami. 

Trochę później tego samego dnia Rhonda pogratu- 

lowała jej w prywatnej rozmowie. 

- Zabawne w tym wszystkim jest to - rzekła Amy 

- że na początku konkursu myślałam, iż muszę wygrać 

R

 S

background image

za wszelką cenę. A dziś rano uznałam, że to nie ma 
znaczenia. 

-  Miałam nadzieję, że tak się stanie, jeśli naprawdę 

będziesz pracować pełną parą. Sukces rodzi sukces, 
moja droga. Kiedy chciałabyś wyjechać? 

-  W następną sobotę, jeśli to ci odpowiada. Wrócę 

po dwóch tygodniach lub wcześniej, jak tylko wszyst- 
ko załatwię. 

-  Prawdopodobnie zajmie ci to co najmniej dwa 

tygodnie, ale nie ma problemu. Zawiadom mnie, 
którym samolotem przyleci twoja rodzina. Chciała- 
bym ich powitać, a jeśli będzie to odpowiednia pora, 
zaproszę was na kolację. 

- To cudowny pomysł. -Amy uściskała ją serdecz- 

nie. - Rhondo, tyle ci zawdzięczam. 

-  Twoja rola była trudniejsza, Amy. W ciągu 

ostatnich paru miesięcy wiele dokonałaś. Jestem z cie- 
bie naprawdę dumna. 

-  Prawdę mówiąc, ja też jestem dumna z siebie. 
-  Masz do tego pełne prawo. A przy okazji, 

nigdy nie wspominasz tego młodego człowieka, któ- 
ry z tobą przyjechał na Hawaje. Czy jesteście w kon- 
takcie? 

-  Właściwie nie. 
-  Odniosłam wrażenie, że bardzo go lubisz. 
-  Lubię go w dalszym ciągu, ale... są pewne pro- 

blemy. 

-  A czy twoje ostatnie sukcesy pomogą ci w ich 

rozwiązaniu? 

-  Nie wiem. - Popatrzyła jej prosto w oczy. - Mo- 

że teraz się to wyjaśni. 

Tego samego wieczora Amy wybrała numer do- 

mowego telefonu Jacka. Jednak zamiast jego głosu 
usłyszała nagraną informację, że telefon został wy- 
łączony. 

R

 S

background image

Wyłączony? Siedziała przez chwilę zdziwiona 

i wściekła, aż wreszcie przypomniała sobie, że nigdy nie 
dała Jackowi swego numeru. Jeśli teraz nie wiedziała, 
gdzie go szukać, jest to wyłącznie jej wina. 

A może jednak wiedziała? Przecież gdy rozmawiali 

prawie dwa miesiące temu, wspominał, że prawdopo- 
dobnie zaoferują mu pracę w Seattle. Po telefonie do 
biura numerów w Seattle jej podejrzenia się potwier- 
dziły. Jack przyjął najwidoczniej ofertę, bo zamieszkał 
w tym mieście. 

Amy długo zastanawiała się, czy dzwonić do niego 

do Seattle. Jeśli zaczął nowe życie w innym mieście, to 
może znaczyć, że z niej zrezygnował! 

Cóż, jeśli tak, to ona chce usłyszeć to od niego 

wyraźnie, słowami, które położą kres ich znajomości. 
Bez tego nigdy nie uwierzy, że uczucie, które ich 
łączyło, skończyło się bezpowrotnie. 

Znowu podniosła słuchawkę i wykręciła numer 

w Seattle. 

Jack zgłosił się już po drugim dzwonku, głos miał 

wesoły i ożywiony. Widocznie życie w wielkim mieście 
bardzo mu odpowiadało. 

Amy odetchnęła głęboko. 
-  Cześć, Jack. Jak tam twoja nowa praca? 
-  Amy, co za niespodzianka! Oczekiwałem inne- 

go... to znaczy, ktoś miał... 

-  Kobieta? - Amy zacisnęła usta, zła na siebie. 

- Przepraszam, nie odpowiadaj na to pytanie. 

-  Tak. Kobieta. Chciała ze mną przedyskutować 

program dokształcania młodzieży tu, w Seattle. Tutej- 
sze radio zainteresowało się tym, co robiliśmy w Bellin- 
gham, i chcą, żebym spróbował czegoś podobnego, 
lecz na większą skalę. 

-  To wspaniale, Jack. 
Serce Amy wyprawiało dziwne harce. Ta kobieta 

może być znajomą z pracy albo jego ostatnią miłością, 

R

 S

background image

albo jednym i drugim. Ona zaś nie miała prawa go 
wypytywać. 

- A co u ciebie, Amy? 
-  Lecę w sobotę do domu zobaczyć się z rodzicami. 

Mieszkasz po drodze, więc zastanawiałam się, czy nie 
moglibyśmy wypić razem filiżanki kawy i pogadać 
o dawnych czasach. - Modliła się, by jej słowa brzmia- 
ły lekko. 

-  Przylatujesz tu? Na jak długo? 
-  Na dwa tygodnie. A potem razem z rodzicami 

wracam na Hawaje. 

-  A więc znalazłaś im coś? 
-Tak. 
-  I sprzedałaś działkę na Maui? 
-  Sprzedałam. 
-  Fantastycznie. Zmieniasz się naprawdę w agenta 

pierwszej klasy, jeśli już dokonałaś tego, co wszyscy 
uważali za niemożliwe. 

Amy z przyjemnością usłyszała dumę w jego głosie. 
-  Cóż, próbowałam przedstawić wszystko z najlep- 

szej strony. Podkreślałam, że warto kupować ziemię 
tam, gdzie mieszkają sławni ludzie, z dala od wrzawy 
i tłoku. W końcu natrafiłam na małżeństwo, które lubi 
ciszę i które chciało wypróbować swój samochód na 
krętych drogach. A poza tym czarny piasek uznali za 
egzotykę. 

-  Brawo, Amy. A co twoi rodzice o tym sądzą? 
-  Nic im jeszcze nie powiedziałam. Chcę im zrobić 

niespodziankę. Mam nadzieję, że wpadną w zachwyt. 

-  Jestem pewien. 
- A więc znajdziesz chwilę, żeby się ze mną 

spotkać? 

-  Oczywiście. Przyjadę po ciebie na lotnisko i za- 

wiozę do Bellingham. I tak miałem zamiar dowiedzieć 
się, jak postępuje budowa czytelni. 

-  Jack, jestem pewna, że brak ci czasu... 

R

 S

background image

-  Pozwól, że sam o tym zdecyduję. Mam wolne 

soboty i niedziele, więc z przyjemnością pojadę z tobą. 

- No... dobrze - Amy zastanawiała się, gdzie po- 

działa się jej nowo nabyta pewność siebie. Gdy roz- 
mawiała z Jackiem, mówiła jak zalęknione dziecko. 
-To znaczy... świetnie; Zaraz ci podam godzinę 
i numer mojego lotu. 

-  Doskonale. 
Sięgnęła do torebki, wyjęła bilet i przybierając 

rzeczowy ton, odczytała potrzebne informacje. 

-  A więc do zobaczenia - zakończyła energicznie. 
- Amy? 
-  Słucham. 
-  Jesteś cudo, wiesz? 
-  Nie mam pojęcia, o czym mówisz. 
-  Sądzę, że dobrze wiesz. Do widzenia, Amy. 
 
Pięć miesięcy, myślała Amy, idąc wąskim przejś- 

ciem od samolotu do poczekalni lotniska. Wiedziała, 
że ona sama bardzo się zmieniła, natomiast nie miała 
pojęcia, jak ten czas wpłynął na Jacka. 

Na spotkanie z nim po tylu miesiącach Amy włożyła 

swój najnowszy różowy kostium. Wyglądała w nim 
seksownie i bardzo kobieco, ale jednocześnie jak 
kobieta interesu. Włosy puściła luźno na ramiona, bo 
t^ka fryzura podobała się Jackowi. Włosy upięte 
ciasno wokół głowy może lepiej pasowałyby do jej 
obecnego stylu, ale postanowiła wykorzystać wszelkie 
słabostki Jacka. 

Gdy skręciła z korytarza do poczekalni, zatrzy- 

mała się, szukając go wzrokiem wśród ludzi. Zoba- 
czyła go stojącego trochę dalej. Ubrany był w ele- 
gancką sportową marynarkę. Stał swobodnie, z rę- 
koma w kieszeniach, bardzo przystojny, ale jedno- 
cześnie rzeczowy i praktyczny. Jakby jej męski od- 
powiednik. 

R

 S

background image

On też ją dostrzegł. Domyśliła się tego, widząc, jak na- 

gle rozszerzyły mu się oczy i bezwiednie rusza w jej stronę, 
zanim miał czas przybrać bardziej opanowaną pozę. 

- Jack! Jak to cudownie, że znowu cię widzę. 

- Uśmiechała się szeroko jak idiotka, ale nic nie mogła 
na to poradzić. 

Jack oglądał ją od stóp do głów. 
- Amy, wyglądasz przepięknie! 
- Mama chce, abyś zanocował dziś u nas. Możesz 

spać w pokoju Brada. 

- Zgoda - powiedział. 

Amy poruszyła się niepewnie. 

-  Nie uściskasz swojej starej przyjaciółki? 
- Jasne. - Objął ją braterskim uściskiem. 
Coś nagle zbuntowało się w niej na ten bezosobowy 

dotyk i nie zważając na nic, zarzuciła mu ręce na szyję 
i pocałowała w same usta. Poczuła, że jego ramiona 
obejmują ją mocniej. W głowie zakręciło się jej z radości, 
gdy odpowiedział na jej pocałunek z nieoczekiwaną siłą. 
Ciągle ją kochał! 

Po chwili odsunęli się od siebie, obydwoje zaróżo- 

wieni i wzruszeni. W milczeniu wpatrywali się w siebie. 

- A więc, tak to jest - powiedział cicho Jack. 
-  Obawiam się, że tak. Co to za kobieta, Jack, na 

której telefon czekałeś?                                        

-  Nikt. Próbowałem zainteresować się innymi ko- 

bietami, Amy, ale to strata czasu. Obchodzi mnie tylko 
pewna Hawajka. A co z tobą? 

-  Ja nawet się z nikim nie umawiam. Nie mogę 

sobie wyobrazić, żeby ktoś inny trzymał mnie za rękę 
lub całował... 

Ścisnął ją za ramiona. 
-  No chyba! Gdy pomyślę, że mogłabyś być z kimś 

innym, nachodzą mnie mordercze myśli. 

-  Nie martw się. - Uśmiechnęła się do niego. - Nie 

ma potrzeby. 

R

 S

background image

 
Jack pokręcił głową. 
-  Amy, to koszmarna sytuacja. Ja mam nową pracę 

w Seattle, a ty sprzedajesz nieruchomości w Honolulu. 
Co z tego wyniknie? 

-  Nie wiem. 
Objął ją ramieniem i prowadził do sali bagażowej. 
-  Czy jest szansa, żebym się jeszcze zobaczył z tobą 

podczas twego pobytu u rodziców? 

-  Masz na myśli sam na sam? 
-  Dobrze wiesz, co mam na myśli. Zresztą ponosisz 

za to całkowitą odpowiedzialność, pokazując się 
w tym seksownym kostiumie. Czy musimy jechać dziś 
do Bellingham? 

-  Obawiam się, że tak. 
-  Może zadzwonimy do twoich rodziców, że przy- 

jedziemy jutro? 

 Amy westchnęła i oparła się lekko o niego. 
-  Nie mogę, Jack. Muszę być u nich jak najprędzej. 

Nie będzie łatwo zorganizować to przeniesienie na 
Hawaje w ciągu dwóch tygodni. Nie mogę tracić 
ani dnia. 

-  A więc cały czas będziesz bardzo zajęta - zauwa- 

żył rozczarowany. 

-  Może nie tak bardzo - odparła pocieszająco. - A 

jeśli znajdę tylko wolną chwilę, przyjadę do ciebie, do 
Seattle. Byłoby trochę krępujące... robić to w domu 
rodziców. 

-  Rozumiem. Dla mnie też. A gdybym zatrzymał 

się w motelu? 

-  Nie. Byliby zawiedzeni. Mama tak się cieszy, że 

będziesz naszym gościem. 

-  W porządku, Amy. Ale wiesz, naprawdę wy- 

glądasz rewelacyjnie. 

-  Ty też nie najgorzej. Ta sportowa marynarka 

i krawat to twój nowy image? 

Jack uśmiechnął się. 

R

 S

background image

-  Chyba tak. Rozstałem się z koszulkami polo 

i szelkami. Zresztą trochę już z tego wyrosłem. 

-  Boże święty, Jack! Czyżbyśmy się starzeli? 
- Wszystko na to wskazuje. 
-  Zanim się obejrzymy, będziemy urządzać wy- 

przedaże garażowe i pracować w komitetach rodziciel- 
skich. 

-  Jeśli się nie mylę, żeby pracować w komitecie 

rodzicielskim, trzeba mieć najpierw dzieci. 

-  Tak, oczywiście. Miałam tylko na myśli... 
-  Co miałaś na myśli? 

Popatrzyła mu w pełne tęsknoty oczy. 

-  Nic, Jack, nic specjalnego. 
-  Do kroćset! - mruknął i odwrócił wzrok.        
 
W czasie jazdy opowiadali sobie, co im się przyda- 

rzyło w ciągu tych miesięcy, gdy byli z dala od siebie. 
Amy dowiedziała się, że Brzęczyk skończył szkołę i że 
zaproponowali mu posadę disc jockeya po Jacku. 
Steve przeszedł do następnej klasy i miał prowadzić 
szkolny syndykat po Brzęczyku. Przygotowywał się do 
kariery maklera. 

Gdy przybyli do domu rodziców Amy, ojciec 

zaciągnął Jacka do telewizora, a matka snuła opowie- 
ści o swych licznych problemach, jakby chciała wywo- 
łać w niej poczucie winy. 

-  Ale Brad mówił mi, że wszystko u was szło jak 

najlepiej - protestowała Amy. 

-  Nie zwierzałabym się nigdy Bradowi ze swych 

kłopotów. Ma dosyć własnych. 

Amy zrozumiała. Brad był zwolniony od odpowie- 

dzialności za rodziców, bo miał swoją rodzinę. A co by 
było, gdyby ona i Jack zdecydowali, się pobrać? Czy 
matka nauczyłaby się myśleć o problemach własnych 
i ojca? Niestety, Jack nie zgadzał się na wyjazd na 
Hawaje. Nie podobał mu się też zbyt ścisły związek z jej 

R

 S

background image

rodzicami i Amy po kilku miesiącach rozłąki z nimi 
zaczynała go rozumieć. 

Jej irytacja nie trwała długo, gdyż wyobraziła sobie 

radość na twarzach rodziców, kiedy się dowiedzą 
o apartamencie na wyspie Oahu, który im kupiła. Nie 
mogli dostać piękniejszego prezentu, ale zasłużyli 
sobie na to. 

Poczekała z wyjawieniem niespodzianki do połowy 

obiadu. Gdy matka podniosła się, aby zebrać talerze 
i podać deser, Amy przytrzymała ją za rękę. 

-  Jeszcze moment, mamo. Mam dla ciebie i taty 

niespodziankę i chciałabym teraz o niej powiedzieć. 

-  Niespodziankę? - Matka usiadła powoli i rzuciła 

porozumiewawcze spojrzenie ojcu. - Czy to ma coś 
wspólnego z Jackiem? 

 - Nie, właściwie nie. To dotyczy was i waszego 

marzenia o mieszkaniu na Hawajach. 

  - Marzenie!. - prychnął    ojciec. - Rozwiało    się 

przez Philipa. 

 -  Virgil, nie teraz... 
  - W porządku, mamo. Tatuś ma rację. Philip 

zmarnował wasze szanse i ja jestem za to odpo- 
wiedzialna. 

-  A więc co to za niespodzianka? - dopytywał się 

ojciec. 

Amy powiedziała z uśmiechem: 
-  Będziecie mogli mimo wszystko przenieść się na 

Hawaje. Kupiłam dla was apartament w osiedlu mie- 
szkaniowym w Honolulu. 

-  Co zrobiłaś? - Ojciec z hałasem rzucił łyżeczkę 

na stół. 

-  Oszczędzałam od dłuższego czasu, tato. Przy- 

jęłam tę pracę w agencji nieruchomości, aby coś dla 
was wyszukać. Mieszkanie nie jest jeszcze całkowicie 
spłacone, ale przy moich szybko rosnących zarobkach 
powinnam niedługo dać sobie z tym radę. 

R

 S

background image

Matka dwukrotnie otwierała usta, zanim zdołała 

wyszeptać: 

-  Mieszkanie na Hawajach? 
- Jest piękne, mamo. Mam fotografie w pokoju. 

Zaraz je przyniosę. 

Zerwała się od stołu i pobiegła na górę, aby wyjąć 

fotosy z walizki. Ojciec zwrócił się do Jacka. 

- Wiedziałeś o tym? 
-  Powiedziała mi parę miesięcy temu. Wszystko, co 

robiła - wygrywając te konkursy i podejmując tam 
pracę - miało na celu przeniesienie was na Hawaje 
i zrekompensowanie wam utraty oszczędności. 

Pani Hobson kręciła głową. 
- A ja myślałam, że chce się od nas uwolnić. 
-  Wręcz przeciwnie - rzekł Jack. - Zamierza 

osiąść z wami w Honolulu. Wszystko przemyślała. 

Ojciec Amy chrząknął z zakłopotaniem. 
-  Nie wiem, co powiedzieć. Zaskoczyła mnie, to 

pewne. Nigdy bym jej nie posądzał... 

-  Ona jest dorosła, proszę pana. To nie ta roz- 

trzepana dziewczyna, jaką była kiedyś. 

-  Czy powiedziała bratu? 
-  Nie - uśmiechnął się Jack. - Uważała, że Brad ją 

wyśmieje. Chciała udowodnić jemu i wam, że potrafi 
tego dokonać. 

-  Ciągle nie mogę w to uwierzyć - odezwała się 

matka, trąc czoło. 

Amy wbiegła do pokoju z fotografiami w ręku. 

Podała je najpierw matce. 

-  To jest widok z balkonu, czyli z lanai. A tu 

front budynku. Popatrz na te kwiaty, mamo. A tu 
masz kuchnię, widzisz? Została unowocześniona w ze- 
szłym roku. 

Amy stała obok matki i czekała z niecierpliwością,  

aż matka obejrzy zdjęcia i przekaże je ojcu. 

R

 S

background image

-  Całe mieszkanie jest odnowione, tato. A ponie- 

waż to miejskie osiedle, skończy się z koszeniem 
trawników. Jak ci to odpowiada? 

-  Trawnik to żaden problem. - Ojciec obejrzał 

ostatnią fotografię i odłożył je razem na stół. - Bardzo 
ładne miejsce, Amy. 

-  Jestem przekonana, że będziecie zachwyceni. 

Udało mi się dostać dwa tygodnie urlopu, co powinno 
wystarczyć na spakowanie rzeczy i przekazanie wasze- 
go domu do sprzedaży. Radziłabym pozbyć się więk- 
szości mebli i kupić tam nowe. Tamto mieszkanie jest 
zresztą mniejsze, więc... 

-  Dwa tygodnie? - Ojciec wytrzeszczył na nią 

oczy. - Oczekujesz, że się spakujemy i wyruszymy stąd 
w ciągu dwóch tygodni? 

-  Dlaczego nie? To dosyć czasu, żeby złożyć wymó- 

wienie w pracy, a w następny weekend możemy urządzić 
wielką garażową wyprzedaż. Oczywiście, nie 
sprzedamy domu w tak krótkim czasie, ale resztę 
można sfinalizować korespondencyjnie. Jestem teraz 
w tej branży i potrafię to załatwić. 
Matka wstała z krzesła. 

- Virgil, czy mogę pomówić z tobą na osobności? 
-  Oczywiście. 
Ojciec podniósł się i wyszedł z jadalni, z matką 

depczącą mu po piętach. 

Amy opadła na krzesło i spojrzała na Jacka. 
- Trochę są zaskoczeni, ale dojdą do siebie. 
-  Na pewno. 
Jack wyciągnął rękę poprzez stół i uścisnął jej dłoń. 
-  Potrzebują na to trochę czasu, to wszystko. To 

naprawdę wspaniałe, co dla nich zrobiłaś, Amy. 

-  Myślisz, że spodoba im się osiedle? 
-  Widzę, że są zaskoczeni i jeszcze nie dotarło do 

nich, że będą tam mieszkać, ale spodoba im się z pew- 

R

 S

background image

nością. Z tego, co mówiłaś, to idealne miejsce dla 
kogoś, kto marzył o Hawajach. 

-  Naprawdę tak jest. To dzięki Rhondzie, ona je 

wynalazła. 

-  Nie odbieraj sobie zasług, Amy. To ty dokonałaś 

tej wspaniałej rzeczy. 

-  Dziękuję ci, Jack. - Amy uścisnęła mu rękę. Do 

chwili, kiedy rodzice okażą trochę wdzięczności, po- 
chwała Jacka bardzo jej była potrzebna. 

Państwo Hobson wrócili i usiedli przy stole. Wyda- 

wali się zdenerwowani. 

-  A więc - spytała Amy z uśmiechem - uzgodnili- 

ście, co chcecie zatrzymać, a czego się pozbyć? 

-  Nie. - Ojciec składał i rozkładał serwetkę. Potem 

odchrząknął, ale nie patrzył w stronę córki. 

-  Chodzi o to, że my nie chcemy stąd wyjeżdżać 

- rzekł w końcu. 

R

 S

background image

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ 14 

 
Amy zachwiała się. 
-  Chwileczkę, tato. Przecież zawsze twierdziłeś... 
- Wiem, co twierdziłem, Amy. I zawsze ini się 

zdawało, że gdy przejdę na emeryturę, będę chciał 
zamieszkać na Hawajach. Dopiero teraz, gdy usłysza- 
łem o tych dwóch tygodniach... 

-  Nie musisz martwić się o te dwa tygodnie - rzek- 

ła szybko Amy. - Mogę sama wrócić do Honolulu, 
a wy przyjedziecie później. Myślałam, że będzie przyje- 
mniej podróżować razem, ale dwa tygodnie to rzeczy- 
wiście za mało. Widzę to teraz. 

Matka położyła jej rękę na ramieniu. 
-  Nie chodzi tylko o te dwa tygodnie. Nie chcemy 

opuszczać Bellingnam. Lubimy ten dom. Przyzwycza- 
iliśmy się do tych miejsc. Twój ojciec ma tu pracę, któ- 
rą lubi, a nie wiadomo, czy znajdzie coś na Hawajach. 

-  Nie potrzebuje niczego znajdować, mamo. Ma 

przejść na emeryturę. - Amy poczuła, że ogarnia ją 
panika. Po tych wszystkich planach i zabiegach okazu- 
je się, że oni wcale nie chcą tam jechać. Sprawianie im 
przyjemności to istny koszmar. 

-  Przejść na emeryturę i co robić, Amy? - Qjciec 

wzruszył ramionami. - Siedzieć na lanai i patrzeć na 

R

 S

background image

piękny widok cały dzień? Czy oglądać telewizję? 
Zwariowałbym, gdybym nie miał nic do roboty. 

- A więc znajdę ci zajęcie. Sama się tym zajmę. 

Tato, pogoda jest tam nadzwyczajna. Nie ma mrozu, 
ołowianych chmur. Nawet deszcz jest tam ciepły 
i nigdy nie pada śnieg. Mama nie musiałaby nosić 
zimowych płaszczy. Czy nie chciałabyś przestać cho- 
dzić grubo ubrana, mamo? 

Matka popatrzyła na nią ze smutkiem 
-  Przyzwyczaiłam się do Bellingham. Znam sąsia- 

dów, znam sklepy. Musiałabym zawierać nowe przyja- 
źnie, uczyć się żyć w nowym mieście. Mnie tu jest 
wygodnie, Amy. 

- To nie do wiary! - Amy rzuciła serwetkę na stół 

i zerwała się z krzesła. -I co ja mam teraz zrobić? 

-  Sprzedaj to mieszkanie i wróć do domu - odpar- 

ła matka. - My cię tu potrzebujemy. Wiesz, ile miałam 
kłopotów bez ciebie. 

Amy spojrzała na Jacka, ale twarz miał nieprzenik- 

nioną. Nie chciał jej do niczego namawiać, ale z pew- 
nością podzielał zdanie matki. 

- Mogę sprzedać mieszkanie - powiedziała mart- 

wym głosem - ale nie mogę wrócić tu przed upływem 
osiemnastu miesięcy. Podpisałam umowę z Rhondą, 
moją szefową, na dwa lata. 

Matka przycisnęła ręką serce. 
-  Dwa lata! Nie mówiłaś o tym przedtem. 
-  Byłam pewna, że zabiorę was na Hawaje dużo 

wcześniej. Liczyłam, że załatwię wszystko w pół roku 
i dopięłam tego. Tylko że na próżno. 

-  Nie wszystko, Amy. - Jack po raz pierwszy za- 

brał głos. - Robisz karierę w handlu nieruchomoś- 
ciami. 

-  Tak, masz rację - roześmiała się gorzko. - Za- 

bawne, prawda? Moim jedynym celem było pomóc 
rodzicom, a w końcu okazuje się, że tylko ja jedna 

R

 S

background image

odniosę z tego jakąś korzyść. Nie potrafię z wami 
wygrać. - Głos jej ochrypł z emocji. 

-  Amy, bardzo cenimy to, co dla nas zrobiłaś 

- odezwał się ojciec. - Może tylko powinnaś naradzić 
się z nami na początku. Ale serce masz na właściwym 
miejscu. 

-  Świetnie! - Amy uderzyła dłońmi o blat stołu. 
- Mała Amy ma dobre serduszko. A teraz wybaczcie, 

muszę zatelefonować. Rhonda miała przygotować dla 
was owacyjne powitanie. Muszę ją uprzedzić, żeby 
dała sobie z tym spokój i wystawiła mieszkanie na 
sprzedaż. 

Prawie płacząc, pobiegła na górę do swego pokoju. 

Chciała odbyć tę rozmowę bez świadków. 

Telefon odebrał Bob i poprosił Rhondę do aparatu. 
-  Jak się czuje moja wspaniała pracownica? 

Słysząc to wesołe powitanie, Amy wzruszyła się do łez. 

-  Nie najlepiej, Rhondo. Moi rodzice nie chcą 

zamieszkać w osiedlu. 

-  Nie podoba im się to mieszkanie? Możemy je 

sprzedać i poszukać czegoś innego. 

-  Nie, oni w ogóle nie chcą przenieść się do 

Honolulu. Postanowili zostać w Bellingham. 

-  Och, Amy! - Głos Rhondy był pełen współczu- 

cia. - Perspektywy waszego wspólnego życia były ta- 
kie wspaniałe! A teraz odmawiają wyjazdu? Może 
jeszcze zmienią zdanie. 

-  Nie chcę ich przekonywać zbyt usilnie, bo gdyby 

później okazało się, że źle się tu czują... 

-  Rozumiem. To oni muszą chcieć przyjechać, bo 

gdyby im się tu nie podobało, obciążyliby ciebie całą 
winą. Nie ma sensu ich namawiać. Ale jak poradzą 
sobie sami przez półtora roku? 

-  Nie wiem, muszę coś wymyślić; 
Rhonda milczała przez chwilę, a potem rzekła bez 

śladu goryczy w głosie: 

R

 S

background image

- Amy, możesz uważać naszą umowę za niebyłą. 

Zwalniam cię z zobowiązań względem mnie. Twoja 
rodzina cię potrzebuje. 

-  Nie mogę na to pozwolić. Po tym, co dla mnie 

zrobiłaś... 

-  Owszem, możesz. Sytuacje się zmieniają. Gdybyś 

wiedziała, że rodzice nie mają zamiaru tu przyjechać, 
nie przyjęłabyś mojej oferty, prawda? 

-  No tak. Ale tak nie postępuje człowiek inte- 

resu. 

-  Wiem, co robię. Gdybyś ciągle się martwiła 

o rodziców, przestałabyś być wzorową pracownicą 

-  Tak było przez ostatnie pół roku i jakoś dałam 

sobie radę, a oni też. 

-  Bo telefonowałaś do nich co tydzień i wiedziałaś, 

że opuściłaś ich na krótko. Mówiąc szczerze, chciała- 
bym cię zatrzymać, dopóki nie wyrobisz sobie dobrej 
pozycji zawodowej, ale w tych warunkach nie sądzę, 
abyś do tego dążyła.                                            

-  Prawdopodobnie nie. 
Po raz pierwszy Amy poczuła niechęć i żal do 

swoich rodziców. Rhonda miała rację, że aby osiągnąć 
sukces, trzeba pracować w atmosferze akceptacji i po- 
parcia, z jakimi spotkała się u niej. A rodzice wymagali 
tylko, aby mieszkała blisko nich. 

-  Idź, Amy, i powiedz rodzicom, że wracasz do 

domu na stałe. Przyleć tu, kiedy ci będzie wygodnie. 
Pomogę zlikwidować twoje sprawy i zorganizować 
powrót do Bellingham. Możesz zająć się handlem 
nieruchomościami również w Seattle, bo masz do tego 
rzeczywisty talent. 

Amy odetchnęła głęboko. 
-  Dzięki za wszystko, Rhondo. Jak zawsze, okaza- 

łaś się wspaniałą przyjaciółką. Zawiadomię cię, kiedy 
przylecę. 

R

 S

background image

-  Doskonale. I nie martw się. Wszystko się ułoży. 

Zobaczysz. 

Amy schodziła na dół z zamętem w głowie. Rodzice 

będą oczywiście zachwyceni wiadomościami. I Jack 
też. Czy anulowanie umowy z Rhondą jest szansą na 
wspólną przyszłość z Jackiem? Chyba tak. Wydaje się, 
że może mieć teraz aprobatę rodziny, karierę i męż- 
czyznę, którego kocha. 

W jadalni matka podawała czekoladowe ciasto na 

deser, a ojciec z Jackiem dyskutowali o sporcie. Jak 
mogli być tak spokojni, gdy jej cały świat trząsł się 
w posadach? 

Jack pierwszy przerwał rozmowę i spojrzał na nią 

niespokojnie. 

-  Rozmawiałaś z Rhondą? 
-  Tak. Powiedziała, że jest gotowa zwolnić mnie 

z mojego dwuletniego kontraktu. 

  Rodzice powitali wiadomość okrzykami radości, 

lecz Amy wpatrywała się w Jacka, ciekawa jego 
reakcji. Oczy mu rozbłysły, lecz zaraz się opanował. 
   - I co zamierzasz? 

-Wrócić do domu, oczywiście - odpowiedziała 

za nią matka z uśmiechem zadowolenia. -To prze- 
znaczenie, Amy. Pojechałaś tam, aby odkryć, jaka 
praca ci odpowiada, a teraz możesz handlować nie- 
ruchomościami tu, w Bellingham - rzuciła ukradko- 
we spojrzenie na Jacka - lub w Seattle. To nie jest 
daleko. 

-  Rzeczywiście, niedaleko. - Amy ciągle obserwo- 

wała Jacka. 

Jego błękitne oczy były nieodgadnione. 
-  A więc anulujesz umowę? 
-  Sądzę, że tak. 
Powoli uśmiech rozjaśnił mu twarz. 
-  Chciałem się tylko upewnić - rzekł. 

R

 S

background image

- Tak? - Uniosła brwi. - Dlaczego? 
-  Później o tym porozmawiamy. Słuchaj, miałem 

zamiar zajrzeć teraz do studia i zobaczyć, co porabią 
Brzęczyk. Może przejechałabyś się ze mną? Steve ma 
tam być i chce cię zobaczyć. 

-  Z przyjemnością. 
Serce Amy waliło jak szalone. O czym Jack chce 

z nią pomówić? Ona sama myślała tylko o jednym: 
o wspólnej przyszłości z Jackiem, która nagle znalazła 
się w zasięgu ręki. 

Pół godziny później ruszyli w kierunku zatoki. 

Słońce jak pomarańczowy balon chyliło się właśnie ku 
linii horyzontu. 

-  To nie jest droga do radia - zauważyła Amy. 
-  Do dziesiątej mamy mnóstwo czasu. Pomyśla- 

łem, że może zechcesz dla odmiany popatrzeć na za- 
chód słońca z tej strony oceanu. 

-  Świetnie. - Zerknęła na jego profil i włosy roz- 

wiane pędem powietrza wpadającego przez otwar- 
te okno. Choć ręce spoczywały swobodnie na kie- 
rownicy, zaciśnięte usta zdradzały skupienie i pew- 
ne napięcie. Zatrzymał samochód w miejscu, skąd 
mogli obserwować słońce, powoli zanurzające się 
w morzu. 

-  Musisz przyznać, że nie jest to najgorsze miejsce 

do życia. 

-  Nigdy nie twierdziłam inaczej. Szczególnie w le- 

cie, gdy jest ciepło i deszcz nie pada zbyt często. 
Gdybym wystąpiła ze swoją propozycją do rodziców 
w lutym, może ich reakcja byłaby inna. 

- Wątpię. 
- Ja właściwie też. Zmienili zdanie co do Ha- 

wajów. Niestety, nie uświadomili sobie tego wcze- 
śniej. 

Jack ujął jej dłoń i gładził z czułością. 

R

 S

background image

-  Dostałaś w kość, Amy. Wiem, ile się napracowa- 

łaś, żeby urzeczywistnić ich marzenia, i ile musiałaś 
poświęcić. 

-  Obydwoje wiele poświęciliśmy, Jack. 
-  Tak, to prawda. Ale teraz nadszedł czas, żeby 

skończyć z poświęceniami. Wyjdź za mnie, Amy. 

Zaczęła drżeć, choć dawno czekała na te słowa. Nie 

zapomni tej chwili do końca życia. Będzie pamiętać, 
jak słońce rzucało ciepły, pomarańczowy blask na 
wodę, łodzie i pełną miłości twarz Jacka. Dotknął ręką 
jej policzka. 

- Robisz wrażenie oszołomionej. Czy mam po- 

wtórzyć pytanie? 

Amy skinęła głową. 

  - Tak. Marzę, żeby to jeszcze raz usłyszeć - szepnęła. 
 -  Miło mi - uśmiechnął się czule. - Proszę cię, 
wyjdź za mnie, Amy. .Chcę, żebyś dzieliła ze mną 
życie, wszystko. - Głos mu się załamał. - Bardzo cię 
kocham! 

-  I ja ciebie kocham. Oczywiście, że wyjdę za ciebie. 

Jego pocałunek był ciepły jak zachodzące słońce. 

Amy splotła ręce za jego głową i przytuliła go do siebie. 

Gdy zaczęła budzić się w nich namiętność, Jack 
położył dłoń na jej piersi i usiłował przesunąć się na jej 
fotel, ale bez powodzenia. W końcu zaśmiał się roz- 
bawiony. 

-  Kocham ten samochód, ale nie wtedy, gdy chcę. 

cię pocałować. Gdzie możemy pojechać? 

-  Nigdzie, Jack - odparła Amy. - Mamy się spot- 

kać z Brzęczykiem i Steve'em, zapomniałeś? 

-  A potem wracamy do domu twoich rodziców 

i śpimy w osobnych łóżkach - rzucił, krzywiąc się. 

-  Tak, ale mam pewien plan. Pojadę jutro z tobą do 

Seattle i zostanę do poniedziałku. Będziemy mieli dla 
siebie całą noc. 

R

 S

background image

- Dobrze. A kiedy wrócisz tu na stałe? 
- Myślę, że z pomocą Rhondy bardzo prędko. 
- Wspaniale. Teraz, kiedy już powiedziałaś „tak", 

nie wytrzymałbym długo bez ciebie. Tak bardzo chcę 
już być z tobą. 

Znowu ją pocałował, aż do utraty tchu. 
-  Lepiej jedźmy już do radia - rzekła Amy, delikat- 

nie go odsuwając. - Brzęczyk byłby bardzo rozczaro- 
wany, gdybyś się nie pokazał. 

- Wolałbym pojechać z tobą do najbliższego motelu. 
-  Nie mamy na to czasu. Zresztą zanim się obej- 

rzysz, już będzie jutro. 

- Wątpię. - Jack z ociąganiem przekręcił kluczyk 

w stacyjce. - Ale nie powinienem narzekać. Jeszcze 
dwie godziny temu nie miałem nadziei, że cię zdobędę. 

Amy ścisnęła go za ramię. 
-  Życie nie mogłoby być dla nas tak okrutne. 
-  Okazuje się, że nie. Ale jedźmy obejrzeć Brzęczy- 

ka przed mikrofonem. 

Po kilku minutach Amy stała ze Steve'em za szybą 

studia i przyglądała się zaimprowizowanej scence, 
którą Jack i Brzęczyk odgrywali dla słuchaczy. 

-  Brzęczyk jest dobry, prawda? - rzekł Steve, pę- 

kając z dumy. 

- Tak, bardzo dobry. Ty też świetnie się prezen- 

tujesz. 

-  Podoba się pani? Nie wyglądam głupio? W szkole 

prawie mnie nie poznali. 

- Mogę to zrozumieć. 
-  Nie podobały się pani moje fioletowe włosy? 
- Miały pewien charakter, ale chyba nie nadawały 

się dla kogoś, kto chce działać w świecie biznesu. 

-  No właśnie. I stopnie mam coraz lepsze. Może 

uda mi się pójść na kurs zarządzania. 

- Widzę, że masz wspaniałe plany, Steve. 

Pogładził się po krótko obciętych włosach. 

R

 S

background image

-  Wszystko się zaczęło od tego, że poszedłem z Brzę- 

czykiem do biura maklerskiego jego rodziców. Zwaliło 
mnie po prostu z nóg: te komputery, monitory, wiado- 
mości z giełdy nowojorskiej co chwila na ekranie. 
Powiedziałem Brzęczykowi, że to coś dla mnie. A on na 
to, że owszem, może dojdę do czegoś, ale najpierw muszę 
zmienić wygląd. I wziął mnie do fryzjera, a potem kupił 
ubranie. Zapisałem, ile wydał. Kiedyś mu to zwrócę. 
Podpisałem umowę, taką jak z panią w zeszłym roku. 

Amy wpatrywała się w niego zaskoczona. Po raz 

pierwszy wygłosił takie przemówienie. Zmiana, która 
w nim zaszła, była szokująca. 

-  Aha, jeszcze jedno, mam dziewczynę - dodał 

nieśmiało. 

-  Ładna? 
-  Jeszcze jak! Ale powiedziałem jej, że muszę 

najpierw ustawić się w życiu, zanim będę mógł pomyś- 
leć o czymś poważniejszym. 

-  Bardzo rozsądnie - pochwaliła Amy. 
-  A co pani robi na Hawajach? Jack mówił, że pani 

przyjechała tylko z krótką wizytą. 

-  Tak miało być, ale możliwe, że zostanę już na stałe. 
-  To naprawdę wspaniale! A ja zrozumiałem, że 

jakaś dama kształci tam panią w sprzedaży nierucho- 
mości i że to musi potrwać dwa lata. 

-  Takie było założenie - odparła Amy speszona. 

- Ale ta pani zgodziła się zmienić umowę. 

-  Aha. Pewnie pani tego nie podpisała, inaczej 

wymagałaby, żeby pani została do końca. 

Amy unikała spojrzenia w uczciwe oczy chłopca. 
-  Prawdę mówiąc, podpisałam taką umowę, lecz 

sytuacja na tyle się zmieniła, że ona sama zapropono- 
wała jej anulowanie. 

-  Podpisała pani kontrakt? 
- Tak. 
-  Więc musi go pani dotrzymać. 

R

 S

background image

-  Zwykle tak jest. Ale ten przypadek jest wyjąt- 

kowy. 

-  O, diabli! - Steve pokręcił głową. -A ja myś- 

lałem, że podpisanie kontraktu to jest naprawdę coś 
poważnego. Położenie swego podpisu i tak dalej. 

Amy przypomniała sobie własne słowa, które on 

teraz cytował, i poczuła się bardzo niezręcznie. 

Spojrzała w głąb studia, gdzie Jack i Brzęczyk śmiali 

się z jakiejś uwagi słuchacza, który do nich zatele- 
fonował. Jack spotkał jej spojrzenie i przesłał jej 
całusa. Amy odpowiedziała mu uśmiechem, ale zły 
nastrój jej nie opuszczał.                                      

Gdy wyszli razem z radia, Jack zaproponował 

przejażdżkę do jakiegoś ustronnego miejsca, ale Amy 
wymówiła się zmęczeniem. 

-  Masz rację, to był męczący dzień dla ciebie, lecz 

gdy już raz znajdziemy się u twoich rodziców, nie będę 
mógł nawet cię porządnie pocałować - narzekał Jack. 
- Czeka mnie straszna noc. Powinienem zażyć jakąś 
pigułkę na sen. - Jednak posłusznie ruszył w stronę 
domu państwa Hobson.                                       

Gdy weszli do domu i na palcach szli na górę, Jack 

objął ją i pocałował. 

-  Nie rób tego, Jack - szepnęła. 
-  Odchodzę od zmysłów! 
-  Ja też. Wiesz, że cię kocham, Jack. 
-  Udowodnij to! 
-  To stary kawał. Zresztą już to udowodniłam. 
-  Właśnie dlatego wariuję. Pamiętam, jak świetnie 

potrafisz to udowadniać. 

-  Dobranoc, Jack. 
-  Dobranoc, Amy - westchnął ciężko. 
Dla Amy była to jedna z najdłuższych nocy w jej 

życiu. I to nie z powodu erotycznych marzeń. Głęboko 
poruszyła ją uwaga Steve'a o ważności podjętego 
zobowiązania i powołanie się na jej własne słowa. 

R

 S

background image

Rhonda zasługiwała na to, aby dotrzymać umowy. 

Tylko co z rodzicami? Według opinii Brada dawali 
sobie nieźle radę, a Amy zbytnio pozwalała się wyko- 
rzystywać. 

Teraz po raz pierwszy zaciążyło jej uzależnienie 

od rodziców. Chciała być wolna, realizować własne 
cele. Dochodziła powoli do wniosku, że odseparo- 
wanie się od ojca i matki może okazać się korzystne 
dla wszystkich. 

Ale co z Jackiem? Parę godzin temu zgodziła się 

zostać jego żoną. I, och, jak bardzo tego pragnęła. 
Chciała budzić się co rano u jego boku, mieć z nim 
dzieci, dzielić z nim wszystko, od romantycznych 
kolacji we dwoje do hydraulicznych awarii. Kochała 
go ponad wszystko. Wszystko? A jej honor? 

Amy spojrzała na zegarek. Była piąta rano. Zerwała 

się ź łóżka i pobiegła boso do jego pokoju. 

- Jack? 
Odpowiedział natychmiast, jakby też nie spał. 
- Amy? Chodź tutaj. Nie myślałem, że będę musiał 

czekać na ciebie całą noc. 

- Jack, ja nie po to przyszłam. Wracam na Hawaje. 
- Wiem, ale na krótko. Wcale mnie to nie cieszy, 

lecz... 

-  Nie, jadę dotrzymać umowy. Zostanę tam pełne 

dwa lata. 

R

 S

background image

 

 

 

 

ROZDZIAŁ 15 

 
Jack włączył nocną lampkę i zamrugał gwałtownie. 
- Poczekaj chwilę. Powtórz to, co powiedziałaś. 

Amy z trudem przełknęła ślinę. 

-  Rozmawiałam ze Steve'em, gdy ty byłeś w studiu. 

Dyskutowaliśmy o kontraktach. Steve przypomniał 
mi coś, o czym wiedziałam, lecz było mi wygodniej 
zapomnieć. Dałam słowo Rhondzie i mam zamiar go 
dotrzymać. 

-  Dałaś słowo także mnie - rzekł spokojnie. 

- Zgodziłaś się zostać moją żoną.  

- To prawda. I chcę za ciebie wyjść. Ale nie 

obiecywałam pozostać w stanie Waszyngton. 

Oczy mu zbielały z gniewu. 
- To było oczywiste. Pamiętasz chyba, że najpierw 

upewniłem się, czy zdecydujesz się anulować kontrakt, 
zanim ci się oświadczyłem. 

- Mimo to fakt pozostaje faktem, że nie mówiłeś, 

gdzie mamy zamieszkać. Nic nie stoi na przeszkodzie, 
żebyśmy się pobrali. Ja dotrzymam słowa, ale po- 
zostanę na Hawajach jeszcze przez co najmniej pół- 
tora roku. 

-  Co najmniej? 
- Jeśli rzeczywiście zrobię tam karierę, mogę pozo- 

stać dłużej. Potrzebuję osiemnastu miesięcy, żeby 

R

 S

background image

wypełnić zobowiązania wobec Rhondy, ale powinnam 
też sama siebie sprawdzić, co rzeczywiście potrafię. 
Jeżeli w ciągu dwóch lat wyrobię sobie markę, była- 
bym głupia, gdybym natychmiast wracała tylko dlate- 
go, że.... tylko dlatego... 

-  Że kogoś pokochałaś - dokończył Jack z gory- 

czą. - Niech Bóg broni, żebyś poświęciła coś z takiego 
powodu. 

-  Wywracasz wszystko do góry nogami, żeby udo- 

wodnić, że cię nie kocham, a to nieprawda, Jack. 
Proszę cię, spróbuj mnie zrozumieć. Ty zawsze wie- 
działeś, co chcesz robić w życiu, i udawało ci się osiągać 
sukcesy. Ja dopiero zaczynam odkrywać prawdę o so- 
bie. Nie mogę wszystkiego przekreślić. 

-  W porządku, zapomnij o mnie. Ale byłaś też 

przekonana, że rodzice nie dadzą sobie rady bez ciebie. 
 Już się tym nie martwisz? 

 - Doszłam do wniosku, że wręcz ich zachęcałam do 

tego, aby na mnie polegali. Widzę, że przez ostatnie pół 
roku świetnie sobie radzili. Brad zawsze mi to mówił, 
ale mu nie wierzyłam i dopiero dziś to rozumiem. 

-  To już coś - rzekł Jack. - Wierzę ci. Ale dlaczego 

musisz pracować na Hawajach? Rhonda zwalnia cię 
z kontraktu bez oporów. Zostań w Seattle, zrób tutaj 
karierę, a wtedy będziemy razem. 

- Czy nie rozumiesz, że Rhonda zwolniła mnie, 

gdyż sądzi, że rodzice potrzebują mojej opieki? Teraz, 
gdy wiem, że tak nie jest, zerwałabym umowę pod 
fałszywym pozorem. Nie mogę tak postąpić. 

-  Nie możesz czy nie chcesz? 
-  Nie chcę! 
-  Amy, na litość boską! 
-  Gdybyś był moim prawdziwym przyjacielem, 

zrozumiałbyś. 

-  Nie jestem twoim przyjacielem, do pioruna! Jes- 

tem facetem, który tak cię kocha, że traci rozum. 

R

 S

background image

- Myślę, że powiedziałeś już wszystko, Jack. Idę się 

ubrać i powiedzieć o wszystkim rodzicom. Odwieziesz 
mnie na lotnisko czy mam wypożyczyć samochód? 

-  Odwiozę cię i radzę, żebyś wzięła bilet na dzisiaj. 
- Domyślałam się, że tak będziesz wolał. 
Amy wyszła, zamykając cicho drzwi za sobą. Schro- 

niła się do łazienki i dopiero gdy znalazła się pod 
prysznicem, pozwoliła sobie na płacz. 

 
Trzygodzinna jazda na lotnisko w Seattle minęła 

W milczeniu. Amy i Jack pożegnali się, nawet nie 
podając sobie rąk. Całą drogę Amy piła koktajle, a po 
przyjeździe szarpnęła się na taksówkę, aby jak najszyb- 
ciej być w domu. Cieszyła się, że nikt na nią nie czekał. 
Chciała być sama. 

Dopiero następnego dnia zadzwoniła do Rhondy 

i zaprosiła ją na lunch. Przy sałatkach i winie wylała 
przed szefową wszystkie swoje żale. 

- Tak więc wróciłam dopełnić umowy, jeśli mnie 

chcesz - dokończyła. 

-  Oczywiście, że chcę, ale czy nie powinnaś wrócić 

do tego młodego człowieka? Widzę, że go kochasz. 

- Niestety, tak. Ale jeśli on nie rozumie, dlaczego 

musiałam tu wrócić, to nie ma dla nas żadnych szans. 
Musi uszanować moje zasady. 

- Mając słuszne zasady, można pozostać bardzo 

samotną, kochanie. 

- Właśnie się o tym dowiaduję. -Amy uniosła 

brodę. - Ale byłoby mi gorzej, gdybym żyła w prze- 
świadczeniu, że postąpiłam wbrew sobie. Może będę 
samotna, ale jestem zadowolona ze swojej decyzji. 

- A więc sprawa skończona. - Rhonda uśmiech- 

nęła się. - Wszystko będzie dobrze, gdy zajmiesz się 
pracą. A propos, mam amatorów na twoje mieszkanie. 

- Wycofamy je ze sprzedaży. 
- Dlaczego? 

R

 S

background image

-  Jeśli zostaję, równie dobrze mogę je spłacić, jak 

płacić czynsz za inne. 

-  Widzę, że zapuszczasz korzenie. 
-  Dokładnie. A wkrótce zakwitnę i dojrzeję. 
-  Już dojrzałaś, Amy. - Rhonda uścisnęła jej dłoń. 

- Moje gratulacje. 

 
Amy doszła do wniosku, że mieszkanie w osiedlu 

idealnie odpowiada jej potrzebom. Przyzwyczaiła się 
jadać kolacje na lanca każdego wieczoru, gdy nie była 
umówiona z klientami. Obserwowała morze, światła 
na brzegu, księżyc, a czasem widywała księżycową 
tęczę. Zmuszała się, aby patrzeć na nią suchymi oczy- 
ma. Gdy zaczęła więcej zarabiać, zafundowała sobie 
odtwarzacz stereofoniczny oraz album z nagraniami 
Simona i Garfunkela, aby słuchać znowu swej ulubio- 
nej piosenki. 

Zaprzyjaźniła się zjedna z sąsiadek, wdową, której 

też brakowało trochę towarzystwa. Siadywały więc 
czasem we dwie na lanai i rozmawiały. Edith umiała 
słuchać i po jakimś czasie Amy opowiedziała jej 
o Jacku. Odkryła wtedy, że rozmowa o człowieku, 
którego kochała, lecz z którym musiała się rozstać, 
była rodzajem terapii. 

W miarę jak przybywało jej klientów Amy spędzała 

z nimi coraz więcej czasu, a lanai często świeciło pustką. 
Nie miała też kiedy zająć się urządzeniem mieszkania, 
^ale nabyła komplet wyplatanych mebli, które nadały 
wnętrzu egzotyczny charakter. Pewnej soboty kupiła tyle 
roślin doniczkowych, ile mogła zmieścić do samochodu, 
i zawiozła do domu. Jednak brakowało jej czasu, aby je 
pielęgnować, więc w akcie rozpaczy dała klucze do 
mieszkania sąsiadce i poprpsiła o pomoc. 

Wkrótce mieszkanie Amy stało się uroczą dżunglą, 

cudownym schronieniem po pełnych napięcia i wysiłku 
dniach pracy. 

R

 S

background image

Po jednym takim szczególnie trudnym dniu, gdy 

jej całym obiadem była zjedzona w pośpiechu kana- 
pka, a kolacji nie jadła wcale, Amy wróciła do 
domu o dziesiątej i z westchnieniem ulgi włożyła 
klucz do zamka. Ku jej zdumieniu drzwi były ot- 
warte, a z wewnątrz dochodziła melodia Simona 
i Garfunkela. 

-  Edith? - spytała głośno, zdziwiona, że sąsiadka 

podlewa kwiaty o tak późnej porze. 

Głos, który jej odpowiedział, nie był głosem są- 

siadki. 

-  Edith poszła spać, ale przedtem ucięliśmy sobie 

miłą pogawędkę. 

Amy stanęła jak wryta, widząc przed sobą Jacka. 
-  Co?... co?-jąkała bezradnie. Teczka z doku- 

mentami upadła na podłogę. 

- Zrobiliśmy sobie parę kanapek, ale nie widział 

łem nigdzie twojego ulubionego serka do kraker- 
sów. A płyta jest bardzo dobra. Przegrałem ją 
parę razy. 

Jack opadł swobodnie na tapczan Amy i założył 

ręce za głowę. 

- To miła pani, ta Edith. Siedziałem ze dwie 

godziny pod twoimi drzwiami, zanim mnie zauważyła 
i zapytała, co tu robię. 

Amy ciągle patrzyła zaskoczona na niego i przepię- 

kne lei leżące na stoliku do kawy. 

-  A więc przedstawiłem się - ciągnął Jack swoboda 

nym tonem - i okazało się, że o mnie słyszała. Uznała, 
że nie będziesz miała nic przeciwko temu, bym zaczekał 
w środku. 

-  Nie mogę uwierzyć, że tu jesteś. Pracowałam dziś 

tyle godzin, może ja śnię?f 

-  Nie śnisz, Amy. Przybliż się, nie zniknę, nie 

bój się. 

Jack wziął ze stolika wieniec z kwiatów. 

R

 S

background image

-  Przywiozłem to dla ciebie. Twój pierwszy był już 

zbyt suchy, żeby dobrze znieść podróż. Pozwól, włożę 
ci go na szyję. 

Nie odrywała od niego oczu, gdy układał wieniec na 

jej ramionach. 

-  Teraz na pewno się obudzę - szepnęła. 
-  Nie, Amy. To ja się obudziłem. Pozostałem 

twoim starym przyjacielem, ale zarazem kimś, kto cię 
bardzo kocha. Wybacz mi, że byłem takim głupcem. 

-  Nigdy cię nie potępiałam, Jack. Twoja kariera jest 

równie ważna, jak moja. Jak mogłabym żądać, abyś ją 
porzucił, jeśli nie byłam gotowa zrobić tego samego? 

-  Mogłabyś. Moja pozycja była już ustalona. Mnie 

łatwiej się-przenieść. 

-  Przenieść? 
-  Tak. Porzuciłem pracę w Seattle. Jutro rozpocznę 

starania o pracę tutaj.                

-  I przeprowadzasz się do Honolulu? 
-  Tak - uśmiechnął się. - Mój samochód już tu 

jedzie. 

-  Twój samochód jest w drodze? 
-  Tak, a jeśli utonie, bank obedrze mnie ze skóry. 
-  Nie mogę w to uwierzyć. 
-  Zaryzykowałem, wierząc, że honor naprawdę 

nakazuje ci dotrzymywać słowa. A parę miesięcy temu 
obiecałaś mnie poślubić. 

Amy skinęła głową, niezdolna wymówić słowa 

i czując, jak serce łomocze jej w piersi. 

-  Amy, czy jesteś kobietą honoru? 
Amy przesunęła opuszkami palców po jego policz- 

ku, bojąc się, że za chwilę się rozszlocha. Przyjechał tu 
do niej! Jack był z nią i ciągle ją kochał! 

Rzuciła mu się w ramiona, mocząc mu łzami 

koszulę i gniotąc kwiaty. Jack kołysał ją czule w ramio- 
nach i gładził ciemne włosy. 

-  Tyle cierpień ci sprawiłem, Amy. Przepraszam. 

R

 S

background image

Amy spojrzała na niego przez łzy. 
- To już nie ma znaczenia. Nic nie ma znaczenia, 

gdy jesteśmy razem. Kocham cię, Jack. 

-  Wykazujesz mało rozsądku, kochając mnie, jak 

twierdziła Edith, ale nie mam ci tego za złe. - Ścierał 
łzy z jej policzków. - Będę się starał być godny twojej 
miłości: 

Amy śmiała się uszczęśliwiona. 
- Jack, kiedy wreszcie przestaniesz się usprawied- 

liwiać, a zaczniesz mnie całować? 

Namiętność natychmiast zapłonęła w jego oczach. 
-  Uważaj przeprosiny za zakończone - rzekł 

ochrypłym głosem i zbliżył usta do jej warg. 

Amy odpowiedziała na jego pocałunki z siłą i ża- 

rem, które ją samą zadziwiły. Nie zdawała sobie 
sprawy, jak bardzo za nim tęskniła. Potem wstała 
i wyciągnęła do niego rękę. Posłusznie podniósł się 
i podążył za nią do sypialni. Bez słów rozbierali się, 
wpatrując się w siebie spragnionym wzrokiem. 

- Tyle samotnych nocy - szepnął Jack. 
-  Już się skończyły. 
Całował ją z wielką czułością, układając ją na 

miękkich, chłodnych prześcieradłach. Kwiaty na jej 
ramionach wydzielały słodką woń, którą Amy tak 
dobrze pamiętała. Pożądanie przyprawiało ją o zawrót 
głowy. 

- Teraz - szepnęła, gdy poczuła na sobie jego 

ciało. - Proszę cię, Jack. 

- Amy, moje kochanie. 
Amy obejmowała go z całej siły, a on nie spuszczał 

z niej wzroku, gdy i bez słów mówili sobie językiem 
miłości, ile dla siebie znaczą. 

- Jack - zapytała długo potem Amy - czy napra- 

wdę będziesz tu szczęśliwy? Wiem, że Hawaje nie są 
twoim ulubionym miejscem, a może upłynąć parę lat, 
zanim będę mogła przenieść się na kontynent. 

R

 S

background image

Oparł się na łokciu i patrzył na nią oczyma błysz- 

czącymi miłością. 

-  Parę lat raju? Myślę, że to wytrzymam. 
-  Nie, Jack. Mów poważnie. Dla ciebie to nie 

jest raj. 

Przesunął palec przez dolinkę między jej piersiami. 
-  W ostatnich miesiącach dowiedziałem się czegoś 

o raju. 

-  Tak? - Drżała pod jego delikatną pieszczotą. 
- Tak. Raj zmienia miejsce. Raz jest tu - pochylił 

się i pocałował jej pierś - a innym razem tu - dokoń- 
czył, składając następny pocałunek. 

-  I jaki z tego wniosek? - zapytała, czując nowy 

przypływ pożądania. 

-  Że raj podąża za tobą. 
-  Nieprawda, Jack - poprawiła go Amy, zbliżając 

usta do jego warg. - Raj jest tam, gdzie my. 

R

 S


Document Outline