background image
background image

Edmund Cooper

Zdobywca przestworzy 

(The Cloud Walker)

Przełożyła Blanka Kuczborska

„W  latach  1811-1812  luddyści  niszczyli  maszyny  trykotarskie,  parowe  krosna
mechaniczne  i  postrzygarki  w  hrabstwach  Nottingham,  Derby,  Leicester  i  York;  ich
ruch odrodził się jeszcze w roku 1916. Nazwa luddyści pochodzi od imienia Ned Ludd
– był to niedorozwinięty chłopiec z hrabstwa Leicester, który nie mogąc jakoby złapać
jednego  ze  swoich  dręczycieli,  w  napadzie  szału  rozbił  młotkiem  maszynę
włókienniczą (1779)".

Everyman's Encyclopedia, 1958

Część pierwsza

background image

Uwiązany do ziemi

Rozdział pierwszy

Kiedy  Kieron  miał  osiem  lat,  zachęcano  go,  żeby  spędzał  jak  najwięcej  czasu  w
towarzystwie  swojej  narzeczonej,  Petriny.  Później,  gdy  minie  wiek  niewinności,  nie
wolno  im  już  będzie  przebywać  sam  na  sam  aż  do  chwili,  gdy  Kieron  osiągnie
pełnoletność,  wyzwoli  się  z  terminu  i  będzie  w  stanie  wywiązać  się  ze  swoich
kontraktowych obowiązków.
    Kieron  terminował  u  malarza  Hobarta.  Już  teraz  czyścił  pędzle,  pomagał  naciągać
płótna i ucierać barwniki. Gdy skończy dziesięć lat, zamieszka u Hobarta i będzie przez
cały  czas  do  dyspozycji  mistrza.  Chłopiec  oczekiwał  tego  z  podnieceniem,  ale  i  z
niepokojem. Korciło go, żeby poznać sekrety malarstwa, prawa perspektywy, harmonii i
właściwych proporcji, ale tak naprawdę w głębi serca nie chciał być malarzem. Chciał
latać. Latać w powietrzu jak ptaki. A to poczytywano za herezję.
    Był  już  dość  duży,  aby  rozumieć,  co  to  znaczy,  ale  za  mały,  aby  się  bać.  Nauczyciel,
który  go  uczył,  i  nedyta,  który  dbał  o  jego  rozwój  duchowy,  włożyli  dużo  wysiłku  w
podkreślanie  diabelskiej  natury  niedozwolonych  urządzeń  mechanicznych.  Nie  wpoili
jednak  Kieronowi  należnego  lęku  przed  maszynami  –  a  tylko  skrytą  fascynację.  Już  w
wieku pięciu lat wiedział, że pewnego dnia będzie musiał zbudować zakazaną maszynę,
żeby móc latać jak ptak.
  Petrina była miła – jak na dziewczynę. Jej ojcem był kowal Sholto. Ponieważ Kieron
był z nią zaręczony, miał prawo obserwować Sholta przy pracy. Był to wielki przywilej.
Chłopiec  zdawał  sobie  sprawę,  że  kiedyś  on  sam  będzie  musiał  umieć  obrabiać  metal.
Będzie  musiał  to  umieć,  żeby  wykuć  niezbędne  części  do  latającej  maszyny.  Zadawał
Sholtowi  wiele  pytań.  Kowal,  wielki  łagodny  mężczyzna,  który  czerpał  prawdziwą
przyjemność ze swojej pracy, nie widział nic złego w rozmowie z malcem – zwłaszcza
że  był  on  związany  kontraktem  ślubnym  z  jego  córką  –  i  nie  uważał  tego  za  łamanie
przysięgi milczenia złożonej przed Cechem Kowali. Niebawem Kieron posiadł zaczątki
wiedzy  o  tym,  jak  hartować  stal,  nitować  blachę,  wyklepywać  szyszaki,  klamry,  dzidy,
lemiesze.
  – Chłopcze – mawiał dobrodusznie Sholto – wałkoń z ciebie, i tyle. Ołówek i pędzel
powinny ci być w głowie, a nie klepanie blachy. Idź teraz i zajmij się szkicowaniem, bo
inaczej mistrz Hobart przetrzepie ci skórę.
  Kieron był sprytny. Wiedział, kiedy kowal żartuje, a kiedy mówi poważnie; wiedział
także,  iż  nie  byłoby  roztropnie  chwalić  się  coraz  to  większą  wiedzą  o  obróbce  metali
przed kimkolwiek, a zwłaszcza przed własnym ojcem.

background image

  Dni dzieciństwa są zarazem długie i krótkie. Kieron wstawał z rodzicami o pierwszym
brzasku  i  jak  oni  wykonywał  codzienne  czynności,  konieczne  przed  podjęciem
właściwej pracy. Zbierał z warsztatu ojca wióry i odpadki drewna na podpałkę, matka
przynosiła wodę ze studni i nastawiała owsiankę, a ojciec wychodził coś upolować lub
ściąć  drzewo  na  deski.  Kiedy  słońce  do  połowy  wynurzało  się  na  wschodnim  krańcu
świata,  rodzina  zasiadała  razem  do  śniadania.  Zawsze  składało  się  ono  z  owsianki,
chleba  i  tłuszczu,  czasem  dochodziły  jajka  i  bekon  w  zależności  od  zasobów
gospodarstwa.
    Po  śniadaniu  Kieron  wraz  z  gromadą  innych  dzieci  ze  wzgórz  senioratu  szedł  do
nauczyciela na godzinną lekcję. Potem każdy z chłopców udawał się do domu swojego
mistrza i służył mu do południa jako terminator.
    Kieron  miał  więcej  szczęścia  niż  inni.  Hobartowi  dobrze  się  wiodło  dzięki  uznaniu,
jakie  znalazł  w  oczach  Fitzalana,  władcy  senioratu  Arundel.  Artysta  był  dobrym
portrecistą, a Fitzalan z Arundel próżnym mężczyzną mającym próżną żonę i trzy próżne
córki. Wciąż nie tracił nadziei na syna, ale już same córki wystarczały, aby malarz miał
pełne ręce roboty.
    Hobart  mógł  sobie  pozwolić  na  pobłażliwość  wobec  Kierona  i  przymykanie  oczu  na
jego eksperymenty z węglem drzewnym i cennym papierem. Sam nigdy się nie ożenił.
A teraz bogaty, siwowłosy i samotny widział w Kieronie syna, którego mógłby mieć w
swoim  czasie.  Toteż  folgował  chłopcu  i  rzadko  go  beształ.  Dostrzegał  u  niego  talent,
jeśli  chodzi  o  kreskę,  ale  brak  mu  było  na  razie  wyczucia  koloru.  No  cóż,  może  to
przyjdzie  później...  Hobart  lubił  wyobrażać  sobie,  że  kiedyś  obrazy  Kierona  zawisną
obok  jego  własnych  w  wielkim  hallu  zamku,  czekając,  aż  osiądzie  na  nich  kurz  i
dostojeństwo wieków...
  Dni dzieciństwa są zarazem długie i krótkie. Popołudnia po wypełnieniu obowiązków
wobec mistrza Hobarta Kieron miał wolne. Taka wolność była luksusem, który skończy
się w wieku dziesięciu lat, gdy zostanie pełnoprawnym terminatorem. A potem – dobrze
o tym wiedział – wolność robienia co się chce skończy się raz na zawsze. Chyba że uda
mu się zmienić los, który mu wybrano. Był dość młody, aby wierzyć, że to możliwe, lecz
i dość dojrzały, aby zdawać sobie sprawę, że musiałby przeciwstawić się odwiecznej –
niemal świętej – tradycji.
    W  letnie  popołudnia  chodził  z  Petrina  do  lasu  na  wzgórzach,  które  wznosiły  się  jak
zbudowana przez człowieka zapora dziesięć czy dwanaście kilometrów od morza. Tam,
na terenie należącym do jeleni, bażantów i zajęcy, budowali swój baśniowy świat.
  Petrina była wielkooką, nerwową dziewczynką o płowych włosach koloru przejrzałej
pszenicy.  Pewnego  dnia  Kieron  zostanie  jej  mężem,  ojcem  jej  dzieci  i  dlatego  chciała
dobrze  go  poznać.  Wiedziała  już,  że  ma  on  jakieś  tajemne  marzenie,  ale  nie  miała
pojęcia jakie.
    Pewnego  upalnego  dnia  trochę  przypadkiem,  a  trochę  celowo,  dowiedziała  się,  co
Kieron chciałby najbardziej na świecie robić.
  Zmęczyli się chodzeniem po drzewach, uganianiem  za  zwierzyną,  zbieraniem  polnych

background image

kwiatów  i  teraz  odpoczywali  na  miękkiej,  olśniewająco  zielonej  trawie  pod  rosłym
bukiem, patrząc przez liście na niebo.
  – Kiedy już zostaniesz wielkim malarzem – powiedziała Petrina – będę mogła kupować
sobie  piękne  materiały  i  szyć  suknie,  których  mi  pozazdroszczą  wszystkie  kobiety  w
senioracie.
  – Nigdy nie zostanę wielkim malarzem – odparł Kieron bez żalu.
    –  Terminujesz  u  mistrza  Hobarta,  a  on  jest  wielkim  malarzem.  Zdobędziesz  jego
umiejętności i dodasz do nich swoje własne.
    –  Nigdy  nie  będę  tak  wielki  jak  mistrz  Hobart.  On  poświęcił  temu  całe  życie.  Ja  nie
poświęcę.
  – Dlaczego?
  – Ponieważ chcę robić coś innego.
    –  Nie  możesz  robić  nic  innego,  Kieronie.  Terminujesz  u  mistrza  Hobarta,  a  ze  mną
jesteś związany kontraktem ślubnym. Takie jest twoje przeznaczenie.
  – Takie jest twoje przeznaczenie – przedrzeźniał ją Kieron. – Głupie gadanie. Gadanie
małej dziewczynki. Chcę latać.
  – Nie chcesz mnie poślubić?
– Chcę latać.
Petrina westchnęła.
  – Mamy się pobrać. I pobierzemy się. Ty będziesz wielkim mistrzem w swojej sztuce. I
będziemy mieli troje dzieci. A twój największy obraz będzie przedstawiał straszną rybę,
która  miota  ogniem  na  ludzi.  To  wszystko  zostało  przepowiedziane.  I  nic  na  to  nie
poradzisz.
  Kieron był zaintrygowany.
  – To zostało przepowiedziane?
  Petrina uśmiechnęła się.
  – W zeszłym roku sprowadzono na zamek astrologa Marcusa z Londynu. Senior Fitzalan
chciał wiedzieć, czy jego żona urodzi mu jeszcze syna.
  – No i co?
    –  Mojego  ojca  wezwano,  aby  zreperował  łożysko  w  statywie  lunety.  Matka  zamiast
zapłaty uprosiła Marcusa o twój horoskop... Jak widzisz, Kieronie, przyszłość jest jasna.
Ty będziesz mistrzem w swoim fachu, a ja urodzę troje dzieci... Posłuchaj, jak pszczoły
brzęczą! Tańczą jak oszalałe. Chodźmy za nimi, to o zmierzchu będziemy mogli wrócić
po miód.
    –  Do  diabła  z  pszczołami!  –  wybuchł  Kieron.  –  Do  diabła  z  astrologiem  Marcusem!
Sam będę decydował o swojej przyszłości. Skończę praktykę  u  mistrza  Hobarta.  Teraz
nie  mogę  temu  zaradzić.  Poza  tym  to  dobry  człowiek,  lepszy  pan  niż  inni.  I  lubię
rysować. Ale  kiedy  dorosnę,  wszystko  się  zmieni.  Sam  będę  swoim  panem.  Sam  będę
decydował o swojej przyszłości. I nauczę się latać.
  – Czy myślisz, że wyrosną ci skrzydła?
  – Zbuduję maszyną latającą.

background image

  Petrina zbladła.
  – Maszynę latającą, Kieronie, uważaj. Ze mną możesz mówić o takich rzeczach, ja będę
twoją  żoną,  urodzę  ci  dzieci.  Ale  nie  mów  o  latających  maszynach  z  nikim  innym,
zwłaszcza z nauczycielem czy naszym nedytą.
  Kieron ścisnął jej dłoń, położył się na trawie i patrzył w górę przez liście buka.
    –  Nie  jestem  głupcem  –  powiedział.  –  Nauczyciel,  podobnie  jak  i  nedyta,  jest
niewolnikiem  zasad  i  obyczajów.  Ale  to  tylko  niedołężny  staruszek,  podczas  gdy
nedyta...
  – Podczas gdy nedyta może cię posłać na stos – przerwała ostro Petrina.
  – Nie palą już teraz dzieci. Powinnaś o tym wiedzieć.
  – Ale palą dorosłych. A ty kiedyś będziesz dorosły. Dwie wiosny temu spalił farmera z
Chichester za wynalezienie maszyny do żęcia pszenicy... Kieron, zrób to dla mnie i nie
myśl już o latających maszynach. Takie myśli są zbyt niebezpieczne.
  Kieron westchnął głęboko.
    –  Wszystko  co  ciekawe  jest  niebezpieczne...  Spójrz  przez  te  liście  na  niebo.  Takie
błękitne, takie piękne. Czy kiedy płyną po nim białe chmurki, nie masz ochoty sięgnąć w
górę  i  dotknąć  ich?  Są  jak  wyspy,  wielkie  wyspy  na  niebie.  Któregoś  dnia  pożegluję
między tymi wyspami. Któregoś dnia wyciągnę rękę i dotknę przepływającej chmurki.
  Petrina zadrżała.
  – Aż mi się zimno robi od tych szalonych słów.
    Mnie  też.  Pierwsza  Generacja  ludzi  miała  latające  maszyny,  Petrino.  Srebrne  ptaki,
które  ryczały  jak  smoki  i  mknęły  wysoko  ponad  chmurami.  Nauczyciel  nam  mówił.
Nawet nedyta temu nie zaprzecza. To historia.
  – Pierwsza Generacja sprowadziła na siebie zagładę – odparowała Petrina.
Tak jak i Druga Generacja – dodał Kieron spokojnie. – Oni też mieli latające maszyny,
chociaż  chyba  nie  tak  dobre  jak  Pierwsza  Generacja.  To  musiało  być  cudowne,
szybować z wielką szybkością po niebie, patrzeć na ziemię i widzieć w dole ludzi jak
mrówki.
  – Ludzie to nie mrówki!
  – Z dużej wysokości wszystko co żywe musi wyglądać jak mrówki.
  – Pierwsza Generacja sprowadziła na siebie zagładę. Tak jak i Druga Generacja. To
także jest historia. Nedyci mają rację. Maszyny to największe zło.
Kieron roześmiał się.
– Maszyny nie wiedzą co to dobro a co zło. Maszyny nie myślą. Myślą tylko ludzie.
–  Wobec  tego  –  rzekła  Petrina  –  źle  jest  myśleć  za  dużo.  Zwłaszcza  na  tematy
niedozwolone.
Kieron naraz poczuł się dziwnie dojrzale, dziwnie opiekuńczo. Powiedział:
    –  Nie  martw  się,  moja  mała.  Nie  będę  o  tym  myśleć  za  dużo.  Zupełnie  możliwe,  że
doczekasz  się  trójki  dzieci,  jak  to  przepowiedział  astrolog...  Widziałem  tu  niedaleko
śliwę. Pójdziemy zobaczyć, czy ma jakieś dojrzałe śliwki.
  Petrina zerwała się na nogi.

background image

  – A ja widziałam jabłoń. Jabłka na wyższych gałęziach są już czerwone.
  Kieron uśmiechnął się.
  – Jabłka i śliwki! Niech odpędzą od nas wszystkie złe myśli.
    Trzymając  się  za  ręce  odeszli  z  polanki  w  złotą  poświatę  popołudniowego  letniego
słońca.

 Rozdział drugi

W  dniu  swoich  dziesiątych  urodzin  Kieron  zjadł  pożegnalne  śniadanie  z  całą  powagą
należną tej okazji. Później uścisnął rękę swojemu ojcu Gerardowi i raz jeszcze ucałował
w  oba  policzki  Kristen,  swoją  matkę.  Było  to  pożegnanie  jedynie  rytualne,  ponieważ
rodzina  nadal  będzie  się  często  widywać.  Ale  oznaczało  symboliczny  koniec
dzieciństwa Kierona. Odtąd nie będzie już nocował w domu rodziców.
  Gerard przykazał mu:
    –  Synu,  masz  być  pomocny  mistrzowi  Hobartowi  w  każdej  potrzebie.  On  ci  przekaże
swoje  umiejętności.  W  przyszłości  twoje  obrazy  ozdobią  ściany  zamku.  Może  zawisną
też w wielkich domach Londynu, Bristolu, Brum. A wtedy okaże się, że twoja matka i ja
nie żyliśmy na próżno.
–  Ojcze  –  odpowiedział  Kieron,  walcząc  ze  łzami,  które  bez  żadnego  wyraźnego
powodu napłynęły mu do oczu – nauczę się od mistrza Hobarta wszystkiego, co zdołam.
Postaram  się  was  nie  zawieść.  Zastałbym  stolarzem,  jak  ty,  gdybyś  sobie  tego  życzył.
Ale  ponieważ  chciałeś,  żebym  robił  podobizny,  będę  malował  portrety,  które  nie
przyniosą wstydu rodzicom Kierona, syna stolarza.
  Kristen mocno go przytuliła i powiedziała:
    –  Masz  tu  trzy  koszule,  trzy  podkoszulki  i  dwie  pary  getrów.  Masz  kożuch  barani  i
mocne buty.
Zapakowałam  ci  wszystko  do  skórzanego  worka.  Ubieraj  się  ciepło,  synu,  i  jedz
porządnie. Pamiętaj, że cię kochamy i będziemy śledzić twoje postępy.
    Domyślił  się,  że  i  ona  czuje  się  nieszczęśliwa.  Nie  wiedział  dlaczego.  To  przecież
miała być ważna i radosna chwila dla nich wszystkich.
  – Niedługo się zobaczymy, matko. – Uśmiechnął się, chcąc samemu sobie dodać otuchy.
  – Tak, ale nie będziesz już spał w łóżku, które ojciec ci zrobił. Nie będziesz leżał na
prześcieradle, które ci utkałam, i pod kołdrą, którą uszyłam, jak jeszcze ciebie nie było
na świecie.
  – Dość już, Kristen – powiedział Gerard. – Gotowiśmy się przez ciebie popłakać jak
dzieci. – Spojrzał na żonę i zobaczył siwe pasma w jej włosach, zmarszczki na twarzy.
Skończyła  dwadzieścia  osiem  lat,  ale  nadal  miała  proste  plecy  i  jędrne  piersi.  Dobrze
się trzymała.
  Kieron wziął worek z sarniej skóry. Naraz zrozumiał całą powagę i uroczystość chwili.

background image

  – Do widzenia, ojcze, do widzenia, matko. Dziękuję, że daliście mi życie. Dziękuję, że
żywiliście mnie tyle lat. Niech was Ludd błogosławi.
    Kristen  uciekła  z  płaczem  do  kuchni.  Gerard  uniósł  muskularną,  owłosioną  rękę  do
czoła, jak to często robił w warsztacie, i otarł pot, którego nie było.
    –  Niech  cię  Ludd  ma  w  swojej  opiece,  synu.  Idź  teraz  do  mistrza  Hobarta.  Ja  jestem
najlepszym stolarzem w promieniu pięćdziesięciu kilometrów, a ty będziesz najlepszym
malarzem w promieniu tysiąca.
    –  Ojcze,  ja  chciałbym...  –  Kieron  zamilkł.  Już  miał  na  końcu  języka  wyznanie:  –  Nie
chcę być malarzem, chcę latać.
  – Tak, Kieronie?
– Chciałbym okazać się ciebie godnym i przysporzyć ci chwały.
Gerard roześmiał się i żartobliwie poklepał go po plecach.
–  Zmykaj  już,  sowizdrzale.  Od  dzisiaj  będziesz  miał  lepsze  jadło,  niż  my  mogliśmy  ci
dać.
– Wątpię, żeby mi lepiej smakowało. – Chciał powiedzieć coś więcej. O wiele więcej.
Ale  słowa  utknęły  mu  w  gardle.  Kieron  wyszedł  z  chaty  i  ruszył  drogą  wiodącą  do
Arundel. Nie obejrzał się za siebie, ale wiedział, że Gerard stoi w drzwiach i patrzy za
nim. Nie obejrzał się, bo ogarnęła go nieprzeparta chęć, aby puścić się biegiem do ojca i
wyznać mu, co naprawdę chciałby robić.
Był  piękny  październikowy  ranek.  Niebo  było  błękitne,  ale  nad  niziną  ciągnącą  się  ku
morzu wisiał gruby dywan mgły. Arundel leżało pod tym dywanem, lecz zamek o szarych
murach, wilgotnych od rosy i lśniących w porannym świetle, stał na wzgórzu górując nad
mgłą.
Czarodziejski zamek, błyszczący, tajemniczy, pełen niewidzialnej siły.
  Kieron przypomniał sobie powiedzenie: „Ci, którzy żyją w cieniu zamku, wzbogacą się
lub  spłoną".  Mistrz  Hobart  miał  dom  pod  samymi  blankami.  Należał  do  tych,  co  się
wzbogacili, i Kieron miał nadzieję, że i jego spotka podobny los. Tylko głupiec mógłby
ryzykować pójście na stos. Tylko głupiec mógłby chcieć zbudować latającą maszynę.
    Wysoko  na  niebie  szybował  wdzięcznie  myszołów.  Kieron  położył  worek  i
obserwował ptaka. Jakże lekko się porusza, jaką ma nieograniczoną wolność. Zazdrościł
mu. Zazdrościł mu tej swobody i lekkości w powietrzu.
  – Któregoś dnia, myszołowie – powiedział Kieron – będę tam w górze razem z tobą.
Będę  wyżej  niż  ty.  Będę  patrzył  na  ciebie  z  góry.  Zobaczysz,  że  człowiek  znów
zdobędzie przestworza.
Na razie jednak nie był to odpowiedni moment, żeby wygłaszać mowy, których nikt nie
słucha,  tym  bardziej  zaś  mowy,  których  nikt  nie  powinien  słyszeć.  Mistrz  Hobart  z
pewnością już na niego czeka i niecierpliwi się. Kieron schylił się po worek.
    Zobaczył  przekwitnięty  dmuchawiec.  Łodyżkę  z  główką  pełną  nasion.  Zerwał  go,
podniósł do ust i dmuchnął. Nasionka poszybowały w spokojnym porannym powietrzu,
podtrzymywane cienkimi jak pajęczyna nitkami, które nie dawały im opaść na ziemię.
    Kieron  patrzył  na  to  zafascynowany.  Kilka  ziarenek,  porwanych  prądem  ciepłego

background image

powietrza,  wzniosło  się  wysoko  i  zniknęło  w  promieniach  porannego  słońca.  Nawet
nasionka  dmuchawca  mogły  tańczyć  w  powietrzu.  To  upokarzające,  że  człowiek  jest
uwiązany do ziemi.
  Kieron przypomniał sobie, że w tym szczególnym dniu Hobart czeka, aby uroczyście go
powitać.
Westchnął,  podniósł  skórzany  worek  i  pomaszerował  raźno  w  kierunku Arundel.  Przed
nim  miesiące  i  lata,  podczas  których  będzie  musiał  opanować  wszystkie  sekrety
hobartowej  sztuki.  Ale  kiedy  już  stanie  się  mężczyzną,  kiedy  z  honorem  skończy
praktykę, wtedy przyjdzie czas na latanie.
Tymczasem zaś zawsze znajdzie czas na marzenia.

Rozdział trzeci

Przyszła  zima  niosąc  ze  sobą  surowość  krajobrazu;  pokryła  ziemię  szronem,  utkała
delikatny lodowy wzór na drzewach, trawie, żywopłotach i ścianach domów, skuła krą
spokojną rzekę Arun, a powietrze stało się cierpkie jak angielski jabłecznik.
    Hobart  w  zimie  dużo  kaszlał  i  mało  malował.  Chłód  wżarł  mu  się  w  kości,  ściskał
bólem  piersi.  Większość  dnia  spędzał  przy  kominku,  okryty  szalem  lub  skórą  baranią,
rozmyślając  nad  projektami,  które  zrealizuje  na  wiosnę:  freskiem  do  głównego  hallu  i
symboliczną  pracą,  zamówioną  przez  seniora  Fitzalana,  przedstawiającą  upadek
Pierwszej Generacji ku tym większej chwale Ludda i Kościoła Świętego Młotka.
  Wdowa Thatcher, gospodyni mistrza Hobarta, gotowała smaczne i pożywne potrawy z
zajęcy,  bażantów,  jagniąt  i  wszelkiej  dziczyzny  z  pasternakiem,  grzybami,  marchewką,
ziemniakami  i  doskonałym  czarnym  pieprzem,  za  który  senior  Fitzalan  płacił
wygórowaną cenę kapitanom żaglowców pływających aż po Wyspy Korzenne.
  Mistrz Hobart przełykał zaledwie parę kęsów tych pieczołowicie przyrządzanych dań.
Męczył  go  kaszel;  zaraz  też  przysuwał  się,  drżąc,  do  kominka.  Kieron,  odczekawszy  z
należytym szacunkiem, aż jego pan się pożywi, objadał się, aż brzuch mu pękał, i szedł
wybiegać się na oszronionych łąkach.
  Chociaż Hobart sam niewiele pracował podczas tych ciemnych miesięcy, nie pozwalał
próżnować  młodemu  terminatorowi.  Uczył  Kierona,  jak  z  prostych  wici  wierzbowych
robić  dobry  węgiel  drzewny  do  rysowania  i  jak  produkować  papier  z  trzciny;
wprowadzał  go  w  tajniki  drukowania  tkanin  i  modnej  ostatnio  sztuki  collage'u;
przekazywał mu prastare sekrety utrwalania kolorów i gruntowania płócien. Nie żałował
nawet cennego tranu wielorybiego do lamp, żeby podczas mrocznych popołudni Kieron
miał dość światła do szkicowania krzeseł, stołów, mis z owocami, wiszących w kuchni
bażantów a także protestującej wdowy Thatcher.
    Mistrz  Hobart  był  siwowłosym  starcem,  zbliżającym  się  do  sześćdziesiątki.  Ból  w
piersiach  ostrzegał  go,  że  lata,  jakie  mu  zostały,  są  już  policzone.  Niemniej  był

background image

zdecydowany  żyć  jeszcze  co  najmniej  przez  te  osiem  lat,  dzielących  Kierona  od
skończenia  terminu.  Jeśli  Ludd  da,  to  nim  jego  ciało  spocznie  w  kamienistej  ziemi
Sussexu, dopilnuje, aby chłopiec jako tako się urządził.
  Hobart pozwolił sobie na małą herezję – tak małą, że z pewnością Ludd mu wybaczy.
Pozwolił  sobie  żywić  sekretne  złudzenie,  że  Kieron  jest  jego  synem.  Hobart  nigdy  nie
interesował  się  kobietami.  Sztuka  mu  wystarczała. Ale  teraz  czuł  potrzebę  ojcostwa,  a
Kieron,  bystrooki  i  zdolny,  był  chłopcem,  jakiego  życzyłby  sobie  mieć  za  syna  każdy
mężczyzna.
    Toteż  Kieron  uniknął  wielu  surowych  rygorów  terminowania.  Był  dobrze  karmiony,
miał dużo wolnego czasu, a Hobart nierzadko wsuwał mu srebrnego pensa do sakiewki.
    Kieron  zdawał  sobie  sprawę  z  uczuć,  jakie  staruszek  do  niego  żywi.  Kochał  go  i  nie
miał  nic  przeciwko  posiadaniu  drugiego  ojca.  Poza  tym  Hobart  był  niewyczerpanym
źródłem wiedzy, wiedzy zaś Kieron pragnął jak niczego na świecie.
  Wieczorami, przed pójściem na wczesny spoczynek, Hobart siadywał wraz z Kieronem
przy  kominku  i  obaj  wpatrywali  się  w  płonące  żagwie,  snując  wizje  i  marzenia,
rozmawiając o tym i owym. Hobart jako lekarstwo na ból i kaszel pociągał łyk i drugi
whisky, okowity lub eau de vie, w zależności od tego, jaka brygantyna zawinęła ostatnio
do senioratu. Przy kieliszku gotów był poruszać tematy, których unikał wytrzeźwiawszy
nazajutrz rano. Był gotów rozmawiać o Pierwszej i Drugiej Generacji. Był nawet gotów
rozmawiać o maszynach.
    –  Mistrzu  Hobarcie,  nauczyciel  mówi,  że  Pierwsza  Generacja  udławiła  się  własną
mądrością. Co to znaczy?
    –  Uff!  –  Hobart  pociągnął  whisky  i  poczuł  przyjemne  ciepło  rozlewające  się  po
kościach.  –  Nauczyciel  lepiej  by  się  zajął  pisaniem,  rachowaniem  i  tajemnicami
przyrody, a nie Pierwszą Generacją.
    –  Wczoraj,  kiedy  rysowałem  nasz  dom  u  stóp  zamku  i  udało  mi  się  przedstawić
szorstkość kamiennych ścian, powiedzieliście, że mądry ze mnie chłopak. Czy mądrość
to coś złego? Czy ja się też nią udławię?
  – Poczekaj no, chłopcze. Daj mi pomyśleć. Coś mi się zdaje, że muszę nauczyć cię nie
tylko  zasad  sztuki,  ale  i  zasad  rządzących  światem,  i  prawidłowego  myślenia.  –  Znów
rozgrzewający łyk whisky i atak kaszlu. – Nauczyciel mówi prawdę. Pierwsza Generacja
rzeczywiście  udławiła  się  własną  mądrością.  Doprowadzili  do  tego,  że  powietrzem  w
ich miastach nie można było oddychać, a wody rzek i jezior nie nadawały się do picia;
pokryli  dobrą  żyzną  ziemię  drogami  z  betonu  i  żelaza,  czasem  nawet  morza  pokrywała
czerń. A  wszystko  z  pomocą  maszyn,  które  nieprzytomnie  wielbili.  I  jakby  jeszcze  nie
dość, wymyślili okropne maszyny, których jedynym celem było zabijanie ludzi, setkami,
tysiącami, a nawet dziesiątkami tysięcy. Te maszyny nazywały się pociskami: mknęły po
niebie z ładunkiem śmierci. Tak, nauczyciel ma rację. Udławili się własną mądrością...
Ale  twoja  mądrość,  Kieronie,  to  coś  innego.  Objawia  się  w  uczciwej  sztuce,  a  nie  w
miłości do maszyn, niszczących rękę, która je stworzyła.
  – Czy wszystkie maszyny muszą koniecznie być złe?

background image

  – Tak, Kieronie, wszystkie maszyny są złe. Święty Chłopiec zrozumiał to już tysiąc lat
temu, kiedy maszyny po raz pierwszy zaczęły demoralizować tę piękną ziemię. Dlatego
właśnie  zaatakował  je  młotkiem.  Ale  ludzie  nie  chcieli  go  słuchać,  pojmali  go  i
ukrzyżowali.
  Zapadła cisza, przerywana trzaskaniem drew w kominku i głośnym siorbaniem whisky.
  Po chwili Kieron znów nabrał odwagi:
–  Podobno  senior  Fitzalan  ma  w  zamku  zegar.  Zegar,  który  tyka,  pokazuje  godziny,
minuty, a nawet sekundy. Zegar to przecież maszyna, prawda, mistrzu Hobarcie? Czy on
też jest zły?
Mistrz Hobart zaczynał już lekko bełkotać pod wpływem whisky. Minęła dłuższa chwila,
zanim mógł odpowiedzieć:
    –  Jak  widzę  ani  nauczyciel,  ani  nedyta  nie  oświecili  cię  w  tej  mierze  jak  należy.  To
prawda, Kieronie, że zegar jest maszyną, ale dla możnych tego świata, którzy mają wiele
spraw  do  załatwienia  a  mało  czasu,  jest  to  konieczna  maszyna.  Święty  Kościół  czyni
wyraźne rozgraniczenie między koniecznymi maszynami, które są właściwe, a zbędnymi,
które są niewłaściwe. Tak więc zegar seniora Fitzalana, który wielokrotnie widywałem i
który jest czymś cudownym – mówią, że robił go najlepszy zegarmistrz w Paryżu – jest
maszyną  właściwą.  W  żadnych  przekazach  nie  ma  nic  o  tym,  żeby  Święty  Chłopiec
kiedykolwiek atakował zegary.
    Kieron  spostrzegł,  ile  whisky  ubyło  w  butelce,  i  wykrztusił  pytanie,  którego  nie
ośmieliłby się zadać w świetle trzeźwego poranka:
  – Mistrzu Hobarcie, a czy Święty Chłopiec atakował latające maszyny?
  – Latające maszyny? – Mistrz Hobart był zdumiony. – Nie ma latających maszyn.
  – Nie ma. Ale kiedyś były. – Kierona oblał pot. – Sam mi mówiłeś, panie o pociskach,
a ja słyszałem też o skrzydlatych maszynach, które z wielką szybkością przenosiły ludzi
w  powietrzu,  ponad  morzami,  z  jednego  lądu  na  drugi.  Dlatego  spytałem,  czy  Święty
Chłopiec zaatakował kiedyś latającą maszynę.
    Niech  nas  Ludd  ma  w  swojej  opiece!  –  Mistrz  Hobart  podrapał  się  w  głowę.  –
Latające  maszyny!  No  mam  za  swoje. Ależ,  Kieronie,  drogi  chłopcze,  wynaleziono  je,
jak mi się zdaje, dopiero po śmierci Neda Ludda. Chyba właśnie wtedy, gdy Pierwsza
Generacja ostatecznie zeszła z drogi cnoty. Myślę, że zaledwie jakieś sto lub dwieście
lat przed wielką zagładą.
  Kieron spojrzał na poziom whisky w butelce z zielonego szkła i postanowił kuć żelazo
póki gorące.
    –  Podobno  nawet  Druga  Generacja  miała  latające  maszyny.  Gdyby  służyły  nie  do
zabijania ludzi, ale do przewożenia ich z miejsca na miejsce, nie byłyby przecież takie
złe?
    Mistrz  Hobart  zamrugał  oczami,  spróbował  skupić  je  na  jednym  punkcie,  nalał  sobie
następną szklaneczkę, znów bezskutecznie podjął walkę z błędnym wzrokiem. Podrapał
się po głowie.
    –  Byłyby  złe,  Kieronie.  Cóż  wzbrania  ludziom  podróżować  konno  lub  pieszo?  Cóż

background image

wzbrania  im  żeglować  po  oceanach?  Nie  ma  żadnej  potrzeby,  żeby  latali  po  niebie.
Quod erat demonstrandum. Dlatego maszyny, które wznoszą ludzi w powietrze, są złe.
  Kieron wziął głęboki oddech.
    –  Któregoś  dnia  zbuduję  latającą  maszynę.  I  nie  użyję  jej  dla  złych  celów,  tylko  dla
dobrych.
    Mistrz  Hobart  wstał,  zachwiał  się,  spojrzał  zamglonym  wzrokiem  na  swojego
terminatora.
    –  Będziesz  malarzem,  Kieronie.  Będziesz  dobrym  malarzem.  Niech  cię  Ludd  strzeże
przed fantastycznymi mrzonkami. Zaprowadź mnie do sypialni.

Rozdział czwarty

    Od  czterystu  już  lat  wyspy  brytyjskie  nie  znały  monarchii,  parlamentu  ani  władzy
centralnej.  Kraj  był  podzielony  na  odrębne,  rządzone  feudalnie  senioraty.  Wielcy
seniorzy, najwięksi właściciele ziemscy, zjeżdżali się od czasu do czasu na konwent do
Londynu. Radzili głównie nad sprawami rolnictwa i handlu. Nie mieli prawa uchwalać
podatków, zwoływać armii ani decydować
o sprawach wagi państwowej. Każdy z seniorów odpowiadał za bezpieczeństwo swoich
włości.  Mógł  na  dowolnych  warunkach  zawierać  przymierza  z  sąsiadami,  często  też
poprzez  związki  małżeńskie  poszczególne  senioraty  łączyły  się  lub  powiększały.  Taki
był  również  zamiar  seniora  Fitzalana  z Arundel,  który  chciał  dzięki  małżeństwu  córki
połączyć  swoje  ziemie  z  ziemiami  Talbota  z  Chichester.  A  ponieważ  wszystko
wskazywało  na  to,  że  Talbot  długo  nie  pożyje,  oba  senioraty  zostałyby  zjednoczone  w
sposób  najbardziej  korzystny  dla  Fitzalanów,  Chociaż  w  Brytanii  nie  było  centrum
władzy  świeckiej,  istniało  jednak  centrum  władzy  duchownej:  Kościół  luddystów.  Po
tym  jak  Pierwsza  i  Druga  Generacja,  rzec  można,  własnymi  rękami  sprowadziły  na
siebie  zagładę  poprzez  niepohamowane  używanie  maszyn,  luddyzm  z  niemal
zapomnianej  filozofii  prostaczków  przeistoczył  się  w  nowo  powstałą  religię.  Neda
Ludda,  niedorozwiniętego  chłopca,  który  na  początku  rewolucji  przemysłowej  chciał
młotkiem rozbić maszynę tkacką, z biegiem lat przyobleczono w płaszcz boskości.
  Wraz z upadkiem chrześcijaństwa następował rozkwit luddyzmu. Reprezentował on o
wiele  stosowniejszą  filozofię.  Jezus  z  Nazaretu,  czy  też  Joshua  ben  Dawid,  jak
prawidłowo po hebrajsku brzmiało jego imię, nigdy nie musiał rozstrzygać problemów
moralnych  związanych  z  użyciem  maszyn.  Nawoływał  głównie  do  powszechnego
braterstwa  i  wypowiadał  się  przeciwko  uciskowi.  Jego  światopogląd  był  już
nieaktualny.  O  wiele  ważniejsza  niż  powszechne  braterstwo  i  brak  ucisku  okazała  się
kwestia przetrwania rasy ludzkiej. A ta już dwukrotnie usiłowała zgładzić się za pomocą
maszyn.  Z  perspektywy  czasu  ten  jedyny  człowiek,  który  występował  przeciwko
maszynom, 

jawił 

się 

prawdziwym 

zbawcą 

ludzkości. 

Nedowi 

Luddowi,

background image

niedorozwiniętemu  chłopcu  z  hrabstwa  Leicester,  przypisano  boską  moc.  Odkryto,  że
dzieląc  parę  bochenków  chleba  nakarmił  nimi  tysiące.  Odkryto,  że  chodził  po
powierzchni  rzeki  Trent  utrzymując  się  na  wodzie.  Odkryto,  że  w  wigilię  swojego
ukrzyżowania zamienił wodę w piwo.
    Toteż  w  Brytanii  Kościół  luddystów  obrósł  w  siłę,  a  sprzeciw  wobec  mechanizmów
przerodził  się  w  religię,  dość  potężną,  aby  zakazać  wszelkich  wynalazków.  Dość
potężną,  aby  zmusić  seniorów  do  przyznania,  że  każda  nielegalna  maszyna  to  wcielone
zło.
    Kościół  luddystów  stanowił  specyficzną  cechę  Wielkiej  Brytanii,  ale  niechęć  do
maszyn  była  cechą  uniwersalna..  Cały  świat,  podczas  wieków  barbarzyństwa,  które
nastąpiły  po  zagładzie  drugiej  opartej  na  maszynach  cywilizacji,  żył  w  niemal
fanatycznym  strachu  przed  potęgą  maszyn.  W  niektórych  krajach  i  narodach  był  on
silniejszy  niż  w  innych.  W  Rosji,  Chinach,  Afryce  i  Indiach,  gdzie  maszyny  nigdy  do
końca  nie  zawładnęły  życiem  mieszkańców,  ludzie  wrócili  na  ogół  do  tradycji  dawno
zmarłych  przodków.  Orali  ziemię  drewnianą  sochą  zaprzęgniętą  do  wołu,  muła  lub
konia.  Młócili  ziarno  cepami.  Zabijali  zwierzynę  dzidami  lub  strzałami.  Przędli  na
kołowrotkach i w pocie czoła ręcznie tkali.
Ale  w  Japonii,  gdzie  strachowi  towarzyszyła  niezdrowa  fascynacja  maszynami,
wynaleziono już na nowo silnik parowy i zaczęto eksperymenty z jego zastosowaniem do
napędu  pojazdów  i  małych  łodzi.  Niemniej  Japończycy  powrócili  do  historycznej
filozofii izolacjonizmu i zachowali swój silnik do własnego użytku.
    Silnik  parowy  wprowadzono  także  ponownie  na  kontynencie  północnoamerykańskim,
lecz  głównie  dla  celów  kolosalnego  przedsięwzięcia  przywrócenia  komunikacji
transkontynentalnej. Upłynie jeszcze wiele lat, nim statki amerykańskie, poruszane parą,
szybciej przepłyną Ocean Atlantycki niż wielkie żaglowce.
    Tymczasem  zaś  Kościół  luddystów  w  Wielkiej  Brytanii,  wyspie,  która  niegdyś  była
kolebką rewolucji przemysłowej, autorytatywnie utrzymywał, że wszystkie niepotrzebne
maszyny – to znaczy maszyny uznane przez kościół za niepotrzebne – są wcieleniem zła. I
tak  Wielka  Brytania  została  skazana  na  los  jednego  z  najbardziej  zacofanych  krajów
Europy.

Rozdział piąty

    W  wieku  piętnastu  lat  Kieron  był  chłopcem,  na  którego  przyjemnie  było  popatrzeć.
Pobłażliwość mistrza Hobarta i obfita kuchnia wdowy Thatcher dały mu słuszny wzrost,
szerokie  ramiona  i  pewność  siebie.  Wyglądał  bardziej  na  młodego  farmera  lub
myśliwego  niż  na  ucznia  malarza.  Na  Festynie  Nocy  Letniej  mierzył  się  w  biegach,
skokach  i  rzucie  oszczepem  z  kwiatem  młodzieży  senioratu  –  chociaż  mistrz  Hobart
krzywił się z niechęcią i pocieszał eau de vie widząc, jak Kieron skacze siedem metrów

background image

w  dal  i  turla  się  po  piasku  lub  słysząc  głośne  trzeszczenie  stawów  ręki  uwięzionej  w
zapaśniczym uścisku. Nie tyle bał się, że Kieron skręci kark, ile że złamie palce. Cóż to
za malarz z połamanymi palcami?
Ale Kieron był dzieckiem szczęścia i wszystko mu się udawało. Coraz częściej Hobart
myślał  o  nim  jako  o  swoim  naturalnym  synu. A  nawet,  w  przypływie  głupoty,  poszedł
kiedyś  do  stolarza  Gerarda  i  jego  żony  Kristen  oferując  im  tysiąc  szylingów  za
zrzeczenie się praw rodzicielskich.
    Gerard  poczerwieniał  i  odpowiedział  mu  głośniej  i  mniej  uprzejmie,  niżby  należało
człowiekowi, który miał wstęp do zamku i rozmawiał z seniorem. Kristen, jak to kobieta,
wybuchła  łzami,  krzyknęła  i  rzuciła  mu  w  twarz  dziwne  oskarżenia,  za  które  Gerard
kazał jej niezwłocznie gościa przeprosić. Hobart był bardzo zażenowany całą tą historią.
Począł  się  też  gęsto  i  rozwlekle  tłumaczyć.  W  końcu  uprosił  Gerarda  i  Kristen  –
porządnych, uczciwych ludzi, dla których żywił najwyższy szacunek i tak dalej – żeby nie
wspominali o niczym Kieronowi.
    Nazajutrz  posłał  Gerardowi  sztylet  z  hiszpańskiej  stali,  a  Kristen  sztukę  irlandzkiego
płótna.  Podarował  im  również  obraz  przedstawiający  Neda  Ludda  wznoszącego  swój
nieśmiertelny  młotek  przeciwko  maszynie  tkackiej.  Była  to  pierwsza  w  pełni
satysfakcjonująca  kompozycja  olejna  Kierona,  podpisana  „Kieron,  ucz.  Hobarta",  i
stanowiła jedną z najcenniejszych rzeczy, jaką ten posiadał.
    Biorąc  pod  uwagę  wiek  chłopca  pozostawało  jedynie  życzyć  sobie,  aby  Kieron
wykazał jeszcze zdolności artystyczne. Siła fizyczna też nie była bez znaczenia – Hobarta
zdumiewała  śmiałość  i  pewność  jego  kreski  –  ale  chłopiec  zaczął  przejawiać  również
prawdziwe, autentyczne wyczucie koloru i materiału, co znamionuje wielkich malarzy. A
nadto  opanował  świetnie  technikę  malarską.  Potrafił  mieszać  olej  z  pigmentem  dla
uzyskania pięknych czystych barw. Wynalazł też
samodzielnie  dwie  metody  oczyszczania  oleju  z  siemienia  lnianego.  Pierwsza  była
doskonale prosta: polegała tylko na czekaniu. Zlewało się olej do słojów i czekało, aż
zanieczyszczenie osiądzie na dnie. Później jednak Kieron, wciąż niezadowolony z efektu,
dodał  jeszcze  sody  kaustycznej,  która  wytrąciła  wszystkie  pozostałe  drobinki.  W
rezultacie  otrzymywało  się  absolutnie  czysty  olej  lniany:  przejrzysty,  ciepły,  złocisty.
Idealny dla malarza.
  Hobart nie mógł się nadziwić. Sam poprzednio używał oleju prosto od hodowców lnu,
z maleńkimi cząsteczkami, które mąciły jego klarowność. Rafinowany olej Kierona, jak
go  nazwał,  był  z  pewnością  darem  Ludda,  gdyż  nie  zanieczyszczał  barwników  ani  nie
twardniał zbyt szybko na płótnie. Hobart był przekonany, że żaden malarz w całej Anglii
nie ma lepszego oleju niż ten wynaleziony przez Kierona.
  Zapytał chłopca, w jaki sposób doszedł do takich metod oczyszczania. Odpowiedź nie
była szczególna odkrywcza.
    –  Zawsze  narzekaliście  na  jakość  farb,  których  używamy  –  powiedział  Kieron.  –
Barwniki były dobre, najwyraźniej więc olej był nieodpowiedni. Nalałem go trochę do
czystej butelki i przyjrzałem mu się. Nie zauważyłem nic specjalnego. Zostawiłem go i

background image

znów  obejrzałem  na  drugi  dzień.  Dalej  nie  widziałem  w  nim  nic  złego,  ale  tym  razem
spostrzegłem, że dno butelki było pokryte małymi drobinkami. Zostawiłem go jeszcze na
jakiś  czas,  a  po  siedmiu  dniach  na  dnie  zgromadził  się  osad,  olej  zaś  był  bardziej
klarowny. Wtedy zrozumiałem, że trzeba uzbroić się w cierpliwość.
    –  Ale  ta  soda  kaustyczna.  Skąd  wiedziałeś,  że  soda  kaustyczna  da  jeszcze  większą
klarowność?
  – Nie wiedziałem – uśmiechnął się Kieron. – Zdawało mi się, że proces oczyszczania
mógł się
jeszcze nie skończyć. Toteż eksperymentowałem.
  – Eksperymentowałeś? – Hobart był wstrząśnięty. Eksperymenty dzielił już tylko włos
od herezji. Ale Kieron był niewzruszony:
    –  Eksperymentowałem  dodając  sól,  dodając  ocet,  dodając  słabą  sodę  i  silną  sodę.
Eksperymentowałbym i z innymi substancjami, gdyby można je było łatwiej dostać.
  – Chłopcze – rzekł Hobart – przerażasz mnie.
  Kieron roześmiał się.
  – Czasami przerażam sam siebie... Czy teraz olej wam odpowiada?
    –  To  wspaniały  olej,  Kieronie.  Moglibyśmy  zbić  fortunę  sprzedając  go  malarzom  z
całego kraju.
    –  Mistrzu  Hobarcie,  nie  sprzedawajcie  lepiej  mojego  rafinowanego  oleju.  Malujcie
nim sami i bądźcie największym malarzem naszych czasów.
    Hobartowi  stanęły  łzy  w  oczach.  A  nie  był  człowiekiem  skłonnym  do  płaczu,  z
wyjątkiem chwil, kiedy wywoływały go ostre ataki kaszlu.
  – Naprawdę chcesz zatrzymać ten czysty olej tylko do mojego użytku?
  Kieron uśmiechnął się.
–  Panie  mój,  nigdzie  nie  znalazłbym  lepszego  mistrza.  Czy  nie  lepiej  zdobyć  zarówno
sławę,  jak  i  fortunę?  Jeśli  będziecie  używali  oleju  rafinowanego,  dopóki...  dopóki
zechcecie  malować,  zadziwicie  kraj  jak  długi  i  szeroki  czystością  swoich  kolorów.  I
wtedy,  gdy  waszej  sławie  nie  zagrozi  już  żadna  konkurencja,  przyjdzie  czas  na
sprzedawanie naszego oleju rafinowanego.
  Hobart rozkaszlał się, żeby ukryć łzy, których nie mógł już powstrzymać.
  – Chłopcze, widzę, że mnie kochasz, i jestem z tego dumny. Widzę też, że masz w sobie
pierwiastek  wielkości,  i  to  również  napawa  mnie  dumą,  ale  i  strachem...  Kieronie,
posłuchaj starego człowieka. Twój olej rafinowany jest rzeczywiście wspaniały. Ale nie
eksperymentuj  nadto  ryzykownie.  Kościół...  Kościół  niezbyt  lubi  nowe  pomysły.
Zalecam ci ostrożność.
  – Jak sądzę, wszystkie eksperymenty są mniej lub bardziej ryzykowne – odpowiedział
Kieron. – Mój umysł nie spocznie... Ale będę ostrożny. Nie chcę przynieść wstydu wam,
panie, ani moim rodzicom.
    W  owych  dniach  Kieron  rzadko  widywał  Petrinę.  Czasy,  kiedy  wolno  im  było  we
dwoje chodzić na wydmy, wydawały się bardzo odległe. Teraz spotykali się tylko przy
specjalnych  okazjach  w  towarzystwie  starszych.  Widywali  się  głównie  w  Kościele

background image

Świętego  Młotka,  na  festynach  czterech  pór  roku  i  podczas  dni  świątecznych,  kiedy
praca  zamierała  i  ludzie  w  swoich  najlepszych  ubraniach  szli  w  odwiedziny  do
krewnych lub przyjaciół albo spacerowali u podnóża zamku słuchając muzyków seniora
Fitzalana.
  Czasem Kieron i Petrina spotykali się przypadkiem na ulicy, ale nie mogli ze sobą zbyt
długo  rozmawiać  w  obawie  przed  złymi  językami.  Przez  te  lata  Kieron  zmężniał,  a
Petrina  wypiękniała  –  w  każdym  razie  on  tak  uważał.  Miała  gruby,  długi  do  pasa
warkocz,  w  oczach  igrały  jej  figlarne  ogniki,  a  wargi  były  kusząco  pełne.  Piegi  znikły,
zniknęła chłopięca figura, którą przyozdabiały teraz nęcące kobiece okrągłości. Kieron,
zwykle  pewny  siebie  i  śmiały,  w  jej  obecności  stawał  się  skrępowany  i  milczący. Ale
nawet  nie  patrząc  w  jej  stronę,  zawsze  wiedział,  kiedy  go  obserwowała  podczas
zawodów,  i  ta  świadomość  w  dziwny  sposób  dodawała  mu  sił.  Za  trzy  lata  Petrina
zostanie  jego  żoną.  Trzeba  przyznać,  że  ojciec  dobrze  zrobił  zawierając  kontrakt  z
kowalem Sholto.
  Kieron szkicował Petrinę z pamięci i wieszał rysunki nad łóżkiem. Hobart oglądał je i
nic  nie  mówił.  Chłopiec  puszczał  wodze  fantazji,  kiedy  szło  o  ten  szczególny  temat.
Niemniej  rezultaty  były  dziwnie  ekscytujące  i  burzyły  krew.  Na  jednym  z  obrazków
dziewczyna wspinała się na drzewo, chyba na buka. Kieron zdołał przedstawić ją tak, że
mimo  sukienki  wyglądała  jak  naga.  Był  to  zaledwie  szkic,  ale  robił  wielkie  wrażenie.
Miał  posmak  herezji.  Kościół  nigdy  nie  aprobował  nagości. A  tu  dziewczyna,  choć  w
pełni ubrana, wyglądała na nagą. Hobart miał nadzieję, że nedyta nigdy nie zobaczy tego
rysunku. Drapał się w głowę i rozważał, czyby nie wezwać astrologa, żeby odpędził złe
duchy.
    Jednakże  zapał,  z  jakim  Kieron  szkicował  z  wyobraźni  Petrinę,  nie  przesłonił  mu
najważniejszej  dla  niego  kwestii  zdobycia  przestworzy.  Przez  te  wszystkie  lata
obserwował skrupulatnie rozmaite większe i mniejsze obiekty, które swobodnie fruwały:
chmury, ptaki, owady, nasionka, a nawet jesienne liście. W sobotnie popołudnia, kiedy
praca nie nagliła, a mistrz Hobart drzemał spokojnie na słońcu, Kieron leżał na plecach
w  słodko  pachnącej  trawie  czując  przyciąganie  ziemi,  elastyczną,  niewidoczną  siłę,
która  bezustannie  próbowała  przykuć  go  do  centrum  świata.  I  patrzył  na  białe  chmurki
sunące  leniwie  po  niebie,  na  szybujące  wysoko  skowronki,  na  jaskółki  przecinające
powietrze magicznie niczym nożem, na motyle skaczące jakby z kamienia na kamień, na
wiszące w powietrzu ważki.
  Wydawało mu się to absurdalne, że tak potężne stworzenie jak człowiek jest uwiązane
do ziemi. Niegdyś, jak słyszał, człowiek stąpał nawet po powierzchni Księżyca. Kieron
nie całkiem wierzył w tę legendę, ale ponad wszelką wątpliwość wiadomo było, że w
przeszłości  ludzie  swobodnie  podróżowali  po  niebie.  I  Kieron  był  pewien,  że  znów
będą podróżować – czy to się spodoba kapłanom Ludda, czy nie.
A  tymczasem,  mimo  dręczącej  pokusy,  przyjemnie  było  obserwować  gnane  wiatrem
chmury, wiedząc, że choć składają się z wody, która jest cięższa od powietrza, płyną bez
trudu  po  lazurowym  nieboskłonie.  I  mimo  pokusy  przyjemnie  było  obserwować

background image

drapieżnego ptaka, jak wisi w powietrzu, krąży, nieznacznym ruchem skrzydeł wznosi się
coraz wyżej i wyżej, aż zostaje tylko punkcik.
    Kieron  porównywał  ten  lekki  lot  z  zapamiętałymi  wysiłkami  pszczoły,  która,  aby
utrzymać  się  w  powietrzu,  biła  skrzydełkami  tak  szybko,  że  stawały  się  niewidzialne,
chociaż  dźwięk  maleńkich  membran  przypominał  chyba  huk  silników  z  zamierzchłych
czasów.
  Rzeczywiście niezgłębione były tajemnice unoszenia się w powietrzu. Na pewno musi
być wiele różnych sposobów na zdobycie nieba.
    Kieron  zaczął  eksperymenty  z  latawcami.  Nedyci  zezwalali  na  latawce.  Nie  uważano
ich  za  maszyny,  lecz  za  zabawki.  Wiele  dzieci  w  senioracie  puszczało  latawce.  Nie
brano  tego  za  złe.  Ale  uważano  to  za  dziwactwo  ze  strony  piętnastoletniego  młodego
człowieka, któremu pozostały już tylko trzy lata do ukończenia terminu i który powinien
myśleć  o  poważniejszych  sprawach.  Dorośli  wznosili  brwi  widząc,  jak  Kieron  stoi  na
łące podczas wietrznych jesiennych popołudni i odwija z powagą sznurek latawca, który
buja  wyżej,  niż  to  bywało  z  innymi  latawcami.  Jednakże  nie  wysokość,  jaką  Kieron
osiągał,  ich  dziwiła,  lecz  pobłażliwość  mistrza  Hobarta.  Stary  malarz  musiał
zdziecinnieć  albo  też  senior  Fitzalan  jest  niezadowolony  z  jego  prac,  bo  inaczej  z
pewnością znalazłby jakąś robotę dla bezczynnych młodych rąk.
    Rówieśnicy  Kierona  nie  byli  tacy  dyskretni  w  swoich  reakcjach  i  głośno  się  z  niego
wyśmiewali, co on znosił cierpliwie. Uważali go za gamonia i przezywali „Kieronem z
głową w chmurach", bo wciąż wpatrywał się w niebo. Ale Alwin, terminator młynarza,
posunął się za daleko.
Alwin, mocno zbudowany, silny chłopak w wieku Kierona, zawsze mu zazdrościł i to aż
z dwóch powodów. Alwin nigdy nie chciał być młynarzem. Od dzieciństwa fascynowało
go rysowanie i malowanie. Niczego tak nie pragnął jak terminować u mistrza Hobarta. A
ponadto  dochodziła  jeszcze  sprawa  Petriny.  Alwin  był  związany  kontraktem  z  Joan,
córką siodlarza Lodowicka, dziewczyną, oględnie mówiąc, przysadzistą i bez wdzięku.
To prawda, że była jakby stworzona do rodzenia dzieci i znała się na gospodarstwie, ale
nie należała do dziewcząt, na których widok serce mężczyzny zabiłoby żywiej.
Alwin  wybaczyłby  Kieronowi,  że  jest  w  terminie  u  mistrza  Hobarta.  Albo  że  jest
związany kontraktem z Petriną. Ale nie mógł mu wybaczyć tych obu rzeczy na raz. Toteż
pewnego  popołudnia,  kiedy  nowo  skonstruowany  latawiec  Kierona  poszybował
szczególnie  wysoko,  a  ten  niepomny  prześmiewek  kolegów  starał  się  wzbić  go  jeszcze
wyżej,  Alwin  na  nic  nie  zważając  podbiegł  i  przeciął  sznurek.  Wiał  mocny  wiatr.
Latawiec zakołysał się gwałtownie i po chwili odfrunął na południe, w stronę morza.
  Kieron spojrzał na Alwina ze zdumieniem.
  – Dlaczego to zrobiłeś?
  – Bo jesteś głupcem.
  – Czy nie mam prawa być głupcem, jeśli taka moja wola?
Alwin zdał sobie sprawę z własnej głupoty, ale nie było już odwrotu.
  – Nie. Powinieneś być taki jak my wszyscy. Puszczanie latawców jest dobre dla dzieci.

background image

My jesteśmy już na to za starzy.
    –  Nie  jesteś  za  stary  na  porządne  lanie  –  powiedział  Kieron.  –  Długo  myślałem  nad
budową tego latawca. Zapłacisz mi za to.
    –  Spróbuj  tylko!  –  krzyknął Alwin.  –  Spróbuj  tylko!  – Ale  nie  czuł  się  zbyt  pewnie.
Wiedział,  że  jest  silniejszy  od  Kierona,  lecz  Kieron  miał  giętkie  ciało  i  giętki  umysł.
Groźna kombinacja.
  – Alwin – powiedział cicho Kieron – należy, ci się nauczka. Trudno.
    Stanęli  twarzą  w  twarz, Alwin  pełen  wiary  w  swoją  siłę,  ale  nie  w  taktykę,  Kieron
pełen wiary w swoją taktykę, ale nie w siłę.
Alwin natarł. Jeśli uda mu się doprowadzić do zwarcia z Kieronem, to ma go w garści.
  Natarł, ale Kieron nie czekał, żeby odeprzeć atak. Odbił się od ziemi i dał potężnego
susa  przeskakując  mu  nad  głową.  Alwin  zatrzymał  się  w  pół  kroku  i  odwrócił...
nadstawiając  twarz  wprost  pod  stopy  Kierona,  które  wymierzyły  mu  z  powietrza
potężnego  kopniaka  w  szczękę. Alwin  zobaczył  wszystkie  gwiazdy.  Pociemniało  mu  w
oczach  i  upadł  na  ziemię.  Zaraz  jednak  odzyskał  jasność  widzenia,  spojrzał  w  górę  i
zobaczył Kierona, który cierpliwie na niego czekał. Z okrzykiem wściekłości zerwał się
na nogi i znów natarł na Kierona, tym razem przygotowany na unik z jego strony. Ale się
zawiódł. Wyglądało na to, że Kieron jest zdecydowany odeprzeć natarcie ramieniem, co
wydawało  się  dość  niemądre,  zważywszy  na  większą  wagę  Alwina.  Jednakże  w
ostatniej  chwili,  bezbłędnie  odczekawszy  na  odpowiedni  moment,  Kieron  się  pochylił,
Alwin nie zdążył się już zatrzymać i rozciągnął się jak długi na plecach Kierona. Wtedy
Kieron  się  wyprostował, Alwin  wykonał  salto  w  powietrzu  i  wylądował  z  hukiem  na
ziemi. Chciał wstać, ale nie mógł. W głowie mu szumiało, dzwoniło w uszach i czuł się
obolały na całym ciele.
  Kieron stanął nad nim.
  – Czy przeprosisz mnie, że przeciąłeś sznurek, Alwinie?
  – Niech cię diabli! – Spróbował chwycić go za nogę.
  Kieron stanął mu na ręce i przygwoździł ją do ziemi.
  – Przeproś!
Alwin jęknął z bólu.
    –  Idź  do  wszystkich  diabłów.  Nigdy  cię  nie  przeproszę.  Masz  mistrza  Hobarta  i
będziesz miał Petrinę.. Niech mnie Ludd pokara, jeśli... – Alwin zemdlał.
  Kiedy odzyskał przytomność, zobaczył, że Kieron klepie go delikatnie po twarzy.
    –  Daj  mi  spokój.  Nic  mi  nie  jest  i  nie  mam  zamiaru  cię  przepraszać.  Możesz  mi
połamać
wszystkie kości, „Kieronie z głową w chmurach", a i tak cię nie przeproszę. Przysięgam.
Kieron posadził go ostrożnie, a sam przykucnął obok.
    –  Dlaczego  mówiłeś  coś  o  mistrzu  Hobarcie  i  Petrinie?  Alwin  spojrzał  na  niego  z
pobladłą twarzą.
  – Masz to wszystko, o czym zawsze marzyłem – zaniósł się szlochem. – A bawisz się
jak małe dziecko!

background image

Nagle Kieron zrozumiał prawdę.
– Chciałbyś malować?
– Tak! Na Ludda, tak, chciałbym malować! A będę do końca życia mielił ziarno!
– I chciałbyś mieć za żonę Petrinę?
Twarz Alwina wykrzywił grymas.
– Możesz się śmiać, ile dusza zapragnie. Wiesz, że jestem związany kontraktem z Joan.
Kieron powiedział po prostu:
– Wybacz. Nie wiedziałem, co cię do tego skłoniło.
– Czego nie wiedziałeś? – Alwin popatrzył na niego nic nie rozumiejącym wzrokiem.
  – Nie wiedziałem, co cię skłoniło do przecięcia sznurka... Jeśli chodzi o Petrinę, to nie
ma rady. Ja się z nią ożenię. Kocham ją. Ale może znajdziemy jakąś radę na tamto...
    –  Nic  się  nie  da  zrobić  –  odparł Alwin.  –  Młynarz  nie  maluje  obrazów,  terminator
młynarza też nie. I tyle.
  Kieron uśmiechnął się.
  – Czy to wbrew prawu? Czy senior Fitzalan wydał rozkaz, że wszyscy młynarze, którzy
napaćkają coś na płótnie, mają zapłacić za to głową?
  – Szydzisz ze mnie... Poza tym kto by mnie uczył? Kto dałby mi płótno i farby?
  – Ja ci dam.
Alwin otworzył ze zdumienia usta. Przemówił dopiero po dłuższej chwili:
  – Ty? Dlaczego?
  – Czy jest jakiś powód do nienawiści między nami, Alwinie? Musimy być wrogami z
racji decyzji, które za nas podjęto?
  – Nie, ale...
    Posłuchaj  więc.  Chciałbym,  żebyś  został  moim  przyjacielem.  Któregoś  dnia  mogę
potrzebować
przyjaciół. W sprawie Petriny nie mogę i nie chcę nic zrobić. Ale mistrz Hobart kocha
mnie,  a  ja  służę  mu  jak  umiem  najlepiej.  Da  mi  płótna  i  farby  i  nie  będzie  zadawać
niepotrzebnych  pytań...  Będę  cię  uczył,  Alwinie.  Przekażę  ci  wszystkie  umiejętności,
jakie  sam  nabędę.  Czy  to  wystarczy?  Alwin  wyciągnął  rękę  i  chwycił  Kierona  za
przedramię. Kieron zrobił to samo, pieczętując odwieczny pakt wzajemnej lojalności.
– Wystarczy – rzekł Alwin. – Na Młotek Ludda, to nawet znacznie więcej. Ale dlaczego
to robisz?
– Połączyliśmy się węzłem braterstwa, tak czy nie?
– Tak.
–  Mogę  ci  więc  zdradzić  swoją  tajemnicę, Alwinie.  Ty  chciałbyś  malować,  ale  jesteś
skazany  na  zawód  młynarza.  Ja  chciałbym  budować  latające  maszyny,  ale  mam  zostać
malarzem.  Osobno  każdy  z  nas  musi  pogodzić  się  z  losem,  razem  możemy  go
przezwyciężyć. Czy naprawdę chcesz się ze mną związać?
    –  Na  śmierć  i  życie. Ale,  jak  mówisz,  młynarz  może  malować  nie  łamiąc  prawa.  Z
drugiej strony, latające maszyny... wszelkie maszyny... są surowo zabronione. Czeka cię
niewesoła przyszłość, „Kieronie z głową w chmurach".

background image

    Kieron  uśmiechnął  się  na  to  przezwisko,  które  teraz  nie  kryło  w  sobie  cienia
złośliwości.
  – Prawa ustanawiają ludzie. I ludzie mogą je zmieniać... Latawiec, który odciąłeś, nie
był wcale dziecinną zabawką, Alwinie. Stanowił eksperyment. Była to eksperymentalna
konstrukcja do wznoszenia w górę ludzi.
  – Daj sobie z tym spokój. Nedyci spalą cię na stosie.
  – Posłuchaj. Jest pewien powód, dla którego w odpowiednim czasie Nedyci nic mi już
nie zrobią.
  – Jaki to powód?
    –  Konieczność  historyczna  –  odparł  Kieron.  –  Prędzej  czy  później  człowiek  znów
będzie musiał wznieść się w powietrze. A na razie muszę pracować w tajemnicy, żeby
być gotowym na właściwą chwilę.
  – Boję się o ciebie, Kieronie.
    –  Ja  też  się  boję,  Alwinie.  Ale  dobiliśmy  targu.  I  podzielę  się  z  tobą  moimi
umiejętnościami, żebyś nie czuł się nieszczęśliwy.
  – Czego chcesz w zamian?
    –  Jeszcze  nie  wiem.  Naprawdę,  nie  wiem.  Kiedyś  w  przyszłości  niewątpliwie  będę
potrzebował twojej pomocy. I pewno przyjdzie ci wiele ryzykować. Może nawet życie.
Ale postaram się do tego nie dopuścić.
Alwin  wstał.  Kieron  też.  Raz  jeszcze  jeden  drugiemu  uścisnął  przedramię  na
potwierdzenie zawartego braterstwa.
  – Lepiej być martwym malarzem niż żywym młynarzem – zażartował Alwin.
    – A  jeszcze  lepiej  być  żywym  malarzem  i  żywym  człowiekiem  przestworzy  –  odparł
Kieron.

Rozdział szósty

    Jaśnie  panienka  Alyx  Fitzalan  była  osóbką  siedemnastoletnią  i  zmorą  życia  seniora
Fitzalana. Za rok, Luddowi niech będą dzięki, miała poślubić młodego seniora Talbota z
Chichester. Senior Fitzalan nie mógł się już tego doczekać. Życzył Talbotowi pociechy
ze  swej  córki,  ale  sam  bardzo  wątpił,  aby  z  tego  związku  mogła  wyniknąć  jakaś
pociecha.  Niemniej  unia  Talbotów  z  Fitzalanami  stanowiła  polityczną  konieczność.
Panowali razem nad większością południowego wybrzeża, co było wygodne w czasach
pokoju i podwójnie korzystne w czasach wojny – przed czym niech Ludd broni.
Alyx zdawała sobie sprawę, że przeznaczono ją do wyższych celów, i zachowywała się
odpowiednio do tej roli. Jako najstarsza córka Fitzalana miała i tak wiele przywilejów.
Teraz  zaś,  skoro  trzymała  w  ręku  klucz  dający  ojcu  władzę  nad  dużym  obszarem
wybrzeża, wiedziała, że dopóki nie zamknie on w skarbcu odpisu ślubów małżeńskich,
wolno jej żądać wszystkiego – w granicach rozsądku.

background image

    I  żądała.  Domagała  się  rozrywek,  uczt,  balów.  Powszechnie  wiedziano,  że  Talbot  z
Chichester  jest  chorowitym  młodzieńcem,  któremu  wiecznie  cieknie  krew  z  nosa. Alyx
miała swoich szpiegów, którzy jej donieśli, że młody senior długo nie pożyje. Choć go
nie cierpiała, miała nadzieję, że zdąży jednak się z nią ożenić i spłodzić syna. Marzyła,
aby  tym  sposobem  dorównać  potęgą  ojcu. A  na  razie  trzymała  go  w  szachu.  Nie  mógł
pozwolić sobie na ryzyko, że córka odmówi pójścia do ślubu.
Alyx  była  zapaloną  amazonką.  Konie  stanowiły  jej  największą  pasję.  Cóż  więc
dziwnego, że zapragnęła mieć swój portret na koniu pokonującym wysoką przeszkodę?
Alyx miała już pięć portretów, dwa wisiały na zamku, jeden wysłano do Londynu, a dwa
dostał  Talbot.  Wszystkie  pięć  malował  Hobart  i  teraz  na  propozycję  namalowania
szóstego podniósł z przerażeniem w górę drżące ręce.
    –  Wasza  Wysokość,  jakżeż  zdołam  uchwycić  waszą  córkę  na  koniu  skaczącym  przez
przeszkodę?
    –  Nie  wiem,  mistrzu  Hobarcie,  i  to  nie  moje  zmartwienie  –  odparł  senior  Fitzalan
chłodno. – Ale jeśli to ma być cena za spokój, choćby na jakiś czas, jestem zdecydowany
ją zapłacić.
  – Ale Wasza Wysokość...
  – Bez żadnych ale, mości malarzu. Zadbaj o ten portret. I zadbaj też, żeby koń miał tyleż
gracji co jego pani. Mam piękną stajnię i chcę, żeby ci, którzy będą oglądać twój obraz,
to wiedzieli.
  – Tak, Wasza Wysokość.
  – Uspokój się, człowieku! Trzęsiesz się jak liść osiki. Mam nadzieję, że kiedy trzymasz
pędzel, ręka ci tak nie drży.
    –  Nie,  Wasza  Wysokość  –  zapewnił  szybko  Hobart.  –  Teraz  to  tylko  z  podniecenia.
Kiedy trzymam pędzel, mam rękę pewną jak ze stali.
  – Jeśli będzie dość pewna, żeby oddać należycie podobieństwo konia i jeźdźca, włożę
ci w nią pięćset szylingów.
  – Dziękuję, Wasza Wysokość.
  Fitzalan zmarszczył brwi i wbił wzrok w staruszka.
  – Ale jeśli obraz mi się nie spodoba, wepchnę ci go do gardła.
    –  Tak,  Wasza  Wysokość.  Dziękuję,  Wasza  Wysokość.  –  Mistrz  Hobart  zaczął  się
wycofywać
sprzed  oblicza  seniora,  kłaniając  się  raz  po  raz  ze  złożonymi  rękami  (po  części,  żeby
ukryć  ich  drżenie)  jakby  w  geście  wielkiej  wdzięczności,  niczym  skazaniec,  którego
egzekucję właśnie wstrzymano – choćby na pewien czas.
  – Hobart!
  – Wasza Wysokość?
  – Jeszcze słowo. I przestań tak dygać, działa mi to na nerwy.
  – Proszę mi wybaczyć, Wasza Wysokość. – Hobart zamarł.
  – Ten obraz... Przystąp do niego jak najszybciej, ale się nie spiesz. Rozumiesz mnie?
  – Tak, Wasza Wysokość – odparł Hobart bez zastanowienia. Chociaż nic nie rozumiał.

background image

  Fitzalan dodał:
    –  Panienka  Alyx  jest  posłuszną  i  kochającą  córką,  ale  jest  również,  jak  by  to
powiedzieć, nieco popędliwa i uparta.
  – Niewątpliwie, Wasza Wysokość.
  – Niewątpliwie, jakie niewątpliwie! Do licha! Czy nie rozumiesz, co mówię?
  – Rozumiem, Wasza Wysokość. W całym senioracie wiadomo, że panienka Alyx jest...
  – Hobart, jesteś starym głupcem i nic nie wiesz o kobietach.
  – Tak, Wasza Wysokość.
Naraz  senior  Fitzalan  uzmysłowił  sobie,  że  Hobart  rzeczywiście  jest  niemądrym
staruszkiem, który nic nie wie o kobietach.
  – Wybacz, mój przyjacielu. Źle cię traktuję.
  – Wasza Wysokość jest dla mnie za dobry.
  Fitzalan uśmiechnął się.
  – Jesteśmy starymi przyjaciółmi, mogę ci więc zaufać. Panienka Alyx, niech ją Ludd ma
w  swojej  opiece,  miewa  dziwne  kaprysy.  Potrzeba  jej  jakiegoś  zajęcia,  rozrywki.  A
rozrywki  kobiet  są  rzeczą  kosztowną,  Hobarcie.  Pomówmy  teraz  o  tym  obrazie.  Czy
mógłbyś namalować go w tydzień?
  – No cóż, Wasza Wysokość...
  – Tak czy nie?
  – Tak, Wasza Wysokość.
  – Otóż właśnie. Nie namalujesz go w tydzień. Nie namalujesz go nawet przez miesiąc.
Zabierze  ci  to  pewien  czas,  dużo  czasu.  Będziesz  potrzebował  wielu  szkiców,  wielu
godzin pozowania i tak dalej. Wielu długich godzin pozowania. Czy mówię jasno?
– Tak, Wasza Wysokość.
–  Panienka  Alyx  będzie  ci  wymyślać.  Ja  ci  będę  wymyślać.  Ale  ty  się  nie  będziesz
spieszyć.
Mówię jasno?
  – Tak, Wasza Wysokość.
  – Panienka Alyx cierpi na nadmiar czasu. Sama tego nie wie, ale tak jest. Dlatego też ty,
niby niechcący, zajmiesz jej tego czasu jak najwięcej... Ten twój terminator... Ma nieco
oleju w głowie?
–  Oczywiście,  Wasza  Wysokość.  –  Tutaj  Hobart  poczuł  się  na  pewnym  gruncie.  –  To
naprawdę inteligentny i bystry chłopak, niezwykle uzdolniony do pędzla, kredy, ołówka,
węgla...
  – Dobrze, dobrze, nie musisz mi deklamować wszystkich jego zalet. Widywałem go na
zamku  i  w  mieście.  To  przyjemny  młody  człowiek...  Tak...  przyjemny  młody  człowiek.
Każ  mu  towarzyszyć  panience  Alyx.  Niech  jeździ  z  nią  konno,  niech  z  nią  spaceruje,
niech robi jak najwięcej tych, no... jakże je tam nazywasz?
  – Wstępne studia – podsunął Hobart.
  – Niech robi jak najwięcej wstępnych studiów, szkiców i co tam jeszcze, byleby przez
dwa  pełne  miesiące  zająć  nieboraczce  wszystkie  przedpołudnia,  a  jeszcze  lepiej  i

background image

popołudnia. Czy to się da zrobić?
  – Ale co powie na to panienka Alyx, Wasza Wysokość? Jeśli znuży ją...
    –  Pal  licho  panienkę Alyx!  Kobiety  się  nie  nużą,  kiedy  na  nie  patrzeć  z  adoracją  i  z
oddaniem  malować...  Siedemset  pięćdziesiąt  szylingów,  Hobarcie,  i  ani  pensa  więcej.
Znasz moje warunki. Możesz odejść.
    Hobart  znów  ruszył  ku  drzwiom,  z  rękami  ciasno  splecionymi  i  z  czołem  zroszonym
potem.
    Miał  teraz  dwa  dodatkowe  zmartwienia,  które  trzeba  będzie  topić  w  szkockich  lub
francuskich  trunkach.  Panienka  Alyx  była  znana  ze  swoich  humorów.  A  ponadto,
uzmysłowił  to  sobie  z  przerażającą  jasnością,  konie  nigdy  nie  stanowiły  jego  mocnej
strony.

Rozdział siódmy

Panienka Alyx  doprowadzała  Kierona  do  szaleństwa.  Była  z  niej  nieobliczalna  młoda
dama.
Nieobliczalna,  piękna,  władcza,  znudzona. A  także  inteligentna.  Na  tyle  inteligentna,  iż
zdawała  sobie  sprawę,  że  Kieron  został  jej  przysłany  na  pożarcie  w  charakterze  kozła
ofiarnego,  chłopca  do  bicia.  Niemniej  bawiło  ją  wymierzanie  mu  razów  –  słownych,
emocjonalnych, fizycznych.
  Pierwszego dnia, kiedy Kieron pojawił się z węglem, papierem i rysownicą, dała się
naszkicować  prawiąc  mu  przy  tym  nieustanne  złośliwości  na  temat  jego  wyglądu,
ubrania, akcentu, pochodzenia, braku wykształcenia.
  Kieron rozłożył rysownicę i zabrał się do pracy. Ale już po kilku minutach ręce tak mu
się trzęsły, że nie potrafił zrobić kreski. Widział to i Alyx też widziała.
  Mistrz Hobart ostrożnie i przepraszająco wytłumaczył Kieronowi jego misję.
    –  Widzisz,  mój  synu  –  Hobartowi  coraz  częściej  wyrywał  się  z  ust  ten  zwrot  –  to
zlecenie  ma  pewne  aspekty  dyplomatyczne.  Senior  Fitzalan  wyraził  się  całkiem  jasno.
Życzy sobie, aby panienkę Alyx na jakiś czas czymś zająć. Ja już jestem na to za stary.
Dlatego też...
  – Dlatego ją mam grać rolę tresowanej małpy – dokończył Kieron spokojnie.
  – Nie nazwałbym tego tak – Hobart usiłował udać oburzenie, ale bezskutecznie. – Masz
za zadanie robić szkice, które będą bezcenne, kiedy przyjdzie nam podjąć decyzję co do
ostatecznej kompozycji obrazu.
  – Małpa z węglem do rysowania – odparował Kieron. – Wy sami namalujecie obraz,
mistrzu  Hobarcie.  Ja  mam  tylko  opóźniać  sprawę,  dopóki  wraz  z  seniorem  Fitzalanem
nie dojdziecie do wniosku, że już czas zabrać się do roboty.
  – Ależ nie, ależ nie, ależ skąd – zaprotestował Hobart. – To ty namalujesz ten portret.
  – Powierzylibyście mi takie zadanie?

background image

    –  Powierzyłbym  ci  swoje  życie...  Poza  tym,  spójrz  na  moje  ręce,  chłopcze.  Spójrz
tylko.
    Mistrz  Hobart  wyciągnął  dłonie.  Kieron  spojrzał  –  trzęsły  się  jak  galareta.  Miały
nabrzmiałe  żyły,  opuchnięte  stawy,  poskręcane  palce.  Te  ręce  już  nigdy  nie  narysują
równego koła.
– Tak mi przykro, mistrzu Hobarcie. Naprawdę mi przykro.
  Nie ma powodu do smutku, mój synu. Żadnego powodu. Mam ciebie. Senior Fitzalan
nie wie, że skończyłem z malowaniem.
  – Ależ wcale nie skończyliście, mistrzu Hobarcie.
  – Posłuchaj, co ci powiem. Ten portret będzie nosił podpis „Hobart". Już po raz ostatni
położę  swój  podpis.  Ale  kiedy  senior  Fitzalan  go  zaakceptuje,  dodam  coś  do  tego
podpisu. Będzie brzmiał: „Hobart, uczeń mistrza Kierona". Czy to cię zadowala?
  Kieron sam się zdumiał poczuwszy na policzkach łzy.
  – Mistrzu Hobarcie, nie możecie tego zrobić.
  – Mogę i zrobię. Czy to cię zadowala?
  – To więcej, niż mógłbym marzyć. Znacznie więcej.
    –  Ten  jeden  jedyny  raz  proszę  cię,  żebyś  nazwał  mnie  ojcem.  I  proszę  cię,  żebyś
pięknie namalował portret panienki Alyx i przysporzył nam obu chwały.
  – Ojcze, zrobię wszystko co w mojej mocy – obiecał Kieron.
    –  Cieszę  się.  To  zupełnie  wystarczy...  Senior  Fitzalan  przyrzekł  zapłacić  za  udany
portret siedemset pięćdziesiąt szylingów.
    –  Siedemset  pięćdziesiąt  szylingów!  –  Nigdy  dotąd  mistrz  Hobart  nie  mówił  o
pieniądzach.  Wymieniona  suma  była  ogromna.  Zarobek  Kierona  wynosił  dziesięć
szylingów rocznie.
    –  Ale  zwracam  ci  uwagę,  że  ta  zapłata  pokrywa  także  stracony  czas  i  pracę  nad
wstępnymi  szkicami,  które  z  Ludda  pomocą  mają  przez  najbliższe  osiem  tygodni  zająć
panience Alyx większą część dnia.
  Kieron prychnął.
    –  Dam  głowę,  że  płacą  nam  tu  bardziej  za  rozrywkę,  jaką  mamy  dostarczyć  panience
Alyx, niż za jej portret.
    –  Mój  synu,  nie  nam  roztrząsać  przyczyny  szczodrości  naszego  seniora.  A  teraz
posłuchaj uważnie. Widziałeś moje ręce. Musisz także wiedzieć, że maluję konie mniej,
powiedzmy, udatnie, niż należałoby... Dziwna rzecz z tymi końmi. Ale każdy malarz ma
swój słaby punkt. No nic, odszedłem od tematu. Rzecz w tym, że to ty wykonasz portret.
Będzie  na  pewno  dobry,  to  wiem. Ale  jeśli  chodzi  o  podpis,  cały  świat  dowie  się,  że
uczeń  prześcignął  mistrza.  Wróćmy  teraz  do  zapłaty.  Gdy  już  senior  obejrzy  portret  i
zapłaci  dwieście  pięćdziesiąt  szylingów  zostanie  przekazane  mistrzowi  Gerardowi  na
znak,  że  nasz  wspólny  syn,  jego  z  urodzenia,  a  mój  z  ducha,  osiągnął  doskonałość  w
jednej  postaci;  dwieście  pięćdziesiąt  szylingów  będzie  czekało  na  ciebie  do  czasu
twojej pełnoletności i ukończenia terminu, a pozostałe dwieście pięćdziesiąt szylingów
zatrzymam  sobie  do  własnej  dyspozycji,  jako  zapłatę  za  to,  czego  cię  nauczyłem...  Czy

background image

taka umowa ci odpowiada?
  Kieron przez dłuższą chwilę stał oniemiały. Wreszcie powiedział:
    –  Mistrzu  Hobarcie,  wasza  dobroć  mnie  poraża.  Przyjmuję  wszystkie  wasze  hojne
warunki, z wyjątkiem jednego. Podpisu.
  – Widziałeś moje ręce. Ja już nie będę malować. Mogę co prawda robić jeszcze różne
proste rzeczy, mam dobre oko, jeśli chodzi o projekt i kompozycję, mogę wymyślić szkic
na niezły fresk, ale malować już nie będę.
  – Nie zgadzam się na to! – krzyknął Kieron.
  Hobart był zdumiony.
  – Ależ mój synu, takie są fakty.
  – Mistrzu mój, podpiszecie płótno „Hobart" albo rzucam termin i będę żył ze sprzedaży
oczyszczonego oleju lnianego.
  – Ale dlaczego? Dlaczego? – Hobart nie mógł zrozumieć, czemu Kieron odrzuca okazję
do nagłej i szybkiej sławy.
    Kieron  nie  mógł  znaleźć  odpowiednich  słów.  Musiały  wystarczyć  te,  które  mu  się
nasunęły.
    –  Dlatego,  mój  mistrzu,  że  mam  szczęście  służyć  u  wielkiego  malarza  i  być  jego
uczniem.  To  przywilej,  z  którego  cieszę  się  całym  sercem.  Nie  umiem  powiedzieć  nic
więcej.
Hobart  szybko  rozkaszlał  się,  żeby  ukryć  wzruszenie.  Kieron  przyniósł  mu  butelkę
whisky.
Kiedy pierwszego dnia służby przy panience Alyx szedł do zamku, padał ulewny deszcz.
Co  miało  swoje  dobre  strony,  bo  chciał  najpierw  przemyśleć  kilka  problemów,  zanim
zacznie rysować konia w ruchu.
    Panienka  Alyx  w  porannej  toalecie  z  niebieskiego  materiału,  podciętej  odrobinę  za
wysoko  nad  kostką  i  odrobinę  za  nisko  na  piersiach,  przyjęła  go  w  podłużnym  pokoju,
którego ściany
pokrywały  półki  z  książkami.  Kieron  nigdy  jeszcze  nie  widział  tylu  książek.  Patrzył  na
nie z otwartymi ustami i pożądaniem w oczach.
    Panienka  Alyx,  siedząca  przy  klawikordzie,  obrzuciła  przemoczonego  młodzieńca
pogardliwym wzrokiem.
    –  Cóż  to,  chłopcze,  przyszedłeś  tu  gapić  się  na  książki  czy  zacząć  robić  moją
podobiznę?
  – Przepraszam, panienko Alyx. Proszę o wybaczenie. Nigdy jeszcze nie widziałem tylu
książek.  –  Kieron  ruszył  niezdarnie  po  grubym  perskim  dywanie,  zostawiając  za  sobą
ślady zabłoconych butów.
    –  Ociekasz  wodą  gorzej  niż  praczka,  ty  cymbale.  Zastanawiam  się,  czy  nie  kazać
ludziom ojca wystawić cię za drzwi.
    –  Wtedy  będę  ociekał  jeszcze  bardziej,  panienko.  Nie  mogło  ujść  twojej  uwagi,  że
niebiosa się rozwarły.
  – Nie popisuj się tu swoim nędznym dowcipem. Pamiętaj, że masz do czynienia z osobą

background image

wysoko urodzoną.
    –  Raz  jeszcze  proszę  o  wybaczenie,  panienko.  Muszę  się  oswoić  z  wagą  mojego
zadania.
  – Przystępuj więc do tegoż zadania, chłopcze, i bądź cicho.
    –  Tak,  panienko.  Czy  mogłabyś  łaskawie  posiedzieć  chwilę  bez  ruchu?  –  Kieron,
któremu nie zaoferowano krzesła, przykucnął na dywanie i przypiął papier do rysownicy.
    –  Jeśli  zechcę  się  ruszać,  to  będę  się  ruszać  –  oświadczyła Alyx.  –  Masz  za  długie
włosy i coś mi się zdaje, że cuchniesz. Nie sądzę, żebym potrafiła szczególnie cierpliwie
znosić twoją...
    Kieron  ugryzł  się  w  język  i  wybrał  z  woreczka  kawałek  węgla.  Zaczął  szkicować
panienkę  Alyx.  Ale  ją  spokój  szybko  znudził.  Z  dziecinnie  złośliwą  radością
postanowiła wypuścić następną strzałę w kierunku swojej bezbronnej ofiary.
  – Jesteś zaręczony z tą, jak jej tam, Petriną, o ile wiem?
  – Tak, panienko.
    –  Jest  nawet  całkiem  niebrzydka,  ale  z  ciebie  istne  straszydło.  Biedne  dziecko.  My
kobiety rzadko trafiamy szczęśliwie, jeśli chodzi o wybranych dla nas mężczyzn.
  – Tak, panienko.
  – Nie gadaj tyle, głupku. Pracuj lepiej.
  Kieron liczył zaledwie siedemnaście lat i choć był dojrzały, jak na swój wiek, nie miał
właściwie  żadnego  doświadczenia  z  kobietami.  Ponadto  onieśmielał  go  bardzo  wysoki
stan dręczycielki. Toteż tym silniej reagował na ej banalne docinki. Ręka trzęsła mu się
jak  w  febrze,  linie,  które  kreślił,  były  do  niczego  i  wiedział,  że  ten  pierwszy  szkic
wypadł co najmniej groteskowo.
  – Pokaż mi, co narysowałeś. Wprawdzie jesteś źle ubrany, nie umiesz się wysłowić i
pochodzisz z pospólstwa, ale może się jeszcze okazać, że masz talent.
  Panienka Alyx świetnie się bawiła. Tę ofiarę będzie przypiekać na wolnym ogniu.
    –  Panienko,  to  tylko  próbny  szkic  –  bronił  się  rozpaczliwie  Kieron  –  niewart  twojej
uwagi.
  – Nic nie szkodzi, chcę go zobaczyć. – Wstała od klawikordu, podeszła do Kierona i
zajrzała mu przez ramię.
  – Niech Ludd ma cię w opiece! Rysujesz, jakbyś miał dwie lewe ręce. Idź stąd i żebym
cię więcej nie widziała.
    –  Tak,  panienko.  Przepraszam,  panienko  –  Kieron  pozbierał  papiery,  węgiel  i
rysownicę.  Nie  pozostawało  mu  nic  innego,  jak  opuścić  zamek  i  bezzwłocznie  się
powiesić.
  – Aż do jutra – dodała panienka Alyx słodkim głosem. – Staw się tu jutro o tej samej
porze, chłopcze. I módl się, żeby ci lepiej poszło.
  Kieron umknął jej sprzed oczu, zlany potem. Nie powiesił się. Ale kiedy przyszła pora
snu, męczyły go koszmary.

background image

Rozdział ósmy

Nazajutrz również padało. Tym razem Kieron przedsięwziął środki ostrożności. Przykrył
głowę  i  ramiona  kawałkiem  juty,  a  w  drugi  kawałek  zawinął  materiały  rysunkowe  i
zapasowe  obuwie.  Potem  powlókł  się  do  zamku.  Zanim  zaprowadzono  go  do  panienki
Alyx, poprosił, aby mógł uczesać się i zmienić buty.
    Przyjęła  go  tak  samo  jak  przedtem,  siedząc  przy  klawikordzie  w  podłużnym,
zastawionym książkami pokoju.
    –  Widzę,  chłopcze,  że  jesteś  punktualny.  To  już  coś.  I  znalazłeś  sposób,  żeby  nie
ociekać wodą. To też już coś. Miejmy nadzieją, że tym razem nie zmarnujesz papieru...
No,  nie  stój  jak  ten  strach  na  wróble.  Siadaj  gdzieś  i  postaraj  się  udowodnić,  że  mój
drogi ojciec nie wyrzuca szylingów w błoto.
  Kieron, który zadał sobie nieco trudu, żeby ją udobruchać, a właściwie, żeby wyglądać
mniej śmiesznie we własnych oczach, nie był przygotowany na dalszy ciąg szyderstw. W
istocie dotychczas tkwił między nauką a pracą, nigdy też nie spotkało go żadne poważne
niepowodzenie.  Teraz  zaś  odbierał  zniewagi  na  wszystkich  frontach  –  jako  mężczyzna,
do  tego  bardzo  młody,  jako  malarz,  nieznany  jeszcze,  a  więc  nadwrażliwy,  i  jako
człowiek, którego godność osobista dotkliwie cierpi.
    Kieronowi  krew  napłynęła  do  twarzy.  Potok  słów  cisnął  mu  się  na  usta,  ale  zacisnął
wargi i stłumił wściekłość, przynajmniej na razie. Ten wysiłek osadził go w miejscu. W
pobliżu nie było krzesła, usiadł więc znów sromotnie na podłodze.
  – Mam nadzieję, że masz czyste spodnie – odezwała się Alyx. – Ten dywan pochodzi z
dalekiego  kraju,  o  którym  z  pewnością  nawet  nie  słyszałeś,  i  kosztował  więcej,  niż  ty
przy swoim miernym talencie zarobisz przez całe życie.
Tego już było za wiele.
–  Panienko  –  odparował  cicho  Kieron  –  moje  spodnie  są  czyste  i  wiem,  że  to  perski
dywan. Ale czy pochodzi z Persji, tego nie jestem pewien, bo słyszałem, że flamandzcy
tkacze  robią  teraz  także  dywany  w  stylu  perskim,  które  są  o  wiele  tańsze  i  chętnie
kupowane przez arystokrację.
    Dywan  był  oryginalny  i  Kieron  dobrze  o  tym  wiedział,  ale  nie  mógł  sobie  odmówić
drobnego odwetu.
  – Ty zuchwały wieśniaku! – wybuchnęła Alyx. – Ten dywan jest prosto z Persji!
    –  Rzeczywiście  jestem  wieśniakiem  i  nie  mam  powodu  wątpić  w  twoje  słowa,
panienko – rzekł Kieron z odpowiednią nutą zwątpienia w głosie. – Czy mogę zaczynać?
– Czuł się raźniej.
Zaczynaj,  głupku  jeden.  Skrob  sobie  jak  kura  pazurem,  jeśli  już  musisz. Ale  pilnuj  się,
żeby wypadło to lepiej niż wczoraj, bo klnę się na Ludda, że w przeciwnym razie rządca
mojego ojca przepędzi cię jak nic z zamku z powrotem do nory mistrza Hobarta. Biedny
staruszek musiał być niespełna rozumu, żeby wziąć sobie takiego ucznia jak ty.
  – Może nie przynoszę mu zaszczytu – odparł Kieron – ale mistrz Hobart jest najlepszym

background image

malarzem  na  całym  południowym  wybrzeżu.  Gotowy  portret  na  pewno  ci  się  spodoba,
panienko. Na to mogę przysiąc.
Na jakiś czas zapadła błogosławiona cisza. Kieron szkicował, Alyx kaprysiła, ale nie za
bardzo.
  Kieron czuł, że mógłby ukrócić język tej młodej damy. Musi mieć jakieś czułe punkty.
Musi  być,  jak  wszystkie  kobiety,  wrażliwa  na  pochlebstwo.  Będąc  już  teraz  pewnym
swojej  ręki  może  jej  pochlebić.  Narysował  większe  i  piękniejsze  oczy,  niż  miała  w
rzeczywistości,  węższą  kibić,  pełniejsze  piersi,  włosy  gęste  i  puszyste,  opadające
kaskadą na ramiona. – Wkrótce ciekawość ją zmogła.
  – Chciałabym zobaczyć twoje gryzmoły, chłopcze.
    Kieron  wstał,  ale  ponieważ  noga  zdrętwiała  mu  od  siedzenia  po  turecku  i
podtrzymywania  rysownicy,  przewrócił  się.  Alyx  wybuchnęła  śmiechem.  Kieron
przemilczał to, bo i cóż mógł zrobić? Takie już widać jego przeznaczenie, że musi grać
rolę  błazna  przed  tą  szlachetnie  urodzoną  dzierlatką.  Podniósł  rysunek,  pokuśtykał  do
klawikordu i położył przed nią. Alyx przyjrzała się uważnie.
– Mam prosty nos, a nie zakrzywiony – powiedziała. – i mniejsze uszy. Ale od wczoraj
zaszła pewna poprawa. Może jest jeszcze jakaś nadzieja.
  Kieron miał wrażenie, że jest zarówno zdumiona, jak i zadowolona.
  – Dziękuję, panienko – wymruczał.
    –  Powiedziałam:  „może"  –  zaznaczyła.  –  „Może"  znaczy  tylko  „może".  –  Spojrzała
przez  jedno  z  oprawnych  w  ołów  okien.  –  Przestało  padać.  Wybierzemy  się  na  konną
przejażdżkę.
  Kieron stropił się.
    –  Nie  jeżdżę  konno,  panienko.  Miałem  tylko  szkicować  cię  w  różnych  sytuacjach  i
pozach.
    –  Masz  robić  to,  co  ci  każę.  Zostało  uzgodnione,  że  mistrz  Hobart  namaluje  mnie  w
siodle.  Chcąc  zrobić  studium  konia,  musisz  wiedzieć,  jak  koń  wygląda...  i  ja  na  koniu.
Pojedziesz więc ze mną. Poczekaj tu, aż się przebiorę.
    Kieron  czekał,  a  książki  na  półkach  przyciągały  go  jak  magnes.  Tyle  książek!  Tyle
cudownych, wspaniałych książek! Muszą być stare, bardzo stare. Nedyci z konieczności
zezwolili  na  maszyny  drukarskie,  ale  używano  ich  jedynie  do  rozpowszechniania
zatwierdzonych tekstów religijnych. A tu były książki, które mówiły nie tylko o życiu i
twórczości Neda Ludda, ale i o różnych nieznanych sprawach.
  Panienka Alyx długo przebierała się w strój do konnej jazdy. Zostawszy sam, Kieron
zaczął przyglądać się książkom. Wiele było bardzo starych, miały grzbiety nadgryzione
przez  myszy,  upstrzone,  pożółkłe  ze  starości  kartki.  Były  tu  rozmaite  biografie  –  opisy
życia  władców Arundel  i  innych  osobistości  –  książki  historyczne,  wojenne,  rolnicze,
łowieckie,  książki  o  odkryciach  geograficznych,  o  wymianie  handlowej  z  dalekimi
krajami,  książki  opisujące  gwiazdy.  A  wśród  nich  jedna  cienka,  niewiarygodnie
postrzępiona,  niewiarygodnie  stara  książka  o  rozwoju  diabelskich  maszyn  –  wraz  z
maszynami latającymi.

background image

    Kieron  rzucił  się  na  nią  chciwie.  Niektóre  słowa  były  trudne,  inne  niezrozumiałe.
Pomimo  wszystko  zaczął  wydobywać  z  niej  rozmaite  informacje  –  o  „dziwnie
nazywających  się  ludziach,  którzy  dokonywali  dziwnych  rzeczy,  takich  jak  bracia
Montgolfier, Otto Lilienthal, Santos Dumont – dopóki nie wróciła panienka Alyx.
  Kieron zmieszany zamknął książkę i wstawił ją na miejsce na półce.
  – Chłopcze, czy pozwoliłam ci przeglądać książki mojego ojca?
  – Nie, panienko.
  – Więc nie pozwalaj sobie za dużo. Chodź, idziemy.
    –  Nie  umiem  jeździć  konno,  panienko.  –  Kieron  nie  miał  w  tej  chwili  najmniejszej
nawet ochoty próbować dosiadać konia.
  – No to się nauczysz, chłopcze. Takie jest moje życzenie. – Alyx najwyraźniej cieszyła
się na myśl o dobrej zabawie.
    Cały  epizod  był  z  góry  skazany  na  niepowodzenie  –  dokładnie  jak  to  sobie  panienka
Alyx  obmyśliła.  Kazała  osiodłać  Kieronowi  starą  klacz,  tak  starą  i  łagodną  –  jak  mu
powiedziała  –  że  można  by  powierzyć  jej  bezpiecznie  nawet  dziecko.  Dla  siebie Alyx
wybrała pięknego ognistego rumaka.
    Kiedy  już  chłopcy  stajenni  podsadzili  Kierona  na  siodło,  Alyx  ruszyła  przodem,
wiodąc konia wolnym kłusem spod zamku w dół zbocza do skupiska domostw na skraju
rozbudowującego  się  miasta.  Kieron  z  trudem  podążał  za  nią,  zęby  mu  szczękały,
pośladki unosiły się w siodle i nieco przyciężko opadały.
    Ludzie  stawali  i  patrzyli  na  panienkę.  Kobiety  składały  głęboki  ukłon,  a  mężczyźni
dotykali  kapelusza.  Wszyscy  dziwili  się,  że  towarzyszy  jej  terminator  Kieron  i  z
rozbawieniem obserwowali jego męki. Petrina zobaczyła, jak walczy, żeby się utrzymać
w  siodle,  i  nie  mogła  powstrzymać  chichotu.  Dwóch  czy  trzech  próżnujących
czeladników ośmieliło się głośno roześmiać.
  Zostawiwszy za sobą Arundel, Alyx puściła konia krótkim galopem. Otwarta łąka była
wciąż  podmokła  po  deszczu,  lecz  cwałowało  się  niezgorzej. Ale  nie  Kieronowi.  Stara
klacz  nie  zważając  na  żadne  jego  wysiłki  kierowała  się  tylko  krokami  ogiera  –  lub
tajemnymi znakami panienki Alyx.
Niebawem  Kieron  puścił  lejce  i  chwycił  się  rozpaczliwie  za  grzywę  biednego
zwierzęcia. Jak było do przewidzenia, wkrótce spadł.
Panienka Alyx wybrała drogę nad brzegami rzeki Arun, wezbranej po deszczach. Był to
sprytny  wybór,  bo  istniało  duże  prawdopodobieństwo,  że  gdy  Kieron  zostanie
wysadzony z siodła, spadnie w nadrzeczne błoto.
Ludd mu nie sprzyjał i rzeczywiście tak się stało. Wylądował w dużej kałuży, biorąc siłę
upadku  na  ramię,  a  potem  na  plecy,  kiedy  się  przewrócił.  Było  to  znacznie  gorsze,  niż
rozkładający cios przeciwnika podczas zapasów na trawie.
Alyx roześmiała się głośno.
    –  Cóż,  uczniaku,  twoje  umiejętności  konnej  jazdy  dorównują  umiejętnościom
rysowania.  Wdrapuj  się  na  siodło.  I  nie  bądź  taki  otępiały,  nie  zamierzam  czekać  tu
wiecznie.

background image

  Kieronowi udało się jakoś dosiąść klaczy. Potłuczony i obolały usadowił się w siodle.
Ale nie zabawił tam długo. Tym razem jednak miał dość rozsądku, żeby spaść na łąkę, a
nie w muł od strony rzeki. Bolało bardziej, ale nie było błota. Niewiele myśląc usiłował
znów dosięgnąć siodła.
    –  Dość  już.  Wystarczy.  Tak  przestraszyłeś  moją  biedną  klacz,  że  zrzuci  cię,  jak  tylko
poczuje twój ciężar. Chodź za mną do zamku. Pojadę wolno. Wiedź ją ostrożnie. Nie jest
przyzwyczajona do takich gamoniów.
Alyx  zawróciła  konia  i  nie  zaszczycając  Kierona  spojrzeniem,  skierowała  się  przez
Arundel  do  zamku.  Kieron,  utytłany  błotem  i  roztrzęsiony,  poszedł  za  nią,  rzucając  co
chwila nerwowe spojrzenia za siebie na tę ponoć łagodną klacz.
    Przechodnie  na  ulicach  obejrzeli  spektakl,  starannie  maskując  przed  panienką  Alyx
swoje rozbawienie. Z drugiej strony dołożyli starań, żeby zobaczył je „Kieron z głową w
chmurach", którego zabłocona twarz była teraz skierowana nie ku niebu, a ku ziemi. Co
gorsza, Petrina, załatwiwszy zakupy w piekarni, wracała właśnie do domu z koszykiem
pełnym  świeżego  chleba.  Z  początku  ujrzawszy  Kierona  przeraziła  się,  ale  z  wolna
wyraz jej twarzy się zmieniał i nie potrafiła ukryć śmiechu. Ten śmiech ugodził Kierona
jak cios.
    Na  zamku  chłopcy  stajenni  z  kamiennymi  twarzami  uwolnili  go  od  klaczy.  Lokaj  na
polecenie  panienki Alyx  niedbałymi  ruchami  oczyścił  go  nieco  z  błota,  nie  kryjąc  przy
tym obrzydzenia dla powierzonego mu zadania. Ubranie Kierona było z dobrej, mocnej
skóry  i  z  wełny.  Lokaj  miał  na  sobie  płótno  i  aksamit.  Kieron  uważał,  że  nagła  śmierć
byłaby wybawieniem zesłanym z niebios.
    Niestety  Ludd  nie  był  dla  niego  łaskawy.  Pozostawił  go  przy  życiu.  Panienka Alyx  z
beznamiętnym  wyrazem  twarzy  kazała  mu  stawić  się  w  bibliotece.  Poszedł  za  nią
posłusznie z postanowieniem, że zbierze swoje materiały i jak najszybciej odejdzie.
  Jego szkic i rysownica leżały na perskim dywanie tam, gdzie je zostawił. Alyx, jakby
tego nie widząc, przeszła po rysunku i zostawiła na nim ociekające błotem ślady butów
do konnej jazdy.
    Nagle  Kieron  poczuł,  że  jego  cierpliwość  się  wyczerpała.  Nie  zniesie  ani  jednego
upokorzenia  więcej  od  tej  rozpieszczonej  pannicy,  inaczej  nie  mógłby  nazwać  się
mężczyzną.
  – Dość tego, ty jędzo! – krzyknął. – Mam cię już po dziurki w nosie! Alyx odwróciła
się do niego z udanym zdumieniem i oburzeniem. Z chłodnym
i wykalkulowanym oburzeniem.
    –  Chłopcze,  przebrałeś  miarę.  Użyłeś  wyzwiska  w  mojej  obecności  i  skierowałeś  je
pod  moim  adresem.  Każę  cię  za  to  przepędzić  kijami  z  zamku.  Twój  termin  zostanie
rozwiązany, a ty sam będziesz się żywił korzonkami na wygnaniu w lesie.
    –  Ale  najpierw  dam  ci  nauczkę  –  odparował  zimno  Kieron.  –  Jestem  wolnym
człowiekiem i mam swoją godność. W twoich żyłach może i płynie szlachetna krew, ale
twoje maniery pozostawiają wiele do życzenia.
  Z tymi słowami chwycił ją w pół, przełożył przez krzesło przy klawikordzie i z dużą

background image

energią i zapałem przystąpił do wymierzania jej klapsów w pośladki.
Alyx  krzyknęła.  Kieron  słuchał  jej  wrzasków  z  prawdziwą  przyjemnością.  Z  taką
przyjemnością, że nie zauważył, kiedy otworzyły się drzwi biblioteki i wbiegła służba.
Nie istniało dla niego nic prócz niekłamanej satysfakcji, jaką czuł sprawiając lanie temu
rozpuszczonemu dziecku, które wyobrażało sobie, że jest kobietą. Nic innego nie widział
i nie słyszał aż do momentu, gdy pochwyciły go czyjeś ręce, a cios w głowę pozbawił go
przytomności.

Rozdział dziewiąty

Oprzytomniał  w  zamkowym  lochu.  Oprzytomniał,  bo  chluśnięto  mu  w  twarz  kubłem
zimnej  wody.  Wisiał  przykuty  rękami  do  muru.  Bolały  go  nadgarstki,  łokcie,  ramiona,
głowa. Przed nim siedział na krześle senior Fitzalan. U jego boku stał pałacowy strażnik.
Za krzesłem zaś panienka Alyx.
    Zabiją  mnie  –  pomyślał  Kieron  apatycznie.  –  Nie  dbam  o  to.  Lepiej  umrzeć  jak
mężczyzna, niż żyć jak jagnię.
  – A więc, chłopcze, nareszcie jesteś uprzejmy przyłączyć się do naszego towarzystwa.
– Senior Fitzalan mówił tonem łagodnym, nawet miękkim. Ale jego oblicze było srogie.
Kieron nie znalazł w nim łaski.
    –  Proszę  mi  wybaczyć,  Wasza  Wysokość.  Nie  byłem  świadom  waszej  obecności  –
odpowiedział Kieron, co zabrzmiało jak dowcip, zważywszy na okoliczności.
  – Ha! – Senior Fitzalan pozwolił sobie na nikły uśmiech. – Zapamiętam ten żart... No
cóż, chłopcze, uderzyłeś panienkę Alyx, i to kilkakrotnie, w miejsce, którego dżentelmeni
nie wymawiają z nazwy. Zanim wymierzę ci karę, musisz wiedzieć, że spotkało ją to po
raz  pierwszy.  Jeśli  chcesz,  możesz  czerpać  z  tego  faktu  satysfakcję.  Przed  tą  zniewagą
nikt, nawet ja, nie podniósł w gniewie ręki na moją córkę. I co masz mi do powiedzenia?
    –  Nic,  Wasza  Wysokość  –  odrzekł  Kieron  po  chwili  zastanowienia.  Głupotą  byłoby
prosić o łaskę, jak i głupotą byłoby starać się usprawiedliwiać, że go sprowokowano.
  – Spotkał cię więc zasłużony los?
  – Uderzyłem panienkę Alyx, Wasza Wysokość. Nie chciałem jej zrobić nic złego. To
wszystko. – Spojrzał z ukosa na Alyx. Nie wyglądała teraz na władczą młodą damę. Była
blada,  zmartwiona.  W  gruncie  rzeczy  przeraziły  ją  tak  groźne  skutki  droczenia  się  z
Kieronem.  Nie  miała  zamiaru  rozzłościć  go  do  tego  stopnia,  żeby  dopuścił  się  czynu
karanego  śmiercią.  No  cóż  –  pomyślał  Kieron  –  niech  moja  śmierć  spadnie  na  jej
sumienie.
  – To wszystko? – zagrzmiał Fitzalan. – To wszystko, co masz mi do powiedzenia?
  – Wasza Wysokość – wtrącił strażnik – pozwól mi nieco go zachęcić.
  – Milcz, człowieku – parsknął senior z irytacją. – Cios w głowę i jego obecna sytuacja
powinny być wystarczająco zachęcające jak na razie... No więc, chłopcze, powiedziałeś,

background image

co miałeś do powiedzenia. Nie masz nic więcej do dodania?
    Kieron  pomyślał  przez  chwilę.  Mógłby  dodać  oczywiście  wiele  rzeczy,  ale  najlepiej
ograniczyć się do tego, co najważniejsze.
    –  Proszę  cię,  panie,  żeby  mój  postępek  nie  odbił  się  na  mistrzu  Hobarcie,  który  jest
dobrym człowiekiem i wielkim malarzem, i może odpowiadać tylko za własne uczynki.
Proszę  cię  także,  żebyś  nie  winił  moich  rodziców.  Ich  jedyną  winą  jest,  że  mieli
nieszczęście mnie zrodzić i zostali już dość pokarani.
  Senior Fitzalan odchrząknął. Wąsy mu zadrżały. Panienka Alyx pochyliła się nad nim i,
patrząc na Kierona, zaczęła głaskać długie siwe włosy ojca.
  – Myślałem nad tym, jak cię ukarać, chłopcze. Najpierw miałem zamiar ściąć ci głowę,
jako  przykład  dla  wszystkich  łotrów  i  rzezimieszków,  których  nigdzie  nie  brakuje. Ale
ponieważ taka kara jest niejako ostateczna i ludzie zapomnieliby o niej najdalej po roku,
byłem  skłonny  okazać  ci  łaskę  i  ograniczyć  się  tylko  do  ucięcia  grzesznej  dłoni  i
wydłubania grzesznych oczu.
  Kierona przeszły ciarki. Z pewnością lepsza śmierć od takiej łaski.
    –  Jednakowoż  –  mówił  dalej  senior  Fitzalan  –  moja  córka  Alyx,  która  ma  własne
zdanie, zaproponowała bardziej pomysłową karę.
    Kieronowi  zaschło  w  gardle.  Już  wspomniane  okropności  budziły  grozę.  Ale
najwyraźniej nie były wystarczające, żeby dać panience Alyx pełną satysfakcję.
  – Wobec tego zostaniesz poddany karze, jaką wymyśliła dla ciebie panienka Alyx, gdyż
to ona została znieważona.
    –  Wasza  Wysokość  –  powiedział  szybko  Kieron.  –  Wybieram  karę  śmierci  przez
ścięcie. Słusznie mi się ona należy.
– Ach tak? Wybór nie leży w twojej gestii, mój chłopcze. Możesz uważać się za dziecko
szczęścia.
Ale Kieron nie uważał się za dziecko szczęścia. Topór przynajmniej jest szybki, podczas
gdy to, co wymyśliła panienka Alyx, z pewnością potrwa znacznie dłużej.
    –  Skazuję  cię  –  powiedział  senior  Fitzalan,  uśmiechając  się  nieznacznie  –  na  to,  że
będziesz dotrzymywał towarzystwa panience Alyx, kiedy sobie tego zażyczy, wykonasz
wszystkie  potrzebne  szkice  i  nigdy  więcej  nie  podniesiesz  na  nią  ręki  z  obawy  przed
moim  karzącym  ramieniem...  Masz  szczęście,  chłopcze,  że  moja  córka  ma  dziwne
kaprysy a także kobiece sposoby na zmianę moich decyzji. No i co powiesz?
  Kieron otworzył i zamknął usta, ale nie mógł wydobyć głosu.
    –  Każ  go  rozkuć,  ojcze.  Dość  już  wycierpiał.  – Alyx  spojrzała  ze  współczuciem  na
Kierona. Były to jej pierwsze słowa.
  Fitzalan z rozpaczą podniósł oczy do sufitu.
  – Czy ktoś kiedyś zrozumie kobiety? – skinął na strażnika i Kieron został uwolniony z
kajdan.
  – Dziękuję, Wasza Wysokość, za okazaną łaskę.
  Fitzalan roześmiał się.
    –  Też  mi  łaska,  dobre  sobie!  Pomówimy  o  łasce,  kiedy  panienka  Alyx  nacieszy  się

background image

swoją zemstą. A teraz uciekaj stąd i idź się pomodlić.

Rozdział dziesiąty

Nazajutrz  Kieron  stawił  się  na  zamku  jak  zwykle,  ale  panienka  Alyx  nie  chciała  go
przyjąć.
Wrócił  do  domu  Hobarta  przybity,  przekonany,  że  Alyx  rozmyśliła  się  i  zamówienie
przepadło, a wraz z nim siedemset pięćdziesiąt szylingów i wszystko co się z tym wiąże.
Wiedział, że powinien się cieszyć, iż udało mu się wyjść z opresji obronną ręką, ale w
rzeczywistości  był  zdruzgotany.  Był  zdruzgotany,  bo  bał  się,  że  jego  zachowanie  może
odbić się na mistrzu Hobarcie i że staruszek może stracić także inne zamówienia.
  Opowiedział mu jak najdokładniej całą historię, niczego nie opuszczając, niczego nie
dodając. Spodziewał się, że Hobart będzie zmartwiony i oburzony, z pewnością spuści
mu lanie i niewykluczone, że zechce wyrzucić go z terminu.
  Miał rację – Hobart był zmartwiony. Ale nie miał racji myśląc, że będzie oburzony.
    –  Mój  synu,  widzę,  że  panienka  Alyx  potraktowała  cię  haniebnie.  Wybacz  mi.
Wiedziałem, że robi co chce, ale nie przypuszczałem, że zachowa się w sposób niegodny
swojej  pozycji.  Nic  nie  szkodzi,  możemy  stracić  względy  na  zamku.  I  tak  nie  byłem
zachwycony tym zleceniem. Najważniejsze, że uszedłeś cało z tej historii. – Spróbował
się roześmiać, ale skończyło się atakiem kaszlu, który trzeba było ułagodzić szklaneczką
whisky.  –  Tak  czy  owak  mamy  olej  rafinowany,  na  który  będzie  z  pewnością  wielkie
zapotrzebowanie.
  Kieron był zdumiony.
  – Nie jesteście źli?
  – Owszem, jestem zły, że fochy kładą tamę talentowi. Czym jest Alyx Fitzalan? Niczym,
jedynie córką seniora Fitzalana. Oto całe je znaczenie. Ale ty, Kieronie, ty jesteś artystą,
a  może  nawet  geniuszem.  Niedobrze  się  stało,  że  ją  zbiłeś  –  choć  ta  myśl  nie  jest  mi
przykra, bo sam miałem wielekroć podobną ochotę – ale to jeszcze żadne nieszczęście.
Senior  Fitzalan  miał  dość  rozumu,  żeby  puścić  wszystko  w  niepamięć.  Przeżyjemy  to
jakoś.
  – Panie mój, jestem wam wdzięczny całym sercem.
  – Nie mówmy już o tym, Kieronie. Jutro pójdziemy na ryby.
Ale nazajutrz przyszedł lokaj z wezwaniem na zamek. Panienka Alyx życzyła sobie, aby
Kieron, uczeń Hobarta, stawił się u niej z przyborami do rysowania.
  – Nigdzie nie pójdziesz – oświadczył Hobart. – Powiem, że jesteś chory.
  – Mistrzu, muszę iść – sprzeciwił się Kieron. – Taki dostałem wyrok.
    Tak  jak  poprzednio  Alyx  siedziała  przy  klawikordzie,  czekając  na  niego.  Na
instrumencie leżała książka, którą Kieron od razu poznał.
    –  Dzień  dobry,  mistrzu  Kieronie.  –  Zaskoczyła  go  jej  uprzejmość.  Poza  tym  nie  był

background image

mistrzem, lecz zaledwie terminatorem. Był też za młody, aby wiedzieć, że dojrzewające
dziewczyny nierzadko noszą w sobie skrajne cechy dziecka i dorosłej kobiety.
  – Dzień dobry, panienko Alyx.
Wstała i wyciągnęła do niego rękę z książką.
– Zainteresowałeś się tym tomikiem. Jest twój.
Kieron był wstrząśnięty.
– Panienko Alyx, to naprawdę bardzo miło z twojej strony. – Wziął książkę, pogłaskał ją
miłośnie.
– Bardzo miło. Ja... – umilkł.
Alyx uśmiechnęła się.
– Zapomnijmy o tym, co było, Kieronie. Jak mam ci pozować?
  – Jak tylko zechcesz, panienko. Mogę narysować wiele szkiców i skomponować je w
coś, czemu mistrz Hobart nada odpowiedni kształt.
  – Kieronie?
  – Panienko?
  – Mów do mnie Alyx.
  Kieron był jeszcze bardziej wstrząśnięty.
  – Dobrze... Alyx.
  – Kieronie, nigdy przedtem nie uderzył mnie żaden mężczyzna.
  – Przepraszam, panienko... Przepraszam, Alyx. Przecież mieliśmy o tym zapomnieć.
  – Kieronie?
  – Słucham, panienko... to znaczy Alyx?
    Podniosła  się  od  klawikordu  i  podeszła  do  niego.  Jej  suknia  szeleściła,  jej  skóra
pachniała,
policzki  płonęły,  a  oczy  były  wilgotne.  Wcale  nie  wyglądała  teraz  na  niemądrą
dziewczynę, która doprowadziła go do kresu wytrzymałości.
    –  Źle  cię  traktowałam,  Kieronie,  przepraszam.  Wczoraj  płakałam  całą  noc,  bo  byłam
okrutna i głupia, i bałam się, że mnie znienawidzisz. Czy nienawidzisz mnie, Kieronie?
Jeśli tak, to muszę się nauczyć z tym żyć.
    Kieron  nie  wiedział,  co  odpowiedzieć  ani  jak  się  zachować.  Z  niezrozumiałych
względów serce biło mu w piersi jak oszalałe. Pot wystąpił mu na czoło, ogień płonął w
żyłach. W końcu odzyskał mowę:
    –  Panienko,  wcale  cię  nie  nienawidzę.  Naprawdę.  Coś  takiego  się  stało,  że...  Czuję,
jakbym stracił rozum.
  Uśmiechnęła się.
  – Zapomniałeś. Powiedz Alyx. Mam na imię Alyx. Masz tak do mnie mówić zawsze,
gdy jesteśmy sami.
  – Alyx – powtórzył idiotycznie. – Alyx. – Nie przychodziło mu do głowy nic innego. To
słowo brzmiało zarazem znajomo i obco. Magiczne słowo. Zaklęcie.
    –  Nie  straciłeś  rozumu,  Kieronie.  W  każdym  razie  nie  bardziej  ode  mnie...  Jesteśmy
teraz przyjaciółmi, prawda?

background image

  Tak, jesteśmy przyjaciółmi. – Kieron drżał na całym ciele. Miał wrażenie, że wszystko
dzieje się gdzieś poza nim. Że głos, który słyszy, należy do kogoś innego... Dlaczego ona
stoi tak blisko? Dlaczego szumi mu w głowie?
  – Czy będziemy bliskimi przyjaciółmi?
  – Jeśli sobie tego życzysz.
  – A ty?
  – Alyx, ja... ja... – Cóż mógł powiedzieć. Cóż znaczyły słowa.
  – Pocałuj mnie, Kieronie. Pocałuj mnie w usta.
    Książka  wypadła  z  rąk  Kierona,  ale  on  tego  nawet  nie  zauważył.  Żadne  z  nich  nie
zauważyło.
  – Pocałuj mnie – szepnęła. Ten szept sprawił, że opuściły go resztki rozsądku.
  Pochwycił ją w ramiona. Poczuł pulsujące w niej życie, jej piersi na swoich piersiach,
ciepło jej ciała. I poczuł wargi, które dotknęły jego warg.
Groziły mu za to lochy, baty, kajdany, koło tortur i wszelkie inne męczarnie, ale nie dbał
o nic.
Smak ust Alyx Fitzalan, dotyk jej ciała... o nic innego nie dbał.
  Po chwili odsunęli się od siebie.
    –  Żaden  mężczyzna  nigdy  przedtem  mnie  nie  uderzył,  żaden  nie  trzymał  mnie  w
ramionach,  żaden  mnie  tak  nie  całował.  – Alyx  miała  szczęśliwy  a  nawet  błogi  wyraz
twarzy. – Kocham cię, Kieronie.
  – Boję się miłości – powiedział Kieron. – Burzy człowiekowi spokój. Ale ja też cię
kocham. Myślałem, że cię nienawidzę, ale ta nienawiść była odmianą miłości.
Alyx zmarszczyła brwi ze smutkiem, kiedy dotarła do niej rzeczywistość.
  – Nasze dni szczęścia nie potrwają długo, Kieronie. Cieszmy się nimi, póki możemy.
Twoim  przeznaczeniem  jest  Petrina.  A  moim  Talbot  z  Chichester,  blade,  nieszczęsne
stworzenie... Czy Petrina całuje tak jak ja?
  – Nie wiem, Alyx. Ja nie... Myśmy nie... – jąkał się.
  – Cicho, sza, mój kochany. Dałeś mi już odpowiedź... Do tej pory byłeś tylko uczniem
malarza
dręczonym  przez  bezmyślną,  impertynencką  dziewczynę,  która  wykorzystywała  władzę
swojego  ojca.  Ale  miłość  jest  niebezpieczna,  Kieronie.  W  jej  obliczu  jesteśmy  sobie
równi, choć w obliczu świata istnieje między nami przepaść. Talbot, Petrina i panujące
zwyczaje otaczają nas jak duchy. Musimy być bardzo ostrożni, bo inaczej nas zniszczą.
  Kieronowi udało się uśmiechnąć.
  – Będę ostrożny, Alyx, choćby dlatego, że muszę. Boję się o nas oboje.
Wzięła go za rękę.
    –  Ale  nie  bój  się  za  bardzo.  Jeśli  nie  stracimy  głowy,  wszystko  będzie  dobrze.  –
Roześmiała się. – Jak się domyślam, mój ojciec kazał mistrzowi Hobartowi zająć mnie
przez co najmniej dwa miesiące. Prawda? A ty miałeś być kozłem ofiarnym.
  Kieron wzruszył ramionami.
  – Prawda, Alyx. Rzeczywiście, prawda.

background image

  – Wobec tego – powiedziała wesoło – któż zaprotestuje, jeśli z dwóch miesięcy zrobią
się  trzy  miesiące?  Ani  mój  ojciec,  ani  mistrz  Hobart.  Obaj  będą  zachwyceni,  że  ich
strategia odniosła taki sukces. Ja wobec ludzi będę nadal tą wyniosłą Alyx, która chce
cię  upokorzyć. A  ty  będziesz  grać  rolę  biednego  terminatora,  który  musi  to  znosić  dla
dobra swojego mistrza, swojej sztuki i swojej przyszłości. Czy podołasz tej roli?
  – Podołam.
    –  To  dobrze.  Dzisiaj  będziesz  mnie  szkicował,  ale  jutro  znów  pojedziemy  na  konną
przejażdżkę i na pewno znów spadniesz z konia. Ludzie się o tym dowiedzą i będą mieli
satysfakcję.  „Kierona  z  głową  w  chmurach"  spotkało  jeszcze  jedno  upokorzenie.  Czy
jesteś pewien, że to zniesiesz?
  – Mogę znieść podstęp dla dobra prawdy.
    –  Dobrze  powiedziane,  mój  kochany.  –  Podeszła  bliżej  i  pocałowała  go.  –  Kiedy
będziemy sami, naprawdę sami, możesz mi rozkazywać. Będę  całować  cię  po  stopach,
jeśli  zechcesz.  Będę  głaskać  cię  po  włosach,  przytulać  się  do  ciebie  i  pozwalać  ci  się
pieścić.
  – Alyx, przestań, bo chce mi się płakać.
  – Na łzy przyjdzie czas później, kiedy mnie wezmą do łoża Talbota, a do twojego łoża
wejdzie Petrina. Jak my to wytrzymamy?
  Przytulił ją mocno.
  – Nie wiem. Wiem tylko, że dano nam trochę czasu dla siebie. I za to jestem wdzięczny
losowi.
    Trochę  czasu  –  westchnęła Alyx.  –  Tylko  trochę  czasu.  To  takie  smutne...  Muszę  cię
bliżej poznać. Chciałabym dowiedzieć się o tobie jak najwięcej. Czy naprawdę chcesz
być malarzem jak mistrz Hobart? A może wolałbyś robić coś innego?
  – Najbardziej na świecie – powiedział Kieron tuląc ją – chciałbym latać. Chciałbym
zdobyć przestworza jak Pierwsza Generacja i jak Druga Generacja. Chciałbym znaleźć
się bliżej gwiazd.
    –  „Kieronie  z  głową  w  chmurach"  –  szepnęła  –  kocham  cię.  Jesteś  niepoprawnym
fantastą, mój ty zdobywco przestworzy.

Rozdział jedenasty

    Brat  Sebastian  patrzył  na  Kierona  leżącego  na  łóżku  bez  żadnej  złości  czy  próby
zastraszenia  go.  Brat  Sebastian,  mniej  więcej  trzydziestoletni  mężczyzna  o  przyjemnej
powierzchowności  skrywał  swoją  ambicję  i  żądzę  władzy  pod  maską  dobrotliwości.
Rzadko  podnosił  głos.  Wolał  przybierać  minę  pełną  troski.  Ludziom  żal  było  smutnej
twarzy brata Sebastiana.
  Złamana noga rwała Kierona niemiłosiernie. Wprawdzie nastawiał ją osobisty medyk
seniora  Fitzalana,  ale  Kieron  miał  wrażenie,  że  niezbyt  znał  się  on  na  swojej  sztuce.

background image

Kiedy później porównał obie nogi, zauważył, że ta zdrowa jest jakby dłuższa. Za nic nie
pragnął  zmienić  swojego  obecnego  przezwiska  na  inne:  „Kieron  kuternoga".  Poza  tym
kto zechciałby mierzyć się w zapasach z kaleką?
    Brat  Sebastian  był  w  kłopocie.  Na  żądanie  panienki  Alyx  Kierona  przeniesiono
tymczasem  z  domu  mistrza  Hobarta  do  ofiarowanego  mu  pokoju  na  zamku.  Alyx
załatwiła to niezwykle zręcznie. Bezlitośnie potępiła Kierona przed ojcem za wdawanie
się w dziecinne zabawy
i  oskarżyła  go,  że  pewno  złamał  nogę  naumyślnie,  aby  tylko  nie  robić  szkiców  i
wstępnych kompozycji do obrazu. Dlaczego więc miałby wywinąć się tak łatwo? Trzeba
go  sprowadzić  na  zamek,  żeby  mógł  bez  żadnej  zwłoki  kontynuować  pracę.  To  go  z
pewnością nauczy, że nie zawsze da się wymigać od poważnych zadań łamiąc sobie po
prostu nogę.
    Senior  Fitzalan  obrzucił  córkę  bacznym  spojrzeniem.  Był  inteligentnym  człowiekiem.
Dość inteligentnym, aby zdawać sobie sprawę, że pewnych  rzeczy  lepiej  nie  wiedzieć.
Poza  tym  chłopiec  był  pod  wieloma  względami  przydatny. Alyx  znacznie  złagodniała,
odkąd  mogła  na  nim  wyładowywać  swoje  nastroje.  Toteż  Kieron  na  czas
rekonwalescencji otrzymał pokój na zamku.
I to właśnie wprawiło w zakłopotanie brata Sebastiana. Kieron, choć pochodził z ludu,
był teraz osobą o pewnym znaczeniu, przynajmniej na razie.
    –  Powiedz  mi,  bracie,  jak  to  się  stało,  że  złamałeś  nogę?  –  Było  to  pytanie  raczej
retoryczne, bo wszyscy w senioracie wiedzieli, w jaki sposób Kieron złamał nogę.
  – Bracie Sebastianie, puszczałem latawca – powiedział Kieron ostrożnie.
  – Ach tak... Musiano mi to źle powtórzyć. Słyszałem, że nie tyle puszczałeś latawca, ile
leciałeś na latawcu.
  Kieron pomyślał przez chwilę. Brat Sebastian miał odrzucony kaptur, jego czaszka była
gładko wygolona, a na twarzy malował się prostoduszny wyraz.
  – To prawda, bracie – przyznał się Kieron. – Leciałem na latawcu.
  – To musiał być nadzwyczaj duży latawiec.
  – Tak, bracie Sebastianie. Był bardzo duży. Sam go zaprojektowałem.
  – A kto pomógł ci go wykonać?
    Kieron  zastanowił  się  nad  odpowiedzią.  Jeśli  zdradzi,  że  Alwin  zdobył  płótno
żeglarskie,  obaj  ucięli  witki  wierzbowe,  a  kowal  Sholto  dał  się  namówić  na  zrobienie
sprzączek do szelek, będzie to wyglądało zgoła na konspirację.
  – Nikt, bracie Sebastianie. Nakłoniłem tylko tego terminatora od młynarza, żeby trzymał
sznur.  Niezbyt  bystry  z  niego  chłopak  i  nadaje  się  w  sam  raz  do  mielenia  ziarna,  ale
ucieszyłem  się,  że  może  mi  się  przydać.  Skąd  mogłem  przypuszczać,  że  wpadnie  w
panikę, kiedy wzniosę się w powietrze.
Nedyta w zamyśleniu gładził się po podbródku.
– To musiał być rzeczywiście niezwykły widok.
  – Na pewno – przytaknął Kieron z niekontrolowanym entuzjazmem. – Wiał stały i silny
wiatr  od  lądu,  uniosłem  się  z  plaży  i  fikając  nogami  w  powietrzu  szukałem  dla  nich

background image

oparcia,  które  straciłem.  To  było  dziwne,  cudowne  uczucie.  Wzniosłem  się  już  na
dziesięć miar człowieka, kiedy lina zerwała się z haka.
  – Miałeś szczęście, że spadłeś do morza.
  – Właśnie dlatego czekałem na wiatr od lądu – tłumaczył Kieron cierpliwie. – I dlatego
postanowiłem przeprowadzić eksperyment na plaży.
–  Eksperyment?  –  Brat  Sebastian  podniósł  brwi.  Było  to  niebezpieczne  słowo.
Zalatywało stosem.
–  Eksperyment  tylko  w  sensie  obchodzenia  się  z  latawcem  –  poprawił  się  szybko
Kieron. – Nic więcej.
  Brat Sebastian wolno gładził się po podbródku. Wreszcie powiedział:
  – Latawiec był zrobiony z płótna żaglowego i witek wierzbowych?
  – Tak, bracie.
    –  A  szelki,  jak  je  nazywasz,  miały  metalowe  sprzączki,  które  mógł  wykonać  tylko
kowal.
  – Tak, bracie.
  – To był bardzo ambitny latawiec, Kieronie.
  – Tak, bracie Sebastianie. To był ambitny latawiec.
  – I sam go wymyśliłeś?
  – Sam.
  – Sholto nie wiedział, do jakiego celu zostanie użyty jego metal?
  – Nie.
    – A  ten  chłopiec Alwin  pomagał  ci  tylko  w  ten  sposób,  że  zaczepił  linę  i  biegł  tam,
gdzie mu kazałeś?
  – Tak.
  – Powiedziano mi, że nauczyłeś go posługiwać się bloczkiem, z pomocą którego mógł
bez większego wysiłku kierować latawcem?
  – Jesteś dobrze poinformowany, bracie Sebastianie.
  – Tak, Kieronie, jestem dobrze poinformowany.
  – Bloczek to bardzo proste urządzenie.
  – Proste urządzenia mogą być niebezpieczne, Kieronie. Znasz Pismo Święte, prawda?
  – Owszem, znam.
  – Za proste urządzenia palono ludzi na stosie. Pamiętaj o tym, Kieronie.
  Kieron z rozkoszą wstałby z łóżka i udusił tego tępego nedytę. Ale miał dość rozumu,
żeby powiedzieć potulnie:
  – Tak, bracie Sebastianie.
    –  Słyszałem  –  mówił  dalej  nedyta  –  że  ludzie  przezywają  cię  „Kieronem  z  głową  w
chmurach". Dlaczego?
  Kieron zastanowił się chwilę, wzruszył ramionami i roześmiał się.
  – Odkąd spadłem z klaczy panienki Alyx, przezywają mnie także „Kieronem z tyłkiem
w  błocie".  Ludzie  zabawiają  się,  jak  mogą.  –  Była  to  zupełnie  stosowna  chwila,  żeby
przypomnieć  bratu  Sebastianowi,  iż  Kieron  miał  prawo  jeździć  konno  z  córką  seniora

background image

Fitzalana, jednakże nedyta nie myślał zbaczać z tematu.
  – Nie wiesz, dlaczego nazywają cię „Kieronem z głową w chmurach"?
    –  Zapewne  dlatego,  bracie,  że  często  patrzę  na  niebo.  Niebo  jest  czymś  cudownym.
Ciągle się zmienia. Wygląda co chwilę inaczej.
  – Czy niebo cię fascynuje?
  – Tak, bracie Sebastianie. Niebo mnie fascynuje.
  – I chciałbyś po nim podróżować?
To było niebezpieczne pytanie. Kieron postanowił mieć się na baczności.
–  Niebo,  firmament,  to  rzecz  piękna  –  powiedział  ostrożnie.  –  Jako  malarz  czuję  się
głęboko
poruszony  wszystkimi  jego  przejawami,  subtelnymi  zmianami,  jakim  podlega  przez
cztery pory roku... Ku większej chwale Ludda.
  Brat Sebastian przeżegnał się.
    –  Ku  większej  chwale  Ludda  –  powtórzył  machinalnie.  Lecz  po  pełnej  czci  pauzie
znów zaczął swoje:
  – Ale czy chciałbyś po nim podróżować?
  Kierona bolała noga, pot zbierał mu się na czole i nie wiedział, jak długo jeszcze zdoła
znieść obmierzłą natarczywość nedyty.
    –  Mogę  podziwiać  swobodę  ptaków  nie  pragnąc,  aby  wyrosły  mi  pióra.  Jestem
człowiekiem,  bracie  Sebastianie,  i  akceptuję  zarówno  wolność,  jak  i  ograniczenia
narzucone ludziom. Cieszę się ze swojej ludzkiej kondycji.
– Ale, Kieronie, mój bracie, czy chciałbyś latać?
– Bracie Sebastianie, nie chciałbym być ptakiem.
Brat Sebastian westchnął z nieszczęśliwą miną.
– Nie odpowiadasz wprost na moje pytania.
Przepraszam,  bracie.  Starałem  się,  żeby  moje  odpowiedzi  były  ścisłe  i  prawdziwe.  Ta
przeklęta noga cały czas mnie boli. Może niezbyt jasno myślę.
    –  Może.  Zamelduję  o  naszej  rozmowie  Świętemu  Kościołowi.  Rozpatrzą  ją  inni,
mądrzejsi ode mnie.
  – Dobrze, bracie Sebastianie – odparł Kieron, nie widząc w tym nic dobrego. – Może
rzeczywiście moja dziecinna przygoda była nie na czasie.
  – Latawce są przeznaczone dla dzieci, Kieronie. Pamiętaj o tym. Ty jesteś już prawie
mężczyzną.
  – Będę o tym pamiętał.
    –  Ponadto  latawiec  jest  tylko  zabawką. Ale  jeśli  ktoś  zechce  na  nim  latać,  można  go
uznać za maszynę.
  – O tym też będę pamiętał.
    –  Będę  się  za  ciebie  modlić  –  rzekł  brat  Sebastian.  –  Masz  przed  sobą  wspaniałą
przyszłość.
Mistrz Hobart twierdzi, że jesteś utalentowany w swojej dziedzinie. Nie zaprzepaszczaj
tej  przyszłości,  Kieronie.  Wielcy  malarze  zdarzają  się  rzadko,  a  złych  ludzi  nigdy  nie

background image

brakuje.
  – Zapamiętam twoje słowa, bracie Sebastianie, i będę zgłębiał ich mądrość.
  – Ludd z tobą, mój bracie.
  – I z tobą.
  – No to do widzenia.
  Brat Sebastian wyszedł. Ledwo drzwi się za nim zamknęły, do pokoju wpadła Alyx.
  – Jak ci poszła rozmowa z nim?
  – To głupiec.
  – Oczywiście, kochanie. Ale czy był zadowolony?
  – Nie wiem.
  – Powinieneś wiedzieć. Dlaczego nie wiesz?
    –  Bo  ja  też  jestem  głupcem  –  powiedział  Kieron  z  irytacją.  –  I  na  domiar  rwie  mnie
noga...  –  Wtem  uśmiechnął  się  i  dodał;  –  A  dziś  taki  ładny  dzień  i  moglibyśmy
spacerować razem w lesie.
    –  To  cię  oduczy  spacerować  w  powietrzu,  kiedy  zostało  nam  tak  mało  czasu.  –
Wzdrygnęła się. – Mogłeś się zabić. Przyrzeknij mi, że będziesz ostrożniejszy, Kieronie.
  Spojrzał na swoją nogę.
  – A cóż mi pozostaje?
  – Nie teraz, głupku. W przyszłości, o czym doskonale wiesz.
    –  Będę  ostrożny  aż  do  dnia,  kiedy  cię  odprowadzą  do  łoża  Talbota  –  obiecał  ze
ściśniętym  gardłem.  – A  wtedy  skonstruuję  latawiec,  który  wzniesie  mnie  wysoko  nad
zamek, i rzucę się wprost na ziemię zabijając się na oczach twojego męża.
Alyx nachmurzyła się.
  – Chciałabym, żeby Talbot umarł. Naprawdę. I chciałabym, żeby jakaś zaraza czy coś
innego zmiotły z ziemi Petrinę z jej piersiami chłopki i tyłkiem jak krowi zad. Niech mi
Ludd wybaczy, ale modlę się o to.
  – Petrina nie ma tyłka jak krowi zad.
  – Ma. Dobrze się jej przyjrzałam.
  Roześmiał się.
  – Ach, przyjrzałaś się jej, Zielonooka.
  – Nienawidzę cię! Nienawidzę cię!
  – Muszę cię narysować z tym ogniem w oczach. Muszę zacząć zarabiać na życie, zanim
senior Fitzalan i mistrz Hobart zaczną podejrzewać absurdalne rzeczy, które są prawdą.
  – Ty wstrętny wieśniaku!
    –  Tak,  jestem  wieśniakiem  –  odparł  spokojnie.  –  I  pamiętaj,  że  między  nami  jest
przepaść, bez względu na Talbota i Petrinę.
– Kocham cię i oddałabym za ciebie życie. Czy to nie wystarczy?
– To za dużo. I ja cię kocham, jak dobrze wiesz, Alyx, ale musimy oboje żyć na świecie,
gdzie taka miłość stanowi obrazę dla naszych współziomków... Poza tym mam misję do
spełnienia.
  – Nie zabraniałabym ci malować.

background image

  – Ale zabroniłabyś mi latać. Spojrzała na niego ze zdumieniem.
  – Latać! Mój miły, jesteś szalony. Ludzie nie latają. Ludzie nigdy nie będą latać.
  – Tak, jestem szalony... i będę latać. Zbuduję maszynę, która...
  – Nie mów o maszynach! A jeśli już musisz, to tylko ze mną. Maszyny są wcieleniem
zła. Tak powiedział Święty Chłopiec, tak naucza Święty Kościół, tak uważają wszyscy
ludzie.
A jednak – rzekł Kieron – to nie jest prawda. Maszyny jako takie nie mogą być dobre lub
złe.  Zło  leży  tylko  w  naturze  ludzkiej...  I  klnę  się,  że  będę  latał.  Będę  latał  dla  dobra
ludzi.  Klnę  się  na  braci  Montgolfier,  Ottona  Lilienthala,  wielkiego  Santosa  Dumonta  i
braci Wright.
  – A cóż to za istoty?
  – To tylko duchy. Wielkie i przyjazne duchy. Mężczyźni, którzy żyli na ziemi setki lat
temu i wznieśli oczy ku niebu...
Wyczytałem o nich w książce, którą mi dałaś.
–  Szkoda,  że  jej  nie  spaliłam.  Mój  ojciec  nie  czyta  książek  i  dlatego  nie  wie,  że  jego
biblioteka zawiera herezje.
  – Nawet gdybyś ją spaliła, Alyx, i tak wznosiłbym oczy ku niebu. To nie leży w naturze
człowieka,  aby  być  uwiązanym  do  ziemi...  Chodź,  pocałuj  mnie.  A  potem  spróbuję
przydać się na coś mistrzowi Hobartowi.

Rozdział dwunasty

Biegł dzień za dniem. Kieronowi zrosła się noga i nie było wcale widać, że jest krótsza.
Minęła  wiosna,  przyszło  lato,  twarz  panienki  Alyx  pokraśniała  –  co  nie  uszło  uwagi.
Nauczyła  Kierona  jeździć  konno  lub  przynajmniej  nie  spadać  z  siodła.  Rysował  teraz
konie w różnych sytuacjach: jak pasą się, kłusują, galopują, skaczą. Kiedy za pierwszym
razem  Alyx,  pozując  mu,  pokonała  najwyższą  przeszkodę,  był  zbyt  przerażony,  żeby
węglem dotknąć papieru.
  – Najmilsza, nie rób tego nigdy więcej! Skręcisz sobie kark.
    –  Też  coś!  I  to  mówi  zdobywca  przestworzy,  który  wzleciał  w  górę  na  dziesięć
długości  człowieka  i  spadł  do  morza!  –  Z  tymi  słowami  skierowała  konia  znów  na
przeszkodę i uniosła się w górę, powiewając w słońcu kasztanowymi włosami – bogini
zawieszona między niebem a ziemią w momencie nieopisanej piękności.
  Kieron pracował jak tytan, jak opętany. Zrobił sto szkiców i odrzucił dziewięćdziesiąt.
Ten  portret  Alyx  Fitzalan  będzie  stanowił  jedyną  miarę  jego  wielkości  jako  malarza.
Wiedział, że będzie dobry, bo złożą się na niego miłość, piękno, młodość i radość życia.
    Mistrz  Hobart  coraz  bardziej  kaszlał  i  coraz  mniej  narzekał,  a  to  ostatnie  dlatego,  że
Kieron w ogóle przestał narzekać. Hobart oglądał jego szkice ze zdziwieniem. Chłopiec
osiągnął  doskonalą  harmonię  z  przedstawianym  tematem.  W  jego  pracy  wyczuwało  się

background image

natchnienie i – tak – wielkość. Hobart sięgał po whisky lub eau de vie i kontemplował
ten talent. Cóż znaczyły wybryki z latawcami – nic zgoła – wobec takiej czystości kreski,
takiego opanowania przedmiotu.
  Niedługo Kieron zacznie malować. Nie na zamku, ale tu w pracowni. Jego obraz będzie
arcydziełem  podpisanym  „Hobart".  A  kiedy  już  zostanie  uznany  za  arcydzieło,  Hobart
dopisze:  „uczeń  mistrza  Kierona".  W  ten  sposób  zakończy  lata  pracy  całego  życia  i
utoruje Kieronowi drogę do sławy.
    Kieron  wykonał  obraz  w  ciągu  jednej  doby,  malując  bez  przerwy  przez  dwadzieścia
cztery godziny. W tym czasie nie odzywał się do nikogo, nie poznawał mistrza Hobarta.
Staruszek  kręcił  się  koło  obrazu  zacierając  nerwowo  ręce,  ale  Kieron  go  nie  widział.
Wdowa Thatcher przyniosła posiłek, Kieron spojrzał na nią nieprzytomnym wzrokiem i
zostawił  talerz  nietknięty.  Kiedy  zapadł  zmrok,  Hobart  przyniósł  lampy,  dużo  lamp,  i
napełnił je hojnie tranem wielorybim. Kieron mruknął coś do siebie o zmianie światła,
ale nie wiedział, co ją spowodowało.
  Raz upadł na podłogę i poczuł, że ktoś wlewa mu w usta piekący płyn. Wstał i wrócił
do sztalug. Amazonka była skończona, ale pęciny skaczącego konia wymagały poprawki.
Wyskrobał je i zaczął na nowo.
    Jak  ma  wyglądać  ten  przeklęty  ogon?  A  nozdrza?  A,  niech  go  Ludd  ma  w  swojej
opiece,  grzywa?  Oczy  są  niedobre.  Zwierzę  powinno  mieć  duże,  dumne  oczy,  bo  przy
tym niebywałym skoku niesie na grzbiecie tę cudowną istotę... Popatrzył raz jeszcze na
Alyx.  Do  kroćset!  Musi  zmienić  jej  włosy.  Te  długie,  piękne  włosy  powinny  płynąć
swobodnie, żyć własnym życiem.
  Mistrz Hobart dolewał oliwy do lamp, popijał whisky, mamrotał do siebie i patrzył z
lękiem  na  swojego  młodego  terminatora,  który  wyglądał,  jakby  prowadził  walkę  na
śmierć i życie, mając za broń pędzle i farby.
  Kto jest jego wrogiem? – zapytywał sam siebie bełkotliwie Hobart, pijany trunkiem i
zmęczeniem.  Jakiemu  nieprzyjacielowi  Kieron  wypowiedział  taką  zaciętą  walkę?
Przyszło mu do głowy, że tym wrogiem jest czas. Kieron nie tylko starał się namalować
wspaniały  portret,  ale  na  dokładkę  rzucił  wyzwanie  wielkiemu  przeciwnikowi.  Był
wcieleniem  siły  żywotnej  i  każde  pociągnięcie  pędzla  traktował  jak  pchnięcie  szpadą.
Zapowiadał swoje wejście do nieśmiertelności.
    Obraz  został  ukończony  o  świcie.  Hobart,  który  raz  i  drugi  się  zdrzemnął,  odsunął
zasłony na oknach, ale zostawił też światło lamp.
  Kieron stał przed obrazem, pędzle i paleta wypadły mu ze zdrętwiałych palców. Hobart
spojrzał  na  portret  i  zapłakał,  wiedząc,  że  znajduje  się  w  obliczu  wielkości.  Kieron
zwrócił ku niemu bladą, wyciągniętą twarz o zaczerwienionych powiekach.
  – Zrobiłem wszystko, co w mojej mocy, mistrzu Hobarcie. Co powiecie?
  – Mój synu, mój synu! – Staruszek nie posiadał się ze szczęścia. – Wstąpiłeś w szeregi
nieśmiertelnych.  Jestem  głupcem.  Wyobrażałem  sobie,  że  mogę  cię  czegoś  nauczyć. A
teraz kiedy jest już za późno, widzę, ile sam mam braków.
  – Mistrzu, jeśli mnie kochacie, podpiszcie to „Hobart". I nic więcej.

background image

  – Kieron, nie jestem tego godzien.
    –  Styl  obrazu  jest  wasz,  panie.  Gdybyście  byli  młodsi,  wasze  byłyby  pociągnięcia
pędzla.
  – Te pociągnięcia pędzla nigdy nie mogłyby być moje.
    –  Są  wasze,  bo  ja  byłem  przedłużeniem  waszej  woli.  –  Kieron  postawił  nogę  na
leżących na podłodze pędzlach. – Mistrzu, nigdy już niczego tak nie namaluję.
  – Ale dlaczego? Dlaczego, Kieronie? Jesteś wielkim malarzem. Jeżeli malujesz w ten
sposób na początku swojej kariery, to co dopiero będzie potem?
    –  Nigdy  już  niczego  tak  nie  namaluję  –  powtórzył  Kieron.  –  Ten  obraz  to  dzieło
miłości...  i  to  w  dwójnasób.  –  Roześmiał  się.  –  Może  będę  musiał  malować,  aby  żyć,
choć  będzie  to  najwyżej  poprawne,  ale  będę  żyć,  aby  latać.  To  moje  prawdziwe
powołanie.
    Hobart  nie  znalazł  słów  odpowiedzi.  Obraz  był  wspaniały.  Ale  biedny  chłopak
najwyraźniej postradał zmysły.

Rozdział trzynasty

Senior  Fitzalan  był  zadowolony  z  obrazu.  Nie  wiedział,  że  był  on  od  pierwszego  do
ostatniego pociągnięcia pędzla dziełem Kierona, ale przypuszczał, że terminator mocno
się  przyczynił  do  końcowego  efektu.  Hobartowi  coraz  wyraźniej  drżały  ręce  i  było
oczywiste,  nawet  dla  Fitzalana,  że  dni  jego  pracy  są  policzone.  Naprawdę  szczęśliwie
się  złożyło,  że  jego  terminator  budził  nadzieje,  iż  prześcignie  mistrza.  W  najbliższych
latach  nie  zabraknie  mu  pracy.  Fitzalan  lubił  się  otaczać  pięknymi  przedmiotami  –
obrazami, na które nie patrzył, książkami, których nie czytał. Wielkość człowieka mierzy
się jego czynami lub jego dobytkiem. Czas, w jakim przyszło mu żyć, nie dał seniorowi
Fitzalanowi  możliwości  wykazania  się  wielkimi  czynami,  ale  pozwolił  mu  zgromadzić
wiele  pięknych  przedmiotów  sztuki  pochodzących  z  rąk  złotników,  płatnerzy,
iluminatorów,  malarzy.  Przynajmniej  jego  zamiłowanie  do  sztuki  zostanie  w  pamięci
potomnych.
Obraz nosił tytuł: „Skok panienki Fitzalan". Podpisany był po prostu: Hobart.
  Lecz Alyx wiedziała, czyimi rękoma obraz został ukończony, i popłakała sobie trochę
ukradkiem, że imię Kierona nie będzie figurować pod portretem, który uwiecznił rozkwit
jej młodości. Płakała też, bo dostrzegła w płótnie mistrzostwo i grację, które zdradzały,
że było to prawdziwe dzieło miłości. A także dlatego, że dni szczęścia już minęły. Odtąd
będzie  musiała  spotykać  się  z  Kieronem  –  o  ile  w  ogóle  do  tego  dojdzie  –  niby
„przypadkiem"  w  jakichś  ustronnych  i  utajonych  miejscach.  A  wkrótce  nawet  i  to  nie
będzie możliwe, gdyż jej ślub z Talbotem miał się odbyć już za niecały miesiąc.
  Senior Fitzalan wysłał do domu Hobarta posłańca z giemzową sakiewką zawierającą
siedemset pięćdziesiąt szylingów w srebrze. A także z  poleceniem,  żeby  Kieron  stawił

background image

się  na  zamku.  Hobart  był  pełen  obaw,  pamiętając  okoliczności  poprzedniej  rozmowy
Kierona  z  Fitzalanem.  Ale  Kieron  nie  okazywał  trwogi.  Włożył  na  siebie  najlepsze
ubranie i poszedł z posłańcem.
    Senior  Fitzalan  przyjął  go  w  komnacie,  której  Kieron  dotąd  nie  znał;  była  tu  różnego
rodzaju  broń,  biurko,  stół,  dwa  krzesła,  skóra  niedźwiedzia  na  podłodze  i  niewiele
więcej.
  Senior Fitzalan siedział za biurkiem, bawiąc się pięknym nożem myśliwskim.
  – No i cóż, chłopcze, podoba ci się „Skok panienki Fitzalan"? – Ton był spokojny, ale
głos brzmiał złowrogo.
  – Wasza Wysokość, ja... ja... – zmieszał się Kieron, myśląc naraz o stu rzeczach, które
mogły  okazać  się  niezadowalające.  –  Myślę,  że  to  jeden  z  najlepszych  obrazów,  jakie
mistrz Hobart namalował.
  Fitzalan uśmiechnął się lekko.
    –  Ładnie  powiedziane,  mój  chłopcze...  Od  czasu  naszego  ostatniego  spotkania  doszły
mnie różne wieści o tobie. Zarówno dobre, jak i złe. Które chciałbyś usłyszeć najpierw?
  Kieron zaczął się pocić, ale nie opuściła go przytomność umysłu.
  – Złe, Wasza Wysokość. Wtedy będę się mógł pocieszyć potem dobrymi.
  – Niech więc i tak będzie. Interesuje się tobą Święty Kościół, Kieronie. Powiedziano
mi, że skonstruowałeś maszynę.
  – Wasza Wysokość, to był tylko duży latawiec, który...
  – Dość, znam szczegóły. Święty Kościół ogłosił dawno temu, że latawiec jest zabawką.
Jednakże,  jeśli  takiej  zabawki  użyje  się  do  niezgodnego  z  naturą  unoszenia  człowieka
nad  powierzchnię  ziemi,  to  staje  się  on  maszyną.  Znasz  historię  rodzaju  ludzkiego.
Maszyny  już  dwa  razy  zniszczyły  wielkość  człowieka.  Mądrość  Świętego  Chłopca  jest
oczywista.  Ludzkość  może  przetrwać,  tylko  jeśli  odrzuci  pokusę  kryjącą  się  w
maszynach. Czyż nie jest tak?
  Kieron przełknął ślinę.
  – Muszę pochylić czoła przed mądrością Świętego Kościoła, Wasza Wysokość.
    –  Masz  zupełną  rację,  chłopcze.  Maszyny  prowadzą  na  stos.  Czy  widziałeś  kiedyś
człowieka płonącego na stosie, Kieronie?
  – Nie, Wasza Wysokość.
    – A  ja  widziałem  –  powiedział  cicho  senior  Fitzalan.  –  Święty  Kościół  ma  większą
władzę  niż  wszyscy  seniorzy  tej  wyspy,  i  tak  powinno  być. Albowiem  Święty  Kościół
wskazuje  nam  drogę,  jak  mamy  żyć.  Widziałem,  jak  płonął  farmer  za  skonstruowanie
maszyny  do  żęcia  zboża.  Widziałem,  jak  płonął  kowal  za  zbudowanie  silnika
napędzanego  parą.  I  arystokrata  za  eksperymenty  z  elektrycznością  i  uzyskanie  światła,
które  nie  pochodziło  od  ognia.  I  biedna  praczka  za  wynalezienie  maszyny,  która
wyciskała wodę z bielizny. Swąd palącego się ciała nie przypomina zapachu pieczonej
wieprzowiny. Czy wyrażam się jasno, chłopcze?
  – Tak, Wasza Wysokość, najzupełniej jasno.
    –  A  więc,  mój  Kieronie,  nie  chcę  więcej  słyszeć  o  żadnych  próbach  z  maszynami.

background image

Napisałem do Świętego Kościoła, że zdajesz sobie sprawę ze swojego szaleństwa. Tym
razem moja protekcja pomogła. Nie myśl jednak, że pomoże za drugim razem.
  – Wasza Wysokość, jestem głęboko wdzięczny.
    –  Całkiem  słusznie. Ale  i  ja  ci  jestem  wdzięczny.  „Skok  panienki  Fitzalan"  to  dobry
obraz. Co więcej, warunki, jakie postawiłem mistrzowi Hobartowi, zostały spełnione do
końca... a nawet z nawiązką.
– Cieszę się, Wasza Wysokość.
–  Nie  ciesz  się  za  bardzo.  Ta  nawiązka  nie  daje  mi  spokoju.  Prosiłem,  aby  zająć
panience  Alyx  wolny  czas  przez  okres  dwóch  miesięcy.  Ty  zaś  zająłeś  go  przez  trzy
miesiące.
  – To przez moją złamaną nogę – wykrztusił Kieron. – Trwało to jakiś czas, zanim się
zrosła.
  Senior Fitzalan podniósł nóż myśliwski, którym się bawił, i wycelował go w Kierona.
  – Moja córka Alyx przez parę tygodni była szczęśliwa. A teraz płacze. Czy możesz mi
to wytłumaczyć?
  – Wasza Wysokość, nie umiem znaleźć wyjaśnienia.
  Fitzalan zaśmiał się głucho.
    –  Ja  też.  Jeśli  chodzi  o  kobiety,  to  zawsze  należy  spodziewać  się  rzeczy  najmniej
oczekiwanych.
Panienka Alyx dobrze się o tobie wyrażała... nie za dobrze, ale w miarę. Ta mała potrafi
zważać na to, co mówi, jeśli ma w tym interes... No, a teraz płacze. Za miesiąc jej ślub z
Talbotem, a ona płacze. Dziwne, prawda?
  – Tak, Wasza Wysokość, bardzo dziwne. – Kieron był mocno zaniepokojony obrotem
rozmowy.
  – Posłuchaj mnie, chłopcze. Są sprawy, o których lepiej nie mówić, bo gdy się je raz
poruszy, wymagają potwierdzenia albo zaprzeczenia. A w pewnych przypadkach jedno i
drugie jest niebezpieczne. Nie próbuj być za sprytny, lecz powiedz mi, czy zrozumiałeś,
o czym mówię, a raczej o czym nie mówię?
    Kieron  przełknął  ślinę  ze  wzrokiem  wbitym  w  nóż  myśliwski,  wymierzony,  zda  się,
prosto w jego serce.
  – Zrozumiałem, Wasza Wysokość.
    –  Wierzę  ci.  –  Senior  Fitzalan  odłożył  nóż  na  biurko.  Wziął  do  ręki  niewielką
giemzową sakiewkę i potrząsnął nią. – Koń na obrazie nie przynosi mi wstydu, a wiem,
że mistrz Hobart nie przepada za malowaniem koni. Amazonka też jest nie pozbawiona
gracji  i  dystynkcji.  W  malarstwie,  chłopcze,  możesz  sięgać  wysoko.  Bacz,  abyś  nie
sięgał  po  nic  innego.  –  Rzucił  Kieronowi  sakiewkę.  –  Te  pięćdziesiąt  szylingów  są
nagrodą za dobrą pracę związaną z pewnymi trudnościami. Mam jeszcze w zanadrzu inne
prezenty,  którymi  mógłbym  cię  obdarzyć  za  dodatkowe,  nieproszone  usługi.  Dziękuj
Luddowi, że po nie nie sięgam.
  – Tak, Wasza Wysokość.
  – Idź już. I pamiętaj, że łzy schną szybko, jeśli nie ma ich kto wyciskać z oczu.

background image

  – Tak, Wasza Wysokość. – Czując zimne krople potu na czole, Kieron opuścił komnatę.

Rozdział czternasty

Nie  mając  już  żadnego  powodu  do  codziennych  wizyt  na  zamku  Kieron  przestał  tam
chodzić.
Ostrzeżenie dane mu przez seniora Fitzalana było wystarczająco wyraźne. Poza tym, czyż
nie  leżało  we  własnym  interesie  Alyx,  aby  się  więcej  nie  widywali?  Jak  powiedział
senior Fitzalan, łzy wysychają szybko, jeśli nie ma ich kto wyciskać.
A  jednak  ciężko  mu  było,  bardzo  ciężko,  wyobrazić  sobie,  że  już  nigdy  w  życiu  nie
pochwyci Alyx w ramiona. Niemniej Petrinę też będzie kochał. Nietrudno mu przyjdzie
kochać  Petrinę.  To  ona  będzie  leżeć  u  jego  boku  przez  tysiące  nocy,  rodzić  mu  dzieci,
siwieć  i  starzeć  się  wraz  z  nim.  Czas  studzi  namiętność  młodości,  lecz  przydaje  uroku
przeżytym radościom i smutkom.
  Każdy człowiek ma tylko jedno życie – myślał Kieron. – Jesteśmy tu tylko przez małą
chwilkę  w  historii.  Mam  tak  niewiele  czasu.  Tak  niewiele  czasu,  żeby  oderwać
człowieka od powierzchni ziemi i znów uczynić go panem przestworzy.
    Mistrz  Hobart  był  uszczęśliwiony  „Skokiem  panienki  Fitzalan".  Nie  posiadał  się  z
radości  i  dumy,  że  jego  duchowy  syn  odniósł  taki  sukces.  Oficjalnie  praktyka  Kierona
kończyła się dopiero za siedem miesięcy, ale Hobart wiedział, że nie ma już na wikcie
zwykłego  terminatora.  Wiedział,  że  spotkał  go  przywilej  przebywania  w  towarzystwie
geniusza  –  geniusza,  który  nalegał,  aby  jego  pierwsze  wielkie  dzieło  było  podpisane
„Hobart".  Toteż  Hobart  nie  egzekwował  już  swoich  praw  mistrza.  Wystarczało  mu,  że
jest ojcem, dumnym z duchowego syna. Co znaczyło, że Kieron cieszył się teraz niczym
nie skrępowaną wolnością. A to z kolei napawało Hobarta najwyższym niepokojem.
  Kieron miał obecnie pięćdziesiąt szylingów do własnej dyspozycji. Była to prawdziwa
fortuna. Więcej pieniędzy, niż przeszło mu przez ręce w całym siedemnastoletnim życiu.
Jak je zużytkować? Oto problem. Dwadzieścia szylingów da Alwinowi, który dobrze mu
się  przysłużył  przy  budowie  latawca.  Za  dwadzieścia  szylingów  można  kupić  dużo
płótna,  barwników  i  oleju  lnianego.  Co  w  połączeniu  z  naukami  Kierona  powinno
stanowić  dla  Alwina  dobrą  zapłatę  za  przyjaźń.  Zostanie  zarazem  mistrzem  w
malarstwie,  jak  i  mistrzem  młynarskim.  Będzie  mógł  się  cieszyć  częściowym
przynajmniej odwróceniem swego losu.
A  pozostałe  trzydzieści  szylingów...  Kieron  wielokrotnie  czytał  książkę  daną  mu  przez
Alyx.
Zdobywanie  przestworzy  odbywało  się  stopniowo.  Odtworzy  te  stopnie. A  pierwszym
było zbudowanie balonu napędzanego gorącym powietrzem, takiego, jaki zrobił Joseph i
Etienne Montgolfier wiele wieków temu.
  Kieron potrzebował sporo metrów płótna i dużo papieru, żeby wykleić balon zrobiony
z  płótna.  Potrzebował  niewielkiego  rusztu  na  węgiel  drzewny.  No  i  znów  pomocy

background image

Alwina.
    Panienka  Alyx  nie  zastosowała  się  do  filozofii,  że  łzy  schną  szybko,  jeśli  ich  nie
podsycać. Wysyłała dyskretne bileciki do Kierona, na które nie ważył się odpowiadać.
Wtedy  zaczęła  codziennie  przejeżdżać  konno  przez Arundel,  zatrzymując  się  na  chwilę
przed  domem  Hobarta.  Kieron  widział  ją  i  serce  biło  mu  żywiej  w  piersi,  ale  nie
wychodził,  żeby  się  z  nią  przywitać.  Powstrzymywał  go  nie  tyle  strach  przed  gniewem
seniora  Fitzalana,  ile  obawa,  że  będąc  blisko  niej  poczuje  pragnienie,  aby  być  jeszcze
bliżej  i  jeszcze,  podobnie  jak  pierwsza  szklanka  wina  pociąga  za  sobą  pragnienie
następnej.
  Poza tym, nawet gdyby dało się uniknąć gniewu seniora Fitzalana, ostateczne rozstanie i
tak  było  nieuniknione. A Alyx  z  pewnością  łatwiej  przyjdzie  znieść  łoże  Talbota,  jeśli
nie będzie wciąż czuć na sobie ciepłego dotyku Kierona.
    Toteż  patrzył,  jak  przejeżdża,  zagryzał  wargi  i  nie  ruszał  się  z  miejsca.  A  jeśli
przypadkiem  znajdował  się  wtedy  na  dworze,  zdejmował  kapelusz  i  kłaniał  się  nisko,
oddając jej należny hołd jak każdy inny mężczyzna i terminator.
  Chcąc zająć myśli czym innym, oddał się niebezpiecznemu zajęciu – konstrukcji balonu
napędzanego  gorącym  powietrzem.  Balon  nie  miał  służyć  do  unoszenia  ludzi,  bo  taki
zostałby  z  pewnością  uznany  przez  Święty  Kościół  za  maszynę.  Pod  warunkiem
oczywiście, że Święty Kościół dowiedziałby się o całej sprawie, co należało brać pod
uwagę, gdyż bracia nedyci budzili nie tylko szacunek, ale i powszechny postrach, przez
co wielu ludzi było skłonnych donieść na sąsiada w nadziei, iż zostanie im to poczytane
za zasługę.
  Toteż balon z ludźmi nie wchodził w rachubę – na razie. Ale balon, od którego sznur
trzymałby w ręku chłopiec będący jeszcze w terminie, musiałby chyba zostać uznany za
zabawkę?  Sprytną  zabawkę,  lecz  przecież  niegroźną...  Kieron  był  tak  bez  reszty
zaprzątnięty  chęcią  eksperymentowania  z  latającymi  mechanizmami,  że  z  niemądrą
beztroską  zignorował  fakt,  iż  Święty  Kościół  już  raz  zainteresował  się  jego
działalnością...
    Z  początku  projekt  balonu  przedstawiał  się  skromnie.  Miał  być  nie  dłuższy  niż
wysokość  człowieka  i  nie  szerszy  niż  beczka  na  wino.  Miał  być  zrobiony  z  czterech
długości  płótna,  odpowiednio  skrojonego  i  zszytego  ostrożnie  na  delikatnym,
drewnianym szkielecie.
  Gdzie można by to wykonać, aby mistrz Hobart pozostał w błogiej nieświadomości, a
ciekawość ludzka nie była wystawiona na ciężką próbę?
  Kieron naradzał się z Alwinem. Alwin przemyślał problem. Sam miał podobny. Chciał
móc swobodnie malować w samotności bez słuchania wymysłów, że marnuje czas, lub
szyderstw, że bierze się za sztukę, której mu nie przypisano kontraktem.
  Rozwiązanie znalazło się samo, kiedy pewnego dnia Alwin i Kieron omawiając swoje
projekty spacerowali nad rzeką Arun, daleko od miasta, które z tej odległości wyglądało
jak wciśnięte między kościół a zamek.
    Rozwiązanie  objawiło  się  w  postaci  opuszczonego  młyna,  nie  używanego  od  stulecia

background image

lub dłużej, stojącego nad rzeką. Legenda głosiła, że młynarz wraz z całą rodziną spłonął
na  stosie  za  niezgodne  z  prawem  wykorzystanie  siły  wiatru.  Legenda  głosiła  też,  że
opuszczony młyn nawiedzają duchy jego dawnych mieszkańców.
Alwin  znał  nieco  tę  historię  i  to,  co  wiedział,  powtórzył  Kieronowi.  Młynarz  był
ambitnym  i  pomysłowym  mężczyzną,  który  uważał,  że  siła  wiatru  została  dana
człowiekowi, aby wykorzystał ją do wszelkich celów i na wszelki sposób, jaki potrafi.
Święty  Kościół  z  konieczności  pozwolił  zaprząc  wiatr  do  mielenia  ziarna,  do
pompowania wody, a nawet do napędzania statków – bo wszystko to było niezbędne do
życia.  Kościół  zezwalał  na  użycie  maszyn  w  wypadkach,  gdy  chodziło  o  rzeczy
pierwszej potrzeby, nie zezwalał jednak na żadne luksusy.
  Lecz młynarz wykorzystał siłę wiatru nie tylko do mielenia ziarna, ale i do napędzania
tokarni,  żeby  jego  syn  mógł  toczyć  w  drewnie  puchary,  misy  i  talerze  sprzedawane
później  możnym,  którzy  chętnie  kupowali  piękne  wyroby,  czy  to  ze  szkła,  z  kamienia,
metalu  czy  drewna. A  nadto  użył  wiatru  do  poruszania  krosien,  na  których  jego  żona  i
córka tkały płótna i jedwabie, jakich próżno by szukać w obrębie wielu kilometrów.
  Zawistni ludzie donieśli na nich do Świętego Kościoła. Wszyscy czworo – mąż, żona,
syn i córka – zostali spaleni tego samego dnia, o tej samej godzinie, tak ustawieni, żeby
widzieć zarazem męczarnię swoich bliskich.
    I  tak  młyn  został  oddany  na  pastwę  zniszczenia  i  duchów.  Okoliczni  ludzie  zwali  go
Upiornym  Młynem.  Rzadko  kto  ośmieliłby  się  zajrzeć  tu  za  dnia  lub  tym  bardziej  po
zmierzchu. Poza tym, kiedy rzeka Arun przybierała, dolną część młyna zalewała woda.
  Kieron patrzył na opuszczony młyn i z miłością myślał o zamieszkujących go duchach.
Oto  odpowiednie  miejsce  do  skonstruowania  jego  balonu.  Oto  miejsce,  gdzie  Alwin
może w spokoju malować.
  – To będzie nasz dom – powiedział. – Tu pośród szczurów i wspomnień będzie nasz
dom.  Tu  cię  nauczę  sztuki  posługiwania  się  farbami  olejnymi  i  tu  zbuduję  swój  balon.
Alwin nie był zachwycony.
  – Kieron, to daleko od miasta.
  – Tym lepiej.
  – I duchy mogą nie być nam przychylne.
  – Wierzysz w duchy, Alwinie?
Alwin przeżegnał się.
  – Wierzę, że niebezpiecznie jest nie wierzyć w niektóre rzeczy.
  – Niech ci będzie, ale co do duchów to się nie zgadzamy. Sądzę, że będą nam rade, bo
my także buntujemy się przeciwko swemu przeznaczeniu.
  – Boję się – powiedział Alwin.
  – Ja też. Ale czy nie lepiej bać się i robić, co się chce, niż bać się i nic nie robić?
Alwin  nie  znalazł  na  to  odpowiedzi.  I  tak  Upiorny  Młyn  stał  się  przytułkiem  dla
młynarza, który chciał malować, i dla malarza, który chciał latać.

background image

Rozdział piętnasty

    Wiele  dni  zabrało  Kieronowi  skonstruowanie  balonu  napędzanego  gorącym
powietrzem,  który  nie  tylko  sprawił,  że  Alyx  Fitzalan  przeżyła  kilka  chwil  grozy,  a
Kieron został sprowadzony na brzeg przepaści, lecz również zmienił bieg historii.
  Wprawdzie chłopcy mieli wspólnie, choć każdy dla swych celów, korzystać z młyna,
lecz Kieron postanowił nie narażać już przyjaciela na niebezpieczeństwo i nie wciągać
go w ten nowy projekt. Nie będzie też narażać Sholta, choć bardzo by mu się przydała
jego  pomoc  przy  zrobieniu  małego  paleniska.  Ostrzeżenie  brata  Sebastiana  było
wyraźne. Jeśli ktoś ma cierpieć z powodu jego chęci zdobycia przestworzy, to tylko on
sam.
  Nabył duże ilości grubego płótna i zadziwił mistrza Hobarta swoim zapotrzebowaniem
na papier. Staruszek zbyt kocha Kierona i za bardzo się o niego bał, żeby nadto wnikać
w  przyczynę  tych  próśb.  Powtarzał  sobie,  że  Kieron  bez  wątpienia  przejawia  oznaki
wielkości,  że  „Skok  panienki  Fitzalan"  jest  ze  wszech  miar  arcydziełem,  i  że  wielcy
ludzie mają prawo do drobnych słabości. Hobart pił coraz więcej, coraz więcej kaszlał i
coraz częściej się modlił. Ale nic nie mówił.
Kieron przetransportował płótna, papier, igły i nici do młyna. Kupił też stare palenisko
od druciarza, który był zdumiony, że dostała mu się srebrna pięciopensówka za kawałek
bezużytecznego żelastwa. I Kieron jak szalony rzucił się do pracy. Zrobił szkielet z wici
wierzbowych – giętkie, cienkie pędy idealnie nadawały się do tego celu. Kieron zdawał
sobie sprawę, jak dużą rolę odgrywa tu ciężar. Szkielet balonu musi być tak lekki, żeby
gorące powietrze mogło go unieść.
  Tymczasem Alyx wybierała się codziennie na konną przejażdżkę w nadziei, że spotka
Kierona choć raz jeszcze, zanim pojedzie do Chichester jako żona smutnego młodzieńca,
który długo nie pożyje. Alwin zaś, ilekroć zwolniono go z obowiązków, przychodził do
młyna malować.
  Kieron dawał mu lekcje. Alwin był pojętnym uczniem, a Kieron dobrym nauczycielem.
Alwin  malował  ziemię  i  niebo,  jakby  miał  ogień  w  pędzlu.  Jego  obrazy  pulsowały
kolorem i ruchem. Kieron widział, że w tym terminatorze młynarza drzemie prawdziwie
wielki talent. Szkoda, że będzie musiał spędzić życie mieląc ziarno.
    Budowa  balonu  posuwała  się  naprzód.  I  ambicje  Kierona  rosły.  Balon  miał  już  być
dwa razy wyższy od człowieka i dwa razy szerszy od beczki na wino. To będzie wielki
balon – już nie zabawka, ale zapowiedź prawdziwych zamiarów.
  Panienka Alyx nadal kontynuowała swoje przejażdżki. Pewnego dnia wybrała się nad
brzegiem  rzeki Arun  aż  do  Upiornego  Młyna,  szukając  chłopca,  którego  twarz  śniła  jej
się po nocach. A był to właśnie dzień, w którym balon czekał gotowy do lotu.
    Na  razie  oklapły  i  sflaczały  wisiał  u  drewnianej  belki  sterczącej  z  okna  młyna,  lecz
wkrótce  ciepło  unoszące  się  z  płonącego  w  palenisku  żaru  rozszerzy  wypełniające  go
powietrze,  które  stanie  się  lżejsze.  Kiedy  balon  nadmie  się  i  będzie  gotów  do  lotu,

background image

Kieron  odwiąże  go  i  będzie  kontrolował  za  pomocą  długiego,  mocnego  sznura
zakończonego drutem przywiązanym z kolei do paleniska zawieszonego pod balonem.
Alwin  z  zapałem  szkicował  Kierona  przy  pracy,  gdy  ten  sprawdzał  węzły  i
rozdmuchiwał  miechem  żar.  Żaden  z  nich  nie  zauważył  Alyx  zbliżającej  się  konno
brzegiem rzeki Arun, aż do chwili, kiedy była już prawie na miejscu.
  – Niech Ludd ma nas w swojej opiece! – krzyknął Alwin z przerażeniem. – Jedzie tu
córka  seniora!  –  Starał  się  szybko  ukryć  swoje  materiały  rysunkowe,  jakby  go
przyłapano na jakimś poważnym przestępstwie.
  – Nic się nie bój, przyjacielu – uspokoił go Kieron, podnosząc głowę znad balonu. –
Panienka Alyx nas nie zdradzi, ręczę za to. – Nie zwierzał się Alwinowi, ani też nikomu
innemu, z zażyłości z Alyx. Takie sprawy powinny zostać między tymi, których dotyczą.
Alyx zeskoczyła z konia.
  – No Kieronie, zastanawiałam się, gdzie też się ukrywasz. Co to za urządzenie, które
skupia na sobie całą twoją uwagę?
  – Balon napędzany gorącym powietrzem, panienko.
  – Jego ton był pełen szacunku, jak zawsze w obecności innych. – Zabawka, kaprys, nic
więcej.
    –  A  więc  –  powiedziała  Alyx  –  mamy  tu  terminatora  malarza,  który  nie  maluje,  i
terminatora młynarza, który nie mieli ziarna. Bardzo dziwne. – Zwróciła się do Alwina:
  – Przespaceruj trochę mojego konia i daj mu się popaść. Sporo się dziś nagalopował.
  – Tak, panienko. – Alwin wziął wierzchowca za uzdę i odszedł.
Alyx poczekała, aż znalazł się poza zasięgiem słuchu.
  – Kieron, szukałam cię przez wiele dni. Dlaczego chcesz mnie upokorzyć?
  – Najmilsza Alyx, wcale nie.
  – Nie przychodzisz na zamek.
  – Bo nie mam powodu. Poza tym twój ojciec mi zabronił.
  – To on wie o nas?
    –  Nie  mam  pojęcia  skąd,  ale  wie,  –  Kieron  uśmiechnął  się.  –  Powiedział  mi,  że
płaczesz...
  – To kłamstwo! – zaprzeczyła Alyx gwałtownie. – Nie płakałabym po uczniu malarza.
  – Jestem o tym przekonany – rzekł Kieron z całą powagą. – Niemniej twój ojciec jest
człowiekiem prawdomównym. Musiało mu się tylko wydawać.
Zarzuciła mu ręce na szyję, nie bacząc, czy Alwin widzi to, czy nie.
– Kieronie, kocham cię.
  – Najdroższa Alyx, ja też cię kocham. Ale nasze drogi się rozchodzą. Ty wyjdziesz za
Talbota,  ja  ożenię  się  z  Petriną.  Ty  jesteś  wysoko  urodzona,  a  ja  nisko.  Nic  na  to  nie
poradzimy.
    –  To  się  jeszcze  okaże  –  odparła Alyx.  –  Nie  minie  rok,  a  Talbot  umrze,  mogę  za  to
ręczyć.
  – Zabijesz go?
  – Umrze, Kieronie. I tyle. Po prostu umrze... A co zrobimy z Petriną?

background image

  Kieron pocałował ją i mocno przytulił.
  – Alyx, to mrzonki. Sama wiesz.
Wytarła oczy.
  – Tak, musimy być tym, czym jesteśmy. – Odsunęła się. – Czy ten chłopak od młynarza
ma długi język?
  – Bądź spokojna. To mój przyjaciel. Wprowadziłem go w arkana nowej sztuki.
  Spróbowała się roześmiać.
    –  Nie  tylko  jego  wprowadziłeś  w  arkana  nowej  sztuki,  „Kieronie  z  głową  w
chmurach". Patrz, twój balon spuchł jak dynia. Wzlatuje do góry.
    –  Na  Ludda!  Przepraszam  bardzo,  Alyx.  Muszę  go  odwiązać.  –  Pobiegł  do  młyna,
odwiązał czubek balonu i wciągnął belkę do środka. Potem zszedł na dół i przyjrzał mu
się krytycznym okiem.
Balon  rzeczywiście  wyglądał  jak  olbrzymia  dynia  i  był  większy,  niż  się  Kieron
spodziewał.
Węgiel drzewny w podwieszonym palenisku żarzył się jasnym ogniem. Balon z napiętą
cumą kołysał się na wietrze.
Alyx patrzyła na to z podziwem.
– Jak wytłumaczysz się z tej zabawki przed Świętym Kościołem, Kieronie?
– Dlaczego miałbym się z niej tłumaczyć? – zapytał z goryczą. – To tylko zabawka, a ja
jestem tylko głupkiem zwanym „Kieronem z głową w chmurach".
  – Nedyci mogą nazwać to maszyną. Mogą oskarżyć cię o robienie maszyn.
  – Pal licho głupich nedytów! – Kieron z uwagą odwiązał cumę i balon poszedł w górę.
Bardzo  ostrożnie  poluzował  sznur,  ciesząc  się  siłą,  z  jaką  szarpnął  go  za  ramię.  Balon
wzniósł  się  ponad  młyn.  Alwin  przywiązał  konia  Alyx  do  karłowatego  krzewu
ciernistego  i  stał  teraz  z  rękami  na  biodrach  i  otwartymi  ustami,  obserwując  ten
fantastyczny widok.
    Kieron  czuł,  jak  sznur  go  ciągnie  za  sobą,  chcąc  wyrwać  go  z  okowów  ziemi  –  i  nie
posiadał  się  ze  szczęścia.  Impulsywnie  podskoczył,  a  balon  natychmiast  zareagował
unosząc go nad głową Alyx i łagodnie odstawiając na ziemię.
    –  Brawo!  Brawo!  –  krzyknęła Alyx.  –  Cóż  za  wspaniała  zabawka!  Pozwól  mnie  też
spróbować, Kieronie. Proszę cię, pozwól mi.
  – Musisz trzymać z całych sił – ostrzegł ją. – Ciągnie mocniej, niż myślisz... Nie, Alyx,
lepiej daj sobie z tym spokój.
  – Nie psuj zabawy, Kieronie. Muszę to potrzymać. I potrzymam. Nie jestem dzieckiem.
  – I nie jest to zabawka dla dzieci – ostrzegł ją. – Jeśli już koniecznie chcesz, to trzymaj.
Owiń linkę dookoła pasa, o tak.
    Ostrożnie  podał  jej  sznur  i  upewnił  się,  że  go  mocno  trzyma.  Poczuwszy  szarpnięcie
Alyx  wydała  okrzyk  radości.  I  przygotowała  się  do  skoku,  tak  jak  to  zrobił  Kieron.
Niestety  w  tym  samym  momencie  nastąpił  nagły  podmuch  wiatru.  Balon  od  razu
zareagował. Ponadto Kieron zapomniał, że Alyx jest od niego o wiele lżejsza.
Trzymając się kurczowo sznura Alyx wzniosła się majestatycznie w powietrzu – ale nie

background image

opadła, balon płynął spokojnie nad łąką, coraz to wyżej.
Alyx zaczęta krzyczeć.
Kieron zmartwiał.
– Skacz! – zawołał. – Puść sznur! Puść sznur!
  Lecz ona albo się bała, albo była już poza zasięgiem głosu. Trzymała się oburącz liny i
wierzgała  nogami  jak  oszalała,  jakby  już  to  samo  mogło  sprowadzić  ją  z  powrotem  na
ziemię.
Alwin patrzył na to oniemiały z przerażenia. Padł na kolana i zaczął się modlić.
  Na szczęście balon wznosił się bardzo wolno. Był nie więcej niż trzy, cztery metry nad
ziemią,  kiedy  Alyx  albo  oprzytomniała  na  tyle,  żeby  puścić  sznur,  albo  nie  mogła  go
dłużej  utrzymać.  Kieron  biegł  za  nią  cały  czas,  wołając,  co  ma  robić.  Usiłował  też
podskoczyć  tak  wysoko,  żeby  złapać  ją  za  nogę.  Kiedy  spadła  na  ziemię,  wylądowała
niemalże  w  jego  ramionach,  przywalając  go  swoim  ciężarem.  Poczuł  przyjemne
podniecenie,  ale Alyx  zwichnęła  kostkę.  Usiadła  na  mokrej  trawie,  pojękując  z  cicha,
oglądając stłuczoną nogę i szukając pociechy u Kierona.
  On głaskał ją po głowie i szeptał czułe słowa. Ale jego oczy nie mogły oderwać się od
balonu.  Uwolniony;  od  nieproszonego  balastu  wznosił  się  majestatycznie,  ciągnąc  za
sobą sznur niczym długi, powiewny ogon. Wiatr rozdmuchał ogień w palenisku, przez co
balon  znów  podskoczył  do  góry.  Wzniósł  się  na  wysokość  jakichś  dwustu  metrów  i
zaczął szybować w stronę Arundel.
    Kieron  obserwował  to  zafascynowany,  pełen  dumy.  Rzeczywiście  stworzył  coś
niezwykłego.
Gdyby następny balon był tylko o połowę większy, mógłby przymocować do niego kosz
dla siebie i płynąłby po niebie jak bóg – albo jak jeden z ludzi Pierwszej Generacji.
  – Kieron, boli mnie noga.
  – Tak, kochanie. Zajmę się tym. – Lecz jego wzrok spoczywał na balonie.
  – Jestem mokra i ubłocona.
    –  Tak,  Alyx.  Niedługo  przebierzesz  się  w  ciepłe  i  suche  rzeczy.  –  Jego  spojrzenie
śledziło lot balonu.
  – Nie widzę cię! – wybuchnęła.
  – Tak, kochanie. Zupełnie słusznie. Jestem naprawdę okropny. – I dalej nie spuszczał
wzroku z balonu.
  – Kocham cię! Jesteś głupcem, ale... niech Ludd ma mnie w swojej opiece, kocham cię.
– Pocałowała go i przytuliła się.
    –  Najmilsza  Alyx,  masz  rację,  że  jestem  głupcem.  Ale  dzisiaj  udało  mi  się  coś
osiągnąć.
  Balon minął Arundel i naraz jakby zapragnął żyć własnym życiem. Zmienił kierunek i
zaczął
krążyć  nad  zamkiem. A  potem,  najwyraźniej  przekonany,  że  spełnił  już  swoje  zadanie,
stanął  efektownie  w  płomieniach  i  jego  płonące  szczątki  spadły  na  rodowe  gniazdo
seniora Fitzalana. Alwin tymczasem ochłonął i puścił się biegiem do Kierona. Lecz gdy

background image

zobaczył, co się dzieje z balonem, znów upadł na kolana.
  – Oby Ludd się zmiłował nad nami! Kieronie, ach, Kieronie, już po nas!
    –  Kieron  uśmiechnął  się  do  niego  łagodnie,  Alwinie,  przyjacielu,  przede  wszystkim
uspokój się.
A potem zabierz materiały rysunkowe z młyna i wróć po cichu do swojego mistrza. Nie
było cię tu dzisiaj. Nie widziałeś ani mnie, ani panienki Alyx.
  – Rozumiem, Kieronie. Ale przysięgaliśmy sobie przyjaźń na dobre i złe.
  – I zachowamy ją. Lecz nie będę cię narażać z powodu tego incydentu. – Zwrócił się do
Alyx. – Panienko Alyx, czy widziałaś dzisiaj Alwina, terminatora młynarza? – Trzymał
ją w objęciach
i wiedział, że Alwin to widzi.
Alyx zaczerwieniła się po czubki włosów.
    –  Nie,  jeśli  taka  jest  twoja  wola,  Kieronie  –  powiedziała  miękko.  –  Nie  widziałam
dzisiaj terminatora młynarza.
– Podobnie jak i ty, Alwinie – ciągnął Kieron – nie widziałeś panienki Alyx ani mnie. A
jeślibyś nas zdradził, to cię zabiję.
Alwin poczuł się dotknięty.
– I po co to mówisz? Przecież jestem twoim przyjacielem.
– Wybacz mi, Alwinie. Myśli mi się mącą. Zbyt wiele: się naraz zdarzyło. Idź już.
Alyx próbowała wstać, krzyknęła z bólu i upadła.
    –  Moja  kostka...  strasznie  spuchła  i  coraz  bardziej  mnie  boli.  Co  teraz  zrobimy,
Kieronie, co zrobimy?
  – Czy jeśli wsadzę cię na konia, dojedziesz do domu?
  – Chyba tak...
  Podźwignął ją delikatnie z ziemi i zaniósł do miejsca, gdzie stał uwiązany koń. Dystans
okazał się dłuższy a Alyx cięższa, niż myślał. Zadyszał się, z wysiłku rozbolały go ręce i
nogi. Posadził Alyx na trawie, żeby odpocząć, zanim pomoże jej wejść na konia. Alyx z
rozpaczą oglądała spuchniętą kostkę i zabłocony strój.
  – I co ja teraz powiem? Jak wytłumaczę swój stan? – lamentowała.
  – Powiedz, że spadłaś z konia – poradził jej Kieron.
  – Nigdy nie spadam z konia – odparła z królewską wyniosłością. – Czyż nie wiadomo,
że jestem najlepszą amazonką na południu kraju?
    –  Niemniej, Alyx,  dzisiaj  spadłaś.  Prawda  nikomu  z  nas  nie  wyszłoby  na  dobre. Ani
twój  ojciec,  ani  Talbot  nie  mogą  się  nigdy  dowiedzieć,  że  leciałaś  nad  łąką  uczepiona
balonu napędzanego gorącym powietrzem.
  – A jeżeli mnie widziano?
  Kieron wzruszył ramionami.
  – Słowo człowieka z gminu przeciwko słowu panienki Fitzalan? Poza tym nikt nie mógł
cię widzieć. Chyba że przez lunetę.
  – Strażnik mojego ojca ma lunetę. Melduje o przybiciu statków handlowych.
    –  A  więc  nie  zamelduje  o  wyczynie  mimowolnego  aeronauty  –  tłumaczył  Kieron

background image

cierpliwie.  –  Poza  tym  byłaś  w  powietrzu  za  krótko,  żeby  mógł  cię  rozpoznać  z  takiej
odległości.  –  Uśmiechnął  się.  –  Zwłaszcza  że  wierzgałaś  nogami  jak  oszalała,  co  nie
licuje  z  pełną  godności  postawą  panienki Alyx  Fitzalan...  Musimy  zaryzykować, Alyx.
Jeśli  nawet  widziano  jakąś  postać,  wezmę  to  na  siebie.  W  końcu  to  był  mój  balon.
Chodź, podsadzę cię na konia. – Bez zbytniego wysiłku usadowił ją w siodle jako tako
wygodnie.
  Spojrzała na niego z nieszczęśliwą miną.
  – Co oni z tobą zrobią, mój kochany?
  – Nie wiem – odpowiedział niefrasobliwie. – Pewno dadzą mi jakąś nudną pokutę. Ale
przysięgnij, że cokolwiek się stanie, nie przyznasz się do swojego udziału.
  – Kieron, jak mogę przysiąc, skore nie wiem, co z tobą zrobią.
    –  Przysięgnij,  bo  cię  o  to  proszę  dla  twojego  dobra,  dla  mojego  i  dla  dobra
nieszczęsnego Alwina, który jest na wpół żywy ze strachu.
Westchnęła.
– A więc przysięgam, ale boję się o ciebie.
– Uśmiechnij się, Alyx. Taką cię chcę zachować w pamięci.
– Czy spotkamy się jeszcze, zanim... zanim wyjdę za mąż?
– Ludd jeden wie. Ja nie... To już za miesiąc, tak?
– Za siedemnaście dni... Kocham cię.
– Ja też cię kocham. Jedź teraz i dobrze wspominajmy naszą miłość.
Alyx  ze  smutkiem  zawróciła  konia  w  kierunku  Arundel.  Kieron  patrzył  za  nią  przez
chwilę,  potem  poszedł  do  młyna.  Trzeba  było  posprzątać  materiały  i  narzędzia,
uporządkować  całe  obejście.  I  trzeba  pomyśleć.  Co  będzie  lepiej:  iść  na  zamek  i
przyznać się do balonu, czy czekać, aż znajdą go ludzie seniora Fitzalana? Zabierze im to
niewiele  czasu. A  takie  przedsięwzięcie,  jak  każdy  wie,  mógł  podjąć  tylko  „Kieron  z
głową  w  chmurach".  Lepiej  więc  zrobić  z  konieczności  cnotę  i  wytłumaczyć  wszystko
seniorowi Fitzalanowi, zanim wtrącą się nedyci.
Ale  Kieron  nie  miał  szczęścia.  Strażnik  zamkowy  nie  był  jedynym  człowiekiem,  który
używał lunety. Brat Sebastian też ją miał i często patrzył przez nią z wieży katedralnej,
chcąc wiedzieć, co się dzieje w okolicy.

Rozdział szesnasty

Kieron  nie  wiedział,  jak  długo  już  jest  przykuty  do  ściany,  ani  czy  jest  dzień,  czy  noc.
Wiedział tylko, że jest w celi Luddyckiego Domu Naprawy i że jego sprawa może nawet
oprzeć się o Wielkiego Inkwizytora. Jak mu powiedziano, od bardzo dawna nikt nie był
oskarżony o próbę zbudowania latającej maszyny i dlatego ten przypadek wykracza poza
ramy lokalnego problemu.
W  dniu,  kiedy  jego  balon  uniósł  panienkę  Alyx  nad  łąkę,  a  potem  popłynął

background image

majestatycznie w górę tylko po to, by za chwilę spaść w płonących szczątkach na zamek,
Kieron nie zdążył
usprawiedliwić  się  i  wytłumaczyć  przed  seniorem  Fitzalanem.  Nedyci  już  na  niego
czekali: brat Sebastian, brat Hildebrand i brat Lemuel.
    Oskarżono  go  o  herezję  i  aresztowano  w  imię  Świętego  Chłopca,  po  czym
przeprowadzono  haniebnie  na  końcu  miecza  przez  całe Arundel,  i  wtedy  po  raz  ostatni
widział światło dzienne.
  Bracia Hildebrand i Lemuel zadowoliliby się paroma pogróżkami, uznając zbudowanie
balonu co najwyżej za niezwykły kaprys. W końcu chłopiec miał jeszcze niemal rok do
pełnoletności  i  jego  postępek  niekoniecznie  musiał  być  uznany  za  świadome
pogwałcenie doktryny.
Ale  brat  Sebastian  był  ambitny.  Miał  zamiar  dojść  do  wysokiej  pozycji  w  Kościele
luddystów.
W  tym  celu  należało  wyróżnić  się  wcześnie.  Awansować  można  było  przez  wysokie
koneksje  –  których  nie  miał  –  albo  przez  wykrycie  poważnej  herezji.  Brat  Sebastian
gorąco się modlił, aby Kieron został uznany za groźnego heretyka.
    To  prawda,  że  Kieron  nie  był  jeszcze  mężczyzną.  Ale  herezja  nie  jest  schorzeniem
związanym  z  wiekiem.  Brat  Sebastian  wiedział,  że  nie  dalej  jak  trzydzieści  lat  temu
spalono  trzynastoletniego  chłopca  za  chęć  zużytkowania  pary  z  gotującego  czajnika.
Ówczesny  Wielki  Inkwizytor  określił  to  jako  próbę  zbudowania  turbiny,  choć  nie
wiadomo, czy słusznie.
    Przestępstwo  Kierona  było  łatwiejsze  do  zdefiniowania.  Usiłował  skonstruować
maszynę,  która  uniosłaby  mężczyznę  –  lub  kobietę  –  z  powierzchni  ziemi.  Jeżeli  to  nie
herezja, to brat Sebastian gotów był zjeść własny habit. Nedyta czuł się coraz pewniej w
swoim osądzie. Luneta pokazała, że to nie Kieron zwisał z piekielnej maszyny, a kobieta.
    Wkrótce  potem  brat  Sebastian  zauważył,  że  panienka Alyx  wraca  konno  do  zamku  w
dosyć opłakanym stanie.
  Twierdziła, że spadła z konia. Lecz wszyscy wiedzieli, iż to mało prawdopodobne, aby
panienka  Alyx  dała  się  wysadzić  z  siodła.  Brat  Sebastian  przemyślał  tę  kwestię.
Niedawno  Kieron  spędził  sporo  czasu  na  zamku,  robiąc  szkice  do  wspaniałego  obrazu
mistrza  Hobarta  „Skok  panienki  Fitzalan".  Kieron  i  panienka  Alyx  byli  niemal  w  tym
samym wieku. A jak wiadomo, nie ma dymu bez ognia.
    Brat  Sebastian  zdawał  sobie  sprawę,  że  nic  nie  może  zrobić  Alyx  Fitzalan.  Święty
Kościół  nie  był  jeszcze  przygotowany  na  rzucenie  bezpośredniego  wyzwania  feudalnej
władzy  seniorów. Ale  już  sam  Kieron  powinien  wystarczyć  do  jego  celów.  Ponieważ
chłopiec miał dostęp do zamku i przed oblicze seniora Fitzalana oraz jego córki, nie był
kimś  pierwszym  lepszym,  jak  każdy  inny  pospolity  wieśniak.  W  dodatku  wiele  da  się
zasugerować w związku z jego obcowaniem z panienką Alyx, niewiele przy tym mówiąc.
Poza  tym,  jeśli  to  będzie  konieczne,  można  nadać  pewną  wagę  sprawie  książki.  W
najgorszym razie będzie to skuteczny środek, aby uciszyć ewentualne protesty ze strony
Fitzalanów.

background image

Albowiem po aresztowaniu Kierona brat Sebastian uzbrojony w nakaz rewizji udał się
do  domu  mistrza  Hobarta,  aby  postraszyć  go  nieco  w  nadziei,  że  ujawni  się  jako
współwinowajca herezji, a także aby przeszukać pokój Kierona.
  Jeśli chodzi o mistrza Hobarta, to udało mu się tylko doprowadzić staruszka do histerii
i  ciężkiego  ataku  kaszlu,  lecz  w  pokoju  Kierona  znalazł  ukrytą  pod  materacem  książkę.
To,  że  książka  zawierała  historię  zakazanych  maszyn,  miało  już  swoją  wagę;  że  była
ukryta,  acz  nie  najlepiej,  miało  jeszcze  większą  wagę;  a  że  skórzana  okładka  nosiła
pieczątkę Fitzalana, miało wagę największą.
    Lepiej,  aby  senior  Fitzalan  miał  się  na  baczności  –  myślał  brat  Sebastian  z
zadowoleniem. Niech tylko spróbuje stawać na przeszkodzie świętej sprawiedliwości, a
przekona się, że i on może się poparzyć.
  Brat Sebastian kosztował uroków władzy. Napisał sprawozdanie do urzędu Wielkiego
Inkwizytora  w  Londynie  i  z  ufnością  czekał  na  pozwolenie  przeprowadzenia  pełnej
rozprawy przeciw herezji.
    Tymczasem  zaś  przykuł  Kierona  do  ściany  w  Domu  Naprawy.  Nie  rozkoszował  się
jego cierpieniem. Byłby to niewybaczalny grzech. Brat Sebastian umacniał się w wierze,
że  chodzi  mu  tylko  o  zbawienie  duszy  chłopca.  Jeżeli  Kieron  za  swe  przewinienie
spłonie  na  stosie  –  czego  niech  Ludd  broni,  o  ile  to  w  ogóle  możliwe  –  lepiej,  aby
spłonął  oświecony,  w  odpowiednim  stanie  ducha,  wiedząc,  że  może  uzyskać
przebaczenie, pod warunkiem okazania prawdziwej skruchy, Toteż brat Sebastian często
rozmawiał  ze  swoim  więźniem,  próbując  jakoby  odróżnić  diabelskie  zamiary  od
młodzieńczej  nieroztropności.  Kieron  nie  był  zbyt  pomocny,  W  każdym  razie  nie  był
pomocny sobie, choć zapewne umacniał w bracie Sebastianie jego prawdziwe intencje,
do których sam się nie przyznawał.
    –  Czy  czujesz  do  mnie  urazę,  Kieronie?  –  Brat  Sebastian  zadał  to  pytanie  siedząc  na
stołku i popijając gorącą herbatę.
  Kieron, który od kilku dni był o chlebie i wodzie, zachował dość przytomności umysłu,
aby odpowiedzieć:
  – Dlaczego miałbym czuć do ciebie urazę, bracie Sebastianie? Wypełniasz tylko swój
obowiązek i za to cię szanuję, a nawet podziwiam.
  – Otóż właśnie, widzę, że się rozumiemy. Nie chcę cię ukarać. Chcę cię zbawić.
    –  Wiem.  Działasz  z  najlepszych  pobudek.  –  Kieron  uśmiechnął  się.  –  Ja  też  znacznie
bym wolał zbawienie od kary.
    –  Balon  napędzany  gorącym  powietrzem  to  poważny  grzech.  To  maszyna,  Kieronie.
Maszyna,  na  którą  Święty  Kościół  nie  dał  zezwolenia.  Rozumiesz  chyba,  że
obowiązkiem  kościoła  jest  bronić  ludzi  przed  złem  i  pokusą  płynącą  od  maszyn.  Znasz
historię, chłopcze. Maszyny już dwa razy zniszczyły świat. Nie zrobią tego po raz trzeci.
  – Brat Sebastian głośno siorbał herbatę.
  Kieron zwilżył wargi. Nie pamiętał, kiedy po raz ostatni miał w ustach coś ciepłego.
    –  Nie  miałem  na  myśli  nic  złego,  bracie.  Balon  był  tylko  niemądrą  zabawką,  którą
zrobiłem dla zabicia czasu.

background image

  – Czyżby? – Brat Sebastian spojrzał na niego zimno.
    –  A  co  powiesz  na  temat  książki?  Kto  ci  ją  dał,  Kieronie?  Tę  książkę  o  latających
maszynach?
    –  Dopiero  teraz  po  raz  pierwszy  brat  Sebastian  wspomniał  o  książce.  Kieron,
wyczerpany, zziębnięty, przygnębiony, odebrał to jak grom z jasnego nieba. Otworzył ze
zdumienia  usta.  Pomyślał  o Alyx.  Nawet  jej  może  grozić  niebezpieczeństwo  ze  strony
tego czarnego kruka, Nie odpowiadasz, Kieronie. Czy chcesz kogoś osłonić?
    –  Chcę  osłonić  tylko  siebie.  Pożyczyłem  tę  książkę.  Miałem...  miałem  zamiar  ją
zwrócić.
  – Senior Fitzalan pozwolił ci wziąć tę książkę ze swojej biblioteki?
  – Nie.
  – A więc ktoś inny?
  – Nie.
  – Przecież twierdzisz, że pożyczyłeś tę książkę.
  – Tak.
  – Bez pozwolenia właściciela?
  – Miałem zamiar ją zwrócić.
    –  No  cóż,  świadczą  o  tym  tylko  twoje  słowa  wypowiedziane  w  tych  dość  przykrych
okolicznościach. Taką pożyczkę można też zinterpretować jako kradzież. Każdy rozsądny
człowiek dojdzie do wniosku, że ukradłeś książkę z zamiarem skonstruowania jednej lub
kilku opisanych tam maszyn.
    – A  niech  cię  piekło  pochłonie!  –  wybuchł  Kieron.  –  Zniszcz  postęp,  zniszcz  naukę,
spal mnie, jeśli już koniecznie musisz! Ale przestań mnie dręczyć swoją gadaniną!
  Brat Sebastian opróżnił szklankę i zrobił zatroskaną minę.
    –  Piekło  jest  zarezerwowane  dla  tych,  którzy  w  złej  intencji  budują  maszyny.  Może  i
spłoniesz, Kieronie. Nie mogę wykluczyć takiej możliwości. Zasmuci mnie to, ale wola
Ludda  zostanie  spełniona.  Niemniej,  jestem  twoim  przyjacielem,  twoim  bratem,  i
spróbuję uratować ci duszę. Niech to będzie dla nas obu pewną pociechą.
Z tymi słowami brat Sebastian zostawił Kierona własnym myślom.

Rozdział siedemnasty

Wielki  Inkwizytor  uznał  powagę  zarzutów  i  wydał  zgodę  na  proces  o  herezję.  Proces
miał  się  zacząć,  jak  było  w  zwyczaju,  pierwszego  dnia  następnego  miesiąca
księżycowego. Jeśli zostałby wydany werdykt skazujący, wyrok wykonano by ostatniego
dnia tegoż miesiąca.
    Tymczasem  warunki,  w  których  Kieron  przebywał,  uległy  poprawie.  Nie  był  już
przykuty  do  ściany,  dano  mu  posłanie  ze  słomy,  stół  i  krzesło.  Dostawał  jeden  ciepły

background image

posiłek dziennie i wolno mu było przyjmować gości oraz powołać świadków, którzy by
zeznawali na jego korzyść. Święty Kościół pozwalał na to wszystko, aby nikt nie mógł
skarżyć  się  na  stronniczość  lub  utrudnianie  obrony.  Co  prawda,  z  zarzutu  o  herezję
uniewinniano  bardzo  nielicznych.  Święty  Kościół  rzadko  decydował  się  na  publiczną
rozprawę,  jeżeli  fakty  nie  były  niezbite.  Niemniej,  sprawiedliwość  jest
sprawiedliwością.
  Pierwsi odwiedzili Kierona rodzice. Kristen miała zaczerwienione powieki i płakała.
Gerard,  pachnący  żywicą  i  świeżym  drewnem,  był  pełen  nadziei,  przeświadczony,  że
zbyt wiele szumu zrobiono wokół niewinnej chłopięcej psoty.
  – Kieron, synku, jak ci tu dają jeść? – zachlipała Kristen. – Czy dobrze cię karmią?
  Kieron zauważył, że zupełnie posiwiała, choć mogła mieć najwyżej trzydzieści pięć lat.
Ale  jej  twarz  pozostała  piękna,  a  sylwetka  godnie  wyprostowana.  Było  mu
niewymownie przykro, że sprawia jej taki ból.
  – Tak, matko – skłamał. – Jedzenie jest doskonałe i niczego mi nie brakuje.
    –  Jesteś  malarzem!  –  wybuchł  Gerard.  –  Wielkim  malarzem.  Sam  mistrz  Hobart  to
powiedział. – Spojrzał na legowisko ze słomy i na gole ściany celi. – Jak śmią trzymać
w  takich  warunkach  człowieka,  którego  czeka  wspaniała  przyszłość?  Czy  jesteś  winny
stawianych ci zarzutów? Mów prawdę. My, twoi rodzice, mamy prawo wiedzieć.
    –  Ojcze  –  zaczął  Kieron  ostrożnie,  wiedząc,  że  brat  Sebastian  podsłuchuje  pod
drzwiami  –  skonstruowałem  zabawkę  dla  własnej  przyjemności.  Balon  napędzany
gorącym  powietrzem.  Nie  przypuszczałem,  że  Święty  Kościół  będzie  poruszony  taką
błahą sprawą.
  Gerard z namysłem gładził się po policzku.
    –  To  była  duża  nierozwaga,  chłopcze. Ale  przecież  nie  grzech.  Kościół  nie  lubi  nic
nowego,  i  ma  rację.  Lecz  w  twoim  przypadku  wina  leży  po  stronie  tych,  którzy  cię
nakłonili do złego... Słyszałem, że „Skok panienki Fitzalan" to arcydzieło, choć sam się
na tym nie znam. Mistrz Hobart mówi, że to twoja zasługa.
    –  Mistrz  Hobart  jest  wielce  łaskaw  –  powiedział  Kieron  –  ale  być  może  w  tym,  co
mówi, jest ziarnko prawdy.
  Gerard uścisnął go.
    –  Nic  się  nie  bój,  mój  chłopcze.  Zarzut  zostanie  oddalony,  a  ci,  którzy  go  postawili,
poniosą należne konsekwencje.
  – Nie czuję do nikogo żalu – rzekł Kieron, głównie na użytek brata Sebastiana. – Mam
nadzieję,  że  Święty  Kościół  stwierdzi  moją  niewinność  i  pozwoli  mi  kontynuować
przypisaną mi pracę.
  Gerard poklepał go po plecach.
  – Dobrze powiedziane! Wiedziałem! Wiedziałem! Jesteś po prostu pełen fantazji i stąd
to całe wielkie nieporozumienie.
Ale Kristen była mądrzejsza. Przytuliła Kierona i pogłaskała go po włosach.
  – Czy boisz się, mój mały? – szepnęła.
  – Tak, matko, boję się.

background image

  – Wiesz, co ci zrobią?
  – Wiem.
  – Bądź dzielny, Kieronie. Umrzemy razem. A jeśli jest inne życie, to się spotkamy na
tamtym świecie.
  – Cicho, kobieto! – zagrzmiał Gerard. – Kieron będzie żył!
  Kristen puściła syna z twarzą dziwnie spokojną.
  – Tak, Gerardzie, Kieron będzie żył. Jestem tego pewna.
  – Na Młotek Ludda i na mój młotek klnę się, że będzie żył – przysiągł Gerard, – Będzie
żył i pochowa tych, którzy skalali jego imię.
Strażnik zapukał w drzwi.
–  Odwiedzimy  cię  znów  –  obiecała  Kristen.  –  Przyjdziemy  jutro.  Przyniosę  ci  placki,
świeże masło i konfiturę z jeżyn, którą tak lubisz.
  Po ich wyjściu wszedł do celi brat Sebastian.
  – Twój ojciec ma silny głos – powiedział ostrożnie. Kieron uśmiechnął się lekko.
  – Ma też silną wolę i silną rękę. To prosty i dobry człowiek.
  – Ale wypowiada niebezpieczne słowa.
    –  Mój  ojciec  jest  uczciwym  człowiekiem  i  wie  o  tym  cały  seniorat  –  odparł  Kieron
spokojnie.  –  Nikogo  nie  oszukuje,  przeciwko  niczemu  nie  grzeszy.  Jego  bronią  jest
prawość.
  – Co przez to rozumiesz, chłopcze?
  – To, bracie Sebastianie, że masz już w klatce jednego ptaszka. Nie uda ci się złowić
drugiego z tego samego gniazda.
  Petrina również przyszła go odwiedzić, jak przystało w towarzystwie ojca.
  Sholto, olbrzymi, małomówny mężczyzna, pełen dobrej woli, której nie umiał wyrazić,
stał  milcząc.  Petrina,  hoża  i  dojrzała  do  małżeństwa,  od  którego  dzieliły  ich  już  tylko
miesiące, wzięła na siebie ciężar rozmowy.
  – Kieron, jesteś strasznie blady. Czy cię tu nie głodzą?
  Uśmiechnął się.
  – Wszystkie kobiety są takie same. Moja matka też w pierwszej chwili zatroszczyła się
o mój żołądek.
  – Jest pewna różnica – rozzłościła się Petrina – i zaraz się o tym przekonasz.
    –  Przepraszam.  Nie  chciałem  cię  urazić.  –  Kieron  zwrócił  się  do  kowala.  –  Sholto,
bardzo  miło  z  waszej  strony,  że  przyszliście  i  przyprowadziliście  Petrinę.  Jestem  wam
wdzięczny.  Ani  mój  ojciec,  ani  ja  nie  będziemy  mieć  wam  za  złe,  jeśli  w  obecnej
sytuacji zechcecie rozwiązać kontrakt.
Sholto  zaszurał  niezgrabnie  nogami,  powiódł  wzrokiem  po  podłodze,  po  ścianach,  po
suficie,
jakby szukając stamtąd pomocy. Ale pomoc nie nadeszła.
  – Kieron, chłopcze, wiesz, że cię lubię. Wszystko co zaszło, to jakaś przykra sprawa,
której,  po  prawdzie,  nie  rozumiem.  Znam  się  na  obróbce  żelaza  i  stali,  i  tyle.–  Całą
resztą zajmuje się Solvig, moja żona. – Rzucił niespokojne spojrzenie na córkę. – A teraz

background image

i Petrina ma swoje zdanie. – Przy kowadle jestem panem. – Wzruszył ramionami. – Ale
kto by tam wygrał z kobietami?
    –  Rozwiązać  kontrakt!  –  wybuchnęła  Petrina,  odrzucając  do  tyłu  włosy  i  wypinając
pierś. – A może to ty chcesz rozwiązać kontrakt, „Kieronie z głową w chmurach"?
    Kieron  był  skonfundowany.  Dziewczynka,  którą  znał,  była  teraz  aż  nadto  wyraźnie
kobietą. Zakładał, że zechce się uwolnić od heretyka, którego mogą spalić na stosie. Ale
jeśli chodzi o kobiety, nie należy nigdy niczego z góry zakładać.
  – Myślałem tylko o tym, żeby zaoszczędzić ci przykrości.
  – W ogóle niezbyt mądrze myślisz – przycięła mu Petrina. – Inaczej nie przyszłoby ci
do  głowy,  żeby  konstruować  głupie  latawce  i  balony.  I  nie  przyszłoby  ci  do  głowy
zadawać się z Fitzalanami.
  – Petrina, uważaj na to, co mówisz – ostrzegł Kieron, pamiętając o bracie Sebastianie
za drzwiami. – Te ściany są cienkie. Głos się niesie.
  – Phi! – odparła Petrina. – A niech się niesie. Wszyscy wiedzą, że Alyx Fitzalan szaleje
za tobą. Musiało to dotrzeć nawet do uszu brata Sebastiana.
  – Brat Sebastian ma doskonały słuch – zapewnił ją Kieron. – Podejrzewam, że nawet
to, o czym mówimy w tej celi, nie umyka jego uwagi.
    –  Nic  nie  szkodzi  –  stwierdziła  Petrina  ze  spokojem.  –  Między  nami  nie  ma  nic  do
ukrycia. A więc, czy chcesz rozwiązać kontrakt?
    –  Nie,  na  Neda  Ludda.  Chętnie  wziąłbym  cię  za  żonę.  W  szczęśliwszych
okolicznościach wziąłbym cię za żonę z całą radością.
  Petrina uśmiechnęła się.
  – No to wszystko w porządku, Kieronie. Wyjdę za ciebie i koniec.
  – Nadal jesteś przekonana, że astrolog Marcus przepowiedział prawdę?
–  Tak,  jestem  przekonana.  Poza  tym,  Kieronie,  Święty  Kościół  jaki  jest,  taki  jest,  ale
uznaje ważność kontraktów. Dowiedziałam się tego po pewnych staraniach.
  – No więc?
  – No więc, jeżeli oboje będziemy chcieli, możemy zwrócić się, z prośbą do Wielkiego
Inkwizytora,  żeby  odsunął  karę  aż  do  momentu,  kiedy  będę  się  spodziewać  dziecka...
albo kiedy stanie się jasne, że nie mogę mieć dzieci.
  Kieron oniemiał.
  – Zrobiłabyś to dla mnie?
  – Jesteś przypisanym mi mężem. Czy mogłabym postąpić inaczej?
  Kieron roześmiał się.
  – Astrolog Marcus może jeszcze mieć ostatnie słowo.
  – Nie kpij z ludzi nauki.
  – Ale skąd o tym wiesz... o tym, że można odsunąć karę?
    –  Nieważne  skąd.  Poza  tym  to  jeszcze  nic  pewnego.  Wszystko  zależy  od  Wielkiego
Inkwizytora. Wiem tylko, że takie wypadki miały miejsce. – Uśmiechnęła się niewesoło.
– Święty Kościół może nawet przyspieszyć wyznaczoną w kontrakcie datę ślubu, aby nie
odwlekać zanadto dnia kary.

background image

  – I co? – Kieron nie posiadał się ze zdumienia. – Mógłbym żyć na wolności, dopóki nie
poczęłabyś dziecka?
  – Nie, głupi. To ja mogłabym żyć z tobą w celi. Łaskawość ma swoje granice.
  – Wyszłabyś za heretyka i żyła w więzieniu? Zostałabyś napiętnowana na całe życie.
    –  Zostałabym  też  wdową  na  całe  życie.  Ale  taki  zrobiłam  wybór.  Czy  masz  coś
przeciwko niemu?
  – Nie, ale... Petrino, moja droga, nikt nie ma prawa tego od ciebie wymagać.
  – I nikt nie wymaga. Niech cię o to sumienie nie dręczy.
  Sholto podrapał się po głowie.
  – Nie kłóć się z kobietą, Kieronie. I tak nie wygrasz.
  – Czy dalej chcecie, żeby wasza córka za mnie wyszła?
  Sholto podrapał się po głowie.
  – Kontrakt jest kontraktem, na dobre i na złe. – Spojrzał na córkę. – A co kobieta sobie
umyśli, i tak przeprowadzi, już ja to wiem najlepiej.
  Petrina rzekła:
  – No to nie traćmy czasu. Wszystko uzgodnione. Nie ma o czym rozprawiać... Kieron,
wielu ludzi przemówi za tobą; a i to, że nadal chcę za ciebie wyjść, będzie miało swoją
wagę. – Podeszła bliżej i szepnęła: – Czy potrafisz udawać wariata?
  Popatrzył na nią zdumiony.
  – Czy potrafię... – Położyła mu rękę na ustach.
  – Powiedziano mi, że Święty Kościół może przyjąć jako usprawiedliwienie chwilową
niepoczytalność.  Zwłaszcza  jeśli  znaleźliby  się  tacy,  którzy  potwierdzą,  że  byli
świadkami podobnych napadów.
  – Jesteś dobrze poinformowana – powiedział Kieron miękko. – Bardzo dobrze. Skąd to
wszystko wiesz, Petrino?
  Przysunęła usta do jego ucha.
  – Przyjechała do mnie konno pewna dama. Mam mówić dalej?
Alyx, Alyx Fitzalan zależało na nim aż tak, że pojechała do Petriny! Zawirowało mu w
głowie.
Strażnik zapukał w drzwi.
  – Przyjdziemy znów jutro, Kieronie – powiedziała Petrina. – Jestem pewna, że ojciec
zechce mi tu jutro towarzyszyć. Przyniosę ci zapiekankę z jajek i bekonu, i będę patrzyła,
jak jesz.
  – Petrino, daj się ucałować. – Kieron spojrzał niepewnie na Sholta.
  Kowal roześmiał się.
  – Pocałuj ją, chłopcze. Pocałuj ją, jak należy. To jedyny sposób, żeby wygrać z kobietą.
Trochę  później  tego  dnia  przyszedł  Hobart,  z  szalem  na  ramionach,  butelką  w  ręku,
wstrząsany kaszlem.
– Kieronie, mój drogi synu, jak cię tu traktują?
– Nienajgorzej, mistrzu Hobarcie. Jestem cały i zdrów, jak widzicie.
– Schudłeś. Zbladłeś.

background image

– Nie łaknę smakołyków. Brak mi słońca.
–  Będziesz  je  miał,  mój  drogi  synu,  będziesz  je  miał.  Podpisałem  oświadczenie  w
obecności  świadków,  że  to  na  moje  polecenie  zbudowałeś  balon  napędzany  gorącym
powietrzem.  –  Podnosząc  głos  mówił  dalej:  –  Potrzebowałem  tego  do  namalowania
obrazu i taka jest prawda. Potrzebny mi był szkic zamku widzianego z góry.
  Kieron był bliski łez.
  – Ojcze, nie możesz tego zrobić. Nie wolno ci narażać się na niebezpieczeństwo.
  Hobart wyprostował się z pewnym wysiłkiem.
  – A kto mi zabroni, mój chłopcze? Nazwałeś mnie ojcem i jestem z tego dumny. A czyż
nie jest obowiązkiem ojca chronić swego syna, nawet jeśli nie jest to syn rodzony tylko
duchowy?
– Syn, duchowy syn, też ma swoje obowiązki – zaznaczył Kieron. – Błagam cię, panie,
zniszcz ten dokument. Jest niebezpieczny.
    –  Niebezpieczny,  też  mi  coś!  –  Mistrz  Hobart  pociągnął  łyk  z  butelki.  –  Wybacz  mi,
Kieronie, to lekarstwo jest konieczne dla starego człowieka, którego opuściły już siły i
umiejętności...  Całe  życie,  Kieronie,  żyłem  sobie  bezpiecznie...  i  w  strachu.  W  strachu
przed  zleceniodawcą,  w  strachu  przed  utratą  mojego  marnego  talentu.  Przychodzi  taka
chwila, kiedy człowiek chce się wznieść ponad strach. Dzieje się tak wtedy, gdy pragnie
ochronić  tego,  kogo  kocha...  Wybacz  mi.  Nie  jestem  odważny.  Wybacz  mi,  że  czerpię
odwagę  z  butelki...  Dzięki  tobie  byłem  świadkiem  wielkości.  I  cieszę  się.  Rozumiesz?
Widziałem  twoje  pociągnięcia  pędzla,  które  miały  w  sobie  żar  i  piękno.  Wiem,  że
daleko zajdziesz... Chciałbym, żebyś malował, bo masz wielki talent. – I bardzo łagodnie
i cicho dodał.– Ale jeśli twoim marzeniem jest sięgnąć gwiazd, pogodzę się z tym. Cóż
ci powiem? Nie pojmuję tego, ale się pogodzę. Czy się rozumiemy?
  – Rozumiemy się, mój ojcze.
  – To dobrze. – Hobart pociągnął głębszy łyk. – Opuściły mnie siły i umiejętności, ale
nie jestem jeszcze zupełnie bezużyteczny. Mnie już nie będzie, a ten dokument zostanie. –
Hobart  uśmiechnął  się.  –  Kiedyś  próbowałem  cię  kupić  od  twoich  rodziców.  Nie
wiedziałeś o tym. Teraz już nie chcę cię kupować. Jestem szczęśliwy, że mogę zapłacić
niewielką cenę za twoją wolność.
  Kieron nie mógł już powstrzymać łez.
  – Ojcze, zabijasz mnie twoją miłością. Hobart uśmiechnął się.
  – Moja miłość towarzyszyła ci, jak rosłeś, dojrzewałeś i pobierałeś u mnie nauki... i
teraz też cię nie zabije.
  Kieronie, wątpię, czy cię jeszcze zdołam odwiedzić. Rozumiesz, moje zdrowie...
  – Rozumiem.
    –  A  więc,  pocałuj  mnie,  mój  synu.  Dla  ciebie  to  nic  wielkiego,  a  dla  mnie  znaczy
bardzo dużo, bo jestem niemądrym, starym człowiekiem.
  Kieron podszedł i pocałował go w czoło.
  – Pocałuj mnie w usta, mój synu.
  – Dobrze. A więc w usta.

background image

    –  Teraz  naprawdę  przypieczętowaliśmy  nasz  związek.  –  Hobart  nie  krył  radości.  –
Żegnaj, Kieronie. Nie spalą cię. Bądź spokojny.
  – Będę więc mógł dopełnić okres mojego terminu – powiedział Kieron lekko.
  Hobart uśmiechnął się blado.
    –  Twój  termin  skończył  się  wraz  z  namalowaniem  „Skoku  panienki  Fitzalan".  To
wspaniały obraz. Niczego więcej cię już nie nauczę.
    Mistrz  Hobart  pociągnął  jeszcze  raz  z  butelki  i  opuścił  celę.  W  dwa  dni  później
znaleziono go martwego – powiesił się w swoim pokoju na belce u sufitu.

Rozdział osiemnasty

W  czasach,  jakie  miały  nastąpić,  Kieron  wspominał  te  kilka  dni  spędzone  w  Domu
Naprawy  niemal  z  rozrzewnieniem.  Były  to  ostatnie  dni  świata,  jaki  znał,  ostatnie  dni
ładu i bezpieczeństwa, ostatnie dni pokoju.
    Gerard  i  Kristen  znów  przyszli  go  odwiedzić,  podobnie  jak  Petrina,  a  nawet,  choć  z
pewnym lękiem, Alwin, terminator młynarza.
Alwin nic nie wiedział o środkach, jakie przedsięwzięto w obronie Kierona. Patrzył na
przyjaciela z takim współczuciem, jakby już czuł zapach dymu w nozdrzach.
  – No cóż, Kieronie, spotykamy się w smutnych okolicznościach.
  Kieron zaśmiał się.
  – Nie takich znów smutnych. Mam co jeść, mam gdzie spać, a moi przyjaciele i bliscy
nie zapomnieli o mnie.
Alwin  wskazał  głową  na  drzwi,  w  pełni  świadom,  że  kryje  się  za  nimi  cierpliwy
słuchacz.
  – Nie złamałem przysięgi, Kieronie.
  – To dobrze, przyjacielu. Ja też nie. Nie złamałem i nie złamię. Obaj więc możemy być
spokojni. Alwin  przyjął  to  z  widoczną  ulgą.  Nie  miał  najmniejszej  ochoty  zwracać  na
siebie uwagi
Świętego Kościoła.
  – Wielu ludzi chce przemawiać za tobą. Ja też, jeśli sobie życzysz.
    Kieron  dostrzegł  nieszczęśliwy  wyraz  jego  oczu  i  zrozumiał,  ile  go  kosztowała  ta
propozycja.
  – Nie, Alwinie, dziękuję. Nie odrzucam twoich dobrych chęci, ale myślę, że silniejsze
głosy podniosą się w mojej obronie.
  – Jeśliby miało dojść do najgorszego... – zaczął Alwin.
  – Nie dojdzie. – Kieron również wskazał na drzwi. I wyrzekł słowa, które okazały się
prorocze: – Będę żył i pogrzebię tych, którzy mi źle życzą. Przysięgam. Alwin zaszurał
nogami.
  – Muszę już iść.

background image

  – Nie zaniedbuj umiejętności, jakich nabyłeś. Masz duży talent.
Alwin wzruszył ramionami. Skąd teraz weźmie potrzebne materiały i wskazówki?
    –  Każdy  z  nas  musi  iść  drogą  swojego  przeznaczenia.  Przyjdę  jeszcze.  –  Wyciągnął
rękę. – Będę o tobie myślał. Jesteś moim prawdziwym przyjacielem.
    Lecz  Alwin  nie  przyszedł  więcej  do  Domu  Naprawy;  a  kiedy  Kieron  zobaczył  go
następnym razem, był bez ręki – bez prawej ręki, którą malował.
Alyx  Fitzalan  była  jego  ostatnim  gościem.  Towarzyszył  jej  rządca  ojca,  który  swoją
postawą jasno dawał do zrozumienia, że nie pochwala bynajmniej tych odwiedzin.
    –  Proszę  wstać  w  obecności  panienki  Alyx  Fitzalan  –  rozkazał  głośno  i  zgoła
niepotrzebnie, bo Kieron już stał.
    –  Kentigern  –  powiedziała  panienka Alyx  dość  cierpko  –  idź  dotrzymać  towarzystwa
dobremu  bratu  Sebastianowi,  którego  ciężkie  sapanie  za  drzwiami  świadczy  o  tym,  że
jest blisko.
Porozmawiaj  z  nim  o  swoich  sprawach  i  skorzystaj  z  tego,  co  może  ci  ofiarować  jego
światły i uczony umysł.
  – Ależ panienko, senior Fitzalan kazał mi trzymać się przy tobie na odległość słuchu.
  – Więc rób, co ci kazał. Mam doskonały słuch. Słyszą, że dobry brat Sebastian trzęsie
się jak w gorączce. Może ma widzenie. Idź, sprawdź to.
    Kentigern  wycofał  się,  pokonany.  Przez  chwilę  Kieron  słyszał,  jak  wymienia  za
drzwiami uwagi z bratem Sebastianem.
  – I cóż, Kieronie?
  – I cóż, panienko Alyx?
    Patrzyli  na  siebie,  walcząc  z  odruchem,  żeby  paść  sobie  w  objęcia.  Było  to
niemożliwe.
Świadkowie przy dziurce od klucza natychmiast zameldowaliby, co widzieli.
    –  Ukradłeś  książkę  z  biblioteki  mojego  ojca.  Tak  mi  w  każdym  razie  powiedziano.  –
Ale jej oczy mówiły: „Dziękuję ci, kochany, żeś mnie oszczędził".
  Kieron wykazał pełne zrozumienie.
  – Bardzo przepraszam, panienko Alyx. Chciałem ją sobie tylko na krótko wypożyczyć.
  – Czy wiedziałeś, że zawiera herezje?
–  Nie,  panienko.  Jestem  prostym  człowiekiem,  chciałem  tylko  wziąć  jakąś  książkę  do
czytania.
Miałem zamiar odłożyć ją na miejsce przy pierwszej okazji.
  – Mój ojciec uważa cię za głupca, Kieronie. Głupca bez złych intencji.
  – Ma rację, panienko. Jestem głupcem. Ale na pewno nie mam złych intencji.
  – Tak też będę świadczyć na procesie – powiedziała Alyx. – Masz prawdziwy talent do
spadania
z  łagodnych  koni.  Talent  głupca.  Niemniej  miałam  taki  kaprys,  że  postanowiłam
przełożyć ślub, aby móc przemówić za tobą. Może ja też jestem głupia.
  Kieron ukląkł i pocałował ją w rękę. Byłby chętnie pocałował ją w usta i poczuł jej
piersi na swoich, ale pamiętał o tych, co patrzą i słuchają.

background image

    –  Panienko,  to  rzeczywiście  niemądre  z  twojej  strony,  że  troszczysz  się  o  mój  los.
Chociaż nic dla ciebie nie znaczę, jestem głęboko wdzięczny za twoje zainteresowanie
moją sprawą. Alyx uśmiechnęła się ze smutkiem.
  – Wstań, Kieronie. Malarz zna swoją modelkę, modelka zna malarza. Etykieta między
nami jest zbędna.
  – Panienko, ja... – Kieron zerknął na drzwi celi.
  – Tak, wiem, ściany mają uszy. Pan Kentigern robi się czerwony jak burak, a dobry brat
Sebastian dyszy coraz ciężej. To nie ma większego znaczenia... Mój ojciec prosił mnie,
żeby ci podziękować za wzięcie tej książki z jego biblioteki.
  – Jak to?
  – To proste. Nie wiedział, że ma heretyckie dzieło. Jest szczęśliwy, że się go pozbył.
On też będzie przemawiał za tobą. Prosił, żeby ci powiedzieć, że choć popiera Święty
Kościół  w  zwalczaniu  herezji,  uważa,  że  głupcy  zawsze  się  znajdą  i  można  mieć
pewność, że sami siebie doprowadzą do zguby.
  – Twój ojciec jest bardzo szlachetnym człowiekiem. – Kieron, mając w pamięci swoje
ostatnie  spotkanie  z  seniorem  Fitzalanem  pomyślał,  że  jest  on  rzeczywiście  niezwykle
szlachetny.
  – Jest przede wszystkim człowiekiem praktycznym – powiedziała Alyx enigmatycznie.
– I przygotowanym na zapłacenie rozsądnej ceny za osiągnięcie celu... Kieron, mam dla
ciebie nowinę. Jest zarazem dobra i zła.
  Kieron domyślił się od razu.
  – Mistrz Hobart?
  – Nie żyje. Zostawił pewien dokument.
  – Wiem. Jak umarł?
  – Powiesił się... Święty Kościół cię nie skaże. Ten dokument oczyszcza cię z winy. A
jeśli dodać wszystkich, którzy za tobą przemówią, Święty Kościół będzie bezsilny.
  Kieron płakał. Zwrócił się w stronę drzwi celi.
  – Bracie Sebastianie! – krzyknął. – Posłuchaj mnie dobrze! Jeżeli mnie wypuszczą, to
lepiej uciekaj z senioratu, bo jak nie...
  – Kieron! – przerwała ostro Alyx. – Folguj łzom, ale nie psuj tego, za co umarł zacny
człowiek.
  Kieron ukrył twarz w dłoniach.
  – Alyx, przepraszam. Hobart był dla mnie jak ojciec i...
  – I – dokończyła Alyx – świat będzie go pamiętał za ostatni obraz, który był najlepszy.
O  ile  wiem,  pomagałeś  mu  przy  nim.  Ty  będziesz  jego  żywym  pomnikiem,  Kieronie.
Postaraj  się  godnie  go  reprezentować.  To  wszystko.  Kieron  spojrzał  na  nią
zaczerwienionymi oczami, łzy spływały mu po policzkach.
  – Postaram się. Ale skąd mam wiedzieć, czy mi się uda?
    –  Czas  pokaże,  Kieronie.  Teraz  muszę  już  iść.  –  Uśmiechnęła  się  i  nagle  porzuciła
wszelką  ostrożność.  –  Mój  ojciec  dobił  ze  mną  targu...  Ale  pocałuj  mnie,  tak  żebym
zapamiętała.

background image

  Kieron osłupiał.
  – A brat Sebastian?
    –  On  już  się  nie  liczy.  Jego  dni  są  policzone. A  Kentigern  jest  lojalnym  sługą  domu
Fitzalanów.
Pocałuj  mnie.  Spełnij  kaprys  kobiety.  Mam  jakieś  złe  sny,  niedobre  przeczucia,  –
Wzruszyła ramionami. – Pocałuj mnie.
    Kieron  przytulił  ją  mocno,  poczuł  ciepło  jej  młodych  piersi,  ucałował  jej  wargi,
policzek,  ucho,  szyję.  On  też  miał  złe  przeczucia.  Wiedział,  że  już  nigdy  nie  będzie
trzymał w ramionach żywej Alyx Fitzalan.

Rozdział dziewiętnasty

Kieron  spał  niespokojnie,  męczyły  go  dziwne  sny.  Był  dzieckiem,  w  lesie,  z  Petriną,
późnym latem. Wynikł spór, czy biec za pszczołami i wybrać im miód, czy iść na jabłka i
śliwki. W końcu postanowili nazrywać owoców.
  Sen rozwiał się. Teraz był piękny październikowy poranek, niebo bez chmur i ziemia
wyłaniająca się z mgieł; chłopiec Kieron niosąc skórzany worek szedł do domu mistrza
Hobarta. Zobaczył dmuchawca, zerwał go i dmuchnął, a delikatne nasionka poszybowały
w nieruchomym powietrzu.
    Potężny  głos,  który  zdawał  się  wypełniać  świat,  zagrzmiał:  „A  więc  chciałbyś  latać,
tak?" Kieron, przerażony, rozejrzał się wokół siebie. Nikogo nie zobaczył. Ale zdawało
mu  się,  że  lepiej  będzie  odpowiedzieć.  „Tak,  chcę  latać".  Rozległ  się  śmiech.  „Ptaki
latają.  Ludzie  chodzą.  Porzuć  te  mrzonki".  Nadal  nikogo  nie  widział.  Przestraszony
ruszył w dalszą drogę do domu malarza.
  Mgła i ciemność. Potem światło. Jechał konno po niebie i naraz spadł. Leciał w dół i
leciał, aż poczuł chłód morza i ostry ból w nodze.
    I  nagle  ujrzał  nad  sobą  brata  Sebastiana.  Jego  twarz  była  wielka  jak  zamek,  a  oczy
zimne.  „To  herezja,  Kieronie!  Za  herezję  można  spłonąć  na  stosie.  Spłonąć!  Spłonąć!
Spłonąć!"
    Twarz  brata  Sebastiana  zamieniła  się  w  obłok  czarnej  mgły.  Nie,  nie  mgły.  Dymu.
Kieron poczuł zapach dymu. Zakrztusił się, krzyknął, otworzył oczy. Ale nadal czuł dym,
a  w  celi  było  zupełnie  ciemno.  Teraz  doszły  do  niego  głosy,  krzyki,  wrzaski,  odgłos
grzmotu. A może nie był to grzmot?
  Nie potrafił zebrać myśli, lecz coraz wyraźniej czuł dym. Zaczął rozpaczliwie kaszleć,
oczy zaszły mu łzami. Potrzebował powietrza, ale zewsząd otaczał go dym, gryzący dym.
  Wrzaski, krzyki i grzmoty nie rozlegały się już tuż obok. Wszystko jakby się oddaliło.
Był sam w ciemności i krztusił się dymem.
  Próbował krzyczeć, ale z gardła wydobywał mu się tylko żałosny skrzek. Zaczął łamać
sobie otępiałą głowę szukając wyjaśnienia. Wreszcie je znalazł.

background image

  „Najwyraźniej proces się już skończył – powiedział sobie z całym spokojem. – Proces
się  skończył  i  uznano  mnie  za  winnego.  Nie  jestem  już  wcale  w  celi.  Ogień  i  dym
odebrały  mi  rozum.  Jestem  na  stosie  i  płonę.  Dlaczego  jest  tak  ciemno?  Zapewne
utraciłem wzrok. No cóż, wobec tego to już koniec, „Kierona z głową w chmurach". Nie
jest to nawet takie straszne, jak myślałem".
  Upadł na podłogę celi macając po omacku i kaszląc niemiłosiernie, wciąż przytomny.
„Jestem w mojej celi – powiedział sobie. – Jestem w mojej celi. Nie, to złudzenie".
    Kamienna  posadzka  była  ciepła.  Czuł  ją  przy  twarzy.  „To  złudzenie.  To  musi  być
złudzenie. Umierający człowiek szuka ucieczki przed swym losem. Co za szkoda, że..."
  Stracił przytomność.
    Na  zewnątrz,  na  ulicach Arundel,  nadal  panował  tumult,  wrzask,  łomot  i  ogień. Ale
Kieron  był  już  z  łaski  opatrzności  tego  nieświadomy.  Leżał  na  podłodze  celi,  jego
otwarte usta dotykały kamienia, płuca czyniły rozpaczliwe wysiłki, żeby wciągnąć choć
trochę powietrza. Byłby się najpewniej udusił dymem, gdyby nie dwa wydarzenia, jedno
po drugim. Dziki, brodaty, uwalany krwią mężczyzna rozwalił toporem tlące się drzwi i
wrzucił do środka płonącą żagiew, żeby zobaczyć, czy nie ma tam nic cennego. Żagiew
zamigotała  i  zgasła  z  braku  powietrza,  ale  napastnik  zdołał  dojrzeć  na  podłodze  ciało,
które wziął za nieboszczyka. Kaszląc, charcząc i klnąc brodacz wycofał się. Trup go nie
interesował.
  Wkrótce potem wiatr zmienił kierunek i wywiał dym z celi.
  Kieron był bliski śmierci i minęło wiele godzin, zanim odzyskał przytomność. Twarz,
ręce  i  nogi  miał  w  bąblach,  przeszywał  go  dotkliwy  ból.  Przy  każdym  ruchu  wstrząsał
nim dojmujący kaszel. Ale jakoś podniósł się na nogi i słaniając się wyszedł z celi i z
Domu  Naprawy.  Przekroczył  obojętnie  ciało  brata  Sebastiana.  Brat  Sebastian  miał
poderżnięte gardło. Ale Kieron tego nie zauważył.
Był świt.
Kieron wyszedł na ulice Arundel.
    Miasto  było  martwe.  Tu  i  ówdzie  tliły  się  jeszcze  zgliszcza  domów.  Oprócz  łoskotu
walących  się  desek,  trzasku  i  skwierczenia  żaru,  znikąd  żadnego  dźwięku.  Ludzkiego
dźwięku. Arundel było opuszczone przez żywych, a umarli leżeli tam, gdzie ich dosięgła
śmierć.
  Koszmar, który zastąpił nocne mary, rozegrał się w rzeczywistości.

background image

Część druga

Wzniesiony w przestworza

Rozdział pierwszy

Zamroczony  szokiem.  Kieron  szedł  chwiejnie,  jak  pijany,  do  zamku.  Główna  brama
zwisała w szczątkach, najwyraźniej wysadzona w powietrze.
  Przeszedł przez to, co z niej zostało, i przez ciała mężczyzn, którzy usiłowali jej bronić.
Próbował  myśleć,  ale  umysł  odmawiał  mu  posłuszeństwa.  Kierował  się  tylko
instynktem. A instynkt przede wszystkim kazał mu szukać Alyx Fitzalan.
  Znalazł ją.
  I gorzko tego pożałował.
    Leżała  w  głównym  hallu,  pod  krużgankiem.  Leżała  na  podłodze,  z  koszulą  nocną  na
głowie  i  z  szeroko  rozrzuconymi  nogami.  Leżała  przygwożdżona  mieczem  przez  pępek
do drewnianej posadzki.
  Kieron narzucił sobie najwyższą karę. Zdjął jej z głowy koszulę i spojrzał. Patrzyła na
niego  blada,  posiniaczona  twarz,  o  oczach  rozszerzonych  grozą,  zachodzących  już
bielmem  śmierci,  o  szeroko  otwartych  ustach,  z  krwią  zaschniętą  na  wargach,  które
gryzła w męce.
  Kieron był już na tyle dorosły, by zrozumieć, jak straszną zgotowano jej śmierć, lecz i
na tyle niedojrzały, by dać się ponieść rozpaczy. Z okrzykiem nieludzkiej udręki upadł na
kolana  i  pochylił  się,  żeby  pocałować  ją  w  czoło.  Jego  łzy  padły  jej  na  policzki  i  na
wpół oszalałemu z bólu i grozy chłopcu zdało się, że i ona płacze.
    – Alyx, Alyx  –  łkał.  –  Czemuż  nie  leżę  martwy  przy  tobie!  –  Wtem  przez  cierpienie
przedarła się inna myśl, przeszywając go jak ostrze miecza. – Nie, na Młotek Ludda, nie!
Właśnie,  że  będę  żył  i  odszukam  tych,  którzy  to  zrobili. A  kiedy  ich  znajdę,  znajdę  też
sposób, żeby ich okrutnie ukarać, lub zginę. Przysięgam! – Zamknął jej oczy i delikatnie
wyciągnął  miecz  z  ciała.  Miał  wąską  klingę.  Krew  się  nie  pokazała,  Zatrzymam  ten
miecz – powiedział na głos – żeby zwrócić go właścicielom. – Wyprostował ręce i nogi
Alyx Fitzalan, zakrył skromnie koszulą jej zniewolone ciało; przez chwilę głaskał ją po
głowie, a potem szepnął:
  – Spoczywaj teraz w pokoju, moja kochana. Muszę rozejrzeć się za żywymi, choć nigdy
nie zapomnę o zmarłych.
    Z  mieczem  w  ręku  ruszył  ostrożnie  przez  zamkowe  komnaty.  Rozmiar  spustoszenia  i

background image

rzezi wprawił go w osłupienie. Wielu ludzi seniora Fitzalana leżało martwych z bronią
w  ręku.  A  także  wielu  napastników.  Napastników  w  dziwnych  odzieniach,  o  różnych
kolorach skóry.
    Nie  było  nigdzie  widać  dwóch  młodszych  córek  seniora  Fitzalana.  Może  je
uprowadzono,  a  może  zabito  gdzie  indziej.  Jego  samego  znalazł  Kieron  wkrótce  na
korytarzu  na  piętrze.  Leżał  na  podłodze  przed  drzwiami  sypialni,  z  mieczem  w  jednej
dłoni,  sztyletem  w  drugiej;  aa  jego  piersi  okrytej  cienkim  płótnem  widniała  wielka
czerwona plama, na twarzy zastygł wyraz głębokiego zdumienia.
    W  sypialni,  na  największym  łożu,  jakie  Kieronowi  zdarzyło  się  widzieć,  na  łożu,
którego  miękka  jedwabna  pościel  była  teraz  pokrwawiona  i  w  strzępach,  leżała  żona
seniora Fitzalana. Zdarto z niej suknię i wszystko wskazywało na to, że potraktowano ją
podobnie jak Alyx – albo i gorzej. Kieron nie mógł dłużej patrzeć, nie mógł się nawet
zmusić,  żeby  podejść  i  okryć  ciało  martwej  kobiety.  Przeżył  już  swój  bezmiar
okropności.  Wypadł  z  pokoju,  czując,  że  wszystko  podchodzi  mu  do  gardła.
Zwymiotował na korytarzu, ale nie było tu nikogo, kto by był świadkiem jego słabości.
  Dobrze mu to zrobiło, odzyskał jasność myślenia.
    Był  osłabiony,  ale  czuł  się  lepiej.  Zaczął  się  zastanawiać.  Ogrom  zniszczenia  budził
przerażenie, Arundel  i  zamek  były  spustoszone,  ale  przecież  z  pewnością  nie  wszyscy
zostali  zabici.  Jacyś  mieszkańcy  musieli  uciec  na  wydmy,  a  wieśniacy  –  w  tym  jego
matka  i  ojciec  –  powinni  dostatecznie  wcześnie  zauważyć  niebezpieczeństwo.  Z  łutem
szczęścia  wielu  ludziom  udało  się  zapewne  ujść  przed  nocą  grozy.  Musi  ich  odnaleźć.
Musi odszukać swoich ziomków, dowiedzieć się, co sprowadziło katastrofę i co należy
robić.
  Z mieczem w ręku Kieron szedł długimi, ciemnymi pasażami szukając na oślep wyjścia
z  zamku.  Naraz  usłyszał  jakiś  dźwięk,  głośny  jęk.  Stanął  i  słuchał.  Jęk  powtórzył  się.
Podszedł w jego kierunku.
  Dźwięk doprowadził go z powrotem do głównego hallu. Niedaleko od Alyx leżał jeden
z  napastników,  ubrany  w  dziwaczny  strój.  Brzuch  miał  w  plamach  krwi,  które
świadczyły, że dostało mu się parę dobrych pchnięć. Kieron nie rozumiał, dlaczego nie
dostrzegł go przedtem.
    Obcy  miał  ciemną  twarz  i  okropnie  przewracał  oczami.  Wymamrotał  coś  w  języku,
którego Kieron nie rozumiał. Poruszył nerwowo palcami, jakby prosił o litość.
  Gdy tak Kieron go oglądał, przyszło mu do głowy, że może to być jeden z osobników,
którzy zgwałcili Alyx.
  Ucieszył się z tej myśli. Oto nareszcie – ktoś, na kim mógł wywrzeć zemstę. Podniósł
miecz, który trzymał, miecz, który przebił Alyx.
  – Niech Ludd się zmiłuje nad tobą – powiedział Kieron. – Ja nie mogę.
  I pchnął – raz, drugi, trzeci.
  Mężczyzna jęczał przy każdym ciosie. Potem wydał głębokie westchnienie i umarł.
  Kieron przyjął jego śmierć z radością. Jeszcze jedno pchnięcie – za Alyx.
  Potem, nie wiedząc, co robi, ani dokąd idzie, znalazł jakoś wyjście z zamku.

background image

  Był zdumiony, że na dworze świeci jasne słońce. Alyx i jej rodzice leżeli zamordowani
na  zamku,  ulice  pokryte  były  trupami  mieszczan,  zgliszcza  domów  wciąż  się  tliły.
Spojrzał  z  niedowierzaniem  na  błękitne  niebo  i  osłonił  oczy  przed  blaskiem.  Słońce
wydawało się nie na miejscu. To nie był odpowiedni dzień na piękną pogodę.
  Spróbował się zastanowić, co dalej robić. Musi postarać się znaleźć Gerarda i Kristen,
kogokolwiek, kto został przy życiu. Musi postarać się dowiedzieć, co się stało.
    Zmęczonym,  chwiejnym  krokiem,  nadal  ściskając  rękojeść  miecza,  skierował  się  ku
wydmom.  Jacyś  ludzie  musieli  ukryć  się  pośród  wzgórz.  Nie  wszyscy  zostali  przecież
zabici.
  Czuł straszne pragnienie. Bolało go wyschnięte gardło, piekły usta. Jakieś pięćdziesiąt
kroków za zamkiem wyciął rozpaczliwy okrzyk i upadł na ziemię.
    Mimo  jasnego  dnia  zamknęła  się  nad  nim  ciemność.  Był  jej  rad.  Przyszła  jako
przyjaciel.
    Kieron  nie  przekroczył  jeszcze  osiemnastu  lat,  progu  męskości,  ale  w  ciągu  ostatnich
kilku godzin postarzał się o całe lata. Widział już zbyt dużo – więcej, niż może zobaczyć
niejeden dorosły mężczyzna i nadal pozostać przy zdrowych zmysłach.
  Kieron poszukał schronienia w przyjaznej ciemności. Okryła go niczym całun spokoju.

Rozdział drugi

    Sholto  wlewał  mu  wodę  przez  zaciśnięte  wargi.  Petrina  trzymała  głowę.  Ktoś
próbował wyjąć mu miecz z ręki, ale jego palce nie chciały się rozewrzeć.
  – Spokojnie, chłopcze – mówił Sholto. – Jesteś bezpieczny. Niosłem cię na grzbiecie z
tym mieczem, który przy każdym kroku mógł mi się wbić w stopę. Puść go teraz. Jesteś
wśród przyjaciół.
    Kieron  usiadł,  zamrugał  oczami  i  przesunął  językiem  po  wargach,  starając  się
zrozumieć, gdzie jest i co się dzieje. Petrina pocałowała go i pozwolił jej wyjąć sobie
miecz z ręki. Bolały go palce i to jak! Musiał bardzo kurczowo ściskać rękojeść.
Rozejrzał się wokół siebie. Był na polanie leśnej, zapewne pośród wydm. Słońce stało
jeszcze  wysoko.  Na  polanie  zgromadziło  się  wiele  osób:  mieszkańców  miasta  i
mieszkańców wzgórz. Znajomi i nieznajomi. Nie dojrzał swoich rodziców.
  – Mój ojciec i matka? – To były jego pierwsze słowa. Nie spodobało mu się brzmienie
własnego  głosu.  Chrypiał  i  charczał  jak  stary  człowiek.  Dym  wciąż  zalegał  mu  płuca  i
zmuszał do kaszlu, ilekroć zaczynał mówić.
  – Bądź dzielny, mój chłopcze – powiedział Sholto. – Bywają nieszczęścia, które trzeba
znieść po męsku.
  – Nie żyją?
    –  Nie  żyją...  Twój  ojciec  drogo  się  sprzedał.  Znaleźliśmy  przy  nim  trzech  martwych
mężczyzn, którzy już nie dobędą miecza.

background image

  – A matka?
  Sholto powiedział cicho:
    –  Synu,  wybacz  mi.  Są  rzeczy,  na  które  brak  mi  słów.  Jestem  prostym  człowiekiem.
Wybacz mi.
Moja żona też nie żyje i w głowie mi się mąci... Twoja matka była wspaniałą kobietą.
Teraz nie żyje. Nie mówmy już o tym.
    Kieron  rozważył  jego  słowa.  Sholto  ma  rację  –  pomyślał  posępnie.  –  Lepiej  o  nic
więcej nie pytać, Petrina przerwała ciszę.
  – Dzięki Luddowi, Kieronie, że ty żyjesz.
    – Alyx  Fitzalan  nie  żyje  –  powiedział.  –  Miecz,  który  wyjęłaś  mi  z  ręki,  tkwił  w  jej
brzuchu.
  Petrina pocałowała go jeszcze raz.
  – Niech Ludd da pokój jej duszy. Była piękną dziewczyną. Nie noszę w sercu żadnej
urazy do panienki Fitzalan.
    –  No  więc  –  powiedział  Kieron  mocniejszym  już  głosem  –  kto  nas  napadł?  Co  to  za
ludzie, którzy napadają, gwałcą i rabują nocą?
  Zamajaczyła przed nim nieznajoma twarz.
    –  To  piraci,  panie,  wyrzutki,  pasożyty.  Pochodzą  z  wybrzeży  Afryki  Północnej.
Ogołocili już doszczętnie całe wybrzeże Morza Śródziemnego i teraz przywędrowali do
Europy.
    Kieron  podniósł  oczy  i  zobaczył  wychudłego,  dzikookiego  mężczyznę  w  łachmanach.
Przez  strzępy  ubrania  widniała  na  ramieniu  plama  krwi.  Jego  ogorzała  twarz  i  sposób
bycia mówiły, że to żeglarz.
  – Skąd to wiecie?
  – Pływałem z nimi.
  Kieron machinalnie sięgnął do boku po miecz.
  – Pływaliście z nimi! – Skoczył na równe nogi. – To znaczy...
    –  Spokojnie,  chłopcze  –  przerwał  mu  Sholto.  –  Nie  gorączkuj  się.  Ten  człowiek
przychodzi jako przyjaciel.
  – Pływałem z nimi nie z własnej woli. Pojmali mnie jako niewolnika.
  – Biorą niewolników? – przeraził się Kieron.
    –  Zarówno  mężczyzn,  jak  i  kobiety  –  odparł  mężczyzna  posępnie.  –  Kiedy  niewolnik
jest silny i zdrowy, dają mu jeść. Kiedy zachoruje albo osłabnie z sit, wyrzucają go za
burtę. Kobiety też.
  – Nie mogą być ludźmi!
    –  Może  nie  są  ludźmi,  ale  są  śmiertelni  –  powiedział  mężczyzna  z  lodowatym
uśmiechem.  –  Niewiele  miałem  przyjemności  w  tym  roku,  lecz  jednej  nie  zapomnę:
zacisnąłem łańcuch na szyi dwóch z tych, którzy zakuli mi ręce i nogi. Popatrzcie tylko. Z
radością rozpłatałem własne ciało, żeby zabić tych dwóch.
  Wyciągnął ręce. Kieron spojrzał na krwawą miazgę, jaką były nadgarstki mężczyzny, i
odwrócił głowę.

background image

    –  Sam  rozkułem  mu  ten  łańcuch  –  dodał  Sholto.  Kiedy  Kieron  przyszedł  do  siebie,
zwrócił się do mężczyzny:
  – Przepraszam was.
  – Nie czuję urazy. Oby ten miecz, któryście wzięli, mógł zawrzeć bliższą znajomość z
tymi, co go tu przynieśli.
– Oby Ludd dał – dokończył Sholto.
Kieron  pozbierał  myśli  i  rozejrzał  się  po  polanie.  Zebrało  się  tu  około  stu  mężczyzn,
kobiet i dzieci. Niektórzy byli w nocnej bieliźnie, niektórzy byli ranni, jedni siedzieli w
milczeniu lub płakali, inni mieli broń i chodzili nerwowo tam i z powrotem, nie mogąc
znaleźć sobie miejsca.
  – Czy to wszyscy, którzy zostali przy życiu? – spytał Kieron.
  – Nie, zostało nas o wiele więcej. Nasza gromada ciągle się powiększa, jak widzisz. –
Wskazał  na  grupę  pięciu  osób,  która  właśnie  nadeszła.  –  Większość  wieśniaków
ocalała. Wysłaliśmy do nich posłańców, żeby przyszli tu, do Udręki.
    Nagle  Kieron  uprzytomnił  sobie,  gdzie  jest.  Udręką  nazywano  wysoko  położony  pas
lasu  jakieś  pięć  kilometrów  za Arundel.  Jako  dzieci  on  i  Petrina  często  się  tu  bawili,
zastanawiali się, skąd ta dziwna nazwa, podziwiali ogromne buki. Kiedyś, dawno temu,
leżeli pod takim bukiem i słuchali brzęczenia pszczół; Petrina opowiedziała mu wtedy o
przepowiedni astrologa, a on zwierzył się jej z pragnienia, żeby latać.
Ale wszystko to działo się w innym świecie, w dawno pogrzebanym świecie dziecięcych
marzeń.
  – Po co każecie się ludziom tutaj zbierać?
  – A po cóż by innego, jak nie po to, że kiedy nas przybędzie, pójdziemy nad morze, do
Little Hampton, gdzie stacjonują teraz najeźdźcy, i zgotujemy im taki sam poczęstunek jak
oni nam.
    Kieron  zostawił  Sholta  i  Petrinę  i  poszedł  poszukać  mężczyzny  o  krwawych
nadgarstkach.
  – Ile mają statków?
  – Dziesięć, może teraz dwanaście. Przybędzie więcej.
  – Ilu ludzi?
  Mężczyzna wzruszył ramionami.
  – Osiemset, tysiąc. Przybędzie więcej.
  – Ile więcej?
  – Kto wie? Ich nacja żywi się nieszczęściem innych nacji. To ludzie morza. Nie mają
domu.
Spadają  jak  szarańcza.  I  jak  szarańcza,  kiedy  żywność  się  kończy,  przenoszą  się  gdzie
indziej.
–  Mówicie,  że  są  nacją.  Jak  to  możliwe?  Widziałem  parę  trupów.  Mają  różne  kolory
skóry, są różnych ras.
  – A jednak coś ich łączy. Wszyscy są ludźmi bez ojczyzny. Każdy z nich stracił prawo
do  normalnego  życia  w  miejscu  swojego  urodzenia.  Są  tym  bardziej  niebezpieczni,  bo

background image

postawili  się  poza  nawiasem  społeczeństwa.  Nie  mają  nic  do  stracenia.  Nazywają  się
Braćmi Śmierci.
  Petrina pociągnęła Kierona za łokieć.
  – Chodź coś zjeść. Na pewno jesteś głodny. Kiedy jadłeś po raz ostatni?
    Spróbował  sobie  przypomnieć.  Chyba  wczoraj. Ale  to  było  dawniej.  Było  w  innym,
straconym świecie. Spróbował sobie przypomnieć, kiedy i co jadł, lecz nie mógł.
  Petrina zaprowadziła go do ogniska, nad którym bulgotał spory kocioł. Dała mu miskę
gulaszu. Usiadł ze skrzyżowanymi nogami i bezwiednie jadł. Podniebienie powiedziało
mu, że gulasz zrobiono z królika, pasternaku, marchewki, ziemniaków i ziół. Smakował
jak mokry piach.
    Coraz  więcej  ludzi  przychodziło  do  Udręki.  Jednym  z  nich  okazał  się Alwin.  Był  w
strasznym stanie, na wpół przytomny. Podtrzymywała go matka, Lilas. Kiedy oddała go
już  bezpiecznie  w  ręce  ziomków,  odeszła  z  Udręki  i  wbiła  sobie  sztylet  w  serce.  Jej
męża zabito, a nią gorliwie zajęli się Bracia Śmierci. Nie chciała już żyć.
    – Alwin!  –  zawołał  Kieron.  –  Tak  się  cieszę,  że  cię  widzę! Alwin  wyciągnął  prawy
kikut.
  – Nie ciesz się, Kieronie. Świat, który znaliśmy, odszedł na zawsze. – Nadgarstek miał
mocno obwiązany sznurem w miejscu, gdzie odrąbano mu dłoń. – Nie będę już malować.
  – Będziesz – powiedział Kieron. – Przysięgam ci to.
  Nadeszli bracia Hildebrand i Lemuel, żeby zająć się Alwinem.
  Kieron popatrzył na nich szyderczo.
  – Szukacie nowego balonu, bracia? Nie miałem jeszcze czasu go zbudować. A gdzież to
podziewa się brat Sebastian, ten zagorzały tropiciel heretyków?
– Brat Sebastian nie żyje – powiedział Lemuel łagodnie.
– Ach tak! Święty Chłopiec nie mógł się już doczekać jego towarzystwa.
Hildebrand wyciągnął rękę.
– Uspokój się, Kieronie. Co było, minęło. Brat Sebastian był może rzeczywiście trochę
nadgorliwy. Ale nie będziemy wystawiać mu rachunku.
    –  Mam  się  uspokoić,  powiadasz,  bracie!  Dziwne  słowo,  kiedy  senior  Fitzalan  i  jego
rodzina ponieśli potworną śmierć, a wraz z nimi pół miasta. Na Młotek Ludda klnę się,
że wystawimy rachunek, bracie. Ale nie za zbudowanie balonu.
  – Przestań, Kieronie! – przywołała go do porządku Petrina. – Gorzkie słowa są nie na
miejscu  w  tym  dniu  żałoby.  Bracia  umiejętnie  i  z  poświęceniem  pielęgnują  chorych  i
rannych.  Nie  raz  też  ryzykowali  życiem.  –  Podtrzymała  Alwina,  który  był  bliski
omdlenia. – Czy będziesz teraz wygłaszał mowy, podczas gdy Alwin wykrwawia się na
śmierć?
    –  Wybaczcie  mi  –  powiedział  Kieron.  –  Jak  zwykle  jestem  głupcem.  Nie  odwołuję
tego, co powiedziałem, ale puśćmy w niepamięć wszystko, co było.
    –  Kieronie  –  rzekł  Hildebrand.  –  Niech  będzie  jak  mówisz.  Wymażmy  przeszłość.
Wszyscy potrzebujemy się teraz nawzajem. Może taki właśnie był święty cel.
    Nedyci  zajęli  się  Alwinem  i  zrobili  mu  prowizoryczne  postanie  z  trawy  i  paproci.

background image

Wkrótce  potem  Kieron  usłyszał  jego  ciche  jęki,  które  przerodziły  się  w  głośny  krzyk.
Wstał  i  chciał  podejść  do  przyjaciela,  lecz  nogi  odmówiły  mu  posłuszeństwa,  świat
dziko zawirował, Petrina mówiła coś, czego nie rozumiał.
A potem nawiedziły go koszmary. Obudził się, mając w uszach krzyk, ale tym razem to
on krzyczał.

Rozdział trzeci

Kieron  spał  przez  resztę  dnia  i  całą  noc,  a  do  Udręki  wciąż  przybywali  mieszkańcy
okolicznych  dolin  i  ludzie  z  dalszych  części  senioratu,  zaalarmowani  przez  posłańców,
którzy  objeżdżali  konno  wybrzeże.  Na  szczęście  trwała  słoneczna  i  ciepła  pogoda.
Zdolni do pracy mężczyźni zabrali się do budowania prowizorycznych chat i szałasów,
inni polowali na jelenie, króliki, bażanty; kobiety gotowały i pielęgnowały rannych.
  Kieron nawet nie poczuł, kiedy Sholto podźwignął go z posłania i zaniósł do szałasu z
gałęzi świerkowych. Nie wiedział też, że Petrina siedziała przy nim całą noc; uspokajała
go, chłodziła gorące czoło, szeptała czułe słowa, kiedy krzyczał przez sen.
    Wczesnym  rankiem  obudził  się  odświeżony,  z  cudownie  jasną  głową.  O  wschodzie
słońca  zjadł  pierś  bażanta,  popił  kozim  mlekiem  i  poczuł  się  jak  nowo  narodzony.
Oprócz  wystawionych  straży  cały  obóz  spał  ciężkim  snem.  Ludzie  byli  utrudzeni  i
wyczerpani  przeżytym  szokiem,  wielu  też  było  rannych.  Po  śniadaniu  Kieron  pociągnął
Petrinę  z  powrotem  do  szałasu.  Była  znużona  po  nieprzespanej  nocy,  ale  on  o  tym  nie
wiedział.  Rozpiął  jej  bluzkę  i  zaczął  pieścić  jej  piersi.  Petrina  wydała  jęk  rozkoszy,
zapominając o zmęczeniu. Brzmienie jej głosu i dotyk jej piersi podnieciły go do granic
wytrzymałości. Wziął ją jak mężczyzna kobietę. To była konieczność. Wziął ją – po raz
pierwszy w życiu kochał się z kobietą.
  Zastanawiał się potem, dlaczego odczuwał to jako konieczność. Było to coś więcej niż
zwykłe  pożądanie.  Była  to  afirmacja  życia  i  miłości.  Widział  wiele  trupów  i  wiele
okrucieństwa.  Teraz  szukał  od  tego  ucieczki  w  fizycznym  i  psychicznym  zespoleniu  z
drugą  istotą.  Pamiętał  o  Alyx.  Wspominał  ją  z  czułością.  Nie  była  to  z  jego  strony
nielojalność wobec Petriny. Pamiętał Alyx z obrazu „Skok panienki Fitzalan". Najlepiej
tak właśnie zachować ją w pamięci. Wymazać tamten koszmar...
    Potem  on  i  Petrina  leżeli  ciasno  przytuleni,  szepcząc,  obejmując  się.  Któregoś  dnia
opowie jej o Alyx i któregoś dnia ona także połączy się z nim w żałobie. I razem będą
zbierać kwiaty, by uczcić jej pamięć...
    Wkrótce  obozowisko  w  Udręce  –  nazwa  okazała  się  jak  znalazł  –  tętniło  życiem.
Kobiety  przygotowywały  gorący  posiłek,  mężczyźni  ostrzyli  broń,  naradzali  się,
wypytywali o ostatnie nowiny.
    Kentigern,  rządca  seniora  Fitzalana,  zdołał  jakoś  ujść  przed  masakrą  na  zamku
odnosząc  jedynie  rany  cięte  na  nodze  i  plecach.  Z  braku  wyższej  władzy  uznano  go

background image

powszechnie  za  przywódcę  ocalałych  przy  życiu.  Miał  cechy,  które  go  tego
predestynowały. Wysłał już gońców do Londynu, żeby zapoznali Wielką Radę ze stanem
rzeczy. Wysłał też zwiadowców na wschodnie i zachodnie wybrzeże, aby ustalić zasięg
inwazji piratów.
  Mężczyzna, który pływał na statku pirackim, nazywał się Isidor. Dawniej był matem na
czteromasztowcu,  który  kursował  wzdłuż  wybrzeży  Europy  handlując  winem.  Jego
statek,  pełen  beczek  wina,  zdobyli  piraci  u  wybrzeża  hiszpańskiego.  Kapitana
powieszono,  a  załogę  wzięto  do  niewoli.  Większość  z  jego  towarzyszy  umarła  już  z
powodu chorób i niedożywienia. Isidor był jednym z ostatnich pozostałych przy życiu.
  Podczas gdy Kentigern czekał na wieści od posłańców, a do Udręki napływało coraz
więcej  ludzi,  Kieron  postanowił  wypytać  Isidora.  Chciał  zdobyć  jak  najwięcej
informacji o piratach.
    Od  ponad  stu  lat,  jak  powiedział  mu  Isidor,  piraci  stanowili  zarazę  rejonu
śródziemnomorskiego.  Wprawdzie  pochodzili  z  wielu  krajów  i  stanowili  zlepek  ras,
jednak  mieli  pewne  wspólne  cechy:  wszyscy  znaleźli  się  poza  prawem  w  swoim
rodzinnym  kraju  i  żaden  nie  lubił  uczciwej  pracy.  Przez  wiele  lat,  chociaż  los
niewątpliwie  ciężko  doświadczył  tych,  na  których  napadali,  piraci  nie  stanowili
poważnego  zagrożenia  dla  bezpieczeństwa  narodów.  Pływali  w  małych  grupach
złożonych  z  dwóch,  może  trzech  lub  czterech  statków,  grabiąc  jedynie  odosobnione
społeczności i okupując zajęte terytorium, dopóki ludzie nie zorganizowali się, żeby dać
im odpór. Lecz gdy napotykali opór, często bez walki uciekali na morze. Ich orężem była
właśnie nieuchwytność. Ale w ostatnich latach ich liczba i potęga niepokojąco wzrosły.
Zjednoczyli  się  pod  wodzą  człowieka,  który  sprawował  rządy  absolutne  i  kazał  się
nazywać  „Admirałem  Śmierć".  Nikt  nie  znał  jego  prawdziwego  nazwiska.  Nikt  nie
wiedział, z jakiego kraju pochodzi, bo mówił płynnie wieloma językami.
Admirał Śmierć, mówił dalej Isidor, był młodym człowiekiem, zapewne nie przekroczył
jeszcze  trzydziestki.  Ale  miał  wrodzony  autorytet,  dar  komenderowania.  W  przeciągu
kilku  lat  zjednoczył  liczne  grupki  śródziemnomorskich  piratów.  Przeistoczył  ich  w
morską  nację,  podległą  tylko  własnym  prawom,  nie  uznającą  zwierzchnictwa  żadnego
państwa na świecie. Piraci – zarówno mężczyźni, jak i kobiety – przysięgli mu absolutne
posłuszeństwo. Był panem życia i śmierci.
Miał  różne  dziwactwa.  Nie  tolerował  dzieci  ani  kobiet  w  ciąży.  Napotkane  dzieci
oddawał  na  rzeź,  pojmane  kobiety,  jeśli  były  w  zaawansowanej  ciąży,  czekał  ten  sam
los,  jeśli  zaszły  w  ciążę  później,  wyrzucano  je  za  burtę.  Najwyraźniej Admirał  Śmierć
nie był zainteresowany największą ludzką nadzieją na nieśmiertelność.
  Jego okręt flagowy, z którego uciekł Isidor, stał teraz na kotwicy pod Little Hampton.
To  właśnie  Admirał  Śmierć  osobiście  poprowadził  natarcie  na  Arundel.  On  też
opracował plan zmasowanego ataku na południowe wybrzeże Brytanii.
    Zdaniem  Isidora  jego  zamiarem  było  założenie  tu  stałej  bazy,  z  której  będzie  mógł
napadać  na  północne  wybrzeże  Europy.  Jak  na  ironię  wybrał  Brytanię  właśnie  ze
względu na siłę Kościoła luddystów. Wiedział, że luddyści obłożyli maszyny klątwą, co

background image

w  rezultacie  musiało  doprowadzić  mieszkańców  wysp  brytyjskich  do  znacznego
ograniczenia  ich  zdolności  obronnych. Admirał  Śmierć  był  wielkim  entuzjastą  maszyn.
Wielokrotnie  zdążył  się  już  przekonać  o  ich  użyteczności  –  w  sensie  czysto
destrukcyjnym. Nieobce mu były proch armatni i działa, a jego inżynierowie wymyślili
machiny  oblężnicze  –  balisty  i  tym  podobne,  –  zdolne  miotać  pociski  wybuchowe  na
obwarowane pozycje. Admirał Śmierć nie gardził mieczami, łukami, toporami i kuszami,
ale  wiedział  z  doświadczenia,  że  nie  mogą  się  równać  ze  szrapnelem  i  armatą.  Bóg
wojny uśmiecha się nie do tych, co mają rację, ale do tych, co mają lepszą broń.
Admirał  Śmierć  miał  jednak  jeden  słaby  punkt.  Był  to  zresztą  słaby  punkt  wszystkich
żeglarzy.
Bał się ognia. Ale w jego przypadku było to coś więcej niż zwykły strach. Był to strach
obłędny.  Jak  mówią,  parę  lat  temu,  kiedy  plądrował  jakieś  francuskie  miasto  nad
Morzem Śródziemnym, pożar uwięził go w nadbrzeżnym składzie towarów, który jeden z
jego  ludzi  podpalił  pochodnią.  Wprawdzie Admirał  Śmierć  zdołał  się  jakoś  wydostać,
ale odniósł poważne oparzenia, zwłaszcza w nogi, i podobno na zawsze stracił męskość.
Kieron,  który  słuchał  Isidora  z  zasępioną  twarzą,  rozchmurzył  się  na  tę  ostatnią
wiadomość.
– Mówiliście z Kentigernem o tych sprawach?
– Tak, mówiłem. Słyszał wszystko to samo, albo i więcej.
  – Więc nasze zadanie jest jasne. Musimy uderzyć w słaby punkt tego szaleńca. Musimy
podpalić jego statki i spowodować takie szkody, żeby do samej śmierci, która, oby Ludd
dał, nastąpiła jak najszybciej, żałował, że przybił do naszego brzegu.
  Isidor się uśmiechnął.
    –  Łatwo  powiedzieć,  mój  przyjacielu.  Z  powodu  swojego  strachu  Admirał  jest
podwójnie ostrożny. Łodzie przycumowane w Little Hampton są dobrze strzeżone. Statki
stoją na kotwicy. Wartę trzyma się dzień i noc. Trudno ich będzie zaskoczyć.
    –  Znajdziemy  jakiś  sposób  –  powiedział  Kieron.  –  Znajdziemy  jakiś  sposób.  Poznać
słaby punkt nieprzyjaciela to połowa zwycięstwa.

Rozdział czwarty

Teraz  kiedy  senior  Fitzalan  i  jego  rodzina  nie  żyli,  Kentigern  został  uznany  za
tymczasowego  przywódcę  ocalałych,  dopóki  najbliższy  krewny  Fitzalanów  nie  zgłosi
swego  prawa  do  ziemi  i  majątku  senioratu.  Toteż  do  Kentigerna  należała  decyzja,  jak,
kiedy i czy w ogóle należy zaatakować i odeprzeć siły Admirała Śmierci.
  W Udręce zebrało się już kilkuset ludzi. Było tu wiele kobiet i dzieci, ale było również
ponad  dwustu  mężczyzn  zdolnych  do  noszenia  broni.  Kentigern  postanowił  przede
wszystkim wysłać zwiad do Arundel, żeby się przekonać, czy napastnicy są tam jeszcze i
jaki jest rozmiar szkód poniesionych przez miasto.

background image

    Nie  chciał  narażać  życia  zbyt  wielu  ludzi  ze  swojej  szczupłej  armii.  Poprosił  więc
dwudziestu  ochotników.  Pośród  tych,  którzy  wystąpili  i  zostali  wybrani,  znaleźli  się
Kieron, Sholto i Isidor.
  Dwudziestu mężczyzn zbliżało się do Arundel z wielką ostrożnością. Byli uzbrojeni w
miecze,  łuki,  kusze,  maczugi.  Ich  przezorność  jednak  okazała  się  zbyteczna.  Arundel
wyglądało jak wtedy, gdy je Kieron po raz ostatni widział – śladu żywego ducha, tylko
trupy.  Najwyraźniej  ludzie  Admirała  Śmierci  wycofali  się  do  Little  Hampton,  żeby
skonsolidować swoje siły.
  Grupą dowodził zastępca Kentigerna, Liam, który był kiedyś kapitanem piechoty i znał
się nieco na sztuce wojennej. Kiedy Liam upewnił się, że w Arundel nie został nikt przy
życiu, chciał wracać do Udręki, by zameldować o wszystkim Kentigernowi. Ale wtrącił
się Kieron.
    Był  piękny,  jasny  dzień,  choć  nieco  chłodny.  Ptaki  morskie  przyleciały  w  głąb  lądu.
Dziobały trupy na ulicach, skakały i swarzyły się pośród ruin.
  – Kapitanie Liam, czy nie powinniśmy pogrzebać naszych zmarłych? – zapytał Kieron.
  Liam rozejrzał się wokół bezradnie.
    –  Mam  rozkaz  złożyć  meldunek  o  stanie  miasta  i  zamku,  Kieronie.  Poza  tym  jest  nas
tylko dwudziestu. Zajęłoby to nam przeszło dwa dni.
    –  Czy  wobec  tego  mamy  zostawić  ich  na  pastwę  ptaków  i  pogody?  –  sprzeciwił  się
Sholto. – Nie możemy tak postąpić, kapitanie. To byli nasi ziomkowie. Będę kopać dzień
i noc, jeśli trzeba. Jestem silny i podejmę się sam pogrzebać dwudziestu ludzi.
  Kieron pomyślał przez chwilę.
  – Liam ma rację, Sholto. Wycieńczylibyśmy się do cna próbując pogrzebać wszystkich
zmarłych. Potrzeba nam sił, żeby ich pomścić... Ale możemy zgromadzić zwłoki i spalić
je, choćby na dziedzińcu zamkowym. Przynajmniej uchronimy ciała przed ptactwem i jest
nas dość, żeby ich godnie pożegnać.
  – Piraci zobaczą dym – zaoponował Liam. – Mogą pomyśleć, że wróciliśmy do domów
i zechcą ponowić atak.
    –  Dojście  od  brzegu  morza  zajmie  im  ponad  godzinę  –  podkreślił  Kieron.  –  Kiedy
przybyli  tu  po  raz  pierwszy,  byliśmy  nie  przygotowani,  nie  spodziewaliśmy  się  ataku.
Mężczyzn, kobiety i dzieci wymordowano bezbronnych w nocy. Ale jeśli jeszcze raz tu
przyjdą,  to  choć  niezbyt  nas  wielu,  jesteśmy  uzbrojeni  i  gotowi  walczyć.  Znamy  tę
okolicę,  a  oni  nie.  Jeżeli  podpalimy  stos  pogrzebowy  późnym  popołudniem,  a  piraci
przyjdą,  to  sprawimy  im  niezłe  cięgi,  zanim  się  wycofamy.  Miło  by  było  wyprawić  na
tamten świat z kilkudziesięciu morderców na pogrzebie naszych przyjaciół.
  – Dobrze mówi – poparł go Isidor. – Jeżeli nie przyjdą, nie będziemy mieli kłopotów.
Jeżeli przyjdą, zabijemy paru i umkniemy.
  Liam podrapał się po głowie.
  – Kentigern prosił tylko o wieści. Nie dawał żadnych rozkazów co do zmarłych.
    –  Kentigern  ma  teraz  dużo  na  głowie  –  zauważył  Kieron  łagodnym  tonem.  –  I  jak
najsłuszniej troszczy się głównie o żywych. Ale nie jest przecież człowiekiem bez serca.

background image

Gdyby tu był, na pewno pozwoliłby nam zająć się naszymi zmarłymi. Nie chciałby, żeby
rozkładali się na powietrzu.
  Liam się zdecydował:
    –  Na  Młotek,  chłopcze,  masz  rację.  Przygotujmy  więc  duży  drewniany  stos,  bo  to
wszystko co możemy zrobić dla tych, którzy byli naszymi przyjaciółmi.
  Drewna nie brakowało. Sągi były zawsze w zapasie na zamku. Wszędzie walały się też
na  wpół  wypalone  resztki  budulca.  Wkrótce  na  dziedzińcu  zamkowym  stanęła  bardzo
duża  drewniana  platforma.  Była  dość  szeroka  i  długa,  aby  udźwignąć  wiele  zwłok,  a
wznosiła się niemal na wysokość męskiego ramienia.
    Teraz  przyszła  kolej  na  bardziej  uciążliwe  i  mniej  przyjemne  zadanie:  trzeba  było
zebrać ciała. Kieron, Sholto i jeszcze dwaj mężczyźni zgłosili się do noszenia zmarłych,
reszta podzieliła się na trzy grupy i wziąwszy ręczne wózki poszła przeszukiwać miasto.
    Jedno  ciało  Kieron  chciał  zanieść  sam,  bez  asysty  –  choć  wiedział,  że  złamie  mu  to
serce.  Alyx  leżała,  jak  ją  zostawił,  nietknięta.  Ale  niewiele  już  przypominała  tę  Alyx
Fitzalan,  która  była  niegdyś  tak  pełna  życia,  miłości  i  wdzięku.  Jej  ciało  było  koloru
wosku, skurczone, groteskowe, podobne do lalki.
  Po policzkach Kierona popłynęły łzy. Zmusił się, żeby na nią patrzeć – chciał, aby to,
jak umarła, na zawsze wryło mu się w mózg. To były usta, które całował. To były piersi,
które się do niego tuliły.
    – Alyx,  droga,  kochana Alyx  –  załkał.  –  Pomszczę  cię.  Pomszczę  cię  krwawo.  Jeśli
będzie  trzeba,  spędzę  całe  życie  na  zabijaniu  bestii,  które  cię  skrzywdziły,  dopóki
ostatnia z nich nie zginie straszną śmiercią i nasza ziemia znów nie będzie wolna.
  Znalazł urwany kawałek brokatu zwisający z okna i starannie ją owinął. Był to jedwab
przetykany srebrem i złotem – odpowiedni całun dla dziecka światła i ruchu.
A  gdy  już  cała,  od  stóp  do  głów,  była  zawinięta,  przytulił  ją  po  raz  ostatni.  I  kiedy  ją
tulił,  nagle  zobaczył  obraz:  „Skok  panienki  Fitzalan".  Zdumiał  się,  że  nie  dostrzegł  go
wcześniej – swego pierwszego i ostatniego dzieła. Wisiał krzywo na ścianie, przecięty
ostrzem  miecza.  Ale  uszkodzenie  było  do  naprawienia.  Płótno  da  się  zszyć,  a  świeża
farba przykryje szwy.
  Kieron wiedział, że już nigdy nie będzie tak malował. Ale nie miało to znaczenia. Alyx,
która leży w jego ramionach, nie żyje. Lecz Alyx z portretu uosabia całe piękno i rozkwit
młodości.  I  w  ten  sposób  musi  zostać  przy  życiu  –  powiedział  sobie  z  goryczą  –  jak
owad zatopiony w bursztynie. Kiedyś, jak będzie miał czas, zajmie się naprawą portretu
i jeszcze za sto lat ludzie będą podziwiać jej urodę i wdzięk.
    Dźwignął  swój  ciężar  i  zaniósł  na  stos  pogrzebowy.  Jego  towarzysze  uwijali  się  jak
mogli przy swoim niewdzięcznym zadaniu. Stos ciał urósł już wysoko. Kieron wspiął się
na  platformę,  stąpając  ostrożnie,  żeby  nie  przeszkadzać  zmarłym,  i  położył  Alyx  jak
najbliżej ciała ojca.
  Kiedy zszedł, Sholto i inni coś do niego mówili, ale nie słyszał ich słów.
  Skropiono drewno tranem wielorybim. Wszystko było gotowe.
  – Czy ktoś coś powie? – zapytał Liam.

background image

  – Ja powiem. – Kieron nagle uświadomił sobie, co się dzieje. – Ja coś powiem. Zanim
przyłożymy  pochodnię  do  tego  stosu,  który  pochłonie  szczątki  naszych  bliskich  i
przyjaciół,  proponuję,  aby  wszyscy  tu  zgromadzeni  przysięgli  zgładzić  dziesięciu
wrogów  każdy  lub  zginąć.  To  nie  są  ludzie,  to  bestie.  To  nie  ludzie,  to  wysłannicy
śmierci.
– Piękna przysięga – powiedział Isidor. – Ja przysięgam.
– Ja też – rzekł Sholto – choć Ludd wie, że nie jesteśmy ludźmi miłującymi wojnę.
Ogień  strzelił  wysoko  i  mężczyźni  cofnęli  się  przed  żarem,  patrząc  jak  w  transie  na
pękające z trzaskiem drewno i na płomienie huczące na wietrze.
  Liam wysłał jednego z mężczyzn na wieżę wartowniczą, żeby obserwować rzekę, trakt
wiodący do morza i płaskie tereny przybrzeżne, ale reszta stała na dziedzińcu zamkowym
i  wpatrywała  się  jak  zahipnotyzowana  w  wielką  ścianę  ognia,  która  pięła  się  coraz
wyżej, aby zakryć zmarłych przed ich oczami i pochłonąć na wieki.
  Żar wzmagał się i mężczyźni cofali się krok po kroku, twarze poczerwieniały im, pot
sechł,  zanim  zdążył  zrosić  czoło.  Wielkie  kłęby  czarnego  dymu  wznosiły  się  do  nieba,
buchały snopy iskier, śmiertelny ogień huczał własnym, samopochłaniającym się życiem.
  Żegnaj na zawsze – mówił w myśli Kieron. – Jeżeli jest życie wieczne, jak twierdzą
nedyci, to może pocwałujesz jeszcze w czerwcowy poranek  na  pięknym  rumaku,  droga
Alyx. A ja kiedyś dotrę do ciebie i namaluję taki twój portret na koniu między niebem a
ziemią,  że  wszystkie  duchy  wszystkich  ludzi,  jacy  kiedykolwiek  żyli,  będą  cię
podziwiać.  Ale,  wybacz  mi,  sądzę,  że  życie  jest  tylko  dla  żywych  i  ostateczny  azyl
znajdziesz w pamięci tych, którzy cię znali i kochali.
    Mężczyzna,  który  był  na  wieży  wartowniczej,  mówił  coś  z  podnieceniem  do  Liama.
Kieron  oderwał  się  od  swoich  myśli  i  usłyszał,  że  wartownik  zobaczył  kolumnę
mężczyzn maszerującą z Little Hampton. Sądził, że dojdą na zamek za jakieś pół godziny.
    –  Roztropnie  czyniąc,  powinniśmy  szybko  opuścić  to  miejsce  –  powiedział  Liam.  –
Wypełniliśmy  już  swoje  zadanie,  a  nawet  więcej:  wyprawiliśmy  pogrzeb  naszym
zmarłym i możemy wycofać się z honorem.
  – Ja się nie wycofam! – krzyknął Kieron z desperacją.– Ja opłakuję zabitych i chcę ich
pomścić!
  Liam, silny mężczyzna, chwycił go za ramiona i potrząsnął.
    –  Chłopcze,  masz  mężnego  ducha,  ale  jesteś  na  wpół  oszalały  z  bólu.  Jest  nas  tylko
dwudziestu.
Jak  słyszę,  idzie  na  nas  setka  lub  nawet  więcej.  Mają  broń  w  najgorszym  razie  równą
naszej,  a  zapewne  lepszą.  Nie  czas  teraz  na  wypełnianie  naszej  przysięgi.  Bądź
cierpliwy. Nasza chwila nadejdzie, kiedy to my uderzymy.
  Kieron strząsnął z ramion jego ręce.
  – Kapitanie, jesteście prawym człowiekiem i naszym dowódcą. I macie rację, że jestem
na  wpół  oszalały  z  bólu.  Ale  ból  wyostrzył  mi  zmysły.  Ci,  którzy  idą  na  nas,  muszą
najpierw wejść na wzgórze, żeby dostać się do zamku, tak czy nie?
  – No i cóż z tego?

background image

  – To, że spaliliśmy już naszych zmarłych i może warto by wyrządzić tę samą przysługę
piratom? Podobno Admirał Śmierć nie przepada za ogniem.
  – Mówisz zagadkami, Kieronie. Wypowiedz się jasno, zanim stąd odejdziemy, biorąc
cię choćby siłą, jeśli zajdzie potrzeba.
  Kieron postarał się skupić rozbiegane myśli.
    –  Piraci  idą  tu  ściągnięci  widokiem  dymu.  W  piwnicach  zamkowych  jest  jeszcze  na
pewno  wiele  beczek  z  tranem,  bali  i  drewna  do  podpałki.  Gdybyśmy  załadowali  wozy
tranem  i  materiałem  łatwopalnym  i  gdybyśmy  poczekali,  aż  piraci  zaczną  podchodzić
pod górę...
  Liam natychmiast podchwycił tę myśl.
    –  Kieronie,  masz  tęgi  umysł.  –  Zwrócił  się  do  reszty.  –  Sholto,  weź  kilku  ludzi  i
znajdźcie  mi  szybko  trzy  wozy.  Mangan,  ty  weź  pozostałych,  idźcie  do  zamku  i
przynieście resztę tranu i co się tam jeszcze łatwo pali.
  Już po chwili wozy były naładowane beczkami z tranem, drewnem, słomą, szmatami, i
wszystkim  co  zdatne  do  podpałki.  Wyciągnięto  je  przez  zamkową  bramę  na  szczyt
wzgórza, gdzie stały czekając na chwilę, kiedy zjadą w dół zbocza.
  Wartownik zameldował, że piraci przechodzą przez most na rzece Arun. Zmrok zapadał
szybko. Trzeba już było wytężać wzrok, żeby z zamku zobaczyć podnóże wzgórza.
  – Jeżeli podstęp się nie uda – powiedział Liam – będziemy musieli uciekać co sił w
nogach. Nie sprostamy takiej sile.
–  Uda  się  –  odparł  Kieron  z  absolutną  pewnością.  –  Już  się  ściemnia,  ale  to  nic  nie
szkodzi.  To  nam  nawet  pomoże.  Znamy  ich  liczbę,  oni  naszej  nie  znają.  W  ciemności,
kiedy wjadą na nich płonące wozy, wpadną w panikę. Tych, którym uda się ujść przed
ogniem, możemy z łatwością dogonić i zabić. Posłuchajmy ich kroków i głosów, zanim
przypuścimy atak. Posłuchajmy ich oddechu.
  Liam spojrzał na niego z szacunkiem.
  – Pewnego dnia możesz zostać wielkim generałem, Kieronie.
  Kieron roześmiał się.
  – Pewnego dnia zostanę generałem chmur i obłoków.
  Piraci zaczęli wchodzić na wzgórze. Ciemność zatarła już nieco kontury ich kolumny,
ale  głosy  i  szczęk  broni  dały  się  wyraźnie  słyszeć.  Maszerowali  bez  żadnych  prób
ukrycia  się,  bez  śladu  lęku.  Czegóż  mieliby  się  bać?  Mieszkańcy  miasta  byli  w
większości  zabici  lub  wzięci  do  niewoli.  Tych,  co  ocaleli,  może  być  najwyżej
zastraszona i zdesperowana garstka.
  Byli już tylko o sto kroków od bramy zamkowej, potem siedemdziesiąt, sześćdziesiąt...
Widać było czerwony od blask na ich twarzach w płomieniach stosu pogrzebowego.
  – Teraz! – krzyknął Liam.
Trzech  mężczyzn  rzuciło  płonące  pochodnie  na  sterty  szmat  i  słomy  oblane  tranem.
Reszta popchnęła wozy i spuściła je ze wzgórza.
    W  ułamku  sekundy  płomienie  strzeliły  w  górę.  Płonący  tran  rozlał  się  z  beczek  i
obryzgał  koła  zamieniając  wozy  w  prawdziwe  gorejące  rydwany.  Piraci  mieli  przed

background image

sobą przerażający widok. Ogniste pojazdy, które się na nich toczyły, zajmowały prawie
całą  szerokość  wąskiej  uliczki.  W  ciągu  tych  paru  strasznych  sekund,  kiedy  wozy
nabierały  szybkości,  kolumna  piratów  wpadła  w  panikę,  zamieniła  się  w  rozszalałą
zgraję.  Pierwsze  szeregi  rzuciły  się  do  ucieczki,  kopiąc  i  tratując  swoich  towarzyszy.
Ale wozy z ogniem były szybsze od człowieka.
    Kilku  piratów  zachowało  przytomność  umysłu  i  ci  przycisnęli  się  do  zamkowych
murów, żeby przepuścić wozy. Niewiele im to pomogło. Powaliły ich strzały z łuków i
kusz, bo ich sylwetki aż nadto wyraźnie oświetlił blask płomieni.
    Dwa  pojazdy  zderzyły  się  i  niebezpiecznie  przechyliły.  Płonące  beczki  z  tranem
roztrzaskały  się  o  bruk  tworząc  straszliwą  rzekę  ognia.  Mężczyźni  tańczyli  w  niej
groteskowo, paląc sobie nogi, albo padali i ginęli z miłosierną szybkością.
  Masakra była straszna, choć trwała nie dłużej niż dwie minuty. Wozy doturlały się do
stóp stromego wzgórza i stanęły w ogniu rozpadając się.
  – Zadaliśmy im dotkliwe straty – rzekł Liam. – A teraz chodźmy. Mamy czym ucieszyć
serca naszych ludzi.
  – Nie, kapitanie, jeszcze nie! – Kieron wymachiwał mieczem, wyjętym z ciała Alyx. –
Niejeden  tam  jeszcze  pozostał  przy  życiu.  Są  poparzeni,  ale  jeśli  ich  nie  zabijemy,
doczołgają się jakoś do swoich statków i przeżyją.
  – Kieron dobrze mówi, kapitanie – poparł go Sholto. – Chodźmy... – Kaszlnął głośno i
ze zdziwieniem spojrzał na swoją pierś. Tkwiła w niej głęboko strzała. Sholto opadł na
kolana. – Opiekuj się nią – powiedział do Kierona. – Ale pamiętaj, że kobiety... Osunął
się na ziemię. Kieron ukląkł i podniósł mu głowę. Lecz duch już uszedł z ciała kowala.
    –  Cóż  więc  –  rzekł  Kieron  wstając  –  kto  jest  za  tym,  żeby  pomścić  Sholta  i  tych,
których dzisiaj pogrzebaliśmy na stosie?
  Rozległy się głośne krzyki aprobaty. Liann zrozumiał, że lepiej dać się nieść z prądem.
  – No to naprzód – zakomenderował Kieron. – Zabijajmy bez litości.
  Dziewiętnastu mężczyzn uzbrojonych w łuki, szpady i topory ruszyło w dół zbocza.
  Ci z piratów, którzy ocaleli, byli w pożałowania godnym stanie. Nad nimi, wokół nich i
po  nich  przeszła  rzeka  ognia.  Leżeli  na  drodze  w  męczarniach,  gasząc  niezdarnie  tlące
się jeszcze ubranie.
Kieron wyglądał strasznie, twarz wykrzywiała mu wściekłość, gdy z pochodnią w jednej
ręce a z mieczem w drugiej skakał zręcznie przez ogniste strumyki tranu, płonące wiązki
słomy  i  rozżarzone  kawałki  drewna.  Jeden  z  piratów  leżał  zmasakrowany  wijąc  się  z
bólu.
– Za Alyx! – Miecz przebił mu pierś. Mężczyzna kaszlnął, zakrztusił się i znieruchomiał.
Inny, choć mocno poparzony, wciąż trzymał broń w ręku i usiłował żałośnie się bronić.
Ale zemsta już go dopadła.
    –  Następny  za Alyx!  –  Kieron  zachowywał  się  jak  opętany.  Zabijanie  sprawiało  mu
przyjemność. Skakał pośród wysepek ognia w poszukiwaniu nowych ofiar.
  – Jeszcze jeden za Alyx!
  – Czwarty za Alyx!

background image

  Jeden z piratów zdobył się nawet na to, żeby klęknąć i wyciągnąć w błagalnym geście
ręce
prosząc  o  litość.  Bełkotał  coś  w  niezrozumiałym  języku.  Kieron  rozkoszował  się  tym
momentem, czerpiąc przerażającą uciechę ze swej władzy nad życiem i śmiercią.
  – Okażę ci litość, człowieku. Większą, niż okazali twoi ludzie. – I straszliwym cięciem
miecza podciął mężczyźnie gardło. Ten zabulgotał i padł.
    Jeszcze  jeden  za  Alyx?  –  Jakaś  cząstka  świadomości  Kierona  była  przerażona,  że
zadawanie  ludziom  śmierci  sprawia  mu  taką  przyjemność,  jednakże  reszta  jego  istoty
pałała  żądzą  krwi,  wiedziona  obrazem  dziewczyny,  zgwałconej  i  brutalnie  zabitej.  Nie
umiał  przerwać  śmiertelnej  wędrówki  w  dół  zbocza.  Z  bezmyślną  furią  zadawał  ciosy
umierającym  a  nawet  umarłym.  Nareszcie  stanął,  wyczerpany,  osłabiony.  Nie  było  już
kogo zabijać.
  Rozejrzał się w odrętwieniu. Płomienie dogasały. Bitwa była skończona. Na wzgórzu
leżało sto trupów. Swąd spalonego ciała był słodki i obrzydliwy.
  Poczuł, że ktoś potrząsa go za ramiona. Był to Liam.
  – Kieronie, dobrze się czujesz?
  Kieron spojrzał na niego niewidzącymi oczami.
  – Tak, kapitanie. Dobrze.
    –  Posłuchaj  więc.  Twój  plan  odniósł  wspaniały  sukces.  Ale  kiedy  ty  dokonywałeś
krwawej  zemsty,  ja  pojmałem  jeńców.  Mają  zostać  przy  życiu,  Kieronie.  Rozumiesz?
Mają zostać przy życiu.
  – Dlaczego?
    –  Bo  mówią  po  angielsku.  Opowiedzą  nam  coś  więcej  o  Admirale  Śmierci  i  jego
zamiarach.
  – A jak już powiedzą?
  – Nie wiem. Kentigern zadecyduje.

Rozdział piąty

W  ciągu  paru  dni  obóz  w  Udręce  stał  się  małą  obwarowaną  wioską.  Mężczyźni  ścieli
drzewa,  żeby  wybudować  palisadę,  kuchnie  i  chaty.  Chociaż  piraci  najwyraźniej  nie
zamierzali okupować Arundel, Kentigern uważał próbę powrotu do miasta za niesłuszną,
dopóki  jego  oddział  się  nie  wzmocni.  Miał  zaledwie  dwustu  mężczyzn  zdolnych  do
noszenia  broni.  Wobec  osławionej  siły,  jaką  dysponował  Admirał  Śmierć,  otwarta
walka nie dawała im żadnych szans.
  Z drugiej strony Kentigern czekał na instrukcje od Wielkiej Rady seniorów z Londynu i
na  wiadomości  ze  wschodu  oraz  zachodu,  jak  daleko  sięga  inwazja Admirała  Śmierci.
Wieści nadchodziły pomału i nie były zbyt pomyślne. Do wielkich seniorów dotarły już
prośby  o  pomoc  i  wskazówki  od  poszkodowanych  z  kilku  senioratów  leżących  na

background image

południowym wybrzeżu. Ale wielcy seniorowie, prócz tego, że w większości szczęśliwi
posiadacze  włości  leżących  w  sporej  odległości  od  morza,  byli  ludźmi  rozważnymi.
Armia  Admirała  Śmierci  potrafiła  błyskawicznie  przenosić  się  z  miejsca  na  miejsce,
wojska  senioratów  –  przeciwnie.  Gdyby  nawet  wysłano  na  wybrzeże  dostateczne  siły,
żeby odeprzeć lub pokonać Admirała Śmierci, to cóż mu przeszkodzi wypłynąć w morze
i uderzyć na inne bezbronne terytoria przybrzeżne? Jego statki były znacznie szybsze niż
piechota  czy  nawet  kawaleria.  Jeśli  zechce,  może  złupić  całe  wybrzeże  wyspy
brytyjskiej,  podczas  gdy  jej  obrońcy  będą  maszerować  tam  i  z  powrotem  na  próżno
starając się stawić mu czoła.
    Toteż  Wielka  Rada  zobowiązała  się  jedynie  w  ciągu  miesiąca  przysłać  na  południe
wojsko  pomocnicze  złożone  z  pięciuset  uzbrojonych  mężczyzn,  pod  warunkiem,  że
zaatakowane  senioraty  wystawią  wspólnymi  siłami  armię  co  najmniej  dwukrotnie
większą. W ten dyplomatyczny sposób dano im do zrozumienia, że południowe senioraty
muszą liczyć same na siebie.
    Nowiny  ze  wschodu  i  zachodu  były  nie  najlepsze.  Jedna  flotylla  statków  Admirała
Śmierci uderzyła z wielkim sukcesem na wysunięty na wschód seniorat Brighton, druga
zaś na leżący na zachodzie seniorat Portsmouth. Posuwali się następnie nie w głąb lądu,
lecz z powrotem wzdłuż linii brzegowej, żeby połączyć się z głównymi siłami w Little
Hampton.  Najwyraźniej  na  razie  wystarczało  im  opanowanie  długiego,  choć  wąskiego
pasa przybrzeżnego.
  Jeńcy pojmani przez Liama potwierdzili te przypuszczenia – po wzięciu ich na tortury.
Tortury nie były bynajmniej barbarzyńskie i polegały na zaciskaniu sznurów wokół rąk i
nóg jeńców, dopóki ból nie rozwiązał im języków.
    Najlepszym  informatorem  okazał  się  niejaki  Jethro,  ulubiony  porucznik  Admirała
Śmierci.  Dzięki  podstępowi  Kierona  był  już  wystarczająco  mocno  poparzony,  a
zastosowanie sznurów potęgowało tylko okropny ból.
  Jethro uzupełnił znane im już wiadomości. Admirał Śmierć miał wielkie plany. Chciał
nie  tylko  założyć  na  południowym  wybrzeżu  Brytanii  dobrze  strzeżoną  kolonię,  ale
wykorzystać  wyspę  jako  teren  werbunkowy.  Nawet  jeśli  chcieć  nazwać  go  szalonym,
trzeba  przyznać,  że  był  też  dobrze  poinformowany  i  doszedł  do  wniosku,  że  wielu
młodych  ludzi,  tęskniących  za  przygodą,  zmęczonych  restrykcjami  i  autokratyzmem
luddystów  przyłączy  się  do  niego,  przyciągną  ich  wojenne  i  inne  maszyny,  które  w
senioratach  były  niedozwolone.  A  jeśliby  nie  zgłosiło  się  dobrowolnie  dość  młodych
malkontentów, to z łatwością można robić wypady w głąb lądu i brać siłą, ilu potrzeba
mężczyzn. Dobrze wiedział, że upłynie sporo wody, zanim seniorowie zjednoczą się w
celu  wspólnej  obrony.  On  zaś  na  każdą  swoją  akcję  potrzebował  niewiele  czasu.  Był
niecierpliwy  i  lubił  działać  szybko.  Wkrótce  jego  siła  tak  wzrośnie,  że  to,  co  zrobią
seniorowie,  nie  będzie  już  miało  znaczenia.  Umocniwszy  swoją  bazę, Admirał  Śmierć
wyśle  statki,  by  przeprowadziły  podobne  operacje  na  wybrzeżach  Norwegii,  Danii,
Niemiec  i  Holandii.  Ma  nadzieję  opanować  w  ten  sposób  całe  europejskie  wybrzeże
morskie. A kiedy już to osiągnie, będzie mógł brać głodem i osłabiać wszystkich, którzy

background image

ośmielą się mu zagrozić. I spełni się jego wielkie marzenie – zostanie panem Europy.
    Odkrywszy  przed  nimi  plany  wodza,  Jethro  żałośnie  błagał  o  darowanie  mu  życia,
obiecując,  że  po  wyzdrowieniu  chętnie  będzie  walczył  przeciw  człowiekowi,  któremu
przysięgał wierność. Jednakże Kentigern, choć brak mu było najemnych żołnierzy, uznał,
że  człowiek,  który  raz  złamał  dane  słowo,  może  zrobić  to  ponownie.  Wydał  wyrok
śmierci.
    Jethro  zawisł  na  drzewie  pięknego,  jasnego  poranka,  kiedy  ptaki  śpiewały,  a  sarny
skakały po lesie. Kieron, obecny przy egzekucji, zobaczył wyraz jego oczu – wyraz oczu
człowieka, który po raz ostatni patrzy na świat i po raz ostatni widzi, jaki ten świat jest
piękny.  Przez  chwilę  poczuł  litość,  ale  zaraz  zabiło  ją  straszne  wspomnienie  śmierci
Alyx.
    Dzięki  podstępowi  z  płonącymi  wozami  Kieron  stał  się  dla  mieszkańców  Udręki
bohaterem. Mężczyźni dwakroć starsi patrzyli na niego z szacunkiem i wysłuchiwali jego
pomysłów  i  opinii.  Nikt  nie  uważał  go  już  za  heretyka,  za  tego,  który  cudem  uniknął
stosu.  Tamto  należało  jakby  do  innego,  minionego  świata. Ale  nowa  pozycja  niewiele
znaczyła  dla  Kierona.  W  środku  był  zimny  jak  lód,  którym  ścinały  go  wspomnienia
okrucieństwa, gwałtu I śmierci; którym ścinała go własna straszna chęć zemsty.
    Petrina  bardziej  niż  kto  inny  widziała  zaszłą  w  nim  zmianę.  Piątego  dnia  pobytu  w
Udręce  poprosili  brata  Hildebranda,  żeby  dał  im  ślub.  Ich  rodzice  nie  żyli  i  nie  mieli
nikogo  prócz  siebie.  Kieron  uważał,  że  to  jedyne  rozsądne  wyjście.  Będą  teraz  mogli
dzielić łoże i szukać pociechy w swoich ramionach, nie narażając się na złośliwe języki
i  potępienie  nedytów.  Przysięgę  ślubną  złożył  machinalnie,  myślami  zdał  się  błądzić
gdzieś daleko. Przyjaciele zbudowali im niewielką chatę i przygotowali małą ucztę, na
której  wszyscy  starali  się  być  weseli.  Ale  kiedy  Kieron  położył  się  tej  nocy  z  młodą
żoną,  nie  potrafił  cieszyć  się  jej  pełnymi  piersiami  i  krągłą  figurą.  Spełnił  swój
obowiązek  małżeński  sprawnie,  lecz  nieobecny  duchem,  podobnie  jak  przy  ceremonii
zaślubin. I Petrina długo w noc płakała.
  Nazajutrz Kentigern zwołał naradę wojenną. Miał już dość wyglądania pomocy, która
nie nadchodziła, miał dość życia w lesie jak przestępca i oczekiwania czyichś decyzji i
cudu.
Kieron,  choć  młody  wiekiem,  został  zaproszony  na  naradę  z  powodu  swoich
niewątpliwych talentów wojennych.
  Pierwszy zabrał głos Kentigern.
  – Przyjaciele, wszyscy wiecie, jaką odpowiedź przysłała nam Rada Seniorów. Dadzą
nam  pomoc,  ale  to  potrwa.  I  to  pod  warunkiem,  że  wszystkie  zaatakowane  senioraty
wystawią  armię  złożoną  z  mężczyzn  zdolnych  do  walki.  Ja  osobiście  nie  mam  chęci
siedzieć  bezczynnie  i  patrzeć,  jak  moi  ludzie  marnieją,  czekając  aż  taka  armia  się
zbierze. Ponieważ piraci nie zamierzają, jak się zdaje, okupować Arundel, moglibyśmy
zapewne próbować wrócić do naszych domów i odbudować miasto. Ale zostałoby to z
pewnością  natychmiast  zauważone.  Jak  wiemy, Admirał  Śmierć  ma  dobrą  wartę.  Przy
najmniejszej  oznace  naszej  obecności  z  pewnością  wyśle  przeciw  nam  ludzi.  Nie

background image

byliśmy dość silni, żeby odeprzeć pierwszy atak, trudno się więc łudzić, byśmy odparli
drugi.  Wobec  tego  proponuję,  żebyśmy  sami  zaatakowali  jego  statki  w  Little  Hampton.
Nie  spodziewają  się  tego  i  element  zaskoczenia  będzie  naszym  atutem.  Wypowiedzcie
się, co o tym sądzicie, przyjaciele.
    Jedni  byli  za  atakiem,  twierdząc,  że  niewiele  można  stracić,  a  dużo  zyskać.  Inni  byli
przeciw, twierdząc, że wiele można stracić, a niewiele zyskać. Kieron z uwagą słuchał
wszystkich mówców, ale sam nie zabierał głosu.
W końcu Kentigern zwrócił się wprost do niego:
– Cóż, Kieronie, jak widzę, słuchasz uważnie, ale nic nie mówisz. Dałeś już nam poznać,
jaki  masz  talent  do  zadawania  szkód  nieprzyjacielowi.  Czy  nie  masz  nic  do
powiedzenia?
  Kieron uśmiechnął się.
  – Jak wszyscy wiecie, mam szczerą wolę unieszkodliwić piratów raz na zawsze. Mój
plan zająłby jednak trochę czasu, pod warunkiem, żebyście się na niego zgodzili, w co
wątpię.
  – Powiedz co to za plan, a wydamy osąd.
    –  Jak  wiecie,  przeprowadziłem  eksperyment  z  balonem  napełnianym  gorącym
powietrzem.
  Kentigern poruszył się niespokojnie.
  – To sprawa, o której najlepiej zapomnieć.
    –  Nie,  to  sprawa,  o  której  należy  pamiętać.  Jak  i  o  następujących  faktach:  Admirał
Śmierć  boi  się  ognia.  Panuje  na  ziemi  i  panuje  na  wodzie.  Nie  panuje  w  powietrzu.
Mógłbym  zbudować  balon  zdolny  unieść  dwóch  mężczyzn.  Przy  odpowiednim  wietrze
balon poleci do Little Hampton i spuści na flotę piratów deszcz ognia. Drewniane statki
spłoną. Bez statków Admirał Śmierć zostanie pozbawiony środków do życia i środków
do ucieczki. Wtedy będziemy mogli zaatakować go od strony lądu.
    Rozległy  się  pomruki  oburzenia  i  dezaprobaty.  Ostatni  wyczyn  Kierona  zyskał  mu
miano bohatera. Ludzie woleliby, aby im nie przypominano występku, za który omal nie
spłonął na stosie.
  – Kieronie, bracie mój – powiedział łagodnie brat Hildebrand, który był także obecny
wśród  zebranych  –  niezbadane  są  wyroki  Ludda,  który  pozwolił  ci  odkupić  winę
heroicznym  czynem,  co  nie  uszło  uwagi  Świętego  Kościoła.  Usilnie  cię  proszę,  nie
popadaj z powrotem w herezję.
Czy  Święty  Kościół  przyśle  nam  tysiąc  żołnierzy?  –  zapytał  Kieron  zgryźliwie.  –  Czy
Święty Chłopiec rozbije statki piratów swoim świętym Młotkiem?
  – Proszę o spokój – powiedział pospiesznie Kentigern. – Nie zebraliśmy się tutaj, żeby
dyskutować  o  doktrynie  czy  herezji.  Mamy  wymyśleć  sposób  pozbycia  się  tych,  którzy
spadli na nas jak szarańcza. Czy są jakieś inne propozycje?
  – Posłużmy się jeszcze raz fortelem, którego użył Kieron na zamku – rzucił ktoś myśl. –
Weźmy  łódki  załadowane  beczkami  z  tranem,  słomą  i  materiałem  łatwopalnym,
popłyńmy ciemną nocą rzeką Arun, przycumujmy je do ruf statków pirackich i podpalmy.

background image

Wyrządzimy im w ten sposób wiele szkód.
  – To się nie uda – zaoponował Kieron. – Ich wartownicy przeszkodzą nam na morzu, na
rzece i na lądzie. Nie mogliby nam przeszkodzić tylko w powietrzu.
    –  Niemniej  –  podsumował  Kentigern  –  to  dobry  projekt,  najlepszy,  jaki  dzisiaj
słyszałem. Proponuję wziąć stu ludzi i przeznaczyć na to dziesięć łodzi. Wolałbym mieć
ochotników,  bo  nie  chcę  zmuszać  do  udziału  w  wyprawie  nikogo,  kto  nie  ma  do  niej
serca.
Kieron  zgłosił  się  jako  jeden  z  pierwszych,  nie  dlatego,  aby  wierzył  w  to
przedsięwzięcie, ale
dlatego, że dawało okazję do zabijania piratów. Łodzie spuszczono na Arun w nocy przy
odpływie.  Rzeka  płynęła  wartko,  niosąc  napastników  w  kierunku  Little  Hampton  z
szybkością  powyżej  pięciu  węzłów.  Przez  dużą  część  drogi  mężczyźni  siedzieli  na
łodziach, ale gdy zbliżyli się do Little Hampton, zsunęli się do wody i płynęli trzymając
się burty.
    Woda  była  lodowato  zimna  i  wielu  gryzło  ubranie,  żeby  nie  szczękać  głośno  zębami.
Zgodnie  z  planem  Kentigerna  uczepieni  dryfujących  łódek  mężczyźni  spychali  je  na
środek  rzeki.  Po  dotarciu  do  Little  Hampton  pływacy  mieli  przywiązać  łodzie  do
poszczególnych  statków  i  podpalić  lonty,  żeby  ogień  nie  buchnął  w  górę  za  wcześnie  i
dał im szansę ucieczki.
Ale  powodzenie  planu,  jak  Kieron  przewidział,  zależało  w  zbyt  dużej  mierze  od
zaskoczenia  przeciwnika,  na  co  trudno  było  liczyć.  Dryfujące  łodzie,  jeszcze  zanim
dotarły do Little Hampton, zauważył niewielki patrol piratów, maszerujący z latarniami
brzegiem rzeki.
    W  świetle  latarni  łodzie  były  wyraźnie  widoczne,  poza  tym  jeden  z  ludzi  Kentigerna
kichnął.  Piraci  z  przeraźliwym  skutkiem  sięgnęli  po  łuki  i  muszkiety.  Mężczyźni  w
wodzie, zdrętwieli z zimna, spętani mokrymi ubraniami, byli zbyt przybici i zniechęceni,
aby  podjąć  próbę  odparcia  ataku.  Rzucili  się  do  drugiego  brzegu,  gdzie  zaraz,  gdy
zaczęli wygrzebywać się z błota, dopadły ich strzały nieprzyjaciół.
  Jeden pirat, zgadując przeznaczenie łodzi, rzucił na pierwszą z brzegu swoją latarnię.
Wybuchła snopem płomieni i nieszczęśni wojownicy Kentigerna byli teraz widoczni jak
w świetle dziennym. Kilku mężczyznom udało się wydostać na błotnisty brzeg i skryć w
ciemnościach, ale wielu zabito w wodzie, a paru utonęło, nie mając już sił płynąć.
  Kieron, jak tylko zrozumiał, co się dzieje, sprytnie schował głowę pod wodę i płynął
tak  przez  jakiś  czas  trzymając  się  swojej  łodzi.  Na  szczęście,  nie  była  to  ta,  którą
podpalono.  Kilkadziesiąt  metrów  dalej,  w  bezpiecznej  odległości  od  blasku  płomieni,
wygramolił się na brzeg.
    Chociaż  był  skostniały  z  zimna  i  krańcowo  wyczerpany,  zmusił  się,  żeby  biec  w
ciemności  w  stronę  obozu;  raz  po  raz  padał  na  ziemię,  ale  zawsze  wysiłkiem  woli
podnosił  się  na  nogi.  Bolały  go  wszystkie  mięśnie,  drętwiała  przemarznięta  skóra.
Zdawał  sobie  sprawę,  że  tylko  bieg  może  uratować  mu  życie.  Wielokrotnie  chciał
położyć  się  i  odpocząć,  a  nawet  zdrzemnąć,  ale  nie  pozwalał  sobie  na  to,  wiedząc,  że

background image

mógłby już nie wstać.
    Zjawił  się  w  Udręce  tuż  po  świcie  w  żałosnym  stanie.  Nie  był  pierwszym
szczęściarzem, któremu udało się powrócić. Przed nim przybyło już kilku innych, jeszcze
kilku przybyło po nim.
  Nie poznał Petriny. Nie poznawał nikogo. Patrzył przed siebie pustymi oczami, jakby
tylko ślepy instynkt kazał mu biec do domu i szukać bezpieczeństwa pośród swoich.
    Ktoś  go  podtrzymywał,  ktoś  coś  do  niego  mówił.  Nie  wiedział  kto  ani  nie  rozumiał
słów.  Musi  być  pośród  przyjaciół  –  myślał  półprzytomnie  –  inaczej  już  by  go  zabili.
Jednakże na wypadek gdyby to miała być jakaś pułapka, próbował unieść miecz, którego
nie wypuścił z rąk podczas całej tej strasznej wyprawy rzeką Arun.
  Próbował unieść miecz i upadł bez słowa. Petrina uklękła przy nim, płacząc. Usiłowała
wyjąć mu broń z na wpół odmrożonych palców, ale nie mogła.
    Dostał  wysokiej  gorączki  i  Petrina  pielęgnowała  go  przez  wiele  dni.  W  pewnym
momencie  nedyci  myśleli  nawet,  że  umrze. Ale  był  młody  i  silny,  a  Petrina  grzała  go
swoim  ciałem,  kiedy  gorączka  minęła  i  chwyciły  go  dreszcze.  W  końcu  dreszcze  też
minęły,  wróciła  mu  przytomność  i  jasność  umysłu.  Wypił  pożywną  zupę  i  poczuł  nagły
przypływ sił. Z pewnym zdziwieniem zrozumiał, że przeznaczone mu jest żyć.
  Któregoś dnia rano zapragnął się umyć i doprowadzić do porządku. Petrina przyniosła
mu  lustro.  Przejrzał  się  –  z  niedowierzaniem  zobaczył  nieznajomą  twarz:  twarz
człowieka o wychudłych policzkach, pobrużdżoną wokół ust i na czole; twarz człowieka,
który  przedwcześnie  się  postarzał.  Jeśli  tak  wygląda  teraz,  to  jak  będzie  wyglądał  w
wieku  lat  trzydziestu?  Wzruszył  ramionami.  To  bez  znaczenia.  Ma  przed  sobą  dużo
pracy. Ważne jest nie jak człowiek wygląda, ale co w życiu osiągnął.
  Ze stu mężczyzn, którzy wyruszyli na zgubny wypad, powróciło tylko dwudziestu trzech
–  resztę  zabito  lub  wzięto  do  niewoli.  Kentigern  był  załamanym  człowiekiem;  ogrom
klęski odebrał mu zdolność podejmowania decyzji.

Rozdział szósty

Inne  senioraty  wzdłuż  południowego  wybrzeża  ucierpiały  nie  mniej  niż  Arundel.  I
podobnie  jak  tutejsi  mieszkańcy  tam  też  ludzie  pozostali  przy  życiu  schronili  się  do
lasów  lub  na  wydmy,  gdzie  założyli  obozowiska,  z  których  robili  mało  skuteczne  a
często  tragiczne  w  skutkach  wypady  na  piratów.  Senioraty  od  dawien  dawna  były
autonomiczne  i  samowystarczalne,  co  zaowocowało  zgubną  awersją  do  współpracy  i
wspólnoty  działania.  To  uprzedzenie  wywodziło  się  z  niemal  fanatycznego  lęku  przed
złymi  skutkami  władzy  centralnej.  Odkąd  ludzie  pamiętali,  senioraty  łączyły  się  albo
poprzez  więzy  krwi,  albo  przez  podbój,  lecz  już  od  dawna  żaden  senior  nie  podniósł
oręża  na  sąsiada.  Sojusze  zawarte  dzięki  małżeństwom  stanowiły  zarazem  siłę  jak  i
słabość seniorów. Teraz, w obliczu napastników zjednoczonych pod jednym przywódcą,

background image

ich sytuacja była nader niekorzystna.
    Upłynie  sporo  czasu  –  myślał  Kieron  –  zanim  ludzie  zmienią  tradycyjne  nawyki.
Człowieka  z  sąsiedniego  senioratu  ciągle  uważano  za  kogoś  obcego  i  traktowano  z
ostrożnością.  Ile  jeszcze  nieszczęść  trzeba,  aby  wszyscy  zrozumieli,  że  jedyna  nadzieja
leży  w  połączeniu  sił.  Zanim  ludzie  pójdą  po  rozum  do  głowy,  a  Wielka  Rada  przyśle
wojsko  na  pomoc,  Admirał  Śmierć  będzie  już  trzymał  podbity  ląd  żelazną  ręką.  A
mieszkańcy Arundel, których los najbardziej leżał Kieronowi na sercu, zostaną na wieki
wygnańcami żyjącymi w lesie, niczym barbarzyńcy.
    Miał  dużo  czasu  do  namysłu,  kiedy  odzyskiwał  siły  i  przychodził  do  zdrowia  po
chorobie.  Znów  zaczął  czerpać  przyjemność  ze  współżycia  z  Petriną,  rozkoszując  się
słodką  uległością  jej  ciała,  dając  jej  miłość  swych  lędźwi  i  miłość  swej  duszy.  Kiedy
przyszła stosowna chwila, nie musiała mu mówić, że będą mieli dziecko. Sam wiedział.
Czuł, jak drżało pod nim jej ciało, odprężone, choć napięte; czuł, jak spieszą ku niej jego
życiodajne soki, wracając, zda się, wprost do swego źródła.
    Pewnego  dnia  poszedł  do  Kentigerna.  Teraz,  kiedy  spodziewał  się  potomka,  tym
bardziej było o co walczyć i dla kogo żyć.
    –  Chcę  zbudować  balon  napędzany  gorącym  powietrzem,  Kentigern.  Bardzo  duży
balon. Polecę nim nad flotę Admirała Śmierci i spuszczę z nieba na statki deszcz ognia.
Potrzebuję pomocy. Musicie nakazać ludziom, żeby mi pomogli.
    Kentigern  siedział  na  krześle  owinięty  szalem,  jak  niegdyś  mistrz  Hobart.  I  podobnie
też pokasływał, popijając co mocniejsze trunki, jakie mu się trafiły.
  – Balon napędzany gorącym powietrzem to herezja – powiedział ochrypłym głosem. –
Święty Kościół spali cię i mnie razem z tobą.
  – Wszyscy umrzemy – rzekł Kieron. – Nikt nie żyje wiecznie. A jaką pomoc dał nam
Kościół w naszym nieszczęściu?
  Kentigern czknął.
  – Nedyci modlą się za nas.
  – Czy ich modlitwy przyczyniły się do zguby choćby jednego pirata? – zapytał Kieron
ze złością.
  – Kto wie?
  – Ja wiem. Lepszy jeden miecz w garści niż modły stu nedytów.
  – Miałeś rację co do tej wyprawy łodziami... Wybacz mi, Kieronie. Nie mogę zebrać
myśli...
Zbuduj swój balon, jeśli taka twoja wola. Sam już nie wiem co słuszne, a co nie.
  – I dacie mi mężczyzn do pomocy?
  – Dam.
  – I kobiety do szycia płótna i papieru?
  – Też.
  – I pozwolicie mi samemu wybrać odpowiedni czas i miejsce?
    –  Pozwolę  ci  na  wszystko,  co  zechcesz  –  rzekł  Kentigern.  –  Nie  pozwolę  ci  tylko  na
jedno.

background image

  – Na co?
    –  Na  porażkę.  Za  dużo  już  mieliśmy  porażek.  Nie  stać  nas  na  więcej.  Zrozum  mnie
dobrze,
Kieronie.  Kładziesz  życie  na  szali  tego  przedsięwzięcia.  Jeżeli  ci  się  nie  uda,  ja  sam,
własnymi rękami wypruję ci flaki za narażanie mnie na wieczne potępienie.
– Wiele żądacie, Kentigern.
– Żądam zwycięstwa. To wszystko. Kiedy wiadomość o twoim wyczynie się rozejdzie –
a rozejdzie się – Święty Kościół przeprowadzi dochodzenie. Mam nadzieję, że lżej mi
będzie  płonąć  na  stosie,  jeśli  przedtem  spłoną  też  piraci.  –  Zarechotał  złowieszczo.  –
Napatrzyłem się dość w swoim czasie. Widziałem, jak mordowano mojego pana, a jego
kobiety  cierpiały  niewyobrażalne  katusze.  Teraz  ci,  którzy  ocaleli,  muszą  powierzyć
swoje życie szaleństwu młodego człowieka.
  Kieron uśmiechnął się niewesoło.
  – Miałbym więcej szacunku dla Świętego Kościoła, gdyby dysponował armią i bronią.
  – Kościół głosi pokój i prostotę. W swojej mądrości dba o nasze dusze.
  – Czy słyszeliście, żeby ktoś osiągnął spokój duszy na stosie, Kentigern?
    Dość  już,  chłopcze!  Pobij  piratów,  jeśli  potrafisz,  a  chętnie  stanę  przy  twoim  boku,
kiedy przyjdzie chwila, rozrachunku z Kościołem.
  – Potrzebne mi będą wasze słowa na piśmie. Muszę mieć pismo z waszym podpisem,
nakazujące ludziom udzielić mi pomocy. Inaczej nic nie zdziałam.
  – Przynieś mi więc atrament, a potwierdzę swój grzech na piśmie... Oby ci się udało,
Kieronie. To wszystko... Podobno kochałeś panienkę Alyx. Czy to prawda?
  Kieron był zbyt zdumiony, żeby cokolwiek udawać.
  – To prawda. Kochaliśmy się.
  Kentigern znów się roześmiał.
  – Wybacz mi. Śmieję się sam z siebie. Widzisz, ja też ją kochałem. Ale dla mnie była
nieosiągalna. Zabawne, prawda? Oddałbym życie i honor, żeby wziąć ją w ramiona.
    –  Kochałem  ją  i  miałem  ją  w  ramionach  –  przyznał  Kieron  ze  spokojem.  –  To  było
cudowne... Nie powiem nic więcej.
  – Tak... Ale dlaczego właśnie ty, Kieronie? Dlaczego wybrała ucznia malarza?
  Kieron wzruszył ramionami.
  – Nie wiem. Może szczęście sprzyja tym, którzy ośmielą się po nie sięgnąć.

Rozdział siódmy

    Minęło  wiele  dni,  zanim  Kieron  mógł  rozpocząć  budowę  balonu,  ale  nie  były  to  dni
spędzone  na  próżniactwie.  Przede  wszystkim  należało  zrobić  projekt  balonu  i
wypróbować  jego  model,  potem  Kieron  musiał  zgromadzić  potrzebne  materiały  i
wyszkolić  ludzi,  którzy  mieli  mu  pomagać.  Połowa  mieszkańców  Udręki  miała  go  za

background image

wariata,  druga  zaś  połowa  uważała  za  wariata  Kentigerna.  Lecz  dopóki  władza  nie
przeszła w godniejsze ręce, należał mu się posłuch, a jego podpis widniał pod pismem
nakazującym  wszystkim  zdolnym  do  pracy  mężczyznom  i  kobietom  udzielać  Kieronowi
wszelkiej możliwej pomocy.
    Bracia  Lemuel  i  Hildebrand  byli  zdjęci  grozą.  Nawoływali  do  opamiętania  się
zarówno  Kierona,  jak  i  Kentigerna.  Kentigern  oświadczył,  że  odwoła  rozkaz,  jeżeli
Święty  Kościół  wystawi  armię  dostatecznie  liczną,  aby  zepchnąć  piratów  na  morze.
Usłyszawszy,  iż  naraża  na  niebezpieczeństwo  swoją  nieśmiertelną  duszę,  odparł,  że  w
obecnej  chwili  bardziej  interesują  go  sprawy  doczesne  niż  pozagrobowe.  Ośmielił  się
nawet  zauważyć,  że  Święty  Chłopiec  jak  dotąd  niewiele  zrobił,  aby  zasłużyć  na
nabożeństwo nedytów i posłuch wiernych.
  – Gdzie był Ludd, kiedy mordowano mojego pana i gwałcono moją panią? – spytał. –
Nie, bracia, rozumiem wasz niepokój, ale nie mogło ujść waszej uwagi, że żyjemy teraz
w  innym  świecie.  Dni  spokoju  i  czasy  pomyślności  minęły.  Ludzie  postawieni  w
rozpaczliwej  sytuacji  szukają  rozpaczliwych  rozwiązań,  Możliwe,  że  Kieron  to
szaleniec, a ja straciłem rozum. Róbcie, co do was należy, ale nie nachodźcie mnie już.
Jeżeli Kieron poniesie porażkę, zapłaci za to śmiercią, i ja z pewnością też. Ale jeżeli
odniesie zwycięstwo... wtedy się rozliczymy.
    –  Na  pewno  się  rozliczymy  –  obiecał  brat  Lemuel.  –  Chłopięce  psoty  to  jedno,  a
świadomy atak na doktrynę to drugie. Nie miejcie złudzeń. Nadejdzie dzień rozrachunku.
  Kentigern uśmiechnął się krzywo i pociągnął głębszy łyk trunku.
– Jakoś nie widziałem was przy łodziach, bracia, kiedy płynęliśmy ledwie żywi z zimna
rzeką Arun.
    –  Nasze  miejsce  nie  było  przy  łodzi,  Kentigern  –  odparował  brat  Hildebrand.  –
Modliliśmy się za powodzenie waszej wyprawy.
    –  Może  modliliście  się  nie  dość  głośno.  A  może  Święty  Chłopiec  jest  głuchy.  –
Kentigern  był  z  siebie  bardzo  zadowolony.  Po  raz  pierwszy  w  życiu  odważył  się  na
bluźnierstwo.
  Kieron odprawił ich jeszcze szybciej.
  – Brat Sebastian chciał mnie spalić za zrobienie zabawki – powiedział oschle. – Ale
niezbadane są wyroki Ludda... Brat Sebastian zginął, a ja żyję. Co samo w sobie daje do
myślenia...  I  mogę  teraz  zbudować  latającą  maszynę  dla  dobra  moich  rodaków.  –
Podniósł  miecz,  z  którym  się  już  nie  rozstawał.  –  Mówię  wam,  bracia,  nie
przeszkadzajcie  mi  w  tym  ni  słowem,  ni  czynem.  Bo  możecie  się  połączyć  we  śnie
wiecznym z bratem Sebastianem.
  Bracia osłupieli. Nikt jeszcze nie ośmielił się tak do nich mówić. Rzeczywiście świat
przewrócił się do góry nogami.
  – Grozisz nam? – zapytał brat Lemuel.
    –  Tylko  ostrzegam.  To  moje  pierwsze  i  ostatnie  ostrzeżenie.  Teraz  idźcie  już.  Jestem
zajęty.
  Bracia oddalili się w stanie niezwykłego wzburzenia. Kiedy trochę ochłonęli, powzięli

background image

pewne decyzje. Brat Lemuel uda się do Londynu, do urzędu Wielkiego Inkwizytora. Brat
Hildebrand  zostanie  w  Udręce  i  będzie  pilnie  baczył  na  wszelkie  heretyckie  czyny.
Kiedy  Wielki  Inkwizytor  przyśle  posiłki,  żeby  wspomóc  autorytet  Kościoła,  brat
Hildebrand  będzie  mógł  świadczyć  przeciw  tym  wszystkim,  którzy  sprzeniewierzą  się
naukom Świętego Chłopca.
  Nie było wolnego konia – Kentigern o to zadbał – toteż brat Lemuel musiał udać się w
podróż  pieszo.  Londyn  był  oddalony  o  co  najmniej  trzy  dni  marszu.  Bracia  nie  robili
tajemnicy  ze  swoich  planów  i  Kieron  został  dokładnie  poinformowany  o  ich
zamierzeniach.
  Petrina odchodziła od zmysłów z przerażenia.
    –  Kieron,  tym  razem  naprawdę  cię  spalą.  Święty  Kościół  nie  może  zignorować
otwartego wyzwania. Daj sobie spokój z tym balonem, błagam cię. Bądźmy cierpliwi, Z
czasem Wielcy Seniorowie zbiorą dostateczne siły, żeby odeprzeć piratów. Wtedy znów
powrócimy do normalnego życia.
  Kieron przytulił ją.
  – Bądź dobrej myśli, moja kochana. Wiesz równie dobrze, jak ja, że z każdym dniem
Admirał
Śmierć mocniej trzyma nas w garści Nie będę czekał na żołnierzy, którzy mogą nigdy nie
nadejść,  lub  nadejść  tylko  na  własną  zgubę.  Jedyna  droga  do  pokonania  najeźdźcy
wiedzie  poprzez  żywioł  jemu  niedostępny.  Uderzę  z  powietrza.  Jego  ludzie  nie  mają
skrzydeł.  Nie  uniosą  też  tak  wysoko  luf  armatnich.  Spuszczę  na  nich  ogień.  Święty
Kościół nie zyska poparcia, kiedy flotylla piratów spłonie.
    –  Za  sześć  dni  brat  Lemuel  może  wrócić  i  przyprowadzić  dość  ludzi,  żeby  cię
zniszczyć.
  – Za sześć dni! – Kieron się roześmiał. – Z bratem Lemuela żaden piechur. Nim dojdzie
do Londynu, dorobi się niejednego pęcherza. I czy Święty Urząd wyśle tak od razu swoją
gwardię na pierwsze żądanie szarego braciszka? Ale to i tak nie ma znaczenia. Za sześć
dni nic mi już nie zrobią.
  – Najdroższy, boję się o ciebie.
  – Kochana Petrino, ja boję się o nas wszystkich..

Rozdział ósmy

Po  uzyskaniu  zgody  u  Kentigerna  Kieron  stanął  przed  doniosłym  zadaniem
wprowadzenia  w  życie  swoich  niedościgłych  marzeń.  Jeszcze  nie  tak  dawno  temu
martwiłby się, że pierwszy lot maszyny powietrznej posłuży do celów niszczycielskich.
Gdyby  zastanowił  się  przez  chwilę,  zrozumiałby,  że  doktryna  Kościoła  luddystów  nie
była  z  gruntu  fałszywa.  Historycznie  rzec  biorąc,  rozwój  maszyn  dawał  ludziom  coraz
większe  możliwości  destrukcyjne.  Pierwsza  i  Druga  Generacja  ludzi  poprzez  postęp

background image

myśli  technicznej  zniszczyły  swoje  cywilizacje.  Święty  Kościół  nie  miał  powodu
przypuszczać,  aby  obecne  pokolenie  potrafiło  się  powstrzymać  przed  stworzeniem
trzeciej cywilizacji, opartej na maszynach.
  Jednakże Kieron nie miał czasu zastanawiać się nad takimi filozoficznymi problemami.
Brat  Lemuel  był  w  drodze  do  Londynu,  a Admirał  Śmierć  coraz  pewniej  panował  nad
południowym  wybrzeżem.  Kieron  wiedział,  że  musi  szybko  udowodnić  zasadność
swojego  przedsięwzięcia...  albo  zapłacić  karę  za  porażkę,  czy  to  Kentigernowi,  czy
Świętemu Kościołowi – nie miało to większego znaczenia.

Na początku musiał zrobić dobry projekt. Aby spuścić ogień na statki Admirała Śmierci,
trzeba  będzie  czekać  na  lekki  wiatr  od  lądu,  który  poniesie  balon  z  miejsca  startu  nad
statki pirackie, a potem dalej w morze. W końcu prędzej czy później balon spadnie do
wody, gdyż jest wysoce nieprawdopodobne, aby dotarł do wybrzeży Francji nawet przy
stałym wietrze – wobec tego, ci którzy wzniosą się nim w niebo, będą musieli utonąć.
    Chyba,  żeby  przytwierdzić  do  balonu  coś,  co  utrzyma  się  na  wodzie,  Łódkę.  Małą
łódkę.  To  będzie  miejsce  dla  załogi  balonu.  To  musi  być  bardzo  mała  łódka  i  bardzo
mała  załoga.  Bowiem  skonstruowanie  wielkiego  balonu  przekroczyłoby  umiejętności
mieszkańców Arundel.
  Kieron rozmyślał, rysował szkice, robił modele. Balon nie może być w kształcie kuli,
raczej zaokrąglonego na końcach cygara, które odpowiadałoby mniej więcej kształtowi
podwieszonej pod nim łódki.
    Zbrojny  w  glejt  Kentigerna  wysłał  ludzi  do Arundel  po  płótno,  papier,  igły  i  nici. A
tymczasem odbył rozmowę z Alwinem, który choć blady i wycieńczony, wracał powoli
do zdrowia po utracie ręki.
  – Alwin, jakże się miewasz?
  – Cóż, nie umarłem. Będę żył jak na urągowisko, bezużyteczny i niepotrzebny.
  – Czy chciałbyś żyć wiecznie?
  – Kieron, nie jestem w nastroju do żartów.
  – Czy nadal jesteśmy przyjaciółmi?
  – Wiesz, że tak.
  – Na śmierć i życie?
  – Na śmierć i życie... Czego ode mnie oczekujesz, Kieronie?
  – Oczekuję, że polecisz ze mną balonem. Oczekuję, że spuścisz ogień na piratów.
    –  Chcesz  wziąć  na  taką  wyprawę  jednorękiego?  –  Wyciągnął  ku  niemu  kikut,  teraz
litościwie skryty pod czystym opatrunkiem.
    –  Chcę  wziąć  przyjaciela  –  odparł  Kieron.  –  Chcę  wziąć  człowieka,  któremu  ufam.
Człowieka, którego nienawiść do piratów jest większa od strachu.
  – Kieronie, jestem ci całkiem oddany, o czym wiesz. Nie grzeszę odwagą, o czym też
wiesz.  Ale  zgodziłbym  się  dyndać  w  szponach  orła,  byleby  posiać  zniszczenie  wśród
tych, którzy napadli na nasz spokojny seniorat.
  – Możemy nie wrócić z tej wyprawy. Alwin uśmiechnął się smutno.

background image

  – Nie zależy mi na tym. I tak nie mam po co żyć... Ale dlaczego pytałeś, czy chciałbym
żyć wiecznie?
    –  Bo  nasz  wyczyn  zostanie  w  pamięci  ludzkiej.  Rozpoczniemy  od  nowa  zdobywanie
przestworzy  i  uderzymy  ze  strasznym  skutkiem  na  swoich  ciemiężycieli,  Proszę  cię  o
jedno, Kieronie. Obiecaj mi jedno, a będę szczęśliwy.
  – Co takiego?
  – Obiecaj mi, że wielu z nich zginie wraz z nami i przez nas.
  Kieron pomyślał przez chwilę.
  – Nie mam władzy nad wiatrem, Alwinie. Gdy wszystko przygotujemy, musimy zyskać
pewność, że wiatr będzie naszym sprzymierzeńcem. Ale kiedy już balon zaniesie nas nad
statki  w  Little  Hampton,  to  przysięgam  ci,  że  piraci  będą  ginąć  dziesiątkami  i  setkami.
Czy to wystarczy?
  – Wystarczy. – Alwin się roześmiał. – Ci zabici w Arundel poświadczają twoje słowa.
  – No to odpoczywaj i nabieraj sił. Ja muszę brać się do roboty. Godzina lotu nadejdzie,
zanim się obejrzysz.

Rozdział dziewiąty

Kieron zapomniał o całym świecie. Pracował dzień i noc, gdy było trzeba przy świetle
lamp  oliwnych  i  pochodni.  Rysował  projekty,  robił  obliczenia,  konstruował  modele.
Zmartwił  się  odkryciem,  że  balon  musi  być  o  wiele  większy,  niż  myślał.  Musi  mieć
pełne  piętnaście  metrów  długości  i  dwa  i  pół  metra  szerokości,  inaczej  nie  uniesie
potrzebnego  ciężaru.  Uczył  mężczyzn,  jak  zrobić  lekki  szkielet  z  wici  wierzbowych.
Pokazywał  kobietom,  jak  mają  zszyć  płótno  i  papier,  żeby  powstała  wielka  koperta
odpowiedniego  formatu.  Dwóm  terminatorom  kowalskim  zlecił  wykonanie  czterech
palenisk.  Kilku  drwalom  kazał  przygotować  węgiel  drzewny,  a  u  innych  mężczyzn
zamówił  lekką,  małą  łódkę.  Chłopcy  pletli  sznury,  dziewczęta  wiązały  je  w  wielką
siatkę, którą przymocuje się łódź do balonu. Ponieważ wiadomo, że spadnie on prędzej
czy  później  do  morza,  musi  się  dać  z  łatwością  odpiąć,  jak  tylko  łódka  osiądzie  na
falach, żeby aeronauci mieli cień szansy na dopłynięcie do lądu.
    Udręka,  która  stała  się  azylem  przygnębionych  i  pobitych  ludzi,  zmieniła  się  nie  do
poznania  dzięki  fanatycznej  wierze  Kierona  w  balon  napędzany  gorącym  powietrzem.
Ludzie,  którzy  przedtem  szydzili  ze  zwariowanych  pomysłów  „Kierona  z  głową  w
chmurach",  teraz  zarazili  się  jego  entuzjazmem.  Rozpacz  była  silniejsza  od  wpojonych
uprzedzeń. Szukali u niego nadziei. Szukali szansy, że on i ten jego fantastyczny projekt
wyrządzą  wielkie  szkody  najeźdźcom.  Pamiętali,  że  już  wozy  z  ogniem  zadały  piratom
większe  straty,  niż  wszyscy  wojownicy  razem  wzięci.  Przyrzekł  im,  że  –  jeśli  pomogą
mu  przy  budowie  maszyny  powietrznej  –  spuści  ogień  na  statki  Admirała  Śmierci.
Kieron,  choć  najwyraźniej  jest  szaleńcem,  udowodnił  już,  że  ma  talent  do  zabijania

background image

nieprzyjaciół.  Toteż  pracowali  ciężko,  nie  kwestionując  jego  nakazów  ani  poleceń.
Poszliby za samym diabłem, gdyby obiecał im spalić flotę piratów.
  Kieron zapomniał o jedzeniu i spaniu. Jadł tylko wtedy, gdy Petrinie udało się namówić
paru co odważniejszych przyjaciół, żeby odciągnęli go na siłę od pracy. Stawiała wtedy
przed nim gorący posiłek i groziła, że nie pozwoli mu się ruszyć z miejsca, dopóki nie
opróżni  talerza.  Kieron  czasem  rzucał  naczyniem  i  wykrzykiwał  obelgi,  czasem  jadł
potulnie, przypomniawszy sobie, że bez żywności człowiek opada z sił.
  Nie wyglądał już na osiemnastoletniego chłopca. Bruzdy na czole i zapadnięte policzki
dodawały  mu  powagi  i  autorytetu.  Sprawiał  wrażenie  trzydziestoletniego  mężczyzny,
urodzonego przywódcy. Ludzie zaczęli się go bać, napawał ich lękiem. Nie wypuszczał
niemal  miecza  z  dłoni.  Mierzył  nim  płótno  i  papier,  rysował  wykresy  na  piasku.
Wskazywał określone punkty, groził, podkreśla gestem rozkazy.
    Kentigern  był  zdumiony  zmianą,  jaka  zaszła  w  obozowisku.  Mężczyźni  i  kobiety,
przedtem apatyczni i zobojętniali, teraz wykonywali swoje zadania z niespożytą energią i
szybkością  –  bo  Kieron  wymagał,  aby  dobywał  z  siebie  ostatnich  sił.  W  zamian
obiecywał  zemstę.  Nadszedł  dzień,  kiedy  ukończono  wszystkie  główne  elementy
konstrukcji.  Powłoka  balonu  była  uszyta,  siatka  spleciona,  lekka  łódka  zbudowana,
paleniska gotowe. Pozostawało tylko uszczelnić szwy czaszy i spojenia łódki, do czego
użyto drogocennego lepiku ze smoły.
    Lepik  był  gorący  i  gryzł  w  oczy.  Ci,  co  stali  przy  żelaznym  kotle,  w  którym  kipiał,
zanosili  się  kaszlem  i  wycierali  załzawione  powieki.  Kentigern,  kaszląc  i  przeklinając
wyziewy, przyszedł popatrzeć z bliska na ogromny balon  rozciągnięty  na  trawie;  lepik,
który  zalał  miejsca  połączeń  materiału  z  papierową  podszewką,  schnął  w  porannym
powietrzu.
  – Jest już gotowy, Kieronie?
  – Jest gotowy.
  – I poleci?
  – Jeżeli jakiś głupiec go nie rozedrze albo nie podpali przy podgrzewaniu powietrza, to
poleci.
  – Napracowałeś się nad nim. Kieron wzruszył ramionami.
  – Wielu ludzi się nad nim napracowało.
– Ty więcej niż inni. Kiedy spałeś po raz ostatni?
Kieron podrapał się po głowie z zakłopotaniem.
– Nie pamiętam. Co za różnica? Wczoraj chyba albo przedwczoraj.
Kentigern położył mu rękę na ramieniu.
–  Przyznam,  iż  nie  wierzyłem,  że  osiągniesz  aż  tyle.  Odpocznij  teraz,  chłopcze.  Jesteś
zmęczony.
Kieron popatrzył na niego z dziwnym wyrazem twarzy.
– Nie jestem już chłopcem, Kentigern. Czy nie udowodniłem tego przy tej i innej okazji?
– Tak, masz rację. Jesteś już w pełni mężczyzną i nie zamierzałem cię urazić.
Petrina słyszała ich rozmowę.

background image

– Każcie mu odpocząć, Kentigern. Każcie mu przerwać pracę. Zabija się.
Kentigern się uśmiechnął.
–  Petrina,  rozkazuję  twojemu  mężowi  tylko,  żeby  zniszczył  piratów.  We  wszystkim
innym sam sobie jest panem.
  Po policzkach Petriny płynęły łzy. Kentigern myślał, że to z powodu swądu smoły, ale
się  mylił.  Petrina  płakała  na  widok  podkrążonych  oczu  i  zapadniętych  policzków
Kierona, na widok miecza, którego nie wypuszczał z rąk, na widok jego gorączkowego
ożywienia i energii, które nie wypływały z dobrego odżywiania się i mocnego snu, lecz
były przejawem demonicznej siły, zmuszającej go do popędzania siebie i innych.
  Nagle Kieron na nią spojrzał. Objął ją i popatrzył jej głęboko w oczy. Miała wrażenie,
że widzi ją po raz pierwszy od wielu dni.
  – Nie trap się, moja kochana. Niedługo wszystko będzie po twojej myśli... Pamiętasz,
jak byliśmy dziećmi? Kiedyś w lecie przyszliśmy ciepłym popołudniem tu do Udręki, i
leżeliśmy pod wielkim bukiem, a ja ci powiedziałem, że chcę latać.
Niepokój na twarzy Petriny zelżał.
– Pamiętam. Jabłka i śliwki. Za dużo zjadłam i bolał mnie brzuch.
Kieron się roześmiał.
– Jabłka, śliwki i szczęśliwy świat dzieciństwa.
Kentigern odchrząknął głośno.
– Nic tu po mnie. Pójdę lepiej. Kiedy chcesz wypróbować balon, Kieronie?
– Dziś po południu, kiedy coś zjem i porozmawiam z moją żoną – odpowiedział Kieron
nie patrząc na niego. – Dziś po południu będziecie świadkiem historycznego wydarzenia.
  Kentigern wycofał się, kaszląc i mrucząc coś pod nosem.
  – Jabłka i śliwki – mówił Kieron. – Oboje zjedliśmy za dużo... Czy pamiętasz, o czym
jeszcze rozmawialiśmy?
  Petrina uśmiechnęła się.
    –  Powiedziałam  ci,  że  matka  pytała  o  twoją  przyszłość  astrologa  Marcusa.  Rzekł,  że
będziesz wielkim mistrzem w swojej sztuce, a ja urodzę troje dzieci. – Westchnęła. – Ot,
nadzieje  i  marzenia  dzieciństwa.  A  teraz  żyjemy  w  świecie,  gdzie  to  nie  może  się
spełnić.
    –  Czyżby?  –  zawołał  Kieron  z  podnieceniem.  –  Naprawdę  nie  może?  Co  jeszcze
powiedział Marcus? Pamiętasz?
  Petrina zmarszczyła czoło.
  – Powiedział... Powiedział, że twoje największe  dzieło  będzie  przedstawiać  straszną
rybę, która zabija ludzi ogniem. Nic więcej nie pamiętam.
    –  A  więc,  uratujemy  reputację  astrologa  –  rzekł  Kieron.  Odwrócił  się  od  Petriny  i
chwycił  wielki  pędzel,  którym  nakładano  gorący  lepik  na  szwy  balonu.  Zanurzył  go  w
żelaznym kotle i zbliżył się do rozłożonego na trawie materiału.
  Szybko i sprawnie namalował na czubku balonu wielkie wyłupiaste oko. Znów zanurzył
pędzel i pod okiem dodał ogromną, przepastną paszczę z dwoma rzędami ostrych zębów.
Pociągnięcia pędzla były zwinne i pewne.

background image

Na drugim końcu balonu namalował duży czarny ogon.
– Oto moje największe dzieło, Petrino. Rekin, który płynie w powietrzu i pożera ludzi...
Daj mi teraz coś zjeść i chodźmy do łóżka. Dziś po południu wielka, śmiercionośna ryba
wzniesie się w niebo.

Rozdział dziesiąty

Kieron  obejrzał  paleniska,  upewnił  się,  że  węgiel  drzewny  żarzy  się  równomiernie.
Później  sprawdził,  czy  mężczyźni  i  kobiety,  którzy  mieli  trzymać  balon  podczas
napełniania  go  gorącym  powietrzem,  wiedzą  dokładnie,  co  mają  robić.  Wypróbował
sznury  łączące  balon  z  łódką.  Wreszcie  dał  sygnał,  żeby  otwory  w  powłoce  balonu
nakierować nad paleniska.
    Płaska  koperta  zaczęła  puchnąć.  Niebawem  podniosła  się  z  trawy.  Po  chwili  wisiała
już nad łódką, a paleniska pompowały w nią coraz więcej gorącego powietrza.
  Kieron i Alwin wskoczyli do łódki.
  – No, Alwinie?
  – No, Kieronie?
    –  Niedługo  popłyniemy  w  górę.  Jeżeli  nie  masz  serca  do  tego  wyczynu,  to  ostatnia
chwila, żeby się wycofać.
  – Powiedziałem już, co miałem do powiedzeniem. Ty też.
  – Więc dość o tym. Przekonajmy się, jak śmiercionośna ryba wznosi się w niebo. – Dał
znak mężczyznom trzymającym sznury uwiązane do dziobu i rufy łódki.
  Poluzowali. Balon wolno zaczął się wznosić.
  – Rozdmuchaj ogień w pierwszym palenisku! – krzyknął Kieron. – Mamy przechył.
Alwin  wziął  miech  i  oparłszy  go  o  rękę  bez  dłoni  wpompował  trochę  powietrza  do
pierwszego  paleniska.  Węgiel  drzewny  rozbłysnął  żarem  i  równowaga  cieplna  została
przywrócona.
  Łódka, w której na jednym końcu przycupnął Kieron a na drugim Alwin, między nimi
zaś  kołysała  się  lekko  metalowa  taca  z  czterema  paleniskami,  uniosła  się  nad  głowy
ludzi. Kieron kazał bardziej popuścić sznury i użył miechów, żeby podsycić żar w obu
paleniskach,  które  do  niego  należały.  Alwin  też  posłużył  się  swoim  miechem.  Kieron
poczuł nagle zryw.
  – Lecę! – krzyknął z tryumfem. – W końcu naprawdę lecę!
Niezgrabny  balon  jakby  ożył  i  wyrywał  się  niecierpliwie  sznurom,  które  trzymały  na
uwięzi zawieszoną u niego łódkę.
    Z  dołu  rozległ  się  wybuch  radości. Alwin  wychylił  się  i  patrzył  na  zwrócone  ku  nim
twarze.  Kieron  dał  znak,  żeby  jeszcze  poluzować  sznury.  Wolno,  majestatycznie  balon
wzniósł  się  ponad  wierzchołki  drzew  Udręki.  Teraz,  kiedy  znalazł  się  w  swoim
właściwym  żywiole,  w  tajemniczy  sposób  nabrał  lekkości  i  gracji.  Kieron  nakazał

background image

jeszcze popuścić liny. Balon był już ponad pięćdziesiąt metrów nad ziemią; kołysał się i
płynął  z  prądami  powietrza  jak  łódź  na  lekko  wzburzonym  morzu. Alwin,  pobladły  na
twarzy, spojrzał z niepokojem na Kierona.
  – Czy nie wznieśliśmy się już wystarczająco wysoko, i Kieronie? To naprawdę dość
przerażające.
Wiatr  porwał  jego  słowa.  Sznury  i  drewno  trzeszczały,  węgiel  drzewny  w  paleniskach
żarzył się złotym blaskiem.
    –  Popatrz  na  południe!  –  krzyknął  Kieron.  –  Popatrz  na  południe!  Tam  są  nasi
wrogowie.
  Powietrze było czyste, a Udręka nie leżała dalej niż dziewięć, dziesięć kilometrów od
morza.
Alwin  poszedł  za  wzrokiem  Kierona.  Zobaczył  morze,  daleki  horyzont,  słońce  i  nad
wodą  –  a  w  Little  Hampton  ujrzał  las  masztów  u  statków  stłoczonych  jak  dziecinne
zabawki na stawie.
  Zaśmiał się nerwowo.
  – Z tej odległości nie wyglądają tak groźnie. Nie będą też wyglądać groźnie, kiedy nad
nimi przepłyniemy i zrzucimy im ogień na pokład. Wyrządzimy im takie szkody, Alwinie,
że ludzie długo jeszcze będą mówić o tym z podziwem.
Alwin wzdrygnął się.
    –  Skąd  ta  pewność?  Jak  możesz  być  taki  pewny,  że  się  nam  powiedzie,  że  dobrze
wycelujemy, że ognia nie ugaszą, że nie zestrzelą balonu, lub choćby, że przelecimy dość
blisko statków?
  Kieron uśmiechnął się złowieszczo.
  – Ostatnio dużo rozmyślałem nad problemem, jak siać śmierć i zniszczenie. To nowa
sztuka,  której  się  uczę,  i  do  której,  jak  wiesz,  mam  niejaki  talent.  Jej  sekret  polega  na
zwracaniu  bacznej  uwagi  na  szczegóły.  Kiedy  budowałem  rekina  przestworzy,  tego
wspaniałego  potwora  wypełnionego  jedynie  gorącym  powietrzem,  myślałem  też  o  tym,
jak  zrzucać  stąd  ogień.  Bądź  spokojny, Alwinie,  jeżeli  zginiemy,  co  niewykluczone,  to
drogo sprzedamy swoje życie.
    Naraz  doszły  go  krzyki  z  dołu.  Spojrzał  na  ludzi  w  Udręce  i  zobaczył,  że  dwaj
mężczyźni, którzy trzymali łódkę na sznurach, oderwali się od ziemi. Wisieli na końcu lin
krzycząc coś błagalnie.
  Kieron znów się uśmiechnął.
  – Mamy doskonały udźwig, jak widzę. Lepszy, niż się spodziewałem. Będziemy więc
mogli  wziąć  większy  ładunek. Ale  teraz  wracamy  na  ziemię.  Zgaś  pierwsze  palenisko,
Alwinie,  a  ja  zajmę  się  czwartym.  W  ten  sposób  wrócimy  bez  przeszkód  do  naszych
przyjaciół.
    Wzięli  butelki  z  wodą  i  wylali  je  bardzo  wolno  na  jarzący  się  żar.  Gorąca  para
podniosła się z głośnym sykiem podrywając balon na chwilę jeszcze wyżej. Mężczyźni
zawieszeni u sznurów wrzasnęli z przerażenia.
Ale  kiedy  żar  przygasł,  rekin  przestworzy  zaczął  tracić  wysokość.  Powoli  i  równo

background image

opadał na ziemię. Kieron westchnął z żalem, gdy znów znalazł się poniżej wierzchołków
drzew. Po chwili z lekkim wstrząsem łódka osiadła na łące.
  Pierwszy podbiegł do nich Kentigern.
  – No cóż, Kieronie, jesteś zadowolony z balonu?
  – Jestem zadowolony.
  – I nadal uważasz, że możesz zawieźć nim materiały palne nad statki piratów?
  – Wiem, że mogę. Nawet więcej, niż myślałem.
  Kentigern westchnął z ulgą.
    –  To  dobrze,  nie  na  próżno  skazaliśmy  się  na  potępienie.  Kiedy  pracowałeś  nad
konstrukcją  tego  potwora,  inni  oddawali  się  bardziej  cywilizowanym  zajęciom.
Uwarzyli nam piwa, chodź, napijemy się za pomyślność twojej wyprawy.
  – Wy się napijcie – powiedział Kieron. – Ja mam jeszcze robotę.
  – Jaką robotę? Przecież balon jest gotowy.
    –  Chcę  wymyślić  najlepszy  sposób  na  zrzucanie  ognia.  Kiedy  już  spełnicie  toasty,
Kentigern,  wyślijcie  ludzi  po  baryłki  z  tranem,  flaszki,  bukłaki,  bele  słomy,  tłuszcz,
smołę, wszystko co się dobrze pali.
  – Działasz z pełnym poświęceniem, Kieronie.
  Kieron roześmiał się głucho.
  – Tak. Poświęciłem się sianiu zagłady.

Rozdział jedenasty

Dwa  dni  później  wiał  niezbyt  silny,  ale  stały  wiatr  północny.  Niebo  było  czyste,
niebieskie jak czaple jajo, wydmy leżały skąpane w spokojnym pięknie jesieni.
    Z  Udręki  wyruszył  dziwny  orszak.  Poprzedzani  kolumną  piechoty  pod  dowództwem
Liama jechali konno obok siebie Kentigern z Isidorem, ich konie sprzężono odwróconym
jarzmem  przechodzącym  im  pod  brzuchami.  W  środku  jarzma  tkwił  solidny  żelazny
pierścień,  przez  który  przewleczono  linę.  Lina  wznosiła  się  prosto  w  górę  do  kadłuba
łódki, która zwisała dziesięć metrów wyżej pod czaszą balonu.
  Kieron namalował na kadłubie nazwę: „Zemsta Alyx". Petrina rozpłakała się, kiedy to
zobaczyła. Ale zadbała, żeby Kieron nie widział jej łez.
    Pożegnali  się  już  godzinę  temu,  kiedy  Alwin  spowiadał  się  z  grzechów  bratu
Hildebrandowi,  który,  choć  wiernie  notował  wszystkie  heretyckie  czyny,  nie  widział
powodów,  czemu  miałby  nie  dać  rozgrzeszenia  okaleczonemu  chłopcu,  który  szedł  na
niemal pewną śmierć.
  – Będę cię zawsze kochała – powiedziała Petrina, wysuszywszy przedtem oczy, żeby
nie odbierać mężowi ducha.
  – I ja cię będę zawsze kochał.
  – Bardziej, niż kochałeś Alyx Fitzalan? – Jak tylko wypowiedziała te słowa, ugryzła się

background image

w język.
To nie był odpowiedni moment na wymówki. Kieron miał za chwilę ryzykować życiem.
Ale on się nie rozzłościł. Przytulił ją mocno i w obecności wielu ludzi położył jej rękę
na piersi.
  – Bardziej i pełniej, niż kochałem Alyx. – Uśmiechnął się, patrząc na balon, który już
wypełnił  się  gorącym  powietrzem  i  kołysał  się  niecierpliwie  na  uwięzi.  –  Ja
dostosowałem się do astrologa Marcusa malując rybę, która zgładzi ogniem ludzi. Mam
nadzieję, że przyjdzie czas, kiedy i ty wywiążesz się z przepowiedni i urodzisz mi troje
dzieci?
  Pocałowała go.
  – Proszę Ludda, żeby tak się stało. Wróć, Kieronie. Wróć.
  Potem on i Alwin usadowili się w „Zemście Alyx" sprawdzili cały dziwny ekwipunek,
który zalegał dno a nawet zwisał z haków po drugiej stronie burty. Upewniwszy się, że
zapasy  węgla  drzewnego,  butelki  z  wodą,  bukłaki  z  tranem,  sznury,  harpuny  i  ciasno
zwinięte  bele  słomy,  które  całą  noc  moczyły  się  w  oleju,  są  na  miejscu,  Kieron  dodał
paliwa do palenisk i użył miechów. „Zemsta Alyx" uniosła się wolno na cumie i balon
przeciągnięto  nad  dwa  niespokojne  konie.  Tam  przewleczono  sznur  przez  pierścień  na
jarzmie  i  zaciśnięto  węzeł,  po  czym  fantastyczna  karawana  ruszyła  przy
akompaniamencie  nerwowych  parskań  i  prychań  koni,  które  nie  mogły  zrozumieć,
dlaczego ich ciężar rwie się ku górze, co jest niezgodne z naturą.
  Plan Kierona polegał na tym, żeby Kentigern i Isidor przyciągnęli balon jak najbliżej
nawietrznej  strony  statków  w  Little  Hampton.  Kiedy  już  dotrą  do  odpowiedniego
miejsca,  z  którego  jego  zdaniem  wiatr  od  lądu  zaniesie  go  nad  okręty  pirackie,  sam
odwiąże linę cumującą „Zemstę Alyx" do jarzma między końmi. Potem wszystko zależeć
będzie od szczęścia, umiejętności i przeznaczenia. Kentigern, Isidor i żołnierze zostaną
na miejscu obserwując przebieg wypadków, gdyby zaś miano ich zaatakować, spróbują
wycofać się do Arundel i patrzeć przez lunetę.
Dziwna kawalkada przeszła przez miasto Arundel bez przeszkód, płosząc tylko szczury i
ptaki
morskie, krążące wokół rozkładających się trupów piratów, którzy zginęli od wozów z
ogniem.
Kiedy  „Zemsta Alyx"  mijała  zamek,  Kieron  i Alwin  znaleźli  się  tak  wysoko,  że  mogli
ponad  murami  zajrzeć  na  dziedziniec.  Ze  stosu  pogrzebowego  został  już  tylko  wielki
kopiec popiołu, który rozwiewały podmuchy wiatru.
  – Spoczywaj w pokoju, moja kochana – powiedział Kieron cicho. – Dzisiaj nadszedł
dzień zapłaty.
  Przez nikogo nie niepokojona kolumna zeszła ze wzgórza, przeszła przez most na rzece
Arun i skierowała się drogą do morza.
    Był  piękny  dzień  –  dzień  na  spacer  po  wydmach  i  podziwianie  przyrody.  Dzień  na
przejażdżkę konną, na malowanie albo mielenie ziarna, na wyklepanie lemiesza w kuźni.
Był  to  dzień  na  tworzenie,  a  nie  na  niweczenie.  A  jednak...  Jednak  czasem  trzeba

background image

najpierw coś obrócić wniwecz, żeby móc zacząć tworzyć...
    –  Jak  się  czujesz, Alwinie?  Czy  jest  ci  ciepło?  –  Kieron  kazał  mu  włożyć  baranicę,
wiedząc, że kiedy wzniosą się na sto lub więcej metrów w górę, zrobi się zimno.
  – Ciepło mi, Kieronie. A tobie?
  – Mnie też. Dzisiaj uderzymy w nich gromem z jasnego nieba.
Alwin zadrżał.
  – Na tę myśl mimo baranicy przechodzą mnie ciarki. Czy nam się uda?
  – Masz moje słowo. Jeżeli Kentigern i Isidor wystawią nas na dobry wiatr, masz moje
słowo.
  – A jeżeli nie?
  – Uderzymy innego dnia.
Ale  wszystko  szło  dobrze.  Wszystko  szło  dobrze,  aż  do  chwili  gdy  natknęli  się  na
pierwszy
z posterunków Admirała Śmierci, dwa kilometry od Little Hampton. Nie był zbyt liczny
–  dwunastu  ludzi,  nie  więcej.  Żołnierze  bezzwłocznie  na  nich  natarli.  Łuki  i  kusze
przeciw  muszkietom  i  kuszom.  Siedemnastu  mężczyzn  z  Arundel  padło,  nim  wybito
dwunastu piratów, którzy jeszcze zdążyli wysłać ostrzegawcze sygnały dymne.
  Kieron wychylił się i zawołał do Kentigerna:
    –  Zostało  nam  niewiele  czasu.  Zjedźcie  z  drogi  i  kierujcie  się  na  zachód.  Musimy
złapać dobry wiatr.
– Trzeba zająć się rannymi! – odkrzyknął Kentigern.
    –  Nie  ma  czasu.  Zjedźcie  z  drogi.  Zostawcie  kilku  mężczyzn,  jeśli  chcecie,  ale  sami
kierujcie się na zachód.
  – Do kroćset, Kieronie. Nie słyszysz ich jęków?
  – Słyszę. Jedźcie na zachód. Nie traćcie czasu.
  – Nie mogę.
  – To znaczy, że jesteście głupcem – powiedział Kieron. – Jeżeli zaraz nie skręcicie na
zachód,
spuszczę  na  was  ogień,  który  miałem  spuścić  na  piratów.  –  Zapalił  pochodnię  od
paleniska i zbliżył ją do jednej z bel nasyconych olejem, które zwisały po drugiej stronie
burty. Słyszycie, co mówię?
  – Słyszę. Niech cię wszyscy diabli, jeszcze się policzymy.
    –  Dzisiaj  policzymy  się  z  piratami  –  stwierdził  Kieron  ze  spokojem.  –  Jedźcie  na
zachód.
  Kentigern wydał rozkaz. Pozostali żołnierze – nie więcej niż siedmiu lub ośmiu – zajęli
się
rannymi  kolegami,  Kentigern  i  Isidor  zawrócili  konie  i  pocwałowali  spalonym
ścierniskiem. Na końcu pola stało wysokie ogrodzenie.
    –  Przeskoczcie  je!  –  zawołał  Kieron.  –  Balon  was  poderwie!  –  Dał  znak Alwinowi,
żeby  podmuchał  miechami  na  pierwsze  palenisko,  a  sam  rozjarzył  czwarte.  Konie,  na
których siedzieli Isidor i Kentigern, niemal jednocześnie wykonały prawie dwumetrowy

background image

skok i wylądowały szczęśliwie po drugiej stronie.
  Kieron i Alwin gotowali się powoli do startu. Kiedy Kentigern i Isidor wyjechali na
pole, balon i zawieszona pod nim łódka poczęły się rytmicznie kołysać, ale nie dawało
się  odczuć  żadnego  szarpania,  sznury  napinały  się  i  popuszczały,  poddając  się  ruchom
koni. Nawet przy dwumetrowym skoku aeronauci poczuli jedynie, że gładko się wznoszą
i gładko opadają.
  Kieron patrzył na statki w Little Hampton, oddalone wciąż o jakieś dwa kilometry, ale
dobrze widoczne, bo Kentigern i Isidor jechali wzdłuż linii brzegowej. Zobaczył, że do
rozbitego posterunku zbliża się grupa konnych.
    –  Pospieszcie  się!  –  zawołał  na  dół.  –  Piraci  wysłali  już  ludzi  na  koniach.  Szybko
wystawcie nas na dobry wiatr.
  Kentigern podniósł ku niemu czerwoną i rozeźloną twarz.
  – Jak daleko mamy jeszcze jechać, ty szaleńcze?
  – Zatrzymajcie się na środku sąsiedniego pola. Wypróbuję wiatr.
Następne ogrodzenie nie było tak wysokie. Konie wzięły je z łatwością.
Musimy  stanowić  najosobliwszy  widok,  jaki  kiedykolwiek  widziała  Brytania  –  myślał
Kieron
z  uniesieniem.  –  Dwóch  jeźdźców  ciągnących  balon,  niczym  monstrualny  latawiec;
balon,  z  którego  zwisa  łódka,  a  w  niej  dwóch  młodych  ludzi  i  ich  dziwna  broń  –
wszystko, co seniorat Arundel mógł wystawić przeciwko potędze Admirała Śmierci.
  Roześmiał się głośno. Alwin popatrzył na niego ze zdumieniem.
  – Co ci jest, Kieronie? Jeżeli przyszło ci do głowy coś wesołego, to powiedz i mnie.
Dużo dałbym za to, żeby móc się pośmiać.
  – Spójrz na te statki.
  – Patrzyłem. Są straszne.
  – A teraz popatrz na nas.
Alwin popatrzył. Na balon, na Kierona, na łódź i jej zawartość, na mężczyzn na koniach
w dole. I, rzecz dziwna, on też zaczął się śmiać.
    –  Kieronie,  przyjacielu,  byłeś  szalony,  że  wymyśliłeś  tę  wyprawę,  a  ja,  że  się
zgodziłem  wziąć  w  niej  udział.  Masz  rację,  jest  się  z  czego  śmiać.  Wyglądamy
absurdalnie.
  – Nie, wyglądamy wspaniale. Alwin westchnął.
  – Piękny dzień na umieranie.
  – Nie, przyjacielu, nie umrzemy. Piękny dzień na zagładę wroga.
  – Przeczuwam śmierć.
  – A ja przeczuwam zagładę.
–  No  co  tam,  gaduły  I  –  zawołał  z  dołu  Kentigern,  zatrzymując  konie.  –  Dobry  stąd
wiatr?
  Kieron puścił z łodzi kawałek papieru. Opadając na ziemię szybował w kierunku Little
Hampton, w kierunku skupiska masztów, ale nie w sam jego środek.
  – Zjedźcie na skraj pola, Kentigern.

background image

  Kentigern zaklął i dał ostrogę koniowi. Isidor jechał z nim równo łeb w łeb.
  Kieron znów rzucił skrawek papieru. Poleciał spory kawałek, zanim opadł na ziemię.
Oby tylko wiatr się utrzymał – modlił się w duchu Kieron. – Oby utrzymał się choć przez
pół godziny, nie musi dłużej.
  Zawołał do Kentigerna:
  – Jesteśmy na miejscu, Kentigern, dziękuję. Dziękuję wam za dzisiejszy dzień.
  Kentigern spojrzał w górę, osłonił oczy przed słońcem.
    –  Jesteś  głupcem,  Kieronie,  ale  nie  brak  ci  odwagi.  Nie  wiem,  czy  nosisz  znamię
wielkości, czy szaleństwa. Żegnaj.
  – Zaopiekujcie się Petriną, gdybym...
  Kentigern podniósł rękę.
  – Nic się nie bój, chłopcze. – A potem dodał dziwnie oficjalnym tonem: – Będzie dla
mnie jak córka, nie pozwolę jej skrzywdzić. Przysięgam.
  – Jestem wam bardzo wdzięczny. – Kieron dał znak Alwinowi i razem odwiązali sznur.
Balon wzniósł się.
  Isidor przyłożył ręce do ust.
  – Pomyślnych łowów, rekinie przestworzy! Zjedz dzisiaj jak najwięcej piratów!
    Balon  parł  w  górę,  naprężony  i  niecierpliwy  jak  żywa  istota.  Kieron  po  raz  ostatni
spojrzał  na  jeźdźców  w  dole  i  pomachał  im  ręką.  Wyglądali  jak  maleńkie  figurki
siedzące na maleńkich zwierzątkach. Wyglądali jak dziwne insekty, uwiązane do ziemi.
  Potem skierował uwagę na statki w Little Hampton. Statki, w których kierunku sunęła
wolno „Zemsta Alyx" w strasznej, niesamowitej ciszy.

Rozdział dwunasty

Przez  chwilę  zdawało  się,  że  cały  świat  zastygł  nieruchomo  i  tylko  balon  się  rusza  –
płynął spokojnie po niebie, wznosząc się wolno w górę. W oddali widniały stateczki jak
zabawki,  a  w  dole  uwiązane  do  ziemi  figurki  ludzi  na  koniach.  Kieron  poczuł  nagle
ogromny  przypływ  pewności  i  siły,  rozkoszował  się  ciszą,  płynnym  i  pięknym  lotem,
rozkoszował się wolnością w żywiole, do którego został stworzony. Alwin odezwał się
i czar prysł.
  – Dołożyć węgla drzewnego, Kieronie? – zapytał niespokojnie.
  Kieron powrócił do rzeczywistości. Stwierdził, że są już wysoko i ciągle się wznoszą;
lecieli  dość  wolno,  z  prędkością  równą  mniej  więcej  szybkiemu  marszowi.  Jeśli  nie
powieje  silniejszy  wiatr,  balon  dosięgnie  flotyllę Admirała  Śmierci  za  jakieś  dziesięć,
piętnaście minut.
    –  Nie, Alwinie.  Równowaga  cieplna  jest  w  porządku.  Spuśćmy  na  zewnątrz  główny
zestaw  harpunów.  Wyluzuj  około  dwudziestu  metrów  sznura  i  pospiesz  się.  Potem
sprawdź, czy twoje bele zapalne są gotowe do zrzucenia.

background image

  – Cztery harpuny, dwa od dziobu i dwa od rufy, zjechały na dół, sznury kołysały się na
wietrze,  żelazne  szpony  błyszczały  w  słońcu.  Kieron  chciał  użyć  ich  w  charakterze
tymczasowej  kotwicy  zaczepiając  się  nimi  o  statki,  Moje  bele  zapalne  są  gotowe,
Kieronie.
  – Moje też. Czy masz pod ręką pochodnię?
  – Leży u moich stóp... Boisz się?
    –  Tak,  boję  się.  Ale  też  przepełnia  mnie  szczęście.  Nie,  szczęście  to  niewłaściwe
słowo. Raczej zapał, tak, zapał.
  – Ja jestem w strasznym strachu. Powinieneś był wybrać kogoś odważniejszego.
  Kieron uśmiechnął się.
    –  Wybrałem,  kogo  należało...  Obcięli  ci  rękę, Alwinie.  Zadali  nieopisane  cierpienia
naszym bliskim. Pamiętaj o tym.
– Dodajesz mi siły.
–  I  bez  tego  jesteś  silny.  Dzisiaj  policzymy  się  z  nimi  za  wszystko.  Czy  czujesz  się
lepiej?
– Czuję się jak bóg.
Kieron roześmiał się.
–  Rzeczywiście  jesteśmy  niczym  bogowie.  Ludzie  uderzają  z  ziemi  albo  z  morza.  My
uderzamy z powietrza.
    Balon  nieubłaganie  zbliżał  się  do  floty  w  Little  Hampton.  Kieron  zobaczył  ożywiony
ruch na pokładach statków. U luf dział pokładowych pokazały się obłoki dymu, ale nie
dało się podnieść ich tak wysoko, żeby dosięgnąć balonu.
  – Widzisz – powiedział Kieron – wpadli w panikę, marnują proch armatni.
  – Zaraz znajdziemy się w zasięgu ich muszkietów.
  – To podnieśmy się w górę. Popatrzmy sobie, jak strzelają do słońca.
  Dołożyli węgla drzewnego do palenisk, użyli miechów. Balon podskoczył.
Teraz skupisko statków było już oddalone nie więcej niż o sto metrów. Kieron obliczył
szybkość
wznoszenia się, szybkość lotu.
  – Opuść harpuny jeszcze jakieś piętnaście metrów.
  – Zrobione.
  – Przygotuj się do akcji.
  – Kieron?
  – Tak, Alwinie?
  – Niech cię Ludd błogosławi, że dałeś mi tą szansę.
  – Już ani słowa. Rób tylko to, co mówię. Zaraz spalimy to robactwo.
    Dwa  harpuny  zaczepiły  o  takielunek  statku  stojącego  pomiędzy  innymi. Ale  powiew
wiatru zniósł „Zemstę Alyx" na bok, i pod nimi była tylko woda.
    –  Ciągnij  za  linę  harpuna!  –  krzyknął  Kieron.  –  Musimy  znaleźć  się  nad  pokładem.
Alwin ciągnął jedną linę. Kieron drugą, ale wiatr był za silny.
  – Ugaś część pierwszego paleniska, a ja zajmę się czwartym.

background image

Wzięli  butelki  z  wodą  i  ostrożnie  polali  żar.  Gorąca  para  podniosła  ich  na  chwilę
jeszcze wyżej,
ale już po kilku sekundach mogli przyciągnąć liny harpunów. Tymczasem piraci zaczęli
się  wspinać  na  maszty,  a  inni  stojąc  na  pokładzie  strzelali  z  muszkietów  do  rekina
przestworzy.
    Kieron  spojrzał  w  dół  i  zobaczył  mężczyzn  na  masztach,  którzy  usiłowali  odczepić
harpuny, i mężczyzn na pokładzie, którzy strzelali z muszkietów. Niewiele go to obeszło.
„Zemsta Alyx" była teraz dokładnie nad statkiem, który zaatakowała.
  – Dwie bele zapalne! – krzyknął Kieron ochrypłym głosem. – Ja też zrzucam dwie.
  Przyłożyli pochodnie do palenisk i podpalili po dwie bele nasiąknięte tranem zdjąwszy
je uprzednio z haków.
    Z  deszczem  iskier,  płomieni  i  tranu  bele  spadły  na  pokład,  a  jeden  z  ognistych
pocisków Alwina strącił z masztu i porwał ze sobą dwóch piratów. Ich wrzask ucichł,
gdy z głuchym odgłosem walnęli o pokład, jeden prosto w płomienie.
  Ciasno związane bele pękły przy uderzeniu i płonące szczątki rozsypały się po całym
pokładzie.  Buchnął  dym;  piraci  cofnęli  się  w  panice,  ale  znaleźli  się  i  tacy,  którzy
zaczęli  już  podawać  sobie  kubły  z  wodą,  żeby  ugasić  pożar.  Kieron  w  ślad  za  belami
posłał  dwa  bukłaki  tranu.  Wycelował  dobrze.  Jeden  bukłak  pękł  pośród  płomieni,  a
gorące strumyczki rozpełzły się po pokładzie. Paru piratów, których ubrania zaczęły się
palić,  wyskoczyło  za  burtę.  Drugi  bukłak  wybuchł  przy  otwartym  luku,  posyłając
strumień ognia w głąb statku.
  Na dole rozpętało się pandemonium. Nikt już nie usiłował zestrzelić latającego rekina.
Piraci  byli  zajęci  gaszeniem  szalejących  płomieni  i  ratowaniem  własnej  skóry.  Coraz
więcej ludzi wyskakiwało za burtę.
    Kieron  widząc,  co  się  dzieje,  z  zadowoleniem  stwierdził,  że  los  tego  statku  jest  już
przesądzony.  Teraz  trzeba  było  pomyśleć  o  bezpieczeństwie  „Zemsty Alyx".  Ogień  tak
się rozszalał, że wyrzucał w górę płonące źdźbła słomy. Byłoby absurdem, gdyby balon
zginął od własnej broni.
–  Puszczamy  harpuny!  –  krzyknął  do  Alwina.  –  Kiedy  się  oswobodzimy,  użyjemy
następnych.
Wiatr da nam jeszcze jeden statek.
    Balon,  spuszczony  z  uwięzi,  podskoczył  w  górę.  „Zemsta Alyx",  pozbawiona  części
balastu,  zyskała  na  nośności.  Uciekła  w  niebo  od  płonącego  statku  jak  uwolniony  ptak.
Kieron i Alwin musieli zupełnie wygasić dwa paleniska, żeby obniżyć balon do poziomu
masztów następnego statku.
    Mieli  już  tylko  dwa  harpuny.  Najbliższy  statek  był  oddalony  o  sto  metrów  i  leżał
dokładnie  w  linii  wiatru.  Była  to  największa  jednostka  całej  flotylli.  Wisiała  na  niej
bandera ze złoconym wizerunkiem trupiej czaszki. Kieron poczuł przypływ radości. Ten
drugi  statek,  jedyny  jaki  jeszcze  mogli  zaatakować,  to  statek  flagowy.  Modlił  się,  żeby
Admirał Śmierć był na pokładzie.
  Balon zbliżył się do niego pośród gradu kul. Kule z muszkietów waliły w kadłub łódki i

background image

napiętą powłokę płótna, ale żadna nie trafiła Alwina ani Kierona. Dwa harpuny huśtały
się  złowrogo  na  wietrze.  Jeden  zaczepił  się  już  o  maszt.  „Zemsta Alyx"  zakołysała  się
gwałtownie.
  Załoga statku flagowego zdążyła się nauczyć co nieco na przykładzie losu towarzyszy.
Wielu uzbrojonych mężczyzn wspinało się już na maszt. Niektórzy przystawali, żeby bez
większej nadziei wystrzelić z broni ręcznej do dwóch napastników, którzy bujali się w
kruchym  pojeździe  trzydzieści  metrów  nad  nimi;  inni,  inteligentniejsi,  próbowali
dosięgnąć harpuna i odciąć go, zanim spadną następne.
  Kieron widział, że mają niewiele czasu.
  – Bele! – krzyknął. – Zrzuć wszystkie bele! Celuj w tych, co są najwyżej.
Alwin  dojrzał  niebezpieczeństwo  i  w  lot  je  zrozumiał.  Podłożyli  pochodnie  do
pozostałych  sześciu  beli  i  zrzucili  je.  Alwin  dobrze  celował.  Miał  do  tego  dar.  Jego
pierwsza bela ześliznęła się po maszcie, zostawiając za sobą płonącą słomę, od której
zajął się takielunek, i zmuszając dwóch mężczyzn do skoku w morze. Druga bela trafiła
pirata,  który  niemal  dosięgnął  już  harpuna.  Spadli  razem  na  pokład  w  unii  ognia  i
śmierci.  Dwie  pierwsze  bele  Kierona  były  rzucone  mniej  szczęśliwą  ręką:  jedna  w
ogóle  ominęła  statek,  bo  „Zemsta  Alyx  zakołysała  się  akurat  na  wietrze,  a  druga
wprawdzie  spadła  na  pokład,  ale  ogień  nie  buchnął,  może  płomienie  zgasły,  kiedy
leciała w powietrzu.
Alwin  posłał  w  dół  swoją  trzecią  belę  i  z  radością  ujrzał,  jak  wspomaga  ogień
wzniecony przez pierwszą. Roześmiał się głośno z uciechy. Podobnie jak na pierwszym
zaatakowanym statku i tu co słabsi duchem zaczęli już opuszczać pokład.
  Kieron też zrzucił swoją trzecią belę. Poleciała w dobrym kierunku, lecz nie wiedzieć
czemu, znów nie dostrzegł wybuchu ognia na pokładzie. Może zakryły go obłoki dymu, a
może wpadła wprost do środka przez otwarty luk czy schodnię.
Alwin wręcz skakał z radości. Kieron zobaczył, że maszt płonie i wkrótce spali się lina
harpuna.
  – Bukłaki! – krzyknął. – Dawaj bukłaki z tranem!!
  Nie tak wiele ich zostało. Kieron zaczął wyrzucać jak najszybciej jeden po drugim, nie
patrząc,  gdzie  padają.  Na  pokładzie  statku  szalało  już  piekło  płomieni. Alwin  albo  nie
usłyszał polecenia Kierona, albo już o nic nie dbał. Stał w małej łódce – rzecz wielce
niebezpieczna – i trzymał się jednego ze sznurów łączących ją z balonem.
    –  Siadaj!  –  krzyknął  Kieron. Alwin  nie  zareagował.  Jego  twarz  jaśniała  szczęściem.
Wymachiwał dumnie kikutem i wykrzykiwał coś do piratów.
  Nagle Kieron poczuł gwałtowne szarpnięcie – harpun spadł z płonącego masztu. Balon
wzbił się w niebo. Niemal w tej samej chwili w dole nastąpiła ogłuszająca eksplozja i
statek  wyleciał  w  powietrze.  Najwidoczniej  ogień  dotarł  do  magazynu  prochu.  Siła
wybuchu i nośność balonu pozbawionego już balastu sprawiły, że wystrzelił on w górę
niczym korek od szampana.
Alwin  wydał  tryumfalny  okrzyk  i  zdało  się,  że  chce  podskoczyć  aż  do  nieba.  Przez
ułamek  sekundy  Kieron  widział  go,  jak  wisi  rozpostarty  nieruchomo  w  powietrzu,  z

background image

wyrazem  wielkiego  szczęścia  na  twarzy.  Po  czym  runął  w  dół,  a  Kieron  stracił
równowagę. I nikt już więcej nie ujrzał Alwina, terminatora młynarza.
Mimo wszystko, gdy Kieron leżał rozciągnięty na dnie kruchej łupinki, czepiając się jej
w  walce  o  życie,  przytomność  umysłu  go  nie  opuściła.  Spojrzał  w  górę  i  zauważył,  że
siła  eksplozji  nadpaliła  tu  i  ówdzie  powłokę  balonu.  Ale  dziurki  na  razie  były
niewielkie.
    Wkrótce  balon  wyrównał  lot.  Kieron  podniósł  się  na  kolana  i  zerknął  ostrożnie  za
burtę.  Widok  wstrzymał  mu  oddech  w  piersiach.  Nigdy  jeszcze  nie  czuł  tak  nabożnego
podziwu,  takiego  podniecenia.  Musiał  być  co  najmniej  pięćset  metrów  nad  wodą.  W
dole,  jak  dziecinne  okręciki  przy  brzegu  ogromnego  jeziora,  majaczyły  statki  pirackie.
Naliczył  ich  jedenaście  –  z  czego  cztery  płonęły!  Wybuch  musiał  przenieść  ogień  na
dwie sąsiednie jednostki. Dym pokrywał wszystko grubym całunem, ale widać było, że
trzy z palących się statków są już nie do uratowania.
  Z tej wysokości wydarzenia w dole wyglądały jak w zwolnionym tempie. Nie bacząc
na  własne  bezpieczeństwo  i  na  równowagę  łódki,  Kieron  uważnie  wpatrywał  się  w
skutki swojego ataku. Było to warte zapamiętania – niezależnie od tego, ile mu jeszcze
zostało życia.
    Po  chwili  zauważył,  że  najbardziej  zdewastowany  statek,  a  właściwie  płonący  wrak,
najpewniej  resztka  tego,  który  wyleciał  w  powietrze,  dryfuje  z  prądem  po  morzu.
Widocznie  wybuch  zerwał  go  z  cumy. A  teraz,  niewątpliwie  za  sprawą  prądu  z  ujścia
rzeki Arun, znosiło go wprost na dwa inne statki, dotąd nieuszkodzone.
    Nawet  z  tej  wysokości  –  a  balon  wciąż  się  wznosił  –  Kieron  widział  gorączkową
bieganinę  po  pokładach  i  wokół  masztów,  gdyż  żeglarze  zagrożonych  statków
rozpaczliwie usiłowali wyciągnąć kotwicę i postawić żagle, żeby ujść przed katastrofą.
  Kieron patrzył i serce rosło mu z dumy na widok zniszczenia, jakie posiał, gdy wtem
chmura  dymu  przesłoniła  jeden  z  płonących  statków,  a  wokół  posypały  się,  kawałki
drewna i takielunku. Odgłos wybuchu dotarł do niego później, przygłuszony odległością,
lecz i tak brzmiący jak najsłodsza muzyka.
  Na moment Kieron zapomniał o swoim ciężkim położeniu.
  – Widzisz, Alwinie? – zawołał. – Czy nie dotrzymałem słowa? – Ale w chwili, gdy to
wypowiedział, zdał sobie prawe, że nie ma już Alwina, żeby mu przytaknąć. – Trudno,
mój  przyjacielu,  mój  bracie.  Widziałem  wyraz  swojej  twarzy,  byłeś  szczęśliwy.
Spoczywaj w pokoju. Sprawiliśmy im sądny dzień. Pewno niedługo połączę się z tobą.
  Jeden ze statków stojących na drodze gorejącego wraku nie zdążył ujść w porę. Ziejący
śmiercią i ogniem kadłub wyrżnął go w sam środek.
  – Widzisz, Alwinie – ciągnął dalej niemądrze Kieron, wiedząc doskonale, że Alwin go
już nie słyszy, ale czując przemożną potrzebę mówienia – ich szkody rosną. Z jedenastu
statków  rozgromiliśmy  pięć.  My,  dwaj  biedni  terminatorzy,  dokonaliśmy  więcej,  niż
tysiąc  uzbrojonych  mężczyzn  mogłoby  zdziałać  na  lądzie.  Czyż  nie  obiecałem  ci,  że
będziesz żyć wiecznie?
    I  wtedy  przyszły  łzy.  W  podniebnej  samotności  Kieron  nie  wstydził  się  płakać  jak

background image

dziecko. Mógł sobie teraz pozwolić na taki mały luksus. Nikt się nigdy o tym nie dowie.
I tak wkrótce z pewnością utonie – nie znał się zupełnie na sztuce żeglowania łódką na
pełnym morzu – ale, jak powiedział Alwin, był to piękny dzień na umieranie.
  – Matko, ojcze – łkał – przepraszam was, że nie zostałem wielkim malarzem, jak tego
pragnęliście...  Mistrzu  Hobarcie,  który  mnie  tak  kochałeś,  nie  żałuj,  że  porzuciłem
pędzel  i  farby.  „Skok  panienki  Fitzalan"  to  twoje  dzieło.  Ja  byłem  tylko  przedłużeniem
twojej ręki, użyczyłem ci lepszych oczu... Alyx droga, obroniłbym cię, gdybym mógł. Wy
wszyscy,  których  kochałem,  jeśli  istnieje  życie  pozaziemskie,  w  co,  może  niesłusznie,
wątpię,  spójrzcie  tylko,  czego  dokonałem...  Petrino,  moja  żono,  nosisz  w  sobie  nasze
dziecko  i  modlę  się,  aby  szczęśliwie  przyszło  na  świat.  Mam  nadzieję,  że  będziesz
myśleć o dniu dzisiejszym z dumą.
    Kieron  był  śmiertelnie  znużony.  Dni  i  noce  ciężkiej  pracy  i  wysiłku  umysłowego,
uniesienie,  jakie  czuł  zrzucając  deszcz  ognia  na  piratów,  smutek  po  śmierci Alwina  –
wszystko to do cna go wyczerpało. Nie potrafił zebrać myśli ani zmusić się do działania.
Położył  się  na  wznak  w  „Zemście Alyx"  i  zamknął  oczy.  Życie  to  i  tak  nic  więcej  jak
krótka  podróż  z  ciemności  w  ciemność  –  myślał  sennie.  Miał  szczęście,  wielkie
szczęście, że dane mu było zakosztować miłości pięknych kobiet, namalować wspaniały
obraz, zbudować balon i popłynąć nim po niebie jak bóg, niosąc śmierć tym, którzy żyli
ze  śmierci.  Tak,  miał  dużo  szczęścia  jak  na  ubogiego,  niespełna  osiemnastoletniego
młodzieńca. Wyraz błogiego spokoju spłynął mu na twarz, gdy zapadł w sen.

Rozdział trzynasty

Dwa  paleniska  wciąż  się  żarzyły  i  rekin  przestworzy,  pozbywszy  się  niemal  całego
ciężaru,  nieustannie  się  wznosił.  Kieron  pogrążony  w  głębokim  śnie  lub  też
nieprzytomny, nie zdawał sobie sprawy, że balon jest już niemal dwa tysiące metrów nad
poziomem  morza.  Przebił  się  przez  cienką  warstwę  chmur,  zraszając  mu  twarz,  ręce  i
włosy, i poszybował dalej ku słońcu.
    Chłód  rosy  obudził  Kierona.  Otworzył  oczy  i  znalazł  się  nad  złotymi  wierzchołkami
obłoków,  w  królestwie  nieopisanego  piękna  Spojrzał  w  dół  na  wysepki  chmur.
Wyglądały  tak  solidnie,  jakby  można  było  po  nich  chodzić.  Widok,  jaki  się  przed  nim
roztaczał, zapierał mu dech w piersiach.
    –  Zapewne  od  wieków  nikt  z  ludzi  nie  oglądał  czegoś  podobnego  z  maszyny
powietrznej – powiedział na głos. – Być może jestem pierwszym człowiekiem Trzeciej
Generacji,  który  patrzy  w  dół  na  chmury  i  podziwia  ich  piękno.  Spełniły  się  moje
marzenia.
Ale  węgiel  drzewny  żarzył  się  już  coraz  słabiej,  a  dziury  w  powłoce  wypuszczały
gorące powietrze. Kieronowi dana była tylko chwila ekstazy, nim balon zaczął opadać z
powrotem poprzez warstwę chmur. Patrzył zafascynowany, jak zamyka się wokół niego

background image

biała mgła, a dogasający żar syczy i skwierczy pod wpływem wilgoci. Balon opuszczał
się  wolno,  jakby  niechętnie  kończył  swój  wielki  lot.  Sflaczała  powłoka  trzepotała
głośno,  dziury  robiły  się  coraz  większe.  Kieron  patrzył  posępnie  na  morze.  Było  lekko
wzburzone, ale nie aż tak, żeby zatopić łódkę. Rozejrzał się w poszukiwaniu lądu, lecz
go nigdzie nie dojrzał. Może mimo wszystko Alwina spotkała lepsza, bo szybka śmierć.
Kieron nigdy nie miał nic wspólnego z morzem i mimo że było stosunkowo spokojne, nie
widział dla siebie większych szans.
  „Zemsta Alyx" twardo uderzyła o wodę. Przez moment powłoka balonu falowała wokół
niego,  napierając  ze  wszystkich  stron,  jakby  rekin  jeszcze  w  agonii  usiłował  pożreć
kolejną ofiarę. Gorące węgielki spadły mu na nogi, byłby krzyknął z bólu, lecz nagrzane
płótno i przepalony papier przylgnęły mu do twarzy, jakby go chciały udusić.
  Zaraz jednak pozbawiony balastu, poszarpany balon spróbował wznieść się raz jeszcze.
Kieron  szybko  odczepił  sznury  z  haków.  Trzepocząc  głośno  i  samobójczo,  balon
wzleciał z trudem jak ranny ptak, zakręcił się niepewnie, przewrócił się na bok i spadł
do morza. Zanim poszedł pod wodę, Kieron zobaczył raz jeszcze wyłupiaste oczy i pełną
zębów  paszczę,  które  namalował.  Uśmiechnął  się  znów  na  wspomnienie  przepowiedni
astrologa, na wspomnienie tego dnia, dawno temu, kiedy cały świat, zda się, był młody.
A teraz był sam na otwartym morzu; nie miał siły, żywności ani nadziei. Dziwne, że nie
pomyślał o zaopatrzeniu łodzi w żywność, tym bardziej iż nie zapomniał o parze lekkich
wioseł.  Niedługo  można  wiosłować  o  pustym  żołądku.  Może  od  razu  wiedział,  że  nie
będzie mu się chciało długo wiosłować.
    Teraz,  kiedy  już  było  po  wszystkim,  czuł  się  jeszcze  bardziej  zmęczony.  Odpocznę
sobie – pomyślał. – Położę się, zamknę oczy, powspominam wszystko, co się zdarzyło, i
przyjdzie  mi  pogodzić  się  z  losem.  Prędzej  czy  później  pochłonie  mnie  morze.  I  taki
będzie koniec „Kierona z głową w chmurach".
  Ułożył się na dnie łódki, jak mógł najwygodniej, naciągając na siebie wszystkie swoje
rzeczy.  Fale  kołysały  go  delikatnie  i  kojąco.  Przypomniało  mu  się  pewne  lato  z
dzieciństwa,  kiedy  ojciec  zrobił  mu  hamak  i  powiesił  go  między  dwiema  jabłoniami.
Kołysał się wtedy na nim z zamkniętymi oczami, wyobrażając sobie, że jest tajemniczym
i wszechwładnym panem przestworzy.
    –  No  cóż,  przez  krótką  chwilę  byłem  panem  przestworzy  –  szepnął  do  siebie.  –
Przynajmniej tyle udało mi się osiągnąć.

Rozdział czternasty

–  Comment  vous  appelez-vous?  –  Obudził  się  z  mieczem  przy  piersi.  Kieron  chciał
sięgnąć  po  własny  miecz,  który  cały  czas  leżał  u  jego  boku,  ale  go  nie  znalazł.  Poczuł
naglące ukłucie, więc nie ruszając się, próbował zebrać myśli.
    –  Je  m'appele  Kieron.  Je  suis  anglais.  –  Swoją  ubogą  znajomość  francuszczyzny

background image

zawdzięczał przygodnym „matelotom", którzy nieraz zaglądali do Arundel. Zdawał sobie
sprawę, że nie starczy jej na długo.
  – Alors... Vous connaissez l'Amiral Mort?
  – Oui. Je le connais.
  – Vous etes ami ou ennemi?
  Odpowiedź oznaczała śmierć albo życie! Ale Kieron nie dbał już o nic.
  – Je suis l'ennemi d'Amiral Mort. Parlez-vous anglais? W półmroku rozległ się śmiech.
Kieron odwrócił głowę od huśtającej się latarni, która go oślepiała, i zobaczył, że niebo,
na którym jaśniał wielki księżyc, jest pełne gwiazd. Latarnia wisiała mu nad głową, ale
nie patrzył na nią,
skoncentrował całą uwagę na pięknie nocy. Jeżeli mają go zabić, cios zaraz spadnie.
    –  Un  petit  peu  –  powiedział  nieznajomy.  –  Mówię  trochę  po  angielsku...  Może  pan
wstać?
  – Chyba tak.
  – Bon. Prosimy na nasz statek. Widzi pan tę drabinę sznurową?
  – Tak.
  – Może pan po niej wejść?
  – Tak. Gdzie mój miecz?
  – Spokojnie, ja go mam. Chodźmy. Przycumowaliśmy już pańską łódkę.
    Kieron  wszedł  na  pokład  stateczku,  który  wyglądał  jak  niewielka  łódź  rybacka.
Latarnię  wciąż  trzymano  mu  nad  głową.  Teraz,  kiedy  jej  światło  już  go  nie  oślepiało  i
kiedy przyszedł trochę do siebie, widział wszystko wyraźnie przy blasku księżyca. Tak,
to  zapewne  łódź  rybacka  –  albo  jeden  ze  statków  dostawczych Admirała  Śmierci.  To
dziwne, że Francuzi od razu o niego spytali...
  – Jesteście rybakami?
  – Comment?
  – Rybacy. Tacy, co łowią ryby w morzu.
    –  Aaa,  pecheurs!  –  Znów  rozległ  się  śmiech.  –  Tak,  monsieur  Kieron,  można
powiedzieć, że jesteśmy rybakami. To taki żart. Dobry żart.
    Kieron  rozejrzał  się.  Łódź  była  rzeczywiście  niewielka,  całą  załogę  mogło  stanowić
czterech,  najwięcej  pięciu  mężczyzn.  Jeden  stał  przy  sterze,  drugi  trzymał  latarnię,  a
trzecim  był  jego  obecny  rozmówca.  Mówił  władczym  tonem  i  nosił  się  władczo.
Zapewne on tu jest kapitanem.
    Kieron  przyjrzał  mu  się  w  świetle  księżyca.  Miał  długą  gęstą  brodę,  ale  wyglądał
młodo  i  miał  młody  głos.  Kieron  żałował,  że  jego  miecz  spoczywa  teraz  w  ręce
francuskiego kapitana. Ta myśl była irytująca.
  – Jeżeli chcecie mnie zabić, zróbcie to od razu. Nie będę się bawić w kotka i myszkę.
Miałem dobry dzień i jestem szczęśliwy.
  – Monsieur Kieron! Kto tu mówi o zabijaniu? Znaleźliśmy pana, heureusement, na pana
szczęście,  dzięki  temu,  że  Etienne  dobrze  widzi  w  ciemności.  Znaleźliśmy  pana,  jak
mówię, dryfującego w małej łódce. Był już pan i tak bliski śmierci.

background image

  Kieron nie znalazł na to odpowiedzi.
  – Ale muszę zadać panu parę pytań, monsieur. Skąd mogę wiedzieć, czy nie jest pan,
jak to powiedzieć?... un homme dangereux, un felon, un pirate...
    –  Nie  rozumiem,  monsieur  –  powiedział  Kieron  ze  znużeniem.  –  Jestem  Kieron,  syn
stolarza,  z  senioratu  Arundel  na  wyspie  brytyjskiej.  Znaleźliście  mnie  dryfującego  w
łódce  na  morzu,  bo  wyrządziłem  dziś  wiele  szkód  flocie  Admirała  Śmierci.
Skonstruowałem  balon  i  uderzyłem  na  piratów  z  powietrza.  Dobrze  to  popamiętają. A
teraz zróbcie ze mną, co chcecie.
    –  Un  ballon!  –  wykrzyknął  Francuz  z  przejęciem.  –  Vous  etes  l'homme  du  ballon?
Magnifique!  Monsieur,  proszę  mi  wybaczyć.  Jestem  Jean  Baptiste  Girod,  kapitan
„Marie-France"
z Arromanches. Robiliśmy rekonesans sił Admirała Śmierci. My we Francji wiemy, że
to  zły  człowiek,  bardzo  zły,  i  że  zajął  część  wybrzeża  brytyjskiego.  Chcieliśmy  poznać
jego  plany.  Dziś  zobaczyliśmy  cudowną  rzecz.  Trzymaliśmy  się  z  daleka,  pan  rozumie.
Ale mieliśmy teleskop... I zobaczyliśmy tę rzecz dans le ciel. Zrzucała feu, ogień. Quatre
ou cinq vaisseaux sont finis.
Merveilleux! Henri, Claude, voici l'homme du ballon! Gdzie jest le vin?
Kieron  był  oszołomiony.  Mężczyźni  nagle  zaczęli  go  ściskać  za  rękę,  poklepywać  po
plecach.
–  Monsieur  Kieron  –  powiedział  kapitan  Girod  –  proszę  mi  wybaczyć.  Zwracam  panu
miecz.
Jesteśmy zaszczyceni pańską obecnością na pokładzie „Marie-France".
  Kieron wziął miecz. Poczuł się lepiej mając go w dłoni.
  – Messieurs – powiedział kapitan Girod – je vous present un homme de vaillance. Pana
zdrowie, monsieur Kieron.
    Jak  za  dotknięciem  różdżki  czarodziejskiej  na  stole  pojawiło  się  wino  i  szklanki,
przyniesione  z  dołu  przez  czwartego  mężczyznę.  Francuzi  podnieśli  szklanki  i  spełnili
toast.
  Kieron też podniósł swoją szklankę.
  – Monsieur le capitaine, dziękuję za uratowanie mi życia.
  – Monsieur Kieron, cała przyjemność po mojej stronie. Będę miał o czym opowiadać
przez długie lata.
    Wino  było  doskonałe.  Nim  Kieron  zdążył  opróżnić  szklankę,  już  mu  ją  hojnie
uzupełniono.  Pił  czerwone  francuskie  wino  i  czuł,  jak  ciepło  rozlewa  mu  się  po
kościach.
  – Kapitanie Girod – powiedział nieco bełkotliwie – czy może mnie pan wysadzić na
wybrzeżu brytyjskim?
  – Monsieur Kieron, gdzie tylko pan zechce. – Roześmiał się. – Dla pana, przyjacielu,
gotów jestem przeprowadzić „Marie-France" choćby pod obstrzałem Admirała Śmierci.
  Kieron uśmiechnął się lekko.
  – Nie trzeba. Chciałbym wysiąść na brzegu jakieś dwa lub trzy kilometry na wschód od

background image

Little Hampton.
  – Chodźmy na dół, monsieur, tam jest jasno i ciepło. Pan się napije jeszcze wina, a ja
przestudiuję mapy... Jesteśmy wiele kilometrów od lądu, rozumie pan. To zajmie trochę
czasu. Wydaje mi się, że nie powinien pan wysiadać po nocy. To może być dangereus,
niebezpieczne.
  – Niebezpieczeństwo nie jest mi obce.
  – Pardon. Je suis un fou. Monsieur, zejdźmy na dół. Odpocznie pan.
  – Kapitanie, wolałbym zostać chwilę na pokładzie. Chciałbym popatrzeć na gwiazdy.
  – Ach, gwiazdy! – Kapitan Girod potrząsnął głową z niedowierzaniem. – Niech się pan
czuje jak u siebie, monsieur. Excusez-moi.
  Kieron stał i patrzył no niebo. Było naprawdę bardzo piękne. Nigdy dotąd nie zdawał
sobie  w  pełni  sprawy,  jak  piękne  są  te  odległe  punkciki  światła,  zawieszone  w
nieznanym, które ludzie zwą firmamentem.
  Nagle zaczął się śmiać. Zaczął się śmiać, bo właśnie odkrył, że własny los nie jest mu
już  obojętny.  Jeszcze  niedawno  było  mu  wszystko  jedno,  czy  umrze,  czy  będzie  żyć.
Teraz  wiedział,  że  bardzo  chce  żyć.  Chce  patrzeć  na  niebo  w  pogodną  noc.  Chce
budować balony i inne maszyny powietrzne. Chce trzymać Petrinę w ramionach i kochać
się z nią. Patrzeć, jak rośnie jego syn... Żyć... Tworzyć i pamiętać... Cierpieć i cieszyć
się... Żyć!
  Śmiał się głośno i nieopanowanie. Może to wino tak podziałało – pomyślał, czując żar
w  piersi.  Nie  jestem  przyzwyczajony  do  francuskiego  wina.  Ale  wiedział,  że  to  nie
wino.  To  jest...  to  jest...  Cóż  to  jest?  Siła  życia!  Oto  najlepsze  określenie.  Właśnie  je
wynalazł.  Siła  życia.  Ta  siła,  która  wyciąga  z  ziemi  plony  i  kwiaty,  daje  płodność
kobietom i sprawia, że mężczyźni – niektórzy mężczyźni – podnoszą oczy ku gwiazdom.
  – Pewnego dnia – powiedział Kieron patrząc na Syriusza, najjaśniejszą ze wszystkich
gwiazd  –  dzieci  moich  dzieci  spróbują  do  ciebie  dotrzeć.  Niech  ci  się  nie  wydaje,  że
jesteś poza zasięgiem człowieka.
  Znów się roześmiał na myśl, jak to mały francuski stateczek znalazł go pośrodku morza,
jak przypadek uratował go od śmierci.
    –  Na  Młotek  Świętego  Chłopca!  –  chichotał.  –  Astrolog  Marcus  jeszcze  zawstydzi
wszystkich niedowiarków!
    Kapitan  Girod  siedząc  w  kabinie  nad  mapami  słyszał  te  dzikie  wybuchy  śmiechu.
Wzruszył  ramionami.  Wiadomo,  że  Anglicy  zawsze  byli  trochę  postrzeleni.  A  ten  tu,
który samotnie rzucił wyzwanie uzbrojonej flocie, musi być mocno stuknięty.

Rozdział piętnasty

Kapitan Girod dotrzymał słowa. Doprowadził „Marie-France" do południowego brzegu
wyspy  brytyjskiej  niemal  dokładnie  trzy  kilometry  na  wschód  od  Little  Hampton.

background image

Gwiazdy  gasły,  a  niebo  jaśniało,  kiedy  Kieron  przesiadł  się  z  francuskiego  kutra  na
swoją małą łódkę, żeby powiosłować do brzegu.
    –  Monsieur  –  powiedział  kapitan  Girod  –  sprawił  nam  pan  zaszczyt  swoim
towarzystwem.  Proszę  przyjąć  ten  mały  podarek  i  mile  nas  wspominać.  –  Podał
Kieronowi  butelkę  eau  de  vie.  –  Mam  nadzieję,  że  pewnego  dnia  nasze  narody  zaczną
znów ze sobą współpracować. Wypije pan za to?
    –  Wypiję.  Kapitanie  Girod,  uratował  mi  pan  życie,  a  ja  nie  mam  dla  pana  żadnego
prezentu.
    –  Monsieur  Kieron,  dostatecznie  nas  pan  już  obdarował.  Merde,  alors.  To  było
formidable.  Un  homme  du  ciel  contre  les  bateaux  de  l'Amiral  Mort.  Będziemy
opowiadać  o  tym  naszym  wnukom.  Dostaliśmy  od  pana  prezent.  Soyez  tranquille.
Wszystko w porządku.
  – Mam jeszcze jedną prośbę, kapitanie. Dajcie mi olej i coś na rozpałkę.
  – Pourquoi? Nie może pan dokonać ataku tą małą łódką.
    –  Nie,  monsieur.  Chcę  ją  spalić  po  wylądowaniu.  Służyła  mi  wiernie.  Nikt  inny  nie
będzie jej używał.
  – Rozumiem, monsieur Kieron.
  Przyniesiono mu dużą butlę oleju, trochę szmat i zapalony kaganek. Kieron osłonił go
starannie, żeby wiatr nie zgasił płomienia.
  – Do widzenia, kapitanie, i dziękuję. Szczęśliwej drogi do domu.
  – Bonne chance, monsieur. Jesteśmy pełni podziwu dla pańskiej odwagi. Pański czyn
nie pójdzie w zapomnienie.
  Kieron skierował się do brzegu. Widział go jak przez mgłę, ale miał wrażenie, że jest
całkiem  wyludniony.  Była  lekka  fala,  lecz  pomagał  mu  przypływ.  Gdy  wziął  się  do
wioseł, „Marie-France" zawróciła wolno i rozpłynęła się jak duch w poświacie brzasku.
    Nim  zdążył  dotrzeć  na  plażę,  rąbek  słońca  wzniósł  się  już  nad  horyzont.  Kieron
wyciągnął łódkę z wody. Z prawdziwą przyjemnością poczuł miękki piasek pod stopami.
Sam się zdziwił, że sprawia mu to aż taką radość – zapewne dlatego, iż nie spodziewał
się już stąpać po twardym lądzie.
  Rozejrzał się na obie strony. Wybrzeże było całkiem puste. Usiadł, przesypując piasek
z ręki do ręki. Naszło go dziwne uczucie osamotnienia. Miał wrażenie, że jest ostatnim
człowiekiem na ziemi.
  Po jakimś czasie wrócił do rzeczywistości. Kaganek wciąż się palił. Złożył szmaty na
kupkę i rozejrzał się za jakimiś szczątkami rozbitych statków. Znalazł kilka połamanych
wręg,  niezbyt  dużych,  w  sam  raz  na  niewielkie  ognisko.  Oblał  wszystko  olejem  i
podstawił świeczkę pod nasycone szmaty. Płomienie buchnęły wysoko. Przez chwilę stał
grzejąc się przy ogniu, gdyż dopiero teraz poczuł, jaki jest zziębnięty. Potem przypomniał
sobie,  po  co  rozpalił  ognisko.  Odwrócił  „Zemstę  Alyx"  do  góry  dnem  i  kopniakami
wgniótł  do  środka  cienkie  deseczki.  Potem  podniósł  wrak  łódki  i  rzucił  go  w  ognisko.
Posypały  się  iskry.  Mokre  drewno  skwierczało  i  trzeszczało,  parowało  i  dymiło.  W
końcu buchnęło ogniem i „Zemstę Alyx" pochłonął ten sam żywioł, którym zniszczyła ona

background image

statki Admirała śmierci.
    Kieron  czekał,  aż  szczątki  łodzi  zamienią  się  w  żar,  a  tymczasem  słońce  wzeszło  już
nad  horyzont.  Patrzył  na  jarzący  się  popiół  i  na  zwęglone  kawałki  drewna.  Niedługo
dosięgnie  je  przypływ  i  zmyje  ślady  łódki  na  zawsze...  To  też  był  rodzaj  stosu
pogrzebowego.
    Nadszedł  jednak  czas  powrotu  do  żywych.  Niebo  było  błękitne  i  zapowiadał  się
kolejny  piękny  dzień.  Kieron  uznał,  że  najwyższa  pora  udać  się  w  głąb  lądu,  żeby  nie
natknąć  się  przypadkiem  na  jakichś  piratów  będących  od  świtu  na  nogach.  Spojrzał  na
zachód,  na  plażę  i  na  morze,  lecz  nie  dostrzegł  ani  śladu  ludzi  czy  statków  –  co  nie
świadczyło o niczym, ponieważ Little Hampton leżało za zakrętem.
    Kieron  zszedł  z  brzegu  na  pola  i  wrzosowiska,  mijając  ruiny  kilku  opuszczonych
domostw.  Unosił  się  nad  nimi  zapach  dymu;  wyglądało,  że  przeszła  tędy  śmierć.
Niewątpliwie padły ofiarą odwiedzin piratów.
    Chociaż  łatwiej  byłoby  skierować  się  bezpośrednio  do  Arundel,  Kieron  uznał  to  za
nierozważne.  Po  pogromie  z  nieba  Admirał  śmierć  mógł  wkroczyć  na  ląd  szukając
zemsty  na  tych,  którzy  odważyliby  się  wprowadzić  na  nowo  do  swoich  zrujnowanych
domów.  O  wiele  lepiej  zadać  sobie  trud  pójścia  okrężną  drogą  przez  pola  i  lasy,  żeby
dotrzeć do Udręki od wschodu lub północy.
Wprawdzie  Kieron  nie  dał  się  namówić  na  drzemkę  na  pokładzie  „Marie-France",  ale
dał  się  przekonać,  że  należy  coś  zjeść.  Kapitan  Girod  poczęstował  go  chlebem,
pieczenia i normandzkim serem. Jednakże było to dobrych parę godzin temu i teraz głód
znów  zaczął  mu  dokuczać.  Nie  miał  nic  do  jedzenia,  ale  miał  butelkę  eau  de  vie.
Odkorkował ją i pociągnął spory łyk. Płyn rozlał mu się żarem po ciele i zabił skurcze
głodu,  a  przy  tym  wcale  nie  stępił  mu  ostrości  widzenia.  Przeciwnie,  wzmógł  jakby
jasność myśli i dodał energii.
  Kieron przemierzał łąki i pastwiska z mieczem w jednej a butelką w drugiej ręce. Od
czasu do czasu podśpiewywał sobie, od czasu do czasu pociągał łyk. Cały czas rozglądał
się  za  śladami  ludzkiej  obecności,  ale  świat  zdał  się  wymarły.  Może  nie  był  to  wcale
smutny żart, że jest ostatnim człowiekiem na ziemi.
    Widział  już  wieże  i  blanki  zamku  Arundel.  Nie  dostrzegł  wprawdzie  żadnych
wyraźnych  oznak  życia,  ale  postanowił  okrążyć  zamek  od  wschodu  i  skierować  się  na
północ. Był zmęczony do granic wytrzymałości i bardzo chciało mu się pić. Nawet eau
de vie nie ratowała go już przed głodem.
    Był  ciepły,  słoneczny  ranek.  Pogoda  mu  sprzyjała.  Jak  przyjemnie  byłoby  usiąść  i
odpocząć  chwilę.  Czuł  nieodpartą  pokusę,  żeby  tak  zrobić,  ale  w  porę  przypomniał
sobie,  że  bezpiecznie  odpocznie  jedynie  w  Udręce,  najlepiej  w  ramionach  Petriny.  Z
wielkim  wysiłkiem  szedł  więc  dalej.  Przy  odrobinie  szczęścia  i  rozsądnym  rozłożeniu
sił może uda mu się dojść tam przed upływem dwóch godzin.
  Minęło już południe, kiedy dotarł do obozu. Zbliżył się od północy zdziwiony, że nie
zatrzymała go żadna warta ani strażnicy. Kentigern zaniedbuje widać podstawowe środki
ostrożności.

background image

    Kieron  czuł,  że  brak  mu  sił.  Miał  mętny  wzrok,  kręciło  mu  się  w  głowie,  szedł
niepewnym  krokiem.  Z  braku  żywności  opróżnił  butelkę  eau  de  vie  daną  mu  przez
kapitana  Girod.  Ale  jego  umysł  nadal  funkcjonował,  choć  na  zwolnionych  obrotach.
Kiedy znalazł się na skraju polany, stanął chwiejnie patrząc z wielkim zdumieniem na to,
co  się  dzieje.  Zobaczył  niewielu  ludzi,  a  wśród  nich  sporo  obcych.  Wszyscy  byli
niesłychanie  zajęci  pakowaniem  w  tobołki  swoich  rzeczy  i  ładowaniem  ich  na  wozy
konne i na ręczne wózki.
  Kentigern był na miejscu nadzorując ładowanie wozów. Petrina też tam była. Tak ich
pochłaniała praca, że nawet go nie zauważyli. Postąpił kilka chwiejnych kroków. Petrina
pierwsza odwróciła głowę.
  – Kieron! Kieron! Mój ukochany! Wiedziałam, że żyjesz! – Podbiegła do niego, wzięła
go w ramiona, podtrzymała, obsypała pocałunkami. – Wiedziałam, że wrócisz. Mówili,
że spadłeś do morza z wielkiej wysokości. Ale ja wiedziałam, że wrócisz.
  Wybacz mi, jestem pijany – to wszystko, co zdołał wykrztusić. – Nie miałem co jeść.
Wypiłem butelkę eau de vie. Wybacz mi.
    Wśród  ludzi  podniósł  się  głośny  gwar,  –  Kieron!  Wrócił  „Zdobywca  przestworzy"!
Kieron tu jest! Niech Ludd ma nas w swojej opiece, Kieron powstał z martwych!
  Podszedł do niego Kentigern. Kieron czuł, jak uginają się pod nim kolana, ale Petrina
podtrzymała go, dodała mu sił.
  – Co to znaczy? – zapytał chrapliwie. – Gdzie reszta naszych? Co to za ludzie, których
nie znam? Co się dzieje? – Podniósł miecz, który nadal trzymał; miecz, którym niemal się
zrósł. Kentigern powiedział:
  – Uspokój się, Kieronie. Możesz już odłożyć broń. Walka skończona. To są niewolnicy,
którzy  uciekli  z  rozbitych  statków  Admirała  Śmierci.  Pomagają  nam  teraz  wrócić  do
domów...  Nie  sądziłem,  że  uda  ci  się  uratować.  Widzieliśmy  przez  lunetę,  jak  z  dużej
wysokości  spadłeś  do  morza.  –  Wzruszył  ramionami.  –  Ale  ty  widocznie  potrafisz
wywieść w pole samego diabła.
– To nie byłem ja. To Alwin.
– Ach tak... Twój przyjaciel Alwin też miał w sobie mężnego ducha... Kieronie, zbiegli
niewolnicy mówią, że spaliłeś pięć statków, a Admirał Śmierć stracił nogę i jest teraz
bliski stanu, który sławi jego imię. Piraci odpłynęli z Little Hampton. Nie wiedzieli, że
jest  tylko  jeden  rekin  przestworzy...  Wracamy  więc  do  domów,  Kieronie.  Odbudujemy
miasto i podejmiemy środki ostrożności, żeby nie powtórzyła się podobna tragedia. Co
ty na to?
    –  Cieszę  się  –  zdołał  wykrztusić  Kieron.  –  Zamieszkamy  w  domu  mistrza  Hobarta  i,
żeby  sprawić  przyjemność  pewnemu  astrologowi,  spłodzę  trzech  synów.  –  I  mimo
wysiłków Petriny padł zemdlony.
  Ludzie okrążyli ich ciasnym kołem, patrząc, jak Petrina podnosi mu głowę i przytula do
piersi.
  – Spójrzcie na tego oto chłopca – powiedział Kentigern. – Ma zaledwie osiemnaście
lat  i  uważano  go  za  głupca,  a  on  nas  ocalił.  Ja,  Kentigern,  klękam  przed  nim.  I  niech

background image

każdy, kto nie ma się za lepszego od niego, pójdzie moim śladem.
  Mieszkańcy Udręki uklękli przed Kieronem. A potem zrobili mu posłanie na jednym z
wozów. Petrina leżała przy nim, głaszcząc go po włosach. Wyprzęgnięto konie z wozu i
dziesięciu mężczyzn pociągnęło ich do domu mistrza Hobarta.

Rozdział szesnasty

  W ciągu najbliższych dni każdy mężczyzna, kobieta i dziecko, którzy wrócili do miasta
Arundel,  pracowali  od  świtu  do  nocy  i  jeszcze  dobrze  po  zmierzchu.  Trzeba  było
naprawić  ściany,  drzwi,  okna  a  nawet  dachy  domów;  znaleźć  lub  zrobić  nowe  meble  i
wyposażenie;  zdobyć  żywność;  wyprodukować  narzędzia  i  broń;  opatrzyć  chorych  i
rannych; rozpocząć prace przy odbudowie zamku.
  Kentigern, w braku innych upoważnionych osób, wziął na siebie odpowiedzialność za
seniorat.  Rozesłał  gońców  na  wschód  i  na  zachód,  żeby  się  przekonać,  czy  flota
Admirała Śmierci opuściła południowe wybrzeże Anglii, czy tylko wycofała się dalej od
miejsca  ataku  ognistego  balonu.  Wysłał  posłańców  do  Londynu,  aby  zawiadomili
wielkich seniorów o wyniku, jaki przyniósł plan Kierona. Zorganizował ludzi w grupy,
które  sprzątały  z  ulic  cuchnące  zwłoki  piratów,  naprawiały  mury  i  płoty,  szukały
zbłąkanego bydła, żęły późną kukurydzę z pól, polowały na jelenie, bażanty, zające.
    Pierwszego  dnia  po  powrocie  Kieron  był  jedynym  mężczyzną  w  senioracie,  który
wypoczywał. Dom mistrza Hobarta niewiele ucierpiał i niewiele było przy nim roboty.
Mężczyźni cicho wstawili mu podczas snu nowe drzwi i nowe okno, kobiety przyniosły z
zamku  od  Kentigerna  piękny  brokat  na  zasłony,  a  dzieci  usłały  próg  pękami  polnych
kwiatów, jakby to była świątynia.
  Kieron spał przez cały dzień i całą noc. Nazajutrz rano obudził się wypoczęty, bardzo
głodny  i  pełen  młodzieńczej  energii.  Czekało  już  na  niego  śniadanie,  godne  seniora:
owsianka  ze  śmietanką  i  miodem,  piersi  bażanta  na  zimno  z  piklami,  świeżo  upieczony
chleb,  konfitury  z  truskawek  i  butelka  złocistego  wina  zwanego  reńskim,  przysłana  z
zamkowych piwnic z pozdrowieniem od Kentigerna.
  Kieron zjadł wszystko z apetytem, wypił pół butelki wina, przyciągnął do siebie Petrinę
i pogłaskał ją po włosach.
  – Żyję – powiedział z nutą niedowierzania. – Mimo wszystko żyję.
  – I musisz pożyć jeszcze przez jakiś czas – odparła Petrina – jeżeli chcesz dotrzymać
przyrzeczenia.
  – Jakiego przyrzeczenia?
    –  Że  spłodzisz  trzech  synów.  –  Roześmiała  się.  –  Choćby  po  to,  aby  uwierzytelnić
słowa astrologa Marcusa.
  – Dotrzymam obietnicy – zapewnił ją. – Potrzeba mi synów. Nie starczy mi samemu sił,
żeby na nowo zdobyć przestworza.

background image

  Petrina spochmurniała.
–  Nie  uśmiechniesz  się  do  mnie?  –  spytał.  –  Dawniej  bawiły  cię  niezwykłe  pomysły
„Kierona z głową w chmurach".
  – Myślałam, że to tylko mrzonki. Nie znałam strasznej prawdy.
  Pocałował ją.
  – Bądź dobrej myśli, Petrino. Przecież wróciłem, tak czy nie?
  – Tak.
  – I zawsze będę wracać. Mimo że niebo to mój prawdziwy żywioł.
  Uśmiechnęła się smutno.
  – Twój prawdziwy żywioł... Musisz wiedzieć, że mnie to przeraża... Ale cóż, pozostaje
mi  jedynie  pogodzić  się  z  losem.  I  tak  mam  szczęście,  że  jesteś  mój...  Nikt  cię  już  nie
nazywa „Kieronem z głową w chmurach", wiesz?
  – A jak mnie nazywają?
    –  Zdobywcą  Przestworzy.  Odkąd  twoje  dziecięce  marzenie  przerodziło  się  w
rzeczywistość,  nikt  się  już  nie  śmieje.  Wszyscy  są  z  ciebie  dumni.  Pytają  o  twoje
zdrowie. Pytają, co Zdobywca Przestworzy ma zamiar dalej robić.
  Kieron roześmiał się.
  – Nietrudno odpowiedzieć na to pytanie. Teraz kiedy się już wyspałem i nacieszyłem
żoną, pójdę pomóc przywracać nasze miasto do życia.
  – Nie dziw się reakcjom ludzi na twój widok! – krzyknęła za nim Petrina. – Niektórzy
nawet myślą, że powstałeś z martwych.
    Był  ciemny,  pochmurny  ranek,  ale  ciepły.  Na  High  Street  wrzała  praca.  Cieślom  i
tynkarzom  robota  paliła  się  w  rękach,  kobiety  czyściły  stopnie  kredą  i  zmywały  wodą
chodniki.  Gdzie  nie  spojrzał,  widział  ożywione  wysiłki,  żeby  doprowadzić  miasto  do
takiego stanu, jakby nigdy nie było tu piratów.
    Okazało  się,  że  wszyscy  witają  go  z  wielkim  szacunkiem.  Mężczyźni  dwakroć  starsi,
którzy  poprzednio  skwitowaliby  go  wzruszeniem  ramion  albo  protekcjonalnym
uśmieszkiem,  teraz  dotykali  kapeluszy  i  zwracali  się  do  niego  „panie"  lub  „mistrzu".
Jego  rówieśnicy,  z  którymi  zwykł  był  przekomarzać  się  i  żartować,  patrzyli  na  niego  z
podziwem  i  starali  się  przed  nim  popisać.  Nikt  się  jakoś  nie  kwapił  do  korzystania  z
jego  pomocy.  Kieron  czuł  się  samotnie  i  nieswojo.  Bardzo  się  ucieszył  na  widok
Kentigerna, który robił obchód, nadzorując pracę.
    –  Jak  widzę,  Kentigern,  miasto  szybko  wraca  do  życia  Czy  są  jakieś  wiadomości  o
piratach?
    –  Tak,  mistrzu  Kieronie,  mam  wiadomości.  Lepsze  nawet,  niż  się  można  było
spodziewać.
Admirał  Śmierć  niedługo  pożył  po  waszym  ataku.  Umarł  w  męczarniach,  jak  mi
doniesiono, na statku pirackim u wybrzeży Isle of Wight. Wraz z jego śmiercią przestało
istnieć  dowództwo  piratów.  Pokłócili  się.  Niewolnicy  podnieśli  bunt.  Jedne  statki
zaczęły strzelać do drugich. Ale co ważniejsze, wszyscy opuścili te strony. – Uśmiechnął
się  szeroko.  –  Z  pewnością  historia  o  podniebnym  rekinie  przerosła  samą  siebie,  w

background image

miarę jak podawano ją z ust do ust. Skąd mogli wiedzieć, czy podobny straszny pogrom
się nie powtórzy?
  – To znaczy – rzekł Kieron – że „Zemsta Alyx" zasłużyła na swoją nazwę.
    –  W  całej  pełni  –  przyznał  Kentigern.  –  Zazdroszczę  wam,  panie.  Panienka  Alyx
Fitzalan została pomszczona jak należy.
  Kieron nie wiedział co odpowiedzieć.
  – To była zemsta nie tylko za nią, sami rozumiecie.
    Mistrzu  Kieronie,  nie  mówmy  już  o  tym.  Pewnych  rzeczy  lepiej  nie  poruszać...
Przejdźmy do spraw bieżących. Przejrzałem księgi rodowe, których na szczęście piraci
nie  zniszczyli.  Gdzieś  w  Ameryce  żyje  niejaki  senior  Howard,  który  zapewne  będzie
dziedziczył  po  seniorze  Fitzalanie. Ale  dopóki  to  nie  nastąpi,  i  dopóki  senior  Howard
nie  wróci  na  wyspę,  czy  zgadzacie  się,  abym  nadal  pełnił  obowiązki  rządcy  zamku  i
władcy senioratu?
  Kieron był zmieszany.
  – Nie potrzebujecie mojej zgody.
  Kentigern roześmiał się.
  – Mistrzu Kieronie, wybaczcie, ale w sprawach praktycznych nadal jesteście głupcem.
Nie  ja  uratowałem  seniorat,  ale  wy.  Ludzie  pójdą  za  wami  choćby  do  piekła.  Jeżeli
chcielibyście  przejąć  na  siebie  ciężar  zarządzania,  to  bardzo  proszę.  Jest  niemały  i
chętnie się go pozbędę.
    –  Nic  się  na  tym  nie  znam  –  odparł  Kieron  pospiesznie.  –  Z  chęcią  oddaję  się  pod
wasze rozkazy.
  – Przyjmuję to z prawdziwą ulgą – wyznał Kentigern. – Gdyby ludzie nie wiedzieli, że
zaakceptowaliście moją władzę, z pewnością wynikłyby kłopoty. Przeciw prawdziwemu
seniorowi nikt by nie oponował, ale przeciw zarządcy... – Wzruszył ramionami.
  – Oto więc moja ręka – powiedział Kieron.
    –  Przyjmuję  ją  z  wdzięcznością  i  przyjaźnią  –  Kentigern  wyciągnął  dłoń.  –  Co
będziecie teraz
robić,  mistrzu  Kieronie,  kiedy  nie  ma  już  piratów?  Dopóki  senior  Howard  się  nie
pojawi,  albo  dopóki  Wielka  Rada  nie  wyznaczy  nowego  seniora,  niewiele  będzie  tu
pracy dla malarza.
  – Nie mam zamiaru zajmować się malarstwem, chyba że dla własnej przyjemności.
  Kentigern w zamyśleniu potarł podbródek.
    –  A  więc  moje  zadanie  jest  tym  łatwiejsze...  Prawem  urzędu,  który  piastuję  do
odwołania, jako władca senioratu Arundel w zastępstwie nieżyjącego seniora Fitzalana i
jego  spadkobierców,  mianuję  was,  mistrzu  Kieronie,  synu  stolarza,  Strażnikiem
Wybrzeża i Kapitanem Służby Powietrznej, z pensją tysiąc szylingów rocznie za każde z
tych  stanowisk,  płatną  kwartalnie...  Czy  dwa  tysiące  szylingów  wystarczy  wam  na
utrzymanie rodziny, Kieronie?
    Dwa  tysiące  szylingów!  To  książęca  zapłata!  Kieron  nigdy  nie  widział  takiej  sumy.
Jego ojcu przez całe życie nie udało się zarobić więcej niż dwieście szylingów rocznie.

background image

Kieron był całkiem oszołomiony.
  – Dwa tysiące szylingów to więcej, niż mógłbym kiedykolwiek zamarzyć – wykrztusił.
– Ale co mam robić za te pieniądze?
    – Ależ  człowieku,  masz  budować  balony!  Cóżby  innego?  Masz  zadbać  o  to,  żebyśmy
już  nigdy  nie  ucierpieli  od  rozbójników  morskich.  Masz  bronić  nas  przed  seniorami  z
sąsiedztwa,  bo  wraz  ze  śmiercią  seniora  Fitzalana  z  pewnością  znajdą  się  tacy,  którzy
będą  łakomym  okiem  spoglądać  na  Arundel.  Jak  wiesz,  prawo  jest  zwykle  po  stronie
silniejszego. No i cóż, Kieronie, będziecie nas bronić?
  – Najlepiej jak umiem.
  Kentigern roześmiał się serdecznie.
  – To dostateczna gwarancja. Przez całe lata samo wasze imię będzie więcej warte niż
stu  uzbrojonych  konnych...  Oczywiście  seniorat  pokryje  koszty  broni,  materiałów  i
potrzebnych  wam  towarów.  Ludzie  będą  szkoleni  według  waszych  wskazówek.  Czy  to
wam odpowiada?
  – W zupełności – powiedział Kieron słabym głosem.
    –  No  to  idźcie  do  domu,  przyjacielu,  i  sporządźcie  stosowne  plany.  Przyślijcie  mi
wykaz potrzebnych wam ludzi i sprzętu. Mamy być niezwyciężeni i koniec.

Rozdział siedemnasty

    Po  raz  drugi  obudził  Kierona  miecz  przytknięty  do  piersi.  Petrina  leżąca  u  jego  boku
wrzasnęła na widok tego, co ujrzała przy świetle latarni w szarym brzasku wkradającym
się przez okno. Zobaczyła dwóch uzbrojonych mężczyzn w strojach ozdobionych herbem
Wielkiego Inkwizytora Kościoła Luddystów. Jeden z nich trzymał latarnię, drugi miecz.
    –  Czy  to  ty  jesteś  Kieron,  syn  stolarza,  do  niedawna  terminator  mistrza  Hobarta,
malarza?
  – Tak, to on – powiedziała ciemna, zakapturzona postać stojąca przy drzwiach. Kieron
poznał głos brata Lemuela.
  – Milcz, bracie – powiedział mężczyzna z mieczem. – Zrobiłeś, co do ciebie należało.
Pozwól mu mówić za siebie.
    Petrina  rozpaczliwie  skrywała  swą  nagość  –  noc  była  gorąca  i  pełna  namiętności.
Kieron  próbował  zebrać  myśli  i  skupić  się.  Spojrzał  na  herb  na  pelerynach:  wyszyty
złotą nicią młotek na lazurowym polu wznoszący się nad symbolicznymi płomieniami.
  – Ty jesteś Kieron, syn stolarza? Mów, bo rozwiążę ci język.
  – Ja jestem Kieron, syn stolarza.
– Ubieraj się szybko. Masz się niezwłocznie stawić w wielkim hallu na zamku.
– A moja żona?
–  Nie  mamy  żadnych  instrukcji  co  do  twojej  żony.  Pospiesz  się,  człowieku!  Święty
Kościół nie lubi czekać.

background image

  – Za jaką przyczyną nachodzicie nas po nocy?
  – Zaraz się dowiesz, jeżeli dotąd nie wiesz. Szybciej!
  Kieron pocałował Petrinę.
    –  Nic  się  nie  martw,  moja  kochana.  Nie  obrażaj  ich.  Kentigern  wyjaśni  to  bzdurne
nieporozumienie, zapewniam cię.
  Wyskoczył z łóżka i ubrał się. Petrina dygotała pod kocem, tłumiąc łkanie i przeklinając
swoją nagość. Kiedy Kieron był gotów, miecz wymierzono mu w brzuch i skrępowano z
tyłu ręce.
    –  Petrino,  droga  siostro  –  odezwał  się  brat  Lemuel  przymilnym  tonem  –  czy  w  tym
czasie ciężkiej próby nie łakniesz pociechy Świętego Kościoła?
  Petrina podniosła głowę.
  – Zejdź mi z oczu! – zasyczała. – Idź sobie lepiej mamić dzieciaki! Po dniu dzisiejszym
żadna kobieta w senioracie nie spojrzy na ciebie, żeby nie splunąć.
  Kieron roześmiał się. Ucieszył go hart ducha małżonki. W odpowiedzi dostał pięścią w
zęby od człowieka z latarnią. Z warg pociekła mu krew, poczuł słony smak na języku.
  – Panie, zapamiętam, że uderzyliście związanego. Przyjdzie chwila, że się policzymy.
  Mężczyzna zarechotał.
    –  Tak,  tak,  przyjdzie  taka  chwila,  mistrzu  Kieronie.  Kiedy  płomienie  buchną  w  górę,
wtedy będziemy się liczyć. Naprzód marsz!
    Wyprowadził  Kierona  na  ulicę.  Na  zewnątrz  czekała  grupka  uzbrojonych  mężczyzn.
Otoczyli  go,  jakby  z  obawy,  że  mieszkańcy  miasta  porwą  się,  żeby  go  uwolnić.  Ale
słońce jeszcze nie wzeszło i wszyscy spali po dniu ciężkiej pracy. Ktokolwiek uknuł ten
spisek, dobrze go wymyślił.
  Samopoczucie Kierona z każdym krokiem się poprawiało. Z pewnością Kentigern ma
dostateczną władzę, żeby położyć kres tej niedorzeczności.
    W  zamku  siły  Wielkiego  inkwizytora  ujawniły  się  w  całej  pełni.  Kieron  zobaczył
dwóch  żołnierzy  pilnujących  bramy,  a  na  dziedzińcu  stało  dziesięć  lub  więcej  koni,  po
których znać było niedawną ciężką podróż.
  Kierona zaprowadzono do hallu zamkowego, gdzie paliły się lampy i ogień na kominku
i  gdzie  czekał  na  niego  brat  Hildebrand  w  towarzystwie  przedstawicieli  Wielkiego
Inkwizytora.  Był  tam  również  Kentigern.  Kieron  ze  zdumieniem  zobaczył,  że  i  on  ma
związane ręce.
  – Dzień dobry, Kieronie – powiedział brat Hildebrand. – Widzisz do czego przywiodła
cię twoja uporczywa herezja.
    –  Dzień  dobry,  bracie  –  odparł  Kieron  zgryźliwie.  –  Nic  dziwnego,  że  mając  takie
zadanie przychodzicie po nocy jak złodzieje.
  Żołnierz, który uderzył go w sypialni, znów wymierzył mu cios. Kieron zatoczył się.
  – Zapamiętam sobie twoją odwagę, człeku – zazgrzytał zębami. – Módl się, żeby mnie
nigdy  nie  rozwiązano.  –  Zwrócił  się  do  Kentigerna.  –  Czy  nie  wystawiliście
wartowników?
  Kentigern uśmiechnął się ze smutkiem.

background image

  – Nie mieli polecenia, żeby strzec nas przed Kościołem luddystów, Kieronie. Bardzo
żałuję  tego  błędu.  Piraci  uderzyli  w  nas  przynajmniej  jako  wrogowie.  Ci  tutaj  mianują
się przyjaciółmi.
–  Będziemy  się  za  was  modlić  –  powiedział  brat  Hildebrand.  –  Niech  się  spełni  wola
Ludda.
Cokolwiek się stanie, zbawimy przynajmniej wasze dusze.
  – Mając takich przyjaciół – rzekł Kieron – nie potrzeba nam już wrogów.
  – Cisza!
    Na  środek  wystąpił  mężczyzna  w  habicie  nedyty,  ale  ze  srebrnym  łańcuchem  wokół
szyi,  z  którego  zwisał  złoty  młoteczek.  W  ręku  trzymał  zwój,  który  rozwinął  i  zaczął
czytać:
  – „Ja, Xavier, Wielki Inkwizytor Świętego Kościoła Luddystów polecam Luddowi w
opiekę  dusze  Kierona,  terminatora  mistrza  Hobarta,  malarza  i  Kentigerna,  zarządcy
seniora  Fitzalana  z  senioratu Arundel,  i  nakazuję  sługom  Kościoła,  aby  dostarczyli  ich
bezzwłocznie  do  Świętego  Kolegium  imienia  Neda  Ludda  w  mieście  Londynie,  gdzie
będą  sądzeni  za  rozliczne  herezje  i  zdradę.  Zgodnie  z  moim  życzeniem  nasz  drogi  brat
Constant,  Sługa  Inkwizycji,  ma  zadbać,  aby  cało  i  zdrowo  stanęli  przed  trybunałem,
któremu  przewodniczyć  będzie  Wielki  Inkwizytor,  wydając  wyrok  po  wysłuchaniu
świadków i po naradzie z dziesięcioma Sługami Inkwizycji".
  Kentigern zaśmiał się z goryczą.
    –  Chcą  nas  spalić,  Kieronie.  To  zabawne,  nieprawdaż?  Wy  zniszczyliście  potęgę
piratów swoim balonem, ja wam w tym nieco pomogłem, a oni chcą nas spalić. Bardzo
zabawne, choć należało się tego spodziewać.
  – Do stu Młotków, chciałbym wiedzieć, jakby nas spalili, gdyby rozprawa odbyła się
w naszym senioracie.
  – Do stu Młotków, Kieronie, macie całkowitą rację! – wykrzyknął Kentigern. Zwrócił
się  do  Sługi  Inkwizycji,  Constanta,  który  właśnie  skończył  odczytywać  papirus.  –
Odwieczne prawo,
przysługujące  wszystkim  ludziom,  mówi,  że,  oskarżeni  o  jakiekolwiek  przestępstwo,
łącznie  z  herezją,  mogą  na  własne  życzenie  być  sądzeni  w  swoim  senioracie  w
obecności swoich ziomków.
  Constant zaśmiał się nieprzyjemnie.
  – To prawda, że każdy ma prawo być sądzony we własnym senioracie. Ale najpierw
musi  wyrazić  takie  życzenie  w  obecności  swojego  seniora.  Wy  nie  macie  seniora...
Święty  Kościół,  jak  zawsze,  działa  w  ramach  prawa  i  ściśle  tego  przestrzega.  Mamy
przed  sobą  długą  drogę.  Czy  pojedziecie  dobrowolnie,  czy  też  moi  ludzie  mają  was
obezwładnić i rzucić na wóz?
  Kieron i Kentigern spojrzeli na siebie z konsternacją.
  – Lepiej jechać dobrowolnie – powiedział Kieron. – Człowiek przytomny zachowuje
przynajmniej godność.
    –  Zakneblujcie  im  usta  –  zarządził  Constant.  –  Musimy  wyjechać  przed  świtem,  bo

background image

jeszcze tutejsi skołowani i sprowadzeni na manowce ludzie gotowi nam przeszkodzić.
  Kieronowi i Kentigernowi zawiązano usta. Potem w towarzystwie eskorty uzbrojonych
mężczyzn  wyprowadzono  ich  na  dziedziniec  zamkowy,  gdzie  czekały  już  osiodłane
konie.
  Kieron spojrzał z nadzieją na niebo, ale chmury wisiały nisko, zwiastując późny brzask.
Zanim  ludzie  wstaną  i  zorientują  się  w  sytuacji,  oddział  konny  będzie  już  daleko.
Pomyślał o Petrinie. Kiedy wypchnięto go z sypialni, brat Lemuel się stamtąd nie ruszył,
a przy drzwiach domu też zostawiono straż. Miał nadzieję, że nic jej się złego nie stanie.
Ale  to  będzie  dla  niej  straszne  żyć  przez  resztę  życia  jako  wdowa  po  mężczyźnie
spalonym za herezję. No i co z dzieckiem... Co będzie czuł syn Zdobywcy Przestworzy,
kiedy dorośnie i zrozumie, jaki los spotkał jego ojca?
  – Usadźcie ich dobrze na koniach – powiedział Constant. – Będziemy jechać szybko.
Odpowiadam  za  ich  bezpieczeństwo  i  nie  życzę  sobie  tłumaczyć  się  przed  Wielkim
Inkwizytorem,  jeżeli  skręcą  kark.  Poza  tym  –  zaśmiał  się  –  mogą  się  jeszcze  okazać
niewinni.
  Żołnierz pomagający Kieronowi dosiąść konia chrząknął, zakaszlał, otworzył szeroko
oczy  ze  zdumienia  i  upadł  na  ziemię.  W  półmroku  Kieron  zobaczył  sterczące  mu  z
pleców drzewce strzały.
    –  Niech  nikt  się  nie  waży  ruszyć  –  odezwał  się  głos.  –  Chyba  że  chce  podążyć  za
swoim towarzyszem w zaświaty.
  – Na koń! – krzyknął Constant. – Wszyscy na koń! Odjeżdżamy!
  Dwóch ludzi spróbowało na siłę posadzić Kierona w siodle. Obaj zginęli.
    Sługa  Inkwizycji  Constant  stał  nieruchomo  wpatrując  się  w  półmrok  i  nie  widząc
nikogo.
Podobnie reszta jego ludzi.
    –  Ty,  który  jesteś  schowany  w  cieniu!  –  zawołał  Constant  –  wiedz,  że  jestem  Sługą
Inkwizycji w służbie Wielkiego Inkwizytora i że zgodnie z prawem biorą tych mężczyzn,
żeby  w  jego  obecności  zdali  sprawę  ze  swoich  uczynków!  Sprawiedliwości  musi  stać
się zadość.
    –  Ty,  który  nie  jesteś  ukryty  w  cieniu  –  odpowiedział  głos  –  nie  ruszaj  się.  I  bądź
spokojny, sprawiedliwości stanie się zadość. Liczę do trzech, kto nie rzuci broni, zginie.
Raz... dwa... trzy...
    Rozległ  się  szczęk  rzucanych  na  ziemię  mieczy,  sztyletów,  kusz  i  strzał.  Kieron
uradowany  rozejrzał  się  dokoła.  Jaśniało.  Mógł  już  dojrzeć  niewyraźne  sylwetki  na
blankach, mężczyzn przycupniętych przy stajni, mężczyzn w bramie stojących z napiętymi
łukami.
–  To  bardzo  rozsądne  –  powiedział  głos.  –  Teraz  możemy  porozmawiać.  –  Z  cienia
wynurzył  się  mężczyzna  –  był  to  Isidor,  a  za  nim  dwóch  innych,  którzy  rozcięli  sznury
krępujące Kierona i Kentigerna i wyjęli im kneble z ust.
  – Przybyliście w samą porę – powiedział Kentigern.
  – To zasługa pani Petriny – odparł z powagą Isidor. – Podobno zbiła nocnik na głowie

background image

paplającego  nedyty  i  przebrana  w  jego  habit  wymknęła  się  ze  strzeżonego  domu,  żeby
wszcząć alarm.
  Kieron wybuchnął śmiechem.
    –  Cud  goni  cud.  Najpierw  dwóch  chłopców  w  balonie  rozgromią  flotyllę  piratów,  a
teraz  nocnik  łamie  potęgę  Kościoła  luddystów.  Ludd,  jak  widać,  nie  zawsze  stoi  po
stronie silniejszego.
  Kentigern potarł nadgarstki i spojrzał na Sługę Inkwizycji, Constanta.
  – Ten osobnik właśnie brał nas do Londynu na stos.
  – Znamy ich plany – powiedział Isidor. – Jeden z nich mówił dużo i chętnie, gdy poczuł
sztylet  na  gardle...  Postanowiłem  nie  wprowadzać  ludzi  na  teren  zamku,  bo  nie
wiedziałem, czy ci tutaj nie zabiją was w rozgardiaszu bijatyki.
  – Bardzo słuszna decyzja. Ale oni by nie zabili. Ci krętacze lubią popełniać zbrodnie w
majestacie prawa. – Kentingern zwrócił się do żołnierzy i oficerów Kościoła luddystów,
których ustawiono w szereg. – Przyszliście wykonać swoje zadanie nie otwarcie, lecz po
ciemku  jak  zwykli  złoczyńcy.  Nie  ofiarowaliście  się  z  pomocą,  kiedy  trzeba  było
wypędzić stąd najeźdźcę. Wasi przełożeni nie wykazali nadmiernej troski o los naszych
kobiet  i  dzieci,  bo  mieli,  jak  się  zdaje,  ważniejsze  sprawy  na  głowie,  takie  jak
demaskowanie  strasznego  spisku,  mającego  na  celu  zbudowanie  balonu.  Zawsze
żywiłem  szacunek  dla  Kościoła  i  jego  nauk,  choć  czasem  uważałem  je  za  zbyt  surowe.
Ale  teraz  kiedy  widzę,  jak  Kościół  luddystów  dba  o  swoje  owieczki,  powiem  bez
ogródek, że nic tu po was w naszym senioracie, Na te słowa podniósł się głośny szum
aprobaty.  Kieron  rozejrzał  się.  Było  już  prawie  jasno.  Miał  wrażenie,  że  wszyscy
dorośli  mężczyźni,  a  i  wiele  kobiet,  zebrali  się  na  dziedzińcu  zamkowym.  Zobaczył
Petrinę i uśmiechnął się do niej.
  Kentigern podszedł do Sługi Inkwizycji. Zerwał mu srebrny łańcuch z piersi, rzucił na
ziemię  złoty  młoteczek  i  przydeptał  go  obcasem.  Wyjął  zwój  z  ręki  Constanta  i  wolno
podarł go na strzępy. Sługa Inkwizycji stał blady, nieruchomy, pewny, że nadeszła jego
ostatnia godzina.
  – A więc włodarzu Pisma Świętego, słyszysz teraz głos ludu, wolnego ludu z Arundel.
Wielu  z  nas  straciło  żony,  mężów,  synów,  córki,  podczas  gdy  tacy  jak  wy  medytowali
nad szkodliwością heretyckich działań. Wątpię, aby choć jedna obecna tu osoba uroniła
łzę, gdybyśmy przed śniadaniem powiesili kilkunastu luddystów.
  Znów rozległ się huragan aprobaty.
    – Ale  przestańcie  się  trząść,  szanowany  Sługo  Inkwizycji.  Jesteśmy  cywilizowanymi
ludźmi...
dopóki nie stanie się nam wielka krzywda. Możecie więc wrócić do swojego Wielkiego
inkwizytora w Londynie i przekazać mu nasze podziękowanie za piękne konie, które nam
przysłał, i za broń. Trochę to spóźniony prezent, ale trudno. Powiedzcie też, że Kentigern
żałuje,  lecz  postanowił  pozostać  zarządcą  senioratu  Arundel,  dopóki  nie  zgłosi  się
prawowity  dziedzic. A  mistrz  Kieron,  syn  stolarza,  jest  zbyt  zajęty,  żeby  stawić  się  na
rozprawę  przeciwko  herezji,  został  bowiem  mianowany  Strażnikiem  Wybrzeża,

background image

Kapitanem  Służby  Powietrznej,  i,  właśnie  w  tej  chwili;  Wszechmistrzem  Maszyn.
Dodajcie wreszcie, że jeżeli wyśle przeciw nam swoje siły, jeżeli zjawi się tu jeszcze
jakaś misja luddycka, przywitamy was bezlitosnym gradem ognia z nieba
i z niszczycielskich maszyn, o których nie macie nawet wyobrażenia... Zapamiętasz moje
słowa?
  – Zapamiętam – zdołał wyszeptać Constant, choć ledwo go było słychać.
    –  Idźcie  już.  Za  sześć  godzin  wyślę  za  wami  psy  i  ludzi  na  koniach.  Nie  radzę,  żeby
znaleźli  was  jeszcze  na  terenie  naszego  senioratu.  –  Kentigern  zwrócił  się  do  tłumu.  –
Czy dobrze mówię?
    –  Na  Młotek  Ludda  –  krzyknął  ktoś,  i  zaraz  się  poprawił  –  na  balon  Zdobywcy
Przestworzy, dobrze mówicie! – Rozległ się śmiech i wesołe okrzyki.
–  Ostatnia  sprawa!  –  zawołał  Kentigern.  –  Gdzie  są  ci,  którzy  sprowadzili  na  nas  to
robactwo?
Wypchnięto  do  przodu  dwóch  nedytów,  Lemuela  i  Hildebranda.  Lemuel  miał  na  sobie
tylko
pończochy  i  długi  podkoszulek.  Na  głowie  nosił  ślady  krwi  a  na  twarzy  wyraz
głębokiego upokorzenia. Hildebrand wyglądał jak człowiek, który gotuje się na śmierć.
Kentigern wbił w nich surowy wzrok.
    –  Moje  serce  nie  znajduje  dla  was  wybaczenia  ani  usprawiedliwienia  dla  waszych
czynów. Pochodzicie z nas, wasi rodzice, którym przynosicie wstyd, wychowali was w
tym  senioracie,  widzieliście  straszną  klęskę  i  cierpienia,  jakie  nam  zadano. A  jednak  z
pobożnymi słowy na ustach chcieliście wyrządzić nam jeszcze większe zło. Niech zakują
wam  ręce  i  nogi  w  łańcuchy  na  okres  dwunastu  miesięcy.  Będziecie  spać  na  słomie  w
stajniach  i  pracować  u  każdego,  kto  was  zechce  zatrudnić.  Jeśli  spróbujecie  ucieczki,
poszczujemy  was  psami.  Dziękujcie  waszemu  Luddowi,  że  uszliście  z  życiem.  Nasza
sprawiedliwość jest mniej okrutna niż wasza. – Kentigern zwrócił się teraz do ludzi. –
Przyjaciele,  nie  jestem  waszym  seniorem  i  wiele  lat  może  upłynąć,  zanim  takowy  się
znajdzie.  Ale  zrobię  co  w  mojej  mocy  dla  tego  senioratu.  To  wszystko  co  mam  do
powiedzenia.
    –  Niech  żyje  Kentigern!  –  krzyknął  ktoś.  –  Nie  chcemy  pośród  nas  obcych.  My  was
znamy i wy nas znacie. Niech podniosą rękę ci, co są za Kentigernem.
  Pośród okrzyków i nawoływań podniósł się las rąk.
    –  No  cóż  –  powiedział  Kentigern  wesoło  –  przegłosowaliście  mnie,  bo  jestem  zbyt
tchórzliwy,
żeby sprzeciwiać się woli większości... Nie tak dawno temu byłem przekonany, że świat
się kończy. I wtedy przyszedł do mnie Zdobywca Przestworzy prawiąc dziwy o balonie,
którym  zamierza  zaatakować  naszych  wrogów.  Był  szaleńcem,  oczywiście.  –  Tłum
zatrząsł  się  ze  śmiechu.  –  Ale  jego  szaleństwo  było  zaraźliwe,  jak  się  zdaje...  I  sami
powiedzcie, przyjaciele, czy nie było też inspirujące? Skończył się już świat, który dotąd
znaliśmy,  świat,  w  którym  wynalezienie  czegoś  pomocnego  ludziom  stanowiło  grzech
śmiertelny. Ale  Zdobywca  Przestworzy  dał  nam  możność  zbudowania  nowego  świata.

background image

Czy chcecie zbudować ten nowy świat, czy wolicie wrócić do starych zwyczajów?
  – Zbudować nowy! – krzyknęli. – Chcemy zbudować nowy świat!
    –  Rozumiem  –  rzekł  Kentigern.  –  Przyjaciele,  odprowadźcie  teraz  tych  osobników,
którzy  przybyli  tu,  aby  działać  przeciwko  nam,  z  powrotem  na  drogę  do  Londynu,  a
potem idźcie do domów i zjedzcie porządne śniadanie, bo czeka nas dużo pracy.
  Kiedy tłum się rozszedł, a słudzy Wielkiego Inkwizytora pośród gwizdów udali się w
drogę powrotną, Petrina podeszła do Kierona, który objął ją ramieniem.
  – Czy nocnik był wystarczająco ciężki? – zapytał.
  – Aż nadto. – Roześmiała się. – Nie miałam czasu, żeby go opróżnić.
  Kieron zwrócił się do Kentigerna:
  – Nie wiedziałem, że potraficie tak przemawiać.
  – Ani ja – wyznał Kentigern. – Kieronie, jestem waszym dłużnikiem. Obawiam się, że
to właśnie wasze dziwne pomysły zrobiły ze mnie mężczyznę.
  – Przeciwności losu albo łamią człowieka, albo go prostują – zauważył Kieron.
    –  Dobrze  powiedziane.  Ale  teraz  mamy  przed  sobą  wiele  problemów.  Całkiem
możliwe,  że  Kościół  luddystów  zechce  odzyskać  swoje  panowanie.  Ile  czasu
potrzebujecie na zbudowanie balonów?
  – Ilu balonów?
  – Powiedzmy pięciu.
  Kieron osłupiał.
  – Pięciu? Mam zbudować pięć balonów?
  – Bądźmy jak najlepszej myśli, ale przygotujmy się na najgorsze – rzekł Kentigern.
  – Mogę dostać stu ludzi?
  – Tak.
  – I tysiąc metrów kwadratowych płótna i papieru?
    –  Tak,  choćbym  musiał  sprowadzić  je  z  sąsiedztwa  lub  obedrzeć  z  halek  wszystkie
kobiety w senioracie.
    –  W  takim  razie  w  ciągu  pięciu  dni  będziecie  mieli  pięć  balonów,  wyposażonych  w
broń i gotowych do obrony senioratu.
  – To szybciej, niż myślałem. Sądzę, że zgromadzenie sił przeciw nam zajmie luddystom
co najmniej osiem dni... o ile w ogóle się na to odważą.
Petrina zadrżała.
– Chodźmy, Kieronie. Jest już dzień. Musisz coś zjeść.
– Moja kochana, nie mam czasu. Jest tyle do zrobienia, tyle do przemyślenia.
Kentigern chrząknął.
– Zdobywco Przestworzy, rzadko wam coś rozkazuję. Ale musicie być zdrowi i sprawni.
Czy mam kazać ludziom nakarmić was siłą?
  Kieron roześmiał się.
  – Srogi z was pan, Kentigern. Ale mam jeszcze sroższą panią. Od dzisiaj będę żył w
strachu przed nocnikiem. Pójdę lepiej na śniadanie.

background image

Rozdział osiemnasty

    W  wieku  dwudziestu  ośmiu  lat  Kieron  był  żywą  legendą  i  człowiekiem,  który  zyskał
sobie  sławę  nieśmiertelnego.  Zdążył  połamać  obie  ręce  i  nogi,  odniósł  kontuzje  i
obrażenia, które niejednego wpędziłyby do grobu, a wszystko z powodu obsesji latania.
Balony  napędzane  gorącym  powietrzem  zostawił  już  za  sobą.  Stały  się  domeną  jego
mniej uzdolnionych uczniów i rzemieślników. On sam pasjonował się teraz szybowcami
– maszynami, które mogły jak ptaki szybować po niebie.
Kościół  luddystów  nigdy  więcej  nie  wystąpił  przeciw  senioratowi  Arundel.  Potęga
Kościoła chyliła się ku upadkowi. Wiadomość o nadzwyczajnym sukcesie ataku Kierona
na  siły  Admirała  Śmierci  rozeszła  się  lotem  błyskawicy  po  sąsiednich  senioratach,  a
nieco  wolniej  po  senioratach  w  głębi  kraju;  za  nią  zaś  podążyła  wieść,  że  Kościół
luddystów  został  w  Arundel  wyklęty  –  i  co  inteligentniejsi  ludzie  zaczęli  o  tych
sprawach  rozmyślać.  Kościół  ośmieszył  się  daremną  próbą  pojmania  Zdobywcy
Przestworzy – jedynego człowieka, który potrafił rozprawić się z piratami – i skazania
go za herezję. Co gorsza, nie tylko się ośmieszył, ale wręcz skompromitował, pokazując
wyraźnie, że bardziej troszczy się o dogmaty niż o dobro swoich wiernych.
    Przez  całe  wieki  luddyści  czerpiąc  inspirację  z  losu,  jaki  spotkał  Pierwszą  i  Drugą
Generację,  rządzili  za  pomocą  strachu,  samowoli  i  kar.  Usiłowali,  rzec  można,
zatrzymać bieg historii, stworzyć społeczeństwo, które stanie w miejscu, nie będzie się
ani  staczać,  ani  doskonalić.  Chcieli  uwięzić  inwencję  ludzką  jak  owada  w  bursztynie.
Pomysłowych,  utalentowanych  i  twórczych  ludzi,  którzy  starali  się  ulepszyć  byt  swój  i
swoich współziomków, wsadzano do więzienia, torturowano, palono dla dobra doktryny
głoszącej,  że  maszyny  są  wcieleniem  zła. Ale  dziwna  i  cudowna  maszyna  okazała  się
konieczna  dla  zadania  klęski  Admirałowi  Śmierci  –  i  mieszkańcy  senioratu  Arundel
wydali werdykt na nauki Świętego Kościoła.
    Ludzie  inteligentni  nie  przeszli  nad  tym  do  porządku  dziennego. Ambitni  i  obdarzani
wyobraźnią  młodzieńcy  z  całego  kraju  żywili  dla  Zdobywcy  Przestworzy  ten  sam
nabożny podziw i szacunek, jaki ich ojcowie i dziadowie żywili dla Świętego Chłopca.
Co bardziej awanturniczy, którym snuły się po głowie dziwne pomysły i niezwykłe idee,
zrywali terminy, zostawiali dom i rodzinę i wędrowali do Arundel, aby ofiarować swoje
usługi człowiekowi, który według nich
zapoczątkował nowy, złoty wiek. Niektórych chwytali po drodze majstrowie lub rodzice
i  ci  otrzymywali  należną  karę  z  rąk  swojego  seniora  albo  z  rąk  Kościoła.  Ale
dostatecznie wielu dotarło do Wolnego Senioratu – jak teraz nazywano Arundel – żeby
otoczyć Zdobywcę Przestworzy elitą młodych ludzi o otwartej głowie.
  On przyjmował ich z radością, jak braci, synów, współtowarzyszy. Najlepsi mieszkali
u  niego  w  domu,  jedli  przy  jego  stole,  mieli  zawsze  dostęp  do  ukochanego  mistrza.
Kieron dawno już wypełnił przepowiednię astrologa Marcusa i począł trzech dorodnych

background image

synów.  Dom  mistrza  Hobarta  rozbudowano,  żeby  mógł  pomieścić  rodzinę  Kierona  i
wybranych uczniów. Nie był to już po prostu dom. Był to mały uniwersytet.
    Petrina  z  upływem  lat  stała  się  jeszcze  piękniejsza,  krąglejsza  i  niezmiernie  dumna  z
męża  oraz  z  synów.  Rezydowała  w  swoim  obszernym  domu  jak  królowa.  Uczniowie
ubiegali się o jej uśmiech i słowo pochwały. Ale jej serce i miłość miał na wyłączność
tylko  Kieron.  Za  każdym  razem,  kiedy  eksperymentował  z  nową  latającą  maszyną,
wstrzymywała oddech ze strachu i na próżno starała się nie płakać. Gdy przynoszono go
rannego do domu, koiła go, doglądała i dodawała mu sił do życia.
Czasem  patrzyła  na  obraz  „Skok  panienki  Fitzalan",  na  jego  ostatnie  dzieło  malarskie,
które z pełnym poświęcenia uczuciem odrestaurował. Niekiedy nienawidziła tej smukłej,
jasnookiej  dziewczyny,  siedzącej  z  taką  gracją  na  koniu  między  niebem  a  ziemią.
Niekiedy  zaś  płakała  z  żalu  nad  nią.  Alyx  Fitzalan  nigdy  nie  zażyła  pełni  miłości  ze
swoim ukochanym, nie urodziła mu trzech synów.
  Petrina była ślepo oddana Kieronowi – duchem, ciałem i umysłem. Dla niej jednej nie
był  Zdobywcą  Przestworzy.  Ona  jedna  widziała  w  nim  człowieka,  który  zbyt  wiele  od
siebie wymaga, samotnego mężczyznę, którego łzy, rozterki i pragnienia znajdują ujście
tylko w bezpiecznej ciemności nocy.
  Pewnego dnia, kiedy wiał przychylny, jednostajny wiatr od wschodu, Kieron zasiadł w
kabinie swojego siódmego szybowca, który leżał na plaży  w  Little  Hampton,  uwiązany
do  ósemki  najlepszych  koni  Kentigerna,  gotowych  na  jego  znak.  Siedząc  i  czekając,  aż
wiatr  się  wzmocni,  Kieron  myślał  o  sześciu  poprzednich  szybowcach.  Pierwszy  –
zaledwie  imitacja  pary  skrzydeł  ptaka  z  szelkami  dla  człowieka  –  wzleciał  nawet  nad
ziemię,  ale  przekoziołkował  w  locie.  Kieron  miał  szczęście,  że  wyszedł  z  tego  ze
złamaną ręką. Drugi – z dwiema parami skrzydeł umieszczonymi jedne nad drugimi – nie
uniósł się nawet w powietrze, roztrzaskał się w kawałki na plaży, po której ciągnęły go
konie.  Trzeci  –  ukształtowany  na  wzór  szybującej  mewy  i  pomysłowo  wykonany  z
drewna i płótna – wzniósł się pięknie, lecz silny opór powietrza połamał mu skrzydła.
Kieron spadł do wody jak kamień i złamawszy nogę byłby się niechybnie utopił, gdyby
nie pewien oddany mu uczeń, który był świetnym pływakiem. Czwarty i piąty szybowiec
stanowiły  wariacje  tego  ostatniego  modelu.  Jednym  z  jego  najbardziej  utalentowanych
uczniów był Bruno z Yorku, który pieszo przemierzył Anglię wzdłuż i wszerz, żeby dojść
do  Wolnego  Senioratu.  Bruno,  jak  i  jego  mistrz,  był  opętany  ideą  latania  i  dogłębnie
studiował  ruchy  takich  ptaków  jak  jerzyk  i  jaskółka.  Przekonująco  mówił  o  oporze
powietrza i dowodził wagi tak zwanych „opływowych kształtów". Choć miał niespełna
dwadzieścia  lat,  w  przeciwieństwie  do  innych  uczniów  nie  bał  się  wyrażać  własnych
opinii,  nieraz  sprzecznych  z  opiniami  ukochanego  mistrza  –  za  co  Kieron  bardzo  go
cenił.
  Zdaniem Bruna idealny kształt maszyny latającej powinien łączyć w sobie istotne cechy
budowy  skrzydeł  szybującego  ptactwa  z  opływową  linią  ciała  charakterystyczną  dla
szybko pływających ryb. Namówił nawet Kierona, aby opędzili pół dnia nad rzeką Arun
i popatrzyli jak ślizgają się w wodzie pstrągi, pomagając sobie ruchami ogona.

background image

  I tak czwarty i piąty szybowiec zaprojektowano według wskazówek Bruna, nadając im
wysmukły, opływowy kształt. Pierwszy z nich wzniósł się bez przeszkód, ale okazał się
niesterowny.  Po  przeleceniu  jakichś  dwustu  metrów  zarył  nosem  w  piasku,  a  Kieron
wystrzelił jak z katapulty w powietrze i wylądował boleśnie na plecach.
  Niemniej z pomocą Bruna udało mu się dokonać najdłuższego jak dotąd lotu maszyną
cięższą od powietrza. Razem pracowali nad projektem piątego szybowca – wyposażyli
go  w  dłuższe,  smuklejsze  skrzydła,  jeszcze  gładszy,  bardziej  opływowy  kształt  i  rybi
ogon,  którym  aeronauta  mógł  poruszać  za  pomocą  sznurków.  Ten  model  przeleciał
prawie  kilometr,  zanim  wiatr  poszarpał  na  strzępy  płótno  na  jednym  ze  skrzydeł,  przez
co Kieron znów wyszedł z opresji połamany.
Szósty  szybowiec  był  jeszcze  ambitniejszą  wersją  piątego.  Stanowił  niemal  w  całości
własne  dzieło  Bruna.  Oprócz  ruchomej  płetwy  ogonowej  zaprojektował  on  nastawne
klapy w skrzydłach i tak wszystko połączył, że aeronauta mógł nimi sterować za pomocą
drewnianych drążków.
Była  to  piękna  maszyna:  miała  długie,  zwężające  się  skrzydła;  zgrabny,  krągły  kadłub;
gibkość  ryby,  lekkość  ptaka.  Bruno  błagał,  żeby  mógł  jako  pierwszy  polecieć,
wprawiając  innych  uczniów  w  osłupienie  swoją  zuchwałością.  Dotąd  pierwszy  lot
zawsze należał do Zdobywcy Przestworzy. Ale dlaczego miałby Bruno nie nacieszyć się
własnym  tryumfem  –  pomyślał  Kieron  –  zwłaszcza,  jeśli  naprawdę  będzie  to  tryumf?
Toteż pewnego pięknego ranka Bruno usiadł w gondoli pomiędzy skrzydłami, sprawdził
przyrządy,  spojrzał  nerwowo  do  tyłu  na  pionową  i  poziome  płetwy  ogonowe  –  którym
poświęcił tyle myśli i troski – uśmiechnął się do Kierona i dał sygnał jeźdźcom, którzy
mieli  ciągnąć  szybowiec  na  drewnianych  kółkach  po  plaży,  dopóki  nie  nabierze
dostatecznej szybkości, aby się wznieść. Szybowiec wzniósł się o wiele szybciej, niż się
Kieron spodziewał. Wzniósł się pięknie, gładko, pewnie; sznur, którym przywiązany był
do  koni,  zwisał  z  żelaznego  haka  w  przodzie  maszyny.  Bruno  z  wrodzonym  zda  się
instynktem wiedział, jak ma manewrować. Był już pięćdziesiąt metrów nad ziemią, kiedy
nagły  zryw  wiatru  chwycił  go  zwinnymi  palcami  i  podrzucił  w  górę.  Niespodziewany
podryw  zaskoczył  Bruna,  który  wyleciał  z  kosza  i  z  rozpaczliwym  krzykiem  spadł  na
ziemię, zabijając się na miejscu.
    Kieron  siedział  teraz  w  kabinie  siódmego  szybowca  –  w  zasadzie  był  to  powtórzony
model  Bruna,  ale  z  większymi  statecznikami  i  z  pasami  do  przywiązania  aeronauty  –  i
myślał o tych wszystkich maszynach cięższych od powietrza, które się nie sprawdziły, a
także o wszystkich zdolnych młodych ludziach, którzy oddali życie w walce o zdobycie
przestworzy.  Bruno  przypominał  mu  Alwina  sprzed  wielu  lat,  chociaż  był  od  tamtego
bystrzejszy i bardziej zapalony.
Zabiłem wielu wrogów i tylko dwóch przyjaciół – rozmyślał Kieron w swojej kabinie. –
Miałem  w  życiu  dużo  szczęścia.  Wiatr  był  już  dobry.  Mężczyźni  na  koniach,
siedemdziesiąt  metrów  przed  szybowcem,  obejrzeli  się,  czekając  na  sygnał.  Niech
poczekają,  niech  sobie  mruczą  pod  nosem  i  klną  –  zadecydował  spokojnie  Kieron.  –
Wkrótce będzie jeszcze lepszy wiatr.

background image

    Pomyślał  teraz  o  innych  uczniach...  O  Lachlanie  z  Edynburga,  który  maszerował  na
południe z podartym fragmentem książki, w którym zawarta była cenna wiedza o tym, jak
otrzymać gaz lżejszy od powietrza. Lachlan przysięgał, iż pewnego dnia wyprodukuje ten
gaz w takich ilościach, że będzie można wypuścić w niebo wiele balonów, które zostaną
tam  na  zawsze...  O  Torbenie,  który  przyszedł  z  Norwich  chcąc  dowiedzieć  się
wszystkiego o balonach napędzanych gorącym powietrzem i zrobić jeszcze lepszy model
niż Zdobywca Przestworzy. Co mu się zresztą udało. Spokojny Torben o cichym głosie i
wielkich  ambicjach.  Zbudował  balon,  który  z  trzema  mężczyznami  przeleciał  morze  i
wylądował  w  Holandii...  Był  też  Levis  z  Colchester.  Szalony  Levis,  który  wyrabiał
proch,  konstruował  rakiety  i  wystrzeliwał  je  w  niebo,  jakby  brał  udział  w  jakimś
obrządku  religijnym.  Levis  stracił  trzy  palce  u  ręki  i  oślepił  się  na  jedno  oko  przez
przedwczesne wybuchy; a jego rakiety powietrzne, choć efektownie wyglądały na niebie,
ciągnąc za sobą smugę dymu i ognia, nadawały się jedynie do nastraszenia przeciwnika;
na  razie  jednak  nikt  już  nie  porywał  się  na  Wolny  Seniorat  –  silny,  zdeterminowany,  i
dysponujący  potęgą  wielu  światłych  umysłów.  Marzyciel  Levis  nie  lubił,  gdy  jego
rakiety porównywano do broni. Śnił o rakiecie, która kiedyś sięgnie gwiazd...
    Kieron  uśmiechnął  się  myśląc  o  tych  i  innych  młodych  ludziach.  Nazywano  ich  z
sympatią „żółtodziobami Zdobywcy Przestworzy". Ale czy nie takie właśnie żółtodzioby
będą w przyszłości panować na niebie?
    Szybowiec  zadrżał.  Wiatr  okrzepł.  Chłopcy  trzymający  końce  skrzydeł  zadygotali  z
zimna.  Jeźdźcy  klęli  na  swoich  narowistych  stanowiskach  i  spoglądali  raz  po  raz  na
Kierona, ale żaden się nie ważył kwestionować osądu Zdobywcy Przestworzy.
  Kieron westchnął, po raz ostatni rozejrzał się wokół i podniósł rękę. Może zginie, jak
Bruno.  Może  nie. Ale  ten  dzień  tak  czy  owak  należał  do  Bruna.  Cokolwiek  się  stanie,
inni będą kontynuować jego pracę.
    Jeźdźcy  zobaczyli  podniesioną  rękę.  Szybowiec  ruszył  naprzód,  podskakując  na
nierównościach piasku. Raz koniec lewego skrzydła omal nie dotknął ziemi – byłaby to
katastrofa. Ale Kieron poruszył klapą w skrzydle i maszyna się wyprostowała. W miarę
jak jeźdźcy nabierali szybkości, pojazd sunął coraz pewniej. Kieron widział umykające
mu  sprzed  oczu  morze  i  piasek.  Nagle  trzęsienie  ustało.  Wolno,  majestatycznie
szybowiec  się  wzniósł.  Nie  za  ostro,  nie  za  ostro  –  pomyślał  Kieron,  sterując  płetwą
ogonową,  żeby  nieco  odwrócić  się  od  wiatru.  Szybowiec  kołysząc  się  w  powietrzu,
zataczał szeroki łuk. Kieron spojrzał w dół i zobaczył, że musi być jakieś pięćdziesiąt,
sześćdziesiąt  metrów  nad  ziemią.  Poczuł  lekkie  szarpnięcie,  kiedy  lina  holownicza
odczepiła się gładko z haka.
    –  Bruno  –  powiedział  głośno  na  wietrze  –  wynieśliśmy  się  w  przestworza.  Miałeś
rację, chłopcze, to lepsze niż balony. Takie maszyny pozwolą nam latać niezależnie od
wiatru. I będziemy naprawdę płynąć po niebie.
    Zatoczył  wielkie  koło,  wiedząc,  że  traci  już  wysokość  i  musi  starać  się  wylądować
gładko na plaży. Skrzydło uniosło się, ukazując mu na mgnienie oka panoramę senioratu
Arundel  –  zamek  jak  dla  lalek  i  takież  miasteczko  w  porannym  słońcu.  Pomyślał  o

background image

Petrinie i o swoich synach, ale widok już zniknął i Kieron skoncentrował całą uwagę na
problemach lotu.
  Ćwiczył sterowanie na modelach i na szybowcu uwiązanym na wietrze do drzewa. Dziś
prowadził go pewnie i z wyczuciem. Miał wrażenie, że stanowi część jego ciała. Wolno
i  cierpliwie  sprowadzał  go  do  lądowania,  aż  w  końcu  leciał  wzdłuż  plaży  z  nosem  i
ogonem pod właściwym kątem. Wtedy ustawił dźwignie w tym położeniu.
    W  dole  jeźdźcy  siedzieli  nieruchomo  jak  posągi.  Jeżeli  nie  uciekną  w  porę,  wpadnie
prosto  na  nich.  Rozpierzchli  się  w  ostatniej  chwili  –  jeden  z  mężczyzn  zleciał  z  konia,
który pociągnął go za sobą.
  Wiatr szumiał Kieronowi w uszach. Morze i brzeg zmierzały prosto na niego. Nastąpił
przykry  wstrząs,  kiedy  koła  uderzyły  o  piasek,  a  potem  szybowiec  raz  jeszcze
podskoczył kilka metrów w powietrze i statecznie wylądował. Kiedy już tracił szybkość,
jedno ze skrzydeł dotknęło piasku i maszyna okręciła się gwałtownie wokół osi. Gdyby
nie  pasy,  Kieron  wyleciałby  z  impetem  na  zewnątrz.  Śmierć  Bruna  nauczyła  go  jednej
ważnej rzeczy.
  Maszyna stanęła, wszystko skończyło się szczęśliwie. Mężczyźni i chłopcy biegli już ku
niemu. Przez chwilę siedział w ciszy, żałując, że nie ma Bruna.
    –  A  więc  dokonaliśmy  tego  –  powiedział  cicho.  –  Bruno,  dokonaliśmy  tego.
Przelecieliśmy  ponad  kilometr  w  maszynie  cięższej  od  powietrza.  To  jest  początek
wszystkiego.
  Nagle doszły do niego krzyki, nawoływania, odgłosy radości i świat znów wziął go w
swoje władanie.

Epilog

Kieron oparł się wygodnie w swoim fotelu na kółkach, z którego, jak wiedział, już nigdy
nie  wstanie,  i  rozejrzał  się  wokół  z  zadowoleniem.  Sprowadzili  mu  różnych  lekarzy,
którzy  debatowali  nad  nim,  doglądali  go  i  mówili,  że  dość  już  wzruszeń,  musi  trochę
odpocząć.  Ale  on  wiedział  swoje.  Wiedział,  że  wkrótce  odpocznie  na  wieki.  I  nie
martwił się tym.
    Była  późna  wiosna.  Kieron  siedział  na  wózku  w  zamkowym  ogrodzie  różanym  i
wdychał  słodką  woń  niesioną  lekkim  powiewem  wiatru.  Obok  pysznił  się  klomb  róż
damasceńskich,  o  cudownym  złotawym  kolorze.  Wyhodował  je  pewien  znamienity
ogrodnik  z  Francji  i  nazwał  „Madame  Petrina",  żeby  sprawić  przyjemność  Zdobywcy
Przestworzy.  Z  drugiej  strony  kwitł  klomb  drobnych,  białych  różyczek,  wyhodowanych
przez ogrodnika zamkowego i nazwanych po prostu „Alyx".
    Między  tymi  dwoma  klombami,  białych  różyczek  „Alyx"  i  pysznych  żółtych  róż
„Madame  Petrina"  siedział  teraz  Kieron,  senior  Arundel  z  woli  ludu  i  pierwszy
posiadacz Orderu Orlich Skrzydeł, przyznanego mu jednogłośnie przez Międzynarodowe

background image

Bractwo  Aeronautów;  siedział  i  ze  spokojem  w  sercu  wspominał  dobre  i  złe  chwile
swojego długiego żywota.
    Kentigern  od  dawna  nie  żył  –  Kentigern,  który  był  dobrym  seniorem,  a  dla  niego
prawdziwym  przyjacielem  przez  ponad  trzydzieści  lat.  Petrina  też  już  nie  żyła  –  droga,
kochana Petrina. Od jak dawna? Od niedawna – myśl o tym wciąż bolała. Nie żyło także
dwóch  jego  synów.  Pierwszy  –  nazwany  naturalnie  Marcus  –  spłonął  żywcem  podczas
swojej pierwszej podróży jako nawigator statku powietrznego unoszonego wodorem. A
drugi, Alwin,  zginął  w  szybowcu  podczas  burzy.  Kieron  był  zadowolony,  że  sterówce
napełniane  wodorem  wyszły  już  z  użycia.  Były  zbyt  niebezpieczne,  zginęło  przez  nie
wielu  wartościowych  ludzi.  Teraz  siłę  nośną  stanowił  hel.  Kieron  cieszył  się  też,  że
Niemcy,  Francuzi, Amerykanie  i  Japończycy  pracują  nad  silnikiem  na  ropę  do  napędu
szybowców.
    Choć  te  wynalazki  i  pomysły  przyszły  za  późno,  żeby  uratować  życie  jego  dwóch
synów,  został  mu  jeszcze  trzeci,  Jason.  Jason  był  specjalistą  elektrykiem  na  sterowcu
unoszonym helem, biorącym na pokład dwustu ludzi. Jason bezpiecznie podróżował po
niebie, latając do tak odległych miast jak Tokio, Lima, Nowy Jork, Johannesburg, z całą
odwagą i pewnością pokolenia, które zaakceptowało podbój przestworzy.
  Nad ogrodem różanym przesunął się wielki cień. Kieron bez patrzenia w górę wiedział,
co  to  jest.  Był  to  codzienny  pasażerski  sterowiec  Londyn-Rzym.  Zawsze  przelatywał
tędy  o  tej  porze,  można  było  według  niego  regulować  zegarek.  Jego  śmigła  napędzał
silnik  parowy.  Może  za  kilka  lat  nowe  silniki  na  ropę  znajdą  również  zastosowanie  w
wielkich sterowcach.
  Kieron pomacał biało-czerwoną wstęgę na piersi i przypięte do niej Orle Skrzydła. Był
dumny z tego orderu. Przyznali mu go ludzie z wielu krajów świata.
    Międzynarodowe  Bractwo  Aeronautów  miało  swoją  siedzibę  w  Genewie,  w
Szwajcarii.  Kieron  nigdy  nie  był  dalej  od  senioratu  Arundel  niż  wody,  na  których
znalazła go „Marie-France", wiedział jednak, gdzie jest Szwajcaria. Znalazł ją na mapie.
  Kiedyś, dawno temu, nowo założone Bractwo przysłało do niego posłów z prośbą, aby
jako człowiek, który zapoczątkował podbój przestworzy, sformułował im statut. Kieron
przemyślał tę sprawę dogłębnie, ale przyszedł mu do głowy tylko jeden punkt. Napisał
go im własnoręcznie:
    „Chmury  i  wiatr  są  wolne,  przelatują  nad  wszystkimi  krajami,  należą  do  wszystkich
ludzi.  Oby  nikt  nie  wznosił  się  w  niebo  z  nienawiścią  w  sercu  lub  niechęcią  do
współbraci. Na ziemi są granice, na niebie ich nie ma. Niechaj ci, którzy mają szczęście
wzlecieć w powietrze, pamiętają, że wszyscy mamy ten sam kolor krwi".
    Był  to  pierwszy  i  ostatni  punkt  statutu  Międzynarodowego  Bractwa  Aeronautów.
Każdemu, kto chciałby latać w celach innych niż pokojowe, odmawiano prawa do nauki
tej sztuki i udogodnień przysługujących aeronautom.
  Niedawno Bractwo zaprosiło Kierona do Genewy po odbiór Orderu Orlich Skrzydeł.
Odpisał,  że  jako  człowiek  podeszły  wiekiem  nie  czuje  się  na  siłach,  aby  odbyć  taką
podróż, niemniej dziękuje za pamięć. Skoro Zdobywca Przestworzy nie mógł odwiedzić

background image

Genewy,  Międzynarodowe  Bractwo  Aeronautów  odwiedziło  Arundel.  Przylecieli,  w
liczbie dwóch tysięcy ludzi, dziesięcioma sterowcami. Przywieźli wiele darów, mówili
wieloma  językami.  Byli  wśród  nich  Hindusi,  Afrykanie,  Francuzi,  Niemcy,  Rosjanie,
Amerykanie,  Chińczycy  i  przedstawiciele  narodowości,  o  których  Kieron  nigdy  nawet
nie słyszał. Ich liczba rosła w miarę, jak napływali dalsi uczestnicy ze wszystkich stron
Wielkiej Brytanii. W końcu aż cztery tysiące ludzi stało w ulewnym deszczu z odkrytymi
głowami, gdy Zdobywca Przestworzy siedział pod daszkiem w swoim fotelu na kółkach
i  słuchał  przemówień  w  wielu  językach.  Dzięki  mowom  Anglików  i  Amerykanów
zrozumiał też, o czym mówią ci wszyscy inni młodzi ludzie. Był oszołomiony honorami,
jakie  mu  świadczyli.  Zdobywca  Przestworzy  stał  się  czymś  więcej  niż  wielkim
człowiekiem: stał się symbolem.
    Kiedy  zasłabł,  lekarze  zabrali  go  z  konferencji  i  zalecili  absolutny  spokój.  Siedział
więc teraz w ogrodzie różanym, rozkoszując się zapachem „Madame Petriny", patrząc z
czułym  rozrzewnieniem  na  drobne  białe  różyczki  zwane  „Alyx".  Kieron,  syn  stolarza,
znany  teraz  powszechnie  jako  senior  Kieron  lub  Zdobywca  Przestworzy,  czuł  spokój  i
zadowolenie.  Nad  ogrodem  przeleciał  sterowiec  do  Rzymu.  Gdzieś  nad  Oceanem
Spokojnym,  w  drodze  do  Japonii  pełnił  swoją  służbę  Jason,  syn  Kierona  i  Petriny.  Z
zamku  wyszedł  lekarz,  żeby  sprawdzić  samopoczucie  słynnego  pacjenta.  Kiedy  zbliżał
się do fotela na kółkach, usłyszał głębokie westchnienie. Potem zobaczył osuwające się
ciało.
    Zdobywca  Przestworzy  miał  siedemdziesiąt  osiem  lat.  W  ostatnich  chwilach  życia
przypomniało  mu  się  wiele  rzeczy:  dźwięk  pszczół  z  dzieciństwa,  drżący  głos  mistrza
Hobarta,  „Skok  panienki  Fitzalan",  dotyk  Petriny,  pierwszy  krzyk  pierworodnego  syna.
Przypomniał  mu  się  też Alwin  i  podniebny  rekin,  kapitan  Girod,  Kentigern  i  Bruno  ze
swoją obsesją linii opływowych.
I  przypomniały  mu  się  latające  nasionka  dmuchawca,  wirujące  liście  jesienne  i
wszystkie motyle dzieciństwa.
    W  każdym  razie  –  jak  stwierdził  lekarz  –  umarł  w  spokoju.  Zdobywca  Przestworzy
wierzył, że życie jest tylko dla żywych. Ale któż zaprzeczy, że jego duch sięgnął gwiazd?